background image

King Stephen

Żebrak i diament

(The Beggar and the Diamond)

Przełożył: MICHAŁ WROCZYŃSKI

Pewnego dnia pojawił się przed Bogiem archanioł Uriel z zatroskaną twarzą.

Co cię trapi? – zapytał Bóg.

Widziałem coś bardzo smutnego – odpowiedział Uriel i wskazał pod stopy. – Tam 
na dole.

Na ziemi? – zapytał z uśmiechem Bóg. – Och! Tam smutku nie brakuje! Ale 
zobaczmy.

Pochylili się. Daleko w dole dostrzegli obszarpaną postać, która wlokła się powoli 
wiejską drogą na przedmieściach Chandrapuru. Mężczyzna był bardzo chudy, a nogi i 
ręce pokrywały mu rany. Nieustannie goniły go z ujadaniem psy, ale człowiek ani razu 
się nie obrócił w ich stronę, żeby odgonić je kijem; nawet wtedy, gdy chwytały go już za 
pięty. Po prostu wlókł się przed siebie, wspierając się głównie na prawej nodze. W 
pewnym momencie z dużego domu wybiegła gromadka ślicznych, dobrze odżywionych 
dzieci. Na ich twarzach malowały się wstrętne uśmiechy. Kiedy obdarty mężczyzna 
wyciągał w ichstronę pustą, żebraczą miskę, zaczęły ciskać w niego kamieniami.

Idź stąd, paskudniku! – zawołało jedno z dzieci. – Idź stąd na pola i tam sobie 
umieraj!

W tym momencie archanioł Uriel zapłakał.

Dobrze, dobrze – powiedział Bóg i poklepał go po ramieniu. – Myślałem, że jesteś 
twardszy.

Bez wątpienia – odparł Uriel, wycierając oczy. – Ale ten człowiek na dole uosabia 
wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na synów i córy ziemi.

1

background image

Oczywiście, że tak – powiedział Bóg. – To jest Ramu i na tym właśnie polega jego 
rola. Kiedy umrze, ktoś inny przejmie po nim to zadanie. To bardzo zaszczytne 
zajęcie.

Być może – przyznał Uriel, zasłaniając ramieniem twarz. – Ale nie mogę znieść 
tego widoku. Jego cierpienie wypełnia mi serce mrokiem.

Tutaj mrok jest niedozwolony – odparł Bóg – zatem muszę przedsięwziąć 
stosowne środki i zmienić to, co sprowadziło na ciebie ten mrok. Popatrz, mój miły 
archaniele.

Uriel popatrzył na Boga i ujrzał, że ten trzyma w dłoni diament wielkości pawiego jaja.

Kamień tak czysty i tej wielkości zapewni mu pożywienie do końca życia; jemu i 
jeszcze siedmiu pokoleniom jego potomków – zauważył Bóg. – Tak naprawdę, 
będzie to najpiękniejszy klejnot na ziemi. A teraz... popatrzmy

Odpadł na czworaka, wyciągnął rękę z diamentem, wsunął dłoń między dwie niewielkie 
chmurki i rzucił klejnot na dół. Razem z Urielem bacznie obserwowali lot kamienia, 
patrzyli, jak spada na środek drogi, którą szedł Ramu.

Diament był tak duży i ciężki, że Ramu, gdyby tylko był młodszym człowiekiem, 
niewątpliwie usłyszałby, że klejnot uderza w ziemię. Ale w ostatnich latach słuch bardzo 
mu stępiał, podobnie jak odmawiać mu zaczynały posłuszeństwa płuca, krzyż i nerki. 
Tylko wzrok miał ciągle bystry jak w czasach młodości, gdy liczył sobie dwadzieścia 
jeden lat.

Wlókł się drogą, pokonując niewielkie wzniesienie, nieświadom tego, że po drugiej 
stronie pagórka leży połyskliwy, lśniący w promieniach słońca diament. Ramu ciężko 
westchnął... po czym przystanął, pochylił się wsparty na kiju, a jego westchnienie 
przeszło w kaszel. Stał opierając się obiema rękami na kosturze i czekał, aż atak minie. 
Kiedy kaszel prawie się uspokajał, kij – stary, suchy i prawie tak samo zużyty jak Ramu 
– pękł z głośnym trzaskiem, a Ramu upadł na pokrytą kurzem drogę.

Leżał, spoglądając w niebo i zastanawiał się, dlaczego Bóg jest tak okrutny. „Przeżyłem 
wszystkich, których kochałem – myślał – ale nie tych, których nienawidzę. Stałem się 
tak stary i brzydki, że obszczekują mnie psy, a dzieci rzucają we mnie kamieniami. Od 
trzech miesięcy żywię się najnędzniejszymi ochłapami, a od dziewięciu lat, albo i więcej 
nie jadłem przyzwoitego posiłku w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Jestem włóczęgą 
depczącym oblicze ziemi, bez domu, który mógłbym nazwać swoim. Tej nocy będę spał 
pod drzewem albo pod żywopłotem, bez dachu nad głową, który zapewniłby mi ochronę 
przed deszczem. Ciało mam pokryte ranami, bolą mnie plecy, a kiedy przekraczam 
wodę, widzę krew tam, gdzie nie powinno jej być. Moje serce jest puste jak ta żebracza 
miska”.

2

background image

Ramu powoli dźwignął się z ziemi i znów popatrzył w niebo, nieświadom tego, że 
niecałe dwadzieścia metrów przed nim, po drugiej stronie suchego pagórka leży skryty 
jeszcze przed jego bystrym wzrokiem największy diament na świecie.

Boże, jestem nieszczęśliwy – powiedział. – Nie nienawidzę Cię, ale się obawiam, 
że nie jesteś przyjacielem ani moim ani żadnego człowieka.

Powiedziawszy to, poczuł się trochę lepiej i podjął wędrówkę. Na chwilę tylko pochylił 
się i podniósł z ziemi duży kawałek złamanego kija. Idąc wymawiał sobie owo rozżalenie 
się nad sobą i niewdzięczną modlitwę.

„Bo przecież istnieje kilka rzeczy, za które powinienem być wdzięczny – rozumował. – 
Dzień jest wyjątkowo piękny, to raz, i jakkolwiek ciało pod wieloma względami mnie 
zawodzi, to przynajmniej zachowałem ostry wzrok. Pomyśl, jakie by to było okropne, 
gdybyś oślepł”.

Żeby udowodnić samemu sobie, jak okropna byłaby ślepota, Ramu zacisnął powieki i 
szedł, macając przed sobą drogę ułomkiem kija; jak robią to ślepcy za pomocą laski. 
Ciemność okazała się straszliwa, zapierająca w piersiach dech, zupełnie odbierała 
poczucie kierunku. Wkrótce Ramu nie wiedział czy posuwa się jeszcze środkiem drogi, 
czy też znalazł się już na jednym z jej skrajów i lada chwila wpadnie do przydrożnego 
rowu. Sama myśl o tym, co taki upadek znaczyłby dla jego starych, kruchych kości, 
budziła w nim dreszcz przerażenia. Mimo to nie otwierał oczu i szedł dalej na ślepo.

To cię oduczy niewdzięczności, staruszku – mruknął do siebie. – Do końca swych 
dni zapamiętasz, że może i jesteś żebrakiem, ale przynajmniej nie ślepym 
żebrakiem, i będziesz z tego czerpał radość.

Ramu nie wpadł do przydrożnego rowu ani po lewej, ani po prawej stronie traktu. 
Zboczył jedynie trochę na prawo, dotarł na szczyt wzniesienia i zaczął schodzić 
łagodnym stokiem, mijając olbrzymi diament, który lśniąc spoczywał w pyle drogi. Lewa 
stopa Ramu była już o niecałe pięć centymetrów od klejnotu.

Przeszedłszy jeszcze trzydzieści metrów, Rame rozchylił powieki. Oczy zalało mu 
jaskrawe, słoneczne światło; zdawało się, że światłość zalewa również jego umysł. 
Popatrzył z zadowoleniem po przymglonym leciutko, niebieskim niebie, po zakurzonych 
żółtych polach, po srebrzystej wstędze ubitej drogi. Na widok przelatującego z drzewa 
na drzewo ptaka roześmiał się i jakkolwiek nie obejrzał się za siebie, i nie zobaczył 
wielkiego diamentu leżącego nieopodal za jego plecami, zapomniał o ranach i bolących 
plecach.

Dzięki ci, Boże, za wzrok! – wykrzyknął. – Dziękuję ci przynajmniej za to! Może 
zobaczę na drodze coś wartościowego: starą butelkę, którą sprzedam na 

3

background image

bazarze, a może jakiś pieniążek. Ale jeśli nawet niczego nie znajdę, pozostanie mi 
wzrok. Dziękuję ci Boże za oczy! Na Boga, dzięki ci Boże!

I zadowolony ruszył przed siebie, zostawiając za plecami diament. Wtedy Bóg 
wyciągnął rękę po klejnot i z powrotem umieścił go w zboczu góry w Afryce, skąd był go 
uprzednio zabrał. I prawie natychmiast, tknięty nową myślą (jeśli można o Bogu 
powiedzieć, że tknęła go nowa myśl), ułamał z rosnącego na veldzie drzewa solidny kij i 
zrzucił go na drogę Chandrapur, podobnie jak poprzednio zrzucił diament.

Różnica polega na tym – powiedział Bóg do Uriela – że nasz przyjaciel Ramu 
znajdzie ten kij, który do końca życia służyć mu będzie za laskę.

Uriel popatrzył niepewnie na Boga (choć był archaniołem, popatrzył tak samo niepewnie 
jak każdy, kto popatrzyłby w to płomienne oblicze).

Czy dałeś mi lekcję, Panie?

Nie wiem – odparł dobrotliwie Bóg. – Może?

www.strefasmierci.prv.pl

4