background image

Rebecca Winters 

Ucieczka z raju 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

29 września 
Dla mojego ukochanego Philippe'a 

Na pamiątką tej wspaniałej chwili na łące u stóp Mount 

Rainier, kiedy to poprosiłeś o moją rękę. 

W tych złotych spinkach do mankietów ukryte są najdrob­

niejsze płatki polnych kwiatów, które dla mnie wtedy zerwałeś. 

Są bezcenne, bo to świadectwo twojej miłości. Nigdy żadna 
kobieta nie była bardziej mi ja kochana przez swojego męza. 

Tysiąc serdeczności. To już miesiąc od naszego ślubu! 

Kellie 

Kellie Madsen Didier odłożyła pióro, wsunęła karnecik do 

koperty i przykłeiła ją do prezentu opakowanego w czarny pa­
pier i przewiązanego czerwoną, zieloną i złotą wstążką. Mnó­
stwo czasu zabrało jej ułożenie płatków kwiatowych tak, żeby 
dobrze wyglądały pod owalnym szkiełkiem obramowanym zło­
tem. Z rezultatu była jednak zadowolona. 

Już za chwilę Philippe otworzy drzwi ich eleganckiego 

apartamentu, którego okna wychodziły na jezioro Neuchatel. 
Był to jeden z najpiękniejszych zakątków w Szwajcarii. Tak, 
ich dom był prawdziwym rajem. 

Szybkim krokiem przeszła z sypialni do salonu, w którym 

przygotowała specjalną kolację. Stół nakryła najlepszym ko-

background image

ronkowym obrusem, a na nim ustawiła najlepszą porcelanę, 
kryształy i srebro. Do wazonu włożyła bukiet jesiennych kwia­
tów. Obok kielicha stojącego przy jego nakryciu położyła pre­
zent. Potem pospieszyła do kuchni skończyć przygotowania. 

Już od samego rana, kiedy tylko Philippe wyszedł do biura, 

zabrała się do przyrządzania wykwintnego posiłku. Większość 
dnia spędziła gotując i sprzątając, ale zdążyła się też wykąpać 
i ułożyć włosy, które teraz miękko opadały na ramiona, za­
krywając krótkie rękawy nowej, obcisłej sukienki z czarnej 
krepy. Philippe często powtarzał, że jej zielone oczy i długie 
włosy w kolorze karmelu z naturalnymi blond pasemkami 
wprost oszałamiająco wyglądają przy czerni sukni. Całości do­
pełniały eleganckie czarne pantofelki na wysokim obcasie. 
Miała nadzieję, że tego wieczoru go oczaruje. 

Spojrzała na zegarek. Siódma trzydzieści. Spóźniał się już 

pół godziny. A przecież zadzwonił po południu i powiedział, 
że będzie w domu o siódmej. To było do niego niepodobne. 

Gdyby zatrzymał go jakiś klient, zadzwoniłby ponownie. 

Na początku tygodnia Philippe powiedział jej, że odwiedził 

gó ambasador Wybrzeża Kości Słoniowej. Chodziło o duże 
zamówienie na limuzyny. Być może nastąpiła pomyłka przy 
wysyłce z fabryki luksusowych samochodów Didiera w Pary­
żu? A może pojawił się inny pilny problem? No cóż, Philippe 
traktował swoją pracę bardzo poważnie. Z zapaleniem świec 
lepiej więc poczekać, aż usłyszy dźwięk klucza w zamku. 

Kelly wróciła do kuchni. Raz jeszcze chciała sprawdzić, 

czy wszystko gotowe. Minęło dziesięć minut, potem kolejne 
dziesięć. Zaczęła się naprawdę niepokoić. Zadzwoniła do Phi­
lippe na komórkę, ale połączyła się tylko z pocztą głosową. 
Coraz bardziej niespokojna wykręciła domowy numer Marcela, 

background image

sekretarza Philippe'a. Marcel powiedział, że gdy wychodził 
z biura, Philippe rozmawiał właśnie z Nowym Jorkiem. Zasu­
gerował, że być może miał jeszcze coś do omówienia z pra­
cownikiem ochrony albo kimś innym z nocnej zmiany. Jego 

zdaniem nie było powodu do zdenerwowania. Philippe'a mogło 
zatrzymać wiele spraw, na przykład kolacja z klientem. 

Odwiesiła słuchawkę, ale nadal odczuwała dziwny niepo­

kój. Gdyby Philippe miał zamiar zabrać klienta do restauracji, 

jak zwykle i ją zaprosiłby. Nagle przypomniała sobie, że przed­

wczoraj odwiedził ich Roger, jeden z przyjaciół Philippe'a. 
Może nie wyjechał jeszcze do Zermatt? To by wszystko tłu­
maczyło. Kiedy zaczynali rozmawiać o swej wspólnej pasji -
wspinaczce wysokogórskiej - zapominali o całym świecie. Po­

biegła do gabinetu poszukać numeru Rogera, ale zanim udało 
jej się odnaleźć nazwisko w notesie, zadzwonił telefon. 

- Słucham?' 
- Madame Didier? - zapytał poważny głos. 

Przeczucie zbliżającego się nieszczęścia było tak silne, że 

niemal wpadła w panikę. Jej wargi były zupełnie suche. 

- Tak, to ja. 
- Dzwonię z izby przyjęć w szpitalu Vaudois. Pani mąż czuje 

się dobrze, ale miał wypadek samochodowy i pyta o panią. 

Dobry Boże. 
- Zaraz tam będę! 
Odłożyła słuchawkę i natychmiast zadzwoniła po taksówkę. 

W garażu stało wprawdzie sportowe auto, które Philippe kupił 

jej w prezencie ślubnym, nie znała jednak drogi do szpitala, 

nie chciała też tracić czasu na szukanie miejsca do zaparko­
wania. Poza tym drżała tak bardzo, że nie byłaby w stanie 
prowadzić. 

background image

Przebiegła przez pokoje w poszukiwaniu torebki, wyłączyła 

piekarnik i nie czekając na windę, zbiegła dwa piętra w dół. 
Nie czuła nawet, jak zimno jest na dworze. Gdy tylko pojawiła 
się taksówka, wybiegła na ulicę, dając znaki kierowcy. 

. - Do szpitala Vaudois, monsieur. 

- Oui, madame. 
Nerwowo splotła ramiona. Starała się myśleć racjonalnie. 

Przecież gdyby Philippe był poważnie ranny, dzwoniący nie 
powiedziałby, że czuje się dobrze. Mimo to nie będzie w stanie 
normalnie oddychać, dopóki nie ujrzy go na własne oczy i nie 
przytuli. 

- Proszę się pospieszyć. Mój mąż miał wypadek. Proszę 

mnie wysadzić przed wejściem na izbę przyjęć - powiedziała 
do kierowcy po francusku. 

Skinął głową, ale nie przyspieszył, mimo iż jak zwykle 

wieczorem nie było na ulicach większego ruchu. No tak, Szwaj­

caria to pełen godności, cywilizowany kraj i niewielu kierow­
ców ryzykuje bez potrzeby. Co innego urodzony we Francji 
Philippe. Zdaniem jego rodziny, u której mieszkała przez mie­
siąc w pobliżu lasku Vincennes w Paryżu, od urodzenia lubił 
kusić los. Jako dwudziestolatek brał udział w wyścigach sa­
mochodowych i prowadził z szybkością, która większość ludzi 
wprawiała w przerażenie. Jego siostra Claudine, bliska przy­

jaciółka Kellie, zwierzyła jej się kiedyś, że chociaż porzucił 

wyścigi na rzecz wspinaczki wysokogórskiej, wciąż jeszcze 
zdarzało mu się docisnąć gaz do dechy podczas testowania 
któregoś z nowych sportowych modeli wypuszczanych z fa­
bryki. Jeżeli to właśnie miało miejsce dziś wieczór, to cena 
okazała się zbyt wysoka. 

Kiedy wydawało jej się, że dłużej nie zniesie niepewności, 

background image

dotarli do szpitala. Przed wejściem stało kilka karetek. Na ich 
widok serce podeszło jej do gardła. 

- Jesteśmy na miejscu, madame. 
- Merci, monsieur. 

Nie licząc, wręczyła mu plik banknotów, wysiadła z ta­

ksówki i wbiegła do szpitala. Poczekalnia pełna była ludzi, 
a wszyscy rozmawiali przyciszonymi głosami. Pełne niepokoju 
twarze zdradzały ich uczucia. Podchodząc do recepcji, Kellie 
dostrzegła w lustrze swoją twarz. Jej wyraz był dokładnie taki 

sam. 

- Przepraszam. Jestem Kellie Didier.. Przywieziono tu mo­

jego męża, Philippe'a. Może mi pani powiedzieć, gdzie leży? 

- Tam, po lewej stronie, parawan numer cztery. 

- Dziękuję - wyszeptała Kellie. 

Szybkim krokiem przeszła przez wahadłowe drzwi na izbę 

przyjęć, gdzie panował ogromny ruch. Personel medyczny 
i pomocniczy, a nawet policjanci, bez przerwy wchodzili i wy­
chodzili z oddziału. Wydawało się, że zajęte są wszystkie po­
mieszczenia. Za pierwszym parawanem płakała jakaś kobieta. 

Pełna wdzięczności, że to nie Philippe tak cierpi, podbiegła 

do czwartej przegródki i odsłoniła zasłonę. Dzięki Bogu był 
przytomny. Leżał na kozetce w szpitalnej koszuli, przykryty 
nieskazitelnie białym prześcieradłem. Uklękła u jego boku. 

- Philippe? 
- Mon amour. Myślałem już, że nigdy się nie zjawisz. 
Zaskoczyło ją drżenie głębokiego głosu. Zazwyczaj to Phi­

lippe dodawał wszystkim pewności siebie. Był nie tylko silny 
fizycznie i pełen zapału do działania, ale otaczała go też aura 
prawdziwie męskiej wewnętrznej mocy, dzięki czemu sprawiał 
wrażenie niepokonanego. 

background image

- Kochanie, przyjechałam natychmiast po telefonie ze szpi­

tala - powiedziała Kellie, poruszona jego bezbronnością. - Tak 
czekałam, aż wrócisz z pracy! 

Jego twarz o pięknej oliwkowej cerze, okolona czarnymi 

włosami i zawsze rozświetlona ciemnobrązowymi oczami, była 
teraz nienaturalnie blada. 

- Mon Dieu, twoja piękność jest niemal bolesna. 

Szybkim ruchem uniósł prawą rękę, żeby przyciągnąć do 

siebie jej głowę. Zauważyła, że jego lewe ramię pozostało bez­
władne. Tak ją to zaintrygowało, że nie była przygotowana na 
pocałunek - intensywny, niemal dziki. Od dnia ślubu kochali 
się bez przerwy, w dzień i w nocy, bez względu na okolicz­
ności i miejsce, nigdy jednak jeszcze mąż nie obejmował jej 
tak, jakby miał to być ich ostatni uścisk. 

- Philippe, najdroższy - wyszeptała, gdy oderwał się od 

jej ust. - Widzę, że jesteś ranny w lewe ramię. 

- Uderzyłem się w łokieć, to nic poważnego. 
Przyjrzała mu się zaniepokojona. 
- Czy dolega ci coś jeszcze? 
- Rozbiłem lewe kolano. 
- Och, kochany, pozwól, obejrzę. 
- Nie ma potrzeby. Zdaniem doktora nie mam żadnych zła­

mań, jestem tylko poobijany. Za chwilę zrobią prześwietlenie, 
żeby się upewnić. Czekam na moją kolej. Zanim przyjdą, muszę 
ci coś powiedzieć. 

Znów opanowały ją złe przeczucia. Drżąc, wzięła głęboki 

wdech i zapytała: 

- O co chodzi? 
Usłyszała, jak wzywa bożej pomocy, zanim mruknął: 
- Może powinnaś usiąść. 

background image

Kellie poczuła nagle, że chyba rzeczywiście potrzebuje 

oparcia. Przy ścianie dostrzegła stołek i podsunęła go do łóżka. 
Chwyciła prawą dłoń męża, pocałowała ją i przycisnęła do 
swojego policzka. 

- Cóż takiego strasznego musisz mi powiedzieć? 
Jego twarz stężała na chwilę, a po chwili oczy przybrały 

błagalny wyraz.. 

- Kochanie, o co chodzi? 
Nie była w stanie znieść napięcia nawet przez sekundę dłu­

żej. Philippe odchrząknął. 

- Kiedy składaliśmy przysięgę małżeńską, obiecywaliśmy 

sobie miłość na dobre i na złe. 

- Przecież się kochamy! Ja cię kocham! 
- Nie chciałem, żeby w naszym małżeństwie kiedykolwiek 

nastały złe chwile. - Jego głos się załamał. 

- A nastały? - Z trudem przełknęła ślinę. 
- Kellie, nie wiem, jak ci to powiedzieć. 
- Co? - Oczekiwanie było torturą. Przeczesała palcami je­

go ciemne, falujące włosy. - Przecież wiesz, że możesz mi 
powiedzieć wszystko. 

Spojrzał na nią zbolałym wzrokiem. 

- Późnym popołudniem, gdy kończyłem pracę w biurze 

i wybierałem się do domu, ktoś mnie odwiedził. Była to ko­
bieta, którą kilka miesięcy przed poznaniem ciebie uratowałem 
z lawiny w Chamonix. 

Kellie czuła się, jakby spadała z ogromnej wysokości. 
- Nazywa się Yvette Boiteux. 
Nazwisko nic jej nie powiedziało, ale dobrze pamiętała, co 

jej kiedyś wyjawiła Claudine. Ponoć przed pojawiemem się 

Kellie, jej brat złamał wiele kobiecych serc. 

background image

- Musiała mieć ważny powód, by wieczorem nachodzić 

żonatego mężczyznę w biurze. - Kellie nie potrafiła opanować 
drżenia głosu, 

- Wiem tylko, że jest w ósmym miesiącu ciąży i twierdzi, 

że dziecko jest moje. 

Kellie tak silnie zacisnęła zęby na własnej dłoni, że aż po­

jawiła się strużka krwi. Philippe nie zdawał sobie sprawy, z ja­

ką mocą ściska jej drugą dłoń. 

- Kochanie, wysłuchaj mnie, proszę! 
- Słucham. - Odwróciła oczy. 
- Spaliśmy ze sobą tylko raz i zabezpieczyłem się. To był 

błąd od samego początku. Wiem, że mam nie najlepszą repur 
tację, ale tak naprawdę w moim życiu liczyło się tylko kilka 
kobiet. A Yvette do nich nie należała. 

Kellie nie mogła zaczerpnąć oddechu. 

- Wierzę ci - powiedziała wreszcie. 

Siła jego uścisku była tak wielka, że palce jej drętwiały. 

Nie zważała na to w nadziei, że ból fizyczny przyćmi cier­
pienie, które ją przeniknęło. 

- Kiedy weszła do biura, nie wyglądała dobrze. Powie­

działa, że przyjechała autobusem, bo nie ma samochodu. Za­
proponowałem, że odwiozę ją do domu. Zanim powiedziałem 
cokolwiek o ustaleniu ojcostwa, modliłem się w duchu, by 
przyznała, że porzucił ją kochanek. Wiedziała, że nie mam pro­
blemów z pieniędzmi. To tłumaczyłoby fakt, że właśnie do 
mnie zwraca się w ostatniej chwili o pomoc finansową. 

Kellie zacisnęła mocno powieki. A jeśli test potwierdzi, że 

Philippe jest ojcem dziecka? 

- Kiedy jechaliśmy do mieszkania, w którym - jak powie­

działa - mieszka z matką, wjechał na nas jakiś turysta. Zda-

background image

niem policji to jego wina, po prostu stracił panowanie nad 
kierownicą. W innych okolicznościach prawdopodobnie za­
uważyłbym go i uniknął zderzenia. 

Potrząsnęła głową. 
- Nie mam pojęcia, jak w ogóle byłeś w stanie funkcjo­

nować po usłyszeniu takiej wiadomości. 

Philippe aż jęknął. 
- Siła uderzenia cisnęła mój samochód w zaparkowaną fur­

gonetkę. Lekarz powiedział, że Yvette nie jest ranna, ale na 
tym etapie ciąży szok może wywo... 

- Monsieur Didier? - przerwał mu głos pielęgniarza. - Za­

bieram pana na prześwietlenie. Madame, gdyby zechciała pani 
na chwilę wyjść. 

- Ależ oczywiście. 
- Kochanie! - zawołał niespokojnie Philippe. 
- Będę tuż za zasłoną. 
Odstawiła stołek na miejsce i wyszła do poczekalni. Po 

chwili pojawili się pielęgniarze, pchając wózek, na którym leżał 
Philippe. 

- Obiecaj mi, że będziesz tu, gdy wrócę. 
Do tej pory powstrzymywała się od płaczu, teraz jednak 

łzy same zaczęły jej spływać po policzkach. 

- A gdzie miałabym być? 
Jesteś całym moim życiem, Philippe. Bez ciebie nic nie 

miałoby sensu. 

Kiedy zniknął za drzwiami, uświadomiła sobie, że musi za­

wiadomić jego rodziców i Marcela. Ale nagle jej ciało nie 
chciało słuchać nakazów umysłu. Powoli ruszyła w stronę re­
cepcji. Zza pierwszej zasłony dobiegał histeryczny płacz ko­
biety wzywającej Philippe'a. Zamarła. 

background image

- Proszę się uspokoić, pani Boiteux - odezwał się drugi 

głos kobiecy. - Monsieur Didier odwiedzi panią, gdy tylko 
wróci z prześwietlenia. 

- Muszę się z nim zobaczyć! Kocham go, jest ojcem mo­

jego dziecka. Urodzę jego syna. Proszę mi dać słowo, że nie 
jest ranny, że nic mu nie jest! 

- Nie powinna się pani denerwować. To może zaszkodzić 

pani albo dziecku. Wie pani przecież, że toksemia, na którą 
pani cierpi, i zbyt wysokie ciśnienie są niebezpieczne. Musi 
pani z nami współpracować. 

- To moja wina, że mieliśmy wypadek. Zaproponował, że 

odwiezie mnie do domu, a ja się zgodziłam. Gdybym odmó­
wiła, nie byłby teraz ranny. On jest wspaniały. Kiedyś uratował 
mi życie. Gdyby coś mu się stało, umarłabym. 

- Nie, mademoiselle. Trzeba żyć. Niedługo urodzi pani 

dziecko. Proszę pomyśleć, ile radości sprawi jego wychowy­
wanie. Dzwoniliśmy już do pani matki. Wkrótce przyjedzie 
tu, żeby panią pocieszyć. 

- Nie! - wykrzyknęła kobieta. - Bez Philippe'a życie nie 

ma sensu. Proszę mu powiedzieć, żeby tu przyszedł. To jego 
dziecko. Pani nie rozumie, on jest całym moim życiem! 

To jego dziecko. On jest całym moim życiem. Kellie czuła 

się, jakby ktoś skakał właśnie po jej grobie. Poczuła na ra­
mieniu czyjąś dłoń. 

- Madame? Nie wygląda pani dobrze. Czy chce się pani 

położyć? - zapytał jeden z pielęgniarzy. 

- N-nie. Nic mi nie jest. 
- Odprowadzę panią do recepcji, tam będzie pani mogła 

usiąść, czekając na męża. 

- Dziękuję. 

background image

Gdy pielęgniarz prowadził ją do krzesła stojącego tuż obok 

wahadłowych drzwi, nogi miała jak z waty. 

- Jak mąż wróci z prześwietlenia, ktoś panią zawiadomi. 

Czy mogę coś dla pani zrobić? 

Kełlie czuła się jak w nocnym koszmarze, w którym ucieka 

przed czymś, ale wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. 

- Czy mógłby pan zadzwonić do sekretarza mojego męża 

i poinformować go o wypadku? Proszę mu powiedzieć, żeby 
zadzwonił do rodziców Philippe'a. 

Postanowiła osobiście zadzwonić do nich później, w tej 

chwili nie miała na to siły. Pielęgniarz wyjął z kieszeni notes. 

- Jak nazywa się ten pan i jaki jest jego numer telefonu? 
Podyktowała mu numer, a kiedy odszedł, odczekała chwi­

lę, aż minęło nagłe osłabienie, potem podeszła do recepcjo­
nistki. 

- Proszę mi zamówić taksówkę. 
Dziesięć minut później była z powrotem w domu. Poszła 

prosto do gabinetu Philippe'a i usiadła przy biurku. Sięgnęła 
po notatnik i wyjęła z podstawki złote pióro, jeden z wielu 
prezentów ślubnych. 

Najdroższy! 
Nigdy nie przestanę cię kochać, ale Yvette kochała cię 

pierwsza. Jesteśmy małżeństwem dopiero od trzydziestu dni, 

ona nosi twoje dziecko od ośmiu miesięcy. Tego nie przewi­
dzieliśmy, składając przysięgi małżeńskie. 

Słyszałam, jak cię wołała. Nie wiedziała, że słyszę jej roz­

mowę z lekarką. Błagała, żebyś przyszedł ją odwiedzić. 

Wiedząc, co powiedziała lekarce w zaufaniu, nie mam wąt­

pliwości, że dziecko jest twoje. Nie winię cię za nic, najdroższy. 

background image

Musisz jednak zrozumieć, że ona potrzebuje twojej pomocy 

i opieki. Jest bardzo chora, a jej ciąża jest zagrożona. 

Wiem, że wypełnisz swój obowiązek, nie tak jak mój ojciec, 

który porzucił moją matką i mnie. Wracam do Stanów, tam 
wystąpią o rozwód. Wkrótce będziesz mógł się z nią ożenić i zo­
stać prawdziwym ojcem. 

Możesz być pewien, że nie oczekują od ciebie alimentów. 

Pragną tytko obietnicy, że zrobisz to, co dobre dla Yvette i two­

jego syna. Nikt nie mógłby być lepszym ojcem niż ty. 

Kocham Cią. 

Kellie 

Zdjęła obrączkę i położyła ją na notatniku, potem zadzwo­

niła po taksówkę. Na lotnisku zastanowi się, którym samolotem 

powinna lecieć. Przebrała się w wełniane spodnie i sweter, 
schowała do lodówki kolację i posprzątała kuchnię. Do torby 
wrzuciła kilka najpotrzebniejszych ubrań i kosmetyków. Z szu­
flady wyjęła paszport, na toaletce położyła klucze od samo­
chodu i wyszła, nie oglądając się za siebie. 

Gdy tylko wsiadła do taksówki, zadzwoniła komórka. Zig­

norowała to i poprosiła kierowcę, żeby jak najszybciej zawiózł 

ją do Genewy. Telefon dzwonił jeszcze co najmniej dwadzie­

ścia razy. Najwyraźniej Philippe wrócił z prześwietlenia i nie 
wiedział, co się z nią stało. Nieważne. Przestanie dzwonić, gdy 

, tylko lekarze powiedzą mu, że Yvette- wzywa go, i gdy zda 

sobie sprawę, jak bardzo jest chora. 

- Kellie? - Siwa głowa jej dziadka wychyliła się zza drzwi 

restauracyjnej kuchni. - Telefon do ciebie! 

- Powiedz, że oddzwonię. 

background image

Podszedł do ogromnego stołu, na którym przygotowywała 

sałatki. 

- To Claudine. 

Świeży ból przeszył jej serce. 

- Od kiedy wróciłaś do domu tydzień temu, unikasz wszel­

kich rozmów z Philippe'em. Nie możesz ignorować również 

jego siostry. Tak się po prostu nie robi. Zastąpię cię w kuchni, 

a ty idź do gabinetu i porozmawiaj z nią. 

Wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że nie może odkładać 

tej rozmowy w nieskończoność. 

- Dobrze. To nie potrwa długo. 
- Nie spiesz się. Nie można bez końca tłumić wszelkich 

uczuć, one w końcu wybuchną. Rozmowa z Claudine dobrze 
ci zrobi. To takie słodkie stworzenie. 

Dziadek Kellie wprost uwielbiał Claudine, która mieszkała 

z nimi przez miesiąc podczas swojego pobytu w Ameryce. 
Dziewczyna miała wszystkie cechy Didierów - urodę, klasę 
i mnóstwo wdzięku. Dziadkowi ogromną przyjemność spra­
wiały rozmowy z nią, prowadzone łamaną francuszczyzną. 
Może dlatego rozpad małżeństwa Kellie z bratem Claudine aż 
tak bardzo go zranił. Cała rodzina wiedziała, dlaczego Kellie 
postanowiła wziąć rozwód, ale nikt nigdy nie powiedział jej 
złego słowa, nie próbowali też skłonić do zmiany decyzji. I za 
to była im wdzięczna. Zdawała sobie jednak sprawę, że bardzo 
lubili Philippe'a. Matka nadal bolała nad tym, że marzenia jej 
córki legły w gruzach. 

Szybkim krokiem wyszła z kuchni i wbiegła po schodach 

na górę. Mieszkali na piętrze, nad znakomicie prosperującą 
rodzinną restauracją. Otworzył ją w latach sześćdziesiątych 
dziadek, a nazwał The Eatery, czyli Jadłodajnia. Była to gra 

background image

słów: mieszkali w Eatonville w stanie Waszyngton, u podnóża 
Gór Kaskadowych i Mount Rainier. Dorastając, Kellie marzyła, 
że pewnego dnia zamieni tę zwykłą jadłodajnię w prawdziwą 
francuską restaurację. Studiowała więc najpierw romanistykę, 
później ukończyła kurs dla francuskich szefów kuchni w Napa 
w Kalifornii. A kiedy dziadek sprawił jej niespodziankę i po­
przez uniwersytet zorganizował pobyt u francuskiej rodziny, 
aby mogła podszlifować język, poznała Claudine. 

W domu Didierów spotkała Philippe'a, który akurat przy­

jechał na jeden dzień w odwiedziny. Od pierwszego wejrzenia 

pokochała go tak głęboko, że zmienił cały jej świat. Widać 
i jego świat musiał się zmienić, bo gdy jej pobyt we Francji 
dobiegł końca, przyjechał za nią do Stanów. Nim minął mie­

siąc, byli już małżeństwem. Doświadczywszy niewyobrażal­

nego szczęścia podczas trzydziestu dni małżeństwa, zrozumia­
ła, że życie bez niego nigdy nie miałoby w sobie tej cudownej 
magii. Nigdy. 

Teraz ze wszystkich sił starała się zapomnieć o przeszłości, 

wiedziała jednak, że gdy tylko usłyszy głos jego siostry, ból 
powróci ze zdwojoną siłą. Jej dłoń drżała, gdy podnosiła słu­
chawkę w gabinecie dziadka. 

- Słucham. Claudine? 
- Kellie - w głosie przyjaciółki słychać było cierpienie. 

- Nareszcie! 

- Wybacz, że do tej pory nie potrafiłam zdobyć się na roz­

mowę z tobą. - Kellie z trudem wydobyła głos z gardła. 

- Nie przepraszaj, cherie. Ja również kocham Philippe'a 

i każdego wieczora płaczę, myśląc o tym, co się stało. 

- Jak... jak on się czuje? 
- Fizycznie dochodzi do siebie. Miał rozbity łokieć, ale 

background image

nie musi już nosić ręki na temblaku. Konieczna jednak była 
operacja kolana, inaczej pojechałby za tobą. 

Kellie cicho jęknęła. Więc jego stan był poważniejszy, niż 

dał po sobie poznać. Kto się nim opiekuje? 

- Teraz porusza się o kulach, żeby nie obciążać kolana, 

przynajmniej dopóki się nie zagoi. 

Każde słowo Claudine rozdzierało jej duszę. 
- Kellie, mój brat jest zdruzgotany twoim odejściem - wy­

znała Claudine drżącym głosem. 

Łzy spływały po policzkach Kellie. 
- Czy to on poprosił cię, żebyś do mnie zadzwoniła? 
- Nie. Philippe z nikim nie rozmawia. Za bardzo cierpi. 

Miałam nadzieję, że przez ten tydzień przemyślałaś swoją de­
cyzję. 

- Nie myślałam o niczym innym - przyznała Kellie, tłu­

miąc łzy. - Jednak rozwód wydaje mi się jedynym możliwym 
rozwiązaniem. Philippe musi zerwać więzy łączące go ze mną, 
tylko wtedy będzie mógł spełnić swój moralny obowiązek. 
Wiesz równie dobrze jak ja, że będzie cudownym ojcem. Wi­
działaś, jak bawi się ze swoimi siostrzeńcami i siostrzenicami. 
Między innymi dlatego chciałam wyjść za niego. 

- Mój brat nie musi żenić się z tą kobietą, aby być wzo­

rowym ojcem! 

- Odwiedziny to nie to samo, co życie w pełnej rodzinie. 

Dziecko Yvette nie powinno być pozbawione ojca. Ja go nigdy 
nie miałam i nie chcę, żeby jego syn przeżył to samo. Poza 
tym Philippe zawsze chciał mieć rodzinę. Teraz ją ma. Yvette 

go uwielbia, a dziecko urodzi się lada dzień. 

- Nie o to chodzi, Kellie. On jest w tobie za bardzo za­

kochany, żeby brać pod uwagę małżeństwo z inną kobietą. 

background image

- Kiedyś jednak zależało mu na Yvette. Może ją pokochać, 

jeśli da szansę swoim uczuciom. A dziecko z pewnością będzie 

uwielbiał. Gdybyś była na moim miejscu, czy odebrałabyś mu 

szansę wychowania syna we własnym domu wraz z jego matką, 
w pełnej rodzinie? 

Zapadła cisza. 
- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, jak 

to jest dorastać bez ojca. Najwyraźniej zraniło cię to bardziej, 
niż sądziłam. 

- Claudine, w szpitalu słyszałam rozmowę Yvette z lekar­

ką. Jej ból i tęsknota za Philippe'em były porażające- Wtedy 
zrozumiałam, jak muszę postąpić. 

Raz jeszcze Glaudine zawahała się. 
- A twój ból i twoja tęsknota za nim? 
- Ja się nie liczę. 

- Teraz tak mówisz. Ale pewnego dnia... No cóż, mam 

nadzieję, że nie będziesz żałować swojej decyzji. 

- Nie chcę, żebyś mnie znienawidziła. 
- Nie bądź niemądra. Za to Philippe na pewno chciałby 

cię znienawidzić. Byłoby mu wtedy łatwiej. Byłaś już u ad­
wokata? 

Kellie gwałtownie nabrała powietrza w płuca. 
- Tak. W ciągu tygodnia Philippe powinien dostać doku­

menty. 

- To go zabije. 
- Nie mów tak. 
- Muszę, bo znam mojego brata Wydaje ci się, że rozwód 

skłoni go do poślubienia Yvette? Mylisz się. On kocha ciebie. 
Cała nasza rodzina kocha ciebie. 

- Ja też kocham was wszystkich - powiedziała Kellie, 

background image

z trudem powstrzymując łzy. - Kocham was za to, że tak bar­
dzo wam na mnie zależy. Jednak teraz liczy się tylko Yvette 
i jej dziecko. 

- Kellie? - odezwała się Claudine po chwili milczenia. 

Kellie otarła łzy wierzchem dłoni. 

- Tak? 
- On pragnie tylko jednej żony. Ciebie. 
- Zmieni zdanie, gdy na świat przyjdzie syn, gdy zobaczy 

go po raz pierwszy. 

- Mylisz się. 
- Claudine. 
- Przepraszam. Obiecałam sobie, że nie będę wywierać na 

ciebie presji, a od początku naszej rozmowy nic innego nie 
robię. 

- Nie masz za co przepraszać. Jestem okropna, nie zapy­

tałam nawet, jak twój związek z Julesem. 

- Nie istnieje. 
- Jak to? 
- W przeciwieństwie do mojego brata Jules to prawdziwy 

playboy, który nigdy się nie ustatkuje. Jest zbyt atrakcyjny i ma 
za dużo pieniędzy. Potrafi w przekonujący sposób udawać, że 

jestem kobietą jego życia, ale w głębi duszy wiem, że to nie­

prawda. Pewnego dnia znudzi się mną. On jeszcze o tym nie 
wie, ale nasza ostatnia randka była rzeczywiście ostatnia. Trud­
no, wierzę, że znajdę jeszcze tego jedynego. Szkoda, że nikt 
nie dorównuje Philippe'owi. 

To prawda, nikt nie mógł się równać z Philippe'eni. Cho­

ciaż Kellie znała jednego mężczyznę, który miał równie wiele 
zalet. Roger, przyjaciel Philippe'a. Od kiedy go poznała, miała 
nadzieję, że on i Claudine będą razem. Miała nawet zamiar 

background image

porozmawiać o tym z mężem. Ale teraz nie ma już męża. Phi-
lippe nie należy już do jej świata. 

- Wiem, że chcesz już zakończyć tę rozmowę, Kełlie. Ale 

proszę, dzwoń do mnie czasem. Nie zniosłabym, gdybyś zer­
wała również ze mną. 

- Nie zrobiłabym tego. Wkrótce odezwę się do ciebie, obie­

cuję. 

- A tout a l'heure, cherie. 
- A bientót, chere Claudine. 
Kellie odłożyła słuchawkę i rozpłynęła się we łzach. Nie 

była w stanie znieść tego bólu. Pobiegła do swojego pokoju 
i rzuciła się na łóżko. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Kellie? 
Odwróciła głowę w kierunku pielęgniarki. 
- Tak? 
- Doktor Evans chce z tobą porozmawiać. Kiedy się ubie­

rzesz, wejdź do gabinetu. 

- Dobrze. 
Doktor Evans był ich lekarzem rodzinnym, i to chyba od 

zawsze. To on leczył jej zapalenia migdałków, skaleczenia, zła­
mania i grypy. Ostatnio cierpiała z powodu silnych bólów gło­
wy, które zaczęły się tego dnia, kiedy adwokat wysłał prawni­
kowi Philippe'a papiery rozwodowe. Czyli tydzień temu. Od 
tamtego czasu mąż już więcej nie zadzwonił. Chociaż tego 
właśnie chciała, nadal martwiła się o niego. Zastanawiała się 
też, czy dziecko przyszło już na świat. Zawsze wprawdzie mog­
ła zadzwonić do Claudine, ale w głębi duszy bała się, że pod­
czas rozmowy znów zacznie płakać, a w efekcie bóle głowy 
staną się jeszcze bardziej dokuczliwe. Miała nadzieję, że doktor 
przepisze jej coś skutecznego, bo środki przeciwbólowe, jakie 
kupiła bez recepty, nie pomagały. 

Kilka minut później wyszła z pokoju zabiegowego i skie­

rowała się do gabinetu Evansa. 

- Usiądź, Kellie. - Doktor uśmiechnął się. - Wydaje mi 

background image

się, że odkryłem przyczynę twego cierpienia, ale diagnozę po­
twierdzić będzie musiał ginekologa 

Kellie potrząsnęła głową. Ginekolog? 
Doktor Evans przyjrzał jej się uważnie. 

- Nie wiedziałaś, że jesteś w ciąży? 
Zachwiała się, gdyby nie chwyciła mocno oparcia, chyba 

by spadła z krzesła. 

- Wnioskuję z tego, że nie planowaliście jeszcze powię­

kszenia rodziny. 

- Nie. To znaczy pragnęliśmy dziecka. Ale teraz to nie­

możliwe! Po prostu niemożliwe! - wykrzyknęła z rozpaczą. 

Doktor pochylił się w jej stronę, patrząc na nią w sposób 

zachęcający do zwierzeń. 

- Przez dwadzieścia pięć lat nigdy nie widziałem cię tak 

przejętej. Najwyraźniej przeżywasz jakiś dramat, co tłumaczy­
łoby te bóle głowy. 

Ton jego głosu sprawił, że tama pękła. Kellie ukryła twarz 

w dłoniach i rozpłakała się. Doktor przesunął w jej stronę pu­
dełko chusteczek. 

- Powiedz mi, o co chodzi. 
Rodzinny lekarz zawsze był dla niej kimś w rodzaju spo­

wiednika, teraz jednak, po raz pierwszy w życiu, nie była 
w stanie mu się zwierzyć. Nie w tej sprawie. Jak mogła wy­
tłumaczyć swoje uczucia? Dowiaduje się, że nosi dziecko Phi-
hppe'a, podczas gdy on oczekuje właśnie narodzin syna. A mo­
że Yvette już urodziła? 

- Przepraszam - powiedziała po chwili, unosząc głowę 

i ocierając oczy. - Proszę mi wybaczyć ten wybuch. Dziękuję 
za poradę, ale teraz muszę już iść. - Gwałtownie wstała 
z krzesła. 

background image

Odprowadził ją zatroskanym wzrokiem. 
- Przykro mi. Obiecaj, że jak najszybciej skontaktujesz się 

z ginekologiem. Doktor Cutler jest doskonałym specjalistą, je­
go gabinet znajduje się na drugim piętrze. Powiedz mu, że to 

ja cię przysłałem. 

Skinęła głową. 
- Dziękuję, panie doktorze. 

-.

 Chcesz chyba urodzić zdrowe dziecko. Nie zwlekaj z ba­

daniem i nie bierz żadnych lekarstw bez konsultacji z gineko­
logiem! 

- Dobrze. Do widzenia. 
Pospiesznym krokiem opuściła gabinet i poszła na parking. 

Za pół godziny otwierali restaurację i musiała zająć się przy­
gotowaniem menu na wieczór. Nikt z rodziny nie wie, że była 

u lekarza. Na razie, przed podjęciem jakiejś decyzji, nic im 
nie powie. Najpierw musi sama oswoić się z tą wiadomością. 

Aby uniknąć nagabywań, zaparkowała na tyłach restauracji 

i wślizgnęła się tylnym wejściem. Na szczęście szef kuchni 
i kelnerzy byli zajęci pracą, nie było więc mowy o zbędnych 
pogaduszkach, zwłaszcza że w piątki pojawiały się tłumy tu­
rystów wybierających się w Góry Kaskadowe łub właśnie 

stamtąd powracających. 

Dziadkowie byli zajęci rachunkami, a mama obsługą sali, 

co pozwoliło Kellie ukryć przed nimi smutek. Jednak o czwar­

tej po południu ból głowy znowu stał się nie do zniesienia. 
Powiedziała szefowi kuchni, że bierze wolne na resztę dnia 
i poszła na górę. Nie było na co czekać. Sięgnęła po telefon 
i zadzwoniła do gabinetu doktora Cutlera, aby umówić się na 
badanie. Najbliższy wolny termin był dopiero w następny pią­

tek, Kellie poprosiła więc recepcjonistkę o pomoc - nie wy-

background image

trzyma już dłużej z takimi bólami głowy. Po chwili do telefonu 
podeszła pielęgniarka i powiedziała jej, które tabletki przeciw­
bólowe w tej sytuacji nie zaszkodzą dziecku. Kellie podzię­
kowała za informację i odłożyła słuchawkę. Wypróbowała już 
ten lek, ale nie przyniósł jej ulgi. Postanowiła iść do łóżka 
w nadziei, że pomoże jej sen. Istotnie krótka drzemka popra­
wiła jej samopoczucie. 

Przez cały następny tydzień czekała na odpowiedź prawnika 

Philippe'a, a gdy czuła nadchodzącą migrenę, zawsze znajdo­
wała jakąś wymówkę, by się położyć. Po piątkowym spotkaniu 
z doktorem Cutlerem Kellie postanowiła powiedzieć rodzinie 
o dziecku. Zaraz po zamknięciu restauracji, wieczorem... 

Od niespokojnych myśli oderwał ją głos kelnera. 
- Kellie! 

- O co chodzi, Roy? 
- Przy wejściu czeka jakaś kobieta. Chce z tobą porozma­

wiać. Powiedziała, że poczeka, aż będziesz miała przerwę. 

- Miałam już przerwę. Co to za kobieta? 
- Nie wiem. Nigdy jej dotąd nie widziałem, a z całą pew­

nością bym ją zapamiętał. - Uśmiechnął się. - Na imię ma 
Lee. Nazwisko zaczyna się chyba na M, ale nie potrafię go 
wymówić. 

Kellie nie znała nikogo o takim imieniu... zaraz... ale nie, 

to niemożliwe. To nie mogła być ta Lee, żona Raoula, najle­
pszego przyjaciela Philippe'a. Kellie nie miała okazji poznać 
Raoula Mertiera Bergereta D'Arillaca, księcia z francusko­

języcznego kantonu w Szwajcarii. Kiedy zamieszkała w Neu-

chatel, Raoul i jego dwudziestosześcioletnia amerykańska żo­
na, rówieśniczka Kellie, byli jeszcze w podróży-poślubnej. Wi­
działa tylko leżące na biurku Philippe'a wycinki z gazet na 

background image

temat ich królewskiego ślubu. Jej mąż miał też setki zdjęć i kil­
ka filmów ze wspinaczek wysokogórskich, które odbył z Raou-
lem i jego kolegami. Książę z żoną mieli po powrocie za­
mieszkać w NeucMtel, nie mogli więc być tutaj. 

- Hej, Kellie. Co mam jej powiedzieć? - pytanie Roya 

sprowadziło ją na ziemię. 

- Czy jej nazwisko brzmiało jak Mertier? 
Pokiwał głową. 
- Tak, właśnie tak. 
Kellie poczuła, że nogi się pod nią uginają. Może być tylko 

jeden powód, dla którego sama Lee Mertier czeka na nią w Jad­

łodajni - coś złego przydarzyło się Philippe'owi. Może jego 
rany były poważniejsze, niż sugerowała Claudine? 

- Powiedz jej, żeby poczekała na mnie w holu. Zaraz tam 

przyjdę. 

- Okej. 

Gdy wyszedł, Kellie umyła ręce i powiesiła fartuch, potem 

na drżących nogach przeszła przez kuchnię i salę restauracyjną 
do holu. Czekała tam na nią śliczna, energiczna kobieta z krót­
kimi, złocistymi włosami i fiołkowymi oczami. W rzeczywi­
stości Lee Mertier wyglądała nieporównanie lepiej niż na zdję­
ciach prasowych. Ubrana w dżinsy i bluzę, sprawiała wrażenie 
osoby rzeczowej i przystępnej. Spiesząc w jej kierunku, Kellie 
ledwie była .w stanie oddychać, tak bardzo obawiała się złych 
wieści o Philippie. 

- Księżno? - powiedziała drżącym głosem. 
- Mów mi po imieniu, Lee. - Uśmiechnęła się. - Od razu 

wiedziałam, że to ty. Ale jesteś piękniejsza niż na fotografii, 
którą Philippe nosi przy sobie. 

- Może kiedyś nosił - wyszeptała z trudem. - Wiesz, a ja 

background image

miałam właśnie powiedzieć, że gazetowe zdjęcia zupełnie nie 
oddają twojej urody. 

- Dziękuję. 

Kellie usiłowała trzymać emocje na wodzy. 

- Wiem, że nie przyjechałabyś tu, gdyby Philippe'owi nie 

stało się coś strasznego. Czy rany, które odniósł w wypadku, 

były poważniejsze, niż powiedziała mi jego siostra? 

Oczy Lee pociemniały, wprawiając Kellie w jeszcze wię­

kszy niepokój. 

- Nie jest umierający, jeśli o to ci chodzi. 
- Czy coś stało się dziecku? 
- Kellie - powiedziała cicho księżna. - Czy możemy po­

rozmawiać gdzieś na osobności? 

- Oczywiście. Wybacz mój brak manier. Muszę przyznać, 

że jestem śmiertelnie przerażona. 

Kellie otworzyła drzwi i poprowadziła Lee na górę do 

salonu. 

- Usiądź, proszę. Napijesz się czegoś? 
- Nie, dziękuję. 
Lee siadła na kanapie, a Kellie na krześle naprzeciwko niej. 

Lee odezwała się pierwsza. 

- Wiem, że moja wizyta zaniepokoiła cię, ale doszliśmy 

z Raoulem do wniosku, że rozmowa telefoniczna nie wy­

starczy. 

- Czy mąż przyjechał z tobą? 
- Nie mógł. Przewodniczy międzynarodowej konferencji 

bankierów, którą raz już przekładał na inny termin. 

- Ale przecież dopiero wróciliście z podróży poślubnej, 

prawda? Pomyśleć, że zostawiłaś go, by przylecieć tak daleko. 

- Posłuchaj, mój mąż kocha Pbilippe'a jak brata i zrobiłby 

background image

dla niego wszystko. Ja także szaleję za Philippe'em. Problem 
polega na tym, że to nie ten sam mężczyzna, który przedstawił 
mnie Raoulowi w Zermatt, Nie ma już tego uroczego Francuza, 
który oddał ci serce. 

Kellie słuchała ze spuszczoną głową. 

- Przechodzi głęboki kryzys emocjonalny. Mój mąż i ja 

bardzo się o niego martwimy. 

- Ale na pewno fakt, że został ojcem i pomaganie Yvette 

w opiece nad synkiem... 

- Kellie - przerwała jej Lee. - Yvette zmarła podczas po­

rodu. 

- Jak to? - Kellie zerwała się na równe nogi. Claudine 

nie zadzwoniła, żeby jej o.tym powiedzieć. - Myślałam, że 
nie odniosła w wypadku żadnych obrażeń. 

- Zmarła w wyniku zatrucia ciążowego. Podczas porodu 

dostała rzucawki, potem zapadła w śpiączkę. Nawet nie zdą­
żyła zobaczyć swojego synka przed śmiercią. Ta tragedia miała 
miejsce tydzień temu. Dziecko wypisano ze szpitala dopiero 
po pogrzebie, ale zabrała je do siebie babcia. Obwinia Philip-
pe'a o śmierć córki i jak na razie nie pozwoliła mu zobaczyć 
chłopczyka. 

Jęk Kellie odbił się echem od ścian salonu. Nie była nawet 

w stanie wyobrazić sobie poczucia winy, które musi dręczyć 
Philippe'a. 

- On przeżywa katusze, ale nie chce z nikim rozmawiać. 
- Co masz na myśli? 
- Kiedy wyjechałaś, zerwał kontakt ze światem. Nie chciał 

rozmawiać z nikim z rodziny. Jego brat Patrick przyjechał 
z Paryża, żeby przejąć prowadzenie firmy. Jedyną osobą, którą 
Philippe wpuścił do waszego domu, jest Raoul. Mój mąż był 

background image

zszokowany, gdy stwierdził, że Philippe od miesiąca niemal 
nie je i zupełnie o siebie nie dba. Podobno okropnie schudł. 
Najbardziej jednak zaniepokoiło Raoula to, co powiedziała mu 
pokojówka. Twój mąż przygotował sprzęt do wspinaczki. 
A kiedy Raoul zapytał go, po co, stwierdził, że w ten weekend 
planuje wejście na Matterhorn. 

- Ależ to niemożliwe! - Kellie ogarnęło przerażenie. -

Claudine powiedziała mi, że jeszcze nie wyzdrowiał po operacji 
kolana. 

- To prawda, ale żadne logiczne argumenty do niego nie 

trafiają. Raoulowi udało się go tylko przekonać, żeby poczekał 
z wyprawą do zakończenia konferencji bankierów. Dzięki temu 
on i Yves mogliby mu towarzyszyć. Chcą zrobić wszystko, co 
w ich mocy, żeby go chronić. Mój mąż nigdy do tej pory nie 
widział Philippe'a w takim stanie. Nie jest pewien, czy zdołają 
go powstrzymać. 

Kellie drżała na całym ciele. 
- Muszę się z nim zobaczyć! Wszczęłam postępowanie 

rozwodowe tylko ze względu na uczucia Yvette. Teraz nic nie 
powstrzyma mnie przed powrotem do Philippe'a. Nie masz 
pojęcia, jak ogromnie go kocham! 

- Wiem, co czujesz. Raoul i ja uważamy, że tylko ty mo­

żesz przekonać Philippe'a. Właśnie dlatego tu jestem. Chcę cię 

jeszcze dziś wieczorem zabrać z powrotem do Szwajcarii. Cze­

ka na nas odrzutowiec Raoula. Możemy jechać, kiedy tylko 
będziesz gotowa. 

- Dziękuję ci. Jesteście bardzo dobrzy, ale nie mogę sko­

rzystać z twojej propozycji - wyszeptała, walcząc ze łzami. 
- Polecę sama, gdy tylko powiadomię rodzinę o sytuacji. 

Lee wstała. 

background image

- Kellie, zanim odmówisz, jest jeszcze jedna rzecz, o któ­

rej powinnaś wiedzieć. 

Kellie poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. 

- Co takiego? 

Księżna zawahała się przez chwilę. 

- Widzisz, Philippe zmienił się. 
- W jakim sensie? 
- Teraz to on chce rozwodu. 
- Teraz? Ale skoro Yvette nie żyje... 
Lee milczała. Powoli sens słów księżnej zaczął docierać do 

Kellie. Miała wrażenie, że pokój zaczyna wirować. Chwyciła się 
najbliższego krzesła. Lee natychmiast znalazła się u jej boku. 

- Nie wyglądasz dobrze. Usiądź. - Uklękła obok niej 

i spojrzała Kellie prosto w oczy. - Powiedz mi, co się z tobą 
dzieje? Musiałaś przecież zdawać sobie sprawę z tego, jakie 
konsekwencje będzie miało odrzucanie go na tak długi czas? 
Przesłanie papierów rozwodowych pogrążyło go w rozpaczy. 

Łagodność i szczerość Lee sprawiły, że Kellie przestała nad 

sobą panować i łzy popłynęły jej po policzkach. 

- Próbowałam usunąć się na bok, aby mógł właściwie po­

stąpić wobec Yvette i swojego dziecka. Teraz ona nie żyje, on 
nie chce mojego powrotu, a ja właśnie dowiedziałam się, że 

jestem w ciąży! 

Tym razem to Lee wydała cichy okrzyk, potem serdecznie 

objęła Kellie. 

- Nie wiesz, czy Philippe podpisał już dokumenty rozwo­

dowe? - zapytała po chwili Kellie. 

- Jeszcze nie. Raoul przekonał go, że powinien z tym za­

czekać do powrotu ze wspinaczki. Że będzie miał czas wszyst­
ko przemyśleć. 

background image

- Och, Lee. - Kellie próbowała powstrzymać szloch. - Co 

ja mam teraz zrobić? 

- A co chcesz zrobić? 
- Chcę wrócić do niego, ale nie chcę, żeby przyjął mnie 

z powrotem tylko ze względu na dziecko. 

- Rozumiem. 
- A jeśli nie będzie chciał się ze mną widzieć? 
- Musi być jakiś sposób. Ale już ci powiedziałam, to nie 

ten sam człowiek. 

Kellie wstała. 

- W takim razie będę walczyć o jego miłość. Nie mogę 

go stracić! 

Lee podniosła się również. 
- Cieszę się, że tak mówisz, bo to rzeczywiście będzie wal­

ka. - Otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej wycinek z gazety. 
- Przeczytaj, a zrozumiesz, przez co przeszedł twój mąż. 

Trzęsącymi się palcami Kellie rozłożyła kartkę papieru. By­

ła to pierwsza strona gazety z 30 września. U dołu zobaczyła 
zdjęcie samochodu wbitego w furgonetkę, obok mniejszą fo­
tografię przedstawiającą Philippe'a w ganuturze. Przerażona 
zaczęła czytać: 

Wczoraj wieczorem na ulicach NeuchUel doszło do tragi­

cznego wypadku, w wyniku którego znany francuski magnat 
samochodowy Philippe Didier i jadąca z nim nieznana ciężar­
na kobieta znaleźli się w szpitalu Vaudois. Władze szpitala od­
mówiły komentarza, mówi się jednak, że Kellie Didier, świeżo 

poślubiona małżonka Philippe'a Didiera, niespodziewanie wy­

jechała z kraju. Spekulacje na temat romansu P. Didiera... 

background image

Kellie nie była w stanie czytać dalej. 
- Ja... Ja nie miałam pojęcia. 
- Wybacz mi, Kellie. Obiecałam Raoulowi, że jeśli zde­

cydujesz się wrócić ze mną do Szwajcarii, pokażę ci ten wy­
cinek. Chciał, żebyś zrozumiała, przez co Philippe musiał 
przejść. Poza tym powinnaś być przygotowana na wścibstwo 
prasy. Jeśli polecisz ze mną, odprawę celną przejdziesz na po­
kładzie odrzutowca, a na pasie będzie na nas czekać limuzyna. 
Pojedziemy do naszego zamku. Mój mąż upewni się, że w po­
bliżu nie ma żadnych dziennikarzy. W ten sposób uda ci się 
uniknąć pytań i błysków fleszy. 

Kellie z trudem łapała oddech. 
- Jak ja wam się kiedykolwiek odwdzięczę? 
- Jeśli ty i Philippe pogodzicie się, niepotrzebna nam bę­

dzie żadna nagroda. Tak bardzo chcieliśmy poznać kobietę, 
która rzuciła Philippe'a na kolana. 

- Obawiam się, że teraz role się odwrócą - szepnęła z bó­

lem Kellie. - Po tym, co mi powiedziałaś, wydaje mi się, że 
nie wystarczy rzucenie się na kolana. 

- Miłość pokona wszelkie przeszkody. 
- Mam nadzieję, że to prawda, bo przecież kocham go nad 

życie! 

Patrzyły na siebie przez dłuższą chwilę, w końcu Lee po­

wiedziała: 

- To niezwykły zbieg okoliczności, że nasi mężowie, którzy się 

tak przyjaźnią, wzięli za żony Amerykanki. Byłam bardzo szczęśliwa, 
gdy dowiedziałam się, że jesteśmy tej samej narodowości. 

- Ja również. Oboje z Philippe'em nie mogliśmy się do­

czekać waszego powrotu z podróży poślubnej. Planowaliśmy 
nawet wieczór powitalny. 

background image

- My również! Raoul bez przerwy mówił o tym, co bę­

dziemy robić we czwórkę. 

- A teraz nie wiadomo, czy zrobimy cokolwiek razem. 

Głos Kellie załamał się. 

Lee spoważniała. 
- Wiadomość o waszym rozstaniu była dla nas ogromnym 

ciosem. Mój mąż bardzo to przeżył. Zrobi wszystko, co w jego 
mocy, by ułatwić wam pogodzenie się. 

- To, że tu jesteś, najlepiej dowodzi, jak wspaniałych przy­

jaciół ma Philippe. Opowiadał mi, jak Raoul uratował mu życie 

podczas wspinaczki. Ty przyjechałaś do mnie, aby uratować 
go ponownie. 

- Philippe zrobił to samo dla Raouła. 
- Co masz myśli? 
- Gdyby nie on, Raoul i ja nigdy byśmy się nie spotkali. 

Opowiem ci o tym w samolocie. 

- Opowiesz mi wszystko. Przepraszam, zostawię cię na 

chwilę. Pójdę porozmawiać z rodziną i spakuję się. 

- Nie martw się. Ja w tym czasie zadzwonię do męża i po­

wiem mu, co się dzieje. 

- Skorzystaj z gabinetu mojego dziadka. Jest tam telefon 

i nikt nie będzie ci przeszkadzał. 

Trzynaście godzin później prywatny odrzutowiec księcia 

wylądował w Genewie. Po załatwieniu formalności Lee i Kellie 

zeszły z pokładu. Kilka metrów od stopni samolotu czekała 

na nie czarna limuzyna z książęcym herbem rodziny D'Arillac 
na drzwiach. Szyby w samochodzie były przyciemnione, żeby 
nikt nie mógł zajrzeć do środka. Gdy tylko Lee i Kellie wsiad­
ły, limuzyna ruszyła do Neuchatel. 

background image

- Petite! - Książę chwycił żonę w ramiona, całując ją ser­

decznie. 

Speszona Kellie starała się patrzeć w przeciwną stronę, cho­

ciaż nie mogła nie zauważyć, że tych dwoje łączyło prawdziwie 
głębokie uczucie. Równie głębokie jak jej miłość do Philippe'a. 
Ta myśl była bardzo bolesna. 

- Raoul, kochanie - usłyszała wreszcie głos Lee. - Poznaj 

Kellie Didier. 

- To zaszczyt, wasza wysokość. 
Raoul spojrzał na nią błyszczącymi niebieskimi oczami. 
- Proszę, mów mi po imieniu - powiedział po angielsku 

niemal bez obcegoakcentu. Wciąż obejmując żonę ramieniem, 
uścisnął dłoń Kellie. - Dzięki Bogu przyjechałaś. Philippe po­
trzebuje cię teraz jak nigdy wcześniej. 

Kellie próbowała wziąć się w garść. 
- Ja potrzebuję go jeszcze bardziej. Dzięki wam wiem 

o wszystkim. Nie masz pojęcia, jak wdzięczna jestem za to, 
co dla mnie zrobiliście. Tak jak powiedziałam twojej żonie: 
pewnego dnia znajdę sposób, żeby wam się odwdzięczyć. 

Jego miła twarz przybrała poważny wyraz. 
- Teraz liczy się tylko to, że tu jesteś. Zdajesz sobie sprawę, 

w jak poważnym stanie znajduje się teraz twój mąż? 

- Kochanie - przerwała mu łagodnie Lee. - Stan Kellie 

jest również poważny. 

- Go masz na myśli? 
- Nie powiedziałaś mu? - zapytała Kellie. 
Lee potrząsnęła głową. 
- Uważałam, że nie mam prawa. 
Raoul bacznie wpatrywał się w Kellie. 
- O czym miała mi powiedzieć? 

background image

- Niedawno dowiedziałam się, że jestem w ciąży. 
Zaskoczony pokręcił głową. 
- To nie do wiary. 
Wyraźnie wiadomość była dla niego szokiem. Nie tak wiel­

kim jak dla Kellie, której nadal trudno było uwierzyć, że wkrót­
ce zostanie matką. 

- Powinienem ci pogratulować, nie potrafię jednak pozbyć 

się myśli, że kiedy Philippe dowie się o dziecku, będzie prze­

konany, iż tylko dlatego wróciłaś do Szwajcarii. 

- Przyszło mi to do głowy - przyznała Kellie drżącym 

głosem. - Dlatego nie może się o tym dowiedzieć, zanim... 
zanim... 

- Jak możemy ci pomóc? 
- Zrobiliście już tak wiele. Nie śmiem prosić o więcej. 
- Kellie, wiem przecież, że ty i Philippe zrobilibyście dla 

nas to samo. 

- Oczywiście, że tak! - wykrzyknęła. - Philippe kocha cię 

jak brata. 

- To odwzajemnione uczucie. Nie mówmy o tym więcej. 

- Usiadł głębiej w fotelu i przytulił żonę. - Co chcesz zrobić? 
Masz jakiś plan? Nie muszę dodawać, że nasz dom jest do 
twojej dyspozycji. 

- Dziękuję. - Odgarnęła włosy z oczu. - W samolocie za­

stanawiałam się, jak się do niego zbliżyć. Bałam się, że moje 
sposoby mogą zawieść. Wtedy Lee opowiedziała mi o planie, 
który Philippe wymyślił, gdy przyspieszona została data two­

jego ślubu z księżniczką Sophie. 

- To był ponury dzień - przyznał Raoul. 
- I nagłe wpadłam na pewien pomysł. Philippe przekonał 

cię wtedy, że powinieneś zaprosić księżniczkę do twojego do-

background image

mku w Zermatt. Miał nadzieję, że Sophie odwoła ślub, jeśli 
zrozumie, że nie macie ze sobą nic wspólnego. 

Raoul skinął głową i uśmiechnął się do żony. 

- A ty zjawiłaś się na jej miejsce. 

Kellie odchrząknęła. 
- Pomyślałam, że moglibyśmy odwrócić tę sytuację. 
Książę natychmiast zrozumiał, o co jej chodzi. Spojrzał na 

Kellie Uważnie. 

- A więc Philippe pojawia się w domku przed wspinaczką 

i spotyka ciebie. 

- Właśnie. Po pierwsze, będzie lepiej, jeśli spotkamy się 

na neutralnym gruncie. Nie będzie nam stała na przeszkodzie 

jego praca, nic nie będzie nam przypominać o przeszłości. 

Nasz dom wiąże się ze zbyt wieloma wspomnieniami, które 
byłyby dla nas obojga bolesne. Po drugie, wyjeżdżając z Neu-
chatel, zostawiłam klucze na toaletce. Musiałabym prosić stró­

ża, żeby mnie wpuścił do domu, a ten prawdopodobnie najr 
pierw zawiadomiłby Philippe'a. 

- Bez wątpienia. Wasze mieszkanie stało się teraz prawdzi­

wą fortecą - wtrącił szybko Raoul. 

Dla Kellie było to kolejne przypomnienie udręki, którą 

musiał przejść Philippe. Zadrżała na myśl o czekającej ją 
walce. 

- Oprócz pomysłu zaskoczenia mojego męża w górskim 

domku nie mam na razie innych. 

- Widzę, że jesteś równie pomysłowa jak Philippe - mruk­

nął Raoul. 

- Nie jestem pewna, czy to się uda, ale skoro i tak planował 

wspinaczkę, nie będzie podejrzewał żadnego podstępu. Byleby 
tylko powstrzymać go od próby wejścia na szczyt w tym stanie. 

background image

- Wszyscy tego pragniemy - powiedział Raoul podekscy­

towany. 

- Jest tylko jeden problem. Philippe zorientuje się, że po­

magałeś mi w tym. Nie zniosłabym, gdyby miało to zniszczyć 
waszą przyjaźń. 

Wydało jej się, że w oczach Raoula dostrzegła coś na kształt 

podziwu. 

- Pozwól, że ja będę się o to martwił. 
- Kiedy kończy się konferencja bankierów? 
- Dziś jest ostatni dzień. Proponuję, byście przespały się, 

gdy ja udam się na uroczystość zamknięcia. Powinienem wrócić 
około wpół do piątej. Polecimy do Zermatt helikopterem i spę­
dzimy tam noc. Dam służbie parę dni wolnego, a jutro rano 
przywiozę Philippe'a. Potem zniknę pod jakimś pretekstem. Bę­

dziemy u Rogera czekać na wiadomości. 

Więc już jutro zobaczy Philippe'a. 
Jej serce tak mocno biło z przejęcia i strachu, że zastana­

wiała się, czy nic jej nie jest. Lee przysunęła się i z niepokojem 
dotknęła jej dłoni. 

- Dobrze się czujesz? 
- Liczę się z tym, że Philippe nie zgodzi się na mój powrót. 

Boję się, że nasze małżeństwo może naprawdę się rozpaść. 

Żadne z nich nie zaprzeczyło, więc jej obawy musiały być 

uzasadnione. Zmęczona oparła głowę o siedzenie. Powieki co­
raz bardziej jej ciążyły. Zanim zamknęła oczy, dostrzegła je­
szcze niezwykłą powagę malującą się na twarzy Raoula. W jed­
nej sekundzie zrozumiała, że nie powiedział o Philippie 
wszystkiego. Ani swojej żonie, ani Kellie. Nie wiedziała, o co 
chodzi, ale poczuła paraliżujący dreszcz przerażenia. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Kellie odprowadziła Raoula i Lee do tylnych drzwi domku. 

- Będę się za ciebie modliła - wyszeptała Lee, obejmując 

ją na pożegnanie. 

- Dziękuję. Modlitwa będzie mi potrzebna. 
Raoul położył dłonie na jej ramionach. 
- Masz numer mojego telefonu komórkowego. Możesz do 

nas zadzwonić w każdej chwili. 

Skinęła głową. Pod zachmurzonym niebem jego oczy wy­

dawały się ciemniejsze. 

- Uratować Philippe'a może tylko twój urok. 
- Boję się, że wszystko bezpowrotnie zniszczyłam - po­

wiedziała, z trudem powstrzymując łkanie. - Ale jeśli moja 
miłość ma dla niego jakiekolwiek znaczenie... 

- Twoja miłość ma znaczenie. 
Pocałował ją w czoło, potem objął żonę i poprowadził do 

małego, elektrycznego samochodu; tylko takimi pojazdami 
można się było poruszać po Zermatt. Kellie przyglądała się

jak znikają za zakrętem. Zamknęła za sobą drzwi i podeszła 

do frontowego okna, skąd doskonale widać było szwajcarski 
kurort, szczególnie popularny wśród amatorów narciarstwa 
i wspinaczki wysokogórskiej. Raouł powiedział jej, że przy do­
brej pogodzie można też zobaczyć Matterhorn. Kellie nigdy 

jeszcze nie była w Zermatt, nie widziała też osławionego 

background image

szczytu, jednak tego ranka okrywała go szara mgła. Jeszcze 

jeden powód, by nie dopuścić do planowanej przez Philippe'a 

wyprawy. Musi powstrzymać go za wszelką cenę. 

Usiadła na kanapie w pobliżu okna i zastanawiała się, co 

powie, gdy go zobaczy. Minęła godzina, a samochodu nadal 
nie było widać. Może helikopter nie mógł wylądować z po­
wodu złej pogody, ale w takiej sytuacji Raoul na pewno by 

zadzwonił, żeby poinformować ją o opóźnieniu. Spojrzenie 
Kellie powędrowało na drugi koniec pokoju. Kręcone schody 
prowadziły na poddasze, gdzie Philippe spędził niejedną noc 
przed górskimi wycieczkami czy wyprawami narciarskimi. Ona. 
miała spać w pokoju gościnnym na parterze. Choć zdawała 
sobie sprawę, że to niemożliwe, w głębi duszy marzyła o po­
godzeniu się z Philippe'em. Wystarczył miesiąc rozłąki, a już 
umierała z tęsknoty do niego. Myśl o spędzeniu z nim nocy 
zapierała jej dech w piersiach. 

Nie mogła usiedzieć w miejscu. Po raz kolejny przeczesała 

włosy, przyglądając się bacznie swojemu odbiciu w lustrze. 
Miała na sobie jasnobrązowe wełniane spodnie i kremowy 
sweter, w którym Philippe nigdy jej jeszcze nie widział. Za­
wsze uważał, że w tych kolorach wygląda szczególnie korzyst­

nie. Nagle przypomniało jej się, co powiedziała Lee -

Philippe się zmienił. Teraz to on pragnie rozwodu. Ostry 
ból przeszył jej serce. Jakież znaczenie może mieć w tej sy­
tuacji jej strój. Przecież mąż nigdy już nie spojrzy na nią tak 

jak kiedyś. 

Próbując zapomnieć o dręczących ją obawach, pobiegła do 

kuchni na tyłach domku. Stamtąd od razu zauważy przybycie 
Philippe'a. Już wcześniej przygotowała dla niego owoce, ka­
napki z szynką i serem oraz gorącą kawę. Wiedziała, że przez 

background image

ostatni miesiąc bardzo schudł, postanowiła więc skłonić go do 

jedzenia. 

Chciała zrobić dla niego wszystko. 
Chciała być dla niego wszystkim. 
Chciała być znowu jego żoną. 
Minęło już tak dużo czasu. 

Kiedy była już przekonana, że coś poszło nie tak i Philippe 

nie przyjedzie, usłyszała odgłos samochodu. Jej serce biło jak 
oszalałe. Stanęła trochę z boku, skąd mogła obserwować pod­

jazd, sama nie będąc widziana. Wkrótce zza zbocza wyjechało 

auto i zatrzymało się przed drzwiami wejściowymi. Zgodnie 
z planem Raoul miał wysadzić Philippe'a i powiedzieć mu, 
że sam musi jeszcze po coś wrócić do miasteczka. Jak na razie 
wszystko odbywało się chyba zgodnie z planem - Raoul nawet 
nie wyłączył silnika. Utkwiła wzrok w wysiadającym właśnie 
pasażerze i zamarła. Gdyby nie wiedziała, że to Philippe, 
z pewnością by go nie poznała. Jego ciemne włosy spadały 
na twarz w długich kosmykach, zapuścił brodę i wąsy. 

Zawsze uważała, że jest zabójczo przystojny. Nadal taki 

był, ale w zupełnie inny sposób. Zmiana zafascynowała ją 
i przeraziła zarazem. Miała wrażenie, że jego wygląd zewnę­
trzny oddala go od niej. Mimo obszernego stroju sprawiał wra­
żenie potwornie wychudzonego. Kellie wpatrywała się w męża 

jak zahipnotyzowana i dopiero po chwili zauważyła laskę, na 

której opierał się, chroniąc lewą nogę. Prawie już nie kulał. 
Po raz kolejny podziękowała opatrzności, że nie odniósł w wy­
padku poważniejszych obrażeń. 

Raoul krzyknął coś do niego, machnął ręką i odjechał. Po 

chwili usłyszała odgłos otwieranych i zamykanych drzwi. Pot 
wystąpił jej na czoło. Robiło jej się na przemian gorąco i zim-

background image

no. Lekko stukając laską, szedł korytarzem w kierunku kuchni. 
Nagle wszystko ucichło. 

Zobaczył ją. 
Starając się zapanować nad drżeniem nóg, Kellie podeszła 

i stanęła twarzą w twarz z mężczyzną, który zaledwie przy­
pominał jej ukochanego męża. To oskarżycielskie spojrzenie 
ciemnych oczu nie mogło przecież należeć do niego. Twarz, 
której rysy tak niegdyś kochała, była jak wyciosana z kamienia. 
I do tego ta wroga postawa. Musiała oprzeć się o framugę 
drzwi. 

- Trzeba było po prostu przyjść do domu, zamiast posłu­

giwać się Raoulem, żeby do mnie dotrzeć - powiedział lodo­
watym tonem, którego nie znała. - Nim wyrzuciłbym cię za 
drzwi, z pewnością podpisałbym dokumenty rozwodowe. 

Dobry Boże. 
- Tymczasem będziesz musiała wrócić tam, skąd przyszłaś, 

i jeszcze pięć dni czekać na upragnioną wolność. 

- Philippe. 
- Właściwie nie powinno mnie dziwić, że zniżyłaś się do 

wykorzystania mojej znajomości z księciem, żeby dopiąć swe­
go. A wydawało mi się kiedyś, że cię znam! 

Nie przypuszczała, że będzie aż tak wrogo nastawiony. Jak 

przełamać barierę, którą się od niej odgrodził? 

- Proszę cię, kochany, musimy porozmawiać. 
- Przestań. - Wolałaby otwarty atak niż tę kontrolowaną 

wściekłość. - Masz dziesięć minut na opuszczenie domku. To 
o dziewięć minut i trzydzieści sekund więcej, niż ty dałaś mi 
w szpitalu. 

Każde jego słowo cięło jak nóż. Nagle odwrócił się od niej. 

To, co stało się potem, przypominało scenę z koszmarnego snu. 

background image

Odrzucił laskę i zaczął wbiegać po schodach na górę, prze­
skakując po dwa stopnie, tak jak robił to przed wypadkiem. 

- Nie! - krzyknęła, biegnąc za nim, ale był od niej szybszy. 
U szczytu schodów potknął się i upadł na podłogę, jęcząc 

z bólu. 

- Najdroższy! 
W mgnieniu oka znalazła się przy nim. Na wpół siedząc, 

na wpół leżąc, trzymał się za bolącą nogę. Pragnęła dotknąć 
go, przytulić, ale nie miała odwagi. 

- Nie ruszaj się. Zadzwonię po pomoc. 

Krople potu wystąpiły mu na pobladłą z bólu twarz. Rzucił 

jej nienawistne spojrzenie. 

- Powiedziałem, że masz się wynosić! 
Nie ma mowy. 

- Nie jesteś u siebie w domu. Mam takie samo prawo być 

tutaj jak ty. A teraz potrzebny ci jest lekarz. 

Nie czekając na kolejny wrogi komentarz, zbiegła ze scho­

dów. Na szczęście Raoul zostawił numer swojej komórki. 
Chwyciła słuchawkę. Odezwał się już po drugim dzwonku. 

- Raoul, cieszę się, że odebrałeś! 
- Kellie? Nie zdążyłem nawet jeszcze dojechać do Rogera. 

Co się stało? Brak ci tchu. - W jego głosie słychać było niepokój. 

- Philippe zranił się w nogę. - Pokrótce opowiedziała mu, 

co się stało. 

- Widać twoja magia zadziałała szybciej, niż sądziłem. 

W najbliższej przyszłości wspinaczka wysokogórska wyklu­
czona. Dzięki Bogu! Zaraz przywiozę lekarza. 

- Dobrze. Pospiesz się, proszę. Philippe bardzo cierpi. 
- To dobrze. To znak, że coś czuje - mruknął Raoul i roz­

łączył się. 

background image

Zastanawiając się nad tą uwagą, Kellie pobiegła przygoto­

wać woreczek z lodem. Gdy otwierała szuflady w poszukiwa­
niu foliowych torebek, po raz kolejny przyszło jej do głowy, 
że mają ogromne szczęście, posiadając takiego przyjaciela jak 
Raoul. Poza tym miał rację - ten wypadek w gruncie rzeczy 
był szczęśliwy. Idąc na poddasze, aż drżała ze zdenerwowania. 
Francuskie przekleństwa słychać było nawet na dole. 

Philippe zdołał jakoś doczołgać się do najbliższego łóżka, 

skąd rzucał jej teraz miażdżące spojrzenia. Nie dbała jednak 
o to, w tej chwili na szczęście miała przewagę. Zdjęła poduszki 
z trzech pozostałych łóżek. 

- Podłożę ci je pod kolano. 
Fakt, że pozwolił jej na to, był najwymowniejszym dowo­

dem jego cierpienia. Obłożyła mu kolano lodem, potem, nie 
prosząc nawet o pozwolenie, rozwiązała sznurowadła i ostroż­
nie zdjęła buty. Możliwość opiekowania się mężem sprawiała 

jej niewysłowiona radość. Odruchowo położyła rękę na jego 

czole. 

- Jesteś rozpalony. Pomogę ci zdjąć sweter. 

Do tej pory nie wzbraniał się przed jej pomocą, sądziła 

więc, że pozwoli jej również na to. Myliła się jednak. Gdy 
tylko dotknęła jego ramienia, zamknął jej nadgarstek w żela­
znym uścisku, sprawiając ból. Zapomniała już, jaki jest silny. 

- Dość już zrobiłaś, rozumiesz? 
Pełnym nienawiści ruchem odepchnął jej rękę. Udała, że 

nie dostrzega jego wrogości. 

- Poszukam środków przeciwbólowych. 
Kiedy w końcu wyszła z łazienki z tabletkami i szklanką 

wody, lekarz był już na poddaszu, ale Raoula nie było nigdzie 
widać. Starszy pan nachylał się nad Philippem, zadając pytania, 

background image

potem podwinął nogawkę spodni i oglądał obrażenia. Gdy 
podeszła do łóżka, spojrzał na nią i skinął siwą głową. 

- Pani Didier? Jestem doktor Glatz - odezwał się po an­

gielsku z silnym akcentem. 

- Dzień dobry, doktorze. Dziękuję, że przyjechał pan tak 

szybko. Mój mąż bardzo cierpi. 

- Gdy usłyszałem, że niedawno przeszedł operację kolana, 

od razu wiedziałem, że to coś co nie może czekać. Ale na 
szczęście nie ma żadnych nowych obrażeń. Podrażnione zo­
stały tylko zakończenia nerwowe. Poleży kilka dni w łóżku 

i wszystko będzie dobrze. Wstawać może tylko do łazienki, 
i to z pani pomocą. 

- Dzięki Bogu! - wykrzyknęła Kellie z ulgą. 
- Znakomicie udzieliła mu pani pierwszej pomocy. Jest pa­

ni pielęgniarką? 

Potrząsnęła głową. 
- Nie. Zrobiłam tylko to, co wydawało mi się właściwe. 
- Może więc pani być dumna ze swojej intuicji. - Spojrzał 

na trzymane przez nią środki przeciwbólowe. - Proszę poda­
wać mu te tabletki co cztery godziny. Zostawię też coś silniej­
szego na wypadek, gdyby ból się wzmagał. Najskuteczniejsze 

jednak są okłady z lodu. Dwadzieścia minut na kolanie, potem 

dwadzieścia minut przerwy. Jeśli przypilnuje pani tego przez 
całą noc, dojdzie do siebie znacznie szybciej. 

- Dziękuję, doktorze. Właśnie oddalił pan moją egzekucję 

o kolejne dwanaście godzin. Najchętniej bym pana pocałowała. 
- Uśmiechnęła się. 

- Pani Didier? - Doktor poklepał Philippe'a po ramieniu. 

Kellie udawała, że nie dostrzega jego groźnego spojrzenia. -
Zostawiam pana w dobrych rękach pięknej małżonki. 

background image

Zwrócił się jeszcze raz do niej: 
- Zostawię lekarstwo w kuchni na stole wraz z moją wi­

zytówką. Proszę do mnie zadzwonić, gdyby pojawiły się jakieś 
problemy. Nie musi mnie pani odprowadzać. 

- Raz jeszcze dziękuję panu. Do zobaczenia. 
-Żegnam. 
Domyśliła się, że Raoul czekał na zewnątrz, żeby odwieźć 

lekarza. Philippe też musiał zdawać sobie z tego sprawę. 

- Słyszałeś, co powiedział lekarz. Zażyj te tabletki od razu. 
Wyciągnęła dłoń, żeby podać mu lek bezpośrednio do ust. 

Dotyk jego warg sprawił, że jej ciało przeszyła tęsknota. Starała 
się jednak nic nie okazać. Zaraz potem podała mu szklankę 
wody. Jego ręka drżała. Może to przelotne dotknięcie zadziałało 
i na niego? Chociaż mógł to być objaw słabości, naturalnej 
zresztą po tak silnym ataku bólu. Bez słowa oddał jej pustą 
szklankę. Nie oczekiwała podziękowania. 

Gdyby tylko potrafiła skłonić go do wysłuchania jej. Gdyby 

tylko zrozumiał, że decyzja o opuszczeniu go była dowodem 

jej największej miłości. 

- Philippe? - zaryzykowała nieśmiało. 
- Daj mi spokój. 

Szorstka reakcja załamała ją. Wiedziała jednak, że musi 

się jakoś uodpornić na jego ciosy. Oderwała wzrok od zmy­
słowych męskich ust, których dotyku tak bardzo pragnęła. 

- Zabiorę woreczek z lodem na dół i za dwadzieścia minut 

przyniosę nowy. 

W korytarzu podniosła jego laskę i zawiesiła ją na wieszaku 

obok drzwi. Potem przygotowała sześć woreczków z lodem, 
żeby były gotowe na później. Na koniec ułożyła na tacy ro­
galiki, a na wypadek, gdyby tabletki przyprawiły gó o nie-

background image

strawność, dodała jeszcze butelkę wody mineralnej. Na szczę­
ście Philippe musi zastosować się do zaleceń lekarza, jeśli chce 
szybko wrócić do zdrowia. 

Gdy wróciła na górę, już spał. Na podłodze leżał rzucony 

sweter. Pod czarną koszulką dostrzegła wychudzony tors. Po­
stawiła tacę na stoliku nocnym i ostrożnie położyła nowy wo­

reczek z lodem na kolanie. Pod wpływem zimna Philippe po­
ruszył się i otworzył oczy. Przez ułamek sekundy wydawało 

jej się, że jego wzrok jest taki sam jak dawniej. 

- Czas na lunch. Przyniosłam ci coś do jedzenia, w razie 

gdybyś był głodny. 

- Nie jestem. 
- Masz nudności? - zapytała zaniepokojona. 
Zacisnął wargi. 
- Do tej pory nie miałem. 
Nie dokończył. Nie musiał. Zabolało ją to. Zabolało tak 

bardzo, że ledwie udało jej się opanować. Za nic jednak nie 
chciała dać tego po sobie poznać. 

- Woda mineralna dobrze ci zrobi. Otworzyłam butelkę. 

Postawiła ją na brzegu stolika, żeby bez problemu mógł 

po nią sięgnąć. Podniosła z podłogi sweter, starannie złożyła 
i włożyła do jednej z pustych szuflad. 

- Przyjdę później. 
Dwadzieścia minut później wróciła, żeby zabrać woreczek 

z lodem i z satysfakcją zauważyła, że wypił wodę i zjadł ka­
wałek rogalika. Na dole czekał na nią uśmiechnięty Raoul. 
Przyniósł plecak Philippe'a. 

- Chłopcy będą dziś spać u Rogera, a ja i Lee zatrzymamy 

się w hotelu Alex - wyszeptał. - Zadzwoń do mnie, jeśli bę­
dziesz potrzebować pomocy. 

background image

- Prawdopodobnie będę, bo zupełnie nie wiem, co robić. 

Spojrzał na nadgryziony rogalik na tacy. 

- Widzę, że już zrobiłaś znaczne postępy. 
- Nie mówiłbyś tak, gdybyś słyszał, jak on się do mnie od­

zywa. A raczej nie odzywa - poskarżyła się drżącym szeptem. 

- Wierzę w ciebie, Kellie. 
- Chciałabym wierzyć sama w siebie. Philippe uważa, że 

wykorzystałam cię, by się z nim skontaktować. I właściwie się 
nie myli - prawie szlochała. - Pogardza mną za to. 

- Pewnego dnia wyjaśnię mu, że to Lee cię sprowadziła. 

Na razie niech myśli, co chce. Ten gniew jest mu potrzebny. 

- Jak to? 
- Widzisz, Philippe jest niezwykle dumnym człowiekiem. 

Kiedy nie wracałaś, uznał, że nigdy go nie kochałaś. 

Niechętnie, aie musiała przyznać, że sama do tego dopro­

wadziła. 

- Będę więc musiała udowodnić, że go kocham. 
- Chłopcy wierzą, że ci się uda. Jeśli chodzi o Lee i mnie, 

wiesz, co czujemy. 

Objęła go ramieniem. 
- Wiem. I dziękuję ci za wszystko. 
- Powodzenia. 
Resztę dnia spędziła, przygotowując na zmianę woreczki 

z lodem i jedzenie dla Philippe'a. Postanowiła podać mu swoje 
popisowe danie - vichyssoise. W szkole gastrortomicznej opra­
cowała specjalny przepis - podawała zupę na ciepło, a do niej 
plastry cielęciny z sokiem z limonki i łuskany groszek przy­
prawiony tymiankiem i wolno gotowany na parze na warstwie 
sałaty, co wzbogacało jego smak. Za ten przepis zresztą zdobyła 
pierwszą nagrodę na szkolnym konkursie. 

background image

Podczas pierwszego miesiąca ich małżeństwa - jedynego 

miesiąca - cały wolny czas poświęcała ukochanemu mężowi. 
Przed ślubem miał kucharkę, która kilka razy w tygodniu robiła 
zakupy i przygotowywała posiłki, ale po ich ślubie wszystko 
się zmieniło. Kellie chciała samodzielnie robić zakupy i goto­
wać, najczęściej jednak przyjeżdżała po niego, gdy kończył 
pracę, i jechali poza miasto, zjadali romantyczny posiłek w ja­
kiejś uroczej lokalnej restauracji, słynnej z raclette czy fondue. 
Potem po krótkim spacerze wracali do domu, by spędzić upojną 
noc w swoich objęciach. 

Ale nie dziś. 

I może już nigdy. 
Ta myśl była wprost nie do zniesienia. Szybko jednak 

upomniała samą siebie, że negatywne myślenie to strata czasu. 
Przyjechała do Szwajcarii, żeby uratować swoje małżeństwo. 
Przede wszystkim musiała zapomnieć o sobie i skoncentrować 
się na potrzebach Philippe'a. A to oznaczało walkę. Nie miała 

jednak wyboru. W jej głowie zaczynał się rodzić plan działania. 

Pełna determinacji odniosła tacę do kuchni. Zdjęła łaskę z wie­
szaka i zaniosła ją na górę wraz z plecakiem Philippe'a i opa­
kowaniem środków przeciwbólowych, które zostawił doktor 
Glatz. 

Philippe leżał z zamkniętymi oczami, ale mógł tylko uda­

wać, próbując zapommeć o jej istnieniu. Prawdopodobnie już 
nie spał i bardzo cierpiał, do czego z pewnością nigdy się nie 

przyzna. Podeszła do łóżka i opróżniła plecak. Zaniosła do ła­
zienki przybory toaletowe i ustawiła je na półce. Kilka minut 
później zbliżyła się do męża i zdjęła woreczek z lodem z jego 
kolana. 

- Philippe? Pomogę ci przejść do łazienki. 

background image

Natychmiast otworzył ocienione rzęsami oczy, potwierdza­

jąc jej podejrzenia - postanowił ją ignorować. 

- Pomogę ci. Tutaj jest twoja laska. Przesuń się na brzeg łóżka. 

Kiedy będziesz gotów wstać, wesprzyj się na moim ramieniu. 

Ucieszyła się, że nie zaprotestował, i ugięła kolana, aby 

mógł oprzeć się na niej. Jeżeli potrzebowała kolejnego dowodu 
odrazy, jaką w nim budziła, dostarczyło go napięcie wyczu­
walne w jego mięśniach. Równie dobrze mogłaby podtrzy~ 
mywać bryłę betonu. Kiedy tylko dotarł do łazienki, zdjął rę­
kę z jej ramienia i zatrzasnął za sobą drzwi. Niezrażona 
wygładziła pościel na łóżku i przyniosła jeszcze jedną po­
duszkę. 

W końcu wyszedł z łazienki i spojrzał na nią wyzywająco. 

Radził sobie zupełnie dobrze, więc nawet się nie ruszyła. Do­
piero gdy usiadł, pomogła mu unieść nogę i oprzeć na po­
duszkach. Laskę oparła o nocny stolik, żeby w razie potrze­
by mógł jej łatwo dosięgnąć. Potem usiadła na krześle koło 
łóżka. . 

- Wiem, że nie możesz znieść mojej obecności i pragniesz 

rozwodu - zaczęła, nie dając mu szansy wyproszenia jej z pod­
dasza. - Ale to dobrze, że nie podpisałeś jeszcze dokumentów. 

Patrzył na nią z całkowitą obojętnością. 
- Żeby zdobyć prawo do opieki nad synem, będziesz po­

trzebował żony. Matka Yvette na pewno kocha chłopca, ale 
nie ma prawa trzymać cię z dala od niego. Wciąż jesteśmy 
małżeństwem. Razem możemy przekonać sąd, że zapewnimy 
chłopcu prawdziwy dom z mamą i tatą, którzy pragną zająć 
się jego wychowaniem - zakończyła pewnym głosem. 

- Mon Dieu! - wybuchnął. - Wydaje ci się, że możesz 

przekonać sąd o czymkolwiek po tym, jak wszystkie gazety 

background image

trąbiły o twojej ucieczce? Zniknęłaś z powierzchni ziemi, gdy 
tylko pojawiły się problemy! 

Nie pozwól, żeby jego wściekłość cię dotknęła, upomniała 

samą siebie. Raoul wiedział, co robi, gdy nalegał, żeby przed 
przyjazdem zapoznała się z wycinkami z prasy. 

- Sądy zawsze orzekają na korzyść dziecka. Fakt, że byłam 

gotowa zwrócić ci wolność, abyś mógł ożenić się z Yvette, 
dać synowi swoje nazwisko i zapewnić mu dom, będzie prze­
mawiał na twoją korzyść. Zwłaszcza że rozwód nie doszedł 
do skutku z powodu śmierci Yvette, a ja wróciłam pomóc ci 
w wychowywaniu dziecka. 

Na jego twarzy malowało się tak wiele uczuć, że nie była, 

ich w stanie odczytać. 

- Jako dowód moich intencji musisz tylko pokazać w są­

dzie list, który zostawiłam w twoim gabinecie. 

Nie zważając na ból, Philippe gwałtownie usiadł na łóżku. 
- Myśjisz, że ten list jeszcze istnieje? - syknął. 

Kellie nie pozwoliła zbić się z tropu. 

- To nie ma znaczenia. Powiedziałam Claudine wszystko, 

co w nim było. 

- Nie przeprowadzono jeszcze badania DNA. Może się 

okazać, że nie jestem ojcem. 

- Yvette wierzyła, że dziecko jest twoje. Jeżeli pragniesz 

je wychowywać, otoczymy je miłością. 

Grymas wykrzywił jego twarz. 
- Pomijając fakt, że jej matka nigdy na to nie pozwoli, 

czy próbujesz mi wmówić, że chcesz wychowywać dziecko, 
które nie jest ani twoje, ani moje? - zapytał drwiąco, znów 
łamiąc jej serce. 

- Ależ oczywiście! A gdyby wszystko to się nie zdarzyło, 

background image

natomiast okazałoby się, że możemy mieć dziecko tylko po­
przez adopcję? Dziecko to dziecko. Jest niewinne i pragnie 
miłości. Czy widziałeś go już? 

Milczał przez dłuższą chwilę. 
- Raz, przez szybę oddziału noworodkowego. Był zbyt da­

leko, żeby wyrobić sobie jakąś opinię. 

- Ale musisz przyznać, że serce i tak stopniało ci na jego 

widok? 

- To bez znaczenia, jeśli dziecko nie jest moje. 
- Niekoniecznie. Jeśli zastosujesz się do zaleceń lekarza, 

wkrótce będziesz mógł wrócić do Neuchatel i zacząć działać. 

Kellie czuła, że lepiej byłoby, gdyby spędził najbliższy ty­

dzień w łóżku, ale znała swojego męża - nie zniósłby tak dłu­
giej bezczynności. W obawie, że powiedziała zbyt wiele, po­
stanowiła wyjść, zanim zrani ją kolejnym szyderstwem. Od­
stawiła krzesło pod ścianę i położyła na stoliku znaleziony 
w plecaku telefon komórkowy. Miała nadzieję, że zmobilizuje 

się i zadzwoni do Raoula. 

- Niedługo przyniosę kolejny woreczek z lodem. 

Zbiegła na dół, żeby dokończyć obiad. Gdy stanęła przy blacie 

kuchennym, nagle poczuła ogromne zmęczenie. Dopiero teraz 
uświadomiła sobie, że od wyjazdu z Waszyngtonu ani razu nie 
bolała jej głowa, poza tym miała znacznie większy apetyt. W tej 
chwili dosłownie trzęsła się z głodu. Odruchowo spróbowała tro­
chę zupy - smakowała jej tak bardzo, że zjadła podwójną porcję. 
Nadziewając na widelec ostatnie groszki i wkładając je do ust, 
przypomniała sobie stare powiedzenie o ,,jedzeniu za dwoje". 

Już dwa tygodnie minęły od wizyty u lekarza, kiedy dowie­

działa się o ciąży, a nadal wydawało jej się to nierealne, zwłaszcza 
że wszystkie myśli i całą swą energię koncentrowała na mężu. 

background image

I dopiero teraz w pełni zdała sobie sprawę ze swojego stanu. Od­

dałaby wszystko, żeby móc pobiec na górę i podzielić się z nim 
tą wiadomością. Nie śmiała jednak zrobić nic, co zaostrzyłoby 

i tak trudną sytuację. Wkrótce talerz dla Philippe'a był gotowy. -

Na tacy postawiła też kubek z gorącą, słodką herbatą z cytryną 
i weszła na poddasze. Z zadowoleniem zauważyła, że udało mu 
się oprzeć o wezgłowie łóżka, nie zdejmując przy tym nogi z po­
duszek. Właśnie rozmawiał przyciszonym głosem przez telefon, 

może z Marcelem. Nie była w stanie rozróżnić poszczególnych 
słów. Równie dobrze mógł to być Raoul lub ktoś z rodziny. Nie 
miało to większego znaczenia. Zauważyła, że nie jest już tak spię­

ty. Może sprawiły to środki przeciwbólowe, ale najważniejsze, 
że przestał się izolować od zewnętrznego świata. 

Postawiła mu tacę na kolanach, potem wróciła na dół, żeby 

nie mógł oskarżyć jej o podsłuchiwanie. Jeżeli nie zechce obia­
du, będzie musiał odstawić tacę na nocny stolik. Miała nadzieję, 
że okaże się to dla niego zbyt trudne. Za dwadzieścia minut 
wróci zabrać woreczek z lodem i sprawdzi, czy jej wysiłki nie 
poszły na marne. 

Raz jeszcze wróciła myślami do niedawnej rozmowy. Na 

pewno nie myliła się. Gdy mówiła o matce Yvette, która nie 
pozwala mu zobaczyć synka, w jego oczach pojawił się ból. 
Umocniło to jej postanowienie, żeby pomóc mężowi. Ale naj­
pierw musiała nakłonić go do jedzenia. 

Pół godziny później weszła na poddasze i natychmiast po­

czuła na sobie przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu Philip-
pe'a. Komórka leżała obok niego. Podeszła do łóżka i zabrała 

woreczek z lodem. Jej spojrzenie powędrowało w kierunku 
pustych naczyń na tacy. 

- Nie wiem, czemu jesteś tak zaskoczona - powiedział bur-

background image

kliwym tonem. - Nadal jesteś mistrzynią kuchni francuskiej. 
Nie ma sensu udawać, że nie był to jeden z najlepszych po­
siłków w moim życiu. 

- Dziękuję - szepnęła z ulgą, że wrócił mu apetyt. Pod­

niosła tacę. - Czy mogę zrobić dla ciebie coś jeszcze? 

- Nie. Dość już zrobiłaś. Nie przychodź tu więcej. 
Ten bezlitosny rozkaz zmroził jej serce. Philippe nie życzył 

sobie jej obecności. 

Obiecała Lee, że zadzwoni, jeśli będzie miała ochotę z kimś 

porozmawiać, a teraz właśnie nadszedł ten moment. Niestety 
numer był zajęty. 

Posprzątała w kuchni i godzinę później spróbowała ponow­

nie zadzwonić. 

- Odłóż słuchawkę. 

Odwróciła się zaskoczona. Do pokoju wszedł Philippe, pod­

pierając się laską. 

- Co ci przyszło do głowy, żeby chodzić po schodach?! 

- wykrzyknęła. - Nie chcesz, żeby kolano się zagoiło? 

- Dzięki twojej profesjonalnej opiece czuję się znacznie 

lepiej. Odłóż słuchawkę, Kellie. 

Jej palce posłuchały rozkazu. 
- Raz już zniknęłaś z mojego życia. 
Gorący rumieniec wystąpił na jej policzki. 
- Nie możesz zaprzeczyć. Zdaje się, że nie masz wstydu. 
Jego szyderczy ton dotknął ją do żywego, ale teraz potrafiła 

myśleć tylko o jego nodze i bólu, który musi odczuwać. 

- Musisz się natychmiast położyć. 
Jego oczy zwęziły się w ironicznym grymasie. 
- Tutaj? Mam do wyboru tylko ten pokój albo główną sy­

pialnię. 

background image

- Proszę cię. oszczędzaj nogę. Pomogę ci wygodnie się po­

łożyć - powiedziała, nie zważając na drwinę w jego głosie. 

- To zaproszenie? - szydził dalej. 
- Nie żartuj. Chciałam ci tylko pomóc. 
- Cały dzień z tego korzystałem. Zobaczymy, co będzie 

w nocy. 

Kellie zignorowała kolejną prowokację. 

- Jeśli czujesz się lepiej, zadzwonię po taksówkę i wyjadę. 
-Dobrze. A ja zatelefonuję do Honore'a i odwołam nasze 

jutrzejsze spotkanie. 

Już do niego dzwonił? Honore Dufort, prawnik, był niemal 

członkiem rodziny. Kellie poznała go podczas pobytu w Paryżu 

i bardzo polubiła, a po ich ślubie kilkakrotnie gościł u nich 
w Neuchatel, gdy przyjeżdżał w sprawach zawodowych. 

- Przecież nie życzysz sobie mojej obecności tutaj. - Jej 

głos drżał. 

- Powiedzmy, że nie mam ochoty spać z moją żoną. 

Wiedziała o tym, ale tak bezpośrednie przedstawienie spra­

wy zraniło ją dotkliwie. 

- Jeśli znowu masz zamiar zniknąć, poinformuj mnie 

o tym, żebym mógł odwołać spotkanie. 

- Ale lekarz powiedział, że przez najbliższe dwa dni po­

winieneś odpoczywać. 

- Każdy dzień bezczynności oddala mnie od syna, zakładając, 

że dziecko jest moje. Taksówka przyjedzie o ósmej trzydzieści 
rano, żeby zabrać nas na lądowisko helikopterów. Jeśli nie będzie 
cię tu, gdy wstanę, będę wiedział, że wyjechałaś. 

A więc Philippe pragnął dziecka Yvette. I to tak bardzo, 

że chociaż gardził Kellie, gotów był się nią posłużyć. A ona 
kochała męża tak mocno, że pozwoli się wykorzystać. 

background image

- Cieszę się, że zdaniem Honore'a masz szansę uzyskać 

prawo opieki nad dzieckiem - powiedziała, idąc do łazienki. 

- Kellie? 
Zatrzymała się w pół kroku. 
- Tak? 
- Jeżeli jest to jakiś wyrafinowany plan, mający na celu 

uratowanie naszego związku, tracisz czas. Kiedy okaże się, że 
dziecko jest moje i uzyskam prawo do opieki, natychmiast dam 
ci rozwód. Jeśli nie jest moje, podpiszę dokumenty i wsadzę 
cię do samolotu do Waszyngtonu. 

Była wdzięczna losowi, że przynajmniej wysłuchał jej pro­

pozycji i nie kazał się wynieść z domku Raoula. Teraz pozo­
stało tylko znaleźć rysę w tej ścianie lodu, która otacza jego 

serce. Wyglądało to dość beznadziejnie, ale ona nigdy nie prze­
stanie walczyć o jego miłość. 

- Zrobię, wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc ci 

w uzyskaniu opieki nad dzieckiem, zanim się ze mną rozwie­
dziesz. Jeśli dziecko nie jest twoje i zrezygnujesz z opieki, 
obiecuję, że zostawię cię w spokoju. 

Ale nie obiecuję, że wyjadę ze Szwajcarii. Nie mogę. Prze­

cież noszę twoje dziecko. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kierowca limuzyny, który odebrał Kellie i Philippe'a z pry­

watnego lądowiska helikopterów księcia w Neuchatel, wstawił 
ich bagaże do windy. Philippe uparcie starał się być niezależny. 
Mocno opierał się na lasce i w niczym nie chciał pomocy Kel­
lie. Ustąpił jej w kwestii okładów z lodu, ale sytuacja się zmie­
niła, bo nie byli już w górskim domku Raoula. W pewnym 
momencie ucieszyła się nawet, że Philippe unika fizycznego 
kontaktu z nią. Gdyby jej dotknął, musiałby poczuć, jak jej 
serce bije na samą myśl o powrocie do miejsca, gdzie przeżyli 
tyle upojnych chwil. 

Gdy tylko znalazła się w apartamencie, odżyły wspomnie­

nia wspólnego życia i miłości. Przeszła przez pokoje. Po ro­
mantycznej kolacji dla dwojga nie pozostało ani śladu. Czy 
kazał pokojówkom wyrzucić wszystko do śmieci, czy zrobił 
to sam? Co stało się ze spinkami do mankietów i kartką, na 
której wyznawała mu swoją miłość? Nie dała mu okazji wy­
pędzenia jej z małżeńskiej sypialni, tylko od razu zaniosła swo­

je rzeczy do pokoju gościnnego. Philippe jasno dał przecież 

do zrozumienia, dlaczego toleruje jej obecność. Postanowiła 
nie podsycać jego wrogości, próbując spać z nim w jednym 
pokoju. Wzięła prysznic i przebrała się w spódnicę i sweter, 
potem rozpakowała torbę i przeszła do kuchni. Lodówka była 
pusta. Raoul nie przesadzał, mówiąc, że Philippe przestał jeść. 

background image

W domu nie było nic do jedzenia. Przede wszystkim powinna 
przygotować dzbanek gorącej herbaty, a potem iść na rynek. 
Zadowolona, że ma coś pożytecznego do zrobienia, otworzyła 
puszkę herbatników i przygotowała kolejny woreczek z lodem. 
Gdy wszystko było gotowe, poszła poszukać PhUippe'a. 

- Och! Przepraszam. 
W korytarzu niemal się z nim zderzyła. Wyszedł właśnie 

z sypialni, podpierając się laską. Zdążył się już wykąpać i prze­
brać. Ciemnoczerwony sweter korzystnie podkreślał jego oliw­
kową cerę. Spojrzał na tacę, a następnie na nią. Spuścił po­
wieki, tak że nie była w stanie odgadnąć, o czym myśli. 

-. Przyjmę Patricka w salonie - mruknął i wyminął ją. 
Zaskoczona, że spodziewa się wizyty brata, poszła za nim 

i postawiła tacę na stoliku przy kanapie. 

- Kiedy przyjdzie? - zapytała, podkładając mu poduszkę 

pod nogę. 

- Lada chwila. 
- Pospieszę się z zakupami i przygotuję lunch. 
- Nie trudź się. Nie jestem głodny po śniadaniu, które zro­

biłaś u Raoula, a Patrick wpadnie tylko na chwilę, spieszy się 
na lotnisko. 

- Dokąd leci? 
- Wraca do Paryża. 
- Czy stało się coś w domu? - zapytała zaniepokojona. 

Rzucił jej nieprzyjazne spojrzenie. 
- Zastępował mnie, gdy nie byłem w stanie pracować. Te­

raz już nie potrzebuję jego pomocy. 

- Rozumiem. - Jej głos zadrżał. 
Ucieszyła ją ta wiadomość, miała jednak wątpliwości, czy 

powinien już wracać do firmy. Powstrzymała się jednak przed 

background image

wypowiedzeniem swoich wątpliwości. Czuła się jak saper po­
ruszający po polu minowym -jeden fałszywy krok i wszystkie 

jej marzenia legną w gruzach. 

- Przyniosę z kuchni dodatkową filiżankę, Patrick będzie 

przynajmniej mógł napić się z tobą herbaty. 

Gdy wróciła do salonu, rozmawiał przez telefon. Przerwał 

i rzucił jej pełne irytacji spojrzenie. 

- Przepraszam, że przeszkadzam. Nie wiesz, gdzie są moje 

klucze? 

- Pewnie tam, gdzie je zostawiłaś. 
Odkąd weszli do apartamentu, zupełnie inaczej się zacho­

wywał. Nadal był gniewny, ale miała nieodparte wrażenie, że 

jest po prostu znudzony jej obecnością. Próbowała uodpornić 

się na zadawane przez niego ciosy, ale obca jego naturze opry-
skliwość za każdym razem trafiała w czuły punkt. 

Nie miała wyjścia. Musiała sama poszukać kluczy w sy­

pialni. Okazało się, że wciąż leżały na toaletce, gdzie je zo­
stawiła w ten tragiczny wieczór. Nieświadomie zacisnęła dłoń 
na breloczku - miniaturowym toporku przyczepionym do klu­
czy na szczęście - i skaleczyła się. Z tym drobiazgiem łączyły 
się miłe wspomnienia. Gdy skończył się jej pobyt w Paryżu 

i opuszczała dom Didierów, aby z Claudine powrócić do Wa­

szyngtonu, Philippe podarował jej ten breloczek na pamiątkę. 

Tydzień później pojawił się u niej w domu, a po miesiącu byli 

małżeństwem. Przypomnienie niedawnego szczęścia przytło­

czyło ją. Poczuła przenikliwy, palący ból. Odruchowo przy­
cisnęła dłoń do serca, jakby próbując go uśmierzyć. 

Zupełnie nie znała tego gniewnego, brodatego człowieka 

siedzącego teraz w pokoju obok. Jej mąż nie potrafił bez niej 

żyć, ten mężczyzna zaś ledwo tolerował jej istnienie. 

background image

Nie upomniała samą siebie. Musi przestać rozpamiętywać 

przeszłość i zacząć wcielać w życie swój plan. Energicznym 
krokiem podeszła do stolika i wyciągnęła z szuflady książkę 

telefoniczną. Otworzyła ją na literze B. Nazwisko Boiteux po­

jawiało się tylko raz. Obok niego widniała litera A. Rue de 

Guisan, numer dziesięć. Potem odnalazła plan miasta. Ulica 
Guisan znajdowała się na północnych krańcach Neuchatel. Sa­
mochodem trafi tam bez problemu. 

Wychodząc po zakupy, zauważyła, że Philippe nadał roz­

mawia przez telefon, ale co chwila sięga po filiżankę z herbatą. 
To dobrze. Powinna być wdzięczna, że akceptuje jej pomoc 
przynajmniej w tym zakresie. Jeśli tylko będzie jadł przygoto­
wywane przez nią posiłki, wkrótce zacznie odzyskiwać stra­
cone kilogramy. 

Niestety to nie wystarczy. Stojące przed nią zadanie wy­

dawało się trudniejsze i niebezpieczniejsze niż wspinaczka na 
Mount Everest, który Philippe zdobył wraz z przyjaciółmi. 

Nie była nawet pewna, czy zauważył jej wyjście. Chętnie 

spotkałaby się z Patrickiem, ale wolała nie prowokować gnie­

wu męża. Jej samochód, jakby nic się nie stało, czekał na pod­
ziemnym parkingu. Wyjechała na główną ulicę i skierowała 
się do swojej ulubionej części miasta. Pachniało tu świeżo upie­
czonym chlebem, paloną kawą i ziarnami kakaowca. Żadnych 
supermarketów, tylko małe sklepiki. Przez ten miesiąc, kiedy 
tu mieszkała, zdążyła już poznać właścicieli i wiedziała, że 
sprzedawali najświeższy w okolicy nabiał, mięso, warzywa 
i owoce. 

Zrobiła zakupy, dorzuciła też kilka tabliczek czekolady 

z orzechami laskowymi, którą Philippe szczególnie lubił. Wło­
żyła do bagażnika torby i ruszyła w kierunku północnego kran-

background image

ca miasta. Kilka razy skręciła w złym miejscu, ale wreszcie 
znalazła szukaną ulicę. Była to nowa dzielnica, w której czyn­
sze były niższe. Zaparkowała, wzięła leżący obok na siedzeniu 
niewielki bukiet kwiatów i szybkim krokiem podeszła do głów­
nego wejścia trzypiętrowego budynku. Przejrzała listę lokato­
rów i drżącym palcem przycisnęła guzik domofonu. Minęła 
chyba minuta, nim odezwał się kobiecy głos. 

- Qui
- Madame Boiteux? 
- Tak. 
- Tu Kellie Didier, żona Philippe'a. 
Zapadła złowieszcza cisza. Kellie zaczęła się obawiać, że 

kobieta odłoży słuchawkę. 

- Musimy porozmawiać - powiedziała szybko po francu­

sku. - Pani straciła córkę, a ja męża. 

- Jak to? 
Łzy napłynęły jej do oczu. 
- Proszę pozwolić mi wejść na górę, a wszystko pani wy­

jaśnię. Wiem, jak bardzo pani cierpi, ale ja również cierpię. 

Jeżeli porozmawiamy, być może uda nam się pomóc sobie na­
wzajem. Nie przyjechałam tu po to,żeby sprawiać pani kłopot. 

Wydawało jej się, że czeka całą wieczność, gdy w końcu 

usłyszała: 

- Proszę wejść, ale tylko na chwilę. Gdy usłyszy pani 

dzwonek, proszę pchnąć lewe drzwi. Moje mieszkanie jest na 
końcu korytarza. 

- Dziękuję, madame. 
Rozległ się brzęczyk, pchnęła drzwi i weszła do holu. Mat­

ka Yvette czekała na nią na progu mieszkania. Miała pewnie 
około sześćdziesięciu lat, ale jej siwe włosy i naznaczona cier-

background image

pieniem twarz sprawiały, że wyglądała starzej. Dziecko pra­
wdopodobnie spało, bo kobieta położyła palec na ustach i tylko 
gestem zaprosiła Kellie do małego salonu. Skromnie urządzone 
mieszkanie było idealnie czyste. Oprócz leżącego w maleńkim 
korytarzu nosidełka nic nie wskazywało na obecność dziecka. 

Kellie przyjrzała się zdjęciom Yvette ustawionym na sto­

liku. Atrakcyjna kobieta z krótkimi, ciemnobrązowymi włosa­
mi, bardzo elegancka i starsza, niż Kellie sądziła. 

- Dziękuję, że zgodziła się pani mnie przyjąć, madame -

powiedziała cicho. - Przede wszystkim chciałabym pani po­

wiedzieć, jak bardzo mi przykro z powodu śmierci pani córki. 

Nie ma chyba większej tragedii niż strata dziecka. Proszę przy­

jąć te kwiaty jako wyraz mojego współczucia. 

Wyraz twarzy starszej pani nie zmienił się, ale jej oczy 

zaszły mgłą. Po chwili wahania wzięła bukiet i nawet podzię­

kowała. 

- Mój mąż nie wie, że tu jestem. Nie chcę nawet myśleć 

o tym, co by się stało, gdyby się to wydało, ale musiałam się 
z panią zobaczyć. Zacznę od początku, wtedy może zrozumie 
pani, dlaczego przyszłam. 

Milczenie kobiety potraktowała jako przyzwolenie, bez 

ogródek więc opowiedziała o koszmarnej nocy, gdy Philippe 
i Yvette mieli wypadek. 

- Wiedziałam, że przed ślubem były w jego życiu inne 

kobiety. Nie znałam ich nazwisk. W szpitalu powiedział mi 

o Yvette. Mógł skłamać, ale jest uczciwym człowiekiem. 

Wiem, że pani córka również była uczciwa. Nie winię jej za 

to, że zwróciła się do niego. Była chora, przerażona i za­
kochana. 

Starsza pani zacisnęła dłonie. 

background image

- Moja córka poznała Philippe'a na nartach w Chamonix. 

Po powrocie mówiła tylko o nim. 

- Wiem. Słyszałam miłość w jej głosie, gdy błagała lekarkę 

o przyprowadzenie do niej Philippe'a. Rozdarło mi to serce, 
bo błagała nie tylko we własnym imieniu, ale też w imieniu 
dziecka. 

Madame Boitęux odwróciła wzrok. 
- Ale ja również go kochałam i stanęłam przed najwięk­

szym dylematem mojego życia. Widzi pani, mój ojciec porzucił 
moją matkę i mnie, zanim się urodziłam. Miałam wrażenie, 
że historia się powtarza. I wtedy zrozumiałam, co muszę zrobić. 
Gdy Philippe był na prześwietleniu, wróciłam do domu, spa­
kowałam się, ale nim wyszłam, zostawiłam mu list. Napisałam, 
że jego miejsce jest u boku Yvette, bo ją poznał wcześniej. 

Potem wyjechałam do Stanów i wystąpiłam o rozwód, żeby 
mógł się z nią ożenić. 

Jej wyznanie poruszyło kobietę. 
- Zrobiła to pani dla mojej córki? 
- Dla nich trojga. I gdyby przyjaciółka nie powiedziała mi 

o śmierci Yvette, pewnie nigdy nie wróciłabym do Neuchatel. 
Tylko że teraz mąż już mnie nie chce. - Jej głos drżał. - Ale 
pragnie syna, jeżeli to rzeczywiście jego syn. 

- Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, madame. 
-

 Wierzę - zapewniła ją Kellie. - Ale pani musi zrozu­

mieć, dlaczego Philippe nie jest pewien. Yvette powinna go 
zawiadomić, gdy tylko dowiedziała się, że jest w ciąży. Za­
miast tego pojawiła się miesiąc po naszym ślubie. Dlatego mój 
mąż chce przeprowadzenia badania DNA. 

Kobieta drgnęła. 

- Gdyby znała pani Philippe'a, wiedziałaby pani, że ta na-

background image

gła wiadomość postawiła go w niezwykle trudnej sytuacji. Bar­
dzo przeżył śmierć Yvette. Jeśli badanie potwierdzi, że jest 
ojcem dziecka, zrobi dla niego wszystko. Przyjechałam tu dzi­
siaj, bo z kolei ja jestem gotowa poświęcić wszystko, żeby 
tylko odzyskać miłość męża. Gdyby zgodziła się pani, żebyśmy 
spędzili trochę czasu z dzieckiem, pomoże to Philippe'owi. 
Może nawet złagodzi jego złość do mnie. 

Matka Yvette bez słowa podniosła się, na jej twarzy ma­

lował się ogromny ból. 

- Chcę być znowu żoną Philippe'a i pomóc mu w wycho­

waniu syna. Niczego nie pragnę bardziej. To dziecko zasługuje 
na miłość dwojga rodziców i babci. Philippe ma odpowiednie 
środki materialne, a co ważniejsze, kocha dzieci i będzie naj­
lepszym ojcem na świecie. Kiedyś musiało mu zależeć na 
Yvette. Ona nie miała co do tego wątpliwości. Przecież chciała 
wspólnie z nim wychowywać dziecko, dlatego w końcu przy­

szła do niego. Jest gotów zaopiekować się chłopcem, ale nie 
może zrobić tego sam. Potrzebuje mnie i pani. Jeśli połączymy 
siły, syn Yvette będzie otoczony miłością. Proszę, niech pani 
chociaż rozważy przywiezienie dziecka do naszego mieszkania, 
żebyśmy mogli je poznać. Philippe z pewnością przyjechałby 
tu sam, ale dwa dni temu nadwerężył operowane po wypadku 

kolano i lekarz zalecił mu odpoczynek. 

Starsza pani potrząsnęła głową. 
- Nie potrafię mu wybaczyć. 
- Tego, że nie kochał Yvette na tyle, żeby poprosić ją o rękę? 
- Tak! - wykrzyknęła z bólem. 
Kellie wstała. 
- Madame, przekonałam się na własnej skórze, że nikomu 

nie można kazać kogoś kochać. Przez całe lata nienawidziłam 

background image

mojego biologicznego ojca za to, że nie ożenił się z mamą 
i nie był dla mnie tatą. To zaślepienie zrujnowało moje mał­
żeństwo. 

- Współczuję pani - powiedziała szczerze kobieta. 
- Ja również pani współczuję. Ale za parę lat wnuk na pewno 

zapyta o ojca. I niech Bóg ma panią w swojej opiece, kiedy chło­
piec dowie się, że mężczyznę, który bardzo pragnął być jego pra­
wdziwym ojcem, usunęła pani z jego świata. Zemsta i gniew nie 
wrócą życia Yvette, ale miłość i przebaczenie mogą dać małemu 
normalne dzieciństwo. W głębi duszy czuję, że tego właśnie pra­
gnęłaby Yvette. Pani również o tym wie. Gdyby znała pani Phi-
lippe'a, wiedziałaby pani, że będzie cudownym tatą. - W obawie, 
że wybuchnie płaczem, zakończyła: - Dziękuję, że zgodziła 
się pani ze mną porozmawiać. Nie musi mnie pani odprowa­
dzać do wyjścia. 

Wybiegła z mieszkania, ledwie powstrzymując łzy, ale gdy 

siadła za kierownicą, przestała już nad sobą panować. W Ana-
lise Boiteux dojrzała to samo zaślepienie, które zrujnowało jej 
małżeństwo. Gdyby posłuchała Claudine, nie wysłałaby Phi-
lippe'owi tych okropnych dokumentów rozwodowych. Wróci­
łaby do Szwajcarii, żeby być u jego boku. Wspólnie stawiliby 
czoło trudnościom, powiedziałaby mężowi, że będą mieli 
dziecko. Teraz jest już za późno. 

W drodze do domu wypłakała się i Wjeżdżając windą, miała 

już suche oczy. Spojrzała na zegarek - trzecia. Philippe na 

pewno był głodny. Postanowiła przygotować na razie tosty 

z szynką i serem, Philippe lubił też melony, przekroiła więc 

jeden, skropiła sokiem z limonki i wszystko ułożyła na tacy. 
W salonie nie było Philippe'a, a drzwi do sypialni były za­
mknięte. Zapukała. 

background image

-Philippe? 
- O co chodzi? 
Najwyraźniej wizyta Patricka nie poprawiła mu nastroju. 
- Zrobiłam coś do jedzenia. Mogę wejść? 
- Patrick przyniósł ze sobą lunch. 
Dziwne, ani w salonie, ani w kuchni nie było najmniej­

szego śladu po lunchu. 

- Mam też woreczek z lodem. 
- Włóż go z powrotem do zamrażarki. 
Coś było nie tak. Nie zastanawiając się dłużej, otworzyła 

drzwi. Philippe z ponurą miną leżał na łóżku ze szklanką w dło­
ni, a na stoliku obok stała butelka whisky. Jego posępny nastrój 

poważnie ją zaniepokoił. Philippe rzadko pił coś mocniejszego 
niż piwo, co więcej, nigdy nie pił sam. Bez słowa podeszła 
do łóżka, postawiła na stoliku tacę, przesuwając trochę dalej 
butelkę, położyła woreczek z lodem na kolanie męża, potem 
po prostu wyszła z pokoju. Najchętniej trzasnęłaby drzwiami, 
ale nie chciała dać mu tej satysfakcji. 

Kiedy dotarła do kuchni, poczuła, że znów drży. Szybko 

zrobiła sobie kanapkę i nalała szklankę mleka. Zaskoczyło ją 
to, że znowu jest głodna. Jeśli będzie tyle jeść, strasznie utyje 
podczas ciąży. Philippe już teraz nie może znieść jej widoku, 
strach pomyśleć, co będzie, gdy stanie się tłusta jak prosię. 

Zadowolona, że przynajmniej migreny ustąpiły, zaniepokoi­

ła się nowym objawem ciąży. Postanowiła w najbliższych 
dniach zadzwonić do doktora Cutlera i dowiedzieć się, czy mo­
że jakoś zapanować nad apetytem, nie szkodząc dziecku. Po­
sprzątała trochę i zaczęła przygotowywać ąuiche na kolację. 
Gdy wyrabiała ciasto, usłyszała dzwonek telefonu. Philippe 
odebrał natychmiast. 

background image

Mógł to być ktokolwiek. Teraz, gdy Patrick wrócił do Pa­

ryża, na przykład Marcel mógł chcieć porozmawiać z szefem. 
Z całego serca współczuła cierpiącemu mężowi, ale co będzie 

jutro, jeśli zostanie w sypialni i nie będzie chciał nic jeść. 

Skończyła ąuiche i zajęła się przygotowaniem zapiekanki 
z marchewki i pasternaku. Gdy wszystko było gotowe, włożyła 
oba naczynia do piekarnika. Miała nadzieję, że smakowite za­
pachy pobudzą jego apetyt. 

- Kellie? 
Zaskoczona obróciła się na pięcie. Philippe stał w drzwiach 

kuchni, opierając się na lasce. Może nie wypił tak dużo, jak 
sądziła. 

- Co się stało? 

Obrzucił ją przenikliwym spojrzeniem. 

- Dzwoniła Analise Boiteux. 

Serce Kellie załomotało. 

- Z jakiegoś niezrozumiałego powodu pozwoli mi zoba­

czyć dziecko. Powiedziała, że tego właśnie życzyłaby sobie 
Yvette. 

- Och, Philippe. 
Analise była dobrą, cudowną kobietą. Kellie już ją kochała, 

zwłaszcza za to, że zataiła przed Philippe'em jej wizytę. 

- Najwyraźniej w szpitalu powiedzieli jej, że miałem ope­

rowane kolano. Jeśli wyślę po nią taksówkę, przywiezie tu 
chłopca o szóstej. 

Mówił i wyglądał jak człowiek będący w szoku. Kellie 

mogła sobie tylko wyobrazić, ile znaczy dla niego ta wiado­
mość. Wreszcie będzie mógł przytulić własnego syna. W pier­
wszym momencie chciała zaproponować, że pojedzie po Ana­
lise samochodem, powstrzymała się jednak w obawie przed je-

background image

go reakcją. Nie chciała dostarczać mu więcej powodów do nie­
nawiści. Zwłaszcza teraz, gdy Analise pokonała własne cier­
pienie i zdobyła się na tak wielkoduszny gest. Ten telefon za­
krawał na cud. 

- Może wołałbyś zostać sam podczas tego pierwszego spot­

kania? - wyjąkała. - Jeśli chcesz, mogę iść na spacer albo prze... 

Jego twarz stężała. 

- To zupełnie w twoim stylu, znikać, gdy tylko pojawiają 

się kłopoty. Powinienem wiedzieć, że te piękne słowa o miłości 
do niewinnego dziecka to tylko czcza gadanina - wybuchnął. 

- To nieprawda! - wykrzyknęła z rozpaczą, ałe odwrócił 

się od niej z zaskakującą szybkością. 

Pobiegła za nim. 
- Myślałam tylko, że będziesz chciał omówić z nią pewne 

sprawy na osobności. Philippe, najdroższy, zrobię wszystko, 
czego ode mnie zażądasz! 

Nie wiedziała jednak, czy ją słyszał, bo zatrzasnął jej drzwi 

przed nosem. 

Żeby nie pogarszać sytuacji, postanowiła zająć się czymś 

pożytecznym. Pospieszyła do jadalni i nakryła na trzy osoby. 
Na środku stołu ustawiła kupiony w mieście bukiet kwiatów. 
Nie wiedziała, czy Analise będzie chciała zjeść z nimi kolację, 
ale postanowiła zachować się w stosunku do niej jak najbar­
dziej naturalnie. Matka Yvette powinna zobaczyć, jak miesz­
kają, jakie życie mogą zaoferować jej wnukowi. Gdy wszystko 
było gotowe, poszła przebrać się w zwykłą bawełnianą sukien­
kę w beżowym kolorze i pasujące do niej sandały. Zaskoczona 

stwierdziła, że zamek nie zapiął się tak łatwo, jak ostatnim 
razem. Choć ciąży nie było jeszcze widać, wyraźnie zmieniły 
się jej kształty. Gdyby Philippe na nią patrzył, na pewno do-

background image

strzegłby jej zaokrągloną figurę. Wkrótce będzie musiała po­

wiedzieć mu o dziecku. Ale nie dzisiaj. 

Pociągnęła usta szminką i wyszczotkowała Włosy, a potem 

udała się na obchód mieszkania. Wszystko musiało być gotowe 

na przybycie gościa. Jak większość Szwajcarek, Analise była 
doskonałą gospodynią. Jej dom był nieskazitelny. Prawdopo­
dobnie była też znakomitą kucharką, Kellie chciała pokazać 

jej, że potrafi zająć się Philippe'em i domem. Wreszcie wyjęła 

z szatki w korytarzu ręcznie szytą narzutę z kremowej krepy, 
ślubny prezent od babci. Była bardzo cenna i Kellie nigdy jej 
nie używała, w wyobraźni jednak widziała zawinięte w nią 
niemowlę. Przytulając narzutę do piersi, przeszła do salonu 
i położyła ją na krześle. 

Kiedy pięć po szóstej weszła do kuchni, żeby wyjąć za­

piekanki z piekarnika, usłyszała, jak zamykają się frontowe 
drzwi. Najwyraźniej Philippe postanowił czekać na Analise 
przy windzie. Kellie mogła wyobrazić sobie jego zdenerwo­
wanie. Sama była niespokojna! Natura dała ludziom dziewięć 
miesięcy, by przygotowali się na przybycie dziecka, lecz zostać 
rodzicami z dnia na dzień to zupełnie co innego. Być może 

przeceniała znaczenie wizyty Analise, ale im dłużej się nad 
tym zastanawiała, tym bardziej była pewna, że wzmianka o ba­
daniu DNA rozgniewała ją. Może postanowiła przyjść z dziec­

kiem, żeby doprowadzić do konfrontacji? Na samą myśl o rym 
przeszedł ją zimny dreszcz. A jeśli swoją interwencją pogor­
szyła sytuację i odebrała Philippe'owi wszelkie szanse na po­
lubowne załatwienie sprawy? Jeśli tak, to na pewno każe jej 
się wynosić i nigdy więcej nie pokazywać się na oczy. I nie 
miałoby żadnego znaczenia, że spodziewa się dziecka. Poro­
zumiewałby się z nią poprzez prawnika. Nagle uleciał gdzieś 

background image

jej dobry nastrój, a pojawił się paraliżujący strach. Ta sama 

słabość, której doświadczyła w szpitalu, sprawiła teraz, że mu­
siała się oprzeć o blat kuchenny. Usłyszała głosy dochodzące 
z salonu, ale w uszach jej dzwoniło, a całe ciało oblał zimny 
pot. 

- Kellie! - usłyszała głos Philippe'a. 
Nie była w stanie poznać, czy jest zły, ale z pewnością 

oczekiwał, że do nich dołączy. Drżąc jak liść, wyszła z kuchni 
i przeszła do jadalni. Zatrzymała się w drzwiach salonu. 

Przy kanapie stały dwie osoby. Kobietę rozpoznała, ale do­

brze zbudowany, ciemnowłosy mężczyzna trzymający dziecko 
zupełnie nie przypominał człowieka, którego niedawno jeszcze 
widziała w kuchni. Stał wyprostowany, bez laski, do tego był 

gładko ogolony i miał na sobie granatowy garnitur, białą ko­
szulę i krawat w paski. 

Powrócił człowiek, z którym brała ślub. 
- Philippe - wyszeptała. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Philippe musiał usłyszeć jej szept, bo podniósł głowę. 
- Kellie? Poznaj Analise Boiteux - powiedział po francu­

sku. - Analise, oto moja żona, Kellie. 

Kellie znów miała wrażenie, że śni i nie jest w stanie 

kontrolować ruchów swojego ciała. Zbliżyła się do nich nie­
pewnie, cały czas obawiając się, że nie dzieje się to na­
prawdę. 

Przyjechała Analise. 
Przywiozła dziecko. 
Przyjazne spojrzenie starszej pani sprawiło, że Kellie 

miała ochotę rzucić jej się na szyję, lecz zamiast tego uścisnęła 
wyciągniętą na powitanie dłoń. 

- Miło mi panią poznać, madame. 
- Mnie również. 

Kellie podniosła wzrok i spojrzała na Philippe'a. Jego 

ciemne oczy lśniły łagodnym blaskiem. 

- Przywitaj się też z Jean-Lukiem. 
Z zapartym tchem spojrzała na dziecko owinięte w kocyk. 

Było maleńkie, ważyło nie więcej niż trzy kilogramy, miało 

ciemne loczki i mocno spało w ramionach Philippe'a. Śliczna 
buzia o oliwkowej cerze była spokojna i doskonała. Serce Kel­
lie stopniało. 

background image

- Och, Philippe. To najpiękniejsze dziecko, jakie w życiu 

widziałam! - Przez łzy spojrzała na Analise. - Na pewno go 
pani uwielbia. 

Oczy Analise błyszczały podejrzanie. 
- Jest tak, jakbym raz jeszcze opiekowała się małą Yvette, 

tylko tym razem nie ma przy mnie męża, Louisa. Szkoda, że 
przed śmiercią nie mógł zobaczyć wnuka. 

- Kiedy zmarł? 
- Trzy lata temu. 
Kellie odruchowo położyła dłoń na ramieniu Analise. 
- Spotkała panią ogromna tragedia, ale samo obserwowa­

nie Jean-Luca musi dostarczać pani niewysłowionej radości. 
Jest taki śliczny! 

- Słyszysz te wszystkie miłe rzeczy, które o tobie mówią, 

syneczku? - wyszeptał Philippe, wpatrując się w malca. 

Syneczku. Philippe już myślał o nim w ten sposób. 
Zupełnie zapomniał o kolanie, ale Kellie wiedziała, że 

później będzie go to wiele kosztować. Zaproponowała więc 
Analise, żeby usiadła, mając nadzieję, że on również to zrobi. 
Istotnie Philippe zajął wygodne miejsce na kanapie. 

- Czy ma pani coś przeciwko temu, żebym mu się bliżej 

przyjrzał? - zapytał. 

- Myślałam, że poprosi pan wcześniej. 
- Przygotowałam narzutę, którą zrobiła dla nas moja 

babcia. 

Kellie rozpostarła narzutę na kanapie obok Philippe'a, a on 

ułożył na niej niemowlę. Ostrożnie, jakby rozwijał cenny pre­
zent, zaczął je rozbierać. Gdy dziecko pozostało w samej pie­
luszce, na twarzy Philippe'a pojawił się uśmiech. Pierwszy od 
kiedy Kellie wróciła do Szwajcarii. 

background image

Ona także uklękła przed kanapą i przyglądała się dziecku. 

Zafascynował ją ten mały aniołek. Pomyślała, że już niedługo 
będzie oglądać własnego. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że 

mogłaby kochać go bardziej niż Jean-Luca. 

Dziecko miało cerę Philippe'a, ale krępa budowa świad-

czyła, że raczej nie będzie tak wysokie i szczupłe jak tatuś. 
Może figurę odziedziczyło po matce? Oględziny obudziły 
chłopczyka. Najpierw zatrząsł się mały podbródek, potem 
otworzyły się oczka, odsłaniając zamglone, szarobrązowe tę­
czówki. W jego krzyku nie było śladu wahania. Uroczą buzię 
wykrzywił grymas. Cichy śmiech Philippe'a wzruszył Kellie. 
Jej mąż pochylił się i ucałował brzuszek dziecka. 

- Już dobrze. Tatuś jest przy tobie - szepnął synkowi do 

ucha. Zręcznie przewinął chłopca, ubrał go i zawinął z powro­

tem w kocyk. 

- Proszę, może go pan nakarmić. 
Analise podała mu butelkę i pieluszkę, którą Kellie poło­

żyła na szerokim ramieniu Philippe'a. Dziecko ssało smoczek 
tak mocno i szybko, że nie mogli się powstrzymać od śmiechu, 
zwłaszcza gdy Philippe zabrał butelkę i uniósł malca, któremu 
po chwili głośno się odbiło. 

Kellie miała ogromną ochotę wziąć Jean-Luca na ręce, ale 

postanowiła nie przeszkadzać. Nie wiadomo, jak długo Analise 
zostanie u nich. Najważniejsze, żeby Philippe nacieszył się 

dzieckiem. Zwróciła się do matki Yvette. 

- Pani Boiteux? 

- Proszę mi mówić po imieniu. 
- Analise - powiedziała cicho Kellie. - Kolacja jest go­

towa. Zapraszam do jadalni. Philippe dołączy do nas, gdy skoń­
czy karmić dziecko. 

background image

- Nie chciałabym się narzucać. 
- Ależ skąd. Gdy tylko powiedział mi, że przyjedziesz, 

nakryłam na trzy osoby. 

Zostawiły Philippe'a, który był tak zaabsorbowany syn­

kiem, że nie zauważył nawet ich wyjścia. 

Kełlie zaprowadziła Analise do stołu i podała przygotowa­

ne wcześniej dania. Miała ochotę uściskać starszą panią i oka­
zać jej swoją wdzięczność, nie znała jednak dalszych planów 
Analise, nie wiedziała też, jak zareagowałaby na taką wylew­
ność. Mogły tylko razem zjeść kolację. Kellie ze zdziwieniem 
zdała sobie sprawę, że znów jest głodna. 

- Macie znakomitą kucharkę. Nigdy nie jadłam nic równie 

smacznego. 

- Moja żona jest szefem kuchni francuskiej - rozległ się 

głos Philippe'a. 

Odwróciwszy głowę, Kellie zobaczyła Philippe'a wchodzą­

cego do jadalni. Jedną rękę opierał na lasce, drugą podtrzy­
mywał niemowlę. 

- Naprawdę? - zapytała z niedowierzaniem Analise. 
- Tak. - Skinęła głową Kellie, stawiając talerz przed mę­

żem. - Dziadkowie, którzy pomagali mnie wychowywać, mają 
restaurację. Zawsze marzyłam o prowadzeniu własnej. Oczy­
wiście francuskiej, bo moim zdaniem kuchnia francuska jest 
najlepsza. 

Philippe zajął miejsce u szczytu stołu i dodał: 
- Każdy przygotowany przez nią posiłek bije na głowę ko­

lację w pięciogwiazdkowym lokalu. 

Starsza pani uśmiechnęła się. 

- Nigdy nie znałam żadnego szefa kuchni. To ogromne 

szczęście mieć tak zdolną żonę, monsieur. 

background image

Spojrzał przelotnie na Kellie, którą ucieszyła pochwała 

Analise. 

- To prawda, ale proszę mi mówić po imieniu. 
Ku radości Kellie z apetytem zabrał się do jedzenia. Gdy 

skończył, podała ciastka z malinami i kawę. 

- Powiedz mi coś, Analise - Philippe odstawił filiżankę. 

- Czy Jean-Luc zawsze jest taki grzeczny? Zawsze zasypia po 
opróżnieniu butelki? 

Jej oczy zalśniły. 
- Odpowiedź na oba pytania brzmi - tak. Czy chcielibyście 

zatrzymać go na noc? 

- Naprawdę moglibyśmy?! - wykrzyknęła Kellie, zanim 

zdała sobie sprawę, że nie ma prawa się wtrącać. 

- Oczywiście - odparła Analise. - Na wszelki wypadek 

zabrałam dla niego tyle jedzenia, żeby wystarczyło do jutra. 
Wszystko, czego mały potrzebuje, jest w torbie z pieluszkami. 

Philippe położył dłoń na jej ramieniu. 
- Nie będziesz się czuła osamotniona? 
Ton jego głosu poruszył Kellie do łez. 
- Będę za nim tęskniła - przyznała Analise. - Ale nigdy 

go nie poznacie, jeśli nie będziecie mieli okazji się nim za­
opiekować. Powinnam iść, zanim się obudzi. 

- Nie wiem, jak ci dziękować - powiedział Philippe drżą­

cym głosem. 

Kellie z trudem przełknęła ślinę. 

- Philippe? Może odwiozę Analise do domu, a ty zajmiesz 

się dzieckiem? 

- Byłabym bardzo wdzięczna - uprzedziła jego 

odpowiedź Analise. - Po drodze dam ci parę wskazówek, Jutro 
zadzwonię, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. 

background image

Philippe skinął głową i rzucił Kellie ponure, przenikliwe 

spojrzenie. 

- Jedź ostrożnie. 
Kiedyś byłyby to słowa troski, teraz jednak martwił się nie 

o nią, ale o Analise. 

- Dobrze. 
Matka Yvette wstała od stołu. 
- Dobranoc, Philippie. Dobranoc, maleństwo. - Pocałowa­

ła wnuczka w czoło i wyszła za Kellie z jadalni. 

Neuchatel było spokojnym, pięknym miasteczkiem, a noc­

ne światła podkreślały jego elegancję. Po drodze serce Kellie 
wezbrało uczuciem do kobiety, która okazała się tak wspania­
łomyślna. 

- Analise... 
- Nie musisz nic mówić, kochanie. Wiem, że dziecko Yvette 

jest w dobrych rękach. 

- Dziękuję za to, co zrobiłaś - wyszeptała Kellie. - Mój 

mąż był dziś wieczór nie do poznania. 

- Zdaje się, że polubił Jean-Luca. Ciekawa jestem, co bę­

dzie czuł jutro rano. 

Kellie odetchnęła głęboko. 
- Wiem dokładnie, co będzie czuł. Już go kocha. I to się 

nigdy nie zmieni. 

- Być może. A może znajdzie się powód, dla którego Phi­

lippe przestanie się nim interesować. 

- Dlaczego tak mówisz?! - wykrzyknęła zaniepokojona 

Kellie. 

- Bo może odkryć to, co ja odkryłam dziś wieczorem, przy­

glądając się im obu. 

- To znaczy? 

background image

- Uwierzyłam Yvette, że to Philippe jest ojcem dziecka, 

ale teraz nie jestem już tego taka pewna. 

- Dlatego że mały nie jest jego dokładną kopią? 
- Ty też to zauważyłaś. To znaczy, że twój mąż doj­

dzie do tego samego wniosku, jeśli jeszcze do niego nie 
doszedł. 

- Ale to nie jest dowód. Poza tym ich cera ma dokładnie 

ten sam odcień. Słyszałam, jak Yvette mówiła lekarce, że Phi­
lippe jest ojcem. Nie wiedziała, że stoję za zasłoną. 

- Być może moja córka tak gorąco tego pragnęła, że uwie­

rzyła we własne kłamstwa. 

Kellie ucieszyła się, widząc po prawej stronie dom, w któ­

rym mieszkała Analise. Rozmowa zbyt nią wstrząsnęła. 

- Czy Yvette chodziła z kimś innym w czasie, kiedy po­

znała Philippe'a? 

- Tak. Miała wielu chłopaków, ale żaden z jej związków 

nie okazał się poważny. Miałam nadzieję, że wyjdzie za we­
terynarza z kliniki, w której pracowała. Chodzili ze sobą przez 
dłuższy czas, zanim wyjechała na narty. Po powrocie oznajmiła, 
że weterynarz już jej nie interesuje i że znalazła inną pracę. 
Kilka miesięcy później wyznała mi, że w Chamonix poznała 
cudownego mężczyznę i jest z nim w ciąży. Nie chciała podać 

jego nazwiska. Nie znałam go, dopóki nie zadzwonili ze 

szpitala z wiadomością, że miała wypadek i że była w towa­
rzystwie Philippe'a Didiera, Twój mąż jest atrakcyjnym, zna­
nym w świecie mężczyzną. Gazety często publikują jego zdję­
cia na nartach lub podczas wspinaczki górskiej z księciem 
Raoulem, więc zadurzenie Yvette było całkowicie zrozumiałe. 
Fakt, że była w jego samochodzie, gdy miał wypadek, wy­

dawał się najlepszym dowodem ich niegdysiejszej zażyłości. 

background image

Kiedy wyznała mi, że to on jest ojcem dziecka, naturalnie 
uwierzyłam. 

- Ja również. - Głos Kellie drżał. 
Analise westchnęła ciężko. 
- Musimy sprawdzić, kto naprawdę jest ojcem. Może wzię­

libyście jutro małego do szpitala Vaudois na badanie DNA? Dajcie 
mi znać, o której tam będziecie, spotkamy się na miejscu. Im 
wcześniej poznamy prawdę, tym lepiej dla nas wszystkich. 

Kellie jęknęła. Nagle wszystko się skomplikowało. Dziś 

wieczorem jej mąż zakochał się w małym chłopczyku, który 
może być dzieckiem innego mężczyzny. Jeżeli badanie to po­
twierdzi, Philippe'owi trudno będzie się z nim rozstać. 

- Po tym, co mi powiedziałaś, nie wiem, czy Philippe po­

winien opiekować się Jean-Lukiem, zanim poznamy prawdę. 

Miała wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku minut matka 

Yvette postarzała się o kilka lat. 

- Obawiam się tego tak samo jak.ty. Po badaniu zabiorę 

Jean-Luca do domu. 

- Postaram się zarejestrować w szpitalu na rano. 
- Dla mnie nie ma to znaczenia, jestem w domu cały dzień. 
- Wezmę ze sobą wszystkie rzeczy chłopca - zapewniła 

ją Kellie. Nie chciała jednak myśleć o jutrze i o tym, co będzie 

czuł Philippe, gdy Analise zabierze dziecko. 

- Aha, Jean-Luc budzi się na karmienie około pierwszej, 

czwartej i siódmej. Lubi ciepłe mleko. Poza tym jest tak grzeczny, 
że nie mam dla was innych zaleceń. 

Starsza pani wysiadła z samochodu. Pochyliła się i popa­

trzyła na Kellie. 

- Zobaczymy się jutro. Jeśli będziecie mieli jakiekolwiek 

problemy, zadzwońcie. 

background image

-. Dobrze. 
W drodze powrotnej Kellie dręczyły obawy. Decyzja star­

szej pani, by zostawić dziecko na noc, oznaczała, że Philippe 
nie pójdzie jutro do pracy. W jakim będzie nastroju, gdy po 
całonocnej opiece nad maluchem będzie musiał rozstać się 

z nim w szpitalu? 

Spodziewała się zastać męża z dzieckiem w salonie, oka­

zało się jednaki że zabrał je do sypialni. Kellie wzięła nosidełko 
i przeszła przez hol. Drzwi były uchylone. W świetle nocnej 
lampki widać było Philippe'a leżącego na łóżku z niemowlę­
ciem na piersi. Obaj spali. Widok ukochanego męża z Jean-
-Lukiem poruszył Kellie do głębi. Niespodziewane pojawienie 
się w ich życiu Yvette zapoczątkowało jeden koszmar, teraz 
zaś zaczynał się drugi, bo podawano w wątpliwość ojcostwo 
Philippe'a. 

Kellie zostawiła nosidełko i poszła posprzątać w jadalni. 

Potem wyjęła z torby z pieluszkami mleko przygotowane 
przez Analise i postawiła na blacie w kuchni, żeby móc je 
w każdej chwili podgrzać. Coraz bardziej dręczyła ją myśl, że 
nie powiedziała jeszcze Philippe'owi o ciąży. Po prostu nie 
była w stanie tego zrobić, nie teraz, gdy musiał skupić się na 
rozwiązaniu problemu dziecka Yvette. Wreszcie wyczerpana 
psychicznie i fizycznie poszła spać. Wydawało jej się, że gdy 
tylko zamknęła oczy, dziecko zaczęło płakać. Włączyła lampkę 
i zerknęła na zegarek. Nie był to jeszcze czas karmienia, ale 
może Jean-Luc był głodny. Narzuciła szlafrok i poszła do sy­
pialni. 

- Podgrzeję butelkę - powiedziała do męża, który kołysał 

niemowlę. 

Zabrało jej to tylko kilka minut, wracając, wzięła woreczek 

background image

z lodem. Dziecko, gdy tylko poczuło smoczek w buzi, zaczęło 
z zapałem ssać. Zapanowała cisza. Przykładając woreczek 
z lodem do kolana męża, Kellie starała się na niego nie patrzeć. 
Wydawało jej się, że upłynęły całe lata od czasu, gdy czuła 

jego gorące pocałunki. Dp bólu pragnęła jego dotyku, bliskości, 

której być może już nigdy nie doświadczy. 

- Analise powiedziała, że Jean-Luc może spać w nosideł­

ku. Przyniosę je. 

- O czym jeszcze rozmawiałyście? - zapytał, gdy posta­

wiła nosidełko przy łóżku. 

Zagryzła wargi

v

 wahając się, czy powiedzieć mu prawdę 

od razu, czy poczekać do rana. Philippe zmarszczył czoło. 

- Goś ukrywasz. Dlaczego tak chętnie zgodziła się, żebyś 

odwiozła ją do domu? 

Nic nie dało się przed nim ukryć. Miała nadzieję, że uda 

jej się uniknąć poważnej rozmowy, ale znała go i wiedziała, 

że nie spocznie, dopóki nie uzyska odpowiedzi. 

- Zdaniem Analise Yvette mogła kłamać, twierdząc, że je­

steś ojcem dziecka. 

Zaklął i przeczesał włosy palcami. 
- Chciałaby mieć pewność, że dziecko jest twoje. Prosiła, 

żebyśmy rano zabrali Jean-Luca do szpitala na badanie DNA. 

- Więc to dlatego zostawiła go z nami na noc. - Wście­

kłość w jego głosie dotknęła ją do żywego. 

- Nie, mylisz się, Pomyślała o tym dopiero wtedy, gdy zo­

baczyła was razem. 

- Dlaczego? 
- Bo nie jesteście podobni do siebie na tyle, żeby mieć 

pewność, że to ty jesteś ojcem. 

Utkwił w niej przenikliwe spojrzenie. 

background image

- A co ty o tym sądzisz? 
- Ja? Muszę przyznać, że macie tylko ten sam odcień skóry. 

Ale wiele niemowląt nie przypomina żadnego z rodziców. 
Jean-Luc może być twoim synem. Czy Yvette kiedykolwiek 
mówiła ci o innym mężczyźnie? 

- Przecież nic nie wiedziałem o jej życiu. 
- Ale skoro z nią spałeś... 
Wziął głęboki oddech. 
- Gdybyś dała mi szansę, wtedy, w szpitalu, opowiedział­

bym ci wszystko. 

- Opowiedz teraz - poprosiła, siadając na brzegu łóżka. 
Uniósł dziecko, żeby mu się odbiło, a potem zaczął: 
- Zakończyłem właśnie zimową wspinaczkę z przyjacie­

lem i wracaliśmy do Neuchatel. W pewnym momencie zoba­
czyliśmy ślady lawiny. Zaskoczyła grupę narciarzy. Była wśród 
nich Yvette. Gdy wyciągnąłem ją ze śniegu, była przerażona. 
Prosiła, żebym poleciał z nią helikopterem ratowniczym. 
W szpitalu lekarz zbadał ją i orzekł, że nic jej nie jest. Po­
trzebowała tylko ciepła i odpoczynku. Odprowadziłem ją do 
pokoju hotelowego i przyniosłem kolację. Gdy chciałem 
odejść, wybuchnęła płaczem i błagała, żebym został. Yvette 
była atrakcyjną, trzydziestodwuletnią kobietą, ale otarcie się 
o śmierć sprawiło, że zachowywała się jak dziecko. Czułem, 
że muszę ją przytulić, żeby się uspokoiła. Bez przerwy mi dzię­
kowała, wreszcie zasnęła. Miałem zamiar wyjść, ale byłem tak 
wyczerpany, że również się zdrzemnąłem. W nocy poczułem 
dotyk jej ciała. Pocałowała mnie, a ja popełniłem błąd i od­
dałem pocałunek. Wkrótce stało się to, co nieuniknione. Mon 
Dieu,

 jak bardzo sobą pogardzałem! Zawsze mierzili mnie męż­

czyźni, którzy w ten sposób wykorzystują kobiety. Nie mogłem 

background image

uwierzyć, że uległem chwilowej słabości. Nic więcej między 
nami nie zaszło. Przeprosiłem ją za moje zachowanie i wy­
szedłem. Aż do spotkania z tobą nie zbliżyłem się do żadnej 
innej kobiety. Yvette zobaczyłem ponownie dopiero wtedy, gdy 
odwiedziła mnie w pracy. 

Ciężko było słuchać prawdy, ale dzięki niej Kellie poczuła 

się wyzwolona. Nie musiała już obawiać się wspomnień 
o Yvette, bo Philippe nigdy nie był z nią związany uczuciowo. 

- Mieszkała sama? 
- Tak. Byłem pewien, że pojechała na narty, żeby poznać 

jakiegoś mężczyznę. 

Kellie poruszyła się niespokojnie. 
- Zdaniem Analise Yvette miała wielu chłopaków i aż do 

wyjazdu chodziła z weterynarzem. Możliwe, że to on jest oj­
cem dziecka. 

- Był na pogrzebie? Pytał o małego? 
- Nie wiem. Analise powiedziała tylko, że przed pozna­

niem ciebie Yvette nie traktowała mężczyzn poważnie. 

Skinął głową. 
- Nic dziwnego, że tak bardzo mnie nienawidziła, 

- Najwyraźniej udało jej się pokonać to uczucie, inaczej nie 

zostawiłaby maleństwa z nami. Kochanie, teraz, gdy Jean-Luc śpi, 
pozwól mi go ułożyć w nosidełku. 

Nie poruszył się, jakby nie słyszał jej słów. 
- Jeżeli spodziewa się, że oddam dziecko przed uzyska­

niem wyników badania DNA, to bardzo się myli. Nie będę 
tracił czasu, który mogę spędzić z synem. 

Kellie wiedziała, że Philippe tak zareaguje, Nie zdawał so­

bie tylko sprawy z tego, że Analise nie będzie z nim walczyć. 
Starsza pani tak samo jak Kellie niepokoiła się wynikami ba-

background image

dań. A jeżeli Philippe nie jest ojcem? Jeśli zdąży się tak bardzo 
przywiązać do dziecka, że nie będzie w stanie się z nim roz­
stać? Oby tylko Analise nie znalazła prawdziwego biologicz­
nego ojca, który zażąda opieki nad Jean-Lukiem. 

- Wiem, że jest już późno, ale może zadzwonisz do Ho­

nore'a i zapytasz go o zdanie? 

Czekała na odpowiedź. Nie odrzucił jej sugestii, zrozumiała 

więc, że bierze ją pod rozwagę. 

- Zadzwonię do niego od razu. 

Kellie podeszła, by wziąć od niego Jean-Luca i jej ramię 

niechcący otarto się o owłosiony tors Philippe'a. Dotyk jego 
ciała rozpalił w niej ogień. Zadrżała tak mocno, że omal nie 
upuściła niemowlęcia. Unikając wzroku męża, przytuliła do 
siebie dziecko i wyszła z pokoju. Nie mogła kochać się z Phi-
lippe'em, ale nic nie powstrzyma jej przed okazywaniem uczuć 
cudownemu dziecku Yvette. Było tak słodkie, że nie chciała 
się z nim nawet na moment rozstać. Zaniosła je do salonu, 
rozpostarła na dywanie narzutę, ułożyła na niej niemowlę i po­
łożyła się obok niego. Pewnie coś mu się śniło, bo co jakiś 
czas marszczyło maleńkie czółko i rozprostowywało paluszki. 
Czy coś mogło ją lepiej przygotować na przybycie jej własnego 
dziecka niż opieka nad tym maleństwem? Przestudiowała do­

kładnie jego dłonie z maciupeńkimi paznokietkami, idealnymi 
w najdrobniejszym szczególe. Musnęła palcem jego wargi, któ­
re ułożyły się w literę O. Za każdym razem reagował tak samo. 
Zaśmiała się cicho; był taki uroczy. Nic dziwnego, że Analise 
widziała w nim Yvette. Kellie mogła sobie wyobrazić, jak pu­
sty musi się wydawać jej dom bez wnuczka. Dziecko zacisnęło 

dłoń na jej palcu. Usiłowała sobie wyobrazić, jak by to było, 
gdyby Philippe znów ją pokochał, a Jean-Luc był ich. Mogliby 

background image

kupić dom na przedmieściu, wystarczająco duży dla wielu dzie­
ci. Mogliby mieć psa. W ogrodzie zasadziłaby kwiaty i zioła, 
urządziłaby swoją wymarzoną kuchnię. I natychmiast zapro­
siliby jej mamę i dziadków na miesiąc albo dwa. 

- Czyż nie byłoby wspaniale? - szepnęła do malca, który 

niespodzianie otworzył oczy i obrócił główkę w jej kierunku. 

- Jesteś taki słodki! 

Delikatnie pocałowała go w policzek. Uśmiechnął się. Po­

całowała go raz jeszcze i jeszcze. Nie mogła się powstrzymać 
przed podniesieniem go do góry. 

- Jesteś małym aniołkiem! Ani razu nie zapłakałeś z tęsk­

noty za babcię. Jesteśmy takimi szczęściarzami! 

Przytuliła go do piersi i pocałowała w główkę. 
- Kellie? 
Nie zauważyła, kiedy Philippe wszedł do salonu i nie miała 

pojęcia, jak długo stał tam oparty na lasce. Ton jego głosu 
zdradzał zdenerwowanie. Mocniej przytuliła dziecko i wstała. 
Bez zmrużenia oka stawiła czoło badawczemu spojrzeniu męża. 

- Nie dodzwoniłeś się do Honore? 
- Rozmawiałem z nim. 
- Więc co się stało? - Poczuła nagły przypływ adrenaliny. 
- Jego zdaniem popełniłem poważny błąd, przyjmując pro­

pozycję Analise, zamiast odesłać ją do adwokata. 

- Dlaczego? - wybuchnęła Kellie. - Czy nie lepiej znaleźć 

jakieś wyjście z sytuacji bez sądu? 

- Honore uważa, że Yvette i jej matka wszystko ukarto-

wały. Od początku wiedziały, że nie jestem ojcem. 

- O nie. 
- Klasyczna historia dziewczyny w tarapatach. Gdy bio­

logiczny ojciec dziecka zniknął, matka poradziła, żeby zwróciła 

background image

się o pomoc do najbogatszego kandydata. Ale ich plany nie­
spodzianie legły w gruzach, bo dziewczyna zmarła. Matka nie 
chciała ani dziecka, ani finansowej odpowiedzialności, posta­
nowiła więc wzbudzić we mnie poczucie winy. 

Kellie nie mogła w to uwierzyć. 
- Honore się myli, najdroższy. Całkowicie się myli. 
- Nie sądzę. Wszystko się zgadza. Odczekała trochę, żeby 

mnie podręczyć, a potem pojawiła się, wiedząc doskonale, że 
zajmę się dzieckiem, nawet jeśli badanie DNA wykluczy oj­

costwo. - Nerwowo zacisnął wolną dłoń w pięść. - Honore 
powiedział jeszcze, że wcale by się nie zdziwił, gdyby Analise 
po prostu zniknęła tej nocy. Opieka nad dzieckiem będzie wów­
czas leżeć w gestii sądu, dopóki problem nie zostanie rozwią­
zany. Dlatego chce, żebym natychmiast odwiózł dziecko, i to 
nie uprzedzając jej o tym. 

- Philippe... 
- Musisz mnie do niej zawieźć - uciął zdecydowanie. 
Kellie nie miała wątpliwości, co powinna w tej sytuacji 

zrobić, bez względu na konsekwencje. 

- Dobrze, włożę go do nosidełka. 
W sypialni ułożyła dziecko wygodnie, poszperała w torbie 

z pieluchami i znalazła smoczek. Malec zaczął go ssać tak, 

jak przedtem butelkę. Pocałowała go w czółko i wstała. Phi­

lippe właśnie wchodził do pokoju. Ich oczy spotkały się. Serce 

Kellie na moment przestało bić. 

- Zanim cokolwiek zrobimy, muszę z tobą porozmawiać, 

ale nie tutaj. Chodźmy do salonu, żeby nie niepokoić Jean-
-Luca. 

- Honore powiedział, żeby się spieszyć. 
- Ja... Ja wiem coś, o czym on nie wie. 

background image

Philippe zmarszczył czoło. 

- Co to ma, do cholery, znaczyć? 

- Powiem ci w salonie. 

Przeszył ją spojrzeniem pociemniałych nagle oczu. 
- Domyślałem się czegoś. Musiał być jakiś powód, że za­

kupy zabrały ci dziś więcej czasu niż zazwyczaj. 

Więc wiedział. Poczuła, że jej usta są przeraźliwie suche. 
- Czy możemy porozmawiać gdzie indziej, żeby nie de­

nerwować dziecka? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Philippe zacisnął wargi. 
- Nie widzę potrzeby. Powiedz, co takiego obiecałaś Ana-

lise, że w jednej chwili stała się zupełnie inną osobą? 

Kellie z trudem nabrała powietrza w płuca. 

- Szczęście. Obiecałam szczęście. 
Cisnął laską o ścianę, zrobił krok do przodu i chwycił ją 

za ramiona, nie zdając sobie chyba sprawy, jak mocno. 

- Wytłumacz mi, co to ma znaczyć. 
Nie dbała o to, że sprawia jej ból. Tak bardzo pragnęła 

jego dotyku, że nawet to gotowa była wytrzymać. 

- Powiedziałam jej, że potrzebujesz syna, że jeśli tylko da 

ci szansę, jej wnuczek wyrośnie na najszczęśliwsze dziecko 
na świecie. Powiedziałam, że jeśli tylko zobaczy cię, pozna, 
zrozumie, dlaczego Yvette zakochała się w tobie. Dlaczego ja 
cię kocham.Bo kocham cię, choć pewnie nigdy nie zrozumiesz, 

jak bardzo! - Nie panując już nad sobą, zarzuciła mu ręce na 

szyję i przycisnęła wargi do jego ust. 

W pierwszej chwili, gdy ją odepchnął, nie oddając poca­

łunku, nie rozumiała, co się stało. Zaskoczona zrobiła krok do 
tyłu. Nagle jak echo powróciły słowa Lee: „Philippe się zmie­
nił. Teraz to on chce rozwodu". 

- Wybacz mi - szepnęła udręczonym głosem. - To się już 

nie powtórzy. 

background image

- Masz rację. - Jego oczy błyszczały groźnie. 
Te słowa sprawiły, że przeszył ją dreszcz. 
- Co masz na myśli? 
- Właściwie powinienem ci podziękować, że byłaś aż tak 

bezmyślna. Spełniłaś swoje zadanie i nie musiałem nawet cią­
gać Analise po sądach. Jutro możesz wyjechać z Neuchatel 
i na tym zakończymy sprawę. 

Wpadła w panikę. 
- Potrzebujesz mojej pomocy przy dziecku. 
- Mylisz się, Analise okazała się lepszą kandydatką. Jesteś 

mi teraz równie potrzebna, jak regularne dawki niemożliwej 
do wykrycia trucizny. 

Nie wiedziała, że stać go na takie okrucieństwo. Łamał jej 

serce i to w pełni świadomie. Jean-Luc zaczął popłakiwać, 
a ona nie miała nawet siły zareagować. 

- Wiem, że strasznie cię zraniłam, występując o rozwód. 

Nie powinnam była tego robić, choć wierzyłam, że postępuję 
właściwie. 

Usiadł na brzegu łóżka, wziął dziecko na ręce i głaskał je 

po plecach, dopóki znów nie zasnęło. Kellie nie wiedziała, czy 
w ogóle jej słucha, ale nie potrafiła powstrzymać potoku pły­
nących prosto z serca słów. 

- Teraz wiem, że nie kierowała mną miłość do ciebie. By­

łam samolubną i myślałam tylko o sobie. Oślepił mnie ból, 
taki sam, jaki sprawiło mi porzucenie przez ojca. Nie zasta­
nawiałam się, co ty przeżywasz. -. Łzy zakręciły jej się 
w oczach. - Najdroższy, kocham cię. Zrobiłabym wszystko, 

żeby uratować nasze małżeństwo. Podjęłam decyzję, że roz­
pocznę terapię. Pewnie powinnam się była na to zdecydować 

jako nastolatka. 

background image

Philippe ułożył dziecko z powrotem w nosidełku i, zwrócił 

się do Kellie. 

- Skończyłaś? 
- Nie! Błagam cię o jeszcze jedną szansę. 
- Ty nie dałaś mi szansy, choć setki razy wydzwaniałem 

do ciebie ze szpitala. 

- Ale ty jesteś człowiekiem honoru. Zawsze mogłam na 

to liczyć. Jesteś szlachetny. Inny mężczyzna na twoim miejscu 
z pewnością zrobiłby wszystko, żeby ukryć prawdę przed żoną. 
Ale nie ty! Odważyłeś się wszystko wyznać, wierząc, że nasza 
miłość jest wystarczająco silna, by przetrwać. Nie masz poję­
cia, jak podziwiam, twoją wiarę i odwagę. Wiem, że nie je­
stem ciebie godna, ale chciałabym zacząć od nowa. Przysię­

gam, że wypełnię nasz dom miłością. Jeżeli będzie z nami 
Jean-Luc, otoczę go największą miłością, a jeśli nie pozwolą 
ci go wychowywać, dam ci twoje własne dzieci, które będzie­

my uwielbiać. 

Jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć, a nieobecne spoj­

rzenie mroziło ją bardziej niż gniew. 

- Za późno. 
Pewność jego głosu wstrząsnęła nią. 
- Nie mów tak. 
- Żałuję, ale to prawda. Oddałbym duszę, żeby czuć do 

ciebie to, co niegdyś. Wracaj do Waszyngtonu, Kellie, przed 
końcem tygodnia będziesz wolną kobietą. Mam nadzieję, że 
terapia ci pomoże. A teraz nie kłopocz się, zaopiekuję się ma­
łym, ty możesz wracać do łóżka. Szczerze mówiąc, wyglądasz 
na wyczerpaną. Powinnaś wypocząć, czeka cię w końcu długa 
podróż do domu. 

Jakimś cudem Kellie znalazła w sobie dość siły, by wrócić 

background image

do sypialni i zamknąć za sobą drzwi. Wiedziała już, co musiał 
czuć Philippe, gdy nie dała mu najmniejszej szansy. 

Chciała umrzeć. 
Nagle przypomniała sobie, że to samo powiedziała wtedy 

w szpitalu Yvette, na co lekarka odpowiedziała: „Nie, made-
moiselle.

 Pani chce żyć. Niedługo zostanie pani matką. Proszę 

pomyśleć, ile radości sprawi pani wychowywanie dziecka". 

Minęło kilka bezsennych godzin. Kellie słyszała kręcącego 

się po korytarzu Philippe'a, gdy o czwartej nad ranem dziecko 
zaczęło domagać się butelki. Potem znów zapadła cisza. 

Skoro nie mogli być razem, przebywanie w tym samym 

mieszkaniu stawało się koszmarem nie do zniesienia. Po cichu 
wstała, ubrała się i spakowała. O szóstej pokój i łazienka wy­
glądały, jakby nikt nigdy z nich nie korzystał. Philippe chciał, 
żeby wyjechała, więc nie miało znaczenia, czy ją usłyszy, mimo 
to starała się jak najciszej przejść do wyjścia. 

Kiedy wyszła przed dom, wezwana taksówka już czekała. 

Kazała kierowcy jechać na dworzec kolejowy, gdzie kupiła bi­
let do Nyon nad Jeziorem Genewskim. W nocy, zastanawiając 
się nad przyszłością, przypomniała sobie, co mówiła jej Lee, 
która tam właśnie uczęszczała do prywatnej szkoły dla dziew­
cząt, a później pracowała - pomiędzy Montreux a Genewą są 
dziesiątki szkół z internatami. A skoro tak, muszą też zatrud­
niać kucharki. Kellie nie była jeszcze w tych okolicach, teraz 
więc będzie miała okazję je zwiedzić, bo musi znaleźć pracę. 
Gotowanie dla nastolatek byłoby swego rodzaju wyzwaniem, 
ale właśnie tego potrzebowała, żeby zagłuszyć ból. 

Miała już sprecyzowany plan. Postanowiła zacząć od szko­

ły, do której chodziła Lee. Ponieważ mieściła się ona godzinę 
drogi od Neuchatel, nie będzie musiała się obawiać przypad-

background image

kowego spotkania z Philippe'em. Skontaktuje się z nim do­
piero po narodzinach dziecka. Do tego czasu zaoszczędzi wy­
starczająco dużo pieniędzy, żeby przeprowadzić się z powro­
tem do Neuchatel i wynająć małe mieszkanie. Znajdzie pracę 

jako szef kuchni, a do dziecka zatrudni opiekunkę, która będzie 

się nim zajmować podczas jej nieobecności. Cały swój wolny 
czas poświęci synkowi lub córeczce. Z Philippe'em ustali har­
monogram odwiedzin i będzie pilnowała, by związek jej dziec­
ka z ojcem był bogaty i pełen miłości. 

Gdy wysiadła z pociągu w Nyon, czuła się już spokojniejsza. 

Najpierw jednak powinna coś zjeść i znaleźć miejsce, gdżie będzie 
mogła się wyspać. Naprzeciw dworca zobaczyła hotel. 

Kilka godzin później uniosła głowę z poduszki i zerknęła 

na zegarek. Była trzecia po południu. Dziewięć godzin temu 
opuściła mieszkanie Philippe'a. Zastanawiała się, czy zabrał 
dziecko na badania? Czy Jean-Luc był teraz z nim, czy z Ana-
lise, bo Philippe postanowił iść do pracy? Nigdy się tego nie 
dowie. Ból spowodowany poniesioną stratą był tak przytłacza­

jący, że nie potrafiła wyobrazić sobie przyszłości. A przecież 

musiała żyć dalej! Przede wszystkim jednak musiała zadzwonić 
do domu. W Eatonville jest szósta rano, a poniedziałek to je­

dyny dzień, kiedy restauracja jest zamknięta. 

Mimo iż kochała dziadków, była zadowolona, że telefon 

odebrała mama. 

- Kellie, kochanie! Bardzo się o ciebie martwiłam. Czuję, 

że coś się stało. Czy Philippe jest ojcem dziecka tej kobiety? 

- Dowiemy się dopiero po zakończeniu badań DNA. 
- Wszyscy mamy nadzieję, że dziecko nie jest jego. Wtedy 

ty i Philippe będziecie mogli zejść się z powrotem i o wszyst­
kim zapomnieć. 

background image

- To niemożliwe, mamo. 
- Dlaczego? 
- Teraz wiem, że zrobiłam coś strasznego, zostawiając go 

w szpitalu, gdy najbardziej mnie potrzebował. Zniszczyłam na­
sze małżeństwo. Philippe nie chce już być ze mną. Jeszcze 
w tym tygodniu dostanie rozwód. 

- Jak on śmie obwiniać cię o wszystko! To oburzające. 

Facet może sypiać z kim chce, a słodka kura domowa, którą 
poślubił, nie ma prawa powiedzieć ani słowa, jeśli coś z tego 
wyniknie. 

- To nie było tak, mamo, i nie dlatego odeszłam. 
- I ty go jeszcze bronisz? Na litość boską, Kellie, ten męż­

czyzna cię opętał. Może jeszcze cię przekonała że powinnaś 

wybaczyć własnemu ojcu. 

Kellie wzięła głęboki oddech. 

- Mamo, ja wybaczyłam tacie. Dał mi życie, ale widać 

nie potrafił być ojcem. Dlatego odszedł. Niektórzy ludzie po 

prostu tacy są. Teraz rozumiem, że i bez niego moje życie 

było wspaniałe. 

- Nie wierzę własnym uszom. 
- To prawda. Nie można nakazać miłości. Miłość to dar. 

Jeśli ktoś nie potrafi go ofiarować, trzeba żyć dalej. 

- Kellie, kochanie, nie poznaję cię. 
- Może wreszcie jestem sobą? 
Nastała chwila ciszy. 
- Kiedy wracasz do domu? 
- Nie wracam. 
- Kellie. 
- Zostaję w Szwajcarii. Tylko że nie z Philippe'em. 
- Dlaczego? 

background image

Kellie znów nabrała powietrza. Wyjeżdżając w pośpiechu 

z Lee, nie zdążyła powiedzieć rodzinie o ciąży. 

- Bo za jakieś siedem miesięcy urodzę jego dziecko. 
- Kiedy się dowiedziałaś?! - wykrzyknęła mama. 

- Kilka tygodni temu. 
- Byłaś u lekarza? 
- Tak. Wszystko jest w porządku. 
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że Philippe odmówił za­

opiekowania się swoją ciężarną żoną! 

- Philippe o niczym nie wie. 
- Och, Kellie. 
- Skontaktuję się z nim przez prawnika, ale dopiero po na­

rodzinach dziecka. Na pewno będzie chciał uczestniczyć w je­
go wychowaniu, dlatego muszę zamieszkać w pobliżu. 

- Kochanie... - głos mamy załamał się. 
- Wszystko będzie dobrze. Gdy znajdę mieszkanie i pracę, 

zaproszę was wszystkich do siebie. 

- O tym porozmawiamy później. Teraz zastanawiam się, 

z czego zamierzasz żyć. Potrzebujesz pieniędzy. 

- Mam trochę oszczędności w banku. Wystarczy do pier­

wszej wypłaty. 

- Nie chcę, żebyś cały dzień stała w kuchni, gotując dla obcych 

ludzi. To bardzo wyczerpująca praca. Musisz teraz dbać o siebie. 

- Wiem. Obiecuję, że znajdę coś, co nie zaszkodzi ani 

mnie, ani dziecku. 

- Posłuchaj, mogę wsiąść w pierwszy samolot i zaraz tam 

być, żeby ci pomóc. 

- Nie, mamo. Doceniam twoją propozycję, ale muszę dać 

sobie radę sama. Jestem dorosła, a wkrótce zostanę matką. Już 
najwyższy czas, żebym wzięła los we własne ręce. 

background image

- Przecież nie znasz tam nikogo, nie masz żadnych przy­

jaciół. Będziesz osamotniona. 

Niezupełnie, miała Lee. W razie potrzeby mogła na nią 

liczyć. 

- Gdy znajdę pracę, ten problem przestanie istnieć. Mamo, 

ale mam jedną prośbę? 

- Oczywiście, kochanie, co tylko zechcesz. 
- Wiem, że Philippe nie będzie mnie szukał, ale Claudine 

może do was zadzwonić. Albo Lee Mertier... Jeśli zadzwoni 
ktoś z Europy, nie mówcie, że nie wróciłam do Waszyngtonu. 
Powiedzcie, że od rozwodu szukam dobrej pracy. Mówcie, że 
skontaktuję się z nimi przy najbliższej sposobności. 

Matka milczała przez dłuższą chwilę. 
- Dobrze, dotrzymamy tajemnicy, ale ty masz dzwonić do 

domu co kilka dni. Muszę wiedzieć, że hic ci nie jest. W prze­
ciwnym razie nieustannie będę się o ciebie zamartwiać. 

- Obiecuję, mamo. Kocham cię. Ucałuj ode mnie babcię 

i dziadka. 

Poczuła ulgę, że nikt - zwłaszcza Claudine - nie dowie 

się, że nadal jest w Szwajcarii. Kochała siostrę Philippe'a, ale 
lepiej, żeby i ona nic nie wiedziała. Rozmawiając z bratem, 
mogłaby się wygadać. 

Najwyższa pora zacząć szukać pracy. Żeby zrobić dobre 

wrażenie, Kellie założyła granatowy blezer i pasującą do niego 
spódnicę, a włosy spięła szylkretową klamrą. Jadąc taksówką 
przez urocze, pełne zabytków miasteczko, zrozumiała, dlaczego 
Lee lubiła tu pracować. Kellie też chciałaby mieć takie szczę­
ście. Gdy wjechali na wysypany żużlem podjazd, ujrzała wre­
szcie szkołę - imponujący dwór na brzegu jeziora, z trzech 
stron otoczony malowniczym lasem. Zapłaciła kierowcy 

background image

i szybkim krokiem podeszła do głównego wejścia. Drzwi otwo­
rzyła jej pokojówka. Kellie zapytała, czy mogłaby widzieć się 
z dyrektorką szkoły. Po dziesięciu minutach oczekiwania 
w eleganckim salonie doszła do wniosku, że widać o niej za­
pomniano. Już miała się podnieść i po prostu wyjść, gdy zja­
wiła się wytworna starsza kobieta. 

- Pani chciała się ze mną widzieć? - zapytała po francusku. 
- Tak, madame. Nazywam się Kellie Madsen. 
Postanowiła nie użyć nazwiska Didier, które było wszędzie 

znane. 

- Szukam pracy. 

Starsza pani potrząsnęła siwą głową. 

- Przykro mi, ale nie mamy wolnych etatów dla nauczy­

cieli. Poza tym zatrudniamy wyłącznie osoby, których językiem 
ojczystym jest francuski. Przeważnie absolwentów tutejszych 
uniwersytetów. 

- Przepraszam, ale powinnam wyjaśnić, że jestem szefem 

kuchni. Od dziecka pracowałam w restauracji dziadka. Ukoń­
czyłam romanistykę, a potem przeszłam szkolenie jako szef 
kuchni francuskiej w Maison Pierre Institute w Napa Valley 
w Kalifornii. Mieszkałam w Paryżu, poślubiłam Francuza i za­
mieszkałam z nim w Neuchatel, ale nasze małżeństwo się roz­
padło. Chciałabym zostać tu i pracować do narodzin dziecka. 
Lubię towarzystwo nastolatek, a szkoła z internatem stanowi­
łaby przyjemną odmianę od pracy w restauracji. 

Madame

 Simoness roześmiała się. 

- To robi wrażenie, ale najbardziej spodobała mi się pani 

szczerość. Gdzie usłyszała pani o Beau Lac? 

- Gazety opisywały taką współczesną bajkę, historię mał­

żeństwa księcia Raoula z pewną Amerykanką. W laiku arty-

background image

kułach wspomniano, że studiowała tutaj, a nawet pracowała 
przez pewien czas. 

Madame

 Simoness utkwiła w niej przenikliwe spoj­

rzenie. 

- Będę musiała się zastanowić, proszę teraz ze mną przejść 

do mojego biura. Sekretarka da pani formularz do wypełnie­
nia. Proszę zostawić numer telefonu, pod którym mogę panią 
zastać. 

- Rano jadę do Lozanny na kolejne rozmowy w sprawie 

pracy. Czy mogę zadzwonić do pani stamtąd, na przykład jutro 
po południu? 

- Naturalnie. 
- Dziękuję, madame. 

Wczesnym popołudniem miejscowy rybak dostarczył świe­

żo złowione w jeziorze sieje na uroczystą piątkową kolację 
dla dziewczynek. Kellie właśnie zaczęła je oprawiać, gdy usły­
szała wołającą ją sekretarkę. 

- Tak, Francoise? 
- Madame Simoness mówi, że w małym salonie czeka na 

ciebie monsieur Dufont. 

Honore? 
Nóż wypadł jej z dłoni. Mama obiecała przecież, że nikomu 

nie zdradzi jej miejsca pobytu. Fakt, że Honore pojawił się tu 
osobiście, mógł oznaczać tylko jedno. Nie mogła powstrzymać 
drżenia. 

- Dziękuję, Francoise. Już idę. 

Druga kucharka spojrzała na nią przyjaźnie. 
- Nie spiesz się, dokończę oprawianie ryb. 
- Jesteś aniołem, Lucie. 

background image

Kellie zdjęła fartuch, starannie umyła ręce i pobiegła do 

małego salonu. Jej dłoń drżała, gdy obracała klamkę. 

- Honore?! - wykrzyknęła. - Coś stało się Philippe'owi, 

prawda? 

- Kellie! - Nobliwie wyglądający prawnik o szpakowa­

tych włosach objął ją serdecznie. - Gdyby stało się coś 
twojemu mężowi, nie wątpię, że twoja mama zdążyłaby ci 
o tym powiedzieć, nim ja bym tu dotarł - zapewnił, całując 

ją w oba policzki. - Ale rzeczywiście chodzi o Philippe'a. 

Potrzebuje twojej pomocy, jeżeli tylko możesz mu ją za­

oferować. 

W pierwszej chwili poczuła tylko ulgę, ale zaraz potem 

pojawiły się i inne uczucia. 

- A co ja mogę. Przecież nie jestem już jego żoną - po­

wiedziała z udręką w głosie. - On mnie nie chce, Honore. 
Wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny, 

- Kellie, od twojego wyjazdu wiele się wydarzyło. Jeśli 

tylko się zdecydujesz, pojedziemy do Neuchatel. Nie ma czasu 
do stracenia. 

- Ale ja tu pracuję. 
- Dyrektorka zgodziła się już na twój wyjazd - przerwał. 

- Rozumie, że to wyjątkowa sytuacja. 

Honore jak zwykle potrafił poruszyć nawet góry. 

- Powiedz mi tylko jedno, czy to Philippe prosił cię, żebyś 

zwrócił się do mnie? 

- Nie, to mój pomysł. 

Serce w niej zadrżało. 

- On nigdy w to nie uwierzy. Będzie przekonany, że po­

służyłam się tobą, żeby się z nim zobaczyć. Nie mogę jechać. 

- Myślałem, że od czasu swojej pierwszej ucieczki czegoś 

background image

się nauczyłaś. - W jego głosie zabrzmiał wyrzut. - Zaufaj mi. 
Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. 

- Daj mi parę minut. Spotkamy się przy samochodzie. 
Jeszcze w drodze Honore zadzwonił do Marcela, żeby 

upewnić się, że Philippe będzie sam, gdy przyjadą. Kellie zu­
pełnie nie miała pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, ufała 

jednak prawnikowi, wiedziała bowiem, jak bardzo przywiązany 
jest do rodziny. 

-Boję się. 
- Zostaw wszystko mnie. Chodźmy. 
Z jednej strony cieszyła się, że znowu zobaczy Philippe'a, 

z drugiej jednak obawiała się, że każe jej natychmiast wracać, 
skąd przyszła. Widok Kellie wyraźnie zaskoczył Marcela. Po 
chwili zawahania zerwał się z miejsca i powitał ją pocałunkiem 
w oba policzki. 

- Miło cię znowu widzieć, Kellie. 

- Dziękuję. Mnie również miło cię widzieć. 
Jego pytający wzrok powędrował w stronę Honore'a. 
- Powiedzieć mu, że jesteście? 
- Nie trzeba, możesz już iść do domu. 
- W takim razie dobranoc. 

Gdy Honore zapukał do drzwi, Kellie poczuła, że serce 

podchodzi jej do gardła. 

- Proszę! 
Philippe siedział przy biurku wpatrzony w ekran kompu­

tera. Nawet się nie odwrócił. Kellie napawała się widokiem 
męża, którego uroda nieodmiennie ją fascynowała. Miał na so­
bie szary jedwabny garnitur, który podarowała mu na urodziny. 
Najwyraźniej zapomniał o przeszłości, skoro mógł go nosić, 
nie myśląc o namiętnej nocy na lodzi zacumowanej w pry-

background image

watnej przystani Raoula. Jego urodziny obchodzili wtedy tylko 
we dwoje, o północy wypłynęli na jezioro i kochali się do rana. 
Czy można to zapomnieć? 

- Chwileczkę, Marcelu. 
- Nie spiesz się - odparł Honore. 
Philippe obrócił głowę i zdziwiony spojrzał na Kellie. 
- Mon Dieu, co ty tu robisz? - Był bardziej zaskoczony 

niż zagniewany. 

- Przyjechała ze mną. Powiedziałem jej, że uzyskanie pra­

wa do opieki nad Jean-Lukiem będzie wymagało stoczenia naj­
trudniejszej walki w twoim życiu. Nie wie, że biologicznym 
ojcem dziecka jest doktor Bruchard, ten weterynarz. 

- Co takiego?! - wykrzyknęła Kellie. 
Philippe z trudem oderwał od niej wzrok i spojrzał na Honore. 
- Już to przerabialiśmy. Nawet gdybyśmy nadal byli mał­

żeństwem, szanse byłyby marne. 

Honore spojrzał mu prosto w oczy. 

- Spodziewałem się walki o opiekę nad dzieckiem i dla­

tego nie wniosłem pozwu o rozwód. Nadal jesteście małżeń­
stwem. 

Kellie na moment straciła oddech. Odwróciła spojrzenie, 

nie chcąc widzieć niezadowolenia, a może nawet irytacji 
w oczach Pbilippe'a. 

Philippe poderwał się i obszedł biurko. Zauważyła, że nie 

kuleje i nie używa laski. Przypominał dawnego Philippe'a, 
sprawującego całkowitą kontrolę nad swoim życiem. Jego spoj­
rzenie wędrowało od Honore do Kellie. 

- Czy naprawdę chcesz wziąć udział w procesie, który opi­

szą wszystkie gazety, choć prawdopodobnie nie osiągniemy nic 
poza rozgłosem? 

background image

- Oczywiście! - wykrzyknęła. Czy nie rozumiał, że to jest 

właśnie ta jeszcze jedna szansa, o którą się modliła? - Wiem, 

jak bardzo kochasz to maleństwo. Jeśli przegrasz, przynajmniej 

będziesz miał świadomość, że zrobiłeś wszystko, co w twojej 
mocy. 

Kellie zauważyła, że jego pierś unosi się gwałtownie. Ona 

też oddychała niespokojnie. Nie mogła uwierzyć, że jeszcze 
kilka godzin temu stała w kuchni szkoły wiele kilometrów stąd 
i kroiła ryby, a teraz... 

Honore poklepał Philippe'a po ramieniu. 
- Porozmawiajcie o tym, a ja wracam do Paryża. Wcześnie 

rano mam spotkanie. Będziemy w kontakcie. Postaram się, że­
by wyznaczono jak najwcześniejszą datę rozprawy. 

Pocałował ją w policzek i odszedł. Kellie stała tak blisko 

męża, że czuła ciepło jego ciała. Philippe patrzył na nią przez 
chwilę, nim odezwał się: 

- Zawiozę cię do domu. Musisz być głodna i zmęczona 

po długiej podróży samolotem. 

Nie była ani głodna, ani zmęczona, a jego bliskość dodała 

jej energii. Teraz zaś musiała powiedzieć mu tyle prawdy, ile 

będzie mógł znieść. 

- Nie było żadnej podróży samolotem. 
Zmarszczył brwi. 
- Nie byłaś w Waszyngtonie, gdy Honore do ciebie za­

dzwonił? 

- Nie, - Czuła przyspieszone bicie serca. - Po naszym roz­

staniu postanowiłam zostać w Szwajcarii. 

Podniósł głowę, w jego spojrzeniu dostrzegła podejrzliwość. 
- Nie u Mertierów - zapewniła, nim zdążył jej zarzucić 

wykorzystywanie jego przyjaciół. 

background image

Dobrze znanym gestem potarł kark, jak zawsze, gdy za­

stanawiał się nad czymś ważnym. 

- Gdzie więc byłaś przez cały ten czas? 
- Pracowałam jako kucharka w Beau Lac w Nyon. 
Nie drgnął ani jeden mięsień jego ciała i właśnie ten bez­

ruch zdradził, że znów go zszokowała. 

- Nie musisz się obawiać, że posłużyłam się nazwiskiem 

Lee lub Raoula, żeby wpłynąć na dyrektorkę szkoły. Zgłosiłam 
się do pracy jako Kellie Madsen, rozwódka. Wystarczyły moje 
własne referencje. 

Ich spojrzenia spotkały się. 
- Mieszkasz tam? - spytał ochrypłym głosem. 
- Tak. Lubię pracować, obowiązki dzielę z drugą kucharką. 

Oprawiałam właśnie ryby na kolację, gdy sekretarka powie­
działa mi, że mam gościa. Najwyraźniej Honore zadzwonił do 

mojej mamy i ona zdradziła mu miejsce mojego pobytu. Za­
łatwił wszystko z dyrektorką jeszcze przed rozmową ze mną. 

Ujrzała błysk w oczach męża. 

- Czy to prawda? 

- Jeśli nie wierzysz, powąchaj moje dłonie. Z pewnością 

pachną jeszcze rybą. 

Uniosła ręce, a on chwycił jej nadgarstki. Zauważyła, że 

wpatruje się w jej pozbawioną obrączki dłoń. 

- Dlaczego, Kellie? - wyszeptał z niedowierzaniem. 
- Bo Waszyngton nie jest już moim domem. Kocham 

Szwajcarię. Myślałam, że jeśli zamieszkam gdzieś, gdzie się 
nigdy się nie spotkamy, i jeśli nie będziesz wiedział, że jestem 
w pobliżu, wszystko będzie w porządku. - Nie mogła prze­
łknąć śliny. - Jesteś bardzo zły? 

- Mon Dieu, co za pytanie! 

background image

Odwróciła wzrok. 

- Lucie, druga kucharka, uczy mnie szwajcarskiej kuchni. 

To bezcenne doświadczenie. Dziewczynki są wspaniałe, a mój 
francuski z dnia na dzień coraz lepszy. Ale to tylko tymczasowa 
praca. Miałam zamiar wyjechać stamtąd po zakończeniu roku 
szkolnego. Ale jeśli według ciebie Nyon jest zbyt blisko, znajdę 
pracę gdzieś dalej. 

Wsunął ręce w kieszenie i zaczął spacerować po gabinecie. 

Był tak atrakcyjnym mężczyzną, że zupełnie nie mogła się 
skoncentrować. 

- Jeśli podczas procesu chcemy uchodzić za prawdziwe 

małżeństwo, nie będziesz miała czasu pracować. 

- Czy Analise pozwoliła ci zatrzymać Jean-Luca na cały 

ten czas? 

Wpatrywał się w jej usta. Po raz pierwszy od powrotu ze 

Stanów miała wrażenie, że rzeczywiście ją dostrzega. 

- Nie. W szpitalu powiedziała mi, że skontaktowała się 

z mężczyzną, z którym Yvette chodziła przed wyjazdem na na­
rty. Gdy tylko zapytała, czy może być ojcem Jean-Luca, po­
twierdził. Chciał zobaczyć dziecko. To ją zaskoczyło. Potem 
przeprowadził badanie DNA. Uważała, że będzie lepiej dla 
wszystkich, jeśli żaden z nas nie będzie odwiedzał chłopca 
przed uzyskaniem wyników. 

- Przykro mi, to musiało być dla ciebie trudne. 
- Było. Teraz jest jeszcze gorzej, bo on wie, że jest ojcem. 

Mówi, że chce odzyskać syna. 

- Czy zdaniem Analise jest szczery? 
- Ona nie wie, co myśleć. Nie jest żonaty i dopiero za­

czyna karierę zawodową, ale jest ojcem Jean-Luca. Nie wiem, 
czy mam jakiekolwiek szanse. 

background image

- Jeżeli jest choć cień szansy, musisz spróbować! 
- W takim razie musisz rzucić pracę. 
- Kiedy mam powiedzieć o tym madame Simoness? 
- Dzisiaj. 
Nie chciała zawieść dyrektorki, ale jej mąż prosił o pomoc. 

Była to ostatnia okazja, aby uratować ich małżeństwo. 

- Zaraz do niej zadzwonię. 
- Powiedz, że w ten weekend będziemy szukać domu. 
- Domu? 
Chyba śni. 
- Sąd przyśle kogoś z opieki społecznej, żeby sprawdzić, 

jakie warunki możemy zapewnić dziecku. Służbowe mieszka­

nie to nie jest odpowiednie miejsce. Musimy znaleźć posiadłość 
z osobnym mieszkaniem dla niani. 

Słysząc ostatnie słowa, Kellie odwróciła się pełna żalu. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Podczas tych trzech tygodni rozstania Philippe bardzo się 

zmienił. Zniknęła gdzieś gorycz i pogarda, jakie jej okazywał. 
Nowy Philippe traktował ją grzecznie i z szacunkiem, tak jak 
traktowałby klienta jednego ze swoich Salonów samochodo­
wych. Czuła jednak, że pod tą elegancką powłoką nie kryją 
się żadne emocje. Po dwóch dniach wspólnego oglądania nie­

ruchomości Kellie doszła do wniosku, że wolała tego gniew­
nego Philippe'a, który przynajmniej coś czuł. 

Spojrzała na niego ukradkiem. Jeździli od jednej posiadłości 

do drugiej, a on sprawiał wrażenie zadowolonego i odprężo­
nego. Obserwowała go, jak chodzi po schodach, wsiada i wy­
siada z samochodu czy zmienia biegi. Osobie nie znającej go 
trudno byłoby się domyślić, że niedawno przeszedł operację 
kolana. Dzięki Bogu. 

- Jak ci się podobała ta ostatnia posiadłość? 
Zastanawiała się, czy jej opinia w ogóle ma jakiekolwiek 

znaczenie. Wiedziała, że Philippe czeka tylko na moment, gdy 
dzieckiem zajmie się niania i będzie mógł wymazać Kellie ze 
swojego życia. 

- Jest urocza. Wszystkie są urocze. Jeżeli któraś szczególnie 

ci się podoba, nie mam nic przeciwko temu, żebyś podjął decyzję. 

Nie miało przecież znaczenia, który dom kupią, bo i tak 

nie powinna się przywiązywać się do żadnego miejsca. Jeśli 

background image

przegrają sprawę - a musieli brać to pod uwagę. - wkrótce 

znów będzie sama. Miała nadzieję, że sprawa wyjaśni się, za­
nim ciąża będzie widoczna. Ubrania robiły się coraz ciaśniej sze 
w talii, ale przez dwa miesiące może uda jej się to ukryć. Na 
szczęście nie dręczyły jej poranne nudności. Może trochę szyb­
ciej się męczyła, poza tym jednak czuła się dobrze i udało jej 
się zapanować nad apetytem. Jeśli będzie nosić luźne ubrania, 
Philippe nie zauważy różnicy. 

. - Agent chce nam pokazać jeszcze jedną nieruchomość. 

Potem zatrzymamy się gdzieś na obiad i podejmiemy ostatecz­
ną decyzję. 

Pojechali w stronę jeziora i już po kilku minutach wjechali 

na teren prywatny - Chteau D'Arillac, zamek w którym spę­

dziła część dnia z Raoulem i Lee. 

Jakże chętnie by ich znowu zobaczyła. Niestety, było to 

niemożliwe. Philippe z pewnością nigdy jej nie przebaczy, że 
próbowała go odzyskać przy pomocy Mertierów. Nie miałoby 
dla niego znaczenia, że to na prośbę Raoula Lee przyleciała 
aż do Waszyngtonu, żeby skłonić Kellie do powrotu do Szwaj­
carii. Obwiniał ją za to, że po przybyciu do Neuchatel nie 
znalazła innego sposobu dotarcia do niego. Sposobu nie wyma­
gającego wykorzystywania jego przyjaciół. Myśl, że mogła za­
siać niezgodę pomiędzy Philippem a jego przyjaciółmi, spra­

wiała jej ból. Zastanawiając się nad tym wszystkim, co mogło 
się zdarzyć, gdyby nie opuściła Philippe'a w szpitalu, nie za­
uważyła, że zbliżyli się do kolejnej posiadłości, gdzie oczeki­
wał ich agent. . 

Jedno spojrzenie poprzez kasztanowce na wprost bajkowy 

dziewiętnastowieczny zamek i z jej piersi wyrwał się okrzyk 
zachwytu. 

background image

- Wreszcie jakaś reakcja - mruknął Philippe, wysiadając 

z samochodu. 

- To miejsce przypomina dolinę Loary. 
Podczas jej pobytu w Paryżu Philippe pokazał jej słynną 

dolinę zamków, była to zachwycająca wycieczka. 

Agent spojrzał na zegarek. 
- Muszę zadzwonić w parę miejsc. Rozejrzyjcie się pań­

stwo po okolicy. Będę tu czekał na wypadek, gdybyście chcieli 

wejść do środka. 

Ucieszyła się, że dla odmiany zostawił ich samych. Poszli 

w kierunku frontowej części zamku. Nagle Kellie stanęła jak 
wryta. 

- Spójrz na tę wieżę! Mogę sobie wyobrazić, jak Jean-Luc 

bawi się tam z kolegami w rycerzy! 

Cień uśmiechu na twarzy Philippe'a zdradził jego uczucia. 

Nic dziwnego, przez ponad miesiąc wierzył, że Jean-Luc jest 

jego synem. 

Chciałaby zawołać: jeśli wydaje ci się, że go kochasz, naj­

droższy, poczekaj, aż na świecie pojawi się nasze własne ma­
leństwo. 

- Chodźmy dalej. 
Przed frontem rozciągał się wspaniały trawnik, dalej do­

strzegła imponujące drzewa. Między gałęziami widać było 
przystań, gdzie Philippe mógłby cumować łódź. Na tyłach bu­

dynku czekała ich kolejna niespodzianka. Niegdyś musiał znaj­
dować się tam ogród, a obok szklarnia. Widać było, że po­

siadłością od lat nikt się nie zajmował. Cellie próbowała sobie 
wyobrazić, jak pięknie wszystko musiało wyglądać w okresie 
największej świetności. 

- Chcesz wejść do zamku? - zapytał cicho Philippe. 

background image

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu. 

Starała się nie okazać, jak bardzo jest podekscytowana. Jej 

mąż skinął głową w kierunku agenta nieruchomości, który 
wpuścił ich przez drzwi frontowe. 

Wytworne kręcone schody prowadziły z holu na pierwsze 

piętro, gdzie znajdowało się pięć sypialni, każda z osobną ła­
zienką. Na parterze był salon, mniejszy pokój dzienny, kolejny 
pokój, który mógł służyć za bibliotekę lub pokój muzyczny, 

jadalnia, kuchnia, łazienka, spiżarnia i piwnica na wino. 

Kellie była zachwycona. Przez niezliczone okna wpadało 

do środka mnóstwo światła. 

- To bardzo elegancki zamek, niewielki, bo zbudowany 

z myślą o nowoczesnej rodzinie. W wieży znajduje się osobne 
mieszkanie. 

Kellie poczuła ukłucie bólu na myśl, że to właśnie przesądzi 

sprawę. Agent też to chyba wyczuwał i liczył na zysk. Nie­
ruchomość bez wątpienia była na sprzedaż od dłuższego czasu, 
a odrestaurowanie jej będzie kosztowało majątek. Tylko ktoś 
równie bogaty jak Philippe mógł temu podołać. Kellie nie po­
zwoli jednak agentowi zedrzeć skóry z jej męża. 

- Jest rzeczywiście uroczy, ale zaniedbany i wymaga wiele 

pracy. 

Na zewnątrz dużo więcej niż wewnątrz, ale nie musiała 

o tym wspominać. 

- Dziękujemy panu bardzo, monsieur Penot. - Odwróciła 

się do Philippe'a. - Poczekam na ciebie przy samochodzie. 

Wyszła, a wkrótce potem podążyli za nią obaj mężczyźni. 

Słyszała, jak jej mąż żegna się z agentem. Otworzył drzwi 
i wsiadł do samochodu. Nie od razu zapalił silnik. 

- Spodobał ci się od pierwszego wejrzenia, więc o co chodziło? 

background image

- Nie chciałam, żeby agent odniósł wrażenie, że ta nieru­

chomość spodobała mi się bardziej niż inne. Zażądałby za nią 
wygórowanej ceny. 

Philippe wyglądał na rozbawionego. Od dawna nie widziała 

u niego tego wyrazu twarzy. 

- Doceniam twoją troskę o moje interesy. Tak się składa, 

że mnie również to miejsce bardzo przypadło do gustu. Zdaje 
się, że zakończyliśmy poszukiwania. 

Kellie znała jednak prawdziwy powód - oddzielne miesz­

kanie w wieży! 

- W tej sytuacji myślę, że pozwolimy panu Penotowi mar­

twić się do jutra rana. Potem zadzwonię i złożę mu ofertę. Jeśli 
twoja taktyka okaże się skuteczna, przyjmie ją. Gdzie chcesz 
coś zjeść? 

Po co się oszukiwać. Ich małżeństwo przestało istnieć wiele 

tygodni temu. Nie zniesie przebywania z nim w miejscu pub­
licznym i udawania, że są szczęśliwą parą, podczas gdy w rze­
czywistości Philippe tylko czeka chwili, gdy będzie się mógł 

jej pozbyć. 

- Może zaprosisz na obiad któregoś ze swoich przyjaciół, 

a ja pojadę do Nyon? Madame Simoness była bardzo uprzejma, 
gdy rozmawiałam z nią przez telefon, ale chciałabym pożegnać 
się z nią osobiście i zabrać swoje rzeczy. 

Wyraz rozbawienia zniknął z jego twarzy. 
- Planowałem, że pojedziemy tam któregoś dnia razem, 

żeby jej podziękować. Ale jeżeli tak bardzo się niecierpliwisz, 

jedziemy od razu. 

Nim ruszyli, zatrzymał się przy rynku i po chwili wrócił 

obładowany pasztecikami, bagietkami, serem, czekoladą i jej 
ulubionym napojem winogronowym. Było jak niegdyś, gdy 

background image

wybierali się na przejażdżki po wiejskich okolicach, tylko że 
nie byli już kochankami. Nie karmiła go, gdy prowadził. Ra­
dość nie rozświetlała jej rozkochanych oczu, gdy udawał, że 
gryzie jej palce. Nie kradł jej pocałunków i nie szeptał czułych 
słówek. Nie było między nimi bliskości. Nie gładził jej po 
włosach, nie dotykał jej uda, zapraszając do miłosnego aktu. 
To wszystko należało do przeszłości. 

Głupio zrobiła, odrzucając zaprószenie na obiad. Wydawało 

jej się, że pójście do restauracji przysporzy jej zbyt wiele cier­

pienia, tymczasem przebywanie z nim w przytulnym wnętrzu 
samochodu było trudniejsze, bo przywoływało bolesne wspo­
mnienia. Była to dla niej prawdziwa tortura 

W Beau Lac Kellie pobiegła spakować swoje rzeczy, Phi-

lippe w tym czasie zabawiał rozmową dyrektorkę. Po serde­
cznym pożegnaniu i obietnicy pozostawania w kontakcie, ru­
szyli w drogę powrotną. 

- Chcesz wiedzieć, co o tobie mówiła? - zapytał, gdy tyl­

ko wsiadła do samochodu. 

- No cóż, madame Simoness nie przepada za Amerykana­

mi, więc mogę to sobie wyobrazić. 

- Powiedziała, żę już czterdzieści lat prowadzi szkołę 

i przez ten czas miała dziesiątki doskonałych kucharek, ale żad­
na z nich nie była tak dobra jak ty i nie miała takiego wpływu 
na dziewczynki. 

Kellie zarumieniła się, słysząc nieoczekiwany komplement. 

- To bardzo miłe z jej strony. Na pewno jednak przesadzała. 
Rzucił jej przenikliwe spojrzenie. 
- Wręcz przeciwnie. Nie chciała, żebyś odeszła. Zanim 

wróciłaś do biura, zaproponowała gażę na poziomie szefa kuch­
ni światowej klasy, bylebyś tylko zgodziła się zostać. 

background image

- To mi pochlebia - powiedziała cicho. 
Zrozumiała, co madame Simoness miała na myśli. Znała 

sytuację Kellie i w ten sposób dawała jej do zrozumienia, że 
po urodzeniu dziecka może liczyć na stałą pracę. Gdyby szkoła 
Beau Lac znajdowała się w Neuchatel, Kellie nie wahałaby 
się ani chwili, najważniejsze jednak było szczęście dziecka. 
Organizowanie odwiedzin jest trudne nawet wtedy, gdy roz-
wiedzeni rodzice mieszkają w tym samym mieście, a godzinna 
podróż do dziecka nie miała sensu. Nie mogła zrobić tego ani 
Philippe'owi, ani maleństwu. 

- Powtórzyłem ci jej słowa, bo prawdopodobnie przegram 

sprawę o opiekę nad dzieckiem. Powiedziałaś, że chcesz zostać 
w Szwajcarii, więc nie mogę pozwolić, żeby przeszła ci przed 

nosem taka okazja. Beau Lac to najbardziej prestiżowa pry­
watna szkoła w tym kraju. 

Słysząc to, Kellie zmartwiała. Więc aż tak bardzo pragnął 

się jej pozbyć, że gotów był oddać dziecko bez walki? Jak 
mógł to zrobić, skoro właśnie kupił dom, w którym miał wy­
chowywać Jean-Luca? Co się z nim działo? 

- To rzeczywiście wspaniała propozycja, ale jestem zde­

cydowana ci pomóc. Gdy znów zacznę szukać pracy, znajdę 
coś odpowiedniego. 

- Może jednak powinnaś zastanowić się nad tym do jutra. 
- Nie muszę! 
- Zdaje się, że podjęłaś ostateczną decyzję. 
Znów wydało jej się, że powiedział to dziwnie lekkim to­

nem. Zupełnie nie mogła go zrozumieć. 

- Owszem, podjęłam. 
- Bo wolałabyś prowadzić własną restaurację. 
- No tak. Pewnego dnia. 

background image

Co miała powiedzieć? Oczekuję dziecka, więc ten plan nie 

ziści się w najbliższym czasie? Zresztą, może nie ziści się 
nigdy. 

Pozostałą drogę do domu przebyli w milczeniu, bo Philippe 

był zatopiony we własnych myślach. Kiedy wreszcie dotarli 

na miejsce, natychmiast zniknęła w pokoju gościnnym. Umyła 
zęby i sięgnęła po fiolkę z witaminami dla kobiet w ciąży, któ­

re przepisał jej doktor Cutler. Zaskoczona stwierdziła, że zo­

stało jej tylko pięć tabletek. No tak, musi natychmiast umówić 
się na wizytę u ginekologa. Może Lee poleci jej dobrego le­
karza. Jak tylko Philippe pójdzie rano do pracy, zadzwoni do 
niej. Minął już prawie miesiąc od czasu, gdy ostatni raz roz­
mawiały, a teraz Kellie rozpaczliwie potrzebowała osoby, któ­

rej mogłaby zaufać. Nikt nie nadawał się do tego lepiej niż 
Lee. W końcu sprawdziła się jako przyjaciółka, zostawiając 

swego księcia tuż po podróży poślubnej, aby tylko doprowadzić 
do pogodzenia się Philippe'a i Kellie. Taka bezinteresowność 
godna jest najwyższego podziwu. Tak wiele im zawdzięcza! 

Może umówią się lunch? Kiedy leciały z Waszyngtonu, Lee 

mówiła, że uwielbia oryginalną kuchnię meksykańską. Była to 

jedyna rzecz, za którą tęskniła, mieszkając w Europie. Jeśli 

więc odpowiednio wcześnie zrobi zakupy, zaskoczy ją włas­
noręcznie przygotowanymi chili verde burritos, guacamole 
i smażoną fasolą. Podjąwszy decyzję, Kellie zgasiła światło 
i wsunęła się pod kołdrę. Tak, bez wątpienia wizyta Lee pod­
niosłaby ją na duchu. Ledwie zdążyła zamknąć oczy, gdy usły­
szała pukanie do drzwi. 

- Kellie? 
Serce zabiło jej jak oszalałe. 
- N-nie śpię. Wejdź. 

background image

Na tle oświetlonego korytarza ujrzała znajomą sylwetkę. 

Miał na sobie swój ulubiony niebieski szlafrok. Jakże często 

po upojnej nocy go zakładała, idąc do kuchni przygotować 
mu śniadanie. No cóż, jeśli chciał w ten sposób przypomnieć 

jej, co straciła, niszcząc ich małżeństwo, było to okrutne z jego 

strony. 

- Właśnie powiedziałem Marcelowi, że biorę dwa tygodnie 

wolnego na przygotowanie domu i przeprowadzkę. Rano za­
dzwonię do Penota i poproszę o klucze. Myślę, że powinniśmy 
pojechać tam na cały dzień i sporządzić listę rzeczy, które trze­
ba zrobić natychmiast. 

Perspektywa spędzenia całego dnia z Philippe'em w ich 

przyszłym domu, choćby był nie wiadomo jak tymczasowy, 
napełniła ją radością. Lunch z Lec będzie musiał poczekać, 

choć powinna do niej zadzwonić w sprawie lekarza-

- Chcesz, żebym przygotowała coś na lunch? 
- Może kupimy coś po drodze? Zacumuję łódź w przystani. 

Sprawdzimy, czy wymaga naprawy. Kiedy zgłodniejemy, zje­
my coś na jeziorze. Pogoda powinna być ładna. 

- To brzmi cudownie - powiedziała z drżeniem w głosie. 
- Chcę wyjechać wcześnie rano. Będziesz gotowa, po­

wiedzmy o ósmej? 

- Dobrze. 
Zawahał się. 
- Kellie? 
- Tak? 
- Wynagrodzę ci poświęcenie w sprawie dziecka. 
Nie chcę rekompensaty, chcę odzyskać męża - krzyknęła 

w duchu. 

- To żadne poświęcenie, Philippie. 

background image

Miał światło za plecami, nie widziała więc wyrazu jego 

twarzy. 

- Szansa, że sędzia podejmie korzystną dla mnie decyzję, 

jest nikła. 

Zacisnęła powieki. 
- Ale możesz liczyć na cud. 
- Zobaczymy - wyszeptał. - Dobranoc. 
Zamknął drzwi. Ogarnęła ją ciemność. 
Ku swojemu zdumieniu spała bardzo dobrze. Gdy budzik 

zadzwonił, wzięła prysznic i włożyła nowe dżinsy. Były już 
w większym rozmiarze, pasującym do jej okrąglejszej figury. 
W połączeniu z obszernym granatowym swetrem i tenisówka­
mi zapewnią jej wygodę na cały dzień. Gdy Philippe wszedł 
do kuchni, śniadanie było gotowe. Sięgnął po ciepłą bułeczkę 
i zjadł ją w dwóch kęsach. 

- Dom jest już zapisany na nazwisko Didier - powiedział 

z satysfakcją. 

Spojrzała na niego, starając się nie zatrzymywać zbyt długo 

wzroku, choć była tak spragniona widoku męża. Nieodmiennie 
pobudzał wszystkie jej zmysły. 

- Za ile? 
W jego oczach pojawił się dziwny błysk. 
- Powiedzmy, że nie mam zastrzeżeń co do ceny. Agent 

przywiezie nam klucze, umówiłem się z nim na miejscu za 
pół godziny. 

Zalała jogurtem swoje płatki śniadaniowe z bananami, Phi­

lippe wolał je z mlekiem. Gdy zjedli, nalał sobie filiżankę kawy. 

- Napijesz się? 

Kofeina może zaszkodzić dziecku. 

- Nie, dziękuję. Gdy układałam menu dla dziewczynek, 

background image

zapowiedziałam im, że będą jadły zdrowo. Przede wszystkim 
żadnego wina i używek. Oczywiście musiałam dawać dobry 
przykład. Po trzech tygodniach odzwyczaiłam się od picia her­
baty, kawy i wina. Czuję się o tyle lepiej, że mam zamiar zu­
pełnie wykluczyć je ze swojej diety. 

- Dziwię się, że dziewczynki nie zastrajkowały. 
- Zamiast tego dostawały sok pomarańczowy i mleko. Od­

tłuszczone, ale tego im nie powiedziałam. A do obiadu była 
woda z lodem. To podobało się wszystkim, oczywiście oprócz 
Amerykanek. 

Philippe zachichotał. 
- Nawet nie śmiem zapytać, co podawałaś na podwieczorek. 
- Przede wszystkim zrezygnowałam z ciastek. Mogły wy­

pić tyle wody i zjeść tyle warzyw, na ile miały ochotę. 

Jego chichot przeszedł w głośny śmiech. Od tak dawna nie 

słyszała tego cudownego dźwięku! Cieszyła się nim, idąc do 
samochodu. 

- Oczywiście od śmierci z ich rąk uratowały cię twoje 

słynne obiady. 

Rzuciła mu ukradkowe spojrzenie. Przez chwilę miała wra­

żenie, że powrócili do tych radosnych dni, gdy byli jeszcze 
małżeństwem i nie wiedziała nic o Yvette. Gdyby tylko ten 
śmiech mógł trwać tak długo, aż rozpuści bryłę lodu otaczającą 

jego serce! 

Przed drzwiami do zamku czekał już na nich uśmiechnięty 

pan Penot. 

- Bonjour, madame. 
- Dzień dobry. 
- Gratuluję zakupu. Mam nadzieję, że będziecie tu państwo 

bardzo szczęśliwi. 

background image

Kellie pomyślała, że musiałby zdarzyć się cud. 
- Dziękuję, że pokazał nam pan tę posiadłość. 
- Proszę bardzo. Wszystkie klucze są w tej kopercie. Ozna­

czone. Jeśli będziecie państwo mieli jakieś problemy, proszę 
do mnie zadzwonić. 

Philippe uścisnął jego dłoń, przez chwilę jeszcze przyjaźnie 

rozmawiali, potem agent wsiadł do samochodu i pojechał na 
spotkanie z kolejnym klientem. 

Tak jak się obawiała, gdy tylko zostali sami, spojrzenie mę­

ża stało się znów obce, w jego oczach nię było nawet cienia 
uśmiechu. 

- Zacznijmy od wieży, nie obejrzeliśmy jej wczoraj. 

Starając się nie czuć bólu, podążyła za nim przez trawnik. 

Promienie porannego słońca przesączały się przez drzewa, 
oświetlając mury zamku. Widok zapierał dech w piersiach. Jeśli 

Philippe podzielał jej zachwyt, to nie dał tego po sobie poznać. 

Znalazła klucz do wieży i po kilku próbach drzwi stanęły 

wreszcie otworem. Weszli do okrągłego pokoju z podłogą wy­
łożoną drewnem, z kominkiem i łazienką. Głębokie prostokąt­
ne okno wychodzące na las wypełniało pokój światłem. Ocza­
rowana Kellie wbiegła po schodach z żółtego kamienia. Piętro 
było rozplanowane identycznie, ale w pokoju nie było komin­

ka. Szeroko otworzyła okno. Wśród drzew jak cenny klejnot 
lśniło jezioro, a na tle bujnej zieleni widać było pojedyncze 
domki. Miejsce wprost wymarzone dla dziecka. 

- Jak ci się podoba? - odezwał się tuż za nią głęboki, męski 

głos. Bliskość Philippe'a wprawiła ją w drżenie. Zamknęła okno. 

- Myślę, że niania w ogóle nie będzie chciała wychodzić 

z wieży, tak tu pięknie. Musimy teraz wybrać pokój dziecinny 
w zamku. 

background image

Prześlizgnęła się obok niego i zbiegła po schodach. Philippe 

dogonił ją przy głównych drzwiach wejściowych. Unikając jego 
wzroku, przekręciła klucz. Drzwi otworzyły się bez problemu. 

Podłogi w zamku wykonane były z drewna w kolorze mio­

du. Ponownie zachwyciła ją gra świateł, nadających wszystkie­
mu bajkowy wygląd. Nie czekając na męża, wbiegła po scho­
dach. Podwójne drzwi u ich szczytu prowadziły do głównej 
sypialni z kominkiem. Po obu stronach znajdowały się mniej­
sze sypialnie. Wszystkie ściany pokrywały tapety, chyba jesz­
cze dziewiętnastowieczne, zniszczone i wyblakłe. 

- Temu, kto zaprojektował ten dom, nie zależało chyba na 

tym, by dzieci i rodzice zbyt często się widywali. Jeśli chcesz 
tutaj umieścić Jean-Luca, trzeba będzie przebić drzwi do twojej 

sypialni. 

- To żaden problem. Masz jakieś pomysły, jeśli chodzi 

o wystrój? 

- Widziałam w sklepie komplet składający się z zasłon 

i dekoracyjnej taśmy na ściany, pasujący do tego pokoju. Ale 
trzeba będzie usunąć tapety. Gdybyśmy pomalowali ściany na 
kremowo i kupili pasujący do taśmy dywanik, moglibyśmy po­
tem dobrać odpowiednie do pokoju dziecinnego meble. Wła­
ściwie należałoby chyba zerwać wszystkie tapety i pomalować 
ściany na jeden kolor. Dom będzie dzięki temu pachniał świe­
żością. Jaki ma być wystrój, można będzie zdecydować się 
później. Ja lubię eklektyzm, mieszanie okresów i kolorów, ale 
ty może wołałbyś pozostać przy obecnym stylu. 

- Całkowicie się z tobą zgadzam. A teraz obejrzyjmy 

kuchnię. 

Kuchnia bardzo się Kellie spodobała i nie kryła tego, gdy 

tylko sprawdzili wszystkie urządzenia i szafki. 

background image

- To serce tego domu. Trzeba tu tylko dokładnie posprzą­

tać. Niewykluczone, że pojawią się też problemy z instalacją 
wodną, ale całą resztę zostawiłabym bez zmian. 

- To ty jesteś ekspertem - mruknął. 
- Być może. Nie miałabym jednak pojęcia, od czego za­

cząć w ogrodzie. 

- Zatrudnię ogrodników, którzy przytną wszystkie zarośla. 

Będziemy mogli się zorientować, jaki był oryginalny projekt 
ogrodu. 

Podeszła do francuskich drzwi prowadzących do pustej 

szklarni. Miejsce to przypomniało jej podparyskie Malmaison, 
gdzie kiedyś zabrał ją Philippe. Kellie oparła czoło o szybę. 
Przytłaczały ją wspomnienia. Myślała, że będzie w stanie po­
móc Philippe'owi, ale raniła ją każda minuta spędzona w jego 
towarzystwie. 

- Już czas na lunch. Pojedziesz ze mną coś kupić? 
Nawet nie spojrzała na niego. 
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałabym zostać. 
- Jak chcesz - odparł po chwili milczenia. - Zaniosę po­

siłek na łódź. Spotkajmy się w przystani za pół godziny. 

Na końcu języka miała prośbę o pożyczenie telefonu, ale 

powstrzymała się. Z pewnością zastanawiałby się, do kogo 
dzwoniła. No cóż, wyglądało na to, że z telefonem do Lee 
będzie musiała poczekać do powrotu do domu. 

Mając cały zamek dla siebie, mogła wyobrażać sobie, jak 

jej własne dziecko biega po pokojach i bawi się w holu. Chłop­

czyk lub dziewczynka, podobni nieco do Philippe'a: z jego 
przenikliwymi, ciemnymi oczami, rozbrajającym uśmiechem, 
szczupłą sylwetką, czarnymi włosami, piękną oliwkową cerą. 

Odruchowo dotknęła ręką brzucha. Maleństwo skulone we-

background image

wnątrz niej należało do tego domu. Przyjdzie czas, gdy będzie 
po nim chodziło za tatą, wpatrzone w niego z uwielbieniem. 
Czy będzie lubiło wycieczki w góry? Szybkie samochody? 

- Kellie? Jesteś tu? - zawołał kobiecy głos z silnym ame­

rykańskim akcentem. 

- Lee? 
- To ja! 
W mgnieniu oka znalazła się w holu. 
- Nie wierzę własnym oczom! Miałam dziś do ciebie 

dzwonić. 

Objęły się serdecznie. 

- Nie masz pojęcia, ile razy mieliśmy ochotę dowiedzieć 

się, co u was słychać, ale nie chcieliśmy się wtrącać. 

- To znaczy, że przez cały ten czas Philippe nie kontakto­

wał się z Raoulem? 

- Nie kontaktował się z żadnym z przyjaciół. 
- W takim razie skąd wiedziałaś, że tu jestem? 
- Raoul jechał do miasta i minął się z Philippe'em na dro­

dze do jeziora. Przed chwilą dzwonił do mnie i kazał mi tu 
przyjechać. Podobno mamy zjeść z wami lunch na łodzi. Mam 
nadzieję, że się zgadzasz. - Jej fiołkowe oczy spojrzały na Kel­
lie, szukając aprobaty. 

- Ależ oczywiście, że się zgadzam! To znaczy, że znów 

będziemy przyjaciółmi! - Objęła ją ponownie. 

- My też mamy taką nadzieję - zapewniła ją księżna. 
- Codziennie chciałam do ciebie zadzwonić, ale Philippe 

był tak zły z powodu mojej obecności w domku Raoula, że 
nie mogłam się zdobyć na odwagę. 

- Zanim mi wszystko opowiesz, najpierw odpowiedz na 

jedno pytanie. 

background image

Kellie czytała w jej myślach. 

- Nie, Philippe nie wie, że jestem w ciąży. Toleruje mnie, 

bo mogę mu pomóc uzyskać opiekę nad Jean-Lukiem. Jeśli 
wygra proces, mam odejść po przyjęciu niani, jeśli przegra, 
od razu. 

Lee przyjrzała jej się uważnie. 
- Najważniejsze, że wciąż tu jesteś. Biorąc pod uwagę, 

w jakim był stanie, gdy wyszedł ze szpitala, to musi coś 
znaczyć. 

- Chciałabym, żebyś miała rację. - Kellie walczyła ze łza­

mi. - Lee, korzystając z tego, że jesteśmy same, chciałabym 
cię o coś poprosić. Pomożesz mi znaleźć dobrego ginekologa-
położnika w Neuchatel? 

- Możesz iść do mojego - powiedziała Lee z kamienną 

twarzą, ale błysk jej oczu zdradził tajemnicę. 

- Ty też jesteś w ciąży? 
- Tak! 

Kellie objęła ją raz jeszcze. 

- A co na to Raoul? 
- Jeszcze nie wie. Ja też dowiedziałam się dopiero wczoraj 

po południu. Do późna był w Genewie, więc odkładałam tę 
wiadomość na dzisiejszy wieczór. 

- Pomyśleć, że urodzisz małego księcia lub księżniczkę. 

Twój mąż będzie najszczęśliwszy na świecie. Kiedy spodzie­
wasz się dziecka? 

- W czerwcu. 
- Pomiędzy naszymi dziećmi będzie tylko miesiąc różnicy. 
- Kellie? Dlaczego nie powiesz Philippe'owi prawdy? 
- Bo zbliża się proces. Nie chcę go jeszcze bardziej de­

nerwować. Wiesz, jaki on teraz jest. 

background image

- Opowiedz mi wszystko, co się przez ten czas wydarzyło. 
Kellie zaczęła od początku, a zwierzenia przyniosły jej ul­

gę. Gdy skończyła, Lee pokręciła głową. 

- Dobrze trafiłaś, na madame Simoness zawsze można li­

czyć w trudnej sytuacji. Ale dlaczego nie zadzwoniłaś do mnie? 
Mogłaś zamieszkać u nas. 

- O nie, Philippe nigdy by mi tego nie wybaczył. 
- No cóż, teraz nie może nas już rozdzielić. Gdybyś tylko 

wiedziała, jak bardzo Raoul za nim tęsknił. 

Łzy napłynęły Kellie do oczu. 
- Ja też za nim tęskniłam. 
W tej chwili rozległ się dźwięk syreny dochodzący z łodzi. 

Lee spojrzała na Kellie. 

- To znak, że przycumowali w przystani. I znów jesteśmy 

wszyscy razem. Przyznaj, że to dobry znak. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Kellie nigdy nie była przesądna, ale i ona uznała za dobry 

omen to, że Philippe pogodził się z obecnością Mertierów 
w swoim życiu. Nie dała się zwieść, ponowne spotkanie nie 
było przypadkowe. Jej mąż nie kupiłby domu tak blisko Raou-
la, gdyby sam od początku tego nie chciał. 

Przez następne dwa tygodnie Mertierowie byli częstymi 

gośćmi na zamku. Podczas gdy Kellie i Lee nadzorowały pracę 
robotników wewnątrz, ich mężowie wraz z ogrodnikami przy­
cinali nadmiernie rozrośnięte krzewy w ogrodzie. Raoul starał 
się w obecności Philippe'a nie podkreślać zbytnio swojego za­
dowolenia z faktu, że zostanie ojcem, ale dosłownie promieniał 
radością. Kellie cieszyła się razem z nimi, a towarzystwo Lee 
sprawiało jej ogromną przyjemność. Do tego miały podobny 
gust, obie uważały, że mieszanie różnych stylów pozwoli naj­
lepiej połączyć ze sobą teraźniejszość i przeszłość. 

Podczas jednej z wielu wypraw do miasta Kellie poszła 

do poleconego przez Lee doktora Loubela. Okazał się niezwy­
kle sympatycznym człowiekiem, do tego przypominał ich le­
karza rodzinnego. Potwierdził, że ciąża przebiega prawidłowo, 
przepisał witaminy i polecił zgłosić się za miesiąc. 

Do zamku tymczasem dostarczano ze sklepów coraz więcej 

sprzętów, bo z dawnego mieszkania zabrali tylko kilka mebli 
i obrazy. Pewnego popołudnia, gdy Kellie przygotowywała ko-

background image

łyskę, do pokoju dziecinnego wszedł Philippe. Dawno już nie 
widziała go tak ponurego i zamyślonego. 

- Co się stało? 
- Mamy gościa. 
- Kto to? 
- Madame Frouneau, opiekunka społeczna przysłana z wi­

zytą przez sąd. 

Kellie zachowała spokój. W końcu po to właśnie była tutaj 

- żeby pomóc mu wygrać sprawę. 

- W takim razie mamy szczęście, że wszystko skończone. 

Dom jest gotowy do zamieszkania. Mamy elektryczność i te­
lefon, jest gorąca woda. 

Nie zastanawiając się nad tym, co robi, Kellie wzięła go 

za rękę. Ujął ją mocno i trzymał, gdy schodzili razem na dół. 

Madame

 Frouneau rozmawiała z nimi uprzejmie, ale za­

chowując dystans. Rozmawiali w salonie, a gdy zapytała, 
gdzie będzie spało niemowlę, zabrali ją na górę i pokazali po­
kój dziecinny. 

- Z dostarczonych mi informacji wynika, że jesteście nie­

całe cztery miesiące po ślubie. 

- Zgadza się - mruknął Philippe. 
- Ale nie cały ten czas spędziliście razem. 

Kellie odwróciła oczy. 

- Istotnie. 
- Nie staram się nikogo osądzać, madame Didier. Od tego 

jest sąd. Ale dziecko potrzebuje rzecznika. Do mnie właśnie 

należy ustalenie, kto może mu zapewnić najlepsze warunki. 

- Oczywiście - zgodziła się Kellie. 
- Czy pani pracuje? 
- W tej chwili nie. 

background image

- A czym się pani do tej pory zajmowała? 
- Jestem szefem kuchni. 
- Ma pani zamiar pracować, gdy w domu pojawi się dziecko? 
- Nie. 
- Dlaczego? Wiele kobiet łączy obowiązki domowe z ka­

rierą i wychowywaniem dzieci. 

- To prawda. Ja jednak wierzę, że pierwsze trzy lata życia 

mają kluczowe znaczenie dla rozwoju dziecka. 

- To znaczy, że za trzy lata planuje pani powrót do pracy? 
- Nie. Nie zamierzam szukać pracy, dopóki dzieci nie do­

rosną. 

- A więc planujecie państwo powiększenie rodziny? 
- Tak. 
Jeśli miała pomóc Philippe'owi w wygraniu sprawy, mu­

siała dostarczyć mu mocnych argumentów. Mówiła zresztą pra­
wdę. Kolejny członek ich rodziny przyjdzie na świat już za 
sześć miesięcy. 

- Czy miała pani kiedykolwiek okazję przez dłuższy czas 

przebywać w towarzystwie małych dzieci? 

- Nie. Jestem jedynaczką. 
- Dlaczego więc pani uważa, że potrafi wychować dziecko? 
- Myślę, że nikt nie rodzi się z tą umiejętnością. Doświad­

czenie można zdobyć jedynie zajmując się dzieckiem. 

Ze zdumieniem poczuła dłoń Philippe'a błądzącą po jej 

szyi. Jeżeli ta demonstracja uczuć miała przekonać madame 
Frouneau o jego przywiązaniu do żony, wyszło to bardzo na­
turalnie. 

- A pan, monsieur Didier? Ma pan jakieś doświadczenie 

w opiece nad niemowlętami? 

- Tak. Wielokrotnie zajmowałem się wszystkimi moimi 

background image

siostrzenicami i siostrzeńcami. Przewijałem, karmiłem i doglą­
dałem ich. Żona ma jednak rację, że doświadczenie zdobywa 
się w praktyce. 

- Domyślam się, że dysponując znacznymi środkami ma­

terialnymi, macie państwo zamiar zatrudnić nianię. 

Pytanie to sprawiło, że serce Kellie zaczęło bić jak oszalałe. 

Miała wrażenie, że wyskoczy jej z piersi. Czy Philippe wyczuje 
to, głaszcząc ją po plecach? 

- Jeśli sąd przyzna nam opiekę nad Jean-Lukiem, mamy 

zamiar poprosić jego babcię, żeby z nami zamieszkała. Dys­
ponujemy osobnym mieszkaniem. 

Więc nianią będzie Analise? 
Kobieta zmarszczyła czoło. 
- Czy pani Boiteux wyraziła zgodę? 
- Nie zna jeszcze naszych planów. 
- Nie powiedzieliście jej? 
- Mój mąż nie uciekłby się do przekupstwa, żeby przechylić 

szalę na swoją korzyść - wystąpiła w jego obronie Kellie. 

- Miło mi to słyszeć - mruknęła kobieta. - Nie mam wię­

cej pytań. Z tego co wiem, sprawa ma się odbyć w przyszłym 
tygodniu. Życzę państwu szczęścia. Nie musicie mnie odpro­
wadzać. 

Mimo to Philippe cofnął rękę, poderwał się i poszedł od­

prowadzić opiekunkę do drzwi. Kellie podążyła za nim. Gdy 
zostali sami, obrócił się, a Kellie ujrzała w jego oczach nie­
zwykłą powagę. Nad czym się zastanawiał? Czy był o coś na 
nią zły? 

- Miałem zamiar poczekać do decyzji sędziego, zanim oka­

żę ci, jak bardzo doceniam twoją pomoc. 

Okażę? 

background image

- Jednak twoja szczerość w rozmowie z madame Frouneau 

sprawiła, że zmieniłem zdanie. Nawiasem mówiąc, broniłaś mnie 
z prawdziwym przekonaniem. Zasługujesz na nagrodę. Chodź 
za mną. 

Kellie nie miała pojęcia, o czym on mówi. 

- Nie musisz nic dla mnie robić! 

Poprowadził ją do kuchni, a potem otworzył drzwi do oran­

żerii. Powiedział: 

- Nie rozmawiałem z tobą o szklarni i nie bez powodu. 
- Wiem. Porządkowanie ogrodu należy do ciebie. 
- Szklarnia nie jest już częścią ogrodu. 
- Jak to? 
- Powiedziałaś, że chcesz na stałe zamieszkać w Szwaj­

carii. Wynajęty przeze mnie architekt przebuduje szklarnię. 
Urządzisz tu sobie francuską restaurację, którą będziesz mogła 
prowadzić zgodnie ze swymi marzeniami. Będzie to mały, ale 
ekskluzywny lokal. Jest dużo miejsca na parking i ogród, 
a uroczy zamek zapewni niepowtarzalną atmosferę. 

Słyszała jego słowa, ale zupełnie ich nie pojmowała. 

- Ale to przecież twój dom! 
Pokręcił głową. 
- Tylko jeżeli uzyskam prawo do opieki nad Jean-Lukiem. 

Wtedy poproszę Analise, żeby ze mną zamieszkała. Do ciebie 
będzie należeć wieża. 

- Pomimo iż będziemy rozwiedzeni? 
- Dlaczego nie? - Wzruszył ramionami. 
Więc gotów był nawet sąsiadować z byłą żoną - oznaczało 

to jedno, że nie żywi już do niej żadnych uczuć. Jęknęła w du­
szy. Dlaczego nie wbije jej po prostu noża w serce? 

- Jeśli przegram sprawę - kontynuował takim tonem, jakby 

background image

rozmawiali o pogodzie - zamieszkam w naszym dawnym mie­

szkaniu, a ty dostaniesz cały zamek. Możesz wtedy zamienić 
go na przykład w pensjonat. 

Co takiego? 

- Będziesz tylko musiała założyć zamki w drzwiach sy­

pialni. Biuro możesz urządzić w garażu. Okolice są tak piękne, 
że na pewno nie będziesz narzekać na brak klientów. 

Ten nieprawdopodobny prezent miał mu pewnie pomóc 

uspokoić sumienie, widać dręczyło go jednak poczucie winy, 

.że nie jest w stanie wskrzesić uczucia do niej. Był to rodzaj 

alimentów. Naturalnie nie miała najmniejszego zamiaru korzy­
stać z jego hojności, na razie jednak pozwoli mu sądzić, że 
przyjmuje propozycję i jest nią zachwycona. Dopiero po pro­
cesie powie mu, że oczekuje dziecka i nie może zaakceptować 

jego oferty. 

- Nie wiem, co powiedzieć, Philippie. -I rzeczywiście nie 

wiedziała. Tylko Philippe mógł wpaść na taki pomysł. Jej mi­
łość do niego rosła z każdą chwilą. - Spełniasz moje marzenie. 
Zawsze wiedziałam, że jesteś człowiekiem prawdziwie bezinte­
resownym. Jeżeli naprawdę tego właśnie pragniesz, przyjmuję 
twój wspaniały prezent i z całego serca dziękuję. 

- Dobrze. Cieszę się, że sprawiłem ci przyjemność. 
W jego głosie zabrzmiała ulga, jakby nagle spadł mu z ser­

ca wielki kamień. Tym właśnie była: kamieniem leżącym mu 
na sercu. 

- Czy masz coś przeciwko temu, żebym dziś wieczór prze­

niosła swoje rzeczy do wieży? 

Zaskoczony zmarszczył brwi. 
- Nie chcesz spać w zamku, i to teraz, gdy skończyliśmy 

przygotowania? 

background image

- Znasz mnie - uśmiechnęła się do niego promiennie. -

Zakochałam się w tej wieży. Cieszę się, że mi ją podarowałeś. 
Zaproszę twojego architekta i zaczniemy planować restaurację 
moich marzeń. Będę miała się czym zająć, czekając na proces. 
Jak on się nazywa? 

- To kobieta, Michelle Viret. 
Nowa miłość? Znów ją zranił. 
- Cieszę się na spotkanie z nią. - Nerwowo potarła dłonie 

o dżinsy. Musi odejść, zanim zdradzi swoje uczucia. - Czy 
chcesz, żebym dziś jeszcze coś zrobiła? 

- Nie, nic mi nie przychodzi do głowy. 
- W takim razie, nim pójdziesz do przyjaciół, przygotuję 

może kolację, a podczas twojej nieobecności przeniosę swoje 
rzeczy. 

- Skąd ten pomysł, że wybieram się do Raoula? - zapytał 

cicho. 

- Odniosłam wrażenie, że na łodzi umawialiście się na 

obejrzenie starych filmów ze wspinaczek. 

Spojrzał na nią spod przymkniętych powiek. 
- No cóż, może wpadnę do nich któregoś wieczoru, gdy 

już się urządzimy. 

Czy naprawdę nie zdawał sobie sprawy, że jego przyjaciele 

nie mogą się doczekać kolejnego spotkania? 

- W takim razie nie traćmy więcej czasu. 
Przez następne dwie godziny próbowała podtrzymać roz­

mowę, ale Philippe był w nie najlepszym nastroju. Złożyła to 

jednak na karb wyczerpania ciężką fizyczną pracą w zamku. 

Niestety, musieli jeszcze zająć się przeniesieniem jej rzeczy 
do wieży. 

Wreszcie wszystko znalazło się na swoim miejscu. Zmę-

background image

czona przygotowała drewno na kominku i parę minut później 
na ścianie tańczyły cienie, a od płonącego ognia rozchodziło 
się przyjemne ciepło. Przysunęła kanapę i z westchnieniem ulgi 
opadła na poduszki. Gdy Philippe wszedł bez pukania, leżała 

już, grzejąc się w cieple ognia. Pani na zamku. 

- Dlaczego nie poczekałaś? Pomógłbym ci. 
Nie najlepszy nastrój przystojnego rycerza przemienił się 

w gniew, ale nie miała zamiaru tego znosić. Przynajmniej nie 
dzisiaj. 

- Bo nie oczekuję, że będziesz mi usługiwał. 
Nerwowo zacisnął usta i bez słowa zaczął wieszać jej rze­

czy w szafie. 

Kellie nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo 

jest wyczerpana. Nim zdążyła o tym pomyśleć, zapadła w głę­

boki sen. Gdy się ocknęła, leżała na łóżku bez butów i skar­
petek, przykryta pledem. Zdezorientowana szepnęła: 

- Philippe? 
W pokoju panowała ciemność, którą rozjaśniał jedynie do­

gasający na kominku żar. W mroku z trudem dostrzegła jego 
twarz. Był tak blisko, że czuła jego oddech na policzku. Prze­
szył ją dreszcz pożądania. 

- Pomogę ci się rozebrać, będziesz mogła znów zasnąć. 
I zaczął zdejmować jej sweter przez głowę. Natychmiast 

się rozbudziła. 

- Nie! - krzyknęła przerażona. 
Odsunęła się, przyciskając do siebie sweter, żeby ukryć ta­

lię. Poczuła, jak Philippe siada na łóżku. Jego dłoń powędro­
wała w górę jej pleców i zatrzymała się na karku. Gładził de­
likatną skórę pod jej włosami. 

- Kellie... - powiedział urywanym głosem. Zaczął deli-

background image

katnie masować jej ramię. - Nie chciałem cię przestraszyć. 
Chciałem tylko, żeby ci było wygodnie. -

Jego dotyk wprawił ją w drżenie. Może tego nie zauważy 

albo pomyśli, że to z zimna. 

- Dz-dziękuję, ale jest mi tak wygodnie. Idź już. Zoba­

czymy się rano, zanim pójdziesz do pracy. 

- Jestem potwornie zmęczony, czy mógłbym wyciągnąć się 

na twojej kanapie? Masz coś przeciwko temu? 

Prawdopodobnie chciał zostać, bo bolało go kolano i nie 

byłby w stanie wspiąć się po schodach. Nic dziwnego, sfor­
sował je, przenosząc ją do łóżka. 

- Oczywiście, że nie. Na górnej półce w szafie jest narzuta 

mojej babci. Okryj się nią. 

Jeszcze przez chwilę, przez jedną zapierającą dech w pier­

siach chwilę jego dłoń pozostała na jej ramieniu. Tak bardzo 
go pragnęła! Czekała. Może odwróci się i przyciśnie wargi do 

jej ust? Gdy zamiast tego przykrył ją kocem, musiała ukryć 

twarz w poduszce, by głośno nie zaprotestować. Powieki znów 
zaczęły jej ciążyć. 

Obudziła się, gdy do wieży wtargnął promień porannego 

światła. Przypomniała sobie wydarzenia poprzedniego wieczo­
ra. Philippe! 

Jedynym śladem jego nocnej obecności była biała narzuta 

przerzucona przez oparcie kanapy. Kellie poczuła przejmujący 
ból, choć wiedziała, że powinna czuć coś wręcz przeciwnego! 
Ostatniej nocy niewiele brakowało, żeby odkrył prawdę. 
W żadnym razie nie wolno jej wzbudzić gniewu Philippe'a, 
zwłaszcza teraz, gdy od procesu dzieli ich tylko sześć dni. 
Gdyby dowiedział się o ciąży, kazałby jej się wynosić, a tym 

samym straciłby szansę uzyskania opieki nad Jean-Lukiem. Nie 

background image

może do tego dopuścić. Po prostu zajmie się pracą z Michelle 
Viret. A to przynajmniej uniemożliwi Phiłippe'owi utrzymy­
wanie kontaktów z tą kobietą! 

Do gmachu sądu w Neuchatel nie wpuszczono fotografów 

ani dziennikarzy. Philippe wyjaśnił jej, że to dzięki Raoulowi 
proces miał się odbyć za zamkniętymi drzwiami. Przy wejściu 
czekał Honore, który zaprowadził ich do niemal pustej sali 
rozpraw. Była już Analise, na ich widok skinęła lekko głową. 

Usiedli obok Honore'a, który jak zwykle wyglądał bardzo 

dostojnie. Naprzeciwko nich siedział biologiczny ojciec Jean-
-Luca. Był ciemnowłosy i dosyć przystojny. Kellie, która wi­
działa go po raz pierwszy, zaskoczona stwierdziła, że mały 

jest do niego niezwykle podobny. Mężczyzna przyglądał się 

im badawczo, zwłaszcza Philippe'owi, zupełnie nie słuchając 
swego adwokata. Poza nimi i stojącym obok drzwi woźnym 
nikogo więcej nie było na sali. 

W pewnej chwili Honore pochylił się i pocałował ją w po­

liczek. 

- Czy mówiłem ci już, że wyglądasz oszałamiająco? 
Założyła dziś nowy dwuczęściowy kostium z czarnej weł­

ny, który tuszował jej pełniejszą figurę, a włosy upięła i prze­
wiązała czarną apaszką. 

Philippe usłyszał komplement i odwróci} się z uśmiechem 

w jej kierunku. 

- W czarnym zawsze było ci najbardziej do twarzy. 
Zarumieniła się. 
- Dziękuję. Dziękuję wam obu. 
- Zdenerwowana? - uśmiechnął się Honore. 
- Jeszcze pytasz? 

background image

- Po prostu zdaj się na mnie. 
Tymczasem Philippe był zupełnie spokojny, jakby wiedział 

coś, o czym oni oboje nie wiedzieli. Jakby był to tylko widzem. 

Woźny kazał im wstać. 

Kellie patrzyła, jak przez podwójne drzwi wchodzi sędzia, 

zajmuje miejsce naprzeciwko nich i zakłada okulary. Potem 
poprosił Honore'a o przedstawienie argumentów jego klienta. 
Kellie zacisnęła ręce, żeby ukryć ich drżenie, a gdy Philippe 
zajmował miejsce dla świadków, zaczęła szeptać gorącą mod­
litwę. Honore zwrócił się do niego: 

- Monsieur Didier, sąd przedstawił szczegóły sprawy. Udo­

wodniono ponad wszelką wątpliwość, że nie jest pan biologicz­
nym ojcem dziecka, a jednak ubiega się pan o prawo opieki 
nad chłopcem. Czy może pan wyjaśnić sądowi, dlaczego się 
pan na to zdecydował? 

Philippe pochylił się do przodu. 
- Kiedy Yvette przyszła do biura i powiedziała, że spo­

dziewa się mojego dziecka, była w ósmym miesiącu ciąży. 
Osiem miesięcy wcześniej, podczas pobytu w Chamonix, spę­
dziłem z nią część nocy. Choć było to mało prawdopodobne, 
zaakceptowałem fakt, że mogę być ojcem dziecka. Wypadek 
skomplikował sprawę. Yvette była ciężko chora, nie żądałem 
więc przeprowadzenia badania DNA. Poza tym ja także nie 
czułem się najlepiej, dochodziłem do siebie po operacji kolana, 
a ona potrzebowała pomocy. Dwa tygodnie później urodził się 
Jean-Luc. Gdy po raz ostatni rozmawiałem z Yvette, błagała 
mnie, żebym otoczył go miłością. Być może przeczuwała, że 

jej życie dobiega końca. 

Kellie ze ściśniętym gardłem słuchała drżącego głosu Phi­

lippe. 

background image

- Dopiero kilka tygodni później udało mi się zobaczyć 

dziecko i dotknąć je. Stało się to wtedy, gdy jego babcia po­
zwoliła mnie i mojej żonie zabrać noworodka do domu na całą 
noc. Gdy tylko na niego spojrzałem, zdałem sobie sprawę, że 
nie może być moim synem, ale nie miało to znaczenia. Po­
kochałem go i chciałem być dla niego ojcem. Nie miał też 
znaczenia wynik późniejszego badania. Jak powiedziała moja 
żona, to niewinne dziecko pragnie tylko miłości. Dlatego je­
steśmy tu dzisiaj, z nadzieją, że zostaniemy jego rodzicami. 

- Dziękuję panu, to na razie wszystko. 

Kellie spuściła głowę, starając się opanować emocje. Phi-

lippe usiadł, a ona nawet nie zwróciła uwagi na to, że odpo­
wiadać teraz miał ojciec Jean-Luca. Odczuwała tak silną po­
trzebę fizycznego kontaktu z mężem, że bez namysłu chwyciła 
go za rękę. Uścisnął ją i puścił dopiero po dłuższej chwili. 

Adwokat strony przeciwnej wstał. 

- Panie doktorze Bruchard, sąd odczytał pańskie oświad­

czenie, w którym stwierdza pan, że kochał Yvette Boiteux. Pro­
szę nam opowiedzieć o tym związku. 

- Gdy zacząłem praktykę w klinice, Yvette już tam pra­

cowała. Zaczęliśmy spotykać się po pracy i spędzać ze sobą 
coraz więcej czasu. Zakochałem się w niej. Poprosiłem ją na­
wet o rękę. Nie zarabiałem zbyt wiele, ale mógłbym utrzymać 
rodzinę, nawet gdyby Yvette przestała pracować. Powiedziała, 
że odpowie mi po powrocie z urlopu w Chamonix. Błagałem, 
żeby nie jechała, bo nie mogłem wtedy wziąć urlopu. Obie­
całem, że jeśli poczeka, pojedziemy na narty podczas podróży 
poślubnej. Oświadczyła jednak, że zaplanowała wszystko jesz­
cze przed moim pojawieniem się w klinice i nie zrezygnuje. 
Narty były jej pasją. Przed wyjazdem wyznała mi miłość. Pro-

background image

siła o cierpliwość. Co miałem robić? Zgodziłem się. Kochałem 

ją. Ale kiedy wróciła, nie była tą samą osobą. Powiedziała, 

że poznała mężczyznę, który odmienił jej życie. Powiedzia­
ła, że skoro nie może wyjść za niego, to nie wyjdzie za 
nikogo. 

Bruchard był tak poruszony, że nie był w stanie mówić. 

Nie udawał, Kellie dosłownie czuła jego cierpienie. On rze­
czywiście kochał Yvette. Spuściła głowę. Philippe'owi musi 
być trudno słuchać tych zeznali. Raz jeszcze ujęła jego dłoń. 
Tym razem już jej nie puścił. 

- Yvette zerwała ze mną. Byłem załamany. Nigdy więcej 

jej nie zobaczyłem. Kilka miesięcy później znajomy powiedział 

mi o jej śmierci. Nie miałem nawet okazji być na jej pogrzebie. 
Gdy matka Yvette zadzwoniła i powiedziała mi o dziecku, od 
razu do niej poszedłem. Wystarczyło, że spojrzałem na Jean-
-Luca, a już wiedziałem, że to moja krew. Wysoki Sądzie, chcę 

wychować mojego syna. 

Mężczyzna załamał się i zaczął płakać. Philippe mocno ści­

skał dłoń Kellie. Nagle puścił ją, wyciągnął z kieszeni długopis 
i napisał coś na kawałku papieru, który podał Honore'owi. Ten 
przeczytał notatkę, przyjrzał się Philippe'owi i uśmiechnął nie­
mal niezauważalnie. 

Gdy weterynarz usiadł już na swoje miejsce, Honore zapytał 

sędziego, czy jego klient może powiedzieć kilka słów. Ten ski­
nął przyzwalająco głową. 

- Wysoki Sądzie, z całego serca pragnąłem prawa do opie­

ki nad dzieckiem Yvette, jednak po wysłuchaniu doktora Bru-
charda jestem przekonany, że to prawo należy się jemu. 

Kellie czuła, że Philippe to właśnie powie. Bruchard pod­

niósł głowę i spojrzał na niego zaskoczony. 

background image

- Chciałbym powiedzieć teraz coś, czego nie było w pisem­

nych zeznaniach. Mam nadzieję, że do pewnego stopnia uspokoi 
to doktora Brucharda. Tamtego dnia byliśmy z przyjacielem na 
wspinaczce, gdy wracaliśmy, niedaleko nas zeszła lawina. Pomo­
gliśmy narciarzom, których porwała. Wśród ofiar była Yvette. 

Na sali rozległ się cichy okrzyk. Analise. Kellie spojrzała 

na nią i zrozumiała, że Yvette nigdy nie powiedziała matce, 
iż otarła się o śmierć. 

— Poleciałem z nią helikopterem do szpitala. Miała szczę­

ście, nie odniosła żadnych poważnych obrażeń, ale przeżyła 
szok. Bała się zostać sama. Odwiozłem ją do hotelu i przy­
niosłem kolację do pokoju. Opowiadam o tym, żeby wyjaśnić, 

jak doszło do tego, co się później stało. Podobno z człowie­

kiem, który uratował nam życie, jest się już w pewien sposób 
na zawsze związanym. Yvette mnie nie kochała, ale była mi 
bezgranicznie wdzięczna. Ja również jej nie kochałem, była 
dla mnie obcą osobą. Cieszyłem się tylko, że opatrzność po­
zwoliła mi ją uratować. To prawdziwa tragedia, że choroba 
tak wcześnie zakończyła jej życie. Yvette pozostawiła jednak 
po sobie dziecko. To syn mężczyzny, który kochał Yvette 
i chciał założyć z nią rodzinę. Dlatego przeciąganie tej sprawy 
wydaje mi się niewłaściwe. Po konsultacji z moim prawnikiem 
wycofuję wniosek o przyznanie mi opieki nad dzieckiem. 

Kellie poczuła wzruszenie. Och, Philippie. Jesteś wspania­

łym człowiekiem. Wiem, że robisz to z ciężkim sercem, ale 
gdy tylko wyjdziemy z sądu, powiem ci coś, co na zawsze 
odmieni twoje życie. 

Sędzia wezwał do siebie obu adwokatów, odbyli krótką na­

radę, potem wrócili na swoje miejsca. Sędzia zwrócił się do 
Philippe'a. 

background image

- Sąd chce wyrazić wdzięczność panu Didierowi za pod­

jęcie tej trudnej decyzji. Nie mam żadnych wątpliwości, że 

chłopiec byłby szczęśliwy z panem i pana żoną. Doktorze Bru-
chard, w tej sytuacji sąd przyznaje panu pełne prawo do opieki 
nad synem, Jean-Lukiem Bruchardem. Gratuluję panu. 

Chwilę później Analise podbiegła i zarzuciła Philippe'owi 

ręce na szyję. Jej twarz była mokra od łez. 

- Nie wiedziałam, że uratowałeś moją ukochaną dziew­

czynkę. Nie wiedziałam. Wybacz, że byłam dla ciebie tak 
okrutna. 

Philippe wstał i objął ją. 

- Nie mam ci nic do wybaczenia. 
- Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi? - Analise 

spojrzała pytająco na Philippe'a i Kellie. 

- Oczywiście. - Kellie objęła starszą panią. - Dziękuję, 

że pozwoliłaś mojemu mężowi spędzić trochę czasu z Jean-
-Lukiem - szepnęła. - Dzięki temu wyszedł z głębokiej de­
presji. Zawsze będę ci za to wdzięczna. 

Kątem oka zobaczyła, że Philippe podchodzi do doktora 

Brucharda i ściska jego dłoń. Raz jeszcze jego szlachetność 
wprawiła ją w podziw. 

- Teraz już się z tobą nie rozwiedzie - powiedziała cicho 

Analise. - Nie po tym wszystkim, co przeszłaś. 

- Obawiam się, że naszego małżeństwa nic już nie uratuje. 
- Ale to nie ma sensu. Twój mąż cię przecież kocha. 
- Kiedyś mnie kochał, Analise. 
- Nonsens. Spędziłam z wami cały wieczór. Wiem, co wi­

działam. Nie mógł oderwać od ciebie oczu. 

- Bo podejrzewał, że miałam coś wspólnego z twoją wi­

zytą. Obie wiemy, że te podejrzenia były uzasadnione. 

background image

- Więc wróć do domu i zrób coś! Są sposoby na mężczyzn, 

jeśli wiesz, co mam na myśli. - Jej oczy rozbłysły. 

Kellie wzięła głęboki oddech. 

- Tak właśnie zrobię. Dziękuję za radę. Zadzwonię do cie­

bie wkrótce. 

Poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. To był Honore. 

- Chodź. Niech Philippe jeszcze sobie porozmawia z do­

ktorem Bruchardem, ja odprowadzę cię do limuzyny. 

Wyszli z sali. 

- Dziękuję, że pomogłeś Philippe'owi - powiedziała ze 

łzami w oczach. - Na pewno docenia wszystko, co dla niego 
zrobiłeś. 

- Zrobiłem to dla was obojga. 
- Wiesz, co mam na myśli. 
- Ale ty chyba nie wiesz, co ja mam na myśli. 
- Nie rozumiem. 
- Kellie, Philippe nigdy nie miał szansy wygrać tej sprawy. 

Nie pomogłyby mu żadne pieniądze. Nawet kochająca żona 
nie miała na to wpływu. 

Kellie nie od razu zrozumiała, o co mu chodzi. 

- To znaczy, że... 
- Jesteś inteligentną kobietą. Sama się domyśl. Wierzę 

w ciebie, ma chere. 

Pochylił się i pocałował ją w policzek, a potem wsiadł do 

swego auta. Wciąż jeszcze oszołomiona obserwowała zbliża­

jącego się szybkim krokiem męża. Zjawił się w samą porę. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Philippe robił wrażenie równie odprężonego jak na sali 

sądowej, ale nie powiedział jeszcze ani słowa. Kellie wiedziała, 
że oddanie chłopca biologicznemu ojcu złamało mu serce, nie 
chce jednak, by dostrzegła jego cierpienie. Co kryje się za nie­
przeniknionym wyrazem jego twarzy? Zorientowała się, że nie 

jadą do domu. Szkoda, chciała mu tam obwieścić nowinę, która 

odmieniłaby jego życie. Kiedy znaleźli się przed bramą do po­
siadłości Mertierów, pomyślała, że widać Lee i Raoul zaprosili 

ją i Philippa na lunch po procesie. To miło z ich strony, ale 

akurat teraz wolałaby być z mężem sam na sam. 

Od czasu gdy Philippe kupił zamek, odwiedziła Chateau 

kilka razy w towarzystwie Lee, ale nie miała okazji obejrzeć 
rozległych terenów książęcej posiadłości. Słyszała, że były tu 
stajnie koni wierzchowych, będących prawdziwą pasją Mer­
tierów. Lee i Raoul niemal co rano odbywali przejażdżki po 
należącym do nich pobliskim lesie. 

Ku jej zaskoczeniu nie skręcili na podjazd prowadzący do 

głównego wejścia, tylko wysadzaną drzewami aleją wjechali 
w las u stóp pagórka. Po minucie dotarli do ukrytego pomiędzy 
drzewami budynku. Philippe zatrzymał samochód. Spojrzała 
na niego zaskoczona. 

- Co to za miejsce? 

background image

- Książęca psiarnia. 
- Psiarnia? 
- Skoro masz mieszkać w zamku sama, potrzebujesz do­

brego psa obronnego. Niedawno ulubiona czarna labradorka 
Raoula oszczeniła się. Szczenięta są już na tyle duże, że można 
zabrać je od matki. Jeden z nich szczególnie mi się spodobał, 
ale możesz sobie wybrać innego. 

Dobić ją uprzejmością - to właśnie próbował zrobić Phi-

lippe. Miała tego dosyć. Gdy wysiadał z samochodu, chwyciła 
go za ramię. 

- Nie, Philippie! 

Spojrzał na nią zdumiony. 

- Przecież opowiadałaś wiele razy, że uwielbiałaś labradora 

swojego dziadka. 

- To prawda, ale teraz nie mogę wziąć psa. 
- Raoul zatrudnia kogoś, kto pomoże ci go wyszkolić, jeśli 

to cię martwi. 

- Nie o to chodzi! - wykrzyknęła. 
Zmarszczył czoło. 
- Co się stało, Kellie? O co chodzi? 
- Czy możemy wrócić do domu? Wolałbym tam wszystko 

ci wyjaśnić. 

Nie chciała zdradzić swej tajemnicy tutaj, na obcym terenie. 

Philippe zasługiwał na to, żeby taką wiadomość usłyszeć we _ 
własnym domu. 

Zawrócił tak szybko, że musiała złapać się oparcia. Brał 

zakręty, jakby co najmniej ścigali się o Grand Prix w Monte 
Carlo i w rekordowym czasie przebyli drogę do domu. Gdy 
z piskiem opon zatrzymał się na parkingu, wyskoczyła z sa­
mochodu. 

background image

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, przebiorę się i spot­

kamy się w salonie zamku. 

Zatrzasnęła drzwi samochodu i pobiegła przez trawnik, nie 

zważając na swój stan. Dogonił ją w kilka sekund, chwycił 
za ramię i zaprowadził do domu. Kiedy znaleźli się w środku, 

jego oczy lśniły gniewem. Tak*«amo wyglądał, gdy zastał ją 

w kuchni górskiego domku Raoula. 

- No dobra, jesteśmy w domu. Co się dzieje? Odpowiedz 

mi teraz. 

- Możemy usiąść? 
- Nie. 
Stał przed nią niczym mroczny, groźny kolos. Już czas. 
- Philippie... - zaczęła drżącym głosem. 
Wiedziała, że słucha, bo gdy wypowiedziała jego imię, 

skrzywił się. Jej usta były zupełnie suche. 

- Widzisz, gdy po tamtej strasznej nocy w szpitalu wró­

ciłam do Waszyngtonu, wkrótce zaczęły mnie dręczyć straszne 
bóle głowy. Poszłam do lekarza i dowiedziałam się, że... 

Było to dużo trudniejsze, niż sądziła. 

- Że co? 
- Że będziemy mieli dziecko. 
Zapadła przerażająca cisza. Kellie nerwowo splotła dłonie. 
- Wiem, że to dla ciebie ogromny szok. Ja też byłam za­

skoczona, chociaż przecież pragnęliśmy dziecka. 

Wreszcie odważyła się na niego spojrzeć. Wpatrywał się 

w nią jak zahipnotyzowany. 

- Byłam wtedy w szóstym tygodniu ciąży. Przewidywany 

termin porodu to czternasty czerwca. 

Czekała, żeby coś powiedział, a całe życie przelatywało jej 

przed oczami. 

background image

- Dowiedziałaś się o tym przed czy po otrzymaniu wia­

domości o śmierci Yvette? 

Tego pytania obawiała się najbardziej. Będzie podejrzewał, 

że był to jedyny powód jej powrotu do Szwajcarii. Tylko to 
będzie się dla niego liczyło. 

- Przed. 
Gwałtownie zaczerpnął powietrza. 
- Posłuchaj! Dowiedziałam się o tym tuż przed otrzyma­

niem wiadomości o tragicznej śmierci Yvette! Gdyby nie to, 
powiedziałabym ci od razu! Ale nie chciałam dodatkowo kom­
plikować sytuacji. 

Zaklął tak, że włosy zjeżyły jej się na karku. 
- Postanowiłaś więc pobawić się w Boga i decydować 

o moim życiu. 

Jej szczerość była o trzy miesiące spóźniona. 
- Co to za żona, która rzuca męża w ramiona innej kobiety 

z powodu dziecka, które może nie być jego, a jednocześnie 
ukrywa przed nim własną ciążę? 

- Przepraszam, najdroższy. Nie masz pojęcia, jak bardzo 

teraz tego żałuję. - Jej twarz była mokra od łez. - Dziś wiem, 
że powinnam była zadzwonić do ciebie, gdy tylko wróciłam 
od lekarza. Byłam głupia. Wszystko zrobiłam źle. A potem 
byłeś już zakochany w Jean-Lucu. Wydawało mi się, że przede 
wszystkim powinnam pomóc ci uzyskać prawo do opieki 
nad nim. 

- Moń Dieu. Najpierw wykorzystałaś Raoula, potem Ho­

nore'a - wybuchnął. - Gdy ostrzegałem cię, że za późno już 
na wymyślne plany mające na celu ratowanie naszego związku, 
nie wyobrażałem sobie, że jako ostatniego atutu użyjesz na­
szego dziecka. 

background image

Dawno temu, leżąc w szpitalnym łóżku, Philippe podjął ry­

zyko i wyznał jej prawdę. I wtedy zrobiła rzecz najgorszą 
z możliwych. Zamiast trwać u jego boku, zostawiła go 
i wniosła pozew o rozwód. Teraz sytuacja się odwróciła. Tym 
razem to ona podjęła ogromne ryzyko, ale prawda podsyciła 
tylko jego nienawiść. Zdruzgotana odezwała się: 

- To nie był plan, mający na celu zbliżenie się do ciebie. 

Wiedziałam, że tak pomyślisz. Mylisz się jednak. Ukrywałam 
prawdę, żebyś mógł skoncentrować się na Jean-Lucu, żeby 
w przypadku niepomyślnej decyzji sądu, ofiarować ci prezent, 
którego nikt ci nie odbierze. 

W jego spojrzeniu było tyle bólu. 
- Ja naprawdę cię nie znam - wyszeptał przygnębionym 

głosem. 

Raz jeszcze spojrzał na nią, potem wybiegł z domu. Za­

warczał silnik samochodu, po chwili usłyszała przeraźliwy pisk 
opon. Była przerażona, nie powinien w tym stanie jechać. Nie 
zdziwiłaby się, gdyby znów miał wypadek. 

Proszę cię, Boże, nie dopuść do tego. Nasze dziecko po­

trzebuje ojca. 

Do kogo się zwrócić? Potrzebowała przyjaznej duszy. Ko­

goś, z kim mogłaby porozmawiać. Kogoś, kto zna Philippe'a 
najlepiej na świecie. Poszła do gabinetu i zadzwoniła do Pa­
ryża. 

- Claudine?! - wykrzyknęła, słysząc głos przyjaciółki. 
- Kellie. Modliłam się, żebyś zadzwoniła! Honore przeka­

zał nam już złą wiadomość. Mój brat jest zbyt szlachetny. - Jej 
głos załamał się. - Jak on się czuje? 

- Właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać. Och, Clau­

dine. Nie wiem, co robić. 

background image

- Gdzie jesteś? 
- W naszym nowym domu. 
- A gdzie Philippe? 

Zacisnęła powieki. 

- Odjechał. 
Nastąpiła chwila ciszy. 
- Jak to odjechał? Na zawsze? 
- Nie wiem! - wykrzyknęła histerycznie Kellie. 

- Co się stało? Domyślam się, że czegoś mi nie mówisz. 

Nie, nie odpowiadaj. Za godzinę będę u ciebie. Zaraz każę 
przygotować samolot. Tylko nie zrób niczego szalonego, nie 
wyjeżdżaj, czekaj na mnie! 

- Nie wyjadę. Znasz adres? 
- Naturalnie, wszyscy wiedzą, gdzie leży Chateau des 

Fleurs. Byłabym niesamowicie zazdrosna, gdyby mieszkał tam 
ktoś inny. 

- Zamek Kwiatów? - zdumiała się Kellie. 
- Tak. Zbudowano go dla drugiego syna jednego z Aril-

laców, którego starszy brat odziedziczył tytuł książęcy. Taka 
rekompensata. Jego pasją były kwiaty. Miał tak wspaniałe ogro­
dy, że ludzie przyjeżdżali ze wszystkich stron, by je zobaczyć. 
Dotychczas mieszkali tam jedynie członkowie rodziny książę­
cej. To, że książę Raoul zgodził się sprzedać posiadłość Phi-
lippe'owi, najlepiej świadczy o głębokim uczuciu, które żywi 
do twojego męża. Jak przyjadę, powiem ci więcej. A bientót, 
chere amie. 

Oszołomiona Kellie odwiesiła słuchawkę, potem poszła do 

swej wieży. Przebrała się w dżinsy i luźną bluzkę, narzuciła 
kurtkę i wybrała się na przystań. Gdy tylko przyjaciółka przy­

jedzie, wypłyną na jezioro, by spokojnie, z dala od wszystkiego 

background image

i wszystkich porozmawiać. Weszła na pokład łodzi i zmęczona 
położyła się na wygodnych, szerokich, wyściełanych siedze­
niach. Spojrzała na zachmurzone niebo. Poczuła chłodną bryzę 
znad jeziora. 

Obudził ją głos Claudine. Usiadła zbyt gwałtownie i po­

czuła dziwny skurcz w boku. 

- Tutaj, Claudine! 
- A już zastanawiałam się, gdzie jesteś! - Przyjaciółka 

wbiegła na molo i wskoczyła na pokład łodzi. 

- Dziękuję, że przyjechałaś - wyszlochała Kellie. 
Objęły się, nagle Claudine odsunęła się i spojrzała na 

brzuch Kellie. 

- Mon Dieu, który to tydzień? 
No tak, przed jej wzrokiem nic nie mogło się ukryć. 
- Trzynasty. 
Wyrazista twarz Claudine spoważniała. 
- Kiedy Philippe się o tym dowiedział? 
- Dziś, po powrocie z sądu. 
Claudine jęknęła. 
- Gdy mu powiedziałam, oskarżył mnie o to, że znowu 

bawię się w Boga i igram jego życiem. Potem wybiegł i od­

jechał z piskiem opon. 

- Och, Kellie. - Objęła ją ponownie. - To wspaniałe! 

Tak bardzo się cieszę, że mogłabym tańczyć. - Delikatnie 
dotknęła jej brzucha. - Więc będę miała bratanicę lub bra­
tanka! Niech tylko rodzina się dowie, a natychmiast popra­
wią się im humory. Od czasu wypadku Philippe'a wszyscy 
byliśmy w dołku. 

Kellie zadrżała, ale Claudine przyjaźnie dotknęła jej ra­

mienia. 

background image

- Nie patrz na mnie z taką rozpaczą. To jeszcze nie koniec 

świata. To dopiero początek. 

- Tak bardzo chciałabym w to wierzyć! Philippe nienawi­

dzi mnie z całego serca. 

- Naprawdę? To wytłumacz mi, dlaczego kupił Chateau 

des Fleurs. 

- Dla Jean-Luca. 
- Ach tak? Kupił od księcia ten pałac dla małego dziecka? 

Myślę, że musimy poważnie porozmawiać. 

- Dobrze, ale nie tutaj. Popłyńmy gdzieś, gdzie będziemy 

same. - Wyciągnęła z szafki dwie kamizelki ratunkowe i po­
dała jedną Claudine. 

- To znaczy zanim Philippe wróci? 

- Tak, o to chodzi. 
- Ty się go naprawdę boisz. 
- Nie. Tak. Ale nie tak, jak sądzisz. 

Oczy Claudine zrobiły się wąskie jak szparki. 
- No dobrze, wypływajmy, rzucę cumy. 
Przez kilka minut płynęły powoli, potem przyspieszyły 

i skierowały się na środek jeziora. W pewnej chwili Kellie 
przyjrzała się niebu. Niepokojąco pociemniało. Rozejrzała 
się, ale dostrzegła na jeziorze inne łodzie i to ją uspokoiło. 
Przepłynęły jeszcze spory kawałek, potem wyłączyły silnik 
i zaczęły dryfować z wiatrem z powrotem w kierunku przy­
stani. 

- Teraz jesteśmy nareszcie same i chcę usłyszeć wszystko 

od momentu, gdy księżna Lee pojawiła się u ciebie w domu, 
w Ameryce. 

Przez następne pół godziny Kellie dała upust całemu ża­

lowi, który się w niej tak długo gromadził. 

background image

- Chodzi o to, Claudine, że zrobię wszystko, aby Philippe 

mógł być blisko swojego dziecka. Jeżeli zechce, będzie mógł 

je widywać codziennie. Zaplanujemy wizyty tak, żeby był za­

dowolony. Ale nie mogę zostać w zamku. Widzisz, ja w żaden 
sposób nie zasłużyłam na taką hojność Philippe'a. Naturalnie 
rozumiem, że on będzie się czuł odpowiedzialny za dziecko, 
będzie chciał mu zapewnić jak najlepsze warunki, zgadzam 
się na to, ale nie mogłabym mieszkać w tej posiadłości. Raoul 
chciał, żeby mieszkał tu Philippe, nie jego była żona! Ty i Phi­
lippe jesteście sobie tak bliscy, więc poradź mi, jak mam mu 
to wszystko powiedzieć, nie pogłębiając istniejącej między na­
mi przepaści? 

Claudine wzruszyła tylko ramionami. 
- Co ty gadasz! 

- Claudine. 
- Przecież prosiłaś mnie o radę. 
- Tak. 
- W takim razie skorzystaj z niej i zostań tu, gdzie jesteś! 

Philippe ma w pewnym sensie rację, ty rzeczywiście próbujesz 
wszystko sama organizować. Masz najlepsze chęci, chcesz 
wszystkich uszczęśliwić, ale zrozum - życie nie zawsze jest 
takie uporządkowane, jak byś chciała. Może powinnaś przestać 
wszystko analizować? Żyj dniem dzisiejszym. Skoncentruj się 
na sobie i dziecku. Gdyby Philippe cię nie uwielbiał, nie ku­
piłby Chateau des Fleurs i nie pozwoliłby ci go urządzić. A je­
śli chodzi o szklarnię, na pewno już dawno uzyskał zgodę 
Raoula na urządzenie w niej restauracji. Przynajmniej raz po­
zwól, żeby to mój brat coś zorganizował. Może cię mile za­
skoczy? 

Kellie uważnie słuchała przemowy przyjaciółki i zrozumia-

background image

ła, że ona ma rację. Chciała już jej powiedzieć, że posłucha 
dobrej rady, gdy nagle duża fala uderzyła w łódź. Woda zalała 
pokład. Spojrzały na jezioro. Było potwornie spienione, a brzeg 

wydawał się bardzo odległy. Niebo zasłaniały ciężkie, czarne 
chmury. 

- Musimy natychmiast wracać. 
Pobladła Claudine skinęła głową. Kellie, nie tracąc cza­

su, włączyła silnik i skierowała łódź do przystani. Wiatr się 
wzmagał. Nigdy przedtem nie widziała takiej burzy. Fale 
były coraz większe, jezioro przypominało ocean podczas 
sztormu. 

- Oh, Mon Dieu! - wykrzyknęła przerażona Claudine. -

Popatrz! 

Kellie spojrzała w kierunku wskazanym przez Claudine 

i serce podeszło jej do gardła. Jedna z najczarniejszych chmur 
przybrała nagle lejkowaty kształt: Jakby tańcząc po powierz­
chni jeziora, przesuwała się w ich kierunku. 

- To trąba powietrzna! 

Kellie przypomniała sobie, co kiedyś mówił jej Philippe. Po­

noć to pobliskie góry sprzyjają formowaniu się takich trąb, naj­
częściej latem, ale czasem również podczas październikowych i li­

stopadowych burz. Tłumaczył jej wtedy, jak należy w takim przy­

padku kierować łodzią, by jak najszybciej dotrzeć do brzegu. Po­

stępowała teraz zgodnie z jego radami, ale fale nie dawały się 
tak łatwo pokonać. 

Claudine była zbyt przerażona, żeby krzyczeć, żegnała się 

tylko raz za razem. To dobrze. Żeby przeżyć, potrzebują wszel­
kiej możliwej pomocy, także opatrzności boskiej. Zaczęło pa­
dać, a właściwie lać. Runęły na nie strumienie deszczu. Kellie 

background image

nie miała wątpliwości, że jeżeli ulewa nie ustanie, łódź zatonie. 

Widoczność spadła do zera. 

- Zginiemy, Kellie! 
Zęby szczękały im z zimna i strachu. 
- Nie, nie zginiemy! Będziemy żyć! 
Wydawało im się, że płyną od wielu godzin, gdy nagle 

łódź uderzyła w coś. Wstrząs rzucił Claudine na podłogę. Usły­
szały jakieś głosy, ktoś pomagał im wysiąść. 

- Nic wam nie jest? 
- Możecie iść? 
Pokiwały tylko głowami. Kobieta i mężczyzna zaprowa­

dzili je do domu. 

- Wejdźcie. Musicie się ogrzać i wysuszyć. 
Byli to właściciele winnicy, którzy na szczęście w porę 

zauważyli jacht przygnany wiatrem do ich brzegu. Mężczyzna 
obiecał natychmiast skontaktować się z Philippe'em, nato­
miast jego żona pomagała im zrzucić mokre ubrania, przebrać 
się w płaszcze kąpielowe, a potem postawiła przed nimi talerze 
smakowicie pachnącej gorącej zupy. Bardzo było im to 
potrzebne. 

Po chwili w kuchni pojawił się mężczyzna i z uśmiechem 

powiedział do Kellie: 

- Rozmawiałem właśnie z twoim rozgorączkowanym mę­

żem. Wkrótce tu będzie. 

Spojrzenie Claudine było nader wymowne: „A nie mówi­

łam?". Na myśl, że niebawem zobaczy Philippe'a, Kellie prze­
szył dreszcz. Gospodarz pokiwał głową. 

- Dobrze, że nic się wam nie stało. Usłyszeliśmy z żoną 

w radiu ostrzeżenie przed burzą i wyszliśmy, żeby zabezpie-

background image

czyć łódź. Wtedy właśnie zobaczyliśmy, że zbliżacie się do 
naszej przystani. 

- Przykro mi, że na nią wpadłyśmy. Po prostu nic nie było 

widać. Zapłacimy za szkody. 

- Nie martwcie się tym teraz. 
Nagle rozległy się mocne kroki i do kuchni weszło dwóch 

mężczyzn. 

- Książę Raoul! - wykrzyknęła zdumiona gospodyni. 

Kellie patrzyła na drugiego z przybyłych, na Philippe'a. 

Zupełme nie przypominał tego gniewnego mężczyzny, który 
kilka godzin wcześniej wybiegł z domu, nie mówiąc, czy kie­
dykolwiek wróci. Bladość jego twarzy zdradzała, co przeżywa. 
Podszedł i objął je obie silnymi ramionami. 

- Dzięki Bogu jesteście bezpieczne! - Jego głos drżał. 
Przytulił je mocniej. Kellie poczuła, jak kryje twarz w jej 

włosach i całuje ją jak dawniej. 

- Byłem właśnie u Raoula, gdy usłyszeliśmy alarm 

sztormowy. Pospieszyliśmy do przystani, żeby zabezpieczyć 

jego łódź, a potem pojechaliśmy do nas. Wtedy zobaczyli­

śmy trąbę. Mon Dieu, gdy odkryłem, że nie ma ani łodzi, 
ani was.... 

- Wyłącznie dzięki Kellie jesteśmy całe i zdrowe - prze­

rwała mu Claudine. - Gdybym to ja stała za sterem, wciąż 
byłybyśmy gdzieś na środku jeziora. 

- To nieprawda - zaoponowała Kellie. 
- Najprawdziwsza prawda. Dokładnie wiedziałaś, co robić, 

podczas gdy ja siedziałam i czekałam na rozwój wydarzeń. 
Bardzo mi wstyd. 

- Pamiętałam po prostu, co kiedyś na temat burzy mówił 

mi Philippe. - Kellie odsunęła się od męża, żeby na niego 

background image

spojrzeć. - Zawsze będę ci wdzięczna za tę mądrą radę. Ura­
towała życie nam trojgu. 

Spojrzał na jej brzuch ukryty pod bluzką. Raz jeszcze przy­

garnął ją do siebie. 

- Chodźmy do domu - wyszeptał jej do ucha. 
Poczuła muśnięcie jego warg, jej ciało przeszył prąd. Ponad 

szerokim ramieniem męża zobaczyła oczy Claudine. Wydawało 

jej się, że mówią: „Nie myśl. Po prostu żyj chwilą i zadaj się 

na los". I właśnie to miała zamiar zrobić. 

Podziękowali gospodarzom za wszystko, potem poszli do 

samochodu. Raoul i Claudine usiedli z przodu, a Philippe po­
mógł Kellie usadowić się na tylnym siedzeniu. Przytulił ją, 
a ona nie mogła uwierzyć, że wreszcie jest tam, gdzie zawsze 
chciała być. Czuła mocne bicie jego serca. To wystarczyło. 
Na słowa przyjdzie czas później. Teraz liczyło się tylko to, że 

jest w jego ramionach. Postąpi zgodnie z radą Claudine i bę­

dzie czuć, zamiast myśleć. 

Raoul wypytywał Claudine o to, co się dokładnie wyda­

rzyło, a opowiadanie o chwilach grozy wyraźnie pozwoliło jej 
się odprężyć. Kellie i Philippe nadal siedzieli w milczeniu, 
wtuleni w siebie, wpatrzeni. Znajomy zapach jego ciała, jego 
wody kolońskiej wzbudził w niej pożądanie, które nadaremnie 
próbowała stłumić przez kilka ostatnich miesięcy. Wtuliła twarz 
w jego szyję, pokrywając ją pocałunkami. Nie była w stanie 
się powstrzymać. Usłyszała, jak wstrzymuje oddech i zrozu­
miała, że i on ledwo nad sobą panuje. Tak wiele razy kochali 
się, że bez trudu rozpoznała sygnały świadczące o tym, że nie 
może się doczekać, gdy zostaną sami. Uniosła głowę i deli­
katnie ugryzła go w płatek ucha. Dobrze wiedziała, że było 
to jedno z najbardziej wrażliwych miejsc na jego ciele i zawsze 

background image

lubiła doprowadzać go w ten sposób niemal do szału. Poczuła, 

jak jego ciało napina się, drżąc jednocześnie. Gdy tylko Raoul 

zatrzymał się na podjeździe, Philippe wyskoczył z samochodu, 
pociągając ją za sobą. 

Burza minęła bezpowrotnie. Znów jaśniało słońce, rozświet­

lając cały świat. 

- Zabieram Claudine do nas! - zawołał Raoul, odjeżdżając. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Bez pytania chwycił ją na ręce i ruszył przez trawnik. My­

ślała, że pójdą do zamku, ale Philippe skierował się do wieży. 
Poruszał się lekko, bez najmniejszego wysiłku. Ten jego męski 
wdzięk zawsze ją zachwycał. Kiedy oglądała filmy z ich wy­
praw wysokogórskich, też z przyjemnością obserwowała jego 
ruchy. Miała wrażenie, że góry także zdobywał tak, jakby była 
to najłatwiejsza rzecz na świecie. Zastanawiała się, czy Philippe 
widzi cokolwiek przez jej długie, rozpuszczone włosy, zasła­
niające mu twarz i opadające na ramiona. Wydawało się, że 
wcale mu nie przeszkadzają. 

Drzwi wieży nie były zamknięte na klucz, domyśliła się 

więc, że szukał jej tu wcześniej i zaniepokojony zostawił je 
otwarte. Ponownie zaskoczył ją, kładąc ją na kanapie, a nie 
na łóżku, ale nawet drgnieniem powieki tego nie okazała. Do­

stała od życia nauczkę i teraz już nie dziwiła się niczemu, co 

robił. Delikatnie zdjął jej buty i pończochy i okrył ją białą 
narzutą. Ich oczy spotkały się. W napięciu oboje czekali na 
to, co musiało się wydarzyć. 

- Rozpalę w kominku - mruknął, pochylając się, żeby 

wargami musnąć jej usta. - Nie ruszaj się. 

- Ani myślę - odparła drżącym głosem. 
Uwielbiała każdy centymetr jego potężnego ciała. Przykuc­

nął przed kominkiem, a ona nie mogła się powstrzymać przed 

background image

pieszczotliwym gładzeniem jego pleców. Obrócił się i pocało­
wał wnętrze jej dłoni. 

- Muszę wziąć prysznic - szepnął. 
- Pospiesz się. 
Jego oczy płonęły pożądaniem. Przesunął dłoń na jej 

brzuch, gdzie mieszkało ich dziecko, a wyraz jego twarzy naj­
dobitniej świadczył o tym, jak bardzo jest szczęśliwy. Potem 
wstał i zniknął w łazience. 

Zapadał zmierzch, słychać było ponure wycie wiatru. Pło­

mienie ognia rzucały na ściany migoczące światło. Trudno by­
łoby sobie wyobrazić bardziej romantyczną scenerię. Jeszcze 
nigdy Kellie nie była tak szczęśliwa jak teraz, u boku męża. 
Już za kilka minut pokaże mu, ile dla niej znaczy. 

Gdy stanął przed nią z ręcznikiem zawiązanym nisko na 

biodrach, jej serce zaczęło bić jak oszalałe. Uklęknął i jednym 
zdecydowanym ruchem ściągnął z Kellie narzutę. Wzrokiem 
pochłaniał jej ciało. Gdy poczuła pocałunek na brzuchu, za­

mknęła oczy. Potem jego wargi odnalazły jej usta. Oboje jęk­
nęli z rozkoszy. 

Kochali się tej nocy bez końca, a za każdym razem mieli 

wrażenie, że robią to po raz pierwszy. Ich pożądanie było tak 
potężne, że nie byli w stanie rozmawiać. Mieli sobie wiele do 
powiedzenia, ale ta noc była wyjątkowa. Najważniejsze oka­
zały się zmysły. Na słowa przyjdzie czas później. 

Promień słońca padający przez okno ogrzał rękę Kellie. 

Otworzyła oczy. Prawa noga jej męża przygniatała jej lewą 
nogę. Jakże przyjemnie było znów obudzić się w ten sposób! 
Odwróciła się do niego, pragnąc, by znów się z nią kochał. 

- Philippie? 
- Mmm? 

background image

- Śpisz? 
- A chcesz, żebym spał? - Po głosie poznała, że jeszcze 

się nie rozbudził. I rozczarowana zagryzła wargę. 

- Chcę tego, czego ty chcesz. 
Zaśmiał się chrapliwie i wziął ją w ramiona. 
- Moja nienasycona żona. Ciąża sprawia, że jesteś jeszcze 

bardziej podniecająca niż zazwyczaj. 

- Mam nadzieję, że długo nie zmienisz zdania. Nawet wte­

dy, gdy będę potwornie gruba. 

Otworzył okolone ciemnymi rzęsami oczy. Zaskoczona za­

uważyła, że tego ranka były brązowe, a nie czarne. Spoważniał. 

- Gdy wyjechałaś do Waszyngtonu, zrozumiałem, że nie 

potrafię bez ciebie żyć. Cierpienie sprawiło, że stałem się innym 
człowiekiem. Wstyd mi z tego powodu. Nie chciałbym jeszcze 
raz przeżyć takiej tortury. To cud, że do mnie wróciłaś i że 

mam jeszcze przyjaciół. 

- To moja wina, zraniłam cię. Wybacz mi. 
Westchnął ciężko. 
- To ja muszę cię prosić o wybaczenie. Kellie, wcale nie 

jestem tak szlachetny, jak sądzisz. 

- Ależ tak, jesteś. Byłam z tobą wczoraj w sądzie, pamię­

tasz? To, co zrobiłeś dla ojca Jean-Luca, wzbudziło podziw 
Wszystkich. 

- O tym właśnie mówię, mon amour. Kłamałem i aranżo­

wałem tak wiele sytuacji, że najwyższy czas na spowiedź. 

Spojrzała zdumiona, ale mówił niezwykle poważnie. 

- Przede wszystkim nigdy nie miałem zamiaru powiedzieć 

ci o Yvette. 

Zaskoczona usiadła na łóżku. Philippe oparł się na poduszce 

i spojrzał na nią ze smutkiem. 

background image

- Widzisz, ile razy przypomniałem sobie tamtą noc w Cha-

monix, byłem pewien, że to spojrzenie w oczy śmierci po­
pchnęło ją w moje ramiona, że mogłyby to być ramiona każ­
dego innego, bo potrzebowała po prostu drugiego człowieka. 
Rozumiałem ją. Ale fakt, że czekała osiem miesięcy, by po­
wiedzieć mi o ciąży, sprawił, że inaczej zacząłem ją oceniać. 
Zrozumiałem, że jest po prostu wyrachowana. Miałem zamiar 
tylko odwieźć ją do domu i powiedzieć, żeby skontaktowała 
się z moim prawnikiem, który dopilnuje, by po porodzie prze­
prowadzono badania DNA. W głębi duszy byłem pewien, że 
Jean-Luc nie jest moim synem. Gdyby jednak okazało się, że 

jest moim dzieckiem, naturalnie wspierałbym go finansowo 

i starał się być jak najlepszym ojcem. Ale dopiero wtedy po­
wiedziałbym ci prawdę. Byłem tak wstrząśnięty pojawieniem 
się Yvette, i to w dodatku dokładnie miesiąc po naszym ślubie, 
że nie zauważyłem tego drugiego samochodu. I tak wypadek 
pokrzyżował wszystkie moje plany. 

- To była koszmarna noc - szepnęła Kełlie. 
- Gdy zobaczyłem cię w szpitalu, taką piękną, drżącą 

z niepokoju o mnie, walczyłem z własnym sumieniem. Czy 
powinienem zaryzykować, licząc na to, że o niczym się nie 
dowiesz, chociaż Yvette leżała obok? Czy też powinienem ob­
nażyć przed tobą duszę i modlić się, żeby twoja miłość po­
zwoliła ci zaakceptować prawdę? Co będzie gorsze? Kłamstwo, 
które może się wydać jeszcze przed świtem, a którego możesz 
mi nigdy nie wybaczyć, czy ból, jaki ci zadam szczerym wy­
znaniem? Wybrałem to drugie, wierząc, że gdy przetrwasz pier­
wszy szok, w twoim sercu pozostanie miłość do mnie. 

- Nie mogłabym przestać cię kochać. To niemożliwe. Mój 

list wyjaśniał przecież powody, dla których wyjechałam. 

background image

Chwycił ją za rękę, niemal miażdżąc ją w uścisku. Napraw­

dę był dogłębnie poruszony. 

- Pojawienie się Yvette wszystko zniszczyło. Tamtego dnia 

ledwo mogłem doczekać się wieczoru, bo miałem dla ciebie 
specjalny prezent. 

- Jaki? 
- Nasz dom. Widzisz, Raoul podarował mi Chateau des 

Fleurs w podzięce za pomoc w zerwaniu zaręczyn z księżną 

Sophie i poślubieniu Lee. Wręczył mi tytuł, zanim podążyłem 
za tobą do Waszyngtonu. 

- Niemożliwe! 
- Gdy odparłem, że nie mogę przyjąć takiego prezentu, 

powiedział, że nigdy by mi nie wybaczył odmowy. Oświadczył, 
że zawsze chciał mieć brata, a gdyby mógł go wybrać, wy­

brałby mnie. 

- Jak widać nie tylko ja cię kocham, najdroższy. 

Pogłaskał ją po policzku. 
- Raoul dodał jeszcze, że jeśli dzięki temu poczuję się le­

piej, mogę po prostu wspomóc finansowo jedną ze sponsoro­
wanych przez niego organizacji charytatywnych. 

Kellie próbowała zebrać myśli. 

- To znaczy, że wszystkie te posiadłości, które ogląda­

liśmy... 

- Czysty blef. Dałem Penotowi hojny napiwek, żeby przed 

tobą udawał. 

- Philippe! 
- To jeszcze nie wszystko. Muszę cię przeprosić za oskar­

żenie, że wykorzystałaś Raoula. Dobrze wiem, że to była jego 
inicjatywa. Szybko zorientował się, że jestem na skraju zała­
mania nerwowego. 

background image

Widzisz, gdy po operacji wróciłem do domu, zobaczyłem 

stół, który przygotowałaś na naszą specjalną kolację. Potem 

przeczytałem wiadomość, którą mi zostawiłaś, a kiedy obej­
rzałem spinki do mankietów, cierpienie stało się nie do znie­
sienia. Dopiero wtedy tak naprawdę zrozumiałem, jak bardzo 
cię zraniłem. Ale gdy przeczytałem list pożegnalny, załamałem 
się. Marcel, który mnie wtedy przywiózł, zadzwonił po doktora, 
a ten dał mi środek uspokajający. 

Gdy rano się obudziłem, było mi wszystko jedno, czy żyję, 

czy też nie. Marcel zadzwonił po mojego brata, bo nie byłem 
w stanie wrócić do pracy. Nie chciałem się z nikim widzieć. Tylko 
Raoulowi udało się do mnie wtedy wejść. Resztę historii znasz. 

Kellie otoczyła go ramionami. 
- Dopiero wczoraj, gdy się u niego zjawiłem, wyjaśnił mi, 

że to on posłał Lee po ciebie. 

- Jestem taka wdzięczna, że przyjechała! - wyznała Kellie. 

- Biedna Claudine próbowała powstrzymać mnie przed wy­

słaniem dokumentów rozwodowych, ale byłam przekonana, że 
lepiej od ciebie wiem, co powinieneś zrobić, i nie słuchałam 
tego, co próbowała mi powiedzieć. Dopiero Lee uświadomiła 
mi, co ci zrobiłam, i nie mogłam się już doczekać powrotu. 
Potem także Raoul dał mi do zrozumienia, jak bardzo cię zra­
niłam. Dużo zawdzięczam im obojgu. Ale nawet gdybym nie 
miała od ciebie żadnych wiadomości, planowałam zadzwonić 
do Claudine. Prędzej czy później, ale wróciłabym do Szwaj­
carii, byle tylko jakoś się do ciebie zbliżyć. 

- Mon Dieu, gdy zobaczyłem cię w kuchni domku Raoula, 

byłem bliski ataku serca. 

- Ja też. Bardzo się zmieniłeś i obawiałam się, że nigdy 

się z tobą nie porozumiem. 

background image

Jego uśmiech sprawił, że serce zatrzepotało jej w piersi. 
- Porozumiałabyś się bez problemu. Pobiegłem do sypialni 

tylko po to, żeby zyskać czas na przemyślenie sytuacji. Niestety 
okazało się, że noga nie była jeszcze w pełni sprawna i schody 
mnie pokonały. 

- Raoul za to nie krył zadowolenia, gdy się dowiedział, 

że upadłeś i nie możesz wybrać się w góry. 

Philippe kiwnął głową. 
- Jest wspaniały, ale to na ciebie nie zasłużyłem - mruknął, 

całując czubki jej palców. - Za to, co ci teraz powiem, znie­
nawidzisz mnie pewnie na zawsze, ale muszę zrzucić ciężar 
z serca. 

Uśmiechnęła się. 
- Co jeszcze zrobiłeś takiego strasznego? 
- Nakłoniłem Honore'a, żeby zadzwonił do ciebie do do­

mu. Musiałem wiedzieć, czy wszystko w porządku i co robisz. 
A gdy dowiedziałem się, że jesteś w Nyon, wysłałem go tam 
z misją, a potem oskarżyłem cię o wykorzystywanie go. 

Kellie zbliżyła wargi do jego ust. 
- Wybaczam ci. Twoje intrygi udowodniły tylko, jak bar­

dzo mnie kochasz. 

- Niestety spowiedź jeszcze nieskończona - wyznał nie­

śmiało. 

- Więc kontynuuj - zachęciła. 

Kochała go jeszcze bardziej za to, że wyznaje jej całą pra­

wdę. Przeczesał palcami jej jasne włosy. 

- Nie powinienem był narażać doktora Brucharda na proces 

sądowy, wiedząc, że Jean-Luc nie jest moim synem. 

- Jak mogłeś to wiedzieć przed zrobieniem badań? 
- Przekupiłem jedną z pielęgniarek na oddziale pediatrycz-

background image

nym, żeby pozwoliła mi bez wiedzy Analise zobaczyć nie­
mowlę. 

- Och, kochanie. 
Nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. Odpowiedział po­

nurym uśmiechem. 

- Obejrzałem go dokładnie. Przypominał Yvette, ale nie 

miał żadnych cech mojej rodziny. Żadnych. Nie zrozum mnie 
źle. Pokochałem go i kochałbym zawsze, gdyby okazał się mo­
im synem. I wtedy wpadłem na pomysł, żeby wystąpić o pra­
wo do opieki nad nim. To był jedyny sposób ściągnięcia cię 
tu. Tak bardzo cię zraniłem, bałem się, że nie zechcesz wrócić. 
Potrzebna mi była wymówka, żeby mieć cię u boku. 

- A ja byłam gotowa przyjechać w każdej chwili, gdyby 

tylko pojawił się cień nadziei, że znów będziemy razem. 

- Im bardziej zbliżała się data procesu, tym bardziej byłem 

zdenerwowany. Miałem zamiar wycofać się podczas przesłu­
chania, choć obawiałem się, że znikniesz, gdy tylko stracę szan­
sę na opiekę nad małym. Dlatego chciałem przekupić cię tą 
restauracją. Zyskałbym czas na odzyskanie twej miłości. 

Ujęła jego twarz w dłonie. 
- Poślubiłeś bardzo niedojrzałą dziewczynę. Niespodzie­

wane pojawienie się Yvette zmusiło mnie do przyjrzenia się 
własnemu życiu. Dorosłam i stałam się prawdziwą kobietą, 
choć niewiele brakowało, a zniszczyłabym nasze małżeń­
stwo. W szpitalu powiedziałeś mi Coś, co dobrze zapamię­
tałam: „Kiedy składaliśmy przysięgę małżeńską, obiecywa­
liśmy sobie miłość na dobre i na złe". Potem chwyciłeś mnie 
za rękę i dodałeś: „Nie chciałem, żeby w naszym małżeń­

stwie kiedykolwiek nastały złe chwile", a ja zapytałam: „A 
nastały?". 

background image

- Pamiętam - odparł ochrypłym głosem. 
Spojrzała na niego zielonymi oczami. 
- Dziś wiem, że to było bardzo naiwne pytanie. W każdym 

małżeństwie, bez względu na porę, mogą się zdarzyć dobre 
i złe chwile. W naszym przypadku już po miesiącu nastały te 
złe. Nie byłam na to przygotowana. Ale teraz jesteśmy znowu 
razem. Choć nie chcę nawet o tym myśleć, rozumiem, że przez 
całe życie będziemy musieli borykać się z trudnościami. Dla­
tego chcę ci przysiąc, że od teraz zawsze będę stała u twego 
boku, bo zawsze będę cię kochać. 

Philippe przyciągnął ją do siebie i minęło sporo czasu, za­

nim znów zaczęli rozmawiać. 

- Muszę ci wyznać coś jeszcze. 
Chwilowo nasycona miłością wzniosła ku niemu pełne 

uwielbienia oczy. 

- Jak długo jeszcze będzie trwała twoja spowiedź? - spy­

tała żartem. 

- To już koniec, przysięgam. Wczoraj, gdy powiedziałaś 

mi, że jesteś w ciąży, uciekłem, tak jak wtedy w domku gór­
skim. Przytłoczyła mnie radosna wiadomość, i to w takiej 
chwili. Cały czas przecież bałem się, że nie odbudujemy na­
szego małżeństwa. Potrzebowałem czasu, żeby to przemyśleć. 
Gdy dojechałem do Raoula, zrozumiałem, że za często ucie­
kam, że nie stawiam czoła przeciwnościom. Raoul pogratulo­

wał mi przyszłego ojcostwa, potem jednak spojrzał na mnie, 

jakbym stracił rozum. Nie chciał uwierzyć, że w takiej chwili 

zostawiłem cię. Wtedy wreszcie przyznałem przed samym so­
bą, że jedyne, czego pragnę w życiu, to spędzić je z tobą. Go­
tów byłem błagać tak długo, aż zgodzisz się wrócić do mnie. 
Zerwałem się i pojechałem jak szaleniec do domu. Nie zdą-

background image

żyłem nawet dobiec do drzwi frontowych, gdy dogonił mnie 
Raoul i powiedział, że właśnie dostał informację o ostrzeżeniu 

sztormowym dla naszego regionu. Pobiegliśmy, żeby zabez­

pieczyć łodzie. I tu czekała na nas kolejna koszmarna niespo­
dzianka. Łodzi nie było. Oznaczało to, że wypłynęłyście na 

jezioro. Przysięgam, że gdy zobaczyłem tę trąbę powietrzną... 

Zaczął drżeć, Kellie przytuliła się do niego, starając się go 

uspokoić. 

- Gdybym stracił ciebie i dziecko, nie chciałbym dalej żyć, 

Kellie. 

- Nie myśl o tym. To minęło. Tak bardzo się cieszę, że 

byłeś u Raoula, a nie na autostradzie, gdzie mógłbyś mieć ko­
lejny wypadek. Byłam tak zrozpaczona, że zadzwoniłam do 
Claudine, mojej ostatniej nadziei. Tylko ona mogła mi jeszcze 
pomóc odzyskać męża. 

- Jakim byłem głupcem, że nie rzuciłem się na kolana, 

gdy tylko zobaczyłem cię w domku. Nieugięta duma sprawiła, 
że straciłem cenne miesiące obserwowania, jak rośnie w tobie 
nasze dziecko. Od teraz będziemy razem chodzić do leka­
rza. Pragnę znowu być czułym mężem. Tęskniłem za tobą 
- szepnął. 

- Dzięki Bogu nie musimy już za sobą tęsknić. Musimy 

za to zastanowić się nad imieniem dla dziecka. Jeśli to chłopiec, 

już wybrałam. 

- Ja też - mruknął. 
- Wypowiedzmy je razem. 
Philippe roześmiał się. 
- Na trzy, dobrze? 
- Jak sobie życzysz. - Jego namiętny pocałunek sprawił, 

że niemal zapomniała, co ma zrobić. 

background image

- Un, deux, trois. 
- Raoul! - powiedzieli jednocześnie. 
- A zastanawiałaś się nad imieniem dla dziewczynki? 
- Tak, ale wydaje mi się, że będziemy mieli synka. 
W tym momencie zadzwonił telefon. Gdy Philippe powie­

dział: „Cześć, Claudine", Kellie szepnęła, że chce porozmawiać 
z jego siostrą. 

- Właśnie zastanawialiśmy się nad imieniem dla dziecka. 

Chcesz nam zaproponować jakieś dla dziewczynki? - Widać 
odpowiedź Claudine rozbawiła go, bo promiennie uśmiechnięty 
oddał słuchawkę Kellie. 

- Claudine? 
- Przepraszam, że przerywam wam drugi miesiąc miodo-

wy, ale nie tylko ja koniecznie muszę się dowiedzieć, czy 

wreszcie znowu jesteście razem. 

- Odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak. 
- Dzięki Bogu. Teraz mogę zadzwonić do rodziny, bo 

wszyscy niecierpliwie czekają ną wiadomość. Nawet nasz nie­
wzruszony Honore. 

- Możesz powiedzieć, że nigdy dotąd nie byliśmy tak 

szczęśliwi. 

- Słyszę właśnie. 
- I bardzo dziękuję ci za twoją przyjaźń. - Głos Kellie 

załamał się. 

- W dowód wdzięczności możesz dać córeczce moje imię. 
- Jeśli to będzie dziewczynka, tak właśnie zrobimy. Zwła­

szcza że i mój dziadek cię uwielbia. Na pewno ucieszy się, 
jeśli prawnuczka będzie nosić imię jego ulubienicy. Ale jeszcze 
bardziej będzie zadowolony, gdy pewnego dnia zadzwonisz 
i zaprosisz go na swój ślub. 

background image

- Nie sądzę, żeby miało to nastąpić w najbliższym czasie, 

ale porozmawiamy o tym kiedy indziej, gdy mój brat nie bę­
dzie już umierał z niecierpliwości, żeby mieć cię tylko dla sie­
bie. Czyli prawdopodobnie nigdy - dodała. 

Kellie poczuła, że robi jej się gorąco. Philippe od razii to 

zauważył i zabrał jej słuchawkę. 

- Rozmowa z tobą była niezwykle zajmująca, siostrzycz­

ko, ale teraz już żegnaj. Co takiego powiedziała, że aż się za­
rumieniłaś? - zwrócił się do Kellie. 

- To, co zwykle mówią siostry dobrze znające swoich braci. 
- Powiesz mi? 
- Nie. 
- Założymy się? 
- Nie. 

Jego uśmiech był filuterny. 
- Bo wiesz, że przegrasz. 
- Myślę, że już najwyższy czas, żebym zrobiła śniadanie. 

Albo może to już lunch? - Próbowała wstać z łóżka, ale jej 
nie pozwolił. 

- Nie tak szybko, mon amour - mruknął jej do ucha. -

Zostaniesz w tym łóżku tak długo, aż mi odpowiesz. 

- W takim razie zostaniemy tu bardzo długo. 
Wziął ją w ramiona, cicho szepcząc jej imię, i znowu za­

częli się kochać. 

background image

EPILOG 

- Madame Didier, zrobimy jeszcze jedno zdjęcie pani 

z synkiem na trawie i na tym skończymy. 

- Ta książęca sesja zdjęciowa jest wyjątkowo uciążliwa -

szepnął Philippe. Delikatnie ugryzł ją w płatek ucha, a potem 
wstał i przyłączył się do Lee i Raoula, którzy stali kilka met­
rów dalej, poza kadrem. 

Książę trzymał na rękach córeczkę, złotowłosą Christine, 

która urodziła się miesiąc później niż ich Raoul. Podczas sesji 
zdjęciowej dziewczynka zachowywała się idealnie, jak przy­
stało księżniczce. Niestety nie można było powiedzieć tego 
samego o małym Raoułu. Jego anielskie loczki nie odpowia­
dały zupełnie charakterowi chłopca, który uwielbiał ciągły 
ruch, zabawę i przygody i miał silną osobowość, dokładnie tak 

jak ojciec. A dziś nie miał najmniejszej ochoty na pozowanie. 

No cóż, niedaleko pada jabłko od jabłoni. 

- Byłoby najlepiej, gdyby pani uklękła, madame, a synek 

stanął obok. 

- Raoul, chodź do mnie, kochanie. Pokaż wszystkim, jak 

ładnie stoisz. 

Nic z tego. Dla malca to była zabawa. Natychmiast usiadł, 

śmiejąc się radośnie. Gdy ponownie spróbowała go postawić, 
opadł na jej kolana. Wszyscy roześmiali się - oprócz fotografa. 
Ten jednak starał się nie okazać zniecierpliwienia. 

background image

- Spróbujemy jeszcze raz. 

Kellie miała wrażenie, że mężczyzna zaraz straci cierpli­

wość. W tym momencie nadeszła pomoc - Philippe przykuc­
nął kilka metrów od żony i synka, a jego ciemne oczy lśniły 
z rozbawieniem. 

- Raoul, chodź do tatusia. 
W czarodziejski sposób głos taty przyciągnął uwagę chłop­

czyka. Jego zielone oczy dosłownie się rozjarzyły, podniósł 
się i zaczął stawiać chwiejne kroki w kierunku ojca. Fotograf 
skinął głową. 

- Zrobiłem niezłe ujęcie. To powinno wystarczyć. 
- Dzięki Bogu - mruknęła Kellie i obie z Lee wybuchnęły 

śmiechem. 

Mężczyźni przebierali dzieci w kostiumy kąpielowe, one 

zaś poszły w kierunku stołu i krzeseł ustawionych pod drze­
wami na wschodnim trawniku Chateau D'Arillac. Było tu dużo 
chłodniej. Lee wlała do szklanek zimną lemoniadę, a zmęczona 
pozowaniem Kellie wypiła ją duszkiem. 

- Mmm, pyszna. 
Nowy basenik wypełniony był wodą, która w promieniach 

słonecznych zdążyła się już nagrzać. Kellie nie mogła się do­
czekać, kiedy zobaczy reakcję dzieci na taką przyjemność. Mia­
ła przy sobie kieszonkowy aparat fotograficzny, żeby zrobić 

kilka zdjęć do rodzinnego albumu. Wkrótce Raoul i Philippe 
zaprowadzili dzieci do baseniku. Christine wcale się to nie po­
dobało, zaczęła grymasić i wyciągać rączki. Ojciec postawił 

ją z powrotem na trawie i pozwolił spacerować wokół base­

niku, trzymając się jego krawędzi. Raoul naturalnie zareagował 
inaczej. Z pluskiem usiadł w wodzie i zaczął dosłownie szaleć. 
Po chwili Christine spróbowała podnieść nóżkę i wejść do wo-

background image

dy, ale niezupełnie jej się to nie udało. Wygięła więc usteczka 
w podkówkę i zaczęła płakać. Raoul natychmiast podbiegł do 

niej i posadził ją w baseniku. Dziewczynka najpierw wstała 
i rozejrzała się, potem wyciągnęła rączkę po zabawkę, którą 
bawił się właśnie Raoul. Kellie z ciekawością przyglądała się, 
co zrobi jej synek. Malec zaczął droczyć się z dziewczynką. 
Gdy sięgała po plastikowe kółko, trzymał je parę centymetrów 
od jej dłoni. W pewnej chwili Christine odważyła się wstać, 
oparła się na jego ramieniu i zwyczajnie zabrała zabawkę. Kel­
lie spodziewała się, że chłopiec zacznie płakać, ale nie. Ro­
zejrzał się i... wręczył jej drugą. Po chwili zaczęli ze śmiechem 
wymieniać się zabawkami. 

- Hej, czy ktoś z was może pomyślał właśnie o tym sa­

mym co ja? - odezwała się Kellie. 

Niebieskie jak płomień oczy Raoula szukały wzroku Phi-

lippe'a. 

- Dopóki żyję, nie będzie żadnych wcześniejszych zręko-

win. Jeśli ci dwoje któregoś dnia zapragną być razem, stanie 
się tak tylko dlatego, że będą w sobie do szaleństwa zakochani 
i nie będą potrafili bez siebie żyć. 

- Amen - mruknął mąż Kellie. 
- No nie wiem - powiedziała Lee z tajemniczym uśmie­

chem. - Mały Raoul jest naszym synem chrzestnym... po­
chodzi z najlepszego rodu w okolicy... z pewnością wyroś­
nie na mężczyznę równie atrakcyjnego jak jego ojciec. By­
łabym całkiem zadowolona, gdyby nasza córka się z nim 
związała. 

Kellie jej zawtórowała: 
- Ja też. Nasza córeczka chrzestna jest naprawdę urocza. 

Skończona piękność, jak jej matka. Ona i Raoul idealnie do 

background image

siebie pasują. Małżeństwo z księżniczką to najlepsze, co może 
mu się przytrafić. 

Raoul zbladł jak ściana, Philippe wyglądał podobnie. 
- Kochanie, tylko żartowałam - szybko zapewniła męża 

Lee. 

Strach w jego oczach sprawił, że Kellie poczuła wyrzuty 

sumienia. 

- Obie żartowałyśmy - przyświadczyła z naciskiem. 

Kellie przypomniała sobie nagle, że nie tak w końcu dawno 

Raoul stał przed groźbą poślubienia kobiety, której nie kochał, 
a którą przeznaczyła mu rodzina. Jak bardzo musiał to przeżyć, 
skoro do dziś tak reagował na samo wspomnienie... 

- Przepraszam, że cię zdenerwowałam, Raoul. 
- Nie ma za co. Po prostu przykre wspomnienie zburzy­

ło nagle wspaniały nastrój. - Ujął dłoń swojej żony i mocno 

ją ścisnął. - Najważniejsze, że jestem z kobietą, którą ko­

cham, mam córeczkę, którą uwielbiam, a nasi najlepsi przy­

jaciele świętują razem z nami. A zawdzięczam to genialnemu 

planowi Philippe'a, który uchronił mnie przed niechcianym 
związkiem. 

Kellie pochyliła głowę. Kiedyś wydawało jej się, że może 

zmusić Philippe'a do małżeństwa z Yvette. Jakże niewiele wie­
działa o życiu. Teraz była dużo mądrzejsza. 

Kilka godzin później, kiedy wrócili do domu i położyli 

Raoula spać, Kellie objęła męża. 

- Tak bardzo cię kocham. Nie wyobrażam sobie, że mo­

glibyśmy nie być małżeństwem. 

- Może wreszcie zrozumiesz, co ja zawsze czułem do cie­

bie. Co byś powiedziała na propozycję pójścia do łóżka? Coś 
mi się wydaje, że powinniśmy pomyśleć o braciszku lub sio-

background image

strzyczce dla Raoula, żeby nie musiał bez przerwy bawić się 
z Christine. 

Kellie nic nie odpowiedziała. No cóż, już dawno wpadła 

na ten pomysł. Spojrzała na męża, a w jego oczach dostrzegła 
zapowiedź chwil szczęścia. Jakże się myliła, sądząc, że ich 
małżeństwo nie może już być doskonalsze.