background image

Jerzy Stępniewicz

       

CALIGULA

Osoby:

Herodot   -
Tersytes   -  niewolnicy, skrybowie Swetoniusza
Xenofont -

Swetoniusz - wzięty historyk rzymski
Tyberiusz - cesarz
Caligula - kandydat na cesarza, później cesarz
Cezonia - ostatnia żona Kaliguli
Oberżysta

`

Licyniusz - dowódca straży Tersytesa

Prolog wygłasza ubrany w togę aktor przed opuszczoną kurtyną.

Prolog

Witajcie w teatrze Kwiryci! 
Wolni Rzymianie i ich spadkobiercy! Albo i nie - wedle waszej woli i ochoty. 
Wolni wśród wolnych i równi wśród równych! O ile wolność i równość istnieją?
Nie uczcie się historii z tej sztuki - uczcie się myśleć o historii.
Nie jest prawdą, że historia nikogo nic nie nauczyła - ona nie ma uczyć,
Bo ona - życiem, a życia własnego możemy się nauczyć tylko sami.
Cudze życie możemy zwiedzać właśnie przez historię, ale to my zwiedzamy.,
To my znajdujemy w niej, co nam bardziej, lub mniej odpowiada,
To my nadajemy jej kształt i oblicze,
Nie tylko poprzez przekaz jaki z sobą niesie,
Lecz przez myślenie o...

Ktoś coś napisał. Ktoś coś gdzieś przeczytał. I znów napisał
Tamto pominął, tego nie zrozumiał, tego zrozumieć nie chciał.
Tak to wciąż właśnie tworzy się historię.

To co zobaczycie mogło się zdarzyć, może się zdarzyło,
A może jeszcze kiedyś się wydarzy.
A teraz?
Teraz witajcie w teatrze Kwiryci!

Kurtyna   w   górę.   Po   jednej   stronie   sceny,   przy   pulpitach   stoi   trzech   niewolników,   skrybów  
Swetoniusza: jego ulubieńcy „Tersytes”, „Herodot” i „Xenofont”, piszą „Żywoty cezarów”, Od  
czasu   do   czasu   zjawia   się   tu   również   Swetoniusz.   Z   drugiej   strony   pojawiają   się   w   świetle  
reflektorów bohaterowie spisywanych przez nich historii. W tym czasie po stronie skrybów światło  
przygasa. Przy zmianie scen nie ma kurtyny jest jedynie operowanie światłem. 

1

background image

Herodot: Ten rzymski barbarzyńca nie ma pojęcia o tym jak się pisze historię. To nie wystąpienie na 
rostrach, które ma  wzruszyć lub  podburzyć tłumy,  nie zbiór  ploteczek  towarzyskich zebranych 
podczas pijackiej biesiady, a fakty, czyny i słowa. A przede wszystkim prawda.

Xenofont: O ile wiesz czym jest prawda?

Tersytes: Prawdą dla nas są wskazówki naszego pana i władcy. A uważaj na to co mówisz - według  
niego to my jesteśmy barbarzyńcami, mimo całego jego szacunku dla Grecji. Nie mówiąc o tym, że 
jako niewolnicy nawet nie jesteśmy ludźmi. Więc o ile nie chcesz mieć zakrwawionych pleców 
powstrzymaj lepiej język - w tym świecie delatorów i sługusów nawet ściany mają uszy.

Xenofont: Dopóki nie skończymy dzieła nic nam raczej nie grozi, a i później ambicje literackie tego 
grafomana   zapewnią   nam   jaką   taką   bezkarność,   chyba,   że   Herodot   zacznie   aż   nazbyt   mocno 
domagać się prawdy w tej swojej pisaninie.

Tersytes: Ach ta nasza grecka prawda, ta zgodność opisywanych faktów z rzeczywistością. Przecież 
nie wiemy jak było naprawdę. Istnieją przecież różne punkty widzenia, a więc i różne prawdy. I w 
zależności od tych punktów widzenia powstają przekazy i akta. Naszym zadaniem jest przedstawić 
prawdę Swetoniusza, jego punkt widzenia i odpowiednio do tego dobrać dokumenty, oraz ubrać je 
składnie w słowa.

Herodot: I tak powstaje fałsz, malowana historia. Historia Swetoniusza, która tak samo ma się do 
rzeczywistości jak jego talent. Jemu nie jest potrzebna prawda i nawet nie goni on za sensacją, to 
zwykła propaganda, ze szczególnym uwzględnieniem jego sympatii i antypatii

Xenofont: No i z uwzględnieniem zagrożeń w tej społeczności wilków. Wszak ci nasi panowie 
bardziej wydają się niewolnikami jak my. Tak łatwo wpaść w niełaskę cesarza, tak łatwo stać się 
ofiarą donosu czy proskrypcji. Dużo łatwiej jak nam, bo dobry, wykształcony niewolnik jest w 
cenie.

Tersytes: O ile jest dyskretny, ma talent i odgaduje życzenia swego pana. I kiedy pracuje zamiast 
mleć ozorem. Bierzmy się do roboty. Na czym to skończyliśmy? Na Tyberiuszu?

Zmiana sceny. Tyberiusz i Kaligula.

Tyberiusz,  kończąc zdanie: ...więc pamiętaj, że władza nad Rzymem, to jak trzymanie za uszy 
wściekłej wilczycy. Możesz się oprzeć na tłumie, ale ten jest zmienny i nie pomoże ci nawet to, że 
go przekupisz. Tłum zawsze chętnie patrzy na upadek tych których uważa za wielkich i bardzo 
chętnie przypisuje im też własne grzechy. A wielcy? Ci chętnie będą widzieć w tobie narzędzie 
wygodne do spełniania własnych celów, a jeśli tylko znajdą w tobie słabość, wywołają bunt lub 
spróbują zgładzić cię podstępnie. I nie sądź, że rodzina jest od tego wolna. Żądza władzy nie omija 
nikogo. Rozumiał to doskonale twój ojciec i to dlatego senat obawiał się go, być może nawet 
bardziej niż mnie.

Kaligula: Tak, o boski!

Tyberiusz: Możesz sobie darować pochlebstwa, od tego mam cały tłum niewolników. Nie jestem 
bardziej boski od Germanika. Czy widziałeś boga, który sypia na gołej ziemi, głoduje i jest zżerany 
przez wszy, tak samo jak najmarniejszy legionista? A takim była znaczna część mojego życia. To 

2

background image

władza   czyni   z   nas   bogów   i   dla   hołoty  znad   Tybru   rzeczywiście   nimi   jesteśmy.   Pamiętaj,   że 
pozostali nie mają złudzeń i aż zbyt dobrze wiedzą, że jesteśmy śmiertelni.

Kaligula: Tak, o boski!

Tyberiusz: Uparty osioł!

Zmiana sceny. Skrybowie.

Ksenofont: Na czym polega wielkość śmiertelników? Pomyślcie tylko jaką mamy władzę?  Nawet 
jeśli nasz pan i władca zechce inaczej, zawsze możemy coś przemycić i wyciąć mu kawał, tak by 
potomni mogli spomiędzy wierszy wydobyć prawdę, jak nie w tej, to w innej księdze naszej pracy.

Tersytes: Ten znów z tą swoją prawdą, nic nie dba o plecy.

Wchodzi Swetoniusz.

Swetoniusz:   Jakże   wam   idzie   praca?   Widzę   żeście   pilni,   lecz   pamiętajcie   moje   wymagania: 
Tyberiusz wielki, choć znienawidzony, a Kaligula po krótkim okresie, w którym posłusznie słuchał 
światłych rad Senatu, został potworem o którym wstyd mówić. A znowu boski Klaudiusz, pomimo 
swych słabości, solennie się zasłużył na miano boskiego. Brudnopis ostatnich części chcę widzieć 
za   tydzień   by   własnoręcznie   nanieść   nań   poprawki.   Więc   się   starajcie   a   nagroda   pewna. 
Przyniosłem tu odpisy pewnych dokumentów, z okresu tamtych władców, znajdziecie co trzeba. 
Szczególnie patrzcie na tych dziejopisów, co własne mają zdanie o historii Rzymu. Przejrzyjcie akta 
przyprószone kurzem archiwum, bierzcie z nich co pasuje do mego obrazu. Resztę, co nie pasuje, 
możecie pominąć, lub też zachować przypisując innym, chociażby Klaudiuszowi.  Więc bierzcie się 
do pracy! Idę - wzywają mnie sprawy państwowe.

Wychodzi.

Tersytes (głośno): Dzięki światłym radom naszego pana i jego genialnym wskazówkom będziemy... 
(cicho)  Poszedł już?...  Nadęty bałwan. Sprawy państwowe oczywiście go wzywają, a nie orgia 
obżarstwa i młode niewolnice na spotkaniu u Klarusa.

Xenofont: Bardzoś odważny - kiedy już go nie ma.

Herodot: Dajże mu spokój! Nie każdy rodzi się Achillesem, a nam przypadła rola niewolników.

Tersytes: Więc jak prawy niewolnik nienawidzę pana, już choćby za to, że to jego imię będzie przez 
wieki nosić moje dzieło. Przyznasz, nienawiść usprawiedliwiona!

Xenofont: Chciałeś pewnie powiedzieć: Nasze dzieło.

Tersytes: Niech ci będzie, że nasze, nie zmienia to faktu.

Herodot: Miło się nam rozmawia, ale czy w tym gronie, ktoś przed momentem nie wspominał 
pleców? Nie swędzą was?

W milczeniu pochylają się nad pulpitami, przekładając przegladane dokumenty.

3

background image

Zmiana sceny. Tyberiusz i Kaligula.

Tyberiusz: Nie jestem winien śmierci twego brata, ni śmierci ojca, ani twojej matki.

Milczenie...

Tyberiusz: To Rzym ich zabił... Tak, ja jestem Rzymem!

Milczenie...

Tyberiusz: Zabiła ich władza. I nawet ja, dzierżący tę władzę, nie potrafiłem ich śmierci zatrzymać. 
Przecież wiesz dobrze, tak jak wszyscy wiedzą, że swym następcą miałem Germanika. Właśnie 
dlatego poniósł śmierć okrutną, a ja z całą swą władzą, nie mogłem natychmiast nawet tym samym 
zabójcy  odpłacić.   Zbyt   był   daleko,   a   także   zbyt   blisko.   Zbyt   blisko   Partów,   Persów   i   innych 
odwiecznych, śmiertelnych wrogów Rzymu. Bo był zbyt blisko egipskiego zboża. W zbyt czułym 
dla nas miejscu bym mógł go dosięgnąć, a Senat, obficie roniąc łzy fałszywe, zdecydowanie nie 
chciał go odwołać. Lepiej było im krzyczeć, że Tyberiusz zabił z podłej zawiści o przychylność 
ludu. A lud uwierzył, bo lud chętnie wierzy, we wszystkie plotki o zepsuciu władzy. Zwłaszcza jeśli 
na codzień ma z nim do czynienia. Tyle, że nikt z ludu nie ma pojęcia jakim jest Tyberiusz. Jest za 
wysoko, a jedyna władza z jaką ma do czynienia w każdej chwili życia, to władza nędznych jego 
urzędników, zgnilizna senatorów i chciwość ekwitów.

Kaligula chłodno: Więc czemu wiecznie siedzisz tu, na Capri, miast bezpośrednio w Rzymie  pełnić 
władzę?

Tyberiusz: Jak długo żyłbym w Rzymie? Dłużej niż Germanik? Może dłużej niż Druzus, albo twoja 
matka, lecz z całą pewnością niedługo.

Milczenie.

Tyberiusz: Mam pełną świadomość - tak długo tylko żyję, ile trzymam władzę. A w Rzymie, jakże 
szybko, straciłbym ją wraz z życiem. I nie pomogłoby jej odrzucenie, bo na dodatek jestem zbyt 
bogaty. Spadkobiercy cezarów nie są biedakami, a chętnych do zdobycia fortuny ich kosztem jest w 
Rzymie nazbyt wielu. Miej to na uwadze.

Cóż,   fortuna,   którą   wyniosłem   z   domu   i   z   łaski   Augusta,   bardzo   pomaga   mi   władzę 

utrzymać, więc ją starannie, z troską pielęgnuję. Ale obydwie, i władza, i fortuna, wzajemnie się 
uzupełniając, zapewniają mi  wszystko. Życie, spokój, bezpieczeństwo, rozrywkę. Tysiąc innych 
rzeczy

Kaligula: A Rzym?

Tyberiusz: Czym jest Rzym? Czym dla mnie? Czym dla prostego, zwykłego legionisty? Czym dla 
wiszącego u klamki motłochu? Czym dla ekwity, tego rzymskiego jeźdźca, który już nie pamięta 
jak dosiadać konia, lecz na koszt Rzymu wciąż obrasta w sadło? Czym jest dla senatora, którego 
ojcowie, wyzwoleńcami byli nie tak dawno jeszcze? Czym dla senatora, rodu starego z którego 
została tylko zniszczona toga z purpurowym szlakiem? Czym Rzym jest w istocie?

Kaligula  (z ironią):  Czyżbyś bał się Rzymu? Swego wielkiego Rzymu, o którym zawsze mi tak 
pięknie mówisz, czasem z miłością, czasem z nienawiścią, lecz zawsze jako o czymś wielkim.

4

background image

Tyberiusz: Nie mów o strachu. Nieraz dałem dowód, że się nie lękam ni życia, ni śmierci. Nie ja się 
boję, lecz to mnie się boją. I bardzo dobrze - niechaj nienawidzą, byle tylko słuchali. Nie zbudujesz 
niczego   na   miłości   wsród   ludzi,   którzy  miłości   nie   znają,   a   dobrze   znają   zawiść   i   nienawiść. 
Których nienasycona, wieczna żądza władzy i bogactwa, pcha do działania. To też Rzym - pamiętaj!

Kaligula: No dobrze! Nie boisz się, lecz obawiasz, podejrzewasz i nie ufasz nikomu. To tylko inne 
słowa, chociaż treść ta sama. A wszak lud rzymski kochał Germanika. Miał jego miłość i miłość 
legionów, jak też szacunek starych weteranów, rozsypanych po krańce całego Imperium. Można 
było odpłacić szybko zbrodnię Pizonowi.

Tyberiusz:  Wciąż mówisz jak dziecko, którym w istocie ciągle jeszcze jesteś. Jak niecierpliwe 
dziecko, które wszystko chce mieć natychmiast. Już! Zaraz! W tej chwili!

Sztuka władania jest sztuką czekania. Jest jedną, wielką szkołą cierpliwości. Na wszystko 

jest stosowny czas. Jest czas na miłość, jest czas na szacunek, jest też czas na zemstę. Na cóż się 
zdaje ślepe uderzenie? Wszak Pizon nie był sam. Gdybym uderzył w niego natychmiast po zbrodni, 
krzyk by się podniósł, że zacieram ślady. A ja czekałem, aż ośmieleni jego bezkarnością,  stojący w 
cieniu, odsłonią swe twarze. I odsłonili. To oni najgłośniej mnie oskarżali o śmierć Germanika, 
tłum  podburzając podłymi   słowami:   „Oto  Tyberiusz  osłania  mordercę  bo sam  jest  sprawcą tej 
haniebnej zbrodni.” A ja czekałem. Czekałem cierpliwie. Aby uderzyć najniespodziewaniej. 

I uderzyłem. Z rozkazu Cezara ujęto sprawców, a senat skwapliwie na śmierć ich skazał, 

dodając   sporą   ilość   zupełnie   niewinnych.   Bo   większość   czcigodnych   i   szanowanych   wielce 
senatorów, przy tej okazji, własne porachunki cichcem załatwia, a trzęsąc się ze strachu i chroniąc 
gorliwie   swe   własne,   podłe,   ciemne   interesy,   stara   się   przypodobać   słudze   Tyberiusza.   I  tylko 
dlatego gotowi są każdego ciągnąć hakami na Gemońskie Schody. I pomyśl jeszcze - dobrze mieć 
Sejana. Bo jest Tyberiusz, zacny, dobrotliwy; dla tłumów hojny, chociaż oczywiście nie swoim 
własnym kosztem, światły, opiekun zacnych filozofów; a ma jeszcze tę wielką zaletę, że jest daleko. 
A  Sejan   jest   blisko.   Sprawny,   krwiożerczy,   okrutny,   ambitny.   Lecz   to   też   do   czasu,   bo   przez 
ambicję   brak   mu   cierpliwości.   A   Cezar,   wydawałoby  się,   że   bezwolny  i   całkowicie   pod   jego 
kontrolą, czeka cierpliwie i gdy czas nadejdzie – wtedy uderzy. Ważne by wiedzieć, kiedy czas 
uderzyć. Naucz się czekać! I czekaj cierpliwie!

Do izby skrybów chwiejnie wchodzi Swetoniusz, wymięty, niewyspany, nietrzeźwy i w fatalnym  
humorze.

Swetoniusz: I co łajdackie nasienie? Spędzacie czas na pustych rozmowach i podkradaniu mi wina, 
miast rzetelnie pracować. Już ja was nauczę! Auuu! - moja głowa.... 

O czym to mówiłem?... 
Aha!   Żadnych  dobrotliwych   staruszków   cezarów!   Ani   szlachetnych   młodzieńców!   Moja 

nieszczęsna głowa. Tylko senat jest wielki wielkością rzymskiej republiki i tylko demokracja ma 
przyszłość.....i lud.....

O czym to mówiłem? Milczeć pokraki!.
Wielkimi byli Grakchowie, przyjaciele ludu....
A   jakże   wielkim   jawi   się   dziś   Brutus,   czy   też   Kasjusz   Cherea?   Milczeć   wy  pokraki! 

Głowa...Ach moja głowa...Tylko lud rzymski... O czym to mówiłem?...

Jeśli wczorajsza chłosta was nie nauczyła, nauczy was dzisiejsza, jak sądzę. O moja głowa...

Równie chwiejnie wychodzi.

Tersytes po chwili: Nasz pan i władca powlókł się do łaźni szukać natchnienia. Mamy trochę czasu 

5

background image

nim go tam do porządku jakoś doprowadzą. Swoją drogą staje się coraz bardziej radykalny.

Ksenofont: I nieostrożny. Pochwała Brutusa, czy wynoszenie zasługi Kasjusza, mimo upływu czasu 
nie są zbyt roztropne.

Herodot: Lecz jak to wytłumaczyć temu pijanicy. Uszczęśliwiony przyjaźnią z wielkimi, sam się już 
poczuł wielkim. Lecz chyba przecenia wsparcie Pliniusza i wpływy Klarusa. Wszystko to do czasu, 
wszak wszelka władza cesarzy wprost się wywodzi z julijskiego rodu. A prędzej, czy później, ktoś 
zauważy te dziwną sympatię do zabójców cezarów... 

Ksenofont  wchodząc mu w słowo: I ten resentyment do nieistniejącej, zawsze marzonej, wielkiej 
republiki. Do tej mitycznej równości obywateli rzymskich, której nie było, nie ma i nie będzie. 
Chyba że, za równość uznamy prawo do bezpłatnej, codziennej michy egipskiego zboża i prawo do 
darmowej, okrutnej rozrywki, ów chleb i igrzyska. Aż plecy mnie dziś bolą od owej równości 
rzymskiej i od tej rozrywki.

Tersytes: Boś źle odcyfrował światłe wskazówki naszego pana, władcy naszych pleców. Co cię 
podkusiło,   by   dyskutować   o   ekonomice,   o   tym,   że   pusty   skarbiec   napełnił   Tyberiusz,   że 
darmozjadów trzymał w miarę krótko? On wie lepiej co chce napisać i co nam do tego. A plecy, my 
- najsłabsi, wszyscy mamy równe, o czym dobitnie nas wczoraj przekonał. Dla nas wszystko jedno, 
czy   nas   wychłoszcze   zacna   republika,   krwawy   dyktator,   czy   też   boski   cezar.   Bity,   Grek   czy 
Rzymianin, jest po prostu bitym.

Herodot: Cierpliwości! Mam pewien pomysł, jeśli mi pomożecie na pewno się uda, choć nasze 
plecy wciąż jeszcze sporo będą znieść musiały.

Tersytes: No - to genialne! Wszystko kosztem pleców!

Ksenofont: Daj mu dokończyć, bo i mnie coś świta!

Herodot:   Nasz   pan   i   władca,   zadufany   w   sobie,   jest   zwolennikiem   rzymskiej   republiki, 
niepodważalnych   praw   ludu   rzymskiego   i   światłych   rządów   rzymskiego   senatu.   Tak   jakby 
zapomniał, że Rzymem włada cesarz, następca cezarów. Tak, jakby zapomniał, ze ten rząd cezarów 
miał za swych wrogów właśnie republikę i, że za nic miał prawa, i lud, i rządy senatu; że nimi 
wszystkimi równo pogardzał, przyznam – sprawiedliwie i z pewnością bardzo demokratycznie, nie 
wyróżniając zbytecznie nikogo. Że ten cesarz, ma swoich zauszników, którzy wciąż pilnują tych co 
zbyt niepokorni.  A ci co pilnują, pilnują także swojej miski i ochłapów, które spadają z cesarskiego 
stołu, a ochłap jest tym większy - im lepiej pilnują. Wilcze prawo tej wilczej republiki potomków 
wilczycy....

Ksenofont  wpadając mu w słowo: ...A spadkiem,  czy też może  najmocniejszym fundamentem, 
przezacnej, rzymskiej, świętej republiki, był zacny donos....Fe! Jak brzydkie słowo!... Było to raczej 
święte   dopełnienie,   obywatelskiego,   przenajświętszego   z   mocy   prawa   obowiązku.   Opłacalnego 
zresztą   -  wszak   za   donos,  delator   zyskiwał   szacunek   władzy  i   udział   w  majątku   oskarżonego, 
słusznie czy niesłusznie. Nawet niewolnik, a ten, dodatkowo, zyskiwał wolność.

Tersytes: A więc radzisz nam donieść? Na Swetoniusza? Lecz jak i do kogo? Jak źle trafimy, to nie 
ocalimy, nie tylko skóry, ale i głów pewnie.

Herodot: A po co brudzić ręce parszywym donosem? Niechaj ten pyszałek sam doniesie na siebie!

6

background image

Ksenofont: Rozumiem doskonale, wystarczy wypełniać jego „światłe wskazania”, ściśle, co do joty. 
Wszak nie wytrzyma, by się nie pochwalić, że w dziele swoim przemyślnie przemycił, sprawnie 
ukryte,   niepoprawne   treści,   że   jego   celem   przywrócić   na   zawsze   chwałę   i   wielkość   rzymskiej 
republiki. A w domyśle - podważyć władzę wszechmocną uzurpatorów i stworzyć podstawę wprost 
do jej obalenia.

Tersytes: Problem nie w tym jak zrobić, lecz zrobić bezkarnie. Mówcie sobie co chcecie, ale moje 
plecy wciąż mnie napominają. To czas teraźniejszy, trzeba pomyśleć o tym co się stanie, gdy nam 
już zabraknie czułej opieki pana, Swetoniusza, świetnego literata, źrenicy prawości, wiekopomnego 
prawdy   historyka,   piewcy   wielkiego   Rzymu,   maluczkich   opoki.   Co   będzie   gdy   go   zbraknie? 
Myślicie już o tym?

Herodot: Cóż, trzeba wykonać kilka maleńkich ruchów. Tersytesie! Bądźże nam tak uprzejmy , 
zorientuj   się   proszę,   ale   bardzo   dyskretnie,   kto   z   światlejszych   Rzymian,   potrzebuje   sług 
skromnych, wiernych, mądrych i piśmiennych. Nas tu mam na myśli. Zadziałaj poprzez sługi, takie 
jak   i   my  niegodne.   Daj   do   zrozumienia,   że,   niedługo   być   może,   będziemy  na   sprzedaż,   i   po 
przystępnej cenie. Że sprawa będzie głośna, musimy też zadbać, by winą Swetoniusza nie obciążyć 
siebie – wszak nikt nie kupi sługi, co pogrążył pana. Tu o naszą wiarygodność zadba sam pan 
Swetoniusz, bo na ile znam go, jako genialny autor będzie wszem rozgłaszał, że każde słowo jego 
wiernie zapisano. A nasze plecy są tego świadectwem. My będziem na sprzedaż, a sługi podszepną 
swemu panu kiedy trzeba, to co potrzeba i tam gdzie potrzeba. 

Ksenofont: W tym co piszemy - też musimy zważać, aby zapewnić sobie alibi dość pewne. Tutaj 
nam się przyda Herodotowe miłowanie prawdy, co tak niemiła jest Swetoniuszowi. A więc – do 
pracy! Okrutny Tyberiusz nawet za dary z serca też odpłacał śmiercią. Zagląda w wyciągnięty ze  
sterty dokument. Mamrocze pod nosem coraz ciszej  
Jest tu właśnie przypadek pewnego rybaka 
który...

Zaaferowani znów zajmują się dokumentami. Zmiana sceny – Tyberiusz i Kaligula.

Kaligula: Krzyki mnie jakieś zbudziły o świcie, rwetes, zgiełk, bieganina, a gdy rano wstałem, przed 
mymi drzwiami zobaczyłem straże. Bardzo uprzejme, lecz zdecydowane, by nie wypuścić mnie z 
mego pokoju. Potem dość cicho znikły. Czyżby coś się stało?

Tyberiusz: Nic szczególnego, ani nic takiego, czego bym nie przewidział znacznie wcześniej. Ot, 
ubogi rybak, chciał cesarzowi wręczyć podarunek.

Kaligula: I stąd te straże, i wrzawa, i zamęt? O ubogiego śmieszny dar rybaka?

Tyberiusz: Tak, dar największy chciał mi ofiarować – dar szybkiej śmierci. Szybkiej i niechybnej.

Kaligula: To niemożliwe! Jak to? W jaki sposób? Kto na tej wyspie byłby się ośmielił?

Tyberiusz: To ukochany Rzym znowu się zbudził. A raczej ta część jego, co tak pragnie władzy, że 
martwej republiki wciąż wskrzesza utopię. Dowiem się szybko poprzez moich szpiegów kto za tym 
stoi, lecz jak się domyślam, to, tak jak i zawsze, ślady zawiodą prosto do senatu. Na pomysł Sejana, 
ten zamach byłby po prostu za głupi, zbytnio naiwny, za nic subtelności. Choć nie wykluczam i jego 
udziału, albo raczej, milczącej, cichej aprobaty. Nie! To raczej dzieło, któregoś z naszych, pysznych 
senatorów.

7

background image

Wszak już poznałeś dobrze tę posiadłość, czy też mą twierdzę raczej, na niedostępnym cyplu 

osadzoną. Wysokie ściany klifu podwyższają mury tego co zwiemy willą Tyberiusza, jedyne wąskie 
wejście jest od strony wyspy i bardzo dobrze obsadzone gwardią. Jednak tą drogą wejść on nie 
zamierzał,  mętnie tłumacząc, że bał się Germanów – dlatego wybrał klif i ślepe mury. Nikt o 
zdrowych zmysłach nie podjął by się wspinaczki tą ścianą, a ten ubogi rybak jednak się odważył, 
dźwigając   jeszcze   olbrzymią   langustę,   bezpiecznie   zawiniętą,   w   wyplatanym   koszu.   Wybrał 
najbardziej niedostępne miejsce, mylnie mniemając, że będzie bez straży. I to niegłupio nawet było 
pomyślane, lecz mądry strateg by na to nie liczył. Więc nie wojskowy zamach ten planował, za to 
ktoś, kto znał dobrze rozkład całej willi, a może nawet był tu osobiście. Sam nieraz sprawdziłeś, jak 
dobrze i dyskretnie ukryte są straże. Nie jestem tak naiwny, żeby się spotykać z obcymi ludźmi bez 
zabezpieczenia, lecz nie mam także zamiaru ich straszyć. Sam wiesz najlepiej ilu, jakich gości 
przeszło poprzez te sale w czas twego tu pobytu. Ilu mędrców, prawdziwych i fałszywych, ilu 
filozofów, astrologów, wróżbitów, artystów, żołnierzy? Ilu mych sąsiadów, prostych mieszkańców 
wyspy? Tym ufam najbardziej, o ile w cesarstwie można jeszcze obdarzać kogoś zaufaniem. Na tym 
najmocniej potknął się zabójca. Wyspa jest zbyt mała, żeby nie poznać wszystkich jej mieszkańców, 
więc moi gwardziści, z miejsca w rybaku poznali obcego. Mocno się nawiosłował w tej swojej 
łódeczce, by tu dopłynąć.

Kaligula: Czy go przesłuchano?

Tyberiusz: Miano przesłuchać go w mej obecności i nawet przesłuchanie już się rozpoczęło, gdy się 
uparł, aby mi wręczyć ten dar swój – langustę. Wielką i żywą. Tu się znowu zawiódł, gdyż nigdy i 
niczego nie biorę z rąk obcych i zachowuję też bezpieczny dystans. Wszak nieraz sam widziałem 
jak w bitewnym szale ludzie potrafią zabić gołymi rękami. Więc mu nie pozwolono ni podejść, ni 
wręczyć. Wtedy to jeden z moich gwardzistów miał nieszczęście wyjąć z kosza langustę kalecząc 
się przy tym. Zmarł szybko i okrutnie od jadu na kleszczach.

Kaligula: Od kiedyż to langusta bywa jadowitą?

Tyberiusz: Odkąd w Rzymie poznano moc trucizny - twój ojciec to sprawdził. To Rzym najbardziej 
bywa   jadowity.   I   nie   trzeba   być   znawcą   trucizn   –   wystarczy   posmarować   złotem.   To   jad 
najskuteczniejszy, lecz przyznam – nie tani. 

Skaleczony  gwardzista   zdążył   jeszcze   z   furią   rzucić   tym   skorupiakiem   prosto   w   twarz 

rybaka. Też go skaleczył, bardzo nieszczęśliwie, bo tak zakończył całe przesłuchanie. Langusta 
zdechła także, a teraz mój lekarz, bada jaką trucizną powleczono kleszcze. Zawsze warto poznać 
nową truciznę, znaleźć antidotum - jedno i drugie może być potrzebne w mym ukochanym Rzymie. 
Oto i wszystko, tyle, że na czas jakiś straciłem apetyt na wszelkie dary i owoce morza.

Kaligula: Dość lekko to traktujesz!

Tyberiusz: Bo tych zamachów było już dość dużo, więc się z ich trybem zdążyłem oswoić. Był już 
filozof, który w fałdach togi wniósł ostry sztylet – nie zdążył go użyć. W Rzymie poszła plotka, że 
go zabiłem z powodu zawiści – mało kto uwierzył, bo nazbyt marnym był też filozofem. I był 
wróżbita, który usiłował zepchnąć mnie z tejże skały, którą wspiął się rybak. Mocno się przeliczył, 
bo nie tak łatwo popchnąć jest żołnierza. Sam spadł nieszczęśnik i na śmierć się zabił, ale poszła 
fama, że go zabiłem z powodu złej wróżby. Nigdy nie było tak samo dwa razy i tylko jedno ciągle 
się powtarza: zamiar zabójstwa i śmierć zamachowca. Stropy Spelunki także nie upadły same tak 
dziwnie w porę. Przedziwny przypadek - starczyło obluzować kamień u zwornika stropu. Zaczyna 
to być nudne.

Kaligula: Skąd biorą ludzi do zamachów skoro to śmierć pewna? 

8

background image

Tyberiusz: Skąd biorą się głupcy, nikt pewnie nie powie, tu i filozof nie zna odpowiedzi. Każdy na 
coś wszak liczy.  Jednego skusi zwodniczy blask złota,  innego sława, jak Herostratesa, jeszcze 
innego słodki smak wolności – mieliśmy tutaj paru gladiatorów, tym przypuszczalnie był też i ten 
rybak. Inny w trosce o bliskich podejmie się sprawy, szantażowany, lub też bardzo chcący byt im 
przyszły   zapewnić najprostszym sposobem. Jeszcze inni - w imię tradycji rzymskiej republiki. 
Wszystkich ich można zrozumieć i niektórym współczuć. Można też i należy podziwiać odwagę z 
jaką podjęli to trudne zadanie, lub ubolewać nad ich zadufaniem i głupotą. Najgorsi i najbardziej 
godni potępienia są ci, co ich na pewną śmierć posyłają w imię złudnej idei równości, w imię praw 
ludu, w imię republiki. Bo sami już nie wierzą w żadne ideały, a swą publicznie obnoszoną troskę o 
ten lud rzymski i o republikę, traktują jedynie jako zwykłe narzędzie do zwodzenia naiwnych. I 
takich znajdują. Tych mecenasów właśnie, bez zbędnych wyrzutów sumienia, można  spokojnie 
wysłać na Gemońskie Schody.

Skrybowie nad dokumentami.

Herodot: Jakże się różnią owe rzymskie dzieje, spisane przez najlepszych rzymskich historyków, od 
naszych greckich. Czyżby byli inni i ci co żyli, i ci co ich czasy tak pilnie opisali? Czyżby dawni 
Grecy tak się wpatrzyli w eposy Homera, że tylko ich bogowie tak byli podli, rozpustni, okrutni, że 
już dla zwykłych ludzi nie starczyło przywar? Czy sami Rzymianie, w te same przecież zapatrzeni 
strofy,   pozazdrościli   bogom   ich   występków?   A   może   pomyśleli,   że   ich   naśladując,   sami   będą 
bogami, albo bogom równi?

Ksenofont: Nie lepsi pewnie byli Grecy, przynajmniej na codzień, choć czasem się wznosili na takie 
wyżyny, które i dzisiaj ogarnąć nam trudno. Na pewno mieli lepszych dziejopisów – wystarczy 
wspomnieć   naszych   imienników.   Któż   dorówna   cudownej   prostocie   Anabazy,   czy  szerokiemu 
spojrzeniu w relacji z wojny peloponeskiej. Jak mało tam stronniczości tak częstej u Rzymian. Jak 
brak w nich jest grzebania się w brudach intymnego życia, jak mało tam przesądów, wróżb, guseł, 
prywatnych   porachunków,   oszczerstw,   trucicielstwa.   Tanich   sensacji   i   plotek   z   bazaru.   Jakimi 
barbarzyńcami jawią się nam ci panowie świata, choćby u Tacyta. Tego samego, co za wzór i 
przykład stawia go nam Swetoniusz.

Tersytes: Która z tych wersji historii jest lepsza? Grecy wszak także kłamią, skrzętnie zatajając, 
bądź lekceważąc, łagodnie traktując, grzechy i grzeszki swych drogich współczesnych. A tamci 
znowu mówią sporo prawdy, odsłaniając w swych dziełach właśnie to, co w Rzymianach było 
najpodlejsze.   Nawet   jeżeli   mocno   przesadzają,   jeśli   to   nawet   obraz   zbyt   stronniczy,   plotki, 
zmyślenia, zwyczajne potwarze, to jest to Rzym ich czasów. Takim go widzieli.

Ksenofont: Lub chcieli widzieć.

Herodot:   Lub   chcieli,   by   tak   właśnie   widzieli   współcześni.   A   zwłaszcza   politycznych   swoich 
przeciwników, lub przeciwników swoich mocodawców. Historia zawsze była do kupienia, albo 
sprzedania.

Tersytes: Cóż! Raczej nie historia, ale historycy, zwłaszcza ci prawdomówni – wszystko kwestią 
ceny!

Ksenofont: Ale istnieją wszak fakty niezbite. To i to, tu się stało, wtedy, z takim skutkiem. Tego 
nikt nie podważy,  są przecież zapisy, dokumenty, pomniki, świadectwa, relacje.

9

background image

Herodot: O naiwności! Gdzieś,  kiedyś czytałem,  że żył  faraon, nawet mądry człowiek  i niezły 
władca, ale się naraził wielkim i możnym tego swego kraju..Po jego śmierci skrzętnie wymazano na 
wszystkich   ważnych   dokumentach   własne   jego   imię;   skuto   dokładnie   napisy   na   skałach   i 
zabroniono   to   imię   wymawiać,   a   jego   czyny  przypisano   innym.   I  tak   zniknął   z   historii.   Nikt 
naprawdę nie wie, czy kiedykolwiek istniał.

Tersytes: Na szczęście istnieją wrogowie i ci nie zapominają niczego i nigdy. Czas kiedyś zapewne 
znienacka nam odsłoni zapomniane imię, sławę i czyny. Właśnie w pieśniach wrogów.

Herodot: Tylko, czy wróg to imię obdarza sympatią. Mało prawdopodobne, by wysławiał tego, 
którego   nienawidzi.i   żeby  prawdziwie   oceniał   jego   czyny.   Czysto   i   bezstronnie.   A  potomni   tę 
właśnie wersję przyjmą z dobrą wiarą, szczęśliwi, że znaleźli nowy fakt w historii.

Tersytes: Nie omieszkając wszakże wykorzystać, jego przykładu dla swych własnych celów. I tak to 
właśnie tworzy się historia. Zawsze poprzez obecne własne doświadczenia i przekonania, poprzez 
własne spojrzenie.

Ksenofont:  I zawsze wybiórczo! Kto nie zechce uwierzyć w tego faraona, z takich czy innych 
przyczyn, powie, że nie istniał. Że to tylko legenda, mit, pieśń fantastyczna, zmyślona bajka, żeby 
straszyć dzieci. A jeśli będzie to sławny uczony, sprytny polityk, czy też silny władca, zawsze 
będzie mógł swą opinię narzucić ludziom maluczkim. I chętnie uwierzą. Kogóż obchodzą w końcu 
przeszłe dzieje, jeśli w obecnych niczym nie usłużą.

Herodot: Chyba, że prawdzie.

Tersytes: Ale cóż jest prawda?

Ksenofont: To co w czasie przetrwa.

Zmiana sceny. Tyberiusz i Kaligula.

Tyberiusz Niezbyt wiele nam czasu zostało Gajusie. Jestem już stary, zbyt stary by dokończyć co 
zaplanowałem: drogi, mury, ludzi. Tych ostatnich budować najtrudniej. Człowiek nie jest i nie był 
zbyt wdzięcznym tworzywem. Mały błąd w obliczeniach i zwali się wszystko niczym amfiteatr 
Atyliusza   w   Fidenach.   Lecz   całość   zadania   tkwi   w   fundamentach   –   gdy  te   są   solidne,   każdą 
budowlę można odbudować. Jak mi się wydaje, te które stworzył Sulla, Cezar i Oktawian, jeszcze 
wzmocniłem, ale kształt budowli, która się wzniesie na tych fundamentach jest nie do przewidzenia. 
Tak mi się wydaje. Może to być wspaniały gmach co przetrwa wszystkie burze dziejowe i trzęsienia 
ziemi, a może też być zwyczajna atrapa, dekoracja z teatru, albo lichy barak. Wszystko dziełem 
przypadku, albo dziełem bogów. O ile jeszcze w nich wierzysz.

Kaligula: Skąd ten pesymizm, wszak nie jesteś znowu tak dużo starszy niźli miesiąc temu, rok, dwa, 
czy też lat kilka. Jeszcze tydzień temu zdradzałeś dużo więcej entuzjazmu.

Tyberiusz.   Bo   nagle   spostrzegłem,   że   czas   mi   wciąż   przepływa   pomiędzy   palcami.   Że   ucieka 
jałowo, że ciągle marzenia tkwią nieruchomo w linii horyzontu i nawet na krok nie są dla mnie 
bliższe.   Że prędzej  czy później,  śmierć   mnie   zaskoczy nagle,  niespodzianie,  pośród  odległych, 
niespełnionych   marzeń.   I  nie   jest   już   ważne,   że   całe   me   życie   było   przygotowaniem   do   tego 

10

background image

momentu, bo śmierć jest zawsze nagła i przedwczesna.

 Najgorsze w tym wszystkim, że wciąż nie jesteś gotowy by rządzić. Jesteś zbyt niecierpliwy 

i ciągle zbyt młody. Próbowałem cię uczyć tego co sam umiem i o czym marzę, lecz ciągle dziwne 
odnoszę wrażenie, że to wszystko za mało,  że zabraknie czasu, że nie zdążę przekazać rzeczy 
najważniejszych, i że w istocie nie wiem co naprawdę ważne. 

Ale to już twój problem i twoje zmartwienie. Chciałbym jeszcze przed śmiercią ujrzeć moje 

miasto. Mój Rzym. W istocie obcy mi i wrogi, lecz ciągle ukochany. Zrobiłem co mogłem, by 
Rzymem objąć wszystkie inne miasta, rozrzucone po krańcach całego imperium. Nie, żeby Rzym 
się stał imperium, lecz żeby imperium stało się właśnie Rzymem. A jeśli, choć w części, ten zamiar 
mi się udał – to umrę spokojny.

Kaligula: Jeszcze  dość czasu pewnie pozostało,  nawet jeśli  nie byłem nazbyt  pilnym uczniem. 
Słuchałem cię uważnie i będę się starał nic nie czynić pochopnie, wszak te lata, spędzone tu na 
Kapri, już mi co nieco dały. Prawda, że na świat trochę inaczej spoglądam, co nie znaczy, że jestem 
całkiem pewny swoich racji. Nie jestem także całkiem pewny twoich. Lecz staram się zrozumieć, a 
to chyba dużo?

Tyberiusz: To bardzo dużo, ale czy wystarczy? Może to wystarczyć, by zaplanować bitwę - ale by ją 
wygrać? Wciąż masz podejście nazbyt osobiste, nazbyt ufne, emocjonalne i niezbyt dojrzałe. No i 
czy mamy te same marzenia? Mój Rzym i twój - to mogą być odrębne światy. Lecz to już nie moje 
zmartwienie – zdam się na los i bogów, kimkolwiek by byli. Mam tylko nadzieję, że moja starość 
jeszcze  mi  pozwoli ujrzeć Rzym,  choćby z daleka. Wszak jednak marzenia  zawsze są dalekie. 
Inaczej przestają być marzeniami.

Zmiana sceny. Skrybowie - podekscytowani.

Ksenofont:   Odpisy   pierwszych   fragmentów   naszej   pracy   już   wywołały   burzę   i   powszechny 
wzbudziły entuzjazm. Są rozchwytywane, a nasz wielki chlebodawca puchnie z dumy.

Tersytes: Słyszałem na targu, jak nawet prości ludzie komentują dzieło.

Herodot:  Którego  z  całą  pewnością  nie  znają, a  treść  którego  jest  im  przekazana  przez  takich 
samych nie znających pisma. Ile odpisów zdołano dokonać i ile w końcu zdołano przeczytać? Kogo 
obecnie jeszcze stać na książki? Zwłaszcza tych co potrafią samodzielnie myśleć.

Ksenofont:   Trzeba   docenić   wielką   siłę   plotki.   Ta   popularność   jest   po   naszej   myśli.   Zacny 
Swetoniusz wszem i wobec głosi, jakie to wielkie sprokurował dzieło, jak śmiało atakuje zmurszały 
porządek, z jaką niezwykłą, niezłomną odwagą przedstawia najciemniejsze i skryte strony z życia 
wielkich. A tłum bezmózgi chętnie podchwytuje każdą aluzję, chociaż z trzeciej ręki.

Tersytes: Głęboko w nosie ma też całą prawdę, której namiętnie wymaga Herodot. Żąda sensacji, 
kiczu, pornografii, a tej Swetoniusz dostarcza obficie.

Ksenofont: My dostarczamy! W naszym własnym celu, a wielki pan nasz jest zadowolony z blasku 
swej chwały - już mówią po kątach, że to historyk większy od Tacyta.

Herodot: Co nie jest fałszem, bo jeszcze dokładniej i częściej niźli Tacyt rozmija się z prawdą. Któż 

11

background image

od nas lepiej zna to i rozumie?

Do Tersytesa.

A nasze sprawy jak tam? Czy się rozejrzałeś wśród potencjalnych kupców naszych cnych 

talentów? Wypadki szybko nabrały rozpędu i oby tylko nas nie wyprzedziły. I nasze dzieło zbliża 
się do końca, więc trzeba zadbać o szczęśliwy finał. Przynajmniej dla nas.

Tersytes: Cóż moi kochani - zainteresowanych więcej niż myślałem. Tą naszą skromną, kupiecką 
ofertą, jak też upadkiem rychłym Swetoniusza. Klarus też ma wrogów. A kilka ofert jest wprost 
wymarzonych.   Już   wstępne   prowadzę   rozmowy,   które   jak   sądzę,   dość   szybko   zakończę.     Ale 
uwaga!!

Nadchodzi Swetoniusz:

Swetoniusz (jowialnie); Wspaniale i cudownie moi drodzy słudzy! Ba! Przyjaciele! Mogę was tak 
nazwać? To także waszej pilnej pracy cząstka jest w moim powodzeniu. Onegdaj sam Klarus, gdym 
czytał na przyjęciu fragment o Klaudiuszu, orzekł iż jest to wiekopomne dzieło, a zgromadzeni 
goście hucznie bili brawo.

Milknie oczekując na wyrazy wdzięczności i uznania. Nie doczekawszy się, ostro:

Tyle pochwały. Lecz mam parę uwag, które, choć oczywiste, pragnę wam przypomnieć - nie 

ważcie się kalać świętej pamięci rodu Antoninów. Wara wam ich tykać! Także Flawiuszy traktujcie 
oględnie, niezbyt udany był ten fragment, który złożyliście o Domicjanie. Niezbyt rozważnie już go 
odczytałem, choć w szczupłym gronie. Zbyt późno by wycofać powiedziane słowa bez głupich 
zarzutów o słabość i tchórzostwo - tak by wyglądało, że ja się boję władzy. 

Zastanawia się głęboko.

Ale   wszak   następcą   Domicjana   był   Nerwa,   który   usynowił,   jakże   szczęśliwie   nam 

panującego, bystrookiego, boskiego Trajana, a ten Hadriana znowu usynowił, który szczęśliwie 
teraz nam przewodzi, oby na wieki sławne jego imię.  Trochę więc niezręcznie byłoby rzucać cień 
nawet nieznaczny na panowanie Nerwy. Chociaż z drugiej strony, kontrast pomiędzy pierwszym 
cezarem z rodu Antoninów i ostatnim cezarem z rodu Wespazjanów, to pomysł   jest ciekawy i 
inspirujący.

Zamyśla się, po czym zdecydowanie:

Nie! Nie tykać Nerwy! Nie tykać Antoninów pod żadnym pozorem! Lecz żywot Domicjana 

można   jeszcze   głębiej   uzupełnić   o   wszystkie   jego   mroczne,   podłe   sprawki,   ludu   nienawiść   i 
wzgardę senatu. I na tym skończyć! To będzie ten kontrast.

Zwraca się do skrybów.

Zadanie jasne - a teraz do pracy!

Wychodzi.

Tersytes  (upewniając się że Swetoniusz już wyszedł i zniżając głos): Co za odwaga gdy idzie o 
przeszłość. Zwłaszcza o tę najdalszą. Jak on pięknie mówi o okrucieństwach Sulli, szlachetności 

12

background image

Grakchów. Jeszcze piękniej by mówił i o Peryklesie, gdyby coś o nim wiedział. Im dalsza historia 
tym łatwiej o niej pisać i twardo niepodważalne ogłaszać wyroki, lecz gdy współczesność przyjdzie 
opisywać   trzeba   się   liczyć   z   konsekwencją   słowa,   tak   nieopatrznie   wypowiedzianego.   Ci   co   u 
władzy - bywają wrażliwi, a ich riposty niezbyt delikatne. Do pracy zatem, wszak to my, nie oni, 
tworzymy dziś historię, która już od jutra będzie obowiązywać. (Ironicznie) Zadanie jasne - a teraz 
do pracy!

Zmiana sceny. Kaligula i Druzylla.

Druzylla: Coś mój braciszku smutny dzisiaj jesteś. Coś ci dolega?

Kaligula: Znam ja to spojrzenie, takie czułe, niewinne i pełne współczucia - to twój wstęp stały do 
leciutkich szyderstw, cierpkich wymówek i nudnych pouczeń. Czym się omylił?

Druzylla: Ależ nie, o boski!

Kaligula: Bardzo cię proszę - tylko bez ironii! Już  mi  Tyberiusz  to słowo obrzydził,  choć dla 
maluczkich bywa pożyteczne, daruj więc to sobie! Wiem co chcesz powiedzieć: że nie dorosłem do 
pełnionej roli, że częściej bywam w stajni niż w senacie, że bardziej lubię konie niż woźniców, i że 
bardziej   współczuję   bezmyślnemu   wołu,   niżeli   rzezakowi,   co   powinien   myśleć.   To   wszystko 
prawda.

Druzylla: Więc co chcesz z tym zrobić?

Kaligula: Tak jak dotychczas - nic.

Druzylla: Po Rzymie jednak gęsto krążą plotki, co nawet wbrew mej woli trafiają w me uszy. A 
bardzo są to podłe i oszczercze plotki.

Kaligula: Nie plotek się boję, ale tych co je tworzą i w obieg  puszczają między tłum żądnej sensacji 
gawiedzi.   Bo   choć   od   słów   do   czynów   daleka   jest   droga,   to   jednak   słowa   mówią   o   czynów 
zamiarze. A to źle wróży mnie i moim bliskim. Także i tobie.

Wciąż   jestem   grzeczny,   posłuszny,   pokorny.   Z   uwagą   słucham   pustych   rad   senatu,   z 

szacunkiem wysłuchuję bredni senatorów, słuchających w zachwycie swych własnych przemówień, 
napuszonych   i   tępych.   Jakże   mnie   to   nudzi!   Lecz   daję   także   im   sporo   zarobić,   tak   samo   jak 
ekwitom. I udaję, że wierzę w ten natrętny pozór szlachetnej republiki, rzymskiej demokracji, gdzie 
w istocie,  wszystko już  tylko  sceną, okrutną  i bezduszną  niczym  ich  igrzyska. Ale też  w tym 
wszystkim próbuję czynić co do mnie  należy, choć ciężko mi  to idzie.  Zgodnie z zaleceniami 
mojego mentora - czekam. I robię swoje, choćby z wielkim trudem. A zmartwień nie brakuje.

Druzylla:  O biedny braciszku.  Czy się nie nazbyt  mocno  nad sobą rozczulasz?  Na razie masz 
popularność jakiej dotąd nie zdobył nigdy  nikt przed tobą. Tłumek cię uwielbia, delatorzy spuścili 
jakby trochę z tonu, a ta banda staruszków nazwana senatem, prześciga się w pochwałach, a nawet 
handlarze i poborcy podatków, zwani ekwitami, cieszą się z twoich rządów. Jeszcze ci za mało? A 
że   cię   nudzą?   Znajdź   sobie   rozrywkę,   masz   przecież   niźli   oni   większe   możliwości.   Baw   się 
spokojnie, a choćby i nawet, mało dostojnie! Wszystko ci darują. A zawsze możesz się wypłakać 
przed swą siostrzyczką, maleńki braciszku.

Kaligula:   Za  grosz   szacunku   dla   władzy  cezara.  To   co  mówisz   w  tej   chwili   -  to   właśnie   jest 

13

background image

zbrodnia.   Zbrodnia   obrazy  mego   majestatu   i   powagi   urzędu,   tudzież   republiki.   Nie   mówiąc   o 
obrazie sklerozy senatu, która jeszcze surowiej winna być karana. Lecz mówiąc poważnie, jestem 
dziś  rzeczywiście  trochę przygnębiony. Twe siostry nieustannie  sprawiają kłopoty, a raczej  ich 
mężowie. Jeszcze parę spisków, do tego nieudolnych, a będę zmuszony ukarać je naprawdę. Serio, 
nie na żarty. Tak mało w naszym świecie pozostało ze szlachetnego rodu Germanika i można było 
myśleć - wspierać się będziemy w każdej, najgorszej nawet sytuacji. One jednak, co bardziej głupie 
niż szlachetne, wolą ufać swym mężom, w dobrym i mniej dobrym. Godna pochwały lojalność - 
tyle, że nie wobec mnie. I to mnie martwi.

Druzylla:   Bardziej   jest   to   naiwność   niżeli   zła   wola.   Niewiele   rozumieją   z   świata   polityki   bo 
wychowane były w innym świecie. Watła to obrona., ale też nigdy nie byłam w palestrze.

Ja też muszę ci przykrość wyrządzić braciszku i kłopot sprawić. Możesz mnie ukarać bo 

przekroczyłam stare rzymskie prawa, któreś tak twardo dotąd egzekwował. Oto, choć już od dawna 
jestem niezamężna, niespodziewnie spodziewam się dziecka.

Kaligula: Cóż siostrzyczko, bardziej to zmartwienie nie moim, ale jego ojca. I któż nim został w 
szczęśliwej godzinie?

Druzylla: Nic o tym nie wie i nie chcę by wiedział. Wyjechał zresztą do armii nad Renem.

Kaligula: Cóż, nic prostszego - każę go sprowadzić i ślub weźmiecie. Cichy, albo głośny. Już cieszę 
się na głośny - wszak mi nie odmówisz. Ogłoszę święto na całe cesarstwo.

Druzylla: I w tym jest problem, bo kim jest nie powiem. Zbytnio go kocham by na śmierć narażać, 
bo krótko żyją wybrańcy cezarów, a jeszcze krócej członkowie ich rodzin. Dość mi o dziecko 
zmartwień i o jego przyszłość. A mam przeczucie, że o teraźniejszość martwić się bardziej trzeba.

Kaligula: Mam szalony pomysł - ogłoszę cię mą żoną na egipskie wzory i niech ktoś się ośmieli 
osądzać cezara. 

Druzylla: Pomysł zaiste jak zwykle szalony. Może też i realny. Lecz czy nie sprowokuje gwałtownej 
reakcji. Oskarżą cię o próbę pochwycenia władzy na modłę  faraonów i wyklętych królów. Już 
oskarżają. A na dodatek złamiesz rzymskie prawo.

Kaligula: Mnie wszystko wolno. Zawsze wszystko wolno tym, którzy mają pieniądze i władzę. 
Wszak, tak naprawdę, ja stanowię prawo, a nie ta chciwa banda darmozjadów, zwana senatem.

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się podoba ten zamysł. Jak na mnie - to już dawno 

nie drażniłem ni rzymskiego pospólstwa, ni arystokratów. Pobawię się z nimi. Wszak zachęcałaś 
sama do zabawy. To przedni pomysł i zabawa przednia.

Druzylla:   To   nie   zabawa   braciszku,   lecz   życie.   A  czy  zabawa   z   życiem   jest   zabawą?   Parki   z 
pewnością   mocno   się   uśmieją,   lecz   czy   z   uśmiechem   nie   sięgną   do   nożyc.   Boję   się   bracie 
przewrotnego losu, co igra z nami, gdy my z nim igramy.

Kaligula: Nie martw się siostrzyczko! Nie jest ważne, co o nas mówią - byleby mówili. Bać się 
należy - kiedy milczeć zaczną.

Zmiana sceny. Skrybowie.

14

background image

Ksenofont: Nareszcie koniec! Już się dokonało! Swetoniusz w niełasce, a wolność za progiem. O ile 
jest   wolnością   zmiana   właściciela?   Teraz   nam   zostało   małą,   maleńką   chwileczkę   poczekać. 
Napijmy się wina, by odniesione uświęcić zwycięstwo! Tersytes z nas najlepiej zna piwnicę pana, 
więc niech wyszuka wino najprzedniejsze. Jutro ją zlicytują, więc szkoda by było, gdyby trafiło w 
gębę jakiegoś prostaka. Cieszmy się  panowie!

Tersytes: Lecz coś Herodot nam dziwnie milczący, jakby nie cieszył się z bliskiej wolności. Na ile 
znam go, ciągle ma skrupuły i to radość mu psuje.

Herodot: Trudno mi nie myśleć o losie Swetoniusza, Klarusa i innych. Czy w naszym działaniu nie 
posunęliśmy się zbyt daleko? To oskarżenie, które przeciw niemu tak gorliwie wniesiono, nie jest o 
jakieś drobne przewinienie, ale o zdradę stanu! Drogo mu przyjdzie zapłacić głupotę. A jeszcze 
innych pociągnął za sobą.

Tersytes: O co ci chodzi? Wszak na przesłuchaniu samą prawdę mówiłeś - tak cenną dla ciebie. Nic 
nie ubarwiałeś. I wszystko z dobrej woli, bez żadnych nacisków, nawet nas nie straszono przecież 
torturami, co zwykłą sprawą jest w takich przypadkach. Swetoniuszowi wszak się należała surowa 
kara za własną głupotę. Za grafomanię i za moje plecy.

Herodot:   Na   twoich   plecach,   tak   srogo   skarconych,   dziś   nie   ma   nawet   śladu,   więc   srogość 
niewielka, a w życiu widziałem o wiele gorszych, okrutniejszych panów. Mogliśmy trafić znacznie, 
znacznie gorzej - Swetoniusz więcej wrzeszczał, niż używał bata. Nawet na jego użycie był nazbyt 
leniwy. Żal mi go szczerze!

To prawda - nie kłamałem w śledztwie, jak czyniło wielu, ale nie w kłamstwie leży nasza 

wina. Tak sądzę. Wykorzystaliśmy naiwność głupca do własnych interesów i własnego celu. To - 
też normalne i zdarza się wszędzie, choć ludzie uczciwi czyn taki potępiają. Nie w tym leży sedno.

Męczą mnie ciągle, nie dając spokoju, zwykłe i proste, najprostsze pytania: Jaki jest koszt 

wolności? Czy wolno nam było zdobywać swą własną, cenną wolność kosztem innego człowieka? 
Ba - innych ludzi! Czy czasem po drodze nie zagubimy czegoś cenniejszego?

Tersytes: Wiem!  Wiem!  Znam tę śpiewkę! Najcenniejsza jest prawda według Herodota. A kto 
nieopatrznie prawdzie się sprzeniewierzy zasługuje na wieczne ludów potępienie. Dziwne pomysły 
w głowie historyka! Gdzie znajdziesz w naszej historii pisanej choć odrobinę prawdy? Wszak z 
uporem muła ciągle ci tłumaczyłem, że nie wiesz co prawda. Że to, co właśnie za prawdę uważasz - 
jest tylko twoim poglądem na prawdę. Basta! Wystarczy! Idę szukać wina. (wychodzi)

Ksenofont:  Przecież  pisaliśmy prawdę. Może nie całą, może ubarwioną, może  jedynie niektóre 
pogłoski i plotki, przecież prawdziwe, ówczesnego Rzymu. Bo plotka, jako plotka, przecież jest 
prawdziwa. Jako plotka jest faktem, rolą historyka jest wszak przytaczać fakty, a fakt plotki, wciąż 
krążący w obiegu, jest faktem prawdziwym.  Gdzie zaprzeczenie prawdy? Dzielisz włos na czworo!

Herodot: Mówisz, że nie kłamiemy. Czym jest przemilczenie, jeśli nie kłamstwem, o ile znasz 
prawdę? Dam ci przykład: Weź choćby dzieje rządów Kaliguli, tak skrzętnie spisywane przez tłum 
historyków,   posłusznych   i   pokornych,   a   zawsze   gotowych   na   skinienie   władzy,   niekoniecznie 
cezarów, lecz tej władzy bliższej! Tej najbliższej pleców, o której wiecznie wspomina Tersytes. 
Weź  dzieje jego wojen, wszak znasz dokumenty co zaginęły ponoć w przepaściach archiwów! 
Wychowany  w   obozie,   w   rodzinie   wojskowej   i   podszkolony  jeszcze   przez   wielkiego   wodza   i 
polityka,   jakim   był   Tyberiusz,   walczył   i   niewątpliwie   odnosił   zwycięstwa.   A   co   znajdziesz   w 
spisywanej historii? Teatralną farsę. Walkę z falami i zbieranie muszli, podstawionych Germanów, 

15

background image

fałszywe   tryumfy,   no   i   niezmienne,   dzikie   okrucieństwo.   To   te   fakty   plotek,   reszta   jest 
przemilczeniem, mimo iż Rzymianie sami twierdzili, że mówiąc o zmarłych, należy mówić dobrze, 
albo wcale. Gdy prawdę przemilczymy - pozostają plotki, fałsze i pomówienia. To one na zawsze 
utkwią nam w pamięci i przenoszone będą w pokolenia.. 

Lecz wracając do nas. Czy, skądinąd słusznie, przemilczając przebiegle naszą własną rolę, 

nasz   skromny  spisek   w  tak   szlachetnym   celu   jak   własna   wolność,   a  to   co   najgorsze   zwalając 
bezkarnie na naiwnego i pysznego głupca, zła sami nie czynimy? Choćby samym sobie? 

Tersytes  (wchodząc z flaszkami w rękach i pod pachą, już lekko podchmielony.): To jest tylko 
środek, wiodący nas do celu. I jak sam mówiłeś - do celu szlachetnego. A tu, przynajmniej dla nas - 
cel uświęca środki. Zresztą nie ma odwrotu, za to jest falerno! Najprzedniejsze! Swetoniusz chował 
je   na   wznosłą   chwilę   świętowania   sukcesu   w   gronie   swych   przyjaciół.   My  nimi   niewątpliwie 
jesteśmy - nam zawdzięcza sukces. Więc śmiało pijmy! I z czystym sumieniem!

Zmiana  sceny. Kaligula   przy  ogniu  płonącego  kominka,  w  błyszczących szatach,  bransoletach,  
klejnotach. Mimo młodego wieku sprawia wrażenie znużonego starca. Rysy twarzy ma zapadnięte,  
skurczone. Pozłacana broda jest zaplamiona, wieniec laurowy na głowie przekrzywiony. Mówi  
głuchym głosem chorego człowieka. Kiedy jednak kpi i planuje nowe posumięcia wobec swych  
wrogów ozywia się i jakby młodnieje.

Kaligula: Dokonało się! Jestem już człowiekiem martwym, jak martwym ten jest, kto ukończył 
dzieło i nic przed sobą nie ma do spełnienia. W walce którą toczyłem odniosłem zwycięstwo, dzięki 
któremu   nic   mi   nie   zostało.   Nawet   nadzieja.   Dziś   znacznie   lepiej   rozumiem   Cezara,   gdy 
osiągnąwszy to co chciał osiągnąć, spokojnie na śmierć wyszedł, pomimo  ostrzeżeń. Może też 
wkrótce czyjaś bezlitosna, ale w istocie litościwa ręka skróci me życie tak mało już warte. Dla kogo 
żyć mi? Gdzież są dzisiaj wszyscy, których kochałem? Było ich niewielu i być może dlatego byli mi 
tak bliscy. Ojciec, który rozumiał co wokół się dzieje i dlatego też zginął, zbyt ambitna matka i moi 
bracia tak śmiesznie naiwni, że dali sie krętaczom wmanewrować w spiski. Wszyscy najwyższą 
cenę   zapłacili.   Za   wierność,   za   ambicję,   czy   też   wreszcie   za   swą   młodzieńczą   bezmyślną 
porywczość. Zapłacili życiem. Każdy za co innego, w imię innej sprawy. Nic nie widząc przed sobą 
prócz  własnych ambicji,  sławy, władzy, bogactwa, nawet nie myśląc  o tym jaka jest ich cena. 
Tyberiusz mi tę cenę jasno uświadomił i ja swe długi spłaciłem z naddatkiem, płacąc ich długi 
także.

Zgodnie z zaleceniami mistrza Tyberiusza ciągle czekałem. Całe dwa długie lata. Być może 

za krótko, ale zbyt wiele nie dano mi czasu. Wznosiłem budowle, kończyłem rozpoczęte przez 
mych poprzedników, tak jak to jest w zwyczaju. Tłum kupowałem tandetą cyrkową, której  od 
dziecka serdecznie nie znoszę, oraz pieniędzmi. Toczyłem też wojny. Nie jakieś wielkie, lecz ważne 
na   tyle,   by   mym   następcom   ułatwić   zadanie.   Byłem   układny,   grzeczny,   sprawiedliwy   -   tą 
układnością kupowałem senat. Nic to nie dało. Zazdrość, chciwość, nienawiść, te najpotężniejsze i 
główne   siły   postępu   ludzkości,   wcale   się   nie   zmieniły,   lecz   jeszcze   się   wzmogły.   Los,   który 
nieubłaganie ciągle prześladuje i niszczy uporczywie całą mą rodzinę, znowu uderzył i nie ma już w 
Rzymie starożytnego rodu Germanika.

Cios przyszedł niespodzianie, jak zawsze przychodzi. Bo, czyż długiego życia spodziewa się 

żołnierz, co nie buławę wodza nosi w swym plecaku, ale ciążący na nim ciągle wyrok śmierci. Ale i 
jego śmierć też zaskakuje, chociaż płacą mu sporo, właśnie za to by nie miał nadziei na ciche, 
długie i dostatnie życie. Lecz cesarz, jeśli tylko jest trochę rozsądny, także nie ma nadziei. Jest 
niczym   gladiator,   który  dzień   w   dzień   idąc   na   śmierć,   wciąż   pozdrawia   widzów.   Ave   Cesar! 
Morituri te salutant!

Ave Cesar. Był upał, w czasie uczty ledwie tknąłem wina, ale ma siostra siedząca po prawej 

16

background image

sięgnęła po mój puchar i wypiła do dna. Na trzeci dzień zasłabła. Trzymałem ją za rękę, mówiła 
cichutko, by sobie z jej słabością nie robić kłopotu, że to przejdzie, że nic jej nie trzeba. Lecz w 
trosce o nią i nienarodzone jeszcze jej dziecko, wezwałem lekarza. Zaufanego starca, co przez lata 
czuwał nad zdrowiem Tyberiusza jeszcze. Ten zaufany, bezlitosny mędrzec rzekł mi bez ogródek, 
że to trucizna, potem dodał jeszcze, że siostra nie przeżyje i, że trzeba będzie za wszelką cenę 
uratować   dziecko.   Ostatnie   dziecko   z   rodu   Germanika.   Trzymałem   ją   za   rękę,   wciąż   była 
przytomna, ze spokojną pewnością, że właśnie umiera. I prosiła lekarza by ratował dziecko, bo ja 
nie   potrafiłem   podjąć   tej   decyzji.   Lecz   ona   ją   podjęła.   Odprawiliśmy   służbę   i   na   zewnątrz 
porozstawiali warty, by nikt nie przeszkadzał. Pozostaliśmy sami: Druzylla, ja, lekarz, nienarodzone 
dziecko i ten zapach śmierci, wciąż nieruchomo wiszący w powietrzu. Trzymałem ją za rękę, gdy 
zgasła cichutko tak jak i żyła. Jedyny powiernik mych trosk i niepokojów. Dziecko też umarło. 
Wypadłem   półprzytomny,   w   zakrwawionych   szatach,   by   wściekłą   galopadą   przez   rzymskie 
bezdroża  zagłuszyć ból  tej  straty. Orzekli  żem  szalony.  I wciąż  mówią  jeszcze,  że ją właśnie, 
Druzyllę, w bezrozumnym  szale zamordowałem własnymi  rękami. Szpiedzy wciąż skrupulatnie 
sprzedają mi wieści, rozpuszczane wśród ludu. Mordercy na mnie palcem wskazali - morderca! I 
powtarzali to w stugębnej plotce. Wkrótce zresztą ja także, zdrowy od dzieciństwa, zahartowany 
życiem obozowym, zacząłem mieć słabości i dziwne ataki. Lekarz mówił, że jest to ta sama trucizna 
co zabiła Druzyllę,, a to, że wciąż żyję, to tylko dlatego, żem ledwie usta umoczył w kielichu. Lecz 
orzekli - szalony! Za mymi plecami, wciąż powtarzali - wariat i morderca. Ja znam mordercę i jego 
przyjaciół.  I przyszło   im   zapłacić  już   wysoką  cenę  za   me   szaleńcze   poczucie   humoru.   Bo  też 
świadomie   zostałem   szaleńcem,   czy   też   szalonym   błaznem   -   wygodne   przykrycie   dla   moich 
czynów, wcale nie szalonych. To tylko chłodna zimna kalkulacja, aby dokonać zemsty i żeby raz na 
zawsze złamać potęgę senatu. Wszak to Tyberiusz jeszcze mnie nauczył chłodno rozważać każde 
posunięcie. A więc na chłodno i po rozważeniu zdecydowałem, że Rzymem w przyszłości, rządzić 
będą wczorajsi jeszcze niewolnicy, synowie wyzwoleńców, wyzwoleńcy sami. Nie ci usynowieni, 
co   zazwyczaj   bardziej   są   Rzymianami,   niż   sami   Rzymianie,   ci   co   tradycje   przybranego   rodu 
pieczołowicie, z troską pielęgnują, co pospolite pośród nuworyszy; lecz ci jedynie zależni od woli 
cesarza, niezależnie jak słaby jest jego charakter.

  I najważniejsze - to odebrać tę władzę senatorom, którą im daje olbrzymie bogactwo, a 

podtrzymuje tradycja i godność, a także najzwyklejsza, przyziemna i nikczemna pycha. Wszakże 
niezasłużona - to ich odległych przodków czyny i zdobycze, niekoniecznie szlachetne i z gruntu 
uczciwe, dały im tę pozycję. Więc, ciągle błaznując, zniosłem wszelkie granice ich upokarzania. 
Odebrałem   to   wszystko   co   im   najcenniejsze.   Niegodny   wielkich   przodków   przestrach   przed 
terrorem, siły do czynu łatwo ich pozbawił. Swym strachem zniewoleni, gotowi na każde, choćby i 
najpodlejsze,   własne   poniżenie,   jeszcze   z   zapałem,   gromko   i   gorliwie,   wciąż   głoszą   chwałę   i 
wielkość cesarza. Mierząc jego osobę swoją własną miarą, sądzą, że go pochlebstwem zdołają 
oszukać, że uległością zdołają ocalić to, co im w mieszkach jeszcze pozostało. Nic z tego! Cesarz 
się pysznie bawi, a bawiąc buduje zupełnie nowy Rzym - na waszą zgubę.

Wchodzi Cezonia ubrana w męską tunikę, jeszcze zdyszana i rozpromieniona. Chociaż jest starsza  
od Kaliguli, wydaje się młodsza, bardziej pełna życia i energii niż on.

Cezonia:   Znowu   cię   naraziłam   na   złośliwe   plotki,   lecz   warto   było!   Zrobiłam   sobie   wspaniałą 
przjażdżkę konno, dookoła bram miasta. Ależ skandal - kobieta w siodle, na czele gwardzistów i to 
w pełnym galopie, miast dostojnie i bardzo wolno, godnie się przemieszczać, w zasłoniętej lektyce! 
Już huczy od plotek i będzie huczeć bardziej.

Kaligula  z uśmieszkiem: Już ja się postaram, by zahuczało w Rzymie jeszcze głośniej. Właśnie 
przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł!

Cezonia: Może być zabawnie! Znam te twoje pomysły!

17

background image

Kaligula wesoło i z ożywieniem: Ten jest wyjątkowy. Powiedz mi, co chce w życiu osiągnąć senator, 
jaką to godność najwyżej on ceni? Jaka to chwała spływa nań z urzędem, że się w jej blasku chce do 
końca pławić? O czym to z dumą jego wnuki i prawnuki powtarzać będą patrząc na kalendarz, czy 
też w zasłużone kronikarskie, zwietrzałe, zmurszałe zapiski?

Cezonia:  Jeżeli   pominiemy  tu  stołek  Cezara,  które  to  miejsce  każdy  pragnie  zająć,  nie bardzo 
wiedząc po co i dlaczego, to chyba tylko w grę wchodzi konsulat. 

Kaligula  z   powagą:   Jak   zwykle   w   samo   sedno   bezbłędnie   trafiłaś!   Zamierzam   Incinnatusa 
mianować konsulem i sądzę, że to honor jest aż nazbyt wielki, mieć za kolegę w pełnieniu urzędu 
kogoś kto tak przewyższa swymi zaletami każdego z wielkich siedzących w senacie. Zwłaszcza 
umysłowymi, choć o to nietrudno - każdy wół ich przewyższa.

Cezonia: Czyżbyś chciał konia mianować konsulem?

Kaligula z kpiną: Pomyśl! Jak będą będą wspominać po latach swego kolegę z czasów konsulatu, 
jego urodę, szlachetność i mądrość. No i, co oczywiste - wspaniały rodowód, co jest najważniejsze, 
szlachetne   pochodzenie   po   znanych   rodzicach,   dostojnych   od   pokoleń   dziadach   i   pradziadach. 
Wyprowadzą rodowód mu wprost od wierzchowca samego Romulusa, a i to także znajdą, że to jego 
właśnie przeodważny pradziadek wyniósł z płonącej Troi na swym grzbiecie samego Eneasza, wraz 
z   jego   ojcem.   Znajdą   pokrewieństwo   nawet   z   dostojnym   koniem   Aleksandra,   szlachetnym 
Bucefałem - może po kądzieli? Jaki wspaniały temat do cennych rozważań na ucztach i w długie, 
zimowe, nudne, domowe wieczory. Pięknie to widzę.

I cenzus majątkowy ma z pewnością większy jak i większe zasługi. Wszak on sam wygrywał 

wyścigi, a nie jego przodkowie. Sama jego stajnia... Co ja mówię? Nie stajnia, lecz tylko żłób jego 
przewyższa swa wartością i to wielokrotnie, majątek senatorów, a nawet najbardziej zachłannych 
ekwitów. Ma więc wszelkie, z prawa i z urodzenia, z zasług i majątku, dane do najwyższego w 
państwie dostojeństawa. O mądrości delikatnie nie wspomnę. Kopać też potrafi, kiedy do żłobu ktoś 
mu pysk nachalnie wpycha. Idealny kandydat!

Cezonia: Ależ zahuczy w Rzymie! Mój mały skandalik zniknie w tym wielkim huku, lecz i tak 
rozdrażni te szacowne matrony, które mnie nie znoszą. Za plecami oszczercze o mnie rozsiewają 
plotki, w oczy w pas się kłaniają i kadzą niezmiernie. Dwulicowe gadziny zazdroszczą mi tego, że 
mogę otwarcie robić to co zechcę, że mam wszystko to, o czym one mogą tylko marzyć. Że życie 
biorę takim jakim jest,  wciąż pełna energii, zwariowanych pomysłów, ciagle mam urodę, majątek, 
swobodę i twoje wsparcie, a może i miłość? A one grając na jawie westalki znacznie podlejszym 
oddają się rzeczom, tyle że czynią to zawsze w ukryciu. Tylko nieliczne mają dość odwagi by się 
przyznawać do swych niecnych czynów, znacznie gorszych od moich, dość niewinnych zabaw.  

Dość   tych  babskich   narzekań,   dzień   przede   mną   długi,   a  po   jeździe   wypada  się   trochę 

ogarnąć.Łaźnia czeka! Zbiera się do wyjścia.

Kaligula  raczej   złowrogo:   Zaczekaj!   Twe   słowa   nasunęły   mi   nowy   pomysł   zabawy   -   te   o 
marzeniach tych dostojnych matron i o tym, że w ukryciu czynią wszystko o czym mówiłaś i co 
przemilczałaś.   Niedawno   jedna   z   dam   tych,   które   wspomniałaś,   wpisała   się   w   rejestrze   jako 
ladacznica, by za skromny podatek móc robić co zechce, poza władzą cenzora i własnego męża. A 
słyszałem, że inne też chcą iść w jej ślady. Ułatwię im to. Senat zamienię w lupanar, jakim też jest 
w istocie. Tyle, że nieco podniosę podatek, ten od nierządu, wszak skarb państwa coraz bardziej 
dziurawy.   Niech   przyjemne   pogodzą   z   pożytecznym   i   niechaj   Rzym   się   bawi!   Jeszcze   muszę 

18

background image

dokładniej obmyśleć szczegóły.

Cezonia nieruchomiejąc: Czy nie idziesz w zabawach nieco za daleko? Przyznam, kpisz bezlitośnie 
i nader zuchwale, ale w szyderstwie też  czasami  trzeba chować umiar.  Słabeusz  i błazen,  gdy 
granicę przekroczyć, mogą stać się groźni. Będą kąsać! Popatrz choć na Kasjusza, wszak jest z 
twojej gwardii, w przybocznej straży, bardzo blisko ciebie, a ty wciąż wyszydzasz jego greckie 
skłonności, oraz zniewieściałość.

Kaligula  z   pasją:   Ta   baba?   Która   żadnemu   chłopcu   nie   daruje,   a   nawet   do   mnie   wstrętny 
obrzydliwiec słodkie oczęta robić się ośmiela? Bawi mnie i tylko dlatego go trzymam, bo żołnierz z 
niego   żaden.   Lubię   mieć   przed   oczami   obraz   Rzymianina,   mężnego,   odważnego,   zakutego   w 
pancerz, tak zwycięskiego w bojach legionisty i widzieć co się dzisiaj kryje pod pancerzem. A tam 
dziś właśnie zazwyczaj się kryje Kasjusz Cherea. To kwintesencja dzisiejszego Rzymu - z wierzchu 
wspaniały, okuty w żelazo, a wewnątrz, mały, podły i tchórzliwy. Wiem też, że tchórz uderzy gdy 
może uderzyć, zwłaszcza gdy ktoś mu bezkarność zapewni. Lecz takich Kasjuszów jest w Rzymie 
na pęczki i aby ich gdzieś zesłać nie starczy mi świata - nawet Persowie nie chcą ich przyjmować, 
mając u siebie dosyć takich samych. Nie martw się zatem! Wszystko pod kontrolą.

Cezonia: Ja się nie martwię i nie dbam o przyszłość. Zyję dzisiejszym dniem tak jak potrafię, każdą 
chwilą się ciesząc. Mój los twoim losem. Dobrym czy złym. Pamiętam dobrze swoje własne słowa, 
że gdzie ty Kajus, tam też i ja, Kaja. Idę się przebrać. Wychodzi.

Kaligula smutno: Biedna Cezonio, prorocze twe słowa, bo jeśli mnie śmierć spotka, ciebie też nie 
minie. Zgodnie ze swą przysięgą mój los też podzielisz. Godna szacunku lojalność. A ja ci nie mogę 
odpłacić nawet miłością - ta się wypaliła. Zostało tylko tępe pożądanie, do którego mnie zmusza 
moje własne ciało. Bardziej mi rozum dyktuje ten związek, bo przecież trzeba jakieś mieć oparcie w 
drugiej osobie. A najlepiej w takiej, która kochać potrafi mnie bezwarunkowo, takiej jak ty właśnie. 
Mam zaufanie do twojej miłości i twego braku złudzeń co do mojej.

Zajazd.   Półmrok.   W   kącie   pomieszczenia   siedzą   przy   stole   naprzeciwko   siebie   podstarzali  
Ksenofont i Herodot Po izbie snuje się niemrawo tęgi oberżysta markując aktywność, w głębi duży  
piec z jakąś pieczenią skwierczącą na rożnie. Sennie. Nagle z zewnątrz dobiega głos Tersytesa.

Tersytes: Hej wy tam! Szybko! W imieniu cesarza! Opróżnić mi tę ruderę z pospólstwa! Nie mam 
ochoty wieczerzać z hałastrą. Ruszać się żywo! Jest tam kto wogóle?

Oberżysta trwożliwie zmierza do wejścia i wtedy właśnie wchodzi Tersytes. Jest bogato ubrany w  
togę z wąskim szlakiem, nosi gruby, złoty łańcuch i liczne, duże pierścienie na palcach. Zmienił się  
niewiele, ale wyraźnie przytył i wyłysiał, rusza się pewnie, władczo. Krytycznie rozgląda się po  
izbie. Zauważa pochylonych nad stołem Herodota i Ksenofonta.

Tersytes Do oberżysty, głośno i ze złością: Czyżbyś nie dosłyszał? Rozkazu cesarskiego ważnego 
posłańca i cesarskiego prośby urzędnika, jadącego służbowo? Mówiłem wszak wyraźnie, że nie 
życzę sobie żadnego towarzystwa miejscowej hołoty! Więc na co czekasz?

Oberżysta  Półgłosem: Ależ wybacz dostojny panie, nie miałem śmiałości! To są miejscowi, bardzo 
szanowani. Obywatele rzymscy. Nie miałem śmiałości! Jestem prostym sługą. W izbie jest dosyć 
miejsca. Nie miałem śmiałości!

19

background image

Od strony siedzących Herodota i Ksenofonta, cicho dobiega:

Tersytes?

Tersytes nie mogąc rozpoznać kto do niego mówi, nieruchomieje.

Ksenofont głośno: Tersytes!

Tersytes: Co...? Kto...?  Zwraca się do oberżysty: Idź przynieś wina i zostaw nas samych! Nie waż 
się wracać póki nie zawołam! Sprawy cesarskiej wagi! No! Ruszajże głupcze!  Wpatruje się ze 
zdziwieniem w niewyraźne postacie za stołem. Woła jeszcze za karczmarzem:

A wino ma być przednie, bo ja nie przywykłem pijać cienkusza!

Podchodząc do siedzących: Któż to się ośmielił przywołać czyjeś dawno zapomniane imię?

Herodot: Może i zapomniane, lecz przecież nie przez nas. Z wdzięcznością pamiętamy ten Los 
przypadkowy, który nas z sobą złączył! Bogom wieczna chwała!

Ksenofont: Zaraz cię rozpoznałem drogi Tersytesie, choć brzuch ci urósł i włosy zsiwiały. Głos za 
to nic a nic ci się nie zmienił.

Tersytes Podchodząc i przysiadając się do nich: Witam was Kwiryci! Miło was w dobrym zdrowiu 
spotykać po latach! Mam tylko małą prośbę: wiele się zmieniło, więc tamto dawne imię zostawcie 
w   spokoju!   Jestem   teraz   szacownym,   ważnym   Rzymianinem,   usynowionym   przez   zacny   ród 
rzymski,  stary,  z  dziada  pradziada.  Do tego  w  cesarstwie  pełniłem   i  wciąż   pełnię  dość ważne 
urzędy.   Więc   chyba   rozumiecie,   że   w   trosce   o   powagę   mego   urzędu   i   o   inne   sprawy,   lepiej 
zapomnieć kim przed laty byłem.

Herodot: Zabrzmiało to - coś tak jakby groźba.

Tersytes: Gdzież bym śmiał? Mniejsza o mnie, ale lepiej opowiedzcie mi, proszę, cóż się działo z 
wami. Dochodziły mnie wieści przez te wszystkie lata, ale nie miałem czasu by je sprawdzić, a 
rozliczne zadania i sprawy państwowe, nie pozwoliły z wami utrzymać kontaktu.

Ksenofont:  Jak widzisz  Fortuna nam sprzyjała i po tamtej  sprawie, los się do nas uśmiechnął. 
Jesteśmy szanownymi, no i zamożnymi dosyć Rzymianami, chociaż w głuchej prowincji. Życie tu 
spokojne nie docierają do nas żadne plotki z Rzymu, a jeśli nawet - z dużym opóźnieniem. Dobrze, 
że   choć   wiemy   kto   dzisiaj   nam   panuje..   Wino   jest   niezgorsze,   barbarzyńcy   daleko,   sąsiedzi 
przyjemni! Raj!

Tersytes: Miło jest wrócić czasem do przeszłości, zwłaszcza, że jest tak dawna jakby jej nie było. 
Co z tym winem?

Woła głośno: Licyniuszu!

Wchodzi uzbrojony strażnik. Pod drzwiami ustaw straże! Nikogo nie wpuszczaj, a tym obwiesiem 
co poszedł po wino, opiekuj się szczególnie! Jak mi się wydaje, ma ciut zbyt długie uszy i zbyt 
chętnie słucha, zwłaszcza jeżeli nie mówić do niego. Wiec zajmij go czymkolwiek, urządzaniem 
kwater dla mnie i dla żołnierzy! Niech da im też posiłek, z winem oczywiście! I trzymaj go z daleka 
od tej izby!

20

background image

Strażnik nieruchomiejąc: Tak panie!

Wchodzi oberżysta, krząta się przy wieczerzy, a gdy już postawił na stole dzban, pólmiski z mięsem,  
chleb i oliwki, strażnik bierze go zdecydowanie pod ramię i wyprowadza, szepcąc mu po drodze coś  
do ucha.

Herodot: Przepiękny pokaz i władzy, i siły! A my, czy też wyjść musimy, czy też nam pozwolisz 
dokończyć ten dzban wina? Może musimy zostać? Jako kto? Więźniowie?

Tersytes: A ten znów, po staremu, szuka dziury w całym!  Znowu będzie chciał gderać, że plecy mu 
narażam, że ktoś coś usłyszy i nie w porę powtórzy. Odwagi przyjacielu! Gdzież bym się ośmielił 
tak prostacko znieważać wolnych i szanowanych obywateli rzymskich, jak twierdzicie. Znam prawo 
i literę stosuję do joty, więc też nie chcę was zmuszać, przynajmniej do tego co mi tak sugerujesz. 
Chcę tylko porozmawiać w ciszy i spokoju.  Jak to jednak się stało, żeście tacy wolni?

Ksenofont: Nic a nic się nie zmienił! Tylko ta łysina, brzuch wielki i coraz słabsza pamięć - cały 
nasz Tersytes! Przepraszam, wszak to imię dzisiaj zakazane! Więc jak cię zwać mamy?

Tersytes:   Jestem   Marek   Pompiliusz   Afraniusz   Klodiusz   Pulcher   Młodszy!   Ród   może   niezbyt 
sławny i raczej z niesławy, ale za to zamożny. Przydomek też ma zacny, pasujący do mnie. A, że 
bezdzietny potomek tego rodu mnie właśnie usynowił, w cześć jego przybrałem swe imię. Możecie 
mówić: Marku! Jak was zwać mi teraz?

Herodot: Po historii ze spiskiem, śledztwach i zeznaniach, przygarnął mnie potomek, dość sławnego 
w Rzymie, starożytnego rodu Asiniusza Poliona, chociaż z bocznej linii, zatem dość ubogiego w 
złoto i zaszczyty. Liczył zapewne na rodzinny, dosyć suty zapis w jakimś testamencie więc przybrał 
sobie imię Asiniusza. Złota nie dostał, za to książek sporo, w których porządkowaniu byłem dość 
przydatny. Prawie natychmiast też mnie był wyzwolił, za co mu wdzięczny będę po wsze czasy. Też 
był bezdzietny, a pod koniec życia, znając, że dzielę jego miłość książek, mnie usynowił, więc w 
podzięce, jego przybrałem imię. Nie był zbyt bogaty - jedynie w księgi i głęboką mądrość. Miał 
tutaj skromną willę i winnicę - wino, które pijemy właśnie stąd pochodzi. A przyjaciele, i nawet 
sąsiedzi, nadal mnie nazywają Herodotem.

Tersytes: Chwalebna skromność! Lecz czy tylko skromność? Nie jest to czasem jakiś rodzaj pychy? 
Zawsze się obnosiłeś ze swą śmieszną dumą, jakbyś był lepszy od nas. Niepoprawny marzyciel. A 
czy i Ksenofont zachował też swe imię z czasów Swetoniusza?

Ksenofont: Zachowałem je także jako swój przydomek. Po wspomnianej już sprawie wziął mnie 
pod  swe  skrzydła   zacny  potomek   rycerskiego  rodu.  Zwał  się  Kwintus  Liberiusz  -  duch  trochę 
niespokojny i ciekawy świata. Wciąż robił interesy: w Hiszpanii, w Afryce, w Grecji i w Azji, a 
nawet w Egipcie. Zarabiał przy tym nieźle i nieźle wydawał. Ja wraz z nim się włóczyłem po całym 
imperium, będąc mu raczej towarzyszem, niźli sługą. Kiedy mnie wyzwolił, pozostałem też przy 
nim, wędrując po świecie. Zawsze marzyłem o wielkich podróżach, wspominając wędrówki mego 
imiennika ze starożytnej Grecji. On spełnił te moje marzenia. W Azji zachorował i zmarł, lecz 
przed śmiercią mnie usynowił i zostawił spadek. Nie tyle wielki by móc podróżować i dalej ciągnąć 
jego interesy, ale wystarczający by osiąść na stałe, w jakimś spokojnym miejscu. I tak tu trafiłem. 
Miejsce jest dobre, ma łagodny klimat, wina są doskonałe, sąsiedzi przyjemni. Przyznam - Herodot 
to miejsce naraił. Jest doskonałe na spokojną starość, choć przyznam, że mnie pięty nadal swędzą i 
ciągle marzę o dalszych podróżach, wspominając minione - cóż mi pozostało?

21

background image

Herodot: Nasz plan się powiódł. Miałem w tym swój udział i ciągle myślę o tym, jak to dziwnie, 
niezwykle ludzkie składają się losy? Jak zło przynosi dobro jego siewcom? Jak to nieszczęście 
jednych   -   niesie   szczęście   drugim.   Bogowie   nigdy  nie   są   sprawiedliwi.   Wina   nie   niesie   kary, 
zbrodnia potępienia.

Tersytes: Ten bezustannie dzieli włos na czworo, zamiast cieszyć się życiem ciepłym i dostatnim. 
Cóż, mogę was pocieszyć, choć moje lekarstwo może się gorzkie wydać! Wasze sumienia mogą 
spać spokojnie - nic nie jesteście winni! Przynajmniej w tej sprawie! Byliście tylko pionkami w grze 
trudnej, jaką podjęła tajna, cesarska kancelaria, w której ja także byłem tylko małym pionkiem.

Herodot: O czym ty mówisz? Jaka gra i czyja? Co to za urząd?

Tersytes: Tajny - jak sam widzisz!

Ksenofont: Cóżeś za nową intrygę wymyślił? O czym jeszcze nie wiemy? Choć nie jestem pewien, 
czy chciałbym wiedzieć? Coś tu brzydko pachnie!

Tersytes:   Więc   nos   zatkaj   i   słuchaj!   Zacznę   od   początku:   Pomysł   ten   się   zrodził   w   światłych 
umysłach   najwyższych   urzędników   naszej   kancelarii.   Trudno   wykryć   spisek  a   potem   mozolnie 
wiązać wszystkie szczegóły, odsłaniać zagrożenia i wytropić sprawców. Po czym wielu z nich, 
nieodkrytych,   i   tak   unika   kary,   stając   się   zarzewiem   nowych,   czasem   o   wiele   groźniejszych 
sprzysiężeń. Tak więc mój przełożony wpadł na genialny pomysł - trzeba mieć człowieka przy 
każdym   źródle   możliwych   zagrożeń,   śledzącego   cierpliwie   potencjalnych   sprawców,   mającego 
głęboki wgląd na ich poglądy, na kontakty, przyjaciół, wszelkie możliwości i zgrabnie piszącego 
obszerne raporty. Szybko się okazało, że to nie wystarcza., że tutaj trzeba występować czynnie, 
samemu tworząc spiski przeciwko cesarstwu, po to by od początku móc je kontrolować. Już od 
pierwszej, nieśmiałej, niepoprawnej myśli I tu ja mogłem wykazać inwencję: oferowałem sobie rolę 
niewolnika, by ten genialny plan wprowadzić w życie.

Podnosi kielich i badawczo się w niego wpatruje, jakby tam były wszystkie odpowiedzi.

Tak! Tak! Moi drodzy! Leniwy, głupi, złośliwy Tersytes był bardziej od was wolny. Wiecej! 

On nawet nigdy nie był niewolnikiem, ale odegrał swoją rolę bardzo dobrze. Swetoniusz mnie nie 
lubił.   Czegoś   się   domyślał,   lub   raczej   może   coś   mętnie   przeczuwał.   Dlatego   też   mi   nadał   to 
obrzydłe imię. Wy także nieźle daliście się nabrać i robiliście wszystko zgodnie z moim planem, 
który tak pięknie złożyliście sami. 

Odstawia kielich, patrząc złośliwie na rozmówców.

Teraz wy macie wyrzuty sumienia.  Ja swoje mam  wciąż czyste - dobrze wykonałem tę 

trudną i niewdzięczną, państwową robotę.

Herodot: Po co nam o tym mówisz? Ryzykujesz, że twoja tajność przestała być tajna. I kimże jesteś 
by nam mówić o sumieniu? Ja sumienie mam czyste! Nie kłamałem! Nie skłaniałem nikogo nigdy 
do niczego. A że żal Swetoniusza, Klarusa i innych to chyba naturalne, wszakże nie zasłużyli na 
surową karę - to jest zwyczajne i ludzkie współczucie. Taki mógł też być los każdego z nas. I 
niezależnie od twoich powiązań, tajnych i jawnych, twoim mógł być także.

Tersytes: Jakie szlachetne oburzenie? Ileś morałów zmieścił w kilku prostych słowach? Pozwól 
jednak, że parę prostych faktów ci przypomnę: Gdyby nie twoje szczere i chętne zeznania, gdyby 
nie wasz  rzetelny i  tak obiektywny, opis  wydarzeń,  do tego na piśmie,  nigdy by śledztwo  nie 

22

background image

odniosło skutku, a proces, poszlakowy, byłby tylko farsą. Nie próbuj zatem pomniejszać swej roli. 
Zresztą mam, nawet tu z sobą, odpisy waszych zeznań z protokołow sądu. Możecie sami sprawdzić 
waszą pamięć i sumienie odświeżyć.

Ksenofont:   Wszak   cesarz,   idąc   w   ślad   swoich,   wielkich   poprzedników,   Sulli,   Cezara,   nawet 
Kaliguli,   rozkazał   zniszczyć   wszelkie   stare   i   przebrzmiałe   akta,   by   niepotrzebnie   nie   ciążyły 
ludziom, nie wnosiły wrogości wśród obywateli i by nowych proskrypcji nie były powodem. Zatem 
akta  spłonęły  i   to   nawet   publicznie,   zaciągając   na   przeszłość   kurtynę   milczenia.   Skąd   więc   je 
zdobyłeś? Czy to nie przestępstwo?

Tersytes: I to historyk zadał to pytanie? Płonące akta mają to do siebie, że wracają znienacka jak 
Feniks z popiołów. Nie pamiętasz, że gdy Sulla i Kaligula popalili akta, to już w kilka lat później 
znów z nich korzystali. Zabawne przeoczenie jak na historyka. Ja przy was także nieźle poznałem 
historię i polubiłem bardzo jej badanie, za co wam obu jestem szczerze wdzięczny, choć przyznam, 
że wolę sam historię tworzyć. Nie jak Swetoniusz, przerabiać tę starą - lecz tę dyskretnie tworzyć, 
którą spiszą jutro. Bardzo dyskretnie!

Herodot: Wciąż nie wiem dlaczego wszystko to opowiadasz? Po co? W jakim celu?  Jakoś nie 
wierzę w twoją dobrą wolę! Pozwól, ze was opuszczę! Miłe to spotkanie! Po latach los nas znów 
zgromadził razem przy tym samym stole! Traf szczęśliwy! Ale czas mija i na mnie już pora!

Tersytes  z naciskiem i lekką groźbą w głosie: Nie tak szybko! I nie zwalaj wszystkiego na Los i 
przypadek!   Przez   lata   z   oddalenia   śledziłem   wasze   życie.   Piszesz   piękne   listy   -   do   swego 
pryncypała, czy do Ksenofonta. Zawsze twój talent szczerze podziwiałem i Ksenofonta talent jest 
niemniejszy, on zawsze bystrym był obserwatorem. Moja wizyta tutaj, wbrew pozorom i Herodota 
wierze w Los i Fatum, nie jest w najmniejszym stopniu przypadkowa. Po prostu uznałem, że czas 
już dojrzał by wam trochę pomóc!

Herodot: Czytałeś nasze listy! Jakim prawem?

Ksenofont: Obrzydliwość!

Tersytes: Czytałem wszystko z racji obowiązków jakie mi powierzono i byłem tylko kółkiem w 
trybach   tej   maszyny  jaką   jest   państwo!   Bardzo   małym   kółkiem,   lecz   z   waszą   pomocą,   dzięki 
wykryciu spisku Swetoniusza,  stałem się większym. I nadal wciąż rosnę. A co do obrzydliwości, 
czyż  nie  większą  była,  ta wasza   rola  w obaleniu  spisku,  którego przecież   naprawdę nie  było? 
Wyście działali tylko w swojej sprawie - ja pracowałem dla dobra ogółu, dla państwa, które także 
wam daje ochronę, wolność, zamożność i spokojne życie. A że środki, których użyłem, nie znajdują 
pochwały dzisiaj w waszych oczach, to normalne - wciąż przecie dręczy was poczucie winy. A 
może   strach   po   prostu,   że   to   się   rozejdzie,   że   w   inny   sposób   zaczną   was   oceniać   sąsiedzi, 
przyjaciele, nawet ludzie obcy? Oto ci co donieśli, zgotowali zgubę swojemu dobroczyńcy. Nie 
mówiąc już o tym, że ciągle żyją i ci także, co jakieś jednak ponosili  straty i być może pałają wciąż 
rządzą odwetu.

Skończmy jednak te rozważania całkiem nie na temat. Nie po to odszukałem was w tej 

dziurze, żeby słuchać morałów, oskarżeń czy biadań! Mam dla was propozycję tak korzystną, że nie 
do odrzucenia. Jest to propozycja cichej współpracy z moją kancelarią.

Herodot: A jeśli odmówimy? O ile możemy?

Ksenofont: Cóż wtedy zrobisz drogi Tersytesie?

23

background image

Tersytes: Nic.

Ksenofont: Nic?

Tersytes: Na tym właśnie polega ten problem, że jeśli nic nie zrobię coś może się zdarzyć.

Herodot: Cóż takiego?

Tersytes: Wszystko, lub nic zgoła. Ktoś inny, jakąś własną goniony ambicją może odgrzebać akta i 
puścić je w obieg. O możliwych reakcjach już wam wspominałem. Może też ktoś od nas, bardzo 
spragniony awansu, także się u was zjawić z jakąś propozycją, daleko mniej korzystną. Ja wam 
oferuję   bezpieczeństwo   i   wsparcie,   w   każdej   takiej   sprawie.   Nie   mówiąc   o   stronie   korzyści 
materialnych, może nie największych, ale zawsze.

 Milczenie, pierwszy odzywa się Herodot.

Herodot: Na czym by polegała nasza praca?

Tersytes: Na tym, na czym najlepiej się znacie - na pisaniu. Ksenofont ukochał podróże - niechaj 
odnowi stare znajomości, swoje i swego przybranego ojca, i nadal robi to, co robić lubił: jeździ po 
świecie, robi interesy, zbija fortunę, i niechaj pisze listy, tak jak pisał - do ciebie Herodocie! Ty z 
tych   listów   zrobisz   mi   wyciąg   dotyczący   spraw,   osób   i   okoliczności,   które   by   mogły   mnie 
interesować. Masz intuicję i talent prawdziwy w ocenie i faktów, i ludzi, i ich małych słabostek. Do 
tego  umiłowanie   prawdy  -  jaka   by  nie   była.   Dla  nas  prawda  jest   rzeczą   podstawową   -  wszak 
zupełnie nie możemy polegać na oficjalnych raportach. Kto chce rządzić nie może mieć złudzeń, 
musi  znać prawdę - cokolwiek by czynił.  A przy okazji wniesiesz  wkład w historię, taką jaką 
ceniłeś, czystą i niezakłamaną, bo przecież akta, pomimo, że tajne, będą przechowywane i kiedyś, 
po latach, ktoś napisze o tobie: był taki historyk, który prawdy się nie bał i pisał prawdziwie. 
Zasługa dla ludzkości, zasługa dla Rzymu - okażecie, że warto jest być Rzymianinem. Raport co 
czas jakiś, w zależności od potrzeb, będzie przenosił zaufany człowiek, którego przyjmiesz na swą 
służbę. Cóż wy na to?

Herodot: Twe wyjaśnienie zmienia postać rzeczy i rzeczywiście jest dosyć korzystne. Nie narzuca 
niczego złego i krzywdy chyba nie czyni nikomu. Do tego w służbie ogółu, co nawet szlachetne. Ja 
w zasadzie się zgadzam!

Ksenofont: Ale, by w świecie robić interesy i błyszczeć towarzysko, trzeba mieć fortunę. Ja już 
mam niewiele!

Tersytes: Pomyślałem o tym! 

Sięga za pazuchę i wyjmuje brzęczący mieszek z pieniędzmi

To na początek! Za chwilę mój sługa wręczy ci jeszcze kwity do bankierów, lecz pamiętaj, 

że to tylko pożyczka, którą musisz zwrócić i strannie rozliczyć, co do grosza! Wierzę w twój talent i 
spokojnie   ufam,   że   w   krótkim   czasie   rozmnożysz   pieniądze!   A   tym   co   zarobisz,   musisz   się 
podzielić ze swoim przyjacielem - nasza służba daje wam wędkę, nie gotową rybę - tę sam musisz 
złowić. Jeżeli w interesach szczęście nie dopisze - pomyślimy co dalej, ale sądzę, że z tą kwotą na 
rozpoczęcie, i z naszą pomocą, sprawnie sobie poradzisz! Z zysków musisz jeszcze,  kiedy już 
spłacisz tę skromną pożyczkę, odprowadzić do naszej kancelarii podatek, którego wysokość, w 
zależności od zysków, później ustalimy.

24

background image

Woła głośno w kierunku wejścia.

Licyniuszu! 

Wchodzi strażnik.

Możesz odwołać już straże przy wejściu i ludzi na spoczynek odesłać. Przyślij  też tego 

hultaja karczmarza, a jeśli kąpiel nie gotowa to zdrowo oberwie. Tym ludziom niech skarbnik wyda 
to, co już z nim wcześniej, bez zmian najmniejszych, wczoraj ustaliłem! 

Wstaje od stołu i kieruje się do wyjścia, na moment odwraca się do siedzących i podnosząc lekko  
rękę mówi zmęczonym głosem

Żegnajcie przyjaciele! Będziemy w kontakcie!

Strażnik wychodzi, za nim Tersytes, w drzwiach mija ich nisko się kłaniając oberżysta. Herodot i  
Ksenofont podnoszą się z zza stołu i kierują ku wyjściu. Ksenofont rzuca na stół monetę która toczy  
się brzęcząc i spada ze stołu.

Ksenofont: Żegnaj!

Do Herodota.

Tak się ten pieniądz toczy jak fortuna

Herodot: I jak fortuna spada.

Oberżysta zgina się w niskim ukłonie w ich kierunku. Wychodzą.

Oberżysta szyderczo: Żegnajcie Kwiryci! 

Do siebie.

Wielcy mi Rzymianie - Trak, Grek, Syryjczyk! Tylko ja tu jestem jedynym w tej oberży 

czystym Italikiem, lecz wciąż mną pomiatają ci wielcy Rzymianie. 

Sprząta naczynia ze stołu. Ogarnia wzrokiem izbę.

Nareszcie spokój, cisza i błogie milczenie. 

No,   dość   tej   krzątaniny!   Jeszcze   trzeba   usiąść,   w   spokoju   spisać   raport   z   dzisiejszych 

wydarzeń. Coś niecoś usłyszałem, a i z jego ludzi też wyciągnąłem trochę. Ten dureń myśli, że nie 
wiem kim jest i czym się trudni, a przecież wiem dobrze, że mój raport dotrze wprost do jego rąk, 
ale już o tym nie wie, że nie tylko do jego. 

Co za dzień! Zasnąć! Usnąć!

Światło wygasa. Kurtyna. Przed kurtynę wychodzi ubrany w togę aktor wygłaszający epilog.

Epilog:

25

background image

Sztuka dobiegła końca. 
Wszelkie podobieństwo do osób, zdarzeń, faktów - było zamierzone.
Niesposób zresztą było go uniknąć, bo popełniamy wciąż te same błędy
Tworząc historię, historię spisując.
Im więcej poznajemy - tym mniej ciągle wiemy, 
Ale, o wolni - któż broni wam myśleć?
Myślenie jeszcze nie jest zabronione,
Więc myślmy o...

Skończone.

Żegnajcie Kwiryci!
Wolni Rzymianie i ich spadkobiercy! Albo i nie - wedle waszej woli i ochoty. 
Wolni wśród wolnych i równi wśród równych! O ile wolność i równość istnieją?

Koniec

Gdańsk 22.09.2008

26