background image

Aleksander Błok 
  
NIEZNAJOMA 
  
 Fotografia przedstawiała kobietę rzeczywiście niezwykłej urody.  
Kobieta owa była w czarnej jedwabnej sukni nadzwyczaj prostego i  
wykwintnego kroju; włosy, prawdopodobnie ciemnoblond,  
miała uczesane zwyczajnie, po domowemu, oczy — ciemne,  
głębokie, czoło zamyślone, wyraz twarzy namiętny i jakby wyniosły.  
Twarz jej była nieco mizerna i zapewne blada... 
Dostojewski 
  
 — A jak pan poznał, że to ja? Odzie mię pan widział przedtem? Cóż to, 
doprawdy, tak jakbym go gdzieś widziała?
 
— Ja panią też jakbym gdzieś widział. 
— Ale gdzie? Gdzie? 
— Tak jakbym gdzieś widział pani oczy... Chociaż to przecie niemożliwe! Ja tak 
tylko... Nigdy tu nawet nie byłem... Może we śnie... 
Dostojewski 
  
  
  
OSOBY: 
  
NIEZNAJOMA 
BŁĘKITNY 
GWIAZDOWID 
POETA 
GOŚCIE W KNAJPIE I W SALONIE 
DWAJ STRÓŻE 
WIDZENIE PIERWSZE 
  
Knajpa. Drży matowo białe światło acetylenowej latarni pod pogiętym 
blaszanym kloszem. Na tapetach widnieją bliźniaczo podobne okręty z 
ogromnymi flagami, tnące dziobami błękitne wody. Za drzwiami, które 
otwierają się często wpuszczając gości, i za szerokimi oknami w obramowaniu 
pluszowych zasłon — przyprószeni błękitnym wieczornym śniegiem idą 

background image

przechodnie w futrach i dziewczęta w chusteczkach na głowie. Za ladą, na 
której ustawiono beczkę z wymalowanym na niej gnomem i z napisem „Kielich i 
puchar", stoją dwaj całkowicie do siebie podobni: obaj z ufryzowanymi 
czuprynami z przedziałkiem, obaj w zielonych fartuchach, tylko że gospodarz 
ma wąsy zwisające, a brat jego, kelner, ma wąsy sterczące do góry. Pod jednym 
oknem przy stoliku siedzi pijany starzec — wykapany Verlaine, pod drugim 
blady wygolony mężczyzna — wykapany Hauptmann. Kilka pijackich grupek. 
  
Rozmowa w jednej z grup 
  
PIERWSZY 
Kupiłem to futro za dwadzieścia pięć rubli. A tobie, Saszka, taniej niż za 
trzydzieści za nic nie odstąpię.  
  
DRUGI  
(z uporem i z obrazą w głosie) 
Łżesz!... Co też ty gadasz... Ja ci...  
  
TRZECI  
(z wąsami, krzyczy) 
Milczeć! Nie pyskować! Jeszcze jedną buteleczkę, kochasiu. 
  
Podbiega kelner. Słychać, jak bulgoce piwo. Milczenie. Samotny Gość w kącie 
pokoju wstaje i niepewnym krokiem idzie do lady. Zaczyna przebierać w wazie z 
gotowanymi rakami.  
  
GOSPODARZ 
Pan pozwoli. Tak nie wolno. Pan nam wszystkie raki poprzebiera. Nikt nie 
zechce jeść.  
Gość mamrocze coś i odchodzi.  
 
Rozmowa w drugiej grupie 
  
SEMINARZYSTA 
A tańczyła, mówię ci, przyjacielu kochany, jak anioł Wziąłbym ją tak za białe 
rączki i pocałował, powiadam ci, prosto w usteczka... 
  

background image

KOMPAN OD KIELISZKA  
(śmieje się piskliwie) 
He, he, jak to się nasz Wasińka rozmarzył, zarumienił się jak róża! A co to za 
miłość dla ciebie, co? Co te aa miłość?... Hę?... 
  
Wszyscy śmieją się piskliwie. 
  
SEMINARZYSTA 
Powiem ci, mój przyjacielu, powiem ci — nie ma się z  czego śmiać. Tak bym ją 
wziął i uniósł od nieskromnych spojrzeń, i tańczyłaby przede mną na ulicy, na 
białym śniegu... fruwałaby jak ptaszyna. I ja sam, jakby mi skrzydła wyrosły, 
poleciałbym za nią ponad białymi śniegami... 
  
Wszyscy się śmieją. 
  
DRUGI KOMPAN 
Te, Waśka, uważaj, nie bardzo tam znów polecisz po nieprzetartej drodze... 
  
PIERWSZY KOMPAN 
Mrozik by ci się przydał, bo jak nie, to możesz ze swoją ukochaną w błoto 
wpaść... 
  
DRUGI KOMPAN  
Marzyciel. 
  
SEMINARZYSTA  
(całkiem już osowiały) 
Ech, przyjaciele kochani, nie chodząc do seminarium powiem wam, że całkiem 
nie znacie się na delikatnych uczuciach. A zresztą przydałoby się jeszcze jedno 
piwko... 
  
VERLAINE  
(gada głośno sam do siebie) 
Każdemu swoje sądzone. Każdemu, swoje... 
  
Hauptmann daje kelnerowi wymowne znaki. Wchodzi rudy Mężczyzna i 
Dziewczyna w chustce. 

background image

  
DZIEWCZYNA  
(do kelnera) 
Butelką porteru, Misza.  
(Opowiada coś szybko Mężczyźnie.) 
...Ledwo, wiesz, kochaneczku, wyszła, patrzeć — zapomniała poczęstować 
piwem gospodynię. Wraca natychmiast, a on zdążył już otworzyć komodę, 
grzebie w niej, wszystko poprzewracał, wszystko, bo myślał, że nieprędko 
wróci. Ona, kochaneczku, zaczyna krzyczeć, a on, kochaneczku, usta jej ręką 
zaciska. No, ale przecież przybiegła gospodyni i też w krzyk, zawołała stróża, no 
i, kochaneczku, zaraz go do rewiru...  
(Przerywa szybko.)  
Daj dwudziestkę. 
  
Mężczyzna ponuro wyciąga dwudziestokopiejkówkę. 
  
DZIEWCZYNA  
Może ci szkoda? 
  
MĘŻCZYZNA 
Pij i nie gadaj tyle. 
  
Piją w milczeniu.  
Wbiega Młodzieniec i z radością zwraca się do Hauptmanna. 
  
MŁODZIENIEC 
Kostia, przyjacielu, ona czeka przed drzwiami!.... 
  
HAUPTMANN 
Nie szkodzi. Niech się jeszcze powłóczy. Napijmy się. 
  
VERLAINE  
(głośno mamrocze) 
I każdy człowiek ma swoje zajęcie... I każdy ima własny niepokój. 
  
Wchodzi Poeta. Przywołuje Kelnera. 
  

background image

POETA 
Poczęstować pana? 
  
KELNER  
(urodzony dowcipniś)  
Wielki to zaszczyt... Tak znakomita osoba... 
Biegnie po piwo.  
  
Poeta wyjmuje notes. Cisza. Acetylen syczy. Chrzęszczą obwarzanki. Kelner 
przynosi Poecie butelkę piwa i siada naprzeciw niego na brzeżku krzesła. 
  
POETA 
Niech pan tylko posłucha. Chodzić po ulicach i  chwytać urywki nieznanych 
słów. A potem przyjść tutaj i przed pierwszym lepszym otworzyć serce. 
  
KELNER 
Nie bardzo to zrozumiałe, ale bardzo subtelne...  
Zrywa się z krzesła i biegnie na wezwanie gościa. Poeta zapisuje coś w notesie.  
  
DZIEWCZYNA  
(podśpiewuje) 
Jakże ja kocham ją... 
A za mdłość tę ona...  
  
Kelner wraca do Poety. 
POETA  
(pije) 
Widzieć dużo kobiecych twarzy. Setki oczu, wielkich i głębokich, niebieskich, 
ciemnych i jasnych. Wąskich jak oczy żbika. Otwartych szeroko, dziecinnie. 
Kochać je. Pragnąć. Nie ma takiego człowieka, który by nie kochał. Pan też 
powinien je kochać. 
  
KELNER  
Słucham, szanownego pana. 
  
POETA 

background image

I w tych płomieniach spojrzeń, w wichrze spojrzeń pojawi się nagle,  jak gdyby 
rozkwitnie pod błękitnym śniegiem, jedna twarz: pięknie oblicze Nieznajomej, 
przesłonięte gęstą, ciemną woalką... Oto chwieją się pióra na jej kapeluszu... 
Oto wąsika dłoń obciągnięta rękawiczką podtrzymuje szeleszczącą suknię... Oto 
przechodzi powoli... przechodzi powoli... 
Pije chciwie.  
  
VERLAINE  
(mamrocze) 
I wszystko mija. I każdy ma własne kłopoty. 
  
SEMINARZYSTA  
(bełkotliwie) 
Tańczyła, powiem wam, jak anioł z nieba, a wy, łajdaki i szubrawcy, niewarci 
jesteście jej małego paluszka. A zresztą napijmy się. 
  
 
KOMPAN 
Marzyciel. Dlatego właśnie pijesz. My wszyscy jesteśmy marzyciele. Pocałuj 
mnie, przyjacielu.  
Ściskają się. 
  
SEMINARZYSTA 
I nikt jej tak nie pokocha jak ja. I będziemy na białym śniegu dożywali nasze 
smutne życie. Ona będzie tańczyć, a ja będę grał na katarynce. I pofruniemy. 
Polecimy pod sam srebrny glob. A tam, do diabła łysego, powiem ja wam, 
waszym głupim, brudnym pyskom, przyjaciele kochani, nie macie się po co 
pchać. A przecież bardzo was lubię i wysoko cenię. Kto nie pija wespół piwa, nie 
wie co to przyjaźń żywa. 
  
Wszyscy się śmieją. 
  
KOMPAN 
Ale tan Waśka! Patrzcie, jak składnie. Pocałujmy się, przyjacielu.  
 
MŁODZIENIEC  
(do Hauptmanna) 

background image

No, ale dość już. Po co ma tyle czasu czekać na mrozie? Zamarznie na kość. 
Chodźmy, Kostna.  
  
HAUPTMANN 
Daj spokój. Jak kobiecie przytakiwać, to z mężczyzny nic nie zostanie — tylko 
mu w gębę napluć. Niech się powłóczy, a my jeszcze posiedźmy. 
  
Młodzieniec usłuchał. Wszyscy goście piją i upijają się coraz bardziej. 
Mężczyzna w żółtym, obszarpanym palcie, siedzący osobno, wstaje i zwraca się 
do całego towarzystwa z przemówieniem.  
  
MĘŻCZYZNA W PALCIE 
Panowie! Mam tu niewielki przedmiocik — bardzo cenną miniaturę.  
(Wyciąga z kieszeni kameę).  
Proszę spojrzeć: z jednej strony widzimy emblemat, z drugiej — interesującą 
damę w tunice; dama siedzi na kuli ziemskiej i nad tą kulą trzyma berło. Bądźcie 
posłuszni, ulegajcie jej — i to wszystko!  
  
Wszyscy śmieją się z aprobatą. Niektórzy podchodząi oglądają kameę. 
   
POETA (podpity) 
Odwieczna bajka. To Ona. — Władczyni Świata. Dzierży berło i rządzi światem. 
Wszyscy ulegamy jej czarom.  
   
MĘŻCZYZNA W PALCIE 
Rad jestem przysłużyć się rosyjskiej inteligencji. Sprzedam tanio, choć niemało 
mnie to kosztowało, ale, jak to się mówi, tylko po znajomości. Widzę, że z pana 
amator. No, to zgoda. 
  
Poeta wręcza mu monetę. Bierze kameę, ogląda ją. Mężczyzna w palcie siada 
na swoim miejscu. Rozmowa toczy się dalej tylko pomiędzy dwoma, którzy 
siedzą przy osobnych stolikach. 
  
PIERWSZY  
(bierze pismo humorystyczne) 
A teraz czas, jakbyśmy się zabawili. No, Wania, słuchaj  
(uroczyście rozkłada pismo i czyta): 

background image

„Kochający małżonkowie. Mąż: «Kochanie, wstąp dziś do mamy i poproś ją...» 
Zawczasu głośno się śmieje.  
  
DRUGI  
Do diabła, widzieliście go, a to dopiero! 
PIERWSZY  
(czyta dalej) 
„...I poproś ją... aby podarowała Katieńce lalkę..." 
  
Śmieje się do rozpuku. 
  
PIERWSZY  
(czyta) 
„Żona: «Coś ty, kochasiu! Katieńka już niedługo będzie miała dwadzieścia lat.  
(Rozśmieszony, ledwo czyta.)  
Jej już czas sprawić nie lalkę, ale narzeczonego»". 
  
Huraganowy śmiech. 
  
DRUGI 
A to dopiero! 
  
PIERWSZY 
To mu zajechała, no!  
  
DRUGI 
Do diabła, nielicho piszą!... 
  
Z znowu Samotny Gość gmera całą garścią w wazie Wyciąga za kleszczę 
czerwone raki, chwilą trzyma w ręku i odkłada z powrotem. I znowu odpędza 
go właściciel knajpy.  
  
POETA  
(ogląda kameę) 
Wieczny powrót. Ona znowu ogarnia kulę ziemską i znowu ulegamy Jej 
czarowi. Oto zatacza krąg swoim kwitnącym berłem. Oto obraca mną 
dookoła... I ja krążę wraz z Nią... Pod błękitnym.... pod wieczornym śniegiem...  

background image

  
SEMINARZYSTA 
Tańczy... Tańczy... Ja na katarynce, a ona w takt katarynki.  
(Porusza rękami po pijanemu, jak gdyby coś chwytał.)  
No i nie złapałem... znów nie złapałem... no i wy, łajdaki, też nie  złapiecie, jeśli 
ja nie mogłem złapać... 
  
Powoli, bardzo powoli ściany knajpy zaczynają kołować. Sufit przechyla się, 
jeden jego skraj nieskończenie wybiega w górę. Okręty na tapetach zdają się 
płynąć blisko, ale wciąż nie mogą nigdzie dopłynąć. Poprzez niewyraźny gwar 
Mężczyzna w palcie, który przysiadł się do kogoś, krzyczy. 
  
MĘŻCZYZNA W PALCIE 
Nie, łaskawco, ja się na tym znam! Lubię ostry ser, wie pan, taki okrągły.  
(Robi koliste ruchy.)  
Zapomniałem, jak się nazywa. 
JEGO ROZMÓWCA  
(niepewnym głosem) 
A pan... próbował?  
  
MĘŻCZYZNA W PALCIE 
Co próbowałem? Pan myśli, że nie próbowałem? Ja roquefort jadłem!  
  
ROZMÓWCA  
(pod którym chwieje się krzesło) 
A wie pan... luksemburski... tak brzydko pachnie... 
i rusza się a rusza.  
(Cmoka i przebiera palcami.)  
  
MĘŻCZYZNA W PALCIE  
(ostaje  z natchnionym wyrazem twarzy) 
Szwajcarski!... to jest coś!  
(Strzela palcami.)  
  
ROZMÓWCA  
(mruga oczami i powątpiewa) 
No, tym mnie pan nie zadziwi... 

background image

  
MĘŻCZYZNA W PALCIE  
(głośno, jakby strzelał z karabinu) 
Brie!  
  
ROZMÓWCA 
No, wie pan... to... wie pan...  
  
MĘŻCZYZNA W PALCIE  
(z pogróżką w głosie) 
Co za „wie pan"?  
  
Rozmówca jest unicestwiony.  
  
MĘŻCZYZNA W PALCIE 
Ma swoją cenę... 
  
Wszystko krąży i wydaje się, że zaraz się przewróci. Okręty na tapetach płyną 
pieniąc błękitne wody. W pewnej chwili wydaje się, że wszystko stoi do góry 
nogami.  
  
VERLAINE  
(mamrocze) 
I na wszystko przychodzi kolej... I wszystkim czas już iść do domu...  
  
HAUPTMANN  
(wrzeszczy) 
Jak jest lafirynda, to niech się trynda!  A my się napijmy!  
  
DZIEWCZYNA  
(śpiewa do ucha Mężczyźnie) 
Żegnaj, mój ukochany... 
  
SEMINARZYSTA 
Śnieg tańczy. I my tańczymy. I katarynka płacze. I ja płaczę. I my wszyscy 
płaczemy.  
  

background image

POETA  
Błękitny śnieg. Kołuje. Pana miękko. Błękitne oczy. 
Gęsta woalka. Ona przechodzi powoli. Niebo się odsłoniło. Zjaw się! Zjaw! 
  
Wydaje się, że cała knajpa gdzieś się zanurzyła. Ściany się rozstępują. Sufit, 
który odchylił się do końca, odsłania niebo — zimowe, niebieskie, mroźne. 
Wśród błękitnych wieczornych śniegów odsłania się —  
  
WIDZENIE DRUGIE 
  
Ten sam wieczór. Koniec ulicy na skraju miasta. Ostatnie domy, urywając się 
nagle, odsłaniają szeroką perspektywę: ciemny opustoszały most na szerokiej 
rzece. Po obu stronach mostu drzemią cicho statki z sygnalnymi światłami. Za 
mostem rozciąga się nieskończenie długa, prosta jak strzała aleja, obramowana 
łańcuszkami latarni i białymi od szronu drzewami. W powietrzu unosi się i 
rozgwieżdżą śnieg.  
  
GWIAZDOWID  
(na moście) 
Nocy w bezliku  gwiazd jaśnienie. 
Dwa skrzydła tylko ma spojrzenie. 
Czyż można liczyć gwiazd rojenie? 
I mleczna droga skryta cieniem, 
Biedne spojrzenie mgła przesłania... 
Kto ten pijany? 
  
Dwaj Stróże wloką pod ręce pijanego Poetę.  
  
ROZWŚCIECZENI STRÓŻE 
Om w knajpie świątek jest czy piątek, 
Zaraz zrobimy z nim  porządek! 
Hej, Wańka, daj mu szczutka w ucho! 
Hej], Waśka, daj mu  fangę w brzucho!  
Wloką Poetę  dalej.  
  
GWIAZDOWID 
Oto już nowa gwiazda wschodzi, 

background image

Oślepiająca w swej urodzie. 
Tu, w ciemnej nieruchomej wodzie, 
Gwiaździste się odbicie rodzi. 
Ach, gwiazda leci, leci, spada... 
Leć tutaj! tutaj! tutaj spadaj! 
  
Po niebie, zataczając powoli łuk, spływa jaskrawa i ciężka gwiazda. W 
okamgnieniu pojawia się i zaczyna iść przez most piękna kobieta w czarnej 
sukni; w spojrzeniu szeroko otwartych oczu ma wyraz zdumienia. Wszystko 
staje się jak z bajki — ciemny most i drzemiące błękitne okręty. Nieznajoma 
staje nieruchomo u poręczy mostu, zachowując jeszcze swój blady blask 
spadania. Śnieg, wiecznie młody, okrywa jej ramiona, przyprósza całą postać. 
Nieznajoma stoi jak posąg. Czeka. Błękitny, taki sam jak ona, z ciemniej alei 
wchodzi na most. Tak samo jest ośnieżony. Tak samo piękny. Kołysze się jak 
cichy niebieski płomień.  
  
BŁĘKITNY 
Roztopiona w blaskach nocy, 
Obróć do mnie oczy twe. 
Ty, śniegi rozwiewająca, 
Podaruj mi lekki śnieg.  
  
Nieznajoma zwraca ku niemu wzrok.  
  
NIEZNAJOMA 
Oczy — gwiazdy konające, 
Kiedy zboczą ze swych dróg, 
To do ciebie, zwiewnodrżący, 
Tęskniłam na wyżach mych. 
  
Jego błękitny płaszcz obsypany jest srebrnymi gwiazdami.  
  
BŁĘKITNY 
W niebieskości twojej mroźnej 
Wiele gwiazd. 
A tu, w dłoni mej żelaznej, 
Jasny miedz.  

background image

  
NIEZNAJOMA 
Opuść w dłoni twej żelaznej 
Jasny miecz. 
W niebieskości mojej mroźnej 
Bezlik gwiazd. 
  
Błękitny drzemie w bladym świetle. Na tle jego płaszcza świeci promień, jak 
gdyby Błękitny wsparł się na mieczu.  
  
BŁĘKITNY 
Przemijały stulecia jak sny, 
Długo ciebie  czekałem na ziemi. 
  
NIEZNAJOMA 
Przemijały stulecia jak mgnienia. 
Ja mijałam gwiazdą w przestworzach. 
BŁĘKITNY 
Migotałaś z twej wysokości 
Na mym płaszczu, płaszczu błękitnym.  
  
NIEZNAJOMA 
Ciągle w moje patrzałeś oczy. 
Czy ty często spoglądasz w niebo?  
  
BŁĘKITNY 
Już nie mogę dłużej spoglądać: 
Ty, upadła, wzrok mój przykułaś.  
  
NIEZNAJOMA 
Czy mi możesz ziemskie rzec słowa? 
Czemu jesteś cały błękitny?  
  
BŁĘKITNY 
Nazbyt długo patrzałem w niebo, 
Stąd błękitne mam oczy i płaszcz.  
  

background image

NIEZNAJOMA 
Kim ty jesteś?  
  
BŁĘKITNY 
Poetą.  
  
NIEZNAJOMA 
O czym śpiewasz?  
  
BŁĘKITNY 
Wciąż o tobie.  
  
NIEZNAJOMA 
Czy dawno czekasz?  
  
BŁĘKITNY 
Od stuleci.  
  
NIEZNAJOMA 
Tyś martwy czy żywy?  
  
BŁĘKITNY 
Nie wiem.  
  
NIEZNAJOMA 
Młodyś?  
  
BŁĘKITNY 
Ja jestem piękny.  
  
NIEZNAJOMA 
Gwiazda dziewicza, upadłszy, 
Ziemskich pożąda słów.  
  
BŁĘKITNY 
Znam tylko stawia o tajemnicach 
I uroczysta jest moja mowa. 

background image

NIEZNAJOMA 
Czy ty znasz imię moje?  
  
BŁĘKITNY 
Me znam — i lepiej go nie znać.  
  
NIEZNAJOMA 
Czy widzisz moje oczy?  
  
BŁĘKITNY 
Wadzę. Jak gwiazdy jaśnieją.  
  
NIEZNAJOMA 
Czy widzisz kibić mą smukłą?  
  
BŁĘKITNY 
Tak. Jest olśniewająca.  
  
W jej glosie budzi się ziemska namiętność.  
  
NIEZNAJOMA 
Czy pragniesz wziąć mnie w objęcia?  
  
BŁĘKITNY 
Ja dotknąć ciebie nie śmiem.  
  
NIEZNAJOMA 
Możesz dotknąć mych ust. 
  
Płaszcz Błękitnego powiewa i znika w śniegu.  
  
NIEZNAJOMA 
Czy znasz namiętność?  
  
BŁĘKITNY  
(cicho) 
Krew moja milczy.  

background image

  
NIEZNAJOMA 
Czy znasz ty wino?  
  
BŁĘKITNY  
(jeszcze ciszej)  
Gwiezdne napoje są słodsze od wina.  
  
NIEZNAJOMA 
Czy ty mnie kochasz?  
  
Błękitny milczy.  
  
NIEZNAJOMA 
Krew we mnie śpiewać zaczyna.  
  
Cisza.  
  
NIEZNAJOMA 
Jad moje serce przepełnia. 
Smuklejsza jestem od waszych dziew. 
Piękniejsza jestem od waszych dam 
I namiętniejsza od narzeczonych.  
  
Błękitny drzemie, cały obsypany śniegiem. 
  
Jak dobrze jest u was na ziemi! 
Błękitnego już nie ma. Zawirował błękitnawy słup śniegu i wydaje się, że w tym 
miejscu nie było nikogo. Za to obok Nieznajomej zjawia się przechodzący 
tamtędy obcy Pan, który unosi melonik. 
  
PAN 
Czy pani tu z kimś rozmawiała? 
Tu przecież nie widać nikogo, 
A piękny głos pani rozbrzmiewał 
W pustej przestrzeni...  
  

background image

NIEZNAJOMA 
Gdzie on?  
  
PAN 
O, tak, bez wątpienia, bo pani 
Na kogoś tu właśnie czekała! 
Przepraszam za niedyskrecję... 
Kim był tan widmowy przyjaciel?  
  
NIEZNAJOMA 
Był piękny. Płaszcz miał błękitny.  
  
PAN 
Romantyka duszy kobiecej! 
Nawet tu, na ulicy, 
Widzą mężczyzn w błękitnych płaszczach! 
Lecz jakże to on się  nazywał?  
  
NIEZNAJOMA 
Nazywał siebie poetą. 
  
PAN 
Jam też poetą! poetą! 
Przynajmniej Kiedy spoglądam 
W parni urocze oczęta. 
I mógłbym śpiewać kuplety: 
„Ach, jakże ty jesteś piękna!"  
  
NIEZNAJOMA 
Czy chciałbyś mnie pokochać?  
  
PAN 
O, tak! I to woale chętnie.  
  
NIEZNAJOMA 
Czy możesz wziąć mnie w  objęcia? 
  

background image

PAN 
Chciałbym wiedzieć dlaczego Nie mógłbym wziąć w objęcia? 
NIEZNAJOMA 
I warg dotykając moich 
Będziesz mnie pieścił czule?  
  
PAN 
Chodźmy więc, moja ślicznotko!  
„Uczynię wszystko, co każesz", 
Jak mówił staruszek Szekspir... 
Więc. widzisz, że i ja także 
Nie jestem obcy poezji!  
  
Nieznajoma pokornie podaje mu rękę.  
  
PAN 
Jak masz na imię?  
  
NIEZNAJOMA 
Zaczekaj. 
Niech, sobie przypomnę. W niebie, 
Śród gwiazd, nie miałam imienia... 
Lecz tu, na błękitnej ziemi, 
Wybrałam imię Maria... 
A więc mnie Marią nazywaj. 
  
  
PAN  
Jak sobie życzysz, ślicznotko. 
Bo przecież chcę tylko wiedzieć 
Co mama ci szeptać nocą. 
Wyprowadza Nieznajomą pod rękę.  
Ślady ich zasypuje błękitny śnieg.  
  
Gwiazdowid znów jest na moście. Rozpacza. Wyciąga ręce ku niebu. Wznosi w 
górę wzrok.  
  

background image

  
GWIAZDOWID 
Nie ma już pięknej gwiazdy! 
Błękitna otchłań jest pusta! 
Rytm utraciłem 
Astralnych pieśni moich! 
Odtąd drażnią mój słuch 
Brzęczące pieśni gwiazd! 
Dziś w mojej wieży nocą 
Smutną ręką zapiszę 
W długich mych pergaminach 
Wieść o upadku najjaśniejszej gwiazdy... 
I cicho ją nazwę 
Imieniem dalekim, 
Imieniem pieszczącym słuch: 
Marią niech się nazywa. 
W żółtych zwojach annałów 
Zapis zostanie 
Mojej samotniej dłoni: 
„Spadła dziś gwiazda Maria. 
I już nie będzie patrzeć w moje oczy. 
Gwiazdowid pozostał sam!"  
Cicho  płacze.  
  
Poeta z alei wchodzi na most.  
  
POETA 
Zaklinam pana na wszystkie świętości! 
Na pańską tęsknotę! 
Na narzeczoną pańską, jeżeli 
Ma pan lub nadał narzeczoną. 
Powiedz mi pan, czy tu była 
Wysoka kobieta w czerni?  
  
GWIAZDOWID 
Dajcie mi spokój, brutalni ludzie. 
Nie widzę kobiet od czasu, 

background image

Gdy spadła moja gwiazda.  
  
POETA 
Rozumiem pański żal. 
Pan pewno jak ja jest poetą. 
Czy pan przypadkiem nie widział 
Nieznajomej w śniegach błękitnych?  
  
GWIAZDOWID 
Nie pomnę. Tu wiele szło kobiet 
I jest mi ogromnie przykro, 
Że pańskiej poznać nie mogłem...  
  
POETA 
O, gdyby pan ją ujrzał, 
Zapomniałby pan o swej gwieździe!  
  
GWIAZDOWID 
Nie pan może mówić o gwiazdach, 
Nazbyt pan jest lekkomyślny 
I bardzo pana proszę 
Nie wsadzać nosa w mój zawód.  
  
POETA 
Zniosę wszystkie zniewagi! 
Niech mi pan wietrzy, jestem 
Nie mniej niż pan przygnębiony... 
O, gdybym nie był pijany, 
Szedłbym za nią krok w krok! 
Lecz w chwili, gdy ją dostrzegłem, 
Tych dwóch mnie drabów wlokło. 
Potem upadłem w zaspę, 
Odeszli ciskając przekleństwa, 
Porzucając mnie w śniegu... 
Nie pomnę, jak długo spałem... 
Zbudziłem się z myślą, że śnieg 
Zasypał jej lekki ślad!  

background image

  
GWIAZDOWID 
Niezbyt wyraźnie pamiętam 
To smutne dla pana zdarzenie. 
To prawda, że pana wiedli, 
Szturchali i popychali 
I szedł pan niepewnym krokiem... 
Potem pamiętam przez sen, 
Jak weszła na most jakaś dama 
I jak błękitny pan do niej podszedł...  
  
POETA 
O, nie!... Ów błękitny pan...  
  
GWIAZDOWID 
Nie wiem, o czym mówili, 
Już na nich nie patrzałem, 
A potem pewno już poszli... 
Tak byłem zajęty gwiazdą...  
  
POETA 
I śnieg zasypał ich ślady!... 
Już nigdy jej nie spotkam! 
Takie spotkania 
Zdarzają się tylko raz w życiu...  
  
Obaj płaczą, sypie na nich błękitny śnieg.  
  
GWIAZDOWID 
Czy warto tego żałować? 
Znacznie głębsze jest moje nieszczęście: 
Astralny rytm utraciłem!  
  
POETA 
A ja straciłem rytm duszy. 
Myślę, że to jest ważniejsze!  
  

background image

GWIAZDOWID 
Żal w mych annałach zapisze: 
„Dziś spadła gwiazda — Maria!" 
POETA 
Piękne to imię: Maria! 
Napiszę w nowym wierszu: 
„Gdzieżeś ty, Mario? 
Zagarnął czar ją".  
  
GWIAZDOWID 
No, minie pańska rozpacz! 
Powinien pan tylko spisać Możliwie najdłuższe wiersze! 
Nad czym więc tutaj płakać?  
  
POETA 
Dla pana zaś,  Gwiazdowidzie, 
Starczy, gdy wpiszesz w swe zwoje 
Ku pożytkowi studentów: 
„Dziś spadła Gwiazda Maria!"  
  
Obaj smęcą się, prószy na nich błękitny śnieg. Giną u nim. Śnieg też się smęci. 
Zasypał już i most, i okręty Wybudował białe ściany na kanwie drzew, wzdłuż 
domów, na drutach telegraficznych. Dal ziemska i dal rzeczna wzniosły się 
białymi ścianami, tak że wszystko jest białe prócz świateł sygnalizacyjnych na 
okrętach i oświetlonych okien domów. Śnieżne ściany gęstnieją, jak gdyby 
zbliżały się do siebie. Powoli odsłania się — 
  
WIDZENIE TRZECIE 
  
Duży salon z białymi ścianami, na których jaskrawo płoną kinkiety. Drzwi do 
przedpokoju są otwarte. Delikatni dzwonek coraz to oznajmia przyjście gości. 
Na kanapach, fotelach i krzesłach siedzą już gospodarze i goście; 
Pani Domu — to starsza już dama, siedząca jak gdyby połknęła kij; przed nią 
koszyczek z biszkoptami, patera z owocami i filiżanka parującej herbaty; 
naprzeciw niej siedzi głuchy starzec o głupiej twarzy, który coś przegryza i 
popija. 

background image

Młodzi ludzie w nieskazitelnych smokingach rozmawiają z paniami, niektórzy 
zaś tłoczą się grupkami po kątach. 
Gwar bezmyślnych rozmów. 
Pan Domu wita gości w przedpokoju i do każdego z początku drewnianym 
głosem woła: „A-a-a!", po czym mówi coś banalnego. W tej chwili tym jest 
właśnie zajęty. 
PAN DOMU 
(w przedpokoju) 
A-a-a! Ale się pan opatulił! 
  
GŁOS GOŚCIA 
Bo też zimnisko dzisiaj, powiem panu! W futrze jestem. — a zmarzłem. 
Gość głośno wyciera nos. Ponieważ rozmowa w salonie jakoś się wyczerpała, 
słychać, jak Pan Domu konfidencjonalnie mówi do Gościa. 
  
PAN DOMU 
A u kogo pan szył? 
  
GOŚĆ 
U Chevaliera. 
  
Spoza drzwi sterczą poły surduta Pana Domu, który ogląda futro. 
  
PAN DOMU 
A ile pan zapłacił? 
  
GOŚĆ 
Tysiąc. 
  
Pani Domu starając się zagłuszyć rozmowę woła. 
  
PANI DOMU 
Cher Iwanie Pawłowiczu! Broszę szybciej do nas! Czekaliśmy już tylko na pana! 
Arkadiusz Romanowicz obiecał nam przecież dzisiaj  zaśpiewać! 
  
Arkadiusz Romanowicz podchodzi do Pani Domu i skomplikowanymi gestami 
usiłuje pokazać, że jest o sobie niezbyt wysokiego mniemania. 

background image

Pani Domu również gestami usiłuje wyrazić coś wręcz przeciwnego. 
  
MŁODY CZŁOWIEK ŻORŻ 
Ta twoja Serpantini, Misza, to zupełna idiotka. Tak tańczyć jak ona wczoraj, to 
znaczy nie mieć absolutnie wstydu. 
  
MŁODY CZŁOWIEK MISZA 
Nic nie rozumiesz, Żorż! Jestem kompletnie zakochany. To — tylko dla 
wybranych. Przypomnij sobie, ona ma naprawdę klasyczną figurę — ręce, 
nogi... 
  
ŻORŻ 
Poszedłem tam, aby napawać się sztuką. Na nóżki mogę patrzeć gdzie indziej. 
  
PANI DOMU 
O czym tam panowie mówicie, Georgiju Nikołajewicziu? Ach, o Serpantini! To 
okropność, nieprawdaż? Po pierwsze — interpretować muzykę — już to jedno 
jest bezczelnością. Ja tak namiętnie kocham muzykę i za nie, za nic nie 
dopuszczę, aby ją znieważano. A poza tym tańczyć bez kostiumu — to... to, nie 
wiem już co! Wyprowadziłam moją córkę. 
ŻORŻ 
Całkowicie się z panią zgadzam. A Michał Iwanowicz jest innego zdania... 
  
PANI DOMU 
Cóż to, panie Michale? Wydaje mi się, że tu nie mam być dwóch zdań! 
Rozumiem, że młodzi ludzie lubią się entuzjazmować, ale na publicznym 
koncercie... kiedy nogami ilustruje się Bacha... Sama zajmuję się muzyką... 
kocham namiętnie muzykę... Jak pan sobie wyobraża... 
  
Starzec siedzący naprzeciw Pani Domu rzuca nagle prosto z mostu. 
  
STARZEC 
Dom publiczny. 
W dalszym ciągu popija herbatę i zajada biszkopty. 
  
Pani Domu rumieni się i zwraca do jednej z dam. 
  

background image

MISZA 
Ach, Żorż, wy wszyscy wciąż jeszcze nic nie rozumiecie! Czyż to jest 
interpretacja muzyki? Serpantini sama jest wcieleniem muzyki. Płynie na falach 
dźwięków i wydaje nam się, że płyniemy za nią. Czyżby ciało, jego linie, jego 
harmonijne ruchy — same przez się nie śpiewały jak dźwięki? Ten, kto 
doprawdy czuje muzykę, nigdy się za nią nie obrazi! Wszyscy macie 
abstrakcyjny stosunek do muzyki... 
  
ŻORŻ 
Marzycielu! Ty wciąż to samo. Budujesz jakieś tam teorie i nic nie słyszysz, i nie 
widzisz. Ja nawet nie mówię o muzyce i w końcu gwiżdżę na to! Ja też bardzo 
byłbym rad widzieć to wszystko w osobnym gabinecie. Ale musisz się zgodzić: 
nie podać na afiszu że Serpantini będzie okryta tylko jednym gałgankiem — to 
znaczy postawić wszystkich w bardzo niezręcznej sytuacji. Gdybym o tym 
wiedział, nie zaprowadziłbym tam mojej narzeczonej. 
Misza z roztargnieniem grzebie w koszyczku z biszkoptami. 
Posłuchaj, rzuć te biszkopty. Wstręt bierze, gdy wszystkie obmacasz. Patrz, jak 
na ciebie patrzy kuzyneczka. A wszystko dlatego, że jesteś roztargniony. Ech, 
marzyciele. 
Misza mrucząc coś z zażenowaniem przechodzi w inny kąt salonu. 
  
STARZEC 
(odzywa się nagle do Pani Domu) 
Nina!  Siedź spokojnie. Rozpięła ci się suknia na plecach. 
  
PANI DOMU 
(rumieniąc się gwałtownie) 
Ależ,  wujku, nie wypada tak przy wszystkich! Wujek jest zanadto... szczery... 
Stara siędyskretnie zapiąć suknię. 
  
Do pokoju wbiega młoda Dama, za niąidzie ogromny Rudy Mężczyzna. 
  
DAMA 
Ach, dzień dobry, dzień dobry! Państwo pozwolą, że przedstawię państwu: mój 
narzeczony. 
  
RUDY MĘŻCZYZNA 

background image

Bardzo mi przyjemnie. 
Ponuro usuwa się w kąt pokoju. 
  
DAMA 
Proszę nie zwracać na niego uwagi. Jest bardzo nieśmiały. Ach, niech pani sobie 
wyobrazi, co za historia... 
Pije szybko herbatę i szeptem opowiada Pani Domu coś zapewne pikantnego, 
gdyż obie wiercą się na kanapie 
i chichoczą. 
  
DAMA 
(zwraca się nagle do narzeczonego) 
Masz moją chustkę? 
  
Narzeczony z ponurą miną wyciąga chustkę. 
  
DAMA 
Żałujesz mi czy co? 
  
RUDY MĘŻCZYZNA 
(odzywa się nagle ponurym głosem) 
Pij i nie gadaj. 
  
Milczą. Piją. 
Wbiega Młody Człowiek i z oznakami radości biegnie do drugiego. 
W tym ostatnim bez trudu poznać można tego, który uprowadził Nieznajomą. 
MŁODY CZŁOWIEK 
Kostia, drogi przyjacielu, przecieżona czeka pod drzwia... 
Przerywa w pół słowa. Wszystko staje się niezwykle dziwne. Jest tak, jak gdyby 
wszyscy nagle przypomnieli sobie, że gdzieś już te same słowa zostały 
powiedzianej i to w tej samej kolejności. 
Michał Iwanowicz patrzy dziwnym wzrokiem na Poetę, który właśnie wchodzi 
w tej chwili. 
Poeta, blady, składa ogólny ukłon na progu salonu. 
  
PANI DOMU 
(z napiętym wyrazem twarzy) 

background image

Czekaliśmy tylko na pana. Spodziewam się, że pan nam cośprzeczyta. Dzisiaj 
wyjątkowo dziwny wieczór! Nie klei się nasza przyjacielska rozmowa. 
  
STARZEC (rzuca znowu) 
Tak jakby ktoś umarł. Jakby przeniósł się do wieczności. 
  
PANI DOMU 
Ach, niech wujek przestanie! Wujek wszystkich do reszty powystrasza... Drodzy 
państwo! Zacznijmy rozmawiać na nowo... 
(do Poety) 
Przeczyta pan nam coś, nieprawdaż? 
  
POETA 
Z przyjemnością... jeśli to kogoś zainteresuje... 
  
PANI DOMU 
Drodzy państwo. Proszę o ciszę. Nasz znakomity poeta powie nam swój świetny 
wiersz i mam nadzieję, że znowu o pięknej damie... 
  
Wszyscy milkną. 
Poeta staje pod ścianą, naprzeciw drzwi do przedpokoju, i zaczyna recytować. 
  
POETA 
Śniegi znikały już z ulicy, 
Błyszczały dachy obnażone, 
Gdy rozświetlając mrok kaplicy, 
Zabłysły perły jej toczone. 
Z ikony w róże ustrojonej 
Powolnym krokiem zeszła Ona... 
Delikatny dzwonek w przedpokoju. 
Pani Domu błagalnie wyciąga złożone ręce w kierunku Poety. Poeta przerywa 
recytację. Wszyscy z ciekawością wyglądają do przedpokoju. 
  
PAN DOMU 
Za chwileczkę. Proszę wybaczyć. 
Wychodzi do przedpokoju, ale nie woła tam: „A-a-a!" 
  

background image

Milczenie. 
  
GŁOS PANA DOMU 
Czym mogę służyć? 
Głos kobiecy odpowiada coś. 
  
Pan Domu staje na progu. 
PAN DOMU 
Nineczko, jakaś pani. Nie mogą nic zrozumieć. Pewno to do ciebie. Państwo 
wybaczą, państwo wybaczą... 
Uśmiecha się z zażenowaniem. 
  
Pani Domu idzie do przedpokoju i zamyka za sobą drzwi. 
Goście szepcą pomiędzy sobą. 
  
MŁODY CZŁOWIEK 
(z kąta) 
Ależ to być nie może... 
DRUGI 
(kryjąc się za nim) 
Zapewniam cię, to skandal!... Słyszałem jej głos... 
  
Poeta stoi bez ruchu naprzeciw drzwi. 
Drzwi otwierają się. 
Pani Domu wprowadza Nieznajomą. 
  
PANI DOMU 
Proszę państwa, miła niespodzianka. To jest moja czarująca nowa znajoma. 
Mam nadzieję, że z radością przyjmiemy ją do naszego przyjacielskiego grona. 
Mario... pani wybaczy, nie dosłyszałam, jak się pani nazywa? 
  
NIEZNAJOMA 
Maria. 
  
PANI DOMU 
Ale... jak po ojcu? 
  

background image

NIEZNAJOMA 
Maria. Nazywam sama siebie Marią. 
  
PANI DOMU 
Dobrze, moja droga. Będą nazywała panią: Mary. Pani jest nieco ekscentryczna, 
nieprawdaż? Ale tym weselej spędzimy dzisiejszy wieczór z naszą zachwycającą 
nową znajomą. Nieprawdaż, mili państwo? 
  
Wszyscy są zażenowani. Zapada milczenie. 
Pan Domu dostrzega, że jeden z gości przemknął do przedpokoju, i wychodzi za 
nim. 
Słychać przepraszające szepty i słowa: „Nie czuję się zdrów". 
Poeta stoi bez ruchu. 
PANI DOMU 
Tak więc może nasz świetny poeta podejmie przerwaną recytację? Droga Mary, 
gdy pani weszła, nasz znany poeta recytował nam właśnie... recytował nam.. 
  
POETA 
Parni wybaczy. Proszę mi pozwolić, że dokończę kiedy indziej. Bardzo 
przepraszam. 
  
Wszyscy są raczej zadowoleni. 
Poeta podchodzi do Pani Domu, która przez pewien czas robi błagalne gesty, 
ale wkrótce daje spokój. 
Poeta spokojnie siada w odległym kącie. Patrzy na Nieznajomą w zamyśleniu. 
Pokojówka roznosi poczęstunek. 
Z ogólnego bezmyślnego gwaru wydziera się śmiech, oderwane słowa i całe 
zdania: 
Ależ jak ona tańczyła! Posłuchaj tylko! Inteligencja rosyjska... 
  
KTOŚ 
(wyjątkowo głośno) 
Ale pan też nie pochwycił! Ale pan też nie pochwycił! 
  
Wszyscy zapomnieli o Poecie, który powoli wstaję i przesuwa ręką po czole. 
Robi kilka kroków tam i z powrotem po pokoju. Z wyrazu jego twarzy widać, że 
z trudem usiłuje coś sobie przypomnieć. 

background image

W tej samej chwili z ogólnego gwaru dochodzą słowa: „roquefort", 
„camembert". Nagle jakiś gruby mężczyzna, wymachując z ogromnym zapałem 
rękami, wybiega na środek pokoju z okrzykiem: 
Brie! 
Poeta natychmiast przystaje. Przez chwilę wydaje się że wszystko sobie 
przypomniał. Robi kilka szybkich kroków w stronę Nieznajomej. Ale drogę 
przegradza mu wchodzący z przedpokoju Gwiazdowid w niebieskim 
mundurowym surducie. 
  
GWIAZDOWID 
Proszę wybaczyć, że jestem w surducie i że się spóźniłem. Wracam prosto z 
posiedzenia. Musiałem wygłosić referat. Astronomia... 
Podnosi palec do góry. 
PAN DOMU 
(podchodząc) 
Właśnie przed chwilą mówiliśmy o gastronomii. Nineczko, czy nie czas ma 
kolacją? 
  
PANI DOMU  
(wstaje) 
Proszę państwa! 
  
Wszyscy wychodzą za nią. W pociemniałym salonie pozostają przez pewien 
czas Nieznajoma, Gwiazdowid i Poeta. 
Poeta i Gwiazdowid stoją w drzwiach, gotowi wyjść. 
Nieznajoma ociąga się z wyjściem i stoi w głębi, przy oknie, koło ciemnej, na 
topól odsłoniętej zasłony. 
  
GWIAZDOWID 
Znów nam przyszło spotkać się z panem. Bardzo się cieszę. Ale okoliczności 
naszego pierwszego spotkania niech pozostaną między nami. 
  
POETA  
O to samo proszę i parna. 
  
GWIAZDOWID 

background image

Miałem dopiero co referat w Towarzystwie Astronomicznym na temat tego, 
czego pan był mimowolnym świadkiem. Zadziwiające wydarzenie: gwiazda 
pierwszej wielkości... 
  
POETA 
Tak, to bardzo interesujące. 
  
GWIAZDOWID 
(z zachwytem) 
O tak! Włączyłem do moich wyrazów nowy paragraf: „Spadła gwiazda Maria!" 
Nauka po raz pierwszy... Ach, wybaczy pan, że nie pytam o rezultaty pańskich 
poszukiwań. 
POETA 
Moje poszukiwania nie dały żadnych rezultatów. 
Odwraca się i patrzy w głąb pokoju. Patrzy z rozpaczą. Na twarzy jego widać 
udrękę, w oczach — pustkę i mrok. Chwieje się w straszliwym napięciu. Ale 
wszystko zapomniał. 
  
PANI DOMU 
(na progu) 
Proszę państwa! Idźcie wreszcie do stołowego! Nie widzę tu Mary... 
(Grozi im palcem.) 
Ach, młodzi ludzie! Schowaliście gdzieś moją Mary? 
(Patrzy  w głąb pokoju.) 
Gdzie jest Mary? Gdzież wreszcie jest Mary? 
Pod ciemną zasłoną nie ma już nikogo. 
Za oknem płonie jaskrawa gwiazda. Pada błękitny śnieg, tak samo błękitny, jak 
mundurowy surdut Gwiazdowida, który znikł.