background image

Pedersen Bente 

 

Roza znad Fiordów 14 

 

Rozstania i powroty 

 

 
 
 
 
 

Joe O'Connor, brat nieżyjącego Seamusa, wyprawia się w podróż do 
Irlandii, by kontynuować tam przygotowania do zbrojnego oporu 
przeciw Anglikom. Zadanie jest niebezpieczne - wokół czai się 
zdrada i, jak się okazuje, ufać nie można nawet bliskim. Joemu 
tawarzyszy Roza, która postanowiła wracać do Norwegii. Aby 
ratować życie swoje i małej córeczki, musi uciekać pod osłoną nocy. 
 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 1 
Nie musiałam tu przychodzić sama. Mattias zaoferował mi swoje 
towarzystwo, zanim zdążyłam wyjaśnić, dokąd się wybieram, a i 
Liisa odradzała mi samotną wyprawę. Jej troskliwość mnie 
męczy, mimowolnie od niej uciekam. Podjęłam decyzję, by 
przybyć tu samotnie. 
Nastało ciepłe lato, w głąb fiordu zawiewa lekka bryza. Zbocza 
gór zielenią się aż po szczyty i tylko dolatujący nawet tu zapach 
siarki przypomina, gdzie naprawdę jestem i co skrywają te góry. 
Odwrócona tyłem do kopalni, twarzą ku morzu łatwo daję się 
unieść na skrzydłach fantazji. Zamykam oczy. Wyobrażam sobie, 
że pieszczący mnie lekko wiatr przemyka przez skąpane w słońcu 
bezkresne równiny Georgii. Często tęsknię za tamtymi stronami, 
choć równocześnie oszałamia mnie świadomość, że nade mną 
znów roztacza się klarowny nieboskłon. 
Szerokim łukiem omijam grób Synneve. Zbieram w sobie siły. 
Tym sposobem dowiaduję się, kto jeszcze odszedł do wieczności 
w ciągu tych lat, gdy mnie tu nie było. Czytam nazwiska i 
przypominam sobie twarze ludzi, ich głosy, a nawet gesty. 
Zatrzymuję się na moment przy białej, kamiennej płycie Malene 
Marii Crowe. Liisa wspominała 
 

background image

wczoraj, że pani Malene nie żyje, co napełniło mnie żalem i 
smutkiem, mimo że dla tej wytwornej damy byłam właściwie 
nikim. Tak samo jak dla wszystkich tutaj. Rallarroza... 
Zona dyrektora umarła, osierociwszy dwoje dzieci, Hildę i 
Henry'ego. Miała zaledwie czterdzieści pięć lat. Na skromnym, 
białym kamieniu wyryto czarne litery i datę 13 listopada 1843. 
Dyrektor Crowe nie lubi przesady. Zresztą ludzie naprawdę 
majętni, jak sama się o tym przekonałam, bywając w takich 
kręgach, nie afiszują się swoim bogactwem. 
Pani Malene zmarła w listopadzie 1843 roku, a więc niedawno, 
ubiegłej jesieni. Przypominam sobie, jak trudny był to dla mnie 
czas. Okazuje się, że nie ja jedna wówczas cierpiałam. 
Nigdy nie zobaczę już grobu Seamusa. Mam jednak wciąż w 
pamięci jego urodziwą twarz i jestem pewna, że nigdy, przenigdy 
nie zapomnę blasku, jaki od niego emanował. 
Obraz mego męża nie rozmył się w mych wspomnieniach wraz z 
upływem czasu. Przeciwnie, w Kildare, gdzie słuchałam 
opowieści tych, którzy znali Seamusa jako dziecko i młodego 
chłopca, nabrał jeszcze ostrości. Zwłaszcza mężczyźni, zapo-
minając często, że jestem w ich gronie, wyjawiali pilnie strzeżone 
tajemnice. 
Lakoniczne gorzko-słodkie uwagi Molly. 
Poznałam innego Seamusa. Innego niż ten, który trzymał mnie w 
ramionach i chronił przed wszelkim złem tego świata. 
Pokochałam go jeszcze mocniej, gdy uświadomiłam sobie, że 
chronił mnie także przed samym sobą. Seamus dotrzymywał ty- 
 
 
 
 

background image

sięcy danych mi obietnic. Nie miałam żadnego powodu, by go nie 
kochać, i nadal tak pozostało. 
„... okłamywał cię" - powtarzała Molly po wie-lekroć. „On 
zresztą przeważnie kłamał, często nie zdając sobie z tego sprawy. 
Przez całe swoje życie tkwił w kłamstwie. Nie w jednym, ale w 
niezliczonej ich ilości, Rosi...". 
Ale ja czuję, że tak naprawdę Seamus mnie nie okłamał. 
Przemilczał jedynie to, co, jak sądził, mogło mi zaszkodzić. 
Osłaniał mnie przed mrocznymi stronami swojej osobowości. 
Czy mogłabym nie odczuwać przywiązania do takiego 
mężczyzny? 
Zataczam coraz mniejsże łuki. Odnajduję grób Jensa. Przystaję 
na moment, prześlizgując się spojrzeniem po wyrytym w 
kamieniu nazwisku, dacie urodzin i śmierci. Wydaje mi się, że 
przestałam już go nienawidzić. Wciąż jednak na wspomnienie o 
nim czuję złość i gorycz. Ale to nie ma nic wspólnego z 
nienawiścią. 
Przypominam sobie wszystkie dobre uczucia, jakie we mnie 
budził. Wiem, że musiałam doświadczyć tej ślepej uległości 
wobec niego, musiałam podążyć ścieżką, która krzyżowała się z 
drogą jego losu, bo bez tego nigdy nie spotkałabym Seamusa. 
Teraz już wiem na pewno, że Seamus stanowił sens mojego 
życia. Miłość do niego to najwznioślejsze uczucie, na jakie mnie 
było stać. Poza tym, że pokochałam go i urodziłam mu dzieci, nie 
wydarzyło się w mym życiu nic ważniejszego. 
Nie zatrzymuję się na długo przy grobie rodziców. Czas nie leczy 
wszystkich ran. Nie każdy ból daje się ukoić. Nie przyszłam tu 
zderzyć się z tym, co rwie na strzępy moje serce. Kiedy jednak 
opuszkami palców muskam wspólną mogiłę moich 
 

background image

rodziców, przenoszę się z powrotem myślami do Irlandii, na inny 
cmentarz, na grób innej matki... 
- Nikt się nie spodziewał waszego powrotu -rzekł Frank 
O'Shaughnessy oschle, a jego twarz pozostała nieprzenikniona. - 
Ona też nie. 
Od południowego zachodu od strony oceanu wiał chłodny wiatr, 
w porywach tak silny, że bryzgał morską wodą. Zdawało się, że 
to pada deszcz. Gruba warstwa ołowianych chmur zakryła niebo. 
Chmury przesuwały się na wschód, zmieniały kształty, 
rozciągały się i rwały, poddając się zachciankom wiatru. Trudno 
było uwierzyć, że gdzieś pod tą grubą, szarą powłoką świeci 
słońce. 
Na cmentarzu hulał wiatr. Przy jednej z mogił przystanęło troje 
dorosłych. Młody mężczyzna tulił do piersi dziecko, sprawiając 
wrażenie, że utrzymuje się na nogach wyłącznie dzięki 
maleńkiemu zawiniątku, którego się uczepił. Walczył ze łzami, 
które cisnęły się mu do oczu od chwili, gdy przekroczyli 
cmentarną bramę i przeszli wzdłuż kamiennego muru 
oddzielającego cmentarz od pól. 
- Przecież musiała wiedzieć, że wrócimy, skoro zginął Seamus - 
odezwał się chrapliwym głosem Joe. 
- Mówiła, że nie ma już na kogo czekać - odparł krótko wuj. - 
Gdybym nie wiedział naprawdę, jak to się stało, sądziłbym, że 
sama zadała sobie śmierć - dodał anglikański pastor. 
Joe prześlizgnął się wzrokiem po prostym, ale pięknym 
kamieniu, który matka sama wybrała po śmierci ojca. Teraz pod 
nazwiskiem ojca jest wyryte także jej. 
... Owen O'Connor... 
... Charlotte O'Connor... 
- Nie dożyła nawet pięćdziesięciu lat - odezwał się cicho Joe. - 
Zabrakło paru tygodni... - Zacisnął usta w wąską kreskę, a potem 

background image

dodał: - Powinna wyjechać razem z nami. Skończyłaby się jej 
harówka. Postąpiliśmy niegodziwie, zostawiając ją w Irlandii. 
Trzeba ją było zmusić do wyjazdu! 
- Nie harowała, odkąd zamieszkała tutaj - odparł krótko Frank. - 
Z radością pomagała tym, którzy mieli mniej niż ona. Nie 
męczyło jej to. Twojej matki nikt nie mógł do niczego zmusić, 
Joe - dodał Frank, zaśmiawszy się krótko. 
- Seamus powinien ją przekonać - odparł Joe ze smutkiem. 
- Próbował - wtrąciła się Roza. 
Czuła te słowa na swoich wargach, słyszała swój głos. Pamiętała 
tamtą chwilę, gdy Lottie z uporem powtarzała, że Irlandia jest jej 
domem, jej światem, jej ziemią. W tych słowach kryło się coś 
więcej niż upór. Wyzierała z nich duma i miłość do ojczystego 
kraju. 
- Twoja matka nie byłaby szczęśliwa w Georgii - zwróciła się do 
Joego Roza, zdając sobie sprawę, że nie jest to żadną pociechą. 
- Ale by żyła! - przerwał jej syn Lottie. 
Ubrany w obszerną kurtkę z owczej skóry trzymał na rękach Lily. 
Dziecko było spokojne. W ramionach Joego czuło się 
bezpiecznie i ciepło. Znało jego głos i nawet jeśli pobrzmiewał 
głośniej niż zwykle i drżał z emocji, nie wyrywał maleństwa ze 
snu. 
- Przemawia przez ciebie rozpacz, Joe. 
Joe słyszał głos Rozy jakby z oddali. Przepełniał go ból nie do 
zniesienia. Zachował się po męsku, 
 

background image

gdy śmierć odebrała im Petera i Seamusa, którzy narażali swoje 
życie, nie bacząc na niebezpieczeństwa. Dzielnie zniósł żałobę po 
śmierci brata i szwagra, choć wciąż tkwiła niczym cierń w jego 
sercu. 
Ale ze śmiercią matki nie umiał się pogodzić. 
Jego mama powinna żyć zawsze... 
... łagodne dłonie, uśmiech, którego nie sposób dostrzec w żadnej 
innej twarzy. Mądre, przenikające na wskroś oczy wiedziały 
zawsze z niezachwianą pewnością, kiedy uczynił coś złego i za-
służył na karę. Pocieszające dłonie głaskały go po włosach nawet 
wówczas, gdy uważał się już za dorosłego. Jej zdrowy rozsądek. 
Mądre opowieści, które ubarwiały wieczory dzieciństwa, złożone 
dłonie i modlitwy, które kierowała do Matki Najświętszej, 
ponieważ uważała, że nie godzi się absorbować swoimi 
sprawami samego Boga. Głowa pochylona nad jakąś pracą przez 
wszystkie godziny dnia, a często i nocy. Skąpe światło niszczące 
jej wzrok... 
Ciepło i siła... 
Miłość... 
... wszystko, co miało związek z matką, przestało istnieć. Jej 
martwe ciało zostało złożone w ziemi, na której odcisnęły się 
teraz ślady ich butów... 
Roza stąpała wokół miejsca, które powoli zarastało trawą i 
wrzosami, przykrywając nagi ugór, pozbawiony warstwy darni. 
Delikatnym, acz zdecydowanym ruchem wyjęła z ramion Joego 
maleńką Lily. Nie oponował. Pozwolił jej zabrać dziecko. 
Ramiona mu opadły, ciało ciążyło, jakby było z ołowiu. Tylko 
ból odczuwał dotkliwie. Stał mroczny, ponury w gnanej wichrem 
mgle, która 
 

background image

przesuwała się tak szybko, że widział ją i miał wrażenie, iż czuje 
na policzkach niechciane, wilgotne pieszczoty. 
- Twoja matka wywodziła się z tego kraju, z tej ziemi. - Roza, 
intensywnie wpatrując się w szwagra, wypowiadała słowa tak 
cicho, jakby tylko powtarzała je w myśli, ale Joe słyszał je mimo 
to. -Twoja matka urodziła się wśród tych wzgórz, rzek, 
wrzosowisk i bagien. I chmur. Była częścią tego krajobrazu, tej 
ziemi i powietrza. Należała do nich tak samo, jak one należały do 
niej... 
- Mama nigdy nie otrzymała dokumentów, które by stwierdzały, 
że posiada cokolwiek - uśmiechnął się Joe z goryczą. 
- Nie potrzebowała dokumentów, by czuć wspólnotę z tym 
miejscem - przekonywała Roza. - Chociaż nie była jej 
właścicielką, ta ziemia należała do niej. Ty, Joe, jako Irlandczyk 
powinieneś to rozumieć bardziej niż ja! Przecież wy kochacie 
ziemię ponad wszystko. Czyż nie? 
Joe czuł, że te słowa nie dotyczą jego, choć tak trafnie opisywały 
tego Josepha 0'Connora, od którego nie mógł uciec, nawet gdyby 
tego pragnął bardziej niż czegokolwiek. Ukucnąwszy, chwycił w 
opaloną dłoń mokry mech z grobu matki. Wiosna ofiarowała tej 
jałowej i suchej ziemi wilgoć. Zupełnie inna w dotyku była 
urodzajna gleba w Rose Garden. Niczym pieszczoty dwóch róż-
nych kobiet. 
- Mylisz mnie, Rosi, z kimś innym - odpowiedział ze smutkiem i 
popatrzył na nią z ukosa. Odszukał jej spojrzenie i uderzyło go, 
jak bardzo pasuje do tego krajobrazu. Stała pośród mchów i 
moczarów, pomiędzy niebem a morzem. Zachodni 
 

background image

wiatr targał jej drobną postacią, ale ona była silna tak samo jak 
jego matka. Może Roza ma rację, mówiąc, że Lottie stanowiła 
jedność z tutejszą ziemią, morzem i powietrzem. Ale chyba nie 
zdaje sobie sprawy, że i ona sama należy do tego miejsca, do 
Irlandii. 
- Jej już nie ma - odezwał się po chwili. - Nie czuję tu bardziej jej 
bliskości niż gdziekolwiek indziej. 
- Nie bluźnij! - upomniał go wuj, ale spojrzenie, jakim obrzucił 
go siostrzeniec, nakazało mu zamilknąć. Frank, zagorzały 
moralista, zrozumiał bez słów, że Joe, którego oczy pociemniały 
od cierpienia i bólu, daleki jest od szyderstwa. Synowie Lottie nie 
potrafili udawać, żaden prócz jednego. 
Ten jednak, choć obdarzony wielką charyzmą, nigdy nie wyrażał 
ochoty, by wykorzystać ten talent w służbie kościoła, nad czym 
Frank bardzo ubolewał. Seamus potrafił przemawiać. Posiadał 
ową rzadką umiejętność skupiania na sobie uwagi tłumu. Był 
urodzonym przywódcą. Niestety, właśnie te cechy, jak się 
domyślał Frank 0'Shaughnes-sy, przywiodły go na zgubę. 
Niewiele się dowiedział o szczegółach śmierci Seamusa. Joe 
przyznał niechętnie, że brat padł od kuli w następstwie kłótni. A 
Roza, ta dziwna, obca kobieta, której udzielił ślubu z Seamusem, 
zanim uciekli z kraju, dodała z lodowatym chłodem w błękitnych 
oczach, że Seamus został zabity przez złych ludzi, w czasie kiedy 
właśnie postanowił wszystko zacząć od nowa. 
- Może taki los był mu pisany - westchnął Frank i popatrzył na 
oddalającego się Joego. 
Chłopak zmężniał od czasu, gdy opuścił Irlan- 
 
 
 

background image

dię. Stał się dorosłym mężczyzną. Ale nie takim, jakiego widział 
go Frank w swych pełnych nadziei marzeniach. Największy 
problem pastora polegał na tym, że snuł plany dotyczące 
przyszłości dzieci swoich braci i sióstr, z których żaden się dotąd 
nie ziścił. 
- A może taki los pisany był wam wszystkim? Seamus tak bardzo 
poświęcił się dla sprawy, że sprowadził śmierć na siebie i na 
Charlotte. 
Usłyszawszy te słowa, Joe zatrzymał się. Zareagował zupełnie 
jak nieżyjący już brat. W tym momencie bardziej niż 
kiedykolwiek przypominał wyjętego spod prawa Seamusa. 
- Seamus uczynił to, co do niego należało. Nie sprowadził śmierci 
na mamę. Zresztą ona bardzo kochała Seamusa i dobrze 
wiedziała, czym się zajmuje jej pierworodny. Była z niego dumna 
i nie chciała, by się zmienił. Tym bardziej, że Seamus nie 
traktował tego jako zabawy. Miał to we krwi. Nie mógł wybrać 
nic innego. Zrobił to, co było jego powinnością, jako Irlandczyk, 
jako mężczyzna, jako O'Connor wreszcie... 
- A teraz ty przejąłeś po nim schedę? - zapytał Frank, unosząc 
brew. - Po co wróciłeś, Joseph? Pragniesz pójść w ślady brata? 
Uwierz mi, on poruszał się po bardzo niebezpiecznych 
ścieżkach... 
- Przybyłem po to, by towarzyszyć Rosi, a także po to, by zabrać 
mamę - odparł Joe stanowczym głosem, na chwilę przekonując 
zarówno samego siebie, jak i wuja. 
- On wie - odezwała się Roza, kiedy zostali sami w kamiennym 
domku stojącym tuż obok probostwa. - Domyśla się wszystkiego. 
Mam wrażenie, 
 

background image

że potrafi czytać w myślach. Wie, po co przyjechałeś do Irlandii, 
Joe. To bardzo niebezpieczne dla ciebie. On ci zagraża! 
- Przecież to mój wuj - uśmiechnął się Joe, skrywając kiełkujący 
w nim strach. - Brat mojej mamy. Nie wydał Seamusa, dlaczego 
więc miałby zachowywać się inaczej w stosunku do mnie? 
Frankowi można przypisywać różne przewinienia, ale nie wolno 
zapominać o tym, że roztacza ochronny parasol nad rodziną. 
Joe wyprostował nogi i przysunął je bliżej pieca, w którym przed 
chwilą napalił. Nie byłby jednak synem Charlotte, gdyby nie 
odczuwał z tego powodu lekkich wyrzutów sumienia. W gruncie 
rzeczy pora dnia była jeszcze zbyt wczesna na to, by grzać w 
izbie. Konieczność oszczędzania ukształtowała w O'Connorach 
mocny charakter. Trzeba silnej woli, by doczekać zmroku i 
dopiero wtedy napalić w piecu suchą darnią albo drewnem 
zebranym pod osłoną nocy i groźbą kary na plażach jarla. 
Rozrzutność uważana była za grzech, a przynajmniej za skazę na 
charakterze. 
Ale teraz Joe czuł się usprawiedliwiony obecnością maleńkiej 
Lily. Dziecko musiało mieć ciepło. Nawet Lottie bez wahania 
napaliłaby w piecu w izbie Rozy i jej córeczki. 
Tyle że on nagrzał także w ciasnej kuchni, a to niewybaczalna 
rozrzutność. Joe przypomniał sobie Rose Garden i Favourite. 
Jakże pragnął, by mama mogła zobaczyć obie plantacje i 
doświadczyć tego, że życie nie jest wyłącznie nieustającą 
harówką... 
... życie bywa takie łatwe i wygodne... 
- Owszem, Frank to twój wuj - ciągnęła tymczasem Roza, 
nabierając powietrza przez zaciśnię- 
 
 

background image

te zęby i wydychając je przez nos. - Ale równocześnie stoi po 
stronie wroga. Wydaje ci się, że możesz jeździć po kraju, 
prowadzić agitację i wygłaszać płomienne mowy, a twój wuj się 
o tym nie dowie? To tylko kwestia czasu. Prości ludzie też 
chodzą do jego kościoła. 
Roza bała się o niego. Mimo że starała się nie okazywać strachu, 
Joe wyczuł to wyraźnie. Uczucie to było przyjemne, ale zarazem 
niepokojące. Wszystko, co działo się teraz w jego życiu, było dla 
niego nowe, ale w przeważającej większości wywoływało w nim 
pozytywne odczucia. 
Strach, który nosił w sobie głęboko, stanowił rodzaj siły 
popychającej go do działania. Nigdy nie przypuszczał, że polubi 
to zajęcie. Ale przemówienia, skoncentrowana na nim uwaga, 
żarliwe reakcje tłumu, oszałamiały go jak dobre wino podane do 
wykwintnej kolacji albo aromatyczne cygaro. 
Zastanawiał się, czy Seamus odczuwał podobnie. Może zwierzał 
się z tego Rozie, ale Joe nigdy nie miał śmiałości jej o to zapytać. 
Zresztą nie sądził, by była skłonna mu cokolwiek powtórzyć. 
- To bardzo niebezpieczne - odezwała się Roza cicho. 
- Wiem. 
Usiadł na stołku i pochylił się, gorączkowo splatając dłonie i 
opierając łokcie na udach. Czuł, jak drżą mu mięśnie nóg. 
Ciemna, niemal czarna grzywka opadła mu na czoło, ale nie 
zwracał na to uwagi. 
- Seamus wiedział, że grozi mu niebezpieczeństwo, ale nie 
powstrzymywało go to przed działaniem. Może w końcu 
zrozumiałem, co go tak nakręcało. Może musiałem sam tego 
doświadczyć. 
 

background image

Stanąć przed tłumem ludzi pozbawionych wszelkiej nadziei 
prócz tej, którą im przynosimy. Sądziłem, że wiem, ponieważ tu 
się urodziłem, ponieważ wyrosłem w biedzie. Ale okazuje się, 
Rosi, że niczego nie pojmowałem. Teraz, kiedy doświadczyłem 
dostatku i wiem, jak żyć pełnią życia, nie potrafię się tym cieszyć, 
bo pamiętam, skąd się wywodzę. Może i ja jestem częścią tej 
ziemi, tego kraju, tak samo jak mama, jak Seamus? Może wcale 
tak bardzo się od nich nie różnię? 
- Oni nie żyją - odpowiedziała mu Roza. - A ty żyjesz, Joe. 
Seamus zginął w gruncie rzeczy z powodu broni, którą obiecujesz 
tutejszym ludziom. Zginął z powodu słów, które wypowiadasz za 
każdym razem, pojawiając się wśród tłumów i stając się 
marionetką, której potrzebują. Myślisz, że nie znam przesłania 
tych słów? Przecież powtarzasz je za Seamusem. To jego mowy, 
jego poglądy. Kiedy zamknę oczy, słuchając ciebie, Joe, widzę 
nie ciebie, ale Seamusa. To bardzo niebezpieczne! Ty się do tego 
nie nadajesz, Joe. Nigdy przecież nie marzyłeś o władzy, prawda? 
- Roza pokręciła głową i odpowiedziała, zanim jej pytanie 
zdołało do niego dotrzeć: - Oczywiście, że nie marzyłeś! Nie 
kazałbyś uprawiać Jenny Rose Garden, gdybyś pragnął władzy. 
Nie jesteś takim typem człowieka, Joe. Masz inny charakter. 
Powinieneś zostać w miejscu, do którego należysz, i dokonać tam 
czegoś dobrego. Albo wyjechać z Ameryki, zanim wybuchnie 
wojna, a nie szukać innego pola bitwy tu, w Irlandii... 
- Sądziłem, że uważasz, iż jestem podobny do Seamusa - odezwał 
się cicho, patrząc w stronę pieca. Zdawało mu się, że poprzez 
żelazne drzwiczki dostrzega żar. Nie wiedział jednak, czy to 
prawda, 
 
 

background image

czy przywidzenie. Ostatnio miał kłopoty z oddzieleniem snu od 
jawy, fantazji od rzeczywistości. -Myślałem, że dzięki temu 
wciąż żywe są w tobie wspomnienia o nim - ciągnął. - Ze przez to 
czujesz, że jesteś bliżej niego. Czyżby było inaczej, Rosi? 
Zrobiłaś ze mnie głupca? 
- Może oboje oszukujemy się nawzajem - skwitowała krótko, nie 
przybliżając go ani trochę do prawdy. A może nie istniała żadna 
prawda, żadna rzeczywistość bardziej realna od tej, którą sobie 
wyobrażali. 
- Strach towarzyszy walce - stwierdził Joe, by przerwać 
przedłużającą się ciszę. - Myślę, że Seamus też tak to odbierał. 
Zapewne ściskało go równie mocno w dołku jak mnie. Ale ten 
strach nie paraliżuje, przeciwnie, pobudza do działania. By kon-
tynuować dzieło Seamusa, muszę pogodzić się z tym 
nieodłącznym towarzyszem. - Joe wbił swoje szare oczy w Rozę i 
dodał: - Poza tym strach zwiększa moje bezpieczeństwo. 
- Chcesz przez to powiedzieć, że Seamus zginął, ponieważ 
przestał się bać? - zdziwiła się Roza. 
- Pod koniec stał się dufny i zarozumiały. Roza przyznała mu 
rację, choć nigdy wcześniej 
nie patrzyła na to z takiej strony. Dotąd zresztą nie rozmawiała o 
tym z Joem. 
- Zrozumiałem to i owo, od czasu gdy zeszliśmy na ląd w 
Dublinie - rzucił Joe z namysłem i wyprostował się w krześle, 
jedną rękę opierając na stole. Nie miał tak muskularnych ramion 
jak Seamus, ale był tak samo ogorzały. Obaj pracowali na 
plantacji równie ciężko. Joe miał na sobie białą koszulę uszytą z 
cienkiej bawełny, uprzędzionej na kołowrotkach, których duża 
część należała w Sa- 
 

background image

vannah do O'Connorow, a potem utkanej na krosnach w tym 
samym mieście. Także zakłady włókiennicze stanowiły po części 
ich własność. Koszulę uszyła jedna z krawcowych, która 
mieszkała w budynku wykupionym przez O'Connorow, stojącym 
przy ulicy tuż obok portu w Savannah. Joe wiedział, kto kupił ten 
budynek i kto był tam mile przyjmowanym gościem o każdej 
porze, kiedy zapukał do drzwi. Sam dziękował kobiecie parę razy 
za gościnę i przyznawał, że wszystko, czego się podejmowała, 
robiła z równą zręcznością i gorliwością. I nie dotyczyło to 
bynajmniej wyłącznie usług krawieckich. 
- Rozumiem, Rosi, dlaczego Seamusowi tak trudno było się z 
tego wycofać - powiedział Joe z żarem, a zarazem z głębokim 
smutkiem, zdradzającym jego tęsknotę i ból, ale także 
determinację, z którą podjął się kontynuacji dzieła 
zapoczątkowanego przez brata. - Wiem, że kroczę jedynie jego 
śladami, ale przestałem uważać, że to coś złego. Przeciwnie, 
sądzę, że to jedyna właściwa droga. 
- Sprawa? - powtórzyła z powątpiewaniem i zdjęła żakiet. 
W czarnym kolorze raczej nie było jej do twarzy, ale w Irlandii 
przywiązywano wielką wagę do konwenansów. W Georgii Roza 
mogłaby sobie pozwolić na to, by nosić brązowe lub błękitne suk-
nie, wywoływałoby to co najwyżej dezaprobatę Jenny i jej 
podobnych. 
W Irlandii nie do pomyślenia było, by wdowa pokazała się w 
innym niż czarny strój. 
-Tak, sprawa - potwierdził Joe, kiwając głową. - Czasami, Rosi, 
ludzie wolą toczyć beznadziejną walkę, niż w ogóle nie stawiać 
oporu. Bo najgor- 
 
 

background image

sze, co może się zdarzyć, jest to, że ludzie stracą szacunek dla 
samych siebie, bo tym samym tracą duszę. 
Uśmiechnęła się krzywo. Jego słowa docierały do niej, nie 
poruszając w niej żadnej wrażliwej struny. Milczała. Wydawało 
się, że uśmiecha się na pół ironicznie. W gruncie rzeczy nie był to 
uśmiech. Opadający lewy kącik ust sprawiał wrażenie, że prawy 
wyglądał na uniesiony w rozbawieniu, nawet gdy nie takim 
kierowała się zamiarem. 
Joe poczuł się urażony. Nie rozumiał, dlaczego z niego szydzi. 
Jeśli uważa go za próżnego, to identyczny zarzut może postawić 
sobie. 
- Co takiego uczyniłem, że zasłużyłem na twój ironiczny 
uśmiech? - zapytał napastliwie. 
- Słyszałam już kiedyś te słowa - odparła, a w jej oczach nie tliła 
się najmniejsza radosna iskra. Joemu wydawało się, że dostrzega 
w nich litość. Odrzucił jednak tę myśl, ostatnie bowiem, czego 
oczekiwałby od Rozy, to współczucie. 
Poluzowała węzeł na karku. Nie cierpiała upinać włosów, ale 
jako wdowa po Seamusie godziła się przestrzegać tutejszych 
zwyczajów. Zresztą nawet jako mężatka musiałaby w Irlandii 
upinać włosy w kok, chcąc okazać szacunek mężowi. Z miłości 
do Seamusa była gotowa do takich poświęceń. 
Wiązała więc włosy ciasno z tyłu, gładko je zaczesując i 
pozwalając, by odsłonięty policzek przyciągał wzrok innych. 
- Myślisz, że on ze mną nie rozmawiał? - zapytała. 
- Nie mam zamiaru cię o nic wypytywać. To sprawy między 
wami. 
- Żaden z was, braci, nie jest do niego podobny - stwierdziła 
stanowczo. 
 

background image

Joe, który zawsze uważał, że jego i Adama łączy wiele 
wspólnych cech z Seamusem, co zresztą potwierdzali inni, poczuł 
się dotknięty. Seamus wystarczająco często powtarzał, że Adama 
i jego ceni sobie najbardziej spośród braci. Wiedzieli o tym i 
uważali za coś oczywistego. Tymczasem Roza teraz temu 
zaprzecza. Ona, ta obca kobieta, którą brat pokochał, która utkała 
zaledwie parę wątków w barwnym gobelinie jego rodu. 
Kim ona jest, by mówić takie rzeczy... 
- Choć wszyscy upodobniliście się do niego -dodała, 
zaprzeczając na pozór swoim własnym słowom. - Seamus wciąż 
powtarzał to wszystko, co ty teraz mówisz, Joe. Nauczył cię tego? 
Joe zdziwił się, bo zdawało mu się, że wypowiada własne myśli. 
Czasem rzeczywiście przypominały trochę coś, co słyszał 
wcześniej, a kiedy zacisnął powieki, pojawiała mu się twarz 
Seamusa z tym lekkim uśmiechem upodabniającym go do 
chytrego lisa. 
Mama zawsze powtarzała, że Seamus jest podobny do lisa, jemu 
jednak kojarzył się bardziej ze lśniącą, zwinną łasicą. Kiedy tak 
przypominał sobie roześmiane oblicze brata, nabierał pewności, 
że powtarza jego słowa, a wszystkie wzniosłe myśli, które lęgną 
mu się w głowie, należały wcześniej do Seamusa. Najstarszego 
brata wszyscy uważali za mądrego, czarującego i najbardziej 
elokwentnego z całej rodziny. To on był wszak ulubieńcem 
elfów. 
- Czyż to nie Seamus nauczył mnie tego wszystkiego, co 
potrafię? - zapytał Joe. 
Roza właśnie to chciała usłyszeć. Zależało jej, by potwierdził, że 
to, kim jest, zawdzięcza Seamusowi. Odczuła pociechę, 
pozwalającą jej odgrodzić się od bólu. 
 
 

background image

- Posługujesz się jego słowami - stwierdziła wymijająco. 
Oboje zdawali sobie sprawę, że popełnili błąd. Za każdym razem 
kończyło się tak samo. Przestali już liczyć, ile razy postąpili 
niewłaściwie. 
Roza wiedziała, że Joe, który został wychowany w 
posłuszeństwie dla biblijnych przykazań, nigdy nie uczyni 
pierwszego kroku. Wydawało mu się, że przeżył ból i 
upokorzenie, ale co on wie o bólu? Przypomniała sobie własne 
dzieciństwo: falującą na niebie zorzę i uderzenia pasem, który 
sięgał jej dziecięcego ciała wpierw twardą, mosiężną sprzączką. 
Kiedy szare oczy Joego spoczęły na niej, rozpięła żakiet. 
Rozbawiona obserwowała, jak dyszy, gdy ona dotyka kolejno 
drobnych, perłowych guzików u bluzki koloru gołębiego. Już 
tylko to utwierdziło ją w przekonaniu, że młodszy brat nigdy nie 
nauczył się od Seamusa niczego naprawdę wartościowego. 
- Sprawiasz, że jestem bliżej niego - powiedziała, potrząsając 
włosami tak, że zatańczyły na jej ramionach niczym lśniące 
miedziane nitki poprzetykane jedwabiem. 
Nigdy nie przestawało jej dziwić, że mężczyźni są tak mało 
skomplikowani. Ze tak łatwo ich oszukać. Nie pragnęła tego, w 
głębi serca bowiem chciała, by oni ją rozszyfrowali, by Joe ją 
rozszyfrował. Był jej bowiem naprawdę bliski. Nie tkwiła w nim 
nawet odrobina zła. Był 0'Connorem, ale zarazem 
0'Shaughnessym, a pomiędzy tymi dwoma rodami tańczyły elfy i 
czyniły je łatwowiernymi. Seamus przynajmniej zachował 
jasność umysłu... 
- Bliżej? - zapytał Joe i zsunął się z krzesła. 0'Connorowie mieli 
takie miękkie ruchy. Joe po- 
 

background image

ruszał się tak samo jak Seamus. Nie zawsze mu kłamała. Gdzieś 
w samym jądrze bólu tkwiła w Rozie szczerość. Nie chciała go 
zranić. Był jej bardzo bliski, tak samo jak wszyscy ci, których 
kiedyś nazwała przyjaciółmi. 
Westchnęła, gdy rozwiązywał jej gorset, a gorącymi ustami 
przylgnął do gorącej skóry powyżej talii. 
- Zabierasz mnie bliżej niego - rzekła chrapliwie i to wcale nie 
było kłamstwo. 
Włosy noszę tutaj rozpuszczone. Rozwiązałam węzeł na karku, 
gdy tylko została podniesiona kotwica w Liverpoolu. Wrzuciłam 
spinki do morza i pozwoliłam wiatrowi targać włosami, póki nie 
ustąpił ból, póki nie ochłodziłam umysłu. Na statku nikt mnie nie 
znał. Nikt nie wiedział, kim jestem. 
Tutaj już nie ma to żadnego znaczenia. 
Dość krótko przestrzegałam tutejszych norm, nigdy dla mnie nie 
istniały. Przecież i tu uważana byłam za wdowę. Peder wszak 
przepadł już dawno temu. Gdybym chciała, mogłabym im 
opowiedzieć, że on naprawdę umarł, że naprawdę jestem wdową. 
Nie chcę jednak. 
To nie ma sensu. 
Za moimi plecami zachrzęściły kamyki. Znam te kroki, choć już 
tak dawno się w nie nie wsłuchiwałam. Idzie ścieżką, by nie 
deptać gęstej trawy, co wywołuje we mnie głupią wdzięczność. 
Czuję się rozdarta. Doceniam, że nie narzucał mi się, kiedy 
chciałam być sama. Ale nie chcę, by mnie chronił. Nie będzie 
moją tarczą przed bólem. 
 
 
 
 

background image

Pozwolę mu stać obok, ale nigdy z przodu, gdzie wiatr i 
spojrzenia smagają najmocniej. 
Kładzie jedną dłoń na moim ramieniu, a w drugiej trzyma bukiet 
żółtych jak masło i złotych jak słoneczny blask kaczeńców. 
- Dawno już u niej nie byłem - mówi Mattias z właściwą sobie 
łagodnością, której nigdy nie zapomniałam. Nie porusza we mnie 
jednak tych samych czułych strun co kiedyś. - Przecież to moja 
chrześniaczka, Rozo. Mogę ją odwiedzić razem z tobą? 
Ujmuję muskającą mnie dłoń i to ja go prowadzę do kamienia z 
wyrytym imieniem Synneve. 
 
 
Rozdział 2 
Z daleka krajobraz wygląda jak zanurzony w bezkresnej zieleni. 
Góry po obu stronach wąskiego, głębokiego fiordu porastają 
wrzosy i gęste zarośla, które pysznią się soczystą zielenią, jak 
przystało na pełnię lata. Wiosna w te odległe północne rewiry 
przychodzi późno, ale już kolo lipca przyroda nadrabia 
opóźnienie i wybucha bujną zielonością. 
Choć nie po raz pierwszy przeżywam lato na Północy, wszystko 
wydaje mi się jakieś nowe i obce. 
Niebo, przeglądając się w odnodze fiordu, składa kawałek błękitu 
u stóp ludu zamieszkującego nieurodzajne tereny u podnóża 
skalistych szczytów niczym błogosławieństwo albo ofiarę. 
 

background image

Stąd nie widać horyzontu, cienie padają znienacka, całkiem jak 
ludzie. Nad stosunkowo dużą osadą nad brzegiem fiordu wciąż 
unosi się woń pieniędzy wydzieranych górze. Pieniądze tutaj 
pachną siarką. 
- Kafjorden się bardzo rozrosło - mówię. 
- Owszem - potwierdza Mattias. 
Tak naprawdę Kafjorden jest niewielkie i w porównaniu z 
miastami, które widziałam na własne oczy, Swansea, Cardiff, 
Liverpoolem, Dublinem, Cork czy Savannah, jest tylko 
maleńkim punkcikiem na mapie. 
Ale i tak dziwić może, że w odległym, północnym zakątku 
powstała tak gęsta zabudowa, a miejscowa społeczność jest 
bardzo liczna. Czuję zapach siarki, która przyciąga tu i 
zatrzymuje ludzi. Wszyscy przybyli tu z powodu bogactwa 
ukrytego we wnętrzu góry. Tak długo mnie tu nie było. 
Zapomniałam już, jacy są ci wszyscy, którzy żyją z Kopalni, ci, 
których ta góra uwiodła. 
W wodach fiordu wdzięcznie odbija się niebo. Tafla marszczy się 
lekko, błękit mruga do błękitu. W ten rozświetlony słońcem 
lipcowy dzień wiatr ucichł, a promienie przypiekają osmołowane 
ciasne chaty i kamienne ściany parterowych i piętrowych 
domów, które zdecydowanie nie pasują do krajobrazu nad 
fiordem. Słońce pieści białe panele The House, eleganckiego 
dworu stojącego w najpiękniejszym miejscu nad wodą. Ale już 
nie robi na mnie takiego wrażenia jak kiedyś, kiedy podziwiałam 
go w niemym zachwycie, oszołomiona jego pięknem i elegancją. 
Kiedyś w Favourite także stanie elegancki dom. Jestem pewna, że 
Padraig się o to zatroszczy. Nie 
 
 

background image

wiem, skąd to wiem. Może miałam wizję, może widziałam to w 
jakimś śnie Seamusa, którym się ze mną nie podzielił. 
Wydaje mi się, że on zdawał sobie sprawę, że ma mało czasu. 
Ale cały ten czas, który był nam przeznaczony, spędziliśmy 
razem w sposób, jaki sobie życzył. A ja, nawet gdybym mogła 
mieć na to jakiś wpływ, wcale nie pragnęłabym, by stało się 
inaczej. Jestem wdzięczna za każdą chwilę, którą przeżyliśmy 
razem. 
The House w porównaniu z Rose Garden i Blossom Hill wydaje 
mi się teraz zwykłym domem. 
Idę obok Mattiasa. Sprawia wrażenie takiego wysokiego i 
żylastego, ogorzałego od słońca i wiatru. Ale w jego kanciastej 
twarzy dostrzegam rysy, których nie pamiętam. Blizny 
odznaczają się na tle opalenizny, przypominając biało-czerwoną, 
skręconą linę. Z upływem lat stały się bardziej widoczne. 
Mattias skończył już trzydzieści lat i na tyle wygląda. Jego włosy, 
związane w kucyk wyblakłą tasiemką, zachowały brunatny 
odcień, taki jaki zapamiętałam. Wydaje mi się, że rozpoznaję 
wstążkę, którą widziałam kiedyś w kaskadzie jasnych włosów 
spływających po wyprostowanych dumnie plecach. 
Raissa. 
Jeszcze o nią nie pytałam, a on nawet o niej nie wspomniał. Może 
wkrótce coś mi powie. Kiedyś byliśmy kochankami, łączyła nas 
głęboka przyjaźń i zaufanie. Zwierzaliśmy się sobie nawzajem ze 
wszystkiego. 
Liisa wspomniała dość oględnie, że Raissa znik- 
 

background image

nęla, ale nie wyjaśniła bliżej, co się właściwie stało. Nie mogę 
sobie wyobrazić, by jakaś kobieta mogła porzucić Mattiasa. Syn 
jego jednak wychowuje się bez matki... 
Mój syn też będzie dorastał bez matki. 
Promienie słoneczne pieszczą skórę. Płonę ze wstydu z sobie 
tylko wiadomego powodu. 
Stopy prowadzą nas wzdłuż ścieżek, po których dawno nie 
stąpałam. Mattias odchyla na bok i przytrzymuje gałęzie, by nie 
uderzały mnie w twarz. Zapomniałam, że tak dobrze go znam, tak 
bardzo cenię jego troskliwość i opiekuńczość. 
Z dala od osady jedynie listowie oraz ptaki gawędzą cichutko z 
letnią bryzą. Wydaje się, że przyroda wstrzymała oddech w to 
upalne południe. Powietrze drga, a obrazy rozmywają się, tracąc 
kontury. 
Gdzieś pośród cienkich gałązek, na których przysiąść mogą, nie 
łamiąc ich, jedynie drobne skrzydlate stworzenia, popiskuje 
pliszka. W pierwszej chwili nie potrafię sobie przypomnieć 
norweskiej nazwy tego ptaszka. Wydaje mi się, że gdzieś w 
pobliżu ma swoje niewidoczne dla ludzkich oczu gniazdo, a w 
nim upierzone pisklęta. Niebawem urosną i odważą się 
wyskoczyć z gniazda, by sprawdzić, czy rozłożywszy skrzydła, 
uniosą się w powietrzu i będą mogły wyruszyć ku słońcu, ku 
ciepłym krajom. Na razie jednak rodzice przyfruwają dzielnie z 
pożywieniem i pakują je do rozdziawionych dziobków. Tak samo 
troszczą się o swoje pisklęta wróble, a także podróżniczki, 
podobne do słowików ptaszki o ciemnoniebieskim podgardlu 
ozdobionym czerwoną gwiazdką, oraz wszystkie inne małe, 
skrzydlate istoty w tych gęstych zaroślach. 
 
 

background image

Na stromych górskich urwiskach roi się od opiekunów, którzy 
strzegą i dbają o swoje potomstwo. Lato jest krótkie, a oni muszą 
nauczyć swe dzieci fruwać, przygotować do życia i do wylotu w 
daleki świat. 
Pośród bujnej zieleni, pośród zarośli i karłowatych drzew 
wysokości dorosłego mężczyzny napotkać można prześwity: 
niewielkie polanki porośnięte wrzosami i mchem tak mięciutkim, 
że leży się na nim przyjemniej niż w jedwabnej pościeli w 
wielkopańskim łożu. Przepływające po błękitnym niebie obłoki 
piękniejsze są niż wykonane przez rzemieślników baldachimy 
nad kosztownymi kołdrami i poduszkami. 
Ktoś, kto potrafi radować się każdą gałązką wrzosu, każdym 
kamykiem i kępką mchu, łatwo znajdzie w tych stronach 
przygotowane przez naturę posłanie. Ciała, które przywykły do 
wypchanych słomą sienników i szorstkich, wełnianych pledów, z 
lubością zanurzą się w tym wygodnym, aksamitnym materacu, 
bardziej miękkim niż kłosy wełnianki. Słońce utka pled z 
gorących promieni i położy się lekko jak pajęczyna nad istotami, 
które wiedzą, gdzie szukać zielonego łoża. 
Staram się o tym nie myśleć. 
Ale znam ten las, podobnie jak Mattias. Wiem, że i on krąży 
myślami wokół tego samego. Żadne z nas jednak nie uczyni 
pierwszego kroku. Nie łączy nas już uczucie. 
Ptaki wypełniają przestrzeń swoim śpiewem. Wiaterek leciutko 
muska liście, jakby mrucząc murmurando. Dzień jest gorący i 
piękny. Czuję, że krew szybciej krąży mi w żyłach. Wszystko 
przez ten upał. Bliskość Mattiasa nie ma z tym nic wspólnego. 
 

background image

Mattias i ja już nie należymy do siebie. 
Wędrujemy razem przez las, ale nie trzymamy się za ręce. Ja 
prowadzę, to moje stopy odnajdują ścieżkę. 
Już tu kiedyś byłam. 
Z tamtym nie trzymaliśmy się za ręce. Szłam przodem, kołysząc 
biodrami, by przyciągnąć jego wzrok, bose stopy zanurzałam w 
miękkim mchu. Bluzkę rozpięłam nazbyt głęboko, w dłoni 
trzymałam wstążkę do włosów. Wiatr rozwiewał mi loki. Chyba 
mu się podobało, zawsze lubił przeczesywać silnymi palcami 
moje włosy. 
Był wysoki, dobrze zbudowany, wąski w biodrach i szeroki w 
ramionach. Sposób, w jaki się poruszał, jak prężył swoje ciało, 
zdradzał, że ogląda swoje odbicie w nieruchomej tafli wody - i 
jest zadowolony. 
Zerkałam przez ramię i przyglądałam się mu po wielekroć. 
Paradował, mimo że szedł z tyłu. Słońce rozświetliło jego 
niesforną grzywkę, nadało jej blask. Z uznaniem pieściło 
promieniami jego jasną głowę, jakby dostrzegło w nim swego 
zaginionego syna. 
Byliśmy tacy młodzi, robiliśmy wszystko tak pośpiesznie. 
Spodobaliśmy się sobie, wzięliśmy siebie w posiadanie, ale nie 
mieliśmy czasu, by pieścić nawzajem swe ciała. Podniesiona 
spódnica, rozpięte spodnie zamiast nagości. Tak bardzo 
lękaliśmy się, że ktoś nas zobaczy. To było zabronione. Była to 
parodia miłosnego aktu, który skończył się, ledwie coś 
zaiskrzyło. 
Pamiętam, jak mój ukochany zerwał się na nogi, jak rozglądał na 
boki, pośpiesznie poprawiając 
 

background image

ubranie. Zawiązał buty, a jego policzki wciąż płonęły, choć 
unikał mnie wzrokiem. Nie odezwał się też do mnie ani jednym 
słowem, a potem czym prędzej mnie opuścił. 
Nie dostrzegł miłości, którą do niego płonęłam. Odprowadziłam 
go spojrzeniem, póki nie zniknął w zielonych, bujnych zaroślach, 
ale on tego nie zauważył. 
Leżałam na mchu i miękkiej trawie, pośród wrzosów. Moje 
włosy płonęły wokół głowy niczym pożar. Nikt nie bawił się 
moimi lokami, nie zanurzał w nich palców. Wokół rosła 
wierzbówka kiprzyca, krzycząc swą jaskrawą czerwonością ku 
niebu. Piorun uderzył w stare drzewo na jesieni 1837 roku. 
Zwęgliło pień i ziemię wokół. Na szczęście ludzie zauważyli 
ogień i ugasili, nim zdążył się rozprzestrzenić. Tam, gdzie popiół 
przyprószył leśną ściółkę czarnoszarą powłoką, rozsiała się 
wierzbówka, tworząc amarantowy kobierzec. Rośliny kiwały się 
leciutko na wietrze, jakby wszystko już kiedyś widziały. 
Stanowiły niemą ramę naszej miłosnej schadzki i strasznej 
samotności, jaka mnie ogarnęła, kiedy Jens ode mnie uciekł. 
Leżałam zanurzona w samotności pośród kwiatów i słonecznego 
blasku, trzymając uniesione w górę nogi, jakbym chciała w sobie 
zatrzymać ukochanego. 
Pragnęłam mieć z nim dziecko. Chciałam urodzić Jensowi 
śliczne dziecko. 
I tak poczęła się ona - Synneve. 
Natrętne myśli nachodzą mnie niczym fale przypływu. Nie wiem, 
czy naprawdę chcę wspominać. Patrzę na drzewo trafione 
niegdyś przez piorun i ża- 
 

background image

łuję, że je rozpoznałam. Żałuję, że nogi same mnie tutaj 
przyniosły. Nie chcę oglądać tego miejsca. Nie wiążą się z nim 
żadne miłe wspomnienia. 
Nic nie zachowało się dokładnie tak, jak zapamiętałam. 
Ból zostawia w świadomości bliznę jak od rany zadanej ostrzem 
noża albo piekącym ogniem. 
- Nie mogłem cię zatrzymać - mówi Mattias, kładąc mi dłonie na 
ramionach. 
Gorącym oddechem pieści moją lewą skroń. Czuję ucisk jego 
podbródka na mych włosach, potem mnie obejmuje w talii. 
Stoimy blisko siebie i nie chcemy tego, żadne z nas. 
- Nie mogłem cię zatrzymać - powtarza Mattias, a ja nie wiem, co 
właściwie ma na myśli. 
Czy dzień, w którym opuściłam Kafjorden? 
Nie mógł mnie wówczas zatrzymać. 
Nie żałuję zresztą niczego, co się potem wydarzyło. Nawet tych 
najbardziej gorzkich, najbardziej przykrych chwil. Były 
potrzebne, gdyż zaprowadziły mnie do Seamusa. 
A Seamus stał się sensem mojego życia. 
Ale Mattias nie mówi o tamtym dniu. Przynajmniej się do tego 
nie przyznaje. On mówi o tym miejscu, o ścieżce, która doń 
prowadzi, o moich stopach, które mnie tu przyniosły, o niechęci, 
z jaką podążył za mną. Może myśli, że ja nie wiem, gdzie jestem, 
że zapomniałam. Dlatego nie chciał mnie zatrzymywać słowami. 
I nie chciał mi niczego narzucać. 
Taki właśnie jest Mattias. 
Trzyma mnie w objęciach, a ja wdycham jego zapach, który 
wydaje mi się nagle jakiś obcy. Coś mi nie pasuje. 
 
 
 

background image

- Siarka - wyrywa mi się. 
- Siarka? - powtarza, nie rozumiejąc. 
I znów jego gorący oddech, niczym skrzydła motyla, muska moją 
skórę. 
- Przestałeś pachnieć siarką - odpowiadam i mnie samej słowa te 
wydają się głupie. Bo tak naprawdę w zapachu Mattiasa nie 
pojawiły się żadne nowe nuty, brakowało jedynie starych. 
- Jestem teraz rolnikiem - wyjaśnia Mattias ze śmiechem, w 
którym powinna pobrzmiewać duma. Ale nie pobrzmiewa. 
Wyczuwam w nich jakąś twardość, prawie gorycz. - Nie pracuję 
już pod ziemią, Rozo. Teraz pachnę sianem i gnojem, a nie 
wilgocią, siarką i przemoczonym samodziałem. 
Zapomniałam, jak woń mokrej wełny i siarki miesza się i 
cuchnie, gdy nad piecem suszą się ciężkie przemoczone ubrania. 
O tylu rzeczach zapomniałam. 
- Możemy pójść gdzieś indziej - mówi Mattias, uwalniając mnie z 
objęć. 
Opuszcza polankę, odnajduje ścieżkę, która uszła mojej uwagi. 
Ufam mu. Mattias dokładnie poznał te okolice, gdy dla mnie 
zdecydował się zapuścić korzenie w tych stronach. 
Boli, gdy o tym myślę. 
Wspinamy się stromo pod górę. Pamiętam, że i tam byłam kiedyś 
razem z nim. Gdy docieram wyżej, wspomnienia nabierają 
kształtów. Bliżej nieba ból powoli ustępuje. 
Siadamy pod skałą, na półce wystarczająco szerokiej, by 
wygodnie się usadowić. Nogi zwisają nam swobodnie, ale 
odległość do podłoża nie jest tak duża, by budzić lęk. 
 

background image

- Twój synek jest ślicznym dzieckiem - mówię. 
- Tak - odpowiada Mattias. 
Natychmiast uświadamiam sobie, że nie powinnam była poruszać 
tego tematu. To niepewny grunt, również dla mnie. Nie należy na 
siłę przywoływać dawnej zażyłości. Nie wolno mi z góry 
zakładać, że nadal łączy mnie z Mattiasem przyjaźń bezgraniczna 
niczym płaskowyż albo morze. 
- Zostawiła was? - pytam. 
Mattias nie chce o tym rozmawiać, a przecież byliśmy kiedyś 
przyjaciółmi. Uważam go za najlepszego, najbliższego 
przyjaciela, jakich niewielu spotkałam w swym życiu. 
Nie licząc czasu, kiedy byłam żoną Seamusa. 
Bo wtedy cała jego rodzina stała się moją. 
Bezwarunkowo. 
- Urodziła dziecko w ubiegłym roku, w okolicach przesilenia 
wiosennego. Mój syn przyszedł na świat dwudziestego marca, 
Rozo. Mój syn, nie jej. Wyjechała w kwietniu, kiedy jeszcze nie 
puściła zmarzlina. Udała się do Bossekop, a stamtąd saniami do 
Kautokeino. 
Wzdycha i uderza pięścią w dłoń. Podciąga kolana i opiera się o 
nie ramionami. Ktoś powinien połatać mu spodnie, koszulę. Nie 
chodzi obdarty, ale moje uważne oko dostrzega drobiazgi, które 
zdradzają, że w jego domu brakuje kobiecych rąk: oderwany 
guzik, pęknięty szew przy prawej kieszeni spodni. Mattias 
odruchowo wkłada ręce do kieszeni, gdy jest zdenerwowany, i 
zapominając o tym, wyszarpuje je w nerwowej gestykulacji. 
Dziwne, że pamiętam takie rzeczy, takie szczegóły. Nawet nie 
zdawałam sobie z tego sprawy. Przecież tyle faktów uleciało z 
mojej pamięci, ta- 
 

background image

kich, które chciałabym pamiętać równie wyraźnie i z taką samą 
czułością. 
- Wytrzymała ze mną na tyle długo, by urodzić mi syna - mówi 
Mattias z goryczą. - Ale nawet nie zabrała ze sobą dziecka - 
dodaje i śmieje się ponuro. Nigdy nie słyszałam, by tak się śmiał. 
Bruzda u nasady nosa pogłębiła się. Jestem ciekawa, czy i jemu 
się wydaje, że się zestarzałam. Na ile się zmieniłam? Nie 
jesteśmy już tymi samymi ludźmi. 
Męczy mnie, że nie pamiętam, jak naprawdę śmiał się kiedyś 
Mattias. Wspomnienia przepływają jak lekkie obłoki, ale żaden 
nie skrywa śmiechu Mattiasa. Zastanawiam się, dlaczego nie 
zachowałam tego w pamięci. 
- Kochałeś ją? 
- Oczywiście - odpowiada pośpiesznie, czym wzbudza moje 
podejrzenie. - Kochałem ją - dodaje, a w jego głosie wyczuwam 
zniecierpliwienie. -Jakby inaczej? Oczywiście, że kochałem 
Raissę, ożeniłem się z nią. Chciałem przeżyć z nią resztę życia. 
Wyboru dokonałem nieprzymuszony przez nikogo. Wybrałem ją 
zamiast ciebie, czyż nie? Zawiodłem ciebie dla niej. Ty ostatnia 
powinnaś mnie pytać, czy ją kochałem! 
Może ma rację. 
Wiele słów między nami pada niepotrzebnie; znaliśmy się 
przecież tak dobrze. Ale miesiące rozłąki oddzielają nas od siebie 
grubą warstwą lodu. 
- Jak dobrze cię znowu widzieć - mówię, próbując go nieco 
udobruchać. Może w ten sposób znieczulam w sobie własny ból. 
Ale słowa nie goją ran. 
- Dobrze mnie zobaczyć, bo spaliłaś za sobą wszystkie mosty? - 
pyta. 
 

background image

Nie zmusza mnie, bym mu od razu odpowiedziała. Jego szorstkie 
palce, takie jakie zapamiętałam, gładzą leciutko moją skroń, 
odrysowują kształt brwi i wodzą po kości policzkowej. Tańczą na 
moich wargach, pieszczą je, nie wywołując zagrożenia. 
Przynajmniej nie chciałabym tego. Ale gdybym przymknęła oczy 
i cofnęła czas, wywołałabym falę wspomnień. 
A kiedy fale długo uderzają o skałę, potrafią zmienić jej kształt. 
- Przynajmniej dała mi Mikkala Mattiasa - mówi, poruszając we 
mnie czułą strunę, jak zawsze gdy wymienia imię swojego syna, 
którego pierwsza część brzmi podobnie jak imię mojego syna. 
Wciąż reaguję dreszczem, ilekroć ktoś napomknie o synu 
Mattiasa. 
- Chciałem, by miał imię, które by go wyróżniało - wyjaśnia 
Mattias, w którego rodzie wszystkich pierworodnych chrzczono 
imieniem Mattias. 
- Ale nazywasz go Matti? - drażnię go. 
- Liisa tak na niego woła - wzdycha. - Dlatego chłopiec reaguje 
wyłącznie na to imię. Zresztą w ogóle słucha jedynie Liisy. 
Myśli, że to jego mama. 
Pytam, dlaczego sam nie wychowuje syna. 
- Kiedy Raissa wyjechała, zacząłem pić - odpowiada szczerze, 
splatając dłonie. Nie zapomniałam jego szczupłych, długich 
palców i mocnych dłoni. - Piłem na umór, Rozo, więc dziecko 
przy mnie by pewnie nie wyżyło. Straciłem Raissę. Jak głupiec 
pojechałem za nią do Kautokeino, ale wiosna zeszłego roku 
nadeszła tak szybko, że nie zdołałem dotrzeć do Finlandii. 
Puściły lody na jeziorach, od-tajały bagna. Ślad za nią urwał się w 
południowych rejonach płaskowyżu. Raissa zniknęła bez śladu, 
 

background image

jak śnieg podczas wiosennych roztopów. Rozumiesz, Rozo, moja 
przyjaciółko? Nie śpieszyłem się z powrotem, a rozpacz topiłem 
w kieliszku. 
Popatrzył w stronę Kopalni, a po chwili ciągnął dalej: 
- Kiedy wróciłem, uznałem, że niedobrze wydzierać dziecko z 
ramion Liisy, spod jej opiekuńczych skrzydeł. Zresztą ona 
przywiązała się do małego, zastąpiła mu matkę, a z czasem ta 
więź stała się jeszcze silniejsza. 
Zastanawiam się, czy to przez synka Mattiasa Liisa i Ole nie mają 
własnego dziecka. 
- Pomyślałem, że dobrze, by mały trochę u nich pobył. Liczyłem 
nawet na to, że doczeka się rodzeństwa... - Mattias westchnął 
ciężko. - Do diabła, Rozo. Nie będę owijał w bawełnę. To był pie-
kielnie wygodny układ. Liisa zajmowała się moim dzieckiem, a 
Ole i ja byliśmy wolni niczym ptaki. Zbudowaliśmy razem chatę. 
Bawiliśmy się i piliśmy na umór, prowadząc kawalerski żywot. 
Jak dwaj młodzieńcy bez żadnych zobowiązań. Liisa troszczyła 
się o dom Olego i o moje dziecko. Nie mogło się lepiej złożyć, dla 
nas obu... 
- Właściwie nie znasz swojego syna, prawda? -pytam. 
- Kiedy trochę urośnie, to się zmieni - odpowiada Mattias z 
przekonaniem w głosie. 
- A ja zawsze sądziłam, że będziesz wspaniałym ojcem - mówię. 
Obejmuje mnie ramieniem i odpowiada cicho: 
- To ty miałaś być matką naszych dzieci. 
- Nie mogłam ci ich urodzić - bronię się. 
- Tak, ponieważ wyjeżdżałaś z dzieckiem innego mężczyzny w 
brzuchu - rzuca twardo. - Potra- 
 

background image

fiłaś dać życie dziecku człowieka, który nic dla ciebie nie 
znaczył, ale matką moich dzieci zostać nie mogłaś! 
Nic nie rozumie. 
Sama zresztą nie zawsze to pojmuję, nie oczekuję więc od niego 
zrozumienia. Nikogo o to nie proszę. Ale błagam, by się z tym 
pogodzili, jeśli potrafią. Mattias, najwyraźniej tocząc 
wewnętrzną walkę, dodaje: 
- Poza tym dziecko, które przywiozłaś ze sobą do domu, Rozo, 
nie może być tym samym, które miałaś w brzuchu, wyjeżdżając z 
osady. 
- Nie - odpowiadam. 
Trudno zaprzeczyć czemuś równie oczywistemu. Lily nie jest 
tamtym dzieckiem. 
- A więc znalazł się jeszcze jeden mężczyzna, którego ceniłaś na 
tyle, że uznałaś za godnego ojca swego dziecka. - Powstrzymuje 
się przez chwilę, nim dodaje, co ma na myśli: - Godnego, by dać 
życie twojej córce, Rozo. 
- Tak - odpowiadam. 
- Kim on był? - pyta Mattias. 
Przymykam oczy i widzę przed sobą Seamusa. Śmieje się do 
mnie, gdy potrzebna mi pociecha. Nigdy nie jestem sama. 
Seamus dotrzymuje swoich obietnic. Nigdy nie złamał ani 
jednego złożonego mi przyrzeczenia. Trwa we mnie, obdarza 
mnie siłą. Nie marznę, póki myślę o tym, co sobie postanowiłam. 
Póki go kocham. 
- On nie żyje, prawda? - mówi Mattias. - Nigdy byś nie wróciła, 
gdyby żył. Mam rację? Znam cię, Rozo. Wróciłaś tylko dlatego, 
że nie było innego wyjścia. 
Myślę o tych, którzy udali się do Nowej Zelan- 
 

background image

dii. Nie mam pojęcia, jak długo potrwa ich podróż. Może już 
dotarli na miejsce? Może budują już nowe domy na zielonych 
pastwiskach pod przyjaznym słońcem? 
Miałam inne wyjście. 
Zdecydowałam się wrócić. 
- Przywiozłam moją córkę do domu - odpowiadam Mattiasowi. - 
Miejsce Lily jest tutaj. 
Takie jest moje zadanie, moje powołanie. Śmiałam się z Joego, 
gdy mówił o swej misji. Śmiałam się, zarzucając mu, że pragnie 
się stać nowym Seamusem, nie dorównując starszemu bratu pod 
żadnym względem. Nigdy nie wierzyłam, że w Joem tli się pasja. 
Zawsze wydawał mi się taki beztroski. 
Jest beztroski. 
Wiem, w jaki sposób Joe umrze. Jeszcze nie nadeszła jego pora. 
Może przez wiele lat kontynuować dzieło Seamusa i czynić to, 
czego tamten nie zdążył zdziałać. Wierzę, że będzie się starał, ale 
czy zwycięży? Nie mam co do tego pewności. Myślę, że Jenny 
mu na to nie pozwoli. Trudno jej było zaakceptować szwagra 
rebelianta, nie sądzę więc, że zechce dzielić łoże z banitą, 
wyjętym spod prawa. 
- Niewiele mówisz o tym, co wydarzyło ci się w ciągu minionych 
lat. 
Kręcę głową w milczeniu i przytulam policzek do ramienia 
Mattiasa. Nie pachnie już wprawdzie siarką, ale pozostał 
Mattiasem, moim najlepszym przyjacielem. 
- Wróciłaś do domu na dobre? - pyta. 
- Tak - odpowiadam. - Nie mam wyboru. Myślami uciekam na 
południowy zachód ku naj- 
zieleńszej plamie na mapie świata. Do Irlandii. 
 

background image

Tam, gdzie się to zaczęło. 
Tam, gdzie także jestem u siebie. 
Tam, dokąd powrócić nie mogę. 
 
 
Rozdział 3 
- Słyszałam, że Seamus O'Connor nie żyje i teraz brat w jego 
pelerynie przemierza konno Irlandię - powiedziała Molly, 
odsłaniając zęby w lekkim uśmiechu, który burzył krew w żyłach 
Seamusa i jego przyjaciela Danny'ego w czasach, gdy byli bardzo 
młodzi. 
- Noszę własne ubrania - odpowiedział Joe oschle, choć wcale nie 
zamierzał być nieuprzejmy. Był w domu sam z Lily. Nie miał 
powodów, by traktować Molly Connelly szorstko, choć jej nie-
oczekiwana wizyta bardzo go zaskoczyła. Nie spodziewał się, że 
tak otwarcie, w środku dnia, pojawi się w chacie O'Connorow, o 
których wszyscy wiedzieli, czym się zajmują. Nikt co prawda nie 
mówił o tym głośno, ale ludzie między sobą szeptali to i owo. 
Wiadomo było także powszechnie, kim jest mąż Molly i po której 
opowiedział się stronie. Mundur, jaki przywdział Donal, oddzielił 
go od swoich i skazał na izolację w środowisku. W równym 
stopniu dotyczyło to także jego żony i dzieci. Sąsiedzi nie 
utrzymywali bliższych stosunków z rodziną Connelly w obawie, 
by nie obróciło się to 
 
 
 
 
 
 

background image

przeciwko nim. Joe zastanawiał się więc, czy wieść o jego 
powrocie dotarła do Molly poprzez powiązania jej męża z policją, 
czy też może ktoś we wsi śmiał jeszcze rozmawiać z nią 
szczerze... 
- Ale przejąłeś idee i poglądy brata-banity -stwierdziła Molly, 
wzruszając ramionami, a po chwili odpowiedziała na dręczące 
Joego pytanie, którego nie miał odwagi jej zadać. - W okolicy aż 
huczy od plotek, Joe. Także w policji, gdzie nie brakuje twoich 
byłych koleżków. Nie licz jednak, że pozostaną lojalni wobec 
ciebie, kiedy ważyć się będą twoje losy. - Odetchnęła głęboko, a 
w jej wciąż zielonych jak morska otchłań oczach tkwiła powaga, 
gdy mówiła dalej: - Donal co prawda udaje, że o niczym nie 
słyszał i o niczym nie wie. Myślę jednak, że jeśli posuniesz się za 
daleko, on i jemu podobni będą zmuszeni zareagować. 
Joe nie odpowiedział. Poczuł, jak strach ściska mu serce. O ile 
łatwiej, gdy wrogiem jest armia, obcy, pozbawieni twarzy ludzie, 
pomyślał. Jeśli jednak wróg przybiera postać człowieka, którego 
cenimy i gotowi jesteśmy nawet polubić, wtedy trudno wywołać 
w sobie uczucie głębokiej nienawiści. Nienawiść tymczasem 
wydaje się niezbędna, by móc z niezachwianą pewnością wierzyć 
w słuszność i wagę sprawy. 
Joe wciąż był oszołomiony swoją nową rolą i nie mógł się 
nasycić tym, że ludzie widzą w nim nowego przywódcę. Czuł się 
ważny i silny, ale równocześnie wciąż musiał mieć się na 
baczności. Ta nowa sytuacja zmuszała go do wykazania się 
sprytem. Myślał o tym z lekkim niesmakiem, gdyż zdawał sobie 
sprawę, że „spryt" to po prostu inne określenie na „oszustwo". 
 

background image

Joemu nie podobało się, że Molly stoi po obu stronach barykady. 
Nie wierzył, że można służyć dwóm panom. Nie miał pewności, 
czy jego samego stać by było na coś takiego. Chociaż, kto wie, 
czy nie tak właśnie postępował? W Ameryce był kimś innym niż 
tu, w Irlandii. 
Seamus potrafił lawirować i nikt tak naprawdę nie znał 
wszystkich jego poczynań. Klejnot mieni się różnym blaskiem w 
zależności od tego, z której strony pada nań światło. 
- A co z moimi synami? - zmieniła temat Molly, wiedząc, że i tak 
Joe nic jej nie wyjawi. 
- Są bezpieczni - odpowiedział Joe. 
- Seamus przyrzekł zaopiekować się nimi - ciągnęła stanowczo, 
unosząc podbródek. - Zatroszczyć się o ich przyszłość - 
poprawiła się Molly z naciskiem, żeby dotarło do niego 
dokładnie, co ma na myśli. 
- Nikt nie przewidział śmierci Seamusa - odparł Joe, czując, jak 
twarz mu tężeje. 
- Moi synowie nie mogą z tego powodu popaść w biedę! 
- W Ameryce nikt nie cierpi biedy - odparł Joe i uśmiechnął się. 
Zaraz jednak pożałował lekkiego tonu, obawiając się, że zostanie 
to przez Molly niewłaściwie zrozumiane. Nie chciał być 
złośliwy, nie zależało mu też na tym, by upokarzać Molly czy 
kpić sobie z niej, bo na to nie zasłużyła. 
- Przepraszam - rzucił pośpiesznie. Skinęła głową w milczeniu. 
- Rosi walczyła o twoich synów jak lwica -rzekł, a jego szare 
spojrzenie nabrało ciepła. Trudno było się domyślić, czy to na 
wspomnienie o chłopcach, czy z powodu Rozy. - Obaj bardzo 
 
 
 

background image

przeżyli śmierć Seamusa - wyjaśnił. Zdawał sobie sprawę, że 
Molly pragnęłaby usłyszeć w najdrobniejszych szczegółach, jak 
wygląda życie chłopców w Georgii, ale on nie potrafił 
opowiadać. 
- Bardzo się przywiązali do Seamusa - podjął jednak próbę. - Stał 
się dla nich poniekąd ojcem. Traktował ich jak synów i tak też 
przedstawiał innym, bo to wiele ułatwiało. Gdy ktoś był bardziej 
dociekliwy, mówił, że chłopcy noszą nazwisko swojej matki, u 
której się wychowywali, a która ich osierociła. Ludziom trzeba 
tak przedstawić fakty, by nie zadawali niepotrzebnych pytań... 
- Seamus był więc im ojcem - rzekła Molly oschle. - A kto jest 
nim teraz? 
- Jeśli chodzi o środki do życia, chłopcy nie doznali uszczerbku 
po śmierci Seamusa. Troszczymy się o nich tak jak o swoich, 
jakby naprawdę byli naszymi bratankami. Ciągle noszą nazwisko 
Dan-ny'ego i pamiętają swojego prawdziwego ojca. Pamiętają 
ciebie. Nie ma więc chyba nic złego w tym, że 0'Connorowie 
wzięli ich pod swoje opiekuńcze skrzydła... 
- No dokończ, powiedz to wreszcie! - rzuciła wyzywająco Molly, 
mrużąc oczy i dumnie unosząc głowę. 
Jakże była podobna do Rozy w tym geście! 
- Dodaj, że to nic nowego! W końcu Seamus i Danny i tak 
przecież dzielili się wszystkim... 
- Nie pamiętam tego - odparł zakłopotany Joe, ale tak naprawdę, 
patrząc na wciąż bardzo piękną Molly, mimowolnie właśnie o 
tym pomyślał. Molly należała do tego rzadkiego gatunku kobiet, 
których uroda nie przemija. Ze ślicznego dziecka zmieniła się w 
młode dziewczę, rozkwitła, a wraz 
 

background image

z upływem lat jej uroda nie blakła, lecz tylko nabierała blasku. 
Przypominała baśniową wróżkę. Mogłaby być królową na balach 
w Georgii, tymczasem pozostawała żoną policjanta na południu 
Irlandii i mieszkała w skromnym domu z aż nadto pokaźną 
gromadką dzieci. Była katoliczką, rodowitą Irland-ką, ale 
znalazła się w otoczeniu protestantów, Anglików, dla których 
była obca. Wśród swoich rodaków natomiast, jako żona 
policjanta, nie spotykała się z akceptacją. A jedyne bale, na 
których bywała ubrana w skromną suknię, to potańcówki w 
stodole u sąsiadów. Jedyne komplementy, jakich słuchała, 
pochodziły z ust Donala, a ten, jak domyślał się Joe, nie 
obsypywał żony nimi obficie. Prości ludzie w tych stronach nie 
byli skorzy do prawienia pięknych słówek. 
- To prawda - rzekła Molly, wzruszając ramionami. - 
Rzeczywiście dzielili się wszystkim. Mną także. I Seamusowi to 
bynajmniej wcale nie przeszkadzało. Jak on zginął? 
- Nie mogę ci powiedzieć. 
- Dlatego, że jestem żoną Donala? - Wbiła w niego swe zielone 
oczy. 
- Ponieważ jesteś żoną Donala - potwierdził Joe, świadomy, że 
słyszała to nie raz w różnych sytuacjach. 
Jego słowa nie zmieniły nic w wyrazie jej twarzy, jedynie 
spojrzenie lekko pociemniało. 
- Rosi mi wszystko opowie - rzekła Molly. -Ona mi ufa. 
- W takim razie zapytaj Rosi. 
- Czy to jej dziecko? - zapytała nagle Molly, usłyszawszy płacz. 
 
 
 
 
 

background image

- Tak, jej córeczka - odparł Joe. 
- Córeczka Seamusa - rzekła Molly z czułością w głosie i 
popchnęła drzwi do alkierza. 
Koszyk z niemowlęciem stał na niskiej komodzie, jednej z tych 
zrobionych przez Petera. Peter przyozdabiał meble rzeźbionymi 
kwiatami, łukami, zaokrągleniami, podobnie jak te, które zapa-
miętał z dzieciństwa w swoich rodzinnych stronach. Ta komoda 
miała trafić na statek, dlatego blat zabezpieczony był listwą, by 
na rozhuśtanym morzu nic się zeń nie zsunęło. Joe nie pamiętał, 
jak to się stało, że ten piękny mebel został tutaj. Zapewne ktoś, 
kto go zamówił, nie przyszedł po odbiór. Teraz komoda bardzo 
się przydała. Koszyk z niemowlęciem stał na niej bezpiecznie, 
nie groziło, że się zsunie albo przewróci. 
Molly zatrzymała się przy dziecku i bez wahania wzięła je na 
ręce. 
- Ona ma mokro - mruknęła łagodnie. Joe uśmiechnął się lekko. 
- Jeśli masz tylko ochotę, możesz ją przewinąć. Molly 
przyglądała się uważnie drobnej kruszynie, którą trzymała w 
ramionach. 
- Nie jest podobna do Shelley - rzekła z pełnym niedowierzania 
zdumieniem. - Shelley jako dziecko wyglądała zupełnie inaczej. 
- Bo Shelley nie jest zbyt podobna do Seamusa - uznał Joe, 
słuchając tego niechętnie. Rodzina 0'Connorów nigdy nie 
rozmawiała o Shelley, nigdy nie wymieniali jej jako jednej ze 
swoich, mimo że Seamus dopuszczał możliwość, że może być jej 
ojcem. 
- Teraz Shelley upodobniła się bardzo do Seamusa, do waszej 
rodziny, a chyba najbardziej do 
 

background image

Fiony - orzekła Molly. - Jej dziecko także nosi rysy O'Connorow. 
Seamus został dziadkiem. Joe uśmiechnął się. 
- Gratuluję, babciu - rzekł i przyglądał się, jak Molly kładzie Lily 
na łóżku Rozy i zręcznie rozwija ją z mokrych pieluszek. 
- Mało z ciebie przydatny mężczyzna, Josephie O'Connor! Czy ty 
w ogóle wiesz, gdzie Rosi trzyma suche pieluszki? - zapytała. 
Skinął głową w stronę komody. 
- W. drugiej szufladzie - odpowiedział. - Przyniosę wody. Rosi 
bardzo dba o czystość. 
- Mała powinna mieć wełnianą bieliznę - stwierdziła Molly. - 
Dam Rosi taką! Dziecko nawet jeśli się zmoczy, to nie marznie. 
Wełna je grzeje. Co to za pomysły używać takiej cienkiej 
bawełny? 
Joe uśmiechnął się pod nosem. Nie widział powodu, by 
opowiadać Molly, że rodzina O'Connorow żyje z bawełny, a to w 
jakiś sposób zobowiązuje. 
Przyglądał się, jak przewija Lily, ale nie pomagał jej. Zdumiało 
go, że mała wcale nie płacze na widok obcej osoby. Molly, 
usłyszawszy to od niego, wzruszyła tylko ramionami, nie 
zważając na pobrzmiewającą w jego głosie pochwałę. 
- Pewnie rozumie, że nie jest pierwszym dzieckiem, które 
przewijam - skwitowała. 
Kiedy skończyła, wzięła na ręce umyte i przewinięte niemowlę, a 
potem kołysząc je, popatrzyła z czułością na pucołowatą 
twarzyczkę, próbując sobie wyobrazić, co wyrośnie z tego 
maleństwa. Usiłowała dostrzec rysy Seamusa w nieokreślonych 
jeszcze rysach twarzy dziewczynki i pomyślała, że malutka jest 
piękna. Nie miała wątpliwo- 
 

background image

ści, że za kilkanaście lat stanie się śliczną panną, piękniejszą niż 
jej własna córka, Shelley. Pomodliła się, by to dziecko nie 
musiało przeżywać takich trudów i goryczy jak Shelley. 
- Jak się ma Jenny? - zapytała po chwili. 
- Dobrze - odparł Joe. - Bardzo dobrze. Tak samo jak i pozostali. 
- Czy Ameryka służy moim synom? 
Joe westchnął, słysząc powracające wciąż pytanie. Molly nie 
zamierzała się poddać, chociaż nie nalegała wprost, aby 
opowiedział jej wszystko w najdrobniejszych szczegółach. 
Sięgnął po miskę i wyszedł wylać wodę. 
Wróciwszy do izby, usiadł przy stole, nalał sobie piwa i przez 
chwilę przyglądał się pianie na ciemnobrunatnym trunku. Nie 
patrząc w stronę Molly, zapytał, czy chce się napić, ale ona, jak 
się spodziewał, podziękowała. Joe wciągnął odrobinę pianki i 
zmrużywszy oczy, spojrzał wreszcie na gościa. 
- Nie poddasz się, póki nie dowiesz się wszystkiego, prawda? 
- Prawda. 
Joe zaczerpnął tchu i opowiedział jej pokrótce całą historię, nie 
starając się niczego ubarwiać. Wspomniał też o kłótni między 
0'Connorami i o tym, jak Rosi broniła jej synów. 
- Chciałabym cię prosić, żebyś w moim imieniu skontaktował się 
ze swoim bratem - zwróciła się Roza do Franka 0'Shaughnessy. 
- Mam wielu braci - odparł pastor. 
- Chodzi o twojego przyrodniego brata, Liama - uściśliła Roza. 
 

background image

Nie miała zresztą wątpliwości, że Frank doskonale wiedział, 
kogo ma na myśli, ale lubił widzieć pokorę, co jej przychodziło z 
najwyższym trudem. Nienawidziła prosić o cokolwiek. 
- Nie jestem w stałym kontakcie z moim przyrodnim bratem tak 
jak Charlotte, która bardzo pielęgnowała więzy rodzinne - rzucił 
od niechcenia i dodał niechętnie: - Czego chcesz od niego? Liam 
nie ma nic wspólnego z tym, w co się wplątał Seamus. Lepiej 
więc nie wciągaj go w te sprawy. 
- Muszę z nim porozmawiać - upierała się Roza. - To nie ma 
żadnego związku z Seamusem. Chodzi o coś zupełnie innego, o 
coś, co dotyczy wyłącznie mojej osoby. 
- W takim razie skontaktuj się z Hartami! Liam pracuje dla nich. 
Zapytaj Malcolma Harta! On bardziej ci pomoże w tym 
względzie niż ja. 
- Nie mogę się skontaktować z Hartami - odparła Roza. 
Frank 0'Shaughnessy przyjrzał jej się uważniej. Zmieniła się 
bardzo od tamtej nocy, kiedy w ciemnej stajni poślubiła Seamusa. 
Teraz ubrana była dostatnio, a swoje pogańskie, rude włosy 
usiłowała przynajmniej upiąć w coś, co przypominało przyzwoitą 
fryzurę. Ale i tak nie wyglądała jak dama z wyższych sfer. 
Nie była damą. Damą trzeba się urodzić. 
- I również w tym przypadku nie podasz mi powodów, jak 
przypuszczam - odezwał się. 
- Nie ma potrzeby, byś musiał o tym wiedzieć. 
- Ale moja pomoc jest ci potrzebna? 
Roza pokiwała głową. Niewiele brakowało, by padła przed tym 
mężczyzną na kolana i błagała go o pomoc. Nie należała do tych, 
którzy o cokolwiek 
 
 
 

background image

proszą. Takie słowa nigdy nie chciały jej przejść przez gardło. 
Tym razem jednak była niemal gotowa żebrać, by wuj Seamusa 
zechciał jej pomóc, jeśliby tylko jej dramatyczny gest przyniósł 
korzyść. 
- Nakłoń Joego, żeby skończył z tym, czym się zajmuje tu, w 
Irlandii - rzekł Frank spokojnie. 
Roza z trudem łapała oddech, ale gdy się trochę opanowała, 
odpowiedziała krótko: 
- Nie wiem, o czym mówisz! 
Muszę udawać, że o niczym nie mam pojęcia, pomyślała 
gorączkowo. Ze nie rozumiem insynuacji Franka. Powinnam być 
zaskoczona, choć nie przesadnie. 
Frank 0'Shaughnessy uśmiechnął się zmęczony, wokół oczu 
przybyło mu zmarszczek. Roza nagle uświadomiła sobie, że nie 
są to oczy złego człowieka. Seamus zawsze uważał, że wuj stanął 
po niewłaściwej stronie. Joe także był tego zdania. Dlatego i ona 
nie może myśleć inaczej. Nie wolno jej dać się omamić błyskowi 
dobroci w oczach pastora, który słowem i czynem wspiera 
Anglików. 
- Nie musimy przed sobą udawać, Rosi - rzekł. - Chyba nie 
potrzebuję ci tego tłumaczyć. A ty nie zachowuj się tak, jakbyś 
nie rozumiała języka, którym się posługuję. Doskonale wiesz, o 
czym mówię. Wiem, że wiesz. Joseph jest moim siostrzeńcem. 
Bardzo byłem przywiązany do jego matki. Nie mam ochoty 
oglądać kolejnych nagrobków z nazwiskiem 0'Connorów na 
tutejszym cmentarzu. 
Roza milczała. 
- Jeśli nawet w tym, co mówisz, kryje się prawda - zaczęła po 
chwili. - Nie mówię, że masz rację, 
 

background image

ale załóżmy, że tak... Skąd w tobie przekonanie, że mam jakiś 
wpływ na postępowanie Joego? On jest dorosły. Nie mogę go 
odwieść od spraw, które on uważa za słuszne... 
- Sądzę, że masz na niego większy wpływ, niż to sobie 
uświadamiasz - odparł pastor Frank. - Nie wierzę, że Seamus 
ożenił się z tobą przypadkowo - dodał, a na jego ustach pojawił 
się zagadkowy uśmiech. - Nie wierzę, że Seamus kierował się 
jedynie miłością, Rozo... 
Nie zapytała go, co właściwie ma na myśli. Nie chciała tego 
wiedzieć. Czuła się tak, jakby dotykała ostrza noża. Jeśli 
podejdzie zbyt blisko, może nie skończyć się na skaleczeniu. 
Bała się, że to ostrze może wnikać głęboko. 
- Joe przyjechał, żeby mi towarzyszyć - rzekła, wyprostowując 
się wyniośle. Całe życie się w tym ćwiczyła. - 0'Connorowie 
troszczą się o swoich -oznajmiła z taką dumą, jakby sama 
wywodziła się z tego rodu. Zniżyła głos i dodała poufale: - Wra-
cam do Norwegii, ale nie wyjadę, póki nie rozmówię się z 
Liamem. Joe czuje się za mnie odpowiedzialny. Myślę, że nie 
popłynie z powrotem do Georgii, nie mając pewności, że 
zmierzam bezpiecznie do ojczystego kraju. 
Pastor nie odezwał się. 
- Nie pozostanę w Irlandii dłużej niż to konieczne - zakończyła 
Roza stanowczo. 
Frank po długiej chwili milczenia rzekł z namysłem: 
- Czy jeśli sprowadzę tu Liama, zatroszczysz się o to, by Joseph 
opuścił Irlandię równocześnie z tobą? 
Roza pokiwała głową, chociaż zdawała sobie 
 
 

background image

sprawę z tego, że nie posiada takiej władzy nad Joem. Wolała 
jednak utrzymać Franka w błędnym przekonaniu, sądząc, że 
dzięki temu uzyska od niego pomoc. 
- Nie będę jednak w stanie przeszkodzić mu w powrocie do 
Irlandii - dodała lojalnie, by nie karmić go samymi złudzeniami. 
- Joseph nie zechce powrócić do Irlandii - powiedział z 
przekonaniem Frank i dotknął leżącego przed nim na biurku 
papieru. - Napiszę do Liama. 
Sięgnął od razu po atrament, żeby przekonać ją o szczerości 
swoich słów. Roza nie podziękowała. Nie widziała powodu, by 
dziękować za coś, czego wcale nie była pewna, że otrzyma. 
Wyszła bez pożegnania. 
- Twoja obietnica nie jest żadnym przyrzeczeniem. 
Joe niezgrabnie podwinął rękawy koszuli, po czym nie zważając, 
że ubrudzi kolana spodni, zaczął plewić grządki w ogródku, który 
urządziła przed domem matka. 
Słońce piekło go w plecy, ale on wiedział aż nazbyt dobrze, jak 
zdradzieckie bywa w tych stronach, dlatego nie zdjął koszuli. 
- Nie możesz składać żadnych obietnic w moim imieniu, Rosi. I 
nie możesz zmusić mnie do czegoś wbrew mojej woli. Tak samo, 
jak nie zmusi mnie do niczego Frank. Przecież on wie o tym, a 
mimo wszystko wymusza na tobie takie przyrzeczenia. O co mu 
właściwie chodzi? 
Roza ukucnęła obok Joego, pociągnęła pędy chwastów, starając 
się nie dotykać dłoni szwagra. 
 

background image

- Nie sądzę, by zależało mu na wymuszeniu na mnie 
przyrzeczenia. On nie jest głupcem. - Roza zamyśliła się. - Myślę 
raczej, że on chciał cię w ten sposób ostrzec, Joe. 
- I tak nic mnie nie powstrzyma przed realizacją zamierzonego 
planu. Broń już dawno została rozprowadzona. Nikt nie 
udowodni, że miałem z tym coś wspólnego ja lub ktokolwiek z 
mojego otoczenia. A za rozmowy z ludźmi nie można nikogo 
skazać na więzienie... 
Oboje zdawali sobie jednak sprawę, że Anglicy mogą wszystko. 
- Odwiedzam po prostu przyjaciół - ciągnął Joe. - Dziś 
wieczorem też mam taki zamiar. 
Roza nie potrafiła się pozbyć dręczącego ją niepokoju. 
Tłumaczyła sobie, że Frank chciał ją przestraszyć. Nie 
dopuszczała myśli, że złe przeczucie narasta w niej samej... 
- Molly przyjdzie jeszcze raz, żeby z tobą porozmawiać - odezwał 
się Joe. - Przynajmniej nie będziesz się o mnie lękać. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 
- Powinnam była tam zostać? - pytam. 
- Jeśli chciałaś wrócić do domu, to chyba postąpiłaś słusznie - 
odpowiada Mattias, podnosząc się z miejsca. 
Boję się, że spadnie ze skalnego występu. Wprawdzie pod nami 
nie rozciąga się urwisko, ale mimo wszystko się lękam. 
Wyczuwam bowiem, że gotów byłby rzucić się w przepaść. 
Mattias, którego znałam, kochał życie. Każdy nowy poranek 
wprawiał go w stan radosnego upojenia. Minione lata pozbawiły 
go tej radości, stal się obojętny. Nie pojmuję, jak Raissa mogła go 
opuścić i zostawić samego z dzieckiem. 
Może bardziej była podobna do mnie, niż chcę to przyznać? 
Może Mattias wybierał kobiety naszego pokroju, w głębi serca 
nie chcąc się wiązać z nikim na stałe? 
- Tu jest twój dom - mówi Mattias, ruszając ścieżką prowadzącą 
w dół do Kopalni. 
- Myślę, że tutaj jest dom Lily - odpowiadam bez namysłu. 
- Lily - powtarza Mattias, jakby delektując się tym imieniem. - 
Brzmi jakoś obco - mówi wreszcie. - Powinnaś ją nazwać 
bardziej swojsko. Tak, by się nie wyróżniała. 
 

background image

- Ona jest inna niż wszyscy - mówię, doznając nagle olśnienia. 
Wiem o tym. On też wie, że to możliwe. Lily jest dzieckiem, 
które miałam obowiązek powić, kolejnym ogniwem w łańcuchu 
obdarzonych dziedzictwem kobiet z mojego rodu. Kto wie, jakie 
będzie jej zadanie? Przedłużenie rodu czy może coś więcej? 
- Lilia - mówi Mattias. - Powinna mieć na imię Lilia. 
-To moje dziecko! 
Słowa te wypowiadam ostrzej, niż zamierzałam. Przywołuję go 
do porządku. Ani on, ani ja nie lubimy być upominani. 
Zachowuję się jak zrzędliwa baba, choć ten typ kobiety zawsze 
budził we mnie głęboką niechęć. On też nie cierpi, gdy ktoś go 
poucza, poprawia, prowadzi, dokąd nie ma ochoty pójść. Pod tym 
względem jesteśmy do siebie podobni jak dwie krople wody. A 
mimo to tak łatwo ranimy siebie nawzajem. O tym też 
zapomniałam. 
- Przepraszam - odzywamy się niemal równocześnie. 
Wybucha śmiechem, w którym wciąż pobrzmiewa zawód i 
gorycz, ale w jego ciemnych oczach dostrzegam błyski. Teraz 
bardziej już przypomina Mattiasa, jakiego zachowałam we 
wspomnieniach. 
- Chodźmy do domu - proponuje i podtrzymuje mnie na stromym 
zboczu. 
Potrafię sama chodzić po górach, ale założyłam buty, które 
zupełnie nie nadają się do wędrówki po stromiznach w 
Kafjorden. Zauważył to wcześniej, ale nie powiedział na ten 
temat ani słowa. Teraz pomaga mi, służy oparciem, a we mnie tli 
 
 
 
 

background image

się iskierka radości, bo czuję, że na nowo stajemy się 
przyjaciółmi. 
Zyskałam tylu nowych przyjaciół, ale wszystkich ich straciłam. 
Mattiasa nie stracę. Nie mogę tego zrobić samej sobie. 
Tęsknię za Molly. 
Tęsknię za Joem. 
Tęsknię za Irlandią. Pomimo wszystko tęsknię za Irlandią tak 
mocno, że wszystko we mnie krzyczy. 
Joe uważał, że stałam się częścią Zielonej Wyspy. Molly zaś 
przestrzegała, bym nie wiązała się z tym krajem. Ściskając mnie z 
całych sił za ramiona, powtarzała, że w Irlandii nie ma 
przyszłości dla nikogo. 
„Wyjedź, jeśli tylko masz taką możliwość, Rosi!", błagała. 
Molly wróciła wcześniej, niż spodziewali się jej Joe i Roza. 
Dopiero zaczynało zmierzchać. Wełnisty niczym mgła mrok 
zacierał kontury, ale nie ukrywał dokładnie. Joe nie zdążył się 
jeszcze przygotować do wyjścia. Usłyszawszy pukanie, rozejrzał 
się bezradnie, sądząc, że to trochę za wcześnie, by wyruszać. 
- Dziś wieczorem koło domu Donahuesa szykują zasadzkę - 
oznajmiła Molly bez zbędnego wstępu, gdy tylko zamknęła za 
sobą drzwi. 
Była zdyszana, zarumieniona na policzkach, jakby przez całą 
drogę biegła. Ani Roza, ani Joe nie musieli pytać, o kim mówi. 
- Usunęłam z ganka wazon z konwaliami. 
Joe zmrużył oczy, ale nie wypowiedział ani słowa. Nie odrywał 
wzroku od Molly. 
 

background image

- Skąd wiem o konwaliach? - spytała Molly, śmiejąc się z 
rezygnacją. Wykonała rozpaczliwy gest i nerwowo potarła dłonie 
o spódnicę. - A jak sądzisz, kto wpadł na pomysł, by używać 
kwiatów jako znaku? Powiedz szczerze, czy wierzysz, by twój 
brat albo Danny sami to wymyślili? 
Joe nie miał pojęcia. O tylu sprawach z życia Seamusa nie 
wiedział. Brat wiele przed nimi ukrywał, nie chcąc narażać 
rodziny na niebezpieczeństwo. Najbliżsi wiedzieli najmniej, bo 
przecież to ich w pierwszej kolejności przesłuchiwano. 
- To był mój pomysł, ja to wymyśliłam i dlatego o tym wiem - 
powtórzyła Molly z rozbieganym wzrokiem, próbując ukryć 
miłość, która nigdy w niej nie umarła, ale która też nigdy w pełni 
nie rozkwitła. - Mieli różne kwiaty, wiedziałeś? Danny fiołki, 
Seamus zaś konwalie. Lubił się wyróżniać... 
- Czy Donal o tym wie? - zapytał Joe ostro. 
- Może - odpowiedziała, lekko wydymając usta. Nie była to 
wystudiowana mina, którą przybierała z premedytacją, gdy 
chciała wydać się delikatną i słabą istotą. Reagowała tak 
naturalnie. - Może Danny powiedział mu o tym - z 
powątpiewaniem i raczej bez wiary mówiła Molly. - Ja w każdym 
razie nigdy z nikim na ten temat nie rozmawiałam. 
Jej gorące zapewnienie przekonało Joego. Narzucając na koszulę 
kurtkę z owczej skóry, spochmurniał nagle i z niepokojem w 
głosie rzekł: 
- A jeśli Donahues zauważy zniknięcie wazonu i postawi nowy 
bukiet? Nie mogę dopuścić do tego, by ktoś wpadł w zasadzkę... 
Molly powstrzymała go gestem dłoni, a jej oczy lśniły jak w 
gorączce. 
 

background image

- Czy teraz łatwo o konwalie? Nawet w ciągu dnia trzeba 
poświęcić wiele czasu, by zebrać cały bukiet. Po ciemku to 
prawie niemożliwe. 
Joe pokiwał niechętnie głową, przyznając Molly rację, ale wciąż 
uważał, że powinien tam pójść. Gra toczyła się o zbyt wysoką 
stawkę, by zdać się na przypadek. Czuł się odpowiedzialny za 
Dona-huesa i pozostałych, którzy mieli przyjść na zebranie tego 
wieczoru. Niczym nauczyciel w szkole nadzorujący gromadę 
niesfornych dzieciaków wiedział, że musi dopilnować, by 
nikomu nic się nie stało. 
Molly tymczasem rzuciła znienacka: 
- Wiedzą, że należy kierować się według kwiatów, prawda? 
Oparta o drzwi nie spuszczała wzroku z Joego. Ten zaś z trudem 
złapał oddech, gdyż zdawało mu się, że powietrze nagle 
zgęstniało. 
Molly tymczasem mówiła dalej: 
- Ominą umówioną chatę, jeśli nie zobaczą znaku, i podążą dalej 
w kierunku, który wskaże jeden leżący na ziemi kwiat konwalii. 
Będą iść, póki nie zauważą wazonu z konwaliami przy ganku 
innej chaty, prawda? 
Joe po dłuższej chwili potwierdził słowa Molly. Skoro i tak o 
wszystkim wiedziała... 
- Położyłam kwiat na drodze - rzekła Molly z powagą, a jej twarz 
pobladła niczym śnieg. - Bukiet stoi przy naszym ganku. 
- Zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz? - zawołała Roza bardzo 
poruszona. 
- Czy Donal wie o tym? - wszedł jej w słowo Joe, uważając, że to 
bardziej stosowne pytanie. 
Molly uśmiechnęła się tym jednym ze swych 
 

background image

tajemniczych uśmiechów, który wyjaśniał, jak to się stało, że w 
swoim czasie rozkochała w sobie dwóch najprzystojniejszych 
chłopaków w okolicy. 
- Donal słuchał mnie jednym uchem, kiedy mu mówiłam, że 
chciałabym urządzić małe przyjęcie na waszą cześć - rzekła 
słodko, unosząc kąciki ust w uśmiechu. Przypominała w tym 
momencie, tak jak Seamus, chytrą łasicę. 
Rozie przeszedł dreszcz po plecach. 
- Kiedy go ponownie o to zagadnęłam, mruknął, że z pewnością 
byłoby miło - dokończyła Molly, kojarząc się Rozie tym razem z 
sytym i zadowolonym kocurem. 
- Panie, strzeż mnie od takich intrygantek! - Joe uniósł wzrok i 
złożył ręce w modlitewnym geście. 
- Ta rozmowa odbyła się przed kilkoma dniami 
- dodała Molly, mrużąc niewinnie powieki. Długie rzęsy kładły 
się cieniem na białą jak mleko skórę. 
Roza nie wyobrażała sobie, by którykolwiek mężczyzna mógł się 
oprzeć takiemu spojrzeniu. Przypomniała sobie, jak Donal 
uwielbiał Molly. Była ciekawa, wobec kogo okaże się bardziej 
lojalny w momencie próby: wobec swojej pięknej żony czy 
wobec munduru. 
- Nie zdziwiłoby mnie, gdyby o tym zapomniał 
- ciągnęła Molly. - Dopiero dziś zresztą otrzymał rozkaz 
otoczenia chaty Donahuesa. Donal powinien zrozumieć, że nie 
mogę w ostatnim dniu odwołać gości, prawda? Trudno wszystko 
zaplanować, gdy się ma męża policjanta. 
Joe spojrzał na nią z niekłamanym podziwem, choć wciąż nie był 
pewien, czy może całkowicie ufać Molly, a nie miał kogo zapytać 
o radę. Musiał sam podjąć decyzję, i to od razu. Uświadomił 
sobie, że Seamus stawał wobec takich wyborów przez wszystkie 
te lata, gdy toczył walkę przeciwko Anglikom. Nigdy wcześniej o 

background image

tym nie myślał, ślepo wpatrzony w najstarszego brata, który 
budził powszechny szacunek. Zazdrościł mu nawet ciekawego, 
pełnego niebezpieczeństw życia. 
- W takim razie powinienem uprzedzić, żeby mężczyźni zabrali 
dziś ze sobą żony i dzieci -oznajmił, unikając wzroku obu kobiet 
w obawie przed ich reakcją. - Chyba wystarczy, jeśli przekażę tę 
wieść w paru chatach. 
Joe zapiął kurtkę i na moment zatrzymał się przy Molly, która 
odsunęła się na bok, robiąc mu miejsce. 
- Jeśli okaże się, że mnie oszukałaś, Molly... oszukałaś nas - rzekł 
z żarliwością - zamienię twoje życie w piekło. Przyrzekam ci to! 
Wszyscy się o tym dowiedzą i nigdy ci tego nie zapomną! 
- Czasami trzeba zaufać także komuś, kto na pozór nie jest 
sprzymierzeńcem - odparła, wstrzymując oddech, i w milczeniu 
odprowadziła go wzrokiem. 
- Dlaczego to robisz? - zapytała Roza, poruszając 
spierzchniętymi wargami. 
- Witaj w Irlandii, Rosi! - odezwała się Molly, udając, że nie 
dosłyszała pytania. - Wiem, że nie o takim powrocie marzyłaś. 
Dużo o tobie myślałam. Zastanawiałam się, jak ci się ułożyło tam 
życie. I nie tylko dlatego, że obiecałaś zaopiekować się moimi 
synami... 
Uściskała ją i przygarnęła mocno. 
- Robisz to dla niego, prawda? - wyszeptała Roza, doznając 
nagłego olśnienia. - Dla Seamusa, prawda? 
- Może ze względu na siebie - uśmiechnęła się 
 

background image

Molly tajemniczo, wypuszczając Rozę z objęć. -Mnie też czasami 
stać na odwagę. Nie różnimy się tak bardzo od siebie, ty i ja. Za 
każdym razem, gdy o tobie myślę, wciąż na nowo mnie to uderza. 
Pamiętasz, jak ci o tym mówiłam? 
Roza pokiwała głową. Pamiętała ten jeden raz, gdy spotkały się z 
Molly. Ona też pomyślała wówczas, że ta, która była 
młodzieńczą miłością Se-amusa, prawdopodobnie ma rację. 
Łączyło je wiele podobieństw. Znacznie więcej niż 
przypuszczała Molly, ale o tym się nigdy nie dowie. 
- Pewnie chciałabyś usłyszeć o Tommym i Dannym - rzekła Roza 
zadowolona, że może zmienić temat i uśmiechnąwszy się, 
wyznała szczerze: -Tęsknię za nimi. Tęsknię tak bardzo, że aż 
serce mi się ściska. 
- W takim razie dlaczego nie jesteś z nimi? - zapytała Molly ostro, 
a w jej twarzy pojawiła się surowość. - Czy 0'Connorowie teraz 
wywiążą się z obietnic, które złożył mi Seamus? Czy nie będzie 
im na rękę z czasem pominąć synów Danny'ego? Teraz, gdy 
Seamus nie żyje, a ty wyjechałaś, kto będzie walczył o nich jak 
lwica? 
Roza rozpoznała słowa Joego. 
- Twoi synowie, Molly, są w drodze do Nowej Zelandii. Razem z 
Adamem, Deidre i Jenny, z Colleen i jej nowym mężem, a także z 
bratankami Colleen. To najlepsze, co mogło ich spotkać. 
- Nowa Zelandia? - z trudem przełknęła ślinę Molly. - A gdzie to 
jest, na miłość boską? Zaraz, czy to nie tam udają się ci, którzy 
spalili za sobą wszystkie mosty? Ci najbardziej zdesperowani? 
Święta Maryjo! Nowa Zelandia! Przecież to koniec świata! 
 
 
 

background image

- W Ameryce wybuchnie wnet wojna - wyjaśniła Roza spokojnie, 
nie do końca rozumiejąc obawy Molly. Wiedziała, że uratowała 
chłopców. - Właśnie dlatego walczyłam o to, by twoi synowie 
wyjechali. Wzięłabym ich ze sobą, ale w Nowej Zelandii czeka 
ich lepsze życie niż w Norwegii. Tylu ludzi tam się już osiedliło i 
nieważne, skąd kto przybył, jak się nazywa, wszyscy mają równe 
szanse. Poza tym wydawało mi się, że nie chciałabyś, by wrócili 
do Irlandii. Tu nie ma dla nich przyszłości. 
- Nowa Zelandia - powtórzyła Molly. 
- Wzięli ze sobą część majątku, którą im pozostawił Seamus - 
zapewniła Roza. - Był hojny dla wszystkich. Spisał swoją 
ostatnią wolę i stało się tak, jak sobie życzył. O Dannym i 
Tommym także pomyślał. Nie czynił różnicy pomiędzy nimi a 
swoimi... a swoim dzieckiem. Nie będą więc zaczynać od 
niczego. Wiem, że sobie poradzą. 
- Wiesz? - zdziwiła się ochryple Molly. 
Roza pokiwała z powagą głową i przycisnęła obie ręce do piersi. 
- Wiem - rzekła ze spokojem. - Może wyda ci się to dziwne, 
Molly, ale za każdym razem, gdy sobie wyobrażam twoich 
synów, widzę ich pośród wielkiego stada owiec na rozległym 
pastwisku, które wydaje się otulone miękką wełną. Takich 
pastwisk położonych na łagodnych zboczach nie spotyka się tu, w 
Irlandii. Aby je obejść, potrzeba wielu dni... 
Słowa Rozy najwyraźniej rozbawiły Molly, bo roześmiała się 
dźwięcznie i jeszcze raz ją wyściskała. 
- Tym mnie przekonałaś, Rosi. Chociaż zdaje mi się, że to 
całkiem niedorzeczne. 
 

background image

- Nic nie rozumiesz - odparła Roza, kręcąc z rezygnacją głową. 
Molly nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła. 
- Strawa! - wyrwało jej się nagle. - Wszystko mi się rozgotuje, 
jeśli się nie pośpieszymy. A wtedy moje, a właściwie wasze 
przyjęcie straci na wiarygodności. 
Przybyło nawet mniej osób niż samych tylko mężczyzn, których 
Joe spodziewał się spotkać u Donahuesa, ale i tak było ich więcej, 
niż śmiał przypuszczać, biorąc pod uwagę miejsce spotkania. 
Kiedy pojawił się pierwszy gość pod rękę z małżonką, Roza 
pośpiesznie wyszła na schodki i zabrała stamtąd konwalie. 
Wniosła je nabożnie niczym niewinna panna młoda swój ślubny 
bukiet. 
- Im mniej osób wie o znaku, tym lepiej - szepnęła do Joego w 
przelocie. 
Włożyła kwiatki do wazonu i postawiła na środku stołu, który 
wcześniej wraz z Molly nakryły. Dla niewtajemniczonych 
wyglądało to tak, jakby obie kobiety wspólnie przygotowały 
dawno zaplanowane przyjęcie. Zachowywały się jak dobre 
przyjaciółki. Ci, którzy pamiętali starą historię o tym, co łączyło 
Molly z Dannym i Seamusem, mieli o czym gadać. 
Rzucało się w oczy, że obie ważne w życiu Seamusa 0'Connora 
kobiety doskonale się rozumieją. Joe nie tylko wyczuwał, ale 
wręcz dostrzegał zakłopotanie wśród gości, którzy pojawili się na 
przyjęciu., Wprawdzie znali poglądy Seamusa, ale wciąż 
znajdowali powód, by w niego powątpiewać. 
 
 
 
 
 

background image

Molly musiała sobie zdawać sprawę, że taka będzie reakcja ludzi, 
jeszcze zanim zdecydowała się zorganizować przyjęcie, ale 
zachowywała się z równą godnością co Roza. 
Joe właściwie już nie wiedział, którą z kobiet bardziej podziwia, 
Rozę czy Molly, jednego wszakże był pewien: ich wyjątkowości. 
Nie wygłosił płomiennej mowy do zgromadzonych, jak to czynił 
zazwyczaj. Tym razem zmuszony był rozmawiać po kolei z jedną 
lub dwoma osobami, by wyglądało to na miłą pogawędkę 
pomiędzy starymi przyjaciółmi. Odgrywał rolę Amerykanina, 
który przybył w rodzinne strony z krótką wizytą. Udawał, że 
zabawia znajomych opowiastkami z Nowego Świata. Nic poza 
tym. W ten sposób nie narażał swoich zwolenników, a 
równocześnie Molly nie czuła się odsunięta. 
- Smaczny poczęstunek - pochwaliła Roza Molly, bo mało kto z 
gości odzywał się do gospodyni. Udawali, że jej nie dostrzegają, i 
rozmawiali między sobą. Woleli się nie narażać. 
- Dziękuję - mruknęła Molly, spłonąwszy rumieńcem. 
- Nietrudno ugotować smaczny posiłek, jeśli się ma pod 
dostatkiem ziemniaków i jagnięciny - odważyła się wtrącić 
półgłosem jedna z kobiet. 
Nie starczyło jej jednak odwagi, by podnieść twarz i napotkać 
spojrzenie Molly. Tylko kobiety, które siedziały najbliżej, 
wiedziały, która z nich miała taki cięty język. W pomieszczeniu 
zaległa cisza i dawało się wyczuć napięcie. 
- Nie każdy jednak potrafi się podzielić - zauważyła chłodno 
Roza, omiatając spojrzeniem zebranych wokół stołu gości. 
 

background image

Nie kryła złości. Wiele osób unikało wzroku wdowy po Seamusie 
0'Connorze, ale ona patrzyła, na nie długo, zmuszając, by 
spojrzały w jej błękitne oczy, z których ział teraz chłód. 
- Seamus zawsze bardzo sobie cenił gościnność - odezwała się z 
uśmiechem, gdy już wszyscy utkwili w niej wzrok, a 
przedłużająca się cisza stała się nie do zniesienia. - Może nie ja 
powinnam proponować toast za mojego zmarłego męża, ale 
uczynię to mimo wszystko - uśmiechnęła się. Jej spojrzenie 
jednak pozostało lodowate. - Podobnie jak Seamus nie zważam 
tak bardzo na konwenanse - dodała i roześmiała się lekko, 
zmuszając pozostałych do identycznej reakcji. 
Wszyscy chcieli się zaliczać do grona przyjaciół Seamusa, 
którego uważali za swojego bohatera. On obudził w nich 
marzenia o wolności. Nie znali tego innego Seamusa, który nie 
zawsze był z siebie zadowolony. Tego, który tęsknił w głębi serca 
za spokojem i wolałby poświęcić się bardziej osobistym 
sprawom. 
Roza podniosła kufel z zimnym piwem i powiedziała głośno: 
- Za pamięć o Seamusie! 
Również Molly i Joe wznieśli toast, a po nich powoli sięgnęli po 
kufle pozostali goście. Niektórym imię bohatera nie chciało 
przejść przez gardło w towarzystwie Molly, więc z ociąganiem 
przyłączyli się do toastu, mając wrażenie, że bezczeszczą pamięć 
Seamusa, wspominając go w domu zdrajcy. Skoro jednak sama 
wdowa po bohaterze nalegała, nie mogli odmówić. Obrazić ją, to 
tak jakby obrazić samego Seamusa. Nikt z nich nie ośmieliłby się 
tego uczynić. Równałoby się to z profanacją kościo- 
 
 
 

background image

ła - prawdziwego katolickiego kościoła, a nie anglikańskiego 
zboru Franka O'Shaughnessy. 
- Za pamięć o Seamusie! - powtórzyli chórem, wciągając wpierw 
zaprawioną goryczką pianę, a potem wlewając do gardeł chłodny, 
ciemny trunek gaszący pragnienie i usuwający mdły smak wy-
powiedzianych słów. 
Skoro wdowa po Seamusie, tak bardzo mu bliska, może siedzieć 
przy jednym stole z Molly Connelly i czcić toastem pamięć o 
mężu, podczas gdy Donal Connelly wraz z oddziałem policji czai 
się w zaroślach wokół chaty Donahuesa, by skazać na banicję 
Joego, kolejnego O'Connora, to tym bardziej mogą i oni. 
- Niezwykła z ciebie kobieta, Rosi O'Connor -szepnął Joe w 
przelocie, kiedy mężczyźni zaczęli przesuwać ławy, aby zrobić 
na środku izby miejsce na tańce. Kobiety pilnowały, by nie 
pospadały misy z jedzeniem i kufle. Joe ustawiał długą ławę pod 
ścianą, Roza zaś, trzymając w rękach pełne misy, nie odzywała 
się. Nie uśmiechnęła się też nawet, ale po blasku, jakim rozbłysły 
jej błękitne oczy, poznał, że jest zadowolona. 
Joe zresztą także był kontent. Udało mu się porozmawiać z 
najbardziej odważnymi mężczyznami w okolicy. Wiedział, że 
może na nich liczyć, bo udowodnili, że nie boją się swojego 
cienia, skoro mieli odwagę przyjść do jaskini lwa - domu Donala 
Connelly'ego. Ci, którzy nie zjawili się na zebraniu i tego 
wieczoru chowali się po domach, nie odgrywali ważniejszej roli 
w ruchu oporu. 
Joe opowiedział, w jaki sposób zginął Seamus. Nie wyjawił 
wprawdzie szczegółów tego nieszczęścia, ale wszyscy, z którymi 
rozmawiał, docenili 
 

background image

jego szczerość, a także zaufanie, jakim ich obdarzył, dzieląc się 
tak bolesnym przeżyciem. 
Joe nie bez satysfakcji stwierdził, że potrafi rozmawiać z ludźmi, 
nakłonić ich do uwagi i nawet narzucić swe poglądy. I to zrodziło 
w jego głowie nadzieję, że może nadaje się, by stać się kimś 
ważniejszym niż tylko marionetką. 
Skrzypek zaczął stroić swój instrument. Joe dostrzegł kątem oka, 
że Molly i Roza wymknęły się do alkierza. Cieszył się, 
obserwując rosnące między nimi zaufanie. Obu mocno 
doskwierała samotność, a przecież zanim Liam przypłynie, minie 
jeszcze parę tygodni. 
Gdy bezwiednie wystukiwał nogą rytm, spłynęła na niego nagle 
tęsknota za Jenny. Nikt nie miał takiej wąskiej talii. Przyjemnie 
było ją prowadzić w tańcu. Nie spotkał innej kobiety, która by 
poruszała się z takim wdziękiem. Jej spódnica trzepotała w tańcu 
jak żagiel na wietrze. 
Ale Jenny została w Georgii. Za nic w świecie nie zeszłaby 
dobrowolnie z piedestału... 
Westchnął i rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, którego z 
gości poprosić, by w imię przyjaźni użyczył mu swej żony na 
jeden taniec. Nie sądził, by miał z tym kłopot. Seamus zawsze 
tańczył, z kim chciał. A teraz przecież on kroczył śladami brata. 
Niemal stał się nim... 
- Postąpiłaś wspaniale - pochwaliła gospodynię Roza, rozpinając 
bluzkę, by nakarmić Lily. Czuła, jak boleśnie nabrzmiały jej 
piersi. Cieszyła się, że dziecko się przebudziło. - Bardzo jesteś 
odważna -dodała i zamyślona popatrzyła na dziecko, które znów, 
przysypiając, zaczęło ssać. 
 

background image

- Jestem śmiertelnie wystraszona - poprawiła ją Molly. - Oni 
wszyscy mnie nienawidzą. Nie czujesz tego? Powietrze jest aż 
gęste od tłumionej nienawiści. 
- Może to bardziej strach niż nienawiść? - zamyśliła się Roza. - 
Oni się boją, Molly. Tak samo jak ty. 
- Mam wiele do stracenia - rzekła żona Donala. 
- Oni też - stwierdziła Roza. 
Molly zaśmiała się bezgłośnie, wypuszczając nosem powietrze, 
zupełnie jak Seamus. 
- Nie odważę się uczynić tego więcej, wiesz o tym - rzekła Molly. 
- Wcale nie jestem odważna. Zdobyłam się na to tylko ten jeden 
raz. Nie stać mnie na większe bohaterstwo. 
- Masz małe dzieci. Nikt od ciebie nie wymaga takiego 
poświęcenia. I tak uczyniłaś więcej, niż by się ktokolwiek 
spodziewał. Być może wielu ludziom uratowałaś dziś życie. 
Przez twarz Molly przemknął znów śliczny uśmiech, powodując 
ukłucie w sercu Rozy. Jakkolwiek wydawało się to nierozumne, 
Roza nie mogła pozbyć się uczucia zazdrości, widząc urodę 
Molly. Nie chodziło tylko o to, że nie dane jej było mieć twarzy 
porcelanowej lalki. Bardziej dręczyła ją świadomość, że kiedyś 
Molly była jeszcze piękniejsza. Co prawda Seamus wiele razy 
zapewniał, że nigdy Molly nie kochał, ale Roza mu nie 
dowierzała. 
Jej Seamus nigdy nie postrzegał jako wyłącznie pięknej... 
Była to głupia, beznadziejna, pozbawiona sensu zazdrość. Do 
niczego nie prowadząca, a jednak Roza nie potrafiła uwolnić się 
od tego uczucia. 
 

background image

Molly leciutko dotknęła delikatnych loczków Lily. Roza 
wierzyła, że kiedyś córeczka będzie miała włosy jak jej ojciec, 
gęste, falujące, w których przyjemnie zanurzyć dłonie. 
- Jest śliczna - westchnęła Molly. W uszach Rozy zabrzmiało to 
dziwnie znajomo. 
Poczuła ból w sercu, przypominając sobie własne, pełne goryczy 
pragnienie, które nosiła w sercu w innym życiu, w innym czasie. 
- Nie jest podobna do Shelley. - Molly powtórzyła to samo, co 
wcześniej usłyszał od niej Joe. 
Roza nie czuła z tego powodu urazy. Przyzwyczaiła się do myśli, 
że Shelley jest córką Seamusa. Shelley nigdy nie dostała od ojca 
więcej, niż miała szansę dostać Lily albo ile dostał Michael. 
Wprawdzie kiepska to była pociecha, po którą Roza nie sięgała 
często, jednak czasem ta świadomość koiła jej ból. 
- Shelley teraz bardzo wypiękniała - powiedziała Molly 
zamyślona i pokiwała głową. Jakże pragnęła w głębi serca, by 
Seamus mógł cieszyć się Rozą i Lily. 
Zasłużył na to, by doczekać szczęścia, jakim obdarzyłaby go, 
żona i dziecko, myślała wielkodusznie. Zasłużył na własną 
rodzinę, na dom, do którego mógłby wracać, na bliskich, przy 
których mógłby odpocząć i znaleźć wsparcie. Zasłużył na kogoś, 
kogo mógłby chronić i kochać tak mocno, jak nigdy nie był w 
stanie pokochać Molly i jej córki. Molly życzyła mu tego. Nie 
wierzyła bowiem, że Seamus łamał serca z wyrachowania. 
Nigdy nie składał przyrzeczeń, których nie mógłby dotrzymać. 
Nigdy niczego nie obiecywał. Nikomu oprócz Rozy. 
Molly pamiętała tamtą osobliwą noc w stajni Franka 
0'Shaughnessy, kiedy tych dwoje zostało sobie poślubionych. 
Tam, w półmroku, pośród koni i siana, i wilgotnych ścian, na 
które zwykła lampa rzucała oszczędne, żółte światło, Seamus w 
obecności świadka, Molly, obiecał Rozie swoje życie. 

background image

Przyrzekł, że będzie przy niej, póki nie rozdzieli ich śmierć. 
W tamtej niezwykłej chwili nikt z obecnych w stajni nie 
przypuszczał, jak krótki będzie to czas. Przypomniawszy to 
sobie, Molly poczuła, że zaraz się rozpłacze. 
Bezwiednie dokończyła: 
- Wszystkie jego dzieci są piękne... 
- Wszystkie jego dzieci? - zapytała Roza, przykładając Lily do 
drugiej piersi. 
Molly, uświadomiwszy sobie, co powiedziała, oblała się purpurą. 
Dawno tak się nie rumieniła, dawno nie miała ku temu powodu. 
- Przepraszam - rzekła pośpiesznie. - Nie miałam nic złego na 
myśli... 
- Proszę, nie okłamuj mnie! - Roza mówiła cicho, by nie budzić 
dziecka, ale jej prośba zabrzmiała intensywnie. - Wiem, że ci się 
to wymknęło, ale coś się za tym musi kryć. 
Molly westchnęła. Uznała, że nie jest jej życiową misją 
osłanianie Seamusa. Chyba najmniej ze wszystkich miała ku 
temu powody. 
- Shelley nie jest jedynym dzieckiem spłodzonym tu, w Irlandii, 
przez Seamusa, Rosi. 
- Chłopcy są także jego synami? - zapytała Roza z 
niedowierzaniem, z trudem wydobywając z siebie głos. 
Nic jej się nie zgadzało. Przecież ani Tommy, ani 
 

background image

Danny nie są podobni do Seamusa, mało tego, u żadnego z nich 
nie dostrzegła podobieństwa do 0'Connorów. Przeciwnie, obaj 
mieli rysy Donala, wuja, brata Danny'ego Connelly. Poza tym nie 
wierzyła, by Seamus świadomie ją okłamywał. Przejrzałaby go, 
poza tym czułaby, gdyby chłopców i Seamusa łączyły więzy 
krwi. 
- Źle mnie zrozumiałaś - westchnęła Molly, gorąco żałując swego 
fatalnego przejęzyczenia. Przecież nie chciała ranić Rozy! - Nie 
jestem jedyną kobietą w tym kraju, która urodziła mu dziecko. 
Jest nas więcej, Rosi. A prócz Shelley i twojej córeczki są i inne 
dzieci. Wszystkie mają jego szare oczy i coś z jego uroku. Może 
spadło na nie trochę zaczarowanego pyłu elfów, kto wie? 
Roza oddychała ciężko. 
Rozmawiali przecież na ten temat! Przyznał się, że jest ojcem 
Shelley, ale powiedział przy tym, że o ile mu wiadomo, więcej 
dzieci nie posiada. 
... o ile mu wiadomo... 
Czy to możliwe? 
- Przykro mi, że dowiedziałaś się tego ode mnie - wyszeptała 
Molly, ale zaraz się poprawiła: - Żałuję, że w ogóle się o tym 
dowiedziałaś. Tamte kobiety nic dla niego nie znaczyły. Na 
pewno nie chciał, byś o nich wiedziała... 
- Cieszę się, że usłyszałam to od ciebie. ... ale nie była 
zadowolona, że wie... 
Wiele osób zdążyło już opuścić chatę. Grajek wciąż wypełniał 
izbę muzyką, a tańczące pary przytupywały o podłogę. Joe 
tańczył z Molly i nawet udało mu się wywołać na jej twarzy lekki 
uśmiech. 
 
 
 

background image

- Tańczysz zupełnie jak Seamus - powiedziała. 
Wiedział, że miał to być komplement, ale w głębi serca pragnął, 
by ludzie przestali wreszcie porównywać go do Seamusa. Joe 
odnosił wrażenie, że coraz mocniej przysłania go cień brata i 
grozi mu utrata własnej tożsamości. Czasami aż chciało mu się 
krzyczeć, że to on, Joseph, gdy tymczasem wszyscy widzieli w 
nim zmarłego. 
- To tak, jakby jego cząstka żyła w tobie - dodała Molly. 
Słowa wywołały w ustach Joego cierpki smak. 
Nikt nie zauważył wejścia Donala. Pierwszy dostrzegł go 
skrzypek i urwał w pół taktu. Muzyka ucichła gwałtownie, tak że 
tańczący nie zdążyli zatrzymać się w porę. 
- Co tu się, u diabła, dzieje? - zapytał Donal Connelly. Ubrany w 
mundur policjanta Jej Królewskiej Wysokości zastygł niczym 
posąg. - Czy ktoś byłby tak miły i wyjaśnił mi, co tu się odbywa, 
do czarta? - powtórzył. 
 
 
Rozdział 5 
- Nigdy więcej nie mieszaj mojej rodziny w swoje podejrzane 
sprawy, Joseph! - oznajmił lodowatym tonem Donal, nie 
pozostawiając najmniejszej wątpliwości, że nie żartuje. 
Wszyscy goście z wyjątkiem Joego i Rozy, pośpiesznie opuścili 
dom, jakby wysmagani zimnym 
 

background image

powiewem wiatru, który wdarł się przez otwarte drzwi wraz z 
nadejściem gospodarza. Gorączkowe podniecenie, jakie ogarnęło 
zgromadzonych podczas tego nielegalnego zebrania, ciepło, 
które zdawało się przenikać przez ściany, znikło wraz z 
odejściem gości. W pomieszczeniu zapanował lodowaty chłód. 
Molly udając, że tego nie zauważa, cichym głosem przypomniała 
mężowi o przyjęciu. Tłumaczyła, że przecież zgodził się, by 
wyprawili małą uroczystość na cześć Rozy i Joego. Zaprosiła 
sympatyczne grono gości, sąsiadów i starych znajomych Joego. 
- Jedynie w tak skromny sposób możemy się odwdzięczyć - 
dodała, trwając przy swoim. 
Donal zdawał się puszczać mimo uszu wyjaśnienia żony, 
wypowiedziane pewnym głosem i z przekorą w zielonych 
oczach. 
Nie podobało mu się, że Molly staje w obronie Joego. Ze dotyka 
jego ramienia, że go chroni... chroni brata Seamusa. Rozjątrzyło 
to stare rany. Zdenerwował się, że żona znów kontaktuje się z 
0'Connorami. Był zazdrosny, a poza tym lękał się o nią. 
Danny nigdy tak naprawdę nie był zazdrosny o Seamusa. 
Zazdrość nie leżała w jego naturze. Ale Donal, który kochał 
Molly bardziej chyba niż jego starszy brat, nigdy nie przestał być 
zazdrosny o Seamusa. 
- Nie podoba mi się to, co sugerujesz - odezwał się Joe, zdając 
sobie sprawę, że stąpa po grząskim gruncie. Donal był 
przedstawicielem prawa. Ba, on sam stanowił prawo. 
- Nie podoba mi się to, co tu się dzieje, a to mój 
 
 
 

background image

dom - odciął się Donal, rozpinając mundur. Nie spuszczał z nich 
spojrzenia. Na jego piegowatej twarzy malowało się zmęczenie, a 
równocześnie głęboki zawód. 
Roza popatrzyła na mundur, na błyszczące guziki i poczuła lęk. 
Wiedziała, co symbolizuje ów strój. Nie bała się o siebie, ale o 
Joego, którego Donal był wrogiem, tak samo jak wcześniej o 
Seamusa. 
W tej samej chwili przypomniała sobie jednak tamten wieczór, 
kiedy Donal przeprowadził ją bezpiecznie przez góry. Kilka 
godzin, aż po późną noc, spędzili razem jakby zawieszeni w 
nierzeczywistej przestrzeni. Miło się jej z nim rozmawiało. Był 
zaskakująco wyrozumiały i łagodniejszy niż większość 
mężczyzn w tym kraju. Seamusa oczywiście nie licząc, bo 
CConnorowie różnili się od innych. 
Nie spodziewała się go poznać od tej strony. Wydał jej się wtedy 
taki bliski. Poczuła sympatię do tego człowieka, ukrywającego 
się pod mundurem policjanta. Jego strój wówczas nie wzbudzał w 
niej lęku. 
Zresztą teraz także trudno jej było widzieć w nim wroga. Bardzo 
chciała ufać Donalowi, choć dobrze wiedziała, że Seamus 
wyśmiałby ją i nazwał naiwną. 
- Udam, że nie widziałem, co tu się wydarzyło - rzekł w końcu 
Donal zrezygnowany. - Przymknę oko ten jeden raz. Ale jeśli 
znów natknę się na ciebie, Joe, to nie licz na moją pobłażliwość. 
Przyrzekam, że aresztuję cię, nawet jeśli urządzisz zebranie u 
mojej matki! 
- To nie było zebranie, Donal - przekonywała go Molly. - 
Jedliśmy, gawędziliśmy, tańczyliśmy, nic poza tym... 
 

background image

- Wykorzystujesz nasze dzieci jako tarczę dla podejrzanej 
działalności Joego! - rzekł Donal cicho i westchnął głęboko, z 
uśmiechem rezygnacji przyglądając się żonie. 
Molly drżącą dłonią założyła za ucho niesforny lok. Spojrzawszy 
na zabłocone czubki swych butów, zatrwożyła się. Przemierzała 
dziś ścieżki, które zwykle omijała. Zawiodły ją w miejsca, 
których należało unikać. Zbrukała błotem czystą podłogę ich 
wspólnego domu. Ale zaraz posprząta po sobie. Za chwilę mąż 
nie pozna, że w ogóle mieli gości, i wszystko znów będzie jak 
kiedyś. 
Roza nie miała ochoty uczestniczyć w małżeńskim 
nieporozumieniu, ale nie mogła tak po prostu wyjść, skoro wraz z 
Joem byli tej kłótni bezpośrednimi sprawcami. 
- A może ty też zamierzasz poświęcić się dla sprawy? - spytał 
żonę Donal, siadając ciężko na długiej ławie, która nadal stała 
pod ścianą. 
Wyprostował nogi, a wówczas jeden z synów natychmiast zjawił 
się przy nim i ściągnął mu buty. Donal złagodniał, zwichrzył 
synkowi rudą grzywkę i poklepał go po ramieniu, prosząc, by 
położył się już spać. 
- Najlepiej będzie, dzieci, jeśli wszystkie pójdziecie do łóżek - 
dodał, nie podnosząc głosu, a maluchy bez szemrania go 
posłuchały. 
Dopiero gdy dzieci opuściły izbę, Donal Connelly ponownie 
okazał żonie odrobinę uwagi. 
- Czy zostało coś do jedzenia dla twojego męża, kochanie? - 
zapytał, unosząc brew. 
Ten lekki grymas przypomniał Rozie bratanka Donala, 
Tommyego. Poczuła prąd przebiegający po ciele, a jej serce 
wypełniło się radością. A więc 
 

background image

przynajmniej w tym przypadku Seamus nie kłamał! 
Podobieństwo między wujem a bratankiem było nazbyt 
uderzające, by można było posądzać Seamusa o ojcostwo. 
Poczuła wzruszenie, że mąż jej nie okłamał, chociaż wciąż nie 
potrafiła rozstrzygnąć, ile spraw przed nią zataił. 
Molly pośpiesznie weszła do kuchni. Drewnianą łyżką 
wyskrobała z miski kaszę, która zdążyła już wystygnąć, ale 
Donal zdawał się nie zwracać na to uwagi. Przywykł zjadać to, co 
mu podano. Molly szybko napełniła kufel ciemnym piwem. 
Serce się Rozie krajało, kiedy patrzyła, z jaką uniżonością Molly 
usługuje mężowi. Nie podobało jej się zachowanie Donala, który 
ostentacyjnie demonstrował swą władzę. I choć przy potulnej 
Molly jego sylwetka zdawała się coraz bardziej dominować, w 
oczach Rozy wiele stracił. 
- Idziemy - oznajmił Joe i wziął od Rozy dziecko. Zawsze był 
szarmancki, miał to we krwi. 
Roza pomyślała, że byłoby znacznie rozsądniej z jej strony, 
gdyby nie czuła tak wielkiej sympatii do swojego szwagra. 
Chwyciła za lejce, wyprowadzając klacz, którą Joe pamiętał 
jeszcze sprzed wyjazdu do Ameryki, a teraz pożyczył od Franka. 
- Ale będzie gadanie - roześmiał się Joe. - Ludzie będą sobie kpić, 
że wyprowadziliśmy w pole policję Jej Wysokości. 
- To może zniszczyć Donala. 
Joe wzruszył ramionami, a kąciki jego ust wciąż drgały. Seamus 
zapewne też by się z tego śmiał. 
- Donal dobrze wiedział, w co się pakuje -stwierdził Joe. 
- On dokonał takiego wyboru po to, by utrzymać swoją rodzinę - 
broniła Roza męża Molly. 
 

background image

- A równocześnie zatroszczył się o to, by wiele rodzin straciło 
swoich żywicieli - odparł Joe. - Nie widzę żadnego powodu, by 
mu współczuć. Nikt go nie zmuszał, by stanął po niewłaściwej 
stronie. Współczuję jedynie Molly... 
- Nie powinniśmy w ogóle się w to wszystko mieszać! - 
westchnęła Roza, kiedy już zbliżali się do probostwa. Szary, 
kamienny dom z ciemnymi oknami sprawiał wrażenie 
opuszczonego. Zdawało się, że patrzy na nich z wyrzutem. Roza 
zadrżała w chłodzie wieczoru, czując gwałtowną tęsknotę za 
Lottie, z której odejściem zniknęło ciepło, radość i gościnność 
tego domostwa. 
Joe zatrzymał się przy bramie i podał dziecko Rozie, a sam zajął 
się koniem. 
- Mówisz zupełnie jak mój wuj - stwierdził. -Przekazałaś, co ci 
kazał powtórzyć, a ja tego wysłuchałem - rzekł. - Jeśli jeszcze raz 
będzie coś ci sugerował, powiem mu, co o tym myślę. On nie 
może mnie powstrzymać w wypełnieniu zadań, które są moją 
powinnością. A jeśli nie skontaktuje cię z Liamem, to znaczy, że 
nie jest nic wart. Wtedy skorzystamy z pomocy innych. Nasi 
ludzie przerzucą cię do Anglii i zawiozą tam, gdzie mieszka teraz 
twój brat. My pomagamy naszym! Frank nie jest ci potrzebny, 
Rosi. 
Roza miała wrażenie, że słyszy jedną z płomiennych mów 
Seamusa. Zasmuciło ją, że Joe dał się tak łatwo złapać w tę 
pajęczą sieć. Wydawało jej się, że widzi, jak oblepiają go kolejne 
nitki tej pajęczyny. Obawiała się, że może się to źle skończyć. Co 
znaczą legendy opowiadane wieczorami w irlandzkich chatach, 
jeśli ich bohater nie żyje? Przecież ważniejsze jest, by zachować 
życie! 
 

background image

Roza zdążyła przewinąć Lily i położyć ją spać, gdy w końcu 
zjawił się Joe. Ktoś, kto ma zamiar zostać na stałe, nie kładzie 
dziecka w wiklinowym koszu na komodzie. Ale przecież Roza i 
Lily są w drodze, nie należą do żadnego miejsca. 
Roza poczuła gwałtowną tęsknotę za Michaelem. 
Skrzyżowała ręce na piersiach i mocno zacisnęła dłonie na 
ramionach, by uspokoić drżenie, które pojawiało się, ilekroć 
pomyślała o synku. Zacisnęła mocno powieki, ale nie zdołała 
powstrzymać łez. Oparła czoło o chłodną ścianę. 
Kiedy wychodzili do Molly, zostawili w piecu dogasający żar. 
Byli zbyt zaaferowani, by pomyśleć, że po powrocie w chacie 
całkiem się wyziębi. Kamienna ściana studziła gorączkę trawiącą 
jej ciało, ale nie koiła rozdzierającego bólu w sercu. 
Jak mogła to zrobić? 
Ale czy miała inną możliwość? 
Roza usiłowała sobie wyobrazić, że pod opieką Adama i Deidre 
zostawiła Lily, ale ta możliwość wydała jej się jeszcze gorsza. 
Nie można spośród dwojga dzieci wybrać jednego. Roza nie 
potrafiłaby powiedzieć, które dziecko bardziej kocha, ale od 
pierwszej chwili, gdy urodziła bliźnięta, miała przeczucie, że to 
Lily jest jej dzieckiem, a Michael należy do Seamusa i do 
0'Connorów. 
Może w ten sposób próbowała usprawiedliwić swoją decyzję, 
której i tak już nie mogła zmienić? 
- Płaczesz? 
Nie zauważyła, że wszedł Joe. Chyba jedynie tornado byłoby w 
stanie wyrwać ją ze szponów cierpienia, ale w Irlandii wiały 
jedynie zachodnie 
 

background image

wiatry przynoszące zwyczajne deszcze, a nie powietrzne trąby 
przesuwające się znad Zatoki Meksykańskiej i pozostawiające 
wraz z gwałtownymi ulewami niewyobrażalne zniszczenia. 
Może ogarnęła ją tęsknota i zapragnęła wrócić do Georgii? 
Może pożałowała wszystkiego? Oparta o ścianę przestała 
walczyć z płaczem i pozwoliła płynąć łzom. 
- Wolałabym, by nigdy nie ukazała mi się wizja wielkiej wojny - 
odezwała się wreszcie, wbijając wzrok w powałę. - Wolałabym 
nie mieć takiej pewności, nie czuć w sobie takiej siły... 
Bila się w piersi, łzy płynęły strumieniem z jej oczu, a ona nawet 
nie próbowała ich powstrzymać. 
- Wolałabym nie odczuwać przekonania, że muszę wracać do 
Norwegii, bo tam powinno potoczyć się życie Lily. Wolałabym 
nie słyszeć tak wyraźnie głosu, który mi nakazał powrót, 
przypominając o moim dziedzictwie! Nienawidzę tego, co 
nazywa moim obowiązkiem! Nienawidzę tego', co jest moją 
misją! 
Joe stał w progu zakłopotany, wysłuchując Rozy. Nie śpieszył się 
z powrotem ze stajni, był tam dłużej niż konieczne. W 
przyjaznym półmroku, wśród zapachu i rżenia koni, porządkował 
swoje myśli. Rozmawiał ze sobą półgłosem, nie niepokojony 
przez męczące uwagi innych. Słyszał własne myśli, 
podpowiadające mu właściwe odpowiedzi. 
W stosunku do Rozy brakowało mu rozsądku. W świetle dnia 
zaprzeczał sam przed sobą, że coś go z nią łączy. Zasłaniał oczy, 
tak samo zresztą jak i ona. Udawał, że nie ma między nimi 
żadnego 
 
 
 
 

background image

uczucia, bo ilekroć o tym myślał, odczuwał ból i desperację. 
Nie wiedział, dlaczego to się stało. Nie pojmował, dlaczego ona 
wyszła mu na spotkanie. Szukając usprawiedliwienia, próbowali 
się przekonywać, że w ten sposób odczuwają obecność Seamusa. 
W pewnym sensie była to prawda. Tylko że równocześnie to 
jeszcze bardziej komplikowało ich związek. Joe uznawał 
poniekąd za słuszne zamknąć oczy, przyciągnąć ją mocniej do 
siebie i wejść w świat Seamusa. 
Joe zawsze pragnął być taki jak on. 
Rozie w niektórych momentach potrzebna była iluzja, że Seamus 
nie zginął. Wtedy zwracała się do Joego. Wtulała się w jego 
opiekuńcze ramiona, chłonęła ciepło płynące od jego ciała, 
czerpała siły, które pomagały jej powstać, gdy zdawało się, że 
pochłania ją ciemność, a ona balansuje na skraju przepaści. 
Bez Seamusa oboje znaleźli się nad przepaścią. W mroku 
cierpienia nie dostrzegali, jak bardzo jest głęboka. Jednego wszak 
byli pewni: jeśli postawią krok naprzód, będzie to o jeden krok za 
daleko. 
Póki bez słów nawzajem czerpali siły we własnych objęciach, nie 
postawili tego kroku. 
Bezradność. 
Nie sądził nigdy, że ogarnie go kiedyś taka całkowita bezradność. 
Czuł się taki samotny. Nie miał nikogo, kto by go poprowadził, 
kto wskazałby mu właściwy kierunek i powiedział, jakie ma 
podjąć decyzje. 
Zawsze otaczała go rodzina, bracia wspólnie dyskutowali o 
możliwych wyborach. A Seamus był pewny, co robić, zanim inni 
zdążyli się zdecydować. 
 

background image

Seamus. Wciąż Seamus. 
Nie da się wypełnić pustki po nim. To po prostu niemożliwe! 
Nawet Roza nigdy nie pomyliła imion, kiedy w ciemności pieścił 
dłońmi jej ciało. 
Nigdy ich ze sobą nie pomyliła. 
Nigdy nie nazwała go imieniem męża. 
Ale zapewniała, że przybliża ją do Seamusa. On zaś miał 
wrażenie, że wciela się w brata, kiedy brał ją w ramiona. Seamus 
nigdy nie był mu bliższy niż w tych chwilach, gdy Joe kochał się 
z Rozą. 
Teraz stała naprzeciwko niego i zalana łzami zwracała się do 
niego słowami, które usłyszałby z jej ust jedynie Seamus, gdyby 
żył. 
Po raz pierwszy odkryła przed Joem swą słabość. Do tej pory 
postrzegał ją jako giętką trzcinę, której nie złamie nawet 
największa wichura. Tymczasem i ją można złamać, wyrwać z 
korzeniami, sprawić, by wyschła i zwiędła w bezlitosnym upale. 
Jest słaba i krucha. 
A jemu zawsze się zdawało, że żona Seamusa jest silna niczym 
sam Seamus. Sądził, że właśnie z tego powodu brat ją wybrał 
spośród innych kobiet, ponieważ pod wieloma względami 
utożsamiała jego moc. 
A tymczasem ona jest taka delikatna. 
Płakała, ale nie uniosła dłoni, by otrzeć twarz z łez. Płakała, nie 
starając się udawać silniejszej i dzielniejszej. Płakała jak 
zwyczajna kobieta. 
Zwyczajna. 
Dzieliła się z nim tym, co miała w sercu, tak jak uczyniłaby to 
zapewne w obecności Seamusa. Joe poczuł, jak ciążą mu ręce i 
nogi. Nagle objawiła mu się prawda, której nie był w stanie 
przyjąć. 

background image

Może rzeczywiście pragnął, by Roza wzięła go choć raz za 
Seamusa, by jeden jedyny raz w miłosnym upojeniu pomyliła go 
z bratem. Pragnął usłyszeć, jak pośród gorączki namiętności 
szepcze mu do ucha imię męża. 
Teraz dopuściła go równie blisko, okazując mu ufność podobną 
do tej, którą okazywała mężowi, ale Joe nie takiej jej pragnął. 
Joe widział dotąd jedynie jej siłę. 
I nie chodziło wyłącznie o to, że płakała. Kobiece łzy nie 
wprawiały go w zakłopotanie ani nie wywoływały lęku. 
Przeraziło go bardziej, że ta, która wydawała się mu 
niewzruszona, obnażyła swą słabość. 
Nie był w stanie jej pocieszyć. Nie potrafił przytulić jej i ogrzać, 
zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Nie mógł jej obiecać 
czegoś, w co sam nie do końca wierzył. 
Nagle stracił pewność, czy Roza da sobie radę. Uświadomił 
sobie, że nic nie wie o jej ojczyźnie, o zimnym, podbiegunowym 
kraju. 
Peter tak niewiele opowiadał, a Roza prawie wcale. Wiadomo 
było jedynie, że oboje stamtąd uciekli. A przecież nikt nie ucieka, 
gdy jest mu dobrze. 
Do myślenia powinno go skłonić także i to, że Roza uznała, iż 
lepiej będzie posłać Michaela do Nowej Zelandii, niż wziąć go ze 
sobą do Norwegii. Nie powinien się zgodzić, by dokonała takiego 
wyboru. Bo kto wie, czy w ogóle była zdolna podejmować tego 
typu decyzje. 
- Wracaj! - rzekł do niej, nie ruszając się z progu. Nie miał 
odwagi dotknąć jej teraz. - Pojedź ze mną, Rosi! Wracajmy razem 
do domu! 
 

background image

- Do domu? - powtórzyła, nie widząc Joego wyraźnie. Zza 
zasłony łez majaczyła jej jedynie jego ciemna sylwetka. 
Spuchnięta od płaczu czuła pulsowanie w skroniach, była jak 
ogłuszona. Wydawało jej się, że Joe stoi w progu, ale nie zbliża 
się do niej. Była mu za to wdzięczna, choć równocześnie trochę ją 
zabolało, że tak mało się o nią troszczy i nie chce z nią dzielić 
cierpienia. 
Niewiele dla niego znaczy. 
Ale... czemu sądziła, że łączy ich coś więcej? 
- Do domu? - powtórzyła i najchętniej zaśmiałaby się na te słowa, 
ale nie była w stanie. Poczuła jedynie drapanie w gardle, a 
zamiast śmiechu usłyszała chrapliwy jęk. Serce miała 
przepełnione rozpaczą. 
- Do domu, do Georgii - wyjaśniał cierpliwie Joe. - Nie jest 
jeszcze za późno! Możesz wrócić razem ze mną. 
Roza przymknęła nabrzmiałe powieki, bo światło, choć słabe, 
raziło ją i kłuło. Nie mogła też patrzeć na zaostrzające się kontury 
postaci Joego. Chciała unieść dłonie i zatkać uszy, by nie słyszeć 
jego głosu, ale nie zdołała poruszyć rękoma. 
Georgia. 
Zobaczyła to miejsce. 
Poczuła niemal ciepło i przyjazny oddech nagrzanego letnim 
słońcem tamtejszego powietrza. Czuła, jak pod wpływem tego 
upału jej ciało pokrywa się kropelkami potu. Doleciały ją 
zapachy i odgłosy wieczorów gorętszych niż najcieplejsze nawet 
lipcowe dni nad rodzinnym fiordem, który ona wciąż nazywa 
swym domem. Kiedy w mroku rozległ się dźwięk dzwonka 
zakładanego na szyję 
 
 

background image

pasącym się owcom i bydłu, przelękła się trochę. Omal się nie 
roześmiała, przypomniawszy sobie, jak po raz pierwszy usłyszała 
dzwonienie i nie wiedziała, co za stworzenie stanęło za nią. Roza 
uśmiechnęła się. 
- Należysz do naszej rodziny - mówił Joe, który wytłumaczył 
sobie jej przelotny uśmiech wzruszeniem. - Favourite i Rose 
Garden to także twoje domy, Rosi. Ich drzwi zawsze stać będą 
przed tobą otworem. Jesteś przecież jedną z nas. 
Nie odpowiedziała. 
- Przyślą nam list, dadzą znak, gdy wszystko się ułoży. 
Powiadomią, gdzie się zatrzymali. Będziesz mogła za nimi 
pojechać. Nie musisz zostać w Georgii, Rosi. Możesz jechać do 
Nowej Zelandii. Skończy się wasza rozłąka. Odzyskasz 
Michaela... 
Był to jedyny argument, który mógłby ją przekonać. Gdyby Joe 
chciał ją przekonać do swego planu inaczej, zamknęłaby się 
niczym małż w skorupie. Poza możliwością zobaczenia własnego 
synka nic innego nie mogło jej zwabić do Georgii. 
Jedynie zmiana postanowienia, które podjęła w desperacji, kiedy 
strach i brak nadziei uczyniły ją słabszą, niż sądziła, inną niż ta, 
którą pokochał Seamus. 
Propozycję tę Joe wyciągał do niej niczym kwiat, którego mogła 
dotknąć i powąchać. Zapewniał, że wszystko jeszcze da się 
zmienić, że nie jest za późno, że kiedyś będzie żałować. 
Dlaczego nie może pozostać Rosi O'Connor? Dlaczego chce się 
stać na powrót Rozą, córką Samuela, Rallarrozą? 
- Muszę odnaleźć Andersa - wyszeptała. 
W jej głowie narodziło się niejasne przekonanie 
 

background image

0 konieczności odnalezienia brata. Czuła, że musi porozmawiać z 
nim i wyjaśnić, że nie został oddany pod opiekę obcym dlatego, 
że rodzina przestała go kochać. Musi na nowo zadzierzgnąć 
więzy z Andersem i przypomnieć mu, skąd pochodzi. 
- Odnajdziemy twojego brata, Rosi! - obiecał Joe. - Ale potem 
wsiądziesz razem ze mną na statek płynący do Georgii, z 
powrotem do miejsca 
1 ludzi, do których należysz. 
Przypomniała sobie maleńką twarzyczkę Michaela. Usiłowała 
sobie wyobrazić, jak się zmieni, nim go ponownie ujrzy. Dzieci w 
pierwszym roku życia zmieniają się z dnia na dzień. Tyle straciła. 
Lily i Michael urodzili się zbyt różni, by Roza mogła wyobrazić 
sobie wygląd synka, patrząc na córeczkę. Michael jest podobny 
do Seamusa. 
Nigdy nie zdołałaby nadrobić straconego czasu. Nigdy nie 
zobaczy, jak wyglądał Seamus jako dziecko. 
Roza czuła, jak czas ucieka. 
Zanim dotrze do synka, ten zdąży się nauczyć już wymawiać 
pierwsze słowa. Wykona swoje pierwsze samodzielne kroczki. 
Będzie uważał Adama i Deidre za swoich rodziców i mówił do 
nich „mama" i „tata". 
Roza czuła w sercu rozdzierający ból, jakby zadany szponami 
orła. 
Może przybrani rodzice zdążą obdarzyć go rodzeństwem? 
Rodzeństwem, które będzie mu bliższe niż Lily. Może wcale nie 
wie o istnieniu swojej siostry bliźniaczki. Nie pamięta swej 
prawdziwej mamy, nie pozna, że to ona. 
Nawet jeśli tęsknota rozdziera jej serce i wpędza ją w obłęd, 
nawet jeśli pęka jej głowa od po- 
 

background image

wracającej uporczywie myśli, decyzji swej odmienić nie może. 
Kiedy ją podejmowała, wydawało jej się, że postępuje rozsądnie, 
teraz jednak uświadomiła sobie, że to najgorsza rzecz, jakiej się w 
życiu dopuściła. 
Ale przecież Joe mówi, że może jeszcze zmienić zdanie... Czas 
nagli. 
- Nie chcę czekać na Liama - wyszeptała, pochlipując. - Sama 
poszukam brata. Myślę, iż więzy krwi są między nami tak silne, 
że mnie do niego zaprowadzą. Myślę... 
- Cii - uspokoił ją Joe. 
Opuścił go ciężki i ponury lęk. Nie miał pojęcia, jak wytłumaczy 
Jenny, że wrócił z powrotem razem z Rozą. Obawiał się, że Jenny 
wystarczy jedno spojrzenie, by zrozumieć, że z Rozą łączyły go 
nie tylko przyjacielskie stosunki. Bał się gniewu obdarzonej 
silnym charakterem żony, której stanowczości pozazdrościć mógł 
niejeden mężczyzna. Pod pewnymi względami przypominała 
Rozę. Teraz jednak nie chciał o tym myśleć. 
Cieszył się, że Rozie wraca rozsądek. Ze nie będzie musiał 
pozostawić jej samej w rzeczywistości, o której nic nie wie. 
Zdawało mu się, że Seamus byłby z niego zadowolony. Ze taka 
właśnie byłaby jego wola. 
- Teraz trochę odpoczniesz - zadecydował i nagle znów mógł bez 
trudu pokonać dzielącą ich odległość, która dopiero co wydawała 
mu się oceanem nie do przebycia. 
Roza pokręciła głową. Nie czuła zmęczenia, nie potrzebowała 
odpoczynku. Chciała natychmiast ruszyć w drogę w 
poszukiwaniu statku, który 
 

background image

wziąłby ją na pokład. Najchętniej od razu przepłynęłaby morze. 
Chciała działać. 
Otarła łzy i spojrzała na Joego zaczerwienionymi, spuchniętymi 
oczami. Joe odgarnął jej z twarzy mokre i sztywne kosmyki 
włosów. Palcami zaczesał do tyłu miedzianą chmurę. 
Przytrzymał dłonie na karku. Znalazł się zbyt blisko. 
Zastanawiał się, jak to możliwe, że dopiero co myślał o żonie, 
przekonany o swej miłości do niej, a równocześnie z palącym 
pożądaniem zwracał się ku wdowie po swoim bracie. 
Roza należała do Seamusa. 
Zawsze będzie do niego należeć. 
On nazywa się Joseph. Nigdy nie utożsami się z bratem. Kiedy 
jednak spoglądał na Rosi z bliska, tak jak teraz, wydawało mu się, 
że przemienił się w Seamusa, którego rozpalała zapewne taka 
sama gorączka zmysłów. 
- Nie płacz! - poprosił, widząc wciąż płynące z jej oczu łzy. 
Piękne, błękitne oczy otaczała czerwona obwódka, a twarz 
opuchła i pokryła się purpurą. Prawy policzek upodobnił się do 
lewego, ale Roza i tak nie straciła ani trochę na swej atrakcyj-
ności. 
Przełykała ciężko ślinę. Joe miał ochotę pocałować jej szyję, 
pozwolić wargom pieścić cienką skórę na policzku i gładzić 
miejsce, gdzie pulsuje krew. 
Poddał się impulsowi. 
Krzyknęła cicho. Wołanie uleciało z jej ust niczym ptak i 
zagubiło się gdzieś w niegościnnym świecie. 
Kolana jej drżały, ale przecież nie potrzebowa- 
 
 
 

background image

la pomocy, by się utrzymać na nogach. Nie zamknęła oczu, mimo 
że Joe przymknął powieki. Dobrze wiedziała, co robi, kiedy 
otworzyła usta na jego chciwy pocałunek, kiedy wpuściła do 
środka gorący język. Wiedziała, co robi, zdejmując z niego 
ubranie, klękając przed nim na podłodze, by pomóc zdjąć 
zabłocone buty i pomagając rozpiąć guziki, rozwiązać tasiemki, 
które udaremniały ich ciałom bliskość. 
Była świadoma, kiedy on wziął ją nagą na ręce i wniósł do swej 
izby. Nie zamknęli za sobą drzwi. Po co, skoro byli w chacie 
sami? Nikt ich nie widział, nie słyszał i nie potępiał. 
Roza wiedziała, co robi, kiedy rozkoszowała się jego nazbyt 
powolnymi pieszczotami, pocałunkami, ciężarem jego mocnego 
ciała. 
Widziała, jak bardzo był wzburzony, wiedziała, jakie pieszczoty 
wprawiają go w ekstazę. Był inny od Seamusa. Nie myliła go z 
mężem. 
Nie zamykała oczu, by nie udawać, ani sobie nie wyobrażać, że 
kocha się z Seamusem. 
To był Joe. 
Nie należał do niej. 
Ale pozwalał jej zapomnieć na chwilę o bólu, uciszał tęsknotę za 
mężem. Pożyczyła Joego na chwilę. Wiedziała, co robi, i nie 
wstydziła się tego. 
 

background image

Rozdział 6 
- Nie potrafię wciąż pojąć, jak ona mogła go zostawić - mówi 
Liisa, spoglądając na synka Mat.tia-sa wzrokiem pełnym miłości. 
Dziecko właśnie zasnęło. Śliczny chłopiec! Niezwykłe, że 
mężczyźnie o brązowych oczach urodził się syn, którego oczki 
mienią się lazurem. Maleństwo ma spojrzenie Raissy, ale włosy 
ciemne jak jego ojciec i taki sam podbródek z dołeczkiem, na-
dający twarzy zdecydowanie. Myślę, że twarz Mattiego także z 
czasem stanie się bardziej pociągła i silna. Spoglądam na brwi 
wyginające się w czarne niemal łuki nad zbyt jasnymi, 
przyjaznymi oczkami. 
Trudno sobie wyobrazić dorosłą twarz, kiedy się patrzy na 
spokojne rysy śpiącego dziecka, ale jestem pewna, że nim minie 
kilkanaście lat, z Mattiego wyrośnie silny i postawny mężczyzna. 
Mattias, jak sądzę, zmężniał już w wieku piętnastu, szesnastu lat, 
jego syn więc pewnie też szybko wydorośleje. 
Mattias ukrywa dumę i udaje, że wcale nie zwraca uwagi na 
dziecko. Dostrzegam jednak, że obserwuje chłopca ukradkiem, 
jakby się wstydził, że ktoś zauważy w jego oczach czułość i 
troskę. Wyczuwam, że kocha synka bardziej, niż to okazuje. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Wyczuwam też, jak bardzo cierpi. Potrafię to poznać. 
Jego cierpienie miesza się ze złością. Wydaje mi się, że przestał 
już tęsknić za Raissą i, co mnie przeraża, przestał ją kochać. Tyle 
skrajnych emocji emanuje z silnej postaci Mattiasa! Nie mam 
ochoty dociekać i dopuścić go tak blisko siebie. Chcę jedynie 
zrozumieć, jakie uczucia budzi w nim syn. Chcę pojąć to, co 
niepojęte. A nie mogę zapytać, czemu nie weźmie synka na ręce, 
czemu nie pokołysze go w swych ramionach, nie uśmiechnie się 
do małej, ślicznej twarzyczki, czemu nie złoży ojcowskiego 
całusa na pucołowatych policzkach. Nie mogę go pytać, bo 
zabrzmiałoby to jak wyrzut. Zbyt długo mnie tu jednak nie było, 
bym mogła go oskarżać. 
Nie mogę go strofować i nazywać złym ojcem, skoro sama 
oddałam synka na wychowanie. Zbyt wiele popełniłam błędów, 
by kogoś oskarżać. 
Zbyt długo mnie tu nie było. 
Czuję się jak ktoś obcy, kto przyjechał tylko z wizytą. Jestem 
rozdarta. Nie mogę się zdecydować, czy zostanę. 
Zależy to tylko ode mnie. 
Oni nie wiedzą, że mam wolność wyboru. Nie muszę tu wracać 
na stałe. Jeśli zechcę, porzucę Kafjorden. Stać mnie, by zacząć 
nowe życie w dowolnym miejscu na kuli ziemskiej. Nikt tu o tym 
nie wie. 
To sprawa między mną a Joem. 
Mam dość pieniędzy, by zniknąć z Kafjorden i wrócić do 
Ameryki albo popłynąć do Nowej Zelandii. 
Pochodzę stąd, a równocześnie jestem tu obca. Przyjechałam w 
odwiedziny, zatrzymałam się 
 

background image

w podróży. Mogę się wycofać niczym niesiona falami odpływu 
albo w ogóle wyrwać się falom uderzającym o brzeg. Jestem 
wolna! Jeśli zechcę, popłynę pod prąd na przekór wszelkim falom 
i wybiorę sobie inne życie. 
- Tylko on nie wierzy w śmierć Raissy - szepcze Liisa, rzucając 
ukradkowe spojrzenie na Mat-tiasa siedzącego w kuchni razem z 
Olem. Rozmawiają po cichu, popijając z jednego kufla. Próbuję 
nasłuchiwać, nie przerywając rozmowy z Liisą. Nie słyszę jednak 
dokładnie, o czym mówią. Wydaje mi się, że o koniu. Mattias 
wspominał mi wcześniej, że zarabia przyzwoicie jako wozak w 
kopalni. Tu, w Finnmark, trudno zdobyć konia. Kopalnia ma 
tylko parę własnych. Dlatego potrzebują pilnie ludzi, którzy 
zgodziliby się wozić rudę własnym zaprzęgiem. 
Wymarzona praca dla 0'Connorów. 
Nie będę o nich rozmyślać, nie mogę. Spróbuję żyć tutaj. 
Naprawdę się postaram. Muszę, jeśli chcę zachować resztki 
rozsądku. Lily zasługuje na to, a przecież właśnie dla niej tutaj 
przybyłam. 
Głosy już od dawna powtarzały mi, że moja córeczka powinna 
spędzić życie nad fiordem. Mogłam mieszkać gdzie indziej, 
udowodniłam to. Żyłam gdzie indziej i nawet byłam tam 
szczęśliwa. Bardziej przywiązałam się do tamtych miejsc niż do 
rodzimej osady. 
Tutaj jestem obca. 
Obca - wśród swoich. 
Liisa wyprowadza mnie z alkierza. Mężczyźni tylko zerkają, gdy 
przechodzimy przez kuchnię. Wychodzimy na ganek, a Liisa 
zamyka za sobą drzwi. Wśród tylu innych odgłosów nie mogę 
dłu- 
 
 

background image

żej podsłuchiwać rozmowy Mattiasa z moim bratem. 
Plusk strumienia, szum wiatru w koronach drzew, ptasie śpiewy 
witające wieczór. Wszystko to takie znajome, a zarazem obce. 
Mrużąc oczy, spoglądam na tarczę słońca. Pozwalam, by mnie 
oślepiło. Wciąż nie mogę przywyknąć do jasnych wieczorów, 
mimo że nie przybyłam w te strony po raz pierwszy. Gdy 
zwierzam się z tego Liisie, pyta: 
- Nie tęskniłaś? Nie brakowało ci tego? 
- Nie - odpowiadam. - Po prostu o tym nie myślałam. 
Nie pojmuję, jak mogłam tak zwyczajnie wkroczyć w inne życie i 
pogodzić się ze wszystkim, co mnie spotkało. Ale tak właśnie 
postąpiłam. Teraz, kiedy oglądam się wstecz, widzę to wyraźnie. 
Zaakceptowałam w pełni nową rzeczywistość. Teraz staram się 
na powrót przywyknąć do tego, co wiąże się z moim rodzinnym 
domem, ale dostrzegam wiele zmian. 
- Raissę uważa się za umarłą - mówi Liisa. 
- Co takiego? 
Liisa przysuwa się bliżej mnie. Siadywałyśmy dawniej często na 
schodach, powierzając sobie tajemnice. Ale bywało, że nie 
szczędziłyśmy sobie słów prawdy. Liisa wygładza na kolanach 
swoją jasną spódnicę w niebieską kratkę. Ma pulchne dłonie z 
dołeczkami u nasady palców. Bardzo przytyła, zrobiła się 
okrąglutka. Mnie się teraz podoba, ale nie jestem pewna, czy 
także mojemu bratu. 
- W Kautokeino wsiadła do sań razem z jakimiś Finami - szepcze 
Liisa i pochyla ku mnie swą jasnowłosą głowę w obawie, że 
usłyszy ją Mattias. - 
 

background image

Ludzie gadają, że szaleństwem było ruszać wtedy w drogę po tak 
długotrwałej odwilży. 
Usiłuję dociec, czego nie powiedział mi Mattias. 
- Znaleziono martwego konia do połowy wystającego z lodu - 
mówi dalej Liisa, a jej jasne oczy ciemnieją. - Biedne zwierzę 
musiało okropnie cierpieć. Przednie kończyny miało na 
powierzchni lodu, a tylne wraz z saniami znalazły się pod wodą. 
Tego też nie umiem sobie wyobrazić. Jestem pewna, że Seamus 
ze łzami w oczach słuchałby tej historii. On płakał nawet nad 
martwym ptakiem. 
- Ale Raissy nie znaleziono? - pytam, choć domyślam się 
odpowiedzi. Mattias nie zachowywałby się, jakby jego żona żyła, 
gdyby złożył ją w mogile i mógł odwiedzać jej grób. Nie starałby 
się ze wszystkich sił zaprzeczać prawdzie, gdyby na własne oczy 
ujrzał martwe ciało. 
- Odnaleziono tylko zwłoki żony jednego z Finów - opowiada 
dalej Liisa. - Nikogo więcej. A ludzie w Keutokeino zapamiętali, 
że w saniach jechało jeszcze dwóch mężczyzn, mały chłopczyk, 
no i Raissa. Kto wie jednak, czy nie było więcej dzieci. 
- Musiało być w tym miejscu głęboko - mówię. 
- Bardzo - potwierdza Liisa. - Ludzie gadają, że tam jest 
straszliwa głębia i wcale nie wiadomo, czy ciała wypłyną na 
powierzchnię wraz z nadejściem wiosny. - Zerka nerwowo w 
stronę drzwi i dodaje: - Mattias i Ole prowadzili własne 
poszukiwania. Wzięli do pomocy Thomasa i kilku jego 
krewnych. Ale nie znaleźli Raissy. Dlatego Mattias wciąż wierzy, 
że ona żyje. Podejrzewa nawet, że z Keutokeino pojechała z kimś 
innym. 
-Nie z tymi, którzy wybrali drogę przez jezioro? 
 

background image

- Właśnie. - Liisa kiwa głową. Martwi się o Mat-tiasa niemal tak 
samo jak ja. - Wszyscy inni są pewni, że Raissa nie żyje - mówi 
Liisa i wypowiada słowa, które przyprawiają mnie o dreszcze: - 
On ma nawet jej akt zgonu. Stosowny zapis został zamieszczony 
w księdze parafialnej i odczytany wszystkim w kościele. 
Słyszałam, jak pastor podawał jej nazwisko. 
Przenika mnie dreszcz. 
- Mattias nie wziął udziału w nabożeństwie żałobnym - opowiada 
mi dalej bratowa. - Powiedział, że nie będzie wyprawiał 
pogrzebu, skoro nie ma trupa, ani wygłaszał w kościele pięknej 
mowy ku czci kogoś, kto nie umarł. Upił się wówczas razem z 
moim mężem. 
Liisa opowiada tak barwnie, że mam wrażenie, iż słyszę głos 
Mattiasa. Wyobrażam sobie jego gniew, wściekłość graniczącą z 
szaleństwem. Równocześnie uświadamiam sobie jeszcze jedno: 
nie tylko tamtego dnia Ole i Mattias upili się na umór. Obaj się 
bardzo zmienili, niemal postarzeli. Ale nie tylko to. Ole stał się 
innym człowiekiem, całkowicie niepodobnym do tego, którego 
zapamiętałam, tak samo jak Mattias. 
- A ty kiedy opowiesz o sobie? - pyta Liisa. 
Byli cierpliwi. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Nikt nie 
wiedział, że wrócę. Nie dowierzam listom, dlatego nie posłałam 
żadnej wiadomości. 
Poza tym trudno zaprzeczyć temu, co napisane, a ja do samego 
końca chciałam zachować możliwość odwrotu. Ostatecznie 
zdecydowałam się zejść na ląd dopiero w chwili, gdy statek 
wpłynął do fiordu, gdy rozpoznałam znajome szczyty oraz chaty 
u podnóża gór. Bałam się wysłać wiadomość, 
 

background image

ponieważ brakowało mi pewności, czy wypełnię to, co 
postanowiłam. Jeszcze w Hammerfest nie byłam do końca 
przekonana, że chcę wracać do Kafjorden. 
- Nie wiem, czy jestem na to gotowa - odpowiadam. 
Na jej twarzy maluje się zawód. Byłyśmy przyjaciółkami. To 
więcej niż relacja bratowa-szwagier-ka. Byłyśmy sobie bliskie. 
Gdybym wtedy nie wyjechała, dziś z całą pewnością nadal 
zwierzałabym się ze wszystkiego Liisie. Byłaby mi siostrą, której 
nigdy nie miałam. 
Tak jak Fiona. 
Nie mogę opowiedzieć Liisie o nich... o tych wszystkich, którzy 
stali mi się bliżsi od niej. Nie chciałabym jej tym zranić. Liisa jest 
cudownym, wspaniałym człowiekiem. Kocham ją na swój spo-
sób, ale ona nigdy nie zrozumie tego, co przeżyłam, a ja nie mam 
ochoty zbyt wiele tłumaczyć. To rozdarłoby na nowo z trudem 
gojące się rany. Nie stać mnie na takie poświęcenie, by ona 
zrozumiała. 
Z Joem wszystko było proste. Przeżył to samo co ja. Jego uczucia 
przypominały moje własne. Nie potrzebowaliśmy słów, by 
wspominać. Żadne słowa nie wytłumaczą Liisie strachu, 
cierpienia i bezsilności, jakiej doświadczyłam w Irlandii. Żadne 
słowa nie odmalują Georgii i klimatu południowych stanów 
Ameryki. Żadne słowa wreszcie nie opiszą Seamusa. 
- Musiał to być w każdym razie przystojny mężczyzna - kwituje 
Liisa. 
Chyba spojrzałam na nią zdziwiona, nie rozumiejąc w pierwszej 
chwili, o co jej chodzi. Musiałam wrócić do domu, by 
uświadomić sobie, że my- 
 
 

background image

ślę po angielsku. Melodia mojego ojczystego języka wydaje mi 
się obca. Słuchanie wymaga ode mnie wysiłku, a słowa nie płyną 
z moich ust niczym nurt w rzece, jak kiedyś. Teraz muszę się 
bardzo pilnować, by nie mówić bzdur. 
- Mam na myśli ojca Lily - wyjaśnia Liisa i uśmiecha się tak, jak 
uśmiechają się do siebie kobiety, powierzając sobie nawzajem 
tajemnice. -Musi być przystojny. W rysach twarzy twojej có-
reczki nie rozpoznaję podobieństwa do ciebie ani do twoich 
krewnych, Rozo. 
- Lily nie jest podobna do nikogo - odpowiadam opryskliwie, 
lekceważąc słowa Liisy. W tej samej chwili jednak żałuję, że ją 
zraniłam. - Był przystojny - mówię. - Był... Liiso. 
Kiwa głową ze zrozumieniem. Najchętniej potrząsnęłabym nią z 
całych sił, tak by zaczęła na mnie krzyczeć. By wpadła w złość 
albo zaczęła się bać. By zareagowała inaczej niż tak jak 
zazwyczaj uśmiechem pełnym zrozumienia. Ale Liisa już taka 
jest. Zawsze stara się wejść w czyjeś położenie, akceptuje i 
wybacza, nawet gdyby to miało obrócić się przeciwko niej. 
- Nie wróciłabyś, gdyby żył - mówi Liisa i obserwuje mnie, 
mrużąc oczy. 
Ale nic nie zobaczy. 
Studiowałam uważnie własne odbicie w lustrze. Szukałam w 
spojrzeniu śladu wspomnień, ale nie odnalazłam. Nikt lepiej ode 
mnie nie umie zasnuć spojrzenia mgłą. Nikt nie potrafi tak 
starannie ukryć bólu. 
Liisa nie może się domyślić mojej miłości do Seamusa. Nie znała 
tamtej Rozy spowitej w zwiewne, przezroczyste szaty elfów. 
Moje spojrzenie jest 
 

background image

nieprzeniknione jak irlandzkie bagna w ciemnościach. 
- Nie chcesz o nim mówić? - pyta Liisa. 
- Nie. 
- Rozumiem. 
Cóż innego mogła powiedzieć Liisa, pozostając sobą? 
- Kiedy będziesz gotowa, Rozo, pamiętaj, że jestem tutaj. Zawsze 
możesz przyjść i porozmawiać. Wiesz o tym, prawda? 
Kiwam głową. Chcę jej wierzyć, choć nie mogę się oprzeć 
wrażeniu, że ona także, podobnie jak inni mieszkańcy Kopalni, 
umiera z ciekawości. Dobrze wiem, co ludzie gadają. 
Zastanawiają się, co się ze mną działo przez te wszystkie lata. 
Snują domysły, spekulują, ale nikt nie jest w stanie dociec, co 
naprawdę przeżyłam w obcym kraju. 
- Kiedy wyjechałaś do Irlandii, byłam pewna, że już nigdy tu nie 
wrócisz - mówi Liisa. - Myślałam 
0 tobie. Zastanawiałam się, jak ci jest tam samej w obcym kraju. 
David nie wyrażał się zbyt pochlebnie o Irlandczykach. Mówił, 
że to kłótliwi 
1 niepokorni awanturnicy. 
Mimowolnie uśmiecham się rozbawiona tą charakterystyką, 
która pasuje jak ulał do wszystkich członków rodziny 
O'Connorôw, a także do innych Irlandczyków, których poznałam 
i pokochałam. 
Po zachowaniu Liisy poznaję, że ma mi coś jeszcze do 
zakomunikowania, coś, nad czym długo myślała, ale waha się, 
jak to wyrazić. 
- Mattias przez cały czas mówił, że twoje zniknięcie musi mieć 
jakiś związek z mężczyzną. Uważał, że poznałaś kogoś, kto 
potrzebował cię bardziej niż my. 
 

background image

Mattias zna mnie aż nadto dobrze. Może tylko z pozoru ma 
nieobecne spojrzenie, a tak naprawdę widzi więcej, niż się do 
tego przyznaje. Zawsze był mądry. 
- Byłam bliska śmierci. 
- On twierdzi, że wiedziałby, gdybyś umarła. Chyba ma rację. Ja 
także bym wiedziała, gdyby 
Mattias umarł. Między nami istnieje osobliwa więź sięgająca 
zamierzchłych czasów, łączy nas i prowadzi ku przyszłości. 
- Nie potrafię o tym opowiedzieć - mówię. - Nie jestem w stanie. 
To zbyt osobiste. Rozumiesz? 
Oczywiście, że Liisa rozumie. Zasłaniam się tą jej 
wyrozumiałością jak tarczą, ale nie odczuwam wstydu. 
Przestałam się wszystkiego wstydzić. Nabrałam pewności siebie. 
Pozostałam dawną Rozą, ale bogatszą o nową mądrość. 
Dostrzegam pewne sprawy, których wcześniej nie zauważałam. 
- Sądziłam, że przez te kilka lat ty i Ole zdążyliście zapełnić izbę 
potomstwem - śmieję się lekko. 
Przypominam sobie ubogie irlandzkie chaty rozbrzmiewające 
dziecięcym śmiechem i gwarem. Wspominam slumsy 
niewolników, których dzieci nie poznały smaku zabawy, myślę o 
dzieciach sprzedawanych przez swych rodziców. 
- Tak długo mnie nie było. Powinniście przynajmniej spłodzić 
choć jednego potomka! - drażnię się. 
Znów ją ranię, ale tym razem nieświadomie. Nie mówiłam tego w 
złej wierze, ale nagle uderza mnie niepokojąca myśl: kto wie, czy 
Liisa w ogóle może mieć dzieci. Z pewnością nie ja pierwsza 
zadałam jej to beznadziejne pytanie. 
- Ale macie jeszcze czas - próbuję jakoś wybrnąć 
 

background image

z tej kłopotliwej sytuacji. W tej samej chwili otwierają się drzwi i 
z chaty wychodzą mężczyźni. 
- Na co mamy jeszcze czas? - pyta mój brat. Wolałabym nie być 
zmuszona, by powtórzyć 
swoje słowa, ale wydaje mi się, że przemilczając je, 
wprawiłabym Liisę w jeszcze większe zakłopotanie. Biorę więc 
bratową pod ramię, podkreślając, że jestem po jej stronie, i 
powtarzam, że mają jeszcze czas na powiększenie rodziny. 
Mattias, opierając się o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na 
piersi, uśmiecha się niebezpiecznie. 
Przypomina wilka. 
- Jesteśmy jeszcze za młodzi na dzieci! - mówi Ole z 
przekonaniem, wichrząc mi włosy. - Ja jestem za młody i zbyt 
beztroski, by wziąć odpowiedzialność za rodzinę, Rozo! Zresztą, 
czego ty życzysz swojemu ukochanemu bratu? Chciałabyś, bym 
tonął wśród gromadki zasmarkanych bachorów i spędzał całe 
dnie z grubą babą, której nie mogę nawet porządnie objąć w 
tańcu? 
W oczach Liisy gaśnie blask, ona jednak nie odzywa się, zaciska 
usta tak mocno, że aż bieleją jej wargi. 
Nie sądzę, by Ole często tańczył z żoną. Obawiam się, że od 
dawna nie zatroszczył się nawet, by ją przytulić. 
Ole kuca za naszymi plecami i kładzie jedną dłoń na moim 
ramieniu, a drugą na ramieniu Liisy, która najchętniej wolałaby 
uniknąć dotyku i kuli się odruchowo. Ole jednak udaje, że tego 
nie dostrzega. Czyli że to nic nowego w ich wzajemnych 
stosunkach. 
Pamiętam, jak lgnęli do siebie. On nie mógł oderwać od niej 
dłoni, a jej spojrzenie przy nim iskrzy- 
 

background image

ło się jak gwiaździste niebo. Ogarnia mnie smutek, że nie 
odnajduję w nich tamtego uczucia. 
- Liisa i bez dziecka jest gruba - mówi Ole, uśmiechając się 
złośliwie. 
Niemal od zawsze potrafiłam czytać z jego twarzy jak z otwartej 
księgi. Wystarczyło, że ledwie na niego spojrzałam, a już 
wiedziałam, czy chce mi dokuczyć, czy tylko się ze mną drażni. 
Teraz czuję niesmak, bo widzę, że Ole z premedytacją sprawia 
przykrość żonie. 
- Ole najchętniej tańczy ze szczupłymi dziewczętami, takimi, 
które może objąć w talii oburącz - odgryza się Liisa i strzepuje ze 
spódnicy niewidoczny pyłek. Potem wstaje niezgrabnie i mówi, 
że musi zrobić obrządek. 
Chcę z nią iść razem do obory, ale dziękuje mi za pomoc. Oddala 
się pośpiesznie, a związane w węzeł włosy podskakują jej na 
plecach. Nie założyła nawet fartucha, w którym zwykle oporzą-
dza inwentarz. Jestem pewna, że płacze, i nie mam wątpliwości, 
że nie tylko ja to zauważyłam. 
- Znowu to samo - mruknął Mattias. 
- Po co sobie bierze wszystko tak mocno do serca? - odpowiada 
Ole, odchylając w tył głowę. Znam ten dumny gest, choć nie 
uświadamiałam sobie, że często reaguję w podobny sposób. 
Zauważyłam to dopiero w Georgii, gdzie mieliśmy w domu 
lustra. Tutaj, w skromnej chacie nad fiordem, łatwo uciec przed 
własnym odbiciem. 
- Zraniłeś ją - mówię ostrożnie. 
Mattias unosi brwi i patrzy wyczekująco na mojego brata. Daje 
mi znak, że setki razy powtarzał Olemu to samo, ale to nie 
pomagało. 
- Chyba powinna znać się trochę na żartach   
 

background image

mówi mój brat. - Kiedyś potrafiła się śmiać. Dlaczego kobiety 
tracą poczucie humoru po zamążpójściu? Liisa całkiem 
zapomniała, co znaczy dobra zabawa. 
- A może to ty nie byłeś kiedyś takim żartownisiem? - pytam. 
Ole schyla się i siada obok mnie na schodach. 
- Tyle rzeczy mi umknęło, Rozo. Byłem ociemniały, nie żyłem 
pełnią życia. Chcesz mi zabronić cieszyć się teraz młodością? 
Zbyt wcześnie musiałem dorosnąć, mam sporo do nadrobienia. 
- Liisa była dla ciebie dość dobra, kiedy straciłeś wzrok - mówię, 
rozumiejąc podtekst jego słów. - Kiedy nie mogłeś mieć innych 
dziewcząt, bo wszystkie ignorowały ślepca. Byłeś dla nich przy-
stojnym kaleką bez przyszłości, bez widoków w życiu. Ale teraz, 
kiedy znowu widzisz, Liisa nie jest już dla ciebie dość dobra. Tak 
sobie to wymyśliłeś, Ole? 
Odchrząknął i odrzekł po chwili: 
- Gdybym miał teraz decydować, nie ożeniłbym się z nią. 
- Mówiłeś jej to? 
- Sama się chyba domyśla - odpowiada, wzruszając ramionami i 
uśmiechając się pogardliwie. 
Mam ochotę go spoliczkować, ale powstrzymuję się. 
- Zresztą pozostawiłem jej wolny wybór - ciągnie dalej Ole, jakby 
się bronił przed moim wymownym milczeniem. - Powiedziałem, 
że jeśli chce, może odejść. Niech zabierze to, co uważa za swoje. 
Nie będę jej tego utrudniał. Ale ona sama zdecydowała się zostać, 
mimo że wiedziała, jak się sprawy mają. A skoro tak, musi się 
pogodzić z sy- 
 
 
 
 

background image

tuacją. Nie okłamywałem jej. Nie udawałem innego, niż jestem. 
Zresztą znała mnie, decydując się mnie poślubić. 
Skończył. Boję się nawet myśleć, co się kryje za jego słowami. 
Tymczasem Ole poklepuje mnie po ramieniu, wstaje i oddala się 
tanecznym krokiem w stronę Kopalni. 
- O czym ja nie wiem? - pytam Mattiasa. 
Nie ruszając się z miejsca, Mattias przygląda mi się uważnie. 
Jego spojrzenie jest znajome, a jednak wydaje mi się, że 
dostrzegam w nim też coś obcego. 
- Co się tutaj zmieniło od mojego wyjazdu, Mattias? 
- Wszystko. 
- Co on jej zrobił? 
- Na jakiś czas przyprowadził do domu jedną z tych młodych 
dziewcząt, co to nigdzie nie zagrzeją miejsca. Topniała pod jego 
spojrzeniem jak śnieg w promieniach słońca. 
- Tutaj? - pytam zaskoczona. 
- Tutaj - potwierdza Mattias, wzruszając ramionami. - Miała być 
służącą, ale w niczym nie wyręczała Liisy. Nie pomagała jej w 
domu. Wtedy właśnie Ole kazał Liisie wybierać, czy zostanie, 
czy się od niego wyprowadzi. Samuelsborg należy przecież do 
niego. 
Czuję do swego brata złość, więcej, wściekłość. Przez chwilę go 
nienawidzę. 
- Ojciec dziewczyny zabrał ją stąd, kiedy zaszła w ciążę - 
opowiada dalej Mattias jakby od niechcenia. - Nie ona jedna 
zresztą. Z tego, co wiem, twój brat spłodził już czworo dzieci. 
Tylko w swojej własnej chacie nie ma ani jednego. 
 

background image

- Jak Liisa może mu na to pozwolić? - pytam. Brązowe oczy 
Mattiasa zwężają się, tworząc 
szparki, gdy mówi: 
- Kto jak kto, Rozo, ale ty to powinnaś zrozumieć. 
 
 
Rozdział 7 
Roza domyśliła się od razu, że dziewczyna, która stanęła w 
progu, to Shelley. Miała rude włosy, połyskujące miedzią 
dokładnie tak samo jak włosy Fiony, a oczy, które spoglądały na 
nią wrogo, były kopią oczu Seamusa. Dziewczyna, choć wiotka 
jak Molly, z twarzy przypominała 0'Connorów. 
- Chcę rozmawiać z Josephem - oznajmiła i nie czekając na 
odpowiedź, minęła Rozę i weszła do izby. Usiąść jednak nie 
chciała. - Nie przyszłam się tu gościć - rzekła chłodno, a Rozę 
uderzyło, że Shelley odziedziczyła po 0'Connorach nie tylko 
urodę, ale i bezkompromisowość, z której znany był Seamus. 
- Joe wyszedł - odpowiedziała. 
- To go sprowadź! - zażądała Shelley wyprostowana jak struna. 
Rude włosy zaplecione w warkocz upięła wokół głowy niczym 
wieniec. Na jej bladej twarzy odznaczały się drobne piegi, a oczy 
zdawały się niemal czarne. 
Roza pamiętała dobrze, że tak ciemniało spojrzenie Seamusa, gdy 
był wściekły. Skinęła głową i bez słowa wyszła po Joego. Młoda 
kobieta wzbu- 
 
 
 
 
 

background image

dziła jej ciekawość, ale i obawę. Ciągle nie potrafiła się uporać z 
tym pozbawionym sensu uczuciem zazdrości o przeszłość 
Seamusa. 
Joe zabezpieczał właśnie studnię za domem. Pokrywa całkiem 
spróchniała i trzeba było zrobić nową. Przez ostatnie pół roku 
dom powoli niszczał, a ogród zarosły chwasty. Wyraźnie dało się 
odczuć w obejściu brak pracowitej gospodyni. 
- Dom popada w ruinę, gdy nikt w nim nie mieszka, Rosi - 
odezwał się zafrasowany Joe, usłyszawszy jej kroki. 
Roza stała w milczeniu, póki nie podniósł na nią wzroku. Gdy 
zobaczył napięcie malujące się na jej twarzy, zaciśnięte usta i 
skrzyżowane na piersi ramiona, odłożył na bok narzędzia. 
- Mamy gościa - odezwała się Roza sztywno. 
Joe wstał. Chodził tu ubrany tak samo, jak nosił się w Georgii: 
nogawki spodni wpuszczone w buty do konnej jazdy, robocza 
koszula rozpięta pod szyją, niedbale zawiązana barwna apaszka. 
Sięgnął po kurtkę przewieszoną na gałęzi drzewa, którego nazwy 
Roza nie znała. 
- I tak już skończyłem - powiedział zadowolony, wycierając 
brudne dłonie w spodnie, i uśmiechnął się do Rozy 
olśniewającym uśmiechem 0'Con-norów. 
Zapewne Shelley unosi kąciki ust w taki sam sposób, kiedy się 
śmieje. 
- Zamierzam dziś przycisnąć starego Franka i dowiedzieć się, 
kiedy spodziewa się Liama. Powoli kończę już tutaj, wiesz. 
Pozostało jeszcze parę wiosek, no a potem Dublin, oczywiście. 
Dublin będzie klejnotem w koronie, Rosi. Dopiero po Dublinie 
będę wiedział, czy nam się powiodło... 
 

background image

- Przyszła Shelley - przerwała mu Roza, nie spuszczając z niego 
wzroku. Wbiła palce w ramiona, by powstrzymać drżenie ciała. 
Czuła, że Shelley nie przynosi dobrych wieści. - Twoja bratanica, 
Joe, córka Molly, chce z tobą mówić. 
Joe uniósł brwi ze zdumieniem, ale nie tracąc humoru, stwierdził: 
- No, no, do tej pory nie był jej potrzebny wuj. Chyba chodzi o 
coś ważnego, skoro zdecydowała się tu przyjść. Obawiam się 
jednak, że to nie będzie miła wizyta. 
Długimi krokami skierował się pierwszy ku chacie. Coś w jego 
postawie kazało Rozie wierzyć, że Joe chce ją ochronić przed 
tym, co może okazać się nieprzyjemne. 
Shelley przysiadła na brzegu krzesła, a wąskie dłonie oparła na 
kolanach. Miała na sobie wełnianą spódnicę w kolorze 
nieokreślonym, który w promieniach słońca nabierał odcienia 
zieleni, i brązowy żakiet z wełny o prostym kroju. Roza 
dostrzegła, że jest już dość znoszony i ma przy-krótkie rękawy. 
Pośpiesznie jednak odwróciła wzrok, by nie urazić Shelley. Ze 
smukłej postaci dziewczyny biła duma. 
Joe powitał ją z wyczekującym uśmiechem. Nie podał jej ręki, by 
nie obrazić córki Molly, traktując ją jak kogoś obcego. Znali się 
wprawdzie tylko z widzenia, ale mimo to nie byli sobie obcy. 
- Mama i Donal zostali uwięzieni - rzuciła Shelley krótko. 
Joe zatrzymał się w pół kroku. Shelley nie powtórzyła. Nie było 
potrzeby, gospodarze dobrze słyszeli, co powiedziała. 
Joe chwycił trójnogi stołek i usiadł naprzeciwko 
 
 
 
 
 

background image

bratanicy. Złowiwszy jej spojrzenie, popatrzył na nią uważnie. 
Dwie pary oczu, tak samo szarych, zderzyły się ze sobą. 
Roza miała wrażenie, że na moment ogłuchła. Poza dzwoniącą 
ciszą słyszała bowiem jedynie pulsowanie w skroniach i szum w 
uszach tak silny jak szum wodospadu. Dopiero gdy Joe wreszcie 
otworzył usta, zrozumiała, że nikt wcześniej nie powiedział 
słowa. 
- Jak to uwięzieni? - zapytał Joe. - Za co uwięzieni? Przecież 
Donal i Molly nie zrobili nic złego! 
Shelley odrzuciła głowę i zaśmiała się. Roza musiała się 
odwrócić. To niepodobna, by ktoś mógł się śmiać tak samo jak 
on! 
- Donal do tej pory umiał pilnować własnych spraw - mówiła 
Shelley z niechęcią, nie kryjąc nieufności wobec Joego, a tym 
bardziej Rozy. - Przez to jednak, że ich wplątałeś w swoje niecne 
sprawki, wpadł po uszy. Skoro więc zawiniłeś, to ich teraz ratuj z 
kłopotów! 
- Jaki postawiono im zarzut? - zapytał Joe, nadal nie pojmując, 
jak to się mogło stać. - Przecież spotkanie u Connellych z 
poczęstunkiem i tańcami odbyło się już ponad tydzień temu. Nikt 
nie może udowodnić, że działo się tam coś podejrzanego. Od 
tamtej pory nie widziałem się z Molly, a tym bardziej z Donalem. 
Nie pojmuję, w co miałbym ich wciągnąć, Shelley. Nie 
rozumiem, o co ty mnie obwiniasz! 
Prychnęla, demonstrując, że nie wierzy ani jednemu jego słowu. 
- Przed ich domem znaleźli zakopaną broń - wyjaśniła, z trudem 
panując nad sobą. - Amerykańską broń, Josephie O'Connor! 
Spróbuj sobie wyobrazić, co grozi Donalowi! 
 

background image

To akurat przyszło Joemu bez trudu. 
- Zjawili się nocą - wyjaśniała Shelley. - Słyszałam, że oni 
najchętniej przychodzą w nocy. 
- Przecież to ludzie Donala... 
Shelley zaśmiała się pogardliwym śmiechem, do złudzenia 
przypominającym śmiech tego, który był jej ojcem. 
- Sądzisz, że mu to pomoże? 
- Ktoś go w to wrobił - odezwała się Roza. 
Shelley otoczyła się murem wrogości i lekceważenia. Udawała, 
że nie dostrzega Rozy ani nie słyszy jej uwag, jakby chciała 
zademonstrować, że jest tu intruzem. 
- Nikt by nie ukrył broni u Donala - rzucił Joe zdenerwowany. 
Shelley uniosła brwi w identyczny sposób jak Joe. Byli tak 
bardzo do siebie podobni, zupełnie jak rodzeństwo. Roza 
uświadomiła sobie, że są między nimi tylko cztery lata różnicy. 
Shelley skończyła osiemnaście lat. Mogłyby być przyjaciółkami, 
ale tak się nigdy nie stanie. Shelley była córką Seamusa. 
- Nikt z twoich ludzi? 
Joe otworzył usta, ale opamiętał się, nim zdążył wypowiedzieć 
słowa, które mogłyby go zdradzić. Nagle nabrał podejrzeń. Splótł 
dłonie i położył je na kolanach. 
- Skąd mogę mieć pewność, Shelley, że nie nasłała cię tu policja? 
A może to pomysł Donala, by w tak haniebny sposób wymusić na 
mnie obciążające zeznania? 
- Oprócz „haniebnego sposobu" resztę zrozumiałam - odrzekła 
chłodno Shelley. - Nie oszukuję cię, Joe. Cała gromadka mojego 
rodzeństwa zna- 
 
 
 

background image

lazła się teraz u mnie w nazbyt ciasnej jak dla Kevina i dla mnie 
chacie. Moja matka siedzi w lochu i tylko Święta Panienka raczy 
wiedzieć, co się dzieje z Donalem. Nie okłamuję cię! Nie mam 
żadnego interesu w tym, byś wpadł w zasadzkę. Obojętnie, 
haniebną czy jakąś inną! - Dyszała ciężko. -Przyszłam cię błagać, 
byś nam pomógł. Pomógł im. Proszę cię na kolanach, bo mama 
twierdzi, że jesteś przyzwoitym człowiekiem. Tak jakby 
0'Con-norowie mogli znać znaczenie tego słowa, choć jest tak 
zwyczajne i proste. 
- Jeśli to prowokacja i broń zakopali ludzie Donala - zastanawiał 
się głośno Joe - to ja nic tu nie pomogę. 
- A jeśli ktoś z twoich - rzuciła Shelley zdobywając się na 
odwagę, dumnie wysuwając podbródek. Nie płakała, ale jej szare 
jak popiół oczy lśniły. 
- Po co ktoś z naszych miałby to zrobić? - pytał zdumiony Joe, nie 
dostrzegając w tym żadnego sensu. 
- Nie jesteś bohaterem - rzekła Shelley kwaśno. -Nie jesteś 
właściwym 0'Connorem, wujku Josephie! 
- Zapewne wielu byłoby na rękę, gdyby ktoś ci zaszkodził - 
wtrąciła Roza, ale jej słowa nie wywołały wrażenia na Shelley. 
Dziewczyna wciąż nie zaszczyciła spojrzeniem wdowy po swoim 
ojcu. 
- A ja myślę, że to policja użyła Donala jako przynęty, by 
pochwycić innych - stwierdził Joe. -Zdobyli skądś broń i by 
wywołać strach, aresztują jednego z irlandzkich policjantów, 
który gościł podejrzane towarzystwo... 
- Który zna ciebie - dodała Roza, choć sama nie wierzyła zbytnio 
w wersję, której uczepił się Joe. 
- Takiego, który znał Seamusa - myślał głośno. 
 

background image

- A ze strachu gotów im powiedzieć wszystko, by samemu zostać 
uwolnionym. Takiego, który ma wiele do stracenia... 
- Donal nie jest tchórzem - wystąpiła w obronie ojczyma Shelley. 
Dorastała wszak pod jego opieką i jeśli czuła wobec kogoś 
lojalność, to właśnie wobec niego. 
- Donal może być w to zamieszany - rzekł Joe. 
- Nigdy by tego nie zrobił mamie! 
- Na pewno? - powątpiewał Joe. - Przecież zgłosił się do służby w 
policji. Myślę, że nawet twoja babka nie spodziewała się tego po 
nim. 
- Moją babką była twoja matka, wujku Joe -odezwała się Shelley 
z udawaną słodyczą. - A matka Donala uniknęła wielu 
nieprzyjemności dzięki temu, że Donal zgłosił się do policji. 
- Stara pani Connelly straciła jednego syna. Nie sądzę, że 
odmawiała dziękczynne modlitwy, kiedy dowiedziała się, co się 
stało z jej drugim synem. 
- Pomóż im! - poprosiła Shelley. 
- Pomóż im - powtórzyła Roza cicho. 
Joe popatrzył na nią. Bez słów pytał, czy sądzi, iż to takie proste. 
- Nie jesteśmy w stanie wydostać ludzi z więzienia - westchnął. - 
A ja nie pójdę i nie dam się zakuć w kajdanki, przyznając się, że 
to moja broń. Tym bardziej, że o żadnej nie słyszałem. 
Roza przemilczała, że przybiwszy do wybrzeży Irlandii, nie 
zeszli ze statku na ląd z pustymi rękami. Nią także targały 
wątpliwości. Nie miała powodów, by ślepo ufać córce Molly. 
Zwłaszcza, że ze sposobu, w jaki ją traktowała, domyślać się było 
można, że córka Seamusa nie darzyła także ojca przyjaznym 
uczuciem. A taka młoda, pałająca nie- 
 
 

background image

nawiścią dziewczyna gotowa jest, jak przypuszczała Roza, 
uderzyć z różnych stron. 
- Zrób coś! - powiedziała Shelley, zwracając się do Joego i choć 
drobna i niewysoka, kiedy wstała, zdawała się górować nad nim. 
Miała w sobie coś, co przyciągało wzrok. Nie chodzi tylko o 
urodę, ale o emanującą z niej poświatę, otulającą ją niczym 
niewidzialna peleryna. 
... utkana z pyłu elfów... 
- Zrób coś, Joseph, bo jeśli nie, opowiem na policji, że byłam na 
organizowanych przez ciebie zebraniach. Opowiem im, gdzie się 
odbyły i co na nich mówiłeś. 
- To bardzo niebezpieczna zabawa wymyślać niestworzone 
historie o Bogu ducha winnych ludziach - zdenerwował się Joe i 
chwycił Shelley za nadgarstek. 
Dwie pary szarych jak popiół oczu napotkały się w intensywnym 
spojrzeniu. Żadne nie zamierzało ustąpić. W obojgu płynęła ta 
sama krew. Skoro byli do siebie tak podobni zewnętrznie, to czy 
mogli bardzo różnić się charakterami i temperamentem? 
Joe nie osiągnął niczego, raczej tylko dolał oliwy do ognia. 
Shelley wyrwała się. Nie usiłował jej dalej powstrzymywać, 
ramiona ciężko mu opadły. 
- Nie donoś na niewinnych ludzi, Shelley - poprosił cicho. - Tu 
nie chodzi wyłącznie o Molly i Donala. Tu chodzi o coś więcej. 
- Zdaje się, że ta sprawa ciebie przerasta, wujku Josephie. 
- O mnie możesz sobie mówić, co chcesz - westchnął, 
przeczesując palcami gęstą grzywkę. Włosy jednak pozostały 
zwichrzone. Dłonie i czoło po- 
 

background image

kryły się kropelkami potu. Na poczerwieniałej twarzy wyraźniej 
odznaczały się piegi. - Ta sprawa jest ważniejsza niż moja osoba - 
rzekł zmęczony. - Jeśli chcesz już kogoś zadenuncjować, to 
wybierz mnie, Shelley. Ale nie podawaj policji nazwisk całkiem 
niewinnych ludzi. Nikt cię nie skrzywdził przecież na tyle, byś 
mściła się w taki sposób. 
- Nikt z żyjących - odparła Shelley, posyłając Rozie przelotne, 
pełne pogardy spojrzenie. - Poza tym - uśmiechnęła się 
uśmiechem Seamusa - poza tym nie doniosę na całkiem 
niewinnych ludzi, Joseph. Nie muszę zmyślać, by podać 
nazwiska tych, którzy otwierali przed tobą drzwi swoich chat, 
zezwalając na zebrania. Nie muszę zmyślać, by przytoczyć twoje 
płomienne mowy. Nie jestem z gruntu zła, a tym bardziej głupia. 
Mam w sobie silne poczucie sprawiedliwości. Niektórzy 
powiadają, że odziedziczyłam to po kimś, sama nie wiem... 
Pokręciła lekko głową, jakby współczuła Joemu, który nie do 
końca pojmował, co miała na myśli. 
- Naprawdę nie rozumiesz, Joe? Ja wiem o wszystkim! 
- Nie było cię na żadnym ze spotkań! 
- Ale był mój mąż - odparła hardo. - Kevin O'Neill, jeden z twoich 
najzagorzalszych i najbardziej oddanych zwolenników. On ma 
doskonałą pamięć. Po każdym takim zebraniu powtarzał mi twoje 
mowy, cytując cię niemal dosłownie. Czy wspomniałam już, że 
jeździł za tobą od wioski do wioski, by ciebie posłuchać? 
Joe pokręcił głową. 
- Był przynajmniej na pięciu takich spotkaniach. Nie mogłeś go 
nie zauważyć. Jest bardzo przystojny, ma ciemne włosy, szare 
oczy i pełne uwielbie- 
 
 

background image

nia spojrzenie. Jest dość młody, może tobie wyda się zwyczajny, 
bo ty, jak słyszałam, stałeś się światowcem. Ale ja uznałam, że 
ma w sobie dostatecznie dużo zalet, by został moim mężem i 
spłodził moje dziecko. On marzy o tym samym co ty, Joseph. - 
Shelley zatrzymała się w drzwiach. - Myślę, że o tym, iż wziął 
mnie za żonę, przesądził fakt, że jestem, o czym powszechnie 
wiadomo, córką wielkiego Seamusa! Chciał, by i na niego 
spłynęła odrobina splendoru bohatera. Szkoda, że sława ojca nie 
opromieniła i mnie. Ale może nie potrafiłam tego wykorzystać? 
Może jestem za głupia? - Odetchnęła i zmarszczyła brwi. - 
Właściwie nie powinnam nazywać tego głupotą, raczej 
ignorancją, to trochę ładniejsze słowo, prawda, wujku Josephie? 
Wyszła, trzaskając drzwiami. 
W alkierzu rozległ się płacz Lily. 
Kiedy Roza ponownie weszła do izby, nie zastała już w niej 
Joego. Nie chciała się bać, ale nie potrafiła opanować uczucia 
lęku. Nie umiała nigdy oswoić strachu o Seamusa. Wciąż się o 
niego bała. Sądziła, że nigdy więcej nie dopadnie jej znów to 
samo uczucie. Po jego śmierci myślała, że nie będzie już nigdy 
tego przeżywać. 
Ale to wciąż trwało. 
Strach nie stał się ani odrobinę mniejszy, choć nie dotyczył już 
mężczyzny, którego kochała ponad wszystko, ale łudzi, do 
których czuła wielkie przywiązanie. Nie mogła znieść myśli, że 
Joemu przytrafi się coś złego. 
Albo Molly. 
Lubiła też Donala, mimo że znalazł się po tej 
 

background image

drugiej, niewłaściwej stronie i wszyscy traktowali go jak wroga. 
Lubiła go. Tamtej nocy, kiedy na koniu przewiózł ją w góry na 
północ od Bandon, nawiązała się między nimi osobliwa przyjaźń. 
Może ktoś inny by tego nie pamiętał, uznając, że Donal zapłacił 
tym za wymagającą większych poświęceń przysługę, jaką zrobił 
mu Seamus, zabierając jego bratanków, Danny'ego i Tommy'ego, 
do Ameryki. Ale Roza nie przywiązywała się łatwo do ludzi. Nie 
miała wielu przyjaciół spoza rodziny w Kafjorden, a także spoza 
klanu O'Connorow w Irlandii i Georgii. A Donal rozmawiał z nią 
wtedy szczerze, dzieląc się swoimi najskrytszymi myślami. 
Mimo ryzyka, na jakie narażał się Donal, decydując się im 
pomóc, Seamus traktował go z góry. Nie miał szacunku dla brata 
Danny'ego. Roza wolała tego wówczas nie dostrzegać, ale 
pamiętała, że Seamus gardził Donalem i nie uważał go za praw-
dziwego mężczyznę. Jego zdaniem Donal zgłosił się do policji 
powodowany tchórzostwem. 
Seamus nie chciał zrozumieć. 
Roza uznała nagle, ku własnemu zaskoczeniu, że Seamus 
popełnił błąd. Nie podobały jej się niektóre cechy jego 
charakteru. Kiedy byli małżeństwem, wydawały jej się jednak 
drobne i mało znaczące. Osobisty urok męża przysłaniał wszelkie 
wady. Żyjąc u boku Seamusa, była po jego stronie. Dlatego bronił 
jej i chronił przed tym wszystkim, na co teraz musiała spojrzeć 
własnymi oczami i sama stawić czoło. 
- Czy możesz im jakoś pomóc? - zapytała, gdy Joe wrócił 
późnym popołudniem, bliżej już wie- 
 
 
 
 

background image

czoru. Odchodziła od zmysłów ze strachu o niego. Gdyby to był 
Seamus, wybuchnęłaby teraz gniewem. 
- Molly tak - odparł Joe ze stężałą twarzą. Roza czuła, jak 
przenika ją chłód. 
Joe rozpiął guziki koszuli i niecierpliwie szarpnął mankiety. 
Koszula wylądowała na kupce ubrań u jego stóp. 
- A co z Donalem? - zapytała Roza. 
Nie od razu odpowiedział. Poruszał się gwałtownie, twarz mu 
pociemniała niczym niebo, nim rozpęta się tornado. Założył 
czarną koszulę i zapinał ją, nie patrząc na Rozę. 
- W piecu wygasło? - zapytał. 
Skinęła głową i nie odrywała od niego wzroku. Ukucnął, 
otworzył drzwiczki do pieca i nabrał w dłonie popiołu, po czym 
natarł nim spoconą twarz, pozostawiając jedynie trzy jaśniejsze 
plamy wokół oczu i ust. 
Wtedy spojrzał na Rozę. 
- Ktoś z naszych zakopał broń w zagrodzie Donala. 
Po jego głosie Roza poznała, że Joe wciąż nie chce w to 
uwierzyć, ale nie może przeczyć oczywistym faktom. 
- Ktoś chciał się pozbyć nie tylko Donala, ale i mnie. 
Serce Rozy waliło tak mocno, jakby miało rozerwać jej pierś. 
- Pozbyć się ciebie, Lily, Molly i Shelley. Obraz stawał się 
bardziej klarowny. 
- Pozbyć się wszystkich tych, którzy coś znaczyli dla Seamusa. 
Komuś zależy, by jego imię okryło się niesławą i zniknęło z ust 
tutejszych ludzi. Chcą 
 

background image

uderzyć w nieżyjącego bohatera, posługując się mną. Chcą ze 
mnie zrobić zdrajcę, który sprzeniewierzył się sprawie... 
- Kto? - zapytała. Wargi miała spierzchnięte i suche, tak że z 
trudem formułowała słowa. 
- Gdybym to wiedział, zabiłbym go - odparł Joe. 
- Ale nie wiem. Jedyne, czego jestem pewien, to że została nam 
jedna noc. 
To nie może być prawda! To się nie dzieje! Zupełnie jakby 
powróciły okropne sny, które nękały ją w Georgii. Znów drży o 
własne życie. 
- Spakuj ubrania dla siebie i dziecka - rzucił Joe. 
- I coś na zmianę dla mnie, jeśli zdążysz. Bagaż przenieś do 
Franka. 
- Do Franka? 
Joe potwierdził skinieniem głowy. 
Wyglądał śmiesznie, ubrany na czarno, z czarną grzywką 
opadającą na czoło. W poczerniałej od popiołu twarzy płonęły 
blaskiem jedynie szare oczy. 
- Niewielu ludziom można zaufać, gdy stawką jest życie, prawda, 
Rosi? Na kolanach błagałem Franka o pomoc. Wprawdzie 
dokonał wyboru, którego nie pojmuję ani nie akceptuję, ale 
wiem, że nie jest katem. Nie posyła dzieci pod pałki policji. Nie 
godzi się na to, by zabierać dzieciom matki. On nas zawiezie na 
zachód, jeśli przyjdą po nas. 
Roza pokiwała głową. To straszne. 
Nie powinna uciekać! Przecież miała jechać do Anglii! Tyle że 
Joemu grozi niebezpieczeństwo nie tylko w Irlandii, ale i w 
Anglii. 
- Ostrzegłem męża Shelley. Oni też nie mogą zostać, wisi nad 
nimi takie samo zagrożenie. Dla 
 

background image

Franka będzie to duże wyzwanie, ale w końcu ma swoje kontakty 
tam, na górze... 
Roza uznała, że to nie jest najlepszy moment na żarty, i nawet się 
nie uśmiechnęła. 
- A co ty zamierzasz robić? - zapytała, lękając się odpowiedzi. 
- Molly ma być dzisiejszej nocy przewieziona do innego 
więzienia. Postaram się o to, by nie dotarła na miejsce. 
- Co z Donalem? Joe pochylił kark. 
- Z Donalem rozprawili się szybko - rzekł nieswoim głosem, a z 
oczu spłynęło mu kilka łez, tworząc jaśniejszą strużkę na 
poczerniałej twarzy. -Był jednym z nich, nie mieli dla niego 
litości. Oskarżyli go o zdradę. Nie zamierzali czekać na proces. 
Nie mogli ryzykować, że będzie w stanie udowodnić swą 
niewinność. 
Joe zamilkł. 
Roza nie chciała tego słuchać, ale nie ruszała się z miejsca. 
Wstrzymała oddech i myślała o rudowłosym Donalu, jego 
szczupłej twarzy, obsypanej piegami, chłopięcej, a zarazem 
męskiej. Myślała o Donalu, który zgłosił się do policji, by móc 
utrzymać swoją rodzinę, chociaż wiedział, że ta decyzja ściągnie 
na niego pogardę rodaków. Uczynił to jednak mimo wszystko i 
nie uginając karku, ponosił konsekwencje swego czynu. 
Starał się przy tym, jak mógł, pozostać porządnym człowiekiem. 
Nie chciała wiedzieć tego, co wyczuwała. 
- Zastrzelili jeszcze jednego Connelly'ego podczas próby 
ucieczki - dodał Joe, a jego słowa aż ociekały pogardą. 
 

background image

Rozdział 8 
- Nie donoszę na rodzinę - powiedział krótko Frank. Nigdy nie 
był rozmowny, a już szczególnie w takiej chwili. 
Roza nie odczuwała najmniejszej ochoty podtrzymywania 
rozmowy. Sama by się nie odważyła zwrócić o pomoc do pastora. 
Przyszła tylko dlatego, że Joe ją o to prosił. W głębi serca jednak 
nie całkiem pojmowała, dlaczego zdecydował się zwrócić do 
wuja, który wciąż miał za złe siostrzeńcowi jego postępowanie. 
Frank 0'Shaughnessy był także ubrany na czarno. Roza 
skonstatowała to nie bez lekkiego zaskoczenia, choć w jego 
przypadku taki strój nie należał do rzadkości. 
- Ubierz się ciepło - poprosił pastor i poprowadził Rozę w stronę 
stajni. 
Powietrze zrobiło się bardziej rześkie, ale nie zanosiło się na 
deszcz. Niebo było bezchmurne, a sierp księżyca wisiał blady tuż 
nad powierzchnią wody. Zapowiadała się pogodna i gwiaździsta 
noc, co na pewno nie było na rękę Joemu. 
Roza bała się o niego, choć nie potrafiła rozsądnie uzasadnić tego 
uporczywego lęku. Może przestała dowierzać samej sobie? 
Przecież w proroczych snach widziała kres życia Joego, powinna 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

więc być spokojna, że nie zginie w mroku irlandzkiej nocy od 
broni królewskiej policji. 
- Zadbaj też o to, by dziecko miało ciepło - dorzucił Frank. 
Księżycowa noc kładła długie cienie, wśród których stał ukryty 
czarny powóz zaprzężony w dwa konie ciemnej maści, niemal 
czarne. W swoim licznym stadzie Frank nie miał takich wiele. 
Hodowla koni była wielką pasją pastora. Miłość do tych stworzeń 
odziedziczył po swych przodkach. 
Na koźle zamkniętego powozu siedział ubrany na czarno 
woźnica, w czapce z daszkiem przysłaniającym twarz i z wysoko 
podniesionym kołnierzem. To nie mogła być przypadkowa 
zbieżność. Roza poczuła lodowatą kulę w żołądku i przywołała w 
myślach Seamusa. Zaraz jednak uznała, że lepiej pokładać ufność 
w żyjących. Zwłaszcza że ci, jak jej się zdawało, potraktowali 
poważnie całą tę sytuację. 
Frank wstawił do powozu torby Rozy, po czym wziął od niej kosz 
ze śpiącym dzieckiem i umieścił obok. Zatroszczył się, by 
dziecko leżało bezpiecznie na siedzeniu, a potem zwrócił się do 
Rozy z krótkim wyjaśnieniem: 
- Gdyby ktoś pytał, to podróżujemy razem. 
Roza wsiadła do powozu. Usadowiła się w kącie z twarzą 
zwróconą w kierunku jazdy, gdyż inaczej źle znosiła podróż. 
Poza tym chciała mieć dziecko obok siebie. 
Pastor zamknął drzwiczki i z godnością usadowił się 
naprzeciwko niej. W ciemności nie widać było, jakie uczucia 
malują się na jego twarzy. 
- Joe mnie nie uprzedził - odezwała się Roza cicho, daremnie 
usiłując uchwycić spojrzenie brata Lottie. 
 

background image

Ale choć nic nie wiedziała o ucieczce powozem, nie bała się. 
Odczuwała dziwny spokój i ufała Frankowi, pastorowi, który 
wybrał niewłaściwy kościół i niewłaściwą wiarę. 
- Nie mógł cię uprzedzić - odpowiedział Frank spokojnie, 
zaciągając zasłonki w powozie, za co Roza była mu na swój 
sposób wdzięczna. Nie miała ochoty patrzeć, dokąd jadą. Wolała 
nie wiedzieć za dużo, na wypadek gdyby ktoś ich śledził ałbo 
zatrzymał. - Joe nie mógł ci powiedzieć o czymś, o czym sam nie 
wiedział - ciągnął Frank. 
- Dlaczego mam ci ufać? - zapytała Roza przekonana, że takie 
samo pytanie zadałby Seamus. Starała się myśleć kategoriami 
męża. On z pewnością wykazałby większą podejrzliwość nawet 
wobec wuja. Może wcale nie byłby zadowolony, że Roza polega 
na Franku? 
Ale przecież Seamus sam udał się po pomoc do wuja, i to w nocy, 
kiedy pastor gościł na plebanii szefa policji. Musiał mieć 
pewność, że Frank na niego nie doniesie. 
A może Seamus igrał z ogniem, ponieważ miał duszę hazardzisty 
i jak każdy gracz nie potrafił żyć bez ryzyka? Rozsądek i 
postępowanie zgodne z ustalonymi regułami krępowały go i 
cisnęły jak pętla na szyi. 
Miała nie myśleć o Seamusie! On przecież nie żyje! Należy 
zaufać ludziom ze swego otoczenia, a nie tym, których imiona i 
nazwiska widnieją na kamiennych nagrobkach. 
- Ponieważ odwiozę cię w bezpieczne miejsce -odparł Frank. 
- Pastor chyba nie mógłby kłamać? - rzuciła Roza, na co Frank 
zaśmiał się cicho, najwyraźniej do- 
 
 
 

background image

ceniając fakt, że Roza nie traci humoru nawet w tak dramatycznej 
sytuacji. 
Roza jednak wcale nie była pewna, czy żartowała. Powiedziała to 
bezwiednie, usta same sformułowały słowa, które odniosły 
pozytywny skutek. Może Frank trochę ją polubił? Śmiał się 
przyjaźnie. Ten śmiech całkowicie różnił się od śmiechu 
Seamusa. Lily spala spokojnie. Chyba nawet nie zauważyła, że 
uciekają co koń wyskoczy wzdłuż wyboistych dróg na zachód. 
Dokąd? Tego Roza nie wiedziała. 
Nie miała też pojęcia, czy grozi im jakieś niebezpieczeństwo. 
Zdała się całkowicie na Franka, ale było jej mimo wszystko 
trudno. Rzadko w swym życiu ufała komuś bez zastrzeżeń. 
Takich ludzi nie spotkała wielu. A tym razem chodziło nie tylko o 
nią samą, ale także o życie dziecka, córeczki jej i Seamusa. 
- Nie oszukałbym cię - odpowiedział Frank. 
Powóz zatrząsł się na wybojach, zasłonka przesunęła się, a w 
wąskiej szparze okienka Roza dostrzegła oświetloną blaskiem 
księżyca drogę. Po prawej stronie ciągnęło się bezkresne morze, 
masy wody toczone ku pogrążonym w gęstym mroku brzegom, 
spienione grzywy fal. Widok ten oszołomił ją swym majestatem i 
chwycił za serce. 
Jednocześnie uświadomiła sobie, że nie jadą na zachód, tak jak 
było umówione z Joem. Coś się nie zgadzało. Nie powinna mieć 
morza po swej prawej ręce. Odwrotnie, po lewej! A więc nawet 
pastorowi nie można ufać! 
Zerwała się z miejsca, ale zaraz opadła na siedzenie pokryte 
skórą. Nie dało się stać, gdyż powozem trzęsło na 
nierównościach drogi, a woźnica pędził tak, że Rozie zbierało się 
na mdłości. 
 

background image

Nie mogła przecież wyskoczyć w biegu i uciec, póki jadą tak 
szybko. Musiałaby wówczas zostawić Liły, co zupełnie nie 
wchodziło w rachubę. Dostosuje się więc do poleceń Franka, tak 
jak podpowiada jej intuicja. Musi mu zaufać, mimo że samej so-
bie już nie ufa. 
Joe wspomniał, że ostrzegł męża Shelley, bo i on, tak jak 
wszyscy, którzy w jakiś sposób byli związani z Seamusem, 
znalazł się w niebezpieczeństwie. Kazał im czekać, aż uwolni 
Molly, a potem mieli uciec wraz z córeczką oraz dziećmi Molly i 
Donala. 
Czy Frank byłby zdolny sprzedać własną rodzinę? Czy potrafiłby 
zdradzić Joego i wysłać dziecko Seamusa na pewną śmierć? 
Powiedział jej, że nie zdradził nigdy tych, z którymi łączą go 
więzy krwi. 
Niepewność nie dawała Rozie spokoju, a równocześnie, o dziwo, 
odczuwała bardziej zdumienie niż strach. A przecież, gdyby jej i 
Lily coś groziło ze strony Franka, wyczułaby to z pewnością. 
Tymczasem nic prócz tego, że jechali na wschód, jej nie 
zaniepokoiło. 
A może straciła zdolność przewidywania? Może nigdy nie była 
obdarzona nadprzyrodzonymi zdolnościami, a ta cała gadanina o 
dziedzictwie przenoszonym w jej rodzie przez kobiety była tylko 
wymysłem, bajką, w którą mieszkańcy Samuelsborg chcieli 
wierzyć, ponieważ to jedno wyróżniało ich spośród zwykłych, 
szarych ludzi i budziło poważanie w społeczności, w której żyli. 
- Jedziemy do Cork - wyjaśnił Frank, który od dłuższej chwili 
obserwował Rozę w milczeniu. Wąska szpara między zasłonkami 
wpuszczała dość 
 

background image

światła, by zauważył skrajne uczucia, jakie miotały Rozą od 
momentu, gdy zrozumiała, że udają się w inne miejsce niż to, o 
którym wspomniał jej Joe. 
Była mądrą kobietą, choć nie grzeszyła urodą ani obyciem 
towarzyskim. Ale to ją wybrał sobie Seamus na towarzyszkę 
życia, mimo że ich związek nigdy nie został prawdziwie 
pobłogosławiony przez kościół ani Boga. 
Frank miał nadzieję, że w nielicznych przypadkach tam, na górze, 
patrzą na to przez palce. Nie umiał sobie odpowiedzieć na 
pytanie, czy pozorując ich ślub, popełnił większy grzech, niż 
popełniłby pozwalając, by żyli jak mąż i żona bez jego 
błogosławieństwa. Wierzył jednak szczerze, że nawet jeśli 
zawinił, zostanie mu to odpuszczone. W imię miłości tych 
dwojga. Oczywiście tymi pogańskimi myślami nie dzielił się z 
innymi. 
- W Cork nie ma dziś w nocy policji - rzucił oschle Frank. - 
Zawiozę cię do Liama. 
Roza zmarszczyła brwi. 
- Nikt się nie spodziewa, że banici irlandzcy szukać będą 
schronienia w Anglii - wyjaśnił Frank. -Dlatego tam właśnie 
odwiezie was Liam. 
Roza oniemiała. 
Czyż nie o to właśnie błagała, gotowa uczynić wszystko, by się 
tak stało? Nie przypuszczała jednak, że odbędzie się to w taki 
sposób. 
- Tylko mnie i Lily? - zapytała. 
- Joe także musi uciekać z Irlandii, i Molly, jeśli uda się ją 
uwolnić. No i dzieci. 
- A co z Shelley? - zapytała Roza. Nie odpowiedział. 
- Joe mówił, że Shelley także grozi niebezpieczeństwo! 
 

background image

- Dziwna z ciebie kobieta, Rosi O'Connor -rzekł po chwili Frank. 
- Wiesz, że nie jestem prawowitą O'Connor -wyrwało się Rozie. - 
Ty jedyny wiesz, że się tak nie nazywam, a więc nie naigrawaj się 
ze mnie! 
- Uważam cię za żonę Seamusa. 
Chyba jednak z niej nie szydził, bo nie wyczuwała ironii w jego 
słowach. Przeciwnie, wydawało jej się, że słyszy w jego głosie 
szacunek, choć nie pojmowała, jak to możliwe. 
- Niewiele kobiet wstawiłoby się za nieślubnym dzieckiem 
swojego męża, tak jak ty wstawiasz się za Shelley. 
- Przecież to córka Seamusa. 
Frank pokiwał głową. Złożone dłonie trzymał nieruchomo na 
kolanach. 
- Rzeczywiście. Osobliwa mieszanka, nie sądzisz? 
Wyprostowana i dumna jak Seamus, a z twarzy podobna do 
Fiony. Uśmiech zupełnie jak u ojca. Silna wola jak u Molly. 
Skłonność do pielęgnowania uczucia graniczącego niemal z 
kultem przez niezliczone lata. I ten talent aktorski, szczególna 
zdolność do udawania i nakłaniania innych, by myśleli to, co ona 
chce, by myśleli. Wyobraźnia tak barwna, że ożywa w 
rzeczywistości. Zdążyłaś dostrzec te wszystkie cechy w Shelley? 
Przejrzałaś ją? Zauważyłaś podobieństwo do Seamusa? 
- O czym ty mówisz? - zapytała Roza, która nic z tego nie 
rozumiała. Demaskował córkę Seamusa, ale pomimo wszystko 
mówił o niej z miłością. 
- Mówię o skłonności do konfabulacji - odpowiedział Frank 
wprost, nie owijając już dłużej w bawełnę. - Ma to po Seamusie. 
Molly nie potrafi kłamać. Seamus natomiast zawsze tak gorąco 
wierzył w swo- 
 

background image

je kłamstwa, że wszyscy sądzili, iż mówi prawdę. I z Shelley jest 
to samo. Jest bystra i bardzo szybko odkryła, jak wykorzystywać 
to do własnych celów. I niemal nikt w jej otoczeniu tego nie 
zauważył. Może jedyna Molly zdaje sobie z tego sprawę, ale 
własnemu dziecku łatwo się wybacza, prawda? Łatwo 
usprawiedliwić taką śliczną, delikatną istotę jak Shelley. Jest taka 
słodka, taka zdolna. Nieodrodna córka swojego ojca. 
- Dlaczego mi o tym mówisz? - zapytała Roza, której trudno było 
oglądać Shelley w takim świetle, w jakim przedstawił ją Frank. - 
Właściwie spotkałam ją tylko raz - dodała pośpiesznie. - Jedyne, 
co zauważyłam, to uderzające podobieństwo do Fiony i do 
Seamusa. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że to właśnie on 
był jej ojcem. Właściwie zrobiło mi się jej żal. 
- Ona natomiast nie miała dla ciebie najmniejszego współczucia - 
rzucił oschle Frank 0'Shaughnessy. 
- Skąd wiesz? 
- Znam ludzką naturę - odparł. - I znam Shelley. Ona nie jest 
podobna ani do Danny'ego, ani zbytnio do Molly. Jej ojcem był 
Seamus. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt z dorosłych nie 
wypowiadał tego na głos. Przypuszczalnie jednak inne dzieci 
były mniej delikatne i Shelley usłyszała to wtedy, gdy była 
jeszcze za mała, aby zrozumieć. A może podsłuchała 
przypadkowo powtarzane szeptem plotki? Seamus wciąż 
pojawiał się w ich domu, ale i on nigdy nie wyjaśnił Shelley, że 
jest jej ojcem. 
- I że ona jest dla niego kimś ważnym - wyrwało się Rozie. Łzy 
cisnęły jej się do oczu, ale wciąż 
 

background image

próbowała bronić Seamusa. - Pewnie nie wiedział, jak ma jej to 
powiedzieć. 
- Albo wmówił sobie, że ojcem małej jest Danny - wtrącił Frank, 
uśmiechając się nieznacznie. 
- Chyba tak nie myślisz! - zaprotestowała Roza. 
- O, to typowe dla Seamusa. Danny wziął na siebie 
odpowiedzialność i ożenił się z Molly. W księgach parafialnych 
zostało zapisane, że jest ojcem Shelley, choć nawet ślepy by 
zauważył, do kogo podobna jest dziewczynka. Seamus myślał o 
Dan-nym jako o ojcu dziecka tak intensywnie, aż sam w to 
uwierzył. Nie chciał w ogóle myśleć inaczej. Zresztą nie 
nazywali małej nigdy prawdziwym imieniem. Wołali na nią 
Deidre. 
- Co ty właściwie chcesz mi przez to powiedzieć? - zapytała Roza 
powoli, gdyż w miarę jak słuchała, zaświtała jej pewna 
niepokojąca myśl. 
- Opowiadam ci o Shelley - odparł Frank. -O córce Seamusa. 
Ponieważ uważam, że masz prawo wiedzieć, kim ona jest. I kim 
naprawdę był twój mąż, bo zapewne ukrywał przed tobą niektóre 
strony własnej osobowości. 
- Seamus mnie kochał! 
- Właśnie - potwierdził Frank. - Kochał cię, Rosi, i dlatego 
osłaniał cię przed samym sobą. To także miłość, być może nawet 
większa, niż ktokolwiek jest w stanie sobie wyobrazić. Nie 
zapominaj o tym! Powinnaś wiedzieć, jaki był Seamus, ale 
choćbyś dowiedziała się o nim nie wiem ilu nowych rzeczy, nie 
wolno ci zapominać o najważniejszym: on cię kochał. Kochał tak 
mocno, że robił wszystko co w jego mocy, by cię chronić, także 
przed mroczną, głęboko skrywaną stroną samego siebie. 
 
 

background image

Nikt nigdy tak jej nie kochał. 
- W takim razie gdzie jest Shelley? 
- W innym miejscu. 
- A jej mąż, córeczka, dzieci Molly? 
- Dzieci są już pod opieką Liama - odpowiedział Frank. 
- Liama? 
- Liam przypłynął przed kilkoma dniami - wyjaśnił Frank 
O'Shaughnessy. 
- Ty to doprawdy potrafisz być tajemniczy - wyrwało się Rozie. 
- Właściwie Liam nie schodzi na ląd, nie byłoby to dla niego 
korzystne, gdyby go ktoś tu zobaczył. 
- Czy nie powinieneś mi tego powiedzieć parę dni temu? - 
zapytała Roza, czując, jak wzbiera w niej złość. 
Przecież tłumaczyła Frankowi, jak bardzo jej zależy na tym, by 
skontaktować się z Liamem. On jeden był w stanie powiedzieć, 
dokąd wyjechali Margaret i David. On, jako jedyny, mógł pomóc 
jej odnaleźć brata. 
- Może gdybyś mi o tym wcześniej powiedział, uniknęlibyśmy 
takich kłopotów - ciągnęła, czując, że jej trochę ulżyło, gdy 
wyładowała swą złość na Franku. - Liam nie musiałby się 
narażać, a ja nie potrzebowałabym uciekać nocą jak złodziej. 
Moje dziecko byłoby bezpieczne. Joe byłby bezpieczny i nie 
musiałby przebrany jak buntownik włóczyć się nocą gdzieś po 
irlandzkich drogach. Nie pojmuję cię! Błagałam cię o to, bym 
mogła jak najszybciej spotkać się z Liamem, a ty ukrywasz 
przede mną jego przybycie. 
- Liam nie przybył z twojego powodu, Rosi. Minęła chwila, nim 
to do niej dotarło. Słyszała 
 

background image

go, słowa wciąż dźwięczały jej w uszach i odbijały się echem w 
głowie. Zupełnie jakby stała nad przepaścią, a dookoła wznosiły 
się nagie skały. Poczuła gwałtowną tęsknotę, by skończyć z tym 
wszystkim. Wystarczyło dać jeden krok, by uwolnić się od 
niepewności, od wszystkiego, czego nie pojmuje, od tego, co 
osaczyło ją jak pajęczyna. Ale póki glosy odbijały się od skały do 
skały, musiała zostać i nasłuchiwać. 
- Liam przypłynął po konia. 
- Często to robi? - zapytała. 
- Zawsze, kiedy pojawia się szczególnie obiecująca sztuka. Moira 
Hart lubi wyjątkowe stworzenia. Jej namiętność do koni nie zna 
granic. Poza tym ma dość pieniędzy, by nabywać wyjątkowe 
okazy. 
- Czy równie bezgranicznie ufa Liamowi? - zapytała Roza, która 
nagle dopatrzyła się szalonego schematu, na który za nic w 
świecie sama by wcześniej nie wpadła. 
- Łatwo ufa się komuś, z kim łączą nas więzy krwi - rzekł Frank, 
wzruszając ramionami. - Solidarność rodzinna jest w nas głęboko 
zakorzeniona - dodał beznamiętnie. - Wiemy dobrze, Rosi, jacy 
są nasi najbliżsi. Wiemy, na kim możemy polegać. Nie chcemy 
tego zmieniać. 
Roza pojęła nagle, jak bardzo skomplikowana jest ta tkanina. Ile 
w niej misternych splotów, poprzetykanych nitek. Można się 
łatwo zagubić. Aby pojąć istotę wzoru, należało przeniknąć do 
samej osnowy, bo na brzegach wszystko było zbyt splątane, 
zawikłane, nieprzejrzyste. 
Rozę olśniło nagle, że Joe, nazywając się czasem marionetką, 
bliższy był prawdy, niż mu się zdawało. 
 
 

background image

Była ciekawa, czy i on miewał podobne przebłyski zrozumienia, 
jakie objawiły się teraz jej, ale zaraz porzuciła tę myśl, wiedząc, 
że Joe na pewno by się z nią tym podzielił. Wciąż był zbyt mocno 
przejęty swą rolą w wielkiej grze, by tak łatwo pogodzić się z 
tym, że jest tylko pionkiem na szachownicy. 
- Dla Joego będzie to cios - rzekła. 
- Joe nie musi się o tym dowiedzieć - odparł łagodnie Frank 
O'Shaughnessy. 
- Kim jest woźnica? - pytała dalej Roza. 
- To Kevin O'Neill - odpowiedział anglikański pastor. 
- Mamy mało czasu - mruknęła Roza. - Dzieci są w 
niebezpieczeństwie... 
- Kevin odwiózł je do Cork, nim Shelley zdążyła wrócić do domu 
- wyjaśnił Frank. 
- A co z nią? - wyszeptała Roza, choć wolałaby nie znać 
odpowiedzi. 
- Shelley była córką Seamusa, ale on jej nie dostrzegał, i za to go 
nienawidziła. W głębi serca jednak wielbiła go ponad wszystko. 
Niebezpiecznie, gdy ktoś staje się bogiem dla innych, a Seamus w 
oczach Shelley był bogiem. Chciała przejąć spuściznę po ojcu. 
Pragnęła stać się nowym symbolem sprawy, za którą oddał życie. 
Chciała stać się kimś tak ważnym jak on. 
Roza przymknęła oczy. Broń została zakopana przed domem 
Donala i Molly. Shelley miała swoje powody, by chcieć 
zaszkodzić zarówno Joemu, jak i Rozie, a nawet Lily, która, jak 
sądziła, była prawowitą córką Seamusa. Ale Molly była przecież 
jej matką, a Donal jedynym ojcem, którego naprawdę znała. Poza 
tym Shelley była drobna i delikatna, sama nie dałaby rady 
przenieść skrzyni z bronią, 
 

background image

a zresztą nie miała odpowiednich kontaktów, by taką broń 
zdobyć... 
- Shelley jest podobna do Seamusa - rzekł Frank z bezbrzeżnym 
smutkiem. - Wzbudza posłuch u ludzi. Nawet u rozsądnych. 
Nietrudno zaufać młodej, pięknej kobiecie, zwłaszcza takiej, 
która, jak wiadomo, jest córką Seamusa. Niektórzy dostrzegli 
sposobność, by przez nią zdobyć większą władzę. Pozwolili się 
wykorzystać, by później wykorzystać ją. Władza potrafi bardzo 
zmienić ludzi. Nawet nikła nadzieja na zdobycie władzy popycha 
ich do najgorszych zbrodni... 
- Czy Seamus wiedział o tobie? - zapytała nieoczekiwanie Roza. 
- A co miał wiedzieć? - zapytał Frank 0'Shaughnessy lekko. - 
Jestem zwykłym pastorem na irlandzkiej wsi, w kościele, który 
moi parafianie niechętnie odwiedzają. 
- Doskonały kamuflaż - mruknęła Roza. 
To naprawdę było precyzyjnie zaplanowane. Zastanawiała się, 
czyja tęga głowa to wymyśliła. Zastanawiała się, jak bardzo 
głęboko w siatce powiązań znajdował się wiejski pastor 
0'Shaughnessy. 
- Czy Lottie zdawała sobie z tego sprawę? - drążyła. - A Seamus? 
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - odparł wuj jej męża i 
usłyszała jego cichy śmiech. Tak samo jak Seamus wypuszczał 
najpierw powietrze przez nos, a potem unosił w uśmiechu kąciki 
ust. 
A więc uśmiech drapieżnika przechodzi w tym rodzie z pokolenia 
na pokolenie! 
- Seamus także był marionetką - stwierdziła Roza. - Niemożliwe, 
by był tego świadomy. 
Pastor nie odpowiedział. 
 

background image

- Dlaczego pozwoliłeś na przyjazd Joego? - spytała po chwili. - 
Przecież wiedziałeś, że grozi mu tu niebezpieczeństwo! 
- Nikt się nie spodziewał, że wrócicie - odparł Frank. 
W jej głowie znów rozległo się echo, a mgła otulająca myśli 
opadła. Olśnienie przyszło równie gwałtownie, jak słoneczna 
pogoda w Irlandii. 
- To Lottie! - wykrztusiła zaszokowana ledwie słyszalnym 
głosem. 
To wyjaśniało wszystko. 
- To Lottie stanowiła mózg wielkiego ruchu konspiracyjnego. I 
ona nim kierowała. To ona stała za przygotowaniami do 
wielkiego powstania, które wymagało długoletnich nakładów i 
starań. 
- Wciąż nie wiem, o czym mówisz - rzekł Frank. Cóż innego 
mógł powiedzieć. 
- Tylko kobieta potrafi być tak dalekowzroczna - stwierdziła 
Roza, nie pojmując, dlaczego nie zauważyła tego wcześniej. 
Była zaślepiona. 
Seamus pozbawił ją ostrości widzenia. Jak wszyscy inni w nim 
widziała wielkiego bohatera, legendę. 
- Nie rozumiem, że Lottie pozwoliła na to, by wystawić Seamusa 
na taki łatwy cel - rzekła, nie mogąc powstrzymać płynących z 
oczu łez. 
- Urodziłaś się w wolnym kraju - odparł Frank. 
Roza słyszała te same słowa od Seamusa. Wsłuchiwała się w jego 
płomienne mowy i podziwiała za żar, który podtrzymywał w 
sercach ludzi, a który ją równocześnie przerażał. Obserwując 
Joego i budzącą się w nim namiętność, sądziła, że Joe naśladuje 
Seamusa. 
 

background image

Charlotte otaczała czcią sagi i baśnie. Żyła blisko elfów, tak samo 
jak Seamus. On wśród synów był jej najbliższy i najbardziej do 
niej podobny. Ale przecież całe rodzeństwo słuchało opowieści 
matki. Wszyscy wsłuchiwali się wieczorami przed zaśnięciem w 
jej głos. 
Seamusowi, który najbardziej spośród rodzeństwa podobny był 
do niej, mogła zaufać. Dlatego właśnie poprowadziła go we 
właściwym kierunku, którym on później ślepo podążył. 
Frank miał rację. 
Nie dostrzega się wpływu swoich najbliżsźych. 
Seamusowi wydawało się, że sam dokonał wyboru życiowej 
drogi. Nigdy by się nie domyślił, że własna matka odważyła się 
poświęcić go dla sprawy, w którą wierzyła. Ale Roza sądziła, że 
Seamus zrozumiałby to i wybaczyłby Lottie. 
- Czy to Lottie wymyśliła, byś został pastorem? - spytała. 
- Sam wybrałem kościół anglikański - odparł Frank. - Ale 
pozostałem Irlandczykiem. Moje serce bije wciąż po tej samej 
stronie. 
- Co się stanie z Shelley? - spytała Roza. 
- Tego się nie dowiesz - odparł wiejski pastor Frank. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 9 
Myślałam, że niełatwo mi będzie wrócić i na powrót stać się 
członkiem społeczności Kafjorden, pokazać się w Kopalni, 
stawić czoło pytaniom mieszkańców. 
O dziwo, to nie było takie trudne. 
Gorzej, że nie mogę ich wszystkich rozpoznać. Tak bardzo się 
zmienili i nawet najbliżsi krewni wydają się zupełnie inni niż 
kiedyś. Nie rozpoznaję ich! A przecież nie widzieliśmy się 
zaledwie trzy lata. 
Ja pozostałam taka jak dawniej. 
Jestem Rozą. 
Rozą Samuelsdatter. 
Do drzwi Samuelsborg zastukał pastor. Pewnie rozeszły się 
plotki, że urodziłam kolejne dziecko. W każdym razie nie 
wiedział, a ja się z tym nie zdradziłam, że wyjeżdżając znad 
Kafjorden, byłam brzemienna, bo sądzę, iż wówczas 
usłyszałabym inne pytania. 
Zapytał, gdzie przebywałam przez minione trzy lata. 
Odpowiedziałam, że w Irlandii. 
Zwracał się do mnie kiepską angielszczyzną, a ja mu 
odpowiadałam z nienagannym akcentem, naśladując wymowę 
Seamusa. To wystarczyło, by przekonać duchownego. Uznałam, 
że nie muszę się 
 

background image

mu zwierzać z tego, że w tym czasie widziałam też wybrzeża 
Afryki, a mieszkałam na plantacji w Ameryce. Nie powiedziałam 
tym bardziej, że drugie moje dziecko przebywa w Nowej 
Zelandii. Pytał o ojca dziecka i o stosowne dokumenty. 
Zaprzeczyłam, bym miała takowe, i tylko mu podałam, kiedy 
Lily przyszła na świat i datę jej chrztu. Powiedziałam też, że w 
rubryce ojciec może wpisać „nieznany". Taka adnotacja nie po 
raz pierwszy znajdzie się w księdze parafialnej przy nazwisku 
kogoś z mojej rodziny. 
Zapytał, czy naprawdę chcę, by córka nosiła takie obco brzmiące 
imię. 
Potwierdziłam, że nazwałam ją Lily Josephine Fiona. 
Czy w związku z tym pragnę obdarzyć dziecko nazwiskiem, 
które wskazywać będzie na jego pochodzenie, skoro z taką troską 
wybrałam tak trudne do wymówienia imiona? - dociekał. 
Rozadatter, córka Rozy - zaproponowałam, gotowa bronić swego 
wyboru. Po chwili jednak, mimo że pastor nie próbował mnie od 
tego odwieść, zrozumiałam, że w ten sposób napiętnowałabym ją 
na całe życie. 
Wszyscy wiedzą, że jest moją córką. 
Nie muszę rzucać im tego w twarz. 
Ona nazywa się O'Connor, ale nie chcę tutaj używać tego 
nazwiska. Jeśli kiedyś zdecyduję się wrócić, Lily i tak pozostanie 
jedną z O'Connorow, niezależnie od tego, jakiego nazwiska 
będzie używać tutaj. Jeśli wrócę, dla jej rodziny będzie najzu-
pełniej oczywiste, że córka Seamusa nosi nazwisko ojca. 
Nazwisko nie musi być klejnotem noszonym na szyi, ale też nie 
powinno ciążyć jak kamień. 
 
 

background image

Pastor sugerował, że nazwisko powinno wskazywać, skąd 
pochodzi Lily, postanowiłam więc, że nazwę ją Samuelsborg. 
Zaakceptował to bez zastrzeżeń. Uśmiechnął się nawet i 
pochwalił wybór. 
Podobno coraz powszechniej nazwa zagrody staje się 
nazwiskiem jej mieszkańców. 
Nie jest źle. Lily Samuelsborg mogłaby iść przez życie z gorszym 
nazwiskiem. 
Muszę ją tu na nowo ochrzcić. Zyska kolejnych rodziców 
chrzestnych. Nie widzę w tym nic złego. Nie chodzi o to, że ci, 
którzy towarzyszyli jej podczas pierwszej takiej uroczystości, nie 
okazali się wystarczająco dobrzy. Na pewno wciąż kochają ją 
równie mocno. Ale oni mieszkają na drugiej półkuli! 
Zastanawiam się, kiedy nabiorę pewności, czy postąpiłam 
słusznie. Czy otrzymam jakiś znak? 
Wciąż czekam, kiedy znów przemówi do mnie Natalia. Mam 
nadzieję, że poradzi mi, jaką wybrać drogę. Byłoby mi łatwiej. 
Ale nie wiem, czy tak się stanie. 
Podejrzewam, że nie przemówi do mnie, póki sama nie podejmę 
decyzji. Wreszcie zrozumiałam, że to właśnie tak się dzieje. Nikt 
mnie nie wyręczy w dokonywaniu wyborów. 
Marzę o tym, by przyśnił mi się Seamus, bym na wpół 
przebudzona poczuła delikatny uścisk jego dłoni i muśnięcie 
szorstkich palców na policzku. Wierzę, że on na zawsze 
pozostanie przy mnie. Mimo to odczuwam fizyczny ból, gdy 
pomyślę, że tak już do końca życia pozostanę samotna. 
Nie wiem, czy temu podołam. 
W Georgii wybuchnie wojna. W swoich wizjach 
 

background image

widziałam zniszczenia, tysiące zabitych, dwory stojące w 
płomieniach, ich zgliszcza. Widziałam niewolników 
zrzucających kajdany i odpłacających gwałtem tym, od których 
doznali tylu krzywd. Widziałam, jak chwieją się i łamią filary 
podtrzymujące potęgę Stanów Zjednoczonych Ameryki. 
Miałam tam kogoś. 
Pozostał tam jego grób. 
Mogę tam wrócić i stać się znowu Rosi. 
Nie wiadomo jednak, czy w ogóle dożyję tej wojny. Joe 
umierający na polu bitwy wyglądał dużo starzej niż ten, którego 
pożegnałam w Anglii przed dwoma miesiącami. Ja natomiast, 
podnosząca go z przesiąkniętej krwią ziemi, byłam taka jak teraz. 
Może kres mego życia nie jest już daleki. 
A może tam mimo wszystko pisana jest mi przyszłość? Tylko że 
musiałam wrócić do domu, by to sobie uświadomić... 
Godziny spędzone w Cork w oczekiwaniu na Joego Roza 
zaliczyła do najgorszych w swoim życiu. Zgodnie z 
przewidywaniami Franka po drodze do Cork nie natknęli się na 
ani jeden patrol policyjny. Wziąwszy pod uwagę to, kim 
naprawdę okazał się pastor, byłaby zdziwiona, gdyby się pomylił. 
Lęk o Joego nie przestawał jej jednak dręczyć. 
W porcie już ich oczekiwano. Liam z nieprzeniknionym 
obliczem przywitał się z Rozą tak, jakby nie widzieli się raptem 
parę tygodni. 
„Przykro mi z powodu Seamusa" - powiedział, tylko ten jeden raz 
wspominając bratanka. 
 
 
 
 

background image

- Powinnaś wejść na pokład - poprosił Rozę Frank, gdy minęła 
kolejna godzina oczekiwania. 
Pówoli budził się świt. Na czystym niebie nie było widać nawet 
jednej chmurki. 
Roza wiedziała, że powinna posłuchać Franka, ale nie była w 
stanie usiedzieć spokojnie na pokładzie frachtowca, który, gotów 
do wyjścia z portu, czekał już tylko na ostatnich pasażerów. 
Zastanawiała się, ile kosztowało przekupienie załogi, by na to 
przyzwoliła. Z rozmów, jakie prowadzili między sobą marynarze, 
wnioskowała bowiem, że większość z nich to Brytyjczycy, więc 
inny niż materialny interes nie wchodził w rachubę. 
- Kobiety nie powinny się pokazywać w porcie - ponowił próbę 
Frank 0'Shaughnessy. 
- Przynajmniej nie takie jak ty - zawtórował mu Liam, siląc się na 
uprzejmość, i na moment uśmiech rozpromienił jego ponurą 
twarz. 
- Mogę udawać dziwkę portową, wtedy nikogo nie będzie dziwić 
moja obecność - odgryzła się Roza. 
Była senna i bała się. Nie miała pojęcia, co się stało. Z trudem 
trzymała nerwy na wodzy. Jej cierpliwość została wystawiona na 
ciężką próbę. 
- I tak by się dziwili, co robisz w towarzystwie pastora - 
żartobliwym tonem stwierdził Liam, wskazując na białą kryzę 
duchownego, odznaczającą się wyraźnie na tle czarnego stroju 
Franka. 
Roza ze złością kopnęła mur, przy którym stali, by się zbytnio nie 
rzucać w oczy. Na rampie przeładunkowej było na razie pusto, 
ale za parę godzin zaroi się tu od robotników portowych. Na 
nocnej zmianie nikt nie pracował. Nie wiadomo, czy 
zawdzięczali taki traf łutowi szczęścia, czy też 
 

background image

wpływy Franka sięgały aż tu. Roza starała się o nic nie pytać. Joe 
zawsze jej tłumaczył, że lepiej za dużo nie wiedzieć. 
Przypomniała się jej Shelley. 
Pomyślała o bladym obliczu woźnicy, który powoził powozem 
Franka. Kevin O'Neill, młody, ciemnowłosy mężczyzna o 
poważnej twarzy, wierzący w te same ideały, za które Seamus 
oddał życie, wiele stracił tej nocy. 
- Kevin chyba nie może wracać, prawda? - zapytała Roza. 
- Kevin popłynie do Ameryki - odparł Frank. -Mam nadzieję, że i 
dla niego ten kraj okaże się przyjazny. Zajmą się tam nim. 
- Molly także? 
- Tak - skinął głową Frank. - Nie sądzę, by szczególnie bolało ją, 
że porzuca te strony. Wierzę, że Molly potrafi jak mało kto 
ułożyć sobie na nowo życie i zacząć wszystko od początku. 
Roza postanowiła poprosić przyjaciółkę, by zadbała o grób 
Seamusa. Wydawało jej się to słuszne. 
- A jeśli Joe nie wróci? - zapytała, choć nie dopuszczała takiej 
możliwości. 
Na pewno nie stanie się mu nic złego. Nie umrze w Irlandii. 
Jeszcze nie nadszedł kres jego życia. 
- Jak długo będziemy czekać? 
- Póki się nie rozjaśni - odparł Liam. - Jeśli do tej pory nie wróci, 
wypłyniemy bez niego. 
Zacisnęła mocno powieki, próbując sobie wytłumaczyć, że to 
tylko koszmarny sen, z którego się zaraz wybudzi. Wyobraziła 
sobie, że leży we własnym łóżku w majątku Favourite. Czuje się 
bezpieczna i za niczym nie tęskni. Seamus otacza ją 
 
 
 

background image

ramieniem i pilnuje, by obudziła się w jego objęciach. Gdy 
otworzy oczy, zobaczy jego ukochaną twarz. Przeciągną się 
leniwie, Seamus powoli spuści nogi na chłodną podłogę i 
przyniesie Rozie do łóżka bliźnięta. Zatroszczy się o to, by 
pierwszą przyłożyć Rozie do piersi Lily, bo jak mawiał ze 
śmiechem, z chłopców, którzy nauczą się czekać, wyrastają 
dżentelmeni. 
Niestety, gdy otworzyła oczy, ponury port nie zniknął. Ciemności 
z wolna ustępowały i noc przechodziła w dzień. 
Roza, czując, jak przenika ją chłód, uświadomiła sobie na powrót 
swoją beznadziejną sytuację. 
Znów ucieka z dobytkiem mieszczącym się w kilku torbach. Jej 
najlepszemu przyjacielowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo 
podczas próby ratowania Molly. 
Seamus nie żyje. 
Michaela oddała na wychowanie i nawet jeśli kiedyś wyrośnie na 
dżentelmena, nie będzie to jej zasługą. 
Koniec marzeń. Pozostaje tylko gorzka rzeczywistość. 
- Zostanę. Chcę zostać - odpowiedziała, drżąc na całym ciele, 
kiedy Liam i Frank ponowili prośby, aby poszła do kajuty. 
Stali więc tak nadal razem, we troje, na nabrzeżu. Mrużąc oczy i 
zerkając przez rzęsy, wyobrażała sobie, że patrzy przez cienką, 
muślinową firankę. Wciąż jeszcze wstawał świt. 
- Czy nie powinnaś czasem już nakarmić Lily? - zapytał Frank 
skrępowany, a na policzkach wystąpiły mu bladoczerwone 
plamy. 
Rozie wydał się nagle taki wzruszający. Nie zna- 
 

background image

ła innych mężczyzn, którzy by się rumienili, mówiąc o karmieniu 
piersią. Przypomniał jej się własny ojciec. 
- A może Kevin potrzebuje twojej pomocy przy pozostałych 
dzieciach? - przyszedł mu w sukurs Liam. 
Roza uświadamiała sobie, że mężczyźni usiłują przygotować ją 
na rozczarowanie. Sami, choć się nie przyznawali do tego na 
głos, stracili już nadzieję na to, że Joe z Molly pojawią się cali i 
zdrowi. 
Nie pokazała po sobie, że domyśla się prawdy. Nie chciała, by 
zorientowali się, co czuje. Miała ochotę krzyczeć, ale tłumiła w 
sobie emocje. Wyprostowana jak struna weszła na trap, ściskając 
pięści tak mocno, że paznokciami kaleczyła skórę na dłoniach. 
Młody marynarz, unikając jej spojrzenia, wskazał drogę do 
ciasnej kajuty, gdzie znajdowały się cztery koje. Na każdej leżało 
po dwoje dzieci. Koszyk z niemowlęciem stał tuż przy wręgu. 
Roza przecisnęła się ostrożnie pomiędzy dziećmi. Te, które nie 
mogły zasnąć, leżały cichutko, by nie pobudzić innych. 
Kevin siedział na podłodze zrezygnowany, z rękami opartymi na 
podkurczonych kolanach. Zerknął, kto wchodzi. Rozie wydawało 
się, że płakał. Twarz miał czerwoną, rozpaloną, zaciskał zęby. 
Przesunął się odrobinę, by zrobić Rozie miejsce obok koszyka z 
Lily. 
- Nie przyjechali? - zapytał szeptem. 
Roza pokręciła głową. Palcem musnęła lekko policzek córki. 
Mała poruszyła się nieznacznie, ściągając maleńkie usteczka 
przypominające pączek kwiatu. Wyprostowała paluszki u rąk, po 
czym znów zapadła w spokojny sen. 
 
 
 
 

background image

- Aniołek - wyszeptał Kevin, długo przyglądając się córce Rozy. 
Potem przeniósł wzrok na własną córeczkę, a także siedmioro 
dzieci Molly. 
Roza zastanowiła się, w jakim wieku może być Kevin. Shelley 
miała osiemnaście lat, a jej mąż na pewno nie był dużo starszy. 
Czyli byli mniej więcej rówieśnikami Rozy. Dzieliła ich 
najwyżej różnica dwóch-trzech lat, ale Rozie wydawało się, że 
nie należą do tego samego pokolenia. Czuła się o wiele starsza. 
Może to wynikało z tego, że jako żona Seamusa poniekąd była 
teściową Kevina? Nie wspomniała mu jednak o swoich 
przemyśleniach. Dość miał zmartwień. 
- Miała obsesję na punkcie swojego ojca - odezwał się Kevin 
jakby nieobecny. Usta mu drżały, ale nie płakał. 
Roza, oparłszy pokryty bliznami policzek o przegrodę, 
próbowała uchwycić wzrok zrozpaczonego mężczyzny, by 
wiedział, że może się jej zwierzyć. W ten sposób uśmierzała 
własny ból. 
Podczas rozmowy poczuli kołysanie i statek ruszył. Kevin, 
chociaż też to zauważył, nie powiedział o tym ani słowa. Mówił 
jedynie o Shelley. 
- Wciąż się starała zwrócić na siebie jego uwagę. Była taka 
zdolna. W szkole nikt jej nie dorównywał. Gdyby była chłopcem, 
na pewno znalazłby się ktoś, kto opłaciłby jej dalsze kształcenie... 
Tylko że on o tym nie wiedział. 
Roza nie odezwała się. 
- Dbała o urodę - ciągnął Kevin. - Wszyscy pamiętali, że jej 
matka jako młoda dziewczyna była bardzo piękna. Miała nawet 
dwóch adoratorów. Krążyły legendy o tym, jak Danny Connelly i 
Se- 
 

background image

amus O'Connor bili się o nią. Shelley więc uczyniła wszystko, by 
upodobnić się do matki. Tak samo zachwycała urodą, była 
równie dowcipna, i tak samo niedostępna. Tańczyła z równym 
wdziękiem. Ale on wciąż jej nie dostrzegał. 
Jakże Roza pragnęła powiedzieć, że się myli, że Shelley także się 
myliła. Pragnęła móc pocieszyć Kevina zapewnieniem, że 
Seamus był dumny z Shelley. Ale nie potrafiła kłamać w takiej 
chwili. 
Seamus zapewne dostrzegał Shelley, ale nic dla niego nie 
znaczyła. Wiedział, że to jego córka, ale nic sobie z tego nie robił. 
- A potem zabrał Danny'ego i Tommy'ego do Ameryki - 
westchnął Kevin, uśmiechając się smutno. - Nieco wcześniej 
pobraliśmy się. Chyba nie chciała urodzić nieślubnego dziecka. 
Bo wtedy już była w ciąży z Meggie. Gdyby nie to, nigdy by za 
mnie nie wyszła. Musiałem spłodzić jej dziecko, inaczej bym jej 
nie dostał. Donal zagroził, że wyrzuci ją za drzwi, jeśli nie 
wyjdzie za mąż. Z nas dwojga to ja dążyłem do ślubu... - Zerknął 
przelotnie na Rozę i ciągnął dalej: - Szalała, kiedy się do-
wiedziała o wyjeździe przyrodnich braci. Myślała, że Seamus 
wziąłby ją ze sobą za ocean, gdyby nie była mężatką, gdyby nie 
spodziewała się dziecka. -Zaśmiał się pozbawionym wesołości 
śmiechem i dodał: - A teraz my popłyniemy do Ameryki, ja i 
Meggie, tyle że bez Shelley. On i tak nie zabrałby jej wówczas ze 
sobą, prawda, powiedz! 
- Nie zabrałby - odpowiedziała Roza. 
-Nie wiem, czy ona w ogóle pomyślała, że może komuś 
zaszkodzić. Nie rozumiem, co w ogóle sobie wyobrażała. Nie 
miałem pojęcia o tej broni. Shelley nie napomknęła mi nawet 
słowem. Dobrze 
 

background image

wiedziała, że próbowałbym ją odwieść od takich zamiarów. 
Przywiązałbym ją do łóżka, gdybym miał choć cień podejrzenia, 
co szykuje. Myślę jednak, że Shelley nie przypuszczała nawet, że 
tak zaszkodzi Molly i Donalowi. Nie zdawała sobie sprawy z 
konsekwencji. A kiedy to sobie wreszcie uświadomiła, przeżyła 
piekło. 
- Nie tylko ona jest temu winna - rzekła Roza. Takie wyznanie nie 
było zdradą wobec Seamu- 
sa. Jedynie stwierdzeniem faktu, że on także ponosi 
odpowiedzialność za błąd Shelley. Tak samo, jak Roza zawsze 
pozostanie odpowiedzialna za Michaela. Shelley chciała 
dorównać ojcu, stać się kimś takim jak on. 
- Ale też wina leży nie tylko po stronie Seamu-sa - dodała Roza. - 
Shelley zaplątała się w misterne nici pajęczej sieci utkanej przez 
wiele osób. Nieświadoma weszła wprost w pułapkę. A to, jak się 
można tylko domyślać, kosztować będzie ją życie. 
- Wypływamy z portu - rzekł Kevin. Roza zdawała sobie z tego 
sprawę. 
Gdzie jesteś, Joe? Przecież nie miałeś umrzeć w Irlandii! - 
powtarzała w myślach. 
Liam i Frank pożegnali się na nabrzeżu, po czym Liam wszedł po 
trapie na pokład. Twarze obu mężczyzn były chmurne. Przy 
pożegnaniu nie padło wiele słów. Wydawały się zbędne. 
Noc minęła ostatecznie wraz z nadejściem poranka. Gdyby akcja 
miała się powieść, Joe i Molly zdążyliby tu już dawno dotrzeć. 
Liam stał na pokładzie i rozmyślał, że konspiru-jąc już od tylu łat, 
powinien do tego przywyknąć. 
 

background image

Bo przecież prowadząc wojnę, należy liczyć się ze stratami. 
Trzeba się przygotować i na to, że życie poświęcą także najbliżsi. 
Nie spodziewali się, że Joe wróci do Irlandii, by zająć miejsce 
Seamusa. Mieli nadzieję, że nie zginie już więcej nikt spośród 
tych, których kochali. On i Frank ryzykowali jedynie własne 
życie. Charlotte czuła się uspokojona i nabrała odwagi, kiedy 
wszystkie jej dzieci wraz z rodzinami znalazły się za oceanem. 
Wtedy odważyli się podjąć bardziej aktywne działania, 
przekonani, że nie narażają nikogo z bliskich prócz siebie. Żadne 
z nich nie wahało się zaryzykować. 
Nie powiedzieli Joemu, że Shelley okazała się słabym ogniwem. 
Frank obawiał się bowiem, że Joe mógłby nieopatrznie wygadać 
się przed Molly. Liam w pełni się z nim zgadzał. Obaj byli 
przekonani, że podjęli słuszną decyzję. 
Nie można było też ryzykować, by Shelley zdążyła skontaktować 
się z kimś ze swoich, którzy chętnie widzieliby ją na pozycji 
przywódcy. 
Wszystko to było okropne. Liam cieszył się jedynie, że uniknął 
wyjaśniania całej sprawy Charlotte. Serce by jej pękło, gdyby się 
dowiedziała 
0 śmierci Seamusa, a teraz o zdradzie Shelley. Lottie nie 
faworyzowała żadnego ze swoich dzieci, ale zawsze miała 
słabość do Joego, Adama, Seana, no 
i Seamusa. 
Seamus był do niej najbardziej podobny. Gdyby urodziła się 
mężczyzną, byłaby taka jak on. Wiedziała o tym. 
Trzem najmłodszym synom natomiast z racji wieku poświęciła 
najwięcej uwagi. Przeżyła ciężkie chwile, kiedy Sean odebrał 
sobie życie, zwłaszcza 
 

background image

gdy dowiedziała się o roli, jaką odegrał wówczas Seamus. 
Ponieważ Seamus stał się tak bezwzględny z jej powodu, bo od 
dzieciństwa wychowywała go surowo i kierowała nim, dlatego 
samą siebie obwiniała o śmierć Seana. 
Trzech synów, myślał Liam. Stracić trzech synów to dla matki 
nazbyt wiele. Trzej, których najbardziej kochała, poświęcili życie 
dla sprawy, w którą wierzyła równie gorąco, co w samego 
Stwórcę. 
Gorzki los, nawet jak na Irlandię. 
Liam pozostał na pokładzie. Chłodne poranne powietrze studziło 
mu myśli, wiatr zaś osuszał łzy, których nie potrafił dłużej 
powstrzymywać. Rozmyślał o koniu, którego wiózł Moirze. 
Dwuletnia klacz, która według opinii Franka rokowała duże 
nadzieje, wprawdzie miała już imię, jednak Liam miał ochotę 
zmienić je, nim klacz trafi do stajni jego przyrodniej siostry. 
Pomyślał, że niegłupio byłoby nazwać ją Blessing, tak jak 
wymyślił Joe. 
Statek płynął przez Passage West, najkrótszą drogą wiodącą obok 
wyspy Cobi, leżącej przy wejściu do portu w Cork. Za krótką 
chwilę wyłonią się budynki Crosshaven. Liamowi trudno byłoby 
zliczyć, ile już razy tędy płynął. Nie pamiętał też, ile koni 
przywiózł do Chesire z południowej Irlandii. Był jednak pewien, 
że ta klacz nie jest ostatnia. 
Myślał też o wdowie po Seamusie, która zeszła do kajuty pod 
pokład. Będzie musiał z nią porozmawiać. Frank uprzedził go, że 
ona się wszystkiego domyśliła. Nie musi więc udawać, że 
przypłynął specjalnie ze względu na nią. Gdyby to jednak miało 
zależeć od niego, nie pozwoliłby jej nagabywać Daisy. 
Właściwie nie miał nic przeciwko 
 

background image

Rozie, ale Daisy była jego oczkiem w głowie. A chłopiec miał u 
Daisy i Davida jak u Pana Boga za piecem. Liam bał się, że Roza 
zechce się upierać, by zabrać go z powrotem do Norwegii. 
Czemu nie została w Georgii? Przecież na pewno było jej tam 
dobrze. 0'Connorowie, na ile ich znał, troszczyli się o swoich. 
Frank wspominał, że Roza bardzo się zżyła z Joem, zupełnie 
jakby byli rodzeństwem. Trudno będzie jej więc powiedzieć to, 
co zapewne sama podejrzewa. 
Liam oparł się o reling. Splunął do morza, nie chcąc przyznać się 
sam przed sobą, że płacze. 
Minęli Crosshaven, daleko już od Cork Harbour, na horyzoncie 
widniało otwarte morze. Zatopiony we własnych myślach Liam 
nie od razu usłyszał krzyki. Wspominał dzieci Lottie, kiedy były 
jeszcze małe: Seamusa, Joego, pozostałych. Traktował je jak 
własne, tak samo jak dzieci Moiry. Nigdy nie planował założyć 
rodziny. Takie przyrzeczenie złożył sobie w dość młodym wieku. 
Biorąc pod uwagę jego dzieciństwo, decyzja ta nie wydawała się 
nieuzasadniona. Poznał różne kobiety, żadnej jednak nie 
pokochał tak mocno, by pragnąć z nią witać każdy poranek. 
- Człowiek za burtą! - zawołał któryś z marynarzy. 
Liam dopiero po chwili ocknął się i zorientował, co się dzieje. 
Statek zwolnił, a załoga wychylała się przez prawą burtę. 
Powoli, jakby w półśnie podążył wraz z innymi do prawej burty. 
Zareagował odruchowo. 
Kiedy dotarł do relingu, łódź ratunkowa była już spuszczona na 
wodę, a dwóch marynarzy siadło do wioseł, kierując się w stronę 
ledwie widocz- 
 
 
 

background image

nego punkciku, oddalonego spory kawałek od rufy od strony 
prawej burty. 
Uczepiony kilu przewróconej żaglówki płynął jakiś człowiek. 
Joe? 
Liam, mrużąc oczy, patrzył na zachód, ale z tej odległości widział 
tylko to, co pozostali: rozbitka uczepionego łodzi z żaglem. Kim 
jest nieszczęśnik, nie był w stanie stwierdzić. Takimi żaglówkami 
pływają dla rozrywki w okolicach Old Head of Kinsale 
rozpieszczeni synkowie bogatych właścicieli ziemskich w 
Kinsale. 
Joe? 
Liam wychylił się tak mocno, że omal nie wypadł. Wydawało mu 
się, że minęła wieczność, nim łódź ratunkowa dotarła do rozbitka, 
mimo że morze było dość spokojne. Ale nawet przy niewielkich 
falach wiosłowanie na taką odległość wymaga wysiłku. 
W każdym razie w wodzie był tylko jeden człowiek. 
Liam usiłował myśleć rozsądnie. Molly miała bardzo silny 
instynkt samozachowawczy. Wprawdzie złośliwi twierdzili, że 
jest głupia, ale Liam się z tym nie zgadzał i uważał, że Molly nie 
zasłużyła na tak niesprawiedliwą ocenę. Wydawało mu się, że 
wystarczyłoby jej sprytu, by ukraść łódź żaglową z portu i 
wypłynąć na morze. 
Czy Joe gotów był się dla niej poświęcić? 
Czy zdążyłby jej wytłumaczyć, w którą stronę płynąć? 
Na pierwsze pytanie odpowiedział sobie twierdząco, na drugie 
zaś przecząco. Starał się kalkulować chłodno. Próbował sobie 
tłumaczyć, że chodzi 
 

background image

o człowieka, którego ledwie zna, ale nie do końca mu się to 
udawało. 
Kiedy marynarze wreszcie dopłynęli do wywróconej łodzi, Liam, 
osłoniwszy ręką czoło, patrzył intensywnie w ich kierunku. Gdy 
rozbitek został wciągnięty przez marynarzy do łodzi ratunkowej, 
Liam zauważył, że jest ubrany na czarno i ma na sobie spodnie, 
nie spódnicę. 
To był Joe. 
Plan się nie powiódł: Joe wrócił sam, bez Molly. Liam był 
pewien, że Bóg wybaczy mu pomimo wszystko modlitwę, jaką 
wzniósł ku niebu: - Dzięki ci, dobry Boże, że ocaliłeś Joego! 
 
 
Rozdział 10 
Moje piersi już nabrzmiewają pokarmem, mimo że opuściliśmy 
Samuelsborg zaledwie kilka godzin temu. Dałam się przekonać, 
by towarzyszyć Mattia-sowi do jego nowego domu, ale już teraz 
tego żałuję. Nie chcę, by coś źle zrozumiał. Ani nikt inny. Lii-sa 
powiedziała, że Mattias już o mnie nie myśli, ale pewnie nie 
zauważyła zadumy w jego spojrzeniu, gdy na mnie patrzył. Nie 
wspomniałam jej o tym. 
Liisa twierdziła też zachęcająco, że nadszedł czas, by Lily 
odzwyczajała się od piersi. Uważała, że już i tak długo ją karmię. 
Pozwoliłam jej trwać w przekonaniu, iż posiada 
 
 
 
 
 
 

background image

wiedzę na temat małych dzieci, mimo że nie wydała żadnego na 
ten świat. Nie chciałam jej zranić słowami, że inaczej się myśli, 
gdy jest się matką. A może zresztą się mylę. Może ona tak mocno 
kocha Mattiego, jak ja Lily - i Michaela - mimo że staram się nie 
dopuszczać wspomnień zbyt blisko. 
Wycisnęłam całe trzy kubki mleka z moich piersi. Duże kubki, te, 
z których Ole pije piwo. Powinno to wystarczyć Lily na dziś. 
Wracam przecież wieczorem. Nie zamierzam nocować. Między 
mną a Mattiasem tak nie jest. 
Mam sine odciski palców na piersiach, ale to nieważne. I tak nikt 
ich nie będzie oglądał. 
- Rzadko tam bywam - mówi Mattias. Płyniemy łódką, tak jest 
najszybciej. On mówi, 
że często jedzie konno z Kafjorden przez góry do doliny Alta. Nie 
zgodziłam się jednak na to. Przedłużyłoby to podróż na dni. 
Wtedy ta wizyta stałaby się czymś innym niż powinna. Bałabym 
się zostać z nim sama na tak długo. 
Mattias sądzi, że to dlatego, iż nie chcę jechać konno. Śmiał się i 
nazywał mnie tchórzem. Nie mówię mu, że w Georgii często 
dosiadałam konia. Wielu rzeczy mu nie mówię. Mattias nawet nie 
wie, że w ogóle tam byłam. Nie sądzę też, by wiedział, gdzie jest 
Georgia. Ja też nie wiedziałam, zanim tam nie pojechałam. 
- Ten dom to żaden prawdziwy dom - tłumaczy. 
Próbuje powiedzieć to lekkim, obojętnym tonem. Sądzę, że to 
jego obrona przed kolejnym rozczarowaniem. Dziwnie jest czuć, 
że on coś wobec mnie udaje. Zawsze byliśmy wobec siebie 
szczerzy. Nigdy nie mieliśmy powodu, by coś przed sobą na-
wzajem udawać. Znałam go równie dobrze, jak sie- 
 

background image

bie samą. On mnie też. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic. A teraz 
przemilczamy rzeczy istotne. 
- Musi być domem, skoro wydałeś na niego pieniądze - 
sprzeciwiam się. - Ziemia musiała cię kosztować. Koń też. Chyba 
nie uważasz mnie za głupią kobietkę, która tego nie rozumie! 
Uśmiecha się przelotnie i patrzy na mnie tym swoim badawczym 
spojrzeniem, w którym jest i anioł, i diabeł. Tym spojrzeniem 
usidlił już niejedną kobietę. Ja widziałam to spojrzenie zbyt wiele 
razy, by poczuć zawrót głowy. 
Zostawił konia w Samuelsborg. Wozi dla Kopalni. Ole też 
zainwestował w konia. Mówi, że lepsze to niż praca na dole. Mój 
brat twierdzi, że zbyt długo był już ślepy. Nie chce już schodzić w 
głąb góry. Prędzej się zagłodzi. 
- To był dom, dopóki ona tam była. Pamiętam Raissę, śliczną 
Raissę. Stanowili 
z Mattiasem tak piękną parę! Ona jasna jak wiosenny poranek, 
podobna do huldry z tymi swoimi bujnymi, prawie białymi 
włosami. Mattias ciemny jak noc polarna. Dobrze do siebie 
pasowali. Dlatego nie zapomniałam Raissy. Ale najlepiej 
pamiętam jej srebrną broszę. Naszą broszę. Mojego rodu. 
Przywiezioną przez Mikkala. 
Broszę mojej pramatki. 
Raiji. 
Podobieństwo ich imion nie dawało mi spokoju, od kiedy ją 
poznałam, od kiedy zainteresował się nią Mattias. Od kiedy 
poczułam, że jest w niej coś, co przypomina mnie. 
Imiona Raija i Raissa brzmią podobnie, zupełnie jakby były tym 
samym imieniem, ale w dwu językach. Może tak jest. 
Zazdrościłam Raissie, bo by- 
 

background image

ła bliższa tej, od której ja jestem tak daleko. To Natalia wiąże 
mnie z Raiją. Sama Raija nigdy do mnie nie przyjdzie. 
Raissa jest do mnie podobna. Mogła być mną. Była tymi moimi 
cechami, których nigdy nie wyzwoliłam. Albo nie miałam 
odwagi wyzwolić. Może stanowiłam jej ciemne strony? 
- Jak sobie teraz wyobrażasz życie? - spytałam. - Co będzie dalej? 
Chyba musiałeś o tym myśleć? O czym marzysz, Mattiasie? 
Trzyma dłonie na wiosłach. Wiatr wypycha nas z fiordu. Góry 
wznoszą się stromo nad nami. Czuję, jak moje serce rośnie na ich 
widok. 
Dobry Boże, jakże za nimi tęskniłam! 
Są tak królewskie. Majestatyczne. Pną się prosto ku niebu, bez 
odpoczynku po drodze. Idą tak ostro w górę, że muszę mocno 
wychylić kark, by dojrzeć szczyty. Leży tam jeszcze śnieg. 
Myślę o Georgii. W głowie mi się nie mieści, że na ziemi istnieją 
tak odmienne miejsca. W Georgii jest teraz goręcej niż w piekarni 
w Kopalni. W pobliżu Favourite powietrze jest niewyraźne od 
upału. Spod dębów nie można dostrzec kamienia na grobie 
Seamusa. Jestem pewna, że Bridget dba o jego grób. Wiem, że 
Joe dba, by konwalie miały dość wody, by znów zakwitły na 
wiosnę. Wręcz słyszę głos Molly, która mówi, że kwiaty 
Seamusa to konwalie. Śmiała się z niego, zrezygnowana. 
Zupełnie jakby on za bardzo starał się być kimś, kim nie był. Dla 
mnie Seamus był jak góry wokół mojego fiordu. Może to w nim 
rozpoznałam. Może dlatego tak łatwo było go pokochać. 
- Nie chcę nic ponad to, czego pragnie większość mężczyzn - 
odparł Mattias, odgarniając zbyt 
 

background image

długie włosy z wysokiego czoła. Wszystkie włosy miał 
jednakowej długości. Odgarniał je w tył, przygładzał dłońmi i 
wodą i związywał rzemykiem nad karkiem. Wyglądał jak pirat 
albo Tatar. Od razu widać, że nie ma żony. Kobieta już dawno 
podcięłaby mu włosy. Gdyby miał żonę, wyglądałby jak 
człowiek. Ciekawe, czy ma nożyczki w tym domu, którego nie 
nazywa domem. - Chałupa, kawałek ziemi, kilka zwierząt, coś do 
roboty - wymienia, nie patrząc na mnie. Długo zwleka z 
wymienieniem najważniejszego. - Żona. Dzieci. 
Jego blizny bledną, gdy wspomina Raissę, nawet gdy nie 
wymawia jej imienia. Rani mnie jego ból, ale jednocześnie 
dobrze robi świadomość, że kogoś tak mocno kochał. O tym 
nigdy mi nie opowie. Nigdy nie opowie o związku z Raissą. To 
łagodzi moje wyrzuty sumienia. Ja też nie umiem się dzielić 
moimi wspomnieniami. 
Mattias zasługiwał na wielkie uczucie. Zasługiwał, by kogoś 
mocno kochać i być kochanym równie mocno. 
Bo w przeciwieństwie do niego ja wierzyłam, że Raissa 
odwzajemniała jego uczucia. On uważa, że tylko go 
wykorzystała. Że była niczym motyl. 
Nie wiem, dlaczego zniknęła, pozostawiając Mattiego, ale 
pewnie miała swoje powody. Za bardzo mnie przypomina, bym 
ją mogła osądzać. 
Nie zrobiła niczego, czego i ja bym nie zrobiła. Może naprawdę 
jest moim lustrzanym odbiciem? Jej syn nosi imię mojego syna. 
Mikael Mattias. 
Michael Seamus Patrick. 
Powinni móc się spotkać, poznać się. Ale to nigdy nie nastąpi. 
 
 

background image

Jeszcze nie wypłynęliśmy z fiordu Kifjorden. Od jednego do 
drugiego brzegu nie jest daleko. Jest tu bardzo głęboko, 
gdybyśmy się wywrócili, utonęlibyśmy. Ale z Mattiasem czuję 
się bezpieczna. 
- Naprawdę miałem nadzieję, że tym razem się ustatkuję - mówił 
Mattias. - Ja, który tak się bałem przywiązania do ziemi, wtedy 
nie mogłem się doczekać. Dla niej. Pragnąłem zwyczajnego 
życia, Rozo. Żony, dzieci i odcisków na dłoniach. 
Uśmiecham się. On też. Nie wygląda już jak wilk, gdy się 
uśmiecha. Nie znam nikogo, kto by mniej przypominał 
drapieżnika niż Mattias. 
Mattias jest najmilszy pod słońcem. 
- Nie sądzę, bym kogoś kochał mocniej niż ją. Nie sądzę, by ktoś 
kiedykolwiek kochał inną osobę równie mocno, jak ja Raissę. 
Śmieje się, patrząc w górę na niebo. Jest młody, przystojny i 
wolny. Wewnątrz. 
Ja wiem, że on się myli, bo nikt nie zna miłości lepiej niż ja. Nikt 
nikogo nie kochał tak mocno jak ja Seamusa. Nikt nie był 
kochany tak, jak Seamus kochał mnie. Ale go nie poprawiam. 
Niech Mattias zachowa taki obraz, jakim żyje, jakiego się chwy-
ta. Niech sobie myśli, że przeżył największą miłość na świecie. 
I tak nigdy nikomu nie uda się potrącić tych delikatnych, 
ulotnych, wspaniałych strun, na których graliśmy wraz z 
Seamusem... 
Nasze dzieci zostały poczęte w miłości większej, niż 
jakiekolwiek słowa zdołałyby opisać. 
- A ona mnie oczywiście nie kochała - rzucił Mattias. 
Mewy skrzeczą ochryple nad naszymi głowami. 
 

background image

Szybują na szarobiałych skrzydłach, wyglądając łupu. 
Ja uważam, że Raissa go kochała. Że dała mu z siebie to, co 
najlepsze. Zbytnio mnie przypominała. Sądzę, że znała samą 
siebie aż za bardzo dobrze. Wiedziała, że nie będzie umiała być 
dobrą matką. 
Swoim zniknięciem oddala Mattiasowi przysługę. Na pewno nie 
było jej lekko. Uważam, że kochała jego i ich dziecko tak bardzo, 
że wybrała śmierć, by nie żyć z tęsknotą. Sądzę, że ona utopiła się 
w jeziorze koło Kautokeino. 
Według mnie nie zrobiła nic, by się ratować. 
Mattias będzie żywił się nadzieją, jak długo będzie żył. Wiem, że 
nigdy nie przyzna, że ona nie żyje. Ja natomiast czuję, że ona już 
nie żyje. 
Nie mówię tego jemu, ale znam ją. Znam Raissę. Ona jest mną. 
Jest tą częścią mnie, która zdolna była tak mocno kochać 
Mattiasa. 
Ona nie żyje. 
- Wyobraź sobie - prosi Mattias z intensywnym żarem w 
spojrzeniu - wyobraź sobie, że tracisz kogoś, kto dla ciebie wart 
jest więcej niż twoje życie. Tak właśnie się czułem, gdy Raissa 
zamknęła za sobą drzwi naszego domu. 
Mogę to sobie wyobrazić. Bez trudu. Czułam to samo. 
- Nic nie powiesz na pocieszenie? - pyta. Widać oczekiwał innej 
reakcji. 
- Nie. 
- Uważasz, że na to zasłużyłem? 
- Nie. 
Zapada cisza. Mattiasa zastanawiają moje krótkie odpowiedzi. 
Może uważa, że jestem na niego zła, ale widzę po nim, że odrzuca 
taką możliwość. 
 

background image

Nadal go zastanawia, dlaczego nie okazuję mu więcej 
współczucia. My zawsze troszczyliśmy się 
0 siebie nawzajem. Zawsze byliśmy gotowi nieść pocieszenie. 
Zawsze zgadzaliśmy się ze sobą. Bezwarunkowo. 
Oboje się zmieniliśmy. 
Nie sądzę, że Mattias jeszcze przed chwilą był tego świadomy. 
- A co ty przeżyłaś? - pyta wreszcie. Milczę. 
Odchrząkuje i ponawia próbę: 
- Wróciłaś wcześniej, niż miałaś po wypełnieniu tych... 
zobowiązań wobec przeklętego inżyniera 
1 jego lalkowatej żony. Nie sądzę, byś była na tyle głupia, by 
żywić do niego jakieś uczucia. Warren to nikt dla ciebie. A ty nie 
zadowalasz się okruchami po kimś, Rozo. - Uśmiechnął się i 
dodał: - Lily jest zbyt ładna jak na córkę Davida Warrena. Nic nie 
ma z jego spiczastej twarzy. I nie będzie miała brązowych oczu. 
Lily ma oczy Seamusa. Jakby ktoś potarł jej tęczówki popiołem. 
Nie wiedziałam, że Mattias tak dobrze przypatrzył się mojemu 
dziecku. A więc niepokoiło go to! Może nadal poczuwał się do 
chronienia mnie. Może nadal dźwięczy mu w uszach kobiecy 
głos z dawnych lat, który mówi, że on ma być moją siłą. 
Nie potrzebuję niczyjej siły. 
- Ona nie jest dzieckiem Davida Warrena - zapewniam go. 
Przeszywa mnie dreszcz. - Uwierz mi, Mattias! - Kładę dłonie na 
piersi. Chcę, by mi uwierzył. On nie może wątpić. - Lily została 
poczęta w miłości. 
- Kim on był? 
 

background image

Oczywiście, że o to pyta. Coś innego byłoby nie do pomyślenia. 
Ja nikomu jeszcze tego nie zdradziłam. Na pewno wzbudziło to 
nie tylko jego ciekawość. Ale Mattias nie jest jedynie ciekaw. 
Równie wiele w tym troski. Zależy mu na mnie. On też pamięta 
czasy, gdy nie było lepszych przyjaciół na świecie niż my. 
Otwieram usta, by opisać mu Seamusa. Naprawdę tego chcę. Tak 
byłoby dobrze podzielić się z nim tym, co noszę w sobie, co 
zawsze będę w sobie nosić. Przez chwilę nie rozumiem, dlaczego 
tak skąpiłam tych słów. Nie rozumiem, dlaczego nie opo-
wiedziałam nic moim najbliższym. 
Sądzę, że Mattias i Seamus polubiliby się. Nie potrafię tylko 
wyobrazić sobie okoliczności, w których mogliby się spotkać, ale 
uważam, że poczuliby do siebie sympatię. 
Otwieram usta, naprawdę chcę opowiedzieć Mattiasowi o 
Seamusie, ale głos mnie zawodzi. Więźnie w krtani. 
Próbuję ponownie. Moje wargi formują początek naszej historii, 
pierwszego wspaniałego momentu, gdy spotkaliśmy się w stajni 
Franka, pastora anglikańskiego w Kinsale. 
Ale głos mnie nie słucha. 
- Jak się nazywał? - pyta Mattias. - Nie możesz podać choćby 
imienia? 
Formuję je wargami. Naprawdę się staram. Gdyby Mattias 
urodził się w Irlandii, byłby w stanie je przeczytać z moich ust. 
Wiedziałby, że chcę powiedzieć: „Seamus O'Connor", i 
spojrzałby na mnie z szacunkiem. Gdyby Mattias był 
Irlandczykiem i dowiedziałby się, że byłam kobietą Seamusa, sta-
nęłabym w nowym świetle. 
 
 
 
 

background image

Wiedziałby, kim był Seamus. Znałby jego legendę. 
Ale gdzieś na fiordzie Kafjorden nieme usta nie potrafią 
przekonać mojego byłego kochanka. Słowa pozbawione głosu 
nie przemawiają do kogoś urodzonego pod innymi gwiazdami. 
Mattias sądzi pewnie, że bronię się przed podzieleniem się z nim 
moją historią. Wyczuwa, jak ważny jest dla mnie ten nieznajomy. 
Dlatego boli go, że nie chcę mu tego opowiedzieć. 
- Byłaś w Irlandii - mówi. - Tego jesteśmy pewni. Ole starał się 
dowiedzieć, gdzie się podziałaś. Warrenowie też ciebie szukali. 
Przez chwilę sądziłem, że inżynier kłamie. Przypuszczałem, że 
cię nadal... wykorzystują. Ze cię tam trzymają wbrew twojej woli. 
Jak widać, tak nie było. Mieszkałaś w Irlandii przez ten cały 
czas? 
Kiwam głową. 
To nieduże kłamstwo. 
- A więc on był Irlandczykiem? Chyba potakuję. 
- A Lily została poczęta w miłości? Wiem, że potakuję. 
- On żyje? 
- Nie. 
Mattias zaciska usta i wydmuchuje powietrze przez nos. Wygląda 
jak diabeł. Ładny diabeł albo zły anioł. Nigdy nie mogłam 
zdecydować. 
- Nie możesz mi o nim opowiedzieć dlatego, że to ja pytam? - 
pyta z trudem. - Czy w ogóle nie możesz? 
To istotna różnica. Cieszę się, iż on rozumie, że mogę mieć wiele 
powodów. Nie chcę go zranić. Pragnę, byśmy nadal byli 
przyjaciółmi. Mattias za- 
 

background image

wsze będzie dla mnie znaczył więcej niż tylu innych. Zna mnie 
zbyt dobrze, bym mogła zrezygnować z jego przyjaźni. 
- Jeśli kiedyś to zrobię - mówię w końcu - jeśli opowiem moją 
historię i historię jego, to tylko tobie, Mattiasie. 
- Wróciłaś, bo chciałaś, czy musiałaś? 
Mattias zawsze miał zdolność stawiania właściwych pytań. 
Pytań, na które jednak nie mogłam odpowiedzieć. Nie chciałam. 
- Gdyby on nadal żył - odparłam po chwili - nie wróciłabym. 
Kiwa głową. Uznaje moją odpowiedź i koncentruje się na łódce. 
- Mógłbyś zostać jej ojcem chrzestnym? - pytam go po jakimś 
czasie. 
Pamiętam, jaki był delikatny przy Synneve. Nadal widzę go, jak 
niesie moją śliczną, nowo narodzoną Synneve do okna, gdzie 
pokazuje ją zorzy polarnej. 
- Chcesz być ojcem chrzestnym Lily? 
Waha się. Pewnie z powodu Synneve. Naprawdę ją pokochał. 
Bardziej niż Jens. Jens nie potrafił nikogo kochać. 
- Na pewno nie zapamiętam jej imion - odpowiada z uśmiechem. 
Ale pamięta. Składa usta jak do pocałunku, gdy mówi w 
zamyśleniu, jakby je smakując: - Lily Josephine Fiona... - Ale nie 
zgaduje, gdy pyta znienacka: - Może on miał na imię Joseph? 
Na szczęście nie czeka na odpowiedź. 
Dobrze jest być na morzu. 
Kocham czuć podmuchy wiatru na policzkach. Pamiętam, jak 
byłam mała, zawsze stawałam w łodzi, gdy płynęłam z ojcem na 
połów. Ciągnął mnie 
 
 
 
 

background image

mocno i zmuszał, bym usiadła. Krzyczał na mnie. Burczał swoim 
niskim głosem, ale nie mógł mnie oszukać. Patrzyłam na jego 
brodatą twarz i jasne oczy i widziałam w nich błyski. Samuel 
oczy miał koloru nieba. 
„Kim zostaniesz, gdy dorośniesz, skoro tak kochasz wiatr?" - 
zwykł się droczyć. 
I sprawiałam, że wybuchał swoim dzikim śmiechem za każdym 
razem, gdy stanowczo twierdziłam: 
„Zostanę żaglem, tato!" 
Już nie rankiem, ale za dnia odbywamy ostatni odcinek podróży. 
Nie rozmawialiśmy już więcej. 
Z niektórymi ludźmi można dzielić ciszę. Razem milczeć i nie 
odczuwać niczego nieprzyjemnego. Mattias był takim 
człowiekiem. 
Na brzegu morza wyjmujemy jedzenie przygotowane przez Liisę. 
- Nie dopuszcza cię jeszcze do kuchni, prawda? - pyta z błyskiem 
w oku. 
- To już nie moja kuchnia - wzdycham. Męczy mnie to. 
Samuelsborg był moim domem. 
Nadal go tak odbieram. Ale tutaj też stałam się obca, mimo że 
mój brat i jego żona przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Wiem, 
że nigdy nie przy-szłoby im do głowy, by mnie wyrzucić. Tego 
się nie boję. 
- Jestem gościem - mówię, przełamując razowy chleb upieczony 
przez Liisę. Sypią się okruszki. 
Ja mam od mamy przepis na chleb, który tak się nie kruszy. Taki 
piekłam. Biały też. Moje ręce są sprawne. Nie bez powodu kiedyś 
dali mnie do pracy w piekarni. 
 

background image

Zamykam się przed cierpieniem. 
Pozwalam, by wiatr ochłodził moje policzki. Obracam ku niemu 
twarz i odzyskuję kontrolę nad bólem. Wspomnienia można 
odsunąć. 
- Nic nie stoi tam, gdzie stało - mówię dalej. -Czuję się, jakbym 
ciągle wchodziła jej w drogę. A Liisa tak się stara. Nie chcę być 
gościem we własnym domu, chcę po prostu być w domu! 
- Dobrze, że Liisa może o kogoś dbać - odparł Mattias poważnym 
tonem. 
- Dlaczego on jest wobec niej taki? - pytam. -Ole nie jest taki zły, 
do cholery! Jest moim bratem. Zawsze było łatwo go kochać. Ten 
Ole, którego znałam, miał wielkie serce... 
- Ole był także samolubem - stwierdził Mattias sucho. - Zawsze 
umiał wyciągać łapę po to, co chce. Niewiele osób mu umie 
odmówić. Ole jest nadal czarujący, jak kiedyś, ale także 
bezwzględny. 
- Lubił Liisę. 
Sama widzę, że nie mówię, iż ją kochał. Rozmawialiśmy o tym, 
zanim się ożenił. Ole szczerze opowiedział mi o swojej 
niepewności. Nie żywił wielkich uczuć, ale lubił ją. Jestem 
gotowa to przysiąc. 
- Wiemy dlaczego. 
- Nieprzyjemnie byłoby wchodzić pomiędzy nich, gdy jest tak, 
jak jest. Nie mam siły ich godzić. Są dorośli. Ale boli mnie 
patrzeć, jak się nawzajem niszczą. 
- Ja zamykam oczy i uszy na to, co się tam dzieje - westchnął 
Mattias. 
Wiem, że on zatrzymuje się w Samuelsborg, gdy nocuje ze 
względu na pracę. Jest wtedy blisko Mattiego. Często go widuje, 
mimo że syn u niego nie mieszka. Może to i dobre rozwiązanie. 
 

background image

- A gdy Ole potrzebuje odetchnąć, nocuje u mnie - mówił dalej. - 
Ale nie pozwalam mu na zabieranie żadnych kobiet - dodał. 
Chyba dostrzegł moje zmarszczone brwi... 
- A co robi Liisa, gdy musi odetchnąć? 
- Ma matkę, prawda? 
To nie to samo. Mattias wie o tym równie dobrze, jak ja. 
- Boli mnie, jak widzę, że się nawzajem niszczą. Boli widzieć, że 
żyją razem i nie dzielą zupełnie nic. Chyba znienawidzę mojego 
brata, jeśli tak dalej będzie! 
- Nie musisz tam mieszkać - rzucił Mattias lekkim tonem. 
Ma rację. 
Nie muszę. Mogę wrócić. Wiele domów czeka na mnie w 
Georgii. Żaden z nich nie jest mój, ale istnieją drzwi, które 
mogłabym zamknąć za sobą i nazwać własnymi. Nie muszę 
obserwować, jak mój brat unicestwia najwspanialszą osobę, którą 
spotkał w swoim życiu: swoją żonę. 
- Możesz zamieszkać ze mną - dokończył Mattias. 
 
Rozdział 11 
Zrozumieli, że dzieje się coś niezwykłego, gdy statek 
znieruchomiał. Roza prawie zasypiała. Nakarmiła Lily i zmieniła 
jej pieluszkę. Wszyscy byli zmęczeni, ale przeżyte emocje 
sprawiły, że nie 
 

background image

mogli zasnąć. Fale kołysały niczym matczyne ramiona. Siedziała 
na twardej, gołej podłodze obok chłopaka, który był mężem 
Shelley. Nie mieli już o czym rozmawiać. Łatwiej było osunąć się 
w drzemkę. Ale gdy statek się zatrzymał, żadne nie spało. 
Otrzeźwieni, z trudem wstali. 
- Zatrzymali nas na morzu - powiedział nerwowo Kevin O'Neill. - 
Powinniśmy płynąć na zachód. W tej grupie było więcej dziur. 
Może nie tylko Shelley. Może to wcale nie była ona! 
Roza starała się go uciszyć. 
- Musimy na pokład! - rzucił. - Muszę wiedzieć, co się dzieje. 
Muszę! Nie wytrzymam tu! 
Roza została. Zamknęła za nim drzwi kajuty. Na górnych 
pryczach obudziły się leżące tam starsze dziewczynki. Patrzyły 
na nią oczami Molly. Po Shelley Molly urodziła cztery córki i 
trzech synów, oprócz tych dwóch, których miała z Dannym. 
- Kevin nie lubi przebywać w zamknięciu - odezwała się Roza. 
Dziewczynki wpatrywały się w jej policzek. To sprawiło, że 
drugi policzek Rozy też zapłonął. Przyzwyczaiła się, że ludzie 
patrzą na nią z respektem jako na żonę Seamusa O'Connora. Ale 
dotyczyło to dorosłych. Dzieci nie potrafią ukrywać uczuć. 
Gapiły się na nią, gdy jeszcze Molly dotrzymywała towarzystwa 
jej i Joemu, ale wtedy mogła to zignorować. Nie była sama. Teraz 
tak. 
- Oparzyłam się - wytłumaczyła cichym głosem, wpatrując się w 
starszą z dziewczynek - gdy byłam mniej więcej w twoim wieku. 
Patrzyły na nią wielkimi oczami. 
- Bolało? 
Roza pokiwała głową, czując, jak ściska ją 
 

background image

w gardle. Nigdy nie opowiadała o tym obcym. To była jej 
tajemnica. Nikt nie miał wiedzieć, jak to się stało. A teraz mówi o 
tym gromadce dzieci, i to niepytana. 
- A boli teraz? 
- Nie. 
- To dobrze! - odetchnęła dziewczynka z ulgą, uśmiechając się 
nieśmiało. - Nazywam się Mary -dodała. - Mama szybko wróci? 
Roza zacisnęła dłonie na brzegu pryczy. Wiele by dała, by móc 
odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. 
- Nie wiem. - Tyle tylko mogła powiedzieć. -Jeśli ty, Mary, 
obiecasz popilnować dzieci, także mojej małej Lily, pójdę na 
pokład i sprawdzę, co się dzieje. 
- A nie mogę pójść z tobą? 
- To nie najlepszy pomysł - odparła Roza. - Nie wiem, czy jest 
bezpiecznie. 
- Popilnuję dzieci - obiecała Mary Connelły, siadając na pryczy. 
Wydawało się, że aż urosła pod wpływem odpowiedzialności, 
jaką Roza ją obciążyła. - Możesz na mnie polegać. 
Przeciągnęli Joego przez burtę, gdy Roza weszła na pokład. Padł 
na kolana, ale utrzymał się w tej pozycji, mimo że się chwiał. 
Woda ściekała z niego strumieniami. Chwytał ustami powietrze. 
Oczy miał zaciśnięte, by ustrzec je przed słoną wodą. Podniósł 
dłonie i odgarnął włosy do tyłu. Wyglądały niczym czarny 
kaptur. 
Załoga zajęła się szalupą. Mężczyźni, którzy wyciągnęli Joego, 
weszli po kolei na pokład. 
 

background image

Roza straciła poczucie czasu. Czuła, że jej paznokcie rozdzierają 
rany, jakie miała we wnętrzu dłoni. Bolało, ale przynajmniej 
utrzymywało ją w świadomości. Nie wiedziała, jak przeszła przez 
pokład. Ocuciła ją dopiero woda przenikająca przez spódnicę. 
Poczuła, że ma mokre kolana i nogi. Klęczała obok Joego. 
Odsunęła Kevina i Liama. 
- Joe - odezwała się, dotykając delikatnie jego ramienia. - Ty 
żyjesz! 
Joe na zmianę krztusił się i łapał powietrze. Cały dygotał. Udało 
mu się unieść powieki, mimo że woda nadal płynęła z jego 
włosów. Odgarniał je bez powodzenia. Gdy skupił spojrzenie na 
Rozie, coś zamigotało wesoło w jego ciemnych oczach. 
- Nie mogłem utonąć - wyszeptał. Woda pewnie zaszkodziła 
głosowi. - Umrę na polu bitwy, chyba pamiętasz... 
Roza mrugała i mrugała, ale nie mogła powstrzymać łez. 
Wreszcie rzuciła się ku niemu, przytulając go, mokrego. 
Zacisnęła ramiona na jego karku, on objął ją w pasie. Ukrył twarz 
w ciepłym zagłębieniu jej szyi. Jego westchnienie usłyszała tylko 
Roza. 
Ale wielu widziało, jak Joe muska wargami jej szyję, całuje 
koniuszek ucha i kącik jej ust, zanim ponownie wtulił się w jej 
włosy. 
- Ty żyjesz! Żyjesz! - szeptała Roza. 
Joe nadal dygotał, a ona mogła tylko go obejmować. Ogrzewać. 
Chować przed spojrzeniami innych. Ukrywać własne łzy. 
Przemoczyła ubranie. Woda morska przeszła przez wszystkie 
warstwy i ziębiła ją. Ale Roza nie puszczała Joego. 
Liam ocknął się po chwili i odgonił załogę. Nie 
 
 

background image

chciał, by patrzyli na rozpaczliwy uścisk tych dwojga. Większość 
go posłuchała. 
Załoga nie znała Joego. Nie mieli też pojęcia o legendarnym 
Seamusie O'Connorze i jego rodzinie. Widzieli tylko mężczyznę i 
kobietę, obejmujących się. Sądzili, że to małżeństwo. Nic 
dziwnego, że tak się cieszą. No, niech mają spokój. 
Zostali tylko Kevin i Liam. Liam oparł się o reling, pogrążony w 
myślach. Frank nic o tym nie wspominał. Mówił tylko, że bracia 
zajęli się serdecznie wdową po Seamusie. Chwalił Joego, że 
traktuje Rozę jak Fionę. 
Ale Fiona nigdy nie obejmowałaby Joego w ten sposób! A on 
nigdy nie całowałby swojej siostry z taką pasją. 
- Gdzie jest Molly? - spytał Kevin, który nadal na nich patrzył. 
Czekał, aż rozluźnią uścisk, ale nie zanosiło się na to, by ta para 
klęcząca pośrodku kałuży zrobiła to z własnej woli. - Gdzie jest 
Molly? - powtórzył. 
Joe usłyszał jego pytanie przez szum w uszach. Miał opuchnięte 
dłonie, przeszywały go dreszcze, stopy w butach pełnych wody 
zlodowaciały. Przynajmniej mógł poruszać palcami. Może 
powinien był ściągnąć buty, zanim wskoczył do wody... 
Oderwał się od Rozy. Wstał, wspierając się 
0 nią. Zrozumiał, że nadal potrzebuje pomocy, 
i objął ją ramieniem. Roza otoczyła go swoim ramieniem w pasie. 
Dygotał. Woda przeniknęła go na wskroś. 
- Molly nie żyje - powiedział. - Weszliśmy prosto w zasadzkę. 
Ktoś musiał donieść. Odebraliśmy ją strażnikom aż za łatwo. 
Potem staraliśmy się nie zgubić drogi. Oni mieli obsadzoną drogę 
 

background image

w obie strony, na wschód i na zachód. Sądzę, że jeszcze dwóm 
udało się uciec. Trzech zginęło. I Molly. 
- Nie żyje? A może tylko była ranna? - spytała Roza. 
- Wierz mi - rzekł Joe. - Zabili ją. Rodzina Connelly ma wielu 
bohaterów. - Spojrzał na Kevina. -Zdołaliście się uratować? 
Dzieci? Shelley? 
Roza ukryła twarz na jego ramieniu. Nieważne, że bardziej się 
zmoczyła. Nie chciała widzieć wyrazu jego twarzy, gdy się o tym 
dowie. 
- To Shelley doniosła - rzucił Kevin. - Uratowałem dzieci. Nasze i 
Molly. Wszystko w porządku... 
Odwrócił się i odszedł. Liam westchnął. 
- Rosi ci o tym opowie - powiedział. - Weźcie moją kajutę. Stary 
dziad jak ja nie potrzebuje całej dla siebie. Przyniosę twoje 
rzeczy i małą. Najlepiej, jeśli już pójdziecie. Zdejmiecie mokre 
ubranie. Joe się rozgrzeje. - Spojrzał na Joego wymownie. - Ale 
nie chcę, by ludzie mieli o czym gadać. 
- Wiesz, co on sobie myśli - powiedział Joe, gdy Liam zostawił 
torby Rozy w ciasnej kajucie. 
Nawet na nich nie spojrzał. Błądził wzrokiem gdzieś ponad ich 
głowami, jakby uważając, by nie zawadzić o nich wzrokiem. 
Joe ściągnął kurtkę i koszulę. Ciało wydawało się sinawe pod 
opalenizną. Miał gęsią skórkę. Wstrząsały nim dreszcze. Siedział 
na skraju pryczy, a Roza klęczała i próbowała tak ściągnąć mu 
buty, by woda nie zalała podłogi. 
- Mogłeś je zdjąć, zanim wskoczyłeś do wody   
 
 
 
 
 

background image

stęknęła. Nie przejmowała się tym, co Liam może sobie myśleć. 
- Miałem poświęcić moje wspaniałe buty? - spytał oszołomiony. - 
Zdajesz sobie sprawę, jakie one są dobre? 
- Słona woda i tak je zniszczyła. 
Rozie udało się ściągnąć jeden but, tylko trochę zalewając 
spódnicę. Postawiła go na środku podłogi i zabrała się za drugi w 
ten sam zdecydowany sposób. 
- Te buty nasmaruję całym zapasem pasty, jaką mają w Anglii! - 
obiecał Joe, szczękając zębami. Z uśmiechem powitał Liarha, 
który stanął w drzwiach, piastując koszyk z Lily. Rozglądał się 
bezradnie, starając się znaleźć miejsce, by odstawić ciężar. 
Rozie nie poszło tak szczęśliwie z drugim butem. Woda, która w 
nim była, zalała ją dokładnie, czyniąc jej przyzwoitą niebieską 
bluzkę z wysokim kołnierzem nieomal przezroczystą. 
Joe pokręcił głową. 
- Wejdź - rzucił do Liama. 
Liam posłuchał. Wsunął koszyk na koję aż pod ścianę i obłożył 
kocem zwiniętym w rulon. Lily leżała na plecach i ruszała 
nóżkami. Patrzyła w skupieniu na swoje paluszki rozpostarte 
niczym gwiazdki przed jej szeroko otwartymi oczami. Wargi 
tworzyły kółeczka, lecz mała nie wydawała dźwięków. Była zbyt 
skoncentrowana. 
Joe rozpiął spodnie i bez żenady pozwolił, by opadły na podłogę. 
Liam powędrował wzrokiem w inną stronę. Nie rozumiał, skąd u 
dzisiejszych młodych taki brak wstydu, jak u syna Lottie. 
- Suche spodnie! - zawołał Joe. - Mam ogromną nadzieję, że 
spakowałaś jakieś, Rosi! 
 

background image

Roza wyciągnęła parę roboczych spodni z jednej z toreb i rzuciła 
w jego stronę. Ze sposobu, w jaki swobodnie zerknęła na smukłe 
ciało Joego, Liam wywnioskował, że musiała je widzieć wcześ-
niej. Nawet nie patrzyła, jak Joe zgrabnie złapał spodnie jedną 
ręką, niczym jakiś cyrkowiec. 
Podczas gdy Joe z trudem wciągał ciasne spodnie na wilgotne 
nogi, Roza wyszukała jeszcze koszulę. Podała mu ją w ten sam 
sposób i odsłonięta klatka piersiowa Joego interesowała ją równie 
mało, co reszta jego ciała. Sama wyciągnęła swoją bluzkę spod 
pasa spódnicy i spróbowała wpuścić pod nią trochę powietrza, by 
wilgotny materiał odkleił się od skóry. Nie było to łatwe, bo 
bluzka była dopasowana. Uszyła ją dla Rozy pewna zdolna 
szwaczka. 
Joe podniósł swoje ulubione buty do konnej jazdy i wylał z nich 
wodę do wiadra stojącego pod ścianą. Popatrzył na nie z troską. 
- A takie były świetne! - westchnął. 
- Powiedz, co się stało! - zażądał Liam. - Ale dokładnie. Chcę 
szczegółów. 
- Miałem ze sobą pięciu najbardziej zaufanych. Charlie Owen, 
bracia Marshall, Robbie i Rory. Chodziłem do szkoły z Robbiem 
i Rorym. Żaden z nich nie mógł zdążyć donieść. Żaden z nich by 
tego nie zrobił. 
Zaczerpnął oddechu i usiadł na koi. Liam nadal stał oparty o 
drzwi, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Czapkę zsunął daleko 
w tył, ale nie zamierzał jej zdejmować tylko dlatego, że był na 
pokładzie. 
Roza zamknęła torby i wsunęła je nogą pod pryczę. Przysiadła u 
wezgłowia, odsuwając się jak najdalej od Joego. Dostrzegała 
spojrzenia Liama i wy- 
 

background image

czuwała, co on myśli. Nie było jej łatwo napotkać jego 
niewypowiedziane słowami rozczarowanie. 
- Powinniśmy czekać na innym miejscu - mówił dalej Joe 
urywanie. - Ale czekaliśmy przy drodze Campbellów. Molly 
wiozło dwóch strażników i woźnica. Zatrzymaliśmy ich. 
Zagroziliśmy woźnicy bronią, strażników powaliliśmy. 
Związaliśmy ich razem, zakneblowaliśmy i wturlaliśmy do rowu 
koło drogi. Było tam trochę wody, ale nie powinni ucierpieć. 
Woda usztywni linę i wzmocni węzły. Nie umrą od tego, ale nie 
uciekną. To nie oni donieśli. 
Zaczął zabijać ręce, by się rozgrzać. Roza nie mogła na to dłużej 
patrzeć. Przysunęła się, weszła na pryczę i usiadła za Joem. 
Objęła go od tyłu, przytulając się do niego ciasno. Jej ciepło 
przechodziło na niego. 
Liam zmarszczył brwi, a w jego oczach pojawił się błysk 
podejrzenia. Roza umyślnie tego nie dostrzegała. 
- Była skuta kajdanami - powiedział Joe, opierając się ciężko o 
Rozę. Spojrzał w sufit. Zamknął oczy, oddychając głośno. - 
Robbie przestrzelił te kajdany. Były ciężkie. Obtarły jej skórę. 
Musieli ją za sobą wlec, nie mogło być inaczej. - Spojrzał na 
Liama. - Skąd oni biorą tak małe kajdanki? Molly miała drobne 
dłonie, prawie jak dziecko. Miała tak szczupłe nadgarstki, że 
mogłem oba objąć moją jedną dłonią. Nie sądziłem, że kajdanki 
mogą być tak małe... 
- Pewnie były robione dla dzieci - odparł Liam sucho, ale jego 
głos lekko drżał. - Czy to cię dziwi? Czyżbyś nie żył 
wystarczająco długo w tym kraju? Nic nie widziałeś? 
 

background image

Joe nie odpowiedział. 
- Trzymałem Molly przed sobą na koniu - mówił dalej. - Prawie 
nie mogła siedzieć. Twarz miała opuchniętą i posiniałą. Niemal 
nie było widać rysów jej twarzy. A była tak cholernie ładna! 
Roza pogładziła go po mokrych włosach i pocałowała w czoło, 
jakby był jej bratem czy synem. 
Joe obrócił twarz na jej pierś, opierając się policzkiem. Płakał, nie 
starając się tego ukryć. 
- Powiedziała, że zgwałciło ją paru z nich. Na oczach Donala! 
Potem widziała, jak go zastrzelili. Nic nie powiedział. Ona też 
nie. U diabła, ona nie była w stanie siedzieć na koniu! 
Milczeli. Wyobrażali to sobie. Słychać było tylko ich ciężkie 
oddechy i płacz Joego, no i niewinne gaworzenie Lily, nadal 
zachwyconej swoimi paluszkami. 
- Pojechaliśmy na wschód. Gdy uznaliśmy, że jest bezpiecznie, 
rozdzieliliśmy się. Rory i jeden z Marshallów pojechali skrótem. 
Koń Rory'ego lubił skakać przez płoty. Tamtych spotkaliśmy, 
gdy skręciliśmy na północ. Minęliśmy ich, a potem nas otoczyli 
zewsząd. 
Roza ścisnęła go mocniej. 
- Robbie padł, zanim się zorientował, co się dzieje. Charlie dostał 
strzał w plecy. Zestrzelili Molly z konia. Puściłem ją. Na Boga, 
puściłem ją. Nie mogłem nic innego zrobić. Położyłem się na 
grzbiecie konia i gnałem jak szalony. Zsunąłem się na bok i klacz 
mnie osłaniała. W najbliższym zagajniku zeskoczyłem, a ona 
biegła dalej, jak na wyścigach. Jechali za nią. Ja wskoczyłem do 
morza i popłynąłem z powrotem. Łódkę znalazłem w Kinsale. 
Mam nadzieję, że nie złapali Rory'ego 
 
 

background image

i Iaina. To chyba był Iain. - Pokręcił głową. - Nie pamiętam, który 
z nich pojechał. To straszne. Ale oni byli tacy podobni, ci 
Marshallowie! To raczej ten młodszy, Iain. Młodszy ode mnie o 
rok. Mam nadzieję, że go nie złapali. Że nie złapali Rory'ego. 
Jego płacz ustał. 
Liam oderwał się od drzwi i przeszedł kilka razy po kajucie. 
- Shelley nie wiedziała, kogo wiozłeś - powiedział. - A teraz inni 
wiedzą, co z nią zrobić. Znają zasady. 
- Shelley? - Joe pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć. Uśmiechnął 
się blado. - Ta słodka dziewczynka? Kto mógłby uwierzyć, że 
mój brat spłodzi węża? 
- Frank lepiej cytuje Biblię niż ty - skomentował Liam. 
- Zawsze miałem trudności z zapamiętywaniem. Nadal w to nie 
wierzę - dodał. - Mała Shelley! Tak bardzo podobna do Fiony. 
- Chciała coś pomścić - rzucił Liam. - Uważała, że ma do tego 
prawo. Do miejsca po Seamusie. 
- Kto je naprawdę objął? - spytał Joe, wpatrując się w wuja. - 
Chyba tylko ja wierzyłem, że to ja. Ale byłem tylko przykrywką, 
prawda? 
- W ogóle nie powinieneś się tu zjawiać - odparł Liam. - 
Powinieneś mieć na tyle rozsądku, by zostać w Ameryce. 
Wrócisz tam. Na noc dobijemy do Liverpoolu. Wracasz do domu, 
Joseph! Lottie zabiłaby mnie własnymi rękami, gdyby wiedziała, 
na co cię naraziłem. Kevin musi uciekać z Anglii. No i ta 
gromada dzieci... 
- Obiecałem opiekować się Rosi! 
Liam spojrzał na nich. Wyglądało raczej, że to Roza opiekuje się 
Joem. 
 

background image

- Chyba nadal masz żonę w Ameryce, prawda? 
- spytał. - Masz też dzieci? 
- Tak - potwierdził Joe. Liam zostawił ten temat. 
- Zabiorę Rosi z dzieckiem do Kornwalii. Ci, których szuka, są 
tam. A potem wsadzę ją na statek płynący na północ. Jeśli nie ze 
Swansea, to z Liverpoolu. 
- Obiecałem, że odprowadzę ją na statek płynący do Norwegii! - 
stwierdził Joe stanowczo. - To mój brat jest ojcem jej dziecka. To 
wdowa po Seamusie, Liamie! 
- Cieszę się, że wreszcie to sobie przypomniałeś 
- powiedział Liam, ale jeden z kącików ust mu zadrżał. Jego 
poorana zmarszczkami twarz nie zdradzała wielu uczuć. Od 
progu dodał jeszcze coś ważnego: - Niech ta nieszczęsna historia 
z Shelley nauczy cię, że nie sieje się na cudzym polu! Nic do-
brego z tego nie wynika... 
Gdy zostali sami, Joe podciągnął nogi na pryczę. Roza siedziała 
teraz pomiędzy jego nogami. Joe objął dłońmi jej policzki i oparł 
czoło o jej czoło. Siedzieli w ciszy. 
- Nadal nie mogę w to uwierzyć - westchnął Joe niemal 
niedosłyszalnie. - To było gorsze niż nocne rajdy Jareda Jordana 
z Matthewsem w poszukiwaniu zbiegłych niewolników. Nie 
wiedziałem, co się stało z Dannym ani jak się to odbyło. Zawsze 
widziałem w nich bohaterów. W Dannym. W Seamusie. 
- Tutaj bohaterowie umierają młodo - odparła Roza, odgarniając 
mu włosy z czoła. - Ty nie będziesz bohaterem, Joe. 
Wyprostował się i oparł przedramiona na ramio- 
 
 
 
 

background image

nach Rozy. Patrzył na nią badawczo. Podziwiał jej spokój. Ona 
nie ulegała panice. Dawała mu swoją siłę. Joe nie sądził, czy 
byłby w stanie utrzymać się prosto na pokładzie, gdyby nie ona. 
Był wtedy bliski załamania. 
- Czy jesteś polem innego? - spytał, mrugając do niej i zmieniając 
nastrój. - Liam najwyraźniej tak uważa. Czy nie słyszałaś, jak 
mnie przestrzegał, bym nie siał na cudzym polu? 
Roza wysunęła się z jego objęć. Oparła się o zimną ścianę i 
podwinęła pod siebie stopy. Nie chciała go dotykać nawet 
skrawkiem swego ciała. 
Joe mógł jej powiedzieć, że to niepotrzebne. On nie musiał jej 
dotykać. Wystarczało, by mógł na nią patrzeć. Czasami 
wystarczyło słyszeć jej głos, mieć świadomość, że jest blisko. A 
zawsze mógł ją wyczuć powonieniem. Unosiła się wokół niej 
woń kwiatów, którą Joe nazywał w myślach zapachem Rosi. Czuł 
ją w nozdrzach, w zmysłach. Podejrzewał, że jej zapach pochodzi 
od mydła, którego kawałka strzeże niczym złota. Kobiety zawsze 
zamawiały duże ilości mydła o kwiatowych nazwach, gdy 
mężczyźni jechali do Savannah. Rosi zabraknie tego w Norwegii. 
Zastanawiał się, jak wtedy będzie pachniała. Dziwne, ale nie 
wyobrażał sobie, by mogła pachnieć inaczej niż kwiaty, słońce i 
wiatr. 
- Twoja bluzka jest nadal mokra - rzucił, patrząc na niemal 
przezroczysty materiał. - Wszystko można zobaczyć, Rosi. To 
pewnie dlatego Lia-mowi tak zaczęło się śpieszyć. Nie chciał 
wystawiać się na pokuszenie. 
- Materiał jest cienki - odparła Roza. - Zaraz wyschnie. 
 

background image

- Nadal marznę - oświadczył markotnie Joe. 
Roza przesunęła się obok jego nóg, unikając jego dłoni, które 
starały się ją zatrzymać. Stojąc pośrodku kajuty, odparła: 
- To wejdź pod koce. 
- Najszybciej można się rozgrzać nago pod kocami - zgodził się 
Joe, rozpinając koszulę. Odłożył ją porządnie na bok i posłuchał 
Rozy. Wpełzł pod podwójny koc wełniany, przykryty dodatkowo 
kapą pozszywaną z kawałków materiału przez jakąś pracowitą 
kobietę. 
Patrzył, jak Roza otula delikatnie Lily w koszyku. Mała, 
zmęczona studiowaniem cudu paluszków, zasnęła. Nawet dawało 
się słyszeć szmer jej oddechu. 
- Ogrzej mnie! - poprosił. Nie spuszczał z Rozy wzroku. Jego 
oczy prosiły równie natarczywie, jak usta. - Sama marzniesz, 
Rosi. Przemokłaś do nitki, a jesteś zbyt dumna, by się przebrać w 
mojej obecności. Chcesz czekać, aż zasnę? Ja mogę długo czu-
wać. 
- Ja nie muszę odpoczywać. 
- Akurat! Masz podkrążone oczy i wyglądasz, jakby stado 
jałówek deptało po tobie cały dzień. Jesteś przemoczona i 
marzniesz. Mogę podarować ci ciepło. Ja też poproszę cię o nieco 
ciepła, madame, ale o nic więcej. 
- Nic więcej? - spytała Roza, nagle rzeczywiście ogarnięta 
wielkim zmęczeniem. 
Joe pokręcił głową. 
- Za kogo mnie bierzesz? - spytał cicho. - To był piekielny dzień. 
Widziałem, jak giną moi przyjaciele. Nieomal mnie zastrzelili; 
biegłem, płynąłem i prawie się utopiłem. Zerwałem całą skórę z 
dło- 
 

background image

ni, gdy łapałem się burty. Marzłem tak strasznie, że myślałem, iż 
umrę z zimna, zanim utonę. - Nabrał powietrza. - Jeśli sądzisz, że 
po tym wszystkim mógłbym uwieść jakąkolwiek kobietę, to 
dzięki za zaufanie, ale czeka cię rozgoryczenie. Oczekujesz zbyt 
wiele, madame! 
  Roza rozpięła bluzkę i zdjęła mokre pończochy. Rozsznurowała 
gorset i zsunęła spódnicę. Mokre ubrania powiesiła w nogach 
pryczy w nadziei, że wyschną. Rozpuściła włosy i wślizgnęła się 
pod koce, które Joe uchylił zapraszająco. Ułożyła się na jego 
ramieniu. 
Joe nakrył ich kocami tak, by nie wiało z zewnątrz. Jej bliskość 
oszałamiała zmysły. Pewnie i on zacznie pachnieć jak kwiaty. 
Jenny tak nie pachniała. 
Jenny znajdowała się bardzo, bardzo daleko. 
- Tak się bałam - wyszeptała Roza. - Całą noc nie spałam, Joe. 
Czekałam na was. Tak się o was bałam. Bałam się, że i ty nie 
żyjesz. 
- Nie wierzysz sama sobie? - spytał cicho, z ustami w jej włosach. 
- Przecież przepowiedziałaś mój koniec. Jeśli ty wątpisz, to ja też 
zacznę... 
Pogładził ją po ramieniu, przesunął dłoń na przedramię. Gdy 
rozszerzył palce, nieomal dotknął jej piersi. 
- Śpij, Joe! - upomniała go Roza szeptem. - Śpij! To nie czas na 
zabawę w uwodziciela! 
Jego usta musnęły czoło Rozy u nasady włosów. Nie pocałował 
jej, ale i tak ciepłe dreszcze przeszły mu po plecach. 
Ona nie pozostała całkiem obojętna. Obróciła się nieco w jego 
objęciu, przysunęła bliżej, przełożyła udo przez jego biodro. 
Objęła go ramieniem, 
 

background image

usta wtuliła w jego szyję. Jej oddech cudownie go łaskotał. 
Mruknęła coś niezrozumiale, co świadczyło, że jest jej dobrze i że 
śpi... Joe westchnął. 
Splótł dłonie na ramieniu Rozy i pomyślał, że mógł dłużej ją 
przekonywać. 
Ale jednocześnie był cholernie zmęczony! 
Pocałował jej czoło i czubek nosa. Zrobiła taki grymas, że musiał 
się uśmiechnąć. 
- Jeszcze przyjdzie wieczór - wyszeptał, choć wiedział, że ona go 
nie słyszy. Może i lepiej. - Będziesz wypoczęta. Ja też. Poza tym 
ja nigdy nie słuchałem przestróg starszych... - Uśmiechnął się na 
myśl, jakie to będzie wspaniałe. - No i odwiozę cię do Kornwalii - 
dodał jeszcze i zasnął. 
 
 
Rozdział 12 
- Czy naprawdę muszę wyglądać jak pajac? -spytał Joe, krzywiąc 
się niemiłosiernie. 
Roza już pięć razy poprawiała jego chustkę pod szyją, a Liam 
patrzył na nich ponuro tyle samo razy. Najwyraźniej nie 
odpowiadała mu jazda w tym samym powozie. I dlatego, że Roza 
to zauważała, drażniła go dodatkowo, muskając i dotykając Joego 
przy każdej sposobności wtedy, gdy Liam patrzył. Gdy byli sami, 
trzymała dystans. 
- Chcę, żebyś wyglądał elegancko - powiedziała. 
 
 
 
 
 

background image

Miał na sobie rozszerzany surdut koloru brunatnego i proste 
spodnie, których nie nosił inaczej niż wpuszczone w wysokie 
buty. Były to jego ulubione buty, odratowane po kąpieli morskiej. 
Twierdził nawet, że stały się jeszcze bardziej miękkie, zupełnie 
jak rękawiczki. Pod błyszczącą, haftowaną złotem kamizelką 
miał śnieżnobiałą koszulę. Założenia rękawiczek odmówił, 
wyśmiewając propozycję Rozy. 
Jej suknia była czarna, jak przystało młodej wdowie. Miała 
prosty krój, dół nie tak szeroki jak w sukniach kobiet z Georgii. 
Roza zauważyła, że moda w Anglii była oszczędna. Mało co 
mogło się równać z przepychem Południa. 
Zawiązała mocniej czepek i otuliła się ciaśniej peleryną. 
- Nie podoba ci się to, prawda? - spytała Roza, trącając czubkiem 
buta Liama, by zwrócić jego uwagę. 
- Powinnaś już być w drodze do Norwegii -mruknął. - A Joseph 
do Ameryki. Możliwe jest, że rozesłali za nim listy gończe w 
Irlandii. Twojemu bratu żyje się dobrze. Daisy i David urządzili 
się. Masz cholerną rację, nie podoba mi się to! 
- Mam prawo zobaczyć się z moim bratem! -upierała się Roza, 
choć czuła lęk przed spotkaniem. 
- Umywam od tego ręce - oświadczył Liam, opierając się o ścianę 
powozu. Trudno było dostrzec jego twarz, zwłaszcza że nasunął 
kapelusz na czoło. - Według mnie mówisz, że masz prawo do 
zniszczenia bratu życia. Dlaczego chcesz odebrać mu to, czego 
sama nie miałaś? Jemu jest dobrze u Daisy i Davida. Traktują go 
jak syna. Wlas- 
 

background image

nego syna. Nie powinnaś przypominać mu o sobie, o was. Niech 
ma spokojne dzieciństwo! Niech je wspomina z radością. Sama 
byłaś dzieckiem i jesteś matką! 
- Moje dzieciństwo trwało krótko - odparła Roza chłodnym 
tonem. 
Joe objął ją ramieniem i lekko ścisnął. Umilkła. Joe spojrzał 
znacząco na Liama, by porzucił ten temat. 
Joe bał się o Rozę. Wiele nocy budził się, słysząc jej płacz. Ona 
nic o tym nie wiedziała, płakała przez sen. 
Spali w jednym łóżku. Tylko się obejmowali i spali. On tęsknił za 
czymś jeszcze, ale doceniał i te chwile. Będą stanowić 
wspomnienia, którymi nigdy się z nikim nie podzieli, ale które 
przechowa w zakamarku serca należącym do Rozy. 
We śnie wołała Seamusa. 
Wtedy obejmował ją mocniej. Głaskał delikatnie po włosach i 
plecach, jakby czynił to Seamus. Wiedział, że Seamus był wobec 
niej delikatny. Brat był silnym mężczyzną, ale wobec żony 
okazywał wiele czułości. Wobec swojej kobiety. 
Joe bał się o nią. Złożył dłonie w modlitwie, by to spotkanie 
przebiegło pomyślnie. Jeśli teraz się zawiedzie, chyba nie 
odważy się wysłać jej do Norwegii. 
Możliwe, że szukał pretekstu, by ją zabrać ze sobą, by przekonać 
do powrotu. Faktu, że takie wyjście zniszczyłoby go do cna, nie 
brał pod uwagę. 
- Ładnie tutaj - stwierdziła Roza. 
Nie oglądała specjalnie krajobrazu. Było dżdżysto. Wszystko 
zielone, przygnębiająco zielone. Pola falowały. Właściwie nie 
podobało jej się tu, ale chciała coś powiedzieć. Coś 
odwracającego uwagę 
 

background image

od Andersa. Chciała, by Liam mógł mówić o czymś poza 
oskarżaniem jej o wszystko, co zrobiła. 
- To krajobraz króla Artura - wyjaśnił Liam. -Tutaj zbierali się 
Rycerze Okrągłego Stołu. 
Roza znała historię. Normalnie byłaby zachwycona, mogąc na 
własne oczy oglądać tereny, na których żyły osoby znane z 
historii czy legend. Teraz wystarczyło jej pobieżne spojrzenie. 
- Aha - rzuciła. - A więc to Camelot. 
- Jesteśmy w Devon - uśmiechnął się Joe. - Nie w Kornwalii, ale 
w Devon. Ludzie tutaj są równie uparci i kochający wolność, jak 
Irlandczycy. Są dumni, a ponieważ mieszkają nieco za plecami 
Anglii, mogą robić, co chcą. Nie ma lepszych żeglarzy i 
wioślarzy niż tu. 
- Mają tu sporo wybrzeża - przyznała Roza. -Mniej tu lasów. 
Chyba zbliżamy się do terenu kopalni. Kopalnie zabijają 
krajobraz. Wiedziałeś 
0 tym, Joe? Wokół nich wszystko żółknie i umiera. To nie tylko 
hałdy. Przyroda umiera. 
Liam nie powiedział jej, że się zbliżają do celu podróży. Chciał 
zrobić niespodziankę. Ale widać miała więcej rozsądku, niż się 
spodziewał. 
Względem Rozy żywił mieszane uczucia -w równym stopniu 
sympatię i brak zaufania. Łatwiej było lubić ją, gdy należała do 
Seamusa - on w sposób oczywisty wielbił ziemię, po której cho-
dziła. Wtedy i Liam ją lubił. 
A teraz spała z Joem, własnym szwagrem! Była wdową, jej mąż 
jeszcze nie ostygł w grobie. Joe miał żonę. Nawet nie próbowali 
tego ukryć. Nie wstydzili się swoich zwierzęcych żądzy. 
Liam znał umowę pomiędzy Rozą a Davidem 
i Daisy. Wiedział, dlaczego Roza przybyła do Ir- 
 

background image

landii. Trudno mu przychodziło szanować kobietę, która była w 
stanie sprzedawać swoje ciało i swoje dzieci, jak ona. 
Jedyne, co przemawiało na jej korzyść, to fakt, że Seamus ją 
wybrał. No i, choćby to potępiał, że wybrał ją i Joe. Liam miał 
zaufanie do synów Charlotte. Poza tym Charlotte ją też lubiła. 
- Musiałem ich przygotować - powiedział jeszcze, nim wjechali 
przed dom Warrenów. 
Przesłał wiadomość Daisy. Poprosił ją, by ukryła Andrew. 
Kontakt z siostrą nie będzie dla niego dobry. Oczywiście, była 
jego siostrą, ale Liam polubił chłopaka. Życzył mu jak najlepiej. 
Andrew nie potrzebował takiej siostry. 
- Tak myślałam, że ich zawiadomisz. Wiem, że lubisz Daisy. 
Za te słowa Liam nieomal wybaczył Rozie jej niestałość. 
W wielkim domu czekał David. Rzut oka wystarczył, by się 
przekonać, że i on wystroił się na to spotkanie. Ubrany był w 
surdut z tweedu. 
Na widok Anglika w Joem obudziły się wojownicze instynkty. 
Ujął Rozę pod łokieć, pokazując i jej, i Davidowi, że nie jest 
sama. 
Rozie zaschło w ustach. David wcale się nie postarzał. Należał do 
tego typu mężczyzn, którzy wyglądają tak samo od dwudziestki 
do pięćdziesiątki. Jego brązowoczarne włosy lekko przyprószy 
mu siwizna, ale twarz pozostanie taka sama. 
Uśmiechnął się. Lewy kącik ust zawsze unosił się wyżej. Jego 
ostre, nieregularne rysy twarzy nadal emanowały specyficznym 
czarem. 
 
 
 
 

background image

Roza pomyślała, że szkoda, iż ich syn umarł. David Warren 
powinien móc przekazać dalej ten swój urok. Ona sama nawet nie 
zdążyła poczuć żałoby po śmierci dziecka. Nie zdążyła go 
poznać. Margaret zbyt wcześnie go zabrała. 
- Witaj - powiedział David Warren, całując Rozę w oba policzki. 
Dłoń, którą mu podała, uścisnął. 
Roza spostrzegła, że Joemu nie spodobał się ten świadczący o 
zażyłości sposób powitania. 
- Gdzie Daisy? - spytał Liam. 
- Nie ma jej tu - odparł David. 
Nie powiedział, że Daisy uciekła do wioski, uroczyście 
oświadczając, że nie zamierza spotykać się z Rozą Samuelsdatter. 
Nic nie ma do powiedzenia tej kobiecie. On może robić, co chce, 
ale ona, Daisy, nie zniesie widoku tej Norweżki. 
Margaret nie chciała też, by Andrew spotkał się ze swoją siostrą, 
ale nie chciała sprzeciwiać się Davidowi. On powiedział chłopcu, 
że Roza chce go zobaczyć. 
Andrew poruszyłby niebo i ziemię, gdyby nie doszło do tego 
spotkania. 
- Gdzie jest Anders? - spytała Roza, rozglądając się wokół. 
Poznawała wiele przedmiotów z domu Warrenów w Kâf jorden. 
Pokoje tutaj były jednak większe i jaśniejsze. Czuła dłoń 
Margaret za każdym drobiazgiem. David nie przywiązywał wagi 
do wystroju wnętrza. 
Nie dziwiło jej, że nadal czuje sympatię do Da-vida. Nic więcej. 
Nadal go lubiła. Przecież wtedy także ze sobą rozmawiali. Nie 
byli tylko spoconymi ciałami splecionymi w uścisku, 
wykorzystującymi siebie nawzajem. 
 

background image

- Czeka na zewnątrz. 
David skinął głową w kierunku drzwi wychodzących na ogród. 
Dostrzegała kolorowe klomby z kwiatami. 
- Idź do niego! - zachęcił ją David z uśmiechem. - Przypuszczam, 
że chcesz się z nim spotkać sam na sam. 
Roza niemal wyszarpnęła Lily z ramion Joego. Dziecko głośno 
dało do zrozumienia, co o tym myśli. Dobrze jej było na jego 
przedramieniu. Joe kołysał ją jak należy i stroił śmieszne miny. 
Roza miała gwałtowne ruchy. Lily wyczuła, że matka się czegoś 
obawia i wyraziła się w jedyny sposób, który opanowała: 
krzycząc. 
- Twoje dziecko? - spytał David, zastępując jej drogę. 
Szczupłe palce inżyniera kopalni odsunęły żółty kocyk, którym 
Roza otuliła dziewczynkę. Spojrzał ciepło na małą buzię. 
Porównał wzrokiem z twarzą Rozy i w jego oczach pojawił się 
przelotnie wyraz tęsknoty. Zamrugał kilka razy i uśmiechnął się. 
- Moje - odparła Roza. 
- I Joego? - spytał David, unosząc brwi. 
Nie pamiętał układów w klanie O'Connorôw. Było ich zbyt 
wielu, a związek między nimi i Daisy zbyt daleki. Zresztą Daisy 
nigdy nie chwaliła się nimi. Byli ubogimi irlandzkimi 
dzierżawcami i pokrewieństwa z nimi nie uznawała za zbyt 
chwalebne. Chociaż wydawało się, że dobrze sobie poradzili w 
Ameryce. 
- To moja bratanica - wyjaśnił Joe jak gdyby nigdy nic. - Mój brat 
nie żyje. 
Spojrzenie, które mu posłał, mówiło wyraźnie, żeby nic sobie nie 
myślał z tego powodu. 
 

background image

David zrozumiał i skinął głową. Przeszedł przez pokój i otworzył 
drzwi prowadzące do ogrodu. Andrew czekał wystarczająco 
długo. 
Zostawiła obcym małego chłopca. Był częścią jej zapłaty za tę 
godną pogardy transakcję, której kiedyś dokonała. Roza nie 
wspominała jej z dumą. 
Nie mogła opędzić się od słów Liama, że spotykając się teraz z 
Andersem, kradnie mu dzieciństwo. 
Chłopak zbijał coś przypominającego gołębnik. Miał długie 
kończyny. Jej brat miał teraz jedenaście lat. Mały mężczyzna. 
Pewnie będzie najwyższy z rodzeństwa, stwierdziła. Wyższy od 
Olego i ojca. 
Chyba ją usłyszał, bo odłożył młotek i odwrócił się w jej stronę. 
Przypomniała sobie z dreszczem wizje, które nawiedzały go, gdy 
był ośmiolatkiem. Pamiętała płomienną nienawiść, którą 
wybuchnął, nazywając ją nierządnicą Babilonu. Nie była jego 
siostrą, dla niej istniało tylko piekło i wieczne potępienie. 
Ogień oczyszcza, przemknęło przez myśl Rozie. 
Brązowe oczy miał po matce. Włosy ciemniejsze niż Nanna. 
Opadały nieco za długie, pomyślała Roza z lekką irytacją. 
Margaret mogłaby przynajmniej dbać o wygląd chłopca. 
- Anders - powiedziała, zatrzymując się. Podszedł do niej powoli. 
Był wystrojony niczym 
angielski dżentelmen. Stanął przed nią, patrząc na nią uważnie. 
- Czekałem na ciebie - rzekł po angielsku. 
- Myślałam o tobie - odparła. 
- Wiem. 
 

background image

- Mówisz teraz tylko po angielsku? - spytała ostrożnie. Dziwnie 
było rozmawiać z młodszym bratem w obcym języku. 
Pokiwał głową. 
- Nie pamiętam już norweskiego - przyznał. -Wadzi ci to? Smuci? 
- Nie. 
Anders spojrzał na dziecko w jej ramionach. 
- Widzę, że się urodziła - powiedział, wspominając własne słowa, 
gdy się rozstawali z Rozą. - No i miałem rację, prawda? 
Powiedziałem, że spotkamy się znowu, gdy ta mala dziewczynka 
się urodzi, i że wtedy będą kwitły lilie. 
Wskazał ramieniem na kwietniki potwierdzające jego słowa. 
- Ma na imię Lily - oświadczyła Roza. 
- Jest jedną z pary - stwierdził Anders. Roza zbladła. 
Jej jedenastoletni brat wyjął Lily z jej objęć. Trzymał ją niemal 
prawidłowo. Mała była tak zdumiona widokiem obcego, że nie 
zapłakała. Wpatrzyła się w niego z uwagą, a potem pokazała w 
uśmiechu dołeczki w policzkach. 
- To takie dziwne, że one rosną - zastanawiał się Anders. - Teraz 
jest taka malutka. Dlaczego nie masz jej brata? 
- Wracam do domu, Anders. Tam nie ma nadmiaru przestrzeni. 
Anders pokiwał głową. 
- Nie będę pytać, skąd wiedziałeś o nim. Są bliźniętami. 
- Po prostu wiedziałem. 
Chłopak już dawno pogodził się z tym, czego sam nie pojmował. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Nazywają mnie teraz Andrew - oświadczył. 
- Podoba ci się tak? 
- Wolę Andy. 
Roza zapamiętała, że tak ma do niego mówić. Andy. Ojciec 
przewróciłby się w grobie... 
- Już się więcej nie spotkamy - dodał Anders. Andrew. Andy. 
Powinna teraz porozmawiać z nim o rodzinie, dziedzictwie. Że 
nie powinien o nich zapominać. Ale nie miała prawa czynienia go 
więźniem ich rodziny. Miał prawo być tym, kim chce. Miał 
prawo być Andym, a ona nie powinna się wtrącać. To, co było 
ważne dla niej, nie musiało być ważne dla niego. 
- Mam rękę do koni - powiedział dumnym tonem. - Nauczę się 
wszystkiego o koniach. Może będę miał stajnie i hodowlę. A 
może zostanę weterynarzem. Byłoby wspaniale. 
Rozie przypomniały się takie same marzenia słyszane nie tak 
dawno. 
- Maman mówi, że będę tym, kim chcę. Ona i papa nie będą się 
sprzeciwiać. 
Roza nie mogła uwierzyć, że Anders nazywa Margaret mamą. 
- Mówię na nią maman - przyznał Anders. -A na Davida papa. 
Brzmiało to z francuska. Roza była teraz pewna, że ojciec musi 
przewracać się w grobie. Anders stał się im obcy. 
Roza powiedziała to Joemu w drodze powrotnej. 
- Stał się kimś nieznanym. To ich syn. Więc jednak dałam im 
syna. 
 

background image

Jej śmiech zabrzmiał gorzko. - To dla niego lepiej - odparł Joe. 
Roza pogodziła się z tym, choć nie wiedziała już, co jest dobre 
dla niej samej... 
Ostatniej nocy w Liverpoolu zrobili to, o co cały czas 
podejrzewał ich Liam. 
Liam już wyjechał. Swoimi kanałami dowiedział się, że Joe nie 
jest poszukiwany ani w Anglii, ani w Irlandii. Gdy już to 
stwierdził na pewno, wrócił do swego ukochanego Cheshire. 
Joe znalazł spokojną gospodę za miastem. W książce gości bez 
zmrużenia oka zamaszystym charakterem wpisał „Mr. and Mrs 
Joseph O'Connor". Jego uśmiech był zaczepny i jednocześnie 
ostrzegawczy, gdy spostrzegł reakcję Rozy. 
Zjedli dobry obiad. Zamówił pięć wspaniałych dań, które 
przyniesiono do pokoju. Pili wino o nazwach, których żadne z 
nich nie zdołało wymówić. Żartowali, że Jenny z pewnością by 
się to udało. Włożyłaby całą duszę, by się ich nauczyć. 
Rozmowa o Jenny nie wprawiała ich w zakłopotanie. 
Pokój oświetlała jedynie lampa. Joe chodził w samych spodniach, 
a jego muskularny, nagi tors wydawał się złocisty. 
Żałowałaby, gdyby to zrobiła. Ale żałowałaby też, gdyby nie 
zrobiła. A Roza wolała żałować czynów popełnionych. 
Zdjęła ubranie, jakby zapominając włożyć koszuli nocnej, która 
cnotliwie oddzielała ich ciała w czasie wspólnych nocy. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Joe zatrzymał się. Uniósł brew, niepewny, jaką to grę ona 
zaczyna. 
- Nie patrz tak na mnie, skarbie! - poprosił lekkim tonem. Zbyt 
lekkim. Nawet Roza widziała, jaki jest spięty. - Ktoś powinien ci 
powiedzieć, że mężczyznom przychodzą do głowy dziwne myśli, 
gdy nagie damy patrzą na nich z tęsknotą w spojrzeniu... 
Stanęła przed nim. Jedyne, co ich teraz oddzielało, to włosy Rozy 
okrywające jej ciało niczym płynna miedź, ogień albo jedwab. 
- Pragniesz mnie? - spytała, patrząc mu w oczy. Joe z trudem 
przełknął ślinę. 
- Niech mnie Bóg ma w swej opiece - odrzekł ochrypłym głosem. 
- Tak, Rosi. Pragnę cię. 
Wyciągnął do niej rękę i położył dłoń na wgłębieniu między 
plecami a biodrami. Roza miała skórę białą niczym mleko tam, 
gdzie nie miała blizn. Jenny była doskonała, a Roza nie. Jednak 
Roza kusiła go do szaleństwa, a Jenny mniej. 
- To jest złe - mruknął blisko jej ust. 
- Bardzo złe - odparła. 
- Nadal czuję wanilię na twoich wargach - powiedział. Na deser 
jedli krem waniliowy. Joe uwielbiał wanilię. - Teraz jesteśmy 
tylko my. Ja cię pragnę, Rosi. Joe cię potrzebuje! 
- Joe - odpowiedziała, sięgając ustami do jego warg. Chciwie. Z 
pasją. 
Dłońmi uniosła jego dłonie do swoich piersi, których brodawki 
niczym słodkie jagody prosiły, by je całować, smakować, ssać. 
Joego nie trzeba było długo prosić. Pieścił ją odważnie, 
zdecydowanie, stawiał wymagania. 
 

background image

Roza rozkoszowała się tym. 
Miał twarde dłonie. Jego pocałunki nie przypominały 
roztapiającego się śniegu czy porannej mżawki. Były gwałtowne. 
Uniósł ją w ramionach i rzucił na szerokie łóżko. Był jak tygrys 
pewien swego łupu. 
Ich usta odnalazły się na ślepo. Całowali się, mocno objęci. 
Leżeli ciasno spleceni, skóra przy skórze. Nie pieścili się już. Nie 
potrzebowali tego. Byli dla siebie gotowi już po pierwszym 
objęciu. 
Gdy już nie byli w stanie dłużej wytrzymać, jednocześnie 
rozluźnili uścisk. Po prostu. Ona rozchyliła przed nim kolana, a 
on wszedł w nią z impetem. 
Roza obejmowała jego plecy ramionami, udami i kolanami. 
Poruszała się pod nim, nie potrafiła leżeć spokojnie. On był 
niczym woda w przypływie i odpływie, pieszcząca brzeg i 
gwałtownie, i miękko. Uderzał z całym żarem, a ona nie umiała 
pozostać nieruchomą, niemą skalą. Uderzała w niego niczym fala 
z innego morza. 
Gdy zasnął w jej objęciu, a noc otuliła ich ciemnością, wiedziała, 
że to Joe. Roza wiedziała dobrze, że to nie Seamusowi oddała 
swoje ciało. 
Pożegnali się bez wielu słów. Joe włożył w jej dłonie teczkę, 
mówiąc, że to jej klucz do Georgii, gdyby tylko chciała. 
- Tam zawsze będziesz miała dom - powiedział. 
Wiedziała, że on w to wierzy. Ale wiedziała też, że nigdy nie 
opuści Jenny. Mogła wrócić do Georgii, ale nie do niego. Oboje 
wiedzieli, co ich łączy. Oboje wiedzieli, że to musi pozostać 
przelotne. 
 
 

background image

- Mam nadzieję, że przyjedziesz - dodał i pocałował ją na 
pożegnanie w oba policzki. 
- A jeśli nie przyjadę, to nigdy cię nie zapomnę. 
- No to spotkamy się na polu bitewnym - rzucił Joe lekkim tonem. 
 

background image

Epilog 
Mattias zawsze już będzie żartował, że przekonał mnie jego dom 
i ziemia. Że warto być zamożnym mężczyzną. 
Prawda była taka, że nie widziałam jeszcze ani jego domu, ani 
ziemi, gdy podjęłam decyzję. 
Siedzieliśmy na brzegu w Bossekop, dzieląc się jedzeniem na 
drogę, które dała nam Liisa. Mattias, patrząc w niebo, 
zaproponował, bym się do niego wprowadziła. 
- Nie wprowadzę się ot, tak - odparłam. - Nie jestem taką kobietą. 
Jeśli chcesz mnie w swoim domu, musiałbyś się ze mną ożenić. 
Mattias spojrzał na mnie. 
- Chcesz wyjść za mnie, Rozo? 
- Tak - odparłam.