background image

 

background image

 

Oriana Fallaci 

 

 

WŚCIEKŁOŚĆ I DUMA 

Przełożył Krzysztof Hejwowski 

 

 

 

 

Cyklady 

 

background image

 

 

WŚCIEKŁOŚĆ I DUMA 

Książką  „Wściekłość  i  duma”  Oriana  Fallaci  przerywa  dziesięcioletnie  mil-

czenie. Milczenie, które zachowywała aż do 11 września, dnia apokalipsy na Man-

hattanie, niedaleko jej domu. 

Trzeba przyznać, że przerywa je z ogłuszającym hukiem. 

W Europie książka ta spowodowała poruszenie nie notowane od dziesięcio-

leci. Polemiki, dyskusje, debaty, gorące wyrazy poparcia i uznania, wściekłe ataki. 

Milion egzemplarzy sprzedanych we Włoszech, gdzie książka nadal utrzymu-

je się na czele listy bestsellerów. 

Setki tysięcy - we Francji, w Niemczech, w Hiszpanii, krajach, gdzie również 

stała się bestsellerem numer jeden. 

Kilkanaście tłumaczeń na inne języki, w których książka wkrótce się ukaże. 

Z typową dla siebie odwagą Oriana Fallaci rozprawia się z tematami będą-

cymi  konsekwencją  islamskiego  terroryzmu:  z  kontrastem,  a  jej  zdaniem  również 

nieusuwalną sprzecznością między Światem Islamu i Światem Zachodu, z  ogólno-

światowym zagrożeniem, jakie niesie dżihad, i brakiem reakcji, nadmierną pobłaż-

liwością  Zachodu.  Z  brutalną  szczerością  rzuca  bezlitosne  oskarżenia,  gwałtowne 

inwektywy,  i  obnaża  niewygodne  prawdy,  które  wszyscy  znamy,  ale  których  ni-

gdy nie odważamy się wypowiedzieć. Z żelazną logiką i przenikliwością broni na-

szej  kultury  i  oskarża  to,  co  nazywa  naszą  ślepotą,  naszą  głuchotą,  naszym  maso-

chizmem, stawia pod pręgierzem konformizm i arogancję Politycznie Poprawnych. 

Niczym  współczesna  Kasandra  nadaje  swym  przemyśleniom  charakter  pro-

roctwa i przedstawia je nam w formie listu adresowanego do nas wszystkich. 

Tekst został wzbogacony o dramatyczną przedmowę, w której Oriana Fallaci 

background image

ujawnia,  jak  narodziła  się  „Wściekłość  i  duma”,  jak  się  rozrastała,  i  z  dystansem 

nazywają „moją małą książeczką”. W przedmowie opowiada nam też o znaczących 

epizodach  ze  swego  niezwykłego  życia  i  wyjaśnia  przyczyny  swojej  bezwzględnej 

izolacji, swoich trudnych, bezkompromisowych wyborów. Także z tego powodu to, 

co  nazywa  swoją  „małą  książeczką”,  jest  w  rzeczywistości  wielką  książką.  Cenną 

książką, która wstrząsa naszymi sumieniami. 

Jest to również portret duszy - jej duszy. 

Bez  wątpienia  książka  ta  jak  cierń  tkwić  będzie  w  naszych  sercach  i  umy-

słach. 

background image

 

 

Oriana Fallaci 

jest florentynką mieszkającą w Nowym Jorku. Wręczając jej nagrodę literac-

ką,  dziekan  Columbia  College  w  Chicago  nazwał  ją,  „jedną  z  najpoczytniejszych  i 

najbardziej  uwielbianych  pisarek na  świecie”.  Jako  korespondentka  wojenna  rela-

cjonowała  niemal  wszystkie  konflikty  zbrojne  naszych  czasów:  od  Wietnamu  po 

Bliski  Wschód,  od  powstania  węgierskiego  w  1956  roku  po  zamieszki  i  wojny  lat 

siedemdziesiątych w Ameryce Łacińskiej, od rzezi w  Meksyku w 1968 roku, gdzie 

została poważnie ranna, po pierwszą wojnę w Zatoce. Jej książki, a wśród nich po-

wieści  o  światowym  rozgłosie,  przetłumaczono  na  dwadzieścia  jeden  języków  i 

opublikowano w trzydziestu krajach. 

background image

 

 

 

 

 

Moim Rodzicom, Edoardo i Tosce Fallaci, którzy nauczyli mnie mówić 

prawdę, i mojemu stryjowi, 

Bruno Fallaciemu, który nauczył mnie, jak pisać prawdę

background image

 

 

P

RZEDMOWA

 

Wybrałam  milczenie.  Wybrałam  wygnanie.  Ponieważ,  czas  powiedzieć  to 

głośno  i  wyraźnie,  w  Ameryce  mieszkam  jako  uchodźca  polityczny.  To  znaczy  na 

politycznym  samowygnaniu,  które  mój  ojciec  i  ja  sami  sobie  narzuciliśmy,  kiedy 

zdaliśmy sobie sprawę, że życie w kraju, w którym ideały leżą na śmietniku, stało 

się  zbyt  bolesne,  zbyt  trudne  i  rozczarowani,  zranieni,  urażeni  spaliliśmy  mosty 

między nami a ogromną większością naszych rodaków. Mój ojciec - usuwając się z 

życia  publicznego  na  jedno  z  odległych  wzgórz  Chianti,  gdzie  polityka,  której  po-

święcił  swe  życie  jako  człowiek  szlachetny  i  prawy,  nie  mogła  go  dosięgnąć.  Ja  - 

wędrując  po  świecie,  a  potem  zatrzymując  się  w  Nowym  Jorku,  gdzie  od  tychże 

rodaków oddziela mnie Ocean Atlantycki. Ta paralela może się wydawać dziwacz-

na,  wiem.  Lecz  kiedy  wygnanie  zasiedli  rozczarowaną,  zranioną  i  urażoną  duszę, 

położenie geograficzne nie gra roli  - wierzcie mi. Kiedy kocha się swój kraj, kiedy 

cierpi się z powodu swojego kraju, nie ma znaczenia, czy mieszka się w charakterze 

pisarki  w  dziesięciomilionowej  metropolii,  czy  w  charakterze  Cyncynata  na  odle-

głych  wzgórzach  Chianti  z  psami,  kotami  i  kurami.  Samotność  jest  identyczna. 

Identyczne jest poczucie klęski. 

Zresztą  Nowy  Jork  zawsze  był  schronieniem  dla  politycznych  uchodźców, 

politycznych emigrantów. W roku 1850, po  upadku Republiki Rzymskiej i śmierci 

Anity, po ucieczce z Włoch przybył tu nawet sam Giuseppe Garibaldi, pamiętacie? 

Przypłynął  30  lipca  na  statku  z  Liverpoolu,  tak  gorzko  rozczarowany,  że  schodząc 

po trapie w pierwszych słowach powiedział; ,,Chcę poprosić o amerykańskie oby-

watelstwo ”, a przez pierwsze dwa miesiące mieszkał jako gość u kupca z Livorno 

Pastacaldiego na Manhattanie - 26 Irving Place. (Adres, który znam bardzo dobrze, 

bo właśnie tam jedenaście lat później znalazła schronienie moja prababka Anasta-

sia,  również  uciekinierka  z  Włoch.)  Potem  w  październiku  przeniósł  się  na  Staten 

Island w gościnę do Antonio Meucciego, pomysłowego florentyńczyka, który wy-

nalazł telefon, ale nie mając pieniędzy na przedłużenie patentu, był świadkiem, jak 

jego cenny pomysł przejmuje facet nazwiskiem Alexander Bell... Tutaj razem z Me-

background image

uccim  otworzył  masarnię,  którą  z  braku  popytu  trzeba  było  przerobić  na  fabrykę 

świec, a w tawernie, gdzie co sobota obaj grali w karty (Ventura Tavern na Fulton 

Street), zostawił kiedyś następującą notatkę: ,,Precz z kiełbaskami, niech żyją świe-

ce, niech Bóg ocali Włochy, jeśli potrafi ”. Ale zgadnijcie, kto przyjechał przed Gari-

baldim.  W  1833  roku  -  Piero  Moncelli,  patriota,  który  w  więzieniu  Spielberg  sie-

dział  w  jednej  celi  z  Silvio  Pellico  i  który  trzynaście  lat  później  umarł  w  Nowym 

Jorku z nędzy i nostalgii. W1835 roku - Federico Confalonieri, patriota, którego Au-

striacy skazali na śmierć, ale którego Teresa Casati  (jego żona) ocaliła, rzucając się 

do nóg cesarzowi Austrii. W 1836 roku -Felice Foresti, patriota, któremu karę śmier-

ci Austriacy zamienili na dożywocie, a potem na czternaście lat więzienia. W 1837 

roku - dwunastu Lombardczyków, którzy zostali skazani na szubienicę, ale których 

Austriacy  (przyznajmy,  zawsze  łagodniejsi  od  papieża  czy  Burbonów)  ułaskawili. 

W 1838 roku - nieustraszony generał Giuseppe Avezzana, który został zaocznie ska-

zany na śmierć za udział w pierwszym piemonckim ruchu konstytucyjnym... 

To wcale nie wszyscy. Ponieważ wielu innych przybyło po Garibaldim, pa-

miętacie? W 1858 roku, na przykład, historyk Vincenzo Botta, który wkrótce został 

profesorem  emerytowanym  Uniwersytetu  Nowojorskiego.  A  na  początku  wojny 

secesyjnej, dokładnie 28 maja 1861 roku, to właśnie tu, do Nowego Jorku, przybyła 

Gwardia Garibaldiego i utworzyła 39. Nowojorski Regiment Piechoty. Tak, legen-

darni Gwardziści Garibaldiego, noszący oprócz flagi amerykańskiej sztandar włoski, 

pod  którym  walczyli  od  1848  roku  za  swoją  ojczyznę  i  na  którym  wypisali  hasło 

,,Vincere  o  Morire”  -,,Zwycięstwo  albo  śmierć”.  Słynny  39.  Nowojorski  Regiment 

Piechoty, którego przeglądu dokonał Lincoln w następnym tygodniu w Waszyng-

tonie i który w następnych latach wsławił się w krwawych bitwach pod First Bull 

Run, Cross Keys, Gettysburgiem, North Anna, Bristoe Station, Po River, Mine Run, 

Spotsylvanią, Wilderness, Cold Harbor, Strawberry Plain, Petersburgiem, Deep Bot-

tom Creek, aż do Appomattox. Jeżeli nie wierzycie, spójrzcie na obelisk stojący na 

Cemetery  Ridge  (w  Gettysburgu)  i  przeczytajcie  napis  upamiętniający  Włochów 

poległych 2 lipca 1863 roku, w dniu, w którym odbili działa zdobyte przez 5. Regi-

ment Artylerii generała Lee.  

,,Odeszli przed życia południem 

Kto powie, że umarli zbyt młodo? 

Wy, pogrążeni w żałobie, powstrzymajcie łzy 

background image

Takie czyny przetrwają wieki”. 

Co do uchodźców politycznych, którzy znaleźli azyl w Nowym Jorku w cza-

sach  faszyzmu,  cóż,  było  ich  jeszcze  więcej.  Jako  mała  dziewczynka  znałam  ich 

wszystkich, ponieważ tak jak mój ojciec należeli do ruchu ,, Sprawiedliwość i Wol-

ność”, założonego przez Carla i Nella Rossellich, którzy później zginęli we Francji z 

rąk  francuskich  najemników  Mussoliniego.  To  znaczy  z  rąk  Cagoulardów.  W  1924 

roku przybył Girolamo Valenti, który założył nowojorską gazetę antyfaszystowską 

,,The  New  World”.  W  1925  roku  -  Armando  Borghi,  który  zorganizował  ,,Włosko-

Amerykański Ruch Oporu”. W 1926 roku - Carlo Tresca i Arturo Giovannitti, którzy 

utworzyli  ,,Sojusz  Antyfaszystowski  Ameryki  Północnej”.  W  1927  roku  -  nadzwy-

czajny Gaetano Salvemini, który wkrótce przeniósł się do Cambridge, by wykładać 

historię  na  Uniwersytecie  Harvarda,  ale  jednocześnie  podróżował  po  Stanach 

bombardując Amerykanów odczytami skierowanymi przeciwko Hitlerowi i Musso-

liniemu. (W salonie mam plakat informujący o jednym z takich wykładów. Wisi w 

pięknej  srebrnej  ramie,  a  napis  na  nim  głosi:  ,,Niedziela  7  maja  1933  roku,  godz. 

14.30 - mityng antyfaszystowski w Irving Plaza Hotel. Róg Irving Plaza i 15 Ulicy, 

Nowy  Jork.  Profesor  G.  Salvemini,  historyk  o  międzynarodowej  sławie,  będzie 

mówił  o  Hitlerze  i  Mussolinim.  Spotkanie  odbędzie  się  pod  patronatem  włoskiej 

organizacji Sprawiedliwości Wolność. Wstęp 25 centów”. W 1931 roku - Arturo To-

scanini  (jego  wielki  przyjaciel),  który  właśnie  został  pobity  w  Bolonii  przez  przy-

szłego zięcia Mussoliniego, Constanza Ciano, za to, że odmówił zagrania na jednym 

ze  swoich  koncertów  hymnu  Czarnych  Koszul  ,,Młodości,  młodości,  ty  wiosno 

piękna”. W 1940 roku - Alberto Tarchiani, Alberto Cianca, Aldo Garosci, Max Ascoli, 

Nicola Chiaromonte, Emilio Lussu -antyfaszystowscy intelektualiści, którzy założyli 

„Mazzini Society” i miesięcznik „ United Nations ”... 

Chcę przez to powiedzieć, że jestem tu w dobrym towarzystwie. Kiedy tęsk-

nię  za  Italią,  która  nie  jest  tymi  chorymi  Włochami,  o  których  wspomniałam  na 

początku (a tęsknię za nią zawsze), wystarczy, że przywołam tych szlachetnych lu-

dzi  -  ideały  mojej  młodości,  że  zapalę  z  nimi  papierosa  i  poproszę  o  pociechę. 

,,Niech mi pan pomoże, profesorze Sahemini. Niech mnie pan pocieszy, profesorze 

Cianca.  Niech  mi  pan  pomoże  zapomnieć,  profesorze  Garosci  ”.  Albo  też  wzywam 

duchy  sławnych  mężów  -  Garibaldiego,  Maroncelliego,  Confalonieriego,  Forestie-

go, Avezzany itd. Ukłonię się im, poczęstuję brandy, puszczę im płytę z „Nabucho-

background image

donozorem”  wykonanym  przez  Orkiestrę  Filharmoniczną  Nowego  Jorku  pod  dy-

rekcją Arturo Toscaniniego. A kiedy tęsknię za Florencją, kiedy tęsknię za moją To-

skanią (co zdarza się jeszcze częściej), wystarczy, że wskoczę do samolotu i polecę do 

domu.  Ukradkiem,  co  prawda.  Tak  jak  Giuseppe  Mazzini,  który  ukradkiem  wy-

mknął się z Londynu, żeby pojechać do Turynu i odwiedzić swą ukochaną Giudittę 

Sidoli... W gruncie rzeczy we Florencji i w Toskanii mieszkam znacznie częściej, niż 

ludzie sądzą. Czasem całymi miesiącami albo nawet rok. Jeśli nikt o tym nie wie, to 

dlatego że przyjeżdżam na sposób Mazziniego. A jeśli przyjeżdżam na sposób Maz-

ziniego, to dlatego że budzi we mnie odrazę spotykanie bandziorów, przez których 

bandytyzm mój ojciec umarł na samowygnaniu w odległych wzgórzach Chianti, a 

ja ryzykuję, że umrę tu w ten sam sposób. 

No cóż, wygnanie wymaga dyscypliny i konsekwencji. Cnót, w których zo-

stałam  wyszkolona  przez  dwoje  pierwszorzędnych  rodziców.  Ojca,  który  miał  siłę 

Gajusza Mucjusza Scewoli, matkę, która przypominała Kornelię matkę Grakchów, i 

którzy oboje uważali surowość za antidotum przeciw nieodpowiedzialności. I wła-

śnie  z  poczucia  dyscypliny,  konsekwencji  w  ostatnich  latach  zachowywałam  mil-

czenie jak stary, gardzący światem wilk. Wilk, którego trawi pragnienie zatopienia 

kłów w gardle owcy, karku królika, a przecież udaje mu się nad sobą zapanować. 

Są jednak chwile w życiu, gdy milczenie staje się grzechem, a mówienie jest naka-

zem.  Obywatelskim  obowiązkiem,  moralnym  wyzwaniem,  imperatywem  katego-

rycznym, przed którym nie ma ucieczki. I tak osiemnaście dni po nowojorskiej apo-

kalipsie  przerwałam  milczenie  długim  artykułem,  który  opublikowałam  w  naj-

większej  włoskiej  gazecie,  a  potem  w  kilku  zagranicznych  czasopismach.  A  teraz 

przerywam (nie kończę, przerywam) moje wygnanie tą małą książką, która podwa-

ja tekst artykułu. Muszę w związku z tym wytłumaczyć, dlaczego podwaja, jak po-

dwaja i jak się narodziła. 

Narodziła  się  znienacka.  Wybuchła  jak  bomba.  Niespodziewanie  jak  kata-

strofa,  która  11  września  zmiotła  tysiące  istnień  i  zniszczyła  dwa  spośród  najpięk-

niejszych  budynków  naszych  czasów:  wieże  World  Trade  Center.  W  przededniu 

apokalipsy zajmowałam się czymś zupełnie innym - książką, którą nazywam moim 

dzieckiem.  Ogromną,  wciągającą  powieścią,  której  w  ciągu  tych  lat  nigdy  nie  po-

rzuciłam, którą co najwyżej zostawiałam na kilka tygodni lub kilka miesięcy, żeby 

się  podleczyć  w  jakimś  szpitalu  albo  posprawdzać  w  archiwach  fakty,  na  których 

background image

jest  oparta.  Bardzo  trudne,  bardzo  wymagające  dziecko,  którego  życie  płodowe 

trwa przez większą część mojego dorosłego życia, którego poród rozpoczął się dzięki 

chorobie, która mnie zabije, a którego pierwszy krzyk słychać będzie nie wiem kie-

dy. Może po mojej śmierci. (Czemu nie? Dzieła pośmiertne mają tę wspaniałą zale-

tę, że oszczędzają oczom i uszom autora idiotyzmu lub perfidii tych, którzy nie bę-

dąc w stanie napisać czy choćby począć powieść, mają pretensje do oceniania i ob-

rażania  tych,  którzy  powieść  poczną  i  napiszą.)  Tak,  owego  ranka  11  września  by-

łam  tak  zajęta  moim  dzieckiem,  że,  aby  przezwyciężyć  szok,  powiedziałam  sobie: 

„Nie  wolno  mi  myśleć  o  tym,  co  się  stało  i  co  się  dzieje.  Muszę  się  zająć  moim 

dzieckiem i to wszystko. Inaczej skończy się to poronieniem”. Potem, zaciskając zę-

by, siadłam przy biurku. Próbowałam skupić się na stronie napisanej poprzedniego 

dnia, cofnąć myśli do powieściowych postaci. Postaci z odległego świata, z czasów 

kiedy samoloty i drapacze chmur z całą pewnością nie istniały. Ale to nie działało. 

Zapach  śmierci  dobiegał  od  okien  wraz  z  obsesyjną  muzyką  radiowozów,  straży 

pożarnej,  karetek,  helikopterów,  odrzutowców  wojskowych  latających  nad  mia-

stem. Telewizor (który z rozpaczy zostawiłam włączony) migał obrazami, o których 

chciałam  zapomnieć...  Nagle  wyszłam  z  domu.  Rozejrzałam  się  za  taksówką,  nie 

znalazłam jej, pieszo ruszyłam w stronę wież, które już nie istniały i... 

Potem  nie  wiedziałam,  co  zrobić.  Jak  być  przydatną,  jak  pomóc.  I  właśnie 

kiedy zadawałam sobie pytanie: c o   m a m   z r o b i ć , c o   m o g ę   z r o b i ć , te-

lewizja  pokazała  Palestyńczyków  -  rozradowanych,  klaszczących  z  powodu  masa-

kry.  Wiwatowali,  powtarzali  Zwycięstwo,  Zwycięstwo.  Niemal  w  tej  samej  chwili 

przyszedł znajomy i powiedział, że w Europie, także we Włoszech, wielu ich naśla-

duje szydząc ,,Dobrze. Dobrze tak Amerykanom”. Więc jak żołnierz, który wyskaku-

je z okopu i rzuca się na wroga, rzuciłam się na moją maszynę do pisania i zaczę-

łam robić to jedno, co potrafię - pisać. Czasem po prostu przerzucać na papier no-

tatki. Bezładne zapiski, które zbierałam dla siebie. Pomysły, wspomnienia, inwek-

tywy,  które  z  Ameryki  poleciały  do  Europy.  Czy  może  powinnam  powiedzieć  do 

Włoch. Z Włoch - do krajów muzułmańskich. Z krajów muzułmańskich - z powro-

tem do Ameryki. Myśli, które latami  trzymałam uwięzione w  sercu i mózgu, mó-

wiąc sobie: „Po co sobie zawracać głowę? Po co? Ludzie są głusi. Nie słuchają, nie 

chcą słuchać... ” Teraz trysnęły ze mnie jak wodospad - te myśli. Spadały na papier 

jak  łzy,  których  nie  można  zatrzymać.  Bo  łzami,  trzeba  wam  wiedzieć,  nigdy  nie 

płaczę. Nawet jeśli przeszywa mnie fizyczny ból, nawet jeśli doskwiera mi niezno-

background image

śny smutek, łzy nie płyną z moich oczu. To rodzaj zaburzenia neurologicznego czy 

raczej fizjologicznego okaleczenia, które noszę w sobie od ponad pół wieku. To zna-

czy od 25 września 1943 roku. Soboty, w którą alianci zbombardowali Florencję po 

raz pierwszy i popełnili wiele błędów. Zamiast trafić w cel - dworzec kolejowy, któ-

rego  Niemcy  używali  do  transportu  broni  i  wojska,  trafili  w  pobliską  dzielnicę  i 

historyczny cmentarz przy Placu Donatella. Cmentarz brytyjski, ten, na którym po-

chowana  jest  Elizabeth  Barrett  Browning.  Byłam  z  ojcem  w  pobliżu  kościoła 

Sandssima Annunziata, który od Placu Donatella nie jest nawet oddalony o trzysta 

metrów, kiedy zaczął spadać grad bomb. Uciekając przed nimi, schroniliśmy się w 

kościele. Skąd mogłam wiedzieć, jak wygląda koszmar bombardowania? Przy każ-

dym  wybuchu  bomby  grube  mury  Santissima  Annunziata  trzęsły  się  jak  drzewa 

zaatakowane przez burzę, szyby wylatywały, podłoga podskakiwała, ołtarz kołysał 

się, ksiądz wrzeszczał ,,]ezu! Pomóż nam, Jezu!” I wtedy nagle zaczęłam płakać. Ci-

chym, opanowanym płaczem. Żadnych jęków, żadnej czkawki. Ale ojciec i tak zau-

ważył i żeby mi pomóc, żeby mnie uspokoić, biedny ojciec zrobił rzecz niewłaści-

wą. Dał mi potężnego klapsa, spojrzał w oczy i powiedział: ,,Dziewczynka nie mo-

że,  nie  powinna  płakać”.  Więc  od  25  września  1943  roku  nie  płaczę.  I  tak  dobrze, 

jeśli  czasem  zwilgotnieją  mi  oczy  i  coś  dławi  mnie  trochę  w  gardle.  Natomiast  w 

głębi ducha płaczę więcej niż ci, którzy płaczą łzami. Dość często słowa, które piszę, 

są niczym innym jak łzami. I to, co napisałam po 11 września, było w gruncie rze-

czy  niepohamowanym  płaczem.  Nad  żywymi,  nad  umarłymi.  Nad  tymi,  którzy 

wyglądają  na  żywych,  ale  naprawdę  są  martwi.  Martwi,  ponieważ  nie  mają  jaj, 

żeby się zmienić, żeby stać się ludźmi godnymi szacunku. A także nad sobą, że mu-

szę  w  ostatnim  okresie  życia  wyjaśniać,  dlaczego  w  Ameryce  pozostaję  jako 

uchodźca polityczny, a do Włoch przyjeżdżam ukradkiem. 

Potem (płakałam tak przez sześć dni) do Nowego Jorku przyjechał naczelny 

redaktor  jednej  z  większych  włoskich  gazet.  Przyjechał  mnie  prosić,  żebym  prze-

rwała milczenie, które już przerwałam. I to mu powiedziałam. Pokazałam mu na-

wet rzucone na papier notatki, bezładne zapiski, a on natychmiast się zapalił, jakby 

zobaczył  Gretę  Garbo,  która  odrzuca  swe  ciemne  okulary  i  paraduje  po  scenie  La 

Scali, wykonując lubieżny striptiz. Albo jakby zobaczył moich czytelników ustawia-

jących się już, żeby kupić gazetę, przepraszam, żeby wcisnąć się na parter, do lóż i 

na balkony teatru. Rozpromieniony poprosił, żebym pisała dalej, żebym pozszywa-

ła te różne kawałki gwiazdkami, żebym zrobiła z tego coś w  rodzaju listu zaadre-

background image

sowanego do niego, żebym przysłała go, jak tylko skończę. A ja, popychana oby-

watelskim  obowiązkiem,  moralnym  wyzwaniem,  imperatywem  kategorycznym, 

zgodziłam się. Znowu zaniedbując moje dziecko, śpiące pod tymi notatkami, wróci-

łam do maszyny do pisania, a niepohamowany płacz - zamiast być listem - stał się 

krzykiem  wściekłości  i  dumy.  Nowym  J’accuse.  Aktem  oskarżenia  czy  kazaniem 

zaadresowanym do Europejczyków, którzy, rzucając mi może trochę kwiatów, ale z 

pewnością wiele zgniłych jaj, wysłuchają mnie z parteru, lóż i balkonów jego gaze-

ty. Pracowałam kolejne dwanaście dni czy coś koło tego... Nie przerywając pisania, 

nie jedząc, nie śpiąc. Nie czułam wcale głodu ani senności. Żywiłam się kawą i ty-

le, odpędzałam sen papierosami. Krótko mówiąc - nie poddając się zmęczeniu. Ale 

w tym miejscu muszę na coś zwrócić uwagę. Muszę powiedzieć, że pisanie jest dla 

mnie bardzo poważną sprawą - nie jest rozrywką ani odprężeniem czy ukojeniem. 

Nie jest, bo nigdy nie zapominam, że słowa pisane mogą zrobić dużo dobrego, ale i 

dużo złego, że mogą leczyć, ale i zabić. Poczytajcie Historię, a zobaczycie, że za każ-

dym wydarzeniem dobrym czy złym kryje się słowo pisane. Książka, artykuł, ma-

nifest,  wiersz,  piosenka.  (Hymn  Mamelego,  na  przykład.  Jakaś  Marsylianka,  jakiś 

Yankee Doodle Dandy. Albo jakaś Biblia, jakiś Koran, jakiś Das Kapital.) Więc ni-

gdy nie piszę szybko, nigdy nie wyrzucam z siebie słów - jestem powolną pisarką, 

ostrożną pisarką. Jestem też pisarką niezaspokojoną: nie przypominam tych, którzy 

są zawsze zadowoleni ze swojej  twórczości, jakby sikali ambrozją. Poza tym mam 

wiele obsesji. Dbam o rytm frazy, o kadencje strony, o dźwięk słów  - o metrum. I 

biada asonansom, rymom, nieproszonym powtórzeniom. Dla mnie forma jest rów-

nie ważna jak substancja, treść. Jest pojemnikiem, w którym spoczywa substancja - 

jak wino w kieliszku, jak mąka w słoju - i osiągnięcie takiej symbiozy czasem spo-

walnia moją pracę. Ale nie tym razem. Pisałam szybko, nie martwiąc się o asonan-

se, rymy i powtórzenia, ponieważ metrum samo dbało o siebie, ale nie zapomina-

łam ani na chwilę, że słowa pisane mogą leczyć i zabijać. (Czy pasja może ponieść 

tak daleko?) W każdym razie kiedy się zatrzymałam, kiedy byłam gotowa wysłać 

tekst,  zdałam  sobie  sprawę,  że  zamiast  artykułu  poczęłam  małą  książkę.  Żeby  ją 

zmniejszyć, żeby uzyskać przyzwoitą objętość, skróciłam ją o połowę. Wycięłam na 

przykład fragment o dwóch Buddach zmasakrowanych w Bamjan. Ten o Cavaliere, 

który rządzi we Włoszech, ten o Alim Bhutto, zmuszonym do małżeństwa w wieku 

lat  trzynastu...  Potem  wsunęłam  kartki  do  czerwonej  teczki,  ułożyłam  je  do  snu  z 

moim dzieckiem. Metry papieru, na które wylałam swoje serce. Jednak mimo tych 

cięć  tekst  okazał  się  potwornie  długi.  Rozpromieniony  redaktor  próbował  mi  po-

background image

móc. Z dwóch stron, które zarezerwował w gazecie, zrobiły się trzy, potem cztery, a 

potem cztery i ćwierć. 

Rozmiary,  jakich  nigdy  wcześniej  nie  przyjęła  żadna  gazeta  codzienna.  Za-

proponował  nawet,  że  wydrukuje  tekst  w  dwóch  częściach.  Na  co  się  nie  zgodzi-

łam, ponieważ opublikowanie go w dwóch częściach nie pozwoliłoby mi osiągnąć 

tego,  co  zamierzyłam.  A  mianowicie:  spróbować  otworzyć  oczy  tym,  którzy  nie 

chcą  widzieć,  odetkać  uszy  tym,  którzy  nie  chcą  słuchać,  zapłodnić  myślą  tych, 

którzy  nie  chcą  myśleć.  W  rezultacie  skróciłam  go  jeszcze  bardziej.  Odłożyłam  na 

bok najdrastyczniejsze akapity, wygładziłam najbardziej skomplikowane. Bez żalu, 

muszę  przyznać.  Ponieważ  w  owej  czerwonej  teczce  miałam  te  metry  zapisanych 

kartek. Pełny tekst, małą książkę. 

No więc strony, które nastąpią po tej przedmowie, są właśnie tą małą książ-

ką. Pełnym tekstem, który napisałam w dwa czy trzy tygodnie, kiedy nie jadłam, 

nie spałam, żywiłam się kawą, odpędzałam sen papierosami, a słowa spadały na 

papier jak wodospad. Poprawek jest niewiele. (Na przykład ta o 15 670 lirach od-

prawy,  jaką  dostałam  od  Włoskiej  Armii,  kiedy  miałam  czternaście  lat.  I  która  w 

gazecie trochę się zmniejszyła - 14 540.) Uzupełnienia natomiast są liczne i prawie 

zawsze dotyczą hitlerofaszyzmu, którego uosobieniem są islamscy fundamentaliści 

i ich sposób postępowania - gdziekolwiek się osiedlą... Na przykład w odrażającej i 

niegramatycznej  broszurze  zatytułowanej  ,,Islam  karze  Orianę  Fallaci”,  rozpo-

wszechnianej  obecnie  we  wszystkich  społecznościach  muzułmańskich  we  Wło-

szech, prezydent tak zwanej Włoskiej Partii Islamskiej (nawiasem mówiąc, osobnik 

dobrze znany policji antyterrorystycznej we Włoszech) w oburzający sposób obraził 

pamięć mojego zmarłego ojca i wezwał swoich współwyznawców, aby zabili mnie 

w imię Allacha. „Idźcie i umrzyjcie razem z Fallaci ”. W procesie, który wywołał w 

Europie  znaczny  skandal,  ponieważ  urągał  podstawowej  zasadzie  każdego  demo-

kratycznego społeczeństwa, zasadzie Wolności Przekonań, ultralewicowe stowarzy-

szenie muzułmańskie w Paryżu próbowało zamknąć mi usta, żądając, aby francuski 

sąd  skonfiskował  „La  Rage  et  l’Orgueil”  albo  opieczętował  obwolutę  każdego  eg-

zemplarza  ostrzeżeniem  takim jak  na  papierosach.  „  Uwaga!  Zawartość  tego  tomu 

może  zaszkodzić  waszemu  zdrowiu”.  No  cóż...  Francuski  sąd  odrzucił  te  żądania, 

wygrałam,  ale  stowarzyszenie  chce  następnego  procesu  i  podobne  działania  po-

dejmowane  są  w  innych  krajach  europejskich.  Autora  odrażającej  i  nie-

background image

gramatycznej  broszury  pozwałam  do  sądu  za  zniesławienie  i  podżeganie  do  mor-

derstwa,  a  policja  antyterrorystyczna  ma  go  na  oku.  Nie  ma  jednak  dnia,  żebym 

nie dostała pogróżek od jego braci, a moje życie jest poważnie zagrożone. 

 

* * * 

 

Nie wiem, czy pewnego dnia ta książeczka nie rozrośnie się jeszcze bardziej i 

nie przysporzy mi jeszcze więcej kłopotów, niż przysporzyła do tej pory. Wiem jed-

nak  na  pewno,  że  publikując  ją  czuję  się  jak  Salvemini,  który  7  maja  1933  roku 

przemawia na Irving Plaza przeciwko Hitlerowi i Mussoliniemu, krzycząc z rozpa-

czy  zwraca  się  do  słuchaczy,  którzy  nie  rozumieją,  ale  zrozumieją  7  grudnia  1941 

roku (kiedy sprzymierzeni z Hitlerem i Mussolinim Japończycy zbombardują Pearl 

Harbor),  i  nieugięty  wykrzykuje:  „Jeśli  pozostaniecie  bezczynni,  jeśli  nam  nie  po-

możecie, prędzej czy później was też zaatakują!” Jest jednak pewna różnica między 

moją książeczką a mową Salveminiego z 1933 roku. 

O  Hitlerze  i  Mussolinim  w  owym  czasie  Amerykanie  rzeczywiście  nie  wie-

dzieli tego, czego my, Europejczycy, dowiedzieliśmy się i co odczuliśmy na własnej 

skórze.  Mam  na  myśli  narodziny  hitlerofaszyzmu.  W  związku  z  tym  mogli  sobie 

pozwolić  na  luksus  nieuwierzenia  temu  politycznemu  uchodźcy,  który,  krzycząc  z 

rozpaczy,  przepowiadał  podobne  nieszczęścia  Ameryce.  Natomiast  o  islamskich 

fundamentalistach  my,  Europejczycy,  wiemy  wszystko.  Niecałe  dwa  miesiące  po 

nowojorskiej apokalipsie, pamiętacie, sam bin Laden dowiódł, że mam rację, kiedy 

krzyczę: ,,Nie rozumiecie, nie chcecie zrozumieć, że trwa Odwrotna Krucjata. Woj-

na  religijna,  którą  oni  nazywają  Świętą  Wojną,  dżihadem.  Nie  rozumiecie,  nie 

chcecie  zrozumieć,  że  dla  tych  Odwrotnych  Krzyżowców  Zachód  jest  światem, 

który trzeba podbić i podporządkować islamowi”. Udowodnił to kasetą wideo, na 

której zagroził nawet Narodom Zjednoczonym, a sekretarza generalnego ONZ Kofi 

Annana  określił  mianem  „przestępcy”.  Taśmą  wideo,  na  której  rozciągnął  swoje 

groźby  na  Francuzów,  Włochów,  Brytyjczyków,  na  której  brakowało  tylko  histe-

rycznych  głosów  Hitlera  czy  Mussoliniego.  Przedstawienia  z  Palazzo  Venezia  czy 

scenariusza  z  Alexanderplatz.  ,,W  swej  istocie  jest  to  wojna  religijna,  a  ci,  którzy 

background image

temu zaprzeczają, są kłamcami”  - powiedział. ,, Wszyscy Arabowie i wszyscy mu-

zułmanie muszą powstać i walczyć, a ci, którzy stoją na uboczu, wyrzekają się Alla-

cha” - powiedział. „Przywódcy arabscy i muzułmańscy, którzy siedzą w ONZ i bio-

rą udział w jego polityce, stawiają się poza islamem. Są Niewiernymi, nie szanują 

przesłania  Proroka”  -powiedział.  A  potem:  ,,Ci,  którzy  uznają  legalność  międzyna-

rodowych  instytucji,  odrzucają  jedyną  autentyczną  legalność,  legalność,  która  po-

chodzi  z  Koranu”.  I  w  końcu:,,  Ogromna  większość  muzułmanów  cieszy  się  z  ata-

ków na wieże. Potwierdzają to nasze sondaże”. 

Ale czy potrzebne było jego potwierdzenie? Od Afganistanu do Sudanu, od 

Palestyny  do  Pakistanu,  od  Malezji  do  Iranu,  od  Egiptu  do  Iraku,  od  Algierii  do 

Senegalu, od Syrii do Kenii, od Libii do Czadu, od Libanu do Maroka, od Indonezji 

do  Jemenu,  od  Arabii  Saudyjskiej  do  Somalii,  nienawiść  do  Zachodu  wzbiera  jak 

pożar  rozdmuchiwany  przez  wiatr.  A  zwolennicy  islamskiego  fundamentalizmu 

mnożą się jak pierwotniaki - jedna komórka dzieli się tworząc dwie, potem cztery, 

potem  osiem,  potem  szesnaście,  potem  trzydzieści  dwie  -  do  nieskończoności.  Ci, 

którzy  sobie  tego  nie  uświadamiają,  niech  popatrzą  tylko  na  obrazy  pokazywane 

nam co dzień przez telewizję. Tłumy, które zapełniają ulice Islamabadu, place Nai-

robi, meczety Teheranu. Dzikie twarze, wygrażające pięści. Ogniska, w których pło-

ną amerykańskie flagi i zdjęcia Busha. Ci, którzy nie wierzą, niech tylko posłuchają 

tych radosnych dziękczynień do Litościwego i Gniewnego Boga wznoszonych przez 

owe  tłumy.  Ich  wrzasków  Allah-akbar,  Allah-akbar.  Dżihad,  dżihad...  Ekstremi-

styczny  margines?!?  Fanatyczna  mniejszość?!?  Są  ich  nieprzeliczone  miliony,  tych 

ekstremistów. Są ich nieprzeliczone miliony, tych fanatyków. Nieprzeliczone milio-

ny,  dla  których  żywy  czy  umarły  Osama  bin  Laden  jest  legendą  podobną  do  le-

gendy Chomeiniego. Nieprzeliczone miliony, które po śmierci Chomeiniego wybra-

ły  bin  Ladena  na  swego  nowego  przywódcę,  swego  nowego  bohatera.  Wczoraj 

wieczorem widziałam tych z Nairobi, miejsca, o którym nigdy nie mówimy. Wyle-

gło ich na plac więcej niż w Gazie czy Islamabadzie, czy Dżakarcie, a reporter tele-

wizyjny przeprowadził wywiad z pewnym starcem. Zapytał go: ,,Kim jest dla pana 

Osama bin Laden?” ,.Bohaterem, naszym bohaterem!” - odpowiedział starzec rado-

śnie. „A co się stanie, jeśli on zginie?” - pytał dalej reporter. „Znajdziemy następne-

go”  -  odpowiedział  starzec  pogodnie.  Innymi  słowy,  ten,  który  ich  prowadzi,  jest 

tylko  wierzchołkiem  góry  lodowej,  tą  częścią  góry,  która  wystaje  z  głębiny.  Tak 

więc  prawdziwym  bohaterem  tej  wojny  nie  jest  bin  Laden.  W  jeszcze  mniejszym 

background image

stopniu  jest  nim  kraj, który  udziela  mu  schronienia  czy  który wydał  go  na  świat. 

Mam na myśli Arabię Saudyjską i popleczników takich jak Iran czy Irak, czy Syria, 

czy Palestyna. Jest nią Góra. Ta Góra, która przez tysiąc czterysta lat nie poruszyła 

się,  nie  podniosła  z  głębi  swojej  ślepoty,  nie  otworzyła  swoich  drzwi  podbojowi 

cywilizacji,  nigdy  nie  chciała  słyszeć  o  wolności,  demokracji  i  postępie.  Mówiąc 

krótko, nie zmieniła się. Ta Góra, która mimo haniebnego bogactwa swoich zacofa-

nych panów (królów i książąt, i szejków, i bankierów) nadal  żyje w  skandalicznej 

nędzy, wegetuje w potwornych ciemnościach religii nie tworzącej nic poza religią. 

Ta Góra, która tonie w analfabetyzmie (nie zapominajcie, że w niemal każdym kra-

ju muzułmańskim analfabeci stanowią ponad sześćdziesiąt procent). Ta Góra, która 

wszelkie informacje czerpie wyłącznie od zacofanych imamów lub z komiksów. Ta 

Góra, która, zazdroszcząc nam po cichu, odczuwając niewyznaną zawiść z powodu 

naszego stylu życia, zrzuca na nas odpowiedzialność za swą nędzę materialną i in-

telektualną. W błędzie jest ten czy ta, kto sądzi, że Święta Wojna skończyła się w 

roku  2001  wraz  z  upadkiem  reżimu  talibańskiego  w  Afganistanie.  W  błędzie  jest 

ten czy ta, kto cieszy się z widoku kabulskich kobiet, które nie muszą już chodzić w 

burkach i wreszcie mogą pójść do szkoły, do lekarza czy do fryzjera. W błędzie jest 

ten czy ta, kto czuje się pomszczony, widząc, jak kabułscy mężczyźni pozbywają się 

bród, niczym Włosi, którzy po upadku Mussoliniego pozbywali się faszystowskich 

odznak... 

Jest w błędzie on czy ona, ponieważ brody odrosną, burki można znowu za-

łożyć - przez ostatnie dwadzieścia lat w Afganistanie ciągle na zmianę golono i za-

puszczano brody, zdejmowano i zakładano burki. On, ona są w błędzie, ponieważ 

obecni zwycięzcy czy tak zwani zwycięzcy modlą się do Allacha  tak samo jak po-

konani. Ponieważ od pokonanych różnią się tylko długością bród. W gruncie rzeczy 

afgańskie kobiety boją się ich tak samo jak ich poprzedników, znoszą te same upo-

korzenia,  te  same  niegodziwości,  jakie  znosiły  za  talibów.  (W  wieku  trzynastu  lat 

dziewczyna nie może już marzyć o chodzeniu do szkoły, o spacerowaniu po ulicach, 

o  siedzeniu  pod  drzewem,  nie  zapominajcie).  On,  ona  są  w  błędzie,  ponieważ 

obecni zwycięzcy jak zwykle zwalczają się nawzajem, jak zwykle powiększają chaos 

i  ponieważ  wśród  dziewiętnastu  kamikadze  z  Nowego  Jorku  i  Waszyngtonu  nie 

było  ani  jednego  Afgańczyka.  Poza  tym  kamikadze  mają  inne  miejsca,  w  których 

mogą trenować, inne jaskinie, w  których mogą się ukrywać. Spójrzcie na mapę, a 

zobaczycie, że na południe od Afganistanu jest Pakistan. Na północ od Afganistanu 

background image

- muzułmańska Czeczenia, Uzbekistan, Kazachstan itd. Na zachód od Afganistanu - 

Iran.  Za  Iranem  -  Syria.  Za  Syrią  niemal  całkowicie  muzułmański  Liban. Obok  Li-

banu muzułmańska Jordania. Obok Jordanii ultramuzułmańska Arabia Saudyjska. 

A  za  Morzem  Czerwonym  leży  kontynent  afrykański  z  muzułmańskim  Egiptem, 

Libią,  Somalią,  Nigrem,  Nigerią,  Senegalem,  Mauretanią  itd.  i  ludami,  które  przy-

klaskują Świętej Wojnie. Jest w błędzie wreszcie, ponieważ konflikt między nami a 

nimi  nie  jest  konfliktem  militarnym.  O  nie.  Jest  konfliktem  kulturowym,  religij-

nym.  I  nasze  zwycięstwa  militarne  nie  rozwiążą  problemu  ofensywy  islamskiego 

terroryzmu. Wręcz przeciwnie, zaostrzą go. Zaognią go i pomnożą. Najgorsze dopie-

ro przyjdzie. Oto gorzka prawda. A Prawda niekoniecznie leży pośrodku. Czasami 

jest  tylko  po  jednej  stronie.  Na  mityngu  na  Irving  Plaza  Salvemini  również  pró-

bował zwrócić uwagę na ten fakt, którego nikt nie chce przyjąć do wiadomości. 

 

* * * 

 

Jest  jednak  jeszcze jedna  różnica  między  tą małą  książką  a  przemówieniem 

Salveminiego  na  Irving  Płaza.  Amerykanie,  którzy  7  maja  1933  roku  słuchali  jego 

zdesperowanych krzyków, nie mieli w swoim kraju SS Hitlera czy Czarnych Koszul 

Mussoliniego. Od naszej rzeczywistości oddzielały ich, powiększając ich niedowie-

rzanie, ocean wody i mur izolacjonizmu. Dziś natomiast zarówno Amerykanie, jak i 

Europejczycy mają na swojej ziemi różne SS i Czarne Koszule bin Ladena. Na ziemi, 

na  której  te  SS  i  Czarne  Koszule  żyją  bez  obaw,  przez  nikogo  nie  niepokojone.  W 

Ameryce - dzięki niewzruszonemu szacunkowi dla każdej religii, jednej z zasad, na 

których  Ameryka  się  narodziła.  W  Europie  -  dzięki  cynizmowi  i  oportunizmowi 

lub fałszywemu liberalizmowi Politycznie Poprawnych, którzy manipulują fakta-

mi lub im zaprzeczają. („Biedactwa, jakże są godni współczucia, kiedy lądują tu ze 

swymi nadziejami’’.) Biedactwa?!?  W  Europie  meczety,  które  rozkwitają  nie  z  sza-

cunku  dla  każdej  religii,  lecz  w  cieniu  zmartwychwstałej  bigoterii,  zapomnianego 

laicyzmu, wprost roją się od terrorystów czy kandydatów na terrorystów. Od czasu 

nowojorskiej  apokalipsy  nawet  niektórych  z  nich  aresztowano.  Odnaleziono  część 

broni  Litościwego  i  Gniewnego  Boga.  We  Włoszech,  na  przykład,  odkryto  wiele 

komórek  al  Kaidy.  Teraz  wiemy,  że  już  w  roku  1989  FBI  wymieniało  „szlak  wło-

background image

skich  bojowników  ’’,  że  już  w  roku  1989  meczet  w  Mediolanie  wskazywano  jako 

gniazdo  terrorystów.  Wiemy,  że  w  tym  samym  roku  mediolańskiego  Algierczyka 

nazwiskiem  Ahmed  Ressan  złapano  w  Seattle  z  60  kilogramami  chemikaliów  do 

produkcji materiałów wybuchowych, że w 1990 roku dwóch innych „mediolańczy-

ków” o nazwiskach Atmani Saif i Fateh Kamei kierowało atakiem na paryskie me-

tro  i  że  z  Mediolanu  często  przenosili  się  do  Kanady.  (Dziwny  zbieg  okoliczności: 

dwóch  spośród  dziewiętnastu  kamikadze  z  11  września  wjechało  do  Stanów  Zjed-

noczonych właśnie z Kanady... ) Wiemy też, że Mediolan i Turyn zawsze były sta-

cjami  przekaźnikowymi  i  ośrodkami  rekrutacji  dla  tych  biedaczków.  W  tym  dla 

Afgańczyków,  Bośniaków  i  Kurdów.  (Mały  szczegół,  jeszcze  jeden,  który  dodaje 

pikanterii  aferze  Ocalana:  ten  kurdyjski  superterrorysta  został  przywieziony  do 

Włoch przez komunistycznego deputowanego i ukryty przez lewicowy rząd w ele-

ganckiej  willi  pod  Rzymem.)  Wiemy  też,  że  epicentrami  tych  biedaczków  zawsze 

były Mediolan, Turyn, Genua, Rzym, Neapol, Bolonia. Że takie miasta jak Cremo-

na,  Reggio  Emilia,  Modena,  Florencja,  Perugia,  Triest,  Rawenna,  Mesyna  zawsze 

miały ,,siatki operacyjne”, ,,bazy logistyczne”,,, komórki przemytu broni”. To znaczy 

filie  ,,  Włoskiej  Struktury  na  rzecz  Jednolitej  Strategii  Międzynarodowej”.  Wiemy 

też,  że  Włochy,  tak  jak  Francja,  Anglia,  Niemcy,  Holandia,  Belgia  i  Hiszpania,  a 

nawet  w  jeszcze  większym  stopniu,  zawsze  były  uważane  przez  nich  za  „Dar  al 

Harb”  -  Teren  Wojny.  A  także  teren,  na  którym  muzułmanie  odmawiający  użycia 

broni dla tryumfu islamu uważani są przez innych muzułmanów za ,.zdrajców wia-

ry”.  I  wszystkie  władze  przyznają  ostatecznie,  że  wielu  z  najgroźniejszych  terrory-

stów  ma  paszporty  lub  dowody  tożsamości,  lub  pozwolenia  stałego  pobytu  przy-

znawane  regularnie  przez  nasze  nazbyt  wielkoduszne  rządy.  W  zasadzie  to  samo 

dzieje  się  w  Stanach  Zjednoczonych,  gdzie  niektórzy  z  wrześniowych  kamikadze 

zostali wpuszczeni przez Urząd Imigracyjny, chociaż byli znani FBI czy CIA. 

I  gdzie  w  imię  Praw  Obywatelskich  nie  wolno  nawet  wyrazić  podejrzeń 

przeciwko komuś, kto ma arabskie rysy. Jeśli ktoś spróbuje, natychmiast zostanie 

oskarżony o nietolerancję, uprzedzenia, rasizm... 

Obecnie  wiemy  już  nawet,  gdzie  spiskują.  A  miejscami  ich  spotkań  nie  są 

dwory czy pałace, gdzie, ryzykując śmierć na szubienicy, konspirowali nasi przod-

kowie z XIX wieku, aby uwolnić Włochy od okupantów. W pierwszej kolejności są 

to rzeźnie. Islamskie rzeźnie, które straszą w każdym mieście, a to dlatego że te bie-

background image

dactwa mogą jeść tylko mięso zwierząt, które zostały zabite przez poderżnięcie gar-

dła,  a  następnie  pozbawione  krwi  i  kości.  Są  to  również  arabskie  grille  i  arabskie 

kawiarnie, arabskie burdele i arabskie łaźnie, arabskie sklepy i oczywiście meczety. 

Skoro mowa o meczetach, no cóż, po nowojorskiej apokalipsie wielu imamów zrzu-

ciło  maski.  Lista  jest  dość  długa.  Znajduje  się  na  niej  marokański  rzeźnik,  którego 

włoscy  dziennikarze  nazywają  z  szacunkiem  Religijnym  Przywódcą  Piemonckiej 

Społeczności  Islamskiej.  Mam  na  myśli  pobożnego  Podcinacza  Gardeł,  który  w 

1989  roku  przyjechał  do  Turynu  z  wizą  turystyczną  i  w  ciągu  niecałych  dziesięciu 

lat  otworzył  pięć  rzeźni  plus  pięć  meczetów,  przekształcając  w  ten  sposób  prze-

świetne miasto Cavoura w brudną kazbę. Cnotliwy Rzeźnik, który teraz wznosi por-

tret Osamy bin Ladena niczym sztandar i oświadcza: ,,Jak mówi Koran, nasza Świę-

ta  Wojna  jest  wojną  słuszną  i  sprawiedliwą.  Wszyscy  Bracia  z  Turynu  pragną  do 

niej  przystąpić”.  (A  tak  przy  okazji,  najdrożsi  ministrowie  spraw  wewnętrznych  i 

zagranicznych, dlaczego nie odeślecie go z powrotem do Maroka albo nie wsadzicie 

do  więzienia?)  Na  liście  znajduje  się  też  przewodniczący  Islamskiej  Społeczności 

Genui, kolejnego wspaniałego miasta obróconego w kazbę, jak również imamowie 

Neapolu,  Rzymu  i  Bolonii.  Imam  Bolonii,  tak.  Facet,  który  mówi:  ,,Nowojorskie 

wieże zostały zniszczone przez Amerykanów, którzy używają bin Ladena jako tar-

czy.  Jeśli  nie  byli  to  Amerykanie,  to  Izraelczycy.  W  każdym  razie  bin  Laden  jest 

niewinny. Zagrożeniem nie jest bin Laden, jest nim Ameryka”. I nie zapominajcie, 

że dwadzieścia cztery godziny przed nowojorską apokalipsą w meczecie w Bolonii 

wierni  rozprowadzali  ulotkę  propagującą  terroryzm  i  zapowiadającą  ,,niezwykłe 

wydarzenie”.  Ech!  Prawie  zawsze  wnukowie  komunistów,  którzy  zaprzeczali 

zbrodniom  Stalina  albo  je  aprobowali,  protektorzy  naszych  gości,  twierdzą,  że  w 

hierarchii islamskiej imam jest postacią bez znaczenia: pomniejszy duchowny, któ-

ry  ogranicza  się  do  prowadzenia  piątkowych  modłów  i  nie  ma  żadnej  władzy. 

Gówno  prawda!  Imam  jest  czołową  postacią,  która  kieruje  i  zarządza  swoją  spo-

łecznością z pełnym autorytetem i władzą. Pobożny Podcinacz Gardeł czy Cnotliwy 

Rzeźnik, czy ktokolwiek jest wysokim kapłanem, który może manipulować swoimi 

wiernymi i wywierać bezgraniczny wpływ na ich umysły i ich czyny. Agitatorem, 

który  podczas  piątkowej  modlitwy  wykrzykuje  dowolne  przesłania  polityczne. 

Wszystkie  tak  zwane  Rewolucje  Islamskie  zaczęły  się  od  imamów  w  meczetach; 

również tak zwana Rewolucja w  Iranie zaczęła się od imamów  w  meczetach. Nie 

na  uniwersytetach,  jak  chcieliby  nam  wmówić  wzmiankowani  wyżej  wnukowie. 

background image

Za  każdym  islamskim  terrorystą  stoi  imam,  a  Chomeini  też  był  imamem.  Główni 

przywódcy Iranu byli i są imamami, przypominam. I twierdzę, że wielu imamów 

(zbyt wielu) to duchowi przywódcy terroryzmu. A zatem, w sensie moralnym, sami 

są terrorystami. 

Co  do  Pearl  Harbor,  które  wisi  nad  naszymi  głowami,  nie  ma  wątpliwości, 

że wojna chemiczna i biologiczna należy do strategii esesmanów i Czarnych Koszul 

wymachujących Koranem. Podczas innego ze swoich wideopokazów bin Laden we 

własnej osobie nam to obiecał. Wiemy też, że Saddam Husajn zawsze miał skłon-

ność do tego typu rzezi. Wiemy, że nadal  produkuje bakterie wywołujące dżumę, 

ospę, trąd, tyfus, wąglika itd. Oprócz tego broń jądrową oraz ogromne ilości gazu 

paraliżującego. Wiemy też doskonale, że jak na razie tego rodzaju groźba jeszcze się 

nie zmaterializowała. Protektorzy naszych wrogów lubią ględzić, że z tego również 

powodu  moja  wściekłość  jest  nieuzasadniona,  przesadzona,  udawana.  Ale  Pearl 

Harbor, o którym ja mówię, nie ma nic wspólnego z tego rodzaju obietnicami. Do-

tyczy  groźby,  którą  rzecznicy  FBI  wskazują  następującymi  słowami:  ,,To  nie  jest 

kwestia Czy, to jest kwestia Kiedy...” Groźby, której obawiam się bardziej niż dżu-

my,  bardziej  niż  trądu,  bardziej  niż  gazu  paraliżującego,  bardziej  nawet  niż  broni 

jądrowej. Groźby, która wisi nad Europą i zagraża jej w znacznie większym stopniu 

niż Ameryce. 

Mówię  o  niebezpieczeństwie  grożącym  naszym  zabytkom,  naszym  dziełom 

sztuki, skarbom naszej historii. Samej istocie zachodniej kultury. 

Mówiąc  ,,Kiedy,  a  nie  Czy”,  rzecznicy  FBI  martwią  się  rzecz  jasna  o  swoje 

skarby.  O  Statuę  Wolności,  mauzoleum  Jeffersona,  obelisk  Waszyngtona,  Dzwon 

Wolności,  most  Golden  Gate,  Most  Brooklyński  itd.  I  mają  rację.  Ja  też  się  o  nie 

martwię. Martwię się o nie tak samo, jak martwiłabym się o Big Bena czy Opac-

two Westminsterskie, gdybym była Brytyjką. O Notre Dame, Luwr i wieżę Eiffla, 

gdybym była Francuzką. Ale jestem Włoszką. Dlatego martwię się jeszcze bardziej 

o  Kaplicę  Sykstyńską,  o  bazylikę  św.  Piotra  i  o  Koloseum  w  Rzymie.  O  plac  św. 

Marka i muzea, i pałace przy Canale Grande w Wenecji. 

O  katedrę i Kodeks Atlantycki, i „Ostatnią Wieczerzę” Leonarda da Vinci w 

Mediolanie... Jestem Toskanką, więc martwię się jeszcze bardziej o Krzywą Wieżę i 

Plac Cudów w Pizie, o katedrę i ratusz w Sienie, o zachowane średniowieczne wie-

background image

że  San  Gimignano...  Jestem  florentynką,  więc  martwię  się  jeszcze  bardziej  o  moją 

katedrę Santa Maria del Fiore, o moje Baptysterium, o moją kampanilę Giotta, 

0 mój Palazzo Pitti, moją Galerię Uffizi, o mój Ponte Vecchio  - Stary Most. 

Nawiasem  mówiąc,  jedyny  zachowany  stary  most,  ponieważ  pozostałe  zostały 

wysadzone w 1944 roku przez ulubiony wzorzec bin Ladena - Adolfa Hitlera. Mar-

twię się też o Biblioteca Laurenziana z jej wspaniałymi tysiącletnimi miniaturami, 

jej  wspaniałym  Kodeksem  Wergiliańskim.  Martwię  się  też  i  o  Galleria 

dell’Accademia, gdzie przechowujemy Dawida dłuta Michała Anioła. (Bezwstydnie 

nagiego, mój Boże, i dlatego szczególnie mocno potępionego przez Koran.) I gdyby 

te biedactwa zniszczyły jeden z tych skarbów, tylko jeden, przysięgam - to ja stała-

bym się wtedy świętą bojowniczką. To ja stałabym się wtedy morderczynią. Więc 

słuchajcie  mnie,  wyznawcy  Boga,  którego  nauka  brzmi:  oko  za  oko,  ząb  za  ząb. 

Urodziłam się podczas wojny. Dorastałam podczas wojny. O  wojnie wiem dużo i 

uwierzcie  mi  -  mam  więcej  odwagi  niż  wasi  kamikadze,  którzy  zdobywają  się  na 

śmierć tylko wtedy, gdy śmierć oznacza zabicie tysięcy ludzi, w tym małych dzieci. 

Chcieliście wojny, chcecie wojny? Dobrze. Jeśli o mnie chodzi, jest wojna i będzie 

wojna. Do ostatniego tchu. 

 

* * * 

Dulcis  in  fundo.  W  końcu  z  małym  uśmieszkiem.  Nie  trzeba  mówić,  że  tak 

jak śmiech, uśmiech oznacza czasem coś wręcz przeciwnego. (We wczesnej młodości 

dowiedziałam się, że kiedyś mój ojciec śmiał się, gdy faszyści torturowali go, żeby 

się  dowiedzieć,  gdzie  ukrył  broń  zrzuconą  przez  Amerykanów  naszemu  ruchowi 

oporu.  Ta  wiadomość  zmroziła  mnie  i  pewnego  dnia  wykrzyknęłam:  ,,  Ojcze!  Czy 

to  prawda,  że  kiedyś  śmiałeś  się  w  czasie  tortur?”  Ojciec  zmarszczył  brwi  i  ochry-

płym  głosem  wymamrotał:  ,,Moje  drogie  dziecko,  w  pewnych  sytuacjach  śmiech 

oznacza to samo co płacz. Przekonasz się. Z pewnością się przekonasz”). Cóż - kiedy 

ogłoszono publikację tej książki, profesor Howard Gotlieb z Uniwersytetu Bostoń-

skiego (uniwersytetu, który od kilkudziesięciu lat zbiera i przechowuje moje prace) 

zadzwonił  do  mnie  i  zapytał:  ,,jak  mamy  sklasyfikować  «Wściekłość  i  dumę»?’’ 

„Nie  wiem”  -  odparłam,  dodając,  że  moja  mała  książeczka  nie  jest  powieścią  ani 

reportażem, ani esejem, ani wspomnieniami i moim zdaniem nie jest nawet pam-

background image

fletem. Potem przemyślałam to jeszcze raz. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam: 

,,Sklasyfikujcie ją jako kazanie”. (Właściwe określenie, jak sądzę, ponieważ rzeczy-

wiście  to,  co  nastąpi,  jest  kazaniem.  Miało  być  listem,  o  który  poprosił  mnie  ów 

redaktor,  o  wojnie,  jaką  synowie  Allacha  wypowiedzieli  Zachodowi,  a  w  trakcie 

pisania  stało  się  kazaniem.) Po  ukazaniu  się  tekstu  we  Włoszech  profesor  Gotlieb 

zadzwonił  do  mnie  znowu  i  zapytał:  „Jak  Włosi  to  przyjęli?”  „Nie  wiem”  -  odpo-

wiedziałam,  dodając,  że  kazanie  trzeba  oceniać  po  rezultatach,  a  nie  po  oklaskach 

czy gwizdach. Zanim więc będę mogła sprawdzić rezultaty swojego kazania, upły-

nie  dużo  czasu.  Bardzo  dużo.  „Nie  możemy  się  spodziewać,  że  moja  wściekłość  i 

moja  duma  zbudzą  nagle  tych,  którzy  śpią,  profesorze  Gotlieb.  W  gruncie  rzeczy, 

nie wiem nawet, czy w ogóle kiedyś się obudzą”. 

I  naprawdę  nie  wiem.  Z  drugiej  strony  wiem,  że  kiedy  opublikowano  mój 

artykuł o 11 września, gazeta rozeszła się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy. I 

miały  miejsce  poruszające  zdarzenia.  W  Rzymie,  na  przykład,  pewien  mężczyzna 

kupił wszystkie 36 egzemplarzy, które były w kiosku i rozdał je przechodniom. W 

Mediolanie pewna kobieta zrobiła tak samo z dziesiątkami zrobionych przez siebie 

kserokopii. Wiem też, że tysiące Włochów napisało do mnie, żeby mi podziękować, 

że centrala telefoniczna gazety i jej łącza internetowe zostały zablokowane na wie-

le godzin, że jedynie mniejszość czytelników nie zgadzała się ze mną. Jaka szkoda, 

że nie znalazło to odbicia w wyborze listów opublikowanych pod tytułem ,, Włosi 

podzieleni  z  powodu  Oriany”.  Zadzwoniłam  nawet  do  redaktora,  który  przygoto-

wał ten wybór i nawrzeszczałam na niego, że jeśli liczba nie jest opinią, jeśli głosy 

tych, którzy są przeciwko mnie, nie mają większej wagi niż głosy tych, którzy są za 

mną,  to  w  każdym  razie  oskarżanie  mnie  o  podzielenie  moich  rodaków  jest  na-

prawdę  niesprawiedliwe. Włosi nie potrzebują żadnej  Oriany, żeby się podzielić  - 

dodałam. Włosi są podzieleni co najmniej od czasów gwelfów i gibelinów, od śre-

dniowiecza,  i  nigdy  się  to  nie  zmieniło.  Dobry  Boże,  nawet  garibaldczycy,  którzy 

przybyli do Ameryki, żeby walczyć w wojnie secesyjnej, natychmiast podzielili się 

na dwa stronnictwa. Bo tylko połowa z nich przybyła do Nowego Jorku i wstąpiła 

do  wojsk  Unii,  to  jest  do  39.  Nowojorskiego  Regimentu  Piechoty.  Druga  połowa 

postanowiła  wstąpić  do  armii  konfederatów  i  ruszyła  do  Nowego  Orleanu,  gdzie 

utworzyła  Gwardię  Garibaldczyków  6.  Luizjańskiego  Batalionu  Włoskiej  Milicji. 

Batalionu, który w 1862 roku wszedł w skład 6. Regimentu Piechoty Brygady Eu-

ropejskiej. Oni również wznosili trójkolorowy sztandar z hasłem ,,Vincere o Morire 

background image

- Zwycięstwo albo Śmierć”. Oni również okryli się chwałą w bitwach pod First Buli 

Run,  Cross  Keys,  North  Anna,  Bristoe  Station,  Po  River,  Mine  Run,  Spotsylvaniq, 

Wilderness, Cold Harbor, Strawberry Plain, Petersburgiem aż do Appomattox. A czy 

wiecie  co  wydarzyło  się  2  lipca  1863  roku  w  bitwie  pod  Gettysburgiem,  w  której 

zginęło 54 tysiące żołnierzy Północy i Południa? Zdarzyło się, że 365 gwardzistów 

Garibaldiego z 39. Regimentu dowodzonego przez generała W. S. Hancocka stanęło 

naprzeciw  360  gwardzistów  Garibaldiego  z  6.  Regimentu  Piechoty  dowodzonego 

przez generała J. Early’ego. Ci pierwsi - w granatowych mundurach. Ci drudzy - w 

szarych mundurach. Jedni i drudzy powiewający trójkolorowymi sztandarami, któ-

rymi machali razem we Włoszech, walcząc o zjednoczenie kraju. Sztandarami z na-

pisem ,,Vincere o Morire - Zwycięstwo albo śmierć”. Krzycząc ,,Parszywi secesjoni-

ści”  lub  ,,Parszywi  abolicjoniści”,  zwarli  się  w  zażartej  walce  wręcz  o  wzgórze  na-

zwane Cemetery Hill. Dziewięćdziesięciu dziewięciu poległych po stronie garibald-

czyków z 39. Nowojorskiego Regimentu. Sześćdziesięciu po stronie garibaldczyków 

z Europejskiej Brygady 6. Regimentu Piechoty. A następnego dnia w ostatecznym 

ataku, który miał miejsce w dolinie, zginęło prawie dwa razy tylu. 

Wiem też, że wśród mniejszości czytelników, którzy się ze mną nie zgodzili, 

niejeden  nikczemnik  napisał:  „Fallaci  odgrywa  odważną,  bo  jest  ciężko  chora,  już 

jedną nogą w grobie”. (Niegodziwość, na którą odpowiadam: nie, moi drodzy, nie - 

nie  odgrywam  odważnej.  Jestem  odważna.  Zawsze  byłam.  W  pokoju  i  w  wojnie, 

wobec gwelfów i gibelinów. To jest wobec tak zwanej prawicy i wobec tak zwanej 

lewicy.  I  za  każdym  razem  płacąc  bardzo  wysoką  cenę,  w  tym  cenę  fizycznych  i 

moralnych  gróźb,  prześladowań,  potwarzy.  Przeczytajcie  mnie  jeszcze  raz,  a  zoba-

czycie. Co do nogi w grobie, to niech was szlag. Nie pławię się w oceanie zdrowia, 

to  prawda,  ale  umarlaki  takie  jak  ja  zawsze  w  końcu  grzebią  tych  zdrowych.  Nie 

zapominajcie, że raz wyszłam żywa z kostnicy, gdzie wrzucono mnie jako zmarłą.) I 

w końcu wiem też, że po moim artykule te brzydkie Włochy, te Włochy, przez któ-

re mieszkam na wygnaniu, podniosły wrzawę w obronie synów Allacha. W rezul-

tacie rozpromieniony redaktor stał się bardzo zmartwionym redaktorem i, oślepio-

ny zmartwieniem, schował się za plecami moich krytyków, i to, co mogło być do-

brą  okazją  do  obrony  naszej  kultury,  stało  się  plugawym  jarmarkiem  plugawej 

próżności.  Żałosny  chór  wołający  „Ja  też  tu  jestem,  ja  też  tu  jestem”.  Jak  cienie  z 

przeszłości,  która  nigdy  nie  umiera,  ci,  których  nazwałam  ,,cykadami  ”,  podpalili 

wielki stos, żeby spalić Heretyczkę i podnieśli wrzask „Na stos, na stos! Allach ak-

background image

bar, Allach akbar!” Poczęli rzucać oskarżenia, potępienia, obelgi... Codziennie nowy 

atak, nowe oszczerstwo, aż przypomniały mi się procesy z Salem. Powiesić czarow-

nicę, powiesić czarownicę. Nawet przekręcili i splugawili moje imię: przezwali mnie 

Orhieną w swoich artykułach... A przynajmniej tak mi mówili ci, którzy zadawali 

sobie  trud  czytania.  Ja  nie  próbowałam.  Po  pierwsze,  dlatego  że  wiedziałam,  co 

napiszą,  i  nie  byłam  ciekawa.  Po  drugie,  dlatego  że  na  końcu  mojego  artykułu 

ostrzegłam, że nie będę uczestniczyć w  jałowych dyskusjach i bezużytecznych po-

lemikach. Po trzecie, dlatego że cykady to nieodmiennie osoby bez pomysłów i bez 

właściwości - nadąsane pijawki, które nieodmiennie kryją się w cieniu tych, co po-

zostają na słońcu, posłańcy ubóstwa. A ich pisanina jest nudna. (Starszy brat moje-

go ojca nazywał się Bruno Fallaci. Był wielkim dziennikarzem. Nie znosił dzienni-

karzy  - kiedy pracowałam dla gazet wybaczał mi tylko wtedy, gdy ryzykowałam 

życie w  jakiejś wojnie. Ale był wielkim dziennikarzem. Był także wspaniałym re-

daktorem naczelnym i gdy wyliczał reguły dziennikarstwa, grzmiał: „Pierwsza za-

sada:  nie  nudzić  czytelników”.  Cykady  natomiast  nudzą  czytelników.)  Po  czwarte, 

dlatego że prowadzę bardzo surowe i bogate intelektualnie życie. Lubię studiować 

tak bardzo jak lubię pisać. Lubię samotność lub towarzystwo uczonych ludzi, a tego 

rodzaju tryb życia nie pozostawia miejsca dla posłańców ubóstwa. Wreszcie dlate-

go że zawsze korzystam z rady mego znakomitego rodaka Dantego Alighieri, który 

powiedział: „Non ti curar di lor ma guarda e passa. Nie przejmuj się nimi, popatrz 

tylko i idź dalej”. Właściwie posuwam się jeszcze dalej niż on: kiedy idę, nawet nie 

patrzę. 

Teraz jednak chciałabym się zabawić, robiąc wyjątek. Wyjątek dla jednej cy-

kady,  której  nazwisko,  płeć  i  tożsamość  ignoruję,  a  która  przypisała  mi  dwie  po-

ważne zbrodnie: nieznajomość,, Baśni z tysiąca i jednej nocy” oraz nieświadomość 

faktu, że pojęcie zera zostało określone przez Arabów. Ech nie, Szanowny Panie czy 

Pani, czy Pół na Pół. Nie, moja nadąsana pijawko, mój biedny posłańcu ubóstwa - 

uwielbiam matematykę, więc dobrze znam pojęcie zera i jego pochodzenie. Pomyśl 

tylko, że w ,,Inszallach” (nawiasem mówiąc, powieści zbudowanej na wzorze Bolt-

zmanna,  tym,  który  mówi,  że  entropia  równa  się  stałej  Boltzmanna  pomnożonej 

przez logarytm naturalny z prawdopodobieństwa rozkładu) właśnie na pojęciu zera 

skonstruowałam  scenę,  w  której  sierżant  zabija  Passepartout.  Zrobiłam  to,  wyko-

rzystując  szatańskie  zadanie,  które  w  1932  roku  Uniwersytet Normale  w  Pizie  po-

stawił  przed  swoimi  studentami  na  egzaminie:  ,,Wyjaśnij,  dlaczego  jedność  jest 

background image

większa  od  zera”.  (Tak  szatańskie,  że  można  je  rozwiązać  tylko  „ab  absurdo”.)  No 

więc, twierdząc, że zero zostało zdefiniowane przez Arabów, możesz mieć na myśli 

jedynie  arabskiego  matematyka  Muhammada  ibn  Musę  al-Khwarizmiego,  który 

około  810  roku  n.e.  wprowadził  numerację  dziesiętną  z  powtarzającym  się  zerem. 

Mylisz się jednak. Ponieważ Muhammad ibn Musa al-Khwarizmi sam przyznaje w 

swoich  pismach,  że  numeracja  dziesiętna  z  powtarzającym  się  zerem  nie  jest  jego 

wynalazkiem, nie. Że przejął ją od Hindusów, a zwłaszcza od sławnego hinduskie-

go  matematyka  Brahmagupty.  (Autora  traktatu  astronomicznego  ,,Brahm-asphu-

tasiddhanta”,  człowieka,  który  zajął  się  tą  kwestią  na  samym  początku  siódmego 

wieku.)  No  cóż...  Według  niektórych  dzisiejszych  uczonych  Brahmagupta  określił 

pojęcie zera później niż Majowie. Już w piątym wieku, mówią oni, Majowie okre-

ślali datę narodzin wszechświata jako rok zerowy, a także oznaczali pierwszy dzień 

każdego miesiąca zerem. A kiedy w obliczeniach brakowało im jakiejś liczby, puste 

miejsce  wypełniali  zerem.  Jednak  na  oznaczenie  zera  nie  używali  nawet  dziwnej 

kropki, którą długo później wprowadzili Grecy; rysowali małego człowieczka z od-

wróconą  głową.  Ten  mały  człowieczek  z  odwróconą  głową  jest  źródłem  wielu 

wątpliwości  i  nieporozumień,  więc  informuję  cię,  że  dziewięciu  spośród  dziesięciu 

matematyków zajmujących się historią matematyki przyznaje autorstwo zera Bra-

hmagupcie.  A  teraz,  Szanowny  Panie  czy  Pani  czy  Pół  na  Pół,  porozmawiajmy  o 

,,Baśniach z tysiąca i jednej nocy”. 

Dobry Boże, mój Boże - któż ci powiedział, że nie znam takiej perełki?!? Wi-

dzisz,  kiedy  byłam  małą  dziewczynką,  sypiałam  w  „bibliotece”,  taką  niewłaściwą 

nazwę nadali moi ubodzy rodzice pokoikowi, który był dosłownie od podłogi do 

sufitu  wyłożony  książkami  kupowanymi  na  raty.  Na  półce  ponad  miniaturową 

kanapą, którą nazywałam moim łóżkiem, stała ogromna książka z zakwefioną da-

mą  uśmiechającą  się  do  mnie  z  okładki,  więc  pewnego  wieczora  odwzajemniłam 

jej  uśmiech,  zaspokajając  swoją  ciekawość.  To  znaczy,  czytając  pierwsze  strony. 

Matka nie chciała, żebym czytała tę książkę. Jak tylko zobaczyła ten klejnot w mo-

ich rękach, skonfiskowała go, jakby to był słownik grzechów i deprawacji. „Wstydź 

się, wstydź się - to nie jest dla dzieci’’. Ale potem zmieniła zdanie i udzieliła pozwo-

lenia. „Dobrze, przeczytaj ją, przeczytaj. I tak cię czegoś nauczy”. W ten sposób „Ba-

śnie z tysiąca i jednej nocy” stały się opowieściami mojego dzieciństwa, a od tam-

tej  pory  -  częścią  mojego  książkowego  dziedzictwa.  Znajdziesz je w  moim florenc-

kim mieszkaniu, a także tu w Nowym Jorku, gdzie gromadzę je w różnych wyda-

background image

niach. Ostatnie było po francusku. Kupiłam je od Kennetha Glossa, mojego anty-

kwariusza w Bostonie razem z ,,Les Oeuvres Completes de Madame De La Fayette” 

wydrukowanymi przez D’Auteila w 1812 roku i „Les Oeuvres Completes de Molie-

re” wydrukowanymi przez Pierre’a Didota w 1799 roku. Jest to wydanie przygoto-

wane przez Hiarda - le libraire editeur de la Bibliotheque des Amis des Lettres, w 

roku  1832.  I  niezmiernie  je  cenię.  Ale,  mówiąc  zupełnie  szczerze,  nie  mam  ochoty 

porównywać  tych  cudownych  baśni  z  „Iliadą”  czy  „Odyseją”  Homera.  Nie  mam 

ochoty porównywać ich z dialogami Platona, „Eneidą” Wergiliusza, „Wyznaniami” 

św.  Augustyna,  „Boską  komedią”  Dantego,  tragediami  i  komediami  Szekspira, 

,,Krytyką czystego rozumu” Kanta i tak dalej. Nie byłoby to poważne. 

Koniec małego uśmiechu i ostatnia uwaga. Uwaga, na której mi bardzo zale-

ży, ponieważ dotyczy problemu godności, moralności, honoru. 

 

* * * 

 

Żyję z moich książek. Z mojego pisarstwa. Żyję z tantiem: procentu, jaki autor 

otrzymuje  od  każdego  sprzedanego  egzemplarza.  I  jestem  z  tego  dumna.  Jestem 

dumna,  chociaż  procent  ten  jest  mały,  czy  wręcz  niezauważalny.  Suma,  która 

zwłaszcza w przypadku paperbacków (jeszcze gorzej - tłumaczeń) nie starcza na ku-

pienie pół ołówka od syna Allacha sprzedającego ołówki na chodnikach Florencji. 

(I który oczywiście nigdy nie słyszał o „Baśniach z tysiąca i jednej nocy”.) Potrze-

buję moich tantiem. I dostaję je. Gdybym nie dostawała, nawiasem mówiąc, to ja 

sprzedawałbym ołówki na chodnikach Florencji. Ale nie piszę dla pieniędzy. Nigdy 

nie  pisałam  dla  pieniędzy.  Nigdy.  Nawet  wtedy,  kiedy  byłam  bardzo  młoda  i 

strasznie ich potrzebowałam, żeby pójść na uniwersytet. (Szkoła Medyczna... Co w 

owym czasie naprawdę dużo kosztowało.) W wieku siedemnastu lat zostałam za-

trudniona jako reporterka w jednej z florenckich gazet codziennych. A w wieku lat 

dziewiętnastu  zostałam  natychmiastowo  zwolniona,  ponieważ  nie  zgodziłam  się 

być maszyną do pisania. Kazali mi napisać nieprawdziwy artykuł na temat wiecu 

sławnego  przywódcy,  do  którego  czułam  głęboki  wstręt.  (Przywódcy  ówczesnej 

Włoskiej Partii Komunistycznej, Palmiro Togliattiego). Artykuł, którego nawiasem 

background image

mówiąc, miałam nie podpisywać. Powiedziałam więc, że nie będę pisać kłamstw, a 

dyrektor naczelny (gruby i nadęty chrześcijański demokrata) wrzasnął, że dzienni-

karz jest maszyną do pisania i że ma obowiązek pisać to, za co mu płacą. „Nie pluje 

się na talerz, z którego się je”. Płonąc z oburzenia, odpowiedziałam, że może sobie 

zatrzymać taki talerz dla siebie, że jeśli mam się stać maszyną do pisania, to wolę 

umrzeć z głodu, a on zwolnił mnie natychmiast. I dlatego właśnie, nie mając pie-

niędzy na opłacenie uniwersytetu, nigdy nie zrobiłam doktoratu z medycyny. Tak - 

nikt  nigdy  nie  zmusił  mnie  do  pisania  za  srebrniki.  To,  co  kiedykolwiek  w  życiu 

pisałam,  nie  miało  nigdy  związku  z  pieniędzmi.  Tak  -  zawsze  zdawałam  sobie 

sprawę, że słowo pisane może wpływać na ludzkie umysły i czyny silniej niż bom-

by czy bagnety i że odpowiedzialność, która wyrasta z takiej świadomości, nie mo-

że być naginana w zamian za pieniądze. Konsekwentnie, mój artykuł o 11 września 

nie został napisany dla pieniędzy. Przygniatający trud, który nadwerężył mój i tak 

już zniszczony organizm, nie został podjęty dla pieniędzy. Moje dziecko, moja waż-

na powieść, nie zostało odłożone do snu po to, bym mogła zarobić więcej pienię-

dzy, niż dostaję w mizernych tantiemach. A teraz nastąpi ciekawy kawałek. 

Ciekawy, bo kiedy rozpromieniony redaktor naczelny przyleciał do Nowego 

Jorku i poprosił, bym przerwała już przerwaną ciszę, nie mówiliśmy o pieniądzach. 

On po prostu pominął ten temat, a co do mnie, to uważałam, że mówienie o 

pieniądzach w odniesieniu do tekstu, który miał swój początek w  śmierci tylu ist-

nień, byłoby niemoralne. W dodatku tekstu, który miał na celu otwarcie uszu głu-

chych i oczu ślepych i tak dalej. Kiedy rozpalono ogień, aby spalić mnie na stosie 

jako  heretyczkę,  powiesić  mnie  jako  czarownicę  z  Salem,  redaktor  poinformował 

mnie jednak, że zapłata za przygniatający trud jest gotowa. ,.Bardzo, bardzo, bardzo 

hojna  zapłata’’.  Tak  hojna  (nie  znam  i  nie  chcę  znać  sumy),  że  zbyteczne  byłoby 

wyrównanie  mi  dużych  kosztów  długich rozmów  międzykontynentałnych,  dodał. 

Dobrze - choć zdawałam sobie sprawę, że zgodnie z prawami ekonomii zapłacenie 

mi  było  obowiązkiem  (nie  przez  przypadek  artykuły  pisane  do  jego  gazety  przez 

moich krytyków były regularnie i obficie opłacane), ta bardzo bardzo bardzo hojna 

zapłata nigdy nie trafiła do mojej kieszeni. Odmówiłam od razu. Co więcej, słysząc, 

że zapłata jest gotowa, poczułam to samo zakłopotanie i zdumienie co 56 lat wcze-

śniej. To znaczy, kiedy dowiedziałam się, że Armia Włoska ma mi wypłacić odpra-

wę  wojskową  za  walkę  z  hitlerofaszystami  w  Ochotniczych  Oddziałach  Wolności. 

background image

(Epizod, który wspominam w związku z pieniędzmi, jakie przyjęłam w 1946 roku, 

żeby kupić przyzwoite buty, których nie miałam ani ja, ani moje młodsze siostry.) 

No  cóż...  słyszałam,  że  po  mojej  odmowie  redaktor  naczelny  zmienił  się  w 

słup soli jak żona Lota, kiedy odwróciła się, żeby jeszcze raz spojrzeć na Sodomę. 

Słyszałam też, że wielu innych uznało mój gest za przejaw naiwności połą-

czonej z wyniosłością. (Co może być prawdą.) Ale zarówno jemu, jak i im heretycz-

ka, czarownica mówi: teraz mam porządne buty, mam. A gdybym nie miała, wola-

łabym  chodzić  boso  po  śniegu,  niż  nosić  w  kieszeniach  tę  bardzo  bardzo  bardzo 

hojną zapłatę. Choćby jeden cent splamiłby, zbrukałby moją duszę. 

Oriana Fallaci 

Nowy Jork, grudzień 2001 Florencja, wrzesień 2002 

background image

 

 

Prosisz mnie, żebym przemówiła - tym razem. Prosisz mnie, żebym przerwa-

ła,  przynajmniej  tym razem,  milczenie,  które  wybrałam.  Milczenie,  które  narzuca-

łam sobie przez wiele lat, żeby nie mieszać swego głosu z głosami cykad. I robię to. 

Ponieważ słyszałam, że we Włoszech niektórzy radują się tak, jak tamtej nocy Pa-

lestyńczycy  z  Gazy  radowali  się  na  ekranach  telewizorów  „Zwycięstwo!  Zwycię-

stwo!” Mężczyźni, kobiety, dzieci. (Założywszy, że ktoś, kto robi coś takiego, może 

być  nazwany mężczyzną,  kobietą,  dzieckiem.)  Słyszałam  też,  że  niektórzy  politycy 

czy tak zwani politycy, jak również rozmaici intelektualiści czy tak zwani intelektu-

aliści, którzy nie mają prawa do miana cywilizowanych ludzi, zachowują się zasad-

niczo w ten sam sposób. Że z radością mówią: „Dobrze. Dobrze tak Amerykanom”. I 

jestem bardzo bardzo bardzo zła. Zła wściekłością zimną, jasną, racjonalną. Wście-

kłością,  która  wyklucza  jakikolwiek  dystans,  jakiekolwiek  pobłażanie,  która  każe 

mi odpowiedzieć im i napluć im w twarz. Pluję im w twarz. Jestem rozgniewana, a 

wczoraj wieczorem afroamerykańska poetka Maya Angelou ryczała: „Bądź gniew-

ny. Słuszny jest gniew. Jest zdrowy”. Cóż... Czy jest zdrowy dla mnie, nie wiem. Ale 

wiem,  że  nie  będzie  zdrowy  dla  nich.  Myślę  o  tych,  którzy  podziwiają  różnych 

Osamów bin Ladenów i wspierają ich swoim zrozumieniem, sympatią czy solidar-

nością.  Przerwanie  przeze  mnie  milczenia  zapali  detonator,  który  zbyt  długo  już 

pragnie wybuchnąć.  

Zobaczycie. 

Prosisz mnie też, bym przedstawiła swoje świadectwo, żebym ci opowiedzia-

ła,  jak  przeżyłam tę  Apokalipsę,  zatem zacznę  od  tego.  Byłam  w  domu,  mój  dom 

jest  w  centrum  Manhattanu  i  około  dziewiątej  rano  miałam  poczucie  zagrożenia, 

które może nie było skierowane we mnie bezpośrednio, ale z pewnością mnie do-

tyczyło.  Takie  uczucie  jak  w  czasie  bitwy,  kiedy  każdym  porem  skóry  wyczuwasz 

nadlatującą kulę czy rakietę, więc nadstawiasz uszu, a ci, którzy są w pobliżu, krzy-

czą „Na ziemię! Na ziemię! Padnij!” Odsunęłam je od siebie. Powiedziałam sobie, 

że  nie  jestem  w  Wietnamie,  na  litość  boską.  Nie  jestem  na  jednej  z  tych  licznych 

wojen, które od czasu drugiej wojny światowej wypełniają cierpieniem moje życie. 

Jestem  w  Nowym  Jorku,  jest  wspaniały  wrześniowy  poranek.  11  września  2001 

background image

roku.  Uczucie  jednak  nadal  władało  mną  niewytłumaczalnie,  niezrozumiale,  więc 

włączyłam telewizor. Nie wiadomo, czemu głos nie działał. Wizja natomiast dzia-

łała. I na każdym kanale (w Nowym Jorku mamy około stu kanałów) widać było 

jedną z wież World Trade Center, która od osiemdziesiątego piętra w górę płonęła 

jak gigantyczna zapałka. Spięcie? Roztrzepany pilot, który stracił kontrolę nad swo-

im  małym  samolotem?  Czy  dobrze  wymierzony  akt  spektakularnego  terroryzmu? 

Jak sparaliżowana patrzyłam dalej i kiedy patrzyłam, kiedy powtarzałam sobie te 

trzy pytania, na ekranie pojawił się samolot. Wielki, biały, liniowy samolot. Leciał 

bardzo nisko. Niezwykle nisko. I lecąc nisko, niezwykle nisko, kierował się ku dru-

giej wieży jak bombowiec, który nadlatuje na cel. Wtedy zrozumiałam. Zrozumia-

łam też, dlatego że w tej samej chwili wrócił głos i przyniósł chór zduszonych krzy-

ków. Zduszonych, pełnych niedowierzania, bezsilnych. „Boże! O Boże! Boże! Boże! 

Boże! O mój Boooooże!” Potem samolot wślizgnął się w drugą wieżę, jak nóż wśli-

zguje się w kostkę masła. 

Była  wtedy  9.03.  I  nie  pytaj  mnie,  co  czułam  w  tamtej  chwili  czy  trochę 

później. Nie wiem. Nie pamiętam. Byłam bryłą lodu. Nawet mój mózg był bryłą 

lodu. Nie pamiętam nawet, czy pewne sceny widziałam na pierwszej wieży czy na 

drugiej. 

Przede  wszystkim  ludzi,  którzy  wyskakiwali  z  okien  osiemdziesiątego,  dzie-

więćdziesiątego czy setnego piętra, żeby nie spłonąć żywcem. Którzy wybijali szy-

by  w  oknach,  wspinali  się  na  parapety  i  skakali,  tak  jak  skacze  się  z  samolotu  ze 

spadochronem.  Dziesiątkami.  I  spadali  tak  wolno.  Wolno  poruszali  ramionami  i 

dłońmi, wolno płynęli w powietrzu... Tak, wydawało się, że płyną w powietrzu. I 

ciągle nie mogli dolecieć. Ciągle nie mogli spaść. Jednak około trzydziestego piętra 

zaczynali przyśpieszać. Zaczynali desperacko gestykulować, pewnie z rozpaczy, jak-

by prosili o pomoc. Proszę, pomóżcie mi, proszę. Może naprawdę prosili. Potem w 

końcu spadali jak kamienie i trach! Wiesz o tym - większą część życia spędziłam na 

wojnach... Na wojnach widziałam wszelkie rodzaje okropieństw, przez wojny uwa-

żam się za uodpornioną, z powodu wojen nic mnie już nie zaskakuje. Nawet wte-

dy, kiedy jestem rozgniewana. Nawet wtedy, kiedy czuję pogardę. Ale na wojnach 

zawsze widziałam, jak ludzi zabijano. Nigdy nie widziałam, jak ludzie zabijają się 

sami, jak rzucają się bez spadochronów z okien osiemdziesiątego czy dziewięćdzie-

siątego  czy  setnego  piętra...  Skakali  tak  i  rzucali  się  z  okien,  dopóki  wieże,  jedna 

background image

około  10,  a  druga  około  10.30  nie  zapadły  się,  i  do  diabła  -  oprócz  ludzi,  których 

zabijano, w czasie wojen widywałam zawsze coś, co wybucha. Coś, co zapada się z 

powodu  wybuchu.  Dwie  wieże  natomiast  nie  zapadły  się  z  powodu  wybuchu. 

Pierwsza zapadła się, ponieważ implodowała, połknęła się sama. Druga, ponieważ 

stopiła się, rozpuściła, jakby naprawdę była z masła. I wszystko to stało się, albo 

tak  mi  się  wydawało,  w  grobowej  ciszy.  Jak  to  możliwe?  Czy  ona  tam  naprawdę 

była, ta cisza, czy była tylko we mnie? 

Może była tylko we mnie. Zamknięta wewnątrz tej ciszy, usłyszałam jednak 

wiadomości o trzecim samolocie, który spadł na Pentagon, i czwartym, który spadł 

w  pensylwańskim  lesie.  Zamknięta  wewnątrz  tej  ciszy,  zaczęłam  szacować  liczbę 

ofiar i poczułam, że dusi mnie mój własny oddech. Ponieważ w najkrwawszej bi-

twie,  jaką  opisywałam  w  Wietnamie,  bitwie  pod  Dak-To,  poległych,  których  wi-

działam,  było  około  czterystu.  W  masakrze  w  Meksyku,  masakrze,  podczas  której 

sama dostałam kilka kul - około ośmiuset.  A kiedy, sądząc, że nie żyję, ratownicy 

zostawili  mnie  w  kostnicy,  ciała,  wśród  których  się  znalazłam,  wydawały  mi  się 

jeszcze liczniejsze. Wiedząc zatem, że w wieżach pracowało zwykle niemal pięćdzie-

siąt tysięcy ludzi, nie śmiałam szacować liczby. Pierwsze szacunki mówią o pięciu 

lub sześciu tysiącach zaginionych, ale istnieje różnica między słowem „zaginiony” a 

słowem „zabity”. W Wietnamie zawsze rozróżnialiśmy między zaginionymi a zabi-

tymi.  Jednak  nawet  jeśli  nie  wszyscy  zaginieni  okażą  się  martwi...  Słuchaj:  moim 

zdaniem całej prawdy nigdy nie poznamy. Jak moglibyśmy? Na ogół z ruin wydo-

bywane są tylko porozrzucane kończyny. Nos tam, palec tu. A wszędzie widać brą-

zowy muł, który wygląda jak zmielona kawa, ale w rzeczywistości jest materią or-

ganiczną:  szczątkami  ciał,  które  w  mgnieniu  oka  zdezintegrowały  się,  spłonęły. 

Wczoraj  burmistrz  Giuliani  przysłał  dziesięć  tysięcy  worków  na  ciała,  a  wykorzy-

stano zaledwie kilkaset. 

 

* * * 

Co sądzę o całkowitej nietykalności, jaką wielu ludzi w Europie przypisywa-

ło Ameryce, co czuję do dziewiętnastu kamikadze, którzy spowodowali to spusto-

szenie?  Posłuchaj:  dla  kamikadze  -  żadnego  szacunku.  Żadnej  litości.  Tak,  nawet 

litości.  Ja,  która  zawsze  w  końcu  pozwalam  sobie  na  litość.  Poczynając  od  japoń-

background image

skich  kamikadze  z  drugiej  wojny  światowej,  nigdy  nie  znosiłam  tych,  którzy  po-

pełniają samobójstwo, żeby zabić innych. Nigdy nie uważałam ich za odważnych 

czy szlachetnych; ludzi takich jak nasz Pietro Micca, piemoncki żołnierz, który chcąc 

powstrzymać  atak  francuskich  wojsk  i  ocalić  cytadelę  turyńską  29  sierpnia  1706 

roku podpalił skład prochu i wysadził siebie i nieprzyjaciół. Nigdy nie uważałam 

ich  za  żołnierzy.  A  tym  bardziej  nie  uważam  ich  za  męczenników  czy  bohaterów, 

jak, wrzeszcząc i plując cuchnącą śliną, określił ich pan Arafat w 1972 roku. Wtedy, 

kiedy przeprowadzałam z nim wywiad w Ammanie - miejscu, gdzie szkolił też kil-

ku terrorystów z grupy Baader-Meinhof. Uważam ich za morderców, którymi po-

woduje próżność, ekshibicjonistów, którzy zamiast próbować odnieść sukces w fil-

mie, polityce czy sporcie, szukają chwały we własnej śmierci i śmierci innych. Któ-

rzy  zamiast  walczyć  o  Oscara,  stanowisko  ministra  czy  medal  olimpijski,  szukają 

miejsca w Dżannie. W niebie z Koranu, raju, do którego według Proroka idą wszy-

scy  bohaterowie,  by  uprawiać  miłość  z  dziewiczymi  hurysami.  Założę  się,  że  są 

próżni nawet w kwestii swego wyglądu zewnętrznego. Mam  przed oczami zdjęcie 

dwóch kamikadze, których opisuję w książce „Inszallach”, powieści zaczynającej się 

od  rzezi  436  amerykańskich  i  francuskich  żołnierzy  pełniących  misję  pokojową  w 

Bejrucie, patrzę na to zdjęcie i... Zrobili je sobie przed pójściem na śmierć, a zanim je 

zrobili, poszli do fryzjera. Spójrzcie na te wyszukane fryzury, pracowicie przystrzy-

żone  wąsy,  eleganckie  brody,  wymuskane  faworyty...  Za  szczególnie  niegodnych 

szacunku czy litości uważam tych, którzy zafundowali sobie śmierć w Nowym Jor-

ku,  w  Waszyngtonie  i  w  Pensylwanii.  Przede  wszystkim  tego  Muhammeda  Attę, 

który  zostawił  dwa  testamenty,  a  w  jednym  z  nich  napisał:  „Na  moim  pogrzebie 

nie chcę istot nieczystych. To znaczy zwierząt i kobiet”. W tym samym testamencie 

dodał: „Nawet w pobliżu  mego grobu nie życzę sobie istot nieczystych. Zwłaszcza 

tych najbardziej nieczystych: kobiet w ciąży”. No cóż... Cieszy mnie bardzo, że nigdy 

nie będzie miał ani pogrzebu, ani grobu. Oczywiście z niego także nie pozostało nic, 

nawet jeden włos. 

Mój  Boże,  wyobraźcie  sobie,  w  jaką  histerię  wpadłby  pan  Arafat,  gdyby 

mnie przeczytał. Bo nie żyjemy w szczególnej przyjaźni, pan Arafat i ja, o nie. Ni-

gdy  mi  nie  wybaczył  diametralnie  odmiennych  opinii,  jakie  wyraziłam  podczas 

ammańskiego  wywiadu.  Ja  nigdy  nie  wybaczyłam  mu  niczego,  więc  życzę  mu 

wszystkiego najgorszego, tak jak on mnie. Starannie się unikamy. Gdybym go jed-

nak  jeszcze kiedyś  spotkała,  wykrzyczałabym  mu  prosto w  twarz,  co  sądzę  o  jego 

background image

męczennikach i bohaterach. „Po pierwsze powiem ci, kim są prawdziwi męczenni-

cy. To pasażerowie porwanych samolotów zamienieni w ludzkie bomby przez two-

ich uczniów. Wśród nich czteroletnie dziecko, które zdematerializowało się w dru-

giej wieży! To ludzie pracujący w obu wieżach i w Pentagonie. To czterystu osiem-

nastu strażaków i policjantów, którzy zginęli, niosąc im ratunek. Ty pyszałkowaty 

gaduło! A teraz powiem ci, kim są prawdziwi bohaterowie. 

To pasażerowie samolotu, który miał uderzyć w Biały Dom, ale rozbił się w 

pensylwańskim lesie, ponieważ oni podjęli walkę. Ty półgłówku!” Problem polega 

na  tym,  że  teraz  ten  pyszałkowaty  gaduła,  ten  półgłówek  odgrywa  rolę  Głowy 

Państwa. Odgrywa Mussoliniego ad perpetuum, odwiedza papieża, jedzie do Bia-

łego Domu, przesyła kondolencje prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Ten kame-

leon, który potrafi sam sobie zaprzeczyć, sam sobie zadać kłam, który byłby nawet 

w stanie powiedzieć teraz, że mam rację. Ten kłamca, który ma przebłyski szczerości 

tylko wtedy, kiedy (prywatnie) odmawia Izraelowi prawa do istnienia. Ten hipo-

kryta,  któremu  nie  można  ufać  nawet  wtedy,  kiedy  odpowiada  na  pytanie: która 

godzina.  Ten  rzekomy  rewolucjonista,  który  nie  daje  swemu  narodowi  choćby 

odrobiny  demokracji.  Nie  mówię  o  takiej  demokracji  jak  w  Izraelu,  mówię  o 

„odrobinie  demokracji”.  Ten  malowany  bojownik,  który  zawsze  nosi  mundur  jak 

Fidel  Castro  czy  Pinochet,  ale  walkę  zostawia  swoim  biednym  poddanym,  tym 

biednym  Chrystusom,  którzy  w  niego  wierzą.  Ten  nieuk,  który  nie  potrafi  nawet 

wyrazić prostej myśli, sformułować prostego zdania, złożyć do kupy zrozumiałego 

przemówienia.  Ten  wieczny  terrorysta,  który  potrafi  tylko  wychowywać  terrory-

stów, trzymać ludzi w gównie, wysyłać ich na śmierć. Zabijać i umierać... Ale dość 

o  nim,  dość.  Nie  zasługuje  na  mój  czas,  wolę  mówić  o  nietykalności,  jaką  wielu 

ludzi w Europie przypisywało Ameryce. 

Nietykalność? Im bardziej społeczeństwo jest otwarte i demokratyczne, tym 

bardziej narażone na terroryzm. Im bardziej naród jest wolny, tym bardziej naraża 

się na rzezie, które (dzięki Palestyńczykom) od tylu lat wydarzają się we Włoszech i 

innych krajach europejskich. I które teraz dotarły do Ameryki. 

Nie  przez  przypadek  kraje  niedemokratyczne  zawsze  udzielały  terrorystom 

schronienia i pomocy. Były Związek Radziecki ze swoimi satelitami i Chiny na po-

czątek.  Potem  Libia,  Irak,  Iran,  Syria,  Pakistan,  Afganistan,  Liban.  Potem  Egipt, 

background image

gdzie  Anwar  Sadat  też  został  zabity  przez  terrorystów.  Potem  Arabia  Saudyjska, 

skąd pochodzi Osama bin Laden. Potem wszystkie muzułmańskie regiony Afryki... 

Na lotniskach i w samolotach tych krajów zawsze czułam się bezpieczna, wierz mi. 

Spokojna  jak  śpiące  dziecko.  Na  europejskich  lotniskach i  w  europejskich  samolo-

tach natomiast zawsze byłam spięta. Na amerykańskich lotniskach i w amerykań-

skich  samolotach  -  dwa  razy  bardziej.  A  w  Nowym  Jorku  trzy  razy  bardziej.  Jak 

sądzisz,  dlaczego  we wtorek  rano  podświadomie  odczuwałam  taki  niepokój,  takie 

poczucie  zagrożenia  i  wbrew  moim  zwyczajom  włączyłam  telewizor?  Jak  sądzisz, 

dlaczego wśród trzech pytań, które sobie zadawałam, kiedy płonęła pierwsza wie-

ża, było też to o dobrze wymierzonym ataku terrorystycznym? Jak sądzisz, dlaczego 

zrozumiałam prawdę, gdy tylko pojawił się drugi samolot? Ponieważ Ameryka jest 

najbogatszym  i  najsilniejszym  krajem  na  świecie,  najpotężniejszym,  najbardziej 

kapitalistycznym, ponieważ świat boi się jej militarnej supremacji, sami Ameryka-

nie  żywili  złudzenia  co  do  swojej  nietykalności.  Ależ  narażenie  Ameryki  na  atak 

jest właśnie wynikiem jej siły, mój drogi. Jej bogactwa, jej potęgi, jej superkapitali-

zmu. To znaczy powodów, dla których wzbudza ona wszelkiego rodzaju zazdrość i 

nienawiść. 

Jest  także  wynikiem  jej  wieloetnicznego  charakteru,  jej  tolerancji,  szacunku 

dla własnych obywateli i dla gości. Widzisz, kilka milionów Amerykanów to arab-

scy muzułmanie. A kiedy jakiś Mustafa czy Ali, czy Muhammed przyjeżdża z Afga-

nistanu, żeby odwiedzić na przykład swojego wujka, nikt nie zabrania mu uczęsz-

czać  na  kurs  pilotażu,  na  którym  uczą,  jak  pilotować  boeinga  757.  Albo  chodzenia 

na zajęcia z chemii i biologii na uniwersytecie - dwóch dyscyplin potrzebnych ko-

muś,  kto  chce  wywołać  wojnę  biologiczną.  Uczęszcza  na  nie,  nawet  jeśli  służby 

bezpieczeństwa obawiają się porwań samolotów, nawet jeśli spodziewają się takiej 

wojny  Powróćmy  jednak  do  wcześniejszego  wątku:  jakie  są  prawdziwe  cechy 

Ameryki, symbole jej siły, bogactwa i władzy, super-kapitalizmu, supremacji mili-

tarnej? Nie są nimi, jak sądzę, jazz czy rock and roli. Nie guma do żucia i hamburge-

ry, nie Broadway i nie Hollywood. Są nimi drapacze chmur, jej samoloty, jej Pen-

tagon, jej nauka i technika... Te imponujące drapacze chmur. Tak wysokie, solidne, 

stabilne i tak piękne, że kiedy się na nie patrzy, zapomina się nawet o piramidach i 

cudownych  pałacach  naszej  przeszłości.  Te  wszędobylskie  samoloty  i  helikoptery. 

Tak  ogromne,  tak  szybkie,  mogące  przenosić  wszystko,  co  da  się  przenieść.  Prefa-

brykowane domy, świeże kwiaty, świeże ryby, uratowane słonie, turyści bez gro-

background image

sza, oddziały bojowe, pojazdy opancerzone, bomby atomowe... (Zresztą to właśnie 

Ameryka rozwinęła wojnę powietrzną do granic histerii - pamiętasz?) Ten przeraża-

jący Pentagon. Ta posępna forteca, która odstraszyłaby Napoleona i Dżyngis-chana 

razem wziętych. Ta wszechobecna, wszechpotężna, wszystkożerna nauka. Ta wsze-

chogarniająca technika, która zmieniła nasze życie codzienne, nasz odwieczny styl 

życia  w  mgnieniu  oka.  A  w  co  uderzył  Osama  bin  Laden?  W  drapacze  chmur,  w 

Pentagon. Jak? Za pomocą jej nauki, jej techniki. A nawiasem mówiąc - czy wiesz, 

co  uderza  mnie  najbardziej  w  tym  ponurym  multi-milionerze,  tym  byłym  play-

boyu, który w wieku dwudziestu lat figlował w nocnych klubach, a teraz przypisał 

sobie obowiązki Srogiego Saladyna? 

Fakt, że jego bezgraniczne bogactwa pochodzą z zysków korporacji specjali-

zującej  się  w  burzeniu  domów  i  że  w  tej  dziedzinie  jest  prawdziwym  ekspertem. 

Fachowcem, nieprześcignionym mistrzem. 

Gdybym mogła przeprowadzić z nim wywiad, jedno z moich pytań dotyczy-

łoby  właśnie  tej  kwestii.  To  znaczy  przyjemności  psychicznej,  jaką  z  pewnością 

czerpie z niszczenia. Nie trzeba dodawać, że kolejne pytanie dotyczyłoby jego nie-

żyjącego już ojca, multipoligamisty, który spłodził pięćdziesięcioro czworo dzieci, a 

siedemnaste  z  nich  (właśnie  jego)  przedstawiał  zwykle  tymi  słowami:  „On  jest 

najmilszy, najukochańszy, najlepszy”. Kolejne dotyczyłoby jego sióstr, które, gdy są 

w Londynie czy na Riwierze, lubią się fotografować z odkrytymi głowami, odkry-

tymi twarzami. Pełne piersi, dobrze uwypuklone przez obcisłe swetry, tłuste tyłki 

wyraźnie podkreślone przez obcisłe spodnie. Żadnej burki, żadnego czadoru. Kolej-

ne - związków, jakie nadal  utrzymuje z Arabią Saudyjską. Tym cuchnącym skarb-

cem  bankowym.  Tym  średniowiecznym  królestwem  feudalnym,  które  podporząd-

kowuje  nas  sobie  swoją  pieprzoną  ropą  naftową,  chciwym,  zacofanym,  tajemnie 

wspierającym  wszelkie  formy  terroryzmu.  Zapytałabym  go  „panie  bin  Laden,  ile 

pieniędzy dostaje Al-Kaida od pana rodaków i od członków rodziny królewskiej?” 

Może  jednak  zamiast  marnować  czas  na  pytania  poinformowałabym  go  tylko,  że 

nie  rzucił  Nowego  Jorku  na  kolana.  I  żeby  go  o  tym  przekonać,  powtórzyłabym 

mu,  czego  nauczył  nas  wczoraj  rano  Bobby,  ośmioletni  chłopiec  z  Manhattanu. 

„Moja  mama  zawsze  mówiła:  «Bobby,  jeśli  zabłądzisz  idąc  do  domu,  nic  się  nie 

bój. Spójrz na dwie wieże i pamiętaj, że mieszkamy dziesięć przecznic dalej nad rze-

ką  Hudson».  Teraz  wież  już  nie  ma.  Źli  ludzie  zniszczyli  wieże  i  tych  wszystkich, 

background image

którzy byli w środku, i przez wiele dni zadawałem sobie pytanie: «Bobby, jak teraz 

trafisz do domu, jeśli zabłądzisz?» Ale potem powiedziałem sobie: «Bobby, na tym 

świecie są także dobrzy ludzie. Jeśli teraz zabłądzisz, zamiast wież pomoże ci jakiś 

dobry człowiek. Ważne, żeby się nie bać»”. 

I w tej kwestii muszę dodać kilka rzeczy, które również nas dotyczą. 

 

* * * 

Kiedy  przyjechałeś  tu  w  zeszłym  tygodniu,  widziałam, jak  byłeś  zdumiony 

heroiczną sprawnością i godną podziwu jednością, z jaką Amerykanie zmagali się z 

apokalipsą. O tak - pomimo wszystkich niedociągnięć, które bez przerwy wytyka-

my  i  krytykujemy  (choć  jak  zobaczymy,  nasze  europejskie  są  znacznie  gorsze), 

Ameryka  jest  krajem,  od  którego  możemy  się  dużo  nauczyć.  A  propos  heroicznej 

sprawności,  pozwól,  że  wygłoszę  pean  na  cześć  burmistrza  Nowego  Jorku.  Tego 

Rudolpha Giulianiego, któremu Włosi powinni dziękować na kolanach, ponieważ 

(jak wielu strażaków i policjantów, którzy zginęli w wieżach) ma włoskie nazwisko, 

jest  włoskiego  pochodzenia,  więc  rozsławia  nas  na  cały  świat...  Posłuchaj  mnie  - 

mnie,  osoby,  która  nigdy  nikogo  nie  chwali  począwszy  od  samej  siebie:  jaki  to 

wielki  burmistrz  ten  Rudolph  Giuliani!  Godny  innego  burmistrza  o  włoskim  na-

zwisku  Fiorello  La  Guardia  i  wielu  naszych  burmistrzów  powinno  się  od  niego 

uczyć.  Z  głowami  posypanymi  popiołem  powinni  przyjść  do  jego  ratusza  ukłonić 

się i poprosić: „Szanowny panie Giuliani, czy mógłby nas pan nauczyć, jak wyko-

nywać naszą pracę?” Nie powierza swych obowiązków innym, jak oni to robią. Nie 

dzieli swego czasu na obowiązki burmistrza i obowiązki parlamentarzysty, jak oni 

to  robią.  Gdy  nastąpiła  apokalipsa,  natychmiast  pobiegł  do  wież,  ryzykując  spło-

nięcie wraz z innymi. Ocalał o włos i w niecałe trzy dni postawił dziewięciomilio-

nowe miasto na nogi. Prawie dwa miliony na Manhattanie. Jak to zrobił, pozostaje 

tajemnicą.  (Ma  ten  sam  problem  co  ja.  Kilka  lat  temu  jego  też  dopadł  cholerny 

rak). Nigdy się nie męczy. Nigdy nie ujrzycie go bezczynnego, znużonego, przestra-

szonego.  „Pierwszym  z  ludzkich  praw  jest  wolność  od  strachu.  Nie  bójcie  się”  - 

mawia.  To  prawda,  że  mówi  tak  i  zachowuje  się  w  ten  sposób,  ponieważ  ludzie 

wokół  niego  są  do  niego  podobni.  Ludzie  z  jajami.  Na  przykład  strażak,  którego 

wczoraj widziałam w telewizji. Facet z włosami jak dojrzała kukurydza, oczami jak 

background image

błękitne  morze,  o  kolejnym  włoskim  nazwisku  -  Jimmy  Grillo.  Zapytali  go,  czy 

chciałby zmienić pracę. Odpowiedział: „Jestem strażakiem i będę strażakiem przez 

całe  życie.  Zawsze  tu,  zawsze  w  Nowym  Jorku.  Żeby  chronić  moje  miasto,  moją 

rodzinę i moich przyjaciół”. 

Co do ich godnej podziwu zdolności do jednoczenia się, niemal żołnierskiej 

zwartości, z jaką Amerykanie reagują na nieszczęścia i na wroga, to muszę przyznać, 

że  11  września  ja  też  byłam  zdumiona.  Oczywiście  wiedziałam,  że  taka  zwartość 

objawiała się wyraźnie w przeszłości. Na przykład po Pearl Harbor, kiedy cały kraj 

zjednoczył  się  wokół  Roosevelta,  a  Roosevelt  wypowiedział  wojnę  hitlerowskim 

Niemcom, Włochom  Mussoliniego i Japonii Hirohito. Czy też, w tym samym du-

chu,  po  zabójstwie  Johna  Kennedy’ego.  Ale  po  zabójstwie  Kennedy’ego  nastąpił 

wyniszczający  podział  spowodowany  wojną  w  Wietnamie  i  w  jakimś  sensie  po-

dział ten przypominał mi ich wojnę secesyjną. Więc kiedy zobaczyłam  czarnych i 

białych obejmujących się, demokratów i republikanów śpiewających razem „Boże, 

błogosław Amerykę”, zareagowałam tak jak ty. Tak samo, kiedy usłyszałam, że Bill 

Clinton (osoba, do której nie czułam nigdy specjalnej słabości) oświadcza: „Skupmy 

się wokół Busha, zaufajmy naszemu prezydentowi”. Tak samo, kiedy te słowa po-

wtórzyła  jego żona,  senator  Hillary  Rodham  Clinton.  Tak  samo, gdy  powtórzył je 

senator Joe Lieberman. (Tylko pokonany Al Gore zachował i nadal zachowuje bole-

śnie  nędzne  milczenie.)  Tak  samo,  kiedy  Kongres  jednogłośnie  poparł  wojnę.  Tak 

samo,  kiedy  odkryłam  że  ich  mottem  jest  szlachetna  łacińska  maksyma,  która 

brzmi „Ex pluribus unum - Z wielu jeden”. (Czyli: wszyscy za jednego.) Tak, byłam 

zdumiona,  a  teraz  zazdroszczę.  Wzruszam  się  i  zazdroszczę.  Ach,  gdyby  nasz  kraj 

mógł się tego od nich nauczyć! To taki podzielony kraj, nasza ojczyzna. Tak sekciar-

ski, tak zatruty przez stare waśnie plemienne! Włosi nie potrafią być razem nawet 

wewnątrz  swojej  własnej  partii  politycznej.  Nawet  w  ramach  tej  samej  ideologii 

dbają  tylko  o  własny  mały  sukces,  własną  małą  sławę.  Zdradzają  się  nawzajem, 

oskarżają  nawzajem,  obrzucają  gównem...  Jestem  absolutnie  pewna,  że  gdyby 

Osama bin Laden zechciał zniszczyć Wieżę Giotta czy Krzywą Wieżę w Pizie, wło-

ska opozycja winiłaby za to rząd, a włoski rząd - opozycję; szefowie rządu i szefo-

wie  opozycji  winiliby  swoich  własnych  towarzyszy.  A teraz  pozwól,  że  wytłuma-

czę, skąd bierze się ta niezwykła zdolność Amerykanów do jednoczenia się, do rea-

gowania z niemal żołnierską zwartością na nieszczęścia, na wrogów. 

background image

Bierze się z ich patriotyzmu. Nie wiem, czy widziałeś w telewizji, co się dzia-

ło,  kiedy  Bush  przyjechał  tu,  żeby  podziękować  służbom  ratunkowym,  ludziom, 

którzy  kopali  w  tej  mielonej  kawie,  nie  poddając  się,  a  jeśli  ich  zapytałeś,  jak  to 

robią,  odpowiadali  „mogę  sobie  pozwolić  na  to,  żeby  być  zmęczonym,  ale  nie  na 

to,  żeby  być  pokonanym”.  Nie  wiem,  czy  widziałeś,  jak  machali  amerykańskimi 

flagami i wołali „U-S-A, U-S-A, U-S-A”. No więc, ja widziałam. I w kraju totalitar-

nym  pomyślałabym  sobie:  „popatrzcie,  jak  dobrze  władza  to  zorganizowała!”  Ale 

nie w Ameryce. W Ameryce takich rzeczy nie można zorganizować. Nie można ich 

zaaranżować, nie można ich narzucić. Zwłaszcza w tak sfrustrowanej metropolii jak 

Nowy Jork, z takimi robotnikami jak robotnicy Nowego Jorku. To twardzi faceci, ci 

robotnicy  Nowego  Jorku.  Zdeterminowani,  niezależni.  Indywidualiści,  którzy  nie 

słuchają  nawet  swoich  związków  zawodowych.  Ale  jeśli  ruszysz  ich  ojczyznę...  W 

angielskim  nie  ma  odpowiednika  słowa  ,,patria”,  ojczyzna.  Trzeba  połączyć  dwa 

wyrazy i powiedzieć „Fatherland” albo „Motherland” , albo „Nativeland” albo po 

prostu  „My  Country”  -  mój  kraj.  Istnieje  jednak  rzeczownik  „patriotyzm”,  przy-

miotnik „patriotyczny”. 

I, może poza Francją, nie mogę sobie wyobrazić kraju bardziej patriotyczne-

go  niż  Ameryka.  Ach,  czułam  coś  w  rodzaju  upokorzenia,  kiedy  patrzyłam,  jak  ci 

robotnicy spontanicznie machali flagami i wołali „U- S-A, U-S-A, U-S-A”, bo nigdy 

nie  widziałam  włoskich  robotników  machających  trójkolorówką  i  wrzeszczących 

Italia,  Italia,  Italia.  Nigdy.  Widziałam  ich  machających  wieloma  czerwonymi 

sztandarami. Rzeki, jeziora, oceany czerwonych sztandarów  Ale włoska flaga  - ni-

gdy.  Otumanieni  czy  tyranizowani  przez  Partię  Komunistyczną,  która  służyła 

Związkowi Radzieckiemu, zawsze zostawiali trójkolorówkę swoim przeciwnikom. I 

nikt nie może powiedzieć, że ich przeciwnicy zrobili z niej dobry użytek. W rezulta-

cie  dziś  trójkolorówkę  można  oglądać  jedynie  na  igrzyskach  olimpijskich,  kiedy 

przypadkiem zdobędziemy medal, czy na stadionach, kiedy gramy międzynarodo-

wy mecz piłki nożnej. Jedyna okazja, kiedy można usłyszeć dumne okrzyki „Italia, 

Italia, Italia”. 

Tak, jest wielka różnica między krajem, gdzie flagą narodową machają jedy-

nie chuligani na stadionach lub zdobywcy olimpijskich medali, a krajem, w którym 

machają nią wszyscy obywatele. Na przykład patriotyczni robotnicy, którzy kopią 

w  takiej  mielonej  kawie,  żeby  wydobyć  kilka  kończyn  istot  zdezintegrowanych 

background image

przez synów Allacha, i nie znajdują nic poza nosem tu i palcem tam. 

 

* * * 

To fakt, że Ameryka jest bardzo szczególnym krajem, mój drogi. Krajem, któ-

remu jest czego zazdrościć, jest o co czuć zawiść. I to z powodów, które nie mają nic 

wspólnego  z  jej  bogactwem,  jej  niezmierną  potęgą,  jej  supremacją  militarną.  Czy 

wiesz czemu? Bo Ameryka jest narodem, który powstał z potrzeby ducha, potrzeby 

ojczyzny i z najwznioślejszej idei, jaką kiedykolwiek wymyślono na Zachodzie: idei 

Wolności zespolonej z ideą Równości. To kraj szczególny także dlatego, że stało się 

to  w  czasach,  kiedy  idea  Wolności  nie  była  w  modzie.  Idea  Równości  -  jeszcze 

mniej. W owym czasie o takich rzeczach mówili tylko niektórzy filozofowie zwani 

filozofami  oświeceniowymi.  Jedynie  ogromna  i  droga  książka  w  siedemnastu  to-

mach (co razem z osiemnastoma tomami tablic daje trzydzieści pięć) opublikowana 

we  Francji  pod  redakcją  niejakiego  Diderota  i  niejakiego  D’Alemberta  (ta,  która 

nazywała  się  „Encyclopedie,  albo  słownik  rozumowany  nauk,  sztuk  i  rzemiosł”) 

wyjaśniała  owe  pojęcia.  A  oprócz  intelektualistów,  oprócz  arystokratów,  którzy 

mieli pieniądze, żeby kupić te siedemnaście, a potem trzydzieści pięć tomów Wiel-

kiej  Drogiej  Książki  i  inne  księgi,  które  ją  zainspirowały,  któż  wiedział  w  owych 

czasach  o  oświeceniu?  Kto  walczył  o  tę  wzniosłą  ideę?  Nawet  nie  rewolucjoniści 

francuscy,  zważywszy,  że  rewolucja  francuska  zaczęła  się  w  1789  roku.  To  znaczy 

piętnaście  lat  po  rewolucji  amerykańskiej,  która  rozpoczęła  się  w  roku  1776,  ale 

rozwijała  się  już  od  roku  1774.  (Szczegół,  o  którym  antyamerykańscy  lewicowcy 

zwykle zapominają albo udają, że zapomnieli.) Przede wszystkim jednak Ameryka 

jest krajem szczególnym, ponieważ ideę Wolności zespoloną z ideą Równości pojęli 

wieśniacy,  którzy  byli  na  ogół  niepiśmienni,  a  w  każdym  razie  niewykształceni. 

Wieśniacy z trzynastu amerykańskich kolonii. I ponieważ idea ta zmaterializowała 

się dzięki niezwykłym przywódcom, ludziom o wielkiej kulturze, wielkich charakte-

rach  i  wielkiej  wyobraźni:  Ojcom  Założycielom.  Na  litość  boską,  czy  ktoś  pamięta 

nazwiska: Benjamin Franklin, Thomas Jefferson, Thomas Paine, John Adams, Geor-

ge Washington i tak dalej, i tak dalej, amen? Nie mieli nic wspólnego z kauzyper-

dami, czyli „awocaticchi” (jak ich pogardliwie określał Vittorio Alfieri) z francuskiej 

rewolucji. Nic wspólnego z ponurymi i podstępnymi egzekutorami jej terroru: roz-

background image

maitymi  Maratami,  Dantonami,  Desmoulinsami,  Saint-Justami,  Robespierre’ami  i 

tak dalej. Byli ludźmi, Ojcowie Założyciele, którzy znali grekę i łacinę, tak jak nigdy 

nie będą ich znać nasi nauczyciele greki i łaciny. Ludźmi, którzy czytali Archimede-

sa i Arystotelesa, i Platona po grecku, Senekę i Cycerona, i Wergiliusza po łacinie. 

Ludźmi, którzy studiowali zasady greckiej demokracji pilniej niż marksiści za moich 

czasów  studiowali  teorię  wartości  dodatkowej.  (Zakładając,  że  marksiści  za  moich 

czasów  rzeczywiście  ją  studiowali.)  Jefferson  znał  nawet  włoski.  (Nazywał  go  to-

skańskim.)  Po  włosku  mówił,  pisał  i  czytał  z  dużą  łatwością.  W  roku  1774  floren-

tyński  lekarz  Filippo  Mazzei  przywiózł  mu  -  wraz  z  dwoma  tysiącami  winorośli  i 

tysiącem  sadzonek  oliwkowych,  i  nutami,  o  które  trudno  było  w  Wirginii  -  pięć 

egzemplarzy pewnej książki napisanej przez niejakiego Cesare Beccarię: „Dei Delitti 

e  delle  Pene”  („O  zbrodniach  i  karach”).  Co  do  samouka  Benjamina  Franklina,  to 

był  on  geniuszem.  Uczony,  typograf,  pisarz,  redaktor,  dziennikarz,  polityk,  wyna-

lazca.  Odkrył  na  przykład  elektryczną  naturę błyskawic.  Wynalazł  piorunochron i 

piecyk do ogrzewania pokojów, w których nie było kominka. (Wielki książę Toska-

nii Piotr Leopold zakupił dwa takie piecyki do swego gabinetu w Palazzo Pitti we 

Florencji.)  Właśnie  z  takimi  niezwykłymi  przywódcami,  ludźmi  wielkiej  kultury, 

wielkich charakterów i wielkiej wyobraźni, w 1776 roku w większości niepiśmienni 

czy  niewykształceni  wieśniacy  z  trzynastu  amerykańskich  kolonii  zbuntowali  się 

przeciwko Anglii i walczyli w wojnie o niepodległość. Amerykańskiej rewolucji. 

Walczyli  w niej  pomimo  krwi,  jaką  kosztuje  każda  wojna,  bez  okropieństw 

rewolucji francuskiej. Bez terroru gilotyny, bez rzezi z Tulonu, Lyonu czy Bordeaux, 

masakry  wandejskiej.  Walczyli  z  powodu  małej  kartki  papieru,  która  oprócz  po-

trzeby ducha, oprócz potrzeby ojczyzny, ucieleśniała wzniosłą ideę Wolności zespo-

loną  z  Równością:  z  powodu  Deklaracji  Niepodległości.  „Uważamy  za  niezbite  i 

oczywiste następujące prawdy; że wszyscy ludzie stworzeni zostali równymi sobie; 

że  Stwórca  udzielił  im  pewnych  praw  niepozbywalnych,  w  rzędzie  których  na 

pierwszym miejscu postawić należy prawo do życia, do wolności i do poszukiwa-

nia  szczęścia;  celem  zapewnienia  sobie  tych  praw  ludzie  ustanowili  między  sobą 

rządy...” I ten kawałek papieru, który począwszy od rewolucji francuskiej cały Za-

chód kopiował, z którego każdy z nas czerpał inspirację, nadal tworzy kościec Ame-

ryki.  Jej  żywotne  soki.  Wiesz  dlaczego?  Ponieważ  przekształca  poddanych  w  oby-

wateli. Ponieważ przemienia plebs w ludzi. Ponieważ zachęca, nie, zmusza plebeju-

szy przemienionych w obywateli do tego, by powstali przeciwko tyranii i rządzili 

background image

się  sami.  Aby  wyrażali  swą  indywidualność,  poszukiwali  swego  szczęścia.  (Co  dla 

biedaków, dla plebsu oznacza bogacenie się.) Mówiąc krótko, głosi całkowite prze-

ciwieństwo tego, co zwykli robić komuniści, zabraniając ludziom samorządu, wy-

rażania  swej  osobowości,  bogacenia  się.  Sadzając  na  tronie  Jego  Wysokość  Pań-

stwo.  „Komunizm  jest  absolutyzmem,  monarchią  w  starym  stylu”  -  mawiał  mój 

mądry ojciec. „Jako taki, obcina mężczyznom jaja. A kiedy mężczyźnie obciąć jaja, 

to nie jest już mężczyzną”. Mawiał też, że zamiast ratować plebs, komunizm prze-

mienia wszystkich w plebejuszy. Każe wszystkim umierać z nędzy i głodu, nie po-

zwala uratować plebsu. 

Tak - moim zdaniem Ameryka ratuje, ocala plebs. Zasadniczo wszyscy są tam 

plebejuszami.  Biali  i  czarni,  żółci  i  brązowi,  głupi  i  mądrzy,  biedni  i  bogaci.  Wła-

ściwie w wielu przypadkach ci bogaci są najbardziej plebejscy. Takie chamy! Widać 

od razu, że nigdy nie czytali „Dobrych manier monsignora della Casa”, że nigdy nie 

mieli kontaktu z wyrafinowaniem czy ogładą. Na przykład to, co zwykle jedzą. Jak 

się ubierają. Większość z nich jest tak nieelegancka, że królowa Anglii wyglądałaby 

przy nich jak wzięta modelka. Ale są uratowani, na Boga! Są ocaleni! A nie ma na 

tym  świecie  nic  bardziej  żywotnego,  potężniejszego,  bardziej  nieustępliwego  niż 

Ocalony  Plebs,  Uratowany  Plebs.  Zawsze  sobie  połamiesz  zęby  na  Uratowanym 

Plebsie, Ocalonym Plebsie. I w ten czy w inny sposób wszyscy połamali sobie zęby 

na Ameryce. Anglicy, Niemcy, Rosjanie, Meksykanie, hitlerowcy, faszyści, komuni-

ści...  W  ostatecznym  rachunku  nawet  Wietnamczycy  Ho  Chi  Minha.  Po  swoim 

zwycięstwie oni też musieli pogodzić się ze znienawidzoną Ameryką. A kiedy były 

prezydent Clinton  pojechał  złożyć  im  małą  wizytę,  mało  nie wyskoczyli  ze  skóry. 

„Bienvenu,  Your  Excellence,  bienvenu!  Shall  we  faire  business  avec  America,  oui? 

Beaucoup money, much argent, oui?” Sęk w tym, że synowie Allacha nie są Wiet-

namczykami.  I  wojna  z  nimi  będzie  bardzo  ciężka.  Bardzo  długa,  bardzo  trudna, 

bardzo ciężka. Chyba że my, Europejczycy, przestaniemy srać w majtki ze strachu i 

poświęcając  naszą  godność  toczyć  podwójną  grę  z  naszym  wrogiem.  Jest  to  po-

gląd, który chciałabym z całym szacunkiem przedstawić także papieżowi. 

(Powiedz mi Ojcze Święty: czy to prawda, że jakiś czas temu prosiłeś synów 

Allacha o przebaczenie za wyprawy krzyżowe, które Twoi poprzednicy podjęli, żeby 

odzyskać  Grób  Pański?  A  czy  synowie  Allacha  kiedykolwiek  prosili  Cię  o  przeba-

czenie za to, że zajęli Grób Pański? Czy kiedykolwiek przepraszali za to, że na ponad 

background image

siedemset  lat  podbili  superkatolicki  Półwysep  Iberyjski,  całą  Portugalię  i  trzy 

czwarte Hiszpanii, tak że gdyby Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński nie wy-

gonili ich w 1490 roku, wszyscy mówilibyśmy teraz po arabsku? Intryguje mnie to 

pytanie,  Ojcze  Święty,  bo  oni  nigdy  nie  prosili  mnie  o  przebaczenie  za  zbrodnie, 

które  w  siedemnastym  i  osiemnastym  wieku  popełnili  Saraceni  na  brzegach  To-

skanii i w innych rejonach Morza Śródziemnego. Kiedy porywali moich przodków, 

skuwali im ręce i nogi, i szyje, zawozili do Algieru, Tunisu, Tangieru czy Konstanty-

nopola  i  sprzedawali  ich  na  bazarach.  Trzymali  jako  niewolników  do  końca  życia, 

młode kobiety w haremach, za próbę ucieczki karząc poderżnięciem gardła - pamię-

tasz? Oczywiście, że pamiętasz. Towarzystwo na rzecz Uwolnienia Białych Niewol-

ników  przetrzymywanych w  Algierii, Tunezji, Maroku, Turcji itd.  zostało założone 

przez włoskich mnichów, prawda? I to właśnie Kościół katolicki negocjował uwol-

nienie tych, którzy mieli pieniądze na zapłacenie okupu, prawda? Naprawdę  zdu-

miewasz  mnie,  Przenajświętszy  Ojcze.  Przecież  to  ty  pracowałeś  tak  ciężko,  żeby 

doprowadzić  do  upadku  Związku  Radzieckiego.  Moje  pokolenie,  pokolenie,  które 

przeżyło  całe  życie  w  obawie  przed  trzecią  wojną  światową,  musi  Ci  szczególnie 

podziękować za ten cud, w który nikt z nas nie wierzył: Europa wolna od koszmaru 

komunizmu, Rosja, która chce wejść do NATO, Leningrad, który nazywa się znowu 

Sankt Petersburg, Putin, który jest najlepszym przyjacielem Busha. Najlepszym so-

jusznikiem. I po takim zwycięstwie mrugasz do osobników, którzy są gorsi od Sta-

lina,  flirtujesz  z  tymi,  którzy  nadal  chcieliby  wybudować  meczet  w  Watykanie? 

Przenajświętszy  Ojcze...  Z  całym  szacunkiem,  przypominasz  mi  tych  niemiecko-

żydowskich bankierów, którzy w trzydziestych latach sądząc, że się ocalą, pożyczali 

pieniądze  Hitlerowi.  I  którzy  kilka  lat  później  skończyli  w  piecach  jego  kremato-

riów.) 

 

* * * 

Nie  mówię  oczywiście  do  tych  sępów,  którzy,  widząc  obrazy  z  11  września, 

chichoczą  szyderczo  „Dobrze-dobrze-tak-Amerykanom”.  Mówię  do  ludzi,  którzy, 

choć  nie  są  głupi  ani  źli,  żyją  złudzeniami  pobożności,  niepewności,  wątpliwości. 

Do nich mówię: Ludzie, obudźcie się, obudźcie się! Zastraszeni perspektywą płynię-

cia pod prąd, bojąc się wyjść na rasistów (zresztą zupełnie niewłaściwe słowo, bo 

background image

problem  nie  ma  nic  wspólnego  z  rasą  -  chodzi  o  religię),  nie  rozumiecie  lub  nie 

chcecie zrozumieć, że toczy się już Odwrotna Krucjata? 

Zaślepieni  krótkowzrocznością  i  głupotą  Politycznie  Poprawnych, nie  zdaje-

cie sobie sprawy lub nie chcecie zdać sobie sprawy, że toczy się już wojna religijna. 

Wojna, którą oni nazywają dżihadem. Wojna, która nie ma być może (być może?) 

na  celu  podboju  naszego  terytorium,  ale  z  pewnością  ma  na  celu  podbój  naszych 

dusz  i  zlikwidowanie  naszej  wolności.  Wojna,  która  jest  prowadzona  po  to,  by 

zniszczyć naszą cywilizację, nasz styl życia i umierania, modlenia się lub niemodle-

nia,  jedzenia,  picia  i  ubierania  się,  i  studiowania,  i  cieszenia  się  życiem.  Otępieni 

propagandą fałszu nie przyjmujecie do wiadomości lub nie chcecie przyjąć do wia-

domości, że jeśli nie zaczniemy się bronić, jeśli nie będziemy walczyć, dżihad zwy-

cięży. Zwycięży, tak, i zniszczy świat, który w  ten czy inny sposób udało nam się 

zbudować.  Zmienić,  ulepszyć,  uczynić  bardziej  inteligentnym,  mniej  zakłamanym 

czy może w ogóle niezakłamanym. Zmiecie naszą kulturę, naszą sztukę, naszą nau-

kę, naszą tożsamość, naszą moralność, nasze wartości, nasze przyjemności... Na Bo-

ga!  Czy  nie  rozumiecie,  że  ci  wszyscy  Osamowie  bin  Ladenowie  uważają  się  za 

uprawnionych do zabijania was i waszych dzieci, bo pijecie alkohol, bo nie nosicie 

długich bród, czadoru czy burki, bo chodzicie do teatru i do kina, bo kochacie mu-

zykę i śpiewacie piosenki, bo tańczycie i oglądacie telewizję, bo nosicie minispód-

niczki albo szorty, bo na plaży i na basenie opalacie się nago czy prawie nago, bo 

kochacie się wtedy, kiedy chcecie, i z tymi, z którymi chcecie, czy też dlatego że nie 

wierzycie w Boga?!? Jestem ateistką, chwała Bogu. I nie mam zamiaru dać się uka-

rać tym niedorozwiniętym bigotom, którzy zamiast wnieść swój wkład w ulepsze-

nie ludzkości, salamują i gdaczą modlitwy pięć razy dziennie. 

Powtarzam  to  od  dwudziestu  lat.  Dwudziestu.  Z  pewnym  umiarkowaniem, 

bez tej wściekłości i bez tej dumy, dwadzieścia lat temu napisałam artykuł wstęp-

ny. Był to artykuł osoby przyzwyczajonej do współżycia z wszelkimi rasami, zwy-

czajami i wierzeniami, kobiety przywykłej do walki z wszelkim faszyzmem i nieto-

lerancją,  laika  bez  żadnych  tabu.  Ale  był  to  też  krzyk  mieszkańca  Zachodu  pełen 

oburzenia na idiotów, którzy nie czują smrodu nadchodzącej świętej wojny, któ-

rzy  tolerują  przestępstwa  popełniane  w  Europie  przez  synów  Allacha  wraz  z  ich 

terroryzmem...  Moje  rozumowanie  dwadzieścia  lat  temu  szło  mniej  więcej  tym 

tropem:  „Jaka  jest  logika  w  szanowaniu  tych,  którzy  nie  szanują  nas?  Jaka  god-

background image

ność w obronie ich kultury czy rzekomej kultury, jeśli oni okazują pogardę naszej? 

Chcę bronić mojej kultury, nie ich, i oświadczam wam, że lubię Dantego i Szekspi-

ra  i  Goethego  i  Verlaine’a  i  Walta  Whitmana  i  Leopardiego  znacznie  bardziej  niż 

Omara Chajjama”. 

No tak. Zostałam ukrzyżowana. „Ty rasistko, wstrętna rasistko!” To nasze cy-

kady  ukrzyżowały  mnie  za  pomocą  oszukańczego  słówka  „Rasistka”.  A  potem,  to 

znaczy podczas sowieckiej inwazji na Afganistan zrobiły to znowu. Zrobiły to, po-

nieważ za każdym razem, gdy brodaci wojownicy wrzeszczeli Allach akbar strzela-

jąc  z  moździerza,  miałam  złe  przeczucia  i  mówiłam  „Spójrzmy  prawdzie  w  oczy. 

Sowieci są jacy są, ale w tym wypadku powinniśmy im podziękować”. Potem zo-

stałam  ukrzyżowana,  kiedy  opisałam,  co  robią  z  sowieckimi  jeńcami.  Że  obcinają 

im ręce i nogi. (Te same okrucieństwa, przypomnij sobie, które popełniali pod ko-

niec dziewiętnastego wieku na ambasadorach królowej Wiktorii i innych europej-

skich dyplomatach przebywających w Kabulu. Po takim okaleczeniu obcinali żywej 

jeszcze ofierze głowę i tą obciętą głową grali w buskachi. Rodzaj afgańskiego polo. 

Co do rąk i nóg, sprzedawali je na bazarze jako trofea...) Wtedy też zostałam ukrzy-

żowana,  tak.  Nie  podobał  im  się  nawet  fakt,  że  opłakuję  bezrękich  i  beznogich 

ukraińskich rekrutów, porzuconych przez tych barbarzyńców i odnalezionych przez 

swoich  towarzyszy,  którzy  leżeli  w  szpitalach  polowych  błagając:  pozwólcie  mi 

umrzeć.  Nazwali  mnie  „rasistką”  za  to  też,  pamiętasz?  Nazywając  mnie  rasistką, 

wiwatowali  na  cześć  Amerykanów,  którzy  otumanieni  strachem  przed  Związkiem 

Radzieckim,  dali  barbarzyńcom  swe  wsparcie  i  broń,  wyszkolili  młodego  Saudyj-

czyka nazwiskiem Osama bin Laden i krzyczeli „Niech żyje bohaterski naród afgań-

ski!  Precz  z  Sowietami!  Sowieci  precz  od  Afganistanu!”  No  cóż,  Sowieci  odeszli. 

Osama bin Laden został i wysłał kamikadze do Ameryki. 

Teraz jesteście zadowoleni? 

Niektórzy nie są ani zadowoleni, ani niezadowoleni. Po prostu im nie zależy. 

Czemu miałoby nam zależeć, protestują, Ameryka jest daleko. Między Ameryką a 

Europą  jest  ocean.  O  nie,  moi  drodzy.  Nie  ma  oceanu  -  jest  strużka  wody.  Kiedy 

bowiem chodzi o los Zachodu, kiedy zagrożone jest przetrwanie naszej cywilizacji, 

Nowy Jork to my. Ameryka to my. My Włosi, my Francuzi, my Anglicy, my Niem-

cy,  my  Szwajcarzy,  Austriacy,  Holendrzy,  Węgrzy,  Słoweńcy,  Polacy,  Belgowie, 

background image

Hiszpanie,  Grecy,  Portugalczycy,  Skandynawowie,  Rosjanie...  Tak,  również  Rosja-

nie, zważywszy że Moskwa ma ten sam problem co my z terroryzmem muzułma-

nów z Czeczenii. Ameryka to my, mówię wam. Więc jeśli Ameryka upadnie, upad-

nie też Europa. Upadnie cały Zachód. Wszyscy upadniemy. I to nie tylko finanso-

wo, czego wielu jedynie się obawia. (Kiedyś, kiedy byłam młoda i naiwna, powie-

działam  do  dramaturga  Arthura  Millera:  „Wy,  Amerykanie,  mierzycie  wszystko 

pieniędzmi,  martwicie  się  tylko  o  cholerne  pieniądze”.  A  Arthur  Miller  roześmiał 

się i odparował: ,,A wy nie?”). Upadniemy pod wszelkimi względami, moi drodzy. 

Ponieważ  umrze  nasza  cywilizacja  i  obudzimy  się  z  minaretami  zamiast  wież  ko-

ścielnych,  w  burkach  zamiast  minispódniczek,  z  wielbłądzim  mlekiem  zamiast 

drinka... Nie rozumiecie tego, do cholery? Blair zrozumiał. Zaraz po tragedii przyje-

chał tu i odnowił solidarność z Bushem. Nie solidarność opartą na pogawędkach i 

narzekaniach - solidarność opartą na faktach. To znaczy na sojuszu militarnym. Chi-

rac  nie  zrozumiał.  Jak  wiesz,  on  też  tu  przyjechał.  Z  wizytą  przygotowaną  dużo 

wcześniej, nie spontaniczną. Przyjechał, zobaczył ruiny wież, zrozumiał, że zabitych 

są  niewypowiedziane  rzesze,  ale  nie  zmienił  swej  postawy.  Podczas  wywiadu  w 

CNN był czterokrotnie pytany przez Christiane Amanpour, w jaki sposób i w jakim 

zakresie Francuzi zamierzają włączyć się do walki z dżihadem. I cztery razy wykrę-

cił się od odpowiedzi, wyśliznął się jak piskorz. W taki pokrętny i przerażający spo-

sób,  że  miałam  ochotę  krzyknąć:  „Monsieur  le  President,  czy  nie  pamięta  pan  lą-

dowania  w  Normandii?  Czy  nie  wie  pan,  ilu  Amerykanów  zginęło  w  Normandii, 

żeby wypędzić hitlerowców z Francji?!?” 

Kłopot  polega  na  tym,  że  wśród  pozostałych  przywódców  europejskich  też 

nie widzę żadnego Ryszarda Lwie Serce. A tym bardziej nie widzę go w moim kra-

ju, gdzie do dnia tego listu, to jest końca września 2001 roku, nie zidentyfikowano i 

nie aresztowano żadnych podejrzanych o współpracę z Osamą bin Ladenem. Ejże, 

panie premierze Włoch: meczety Mediolanu, Turynu i Rzymu po prostu pękają w 

szwach  od  terrorystów  i  kandydatów  na  terrorystów,  którzy  marzą  o  wysadzeniu 

w powietrze naszych dzwonnic, naszych kopuł - czy pana policja jest taka nieudol-

na?  Czy  pana  tajne  służby  są  tak  źle  poinformowane,  tak  bojaźliwe?  Czy  pana 

urzędnicy są tak niezdarni? I czy wszyscy nasi brodaci goście są tacy niewinni, tak 

niepowiązani z tym, co stało się w Ameryce? Czy też strach przeszkadza panu ziden-

tyfikować i aresztować wyżej wymienionych facetów? Dobry Boże, nie odmawiam 

nikomu prawa do strachu. Tysiąc razy pisałam, że ktokolwiek twierdzi, że nie zna 

background image

lęku, jest albo kłamcą, albo idiotą, albo jednym i drugim. Ale w Życiu i w Historii 

są chwile, kiedy strach nie jest dopuszczalny. Chwile, kiedy strach jest niemoralny i 

niecywilizowany.  A  ci,  którzy  ze  słabości  albo  głupoty  (albo  zwyczaju  trzymania 

jednej  nogi w dwóch butach) unikają zobowiązań narzucanych przez tę wojnę, są 

nie tylko tchórzami - są masochistami. 

 

* * * 

Masochistami,  tak,  masochistami.  I  w  tym  kontekście  porozmawiajmy 

wreszcie o tym, co wy nazywacie „różnicami między dwoma kulturami”. Dwoma?!? 

Jeśli  naprawdę  chcecie  wiedzieć,  czuję  się  nieswojo  nawet  wtedy,  kiedy  słyszę 

słowa „dwie kultury”. To znaczy, kiedy stawiacie je na tym samym poziomie, jakby 

były  dwoma  równoległymi  bytami.  Dwoma  rzeczywistościami  o  równej  wadze  i 

znaczeniu. Nie bądźcie tacy skromni, moi drodzy. Bo za naszą kulturą stoi Homer, 

Fidiasz,  Sokrates,  Platon,  Arystoteles,  Archimedes.  Stoi  starożytna  Grecja  ze  swą 

boską rzeźbą i architekturą, i poezją, i filozofią, ze swą zasadą demokracji. Stoi sta-

rożytny Rzym ze swą wielkością, uniwersalnością, pojęciem prawa, literaturą, pała-

cami,  amfiteatrami,  akweduktami,  mostami,  drogami  budowanymi  w  całym  zna-

nym  wówczas  świecie...  Stoi  rewolucjonista,  nazywany  Jezusem,  który  umarł  na 

krzyżu,  aby  nauczyć  nas  pojęcia  miłości  i  sprawiedliwości.  (I  tym  gorzej  dla  nas, 

jeśli się nie nauczyliśmy.) Stoi także Kościół, który dał nam inkwizycję, wiem. Ko-

ściół, który za pośrednictwem inkwizycji męczył nas i torturował, palił nas tysiące 

razy na stosie. Kościół, który uciskał nas przez wieki, który przez wieki kazał nam 

malować i rzeźbić wyłącznie Chrystusy i Madonny, i męczenników, i świętych. Ko-

ściół, który niemal zabił Galileusza, upokorzył go, zmusił do wyrzeczenia się same-

go siebie i swojej wiedzy... Ale ten Kościół wniósł też ogromny wkład do Historii 

Myśli, a po inkwizycji zaczął się zmieniać. Nawet taki antyklerykał jak ja nie może 

temu zaprzeczyć. Stoi kulturalne przebudzenie, które rozpoczęło się i rozkwitło we 

Florencji,  w  Toskanii, by  umieścić  Człowieka  w  centrum  Wszechświata  i  pogodzić 

jego potrzebę wolności z jego potrzebą Boga. Mam na myśli renesans. A dzięki re-

nesansowi  mamy  też  Leonarda  da  Vinci.  Michała  Anioła,  Donatella,  Rafaela, 

Wawrzyńca Wspaniałego. (Wybieram pierwsze nazwiska, które przychodzą mi do 

głowy.)  Mamy  też  spuściznę  pozostawioną  przez  Erazma  z  Rotterdamu,  Montai-

background image

gne’a, Tomasza More’a i Kartezjusza. Stoi też za nią oświecenie, mam na myśli Ro-

usseau i Woltera, i Encyklopedię. Jest też muzyka Mozarta i Bacha, i Beethovena, i 

Rossiniego, i Donizettiego aż do Verdiego i Pucciniego, i  całej  reszty. (Ta muzyka, 

bez której nie potrafimy żyć, a która w kulturze muzułmańskiej czy rzekomej kultu-

rze  muzułmańskiej  jest  wstydem,  wielką  zbrodnią;  biada  tym,  którzy  zagwiżdżą 

piosenkę czy zanucą kołysankę. „Co najwyżej mogę wam pozwolić na marsz woj-

skowy” - powiedział Chomeini podczas wywiadu w Kum.) W końcu jest też nasza 

nauka,  na  Boga.  I  technika,  która  z  niej  czerpie  soki.  Nauka,  która  w  ciągu  kilku 

stuleci poczyniła zapierające dech w piersiach odkrycia, zmieniła oblicze tej plane-

ty. Technika, która wyprodukowała i produkuje cuda godne czarodzieja Merlina... 

Dość tych bzdur, mój drogi: Kopernik, Galileusz, Newton, Darwin, Pasteur, Einstein 

nie  byli  wyznawcami  Proroka.  Prawda?  Silnik,  telegraf,  żarówka,  mam  na  myśli 

wykorzystanie elektryczności, fotografia, telefon, radio, telewizja nie zostały wyna-

lezione  przez  jakichś mułłów  czy  ajatollachów.  Prawda?  Pociąg,  samochód,  samo-

lot, helikopter (o którym marzył i który projektował Leonardo da Vinci), statki ko-

smiczne, którymi polecieliśmy na Księżyc i na Marsa i które niedługo polecą  Bóg 

wie gdzie, tak samo. Prawda? Przeszczepy serca, wątroby, oczu i płuc, lekarstwo na 

raka, rozszyfrowanie genomu, także. Nieprawda? Nie zapominajmy też o poziomie 

życia, jaki osiągnęła zachodnia kultura we wszystkich warstwach społecznych. Na 

Zachodzie nie umieramy już z głodu i na uleczalne choroby tak jak ludzie w krajach 

muzułmańskich. Prawda czy nie? Ale nawet gdyby były to wszystko mało ważne 

osiągnięcia  (w  co  wątpię),  powiedzcie  mi:  gdzie  są  zdobycze  tej  drugiej  kultury, 

kultury bigotów z brodami, w czadorach i burkach? 

Szukajcie, szperajcie, szperajcie, szukajcie, ja potrafię znaleźć tylko Proroka  z 

jego  świętą  księgą,  która  brzmi  niedorzecznie  nawet  wtedy,  kiedy  jest  plagiatem 

Biblii czy Ewangelii, czy Tory, czy myślicieli hellenistycznych. Potrafię znaleźć tylko 

Awerroesa z jego niezaprzeczalnymi zasługami jako uczonego (Komentarze do Ary-

stotelesa itd.), Omara Chajjama z jego uroczą poezją oraz kilka pięknych meczetów. 

Żadnego innego osiągnięcia w dziedzinie sztuki czy w ogrodzie Myśli. Żadnych do-

konań  na  polu  nauki,  techniki  czy  dobrobytu...  Kiedy  wypowiadam  takie  słowa, 

niektórzy protestują i mówią „matematyka”. Jak zwykle rycząc i plując mi w twarz 

swoją cuchnącą śliną, Arafat w roku 1972 powiedział mi, że jego kultura jest „wyż-

sza” od mojej, ponieważ jego przodkowie wynaleźli matematykę i liczby. (Nawia-

sem mówiąc, cykady: jak to jest, że on może mówić „wyższa”, a ja nie?) Ale oprócz 

background image

małej inteligencji i bezmiernej niewiedzy Arafat ma też krótką pamięć. Nie, panie 

pyszałkowaty pyskaczu, wyjaśnijmy to raz na zawsze: pańscy przodkowie nie wy-

naleźli  matematyki.  Matematyka  została  wynaleziona  mniej  więcej  równocześnie 

przez  Arabów,  Hindusów,  Greków,  Majów,  mieszkańców  Mezopotamii.  Idź  i 

sprawdź. Twoi przodkowie nie wynaleźli też liczb. Po prostu wynaleźli nowy spo-

sób  ich  zapisywania.  Sposób,  który  my,  niewierni,  przyjęliśmy,  ułatwiając  i  przy-

spieszając tym samym odkrycia, których wy nigdy nie dokonaliście. Ten wynalazek 

jest wysoce chwalebny, przyznaję. Niewątpliwie godny najwyższego uznania. Ale 

jest też niewystarczający, by uznać kulturę islamską za wyższą od kultury zachod-

niej. W rezultacie czuję się w pełni uprawniona do stwierdzenia, że oprócz Awerro-

esa i paru poetów, i paru meczetów, i sposobu zapisywania liczb, pańscy przodko-

wie pozostawili nam jedną książkę. I to wszystko. Mam na myśli ten Koran, który 

przez tysiąc czterysta lat wyrządził ludzkości więcej cierpień niż Biblia, Ewangelie i 

Tora razem wzięte. A teraz przyjrzyjmy się, dlaczego cykady, zwłaszcza te europej-

skie, szanują ją bardziej niż szanowały „Kapitał” Karola Marksa. 

Może z powodu jej kłamliwego, obłudnego, oszukańczego przesłania Pokoju 

i  Braterstwa,  i  Sprawiedliwości?  Ach!  Żeby  uciszyć  swoich  Araboamerykanów,  za-

chować ich lojalność, nawet George Bush powtarza, że islam naucza pokoju i bra-

terstwa, i sprawiedliwości. Ale w imię logiki - jeśli ten Koran jest taki pokojowy i 

braterski, i sprawiedliwy, to jak wytłumaczymy „oko za oko, ząb za ząb”, które co 

prawda znajdziemy także w Biblii i Torze, ale które dla muzułmanów jest Solą Ży-

cia? Jak wytłumaczymy nakaz czadoru i burki, burki, pod którą muzułmańskie ko-

biety stają się bezkształtnymi tobołami i oglądają świat przez malutką pajęczynę? 

Jak  wytłumaczymy  fakt,  że  w  większości  krajów  islamskich  nie  mają  prawa  cho-

dzić do szkoły, nie mogą pójść do lekarza, nie mają żadnych praw, są mniej warte 

od wielbłąda i tak dalej  i tak dalej  amen? Jak  wyjaśnimy potworność ukamieno-

wania  czy  dekapitacji  niewiernej  żony?  (Ale  nie  niewiernych  mężów.)  Jak  wytłu-

maczymy  karę  śmierci  dla  pijących  alkohol  i  karę  okaleczenia  dla  złodziei  -  za 

pierwszą  kradzież  lewa  ręka,  za  drugą  prawa  ręka,  za  trzecią  lewa  stopa,  a  potem 

nie wiem co? To także zapisano w Koranie: tak czy nie? I nie wydaje mi się to spe-

cjalnie sprawiedliwe. Nie wydaje mi się to bardzo braterskie. Nie wydaje mi się to 

bardzo pokojowe. Nie wydaje mi się to też specjalnie mądre... A skoro mowa o in-

teligencji: czemu włoskie ultralewicowe cykady nie przyjmują takich uwag? Czemu, 

czytając  je  czy  słysząc,  dostają  amoku  i  wrzeszczą  „Nie  do  zniesienia,  niedopusz-

background image

czalne, skandaliczne”? Czy wszystkie nawróciły się na islam, czy też może zachowu-

ją  się  w  ten  sposób,  żeby  się  przypodobać  swojemu  nowemu  partnerowi,  niewy-

tłumaczalnie  proislamskiemu  Kościołowi  katolickiemu?  No  cóż...  Mój  stryj  Bruno 

miał rację, kiedy mówił: „Włochy, które nie miały reformacji, są krajem, który bar-

dziej intensywnie i katastrofalnie przeżywa kontrreformację”. 

Oto  jest  zatem  moja  odpowiedź  na  pytanie  o  to,  co  nazywacie  „różnicami 

między  dwoma  kulturami”.  Jest  na  tym  świecie  miejsce  dla  każdego.  W  swoich 

własnych  domach,  swoich  własnych  krajach  ludzie  robią,  co  chcą.  Jeśli  zatem  w 

krajach muzułmańskich kobiety są tak głupie, że noszą czadory i burki, jeśli są tak 

niemądre,  że  akceptują  fakt,  iż  są  mniej  warte  od  wielbłąda,  jeśli  są  tak  tępe,  że 

wychodzą za mąż za rozpustnika, który chce mieć cztery żony, tym gorzej dla nich. 

Jeśli ich mężczyźni są tak niemądrzy, że odmawiają kieliszka wina czy szklanki pi-

wa,  to  samo.  Ja  nie  zamierzam  mieszać  się  do  ich  wyboru.  Mnie  wychowano  w 

zrozumieniu  wolności,  do  cholery,  a  moja  matka  zawsze  mówiła:  „Świat  jest  cie-

kawy, bo jest różnorodny”. Ale jeśli próbują narzucić te szaleństwa mnie, mojemu 

życiu,  mojemu  krajowi,  jeśli  chcą  zastąpić  moją  kulturę  swoją  kulturą  czy  swoją 

rzekomą kulturą. .. A chcą. Osama bin Laden oświadczył, że cały ziemski glob musi 

stać  się  muzułmański,  że  po  dobroci  czy  nie  on  nas  nawróci,  że  aby  osiągnąć  ten 

cel,  zabija  nas  i  nadal  będzie  nas  zabijał.  Tego  zaś  nie  może  zaakceptować  nawet 

najbardziej tępy czy cyniczny adwokat islamu. Więc zgadnijcie, czy mogę to zaak-

ceptować  ja.  Tak  naprawdę,  bardzo  chętnie  odwróciłabym  role  i  zapolowała  na 

niego... Kłopot w tym, że śmierć Osamy bin Ladena nie jest rozwiązaniem proble-

mu. Ponieważ Osamów bin Ladenów jest już zbyt wielu - jak klonowanych owiec 

w naszych laboratoriach. Co więcej nie są oni już dzielnymi Maurami, którzy pod-

bijali Hiszpanię i Portugalię, jadąc na wielbłądach i walcząc złocistymi bułatami. 

Czasy się zmieniają. Dzisiaj są sprytnymi oszustami, których uczymy, jak pi-

lotować  boeinga  757,  jak  obsługiwać  skomplikowany  komputer,  jak  wyproduko-

wać broń jądrową. Jak zniszczyć lub zablokować system elektroniczny, system ko-

munikacyjny,  system  finansowy,  jak  wypuścić  chorobotwórczego  wirusa.  Jak  za-

szantażować  rząd,  jak  manipulować  papieżem,  jak  uwieść  i  wykorzystać  media  i 

kręgi  intelektualne  czy  tak  zwane  kręgi  intelektualne.  To  znaczy,  jak  wpływać  na 

zachodnie  umysły  (w  tym  umysły  ludzi  dobrej  wiary),  kontrolując  ich  codzienne 

otoczenie. Przecież ci najlepiej wyszkoleni i co bardziej inteligentni nie przebywają 

background image

w krajach muzułmańskich, w jaskiniach Afganistanu czy meczetach Iranu lub Paki-

stanu.  Przebywają  w  naszych  krajach,  w  naszych  miastach,  naszych  uniwersyte-

tach, naszych przedsiębiorstwach. Mają doskonałe kontakty z naszymi kościołami, 

naszymi bankami, naszymi telewizjami, naszymi radiostacjami, naszymi gazetami, 

naszymi  wydawcami,  naszymi  organizacjami  akademickimi,  naszymi  związkami, 

naszymi partiami politycznymi. Gnieżdżą się w zwojach nerwowych naszej techni-

ki. Gorzej: żyją w samym sercu społeczeństwa, które ich gości, nie kwestionując ich 

inności, nie sprawdzając ich złych intencji, nie karząc za posępny fanatyzm. Społe-

czeństwo, które przyjmuje ich w duchu swojej liberalnej demokracji, nieograniczo-

nej  tolerancji,  chrześcijańskiej  litości,  liberalnych  zasad,  cywilizowanych  praw. 

Praw, które odrzuciły tortury i karę śmierci, które nie pozwalają nikogo aresztować, 

jeśli nie zostało popełnione przestępstwo, nie pozwalają nikogo sądzić, jeśli nie ma 

obrońcy, nie pozwalają nikogo skazać, jeśli  wina nie została udowodniona. Praw, 

czy może powinnam powiedzieć luk prawnych, które pozwalają unieważnić wyrok 

czy zwolnić przestępcę. Co do luk prawnych, no cóż... Czy to nie dzięki nim nasi go-

ście  osiedlają  się  na  naszym  terytorium,  wtrącają  się  w  nasze  życie,  drażnią  nas  i 

dyrygują  nami?  Podczas  synodu  w  Watykanie  zorganizowanego  w  październiku 

1999 roku dla przedyskutowania stosunków między chrześcijanami a muzułmana-

mi, pewien sławny uczony islamski zwrócił się do oniemiałych słuchaczy, oświad-

czając ze spokojną bezczelnością: „Dzięki waszej demokracji najedziemy was, dzięki 

islamowi podporządkujemy was sobie”. (To niepokojące sprawozdanie przedstawił 

jeden  z  uczestników  spotkania:  Jego  Eminencja  monsignor  Giuseppe  Bernardini, 

arcybiskup tureckiej diecezji smyrneńskiej.) 

Jak  widzisz,  ich  Odwrotna  Krucjata  nie  potrzebuje  współczesnego  Srogiego 

Saladyna  czy  jakiegoś  Napoleona.  Z  Saladynami  i  Napoleonami  czy  bez  nich  jest 

nieodwracalnym  faktem.  Rozwijającą  się  cały  czas  rzeczywistością,  którą  Zachód 

bezrozumnie podsyca i popiera. I właśnie dlatego owi Krzyżowcy są coraz liczniejsi, 

żądają  coraz  więcej,  panoszą  się  coraz  bardziej.  Także  dlatego  właśnie  (jeśli  nadal 

pozostaniemy bezczynni) będzie ich coraz więcej. Będą żądać coraz więcej, będą nas 

drażnić i dyrygować nami coraz bardziej. Aż nas sobie podporządkują. A zatem per-

traktowanie  z  nimi  jest  niemożliwe.  Próba  dialogu  -  nie  do  pomyślenia.  Okazy-

wanie pobłażliwości - samobójcze. A ten, kto myśli inaczej, jest głupcem. 

 

background image

* * * 

Uwierz komuś, kto poznał dość dobrze ten szeroki świat. Komuś, kto poznał 

Iran, Pakistan, Bangladesz, Arabię Saudyjską, Kuwejt, Libię, Jordanię, Liban, Syrię, 

Afrykę, a nawet Włochy. Komuś, kto poznał ten świat, tak, i kto w formie nierzad-

ko  groteskowych  wydarzeń  uzyskał  przerażające  potwierdzenie  tego,  co  twierdzi. 

Wielkie nieba, nigdy nie zapomnę, co stało się w Rzymie, kiedy poprosiłam o irań-

ską  wizę  (wywiad  z  Chomeinim)  i  poszłam  do  irańskiej  ambasady  z  paznokciami 

pomalowanymi  na  czerwono.  W  oczach  bardzo  fanatycznego  muzułmanina  to 

oznaka  niemoralności.  Przestępstwo,  za  które  winowajczyni  można  amputować 

wszystkie palce. Trzęsąc się z oburzenia, urzędnik w ambasadzie polecił mi usunąć 

to  czerwone  i  gdybym  mu  nie  powiedziała,  co  ja  bym  chętnie usunęła  z  dolnych 

rejonów  jego ciała, pewnie bez wahania by mnie ukarał. Nie zapomnę też nigdy, 

co stało się w świętym mieście Kom, gdzie jako kobiety nie wpuszczono mnie do 

żadnego hotelu, żadnego miejsca publicznego. Żeby przeprowadzić wywiad z Cho-

meinim  musiałam  założyć  czador,  żeby  założyć  czador,  musiałam  zdjąć  niebieskie 

jeansy, żeby zdjąć jeansy, musiałam się gdzieś schować. Oczywiście mogłam prze-

prowadzić  tę  operację  w  samochodzie,  którym  przyjechałam  z  Teheranu.  Ale  mój 

tłumacz błagał mnie,  żebym tego nie robiła. „Proszę pani, proszę. Za taką rzecz w 

Kom moglibyśmy dostać karę śmierci”. Po kolejnych odmowach wylądowaliśmy w 

byłym  pałacu  królewskim,  obecnie  ratuszu,  gdzie  litościwy  strażnik  nas  wpuścił. 

Weszliśmy  do  przepysznej  sali,  w  której  nadal  stał  tron  (tron  byłego  szacha  Rezy 

Pahlaviego),  gdzie  poczułam  się  jak  Maria  Dziewica,  która  chroni  się,  by  urodzić 

dzieciątko,  zamknęłam  drzwi  i  zgadnijcie,  co  się  stało.  Ponieważ  Koran  zabrania 

parom,  które  nie  są  małżeństwem,  przebywania  w  jednym  pomieszczeniu  bez 

świadków, niemal natychmiast odrzwia przepysznej sali rozwarły się na oścież. 

Mułła, któremu powierzono Pieczę nad Moralnością, wpadł dysząc „wstydź-

cie się, wstydźcie się, to grzech, to bezbożność” i mieliśmy tylko jeden sposób na to, 

by  uniknąć  aresztowania  za  bezbożność:  pobrać  się.  Podpisać  świadectwo  krótko-

terminowego ślubu (cztery miesiące), którym on nerwowo wymachiwał, i natych-

miast się pobrać. Kłopot polegał na tym, że mój Józef, to znaczy mój tłumacz, był 

już żonaty. Z hiszpańską katoliczką, niejaką Consuelą, bardzo zazdrosną i zapewne 

nie  bardzo  przygotowaną  na  szokujące  spotkanie  z  drugą  żoną.  Co  do  mnie,  nie 

miałam ochoty nikogo poślubiać. A już na  pewno nie irańskiego męża zazdrosnej 

background image

hiszpańskiej  katoliczki.  Z  drugiej  strony  nie  chciałam  pójść  do  więzienia  i  stracić 

wywiadu z Chomeinim. Więc zmagałam się z dylematem: poślubić-go-czy-nie i... 

Śmiejesz  się,  jestem  pewna.  Dla  ciebie  to  po  prostu  zabawne  zdarzenie. 

Anegdota. Więc nie opowiem ci reszty. Zostawię cię w niepewności co do tego, czy 

za niego wyszłam czy nie, a żeby cię teraz zasmucić, opowiem ci historię o dwuna-

stu  nieczystych  mężczyznach  (jaką  nieczystość  popełnili,  nigdy  się  nie  dowiedzia-

łam), których w 1975 roku synowie Allacha zabili w Dakce w Bangladeszu. Egzeku-

cja odbyła się na stadionie, pchnięciami bagnetów w piersi, w obecności dwudzie-

stu  tysięcy  wiernych,  którzy  siedzieli  na  trybunach  i  modlili  się  Allach-akbar,  Al-

lach-akbar, Bóg-jest-wielki, Bóg-jest-wielki... Ach tak - słyszę bardzo dobrze, co so-

bie myślisz. Starożytni Rzymianie, myślisz sobie, ci Rzymianie, z których moja kul-

tura jest taka dumna, zwykli się zabawiać oglądaniem chrześcijan pożeranych przez 

lwy. W całej Europie katolicy, ci katolicy, których wkład do historii myśli dostrze-

gam i szanuję, zabawiali się oglądaniem heretyków płonących żywcem. Od tamtej 

pory upłynęło jednak dużo czasu, staliśmy się nieco bardziej cywilizowani i nawet 

synowie  Allacha powinni już zrozumieć, że takie rzeczy nie mogą mieć miejsca. A 

jednak  mają.  Po  nieczystych  młodych  mężczyznach  zabili  dziesięcioletnie  dziecko, 

które, aby ocalić jednego ze skazanych, swego brata, rzuciło się na oprawców. Zo-

stawcie-go, zostawcie-go. 

Zgnietli  mu  głowę  obcasami  swoich  ciężkich  buciorów.  A  jeśli  mi  nie  wie-

rzysz, przeczytaj mój reportaż albo reportaże francuskich, niemieckich i brytyjskich 

dziennikarzy, którzy też tam byli. Jeszcze lepiej obejrzyj zdjęcia zrobione przez jed-

nego  z  nich. Niemca.  W  każdym razie  chcę podkreślić,  że  gdy  tylko  egzekucja  do-

biegła końca, dwadzieścia tysięcy wiernych (wiele kobiet) opuściło trybuny i zeszło 

na murawę. Ale nie w bezładzie i wzburzeniu - w sposób uporządkowany i uroczy-

sty. W porządku uformowali kondukt, procesję. Uroczyście dotarli do miejsca rzezi. 

I  powtarzając  w  kółko  swoją  obsesyjną  litanię  Allach-ak-bar,  Bóg-jest-wielki,  Al-

lach-akbar, przeszli po ciałach. Zrobili z nich dywan zgniecionych kości. Zniszczyli je 

jak dwie wieże. 

Ach! Mogłabym opowiadać bez końca takie odrażające historie. Mogłabym 

przytoczyć  wydarzenia,  których  nigdy  nie  opisałam,  nie  opublikowałam.  Bo  czy 

wiecie, na czym polega problem ludzi takich jak ja, ludzi, którzy za dużo widzieli? 

background image

W  pewnym  momencie  przyzwyczajamy  się  do  okropieństw.  Opowiadając  o  nich, 

czujemy się tak, jakbyśmy przeżuwali po raz drugi to samo jedzenie, więc zachowu-

jemy te historie dla siebie. O okrucieństwie poligamii zalecanej przez Koran i nigdy 

nie krytykowanej przez cykady, mogłabym na przykład opowiedzieć historię Alego 

Bhutto  -  pakistańskiego  premiera, który został  powieszony  przez  swoich  ultramu-

zułmańskich  przeciwników.  Znałam  Alego  Bhutto.  Żeby  przeprowadzić  z  nim  wy-

wiad, towarzyszyłam mu przez dwa tygodnie. I bez żadnego naciskania pewnego 

wieczora w Karaczi opowiedział mi historię swojego pierwszego małżeństwa. Mał-

żeństwa  zawartego  mimo  jego  rozpaczy  („Nie  chcę  się  żenić,  nie  chcę”),  kiedy  nie 

miał  jeszcze  trzynastu  lat.  Żona  -  piękna  dwudziestokilkuletnia  kuzynka.  Opowia-

dał  to,  płacząc.  Łza  płynęła  mu  po nosie,  potem  spadła  na  usta,  gdzie  zlizał  ją  ze 

smutkiem. Jednak później zmienił zdanie. Poprosił mnie, żeby wyciąć pewne szcze-

góły. Zrobiłam tak, bo zawsze miałam ogromny szacunek dla prywatności innych. 

Włącznie z wrogami  i głowami państw. Co więcej, zawsze czułam się bardzo nie-

swojo,  słuchając,  jak  opowiadają  o  swoich  prywatnych  sprawach.  (Szkoda,  że  nie 

widziałeś, jak gwałtownie przerwałam Goldzie Meir, która zaczęła mi się wywnę-

trzać, jak unieszczęśliwiła męża swoją namiętnością do polityki. „Golda, czy jesteś 

pewna,  że  chcesz  o  tym  mówić?”)  Ale  kilka  lat  później  znowu  spotkałam  Bhutto. 

Spotkałam go w rzymskiej księgarni, przypadkiem. Oboje ucieszyliśmy się ze szczę-

śliwego spotkania i poszliśmy na herbatę, a pijąc herbatę, zaczęliśmy rozmawiać o 

islamie  i  ni  z  tego  ni  z  owego  on  wykrzyknął:  „Nie  miałem  racji,  kiedy  prosiłem 

cię,  żebyś  wycięła  te  szczegóły  o  moim  pierwszym  małżeństwie.  Pewnego  dnia 

powinnaś  opowiedzieć  całą  historię”.  A  cała  historia  zaczyna  się  od  szantażu,  ja-

kiemu  został  poddany  w  przeddzień  ceremonii.  To  znaczy  wtedy,  kiedy  krzyczał 

„Nie-chcę-się-żenić, nie-chcę”. „Jeśli się ożenisz, damy ci wrotki i kije do krykieta, o 

które  ciągle  prosisz”.  Cała  historia  obejmuje  przyjęcie  weselne,  w  którym  panna 

młoda nie uczestniczyła, ponieważ kobiecie muzułmańskiej nie wolno brać udziału 

w żadnym przyjęciu, nawet na własnym ślubie. Historia osiąga punkt kulminacyj-

ny tej nocy, kiedy małżeństwo miało być skonsumowane, ale nie zostało. „Nawet 

nie próbowałem. Pomimo wyglądu byłem naprawdę małym chłopcem, dzieckiem, 

wierz mi. Nie wiedziałem, od czego zacząć, a ona zamiast mi pomóc płakała. Płaka-

ła i płakała. Więc wkrótce ja zacząłem płakać razem z nią, a potem zmęczony pła-

kaniem zasnąłem w jej ramionach. Następnego dnia wyjechałem z Karaczi do szko-

ły w Londynie. I dlatego zobaczyłem ją znowu dopiero po moim drugim małżeń-

stwie, kiedy byłem dorosłym mężczyzną, zakochanym w mojej drugiej żonie. Zoba-

background image

czyłem ją samą w jej samotnym domu w Larkanie i tym razem poczułem, że mnie 

pociąga. Była nadal tak piękna... Ale jak to wyjaśnić? Widzisz, lubię kobiety. Nie-

nawidzę abstynencji. Niektórzy uważają mnie nawet za kobieciarza, i po tym dru-

gim  spotkaniu  spotykaliśmy  się  ze  sobą  wiele  razy.  Jednak  od  niej  nie  miałem 

żadnych  dzieci.  To  znaczy,  nigdy  nie  spowodowałem  takiej  sytuacji,  żebym  mógł 

mieć z nią dzieci. Wspomnienie tej pierwszej  nocy zawsze powstrzymywało mnie 

od wypełnienia moich małżeńskich obowiązków... I kiedy jadę  do Larkany, gdzie 

ona  żyje  samotna  i  zapomniana,  bo  gdyby  dotknęła  innego  mężczyzny,  byłaby 

winna  cudzołóstwa  i  zginęłaby  ukamienowana,  wstydzę  się  wtedy  za  siebie  i  za 

moją  religię.  Poligamia  jest  podłością.  Aranżowane  małżeństwa  są  podłością.  I 

żadna religia nie jest tak bezlitosna jak moja”. 

(No więc, zrobione, Bhutto. Gdziekolwiek jesteś, szkoda, jeśli tylko w grobie, 

bądź pewien, że twoja prośba z Rzymu została spełniona. Biedaku, nie zrobiłam nic 

dla ciebie, kiedy junta wojskowa potwornego generała Zia obaliła twój rząd i po-

wiesiła cię w więzieniu jak przestępcę. Co mogłam zrobić? Ale cała historia twojego 

smutnego pierwszego małżeństwa została w końcu opowiedziana, tak jak chciałeś.) 

 

* * * 

Teraz  zapomnijmy  o  Alim  Bhutto,  zapomnijmy  o  barbarzyńskiej  egzekucji 

zrozpaczonego chłopca i dwunastu młodych ludzi w Dakce. Zapomnijmy o mulle z 

Kontroli Moralności i moim byłym czy niebyłym małżeństwie w Kom, zapomnij-

my o komicznej przygodzie z czerwonymi paznokciami i prześledź ze mną kwestię 

pogardy, jaką muzułmanie mają dla nas kobiet. Pogardy, którą odczuwałam nawet 

w okolicznościach, w których miałoby się prawo oczekiwać odrobiny ludzkiej przy-

zwoitości.  W  1973  roku,  na  przykład,  miałam  okazję  jej  doświadczyć  w  oddziale 

palestyńskich  fedainów,  którzy  w  owym  czasie  stacjonowali  w  Jordanii  u  króla 

Husajna  -  jedynego  sympatycznego  i  cywilizowanego  przywódcy,  jakiego  poza 

moim  powieszonym  przyjacielem  znałam  w  świecie  islamskim.  (Tak  cywilizowa-

nego, że kiedy chciał mieć nową żonę, rozwiódł się. Żadnej poligamii. Tak sympa-

tycznego, że kiedy podczas wywiadu powiedziałam mu, jak trudno jest mi zwracać 

się do kogoś „Wasza Wysokość”, on wesoło wykrzyknął: ,,To proszę mnie nazywać 

Husajn. Praca króla to taki sam zawód jak każdy inny”.) A oto mój przykład. Pew-

background image

nej  nocy  tajna  baza,  którą  odwiedzałam  jako  reporterka,  stała  się  obiektem  zma-

sowanego nalotu izraelskiego. Wszyscy zaczęli biec w stronę solidnej kryjówki, jaką 

stanowiła  górska  jaskinia,  i  ja  zrobiłam  to  samo.  Ale  dowódca  zatrzymał  mnie. 

Powiedział, że obecność kobiety u boku jego ludzi byłaby nieprzyzwoita, a potem 

kazał swoim adiutantom umieścić mnie gdzieś indziej i zgadnij, gdzie te skurwysy-

ny mnie zamknęły - w drewnianej odosobnionej szopie, w której był skład dyna-

mitu. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy zapaliłam zapalniczkę i zo-

baczyłam pudełka z przerażającym napisem „Uwaga! Materiały wybuchowe”. Ale 

to nie najgorszy szczegół tej historii. Najgorsze jest to, że nie zrobili tego przez po-

myłkę czy przypadkiem. Zrobili to celowo, żeby się rozerwać, tak jakby perspekty-

wa  tego,  że  wylecę  w  powietrze  od  pobliskiego  wybuchu,  była  najśmieszniejszą 

rzeczą na świecie. Kiedy nalot się skończył, wszyscy rechotali z uciechą: „Nigdy się 

tak nie ubawiliśmy”. 

Prześledź  ze  mną  drogę  pogardy,  oglądając  film  dokumentalny  nakręcony 

ostatnio w Afganistanie przez zdolną reporterkę z Londynu. Dokument tak przera-

żający, tak szokujący, tak rozdzierający serce, że zaskoczył mnie mimo uprzedzają-

cych napisów: „Ostrzegamy widzów, że program zawiera sceny bardzo drastyczne”. 

Widziałeś  go?  Czy  był  nadawany  we  Włoszech?  Był  czy  nie,  powiem  ci  od  razu, 

jakie były te „bardzo drastyczne sceny”. Są to sceny egzekucji trzech kobiet w bur-

kach, winnych nie wiadomo czego. Egzekucji, która odbywa się na kabulskim pla-

cu,  obok  pustego  parkingu.  I  na  ten  pusty parking  zajeżdża  nagle  samochód.  Fur-

gonetka, z której one zostają wypchnięte na zewnątrz. Burka pierwszej kobiety jest 

brązowa.  Burka  drugiej  kobiety  jest  biała.  Burka  trzeciej  kobiety  jest  jasnoniebie-

ska.  Kobieta  w  brązowej  burce  jest  najwyraźniej  przerażona.  Nie  może  ustać  na 

nogach, chwieje się. Kobieta w białej burce wygląda na oszołomioną. Posuwa się 

ostrożnymi kroczkami, jakby się bała, że upadnie i zrobi sobie krzywdę. Kobieta w 

jasnoniebieskiej burce, bardzo niska i drobna, idzie natomiast zdecydowanym kro-

kiem  i  w  pewnym  momencie  zatrzymuje  się.  Robi taki  gest,  jakby  chciała  pomóc 

swoim  towarzyszkom,  dodać  im  odwagi.  Ale  brodaty  zbir  w  spódnicy  i  turbanie 

interweniuje,  gwałtownymi  szturchnięciami  rozdziela  je,  zmusza  do  klęknięcia  na 

asfalcie. Scena rozgrywa się na tle ludzi, którzy przechodzą obok, jedzą daktyle czy 

dłubią  w  nosie  -  tak  beztrosko  i  obojętnie,  jakby  nadchodząca  śmierć  nie  miała 

najmniejszego  znaczenia.  Tylko  młody  człowiek  stojący  na  skraju  placu  patrzy  z 

pewnym zainteresowaniem. Co do egzekucji, przebiega ona bardzo sprawnie. Żad-

background image

nych  plutonów  egzekucyjnych.  Żadnych  bębnów,  żadnego  odczytywania  wyroku. 

To znaczy żadnej ceremonii czy choćby pozorów ceremonii. Trzy kobiety klęczą na 

asfalcie,  kiedy  ich  morderca,  kolejny  brodaty  zbir  w  spódnicy  i  turbanie,  pojawia 

się znikąd z karabinem maszynowym w  prawej  ręce. Niesie go tak, jakby to była 

torba  z  zakupami.  Idzie  znudzony,  leniwym  krokiem,  jakby  zabijanie  kobiet  było 

zwykłym  składnikiem  jego  codziennego  życia,  podchodzi  do  trzech  znieruchomia-

łych postaci. Tak nieruchomych, że nie wyglądają już jak trzy ludzkie istoty - przy-

pominają  raczej  pakunki  porzucone  na  ziemi.  Podchodzi  do  nich  od  tyłu  jak  zło-

dziej, który chyłkiem dopada swej ofiary. Zbliża się i bez wahania, zaskakując nas, 

strzela prosto w kark tej w brązowej burce, która natychmiast pada do przodu. Zu-

pełnie martwa. Potem, nadal poruszając się niespiesznym krokiem, ze znudzeniem 

przesuwa się w lewo i strzela w kark tej w białej burce, która pada w ten sam spo-

sób. Na twarz. Potem przesuwa się jeszcze trochę w lewo. Zatrzymuje się na chwilę, 

żeby się podrapać w jaja i strzela w kark tej małej w jasnoniebieskiej burce, która 

zamiast  paść  do  przodu  przez  długą  chwilę  klęczy.  Wyprostowana  z  biustem  do 

przodu. Buntowniczo do przodu. W końcu pada na bok i w ostatnim odruchu bun-

tu unosi rąbek burki, odsłaniając gołą nogę. Ale on z lodowatym spokojem zakry-

wa ją i woła grabarzy. Pozostawiając za sobą trzy duże wstęgi krwi, grabarze chwy-

tają ciała za nogi i zaczynają je ciągnąć, a na ekranie pojawia się miejscowy mini-

ster spraw zagranicznych i sprawiedliwości pan Wakil Motawakil. (Tak, zapisałam 

jego nazwisko. Starannie... Nigdy nie wiadomo, co życie nam przyniesie. Kto wie, 

może  pewnego  dnia  spotkam  go  na  jakiejś  pustej  ulicy  i  zanim  zrobię  to,  o  czym 

marzę, będę może na tyle skrupulatna, by sprawdzić jego tożsamość. „Czy pan na-

prawdę nazywa się Wakil Motawakil?”) 

Jest  trzydziesto-  czy  czterdziestoletnim  kawałkiem  słoniny,  ten  pan  Wakil 

Motawakil. Bardzo gruby, bardzo brodaty, bardzo wąsiasty kawałek brązowej sło-

niny. Ma piskliwy głos eunucha, a mówiąc o egzekucji trzech kobiet wyraża eksta-

tyczną radość. Trzęsie się jak miska galarety, piszczy: „To bardzo radosny dzień. Dziś 

nasze  dobre  miasto  odzyskało  pokój  i  bezpieczeństwo”.  Nie  mówi,  w  jaki  sposób 

trzy  kobiety  pozbawiły  miasto  pokoju  i  bezpieczeństwa.  Nie  wymienia  powodu, 

dla którego zostały skazane i stracone. Czy zdjęły burki, czy odsłoniły twarze, żeby 

napić się wody? Czy złamały zakaz  śpiewu, czy mruczały kołysankę jakiemuś no-

worodkowi? A może popełniły zbrodnię śmiechu? (Tak: śmiechu. Napisałam „śmie-

chu”.  Nie  wiedziałeś,  że  fundamentaliści  muzułmańscy  zabraniają  kobietom  się 

background image

śmiać?)  Zadaję  sobie  te  pytania,  a  pan  Wakil  Motawakil  znika  z  ekranu,  pojawia 

się  natomiast  salon  wypełniony  ładnymi  dziewczętami,  które  nie  noszą  burek. 

Dziewczętami z odsłoniętymi twarzami, nagimi ramionami w sukienkach z dekol-

tem. Jedna zakręca sobie włosy, druga nakłada tusz na rzęsy, kolejna maluje usta i 

paznokcie  na  czerwono.  W  tym  samym  czasie  żartują,  bawią  się,  śmieją  się,  więc 

dochodzę  do  wniosku,  że  nie  jesteśmy  już  w  Afganistanie  -  zdolna  dziennikarka 

wróciła  ze  swoją  ekipą  do  Londynu,  gdzie  dokument  kończy  się  sceną  nadziei  i 

ulgi.  Pomyłka.  Jesteśmy  nadal  w  Kabulu,  a  dziennikarka  mówi  chrapliwym  gło-

sem: „Jesteśmy teraz w jednym z najbardziej nielegalnych miejsc w mieście. Miej-

scu  bardzo  tajnym,  bardzo  niebezpiecznym.  Jesteśmy  u  fryzjera”.  Słyszę  niezbyt 

wyraźnie, bo nagle z drżeniem przypominam sobie krzywdę, jaką niechcący wyrzą-

dziłam  fryzjerowi  w  Teheranie,  którego  zakład  pod  nazwą  „Chez  Bashir-Coiffeur 

pour  Dames”  został  zamknięty  przez  władze  jako  siedlisko  rozpusty.  Nie  zastana-

wiając  się,  dlaczego  zakład  został  zamknięty  i  wykorzystując  fakt,  że  Bashir  był 

moim  fanem  i  miał  wszystkie  moje  książki  przetłumaczone  na  farsi,  namówiłam 

go,  żeby  otworzył  zakład.  „Proszę  cię,  Bashir,  tylko  na  pół  godziny.  Muszę  umyć 

głowę, a w moim pokoju nie ma gorącej wody”. Biedny Bashir. Zdejmując pieczę-

cie i wpuszczając mnie do pustego zakładu trząsł się jak przemoczony pies i powta-

rzał: „Proszę pani, proszę pani! Nie rozumie pani, na jakie się wystawiamy niebez-

pieczeństwo. Jeśli ktoś nas tu zaskoczy, jeśli ktoś się dowie, pójdę do więzienia, a 

pani też”. Cóż, nikt nas nie zaskoczył, kiedy trzęsąc się jak zmoknięty pies mył mi 

głowę. Dozorczyni pilnowała drzwi. Lecz gdy osiem miesięcy później wróciłam do 

Teheranu (kolejna brzydka historia, której nigdy nie opowiadałam) i zapytałam o 

Bashira,  dostałam  odpowiedź:  „Nie  wie  pani?  Ktoś  się  dowiedział  i  doniósł  wła-

dzom  od  Kontroli  Moralności.  Po  pani  wyjeździe  Bashir  został  zaaresztowany  za 

nieprzyzwoitość  i jeszcze  siedzi  w  więzieniu”.  Przypomniałam  sobie  to  zdarzenie i 

wreszcie zdałam sobie sprawę niemal z całkowitą pewnością, że trzy kabulskie ko-

biety  zostały  stracone,  ponieważ  poszły  do  fryzjera.  Wreszcie  rozumiem,  że  były 

trzema bojowniczkami ruchu oporu, trzema bohaterkami. A teraz powiedz mi: Czy 

to jest ta kultura, o której mówisz, kiedy z szacunkiem wspominasz „różnice między 

dwoma kulturami”?!? Nie, mój drogi, nie. Chociaż mam obsesję na punkcie wolno-

ści, choć napisałam niedawno, że na tym świecie jest miejsce dla każdego. Że moja 

matka mawiała, że świat jest ciekawy, ponieważ jest zróżnicowany. Napisałam też: 

tym-gorzej-dla-kobiet-które-są-takie-głupie-że-akceptują-swoje-niewolnictwo-waż-

ne-jest-to,  że-ich-niewolnictwa-nikt-nie-narzuca-mnie.  Myliłam  się  jednak.  Po-

background image

twornie się myliłam. Bo zapomniałam, że wolność oddzielona od sprawiedliwości 

jest tylko połową wolności i że obrona tylko naszej wolności jest obelgą dla spra-

wiedliwości. Więc przepraszając, jak papież Wojtyła za krucjaty swoich poprzedni-

ków,  błagam  o  przebaczenie  trzy  bohaterki  z  Kabulu,  wszystkie  kobiety  stracone, 

torturowane i upokarzane, ogłupiane przez muzułmanów (ogłupiane do tego stop-

nia, że biorą udział w procesji na stadionie w Dakce), i oświadczam, że ich tragedia 

dotyczy mnie także. Dotyczy każdego z nas, łącznie z cykadami. I... 

Męskim cykadom, to znaczy egoistom, którzy nigdy nie otworzyli ust w tej 

sprawie, nigdy nie podnieśli palca, by walczyć z burkami, nie mam nic do powie-

dzenia.  Niegodziwości,  jakie  muzułmańscy  mężczyźni  wyrządzają  muzułmańskim 

kobietom,  nie  mieszczą  się  w  ich  obłudnej  interpretacji  sprawiedliwości,  a  podej-

rzewam też, że potajemnie zazdroszczą Wakilowi Motawakilowi. Nierzadko pewnie 

biją  i  wykorzystują  swoje  żony.  Homoseksualnym  cykadom  -  tak  samo.  Pożerani 

wewnętrznym  gniewem  z  powodu  swej  połowiczności,  czują  odrazę  nawet  do 

swoich matek. A w kobietach widzą tylko jajeczko, dzięki któremu mogą klonować 

swój  niepewny  gatunek.  Żeńskim  cykadom  natomiast,  to  znaczy  Feministkom  ze 

złych  wspomnień,  mam  coś  do  powiedzenia.  Zdejmijcie  maski,  podrabiane  Ama-

zonki. Czy pamiętacie, jak, zamiast przyznać, że pokazuję wam drogę i że wykaza-

łam,  że  kobieta  może  wykonać  każdą  pracę  tak  jak  mężczyzna,  a nawet  lepiej  niż 

mężczyzna,  zasypałyście  mnie  obelgami?  Czy  pamiętacie,  jak  zamiast  pójść  moim 

śladem,  nazwałyście  mnie  „podłą  męską  szowinistyczną  świnią”  i  obrzuciłyście 

kamieniami,  ponieważ  napisałam  książkę  pod  tytułem  „List  do  nienarodzonego 

dziecka”?  („Ona  ma  mózg  w  macicy”.)  No  i  dokąd  poszedł  wasz  gorzki,  jadowity 

feminizm? Kiedy skończyła się wasza rzekoma wojowniczość na pokaz? Czy może-

cie  mi  powiedzieć,  dlaczego  kiedy  chodzi  o  wasze  muzułmańskie  siostry,  kobiety, 

które  są  torturowane  i  poniżane,  i  mordowane  przez  prawdziwe  męskie  szowini-

styczne  świnie,  naśladujecie  milczenie  swoich  małych  mężczyzn?  Czy  możecie  mi 

wytłumaczyć, dlaczego nigdy nie zorganizujecie krótkiego ujadania pod ambasadą 

Afganistanu  czy  Arabii  Saudyjskiej,  dlaczego  nigdy  nie  wypowiecie  się  przeciw 

okropnościom,  o  których  mówię,  dlaczego  milczycie,  nawet  jeśli dzieją  się na  wa-

szych oczach? Czy wszystkie zakochałyście się we wrogu w panu bin Ladenie? Czy 

wszystkie  marzycie  o  tym,  żeby  was  zgwałcił?  Czy  może  po  prostu  macie  gdzieś 

wasze  muzułmańskie  siostry,  ponieważ  uważacie  je  za  gorsze?  W  takim  razie,  kto 

jest rasistą - wy czy ja? Prawda jest taka, że nie jesteście nawet cykadami. Jesteście 

background image

i  zawsze  byłyście  nadąsanymi  kurami,  które  potrafią  tylko  machać  skrzydłami  w 

kurniku. Ko ko ko. 

A teraz dokończę swój wywód. 

 

* * * 

Kiedy  rozpaczam  i  walczę  o  naszą  zagrożoną  wolność,  o  naszą  kulturę,  na 

którą czyhają Wakilowie Motawakilowie i którą poniżają ich zachodni protektorzy, 

nie  zawsze  mam  przed  oczami  apokaliptyczną  scenę,  od  której  zaczęłam  ten  list. 

Ludzie skaczący dziesiątkami z osiemdziesiątego, dziewięćdziesiątego i setnego pię-

tra, pierwsza wieża, która imploduje i połyka się sama, druga wieża, która topi się, 

zamienia  w  płyn,  jakby  naprawdę  była  kostką  masła.  Często  miejsce  tych  dwóch 

wspaniałych  wieżowców,  które  już  nie  istnieją,  zajmują  dwa  tysiącletnie  posągi 

Buddy,  które  talibowie  zniszczyli  zeszłego  lata  w  Afganistanie.  Te  cztery  obrazy 

mieszają  się,  stają  się tym  samym i  zastanawiam  się:  czy  ludzie wymazali  już  zu-

pełnie  tę  hańbę  ze  swojej  pamięci?  No  cóż,  ja  jeszcze  nie.  I  kiedy  patrzę  na  dwa 

mosiężne  posążki  Buddy,  które  trzymam  na  kominku  w  salonie  w  Nowym  Jorku 

(prezent  od  starego  khmerskiego  mnicha  w  Phnom  Penh  podczas  wojny  w  Kam-

bodży), serce mi się kraje. I zamiast nich widzę te dwa ogromne, które, osadzone w 

twardej  skale,  patrzyły  na  dolinę  Bamjan.  Dolinę,  którą  tysiące  lat  temu  musiała 

przejechać każda karawana dążąca z Imperium Rzymskiego na Daleki Wschód lub 

w  odwrotnym  kierunku.  Skrzyżowanie  dróg,  którym  przebiegał  legendarny  Je-

dwabny  Szlak,  droga  wszystkich  kultur.  Widzę  je,  bo  wiem  o  nich  wszystko  co 

trzeba.  Że  ten  starszy  (III  wiek  n.e.)  miał  trzydzieści  pięć  metrów  wysokości.  Ten 

drugi (IV wiek n.e.) - pięćdziesiąt cztery. Że oba plecami wrastały w skałę i pokryte 

były  polichromowanym  gipsem.  Feeria  czerwieni  i  żółci,  zieleni  i  błękitu,  brązu  i 

fioletu. Że ich twarze i ręce były złote, więc w słońcu błyszczały jak ogromne klej-

noty.  Że  wnętrza  ich  nisz,  teraz  puste  jak  puste  oczodoły,  pokryte  były  freskami 

mistrzów  rzemiosła.  Że  do  przybycia  talibów  nawet  barwy  nie  uległy  działaniu 

czasu... 

Serce mi się kraje, ponieważ dla dzieł sztuki mam takie samo uwielbienie jak 

muzułmanie dla grobu Proroka i jego Koranu. Dla mnie dzieło sztuki jest tak świę-

background image

te jak Mekka dla nich, a im jest starsze, tym świętsze staje się w moich oczach. Po-

za  tym  każdy  przedmiot  z  przeszłości  jest  dla  mnie  święty.  Skamieniałość,  perga-

min, wytarta moneta. Jakiekolwiek świadectwo tego, czym byliśmy i co robiliśmy. 

Przeszłość  pobudza  moją  ciekawość  bardziej  niż  przyszłość  i  nigdy  nie  przestanę 

twierdzić, że przyszłość to tylko hipoteza. Prawdopodobieństwo, przypuszczenie, a 

zatem  nierzeczywistość.  W  najlepszym  razie  nadzieja,  którą  próbujemy  ucieleśnić 

naszymi marzeniami i fantazjami. Przeszłość natomiast jest pewnością. Konkretem, 

ustaloną  rzeczywistością,  szkołą,  bez  której  nie  możemy  się  obejść,  bo  jeśli  nie 

znamy  przeszłości,  nie  rozumiemy  teraźniejszości  i  nie  możemy  próbować  kształ-

tować przyszłości. Ucieleśniać jej naszymi marzeniami i fantazjami. Poza tym każdy 

przedmiot, który przetrwał z przeszłości, jest cenny w moich oczach, ponieważ nie-

sie w sobie złudzenie wieczności. Reprezentuje zwycięstwo nad czasem, który roz-

kłada,  zabija  i  unicestwia;  przedmiot  taki  zapala  iskierkę  nadziei,  że  pokonanie 

śmierci jest możliwe. I jak megalityczne Stonehenge, jak minojski pałac w Knossos, 

jak piramidy ze swoim Sfinksem, jak Partenon, jak Koloseum, jak stuletni żółw czy 

tysiącletnie drzewo, na przykład majestatyczna sekwoja z Sierra Nevada, dwa po-

sągi  Buddy  z  Bamjan  dawały  mi  to  wszystko.  Ale  ci  przestępcy, ci  Wakile  Mota-

wakile, zniszczyli je. Zmasakrowali je. 

Serce  kraje  mi  się również na  myśl  o  premedytacji,  z  jaką  je  zmasakrowali. 

Zimnej rozmyślności i przyjemności, z jaką popełnili tę niegodziwość. Bo, pamiętaj, 

nie  działali  pod  wpływem  nagłego  szaleństwa,  w  nagłym  okresowym  wybuchu 

niepoczytalności.  Z  taką  irracjonalną  furią,  z  jaką  maoiści  w  1951  roku  zniszczyli 

Lhasę i jak pijane bawoły wdarli się do klasztorów, a potem do pałacu Dalajlamy, 

spalili  tysiącletnie  papirusy,  rozbili  tysiącletnie  ołtarze,  podarli  tysiącletnie  szaty, 

przetopili wszystkie złote i srebrne posążki Buddy  - hańba im ad saecula saeculo-

rum amen. Barbarzyństwo z Lhasy nie było przynajmniej poprzedzone procesem i 

wyrokiem.  Nie  miało  cech  egzekucji  przeprowadzonej  na  podstawie  norm  praw-

nych czy rzekomo prawnych. Co więcej, wydarzyło się bez wiedzy świata. W przy-

padku dwóch posągów Buddy z Bamjan miał natomiast miejsce autentyczny pro-

ces.  Autentyczny  wyrok,  egzekucja  oparta  na  prawnych  czy  rzekomo  prawnych 

normach. Miała miejsce świadoma zbrodnia z premedytacją, świadoma rozmyślna 

niegodziwość dokonana wtedy, kiedy cały świat błagał: „Prosimy, nie róbcie tego. 

Błagamy was, nie róbcie tego. Pomniki przeszłości są dziedzictwem całej ludzkości, 

a posągi Buddy z Bamjan nikomu nie szkodzą”. Ach! Nawet ONZ i kraje sąsiednie, 

background image

Rosja i Indie, Tajlandia i Chiny (które miały na sumieniu grzech z Lhasy), przyłą-

czyły się do tych próśb. Ale wyrok Islamskiego Sądu Najwyższego w Kabulu i tak 

zapadł:  „Każdy  przed-islamski  posąg  zostanie  zniszczony.  Każdy  przed-islamski 

symbol  zostanie  zmieciony.  Każdy  bożek  potępiony  przez  Proroka  zostanie  zmie-

niony  w  pył”.  Wyrok  zapadł  26  lutego  2001  roku  (nie  1001).  Tego  samego  dnia, 

kiedy  reżim  talibów  zezwolił  na  publiczne  wieszanie  ludzi  na  stadionach  i  zniósł 

ostatnie prawa kobiet. (Prawo do śmiechu, prawo do noszenia butów na wysokim 

obcasie,  prawo  do  przebywania  w  domu  bez  czarnych  zasłon  na  oknach,  między 

innymi.)  A  potem  zaczęła  się  zagłada.  Pamiętacie  strzały  z  karabinów  maszyno-

wych  w  twarze  Buddy?  Pamiętacie,  jak  odpadały  nosy,  rozpadały  się  podbródki, 

znikały policzki, kruszyły się ręce? Pamiętacie konferencję prasową talibskiego mi-

nistra  Qadratullaha  Jamala  dla  zagranicznych  dziennikarzy?  „Mamy  duże  kłopoty 

ze  zniszczeniem  ich.  Granaty  i  piętnaście  ton  materiałów  wybuchowych,  które 

umieściliśmy  u  stóp  tych  dwóch  bożków,  nie  wystarczyły.  Ani  ciężka  artyleria  - 

udało nam się tylko zniszczyć ich głowy. Więc teraz liczymy na pomoc zaprzyjaź-

nionego kraju, wsparcie eksperta od wysadzania obiektów i za trzy dni wyrok zo-

stanie w pełni wykonany”. (Którego zaprzyjaźnionego kraju: Arabii Saudyjskiej czy 

Pakistanu?  I  kim  był  ten  ekspert  od  wysadzania  obiektów?  Sam  Osama  bin  La-

den?) W końcu prawdziwa podwójna egzekucja. Te dwa grzmiące wybuchy. Dwie 

gęste chmury. Przypominały chmury, które sześć miesięcy później wydobyły się z 

nowojorskich wież. A ja pomyślałam o moim przyjacielu Kon-dun. 

 

* * * 

Bo,  widzisz,  w  1968  roku  przeprowadziłam  wywiad  z  cudownym  człowie-

kiem. Najspokojniejszym, najbardziej tolerancyjnym, najmądrzejszym człowiekiem, 

jakiego  kiedykolwiek  spotkałam  w  moim  życiu  wędrowca.  Obecnym  Dalajlamą. 

Mnichem,  którego  buddyści  nazywają  Żywym  Buddą.  Miał  wtedy  33  lata.  Był 

niewiele  młodszy  ode  mnie.  Wówczas  już  od  dziewięciu  lat  papież  bez  kościoła, 

król bez królestwa, bóg na wygnaniu. Mieszkał w Dharamsali, mieście u podnóża 

Himalajów, niemal na granicy, która oddziela Kaszmir od Pradeś, gdzie rząd indyj-

ski udzielił gościny jemu i paru tysiącom Tybetańczyków zbiegłych z Lhasy. Było 

to bardzo dziwne, niezapomniane spotkanie. Popijając herbatę w jego małej willi, 

background image

rozjaśnionej białymi górami i srebrzystymi lodowcami ostrymi jak noże, lub space-

rując po zielonej dolinie pełnej pachnących róż, byliśmy razem od wczesnego ranka 

do późnej nocy. On - aby mówić. Ja - aby słuchać. Ach, ten młody bóg zorientował 

się od razu, że jestem kobietą bez bogów. Te migdałowe oczy, wyglądające jeszcze 

przenikliwiej  za  okularami  w  złotej  oprawce,  obserwowały  mnie  uważnie,  kiedy 

tam  przybyłam.  A  jednak  zatrzymał  mnie  tam  cały  dzień  i  w  swej  bezgranicznej 

tolerancyjności  traktował  tak,  jakbym  była  starą  przyjaciółką  czy  dziewczyną,  z 

którą  można  poflirtować.  W  pewnym  momencie  złożył  mi  nawet  najpiękniejszy 

hołd,  jaki  kiedykolwiek  otrzymałam  od  mężczyzny.  Pod  pretekstem,  że  upał  jest 

nieznośny,  poszedł  się  przebrać.  Zdjął  cenny  kaszmirowy  szal,  który  okrywał  jego 

nagi tors i włożył lekki podkoszulek z wizerunkiem Popeye. Postaci z komiksu. Te-

go  dziwacznego  żeglarza,  który  zawsze  trzyma  fajkę  w  zębach  i  stale  je  szpinak  z 

puszki,  żeby  się  wzmocnić.  A  kiedy  ze  śmiechem  i  z  niedowierzaniem  zapytałam, 

skąd wziął tak nieprawdopodobny strój i dlaczego go włożył, on z anielskim spo-

kojem  odpowiedział:  „Kupiłem  go  na  targu  w  Nowym  Delhi,  a  włożyłem,  żeby 

pani sprawić przyjemność”. 

Wywiad był rzeką niewiarygodnych historii. Najpierw  o smutnym dzieciń-

stwie  spędzonym  wśród  książek  i  nauczycieli  -  w  wieku  sześciu  lat  studiował  już 

sanskryt i astrologię, i literaturę. W wieku lat dziesięciu - dialektykę i metafizykę, i 

astronomię. W wieku lat dwunastu - sztukę rządzenia jako papież. Jako król. O po-

nurym  dorastaniu  spędzonym  na  wysiłkach,  żeby  stać  się  doskonałym  mnichem, 

przezwyciężać  pokusy,  zdusić  pragnienia,  umilanym  jedynie  pracą  w  małym 

ogródku, gdzie hodował ogromne kapusty. „Metr średnicy, co?” O jego miłości do 

mechaniki  i  o  tym,  że  gdyby  mógł  wybierać  zawód,  zostałby  inżynierem,  a  nie 

mnichem.  A  już  na  pewno  nie  Dalajlamą.  „W  pałacowym  garażu  odkryłem  trzy 

stare automobile, które przysłano w darze mojemu poprzednikowi. Dwa baby au-

stiny z 1927 roku, jeden niebieski, a jeden żółty, i pomarańczowy dodge z 1931 roku. 

Były bardzo zardzewiałe, ale je uruchomiłem i nawet nauczyłem się je prowadzić 

po  pałacowym  dziedzińcu.  Tylko  po  dziedzińcu,  bo  w  Lhasie  nie  mieliśmy  dróg. 

Tylko ścieżki i szlaki dla mułów”. Opowiedział mi też o Mao Tse-tungu, przez któ-

rego w wieku osiemnastu lat został zaproszony i praktycznie zatrzymany na jede-

naście miesięcy. („Pozwoliłem mu na to, bo myślałem, że mój pobyt w Pekinie oca-

li  Tybet,  ale...  Biedny  Mao.  Wiesz,  było  coś  żałosnego,  godnego  politowania  w 

Mao.  Coś,  co  budziło  we  mnie  niemal  tkliwość.  Zawsze  miał  brudne  buty  i  nie-

background image

świeży oddech, ciągle palił jednego papierosa za drugim i ciągle mówił o marksi-

zmie. Tylko raz zmienił temat i przyznał, że moja religia jest dobrą religią. W każ-

dym razie nigdy nie mówił głupstw”.) 

Opowiedział  mi  też  o  okropieństwach, jakie  popełnili  maoiści  w  Lhasie  i  o 

swojej ucieczce z Tybetu. 

Ucieczce  dwudziestoczteroletniego  człowieka,  który  przebrany  za  żołnierza 

opuszcza swój splądrowany pałac, miesza się z przerażonym tłumem, potem docie-

ra  do  przedmieść,  gdzie  kradnie  konia  i  ścigany  przez  chiński  samolot,  ucieka,  by 

ratować  życie.  Ukrywa  się  w  jaskiniach  i  ucieka  dalej.  Kryje  się  pod  krzakami  i 

ucieka dalej. Góra po górze, wioska po wiosce i w końcu dociera do Dharamsali, ale 

po co? 

Jego poddani są rozproszeni po Indiach, Nepalu czy Sikkim, po jego śmierci 

nie  będzie  praktycznie  można  znaleźć  następcy,  niemal  na  pewno  jest  ostatnim  z 

Dalajlamów.  Ach...  głos  załamał  mu  się,  kiedy  mówił,  że  niemal  na  pewno  jest 

ostatnim z Dalajlamów. Więc przerwałam mu i zapytałam: „Wasza Świątobliwość, 

czy naprawdę potrafi pan wybaczyć swoim wrogom?” A on, zamiast odpowiedzieć 

tak  lub  nie,  spojrzał  na  mnie  z  niedowierzaniem,  ze  zdumieniem.  Potem  nabrał 

powietrza i zawołał: „Wrogom?!? Nigdy nie uważałem i nie uważam maoistów za 

wrogów! Ja nie mam wrogów! Buddysta nie może mieć wrogów!” 

Do  Dharamsali  przyjechałam  z  Wietnamu,  pamiętasz?  I  tego  roku  w  Wiet-

namie  przeżyłam  ofensywę  Tet,  ofensywę  majową,  oblężenie  Khe  Sanh,  krwawą 

bitwę  pod  Hue.  Innymi  słowy  przyjechałam  ze  świata  nieuleczalnej  nienawiści. 

Świata, gdzie słowa „wróg - enemy - ennemi - nemico” były wymawiane co kilka 

sekund, z regularnością bicia serca. Więc słysząc ten płomienny okrzyk: „Nie mam 

wrogów. Buddysta nie może mieć wrogów”, straciłam zwykły dystans. I niemal się 

zakochałam  w  tym  młodym  mnichu.  Z  oczami  jak  migdały,  koszulką  z  Popeye,  z 

jego  dobrocią,  jego  duszą.  Kiedy  wyjeżdżałam,  powiedziałam,  że  mam  nadzieję 

spotkać  go  znowu,  dałam  mu  numery  moich  telefonów  i  ucieszyłam  się,  słysząc 

jego  odpowiedź:  „Oczywiście.  Pod  warunkiem,  że  nie  będziesz  mnie  już  nazywać 

Jego Świątobliwością. Nazywam się Kon-dun”. Ale nigdy go więcej nie widziałam 

poza telewizją, gdzie zauważyłam, że starzeje się tak jak ja... Oprócz tego dnia, kie-

dy przyjaciel przywiózł mi od niego pozdrowienia („Dalajlama prosił mnie, żebym 

background image

ci przypomniał, że nazywa się Kon-dun”) nigdy też nie miałam od niego wiadomo-

ści. Nasze życia potoczyły się w tak różnych kierunkach, tak odmiennymi drogami... 

Jednak po owym spotkaniu, na fali nostalgii za tamtym dniem, przez owe trzydzie-

ści trzy lata dużo przeczytałam na temat buddyzmu. I dowiedziałam się, że w prze-

ciwieństwie do muzułmanów i ich „oko za oko, ząb za ząb”, buddyści rzeczywiście 

odrzucają słowo „wróg”. Dowiedziałam się, że nigdy nie nawracali nikogo siłą, ni-

gdy  nie  dokonywali  podbojów  terytorialnych  pod  pretekstem  religii,  nigdy  nie 

wymyślili  koncepcji  świętej  wojny...  Niektórzy  uczeni  temu  przeczą.  Twierdzą,  że 

buddyzm  nie  jest  taki  pacyfistyczny,  taki  łagodny  i  na  poparcie  tej  tezy  podają 

przykład buddyjskich wojowników, którzy żyli w Japonii przed wieloma wiekami. 

Jednak i oni przyznają, że nawet buddyjscy wojownicy nigdy nie prowadzili świę-

tej wojny, żeby kogoś nawrócić. Faktem jest też, że historia buddyzmu nie notuje 

żadnego Saladyna ani Leona IX, ani Urbana II, ani Innocentego II, ani Piusa II, ani 

Juliusza II  - mam na myśli papieży, którzy prowadzili armie i mordowali ludzi w 

imię Boga. A jednak muzułmanie prześladują także buddystów. Wysadzają ich ty-

siącletnie pomniki, zabraniają im praktykować ich religię, nawracają ich siłą. Zatem 

pytam:  kto  będzie  następny,  teraz  gdy  „bożki”  z  Bamjan  zostały  zniszczone  jak 

dwie wieże? Inni niewierni, którzy modlą się do Wisznu czy Sziwy, Brahmy, Krisz-

ny,  Annapurny?  Hindusi  mieszkający  w  Kaszmirze,  spornym  regionie,  który  Paki-

stan chce okupować od czasu podziału w 1947 roku? Innymi słowy, czy nienawidzą 

tylko  chrześcijan  i  buddystów,  ci  żarłoczni  synowie  Allacha,  czy  też  zamierzają 

podbić całą naszą planetę? 

Pytania  pozostaną,  nawet  jeśli  Osama  bin  Laden  umrze  czy  nawróci  się  na 

katolicyzm. Albo jego uczniowie staną się tak liberalni jak mój Kon-dun. Bo Osama 

bin  Laden  i  jego  uczniowie,  nigdy  nie  przestanę  powtarzać,  są  tylko  najnowszym 

przejawem rzeczywistości, na którą Zachód w swej głupocie czy cynizmie przymyka 

oczy od stuleci. Na litość boską! W 1982 roku widziałam, jak niszczyli katolickie ko-

ścioły,  palili  krucyfiksy,  brukali  Madonny,  sikali  na  ołtarze,  zamieniali  kaplice  w 

latryny. Widziałam, jak folgują swej pogardzie dla innych religii. Widziałam ich w 

Bejrucie. Tym Bejrucie, który przed ich przybyciem był tak bogaty, tak szczęśliwy, 

tak elegancki, a który dziś jest zapyziałą repliką Damaszku czy Islamabadu... Tym 

Bejrucie,  gdzie  Palestyńczycy  zostali  przyjęci  przez  chrześcijan  jak  Tybetańczycy 

mojego Kon-dun przez Hindusów w Dharamsali i gdzie natychmiast postawili się 

w roli panów. Gdzie pod przywództwem pana Arafata zbudowali państwo w pań-

background image

stwie,  a  potem  rozpełźli  się  po  całym  Libanie.  Poczytaj  sobie  gazety  sprzed  dwu-

dziestu lat, jeśli nie pamiętasz. Albo przeczytaj jeszcze raz moją „Inszallach”. To po-

wieść,  prawda,  ale  oparta  na  historycznych  wydarzeniach,  których  doświadczyło 

tysiące ludzi, a setki dziennikarzy opisało w każdym języku. Pamięć może zawieść, 

hipokryzja  może  zwyciężyć,  ale  historii  nie  da  się  wymazać...  Można  zapominać, 

ignorować,  tak.  Można  ją  fałszować  jak  Wielki  Brat  w  powieści  Orwella,  ale  nie 

można jej wymazać. A mówiąc jak zwykle o tych, którzy udają, że nie widzą lub że 

zapomnieli: jak to możliwe, że tak zwani lewicowcy nie wspominają już ostrzeżenia 

Karola  Marksa  „religia  to  opium  dla  mas”?  Jak  to  się  dzieje,  że  nigdy  nie  wypo-

wiadają  się  przeciw  teokratycznym  reżimom  w  państwach  islamskich?  Pomyślcie: 

w ani jednym kraju islamskim nie ma rządu demokratycznego, rządu laickiego. Ani 

jednym. Nawet te, które są tłamszone przez dyktaturę wojskową jak Irak czy Libia, 

czy Pakistan, nawet te podporządkowane monarchii absolutnej jak Arabia Saudyj-

ska czy Jemen, nawet te, w których władzę sprawuje nieco bardziej umiarkowana 

monarchia jak Jordania czy Maroko, nigdy nie schodzą z drogi religii, która kontro-

luje i reguluje, i despotycznie rządzi każdą chwilą życia swoich ofiar. (Drobny przy-

kład?  Zmarły  król  Maroka,  często  postrzegany  jako  nowoczesny  facet,  nigdy  nie 

ujawnił imienia ani nie ukazał twarzy swojej pierwszej żony - królowej. A fakt, że 

obecny  władca  podał  imię i  ujawnił zdjęcie  dziewczyny, którą  poślubił,  uważany 

jest za oznakę nowoczesności.) No, to jak? Czy takie reżimy mogą współegzystować 

z naszymi zasadami wolności, demokracji, cywilizacji? Czy możemy je akceptować 

w imię tolerancji, wyrozumiałości, porozumienia i pluralizmu? Jeśli tak, to dlaczego 

walczyliśmy z Mussolinim i Hitlerem, a później ze Stalinem i z jego kompanią? Po 

co poszliśmy do Wietnamu? Czemu sprzeciwialiśmy się i nadal sprzeciwiamy temu 

nieznośnemu  Fidelowi  Castro?  Czemu  rzucaliśmy  bomby  na  Jugosławię  Milosze-

wića? Czemu gramy rolę światowego policjanta i zabijamy, i umieramy w wojnach 

wypowiadanych wrogom wolności, demokracji, cywilizacji? Czy te zasady są waż-

ne tylko w niektórych wypadkach, tylko wobec niektórych krajów? Czy islamskie 

tyranie  nie  są  równie  niedopuszczalne,  równie  nie  do  przyjęcia  jak  faszystowskie 

czy komunistyczne? Dosyć waszej dwulicowości, dwuznaczności, hipokryzji, cykady 

wszelkich krajów i języków! Skończcie te bzdury i odpowiedzcie: Gdzie się podział 

wasz  laicyzm,  wasza  świeckość,  wasz  otrąbiony  liberalizm?  A  dokładniej:  czy  kie-

dykolwiek istniał? Bo jeśli kiedyś istniał, jeśli w jakimś zakątku waszego nieczyste-

go  sumienia  nadal  istnieje,  przygwożdżę  was  kolejnym  pytaniem:  Jakim  prawem 

potępiacie  ortodoksyjnych  Żydów,  którzy  noszą  czarne  kapelusze  jak  amisze  i  za-

background image

puszczają  brody  jak  Osama  bin  Laden,  i  trefią  włosy  w  loki  jak  Dama  Kamelio-

wa?!?  To  prawo  należy  do  mnie  -  wolnej  duchem,  laika,  osoby,  która  odrzuca 

wszelką formę tyranii i interwencji religii, która nawet nie chce słyszeć określenia 

państwo teokratyczne. Nie do was. 

A teraz porozmawiajmy o pionierach, którzy zdobyli sobie przyczółki, założy-

li osady w moim kraju. W moim mieście. 

 

* * * 

Nie jeżdżę stawiać namiotów w Mekce. Nie idę recytować „Ojcze Nasz” czy 

„Zdrowaś  Mario”  przed  grobem  Proroka.  Nie  chodzę  sikać  na  ściany  meczetów.  A 

tym bardziej srać na nie. Kiedy jestem w ich krajach (co nie sprawia mi najmniej-

szej przyjemności), nigdy nie zapominam, że jestem gościem i cudzoziemką. Staram 

się  nie  obrażać  ich  uczuć  swoim  strojem  czy  gestami,  czy  zachowaniem,  które  dla 

nas mogą być normalne, a dla nich nie do przyjęcia. Traktuję ich z należnym sza-

cunkiem, należną grzecznością, uwagą. Przepraszam, jeśli z niewiedzy czy nieuwagi 

złamię któreś z ich zasad czy przesądów. A kiedy w mej pamięci dwa zburzone wie-

żowce mieszają się z dwoma wysadzonymi posągami, widzę też obraz (nie apoka-

liptyczny,  ale  dla  mnie  równie  symboliczny)  ogromnego  namiotu,  który  dwa  lata 

temu oszpecił Plac Katedralny we Florencji. Moim mieście. 

Ogromny namiot wzniesiony przez somalijskich muzułmanów (Somalia jest 

krajem, który ma bliskie związki z Osamą bin Ladenem, pamiętasz, a także krajem, 

gdzie  w  roku  1993  zamordowano,  a  następnie  okaleczono  siedemnastu  komando-

sów  z  sił  pokojowych),  aby  oskarżyć  włoski  rząd  o  to,  że  wreszcie  zawahał  się 

przedłużyć  im  paszporty  i  przyjmować  hordy  ich  krewnych.  Matki,  ojców,  braci, 

siostry, wujków, ciocie, kuzynów, żony w ciąży, a może także krewnych ich krew-

nych.  Namiot  wzniesiony  obok  pałacu  arcybiskupów,  na  chodniku,  na  którym 

przybysze zostawiali buty i butelki z wodą potrzebną do mycia stóp przed modli-

twą. A zatem naprzeciwko katedry Santa Maria del Fiore i kilka kroków od Bapty-

sterium. Namiot umeblowany jak małe mieszkanie: stoliki, krzesła, kanapy, mate-

race, na których można spać i pieprzyć się, kuchenki, na których można gotować i 

którymi można zasmrodzić plac. A zatem namiot na wszelkie okazje. Namiot wypo-

background image

sażony w elektryczność i taśmę odtwarzającą głos muezina, który bezustannie na-

woływał  wiernych,  napominał  niewiernych,  skutecznie  zagłuszał  piękny  dźwięk 

dzwonów. Oprócz tego wszystkiego żółte strużki moczu, które sprofanowały tysiąc-

letnie marmury Baptysterium jak również jego złociste drzwi. (Wielkie nieba! Na-

prawdę  celnie  sikają  ci  synowie  Allacha!  Jak  udało  im  się  tak  dobrze  trafić  w  cel 

osłonięty  balustradą  i  oddalony  o  ponad  dwa  metry  od  ich  aparatu  sikającego?) 

Wraz  z  żółtymi  strużkami  moczu  odór  ekskrementów,  które  zablokowały  główne 

wejście do San Salvatore al  Vescovo  - wspaniałego romańskiego kościoła (IX w.), 

który stoi w pobliżu placu i który synowie Allacha obrócili w latrynę, jak kościoły 

w Bejrucie w 1982 roku. Zresztą wiesz. 

Wiesz,  ponieważ  to  ja  zadzwoniłam  do  ciebie  i  poprosiłam,  żebyś  zainter-

weniował  w  swojej  gazecie,  pamiętasz?  Zadzwoniłam  też  do  burmistrza  Florencji, 

który natychmiast złożył mi wizytę, pokornie zniósł moją furię, nieśmiało przyznał, 

że  moje  protesty  są  uzasadnione.  „Ma  pani  rację.  Zupełną  rację”.  Ale  nie  usunął 

namiotu. Zapomniał albo, co bardziej prawdopodobne, nie miał odwagi. Zadzwoni-

łam  też  do  ministra  spraw  zagranicznych,  który  był  florentyńczykiem  i  mówił  z 

bardzo  florenckim  akcentem  i  który był  władny  przedłużać  zagraniczne  paszporty 

lub odmawiać przedłużenia. On także zniósł moją furię. On także przyznał, że moje 

protesty  są  uzasadnione.  ,,Ma  pani  rację.  Zupełną  rację”.  Ale  nie  zrobił  nic,  aby 

usunąć  namiot.  Jak  burmistrz  -  zapomniał.  Albo,  co  bardziej  prawdopodobne,  nie 

miał  odwagi.  Potem  (minęły  ponad  trzy  miesiące)  zmieniłam  taktykę.  Zadzwoni-

łam  do  policjanta,  który  kierował  biurem  bezpieczeństwa  miasta  i  warknęłam: 

„Panie  władzo,  ja  nie  jestem  politykiem  - kiedy  coś  mówię,  to  na  serio.  Jeżeli  do 

jutra  nie  usunie  pan  tego  cholernego  namiotu,  to  ja  go  spalę.  Przysięgam na  mój 

honor,  że  go  spalę  i nawet  regiment  żołnierzy  mnie nie  powstrzyma.  I  za  to  chcę 

być  aresztowana.  Zakuta  w  kajdany,  zamknięta  w  więzieniu,  aresztowana!  Żeby 

gazety i stacje telewizyjne doniosły, że Fallaci została zamknięta we własnym mie-

ście za obronę własnego miasta. I całe gówno spadnie na was”. Cóż, ponieważ po-

licjant był inteligentniejszy od tych pozostałych, w ciągu kilku dni usunął cholerny 

namiot.  Została  tylko  ogromna,  odrażająca  plama  na  chodniku  placu.  To  znaczy 

brudne  pozostałości  po  trzyipółmiesięcznym  obrzydliwym  biwaku.  Ale  marne  to 

było zwycięstwo, pyrrusowe zwycięstwo w  gruncie rzeczy. Bo wkrótce potem so-

malijskie paszporty zostały przedłużone przez ministra spraw zagranicznych z bar-

dzo  florenckim  akcentem  i  wszystkie  somalijskie  żądania  zostały  spełnione  przez 

background image

rząd.  Dziś  protestujący  oraz  ich  ojcowie,  matki,  bracia,  siostry,  wujkowie,  ciocie, 

kuzyni, ich żony w ciąży (które tymczasem już urodziły dzieci) mieszkają sobie tam, 

gdzie chcieli zamieszkać. To znaczy we Florencji i w innych miastach europejskich. 

Marne  to  było  i  pyrrusowe  zwycięstwo, bo  usunięcie  namiotu  nie  zmieniło  prze-

różnych  zniewag  poniżających  od  dziesięcioleci  miasto,  które  było  stolicą  sztuki, 

kultury, piękna. 

I ponieważ ten incydent nie zniechęcił innych muzułmańskich intruzów. Al-

bańczyków, Sudańczyków, Bengalczyków, Tunezyjczyków, Egipcjan, Algierczyków, 

Pakistańczyków,  Nigeryjczyków,  którzy  z  zapałem  rozwijają  handel  narkotykami 

(najwyraźniej takiego grzechu Koran nie potępia). Wraz z nimi przekupnie, którzy 

są plagą naszych ulic i placów, sprzedający podrabiane zegarki i ołówki. Kramarze, 

którzy  wykładają  swój  towar  na  małych  dywanach  rozłożonych  na  chodnikach. 

Prostytutki, które uprawiają swoje rzemiosło i szerzą AIDS nawet wzdłuż wiejskich 

dróg.  Włamywacze,  którzy  napadają  na  wiejskie  domy  zwłaszcza  w  nocy,  a  nie 

próbuj  powitać  ich  z  rewolwerem  w  ręku,  bo  wtedy  ty  pójdziesz  do  więzienia. 

(Oskarżony również o rasizm, rzecz jasna.) 

O  tak.  Wszyscy  oni  są  tam,  gdzie  byli,  zanim  mój  policjant  usunął  namiot. 

Kramarze  siedzą  w  kucki  nawet  na  wspaniałym  dziedzińcu  między  dwoma  arka-

dami Galerii Uffizi. Dziedzińcu Vasariego. Blokują nawet wejścia do muzeów i bi-

bliotek. Na przykład prastarej Biblioteca Laurenziana (tej, która przechowuje takie 

skarby jak tysiącletni Kodeks Wergiliański czy średniowieczne iluminowane manu-

skrypty)  i  wspaniałej  Biblioteki  Narodowej.  Zajmują  też  teren  wokół  kampanili 

Giotta,  most  Ponte  Vecchio,  gdzie  koczują  pod  sklepami  jubilerskimi,  i  chodniki 

wzdłuż  rzeki  Arno.  Moje  piękne  Lungarni...  Okupują  też  tysiącletnie  dziedzińce 

przed kościołami. Na  przykład dziedziniec przed bazyliką San Lorenzo. Miejsce, w 

którym publicznie łamiąc przykazania proroka upijają się, a gdy się upiją, zaczepia-

ją kobiety. (Ubiegłego lata zaczepili nawet mnie  - wiekową damę. Nie trzeba do-

dawać, że drogo zapłacili za ten afront. Jeden z nich pewnie do tej  pory opłakuje 

swoje  genitalia.)  Pretekstem  jest  oczywiście  sprzedaż  towarów.  Ale  przez  „towar” 

oni  rozumieją  wyroby  skórzane  imitujące  markowe  modele  -  a  zatem  nielegalne. 

Rozumieją plakaty, pocztówki, tanie zegarki, afrykańskie statuetki, które nierozgar-

nięci  turyści  biorą  za  renesansowe  rzeźby.  I  powtarzam  -  narkotyki.  „Je  connais 

mes droits - znam swoje prawa” - wysyczał po francusku nigeryjski handlarz nar-

background image

kotyków, kiedy zagroziłam, że każę go aresztować. Dokładnie te  same słowa wy-

mówił dwa lata wcześniej bardzo młody syn Allacha na placu Porta Romana, kie-

dy lubieżnie schwycił mnie za pierś i oczywiście dostał kopniaka w krocze. „Znam 

swoje prawa”. Domagają się też finansowego wsparcia od miasta i dostają je. Żąda-

ją  też  budowy  nowych  meczetów  i  dostają  je.  Oni,  którzy  w  swoich  krajach  nie 

pozwalają  chrześcijanom  wybudować  nawet  malej  kapliczki  i  którzy  tak  często 

mordują zakonnice czy misjonarzy. I biada obywatelowi, który zaprotestuje, który 

zdesperowany  wykrzyknie:  „Idźcie  sobie  egzekwować  wasze  prawa  we  własnych 

krajach”. Biada przechodniowi, który spacerując pomiędzy „towarami” nadepnie na 

torbę,  plakat  czy  statuetkę.  „Rasista,  rasista!”  Biada  policjantowi,  który  podejdzie 

do  nich  i  grzecznie  zapyta:  „Szanowny  panie  kramarzu,  Wasza  Ekscelencjo,  czy 

mógłby  pan  proszę  przesunąć  swój  towar  o  parę  centymetrów, żeby  ludzie  mogli 

przejść?”  Zjedzą  go  żywcem.  Pogryzą  jak  wściekłe  psy.  A  w  najlepszym  wypadku 

obrażą  jego  matkę,  jego  ojca,  jego  przodków,  jego  potomstwo.  A  florentyńczycy 

trzymają  gęby  na  kłódkę.  Zastraszeni,  zrezygnowani,  szantażowani  słowem  „rasi-

sta”.  Nie  reagują  nawet  na  upomnienie,  którego  mój  ojciec  używał  w  czasach  fa-

szyzmu wobec tchórzy znoszących szykany i brutalność Czarnych Koszul:  „Czy  nie 

macie odrobiny godności, wy parszywe owce?!? Czy nie macie choć trochę poczu-

cia własnej wartości, wy nędzne króliki?” 

Tak samo dzieje się w innych włoskich miastach, to prawda. Tak dzieje się w 

Turynie,  na  przykład.  W  tym  Turynie,  któremu  zawdzięczaliśmy  tak  wiele  w  cza-

sach jednoczenia Włoch, a który dziś nie wygląda nawet jak włoskie miasto - wy-

gląda jak miasto afrykańskie. (Nawiasem mówiąc, turyńskie ściany noszą szczegól-

nie  dużo  muzułmańskich  napisów  o  treści  „Zjeżdżajcie.  Ta  ulica  jest  moja”.)  Tak 

dzieje się w Wenecji. Tej Wenecji, gdzie tysiące gołębi na placu św. Marka zostało 

przepędzone  przez  handlarzy  i  kramarzy  i  gdzie  tysiącletnie  zabytki  są  zbrukane 

takimi samymi strużkami moczu jak te, które zbrukały Baptysterium we Florencji. 

Tak  dzieje  się  w  Genui.  Tej  Genui,  której  cudowne  pałace  entuzjastycznie  podzi-

wiane  przez  Rubensa są  teraz  zamieszkane  przez  bezlitosnych  wandali  i  umierają, 

jak  piękne  kobiety  zgwałcone  przez  stada  dzikich  bestii.  Tak  dzieje  się  w  Rzymie. 

Tym  Rzymie,  w  którym  pewni  wandale  nie  szanują  nawet  wykopalisk  archeolo-

gicznych.  I  gdzie  politycy  wszelkiej  maści  i  wszelkich  odcieni  obłudy  chronią  ich, 

by  w  przyszłości  zyskać  ich  głosy.  (Tak,  teraz  nasi  politycy  mówią  nawet  o  tym, 

żeby  dać  naszym  gościom  prawo  głosu.)  I  gdzie  nieusatysfakcjonowany  jeszcze 

background image

przeprosinami  za  krucjaty  papież  bezustannie  ich  błogosławi.  (Raz  jeszcze,  Ojcze 

Święty: czemu się nie opamiętasz? Czemu w imię Jedynego Boga nie ulokujesz tych 

braci  we  wnętrzach  przestronnego  Watykanu?  Oczywiście  pod  warunkiem,  że  nie 

będą srali w Kaplicy Sykstyńskiej. Że nie będą sikali na rzeźby Michała Anioła, że 

nie splugawią malowideł Rafaela). Dzieje się tak również w Szwajcarii, we Francji, 

w Belgii, w Niemczech, w Hiszpanii, w Anglii, w Holandii, w Szwecji, w Norwegii, 

w Danii, na Węgrzech, w Grecji i tak dalej i tak dalej amen. Dzieje się tak w całej 

Europie.  Ale  we  Włoszech  ten  skandal  przekracza  wszelkie  granice  przyzwoitości, 

tolerancji.  Bo  pod  względem  dziedzictwa  artystycznego  nasze  miasta  mają  więcej 

do stracenia niż inne miasta europejskie. I ponieważ Włochy są tak niebezpiecznie 

blisko Albanii, Bośni, Egiptu, Libii, Tunezji, Algierii, Maroka - krajów, z których po-

chodzi  zdecydowana  większość  tych  najeźdźców...  Czy  muszę  ci  przypominać,  że 

Włochy  są  praktycznie  wyspą  na  łasce  muzułmańskich  imigrantów,  długim  mo-

stem  rozciągniętym  pośrodku  Morza  Śródziemnego,  krajem,  który  ma  prawie  8,5 

tysiąca  kilometrów  wybrzeży  niedających  się  kontrolować?  Czy  muszę  ci  przypo-

minać,  że  prawie  wszyscy  emigranci  wyjeżdżający  z  Albanii,  Bośni,  Egiptu,  Libii, 

Tunezji, Algierii, Maroka i reszty muzułmańskiej Afryki podróżują morzem i, nawet 

jeśli  zmierzają  do  Europy  północnej,  lądują  na  naszych  wybrzeżach?  Czy  muszę  ci 

przypominać, że gdy już wylądują na naszych wybrzeżach, spotykają się tu z takim 

nadmiarem gościnności, że, zamiast jechać dalej, 25% z nich decyduje się zatrzymać 

we Włoszech, osiedlić się we Włoszech, jak Maurowie, którzy osiedlali się w Por-

tugalii i w Hiszpanii tysiąc lat temu? 

I teraz to ja czegoś nie rozumiem. Bo, do cholery, ich wspólnicy i protektorzy 

nazywają ich „zagranicznymi robotnikami” lub „siłą roboczą, której potrzebujemy”. 

I wielu z nich pracuje, to prawda. Włosi stali się takimi dandysami. Jeżdżą na wa-

kacje  na  Seszele,  spędzają  Boże  Narodzenie  w  Paryżu,  mają  angielskie  nianie, 

wstydzą się pracy fizycznej. Wszyscy chcą być lekarzami, profesorami, generałami, 

admirałami,  właścicielami  ziemskimi,  piosenkarzami,  przedsiębiorcami.  Nie  chcą 

mieć nic wspólnego z proletariatem, a, na litość boską, ktoś w społeczeństwie musi 

wykonywać pracę wymagającą fizycznego wysiłku... Ale ci intruzi, których właśnie 

opisałam, jakimiż są robotnikami? W jaki sposób zapewniają fizyczną siłę roboczą, 

której włoski eksproletariat nie chce już zapewnić? Włócząc się po miastach ze swo-

im „towarem”, swoimi prostytutkami, swoimi narkotykami? Niszcząc nasze pomni-

ki,  koczując  na  dziedzińcach  prastarych  kościołów?  Upijając  się  wbrew  Koranowi, 

background image

szepcząc  świństwa wiekowym  damom  lub łapiąc  je  za  piersi,  sycząc  „znam swoje 

prawa”? I czegoś jeszcze nie rozumiem - jeśli są tak biedni, jak twierdzą ich wspól-

nicy i protektorzy, to kto daje im pieniądze na podróż? Skąd biorą te pięć czy dzie-

sięć tysięcy dolarów na głowę, potrzebnych na wyjazd? 

A  może  te  pieniądze  dostarcza  jakiś  Osama  bin  Laden  po  to,  żeby  zorgani-

zować  przyczółki  Odwrotnej  Krucjaty  i  lepiej  organizować  islamski  terroryzm?  A 

może te pięć czy dziesięć tysięcy dolarów na głowę wykładają ich bogaci szejkowie 

po to, by urzeczywistnić podbój, który ma być nie tylko podbojem dusz, lecz rów-

nież  podbojem  terytorium?  Za  bardzo  się  mnożą.  Włosi  nie  płodzą  już  dzieci,  ci 

idioci.  Od  dziesięcioleci  mają  najniższy  wskaźnik  urodzeń  na  Zachodzie.  Nasi  „za-

graniczni robotnicy” natomiast płodzą dzieci i rozmnażają się wręcz wspaniale. Co 

najmniej połowa muzułmańskich kobiet, które się widzi na naszych ulicach, jest w 

ciąży albo otoczona wianuszkiem dzieci. Wczoraj w Rzymie trzy z nich urodziły w 

miejscach publicznych. Jedna w autobusie, jedna w taksówce, jedna na ulicy. Nie, 

teoria o sile roboczej mnie nie przekonuje. A ci, którzy biorą ją poważnie, mylą się 

w równym stopniu co ten głupiec, który porównuje obecne fale migracji z migra-

cją, która trafiła do Ameryki w drugiej połowie XIX i pierwszej ćwierci XX wieku. 

Pozwól, że wyłożę dlaczego. 

 

* * * 

Jakiś czas temu słyszałam jak jeden z niezliczonych byłych premierów, któ-

rzy zadręczają Włochy przez ostatnie dziesięciolecia, mówił w telewizji: „Mój wu-

jek  też  był  emigrantem.  Dobrze  pamiętam  wujka,  który  wyjechał  do  Ameryki  ze 

swoją tekturową walizką”. Zupełnie nie tak, mój źle poinformowany czy nieszczery 

ekspremierze. Pomijając fakt, że nie mogłeś mieć wujka, który wyjechał do Amery-

ki z tekturową walizką, bo wujkowie z tekturowymi walizkami wyjeżdżali do Ame-

ryki w pierwszej ćwierci XX wieku, a więc wtedy, kiedy ciebie nie było jeszcze na 

świecie, to zupełnie nie jest to samo. To zupełnie nie jest to samo z powodów, któ-

re ignorujesz lub udajesz, że ignorujesz. A oto one. 

Po  pierwsze  Ameryka  jest  kontynentem  o  powierzchni  9,4  min  kilometrów 

kwadratowych. Nadal istnieją tu ogromne rejony, które są całkowicie niezamiesz-

background image

kane lub tak rzadko zaludnione, że całymi miesiącami można nie spotkać drugiego 

człowieka. A zwłaszcza w drugiej połowie XIX wieku te ogromne regiony były zu-

pełnie puste albo prawie puste. Żadnych miast, miasteczek, żadnych dróg, żadnych 

domów - co najwyżej mały fort czy korral, gdzie można było zmienić konie. Więk-

szość ludności skupiała się w stanach wschodnich. Na Środkowym Zachodzie była 

tylko  garstka  zuchwałych  awanturników  i  plemiona  indiańskie  -  tak  zwani  czer-

wonoskórzy. Na Dalekim Zachodzie ludzi było jeszcze mniej - gorączka złota dopie-

ro się zaczęła. Cóż, Wiochy nie są kontynentem. Są dość małym krajem, trzydzieści 

dwa razy mniejszym od Ameryki, i przeludnionym - około 58 min Włochów wobec 

282  min  Amerykanów.  A  zatem,  jeśli  trzysta  czy  czterysta  tysięcy  synów  Allacha 

osiedla się co roku we Włoszech (a tak się dzieje), to można to porównać do sytua-

cji, w której trzy lub cztery miliony Meksykanów osiedlałoby się co roku w Teksa-

sie, Arizonie czy Kalifornii. Po drugie, przez sto lat, to znaczy od wojny o niepodle-

głość  do  1875  roku,  Ameryka  była  krajem  bez  granic.  Jej  granice  i  wybrzeża  były 

niestrzeżone,  cudzoziemcy  mogli  przybywać  kiedy  chcieli,  a  imigranci  byli  bardzo 

dobrze widziani. Żeby rosnąć i rozwijać się, nowo powstały naród musiał wykorzy-

stać dostępną mu przestrzeń, potencjalne bogactwa i właśnie dlatego 20 maja 1862 

roku  Abraham  Lincoln  podpisał  Homestead  Act  -  ustawę  o  osadnictwie.  Ustawę, 

która udostępniała osadnikom ponad sto milionów  hektarów ziemi federalnej. W 

Oklahomie  na  przykład.  W  Montanie,  Nebrasce,  Kolorado,  Kansas  w  obu  Dako-

tach...  Ustawę,  z  której  co  więcej  mogli  korzystać  nie  tylko  Amerykanie.  Z  wyjąt-

kiem  traktowanych  per  noga  Chińczyków  i  prześladowanych  Indian,  każdy  (męż-

czyzna lub kobieta) mógł ubiegać się o 65 hektarów ziemi i otrzymać je w prezen-

cie. Warunkami były: ukończone dwadzieścia jeden lat, zasiedlenie nadanej  ziemi 

przez  okres  nie  krótszy  niż  pięć  lat,  przekształcenie  pustkowia  w  farmę  z  domem, 

założenie rodziny i (jeśli wnioskodawca nie był Amerykaninem) złożenie podania 

o obywatelstwo. I rzeczywiście, zwabieni sloganami „amerykański sen”, „Ameryka 

krajem możliwości”, liczni kandydaci na osadników przybyli z Europy. Przybyli tak 

licznie,  że  całe  plemiona  tubylców  (Czerokezi,  Krikowie,  Seminole,  Czikasawowie, 

Czejenowie)  zostały  brutalnie  wypędzone  i  w  haniebny  sposób  zamknięte  w  re-

zerwatach. No cóż, we Włoszech nigdy nie było Homestead Act zapraszającego ob-

cokrajowców, żeby osiedlali się na naszym terytorium. 

„Przyjeżdżajcie,  cudzoziemcy,  przyjeżdżajcie.  Jeśli  przyjedziecie,  damy  wam 

ładny  kawałek  ziemi  w  Chianti  albo  w  dolinie  Padu  albo  na  Riwierze.  Dla  was 

background image

wypędzimy tubylców, to znaczy Toskańczyków, Lombardczyków i Liguryjczyków i 

umieścimy  ich  w  jakichś  rezerwatach”.  Tak  jak  w  innych  krajach  Europy  wszyscy 

imigranci, którzy trapią Włochy, przybyli z własnej inicjatywy. Na cholernych stat-

kach,  na  cholernych  gumowych  łódkach  albańskiej  mafii  i  pomimo  naszej  straży 

wybrzeża, która próbowała ich nie wpuścić. Bo my nie jesteśmy krajem bez granic, 

mój drogi ekspremierze, rzekomy siostrzeńcze wujka z tekturową walizką. Nie ma-

my ziemi do rozdania. Żadnych pustych regionów do zaludnienia. Żadnych Czero-

kezów, Krików, Seminoli, Czikasawów czy Czejenów do wypędzenia. 

Po  trzecie,  nawet  Ameryka,  „kraj  możliwości”,  nie  była  zawsze  tak  otwarta 

jak za prezydentury Lincolna. W 1875 roku, na przykład, rząd amerykański zdał so-

bie  sprawę,  że  trzeba  wprowadzić  jakieś  ograniczenia  i  Kongres  uchwalił  prawo 

zakazujące  wjazdu  byłym  skazańcom  i  prostytutkom.  W  1882  roku  drugie  prawo, 

które wykluczało szaleńców i tych, którzy najprawdopodobniej stanowiliby obcią-

żenie  dla  społeczeństwa.  W  1903  roku  trzecie,  które  wykluczało  epileptyków  i  za-

wodowych żebraków oraz ludzi zakaźnie chorych i anarchistów. (Niewłaściwa na-

zwa, która w owym czasie była nadawana  zarówno świrom polującym na prezy-

dentów,  jak i radykałom siejącym zamęt czy wywołującym strajki.) Od tej chwili 

polityka  imigracyjna  stała  się  bardzo  restrykcyjna,  a  nielegalni  imigranci  byli  na-

tychmiast wydalani. We Włoszech, w Europie natomiast wjeżdżają jak chcą i kiedy 

chcą. Terroryści, złodzieje, gwałciciele. Byli skazańcy, prostytutki, żebracy. Handla-

rze narkotyków, zakaźnie chorzy. Nawet ci, którzy mają pozwolenie na pracę, nie są 

w żaden sposób sprawdzani. Gdy tylko wylądują, dostają mieszkanie, wyżywienie 

i opiekę lekarską na koszt tubylców. To znaczy włoskich podatników. Dostają na-

wet  comiesięczne  kieszonkowe  na  drobne  wydatki.  Co  do  nielegalnych  imigran-

tów,  nawet  jeśli  przypadkiem  zostaną  wydaleni,  bo  popełnią  jakąś  odrażającą 

zbrodnię, to i tak wracają. Jeśli zostaną znowu wydaleni, wracają jeszcze raz. Żeby 

popełnić  kolejne  zbrodnie,  rzecz jasna.  A  politycy  nie robią  nic. Do  diabła!  Nigdy 

nie  zapomnę  wieców,  podczas  których  nielegalni  imigranci  zapełnili  w  zeszłym 

roku  nasze  place,  żeby  bezczelnie  domagać  się  prawa  pobytu.  (Często  machając 

swoimi narodowymi flagami lub czerwonymi sztandarami.) Te paskudne, wykrzy-

wione twarze. Te pięści gotowe bić nas tubylców, wepchnąć nas do jakiegoś rezer-

watu. Te wycia, które przywodzą na myśl wycia z Iranu Chomeiniego i całej listy 

krajów bin Ladena - Indonezji, Malezji, Pakistanu, Iraku, Senegalu, Somalii, Nigerii 

i tak dalej... Nigdy tego nie zapomnę, bo nie tylko mnie obrażano - czułam też, że 

background image

szydzą  ze  mnie  politycy,  którzy  mówią:  „Chcielibyśmy  ich  wydalić,  repatriować. 

Ale  nie  wiemy,  gdzie  się  ukrywają”.  Ukrywają?!?  Wy,  żałosne  palanty!  Były  ich 

całe  tysiące  na  tych  placach  i  wcale  się  nie  ukrywali.  Żeby  ich  wydalić,  repatrio-

wać,  wystarczyłoby  otoczyć  ich  grupką  uzbrojonych  policjantów i  żołnierzy. Zała-

dować na ciężarówki, zawieźć na lotnisko czy do portu i wysłać z powrotem do ich 

krajów. 

Co  do  ostatniego  powodu,  mój  drogi  eks-premierze  i  rzekomy  siostrzeńcze 

wujka z tekturową walizką, jest tak prosty, że nawet niedorozwinięte dziecko by go 

zrozumiało. Ameryka jest bardzo młodym krajem. Gdy przypomnimy sobie, że jej 

narodziny  jako  narodu  miały  miejsce  pod  koniec  XVIII  wieku,  szybko  policzymy, 

że dziś (rok 2002) ma nieco ponad dwieście lat. Jest też narodem imigrantów. Od 

czasów „Mayflower”, od czasów trzynastu kolonii, od zawsze wszyscy w Ameryce 

są  imigrantami.  Lub  dziećmi,  wnukami,  dalekimi  lub  bliskimi  krewnymi  imigran-

tów. Jako naród imigrantów, Amerykanie są najbardziej niewiarygodną mieszanką 

ras, religii i języków, jaka kiedykolwiek istniała na tej planecie. Jako bardzo młody 

kraj,  Ameryka  ma  bardzo  krótką  historię.  Zatem  jej  tożsamość  kulturowa  nie  jest 

jeszcze  dobrze  określona.  Włochy  natomiast  są  bardzo  starym  krajem.  Po  Grecji, 

powiedziałabym,  najstarszym  na  Zachodzie.  Zapisana  historia  kraju  sięga  trzech 

tysięcy lat wstecz, czasów, gdy założono Rzym. Jeszcze dalej, gdy Etruskowie stwo-

rzyli cywilizowane społeczeństwo. W ciągu tych trzech tysięcy lat i pomimo Cesar-

stwa  Rzymskiego,  pomimo  najazdów,  które  ostatecznie  doprowadziły  do  upadku 

tego niezwykłego osiągnięcia, pomimo okupacji, które podzieliły nasz kraj na wie-

ki,  Włosi  nigdy  nie  byli  narodem  imigrantów.  To  znaczy  mieszanką  ras,  religii  i 

języków. Włosi nie przystosowywali się nawet do swoich najeźdźców. Wszyscy ci 

cudzoziemcy, którzy nas okupowali i dzielili (Niemcy, Skandynawowie, Hiszpanie, 

Francuzi, Austriacy), nigdy nie byli w stanie zmienić naszej tożsamości. Byli nato-

miast przez nas wchłaniani jak woda wsiąkająca w gąbkę. (Żeby podać jakiś przy-

kład,  pomyśl  tylko  o  dynastii  lotaryńsko-habsburskiej,  która  w  1735  roku  zaczęła 

władać Toskanią i której  przedstawiciele jako wielcy książęta osiedli we Florencji, 

gdzie rządzili aż do 1859 roku, to znaczy do zjednoczenia. Wkrótce nazwali się To-

skańczykami,  florentyńczykami.  Mówili,  pisali,  zachowywali  się  jak  florentyńczy-

cy...  Jeden  po  drugim  zapominali  być  Austriakami  i  kiedy  odwiedzali  w  Wiedniu 

swoich krewnych, wzdychali: „Tęsknię za moją Toskanią, tęsknię za moim krajem!” 

I dokładnie to samo stało się z Burbonami, którzy rządzili Neapolem, Królestwem 

background image

Obojga Sycylii. Zapomnieli być Hiszpanami, stali się neapolitańczykami.) W rezul-

tacie  nasza  tożsamość  kulturowa  jest  dobrze  określona.  I  chociaż  zawiera  pewne 

elementy wessane przez gąbkę (zważcie na nasze liczne dialekty, rozmaite zwyczaje, 

zróżnicowaną kuchnię), w żadnej mierze nie obejmuje to świata muzułmańskiego. 

W żadnej mierze ten świat nigdy na nas nie wpłynął. Co więcej, od dwóch tysięcy 

lat nasza jedność oparta była na religii zwanej chrześcijaństwem. Na Kościele, któ-

ry  nazywa  się  Kościołem  katolickim…  Weź  mnie  na  przykład.  „Jestem  ateistką, 

jestem antyklerykałem, nie mam nic wspólnego z Kościołem katolickim” - tak zaw-

sze powtarzam. I jest to prawda. Ale również nieprawda. Bo czy mi się to podoba, 

czy  nie,  mam  bardzo  dużo  wspólnego  z  Kościołem  katolickim.  Niech  to  szlag,  jak 

dużo!  Jak  mogłabym  nie  mieć?  Urodziłam  się  w  krainie  kopuł,  klasztorów,  Chry-

stusów,  Madonn,  świętych,  krzyży,  dzwonów.  Pierwsza  muzyka,  jaką  usłyszałam, 

kiedy przyszłam na świat, była muzyką dzwonów. Dzwonów katedry Santa Maria 

del Fiore, które w czasach Namiotu głos muezina bezlitośnie zagłuszał swoimi Al-

lach akbar. W takiej muzyce, w takim krajobrazie, w takim kościele, przed którym 

zginali  kolano  nawet  najwięksi  umysłem,  tacy  jak  Dante  Alighieri,  Leonardo  da 

Vinci,  Michał  Anioł  i  Galileo  Galilei,  dorastałam.  Dzięki  niemu  nauczyłam  się, 

czym są rzeźba, architektura, malarstwo i poezja, i literatura, czym jest piękno połą-

czone  z  wiedzą.  Dzięki  niemu  zaczęłam  zadawać  sobie  pytania,  czym  jest  Dobro, 

czym jest Zło, czy Bóg istnieje. Czy on stworzył nas, czy my stworzyliśmy Jego, czy 

dusza  to  substancja  chemiczna,  którą  można  analizować  w  laboratoriach,  czy  coś 

więcej. I na Boga... 

Widzisz? Znowu napisałam „na Boga”. Przy całym moim laicyzmie, antykle-

rykalizmie, ateizmie jestem tak zanurzona w kulturze katolickiej, że kultura katolic-

ka tworzy część mojego pisanego i mówionego języka. Na Boga, dzięki Bogu, wiel-

ki  Boże,  wielkie  nieba,  Jezu,  Jezus  Maria,  na  litość  boską...  Te  zwroty  przychodzą 

tak  spontanicznie,  że  nie  jestem  nawet  świadoma  wymawiania  czy  pisania  ich.  I 

czy  mam  powiedzieć  całą  prawdę?  Chociaż  nigdy  nie  wybaczyłam  katolicyzmowi 

niegodziwości,  jakim  mnie  poddał,  począwszy  od  pieprzonej  inkwizycji,  która  w 

siedemnastym  wieku  spaliła  na  stosie  moją  pramatkę  Ildebrandę,  biedną  Ilde-

brandę, to przecież muzyka dzwonów pieści moje serce. Tak bardzo ją lubię. Lubię 

też  tych  pięknie  namalowanych  Chrystusów,  Madonny  i  świętych.  Właściwie  to 

nawet zbieram stare ikony. Lubię też opactwa i klasztory. Dają mi nieodparte po-

czucie spokoju i zawsze zazdroszczę tym, którzy w nich mieszkają. Poza tym, bądź-

background image

my szczerzy - nasze katedry są piękniejsze niż meczety czy synagogi, czy świątynie 

buddyjskie, czy ponure kościoły protestantów. Mój rodzinny cmentarz jest cmenta-

rzem  protestanckim.  Przyjmuje  wprawdzie  zmarłych  każdego  wyznania,  ale  jest 

cmentarzem protestanckim. Jedna z moich prababek należała do waldensów, jedna 

z  moich  praciotek  była  ewangeliczką.  Prababki  od  waldensów  nigdy  nie  znałam 

Umarła  młodo.  Praciotkę  ewangeliczkę  owszem,  znałam.  Kiedy  byłam  małą 

dziewczynką, zabierała mnie na nabożeństwa do swojego kościoła i cóż to była za 

nuda!  Czułam  się  taka  znudzona  tymi  ludźmi,  którzy  nie  tylko  śpiewali  psalmy, 

tym księdzem, który nie był księdzem, lecz pastorem i nie tylko czytał Biblię. Czu-

łam  się  taka  znużona  w  tym  kościele,  który  nie  wyglądał  jak  kościół  i  w  którym 

były tylko ławki i ogromny krzyż. Ani Jezusa, ani Madonny, ani anioła, ani świę-

tego, ani świeczki, ani srebra, ani kadzidła. Brakowało mi nawet odoru kadzidła i 

dałabym wiele, żeby znaleźć się w pobliskiej bazylice Santa Croce, gdzie wszystkich 

tych  rzeczy  było  pod  dostatkiem.  Tych  rzeczy,  tych  symbolicznych  ozdóbek,  które 

należały do mojego życia. 

background image