background image

Grace Green 

Siostrzana przysługa 

Tłumaczyła 

Katarzyna Rustecka 

HARLEQUIN

® 

Toronto • Nowy Jork • Londyn 

Amsterdam • Ateny • Budapeszt 

• Hamburg 

Madryt • Mediolan • Paryż 

Sydney • Sztokholm • Tokio • 

Warszawa 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Spotkali się w ogrodzie spowitym szarą, poranną 
mgłą. 
-  Sam  musisz  zdecydować,  kochanie  -  w  jej 

oczach 
błysnęły  łzy  -  ale  pospiesz  się  -  urwała.  -  To 
czekanie... 
łamie mi serce... 

Dermid  pragnął  przytulić  ją,  pocieszyć,  ale  gdy 

wyciągnął ku niej rękę, zaczęła się rozpływać. 

-  Nie odchodź! - krzyknął w panice. - Alice, 
zaczekaj! 
Ale już zamieniła się w mgłę, szerokie rękawy 
białej 

sukni niczym anielskie skrzydła uniosły ją do nieba. 

-

 

Alice! - Desperacko próbował ją dogonić, lecz 

wilgotne  macki  zaciskały  się  wokół  niego,  dusząc 
go, pozbawiając tchu i... 

-

 

Tato! - Poczuł szarpnięcie za ramię. - Tato! 

Z głośnym jękiem ocknął się z koszmaru i wrócił 

do rzeczywistości. 

Jack  stał  przy  łóżku  w  wygniecionej  flanelowej 

piżamie,  z  potarganymi  brązowymi  włosami.  Był 
przerażony  -  zbyt  przerażony,  pomyślał  Dermid  z 
poczuciem  winy  -  jak  na  chłopca,  który  jeszcze  nie 
obchodził piątych urodzin. 

-

 

Wybacz, synku. Obudziłem cię? 

-

 

Strasznie głośno krzyczałeś. To był okropny 

sen? 
-

 

Miewałem gorsze. 

-

 

Ale to znowu ten sam? 

background image

GRACE GREEN 

-

 

Ten  sam.  Nawet  nie  pytaj,  bo  i  tak  nie 

powiem, o czym był. Może kiedyś, kiedy będziesz 
dość duży, by to zrozumieć... teraz... - Zsunął nogi 
na podłogę. 

-

 

Boisz się, że mnie też śniłyby się koszmary. 

-

 

Właśnie. 

Dermid  wstał,  położył  rękę  na  ramieniu  syna  i 

poprowadził chłopca do okna. 

-

 

Nie  mówmy  o  tym.  Zobacz,  jaki  piękny 

poranek. - Słońce rzucało ognisty snop na ośnieżony 
szczyt  Moun-tain  Rangę  na  Vancouver  Island, 
zapowiadając  kolejny  gorący,  majowy  dzień.  - 
Będzie upał. 

-

 

Szkoda,  że  musimy  spędzić  połowę  dnia  na 

promie. Tam jest tak nudno. 

-

 

Nie masz ochoty jechać na chrzciny nowej 

kuzynki? 
-

 

Wolałbym zostać na ranczu i pomagać Arturowi 

przy zwierzętach. 

-

 

Ja też nie przepadam za przyjęciami, synu, ale 

to spotkanie rodzinne. 

Właściwie  nie  była  to  jego  rodzina,  tylko  Alice. 

Jednak  lubił  ich  wszystkich,  z  wyjątkiem  Lacey. 
Była  zimna.  Sztuczna,  afektowana.  Z  pewnością 
atrakcyjna,  ale  bezużyteczna.  Jak  jakiś  zbędny 
ornament 

albo... 

bańka 

mydlana. 

Zupełnie 

niepodobna do swojej siostry. 

Alice.  Po  jej  śmierci  zapragnął  odgrodzić  się  od 

ś

wiata,  ale  nie  mógł,  ze  względu  na  Jacka.  To  dla 

niego  nie  zerwał  kontaktu  z  rodziną  żony,  choć  te 
spotkania  jątrzyły  stare  rany  i  uniemożliwiały 
rozpoczęcie nowego życia. 

-

 

Tato, musimy jechać? 

-

 

Tak.  -  Dermid  wpatrywał  się  w  położone 

poniżej ogrody - ogrody Alice, niegdyś tak piękne i 
zadbane, dziś 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 
7
 

zdziczałe i opuszczone. Tak jak on. - Muszę 
porozmawiać z wujkiem Jordanem. 

-  Nie możesz porozmawiać przez telefon? 
Dermid przeniósł wzrok z ogrodów na położone 
dalej 

łąki, na których pasły się alpaki i lamy. 

-  Nie,  to  coś  naprawdę  ważnego.  Muszę  z  nim 

poroz 
mawiać osobiście. 

-  Zupełnie jakby to była sprawa życia lub 
ś

mierci! 

Na widok wysokiej i chudej sylwetki przy 
głównej 

oborze Jack w jednej sekundzie stracił 
zainteresowanie rozmową z ojcem. 

-  Jest Artur! Ubiorę się i pomogę mu wyrzucać 
gnój. 
Pomknął  do  swojego  pokoju, jednak jego  
słowa 

dźwięczały ponurym echem w głowie Dermida, 
wywołując piekący ból. 

Nieświadomie  syn  trafił  w  sedno.  Naprawdę 

chodziło o sprawę życia lub śmierci. Musiał w końcu 
podjąć decyzję. 

-  Lacey, jesteś, dzięki Bogu! 
Lacey  Maxwell  wyłączyła  silnik  srebrnego 

kabrioletu.  Wyjęła  kluczyk  ze  stacyjki  i  spojrzała 
pytająco  na  szwa-gierkę,  która  zbiegała  do  niej  po 
frontowych schodach Deerhaven. 

-

 

Mam  gorącą  prośbę  -  sapnęła  zdyszana.  - 

Właśnie  dzwonił  Dermid  z  promu.  Zostawił  swój 
samochód  w  Na-naimo  i  płynie  z  Jackiem  na 
pokładzie  pasażerskim.  Jordan  obiecał,  że  ich 
odbierze z Horseshoe Bay, ale nie wrócił jeszcze z 
biura, więc... 

-

 

Chcesz,  żebym  ja  czyniła  honory?  -  Lacey 

skrzywiła  się  zabawnie,  a  potem  cichutko 
westchnęła. 

background image

GRACE 
GREEN
 

-

 

Mogłabyś,  Lacey?  Sama  bym  pojechała,  ale 

trzeba nakarmić dziecko i przygotować... 

-

 

Nic nie mów. Zrobię to z przyjemnością. 

-

 

Chyba sam Bóg mi cię zesłał! - Odrzucając do 

tyłu  jasny  warkocz,  Felicity  spojrzała  na  zegarek.  - 
Jeśli teraz wyjedziesz, zdążysz ich odebrać. 

Lacey wsunęła kluczyk do stacyjki. 

-

 

Super. Dermid będzie mi winny przysługę, a to 

na pewno mu się nie spodoba! 

-

 

Lacey... 

-

 

Tak? - uśmiechnęła się figlarnie. 

-

 

Nie dokuczaj mu za bardzo, dobrze? 

-

 

Postaram  się,  ale  szczerze  mówiąc,  budzi  we 

mnie  najgorsze  instynkty.  Jak  każdy  męski 
szowinista. 

Felicity zachichotała melodyjnie i tak zaraźliwie, 

ż

e Lacey musiała jej zawtórować. 

Zawróciła kabriolet, stwierdzając w duchu po raz 

nie  wiadomo  który,  że  jej  brat  miał  nie  lada 
szczęście. Tak, Jordan znalazł sobie wprost idealną 
partnerkę życiową. 

Jego 

poprzednie 

małżeństwo 

okazało 

się 

katastrofą.  Pierwsza  żona,  Marla,  nie  dość  że  była 
wyjątkową  egoistką,  to  jeszcze  zdradzała  go  przez 
wiele  lat.  Po  jej  śmierci  Jordan  zakochał  się  w 
opiekunce  córki.  Felicity  była  dla  Mandy  o  niebo 
lepszą matką niż Marla. Po ślubie Jordanowi i Felicity 
urodziło się dwóch chłopców, Todd i Andrew, a teraz 
córeczka Verity, gwiazda dzisiejszej uroczystości. 

To  będzie  miłe  rodzinne  spotkanie,  pomyślała 

Lacey, pędząc samochodem nadmorską autostradą w 
kierunku Horseshoe Bay. Szkoda tylko, że zaszczyci 
je swą obecnością Dermid Andrew McTaggart. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

Właściwie  nie  należał  do  rodziny.  Pochodził  ze 

Szkocji, gdzie mieszkali jego rodzice, dwóch braci i 
liczni  krewni.  Powinien  był  tam  zostać  z  resztą 
swojego klanu! 

Nigdy nie darzył jej sympatią. 

A ona tak bardzo chciała go polubić. Była gotowa 

zaakceptować każdego mężczyznę, którego pokocha 
jej  siostra,  bo  uwielbiała  Alice.  Lecz  uparty  i 
ograniczony Szkot zwyczajnie nie dał Lacey szansy. 
Jego zdaniem modelki to próżne, puste stworzenia, 
z  którymi  nawet  nie  warto  rozmawiać.  Nie 
zamierzała zabiegać o jego względy. Nigdy nie była 
ani  próżna,  ani  pusta,  no  i  miała  przecież  swoją 
dumę.  Jednak  jeśli  jawna  wojna  między  nią  a  De-
rmidem McTaggartem miała się kiedyś skończyć, on 
musiał zrobić pierwszy krok. 

Prędzej  ziemia  drgnie  w  posadach,  pomyślała  z 

ironicznym uśmieszkiem. 

-  Sądziłem,  że  wujek  Jordan  będzie  na  nas 

czekał. 
-  Jack  rozglądał  się  zaniepokojony.  -  Nie  widać 
go! 

W  ten  upalny  dzień  w  Horseshoe  Bay  było 

tłoczno  i  głośno.  Tłumy  turystów,  mnóstwo 
autobusów, 

taksówek, 

wszelakiego 

rodzaju 

samochodów.  Wczasowicze  sunęli  chodnikami, 
oglądając  wystawy  sklepów,  szukając  jadei-towej 
biżuterii,  wycinanych  w  drewnie  totemów,  podko-
szulków  z  kolorowymi  nadrukami.  Inni  zajadali 
lody  i snuli się bez celu,  ciesząc się morską bryzą i 
niesamowitym widokiem jachtów wypływających z 
przystani, i podziwiając błękit oceanu. 

-  Pewnie szuka miejsca do parkowania. Zaczekajmy 

na niego tu, z boku... 

 

background image

10 

GRACE GREEN 

-  Cześć,  Dermid!  -  Wszędzie  rozpoznałby  ten 

głos. 
Dźwięczny,  zmysłowy,  nonszalancki.  Rzucający 
wręcz 
wyzwanie. 

Odwrócił  się  i  natychmiast  ją  zobaczył.  Jak 

zwykle  olśniewająca,  w  wykrochmalonej,  białej, 
koszulowej 

bluzce 

błękitnych 

lnianych 

spodniach.  Wśród  spalonych  słońcem  turystów 
wyglądała  jeszcze  bardziej  świeżo  niż  zazwyczaj. 
Jak orzeźwiający drink z lodem na pustyni... 

-

 

Lacey  -  powitał  ją  lekko  kpiącym  tonem.  - 

Jesteś naszym szoferem? 

-

 

Jordan  bardzo  przeprasza,  ale  nie  mógł  się 

wyrwać z pracy. - Spojrzała na Jacka, który gapił się 
w  nią  niczym  sroka  w  gnat.  -  Jack,  jak  miło  cię 
znowu widzieć. 

-

 

Ciebie też, ciociu! 

-

 

Mam 

dla 

ciebie 

prezent, 

skarbie. 

Przywiozłam  z  Francji,  gdzie  byłam  w  zeszłym 
tygodniu... Jestem ciekawa, czy ci-się spodoba. 

Dermid poczuł irytację. 
Umiała  sobie  radzić  z  mężczyznami,  bez 

wątpienia.  I  z  chłopcami.  Nigdy  nie  traktowała 
Jacka  z  góry,  zawsze  rozmawiała  z  nim  jak  z 
dorosłym.  A  on,  naiwniak,  szalał  za  nią,  odkąd 
zdołał  skupić  swój  niemowlęcy  wzrok  na  tyle,  by 
dojrzeć  burzę  lśniących  włosów,  wielkie,  zielone, 
kocie  oczy  i  nieskazitelną,  jasną  cerę.  Niedługo 
biedak  dostrzeże  też  nieskończenie  długie  nogi, 
uwodzicielski krok, seksowną figurę i... 

-  Jedziemy, Dermid? - Ruszyła w kierunku ulicy, 

owiewając go obłokiem perfum. Musiał się wziąć w 
garść, 
by  dotrzymać  jej  kroku.  Ten  intensywny  zapach 
gardenii 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

1

1 

i piżma mógłby mniej opanowanego faceta 
doprowadzić do szaleństwa. 

-

 

Zaparkowałam  tutaj.  -  Prowadziła  ich  na 

parking  pewnie  i  z  gracją.  Zatrzymała  się  przed 
srebrzystym kabrioletem z opuszczonym dachem. 

-

 

Ale  masz  fajny  wóz,  ciociu!  -  Oczy  Jacka 

błyszczały z podniecenia. - Mogę usiąść z przodu? 

-

 

Nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  odparła 

wesoło. -Jeśli twój tata się zgodzi... 

-

 

Mogę, tato? 

-

 

Tak - warknął. 

Po  chwili  znaleźli  się  na  drodze  prowadzącej  na 

autostradę.  Porwane  wiatrem  włosy  Lacey  falowały, 
jakby żyły własnym życiem. 

Przez  cały  czas  rozmawiała  z  Jackiem.  Tylko  od 

czasu do czasu wołała przez ramię: 

-

 

W porządku tam z tyłu? 

-

 

Tak - odpowiadał sucho. 

Raz  uchwycił  jej  spojrzenie  w  lusterku.  Przez 

sekundę ich oczy spotkały się, ale szybko wbiła wzrok 
w przednią szybę. Wydawało mu się, że  dostrzegł  w 
jej  oczach  wrażliwość,  mądrość  i  pełną  melancholii 
zadumę.  Przewidzenia.  Musiał  się  pomylić,  gdyż 
Lacey Maxwell nie była ani wrażliwa, ani mądra, ani 
zdolna  do  melancholijnej  zadumy.  Nigdy  nie  miała 
nic ciekawego do powiedzenia. 

Była po prostu piękną, lecz głupią nudziarą. 

Jednak  wyświadczyła  mu  przysługę...  i  choć 

oczywiście,  gdyby  mógł  wybierać,  wolałby  iść  na 
piechotę, teraz był jej dłużnikiem. No nic, już on się 
postara, by jak najszybciej spłacić ten dług. 

background image

12 

GRACE GREEN 

Zatem  kiedy  dojechali  do  następnego  zjazdu, 

pochylił się do przodu i krzyknął jej prosto w ucho. 

-  Możesz 

się 

zatrzymać 

przy 

Centrum 

Handlowym 
Caulfielda? 

Skinęła  głową.  Włączyła  kierunkowskaz  i 

zjechała z autostrady. 

Gdy  tylko  zaparkowała,  Dermid  natychmiast 

wyskoczył z samochodu. 

-  Zaraz wracam. 

Myślał o kwiatach, ale w ostatniej chwili zmienił 

zdanie  i  kupił  jej  pudełko  belgijskich  czekoladek. 
Dobrze jej zrobi trochę dodatkowych kalorii, bo była 
tak przeraźliwie chuda... 

Wracając  do  samochodu,  widział,  jak  Lacey 

rozmawia  żywo  z  Jackiem.  Nie  zauważyli  go,  ale 
słyszał z dala podniecony głos syna. 

-  ...i  ja,  i  tata  nie  przepadamy  za  rodzinnymi 

przyję 
ciami... I wolałbym zostać w domu i wynosić gnój 

o- 

bory niż robić głupie miny do jakiegoś niemowlaka. 

Przerwał, gdy zauważył ojca. 
-

 

Cześć, tato. Właśnie mówiłem cioci... 

-

 

Słyszałem. 

Lacey spojrzała na niego z rozbawieniem w 
oczach. 
-

 

Twój  syn  i  ja  nadajemy  na  tej  samej  fali,  jeśli 

chodzi o niemowlęta... Zgadzamy się co do tego, że 
ż

adna z nich pociecha, dopóki nie nauczą się siadać 

na  nocniczku  i  nie  potrafią  prowadzić  w  miarę 
rozsądnej konwersacji. 

-

 

Ciocia Lacey uważa, że ciągle brudzą i hałasują 

i  potrzebują  opieki  dwadzieścia  cztery  godziny  na 
dobę, przez siedem dni w tygodniu. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

13 

- Innymi słowy robota na cały etat. - Dermid usiadł 

na tylnym siedzeniu. I dodał suchym tonem, gdy Lacey 
odwróciła się do niego: - Odrobinkę bardziej męczące 
niż  godzinka  opierania  się  o  palmę  kokosową  i 
pozowania  do  zdjęcia  na  okładkę  jakiegoś  modnego 
magazynu.  Jak  określiłabyś  swoją  pracę,  Lacey?  Na 
jedną ósmą etatu? 

Jej  roześmiane  przed  chwilą  oczy  pociemniały. 

Wyczuł, że zepsuł jej humor na cały dzień. 

Odwróciła  się  od  niego  z  zaciśniętymi  ustami, 

wepchnęła kluczyk do stacyjki i ruszyła. 

Jack  chyba  odczuł  narastające  napięcie,  bo 

osunął się w fotelu, wyraźnie przygnębiony. 

I  ani  on,  ani  jego  ciotka  nie  odezwali  się  do 

siebie słowem do końca podróży. 

Deerhaven,  ogromny  dom  Maxwellów,  stał  na 

wysokim 

zboczu 

Zachodniego 

Vancouveru. 

Położony  na  lesistym  terenie,  z  panoramicznym 
widokiem  na  ocean,  miał  też  duży  basen  i  plac 
zabaw dla dzieci. 

Mieszkanie  Lacey  było  oddalone  o  parę  minut 

stąd,  więc  odwiedzała  Deerhaven  przy  każdej 
okazji. Felicity była jej najbliższą przyjaciółką, choć 
jeden  sekret  Lacey  ukrywała  nawet  przed  nią,  a 
dotyczył on Dermida. 

Felicity  miała  wysokie  mniemanie  o  szwagrze  i 

zarówno  ona,  jak  i  Jordan  uważali  jego  potyczki 
słowne  z  Lacey  za  całkowicie  niewinne,  a  nawet 
zabawne.  Żadne  z  nich  nie  zauważyło,  że  w  ciągu 
ostatnich miesięcy przytyki Dermida stały się jeszcze 
bardziej  cięte.  Lacey  pilnowała  się  bardzo,  aby  nie 
okazać,  jak  wielką  jej  to  sprawia  przykrość,  jednak 
czasami puszczały jej nerwy. 

background image

14 

GRACE 
GREEN
 

Dzisiejsza 

kąśliwa 

uwaga 

Dermida 

była 

szczególnie bolesna. 

„Jak  określiłabyś  swoją  pracę,  Lacey?  Na  jedną 

ósmą etatu?" 

Jego sarkazm zepsuł jej humor. Zdaniem Dermida 

ż

ycie modelki to jedno pasmo uciech i  blichtru. Nie 

przyszło  mu  nawet  do  głowy,  że  czasami  padała  z 
nóg  z  wycieńczenia.  Bezustannie  podróżowała,  a 
same sesje zdjęciowe były niezwykle stresujące, tak 
samo  jak  pokazy  mody  w  Mediolanie,  Paryżu, 
Londynie... 

Tłumiąc  westchnienie,  odegnała  od  siebie 

nieprzyjemne  myśli  i  zaparkowała  samochód  przed 
Deerhaven. Nie pozwoli, by uszczypliwość Dermida 
zepsuła  jej  nastrój,  zamierzała  dobrze  się  bawić  na 
dzisiejszym przyjęciu. 

Jack odpiął pas. 
-

 

Tato, mogę poszukać kuzynów? 

-

 

Jasne, śmiało. 

Ruszyli z Lacey w stronę domu. Kiedy dotarli do 

tarasu, Dermid spojrzał na ocean. 

-  Niesamowity  widok  -  powiedział  cicho,  jakby 

do 
siebie. 

Lacey  odwróciła  się  i  podziwiała  przez  chwilę 

siedem  frachtowców  czekających  na  rozładunek, 
dziesiątki  jachtów  i  kilka  ścigających  się 
motorówek. 

-  Tak, niezwykły. 

Spojrzała  na  niego  spod  oka.  Wiedziała,  i  to  od 

dawna,  dlaczego  jej  siostra  zakochała  się  w  tych 
ciemnokasztano-wych  włosach,  surowych  rysach  i 
seksownych  ustach.  Dermid  McTaggart  był 
naprawdę  bardzo  atrakcyjnym  facetem.  Szkoda,  że 
uroda nie szła w parze z charakterem. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

15 

Lacey miała własny klucz do domu, toteż bez 
wahania otworzyła drzwi. Dermid wszedł za nią do 
holu. Z góry dobiegł ich płacz dziecka. Lacey 
stanęła u stóp schodów. 

-  Fliss, już jesteśmy! 

Parę  sekund  później  na  podeście  pojawiła  się 

uśmiechnięta radośnie Fełicity. 

-

 

Cześć,  Dermid,  cieszę  się,  że  mogłeś 

przyjechać. Gdzie Jack? 

-

 

Poszedł szukać kuzynów. 

-

 

To  dobrze.  Bawią  się  z  Shauną,  opiekunką  z 

sąsiedztwa.  Jordan  dzwonił,  że  już  jedzie  do  domu. 
Położę  Verity  spać  i  napijemy  się  czegoś  przed 
lunchem. Mamy mnóstwo czasu. Chrzciny dopiero 
o wpół do trzeciej. 

-

 

Mogę ci w czymś pomóc? - zapytała Lacey. 

-

 

Jesteś czarodziejką, która jak nikt inny nakrywa 

do stołu... Mogłabyś? 

-

 

Oczywiście. 

-

 

A  ty,  Dermid,  może  przeniesiesz  z  kuchni  do 

jadalni krzesełko Andrew? 

-

 

Jasne. 

Fełicity  wróciła  do  pokoju  dziecinnego,  Dermid 

poszedł do kuchni, a Lacey do jadalni. 

Położyła  na  stole  najpiękniejszy  obrus,  potem 

rozstawiła najlepszą zastawę Fełicity. Wyciągnęła z 
szuflady  lniane  serwetki,  złożyła  fantazyjnie  i 
ustawiła na talerzach. Potem odsunęła się nieco, by 
z dumą podziwiać swoje dzieło. 

Nie  znosiła  sprzątania  i  nie  umiała  gotować,  ale 

nie można było odmówić jej zmysłu artystycznego. 

background image

16 

GRACE GREEN 

Dermid  natomiast  do  tej  pory  nie  umiał  się 

wywiązać  z  tak  prostego  zadania,  jak  przyniesienie 
dziecięcego  stołka!  Ruszyła  do  kuchni,  by  go 
wyręczyć, gdy usłyszała głos Jordana. 

-

 

Jasne, że możemy o tym porozmawiać. 

-

 

Później  -  powiedział  stanowczo  Dermid.  -  Po 

przyjęciu.  To  prywatna  sprawa,  Jordan.  Osobista. 
Sprawa rodzinna. 

-

 

Ale  jeśli  to,  jak  mówisz,  ma  coś  wspólnego  z 

Alice, czy Lacey nie powinna o tym wiedzieć? 

-

 

Nie  -  Dermid  zaprotestował  ostrym  tonem.  - 

To ostatnia osoba, jaką chciałbym w to wtajemniczać. 
Jordan,  zbyt  długo  się  wahałem  i  muszę  wreszcie 
podjąć  decyzję.  Właściwie  już  ją  podjąłem, 
potrzebuję jeszcze tylko twojego poparcia... 

Lacey  usłyszała  kroki  na  schodach.  Ze  wstydem 

zdała  sobie  sprawę,  że  podsłuchuje.  Pospiesznie 
wróciła do holu, gdzie natknęła się na Felicity. 

-

 

Nakryłaś do stołu? 

-

 

Aha. Sama zobacz. 

Ale  choć  udało  jej  się  przybrać  pogodną  minę, 

była zdenerwowana i zła. Cóż takiego działo się w 
ż

yciu jej szwagra, co wymagało poparcia Jordana? 

To  zrozumiałe,  że  nie  chciał  jej  zdradzać  swoich 

sekretów, ale była na niego naprawdę wściekła. Ona 
też  nazywała  się  Maxwell,  zatem  jeśli  sprawa 
dotyczyła  Alice,  to  Dermid  McTaggart  miał 
obowiązek  porozmawiać  ze  wszystkimi  członkami 
rodziny. Również z Lacey. 

Obiecała  sobie,  że  bez  względu  na  wszystko 

wytropi, o co tu chodzi. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Chrzciny  odbyły  się  na  dworze,  w  zalanym 

słońcem  różanym  ogrodzie  Deerhaven.  Jordan  i 
Felicity wprost promienieli szczęściem. 

-  Myślę, że wszystko poszło nadzwyczaj dobrze - 

po 
wiedział 

pastor 

przy 

pożegnaniu 

późnym 

popołudniem. 
W jego oczach błysnęły iskierki humoru. - Nasz Pan 
ob 
darzył Verity parą potężnych płuc. 

Jordan roześmiał się. 
-  Może rośnie nam wielka śpiewaczka operowa - 

za 
ż

artował, sprowadzając pastora z patio, gdzie dorośli 

pili 
szampana i herbatę i raczyli się wspaniałym tortem, 
dzie 
łem pani domu. 

Felicity  poszła  na  górę,  by  położyć  małą  spać, 

natomiast  dzieci  urządziły  sobie  piknik  na  placu 
zabaw. W pewnej chwili Dermid został na patio sam 
na sam z Lacey. 

Choć jeszcze niedawno brała żywy udział w ogólnej 

rozmowie,  teraz  rozparta  się  wygodnie  w  fotelu  i 
przymknęła oczy. 

Odgradzając się od Dermida ścianą milczenia. 
Nie  mógł  jej  za  to  winić.  Odkąd  przywiozła  go  z 

promu,  jakiś  złośliwy  chochlik  kazał  mu  prawić  jej 
impertynencje.  Uwaga  o  jednej  ósmej  etatu  była 
całkowicie nie na miejscu. Co z tego, że prowadziła 
puste i bezużyteczne, choć 

background image

18 

GRACE 
GREEN
 

pełne  blichtru  życie?  Fakt,  że  nie  znosił  takiej 
bezproduktywnej 

egzystencji, 

nie 

był 

usprawiedliwieniem  aroganckiego  i  nietaktownego 
zachowania.  Jednak  nie  mógł  się  powstrzymać,  być 
może dlatego, że nie reagowała na jego zaczepki ze 
zwykłą  zgryźliwością.  A  jak  czerpać  satysfakcję  z 
dokuczania  komuś,  kogo  zdaje  się  to  w  ogóle  nie 
obchodzić? 

Wydawało  się,  ie  całkowicie  zapomniała  o  jego 

obecności. Jakby pozowała do rozkładówki jakiegoś 
wytwornego magazynu mody. Uosobieme elegancji. 
Jedwabna  suknia,  w  którą  się  przebrała  na 
ceremonię,  czarna,  w  drobne  białe  kwiatki, 
kosztowała  prawdopodobnie  więcej  niż  jego 
najdroższa alpaka! 

-  Sądząc  po  twojej  kwaśnej  minie  -  odezwała  się 

ironicz 
nie  -  myślisz  o  mnie,  i  to  raczej  nie  jest  nic 
przyjemnego. 

Leniwie  zmrużyła  oczy,  ale  wyczuwał  błysk 

wyzwania  pod  gęstymi  rzęsami.  Uniosła  butnie 
głowę. 

-  Śmiało  -  powiedziała.  -  Wykrztuś  to  z  siebie. 

Tłam- 
szenie  w  sobie  tylu  negatywnych  emocji  jest 
podobno 

sza 

lenie niezdrowe. 

Postanowił podjąć wyzwanie. 

-

 

Pomyślałem  tylko,  że  ta  suknia  kosztowała 

zapewne więcej od mojej najlepszej alpaki - odparł 
spokojnie. 

-

 

Tak  -  zgodziła  się.  -  Wcale  by  mnie  to  nie 

zdziwiło.  I  pewnie  myślisz,  jaki  to  bezużyteczny 
ż

ywot  prowadzę  w  porównaniu  z  twoimi 

ukochanymi zwierzakami. 

-

 

Przyszło  mi  do  głowy  -  powiedział,  patrząc 

znacząco  na  stół  -  że  gdyby  Alice  nadal  żyła,  na 
pewno  już  zaniosłaby  te  wszystkie  naczynia  do 
kuchni  i  pozmywała,  żeby  choć  trochę  pomóc 
Felicity. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

19 

To było podłe z jego strony, najchętniej cofnąłby 

te  głupie  słowa.  Lacey  zesztywniała.  Dosłownie  na 
sekundę. 

-  Wiem,  że  tęsknisz  za  Alice,  ale  nie  pognębisz 

mnie, 
stawiając  ją  za  przykład  -  odparła  spokojnie,  choć 
Dermid 
spodziewał  się  raczej  gniewnej  riposty.  -  Zgadzam 
się, 

ż

taka kobieta jak ona trafia się  raz na milion. Wiem, 
ile 

dla 

ciebie znaczyła i jak bolejesz nad jej stratą. Zapewne 
nadal 
pogrążony  jesteś  w  żałobie.  Jeśli  traktowanie  mnie 
jak 
chłopca  do  bicia  sprawia  ci  jakąś  ulgę,  to  bardzo 
proszę, 
nie krępuj się. 

Drzwi od tarasu otworzyły się i weszła Felicity, a 

za nią Jordan. 

Lacey  uśmiechnęła  się  do  szwagierki,  jakby 

słowna  utarczka  z  Dermidem  w  ogóle  nie  miała 
miejsca. 

-

 

Położyłaś małą spać? 

-

 

Aha.  Żywa  jak  iskra.  Prawda,  że  słodko 

wyglądała w sukience do chrztu? 

-

 

Prześlicznie. - Lacey z wdziękiem podniosła 

się  z fotela. - Pójdę do samochodu po prezenty dla 
dzieci. Pomożesz mi? 

-

 

Oczywiście, choć nie powinnaś... 

-

 

Wiem, psuję je... ale skoro nie mam własnych 

pociech, pozwól mi na tę drobną przyjemność. 

-

 

A przy okazji - odezwał się jej brat. - Co się 

stało  z tym Anglikiem, który uganiał się za tobą po 
całej Europie? Tym, który miał zamek w Wilshire... 

-

 

Z  Harrym?  Rzuciłam  go,  gdy  oznajmił,  że  po 

ś

lubie  powinnam  zrezygnować  z  kariery  i  zająć  się 

wyłącznie  rodzeniem  dzieci.  Męski  szowinizm 
doprowadza mnie do furii! Wyobrażasz sobie mnie 
pośród brudnych pieluch, 

background image

20 

GRACE 
GREEN 

butelek i smoczków? Zacznijmy od tego, że za żadne 
skarby  nie  chciałabym  przez  dziewięć  miesięcy 
przypominać  słonia!  -  Wzdrygnęła  się.  -  Nie, 
wielkie dzięki! 

-

 

Ależ  ciąża  jest  cudowna!  -  zaprotestowała 

Felicity.  -  Uwielbiam  to!  Z  radością  rodziłabym 
dzieci co dwa lata, dopóki nie będę na to za stara! 

-

 

Dlatego po urodzeniu Verity - przypomniał jej 

mąż  ze  śmiechem  -  zgodziliśmy  się  oboje,  że 
czwórka nam wystarczy. 

Dermid  milczał  podczas  tej  wymiany  zdań,  ale 

kiedy Lacey i Felicity opuściły taras, odezwał się: 

-

 

Jordan,  możemy  teraz  porozmawiać  o 

sprawie, o której ci wspominałem wcześniej? 

-

 

Jasne.  Chodźmy  do  mojego  gabinetu,  tam  nikt 

nie będzie nam przeszkadzał. 

Lacey przywiozła dla dzieci kostiumy kąpielowe i 

kolorowe piłki plażowe. 

-

 

Możemy  teraz  popływać  w  basenie,  mamo?  - 

ośmioletnia  Mandy  machała  w  powietrzu  nowym 
bikini w kolorze cytryny. 

-

 

Możemy,  mamusiu?  -  zawtórowali  jej  Todd, 

dwulatek,  i  czteroletni  Andrew,  tocząc  niebiesko-
zieloną piłkę po dywanie i zmuszając R.J., nieco już 
wiekowego kota, do panicznej ucieczki. 

-

 

Proszę,  ciociu  Felicity.  -  Jack  co  prawda 

uwielbiał  taplać  się  z  tatą  w  sadzawce  na  ich 
ranczu,  ale  pływanie  w  wykładanym  niebieskimi 
kafelkami basenie było jeszcze fajniejsze. 

-

 

Chodźmy wszyscy - zaproponowała Lacey. - 

Jest 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

2

1 

tak gorąco, że warto się nieco ochłodzić. Skoro 
mała już zasnęła... 

-

 

Powinnam najpierw posprzątać - protestowała 

Felicity. 
-

 

Pomogę  ci  -  zaproponowała  Lacey,  ale 

szwagierka potrząsnęła głową. 

-

 

Nie, idźcie sami. Przyjdę, kiedy skończę. 

-

 

Moje bikini nadal wisi w pralni? 

-

 

Tam,  gdzie  je  zostawiłaś.  Mandy,  przynieś 

ręczniki plażowe - zwróciła się Felicity do córki. - 
Nie  zapomnij  o  kremie  z  filtrem.  Ciocia  zabierze 
was  do  kabiny,  tam  się  przebierzecie 

wysmarujecie. 

Parę  minut  później  Lacey  zaprowadziła  całe 

stadko  do  basenu  i  wszyscy  natychmiast  wskoczyli 
do wody. Rozpoczęła się wspaniała zabawa. 

Jack  i  Andrew,  obaj  dobrzy  pływacy,  przeszli  na 

głębszą wodę, popychając przed sobą plażowe piłki, zaś 
Mandy i Lacey bawiły się w drugim końcu z Toddem. 
Felicity  pojawiła  się  po  dwudziestu  minutach. 
Przyniosła  na  tacy  dzbanek  lemoniady  i  plastikowe 
kubeczki.  Ustawiła  wszystko  na  stole  przy  basenie  i 
poprawiła  ramiączka  jednoczęściowego  kostiumu 
kąpielowego w kolorze ametystu. 

-

 

Wyglądasz  znakomicie  -  zawołała  Lacey.  - 

Przybyło  ci  parę  kilogramów  po  ostatnim  dziecku, 
ale do twarzy ci z tym. 

-

 

Serdeczne dzięki, Lacey. Gdzie Jordan i 

Dermid? 
-

 

Nie wiem. Nie widziałam ich, odkąd poszłyśmy 

do samochodu po prezenty. 

Gdy  tylko  Felicity  wskoczyła  do  wody,  Todd 

zaczął grymasić. 

-  Chce mi się pić. 

background image

22 

GRACE 
GREEN 

Mandy podprowadziła malca do schodków, gdzie 

Feli-city wyciągnęła go z wody. 

-  Praca  matki  nie  ma  końca  -  roześmiała  się, 

biorąc 
synka w ramiona. 

Mandy  bawiła  się  z  Lacey  piłką,  dopóki  Felicity 

im nie przerwała, krzycząc: 

Lacey, możesz przyjść? Muszę z tobą 

porozmawiać. 
Zabrzmiało to bardzo poważnie. Lacey odczuła 
niepo 
kój, gdy zobaczyła nieszczęśliwą minę szwagierki. 

-  Mandy,  wyjdź  także  z  wody  i  przebierz  Todda 

su 

che  rzeczy.  Chyba  już  jest  gotów  do  drzemki.  Chcę 
chwil 
kę pogadać z ciocią. 

Lacey  wspięła  się  po  schodkach,  wyżęła  mokre 

włosy  i  podeszła  do  stołu.  Zaczekała,  aż  Mandy 
zabierze braciszka do kabiny. 

-

 

Coś się stało, Felicity? 

-

 

Och,  Lacey,  to  takie  smutne.  Wiem,  że  się 

zdenerwujesz... - przerwała, gdy Jordan wyszedł z 
domu. - Cii... - szepnęła. - Powiem ci po wyjeździe 
Dermida. Proszę,  nie  wspominaj  o  tym  Jordanowi. 
Jeszcze nie. 

Jordan podszedł do basenu i zawołał: 
-

 

Hej,  Jack!  Wychodź.  Wyjeżdżacie  z  tatą  za 

jakieś dziesięć minut. 

-

 

Odwieziesz ich? - zapytała Felicity. 

-

 

Nie, niestety muszę wracać do biura. 

Jordan  był  dyrektorem  jednej  z  największych 

agencji nieruchomości, toteż często musiał pracować 
nawet podczas weekendów. 

-  Siostrzyczko - dodał po chwili - obiecałem, że 

ty 

go 

odwieziesz. Zgoda? 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

23 

Lacey z trudem poskromiła swój niewyparzony język. 
-  Jasne, nie ma sprawy. 
Jack wygramolił się z basenu i podbiegł do ojca, 

który stanął w drzwiach. 

-

 

Czy  musimy  teraz  jechać?  -  zapytał  z 

wyraźnym żalem. - Nie możemy zostać troszeczkę 
dłużej? 

-

 

Nie - odparł Dermid. - Pora wracać. 

-

 

Och... - Jack zrobił smutną minę. - Tak dobrze 

się bawiłem. 

-

 

Może  pozwolisz  mu  zostać  kilka  dni?  - 

zaproponowała Felicity. - Mógłbyś wrócić po niego 
w weekend. 

Dermid zwrócił się do Jacka. 
-

 

Zostaniesz tu beze mnie? - spytał. 

-

 

Jasne!  Dziękuję,  tatusiu!  Dziękuję,ciociu!  -

Natychmiast  ponownie  wskoczył  do  wody  i 
wrzasnął w stronę kuzynów. - Zostaję! 

-

 

Lacey  odwiezie  cię  na  prom  -  powiedział  z 

uśmiechem Jordan. - Kiedy tylko będziesz gotowy. 

Dermid spojrzał na nią chłodno. 
-

 

Dziękuję, ale zamówiłem 

taksówkę. Lacey wzruszyła 
ramionami. 
-

 

Ś

wietnie. 

Ale nudziarz z tego faceta! 
-

 

No,  to  trzymajcie  się.  Na  mnie  czas  - 

powiedział  Jordan.  -  Dziękuję,  że  przyjechałeś, 
Dermid.  Wiem,  że  nie  przepadasz  za  takimi 
imprezami,  ale  Fliss  i  ja  jesteśmy  ci  wdzięczni. 
Nie chcemy, by Jack stracił kontakt z kuzynami. 

-

 

Pewnie  ciężko  przyjeżdżać  ci  tu  bez  Alice.  - 

Felicity  poklepała  go  współczująco  po  ramieniu.  - 
Ale mam na- 

background image

24 

GRACE GREEN 

dzieję, że z czasem jakoś się otrząśniesz po tej 
bolesnej stracie. 

-

 

Alice by tego chciała - powiedział Dermid. 

-

 

Z pewnością - zgodził się Jordan, całując Felicity 

na pożegnanie. - Dobra, kochani. Już mnie nie ma. Do 
widzenia! 

Kiedy  odjechał,  Dermid  wdał  się  w  rozmowę  z 

Felicity, dopóki nie usłyszeli klaksonu. 

-

 

To  twoja  taksówka  -  powiedziała  Felicity,  a 

potem  zwróciła  się  do  Lacey.  -  Odprowadzisz 
Dermida,  Lace? Nie  chcę zostawiać dzieci samych 
w basenie. 

-

 

Nie ma potrzeby - odparł Dermid szybko. - Sam 

się odprowadzę... 

-

 

Ależ nalegam! - powiedziała Lacey z przesadną 

uprzejmością.  -  Lista  moich  wad  jest  wystarczająco 
długa,  nie  należy  dodawać  do  niej  jeszcze  złego 
wychowania. 

Z dumnie uniesioną głową poprowadziła go przez 

hol do drzwi wejściowych. 

Na  komodzie  przy  drzwiach  leżała  torba  z 

zakupami  Dermida  z  Centrum  Caulfielda.  Zostawił 
ją tu, gdy przyjechali dziś rano. 

-

 

Czy to dla Felicity? Zapomniałeś jej dać? - 

zapytała. Zatrzymał się w otwartych drzwiach. 
-

 

To dla ciebie. 

-

 

Dla mnie? 

Z wahaniem sięgnęła po torbę, zajrzała do środka 

i  zobaczyła  elegancką  bombonierkę  z  bardzo 
kosztownymi belgijskimi czekoladkami. 

-  Dziękuję,  Dermid!  -  zawołała  kompletnie 

zaskoczo 
na.  -  Mam  słabość  do  czekolady,  a  to  moje 
ulubione! 

Co 

to ma być? Gałązka oliwna? 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

25 

Miał naprawdę piękne oczy o niezwykłej barwie - 

zło-cistobrązowe jak szkocka whisky. Tak mawiała 
Alice...  Ale  w  tych  samych  oczach,  w  których 
jaśniała  miłość,  gdy  patrzył  na  żonę,  teraz  Lacey 
dojrzała upór i niechęć. 

-  To podziękowanie - wyjaśnił sucho i sztywno. - 

Za 
odebranie nas z przystani. 

Nie poczułaby się bardziej dotknięta, nawet gdyby 

ją  uderzył.  Zacisnęła  zęby  i  z  trudem  zapanowała 
nad narastającym gniewem. 

-  Jasne  -  stwierdziła  kwaśno.  -  Powinnam  się 

domy 
ś

lić.  Żal  mi  ciebie,  jesteś  taki  małostkowy.  To  była 

zwykła 
przysługa, w dodatku niewielka. Jednak czy mógłbyś 
ją 
przyjąć?  Przenigdy.  Dumny  McTaggart  nie  zniesie 
długu 
wdzięczności  u  nikogo,  a  zwłaszcza  u  mnie.  Mam 
ochotę 
wziąć  te  twoje  czekoladki  i  wyrzucić  je...  wiesz 
gdzie, 

ale 

nie  zrobię  tego.  W  przeciwieństwie  do  ciebie 
jestem 

na 

tyle dobrze wychowana, że wiem, jak należy przyjąć 
po 
darunek! 

I nim ją zdążył powstrzymać, stanęła na palcach i 

pocałowała go w policzek. 

-  Może tam, skąd pochodzisz, McTaggart, panują 

inne 
obyczaje,  ale  tak  to  się  załatwia  tutaj.  Uśmiech, 
podzięko 
wanie  i  przyjacielski  buziak.  Znasz  stare 
przysłowie 
o tym, co powinieneś robić, kiedy wejdziesz między 
wro 
ny?  Niech  to  będzie  dla  ciebie  nauczka  na 
przyszłość. 

Po czym odwróciła się na pięcie i zostawiła go, by 

sam siebie odprowadził... Niech diabli porwą dobre 
maniery! 

Chmury  napłynęły  z  zachodu  i  kiedy  Lacey 

wróciła  do  ogrodu,  poczuła  na  skórze  kroplę 
deszczu. 

background image

26 

GRACE 
GREEN
 

-

 

Zaraz zacznie lać - stwierdziła z żalem Felicity. 

-Położę  Todda  do  łóżka,  a  pozostałe  dzieci  mogą 
pooglądać telewizję. Musimy porozmawiać. 

-

 

Posiedźmy  na  patio  -  zaproponowała,  gdy 

wróciła.  -  Rozłożę  daszek  i  niech  sobie  pada. 
Szkoda, że Sarę i resztę dopadła grypa. Tak chcieli 
przyjechać na dzisiejszą uroczystość. 

-

 

Szczęście,  że  masz  Sarę.  I  Gigi  -  stwierdziła 

Lacey,  mówiąc  o  siostrach  Felicity,  które  mieszkały 
na Vancouver Island. - Straszliwie tęsknię za Alice. 
Była nie tylko cudowną starszą siostrą, ale właściwie 
wychowała  mnie  po  śmierci  mamy.  I  była  moją 
najlepszą przyjaciółką. 

-

 

Twoją i Dermida. Nigdy  nie widziałam równie 

oddanych sobie ludzi. - Felicity westchnęła ciężko. - 
Właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać. 

Usiadła  na  krześle  i  pokazała  szwagierce  drugie, 

stojące  obok.  Ale  Lacey  była  zbyt  niespokojna,  by 
siadać. Nerwowo przestępowała z nogi na nogę. 

-

 

Zanim  zaczniesz,  Fliss,  przyznam  się,  że 

częściowo  domyślam  się,  o  czym  chcesz  mówić. 
Przypadkiem  podsłuchałam  rozmowę  Dermida  z 
Jordanem.  Mówił  o  jakiejś  sprawie  rodzinnej  i 
decyzji,  jaką  musi  podjąć.  Prosił  Jor-dana  o 
poparcie. 

-

 

Biedak. Z tą jego szkocką dumą i niezależnością 

niełatwo  mu  o  cokolwiek  prosić!  Co  do 
podsłuchiwania, mam to samo na sumieniu. Jordan i 
Dermid byli w pokoju dziecinnym i nie przyszło im 
do głowy, że ktoś może ich usłyszeć. 

-

 

Ostrzegam,  że  Dermid  wyraźnie  zapowiedział 

Jordanowi,  że  nie  zamierza  mnie  w  nic 
wtajemniczać. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

27 

-

 

Możliwe,  ale  uważam,  że  powinnaś  o  tym 

wiedzieć. Alice by tego chciała. 

-

 

Fliss... 

-

 

Wybacz.  Więc  do  rzeczy.  Wiesz,  że  Dermid 

zachorował  na  raka  dawno  temu,  tuż  po  tym,  jak 
pobrali się z Alice. Nim poddał się chemioterapii, za 
radą  onkologa  zamroził  trochę  swojej  spermy  na 
wypadek, gdyby po kuracji stał się bezpłodny... Co, 
niestety, nastąpiło. 

-

 

Oczywiście.  Wiem,  że  Jack  się  urodził  z 

zamrożonego embrionu. 

-

 

Pamiętasz, że Dermid i Alice mieli jeszcze drugi 

embrion  w  tej  samej  klinice  w  Toronto... 
Dziewczynkę... Marzyli o jeszcze jednym dziecku. 

-

 

Ale  Alice  umarła...  -  szepnęła  Lacey  przez 

ś

ciśnięte  gardło.  -  Często  myślę  o  tym  maleństwie, 

które  nigdy  się  nie  narodzi.  To  takie  smutne...  z 
pewnością złamałoby serce Alice. 

Deszcz zacinał coraz mocniej. Zrobiło się ponuro, 

zimno i mroczno, choć jeszcze nie zapadł wieczór. 

Lacey  odegnała  cisnące  się  do  oczu  łzy.  Felicity 

wstała,  podeszła  do  szwagierki,  wzięła  ją  za  rękę  i 
ś

cisnęła mocno. 

-  Lacey, 

Dermidowi 

ś

nią 

się 

koszmary. 

Przychodzi 

do 

niego  Alice  i  błaga,  by  dał  jej  spocząć  w  spokoju. 
Chyba 
dlatego  postanowił  zrobić  to,  co  odkładał  od  śmierci 
Alice. 
Zamierza  skontaktować  się  z  kliniką  i  powiedzieć 
im, 

ż

nie chce przechowywać dłużej embrionu. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

-

 

Powinien mi powiedzieć! - Lacey spojrzała z 

wyrzutem na brata. - Alice była moją siostrą. Nie miał 
prawa j ukrywać tego przede mną. 

-

 

Skarbie,  to  jest  dla  niego  bardzo  trudne  - 

Jordan] starał sieją uspokoić. 

-

 

Nie przeczę. Serce pewnie mu pęka na samą 

myśl,  że dziecko Alice czeka na narodziny, ale to 
nigdy nie nastąpi! - Jej gniew zamienił się w żal. - 
Och, Jordan, dlaczego życie jest takie okrutne? 

Nie  potrafił  jej  pocieszyć.  Patrzył  bezradnie  na 

Fełicity, która czuła równą bezsilność. 

Lacey podeszła do oka i spojrzała na mroczne, 

nocne I niebo. Jordan wrócił do domu późno, ale 
ona na niego wytrwale czekała. Nie mogłaby zasnąć, 
najpierw musiała j wyrzucić z siebie cały żal i 
wszystkie pretensje do Dermi-da McTaggarta. 
Odwróciła się niecierpliwie. 

-

 

Nigdy mu nie wybaczę, nigdy. Dlaczego nie 

poinformował mnie o swojej decyzji? Wiem, że 
uważa mnie za I idiotkę... 

-

 

Jeśli tak jest - odezwał się Jordan - możesz za 

to  I  winić  wyłącznie  siebie.  Celowo  go  drażnisz, 
nie umiesz! z nim normalnie rozmawiać. 

-

 

Bo od samego początku dawał do 

zrozumienia, żel 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

2

9 

każdy, kto zarabia na życie jako modelka, musi 
być pozbawiony mózgu! 

-

 

Nie  zbaczajmy  z  tematu,  Lacey  -  powiedział  z 

poważną miną. - Doceniam twój intelekt, ale w tej 
sprawie z pewnością niewiele byś zdziałała. Dermid 
podjął  już  decyzję,  a  ode  mnie,  brata  Alice,  chciał 
jedynie wsparcia... niczego więcej. 

-

 

Nie,  nie  masz  racji!  -  Srebrne  bransoletki 

Lacey  błysnęły w świetle, gdy uderzyła pięściami o 
biodra.  -  Co  trzy  głowy,  to  nie  dwie...  Może 
znalazłabym  inne  rozwiązanie,  gdybyście  mnie 
wtajemniczyli. 

-

 

To  była  prywatna  rozmowa.  Poza  tym,  co  byś 

wymyśliła?  Mogłabyś  jedynie  zaproponować 
odsunięcie  w  czasie  tego,  co  nieuniknione.  Ten 
człowiek od miesięcy przeżywa koszmar, Lacey! To 
nie  może  dłużej  trwać,  zgodzisz  się  ze  mną, 
prawda? 

-

 

Więc jaki jest następny krok? - zapytała 

Felicity. 
-

 

Dermid  pojedzie  w  piątek  do  Toronto  do 

kliniki.  Poprosi,  by  nie  przechowywali  dłużej 
embrionu. 

Felicity potrząsnęła głową. 
-

 

Chyba  będzie  mu  trudno  jechać  tam,  gdzie 

razem z Alice... 

-

 

Z pewnością. Ale on uważa, że tego nie da się 

załatwić przez telefon. Chce to zrobić osobiście. 
 

-

 

Jest inne wyjście - powiedziała Lacey 

cicho. Jordan spojrzał na nią zmęczonym 
wzrokiem. 
-

 

Naprawdę? 

-  Tak.  -  Ogarnęło  ją  podniecenie.  -  Dermid 

może 
znaleźć zastępczą matkę. Kogoś, kto donosi dziecko i 
uro 
dzi je dla niego! 

background image

30 

GRACE GREEN 

-

 

Proponowałem  to  Dermidowi  dziś  rano  - 

przyznał Jordan. 

-

 

No i co on na to? 

-

 

Kategorycznie się sprzeciwił. 

-

 

Chodzi  o  pieniądze?  -  zapytała  Felicity.  - 

Byłoby  mu niezręcznie zapłacić jakiejś kobiecie za 
taką... nietypową przysługę? 

-

 

To  nie  ma  nic  wspólnego  z  pieniędzmi.  Nie 

pamiętam dokładnie, co powiedział, ale chodzi o to, 
ż

e  nie  można  angażować  kogoś  obcego  w  sprawy 

rodzinne. - Jordan wzruszył ramionami. 

-

 

Uparty facet z tego McTaggarta. - Lacey nieco 

się  uspokoiła.  -  Zatem  to  koniec.  -  Usiadła  na 
oparciu  fotela  brata.  -  Miałeś  rację,  Jordan.  Nie 
mogłabym  wnieść  nic  nowego  do  tej  rozmowy.  A 
teraz,  kiedy  decyzja  została  podjęta,  wszyscy 
musimy ją zaakceptować. 

-

 

To  musi  być  dla  Dermida  bardzo  trudne  - 

powiedziała  Felicity.  -  Już  nigdy  nie  będzie  miał 
innego dziecka, nawet jeśli postanowi ponownie się 
ożenić. 

Nie pozostało już nic do dodania i Lacey wstała. 
-

 

Pobędziesz trochę w domu? - zapytał ją Jordan, 

gdy  razem  z  Felicity  odprowadzali  ją  do 
samochodu. 

-

 

Posiedzę  przez  jakiś  czas,  zrobię  sobie  krótką 

przerwę.  Ale  potem  będę  przez  parę  miesięcy 
bardzo zajęta. Mój agent prowadzi rozmowy z firmą 
Glory.  Szukają  następczyni  Kingi  Koff,  bo  na 
jesieni  wychodzi  za  mąż  i  chce  się  wycofać  z 
zawodu. 

-

 

Więc  będziesz  reklamować  ich  kosmetyki  - 

ucieszyła się Felicity. - Och, to świetnie. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

31 

-  Trzymajcie za mnie kciuki - poprosiła Lacey. - 

Za 
wsze marzyłam, by zostać „twarzą" Glory. 

Uśmiechnęła  się,  a  potem  spojrzała  na  czarne 

wody zatoki. 

_  Jeśli  wszystko  dobrze  pójdzie,  poproszę  cię  o 

znalezienie  dla  mnie  prawdziwego  domu,  Jordan. 
Czegoś naprawdę luksusowego, tutaj, na wzgórzu. 

Ale  gdy  ruszyła,  jej  uśmiech  zgasł  raptownie  i 

pozostała sam na sam z myślami o Alice i dziecku, 
które nigdy się nie narodzi. Alice tak wiele dla niej 
zrobiła  po  śmierci  matki.  Tak  wiele  poświęciła. 
Lacey  dziękowała  jej  wiele  razy,  ale  zwykłe 
„dziękuję" nigdy nie wydawało się wystarczającym 
zadośćuczynieniem. 

Gdybym tylko, pomyślała z poczuciem żalu i straty, 

mogła zrobić coś, czym zdołałabym odwdzięczyć się 
siostrze... 

-  Ciociu? Mówi Jack. 
Brała przed chwilą prysznic i nie słyszała telefonu, 

ale teraz, w ponury czwartkowy poranek, z mokrymi 
włosami  owiniętymi  ręcznikiem,  słuchała  z  uwagą 
głosu siostrzeńca nagranego na sekretarce. 

-  Ciociu,  nikt  nie  wie,  że  dzwonię.  Jestem  w 

gabinecie 
wujka  Jordana,  są  z  ciocią  przy  dziecku.  Dlatego 
stąd 
dzwonię.  Możesz  przyjechać  i  odwieźć  mnie  do 
domu? 
Proszę... Całuję, Jack. 

Lacey  uśmiechnęła  się  ironicznie.  Któż  mógłby 

się oprzeć takiej prośbie? 

Zadzwoniła  do  Deerhaven  i  kiedy  odezwała  się 

Felici-ty, Lacey poprosiła Jacka do telefonu. 

background image

32 

GRACE 
GREEN
 

-

 

Odsłuchałam 

twoją 

wiadomość 

przyjemności;  odwiozę  cię  do  domu.  Będziesz 
gotowy za jakąś godzinę? 

-

 

Jasne! Dziękuję, ciociu! 

-

 

Teraz porozmawiaj z ciocią Felicity. Powiedz jej, 

ż

< tęsknisz  za  domem,  ona  to  zrozumie.  Przyjadę 

po ciebi o dziesiątej. 

Kiedy dotarła do Deerhaven, Jack był już gotów. 

Ru szyli zatem prosto do Horseshoe Bay. Ranek był 
nada  pochmurny  i  nim  wjechali  na  prom,  zaczęło 
padać.  Jednak  po  jakimś  czasie  rozjaśniło  się, 
Nanaimo  powitało  icl  słońcem  i  błękitnym 
niebem. 

Jack  gadał  radośnie  podczas  przeprawy 

promem,  ał  w  drodze  na  ranczo  zamilkł.  Gapił  się 
ponuro przez okno 

-

 

Czy  coś  się  stało?  -  zapytała  Lacey,  gdy 

skręcał  z  autostrady  w  boczną  drogę.  -  Myślałam, 
ż

e cieszysz si^ z powrotu do domu. 

-

 

Cieszę się - odparł dość markotnie. 

-

 

Nie wyglądasz na zadowolonego! - Spojrzała 

na jego zafrasowaną minę. - Wiem, że chciałeś 
zrobić tacie niespodziankę, ale może powinniśmy 
zadzwonić do nie go, że wcześniej wracasz? Boisz 
się, że gdzieś wyjecha i nikogo nie zastaniemy? 

Jack potrząsnął głową. 
-

 

Jeśli go nie ma, to będzie Artur. Cieszę się, że 

wracam, tylko... 

Tylko co? 

-

 

Oni  mają  szczęście  -  powiedział  cicho  z 

zazdrości;  w  głosie.  -  Mandy  i  Andrew,  i  Todd,  i 
mała. Tyle dzieci do zabawy... nigdy nie będą same. 
Chciałbym mieć brata 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

33 

albo siostrę, ale to niemożliwe. Tata chorował dawno 
temu  i  teraz  nie  może  mieć  więcej  dzieci. 
Okropność. 

-

 

Wiem  -  powiedziała  cicho.-  Ciężko  ci  pewnie 

być jedynakiem. Ale przynajmniej masz kuzynów i 
możesz ich często odwiedzać. 

-

 

Chyba tak - przyznał niepewnie. 

Ale  jasne  było,  że  ten  argument  nie  trafił  mu  do 

przekonania. 

Gdy  zbliżali  się  do  domu,  zobaczyła  Artura 

wyłaniającego się z kuchennych drzwi. 

Zatwardziały  kawaler,  nieśmiały  wobec  kobiet, 

pracował  z  Jordanem  od  wielu  lat,  a  teraz  na  stałe 
zainstalował się na ranczu. 

-  Spójrz - zawołała Lacey, chcąc odwrócić uwagę 

Jacka od ponurych myśli. - Jest Artur! 

Chłopiec podskoczył na siedzeniu i zaczął machać 

do mężczyzny. 

Artur  podszedł  do  samochodu  i  powitał  Lacey  z 

szacunkiem. 

-

 

Witam, panno Maxwell. 

Jack odpiął pas. 
-

 

Gdzie tata? 

 

-

 

W  domu,  pakuje  się.  Wyjeżdża  do  Toronto, 

odlatuje z Vancouveru dziś wieczorem. 

-

 

Myślałam,  że  ma  lecieć  dopiero  w  piątek  - 

zdziwiła się Lacey. 

-

 

Był zbyt niecierpliwy i zdenerwowany, by czekać. 

-

 

Arturze!  -  Jack  otworzył  drzwi  i  wyskoczył  z 

samochodu. - Czy Molly May już urodziła? 

-

 

Tak, wczoraj. Zgodnie z terminem, jak w zegarku. 

background image

34 

GRACE GREEN 

-  Nie  mogę  się  doczekać,  żeby  ją  zobaczyć. 

Chodźmw 
ciociu. Pokażę ci. 

Wcześniej  musiało  solidnie  padać,  ścieżka  była 

pokryti błotem, ale nawet gdyby było sucho, Lacey 
nie  miała  ochoty  oglądać  zwierząt.  To  było  życie 
Alice. Ona wolała się zabawiać w inny sposób. 

-

 

Nie, dzięki - powiedziała. 

-

 

Trudno, no, to dziękuję, że mnie przywiozłaś! 

- Jac mocno ją uścisnął. 

Pochyliła się nad nim i oddała uścisk. 
-  To była bardzo miła podróż - zapewniła 

szczerz 
- Zawsze świetnie się bawię w towarzystwie takiego 
fa_

nego młodego człowieka. 

Jack  uśmiechnął  się  radośnie.  Potem  odwrócił 

się d Artura i zawołał: 

-  Chodźmy, Arturze! 
Mężczyzna położył rękę na ramieniu hłopca. 
-  Może  najpierw  skocz  do  domu  i  powiedz 

ojcu, 

ż

 

wróciłeś. 

-  Ciocia Lacey to zrobi! Dobrze, ciociu? 
Zamierzała wyjechać, nie witając się z Dermidem. 
Na^ 

dal była zła, że wykluczył ją z prywatnej rozmowy z 
Jordanem. Ale Jack skakał wokół niej  niecierpliwie, 
czekając na odpowiedź. Jak mogła odmówić? 

-  Dobrze, powiem mu. 
-  Proszę po prostu wejść - powiedział Artur. - 

Dzwo 
nek jest niestety zepsuty, a Dermid siedzi na górze 
i ni 
usłyszy pukania. 

Ruszyła wolno w stronę domu, ostrożnie, by nie 

zabło cić eleganckich pantofli z beżowej skórki. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

35 

Na prawo znajdowało się  spadziste zbocze, które 

Alice zamieniła w malowniczy ogród. Kiedyś Lacey 
uwielbiała  przyjeżdżać  tu  o  tej  porze  roku.  Teraz 
wszędzie pieniły się chwasty, niszcząc rośliny, które 
jej siostra tak troskliwie pielęgnowała. 

Ale nie tylko ogród wyglądał na opuszczony, sam 

dom  też  napawał  smutkiem.  Zielona  farba  na 
frontowych  drzwiach  już  się  łuszczyła,  a  mosiężna 
klamka  aż  prosiła  się  o  wypolerowanie.  Niegdyś 
zawsze  uchylone  okna  z  wykrochmalonymi 
firankami  dziś  były  zatrzaśnięte  na  głucho, 
odcinając dom od reszty świata. 

Lacey otworzyła drzwi i weszła do holu. Stąpając 

ostrożnie  w  zabłoconych  pantoflach,  zauważyła 
brudne  smugi  na  posadzce.  Ogarnął  ją  dojmujący 
smutek,  gdy  rozejrzała  się  dokoła.  Alice  pękłoby 
serce, gdyby to zobaczyła, pomyślała gniewnie. Stół 
pokryty  grubą  warstwą  kurzu,  tak  samo  jak  obrazy 
na ścianach, a chodnik na schodach był cały usiany 
paprochami. 

Do  oczu  napłynęły  jej  łzy.  Jak  on  mógł!  Jak 

Dermid  McTaggart  mógł  tak  zapuścić  ukochany 
dom Alice! 

Dermid  wyszedł  spod  prysznica,  podniósł 

ręcznik  z  podłogi  i  przetarł  nim  włosy.  Potem 
owinął  wokół  bioder  i  stanął  przed  zaparowanym 
lustrem. Przeczesał włosy i wrzucił szczotkę razem z 
przyborami  do  golenia  do  kosmetyczki,  którą 
zabierał ze sobą do Toronto. 

Jutro będzie w klinice. 

Jutro  zrobi  coś,  po  czym  będzie  odczuwał  ból  do 

końca  życia.  A  gdy  już  podpisze  wymagane 
dokumenty,  z  pewnością  najdzie  go  ochota,  by 
wstąpić do najbliższego pubu  

background image

36 

GRACE GREEN 

i utopić w alkoholu wszystkie smutki. Nie, nie zrobi 
tegj przez wzgląd na Jacka. 

Ktoś pukał gwałtownie do drzwi sypialni. Artur? 

OJ kiedy to miał zwyczaj pukać do drzwi? 

Zakręcił  kran  i  znowu  usłyszał  stukanie.  Tym 

rażeni  było  jeszcze  bardziej  natarczywe.  A  zaraz 
potem  rozległ  się  znajomy  głos.  Dermid  omal  się 
nie  zakrztusił  pastą]  Wypluł  natychmiast,  jakby 
połknął arszenik. 

Lacey Maxwell. Co tu robiła, do diabła?! 
Rzucił  szczoteczkę  do  zębów  do  umywalki  i 

wyszedł  z  łazienki.  Zatrzymał  się  nagle,  gdy 
zobaczył Lacej w swojej sypialni. 

Miała  na  sobie  koszulę  koloru  indygo,  kremową 

minii spódniczkę i kremowe pantofelki. 

Była wściekła. 

-  Nie  słyszałeś  pukania?  -  Jej  zielone  oczy 

płonęły furią. - Głuchy jesteś? 

Przełknął resztkę pasty, która drapała go w 
gardło. 
-

 

Co tu robisz? - zapytał zdumiony. 

-

 

Jak 

mogłeś? 

Patrzyła 

na 

niego 

oskarżycielsko. - Jak mogłeś doprowadzić ten dom 
do  takiej  ruiny?  Alice  na  pewno  w  grobie  się 
przewraca... 

-  Pytam, co tu robisz? – powtórzył 
ponuro. 
Machnęła ze złością ręką. 
-

 

Przywiozłam Jacka. Tęsknił za domem. Choć 

nie  mam  pojęcia,  jak  można  tęsknić  za  takim 
chlewem!  N  znajduję  żadnego  usprawiedliwienia 
dla takiego stanu rzeczy. To skandal! 

-

 

Skoro przywiozłaś już Jacka, możesz wracać 

do mu - stwierdził chłodno. 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

3

7 

- Najpierw chcę ci powiedzieć parę rzeczy. 
-  Naprawdę  nie  interesuje  mnie,  co  masz  mi  do 

powiedzenia. I proszę, nie przyjeżdżaj tu ze swojego 
sztucznego,  plastikowego  świata,  żeby  mi  mówić, 
jak mam żyć. Pochodzimy z różnych planet. Ciekaw 
jestem, co tak naprawdę cię gryzie. Chyba coś więcej 
niż tylko cienka warstewka kurzu. 

-

 

Zgadza  się.  -  Położyła  ręce  na  biodrach  i 

obdarzyła  go  spojrzeniem,  które  zamieniłoby  w 
proch  kogoś  o  słabszym  charakterze.  -  Felicity 
usłyszała 

przypadkiem 

twoją 

rozmowę 

Jordanem  i  powiedziała  mi  wszystko.  Uznała,  że 
jako siostra Alice mam prawo o tym wiedzieć... 

-

 

Nie  wątpię  w  dobre  intencje  Felicity,  jednak 

tym razem nie pochwalam jej postępowania. Decyzja 
należy wyłącznie do mnie. 

-

 

Ale zwróciłeś się do Jordana o radę - odcięła 

się. - Całkowicie pomijając mnie! 

-

 

Zwróciłem się do Jordana, bo musiałem z kimś o 

tym  porozmawiać.  Nie  prosiłem  go  o  radę,  tylko  o 
wsparcie. Wiedziałem, że nie mam innego wyjścia, 
ale chciałem usłyszeć słowa otuchy. 

-

 

Owszem, istnieje inne wyjście. - Wzięła głęboki 

oddech,  a  jej  piersi  uniosły  się  pod  jedwabną 
koszulą. - Zastępcza matka. 

-

 

To  wykluczone  -  uciął  ostro.  -  Nawet  nie 

brałem tego pod uwagę. 

-

 

Tak właśnie powiedział Jordan. 

-

 

I nie skłamał. 

Jej oczy płonęły gniewem. 

background image

38 

GRACE GREEN 

-

 

Gdybyś  naprawdę  chciał,  by  to  dziecko  się 

urodziło  z  pewnością  rozważyłbyś  wszystkie 
możliwości. 

-

 

Ale nie tę, ponieważ... 

-

 

Jordan wyłuszczył mi twoje powody. Uważasz, 

ż

e  nikt  obcy  nie  powinien  być  wplątany  w  sprawy 

rodziny, j 

Zapadła  cisza  i  nagle  zdał  sobie  sprawę,  że  jest 

odziany  wyłącznie  w  ręcznik.  Jednak  Lacey  nie 
wydawała  się  zakłopotana.  Jasne,  pewnie  była 
przyzwyczajona  do  oglądania  półnagich  mężczyzn. 
Albo 

zupełnie 

nagich. 

ś

wiecie 

który 

zamieszkiwała, nagość była na porządku dziennym. 

Odwróciła się i podeszła do okna. 
Nadal  panowała  cisza,  ale  wyczuwał  jak  między 

nimi narasta napięcie. 

-

 

O co chodzi? - zapytał. - O czym myślisz? 

-

 

O  tym,  jaka  szczęśliwa  była  tutaj  Alice  - 

powiedziała cicho, nagle bardzo spokojna i łagodna. 
- Jaka była szczęśliwa z tobą i Jackiem. I jak bardzo 
pragnęła tego dziecka. 

Co  mógł  powiedzieć?  Nic,  nawet  gdyby  znalazł 

odpo-j więdnie słowa, miał zbyt ściśnięte gardło, by 
cokolwiek) z siebie wydusić. 

-  Po  śmierci  naszej  mamy  wysłano  mnie  do 

ciotki,  niezwykle  surowej  osoby,  gdzie  byłam 
bardzo nieszczęśliwa. Ale po paru tygodniach Alice 
przyjechała  po  mnie.  Rzuciła  studia,  żeby  zająć  się 
moim  wychowaniem.  Jestem  jej  dłużniczką, 
Dermid. I nigdy nie mogłam się jej odwdzięczyć. 

Odwróciła się i zaczerpnęła gwałtownie 
powietrza. 

-  Powiedziałeś  Jordanowi,  że  nikt  obcy  nie 

powinien  być  wplątany  w  sprawy  rodziny.  Ja 
należę do rodziny, Dermid. 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

3

9 

Spojrzał na nią zdumiony, potem zmrużył oczy. 

_ Co sugerujesz, do diabła? 
-  To  może  być  moja  ostatnia  i  jedyna  szansa, 

ż

eby  odwdzięczyć  się  Alice  za  to,  co  dla  mnie 

zrobiła. Pozwól mi być zastępczą matką dla twojego 
dziecka, Dermid. Dla ciebie i Alice. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Oszalałaś?! 
Możliwe.  Pół  godziny  później,  stojąc  w  kolejce 

samci chodów czekających na wjazd na prom, nadal 
nie  mogła  uwierzyć,  że  to  zaproponowała.  To  jego 
pełne  niedowieJ  rzania  spojrzenie...  A  potem 
szyderczy  śmiech.  DermiJ  wystarczająco  jasno  dał 
jej  do  zrozumienia,  jak  bardza  była  niegodna,  by 
urodzić dziecko Alice. 

Bez  słowa  odwróciła  się  na  pięcie  i  wyszła  z 

domu  wsiadła  do  samochodu  i,  nie  żegnając  się  z 
Jackiem, odjechała na przystań. 

Teraz  ściskała  kurczowo  kierownicę  i  gapiła  się 

niewi-l  dzącym  wzrokiem  w  przestrzeń.  Próbowała 
opanować!  wszechogarniającą,  ślepą  furię.  Tak,  nie 
była  Alice!  Nigdji  nie  będzie  równie  wspaniała  i 
doskonała,  ale  w  końcu  niej  wypadła  sroce  spod 
ogona.  Odpowiedź  szwagra  była  zwy-l  kłym 
okrucieństwem. Gdyby pragnął tego dziecka tak bar-l 
dzo,  jak  twierdził,  skorzystałby  z  jej  propozycji. 
Należała!  do  rodziny.  Była  zdrowa.  A  co 
najważniejsze, chętna. 

Naprawdę  tego  chciała.  Dla  Alice  zrobiłaby 

wszystko.I  Zrezygnowałaby  nawet  chwilowo  z 
kariery. Byłoby tq| z jej strony duże poświęcenie, ale 
nic  nie  dorówna  poświę-1  ceniu  Alice,  która  rzuciła 
studia, by wychować młodszM siostrę. Nic... 

background image

42 

GRACE GREEN 

z karierą modelki. Nie miała czasu zastanowić się nad 
tym.  Teraz,  kiedy  już  trochę  ochłonęła,  z  pewnością 
dziękowała  gwiazdom,  że  Dermid  nie  wyraził 
zgody. 

Mały przedmiot przeleciał mu nad głową i spadł 

na  kolana.  Odruchowo  złapał  go  i  zobaczył,  że  to 
plastikowa grzechotka. 

-  Bardzo pana przepraszam! - Ktoś odezwał się z 

fotela po przeciwnej stronie. 

Obejrzał  się  i  zobaczył  ładną,  młodą  kobietę  z 

dzieckiem na ręku. 

-  Dziękuję - powiedziała, gdy oddał jej zabawkę 

i  do  dała  z  uroczym  uśmiechem:  -  Jej  tatuś  jest 
miotaczem i Leila uparła się iść w jego ślady. 

Dziewczynka,  blondynka  jak  matka,  była 

prześliczna.  Alice  na  pewno  już  zachwycałaby  się 
maleństwem. Niemal słyszał, jak mówiła: 

-

 

Czyż nie jest rocza? 

I zaraz by dodała: 
-

 

My też będziemy mieć kiedyś malutką 

dziewczynkę!  
Poczuł, jak jego serce ścisnęło się boleśnie. 

Chciał  powiedzieć:  „To  śliczne,  naprawdę 

ś

liczne  dziecko.  Macie  państwo  wielkie  szczęście." 

Ale głos odmówił mu posłuszeństwa. 

-  Dobrze się pani ćwiczyło, panno Maxwell? 
-  Znakomicie,  Norm.  -  Lacey  przystanęła,  by 

porozmawiać z portierem. - Wykonałam mój zestaw 
w rekordowym czasie! 

Lacey  skierowała  się  do  windy,  po  czym 

wjechała  na  dziesiąte  piętro.  Z  okien  jej 
apartamentu w południowo- 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

43 

zachodnim skrzydle budynku rozciągał się wspaniały 
widok na port. Ale gdy weszła do salonu, jej uwagę 
przykuł  nie pejzaż, tylko  wydruk  wypluty  przez  fax 
podczas jej nieobecności. 

Był od Otta Toenissa, jej agenta. Składał się z listu 

oraz paru stron kontraktu.  I kiedy  czytała list, serce 
omail  nie  wyskoczyło  jej  z  piersi,  bo  Kinga  Koff 
naprawdę  pod  koniec  roku  rezygnowała  z  pracy 
modelki  i  Lacey  miała  szansę  zostać  jej 
następczynią! 

Zaczęła  podśpiewywać  z  radości.  Tańczyła  z 

kontraktem w ręku, aż zabrakło jej tchu i zakręciło się 
w?  głowie.  Odłożyła  fax  na  stolik  i  pobiegła  do 
łazienki. 

Chciała doczytać warunki kontraktu do końca, ale 

nie będzie się spieszyć. Co szkodzi podelektować się 
momentem  triumfu  i  przedłużyć  tę  wspaniałą 
chwilę?  Najpierw  weźmie  prysznic,  ubierze  się  i 
zaparzy  mocną  kawę.  Potem  zabierze  papiery  na 
werandę,  usiądzie  na  słońcu  i  przeczyta  słowa, 
które  są  spełnieniem  jej  marzeń  i  nagrodą  za  wiele 
lat ciężkiej pracy i poświęceń. 

Dermid  wysiadł  z  samochodu  i  zatrzasnął 

energicznie 

drzwiczki. 

Obrzucił 

wzrokiem 

luksusowy  budynek  o  smukłych  liniach,  zalanych 
słońcem oknach i ukwieconych werandach. 

Oszalał.  Z  pewnością  oszalał,  bo  jak  inaczej 

wytłumaczyć jego pojawienie się w tym miejscu? 

Wcisnął  ręce  do  kieszeni.  Wyjął  je  po  chwili  i 

przesunął  dłonią  po  szczecinie  na  brodzie.  Pewnie 
wygląda  jak  przestępca.  Podróżował  pół  nocy,  w 
Toronto od razu złapał powrotny samolot. Wszystko 
przez dziecko. Dziewczynkę 

background image

44 

GRACE GREEN 

w  samolocie.  W  różowej  sukience.  Ta  maleńka 
nigdy  się  nie  dowie,  że  zmusiła  go  do  posłuchania 
głosu serca. A ów głos uparcie powtarzał, że Dermid 
podjął  niewłaściwą  decyzję.  Nie  tego  pragnęłaby 
Alice. 

Więc przyjechał tutaj i miał zamiar zmusić Lacey 

Maxwell,  by  dotrzymała  danego  słowa.  Zakładając, 
rzecz jasna, że nie zmieniła zdania. Jeśli choć przez 
chwilę  pomyślała  o  swojej  karierze,  to  szanse  na 
dogadanie się są niewielkie. Jednak istniała szansa, 
ż

e  jej  propozycja  jest  wciąż  aktualna.  I  że  on 

potrafi ją przyjąć. 

Minął frontowe drzwi, ale kiedy spojrzał na listę 

lokatorów,  znalazł  jedynie  numery  apartamentów, 
bez żadnych nazwisk. 

Zajrzał  przez  szklane  drzwi  i  dostrzegł  portiera 

siedzącego  za  biurkiem.  Zadzwonił  i  po  chwili 
portier otworzył drzwi. 

-

 

Przyjechałem 

do 

mojej 

szwagierki 

powiedział  Dermid.  -  Lacey  Maxwell.  Jaki  jest 
numer jej mieszkania? 

-

 

Nie  zdradzamy  numerów  mieszkań.  Proszę 

podać mi swoje nazwisko. Zadzwonię do niej. 

Dermid podszedł za mężczyzną do biurka. 

-  Dermid McTaggart. 

Portier  podniósł  słuchawkę  i  wystukał  numer. 

Chwilę później powiedział: 

-  Panno Maxwell, jest tu pani szwagier, Dermid 

McTaggart.  -  Po  chwili  dodał:  -  Dobrze,  proszę 
poczekać. 

Dermid uniósł brew. 
-

 

O co chodzi? 

-

 

Panna Maxwell twierdzi, że jej szwagier jest w 

Toronto. A zatem... 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

45 

-  Chcę  z  nią  porozmawiać.  -  Wyjął  słuchawkę  z 

rąk  portiera.  -  Lacey,  wróciłem.  Muszę  z  tobą 
porozmawiać. 

Zdążył policzyć do siedmiu, nim odpowiedziała: 
-  Poproś Normana do telefonu. 
Zwrócił  słuchawkę  portierowi,  który  słuchał 

przez chwilę, zanim się rozłączył. 

-  Może pan iść na górę - powiedział. - Dziesiąte 

piętro. Numer 1002. Winda jest po lewej stronie. 

Korytarz  na  dziesiątym  piętrze  wyłożono  szarym 

chodnikiem, ściany pomalowano na perłowo, a drzwi 
na kolor burgunda. 

Nacisnął  dzwonek  i  czekał.  Było  wcześnie. 

Pewnie 

ją 

obudził. 

Będzie 

szlafroku, 

rozczochrana, z zaspanymi oczami... 

Otworzyły  się  drzwi  i  stanęła  w  nich  jak  zwykle 

ś

wieża i elegancka Lacey. W czarnym podkoszulku i 

nieskazitelnie  wyprasowanych  białych  dżinsach.  Jej 
zielone, całkiem rozbudzone oczy patrzyły na niego 
lodowato. 

-  Wejdź - poprosiła go do środka. 
W  pokoju  pachniało  świeżością  i  wiatrem,  okna 

były  szeroko 

otwarte, 

meble 

jasne 

nowoczesne. Surowo i klinicznie czysto. 

-

 

Napijesz się kawy? - zapytała. 

-

 

To nie jest wizyta towarzyska. 

-

 

Zdziwiłoby  mnie,  gdyby  było  inaczej  - 

powiedziała  uprzejmie,  jak  nakazywało  dobre 
wychowanie.  -  Właśnie  zaparzyłam,  pozwolisz 
więc, że naleję też dla ciebie? 

Poruszała  się  zbyt  szybko.  Nie  mógł  się 

doczekać,  by  powiedzieć  jej,  z  czym  przyszedł,  ale 
teraz chciał odwlec ten moment. 

background image

46  . 

GRACE GREEN 

-  Skoro  to  dla  ciebie  żaden  kłopot,  poproszę  - 

odparł 
niechętnie. 

Poszła do wnęki kuchennej. Kiedy przyniosła mu 

kawę, miał  powiedzieć, że  pije z  cukrem,  ale  była 
szybsza. 

-

 

Słodzona - oznajmiła. 

-

 

Skąd wiesz? 

-

 

Widziałam,  jak  słodzisz  w  Deerhaven.  - 

Wręczyła  mu  kubek.  -  Miałam  nawet  nadzieję,  że 
taka  ilość  cukru  być  może  stłumi  nieco  twoją 
agresję, ale moje nadzieje spełzły na niczym. 

Już otworzył usta, by poczęstować ją równie ciętą 

ripostą, ale szybko je zamknął. Była wystarczająco 
wrogo  nastawiona,  po  co  jeszcze  zaogniać  i  tak 
napiętą sytuację. 

Podeszła do stolika z telefonem, odłożyła na bok 

stos papierów i wzięła swój kubek z kawą. 

-

 

Chodźmy na werandę. 

Wyszedł posłusznie za nią. 
-

 

Siadaj - zaproponowała. 

Nie  usiadł,  tylko  chodził  niespokojnie  wzdłuż 

balustrady i patrzył na zatokę. Ocean był spokojny, 
jego  dymny  błękit  przecinały  granatowe  smugi 
ciemniejszej wody. 

Lacey  usadowiła  się  na  leżaku  przy  stoliku 

ocienionym biało-beżowym parasolem. 

-

 

Jestem zaskoczona - powiedziała - że wróciłeś 

tak  szybko  z  Toronto,  nawet  biorąc  pod  uwagę 
różnicę  czasu.  Pewnie  klinikę  otwierają  wcześnie 
rano.  Czego  ode  mnie  chcesz,  Dermid?  Mojego 
wsparcia? Teraz, kiedy już jest po wszystkim? 

-

 

Nie... 

-

 

Więc  czego?  Mojego  błogosławieństwa? 

Zrozumienia? - Potrząsnęła głową i roześmiała 
się  bez  śladu  wesołości.  -  Wybacz,  ale  nigdy 
nie  zrozumiem,  dlaczego  odrzuciłeś  moją 
propozycję. Wydawało mi się, że jesteś na tyle 
rozsądny,  by  zrozumieć  pewne  sprawy. 
Powinieneś  zapomnieć  o  naszej  wzajemnej 
antypatii i pozwolić mi urodzić dziecko Alice. 
Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  jak  nisko  mnie 
cenisz.  Czy  twoim  zdaniem  nie  zasługuję  na-
wet na odrobinę szacunku? 

Pozwolił  jej  skończyć.  Jednak  gdy  miał 

wreszcie  wyjaśnić  jej  cel  swojej  wizyty, 
zadzwonił telefon. 

-  Przepraszam. - Podniosła się i wróciła do 
pokoju. 
Patrzył, jak podchodzi do stolika i podnosi 
słuchawkę. 

Stała  odwrócona  do  niego  plecami.  Choć 

background image

mówiła cicho, słyszał, co powiedziała. 

-  Tak,  Otto.  Wszystko  do  mnie  dotarło. 

Tak,  jestem  zachwycona.  Nie,  nie  miałam 
jeszcze  czasu  przeczytać.Nie  jestem  sama, 
Otto. Tak, jasne, że oddzwonię. 

Wróciła  na  werandę,  ale  nie  usiadła.  Stanęła 

w  drzwiach  z  dłońmi  wciśniętymi  w  kieszenie 
dżinsów. Jeśli nawet była czymś „zachwycona", 
na pewno nikt by tego nie zauważył. 

-

 

Nie  sądzę,  byśmy  mieli  jeszcze  o  czym 

dyskutować. I jestem teraz zajęta, więc... 

-

 

To  nie  wizyta  towarzyska,  już  ci 

mówiłem. - Odstawił kubek. - Ja też mam do 
ciebie sprawę. 

-

 

Słucham. 

-

 

Kiedy  zaproponowałaś,  że  urodzisz 

dziecko  moje  i  Alice,  zareagowałem  bardzo 
niegrzecznie... 

-

 

Niegrzecznie?  -  parsknęła  z  pogardą.  - 

Dałeś 

jasno 

do 

zrozumienia, 

ż

nie 

nadawałabym się, nawet gdybym była ostatnią 
kobietą  na  ziemi.  Po  co  przyjechałeś? 
Zachowałeś się po chamsku, a teraz co? Mam 
ci po prostu wybaczyć? 

-  Nie - odpowiedział z trudem. - Chcę wiedzieć, 

czy twoja propozycja jest nadal aktualna. 

Gdy  za  Dermidem  zamknęły  się  drzwi,  Lacey 

zaczęła  nerwowo  krążyć  po  salonie.  W  życiu  nie 
była bardziej oszołomiona i zdenerwowana. 

Kiedy  zapytał,  czy  jej  propozycja  nadal  jest 

aktualna,  gapiła  się  na  niego  przez  parę  sekund, 
zbyt zaskoczona, by odpowiedzieć. 

-

 

Ale... ale byłeś w klinice - wymamrotała w 

końcu. 
-

 

Nie  byłem.  To  znaczy,  poleciałem  do  Toronto, 

ale  nie  zdążyłem  pojechać  do  kliniki.  Złapałem  od 
razu samolot powrotny. 

Mrugała zdumiona. 
-

 

Ale właściwie dlaczego? - zapytała. - Dlaczego 

zmieniłeś zdanie? 

-

 

Nieważne. Muszę teraz wiedzieć, czy... 

-

 

Czy zrobię to dla ciebie - powiedziała powoli. - 

Dla ciebie i Alice. 

-

 

Tak. 

-

 

Zaskoczyłeś mnie. - Założyła ręce na piersiach. 

-Myślałam, że to już nieaktualne. 

-

 

Więc odpowiedź brzmi: nie? 

Miała w zasięgu ręki kontrakt z Glory, spełnienie 

jej  długoletnich  snów.  Gdyby  tak  ktoś  mógł  podjąć 
za nią tę trudną decyzję. 

Będzie musiała wszystko jeszcze raz przemyśleć. 

Rozważyć  za  i  przeciw.  Propozycja,  którą  złożyła 
Dermidowi, 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

49 

była wynikiem impulsu. Tak, chciała odwdzięczyć 
się Alice za jej wyrzeczenia, ale teraz... Czy miała 
dość sił, by na jakiś czas zrezygnować z kariery? A 
może nawet zakończyć ją raz na zawsze? 

-

 

Więc jednak „nie" - powiedział beznamiętnie. 

-

 

Nie  mów  za  mnie.  To  nie  jest  takie  proste, 

Dermid.  Wszystko  się  zmieniło  od  naszej  ostatniej 
rozmowy.  Czy  to  będzie  zgodne  z  prawem?  To 
znaczy,  czy  nie  musicie  oboje  z  Alice  podpisać 
odpowiedniej zgody? 

-

 

Alice  postanowiła,  że  jeśli  coś  jej  się  stanie, 

decyzja  powinna  należeć  wyłącznie  do  mnie.  - 
Wzruszył  ramionami.  -  Nie  oponowałem,  kiedy 
nalegała. 

-

 

Bo  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  nie  będzie 

mogła urodzić tego dziecka sama? 

-

 

Właśnie. 

-

 

Jeśli  wyrażę  zgodę,  będziemy  musieli  najpierw 

omówić wiele spraw. 

-

 

Więc nie odmawiasz? 

-

 

Muszę się zastanowić. 

-

 

Lacey, ja myślałem o tej sprawie kilka miesięcy. 

-

 

Wiem,  nie  bój  się,  nie  zamierzam  trzymać  cię 

długo w niepewności. Daj mi parę dni. Ta decyzja 
wpłynie w znaczący sposób na moje życie. 

-

 

Więc do niedzieli? Dasz mi znać w niedzielę? 

-

 

Tak. W niedzielę. 

Dermid  spędził  kilka  godzin  niedzielnego 

poranka na obrzeżach rancza. Sprawdzał i naprawiał 
ogrodzenie, które miało chronić jego zwierzęta przed 
kojotami.  Dzień  był  pochmurny  i  wietrzny,  niebo 
stalowoszare. Na późniejsze 

background image

50 

GRACE GREEN 

popołudnie  zapowiadali  deszcz,  ale  nim  skończył 
swoją  robotę,  rozpętała  się  burza.  Deszcz  zacinał 
bezlitośnie. 

Kiedyś,  pomyślał  Dermid,  wchodząc  do  kuchni, 

Alice  dałaby  mi  suchy  ręcznik  i  palnęłaby  krótkie 
kazanie na temat mojej głupoty. Teraz dom wydawał 
się  przeraźliwie  pusty.  Artur  pojechał  odwiedzić 
swojego dziadka i zabrał ze sobą Jacka. 

Wrzucił  mokrą  koszulę  do  zlewu.  Wylądowała 

miękko na brudnych naczyniach. 

Czy  Lacey  już  dzwoniła?  Pospieszył  do  gabinetu. 

Automatyczna sekretarka stała przy komputerze, ale 
i  stąd  było  widać,  że  czerwone  światełko  nie 
mrugało. 

Poczuł  dotkliwe  rozczarowanie,  a  potem  gniew. 

Wiedziała,  jakie  to  dla  niego  ważne.  Musiała  też 
zdawać sobie sprawę, ile nerwów kosztuje go czekanie 
na jej telefon. Do Ucha, dlatego wyszedł na tak długo? 
Był na nogach od świtu i od razu zaczął niespokojnie 
krążyć  wokół  telefonu.  O  dziesiątej  nie  wytrzymał  i 
wyszedł,  wynajdując  sobie  kolejne  zajęcia.  Miał 
nadzieję  że  gdy  wróci,  na  automatycznej  sekretarce 
znajdzie wreszcie wiadomość od Lacey. 

Nic. Nada. Zero. 
Czy jeśli nie zadzwoniła, to odpowiedź brzmi 
„nie"? 
Pewnie tak. Gdyby chciała urodzić to dziecko, nie 

zwlekałaby z telefonem. Okazała się taka, za jaką ją 
zawsze uważał. Bezużyteczna, pusta... 

Zadzwonił telefon. 
Zamarł,  ale  po  chwili  wziął  głęboki  oddech  i 

podniósł słuchawkę. 

-

 

McTaggart... 

-

 

To ja, Lacey... 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

51 

-

 

Najwyższy  czas.  Czekam  na  twój  telefon  cały 

cholerny ranek! 

-

 

Wiem, przepraszam. Mieliśmy tu mały huragan i 

zerwało linie telefoniczne... 

-

 

Dobra,  dobra,  rozumiem.  -  Zamknął  oczy, 

modląc  się  o  cierpliwość.  No  i  żeby  Lacey 
przekazała  mu  wiadomość,  jaką  pragnął  usłyszeć.  - 
Zostawmy  pogaduszki  na  później  i  przejdźmy  do 
sprawy. Jaka jest twoja decyzja, Lacey? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Niełatwo jej było podjąć decyzję. 
Biła się z myślami przez całą sobotę, również w 

noc  nawet  nie  zmrużyła  oka.  Potem  w  niedzielę, 
wcześnie  ra  no,  owinęła  się  ciepłym  szalem  w 
kolorze  fuksji,  założył  grube  wełniane  skarpety  i 
wyszła na werandę. 

Siedziała  z  kontraktem  Glory  rozłożonym  na 

kolanach,  a  w  głowie  aż  jej  huczało  od  natłoku 
myśli, wspomnień i planów na przyszłość. 

Dopiero  gdy  zaczęło  świtać  i  na  niebie  pojawiło 

się słońce, zdała sobie sprawę z tego, że płacze. 

Przez  Alice,  przez  dziecko,  którego  jej  siostra 

nigdy  nie  zobaczy.  Przez  kontrakt,  którego  już 
nigdy nie podpisze 

Jednak  ostatecznie  łzy  przyniosły  jej  ulgę, 

oczyściły  j  I  wtedy  właśnie  podjęła  ostateczną 
decyzję. 

Gdy stanęła przy biurku, ze słuchawką przy uchu, 

wyobraziła  sobie  Dermida,  który  odbiera  telefon. 
Był mańkutem, więc pewnie trzymał telefon w lewej 
ręce,  a  złoto  obrączki  połyskiwało  na  jego  opalonej 
skórze.  Może  prawą  dłonią  przeczesywał  nerwowo 
włosy, czekając na jej odpowiedź. 

Trzymanie  go  w  niepewności  nie  było  fair  i  nie 

leżało w jej zamiarach. Wiedziała, że niecierpliwie 
czekał na j 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

53 

telefon.  Ona  też  nie  mogła  się  doczekać,  by 
poinformować  go  o  swej  decyzji,  bo  kiedy  już  raz 
wypowie to głośno, nie będzie odwrotu. 

-  Tak  -  powiedziała.  -  Moja  propozycja  nadal 

jest aktualna. 

Minęła długa chwila, zanim wymamrotał coś, co 

zabrzmiało jak „Dzięki Ci, Boże!". Ale kiedy znowu 
się odezwał, mówił spokojnym głosem. 

-  No, to w porządku. 

Osunęła się na krzesło, bo uginały się pod nią nogi. 

-

 

Co teraz? 

-

 

Dzwoniłem  wczoraj  do  kliniki  i  wyjaśniłem 

sytuację 

lekarce. 

Powiedziała, 

ż

jeśli 

się 

zdecydujesz,  to  zorganizuje  przewiezienie  embrionu 
do ich nowej kliniki w Vancouverze. 

-

 

A potem? 

-

 

Będziesz  musiała  pójść  do  kliniki  na  badania. 

Jeśli wszystko będzie w porządku, czeka cię kuracja 
hormonalna, a potem... 

-

 

Hormonalna? W jakim celu? 

-

 

Dodatkowy estrogen poprawi twoją endometrię. 

-

 

Jak długo to potrwa? 

-

 

Jakiś miesiąc. 

-

 

A potem? 

-

 

Embrion  zostanie  umieszczony  w  twojej 

macicy. To bardzo prosty zabieg. 

Lacey nagle zabrakło tchu. 

-

 

Rozumiem. 

-

 

Potem poczekamy dwa, trzy tygodnie i zrobimy 

test ciążowy. Jeszcze jakieś pytania? 

background image

54 

GRACE GREEN 

-

 

Nie - szepnęła podekscytowana. - To wydaje się 

całkiem proste. Więc... zadzwonisz jutro do Toronto 
i załatwisz wszystko? 

-

 

Z  samego  rana.  Ty  natomiast  skontaktuj  się 

jutro ze swoim prawnikiem i wprowadź go w sprawę. 
Ja  porozmawiam  z  moim.  Musimy  spotkać  się 
wszyscy razem i dopracować szczegóły prawne. 

-

 

Chyba z tym nie będzie żadnych problemów? 

-

 

Musimy sporządzić kontrakt. Są pewne sprawy, 

które  musimy  ustalić  już  teraz.  Na  przykład,  chcę 
mieć czarno na białym, że po urodzeniu dziecka nie 
wystąpisz o przyznanie praw rodzicielskich. 

Lacey zaśmiała się ironicznie. 
-

 

Tego  możesz  być  absolutnie  pewien.  Dobrze 

wiesz,  że  nie  przepadam  za  dziećmi,  przynajmniej 
dopóki  nie  wyrosną  z  pieluch  i  nie  potrafią  sklecić 
kilku sensownych zdań. Jak tylko dziecko się urodzi, 
z  radością  ci  je  oddam.  Niemowlęta  to  nie  dla 
mnie! 

-

 

Tak.  To  Alice  kochała  dzieci  -  powiedział 

spokojnie.  -  Dobrze,  wyraziłaś  się  jasno  w  tej 
sprawie.  Może  i  nie  mam  się  czego  obawiać,  ale 
pozostaje kilka kwestii do omówienia. Finanse... 

-

 

Dermid, proszę, nie chcę o tym nawet słyszeć. 

Urodzenie  dziecka  Alice  będzie  dla  mnie  wyrazem 
mej miłości do siostry. 

-

 

Ś

wietnie  -  skomentował  szorstko,  ale 

wyczuła,  że  z  trudem  panuje  nad  emocjami.  Nic 
dziwnego.  On  i  Alice  tak  bardzo  pragnęli  tego 
dziecka, a teraz możliwe, że za niecały rok Dermid 
będzie  trzymał  swoją  malutką  córeczkę  w 
ramionach. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

55 

-

 

Czy  na  razie  to  wszystko?  -  zapytała.  - 

Powinnam zadzwonić do mojego agenta i wyjaśnić 
mu sytuację. 

-

 

Tak, to wszystko. I Lacey... 

-

 

Tak? 

-

 

Dziękuję. 

Jedno  słowo,  ale  wypowiedziane  przez  Dermida 

McTaggarta  znaczyło  bardzo  wiele.  Dla  tak 
dumnego  mężczyzny  okazanie  wdzięczności  było 
niezwykle  trudne.  Jednak  zdobył  się  na  to  i  Lacey 
potrafiła to decenić. 

-

 

Nie ma za co - odpowiedziała. 

-

 

Będziemy w kontakcie. 

Odłożyła słuchawkę, wstała z krzesła i wyszła na 

werandę. Patrząc na ocean, czuła, jak kręci jej się w 
głowie.  Za  parę  tygodni,  jeśli  wszystko  dobrze 
pójdzie, będzie w ciąży. 

Naprawdę  to  zrobię?  Naprawdę  zamierzam 

urodzić temu facetowi dziecko? 

Owszem, właśnie tak postanowiła postąpić. 

-  Oszalałaś?! 
Lacey  odsunęła  słuchawkę  od  ucha,  gdy  jej 

agent  wrzasnął  z  niedowierzaniem,  omal  nie 
uszkadzając  jej  bębenków.  Był  drugim  facetem, 
który  w ciągu tygodnia zadał jej to pytanie. Może i 
oszalała,  sama  czasami  dochodziła  do  takiego 
wniosku. 

Ponownie przyłożyła słuchawkę do ucha. 
-

 

Otto,  wiem,  że  uważasz  mnie  za  wariatkę,  bo 

odrzucam taki wspaniały kontrakt, ale... 

-

 

Nawet nie powiesz mi dlaczego? 

-

 

Nie mogę. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Muszę coś 

background image

56 

GRACE GREEN 

zrobić, ale dopiero za parę tygodni dowiem się, czy 
to  wypali.  Tymczasem,  proszę,  nie  załatwiaj  mi 
ż

adnych  zleceń.  Wybacz  mi  tę  tajemniczość. 

Powiem  ci  tylko,  że  to  sprawa  rodzinna  i  jeśli 
wszystko dobrze pójdzie, będę mogła podjąć pracę 
za jakiś rok... 

-

 

Rok? 

-

 

Niestety. 

-

 

Za rok, kochanie, przejdziesz do historii. 

Jego  bezwzględne  słowa  przyprawiły  ją  o 

dreszcz.  Jeszcze  kilka  godzin  później  na  samo  ich 
wspomnienie  robiło  jej  się  zimno.  Czy  Otto  miał 
rację? Czy naprawdę po urodzeniu dziecka nie miała 
szans  na  odzyskanie  dawnej  pozycji  w  świecie 
mody? 

Praca  modelki  była  jej  prawdziwą  pasją. 

Uwielbiała  ją.  Musiała  spłacić  dług  wdzięczności 
wobec  Alice.  Więc  choć  było  jej  ciężko,  udało  jej 
się opanować i odegnać niepokój. 

Skontaktowała  się  ze  swoją  prawniczką,  May 

Pickeril. We wtorek poszła do jej biura, gdzie odbyły 
długą  konferencję  telefoniczną  z  Dermidem  i  jego 
prawnikiem. 

Dyskusja  przebiegała  gładko  i  parę  dni  później 

Lacey znalazła w swojej skrzynce umowę, którą po 
przeczytaniu i podpisaniu odesłała z powrotem. 

Następnego dnia Dermid zadzwonił z informacją, 

ż

e  umówił  Lacey  na  wizytę  z  doktorem  Martinem 

Cole'em. Po badaniu lekarz stwierdził, że Lacey jest 
zdrowa  i  wypisał  jej  receptę  na  środki  hormonalne, 
które miała zażywać przez następny miesiąc. 

Miesiąc  zleciał  szybko.  Lacey  pracowała  w 

Nowym Jorku, a potem poleciała do Europy. Musiała 
wywiązać się 

background image

I

 

background image

58 

GRACE 
GREEN
 

-

 

Nie  zdążysz  -  stwierdziła.  -  Muszę  być  na 

miejscu  o  ósmej.  Nawet  jeśli  złapiesz  pierwszy 
poranny prom... 

-

 

Przyjadę  jutro  wieczorem  i  zatrzymam  się  w 

Deer-haven. 

-

 

No dobrze, i tak zrobisz, jak zechcesz. 

-

 

Zgadza się. Lacey, to dziecko jest częścią mnie. 

Jakże  mogłoby  mnie  tam  zabraknąć  w  tak  ważnej 
chwili? 

Kiedy  się  rozłączyli,  zadzwonił  do  Deerhaven. 

Felicity oznajmiła, że z radością go przenocuje. 

-

 

A  po  wizycie  w  klinice  przywieź  Lacey  na 

lunch.  Wiem,  że  Jordan  będzie  chciał  uściskać 
siostrę  i  pogratulować  jej.  -  Felicity,  mówiąc  o 
szwagierce,  nie  ukrywała  podziwu.  -  To  bardzo 
szlachetne z jej strony, nie uważasz? 

-

 

Tak - zgodził się. - To nawet więcej niż 

szlachetne. 
-

 

Lacey  to  cudowna  osoba.  Taka  zdarza  się  raz 

na  milion,  Dermid.  Wiem,  że  nie  przepadacie  za 
sobą, ale teraz powinniście zostać przyjaciółmi. 

On  i  Lacey  przyjaciółmi?  Wątpił,  by  to  było 

możliwe.  Przecież  żyli  w  różnych  światach. 
Oczywiście, tak wiele dla niego zrobiła, że teraz już 
nie mógł traktować jej lekceważąco. 

Trzeba  będzie  zrezygnować  z  docinków,  które 

właściwie już weszły mu w nałóg. No nic, wszystko 
się  jakoś  ułoży.  Jako  zastępcza  matka  jego  dziecka 
Lacey zasługiwała przynajmniej na szacunek. 

W  środę  rano  Lacey  wstała  ze  ściśniętym 

ż

ołądkiem.  Nic  dziwnego,  skoro  miał  to  być 

najważniejszy dzień w jej życiu. 

Dermid zadzwonił parę minut wcześniej, by 
powie- 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

59 

dzieć, że wyjeżdża z Deerhaven. Kiedy zeszła na dół, 
jego  samochód  stał  już  na  podjeździe.  Szary,  duży 
wóz,  solidny  jak  jego  właściciel.  Gdy  Dermid  ją 
zobaczył, podszedł pewnym i sprężystym krokiem. 

Ubrany  był  w  garnitur  i  białą  koszulę,  widać 

uznał,  że  w  tak  ważnym  dniu  winien  prezentować 
się 

elegancko. 

Lacey 

natomiast 

wybrała 

pertowoszarą  sukienkę,  którą  przywiozła  tydzień 
temu z Paryża. 

Każdy,  kto  by  ich  obserwował,  pomyślałby 

zapewne,  że  Dermid  i  Lacey  wybierają  się  na 
randkę.  Jednak  ktoś  bardziej  spostrzegawczy 
dostrzegłby ich ściągnięte twarze i smutne oczy. 

-

 

Cześć - powiedział Dermid. - Jesteś gotowa? 

-

 

Lepiej nie będzie. 

-

 

Więc jedźmy. 

Położył  rękę  na  jej  plecach  i  ruszyli  do 

samochodu.  Ciepło  jego  dłoni  przeniknęło  przez 
sukienkę.  Lacey,  ku  swemu  wielkiemu  zdumieniu, 
poczuła nagle przypływ pożądania. 

Chciała  się  uwolnić,  ale  zapanowała  nad 

odruchem. Jeśli mieli zostać przyjaciółmi, powinna 
trzymać  nerwy  na  wodzy.  Kto  wie,  jak  Dermid 
odczytałby jej gest. Pewnie jako przejaw niechęci lub 
wręcz wrogości. 

Dlatego 

uśmiechnęła 

się 

uprzejmie 

podziękowała,  kiedy  otworzył  przed  nią  drzwi 
samochodu.  Była  jednak  zadowolona,  że  podczas 
jazdy  do  kliniki  nie  próbował  nawiązać  rozmowy. 
Potrzebowała  czasu  i  spokoju,  by  uporządkować 
myśli. I uczucia. 

Zawsze  uważała,  że  Dermid  jest  cholernie 

przystojnym  facetem,  ale  w  przeszłości  nigdy  nie 
pociągał jej fizycznie. 

background image

60 

GRACE 
GREEN
 

Budził  w  niej  raczej  negatywne  uczucia,  a  przede 
wszystkim żal i urazę za wieczne docinki. Ale teraz, 
w najbardziej nieodpowiednim momencie dostrzegła 
jego niemal zwierzęcy magnetyzm. 

Niech Bóg jej pomoże! 
Jakie  to  szczęście,  że  Dermid  nigdy  za  nią  nie 

przepadał.  Prawdę  mówiąc,  nie  znosił  jej,  więc  nie 
groziło  jej  uwiedzenie.  Jeśli  istniał  na  ziemi 
mężczyzna, 

który 

nie 

był 

zainteresowany 

przespaniem się z Lacey, to był nim właśnie Dermid 
McTaggart! 

Dermid  chodził  nerwowo  po  pustej  poczekalni. 

Zerknął na zegarek. Skrzywił się. Ponownie zerknął 
na zegarek, przytupując niecierpliwie. 

Lekarz  powiedział,  że  Lacey  wyjdzie  za  jakąś 

godzinę, więc co ją zatrzymywało? Dlaczego jeszcze 
nie wróciła? Co się... 

Drzwi  poczekalni  uchyliły  się  i  stanęła  w  nich 

jego  szwagierka,  z  niepewnym  uśmiechem  na 
ustach. 

-  No? - zapytał z wyrzutem. - Co tak 
długo? 
Roześmiała się, trochę nerwowo. 
-

 

Och,  Dermid,  gdybyś  mógł  zobaczyć  swoją 

minę! Wyobrażam sobie,  jak dłużył  ci się czas, ale 
to  trwało  niewiele  ponad  godzinę.  Już  po  zabiegu. 
Wszystko w porządku. 

-

 

Jak się czujesz? 

-

 

Ś

wietnie - zapewniła, ale zaraz potem dodała: - 

Prawdę mówiąc, dziwnie. Kręci mi się w głowie. 

Miała zaróżowione policzki i zbyt błyszczące oczy. 

Była nienaturalnie ożywiona i równocześnie spięta. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

61 

-

 

Jedźmy do Deerhaven, powinnaś trochę odpocząć. 

-

 

Mam  nadzieję,  że  nie  zamierzasz  mnie 

traktować jak inwalidkę. 

-

 

Nie,  ale  dopilnuję,  byś  troszczyła  się  o  siebie 

należycie,  Lacey.  Już  ci  mówiłem,  że  chcę  we 
wszystkim uczestniczyć od samego początku... 

-

 

O ile w ogóle zajdę w ciążę! 

-

 

Jasne.  Jeśli  zajdziesz  w  ciążę,  chcę,  byś 

zamieszkała na ranczu przez cały okres... 

-

 

Mowy  nie  ma.  Oszalałabym,  siedząc  tam  tyle 

miesięcy.  Poza  tym  mam  pewne  zobowiązania. 
Będę  pracować,  dopóki  ciąża  nie  stanie  się 
widoczna... 

Do  poczekalni  weszła  para  młodych  ludzi. 

Dermid  wziął  Lacey  pod  ramię  i  poprowadził  do 
drzwi. 

-  Nie 

tutaj 

powiedział 

stanowczo. 

– 

Porozmawiamy o tym później, po lunchu. 

Kiedy przyjechali do Deerhaven, Felicity i Jordan 

już  czekali  na  nich  z  posiłkiem.  Jordan  powitał 
siostrę gorącym uściskiem. 

-  Świetnie się spisałaś, Lace! - powiedział z 
dumą. 
Po lunchu Jordan musiał wracać do pracy. 
Maleństwo spało, Mandy z braćmi poszli na górę, a 
Felicity odrzuciła pomoc Lacey przy sprzątaniu 
ze stołu. 
-  Wypijcie  kawę  na  tarasie.  Dołączę  do  was  za 

chwilę - zaproponowała. 

Gdy wyszli na dwór, Lacey natychmiast z błogim 

westchnieniem usadowiła się w wygodnym leżaku i 
z ulgą zamknęła oczy. 

Denmid podszedł do balustrady i spojrzał na ocean. 

background image

62 

GRACE 
GREEN
 

Nie spodziewał się, że dzisiejszy dzień okaże się 

taki  trudny.  Czym  tak  się  przejmował?  Nawet  jeśli 
zabieg  zakończy  się  sukcesem,  Lacey  nie  będzie 
prawdziwą  matką  jego  dziecka,  przecież  to 
oczywiste.  Dla  niej  liczyła  się  wyłącznie  kariera. 
Dlaczego  więc  poczuł  nagle  tak  silną  więź  z  tą 
kobietą?  Ostatnią  rzeczą,  jakiej  pragnął,  było 
zaangażowanie  uczuciowe.  Prowadziłoby  to  jedynie 
do problemów. On i Lacey zawarli umowę, i na tym 
powinni poprzestać. 

Nigdy  nie  miał  o  niej  najlepszego  zdania.  Jak 

mógłby  szanować  lub  podziwiać  osobę,  która 
zarabiała 

na 

ż

ycie, 

przechadzając 

się 

astronomicznie kosztownych toaletach i pozując do 
zdjęć?  Jednak  teraz  Lacey  dokonała  czegoś 
wielkiego,  z  miłości  do  Alice...  Potrząsnął  głową, 
zdumiony obrotem spraw. 

Usłyszał  szelest  jej  sukni  i  poczuł  słodki  zapach 

gardenii  na  dwie  sekundy  wcześniej,  nim  Lacey 
pojawiła się u jego boku. 

-  Grosik  za  twoje  myśli  -  powiedziała.  -  Ale 

może dzisiaj są warte nieco więcej. 

Stanęła  obok,  opierając  się  dłońmi  o  balustradę. 

Uśmiechała  się  lekko.  Jej  uroda  zapierała  dech  w 
piersiach.  Słońce  dodawało  blasku  i  tak  już 
lśniącym  włosom,  złociło  kremową  cerę,  migotało 
iskrami w zielonych, kocich oczach. 

Próbował oderwać od niej wzrok, ale nie mógł. 
Co się z nim, do licha, działo? 

-  Grosik?  -  powtórzył,  siląc  się  na  obojętny 

ton. 

-  Cóż,  masz  rację,  dzisiaj  są  warte  nieco  więcej. 

Ale  chyba  nie  muszę  ci  mówić,  że  myślę  o  tym 
samym co ty. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

63 

Wątpił! Wydawała się być całkowicie rozluźniona, 

podczas gdy on walczył z palącą pokusą, by poczuć 
pod  palcami  jedwabiste  włosy  Lacey  i  musnąć 
wargami jej błyszczące, czerwone usta... 

Pragnął jej. 
Ta  świadomość  wstrząsnęła  nim  do  głębi.  Ze 

wszystkich  kobiet  na  świecie  Lacey  Maxwell 
powinna  być  ostatnią,  którą  pragnąłby  zaciągnąć 
do łóżka. 

Cholera,  należało  pomyśleć  wcześniej,  w  jaki 

sposób zatrzymać Lacey na ranczu. Spodziewał się, 
ż

e  będzie  walczyć  o  własną  niezależność,  ale  mógł 

próbować 

ją 

przekonać, 

stosując 

delikatny 

emocjonalny 

szantaż. 

Mógłby 

na 

przykład 

powiedzieć:  „Tego  chciałaby  Alice".  To  dałoby 
Lacey  do  myślenia.  Zresztą,  może  i  lepiej,  że  nie 
zamieszkają  razem  na  ranczu.  Tak  będzie 
bezpieczniej. 

-

 

Myślałam  o  tym,  co  mówiłeś  w  klinice  - 

szepnęła. - Przepraszam, że byłam taka samolubna, 
Dermid.  Masz  prawo  być  z  dzieckiem  od  samego 
początku i przykro mi, że muszę dotrzymać pewnych 
zobowiązań.  Ale  kiedy  już  będę  w  czwartym  czy 
piątym  miesiącu,  przeniosę  się  na  twoje  ranczo  i 
zostanę tam aż do rozwiązania. 

-

 

Lacey, ja... 

-

 

Nie  musisz  mi  dziękować.  Robię  to  nie  tylko 

dla ciebie i Jacka. - Jej oczy zaszły mgłą. - Tego by 
chciała Alice. 

Co  za  ironia.  Nawet  nie  zdając  sobie  z  tego 

sprawy, Lacey posłużyła się jego argumentem! 

Zanim  zdążył  odpowiedzieć,  dołączyła  do  nich 

Felicity.  Niedługo  potem  Lacey  oznajmiła,  że  musi 
wracać, więc odwiózł ją do domu. 

background image

64 

GRACE GREEN 

-  Pielęgniarka  w  klinice  zadzwoni  do  mnie,  by 

się  umówić  na  wykonanie  próby  ciążowej  - 
powiedziała na pożegnanie. 

-  Daj mi znać, to też przyjadę. 
Zawahała się. 
-  Wolałabym  to  zrobić  sama.  Wiem,  że  chcesz 

we  wszystkim  uczestniczyć  od  samego  początku, 
jednak... Chodzi o to, że jeśli nie zaszłam w ciążę, to 
pewnie oboje wolelibyśmy przetrawić tę wiadomość 
w samotności. 

Chwilę się wahał, ale potem przyznał jej rację. 

-

 

Dobrze, więc pojedziesz sama, ale zadzwonisz 

do mnie, jak tylko będzie coś wiadomo? 

-

 

Tak - odparła z widoczną ulgą. - Natychmiast. 

Dermid  skończył  pracę  na  jednym  z  pastwisk  i 

zrobił  sobie  przerwę.  Było  upalne  popołudnie  i 
czuł,  jak  pot  spływa  mu  po  plecach.  Co  prawda 
zapatrzył  się  w  rozciągające  się  wokół  pola,  ale 
myślami błądził daleko stąd. 

Niecierpliwie  czekał  na  wiadomość  od  Lacey. 

Dzwonił do niej już kilka razy, ale zawsze włączała 
się  automatyczna  sekretarka.  Musiał  być  cierpliwy, 
co przychodziło mu z coraz większym trudem. 

-  Tato! 
Odwrócił  głowę  i  zobaczył  Jacka  biegnącego  w 

jego kierunku ze Scampem, pasterskim psem. Potem 
jego  uwagę  przykuło  jakieś  poruszenie  przed 
domem.  Poczuł,  jak  jego  serce  zaczyna  bić 
przyspieszonym rytmem. 

Lacey 

Maxwell 

białych 

spodniach 

szkarłatnym  topie  stała  na  podwórku  obok 
srebrzystego samochodu. 

-  Tatusiu, ciocia Lacey przyjechała! - zawołał 
radoś- 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

65 

nie Jack i popędził za Scampem, który uganiał się za 
motylami. 

Valentine, 

jedenastomiesięczna 

lama, 

którą 

Dermid kupił w zeszłym tygodniu, spacerująca teraz 
po  drugiej  stronie  ogrodzenia,  szturchnęła  go  w 
ramię.  Poklepał  ją  po  szyi,  z  roztargnieniem 
przeczesał palcami delikatną niczym jedwab sierść. 

Potem  opuścił  rękę  i  ruszył  w  kierunku  Lacey. 

Wydawało  mu  się,  że  porusza  się  w  zwolnionym 
tempie i dotarcie do niej zajęło mu całe wieki. 

Czekała  przy  samochodzie.  Gdy  stanął  z  nią 

twarzą w twarz, dostrzegł uśmiech w jej oczach. 

Napięcie, które dręczyło go od wielu dni, prysło 

jak  bańka  mydlana.  Zalała  go  fala  radości,  zbyt 
potężna,  by  mógł  przejść  nad  nią  do  porządku 
dziennego. 

Chrząknął,  z  trudem  dobywając  głos  z 

zaciśniętego gardła. 

-

 

Więc  to  dobra  wiadomość  -  powiedział  może 

nieco zbyt szorstko. 

-

 

Najlepsza  z  możliwych!  -  roześmiała  się 

uszczęśliwiona.  -  Gratuluję,  Dermid!  Zostaniesz 
ojcem! 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Lacey  i  Dermid  postanowili,  że  podzielą  się 

nowiną  z  Arturem.  Jack  miał  się  dowiedzieć  o 
wszystkim nieco później. 

-  Porozmawiamy  z  nim,  kiedy  się  do  was 

przeprowadzę - powiedziała Lacey. - Przyjdzie na 
to czas... 

Została chwilę, by napić się z Dermidem mrożonej 

herbaty przy piknikowym stole. 

Gdy zaczęła się zbierać, Dermid poczuł 
rozczarowanie. 

-

 

Już wyjeżdżasz? Przyjechałaś taki kawał drogi i... 

-

 

Nie chciałam ci tego mówić przez telefon - 

wyznała. To zbyt ważna i ekscytująca wiadomość, 
po prostu musiałam przekazać ci ją osobiście - 
wyjaśniła z uśmiechem. Warto było, choćby tylko po 
to, by zobaczyć twoją minę. 
 

-

 

Sama wyglądasz na uradowaną. 

-

 

Bo  jestem.  -  Przewiesiła  torbę  przez  ramię  i 

ruszyła  w  stronę  samochodu.  -  Ale  mój  agent  nie 
będzie,  choć  ulży  mu,  że  nie  zamierzam  zerwać 
ż

adnej  podpisanej  wcześniej  umowy.  Za  pięć 

miesięcy będę wolna jak ptak. 

-

 

Więc wracasz przed pierwszymi śniegami? 

 

-

 

Zazwyczaj zaczyna padać w 

listopadzie.  
Otworzył przed nią drzwi samochodu. 
-

 

Postępujemy słusznie, prawda? - spytała. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

67 

-

 

Za późno na wątpliwości, Lacey. 

-

 

Tak,  wiem,  ale  to  dziecko  nigdy  nie  będzie 

miało matki. 

-

 

To cię martwi? 

-

 

A ciebie nie? 

-

 

Alice  chciałaby,  żeby  to  dziecko  przyszło  na 

ś

wiat.  Wierzę  w  to  na  tyle  mocno,  że  lekceważę 

inne  obawy.  Moje  dziecko  będzie  miało  kochającą 
rodzinę.  Będę  ja,  Jack,  Artur  i  rodzina  w 
Deerhaven...  No  i  będzie  miało  też  ciebie,  kiedy 
wyrośnie  z  pieluszek  i  będzie  umiało  sklecić  kilka 
sensownych zdań - zażartował. 

Mówił  z  takim  przekonaniem,  że  zrobiło  jej  się 

wstyd.  Dermid  McTaggart  zawsze  był  bardzo 
rodzinny,  nie  powinna  była  wątpić  w  to,  że  otoczy 
dziecko wielką czułością i troską. 

Dotknął lekko jej ramienia, jakby dodając otuchy. 
-

 

Wszystko  się  ułoży,  Lacey.  Po  prostu  dbaj  o 

siebie.  I  daj  mi  znać,  jeśli  będę  mógł  coś  dla  ciebie 
zrobić. O każdej porze dnia i nocy. 

-

 

Dobrze.  Być  może  zobaczymy  się  jeszcze 

przed listopadem. 

Jednak  tak  się  złożyło,  że  spotkali  się  dopiero 

właśnie w listopadzie. 

Otto  ułożył  jej  nowy  harmonogram  pracy  i  na 

szczęście  nie  pisnął  nikomu  ani  słowa  o  ciąży. 
Natomiast  wcisnął  jej  bezlitośnie  tyle  zleceń,  ile 
tylko  zdołał.  Czasami  Lacey  miała  wrażenie,  że  jej 
ż

ycie przypomina rozpędzoną karuzelę, z której nie 

sposób zsiąść. Na szczęście nie cierpiała z powodu 
nudności i gdyby nie pełniejsze piersi 

background image

68 

GRACE GREEN 

i dużo częstsze drzemki, w ogóle by nie odczuła, że 
jest w ciąży. 

Miesiące  mijały  błyskawicznie  i  nim  się 

spostrzegła, nadszedł listopad. 

Ostatnie  zdjęcia  miała  w  Nowym  Jorku,  więc  w 

drodze na lotnisko wpadła do biura Otta. 

-

 

Wyglądasz  na  skonaną  -  powiedział.  -  Mam 

nadzieję,  że  kiedy  to...  -  pokazał  na  jej  brzuch  -  .. 
.się skończy, powrócisz do pracy i odzyskasz dawną 
pozycję. Nie powinnaś rezygnować z kariery. 

-

 

Jesteś  kochany,  Otto.  Dziękuję  za  wszystko.  1 

kiedy to... - uśmiechnęła się ironicznie, gładząc się 
po  brzuchu  -  ...się  skończy,  skontaktuję  się  z  tobą. 
Kto  wie,  może  macierzyństwo  przyda  mi  jeszcze 
blasku. 

Pociągnął nosem. 
-  Prędzej zbędnych kilogramów. 
Ale  zanim  wyszła,  objął  jej  nadal  smukłą  kibić 

pulchnymi ramionami. 

-  Powodzenia, skarbie. - Otto nie był osobnikiem 

wypranym z wszelkich uczuć. - Zadzwoń do mnie 
na wiosnę. Zobaczę, co się da zrobić. 

Cieszyła  się,  że  wraca  do  domu.  Była 

wykończona  toteż  ledwo  dotarła  do  mieszkania, 
natychmiast poszła do łóżka i szybko zasnęła. 

Kiedy  się  obudziła,  dochodziła  jedenasta. 

Czuła się o wiele lepiej, rześka i pełna zapału, lecz 
niezbyt kwapiła się do wyjazdu na ranczo. 

-  Boję się - wyznała Felicity, gdy spotkały się na 

lunchu 

jednej 

modnych 

restauracji 

Vancouveru. 

Co 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

69 

tam będę robić bez teatru, koncertów, wystaw - 
westchnęła teatralnie. - Boże, nie będzie nawet sali 
gimnastycznej!  

 

Felicity roześmiała się. 

-  Znajdziesz sobie inne rozrywki. Możesz zacząć 

robić  na  drutach  albo  haftować,  albo  wstąpisz  do 
miejscowego  kółka  gospodyń  wiejskich  i  zajmiesz 
się organizowaniem kiermaszy dobroczynnych. 

Lacey 

roześmiała 

się 

głośno, 

budząc 

zainteresowanie przy sąsiednich stolikach. 

-

 

Mam  sędziować  w  konkursie  na  najlepsze 

ciasto, skoro w życiu niczego nie upiekłam? Bądź 
realistką, Fliss! Ale mnie ubawiłaś! 

-

 

Czy  Dermid  wie,  że  nie  potrafisz  gotować? 

Rozmawiałaś z nim o tym? 

-

 

O, tak. Jestem pewna, że w myślach cały  czas 

porównuje mnie  z  Alice i  wynajduje  moje  kolejne 
wady. Jeśli chodzi o prace domowe, to rzeczywiście 
daleko mi do średniej krajowej. 

-

 

Więc nie spodziewa się, że zaczniesz prowadzić 

gospodarstwo? 

-

 

Boże  broń!  -  Lacey  otrząsnęła  się  z 

przerażeniem. - I dlatego będzie błogosławiony. 

-

 

Błogosławiony? 

Oczy Lacey zaświeciły jasnym blaskiem. 

-

 

Błogosławieni ci, którzy  niczego nie oczekują, 

gdyż nie doznają rozczarowania. 

-

 

I Dermid niczego od ciebie nie oczekuje? 

-

 

Jedynie  tego,  że  będę  na  siebie  uważała  przez 

resztę  ciąży.  A  za  kilka  miesięcy  obdaruję  go 
zdrową,  dorodną  córką.  -  Oparła  się  wygodnie  na 
krześle i zmusiła do iro- 

background image

70 

GRACE 
GREEN
 

nicznego uśmiechu. - Dla Dermida McTaggarta 
jestem wyłącznie maszynką do urodzenia dziecka. 

-

 

Wie, że wróciłaś? 

-

 

Dzwoniłam do niego dziś rano i powiedziałam, 

ż

e  już  jestem  i  potrzebuję  paru  dni  odpoczynku. 

Spodziewa  się  mnie  w  weekend.  Ale  może  pojadę 
wcześniej.  -  Nerwowo  bawiła  się  srebrną 
bransoletką.  -  Im  dłużej  zwlekam,  tym  większe 
nachodzą  mnie  wątpliwości.  Prawdę  mówiąc  - 
westchnęła - chyba pojadę tam jutro. 

-

 

Dasz mu znać, że przyjeżdżasz? 

-

 

Nie.  -  Lacey  sięgnęła  po  rachunek,  który 

kelnerka  położyła  na  stole.  -  Chyba  zrobię  mu 
niespodziankę. 

Lacey  złapała  prom  o  dziesiątej  trzydzieści  i 

bezpiecznie dotarła na ranczo. 

Dzień  był  słoneczny,  ale  chłodny,  listopadowe 

niebo przybrało barwę stalowego błękitu. W rześkim 
powietrzu  mieszały  się  zapachy  ziemi  i  dymu  z 
palącego się drewna. 

Lacey  zaparkowała  niedaleko  tylnych  drzwi  i 

siedziała przez chwilę wsłuchana w ciszę. Absolutną 
ciszę,  która  wzbudzała  w  niej  niepokój.  Nie  była 
przyzwyczajona do takiego spokoju. Przyprawiał ją 
o dreszcz. 

-  Cześć. 

Omal  nie  uderzyła  głową  o  dach  samochodu  na 

dźwięk  głosu  Dermida.  Odwróciła  się  i  zobaczyła 
go  stojącego  przed  oborą,  jakieś  dziesięć  metrów 
dalej, z rękami wspartymi na biodrach. 

-

 

Nie powinieneś tego robić - powiedziała z 

pretensją. 
-

 

Czego? 

Miał na sobie przepoconą koszulę, we włosach 
resztki 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

71 

słomy,  i  w  ogóle  wyglądał  jak  stuprocentowy 
mężczyzna.  Lacey  poczuła  lekką  irytację,  toteż 
natychmiast przystąpiła do ataku. 

-

 

Skradać  się  w  ten  sposób!  Mogłeś  przyprawić 

mnie o zawał serca! 

-

 

Przecież stoję bez ruchu, wcale się nie skradam. 

-

 

Dobrze wiesz, co mam na myśli. - Otworzyła z 

impetem drzwi samochodu i wysiadła. 

-

 

Dość  wcześnie  przyjechałaś  -  stwierdził 

obojętnym tonem. 

-  Czy to dla ciebie kłopot? - zapytała 
wyzywająco. 
Wzruszył lekko ramionami. 

-  Nie, skądże. Choć, gdybym wiedział, że dzisiaj 

przyjedziesz, przygotowałbym dla ciebie pokój. 

Otworzyła  bagażnik  i  już  miała  wyjąć  walizkę, 

lecz Dermid ją uprzedził 

-

 

Pozwól - powiedział. 

-

 

Potrafię... 

-

 

Z  pewnością.  -  Zatrzasnął  bagażnik.  -  Ale 

jesteś  w  ciąży  z  moim  dzieckiem  i  nie  chcę,  byś 
dźwigała  ciężary.  Zgoda?  -  Spojrzał  na  nią 
przyjaźnie. 

Zrobiło  jej  się  wstyd,  nie  powinna  tak  na  niego 

krzyczeć.  Nie  najlepszy  początek  pobytu  pod 
wspólnym dachem. 

-  Lacey,  wiem,  że  jest  ci  trudno.  Mnie  też.  Ale 

spróbujmy żyć w przyjaźni dla obopólnego dobra. - 
Zmarszczył brwi. - Wyglądasz na zmęczoną. Niech 
to,  szkoda,  że  nie  przyjechałaś  tu  kilka  miesięcy 
wcześniej,  zamiast  szaleć  po  świecie,  wiecznie  w 
rozjazdach.  Dzwoniłem  do  ciebie  parę  razy,  ale 
odzywała się sekretarka. Chyba nigdy nie bywasz w 
domu. 

background image

72 

GRACE GREEN 

-

 

Jednak  Felicity  na  bieżąco  zdawała  ci  relację  z 

moich poczynań, prawda? 

-

 

Jasne. Wejdźmy do środka. 

W holu poprowadził ją prosto do schodów. 

-

 

Najlepiej  będzie,  jak  się  od  razu  rozgościsz  - 

stwierdził.  -  Rozpakuj  się,  a  ja  poszukam  pościeli. 
Artur będzie korzystał z mojej łazienki, a ty masz 
wspólną łazienkę z Jackiem. Czy to jakiś kłopot? 

-

 

Oczywiście, że nie. 

-

 

Jack mógłby korzystać z mojej... 

-

 

Dermid,  zostanę  tu  tylko  kilka  miesięcy.  Nie 

warto z mojego powodu robić rewolucji. 

-

 

W porządku. 

-

 

Gdzie jest Jack? Z Arturem? 

-

 

Nie,  zabrał  Scampa  na  spacer.  Artur  wyjechał 

na pogrzeb dziadka. Wróci lada dzień. 

Sypialnia Dermida znajdowała się na lewo, obok 

małego pokoju dziecinnego i sypialni Artura. Pokój 
Jacka,  duża  łazienka  i  pokój  gościnny  były  po 
prawej stronie korytarza. 

Dermid  otworzył  drzwi  pokoju  gościnnego  i 

wpuścił  Lacey  do  środka.  Podszedł  do  łóżka, 
postawił obok walizkę. Właśnie wtedy dobiegł ich z 
dołu dzwonek telefonu. 

-  Wybacz - powiedział. - Muszę 
odebrać. 
Nie czekając na jej odpowiedź, wyszedł. 
Kilka  razy  spała  w  tym  pokoju,  jeszcze  za  życia 

Alice. 

Wtedy 

na 

Lacey 

czekała 

czysta, 

wykrochmalona pościel, wazon ze świeżymi, słodko 
pachnącymi kwiatami, stos magazynów i książek, a 
nawet  miętowa  czekoladka  na  poduszce.  Wszystko 
na swoim miejscu... 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

73 

Alice była idealną gospodynią. 
Lacey skrzywiła się i rozejrzała po sypialni. Pokój 

nie był od dawna wietrzony, meble pokrywała gruba 
warstwa kurzu, również dywan nie prezentował się 
najlepiej.  Patrząc  na  goły  materac  i  cztery  poduszki 
w  granatowo-białe  pasy,  Lacey  miała  ochotę 
przenieść się do najbliższego motelu. 

Z ciężkim westchnieniem rzuciła skórzaną torbę na 

łóżko.  Umowa  to  umowa.  Obiecała  Dermidowi,  że 
zostanie tutaj do rozwiązania, i dotrzyma słowa. 

Podeszła  do  okna,  otworzyła  je  na  oścież  i 

nabrała w płuca świeżego powietrza. 

-  Dobra, już jestem. 
Odwróciła  się  i  zobaczyła  Dermida  z  pościelą. 

Położył wszystko na komodzie, wzbijając przy tym 
tuman  kurzu.  Otworzył  szafę  i  wyciągnął  kolorową 
kołdrę. Rzucił ją na łóżko i powiedział: 

-

 

Pościelisz później. Rozpakuj się i zejdź na dół. 

Zrobię ci kawy. 

-

 

Skończyłam z kawą, ale chętnie napiję się herbaty. 

-

 

Jasne. 

Znowu  wyszedł,  jakby  nie  mógł  zbyt  długo 

przebywać w jej towarzystwie. Zachowywał się dość 
przyjaźnie, ale może tylko udawał? Może nadal tak 
bardzo  jej  nie  lubił,  że  wolał  nie  przebywać  z  nią 
sam na sam w tym samym pomieszczeniu. 

Bijąc się z myślami, przeszła do łazienki, by umyć 

ręce. W progu stanęła jak wryta. 

Wilgotne  ręczniki  leżały  na  podłodze,  woda 

kapała z niedokręconego kranu, pusty pojemnik na 
papier toale- 

background image

74 

GRACE GREEN 

to  wy  leżał  na  umywalce.  Wyschnięte  i  popękane 
mydło świadczyło dobitnie o tym, jak małą wagę jej 
siostrzeniec  i  jego  ojciec  przykładają  do  higieny 
osobistej. 

Przebrnęła  przez  ręczniki  i  krzyknęła,  gdy  wielki 

jak  spodek  pająk  przebiegł  po  jej  bucie.  Drżąc 
cała, uciekła z powrotem do sypialni. 

Nie  spodziewała  się,  że  dom  będzie  w  takim 

stanie,  w jakim utrzymywała go Alice, ale to, co tu 
zastała,  przerosło  jej  najśmielsze  wyobrażenia. 
Dermid  mógł  przynajmniej  posprzątać  na  jej 
przyjazd!  Nie  wyobrażał  sobie  chyba,  że  będzie 
mieszkała  w  takich  warunkach!  Trzeba  coś  z  tym 
zrobić. 

Wyprostowała się i zeszła na dół do kuchni. 
W czajniku bulgotała woda. Kuchnia była pusta. 
Lacey  wyszła  przez  otwarte  tylne  drzwi  i 

zobaczyła  Dermida  na  podwórku.  Stał  parę  metrów 
dalej,  przy  ogrodzie,  a  raczej  przy  tym,  co  z  niego 
zostało  -  plątaninie  chwastów  i  zdziczałych, 
uschniętych roślin. 

Już  chciała  zawołać  szwagra,  ale  słowa  zastygły 

na  jej  ustach.  Wyglądał  tak  bezradnie.  Bezsilny, 
samotny, zagubiony. Słyszała, jak głośno westchnął. 
Przeczesał dłonią włosy. 

I  poczuła,  jak  jej  serce  wyrywa  się  do  niego.  Tak 

bardzo chciała go pocieszyć... 

Umiała  sobie  wyobrazić,  o  czym  teraz  myślał: 

„Gdyby Alice tu była... Gdyby to ona urodziła nasze 
dziecko... Gdyby... gdyby...". 

Do  oczu  niespodziewanie  napłynęły  jej  łzy. 

Pospiesznie wróciła do kuchni. 

Jej obecność na ranczu musiała być dla Dermida 
trudna 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

7

do zniesienia. W każdym razie Lacey nie zamierzała 
stać  się  dla  niego  ciężarem  ani  przysparzać  mu 
zmartwień. 

Czajnik zagwizdał głośno, potem usłyszała w sieni 

kroki Dermida. 

Wybiegła  z  kuchni  i  wróciła  na  górę.  Nie 

chciała,  by  się  domyślił,  że  widziała  go  w  chwili 
słabości. 

Gdy  po  pięciu  minutach  zeszła  ponownie  do 

kuchni,  Dermid  właśnie  parzył  herbatę.  Na  dworze, 
gdzieś  niezbyt  daleko,  Jack  krzykiem  próbował 
nakłonić psa do aportowania patyka. 

-

 

Powiedziałeś Jackowi o dziecku? - 

zapytała. Spojrzał na nią znad paczki 
herbatników. 
-

 

Ustaliliśmy przecież, że zrobimy to później. 

-

 

Tak tylko spytałam. 

 

-

 

Powiem  mu,  kiedy  nadejdzie  właściwy 

moment.  -Nalał  jej  herbaty  do  ciężkiego 
fajansowego kubka. -Z czym pijesz? 

-

 

Tylko  z  cytryną.  -  Otworzyła  lodówkę  i 

wzdrygnęła  się  z  obrzydzenia.  Fuj,  same  tłuste, 
bogate  w  cholesterol  świństwa.  W  dodatku 
poupychane  bez  ładu  i  składu  na  półkach.  Aż 
dziw, że lodówka nie jęczała w proteście. 

Ani śladu cytryny, w ogóle żadnych owoców i 
warzyw. 
-

 

Gdzie trzymasz zieleninę? - zapytała na wszelki 

wypadek. 

-

 

Skończyła  się.  -  Upił  łyk  herbaty.  -  Centrum 

handlowe  jest  kilka  kilometrów  stąd.  Robimy  tam 
zakupy raz w miesiącu. 

Usiadła  na  krześle  i  ostrożnie  położyła  ręce  na 

pochlapanym blacie stołu. 

background image

76 

GRACE GREEN 

-

 

Chcesz, żebym robiła zakupy albo wykonywała 

inne prace domowe? Czego ode mnie oczekujesz? 

-

 

Nie zastanawiałem się nad tym. Nie wybiegałem 

myślą  tak  daleko  w  przyszłość.  Chcę  tylko,  byś 
dobrze się odżywiała,  chodziła  wcześnie  spać, dużo 
spacerowała po świeżym powietrzu i... 

-

 

Wiem,  jak  dbać  o  własne  zdrowie,  nie  musisz 

mnie  pilnować.  Porozmawiajmy  lepiej  o  moich 
obowiązkach domowych. 

-

 

Myślałem,  że  będzie  tak  jak  wtedy,  gdy 

przyjeżdżałaś w odwiedziny do Alice. Po prostu nic 
nie robiłaś... 

-

 

Wtedy Alice prowadziła dom, ale teraz panuje 

tu  potworny  bałagan.  Dobry  Boże,  jeśli  nie  masz 
czasu sprzątać, powinieneś kogoś wynająć... 

-

 

Mowy  nie  ma.  Nie  pozwolę  na  to,  aby  ktoś 

obcy  kręcił  się  po  domu.  Poza  tym  prowadzenie 
domu  to  nic  strasznego.  Tak  zawsze  mówiła  Alice. 
Do licha, nie tylko zajmowała się gospodarstwem, ale 
ponadto  opiekowała  się  dzieckiem,  przędła  wełnę  i 
robiła zarobkowo na drutach. 

-

 

Nie  jestem  Alice.  Jestem  sobą  i  szorowanie 

podłóg nie leży w mojej naturze. 

-

 

Fakt  -  odparł  z  leniwym  uśmiechem.  -  W 

twojej  naturze  leży  pozowanie  do  zdjęć.  Ale  jeśli 
nie  chcesz  nic  robić  w  domu,  w  porządku.  Ta 
odrobina kurzu nas nie zabije. 

-

 

A co z posiłkami? 

-

 

Dopilnuję,  byś  zjadała  trzy  solidne  posiłki 

dziennie. Możesz dla siebie gotować, jeśli nie będzie 
ci  smakować  to,  co  przygotuję  dla  pozostałych 
domowników. 

-

 

A w czym się specjalizujesz? 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

77 

-  Hamburgery,  pizza,  wołowa  mielonka  z 

makaronem, mrożonki... 

Przeszył ją dreszcz. Ostrożnie skosztowała 
herbaty. To była herbata? Boże, smakowało jak 
smoła! Odsunęła kubek i wstała. 
-

 

Pojadę po zakupy. Będę wdzięczna, jeśli zrobisz 

dla  mnie  trochę  miejsca  w  tej  załadowanej 
cholesterolem  lodówce.  A  przy  okazji  -  dodała 
ż

artem - kupić ci coś? Kilo słoniny,  wiadro  lodów 

albo sernik? 

-

 

Nie  potrzebuję  słoniny,  ale  lody  i  sernik 

brzmią nieźle. Zjemy na deser po kolacji. 

Wracając  do  pokoju  po  torebkę,  Lacey  wzniosła 

oczy  do  nieba.  Lody  i  sernik!  Ten  facet  wziął  jej 
złośliwość za dobrą monetę! 

-  Tato, kiedy wróci ciocia Lacey? 
Dermid lubił przyrządzać potrawy na grillu przez 

cały rok. W zależności od pogody razem z Jackiem i 
Arturem  jadali  albo  przy  stole  piknikowym,  albo  w 
kuchni.  Dzisiaj,  ponieważ  wiatr  nieco  ucichł, 
postanowili z Jackiem zjeść na dworze. 

-  Kto  wie?  -  odparł  pochylony  nad  grillem,  na 

którym piekły się hamburgery. 

On też chciałby poznać odpowiedź na to pytanie. 

Cotygodniowe  wyprawy  Artura  do  centrum 
handlowego  trwały  jakieś  trzydzieści  minut.  Lacey 
nie było już ponad dwie godziny. I nie podobało mu 
się to. Nosiła w sobie jego dziecko, chciał wiedzieć, 
gdzie jest i co porabia. 

-

 

Czy hamburgery są już gotowe, tato? 

-

 

Tak. Możesz przynieść bułki? 

background image

78 

GRACE 
GREEN
 

-  Jasne. 

Ubrany  w  ciepłą  czerwoną  kurtkę  i  dżinsy  Jack 

podbiegł do drzwi patio i wszedł do domu. 

Dermid  odprowadził  go  wzrokiem.  Tak  bardzo 

kochał tego chłopca, że czasami aż go to przerażało. 

Za  parę  miesięcy  w  domu  pojawi  się  następna 

istota do kochania, mała dziewczynka. Może będzie 
miała -złote włosy jak jej matka, może będzie miała 
jej  owal  twarzy,  może  nawet  piegowaty  nosek  i 
dołeczki pojawiające się przy uśmiechu... 

Oby,  bo  od  śmierci  Alice  upłynęły  trzy  lata  i  z 

każdym  mijającym  dniem  rysy  twarzy  żony 
zacierały  się  coraz  bardziej  w  jego  pamięci.  Nie 
opuszczało go bolesne poczucie straty. 

Jednak  o  wiele  gorsze  od  poczucia  straty  było 

skrywane  głęboko  poczucie  winy,  bo  w  jego  serce 
wkradały się teraz inne obrazy. 

Piękna i niedostępna Lacey... 
Dermid  ze  złością  zmarszczył  czoło.  Nie  chciał 

myśleć  o  Lacey.  Pociągała  go,  lecz  jakoś  sobie  z 
tym poradzi. 

-  Tato, przypalasz hamburgery! 

Ocknął  się  i  przełożył  kotlety  na  talerz,  zanim 

zamieniły się w zwęgloną masę. 

-

 

Dzięki, Jack. W samą porę. 

-

 

Ciocia  wróciła.  Kiedy  byłem  w  kuchni, 

widziałem jej samochód. 

Scamp  też  musiał  usłyszeć  auto,  bo  wyskoczył 

spod cedrowego stołu i zaszczekał ostro. 

-  Pomogę  jej  wnieść  zakupy  -  powiedział 

Dermid. 

Może 

dokończysz 

przyrządzać 

hamburgery? 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

79 

-

 

Dla cioci też? 

-

 

Wątpię, by zjadła, ale na wszelki wypadek... 

-

 

Co mam włożyć do środka? 

-

 

To samo, co dla nas. Niech się pomęczy. Dermid 

obszedł dom dokoła i zdążył zobaczyć, jak Lacey 
otwiera bagażnik. Miała wspaniałe włosy i bardzo 
zgrabne, długie nogi. 

Rozeźlony na siebie za te myśli, krzyknął: 
-  Co tak długo?! 
-  Coś 

mnie 

zatrzymało 

powiedziała 

przytłumionym  głosem.  Chwyciła  dwie  torby, 
wyprostowała się i odwróciła do niego. 

Kiedy  zobaczył  jej  twarz,  aż  sapnął  z  gniewu. 

Lacey była bardzo blada, miał zadrapany policzek i 
wyraźnie spuchniętą górną wargę. I krwistoczerwone 
plamy na śnieżnobiałym kołnierzyku koszuli. 

-  Co, do diabła, wyprawiałaś? - zapytał ponuro. 

background image

ROZDZIAŁ  SIÓDMY 

Lacey  była  bliska  płaczu.  Gniew  w  oczach 

Dermida  jeszcze  bardziej  wyprowadził  ją  z 
równowagi. 

-  Odstaw  te  torby  -  warknął,  nie  dając  jej  czasu 

na  odpowiedź.  Wyrwał  jej  zakupy  i  rzucił  z 
powrotem do bagażnika. 

Poprowadził ją do kuchni i posadził na krześle. 

-

 

Teraz opowiedz dokładnie, co się stało! 

-

 

Miałam 

wypadek 

na 

parkingu. 

Po... 

potknęłam  się  i  upadłam,  gdy  wracałam  do 
samochodu. 

-

 

Musi obejrzeć cię lekarz. 

-

 

Poszłam  do  punktu  medycznego.  Lekarz 

przemył  mi  twarz  i  powiedział,  że  powinno  się 
ładnie  zagoić.  -  Zanim  zdążyła  powiedzieć,  że  z 
dzieckiem  wszystko  w  porządku,  Dermid  znów 
warknął: 

-

 

A dziecko? 

-

 

Nic mu nie będzie. To nie był  groźny upadek, 

Dermid. Nie spadłam ze schodów ani... 

-

 

Wyglądasz, jakbyś spadła! Jak mogłaś być tak 

cholernie nieostrożna?! 

Gdyby  był  dla  niej  miły,  natychmiast  by  się 

rozpłakała.  I  wtedy  chyba  wyznałaby  mu,  co  się 
naprawdę  wydarzyło.  O  tym,  jak  maluch  wbiegł 
prosto pod koła ciężarówki i gdyby nie ona, gdyby 
nie skoczyła za nim... 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

8

1 

Wstała. 

-

 

Idę na górę, muszę się przebrać. 

-

 

Zrobię  ci  herbaty  -  powiedział  chłodno  i 

odwrócił się do niej plecami, nie kryjąc wrogości. 

Uparty  osioł.  Zaproponował  herbatę,  ale 

zapomniał  o współczuciu. To słowo nie istniało  w 
jego słowniku. 

Zza  otwartego  okna  dolatywała  smakowita  woń 

hamburgerów.  Lacey  westchnęła.  Ślina  pociekła  jej 
do  ust.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  jaka  jest  głodna. 
Miała zamiar zrobić sobie sałatkę na kolację, ale.. 

-

 

Tato! - zawołał z dworu Jack. - Kiedy 

przyjdziesz? 
-

 

Za chwilę, tylko wypakuję zakupy. 

Idąc na górę, Lacey usłyszała telefon. Zadzwonił 

parę razy, nim Dermid odebrał. 

-  McTaggart - rzucił do słuchawki. 
Więcej nie usłyszała. 
Przebrała  się  w  kaszmirowy  golf  i  ciepłe 

wełniane  spodnie.  Namoczyła  koszulę  w  zimnej 
wodzie, a potem zeszła na dół. 

W kuchni było cicho, sądziła, że Dermid wyszedł 

na patio. On jednak stał odwrócony do niej plecami 
i  wpatrywał  się  w  wiszącą  na  ścianie  fotografię 
Alice. 

Lacey  poczuła  się  jak  intruz.  Podczas  gdy 

zastanawiała  się,  co  robić,  chyba  wyczuł  jej 
obecność, bo odwrócił się powoli. 

Jego oczy miały dziwny wyraz. 
-  Nie najlepiej mi idzie, prawda? - zapytał. 
Zdała sobie sprawę, że to jemu należy współczuć. 

I była gotowa to uczynić. 

-  Dermid, to wymaga czasu. - Podeszła do niego 
nie- 

background image

82 

GRACE GREEN 

ś

miało.  -  To  dopiero  trzy  lata,  i  tak  świetnie  sobie 

radzisz.  Nie  stałeś  się  odludkiem,  nie  zerwałeś 
kontaktów z naszą rodziną. 

-

 

Nie  mówię  o  Alice,  tylko  o  tobie.  O  tym,  jak 

cię traktuję. Wynajduję same wady. 

-

 

Dermid... 

-

 

Właśnie dzwonił Alan Naslund. Uratowałaś jego 

synka, chciał ci podziękować. 

-

 

Czy  z  małym  wszystko  w  porządku?  Co 

powiedział lekarz? 

-

 

Zdrów jak ryba - odparł Dermid ostro. - Lacey, 

dlaczego mi nie powiedziałaś? 

Poczuła szczypanie pod powiekami. Gdy poleciały 

łzy,  urwała  kawałek  papierowego  ręcznika  i 
zażenowana wytarła oczy. 

-

 

Bo  wiedziałam,  że  jeśli  usłyszę  od  ciebie  miłe 

słowo, to się całkiem rozkleję! 

-

 

Nie  widziałem  jeszcze,  żebyś  płakała.  No,  a 

trzeba  przyznać,  że  rzadko  kiedy  bywałem  wobec 
ciebie uprzejmy. Nie najlepiej to o mnie świadczy. 

Był  taki  bezradny  i  zawstydzony,  zapragnęła  go 

objąć i pocieszyć. 

-

 

Alice  nie  lubiła,  kiedy  kłóciliśmy  się  - 

powiedziała  tylko.  -  Czy  tak  musi  być,  Dermid? 
Wiem, że mnie nie lubisz, nigdy mnie nie lubiłeś, 
ale... 

-

 

Lacey, ja... 

-

 

Szybko, tato! - zawołał Jack z patio. - Powiedz 

cioci, że jej hamburger jest gotowy! 

Dermid zamknął oczy i westchnął głęboko. 
-  Zrobiliśmy tyle, że dla ciebie też starczy, o ile 
masz 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

83 

ochotę  -  powiedział  pokojowo.  -  Jeśli  będzie  ci  za 
zimno na patio, to... 

Lacey  nie  miała  ochoty  rozmawiać  ani  o 

hamburgerach, ani o pogodzie. Chciała usłyszeć to, 
co  Dermid  zamierzał  jej  powiedzieć,  zanim 
przeszkodziło  mu  wołanie  Jacka.  Ale  ten  moment 
już przeminął. 

-

 

Spróbuję twojego hamburgera - powiedziała. 

-I  zjem  na  dworze.  Pójdę  po  kurtkę.  -  Westchnęła 
trochę żałośnie i ruszyła w stronę drzwi. 

-

 

Weź  jedną  z  moich.  -  Podszedł  do  wieszaka, 

podał  jej  pikowaną  kurtkę,  a  gdy  Lacey  zapinała 
suwak,  powiedział:  -  To  nieprawda,  że  cię  nie 
lubię.  -  Spojrzała  na  niego  zaskoczona,  więc 
szybko  dodał:  -  Skądże.  Przecież  w  ogóle  cię  nie 
znam! 

Bo  nigdy  nie  chciałeś  mnie  poznać,  pomyślała 

natychmiast,  ale  nie  mogła  wydobyć  z  siebie 
głosu.  Napięcie  w  jego  oczach  i  jego  niepokojąca 
bliskość sprawiały, że z trudem łapała oddech. 

-  Miałaś  szczęście,  że  nie  rozcięłaś  wargi  i  nie 

trzeba było zakładać szwów. A policzek jest tylko 
zadrapany. 

-  Zrobił  gest,  jakby  chciał  ją  pogłaskać.  - 
Powinien się niebawem zagoić. 

-  Tato! - Jack wpadł do kuchni. - Kiedy... Och! 

Co ci się stało, ciociu? 

Przez moment wydawało się, że Lacey i Dermid 

na  chwilę  znaleźli  się  w  innym  świecie.  A  potem 
czar prysł, a Dermid opuścił rękę. 

-  Twoja ciocia uratowała dziś życie małemu chłopcu 

-  wyjaśnił na pozór obojętnie i opowiedział Jackowi 
całą historię. 

background image

84 

GRACE GREEN 

-

 

Ojej, ciociu! - zawołał Jack, kiedy ojciec 

skończ - Jesteś bohaterką! Boli cię? 

-

 

Troszeczkę. 

-

 

Tata może pocałować, żeby nie bolało. 

Naprawdę je w tym dobry. Pokaż, tato. 

Lacey zdumiała się, gdy Dermid powiedział: 
-  Czemu nie? 
Chwycił ją za ramiona, schylił głowę i dotknął 

wargami jej policzka. A potem bardzo delikatnie 
musnął jej spuchniętą wargę. 

Było  to  coś  pośredniego  między  pieszczotą  a 

pocałunkiem,  jednak  trwało  dłużej,  niż  powinno. 
Czuła  siłę  jego  palców,  gdy  ścisnął  mocniej  jej 
ramię. 

-  Dobra - ucieszył się Jack i dodał niecierpliwie: 

- To zjedzmy wreszcie te hamburgery! 

Dermid  odsunął  się.  Wydawał  się  zaskoczony. 

Jakby czekoladka, którą ugryzł, miała zupełnie inne 
nadzienie,  niż  oczekiwał,  pomyślała  Lacey.  Koniak 
zamiast kokosa? Miętówka zamiast wiśni? Ulubiony 
smak, czy raczej znienawidzony? 

Dla  niej  ten  pocałunek  był  słodszy  od  najlepszej 

czekolady. I sprawił, że ugięły się pod nią kolana. 

Jakimś  sposobem  udało  jej  się  przywołać  na 

twarz figlarny uśmiech. 

-  Dziękuję  -  powiedziała  cicho.  -  Od  razu 

poczułam się lepiej. 

Chciała  uciec,  zanim  Dermid  zauważy  wypieki 

na jej policzkach, pozwoliła więc Jackowi chwycić 
się za rękę i pociągnąć na patio. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

85 

Pocałowanie jej było błędem. 

Atmosfera między nimi zawsze była napięta, teraz 

stała  się  wręcz  trudna  do  zniesienia.  Czuł  się  tak, 
jakby stąpał po lodowej tafli. Jeden fałszywy krok... i 
potem już tylko zimna otchłań. 

Czy Lacey czuła się tak samo? 
Pewnie  nie.  Zachowała  się,  jakby  ten  pocałunek 

jedynie  ją  rozbawił.  Z  jej  punktu  widzenia  nawet 
trudno  było  to  nazwać  pocałunkiem!  Obracała  się 
w  wielkim  świecie  i  bez  wątpienia  spotykała  się  z 
wieloma wyrafinowanymi mężczyznami. 

Cóż, on z pewnością nie zamierzał romansować 

ze  swoją  szwagierką.  Ostatnia  rzecz,  jakiej  pragnął, 
to angażować się w jakikolwiek związek. Jednak nie 
mógł zaprzeczyć, że bliskość Lacey rozbudziła w nim 
pożądanie, o istnieniu którego już prawie zapomniał. 
Trzy  samotne  lata  sprawiły,  że  stałem  się  bardziej 
wyczulony na kobiecą urodę, tłumaczył sobie, i tyle. 
Teraz  muszę  się  skoncentrować  na  innych 
sprawach.  Na  przykład  powinienem  wreszcie 
wypakować te cholerne zakupy. 

Gdy  skończył,  wyszedł  na  dwór  zdecydowany 

ignorować Lacey. 

Jednak  kiedy  ją  zobaczył,  nie  mógł  oderwać  od 

niej  oczu.  Oparta  łokciami  o  piknikowy  stół, 
wbijała zęby w hamburgera z zapałem, który nieco 
zadziwił Dermida. 

-

 

Pyszota! - wymamrotała, wzdychając z zachwytem. 

-

 

Jordan  przysięga,  że  odżywiasz  się  wyłącznie 

sałatą - powiedział zaskoczony. 

Uśmiechnęła się, a jej zielone oczy błysnęły filuternie. 
-  Jordan lubi ze mnie żartować. - Zlizała sos z kciuka. 

background image

86 

GRACE 
GREEN 

-  Muszę  uważać  na  to,  co  jem,  ze  względu  na 
pracę. Jedynie od czasu do czasu pozwalam sobie na 
szaleństwo.  Ale  tylko  wtedy,  gdy  wiem,  że  warto. 
Twoje hamburgery... - ugryzła następny kawałek - 
...są tego warte. 

Jack i Artur zawsze pochłaniali jego hamburgery z 

wilczym  apetytem,  ale  nigdy  nie  szafowali 
pochwałami.  Komplement  Lacey  sprawił,  że 
Dermidowi zrobiło się cieplej na sercu. 

Lacey  zaproponowała,  że  przyniesie  deser.  Gdy 

wróciła z pełną tacą, Dermid znów nie mógł oderwać 
od  niej  oczu.  Podała  czekoladowe  ciasto  z  lodami. 
Najpierw  Jackowi,  który  siedział  na  huśtawce...  A 
potem jemu. 

Stał  oparty  o  drewnianą  balustradę  okalającą 

patio,  ale  wyprostował  się,  gdy  brał  od  Lacey 
talerzyk. 

-

 

Dziękuję. 

-

 

Nie ma za co. 

-

 

Ty nie jesz? 

Włożyła ręce do kieszeni kurtki. 
-

 

Nie.  Pochłonęłam  już  wystarczającą  ilość 

kalorii. Może jutro. 

-

 

Niedługo  przybierzesz  na  wadze,  czy  tego 

chcesz, czy nie. 

-

 

To co innego. 

Nadział na widelec kawałek ciasta i wyciągnął w 

jej stronę. 

-

 

Chcesz spróbować? - zaproponował. 

-

 

Nie.  Jeśli  chodzi  o  czekoladę,  to  wyznaję 

zasadę: wszystko albo nic! 

Myślał,  że  odejdzie,  ale  oparła  się  o  balustradę 

obok niego i zapatrzyła w horyzont. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

87 

-

 

Jak tu spokojnie. 

-

 

Tęsknisz za miastem? 

-

 

Jestem  stworzona  do  miejskiego  życia. 

Podnieca  mnie  ruch  i  gwar  w  ciągu  dnia,  feeria 
ś

wiateł  w  nocy.  -Rozejrzała  się  dokoła.  Z  jednej 

strony  ciągnęły  się  pastwiska,  z  drugiej  rosły 
wysokie  drzewa.  -  Tutaj  odczuwam  niepokój, 
jakbym  wciąż  próbowała  ustalić,  czego  mi  brakuje. 
To nie jest mój świat. - Zatoczyła krąg ręką. 

-

 

Ż

ałujesz  swojej  decyzji?  -  zapytał,  patrząc  na 

jej brzuch. 

-

 

Nie.  Przecież  klamka  już  zapadła.  Jestem 

gotowa  zrezygnować  z  kariery  na  tak  długo,  jak 
będzie  trzeba.  -  Podniosła  oczy,  by  śledzić  lot 
jastrzębia  szybującego  nad  pobliskimi  drzewami.  - 
Alice zrobiłaby dla mnie to samo. 

-

 

Tak, z pewnością. 

Jack dojadł deser, podszedł do stołu i odstawił talerzyk. 

Tato, czy możemy iść sprawdzić, co z 

Sunflower? 
Sunflower, złotobrązowa lama, miała lada chwila 
zostać mamą. 

-  Dobrze,  synu.  -  Dermid  dokończył  ciasto  i 

postawił swój talerz na talerzu Jacka. - Idziemy. 

Gdy  Jack  pobiegł  za  Scampem,  Dermid  zwrócił 

się do Lacey. 

-  Mamy  taką  zasadę,  że  kto  gotuje,  ten  nie 

zmywa. W porządku? 

Spojrzała 

na 

stół 

zastawiony 

brudnymi 

naczyniami. 

Lekko 

się 

wzdrygnęła, 

ale 

powiedziała: 

-

 

W porządku. 

-

 

Nie  zawracaj  sobie  głowy  grillem  -  rzucił 

wielkodusznie. - To należy do moich obowiązków. 

background image

88 

GRACE 
GREEN
 

Poszedł  za  Jackiem,  choć  wolałby  zostać.  I  to 

budziło  w  nim  niepokój.  Zazwyczaj  zbliżający  się 
poród  lamy  czy  alpaki  był  dla  niego  sprawą 
najważniejszą  i  nie  mógł  się  skoncentrować  na 
niczym  innym.  A  teraz,  mimo  że  Sun-flower 
faktycznie  zaczęła  rodzić,  myślami  wciąż  był  przy 
Lacey.  Zapomniał  o  niej,  dopiero  gdy  wystąpiły 
komplikacje. 

Z telefonu w oborze zadzwonił do weterynarza, a 

potem odesłał Jacka do domu. 

-

 

Tata nie pozwala mi patrzeć, kiedy są kłopoty - 

wyjaśnił  Jack  Lacey.  -  Mówi,  że  jestem  jeszcze  za 
mały.  Ale  będę  tam  mógł  wrócić,  kiedy  młode  już 
się urodzi. Widziałaś kiedyś nowo narodzoną lamę, 
ciociu? 

-

 

Nie.  -  Lacey  owinęła  resztki  czekoladowego 

tortu przezroczystą folią i schowała do lodówki. 

-

 

Są  niesamowite!  -  Jack  stał  przy  kuchennym 

oknie i patrzył na podjazd. -1... o, jest Abigail! 

-

 

Kto to jest Abigail? 

-

 

Nasza pani weterynarz. Zobacz. 

Lacey zdążyła dostrzec dobrze zbudowaną młodą 

kobietę  z  płomieniście  rudymi  włosami,  idącą  w 
stronę  obory.  Ubrana  w  dżinsy  i  kraciastą  koszulę, 
wydawała się czuć w tutejszym otoczeniu jak ryba 
w wodzie. 

-  Myślę,  że  Abby  lubi  tatę  -  powiedział  Jack.  - 

On ją też lubi. Może nawet się z nią ożeni. Słyszałem, 
jak  mówił  do  Artura,  że  byłaby  świetną  żoną  dla 
ranczera. 

Kobieta  znikła  w  oborze,  nim  Lacey  miała 

okazję lepiej się jej przyjrzeć. Jakby odgadując jej 
myśli, Jack dodał nieoczekiwanie: 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

89 

-  Artur  powiedział,  że  to  najładniejsza  pani 

weterynarz, jaką kiedykolwiek widział! 

Lacey  nigdy  nie  przyszło  do  głowy,  że  w  życiu 

Dermida  może  być  jakaś  kobieta.  Cóż,  ostatecznie 
zdrowy i młody mężczyzną ma pewne potrzeby. Nie 
może do końca życia rozpaczać po stracie żony. 

Jeśli jednak ta kobieta miała być następną panią 

McTaggart,  zostanie  nie  tylko  macochą  Jacka,  ale 
także mamą dziecka, które urodzi Lacey. 

I Lacey poczuła niepokój. 

By  odegnać  takie  myśli,  skoncentrowała  się  na 

zmywaniu. Większość naczyń włożyła do zmywarki, 
jednak  niektóre  musiała  umyć  sama.  Po  nieudanym 
poszukiwaniu  gumowych  rękawic,  zanurzyła  gołe 
dłonie  w  gorącej  wodzie  z  detergentem,  czego  nie 
robiła od lat. 

Jack gadał, gdy zmywała, i gadał, gdy sprzątała z 

grubsza 

kuchnię. 

Należałoby 

właściwie 

wyszorować  szafki  i  podłogę,  jednak  Lacey  nie 
miała zamiaru aż tak się poświęcać. 

Kiedy skończyła, zadzwonił telefon. 
Jack pobiegł odebrać. 

-

 

Lama  się  urodziła!  -  powiedział,  odkładając 

słuchawkę. - Chodź, ciociu, musisz ją zobaczyć! 

-

 

Nie sądzę... 

-

 

Chodźmy. - Chwycił ją za rękę. 

Lacey  poczuła  się  nieswojo.  Nie  przepadała  za 

takimi rozrywkami, ale chciała zobaczyć Abigail. W 
końcu  być  może  ta  kobieta  będzie  wychowywać 
dzieci Alice. 

Pozwoliła Jackowi wyciągnąć się na dwór. 
Kiedy doszli do drzwi obory, Jack ruszył przodem. 

background image

90 

GRACE 
GREEN 

Było  ciemno  i  brudno.  Dermid  stał  z  rękami  na 

biodrach,  odprężony,  wpatrzony  w  malutką  lamę. 
On  i  Abigail  uśmiechnięci  obserwowali,  jak 
maleństwo próbowało stanąć na drżących nóżkach. 

-

 

Chodź, ciociu! 

-

 

Hej!  -  zawołał  Dermid.  -  Chodź,  poznaj 

najnowszego członka rodziny. 

Lacey dołączyła do nich. Abigail zlustrowała ją od 

stóp do głów. Naprawdę była bardzo ładna. 

-  Lacey,  to  nasza  pani  weterynarz,  Abby 

0'Donnell  -  odezwał  się  Dermid.  -  Abby,  to  moja 
szwagierka, Lacey Maxwell. 

Abby przywitała się z nią przyjaźnie. 

-

 

Cześć, Lacey. 

-

 

Miło  cię  poznać,  Abby.  -  Lacey  czuła  na  sobie 

wzrok  Dermida.  Ciekawe,  czy  właśnie  porównywał 
ją  z  Abigail.  Musiała  wyglądać  śmiesznie  w 
kaszmirowym  swetrze,  kosztownych,  wełnianych 
spodniach i eleganckich, włoskich butach. Zupełnie 
nie na miejscu. 

-

 

Cieszę  się,  że  wszystko  poszło  dobrze  - 

szepnęła, wyraźnie zmieszana. 

-

 

Były  komplikacje  -  powiedział  Dermid.  - 

Sunflo-wer jest taka drobna. 

Lacey  zobaczyła,  jak  matka  szturcha  nosem 

lamiątko,  zachęcając  je  do  zrobienia  pierwszego 
kroku. 

-

 

Jak je nazwiemy, tato? - zapytał Jack. 

-

 

Niech ciocia coś wymyśli. 

Wszyscy  spojrzeli  na  Lacey,  która  zastanawiała 

się przez chwilę. 

-  Może Topaz? - zaproponowała w końcu. - To 
po- 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

91 

dobno 

szczęśliwy 

kamień 

dla 

wszystkich 

urodzonych w listopadzie. 

-

 

Podtoba  mi  się.  -  Jack  pokiwał  z  zapałem 

głową. -Tato? Abłby? 

-

 

Wspaniale - powiedział Dermid. 

-  Świetnie! - pochwaliła Abby. 
Niedługo potem Abigail 
odjechała. 
Dermicd  musiał  zostać  przy  zwierzętach,  a  Jack  i 

Lacey  wrócili  dco  domu,  tak  więc  Lacey  zobaczyła 
Dermida  dopiero  późmym  wieczorem,  gdy  Jack 
poszedł już spać. Była w kuchni i podgrzewała kubek 
mleka  w  kuchence  mikrofalowej,  kiedy  Dermid 
stanął  w  progu.  Wraz  z  nim  do  środka  wtargnęło 
mroźne powietrze. 

-

 

Jeszcze  się  nie  położyłaś?  -  zapytał  nieco 

zdziwiony. - Myślałeem, że już dawno śpisz. 

-

 

Zaraz  idę  -  odparła.  -  Zostałam,  bo  chcę  cię  o 

coś zapytać. 

O co? 

-

 

O twoją panią weterynarz. 

-

 

Co z nią? 

-

 

Jack  myśli,  że  ożenisz  się  z  Abby.  Jeśli  tak,  to 

chyba powinnam o tym wiedzieć, bo w końcu osoba, 
która zostanie twoją żoną, będzie nie tylko macochą 
Jacka, ale zajmie się też wychowaniem tego dziecka. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

-

 

Jack się myli - powiedział Dermid. - Nie mam 

zamiaru żenić się z Abby 0'Donnell. 

-

 

No,  niekoniecznie  musisz  się  z  nią  żenić.  W 

dzisiejszych czasach wiele par żyje ze sobą bez... 

-

 

Lacey,  Abigail  jest  zaręczona  z  Markiem 

Manleyem,  miejscowym  ranczerem.  Co,  do  diabła, 
strzeliło Jackowi do głowy? 

-

 

Usłyszał,  jak  mówiłeś  do  Artura,  że  Abby 

byłaby świetną żoną dla ranczera - wyjaśniła. - No i 
od razu pomyślał o tobie. 

-

 

Ma  zbyt  bujną  wyobraźnię.  -  Podszedł  do 

zlewu  i  odkręcił  gorącą  wodę.  Myjąc  ręce, 
oświadczył: - Nie zamierzam ponownie się żenić. 

-

 

I będziesz sam wychowywał dwoje dzieci? 

-

 

Już o tym rozmawialiśmy. Znasz moje plany. - 

Zdjął  ręcznik  z  wieszaka  i  odwrócił  się  do  niej.  - 
Poradziłem sobie z wychowaniem Jacka po śmierci 
Alice,  poradzę  sobie  z  jego  siostrą.  Nie  będę 
pierwszym samotnym ojcem na świecie. 

-

 

Czy to w porządku? Dziewczynka nie powinna 

dorastać bez matki. 

Rzucił ręcznik na blat. 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

9

3 

-

 

A czy to w porządku, że Alice nie zobaczy, jak 

dorastają jej dzieci? 

-

 

Oczywiście, że nie, ale.. 

-

 

Słuchaj,  Lacey, podjęcie  decyzji  o narodzinach 

tego  dziecka  było  najtrudniejszą  rzeczą  w  moim 
ż

yciu.  -  Podszedł  do  lodówki.  -  Jasne,  nie  mogę 

przewidzieć wszystkich problemów, które wynikną. 
Jakoś  sobie  z  nimi  poradzę  i  byłbym  wdzięczny, 
gdybyś nie kreśliła czarnych scenariuszy... 

-

 

Wybacz - przeprosiła. 

-

 

Grzeczna  dziewczynka  -  pochwalił.  Otworzył 

drzwi  lodówki  i  zajrzał  do  środka.  -  Odwaliłaś 
kawał niezłej roboty. 

Gdyby  Alice  żyła,  nie  bacząc  na  późną  porę,  na 

pewno przyrządziłaby posiłek dla swojego męża. Ale 
Dermid  nie  jest  moim  facetem,  pomyślała  Lacey. 
Nie będę go obsługiwać! Nie ma mowy! 

-  Idę do łóżka - oznajmiła, powstrzymując 
ziewanie. 
Spojrzał na nią z roztargnieniem. 
-  Do  zobaczenia  rano  -  powiedział  i  ponownie 

zaczął badać wnętrze lodówki. 

Jak na ironię poczuła złość, że nie poprosił jej o 

przygotowanie  posiłku.  Nawet  nie  przyszło  mu  to 
do głowy. 

-  Dobranoc  -  powiedziała  i  poszła  na  górę, 

mocno po irytowana. Na siebie. 

Ostatnia  rzecz,  jakiej  pragnęła,  to  stać  się 

niewolnicą  szwagra.  Dlaczego  zatem  nagle 
pożałowała,  że  nie  jest  mistrzynią  patelni  i  nie 
potrafi  w  mgnieniu  oka  przyrządzić  pożywnego  i 
smakowitego dania? 

background image

94 

GRACE 
GREEN
 

Następnego ranka Artur wrócił na ranczo. 
Zajrzał  do  kuchni,  kiedy  Lacey  i  Jack  jedli 

ś

niadanie.  Na  widok  Lacey  przystanął  w  progu. 

Potem  ściągnął  z  głowy  znoszony  kapelusz  i 
uśmiechnął się nieśmiało. 

-

 

Witam,  panno  Maxwell.  Przepraszam,  że 

przeszkadzam, ale szukam szefa. 

-

 

Karmi  zwierzęta  -  wyjaśnił  Jack.  -  Arturze, 

Sunflo-wer  ma  już  małe.  Ciocia  Lacey  nazwała  je 
Topaz. - Wkładając ostatnią łyżkę owsianki do buzi, 
odsunął  krzesło  od  stołu.  -  Chodźmy.  Musisz 
zobaczyć. 

Artur popatrzył z powagą na Lacey. 

-

 

Wybaczy nam pani, panno Maxwell? 

-

 

Mów mi po imieniu, Arturze. - Również wstała 

od  stołu.  -  Poznamy  się  lepiej  w  ciągu  tych  kilku 
miesięcy, więc tak będzie prościej. 

-

 

Jak pani sobie życzy. 

-

 

Lacey. 

-

 

Dobrze, Lacey. 

-

 

Chodź, Arturze. - Jack już stał przy drzwiach. 

Po  ich  wyjściu  Lacey  wstawiła  naczynia  do 

zmywarki  i  sprzątnęła  kuchnię.  Potem  zaczęła  się 
zastanawiać,  co,  do  licha,  ma  robić  przez  resztę 
dnia. Przeszła do salonu. 

Nieuprzątnięty  popiół  w  kominku.  Wszystko 

pokryte  grubą  warstwą  kurzu.  Brudne  kubki  i 
szklanki po piwie przy palenisku. Stos starych gazet 
na otomanie. 

Pies  chrapał  na  nieodkurzanym  od  dawna 

dywanie  w plamie bladego zimowego słońca, które 
wpadało przez brudne szyby. 

Ze zmarszczonym czołem zrobiła inspekcję reszty 
do- 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

95 

mu  i  wszędzie  znalazła  te  same  oznaki 
zaniedbania. Zaczęła sprzątanie od łazienki... 

Przed  śniadaniem  wyszorowała  prysznic  i  jedną  z 

umywalek,  rozłożyła  na  półce  swoje  rzeczy.  Jack 
mógł  sobie  brudzić  do  woli,  o  ile  będzie  korzystał 
wyłącznie ze swojej połowy łazienki. 

-

 

Sprzątanie po tobie należy do twojego taty, nie 

do  mnie  -  wyjaśniła  dobitnie  siostrzeńcowi,  który 
przyglądał się jej zafascynowany. 

-

 

Jej! - jęknął z podziwu, gdy zaczęła ustawiać 

swoje  kosmetyki.  -  Po  co  ci  tyle  buteleczek  i 
słoików, ciociu Lacey? 

-

 

Ż

eby być piękną. 

-

 

Musiałaś  na  to  wydać  mnóstwo  pieniędzy  - 

stwierdził, przyglądając się jej uważnie w lustrze. - 
Przynajmniej podziałało. 

Nie  był  to  najbardziej  subtelny  komplement,  jaki 

w  życiu  słyszała,  ale  z  pewnością  najbardziej 
oryginalny. Roześmiała się. 

Uśmiechnęła  się  teraz  na  samo  wspomnienie  i 

nadal się uśmiechała, gdy wróciła do salonu. 

Scamp  właśnie  się  obudził,  przeciągnął  leniwie  i 

przy-dreptał  do  niej.  Dotknął  mokrym  nosem  jej 
dłoni,  potem  polizał.  Brązowe  oczy  wpatrywały  się 
w  nią  błagalnie.  Zaszczekał  głośno,  machając 
ogonem. 

-  Czego chcesz, piesku? - zapytała. - Na 
spacerek? 
Zamerdał ogonem i zaszczekał radośnie parę razy. 
-  Dobrze.  -  Poklepała  go  po  grzbiecie.  – 

Chodźmy zatem na spacer. 

background image

96 

GRACE 
GREEN
 

Dermid zobaczył ją, nim ona dostrzegła jego. 
Przy  karmieniu  zwierząt  zauważył,  że  jeden  ze 

słupów  ogrodzenia  pod  starym  dębem  obluzował 
się, więc postanowił go zreperować. Właśnie kończył 
robotę, gdy zjawiła się Lacey. 

Słońce przebiło się przez zwały chmur, oświetlając 

sylwetkę dziewczyny, błyszczące włosy i spokojną, 
ś

liczną  twarz.  Przemierzała  łąkę  z  wdziękiem  i 

gracją  modelki.  Miała  na  sobie  niebieską  kurtkę  i 
spodnie w kratę. Wyglądała jak wycięta z modnego 
ż

urnala - zbyt elegancko na spacer po lesie. 

Wytarł  wierzchem  dłoni  mokre  od  potu  czoło. 

Ranek  był  dość  ciepły,  ale  to  nie  pogoda  tak  na 
niego  działała,  lecz  Lacey.  Jak  na  jego  gust  zbyt 
wyrafinowana  i  światowa,  jednak  budziła  w  nim 
emocje, o których pragnął zapomnieć. Zeszłej nocy, 
kiedy  szukał  w  lodówce  czegoś  do  jedzenia,  miał 
ochotę  odwrócić  się,  chwycić  Lacey  w  ramiona  i 
pocałować, zmyć pocałunkiem jej chłodną elegancję i 
odkryć, co kryje się pod tą idealną powłoką. 

Powstrzymał  się  jednak  i  rzucił  jej  na  pozór 

roztargnione  spojrzenie.  Pomaszerowała  do  łóżka, 
gdy tylko przekonał ją, że nie zamierza żenić się z 
Abby. 

Wyszedł  spod  cienia  dębu  i  zobaczył,  jak  w  jej 

oczach pojawia się nieufność. 

-

 

Cześć - powiedziała obojętnie. - Co robisz? 

-

 

Naprawiam płot. Dokąd się wybierasz? 

-

 

Scamp  namówił  mnie  na  spacer,  ale  kiedy 

zobaczył Jacka i Artura, postanowił z nimi zostać. 

-

 

Artur wrócił? 

-

 

Tak. 

background image

98 

GRACE 
GREEN
 

Była  to  prosta  chata  z  zaniedbanym  ogrodem 

warzywnym i starym krzakiem różanym pnącym się 
po cedrowej drabince przy drzwiach. Dziewczynie z 
miasta  mogło  się  tu  podobać,  ale  pewnie  nigdy  nie 
zgodziłaby  się  zamieszkać  na  takim  pozbawionym 
wygód  odludziu.  Przecież  La-cey  przywykła  do 
luksusowych hoteli. 

Podeszli  do  drzwi.  Dermid  otworzył  je 

pchnięciem i przepuścił Lacey przodem. 

-

 

Nic  nadzwyczajnego  -  stwierdził.  -  Ale  jest 

prąd, woda i wygódka. 

-

 

I Artur chce tu mieszkać? 

-

 

Tak.  Przeniósł  się  do  domu  po  śmierci  Alice, 

ż

eby dotrzymać towarzystwa Jackowi i mnie. 

Gdy ruszyła do przodu, zatrzymał ją. 

-

 

Chwileczkę.  Sprawdzę,  czy  nie  mamy 

nieproszonych gości. 

-

 

Jakich? 

-

 

Myszy. 

Poszedł  do  kuchni,  potem  sprawdził  łazienkę, 

salonik i w końcu zajrzał do sypialni. 

Lacey  stała  przy  oknie  i  nie  odwróciła  się,  gdy 

wszedł, choć usłyszała jego kroki. 

-

 

Wszystko wydaje się w porządku - powiedział. 

- Możemy wracać. 

-

 

Dermid - szepnęła. - Chodź szybko, zobacz! 

Zdziwiony podszedł do niej i wyjrzał. W ogródku 

warzywnym  pasł  się  jeleń.  Skubał  coś  zielonego, 
rozglądając się czujnie. 

Dla Dermida dość powszechny widok, dla Lacey 

istny cud natury. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

99 

Nagle  jeleń  gwałtownie  podskoczył  i  zniknął  za 

najbliższą kępą drzew. 

Oczy  Lacey  płonęły  jasnym  blaskiem.  Spojrzała 

na  Dermida,  nie  kryjąc  entuzjazmu.  Wyraźnie 
oczekiwała, że on podzieli jej zachwyt. 

-  Niesamowite! 
Udało  mu  się  stłumić  jęk.  To  ona  była 

niesamowita.  Wydawało  mu  się,  że  pięknieje  za 
każdym  razem,  gdy  na  nią  spojrzał.  Obserwując 
jelenia, ciężko oparł się ręką o ścianę. Teraz Lacey 
stała uwięziona przez niego przy oknie, a on pragnął 
zatrzymać ją tam na zawsze. Gdyby tak czas stanął 
w miejscu... 

Jesteś wysoka - powiedział trochę bez sensu. 

Wysoka? Skąd mu przyszła do głowy taka genialna 
kwestia? 

-

 

Zauważyłeś?  -  Odrzuciła  włosy  do  tyłu. 

Mówiła  kpiącym  tonem,  ale  wyczuł  też  ślad 
zdenerwowania. 

Fascynujące. 

Co 

jeszcze 

zauważyłeś? A jakie mam oczy? 

-

 

Zielone. - Zamierzał ją pocałować. Wiedział, 

ż

e  nie  powinien  tego  robie,  ale  nie  umiał  się 

powstrzymać.  Jednak  przedtem  chciał  na  nią 
jeszcze  popatrzeć.  Ponapawać  się  tą  chwilą. 
Budziła  się  w  nim  paląca  tęsknota  i  czuł  takie 
samo  obezwładniające  pragnienie,  jak  wczoraj  w 
kuchni.  Najchętniej  wziąłby  Lacey  w  ramiona  i 
przytulił  tak  mocno,  ze  poczułby  wszystkie 
krągłości jej figury. 

-  Masz zielone oczy. prosty nos, a usta... 

 

Rozchyliła wargi. Zatrzepotała powiekami i na 

moment otworzyła szerzej oczy, wyraźnie zdziwiona. 
Jednak gdy ją objął i przygarnął do siebie, usłyszał, 
jak głośno wciąg- 

background image

100 

GRACE 
GREEN
 

nęła  powietrze...  Potem  zamknęła  oczy  i  długie 
rzęsy ocieniły jej policzki. 

Kiedy  ją  całował,  poczuł  się  jak  w  niebie.  Była 

miękka i pachnąca. Po chwili wahania odpowiedziała 
na pieszczotę, i to tak żarliwie, że zaczął tracić swe 
sławetne i powszechnie znane opanowanie. 

Pocałunek trwał całą wieczność. Z każdą mijającą 

sekundą  Dermida  ogarniało  coraz  silniejsze 
pożądanie. 

Nie opierała się, gdy przeprowadził ją przez pokój 

i położył delikatnie na łóżku. Nie protestowała, kiedy 
pochylił się nad nią i przytulił do siebie. 

Pocałowali się znowu. I znowu. Przerzuciła jedną 

rękę  przez  poduszkę  nad  jego  głową,  a  drugą  objęła 
go w pasie. Czuł, jak jej paznokcie wbijają się przez 
koszulę w jego skórę. Jęknęła cicho. Namiętnie. 

Całkowicie stracił panowanie nad sobą. 

Patrzyła na niego zamglonymi oczami. Walczył z 

guzikami  jej  koszuli.  Odpiął  je  i  odsunął  cienki 
jedwab na bok. Nie miała na sobie stanika. 

Jej  piersi  były  krągłe  i  pełne.  Z  bijącym  sercem 

błądził  dłońmi  po  kremowej  skórze.  Lacey 
wymamrotała  coś  niezrozumiałego,  z  zamkniętymi 
oczami i głową odwróconą na bok. Pieścił jej piersi, a 
potem 

koniuszkiem 

palca 

przesunął 

wzdłuż 

obojczyka, patrząc na sieć niebieskich żyłek. 

„Spójrz, kochanie! Popatrz na te żyłki... nigdy nie 

widziałam  czegoś  podobnego,  ale  czytałam,  że 
pojawiają  się  w  pierwszych  tygodniach  ciąży.  To 
takie fascynujące!" 

Słowa  Alice  przeniosły  go  w  przeszłość. 

Przypomniał  sobie  tamten  dzień  i  tamtą  chwilę. 
Przypomniał  sobie  miłość  i  zadziwienie  jaśniejące 
w jej oczach. Jego miłość. 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

10

1 

A  teraz  był  na  krawędzi  sprzeniewierzenia  się 

temu wspomnieniu. 

Z  cichym  jękiem  chwycił  brzeg  koszuli  Lacey  i 

zakrył  gołe  ciało.  I  zanim  Lacey  miała  czas  jakoś 
zareagować,  podniósł  się  i  usiadł  plecami  do  niej, 
na brzegu łóżka. Ukrył twarz w dłoniach, walcząc z 
nawałnicą uczuć. 

W  pokoju  zapadła  cisza,  słychać  było  tylko  ich 

oddechy. Potem skrzypnął materac i Lacey wstała. 

Słyszał,  jak  okrąża  łóżko.  Stanęła  przed  nim. 

Widział  jej  wąskie  stopy  w  modnych  włoskich 
butach, jej eleganckie spodnie. 

I wiedział, że patrzy na niego. 

Jedyne  co  mógł  zrobić,  to  wstać  i  spojrzeć  jej  w 

twarz.  Spodziewał  się,  że  będzie  zażenowana  lub 
zła. Ale była tylko bardzo blada i smutna. 

Dlatego  wypowiedzenie  słów,  które  przecież 

musiały paść, przyszło mu z największym trudem. 

-

 

Wybacz, Lacey. Nie powinienem tego robić. To 

był... 
-

 

To  był  błąd.  Rozumiem.  -  Patrzyła  na  niego 

spokojnie,  zapinając  guziki  koszuli.  -  Dla  ciebie 
najważniejszą  kobietą  była  i  pozostanie  Alice. 
Wydaje  ci  się,  że  zdradziłeś  ją,  chcąc  się  ze  mną 
przespać.  Zdradziłeś  pamięć  o  niej  i  to,  co  was 
łączyło.  Ale  chyba  nie  powinno  cię  dziwić,  że  coś 
takiego  się  zdarzyło.  Jesteś  tylko  człowiekiem,  jak 
wszyscy. 

-

 

Nie tłumacz mnie, Lacey. Przepraszam, jest mi 

naprawdę przykro. 

-

 

Skoro  tak  chcesz...  Możesz  czuć  się  winny, 

przez wzgląd na Alice, proszę cię jednak, Dermid, o 
jedno,  niech  ci  nie  będzie  przykro  z  mojego 
powodu. - Przeczesała 

background image

102 

GRACE GREEN 

ręką włosy i odrzuciła je na plecy. - Jestem dorosła 
i potrafię o siebie zadbać. 

Po czym odwróciła się i wyszła. 

Lacey  szła  i  szła,  aż  dotarła  na  szczyt  wzgórza. 

Zatrzymała  się  i  z  rękami  w  kieszeniach  patrzyła  z 
ponurą  miną  na  rozciągające  się  wokół  pastwiska, 
zbiorowisko  ogrodzonych  łąk,  układających  się  w 
kolorową szachownicę. 

Była  dorosła  i  potrafiła  troszczyć  się  o  siebie. 

Jednak  nigdy  dotąd  nie  pragnęła  nikogo  tak  mocno 
jak  Dermida.  Kiedy  się  od  niej  odsunął,  omal  nie 
rozpłakała  się  z  rozczarowania.  Jego  czuła, 
delikatna  namiętność  obiecywała  coś,  czego  Lacey 
nigdy  dotąd  nie  zaznała.  Być  może  wreszcie 
zrozumiałaby  prawdziwe  znaczenie  słów  „kochać 
się z kimś". 

Ale dla Dermida byłby to wyłącznie seks. 
Zostawiła  go,  niech  oddaje  się  rozpaczy  i 

wspomnieniom.  Niech  się  wścieka  z  powodu 
niezaspokojonego popędu. Naszła go ochota na seks, 
a że akurat nawinęła się Lacey... A jednak nie mógł. 
Odrzucił  ją. Jeśli  Dermid kiedykolwiek  zwiąże  się 
z  kimś, w  co  wątpiła,  to  tylko  z  kobietą  podobną 
do Alice. 

Lacey  bardzo  różniła  się  od  siostry,  nie  tylko 

wyglądem.  Nienawidziła  prac  domowych,  nic  nie 
wiedziała  o  ogrodnictwie  i  nie  miała  zielonego 
pojęcia o gotowaniu! 

Nie była podobna do Alice! 
Mogła,  rzecz  jasna,  nauczyć  się  tych  wszystkich 

rzeczy,  które  Alice  wykonywała  po  mistrzowsku, 
ale nigdy by tego nie polubiła. Gotowanie nie było 
trudne.  Przepisy  kulinarne  to  w  końcu  nie  fizyka 
kwantowa, a ona zawsze 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

103 

była  zdolną  uczennicą.  Tyle  że  nigdy  jej  to  tak 
naprawdę nie interesowało.... 

-  Lacey. 

Odwróciła się i zobaczyła Dermida. 

-

 

Na co patrzyłaś? 

-

 

Patrzyłam? 

-

 

Stoisz tu od kilku minut. 

-

 

Na nic nie patrzyłam, po prostu myślałam. 

-

 

Cóż  -  powiedział  miłym,  obojętnym  tonem  - 

masz  na  to  wiele  czasu.  Wiem,  że  nie  jesteś 
podobna  do  Alice  i  marna  z  ciebie  gospodyni.  Nie 
oczekuję od ciebie nic więcej poza zmyciem naczyń 
od czasu do czasu. Przez następnych kilku miesięcy 
powinnaś  odpoczywać,  żeby  po  urodzeniu  dziecka 
wrócić do zawodu modelki. Wiem, że lubisz swoją 
pracę. 

Zachowywał  się,  jakby  ich  intymne  zbliżenie  nie 

miało miejsca. Świetnie. Jego prawo. 

Ale krew zaczęła się w niej burzyć, gdy znowu - 

o jeden raz za dużo! - porównał ją z Alice i wytknął 
jej wady. Z trudem opanowała rodzącą się furię. 

-  Tak - powiedziała, siląc się na równie obojętny 

ton.  -  Z  pewnością  wrócę  do  pracy  wypoczęta  i 
zrelaksowana. 

Ale nie zamierzała przez cały ten czas się obijać. 

Facet nie zdawał sobie sprawy, że jego pogardliwy i 
protekcjonalny komentarz zadziałał niczym iskra. 

Marna gospodyni. 
To się jeszcze zobaczy! - pomyślała mściwie. 
Poraktowała  jego  słowa  jak  jawne  wyzwanie. 

Uśmiechnęła  się  do  niego  prostodusznie,  podnosząc 
rękawicę, którą tak nieopatrznie cisnął jej w twarz. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

W  nocy  pogoda  zmieniła  się  radykalnie.  Ostry 

wicher  z  zachodu  wył  w  kominie  i  potrząsał 
pojemnikami na śmieci. 

Lacey obudziła się o świcie i leżała wsłuchana w 

wichurę  i  pomruk  pieca,  który  pompował  gorące 
powietrze 

do 

jej 

sypialni 

przez 

otwory 

wentylacyjne. 

Gdy  obudziła  się  znowu,  z  przerażeniem 

stwierdziła, że jest prawie dziesiąta. Wstała szybko i 
poszła do łazienki wziąć prysznic. 

W  ciągu  ostatnich  paru  tygodni  zauważyła,  że 

stopniowo  traci  wcięcie  w  talii,  a  wszystkie  ubrania 
stają  się  coraz  ciaśniejsze.  Jednak  dopiero 
dzisiejszego  ranka  odkryła,  że  jej  brzuch  się 
zaokrąglił. 

Chyba  nadszedł  czas,  by  zacząć  nosić  wspaniałe 

kreacje ciążowe kupione w Nowym Jorku. Wybrała 
luźny  zielony  sweter  z  grubej  włóczki,  a  pod  spód 
czarny  bawełniany  golf  i  ciążowe  spodnie.  Potem 
wciągnęła grube skarpetki i wsunęła buty do kostek. 
Nagle poczuła lekki ruch w okolicy talii. 

Zaskoczona stanęła bez ruchu. 
I znowu! Zdecydowanie coś się w niej 
poruszyło! 
Położyła rękę na brzuchu, z obawą, zastanawiając 

się, czy to naprawdę ruchy dziecka. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

105 

Usiadła  na  skraju  łóżka  i  gapiła  się  na  własne 

dłonie  ściskające  delikatnie  zaokrąglony  wzgórek 
brzucha.  Aż  do  teraz  nie  myślała  o  dziecku  jak  o 
osobie. Było po prostu płodem  rosnącym  cicho  w 
jej ciele. 

Ale teraz... 
Podskoczyła na odgłos pukania. 

-

 

Tak? - zapytała ostro. 

-

 

Wstałaś? Jesteś ubrana? 

-

 

Tak. 

Drzwi  się  otworzyły  i  stanął  w  nich  Dermid.  W 

dżinsowej 

koszuli 

dżinsach, 

wyraźnie 

zaniepokojony. 

-

 

Zazwyczaj  jesteś  już  o  tej  porze  na  dole. 

Zastanawialiśmy się z Jackiem, co... 

-

 

Dziecko.  -  Wstała  niepewnie.  -  Poruszyło  się. 

Czułam to! 

Uśmiechnął się. 
-  Żartujesz! Mogę? - zapytał, pokazując na jej 
brzuch. 
Nie  wypadało  mu  odmówić  tego  
doświadczenia. 

W końcu to było jego dziecko. 

-  Jasne. 

Podszedł  do  Lacey  i  po  chwili  wahania 

niezgrabnie  położył  rękę  na  jej  brzuchu.  Czekał  w 
skupieniu. 

Ona  również  próbowała  skoncentrować  się  na 

dziecku,  ale  było  to  trudne,  gdyż  Dermid  stał  zbyt 
blisko.  Gdyby  przesunęła  się  o  pięć  centymetrów, 
ustami  dotknęłaby  jego  włosów.  Gdyby  przesunęła 
się o dziesięć, mogłaby musnąć wargami jego mocno 
zarysowaną szczękę. Nie ruszając się ani o milimetr, 
wdychała  ciepło  jego  ciała,  jego  męski  zapach. 
Poczuła bolesną tęsknotę. 

-  Nic - powiedział. - Nic nie czuję. 

background image

106 

GRACE 
GREEN 

Uniósł głowę wyraźnie rozczarowany. 
Lacey  wpadła  w  panikę.  Czy  zdradziła 

nieopatrznie swoje myśli? 

Odsunęła  się  od  niego,  choć  serce  waliło  jej 

mocno jak młotem. 

-

 

No  cóż,  szkoda  -  powiedziała  cicho.  -  Może 

następnym razem.... 

-

 

Lacey... - Zrobił krok w jej kierunku. 

Do  pokoju  wpadł  Jack  z  rozwichrzonymi 

włosami, w niebieskim podkoszulku założonym tył 
na przód. 

-  Tato, mówiłeś, że zrobisz na śniadanie jajka na 

bekonie. Umieram z głodu! 

I  koniec.  Lacey  znów  nie  dowie  się,  co  Dermid 

chciał  jej  powiedzieć.  Albo  zrobić.  Czuła  się 
okropnie. Sfrustrowana, rozżalona i odrzucona. 

A  potem  przy  śniadaniu  Dermid  oznajmił,  że 

wyjeżdża  następnego  dnia  do  Oregonu,  by  kupić 
trzy nowe lamy. 

-

 

Mówiłeś wczoraj, że wyślesz Artura - zdziwił 

się Jack. 

-

 

Zdecydowałem, że sam pojadę. 

Ż

eby  od  niej  uciec?  Lacey  zastanawiała  się,  czy 

zdecydował  się  na  wyjazd  pięć  minut  temu,  kiedy 
zobaczy!  tęsknotę  w  jej  oczach.  Tak  bardzo  się 
przestraszył, że postanowił uciec? 

-  Jak długo cię nie będzie? - zapytała z udawaną 

obojętnością. 

-  Trzy dni. Wyjeżdżam jutro rano i wracam w 
piątek. 
I dobrze, pomyślała. Mam trzy dni na 
wprowadzenie w życie mojego planu. Będę 
szorować, odkurzać, polerować i myć okna. No a 
przy okazji nie będę zmuszona 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

10

7 

słuchać krytycznych komentarzy typu: „Alice robiła 
to inaczej". 

-  Żałuję, że nie mogę cię zabrać - powiedział do 
niej -ale jedziemy przez trudny teren, lepiej więc, 
ż

ebyś została w domu. 

-

 

A mnie zabierzesz? - zapytał Jack. 

-

 

Jasne  -  odpowiedział  Dermid  i  zwrócił  się  do 

Lacey. - 

Będziesz  mogła  robić,  co  ci  się 

ż

ywnie  podoba  przez  cały  dzień.  I  poproszę,  by 

Artur  nocował  w  domu.  Będzie ci  przyjemniej  i 
weselej. 
-

 

Nie trzeba. - Zdecydowanie potrząsnęła głową. 

-Właściwie wolę być sama. Naprawdę. 

-

 

Jak chcesz. 

-

 

Właśnie tak. Nawykłam do tego, by sama się o 

siebie troszczyć. 

-

 

Jesteś niezależna. 

-

 

Ale  nie  uparta.  Proszę  o  pomoc,  jeśli  jej 

potrzebuję.  Ty  natomiast,  gdyby  to  było  możliwe, 
sam urodziłbyś dziecko, prawda? 

Jack od razu się zainteresował. 
-  Jakie dziecko, ciociu? 
Lacey  zawstydziła  się.  Dermid  miał  powiedzieć 

Jackowi o dziecku, kiedy  sam uzna to za stosowne. 
Niepotrzebnie się wygadała, ale to ze złości. 

Dermid nie wyglądał na zakłopotanego. 
-  W porządku - uspokoił ją, a potem zwrócił się 

do Jacka: - Twoja ciocia będzie miała dziecko. 

Chłopiec pomyślał chwilę. 

-

 

A kto będzie jego tatą? 

-

 

Ja - odparł Dermid i od razu dodał, ostrożnie 

dobie- 

background image

108 

GRACE GREEN 

rając  słowa:  -  Zazwyczaj,  kiedy  dziecko  się  rodzi, 
ma  mamę  i  tatę,  którzy  są  małżeństwem  i 
wychowują  je  razem.  Ale  tym  razem  będzie 
inaczej. 

Zawahał  się,  nie  bardzo  wiedząc,  co  dalej 

powiedzieć i Lacey pospieszyła mu z pomocą. 

-  Kiedy  żyła  twoja  mama  -  tłumaczyła  -  twoi 

rodzice pragnęli mieć jeszcze jedno dziecko... twoją 
siostrzyczkę.  I  poczynili  już  pewne  przygotowania, 
ale potem twoja mamusia umarła. - Wyciągnęła dłoń 
i przykryła nią rękę chłopca. - A ponieważ twój tata 
bardzo  pragnął  tego  dziecka  i  wiedział,  że  twoja 
mamusia też by tego chciała, zaproponowałam mu 
pomoc. 

Oczy Jacka zalśniły szczęściem. 

-

 

A  potem  tata  ożeni  się  z  tobą  i  znowu  będę 

miał oboje rodziców? 

-

 

Nie,  Jack  -  głos  Dermida  był  szorstki.  - 

Kiedy  dziecko  przyjdzie  na  świat,  ciocia  Lacey 
wróci do pracy, a twoja siostra zostanie z nami. 

-

 

To znaczy, że nie będzie miała mamy? 

-  Właśnie - przytaknął ojciec. - Nie będzie. 
Jack był zdumiony. 
-

 

Malutkie 

dziecko 

potrzebuje 

mamusi. 

Wszyscy o tym wiedzą! 

-

 

Skarbie - powiedziała cicho Lacey. - To nie moje 

dziecko.  Wiem,  że  trudno  ci  to  zrozumieć,  ale  jaja 
tylko noszę... 

-

 

Ale  mama  nie  chciałaby,  żebyś  ją  urodziła  i 

zostawiła.  Wolałaby,  żebyś  została  na  ranczu  i  była 
mamą mojej siostrzyczki! 

-

 

Tak  musi  być  -  powiedział  Dermid  łagodnym 

tonem.  -  Jestem  bardzo  wdzięczny  twojej  cioci  za 
to, co dla nas 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

109 

robi. Ty na pewno też. Nie możemy prosić jej o nic więcej 
-

 

wyjaśnił zmęczonym głosem, a potem jeszcze dodał: 

-

 

Twoja  mama  kochała  małe  dzieci,  ale  wiesz,  że 

ciocia  za  nimi  nie  przepada.  Ty,  ja  i  Artur 
wychowamy maleństwo i przekonasz się, Jack, twoja 
siostrzyczka będzie najszczęśliwszym dzieckiem na 
ś

wiecie. 

Następnego ranka Lacey natknęła się w łazience 

na Jacka. 

Stał  przed  lustrem,  w  niebieskich  bawełnianych 

kalesonach  i  granatowych  skarpetkach.  Zmoczył 
włosy,  by  trochę  je  przygładzić,  a  po  chwili  zaczął 
szorować myjką buzię. 

-  Pozwól, że ci pomogę - zaproponowała Lacey. 
Odsunął się gwałtownie, gdy sięgnęła po myjkę. 
-  Nie,  ciociu,  wolę  sam.  Nie  chcę  się 

przyzwyczajać do tego, że jesteś dla mnie jak mama. 
Przecież  po  urodzeniu  dziecka  wyjedziesz  z 
rancza. 

Mówił  obojętnym  tonem  i  bez  śladu  krytyki,  ale 

jego słowa zraniły ją boleśnie. 

Kiedy  godzinę  później  odprowadziła  go  do 

furgonetki,  chłopiec  odwzajemnił  uścisk,  serdecznie 
jak  zawsze.  Mycie  buzi  było  zarezerwowane  dla 
mamy,  co  innego  jednak  uściskać  na  pożegnanie 
ciocię. 

-  Do  zobaczenia  w  piątek,  ciociu  -  powiedział, 

gdy zamknęła drzwi i przesłała mu całusa. 

Dermid  udzielał  Arturowi  w  oborze  ostatnich 

instrukcji.  Gdy  wyszedł  ze  Scampem  u  nogi,  jego 
oddech  zamieniał  się  w  parę.  Poranek  był  bardzo 
mroźny.  Lacey  nie  mogła  oderwać  wzroku  od 
postawnej  sylwetki  Dermida.  Od  jego  surowych 
rysów i brązowych oczu. A kiedy stanął  przy  niej, 
przeszył  ją  dreszcz.  Tak,  to  było  fizyczne 
zauroczenie, napawające ją niepokojem. 

-  Na pewno poradzisz sobie sama? - zapytał, marsz-
cząc brwi. 
-  Na pewno. 
-  Nie forsuj się zbytnio. 
-  Tato, jedźmy już! - ponaglał Jack. 
Scamp skakał wokół Dermida, szczekając i merdając 
ogonem. Chyba też się niecierpliwił. 
-  Więc ruszamy. 
Lacey podprowadziła go do samochodu i zaczekała, 
aż wsiądzie. Dermid podsadził Scampa, który 
usadowił się na podłodze przy nogach Jacka. 
-  Do zobaczenia w piątek. 
-  Jedźcie ostrożnie. 
-  Uważaj na siebie. 

background image

Spojrzał na nią z wyraźnym wahaniem w brązowych 
oczach, jakby nie miał ochoty wyjeżdżać. Znowu 
Lacey ogarnęło to dziwnie omdlewające uczucie i 
wydawało jej się, że spada, spada, spada... 
Lodowaty powiew wiatru przeszył ją do szpiku kości i 
zatrzęsła się z zimna. 
-  Lepiej wejdź do środka - poradził Dermid. - Strasz-
nie wieje. 
-  A wy ruszajcie. Czeka was długa i męcząca podróż. 
Skinął głową i wsiadł do samochodu. 
Po chwili skierował furgonetkę na drogę, a Lacey, 
otulając się mocno zielonym swetrem, patrzyła, 
dopóki nie znikli jej z oczu. Dopiero wtedy wróciła do 
domu. 
 
-  Nie forsujesz się zbytnio, prawda? - zapytał Artur, 
kiedy wszedł po południu do kuchni i zobaczył, jak 
Lacey szoruje podłogę. - Szef urwie mi głowę, jeśli 
pozwolę ci zbyt ciężko pracować. 
Przerwała, by wziąć głęboki oddech. Po wyjeździe 
Der-mida odwiedziła centrum handlowe i zaopatrzyła 
się w liczne środki czyszczące i gumowe rękawice. 
Potem wzięła się do roboty. 
Zdecydowała, że zacznie od kuchni. 
-  Nie martw się, Arturze. Brakuje mi ćwiczeń na si-
łowni, a to niezła gimnastyka. 
Rozejrzał się wkoło. 
-  Nie było tu tak czysto, odkąd twoja siostra... - za-
milkł, ale nim zdążyła coś powiedzieć, odezwał się 
znowu: - Szef pozwolił, by wszystko powoli zarosło 
brudem. Nie miał do tego serca. Cóż, żałoba to trudny 
okres i wydaje się, że jemu już na niczym nie zależy. 
-  Ale mnie zależy, Arturze. Nie mogę znieść tego ba-
łaganu - Alice też by nie mogła, ale Lacey nie 
powiedziała tego głośno. Artur pewnie i tak o tym 
wiedział. 
-  Jeśli tylko będziesz potrzebowała mojej pomocy, 
daj mi znać. 
Pokazała dwa wory ze śmieciami stojące przy 
drzwiach kuchennych. 
-  Możesz je wyrzucić. Są dla mnie trochę za ciężkie. 
-  Jasne. - Artur złapał torby i wychodząc, powiedział: 
- Zawołaj, gdy będziesz czegoś potrzebowała. 
-  Masz czas, żeby umyć okna? 
-  Czas? - spytał z przekąsem. - Od miesięcy ręce 
mnie świerzbią, żeby to zrobić! 
 
 
 
 
 
 
 

background image

112 

GRACE 
GREEN 

-

 

Och,  dziękuję,  Arturze.  To  jedyne  zadanie, 

któremu nie jestem w stanie podołać. 

-

 

Wezmę  się  za  to  z  samego  rana  -  obiecał  i 

wyszedł, zostawiając ją z robotą. 

Skończyła  szorować  podłogę  dopiero  późnym 

popołudniem.  Wzięła  prysznic  i  zrobiła  sobie 
sałatkę  z  kurczaka.  I  choć  odczuwała  nieludzkie 
zmęczenie,  rozpierała  ją  duma,  gdy  rozglądała  się 
po nieskazitelnie czystej kuchni. 

Jutro  z  rana,  postanowiła,  posprzątam  obie 

łazienki  i  resztę  piętra.  A  potem  umyję  schody  i 
poukładam  rzeczy  w  szafie.  Trzeciego  dnia 
doprowadzę do stanu używalności resztę domu. 

Ziewając,  oparła  się  wygodnie  i  spojrzała  na 

oczyszczony  z  pajęczyn  sufit.  Przyjemnie  będzie 
zobaczyć zdumienie na twarzy Dermida. Ten facet 
przekona  się,  że  Lacey  nie  jest  bezużyteczną  i 
próżniaczą  osóbką,  która  myśli  wyłącznie  o 
zabawie. 

Nie mogła doczekać się piątku. 

-

 

Jesteśmy  w  domu,  Jack.  -  Dermid  zerknął  na 

przysypiającego syna, powoli wjeżdżając furgonetką 
na podwórko. Zobaczył zapalone światła w oborze i 
dodał głośniej: - Obudź się. 

-

 

Która  godzina?  -  wymamrotał  Jack,  z  trudem 

otwierając oczy. 

-

 

Już dawno po Dobranoce, synu. 

W kuchni też paliło się światło i przez zasunięte 
rolety Dermid widział poruszający się cień. Cień 
Lacey. 

background image

 

 

 
 
SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

11

3 

Na  samą  myśl,  że  zaraz  ją  zobaczy,  poczuł 

narastające podniecenie. 

Podczas tych trzech dni, choć wyjechał po to, by 

od  niej  uciec,  bezustannie  o  niej  myślał.  Kiedy  go 
odprowadzała,  wyglądała  tak  pięknie,  że  z  trudem 
powstrzymał  się,  by  jej  nie  pocałować.  Tak  bardzo 
tęsknił za jej bliskością. Pragnął ją tulić, szeptać do 
ucha czułe słówka. 

Ale  nie  mógł  tego  zrobić.  Nawet  gdyby  nie  czuł 

wyrzutów  sumienia,  ilekroć  tylko  o  niej  pomyślał. 
Nawet  gdyby  jakimś  cudem  ona  też  go  zapragnęła, 
bo  przecież  chyba  nie  czuła  do  niego  odrazy 
tamtego  dnia  w  chacie,  nie  mógł  ulec  pokusie. 
Gdyby choć raz poszedł z nią do łóżka, zapragnąłby 
czegoś  więcej.  Pragnąłby,  by  została  z  nim  na 
ranczu po urodzeniu dziecka. 

Jednak ona myślała wyłącznie o karierze. 
I do licha, na dodatek nie lubiła dzieci! 
Nie  było  dla  nich  przyszłości,  więc  próbował 

wybić sobie Lacey z głowy. Na razie bezskutecznie. 

-  Tato - odezwał się Jack. - Czy muszę ci pomóc 

zaprowadzić nowe lamy do obory? Jestem głodny. 

-  Nie. Wejdź do środka i powiedz cioci, że 
wróciliśmy. 
Artur  otworzył  drzwi  samochodu,   Scamp  
wypadł pierwszy i pognał prosto w krzaki. 
-

 

Cześć, Arturze! - zawołał chłopiec i pobiegł w 

stronę domu. 

-

 

Wszystko  w  porządku?  -  zapytał  Dermid, 

wysiadając z furgonetki. 

-

 

Jasne - odparł Artur. 

-

 

Pilnowałeś Lacey? 

-

 

Najlepiej, jak umiałem. 

background image

114 

GRACE GREEN 

-

 

Co masz na myśli? 

-

 

Jest uparta. 

-

 

Co to znaczy? 

-

 

Sam pan się przekona, szefie. 

Lacey siedziała przy kuchennym stole. Patrzyła, jak 

Jack  pochłania  z  apetytem  kanapkę  z  kurczakiem  i 
pomidorem. 

-

 

Myślałam, ze zjecie coś po drodze - 

powiedziała. 
-

 

Tata  chciał  szybko  wrócić,  by  dotrzymać  ci 

towarzystwa  -  odparł  Jack,  odgryzł  następny  kęs  i 
upił  zachłannie  łyk  mleka.  -  Mówił,  że  na  pewno 
się nudzisz. 

Nudzić się? Nie miała na to czasu. 
Trzaśniecie drzwi zaskoczyło ją, drgnęła nerwowo. 

Ale kiedy obejrzała się za siebie, radość na widok 
Dermida  w  skórzanej  kurtce  i  kraciastej  koszuli 
złagodziła napięcie. 

-

 

Cześć.  -  Zdjął  kurtkę  i  rzucił  ją  na  krzesło.  - 

Jak leci? 

-

 

W  porządku  -  powiedziała.  -  A  u  ciebie? 

Prowadziłeś cały dzień, pewnie jesteś wykończony. 

-

 

Trochę,  ale  miło  być  z  powrotem  w  domu.  - 

Zobaczył talerz z kanapkami na stole. - To dla nas? 
Wspaniale. Pozwolisz, że najpierw wezmę prysznic i 
odświeżę się po podróży? 

-

 

Bardzo proszę - odparła spokojnie. 

Jack zjadł kanapkę do ostatniego okruszka i wstał 

od stołu, głośno ziewając. 

-

 

Idę spać - oznajmił. 

-

 

Dobry pomysł, synu. Lacey, zaparzysz kawy? - 

Poszedł za Jackiem, nie czekając na odpowiedź. 
Słyszała, ja pogwizduje wesoło, wchodząc po 
schodach. 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

11

5 

A  jej  wcale  nie  było  do  śmiechu.  Czuła  się 

niczym przekłuty balon. 

Nie  zauważył!  Po  całej  tej  harówce,  jaką 

odwaliła  w  kuchni,  on  nawet  nie  raczył  niczego 
zauważyć. 

Z  zaciśniętymi  ustami  wstała  i  zajęła  się  kawą. 

Potem  wyjęła  z  kredensu  cukiernicę  i  postawiła 
obok sztućców, talerza i kubka na stole. 

Parę  minut  chodziła  niespokojnie  po  kuchni, 

wreszcie postanowiła iść do łóżka. 

Nie było zbyt późno, ale wysiłek fizyczny podczas 

tych  trzech  dni  zaczynał  dawać  jej  się  we  znaki. 
Poza  tym  sen  pozwoli  jej  zapomnieć  o 
rozczarowaniu. 

Na schodach spotkała Dermida. 

-

 

Hej  -  powiedział  zaskoczony.  -  Chyba  nie 

idziesz już do łóżka? 

-

 

Owszem. Jestem zmęczona. - Przystanęła, gdy 

się  mijali.  Zmienił  koszulę  i  spodnie,  a  jego 
kasztanowe  włosy  nadal  były  wilgotne.  -  Wstałam 
wcześnie rano. 

Nie zapytał dlaczego ani co robiła przez cały 
dzień. 
-  Więc  lepiej  odpocznij.  Mam  nadzieję,  że 

dobrze się wyśpisz. 

Skinęła  głową  i  z  wymuszonym  uśmiechem 

ż

yczyła mu dobrej nocy. 

-  Dobranoc, Lacey. A przy okazji - zawołał za 

nią - miło jest wrócić do czystego domu! 

 

Po czym poszedł do kuchni, zostawiając ją z 

otwartymi ustami. Ze zdumienia. I oburzenia. 
Miło? To wszystko? 

Czuła taką złość, że aż rozbolała ją głowa. Kiedy 
parę minut później odrzuciła kołdrę i wgramoliła 

background image

116 

GRACE GREEN 

się  w  niebieskiej,  flanelowej  koszuli  w  tańczące 
misie  na  środek  podwójnego  łoża,  zaczęła  żałośnie 
szlochać. 

W końcu postanowiła spojrzeć prawdzie w oczy. 

Nie  posprzątała  domu  po  to,  by  udowodnić 
Dermidowi, że potrafi ciężko pracować. Chciała mu 
zrobić przyjemność. Ale dlaczego? 

Nim  znalazła  właściwą  odpowiedź,  rozległo  się 

głośne pukanie do drzwi. Zamarła. 

-

 

Lacey? To ja, Dermid. Mogę wejść? 

-

 

Nie!  -  Oparła  się  na  łokciu  i  patrzyła 

niespokojnie w stronę drzwi. - Już śpię. Idź sobie! 

Drzwi  otworzyły  się.  Dermid  wszedł  i  zapalił 

ś

wiatło.  Jasność  oślepiła  Lacey.  Dziewczyna 

ukryła więc twarz w poduszce. 

Deski  w  podłodze  skrzypnęły,  gdy  zbliżył  się  do 

łóżka. Złapała oddech, gdy usiadł przy niej. Był tak 
blisko,  że  czuła  świeży  zapach  mydła  i  pasty  do 
zębów. 

-

 

Tak mi przykro - przyznał z wyraźnym żalem w 

głosie, a ona poczuła nową falę łez pod powiekami. - 
Artur właśnie mi powiedział... o tym, jak posprzątałaś 
cały dom. 

-

 

Chyba 

zauważyłeś, 

ż

jest 

czysto 

powiedziała z wyrzutem, pochlipując żałośnie. 

-

 

Jasne  -  odparł  cicho.  -  Jak  mógłbym  nie 

zauważyć! Ale pomyślałem, że wynajęłaś firmę do 
sprzątania.  Nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  sama  to 
zrobiłaś.  Mój  Boże,  Lacey,  harowałaś  dzień  i  noc, 
ż

eby  całkowicie  przeobrazić  ten  dom!  A  ja  tak  cię 

zbyłem. Musiałaś pomyśleć... 

Pociągnęła głośno nosem i przetarła rękawem 
oczy. 
-  Że  jesteś  największym  niewdzięcznikiem  na 

ś

wiecie, Dermidzie McTaggarcie! 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

117 

-  A teraz? - zapytał cicho. - Co teraz myślisz? 
Jej łkanie musiało zaniepokoić dziecko, bo nagle 

maleństwo  postanowiło  dać  o  sobie  znać, 
wykonując coś w rodzaju salta. 

-  Dziecko!  -  rozpromieniła  się,  zapominając  o 

rozżaleniu.  -  Znowu  się  poruszyło!  -  Odrzuciła 
kołdrę. - Przy łóż tu rękę! - Sięgnęła po jego mocną 
dłoń i położyła na flaneli w tańczące misie. - Tutaj! 
Czujesz? 

Jego ręka była gorąca, a dotknięcie bardzo delikatne. 
Prawie nie oddychała, pragnąc, by dziecko znowu 

się poruszyło. I kiedy to zrobiło, usłyszała, jak on też 
wstrzymał oddech i jęknął głośno z zachwytu. 

-  Prawda,  jakie  to  niezwykłe?  -  wyszeptała.  - 

Dziecko Alice... 

-  Niesamowite - szepnął ochryple, bardzo 
wzruszony. 
Siedział w niewygodnej pozycji, dlatego bez 
namysłu, nie zdejmując ręki z brzucha Lacey, 
zrzucił buty i położył się obok niej. 
Leżeli  tak  blisko,  nic  nie  mówiąc,  otuleni 

intymnością,  która  nie  miała  nic  wspólnego  z 
seksem, ale wiele z miłością. 

Lacey  ogarnęło  zadowolenie  i  powoli  zaczęła 

odpływać  w  sen.  Nigdy  dotąd  nie  doświadczyła 
podobnego uczucia jak teraz, leżąc obok Dermida i 
czując delikatne ruchy dziecka Alice. 

Kiedy  Dermid  obudził  się,  sypialnia  była  szara  i 

pełna cieni, a za oknem szalała wichura. 

Zdał  sobie  sprawę,  że  śpi  w  łóżku  Lacey  i  że  w 

nocy przykryła go swoją kołdrą. Leżeli przytuleni do 
siebie, ich 

background image

118 

GRACE GREEN 

ciała  złączone  w  uścisku.  Przez  sen  zarzuciła  mu 
rękę  na  ramię  i  czuł  jej  pełne  piersi  na  swoim 
ramieniu,  wdychał  jej  piżmowy,  zmysłowy  zapach, 
słyszał jej równomierny oddech. 

Zeszłej nocy nie myślał wcale o seksie, ale teraz 

czuł,  jak  wzbiera  się  w  nim  pożądanie.  Istna 
tortura! 

Cóż  łatwiejszego  niż  wziąć  ją  teraz  w  ramiona, 

ś

piącą i bezwolną? Tak bardzo jej pragnął. 

Zacisnął  zęby  i  powoli,  niezwykle  ostrożnie 

wysunął się z jej objęć. 

Zaprotestowała przez sen. 
Uwolnił się i nim wymknął się z pokoju, przykrył 

ją ostrożnie kołdrą. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Kiedy  Lacey  zeszła  na  dół,  zastała  w  kuchni 

tylko uśmiechniętego Artura. 

-

 

Zaspałam - powiedziała. - Ale ze mnie leń! 

-

 

Musiałaś  dobrze  wypocząć  po  wysprzątaniu 

całego domu. 

-

 

Chyba  masz  rację.  -  Zaparzyła  herbatę  i 

włożyła dwie kromki chleba do tostera. 

-

 

Już  chyba  wyjaśniliście  sobie  z  Dermidem  to 

drobne nieporozumienie? 

-

 

Owszem.  Dzięki  tobie.  -  Wyjęła  talerz  z 

kredensu  i  zapytała:  -  Gdzie  się  wszyscy 
podziewają? 

-

 

Szef  zabrał  Jacka  do  miasta  po  nowe  buty. 

Był  w  świetnym  humorze  dziś  rano.  -  Artur 
roześmiał  się.  -  Nigdy  nie  widziałem  faceta,  który 
tak  by  się  cieszył  z  wysprzątanego  domu.  Gdybym 
wiedział, sam bym go zmusił do takiej harówki już 
dawno temu! 

Serce Lacey podskoczyło z radości. Była pewna, 

ż

e  dobry  humor  Dermida  nie  miał  nic  wspólnego  z 

porządkiem  w  domu.  Bała  się,  że  ta  wspólna  noc 
wpędzi go w zły humor.  Jak  widać,  myliła  się,  i  to 
bardzo. 

Zrobiło jej się ciepło na duszy. Gdy obudziła się 

przed  świtem,  odkryła,  że  nadal  leży  u  boku 
Dermida.  Był  wykończony,  tak  jak  ona,  i  zasnął 
nie  wiadomo  kiedy.  Leżała  w  ciemnościach 
wsłuchana  w  jego  oddech,  głęboko  świadoma 
spokoju,  jakim  napawała  ją  jego  bliskość.  W 
końcu  usnęła  ponownie,  a  kiedy  obudziła  się  po 
raz dragi, jego już nie było. 

-  Czas na mnie - powiedział Artur. - Wpadłem 
zaparzyć kawę dla szefa, bo niedługo powinien 
wrócić. 
Jakieś pół godziny później Lacey usłyszała 
samochód Dermida. Dopiła herbatę i włożyła 
naczynia do zmywarki. Wyjrzała przez okno. 
Na cienkim, białym dywanie śniegu samochód 
zostawił czarne ślady opon. 
Dermid zgasił silnik. Kiedy wysiedli, Lacey 
zobaczyła Jacka paradującego dumnie w nowych 
butach. 
Chłopiec pobiegł pochwalić się Arturowi, który 
na pobliskim pastwisku zajmował się lamami. 
Dermid wrócił prosto do domu. Uśmiechnął się 
na jej widok. 
-  Cześć - powiedział. - Nareszcie wstałaś. Dobrze 
spałaś, pomimo intruza w łóżku? 
Odwzajemniła uśmiech. Nie mogła uwierzyć, że 
teraz czuła się tak swobodnie w jego 
towarzystwie. To była przyjaźń, ale i coś więcej. 
Coś bardziej intymnego. Jakże by mogło być 
inaczej? W końcu spędzili noc w jednym łóżku! 

background image

-  Spałam bardzo dobrze - powiedziała i dodała 
ż

artobliwie: - Na szczęście nie chrapałeś! 

Roześmiał się. 

-    Nie,  to  nie  należy  do  moich  licznych  wad. 

Jak  tam  dzisiaj  dziecko?  Obudziło  się?  -  Nie 
czekając  na  jej  odpowiedź,  podszedł  i  położył 
jedną rękę na jej ramieniu, a drugą na brzuchu. - 
Hej,  tam...  -  Przechylił  głowę,  jakby  nasłuchiwał 
- Jak się dzisiaj miewasz? 

Ku radości Lacey dziecko poruszyło się. Dermid 
był równie zachwycony, jak za pierwszym razem. 
-  Zuch dziewczynka - pochwalił z czułością w 
głosie. - Trzymaj się ciepło, a niedługo się 
zobaczymy. 
Poklepał delikatnie brzuch Lacey, uśmiechnął się 
do niej znowu, potem nalał sobie kawy. Wygląda, 
pomyślała, jak mężczyzna zadowolony z życia. 
Opierając się o blat, rozejrzał się po kuchni. 
-  Wiesz co? To miejsce znowu przypomina dom. 
Był to najmilszy komplement, jaki mogła 
usłyszeć. 
Z nawiązką wynagrodził jej trzy dni niewolniczej 
pracy, bolące mięśnie i złamany paznokieć. I było 
jej miło nie tylko przez resztę dnia, dobry humor 
nie opuszczał jej również przez kilka następnych. 
Wiedziała, rzecz jasna, że to nie może trwać 
wiecznie. To był dom Dermida, nigdy nie będzie 
jej. To było jego życie, do którego nie miała 
wstępu. 
Jej apartament w mieście, zawsze nieskazitelnie 
czysty, sprzątała wynajęta w tym celu firma. 
Lacey rzadko zajmowała się pracami domowymi. 
Jednak teraz z radością starała się sprostać 
wyzwaniu, by stać się wzorową gospodynią. 
Odkryła, że gotowanie może być zabawne, 
zwłaszcza jeśli mężczyźni, dla których 
przygotowuje się posiłki, doceniają wysiłki 
kucharki i na każdą potrawę reagują 
entuzjastycznie. 

-    Zacznij  od  prostych  rzeczy  -  poradził  jej 

Dermid, kiedy mu powiedziała, że zamierza zająć 
się kuchnią. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

122 

GRACE GREEN 

-

 

Jakich, na przykład? - zapytała, siadając przy 

stole z książką kucharską. 

-

 

Na  przykład...  -  powiedział,  patrząc  na  nią  z 

miną niewiniątka - zupa jarzynowa, na drugie łosoś 
w cieście i kremówki na deser? 

-

 

Będziesz  miał  szczęście,  jeśli  dostaniesz 

gotowane jajko! - odparła sucho. 

Jednak znalazła dość prosty przepis na spaghetti z 

sosem  bolońskim.  Podała  je  z  zieloną  sałatą.  Danie 
spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem. 

Nieco 

gorzej 

wyglądały 

smakowały 

pierniczki,  bo  w  środku  zrobił  się  paskudny 
zakalec.  Ale  brzegi  były  całkiem  dobre  i  dały  się 
zjeść,  podała  je  więc  z  lodami  waniliowymi.  Nie 
wypadło najgorzej... 

Była  zdziwiona  swoim  świetnym  nastrojem. 

Dawno  nie  czuła  się  tak  zrelaksowana.  Lata 
wyczerpującej  pracy,  ciągłe  podróże  i  stresy 
zdawały  się  należeć  do  zamierzchłej  przeszłości. 
Wraz  z  rozwojem  ciąży  Lacey  stawała  się  coraz 
łagodniejsza  i  pogodniejsza.  Dopiero  teraz  zro-
zumiała, jak stresujący jest zawód modelki. 

Jednak  w  głębi  duszy  cieszyła  ją  perspektywa 

powrotu i do tego życia. Kiedy jeździła do Nanaimo 
do  ginekologa,,  zawsze  kupowała  ostatnie  wydania 
„Glamour" i innych! magazynów mody. 

Dermid,  widząc  ją  wieczorami  pochłoniętą  w 

lekturze,;  nigdy  nie  powiedział  ani  słowa.  Zdawał 
sobie  sprawę,  że:  kiedy  dziecko  przyjdzie  na  świat, 
Lacey wróci do swego świata. 

I najwyraźniej zbytnio się tym nie przejmował. 
Tymczasem dni upływały miło i przyjemnie, 
rozpoczął 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

12

3 

się grudzień i wszyscy z niecierpliwością oczekiwali 
ś

wiąt Bożego Narodzenia. 

Felicity zaprosiła ich do Deerhaven, ale ich plany 

pokrzyżowała straszna grypa, która dopadła Dermida 
i Jacka tuż przed wyjazdem. 

-

 

Obaj  są  w  łóżku  -  mruknęła  Lacey  do 

słuchawki i usiadła z westchnieniem na kuchennym 
krześle. - Leżą jak dwie kłody. Bez przerwy śpią. Nie 
mogę  nawet  bawić  się  w  pielęgniarkę,  bo  nie  chcą 
nic prócz wody! 

-

 

To  paskudnie  -  przyznała  współczująco 

Felicity. - A ty? Może jednak przyjedziesz? Z nami 
będzie  ci  weselej.  Artur  się  nimi  zaopiekuje,  ma 
wprawę. 

-

 

Nie,  kochana,  zostanę  -  zdecydowała  Lacey.  - 

Tak będzie lepiej. 

Jej brat przejął słuchawkę. 
-  Lace,  przecież  uwielbiasz  przyjęcia.  Zawsze 

byłaś duszą towarzystwa. Czy nie tęsknisz trochę za 
miejskim życiem? 

Ż

artował,  ale  Lacey  przypomniała  sobie  swój 

pierwszy wieczór na ranczu i niepokój. Uważała, że 
czegoś  jej  brakuje,  czegoś,  co  właściwie  trudno 
nazwać.  Może  zgiełku  miasta,  jasnych  świateł  i 
tłumu  rozbawionych  ludzi  na  ulicach.  Jednak,  ku 
własnemu  zdziwieniu,  zdała  sobie  sprawę,  że  już 
nie marzy o powrocie do dawnego życia. 

-

 

Lace, halo, jesteś tam jeszcze? - zapytał Jordan 

ze śmiechem. 

-

 

Zabawne...  -  powiedziała  z  namysłem.  - 

Wiesz, wcale nie brakuje mi wielkomiejskiego życia. 
Może  z  początku,  ale  od  dawna  już  o  tym  nie 
myślę. 

-

 

I nie nudzisz się? 

124 

GRACE GREEN 

Lacey roześmiała się. 

-  Nie  mam  czasu  się  nudzić!  Wierz  mi.  Opieka  nad 

Dermidem i Jackiem wypełnia każdą minutę, nie mówiąc 
o sprzątaniu i gotowaniu olbrzymich posiłków. Ci faceci 
pochłaniają  wszystko  jak  dwa  gigantyczne  odkurzacze! 
Pomalowałam pokoik dziecinny na różowo, a w zeszłym 
tygodniu znalazłam wzór na buciki dla dziecka i uczę się 
robić na drutach i... 

Salwy śmiechu, które rozległy się w słuchawce, nieco 

zdezorientowały Lacey. 

-  Co w tym takiego zabawnego? - zapytała. - Co ta-

kiego powiedziałam? 

Felicity zachichotała. 

-

 

I  to  mówi  kobieta,  która  bladła  na  dźwięk  słów 

„sprzątanie". 

background image

-

 

Czy Otto wie, że twoje idealne dłonie są teraz w opła-

kanym stanie? - dopytywał się Jordan. 

Oboje  uznali,  że  żartuje.  Bo  niby  dlaczego  mieliby 

myśleć inaczej? Nigdy nie widzieli, by robiła cokolwiek 
w domu. Pogodzili się z tym, że Lacey spędza czas, snują 
się,  jak  to  określił  Dermid,  w  eleganckich  ciuchach  p 
wybiegach w różnych częściach świata. Piękna i czarują 
ca,  atrakcyjna  ciotka  przywożąca  prezenty  z  zagranicy 
pozwalająca się gościć, ale nie dająca nic z siebie. 

I poczuła palący wstyd na wspomnienie, jak 

nieskończoną ilość razy proponowała Felicity pomoc, 
licząc oczywiście na odmowę. Z góry zakładała, że jej 
oferta zostanie odrzucona. 

-  Och, Fliss, jak mogłam cię tak wykorzystywać? Jak 

udało ci się zachować dla mnie choć trochę sympatii? 
Zabawiałaś  mnie,  nigdy  się  nie  skarżąc,  a  przecież 
miałaś na głowie gromadkę dzieci i olbrzymi dom... 

Gdy 

minutę 

później 

odłożyła 

słuchawkę, 

przysięgła  sobie,  że  już  nigdy  nie  nadużyje 
gościnności Felicity. 

Gwiazdka  minęła  bez  żadnych  szczególnych 

wydarzeń,  jedynie  wymienili  się  prezentami. 
Wszyscy  dostali  ciepłe  swetry,  a  Jack  wymarzone 
czerwone sanki. 

W  sylwestra  Lacey  postanowiła  przygotować 

specjalną  uroczystą  kolację,  na  którą  zaprosili 
Artura. 

Tego  dnia  padał  śnieg  -  pierwszy  prawdziwy 

ś

nieg  tej  zimy.  Po  obiedzie  Dermid  i  Artur  zabrali 

Jacka na sanki na wzgórze za chatą i pozostali tam 
aż do zmierzchu. 

Potem  wypili  gorącą  czekoladę  w  chacie,  a 

ponieważ  Jack  chciał  pomóc  Arturowi  osuszyć  i 
schować  sanki,  Dermid  wrócił  sam.  Gdy  zbliżał  się 
do  domu,  zobaczył  palące  się  światło  w  kuchni  i 
niemal fizycznie czuł wybiegające mu na powitanie 
ciepło. Ciepło Lacey. 

Nie mógł sobie darować, że kiedykolwiek uważał 

ją za zimną i wyrachowaną osóbkę. Powierzchowną i 
bezużyteczną. Ładną ozdóbkę. Mydlaną bańkę. 

A  przecież  była  zupełnie  inna.  Lękał  się  dnia, 

kiedy będą musieli się rozstać. 

Nigdy nie będzie w stanie odwdzięczyć się jej za 

to, co robiła, za urodzenie mu dziecka. Musiała o tym 
wiedzieć. Nie wiedziała jednak i nigdy się nie dowie, 
ż

e dała mu szczęście, choć po śmierci Alice przestał 

wierzyć,  że  jeszcze  kiedykolwiek  go  zazna.  Lacey 
rozświetliła  jego  życie  i  bezwiednie  oślepiła  go 
swym  blaskiem.  To  dzięki  niej  zrozumiał,  że 
nadszedł czas, by przegnać smutek, który 

background image

126 

GRACE 
GREEN
 

nie pozwalał mu cieszyć się życiem, który toczył 
jego duszę 

Zawsze będzie kochał Alice, nigdy o niej nie 

zapomni, ale teraz wiedział, że jest w stanie pokochać 
znowu. A to wszystko zasługa Lacey, 
wielkomiejskiej dziewczyny, I która nie przepadała 
za dziećmi. 

Takie już moje szczęście, myślał z ironią, otrzepując 
ś

nieg  z  butów  i  otwierając  kuchenne  drzwi. 

Oczywiście, pierwsza kobieta, którą zainteresował się 
po śmierci Ahce  była ulepiona z  innej  niż  on  gliny i 
nigdy  go  nie  zechce.  1  Stała  przed  otwartą  książką 
kucharską, z zarumienicnymi od ciepła buchającego z 
piecyka  policzkami.  Wyglądała  fantastycznie  w 
czerwonym  swetrze  i  srebrnoszarych  spodniach. 
Włosy  zebrała  w  węzeł,  lecz  kilka  niesfornych 
kosmyków wyrwało się z uwięzi. 

Jednak wydawała się dziwnie podenerwowana. 
-

 

Gdzie Jack? - zapytała z roztargnieniem. 

-

 

U Artura. Niedługo przyjdą. 

-

 

Dobrze bawiliście się na sankach? 

-

 

Znakomicie.  -  Powiesił  kurtkę  na  haku  przyj 

drzwiach. - Ależ ten indyk cudownie pachnie! 

-

 

Mam  nadzieję,  że  będzie  równie  dobrze 

smakował  -  powiedziała  z  niepokojem.  -  To  mój 
pierwszy  indy  w życiu i trochę potrwa, nim będzie 
gotowy. Strasznie późno wsadziłam go do pieca. 

-

 

Na pewno będzie pyszny. 

-

 

Zrobiłam  nadzienie,  ale  zapomniałam  dodać 

przypraw i... 

-

 

Lacey, nie startujesz w konkursie sztuki 

kulinarnej. 
-

 

Wiem', ale tak bardzo chciałam się popisać, a 

teraz... 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

12

7 

- Ku jego konsternacji oczy Lacey zaszły łzami. - 
W dodatku zapomniałam o sosie żurawinowym. 

Bez  zastanowienia  podszedł  do  niej  i  otoczył 

mocno ramionami. 

-

 

Och, Lacey - wyszeptał, muskając wargami jej 

włosy. - Nie płacz, proszę. 

-

 

Jestem beznadziejna - łkała. - Straszna ze mnie 

niedojda.  Tak  bardzo  się  starałam,  żeby  ci  pomóc, 
ale i tak nigdy nie będę Alice... 

-

 

Na  litość  boską!  -  Chwycił  ją  za  ramiona  i 

odsunął  od  siebie.  Spojrzała  mu  w  oczy  poprzez 
łzy.  -  Dlaczego,  do  licha,  miałabyś  być  Alice? 
Dlaczego nie możesz być sobą? 

-

 

Jestem beznadziejna! 

-

 

Jesteś niesamowita. Wierz mi - wyszeptał, tuląc 

ją mocniej do siebie. - Jesteś najbardziej niezwykłą 
osobą,  jaką  znam.  Nic  bym  w  tobie  nie  zmienił, 
mówię serio! 

potem, 

może 

dlatego, 

ż

widział 

niedowierzanie  w  jej  zapłakanych,  zielonych 
oczach,  a  może  dlatego,  że  nie  potrafił  się 
powstrzymać, pocałował ją. 

Jej  usta  były  miękkie,  pachniały  i  smakowały 

miodem.  Ale  nie  oddała  pocałunku,  przynajmniej 
przez  pięć  długich  sekund,  by  potem  z  cichym 
westchnieniem  objąć  Dermida  ramionami 

rozchylić wargi. 

Pocałunek był boleśnie słodki... 
I trwałby całe wieki, gdyby dziecko w końcu nie 

postanowiło  zaprotestować.  Dermid  poczuł  nagłe 
kopnięcie,  może  kolanem,  a  może  łokciem,  i 
niezwykłość  tego  zjawiska  przykuła  całkowicie 
jego uwagę. 

-  Poczułaś? - zapytał, tuląc twarz do jej 
policzka. 

background image

128 

GRACE GREEN 

Roześmiała się roztrzęsiona. 

-

 

Lubi  się  rozpychać!  I  postanowiła  przywołać 

tatusia do porządku. 

-

 

Naprawdę  uważasz,  że  należy  przywołać  mnie 

do porządku? - zapytał. 

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo otworzyły się drzwi 

i  do  kuchni  wpadł  Scamp,  głośno  szczekając,  a 
zaraz za nim w progu stanęli Jack i Artur. 

Intymna  chwila  została  brutalnie  przerwana,  jak 

zwykle, pomyślał Dermid z żalem. 

Jack  nalegał,  by  zagrali  w  grę  planszową,  zanim 

indyk się upiecze. Wszyscy dobrze się bawili i było 
wiele  śmiechu.  Lacey  odzyskała  dobry  humor,  bo 
indyk  okazał  się  wielkim  sukcesem  kulinarnym. 
Jednak  Dermid,  który  nie  miał  już  okazji 
porozmawiać  z  Lacey  na  osobności,  poszedł  spać 
bardzo rozczarowany. 

Następnego popołudnia, kiedy Dermid trudził się 

nad  rachunkami  w  swoim  gabinecie,  zadzwoniła 
Felicity. 

-

 

Mam wiadomość od agenta Lacey z Nowego 

Jorku. Powtórz jej, żeby zadzwoniła do Otta, 
dobrze? Na pewno się ucieszy - ciągnęła 
podekscytowana szwagierka. - Wiesz, że odrzuciła 
wspaniałą ofertę, żeby urodzić dziecko? Postanowili 
poczekać na jej powrót do pracy! Wyobrażasz 
sobie? Przekażesz jej? 

-

 

Jasne. 

-

 

Nie możemy się doczekać spotkania z wami 

w  przyszłym  tygodniu.  Nadal  planujesz  wyjazd  do 
Skye pod koniec lutego, na złote gody rodziców? 
Zabierasz ze sobą Jacka? 

background image

SIOSTRZANA PRZYSŁUGA
 

1

29 

-

 

Tak. Rodzicie chcieli, bym przywiózł też Lacey. 

Są  tacy  szczęśliwi  z  powodu  dziecka.  Jednak  to 
chyba nie najlepszy pomysł. 

-

 

Racja.  To  już  końcówka  ciąży,  lepiej  nie 

ryzykować, prawda? 

-

 

Fliss,  a  odnośnie  tej  wspaniałej  oferty  dla 

Lacey...  Nie  wspomniała  mi  o  niej,  więc  może  nie 
chciała,  bym  się  dowiedział.  Nie  zdradź,  że 
powiedziałaś mi, o co chodzi, dobrze? 

-

 

Jasne. 

Dermid  odłożył  słuchawkę  i  zagapił  się  w 

przestrzeń.  A  więc  Lacey  aż  tyle  dla  niego 
poświęciła?  I  ukrywała  to  przed  nim?  Od  dawna 
uważał, że jest niezwykłą kobietą, ale dopiero teraz 
przekonał się, jak bardzo. 

-

 

Zadzwonię  do  niego  do  domu  -  zdecydowała 

Lacey,  gdy  przekazał  jej  wiadomość  od  Fliss.  - 
Biorąc pod uwagę różnicę czasu, wątpię, by jeszcze 
siedział w biurze. Ciekawe, czego chciał? 

-

 

Skorzystaj z telefonu w moim gabinecie. 

-

 

Dzięki. 

-

 

Dobrze spałaś? 

-

 

Usiłowałam,  ale  -  z  uśmiechem  położyła  rękę 

na  wydatnym  brzuchu  -  jakiemuś  maluchowi 
przyszła chętka na zabawę! 

Lacey  myślała,  że  Dermid  się  roześmieje,  ale 

patrzył na nią,  jakby  nie  usłyszał.  Jakby  myślał  o 
czymś  innym.  A  potem  całkiem  niespodziewanie 
powiedział: 

-  Lacey,  mam  nadzieję,  że  wiesz,  jak  bardzo 

jestem ci wdzięczny za to, co robisz. 

background image

130 

GRACE 
GREEN 

Mówił  z  takim  oddaniem,  że  coś  zaczęło 

ś

ciskać ją w gardle. 

-  Nie  musisz.  To  doświadczenie  przyniosło  mi 

wyłącznie  radość.  I  to  ja  jestem  wdzięczna,  że 
pozwoliłeś mi to zrobić dla Alice. 

Impulsywnie  pocałowała  go  lekko  w  policzek  i 

ż

eby nie zauważył targających nią emocji, odwróciła 

się  i  poszła  do  gabinetu.  Zamknęła  za  sobą  drzwi  i 
oparła się o nie plecami. 

Kochała Dermida tak mocno, że z coraz większym 

trudem przychodziło jej ukrywanie uczuć. Jednak ta 
miłość  nigdy  nie  zostanie  odwzajemniona,  pora 
pogodzić się z faktami.  Dermid  okazał  się  zupełnie 
inny, niż sobie wyobrażała. Miała go za nieczułego 
aroganta.  Teraz  wiedziała,  że  jest  najwspanialszym, 
najbardziej 

troskliwym 

mężczyzną, 

jakiego 

kiedykolwiek poznała. 

Tylko, niestety, nie był jej pisany. 
Więc lepiej wracać do życia, które sobie 
wybrała. 
Zadzwoniła do Otta i długo czekała, aż odbierze. 
-  Chodzi  o  Glory  -  powiedział  poprzez  gwar 

głosów 
-  Nadal  są  tobą  zainteresowani,  Lacey.  Marłyse 
nawaliła kilka razy i ich prawnicy grożą jej procesem. 
Nie  będą  wywierać  żadnej  presji  i  skontaktują  się  z 
tobą wkrótce po porodzie. Chciałem, żebyś wiedziała 
o tym wcześniej. 

Lacey  usiadła  na  krześle  i  złożyła  ręce  na 

brzuchu, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. 
Los  nie  tylko  pozwolił  jej  urodzić  dziecko  siostry, 
ale  dał  szansę  na  osiągnięcie  zawrotnej  kariery 
zawodowej. 

Kiedy wróciła do salonu, Jack i Dermid oglądali 

jaką komedię w telewizji. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

131 

-

 

Dobre  wieści?  -  zapytał  Dermid  na  widok  jej 

uszczęśliwionej miny. 

-

 

Cudowne  -  odparła  i  opowiedziała  mu 

wszystko, co usłyszała od Otta. 

Dermid  wydawał  się  zadowolony  z  jej  sukcesu. 

Wiedziała, że tak będzie najlepiej, bo choć kochała 
Dermida i polubiła życie na ranczu, wcale nie miała 
ochoty zostać pełnoetatową gosposią i nianią. 

Dlaczego  zatem  zamiast  skakać  pod  sufit, 

poczuła ogromne przygnębienie? 

-

 

Jak poszło? - zapytał Dermid. 

-

 

Znakomicie. - Lacey chwyciła go za ramię, gdy 

prowadził  ją  spod  kliniki  do  zaparkowanego 
samochodu. Był początek lutego i choć śnieg dawno 
stopniał,  wciąż  trzymał  mróz.  -  Doktor  Robinson 
mówi, że to duże dziecko. 

Jeszcze  nigdy  nie  wyglądała  równie  pięknie. 

Miała na sobie szkarłatny płaszcz, a lodowaty wiatr 
zaróżowił  jej  policzki  i  rozwiał  włosy  niczym 
jedwabne  wstążki.  Miała  rozchylone  usta  i  marzył, 
ż

eby  je  pocałować.  Ale  powstrzymał  się.  Po 

urodzeniu dziecka Lacey powróci do dawnego życia. 
Jeśli  jeszcze  wyobrażał  sobie,  że  ma  szansę 
konkurować z jej karierą, radość dziewczyny po roz-
mowie  z  agentem  zniweczyła  wszelkie  nadzieje. 
Postanowił 

więc 

odgrodzić 

się 

od 

niej 

emocjonalnie,  by  jak  najmniej  cierpieć  po  jej 
wyjeździe. 

-  Następna  wizyta  dwudziestego  trzeciego?  – 

upewnił  się.  -  Niedobrze.  Wracam  ze  Szkocji 
dopiero  dwudziestego  czwartego,  a  chcę  cię 
odwieźć.  Zadzwoń  do  kliniki  i  przełóż  wizytę  na 
dwudziestego piątego. 

background image

132 

GRACE GREEN 

-

 

Dermid, sama pojadę. Po co robisz tyle 

zamieszania? 
-

 

Mam  powody.  -  Dotarli  do  samochodu  i 

otworzył przed nią drzwi. - Drogi są niebezpieczne o 
tej  porze  roku.  Nie  mógłbym  spać  spokojnie, 
wiedząc,  że  prowadzisz  w  takich  warunkach 
samochód. 

-

 

To szantaż. 

-

 

Wiem - uśmiechnął się. - Ale chyba skuteczny, 

co? 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Roześmiała  się,  ale  kiedy  wrócili  na  ranczo, 

natychmiast  zadzwoniła  do  kliniki  i  przełożyła 
wizytę. 

-

 

Proszę  bardzo  -  powiedziała  do  Dermida, 

odkładając  słuchawkę.  -  Teraz  będziesz  się  dobrze 
bawił u rodziców? 

-

 

Na  ile  będzie  to  możliwe,  biorąc  pod  uwagę 

okoliczności. No nic... 

-

 

Jakie okoliczności? 

-

 

Niechętnie wyjeżdżam, teraz, kiedy tak niewiele 

czasu zostało do porodu. 

-

 

Dziecko ma się urodzić pod koniec marca. Poza 

tym, nie będzie cię tylko kilka dni.  

No  i  co  z  tego,  skoro  wiedziała,  jak  strasznie 

będzie  za  nim  tęsknić.  Cieszyła  się,  że  pomieszka 
trochę  w  Deerhaven,  ale  żałowała  każdej  chwili 
spędzonej bez Dermida. 

Czas  mijał  zbyt  szybko.  Tych  parę  miesięcy  na 

ranczu  stanie  się  wkrótce  zaledwie  wspomnieniem, 
słodko-gorzkim  wspomnieniem,  które  zachowa  w 
pamięci do końca życia. 

-

 

Co 

tak 

ciężko 

wzdychasz? 

zapytał 

zaniepokojony.  -  Zmęczyłaś  się?  Idź  do  łóżka. 
Przyniosę  ci  herbaty,  a  potem  możesz  się 
zdrzemnąć. 

-

 

Dzięki  -  powiedziała.  -  Z  przyjemnością  się 

wyciągnę. Ale wolę szklankę ciepłego mleka. 

background image

 

Po drodze do sypialni zajrzała do dziecinnego 

pokoju. Oparła się o framugę drzwi i patrzyła na 
różowe ściany, przypominając sobie, jak Felicity i 
Jordan śmieli się z niej, kiedy powiedziała, że sama 
chwyciła za pędzel. Teraz z zadowoleniem i dumą 
stwierdziła, że odwaliła kawał solidnej roboty. 
Dermid zniósł ze strychu starą kołyskę Jacka, 
wyszorował ją i zawiesił bladoróżowe zasłonki 
przysłane przez Felicity. Potem położył na podłodze 
nowy, różowy dywan. Jack zaś szczodrą, ręką 
ofiarował najładniejsze pluszowe zabawki ze swojej 
kolekcji, książeczki, z których, jak stwierdził, już 
wyrósł i gobelin na ścianę, który Felicity wyszyła, 
kiedy był niemowlęciem. 

Już niedługo, pomyślała Lacey, maleństwo będzie 

leżało w kołysce i cieszyło się ślicznym pokoikiem. 
Położyła ręce na wydatnym brzuchu. Córeczka Alice. 
Dziwne, ale nigdy nie pomyślała o niej jak o 
własnym dziecku. Czuła jedynie więź rodzinną... bo 
każde dziecko Alice, było również... 

-  Grosik za twoje myśli. 
Lacey  odwróciła  głowę  i  zobaczyła  Dermida. 

Stał na podeście z kubkiem gorącego mleka w dłoni. 

-

 

Myślałam...  to  smutne,  że  kiedy  przywieziesz 

dziecko ze szpitala, nie będzie tu Alice. 

-

 

Kiedy  przywiozę  dziecko  do  domu?  Nadal 

chcesz  je  powierzyć  mojej  opiece  natychmiast  po 
urodzeniu? Nie wrócisz tu choćby na parę dni, żeby 
odzyskać siły? 

Potrząsnęła głową. Oderwała się od framugi. 
-  Nie. Moje zadanie dobiegnie końca. Wiem, że 

będziesz  dla  niej  cudownym  ojcem.  Tak  jak  dla 
Jacka. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

135 

-  A  ty  zostaniesz  dziewczyną  Glory.  Oboje 

dostaniemy to, na czym nam najbardziej zależy. 

Odprowadził  ją  do  pokoju  i  postawił  kubek  na 

nocnym  stoliku.  Czuła  się  na  tyle  swobodnie,  że 
zrzuciła  buty  i  ściągnęła  spodnie,  po  czym 
wślizgnęła  się  pod  kołdrę.  Poprawił  jej  poduszki  i 
opatulił  mocniej  kołdrą.  Było  jej  ciepło  i 
przyjemnie. 

Podał jej fajansowy kubek. 

-  Dzięki - powiedziała z wdzięcznością. - Jesteś 

dla mnie taki dobry, Dermid. 

Pochylił  się  i  pocałował  jej  brew  tak  delikatnie  i 

czule, aż poczuła ukłucie w sercu. 

-  Jak mógłbym nie być dla ciebie dobry,  Lacey? 

Będę cenił twój dar do końca życia. 

Zobaczyła łzy w jego oczach i ból w jej sercu stał 

się  jeszcze  ostrzejszy.  Kiedy  Dermid  wyszedł  z 
pokoju, zamykając za sobą drzwi, zaczęła płakać. 

Dermid  poprosił  Artura,  by  wprowadził  się  na 

ranczo, gdy tylko on z Jackiem wyjadą do Szkocji. 

-  W  chacie  nie  ma  telefonu  -  tłumaczył.  -  Będę 

często dzwonił, rozumiesz chyba? 

Artur uległ namowom Dermida. 
Poprzedniego  wieczoru  Lacey  pomogła  Jackowi 

spakować  rzeczy.  Kiedy  zobaczył,  jak  składa  nowy 
granatowy  sweter,  który  dostał  od  ojca  na  podróż, 
skrzywił się. 

-

 

Muszę go zabierać? 

-

 

Tak. Będziesz elegancko wyglądał na przyjęciu. 

-

 

Tata  i  ja  nie  jesteśmy  salonowymi  lwami  - 

powiedział,  wyraźnie  delektując  się  górnolotnym 
zwrotem. 

background image

136 

GRACE GREEN 

Dermid pojawił się w drzwiach. 

-

 

To prawda, ale już ci mówiłem, że jeśli chodzi o 

rodzinę, to musimy zdobyć się na wysiłek. 

-

 

Spakowany? - zapytała go Lacey. 

-

 

Wrzuciłem trochę rzeczy do neseseru - odparł. - 

Jestem gotowy. 

-

 

O której jutro wyjeżdżamy, tato? - dopytywał 

się Jack z przejęciem. 

-

 

Mamy  samolot  o  czwartej.  Złapiemy  poranny 

prom i zdążymy na rodzinny lunch w Deerhaven. A 
potem Jordan odwiezie nas na lotnisko. 

-

 

Odprowadzisz nas, ciociu? 

-

 

Jasne. 

-

 

Szczęście,  że  nie  lecisz  z  nami  samolotem,  bo 

chyba byś się nie zmieściła w fotelu. 

Lacey roześmiała się. 
-

 

Masz rację. Twoja siostra nie jest już taka 

malutka. 
-

 

To  dobrze  -  stwierdził  Jack.  -  Bo  kiedy  się 

urodzi,  to  chcę  się  z  nią  bawić.  Nie  mogę  się 
doczekać!  - Spojrzał na  ojca.  -  A  jak  będzie  miała 
na imię, tato? 

-

 

Jeszcze  się  nie  zastanawiałem  -  przyznał.  - 

Może  każde  z  nas  wybierze  dla  niej  imię  i  będzie 
miała aż trzy? 
 

-

 

Aha! - ucieszył się Jack. - Ciociu, jakie imię 

wybierasz? Zastanawiała się przez chwilę. 
-

 

Chciałabym, żeby nazywała się Alice. 

Oczy  Dermida  pociemniały  ze  wzruszenia,  kiedy 

na nią patrzył. 

-  Zatem ja wybieram Lacey, ponieważ bez Lacey 

nie byłoby dziecka. 

Poczuła w sercu ciepło, jakby ją mocno uścisnął. 
Jeśli 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

137 

wątpiła  kiedyś  w  szczerość  uczuć  Dermida,  jego 
słowa  rozwiały  resztki  wątpliwości.  Uśmiechnęła 
się do niego. 

-  Teraz  moja  kolej  -  zawołał  Jack,  skacząc  na 

łóżku. 
-  Niech  nazywa  się  Jill,  jak  z  wierszyka  o  Jacku  i 
Jill! Prawda, że fajnie? 

Dermid zachichotał. 

-

 

Niech  tak  będzie.  Zatem  nazwiemy  ją  Alice 

Lacey Gillian McTaggart. 

-

 

Ale będziemy na nią mówili Jill! 

-

 

Dobrze - zgodził się ojciec i złapał syna, który 

skoczył  z  łóżka  w  jego  kierunku.  -  Niech  będzie 
Jill. 

I tak córka Alice otrzymała imię. 

Następnego  ranka  pojechali  w  jasnym  słońcu  na 

przystań. Przeprawa promem odbyła się bez przygód, a 
w  Deerhaven  Felicity  i  Jordan  czekali  na  nich  z 
pysznym lunchem. 

Zaraz po posiłku Jordan odwiózł Dermida i Jacka 

na lotnisko. Przed pożegnaniem Jordan wyjął portfel i 
powiedział do Jacka. 
   -  To  mały  zaskórniak,  żebyś  sobie  coś  kupił 
podczas podróży. 

-

 

Czas się pożegnać - Dermid mówił do Lacey. - 

Ż

ałuję, że zostawiam cię samą. 

-

 

Nie będę sama. 

-

 

Wiesz, co mam na myśli. 

Odstawił  neseser,  zrobił  krok  w  jej  stronę  i 

wziął ją w ramiona. Popatrzyli sobie w oczy. 

-

 

Uważaj na siebie. 

-

 

Ty też - dziewczyna z trudem wydobyła głos ze 

ś

ciśniętego gardła. 

background image

138 

GRACE GREEN 

Głęboko  odetchnął  i  pocałował  ją  w  policzek, 

czule  i  delikatnie.  Uśmiechnął  się,  ale  jego  oczy 
pozostały bardzo poważne. 

-

 

Lacey... 

-

 

Tato! - Jack pociągnął ojca za rękaw. - 

Idziemy? 
Lacey zobaczyła cień niepokoju w oczach Dermida 

i  zastanawiała  się,  o  czym  teraz  pomyślał.  Potem 
uśmiechnął  się  do  niej  i  przejechał  dłonią  po 
czuprynie  syna.  Pożegnał  się  z  Jordanem  i 
powiedział raźno: 

-  Idziemy. 

Jeśli Dermid pomachał do nich przed wejściem do 

poczekalni,  Lacey  tego  i  tak  nie  widziała.  Nic  nie 
mogła zobaczyć, bo oczy miała zamglone od łez. 

Jordan był bardzo cichy podczas powrotnej jazdy, 

co odpowiadało Lacey. Ona też nie miała nastroju do 
pogaduszek.  Kiedy  zaparkował  przed  domem, 
odwrócił się do niej i przyjrzał uważnie. 

-

 

Jesteś w nim zakochana - stwierdził. 

-

 

Nie - odpowiedziała, siląc się na obojętność. - 

Skądże znowu! 

-

 

Jesteś.  

Przetarła dłonią oczy. 
-

 

Jordan, przestań... 

-

 

Co  jest  między  wami,  Lace?  Zawsze  na  siebie 

warczeliście.  A  dzisiaj...  wyczułem  coś  zupełnie 
innego. 

-

 

Zostaliśmy  przyjaciółmi.  To  wszystko.  - 

Poczuła, że się dusi. - Dobrymi przyjaciółmi. 

-

 

Ale ty go kochasz. 

Jej oczy znowu napełniły się łzami. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

139 

-

 

To  beznadziejne,  Jordan  -  wykrztusiła  w 

końcu. - Bez szans. On nigdy nie zapomni o Alice, 
a ja... wiesz, jak uwielbiam moją pracę. No i dzieci... 
nigdy nie lubiłam dzieci i kiedy już urodzę córeczkę 
Alice, oddam ją bez żalu. 

-

 

Jesteś pewna? 

-Jak najbardziej. 
Westchnął. 
-  Zatem  masz  rację,  to  beznadziejne.  Ale 

zostaliście przynajmniej przyjaciółmi, ciesz się tym, 
co osiągnęłaś. 

Z  pewnością  należało  się  cieszyć,  lecz  Lacey 

wiedziała, że dla niej przyjaźń to o wiele za mało. 

-  Te cztery dni tak szybko zleciały - powiedziała 

Felicity,  siadając  na  brzegu  łóżka  Lacey  w 
czwartkowy  wieczór.  Postawiła  kubek  z  gorącym 
kakao  na  stoliczku  obok.  -  Jutro  Dermid  i  Jack 
wracają i wieczorem będziecie już na ranczu. 

Lacey  nie  odniosła  wrażenia,  że  te  cztery  dni 

minęły  szybko.  Dla  niej  ciągnęły  się  nieznośnie. 
Była  niespokojna,  nie  w  humorze,  bezustannie 
bolały  ją  plecy,  ale  nie  tylko  to  było  przyczyną  jej 
złego  samopoczucia.  Lubiła  towarzystwo  Felicity  i 
reszty rodziny, ale straszliwie tęskniła za Dermidem. 
To  krótkie  rozstanie  zwiększyło  jej  obawy  przed 
ostatecznym  rozstaniem,  jakie  czekało  ich  po 
urodzeniu dziecka. 

Felicity  zaczekała,  aż  Lacey  skończy  pić,  po 

czym wzięła od niej kubek i podniosła się. 

-  Dobrze się wyśpij. Pojedziesz jutro z Jordanem 

na lotnisko? 

background image

140 

GRACE GREEN 

-

 

Raczej  zostanę  i  zdrzemnę  się.  Dermid  będzie 

chciał  od  razu  wracać  na  ranczo,  więc  lepiej 
odpocznę. Przeprawa promem może być męcząca. 

-

 

Ż

yczę  dobrej  nocy,  Lacey.  -  Felicity  dała  jej 

całusa. - Do zobaczenia rano. 

Lacey wtuliła się w poduszki. 

-

 

Dobranoc, Fliss. I dzięki za wszystko. 

-

 

To  ja  ci  dziękuję,  Lacey,  za  wyśmienitą 

kolację.  Klops  był  przepyszny,  nawet  mały  Todd 
spałaszował  wszystko,  co  miał  na  talerzu.  I 
pomyśleć, że śmieliśmy się z ciebie, kiedy mówiłaś, 
ż

e gotujesz i sprzątasz. Jesteśmy z ciebie naprawdę 

dumni. 

-

 

Nie ma z czego. Nie zawsze to co robię, sprawia 

mi przyjemność. 

-

 

Czyszczenie  ubikacji?  Szorowanie  podłóg?  - 

Felicity błysnęły w uśmiechu oczy. - To nikomu nie 
może sprawiać przyjemności, prawda? 

Lacey zachichotała. 
-  Dobranoc! 
Felicity zgasiła światło i wyszła. 

Lacey  spała  naprawdę  dobrze,  ale  tylko  do 

trzeciej  nad  ranem,  kiedy  obudził  ją  ostry  ból  w 
plecach.  Ból, który  pozbawiał  ją  oddechu.  Nigdy 
dotąd nic takiego nie czuła. 

Czy  zaczynała  rodzić?  Zszokowana  i  przerażona 

usiadła  i  zapaliła  światło.  Za  wcześnie  na  poród. 
Zostało jeszcze kilka tygodni... 

Ale  ból  nie  mijał.  Wrócił  piętnaście  minut 

później,  potem  znowu.  Za  każdym  razem  czuła, 
jakby ktoś wykręcał 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA 

141 

jej  wnętrzności  rozżarzoną  do  czerwoności  ręką. 
Miała ochotę kląć i wrzeszczeć. 

Coraz  bardziej  przerażona  wstała,  zarzuciła 

szlafrok  i  poszła  do  sypialni  gospodarzy.  Zapukała 
do  drzwi,  a  kiedy  Jordan  odezwał  się,  weszła  do 
ś

rodka. 

-  To  ja  -  wyszeptała  w  ciemnościach.  -  Coś  jest 

nie  tak  -  mówiła  urywanym  głosem.  -  Chyba 
zaczynam rodzić. 

Ś

wiatło zalało pokój. Jordan wyskoczył z łóżka i 

był przy niej w sekundę, a tuż po nim Fliss. 

Odprowadzili ją do pokoju i Felicity usiadła przy 

niej na łóżku. 

-  Ubiorę  cię  -  powiedziała  spokojnie.  -  Jak 

nazywa się twój lekarz z kliniki? 

Lacey podała nazwisko. 
-  Jordan,  złap  go  przez  telefon,  wyjaśnij,  co  się 

dzieje i zapytaj, do którego szpitala zawieźć Lacey. 

Gdy  Jordan  wypadł  z  pokoju,  Felicity  ubrała 

szwagierkę  i  spakowała  jej  rzeczy  do  torby.  Potem 
objęła mocno Lacey. 

-  Nic ci nie będzie - mówiła Fliss uspokajająco. 

-  Skurcze są niezbyt  częste, jeszcze masz mnóstwo 
czasu. 
Pojedziemy  do  szpitala  i  od  razu  poczujesz  się 
pewniej. 

Felicity  pocieszała  ją,  jak  mogła,  ale  równie 

dobrze mogła mówić do niej po chińsku, bo Lacey i 
tak  nic  z  tego  nie  rozumiała.  Myślała  wyłącznie  o 
dziecku.  Przychodzi  na  świat  za  wcześnie.  Czy 
przeżyje, czy będzie zdrowe? 

 

- Tato, wujek Jordan miał na nas czekać. Gdzie 

on jest? 
 

Dermid zdjął swój neseser z taśmy i rozejrzał 

się dokoła. Jednak nigdzie nie dostrzegł szwagra. 

background image

142 

GRACE GREEN 

-  Może pojechał na jakieś zebranie. Zadzwonimy 

do Deerhaven. 

W słuchawce odezwał się nieznajomy głos. 

-  Czy  to  pan  McTaggart?  Tu  Shauna,  opiekunka 

dzieci.  Pani  Maxwell  kazała  panu  przekazać,  że  są 
w  szpitalu  Lions  Gate.  Lacey...  panna  Maxwell 
zaczęła  dziś  w  nocy  rodzić...  Jeszcze  się  nie 
skończyło... 

Dermidowi  wydawało  się,  że  za  chwilę 

eksploduje mu serce. 

-

 

Lions Gate? Lacey rodzi? 

-

 

Prosili,  żeby  pan  złapał  taksówkę,  bo  nie  chcą 

zostawiać Lacey... 

-

 

Dzięki. Już tam jadę. 

Odłożył z hukiem słuchawkę i chwytając Jacka za 

rękę, zaczął biec przez lotnisko. 

-

 

Co  się  stało,  tato?  -  zapytał  Jack,  z  trudem 

łapiąc oddech. - Coś złego? 

-

 

Twoja  siostrzyczka  właśnie  się  rodzi  -  odparł 

Dermid  nieprzytomnie.  Przypomniał  sobie,  jak  na 
Boże  Narodzenie  Lacey  tonęła  we  łzach,  bo 
zapomniała  o  sosie  żurawinowym.  To,  co  dla 
większości  kobiet  byłoby  drobiazgiem,  u  niej 
urastało do rozmiarów katastrofy. 

Starała  się,  jak  mogła,  ale  było  jasne,  że  nie 

radziła  sobie  w  kryzysowych  sytuacjach.  A  co 
gorszego mogło jej się przydarzyć niż przedwczesny 
poród w środku nocy? W dodatku bez ojca dziecka, 
który by ją wspierał?! 

Nigdy sobie nie wybaczy, że nie było go przy 

niej  kiedy  go  najbardziej  potrzebowała.  I  bez 
wątpienia ona też mu tego nie wybaczy do końca 
ż

ycia. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

143 

-  Dalej,  Lacey!  Uda  ci  się.  Jeszcze  tylko  jeden 

raz. Przyj! 

Przepocona  i  skrajnie  wyczerpana  Lacey  zdobyła 

się na jeszcze  jeden  wysiłek,  jak  nakazał  jej  lekarz. 
Wzięła najgłębszy oddech w życiu i parła, i parła, aż 
każda, najmniejsza żyłka napęczniała w jej ciele jak 
bańka... A potem wyślizgnęło się dziecko i było po 
wszystkim. 

Lacey  leżała  wyczerpana,  po  chwili  usłyszała 

cienkie kwilenie. Pierwszy krzyk dziecka. 

Poruszył coś głęboko w jej sercu. 
Poczuła łzy w oczach. W ciągu tych paru miesięcy 

ciąży  przelała  więcej  łez  niż  w  ciągu  całego 
swojego życia. 

Wykończona  musiała  przysnąć,  bo  gdy  się 

ocknęła,  wieziono  ją  przez  korytarz  do  małego 
pokoiku.  Potem  zjawili  się  Jordan  i  Felicity. 
Spróbowała się do nich uśmiechnąć, ale była zbyt 
zmęczona. 

-  Niech  się  prześpi  -  szepnęła  Felicity.  – 

Powinieneś zadzwonić do domu, sprawdzić, czy... 

Lacey nie słyszała nic więcej, powieki zamknęły 

się same i znalazła się w innym świecie. 

Gdy  ocknęła  się  znowu,  zobaczyła  obok  łóżka 

zażywną pielęgniarkę. 

-  Bardzo  mi  przykro,  że  to  trwało  tak  długo, 

panno 

Maxwell, 

ale 

musieliśmy 

dokładnie 

przebadać  dziecko.  Na  szczęście  małej  nic  nie  jest. 
Zatrzymamy  ją  przez  parę  dni  na  oddziale  dla 
wcześniaków, dopóki nie przybierze na wadze. 

Lacey odetchnęła z ulgą. 

-  To  cudowna  wiadomość  -  powiedziała.  – 

Bardzo dziękuję. 

background image

144 

GRACE 
GREEN
 

-  Podobno  nie  będzie  pani  karmić  piersią,  więc 

przyniosę pani proszki powodujące ustanie laktacji. 
I pewnie marzy pani o filiżance herbaty. 

Pielęgniarka  pomogła  jej  usiąść  i  poprawiła 

poduszki pod plecami. 

-  Tymczasem... 
Lacey  nie  zauważyła  maleńkiego  wózeczka  przy 

swoim łóżku. I kiedy pielęgniarka wzięła dziecko na 
ręce, poczuła rozdzierający ból w sercu. 

Córeczka  Alice.  Jej  siostra  nie  dożyła,  by  ujrzeć 

swoje maleństwo. 

-  Dziękuję  -  powiedziała,  wyciągając  ręce  do 

dziecka. - Proszę dać mi ją na chwilę. 

Pielęgniarka  wyszła,  zostawiając  ją  ze  śpiącym 

niemowlęciem w ramionach. 

Maleństwo  szczelnie  zawinięte  w  różowy  kocyk, 

lekkie jak piórko. 

Ostatni  raz  Lacey  trzymała  niemowlę  na  reku, 

kiedy  Felicity  urodziła  swoje  najmłodsze  dziecko. 
Choć  uważała,  że  jej  bratanica  jest  słodka,  mimo 
czerwonych plam na buzi i łysej głowy, to jednak nie 
czuła do maleństwa wielkiej miłości. 

To  dziecko  nie  było  ani  czerwone,  ani 

ponurszczone,  ani  łyse.  Alice  Lacey  Gillian 
McTaggart miała czarne, bujne włosy, gładką skórę, 
piękny,  zgrabny  nosek  i  usteczka  stworzone  do 
puszczania  baniek.  Lacey  szukała  jakichkolwiek 
oznak podobieństwa do Alice, ale nic nie znalazła. 
Ani do Dermida. 

Dermid. 
Na samo wspomnienie o nim serce zabiło jej 
mocniej. 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

145 

Będzie w siódmym niebie, gdy się dowie, że jego 
córeczka przybyła bezpiecznie na świat. A kiedy 
przekona się, jaka jest słodka, będzie za nią 
szalał... Dziecko poruszyło się i zakwiliło. 

-  Ciii....  maleńka  -  szeptała  Lacey,  kołysząc  ją 

delikatnie w ramionach. 

Ale  płacz  nie  ustawał,  był  coraz  głośniejszy. 

Lacey poczuła dziwne mrowienie w sutkach i jakby 
na ten sygnał dziecko zaczęło szukać jej piersi. 

-  Nie, skarbie, nie możesz! 

Ale mała nie miała zamiaru przestać. Chciała ssać. 

-  Skarbie, nie... 

Opanowując  panikę,  Lacey  walczyła  ze  sobą. 

Instynkt  jej  podpowiadał,  że  jeśli  ulegnie  i  nakarmi 
dziecko,  zwiąże  się  z  małą  już  na  zawsze.  Ale  jak 
mogła odmówić jej pokarmu? 

To zbyt wiele, decyzja była zbyt trudna... 
Później  nie  była  pewna,  czy  to  dziecko  znalazło 

rozcięcie  w  koszuli,  czy  też  ona  sama  odsunęła 
materiał,  ale  nim  się  zorientowała,  maleństwo 
chwyciło  jej  sutek  i  zaczęło  ssać  z  wilczym 
apetytem, jakby walczyło o przeżycie. 

Lacey  trzymała  je  czule  i  czuła,  jak  ogarniają 

cudowne uczucie spokoju. To było takie naturalne. I 
jeśli  popełniła  błąd,  oczywiście  przyjdzie  jej  za  to 
odpokutować,  ale  później.  Teraz  nie  będzie  sobie 
tym zaprzątać głowy. 

Po  kilku  minutach  dziecko  zaczęło  ssać  mniej 

łapczywie, 

szukając 

bardziej 

otuchy 

niż 

pożywienia. 

-  I jak? - szepnęła Lacey, całując małe czółko. 
Na dźwięk jej  głosu maleństwo otworzyło oczka, 

ciemnoniebieskie, 

okrągłe, 

poważne 

pełne 

mądrości. Patrzyło 

background image

146 

GRACE GREEN 

na  nią  bez  mrugania,  jakby  prosto  w  serce.  Lacey 
wyczuła,  że  w  tej  właśnie  chwili  mała  uznała  ją  za 
matkę.  I  po  raz  pierwszy  w  życiu  zrozumiała,  że 
dzieci potrafią nawiązać kontakt z otoczeniem już od 
chwili narodzin, nie trzeba czekać, aż będą potrafiły 
sklecić kilka sensownych słów. 

- Och, mój cudowny skarbie. - Czule pocałowała 

córkę w policzek. - Kocham cię. I nigdy, przenigdy 
cię nie oddam. 

Kiedy uniosła głowę, zobaczyła, jak małe powieki 

zamykają się i dziecko zasypia. 

W tej samej chwili wyczuła, że ktoś ją 
obserwuje. 
Serce  omal  nie  wyskoczyło  jej  z  piersi,  gdy 

ujrzała Dermida stojącego w drzwiach. 

Jak wiele widział? 
I co ważniejsze, ile usłyszał? 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Dermid  wiedział,  że  ta  chwila  na  zawsze 

pozostanie w jego pamięci. 

Nie 

spodziewał 

się 

ujrzeć 

Lacey 

niemowlęciem. A z pewnością nie tego, że zobaczy, 
jak  Lacey  karmi  je  piersią.  Poczuł  łzy  pod 
powiekami.  Była  taka  pewna,  że  nie  zwiąże  się 
emocjonalnie z dzieckiem, i co teraz? 

-

 

Wyglądasz  fantastycznie  -  powiedział,  niemal 

bojąc  się  oddychać,  gdy  zbliżał  się  na  palcach  do 
łóżka.  -  Spotkałem  Jordana  i  Fliss  na  dole. 
Powiedzieli, że poród był bardzo ciężki, ale świetnie 
sobie  radziłaś.  Lacey,  jestem  z  ciebie  taki  dumny, 
tylko  przykro  mi,  że  nie  było  mnie  przy  tobie,  by 
cię wspierać. 

-

 

Twoja  córka  jest  niecierpliwa  i  uparta  - 

uśmiechnęła  się  do  niego  promiennie.  -  Skąd 
mogliśmy  wiedzieć,  że  nie  ma  zamiaru  dłużej 
czekać? 

Miała  na  sobie  szpitalną  koszulę,  pogniecioną, 

wilgotną i niezbyt twarzową, ale dla niego nigdy nie 
wyglądała piękniej. I nigdy nie kochał jej bardziej. 

Pochylił się i pocałował ją w policzek. Miał ochotę 

pocałować ją w usta, ale nie był pewny jej reakcji. 

Jordan powiedział mu parę minut temu, że Lacey 

jest w nim zakochana. 

-  Nigdy dotąd nie była zakochana, Dermid. 
Wyznała jednak, że kocha cię, tylko... No, ona 
myśli, że to beznadziejne, z powodu Alice. 

-

 

Dlaczego  mi  o  tym  mówisz?  -  zapytał.  W 

głowie  wirowało  mu  od  niedowierzania  i  nadziei, 
gdy starał się oswoić z tym, co usłyszał. 

-

 

To moja siostra. Nie chcę, żeby cierpiała. 

-  Nie skrzywdzę jej, Jordan. Przysięgam na 
wszystko. 
I miał zamiar dotrzymać obietnicy, bez 
względu na okoliczności. 
Przyciągnął krzesło do łóżka i usiadł wpatrzony w 

córeczkę.  Czuł,  jak  topnieje  mu  serce.  Maleńka, 
ciemnowłosa,  o  kremowych  policzkach,  była 
doskonałością  samą  w  sobie.  Spała,  posapując 
słodko przez maleńki nosek. 

-  Czy  nie  jest  ci  smutno,  że  nie  ma  przy  niej 

Alice?  -  zapytała  cicho  Lacey,  zakrywając  piersi 
koszulą. 

Pogładził palcem główkę dziecka. 

-

 

Jest  mi  smutno,  ale  to  już  tak  nie  boli  jak 

kiedyś. Widać nie było nam pisane. Pogodziłem się 
z tym dość dawno temu. Tak jak z tym, że sam będę 
wychowywał maleństwo. 

-

 

Dermid, muszę ci coś powiedzieć. - Nie umiała 

zapanować  nad  rosnącą  paniką.  -  Och,  tak  mi 
trudno to wyznać, ale... 

-

 

Nie  musisz  nic  mówić,  Lacey.  -  Oderwał  w 

końcu oczy od dziecka i spojrzał na nią. - Słyszałem, 

background image

jak mówiłaś, że nigdy jej nie oddasz. 

-

 

Łączy  nas  nierozerwalna  więź.  -  Jej  oczy 

płonęły  gorączkowo.  -  Nie  chciałam,  żeby  tak  się 
stało.  Wiem,  że  obiecałam  ci  oddać  dziecko,  kiedy 
się urodzi. Myślałam, że to będzie łatwe, ale... - Jej 
głos się załamał. – Nie mogę. Wiem, że to dziecko 
Alice,  ale  jest  także  moje.  Już  je  kocham  i  nie 
mogę... 

-  Nie musisz. 

Zamrugała oczami i spojrzała na niego 
zaskoczona. 

-

 

Nie? 

-

 

Mam propozycję... 

Ale zanim zdążył jej cokolwiek wyjaśnić, weszła 

pielęgniarka z małą tacą. 

-  Pani  herbata,  panno  Maxwell.  I  proszki,  o 

których  mówiłam.  -  Postawiła  tacę  na  nocnym 
stoliku i uśmiechając się do Dermida, powiedziała: - 
Teraz zabiorę dziecko. 

Wyjęła  małą  z  ramion  Lacey  i  przyglądając  się 

jej uważnie, stwierdziła z przekonaniem: 

-  Jest  bardzo  podobna  do  pani,  panno 

Maxwell.  Szczęściara.  Będzie  z  niej  nie  lada 
piękność! 

I  nucąc  cicho  pod  nosem,  wyszła  z  pokoju, 

zostawiając ich samych. 

-

 

Ma rację - przytaknął Dermid. - Jest do ciebie 

podobna. Nie wiem, jak mogłem nie zauważyć. Nie 
zawsze dziecko jest podobne do swoich rodziców. I z 
pewnością  Gillian  McTaggart  wyrośnie  na  wielką 
piękność. 

-

 

Dermid, 

mówiłeś 

propozycji 

przypomniała,  opierając  się  ciężko  o  poduszki, 
bledsza niż przed chwilą. - Co miałeś na myśli? 

Chrząknął, bo zdawało mu się, że głos grzęźnie 

mu w krtani. 

-  Pomyślałem,  że...  może...  że  ty  i  ja... 

moglibyśmy się pobrać. 

Zapadła  martwa  cisza,  a  potem  rozległ  się  nieco 

nerwowy chichot. 

150 

GRACE GREEN 

-  Pobrać?! 
Czy Jordan się mylił? Nie kochała go? 
-

 

Proszę cię, żebyś za mnie wyszła. - Z trudem zebrał 

myśli, by znaleźć odpowiednie słowa. - Chciałbym uczy-
nić z ciebie uczciwą kobietę... 

-

 

Nigdy nie byłam nieuczciwa, Dermid! 

-

 

.. .i żeby to maleństwo miało nie tylko tatę, ale i ma-

mę, a skoro, jak twierdzisz, kochasz ją... 

-

 

Bo to prawda! 

-

 

Chcesz uczestniczyć w jej wychowaniu... 

-

 

Jasne, że chcę, ale nie musisz się ze mną żenić! 

-

 

Cholera! - krzyknął. - Wiem, że nie muszę! Ale ja 

background image

po prostu chcę! 

Zagryzła dolną wargę, mocno, aż do bólu. 
-

 

Ż

eby dziecko miało mamę - powiedziała tak cicho, 

ż

e z trudem ją usłyszał. 

-

 

Jordan  twierdził,  że  mnie  kochasz.  -  Wcale  nie 

chciał tego powiedzieć, ale słowa same wyfrunęły mu 
z ust. 

Drgnęła, jakby dźgnął ją nożem. Zasłoniła dłonią oczy. 
-

 

Niepotrzebnie. 

-

 

Więc  to  nieprawda?  -  Wiedział,  że  w  jego  głosie 

brzmiało rozczarowanie, ale nie obchodziło go to. Jordan 
musiał coś źle zrozumieć, pomyślał zrozpaczony. 

-

 

Dermid? - Spojrzała na niego nieśmiało przez palce. 

- Czy ty tego chcesz? 

W jej oczach pojawiła się iskierka, której przedtem nie 

było i która dała mu cień nadziei. Ale nadal był ostrożny. 

-

 

Jeśli ty chcesz... 

-

 

Tylko wtedy, jeśli chcesz, żebym chciała, żebyś ty 

chciał! - Patrzyła na niego z żartobliwym błyskiem 
w oczach. 

Wróciło.  Wróciło  zrozumienie,  jakie  łączyło  ich 

przed jego wyjazdem do Szkocji. I już wiedział, że 
wszystko będzie dobrze. 

-

 

Tak - wyznał. - Pragnę tego z całego serca, bo 

cię  kocham.  Szaleję  za  tobą  i  nie  mogę  bez  ciebie 
ż

yć. Jeśli nie powiesz, że za mnie wyjdziesz... 

-

 

Wyjdę  za  ciebie,  Dermid.  -  Wyciągnęła  do 

niego  ręce.  -  Jestem  w  tobie  bardzo,  bardzo 
zakochana. Też za tobą szaleję i... 

Pocałował  ją,  zanim  zdążyła  powiedzieć  coś 

więcej. Całowali się aż do utraty tchu. Wydawało im 
się,  że  unoszą  się  w  powietrzu,  że  lecą  wprost  do 
nieba. 

Pozostała jeszcze tylko jedna rzecz do wyjaśnienia. 

-

 

Lacey,  wiem,  ile  znaczy  dla  ciebie  twoja 

kariera i propozycja Glory... 

-

 

Nic  nie  mów,  Dermid.  -  Położyła  mu  palec 

na ustach. - Domyślam się, że chcesz, bym została 
w domu i była mamą na pełny etat, tak jak Alice... 

Odsunął delikatnie jej rękę i pocałował. 

-  Lacey, nie jesteś Alice. I nie spodziewam się, że 

będziesz taka jak ona. I nie chcę tego - powiedział, 
patrząc  z  powagą  w  jej  oczy,  pragnąc,  aby  go 
dobrze  zrozumiała.  -  Jesteś  sobą.  Lacey,  w  której 
się  zakochałem,  jest  nie  tylko  silną  i  odważną 
kobietą, przyszłą cudowną mamą naszych dzieci, ale 
ma też szansę zrealizować swe marzenia zawodowe. 
Kochanie,  masz  w  sobie  siłę,  która  pozwoli  ci 
pogodzić  karierę  zawodową  z  życiem  rodzinnym. 
Będę cię wspierał, a już teraz jestem z ciebie bardzo 
dumny. 

background image

152 

GRACE 
GREEN
 

Nie  musisz  z  niczego  rezygnować.  Zawsze  będę 
przy tobie, żeby ci kibicować i dodać otuchy. 

Lacey  wydawało  się,  że  za  chwilę  jej  serce 

wyskoczy  z  piersi.  Jakim  cudem  miała  tyle 
szczęścia,  że  udało  jej  się  zdobyć  miłość  takiego 
wspaniałego człowieka? 

-  Jesteś dla mnie bardzo dobry. - Pocałowała go, 

wdychając  piżmowy  zapach  jego  skóry.  - 
Przyrzekam  ci,  że  rodzina  zawsze  będzie  dla  mnie 
na  pierwszym  miejscu.  Zlecenie  dla  Glory  to  mój 
ostatni kontrakt. Nie ma takiego miejsca na świecie, 
które wolałabym od rancza. 

Uściskał ją. 

-  Nigdy nie byłem szczęśliwszy. I cieszę się, że 

zrezygnujesz  z  kariery  modelki,  bo  wiem,  jakie  to 
wyczerpujące i stresujące. 

Spojrzała na niego rozbawiona. 
-

 

I to mówi człowiek, który uważał, że to zajęcie 

na jedną ósmą etatu? 

-

 

Widząc, jak  ciężko harujesz na  ranczu, zdałem 

sobie  sprawę,  że  musiałaś  równie  ciężko  pracować, 
ż

eby osiągnąć sukces w świecie mody... Naprawdę 

mówiłem, że jesteś obibokiem? 

Roześmiała się. 

-

 

Tak.  I  to  wiele  razy.  Muszę  cię  jeszcze  o  coś 

zapytać  -  powiedziała  poważnie.  -  Dlaczego  ciągle 
mi  dokuczałeś?  Z  początku  tylko  się  ze  mną 
drażniłeś, ale po śmierci Alice twoje uwagi stały się 
bardziej napastliwe. Naprawdę mnie bolały. 

-

 

Tak mi przykro, skarbie. - Przytulił ją mocniej i 

gładził  po  włosach.  -  Sam  tego  nie  mogłem 
zrozumieć,  ale  chyba  już  wiem  dlaczego.  Najpierw 
miałem do ciebie żal, 

background image

SIOSTRZANA 
PRZYSŁUGA
 

153 

background image

ż

e  Alice  umarła,  a  ty  nadal  żyjesz  swoim 

bezużytecznym  życiem  kolorowego  motyla. 
Nie  wiem,  kiedy  się  w  tobie  zakochałem,  ale 
wiedziałem  w  głębi  duszy,  że  nie  mam  u 
ciebie  szans  i  sarkazm  był  mechanizmem 
obronnym. Chciałem trzymać cię na dystans. I 
udało mi się. 

Uniósł  głowę,  słysząc  tupot  drobnych  stóp 

na  korytarzu.  W  chwilę  później  w  drzwiach 
stanął  zdyszany  Jack,  z  rozwianą  czupryną  i 
roziskrzonym wzrokiem. 

-  Cześć, ciociu! - zawołał podekscytowany. 

– Muszę zobaczyć dziecko! Kiedy zabierzemy 
je do domu, tato? 

Po chwili dołączyli do niego Jordan i Felicity. 

-

 

Zabierzemy nie tylko dziecko - oznajmił z 

szerokim  uśmiechem.  -  Ciocia  Lacey  też  z 
nami  wraca.  Tylko  że  już  nie  będzie  twoją 
ciocią.  Gdy  tylko  włożę  na  jej  palec  ślubną 
obrączkę, zostanie... 

-

 

Będzie moją nową mamą? - Jack gapił się 

zdumiony na Lacey. 

-

 

Tak, kochanie. 

Oczy Felicity zapłonęły radością, a Jordan 

mruczał z zadowoleniem, jak syty kocur. 

-  Co ty na to, synu? - zapytał Dermid. 
Jack podbiegł do łóżka i rzucił się prosto w 

otwarte ramiona Lacey. 

-  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  będziemy 

nareszcie prawdziwą rodziną! 

Niewidzialna  Alice  patrzyła  na  nich  z 

wysokości od samego początku. Teraz nareszcie 
mogła  odfrunąć  spokojnie  do  Nieba.  Pierwsze 
zadanie 

początkującego 

anioła 

zostało 

wykonane.  Choć  bardzo  się  denerwowała  i 
popełniła 

mnóstwo 

pomyłek, 

ostatecznie 

odniosła  zwycięstwo.  Ogarnęła  ją  niebiańska 
błogość. 

Westchnęła,  radosna  i  szczęśliwa,  potem 

odpłynęła spokojnie w stronę światłości. 

To naprawdę będzie związek pod opieką 
Niebios!