background image

Günter GRASS 

IDĄC RAKIEM

 

Nowela

 

 
 

Przełożył 
Sławomir Błaut 
 
Dzieła Guntera Grassa pod redakcją Sławomira Błauta i Joanny Konopackiej 
 
POLNORD 
WYDAWNICTWO OSKAR- 
Gdańsk 2004 
Tytuł oryginału Im Krebsgang 
Okładkę i stronę tytułową projektował Zygmunt Gornowicz 
Przekład tej książki powstał dzięki pomocy finansowej INTER NATIONES. Bonn 
ISBN 83-86181-86-9 
Copyright e 2002 by Steidl Verlag. Göttingen 
Copyright for the Polish edition by POLNORD - Wydawnictwo OSKAR. Gdańsk 2002 
 
POLNORD - Wydawnictwo OSKAR. Gdańsk 2002 
Skład i łamanie: Studio Wydawnicze MARCBOSS 
Gdańsk, Kartuska 51/2, tel. O-5O1 768 766 
DRUK: OPTIMA s.c. tel./fax (058) 664 89 32 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

in memoriam 

 

background image

 
-  Czemu  dopiero  teraz?  -  pytał  ktoś,  kto  nie  jest  mną.  Ponieważ  matka  mi  w  kółko...  Ponieważ  jak 
wówczas, kiedy po wodzie niósł się krzyk, chciałem, ale nie mogłem krzyczeć... Ponieważ prawda to 
chyba ledwie trzy linijki... Ponieważ teraz dopiero... 
Słowa  mają  jeszcze  ze  mną  trudności.  Ktoś,  kto  nie  lubi  żadnych  wykrętów,  przygważdża  mnie 
powołując się na mój zawód. Bo przecież to ja już jako żółtodzioby młodziak, ze słowami za pan brat, 
odbywałem  praktykę  w  Springerowskiej  gazecie,  niebawem  zręcznie  zmieniłem  front,  później  na 
łamach „taz” nielicho przejeżdżałem się po Springerze, potem na żołdzie agencji prasowych ćwiczyłem 
się  w  zwięzłości  i  przez  długi  czas  z  pozycji  wolnego  strzelca  przerabiałem  na  artykuły  siekaninę 
bieżących zdarzeń: Aktualności dzisiejszego dnia. Dzisiaj aktualne. 
Odparłem,  że  może  i  tak  było.  Ale  tacy  jak  ja  niczego  innego  się  nie  nauczyli.  Jeśli  mam  teraz 
przystąpić  do  rozprawiania  się  ze  sobą,  to  wszystko,  co  mi  się  ułożyło  na  opak,  pójdzie  na  karb 
zatonięcia statku, ponieważ ni mniej, ni więcej, ponieważ matka wtedy bliska rozwiązania, ponieważ ja 
w ogóle żyję tylko za sprawą przypadku. 
I oto znów jestem na czyichś usługach, na razie jednak wolno mi pominąć moją skromną osobę, bo ta 
historia  zaczęła  się  na  długo  przede  mną,  ponad  sto  lat  temu,  mianowicie  w  Schwerinie, 
meklemburskiej stolicy, która rozpościera się pośród siedmiu jezior, uwieczniona jest na widokówkach 
przedstawiających  staromiejski  Schelfstadt  i  wielowieżowy  zamek,  a  kolejne  wojny  przetrwała  na 
pozór bez uszczerbku. 
Z  początku  nie  sądziłem,  że  dawno  odfajkowana  przez  historię  prowincjonalna  mieścina  mogłaby 
zwabić  kogokolwiek  poza  turystami,  ale  potem  ów  punkt  wyjścia  mojej  opowieści  raptem  nabrał 
aktualności  w  internecie.  Jakiś  anonim  podawał  informacje  osobowe  przytaczając  daty,  nazwy  ulic  i 
świadectwa  szkolne,  przed  kimś  takim,  kto  jak  ja  szpera  w  przeszłości,  chciał  koniecznie  otworzyć 
skarbnicę wiedzy. 
Skoro tylko na rynku pokazała się ta aparatura, sprawiłem sobie Macintosha z modemem. Mój zawód 
wymaga  owego  dostępu  do  krążących  po  świecie  informacji.  Nauczyłem  się  obchodzić  jako  tako  z 
moim komputerem. Wkrótce takie słowa jak browser i hiperlink* przestały być dla mnie chińszczyzną. 
Klikaniem  myszy  ściągałem  infosy  do  wykorzystania  lub  do  wyrzucenia,  dla  fantazji  bądź  z  nudów 
zacząłem przeskakiwać z jednego chatroomu na drugi  i  reagować na najbardziej niedorzeczne maile, 
przez  krótki  czas  gościłem  też  na  dwóch,  trzech  pornosites,  a  wreszcie  po  chaotycznym  surfowaniu 
natknąłem się na witryny, gdzie tak zwani przedwczorajsi, ale i świeżo upieczeni młodzi naziści dawali 
upust  swojej  tępocie  na  stronach  nienawiści.  I  nagle  -  biorąc  nazwę  statku  za  słowo  poszukiwane  - 
wyklikałem  właściwy  adres:  „www.blut-zeuge.de”.  Świadek  krwi  -  męczennik.  Jakieś  „Kamractwo 
Schwerin” ogłaszało gotyckimi literami gromkie hasła. Same pamiętliwe kawałki. Chciało się bardziej 
śmiać niż rzygać. 

 
*  Większość  terminów  intemetowyeh  pozostawiono  w  przekładzie  w  brzmieniu  angielskim,  tak  jak  w  oryginale  noweli 
Güntera Qrassa (przyp. tłum.).

 

 
Od tej chwili nie ulega wątpliwości, czyja to krew ma dawać świadectwo. Ale jeszcze nie wiem, czy 
mam  najpierw,  jak  uczy  doświadczenie,  odtworzyć  jedną,  potem  drugą  sprawę,  a  następnie  ten  czy 
tamten życiorys, czy też powinienem  raczej  na skos wejść czasowi w paradę, dajmy na to na sposób 
raków,  które  udają  chód  wsteczny  zbaczając  z  prostego  kursu,  lecz  całkiem  szparko  posuwają  się 
naprzód. Pewne jest jedynie tyle: Natura, a ściślej biorąc Morze Bałtyckie już przeszło pół wieku temu 
pogodziło się ze wszystkim, o czym będzie tu mowa. 
Na  pierwszy  ogień  idzie  ktoś,  czyj  nagrobek  został  rozbity  na  kawałki.  Po  szkole  -  mała  matura  - 
zaczęła się jego praktyka bankowa, którą ukończył bez wzlotów i upadków. W internecie nie było na 

background image

ten temat ani słowa. Tam na specjalnie jemu poświęconej website urodzony w roku 1895 w Schwerinie 
Wilhelm Gustłoff odbierał  tylko  hołdy jako  „świadek krwi”. Toteż zabrakło wzmianki o kłopotach z 
krtanią,  o  chronicznej  chorobie  płuc,  która  nie  pozwoliła  mu  wykazać  się  dzielnością  w  pierwszej 
wojnie światowej. Podczas gdy Hans Castorp, młody mężczyzna z hanzeatyckiego rodu, na polecenie 
swego  twórcy  musiał  opuścić  Czarodziejską  Górę,  aby  na  stronie  994  powieści  pod  tymże  tytułem 
polec  jako  ochotnik  we  Flandrii  albo  rozpłynąć  się  w  literackiej  mgławicy,  schweriński  bank 
Towarzystwa  Ubezpieczeń  na  Życie  w  roku  siedemnastym  troskliwie  wysłał  swego  sumiennego 
urzędnika  do  Szwajcarii,  gdzie  w  Davos  miał  się  wykurować  z  trapiącej  go  choroby,  po  czym  w 
nadzwyczajnym  powietrzu  do  tego  stopnia  wyzdrowiał,  że  tylko  w  jakiś  inny  sposób  można  było 
doprowadzić go do śmierci; na powrót do Schwerina, do klimatu północnych Niemiec na razie nie miał 
ochoty. 
Wilhelm Gustłoff znalazł pracę asystenta w obserwatorium. Po przekształceniu tej placówki badawczej 
w  instytucję  konfederacką  awansował  na  jej  sekretarza,  któremu  wszakże  starczało  czasu,  aby  sobie 
dorobić  podróżując  po  kraju  w  charakterze  akwizytora  Towarzystwa  Ubezpieczeń  Sprzętów 
Domowych;  przy  okazji  ubocznego  zajęcia  poznawał  więc  kantony  Szwajcarii.  Równocześnie  nie 
próżnowała jego żona Hedwig; nie mając oporów mimo swych ultranarodowych przekonań zatrudniła 
się jako sekretarka u adwokata nazwiskiem Moses Silberroth. 
Do tego momentu z faktów wyłania się obraz po mieszczańsku statecznego małżeństwa, które jednak, 
jak się okaże, tylko udawało, że prowadzi życie zgodne ze szwajcarskim ideałem dorabiania się; bo z 
początku  skrycie,  później  całkiem  jawnie  -  na  co  pracodawca  długo  przymykał  oczy  -  sekretarz 
obserwatorium  z  powodzeniem  wykorzystywał  wrodzony  talent  organizacyjny:  wstąpił  do  Partii  i  do 
początków  roku  trzydziestego  szóstego  wśród  zamieszkałych  w  Szwajcarii  Niemców  z  Rzeszy  i 
Austriaków  zwerbował  blisko pięć tysięcy członków, zorganizował  w całym  kraju  w grupy lokalne i 
zaprzysiągł na wierność komuś, kogo Opatrzność wymyśliła sobie na führera. 
Landesgruppenleiterem mianował go wszelako Gregor Strasser zawiadujący sprawami organizacyjnymi 
Partii.  Strasser,  który  należał  do  lewego  skrzydła,  w  roku  trzydziestym  drugim  na  znak  protestu 
przeciwko bliskim kontaktom swego führera z wielkim przemysłem złożył wszystkie urzędy, a w dwa 
lata  później  został  zaliczony  do  uczestników  puczu  Röhma  i  zlikwidowany  przez  swoich;  jego  brat 
Otto ocalał uciekając za granicę. Z kolei Gustloff musiał poszukać sobie nowego wzoru. 
Kiedy  w  związku  z  interpelacją  zgłoszoną  w Małej  Radzie Gryzonii funkcjonariusz policji do spraw 
cudzoziemców  chciał  się  od  niego  dowiedzieć,  jak  on  pojmuje  swój  urząd  landesgruppenleitera 
NSDAP w Konfederacji Szwajcarskiej, Gustloff ponoć odpowiedział: - Najbardziej na świecie kocham 
moją żonę i moją matkę. Gdyby mój führer rozkazał mi je zabić, to bym go posłuchał. 
Ten  cytat  został  zakwestionowany  w  internecie.  Takie  i  jeszcze  inne  kłamstwa  wymyślił  w  swojej 
ramocie Żyd Emil Ludwig, można się było dowiedzieć w chatroomie udostępnionym przez Kamractwo 
Schwerin.  Natomiast  męczennik  w  dalszym  ciągu  pozostawał  pod  wpływem  idei  Gregora  Strassera. 
Gustloff  stale  podkreślał,  że  w  jego  światopoglądzie  wartości  socjalistyczne  znaczą  więcej  od 
narodowych. Niebawem  między czatowcami rozgorzały walki frakcyjne. Wirtualna noc długich noży 
domagała się ofiar. 
Potem  jednak  wszystkim  zainteresowanym  internautom  przywołano  na  pamięć  datę,  która  miała 
świadczyć  o  roli  Opatrzności.  Coś,  co  ja  usiłowałem  wytłumaczyć  sobie  jako  zwykły  przypadek, 
wynosiło  partyjnego  aparatczyka  Gustloffa  na  ponadziemskie  wyżyny.  30  stycznia  1945,  z 
dokładnością  co  do  dnia,  w  pięćdziesięciolecie  urodzin  męczennika,  zaczął  tonąć  statek  ochrzczony 
jego imieniem i tym samym w dwanaście lat od przejęcia władzy, znowu z dokładnością co do dnia, 
stał się znakiem powszechnej zguby. 
Oto  jakby  pismem  klinowym  wyryta  w  granicie.  Przeklęta  data,  od  której  wszystko  się  zaczęło, 
niebywale spotęgowało, doszło do punktu kulminacyjnego, dobiegło kresu. Ja też, dzięki matce, jestem 

background image

związany z dniem wciąż żywej katastrofy; natomiast ona żyje podług innego kalendarza i nie uznaje ani 
przypadku, ani podobnych wszechwyjaśniaczy. 
- A szkąd! - woła ta, której nigdy nie nazywam zaborczo „moją”, ale zawsze tylko „matką”. - Gancegal 
po  kim  by  są  sztatek  zwał,  i  tak  na  dno  by  poszedł.  Bym  tylko  wiedżecz  chczała,  co  se  ten  Ruszki 
myszlał, jak do nas trzy razy pod rząd, rach-ciach-ciach, wygarnącz kazał... 
Wciąż jeszcze tak gada, jak gdyby od tamtych lat nie upłynęła kupa czasu. Słowa rozwleczone. Zdania 
przepuszczone  przez  magiel.  Mówi  bulwy  na  ziemniaki,  glomza  na  twaróg  i  pomuchla,  kiedy 
przyrządza dorsza w musztardowej zalewie. Rodzice matki, August i Erna Pokriefkowie, pochodzili z 
Kosznajderii,  nazywano  ich  Kośniewiakami.  Ona  za  to  wyrastała  we  Wrzeszczu.  Pochodzi  nie  z 
Gdańska, lecz z tego rozciągniętego, zagarniającego coraz więcej sąsiednich pól przedmieścia, którego 
jedna  z  ulic  nosiła  miano  Elzy  i  dla  małej  Urszuli,  zwanej  Tullą,  musiała  być  całym  światem,  bo 
opowiadając,  jak  to  po  swojemu  nazywa,  „sztare  dżeje”,  często  wprawdzie  wspomina  kąpielowe 
igraszki  na  pobliskiej  bałtyckiej  plaży  albo  wyprawy  na  sanki  do  lasów  na  południowym  skraju 
przedmieścia, ale przeważnie zmusza swoich słuchaczy, by weszli na podwórko czynszowej kamienicy 
przy  Elzy  pod  19  i  stamtąd,  mijając  uwiązanego  na  łańcuchu  owczarka  Harrasa,  do  stolarni,  której 
pracy towarzyszyły hałasy piły tarczowej, piły taśmowej, frezarki, strugarki i dudniącej szlifierki. - Jak 
żem  telko  od żerni odrosła, w garnku z klejem  mieszacz mnie dawali...  - W rezultacie gdziekolwiek 
mała  Tulla  stała,  leżała,  szła,  pędziła  czy  przysiadała  w  kącie,  nie  odstępował  jej  legendarny,  jak 
opowiadają, zapach kleju kostnego. 
Nie  ma  się  zatem  czemu  dziwić,  że  kiedy  zaraz  po  wojnie  zakwaterowali  nas  w  Schwerinie,  matka 
wyuczyła się w Schelfstadt stolarskiego rzemiosła. Jako „przesiedlona”, jak mawiało się na Wschodzie, 
prędko  dostała  się  do  terminu  u  majstra,  którego  walący  się  warsztat  z  czterema  strugnicami  i  stale 
bulgoczącym garnkiem kleju miał renomę zasiedziałego. Stamtąd niedaleko było na Lehmstrasse, gdzie 
oboje z matką mieliśmy kryty smołowaną papą dach nad głową. Ale gdybyśmy po katastrofie nie zeszli 
na ląd w Kołobrzegu, gdyby za to torpedowiec „Löwe” zawiózł nas do Travemünde lub Kilonii, a więc 
na  Zachód,  matka  jako  „uciekinierka  ze  Wschodu”,  jak  mawiało  się  po  tamtej  stronie,  na  pewno 
również terminowałaby u stolarza. Ja mówię: przypadek, podczas gdy ona od pierwszego dnia uważała, 
że miejsce naszego przymusowego pobytu było nam sądzone. 
-  A  ten  Ruszki,  co  na  ichnim  ubocze  za  kapitana  beł,  to  urodziny  dokładnie  niby  kiedy  miał?  Ty 
przeczeż zwykle wszysztko z detalami wiesz... 
Nie, inaczej niż w wypadku Wilhelma Gustloffa - a ściągałem z internetu, co się dało - tego nie wiem z 
detalami.  Zdołałem  dogrzebać  się  jedynie  roku  urodzenia  i  paru  jeszcze  faktów  oraz  przypuszczeń, 
czegoś, co dziennikarze nazywają otoczką. 
Aleksander  Marinesko  urodził  się  w  roku  1913,  mianowicie  w  Odessie,  położonym  nad  Morzem 
Czarnym  mieście  portowym,  które  kiedyś  musiało  być  wspaniałe,  o  czym  zaświadczają  czarno-białe 
zdjęcia  z  filmu  „Pancernik  Potiomkin”.  Matka  pochodziła  z  Ukrainy.  Ojciec  był  Rumunem  i 
legitymację  podpisał  jeszcze  nazwiskiem  Marinescu,  nim  za  bunt  został  skazany  na  śmierć,  ale  w 
ostatniej minucie zdołał uciec. 
Jego  syn  Aleksander  wyrastał  w  dzielnicy  portowej.  A  ponieważ  w  Odessie  blisko  obok  siebie  żyli 
Rosjanie, Ukraińcy i Rumuni, Grecy i Bułgarzy, Turcy i Ormianie, Cyganie i Żydzi, mówił mieszaniną 
różnych  języków,  która  wszakże  musiała  być  zrozumiała  dla  chłopaków  z  jego  bandy.  Aczkolwiek 
później  mocno  się  starał  mówić  po  rosyjsku,  nie  bardzo  mu  się  udawało  oczyszczenie z rumuńskich 
przekleństw  ojca  swej  rozwodnionej  żydowskimi  wtrętami  ukraińszczyzny.  Kiedy  był  już  matem  na 
statku  handlowym,  śmiano  się  z  jego  żargonu;  ale  z  biegiem  lat  wielu  przeszła  ochota  do  śmiechu, 
choćby  w  późniejszym  okresie  rozkazy  dowódcy  okrętu  podwodnego  brzmiały  nie  wiem  jak 
komicznie. 

background image

Cofnijmy taśmę o lata: ponoć siedmioletni Aleksander widział z dalekomorskiego nabrzeża, jak resztki 
wojsk  „Białych”  i  wyczerpane  walkami  brytyjska  i  francuska  armie  interwencyjne  w  popłochu 
opuszczały  Odessę.  Wkrótce  potem  oglądał  wkroczenie  „Czerwonych”.  Odbywały  się  czystki. 
Niebawem  wojna  domowa  na  dobrą  sprawę  ustała.  A  gdy  w  kilka  lat później zagranicznym  statkom 
znów  było  wolno  cumować  w  basenie  portowym,  chłopak  podobno  wytrwale,  a  rychło  i  zręcznie 
nurkował  w  przybrzeżnych  wodach,  żeby  wyławiać  monety  rzucane  przez  pięknie  wystrojonych 
pasażerów. 
Trio nie jest kompletne. Kogoś jeszcze brakuje. Jego czyn wprawił w ruch coś, co wciągało z dużą siłą 
i było nie do zatrzymania. Jako że chcąc nie chcąc z człowieka rodem ze Schwerina zrobił męczennika 
ruchu, a chłopaka z Odessy bohaterem Ploty Bałtyckiej odznaczonej Czerwonym Sztandarem, ma po 
wsze czasy zapewnione miejsce na ławie oskarżonych. Takie i podobne zarzuty czytałem, z upływem 
czasu nabierając apetytu, na wciąż tak samo firmowanej homepage: „To Żyd strzelał...” 
Mniej  jednoznacznie,  jak  tymczasem  wiem,  jest  zatytułowany  pamflet  pióra  towarzysza  partyjnego  i 
czołowego mówcy Wolfganga Diewerge wydany w roku 1936 nakładem monachijskiej oficyny Franza 
Ehera. Jednakże Kamractwo Schwerin, zgodnie z konsekwentną logiką obłędu, miało do powiedzenia 
więcej, aniżeli zdawał się wiedzieć Diewerge: „Bez Żyda na oczyszczonej z min trasie, na wysokości 
Ustki, nigdy by nie doszło do największej katastrofy morskiej wszechczasów. To za sprawą Żyda... To 
Żyd jest winien...” 
W  chatroomie  z  uprawianego  częściowo  po  niemiecku,  częściowo  po  angielsku  bajdurzenia  można 
było  wszelako  wyczytać  trochę  faktów.  Jeśli  jeden  z  czatowców  wiedział,  że  Diewerge  wkrótce  po 
rozpoczęciu  wojny  został  dyrektorem  rozgłośni  radiowej  Rzeszy  w  Gdańsku,  to  inny  znał  jego 
działalność  w  okresie  powojennym:  podobno,  skumplowany  z  innymi  supernazistami,  choćby  z 
późniejszym  deputowanym  do  Bundestagu  z  ramienia  FDP  Achenbachem,  infiltrował  liberałów  w 
Nadrenii  Północnej-Westfalii.  Ponadto,  uzupełniał  ktoś  trzeci,  ten  były  hitlerowski  propagandzista  w 
latach  siedemdziesiątych  uprawiał  w  Neuwied  nad  Renem  dyskretne  pranie  pieniędzy  wpłacanych 
pokątnie na rzecz FDP. Wreszcie w przepełnionym chatroomie jednak kotłowały się jeszcze pytania o 
sprawcę zamachu z Davos, a pewne swego celu odpowiedzi stawiały kropkę nad i. 
O cztery lata starszy od Marinesko i o czternaście lat młodszy od Gustloffa Dawid Frankfurter urodził 
się w roku 1909 w zachodniosławońskim mieście Daruvar jako syn rabina. W domu rozmawiało się po 
hebrajsku  i  po  niemiecku,  w  szkole  Dawid  uczył  się  mówić  i  pisać  po  serbsku,  na  własnej  skórze 
odczuwał też jednak powszechną nienawiść do Żydów. To tylko przypuszczenie: na próżno próbował 
się  z  tym  uporać,  ponieważ  jego  konstytucja  fizyczna  nie  pozwalała  na  skuteczną  obronę,  a  zręczne 
dostosowanie się do sytuacji budziło w nim wstręt. 
Z  Wilhelmem  Gustloffem  Dawid  Frankfurter  miał  jedynie  tyle  wspólnego:  jak  tamtemu  doskwierała 
choroba  płuc,  tak  ten  od  dzieciństwa  cierpiał  na  chroniczne  zapalenie  szpiku  kostnego.  Ale  o  ile 
Gustloff potrafił w Davos raz-dwa wykurować się z dolegliwej  choroby i  później działał  energicznie 
jako  zdrowy  towarzysz  partyjny,  o  tyle  choremu  Dawidowi  nie  mogli  pomóc  żadni  lekarze;  musiał 
przejść pięć operacji, ale nic to nie dało: beznadziejny przypadek. 
Być  może  ze  względu  na  chorobę  podjął  studia  medyczne;  za  radą  rodziny  w  Niemczech,  gdzie 
studiowali  już  jego  ojciec  i  dziadek.  Mówią,  ze  ciągle  niedomagając  i  z  tego  powodu  cierpiąc  na 
trudności  z  koncentracją  oblał  egzamin  po  pierwszym  semestrze  oraz  egzaminy  późniejsze.  Ale  w 
internecie  towarzysz  partyjny  Diewerge  w  przeciwieństwie  do  również  cytowanego  pisarza  Ludwiga, 
którego Diewerge stale nazywał „Emilem Ludwigiem-Cohnem”, twierdził, że Żyd Frankfurter był nie 
tylko  cherlawym,  lecz  i  żyjącym  na  koszt  ojca-rabbiego  studentem-obibokiem,  w  dodatku  ubranym 
fircykowato nicponiem i nałogowym palaczem. 
Potem  od  po  trzykroć  przeklętej  daty  zaczął  się  -  świętowany  niedawno  w  internecie  -  rok  przejęcia 
władzy.  Nałogowy  palacz  Dawid  we  Frankfurcie  nad  Menem  doświadczył  tego,  co  dotyczyło  jego  i 

background image

innych studentów. Widział, jak palono książki żydowskich autorów. Jego miejsce pracy w laboratorium 
zostało raptem oznaczone gwiazdą Dawida. Z fizyczną bliskością buchała na niego nienawiść. I jego, i 
innych  lżyli  studenci  wrzaskliwie  zaliczający  siebie  do  rasy  aryjskiej.  Z  tym  nie  umiał  sobie  radzić. 
Tego  nie  wytrzymywał.  Uciekł  więc  do  Szwajcarii  i  w  Bernie,  miejscu  jakoby  bezpiecznym, 
kontynuował  studia,  aby  ponownie  przepaść  na  egzaminach.  Wszelako  do  rodziców  pisał  listy 
nastrojone pogodnie bądź pozytywnie, ojcu łożącemu na utrzymanie mydlił oczy. Gdy w rok później 
zmarła mu matka, przerwał studia. Może chcąc poszukać oparcia u krewnych odważył się na jeszcze 
jedną podróż do Rzeszy, gdzie w Berlinie patrzył bezsilnie, jak jego stryja, który jak ojciec był rabinem, 
targał za rudawą brodę jakiś młody człowiek krzycząc: „Won stąd, won, Żydzie!” 
Podobnie  rzecz  wygląda  w  utrzymanym  w  konwencji  powieściowej  „Morderstwie  w  Davos”  Emila 
Ludwiga,  które  popularny  autor  opublikował  w amsterdamskim  Querido, wydawnictwie emigrantów. 
Znów  Kamractwo  Schwerin  na  swojej  website  było  nie  lepiej,  ale  inaczej  poinformowane,  a 
powoływało się po raz kolejny na towarzysza partyjnego Diewerge, ponieważ ten w swojej relacji jako 
świadka  cytował  przesłuchiwanego  przez  berlińskich  policjantów  rabina,  doktora  Salomona 
Frankfurtera:  „To  nieprawda,  że  jakiś  wyrostek  ciągnął  mnie  za  brodę  (która  zresztą  jest  czarna,  nie 
ruda) i przy tym krzyczał: „Won stąd, won, Żydzie!” 
Nie miałem możliwości ustalić, czy policyjne przesłuchanie zarządzone w dwa lata po domniemanym 
znieważeniu  odbywało  się  pod  przymusem.  W  każdym  razie  Dawid  Frankfurter  wrócił  do  Berna  i 
zapewne  z  kilku  powodów  był  załamany.  Z  jednej  strony  ponownie zaczęły się nieudane dotychczas 
studia, z drugiej, i tak już cierpiąc fizycznie na ciągłe bóle, bolał jeszcze nad śmiercią matki. Ponadto 
krótka  wizyta  w  Berlinie  przeradzała  się  w  koszmar,  skoro  tylko  w  miejscowych  i  zagranicznych 
gazetach czytał doniesienia o obozach koncentracyjnych w Oranienburgu, Dachau i innych miejscach. 
Toteż  pod  koniec  trzydziestego  piątego  musiała  pojawić  się  i  niejednokrotnie  powtórzyć  myśl  o 
samobójstwie.  Później,  kiedy  toczył  się  proces,  w  zamówionej  przez  obronę  ekspertyzie  napisano: 
„Frankfurter  z  wewnętrznych,  duchowych  powodów  natury  osobistej  popadł  w  sytuację 
psychologicznie  nie  do  utrzymania,  z  której  musiał  się  wyrwać.  Jego  depresja  zrodziła  pomysł 
samobójstwa. Właściwy każdemu instynkt samozachowawczy miast na samego siebie skierował jednak 
kulę na inną ofiarę”. 
Na  ten  temat  nie  było  w  internecie  pokrętnych  komentarzy.  Jednakże  coraz  bardziej  rosło  we  mnie 
podejrzenie,  że  pod  umownym  adresem  „www.blutzeuge.de”  nie  skrzyknęła  się  jako  Kamractwo 
Schwerin  ostrzyżona  na  łyso  gromada,  lecz  ukrył  się  działający  w  pojedynkę  frant.  Ktoś,  kto  jak  ja 
zygzakiem węszy za znakami zapachowymi i podobnymi wydzielinami historii. 
Student-obibok? Ja też takim  byłem, kiedy germanistyka śmiertelnie mnie znudziła, a publicystyka w 
Instytucie Otto Suhra odstręczała nadmiarem teorii. 
Na  początku,  kiedy  opuściłem  Schwerin,  a  potem  z  Berlina  Wschodniego  przejechałem  kolejką  do 
Berlina  Zachodniego,  zadawałem  sobie  jeszcze  sporo  trudu,  jak  obiecałem  matce  na  pożegnanie,  i 
wkuwałem  jak  dziki.  Mając  szesnaście  i  pół  roku  -  na  krótko  przed  zbudowaniem  muru  -  zacząłem 
chłonąć  zapach  wolności,  mieszkałem  w  Schmargendorfie  niedaleko  Rosenecku  u  ciotki  Jenny, 
szkolnej  koleżanki  matki,  która  przeżyła  z  nią  podobno  mnóstwo  niesamowitych  rzeczy.  Miałem 
osobny pokój z oknem w dachu. Właściwie to były piękne czasy. 
Mansardowe  mieszkanie  ciotki  Jenny  przy  Karlsbader  Strasse  wyglądało  jak  pokój  lalek.  Na 
stoliczkach,  krzesełkach,  pod  kloszami  stały  porcelanowe  figurki.  Przeważnie  tancerki  w  kusych 
spódniczkach stojące na czubkach palców. Niektóre w śmiałych pozach, wszystkie z małą główką na 
długiej szyi. Ciotka Jenny jako młode stworzenie była baleriną i to dość sławną, aż podczas jednego z 
wielu nalotów, które coraz bardziej równały z ziemią stolicę Rzeszy, pogruchotało jej obie nogi, tak że 
teraz podsuwała mi do popohidniowej herbaty rozmaite przysmaki z jednej strony utykając, z drugiej 
wciąż  jeszcze  z  dużą  gracją  poruszając  rękami.  I  na  podobieństwo  kruchych  figurynek  w  uciesznej 

background image

mansardzie jej małą, ruchliwą głowę na chudej obecnie szyi stale zdobił uśmiech, który wydawał się 
zlodowaciały. Często też miewała dreszcze, piła dużo gorącego soku z cytryny. 
Dobrze  mi  się  u  niej  mieszkało.  Rozpieszczała  mnie. A kiedy mówiła o swojej  szkolnej koleżance  - 
„Moja  droga  Tulla  krętymi  drogami  przysłała  mi  ostatnio  liścik...”  -  przez  kilka  minut  kusiło  mnie, 
żeby troszeczkę polubić matkę, to babsko nie do zdarcia; ale potem znowu mnie wkurzała. Jej grypsy 
przemycane  ze  Schwerina  na  Karlsbader  Strasse  zawierały  stężone,  podkreśleniami  wyposażane  w 
rygor bezwarunkowości upomnienia, które używając słów matki miały „wżącz mnie do galopu”: „On 
muszi  uczycz  są  i  jesz  raz  uczycz.  Po  to,  telko  po  to  chłopaka  żem  na  Zachód  wyszłała,  żeby  do 
czegosz doszedł...” 
Mam w uszach dosłowne brzmienie jej kwestii: „Ja to telko po to jesz żyję, aby mój syn któregosz dnia 
nadżeje moje szpełnił...” I ciotka Jenny występując jako tuba swojej koleżanki upominała mnie głosem 
łagodnym, ale zawsze trafiającym w sedno. Nie pozostawało mi nic innego jak tylko kuć ile wlezie. 
Chodziłem wtedy do liceum z hurmą innych uciekinierów z NRD w moim wieku. Co się tyczy państwa 
prawa i demokracji, to musiałem masę nadrobić. Do angielskiego doszedł francuski, za to nie było już 
rosyjskiego.  Zaczęło  mi  również  świtać,  jak  dzięki  sterowanemu  bezrobociu  funkcjonuje  kapitalizm. 
Nie byłem wzorowym uczniem, ale zgodnie z wymaganiami matki zrobiłem maturę. 
A i poza tym we wszystkim, co tam mimochodem robiło się z dziewczynami, całkiem nieźle dawałem 
sobie radę, nie miałem nawet kłopotów z forsą, bo matka, kiedy z jej błogosławieństwem przenosiłem 
się do wroga klasowego, wcisnęła mi jeszcze inny adres na Zachodzie: - Cosz mnie są zdaje, że to twój 
ojczec jeszt. To taki mój kuzyn. Nim w kamasze go wżęli, brzuch mnie zrobił. W każdym rażę on tak 
uważa. Napisz kiedy do niego, jako tobie są wiedze, jak ju po tamtej sztronie bandżesz... 
Nie powinno się porównywać. Ale jeśli chodzi o sprawy pieniężne, to niebawem powodziło mi się jak 
Dawidowi  Frankfurterowi  w  Bernie,  któremu  ojciec  co  miesiąc  przekazywał  na  szwajcarskie  konto 
okrągłą sumkę. Kuzyn matki - Panie, świeć nad jego duszą - nazywał się Harry Liebenau, był synem 
stolarza  z  niegdysiejszej  ulicy  Elzy,  od  końca  lat  pięćdziesiątych  mieszkał  w  Baden-Baden  i  jako 
redaktor działu kulturalnego opracowywał dla Południowo-Zachodniego Radia nocny program: liryka o 
północy, kiedy to słuchały już tylko schwarzwaldzkie jodły. 
Jako  że  nie  chciałem  na  dalszą  metę  siedzieć  na  karku  szkolnej  koleżance  matki,  w  skądinąd 
uprzejmym liście, zaraz po końcowym frazesie: „Twój nieznany Ci syn”, wypisałem bardzo czytelnie 
numer  mego  konta.  Co  prawda  nie  odpisał,  był  widać  zbyt  dobrze  ożeniony,  wszelako  miesiąc  w 
miesiąc  punktualnie  bulił  dużo  więcej,  niż  wynosiła  najniższa  stawka  alimentów,  równe  dwieście 
marek,  co  było  wówczas  kupą  grosza.  Ciotka  Jenny  nic  o  tym  nie  wiedziała,  lecz  podobno  znała 
matczynego  kuzyna  Harry'ego,  choć  tylko  przelotnie,  jak  ze  śladami  rumieńca  w  lalkowatej  twarzy 
bardziej wyznała mi niż powiedziała. 
Z  początkiem  sześćdziesiątego  siódmego,  wkrótce  po  tym,  jak  wyniosłem  się  z  Karlsbader  Strasse, 
osiadłem  na  Kreuzbergu,  potem  rzuciłem  studia  i  poszedłem  na  praktykę  do  Springerowskiej 
„Morgenpost”, skończyło się dobrodziejstwo subsydiowania. Później nigdy już nie pisałem do mojego 
pieniężnego ojca, najwyżej raz wysłałem pocztówkę na Boże Narodzenie, nic więcej. Bo niby z jakiej 
racji.  W  grypsie,  który  przyszedł  okrężną  drogą,  matka  dała  mi  do  zrozumienia:  „Ty  mu  od  serca 
dżękowacz ni muszisz. On ju wie, za co bulicz muszi...” 
Nie  mogła  wtedy  pisać  do  mnie  otwarcie,  ponieważ  z  czasem  w  dużych  państwowych  zakładach 
kierowała brygadą stolarzy, która według planu produkowała meble sypialniane. Jako członkini partii 
nie wolno jej było utrzymywać kontaktów z Zachodem, a już na pewno nie ze zbiegłym z NRD synem, 
który  w  agresywnej  prasie  kapitalistycznej  zamieszczał  najpierw  krótkie,  potem  dłuższe  artykuły 
przeciwko komunizmowi od muru i drutu kolczastego, co przysparzało jej dość nieprzyjemności. 
Przypuszczałem, że kuzyn matki nie chciał więcej płacić, ponieważ ja zamiast studiować pisywałem do 
Springerowskich  brukowców.  Na  swój  zafajdanie  liberalny  sposób  miał  przecież  jakąś  tam  rację.  Ja 

background image

zresztą wkrótce po zamachu na Rudiego Dutschke zerwałem ze Springerem. Byłem odtąd nastawiony 
dosyć lewicowo. Ponieważ dużo się wtedy działo, pisałem do całej masy jako tako postępowych pism i 
zupełnie  dobrze  utrzymywałem  się  na  powierzchni,  również  bez  subwencji  trzykrotnie  większej  od 
najniższych  alimentów.  Ten  pan  Liebenau  tak  czy  owak  nie  był  moim  ojcem.  Matka  tylko  go  w  to 
ubrała.  Od  niej  wiem,  że  ów  redaktor  nocnego  programu  zmarł  na  serce  pod  koniec  lat 
siedemdziesiątych, zanim jeszcze się ożeniłem. Był w wieku matki, trochę po pięćdziesiątce. 
Zamiast  niego  podała  mi  imiona  innych  mężczyzn,  którzy  wedle  niej  wchodziliby  w  rachubę  jako 
ojcowie.  Na  jednego,  który  zaginął,  mówiono  jakoby  Joachim  albo  Jochen,  drugi,  już  starszy,  który 
rzekomo otruł psa podwórzowego Harrasa, miał podobno na imię Walter. 
Nie,  nie  miałem  prawdziwego  ojca,  tylko  wymienne  fantomy.  Pod  tym  względem  trzej  bohaterowie, 
którzy  teraz  muszą  być  dla  mnie  ważni,  byli  w  lepszej  sytuacji.  W  każdym  razie  matka,  przed 
południem 30 stycznia czterdziestego piątego okrętując się wraz z rodzicami z oksywskiego nabrzeża w 
Gotenhafen  jako  siedmiotysięczna  któraś,  sama  nie  wiedziała,  z  kim  zaszła  w  ciążę.  Ten,  którego 
imieniem  ochrzczono  statek,  mógł  wykazać,  że  jego  ojcem  był  kupiec  Hermann  Gustloff.  A  ten, 
któremu  udało  się  zatopić  przepełniony  statek,  należąc  w Odessie do złodziejskiej  bandy, nazywanej 
podobno „Błatnyje”, bardzo często dostawał lanie od ojca Marinesko, co było zapewne odczuwalnym 
przejawem ojcowskiej troski. Zaś Dawid Frankfurter, który udając się z Berna do Davos zadbał o to, by 
statek mógł otrzymać imię męczennika, miał za ojca nawet prawdziwego rabina. Ale i ja, pozbawiony 
ojca, w końcu zostałem ojcem. 
Co też on mógł palić? Juno, papierosy przysłowiowo okrągłe? Albo płaskie orienty? Być może, idąc za 
modą,  takie  ze złotym  ustnikiem? Nie ma jego fotografii jako palacza  - oprócz późnego gazetowego 
zdjęcia ukazującego go pod koniec lat sześćdziesiątych podczas dozwolonego mu wreszcie krótkiego 
pobytu w Szwajcarii, z zapalonym papierosem jako starszego pana, który wkrótce będzie miał za sobą 
urzędniczą karierę. W każdym razie kurzył, jak ja, bez ustanku i dlatego w wagonie szwajcarskich kolei 
usiadł w przedziale dla palących. 
Obaj podróżowali koleją. W owym czasie, kiedy Dawid Frankfurter jechał z Berna do Davos, Wilhelm 
Gustloff odbywał podróż inspekcyjną. W jej trakcie utworzył kilka lokalnych organizacji zagranicznej 
NSDAP i nowych baz Hitlerjugend i Związku Dziewcząt Niemieckich, w skrócie BDM. Ponieważ jego 
podróż  przypadła  na  koniec  stycznia,  zapewne  w  trzecią  rocznicę  przejęcia  władzy  wygłaszał  do 
Niemców z Rzeszy i  Austriaków w Bernie i  Zurychu, Glarusie i  Zugu za każdym  razem porywające 
przemówienie.  Jako  że  już  przed  rokiem  pracodawca,  obserwatorium,  na  usilne  żądanie 
socjaldemokratycznych  deputowanych  dał  mu  wymówienie,  Gustloff  mógł  swobodnie  rozporządzać 
swoim  czasem.  Wprawdzie  z  racji  agitatorskich  wystąpień  dochodziło  raz  po  raz  do  protestów 
szwajcarskiej  opinii  -  w  lewicowych  gazetach  nazywano  go  „dyktatorem  z  Davos”,  a  poseł  do 
parlamentu  Bringolf  domagał  się  jego  wydalenia  -  ale  w  kantonie  Gryzonia  i  w  całej  Konfederacji 
znajdował  dość  polityków  i  urzędników,  którzy  wspierali  go  nie  tylko  finansowo.  Z  zarządu 
uzdrowiska Davos regularnie podsyłano mu listy nazwisk przybyłych kuracjuszy, po czym on wybierał 
spośród  nich  obywateli  Rzeszy  i  nie  tyle  zapraszał,  ile  wzywał  na  partyjne  imprezy; 
nieusprawiedliwioną  nieobecność  odnotowywano  imiennie  i  stosowną  informację  przekazywano 
odpowiednim organom w Rzeszy. 
W  trakcie  podróży  kolejowej  palącego  studenta,  który  w  Bernie kupił bilet  tylko  w jedną stronę, nie 
tam  i  z  powrotem,  i  w  czasie,  kiedy  to  późniejszy  męczennik  zasługiwał  się  swojej  Partii,  mat 
Aleksander Marinesko przeszedł już z marynarki handlowej do czarnomorskiej floty wojennej, w której 
dywizjonie szkolnym wziął udział w kursie nawigacyjnym i potem odbył ćwiczenia przygotowujące do 
podwodnego pływania. Jednocześnie wstąpił do organizacji młodzieżowej Komsomol i poza służbą  - 
co  na  służbie  nadrabiał  wynikami  -  okazał  się  pijanicą;  na  pokładzie  okrętu  nigdy  nie  tknął  butelki. 
Niebawem Marinesko dostał przydział jako oficer nawigacyjny na okręt podwodny, „SC 306 Piksja”; ta 

background image

jednostka morska wprowadzona do służby na krótko przedtem, po wybuchu wojny, kiedy Marinesko 
był już oficerem na innej łodzi, wpadła na minę i zatonęła z całą załogą. 
Z Berna przez Zurych, potem wzdłuż różnych jezior. Towarzysz partyjny Diewerge w swojej książce, 
która  odtwarza  drogę  podróżującego  studenta  medycyny,  nie  zajmował  się  opisami  krajobrazu.  A  i 
nałogowy palacz z trzynastego semestru chyba niewiele dostrzegał ze zbliżających się z naprzeciwka, w 
końcu zacieśniających horyzont pasm górskich, w najlepszym razie śnieg pokrywający domy, drzewa i 
góry oraz zmianę oświetlenia, ilekroć pociąg wjeżdżał w tunele. 
Dawid  Frankfurter  wybrał  się  w  podróż  31  stycznia  1936.  Czytał  gazety  i  palił.  Z  rubryki  „Różne” 
można było dowiedzieć się coś niecoś o działalności landesgruppenleitera Gustloffa. Dzienniki, między 
innymi „Neue Zürcher” 
i  „Basler  Nationalzeitung”,  trzymały  rękę  na  pulsie  i  donosiły  o  wszystkim,  co  się  równocześnie 
wydarzało lub zapowiadało jako przyszłe wydarzenie. Na początku roku, który miał przejść do historii 
jako  rok  berlińskiej  Olimpiady,  faszystowskie  Włochy  jeszcze  nie  pokonały  dalekiego  cesarstwa 
negusa,  Abisynii,  w  Hiszpanii  zaś  rysowało  się  niebezpieczeństwo  wojny.  W  Rzeszy  postępowała 
naprzód budowa autostrad, a we Wrzeszczu matka miała osiem i pół roku. Dwa lata wcześniej jej brat 
Konrad, głuchoniema Kędzierzawa Główka, utopił się podczas kąpieli w Bałtyku. Był jej ukochanym 
bratem. Dlatego w czterdzieści sześć lat po jego śmierci mój syn musiał dostać na chrzcie imię Konrad; 
ale wszyscy mówią na niego Konny, a jego przyjaciółka Rosi nazywa go w listach „Connym”. 
U  Wolfganga  Diewerge  można  przeczytać,  że  landesgruppenleiter,  zmęczony  udanym  objazdem 
kantonów,  wrócił  3  lutego.  Frankfurter  wiedział,  że  przyjedzie  on  trzeciego  do  Davos.  Oprócz 
dzienników  czytał  regularnie  wydawane  przez  Gustloffa  partyjne  pismo  „Der  Reichsdeutsche”,  w 
którym  podawano  terminy  planowanych  zdarzeń.  Dawid  znał  życie  upatrzonej  ofiary  niemal  ze 
wszystkimi  szczegółami.  Inhalując  nałykał  się  go  do  syta.  Ale  czy  wiedział  również,  że  małżeństwo 
Gustloffów  rok  przedtem  wybudowało  z  oszczędności  klinkierowy  dom  w  Schwerinie,  przezornie 
umeblowany na planowany powrót do Rzeszy? I że oboje gorąco pragnęli syna? 
Gdy  student  medycyny  przybył  do  Davos,  spadł  świeży  śnieg.  Na  śniegu  lśniło  słońce  i  uzdrowisko 
wyglądało  jak  na  pocztówkach.  Przyjechał  bez  bagażu,  ale  z  mocnym  postanowieniem.  Z  „Basler 
Nationalzeitung”  wyrwał  fotograficzną  podobiznę  Gustloffa  w  mundurze:  rosły  mężczyzna,  który 
spoglądał  z  wytężonym  zdecydowaniem  i  wypadaniem  włosów  dopomagał  powstawaniu  wysokiego 
czoła. 
Frankfurter zamieszkał „Pod Lwem”. Musiał czekać do wtorku, 4 lutego. Ten dzień tygodnia nazywa 
się u Żydów „ki tow” i uchodzi za dzień szczęśliwy; tę informację wyłowiłem z internetu. Na znanej 
już homepage pod tą datą wspominano męczennika. 
W blasku słońca z papierosem na zlodowaciałym śniegu. Każdy krok chrzęścił. W poniedziałek było 
zwiedzanie  miasta.  Kilkakroć  po  deptaku  tam  i  z  powrotem.  Nie  zwracając  uwagi  jako  widz  wśród 
widzów na meczu hokejowym. Niewymuszone rozmowy z kuracjuszami. Biały oddech wydobywający 
się z ust. Nie wzbudzać podejrzeń. Ani słowa za dużo. Bez pośpiechu. Wszystko było przygotowane. Z 
nabytym  bez  trudności  rewolwerem  ćwiczył  w  pobliżu  Berna  na  strzelnicy  Ostermundigen,  co  było 
dozwolone. Choć taki słabowity, okazało się, że rękę miał spokojną. 
We  wtorek,  kiedy  już  klamka  zapadła,  pomógł  mu  wypisany  odpornymi  na  kaprysy  pogody  literami 
drogowskaz: „Wilhelm Gustloff NSDAP”; od deptaka biegła w bok ulica Am Kurpark i prowadziła do 
domu opatrzonego numerem trzy. Otynkowany na kolor farbki budynek z płaskim dachem, z którego 
rynny zwisały sople lodu. Na tle wieczornej ciemności stały nieliczne latarnie. Nie padał śnieg. 
Tyle  zewnętrznego  widoku.  Dalsze  szczegóły  nie  miały  znaczenia.  Na  temat  tego,  co  się  rozegrało, 
mogli później wypowiadać się tylko sprawca i wdowa. Ja miałem okazję zobaczyć wnętrze odnośnej 
części mieszkania na fotografii, która na wspomnianej homepage miała ilustrować zamieszczony tekst. 

background image

Zdjęcie  zostało  widać  zrobione  po  zamachu,  bo  trzy  duże  bukiety  kwiatów  na  biurku,  stoliku  i 
komodzie, do tego kwitnąca doniczka nadają pomieszczeniu wygląd izby pamięci. 
Po dzwonku otworzyła Hedwig Gustloff. Młody mężczyzna, o którym później zeznała, że dobrze mu 
patrzyło  z  oczu,  prosił  o  rozmowę  z  landesgruppenleiterem.  Ten  stał  w  korytarzu  i  rozmawiał  przez 
telefon  z  towarzyszem  partyjnym  doktorem  Habermannem  z  bazy  w  Tłum.  Przechodząc  Frankfurter 
posłyszał jakoby słowa „żydowskie świnie”, czemu pani Gustloff później zaprzeczyła: To słownictwo 
było  jej  mężowi  obce,  jakkolwiek  rozwiązanie  kwestii  żydowskiej  uważał  za  sprawę  nie  cierpiącą 
zwłoki. 
Wprowadziła gościa do gabinetu męża i poprosiła, żeby usiadł. Niczego nie podejrzewała. Często bez 
uprzedzenia przychodzili petenci, w tym ludzie podobnych przekonań, którzy znaleźli się w potrzebie. 
Siedząc  na  fotelu  w  płaszczu,  z  kapeluszem  na  kolanach,  student  medycyny  widział  biurko,  na  nim 
zegar w lekko powyginanej drewnianej obudowie, nad nim zawieszony honorowy sztylet SA. Powyżej 
i  po  bokach  sztyletu  czarno-białą  i  kolorową  ozdobę  pokoju  stanowiło  kilka  rozmieszczonych  w 
luźnym  porządku  wizerunków  führera  i  kanclerza  Rzeszy.  Nie  dało  się  zauważyć  żadnego  portretu 
zamordowanego  przed  dwoma  laty  protektora,  Gregora  Strassera.  Z  boku  model  żaglowca, 
prawdopodobnie był to „Gorch Fock”. 
Następnie  czekający  gość,  który  odmówił  sobie  papierosa,  mógłby  był  zobaczyć  na  sąsiadującej  z 
biurkiem  komodzie  aparat  radiowy,  a  obok  popiersie  führera,  albo  odlane  w  brązie,  albo  z  gipsu 
pomalowanego tak, żeby udawał brąz. Sfotografowane cięte kwiaty mogły wypełnić wazon już przed 
zamachem,  troskliwie  ułożone  przez  panią  Gustloff  na  powitanie  męża  po  wyczerpującej  podroży, 
ponadto jako późny prezent urodzinowy. 
Na  biurku  drobiazgi  i  dużo  bezładnie  rozłożonych  papierów,  być może raporty ortsgruppenleiterów z 
różnych  kantonów,  na  pewno  korespondencja  z  władzami  w  Rzeszy,  prawdopodobnie  parę  listów  z 
pogróżkami,  jakie  w  ostatnim  czasie  często  trafiały  się  w  poczcie;  ale  Gustloff  nie  godził  się  na 
policyjną ochronę. 
Wkroczył  do  gabinetu  bez  żony.  Dziarski  i  zdrów,  ponieważ  już  przed  laty  wyleczony  z  gruźlicy, 
podszedł  w  cywilu  do  gościa,  który  nie  wstał  z  fotela,  tylko  wyciągnąwszy  rewolwer  z  kieszeni 
zimowego  płaszcza  strzelał  na  siedząco.  Mierzone  strzały  zrobiły  cztery  dziury  w  piersi,  w  szyi,  w 
głowie  landesgruppenleitera.  Osuwając  się  na  tle  oprawionych  w  ramki  fotografii  swego  führera 
Gustloff  nawet  nie  krzyknął.  Zaraz  potem  do  pokoju  wpadła  żona,  ujrzała  najpierw  rewolwer 
skierowany jeszcze w stronę oddanych strzałów, potem leżącego męża, który gdy pochyliła się nad nim, 
zaczął krwawić ze wszystkich ran. 
Dawid  Frankfurter,  podróżny  bez  powrotnego  biletu,  włożył  kapelusz  i  opuścił  miejsce  swego 
przemyślanego czynu nie zatrzymywany przez wystraszonych współlokatorów domu, jakiś czas błąkał 
się po śniegu, kilka razy upadł, miał w głowie numer alarmowy, z budki telefonicznej przyznał się do 
popełnionego czynu, znalazł w końcu najbliższy posterunek i oddał się w ręce policji kantonalnej. 
Następujące zdania podał dyżurnemu funkcjonariuszowi do protokołu i później niczego nie zmieniając 
powtórzył  przed sądem:  „Strzelałem,  ponieważ jestem Żydem. W pełni zdaję sobie sprawę ze swego 
czynu i ani trochę go nie żałuję”. 
Potem  zadrukowano  mnóstwo  papieru.  To,  co  u  Wolfganga  Diewerge  nazywało  się  „tchórzliwym 
mordem”, u powieściopisarza Emila Ludwiga urosło do rangi „walki Dawida z Goliatem”. Te skrajnie 
odmienne  oceny  nie  uległy  zmianie  aż  po  splecioną  cyfrową  siecią  teraźniejszość.  Już  wkrótce 
wszystko,  co  zdarzyło  się  od  tamtego  momentu,  pozostawiło  za  sobą  sprawcę  i  ofiarę  i  nabrało 
własnego znaczenia. Naprzeciw bohatera biblijnego formatu, który czynem o prostej motywacji chciał 
wezwać  swój  udręczony  naród  do  oporu,  stanął  męczennik  ruchu  narodowosocjalistycznego.  Obaj 
przybierając nadludzkie wymiary mieli wejść do księgi historii. Sprawca jednakże popadł niebawem w 
zapomnienie;  również  matka,  kiedy  była  mała  i  wszyscy  mówili  na  nią  Tulla,  nigdy  nie  słyszała  o 

background image

morderstwie  i  mordercy,  sporo  natomiast  o  bajkowym  statku,  który lśnił  biało i  zapełniony wesołymi 
ludźmi odbywał długie i krótkie rejsy morskie pod auspicjami stowarzyszenia, nazwanego „Kraft durch 
Freude”.* 

 
* Niem. Kraft durch Freude - Siła przez Radość (przyp. tłum.)

 

 
 
 
 
 

 
Będąc  jeszcze  żyjącym  z  alimentów  studentem-obibokiem  słuchałem  na  Uniwersytecie  Technicznym 
profesora  Höllerera.  Donośnym  ptasim  głosem  zachwycał  on  przepełnioną  salę.  Mówił  o  Kleiście, 
Grabbem, Büchnerze, geniuszach, którzy szukali ucieczki. „Między klasyką a moderną” brzmiał tytuł 
jednego  z  jego  wykładów.  Podobało  mi  się  bywanie  wśród  młodych  literatów  i  jeszcze  młodszych 
adeptek  księgarstwa  w  Piwnicy  Waitza,  gdzie  czytano  i  w  nieskończoność  roztrząsano  nie 
doszlifowane  teksty.  Uczestniczyłem  nawet  przy  Carmerstrasse  w  kursie  na  amerykańską  modłę: 
creative writing. Z tuzin  literackich nadziei, były między nimi  talenty. Mnie talentu  nie dostawało,  o 
czym  zapewniał  jeden  z  wykładowców,  który  nas,  początkujących,  chciał  zachęcić  do  epickich  prób 
takimi tematami jak „Telefon zaufania”. Mnie stać było ponoć co najwyżej na liche powieścidło. I oto 
jednak  wydobył  mnie  z  niebytu:  początek  mojej  spapranej  egzystencji  to  zdarzenie  jedyne  w  swoim 
rodzaju, wzorcowe i z tego względu godne opowiedzenia. 
Kilka ówczesnych talentów już nie żyje. Dwa, trzy wyrobiły sobie nazwisko. Mój dawny wykładowca 
natomiast widać do cna się wypisał, bo w przeciwnym razie nie angażowałby mnie na murzyna. Ale ja 
nie chcę dalej iść rakiem. Coś się zacięło, powiedziałem mu, szkoda czasu i atłasu. 
Przecież to byli tylko dwaj pomyleńcy, jeden wart drugiego. Dobre sobie: tamten się poświęcił, żeby 
swojemu narodowi dać przykład bohaterskiego oporu. Po morderstwie Żydom nie wiodło się ani trochę 
lepiej. Przeciwnie: terror był prawem. A gdy w dwa i pół roku później Żyd Herszel Grünspan zastrzelił 
w Paryżu dyplomatę Ernsta von Ratha, odpowiedzią w Rzeszy była Noc Kryształowa. A co nazistom, 
pytam się, przyszło z jednego męczennika więcej? No, niech tam, jego imieniem ochrzcili statek. 
I już na nowo podejmuję trop. Wcale nie dlatego, że Stary wierci mi dziurę w brzuchu, tylko że matka 
nigdy nie popuszczała. Już w Schwerinie, gdzie ja, ilekroć coś tam poświęcano, musiałem paradować w 
chuście na szyi i błękitnej koszuli, truła mi głowę: „Jakie to morze lodowate beło i jako te dżeczaczki 
wszystkie główkami do dołu. Ty to opisacz muszisz. Winien to nam jesztesz, bosz szczęszliwie ocalał. 
Ja tobie któregosz dnia opowiem ze wszysztkimi detalami, a ty to potem opiszesz...” 
Ale ja nie miałem ochoty. Nikt przecież nie chciał o tym słuchać, ani tu na Zachodzie, ani tym bardziej 
na  Wschodzie.  „Gustloff”  i  jego  przeklęte  dzieje  przez  dziesiątki  lat  stanowiły  tabu,  poniekąd 
ogólnoniemieckie. Matka mimo to nie przestawała mnie nagabywać kurierską pocztą. Kiedy rzuciłem 
studia  i  zacząłem  pisać  dla  Springera  mocno  prawicowe  kawałki,  mogłem  przeczytać:  „Ten  to  za 
odwetowca  jeszt.  Za  nami,  wypędzonymi,  są  ujmuje.  Ten  to  na  pewno  w  odczinkach  drukowacz 
bandze, tydżeń w tydżeń...” 
A później, kiedy wkurzyłem się na „taz” i resztę lewicowych specjalistów od stawiania wszystkiego na 
głowie, ciotka Jenny, zwabiwszy mnie do Habla przy Rosenecku na szparagi z młodymi ziemniakami, 
na  deser  zaserwowała  matczyne  upomnienia:  -  Moja  droga  przyjaciółka  Tulla  nadal  pokłada  w tobie 
wielkie nadzieje. Kazała ci powiedzieć, że twoim synowskim obowiązkiem jest opowiedzenie wreszcie 
całemu światu... 

background image

Wszelako ja w dalszym ciągu trzymałem język za zębami. Nie dałem się uprosić. Przez te wszystkie 
lata,  kiedy  to  jako  wolny  strzelec  pisywałem  dłuższe  artykuły  do  pism  zdrowotnych,  na  przykład  o 
biodynamicznej uprawie warzyw i szkodach ekologicznych w niemieckich lasach, a także emocjonalne 
teksty na temat „Nigdy więcej Oświęcimia”, udawało mi się omijać okoliczności moich narodzin, aż w 
końcu  stycznia  dziewięćdziesiątego  szóstego  najpierw  wyklikałem  ultraprawicową  homepage 
Stormfrontu*,  wkrótce  natrafiłem  na  kilka  wzmianek  o  „Gustloffie”,  a  potem  zaznajomiłem  się  z 
Website „www.blutzeuge.de” Kamractwa Schwerin. 
Robiłem  pierwsze  notatki.  Nie  mogłem  wyjść  ze  zdziwienia.  Byłem  zdumiony.  Chciałem  się 
dowiedzieć,  jakim  sposobem  ten  prowincjonalny  dygnitarz  -  i  to  poczynając  od  czterech  strzałów  w 
Davos  -  potrafił  przyciągać  dzisiejszych  internautów.  Przy  tym  homepage  zręcznie  skomponowana. 
Fotomontaż  schwerińskich obiektów. Pomiędzy zdjęciami  uprzejme zapytania:  „Czy chcecie państwo 
wiedzieć  więcej  o  naszym  męczenniku?  Czy  mamy  wam  przedstawić  koleje  jego  życia,  fakt  po 
fakcie?” 
Jacy tam my! Jakie tam Kamractwo! Mógłbym się założyć, że ktoś tutaj solo buszował w internecie. 
Ten zasiew sraczkowatobrunatnej barwy wykiełkował w inspektach jednej i tej samej główki. Ładnie 
wyglądało i nie było wcale głupie to, co ten koleś zamieszczał w sieci na temat „Kraft durch Freude”. 
Urlopowe zdjęcia roześmianych uczestników rejsu. Kąpiele u brzegów Rugii. 

 
* Stormfront-homepage - internetowa witryna amerykańskiej skrajnej prawicy (przyp. tłum.)

 

 

Matka  naturalnie  mało  o  tym  wiedziała.  U  niej  „Kraft  durch  Freude”  zawsze  nazywała  się  tylko 
„Kadeef”.  W  kinoteatrze  we  Wrzeszczu  jako  dziesięciolatka  widziała  na  „Dźwiękowej  Kronice 
Tygodniowej  Foxa”  to  i  tamto,  ale  też  „nasz  statek  Kadeef  w  dziewiczym  rejsie.  Poza  tym  ojciec  i 
matka  Pokriefkowie,  on  jako  robotnik  i  towarzysz  partyjny,  ona  jako  członkini 
narodowosocjalistycznego  Frauenschaftu,  latem  trzydziestego  dziewiątego  byli  na  pokładzie 
„Gustloffa”.  Niewielkiej  grupie  z  Gdańska  -  wówczas  jeszcze  Wolnego  Miasta  -  dzięki  specjalnemu 
zezwoleniu  dla  Niemców  z  zagranicy  dane  było  popłynąć  w  rejs  niemal  na  ostatni  dzwonek.  Celem 
były w połowie sierpnia fiordy Norwegii, za późno na dokładkę w postaci białych nocy. 
Kiedy  byłem  dzieckiem,  matka,  ledwie  odwieczna  katastrofa  stawała  się  po  raz  kolejny  niedzielnym 
tematem,  podekscytowana  zapewniała  po  wrzeszczańsku,  z  jakim  zachwytem  jej  tatuś  opowiadał  o 
norweskiej  grupie  folklorystycznej  i  ludowych  tańcach  prezentowanych  przez  nią  na  słonecznym 
pokładzie statku KdF. „A moja mamusza to są szwimbasenu nachwalicz ni mogła, calutkiego kaflami 
wykładanego w kolorowe  obrazki,  gdże później masa helferek z krigsmariny upchacz są muszała, aż 
potem Ruszki drugą torpedą wszysztkie te młode sztworzenia na sztrzępy porozrywał...” 
Ale jeszcze nie położono stępki pod „Gustloffa”, nie mówiąc o tym, by statek spłynął na wodę. Poza 
tym muszę się powściągać, ponieważ zaraz po śmiertelnych strzałach sędziowie właściwi dla kantonu 
Gryzonia, prokurator i obrońca rozpoczęli przygotowania do procesu Dawida Frankfurtera. Rozprawa 
miała się odbyć w Chur. Jako że sprawca się przyznał, można było liczyć, że proces potrwa krótko. W 
Schwerinie  natomiast  na  polecenie  z  najwyższego  szczebla  przystąpiono  do  organizowania 
uroczystości,  które  miały  się  odbyć  od  razu  po  przewiezieniu  zwłok  i  zapaść  na  trwałe  w  pamięć 
narodowej wspólnoty. 
Czegóż  te  mierzone  strzały  nie  wprawiły  w  ruch:  maszerujące  kolumny  SA,  honorowe  szpalery, 
niesione wieńce i poczty sztandarowe, umundurowani z pochodniami. Przy głuchych dźwiękach werbli 
przechodził pogrzebowym krokiem Wehrmacht, stała znieruchomiała w żałobie lub tylko tłocząca się z 
ciekawości społeczność Schwerina. 
Przedtem  raczej  nieznany  w  Meklemburgii  towarzysz  partyjny  był  tylko  jednym  z  wielu 
landesgruppenleiterów  zagranicznej  organizacji  NSDAP;  martwy  zaś  Wilhelm  Gustloff  został 
sztucznie  wykreowany  na  postać  wprawiającą,  jak  się  zdaje,  w  zakłopotanie  kilku  mówców  na 

background image

trybunie,  bo  w  poszukiwaniu  porównywalnej  wielkości  z  reguły  przychodził  im  na  myśl  ów 
supermęczennik, któremu nazwisko wyrobiła pieśń grana i śpiewana przy oficjalnych okazjach - a tych 
było dużo - zaraz po hymnie narodowym: „Sztandar w górze...” 
W Davos uroczystości przebiegły jeszcze na małą skalę. Kościół ewangelickiej gminy uzdrowiskowej, 
właściwie  kaplica,  wyznaczał  miarę.  Przed  ołtarzem  stała  trumna  okryta  flagą  ze  swastyką.  Na  niej 
leżały ułożone na podobieństwo martwej natury sztylet honorowy nieboszczyka, opaska i czapka SA. 
Około dwustu towarzyszy partyjnych przybyło ze wszystkich kantonów. Do tego przed kaplicą i w jej 
wnętrzu dawali wyraz swemu nastawieniu obywatele szwajcarscy. Dookoła góry. 
Raczej  skromne  nabożeństwo  żałobne  w  cieszącym  się  światową  sławą  uzdrowisku  dla  chorych  na 
płuca  było  we  fragmentach  transmitowane  przez  Radio  Niemieckie,  a  transmisję  przekazywały 
wszystkie  rozgłośnie  na  terenie  Rzeszy.  Spikerzy  wzywali,  żeby  wstrzymać  dech.  Ale  w  żadnym 
komentarzu  i  w  żadnej  z  wielu  mów  wygłaszanych  później  gdzie  indziej  nie  wymieniano  Dawida 
Frankfurtera  z  nazwiska.  Nazywano  go  odtąd  jedynie  „żydowskim  skrytobójcą”.  Podejmowane  przez 
stronę  przeciwną  próby  pasowania  słabowitego  studenta  medycyny  na  bohatera  przypisujące  mu  rolę 
.jugosłowiańskiego  Wilhelma  Telia”  zostały  przez  szwajcarskich  patriotów  z  oburzeniem  odrzucone 
staranną  niemczyzną,  wzmogły  jednak  pytania  o  to,  kto  stał  za  strzelającym  młodym  człowiekiem; 
rychło za inspiratorów uznano organizacje żydowskie. Zleceniodawcą „tchórzliwego mordu” miało być 
zorganizowane światowe żydostwo. 
Tymczasem w Davos czekał pociąg specjalny mający zabrać trumnę. W chwili odjazdu biły kościelne 
dzwony.  Od  niedzielnego  przedpołudnia  do  poniedziałkowego  wieczoru  pociąg  był  w  drodze, 
zatrzymując się w Singen po raz pierwszy na obszarze Rzeszy Niemieckiej, a potem na krótki uroczysty 
postój  w  takich  miastach  jak  Stuttgart,  Würzburg,  Erfurt,  Halle,  Magdeburg  i  Wittenberga,  gdzie  na 
peronach właściwi dla danego terenu gauleiterzy wraz z partyjnymi delegacjami pozdrawiając „składali 
ostatni hołd” nieboszczykowi w trumnie. 
Te  słowa  ze  znaczeniowego  i  dźwiękowego  elementarza  wzniosłości  odkryłem  w  internecie.  Na 
Website  w  przytaczanych  w  dosłownym  brzmieniu  sprawozdaniach  nie  tylko  pozdrawiano  po  prostu 
unosząc  prawą  dłoń  w  sposób  ogólnie  wówczas  przyjęty  a  podpatrzony  u  włoskich  faszystów,  lecz 
gromadzono  się  na  peronach  i  wszelkich  żałobnych  ceremoniach,  żeby  pozdrawiając  „złożyć  ostatni 
hołd”; toteż pod adresem „www.blutzeuge.de” upamiętniając zabitego cytatami z przemówienia führera 
i opisami żałobnych obchodów ponadto „złożono mu hołd” niemieckim pozdrowieniem przesłanym z 
najnowszego, nazywanego cyberprzestrzenią wymiaru. Dopiero potem w oczach Kamractwa Schwerin 
zasłużyła na wzmiankę Beethovenowska „Eroica” odegrana przez miejscową orkiestrę. 
Bądź  co  bądź  pomiędzy  rozsyłanymi  na  cały  świat  idiotyzmami  trafił  się  akcent  krytyczny.  Jeden  z 
czatowców prostował podaną przez cytowany „Völkischer Beobachter” informację o salwie honorowej 
oddanej  przez  oddział  Wehrmachtu  na  cześć  żołnierza  frontowego  Wilhelma  Gustloffa,  zwracając 
uwagę, że uhonorowanemu w ten sposób ze względu na chorobę płuc nie było dane wziąć udziału w 
pierwszej wojnie światowej, wykazać się odwagą na froncie, dosłużyć się Krzyża Żelaznego pierwszej 
czy drugiej klasy. 
Wyglądało  na  to,  że  jakiś  pedant  zakłóca  w  pojedynkę  wirtualne  uroczystości.  Poza  tym,  co  już 
zakrawało na czepialstwo, w mowie gauleitera Meklemburgii Hildebrandta brakowało mu wzmianki o, 
jak to zostało sformułowane, „narodowo-bolszewickich wpływach” Gregora Strassera wywieranych na 
męczennika.  W  końcu  od  dawnego  fornala,  który  od  dziecka  nienawidził  wielkich  właścicieli 
ziemskich  i  z  tego  powodu  po  przejęciu  władzy  przez  führera  oczekiwał  bezwzględnej  parcelacji 
szlacheckich  majątków,  można  było  spodziewać  się  choćby  tylko  aluzyjnej  obrony  dobrego  imienia 
zamordowanego  Strassera.  Taki  był  z  grubsza  ton  tych  utyskiwań.  Same  przemądrzalstwa,  które 
doprowadziły w chatroomie do kłótni. 

background image

Nie dbając o jej wynik, po powrocie na Website, ruszył ożywiony zdjęciami kondukt pogrzebowy. Przy 
zmiennej  pogodzie trasa wiodła od Hali Widowiskowej przez Gutenbergstrasse, Wismarsche Strasse, 
potem  przez  Totendamm  i  Wallstrasse  do  krematorium.  Cztery  kilometry  przejechała  szpalerem 
złożona  na  lawecie  trumna,  zanim  z  towarzyszeniem  werbli  zdjęto  ją  w  celu  spopielenia  i  po 
błogosławieństwie  udzielonym  przez  duchownego  spuszczono  do  szybu  pieca.  Na  komendę  po  obu 
stronach znikającej trumny pochylono sztandary. Ustawione w szyku kolumny poczęły śpiewać pieśń o 
poległym  kamracie  i  unosząc  w  pozdrowieniu  prawe  dłonie  złożyły  ostateczny  hołd.  Na  dodatek 
oddział  Wehrmachtu  jeszcze  raz  huknął  salwami  na  cześć  frontowego  żołnierza,  który  -  jak  wyszło 
tymczasem  na  jaw  -  nigdy  nie  przeżył  wojny  w  okopach  i  któremu  został  oszczędzony  huraganowy 
ogień  czy,  jak  to  brzmi  u  Jüngera,  „stalowe  burze”.  Ach,  gdybyż  jednak  znalazł  się pod Verdun i  w 
stosownej chwili wyzionął ducha w leju po granacie! 
Jako  że  wyrastałem  w  mieście  pośród  siedmiu  jezior,  wiem,  gdzie  później  wmurowano  urnę  w 
fundament.  Stanął  na  nim  czterometrowej  wysokości  granit, który przemawiał dzięki wyrytej na nim 
klinowatej  inskrypcji.  Wraz  z  nagrobkami  innych  starych  bojowników  tworzył  Gaj  Chwały  wokół 
specjalnie  wybudowanej  Hali  Chwały.  Ja  nie  pamiętam,  ale  matka  wie  dokładnie,  kiedy  to  w  ciągu 
pierwszych  powojennych  lat  zostało  usunięte,  nie  tylko  na  rozkaz  sowieckich  władz  okupacyjnych, 
wszystko,  co  mogłoby  obywatelom  miasta  przypominać  o  męczenniku.  Wszelako  mój  partner 
połączony ze mną internetową więzią odczuwał potrzebę postawienia na nowo i w tym samym miejscu 
pamiątkowego kamienia; z uporem nazywał przecież Schwerin „Miastem-Wilhelma-Gustloffa”. 
Wszystko  przeszło,  minęło!  Któż  wie,  jak  się  wówczas  nazywał  szef  Niemieckiego  Frontu  Pracy? 
Dzisiaj jako niegdyś wszechmocne osobistości obok Hitlera wymienia się Goebbelsa, Göringa, Hessa. 
Gdyby w telewizyjnym kwizie zapytać o Himmlera albo Eichmanna, to można by się spodziewać po 
części  prawidłowej  odpowiedzi,  po  części  zaś  bezradnej  nieznajomości  historii;  i  już  czujny 
prowadzący miałby okazję skwitować lekkim uśmiechem fakt, że oto tyle a tyle tysięcy marek przeszło 
komuś koło nosa. 
Ale kto w dzisiejszych czasach, nie licząc mojego produkującego się w sieci webmastera, zna Roberta 
Leya? A to przecież on po przejęciu władzy rozwiązał wszystkie związki zawodowe, opróżnił ich kasy, 
obsadził ich siedziby ekipami grabieżców, a ich członków - były to miliony - wcielił pod przymusem 
do  Niemieckiego  Frontu  Pracy.  To  jemu,  księżycowej  twarzy  z  kosmykiem  opadającym  na  czoło, 
przyszło  do  głowy,  żeby  wszystkim  urzędnikom  państwowym,  następnie  wszystkimi  nauczycielom  i 
uczniom, wreszcie robotnikom wszystkich zakładów nakazać codzienne witanie się uniesioną dłonią i 
okrzykiem  „Heil  Hitler!”  I  to  on  wpadł  na  pomysł,  żeby  robotnikom  i  urzędnikom  organizować 
również  urlopy,  umożliwić  im  pod  hasłem  „Kraft  durch  Freude”  tanie  wyjazdy  w  Alpy  bawarskie  i 
Rudawy, urlopowanie nad Bałtykiem i płytkimi wodami Morza Pomocnego, a także krótkie i dłuższe 
rejsy morskie. 
Człowiek  pełen  energii,  bo  wszystko  to  działo  się  z  niepohamowanym  impetem,  podczas  gdy 
równocześnie działy się inne rzeczy i sukcesywnie zapełniały się obozy koncentracyjne. Na początku 
trzydziestego czwartego Ley wyczarterował dla zaplanowanej przez siebie floty KdF motorowy statek 
pasażerski  „Monte  Olivia”  i  parowiec  „Dresden”  o  wyporności  czterech  tysięcy  ton.  Łącznie  na  obu 
statkach  mieściło  się  ledwo  trzy  tysiące  pasażerów.  Ale  już  podczas  ósmego  rejsu  urlopowego  KdF, 
kiedy to znów podróżni mieli oglądać piękno norweskich fiordów, w Karmsundzie stercząca pod wodą 
granitowa skała rozerwała burtę „Dresdena” na długości trzydziestu metrów, tak że statek zaczął tonąć. 
Co prawda oprócz dwóch kobiet, które zmarły na atak serca, zdołano uratować wszystkich pasażerów, 
ale tonący statek mógłby był pogrążyć także samą ideę KdF. 
Nie w oczach Leya. W tydzień później wyczarterował on cztery dalsze statki pasażerskie i tym samym 
dysponował flotą, która mając przed sobą widoki na rozbudowę już w ciągu następnego roku potrafiła 
zabrać  na  pokład  sto  trzydzieści  pięć  tysięcy  urlopowiczów,  z  reguły  na  pięciodniowe  wycieczki  do 

background image

Norwegii,  a  niebawem  też  na  rejsy  atlantyckie  na  ulubioną  przez  wielu  Maderę.  Tylko  czterdzieści 
reichsmarek  kosztowała  Radość  przez  Siłę,  a  dziesięć  marek  bilet  specjalny  na  dojazd  koleją  do 
hamburskiego portu. 
Jako  dziennikarz  przeglądając  dostępne  mi  materiały  zadawałem  sobie  pytanie:  Jakim  sposobem 
państwo powstałe na podstawie plenipotencji* i jedyna pozostała partia zdołały w tak krótkim czasie 
nakłonić  zorganizowanych  we  Froncie  Pracy  robotników  i  urzędników  nie  tylko  do  uległości,  lecz  i 
współdziałania,  a  rychło  do  masowego  entuzjazmu  na  urządzanych  imprezach?  Częściowe 
wytłumaczenie  przynosi  działalność  narodowosocjalistycznej  wspólnoty  „Kraft  durch  Freude”,  którą 
wielu pamiętających tamte czasy skrycie długo jeszcze wspominało z rozrzewnieniem, a matka nawet 
jawnie: „Wszysztko w mig są ganc odmieniło. Mój tatusz, co to u nas w sztolarni telko za helfera beł i 
po prawdże w nic nie wierzył,  to  za Kadeef pokroicz by są dał, bo z moją mamuszą pierwszy raz w 
życzu gdżesz pojechacz mógł...” 
 

* W marcu 1933 zdominowany przez narodowych socjalistów parlament niemiecki, Reichstag, na mocy ustawy przekazał na 
cztery  lata  swoje  ustawodawcze  kompetencje  kanclerzowi  Hitlerowi  i  jego  rządowi.  Ustawa  stała  się  prawną  podwaliną 
hitlerowskiej dyktatury (przyp tłum ) 

 
Muszę tu przyznać, że matka zawsze dużo rzeczy mówiła za głośno i nie w porę. Zrywa z czymś albo w 
czymś trwa nie oglądając się na nic. W marcu pięćdziesiątego trzeciego - miałem osiem lat i leżałem w 
łóżku z zapaleniem  migdałków, różyczką czy odrą - w dniu, w którym podano wiadomość o śmierci 
Stalina,  w  naszej  kuchni  poustawiała  świece  i  płakała  jak  bóbr.  Nigdy  więcej  nie  widziałem  jej  tak 
płaczącej.  Gdy  po  latach  odsunęli  Ulbrichta,  zbyła  ponoć  jego  następcę  stwierdzeniem:  „to  telko 
zwykły  dekarz”.  Ona,  zdeklarowana  antyfaszystka,  ubolewała  jednak  nad  rozwalonym  gdzieś  około 
roku  pięćdziesiątego  kamieniem  upamiętniającym  Wilhelma  Gustloffa  i  pomstowała  na  „łajdackie 
szprofanowanie  grobu”.  Później,  kiedy  myśmy  na  Zachodzie  mieli  terroryzm,  czytałem  w  jej 
butelkowej poczcie ze Schwerina, że „Baadermeinhof”, będący dla niej jedną i tą samą osobą, zginął w 
walce  z  faszyzmem.  Pozostawało  rzeczą  niepojętą,  za  kim,  przeciw  komu  była.  Ale  jej  przyjaciółka 
Jenny, słysząc o wypowiedziach matki, tylko się uśmiechała. - Tulla zawsze taka była. Mówi to, czego 
inni  niechętnie  słuchają.  A  czasami  troszeczkę  przesadza...  Na  przykład  na  zebraniu  załogi  wobec 
zgromadzonych  towarzyszy  nazwała  siebie  „osztatnią  sztronniczką  Sztalina”,  a  w  następnym  zdaniu 
zachwalała bezklasowość społeczności KdF jako wzór dla każdego prawdziwego komunisty. 
Kiedy w styczniu trzydziestego szóstego, w hamburskiej stoczni Blohma & Vossa złożono zamówienie 
na  budowę  dla  Niemieckiego  Frontu  Pracy  i  podległej  mu  organizacji  „Kraft  durch  Freude” 
motorowego  statku  pasażerskiego,  którego  koszty  szacowano  na  25  milionów  reichsmarek,  nikt  nie 
pytał:  Skąd  oni  biorą  taką  kupę  pieniędzy?  Na  razie  podano  tylko  liczby:  pojemność  25  484  tony 
rejestrowe,  długość  208  metrów  i  zanurzenie  6  do  7  metrów.  Najwyższa  osiągalna  prędkość  miała 
wynieść  15,5  węzła.  Obok  417  członków  załogi  statek  powinien  przyjąć  na  pokład  1463  pasażerów. 
Były  to  w  ówczesnym  budownictwie  morskim  standardowe  dane,  ale  w  przeciwieństwie  do  innych 
statków pasażerskich przed nowo budowanym postawiono wymóg, żeby miał tylko jedną jedyną klasę 
pasażerską, znosząc przejściowo wszelkie różnice klas, co zgodnie z instrukcją Roberta Leya miało stać 
się wzorem pożądanej wspólnoty narodowej wszystkich Niemców. 
Było przewidziane, że z chwilą wodowania nowej jednostki ochrzci się ją imieniem fuhrera, jednakże 
kanclerz Rzeszy siedząc na owej uroczystości żałobnej obok wdowy po zamordowanym w Szwajcarii 
towarzyszu  partyjnym  powziął  decyzję,  iż  projektowany  statek  KdF  będzie  miał  za  patrona 
najnowszego męczennika ruchu; po czym wkrótce po spopieleniu zwłok w całej Rzeszy pojawiły się 
place, ulice i szkoły jego imienia. Nawet fabryka broni i innego sprzętu wojskowego, Zakłady Simsona 
w  Suhl,  po  przymusowej  aryzacji  została  przemianowana,  aby  jako  „Zakłady  Wilhelma  Gustloffa” 

background image

mogła  służyć  zbrojeniom  i  od  czterdziestego  drugiego  prowadzić  filię  w  obozie  koncentracyjnym  w 
Buchenwaldzie. 
Nie chcę teraz wyliczać, co jeszcze zostało nazwane na jego cześć - najwyżej wymienię most Gustloffa 
w Norymberdze i należący do niemieckiej kolonii Dom Gustloffa w brazylijskiej Kurytybie - ale zadaję 
sobie  pytanie  podrzucone  już  przeze  mnie  do  internetu:  „Co  by  się  stało,  gdyby  statek,  pod  który  4 
sierpnia 1936 położono stępkę, po spuszczeniu na wodę został jednak ochrzczony imieniem führera?” 
Odpowiedź nadeszła szybko: „'Adolf Hitler' nigdy by nie zatonął, ponieważ Opatrzność...” i tak dalej, i 
tak  dalej.  A  mnie  zaświtała  myśl:  Wtedy  zatem  nie  musiałbym  występować  w  roli  ocalonego  z 
zapomnianej  przez  wszystkich  katastrofy.  Ponieważ  najnormalniej  w  świecie  wylądowałbym  we 
Flensburgu  i  tam  dopiero  zostałbym  przez  matkę  wydany  na  świat,  nie  byłbym  przypadkiem 
wzorcowym i nie dawałbym okazji do czepiania się słów. 
„Mój Paulik to cosz nadzwyczajnego!” Od dziecka słyszałem to dyżurne zdanie matki. Przykre to było, 
kiedy  w  rozwlekłej  wrzeszczanskiej  mowie  rozpływała  się  nad  moją  nadzwyczajnością  wobec 
sąsiadów, a nawet wobec całego partyjnego kolektywu: „Żem od chwili jego narodzenia wiedżała, że z 
tego szkraba kiedysz prawdziwa szława wyrosznie...” 
Śmiechu warte! Znam swoje granice. Jestem przeciętnym dziennikarzem, który całkiem nieźle wypada 
na krótkich dystansach. Wprawdzie dawniej byłem chyba mocny w snuciu wielkich planów - nigdy nie 
napisana książka miała być zatytułowana „Między Springerem a Dutschkem” - ale z reguły na planach 
się kończyło. Gdy potem Gabi cichcem odstawiła pigułkę, ponad wszelką wątpliwość to ze mną zaszła 
w ciążę, i zaciągnęła mnie do urzędu stanu cywilnego, ledwie pojawił się wrzaskliwiec, a przyszła pani 
pedagog wróciła na studia, stało się dla mnie jasne jak słonce: Od tej chwili wszystko bierze w łeb. Od 
tej  pory  możesz  już  tylko  wykazywać  się  w  pracach  domowych  przewijając  dzieciaka  i  odkurzając 
mieszkanie.  Koniec  z  zadufaniem!  Kto  mając  trzydzieści  pięć  lat  i  początki  łysiny  daje  się  jeszcze 
wrobić w dziecko, ten przepadł z kretesem. Co to tutaj znaczy: miłość! Ta w najlepszym razie przyjdzie 
znów po siedemdziesiątce, kiedy i tak człowiekowi nic już nie wychodzi. 
Gabriela, nazywana przez wszystkich Gabi, nie była ładna, ale pociągająca. Miała coś porywającego i 
początkowo  sądziła,  że  potrafi  wytrącić  mnie  z  próżniaczego  truchtania  i  pobudzić  do  żwawszego 
chodu  -  „Szarpnij  się  na  jakąś  rzecz  nośną  społecznie,  coś  o  zbrojeniach  i  ruchu  pokojowym”  -  i  ja 
wydusiłem z siebie odpowiednie kazanko: moja relacja o Mutlangen, rakietach Pershing 2 i siedzących 
blokadach spotkała się z uznaniem nawet w kręgach jako tako lewicowych. Ale potem znów uszło ze 
mnie powietrze. I w jakimś momencie ona musiała postawić na mnie krzyżyk. 
Jednakże  nie  tylko  Gabi,  również  matka  widziała  we  mnie  typowego  nieudacznika.  Zaraz  po 
narodzinach  naszego  syna  i  telegraficznym  podyktowaniu  nam  wybranego  przez  nią  imienia  - 
„Bezwzględnie musi nazywać się Konrad” - napisała do swej przyjaciółki Jenny całkiem otwarty list: 
„Co za oszoł! Po to na Zachód są przenosził? Żeby mnie taki zawód szprawicz. Czy to wszystko ma 
bycz, co on potrafi dacz z szebie?” 
I  miała  świętą  rację.  Moja  o  dobre  dziesięć  lat  młodsza  żona  nadal  konsekwentnie  zdążała  da  celu, 
zdawała każdy egzamin,  została nauczycielką gimnazjalną i uzyskała Status urzędniczy; ja pozostałem 
tym,  czym  byłem.  Niespełna  siedem  lat  trwała  wytężona  frajda,  potem  skończyło  się  między  Gabi  a 
mną. Zostawiła mi mieszkanie na Kreuzbergu w starym budownictwie z ogrzewaniem na piece oraz nie 
dający  się  niczym  poruszyć  berliński  zaduch,  przeniosła  się  z  małym  Konradem  do  Niemiec 
Zachodnich, gdzie miała krewnych w Mölln i niezadługo została przyjęta do pracy w oświacie. 
Ładnie  położone  miasteczko,  nad  jeziorem,  w  spokojnej  strefie  przygranicznej,  sprawiało  idylliczne 
wrażenie. Kraina widokowo całkiem niebrzydka nazywa się chełpliwie „Księstwem Lauenburga”. Żyje 
się  tam  po  staroświecku.  W  przewodnikach  turystycznych  piszą,  że  Mölln  to  „miasto  Dyla 
Sowizdrzała”. A ponieważ Gabi spędziła tam dzieciństwo, szybko poczuła się jak w domu. 

background image

Ja  za  to  coraz  bardziej  schodziłem  na  psy.  Nie  ruszyłem  się  z  Berlina.  Utrzymywałem  się  na 
powierzchni  jako  agencyjny  skryba.  Ponadto  zamieszczałem  reportaże  -  „Co  się  zieleni  w  Zielonym 
Tygodniu”  i  „Turcy  w  Kreuzbergu”  -  w  „Evangelisches  Sonntagsblatt”.  A  poza  tym?  Parę  raczej 
męczących romansów i mandaty za złe parkowanie. No cóż, w rok po odejściu Gabi: rozwód. 
Mojego  syna  Konrada  widywałem  tylko  podczas  odwiedzin,  a  więc  rzadko  i  nieregularnie.  Zbyt 
szybko,  jak  uważałem,  wybujały  chłopak  w  okularach,  który  zdaniem  swojej  matki  robił  w  szkole 
dobre postępy, uchodził za wybitnie zdolnego i nader wrażliwego. Kiedy potem w Berlinie padł mur i 
pod Mustinem tuż za Ratzeburgiem, miasteczkiem sąsiadującym z Mölln, otworzyła się granica, Konny 
podobno od razu zaczął suszyć głowę mojej byłej, żeby pojechała z nim do Schwerina - co oznaczało 
dobrą godzinę samochodem - odwiedzić jego babcię Tullę. 
Tak  ją  nazywał.  Przypuszczam,  że  na  jej  życzenie.  Nie  skończyło  się  na  jednej  wizycie  -  na 
nieszczęście,  jak  dzisiaj  mówię.  Oboje  z  miejsca się zrozumieli. Już wtedy, będąc dziesięciolatkiem, 
Konny  mówił  nad  wiek  mądrze.  Jestem  pewien,  że  matka  zawróciła  mu  w  głowie  swoimi 
opowieściami,  które  przecież  rozgrywały  się  nie  tylko  na  podwórzu  stolarni  przy  ulicy  Elzy  we 
Wrzeszczu.  Nagadała  mu  o  wszystkim,  nawet  o  swoich  przygodach  w  charakterze  konduktorki 
tramwaju  w  ostatnim  roku  wojny.  Chłopak  musiał  chłonąć  jej  paplaninę  jak  gąbka.  Oczywiście 
uraczyła  go  także  historią  wiecznie  tonącego  statku.  Odtąd  Konny  albo  „Konradżik”,  jak  mówiła 
matka, był jej wielką nadzieją. 
W  tym  czasie  często  przyjeżdżała  do  Berlina.  Przeszedłszy  już  na  emeryturę  nabrała  ochoty  na 
wojażowanie  swoją  trabanciną.  Ale  matka  ruszała  w  drogę  jedynie  po  to,  żeby  odwiedzić  swoją 
przyjaciółkę Jenny; ja pozostawałem kimś z dalszego planu. Cóż to były za spotkania! Czy to w pokoju 
lalek  u  ciotki  Jenny,  czy  w  mojej  kreuzberskiej  norze  w  starym  budownictwie,  mówiła  tylko  o 
Konradżiku  i  swoim  szczęściu  na  stare  lata.  Jak  to  dobrze,  że  może  teraz  bardziej  się  nim  zająć,  od 
kiedy wielki państwowy kombinat stolarski zwinął żagle, zresztą z jej pomocą. A ona chętnie pomaga 
pchnąć sprawy do przodu. Znowu zwracają się do niej o radę. A jeśli o wnuka chodzi, to ona ma masę 
planów. 
Ciotka  Jenny  reagowała  na  ten  nadmiar  energii  jedynie  swym  zlodowaciałym  uśmiechem.  A  ja 
usłyszałem:  Z  mojego  Konradżika  to  ani  chybi  wielki  człowiek  wyrosznie.  Ni  taki  popapraniec  jako 
ty... 
-  Zgadza  się  -  odparłem  -  ze mnie nic wielkiego nie wyrosło i  nic już nie wyrośnie. Ale jak widzisz, 
matko,  pod  jednym  względem  się  rozwijam  -  jeśli  wolno  to  nazwać  rozwojem  -  mianowicie  jako 
namiętny palacz. 
Niczym ten Żyd Frankfurter, dodaję dzisiaj, który jak ja odpalał papierocha od papierocha i o którym 
muszę  teraz  pisać,  ponieważ  strzały  dosięgły  celu,  ponieważ  budowa  statku,  pod  który  w  Hamburgu 
położono  stępkę, posuwała się naprzód, ponieważ na Morzu Czarnym  oficer nawigacyjny Marinesko 
pełnił  służbę  na  okręcie  podwodnym  przystosowanym  do  pływania w pobliżu brzegów i  ponieważ 9 
grudnia  trzydziestego  szóstego  przed  sądem  szwajcarskiego  kantonu  Gryzonia  rozpoczął  się  proces 
przeciwko pochodzącemu z Jugosławii mordercy obywatela Rzeszy Wilhelma Gustloffa. 
W  Chur  trzej  strażnicy  po  cywilnemu  stali  przed  stołem  sędziowskim  i  ławą  oskarżonego,  który 
siedział  wciśnięty  między  dwóch  policjantów.  Na  polecenie  policji  kantonalnej  mieli  oni  stale 
obserwować  publiczność  oraz  krajowych  i  zagranicznych  dziennikarzy:  obawiano  się  zamachu,  z 
którejkolwiek strony. 
Z  powodu  natłoku  przybyszów  z  Rzeszy  konieczne  się  stało  przeniesienie  rozprawy  z  sądu 
kantonalnego  do  sali  posiedzeń  Małej  Rady  Gryzonii.  Obrony  podjął  się  leciwy  pan  z  białą 
szpicbródką,  mecenas  Eugen  Curti.  Wdowę  po  zamordowanym  jako  oskarżycielkę  posiłkową 
reprezentował  znany  profesor  Friedrich  Grimm,  który  wkrótce  po  wojnie  wywołał  sensację  swym 
fundamentalnym  dziełem  „Polityczna  sprawiedliwość  -  choroba  naszych  czasów”,  wobec  czego  nie 

background image

byłem zdziwiony natykając się w internecie na nowe wydanie książki, rozprowadzane przez niemiecko-
kanadyjskiego  prawicowego  ekstremistę  Ernsta  Zündela,  ale  tymczasem  nakład  tego  pamfletu  został 
podobno wyczerpany. 
Mimo  to  jestem  pewny,  że  mój  Webmaster  ze  Schwerina  w  porę  postarał  się  o  egzemplarz,  bo  jego 
strony  internetowe  były  naszpikowane  cytatami  z  Grimma  i  polemicznymi  odpowiedziami  na  - 
przyznajmy  -  rozwlekłe  przemówienie  mecenasa  Curtiego.  Wyglądało  to  tak,  jakby  proces  miał  się 
odbyć powtórnie, tym razem w wirtualnie przepełnionym teatrze świata. 
Później  z  zebranych  przeze  mnie  materiałów  wynikło,  że  mój  solista  obkuł  się  przy  pomocy 
„Völkischer Beobachter”. Na przykład raczej marginalna informacja, że gdy w drugim dniu rozprawy 
na salę sądową weszła pani Hedwig Gustloff w żałobnej czerni, obecni tam obywatele Niemiec, garść 
szwajcarskich  sympatyków  i  przybyli z Rzeszy dziennikarze powitali  ją na stojąco unosząc dłonie w 
hitlerowskim 

pozdrowieniu, 

została 

skopiowana 

„walczącego 

dziennika 

ruchu 

narodowosocjalistycznego  Wielkich  Niemiec”.  „V.B.”  zaznaczył  swoją  obecność  nie  tylko  w  ciągu 
zasługujących  na  miano  historycznych  czterech  dni  rozprawy,  lecz  również  w  internecie; 
rozpowszechniane w sieci cytaty z listu surowego ojca do marnotrawnego syna też zostały zaczerpnięte 
z walczącego dziennika, bo list rabina - „Niczego już od Ciebie nie oczekuję. Ty nie piszesz. I już nie 
musisz  pisać...”  -  był  przed  sądem  przytaczany  przez  oskarżenie  jako  świadectwo  nieczułości 
oskarżonego; jemu, namiętnemu palaczowi, pozwalano w przerwach na jednego, drugiego papierosa. 
Podczas gdy pełniący służbę na okręcie podwodnym oficer Marinesko przebywał albo na morzu, albo 
na  przepustce  w  czarnomorskim porcie Sewastopol  i  można domniemywać, że w związku z tym  był 
przez  trzy  dni  w  sztok  pijany,  nowa  jednostka  budowana  w  Hamburgu  nabierała  kształtów  -  młotki 
nitowniki dzień i noc nadawały ton - a oskarżony Dawid Frankfurter siedział albo stał między dwoma 
kantonalnymi policjantami. Skwapliwie przyznawał się do popełnionego czynu. W ten sposób pozbawił 
proces  napięcia.  Słuchał  siedząc,  mówił  stojąc:  Postanowiłem,  kupiłem,  ćwiczyłem,  pojechałem, 
czekałem, znalazłem, wszedłem, siedziałem,  strzelałem  pięć razy. Składał zeznania płynnie, z rzadka 
się zacinając. 
Wyrok przyjął spokojnie, ale w internecie utrzymywano, że „żałośliwie płacząc”. 
Jako  że  w  kantonie  Gryzonia  nie  było  kary  śmierci,  profesor  Grimm  z  ubolewaniem  domagał  się 
najwyższej z możliwych kar: dożywocia. Do ogłoszenia wyroku - osiemnaście lat więzienia, następnie 
wydalenie z kraju -czytało się o tym wszystkim on-line w skrajnie stronniczym ujęciu, zapatrzonym w 
męczennika,  potem  jednak  mój  Webmaster  rozstał  się  z  Kamractwem  Schwerin.  Może  nagle  dobrał 
sobie towarzystwo? Albo znowu przyplątał się ów malkontent i przemądrzalec, który już raz zawładnął 
chatroomem? W każdym razie doszło do podziału ról i ścierania się przeciwnych stanowisk. 
Ożywającą raz po raz dyskusję prowadzili uczestnicy przedstawiający się jedynie imionami, przy czym 
niejaki  Wilhelm  użyczał  swego  głosu  zamordowanemu  landesgruppenleiterowi,  a  niejaki  Dawid 
występował jako niedoszły samobójca. 
Można  by  było  odnieść  wrażenie,  że  ta  wymiana  ciosów  odbywa  się  w  zaświatach.  Tymczasem 
przebiegała z doczesną gruntownością. W konfrontacji mordercy z zamordowanym wciąż wałkowano 
czyn  i  jego  motyw.  Podczas  gdy  jeden  uprawiając  propagandę  obwieszczał,  że  w  momencie  procesu 
było w Rzeszy o 800 000 bezrobotnych mniej niż przed rokiem, i wpadał z tego powodu w zachwyt: 
„Wszystko  to  można  zawdzięczać  jedynie  führerowi”,  drugi  oskarżycielsko  wyliczał,  ilu  żydowskich 
lekarzy i pacjentów zostało usuniętych ze szpitali i uzdrowisk, i przypominał, że rząd nazistowski już 1 
kwietnia  trzydziestego  trzeciego  wezwał  do  bojkotu  Żydów,  po  czym  wystawy  żydowskich  sklepów 
znakowano  złowrogim  hasłem:  „Żydy,  do  piachu!”  I  tak  to  szło,  wet  za  wet.  Jeśli  Wilhelm  chcąc 
podeprzeć swoją tezę o niezbędnym zachowaniu czystości rasy aryjskiej i niemieckiej krwi faszerował 
sieć słowami führera z „Mein Kampf, to Dawid odpowiadał fragmentami „Żołnierzy z bagien”, relacji, 
którą były więzień kacetu ogłosił w jednym ze szwajcarskich wydawnictw. 

background image

Spór  przebiegał  śmiertelnie  poważnie,  zaciekle.  Ale  raptem  ton  zelżał.  W  chatroomie  się  gawędziło. 
Kiedy  Wilhelm  zapytał:  „Powiedz,  dlaczego  strzelałeś  do  mnie  pięć  razy?”,  Dawid  odparł:  „Sorry, 
pierwszy strzał to niewypał. Były tylko cztery dziury”. Na to Wilhelm: „Zgadza się. A kto ci dostarczył 
rewolwer?”  Dawid:  „Spluwę  kupiłem.  I  to  tylko  za  dziesięć  szwajcarskich  franeczków”.  -  „Całkiem 
niedrogo jak na broń, za którą trzeba by na pewno bulnąć pięćdziesiąt franków”. - „Rozumiem. Chcesz 
powiedzieć,  że  ktoś  mi  dał  gnata  w  prezencie.  Może  nie?”  -”Jestem  nawet  pewien,  że  strzelałeś  na 
zamówienie”. - „No jasne! Na rozkaz światowego żydostwa”. 
Tak  toczył  się  ich  internetowy  dialog  również  przez  następne  dni.  Ledwo  zdołali  wykończyć  się 
nawzajem,  pojawiały  się  żarty,  jak  gdyby  to  przyjaciele  płatali  sobie  figle.  Przed  opuszczeniem 
chatroomu  mówili:  „Cześć,  ty  sklonowana  nazistowska  świnio!”  i  „Trzymaj  się,  gudłaju!”  A  skoro 
tylko  w  ich  dwugłos  próbował  wedrzeć  się  jakiś  internauta  z  Balearów  czy  z  Oslo,  natychmiast  go 
wykopywali: „Spływaj!” albo „Wskocz później!” 
Obaj  byli  widać  tenisistami  stołowymi,  bo  zachwycali  się  niemieckim  asem  ping-ponga  Jörgiem 
Rosskopfem, który - jak powiedział Dawid - pobił nawet chińskiego mistrza. Obaj zaklinali się, że są 
za fair play. I obaj okazali się erudytami, którzy nie szczędzili sobie nawzajem pochwał, ilekroć któryś 
wnosił coś nowego: „Bomba! Skąd wytrzasnąłeś ten cytat z Gregora Strassera?” albo „Nie wiedziałem, 
Dawid,  że  führer  odstawił  Hildebrandta  za  lewicowe  odchylenie,  a  potem  jednak  na  życzenie 
poczciwych Meklemburczyków przywrócił na stanowisko gauleitera”. 
Można by ich było wziąć za przyjaciół, aczkolwiek niejako z obowiązku nie żałowali sobie okazywania 
wzajemnej  nienawiści.  Na  postawione  w  chatroomie  przez  Wilhelma  pytanie:  „Czy  gdyby  führer  z 
powrotem  powołał  mnie  do  życia,  to  byś  znowu  strzelał  do  mnie?”  Dawid  odpowiedział  odwrotną 
pocztą: „Nie, następnym razem ty możesz mnie rozwalić”. 
Coś mi zaświtało. I już pożegnałem się z myślą, że to jeden jedyny Webmaster zręcznie wypełnia sobą 
cały  upiorny  spektakl.  Dałem  się  nabrać  dwom  żartownisiom,  którzy  podeszli  do  rzeczy  śmiertelnie 
poważnie. 
Później,  kiedy  wszyscy  wciągnięci  w  sprawę  tłumaczyli  się  niewiedzą  i  dawali  wyraz  przerażeniu, 
powiedziałem do matki: - Mnie to od początku wydawało się dziwne. Zastanawiałem się, jakim cudem 
dzisiejsi  młodzi  tak  wariują  na  punkcie  tego  Gustloffa  i  wszystkiego,  co  się  z  nim  wiąże?  Bo  od 
początku było dla mnie jasne, że to nie jakieś stare dziady dla zabicia czasu zabawiają się on-line, no, 
tacy przedwczorajsi jak ty... 
Matka nic się na to nie odezwała. Jak zwykle, kiedy coś jej nie dogadzało, zrobiła minę spod znaku nie-
ma-mnie-w-domu,  to  znaczy  jej  oczy  wywracały  się  do  niemożliwości.  Zresztą  dla  niej  nie  ulegało 
kwestii, iż coś takiego mogło się zdarzyć tylko dlatego, że „o 'Gusztlofie' latami gadacz nie wolno beło. 
U nas na Wschodzę to ani mru-mru. A u czebie na Zachodzę, jak ju w ogóle o tym gadali, co kiedysz 
beło,  to  o  innych  niedobrych  rzeczach,  o  Oszwięczimie  i  takich  tam.  Mój  Bożulku!  Ile  to  u  nas  na 
partyjnym  zebraniu  szumu  beło,  jak  ja  żem  dobre  szłowo  o  sztatkach  Kadeefu  powiedżała,  że 
mianowicie 'Gusztlof’ to bezklasowy sztatek beł...” 
I od razu po raz któryś przypomnieli się jej rodzice na wycieczce do Norwegii: „Moja mamusza to za 
nic przyjszcz do szebie ni mogła, bo mianowicie w jadalni wszyszcy pasażerowie wymieszani jak groch 
z kapusztą szedżeli, proszci robotnicy jak mój tatusz, ale i urzędnicy i nawet partyjne szychy. Muszało 
bycz jak u nas w Dedeerze, telko jesz piękniej...” 
Ta sprawa z bezklasowym statkiem to był rzeczywiście szlagier. Przypuszczam, że to z tego powodu 
stoczniowcy  wiwatowali  jak  szaleni,  kiedy  5  maja  trzydziestego  siódmego  nowo  zbudowania 
jednostka, wysoka na osiem pięter, została zwodowana. Brakowało jeszcze komina, mostku i pokładu 
namiarowego. Cały Hamburg wyległ  na ulice, nieprzebrane tłumy. Ale chrzest  statku obserwowało z 
bliska tylko dziesięć tysięcy członków narodowej wspólnoty, zaproszonych osobiście przez Leya. 

background image

Pociąg  specjalny  Hitlera  o  dziesiątej  przed  południem  wjechał  na dworzec Dammtor. Potem nastąpił 
przejazd ulicami Hamburga w odkrytym mercedesie, pozdrawianie zgromadzonych to wyprostowaną, 
to  znów  ugiętą  ręką,  pośród  wiwatów,  ma  się  rozumieć.  Z  pirsu  barkas  zawiózł  go  do  stoczni. 
Wszystkie statki stojące w porcie, również zagraniczne, wywiesiły flagi. A cała flota KdP, złożona z 
wyczarterowanych  statków,  od  „Sierra  Cordoba”  po  „St.  Louis”,  stała  na  kotwicy  oflagowana  po 
wierzchołki masztów. 
Nie  chcę  teraz  wyliczać,  któż  to  taki  ustawiał  się  w  kolumnach,  któż  to  taki  na  powitanie  trzaskał 
obcasami.  U  stóp  trybuny  ustawionej  z okazji chrzcin  tłoczyli się robotnicy stoczniowi  pozdrawiając 
go, kiedy wspinał się po schodach. W ostatnich wolnych wyborach, przed czterema laty, większość z 
nich  głosowała  na  socjałów  i  komunistów.  Teraz  była  już  tylko  jedna  jedyna  partia;  i  był  führer  we 
własnej osobie. 
Dopiero na trybunie spotkał wdowę. Znał Hedwig Gustloff z najdawniejszych czasów walki. Zanim w 
dwudziestym  trzecim  marsz  na  Halę  Wodzów  w  Monachium  zakończył  się  krwawym 
niepowodzeniem, była jego sekretarką. Później, kiedy on odsiadywał wyrok w landsberskiej twierdzy, 
ona szukała pracy w Szwajcarii i znalazła męża. 
Komu  jeszcze  wolno  było  wejść  na  trybunę?  Dyrektorowi  stoczni,  radcy  stanu  Blohmowi,  i  szefowi 
stoczniowego Frontu Pracy Pauly'emu. Oczywiście u jego boku stał Robert Ley. Ale także inni partyjni 
dygnitarze.  Znalazło  się  miejsce  dla  gauleitera  Hamburga  Kaufmanna  i  gauleitera  Schwerina-
Meklemburgii  Hildebrandta,  Kriegsmarine  reprezentował  admirał  Raeder.  A  z  Davos  nie  lękając  się 
długiej podróży przybył Ortsgruppenleiter NSDAP Böhme. 
Wygłaszano  przemówienia.  On  tym  razem  nie  zabrał  głosu.  Po  Kaufmannie  mówił  dyrektor  stoczni 
Blohma  &  Vossa:  -  Panu,  mój  führerze,  składam  w  imieniu  stoczni  meldunek:  Statek  wycieczkowy, 
numer budowy 511, gotów do wodowania. 
Cała reszta skreślona. Może jednak powinienem wydłubać kilka rodzynków z mowy chrzestnej Roberta 
Leya.  Zaczęło  się  od  hucpiarskiego  zawołania:  -  Ludzie  niemieccy!  -  A  potem  sięgając  głęboko  w 
przeszłość  Ley  wychwalał  swoją  powstałą  z  troski  o  naród  ideę  „Kraft  durch  Freude”,  aby  w  końcu 
wymienić  jej  inicjatora:  -  Führer  wydał  mi  rozkaz:  „Niech  pan  się  postara,  żeby  niemiecki  robotnik 
mógł korzystać z urlopu i tym samym dać swoim nerwom wytchnienie, bo choćbym ja dwoił się i troił, 
byłoby  to  bezcelowe,  jeśliby  niemiecki  naród  nie  miał  nerwów  w  porządku.  Chodzi  o  to,  żeby 
niemieckie masy, żeby niemiecki robotnik był dość silny, aby pojąć moje myśli”. 
Gdy  nieco  później  wdowa  dokonała  obrzędu  chrztu  wygłaszając  słowa:  „Chrzczę  cię  imieniem 
Wilhelma  Gustloffa”,  radosna  wrzawa  odpornej  nerwowo  masy  zagłuszyła  brzęknięcie  butelki 
szampana o dziób statku. Odśpiewano obie pieśni, podczas gdy nowo zbudowana jednostka zsuwała się 
po pochylni... A mnie, ocalonemu z „Gustloffa”, przy każdym wodowaniu, które obserwuję z bliska z 
dziennikarskiego  obowiązku  albo  oglądam  w  telewizji,  staje  przed  oczami  zatonięcie  ochrzczonego 
przy przepięknej majowej pogodzie i spuszczonego na wodę statku. 
Mniej  więcej  w  tym  czasie,  kiedy  Dawid  Frankfurter  siedział  już  w  więzieniu  Sennhof w Chur, a w 
Hamburgu  roztrzaskiwała  się  butelka  szampana,  Aleksander  Marinesko  przebywał  albo  w 
Leningradzie,  albo  w  Kronsztadzie  na  kursie  dowódców.  W  każdym  razie  został  przeniesiony 
rozkazem  z  Morza  Czarnego  na  wschodni  skraj  Bałtyku.  Już  latem,  w  okresie  zarządzonych  przez 
Stalina czystek i  procesów, które nie oszczędziły admiralicji Floty Bałtyckiej,  został dowódcą okrętu 
podwodnego. 
„M 96” należał  do starszej  klasy okrętów, był przystosowany do rejsów i akcji bojowych na wodach 
przybrzeżnych.  W  dostępnych  mi  infosach  czytam,  że  „M  96”  z  dwustu  pięćdziesięcioma  tonami 
wyporności i czterdziestu pięciu metrami długości był raczej niedużym okrętem z osiemnastoosobową 
załogą. Marinesko długo pozostawał dowódcą tej operującej w Zatoce Fińskiej, wyposażonej tylko w 

background image

dwie  wyrzutnie  torpedowe  morskiej  jednostki.  Przypuszczam,  że  w  pobliżu  wybrzeża  raz  po  raz 
ćwiczył atak nawodny i po nim szybkie zanurzanie. 
 
 

 
Podczas  gdy  trwały  prace  wykończeniowe  obejmujące  wnętrza  od  najniższego  pokładu  E  po  pokład 
słoneczny, komin, pomost  nawigacyjny oraz radiostację i wzdłuż bałtyckiego wybrzeża odbywały się 
próby  zanurzeniowe,  w  Chur  upłynęło  jedenaście  miesięcy  uwięzienia;  dopiero  potem  statek  mógł 
odbić  od  nabrzeża  wyposażeniowego  i  popłynąć  w  dół  Łaby  w  próbny  rejs  po  Morzu  Północnym. 
Czekam więc, aż zanikną teraźniejsze sekundy i znów będzie można puścić taśmę z czasem opowieści. 
A może mam zaryzykować kłótnię z kimś, czyjego zrzędzenia nie sposób puścić mimo uszu? 
On żąda wyraźnych wspomnień. Chce wiedzieć, jaka dla mnie jako dziecka gdzieś od trzeciego roku 
życia  była  matka  z  wyglądu,  z  zapachu,  w  dotyku.  Mówi:  -  Pierwsze  wrażenia  są  decydujące  dla 
dalszego  życia.  -  Ja  na  to:  -Nie  ma  czego  wspominać.  Kiedy  miałem  trzy  lata,  ona  akurat  skończyła 
terminowanie u stolarza. No dobra, mam przed oczami przynoszone mi przez nią z warsztatu wióry i 
klocki,  jakie  były  poskręcane  i  jak  się  przewracały  ułożone  jeden na drugim. Bawiłem się wiórami i 
klockami.  A  poza  tym?  Matka  pachniała  klejem  kostnym.  Gdziekolwiek  stała,  siedziała,  leżała  -  o 
Boże, jej łóżko! - wszędzie utrzymywał się ten zapach. A mnie, ponieważ nie było jeszcze żłobków, 
zostawiała  najpierw  u  sąsiadki,  potem  w  przedszkolu.  Taki  był  los  pracujących  matek  w  całym 
państwie robotników i chłopów, nie tylko w Schwerinie. Pamiętam grube i chude kobiety, które nami 
komenderowały, i kaszkę mannę, w której łyżka na sztorc stawała. 
Ale tego rodzaju okruchy wspomnień nie zadowalają Starego. Drąży dalej:  - Za moich czasów mniej 
więcej dziesięcioletnia Tulla Pokriefke miała twarz, na którą składały się kropki, przecinek i kreska; a 
jak wyglądała jako młoda kobieta i czeladnik stolarski, gdzieś od roku pięćdziesiątego, kiedy stuknęły 
jej dwadzieścia trzy lata? Używała szminki? Widywało się ją w chustce na głowie czy, jak na mamusię 
przystało,  w  garnkowatym  kapeluszu?  Włosy  opadały  jej  gładko  czy  kazała  robić  sobie  wieczną 
ondulację? Może w weekendy łaziła w papilotach? 
Nie  wiem,  czy  moje  informacje  zdołają  go  zaspokoić;  mój  wizerunek  matki  z  jej  młodych  lat  jest 
wyrazisty  i  zarazem  zmącony.  Znam  ją  tylko  białowłosą.  Od  początku  była  białowłosa.  Nie 
srebrzystobiała. Po prostu tylko biała. Kto matkę o to pytał, ten słyszał w odpowiedzi: - Jak mój syn są 
rodził, to  są ształo. Na torpedowcu to beło, co nas wyratował...  - A kto gotów był wysłuchać czegoś 
więcej,  ten  dowiadywał  się,  że  od  tej  pory,  a  zatem  i  w  Kołobrzegu,  gdzie  uratowani,  matka  z 
noworodkiem,  opuścili  torpedowiec  „Löwe”,  była  biała  jak  gołąb.  Wówczas  nosiła  włosy  półdługie. 
Ale dawniej, kiedy jeszcze nie zbielała, „niby na rozkaz z samej góry”, włosy z natury jakoś tam blond, 
troszkę rudawe, opadały jej na ramiona. 
Odpowiadając na dalsze pytania - on nie popuszcza - zapewniłem mojego pracodawcę, że bardzo mało 
jest  zdjęć  matki  z  lat  pięćdziesiątych.  Na  jednym  widać,  że  nosiła  swoje  białe  włosy  krótko 
przystrzyżone, na zapałkę. Szeleściły, kiedy je głaskałem, na co mi czasem pozwalała. I tak chodzi po 
dziś dzień jako stara kobieta. Akurat miała siedemnaście lat, jak ni stąd, ni zowąd zbielała. - A gdzie 
tam! Matka nigdy się nie farbowała i nie chodziła do farby. Żaden z towarzyszy w pracy ani razu nie 
widział jej z granatowoczarnymi albo tycjanowsko rudymi włosami. 
-  A  poza  tym?  Co  jeszcze  pozostało  w  pamięci?  Na  przykład  mężczyźni?  Byli  jacyś?  -  Chodziło  o 
takich,  co  zostawali  na  noc.  Bo  Tulla  Pokriefke  jako  nastolatka  szalała  za  mężczyznami!  Czy  to  na 
plaży  w  Brzeźnie,  czy  w  jej  konduktorskich  czasach,  kiedy  pełniła  służbę  w  tramwaju  kursującym 
między  Gdańskiem,  Wrzeszczem  i  Oliwą,  zawsze  kręcili  się  koło  niej  chłopaki,  ale  i  dojrzali 

background image

mężczyźni, na przykład urlopowicze z frontu. - Czy później, jak już była białowłosą kobietą, to ten bzik 
na punkcie mężczyzn jej przeszedł? 
Co sobie Stary wyobraża! Może myśli, że matka, tylko dlatego że wskutek szoku włosy jej posiwiały, 
żyła jak mniszka? Mężczyzn było aż nadto. Ale długo nie zagrzewali miejsca. Jeden był podmąjstrzym 
murarskim i zupełnie sympatycznym człowiekiem. Przynosił mi rzeczy, które ledwo się dostawało na 
kartki:  na  przykład  wątrobiankę.  Miałem  już  z  dziesięć  lat,  kiedy  u  nas  w  oficynie,  Lehmstrasse  7, 
siadywał  w  kuchni  i  strzelał  szelkami.  Nazywał  się  Jochen  i  koniecznie  chciał  mnie  brać  na  kolana, 
niby  na  konną  jazdę.  Matka  nazywała  go  „Jochen  dwa”,  ponieważ  będąc  nastolatką  znała  licealistę, 
który miał na imię Joachim, ale nazywali go Jochen. - Ale on to ode mnie nic ni chczał. Nawet są ni 
dotknął... 
W  jakimś  momencie  matka  musiała  przeświecić  Jochena  dwa,  nie  wiem  dlaczego.  A  kiedy  miałem 
jakieś  trzynaście  lat,  to  po  służbie  i  czasami  w  niedziele  zachodził  jeden  z  ludowej  policji.  Był 
podporucznikiem rodem z Saksonii, zdaje się: z Pirny. Przynosił zachodnią pastę do zębów, colgate, i 
jeszcze  inne  skonfiskowane  różności.  Zresztą  też  nazywał  się  Jochen,  wobec  czego  matka  mówiła:  - 
Jutro  numer  trzy  przyjdże.  Bysz  czut  miły  dla  niego  beł,  jak  przyjdże...  -  Jochen  trzy  wylądował  za 
drzwiami, ponieważ, jak mówiła matka, „musowo żenicz są chczał”. 
Nie paliła się do małżeństwa. - Ty jeden mnie wysztarczysz - powiedziała, kiedy ja, już piętnastoletni, 
miałem wszystkiego po dziurki w nosie. Nie w szkole. Tam, poza rosyjskim, całkiem dobrze mi szło. 
Ale miałem dość drylu w FDJ, wykopków, akcji żniwnych, śpiewania w kółko o budowie i odbudowie, 
miałem  również  dość  matki.  Nie  mogłem  już  tego  słuchać,  kiedy  mi,  przeważnie  w  niedziele,  do 
klopsików  z  tłuczonymi  ziemniakami  serwowała  swoje  „Gustloffowe”  gadki:  -  Wszysztko  są 
rozkolebało. Czegosz takiego to ju są więcej ni zapomni. To nigdy nie usztanie. Imer śni mnie są abo i 
ni  śni  ten  jeden  wielki  krzyk,  co  to  jak  ju  szlus  beł,  po  wodzie  są  niósł.  I  te  wszysztkie  dżeczaczki 
pomiędzy lodową krą... 
Czasami matka, siedząc po niedzielnym obiedzie przy kuchennym stole z kubkiem kawy, mówiła tylko: 
„Po prawdże to piękny sztatek beł” i ani słowa więcej. Ale jej spojrzenie spod znaku nie-ma-mnie-w-
domu było dostatecznie wymowne. 
Pewnie  to  i  prawda.  Kiedy  „Wilhelm  Gustloff”  wykończony  wreszcie  i  cały  na  biało  wyruszał  w 
dziewiczy rejs, był podobno od dziobu po rufę pływającym przeżyciem. Słyszało się to nawet od ludzi, 
którzy po wojnie udawali zdeklarowanych od samego początku antyfaszystów. A ci, co dostali się na 
pokład, ponoć schodzili potem na ląd olśnieni. 
Już  na  dwudniowy  rejs  próbny,  wszelako  przy  sztormowej  pogodzie,  zaokrętowano  robotników  i 
urzędników  od Blohma & Vossa, a ponadto  ekspedientki  z hamburskiej spółdzielni  spożywców. Ale 
gdy „Gustloff 24 marca trzydziestego ósmego wypływał na trzy dni w morze, do pasażerów zaliczało 
się  okrągło  tysiąc  Austriaków,  przesianych  przez  Partię,  bo  w  dwa  tygodnie  później  lud  Marchii 
Wschodniej  miał  głosować  za  czymś,  czego  dokonał  już  Wehrmacht  sprawnie  przeprowadzając 
inwazję:  za  anszlusem  Austrii.  Na  pokład  weszło  również  trzysta  dziewcząt  z  Hamburga  -  wybrane 
członkinie BDM - i grubo ponad setka dziennikarzy. 
Tylko  dla  żartu  i  dla  sprawdzenia  siebie  usiłuję  teraz  wyobrazić  sobie,  jak  zareagowałaby  moja 
skromna  osoba  w  charakterze  dziennikarza,  kiedy  zaraz  na  początku  rejsu  znalazło  się  w  programie 
przyjęcie  dla  prasy  w  sali  bankietowo-kinowej  statku.  Co  prawda,  jak  mówi  matka,  a  Gabi  wie,  nie 
jestem  żadnym  bohaterem,  ale  może  jednak  zdobyłbym  się  na  tyle  śmiałości,  żeby  zapytać  o 
sfinansowanie  nowo  zbudowanej  jednostki  i  majątek  Niemieckiego  Frontu  Pracy,  bo  jak  inni 
dziennikarze  powinienem  był  wiedzieć,  że  Ley,  ten spec od obiecanek, mógł  wykręcać takie numery 
tylko z pomocą funduszy zagrabionych wszystkim zakazanym związkom zawodowym. 
Spóźnione  próby  odwagi!  Jak  znam  siebie,  to  w  najlepszym  razie  wykrztusiłbym  zakamuflowane 
pytanie o pozostały kapitał, na co szef podróży KdF, który niczym się nie peszył, odpowiedziałby mi z 

background image

miejsca: Niemiecki Front Pracy, jak przecież widać, ma pieniędzy w bród. Już za kilka dni w stoczni 
Howaldta będzie nawet spuszczony na wodę olbrzymi statek o napędzie elektrycznym i, jak wolno już 
teraz przypuszczać, otrzyma na chrzcie imię Roberta Leya. 
Potem zaczęło się zwiedzanie statku przez całą hurmę wyznaczonych dziennikarzy. Dalsze pytania nie 
przechodziły  przez  gardło.  Także  ja,  który  w  ciągu  realnej  pracy  zawodowej  nie  odkryłem  żadnego 
skandalu,  nigdy  nie  wytropiłem  trupa  w  szafie,  nie  zdemaskowałem  ani  przekrętów  z  publicznymi 
pieniędzmi, ani przekupnych ministrów, jako dziennikarz przeniesiony w przeszłość trzymałbym język 
za  zębami  jak  wszyscy  inni.  Na  kolejnych  pokładach  mieliśmy  tylko  prawo  wyrażać  obowiązkowe 
zdumienie. Prócz kabin specjalnych dla Hitlera, dla Leya, które wyłączono ze zwiedzania, statek był co 
do joty urządzony bezklasowo. Aczkolwiek znam wszystkie szczegóły tylko z fotografii i przekazanych 
materiałów, wydaje mi się jednak, że byłem tym zachwycony i zarazem spocony z tchórzostwa. 
Widziałem  przestronny,  wolny  od  uciążliwych  nadbudówek  pokład  słoneczny,  widziałem  kabiny 
prysznicowe  i  urządzenia  sanitarne.  Widziałem  i  gorliwie  notowałem.  Później  na  dolnym  pokładzie 
spacerowym  mogliśmy  cieszyć  oczy  nieskazitelnie  wyszlifowanym  lakierem  ścian,  a  w  salonach 
orzechową boazerią. Z podziwem oglądaliśmy salę balową, salę strojów, salę Niemiec i salę muzyczną. 
We wszystkich salach wisiały portrety führera, który nad naszymi głowami spoglądał  poważnie, lecz 
zdecydowanie  w  przyszłość.  W  kilku  z  nich  przyciągał  wzrok  sportretowany  w  mniejszym  formacie 
Robert Ley. Ale w przeważającej mierze oprawa wizualna składała się z pejzaży namalowanych w stylu 
dawnych mistrzów. Pytaliśmy o nazwiska współczesnych artystów i robiliśmy notatki. 
Gdy co pewien czas zapraszano na piwo ze świeżo otwartej beczki, uczyłem się unikać dekadenckiego 
słowa  „bar”  i  pisałem  później  według  staroniemieckiego  nazewnictwa  o  „siedmiu  przytulnych 
szynkach” na pokładzie statku KdF. 
Następnie  zasypano  nas  liczbami.  Dla  przykładu:  W  pomieszczeniach  kuchennych  pokładu  A  dzięki 
supernowoczesnym urządzeniom do zmywania można było doprowadzić do lśniącej czystości 35 000 
brudnych talerzy. Dowiedzieliśmy się, że na każdy rejs morski zabiera się 3400 ton wody pitnej, a za 
wodociąg służy wysoki zbiornik we wnętrzu jedynego komina. Zwiedzając pokład E, gdzie dziewczęta 
z hamburskiej BDM zajęły, jak mówiono,  „pływające schronisko młodzieżowe” wyposażone w koje, 
obejrzeliśmy  położoną  na  tym  samym  pokładzie  pływalnię,  której  basen  mieścił  sześćdziesiąt  ton 
wody. I dalsze dane liczbowe już przeze mnie nie zanotowane. Ten i ów z nas był rad, że oszczędzono 
nam wyliczania kafelków i elementów kolorowej szklanej mozaiki zapełnionej przez dziewice o rybich 
ciałach i baśniową zwierzynę morską. 
Tylko  dlatego  że  od  czasów  mego  zdominowanego  przez  matkę  dzieciństwa  wiem,  iż  druga  torpeda 
zamieniła  kafelki  pływalni  i  odłamki  mozaiki  w  pociski,  na  widok  basenu,  w  którym  pluskała  się 
czereda dorodnych dziewczyn, mogłoby jednak przyjść mi do głowy pytanie, jak głęboko poniżej linii 
wodnej leży pływalnia. A na górnym pokładzie być może wydałoby mi się, że dwadzieścia dwie łodzie 
ratunkowe to za mało. Ale ja nie dociekałem, nie przywoływałem katastrofy, nie antycypowałem tego, 
co  zdarzyło  się  siedem  lat  później  w  lodowatą  wojenną  noc,  kiedy  na  pokładzie  było  nie,  jak 
przewidywano  w  czasach  pokojowych,  zaledwie  półtora  tysiąca  osób wolnych od codziennych trosk, 
lecz  około  dziesięciu  tysięcy  dusz,  które  miały  przeczucie  zagrażającej  im  śmierci  i  w  trudnej  do 
oszacowania liczbie ową śmierć poniosły; czy to jako dziennikarz „Völkischer Beobachter”, czy jako 
korespondent statecznej „Frankfurter Zeitung” wyśpiewałem natomiast na najwyższym bądź rzeczowo 
przytłumionym  tonie  pean  na  cześć  szykownych  łodzi  ratunkowych  na  statku,  jak  gdyby  były  one 
premią ufundowaną łaskawie przez organizację „Kraft durch Freude”. 
Nieco później jednak trzeba było  jedną z łodzi  spuścić na wodę. Wkrótce potem jeszcze jedną. I nie 
działo się to w celach ćwiczebnych. 
Podczas swego drugiego rejsu, tym razem do Cieśniny Dover, „Gustloff” trafił na sztorm z północnego 
zachodu  i  zmagając  się  ze  wszystkich  sił  ze  wzburzonym  morzem  otrzymał  wezwanie  SOS  z 

background image

angielskiego  węglowca  „Pegaway”,  który  miał  rozbity  luk  ładunkowy,  złamany  ster.  Kapitan  Lübbe, 
który  na  początku  następnej  podróży  KdF  mającej  za  cel  wyspę  Maderę  zmarł  na  atak  serca,  kazał 
natychmiast wziąć kurs na miejsce wypadku. W ciemnościach w dwie godziny później wypatrzono za 
pomocą ruchomego reflektora mocno już zanurzonego „Pegawaya”. Dopiero wczesnym rankiem mimo 
przybierającego na sile sztormu z północnego zachodu udało się spuścić na wodę jedną z dwudziestu 
dwóch  łodzi  ratunkowych,  którą  jednak  kotłowisko  fal  rzuciło  o  burtę  statku,  po  czym  z  dużymi 
uszkodzeniami  poczęła  dryfować.  Na  polecenie  kapitana  Lübbe  niezwłocznie  spuszczono  motorowy 
barkas,  któremu  po  kilku  podejściach  udało  się  zabrać  dziewiętnastu  marynarzy  i  przy  słabnącej  z 
czasem  wichurze  dopłynąć  z  nimi  szczęśliwie  do  „Gustloffa”.  Na  koniec  powiodła  się  próba 
odszukania zawieruszonej łodzi ratunkowej i ocalenia jej załogi. 
Pisano o tym. Krajowe i zagraniczne gazety chwaliły akcję ratunkową. Ale szczegółowo i z czasowego 
dystansu zajął się tym jedynie Heinz Schön. Wykorzystał, jak ja to robię teraz, furę gazetowych relacji 
z tamtych czasów. Jego los, tak jak mój, jest złączony z nieszczęsnym statkiem. Ledwo na rok przed 
końcem wojny przyszedł na „Gustloffa” jako asystent płatnika. Właściwie to Heinz Schön przeszedłszy 
pomyślnie przez sito morskiej Hitlerjugend chciał dostać się do Kriegsmarine, ale ze względu na wadę 
wzroku musiał zamustrować się w marynarce handlowej. Jako że przeżył zatonięcie jednostki będącej 
statkiem  pasażerskim  KdP,  potem okrętem szpitalnym,  następnie pływającymi koszarami i na koniec 
transportowcem przewożącym uchodźców, zaczął po wojnie zbierać i spisywać wszystko, co dotyczyło 
„Gustloffa” w dobrych i  złych czasach. Znał tylko ten jeden temat; albo jedynie ten temat zawładnął 
nim. 
Toteż jestem pewien: matka od początku byłaby rada Heinzowi Schönowi. Ale jego książki, które na 
Zachodzie znalazły wydawcę, były w NRD niepożądane. Kto czytał jego relacje, nabierał wody w usta. 
Czy to  po tej, czy po tamtej stronie informacje Schöna nie miały wzięcia. Nawet  gdy pod koniec lat 
pięćdziesiątych  z  jego  udziałem  jako  konsultanta  nakręcono  film  -  „Noc  zapadła  nad  Gotenhafen”  - 
echo było umiarkowane. Co prawda całkiem niedawno nadali w telewizji program dokumentalny, ale 
wciąż jeszcze jest tak, jak gdyby nic nie mogło przebić „Titanica”, jak gdyby statek „Wilhelm Gustloff” 
nigdy  nie  istniał,  jak  gdyby  brakowało  miejsca  na  jeszcze  jedno  nieszczęście,  jak  gdyby  wolno  było 
wspominać tylko tamte, nie te ofiary. 
Ale ja też nabrałem wody w usta, trzymałem się z daleka, nie udzielałem się, musiałem dopiero znaleźć 
się  pod  presją.  I  jeśli  teraz,  jako  ktoś,  kto  również  przeżył,  czuję  się  odrobinę  bliski  Heinzowi 
Schönowi, to  tylko  dlatego, że mogę korzystać z jego obsesji. On odnotował wszystko: liczbę kabin, 
olbrzymie ilości prowiantu na drogę, wielkość pokładu słonecznego w metrach kwadratowych, liczbę 
kompletnych  i  na  koniec  zdekompletowanych  łodzi  ratunkowych,  a  wreszcie  -  rosnącą  z  każdym 
książkowym wydaniem - liczbę zabitych i ocalonych. 
Jego trud gromadzenia faktów długo pozostawał w cieniu, ale ostatnio Heinza Schöna, który jest o rok 
starszy  od  matki  i  którego  z  uczuciem  ulgi  mógłbym  wyobrazić  sobie  jako  upragnionego  ojca,  coraz 
częściej cytuje się w internecie. 
Niedawno  było  tam  głośno  o  łzawym  kiczu  na  dwadzieścia  cztery  fajerki,  o  świeżo  nakręconej  w 
Hollywood  historii  zatonięcia  „Titanica”,  reklamowanego  jako  największa  katastrofa  morska  w 
dziejach.  Przeczyły  tej  bzdurze  przytaczane  sucho  liczby  Heinza  Schöna.  Naturalnie  znajdowały 
oddźwięk,  bo  odkąd  „Gustloff  pływa  w  cyberprzestrzeni  i  podnosi  wirtualne  fale,  koła  prawicowe 
pozostają  on-line  ze  stronami  nienawiści.  Rozpoczęło  się  tam  polowanie  na  Żydów.  Jak  gdyby 
morderstwo  w  Davos  zdarzyło  się  wczoraj,  skrajni  prawicowcy  domagają  się  „zemsty  za  Wilhelma 
Gustloffa!”  Najostrzejsze  tony  -  „Zündelsite”  -  rozbrzmiewają  z  Ameryki  i  Kanady.  Ale  i  w 
niemieckojęzycznym internecie mnożą się homepages, które w World Wide Web dają upust nienawiści 
pod takimi adresami jak „Narodowy Opór” i „Thulenet”. 

background image

Pierwsza w tej mierze, choć mniej radykalna była on-line „www.blutzeuge.de”. Dzięki odkryciu statku, 
który  nie  tylko  zatonął,  ale  -  jako  pomijany  milczeniem  -  stał  się  legendą,  odwiedziło  ją  tysiąc 
internautów,  a  ich  liczba  wciąż  rośnie.  I  tak  mój  walczący  w  pojedynkę  bojownik,  który  tymczasem 
dobrał  sobie  przeciwnika  i  entuzjastę  sportu  występującego  pod  imieniem  „Dawid”,  z  dumą 
zakrawającą  na  dziecinadę  obwieszczał  całemu  złączonemu  w  sieci  światu  o  uratowaniu  angielskich 
rozbitków  przez  „Gustloffa”.  Jak  gdyby  określone  artykuły  gazetowe  dopiero  wczoraj  wyszły  spod 
prasy  drukarskiej,  cytował  pochwalne  słowa  brytyjskiej  prasy  o  niemieckiej akcji ratunkowej  niczym 
najświeższą  nowinę.  Potem  chciał  się  dowiedzieć  od  swego  oponenta,  czy  odsiadujący  karę  w  Chur 
żydowski  morderca  Frankfurter  słyszał  o  bohaterskiej  akcji  ratunkowej.  A  Dawid  odpalił:  „W 
więzieniu Sennhof siedziało się dzień w dzień przy klekoczących krosnach tkackich i miało się mało 
czasu na czytanie gazet”. 
Właściwie  dla  Dawida  powinno  byłoby teraz być rzeczą ciekawą, czy krążący po bałtyckich wodach 
przybrzeżnych  oficer  okrętu  podwodnego  nazwiskiem  Marinesko  dowiedział  się  o  uratowaniu 
rozbitków z „Pegawaya” przez marynarzy „Gustloffa” i czy przy tej okazji pierwszy raz przeliterowano 
mu nazwę pisanego mu celu. Ale ta kwestia się nie pojawiła. Za to Webmaster Wilhelm emocjonował 
się  nieco  późniejszym  występem  „Gustloffa”  u  angielskich  wybrzeży  w  roli  „pływającego  lokalu 
wyborczego”  z  tak  teraźniejszym  przejęciem,  jakby  ten  chwyt  propagandowy  okazał  się  skuteczny 
dopiero niedawno, nie zaś blisko sześćdziesiąt lat temu. 
Chodziło  o  referendum  po  dokonanym  już  anszlusie  Austrii  do  Rzeszy  obecnie  Wielkoniemieckiej. 
Mieszkającym w Anglii Niemcom i Austriakom należało stworzyć możliwość oddania głosu. Z pirsów 
w Tilbury wyborcy wchodzili na pokład, a głosowanie odbywało się poza strefą trzech mil. Na tym tle 
duetowi Wilhelm i Dawid zachciało się doprowadzić do dyskusyjnego starcia. Jak w tenisie stołowym: 
stawką był przebieg referendum. Wilhelm upierał się, że tajność głosowania gwarantowały ustawione 
kabiny  wyborcze;  Dawid  drwił,  ponieważ  wśród  blisko  dwóch  tysięcy  uprawnionych  do  głosu 
doliczono  się  tylko  czterech,  którzy  wypowiedzieli  się  przeciwko  anszlusowi:  „Dobrze  znamy  te 
wyniki:  dziewięćdziesiąt  dziewięć  i  dziewięć  dziesiątych  procenta!”  Cytując  „Daily  Telegraph”  z  12 
kwietnia trzydziestego ósmego Wilhelm ripostował: „Nie było żadnych nacisków! I to, drogi Dawidzie, 
napisali Anglicy, którzy zwykle czepiają się nas, Niemców, gdzie tylko mogą...” 
Bawiła mnie absurdalna utarczka w chatroomie. Potem jednak jedna z kontr Wilhelma zapachniała mi 
podejrzanie.  Zabrzmiała  znajomo!  Chcąc  zdezawuować  drwinę  Dawida  posunął  się  do  stwierdzenia: 
„O  wynikach  twoich  tak  zachwalanych  demokratycznych  wyborów  decydują  jednoznacznie  interesy 
plutokratów, światowego żydostwa. Jedno wielkie oszukaństwo!” 
Coś podobnego zaserwował mi niedawno mój syn. Widywałem Konny'ego z okazji odwiedzin i kiedy 
dla nawiązania z nim rozmowy po ojcowsku wspomniałem mimochodem  mój artykuł  o zbliżających 
się  wyborach  do  Landtagu  w  Szlezwiku-Holsztynie,  usłyszałem:  -  Przecież  to  jedno  wielkie 
oszukaństwo. Czy na Wall Street, czy tutaj: wszędzie panuje plutokracja, rządzi pieniądz! 
Po pierwszym rejsie na Maderę, podczas którego zmarł kapitan Lübbe i od Lizbony na resztę podróży 
dowództwo  objął  kapitan  Petersen,  zaczęły  się,  już  pod  kapitanem  Heinrichem  Bertramem,  letnie 
wycieczki  do  Norwegii.  Łącznie  było  ich  jedenaście,  trwały  za  każdym  razem  pięć  dni  i  -  ponieważ 
cieszyły się niezwykłą popularnością - szybko się sprzedawały. Również w następnym roku należały do 
programu  KdF.  I  w  jedną  z  tych  ostatnich  podróży  morskich  do  fiordów  -  przypuszczam,  że  była  to 
przedostatnia, w połowie sierpnia - pojechali rodzice matki. 
Właściwie  to  władze  Partii  we  Wrzeszczu  na  uczestników  wycieczki  do  Norwegii  upatrzyły  sobie 
majstra  stolarskiego  Liebenaua  i  jego  żonę,  ponieważ  majster  był  właścicielem  owczarka  imieniem 
Harras, któremu w psiarni policji Wolnego Miasta udało się pokryć sukę, zaś z wydanego przez nią na 
świat miotu wywodził się ulubiony pies führera Prinz, prezent od kierownictwa gdańskiego okręgu, w 
związku z czym reproduktora Harrasa wymieniano kilkakrotnie na łamach  „Danziger Vorposten”. Tę 

background image

baśń  matka  wyśpiewywała  mi  od  dzieciństwa:  swoją  psią  historię  wraz  z  rodowodem  długim  jak 
powieść.  Zawsze  ilekroć  chodziło  o  psa,  chodziło  też  o  małą  Tullę.  Na  przykład  mając  siedem  lat, 
kiedy jej brat Konrad utopił się podczas kąpieli w Bałtyku, matka jakoby ukryła się na tydzień w budzie 
psa  pilnującego  stolarni.  Przez  te  wszystkie  dni  do  nikogo  słowem  się  nie  odezwała.  - Nawet  żem  z 
jego michy żarła. Ochłapy! No, co są takiemu psu daje. To mój tydżeń w psiej budże beł, kiedy to żem 
ani słowa ni rzekła, tak mnie naszego Konrada żal beło. Od urodzenia głuchoniemy beł... 
Ale kiedy właścicielowi psa Liebenauowi, którego syn Harry był kuzynem matki, zaoferowano podróż 
do  Norwegii  na  ulubionym  przez  wszystkich  statku  KdP,  ten  z  ubolewaniem  odmówił,  ponieważ 
stolarnia  miała  huk  roboty:  prace  wykończeniowe  przy  barakach  w  pobliżu  lotniska.  Zaproponował 
kreisleiterowi  Partii  kandydaturę  swego  sumiennego  pomocnika,  gorliwego  towarzysza  partyjnego 
Augusta Pokriefke i  jego żony Erny. On z firmowej  kasy pokryje koszty miejsc w kabinie oraz i tak 
ulgowych biletów do Hamburga. 
- Żebym jesz fotografie miała, co na „Gusztlofie” psztryknięte zoształy, to bym tobie pokazacz mogła, 
ile  oni  w  te  parę  dni  zobaczyli...  -  W  szczególności  matka  Tulli  podobno  rozpływała  się  nad  salą 
strojów, oranżerią, porannym  wspólnym  śpiewaniem i  przygrywającą wieczorami okrętową orkiestrą, 
niestety  w  żadnym  z  fiordów  nie  wolno  było  zejść  na  ląd,  być  może  z  powodu  skąpego  w  Rzeszy 
wydzielania  dewiz.  Ale  na  jednym  ze  zdjęć,  które  jak  wszystkie  inne  migawki  przepadło  razem  z 
albumem,  ,jak  na  sztatek  kryszka  przyszła”,  można  było  zobaczyć  roześmianego  i  roztańczonego 
Augusta Pokriefke pośród norweskiej grupy folklorystycznej przybyłej na pokład w odwiedziny. - Mój 
tatusz, co to w zasadzę całkiem wesołym goszczem beł, jak z Norwegii wrócził, to od rana do nocy są 
zachwycał. Taki ju beł: na szto pięczdżesząt procent. I dlatego chczał, bym są za jungmedelkę zoształa. 
Ale  ja  żem  ni  chczała.  Później  też  ni,  jak  żeszmy  do  Rajchu  wróczili  i  wszysztkie  dżewczyny  do 
Bedeemu wsztąpicz muszały... 
Pewnie  to  prawda,  co  twierdzi  matka.  Nie  dała  się  zorganizować.  Wszystko  musiało  zawsze  być 
dobrowolne. Ale nawet jako członkini SED i wyróżniająca się kierowniczka brygady stolarskiej, która 
wyrabiała  tony  mebli  sypialnianych  dla  Rosjan,  a  i  później  przy  wykańczaniu  wnętrz  na  osiedlu  z 
wielkiej płyty Grosser Dreesch przeważnie przekraczała plan, przysparzała sobie kłopotów, ponieważ 
wszędzie  czuła  się  osaczona  przez  rewizjonistów  i  podobnych  wrogów  klasowych.  Ale  to,  że  ja  z 
własnej i nieprzymuszonej woli zapisałem się do FDJ, też jej nie pasowało: _ Ni sztarczy, że ja tu dla 
tych drani tyracz muszę! 
Mój syn musiał bardzo wiele wziąć z matki. Muszą to być geny, jak przypuszcza moja była. W każdym 
razie  Konny  nie  chciał  wstępować  nigdzie,  ani  do  klubu  wioślarskiego  w  Ratzeburgu,  ani  -  jak  mu 
radziła Gabi  - do skautów. Z jej ust usłyszałem: - Jest typowym odludkiem, trudnym do socjalizacji. 
Kilku  moich  kolegów-nauczycieli  mówi,  że  myślenie  Konny'ego  jest  nastawione  wyłącznie  na 
przeszłość,  jakkolwiek  na  zewnątrz  bardzo  się  interesuje  nowościami  technicznymi,  na  przykład 
komputerami i nowoczesnym komunikowaniem się... 
A  jakże!  To  matka,  wkrótce  po  spotkaniu  tych,  co  ocaleli,  w  nadbałtyckim  kąpielisku  Damp, 
podarowała  mojemu  synowi  Macintosha  ze  wszystkimi  bajerami.  Miał  zaledwie  piętnaście  lat, kiedy 
ona go zakaziła. To jej, tylko jej wina, że chłopak się pogrążył. W każdym razie oboje z Gabi jesteśmy 
bądź co bądź zgodni co do tego: z chwilą, gdy Konny dostał komputer, zaczęło się całe nieszczęście. 
Nigdy nie miałem przekonania do ludzi, którzy wciąż wpatrują się tylko w jeden punkt, aż zacznie się 
tlić,  kopcić,  gorzeć.  Na  przykład  do  Gustloffa,  któremu  cel  wytyczała  jedynie  wola  führera,  albo  do 
Marinesko,  który  w  pokojowych  czasach  ćwiczył  się  tylko  w  jednym,  w  zatapianiu  statków, albo  do 
Dawida Frankfurtera, który właściwie sam się chciał zastrzelić, potem jednak, chcąc dać znak swemu 
narodowi, czterema kulami podziurawił ciało kogoś innego. 
O  nim,  postaci  smętnego  oblicza,  reżyser  Rolf  Lyssy  w  końcu  lat  sześćdziesiątych  nakręcił  film. 
Obejrzałem sobie kasetę na ekranie domowego telewizora; w kinach tego czarno-białego filmu dawno 

background image

już nie wyświetlają. Lyssy bardzo starannie obchodzi się z faktami. Widzimy, jak student medycyny, 
który  na  początku  chodzi  w  berecie,  potem  w  kapeluszu,  desperacko  pali  papierosa  za  papierosem  i 
łyka tabletki. Przy kupnie rewolweru na berneńskim Starym Mieście dwa tuziny nabojów kosztują trzy 
franki  siedemdziesiąt.  Zanim  jeszcze  Gustloff  w  cywilnym  ubraniu  wkroczy  do  swego  gabinetu, 
Frankfurter, inaczej niż w mojej wersji, czekając wkłada kapelusz, przesiada się z fotela na krzesło i 
potem strzela w kapeluszu na głowie. Zgłosiwszy się na posterunek policji w Davos i wyrecytowawszy 
swoje zeznanie nieporuszenie, jak wyuczony na pamięć szkolny wiersz, kładzie jako dowód rewolwer 
na policyjnym biurku. 
Film  nie  mówi  rzeczy  nowych.  Ciekawe  jednak  są  wmontowane  fragmenty  Kroniki  Tygodniowej 
ukazujące przykrytą flagą ze swastyką trumnę w śnieżycy. Cały Schwerin jest zaśnieżony, podczas gdy 
kondukt  pogrzebowy  przemierza  swoją  drogę.  Odmiennie,  niż  to  opisywały  sprawozdania,  bardzo 
niewielu cywili pozdrawia trumnę uniesioną dłonią. Aktor grający mordercę Frankfurtera na procesie, 
posadzony między dwoma policjantami kantonalnymi, wydaje się bardzo drobny. Mówi: - Gustloff był 
jedynym, którego mogłem dosięgnąć... - Mówi: - Chciałem unicestwić zarazę, nie osobę... 
Następnie film  pokazuje, jak więzień Frankfurter pomiędzy innymi więźniami dzień w dzień pracuje 
przy  krośnie  tkackim.  Czas  upływa.  I  widać  wyraźnie,  że  w  ciągu  pierwszych  lat  odbywania  kary  w 
więzieniu  Sennhof  w  Chur  -  kiedy  to  jednocześnie  i  jakby  w  innym  filmie  dowódca  okrętu 
podwodnego  Aleksander  Marinesko  w  przybrzeżnych  wodach  wschodniego  Bałtyku  ćwiczył  szybkie 
zanurzenie  po  ataku  nawodnym,  a  statek  KdF  „Wilhelm  Gustloff  raz  po  raz  kursował  ku  fiordom 
Norwegii  i  białym  nocom  -  powoli  wychodzi  on  z  doskwierającej  mu  choroby  kości:  Wygląda  na 
dobrze odżywionego, jest pucołowaty i już nie pali. 
Naturalnie  w  filmie  Lyssy'ego  nie  widać  ani  „Gustloffa”, ani  sowieckiego okrętu  podwodnego;  tylko 
kilkakrotne  przejścia  na krosna tkackie poprzez odgłosy ich pracy pozwalają się domyślać, że wraz z 
wydłużaniem się prostej tkaniny upływa czas. I raz za razem lekarz więzienny potwierdza więźniowi 
Frankfurterowi,  że  długotrwały  pobyt  w  zamknięciu  coraz  bardziej  wychodzi  mu  na  zdrowie. 
Wprawdzie  wygląda  na  to,  że  sprawca  odsiedział  już  swój  czyn  i  jest  teraz  innym  człowiekiem,  ja 
jednak obstaję przy swoim: czuję obcość, nie mam przekonania do nikogo, kto ma przed oczyma tylko 
jeden jedyny cel, na przykład mój syn... 
Ona  mu  to  wpoiła.  Za  to,  matko,  i  za  to,  żeś  mnie  urodziła,  kiedy  statek  zatonął,  nienawidzę  cię. 
Również  to,  że  przeżyłem,  od  czasu  do  czasu  bywało  mi  nienawistne,  bo  gdybyś  ty,  matko,  kiedy 
obowiązywało  hasło  „Ratuj  się,  kto  może”,  jak  tysiąc  innych,  bliska  rozwiązania  wypadła  za  burtę, 
mimo  pasa  ratunkowego  na  brzuchu  zdrętwiała  w  lodowatej  wodzie  albo  gdyby  siła  ssąca  tonącego 
przez dziób statku porwała cię w głębinę razem z nie narodzonym mną... 
Ale  nie.  Nie  wolno  mi,  jeszcze  nie  wolno  mi  przejść  do  zasadniczego  punktu  mojej  przypadkowej 
egzystencji,  bo  statek  miał  jeszcze  przed  sobą  pokojowe  rejsy  KdF.  Dziesięciokrotnie  opływało  się 
włoski but, łącznie z Sycylią, i to ze schodzeniem na ląd w Neapolu i Palermo, bo przecież Włochy, 
jako  że  wzorowo  po  faszystowsku  zorganizowane,  były  krajem  zaprzyjaźnionym;  i  tu,  i  tam 
pozdrawiano się uniesioną prawicą. 
Po nocnej jeździe koleją starannie zazwyczaj wybrani pasażerowie wchodzili na pokład w Genui. A po 
opłynięciu półwyspu wracało się z Wenecji pociągiem. Coraz częściej pojawiały się grube ryby z Partii 
i  gospodarki,  co  podważało  bezklasowość  społeczności  podróżującej  statkiem  KdF.  Na  przykład  na 
jednym  z  rejsów  wokół  włoskiego  buta  płynął  „Gustloffem”  jako  zaproszony  gość  słynny  twórca 
volkswagena, który początkowo nazywał się KdP-Wagen; profesor Porsche interesował się zwłaszcza 
supernowoczesną maszynownią statku. 
Przezimowawszy  w  Genui  „Gustloff”  w  połowie  marca  trzydziestego  dziewiątego  znów  zawinął  do 
Hamburga.  Gdy  w  niewiele  dni  później wszedł  do służby  „Robert Ley”, flota KdF liczyła trzynaście 
statków,  ale  rejsy  wycieczkowe  dla  robotników  i  urzędników  na  razie  się  skończyły.  W  nieznanym 

background image

kierunku  i  bez  pasażerów  siedem  statków  floty,  pomiędzy  nimi  „Ley”  i  „Gustloff”,  popłynęło  w  dół 
Łaby i dopiero na wysokości Brunsbüttelkoog zapieczętowany dotychczas rozkaz wyjawił cel podróży: 
hiszpański port Vigo. 
Po raz pierwszy statki miały być użyte do transportu wojsk. Jako że wojna domowa dobiegła końca, 
generał  Franco,  a  wraz  z  nim  Falanga  odnieśli  zwycięstwo,  walczący  od  trzydziestego  szóstego  po 
stronie Franco niemieccy ochotnicy z Legionu Condor mogli wrócić do kraju. 
Oczywiście  formacja  wojskowa  o  tej  nazwie  była  dla  przeżuwającego  wszystko  internetu  nie  lada 
gratką.  Wyprzedzając  wszystkich  „www.blutzeuge.de”  donosiła  o  przetransportowaniu  88  pułku 
lotnictwa  i  artylerii  przeciwlotniczej  do  ojczyzny.  Legioniści  wracali  na  pokładzie  „Gustloffa”  tak 
współcześnie,  jakby  to  dopiero  wczoraj  pokonali  Czerwonych.  Mój  Webmaster  zdawał  relację  solo, 
chat-room pozostał zamknięty, nie dopuszczał do dwugłosu - Wilhelm kontra Dawid - którego tematem 
byłoby  zbombardowanie  baskijskiego  miasta  Guernica  przez  nasze  junkersy  i  heinkle,  chociaż 
samoloty tych typów, czy to  w locie nurkowym,  czy przy zrzucaniu  bomb, stale ilustrowały Website 
obchodów zwycięstwa. 
Z początku  rzecznik  Kamractwa Schwerin zachowywał  dystans historyka wojskowości i udowadniał, 
że  wojna  domowa  w  Hiszpanii  stwarzała  okazję  do  wypróbowania  nowych  rodzajów  broni,  tak  jak 
chociażby przed kilku laty wojna w Zatoce dała Amerykanom szansę sprawdzenia nowych systemów 
rakietowych.  Potem  jednak  recytował  na  cześć  Legionu  Condor  już  tylko  hymny  pochwalne.  Widać 
obkuł się z pomocą solidnie udokumentowanej książki Heinza Schöna, bo jak tamten entuzjastycznie 
opisywał  przybycie  statku  i  powitanie  powracających.  I  na  podobieństwo  kronikarza  „Gustloffa”, 
którego  wielokrotnie  cytował  on-line,  odgrywał  rolę  naocznego  świadka:  „Na  pokładzie  panował 
bombowy  nastrój...”  i  odnotowywał  „huczne  brawa”,  kiedy  legionistów  witał  później  feldmarszałek 
Göring. Nawet „Pruski marsz grenadierów” rżnięty od ucha do ucha, gdy „Gustloff” i „Ley” cumowały 
przy hamburskim dalekomorskim nabrzeżu, zamieścił na swojej Website w postaci zapisu nutowego ze 
wszystkimi tramtadrata. 
Podczas gdy „Gustloff pierwszy raz posłużył do transportowania wojsk, a Dawid Frankfurter w coraz 
lepszym  stanie  zdrowia  odsiadywał  trzeci  rok  w  więzieniu  Sennhof,  Aleksander  Marinesko 
niezmordowanie kontynuował swoje ćwiczebne rejsy na wodach przybrzeżnych. W archiwum morskim 
Floty  Bałtyckiej  spod  Czerwonego  Sztandaru  znalazł  się  dotyczący  okrętu  podwodnego  „M  96” 
dokument, z którego można wnosić, że dowódcy udało się tak wyćwiczyć załogę w fingowanym ataku 
nawodnym,  iż  w  końcu  wykonywała  manewr  zanurzenia  w  rekordowym  czasie  19,5  sekundy; 
przeciętna  osiągana  przez  inne  okręty  wynosiła  28  sekund.  „M  96”  był  przygotowany  na  wypadek 
wojny.  A  także  na  Website  schwerińskiego  Kamractwa  wyglądało  na  to,  że  z  niejednokrotnie 
cytowanym  urywkiem  pieśni:  „Nadejdzie  kiedyś  pomsty  dzień...”  jest  się  wprawdzie  jeszcze  nie 
przygotowanym, ale gotowym na coś nieokreślonego - dzień pomsty? 
Mimo  to  nie  mogłem  pozbyć  się  myśli,  że  to  nie  jakiś  dinozaur  w  rodzaju  matki  wałkował 
przedpotopowe  kawałki,  niestrudzenie  bełtał  brunatną  bryję  i  puszczał  zdartą  płytę  z  triumfami 
Tysiącletniej  Rzeszy,  lecz  całkiem  młody  człowiek,  być  może  skin  inteligentniejszego  rodzaju  albo 
zacietrzewiony gimnazjalista, popisywał się w sieci swoimi sofizmatami. Ale nie podążałem za moimi 
przeczuciami,  nie  chciałem  przyznać,  że  pewne  sformułowania  rozpowszechnianych  cyfrowo 
enuncjacji,  choćby  samo  w  sobie  niewinne  zdanie:  ,,'Gustloff  to  był  piękny  statek”,  w  natarczywy 
sposób wydawały mi się znajome. Nie był to co prawda oryginalny ton matki, ale... 
Co  pozostawało,  to  tykająca,  choć  wciąż  zagłuszana  pewność:  To  mógłby  być,  nie,  to  jest  mój  syn, 
który tu od miesięcy... To jest Konrad, który się... Za tym kryje się Konny... 
Długo  ozdabiałem  moje  przeczucia  pytaniami:  To  przecież  nie  będzie  chyba  krew  z  twojej  własnej 
krwi?  Czy  to  możliwe,  żeby  ktoś,  kto  jakoś  tam  został  wychowany  w  duchu  lewicowo-liberalnym, 
zapuścił się tak daleko na prawicowe manowce? Gabi musiałoby to się rzucić w oczy - może nie? 

background image

Potem  wszakże  nieznany,  jak  wciąż  jeszcze  miałem  nadzieję,  Webmaster  opowiedział  mi  nazbyt 
dobrze  znaną  bajkę:  „Był  sobie  kiedyś  mały  chłopiec,  głuchoniemy  od  urodzenia,  który  utopił  się  w 
kąpieli.  A  jego  siostra,  która  go  nieprzytomnie  kochała,  i  później,  dużo  później  chciała  się  ratować 
przed okropnościami wojny wsiadając na wielki statek, nie utopiła się, kiedy statek pełen uciekinierów 
został trafiony trzema torpedami wroga i zatonął w lodowatej wodzie...” 
Zrobiło  mi  się  gorąco:  To  on!  To  mój  syn  na  swojej  Website    ilustrowanej    postaciami    zabawnych  
ludzików  opowiada  bajki  całemu  światu.  Przy  tym  paple  o  rodzinnych  historyjkach,  wali  prosto  z 
mostu,  rezygnuje  z  kamuflażu:  „Owa  siostra  Konrada,  która  po  śmierci  swego  kędzierzawego  brata 
przez  trzy  dni  krzyczała,  a  potem  przez  tydzień  milczała,  to  moja  kochana  babka,  której  w  imieniu 
Kamractwa Schwerin przysiągłem na jej białe włosy, że będę świadczył prawdę, nic tylko prawdę: To 
światowe żydostwo chce nas, Niemców, po wszystkie czasy trzymać pod pręgierzem...” 
I tak dalej, i tak dalej. Zadzwoniłem do matki i dostałem ochrzan: - No cosz takiego! Latami żesz są 
naszym Konradżikiem ni zajmował, aż tu raptem cosz ci odbija i na troszkliwego tatusza są zgrywasz... 
Telefonowałem także do Gabi, wreszcie na weekend pojechałem do Mölln, tej sennej dziury, i nawet 
przyniosłem  kwiaty.  Okazało  się,  że  Konny  jest  w  Schwerinie  w  odwiedzinach  u  babki.  Kiedy  przed 
moją  byłą  rozsznurowałem  paczkę  z  dręczącymi  mnie  troskami,  nie  słuchała  nawet  minuty:  - 
Zabraniam ci w moim domu wygadywania takich rzeczy i posądzania mego syna o kontakty ze skrajną 
prawicą... 
Starałem  się  zachować  spokój,  poddałem  pod  rozwagę,  że  w  Mölln,  tym  skądinąd  sielankowym 
miasteczku,  trzy  i  pół  roku  temu  doszło  do  zbrodniczego  podpalenia  dwóch  domów  zamieszkałych 
przez  Turków.  Wszystkie  gazety  szalały  za  doniesieniami  specjalnych  wysłanników.  Moja  skromna 
osoba też miała swój wkład pichcąc agencyjne wiadomości. Nawet zagranica była zaniepokojona, że w 
Niemczech  znowu...  Bądź  co  bądź  były  trzy  ofiary  śmiertelne.  Wprawdzie  złapano  kilku  pętaków,  a 
dwaj  sprawcy  dostali wysokie kary więzienia, ale mogło się zdarzyć, że jakaś nowa organizacja, paru 
tych świrniętych skinów, szukała kontaktu z naszym Konnym. Tutaj w Mölln, a może w Schwerinie... 
Roześmiała  mi  się  w  nos:  -  Możesz  sobie  wyobrazić  Konrada  u  tych  wyjców?  Poważnie!  Taki 
samotnik  jak  on  w  hordzie  rozrabiaków?  Śmiechu  warte.  Ale  takie  podejrzenia  są  nader  typowe  dla 
tego rodzaju dziennikarstwa, jakie ty uprawiałeś, dla kogo się dało. 
Gabi  nie  oszczędziła  mi  przypomnienia,  obfitującego  w  szczegóły,  o  mojej  pracy w Springerowskiej 
prasie  sprzed  blisko  trzydziestu  lat,  o  pisanych  przeze  mnie  „paranoidalnie  napastliwych”  artykułach 
przeciwko  lewicy:  Nawiasem  mówiąc,  jeśli  ktoś  ma  w  skrytości  prawicową  szajbę,  to  właśnie  ty,  w 
dalszym ciągu... 
Oj, tak, tak! Znam swoje otchłanie. Wiem, ile się trzeba napocić, żeby ich nie odsłonić. Ciągle staram 
się,  nie  chcę  być  ani  za,  ani  przeciw.  Z  reguły  zachowuję  neutralność.  Bo  kiedy  piszę  coś  na 
zamówienie, obojętnie czyje, to tylko stwierdzam, tylko relacjonuję, ale nie odpuszczam... 
Dlatego, chcąc się dowiedzieć, jak sprawy stoją - i to wprost od Konny'ego - zatrzymałem się w pobliżu 
mojej  byłej  w  hotelu  z  widokiem  na  jezioro.  Kilka  razy  dzwoniłem  do  Gabi,  chciałem  rozmawiać  z 
moim synem. W niedzielę wieczorem w końcu wrócił, przyjechał ze Schwerina autobusem. W każdym 
razie  nie  chodził  w  spadochroniarskich  buciorach,  był  w  normalnych  botkach  do  dżinsów  i  w 
kolorowym norweskim pulowerze. Wyglądał właściwie miło i nie zgolił swych z natury kręcących się 
włosów. W okularach sprawiał  wrażenie przemądrzalca. Na mnie nie zwracał uwagi, w ogóle mówił 
mało, zamienił tylko kilka słów ze swoją matką. Była sałatka i kanapki, do tego sok jabłkowy. 
Ale  zanim  Konny  po  wspólnej  kolacji  zdążył  zniknąć  w  swoim  pokoju,  dopadłem  go  w  korytarzu. 
Zadawałem  ostentacyjnie  zdawkowe  pytania:  Jak  idzie  w  szkole,  czy  ma  przyjaciół,  a  może 
przyjaciółkę, jaki sport uprawia, co dla niego znaczy drogi z pewnością prezent urodzinowy od babki, 
którego cenę z grubsza znam, czy komputer i w ogóle możliwość nowoczesnego komunikowania się, 

background image

na przykład internet, otwiera nowe horyzonty, co dla niego, jeśli surfuje po internecie, stanowi punkt 
ciężkości. 
Zdawał się słuchać mojej perory. Miałem też wrażenie, że w jego uderzająco małych ustach dostrzegam 
uśmiech.  On  się  uśmiechał!  Potem  zdjął  okulary,  włożył  je  z  powrotem  i  jak  przedtem  przy  kolacji 
popatrzył na mnie jak na powietrze. Jego odpowiedź zabrzmiała cicho: - Od kiedy cię interesuje, co ja 
robię? - Po pauzie - mój syn stał już w drzwiach swego pokoju - usłyszałem dopełnienie: - Zajmuję się 
studiami historycznymi. Wystarczy ta informacja? 
Drzwi  się  zamknęły.  Powinienem  był  zawołać  za  nim:  Ja  też,  Konny,  ja  też!  Same  stare  historie. 
Chodzi o jeden statek. W maju trzydziestego dziewiątego przywiózł do kraju dobry tysiąc ochotników 
ze zwycięskiego Legionu Condor. Ale kogo to jeszcze dzisiaj obchodzi? Może ciebie, Konny? 
 
 

 

 
Na  jednym  z  namotanych  przezeń  spotkań,  które  nazywa  roboczymi  rozmowami,  usłyszałem: 
Właściwie to każdy wątek akcji spleciony czy choćby luźno związany z Gdańskiem i okolicą powinien 
by być jego rzeczą. Do niego zatem i do nikogo innego należałoby zdanie sprawy ze wszystkiego, co 
się  tyczy  statku,  dlaczego  tak  został  nazwany  i  jakim  celom  służył  po  wybuchu  wojny,  a  także 
opowiedzenie  w  krótszej  czy  dłuższej  formie  o  zagładzie  na  wysokości  Ławicy  Słupskiej.  Zaraz  po 
ukazaniu  się  opasłego  tomiska  „Psich  lat”  zwaliła  się  na  niego  cała  ta  materia.  On  -  a  któż  inny?  - 
powinien  był  przenieść  ją  na  papier  warstwa  po  warstwie.  Bo  nie  brakowało  wskazówek  co  do  losu 
Pokriefków, z Tullą na czele. Co najmniej można było się domyślać, że ta przetrzebiona rodzina - obaj 
starsi  bracia  Tulli  zginęli  na  froncie  -  należała  do  niepoliczonych  tysięcy  uciekinierów,  którzy  w 
ostatniej chwili dostali się na przepełnionego „Gustloffa”, razem z ciężarną Tullą. 
Niestety, powiedział, nic takiego spod jego ręki nie wyszło. To jego zaniedbanie, godne ubolewania, co 
więcej:  to  jego  porażka.  Ale  on  nie  chce  się  wymigiwać,  tylko  przyznaje,  że  w  połowie  lat 
sześćdziesiątych miał dość przeszłości, żarłoczna, mówiąca nieustannie: dziśdziśdziś teraźniejszość nie 
pozwoliła  mu  w  porę  na  jakichś  dwustu  kartkach  papieru...  Teraz  jest  dla  niego  za  późno.  W 
zastępstwie co prawda nie wynalazł, ale po długich poszukiwaniach odkrył mnie na listach ocalałych 
jak  znalezisko.  Jako  osoba  o  mało  wyrazistym  profilu  mam  jednak  odpowiednie  predyspozycje: 
urodzony, kiedy statek tonął. 
Potem dodał jeszcze, że przykro mu z powodu mojego syna, ale nie mógł wiedzieć, że za złowieszczą 
homepage  „www.blutzeuge.de”  kryje  się  wnuk  Tulli,  chociaż  dla  nikogo  nie  powinno  być 
zaskoczeniem,  że  Tullę  Pokriefke  jako  babkę  stać  na  tego  rodzaju  potomka.  Zawsze  ciągnęło  ją  do 
skrajności,  a  jest,  jak  widać,  nie  do  zdarcia.  Ale  teraz,  zagrzewał  swego  pomagiera,  znów  jest  moja 
kolej,  muszę  opowiedzieć,  co  się  dalej  działo  ze  statkiem  po  przetransportowaniu  części  oddziałów 
osławionego Legionu Condor z hiszpańskiego portu do Hamburga. 
Krótko i węzłowato można by rzec: A potem zaczęła się wojna. Ale nie tak zaraz. Przedtem, w ciągu 
długiego  pięknego  lata,  statkowi  KdF  dane  było  na  dobrze  znanej  trasie  odbyć  pół  tuzina  rejsów  do 
Norwegii. Nadal bez schodzenia na ląd. Na pokładzie znajdowali się przeważnie robotnicy i urzędnicy 
z Zagłębia Ruhry i Berlina, z Hanoweru i Bremy. Poza tym małe grupy Niemców z zagranicy. Statek 
wpływał do Byfjordu i pozwalał fotografującym wycieczkowiczom napatrzeć się na miasto Bergen. W 
programie  był  również  Hardangerfjord,  a  na  koniec  Sognefjord,  gdzie  pstrykano  nadzwyczaj  dużo 
pamiątkowych zdjęć. Do lipca włącznie można było podziwiać jako dodatkową atrakcję i uwieczniać 
jako przeżycie białe noce. Pięciodniowy rejs, po niewielkiej podwyżce, kosztował obecnie czterdzieści 
pięć reichsmarek. 

background image

A potem wciąż jeszcze nie zaczynała się wojna, za to „Gustloff” służył wychowaniu fizycznemu. Przez 
dwa tygodnie w Sztokholmie odbywały się pokojowe pokazy gimnastyczne,  „Lingiada”, nazwana tak 
na  cześć  Petera  Henryka  Linga,  jak  przypuszczam,  szwedzkiego  ojca  gimnastyki  w  rodzaju  naszego 
Jahna.  Statek  wycieczkowy  zamieszkiwało  ponad  tysiąc  jednakowo  ubranych  gimnastyków  i 
gimnastyczek,  wśród  nich  dziewczęta  ze  Służby  Pracy,  reprezentacja  narodowa  w  ćwiczeniach  na 
drążku,  ale  też  starsi  panowie,  którzy  wciąż  jeszcze  popisywali  się  na  poręczach,  oraz  grupy 
gimnastyczne  wspólnoty  „Wiara  i  Piękno”  i  dużo  dzieci  wyszkolonych  w  masowych  pokazach  na 
stadionie. 
Kapitan  Bertram  nie  zacumował  w  porcie,  lecz  stał  na  kotwicy  w  miejscu  z  widokiem  na  miasto. 
Motorowe  łodzie  ratunkowe  w  regularnym  ruchu  wahadłowym  przewoziły  gimnastyków  i 
gimnastyczki.  Dzięki  temu  sportowcy  pozostawali  pod  nadzorem.  Nie  doszło  do  incydentów.  Z 
posiadanych przeze mnie materiałów można wnosić, że ta misja specjalna była sukcesem i przysłużyła 
się  przyjaźni  niemiecko-szwedzkiej.  Wszystkim  osobom  kierującym  występami  gimnastyków 
wręczono ufundowane specjalnie przez króla Szwecji pamiątkowe plakietki. 6 sierpnia 1939 „Wilhelm 
Gustloff” wpłynął do hamburskiego portu. Natychmiast wznowiono wycieczkowy program KdP. 
Ale  potem  wojna  zaczęła  się  naprawdę.  To  znaczy  podczas  gdy  statek  po  raz  ostatni  w  czasach 
pokojowych  trzymał  się  kursu  na  wybrzeże  Norwegii,  w  ciągu  nocy  z  24  na  25  sierpnia  kapitanowi 
doręczono radiotelegram, którego rozszyfrowany tekst wzywał go do otwarcia zapieczętowanego listu 
przechowywanego w kajucie kapitańskiej, po czym kapitan Bertram w myśl rozkazu „QWA 7” nakazał 
przerwać  wycieczkowy  rejs  i  -  nie  budząc  zaniepokojenia  pasażerów  wyjaśnieniami  -  wziąć  kurs  na 
port macierzysty. W cztery dni po zawinięciu do Hamburga wybuchła druga wojna światowa. 
Skończyła  się  „Siła  przez  Radość”.  Skończyły  się  morskie  rejsy  wycieczkowe.  Skończyły  się 
pamiątkowe  zdjęcia  i  pogawędki  na  pokładzie  słonecznym.  Skończyła  się  wesołość  i  skończyło  się 
bezklasowe  wymieszanie  wycieczkowego  towarzystwa.  Podległa  Niemieckiemu  Frontowi  Pracy 
organizacja poczęła się specjalizować w dostarczaniu rozrywki wszystkim jednostkom Wehrmachtu i 
na razie bardzo wolno rosnącej liczbie rannych. Z teatrów KdP powstały teatry frontowe. Statki floty 
KdF  przeszły  pod  dowództwo  Kriegsmarine,  a  więc  również  „Wilhelm  Gustloff,  który  został 
przekształcony na statek szpitalny z pięciuset łóżkami. W miejsce części zwolnionej pokojowej załogi 
na  pokładzie  pojawił  się  personel  sanitarny.  Zielony  pas  okalający  kadłub  i  czerwone  krzyże  po  obu 
stronach komina nadały statkowi nowy wygląd. 
Tak oznakowany, zgodnie z międzynarodową konwencją, „Gustloff” 27 września wziął kurs na Morze 
Bałtyckie,  minął  wyspy  Zelandia  i  Bornholm  i  po  niczym  nie  zakłóconej  żegludze  zacumował  w 
Gdańsku-Nowym Porcie naprzeciw Westerplatte, o które jeszcze niedawno toczyły się walki. Od razu 
przyjęto kilkuset polskich rannych, ponadto dziesięciu poranionych członków załogi trałowca „M 85”, 
który w Zatoce Gdańskiej wpadł na polską minę i zatonął; więcej pacjentów po stronie własnej na razie 
się nie uzbierało. 
A  jak  przeżył  wybuch  wojny  odsiadujący  karę  na  neutralnej  ziemi  szwajcarskiej  więzień  Dawid 
Frankfurter,  który  mierzonymi  strzałami  mimowolnie  przyczynił  się  do  tego,  że  statek  będący  teraz 
statkiem szpitalnym otrzymał taką a nie inną nazwę? Należy przypuszczać, że 1 września w więzieniu 
Sennhof  w  przebiegu  dnia  nie  odnotowano  żadnych  szczególnych  zdarzeń;  ale  po  zachowaniu 
więźniów  ponoć  można  było  odtąd  poznać,  jaka  była  w  danym  momencie  sytuacja  wojskowa,  jakie 
piętno nosił na sobie Żyd Frankfurter, jakim poważaniem w danej chwili się cieszył. Z grubsza biorąc 
odsetek antysemitów w więzieniu odpowiadał chyba temu, co dawało się zaobserwować poza murami: 
w skali całej Konfederacji proporcje rozkładały się równo. 
I co robił kapitan Marinesko, kiedy najpierw niemieccy, a potem, na mocy paktu Hitlera ze Stalinem, 
także  rosyjscy  żołnierze  wkroczyli  do  Polski?  Nadal  był  dowódcą  dwustupięćdziesięciotonowego 
okrętu  podwodnego  „M  96”  i  ponieważ  nie  padł  rozkaz  podjęcia  działań  bojowych,  ćwiczył  ze  swą 

background image

osiemnastoosobową  załogą  szybkie  zanurzanie  we  wschodnim  Bałtyku.  Nieodmiennie  spragniony 
pozostał na lądzie pijanicą, którym był zawsze, miał kilka historii z kobietami, ale do tej pory żadnego 
postępowania  dyscyplinarnego  na  karku  i  zapewne  marzył  o  większym  okręcie,  wyposażonym  nie w 
dwie, lecz więcej wyrzutni torpedowych. 
Poniewczasie, jak mówią, człowiek jest mądrzejszy. Teraz to już wiem, że mój syn miał luźny kontakt 
ze skinami. W Mölln  było kilku osobników tego pokroju. Z powodu lokalnego zdarzenia o skutkach 
śmiertelnych  pozostawali  prawdopodobnie  pod  obserwacją  i  dawali  o  sobie  znać  gdzie  indziej,  w 
Wismarze albo na większych spędach w Brandenburgii. W Mölln Konny pewnie zachowywał dystans, 
ale  w  Schwerinie,  gdzie  bywał  nie  tylko  w  weekendy,  lecz  spędzał  też  u  babki  część  wakacji,  dla 
znaczniejszej  hordy  łysoli,  wzmocnionej  przez  grupy  z  okolicznych  terenów  Meklemburgii,  wygłosił 
odczyt, który widać wypadł mu zbyt rozwlekle, bo w trakcie wygłaszania musiał go skracać, chociaż 
jego przygotowane na piśmie wywody były poświęcone męczennikowi i wielkiemu synowi miasta. 
Bądź co bądź Konny'emu chyba udało się przedtem pozyskać dla swego tematu trochę osiadłych tam i - 
jak zwykle - opętanych hasłami nienawiści i zajadłej niechęci do cudzoziemców młodych nazistów, bo 
przez krótki czas to lokalne zbiorowisko nazywało się „Kamractwem Wilhelma Gustloffa”. Jak można 
było się później dowiedzieć, impreza odbyła się w tylnej sali gospody przy Schweriner Strasse. 
Członkowie  skrajnie  prawicowej  partii  oraz  zainteresowani  obywatele  warstwy  średniej  stanowili 
blisko pięćdziesięcioosobową publiczność. Matki wśród nich nie było. 
Usiłuję  wyobrazić  sobie  mojego  syna,  jak  chudy  i  wybujały,  w  okularach  i  norweskim  pulowerze,  z 
kędzierzawą głową porusza się pomiędzy łysymi pałami. On, amator soków, w otoczeniu mięśniaków 
uzbrojonych w butelki piwa. On, ze swym wysokim, ustawicznie załamującym się chłopięcym głosem, 
zagłuszany przez wrzaskliwców. On, samotnik, zadomowiony w przesyconym potem zaduchu. 
Nie, on się nie dopasował, pozostał obcym ciałem w światku z reguły odrzucającym wszystko, co obce. 
Nie  sposób  było  żądać  od  niego  nienawiści  do  Turków,  bicia  Murzynów  w  wolnych  chwilach  i 
wymyślania  komu  się  da  od  czarnuchów.  Toteż  jego  odczyt  nie  zawierał  wezwania  do  przemocy. 
Opisując  morderstwo  w  Davos,  które  analizował  ze  wszystkimi  szczegółami,  rzeczowo  jak  policjant 
szukający motywu, mówił co prawda jak na swojej Website o domniemanych mocodawcach mordercy, 
o „światowym żydostwie” i o „zażydzonej plutokracji”, ale w tekście jego mowy nie znalazły się takie 
wyzwiska  jak  „żydowskie  świnie”  czy  zawołania  w  stylu  „Żydy  do  piachu!”  Nawet  żądanie,  żeby 
ponownie postawić kamień pamiątkowy na południowym brzegu Jeziora Schwerińskiego, „dokładnie 
tam, gdzie od 1937 wznosił się wysoki granit ku czci męczennika”, zostało wysunięte w cywilizowanej 
formie wniosku, odwołującego się do ogólnie przyjętych demokratycznych zwyczajów. Jednakże gdy 
zaproponował  zgromadzonym  słuchaczom,  żeby  w  tej  sprawie  domagać  się  od  meklemburskiego 
Landtagu przeprowadzenia referendum, podobno odpowiedział mu szyderczy śmiech. Szkoda, że matki 
przy tym nie było. 
Konny to przełknął i od razu zaczął opowiadać o statku, poczynając od wodowania. Zdarzały mu się 
przy tym dłużyzny, kiedy omawiał sens i cel organizacji „Kraft durch Freude”. Natomiast jego relacja o 
udziale  przekształconego  na  szpital  statku  w  zajmowaniu  Norwegii  i  Danii  przez  jednostki 
Wehrmachtu i Kriegsmarine w jakiejś mierze przyciągnęła uwagę piwoszy, zwłaszcza że do rannych na 
pokładzie  statku  należało  kilku  „bohaterów  z  Narwiku”.  Ale  ponieważ  po  zwycięskiej  kampanii 
francuskiej nie doszło do operacji „Lew Morski”, to znaczy zajęcia Anglii i wykorzystania „Gustloffa” 
do  transportu  wojsk,  i  wkrótce  można  już  było  opowiadać  tylko  o  nudnym  okresie  postoju  statku  w 
Gotenhafen, ta nuda przeniosła się na publiczność. 
Mój  syn  nie  zdołał  dociągnąć  odczytu  do  końca.  Takie  okrzyki  jak  „Dość  tego!”  i  „Co  to  za 
dyrdymały!” oraz hałas powodowany waleniem butelkami w stoły sprawiły, że dalsze losy statku, jego 
drogę ku zagładzie mógł przedstawić tylko w wielkim skrócie, zaledwie do momentu storpedowania. 
Konny  zniósł  to  z  zimną  krwią.  Jak  dobrze,  że  matki  przy  tym  nie  było.  Niespełna  szesnastolatek 

background image

zapewne się pocieszył; ostatecznie w każdej chwili stał przed nim otworem internet. Nie ma dowodów 
na dalsze kontaktowanie się ze skinami. 
Nie pasował do ogolonych na łyso. Konny wkrótce potem zaczął przygotowywać referat, który chciał 
wygłosić wobec nauczycieli i uczniów swego mollneńskiego gimnazjum. Zanim się z nim upora, lecz 
nie wygłosi, pozbawiony publiczności, ja nadal  będę podążał dotychczasowym tropem i opowiem na 
razie  o  „Gustloffie”  w  czasach  wojny:  wobec  braku  świeżych  pacjentów  trzeba  było  jeszcze  raz  go 
przekształcić. 
Statek  został  wypatroszony.  W  końcu  listopada  czterdziestego  zniknęła  aparatura  rentgenowska. 
Zdemontowano  sale  operacyjne  jak  również  ambulatorium.  Na  pokładzie  już  się  nie  uwijały 
pielęgniarki,  nie  stały  rzędy  szpitalnych  łóżek.  Wraz  z  większością  cywilnej  załogi  lekarze  i 
sanitariusze  zostali  zwolnieni  albo  przeniesieni  na  inne  statki.  Z  mechaników  pozostała  tylko  ekipa 
konserwująca maszynownię. Miast lekarza naczelnego rządził odtąd oficer broni podwodnej w stopniu 
komandora  podporucznika;  jako  dowódca  2.  dywizjonu  szkolnego  u-bootów  decydował  on  o 
funkcjonowaniu  mieszkalno-szkoleniowego  statku,  który  stał  na  cumach  jako  „pływające  koszary”. 
Kapitan Bertram pozostał na pokładzie, ale nie było kursu statku, który mógłby wytyczyć. Wprawdzie 
na fotografiach, jakie mam przed sobą, wygląda imponująco, ale mimo to był kapitanem rezerwowym, 
drugorzędnym.  Doświadczonemu  marynarzowi  floty  handlowej  trudno  było  trzymać  się  wojskowych 
poleceń, zwłaszcza że na statku wszystko się zmieniło. Zamiast portretów Leya wisiały oprawione w 
ramki  fotografie  wielkiego  admirała.  Palarnia  na  dolnym  pokładzie  spacerowym  przeobraziła  się  w 
mesę  oficerską.  Duże  sale  jadalne  miały  być  miejscem  spożywania  posiłków  przez  podoficerów  i 
szeregowych. W części dziobowej urządzono pomieszczenia jadalne i mieszkalne dla pozostałej załogi 
cywilnej.  Już  nie  „bezklasowo”  stał  „Wilhelm  Gustloff”  przy  jednym  z  nabrzeży  polskiego  portu 
Gdynia, który od pierwszych dni wojny miał się nazywać Gotenhafen. Przycumował tam na lata. 
Cztery  kompanie  dywizjonu  szkolnego  mieszkały  na  statku.  W  leżących  przede  mną  papierach, 
cytowanych  zresztą  dosłownie  i  wzbogaconych  materiałem  ilustracyjnym  w  internecie  -  mój  syn 
czerpał  ze  źródła,  które  jest  teraz  moim  -zapewnia  się,  że  komandor  podporucznik  Wilhelm  Zahn 
zadbał o twarde warunki szkolenia ochotników. Coraz młodsi podwodniacy - pod koniec przyjmowano 
siedemnastolatków  -  trafiali  na  pokład  na  trzy,  cztery  miesiące.  Po  tym  okresie  wielu  z  nich  szło  na 
pewną śmierć, czy to  na Atlantyku, czy na Morzu Śródziemnym,  czy później w trakcie wypadów na 
wroga na najdalej wysuniętym na północ szlaku do Murmańska, którym płynęły amerykańskie konwoje 
ze sprzętem wojennym dla Związku Sowieckiego. 
Upływały lata tysiąc dziewięćset czterdziesty, czterdziesty pierwszy, czterdziesty drugi i produkowały 
zwycięstwa  nadające  się  na  komunikaty  nadzwyczajne.  Poza  ciągłym  szkoleniem  kandydatów  na 
śmierć  i  bezpiecznie  wygodną  służbą  na  tyłach  frontu  pełnioną  przez  personel  instruktorski  i  resztki 
załogi statku - w kinie okrętowym szły stare i nowe filmy Ufy - nic się nie działo w czasie, kiedy to na 
Wschodzie  staczano  bitwy w okrążeniu,  a na Pustyni  Libijskiej  Afrikakorps zdobywał  Tobruk, chyba 
że  występ  wielkiego  admirała  Dönitza  z  okazji  jego  wizyty  na  oksywskim  nabrzeżu  w  Gotenhafen 
uznać za wydarzenie, po którym wszelako pozostały tylko oficjalne zdjęcia. 
Wizyta odbyła się w marcu czterdziestego trzeciego. Wówczas padł już Stalingrad. Już wszystkie linie 
frontu  przesuwały się do tyłu. Jako że panowanie nad przestrzenią powietrzną Rzeszy dawno zostało 
utracone, wojna przybliżyła się również tutaj; ale celem dla dywizjonów bombowych amerykańskiej 8. 
floty  powietrznej  było  nie  pobliskie  miasto  Gdańsk,  lecz  Gotenhafen.  Spłonął  statek  szpitalny 
„Stuttgart”.  Zatopiony  został  okręt-baza  u-bootów  „Eupen”.  Po  celnych  trafieniach  zatonęło  kilka 
holowników,  jeden  parowiec  fiński,  jeden  szwedzki.  W  doku  został  uszkodzony  frachtowiec. 
„Gustloff” natomiast wyszedł z opresji z rozerwaną ścianą zewnętrzną prawej burty. Wybuch bomby w 
wodach portowych nie opodal spowodował uszkodzenie: statek trzeba było zadokować. Potem w czasie 

background image

próbnej żeglugi po Zatoce Gdańskiej okazało się, że „pływające koszary” zachowały jeszcze dzielność 
morską. 
Tymczasem dowodzący statkiem kapitan nazywał się już nie Bertram, lecz - jak kiedyś w okresie KdF - 
Petersen.    Nie  było  już    zwycięstw,    tylko    niepowodzenia    na  wszystkich  odcinkach  frontu 
wschodniego, trzeba też było opuścić Pustynię Libijską. Coraz mniej u-bootów wracało z wypraw na 
wroga.  Wskutek  dywanowych  nalotów  miasta  obracały  się  w  perzynę;  ale  Gdańsk  stał  jeszcze  ze 
wszystkimi  szczytami  i  wieżami.  W stolarni  na przedmieściu  Wrzeszcz bez zakłóceń robiono okna i 
drzwi  do  obozowych  baraków.  W  tym  czasie,  kiedy  to  trudno  było  nie  tylko  o  komunikaty 
nadzwyczajne,  lecz  także  o  masło,  mięso,  jajka,  a  nawet  owoce  strączkowe,  Tulla  Pokriefke  objęta 
obowiązkiem służby na potrzeby wojny została konduktorką tramwaju. Była po raz pierwszy w ciąży, 
straciła jednak maleńki płód, rozmyślnie wyskakując z tramwaju w czasie jazdy z Wrzeszcza do Oliwy: 
kilkakrotnie  i  zawsze  na  krótko  przed przystankami, o czym  matka opowiadała  mi jak o sportowych 
ćwiczeniach. 
I  jeszcze  coś  zdarzyło  się  tymczasem.  Kiedy  Szwajcaria  musiała  się  obawiać,  że  znajdzie  się  pod 
okupacją wciąż jeszcze potężnego sąsiada, przeniesiono Dawida Frankfurtera z więzienia w Chur do 
zakładu  karnego  położonego  we  francuskojęzycznej  części  kraju,  dla  jego  bezpieczeństwa,  jak 
mówiono;  a  dowódca  dwustupięćdziesięciotonowego  okrętu  „M  96”,  Aleksander  Marinesko,  jako 
kapitan trzeciej rangi, objął nową jednostkę. Dwa lata wcześniej zatopił transportowiec, który według 
jego danych miał mieć siedem tysięcy ton, a według danych sowieckiego kierownictwa floty zaledwie 
tysiąc osiemset. 
Nowy okręt, „S 13”, o którym Marinesko, czy to na trzeźwo, czy w pijanym widzie, marzył tak długo, 
należał  do  klasy  „Staliniec”.  Być  może  to  los,  nie,  przypadek,  nie,  surowe  warunki  traktatu 
wersalskiego  pomogły  mu  otrzymać  dowództwo  nowocześnie  wyposażonego  okrętu.  Ponieważ  po 
zakończeniu  pierwszej  wojny  światowej  Rzeszy  Niemieckiej  nie  wolno  było  budować  okrętów 
podwodnych,  stocznia  Kruppa  Germania  z  Kilonii  i  Zakłady  Budowy  Silników  Okrętowych  S.A.  z 
Bremy zamówiły, według swoich planów i  na zlecenie Reichsmarine, w haskim  „Ingenieurs Kantoor 
voor Scheepsbouw” projekt okrętu dalekomorskiego na najwyższym poziomie technicznym. Później w 
ramach  niemiecko-sowieckiej  współpracy  nowa  jednostka,  jak  przedtem  inne  okręty typu  „Staliniec”, 
została zwodowana w Związku Sowieckim i - na krótko przed niemiecką napaścią na Rosję - włączona 
do służby we Flocie Bałtyckiej spod Czerwonego Sztandaru. Ilekroć „S 13” opuszczał bazę Smolny w 
fińskim porcie Turku, miał na pokładzie dziesięć torped. 
Na swojej  website mój biegły w sprawach morskich syn reprezentował pogląd, że zaprojektowany w 
Holandii okręt podwodny to była „solidna niemiecka robota”. Być może. Na razie jednak kapitanowi 
Marinesko udało się jedynie u pomorskich wybrzeży po trzech chybionych torpedach zatopić ogniem 
artyleryjskim pełnomorski holownik o nazwie „Siegfried”. Stumilimetrowe działo zostało użyte zaraz 
po wynurzeniu. 
Pozostawiam teraz statek tam, gdzie stał sobie, jeśli nie liczyć nalotów, w miarę bezpiecznie, wracam 
idąc rakiem do mojego prywatnego nieszczęścia. Bo to  przecież nie tak, że od początku  można było 
rozpoznać  wyraźnie,  dokąd  Konrad  się  zagalopował.  W  mojej  ocenie  wygibasy  demonstrowane 
przezeń  w  cyberprzestrzeni  to  były  nieszkodliwie  dziecinne  niedorzeczności,  na  przykład  kiedy 
porównywał  tanio  ze  względów  propagandowych  skalkulowane  podróże  KdF  z  ofertami  dzisiejszej 
turystyki  masowej,  z  kosztami  bidetów  na  rejsy  po  Karaibach  na  pokładzie  tak  zwanych  „statków 
marzeń”  albo  z  wycieczkami  TUI, naturalnie zawsze na korzyść trzymającego  „bezklasowo” kurs na 
Norwegię „Gustloffa” i innych statków Frontu Pracy. To był prawdziwy socjalizm, entuzjazmował się 
na swojej website. Na próżno komuniści próbowali w NRD rozkręcić coś podobnego. Niestety, można 
było u niego przeczytać, ta próba się nie powiodła. Po wojnie nie dokończono nawet budowy wielkiego 
ośrodka Prora na Rugii, zaplanowanego w czasach pokojowych na 20 000 plażowiczów. 

background image

„Trzeba teraz”, domagał się, „ruinę KdP wziąć jako zabytek pod ochronę!” i po sztubacku spierał się 
potem  ze  swoim,  jak  długo  sądziłem,  wymyślonym  adwersarzem  Dawidem  o  przyszłość  nie  tylko 
narodowej,  lecz  i  socjalistycznej  wspólnoty  plemiennej.  Cytował  Gregora  Strassera,  ale  też  Roberta 
Leya wystawiając jego ideom stopień  „bardzo dobry”. Mówił o „zdrowym organizmie plemiennym”, 
na  co  Dawid  ostrzegał  przed  „socjalistyczną  urawniłowką”  i  nazywał  Leya  „ubzdryngolonym  na 
okrągło bufonem”. 
Śledziłem  w  internecie  niezbyt  zabawną  pyskówkę  i  doszedłem  do  przekonania:  z  im  większym 
zapałem  mój  syn  wynosił  pod  niebiosa  cudowne  dzieło  „Kraft  durch  Freude”  jako  projekt  dla 
przyszłości  i  mimo  wszelkich  niedostatków  chwalił  wysiłki  państwa  robotników  i  chłopów  mające 
również na oku kwitnący raj wczasów, tym przykrzej przemawiała przezeń jego babka. Przebywając w 
chatroomie Konny'ego miałem stale w uszach niewzruszone bajdurzenie przedwczorajszych. 
Tak  kiedyś  matka  agitowała  mnie  i  innych.  Za  czasów  poprzedzających  moje  przenosiny  na  Zachód 
słyszałem, co wygadywała przy naszym kuchennym stole jako ostatnia stronniczka Stalina: - I to wam 
rzekę, drodzy towarzysze, jak nasz Walter Ulbricht w młodoszczi od sztolarszkiego terminu zaczynał, 
tak i ja żem na terminowanie do sztolarza poszła i kleju kosztnego są nawąchała... 
Później, po odejściu pierwszego sekretarza, miała ponoć kłopoty. Już nie dlatego, że ja dałem nogę z 
enerdowa,  tylko  że  następcę  Ulbrichta  miała  za  hetkę-pętelkę,  bo  to  „cherlawy  dekarz”,    i  wszędzie 
wietrzyła rewizjonistów. 
A  wezwana  na  forum  organizacji  partyjnej  podobno  o  postaci  Wilhelma  Gustloffa  jako  ofiary 
syjonizmu  wyraziła  się  mniej  więcej  tak:  „...w  tak  tragiczny  szposób  uszmiercony  syn  naszego 
pięknego miaszta Schwerina”. 
Mimo  to matka utrzymała swoją pozycję. Była lubiana, a jednocześnie budziła lęk. Jako wielokrotnie 
odznaczana przodownica pracy miała duże zasługi w wykonywaniu planów produkcyjnych i do końca 
kierowała swoją stolarską brygadą w państwowym kombinacie meblowym przy Güstrower Strasse. Jej 
też  zasługą  jest  to,  że  liczba  kobiet  podejmujących  naukę  stolarskiego  fachu  wzrosła  do  ponad 
dwudziestu procent. 
Gdy  potem  upadło  państwo  robotników  i  chłopów  i  berlińskie  Powiernictwo  -  odpowiedzialne  za 
miasto  i  cały  land  -  otworzyło  filię  w  Schwerinie,  matka  jakoby  maczała  palce  w  restrukturyzacji  i 
prywatyzacji państwowej wytwórni kabli, fabryki maszyn do tworzyw sztucznych i dalszych wielkich 
przedsiębiorstw,  takich  jak  zakłady  wyposażenia  okrętowego  Klementa  Gottwalda,  a  nawet  swego 
dawnego kombinatu meblowego. W każdym razie należy przypuszczać, że kiedy na Wschodzie zaczął 
się  demontaż  wszystkiego,  nie  przegapiła  okazji,  żeby  się  odkuć,  bo  skoro  tylko  pojawiły  się  nowe 
pieniądze,  matka  nie  była  zdana  wyłącznie  na  swoją  emeryturę.  A  gdy  podarowała  mojemu  synowi 
komputer  z  drogim  osprzętem,  to  przez  ten  wydatek  chyba  nie  zbiedniała.  Impulsu  do  takiej 
szczodrości - wobec mnie była dość skąpa - upatrywałem w zdarzeniu, które co prawda nie wzburzyło 
prasowego bajora federalnych Niemiec, ale dla Konny'ego stało się decydujące. 
Zanim przejdę do spotkania ocalałych, muszę wszakże wspomnieć o przykrym fakcie, który chciałby 
mi  wyperswadować  ktoś,  kto  wyrobił  sobie  nazbyt  idealne  wyobrażenie  o  swojej  Tulli:  30  stycznia 
dziewięćdziesiątego,  kiedy  przeklęta  data  zdawała  się  odesłana  do  lamusa,  ponieważ  wszędzie 
tańczono na melodię „Niemcy, ojczyzna zjednoczona”, a wszyscy Ossi oszaleli na punkcie zachodniej 
marki, matka uaktywniła się na swój sposób. 
Na  południowym  brzegu  Jeziora  Schwerińskiego  niszczało  sobie  myszate  piętrowe  schronisko 
młodzieżowe.  Zbudowano  je  na  początku  lat  pięćdziesiątych  i  nazwano  imieniem  Kurta  Bürgera, 
starego stalinowca, który wkrótce po zakończeniu wojny przyjechał tu z Moskwy jako wypróbowany 
antyfaszysta  i  zasłużył  się  w  Meklemburgii  rządami  twardej  ręki.  I  za  schroniskiem  młodzieżowym 
„Kurt Bürger” matka złożyła bukiet róż na długich łodygach, mniej więcej tam, gdzie kiedyś wznosił 
się  podobno  zwrócony  w  stronę  jeziora  wielki  granit  ustawiony  ku  czci  męczennika.  Zrobiła  to  po 

background image

ciemku,  punktualnie  o  dwudziestej  drugiej osiemnaście. W każdym  razie opowiadając później swojej 
przyjaciółce Jenny i mnie o tej nocnej akcji podała tak dokładny czas. Była zupełnie sama i na tyłach 
nieczynnego  zimą  schroniska  szukała  określonego  miejsca  przy  pomocy  latarki.  Długo  nie  miała 
pewności, potem jednak pod zasnutym niebem i w mżawce zdecydowała: to było tutaj. - Ale ja żem ni 
dla Gusztlofa z kwiatami przyszła. Takich jak on nażistów zakatrupionych szyto-kryto to dużo beło. Ni, 
to przez pamięcz o sztatku i tych wszysztkich dżeczaczkach, co są wtedy w lodowatym morzu potopiły, 
żem dokładnie o dwudżestej drugiej oszemnaszcze mój bukiet białych róż złożyła. I żem są popłakała, 
chocz to' ju czterdżeszczi piecz lat... 
W pięć lat później matka już nie była sama. Pan Schön, dyrekcja nadbałtyckiego kąpieliska Damp oraz 
panowie z kuratorium „Ratunek na Morzu” wystosowali zaproszenie. Już dziesięć lat przedtem w tym 
samym miejscu doszło do spotkania ocalałych. Wówczas był jeszcze mur i drut kolczasty, toteż nikt ze 
wschodnioniemieckiego państwa nie miał prawa przyjechać. Tym razem jednak zjawili się również ci, 
dla których zagłada statku była czymś, o czym z woli państwa przez cały czas należało milczeć. Nic 
zatem dziwnego, że gości z nowych landów witano szczególnie serdecznie; pośród ocalałych miało nie 
być żadnej różnicy dzielącej Ossich i Wessich. 
W dużej sali bankietowej uzdrowiska wisiał nad sceną transparent, na którym linijka po linijce można 
było  przeczytać  różnej  wielkości  literami:  „Uroczystości  upamiętniające  50.  rocznicę  zatonięcia 
'Wilhelma  Gustloffa'  -  nadbałtyckie  kąpielisko  Damp,  od  28  do  30  stycznia  1995”.  Przypadkowa 
okoliczność,  że  ta  data  przypomina  jednocześnie  o  przejęciu  władzy  w  trzydziestym  trzecim  i  o 
urodzinach owego człowieka, który został zastrzelony przez Dawida Frankfurtera, ażeby naród Żydów 
otrzymał znak, nie doczekała się publicznej wzmianki, jednakże w tej lub innej rozmowie, czy to przy 
kawie,  czy  w  przerwach  między  imprezami,  nabrała  znaczenia  wypowiadanego  półgłosem  zdania 
pobocznego. 
Mnie  matka  zmusiła  do  udziału  w  spotkaniu.  Użyła  argumentu  nie  do  odparcia:  -  Tobie  wszak  też 
pięczdżeszątka  sztuknie...  -  Naszego  syna  Konrada  sama  zaprosiła  i  ponieważ  Gabi  nie  miała  nic 
przeciwko  temu,  wzięła  ze  sobą  jak  trofeum.  Zajechała  swoim  piaskowym  trabantem:  w  Damp, 
pomiędzy  okazałymi  mercedesami  i  oplami,  to  była  osobliwość.  Puściła  mimo  uszu  moją 
wypowiedzianą  przedtem  prośbę,  żeby  poprzestała  na  mnie  i  oszczędziła  Konny'emu  odurzenia 
przeszłością. Jako ojciec i w ogóle ja się nie liczyłem, bo co się tyczy oceny mojej osoby, to matka i 
moja  była,  które  zazwyczaj  się  unikały,  zgadzały  się  w  pełni:  dla  matki  byłem,  jak  zwykła  mówić, 
„popaprańczem”, od Gabi przy każdej nadarzającej się okazji słyszałem, że jestem nieudacznikiem. 
Nic  więc  dziwnego,  że  dwa  i  pół  dnia  w  Damp  przebiegło  dla  mnie  raczej  niemiło.  Sterczałem  jak 
głupek,  kurzyłem  jak  komin.  Jako  dziennikarz  oczywiście  mógłbym  był  napisać  reportaż,  a 
przynajmniej krótką relację. Prawdopodobnie panowie z kuratorium oczekiwali ode mnie czegoś w tym 
rodzaju,  bo  z  początku  matka  przedstawiała  mnie  jako  „reportera  od  Szpringerowych  gazet”.  Nie 
zaprzeczałem,  ale  też  nie  napisałem  nic  prócz  zdania:  „pogoda  jest,  jaka  jest”.  Niby  w  jakiej  roli 
miałbym zdawać sprawę? Jako „dziecko 'Gustloffa'”? Albo jako ktoś z powołania niezaangażowany? 
Matka  na  wszystko  miała  odpowiedź.  Jako  że  pośród  zgromadzenia  rozpoznała  kilkoro  ocalałych,  a 
byli  członkowie  załogi  torpedowca  „Löwe”  zagadywali  ją  spontanicznie,  korzystała  z  każdej  okazji, 
żeby przedstawiać mnie jeśli  nie jako Springerowskiego reportera, to  jako  „dżidżusza, co są poszród 
nieszczęszcza  urodził”.  I  naturalnie  nie  zabrakło  wzmianki  o  tym,  że  trzydziestego  będzie  przecież 
okazja do świętowania moich pięćdziesiątych urodzin, nawet jeśli w programie przewidziana jest na ten 
dzień godzina cichej pamięci. 
Podobno przed zatonięciem statku, ale i nazajutrz było kilka urodzeń, lecz z wyjątkiem jednej osoby, 
która  urodziła  się  dwudziestego  dziewiątego,  w  Damp  nie  było  moich  rówieśników.  Przeważnie 
spotykali się tylko ludzie starzy, ponieważ niewiele dzieci zostało uratowanych. Do młodszej generacji 

background image

zaliczał się ówczesny dziesięciolatek z Elbląga, który dzisiaj mieszka w Kanadzie i którego kuratorium  
poprosiło,  żeby  przed  publicznością  opowiedział o szczegółach swego ocalenia. 
W ogóle z łatwo zrozumiałych powodów jest coraz mniej  świadków katastrofy. Jeśli na spotkanie w 
osiemdziesiątym piątym  przybyło  jeszcze  ponad  pięciuset  ocalonych i ratowników, to tym razem 
zebrało się zaledwie dwustu, co skłoniło matkę, żeby mi szepnąć podczas uroczystości: - Rychło to ju 
nikt z nas życz ni bandze, telko ty. Ale ty furt szpisacz tego ni chczesz, co żem tobie naopowiadała. 
Tymczasem to ja, na długo przed upadkiem muru, okrężnymi drogami przysłałem jej książkę Heinza 
Schöna, nie będę ukrywał: żeby uciec od jej dręczących wyrzutów. A na krótko przed spotkaniem w 
Damp dostała ode mnie kieszonkowe wydanie książki trzech Anglików, które ukazało się w oficynie 
Ullsteina. Ale i ta, jak muszę przyznać, napisana wprawdzie bardzo rzeczowo, lecz nazbyt neutralnie 
dokumentacja  katastrofy  statku  nie  mogła  przypaść  jej  do  gustu:  -  Dla  mnie  to  wszysztko  za  mało 
osobiszczie przeżyte jeszt. To z serca ni idże! - A potem, kiedy byłem u niej z krótką wizytą na osiedlu 
Grosser Dreesch, powiedziała: - No, może któregosz dnia mój Konradżik cosz o tym napisze... 
Dlatego wzięła go ze sobą do Damp. Przybyła, nie, wystąpiła w długiej do kostek i zapinanej pod szyję 
sukni z czarnego aksamitu, który podkreślał jej krótko ostrzyżone białe włosy. Gdziekolwiek stała bądź 
też siedziała przy kawie i ciastkach, była główną postacią. W szczególności przyciągała mężczyzn. Jak 
wiadomo,  zawsze  tak  było.  Jej  koleżanka  szkolna  Jenny  opowiadała  mi  o  wszystkich  chłopakach, 
którzy za młodych lat matki literalnie kleili się do niej: ponoć od dziecka pachniała klejem kostnym; a 
ja twierdzę: nawet w Damp można było poczuć ślad tego zapachu. 
Byli tam odziani głównie w granatowe sukno starsi panowie, pomiędzy którymi stała w czerni, chuda i 
twarda.  Do  otyłych  siwogłowców  zaliczał  się  były  kapitan  marynarki  i  dowódca  torpedowca  „T  36”, 
którego załoga uratowała kilkuset rozbitków, a ponadto ocalały oficer zatopionego statku. Nadzwyczaj 
świeża  pamięć  o  matce  zachowała  się  jednak  wśród  członków  załogi  torpedowca  „Löwe”.  Miałem 
wrażenie, jakby panowie na nią czekali. 
Otaczali  matkę,  która  po  trosze  wdzięczyła  się  jak  dziewczyna,  i  nie  odstępowali  jej.  Słyszałem,  jak 
chichotała,  widziałem,  jak  prężyła  się  ze  skrzyżowanymi  rękoma.  Ale  nie  było  już  mowy  o  mnie  i 
moich  narodzinach  w  godzinie  zagłady,  tylko  chodziło  o  Konny'ego.  Matka  przedstawiała  leciwym 
panom mojego syna, jakby to był jej własny; a ja trzymałem się z daleka, nie chciałem wypytywania, 
być może wiwatowania weteranów z „Löwe” na moją cześć. 
Z pewnego dystansu rzucało się w oczy, że Konny, którego znałem jako nieśmiałego chłopaka, nader 
pewnie radził sobie z rolą wyznaczoną mu  przez matkę, udzielał  zwięzłych, ale jasnych odpowiedzi, 
zadawał pytania, słuchał w skupieniu, odważał się na młodzieńczy śmiech, a nawet pozował do zdjęć. 
Mając  blisko  piętnaście  lat  -  jego  urodziny  wypadały  w  marcu  -  ani  trochę  nie  sprawiał  wrażenia 
dziecinnego, przeciwnie, wydawał się dojrzały do spełnienia zamysłu matki, która postanowiła uczynić 
go depozytariuszem wiedzy o katastrofie i - jak się miało okazać - propagatorem legendy statku. 
Odtąd wszystko kręciło się wokół niego. Choć na spotkaniu ocalałych był przecież ktoś, kto urodził się 
na „Gustloffie” w przeddzień zatonięcia i podobnie jak ja otrzymał książkę Schöna z rąk samego autora 
-  matki  uhonorowano  na  scenie  bukietami  kwiatów  -  wydawało  mi  się,  że  wszystko  dzieje  się  po  to, 
żeby  wciągnąć  mojego  syna.  W  nim  pokładano  nadzieje.  Od  naszego  Konny'ego  oczekiwano 
przyszłych osiągnięć. On, to nie budziło wątpliwości, nie zawiedzie ocalałych. 
Matka wystroiła go w granatowy garnitur, do którego kazała mu włożyć krawat noszony w college'ach. 
W  okularach i  z kędzierzawą czupryną wyglądał  jak skrzyżowanie konfirmanta z archaniołem.  Nosił 
się tak, jak gdyby miał misję do spełnienia, jak gdyby miał lada chwila obwieścić coś wzniosłego, jak 
gdyby doznał oświecenia. 
Nie  wiem,  na  czyj  wniosek  na  nabożeństwie  rocznicowym  odprawianym  o  tej  godzinie,  kiedy  to 
torpedy ugodziły statek, Konrad miał uderzyć w ów zawieszony obok ołtarza dzwon wydobyty przez 
polskich nurków pod koniec lat siedemdziesiątych z tylnego górnego pokładu wraku. Teraz, z okazji 

background image

spotkania  ocalałych,  załoga  kutra  ratowniczego  „Szkwał”  przekazała  znalezisko  na  znak  polsko-
niemieckiego zbliżenia. Ale potem to jednak panu Schönowi przypadło w udziale trzykrotne uderzenie 
młotkiem w dzwon na zakończenie rocznicowego nabożeństwa. 
Asystent  płatnika  na  „Gustloffie”  liczył  sobie  osiemnaście  lat,  kiedy  statek  zatonął.  Nie  chcę 
przemilczać,  że  jemu,  który  zebrał  i  zbadał  niemal  wszystko,  co  po  katastrofie  dało  się  odnaleźć,  w 
Damp  okazano  niewiele  wdzięczności.  Kiedy  na  początku  uroczystości  wygłosił  odczyt  na  temat 
„Zatopienia „Wilhelma Gustloffa” z perspektywy Rosjan” i w trakcie wystąpienia stało się jasne, jak 
często  prowadząc  swoje  badania  odwiedzał  Związek  Sowiecki  i  przy  tym  spotykał  się  nawet  z 
bosmanmatem  okrętu  podwodnego  „S  13”,  co  więcej:  z  owym  Władymirem  Kuroczkinem,  który  na 
rozkaz  swego  dowódcy  wystrzelił  trzy torpedy, pozostaje w przyjaznym  kontakcie, mało tego:  zrobił 
sobie  zdjęcie,  jak  ściska  dłoń  tego  starego  człowieka,  „stracił  kilku  przyjaciół”,  jak  to  zostało 
powściągliwie sformułowane przez Heinza Schöna. 
Po  odczycie  zaczęto  go  ignorować.  Dla  wielu  słuchaczy  uchodził  odtąd  za  rusofila.  Dla  nich  wojna 
nigdy się nie skończyła. Dla nich Rosjanie to były Iwany, trzy torpedy to broń morderców. Natomiast 
dla  Władymira  Kuroczkina  „Gustloff”  był  tonącym  statkiem  bez  imienia  załadowanym  po  brzegi 
nazistami, którzy napadli na jego ojczyznę i wycofując się pozostawiali za sobą tylko spaloną ziemię. 
Dopiero od Heinza Schöna dowiedział się, że po storpedowaniu ponad cztery tysiące dzieci utopiło się, 
zamarzło lub zostało wraz ze statkiem porwanych w odmęty. Te dzieci ponoć jeszcze długo śniły się 
bosmanmatowi raz za razem. 
Fakt, że potem jednak to Heinzowi Schönowi dane było uderzyć w odnaleziony dzwon statku, zapewne 
trochę  uśmierzył  powziętą  urazę.  A  mój  syn,  który  na  swojej  homepage  przedstawił  całemu  światu 
torpedystę, sfotografowanego wraz z badaczem dziejów „Gustloffa”, skomentował ten szczegół tragedii 
po  latach  łączącej  narody  odwołaniem  się  do  rodowodu  tak  celnego  w  wystrzeliwaniu  torped  okrętu 
podwodnego; podkreślał „wysoką jakość solidnej niemieckiej pracy” i posunął się do stwierdzenia, że 
tylko  dzięki  zbudowanemu  według  niemieckich  planów  konstrukcyjnych  okrętowi  Sowieci  odnieśli 
sukces na wysokości Ławicy Słupskiej. 
A  ja?  Po  rocznicowym  nabożeństwie  wymknąłem  się  na  spowitą  nocnymi  ciemnościami  plażę. 
Chodziłem tam i z powrotem. Samotnie i z pustką w głowie. Jako że nie było wiatru, również Bałtyk 
uderzał o brzeg ospale i nijako. 

 
To  gryzie  Starego.  Właściwie,  powiada,  to  zadaniem  jego  pokolenia  byłoby  dać  wyraz  gehennie 
uciekinierów  z  Prus  Wschodnich:  zimowym  karawanom  ciągnącym  na  Zachód,  śmierci  w  śnieżnych 
zaspach,  zdychaniu  na  skraju  dróg  i  w  przeręblach,  skoro  tylko  od  zrzucanych  bomb  i  pod ciężarem 
furmanek zaczynał się załamywać lód na zamarzniętym Zalewie Wiślanym, a mimo to od Heiligenbeil 
coraz to więcej ludzi ze strachu przed rosyjską zemstą przez bezkresne śniegowe równiny... Ucieczka... 
Biała  śmierć...  Za  nic,  powiada,  nie  wolno  było  przemilczać  takiej  masy  cierpienia,  pozostawiać 
unikanego tematu skrajnym prawicowcom, tylko dlatego że własna wina była przemożna i okazywanie 
skruchy przez te wszystkie lata zajmowało pierwsze miejsce. To niesłychane zaniedbanie... 
Ale teraz ten stary człowiek, który się wypisał, sądzi, że znalazł we mnie kogoś, od kogo zamiast niego 
-  „w  zastępstwie”,  jak  powiada  -  wymaga  się,  żeby  zdał  sprawę  z  wtargnięcia  armii  sowieckich  do 
Rzeszy, z Nemmersdorfu* i następstw. Zgadza się, szukam słów. Ale to nie on, to matka mnie zmusza. 
I  tylko  ze  względu  na  nią  Stary  się  wtrąca,  również  zmuszany  przez  nią  do  zmuszania  mnie,  jakby 
wolno było pisać tylko pod przymusem, jakby na tym papierze nie mogło się nic zdarzyć bez matki. 
 

*  niemiecka  wieś  w  Prusach  Wschodnich,  obecnie  Majakowskoje.  Pod  koniec  października  1944 rozpoznawcze jednostki 
pancerne  Armii  Czerwonej  zdobyły  wioskę  i  zamordowały większość mieszkańców, dopuszczając się przedtem gwałtów i 
tortur. Kilka dni później wieś została odbita przez Niemców a mord został wykorzystany propagandowo. Kronika filmowa 

background image

pokazująca zmasakrowane ciała wywoła panikę i rozpoczęła eksodus wśród niemieckiej ludności na wschodzie III Rzeszy. 
Na dłuższą metę, ten dość mało istotny aspekt działań wojennych, przyczynił się do wzmocnienia desperackiej woli walki 
Niemców. 

 
On jakoby znał ją jako istotę nieuchwytną, w żaden sposób nie dającą się jednoznacznie określić. Życzy 
sobie  Tulli  o  niezmiennie  rozproszonym  blasku  i  jest  rozczarowany.  Nigdy  w  życiu,  słyszę,  nie 
przyszłoby  mu  na  myśl,  że  ocalała  Tulla  Pokriefke  rozwinie się w tak banalnym  kierunku, stając się 
działaczką  partyjną  i  przodownicą  ze  wszystkich  sił  wykonującą  plan.  Raczej  należało  się  po  niej 
spodziewać  anarchistycznych  wyskoków,  czynów  irracjonalnych,  czegoś  takiego  jak  niczym  nie 
umotywowany  zamach  bombowy  albo  przejmujące  zgrozą  w  zimnym  świetle  zrozumienie. 
Ostatecznie, powiada, to nastoletnia Tulla w wojennych czasach, a więc pośród rozmyślnie ślepych, nie 
opodal  baterii  przeciwlotniczej  Port  Cesarski  dostrzegła,  że  biaława  spiętrzona  masa  to  ludzkie 
szczątki, głośno nazwała górę kości po imieniu: - To góra koszczi jeszt! 
Stary  nie  zna  matki.  A  ja?  Znam  ją?  Co  najwyżej  jakieś  pojęcie  o  blaskach  i  cieniach  jej  natury  ma 
ciotka  Jenny,  która  kiedyś  powiedziała  do  mnie:  „W  gruncie  rzeczy  moją  przyjaciółkę  Tullę  można 
zrozumieć  tylko  jako  niedoszłą  mniszkę,  naturalnie  stygmatyczkę...”  Ale  tyle  się  zgadza:  matki  nie 
sposób ogarnąć. Nawet w partii stawała okoniem. A kiedy ja chciałem prysnąć na Zachód, powiedziała 
tylko: „No, jeszli o mnie chodzi, to szpływaj” i nie wsypała mnie, wskutek czego w Schwerinie dawali 
jej  niezły  wycisk;  nachodziła  ją  nawet  służba  bezpieczeństwa,  nie  jeden  raz,  bez  widocznego 
powodzenia... 
Wtedy byłem jej nadzieją. Ale skoro ze mnie nie dało się wykrzesać iskry i tylko czas uciekał, zaczęła - 
ledwo padł mur - urabiać mojego syna. Konny miał dopiero dziesięć albo jedenaście lat, kiedy wpadł w 
ręce swojej babki. A od spotkania ocalałych w Damp, gdzie ja byłem tylko zerem na marginesie, on zaś 
wyrósł  na  następcę  tronu,  faszerowała  go  historiami  o  uciekinierach,  historiami  o  potwornościach, 
historiami o gwałtach, których co prawda nie doświadczyła na własnej skórze, które jednak od czasu, 
gdy w październiku czterdziestego czwartego rosyjskie czołgi przetoczyły się przez wschodnią granicę 
Rzeszy  i  wtargnęły  na  teren  powiatów  Gołdap  i  Gąbin,  opowiadano  wszędzie  i  rozgłaszano,  ażeby 
budzić zgrozę. 
Tak chyba musiało, tak mogło być. Tak mniej więcej było. Gdy w niewiele dni po wypadzie sowieckiej 
2.  armii  gwardyjskiej  jednostki  niemieckiej  4.  armii  odbiły  miejscowość  Nemmersdorf,  można  było 
powąchać,  zobaczyć,  policzyć,  sfotografować  i  dla  wszystkich  kin  w  Rzeszy  sfilmować  do  Kroniki 
Tygodniowej,  ile  kobiet  zostało  zgwałconych  przez  rosyjskich  żołnierzy,  potem  pomordowanych, 
poprzybijanych  do  wrót  stodół.  Czołgi  T  34  doganiały  i  miażdżyły  uciekających.  Zastrzelone  dzieci 
leżały w ogródkach przed domami i w przydrożnych rowach. Zlikwidowano nawet francuskich jeńców 
wojennych,  którzy  niedaleko  Nemmersdorfu  musieli  pracować  na  roli,  w  liczbie  czterdziestu,  jak 
podano. 
Te  i  dalsze  szczegóły  znalazłem  pod  dobrze  już  znanym  adresem  w  internecie.  Ponadto  można  było 
przeczytać  tłumaczenie  apelu  ułożonego  rzekomo  przez  rosyjskiego  pisarza  Ilję  Erenburga,  którego 
tekst  wzywał  wszystkich  rosyjskich  żołnierzy,  żeby  mordowali,  gwałcili,  mścili  się  za  spustoszoną 
przez faszystowskie bestie ojczyznę, za „mateczkę Rosję”. Pod szyfrem „www.blutzeuge.de” mój tylko 
przeze mnie rozpoznawany syn skarżył się językiem oficjalnych wówczas komunikatów: „Tak rosyjscy 
podludzie  rozprawiali  się  z  bezbronnymi  niemieckimi  kobietami...”  -  „Tak  szalało  rosyjskie 
żołdactwo...” - „Ten terror w dalszym ciągu grozi całej Europie, jeśli nie postawi się tamy azjatyckiemu 
zalewowi...”  Na  dokładkę  zeskanował  plakat  wyborczy  CDU  z  lat  pięćdziesiątych,  który  ukazywał 
żarłocznego potwora w typie Azjaty. 
Te  zdania  i  ilustrowane  ciągi  zdań  rozpowszechniane  w  sieci  i  ściągane  przez  nie  wiedzieć  ilu 
internautów czytało się jak nawiązanie do aktualnych wydarzeń, aczkolwiek nie mówiło się wprost o 
bezwładnie rozpadającej się Rosji czy o okrucieństwach na Bałkanach i w afrykańskiej Ruandzie. Dla 

background image

zilustrowania najnowszego w danym momencie programu mojemu synowi wystarczały usłane trupami 
pola z przeszłości; bez względu na to, kto je uprawiał, zawsze przynosiły plon. 
Pozostaje  mi  tylko  powiedzieć,  że  w  tamtych  dniach,  kiedy  to  Nemmersdorf  stał  się  symbolem 
wszelkich  okropności,  zwyczajowa  pogarda  dla  tego,  co  rosyjskie,  zmieniła  się  raptownie  w  strach 
przed Rosjanami. Rozpowszechniane gazetowe reportaże z odbitej miejscowości, komentarze radiowe, 
zdjęcia  w  Kronice  Tygodniowej  spowodowały  w  Prusach  Wschodnich  masową  ucieczkę,  która  od 
połowy stycznia, od rozpoczęcia wielkiej sowieckiej ofensywy, przerodziła się w panikę. Od ucieczki 
drogą lądową zaczęło się umieranie na skraju dróg. Nie mogę tego opisać. Nikt tego nie może opisać. 
Jedynie tyle: Część uciekinierów dotarła do miast portowych, do Piławy, Gdańska i Gotenhafen. Setki 
tysięcy usiłowały drogą morską ujść zbliżającej się coraz bardziej okropności. Setki tysięcy - statystyki 
mówią o dwóch milionach uciekinierów, którzy uratowali się przedostając na Zachód - tłoczyły się, by 
wejść  na  pokład  okrętów  wojennych,  statków  pasażerskich  i  handlowych;  oblegany  był  także  w 
Gotenhafen przycumowany od lat do oksywskiego nabrzeża „Wilhelm Gustloff”. 
Byłbym rad, gdybym mógł uprościć sobie sprawę tak jak mój syn, który na swojej Website oznajmiał: 
„W  spokoju  i  porządku  statek  przyjął  uciekające  przed  rosyjską  bestią  dziewczęta  i  kobiety,  matki  i 
dzieci...” Dlaczego pominął również zaokrętowanych w sile tysiąca ludzi marynarzy u-bootów i trzysta 
siedemdziesiąt  dziewczyn  ze  służby  pomocniczej  marynarki,  jak  również  artylerzystów  z  obsługi 
zamontowanych  pośpiesznie  działek  przeciwlotniczych?  Na  marginesie  wspomniał  wprawdzie,  że  na 
początku i pod koniec na pokład trafili również ranni - „Byli między nimi żołnierze walczący na froncie 
kurlandzkim, który nadal odpierał ataki czerwonej nawały...” - ale gdy zaczął opisywać zmiany mające 
przekształcić statek-koszary w żeglowny transportowiec, wyliczał co prawda skrupulatnie, ile cetnarów 
mąki i mleka w proszku, ile zaszlachtowanych wieprzy znalazło się na pokładzie, przemilczał jednak 
chorwackich  ochotników  wojennych,  którzy  -  kiepsko  wyszkoleni  -  musieli  uzupełnić  załogę  statku. 
Ani  słowa  o  niedostatkach  aparatury  radiowej.  Ani  słowa  o  ćwiczeniach  na  wypadek  katastrofy: 
„Zamknąć grodzie!” To zrozumiałe, że uwypuklił pieczołowite urządzenie oddziału położniczego, lecz 
co  mu  przeszkadzało  choćby  w  napomknięciu  o  stanie  jego  bliskiej  wówczas  rozwiązania  babki?  I 
żadnej wzmianki o brakujących dziesięciu szalupach ratunkowych, które zostały odkomenderowane do 
wytwarzania  w  porcie  zasłony  dymnej  w  czasie  nalotów  i  zastąpione  przez  łodzie  wiosłowe  o 
niewielkiej  pojemności  oraz  naprędce  ułożone  jedna  na  drugiej  i  umocowane  tratwy  ratunkowe  ze 
sprasowanego  kapoku.  „Gustloff”  miał  być  zaprezentowany  internautom  wyłącznie  jako  statek 
uciekinierów. 
Dlaczego  Konny  kłamał?  Dlaczego  chłopak  oszukiwał  siebie  i  innych?  Dlaczego  on,  zazwyczaj  taki 
dociekliwy pedant, dla którego statek od czasów KdP aż po tunel wału napędowego i najdalszy zakątek 
pokładowej pralni nie miał tajemnic, nie chciał przyznać, że przy nabrzeżu nie stał ani transportowiec 
Czerwonego  Krzyża,  ani  załadowany  wyłącznie  uciekinierami  wielki  frachtowiec,  tylko 
podporządkowany  Kriegsmarine,  uzbrojony  statek  pasażerski,  na  który  wtłoczono  najrozmaitszą 
zbieraninę? Dlaczego zaprzeczał temu, co już przed laty zostało ogłoszone drukiem i czego dzisiaj nie 
kwestionują bodaj nawet przedwczorajsi? Czy chciał wykreować zbrodnię wojenną i upiększoną wersją 
rzeczywistych  zdarzeń  zaimponować  łysogłowym  w  Niemczech  i  gdzie  indziej?  Czy  potrzeba 
nieskazitelnego  bilansu  ofiar  była  w  nim  tak  paląca,  że  na  jego  Website  zgoła  zabrakło  miejsca  dla 
wojskowego  kontrpartnera  cywilnego  kapitana  Petersena  -  komandora  podporucznika  Zahna  i 
towarzyszącego mu owczarka? 
Mogę się tylko domyślać, co zapewne skłoniło Konny'ego do oszukaństwa: pragnienie niezmąconego 
obrazu wroga. A historię z psem jako fakt niezbity usłyszałem od matki; ona przecież już jako dziecko 
miała bzika na punkcie owczarków. Zahn od lat trzymał swojego Hassana na statku. Czy na mostku, 
czy w mesie oficerskiej, wszędzie występował z psem. Matka mówiła: - Z dołu, gdże żeszmy czekali, 

background image

ale na górę wejszcz ni mogli, dobrze widacz beło, jak taki kapitan ze swoim psziszkiem przy relingu 
ształ i na nas, uczekinierów, są patrzył. Psziszko kubek w kubek do naszego Harrasa podobne beło...” 
Ona  wiedziała,  co  się  działo  na  nabrzeżu:  -  Szczisk  beł  i  bałagan  ni  do  opisania.  Najsampierw  to 
wszyszczy, co po schodach na górę wchodzili, porządnie są zapisywali, ale potem papieru ju ni beło... - 
Toteż  liczba  na  zawsze  pozostanie  niepewna.  Ale  co  mówią  liczby?  Liczby  nigdy  się  nie  zgadzają. 
Resztę  zawsze  trzeba  szacować  pi  razy  drzwi.  Zarejestrowanych  zostało  sześć  tysięcy  osób,  w  tym 
około pięciu tysięcy uciekinierów. Ale od 28 stycznia po schodkach wciskały się dalsze masy, których 
już się nie liczyło. 
Czy tych, co pozostali bez numeru i bez imienia, było dwa albo trzy tysiące? Tyle z grubsza kartek na 
posiłki  wydrukowała  dodatkowo  okrętowa  drukarnia  i  rozdały  odkomenderowane  do  pomocy 
dziewczyny  ze  służby  pomocniczej  marynarki.  W  takich  wypadkach  nie  miało  i  nie  ma  znaczenia 
paręset mniej czy więcej. Nikt nie zna dokładnych danych. Toteż nie wiadomo, ile wózków dziecięcych 
zostało  umieszczonych  w  ładowniach;  i  tylko  w  przybliżeniu  można  oceniać,  że  na  koniec  było  na 
pokładzie cztery i pół tysiąca niemowląt, dzieci i nastolatków. 
Na ostatku, kiedy już nigdzie nie było miejsca, zostali jednak jeszcze zaokrętowani dalsi ranni i ostatni 
oddział  służby  pomocniczej  marynarki,  młode  dziewczyny,  które  -  ponieważ  nie  było  już  wolnych 
kabin, a wszystkie sale zamieniono na usłane materacami obozowiska - zakwaterowano w osuszonym 
basenie pływackim, a więc na pokładzie E poniżej linii wodnej. 
O tej lokalizacji trzeba ponownie i to z naciskiem wspomnieć, ponieważ mój syn nie puścił pary z ust 
na temat wszystkiego, co się tyczyło junaczek ze służby pomocniczej marynarki i śmiertelnej pułapki w 
basenie pływackim. Tylko generalnie rozwodząc się nad gwałtami fantazjował na temat „młodziutkich 
panien, których niewinność miała być na statku uratowana przed agresją rosyjskiej bestii...” 
Kiedy zaserwowano mi tę bzdurę, znów się włączyłem nie ujawniając wszelako faktu, że jestem ojcem. 
Skoro tylko jego chatroom był wolny, wyraziłem swoje zastrzeżenia: „Twoje spragnione pomocy panny 
nosiły mundury, nawet twarzowe. Miały na sobie szaroniebieskie spódniczki do kolan i obcisłe żakiety. 
Z  lekka  przekrzywione  furażerki  wieńczyły  ich  ufryzowane  głowy.  Wszystkie  one,  czy  jeszcze 
niewinne,  czy  nie,  miały  za  sobą  przeszkolenie  wojskowe  i  były  zaprzysiężone  na  wierność  swemu 
führerowi...” 
Lecz mój syn nie chciał zadawać się ze mną. Co najwyżej ze swoim wymyślonym oponentem, którego 
pouczał jak rasista z książeczki z obrazkami: „Dla ciebie jako Żyda będzie po wsze czasy niepojęte, jak 
bardzo wciąż jeszcze boli mnie pohańbienie niemieckich dziewcząt i kobiet przez Kałmuków, Tatarów 
i innych Mongołów. Ale cóż wy, Żydzi, wiecie o czystości krwi!” 
Nie,  tego  nie  mogła  mu  wbić  do  głowy  matka.  A  może  jednak?  Kiedy  na  osiedlu  Grosser  Dreesch 
położyłem jej na stoliku do kawy mój całkiem obiektywny artykuł na temat sporu o berliński pomnik 
holocaustu, opowiedziała mi, że na podwórzu stolarni jej wuja pokazywał się ktoś, „taki tłuszczoch w 
piegi”, kto ponoć psa łańcuchowego narysował prawie do złudzenia podobnie: - To gudłaj beł, co mu 
do  głowy  czągle  takie  szmieszne  rzeczy  przychodziły.  Ale  telko  w  połowie,  mój  tatusz  wiedżał. 
Głoszno to rzekł, zanim gudłaja, Amsel mu beło, z naszego podwórza przeszwęcził... 
Przed  południem  trzydziestego  matce  udało  się  wraz  z  rodzicami  dostać  na  pokład.  -  Na  osztatni 
dzwonek  żeszmy  są  załapali...  -  Zaginęła  przy  tym  część  bagażu.  W  południe  na  „Gustloffa”  dotarł 
rozkaz, żeby podniósł kotwicę i odpłynął. Na nabrzeżu pozostały setki. 
-  Dla mamuszy i  tatusza to  naturalnie duży wsztyd beł  przez ten mój gruby brzuch. Jak telko ktosz z 
innych  uczekinierów  o  mnie  pytał,  mamusza  mówiła:  „Jej  narzeczony  na  froncze  walczy”.  Albo: 
„Właszcziwie  to  szlub  na  odległoszcz  miał  bycz  z  narzeczonym,  co  na  zachodnim  froncze  walczy. 
Żeby go telko ni zabili”. Ale do mnie furt telko o wsztydże mówili. To i dobrze są złożyło, bo nasz na 
sztatku od razu rozdżelili. Mamusza i tatusz na sam dół łajbowego brzucha pójszcz muszeli, gdże jesz 
trochę miejsca beło. Mnie na górę, na oddżał czężarnych wżęli. 

background image

Ale  jeszcze  do  tego  nie  doszło.  Znów  muszę  pójść  rakiem  w  tył,  żeby  posunąć  się  naprzód:  jeszcze 
poprzedniego  dnia  -  a  potem  przez  długą  noc  -  Pokriefkowie  siedzieli  na  swych  zbyt  licznych 
walizkach  i  tobołach,  pośród  ciżby  uciekinierów,  z  których  większość  była  wyczerpana  długą 
wędrówką.  Pochodzili  z  Mierzei  Kurońskiej,  Sambii,  z  Mazur.  Ostatnia  fala  uciekła  z  bliżej 
położonego Elbląga, przez który przetoczyły się sowieckie czołgi, ale walki o miasto, jak się zdawało, 
jeszcze  trwały.  Również  coraz  więcej  kobiet  i  dzieci  z  Gdańska,  Sopotu  i  Gotenhafen  wciskało  się 
między  furmanki,  wozy  drabiniaste,  wózki  dziecięce  i  liczne  sanie.  Matka  opowiadała  mi  o 
bezpańskich psach, które nie mając wstępu na pokład wygłodzone stanowiły zagrożenie na portowych 
bulwarach. Wschodniopruskie chłopskie konie wyprzęgano i w mieście albo pozostawiano jednostkom 
Wehrmachtu, albo odprowadzano do rzeźni. Tego matka dokładnie nie wiedziała. Poza tym żal jej było 
tylko psów: - Caluszeńką noc jako wilki wyły... 
Kiedy  Pokriefkowie  opuszczali  ulicę  Elzy,  spokrewnieni  z  nimi  Liebenauowie  wzbraniali  się  przed 
pójściem  z  uciekinierskim  bagażem  w  ślady  przetrzebionej  rodziny  pomagiera  ze  stolarni.  Majster 
stolarski za bardzo był  przywiązany do swoich strugnic, piły tarczowej  i  taśmowej, szlifierki, zapasu 
dłużyc w szopie i będącej jego własnością czynszowej kamienicy pod 19. Jego synowi Harry'emu, co 
do którego matka jakiś czas sugerowała, że to być może mój ojciec, już na jesieni poprzedniego roku 
doręczono  powołanie  do  wojska.  Gdzieś  tam,  na  jednym  z wielu  cofających się frontów, był  pewnie 
radiotelegrafistą albo strzelcem piechoty zmechanizowanej. 
Po latach dowiedziałem się, że po zakończeniu wojny Polacy wysiedlili mojego hipotetycznego dziadka 
i jego żonę, tak jak wszystkich Niemców, którzy pozostali na miejscu. Mówiono, że oboje wkrótce i 
szybko  jedno  po  drugim  zmarli  na  Zachodzie,  prawdopodobnie  w  Lüneburgu,  on  przypuszczalnie  z 
żalu  za  utraconą  stolarnią  i  wieloma  przechowywanymi  w  piwnicy  czynszówki  okuciami  do  okien  i 
drzwi.  Pies  podwórzowy,  w  którego  budzie  matka  będąc  dzieckiem  jakoby  mieszkała  przez  tydzień, 
dawno już nie żył; przed wybuchem wojny ktoś - ona mówi: „kumpel tego gudłaja” - ponoć go struł. 
Należy przyjąć, że Pokriefkowie weszli na pokład z jedną z ostatnich grup, wpuszczeni, ponieważ ich 
córka była w widocznej ciąży. Tylko August Pokriefke musiał się liczyć z trudnościami. Kontrolująca 
bulwary żandarmeria mogłaby go nie przepuścić jako zdatnego do volksszturmu. Ale będąc, jak matka 
mówiła,  „kieszonkowym  mężczyzną”  zdołał  się  prześliznąć.  Pod  koniec  i  tak  kontrole  nie  były 
szczelne.  Panował  chaos.  Na  pokład  dostawały  się  dzieci  bez  matek.  A  niejedna  matka  musiała 
ścierpieć,  jak  w  ścisku  na  trapie  dziecko  potrącone  wypada  jej  z  rąk,  leci  w  dół  i  znika  w  portowej 
wodzie między burtą statku a murem nabrzeża. Tu nie pomagał żaden krzyk. 
Być  może  Pokriefkowie  mogliby  także,  mimo  przepełnienia  uciekinierami,  znaleźć  miejsce  na 
parowcach  „Oceana”  i  „Antonio  Delfino”.  Obydwa  statki  również  cumowały  w  Gotenhafen  przy 
oksywskim  nabrzeżu,  jak  mówiono:  „nabrzeżu  dobrej  nadziei”;  a  te  dwa  średniej  wielkości 
transportowce  dotarły  szczęśliwie  do  portów  przeznaczenia  w  Kilonii  i  Kopenhadze.  Ale  Erna 
Pokriefke uparła się, „żeby nie wiem co”, na „Gustloffa”, ponieważ dla niej z lśniącym wówczas biało 
motorowcem  wiązało  się  tyle  przyjemnych  wspomnień  z  rejsu  KdP  do  norweskich  fiordów.  W 
uciekinierskim  bagażu  pomieściła  album  z  fotografiami,  w  którym  znajdowały  się  też  migawki  z  tej 
morskiej wycieczki. 
Erna  i  August  Pokriefkowie  zapewne  ledwo  poznali  wnętrze  statku,  bo  wszystkie  sale  bankietowe  i 
jadalne, opróżniona biblioteka, sala strojów i sala muzyczna - bez jakichkolwiek obrazów na ścianach - 
zmarniały zamienione w gwarne, usłane materacami obozowiska. Nawet oszklony pokład spacerowy i 
korytarze były zatłoczone do cna. Jako że do ludzkiego frachtu należały tysiące dzieci, policzonych i 
nie policzonych, ich wrzawa mieszała się z megafonowymi komunikatami; ciągle wywoływano imiona 
zagubionych chłopców i dziewczynek. 
Kiedy  Pokriefkowie  bez  zarejestrowania  weszli  na  pokład,  matkę  rozdzielono  z  rodzicami.  Tak 
zadecydowała  sanitariuszka.  Nie  bardzo  wiadomo,  czy  dyżurne  junaczki  ze  służby  pomocniczej 

background image

marynarki  upchały  małżonków  w  już  zajętej  kabinie,  czy  też  wraz  z  pozostałym  im  jeszcze  bagażem 
znaleźli oni miejsce pośród masowych legowisk. Tulla Pokriefke miała już nigdy nie zobaczyć albumu 
z  fotografiami  i  swoich  rodziców.  Zapisuję  to  w  tej  kolejności,  ponieważ  wydaje  mi  się  pewne,  że 
utrata albumu z fotografiami była dla matki szczególnie bolesna, bo wraz z nim przepadły wszystkie 
zdjęcia pstryknięte familijnym kodakiem, na których było ją widać z bratem Konradem, Kędzierzawą 
Główką, na sopockim molo, z koleżanką szkolną Jenny i jej przybranym ojcem, profesorem Bruniesem, 
przed  pomnikiem  Gutenberga  w  Jaśkowym  Lesie  oraz  kilkakrotnie  z  Harrasem,  owczarkiem  czystej 
rasy i słynnym reproduktorem. 
Matka  zawsze  mówiła  o  ósmym  miesiącu  ciąży,  kiedy  w  jej  nie  kończących  się  opowieściach 
przychodziło  do  momentu  zaokrętowania.  Prawdopodobnie  to  był  ósmy.  Będąc  w  tym  czy  innym 
miesiącu została skierowana na oddział ginekologiczno-położniczy. Znajdował się on obok tak zwanej 
Altany,  w  której  jeden  tuż  obok  drugiego  jęczeli  ciężko  ranni.  Za  czasów  KdF  Altana  cieszyła  się 
popularnością  wśród  wycieczkowiczów  jako  swego  rodzaju  oranżeria  i  mieściła  się  pod  mostkiem 
kapitańskim.  Doktorowi  Richterowi,  najwyższemu  stopniem  oficerowi  sanitarnemu  2.  dywizjonu 
szkolnego  u-bootów,  jako  lekarzowi  okrętowemu  podlegała  zarówno  Altana,  jak  i  oddział  dla 
ciężarnych i położnic. Za każdym razem, kiedy matka opowiadała mi o zaokrętowaniu, mówiła: - Tam 
wreszcze czepło beło. I gorące mleko glajch doształam, z kapką miodu... 
Na oddziale położniczym musiał panować normalny ruch. Od początku zaokrętowywania urodziła się 
czwórka niemowlaków, „same chłopaki”, jak słyszałem od matki. 
Twierdzą, że „Wilhelm Gustloff” miał na pokładzie za dużo kapitanów. Być może. Ale „Titanic” miał 
tylko jednego, a mimo to już dziewiczy rejs fatalnie się skończył. W każdym razie matka mówiła, że na 
krótko  przed wypłynięciem statku zachciało się jej troszkę rozprostować nogi i przy tej sposobności, 
nie  zatrzymywana  przez  wachtę,  zaszła  -  „To  telko  jedno  piętro  w  górę”  -  na  pomost  nawigacyjny, 
„gdże taki sztary wilk morszki z drugim takim, co szpicbródkę miał, okrutnie są kłócił...” 
Starym wilkiem morskim był kapitan Friedrich Petersen, człowiek z żeglugi cywilnej, który w czasach 
pokojowych  miał  pod  swoim  dowództwem  kilka  statków  pasażerskich,  w  tym  i  przez  krótki  czas 
„Gustloffa”,  a  po  wybuchu  wojny  za  przełamanie  blokady  trafił  do  angielskiego  więzienia.  Potem 
jednak z uwagi na wiek został uznany za niezdolnego do służby wojennej i po pisemnym zobowiązaniu 
się, że nigdy więcej jako kapitan nie wypłynie w rejs, odesłany do Niemiec. Dlatego powierzono mu, 
sześćdziesięciolatkowi  z  okładem,  funkcję  „kapitana  postojowego”  na  „pływających  koszarach”  przy 
oksywskim nabrzeżu. 
Tym  ze  szpicbródką  mógł  być  tylko  komandor  podporucznik  Wilhelm  Zahn,  który  stale  miał  przy 
nodze  swojego  owczarka  Hassana.  Ten  były  dowódca  u-bootów  z  nader  skromnymi  sukcesami  na 
koncie uchodził za wojskowego szefa transportu na przepełnionym uciekinierami statku. Ponadto dla 
odciążenia  starego  kapitana,  któremu  z  czasem  brakowało  praktyki  na  morzu,  stali  na  mostku  dwaj 
młodzi,  ale  w  obrębie  Bałtyku  doświadczeni  kapitanowie,  którzy  nazywali się Köhler i  Weiler. Obaj 
przeszli z marynarki handlowej i z tego względu byli przez oficerów Kriegsmarine z Zahnem na czele 
traktowani  bardzo  lekceważąco:  jadano  w  różnych  mesach  oficerskich  i  z  wielkim  trudem 
nawiązywano rozmowę. 
Tak to na mostku skupiały się przeciwieństwa, ale i wspólna odpowiedzialność za trudny do określenia 
fracht statku: z jednej strony był to transportowiec wojskowy, z drugiej zaś statek uchodźców i statek 
szpitalny.  Powleczony  szarą  farbą  okrętów  wojennych  „Gustloff”  stanowił  cel  wymykający  się 
jednoznacznym definicjom. Jeszcze bezpiecznie, jeśli nie liczyć groźby nalotów, stał sobie w basenie 
portowym.  Jeszcze  zasygnalizowany  spór  między  zbyt  wielu  kapitanami  nie  dobiegł  końca.  Jeszcze 
kolejny  kapitan  nie  miał  zielonego  pojęcia  o  statku  wypełnionym  dziećmi  i  żołnierzami,  matkami  i 
junaczkami ze służby pomocniczej marynarki oraz uzbrojonym w działka przeciwlotnicze. 

background image

Do końca grudnia  „S 13” stał w doku bazy Smolny, należącej  do Bałtyckiej Floty spod Czerwonego 
Sztandaru. Kiedy już okręt miał za sobą przegląd techniczny, został zaopatrzony w paliwo, prowiant i 
torpedy, powinien był popłynąć w rajd na wroga, lecz brakowało dowódcy. 
Alkohol i kobiety nie pozwoliły Aleksandrowi Marinesko przerwać pobytu na lądzie i wrócić w porę na 
pokład swojego okrętu przed rozpoczęciem wielkiej ofensywy, która miała ruszyć na kraje bałtyckie i 
Prusy Wschodnie. Poszukiwanie go w burdelach i innych znanych wojskowym gliniarzom melinach nie 
dało rezultatu; okręt nie miał dowódcy. Mówią, że to pontikka, fińska wódka pędzona z ziemniaków, 
pozbawiła go równowagi i wszelkiej pamięci. 
Dopiero  3  stycznia  wytrzeźwiały  Marinesko  zgłosił  się  po  powrocie  w  Turku.  Z  miejsca  został 
przesłuchany  przez  z  podejrzenia  o  szpiegostwo.  Jako  że  zapomniał  wszystkie  etapy  swego 
przeciągniętego  pobytu  na  lądzie,  nie  mógł  na  swoją  obronę  podać  nic  poza  lukami  w  pamięci.  W 
końcu  jego  przełożonemu,  kapitanowi  pierwszej  rangi  Oriełowi,  udało  się  dzięki  usilnemu 
przywoływaniu  najnowszego  rozkazu  operacyjnego  Stalina  odroczyć  posiedzenie  sądu  wojennego. 
Miał on do dyspozycji zbyt mało wypróbowanych dowódców i nie chciał dopuścić do  osłabienia siły 
bojowej  swojego  zespołu.  Gdy  nawet  załoga  „S  13”  włączyła  się  w  prowadzone  postępowanie, 
składając prośbę o ułaskawienie swego kapitana i z punktu widzenia NKWD można było spodziewać 
się  buntu,  Orieł  rozkazał  nieodpowiedzialnemu  tylko  podczas  pobytów  na  lądzie  dowódcy  okrętu 
wypłynąć natychmiast do Hangö, którego port „S 13” opuścił tydzień później. Lodołamacze oczyściły 
tymczasem  tor  wodny.  Okręt  przepływając  koło  szwedzkiej  wyspy  Gotlandii  miał  wziąć  kurs  na 
wybrzeże krajów bałtyckich. 
No cóż, istnieje ten czarno-biały film nakręcony pod koniec lat pięćdziesiątych. Ma tytuł „Noc zapadła 
nad  Gotenhafen”,  a  w  obsadzie  takie  gwiazdy  jak  Brigitte  Horney  i  Sonja  Ziemann.  Reżyser, 
Amerykanin  niemieckiego  pochodzenia  nazwiskiem  Frank  Wisbar,  który  nakręcił  przedtem  film  o 
Stalingradzie,  korzystał  z  rad  specjalisty  od  „Gustloffa”,  Heinza  Schöna.  Nie  dopuszczony  do 
wyświetlania na Wschodzie film szedł ze średnim powodzeniem tylko na Zachodzie i - jak nieszczęsny 
statek - popadł w zapomnienie, w najlepszym razie spoczywa w archiwach. 
Z  przyjaciółką  matki,  Jenny  Brunies,  u  której  jako  licealista  mieszkałem  wówczas  w  Berlinie 
Zachodnim,  na  jej  nalegania  -  „Moja  przyjaciółka  Tulla  powiadomiła  mnie,  jak  bardzo  jej  zależy, 
żebyśmy  razem  wybrali  się  do  kina”  -obejrzałem  to  dzieło  i  byłem  mocno  rozczarowany.  Akcja 
przebiegała  wedle  wciąż  tego  samego  szablonu.  Jak  we  wszystkich  filmach  o  „Titanicu”  również  w 
sfilmowanej  wersji  zagłady  „Gustloffa”  pełna  udręk,  a  na  koniec  heroiczna  historia  miłosna  musiała 
służyć za dodatkowy wątek i zapchajdziurę, jak gdyby zatonięcie przepełnionego statku było nie dość 
zajmujące, wielotysięczna śmierć nie dość tragiczna. 
Romansowe  hocki-klocki  z  czasów  wojny.  W  filmie  „Noc  zapadła  nad  Gotenhafen”,  po  o  wiele  za 
długim  prologu  rozgrywającym  się  w  Berlinie,  Prusach  Wschodnich  i  jeszcze  gdzieś,  uczestnikami 
małżeńskiego trójkąta są: żołnierz na froncie wschodnim jako zdradzany mąż i późniejszy ciężko ranny 
na  statku,  niewierna  żona  z  niemowlęciem,  której  udało  się  dostać  na  pokład,  jako  targana 
sprzecznościami  ponętna  kobieta,  i  beztroski  oficer  marynarki  jako  cudzołożnik,  ojciec  i  wybawca 
niemowlęcia. Co prawda podczas seansu ciotka Jenny w pewnych momentach mogła się popłakać, ale 
zaprosiwszy mnie po kinie do baru Paris na mój pierwszy pernod powiedziała: - Twojej drogiej matce 
chyba film by się nie podobał, ponieważ ani przed, ani po zatonięciu nie pokazano żadnych narodzin... 
- A potem jeszcze dorzuciła: - Właściwie to czegoś tak okropnego w ogóle nie można sfilmować. 
Jestem  całkowicie  pewny,  że  matka  na  pokładzie  nie  miała  koło  siebie  ani  kochanka,  ani  żadnego  z 
moich  domniemanych  ojców.  Być  może,  jak  to  było  i  pozostało  w  jej  zwyczaju,  nawet  w 
zaawansowanej ciąży potrafiła przyciągać uwagę męskiego personelu: ma w sobie jakiś ukryty magnes, 
jak sama mówi: „to coś”. Toteż podobno, ledwie podniesiono kotwice, jeden z rekrutów Kriegsmarine i 
przyszły  podwodniak  -  „taki  tam  blady  chłopaczyna  z  pryszczami  na  gębie”  -  poszedł  z  ciężarną  na 

background image

najwyższy pokład. Wewnętrzny niepokój popychał ją do chodzenia. Marynarz, jak oceniam, był chyba 
w wieku matki, miał te siedemnaście czy niespełna osiemnaście lat, kiedy troskliwie prowadził ją pod 
rękę  po  gładkim  jak  lustro,  bo  pokrytym  lodem  pokładzie  słonecznym.  I  wtedy  matka  swoim 
spojrzeniem,  które  niczego  nie  pomija,  dostrzegła,  że  żurawiki,  bloki  i  zawieszenia  umocowanych  z 
lewej i prawej burty łodzi ratunkowych oraz ich poprowadzone po krążkach liny były zlodowaciałe. 
Ileż to razy słyszałem jej zdanie: - Jak żem to zobaczyła, ganc łyso mnie są zrobiło. - A w Damp, kiedy 
to ubrana na czarno i szczupła stała w otoczeniu starszych panów i wprowadzała mojego syna Konrada 
w  zacieśniony  świat  ocalałych,  doszły  do  mnie  jej  słowa:  -  Naonczas  żem  szkapowała,  że  przez 
oblodzenie,  jakby  co,  to  z  ratunku  niczi  bandą.  Zejszcz  ze  sztatku  żem  chczała.  Jako  opętana  żem 
krzyczała. Ale ju za późno beło... 
Film, który obejrzałem z ciotką Jenny w kinie przy Kantstrasse, nic z tego nie pokazał, ani grud lodu na 
żurawikach  łodzi  ratunkowych,  ani  oblodzonego  relingu,  ani  nawet  kry  w  basenie  portowym. 
Tymczasem  nie  tylko  u  Schöna,  lecz  także  w  kieszonkowym  wydaniu  raportu  Anglików  Dobsona, 
Millera, Payne'a można przeczytać, że 30 stycznia 1945 panowało lodowate zimno: 18 stopni poniżej 
zera. Lodołamacze musiały w Zatoce Gdańskiej przekuć tor wodny. Zapowiadano wzburzone morze i 
sztormowe wiatry. 
Jeśli mimo  to  zastanawiam  się, czy matka nie mogłaby była w porę zejść z pokładu, to podstawę do 
takich  rozważań  stanowi  potwierdzony  fakt,  że  wkrótce  po  wypłynięciu  „Gustloffa”,  którego  z 
oksywskiego  basenu  portowego  wyprowadzały  cztery  holowniki,  w  zawiei  śnieżnej  wyłonił  się 
parowiec przybrzeżny „Reval” i nieuchronnie szedł przeciwnym kursem. Przepełniony uciekinierami z 
Tylży  i  Królewca  statek  płynął  z  Piławy,  ostatniego  portu  Prus  Wschodnich.  Jako  że  na  dolnym 
pokładzie było  za mało miejsca, uciekinierzy stali  ciasno stłoczeni  na górnym.  Jak się miało okazać, 
wielu w trakcie żeglugi zamarzło, zamieniło się w stojące bryły lodu. 
Gdy zatrzymany „Gustloff spuścił kilka trapów, ci, co przeżyli, zostali, jak się im wydawało, uratowani 
przez duży statek; znajdowali luki w stężonym cieple korytarzy i na schodkach. 
Czy matka nie mogłaby była skorzystać z trapu w przeciwnym kierunku? Zawsze umiała zawracać w 
porę.  Taka  okazja!  Dlaczego  z  nieszczęsnego  statku  nie  zejść  na  „Reval”?  Gdyby  mimo  grubego 
brzucha odważyła się zstąpić w dół, to ja urodziłbym się gdzie indziej  - nie wiem, gdzie - na pewno 
jednak później niż 30 stycznia. 
Znów ta przeklęta data. Historia, ściśle biorąc: historia, w której sami maczaliśmy palce, to zapchany 
klozet. Spłukujemy i spłukujemy, a gówno mimo to wypływa. Na przykład ten sakramencki trzydziesty. 
Jak  się  mnie  uczepił,  jak  mnie  napiętnował.  Nic  to  nie  dało,  że  przez  cały  czas,  czy  jako  uczeń  i 
student,  czy  jako  redaktor  gazety  i  mąż,  za  żadne  skarby  nie  chciałem  obchodzić  swoich  urodzin  w 
gronie przyjaciół, kolegów czy rodziny. Wciąż się obawiałem, że na takiej uroczystości może wypłynąć 
-  choćby w toaście -  po trzykroć przeklęte znaczenie trzydziestego, nawet jeśli wyglądało na to, że ta 
utuczona  ponad  wszelką  miarę  data  z  biegiem  lat  zeszczuplała,  zniewinniała,  stała  się  dniem  w 
kalendarzu jak wiele innych. Podporządkowaliśmy przecież słowa obcowaniu z przeszłością: należy ją 
odpokutować, przezwyciężać, poranię się z nią oznacza wysiłek przebolenia. 
Ale potem wyglądało na to, jakby w internecie nadal albo znowu trzydziestego, w święto państwowe, 
trzeba było wywieszać flagi. W każdym razie mój syn ukazywał całemu światu dzień przejęcia władzy 
jako czerwoną kartkę w kalendarzu. Na schwerińskim osiedlu z wielkiej płyty Grosser Dreesch, gdzie 
od  początku  nowego  roku  szkolnego  mieszkał  u  swojej  babki,  w  dalszym  ciągu  działał  jako 
Webmaster. Gabi, moja była, nie chciała stawać na przeszkodzie przeprowadzce naszego syna - z dala 
od przesiąkniętych lewicowością nieustannych matczynych pouczeń, do źródła babcinych podszeptów. 
Co  gorsza  odcięła  się  od  jakiejkolwiek  odpowiedzialności:  „Tylko  patrzeć,  jak  Konrad  skończy 
siedemnaście lat, więc może już decydować sam”. 

background image

Mnie  nikt  nie  pytał.  Oboje  rozstali  się,  jak  to  zostało  powiedziane,  „za  obopólną  zgodą”.  I  tak 
przeprowadzka  znad  Jeziora  Mollneńskiego  nad  Jezioro  Schwerińskie  odbyła  się  bez  hałasu.  Nawet 
zmiana szkoły, „dzięki jego nieprzeciętnym wynikom”, przeszła ponoć gładko, aczkolwiek bardzo mi 
trudno  wyobrazić  sobie  mego  syna  w  stęchłym  zaduchu  szkolnym  Ossich.  -  To  są  uprzedzenia  - 
powiedziała Gabi. - Konny teraz wyżej stawia tamtejszą surową dyscyplinę lekcyjną niż nasz szkolny 
luz.  -  Potem  moja  była  usiłowała  zachować  dystans:  Jako  pedagog  optujący  za  swobodnym 
kształtowaniem  woli  i  otwartą  dyskusją  jest  wprawdzie  zawiedziona,  jako  matka  musi  jednak 
uszanować decyzję syna. Nawet przyjaciółka Konny'ego - w ten sposób dowiedziałem się o mglistym 
istnieniu  tej  asystentki  dentysty  -  potrafi  zrozumieć  jego  postanowienie.  Choć  Rosi  pozostanie  w 
Ratzeburgu, chętnie i możliwie jak najczęściej będzie odwiedzała Konrada. 
Wierny  pozostał  mu  również  partner  od  dialogu.  Dawid,  ów  albo  wyssany  z  palca,  albo  gdzieś  tam 
istniejący  dostarczyciel  bodźców,  nie  przejął  się  przeprowadzką  albo  nie  zwrócił  na  nią  uwagi.  W 
każdym  razie  kiedy  w  chatro-omie  mojego  syna  była  mowa  o  trzydziestym,  po  dłuższej  przerwie 
pojawił  się  znowu  z  niezmiennie  antyfaszystowską  retoryką.  A  i  poza  tym  czatowanie  przebiegało 
wielogłosowo: było albo naładowane protestami, albo ślepo afirmujące. Trwał istny festiwal gadaniny. 
Wkrótce  tematem  stymulującym  było  już  nie  tylko  mianowanie  fułirera  kanclerzem  Rzeszy,  ale  za 
jednym  zamachem  i  urodziny  Wilhelma  Gustloffa:  spór  toczył  się  o,  jak  to  ujął  Konny,  „fakt 
wyznaczony  przez  Opatrzność”:  męczennik  miał  jakoby  wiedziony  przeczuciem  przyjść  na  świat  w 
dniu  przyszłego  przejęcia  władzy.  Tę  bajeczkę  zaserwowano  wszystkim  czatowcom  jako 
opatrznościowe  zrządzenie.  Na  to  realny  czy  też  jedynie  wymyślony  Dawid  naigrawał  się  z 
upolowanego  w  Davos  Goliata:  „Potem  to  również  Opatrzność  sprawiła,  że  statek  ochrzczony 
imieniem twojego słabosilnego partyjniaka zaczął tonąć z całym transportem w jego urodziny i z okazji 
dwunastolecia  puczu  Hitlera;  punktualnie  co  do  minuty  w  dniu  urodzin  Gustloffa  o  dwudziestej 
pierwszej szesnaście rąbnęło trzy razy...” 
Tak to wyglądał ich podział ról: jakby wyćwiczony do perfekcji. A jednak coraz bardziej podawałem w 
wątpliwość moje podejrzenie, że to raz za razem klika wymyślony Dawid, jakiś homunkulus wyplata 
zdania  spod  sztancy,  choćby  takie:  „Dla  was,  Niemców,  Oświęcim  pozostanie  piętnem  winy 
wypalonym  po  wsze  Czasy...”  Albo:  „Ty  jesteś  dobitnym  przykładem  odradzającego  się  zła...”  Albo 
zdania, w których Dawid krył się w liczbie mnogiej: „Nam, Żydom, pozostaje nie kończąca się skarga”. 
- „My, Żydzi, nigdy nie zapomnimy!” Wilhelm przeciwstawiał temu zdania z podręcznika rasizmu, w 
których  „światowe  żydostwo”  rozsiadło  się  wszędzie,  ale  szczególnie  potężnie na nowojorskiej Wall 
Street. 
Odbywała  się  bezlitosna  wymiana  ciosów.  Ale  niekiedy  wypadali  z  roli,  na  przykład  kiedy  mój  syn 
chwalił  siłę  uderzeniową  armii  izraelskiej,  natomiast  Dawid  potępiał  osiedla  żydowskie  na  ziemiach 
palestyńskich jako „agresywną aneksję”. Mogło się także zdarzyć, że obaj nagle ze znajomością rzeczy 
zgodnie  oceniali  mistrzostwa  świata  w  tenisie  stołowym.  Ich  indywidualny,  raz  ostry,  to  znów 
kumplowski  ton  zdradzał,  że  w wirtualnej przestrzeni  spotkało  się dwóch młodych ludzi,  którzy przy 
całej rozdmuchiwanej wrogości mogliby zostać przyjaciółmi. Na przykład, kiedy Dawid tak zaczynał: 
„Halo, ty szczeciniasty nazistowski wieprzu! Twoja rzeźna żydowska świnia podsuwa ci tutaj parę rad, 
jak  można  by  jeszcze  dzisiaj  uczcić  dzień  przejęcia  władzy,  mianowicie  odgrzewanymi  kotletami...” 
Albo  kiedy  Wilhelm  starał  się  być  dowcipny:  „Na  dzisiaj  popłynęło  dość  żydowskiej  krwi.  Twój 
przyboczny kucharz, który chętnie podgrzeje ci koszerny brunatny sos, robi teraz pa, pa! i wyłącza się!” 
Poza  tym  w  związku  z  trzydziestym  obydwu  przychodziły  do  głowy  tylko  rzeczy  od  dawna  znane. 
Wszelako  Konny  miał  nowinę  dla  swego  wrogoprzyjaciela  Dawida:  „Powinieneś  wiedzieć,  że  na 
wszystkich  pokładach  przeznaczonego  na  śmierć  statku  można  było  usłyszeć  ostatnią  mowę  naszego 
ukochanego führera”. 

background image

Tak  było.  Wszędzie  na  „Gustloffie”,  gdzie  tylko  wisiały  głośniki,  Radio  Wielkoniemieckie 
przekazywało przemówienie Hitlera do narodu. I również na oddziale dla ciężarnych i położnic matka, 
która za radą siostry oddziałowej położyła się na łóżku polowym, słyszała niepowtarzalny głos: „Przed 
dwunastu laty, 30 stycznia 1933, w prawdziwie historycznym dniu, Opatrzność w moje ręce złożyła los 
niemieckiego narodu...” 
Potem  gauleiter  Prus  Wschodnich  Koch  rzucił  tuzin  haseł  wzywających  do  wytrwania.  Po  nich 
nastąpiła  muzyka  tragiczna.  Ale  matka  opowiadała  tylko  o  mowie  führera:  -  Jak  fyrer  o  losie  i 
podobnych kawałkach gadał, to po mnie rychtik czarki przechodziły... - A czasem po chwili milczenia 
mówiła: - Jako mowy na czmentarzu tego są szłuchało. 
Wybiegłem naprzód. Transmisję radiową nadano dopiero później. Statek na jako tako spokojnej Zatoce 
Gdańskiej trzymał kurs na koniuszek Półwyspu Helskiego. 
Trzydziesty  wypadł  we  wtorek.  Mimo  długoletniego  przestoju  motory  pracowały  równomiernie. 
Wzburzone morze, zadymka. Na kartki jedzeniowe wydawano na wszystkich pokładach wewnętrznych 
zupę  i  chleb.  Dwa  stawiacze  sieci  przeciwtorpedowych,  które  dla  zabezpieczenia  miały  towarzyszyć 
statkowi  aż  do  Helu,  rychło  nie  radziły  już  sobie  z  coraz  gwałtowniejszą  falą,  trzeba  je  było  drogą 
radiową odwołać. I również przez radio nadeszła wiadomość o porcie przeznaczenia: w Kilonii mieli 
zejść bądź zostać zniesieni z pokładu przyszli podwodniacy z 2. dywizjonu szkolnego, ranni i junaczki 
ze  służby  pomocniczej  marynarki;  wyokrętowanie  uciekinierów  przewidziano  w  porcie  Flensburg. 
Wciąż  jeszcze  panowała  zawieja  śnieżna.  Meldowano  o  pierwszych  przypadkach  morskiej  choroby. 
Gdy  na  redzie  Helu  ukazała  się  także  przepełniona  uciekinierami  „Hansa”,  konwój  prócz  trzech 
obiecanych okrętów eskorty był w komplecie. Ale potem przyszedł rozkaz rzucenia kotwicy. 
Nie  chcę  teraz  wyliczać  wszystkich  powodów,  jakie  doprowadziły  do  tego,  że  zapomniany  przez 
wszystkich,  nie,  wyrugowany  z  pamięci,  nagle  pojawiający  się  jak  widmo  w  internecie  nieszczęsny 
statek kontynuował w końcu żeglugę bez „Hansy”, która miała defekt motoru, pod eskortą tylko dwóch 
okrętów towarzyszących, z których jeden został wkrótce odwołany. Powiem tylko tyle: ledwie maszyny 
statku  ruszyły  na  nowo,  na  mostku  zaczął  się  spór  kompetencyjny.  Czterej  kapitanowie  spierali  się 
między  sobą.  Petersen  i  jego  pierwszy  oficer  -  również  wywodzący  się  z  marynarki  handlowej  - 
dopuszczali jedynie prędkość dwunastu mil morskich na godzinę. Po zbyt długim przestoju więcej od 
statku  wymagać  nie  można.  Jednakże  były  dowódca  u-bootów  Zahn  obawiając  się  ataków  wroga  ze 
znanej sobie pozycji do strzału chciał przyśpieszyć żeglowanie do piętnastu węzłów. Petersen postawił 
na swoim. Potem pierwszy oficer wspierany przez kapitanów Köhlera i Wellera zaproponował, żeby na 
wysokości  Rozewia  popłynąć  co  prawda  zaminowanym,  ale  na  płyciźnie  bezpiecznym  od  okrętów 
podwodnych szlakiem przybrzeżnym, lecz Petersen, tym razem popierany przez Zahna, zdecydował się 
na  oczyszczony  z  min  szlak  przez  głęboką  wodę,  odrzucając  jednak  w  zupełności  radę  wszystkich 
pozostałych kapitanów, żeby płynąć zygzakiem. Tylko prognozy pogody wydawały się bezsporne: wiatr 
zachodnio-północnozachodni, siła sześć do siedmiu, skręcający na zachodni, pod wieczór spadający do 
pięciu. Stan morza cztery, zawieja śnieżna, widoczność jedna do trzech mil morskich, średni mróz. 
O  tym  wszystkim,  o  nieustannych  sprzeczkach  na  mostku,  niewystarczającej  liczbie  okrętów 
zabezpieczających  i  coraz  większym  oblodzeniu  górnego  pokładu  -  działka  przeciwlotnicze  były  już 
niezdatne  do  użytku  -  matka  nic  nie  wiedziała.  Pamiętała,  że  po  mowie  führera  dostała  od  siostry 
oddziałowej  Helgi  pięć  sucharów  i  talerz  ryżu  na  mleku  z  cukrem  i  cynamonem.  Z  sąsiedztwa,  z 
Altany,  słychać  było  jęki  ciężko  rannych.  Na  szczęście  radio  nadawało  muzykę  taneczną,  „skoczne 
melodie”.  Przy  nich  zasnęła.  Ani  śladu  pierwszych  bólów.  Matka  sądziła  przecież,  że  jest  w  ósmym 
miesiącu. 
Nie  tylko  „Gustloff  płynął  w  odległości  dwunastu  mil  morskich  od  pomorskiego  wybrzeża;  sowiecki 
okręt podwodny „S 13” podążał tym samym kursem. Przedtem, wespół z dwiema innymi jednostkami 
Bałtyckiej  Floty spod Czerwonego Sztandaru, w pobliżu miasta portowego Kłajpeda, o które toczyły 

background image

się  walki,  na  próżno  czekał  na  statki  wychodzące  w morze bądź dostarczające posiłków resztkom 4. 
armii. Dzień za dniem na horyzoncie nic się nie pokazywało. W trakcie daremnego stania na czatach 
kapitanowi  „S  13”  mogłoby  było  przychodzić  na  pamięć  toczące  się  przeciwko  niemu  postępowanie 
sądu wojennego, a więc i grożące przesłuchiwanie przez NKWD. 
Wczesnym rankiem 30 stycznia dowiedziawszy się z radiotelegramu, że Armia Czerwona zdobyła port 
w Kłajpedzie, Aleksander Marinesko nie zawiadamiając swego dowództwa wskazał nowy kurs. Kiedy 
„Gustloff”  przy  oksywskim  nabrzeżu  przyjmował  jeszcze  ostatnie  fale  uciekinierów  -  zaokrętowani 
zostali  Pokriefkowie  -  „S  13”  z  czterdziestoma  siedmioma  ludźmi  i  dziesięcioma  torpedami  na 
pokładzie zmierzał w kierunku pomorskiego brzegu. 
Podczas  gdy  w  mojej  relacji  dwa  okręty  zbliżają  się  do  siebie  coraz  bardziej,  ale  nie  dzieje  się  nic 
rozstrzygającego, nadarza się okazja, żeby odnotować codzienne okoliczności bytowania w zakładzie 
karnym  w  Gryzonii.  Tam  w  ów  wtorek,  jak  w  każdy  dzień  pracy,  więźniowie  siedzieli  przy  swoich 
krosnach.  Skazany  na  osiemnaście  lat  więzienia  morderca  dawnego  landesgruppenleitera  NSDAP, 
Wilhelma  Gustloffa,  odsiedział  tymczasem  dziewięć  lat.  Wobec  zdecydowanie  odmienionej  sytuacji 
wojennej  -  ponieważ  ze  strony  Rzeszy  Wielkoniemieckiej  nie  groziło  już  niebezpieczeństwo,  został 
przeniesiony z powrotem do więzienia Sennhof w Chur - uznał on, że ma podstawy do wystąpienia z 
prośbą  o  łaskę,  którą  jednak  w  trakcie  ruchów  okrętów  na  Morzu  Bałtyckim  Sąd  Najwyższy 
Konfederacji Szwajcarskiej odrzucił. Ale nie tylko Dawid Frankfurter, także statek nazwany imieniem 
jego ofiary nie znalazł łaski. 
 
 
 

 
Mówi,  że  moja  relacja  ciąży  ku  noweli.  Nie  będę  się  przejmował  literackimi  ocenami.  Ja  tylko 
relacjonuję: Tamtego dnia, który z woli Opatrzności czy jakiegoś innego speca od kalendarza miał być 
ostatnim  dniem  statku,  Rzesza  Wielkoniemiecka  zdążała  już  do  upadku.  Dywizje  Brytyjczyków  i 
Amerykanów  znajdowały  się  w  okolicach  Akwizgranu.  Nasze  przetrzebione  u-booty  donosiły 
wprawdzie o zatopieniu trzech frachtowców na Morzu Irlandzkim, ale na froncie reńskim rósł napór na 
Colmar.  Na  Bałkanach  w  rejonie  Sarajewa  przybierała  na  sile  działalność  partyzancka.  Z  duńskiej 
Jutlandii wycofano 2. Dywizję Strzelców Górskich dla wzmocnienia wschodnich odcinków frontu. W 
Budapeszcie, gdzie z każdym dniem pogarszała się sytuacja zaopatrzeniowa, front przebiegał tuż koło 
zamku.  Wszędzie  po  obu  stronach  pozostawali  zabici,  zbierano  blaszki  rozpoznawcze  i  rozdawano 
odznaczenia. 
Co jeszcze się działo poza tym, że nie pojawiły się obiecywane nowe bronie? Na Dolnym Śląsku udało 
się  odeprzeć  natarcie  pod  Głogowem,  natomiast  wokół  Poznania  sytuacja  się  zaostrzała.  A  pod 
Chełmnem jednostki sowieckie sforsowały Wisłę. W Prusach Wschodnich wróg dotarł do Barsztyna i 
Biskupca. Do tego dnia, który niczym się nie wyróżniał, zdołano wyprawić z Piławy sześćdziesiąt pięć 
tysięcy cywili i wojskowych. Wszędzie dokonywano bohaterskich czynów godnych pomnika. Zanosiło 
się  na  dalsze.  Podczas  gdy  „Wilhelm  Gustloff”,  płynąc  obranym  kursem  na  Zachód,  zbliżał  się  do 
Ławicy Słupskiej, a okręt podwodny „S 13” nadal był złakniony zdobyczy, w nocnym nalocie na rejon 
Hamm, Bielefeld i Kassel uczestniczyło tysiąc sto czteromotorowych bombowców nieprzyjaciela, zaś 
amerykański prezydent już opuścił Stany Zjednoczone; Roosevelt był w drodze na konferencję w Jałcie 
na  Półwyspie  Krymskim,  gdzie  ten  chory  człowiek  chciał  się  spotkać  z  Churchillem  i  Stalinem,  aby 
wytyczając nowe granice przygotować pokój. 
Na temat tej konferencji i późniejszej, w Poczdamie, kiedy to Roosevelt już nie żył i prezydentem był 
Truman,  znalazłem  w  internecie  strony  nienawiści  i  na  Website  mego  wszechwiedzącego  syna  dość 

background image

zdawkowy  komentarz:  „W  taki  sposób  rozparcelowano  nasze  Niemcy”  oraz  mapę  Rzeszy 
Wielkoniemieckiej  z  zaznaczonymi  stratami  terytorialnymi.  Następnie  syn  spekulował,  jakie  to  cuda 
mogłyby  się  zdarzyć,  gdyby  młodzi,  bliscy  już  końca  szkolenia  marynarze  na  pokładzie  „Gustloffa” 
dotarli  szczęśliwie  do  Kilonii,  portu  przeznaczenia,  i  tworząc  załogi  dwunastu  lub  więcej  u-bootów 
nowej,  bajecznie  szybkiej,  w  dodatku  niemal  całkowicie  bezszelestnej  serii  XXIII,  wzięli  z 
powodzeniem  udział  w  walce.  Na  jego  liście  życzeń  figurowały  same  bohaterskie  wyczyny  i 
komunikaty nadzwyczajne. Nie znaczy to, że Konny roił poniewczasie o ostatecznym zwycięstwie, był 
jednak  pewien,  że  gdyby  nawet  te  cudowne  okręty  podwodne  zostały  zniszczone  przez  bomby 
głębinowe, młodym podwodniakom byłaby pisana lepsza śmierć niż godne politowania utopienie się na 
wysokości  Ławicy  Słupskiej.  Również  jego  oponent  Dawid  zgodził  się  ze  zróżnicowaną  oceną 
rodzajów śmierci, potem jednak wyłożył w sieci swoje obiekcje: „W każdym razie wybierać chłopaki 
nie mogli. Tak czy owak nie mieli szans, żeby najnormalniej w świecie dorosnąć...” 
Mam przed sobą zdjęcia gromadzone dziesiątkami lat przez ocalałego z katastrofy asystenta płatnika: 
wiele  formatu  legitymacyjnego  i  jedno  duże  ukazujące  wszystkich  marynarzy-uczestników 
czteromiesięcznego zazwyczaj kursu w 2. dywizjonie szkolnym u-bootów, którzy stanęli w ordynku na 
pokładzie  słonecznym,  ażeby  powitać  komandora  podporucznika  Zahna  i  po  komendzie  „Spocznij!” 
przyjąć  swobodniejszą  postawę.  Na  tej  szerokoformatowej  fotografii  można  się  doliczyć  przeszło 
dziewięciuset, ku rufie coraz bardziej malejących, marynarskich czapek i jako tako rozróżnić twarze aż 
do  siódmego  rzędu.  W  głębi  uszeregowana  masa.  Jednakże  ze  zdjęć  legitymacyjnych  spoglądają  na 
mnie  raz  za  razem  umundurowani  mężczyźni,  których  młodzieńcze  rysy  są  co  prawda  różne,  ale  na 
ogół  wydają  się  jeszcze  nie  ukształtowane.  Mają  pewnie  po  osiemnaście  lat.  Kilku  chłopaków 
sfotografowanych  w  mundurze  w  ostatnich  miesiącach  wojny  jest  jeszcze  młodszych.  Mój  syn, 
tymczasem  siedemnastoletni,  mógłby  być  jednym  z  nich,  chociaż  Konny  ze  względu  na  okulary  nie 
bardzo by się nadawał do podwodnej służby. 
Wszyscy  noszą  swoje  -  trzeba  przyznać:  twarzowe  marynarskie  czapki  okolone  wstążką  z  napisem 
Kriegsmarine na ukos, przeważnie lekko przechylone w prawo. Widzę zaokrąglone, pociągłe, kanciaste 
jak i pucołowate twarze kandydatów na śmierć. Mundur to ich cała duma. Patrzą na mnie poważnie, jak 
gdyby przeczuwając, że to ich ostatnia sfotografowana mina. 
Nieliczne  dostępne  mi  zdjęcia  trzystu  siedemdziesięciu  trzech  zaokrętowanych  junaczek  ze  służby 
pomocniczej  marynarki  wydają  się  bardziej  cywilne,  mimo  założonych  na  bakier  furażerek  z 
powyginanym  na  przodzie  stylizowanym  niemieckim  orłem.  Staranne  fryzury  młodych  dziewczyn  - 
wiele  zapewne  po  wiecznej  lub  wodnej  ondulacji  -  zwijają  się  w  loki,  opadają  modnie  podkręcone. 
Trochę  dziewczyn  mogło  być  zaręczonych,  kilka  -  zamężnych.  Dwie  lub  trzy,  które  z  gładko 
opadającymi  włosami  działają  na  mnie  chłodną  zmysłowością,  są  podobne  do  mojej  byłej.  Taką 
ujrzałem  Gabi,  kiedy  z  pewnym  zapałem  studiowała  w  Berlinie  Zachodnim  pedagogikę  i  z  miejsca 
przyprawiła mnie o zawrót głowy. Prawie wszystkie junaczki wyglądają na pierwszy rzut oka ładnie, a 
nawet ślicznie, u kilku występuje wczesna skłonność do podwójnego podbródka. Spoglądają z mniejszą 
powagą niż chłopaki. Każda z patrzących na mnie uśmiecha się nie podejrzewając niczego złego. 
Jako  że  spośród  grubo  ponad  czterech  tysięcy  niemowląt,  dzieci,  nastolatków  na  pokładzie 
nieszczęsnego  statku  uratowała  się  niespełna  setka,  tylko  przypadkiem  trafiały  się  ich  fotografie, 
ponieważ  wraz  ze  statkiem  przepadł  uciekinierski  bagaż,  a  w  nim  albumy  z  fotografiami  rodzin 
zbiegłych z Prus Wschodnich i Zachodnich, Gdańska i Gotenhafen. Widzę dziecięce buzie z tamtych 
lat. Dziewczynki z warkoczami i kokardami we włosach, chłopcy z przedziałkiem po lewej lub prawej 
stronie.  Po  niemowlętach,  i  tak  wyglądających  ponadczasowo,  nie  ma  prawie  żadnego  śladu. 
Zachowane zdjęcia matek, dla których Bałtyk stał się grobem, i tych niewielu, które ocalały, z reguły 
bez  swych  dzieci,  powstały  na  długo  przed  katastrofą  albo  wiele  lat  po  niej,  „psztryknięte”  z  okazji 

background image

rodzinnych uroczystości, jak mówi matka, która nie ma żadnej fotografii - podobnie jak i ja - z wieku 
niemowlęcego. 
Nie uchowały się także podobizny owych starych mężczyzn i kobiet, mazurskich chłopów i chłopek, 
emerytowanych  urzędników,  wesołych  wdówek  i  wysłużonych  rzemieślników,  tysięcy  otumaniałych 
okropnościami ucieczki starowin i staruchów, którzy zdołali dostać się na pokład. Przy wchodzeniu na 
statek  na  oksywskim  nabrzeżu  zatrzymywano  wszystkich  mężczyzn  w  średnim  wieku,  ponieważ 
mogliby  się  nadać  do  ostatnich  zaciągów  volksszturmu.  Pomiędzy  ocalonymi  nie  było  prawie  ludzi 
sędziwych,  pań  w  podeszłym  wieku.  I  żadna  fotografia  nie  daje  świadectwa  o  ciężko  rannych 
uczestnikach walk w Kurlandii, którzy łóżko przy łóżku leżeli w Altanie. 
Do  garstki  uratowanych  ludzi  starszych  należał  kapitan  statku  Petersen,  dobrze  po  sześćdziesiątce. 
Wszyscy czterej kapitanowie o godzinie dwudziestej pierwszej stali na mostku i kłócili się, czy słuszne 
było  zapalenie  świateł  pozycyjnych  na  rozkaz  Petersena,  tylko  dlatego  że  wkrótce  po  osiemnastej 
nadeszła  radiotelegramem  wiadomość  o  płynącej  z  naprzeciwka  grupie  poławiaczy  min.  Zahn  był 
przeciwny. Tak samo drugi oficer nawigacyjny. Wprawdzie Petersen kazał wygasić kilka lamp, ale nie 
światła burtowe. Tak więc po części tylko zaciemniony statek, eskortowany tymczasem jedynie przez 
torpedowiec  „Löwe”,  zmagając  się  w  zanikającej  śnieżycy  z  silnym  falowaniem,  utrzymywał  kurs  i 
zbliżał  się  do  zaznaczonej  na  wszystkich  morskich  mapach  Ławicy  Słupskiej.  Zapowiadany  średni 
mróz oznaczał osiemnaście stopni poniżej zera. 
Podobno  to  pierwszy  oficer  sowieckiego  okrętu  podwodnego  „S  13”  wypatrzył  dalekie  światła 
pozycyjne.  Bez  względu  na  to,  kto  złożył  meldunek,  w  wieżyczce  płynącego  na  powierzchni  okrętu 
natychmiast pojawił się Marinesko. Jak wieść niesie, do obszytej futrem czapki, uszanki, nosił wbrew 
przepisom  nie  watowany  płaszcz,  służbowy  strój  oficerów  okrętów  podwodnych,  lecz  narzucony  na 
ramiona wyplamiony smarem kożuch. 
W  zanurzeniu,  podczas  długiej  żeglugi  na  napędzie  elektrycznym,  kapitana  informowano  tylko  o 
dźwiękach  wydawanych  przez  małe  statki.  Na  wysokości  Helu  Marinesko  rozkazał  wynurzyć  się  na 
powierzchnię. Ruszyły dieslowskie silniki. Dopiero teraz usłyszano odgłosy statku 
napędzanego  przez  bliźniacze  śruby.  Nagła  śnieżyca  dawała  okrętowi  osłonę,  ale  utrudniała 
widoczność.  Kiedy  zamieć  zelżała,  dostrzeżono  kontury  oszacowanego  na  dwadzieścia  tysięcy  ton 
statku do przewozu wojsk i towarzyszącego mu torpedowca. Nastąpiło to od strony morza, z widokiem 
na prawą burtę transportowca i pomorskie wybrzeże, które można było sobie tylko wyobrazić. Na razie 
nic wielkiego się nie działo. 
Mogę  się  tylko  domyślać,  co  skłoniło  kapitana  „S  13”  do  opłynięcia,  na  dużej  prędkości,  statku 
transportowego i eskortującego okrętu ryzykownym manewrem od tyłu, aby potem od strony wybrzeża, 
mając pod sobą niespełna trzydzieści metrów głębokości, szukać pozycji do ataku. Wedle późniejszych 
wypowiedzi  chciał  on  dopaść,  gdziekolwiek  się  da,  „faszystowskich  łotrów”,  którzy  najechali  i 
spustoszyli jego ojczyznę; dotychczas mu to nie wychodziło. 
Od dwóch tygodni poszukiwanie zdobyczy nie przynosiło rezultatu. Ani w pobliżu Gotlandii, ani nie 
opodal portów w Windawie i Kłajpedzie nic się nie nawinęło. Żadna z dziesięciu torped na pokładzie 
nie  opuściła  wyrzutni.  Na  dodatek  niezawodnemu  tylko  na  morzu  kapitanowi  doskwierała  chyba 
obawa, że jeśli wróci z niczym do bazy w Turku czy Hangö, z miejsca stanie przed sądem wojennym, 
którego  domagało  się  NKWD.  Można  było  mu  zarzucić  nie  tylko  ostatnią  pijacką  eskapadę  i 
wykraczające  poza  przewidziany  przepustką  czas  przebywanie  w  fińskich  burdelach;  ciążyło  na  nim 
podejrzenie  o  szpiegostwo,  a  tego  obwinienia,  które  od  połowy  lat trzydziestych stało się w Związku 
Sowieckim  narzędziem  czystek,  nie  sposób  było  odeprzeć.  W  najlepszym  razie  mogło  go  uratować 
jakieś spektakularne osiągnięcie. 
Po blisko dwóch godzinach nawodnej żeglugi manewr uchylający został zakończony. „S 13” poruszał 
się  teraz  równolegle  z  nieprzyjacielskim  obiektem,  który  ku  zdziwieniu  obsady  wieżyczki,  mimo 

background image

zapalonych  świateł  pozycyjnych,  nie  płynął  zygzakiem.  Jako  że  śnieżyca  całkowicie  ustała,  groziło 
niebezpieczeństwo,  iż  rozstąpi  się  pokrywa  chmur  i  w  świetle  księżyca  znajdzie  się  nie  tylko 
transportowy olbrzym i eskortujący go okręt, ale i okręt podwodny. 
Mimo to Marinesko podtrzymał decyzję o ataku nawodnym. Dla „S 13” korzystny okazał się fakt, że 
aparatura do namierzania łodzi podwodnych na torpedowcu „Löwe” - o czym na „S 13” nikt nie mógł 
mieć pojęcia - była oblodzona i nie odbierała żadnych sygnałów. Angielscy autorzy Dobson, Miller i 
Payne  w  swojej  książce  wychodzą  z  założenia,  że  sowiecki  dowódca  długo  ćwiczył  praktykowaną 
przez  niemieckie  u-booty  na  Atlantyku  metodę  ataku  nawodnego  i  mając  na  względzie  ich  sukcesy 
chciał  wreszcie  zastosować  ją  sam;  atak  nawodny  pozwala  przy  lepszej  widoczności  na  szybsze 
poruszanie się i większą celność. 
Marinesko wydał rozkaz napełnienia balastów wodą zaburtową aż do momentu, kiedy kadłub łodzi był 
już niewidoczny i tylko wieżyczka wystawała z nadal wzburzonego morza. Na krótko przed atakiem z 
mostku  namierzonego  obiektu  wystrzelono  jakoby  rakietę  świetlną  i  widziano  rzekomo  sygnały 
migaczy, ale źródła niemieckie - raporty ocalałych kapitanów - tego nie potwierdzają. 
„S 13” zbliżał się zatem bez przeszkód do lewej burty upatrzonego celu. Na polecenie dowódcy cztery 
torpedy  dziobowe  w  wyrzutniach  zostały  nastawione  na  głębokość  trzech  metrów.  Szacunkowa 
odległość od nieprzyjacielskiego obiektu wynosiła sześćset metrów. W peryskopie dziób statku znalazł 
się  na  przecięciu  nitek  celowniczych.  Według  czasu  moskiewskiego  była  dwudziesta  trzecia  cztery, 
według niemieckiego równo dwie godziny wcześniej. 
Zanim  jednak  na  tym  miejscu  padnie  rozkaz  kapitana  Marinesko:  „Pal!”  i  już  nie  będzie  można  go 
cofnąć,  trzeba  włączyć  do  mojej  relacji  przekazaną  tradycją  legendę.  Zanim  „S  13”  opuściła  port  w 
Hangö, bosman nazwiskiem Pichur ozdobił wszystkie torpedy wymalowanymi pędzlem dedykacjami, 
w  tym  i  te  cztery  gotowe  do  wystrzelenia.  Pierwsza  była  przeznaczona  „Za  Ojczyznę”,  torpeda  w 
drugiej  rurze  -  „Za  Stalina”,  w  rurach  trzeciej  i  czwartej  dedykacje  wypisane  na  śliskiej  jak  węgorz 
powierzchni brzmiały: „Za naród sowiecki” i „Za Leningrad”. 
Tak zadedykowane trzy z czterech torped - ta poświęcona Stalinowi utknęła w rurze i trzeba ją było w 
pośpiechu  rozbroić  -  po  wydanym  w  końcu  rozkazie  pomknęły  ku  bezimiennemu  z  perspektywy 
Marinesko  statkowi,  gdzie  na  oddziale  dla  położnic  i  ciężarnych  przy  cichej  muzyce  z  radia  matka 
wciąż jeszcze spała. 
Podczas gdy trzy opatrzone napisami torpedy mkną do celu, kusi mnie, żeby wyobrazić sobie sytuację 
na „Gustloffie”. Łatwo odnaleźć junaczki ze służby pomocniczej marynarki, które zaokrętowały się na 
ostatku i zostały zakwaterowane w pozbawionym wody basenie pływackim, a także w sąsiadujących z 
nim  pomieszczeniach  schroniska  młodzieżowego,  przeznaczonego  dawniej  dla  wysyłanych  na 
wakacyjne  rejsy członków Hitlerjugend i  BDM.  Stłoczone siedzą w kucki  i  leżą. Fryzury jeszcze się 
trzymają.  Ale  nie  ma  już  śmiechu,  nie  ma  sympatycznych  czy  złośliwych  ploteczek.  Kilka  cierpi  na 
morską chorobę. Tam i wszędzie indziej, na korytarzach poszczególnych pokładów, w niegdysiejszych 
salach  balowych  i  jadalnych  czuć  wymiocinami.  Toalety,  i  tak  zbyt  nieliczne  jak  na  tę  masę 
uciekinierów  i  osób  związanych  z  marynarką,  są  zapchane.  Wentylatory  nie  nadążają  z  wysysaniem 
fetoru wraz ze zużytym powietrzem. Od wypłynięcia statku wszyscy zgodnie z rozkazem powinni mieć 
na  sobie  rozdane  kamizelki  ratunkowe,  ale  z  powodu  coraz  większego  gorąca  wielu  podróżnych 
zdejmuje  zbyt  ciepłą  bieliznę  i  również  kamizelki.  Starcy  i  dzieci  narzekają  cicho.  Nie  ma  już 
nadawanych przez głośniki komunikatów. Wszystkie hałasy przytłumione. Zrezygnowane wzdychanie i 
pojękiwanie. Wyobrażam sobie nie nastrój zagłady, lecz raczej jego preludium, zakradający się strach. 
Tylko na mostku kapitańskim, po odbytej kłótni, nastrój był ponoć do pewnego stopnia optymistyczny. 
Czterej  kapitanowie  sądzili,  że  docierając  do  Ławicy  Słupskiej  mają  za  sobą  największe 
niebezpieczeństwo.  W  kabinie  pierwszego  oficera  dowództwo  zasiadło  do  posiłku:  grochówka  z 
wkładką  mięsną.  Potem  komandor  Zahn  kazał  stewardowi  podać  koniak.  Nadarzyła  się  okazja,  żeby 

background image

wypić  za  szczęśliwy  rejs.  U  stóp  swego  pana  spał  owczarek  Hassan.  Na  mostku  pełnił  służbę  tylko 
kapitan Weiler. A tu czas upływał. 
Od dziecka mam w uszach zdanie matki:  - Glajch żem są przebudziła, jak pierwszy raz pieprznęło, a 
potem jesz raz i jesz... 
Pierwsza  torpeda  ugodziła  dziób  statku  głęboko  pod  linią  wodną,  tam,  gdzie  znajdowały  się 
pomieszczenia  załogi.  Kto  zszedł  z  wachty,  żuł  kawałek  chleba  albo  spał  na  swojej  koi  i  przeżył 
wybuch, nie uszedł jednak z życiem, ponieważ zaraz po pierwszym meldunku o uszkodzeniach kapitan 
Weiler kazał zamknąć automatycznie wszystkie grodzie do części dziobowej, żeby zapobiec szybkiemu 
zatonięciu przez dziób; akcję ratowniczą „Zamykanie grodzi” ćwiczono na krótko przed wypłynięciem. 
Wśród spisanych na straty marynarzy i chorwackich ochotników było wielu przygotowanych w czasie 
ćwiczeń do sprawnego obsadzania i spuszczania łodzi ratunkowych. 
Nikt nie wie, co zdarzyło się nagle, z poślizgiem, ostatecznie w odciętej części statku. 
Zapadło  mi  w  pamięć  również  następne  zdanie  matki:  -  Za  drugim  pieprznięczem  to  żem  z  łóżka 
zleczała, taką moc miało... - Ta torpeda z trzeciej rury nosząca na gładkiej powierzchni dedykację: „Za 
naród  sowiecki”  wybuchła  pod  basenem  pływackim  na  pokładzie  E.  Przeżyły  tylko  dwie  albo  trzy 
junaczki  ze  służby  pomocniczej  marynarki.  Mówiły  później  o  zapachu  gazu  i  dziewczynach 
rozszarpanych na strzępy przez odłamki roztrzaskanej szklanej mozaiki na przedniej ścianie kąpieliska 
i kafelki basenu. Na powierzchni szybko przybierającej wody widziało się dryfujące ciała i ich części, 
kanapki  i  inne  resztki  kolacji,  także  puste  kamizelki  ratunkowe.  Prawie  nikt  nie  krzyczał.  Potem 
wysiadło  światło.  Dwie  albo  trzy  dziewczyny,  których  zdjęć  legitymacyjnych  nie  mam,  zdołały 
uratować  się  na  razie  wyjściem  awaryjnym,  za  którym  strome  żelazne  schody  prowadziły  na  wyżej 
położone pokłady. 
A matka mówiła jeszcze, że „za trzeczim dopiero pieprznięczem” doktor Richter był przy położnicach i 
ciężarnych. - A wtedy to ju są piekło rozpętało! - wołała za każdym razem, ilekroć jej opowiadana w 
nieskończoność historia dochodziła do „numeru trzy”. 
Ostatnia  torpeda  trafiła  w  maszynownię.  Nie  tylko  stanęły  silniki  statku,  nawaliło  też  oświetlenie 
wewnętrzne  pokładów  i  cała  technika.  Odtąd  wszystko  rozgrywało  się  w  ciemnościach.  W 
ostateczności  włączone  po  paru  minutach  światła  awaryjne  pozwalały  jako  tako  orientować  się  w 
chaosie narastającej paniki we wnętrzu statku o długości dwustu metrów i wysokości dziesięciu pięter, 
z  którego  nie  można  było  nadać  sygnałów  SOS:  odmówiły  posłuszeństwa  także  urządzenia 
radiotelegrafu.  Tylko  z  torpedowca  „Löwe”  szło  w  eter  wielokrotnie  powtarzane  wołanie:  „Gustloff 
tonie trafiony trzema torpedami!” Na przemian z tą wiadomością podawano drogą radiową bez końca, 
godzinami  położenie  tonącego  statku:  Pozycja  Ustka.  55  stopni  07  północ  -  17  stopni  42  wschód. 
Prosimy o pomoc...” 
Na  „S  13”  trafienia  i  dostrzegalne  wkrótce  tonięcie  zaatakowanego  obiektu  zostało  przyjęte  z 
powściąganą  radością.  Kapitan  Marinesko  wiedząc,  że  w  bliskości  wybrzeża,  zwłaszcza  nad  Ławicą 
Słupską,  nie  bardzo  można  było  się  uchronić  przed  bombami  głębinowymi,  rozkazał  przejść  z 
częściowego  zanurzenia  na  całkowite.  Przedtem  trzeba  było  jeszcze  rozbroić  torpedę  pozostałą  w 
wyrzutni  numer  dwa;  ponieważ  utkwiła  w  niej  gotowa  do  detonacji,  z  włączonym  silnikiem 
napędowym,  najlżejsze  wstrząsy  mogły  spowodować  wybuch.  Na  szczęście  nie  doszło  do  rzucania 
bomb  głębinowych.  Torpedowiec  „Löwe”,  przy  wyłączonym  silniku,  obszukiwał  reflektorami 
śmiertelnie trafiony statek. 
Na  naszym  globalnym  placu  zabaw,  w  wychwalanym  miejscu  ostatniej  z  możliwych  międzyludzkiej 
komunikacji,  sowiecka  łódź  podwodna  „S  13”  na  bliskiej  mi  ze  względów  rodzinnych  Website 
otrzymała  kategorycznie  brzmiącą  nazwę  „łodzi  mordu”.  A  załoga  tego  okrętu  Bałtyckiej Ploty spod 
Czerwonego Sztandaru została potępiona jako  „mordercy dzieci  i  kobiet”. W internecie mój syn grał 
rolę  sędziego.  Zastrzeżenia  jego  wrogoprzyjaciela  Dawida,  któremu  przyszło  do  głowy  jedynie 

background image

ponowne  uruchomienie  swego  antyfaszystowskiego  młynka  modlitewnego  z  powołaniem  się  na 
obecność  na  statku  wysokich  rangą  nazistów  i  wojskowych  oraz  trzydziestomilimetrowe  działka 
przeciwlotnicze  na  pokładzie  słonecznym,  nie  dotrzymywały  kroku  zalewowi  komentarzy 
napływających teraz ze wszystkich kontynentów. Czatowcy zgłaszali się przeważnie po niemiecku, z 
domieszką  okruchów  angielszczyzny.  Tradycyjne  przejawy  nienawiści,  ale  i  pobożne  nawiązania  do 
Apokalipsy  wypełniały  mój  ekran.  Wykrzykniki  po  bilansie  okropności.  Pośród  nich  dla  porównania 
liczby ofiar innych morskich katastrof. 
Często  filmowany  dramat  „Titanica”  starał  się  utrzymać  pierwszeństwo.  Za  nim  szło  zatonięcie 
„Lusitanii”,  zatopionej  w  pierwszej  wojnie  światowej  przez  niemieckiego  u-boota,  co  spowodowało 
bądź  przyśpieszyło  przystąpienie  USA  do  wojny.  Jakiś  odosobniony  głos  dorzucił  zatopienie  przez 
angielskie bombowce zapełnionego więźniami kacetu statku „Cap Arcona” w Zatoce Neustadzkiej; to 
zdarzenie  nastąpiło  w  wyniku  pomyłki  na  parę  dni  przed  końcem  wojny  i  teraz  w  internecie  z 
siedmioma tysiącami zabitych wysunęło się na czoło tabeli. Potem zrównał się z nim „Goya”*. Ale w 
całej  rywalizacji  między  podawanymi  przez  czatowców  liczbami  zwyciężył  ostatecznie  „Gustloff”. 
Mojemu  synowi  z  właściwą  sobie  gorliwą  skrupulatnością  udało  się  na  swej  website  wprowadzić 
zapomniany  statek  i  jego  ludzki  fracht  do  rozproszonej  świadomości  świata,  ażeby  w  postaci 
szkicowego rysunku z zaznaczonymi trzykrotnie gwiazdką trafieniami torped rzucał się w oczy i odtąd, 
jako katastrofa sama w sobie, nosił miano o globalnym znaczeniu. 
 

* trzy tygodnie przed upadkiem III Rzeszy, 16 kwietnia 1945 r, transportowiec „Goya” z ok. 7000 uchodźców niemieckich z 
rejonu  Zatoki  Gdańskiej  i  nieustaloną  liczbą  rannych  żołnierzy,  wypłynął  z  Helu  kierując  się  do  Danii.  Kilka  minut  po 
północy został trafiony dwoma torpedami wystrzelonymi z radzieckiej łodzi podwodnej L-3, przełamał się na pół i zatonął w 
ciągu czterech minut. Uratowało się 183 osoby. 
Jedenaście dni po zatopieniu „Wilhelma Gustloffa”, prawie w tym samym miejscu, w przeciągu siedmiu minut poszedł na 
dno okręt szpitalny „General Stauben” trafiony dwoma torpedami wystrzelonymi również przez S 13. Zginęło ok. 3500 osób 
z ok. 5000 rannych i uchodźców na pokładzie. 

 
Ale z tym, co 30 stycznia 1945 od godziny dwudziestej pierwszej szesnaście faktycznie działo się na 
„Wilhelmie  Gustloffie”,  liczby  prześcigające  się  w  cyberprzestrzeni  niewiele  miały  wspólnego.  To 
raczej Frankowi Wisbarowi w czarno-białym filmie „Noc zapadła nad Gotenhafen”, mimo nadmiernie 
rozciągniętej  ekspozycji,  udało  się  uchwycić  coś  z  paniki,  jaka  wybuchła  na  wszystkich  pokładach, 
kiedy to po trzech trafieniach statek, z natychmiast zalanym dziobem, przechylił się na lewą burtę. 
Zemściły  się  zaniedbania.  Dlaczego  i  tak  zbyt  nieliczne  łodzie  ratunkowe  nie  zostały  przezornie 
oczyszczone? Dlaczego nie odladzano regularnie żurawików i  talii? Na dobitek brakowało personelu 
odciętego na przodzie statku, być może jeszcze żyjącego. Rekruci Kriegsmarine z dywizjonu szkolnego 
nie byli zaprawieni w obsługiwaniu łodzi ratunkowych. Oblodzony pokład słoneczny, będący zarazem 
pokładem  łodziowym,  gładki  jak  lustro,  przechylając  się  sprawił,  że  masa  ludzi  napierających  z 
górnych  pokładów  zaczęła  się  ześlizgiwać.  Już  pierwsi,  nie  mając  oparcia,  znaleźli  się  za  burtą.  Nie 
każdy wpadał do wody w kamizelce ratunkowej. W panice wiele osób decydowało się teraz skakać. Ze 
względu  na  gorąco  panujące  wewnątrz  statku  większość  z  tych,  co  parli  na  pokład  słoneczny,  była 
ubrana  za  lekko,  żeby  przy  osiemnastu  stopniach  poniżej  zera  w  powietrzu  i  odpowiednio  niskiej 
temperaturze wody - było to dwa czy trzy stopnie plus? - przeżyć szok termiczny. Mimo to skakali. 
Z  mostku  nadeszły  tymczasem  rozkazy,  żeby  wszystkich  napierających  skierować  na  oszklony  dolny 
pokład  spacerowy,  pozamykać  jego  drzwi  i  strzec  ich  z  bronią  w  ręku  w  nadziei  na  statki,  które 
przybędą  z  pomocą.  To  polecenie  zostało  ściśle  wykonane.  Niebawem  witryna  o  długości  stu 
sześćdziesięciu sześciu metrów, obiegająca prawą i lewą burtę, więziła z górą tysiąc ludzi. Dopiero pod 
sam koniec, kiedy było za późno, na kilku odcinkach spacerowego oszklenia pękły szyby z pancernego 
szkła. 

background image

Tego jednak, co działo się we wnętrzu statku, nie da się opowiedzieć. Zdanie matki odnoszące się do 
wszystkiego, co jest nie do opisania: „Szłów na to ni mam...” mówi to, co ja mętnie myślę. Nie próbuję 
zatem wyobrażać sobie grozy i wtłaczać okropności w wymuskane obrazy, jakkolwiek mój pracodawca 
naciska  teraz  na  mnie,  żebym  przedstawiał  jeden  po  drugim  pojedyncze  losy,  żebym  z  epicko 
zamaszystym spokojem i wytężoną intuicją zatoczył wielki łuk i w ten sposób, słowami horroru, oddał 
sprawiedliwość rozmiarom katastrofy. 
Próbował tego dokonać czarno-biały film przy pomocy obrazów powstałych w studiach filmowych na 
tle dekoracji. Widać napierający tłum, zatłoczone korytarze, walkę o każdy stopień schodów na górę, 
widać  przebranych  statystów  jako  ludzi  uwięzionych  na  zamkniętym  pokładzie  spacerowym,  czuć 
przechył statku, widać, jak woda się podnosi, widać pływających we wnętrzu statku, widać tonących. I 
widać  na  filmie  dzieci.  Dzieci  rozdzielone  z  matkami.  Dzieci  z  dyndającą  lalką  w  dłoni.  Dzieci 
zabłąkane w już opustoszałych korytarzach. Na zbliżeniu oczy poszczególnych dzieci. Ale nie dało się, 
jedynie ze względu na koszty, sfilmować przeszło czterech tysięcy niemowląt, dzieci i nastolatków, dla 
których  nie  było  ocalenia,  pozostali  oni  i  pozostaną  abstrakcyjną  liczbą,  jak  te  wszystkie inne liczby 
idące  w  tysiące,  setki  tysięcy,  miliony,  które  zarówno  wówczas,  jak  i  dzisiaj  można było  i  można w 
dalszym  ciągu  szacować  tylko  z  grubsza.  Jedno  zero  na  końcu  mniej  czy  więcej,  cóż  to  znaczy:  w 
statystykach za rzędami liczb niknie śmierć. 
Ja mogę tylko relacjonować to, co w innym miejscu zostało zacytowane jako wypowiedzi ocalałych. Na 
szerokich schodach i wąskich schodkach rozdeptywano starców i dzieci. Każdy był dla siebie swoim 
bliźnim. Przewidujący starali się ubiec śmierć. Opowiadają o oficerze z kadry instruktorskiej, który w 
przydzielonej  sobie  kabinie  rodzinnej  zastrzelił  ze  służbowego  pistoletu  najpierw  troje  dzieci,  potem 
żonę, a na koniec siebie. Podobne rzeczy mówią o partyjnych bonzach i ich rodzinach kończących ze 
sobą  w  owych  kabinach  specjalnych,  które  były  kiedyś  przeznaczone  dla  Hitlera  i  jego  poplecznika 
Leya,  a  teraz  stały  się  miejscem  własnoręcznej  likwidacji.  Należy  przypuszczać,  że  Hassan,  pies 
komandora,  również  został  zastrzelony  i  to  przez  swego  pana.  Z  broni  palnej  trzeba  też  było  zrobić 
użytek na oblodzonym pokładzie słonecznym, ponieważ nie usłuchano rozkazu: „Tylko kobiety i dzieci 
do  łodzi!”,  w  związku  z  czym  uratowali  się  przeważnie  mężczyźni,  a  dowiodła  tego  rzeczowo  i  bez 
komentarza wieńcząca wszelkie życie statystyka. 
Łódź,  na  której  pomieściłoby  się  ponad  pięćdziesiąt  osób,  spuszczono  na  wodę  w  gorączkowym 
pośpiechu, obsadzoną zaledwie przez tuzin marynarzy. Z innej łodzi, spuszczanej na złamanie karku i 
w  rezultacie  wiszącej  już  tylko  na  przedniej  linie,  wszyscy  pasażerowie  wypadli  do  wzburzonego 
morza, a ona sama potem, kiedy lina się zerwała, runęła na tych, co unosili się na wodzie. Jedynie łódź 
ratunkową  numer  cztery,  zapełnioną  w  połowie  przez  kobiety  i  dzieci,  ponoć  posadzono  na  wodzie 
zgodnie z przepisami. Jako że ciężko ranni ze zwanego Altaną prowizorycznego lazaretu i tak nie mieli 
szans, sanitariusze usiłowali umieścić w łodziach kilku lżej rannych: bez powodzenia. 
Nawet  dowództwo  statku  myślało  już  tylko  o  sobie.  Opowiadają  o  wyższym  oficerze,  który 
wyprowadził żonę z kabiny na górę i na tylnym pokładzie zaczął usuwać lód z zawieszeń motorowej 
szalupy, która za czasów KdP w trakcie rejsów do Norwegii służyła za łódź wycieczkową. Gdy udało 
mu  się  wreszcie  oczyścić  szalupę,  cudem  zadziałał  elektryczny  dźwig.  W  toku  spuszczania  z  samej 
góry  uwięzione  na  pokładzie  spacerowym  kobiety  i  dzieci  widziały  przez  szyby  ze  zbrojonego  szkła 
obsadzoną  zaledwie  do  połowy  łódź;  a  pasażerowie  szalupy  widzieli  przez  moment,  jaki  tłum  ludzi 
kłębił  się  za  szkłem.  Można  by  było  sobie  pomachać.  To,  co  później  działo  się  we  wnętrzu  statku, 
pozostało nie widziane przez nikogo, nie doszło do głosu. 
Ja  wiem  tylko,  jak  uratowano  matkę.  -  Glajch  po  osztatnim  pieprznięczu  bóle  są  u  mnie  zaczęły...  - 
Ilekroć  opowiadała  o  tym  za  moich  dziecięcych  lat,  myślałem,  że  słucham  wesołej  przygodowej 
historii: - No, a wtedy wujek doktor szprycę mnie dał... - Bardzo się bała „kłucza”. - Ale potem szlus z 
bólami beł... 

background image

Zapewne  to  doktor  Richter  kazał  zaprowadzić  na  śliski  pokład  słoneczny  dwie  położnice  z 
niemowlętami i matkę, wspierane przez siostrę oddziałową, po czym trzy kobiety usadowiono w łodzi, 
która już oczyszczona wisiała na żurawikach. Z inną ciężarną i kobietą, która przeszła poronienie, sam 
znalazł nieco później miejsce w jednej z ostatnich łodzi - najwidoczniej bez siostry oddziałowej Helgi. 
Matka  mówiła  mi,  że  przy  coraz  większym  przechyle  jedno  z  trzydziestomilimetrowych  działek 
przeciwlotniczych na pokładzie rufowym wyrwało się z uchwytów, przeleciało przez burtę i rozwaliło 
spuszczoną  już  łódź  ratunkową  wypełnioną  ludźmi  po  brzegi.  -  To  są  tuż  koło  nas  ształo.  Takie 
szczęszczę żeszmy mieli... 
Opuściłem zatem tonący statek w brzuchu matki. Nasza łódź odbiła i pośród dryfujących ciał żywych 
jeszcze  i  już  martwych  ludzi  oddaliła  się  trochę  od  przechylającej  się  lewej  burty  statku,  z  którego 
teraz, zanim będzie za późno, rad byłbym wycisnąć tę czy inną historyjkę. Na przykład tę o lubianym 
przez  wszystkich  fryzjerze  okrętowym,  który  od  lat  kolekcjonował  coraz  rzadsze  srebrne 
pięciomarkówki. I oto skoczył do morza z pełnym trzosem u pasa, aby od razu, pod ciężarem srebrnych 
monet... Ale nie wolno mi opowiadać żadnych nadprogramowych historyjek. 
Radzi mi się teraz, żebym się streszczał, nie, mój pracodawca nalega na to. Jako że i tak nie udaje mi 
się  ująć  w  słowa  tysiąckrotnego  umierania  we  wnętrzu  statku  i  w  lodowatym  morzu,  przedstawić 
niemieckiego  rekwiem  albo  morskiego  tańca  śmierci,  powinienem  się  ograniczać,  przejść  do  rzeczy. 
Ma na myśli moje narodziny. 
Jeszcze  do  nich  nie  doszło.  W  owej  łodzi,  w  której  siedziała  matka  bez  rodziców  i  uciekinierskiego 
bagażu,  ale  z  uśmierzonymi  bólami,  wszyscy  pasażerowie  z  coraz  większego  oddalenia,  kiedy  fala 
wynosiła  ich  w  górę,  mieli  otwarty  widok  na  tonącego  przy  przerażającym  przechyle  „Wilhelma 
Gustloffa”.  Jako  że  reflektor  okrętu  towarzyszącego,  który  nie  opodal  utrzymywał  pozycję  na 
wzburzonym morzu, przesuwał się raz po raz po nadbudówkach pomostu nawigacyjnego,  oszklonym 
pokładzie  spacerowym  i  sterczącym  ukosem  ku prawej  burcie pokładzie słonecznym,  ci,  co znaleźli 
ratunek  na  łodzi,  byli  świadkami,  jak  pojedynczy  ludzie  i  ludzie  skłębieni  w  gromadę  wypadali  za 
burtę.  I  matka  widziała  z  bliska  i  widzieli  wszyscy,  którzy  chcieli  widzieć,  ludzi  dryfujących  w 
kamizelkach  ratunkowych,  między  nimi  jeszcze  żyjących,  którzy  głośno  lub  ostatkiem  sił  wzywali 
pomocy, błagali, żeby ich wziąć do łodzi, i innych już martwych, którzy byli podobni do śpiących. Ale 
jeszcze gorzej,  mówiła matka, było  z dziećmi:  - Wszysztkie żle ze sztatku poszpadały, główkami do 
przodu. Z grubych kamizeli telko nóżki do góry szterczały... 
I  kiedykolwiek  później  ktoś,  choćby  czeladnicy  z  jej  stolarskiej  brygady  albo  jeden  z  tych,  co 
przejściowo dzielili z nią łoże, pytał matkę, jakim to sposobem w tak młodym wieku zbielały jej włosy, 
odpowiadała:  -  To  są  ształo,  jak  żem  wszysztkie  te  dżeczaczki  we  wodze  główkami  do  dołu 
zobaczyła... 
Być może dopiero tutaj albo już tutaj zadziałał szok. Kiedy byłem dzieckiem, a matka miała parę lat po 
dwudziestce, obnosiła się ze swymi krótko przyciętymi białymi włosami jak z trofeum. Bo skoro tylko 
padało odnośne pytanie, zaczynało się mówić o czymś, co w państwie robotników i chłopów nie było 
tematem  dopuszczalnym:  o  „Gustloffie”  i  jego  zagładzie.  Ale  czasem  niezbyt  ostrożnie  opowiadała 
także  o  sowieckim  okręcie  podwodnym  i  trzech  torpedach,  przy  czym  matka  za  każdym  razem 
przechodziła  na  napuszoną  niemczyznę  nazywając  dowódcę  „S  13”  i  jego  załogę  „bohaterami 
sowieckiej marynarki, z którymi nas, ludzi pracy, łączą więzy przyjaźni”. 
W czasie, kiedy to według świadectwa matki jej włosy z punktu zbielały - było to chyba w dobre pół 
godziny po torpedowych trafieniach - załoga zanurzonego okrętu podwodnego zachowywała się cicho i 
spodziewała się bomb głębinowych, które jednak nie zostały rzucone. Żadnego dźwięku zbliżającej się 
śruby okrętowej. Nic z dramatyzmu, który by przypominał sceny z filmów o okrętach podwodnych. Ale 
bosmanmat Sznapcew, którego zadaniem było  wyłapywanie w słuchawkach odgłosów zewnętrznych, 
słyszał, jakie dźwięki wydawał kadłub tonącego statku: łomotanie, skoro tylko maszyny wyrwały się z 

background image

zakotwienia,  huk,  kiedy  po  krótkim  skrzypieniu  pod  ciśnieniem  wody  połamały  się  grodzie,  i  dalsze 
niezidentyfikowane hałasy. O tym wszystkim meldował swojemu dowódcy półgłosem. 
Jako  że  tymczasem  została  rozbrojona  tkwiąca  w  drugiej  rurze  wyrzutni  i  dedykowana  Stalinowi 
torpeda,  a  na  okręcie  nadal  obowiązywała  absolutna  cisza,  bosmanmat  ze  słuchawkami  rejestrował 
tylko  dalekie  szmery  wydawane  przez  śrubę  poruszającego się powoli  okrętu  eskortującego. Stamtąd 
nie groziło żadne niebezpieczeństwo. Ludzkich głosów nie słyszał. 
Był  to  torpedowiec,  który  na  zwolnionych  obrotach  maszyny  utrzymywał  pozycję;  z  relingu 
obiegającego jego pokład wyławiano cumami unoszących się na wodzie żywych i martwych. Jako że 
jedyna jolka motorowa była oblodzona, a w dodatku jej silnik nie zaskoczył, nie dało się jej użyć do 
ratowania rozbitków. Wyciągano ludzi jedynie linami cumowniczymi. Około dwustu ocalałych trafiło 
w ten sposób na pokład. 
Gdy pierwsze z niewielu łodzi ratunkowych, które zdołały odbić od z wolna przechylającego się coraz 
bardziej statku, w smudze światła reflektora dopłynęły do „Löwe”, przy wciąż jeszcze silnie falującym 
morzu trudno było dobić do burty torpedowca. Matka, która siedziała w jednej z łodzi, mówiła: - Raz 
nas fala ganc wysoko wynioszła, tak żeszmy na „Leewa” z góry patrzecz mogli, a potem w dół na łeb, 
na szyję żeszmy zleczeli, a „Leewe” nad nami hen w górze beł... 
Tylko  kiedy  łódź  ratunkowa  była  na  wysokości  relingu,  a  więc  w  ciągu  sekund,  udawało  się  raz  za 
razem przejąć pojedynczych rozbitków. Komu nie udał się skok, ten spadał między burty i było już po 
nim.  Ale  matka  dostała się szczęśliwie na pokład okrętu  wojennego o wyporności  zaledwie 768 ton, 
który w roku trzydziestym ósmym został zwodowany w norweskiej stoczni, otrzymał na chrzcie imię 
„Gyller”,  wszedł  do  norweskiej  służby,  a  po  zajęciu  Norwegii  w  roku  czterdziestym  jako  zdobycz 
wojenna został włączony do niemieckiej Kriegsmarine. 
Ledwie dwaj marynarze eskortowca z przeszłością przenieśli matkę przez reling, przy czym postradała 
buty,  potem  owinęli  kocem  i  zaprowadzili  do  kajuty  pełniącego  służbę  oficera  mechanika,  ponownie 
wystąpiły bóle. 
Powiedz,  czego  sobie  życzysz?  Nie  chcę  odwracać  uwagi,  jak  by  to  mi  ktoś  mógł  insynuować:  ale 
zamiast  urodzić  się  z  matki  na  „Löwe”,  wolałbym  być  owym  znajdą,  którego  w  siedem  godzin  po 
zatonięciu  statku  wyciągnął  z  wody  kuter  patrolowy  „VP  1703”.  Zdarzyło  się  to,  kiedy  już  dalsze 
jednostki przybyłe na ratunek, przede wszystkim torpedowiec „T 36”, następnie parowce „Gotenland” i 
„Göttingen”  przy  wysokiej  fali  spomiędzy  ziarnistego  lodu,  pojedynczej  kry  i  wielu  dryfujących  bez 
życia - wydobyły nielicznych pozostałych przy życiu. 
Kapitan kutra patrolowego dostał w Gotenhafen meldunek o sygnałach SOS nadawanych nieprzerwanie 
przez  radiotelegrafistę  „Löwe”.  Natychmiast  wypłynął  swoją  zdezelowaną  łajbą  i  trafił  na  usłane 
trupami  pobojowisko.  Mimo  to  kazał  wciąż  oświetlać  morze  pokładowym  reflektorem,  aż  stożek 
światła pochwycił jakby pustą łódź ratunkową. Bosmanmat Pick dostał się do niej i obok skostniałych 
zwłok  kobiety  i  małoletniej  dziewczyny  znalazł  zamarznięte  zawiniątko,  które  po  dostarczeniu  na 
pokład „VP 1703” zostało uwolnione od zewnętrznej warstwy lodu, potem rozwinięte, a wtedy ukazało 
się owo niemowlę, którym ja bym chciał być: znajda bez rodziców, ostatni pozostały przy życiu pasażer 
„Wilhelma Gustloffa”. 
Przypadkiem  pełniący  tej  nocy  służbę  na  kutrze  patrolowym  lekarz  flotylli  wyczuł  słaby  puls 
niemowlęcia,  podjął  zabiegi  reanimacyjne,  zaryzykował  wstrzyknięcie  kamfory  i  nie  ustawał  w 
staraniach, dopóki dziecko, chłopiec, nie otworzyło oczu. Ocenił niemowlaka na jedenaście miesięcy i 
wszystkie  ważne  szczegóły,  brak  nazwiska  i  nieznane  pochodzenie,  przypuszczalny  wiek,  dzień  i 
godzinę uratowania oraz nazwisko i stopień wybawcy, spisał w postaci prowizorycznego dokumentu. 
To by mi odpowiadało: urodzić się nie, jak to się zdarzyło, fatalnego 30 stycznia, lecz w końcu lutego, 
początku  marca  czterdziestego  czwartego  w  jakiejś  zapadłej  dziurze  w  Prusach  Wschodnich,  w 
najzwyklejszy  dzień,  z  matki  nieznanej,  spłodzony  przez  niewiadomego  ojca,  ale  adoptowany  przez 

background image

bosmanmata Wernera Ficka, który przy najbliższej okazji - stało się to w Świnoujściu - oddałby mnie 
pod  opiekę  swojej  żony.  Z  moimi  skądinąd  bezdzietnymi  przybranymi  rodzicami  po  zakończeniu 
wojny przeniósłbym się najpierw do brytyjskiej strefy okupacyjnej, do zniszczonego bombardowaniami 
miasta  Hamburga.  Ale  w  rok  później  znaleźlibyśmy  mimo  wszystko  mieszkanie  w  Rostocku, 
rodzinnym  mieście  Ficka,  które  znajdowało  się  w  sowieckiej  strefie  okupacyjnej  i  również  było 
zniszczone bombardowaniami. Od tej pory wyrastałbym wprawdzie równolegle do mojej związanej z 
matką biografii, uczestniczyłbym we wszystkim, w machaniu chorągiewkami u Młodych Pionierów, w 
zbiórkach FDJ, byłbym jednak nadal otaczany troską przez Ficków. Rozpieszczany przez ojca i matkę, 
jako znajda, którego pieluchy nic nie chciały powiedzieć o jego pochodzeniu, wychowywałbym się na 
osiedlu  z  wielkiej  płyty,  nazywałbym  się  Peter,  nie  Paul,  jako  student  budowy  okrętów  zostałbym 
przyjęty  do  tamtejszej  stoczni  Neptun,  jako  konstruktor  miałbym  do  czasu  przełomu  pewne  miejsce 
pracy  i  w  pięćdziesiąt  lat  po  ocaleniu  brałbym  udział  w  spotkaniu  ocalonych  w  Damp  sam,  już  na 
wcześniejszej  emeryturze,  albo  z  moimi postarzałymi przybranymi rodzicami, witany entuzjastycznie 
przez wszystkich uczestników spotkania, pokazywany na scenie: dziecko znalezione tamtej nocy. 
Ktoś  tam,  niech  będzie,  że  przeklęta  Opatrzność,  był  temu  przeciwny.  W  żaden  sposób  nie  dało  się 
uciec  od  losu.  Nie  miałem  możliwości  przeżyć  jako  bezimienne  znalezisko.  Torpedowiec  „Löwe”  w 
dogodnym  momencie  przyjął,  jak  zanotowano  w  dzienniku  okrętowym,  pannę  Ursulę  Pokriefke  w 
zawansowanej  ciąży.  Zapisano  nawet  godzinę:  dwudziesta  druga  pięć.  Podczas  gdy  na  wzburzonym 
morzu  i  we  wnętrzu  „Gustloffa”  śmierć  nadal  zbierała  żniwo,  nic  już  nie  stało  na  przeszkodzie 
porodowi matki. 
Trzeba podtrzymać to zastrzeżenie: Moje narodziny nie były wyjątkiem. Aria  „Umieraj i powstawaj” 
miała wiele strof. Bo przedtem i  potem dzieci  przychodziły na świat. Choćby na torpedowcu „T 36” 
albo  na  późno  przybyłym  parowcu  „Göttingen”,  sześciotysięczniku  Północnoniemieckiego  Lloyda, 
który we wschodniopruskim porcie Piława wziął na pokład dwa i pół tysiąca rannych i przeszło tysiąc 
uciekinierów, wśród nich blisko setkę niemowląt. Podczas rejsu urodziło się dalszych pięcioro dzieci, 
ostatnie na krótko przedtem, zanim płynący w konwoju statek dotarł do usłanego trupami pobojowiska, 
gdzie  już  chyba  nikt  nie  wołał  o  pomoc.  Ale  w  chwili  zatonięcia,  w  sześćdziesiąt  dwie  minuty  po 
celnych torpedach, jedynie ja wypełzłem z dziurki. 
„Co  do  minuty  w  tejże  samej  chwili,  jak  'Gusztlof’  na  dno  poszedł”,  jak  twierdzi  matka  albo  jak  ja 
mówię: kiedy  „Wilhelm Gustloff z dziobem pod wodą i  skrajnie przechylony na lewą burtę zarazem 
zatonął  i  wywrócił  się  do  góry  dnem,  przy  czym  ludzie  ześlizgujący  się  ze  wszystkich  górnych 
pokładów  oraz  ułożone  jedna  na  drugiej  tratwy,  wszystko,  co  już  nie  miało  oparcia,  runęło  do 
spienionego  morza,  kiedy  z  dokładnością  co  do  sekundy,  jakby  na  rozkaz  znikąd,  zgasłe  po 
torpedowych  trafieniach  oświetlenie  statku  raz  jeszcze  zapłonęło  w  środku  i  nawet  na  pokładach, 
demonstrując  każdemu,  kto  miał  oczy  -  jak  za  czasów  pokoju  i  KdF  -  po  raz  ostatni  efektowną 
iluminację, kiedy wszystko znalazło swój kres, urodziłem się podobno całkiem normalnie na wąskiej 
koi oficera mechanika; w położeniu główkowym i bez komplikacji albo jak mówiła matka: - To jako po 
maszle poszło. Po prosztu jako z procy żesz wyszkoczył... 
Z  tego  wszystkiego,  co  działo  się  na  zewnątrz  poza  koją,  ona  nic  nie  widziała.  Ani  iluminacji 
wywracającego  się  tonącego  statku,  ani  spadania  skłębionych  ludzkich  ciał  ze  sterczącej  do  ostatka 
rufy.  Ale  w  pamięci  matki  ja  moim  pierwszym  krzykiem  miałem  zagłuszyć  ów  niosący  się  daleko 
krzyk  tysiąca  głosów,  ten  finałowy  krzyk,  który  dochodził  zewsząd:  z  wnętrza  pogrążającego  się 
kadłuba  statku,  z  trzaskającego  pokładu  spacerowego,  z  zalewanego  pokładu  słonecznego,  z  szybko 
tonącej  rufy  i  z  powierzchni  wzburzonej  wody,  na  której  unosiły  się  tysiące  odzianych  w  kamizelki 
ratunkowe  żywych  i  martwych.  Z  załadowanych  do  połowy  i  przepełnionych  łodzi,  z  ciasno 
obsadzonych tratw, które wznosiły się na szczyty fal, to znów znikały w dolinach, zewsząd wzbijał się 
zestrzelony w jedno krzyk i  z włączającym się nagle, potem gwałtownie zdławionym wyciem syreny 

background image

okrętowej spotęgował się w upiorny dwugłos. Nigdy nie słyszany zbiorowy krzyk ostateczny, o którym 
matka mówiła i nadal będzie mówić: - Taki krzyk to w uszach tobie do końca życzą są zosztanie... 
Ciszę  po  tym  mąciło  podobno  już  tylko  moje  kwilenie.  Po  przecięciu  pępowiny  i  ja  się  uciszyłem. 
Kiedy  kapitan  jako  świadek  zatonięcia  zgodnie  z  przepisami  odnotował  ten  moment,  załoga 
torpedowca zaczęła na nowo wyławiać z morza tych, co przeżyli. 
Ale to wszystko nieprawda. Matka kłamie. Jestem pewien, że ja nie przyszedłem na świat na „Löwe”... 
Na zegarze była bowiem... Ponieważ już jak druga torpeda... I po pierwszych bólach doktor Richter nie 
dawał  żadnej  szprycy,  tylko  od  razu  był  poród...  Poszło  gładko.  Narodziny  na  pochyłej,  skośnej 
pryczy...  Wszystko  było  pochyłe,  kiedy  ja...  Szkoda  tylko,  że  doktor  Richter  nie  znalazł  czasu,  żeby 
wypisać dokument: urodzony w dniu, na pokładzie takiego a takiego, dokładnie o tej i o tej... A jakże, 
urodziłem  się  w  pozycji  główkowej  i  pochyłej  nie  na  torpedowcu,  tylko  na  sakramenckim, 
ochrzczonym  imieniem  męczennika,  spuszczonym  na  wodę,  kiedyś  lśniąco  białym,  ulubionym, 
pomnażającym  siłę  przez  radość,  bezklasowym,  po  trzykroć  przeklętym,  przepełnionym, 
wojennoszarym,  storpedowanym,  nieustannie  tonącym  statku.  I  po  odcięciu  pępowiny  matka  z 
przewiniętym  i  okutanym  w  okrętowy  koc  noworodkiem,  podtrzymywana  przez  doktora  Richtera  i 
siostrę oddziałową Helgę, weszła do ratunkowej łodzi. 
Ale  ona  nie  chce  porodu  na  „Gustloffie”.  Zmyśla  sobie  dwóch  marynarzy,  którzy  w  kajucie  oficera 
mechanika odcięli  pępowinę. Potem znów miałby to  zrobić doktor, którego jednak w tym momencie 
nie  było  jeszcze  na  pokładzie  torpedowca.  Nawet  matka,  która  zwykle  wie  wszystko  na  pewniaka, 
zajmuje  chwiejne  stanowisko  i  prócz  „dwóch  majtków”  i  „wujka  doktora,  co  jesz  na  'Gusztlofie' 
szprycę  mnie  dał”  wprowadza  kolejnego  akuszera:  jakoby  to  kapitan  „Löwe”,  Paul  Prüfe,  odciął  mi 
pępowinę. 
Jako że nie mogę udokumentować mojej wersji narodzin, która - przyznaję - jest raczej wizją, trzymam 
się  faktów  przekazanych  przez  Heinza  Schöna,  wedle  których  doktor  Richter  po  północy  został 
wciągnięty  na  pokład  torpedowca.  Dopiero  potem  uczestniczył  w  narodzinach  innego  dziecka.  Nie 
ulega natomiast wątpliwości, że to lekarz okrętowy z „Gustloffa” z poślizgiem wystawił mi świadectwo 
urodzenia,  datowane  na  30  stycznia  1945,  choć bez dokładnego podania godziny. Imię zawdzięczam 
natomiast kapitanowi Prüfe. Matka rzekomo upierała się, że mam mieć na imię Paul, „także samo jako 
kapitan 'Leewa'” i na nazwisko niechybnie Pokriefke. Później chłopaki w szkole i w FDJ, ale i znajomi 
dziennikarze  mówili  na  mnie  „Pepe”,  a  ja  podpisywałem  swoje  artykuły  tymi  inicjałami:  P  kropka  P 
kropka. 
Nawiasem  mówiąc  chłopak,  który  urodził  się  na  torpedowcu  w  dwie  godziny  po  mnie,  a  więc  31 
stycznia, na życzenie swojej matki i na cześć śpieszącego na ratunek okrętu nosi odtąd imię „Leo”. 
O  to  wszystko,  o  moje  narodziny  i  o  osoby,  które  na  tym  czy  innym  pokładzie  miały  być  przy  nich 
pomocne, nie spierano się w internecie; na Website mojego syna Paul Pokriefke nie występował nawet 
pod inicjałami. Całkowite milczenie na temat wszystkiego, co dotyczyło mnie. Mój syn mnie pomijał. 
Nie  istniałem  on-line.  Ale  kolejny  okręt,  który  w  chwili  zatonięcia  albo  w  kilka  minut  po  nim 
eskortowany  przez  torpedowiec  „T  36”  dotarł  na  miejsce  katastrofy,  ciężki  krążownik  „Admirał 
Hipper”,  wywołał  zataczającą  później  globalne  kręgi  kłótnię  między  Konradem  a  jego  oponentem, 
który nazywał się Dawidem. 
Faktem jest, że „Hipper”, również zatłoczony ponad miarę uciekinierami i rannymi, zatrzymał się tylko 
na krótko, a potem zmienił kurs podążając dalej w kierunku portu przeznaczenia, Kilonii. Podczas gdy 
Konny  występując  w  roli  eksperta  morskiego  uznawał  sygnalizowane  przez  okręt  eskortujący 
niebezpieczeństwo  ze  strony  okrętu  podwodnego  za  wystarczający  powód  zmiany  kursu  ciężkiego 
krążownika,  Dawid  odpowiadał:  „Hipper”  powinien  był  przynajmniej  spuścić  kilka  swoich 
motorowych  barkasów  i  pozostawić  na  potrzeby  trwającej  akcji  ratowniczej.  Poza  tym  w  wyniku 
związanych ze zmianą kursu manewrów mającego bądź co bądź dziesięć tysięcy ton wyporności okrętu 

background image

wojennego,  przeprowadzanych  w  bezpośredniej  bliskości  miejsca  katastrofy,  duża  liczba  ludzi 
dryfujących  na  morzu  znalazła  się  w  zasięgu  siły  ssącej  z  tyłu  jednostki;  niemało  zostało 
poćwiartowanych przez śruby okrętowe. 
Mój  syn  wszakże  utrzymywał,  iż  wie  dokładnie,  że  aparatura  radiolokacyjna  na  torpedowcu 
eskortującym „Hippera” nie tylko wykryła zagrożenie ze strony okrętu podwodnego, ale że ponadto „T 
36”  nie  dał  się  trafić  dwom  wystrzelonym  w  jego  stronę  torpedom.  Na  co  Dawid,  jak  gdyby  był 
wówczas pod wodą, zaręczał, jak nieporuszenie, nie wysuwając peryskopu, zachowywał się sowiecki 
okręt  po  skutecznym  ataku,  i  że  nie  wystrzelił  już  ani  jednej  torpedy,  natomiast  wybuchy  bomb 
głębinowych  rzuconych  przez  „T  36”  rozszarpały  wiele  osób  unoszących  się  na  powierzchni  w 
kamizelkach ratunkowych i wzywających pomocy. W epilogu tragedii dokonała się masakra. 
Nadszedł czas możliwej w internecie swobody totalnego komunikowania się. Mieszały się głosy z kraju 
i  z  zagranicy.  Odezwał  się  nawet  ktoś  z  Alaski.  Takiej  aktualności  nabrało  zatonięcie  dawno 
zapomnianego  statku.  Dochodzącym  jakby  z  teraźniejszości  wołaniem:  ,,'Gustloff’  tonie!”  homepage 
mojego syna otworzyła okno całemu światu i zapoczątkowała, jak to nawet Dawid sformułował w sieci, 
„oczekiwaną od dawna dyskusję”. A jakże! Każdy powinien teraz wiedzieć i ocenić, co zdarzyło się 30 
stycznia  1945  na  wysokości  Ławicy  Słupskiej;  Webmaster  zeskanował  mapę  Bałtyku  i  z  pouczającą 
zręcznością przedstawił poglądowo wszystkie szlaki morskie prowadzące do miejsca katastrofy. 
Niestety  oponent  Konny'ego  pod  koniec  rozprzestrzeniającego  się  globalnie  czatowania  nie 
zrezygnował z przypomnienia, co poza tym oznacza fatalna data i kim był patron zatopionego statku, 
przedstawiając  zamordowanie  partyjnego  aparatczyka  Wilhelma  Gustloffa  przez  studenta  medycyny 
Dawida Prankfurtera jako „czyn z jednej strony bolesny dla wdowy, z drugiej  - z uwagi na cierpienia 
żydowskiego  narodu  -  konieczny  i  dalekowzroczny”,  mało  tego,  nie  szczędził  słów  uznania  dla 
zatopienia wielkiego statku przez mały okręt podwodny jako kontynuacji „odwiecznej walki Dawida z 
Goliatem”. Zapędzał się, rzucał w połączoną siecią przestrzeń takie słowa jak „dziedziczne brzemię” i 
„przykazanie pokuty”. Chwalił celność dowódcy „S 13” jako godnego następcy strzelającego studenta 
medycyny: „Odwaga Marinesko i bohaterski czyn Prankfurtera nigdy nie mogą zostać zapomniane!” 
W chatroomie z miejsca rozpętała się nienawiść. „Żydowska hałastra” i „kłamcy oświęcimscy” to były 
najłagodniejsze  wyzwiska.  Wraz  z  uaktualnieniem  zagłady  statku  na  cyfrową  powierzchnię 
teraźniejszej  rzeczywistości  wypłynęło  tak  długo  skrywane  bojowe  zawołanie:  „Żydy  do  piachu!”: 
spieniona nienawiść, wir nienawiści. Mój Boże! Ile się nagromadziło, ile narasta z każdym dniem, prze 
do czynu. 
Mój  syn  wszelako  zachowywał  powściągliwość.  Raczej  uprzejmie  dopytywał  się:  „Powiedz,  Dawid, 
czy to możliwe, że jesteś żydowskiego pochodzenia?” Na co przyszła wieloznaczna odpowiedź: „Drogi 
Wilhelmie,  jeśli  ci  to  sprawi  przyjemność  albo  w  czymś  pomoże,  to  następnym  razem  spokojnie 
możesz posłać mnie do gazu”. 
 
 
 
 

 
Diabli wiedzą, kto matce zrobił brzuch. Raz miał to być  jej kuzyn w ciemnej szopie na drewno przy 
wrzeszczańskiej  ulicy  Elzy,  to  znów  chłopak  ze  służby  pomocniczej  lotnictwa  w  baterii 
przeciwlotniczej  Port  Cesarski  „z  widokiem  na  górę  koszczy”  -  innym  razem  feldfebel,  o  którym 
mówiono,  że  w  trakcie  spółkowania  zgrzyta  zębami.  Mniejsza  z  tym,  kto  ją  dmuchał,  dla  mnie  jej 
niejasne wyjaśnienia oznaczały: urodzony i wyrosły bez ojca, aby kiedyś tam zostać ojcem. 

background image

Bądź  co  bądź  ktoś,  kto  jest  w  wieku  matki  i  twierdzi,  że  znał  ją  przelotnie  jako  Tullę,  łaskawie 
przyznaje mi prawo do wytłumaczenia w punktach mojej zwichrowanej egzystencji. Powiada: Fakt, że 
nie powiodło mi się z synem, ma co prawda jednoznaczną wymowę, ale jeśli już koniecznie chcę, to 
mój uraz na punkcie narodzin można wziąć pod uwagę jako okoliczność łagodzącą ojcowską niemoc. 
Przy  tym  właściwy  bieg  wydarzeń  musi  wszelako  -  i  to  bez  względu  na  wszelkie  prywatne 
przypuszczenia - pozostać na pierwszym planie. 
Serdeczne dzięki! Rezygnuję z wytłumaczeń. Zawsze czułem wstręt do podsumowujących ocen. Tyle 
tylko: Moja skromna osoba istnieje jedynie z woli przypadku, bo w kajucie kapitana Prüfe, kiedy ja się 
urodziłem i mój pierwszy krzyk zmieszał się z krzykiem dla matki nigdy nie ustającym, na sąsiedniej 
koi  leżały  pod  płachtą  trzy  zamarznięte  niemowlęta.  Później  doszły  podobno  następne:  posiniałe  od 
mrozu. 
Po tym, jak ciężki krążownik „Hipper” ze swymi dziesięcioma tysiącami ton wyporności w rezultacie 
wykonanego manewru zwrotu rozszarpał i porwał siłą ssącą martwych i jeszcze żywych, kontynuowano 
poszukiwania. Na pomoc obu torpedowcom przybywały co jakiś czas dalsze jednostki, obok parowców 
kilka  poszukiwaczy  min  i  stawiacz  sieci  przeciwtorpedowych,  na  koniec  kuter  „VP  1703”,  który 
uratował znajdę. 
Niebawem  już  nic  się  nie  ruszało.  Wyławiano  tylko  martwe  ciała.  Dzieci  z  nóżkami  sterczącymi  do 
góry. Morze nad masowym grobem uspokoiło się w końcu. 
Jeśli podam teraz liczby, to nie będą one ścisłe. Wszystko pozostaje w przybliżeniu. Poza tym liczby 
mówią  mało.  Tych  z  wieloma  zerami  nie  sposób  ogarnąć.  Z  zasady  przeczą  sobie.  Nie  tylko  liczba 
wszystkich osób na pokładzie „Gustloffa” nie została przez dziesiątki lat ustalona definitywnie - waha 
się ona od sześciu tysięcy sześciuset do dziesięciu tysięcy sześciuset - także liczbę ocalałych trzeba było 
korygować  raz  za  razem:  od  dziewięciuset  na  początku  do  tysiąca  dwustu  trzydziestu  dziewięciu  na 
koniec.  Bez  nadziei  na  odpowiedź  nasuwa  się  pytanie:  Jakie  znaczenie  ma  jedno  życie  mniej  czy 
więcej? 
Pewne  jest,  że  śmierć  znalazły  głównie  kobiety  i  dzieci;  w  kłopotliwie  przeważającej  większości 
uratowali się mężczyźni, w tym wszyscy czterej kapitanowie statku. Petersen, który zmarł wkrótce po 
zakończeniu wojny, pierwszy zadbał o siebie. Zahn, który po wojnie został biznesmenem, stracił tylko 
swego owczarka Hassana. W porównaniu z liczbą z grubsza oceniając pięciu tysięcy dzieci utopionych, 
zamarzniętych,  zadeptanych  na  okrętowych  schodach,  narodziny  zgłaszane  przed  i  po  katastrofie,  w 
tym moje, niewiele ważą; ja się nie liczę. 
Ocalałych  wyokrętowano  przeważnie  w  Sassnitz  na  Rugii,  w  Kołobrzegu  i  Świnoujściu.  Niemało 
spośród  tych  niewielu  zmarło  w  czasie  rejsu.  Pewna  liczba  żywych  i  martwych  musiała  wrócić  do 
Gotenhafen, gdzie żywym przyszło czekać na transport kolejnymi statkami dla uciekinierów. Od końca 
lutego  toczyły  się  walki  o  Gdańsk,  miasto  płonęło,  opuszczane  przez  tłumy  uciekinierów,  które  do 
końca kłębiły się na nabrzeżach wokół przycumowanych parowców, promów i kutrów rybackich. 
Torpedowiec  „Löwe”  wczesnym  rankiem  31  stycznia  zawinął  do  portu  w  Kołobrzegu.  Z  matką  i  jej 
dzieckiem  w  powijakach,  które  miało  na  imię  Paul,  z  pokładu  zszedł  Heinz  Köhler.  Był  jednym  z 
czterech skłóconych kapitanów zatopionego statku i ledwie wojna dobiegła końca, odebrał sobie życie. 
Słabych, chorych i wszystkich z odmrożeniami nóg zabrały sanitarki. To typowe dla matki, że zaliczyła 
siebie do chodzących. Kiedykolwiek pierwsze zejście na ląd stawało się epizodem jej nie kończącej się 
historii, mówiła: - A ja żem telko szkarpetki na nogach miała, aż jedna babcza, co sama uczekinierką 
beła,  parę  butów  z  walizki  w  prezencze  mnie  dała.  Na  ręcznym  wózku  na  szkraju  drogi  szedżała  i 
pojęcza ni miała, skąd my są i co żeszmy przeszli... 
Pewnie  to  prawda.  O  zatonięciu  ulubionego  kiedyś  statku  KdF  w  Rzeszy  nie  poinformowano.  Taka 
wiadomość  mogłaby  zaszkodzić  podtrzymywaniu  nastroju  wytrwania.  Ale  i  sowieckie  dowództwo 

background image

znalazło powody, żeby sukcesu okrętu podwodnego „S 13” i jego dowódcy nie ogłaszać w codziennym 
raporcie floty spod Czerwonego Sztandaru. 
Mówią,  że  Aleksander  Marinesko  po  powrocie  do  portu  w  Turku  był  rozczarowany,  ponieważ  nie 
uhonorowano  go  należycie  jak  bohatera,  choć  kontynuując  wyprawę  na  wroga  dwiema  celnymi 
torpedami  zatopił  kolejny  statek,  dawny  transatlantyk  „General  von  Steuben”.  Torpedy  zostały 
wystrzelone 10 lutego z wyrzutni na rufie. Piętnastotysięcznik, który płynął z Piławy z ponad tysiącem 
uciekinierów i dwoma tysiącami rannych - znowu te zaokrąglone liczby - zatonął w siedem minut przez 
dziób.  Doliczono  się  blisko  trzystu  ocalałych.  Część  ciężko  rannych  leżała  jeden  przy  drugim  na 
górnym  pokładzie  szybko  tonącego  statku.  Zsunęli  się  ze  swymi  pryczami  za  burtę.  Marinesko, 
zanurzony na głębokość bojową, kierował tym atakiem patrząc przez peryskop. 
Mimo  to  po  wpłynięciu  okrętu  do  bazy  dowództwo  Floty  Bałtyckiej  spod  Czerwonego  Sztandaru 
ociągało  się  z  nadaniem  po  dwakroć  zwycięskiemu  kapitanowi  tytułu  „Bohatera  Związku 
Radzieckiego”.  Ociąganie  przewlekało  się.  Podczas  gdy  kapitan  i  jego  załoga  na  próżno  czekali  na 
uroczyste przyjęcie - pieczone prosię, dużo wódki - wojna na wszystkich frontach toczyła się dalej i na 
froncie  pomorskim  zbliżyła  się  do  miasta  Kołobrzeg.  Na  razie  matkę  i  mnie  zakwaterowano  tam  w 
szkole, o której później mówiła mi po wrzeszczańsku: - Choczaż przyjemnie czepło tam beło. A sztara 
ławka  szkolna  za  kołyszkę  tobie  szłużyła.  Żem  se  myszlała:  mój  Paulik  pilnie  są  uczycz  wczesznie 
zaczyna... 
Kiedy  po  ostrzale  artyleryjskim  nie  dało  się  już  mieszkać  w  szkole,  znaleźliśmy  schronienie  w 
kazamatach.  Kołobrzeg  jako  miasto  i  twierdza  miał  zakorzenioną w historii renomę. Z jego wałów i 
bastionów stawiano opór za czasów Napoleona, w związku z czym staraniem Ministerstwa Propagandy 
został  nakręcony  film  o  wytrwaniu  pod  tytułem  „Kołobrzeg”  z  Heinrichem  George  w  roli  głównej  i 
innymi  tuzami  Ufy.  Ten  film  pokazywano  we  wszystkich  jeszcze  nie  zbombardowanych  kinach 
okrojonej Rzeszy: bohaterska walka z przeważającym wrogiem. 
I  oto  w  końcu  lutego  powtórzyła  się  historia  Kołobrzegu.  Wkrótce  miasto  port  i  kąpielisko  zostały 
otoczone  przez  jednostki  Armii  Czerwonej  i  polską  dywizję.  Pod  ogniem  artylerii  zaczęło  się 
wywożenie drogą morską ludności cywilnej i przepełniających miasto uciekinierów. Znowu ogromny 
ścisk  na  wszystkich  nabrzeżach.  Matka  jednak  nie  godziła  się,  żeby  jeszcze  kiedykolwiek  wsiąść  na 
statek. 
- Choczby mnie kijem pędzili, to bym na taką łajbę ni wszadła - mówiła, ilekroć ktoś chciał wiedzieć, 
jak wydostała się z niemowlęciem z oblężonego i płonącego miasta. - No, jąkasz dżura imer są znajdże 
- brzmiała jej odpowiedź. W każdym razie matka również później, nawet na wycieczkach zakładowych 
nad Jezioro Schwerińskie, nie wsiadła już na statek. 
W połowie marca obładowana plecakiem i mną przekradła się pewnie przez rosyjskie linie; mogło się 
jednak też zdarzyć, że rosyjscy wartownicy ulitowali się nad młodą kobietą i jej oseskiem i po prostu 
nas przepuścili. Jeśli tutaj, w momencie ponownej ucieczki, nazywam siebie oseskiem, to odpowiada to 
prawdzie  tylko  w  ograniczonej  mierze:  w  piersiach  matki  nie  było  pokarmu.  Mleko  nie  chciało 
popłynąć.  Na  torpedowcu  przyszła  z  pomocą  jedna  z  położnic  z  Prus  Wschodnich;  miała  więcej,  niż 
potrzeba.  Potem  była  to  kobieta,  która  w  drodze  straciła  swojego  niemowlaka.  A  i  później  -  dopóki 
trwała ucieczka i dłużej - ssałem raz po raz obcą pierś. 
W tamtym czasie wszystkie miasta wzdłuż pomorskiego wybrzeża były albo zajęte przez wroga, albo 
zagrożone:  Szczecin  okrążony,  trzymało  się  jeszcze  Świnoujście.  Dalej  na  wschód  padły  Gdańsk, 
Sopot,  Gotenhafen.  Posuwając  się  w  stronę  wybrzeża  jednostki  2.  Armii  Sowieckiej  odcięły  pod 
Puckiem  Półwysep  Helski,  a  bardziej  na  zachód  walczono  już  o  Kostrzyn.  Rzesza  Wielkoniemiecka 
kurczyła  się  ze  wszystkich stron. Koblencja, gdzie Ren łączy się z Mozelą, znajdowała się w rękach 
amerykańskich.  Ale  w  końcu  runął  most  w  Remagen.  Na  froncie wschodnim Grupa Armii  „Środek” 
donosiła o dalszym przesunięciu w tył linii frontu na Śląsku i o coraz bardziej krytycznym położeniu 

background image

Festung  Breslau.  Do  tego  wszystkiego  nie  ustawały  naloty  amerykańskiego  i  brytyjskiego  lotnictwa 
bombowego na duże i średnie miasta. Podczas gdy ku uciesze angielskiego marszałka lotnictwa Harrisa 
dymiły  jeszcze  ruiny  miasta  Drezna,  bomby  spadały  na  Berlin,  Ratyzbonę,  Bochum,  Wuppertal... 
Wielokrotnie celem były tamy sztucznych jezior. I wszędzie, ale prąc ze wschodu na zachód, ciągnęli 
uciekinierzy i nie wiedzieli, gdzie się zatrzymać. 
Również  matka  nie  miała  określonego  celu  wydostając  się  z  Kołobrzegu  ze  mną,  swoim 
najważniejszym pakunkiem, który stale popłakiwał, ponieważ brakowało mu matczynego mleka, potem 
trafiając  między  linie  frontu,  nocami  podjeżdżając  kawałek  do  przodu  pociągiem  towarowym  lub 
łazikiem  Wehrmachtu,  często  jednak  człapiąc  na  piechotę  pośród  innych,  którzy  szli  przed  siebie  z 
coraz  mniejszym  bagażem,  nierzadko  przy  tym  leżąc  płasko  pod  ostrzałem  maszyn  lecących  lotem 
koszącym, chcąc wciąż oddalić się od wybrzeża i - stale w poszukiwaniu matek z nadmiarem mleka - 
przebijając się aż do Schwerina. Opowiadała mi o szlaku swojej ucieczki raz tak, raz siak. Właściwie 
chciała  iść  dalej,  za  Łabę,  na  Zachód,  ale  utknęliśmy  w  niezniszczonej  stolicy  okręgu 
meklemburskiego. Było to pod koniec kwietnia, kiedy führer skończył z sobą. 
Później, będąc czeladnikiem stolarskim, otaczana przez mężczyzn, matka, pytana o ucieczkowy szlak, 
mówiła: - Bym całe tomy opowiedżecz wam mogła. Najgorszy to lotnicy beli, jak tak niżutko nad nami 
leczeli i ratatata... Ale żem imer farta miała. Co tu gadacz: złego dżabli ni wezmą! 
Tym  sposobem  przechodziła  do  swego  właściwego  tematu,  którym  nieodmiennie  był  tonący  statek. 
Wszystko  inne  się  nie  liczyło.  Nawet  ciasnota  w  naszym  kolejnym  prowizorycznym  lokum  -  znowu 
szkoła  -  nie  była  dla  matki  warta  skargi,  zwłaszcza  iż  tymczasem  wiedziała, że ze swoim Paulikiem 
znalazła schronienie w mieście będącym miejscem urodzenia owego człowieka, po którym w czasach 
na pozór pokojowych nazwano nieszczęsny statek. Wszędzie widniało jego nazwisko. Nawet szkoła, w 
której  nas  zakwaterowano,  nosiła  jego  imię.  Kiedy  dotarliśmy  do  Schwerina,  gdziekolwiek  się 
spojrzało,  on  był  obecny  z  nazwiska.  Na  południowym  brzegu  jeziora  rozciągał  się  jeszcze  nie 
zniszczony  ów  Gaj  Chwały  utworzony  z  głazów  narzutowych,  a  w  nim  wznosił  się  wielki  granit 
postawiony  w  trzydziestym  siódmym  na  cześć  męczennika.  Jestem  pewien,  że  matka  tylko  z  tego 
powodu została w Schwerinie. 
Jest  rzeczą  godną  uwagi,  że  odkąd  z  opóźnieniem,  a  przecież  jakby  aktualnie  uczczono  zatonięcie 
statku  i  wszystkich  zmarłych  wedle  takiego  czy  innego  sposobu  liczenia  porachowano,  oszacowano, 
podsumowano, potem zestawiono  z liczbą ocalałych, na koniec porównano z o wiele mniej licznymi 
ofiarami „Titanica”, w owych dziedzinach internetu, które z przyzwyczajenia odwiedzałem, przez jakiś 
czas panowała martwa cisza. Już myślałem, że jego system się załamał, uszło powietrze, mój syn ma 
dość,  wraz  z  tonącym  statkiem  podszepty  matki  stały  się  bezprzedmiotowe.  Ale spokój był  pozorny. 
Nagle Konny na nowo otwartej home-page przedstawił swoją znaną od dawna ofertę. 
Tym razem przeważały zdjęcia. Na skąpanej w szarości, ale skomentowanej tłustymi literami odbitce 
cały świat mógł podziwiać sterczący wysoko granit i pod runicznym znakiem zwycięstwa odcyfrować 
wykute klinowatym  pismem  nazwisko męczennika. Ponadto w bieżącym programie znalazły się jako 
info  podkreślające  jego  znaczenie  uszeregowane  daty,  osiągnięcia  organizacyjne  i  opatrzone 
wykrzyknikami  wypowiedzi  aż  po  dzień  i  godzinę morderstwa w Davos, uzdrowisku dla chorych na 
płuca. 
Jakby na rozkaz albo pod jakimś innym przymusem zgłosił się Dawid. Z początku jednak tematem był 
nie  pomnikowy  kamień,  lecz  morderca  męczennika.  Dawid  obwieszczał  triumfalnie,  że  w  marcu 
czterdziestego  piątego  zaszło  coś  korzystnego  dla  siedzącego  w  więzieniu  już  przeszło  dziewięć  lat 
Dawida  Frankfurtera.  Po  bezskutecznej  próbie  wszczęcia  procesu  rewizyjnego  berneńscy  adwokaci 
Brunschwig  i  Raas  złożyli  wniosek  o  ułaskawienie  skierowany  do  Dużej  Rady  kantonu  Gryzonia. 
Adwersarz mojego syna musiał przyznać, że do prośby o darowanie w drodze łaski reszty wymierzonej 
kary osiemnastu lat więzienia przychylono się dopiero 1 czerwca 1945, zatem po zakończeniu wojny. 

background image

Trzeba  było  zaczekać,  aż  potężny  sąsiad  Szwajcarii  powali  się  jakby  bez  życia.  Ponieważ  Dawida 
Frankfurtera  po  wypuszczeniu  z  więzienia  Sennhof  wydalono  z  kraju,  postanowił  on  od  razu, 
rozstawszy się z krosnami tkackimi, wyjechać do Palestyny, z nadzieją na przyszły Izrael. 
Spór wokół tego tematu przebiegał między obu zawziętymi polemistami on-line raczej umiarkowanie. 
Konny  oświadczał  wielkodusznie:  „Izrael  jest  okej.  Właśnie  tam  było  miejsce  dla  żydowskiego 
mordercy.  Mógł  się  tam  przydać,  w  kibucu  czy  gdzieś  indziej”.  W  ogóle  on  nie  ma  nic  przeciwko 
Izraelowi. Nawet podziwia jego bitną armię. I całkowicie zgadza się ze zdecydowaniem Izraelczyków 
w  okazywaniu  bezwzględności.  Nie  mają  przecież  innego  wyboru.  Palestyńczykom  i  podobnym 
muzułmanom  nie  wolno  ustąpić  ani  na  palec.  Jasne,  gdyby  wszyscy  Żydzi,  jak  wtedy  żydowski 
morderca  Frankfurter,  spłynęli  do Ziemi  Obiecanej,  uznałby, że to  w porządku,  „wtedy reszta świata 
będzie nareszcie odżydzona!” 
Dawid  zniósł  to  horrendum;  w  zasadzie  przyznał  nawet  mojemu  synowi  rację.  Najwidoczniej  się 
martwił:  Co  się  tyczy  bezpieczeństwa  zamieszkałych  w  Niemczech  żydowskich  współobywateli,  do 
których on się zalicza, należy obawiać się najgorszego, antysemityzm przybiera na sile. Znów trzeba się 
zastanowić nad wyjazdem. „Ja też chyba niedługo spakuję walizkę...” Na co Konny życzył „szczęśliwej 
podróży”,  potem  jednak  dał  pośrednio  do  zrozumienia,  że  sprawiłoby  mu  przyjemność,  gdyby 
nadarzyła  się  okazja  spotkania  -  nie  tylko  on-line  -  z  jego  wrogoprzyjacielem  Dawidem  przed  tegoż 
wyjazdem: „Powinniśmy się poznać, troszeczkę obwąchać, możliwie niezadługo...” 
Zaproponował  nawet  miejsce  ewentualnego  spotkania,  pozostawiając  jednak  otwartą  kwestię  daty. 
Wypadałoby się zobaczyć tam, gdzie kiedyś w Gaju Chwały górując nad wszystkim stał granit i gdzie 
dzisiaj  na  dobrą  sprawę  nic  nie  przypomina  o  męczenniku,  ponieważ  profanatorzy  grobów  usunęli 
kamień  i  Halę  Chwały,  dokładnie  tam,  gdzie  w  niezbyt  dalekiej  przyszłości  trzeba  będzie  ponownie 
postawić pomnik, w miejscu brzemiennym w historię. 
Natychmiast spór rozgorzał na nowo. Dawid był co prawda za spotkaniem gdziekolwiek, ale nie w tym 
przeklętym  miejscu.  Absolutnie  wypowiadam  się  przeciwko  twojemu  rewizjonistycznemu 
relatywizowaniu  historii...”  Mój  syn  walił  w  ten  sam  bęben:  „Kto  zapomina  o  historii  swego  narodu, 
ten  nie  jest  go  wart!”  Dawid  się  z  tym  zgodził.  Potem  już  tylko  wygłupy.  Opowiadali  sobie  nawet 
dowcipy.  Jeden  -  „Jaka  jest  różnica  między  E-mailem  a  Emilem?”  -pozostał  niestety  bez  pointy.  Za 
wcześnie się wyłączyłem. 
Byłem tam niejednokrotnie. Ostatnio przed paru tygodniami, jak gdybym to ja był sprawcą, jak gdybym 
musiał wciąż powracać na miejsce przestępstwa, jak gdyby ojciec szedł śladem syna. 
Z Mölln, gdzie ani Gabi, ani ja nie znajdowaliśmy słów, do Ratzeburga. Stamtąd przez Mustin, wioskę, 
za którą dawniej wraz z pasem śmierci przebiegała granica i zagradzała drogę, w kierunku wschodnim. 
Wciąż jeszcze stare obsadzenie szosy kasztanami jest na dobrych trzystu  metrach przerwane:  po obu 
stronach  ani  śladu  drzew.  Można  się  domyślać,  w  jak  urozmaicony  sposób  państwo  robotników  i 
chłopów starało się ochraniać swój naród. 
Skoro miałem już za sobą pozostawione karczowisko, znów po obu stronach obrosłej drzewami szosy 
ciągnęły  się  aż  po  horyzont  rozległe  pola  uprawne  Meklemburgii.  Nieznaczne  pofałdowanie,  mało 
lasów.  Przed  Gadebusch  wjechałem  na  nowo  wybudowaną  obwodnicę.  Mijałem  składy  materiałów 
budowlanych,  centra  handlowe,  płaskie  budynki  sprzedawców  samochodów,  którzy  smętnie 
zwisającymi  flagami  próbowali  ożywić  koniunkturę.  Dziki  Wschód!  Dopiero  na  krótko  przed 
Schwerinern,  szosę  obramowywały  tym  razem  karłowate  drzewa,  okolica  zrobiła  się  pagórkowata. 
Jechałem  między  znaczniejszymi  połaciami  lasów  i  słuchałem  Trzeciego  Programu:  Klasyka  na 
życzenie. 
Skręciłem  potem  w  prawo  na  106  w  kierunku  Ludwigslust,  zbliżałem  się  do  wzniesionego  w  kilku 
koloniach  osiedla  z  wielkiej  płyty  Grosser  Dreesch  -  zamieszkiwało  je  kiedyś  pięćdziesiąt  tysięcy 
obywateli NRD - i zaparkowałem moją mazdę na kolonii trzeciej, tuż obok pomnika Lenina w zatoczce 

background image

zamykającej  Gagarinstrasse.  Pogoda  się  utrzymywała.  Deszcz  nie  padał.  Bloki  mieszkalne  stały  w 
szeregu, z czasem wyremontowane i upiększone pastelowymi tynkami. 
Odwiedzając matkę za każdym razem jestem zaskoczony, że ten olbrzymi monument z brązu, dzieło 
estońskiego rzeźbiarza, wciąż jeszcze stoi. Wprawdzie Lenin spogląda w stronę Zachodu, lecz nie ma 
możliwości  wykonać  gestu,  który  by  wskazywał  cel.  Z  obiema  rękami  w  kieszeniach  płaszcza,  jak 
spacerowicz,  który  pozwala  sobie  na  chwilę  przerwy,  stoi  na  płycie  niskiego  cokołu,  którego  dolny 
stopień  obłożony  granitem  ma  lewy  narożnik  również  obramowany  brązem.  Wpuszczona  w  odlew 
inskrypcja  przypomina  dużymi  literami  rewolucyjną  decyzję:  „DEKRET  O  ZIEMI”.  Tylko  z  przodu 
płaszcz  Lenina  nosi  ślady  farby  wykonanego  sprayem  nic  nie  mówiącego  napisu.  Trochę  gołębich 
odchodów na ramionach. Jego wygniecione spodnie pozostały czyste. 
Nie  zabawiłem  długo  przy  Gagarinstrasse.  Matka  mieszka  na  dziesiątym  piętrze  z  balkonem  i 
widokiem na pobliską wieżę telewizyjną. Nie ominęła mnie jej zawsze za mocna kawa. Po odnowieniu 
mieszkań  z  wielkiej  płyty  wzrosły  czynsze,  do  wytrzymania,  jak  uważa  matka.  O  tym,  tylko  o  tym 
rozmawialiśmy.  Ponadto  niewiele  zostało  do  powiedzenia.  Nie  była  też  ciekawa,  co  mnie,  prócz 
krótkich  odwiedzin  u  niej,  sprowadziło  do  miasta  wielu  jezior:  -  Z  pewnoszczą  ni  urodziny fyrera.  - 
Data  mojego  przyjazdu  pozwalała  domyślać  się  celu,  już  w  drzwiach  -  odmówiwszy  sobie  rzucenia 
okiem na pokój Konny'ego - usłyszałem przecież jej komentarz: - Czego tam chczesz? Nic ju z tego ni 
przyjdże. 
Pojechałem  Hamburger-Allee,  przedtem  Lenin-Allee,  w  kierunku  zoo,  potem  przez  Am  Hexenberg i 
znalazłszy  z  lunatyczną  pewnością  właściwe  miejsce  zaparkowałem  wóz  koło  młodzieżowego 
schroniska.  Na  tyłach  szaro  otynkowanego  budynku  z  wczesnych  lat  pięćdziesiątych  roślinność 
porastająca  południowy  brzeg  Jeziora  Schwerinskiego  opada  stromo.  W  dole  widać  ciągnącą  się  tuż 
nad wodą Franzosenweg, z której chętnie korzystają piesi i rowerzyści. 
Z czasem zrobił się pogodny dzień. Właściwie to nie kwietniowa aura. Słońce, jeśli tylko przedarło się 
przez  chmury,  przygrzewało.  W  pewnej  odległości  od  frontowej  strony  schroniska  leżały  wciąż 
nieporuszenie,  jak  gdyby  nic  tu  się  nie  stało,  omszałe  bloki  granitu  jako  pozostałości  zbyt  niedbale 
uprzątniętego  przed  dziesiątkami  lat  Gaju  Chwały.  Pomiędzy  posadzonymi  wtedy  drzewami 
cienkopienne  dziczki.  Wyraźnie,  ponieważ  bardzo  skąpo  zasypany,  odcinał  się  czworoboczny 
fundament Hali Chwały, której konturów można było tym samym się domyślać, aczkolwiek frontalnie 
usytuowane  schronisko  stało na przeszkodzie jakimkolwiek wyobrażeniom. Na lewo od wejścia, nad 
którym  widniało  wypisane  wypukłymi  literami  nazwisko  patrona  schroniska,  Kurta  Bürgera, 
rozstawiony stół ping-pongowy czekał na grę. W drzwiach wisiała lekko przekrzywiona tabliczka: „Od 
9 do 16 zamknięte”. Długo jeszcze stałem pomiędzy omszałymi granitowymi bryłami, z których jedna 
zachowała nawet resztki pisma i wykuty znak runiczny. Znalezisko, z którego wieku? 
Kiedy oboje z matką znaleźliśmy schronienie w Schwerinie, wszystko tu jeszcze stało: głaz narzutowy 
obok  głazu,  nazistowska  budowla  Hali  Chwały  i  wielki  granit  z  nazwiskiem  męczennika.  Matka 
widziała  to  miejsce  pamięci  już  zaniedbane,  ale  wciąż  jeszcze  pod  opieką  wykruszającej  się  Partii. 
Opowiadała mi, że w poszukiwaniu drewna doszła aż do niskich wówczas dębów i buków: - No, tam, 
gdże władze nas szkierowały, w piecu czym palicz ni beło... - Razem z nią szukało opału wiele kobiet i 
dzieci. 
Zanim  jeszcze  3  maja  do  Schwerina  najpierw  z  przyczółka  na  Łabie  na  południowy  wschód  od 
Boizenburga dotarli czołgami Amerykanie, a potem przyszli Anglicy - ”Prawdziwe Szkoty to beły” - w 
Schelfstadt, które pod koniec wojny musiało się już nieźle walić, ze szkolnej sutereny przenieśli nas na 
Lehmstrasse.  Z  nakazem  zostaliśmy  skierowani  do  ceglanego  budynku  z  dachem  krytym  smołowaną 
papą,  który  naturalnie  stał  w  głębi  podwórza.  Rudera stoi do dziś.  Mieliśmy dwa pokoiki z kuchnią, 
ubikacja na podwórku. Wstawili nam nawet piecyk żelazny. Rura wychodziła przez okno w kuchni. I 

background image

żeby  było  czym  napalić  w  piecyku  -  matka  gotowała  na  płycie  pokrywy  -  musiała chodzić daleko w 
poszukiwaniu drzewa na opał. 
Tak doszła do Gaju Chwały. Również gdy w czerwcu wycofali się Anglicy, a przyszła Armia Czerwona 
i została na dłuższy czas, głazy narzutowe z wyrytymi na nich nazwiskami i runami stały jeszcze długo; 
Rosjan to nie obchodziło. 
Od spotkania w Poczdamie tak to zostało między zwycięzcami uzgodnione: ugrzęźliśmy w sowieckiej 
strefie  okupacyjnej,  matka  nawet  z  własnej  woli,  odkąd  na  największym  z  pozostałych  kamieni, 
zwróconym w stronę brzegu jeziora, odkryła nazwisko, które nie było jej nieznane: - Kamień są zwał 
jako kiedysz nasz „Gusztlof” nazwany beł... 
Kiedy za ostatnią bytnością w Schwerinie stojąc między omszałymi bryłami granitu przed rozłupanym 
głazem  narzutowym  zdołałem  z  wyrytego  klinowatym  pismem  napisu  odgadnąć  resztę  nazwiska 
Wilhelma Dahla - z imienia wskutek rozłupania pozostała tylko sylaba „hełm” - uległem pokusie, żeby 
wyobrazić  sobie  matkę  w  poszukiwaniu  drewna,  jak  też  ona,  obładowana  wiązką  gałęzi  i  chrustu, 
mogła  zobaczyć  jeszcze  nie  tknięty  Gaj  Chwały  i  otwartą  Halę  Chwały.  Na  niespełna  tuzinie 
uszeregowanych  głazów  odcyfrowała  pewnie  nazwiska  nie  znanych  sobie,  ale  widać  zasłużonych 
towarzyszy  partyjnych  -  pośród  nich  kreisleitera  Wismaru  Dahla.  Widzę,  jak  z  podziwem,  drobnej 
postury,  w  dodatku  wychudzona  stoi  przed  czterometrowej  wysokości  granitem,  nie  mogę  jednak 
odgadnąć  jej  myśli,  które mogły się pomieszać, gdy przeczytała inskrypcję na kamieniu  męczennika. 
Lecz  matka,  jak  ją  znam,  nie  miała  chyba  żadnych  obaw  przed  wejściem  do  Hali  Chwały  pośrodku 
Gaju. 
Była  ona  wzniesiona  z  granitowych  bloków  na  płaskiej  ziemi.  Na  gładko  wyszlifowanych 
powierzchniach owych kolumn, które podpierały halę po odkrytych bokach, współczesny artysta wykuł 
kontury nadnaturalnej wielkości SA-manów z chorągwiami. Poza tym we wnętrzu Hali, która nie była 
przykryta  dachem,  znajdowało  się  dziesięć  tablic  z  brązu  z  nazwiskami  zmarłych.  I  podobno 
ośmiokrotnie  po  dacie  śmierci  jako  jej  przyczyna  figurowało  słowo  „zamordowany”.  Posadzka  Hali 
była zanieczyszczona. Wiem to od matki. - Psy tam napaszkudżiły... 
Granit ku czci Wilhelma Gustloffa stał jednak poza uszeregowanymi głazami, w miejscu dla patrzących 
z  odkrytej  Hali  Chwały  szczególnie  eksponowanym.  Miało  się  stamtąd  rozległy  widok  na  jezioro. 
Matka  patrzyła  pewnie  w  innym  kierunku.  A  mnie  przy  szukaniu  drewna  nigdy  nie  było.  W  czasie 
zbierania czegoś na opał mnie przy Lehmstrasse przypuszczalnie karmiła piersią kobieta z sąsiedztwa; 
nazywała  się  pani  Kurbjuhn.  Matka  przecież  prawie  nie  miała  piersi,  później  też  nie,  tylko  dwie 
spiczaste torebeczki. 
Tak to jest z pomnikami. Niektóre wznosi się za wcześnie i potem usuwa, skoro minie okres swoistego 
bohaterstwa.  Inne,  jak  pomnik  Lenina  na  osiedlu  Grosser  Dreesch,  róg  Hamburger  Allee  i  Plater 
Strasse,  stoją  nadal.  A  pomnik  dowódcy  okrętu  podwodnego  „S  13”  dopiero  przed  niespełna 
dziesięcioleciem, 8 maja 1990, a więc w czterdzieści pięć lat po zakończeniu wojny i w dwadzieścia 
siedem lat po śmierci Marinesko, stanął w Leningradzie, dzisiejszym Sankt Petersburgu: na trójkątnym 
granitowym  słupie  nadnaturalnej  wielkości  gołogłowe  popiersie  z  brązu  przedstawiające  człowieka 
uhonorowanego poniewczasie tytułem „Bohatera Związku Sowieckiego”. 
Byli oficerowie marynarki, tymczasem już na emeryturze, zakładali w Odessie, Moskwie i gdzie indziej 
komitety i uparcie walczyli o sławę zmarłego w sześćdziesiątym trzecim kapitana. W Königsbergu, jak 
do  zakończenia  wojny  nazywał  się  Kaliningrad,  nazwano  nawet  jego  imieniem  wybrzeże  Pregoły  za 
Muzeum  Okręgowym.  Tak  ten  bulwar  nazywa  się  po  dziś  dzień,  podczas  gdy  schwerińska 
Schlossgartenallee, która od trzydziestego siódmego nazywała się Wilhelm-Gustloff-Allee, znów pod 
starą nazwą biegnie opodal niegdysiejszego Gaju Chwały; podobnie jak od czasu przełomu Lenin-Allee 
jako  Hamburger  Allee  koło  niezłomnie  stojącego  nadal  pomnika  przecina  osiedle  z  wielkiej  płyty 

background image

Grosser  Dreesch.  Bądź  co  bądź  adres  matki,  który  sławi  imię  kosmonauty  Gagarina,  pozostał  sobie 
wierny. 
Zwraca  uwagę  pewna  luka.  Po  studencie  medycyny  Dawidzie  Frankfurterze  niczego  nie  nazwano. 
Żadna ulica, żadna szkoła nie nosi jego imienia. Nigdzie nie postawiono pomnika mordercy Wilhelma 
Gustloffa. Żadna Website nie zabiegała o wystawienie rzeźby Dawida i Goliata, być może na miejscu 
zbrodni,  w  Davos.  I  gdyby  wrogoprzyjaciel  mojego  syna  wysunął  w  sieci  tego  rodzaju  żądanie,  na 
pewno na stronach nienawiści zapowiedziano by usunięcie pomnika przez ostrzyżoną na łyso bojówkę. 
Zawsze tak bywało.  Nic nie trwa wiecznie. Chociaż zaraz po zamordowaniu  Gustloffa kierownictwo 
NSDAP  w  Schwerinie  i  nadburmistrz  miasta  nie  szczędzili  starań,  żeby  stworzyć  Gaj  Chwały  po 
wieczne  czasy.  Już  w  grudniu  trzydziestego  szóstego,  gdy  w  szwajcarskim  Chur  proces  Frankfurtera 
zakończył  się  ogłoszeniem  wyroku,  na  polach  Meklemburgii  szukano  głazów  narzutowych,  ażeby 
można było  wznieść z nich mur jako ogrodzenie Gaju Chwały. W instrukcji czytamy:  „Do tego celu 
potrzebne  będą  wszelkie  kamienie naturalne każdej  wielkości, jakie znajdzie  się przy budowach i  na 
schwerińskich  polach...”  A  z  pisma  gauleitera  do  spraw  szkolenia  Rohdego  wynika,  że  stolica  landu 
czuła się w obowiązku wesprzeć finansowo kierownictwo okręgowe Partii, mianowicie „subwencją na 
pokrycie kosztów w wysokości okrągło 10 000 reichsmarek”. 
Kiedy  10  września  1949  likwidacja  Gaju  Chwały  oraz  przeniesienie  zwłok  i  urn  zostały  w  zasadzie 
zakończone,  koszty  były  niższe,  bo  pod  zdenazyfikowanym  nagłówkiem  listu  nadburmistrza  można 
przeczytać:  „O  poniesionych  wydatkach  w  kwocie  6096,75  marek  celem  dokonania  zwrotu 
powiadamia się rząd landu...” 
Wszelako dowiadujemy się również, że „popiołów Wilhelma Gustloffa” nie można było przewieźć na 
cmentarz  miejski:  „Urna  G.  wedle  zeznań  kamieniarza  Kröpelina  znajduje  się  w  fundamencie 
pomnikowego kamienia. Wyjęcie urny jest w chwili obecnej niemożliwe...” 
Doszło  do  tego  dopiero  w  początku  lat  pięćdziesiątych,  na  krótko  przed  wybudowaniem 
młodzieżowego schroniska i nadaniem mu imienia niedawno zmarłego antyfaszysty Kurta Bürgera. W 
tym czasie bohater wojny podwodnej Marinesko od trzech lat przebywał na Syberii. 
Zaraz po zawinięciu „S 13” do fińskiego portu Turku od pierwszego zejścia na ląd zaczęły się kłopoty 
człowieka,  który  oczekiwał  hołdów.  Choć  teczka  z  materiałami  NKWD,  jego  do  tej  pory  nie 
rozpatrywane  przez  sąd  przewinienia  nadal  stanowiły  zagrożenie,  nie  przestawał  na  trzeźwo  lub 
wyzbyty zahamowań po wódce domagać się uznania swych bohaterskich wyczynów. Co prawda „S 13” 
został  wyróżniony  mianem  „okrętu  Czerwonego  Sztandaru”,  co  prawda  wszyscy  członkowie  załogi 
okrętu  mogli sobie przypinać do piersi  Order Wojny Narodowej, otrzymali też inne odznaczenie, ów 
Order Czerwonego Sztandaru, którego motywem  są gwiazda, młot i sierp, ale Aleksandra Marinesko 
nie  obwołano  „Bohaterem  Związku  Sowieckiego”.  Co  gorsza,  w  urzędowych  raportach  Floty 
Bałtyckiej 

dalszym 

ciągu 

brakowało 

jakiejkolwiek 

wzmianki 

zatopieniu 

dwudziestopięciotysięcznika „Wilhelm Gustloff”, ani słowem nie potwierdzono też szybkiego pójścia 
na dno statku „General Steuben”. 
Wyglądało to tak, jak gdyby z dziobowej i rufowej wyrzutni okrętu podwodnego wystrzelono torpedy-
widma, które odszukały i trafiły nie istniejące cele. Dobre dwanaście tysięcy zabitych, jakich miał bądź 
co bądź na swoim koncie, nie liczyło się. Czy najwyższe dowództwo marynarki wstydziło się z powodu 
trudnej  do  ścisłego  oszacowania  liczby  utopionych  dzieci,  kobiet  i  ciężko  rannych?  A  może  sukcesy 
Marinesko  rozpłynęły  się  w  zwycięskim  upojeniu  ostatnich  miesięcy  wojny,  kiedy  to  produkowano 
bohaterskie  czyny  w  nadmiarze?  Trudno  było  nie  usłyszeć  jego  hałaśliwego  upominania  się.  Nic nie 
mogło  go  powstrzymać  przed  trąbieniem  o  swoich  sukcesach  przy  każdej  nadarzającej  się  okazji. 
Zrobił się uciążliwy. 

background image

Gdy we wrześniu czterdziestego piątego odebrano mu dowództwo okrętu podwodnego, wkrótce potem 
zdegradowano  go  do  porucznika,  a  w  październiku  zwolniono  z  sowieckiej  marynarki,  uzasadnienie 
trójstopniowej dymisji brzmiało: „... z powodu obojętnego i niedbałego nastawienia do służby”. 
Po  odrzuceniu  podania  o  przyjęcie  do  marynarki  handlowej  -  pretekstem  była  rzekoma 
krótkowzroczność jednego oka - Marinesko znalazł pracę jako zarządca magazynu, który zawiadywał 
przydziałami  materiałów  budowlanych.  Po  niedługim  czasie  mając  zbyt  mało  dowodów  uznał  za 
stosowne  oskarżyć  dyrektora  przedsiębiorstwa  o  przyjmowanie  łapówek,  przekupywanie  działaczy 
partyjnych, sprzedawanie materiałów na lewo; w związku z tym na niego rzucono podejrzenie, że zbyt 
wspaniałomyślnie  rozdzielając  z  lekka  tylko  uszkodzone  elementy  budowlane  naruszył  prawo.  Sąd 
specjalny skazał Marinesko na trzy lata obozu pracy. 
Zesłano  go  na  Kołymę  nad  Morzem  Wschodniosyberyjskim,  w  miejsce  należące  do  „Archipelagu 
Gułag”, którego dzień powszedni został opisany. Dopiero w dwa lata po śmierci Stalina miał, ujmując 
rzecz  przestrzennie,  Syberię  za  sobą.  Wrócił  chory.  Ale  dopiero  w  początku  lat  sześćdziesiątych 
wynędzniały  bohater  wojny  podwodnej  został  zrehabilitowany.  Przywrócono  mu  stopień  kapitana 
trzeciej rangi, obecnie już w stanie spoczynku i z prawem do emerytury. 
Muszę się teraz powtórzyć sięgając wstecz. Dlatego przypominam tutaj tę scenę: Kiedy na Wschodzie i 
na  Zachodzie  obwieszczono  o  śmierci  Stalina,  widziałem,  jak  matka  płakała.  Nawet  zapaliła  świece. 
Stałem, ośmioletni, przy kuchennym stole, nie musiałem iść do szkoły, miałem za sobą odrę albo coś 
równie  swędzącego,  obierałem  z  łupin  gotowane  ziemniaki,  które  miały  trafić  na  stół  z  margaryną  i 
twarogiem,  i  widziałem,  jak  matka  za  płonącymi  świecami  opłakiwała  śmierć  Stalina.  Ziemniaków, 
świec i łez było wtedy skąpo. W czasie mego dzieciństwa przy Lehmstrasse i dopóki byłem licealistą w 
Schwerinie,  nigdy  więcej  nie  widziałem  jej  płaczącej.  Kiedy  matka  się  wypłakała,  miała  swoje 
nieobecne spojrzenie spod znaku nie-ma-mnie-w-domu, znane również z lat dziecinnych ciotce Jenny. 
Na  podwórzu  stolarni  przy  wrzeszczańskiej  ulicy  Elzy  mówiono  na  to:  „Tulla  znów  wywraca  puste 
gały”. 
Po  tym,  jak  już  opłakała  śmierć  wielkiego  towarzysza  Stalina,  a  następnie  przez  dłuższy  czas  miała 
niewidzące  spojrzenie,  były,  wcześniej  przygotowane,  ziemniaki  w  mundurach  z  twarogiem  i  kapką 
margaryny. 
W  tym  czasie  matka  zdała  egzamin  na  mistrza  i  wkrótce  w  schwerińskich  zakładach  meblowych 
kierowała  brygadą  stolarską,  która  według  planu  produkowała  meble  sypialniane  i  zgodnie  z 
wytycznymi  w  duchu  przyjaźni  między  narodami  zaopatrywała  Związek  Sowiecki.  Jakkolwiek 
wieloraki  mógł  być  jej  wizerunek  z  owego  czasu,  ściśle  biorąc  matka  do  dziś  pozostała  stalinówką, 
nawet  jeśli,  sprowokowana  przeze  mnie  w  wymianie  zdań,  stara  się  pomniejszyć  swojego  bohatera, 
przedstawić go w jaśniejszych barwach: - On też telko człowiekiem beł... 
I w tym czasie, kiedy Marinesko stawiał czoło klimatowi Syberii i warunkom bytowania w sowieckich 
obozach  karnych,  matka  dochowywała  wierności  Stalinowi,  a  ja  w  szeregach  Młodych  Pionierów 
byłem dumny ze swojej chusty na szyję, Dawid Frankfurter, który w więzieniu wyleczył się z uznanej 
za chroniczną choroby kości, okazywał się przydatny jako urzędnik w Ministerstwie Obrony Izraela. Z 
czasem się ożenił. Później przyszło dwoje dzieci. 
I  jeszcze  coś  zdarzyło  się  w  tych  latach:  Hedwig  Gustloff,  wdowa  po  zamordowanym  Wilhelmie, 
opuściła  Schwerin.  Mieszkała  odtąd  po  zachodniej  stronie  wewnątrzniemieckiej  granicy,  w  Lubece. 
Dom z klinkierowej cegły przy Sebastian-Bach-Strasse pod 14, który małżonkowie wybudowali sobie 
na  krótko  przed  morderstwem,  niedługo  po  wojnie  został  wywłaszczony.  Widziałem  ten  solidny 
budynek,  typowy  dom  jednorodzinny,  w  internecie.  Na  swej  Website  mój  syn  zdrowo  przesadził 
wysuwając  żądanie,  żeby  w  niesłusznie  wywłaszczonej  budowli  urządzić  „Muzeum  Gustloffa”  i 
udostępnić  je  zainteresowanej  publiczności.  Potrzeba  rzetelnie  przedstawionej  infermacji  wykracza 
daleko poza Schwerin. Jeśli o niego chodzi, to tablica z brązu w lewo od okna balkonowego wykuszu 

background image

może nadal oznajmiać, że od czterdziestego piątego do pięćdziesiątego pierwszego w wywłaszczonym 
domu mieszkał pierwszy premier Meklemburgii, niejaki Wilhelm Höcker. Nie razi go też następująca 
końcówka napisu na tablicy „...po rozgromieniu hitlerowskiego faszyzmu”. To jest po prostu fakt, jak 
faktem pozostaje zamordowanie męczennika. 
Mój syn potrafił zręcznie rozmieszczać duże i małe zdjęcia, tabele i dokumenty. Toteż na jego Website 
można było obejrzeć nie tylko przód, ale i tył potężnego granitu wzniesionego na południowym brzegu 
Jeziora Schwerińskiego. Zadał sobie trud i obok sfotografowanego ogólnego widoku kamienia pokazał 
powiększenie  zazwyczaj  trudnej  do  odczytania  inskrypcji  wyrytej  na  tylnej  stronie.  Jedna  nad  drugą 
trzy  linijki:  „Żył  dla  Ruchu  -  Skrytobójczo  zamordowany  przez  Żyda  -  Umarł  dla  Niemiec”.  Jako  że 
środkowa linijka nie tylko pomijała nazwisko sprawcy, lecz ostentacyjnie uznawała wszystkich Żydów 
za skrytobójców, można było przyjąć - i tak też to później zostało zinterpretowane - że Konny uwolnił 
się od jednostronnej manii skupionej na historycznym Dawidzie Frankfurterze i chciał zademonstrować 
swoją nienawiść do „Żyda samego w sobie”. 
Ale  to  wytłumaczenie,  a  także  dalsze  poszukiwanie  motywu  nie  rozjaśnia  tego,  co  zdarzyło  się  po 
południu  20  kwietnia  1997.  Przed  zamkniętym  o  tej  porze  i  na  oko  jakby  wymarłym  schroniskiem 
młodzieżowym  rozegrało  się  coś,  co  nie  było  przewidziane,  a  przecież  na  mchem  porosłym 
fundamencie dawnej Hali Chwały znalazło niejako wyćwiczone zakończenie. 
Co skłoniło wirtualnego Dawida, żeby z daleka, z Karlsruhe, gdzie osiemnastoletni gimnazjalista jako 
najstarszy  z  trzech  synów  mieszkał  z  rodzicami,  realnie  przyjąć  mgliste  zaproszenie  i  pojechać 
pociągiem  do  Schwerina?  I  co  skusiło  Konny'ego,  żeby  powstałą  przez  internet,  w  gruncie  rzeczy 
fikcyjną  przyjaźniowrogość  przenieść  przez  autentyczne  spotkanie  na  płaszczyznę  rzeczywistości? 
Zaproszenie do przyjazdu tak się przyczaiło w powszedniej sieczce słownej ich komunikowania się, że 
mogło być zrozumiałe tylko dla polemisty występującego pod imieniem Dawid. 
Skoro  schronisko  młodzieżowe  jako  miejsce  spotkania  odpadło,  przystali  na  kompromis.  Mieli  się 
zobaczyć tam, gdzie urodził się męczennik. Pytanie za ileś tam punktów, jako że na Website mojego 
syna  nie  podano  ani  miasta,  ani  ulicy,  ani  numeru  domu.  Jednakże  samo  hasło  wystarczyło  znawcy 
tematu; a Dawid jak Konny, który on-line nazywał się Wilhelmem, był obeznany ze wszystkimi, nawet 
z najbardziej niedorzecznymi szczegółami przeklętej historii Gustloffa. Jak się miało okazać, wiedział 
nawet,  że  gimnazjum,  w  którym  Wilhelm  Gustloff  uczył  się  do  małej  matury  i  któremu  po 
morderstwie, już jako liceum, nadano jego imię, od czasów NRD nosi nazwę szkoły Pokoju. Mój syn 
nie tylko czuł respekt dla rozległej wiedzy swego adwersarza, podziwiał też jego  „kręćka na punkcie 
dokładności”. 
Spotkali  się  zatem  przy  przepięknej  wiosennej  pogodzie  na  Martinstrasse  pod  domem  numer  2,  róg 
Wismarsche  Strasse.  Dawid  bez  szemrania  zaakceptował  szczególną  datę.  Do  ich  spotkania  doszło 
przed świeżo otynkowaną fasadą, która miała sprawić, że czasy tak długo trwającego upadku pójdą w 
zapomnienie.  Podobno  przywitali  się  podając  sobie  ręce,  i  to  Dawid  pierwszy  wyciągnął  swoją 
przedstawiając się wybujałemu wysoko Konradowi Pokriefke jako Dawid Stremplin. 
Potem,  na  propozycję  Konny'ego,  w  programie  była  przechadzka  po  mieście.  W  trakcie  zwiedzania 
Schelfstadt jako jedna z osobliwości została gościowi pokazana nawet owa stojąca wciąż jeszcze rudera 
z wypalanej  cegły i  z dachem  krytym  smołowaną papą na jednym  z podwórek Lehmstrasse, gdzie w 
powojennych  latach  gnieździliśmy  się  z  matką,  podobnie  jak  w  dalszym  ciągu  rozwalone  i  już 
odremontowane  domy  z  muru  pruskiego  tej  malowniczej  dzielnicy.  Konny  prowadził  Dawida  we 
wszystkie miejsca i kryjówki moich młodych lat tak zdecydowanie, jakby to były jego własne. 
Po kościele Świętego Mikołaja, obejrzanym w środku i z zewnątrz, przyszła naturalnie kolej na zamek 
na  Zamkowej  Wyspie.  Wszystko  odbywało  się  bez  pośpiechu.  Mój  syn  nie  ponaglał.  Zaproponował 
nawet  pójście  do  sąsiedniego  muzeum,  ale  jego  gość  nie  okazał  zainteresowania,  zaczął  się 
niecierpliwić, chciał wreszcie zobaczyć teren koło młodzieżowego schroniska. 

background image

Przechadzając  się  po  mieście  zrobili  sobie  jednak  przerwę.  We  włoskiej  lodziarni  każdy  wtrząchnął 
sporą  porcję  gelati.  Konny  wystąpił  w  roli  fundatora.  A  Dawid  Stremplin  miał  przyjaźnie,  lecz  z 
ironicznym  dystansem  opowiadać  o  swoich  rodzicach,  fizyku  atomowym  i  nauczycielce  muzyki. 
Mógłbym się założyć, że mój syn ani słowem nie wspomniał o ojcu i matce; na pewno jednak ważna 
była dla niego potraktowana aluzyjnie historia ocalenia jego babki. 
Potem nierówni wzrostem wrogoprzyjaciele - raczej tęgawy Dawid był o głowę niższy - przez ogród 
zamkowy, mijając szlifiernię, podążając Schlossgartenallee, z której otynkowane na lśniącą biel wille 
uczyniły  drogi  adres,  potem  przez  Waldschulweg  zbliżyli  się  wreszcie  do  feralnego  miejsca,  które 
rozciągało  się  płasko  pod  drzewami.  Początkowo  nie  było  między  nimi  napięcia.  Dawid  Stremplin 
pochwalił  widok  na  jezioro.  Gdyby  na  stole  ping-pongowym  przed  schroniskiem  leżały  rakietki  i 
piłeczka, być może doszłoby do meczu; Konny i Dawid byli zapalonymi tenisistami stołowymi i chyba 
nie  przepuściliby  nadarzającej  się  okazji.  Możliwe,  że  szybka  partyjka  nad  siatką  podziałałaby 
odprężająco i nadałaby popołudniu inny przebieg. 
Potem stanęli na niejako historycznym gruncie. Ale nawet obrosłe mchem bryły granitu i kawał głazu 
narzutowego z wykutym znakiem runicznym i resztką nazwiska nie dały powodu do kłótni. Obaj nawet 
śmieli  się  na  dwa  głosy  z  wiewiórki  przeskakującej  z  buka  na  buk.  Dopiero  gdy  znaleźli  się  na 
fundamentach  dawnej  Hali  Chwały  i  gdy  mój  syn  wyjaśnił  swemu  gościowi,  gdzie  dokładnie  stał 
pomnikowy  kamień,  mianowicie  za  nie  istniejącym  wówczas  schroniskiem  młodzieżowym,  potem 
dopiero,  gdy  zasugerował  perspektywę  na  granit,  następnie  wyrecytował  nazwisko  męczennika  na 
frontowej  stronie  kamienia,  a  potem  słowo  w  słowo  trzy  linijki  wykute  na  tylnej  stronie,  Dawid 
Stremplin podobno powiedział:  - Jako Żydowi nic innego nie przychodzi mi do głowy - i trzykrotnie 
splunął na omszały fundament, a zatem „zbezcześcił”, jak zeznał później mój syn, miejsce pamięci. 
Zaraz  potem  padły  strzały.  Mimo  słonecznego  dnia  Konny  miał  na  sobie  skafander.  Z  jednej  z 
obszernych kieszeni, prawej, wyciągnął broń i czterokrotnie strzelił. Był to pistolet produkcji rosyjskiej. 
Pierwszy strzał trafił w brzuch, następne w głowę, szyję i głowę. Dawid Stremplin bez słowa upadł na 
wznak.  Później  mój  syn  przywiązywał  wagę  do  tego,  że  trafił  tyle  razy  co  kiedyś  w  Davos  Żyd 
Frankfurter,  choć  nie  z  rewolweru.  I  jak  tamten  z  najbliższej  budki  telefonicznej  doniósł  na  samego 
siebie wykręciwszy numer 110. Nie wracając na miejsce zbrodni ruszył na najbliższy posterunek, gdzie 
oddał się w ręce policji mówiąc: - Strzelałem, ponieważ jestem Niemcem. 
Po drodze minęły go jadące z naprzeciwka radiowóz i ambulans, obydwa na sygnale. Ale dla Dawida 
Stremplina pomoc przyszła za późno. 

 
 

 

On,  który  utrzymuje,  iż  mnie  zna,  twierdzi,  że  ja  nie  znam  krwi  z  krwi  mojej  i  ciała  z  ciała  mego. 
Możliwe, że nie miałem przystępu do jego najtajniejszych izb tortur. A może nie byłem dość sprytny, 
żeby rozszyfrować tajemnice mojego syna? Dopiero w trakcie procesu zbliżyłem się do Konny'ego, co 
prawda nie na wyciągnięcie ręki, ale na odległość głosu, nie zdobyłem się jednak na to, żeby z miejsca 
dla świadków zawołać coś w rodzaju:  „Twój ojciec jest przy tobie!” albo: „Nie wygłaszaj odczytów, 
synu, streszczaj się!” 
Pewnie dlatego ktoś obstaje przy nazywaniu mnie „spóźnionym ojcem”. Wszystko, co robię uciekając 
rakiem od siebie, co dość blisko prawdy wyznaję albo wyjawiam jakby pod presją, dzieje się w jego 
ocenie „z opóźnieniem bądź z nieczystego sumienia”. 
A  teraz,  gdy  moje  wysiłki  zostały  opatrzone  etykietą  „Za  późno!”,  on  sprawdza  stertę  mojej 
dokumentacji,  ten  stos  karteluszków,  chce  wiedzieć,  co  się  stało  z  lisem  matki.  To  czekające  mnie 
jeszcze  uzupełnienie  dla  niego,  szefa,  wydaje  się  szczególnie  ważne:  Mam  się  więcej  nie  ociągać  z 

background image

moją szczegółową wiedzą i opowiedzieć po kolei o lisie Tulli, nawet jeśli do tej niemodnej już części 
garderoby czuję najgłębszą nienawiść. 
Zgadza się. Matka miała go od początku i wciąż jeszcze go nosi. Liczyła sobie jakieś  szesnaście lat i 
była  konduktorką  tramwaju,  w  furażerce  i  z  bloczkiem  biletów,  pełniącą  służbę  na  liniach  piątki  i 
dwójki,  kiedy na przystanku Strzyża Górna jeden obergefrąjter, który dodatkowo wchodzi w rachubę 
jako mój ewentualny ojciec, jakoby dał jej w prezencie nienaruszonego lisa, już spreparowanego przez 
kuśnierza. - Ż polarnego frontu ranny curyk przyjechał i w Oliwie na zdrowotnym urlopie beł - brzmiał 
i  brzmi  krótki  opis  mojego  bądź  co  bądź  wyobrażalnego  rodziciela,  bo  ani  mocno  wątpliwy  Harry 
Liebenau, ani jakiś chłopaczyna ze służby pomocniczej lotnictwa nie mogliby wpaść na pomysł, żeby 
matce dać w prezencie lisa. 
I  kiedy  Pokriefkowie  okrętowali  się  na  „Gustloffa”,  ona  weszła  na  pokład  w  tym  ocieplającym 
futrzanym kołnierzu wokół szyi. Wkrótce potem, jak statek wypłynął z portu i ona, ciężarna, wsparta na 
ramieniu  młodziutkiego rekruta Kriegsmarine, odważyła się krok za krokiem przejść po oblodzonym 
pokładzie  słonecznym,  była  w  lisie.  W  zasięgu  ręki  obok  kamizelki  ratunkowej  znajdował  się  lisi 
kołnierz, gdy leżała na oddziale dla położnic i ciężarnych i doktor Richter, zaraz po trzecim trafieniu 
torpedą i pierwszych bólach, zaaplikował jej zastrzyk. I bez niczego - plecak został na statku - tylko w 
pozapinanej  kamizelce  i  w  lisie  na  szyi  matka,  zanim  nią  została,  wsiadła  do  łodzi  ratunkowej,  a 
przedtem z pewnością sięgnęła najpierw po futrzany kołnierz, nie po kamizelkę. 
Tak odziana, bez butów na nogach, ale w ciepłym lisie, trafiła na torpedowiec „Löwe”. I tylko w czasie 
rozpoczętego niebawem porodu, a więc w owej chwili, kiedy to „Gustloff” z zanurzonym już wcześniej 
dziobem  przewracał  się  do  góry  dnem  na  lewą  burtę  i  tonął,  a  krzyk  iluś  tam  tysięcy  zmieszał  się  z 
moim pierwszym krzykiem, lisi kołnierz znów leżał zwinięty przy niej. Lecz opuszczając torpedowiec 
w  Kołobrzegu  matka  z  niemowlęciem  na  ręku,  o  z  nagła  zbielałych  włosach,  szła  wprawdzie  w 
skarpetkach, ale szyję miała owiniętą lisem, który nie doznał szoku i ani trochę nie zbielał. 
Twierdzi, że podczas nieustannej ucieczki przed Rosjanami z powodu lodowatego zimna otulała mnie 
futrzanym kołnierzem. Gdyby nie lis, na pewno bym zamarzł w ciżbie uciekinierów przed mostem na 
Odrze. Jedynie lisowi - nie zaś kobietom z nadmiarem mleka - zawdzięczam życie. - Bez niego bysz za 
grudę lodu beł... - A obergefrąjter, który podarował jej kołnierz - dzieło jakoby kuśnierza z Warszawy - 
podobno powiedział na pożegnanie: - Kto wie, dziewczyno, do czego ci się on kiedyś przyda. 
W  czasach  pokojowych  natomiast,  kiedy  już  nie  musieliśmy  marznąć,  rudy  lis  należał  tylko  do  niej, 
spoczywał  w  szafie  w  pudle  po  butach.  Nosiła  go  przy  stosownych  i  niestosownych  okazjach.  Na 
przykład  jak  dostawała  dyplom  mistrzowski,  potem  jak  ją  odznaczano  jako  „zasłużoną  przodownicę 
pracy”,  nawet  na  uroczystościach  zakładowych,  kiedy  w  programie  był  „wieczór  atrakcji”.  A  gdy  ja 
miałem dość państwa robotników i chłopów i z Berlina Wschodniego chciałem dać nogę na Zachód, 
odprowadziła mnie na dworzec w lisie wokół szyi. Później, dużo później, kiedy po krótkiej wieczności 
znikła  granica  i  matka  była  na  emeryturze,  na  spotkaniu  ocalałych  w  nadbałtyckim  kąpielisku  Damp 
wystąpiła  w  swoim  zawsze  wypielęgnowanym  lisim  kołnierzu;  wyglądała  niezrównanie  między 
nowomodnie wystrojonymi paniami w swoim wieku. 
A  gdy  pierwszego  dnia  procesu,  w  którym  odczytano  tylko  akt  oskarżenia,  a  mój  syn  bez  ceregieli 
przyznał się do popełnionego czynu nie poczuwając się jednak do jakiejkolwiek winy - „Zrobiłem to, 
co musiałem zrobić!” - matka nie usiadła tam, gdzie z konieczności ramię w ramię siedzieliśmy oboje z 
Gabi, lecz demonstracyjnie zajęła  miejsce  obok  rodziców  trafionego  śmiertelnie czterema strzałami 
Dawida,  niejako  oczywiście  miała  na  sobie  lisa,  który  otaczał  jej  szyję  jak  pętla.  Jego  spiczasto 
zakończony pysk wgryzał się w futro powyżej nasady ogona, tak że łudząco prawdziwe szklane oczy, z 
których  jedno  przepadło  w  czasie  ucieczki  i  musiało  być  zastąpione,  znajdowały  się  w  położeniu 
ukośnym  wobec  jasnoszarych  oczu  matki,  w  związku  z  czym  podwójne  spojrzenie  padało  stale  na 
oskarżonego albo obejmowało ławę sędziowską. 

background image

Zawsze z przykrością patrzyłem na nią, ilekroć nosiła się tak po staroświecku, zwłaszcza że lis pachniał 
nie  ulubionymi  perfumami  matki  „Tosca”,  lecz  przemożnie  i  o  każdej  porze  roku  kulkami  na  mole; 
czasami wyglądał, bestia, dość parszywie. Ale skoro tylko w drugim dniu procesu na wezwanie sądu 
wystąpiła jako świadek obrony, nawet ja byłem pod wrażeniem: niczym obsesyjnie odchudzona diwa 
przy  pałająco  białej  fryzurze  miała  na  sobie  ów  kolorowy  kołnierz  i  swoje  pierwsze  odpowiedzi, 
chociaż  nie  została  zaprzysiężona,  poprzedzała  formułą:  „Przysięgam,  że...”,  po  czym  wszystko,  co 
miała do powiedzenia, mówiła na pozór swobodną, acz nieco napuszoną literacką niemczyzną. 
W przeciwieństwie do Gabi i mnie, którzy skorzystaliśmy z przysługującego nam prawa i odmówiliśmy 
wszelkich wyjaśnień, matka była skora do zeznań. Wobec kompletu sędziowskiego, to znaczy wobec 
trzech sędziów, przewodniczącego i asesorów, oraz obu ławników przemawiała jak do zgromadzenia 
zielonoświątkowców.  Słuchano  jej  uważnie,  gdy  przemawiała  do  sumienia  prokuratorowi  dla 
nieletnich:  W  gruncie  rzeczy  straszny  czyn  sprawił  ból  również  jej.  Od  tego  czasu  jej  serce  jest 
rozdarte. Rozpłatał ją ognisty miecz. Została roztrzaskana przez olbrzymią pięść. 
Przy  Demmlerplatz,  gdzie  w  schwerińskim  sądzie  krajowym  toczył  się  proces  przed  izbą  karną  dla 
młodocianych, matka prezentowała się jako osoba załamana duchowo. Przeklinała zły los, a następnie 
rozdawała lżejsze i cięższe ciosy, obwiniała niezdolnych do miłości rodziców i chwaliła swego wnuka, 
sprowadzonego  na  manowce  przez  złe  moce  i  diabelski  wynalazek,  „komputerzysko”,  jako  chłopca 
zawsze pilnego i grzecznego, superschludnego, w każdej chwili uczynnego i nadzwyczaj punktualnego, 
nie tylko jeśli chodzi o przychodzenie na kolację. Zapewniała, że odkąd jej wnuk Konrad przebywa u 
niej  -  ta  radość  jest  jej  udziałem  od  jego  piętnastego  roku  życia  -  nawet  ona  sama  przywykła  do 
rozkładania  swego  dnia  z  dokładnością  co  do  minuty.  Tak,  ona  przyznaje:  Komputerzysko  z 
wszystkimi przyległościami to był niestety prezent od niej. To nie znaczy, że chłopiec był przez babkę 
rozpieszczany,  wręcz  przeciwnie.  Jako  że  był  tak  niezwykle  mało  wymagający,  chętnie  spełniła  jego 
pragnienie posiadania „nowoczesnego sprzętu”. - On przecież z reguły nigdy niczego sobie nie życzył! 
- wołała i przypominała sobie: - Godzinami mój Konradzik mógł się tym aparaciskiem zabawiać. 
Potem,  potępiwszy  mącącą  w  głowach  nowoczesną  kołowaciznę,  przeszła  do  właściwego  tematu. 
Statek  bowiem,  o  którym  do  tej  pory  nikt  nie  chciał  nic  wiedzieć,  stał  się  dla  wnuka  powodem 
niezmordowanego  wypytywania.  Ale  „Konradzik”  nie  tylko  interesował  się  zatonięciem  „pięknego 
parowca KdP pełnego kobiet i dzieciaczków” i nie tylko o to wypytywał ocalałą babkę, lecz był gotów, 
między innymi na jej życzenie, dzielić się swymi ogromnymi wiadomościami,  „całym tym bigosem”, 
za pomocą podarowanego mu komputera z calutkim światem, aż po Australię i Alaskę. - To przecież 
nie jest zakazane, panie sędzio. Może nie? - zawołała matka i przesunęła łeb lisa na centralne miejsce. 
Raczej  mimochodem  zajęła  się  potem  ofiarą  mordu.  Fakt,  że  jej  „Konradzik”  w  ten  sposób  - 
„mianowicie przez komputerzysko” - zaprzyjaźnił się z nie znanym sobie osobiście chłopcem, nawet 
jeśli obaj byli często odmiennego zdania, ucieszył ją, ponieważ jej ukochany wnuk uchodzi zazwyczaj 
za samotnika. Taki już jest. Nawet jego związek z przyjaciółeczką z Ratzeburga - „ona jest za pomoc u 
jednego dentysty” - trzeba uznać za dość luźny - „tam nigdy nie doszło do czegoś takiego jak seks i tak 
dalej”, ona to dobrze wie. 
Tyle i jeszcze więcej jako świadek obrony powiedziała matka bardzo poprawną literacką niemczyzną, 
nader starannie dobierając słowa. Wychwalała przed sądem cechującą Konrada „wrażliwość na kwestie 
sumienia”,  jego  „niezłomne  umiłowanie  prawdy”  i  „niewzruszoną  dumę  z  Niemiec”.  Ale  gdy 
prokurator dla młodocianych - ledwie zdążyła zaręczyć, jak mało to dla niej znaczy, że komputerowy 
przyjaciel  Konrada  był  młodym  Żydem  -  zapewnił  ją,  że  od  dłuższego  czasu  jest  rzeczą  wiadomą  i 
udokumentowaną,  iż  rodzice  zamordowanego  bynajmniej  nie  są  pochodzenia  żydowskiego,  ojciec 
Stremplin  bowiem  urodził  się  w  domu  wirtemberskiego  pastora,  a  jego  żona  pochodzi  z  chłopskiej 
rodziny  osiadłej  w  Badenii  od  pokoleń,  matkę  ogarnęło  widoczne  wzburzenie.  Gmerała  przy  lisim 
kołnierzu, przez sekundy miała to swoje spojrzenie spod znaku nie--ma-mnie-w-domu, potem porzuciła 

background image

starania o językową poprawność i zawołała: - A to ci oszukansztwo! Przeczeż mój Konradzik wiedżecz 
ni  mógł,  że  z  tego  Dawida  fałszywy  Żydżak  beł.  Taki,  co  przed  sobą  i  przed  drugimi  maszkaradę 
urządzał, przy byle okazji jako prawdziwy Żydżak są ceregielił i imer telko o naszej hańbie gadał... 
Kiedy zaczęła lżyć zamordowanego od „poszpolitych kłamaczy” i „podsztępnych fałszywców”, sędzia 
przewodniczący  odebrał  jej  głos.  Naturalnie  Konny,  który  do  tej  pory  przysłuchiwał  się  lisim 
zapewnieniom  matki  z  leciutkim  uśmiechem,  nie  okazał  wcale  przestrachu  czy  może rozczarowania, 
gdy  prokurator  z  ironiczną  miną  przedłożył,  jak  to  powiedział,  „dowód  aryjskiego  pochodzenia” 
Wolfganga Stremplina, który on-line nazwał się Dawidem. Mój syn skomentował ten i tak znany sobie 
fakt  ze  spokojną  pewnością:  -  To  nie  zmienia  stanu  rzeczy.  Jedynie  do  mnie  należała  decyzja,  czy 
osoba znana mi pod imieniem Dawid mówi i działa jak Żyd. - Kiedy sędzia przewodniczący zadał mu 
pytanie,  czy  kiedykolwiek,  czy  to  w  Mölln,  czy  to  w  Schwerinie,  spotkał  prawdziwego  Żyda, 
odpowiedział  zdecydowanym  „nie”,  dodał  jednak:  -  Dla  mojej  decyzji  było  to  bez  znaczenia. 
Strzelałem dla zasady. 
Potem  roztrząsano  sprawę  pistoletu,  który  mój  syn  po  dokonanym  czynie  rzucił  z  wysokiego 
południowego brzegu do Jeziora Schwerińskiego i o którym matka wypowiedziała się krótko: - Jakże ja 
mogłabym  znaleźć  tego  gnata?  Mój  Konradzik  zawsze  sam  sprzątał  swój  pokój.  Do  tego  przykładał 
dużą wagę. 
Zapytany  o  narzędzie  przestępczego  czynu  mój  syn  odparł,  że  spluwa  -  nawiasem  mówiąc 
siedmiomilimetrowy tokariew z zasobów armii sowieckiej - była w jego posiadaniu już od półtora roku. 
Musiał  ją  mieć,  ponieważ  groziło  mu  niebezpieczeństwo  ze  strony  młodocianych  skrajnych 
prawicowców z meklemburskiej prowincji. Nie, nazwisk nie chce i nie będzie podawał. „Nie zdradzę 
dawnych kamratów!” Powodem zagrożenia był odczyt, jaki wygłosił w tamtym czasie na zaproszenie 
kamractwa  o  nastawieniu  narodowym.  Jego  temat,  „Losy  statku  KdP  'Wilhelm Gustloff od położenia 
stępki do zatonięcia”, dla części słuchaczy - „wśród nich półgłówków nastawionych tylko na żłopanie 
piwska  do  upadłego”  -  był  chyba  zbyt  wymagający.  Zwłaszcza  jego  obiektywna  ocena  militarnego 
wyczynu  dowódcy  sowieckiego  okrętu  podwodnego,  który  storpedował  statek  z  ryzykownej  pozycji, 
rozsierdził skinów. Kilku  osiłków nawymyślało mu  później od  „rusolubów”, kilkakrotnie groziło mu 
na ulicy i uciekało się do rękoczynów. - Od tego czasu było dla mnie jasne, że z tymi prymitywnymi 
nazistami człowiek nie może stykać się bez broni. Argumenty do nich nie trafiały. 
Ów  wspomniany  przed  chwilą  odczyt,  wygłoszony  w  początkach  dziewięćdziesiątego  szóstego  w 
schwerińskiej gospodzie, miejscu spotkań wymienionego kamractwa, w weekend, i dwa dalsze referaty, 
których nie dało się wygłosić, ale których spisane teksty znajdowały się w dyspozycji sądu, odegrały w 
dalszym przebiegu rozprawy szczególną rolę. 
Co  się  tyczy  pierwszego  referatu,  to  zawiedliśmy  oboje.  Gabi  i  ja  powinni  byliśmy  wiedzieć,  co  się 
dzieje w Mölln. Oboje udawaliśmy ślepych. Ona jako pedagog, chociaż w innej szkole, na pewno by 
się  dowiedziała,  dlaczego  to  jej  synowi  nie  pozwolono  wygłosić  referatu  na  kontrowersyjny  temat  z 
powodu,  jak  to  ujęto,  „mylnej  tendencji”;  ale  nie  ma  co  ukrywać:  ja  też  powinienem  był  okazywać 
mojemu synowi więcej zainteresowania. 
Na przykład byłoby możliwe takie rozłożenie moich niestety ze względów zawodowych nieregularnych 
wizyt  w Mölln,  żebym  na zebraniach rodziców mógł  był  zadawać pytania, nawet  jeśli  doszłoby przy 
tym do scysji z jednym z tych ograniczonych belfrów. Mógłbym był wołać: „Skąd ten zakaz? Gdzie tu 
tolerancja!”  czy  coś  w  tym  stylu.  Być  może  odczyt  Konny'ego,  opatrzony  podtytułem  „Pozytywne 
aspekty  narodowosocjalistycznej  wspólnoty  'Kraft  durch  Freude'”  wniósłby  trochę  urozmaicenia  w 
nudne  lekcje  „wiedzy  o  społeczeństwie”.  Ale  ja  nie  byłem  na  żadnym  zebraniu  rodziców,  a  Gabi 
uważała,  że  nie  ma  prawa  subiektywnie  matczynymi  zastrzeżeniami  utrudniać  i  tak  trudnej  sytuacji 
kolegów  nauczycieli,  zwłaszcza  że  sama  wypowiadała  się  „kategorycznie  przeciwko  wszelkiemu 

background image

bagatelizowaniu brunatnej pseudoideologii” i wobec własnego syna zawsze broniła swego lewicowego 
stanowiska, często, jak musi przyznać, zbyt niecierpliwie. 
Nic  nas  nie  uniewinnia.  Nie  można  wszystkiego  zwalić  na  matkę  albo  na  belferską  ciasnotę 
horyzontów. I podczas gdy proces się toczył, moja była i ja  - ona raczej z ociąganiem i nieustannym 
powoływaniem  się  na  granice  pedagogiki  -  musieliśmy  przyznać,  że  obydwoje  zawiedliśmy.  Ach, 
żebym ja, pozbawiony ojca, nigdy nie został ojcem! 
Podobne wyrzuty robili sobie zresztą rodzice biednego Dawida, który właściwie miał na imię Wolfgang 
i  którego filosemickie zachowanie najwidoczniej sprowokowało naszego Konny'ego. W każdym razie 
kiedy Gabi i ja w przerwie rozprawy nawiązaliśmy z początku podszytą zahamowaniami, potem jednak 
dość  otwartą  rozmowę  z  przybyłymi  do  Schwerina  małżonkami,  pan  Stremplin  powiedział  mi,  że  to 
chyba jego czysto naukowa praca w ośrodku badań nuklearnych i z pewnością zbyt powściągliwa ocena 
historycznych zdarzeń doprowadziły do wyobcowania, co więcej: do niemoty między nim a synem. W 
szczególności  jego  stosunkowo  chłodne  spojrzenie  na  okres  narodowosocjalistycznych  rządów  nie 
znajdowało zrozumienia. - No cóż, skutkiem było coraz większe oddalanie się. 
A pani Stremplin stwierdziła, że Wolfgang zawsze był dziwakiem. Kontaktu z rówieśnikami szukał co 
najwyżej przy stole ping-pongowym. O bliższych związkach z jakąś przyjaciółką nigdy nic jej nie było 
wiadomo.  Ale  jej  syn  już  dawno,  od  czternastego  roku  życia,  przybrał  imię  Dawid  i  z  racji,  Bóg 
świadkiem, aż nadto dobrze znanych zbrodni wojennych i masowego zabijania do tego stopnia przejął 
się ideami pokuty, że w końcu wszystko, co żydowskie, stało się dla niego jakby święte. Zeszłego roku 
zapragnął dostać akurat na gwiazdkę siedmioramienny świecznik. I jakoś dziwnie było patrzeć, jak u 
siebie  w  pokoju  siedział  przy  swojej  alfie  i  omedze,  komputerze,  w  czapeczce,  jaką  noszą  pobożni 
Żydzi. - Wiele razy domagał się ode mnie, żebym gotowała już tylko koszernie! - W najlepszym razie 
ona w taki sposób może sobie wytłumaczyć, dlaczego jej Wolfgang w swoich komputerowych grach 
podawał  się  za  Dawida  wyznania  mojżeszowego.  Jej  napomnienia  -  w  jakimś  momencie  trzeba 
skończyć z wiecznymi oskarżeniami - nie docierały do niego. - W ostatnim czasie nasz chłopak odsunął 
się od nas na nieosiągalną odległość. -Dlatego też ona nie wie, jak jej syn doszedł do tego okropnego 
partyjnego aparatczyka i jego mordercy, studenta medycyny nazwiskiem Frankfurter. - Czy za wcześnie 
przestaliśmy oddziaływać na niego wychowawczo? 
Pani  Stremplin  mówiła  z  przerwami.  Jej  mąż  potakująco  kiwał  głową.  Wolfgang  ubóstwiał  tego 
Dawida Frankfurtera. Jego ciągła gadanina o Dawidzie i Goliacie była co prawda dziecinna, ale widać 
traktowana serio. Młodsi bracia, Jobst i Tobiasz, nabijali się z niego za ten przesadny kult. Na biurku 
Wolfganga  stała  nawet  oprawiona  w  ramki  fotografia  młodego  jeszcze  w  czasie  mordu  w  Davos 
człowieka. Do tego dużo książek, wycinków z gazet i wydruków komputerowych. Wszystko to miało 
chyba związek z tym Gustloffem i statkiem nazwanym jego imieniem. - Jakoś to straszne - powiedziała 
pani  Stremplin  -  co  się  wtedy  stało  po  zatopieniu.  Taka  masa  dzieci.  Zupełnie  nic  się  o  tym  nie 
wiedziało.  Nawet  mój  mąż,  a  jego  hobby  to  badanie  najnowszych  dziejów  Niemiec.  Jemu  też 
brakowało wiedzy o sprawie Gustloffa, aż w końcu... 
Rozpłakała się. Gabi również płakała i w swojej bezradności położyła dłoń na ramieniu pani Stremplin. 
Ja też mógłbym był uderzyć w bek, ale ojcowie poprzestali na spojrzeniu, które pewnie sygnalizowało 
wzajemne  zrozumienie.  Jeszcze  kilkakrotnie  spotykaliśmy  się  z  rodzicami  Wolfganga,  także  poza 
gmachem  sądu.  Ludzie  liberalni,  którzy  robili  wyrzuty  raczej  sobie  niż  nam.  Zawsze  starający  się 
zrozumieć.  Jak  mi  się  wydawało,  w  trakcie  rozprawy  przysłuchiwali  się  uważnie  z  reguły  zbyt 
rozwlekłym wywodom Konny'ego, jak gdyby spodziewając się, że od niego, mordercy ich syna, usłyszą 
coś rozjaśniającego. 
Dla mnie Stremplinowie nie byli niesympatyczni. On, koło pięćdziesiątki, w okularach, z zadbaną siwą 
czupryną,  wydawał  się  typem  człowieka,  który  wszystko  relatywizuje,  nawet  niezbite  fakty.  Ona, 
dobrze po czterdziestce, ale wyglądająca młodziej, skłaniała się do uznawania wszystkiego za ,jakoś” 

background image

niewytłumaczalne. Kiedy rozmowa zeszła na matkę, powiedziała: - Babka syna państwa jest na pewno 
osobą godną uwagi, ale robi na mnie jakoś niesamowite wrażenie... 
O  młodszych  braciach  Wolfganga  usłyszeliśmy,  że  są  zupełnie  inni.  A  o  szkolne  postępy  swego 
najstarszego syna, jego słabe wyniki w matematyce i fizyce, ona wciąż jeszcze się martwi, jak gdyby 
Wolfgang był Jakoś” żywy i miał jednak niedługo zdawać maturę. 
Siedzieliśmy  w  jednej  z  tych  po  nowemu  urządzonych  kawiarni  na  barowych  stołkach  wokół 
wysokiego  okrągłego  stolika.  Zgodnie  zamówiliśmy  cappuccino.  Nie  wzięliśmy  ciastek.  Czasem 
odbiegaliśmy od tematu, tak jakbyśmy uważali, że powinniśmy mniej więcej rówieśnym Stremplinom 
wyznać  powody  wczesnego  rozpadu  naszego  małżeństwa.  Gabi  zwięźle  zaprezentowała  pogląd,  że 
nieuchronne rozstania są dzisiaj czymś normalnym i że nie ma co orzekać o winie którejś ze stron. Ja 
zachowywałem  powściągliwość  i  pozostawiłem  mojej  byłej  wszystkie  jakie  takie  wytłumaczenia, 
potem  jednak  zmieniłem  temat  i  z  pewnym  zakłopotaniem  poruszyłem  sprawę  nie  wygłoszonych  w 
Mölln  i  Schwerinie  szkolnych  referatów.  Natychmiast  oboje  z  Gabi  zaczęliśmy  się  kłócić  jak  w 
zamierzchłych  małżeńskich  czasach.  Ja  twierdziłem,  że  nieszczęście  naszego  syna  -  i  jego  straszne 
skutki - zostało wywołane przez to, że nie pozwolono mu ukazać swojej wizji 30 stycznia trzydziestego 
trzeciego,  a  ponadto  przedstawić  społecznego  znaczenia  narodowosocjalistycznej  organizacji  „Kraft 
durch  Freude”,  ale  Gabi  mi  przerwała:  -  To  całkiem  zrozumiałe,  że  nauczyciel  musiał  powiedzieć 
„stop”.  Ostatecznie,  co  się  tyczy  daty,  to  chodziło  o  przejęcie  władzy  przez  Hitlera,  nie  zaś  o 
przypadające  na  ten  sam  dzień  urodziny  podrzędnej  postaci,  o  której  głębszym  znaczeniu  nasz  syn 
chciał  się  rozwodzić  długo  i  szeroko,  zwłaszcza  omawiając  swój  uboczny  temat:  „Zabytki 
niechronione”... 
Przed sądem odbywało się to tak: w zeznaniach występujących w roli świadków dwóch nauczycieli, z 
których każdy potwierdził dobre lub bardzo dobre wyniki oskarżonego w szkole, omawiano referaty nie 
wygłoszone  w  Mölln  i  Schwerinie.  Obaj  pedagodzy  stwierdzili  zgodnie  -  a  była  to  w  tym  wypadku 
zgodność ogólnoniemiecka - że teksty nie dopuszczone do wygłoszenia były w przeważającej mierze 
skażone  ideologią  narodowosocjalistyczną,  co  wszelako  wyrażone  zostało  w  podstępnie  inteligentny 
sposób,  na  przykład  przez  propagowanie  „bezklasowej  wspólnoty  narodowej”,  ale też przez zręcznie 
przysposobiony  postulat  „odideologizowanej  ochrony  zabytków”  w  nawiązaniu  do  wyeliminowanego 
nagrobka  nazistowskiego  aparatczyka  Gustloffa,  którego  uczeń  Konrad  Pokriefke  w  drugim  z 
niedopuszczonych odczytów zamierzał  przedstawić jako  „wielkiego syna miasta Schwerina”. W imię 
pedagogicznej  odpowiedzialności  trzeba  było  zapobiec  rozpowszechnianiu  takich  niebezpiecznych 
nonsensów,  zwłaszcza  że  -  w  obu  szkołach  -  jest  coraz  więcej  uczniów  i  uczennic  o  skrajnie 
prawicowych  sympatiach.  Nauczyciel  ze  wschodnich  Niemiec  podkreślił  na  zakończenie 
„antyfaszystowską tradycję” swojej szkoły; temu z zachodnich Niemiec przyszła do głowy tylko dość 
zużyta formułka: „Tłumcie zło w zarodku!” 
Na ogół przesłuchania świadków przebiegały rzeczowo, jeśli pominąć wybuchy matki, a także zeznania 
świadka Rosi, która z płaczem wciąż tylko zaklinała się, jak wiernie będzie w dalszym ciągu trwać przy 
swoim „kamracie Konradzie Pokriefke”. Jako że rozprawy przed izbą karną dla nieletnich nie toczą się 
jawnie, brakowało warunków dla wystąpień nastawionych na odzew publiczności. Potem jednak sędzia 
przewodniczący,  który  czasem,  jak  gdyby  chcąc  złagodzić  śmiertelnie  poważne  podłoże  procesu, 
pozwalał sobie na drobne żarty, dał mojemu synowi możliwość naświetlenia motywu swego czynu, co 
Konny zrobił szczegółowo, złakniony swobodnej wypowiedzi. 
Naturalnie  zaczął  od  Adama  i  Ewy,  co  ma  oznaczać:  od  narodzin  późniejszego  landesgruppenleitera 
NSDAP.  Podkreślając  jego  organizacyjne  dokonania  w  Szwajcarii  i  ogłaszając  wyleczenie  się  z 
gruźlicy  zwycięstwem  „siły  nad  słabością”  potrafił  wiernie  sportretować  bohatera.  Tym  samym 
doczekał  się  okazji,  żeby  wreszcie  uczcić  „wielkiego  syna  stolicy  landu,  Schwerina”.  Gdyby 
publiczność była dopuszczona, w tylnych rzędach mógłby był się rozlec pomruk aprobaty. 

background image

Doszedłszy w swoim wystąpieniu - Konrad prędko oderwał się od notatek i materiałów do cytowania - 
do przygotowania i dokonania mordu w Davos przywiązywał dużą wagę do legalnego nabycia broni, 
która  stała  się  narzędziem  przestępstwa,  i  liczby  oddanych  strzałów:  „Podobnie  jak  ja  Dawid 
Frankfurter  trafił  cztery  razy”.  Również  podane  przezeń  przed  sądem  kantonalnym  uzasadnienie 
dokonanego  czynu,  że  strzelał,  ponieważ  jest  Żydem,  zostało  przez  mojego  syna  strawestowane,  a 
potem rozszerzone: 
 „Strzelałem, ponieważ jestem Niemcem - i ponieważ przez Dawida przemawiał odwieczny Żyd”. 
Procesem  przed  sądem  kantonalnym  w  Chur  nie  zajmował  się  długo,  powiedział  jednak,  że  on  -  w 
przeciwieństwie  do  profesora  Grimma  i  partyjnego  mówcy  Diewergego  -  nie  widzi  żydowskich 
podżegaczy do tego czynu. Uczciwie trzeba powiedzieć: Jak on, tak i Frankfurter działał „wyłącznie z 
wewnętrznej potrzeby”. 
Następnie  Konrad  dość  obrazowo  odtworzył  odbyty  w  Schwerinie  pogrzeb  na  koszt  państwa, 
poinformował nawet o pogodzie, „niewielkie opady śniegu”, i opisując kondukt żałobny nie zapomniał 
nazwy żadnej z ulic. Potem, po nużącej nawet dla cierpliwego sędziego dygresji na temat „sensu, zadań 
i dokonań narodowosocjalistycznej wspólnoty 'Kraft durch Freude”', przeszedł do położenia stępki pod 
statek. 
Ta część przemówienia przed sądem najwidoczniej sprawiała mojemu synowi przyjemność. Posiłkując 
się rękoma podawał długość, szerokość i zanurzenie statku. A przy wodowaniu i chrzcie dokonanym 
przez,  jak  powiedział,  „wdowę  po  męczenniku”  skorzystał  z  okazji,  żeby  oskarżycielsko  zawołać:  - 
Tutaj,  w Schwerinie, zaraz po upadku Rzeszy Wielkoniemieckiej panią Hedwig Gustloff bezprawnie 
wywłaszczono, a później wypędzono z miasta! 
Potem omówił życie wewnętrzne statku. Informował o salach bankietowych i jadalnych, liczbie kabin, 
basenie  pływackim  i  pokładzie  E.  Na  koniec  podsumował:  -  Pływający  bezklasowo  motorowiec 
„Wilhelm  Gustloff  był  i  pozostanie  żywym  symbolem  narodowego  socjalizmu,  przykładem  po  dziś 
dzień i prawdziwym wzorem na przyszłość po wsze czasy! 
Wydawało mi się, jak gdyby mój syn po ostatnim wykrzykniku nasłuchiwał aplauzu wyimaginowanej 
publiczności;  ale  jednocześnie  pochwycił  chyba  silące  się  na  surowość,  napominające  teraz  do 
zwięzłości  spojrzenie  sędziego.  Relatywnie  prędko,  jak  mógłby  powiedzieć  pan  Stremplin,  przeszedł 
do ostatniego rejsu i storpedowania statku. Przerażająco wysoką liczbę utopionych i zamarzniętych w 
wyniku katastrofy nazwał „z grubsza oszacowaną” i porównał z dużo niższymi liczbami ofiar innych 
morskich  katastrof.  Potem  wymienił  liczbę  uratowanych,  podkreślił  z  podziękowaniem  zasługi 
kapitanów,  pominął  moją  osobę,  wspomniał  jednak  o  swojej  babce:  -  Na  sali  znajduje  się 
siedemdziesięcioletnia  pani  Ursula  Pokriefke,  w  której  imieniu  tu  i  teraz  daję  świadectwo  -  po  czym 
matka  wstała  i  białowłosa,  w  lisie  wokół  szyi,  budziła  podziw.  Także  ona  występowała  jakby  przed 
liczną publicznością. 
Jak gdyby chcąc uciszyć słyszalny tylko dla niego aplauz, Konny wypowiadał się teraz nader rzeczowo, 
złożył  hołd  zasługom  i  „mrówczej  pracy”  byłego  asystenta  płatnika,  Heinza  Schöna,  i  ubolewał  nad 
ciągnącym  się  przez  lata  powojenne  dewastowaniem  wraku  „Gustloffa”  przez  nurkujących 
poszukiwaczy  skarbów:  -  Ale  na  szczęście  ci  barbarzyńcy  nie  znaleźli  ani  złota  Banku  Rzeszy,  ani 
legendarnej Bursztynowej Komnaty... 
W tym miejscu miałem wrażenie, że nazbyt cierpliwy sędzia przewodniczący z aprobatą kiwa głową; 
ale  przemówienie  mojego  syna  już  biegło  jakby  samoczynnie  dalej.  Mówił  teraz  o  dowódcy 
sowieckiego  okrętu  podwodnego  „S  13”.  Po  długim  uwięzieniu  na  Syberii  Aleksander  Marinesko 
został  wreszcie  jednak  zrehabilitowany  -  niestety  mógł  się  tym  cieszyć  bardzo  krótko.  Niezadługo 
potem zmarł na raka... 
Ani słowa oskarżenia. Nie słyszało się, jak przedtem w internecie, nic a nic o „rosyjskich podludziach”. 
Za  to  mój  syn  zaskoczył  sędziów  i  ławników,  a  chyba  i  prokuratora,  prosząc  o  przebaczenie  ofiarę 

background image

morderstwa,  Wolfganga  Stremplina  jako  Dawida.  Zbyt  długo  na  swojej  Website  oceniał  zatopienie 
„Wilhelma  Gustloffa”  wyłącznie  jako  mord  na  kobietach  i  dzieciach.  Dzięki  Dawidowi  wszelako 
doszedł  do  przekonania,  że  dowódca  „S  13”  słusznie  uznał  bezimienny  dla  siebie  statek  za  obiekt 
wojskowy.  -  Jeśli  ma  tu  być  mowa  o  winie  -  zawołał  -  to  trzeba  oskarżyć  najwyższe  kierownictwo 
Kriegsmarine,  trzeba  oskarżyć  wielkiego  admirała.  Dopuścił  do  tego,  że  prócz  uciekinierów 
zaokrętowano masę personelu wojskowego. Zbrodniarz nazywa się Dönitz! 
Konrad zrobił pauzę, jak gdyby musiał przeczekać poruszenie na sali sądowej, okrzyki słuchaczy. Ale 
może tylko szukał kończących słów. Wreszcie powiedział: - Przyznaję się do swego czynu. Ale proszę 
Wysoki Sąd o uznanie dokonanej przeze mnie egzekucji za coś, co można pojąć jedynie na szerszym 
tle. Wiem: Wolfgang Stremplin był na krótko przed maturą. Niestety ja nie mogłem się na to oglądać. 
Chodziło i  chodzi  o rzecz większej  wagi.  Stolica landu, Schwerin, musi w końcu szczególnie uczcić 
swojego wielkiego syna. Wzywam do tego, żeby na południowym brzegu jeziora, tam, gdzie ja na swój 
sposób oddałem cześć męczennikowi, wznieść monument, który nam i przyszłym pokoleniom będzie 
przywoływał na pamięć owego Wilhelma Gustloffa, skrytobójczo zamordowanego przez Żyda. Tak jak 
przed  kilku  laty  w  Sankt  Petersburgu  jako  Bohatera  Związku Sowieckiego uhonorowano pomnikiem 
dowódcę okrętu podwodnego Aleksandra Marinesko, należy też uczcić człowieka, który 4 lutego 1936 
oddał życie, ażeby można było wreszcie uwolnić Niemcy od żydowskiego jarzma. Nie boję się uznać, 
że po stronie żydowskiej również istnieją powody, aby albo w Izraelu, gdzie Dawid Frankfurter zmarł 
w  osiemdziesiątym  drugim,  albo  w  Davos  uczcić  rzeźbą  owego  studenta  medycyny,  który  czterema 
mierzonymi  strzałami  dał  znak  swojemu  narodowi.  A  może  tylko  tablicą  z  brązu,  byłoby  to  całkiem 
okej. 
W końcu sędzia przewodniczący nie wytrzymał: - Starczy już tego! - Po tym cisza na sali. Wyjaśnienia 
mojego  syna,  nie,  jego  erupcja  nie  pozostała  bez  następstw;  wygłoszona  mowa  nie  mogła  jednak 
wpłynąć ani na złagodzenie, ani na zaostrzenie wyroku, bo sąd w potoku słów Konny'ego dosłuchał się 
pewnie  obecnego  w  nich  i  logicznie  zazębiającego  się  szaleństwa;  urojeń,  które  bardziej  czy  mniej 
przekonująco zostały zanalizowane przez biegłych. 
W  istocie  nie  mam  wysokiego  mniemania  o  tej  niby  to  naukowej  pisaninie.  Być  może  jednak  ów 
ekspert, który jako psycholog specjalizował się w anomaliach życia rodzinnego, nie był całkiem daleki 
od  prawdy,  tłumacząc  postępek  Konny'ego,  nazwany  przezeń  „samotnym  czynem  desperata”, 
pozbawioną ojca młodością oskarżonego i w sposób naciągany dopatrując się przyczyn także w moim 
narodzeniu  się  i  dorastaniu  bez  ojca.  Dwie  inne  ekspertyzy  poruszały  się  po  równie  wydeptanych 
ścieżkach.  Nic,  tylko  polowanie  na upatrzonego w rodzinnym  rewirze. Na koniec winien był  zawsze 
ojciec.  Tymczasem  to  Gabi,  której  przyznano  prawo  do  wyłącznego  wychowywania  dziecka,  nie 
powstrzymała swego syna przed przenosinami z Mölln do Schwerina, wskutek czego ostatecznie wpadł 
w szpony matki. 
Ona, tylko ona jest winna. Wiedźma w lisim kołnierzu. Od dawien dawna błędny ognik, o czym wie 
ktoś, kto zna ją z dawnych czasów i kogo na pewno coś z nią łączyło. Bo gdy tylko zacznie gadać o 
Tulli... Wpada w rozmarzenie... Plecie mistyczne androny... Jakiś kaszubski czy kośniewiacki wodnik, 
Thula, Duller albo Tul, był jakoby jej chrzestnym. 
Z przechyloną główką, tak że jej srebrzystoszare spojrzenie zgrało się ze szklanymi oczyma lisa, matka 
wpatrywała się w biegłych przedkładających swoje opinie. Siedziała sobie i słuchała nieporuszenie, jak 
moja  ojcowska  zawodność  towarzyszy  niczym  lejtmotyw  całemu  szeleszczeniu  papierzysk  tworząc 
miłą jej uszom muzykę. Ona występowała w ekspertyzach tylko na marginesie. Oto próbka: „Skądinąd 
życzliwa  babcina opieka nie mogła zagrożonemu  młodzieńcowi zastąpić ojca i  matki.  W najlepszym 
razie można przyjąć, że ciężki los babki, jej ocalenie w poważnym stanie i poród w obliczu tonącego 
statku,  miał  na  wnuka,  Konrada  Pokriefke,  wpływ  z  jednej  strony  kształtujący,  z  drugiej  -  wskutek 
intensywnie wyobrażanego sobie współuczestnictwa - destrukcyjny...” 

background image

Ten karb wycięty przez ekspertów usiłował pogłębić obrońca. Pełen dobrych chęci mężczyzna w moim 
wieku,  zaangażowany  przez  moją  byłą,  któremu  jednak  nie  udało  się  pozyskać  zaufania  Konny'ego. 
Ilekroć mówił o „nierozważnym i niezamierzonym postępku” i starał się złagodzić postawiony zarzut z 
morderstwa  na  zwykłe  zabójstwo,  mój  syn  niweczył  wszelkie  wysiłki  swego  obrońcy  wyznając  z 
własnej woli: - Nie spieszyłem się i byłem przy tym zupełnie spokojny. Nie, nienawiść nie grała żadnej 
roli. Moje myśli były natury czysto rzeczowej. Po pierwszym, oddanym niestety zbyt nisko strzale w 
brzuch  trzy  kolejne  strzały  były  mierzone.  Niestety  posłużyłem  się  pistoletem.  Rad  byłbym,  jak 
Frankfurter, mieć do dyspozycji rewolwer. 
Konny  brał  odpowiedzialność  na  siebie.  Za  szybko  wybujały,  w  okularach  i  z  kędzierzawą  czupryną 
stał  przed  sądem  jako  oskarżyciel  samego  siebie.  Wyglądał  młodziej  niż  na  siedemnaście  lat,  mówił 
jednak  nad  wiek  mądrze,  jak  gdyby  zbierał  życiowe  doświadczenie  na  przyśpieszonych  kursach.  Na 
przykład nie godził się na obarczanie współwiną swoich rodziców. Z pobłażliwym uśmiechem mówił: - 
Moja matka jest całkiem okej, mimo że działała mi często na nerwy ciągłym gadaniem o Oświęcimiu. 
A mojego ojca sąd powinien szybko zapomnieć, jak ja robię to od lat, po prostu go zapomnieć. 
Czy mój syn mnie nienawidził? Czy Konny był w ogóle zdolny do nienawiści? Kilkakrotnie wypierał 
się  nienawiści  do  Żydów.  Ja  skłaniam  się  do  mówienia  o  uprzedmiotowionej  nienawiści  Konrada. 
Nienawiść  na  małym  ogniu.  Podgrzewana  na  okrągło.  Nienawiść  rozmnażająca  się  beznamiętnie, 
obojnaczo. 
A  może  mogłoby  być  tak,  że  obrońca  wcale  się  nie  mylił  interpretując  rozniecony  przez  matkę 
maniacki  kult  Wilhelma  Gustloffa  jako  szukanie  namiastki  ojca?  Poddał  pod  rozwagę  fakt,  że 
małżeństwo Gustloffów było bezdzietne. Szukającemu Konradowi Pokriefke nadarzyła się tym samym 
luka  możliwa  do  wirtualnego  wypełnienia.  Ostatecznie  nowa  technologia,  w  szczególności  internet, 
pozwala na taką ucieczkę z młodzieńczej samotności. 
Za tym przypuszczeniem przemawia to, że skoro sędzia w tym punkcie rozprawy udzielił Konny'emu 
głosu, ten entuzjastycznie, mało tego: bardzo ciepło mówił o „męczenniku”. Powiedział: - Odkąd moje 
badania  wykazały,  że  zaangażowanie  społeczne  Wilhelma  Gustloffa  pozostawało  pod  wpływem 
bardziej Gregora Strassera aniżeli führera, tylko w nim widziałem wzór dla siebie, co na mojej home-
page wielokrotnie znajdowało dobitny wyraz. Męczennikowi zawdzięczam moją wewnętrzną postawę. 
Pomszczenie go było dla mnie świętym obowiązkiem! 
Gdy  po  tej  wypowiedzi  prokurator  dla  nieletnich  dość  natarczywie  wypytywał  go  o  przyczyny  jego 
pogardy dla Żydów, odparł: - Widzi pan to najzupełniej błędnie! Ja w zasadzie nie mam nic przeciwko 
Żydom. Ale podobnie jak Wilhelm Gustloff reprezentuję pogląd, że Żyd pośród narodów aryjskich jest 
obcym ciałem. Niech oni wszyscy wyjadą do Izraela, gdzie jest ich miejsce. Tutaj są nie do zniesienia, 
tam pilnie się ich potrzebuje do walki z wrogim otoczeniem. Dawid Frankfurter miał całkowitą rację 
podejmując  decyzję,  by  po  wypuszczeniu  z  więzienia  wyjechać  zaraz  do  Palestyny.  To  było 
najzupełniej okej, że znalazł później pracę w Ministerstwie Obrony Izraela. 
W  toku  procesu  można  było  odnieść  wrażenie,  że  spośród  wszystkich,  którzy  zabierali  głos,  jedynie 
mój syn mówi prosto z mostu. Szybko przechodził do rzeczy, ogarniał całość, na wszystko miał gotowe 
rozwiązanie i precyzyjnie ujął swoją sprawę, podczas gdy oskarżenie i obrona, w trójcy jedyni eksperci, 
a  także  sędzia  wraz  z  asesorami  i  ławnikami  błądzili  nieporadnie  w  poszukiwaniu  motywu 
popełnionego czynu, przywołując Boga i Freuda jako drogowskazy. Wciąż usiłowali oni z „biednego 
chłopaka”,  jak  się  wyraził  obrońca,  uczynić  ofiarę  stosunków  społecznych,  rozbitego  małżeństwa, 
jednostronnie  pojmowanych  w  szkole  celów  nauczania  i  bezbożnego  świata,  w  końcu  nawet,  na  co 
odważyła się moja była, obwinie „geny przekazane Konradowi przez babkę za pośrednictwem syna”. 
O  właściwej  ofierze  czynu,  niedoszłym  maturzyście  Wolfgangu  Stremplinie,  który  wyrósł  on-line  na 
Żyda  Dawida,  przed  sądem  prawie  się  nie  mówiło.  Wstydliwie  pomijany,  występował  tylko  jako  cel 
ataku. Toteż obrońca uznał za stosowne przypisać mu prowokacyjne upozorowanie fałszywych faktów. 

background image

Co  prawda  nie  padło  stwierdzenie:  „sam  sobie  winien”,  ale  kryło  się  w  takich  pobocznych  zdaniach 
jak: „Ofiara wręcz się narzucała”. Albo: „Nader nieostrożne było przeniesienie sporu internetowego do 
rzeczywistości”. 
W  każdym  razie  sprawca  spotykał  się  z  większym  współczuciem.  Chyba  dlatego  małżeństwo 
Stremplinów wyjechało jeszcze przed ogłoszeniem wyroku. Zrobili to zapewniwszy uprzednio Gabi i 
mnie w kawiarni naprzeciwko gmachu sądu, że zbyt surowe ukaranie naszego syna nie byłoby po ich 
myśli  i  na  pewno  nie  po  myśli  Wolfganga.  -  Czujemy  się  wolni  od  jakiejkolwiek  chęci  zemsty  - 
powiedziała pani Stremplin. 
Gdybym  uczestniczył  w  procesie  z  racji  zawodu,  to  znaczy  jako  dziennikarz,  krytykowałbym  wyrok 
wydany po zmianie kwalifikacji czynu na zabójstwo jako „za niski”, jeśli nie zgoła „skandal sądowy”; 
a  tak,  z  dala  od  poczucia  dziennikarskiego  obowiązku  i  skupiony  wyłącznie  na  moim  synu,  który 
nieporuszenie przyjął siedem lat więzienia dla nieletnich, byłem przerażony. Stracone lata! Będzie ich 
miał  dwadzieścia  cztery,  jeśli  przyjdzie  mu  odsiedzieć  całość  kary.  Przez  codzienne  obcowanie  z 
kryminalistami i prawdziwymi skrajnymi prawicowcami zgruboskorniały, będzie potem wprawdzie żył 
na wolności, lecz przypuszczalnie znów wejdzie w konflikt z prawem i powtórnie trafi do więzienia. 
Nie! Ten wyrok jest nie do przyjęcia! 
Konny  jednakże  nie  chciał  skorzystać  ze  wskazanej  przez  obrońcę  możliwości  starania  się  o  rewizję 
procesu  i  uchylenie  wyroku.  Mogę  tylko  przytoczyć  słowa,  jakie  miał  wypowiedzieć  do  Gabi:  -  Po 
prostu  trudno  skapować,  że  dostałem  zaledwie  siedem  lat.  Żyda  Frankfurtera  zapudłowali  wtedy  na 
osiemnaście, z czego wszakże odsiedział tylko dziewięć i pół... 
Mnie, zanim go zabrali, nie chciał widzieć. I jeszcze na sali sądowej wziął w objęcia nie swoją matkę, 
tylko babkę, która mimo pantofli na wysokim obcasie sięgała mu do piersi. Kiedy musiał iść, obejrzał 
się raz jeszcze; być może szukał, na próżno, rodziców Dawida bądź Wolfganga. 
Kiedy wkrótce po tym staliśmy przed gmachem sądu na Dremmlerplatz i ja mogłem wreszcie włożyć 
sobie  papierosa  w  usta,  zobaczyliśmy  rozwścieczoną  matkę.  Zdjęła  lisa  i  wraz  z  tym  futrzanym 
kołnierzem  na  oficjalne  występy  porzuciła  napuszoną  literacką  niemczyznę:  -  Przeczeż  to  żadna 
szprawiedliwoszcz! - Wściekle wyrwała mi papierosa z kącika ust, rozdeptała go w zastępstwie czegoś 
tam, co należało unicestwić, z początku krzyczała, a potem mówiła w podnieceniu: - To jedno wielkie 
szwińsztwo! Szprawiedliwoszczi ju ni ma. To ni chłopaczynę, to mnie przyszkrzynicz powinni. No, bo 
to niby ja żem jemu najpierw komputerzyszko, a potem szpluwę na osztatnią Wielkanoc w prezencze 
dała,  bo  te  łyse  pały  mojego  Konradżika  są  czepiały.  Raz  to  zbity  na  kwaszne  jabłko  do  domu 
przyszedł. Ale ni płakał, nic a nic. A szkąd! Dawno ju w mojej komodże se leżał. Glajch po przełomie 
na ruszkim targu żem go kupiła. Całkiem tani beł. Ale w sądzie nikt mnie ni pytał, no, szkąd są niby ta 
szpluwa wżęła... 
 
 
 

 
Znak zakazu postawiony od samego początku. On stanowczo mi zabronił spekulowania na temat myśli 
Konny'ego, inscenizowania myślowego spektaklu na podstawie tego, co sobie przypuszczalnie myślał, 
ewentualnego zapisywania rzeczy, które w głowie mojego syna mogłyby dojść do głosu i nadawałyby 
się do zacytowania. 
Mówi:  -  Nikt  nie  wie,  co  myślał  i  nadal  myśli.  Żadne  czoło,  nie  tylko  jego,  nie  przepuszcza.  Strefa 
zamknięta. Ugór dla łowców słów. Bezcelowe jest otwieranie czaszki. Poza  tym nikt nie wypowiada 
tego, co myśli. A kto tego próbuje, kłamie już w pierwszym półzdaniu. Zdania, które zaczynają się tak: 
Myślał  w  owej  chwili...  albo:  Jego  myśli  błądziły...  zawsze  były  protezami.  Nic  nie  jest  szczelniej 

background image

zamknięte  niż  głowa.  Nawet  wzmożone  tortury  nie  wymuszą  kompletnych  zeznań.  Ba,  nawet  w 
sekundzie śmierci możliwe są myślowe oszustwa. Dlatego też nie możemy wiedzieć, co sobie myślał 
Wolfgang Stremplin, kiedy kiełkowała w nim decyzja, żeby wystąpić w internecie w roli Dawida, albo 
co  dosłownie  działo  się  w  jego  głowie,  gdy  stojąc  przed  schroniskiem  młodzieżowym  „Kurt  Bürger” 
widział,  jak  jego  wrogoprzyjaciel,  występujący  on-line  pod  imieniem  Wilhelma,  teraz,  jako  Konrad 
Pokriefke,  wyciąga  pistolet  z  prawej  kieszeni  skafandra  i  po  pierwszym  strzale  w  brzuch  trzema 
następnymi  strzałami  trafia  go  w  głowę  i  w  zamknięte w niej myśli. Widzimy tylko  to,  co widzimy. 
Powierzchnia  nie  mówi  wszystkiego,  ale  mówi  dostatecznie  dużo.  Zatem  żadnych  myśli,  również 
takich  wymyślonych  z  opóźnieniem.  W  taki  sposób,  oszczędni  w  słowach,  szybciej  dojdziemy  do 
końca. 
Jak  to  dobrze,  że  nie  przeczuwa,  jakie  to  myśli  całkiem  wbrew  mojej  woli  wypełzają  z  lewych  i 
prawych  zwojów  mózgowych,  przerażająco  nabierają  sensu,  wyjawiają  strzeżone  lękliwie  tajemnice, 
kompromitują mnie, napełniają trwogą, tak że staram się prędko myśleć o czymś innym. Pomyślałem 
na  przykład  o  prezencie dla Neustrelitz, o czymś,  co usiłowałem wymyślić sobie dla mojego syna, o 
drobnym upominku stosownym na pierwsze odwiedziny. 
Jako że z biura wycinków dostałem wszystkie gazetowe sprawozdania komentujące przebieg procesu, 
miałem przed sobą fotografię Wolfganga Stremplina z „Badische Zeitung”. Wyglądał na niej miło, ale 
niczym się nie wyróżniał. Może abiturient, na pewno ktoś w wieku poborowym. Uśmiechał się i miał 
jakiś smutek w oczach. Ciemnoblond włosy, lekko faliste, były bez przedziałka. Młody mężczyzna w 
rozpiętej pod szyją koszuli, z głową przechyloną w lewo. Być może idealista, który myślał nie wiadomo 
o czym. 
Nawiasem mówiąc komentarze do procesu mojego syna wypadły, co się tyczy objętości, zaskakująco 
skromnie.  W  czasie  rozprawy  w  obu  częściach  już  zjednoczonych  Niemiec  doszło  do  szeregu 
przestępstw popełnionych przez skrajnych prawicowców, między nimi do usiłowania zabójstwa Węgra 
w Poczdamie przy użyciu kijów bejsbolowych i pobicia emeryta w Bochum ze skutkiem śmiertelnym. 
Ustawicznie  i  wszędzie  atakowali  skini.  Przemoc  o  podłożu  politycznym  stała  się  tymczasem 
codziennością,  podobnie  jak  apele  przeciwko  prawicy;  a  także  ubolewanie  polityków,  którzy  w 
zdaniach pobocznych dostarczali zbrodniarzom opakowaną hubkę. 
Może też jednak być, że bezsporny stan rzeczy, według którego Wolfgang Stremplin nie był Żydem, 
zmniejszył  zainteresowanie  toczącym  się  procesem,  bo  z  początku,  zaraz  po  fakcie,  w  całym  kraju 
ukazywały  się  wytłuszczone  nagłówki:  „Zastrzelony  współobywatel  żydowskiego  pochodzenia!”  i 
„Tchórzliwy  mord  z  nienawiści  do  Żydów!”  Podobnie  brzmiał  obcięty  przeze  mnie  podpis  pod 
fotografią: „Najnowsza ofiara antysemickiej przemocy”. 
I  tak  to  za  pierwszą  wizytą  w  zakładzie  karnym  dla  młodocianych  -  mocno  podniszczonej  budowli, 
która prosiła się o rozbiórkę - w kieszeni mojej marynarki w charakterze podarku znalazło się gazetowe 
zdjęcie Wolfganga Stremplina. Konny powiedział nawet: dziękuję, gdy mu podsunąłem złożoną tylko 
raz odbitkę. Wygładził ją, uśmiechnął się. Nasza rozmowa przebiegała opornie, ale bądź co bądź on ze 
mną  rozmawiał.  Siedzieliśmy  w  rozmównicy  naprzeciwko  siebie;  przy  innych  stolikach  inni 
młodociani przestępcy również mieli gości. 
Jako  że  odczytywanie  myśli  z  czoła  mojego  syna  zostało  mi  zabronione,  powiem  jedynie,  że  w 
zetknięciu  ze  swoim  ojcem  okazał  się  jak  zwykle  zamknięty  w  sobie,  ale  nie  niechętny.  Zaszczycił 
mnie nawet pytaniem o moją dziennikarską pracę. Opowiadając mu o reportażu na temat sklonowanej 
w  Szkocji  cudownej  owieczki  Dolly  i  jej  twórcy  zobaczyłem,  jak  się  uśmiecha.  -  To  na  pewno 
zainteresuje mamę. Pasjonuje się przecież genami, zwłaszcza moimi. 
Potem usłyszałem o możliwości grywania w ping-ponga w więziennej świetlicy i dowiedziałem się, że 
dzieli  celę  z  trzema  innymi  nieletnimi,  „zbakierowane  typy,  ale  nieszkodliwe”.  Ma  on,  jak  mówił, 
własny kąt ze stołem i półką na książki. Poza tym możliwa jest nauka zaoczna.  - Raz coś nowego! - 

background image

zawołał. - Zrobię maturę za kratkami! Pod czujną strażą, żebym się ściągać nie ważył. - Nie bardzo mi 
się podobało, że Konny silił się na dowcipy. 
Kiedy  wychodziłem,  zastąpiła  mnie  jego  przyjaciółka  Rosi,  która  już  wyglądała  na  zapłakaną 
przychodząc,  jak  w  żałobie,  cała  na  czarno.  Ogólne  przychodzenie  i  wychodzenie  charakteryzowało 
dzień  odwiedzin:  łkające  matki,  zakłopotani  ojcowie.  Strażnik,  który  dość  niedbale  kontrolował 
prezenty, przepuścił fotografię Wolfganga jako Dawida. Przede mną na pewno była u niego matka, być 
może razem z Gabi; a może obie odwiedziły Konny'ego jedna tuż po drugiej? 
Czas upływał. Ja nie karmiłem już cudownej owieczki Dolly papierem drzewnym, deptałem po piętach 
innym sensacjom. I mimochodem bez wielkich hałasów dobiegła końca jedna z moich krótkotrwałych 
romansowych historii - tym razem chodziło o fotografkę specjalizującą się w zdjęciach chmur. Potem 
był w kalendarzu znowu dzień odwiedzin. 
Ledwie usiedliśmy naprzeciw siebie, mój syn opowiedział mi, że w więziennym warsztacie oprawił w 
szkło i powiesił pod półką na książki kilka fotografii: - Jasne, również tę Dawida. - Poza tym oszklone 
zostały dwie fotografie, które należały do materiałów z jego Website i na życzenie przyniesione zostały 
mu  zapewne  przez  matkę.  Chodziło  o  odbitki,  z  których  każda  przedstawiała  kapitana  trzeciej  rangi 
Aleksadra Marinesko, ale które, jak mówił mój syn, nie mogłyby być bardziej do siebie niepodobne. On 
ściągnął sobie kopie z internetu. Dwaj entuzjaści Marinesko twierdzili, że to właśnie oni mają w swojej 
witrynie prawdziwe zdjęcie. - Zabawny spór - powiedział Konny i spod niezniszczalnego norweskiego 
puloweru wyciągnął odbitki oprawione jak fotografie rodzinne. 
Zostałem rzeczowo pouczony: - Ten z okrągłą twarzą koło peryskopu jest wystawiony w petersburskim 
Muzeum  Marynarki.  A  ten  tutaj  z  kanciastą  twarzą,  co  stoi  na  wieżyczce  swojego  okrętu,  to  ma  być 
prawdziwy  on.  W  każdym  razie  istnieją  pisemne  dowody,  że  ta  fotografia  jako  oryginał  została 
podarowana fińskiej prostytutce, z której usług Marinesko wiele razy korzystał. Dowódca „S 13” miał 
przecież słabość do kobiet. Ciekawa rzecz, co po takim gościu zostaje... 
Mój syn długo jeszcze mówił o swojej małej galerii portretów, do której należały jedno wczesne i jedno 
późne zdjęcia Dawida Frankfurtera; późne ukazuje go jako starego i niepoprawnego palacza. Jednego 
portretu brakowało. Już chciałem zrobić sobie maleńką nadzieję, gdy Konny, jak gdyby umiał czytać w 
myślach swego ojca, dał mi do zrozumienia, że kierownictwo więzienia niestety nie zezwoliło mu na 
ozdobienie celi „ostrym jak brzytwa zdjęciem męczennika w mundurze”. 
Najczęściej odwiedzała go matka, w każdym razie bywała tam częściej niż ja. Gabi przeważnie stawało 
na przeszkodzie „związkowe zawracanie głowy”; zasuwała honorowo w sekcji „Wychowanie i Nauka”. 
Żeby nie zapomnieć o Rosi: przyjeżdżała bardzo regularnie, wkrótce już nie była zapłakana. 
W  bieżącym  roku  miałem  do  czynienia  z  wszczętą  wcześnie  w  całym  kraju  wrzawą  wyborczą,  to 
znaczy  jak  wszyscy  żurnaliści  próbowałem  wróżyć  z  fusów  permanentnego wypytywania wyborców; 
treściowo cały ten szum niewiele dawał. W najlepszym razie można było przewidywać, że ten pastor 
Hintze  ze  swoją  „kampanią  czerwonych  skarpetek”  przysłuży  się  PDS,  lecz  nie  zdoła  uratować 
Grubego,  który  potem  też  przepadł  w  wyborach.  Dużo  jeździłem,  przeprowadzałem  wywiady  z 
deputowanymi do Bundestagu, biznesmenami średniego szczebla, nawet z kilkoma republikanami, bo 
skrajnej  prawicy  przepowiadano  więcej  niż  pięć  procent.  W  Meklemburgii  - Pomorzu Przednim byli 
oni bardzo aktywni, aczkolwiek z nader umiarkowanym powodzeniem. 
Nie  pojechałem  do  Neustrelitz,  ale  przez  telefon  usłyszałem  od  matki,  że  jej  „Konradżik”  ma  się 
dobrze. Przytył  nawet  o parę funtów. Poza tym  „awanszował”, jak się wyraziła, na kierownika kursu 
komputerowego dla nieletnich przestępców. - No, sam wiesz, w tej dżedżinie imer asem beł... 
Wyobraziłem  więc  sobie  mojego  syna,  jak  -  z  czasem  pucołowaty  -  według  najnowszej  instrukcji 
obsługi  uczy  swoich  współwięźniów  komputerowego  abecadła,  zakładałem  wszelako,  że 
pensjonariusze  zakładu  karnego  dla  młodocianych  nadal  nie  będą  mieli  dostępu  do  internetu;  w 

background image

przeciwnym  razie  kilku  przestępców  według  wskazówek,  jakich  im  udzielił  Webmaster  Konrad 
Pokriefke, mogłoby znaleźć wirtualną drogę ucieczki: rejterada w cyberprzestrzeń. 
Ponadto dowiedziałem się, że drużyna tenisa stołowego neustrelitzczan, w której występował mój syn, 
grała  i  wygrała  z  reprezentacją  zakładu  karnego  dla  młodocianych  Plötzensee.  W  sumie:  uznany 
wyrokiem sądu za zabójcę i tymczasem już pełnoletni syn wielce zajętego dziennikarza miał pełne ręce 
roboty. Zaraz na początku lata zdał zaoczną maturę z oceną jeden przecinek sześć; posłałem telegram: 
„Gratulacje, Konny!” 
A  potem  dostałem  wiadomość  od matki: Przeszło  tydzień była w polskim Gdańsku. Po powrocie do 
Schwerina,  gdzie  ją  odwiedziłem,  można  było  usłyszeć:  -  Po  Dancigu żem  naturalnie pochodziła, ale 
najwięcej  żem  we Wrzeszczu są nałażiła. Wszysztko  są tam zmieniło. Ale dom przy Elzy jesz sztoi. 
Nawet balkony ze szkrzynkami na kwiaty wszysztkie jesz na miejszcu są... 
Pojechała  na  wycieczkę  autokarem.  -  Ganc  tanio  dla  nas  beło!  -  Grupa  wysiedleńców,  kobiet  i 
mężczyzn w wieku matki i starszych, skorzystała z oferty agencji turystycznej, która organizowała tak 
zwane  „podróże  nostalgiczne”.  Matka  mówiła:  -  Pięknie  beło.  To  Polaczkom  przyznacz  trzeba,  dużo 
odbudowali, wszysztkie koszczoły i takie różne. Telko pomnika Gutenberga ju ni ma, co go żeszmy w 
dżeczińsztwie Kułtejnbekiem zwali i  co w Jaszkowym  Lesze glajch za Grochową Kopą ształ. Ale w 
Brzeźnie, gdzie żem przy pięknej pogodzę beła, znowu prawdziwe kąpieliszko jeszt jak dawniej... 
Potem jej spojrzenie spod znaku nie-ma-mnie-w-domu. Ale po krótkim czasie na nowo ruszyła zdarta 
płyta: Jak to było dawniej, jeszcze dawniej, bardzo dawno, na podwórzu stolarni albo jak w lesie lepiło 
się śniegowego bałwana, albo co się w wakacje działo na plaży nad Bałtykiem, „kiedy żem jesz chuda 
jako patyk beła”... Ze zgrają chłopaków dopływała do wraku okrętu, którego nadbudówki od początku 
wojny  wystawały  z  wody.  „Ganc  głęboko  żeszmy  w  pordzewiałej  łajbie  nurkowali.  A  jeden  z 
chłopaków, co najgłębiej nura dawał, Jochen mu beło...” 
Zapomniałem spytać matkę, czy w czasie nostalgicznej podróży, mimo letniej pogody, miała w bagażu 
swojego sakramenckiego lisa... Ale dopytywałem się tylko, czy w Gdańsku-Wrzeszczu i gdzie indziej 
była z nią ciotka Jenny. - Niii - odparła matka - jeżdżycz ona ni chcze. Przez wzgląd na nogi i w ogóle. 
Za  mocno  by  jej  żal  beło,  powiedżała.  Ale  drogę  do  szkoły,  co  żeszmy  nią  z  moją  przyjaczółką 
chodziły, to żem kilka razy tam i ż powrotem przeszła. Tym razem dużo krótsza mnie są wydała. 
Jeszcze  więcej  wrażeń  z  podróży  zaraz  po  powrocie  musiała  matka  zaserwować  na  gorąco  mojemu 
synowi, ze wszystkimi szczegółami poczynionego także mnie wyznania: - I w Gotenhafen żem też beła, 
samuszeńka. Z grubsza biorącz tam, gdże nas okrętowali. Wszysztko w myszlach żem se przedsztawiła, 
i te wszysztkie dżeczaczki główkami do dołu w lodowatej wodze. Płakacz żem powinna beła, ale żem 
ni mogła... - Znowu to spojrzenie nie-ma-mnie-w-domu. Potem była już tylko mowa o „Kadeefie” - Po 
prawdże to przeczeż piękny sztatek beł... 
Toteż nie było w tym nic zaskakującego, że za następną wizytą w Neustrelitz - zaraz po wyborach do 
Bundestagu - ujrzałem produkt maniackiego majsterkowania. Pudło z elementami konstrukcji, którymi 
posłużył się mój syn, to był prezent zakupiony z pewnością z funduszy matki. 
Coś  takiego  można  znaleźć  w  działach  zabawek  domów  towarowych  tam,  gdzie  na  regałach  leżą 
dobrze  posegregowane  i  poukładane  jedno  na  drugim  pudła  z  modelami  do  składania  znanych 
egzemplarzy,  które  mogą  latać,  jechać,  pływać.  Nie  sądzę,  żeby  kupowała  w  Schwerinie.  Szukała  i 
znalazła  pewnie  albo  w  hamburskim  Alsterhaus,  albo  w  berlińskim  KaDeWe.  W  Berlinie  często 
bywała. Ostatnio miała golfa i w ogóle jeździła dużo oraz - co się tyczy sposobu jazdy - ryzykownie; 
matka wyprzedza dla zasady. 
Jeśli  przyjeżdżała  do  Berlina,  to  nie  po  to,  żeby  odwiedzić  mnie  w  moim  kawalerskim  bałaganie  na 
Kreuzbergu, tylko żeby w Schmargendorfie ze swoją przyjaciółką Jenny „powszpominacz sztare dżeje” 
i do kruchych ciasteczek napić się musującego Czerwonego Kapturka. Od przełomu obie widywały się 

background image

tak  często,  jak  gdyby  trzeba  było  coś  nadrobić,  jak  gdyby  należało  powetować  sobie  stracone  lata  z 
czasów muru. Były szczególną parą. 
Kiedy matka odwiedzała ciotkę Jenny - a mnie wolno było być świadkiem - zachowywała się nieśmiało 
i udawała małą dziewczynkę, która niedawno zrobiła jej brzydki kawał. Teraz chciała naprawić szkodę. 
Co  do  ciotki  Jenny natomiast to  wydawało  się, że  wybaczyła wszystko,  co przed wielu  laty stało się 
złego.  Widziałem,  jak  kuśtykając  obok  głaskała  matkę.  Szeptała  przy  tym:  -  Już  dobrze,  Tulla,  już 
dobrze.  -  Potem obie milczały. I ciotka Jenny piła swój sok z cytryny na gorąco. Jeśli matka w ogóle 
kogoś jeszcze kochała prócz Konrada, który utonął w kąpieli, i Konny'ego, który trafił do więzienia, to 
właśnie swoją szkolną przyjaciółkę. 
Od  początku  lat  sześćdziesiątych,  kiedy  to  zamieszkiwałem  pokoik  w  schmargendorfskim 
mansardowym  mieszkaniu,  nie  został  tam  przestawiony  żaden  mebel.  Wszystkie  porozstawiane 
bibeloty,  choć  nie  pokrywają  się  kurzem,  tchną  zamierzchłym  czasem.  I  jak  u  ciotki  Jenny  każda 
ściana,  nawet  te  ukośne,  wytapetowana  jest  baletowymi  zdjęciami  -  ona,  znana  pod  pseudonimem 
artystycznym  Angustri,  jako  Giselle,  w  „Jeziorze  łabędzim”  i  w  „Coppelii”,  smukła  jak  topola  solo 
bądź obok swych również szczupłych baletmistrzow  - tak matka jest w środku i z wierzchu oklejona 
wspomnieniami. I jeśli, jak mówią, wspomnienia można wymieniać, to przy Karlsbader Strasse można 
było kiedyś i można nadal znaleźć punkt wymiany tego trwałego towaru. 
Zatem z okazji przyjazdu do Berlina - przed albo po wizycie u ciotki Jenny - w KaDeWe wyszukała w 
ofercie  dla  majsterkowiczow  bardzo  określony  model.  Ani  wodnopłatowiec  Dorniera  „Do  X”,  ani 
model  czołgu  Königstiger,  ani  pancernik  „Bismarck”,  który  został  zatopiony  już  w  czterdziestym 
pierwszym, ani ciężki krążownik „Admirał Hipper”, który po zakończeniu wojny pocięto na złom, nie 
wydały  się  jej  stosownym  prezentem.  Nie  wybrała  niczego  wojskowego;  najbardziej  przypadł  jej  do 
gustu statek pasażerski „Wilhelm Gustloff”. Prawdopodobnie nie korzystała z niczyich rad, bo matka 
zawsze sama wiedziała, czego chce. 
Mój  syn  musiał  chyba  postarać  się  o  pozwolenie,  żeby  wolno  mu  było  zademonstrować  niezwykły 
przedmiot  w  rozmównicy.  W  każdym  razie  dyżurny  strażnik  życzliwie  skinął  głową,  gdy  więzień 
Konrad Pokriefke przyszedł obładowany modelem statku. To, co zobaczyłem, poruszyło szpulę myśli, 
które  splątały  się  w  kłąb.  Czy  to  się  nie  skończy?  Czy  ta  historia  zaczyna  się  wciąż  na  nowo?  Czy 
matka nie może przestać? Co ona sobie przy tym myślała? 
Do Konny'ego, teraz już pełnoletniego, powiedziałem:  - Bardzo ładny. Ale właściwie powinieneś już 
wyrosnąć  z  wieku  odpowiedniego  do  takich  zabawek,  może  nie?  -  A  on  przyznał  mi  nawet  rację:  - 
Wiem. Ale gdybyś ty, jak miałem trzynaście albo czternaście, dał mi na urodziny  „Gustloffa”, to nie 
musiałbym  teraz  nadrabiać  dziecinnych  zaległości.  Ale  robótka  była  przyjemna.  A  czasu  mam  dość, 
może nie? 
Zarzut okazał się celny. I podczas gdy ja jeszcze go przeżuwałem i zastanawiałem się, czy zajęcie się 
przeklętym statkiem jako zwykłym modelem do składania, w dodatku pod ojcowskim kierunkiem, nie 
powstrzymałoby  mojego  syna  przed  najgorszym,  on  powiedział:  -  Poprosiłem  o  to  babcię  Tullę. 
Chciałem mieć plastycznie przed oczami, jak statek wyglądał. A wygląda całkiem fajnie, może nie? 
Od  dziobu  po  rufę  statek  „Kraft  durch  Freude”  prezentował  się  w  całej  swojej  piękności.  Mój  syn 
złożył to bezklasowe marzenie wycieczkowiczów z wielu części. Jaki przestronny i nie zatarasowany 
żadnymi nadbudówkami był pokład słoneczny! Jak elegancko stał na śródokręciu jedyny komin, lekko 
przechylony  ku  rufie!  Wyraźnie  rozpoznawalny  oszklony  pokład  spacerowy!  Pod  pomostem 
nawigacyjnym  oranżeria  nazywana  Altaną.  Zastanawiałem  się,  gdzie  we  wnętrzu  statku  mógłby  być 
pokład E z basenem pływackim i policzyłem łodzie ratunkowe: żadnej nie brakowało. 
Konny wstawił lśniący bielą model statku w specjalnie sporządzone przez siebie druciane rusztowanie. 
Kadłub  pozostał  widoczny  aż  po  stępkę.  Wyraziłem  swój  podziw,  choć  podszyty  ironią,  dla 
pracowitego  majsterkowicza.  Zareagował  na  moją  pochwałę  chiehotliwym  śmiechem,  wyczarował  z 

background image

kieszeni  pudełeczko  po  pastylkach,  w  którym,  jak  się  miało  okazać,  trzymał  trzy  czerwone  nalepki 
wielkości mniej więcej feniga. I czerwonymi plamkami oznakował kadłub tam, gdzie torpedy dosięgły 
celu:  jedną  plamkę  nakleił  na  lewą  burtę  części  dziobowej,  następną  w  miejscu,  w  którym  i  ja 
zlokalizowałbym  we  wnętrzu  statku  basen  pływacki,  trzecia  plamka  była  przeznaczona  dla 
maszynowni. Konrad robił to uroczyście. Pokrył tułów statku stygmatami, przyjrzał się swemu dziełu, 
był  najwidoczniej zadowolony, powiedział:  - To była precyzyjna robota  - a potem raptownie zmienił 
temat. 
Mój syn chciał wiedzieć, na kogo głosowałem w wyborach do Bundestagu. Odparłem: - Na pewno nie 
na republikanów - po czym przyznałem się, że już od lat żaden lokal wyborczy nie potrafił mnie skusić. 
- To znów typowe dla ciebie: nie mieć absolutnie żadnych własnych poglądów - rzucił, sam jednak nie 
chciał  zdradzić,  przy  kim  jako  młody  wyborca  głosujący  korespondencyjnie  postawił  krzyżyk.  Ja, 
podejrzewając wpływ matki, stawiałem na PDS. Ale on tylko się uśmiechnął i zaczął rozmieszczać na 
dziobie, rufie i topach obu masztów małe, wykonane widać własnym przemysłem flagi, które czekały 
na to w innym pudełeczku. Odtworzył w miniaturze nawet emblemat KdF i flagę Niemieckiego Frontu 
Pracy; nie zabrakło też tej ze swastyką. Statek oflagowany. Wszystko grało, tylko u niego znowu nie 
grało nic. 
Co robić, kiedy syn odczytuje zakazane, od lat trzymane w areszcie domowym myśli ojca, za jednym 
zamachem  bierze  w  posiadanie  i  nawet  wprowadza  w  czyn?  Zawsze  starałem  się  nie  podpadać 
przynajmniej politycznie, wystrzegać się niewłaściwych wypowiedzi, zachowywać na zewnątrz pozory 
poprawności.  Nazywa  się  to  samodyscypliną.  Czy  to  w  gazetach  Springera,  czy  w  „taz”,  wciąż 
tańczyłem, jak mi zagrali. Byłem nawet  dość przekonany do tego, co wychodziło mi spod pióra. Bić 
pianę  nienawiści,  cynicznie  zmieniać  fronty,  dwie  czynności,  które  na  przemian  przychodziły  mi  z 
łatwością.  Ale  nigdy  nie  wybiegałem  przed  szereg,  nigdy  w  artykułach  wstępnych  nie  wytyczałem 
kursu.  Temat  poddawali  inni.  Tak  to  trzymałem  się  złotego  środka,  nigdy  nie  zapędziłem  się  ani 
całkiem w lewo, ani całkiem w prawo, nie wychylałem się, płynąłem z prądem, pozwalałem się unosić, 
musiałem  utrzymać  się  na  powierzchni;  no  cóż,  pewnie  się  to  wiązało  z  okolicznościami  moich 
narodzin; tym dawało się wytłumaczyć niemal wszystko. 
Potem jednak mój syn nawarzył piwa. Właściwie to nie była niespodzianka. Tak musiało się stać. Po 
wszystkim,  co  Konny  zamieścił  w  internecie,  naplótł  w  chatroomie,  ogłosił  na  swojej  homepage, 
mierzone  strzały  oddane  na  południowym  brzegu  Jeziora  Schwerińskiego  były  ostateczną 
konsekwencją.  Siedział  teraz  w  więzieniu  dla  młodocianych,  zwycięstwami  w  ping-pongu  i 
prowadzeniem  kursu  komputerowego  zyskał  sobie  uznanie,  mógł  się  pochwalić  zdaną  maturą,  już 
teraz,  o  czym  szepnęła  mi  matka,  dostawał  z  gospodarki  propozycje  na  później:  nowe  technologie! 
Wydawało  się,  że  będzie  miał  przyszłość  w  bliskim  już  nowym  stuleciu,  robił  wrażenie  pogodnego, 
wyglądał  na  dobrze  odżywionego,  mówił  całkiem  rozsądne  rzeczy,  nie  przestał  jednak  wznosić 
chorągwi jak chorągiewki. To może tylko źle się skończyć, myślałem niejasno i szukałem rady. 
Na początek, ponieważ taki byłem skołowany, nawet u ciotki Jenny. Starsza pani w swoim pokoiku dla 
lalek lekko trzęsąc głową wysłuchała wszystkiego, z czego zwierzyłem się mniej czy bardziej szczerze. 
Przed  nią  można  było  się  wywnętrzyć.  Przywykła  do  słuchania  zwierzeń,  prawdopodobnie  od 
młodości.  Skoro  już  wyjawiłem  większość  z  tego,  co  mi  leżało  na  wątrobie,  obdarzyła  mnie  swym 
zlodowaciałym uśmiechem i powiedziała: - To jest zło, które chce się wydostać. Moja przyjaciółka z lat 
młodości Tulla, twoja droga matka, zna ten problem. Ojej, ile to razy jako dziecko musiałam cierpieć 
przez  jej  wybuchy.  A  także  mój  przybrany  ojciec  -  ja  przecież,  co  wtedy  musiało  być  trzymane  w 
tajemnicy, pochodziłam podobno od prawdziwych Cyganów - no cóż, ten trochę zdziwaczały profesor, 
którego  nazwisko,  Brunies,  przyszło  mi  nosić,  musiał  poznać  Tullę  od  jej  złej strony. U niej to  była 
czysta swawola. Ale źle się skończyła. Po doniesieniu tatę Bruniesa zabrali... Trafił do Stutthofu... Na 
koniec  jednak  prawie  wszystko  odwróciło  się  ku  dobremu.  Powinieneś  z  nią  pomówić  o  swoich 

background image

troskach. Tulla na samej sobie doświadczyła, jak gruntownie człowiek może się zmienić... Pognałem 
więc na łeb, na szyję z Berlina A 24 i zjechałem z autostrady na Schwerin. A jakże, rozmawiałem z 
matką,  o  ile  można  z  nią  było  rozmawiać  o  moich  wciąż  skotłowanych  myślach.  Siedzieliśmy  na 
dziesiątym  piętrze  odnowionego  wieżowca  z  wielkiej  płyty  przy  Gagarinstrasse  na  balkonie  z 
widokiem na wieżę telewizyjną; w dole nadal stał Lenin z brązu i spoglądał na Zachód. Jej mieszkanie 
wydawało się nie zmienione, ale matka ostatnio odkryła na nowo wiarę swego dzieciństwa. Poczuła się 
katoliczką i w rogu bawialni urządziła coś w rodzaju domowego ołtarzyka, na którym pośród świec i 
plastykowych kwiatów - białe lilie - stał wystawiony obrazek Matki Boskiej; obok szokowała wszelako 
fotografia poczciwie palącego fajkę towarzysza Stalina w białym ubraniu. Ciężko było wpatrywać się w 
ten ołtarzyk i nic nie mówić. 
Przywiozłem  to,  co  matka  lubiła:  pszczele  żądełka  i  makowiec.  Ledwie  wyrzuciłem  z  siebie  niemal 
wszystko,  ona  powiedziała:  -  O  naszego  Konradżika za bardzo martwicz są ni  muszisz. On biedy se 
napytał i teraz za to szedżi. A jak na wolnoszcz wyjdże, to sicher prawdziwym radykałem bandze, jako 
ja  żem  taką  radykałką  beła,  kiedy  mnie  właszni  towarzysze  od  osztatnich  sztronniczek  Sztalina 
wymyszlali. Niii, jemu ju nic złego są ni sztanie. Nad naszym Konradżikiem imer anioł sztróż czuwa... 
Zrobiła „puste gały”, po czym patrzyła już normalnie i przyznała rację swej przyjaciółce Jenny, która 
znów miała dobrego nosa: - Co w nas szedżi, w głowie i wszędże, to złe wydosztacz są muszi... 
Nie, od matki nie można było uzyskać rady. Jej białowłose myśli pozostały krótko przystrzyżone. Ale 
do kogo jeszcze mogłem się zwrócić? Może do Gabi? 
Ponownie  przejechałem  dobrze  mi  już  znany  odcinek  ze  Schwerina  do  Mölln  i  jak  za  każdym 
przybyciem  byłem  zdumiony  skromnym  pięknem  tego  miasteczka,  które  chlubiąc  się  przeszłością 
powołuje  się  na  Dyla  Sowizdrzała,  ale  chyba  nie  zniosłoby  jego  figli.  Ponieważ  moja  była  miała 
ostatnio  przyjaciela,  człowieka,  jak  mówiła,  „bardzo  miłego,  łagodnego  i  drażliwego...”,  spotkaliśmy 
się  w  sąsiednim  Ratzeburgu  i  zjedliśmy  coś  -  ona  po  wegetariańsku,  ja  sznycel  -  w  „Seehofie”  z 
widokiem na łabędzie, kaczki i niezmordowanego perkoza dwuczubego. 
Po  tym,  jak  na  wstępie  poprzedzonym  frazą:  „Bóg  mi  świadkiem,  że  nie  chciałabym  cię  urazić”  - 
obarczyła mnie odpowiedzialnością za wszystko, co się tyczy naszego syna, powiedziała:  - Wiesz, od 
dłuższego  czasu  nie  znajduję  z  chłopakiem  porozumienia.  On  się  zamyka.  Nie  przyjmuje  miłości  i 
podobnych  uczuć.  Z  czasem  doszłam  do  przekonania,  że  głęboko  w  nim,  i  to  aż  po  ostatnie  myśli, 
wszystko jest z gruntu zepsute. Ale kiedy przypomnę sobie twoją panią matkę, domyślam się, co przez 
jej  szanownego  syna  odziedziczył  po  niej  Konrad.  Tu  nic  się  nie  da  zmienić.  Nawiasem  mówiąc 
podczas mojej ostatniej wizyty twój syn odżegnał się ode mnie. 
Potem  dała  do  zrozumienia,  że  ze  swoim  „serdecznym,  a  przy  tym  mądrym  i  bywałym  w  świecie” 
partnerem chce zacząć nowe życie. Należy się jej ta „mała szansa” po tym wszystkim, co przeszła. - I 
wyobraź sobie, Paul, mam dość siły, żeby rzucić palenie. - Zrezygnowaliśmy z deseru. Ja, przez wzgląd 
na nią, odmówiłem sobie kolejnego papierosa. Moja była uparła się, że zapłaci za siebie. 
Próba  zasięgnięcia  rady  u  Rosi,  oddanej  przyjaciółki  mojego  syna,  wydaje  mi  się  z  późniejszej 
perspektywy  co  prawda  śmieszna,  ale  też  pouczająca, wskazująca w przyszłość. Już następnego dnia, 
który  był  dniem  odwiedzin,  spotkaliśmy  się  w  neustrelitzkiej  kawiarni,  krótko  po  jej  widzeniu  z 
Konnym.  Jej  oczy  już  nie  mokre  od  łez.  Włosy  zazwyczaj  luźno  opadające  zawiązane  w  węzeł.  Jej 
ustawicznie  gotowa  do  poświęceń  postawa  wyprężona.  Nawet  jej  niespokojne  dłonie,  raz  po  raz 
daremnie  szukające  w  sobie  samych  oparcia,  leżały  obecnie  na  stole  zaciśnięte  w  pięści.  Zapewniła 
mnie: - Jak pan postąpi jako ojciec, to pańska sprawa. Co do mnie, to zawsze będę wierzyła w dobro w 
Konnym, choćby się działo nie wiem co. On jest taki silny, taki nadzwyczajnie silny. A ja nie jestem 
jedyna, która mocno, bardzo mocno wierzy w niego - i to nie tylko w myślach. 

background image

Odrzekłem,  że  z  tym  wewnętrznym  dobrem  jest  coś  na  rzeczy.  Ja  w  zasadzie  też  w  nie  wierzę. 
Chciałem powiedzieć jeszcze więcej, usłyszałem jednak jakby na zakończenie: - To nie on, to świat jest 
zły. - Nadszedł czas, żebym zgłosił się na wizytę w zakładzie karnym dla młodocianych. 
Po  raz  pierwszy  dane  mi  było  odwiedzić  go  w  celi.  Powiedziano,  że  Konrad  Pokriefke  dobrym 
sprawowaniem  i  wzorową  postawą  społeczną  wyjednał  sobie  to  jednorazowe  specjalne  zezwolenie. 
Jego  współwięźniów  nie  było,  pracowali,  jak  usłyszałem,  w  ogrodzie.  Konny  czekał  na  mnie  w 
zajmowanym przez siebie kącie. 
Ten zakład to waląca się rudera, ale mówią, że w planie jest postawienie nowocześniejszego budynku. 
Z jednej strony sądziłem, że jestem z biegiem czasu uodporniony na niespodzianki, z drugiej bałem się 
nagłych inspiracji mojego syna. 
Kiedy  wszedłem  i  najpierw  zobaczyłem  tylko  poplamione  ściany,  siedział  w  swym  norweskim 
pulowerze przy stole przysuniętym do ściany i nie podnosząc wzroku odezwał się: - No, tato? 
Mój  syn,  który  nieoczekiwanie  powiedział  do  mnie  „tato”,  nieznacznym  gestem  wskazał  na  półkę  z 
książkami,  spod  której,  czego  nie  dało  się  ogarnąć  jednym  spojrzeniem,  usunięto,  zdjęto  wszystkie 
oprawione  w  ramki  fotografie  -  tę  Dawida  jako  Wolfganga,  młodego  i  starego  Prankfurtera,  obie 
przypisywane dowódcy okrętu podwodnego Marinesko. Nic nowego nie zawisło w miejsce fotografii. 
Bacznym  spojrzeniem  przebiegłem  grzbiety  książek  na  półce:  jak  można  się  było  spodziewać,  dużo 
rzeczy historycznych, coś niecoś o nowych technologiach, pomiędzy tym dwa tomy Kafki. 
Nie  puściłem  pary  z  ust  na  temat  usuniętych  fotografii.  A  on  też  zdawał  się  nie  oczekiwać  żadnego 
komentarza. To, co nastąpiło potem, przebiegło szybko. Konrad wstał, z drucianej podpory, która stała 
na  środku  stołu  wyjął  nazwany  imieniem  Wilhelma  Gustloffa  i  oznakowany  trzema  czerwonymi 
plamkami  model  statku,  ułożył  kadłub  przed  rusztowaniem,  tak  że  leżał  na  lewej  burcie  jakby  w 
przechyle,  po  czym  bez  pośpiechu  lub  wpadania  we  wściekłość,  raczej  z  premedytacją  zaczął  gołą 
pięścią rozwalać dzieło swego majsterkowiczowskiego trudu. 
Musiało to być bolesne. Po czterech, pięciu uderzeniach krwawił brzeg jego prawej dłoni. Skaleczył się 
pewnie o komin, łodzie ratunkowe, obydwa maszty. Mimo to walił dalej. Gdy kadłub statku nie chciał 
ostatecznie  ulec  jego  uderzeniom,  wziął  wrak  oburącz,  przekręcił  na  bok,  uniósł  na  wysokość  oczu  i 
spuścił  na  podłogę  z  nasączonych  olejem  desek.  Następnie  rozdeptał  to,  co  pozostało  z  modelu 
„Wilhelma Gustloffa”, na koniec ostatnie łodzie ratunkowe, które wyskoczyły z żurawików. 
- Zadowolony teraz, tato? - Potem już ani słowa. Jego wzrok poszukał zakratowanego okna, utkwił w 
nim.  Plotłem  sam  nie  wiem  co.  Coś  pozytywnego.  „Nigdy  nie  należy  rezygnować”  czy  „Zacznijmy 
wspólnie jeszcze raz od początku” albo jakąś bzdurę zasłyszaną w amerykańskich filmach: „Jestem z 
ciebie dumny”. Nawet na odchodnym mój syn nie wydusił z siebie słowa. 
W parę dni później, nie, już nazajutrz ktoś - on, w którego imieniu idąc rakiem posuwałem się naprzód 
- poradził mi, żebym pilnie zajrzał do internetu. Powiedział, że za sprawą kuknięcia myszą być może 
znajdzie  się  odpowiednie  zakończenie.  Dotychczas  żyłem  wstrzemięźliwie:  tylko  to,  czego  wymagał 
zawód, co pewien czas jakieś porno, nic więcej. Odkąd Konny siedział, panowała cisza w eterze. Nie 
było już także Dawida. 
Długo  musiałem  surfowaó.  Często  wprawdzie  miałem  w  oknie  nazwę  przeklętego  statku,  ale  nic 
nowego  czy  ostatecznie  kończącego.  Ale  potem  wyszło  coś  gorszego,  niż  się  obawiałem.  Pod  tym 
szczególnym  adresem  po  niemiecku  i  po  angielsku  przedstawiała  się  website,  która  jako 
„www.kamractwo-konrad-pokriefke.de”  agitowała  za  kimś,  kto  wykazuje  się  wzorową  postawą  i 
wiernością ideałom i z tego powodu jest więziony przez znienawidzony system. „Wierzymy w Ciebie, 
czekamy na Ciebie, pójdziemy za Tobą...” I tak dalej, i tak dalej. 
To się nie kończy. To się nigdy nie skończy. 

 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
Mroźna noc, zawieja śnieżna, wzburzone morze i tonący statek z tysiącami ludzi na pokładzie to sceneria opisanej w  Idąc 
rakiem 
tragedii „Wilhelma Gustloffa”, storpedowanego na Bałtyku w końcowej fazie drugiej wojny światowej, 30 stycznia 
1945.  Zatopienie  tego  statku  płynącego  z  Gdyni  (przemianowanej  wówczas  na  Gotenhafen)  do  Kilonii  to  największa 
katastrofa  morska  w  dziejach  -  zginęło  w  niej  od  siedmiu  do  dziewięciu  tysięcy  ludzi,  cywilnych  uciekinierów  z  Prus 
Wschodnich i Pomorza Gdańskiego oraz wieluset żołnierzy – mężczyzn i kobiet. 
Najnowsza  książka  Guntera  Grassa  wydana  w  Niemczech  u  schyłku  tegorocznej  zimy  wywołała  wielkie  poruszenie  w 
ojczyźnie pisarza i poza jej granicami, od Francji i Polski po Chiny i Stany Zjednoczone. Autor mówi tu pełnym głosem o 
sprawach,  o  których  przez  długie  lata  mówiło  się  -  nie  bez  powodu  -  głosem  ściszonym:  o  cierpieniach  doznanych  w 
ostatniej wojnie przez Niemców a pozostających w cieniu cierpień zadanych innym. 
W  splecionej  misternie  z  wielu  wątków  opowieści  Gunter  Grass  dokonuje  literackiej  rekonstrukcji  okoliczności  i  tła 
wydarzeń  sprzed  lat  i  podejmuje  spór  o  miejsce  tej  tragedii  w  świadomości  współczesnych.  Przeszłość,  zapominana  lub 
pamiętana na różne sposoby, żyje w ich psychice, jest przedmiotem zażartych dyskusji, wpływa na ich postępki. Groźne jest 
zapomnienie,  ale  jeszcze  groźniejsza  zła,  jednostronna,  zaślepiona  tendencyjnością  pamięć,  która  prowadzi  w  książce  do 
krwawego rozstrzygnięcia. 
Przerażająca śmierć tysięcy pasażerów „Wilhelma Gustloffa” mieściła się w okrutnych regułach wojny narzuconych światu 
przez hitlerowskie Niemcy. Warto o tym pamiętać współczując ofiarom tragedii. 
W  serii  dzieł  wybranych  Guntera  Grassa  oficyna  POLNORD  Wydawnictwo  OSKAR  opublikowała  następujące  utwory 
Listopadia  (1994),  Blaszany  bębenek  (1994),  Turbot  (1995),  Kot i mysz  (1996),  Miejscowe  znieczulenie  (1997)  Psie  lata 
(1998), Moje stulecie (1999), Z dziennika ślimaka (1999), Wróżby kumaka (1999), Spotkanie w Telgte (2000), Rozległe pole 
(2000), Szczurzyca (2001), Rzeczy znalezione Dla tych, co me czytają (2OO2)