background image

Johannes B. Lotz SJ 
BÓG WE WSPÓŁCZESNYM ŚWIECIE  
 
SPIS TEŚCI 
 

Problem Boga we współczesnym świecie

 

1. Istota ateizmu

  

2. Źródła ateizmu

 

3. Możliwość ateizmu

 

4. Warunki wstępne przezwyciężenia ateizmu

 

5. Przezwyciężenie ateizmu

 

6. Zło w świecie

 

7. Chrystus odpowiedzią na pytania człowieka

  

8. Ateizm - oskarżenie i wyzwanie

 

 

MĄDROŚĆ - JEDNOŚĆ WIEDZY I MIŁOŚCI

 

 

Mądrość - jedność wiedzy i miłości - miłość wiedzy i wiedza miłości

 

O. Johannes Baptist Lotz

  

Filozofia transcendentalna i egzystencjalizm

 

Nowe drogi medytacji chrześcijańskiej

 

Problematyka ateizmu

 

 
 
 
 
Problem Boga we współczesnym świecie     

powrót

     

spis treści

 

 
   Kto dzisiaj zajmuje się problemem Boga, ten musi przemyśleć zjawisko ateizmu, którego 
ogromne  rozpowszechnienie  przybrało  rozmiary  do  tej  pory  niespotykane.  To,  że  ateizm 
mógł  opanować  miliony  ludzi,  tłumaczy  się  po  części  przemocą,  z  jaką  całym  narodom 
narzucano  bezbożną  ideologię  przy  użyciu  wszelkich  środków  jakimi  dysponuje  władza. 
Stąd też u wielu, którzy jawią się jako ateiści lub do takich są zaliczani, teizm bynajmniej 
nie wygasł zupełnie. U wielu ludzi dokonuje się ciche rozbicie świadomości Boga; Bóg już 
im nic nie mówi, nie potrzebują Boga, Bóg znikł, a oni z tego powodu nie cierpią ani nawet 
tego nie zauważają. 
 
1. Istota ateizmu     

powrót

     

spis treści

 

 
   Istota ateizmu polega więc na tym, że Bóg znika z życia człowieka, i człowiek kształtuje 
swoją egzystencję bez Boga; że pragnie się wychować nowego człowieka dla przyszłości, a 
Bóg  przestał  już być  problemem.  Takie poglądy  znalazły  już  swoje  odzwierciedlenie  przy 
planowaniu niektórych miast i ich instytucji oświatowych. Od ateizmu można odróżnić anty-

background image

teizm,  który  ociera  się  o  problem  Boga,  o  tyle,  że  przeciw  Niemu  walczy.  Ateizm  i  anty-
teizm najczęściej wzajemnie się przenikają, wyrażając się w różnych postaciach. 
   Według  ateizmu  agnostycznego  człowiek  nie  wie,  czy  Bóg  istnieje  i  dlatego  się  o  Niego 
prawie lub wcale nie troszczy. Natomiast według ateizmu negatywnego człowiek uważa, że 
wie, że Bóg nie istnieje i że posiada również naukowo uzasadnioną tego pewność. Dlatego 
taki  ateista  szuka  wszystkiego,  co  odnosi  się  do  Boga,  aby  zlikwidować  pozostałości 
czasów, kiedy to człowiek był jeszcze „niedojrzały", a ponad które już wyrósł współczesny 
„dojrzały" człowiek. 
   Niejawny, czyli ukryty ateista przyznaje się wprawdzie do Boga, ale żyje tak, jakby Boga 
nie było; takich chrześcijan można spotkać dzisiaj niemało. Jawny ateista mówi zaś, że Bóg 
nie  istnieje,  przy  czym  często  neguje  on  Boga  źle  rozumianego,  a  z  jego  nieujawnioną 
świadomością Boga prawdziwego może zgodzilibyśmy się całkowicie. 
   Ateizm  teoretyczny  pojawił  się  jako  wniosek  filozoficznego  systemu, który  wynika  też z 
dialektycznego materializmu Engelsa. Ateizm postulowany, o którym pierwszy mówił Max 
Scheler,  walczy  przeciwko  istnieniu  Boga,  ponieważ  uniemożliwia  On  człowiekowi 
spełnienie się. Tak np. zdaniem Nietzschego Bóg chrześcijański wyklucza człowieka z pełni 
życia;  natomiast  marksizm  widzi  w  chrześcijaństwie  „opium  dla  ludu",  które 
wyzyskiwanych uspokaja i utrzymuje w biedzie. 
   Współcześnie  dominują  dwa  nurty  ateizmu:  marksistowski  i  egzystencjalistyczny  czyli 
humanistyczny.  Marksizm  widzi  problem  Boga  jedynie  od  strony  sytuacji  ekonomiczno-
socjalnej.  Ze  swej  istoty  pierwotnie  areligijnej,  ludzkość  stworzyła  kapitalizm,  dla  którego 
charakterystyczne jest napięcie między wyzyskującymi, a wyzyskiwanymi. Według Marksa 
religię  wynajdują  wyzyskiwani,  aby  szczególnie  przez  perspektywę  lepszego  życia  po 
śmierci  uczynić  swoje  doczesne  położenie  znośniejszym.  Gdy  tylko  poprzez  zmianę 
stosunków  uzyskają  oni  pocieszenie  tu  na  ziemi,  religia  zniknie  sama  z  siebie.  Zdaniem 
Lenina religię wynaleźli wyzyskujący jako środek służący utrzymywaniu wyzyskiwanych w 
ich  położeniu;  dlatego  też  religia  zniknie  z  chwilą,  kiedy  już  nie  będzie  żadnych 
wyzyskiwaczy.  Zarazem  Lenin  nawołuje  do  walki  przeciw  religii  czyli  do  jej  tłumienia 
przemocą,  ponieważ  najwyraźniej  nie  podziela  on  naiwnego  poglądu  Marksa,  że  wraz  z 
przezwyciężeniem kapitalizmu religia sama zniknie. W każdym razie obaj nie mają pojęcia, 
jak głęboko jest religia w człowieku zakorzeniona. 
   Przedstawicielem  ateizmu  egzystencjalistycznego  jest przede wszystkim  francuski filozof 
J. P. Sartre. Jego zdaniem człowiek w swym rdzeniu jest nieokreśloną egzystencją, z którą 
ściśle łączy się wolność, dlatego człowiek nie tylko posiada wolność, ale sam jest wolnością. 
Ponieważ  określenie  egzystencji  nie  zawiera  się  w  niej  samej,  więc  jest  ona  niczym  nie 
ograniczona. Egzystencja sama nadaje sobie swoją istotę i swoje wartości. Dlatego człowiek 
jest  zawsze  tym,  kim  siebie  sam  uczyni.  Z  takimi  poglądami  trudno  zaakceptować  Boga, 
ponieważ  On  jako  Stwórca  odcisnąłby  na  istocie  człowieka  swoje  odwieczne  idee  i  tak 
ustaliłby pewien porządek wartości. Ale to wyklucza istotną dla wolności nieograniczoność, 
a w efekcie też samą wolność. 
   A  poza  tym,  Boże  wszechmocne  spojrzenie  niszczyłoby  człowieka,  ponieważ  Bóg 
narzucając  człowiekowi  swoje  plany,  odebrałby  mu  tym  samym  wolność.  -  Sartre'owi 
można  się  sprzeciwić  wskazując  na  to,  że  wolność  to  nie  tylko  brak  określoności,  lecz 

background image

możliwość  samookreślenia.  Ta  możliwość  jest  dana  wraz  z  istotą  różniącą  człowieka  od 
zwierzęcia i przez to Bóg nie odbiera człowiekowi wolności, ale właśnie mu jej udziela. 
 
2. Źródła ateizmu     

powrót

     

spis treści

 

 
   Gdy  pytamy  o  źródła  ateizmu,  to  natrafiamy  najpierw  na  liczne,  fałszywe,  wypaczone 
obrazy Boga, które każdy rozsądny człowiek musi odrzucić. Do takich należy obraz Boga. 
którego  autorem  jest  Nietzsche.  Według  niego  Bóg  jest  jak  pająk  wysysający  człowieka  i 
okradający  go  z  pełni  życia.  Perwersyjny  jest  także  obraz  Boga  w  marksizmie,  według 
którego  Bóg  miałby  tylko  pocieszać  wyzyskiwanych,  a  nawet  utrzymywać  ich  w  biedzie. 
Nietrafne  są  też  obrazy  Boga  wielu  chrześcijan,  które  Boga  upiększają  i  upraszczają  lub 
przedstawiają Go jako szerzącego wszędzie strach tyrana. Pierwsze nie mogą rzeczywiście 
przyciągnąć ani zachwycić, drugie zaś działają tylko odstraszająco. Od takich przedstawień 
Boga często prawdziwy Bóg nie jest odróżniany, dlatego i ten fałszywy, i prawdziwy obraz 
Boga bywa odrzucany, a skutkiem tego jest ateizm. 
   Z fałszywymi obrazami Boga ściśle związane są i odgrywają ważną rolę liczne nadużycia 
Bożego imienia. Ludzie czynili straszliwe rzeczy z różnych powodów, a szukając dla siebie 
usprawiedliwienia,  czynili  to  z  imieniem  Boga  na  ustach  lub  w  imię  Boga,  tym  samym 
zniesławiali imię Boga, o ile to w ogóle jest możliwe. Hańbienie Bożego imienia zdarza się i 
dzisiaj,  chociażby  przez  uporczywe  utrzymywanie  niegodnych  człowieka  socjalno-
ekonomicznych warunków. Martin Buber był tak poruszony nadużyciami imienia Boga, że 
zaproponował,  by  tak  długo  przemilczać  imię  Boga,  aż  oczyściłoby  się  ono  ponownie  ze 
wszystkiego, co je obciąża. Inni idą jeszcze dalej, odrzucając zhańbionego Boga odchodzą 
również od Boga prawdziwego, stając się ateistami. 
   Wielu skłania do ateizmu istniejące na świecie zło, bezimienne cierpienie, na które ludzie 
byli  i  są  nadal  narażeni.  Taki  Bóg,  który  nie  potrafi  zaradzić  nieogarnionej  biedzie,  jaka 
doskwiera  ludziom  na  tym  świecie,  nie  może  być  wszechwiedzący,  wszechmogący  ani 
dobry. Jeżeli tych Bożych przymiotów nie możemy dostrzec, to oczywistym jest, że Bóg nie 
istnieje.  W  skrócie  formułowano  to  tak:  Po  okrucieństwach  Oświęcimia  nie  można  już 
dłużej  wierzyć  w  Boga.  Ten  zarzut  później  dokładniej  rozważymy,  gdy  przeanalizujemy 
potrzebne do tego podstawy. 
   Znaczący  wpływ  na  nasze  życie  wywarły  współczesne  nauki  przyrodnicze.  Dzięki  ich 
badaniom wiele już dokonano i na pewno jeszcze się wiele dokona. Nauki przyrodnicze ze 
swoimi  obserwacjami, eksperymentami  i  matematycznymi  obliczeniami  wtargnęły  w  świat 
natury  umożliwiając  nam  podziwianie  jego  bogactwa  i  złożoności  różnorodnych  struktur. 
Zgodnie  ze  swoją  metodologią  nauki  przyrodnicze  poruszają  się  tylko  w  przestrzeniach 
wewnątrzświatowych  i  nie  mogą  przekroczyć  granic  widzialnego  Wszechświata.  Dlatego 
nauki przyrodnicze są niekompetentne, gdy chodzi o sprawy pozaświatowe, stąd w sposób 
uprawniony  pomijają  problem  Boga,  ponieważ  nie  mogą  o  Nim  powiedzieć  nic 
pozytywnego,  ani  nic  negatywnego.  Gdy  jakiś  naukowiec  uważa  więc,  że  jego  nauka 
uzasadnia  ateizm,  to  zamienia  on  uprawnione-abstrahowanie  od  Boga  w  nieuprawnione 
zaprzeczanie Bogu, co jest pod względem logicznym nieusprawiedliwionym przekraczaniem 
granic  naukowości.  Taki  naukowiec  nie  zrozumiał  gruntownie  swojej  nauki,  ponieważ  do 

background image

niej przynależy też znajomość ograniczeń jej metod. Nie można zaprzeczyć temu, że wyniki 
nauk przyrodniczych mogą ułatwić komuś zbliżenie się do Boga, ale dzieje się to wtedy w 
zgodzie  z  metodami  filozoficznymi,  a  nie  naukowymi.  Człowiek  w  sposób  uprawniony 
może przekraczać ograniczenia naukowca zbliżając się do Boga. 
   Z  nauk  przyrodniczych  rozwinęła  się  technika, która  osiągnęła  wspaniałe  sukcesy,  czego 
przykładem  może  być  badanie  przestrzeni  okołoziemskiej.  Wydaje  się,  że  technika  tak 
przekształciła  nasz  sposób  życia,  że  bez  niej  nie  moglibyśmy  już  żyć.  Poprzez  technikę 
wypełnia człowiek Boże zadanie, by dzieło stworzenia na swój sposób rozwinąć i dopełnić. 
Dlatego technika nie jest wcale czymś demonicznym, ale ze swej istoty czymś dobrym. Ale 
człowiek  często  ją  nadużywał  i  nadal  próbuje  to  robić.  Nierzadko  dawał  się  człowiek 
wykorzystywać  dla  postępu,  co  w  efekcie  doprowadziło  do  czegoś  nieludzkiego  lub 
niszczyło  warunki  do  życia,  czego  przykładem  może  być  zanieczyszczenie  środowiska 
naturalnego  i  rabunkowe  wydobywanie  surowców  naturalnych  Ziemi.  Z  tym  wiąże  się 
jeszcze  iluzja,  że  wraz  z  postępem  techniki  człowiek  będzie  mógł  wszystko  osiągnąć. 
Człowiek  marzy  o  takiej  wszechmocy,  dzięki  której  dałby  sobie  radę  ze  wszystkim  i  nie 
potrzebowałby  więcej  Boga.  Uważa  się,  że  tylko  tak  długo,  jak  ludzkie  działanie  będzie 
niedoskonałe człowiek będzie jeszcze potrzebował Boga jako „zapchaj dziury". Wydaje się, 
że  taki  czas  już  nadszedł  i  ateizm  odpowiada  współczesnemu  człowiekowi,  który  dzięki 
technice stał się „dojrzały" (samowystarczalny). 
   W  przeciwieństwie  do  tej  opinii,  ktoś  rozsądny  dostrzega,  że  właśnie  to,  co  w  życiu 
najważniejsze,  jak  miłość  i  wierność,  nie  da  się  wytworzyć.  Widzi  też  wyraźnie,  że 
ważniejsza  od  zewnętrznej  siły,  dzięki  której  człowiek  rozwinął  technikę,  jest  siła 
wewnętrzna,  która  nadaje  technice  ludzkie  oblicze,  by  mu  jak  najlepiej  służyła.  Pomimo 
coraz  lepszego  zabezpieczenia  nadal  zdarzają  się  katastrofy  i  człowiek  widzi,  że  mimo 
wszystko  nie  jest  wszech-mocny,  że  w  obliczu  takich  wydarzeń  jest  właściwie  bezsilny. 
Człowiek może wciąż na nowo przekonywać się o tym, że wszystkie jego przedsięwzięcia 
zależą w pełni od tego, co już uprzednio zostało mu dane, że bez tych danych mu substancji 
i energii nie jest w stanie niczego dokonać, i że wszystkie jego dzieła, chociażby najbardziej 
twórcze,  są  właściwie  dalszym  rozwinięciem  tego,  co  już  uprzednio  zostało  mu  dane. 
Szczególnie dokładnie musi człowiek respektować prawa natury, które są zadane materii i 
energii,  ponieważ  jego  plany  nawet  przy  niewielkich  odstępstwach  od  tych  praw,  często 
kończą się fiaskiem. To absolutne posłuszeństwo, do którego współczesny człowiek zostaje 
wychowany, jest dalekie od wszechmocy, ponieważ potrzebuje on Boga przynajmniej jako 
gwaranta tego, co jest mu uprzednio dane, a do czego też przynależą obok substancji, energii 
i praw natury, również jego zdolności do odkrywania i tworzenia. Kto widzi Boga tylko jako 
„zapchaj  dziurę",  coś,  co  może  być  przez  człowieka  zastąpione  i  w  dużym  stopniu  już 
zastąpione  zostało,  ten  sprowadza  Go  do sfery  wewnątrzświatowych  przyczyn.  Ale  jest  to 
podstawowe i doniosłe w konsekwencje nieporozumienie, przed którym też się nie uchronili 
chrześcijanie.  Boże  działanie  dokonuje  się  na  zupełnie  innym  poziomie  niż  ludzkie, 
przekracza  je  i  jednocześnie  jest  też  bardziej  wewnętrzne  niż  wszelkie  źródła  i  podstawy 
ludzkiego działania. 
 
III. Możliwość ateizmu     

powrót

     

spis treści

 

background image

 
   Wraz  z  podstawami  ateizmu  należy  rozważyć,  dlaczego  jest  on  w  ogóle  możliwy.  Dla 
ateistów, ich światopogląd jest zupełnie oczywisty. Ich zdaniem teizm powstał z niewiedzy 
niedojrzałej ludzkości, która dla wytłumaczenia sobie wydarzeń, których przyczyn nie znała, 
wynalazła  sobie  Boga,  jako  sprawcę  wszystkiego.  Zgodnie  z  inną  opinią  (Feuerbach) 
człowiek przeniósł na Boga wszystkie wspaniałe zdolności, których sam w pełni nie potrafił 
urzeczywistnić. Ateizm jest głoszony jako jedyna prawda, która wraz z osiągnięciem przez 
ludzkość  dojrzałości,  przezwyciężyła  tamte  oszustwa.  W  miarę,  jak  nauki  przyrodnicze 
wyjaśniają coraz lepiej powstanie wszechświata, Bóg jako przyczyna wszystkiego staje się 
niepotrzebny.  I  w  miarę,  jak  człowiek  odkrywa  swoje  wspaniałe  uzdolnienia  jako  własne, 
znika pozorny Bóg, na którego zostały one wcześniej przeniesione.  - Zrozumieć ten rodzaj 
ateizmu, możliwość jego zaistnienia, jest aż nazbyt łatwo; tego dotyczą słowa wielkiego J. 
Burckhardta, gdy mówi o terribles simplificateurs (tych, co okropnie upraszczają). Wymyśla 
się proste teorie, ponieważ nie ma się pojęcia, jak głęboko zakorzeniona jest w człowieku 
religia i w związku z tym, kim jest człowiek. Zazwyczaj myśli się o człowieku zbyt prosto i 
krótkowzrocznie albo nie zgłębia się jego tajemnicy. 
   W  istocie,  ateizm  jest  możliwy,  ponieważ  Bóg  jest  tak  ukryty:  Deus  absconditus!  Bóg 
zbliża się do człowieka jednocześnie oddalając się od niego, ujawnia mu się tylko z ukrycia. 
To  ma  uzasadnienie  w  tym,  że  człowiek  jest  ucieleśnionym  duchem  umieszczonym  w 
świecie widzialnym. Dlatego nie może on bezpośrednio oglądać Boga, ale może Go odkryć i 
zbliżyć  się  do  Niego  w  pośredni  sposób,  ponieważ  niewidzialny  Bóg  przenika  cały 
widzialny wszechświat. Człowiek może się też w świecie widzialnym zatrzymać i zupełnie 
pogrążyć,  gdy  nie  będzie  potrafił  przebić  się  ponad  jego  powierzchnię  ani  przeniknąć  do 
głębi  jego  wewnętrznej  Tajemnicy.  Człowiek  pochłonięty  przez  to,  co  widzialne,  nie  ma 
czasu  na  to,  co  niewidzialne,  nie  zwraca  na  to  uwagi,  nie  ma  na  to  siły,  a  nawet  traci 
odpowiednie zdolności bądź staje się na to ślepy i głuchy. 
   Ateizm  jest  możliwy  dzięki  wolności,  którą  Bóg  podarował  człowiekowi.  Jest  ona  jego 
największym wyróżnieniem, ale też przez nią grożą mu największe niebezpieczeństwa. 
   Tę  wolność  Bóg  traktuje  niezwykle  poważnie,  ponieważ  dzięki  niej  człowiek  może  nie 
tylko dokonywać wolnych wyborów w sferze widzialnej i skończonej, ale także może Bogu 
powiedzieć  -  tak  lub  nie.  Skutkiem  tego,  człowiek  jest  prawdziwym  samodzielnym 
partnerem  Boga,  a  nie  tylko  jego  marionetką.  Dzięki  takiej  wolności,  człowiek  może  jako 
wolna  duchowa  istota  powiedzieć  Bogu  -  tak,  a  to  jest  coś  najcenniejszego,  co  człowiek 
może podarować Bogu, swemu Stwórcy. Aby taka akceptacja Boga była naprawdę wolna, 
człowiek musi mieć możliwość zupełnego odrzucenia Boga. W przeciwnym razie człowiek 
wielbiłby  Boga  z  konieczności,  jak  gwiazdy,  drzewa  i  zwierzęta.  Ale  człowieka  coś 
przymusza  do  urzeczywistniania  wszelkich  możliwości,  jakie  w  nim  tkwią,  dlatego  też 
neguje  Boga  w  różny  sposób  i  w  różnym  stopniu,  albo  staje  się  ateistą.  To  są  korzenie 
szerzącego się dzisiaj ateizmu. Bóg nie trzyma człowieka za rękę, jak małe dziecko i dlatego 
nie nawołuje  go  zaraz  do powrotu,  gdy  on  zamota  się  w  zgubnych  błędach.  Człowiek  ma 
sam odnaleźć powrotną drogę do Boga, gdy doświadczy na własnej skórze skutków swoich 
błędów. 

background image

   Do  ateizmu  i  nadużywania  wolności  szczególnie  skłonni  są  ludzie  o  usposobieniu 
gnuśnym  i  pysznym.  Słusznie  uważa  się  gnuśność  za  grzech  główny:  ona  powstrzymuje 
ludzi przed podejmowaniem usilnych starań, by przebić się z ciemności świata w światłość 
Boga.  Człowiek  gnuśny  wygodnie  drepcze  w  tym,  co  wewnątrzświatowe,  gubiąc  to,  co 
pozaświatowe. Człowiek  pyszny  chciałby  sam  być  swoim  panem  i  dlatego  dąży  do  pełnej 
autonomii.  Ulegając  pragnieniu  niezależności,  człowiek  usuwa  Boga  ze  swojego  życia 
pozwalając się kusić podszeptom biblijnego węża - „będziecie jako Bogowie". 
   Skłonność  do  ateizmu  wzmacnia  też  jakaś  wewnętrzna  przewrotność  człowieka,  którą 
opisują  także  współcześni  filozofowie.  Jaspers  twierdzi,  że  wygląda  to  tak,  jakbyśmy 
wypadli poza prawdę. Heidegger rozróżnia autentyczny sposób bycia człowieka, otwarty na 
ostateczną  głębię,  od  nieautentycznego,  który  zamyka  dostęp  do  tej  głębi.  Człowiek  jest 
zazwyczaj  i  przede  wszystkim  nieautentyczny,  a  do  autentyczności  musi  się  mozolnie 
przebijać.  To,  co  w  ten  sposób  wyraża  się  w  filozofii,  teolodzy  ujmują  jako  tajemnicę 
grzechu  pierworodnego,  źródło  wybujałych  złych  pożądań.  Ale  w  głębi  duszy  celem 
pożądliwości  nie  są  seksualne  uchybienia,  ale  bunt  przeciwko  Bogu.  Własne  skłonności 
człowieka są wzmacniane przez ciężar niezliczonych osobistych grzechów popełnionych w 
ciągu  tysiącleci.  Przez  to  wzrasta  atmosfera  ciemności  i  zamknięcia,  co  jeszcze  bardziej 
utwierdza niektórych ludzi w gnuśności i pysze. Tak pojawia się homo cun/ałus (człowiek 
skrzywiony),  o  którym  mówi  św.  Augustyn,  człowiek  zamknięty  sam  w  sobie i  wcale lub 
prawie wcale nie szukający Boga. O trudnościach, jakie ma człowiek ze znalezieniem Boga 
we  współczesnym  świecie  silnie  naznaczonym  grzesznością,  mówiły  też  dokumenty  I 
Soboru Watykańskiego: a w naszej bezpośredniej teraźniejszości znaleźć Boga jest jeszcze 
trudniej. 
 
IV. Warunki wstępne przezwyciężenia ateizmu     

powrót

     

spis treści

 

 
   Przezwyciężenie  ateizmu  wymaga  spełnienia  pewnych  warunków  wstępnych.  Przede 
wszystkim należy osłabić racjonalizm obecny w zbliżaniu się do Boga, uwzględniający tylko 
logiczne  i  istotne  aspekty  tego  procesu  albo  traktujący  Boga  jako  tylko  zadanie 
matematyczne  zniewalające  swą  ścisłością.  Przeciwnie,  należy  bardzo  poważnie 
potraktować  psychologiczne  i  egzystencjalne  aspekty  zbliżenia  się  do  Boga;  domagają  się 
one,  by  przemianie  uległ  cały  człowiek  i  poświęcił  swoją  wolność.  Człowiek  naprawdę 
dopiero  wtedy  zbliży  się  do  Boga,  kiedy  otworzy  na  Niego  nie  tylko  myślenie  swojego 
rozumu, ale także miłość swego serca. 
   Za  Kierkegaardem  musimy  rozumieć,  że  przy  tym  nie  wystarczy  człowiekowi  prawda 
obiektywna,  ale  konieczna  jest  prawda  subiektywna  (nie  subiektywistyczna).  Obiektywna 
prawda sama ogarnia prawdziwą treść, ale człowiek dystansuje się od niej, przyjmuje ją bez 
zaangażowania, można powiedzieć, że ją tylko rejestruje. Cały człowiek nie jest poruszony 
jej treścią, tylko jego rozum jest czynny, a serce milczy. Podstawą właściwego odniesienia 
do Boga nie może być tylko prawda obiektywna. Bóg ma nieporównywalne z niczym innym 
znaczenie  w  naszym  życiu  i  dlatego  na  pewno  nie  znajdzie  Boga  ten,  kto  stoi  przed  Nim 
obojętnie, bez zaangażowania. Kto pojął, kim jest Bóg i prawdziwie Go spotkał, ten został 
przez  Niego  całkowicie  ogarnięty,  tzn.  że  Bóg  wkroczył  w  jego  prawdę  subiektywną. 

background image

Prawda subiektywna angażuje całego człowieka, ponieważ jej prawdziwą treść przyjmuje on 
sercem i rozumem, jest nią uczuciowo poruszony. 
   Jednocześnie  nie  można  mieć  wglądu  w  samą  tylko  Bożą  Transcendencję,  dzięki  której 
Bóg  nieskończenie  przekracza  cale  swoje  stworzenie.  Gdy  zwraca  się  przesadną  uwagę  na 
Bożą  Transcendencję,  wtedy  Bóg  znika  w  nieskończonej  dali.  Ponieważ  tam  trudno  Go 
znaleźć,  niektórzy  przestają  Go  szukać,  inni  Mu  zaprzeczają  a  nawet  stają  się  ateistami. 
Dlatego trzeba stale wiązać Bożą Transcendencję z Bożą Immanencją, z zamieszkiwaniem 
Boga  pośród  swego  stworzenia.  On  jest  nie  tylko  nieskończenie  odległy,  ale  też 
nieskończenie  godny  zaufania.  Bóg  jest  tak  blisko  nas,  jak  blisko  żaden  człowiek  być  nie 
może; za św. Augustynem można powiedzieć, że Bóg jest głębiej w mym wnętrzu niż moje 
najbardziej wewnętrzne ja i cenniejsze niż to, co mam najcenniejszego; to razem, to Bóg. 
   Gdy kierujemy się do Boga jako do przyczyny całego stworzenia, to trzeba odróżnić Boga 
jako przyczynę pozaświatową od wielu innych przyczyn wewnątrzświatowych. On nie może 
być  umieszczony  w  takim  szeregu  przyczyn  nawet  jako  pierwsza  przyczyna,  jak  uważali 
m.in. Platon i Arystoteles. Bóg stoi ponad i poza światem przyczynowym, ale też obejmuje 
wszystkie  przyczyny,  we  wszystkich  jest  obecny  i  bez  Niego  nic  nie  może  się  dokonać. 
Działanie Boga umożliwia i podtrzymuje każde działanie stworzonej istoty. Boże działanie 
jest  najbardziej  ukryte,  ale  też  najpotężniejsze  i  nieporównywalne  z  żadnym  innym 
działaniem. Niektórzy wątpią w Boże działanie, ponieważ niczego takiego nie dostrzegają; 
chcą  Je  doświadczyć  w  ten  sam  sposób,  jak  każdego  działania  wewnątrzświatowego  i 
dlatego nie docierają do tej głębi, w której działa Bóg. 
 
V. Przezwyciężenie ateizmu     

powrót

     

spis treści

 

 
   Aby  przezwyciężyć  ateizm  trzeba  zwrócić  się  do  najgłębszych  korzeni  wszelkich 
dowodów  na  istnienie  Boga.  Heidegger  zwraca  naszą  uwagę  na  samo  bycie  jako  na 
podstawę wszystkich bytów, a w szczególności ludzi. Stwierdza on jednocześnie, że ludzie 
są najczęściej zagubieni pośród bytów lub tego, co wewnątrzświatowe i dlatego popadają w 
coraz większe zapomnienie bycia. Ludzie zajmują się tym, co jest już uzasadnione, co ma 
swoją rację, a nie troszczą się wcale o podstawę wszystkiego. Ale właśnie dostęp do Boga, 
jako ostatecznej podstawy otwiera się w byciu jako podstawie wszystkich bytów. Kto zatem 
zapomina  bycie,  ten  traci  dostęp  do  Boga;  to  jest  najgłębszym-korzeniem  ateizmu.  Kto 
przeciwnie, otwiera się na bycie i jemu się poświęca, ten uzyskuje dostęp do Boga i zbliża 
się do Niego. Sam Heidegger nie poszedł tą drogą do końca, ale mimo to, podprowadził nas 
do  najgłębszych  korzeni  teizmu.  Warto  jeszcze  podkreślić,  że  w  takim  stopniu,  w  jakim 
człowiek zapomina bycie, zapomina też siebie i w jakim stopniu znajduje bycie, zdobywa 
też siebie. 
   Z  tym  korespondują  poglądy  św.  Tomasza  z  Akwinu.  Według  niego  człowiek  stale 
powraca  do  siebie  samego  od  pierwotnego  zwrócenia  się  ku  światu,  a  powraca  wtedy 
doskonale, 
gdy  dociera  do  swojej  najgłębszej  podstawy.  Przy  czym  chodzi  o  najwewnętrzniejsze 
wnętrze  człowieka,  gdzie  jednocześnie  dostępna  jest  przekraczająca  człowieka  podstawa 
wszystkiego lub samo bycie. Wielu ludzi nie interesuje powrót do swego wnętrza i dlatego 

background image

pozostaje ono dla nich niewykorzystaną możliwością. Kto zaś powrotowi do swego wnętrza 
poświęci więcej troski, temu ujawnia się cała moc bycia i otwiera droga do Boga. 
   Cała  moc  bycia  oznacza,  że  bycie  ujawnia  się  jako  nieograniczona  i  absolutna  pełnia,  a 
więc jako absolut. W ludzkim życiu przejawia się to przede wszystkim w tym, że człowiek 
jest  osobą,  której  nieporównywalna  drogocenność  i  nietykalna  godność  są  „odblaskami" 
absolutu.  To,  co  absolutne  ujawnia  się  też  szczególnie  w  tym,  co  stanowi  człowieka  jako 
osobę  tj.  w  świadomości  własnego  „ja"  (jaźni)  i  w  samostanowieniu,  ale  pozostawiam  to 
jednak  bez  szczegółowej  analizy.  Dzięki  świadomości  własnego  „ja"  i  samostanowieniu 
człowiek  spełnia  się  jako  osoba,  należy  do  siebie  i  nie  jest  tak  zagubiony  w  świecie 
zależności,  by  być  używanym  tylko  jako  środek  jego  celów,  a  więc  człowiek  jako  osoba 
okazuje  się  celem  dla  siebie  samego  (Kant).  Dlatego  nawet  uzależnienie  człowieka,  jego 
względność, jaśnieje blaskiem absolutności bądź wskazuje na absolut. 
   Słowa „odblask" i „blask" podkreślają, że absolutność, która uzależnionego (względnego) 
człowieka  konstytuuje  jako  osobę,  nie  była  w  nim  pierwotnie  obecna.  Ona  jest  częścią 
ponadludzkiej absolutności pierwotnego absolutu i dzięki temu jest podstawą umożliwiającą 
bycia osobą i jako taka ujawnia się nam. Przez absolut rozumieliśmy do tej pory bycie, o ile 
wyrażało ono nieograniczona, i właśnie absolutną pełnię. Zgodnie z tym, Bóg to Ten, który 
sam jest Pełnią, wokół której wszystko krąży, która wszystko utrzymuje w istnieniu, z której 
wszystko  powstało  i  do  której  wszystko  powraca.  Właśnie,  Bóg  jako  Pełnia  jest 
nieskończenie  godny  uwielbienia  i  ku  Niemu  w  odpowiedzi  kierujemy  nasze  pochwalne 
modlitwy. To, że Bóg jest Osobą lub jest spotykany przez nas jako nieskończone „Ty", dane 
jest  nam  w  całej  pełni,  ponieważ  każde  „to"  lub  rzecz  z  istoty  swej  jest  ograniczona  i 
otoczona nie-byciem, bo brakuje jej godności przynależnej osobie. 
   Mimo  wszystko,  człowiek  nie  znajduje  Boga  kierując  się  na  zewnątrz,  ale  właśnie 
zwracając  się  do  swego  najgłębszego  wnętrza,  gdzie  spotyka  Boga,  jako 
najwewnętrzniejszą,  a  jednocześnie  przekraczającą  go  Tajemnicę  swojego  życia  i  całego 
Wszechświata.  Człowiek  nie  może  uniknąć  wewnętrznego  skierowania  ku  Bogu,  który  go 
nieustannie  o  coś  prosi.  W  najbardziej  skrytym  zakamarku  serca  człowiek  zawsze  słyszy 
wezwanie,  jakie  Bóg  kieruje  do  niego  zapraszając  go  do  siebie,  aby  okazał  Mu  należny 
szacunek  i  pełne  uznania  oddanie.  To  wewnętrzne  skierowanie  ku  Bogu,  bez  którego 
człowiek  nie  byłby  człowiekiem,  nie  jest  nikomu  odmówione  i  dlatego  nawet  w 
przyznającym  się  do  ateizmu  też  mieszka  teista,  tylko  że  nieujawniony,  głuchy  i  często 
przemocą stłumiony. W takim człowieku toczy się ciągła wewnętrzna walka między tym, do 
czego się przyznaje, a tym, kim jest rzeczywiście, ale w sposób nieujawniony. Taki człowiek 
nieustannie sam sobie zaprzecza. 
 
VI. Zło w świecie     

powrót

     

spis treści

 

 
   To, co do tej pory zostało przedstawione, zapewne ułatwi nam rozważenie problemu zła, 
które na tym świecie tak bardzo ludziom doskwiera. Musimy uwzględnić pogląd, który wini 
Boga  za  całe  zło obecne  w  świecie,  mimo  że  zaistniało  ono  wskutek  ludzkiej  głupoty  lub 
nadużycia  wolności.  Ale  kto  usiłuje  do  końca  zrozumieć  zagadnienie  zła,  ten  pragnie 
całkowicie zrozumieć Boga, a zatem popełnia błąd racjonalizmu. W rzeczywistości Bóg jest 

background image

Tajemnicą  nieskończenie  nas  przekraczającą  i  dlatego  jest  on  niezrozumiały  dla  naszego 
skończonego  poznania.  Bóg,  którego  wszystkie  działania  byłyby  dla  nas  zrozumiałe,  nie 
byłby prawdziwym Bogiem, ale na ludzką miarę wynalezionym bożkiem. Niekiedy ciężkie, 
nieuniknione  cierpienia  konfrontują  nas  z  tym  właśnie  niepojętym  Bogiem,  wtedy 
uwolnienie  od  wszelkich  zantropologizowanych  obrazów  Boga  przybliża  Boga 
prawdziwego.  Przez  zaufanie  prawdziwemu  Bogu  człowiek  najlepiej  oddaje  Mu  cześć,  a 
jednocześnie zbliża się do Niego i zyskuje dystans wobec siebie. 
   Trzeba podkreślić, że Bóg jako nieograniczona Pełnia Bycia jest nieskończonym Dobrem. 
A zło ze swej istoty okrada z bycia, dlatego jest nie-byciem, potwierdza to w pewien sposób 
ślepota. A ponieważ Bóg jako Pełnia Bycia wyklucza jakiekolwiek nie-bycie, dlatego w Nim 
nie  ma  miejsca  na  zło.  Bogu  jako  nieskończonemu  Dobru  nie  może  się  sprzeciwić  jakieś 
nieskończone  zło,  które  okradałoby  przecież  bycie  z  całego  bycia.  Takie  zło  byłoby  nie-
byciem  bez  jakiegokolwiek  bycia,  czyli  absolutną  nicością.  Zło  pojawia  się  więc  tylko 
jednostkowo w tym co skończone, w rzeczach i przede wszystkim w ludziach; dlatego jest 
ono  ze  swej  istoty  czymś  skończonym.  Jednocześnie  zło,  które  doświadcza  człowieka, 
okrada go zawsze z jakiegoś bycia, ale nie z jego całego własnego bycia. Potwierdza to też 
ślepota, która okrada człowieka z części jego bycia, ale człowiek ślepy mimo to, jest nadał w 
swym  byciu  przez  Dobro  podtrzymywany  i  od  Niego  zależny.  Również  śmierć  jest  dla 
człowieka tylko częściową kradzieżą, która właściwie odbiera mu całkowicie tylko tę stronę 
bycia, a jednocześnie wyzwala z niej tamtą stronę jego życia i tak je dopełnia. 
   Wynika  z  tego,  że  zło  jest  zawsze  tylko  skończone  i  zależne,  a  więc  względne,  a  tylko 
Dobro  jest  nieskończone  i  niezależne  czyli  absolutne.  Ponieważ  tym  absolutnym  Dobrem 
jest  Bóg,  musi  On  być  jednocześnie  nieskończoną  Mądrością,  nieskończoną  Miłością  i 
nieskończoną Mocą, bo inaczej czegoś istotnego brakowałoby Jego Dobroci. Wszystko, co 
względne,  ma  swoją  podstawę  w  tym,  co  absolutne,  dlatego  można  za  św.  Tomaszem  z 
Akwinu  powiedzieć:  ponieważ  jest  zło,  więc  istnieje  też  Bóg.  To  demaskuje 
powierzchowność  bardzo  popularnego  wniosku,  że  obecność  zła  wyklucza  istnienie  Boga. 
Tak głęboko przez człowieka doświadczane zło nie odpycha od Boga, ale do Niego zbliża i 
zamiast zwątpienia rodzi nadzieję. 
 
VII. Chrystus odpowiedzią na pytania człowieka     

powrót

     

spis treści

 

 
   Chociaż Bóg - według tego, co tu zostało wcześniej powiedziane - jest obecny we wnętrzu 
każdego człowieka w sposób nie do usunięcia, to jednak człowiek stale gubi drogę do Boga i 
popada w ateizm. Niekiedy ulega też zwątpieniu, czy Bóg w ogóle chce się dać człowiekowi 
odnaleźć.  Odpowiedzią  Boga  na  nędzę  cierpiącego,  wciąż  jeszcze  nie  wybawionego 
człowieka  jest  Chrystus.  Wieczny  Bóg  poprzez  swego  Syna,  który  stał  się  człowiekiem, 
umarł śmiercią ofiarną i zmartwychwstał, skierował do ludzi ważne po wsze czasy wielkie 
słowo  -  Tak.  Bóg  zapowiedział  się  człowiekowi  raz  na  zawsze  i  wciąż  czeka,  by  on  z 
własnej  woli  sam  Go  odnalazł.  A  Drogą  prowadzącą  do  Boga  jest  Chrystus.  On  jest 
Pojednaniem,  przez  Niego  i  w  Nim  Bóg  nieustannie  zstępuje  ku  człowiekowi,  a  człowiek 
stale  na  nowo  przyjmowany  jest  przez  Boga.  Chrystus  otwiera  Drogę  Pojednania  swym 
Dziełem Zbawienia. Tę Drogę ukazują nam Jego Słowa i Jego Czyny. Tu udostępnia się też 

background image

wgląd w ważny powód współczesnego ateizmu. Człowiek współczesny często odwraca się 
od Chrystusa; szczególnie zaś nie uznaje Jego Boskości, co nieuchronnie utrudnia dostęp do 
Boga,  a  nawet  prowadzi  do  Jego  odrzucenia.  Epoka,  która  ofiarowaną  przez  Chrystusa 
Łaskę,  dawniej  przyjmowaną,  dzisiaj  pozostawia  niewykorzystaną  lub  nawet  Ją  wyraźnie 
odrzuca, popada w ciemności. 
   Uwzględniając  dzisiejsze  popularne  wzorce,  niektórzy  sądzą,  że  ukrzyżowanie  Jezusa 
Chrystusa, Najniewinniejszego z niewinnych i Jego śmiertelne męki nie są do pogodzenia z 
Istnieniem  Boga,  z  Jego  Mądrością,  Miłością,  i  Mocą.  W  rzeczywistości  jest  zupełnie 
inaczej;  właśnie  poprzez  to  pełne  cierpienia  wydarzenie  Bóg  zbawia  świat.  Jest  to  Dzieło 
Jego wielkiej Mądrości, krańcowej Miłości i największej Mocy. To nadaje też sens każdemu 
cierpieniu  człowieka;  kto  nie  zatrzyma  się  na  powierzchni  tych  zjawisk,  ale  wraz  z 
Chrystusem  przeniknie  ich  głębię,  odnajdzie  to,  co  nie  oddala  od  Boga  lecz  ku  Niemu 
prowadzi. 
   Nieprzeniknioną  tajemnicą  jest  dla  człowieka  skarga  Ukrzyżowanego:  „Boże,  Boże, 
czemuś  mnie  opuścił?"  Szczególnie  wtedy,  gdy  cierpienie  dochodzi  do  granic 
wytrzymałości, poprzez zło ujawnia się oddalenie od Boga i opuszczenie przez Niego. Wielu 
ludzi czuje się opuszczonych przez Boga, to zwodzi niektórych aż do negacji Boga. Jest to 
fałszywy wniosek, a prawda jest taka, że człowiek sam z własnej winy traci to, co w języku 
biblijnym nazywa się rajem. Człowiek wymawia się Bogu, oddala się od Niego i w końcu 
Go opuszcza, a to właśnie umożliwia wszelkie zło i cierpienie. Korzeniem wszelkiego zła 
jest nadużywanie wolności, a Bóg odpowiada tylko pośrednio za obecne w świecie zło, jako 
Stwórca człowieka, któremu podarował pełną wolność. 
   Ale Bóg nawet grzesznego człowieka zupełnie nie opuszcza, lecz pragnie go w Chrystusie 
przyprowadzić  do  siebie  z  powrotem.  Przy  tym  cierpienie  będące  skutkiem  porzucenia 
Boga, poprzez cierpienia Chrystusa, Jego Krzyż, przemienia się w to, co umożliwia powrót 
do  Boga.  Dlatego  Chrystus  przecierpiał  opuszczenie  przez  Boga,  Jego  oddalenie,  czy 
właśnie ateizm swych współbraci. Wypowiadając słowa: „W Twoje ręce powierzam ducha 
mego" Chrystus ofiarował całe swoje życie Przedwiecznemu Ojcu i tak do Niego powrócił, 
co jednocześnie wytyczyło drogę do Boga wszystkim ludziom i przezwyciężyło korzenie ich 
ateizmu. Zmartwychwstanie Chrystusa jeszcze bardziej uwidacznia Bożą Chwałę ukrytą w 
człowieku  i  ostatecznie  rozwiązuje  problem  ateizmu.  Chrystus  umożliwia  swoim 
współbraciom udział w przebudzeniu zmarłych i dzięki temu odnajdą oni siebie w Bogu w 
całej pełni. 
 
VIII. Ateizm - oskarżenie i wyzwanie     

powrót

     

spis treści

 

 
   Chrześcijanin, który  rzeczywiście przejmuje  się  współczesnym  ateizmem, doświadcza go 
jako  oskarżenie  i  wyzwanie  jednocześnie.  Oskarża  siebie  jako  współwinnego  ateizmu, 
ponieważ  nie  przeżywa  wcale  lub  tylko  połowicznie  swoje  chrześcijaństwo,  a  jego  ukryty 
bądź praktyczny ateizm miał współudział w rozprzestrzenianiu się jawnego i teoretycznego 
ateizmu. Temu towarzyszy nieodparte wyzwanie skierowane do każdego chrześcijanina bez 
wyjątku,  wymagające  od  niego  przeżywania  swego  chrześcijaństwa  w  całej  pełni,  ze 
wszystkich  sił  i  z  nadzieją  w  Bożą  Łaskę.  Sprowadza  się  to  właściwie  do  świadczenia  o 

background image

Bogu, a tym samym do odrzucenia takiego sposobu życia, które toczy się tak, jakby Boga 
wcale nie było. Przede wszystkim chodzi o to, aby iść Drogą, którą jest Chrystus, aby On 
zdobył też tych, którzy nazywają się jeszcze dzisiaj ateistami. 
   Powrót  do  Boga  od  współczesnego  ateizmu  wymaga  współdziałania  wszystkich,  którzy 
znaleźli  Boga  zarówno  chrześcijan,  jak  i  niechrześcijan.  W  miarę,  jak  ludzie  przez  swoje 
świadectwa,  ale  i  swoje  życie  coraz bardziej  promieniują  Bożą  Chwałą,  tym  łatwiej  mogą 
obudzić ukrytego w ateiście teistę i tak mu dopomóc w stopniowym przebiciu się. 
 
MĄDROŚĆ - JEDNOŚĆ WIEDZY I MIŁOŚCI     

powrót

     

spis treści

 

 
Mądrość - jedność wiedzy i miłości - miłość wiedzy i wiedza miłości   

powrót

    

spis treści

 

 
Rozmowa z J. B. Lotzem 
 
- Jakie spotkania w Ojca długim, bogatym i twórczym życiu były najbardziej znaczące? 
-  Do  Zakonu  Jezuitów  wstąpiłem  w  1921  roku.  W  nowicjacie  byłem  w  Valkenburg.  Trzy 
lata studiowałem filozofię w Frageburg w Holandii. Tam szczególnie ważną osobą był dla 
mnie  ojciec  Wilhelm  Klein, który  m.  in. naprowadził  mnie na  Hegla i Marechala. Później 
trzy  lata  byłem  w  Rzymie  jako  repetytor  w  Collegium  Germanicum.  To  było  jakby 
repetytorium  z  filozofii.  W  międzyczasie  uczęszczałem  też  na  wykłady  prowadzone  dla 
przyszłych  profesorów  filozofii  na  Gregoria-num.  W  roku  1929  opuściłem  Rzym  i 
studiowałem dalej filozofię i teologię w Insbrucku. Następnie w latach 1934-1936 razem z 
Karlem  Rahnerem  byłem  we  Fryburgu,  gdzie  studiowaliśmy  głównie  u  Heideggera. 
Obydwaj  bardzo  wiele  nauczyliśmy  się  od  Heideggera.  Rahner  wykorzystał  to  później  w 
teologii, a ja w filozofii. 
Heidegger  to  był  ten  drugi  znaczący  człowiek,  który  decydująco  wpłynął  na  mój 
filozoficzny  rozwój,  obok  ojca  Wilhelma  Kleina.  Od  tego  czasu  moje  myślenie  jest  w 
pewien  sposób  określone  poprzez  klimat  myśli  Marechala,  ojca  Wilhelma  Kleina  i 
Heideggera. 
W 1936 roku zostałem docentem, a później profesorem filozofii w Pullach kolo Monachium 
na naszym Wydziale Filozofii przy jezuickim Collegium, które w międzyczasie zostało 
przeniesione do Monachium i udostępnione również osobom świeckim. 
Od  1952  r.  każdy  semestr  zimowy  spędzałem  w  Rzymie,  gdzie  prowadziłem  seminaria 
przede  wszystkim  dla  doktorantów.  W  tym  roku  minął  33  semestr  zimowy  spędzony  w 
Rzymie.  W  semestrach  letnich  nauczałem  zawsze  tu,  w  Monachium.  Od  czasu,  gdy 
poszedłem w 1973 roku na emeryturę, mam tylko dwugodzinne seminarium w tygodniu, w 
semestrze zimowym nadal w Rzymie i w letnim tu, w Monachium. W tym semestrze chcę 
też poprowadzić dwugodzinne seminarium z estetyki. 
- Czy czegoś wyjątkowego nauczył się Ojciec od Heideggera? 
-  Można  powiedzieć,  że  od  Heideggera  uczono  się  filozofować;  nie  filozofii,  ale 
filozofować. 
- Jak to można dokładniej wytłumaczyć? 

background image

-  Heidegger  uczył  przedzierać  się  do  podstaw,  aby  odkryć  pierwotne,  ostateczne 
fundamenty. Te ostateczne i pierwotne fundamenty nazywa Heidegger byciem. Przedzierać 
się  do  bycia  -  to  znaczy  przenikać  wszystko  bytujące,  by  uchwycić  bycie.  Św.  Tomasz  z 
Akwinu  dociera  do  bycia,  tej  ostatecznej  i  pierwotnej  podstawy,  która  u  niego  głębiej 
prowadzi  do  Boga  niż  bycie  u  Heideggera.  U  Heideggera  pytanie  o  Boga  pozostaje  bez 
odpowiedzi.  Czyni  on  przygotowawcze  kroki,  lecz  problem  Boga  pozostawia 
nierozstrzygniętym.  Jednak  Heidegger  nie  był  ateistą.  Uważał,  że  pytanie  o  Boga  musi 
zostać wpierw należycie przygotowane przez to, że się gruntowniej przemyśli samo bycie. 
Przemyśleć bycie - ale w tym właśnie jest duża trudność. 
U  Heideggera  bycie  i  czas  pozostają  zamknięte.  Jednakże  pytanie  o  Boga  domaga  się 
odkrycia  w czasie  wieczności  i  wieczności  jako pierwotnej podstawy  czasu.  I  dzięki  temu 
dopiero  otwarta  jest  droga  do  Boga,  który  nie  jest  przecież  istotą  tego,  co  wieczne.  Od 
Heideggera  nauczyłem  się  wiele,  szczególnie  jeśli  chodzi  o  specyficzność  filozoficznego 
myślenia, o to, co istotne jest w filozofowaniu, a dopiero wtórnie w samej filozofii. Gdy ktoś 
nauczy się filozofować, wtedy może dopiero uprawiać filozofię. 
-  Równocześnie  z  filozofowaniem  zajmował  się  Ojciec  duchowością,  różnymi  sposobami 
medytacji uwzględniając też tradycje religii wschodnich., 
- Zawsze zajmowałem się duchowością w pełnej łączności z filozofią. Życie duchowe, jeżeli 
je  dobrze  rozumieć,  jest  to  pewien  proces  polegający,  tak  jak  i  filozofowanie,  na 
uwewnętrznianiu.  Proces  uwewnętrznienia  w  filozofii  i  życiu  duchowym  przebiega  od 
najbardziej  zewnętrznej  zewnętrzności  do  najbardziej  wewnętrznej  wewnętrzności.  W-tym 
procesie filozofia realizuje się pod znakami prawdy, wiedzy, życie duchowe natomiast pod 
znakami  dobroci  lub  miłowania.  Ale  filozofowanie  i  życie  duchowe  to  właściwie  ten  sam 
proces przejścia z zewnętrzności do wewnętrzności. Nie ma więc żadnych trudności w tym, 
aby je połączyć. Jeżeli się dobrze rozumie ich korzenie, to obydwie dziedziny są jednym i 
tym samym, na sposób wiedzy i na sposób miłowania. 
- W jaki sposób można znaleźć właściwą dla siebie drogę w uprawianiu filozofii, która jest 
jednocześnie medytacją, życiem duchowym. 
-  Chodzi  o  to,  aby  ćwiczyć,  ćwiczyć.  Tego  nie  można  się  od  kogoś  nauczyć,  nie  można 
wyczytać,  nauczyć  się  z  książek.  To  trzeba  stale  samemu  próbować  robić.  W  tym 
filozofowaniu  trzeba  stale  się  trudzić,  by  doświadczyć  tego,  co  ostateczne  i  pierwotne. 
Filozofia nie polega przede wszystkim na pojęciowym myśleniu. Oczywiście, to pojęciowe 
myślenie  jest  konieczne,  ale  u  podstaw  filozofii  leży  doświadczenie,  rozumiane  też  jako 
pomost  do  życia  duchowego.  A  doświadczyć  tej  ostatecznej,  pierwotnej  podstawy  można, 
jeżeli będzie się na nią dostatecznie uważnym i dostrzeże się znaki, poprzez które się ona 
ujawnia. A te znaki zawsze do nas przychodzą. Trzeba je tylko umieć dostrzec i potrafić za 
nimi pójść. I wtedy idzie się za nimi drogą wiedzy albo miłości lub jednocześnie wiedzy i 
miłości, ponieważ w wiedzy zawiera się miłość, a w miłości wiedza. Wiedza bez miłości to 
racjonalizm, a miłość bez wiedzy to irracjonalizm. To dwie fałszywe krańcowości. A więc 
wiedza  miłości  to  duchowość,  a  miłość  wiedzy  to  filozofia.  To  są  bardzo  podstawowe 
różnice. 
Podczas  ostatniego  semestru  zimowego  w  Rzymie  rozważałem  te  problemy  prowadząc 
wykład o miłości jako korzeniu i fundamencie filozofowania. 

background image

- Proszę na ten temat trochę więcej powiedzieć. 
-  Można  powiedzieć,  że  wiedza  i  miłość  są  tylko  dwiema  stronami  jednego  ludzkiego 
działania.  Ludzkie  działanie  jest  już  zawsze  wiedzą  o  przedmiocie,  którego  dotyczy 
działanie, i miłością, w której kochający poświęca się 
temu,  co  ukochał  lub  temu,  kogo  ukochał.  Dzisiaj  zapomina  się  o  tym,  że  to  co  kochane 
należy  uczynić  przedmiotem  poznania,  że  w  miłości  należy  się  temu  poświęcić.  Jest  to 
pewien  ruch po  kole,  który  przedstawił  już  św.  Tomasz  z  Akwinu.  A  więc  wiedza  będzie 
owocowała  dzięki  miłości,  a  miłość  będzie  rozjaśniona  dzięki  wiedzy,  zaś  obie  są 
nierozdzielne. 
Prawdziwa  mądrość  jest  ukryta  w  jedności  ich  obu.  Właściwie  powstaje  ona  dzięki  tej 
jedności. Prawdziwa mądrość jest ostatecznie jednością wiedzy i miłości. Dlatego im dalej 
postąpi się w tych procesach uwewnętrzniania, tym głębiej wejdzie się w  miłość wiedzy i 
wiedzę miłości. 
W  swoich  wykładach  próbowałem  poszczególne  problemy  rozjaśnić  i  wskazać  na  ludzi, 
którzy  już  przed  nami  tą  drogą  szli,  np.  św.  Augustyn,  przed  nim  Platon,  a  później  św. 
Tomasz z Akwinu, Bonawentura, zaś w czasach współczesnych kardynał Newman, Gabriel 
Marcel i inni. Wykłady te cieszyły się u studentów dużym zainteresowaniem. 
-  Mówi  Ojciec:  trzeba  dużo  ćwiczyć.  Ale  jak  uczynić  pierwszy  krok  na  drodze  tak 
rozumianej jedności miłości i wiedzy? 
-  Są  ludzie,  którzy  na  tej  drodze  są  wyraźnie  od  samego  początku.  Ci  ludzie  są  już  na  tej 
drodze  dzięki  swoim  skłonnościom,  dzięki  ludziom,  z  którymi  dane  im  było  się  spotkać, 
dzięki różnym doświadczeniom, jakie poczynili. Większość jednak potrzebuje pomocy np. 
w  obszarze  poznania  (wiedzy),  poprowadzenia  przez  jakiegoś  nauczyciela.  Takiego  ja 
miałem  w  osobie  ojca  Wilhelma  Kleina  albo  Heideggera,  czy  poprzez  książki,  np. 
Marechala. W ten sposób otrzymuje się bardzo ważną pomoc od innych. Jest bardzo istotne, 
aby spotkać ludzi, którzy nie tylko przekazują wiedzę, ale którzy dają impulsy do własnego 
rozwoju.  A  w  tym  procesie  uwewnętrzniania  przez  życie  duchowe  potrzeba  również 
wprowadzenia  medytacji  np.  poprzez  rekolekcje  lub  specjalne  kursy.  Dzięki  takiemu 
wprowadzeniu przez kogoś doświadczonego w medytacji można samemu w to przeniknąć. 
Potrzeba do tego dużo cierpliwości i wytrwałości, ale daje ona dużą radość. 
-  Istnieje  wiele  różnych  metod  i  stąd  duża  trudność,  żeby  tę  właściwą  znaleźć,  a  również 
niebezpieczeństwo pomyłki. 
-  Tak.  Dobra,  właściwa  metoda  to  bardzo  indywidualna  rzecz.  Tę  najlepszą  metodę  trzeba 
samemu  ustalić.  Oczywiście  ze  wszystkich  proponowanych  metod  trzeba  coś  wybrać,  nie 
można  wszystkiego  próbować  -  to  jest  wykluczone.  Są  jednak  ludzie,  do  których  ma  się 
zaufanie, którzy dają pewne wskazówki, które metody są korzystne, a które nie. I trzeba się 
tych ludzi poradzić, a następnie w praktyce sprawdzić, czy ta proponowana metoda jest dla 
mnie  właściwa,  czy  też  nie.  To  jest  bardzo  trudna  i  osobista  sprawa,  dlaczego  tę  lub  inną 
metodę się wybiera. Jak medytowanie, tak i filozofowanie to bardzo osobiste sprawy. 
- Jakie znaczenie mają jeszcze dzisiaj rekolekcje według Św. Ignacego Loyoli? 
- My, Jezuici jesteśmy przez nie ukształtowani. Ale nie trzeba się ich trzymać ściśle według 
litery. Oczywiście jest tam miejsce na dużą wewnętrzną wolność w interpretowaniu. Trzeba 
mieć  to  na  uwadze,  że  rekolekcje  według  św.  Ignacego  nie  mają  pozostać  na  poziomie 

background image

pojęciowym, ale mają być traktowane jako wprowadzenie do tego, co istotne i jak to, ma się 
w nas dokonywać. I o to dokonywanie się właśnie chodzi. I w tym jesteśmy chyba bliżsi św. 
Ignacemu, niż wielu naszych poprzedników. Dawniej zbyt dosłownie traktowano podawaną 
treść, nie przenikając do jej głębi. A to, co najistotniejsze - to przecież własna medytacja. W 
tym,  co  racjonalne,  można  się  zatrzymać,  zablokować,  a  przecież  to,  co  istotne,  musi  być 
doświadczone.  Doświadczenie  Boga,  Chrystusa,  drugiego  człowieka.  Doświadczenie  tego, 
kim właściwie jestem, dlaczego, po co tu jestem? ... itd. Jednakowoż rekolekcje ignacjańskie 
dobrze  prowadzone  mogą  być  dla  każdego  bardzo  kształcące,  budujące  i  przemieniające, 
jeżeli się nie zatrzyma przy tym, co tylko pojęciowe. 
-  Ojciec  jest  autorem  wielu  artykułów  i  książek.  Jak  Ojciec  czyta  i  pisze  książki?  Jak 
przygotowuje się Ojciec do wykładów? 
-  To  zależy, w  jakim  celu daną książkę czytam. Jeżeli  mam  zrobić  recenzję, to oczywiście 
robię dużo notatek, aby mieć ją w całości lepiej przed oczyma. Jeżeli jednak czytam książkę, 
z której sam chcę się czegoś nauczyć, to czytam tylko te części, które mnie interesują i są 
ważne dla mojej pracy. Nie trzeba wszystkiego czytać, ale dobrze jest robić notatki, aby nie 
pozostawać w nieokreślonym. 
Czytam  zwykle  książki,  gdy  sam  chcę  coś  napisać.  To  robię  dość  często  i  czytam  wtedy 
tylko  takie  książki,  które  pomagają  mi  pisać  to,  co  zamierzam.  Nie  jestem  człowiekiem 
czytającym dużo książek. Są ludzie, którzy czytają ich 
dużo  i  są  zawsze  na  fali  ostatnio  wydanych  „ważnych"  pozycji.  Ale  to  nie  mój  styl,  nie 
czytam  wszystkich  nowości.  Czytam  tylko  to,  co  jest  dla  mojej  pracy  ważne,  istotne.  Nie 
potrafię pisać bez czytania i nie potrafię czytać bez pisania. A więc czytanie i pisanie są u 
mnie  z  sobą  bardzo  związane,  ale  każdy  musi  znaleźć  swój  własny  sposób,  swoją  własną 
metodę. 
- Czy mogą nas czegoś nauczyć wschodnie religie, np. zen, joga? 
-  Szczególnie  pod  względem  metodycznym  możemy  się  dużo  nauczyć.  Religie  wschodnie 
posługują  się  metodami,  w  których  cały  człowiek  jest  zaangażowany,  również  ciało, 
szczególnie  przez  oddychanie.  To  jest  bardzo  ważne  w  medytacji,  aby  zaangażowany  był 
cały  człowiek,  a  nie  tylko  rozum.  Ale  decydujące  jest,  żeby  przez  to  zaangażowanie 
człowiek  doświadczył  tego,  co  wewnętrzne.  Wszystkie  metody  wschodnie  muszą 
oczywiście zostać oczyszczone z ich światopoglądowych podstaw, ale one mogą nam pomóc 
nasze chrześcijańskie dziedzictwo na nowo doświadczyć i ożywić. 
Wykorzystuję  sam  te  metody  na  kursach,  które  prowadzę.  Właśnie  w  przyszłym  tygodniu 
będę prowadził taki kurs. Franciszkanie mają piękny dom  medytacji i tam będę prowadził 
kurs dla około 30 osób. Będziemy próbowali na tę drogę wejść. 
- Proszę opisać taki kurs. 
- Zaczynamy rano ćwiczeniami fizycznymi, które prowadzi moja współpracownica. Później 
około  pół  godziny  medytujemy  w  milczeniu,  korzystając  ze  wschodnich  sposobów 
siedzenia. Po śniadaniu mam krótki wykład, po którym następują znowu ćwiczenia fizyczne. 
Kolejna,  ponad  godzinna  medytacja  podzielona  jest  na  dwie  części:  siedzimy,  w  przerwie 
chodzimy i znowu siedzimy. Po obiedzie jest tzw. czas własny, który uczestnicy kursu mogą 
wykorzystać na spacer po ogrodzie, malowanie, pisanie lub cokolwiek innego. Potem znowu 
mam  krótki  wykład,  po  którym  jeszcze  raz  następują  ćwiczenia  i  medytacja.  A  później 

background image

wspólnie przeżywamy Mszę Świętą. Wieczorami po kolacji jest czas własny i okazja, aby 
podzielić się swoimi doświadczeniami i trudnościami oraz otrzymać rady, które mogą służyć 
pogłębieniu  medytacji.  Podczas  dnia  istnieje  też  możliwość  osobistej  rozmowy  z 
prowadzącymi  kurs.  Chodzi  o  takie  rozmowy,  które  służą  medytacji.  Przez  cały  czas 
obowiązuje  milczenie,  z  wyjątkiem  sytuacji,  gdy  komunikacja  słowna  jest  niezbędna.  W 
czasie  wolnym  po  obiedzie  i  kolacji  jest  możliwość  złamania  milczenia,  by  umożliwić 
wymianę doświadczeń podczas spaceru w ogrodzie. Zwykle taki kurs trwa 5 dni. Podczas 
tych dni skupienia odżywiamy się jarsko, ale można też jeść mięso, gdy to jest uzasadnione. 
- Czy prowadzi Ojciec te kursy dla osób świeckich, czy duchownych? 
- Kto przyjdzie, ten przyjdzie. Najczęściej nie ma tam księży i mnichów, ale ludzie świeccy. 
Są to też ludzie z różnych kościołów. Przychodzą ludzie młodzi i starzy. Nieważne jest też 
wykształcenie, ale to, że ktoś chce w kursie aktywnie uczestniczyć. Nie potrzebuję tu ludzi, 
którzy chcą odpocząć. Te dni skupienia to nie są wczasy. Od kilku lat prowadzę też takie 
kursy w pewnym ewangelickim ośrodku, z których jestem bardzo zadowolony. 
-  Jak  można  wziąć  udział  w  takim  kursie  przez  Ojca  prowadzonym?  Gdzie  trzeba  się 
zgłosić? 
-  Co  pół  roku  pojawia  się  lista  różnych  kursów  dla  obszaru  południowych  Niemiec,  gdzie 
podane są też adresy, pod które trzeba się zgłosić. Są tam też różne propozycje, np. kursy 
prowadzone tylko  według  metod  japońskich.  Jezuita  Ojciec  Enonymia-Lasalle, od którego 
wiele  się  nauczyłem,  prowadzi  kursy  głównie  w  tym  stylu.  Dużo  nauczyłem  się  też  od 
psychiatry Grafa Durkheima, który jest wielkim pośrednikiem japońskiego dziedzictwa dla 
chrześcijańskiego zachodu. Inni prowadzą też kursy w stylu indyjskiej jogi. 
-  Ale  jak  to  jest  z  szukaniem  własnej  drogi?  Często  ma  się  poczucie,  że  ciągle  jest  się  na 
bocznych drogach. 
- Z tych bocznych dróg poznaje się, że jeszcze nie jest się na tej właściwszej drodze. Trzeba 
wiele  walczyć,  ponieważ  zwykle  nie  dostaje  się  z  nieba  tej  szczególnej  wiadomości  w 
podarku. Trzeba samemu doświadczać i wyciągać wnioski. Jesteśmy istotami dziejowymi i'z 
tego powodu nie mamy żadnych jednoznacznych rozwiązań, ale zawsze dopiero się stajemy. 
Oczywiście z wyjątkiem, gdy Bóg obdarza kogoś szczególną Łaską. Zawsze uczymy się, jak 
można coś lepiej zrobić. Ale nikomu nie przychodzi to samo, bez trudu. Każdy musi swoje 
błędy zrobić, bez nich życie nie jest możliwe. Kiedy się czuje i widzi, że coś źle się dzieje, 
nie  trzeba  wątpić  całkowicie  w  siebie,  ale  wyciągnąć  z  tych  błędów  wnioski  i  spróbować 
jeszcze raz inaczej. 
- Co ułatwia człowiekowi znalezienie się na właściwej drodze? 
-  Podstawą  życia  duchowego  i  filozoficznego  jest  pokora:  uczucie,  że  Bóg  jest  i  ja  jestem 
Jego stworzeniem, że jestem tu dla Boga, a nie dla siebie samego. Oczywiście jestem też dla 
siebie, ale ostatecznie dla Boga. Gdy człowiek liczy tylko na siebie samego, gdy chce być 
jak  Bóg,  wtedy  staje  się źródłem  zła.  Można  powiedzieć,  że  każdy  człowiek  nosi w  sobie 
ziarno  pokusy  bycia  ateistą.  Każdy  jest  kuszony  przez  superbię  (gr.  hybris  -  pycha, 
zarozumiałość).  Polega  ona  na  dumnej  zarozumiałości,  pysze  -  to  pokusa  najgorsza  z 
możliwych. Człowiek zgubi siebie, gdy jej ulegnie i zostanie nią oślepiony. Wtedy próbuje 
się Bogu wymówić, postawić na siebie, być niezależnym. To są korzenie ateizmu. Gdy ten 
ateista we mnie przeważy, trzeba spróbować go nawrócić, skierować ku Bogu. W Ewangelii 

background image

jest  napisane  „uwierzę,  zaradź  mojej  niewierze".  Muszę  więc  codziennie  próbować  tego 
niewiernego we mnie do Boga kierować. To jest zadanie dla każdego z nas. Wydaje się, że 
mamy  jeden  bezpieczny  sposób  bycia  podobnym  do  Boga.  Jest  nim  miłość.  Powinniśmy 
wykorzystać  każdą  okazję,  aby  miłować,  aby  stawać  się  coraz  dojrzałej  miłującymi. 
Świadomie  czy  nieświadomie,  często  ponosimy  klęski  w  miłości.  Ale  miłość  to 
najpiękniejsze,  co  jest.  Pomimo  niepowodzeń,  każdy  jest  w  stanie  coraz  bardziej  rozwijać 
swoją miłość. Każdy dzień mamy wykorzystywać, aby bardziej miłować. 
-  Jak  z  tymi  problemami  wiąże  się  tajemnica  zła  i  ludzkiej  wolności  w  obliczu  Bożej 
Wszechmocy? 
- Bóg podarował człowiekowi wolność, nie żaden pozór wolności, dlatego człowiek nie 
jest  lalką,  marionetką,  ale  rzeczywistym  partnerem  Boga.  Wolność  pozwala  nam  jednak 
sprzeciwić się Bogu, oderwać się od Boga. Zło bierze się więc z człowieka i jego wielkości, 
to znaczy wolności. Człowiek jest tak wielki, bo w sposób wolny musi o sobie decydować. 
Wolność  podarowana  człowiekowi,  to  jego  największe  wyróżnienie,  ale  i  jego  największe 
niebezpieczeństwo.  Dlaczego  jakiś  człowiek  decyduje  się  sprzeciwić  Bogu,  tego  w  żaden 
sposób nie można wydedukować. To jest fakt, taka możliwość została dana i trzeba to uznać. 
Są fakty, których nie sposób wydedukować, zrozumieć - to tajemnica naszej wiary: dlaczego 
Bóg  obdarzył  człowieka  wolnością? dlaczego  świat  istnieje? Człowiek  jest  wolny,  dlatego 
Bóg  nie  może  narzucić  żadnej  przyczyny,  która  przymuszałaby  człowieka  do  jakiejś 
określonej  decyzji.  W  przeciwnym  razie  wolna  decyzja  nie  byłaby  naprawdę  wolna. 
Przyczyny usprawiedliwiają wybór, ale nigdy go nie tłumaczą w całości, ponieważ zawsze 
obecny jest element wolności. 
- Serdecznie dziękuję Ojcu Profesorowi za rozmowę. 
 
Rozmowę przeprowadził  
Klemens Baranowski,  
Monachium, marzec 1985 r. 
 
O. Johannes Baptist Lotz SJ (02.08.1903 - 03.06.1992)     

powrót

     

spis treści

 

 
   Ciepłymi popołudniami  można było widzieć o. Lotza, spacerującego ostrożnie po małym 
ogrodzie  przy  Berchmanskolleg,  czy  na  werandzie  domowej  infirmerii  gdzie  mieszkał  od 
kilku  już  lat  -  po  przyjściu  ze  szpitala  po  operacji  nerki.  Słysząc  Gruss  Gott  Pater  Lotz 
zatrzymywał  się  na  krótko,  jego  postać  prostowała  się,  uśmiech  zaczynał  ożywiać  dużą, 
pogodną  twarz,  której  jak  mleko  białe  włosy  dodawały  swoistego patosu.  Spoza  okularów 
patrzyły przymglone oczy, czasami miało się wrażenie, że szuka on kogoś, czy że wpartuje 
się w kogoś lub w coś stojącego poza pozdrawiającym. Gruss Gott, Gruss Gott, odpowiadał 
łagodnym, zabarwionym nutą rozrzewnienia głosem. Czasami pytał po raz któryś o to skąd 
się pochodzi, co się robi w Berchmanskolleg. Gdy czuł się lepiej schodził na wspólne posiłki 
do refektarza, koncelebrował Msze św. w kaplicy domowej. W ostatnich miesiącach życia 
przebywał już tylko w infirmerii gdzie zmarł 03. czerwca 1992 r. 
   Każda  próba  ujęcia  życia  człowieka  w  słowach  jest  ze  swej  natury  wybiórcza  i  musi  się 
koncentrować  na  pewnych  cechach  jego  charakteru,  wydarzeniach,  dorobku  życiowym.  O. 

background image

Lotz  był  zarówno  uznanym  filozofem,  profesorem  z  wielkim  talentem  dydaktycznym,  a 
także  kierownikiem  duchownym,  człowiekiem  skupienia  i  modlitwy.  W  pamięci  naszej 
wspólnoty  zakonnej  pozostała  żywą  jego  prostota,  umiejętność  cieszenia  się  drobnymi 
rzeczami. 
   Ojciec  Johannes  B.  Lotz  urodził  się  2  sierpnia  1903  r.  w  Darmstadzie  jako  najstarszy  z 
ośmiorga  rodzeństwa.  Jego  ojciec  Jean  Lotz  prowadził  własny  zakład  szewski,  matka 
poświęciła  się  wychowaniu  dzieci  i  prowadzeniu  rodziny.  W  roku  1921  ukończył 
Realgymnasium  w  Darmstadzie  i  14  września  tegoż  roku  -  zachęcony  przez  swego 
nauczyciela religii i zainspirowany religijno-duchowymi doświadczeniami w prowadzonym 
przez  jezuitów  ruchu  młodzieżowym  Neues  Deutschland  -  wstąpił  do  Towarzystwa 
Jezusowego.  Ówczesnym  prowincjałem  Prowincji  Południowo-niemieckiej  zakonu  był 
znany  egzegeta,  późniejszy  kardynał  o.  Augustyn  Bea  SJ  (1881-1968).  Jako  jeden  z  14 
nowicjuszy  rozpoczął  o.  Lotz  swoją  formację  zakonną.  Najpierw  dwuletni  nowicjat  w 
Feldkirch  (Austria). Później  we  wspólnocie 330 kleryków  zakonnych  studiował przez trzy 
lata  filozofię  w  Kolegium  w  Valkenburgu  (Holandia).  W  czasie  Kulturkampf  jezuitów 
wypędzono  z  Niemiec,  domy  studiów  mogły  funkcjonować  tylko  poza  granicami.  Z  tego 
okresu o. Lotz szczególnie wspominał o. W. Kleina SJ, profesora teorii poznania (liczącego 
dziś <1992> 103 lata). O. Klein wprowadził go w dzieła Hegla, Russelota i Marechala, jemu 
zawdzięcza!  o.  Lotz  swoje  pierwsze  „filozoficzne  przebudzenie".  Następnym  etapem 
formacji  jezuickiej  jest  tzw.  „magisterka"  (roczna  albo  dwuletnia  przerwa  w  studiach 
poświęcona pracy duszpasterskiej lub studiom specjalistycznym). Na magisterkę przełożeni 
posłali  go  do  prowadzonego  przez  jezuitów  Kolegium  Niemieckiego  (Germa-nicum)  w 
Rzymie na repetytora z filozofii dla seminarzystów diecezjalnych. Przez jakiś czas pełnił tę 
samą  funkcję  w  Kolegium  Angielskim.  Z  myślą  o  swych  dalszych  studiach  słuchał 
niektórych  wykładów  na  Uniwersytecie  Gregoriańskim.  Pisaniem  krótkich  recenzji  do 
czasopism  Scholastyka  i  Gregorianum  rozpoczął  swoją  pracę  publikatorską.  Watykan, 
Uniwersytet  Gregoriański,  zabytki  wiecznego  Miasta  wywarły  na  nim  niezapomniane 
wrażenie.  Wtedy  rozpoczęła  się  jego  wielka  miłość  do  Rzymu,  do  którego  było  mu  dane 
znowu powrócić dopiero parę lat po wojnie. 
   W  latach  1929-33  studiował  o.  Lotz  teologię  w  Innsbrucku.  Piękne  krajobrazy, 
majestatyczne, leżące w zasięgu ręki góry zachęcały w wolnych dniach - jak wspomina - do 
wędrówek,  wspinaczki.  W  Innsbrucku  zetknął  się  po  raz  pierwszy  z  dziełami  wielkiego 
egzystencjalisty Martina Heideggera (1889 - 1976). 26 lipca 1932 roku kardynał Faulhaber 
udzielił  mu  święceń  kapłańskich  w  jezuickim  kościele  pw.  św.  Michała  w  Monachium. 
Mszę św. prymicyjną odprawił w Darmstadzie. Po niej pewna kobieta gratulując jego ojcu 
dodała z dozą współczucia - patrząc na owe jedenaście lat, które upłynęły od jego wstąpienia 
do zakonu -„Długo potrzebował, prawda, nauka przychodzi mu trochę trudno, hm". 
   W  roku  1933  brał  udział  w  Kattolikentag  w  Wiedniu,  na  którym  uroczyście  obchodzono 
250-lecie  Odsieczy  Wiedeńskiej.  W  tym  samym  roku  rozpoczął  w  St.  AndrS  (Austria) 
trzecią  probację.  Rok  Trzeciej  Probacji  jest  ostatnim  etapem  formacji  jezuickiej,  często 
nazywany  „drugim  nowicjatem".  Nie  wiadomo  na  jakiej  podstawie,  instruktor  trzeciej 
probacji  o.  Hatheyer  SJ  wmówił  sobie,  że  o.  Lotz  nie  jest  w  stanie  powiedzieć  dobrego 
kazania i trwał przy swoim zdaniu pomimo faktu, że w czasie probacji o. Lotz wygłosił kilka 

background image

cykli  kazań  wielkopostnych,  między  innymi  także  w  katedrze  w  Mainzu  (Moguncji).  O. 
Hatheyer  widział  go  raczej  jako  kierownika  duchownego  i  zlecał  mu  udzielanie 
ignacjańskich Ćwiczeń Duchownych osobom indywidualnym czy grupom. Po raz pierwszy 
ze  współczesnym  mu  szerokim  światem  filozofii  zetknął  się  o.  Lotz  w  roku  1934  na 
Międzynarodowym  Kongresie  Filozoficznym  w  Pradze.  W  semestrze  zimowym  tegoż 
samego roku razem z o. Karolem Rahnerem SJ (1904 - 1984) rozpoczął na uniwersytecie we 
Freiburgu  studium  doktoranckie  z  filozofii.  Freiburg  nie  został  przez  nich  wybrany 
przypadkowo,  tu  wykładał  M.  Heidegger.  O.  Lotz  pisze,  „W  osobie  Martina  Heideggera 
spotkaliśmy  prawdziwego  akademika,  do  którego  szkoły  opłacało  się  iść.  Na  jego 
seminarium  o  Heglu  uczęszczało  12  studentów,  z  których  tylko  my  dwaj  byliśmy  nowo 
zaczynającymi.  Temu  mistrzowi  zawdzięczam  moje  drugie  przebudzenie  filozoficzne"2. 
Wykłady,  seminaria,  rozmowy  z  M.  Heideggerem  wycisnęły  trwały  rys  w  jego  własnym 
myśleniu filozoficznym. 
   Po promocji w 1936 zostaje profesorem ontologii i antropologii filozoficznej w jezuickim 
Berchmanskolleg  w  Pullach  k/Monachium.  Założenie  Berchmanskolleg  przypada  na  rok 
1925. W tym samym roku Kolegium zostało uznane przez rząd Bawarii jako seminarium dla 
kształcenia  kleryków  zakonnych.  W  roku  1932  otrzymało  ono  status  Fakultetu 
Filozoficznego z kościelnymi prawami nadawania stopni naukowych. W roku 1937 o. Lotza 
mianowano rektorem tegoż Kolegium. W tym czasie składa swoje uroczyste śluby zakonne. 
Urząd rektora Berchmanskolleg sprawował o. Lotz trzykrotnie, był też rektorem jezuickiego 
Fakultetu  Filozoficznego.  Jego  pierwszy  rektorat  przypadał  w  bardzo  niespokojnym  dla 
Niemiec i całej Europy czasie i przyprawił go o pierwsze siwe włosy. Bogu dzięki, jak pisze, 
w  końcowym  efekcie  często  wszystko  przebiega  bardziej  pomyślnie  aniżeli  najpierw 
wygląda.  Z  początkiem  1945  roku  budynek  Kolegium  został  zajęty  przez  Dyrekcje  Kolei 
Niemieckich. Scholastyków ewakuowano do Maria Eck w Chiemgau, razem z wydalonymi 
z  wojska  było  ich  ok.  403.  O.  Lotz  został  ponownie  mianowany  rektorem.  Z  końcem 
sierpnia  1945  roku  scholastycy  powrócili  do  Pullach.  Kolegium  i  Fakultet  filozoficzny 
rozpoczęły  normalną  pracę.  W  jego  wspomnieniach  pozostało  spotkanie  z  polskimi 
jezuitami, którzy przeżyli piekło pobliskiego obozu koncentracyjnego w Dachau i przez dwa 
miesiące przebywali w Kolegium. W roku 1971/72 Berchmanskolleg I Fakultet Filozoficzny 
przeniesiono z Pullach do Monachium. Od tego czasu nazwa „Berchmanskolleg" odnosi się 
już  tylko  do  domu,  w  którym  mieszkają  profesorowie  i  klerycy  zakonni.  Z  momentem 
przeniesienia rozpoczęła bowiem działalność otwarta również dla studentów spoza zakonu i 
państwowo uznana Wyższa Szkoła Filozoficzna. 
   W  roku  1952  generał  zakonu  powołał  o.  Lotza  do  prowadzenia  w  semestrze  zimowym 
wykładów dla kursu doktoranckiego i licencjackiego na Uniwersytecie Gregoriańskim. Do 
przejścia na emeryturę w 1973 roku, w semestrze zimowym o. Lotz wykładał w Rzymie, w 
semestrze letnim w Pullach czy później w Monachium. Do roku 1963 brał czynny udział w 
Międzynarodowych Kongresach Filozoficznych. Już po przejściu na emeryturę miał jeszcze 
dwie godziny wykładów w Rzymie i jedno seminarium w Monachium. 
O.  Lotz  był  członkiem  Górres-Gesellschaft,  należał  do  „wąskiego  kręgu"  Niemieckiego 
Towarzystwa  Filozoficznego,  do  rzymskiej  Academia  di  San  Tommaso,  był  członkiem 
korespondentem Société Philosophique de Louvain. Żył w bliskiej przyjaźni z psychologiem 

background image

z  C.  G.  Jungiem  (1875  -  1961)  z  psychoterapeutą  i  znawcą  Buddyzmu  Zen,  Karl-fried 
Grafem  Durckheimem  (1896-1988).  Owocna  była  jego  współpraca  ze  znanym  teologiem 
Romano Guardini (1885-1968) oraz zaangażowanie w prace Katolickiej Akademii Bawarii, 
Freiburga,  Augsburga.  Jego  dorobek  na  polu  filozofii  i  literatury  duchownej  to  ponad 
czterdzieści  pozycji  książkowych,  do  tego  dochodzą  liczne  artykuły  w  słownikach 
specjalistycznych  i  czasopismach.  Jego  najbardziej  popularna  książka  o  samotności 
człowieka, o  samotności  człowieka.  Sytuacja  duchowa  w  epoce  techniki  (1955) doczekała 
się wielu wznowień i została przetłumaczona na wiele języków. 
   O.  Lotz  był  utalentowanym  dydaktykiem,  chętnie  pracował  ze  studentami,  dawał 
seminaria, prowadził wykłady. Gdzieś na dwa lata przed jego śmiercią siedzieliśmy razem w 
czytelni  domowej  czytając  gazety.  Niespodziewanie  zapytał  mnie,  czy  nie  uważam,  że  on 
mógłby  jeszcze  wykładać.  Zaskoczony  tym  pytaniem  i  nie  chcąc  mu  sprawić  przykrości, 
odpowiedziałem  z  pewnym  wahaniem,  że  sądzę,  że  tak.  Jego dobrotliwe  oczy  patrzyły  na 
mnie  przez  dłuższą  chwilę  z  dużą  uwagą,  następne  pytanie  brzmiało,  czy  uważam,  że 
studenci  przyszliby  na  te  wykłady.  Odpowiedziałem  podobnie.  O.  Lotz  uśmiechnął  się  i 
powiedział, że już po pierwszej odpowiedzi spostrzegł, że nie za bardzo jestem pewien tego, 
co mówię. 
 
Filozofia transcendentalna i egzystencjalizm     

powrót

     

spis treści

 

 
   Już  w  czasie  studiów  filozoficznych  w  Valkenburgu  o.  Lotz  komentował  dla  własnego 
użytku  dzieła  św.  Tomasza  z  Akwinu.  Duże  wrażenie  zrobiła  na  nim  egzegeza  dzieł 
Akwinaty  prowadzona  przez  oo.  M.  de  la  Taille  SJ  i  R.  Arnou  SJ  na  Uniwersytecie 
Gregoriańskim.  Konfrontacja  z  myślą  i  osoba  M.  Heideggera  ukazała  jego  myśleniu 
filozoficznemu  i  pracy  naukowej  nowe  horyzonty.  Mistrzowska  interpretacja  dzieł  Kanta, 
Leibniza,  Hegla,  Schelłinga  i  Hólderlina  dokonywana  przez  Heideggera,  swoiście 
uzupełniała  się  z  dobrze  o.  Lotzowi  znaną  scholastyczną  metodą  filozofowania.  Owe  dwa 
kierunki  filozoficzne,  tomizm  i  egzystencjalizm  przenikają  się  w  jego  pracy  doktorskiej 
Bycie i wartość (1938), obronionej we Freiburgu. 
   O.  Lotz  nie  lubił  gdy  jego  filozofii  przypinano  etykietki  neoscholastyki  czy  tomizmu. 
Możliwym  do  zaakceptowania  był  mu  termin  Scholastyka,  sam  najchętniej  używał 
określenia  „ontologia  transcendentalna"  chcąc  się  zdystansować  od  obiektywnej  ontologii 
tomistycznej.  Towarzyszami  na  tej  drodze  filozofowania  byli  mu:  B.  Welte,  oo.  J.  de 
Finance SJ. W. Kern SJ, E. Coreth SJ, a na polu teologii o. K. Rahner SJ". Za punkt wyjścia 
dla  swej  metody  transcendentalnej  obrał  kontemplację  ludzkiego  działania,  jej  punktem 
końcowym jest byt rozumiany jednak jako pierwszy w porządku ontologicznym. 
   Omawiana przez nas filozofia jest nie tylko otwarta na objawienie głoszone przez Jezusa 
Chrystusa,  ale  także gotowa  czerpać  z  jego  Prawd.  O.  Lotz  uważał,  że  nie  oznacza  to  ani 
zafałszowania  jej  przedmiotu,  ani  rezygnacji  z  rozumowych  metod  filozofowania.  Jego 
rozumienie  filozofii  i  jej  stosunku  do  objawienia  jest  zgodne  z  duchem  Soboru 
Watykańskiego I (1869-70) i jego konstytucji Dei Filius. 
   Z  pewnością  owa  próba  połączenia  klasycznej  ontologii  z  filozofią  transcendentalną 
zawiera  w  sobie  wiele  niedopracowanych  punktów.  Często  zarzuca  się  jej  niezbyt  jasne 

background image

rozdzielanie  argumentacji  filozoficznej  od  teologicznej,  czy  też  zbyt  szybkie  i  skryte 
używanie  założeń  teologicznych.  Na  przykład  twierdzenie  o  międzyosobowym  związku 
pomiędzy absolutnym bytem, a człowiekiem pochodzi w rzeczy samej z objawienia, a cała 
argumentacja teoretyczna przychodzi dopiero później. Jego założeniom metodycznym i ich 
zastosowaniu odnośnie tego problemu brakuje wymaganej ścisłości. 
 
Nowe drogi medytacji chrześcijańskiej     

powrót

     

spis treści

 

 
   Metoda  transcendentalna  nie  kończy  się  na  antropocentryzmie  lecz  ukazuje  człowieka, 
jako  byt  ukierunkowany  na  kogoś.  W  swojej  głębi  człowiek  jest  powołanym,  wezwanym 
przez  byt,  który  go  przewyższa,  i  w  którym  dopiero  człowiek  działa.  Ów  utrzymujący 
człowieka Byt staje przed nim jako absolutne i osobowe Ty. Sam związek z obiektami nie 
wystarcza do ukonstytuowania podmiotu, warunkiem koniecznym jest drugi podmiot. Bycie 
wołanym,  bycie  w  osobowym  dialogu  zaproszenia  i  odpowiedzi  należy  do  konstytucji 
człowieka. W tym dialogu leży istota religii. Konkretny wzrost miłosnego dialogu pomiędzy 
człowiekiem,  a  Bogiem  zależy  wprawdzie  od  wolności  człowieka,  ale  nie  tylko.  O  wiele 
głębiej sięga wolność boskiego Ty, która może człowieka pozostawić jego własnym planom 
albo  wyprowadzić  go  ponad  nie.  Tu  wchodzi  w  grę  możliwość  boskiego  Objawienia,  w 
którym Bóg w swoim Słowie i w Jezusie Chrystusie zwraca się bezpośrednio do człowieka i 
dopuszcza  go  do  poznania  swoich  niezgłębionych  tajemnic.  Bóg,  jako  pierwszy  woła 
człowieka do otwartości na przyjęcie Objawienia, człowiek swoim działaniem odpowiada na 
to wołanie. 
   Jednym  z  najwyższych  przejawów  działania  jest  modlitwa  w  jej  różnych  formach, 
modlitwa  pochwalna,  błagalna,  indywidualna,  grupowa,  medytacja,  kontemplacja. 
Podstawowe spojrzenie na modlitwę pochodziło u niego nie z teoretycznego, filozoficznego 
obrazu  Boga  i  człowieka  lecz  miał  on  głębokie,  osobiste  doświadczenie  modlitwy: 
Codzienna Msza św. i modlitwa, ignacjańskie Ćwiczenia Duchowne, które sam odprawiał i 
udzielał ich innym - w tym wzrastała jego przyjaźń z Jezusem Chrystusem. 
  Co  może  wnieść  duchowość  ignacjańska  do  odbudowy  moralnej  społeczeństwa 
niemieckiego po przegranej wojnie? To pytanie było tematem jednego ze spotkań jezuitów 
niemieckich  jesienią  1945  roku.  Odpowiedź  brzmiała:  trzeba  poszukiwać  nowych  dróg 
dojścia do głębi ludzkiego serca. Jedną z tych dróg widziano w medytacji. Należy dodać, że 
w owym czasie w Kościele pod pojęciem „medytacja" nie tylko nie rozumiano dzisiejszego 
znaczenia,  ale  samo  słowo  było  nieznane.  To  samo  odnosiło  się  do  odprawianych  przez 
jezuitów  medytacji  czy  Ćwiczeń  Duchownych.  Duży  wpływ  na  ten  stan  rzeczy  wywarło 
wydanie  Ćwiczeń  Duchownych  z  roku  1835  opracowane  przez  o.  J.  P.  Roothaana  SJ. 
Medytacja jest tu pojmowana jako intelektualne, ograniczone do sfery  myślowej ćwiczenie 
duchowne czy modlitwa wyższego stopnia bez zaangażowania strony uczuciowo-afektywnej 
medytującego.6  Zalecane  przez  św.  Ignacego  z  Loyoli  (1491-1556)  „Zastosowanie 
zmysłów"  jako  formę  medytacji  czy  kontemplacji  rozumiano  jako  prosty  i  niższy  stopień 
modlitwy.  Medytacja  koncentrowała  się  na  intelektualnym  pojęciu  prawd  wiary  i 
wolitywnym podjęciu decyzji czy postanowień. Św. Ignacy mówi o trzech władzach duszy; 

background image

„pamięci",  „woli"  i  „rozumie".  Komentarz  o.  Roothaana  omawia  w  zasadzie  tylko  rolę 
rozumu i woli w czasie medytacji. 
  Duża  część  dyskusji  wspomnianego  spotkania  obracała  się  po  pierwsze  wokół  potrzeby 
nowego  spojrzenia  na  oryginalny  tekst  Ćwiczeń  Duchownych  św.  Ignacego.  Po  drugie 
próbowano poszukiwać metod porównania czy sposobu połączenia medytacji wschodnich i 
na nowo odczytanych Ćwiczeń Duchownych. Jak za pomocą metod wypracowanych przez 
mistrzów  jogi  czy  buddyzmu  przekazać  treści  chrześcijańskie.  O.  Lotz  wspomina,  że  w 
czasie tych dyskusji coraz większego znaczenia zaczynało dla niego nabierać pytanie o rolę 
pamięci w Ćwiczeniach Duchownych. O czym myślał św. Ignacy mówiąc, że powinienem 
sobie  daną  przypowieść  biblijną  przypomnieć,  wyobrazić  sobie  miejsce,  w  którym  się 
rozgrywa?  Jakie  znaczenie  dla  medytacji  ma  cala  sfera  podświadomości?  W  medytacje 
zaangażowane  są  nie  tylko  intelekt  i  wola  ale  i  cale  ciało  z  jego  wrażeniami,  postawą, 
oddechem. 
   To  spotkanie  otwarło  nowy  wymiar  w  pracy  i  w  życiu  wewnętrznym  o.  Lotza.  z  tych 
inspiracji  powstały  jego  cztery  artykuły  dla  czasopisma  Geist  und  Leben  (1950/51),  a 
później  książka  Medytacja.  Droga  do  wnętrza  (1954).  Jej  wznowienie  Medytacja  wżyciu 
codziennym (1959) podkreśla na przykładzie hymnu z Listu do Kolosan centralne znaczenie 
Jezusa Chrystusa w medytacji chrześcijańskiej. 
   Artykuły, książki o medytacji nie przekazują tylko wiedzy książkowej lecz ukazują własne 
doświadczenie o. Lotza. We wschodnie techniki medytacji wprowadzał go Graf Dürckheim 
w jego Schule für Initiatische Theraphie w Todtmoos-Rütte. Odwiedzający Rütte należeli do 
różnych  kultur  i  grup  społecznych,  japońscy  mistrzowie  Zen,  literaci,  młodzi  ludzie 
szukający wewnętrznej ciszy. W artykule Auf dem Wege zum personalen Transzendentem 
(1966), który ukazał się z okazji 70-tej rocznicy urodzin Dürckheima, o. Lotz podkreśla, że 
medytatywne doświadczenie nie pozostaje ani przy absolutnym Nic, ani przy nieosobowym 
Absolucie  lecz  przenika  w  swej  pełni  właśnie  do  osobowego  Absolutu,  do  boskiego  Ty. 
Drugim  mistrzem,  pod  którego  kierownictwem  duchownym  o.  Lotz  medytował  (również 
regularny gość w Rütte i serdeczny przyjaciel Dürckheima) był współbrat zakonny, ceniony 
znawca Buddyzmu Zen i kultury Japonii, o. H-E. Lassalle SJ. W osobie o. Lotza znajdował 
o.  Lassale  wiernego  ucznia  i  obrońcę  przed  atakami  ze  strony  tych  -  w  tym  również 
współbraci  zakonnych  -  którzy  stawiali  pod  znakiem  zapytania  jego  katolicką 
„ortodoksyjność". 
    Prace  w  dziedzinie  antropologii  filozoficznej  i  tematyka  medytacji  zbliżyły  go  do 
psychologa i religioznawcy C-G. Junga, z którym pozostał w bliskim osobistym kontakcie. 
O. Lotz wspomina, że podczas jednej z rozmów Jung powiedział mu, że chętnie przebywa 
razem z teologiem czy filozofem, jeżeli tylko ten wykazuje przynajmniej trochę zdrowego 
rozsądku. 
   Z  czasem,  inspirowany  pragnieniem  ubogacenia  tradycyjnej  medytacji  chrześcijańskiej 
metodami  Buddyzmu  Zen, o.  Lotz  sam  zaczął  dawać  kursy  wprowadzające  w  medytacje7. 
Cieszyły  się  one  dużą  popularnością  u  ludzi  świeckich.  W  zakonie  tolerowano  je  lecz 
równocześnie wielu patrzyło na nie albo ze sceptycyzmem, albo z pewną dozą ironii. 
   Doświadczenia zgromadzone dzięki medytacji, czy w czasie medytacji ukazują nam często 
inne  podstawowe  doświadczenie  człowieka,  doświadczenie  samotności,  którą  tylko  Bóg 

background image

może  zaspokoić.  Wyniszczające  i  ciągle  na  nowo  zagrażające  osamotnienie  człowieka 
naszych  czasów  można  przezwyciężyć  nie  przez  gromadzenie  ciągle  nowych  dóbr 
materialnych lecz przez uzdrawiającą samotność, w której człowiek spotyka Boga. 
 
Problematyka ateizmu     

powrót

     

spis treści

 

 
   Konfrontacja  z  zagadnieniami  współczesnego  ateizmu  wyrastała  dla  o.  Lotza  z  dwóch 
źródeł.  Pierwszym  z  nich  była  problematyka  filozofii  bytu,  który  w  końcowym  etapie 
ukazuje się jako byt osobowy i wołający. Człowiek jest od swego początku w kontakcie z 
nim.  Kontakt  ten  jest  kategorialnie  nieokreślony  i  musi  ulegać  ciągłemu  zawężaniu, 
udoskonalaniu  się,  aż  do  swego  uwieńczenia  w  kontakcie  osoby  z  osobą  Boga.  Droga 
prowadząca  do  tego uwieńczenia  jest  pełna  zmagań,  radości  i  smutków.  Owa  początkowo 
nieokreślona  koncepcja  bytu  musi  zacząć  się  wypełniać  przeżyciami,  treściami  historii. 
Każdy sukces na tej drodze jest kupiony za cenę powolnych i żmudnych kroków do przodu. 
Często  człowiek  błądzi  po  bezdrożach  „błędnych  filozofii",  tkwi  w  ślepych  zaułkach 
własnych przeżyć zaprzeczających właściwościom bytu, zaciemniających Boskie Ty aż do 
jego negacji. 
   W  roku  1965  Towarzystwo  Jezusowe  otrzymało  od  Papieża  Pawia  VI  specjalną  misję 
przeciwstawienia  się  różnym  formom  współczesnego  ateizmu.  Paweł  VI  nazywa  ateizm 
czymś  „straszliwie  niebezpiecznym  dla  rodzaju  ludzkiego".  Misja  ta  została  oficjalnie 
dwukrotnie potwierdzona (1982, 1983) przez Jana Pawła II. Ów Papieski Atheismus-Auftrag 
był dla o. Lotza drugim źródłem, z którego wyrastało jego przeciwstawienie się ateizmowi. 
   Na  bazie  wniosków  wynikających  z  metody  transcendentalnej,  ateizm  jest  wewnętrznie 
sprzeczny,  gdyż  implicite potwierdza to  czemu  wyraźnie zaprzecza.  Wikłając się  w  zamęt 
wzajemnie sobie zaprzeczających poglądów, filozofia prowadzi wielu do ateizmu. O. Lotz 
był przekonany, że filozofia koniecznie potrzebuje inspiracji z Objawienia. Oczywiście ów 
fakt nie zwalnia filozofa chrześcijańskiego od jasnego myślenia filozoficznego. Jego studia 
poświęcone  ateizmowi  i  filozofii  Boga  rozwijają  szeroko  problematykę  „doświadczenia 
Boga" z której wynika, że filozoficzny dowód na istnienie Boga .potrzebuje zakorzenienia w 
doświadczeniu  Boga,  bez  którego  staje  się  on  tylko  pustym  pojęciem".  O.  Lotz  mocno 
podkreślał  właśnie  znaczenie  całościowej  ludzkiej  formy  życia,  zachowania  się,  -  którego 
nauka nie potrafi w pełni opisać czy ująć w kategorie  - dla spontanicznej drogi dojścia do 
poznania Boga. Współczesny ateizm jest wyzwaniem nie tylko dla jezuitów, ale dla każdego 
chrześcijanina.  Najwłaściwszą  odpowiedź  na  niego  widział  o.  Lotz  nie  w  teoriach 
filozoficznych lecz w prawdziwie chrześcijańskiej  - inspirowanej i ucieleśniającej wiarę w 
Chrystusa - formie życia. 
 

J. Bremer SJ 

 

                                            

spis treści

 


Document Outline