background image

Robetrs Nora 

Uczciwe złudzenia 

 
 

Część pierwsza 

 

„O, nowy, wspaniały 

świat, w którym żyją tacy ludzie!" 

William Shakespeare, „Burza" (w przekładzie S. Barańczaka) 

 
 

PROLOG 

 

ZNIKAJĄCA KOBIETA – stary magiczny trik, wzbogacony kilkoma nowymi 

pomysłami. Nigdy jeszcze się nie zdarzyło, zawiódł. Zawsze podczas tego numeru 
publiczność z wrażenia wstrzymywała oddech. A wytworni widzowie, zgromadzeni w 
waszyngtońskiej sali koncertowej, dawali się omamie równie łatwo jak ciemni wieśniacy na 
jarmarcznym widowisku. 

Wstępując na piedestał, Roxanne czuła na sobie dziesiątki wyczekujących spojrzeń 

wyrażających ufność, a zarazem sceptycyzm pomieszany i zaciekawię nie m. Wszyscy obecni 
na sali pochylili się do przodu i wyciągnęli szyje. W tej chwili robotnik nie różni! się niczym 
od prezydenta. 

Wobec magii wszyscy są równi. 

To słowa Maxa – przypomniała sobie. Powtarzał je wiele, wieie razy. 

Zalany jaskrawym światłem piedestał zaczął się unosić w kłębach mgły, 

majestatycznie obracając się wokół własnej osi przy dźwiękach „Błękitnej rapsodii" 
Gershwina. Powolny obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni ukazał widzom wszystkie strony 
gładkiej jak lód powierzchni piedestału z kobietą stojącą na jego szczycie i przykuł ich 
uwagę. 

Efektowna prezentacja. Zawsze ją uczono, że właśnie to odróżnia artystę od 

szarlatana. 

Roxanne miała na sobie ciemnogranatową iskrzącą się suknie ściśle przylegającą do 

jej gibkiej sylwetki – tak ściśle, że nie można było mieć wątpliwości, iż migotliwy jedwab 
opina nagie ciało. Jej włosy – płomienny wodospad spadający falami aż za talię – mieniły się 
tysiącami iskier. 

Ogień i lód. Wielu już zdumiewało się, że jedna kobieta może pomieścić w sobie oba 

te przeciwieństwa. 

Zamknęła oczy jak we śnie lub w transie. Przynajmniej tak się zdawało zachwyconym 

widzom. Jej subtelna twarz uniosła się ku usianemu gwiazdami sufitowi. 

Potem podniosła powoli ramiona wysoko, ponad głowę – dla efektu wizualnego, a 

także dlatego, że wymagał tego trik. 

To jedynie piękne złudzenie. Wiedziała o tym doskonale. Mgła, światła, muzyka, 

kobieta. A jednak pozwoliła się oczarować tej urzekającej iluzji. W głębi duszy czuła 

background image

rozbawienie na myśl, że występuje w roli odwiecznego symbolu: piękna samotna kobieta 
wznosząca się ponad powszednie troski i trudy życia. 

Urzekająca iluzja miała też inną, mniej czarowną stronę. Wszystkie ruchy Roxanne, 

wyliczone co do sekundy, wymagały pełnej koncentracji. Mimo to nawet widzowie z 
pierwszych rzędów nie zauważyli śladu napięcia na jej jasnej twarzy. Nikt nie miał pojęcia, 
ile nużących godzin spędziła, opracowując swój numer, doskonaląc każdy szczegół 
scenariusza najpierw na papierze, a później – w trakcie prób. Niekończących się 
wyczerpujących prób. 

Powoli, w takt muzyki Gershwina, jej ciało zaczęło się obracać, giąć i kołysać. 

Samotny taniec trzy metry ponad sceną, płynne ruchy, migoczące barwy. Na widowni 
rozległy się szepty, gdzieniegdzie zerwały się oklaski. 

Widzieli ją – przez błękitną mgiełkę i wirujące światła widzieli iskry rozsiewane przez 

ciemną suknię, fale płomienistych włosów, blask alabastrowej skóry... 

I nagle w ułamku sekundy znikła im z oczu. Zanim ktokolwiek zdołał się zorientować, 

co się stało, już jej nie było. Na jej miejscu pojawił się bengalski tygrys. Stał na tylnych 
nogach rycząc i bijąc przednimi łapami powietrze. 

Przez chwilę na widowni zapadła cisza – najpiękniejszy komplement dla artysty, 

świadczący o tym, że wszyscy widzowie stracili z wrażenia dech w piersiach. A potem salą 
wstrząsnął ogłuszający grzmot oklasków. Piedestał zaczął się powoli opuszczać. Wielki kot 
zeskoczył na scenę, podszedł do hebanowej skrzyni i ponownie ryknął. Jakaś kobieta w 
pierwszym rzędzie zachichotała nerwowo. Cztery boki skrzyni opadły jednocześnie. 

Oczom wszystkich ukazała się Roxanne. Nie miała już na sobie migotliwej granatowej 

sukni, lecz srebrny trykot. Ukłoniła się nisko, tak jak uczono ją niemal od urodzenia. 

Zeszła ze sceny w burzy oklasków. Tygrys podążał za nią jak cień. 

– Dobra robota, Oscar – powiedziała. Z głębokim westchnieniem podrapała go za 

uszami. 

– Ładnie wyglądałaś, Roxy – rzucił wysoki krzepki pomocnik, przypinając smycz do 

błyszczącej obroży Oscara. 

– Dzięki, Mouse – uśmiechnęła się, odrzucając do tyłu włosy. W kulisach krzątali się 

pracownicy obsługi. 

Mogła spokojnie zostawić tu swoje rekwizyty wiedząc, że zostaną zabezpieczone 

przed wścibskimi natrętami. Wprawdzie ostatnio, odkąd wyznaczyła datę konferencji 
prasowej, przestała natykać się na dziennikarzy. Z przyjemnością pomyślała o butelce 
szampana mrożącego się w lodówce i kąpieli w wannie wypełnionej po brzegi gorącą wodą. 

W samotności. 

Nieświadomie zatarła ręce. Mouse powiedziałby, że nawyk ten przejęła od ojca. 

– Jestem zdenerwowana – powiedziała i roześmiała się krótko. – I to przez cały 

wieczór. Mam wrażenie, jakby ktoś stal mi za plecami. 

– Wiesz... tego... – Pomocnik spojrzał na nią niepewnie. Oscar ocierał mu się o kolana, 

łasząc się jak mały kotek. Mouse nigdy nie potrafił się ładnie wyrażać; teraz widać było, że z 
trudem szuka odpowiednich słów, by przekazać Roxanne nowinę. – Masz gościa, Roxy. W 
garderobie. 

– Tak? – Ściągnęła brwi w odruchu zniecierpliwienia. Kto to? 

background image

– Ukłoń się jeszcze raz, kochanie. – Lily, asystentka i przybrana matka Roxanne 

podbiegła, by uścisnąć jej dłoń. 

– Całkiem podbiłaś widownię. – Wyjęła chusteczkę i otarła oczy, uważając na 

sztuczne rzęsy, które nosiła zarówno podczas występów, jak i na co dzień. – Max byłby taki 
dumny. 

Roxanne poczuła ostry skurcz. Nagle zachciało jej się płakać. O nie, nigdy. Nikt nie 

zobaczy jej łez. Ruszyła w stronę sceny; z widowni dobiegał grzmot oklasków. 

– Kto na mnie czeka?! – krzyknęła jeszcze przez ramię, ale Mouse już zniknął. 

Mistrz nauczył go, że dyskrecja to najlepszy ze staroświeckich przeżytków. 

Dziesięć minut później Roxanne zaróżowiona i ożywiona sukcesem otworzyła drzwi 

swojej garderoby. Poczuła charakterystyczny zapach różu i szminki. Przyzwyczaiła się do 
niego od dziecka. Napawała się nim niczym świeżym górskim powietrzem. Ale zaraz potem 
napłynęła inna woń – aromat dobrego tytoniu. Elegancki, egzotyczny. Francuski. Jej dłoń 
zadrżała lekko na gałce drzwi. 

Znała tylko jednego człowieka, który kojarzył się jej z tym zapachem. Tylko on palił 

cienkie francuskie cygara. 

Kiedy go zobaczyła, nie odezwała się ani słowem. Nie mogła. Patrzyła tylko, jak 

wstaje z krzesła, na którym rozkoszował się swoim cygarem i jej szampanem. O Boże, to było 
wstrząsające – tak patrzeć na te cudowne usta wygięte w znajomym uśmiechu, spojrzeć w te 
nieprawdopodobnie błękitne oczy. 

Nadal nosił długie włosy – hebanową falistą grzywę odgarniętą do tyłu. Był piękny już 

jako dziecko – smagły chłopczyk o oczach, które potrafiły palić jak ogień lub mrozić jak lód. 
Lata podkreśliły tylko jego urodę, wyszlachetniając tę urzekającą twarz o wystających 
kościach policzkowych i przedzielonym ledwie widocznym rowkiem podbródku. 

Oto mężczyzna, za którym szaleją kobiety. 

I ona też. O, tak. 

To już pięć lat, odkąd po raz ostatni widziała ten uśmiech, kiedy ostatni raz zatopiła 

palce w tych gęstych włosach i poczuła palące dotknięcie tych nerwowych ust. Pięć lat 
płaczu, rozpaczy i nienawiści. 

Dlaczego nie umarł? pomyślała i zmusiła się do pokonania odrętwienia. Zamknęła 

drzwi. Dlaczego nie okazał chociaż tyle przyzwoitości, żeby zginąć na jeden z wymyślonych 
przez nią sposobów? 

I co, na miłość boską, ma teraz zrobić z tą okropną tęsknotą, która owładnęła nią na 

jego widok? 

– Roxanne – lata treningu sprawiły, że głos Luke'a był zupełnie spokojny. Dziś 

wieczorem patrzył na nią, widział każdy jej ruch, stojąc w mroku kulis. Obserwując, 
oceniając. Pragnąc. A teraz kiedy tak stali naprzeciw siebie, wydała mu się tak piękna, że 
wprost nie mógł tego znieść. 

– To był dobry występ. Bardzo efektowny finał. 

– Dziękuję. 

Ręka mu nie zadrżała, gdy nalewał szampana i podawał jej kieliszek. Oboje byli 

profesjonalistami z tej samej szkoły. Ze szkoły Maxa. 

background image

– Przykro mi z powodu Maxa. Spojrzała na niego spokojnie. 

– Naprawdę? 

Wiedział, że zasłużył na karę znacznie surowszą niż to smagnięcie ironii, więc 

pokiwał tylko głową i spuścił oczy. Przez jakiś czas przyglądał się musującemu szampanowi. 
Następnie spojrzał na Roxanne z uśmiechem. 

– Rubiny z Calais to twoja robota? 

Upiła mały łyk i wzruszyła niedbale ramionami. Srebrny kostium zamigotał. 

– No pewnie. 

– Aha. – Znowu skinął głową zadowolony. Teraz wiedział już na pewno, że nie 

straciła wprawy – zarówno jako artystka, jak i włamywaczka. 

– Słyszałem pogłoski, że ktoś zwędził z Londynu egzemplarz pierwszego wydania 

„Zagłady domu Usherów" Poego. 

– Masz dobry słuch, Callahan. 

Nadal uśmiechnięty zaczął zastanawiać się, kiedy nauczyła się tak promieniować 

seksem. Pamiętał ją jako sprytne dziecko, następnie jako rozbrykaną nastolatkę, a w końcu 
kwitnącą młodą kobietę. Teraz kuszący kwiat osiągnął pełnię rozkwitu. 

Luke poczuł znowu pożądanie, które łączyło ich kiedyś, przed laty. Wykorzysta to 

teraz, zrobi to z żalem, ale nie zawaha się. Cel uświęca środki. Jeszcze jedna maksyma 
Maximilliana Nouvelle'a. 

– Chciałbym ci coś zaproponować, Rox. 

– Tak? – Pociągnęła jeszcze jeden łyk i odstawiła kieliszek. Czuła w ustach gorzki 

smak. 

– Propozycja ma charakter zawodowy – powiedział niedbale, wyrzucając niedopałek 

cygara. – A także osobisty. Brakowało mi cię, Roxanne. 

Było to najszczersze wyznanie, na jakie mógł się zdobyć. Chwila uczciwości po latach 

oszustw, kłamstw i udawania. Porwany falą własnych uczuć, nie zauważył ostrzegawczego 
błysku w oczach Roxanne. 

– Naprawdę, Luke? Tęskniłeś za mną? 

– Bardziej, niż to umiem wyrazić. 

Zbliżył się do niej oszołomiony wspomnieniami. Serce zaczęło mu bić szybciej, kiedy 

poczuł bliskość jej ciała. Zawsze liczyła się tylko ona. Choćby uciekł na koniec świata, nigdy 
nie wydostanie się z pułapki, w którą schwytała go Roxanne Nouvelle. 

– Przyjdź do mojego pokoju w hotelu – szepnął ponad jej głową, kiedy kocim ruchem 

wsunęła się mu w ramiona. – Zjemy razem kolację. Pogadamy. 

– Będziemy rozmawiać? – oplotła go ramionami. Pierścionki na jej palcach zalśniły, 

kiedy zanurzyła dłonie w jego włosach. Potrójne lustro na toaletce ukazywało powielone 
odbicia ich sylwetek. Ich przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Kiedy odezwała się znowu, 
jej głos przypominał mgłę, w której zniknęła na scenie. Był głęboki i tajemniczy. 

– Czy właśnie to chcesz ze mną robić, Luke? Zapomniał o konieczności panowania 

nad sobą, zapomniał o wszystkim z wyjątkiem tego, że jej usta znajdują się o cal od jego 
warg. 

background image

– Nie. – Nachylił się, by ją pocałować. W tej samej chwili Roxanne z całej siły 

wymierzyła mu cios kolanem między nogi. Pod czaszką poczuł eksplozję bólu, który odebrał 
mu oddech. Kiedy zgiął się wpół, jej pięść wylądowała na jego szczęce. 

Jęk zaskoczenia i łomot stołu, o który zawadził padając, sprawiły Roxanne olbrzymią 

satysfakcję. Róże wypadły ze stojącego na stole wazonu, woda rozprysnęła się na wszystkie 
strony. Kilka małych pączków upadło na leżącego na mokrym dywanie Luke'a. 

– Ty... – Wyszarpnął z włosów zaplątaną w nie różę. Ta smarkula zawsze była 

podstępna, pomyślał. – Jesteś szybsza niż kiedyś, Rox. 

Stanęła nad nim z dłońmi na biodrach: smukła srebrna wojowniczka, która nigdy nie 

porzuciła myśli o zemście. 

– Nie tylko to się zmieniło. 

Kostki palców paliły ją żywym ogniem. Zniosła to zadowolona, że ból zagłusza inne, 

o wiele większe cierpienie. 

– A teraz, ty kłamliwy irlandzki sukinsynu, wynocha z powrotem tam, gdzie cię 

poniosło pięć lat temu. Zbliż się do mnie jeszcze raz, a przysięgam, że tym razem znikniesz 
na zawsze. 

Odwróciła się na pięcie zachwycona swoją ostatnią kwestią. Nagle krzyknęła i upadła 

na dywan: Luke podciął jej nogi. Zanim zdążyła zareagować, przyparł ją do podłogi, 
pozbawiając możliwości ruchu. Zapomniała już, jaki jest silny. 

"Błąd w obliczeniach" – powiedziałby Max. Oto co leży u podstaw wszelkich 

niepowodzeń. 

– W porządku, Roxy. Możemy porozmawiać tutaj. Chociaż trudno mu było oddychać 

i ciągle czuł ból, uśmiechnął się. – Jak wolisz. 

– Idź do diabła. 

– Pewnie w końcu pójdę. – Jego uśmiech zniknął. Cholera, Roxy. Nigdy nie umiałem 

ci się oprzeć. 

Ich usta spotkały się. Roxannc i Luke przenieśli się w przeszłość. 

 

Rok 1973, okolice Portland, stan Maine 

– Do nas, do nas, wstąpcie do nas! Zabawimy was, zaskoczymy was! Tylko tu macie 

szansę zobaczyć, jak Wielki Nouvelle drwi z praw natury! Za jednego dolara ujrzycie, jak 
zmusza karty, by tańczyły w powietrzu. Za jednego dolca Wielki Nouvelle na waszych 
oczach przepiłuje na pół kobietę przecudnej urody! 

Słuchając jednym uchem przemowy naganiacza, Luke Callahan prześlizgiwał się 

przez rozbawiony tłum, pracowicie obszukując kieszenie. Miał szybkie ręce, zwinne palce i 
najważniejszą cechę dobrego złodzieja – zupełny brak skrupułów. 

Właśnie skończył dwanaście lat. 

Od sześciu tygodni był wciąż w drodze, bez chwili odpoczynku. Miał nadzieję, że 

zdąży dotrzeć na południe, zanim parne lato Nowej Anglii zastąpi lodowata zima. 

„Nie zajadę daleko, jeśli nadal będzie mi się tak wiodło" – pomyślał, wyławiając z 

czyjejś wypchanej kieszeni zwitek banknotów. Tylko nieliczni przyszli tu z zamiarem 

background image

zafundowania sobie kilku rundek na karuzeli czy spróbowania szczęścia w kole fortuny. 
Tylko nieliczni mieli przy sobie więcej niż parę wymiętych banknotów. 

Jeśli tylko uda mu się dotrzeć do Miami, wszystko będzie wyglądać zupełnie inaczej. 

Za jednym ze straganów porzucił pusty już portfel z imitacji skóry i przeliczył zdobycz tego 
wieczoru. 

Dwadzieścia osiem dolarów. Wspaniale! 

Niech no tylko znajdzie się w Miami, w tym zakątku pełnym słońca, spienionych fal i 

nieustannej zabawy! Powetuje sobie wszystkie straty. Musi jednak jeszcze trochę 
popracować, by zebrać jakieś dwieście dolarów. Już niedługo będzie go stać na przebycie 
ostatniego odcinka trasy autobusem. Greyhoundem – pomyślał z krzywym uśmiechem. 
Należy mu się chociaż jedna spokojna podróż. Pora odpocząć od jeżdżenia autostopem w 
towarzystwie naćpanych hipisów i zboczeńców o tłustych paluchach. Chociaż kiedy jest się 
zbiegiem, nie można zanadto grymasić. Luke wiedział już, że ucieczka od szanowanego 
obywatela może skończyć się policyjnym raportem albo – co na jedno wychodzi – długim 
kazaniem o tym, co może spotkać małego chłopca z dala od rodziny. 

I nie ma sensu tłumaczyć, że najgorsze może spotkać cię właśnie w domu. 

Obrobił jeszcze kilku frajerów i cały łup upchnął w swoich zniszczonych butach. 

Chciało mu się jeść. Zapach gorącego tłuszczu już od godziny przyprawiał jego żołądek o 
tantalowe męki. Teraz wynagrodził to sobie, pożerając przypalonego hamburgera i trochę 
frytek. 

Jak większość dwunastolatków, nie miałby nic przeciw przejażdżce na karuzeli, ale 

nawet jeśli coś go ciągnęło w stronę wirujących świateł, nie pozwolił sobie na przyznanie się 
do tej słabości. Te głupki myślą, że to straszna frajda, pomyślał z krzywym uśmiechem. Zaraz 
położą się grzecznie do łóżeczek, kiedy ja będę spał pod gołym niebem. A rano przyjdzie do 
nich tatuś i mamusia, i powiedzą im, co mają zrobić i w jaki sposób. 

A jemu nikt niczego nie mówił. 

I bardzo dobrze. Wetknął kciuki w kieszenie dżinsów i dumnie kroczył w stronę 

namiotów. 

Znowu przeszedł koło tego plakatu – nadnaturalnej wielkości wizerunku magika, 

wielkiego Nouvelle'a z falą czarnych włosów, z sumiastymi wąsami i hipnotycznym 
spojrzeniem ciemnych oczu. Za każdym razem kiedy Luke w nie spoglądał, czuł, że 
przyciąga go niezrozumiała siła. 

Te oczy zdawały się spoglądać z plakatu prosto na niego, jakby o wiele za dużo 

wiedziały o tym, co Luke Callahan 

– wyruszywszy z Bangor w stanie Maine – robił w Burlington, Utica i Bóg wie gdzie 

jeszcze. Luke sam już nie pamiętał tych wszystkich miejsc. 

Wydawało mu się, że za chwilę papierowe usta przemówią, a ręka trzymająca 

wachlarz kart złapie go za gardło i wciągnie w głąb plakatu. Zostanie tam, waląc pięściami w 
tekturową ścianę, tak jak w domu, kiedy dobijał się do zamkniętych drzwi. Ta wizja sprawiła, 
że poczuł ostry skurcz strachu. Skrzywił się pogardliwie. 

– Banialuki – powiedział sam do siebie, ale na wszelki wypadek zniżył głos do szeptu. 

Serce biło mu mocno, kiedy patrzył wyzywająco na malowaną twarz. – Wielkie rzeczy – 
dodał, nabierając śmiałości. – Głupie króliki w głupich cylindrach. Durne karciane sztuczki. 

background image

Pragnął jednak zobaczyć te durne sztuczki nawet bardziej, niż przejechać się na 

karuzeli. Bardziej, niż objeść się po uszy frytkami z mnóstwem keczupu. Zawahał się, 
dotknąwszy jednego z dolarów wypychających mu kieszeń. 

To może być warte dolca – zdecydował. Warto go wydać choćby po to, żeby 

przekonać się, że cudów nie ma. Choćby po to, żeby usiąść. Tam jest ciemno – rozmyślał, 
wyciągając pomięty banknot i płacąc za bilet. Na pewno nadarzy się okazja, żeby zapuścić 
zręczne palce do kilku kieszeni. 

Łopocząca z tyłu namiotu klapa z ciężkiego płótna opadła, odcinając dopływ światła i 

powietrza z zewnątrz. Hałas uderzał w nią jak fale deszczu. Ludzie tłoczyli się na niskich 
drewnianych ławkach, szepcząc między sobą, kręcąc się i bezskutecznie próbując ochłodzić 
rozpalone twarze papierowymi wachlarzami. 

Przez chwilę stał w głębi sali, przyglądając się badawczo wszystkiemu. Instynkt, przez 

ostatnie sześć tygodni wyostrzony jak brzytwa, kazał mu ominąć grupę dzieci, od razu 
oceniając je jako zbyt biedne, by opłacało się ryzykować. Zawsze bardzo starannie dobierał 
swoje ofiary. Teraz zdecydował się skoncentrować na kobietach, jako że większość mężczyzn 
po prostu siedziała na swoich portfelach. 

– Przepraszam – powiedział grzecznie jak harcerzyk, wciskając się za jakąś babcię, 

całkowicie zajętą parą dzieci siedzących obok niej. 

Kiedy usiadł, na scenie pojawił się Wielki Nouvelle. Ubrany był niezwykle elegancko; 

czarny smoking i wykrochmalona biała koszula wyglądały zgoła egzotycznie w przegrzanym 
namiocie. Jego wypolerowane buty lśniły jak lustro. Na małym palcu nosił złoty sygnet z 
czarnym kamieniem migoczącym w świetle reflektorów. 

Kiedy zwrócił się wprost do widowni, wszyscy znieruchomieli, obezwładnieni bijącą 

od niego siłą. 

Chociaż nie odezwał się ani słowem, cały namiot wypełnił się emanacją jego 

osobowości. Wyglądał równie niezwykle jak na plakacie, mimo iż w czarnej czuprynie 
srebrzyły mu się gdzieniegdzie siwe włosy. Podniósł ręce, zwracając je pustymi dłońmi w 
stronę widowni. Wykonał błyskawiczny ruch nadgarstkami i oto w jego palcach pojawiła się 
moneta. Następny ruch – następna moneta, i jeszcze jedna, aż wszystkie odstępy między 
palcami wypełniły mu się lśniącym złotem. 

To zainteresowało Luke'a. Zwężonymi oczami śledził każdy ruch magika. Naturalnie 

wiedział, że to jedynie sprytny trik. Doskonale zdawał sobie sprawę, że świat jest pełen 
różnych sztuczek. Nie interesowało go, dlaczego się je robi; chciał wiedzieć – jak. 

Monety stały się kolorowymi piłeczkami zmieniającymi wielkość i kolor. Przybywało 

ich i ubywało, pojawiały się i znów znikały ku radości widzów. 

Luke z trudem zmusił się do oderwania oczu od fascynującego widowiska. 

Wyciągnięcie sześciu dolarów z torebki babci nie sprawiło mu trudności. Schowawszy 
zdobycz, prześliznął się nieznacznie na miejsce za blondynką, której słomkowy koszyk 
poniewierał się, beztrosko porzucony na ziemi. Kiedy kolejna magiczna sztuczka przykuła 
uwagę publiczności, Luke zdołał zgarnąć następne cztery dolary. Czuł jednak, że trudno mu 
się skupić. Postanowił, że odpręży się trochę, zanim zajmie się grubą kobietą z prawej strony. 
Usiadł spokojnie i zaczął obserwować przedstawienie. 

 

 

background image

Na parę chwil stał się zwyczajnym dzieckiem. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, 

kiedy magik rozpostarł nagle talię kart tak, że zawisła w powietrzu. Eleganckimi ruchami 
zmuszał karty, by poruszały się jak żywe, opadały w dół i wracały. Publiczność zamarła, 
całkowicie pochłonięta podziwianiem widowiska. A Luke stracił szansę na obrobienie jeszcze 
paru kieszeni. 

– Ty tam! – rozległ się głos Nouvelle'a. Luke znieruchomiał przyszpilony palącym 

spojrzeniem ciemnych oczu. 

Wyglądasz na grzecznego chłopca. Potrzebuję sprytnego... 

tu mrugnął – uczciwego dziecka do pomocy przy następnym numerze. Chodź tu. – 

Nouvelle zgarnął wiszące w powietrzu karty i skinął dłonią. 

– Idź, mały. No, idź – czyjś łokieć wbił się między żebra Luke'a. 

Chłopiec wstał zaczerwieniony po uszy. Wiedział, że nie jest bezpiecznie, gdy ludzie 

zwracają na niego uwagę. Ale gdyby odmówił, zapamiętaliby go jeszcze lepiej. 

– Wybierz dowolną kartę – usłyszał, kiedy wdrapał się już na scenę. – Jaką chcesz. 

Magik ponownie rozłożył talię, prezentując ją widowni tak, by nikt nie mógł posądzić 

go o oszustwo. Szybko i zręcznie potasował karty i rozłożył je na małym stoliku. 

– Dowolną kartę – powtórzył i Luke, marszcząc w skupieniu brwi, wyciągnął jedną z 

nich. 

– Pokaż ją naszej szanownej publiczności – rozkazał Nouvelle. – Trzymaj ją tak, żeby 

wszyscy ją dobrze obejrzeli. Dobrze, bardzo dobrze. Masz talent. 

Śmiejąc się pod wąsem, Nouvelle wziął pozostałe karty, przerzucając je swoimi 

długimi nerwowymi palcami. 

– A teraz – spojrzał chłopcu prosto w oczy – włóż ją z powrotem do talii. Byle gdzie. 

Doskonale. 

Jego usta wygięły się w uśmiechu, kiedy podawał talię Luke'owi. – Potasuj je po 

swojemu. 

Spojrzenie ciemnych oczu towarzyszyło chłopcu, kiedy niewprawnie przekładał karty. 

– A teraz – ręka magika spoczęła na ramieniu Luke'a – połóż je na stole. Ty je 

będziesz pokazywał czy ja? 

– Ja. – Luke położył rękę na talii pewien, że magik nie zdoła go oszukać. Nie teraz, 

kiedy patrzył na wszystko z tak bliska. 

– Czy twoja karta leży na wierzchu? Chłopiec odwrócił ją, uśmiechając się. 

– Nie. 

Nouvelle wyglądał na zbitego z tropu. 

– Nie? To może jest na spodzie? 

Dostosowując się do wymogów przedstawienia, Luke uniósł talię i pokazał wszystkim 

ostatnią kartę. 

– Nie. Chyba się panu nie udało. 

– Dziwne, naprawdę dziwne – mruknął Nouvelle, lekko dotykając palcem wąsów. – 

Jesteś sprytniejszy, niż mi się wydawało. Zdaje się, że mnie nabrałeś. Twojej karty w ogóle 

background image

nie ma na tym stoliku. Nie ma jej, ponieważ... – pstryknął palcami, dłońmi zatoczył kółko w 
powietrzu i nagle ósemka kier zmaterializowała się w jego dłoni – ...jest tutaj. 

Luke wytrzeszczył oczy. Kiedy zachwycona publiczność biła brawo, Nouvelle 

korzystając z zamieszania, powiedział spokojnie: 

– Po przedstawieniu przyjdź za kulisy. 

Na tym się skończyło. Nouvelle odesłał go kuksańcem na miejsce. 

Przez następne dwadzieścia minut chłopiec pochłonięty był dalszym ciągiem 

przedstawienia. Podziwiał tańczącą małą rudą dziewczynkę w błyszczących trykotach. 
Uśmiechnął się, kiedy ukryła się w wielkim cylindrze, z którego po chwili wyskoczył biały 
królik. Poczuł się jak dorosły, kiedy dziewczynka sprzeczała się zabawnie z magikiem, który 
kazał jej kłaść się spać. Mała potrząsała lokami i tupała nóżkami. W końcu magik westchnął, 
zarzucił na nią czarną pelerynę i machnął trzy razy różdżką. Materiał opadł na deski. Mała 
zniknęła. 

– Rodzice – powiedział Nouvelle poważnie – muszą postępować stanowczo. 

W finale Nouvelle przepiłował na pół skrzynię z zamkniętą w niej dziewczyną o 

bujnych jasnych lokach i równie bujnych kształtach opiętych trykotem. Obcisły kostium i 
piękne długie włosy wywołały burzę gwizdów i wiwatów. Jakiś rozochocony mężczyzna we 
wzorzystej koszuli i spodniach dzwonach wskoczył na scenę, wołając: 

– Ty, Nouvclle, jeśli już skończyłeś, to wezmę sobie jedną połówkę! 

Części skrzyni zostały rozdzielone. Na prośbę Nouvelle'a jego asystentka poruszyła 

palcami rąk i nóg. Następnie obie połówki zestawiono w całość. Nouvelle wyjął z nich 
stalowe przegrody, machnął różdżką i otworzył wieko. 

Dziewczyna, w cudowny sposób przywrócona do dawnej postaci, obeszła scenę orzy 

wtórze frenetycznych oklasków. 

Luke nie zdążył dobrać się do portmonetki grubej kobiety ale i tak miał uczucie, że 

dobrze zainwestował swojego dolara. 

Kiedy publiczność zaczęła powoli opuszczać namiot, by poszukać innych rozrywek, 

przecisnął się w stronę sceny. Miał nadzieję, że Nouvelle pokaże mu, jak się robi sztuczkę ze 
znikającą kartą. 

– Ty, mały. 

Luke podniósł oczy. Z jego perspektywy człowiek, który oderwał się do niego, 

wyglądał na olbrzyma: dwa metry wzrostu i sto kilogramów wspaniale rozwiniętych mięśni. 
Miał gładko wygoloną okrągłą twarz z oczami jak dwa rodzynki. Spomiędzy jego warg 
zwisał papieros bez filtra. 

Luke odruchowo przyjął postawę obronną: wysunął podbródek, zgarbił się, napiął 

mięśnie nóg. 

– Co? 

W odpowiedzi Herbert Mouse Patrinski trzepnął go w kark i ciężkim krokiem ruszył 

przed siebie. Po chwili wahania Luke podążył za nim. 

Z bliska widać było, że większość krzykliwych uroków wesołego miasteczka jest już 

zszarzała i chyli się ku upadkowi. Przewodnik poprowadził Luke'a przez pożółkłą i zdeptaną 
trawę w stronę stłoczonych przyczep i ciężarówek. 

background image

Przyczepa Nouvelle'a wyglądała między nimi jak szlachetny rumak wśród 

dychawicznych chabet. Była długa i lśniąca, a jej czarne ściany lśniły łagodnie w słabym 
świetle księżyca. Na jednej z nich srebrne zakrętasy układały się w napis: 

WIELKI NOUVELLE, NADZWYCZAJNY PRESTIDIGITATOR 

Mouse zastukał krótko do drzwi. Kiedy je otworzył, Luke poczuł dziwny słodki 

zapach, przywodzący mu na myśl kościół. Rozglądając się nieufnie, wszedł do wnętrza 
przyczepy. 

Wielki Nouvelle zdjął już swój sceniczny kostium. Leżał teraz na wąskiej sofie, 

otulony czarnym jedwabnym szlafrokiem. Cienkie strużki dymu kreśliły fantastyczne spirale 
nad sześcioma stożkami kadzidła. W tle rozlegały się dyskretne dźwięki sitaru. Magik obracał 
w dłoni kieliszek brandy. 

Luke wetknął do kieszeni spotniałe nagle dłonie i rozejrzał się dokoła. Miał wrażenie, 

że znalazł się w jakiejś egzotycznej spelunce. Zapachy, jaskrawe kolory pluszowych 
poduszek piętrzących się w rozmaitych miejscach, małe misternie plecione maty 
porozrzucane niedbale po podłodze, jedwabne draperie w oknach, tajemniczo przyćmione i 
drżące światło świec... 

I oczywiście sam Maximillian Nouvelle. 

– Ach. – Podniósł kieliszek w stronę chłopca, uśmiechając się pod wąsem. – Miło mi, 

że przyszedłeś. 

Luke wzruszył ramionami, starając się nie okazywać, jak bardzo jest poruszony. 

– Niezłe przedstawienie. 

– Komplementy zawsze mnie peszą – powiedział sucho Max i machnął ręką, 

zmuszając Luke'a do zajęcia miejsca. – Interesuje się pan magią, panie... 

– Nazywam się Luke Callahan. Te sztuczki były warte mojego dolara. 

– Rzeczywiście to dość wysoka cena – zgodził się Max. Sączył powoli brandy, nie 

spuszczając chłopca z oczu. – Ale opłaciło się, prawda? 

– Opłaciło? – Luke zerknął na Mouse'a zagradzającego drogę do drzwi. 

– Wyszedłeś bogatszy o parę dolarów. Można by to nazwać szybkim przyrostem 

kapitału. 

Luke stał nieruchomo, nie dając po sobie poznać, jakie cierpi katusze. Spokojnie 

patrzył magikowi w oczy. Dobra robota – pomyślał Max. – Zupełnie niezła. 

– Nie wiem, o co panu chodzi. Chciałbym już stąd wyjść. 

– Siedź! – powiedział krótko Max, podnosząc w górę palec. Luke zesztywniał, ale 

posłuchał. 

– Widzi pan, panie Callahan – albo Luke, jeśli pozwolisz. Ładne imię. Po łacinie 

„lucius" znaczy „światło". – Zachichotał i pociągnął łyk brandy. – Pewnie nieładnie byłoby 
wypytywać cię, ile zgarnąłeś. Jako fachowiec w tych sprawach oceniam twoją zdobycz na 
osiem do dziesięciu dolarów. 

– Uśmiechnął się miło. – Nieźle jak na samotnego zawodnika. 

Luke spojrzał na niego zwężonymi oczami. Cienka strużka potu zaczęła spływać mu 

po plecach. 

– Nazywa mnie pan złodziejem? 

background image

– Nie, nie chciałem cię obrazić. Przecież jesteś moim gościem. A ja, zdaje się, jestem 

bardzo nieuprzejmym gospodarzem. Czym mógłbym ci służyć? 

– O co panu chodzi? 

– Och, dojdziemy i do tego. Zapewniam cię, że dojdziemy. Na wszystko przyjdzie 

pora, zawsze to powtarzam. Wiem, jaki apetyt mają chłopcy tacy jak ty. Sam kiedyś byłem 
taki. 

Stojący przed nim chłopiec był tak chudy, że Max mógł prawie policzyć jego żebra, 

niemal przebijające wyświechtany podkoszulek. 

– Mouse, sądzę, że nasz gość miałby ochotę na hamburgera. Albo dwa, ze wszystkimi 

dodatkami. 

– Dobra. 

Kiedy Mouse zamknął za sobą drzwi, Max podniósł się ze swojej sofy. 

– Napijesz się czegoś zimnego? – zapytał, podchodząc do małej lodówki. Nie musiał 

patrzeć, by wiedzieć, że oczy chłopca przylgnęły do drzwi. – Oczywiście możesz uciec – 
rzucił niedbale, wyjmując butelkę pepsi. – Nie sądzę, żeby te pieniądze, które schowałeś w 
prawym bucie, obciążały cię zbytnio. Ale możesz też zostać, zjeść przyzwoity posiłek i 
porozmawiać. 

Luke zawahał się. W brzuchu burczało mu z głodu. W końcu decydując się na 

kompromis, przesunął się nieco w kierunku drzwi. 

– Czego pan chce? 

– Tylko twojego towarzystwa – uśmiechnął się Max, rozlewając pepsi do szklanek z 

kostkami lodu. Uniósł brew, zauważywszy krótki błysk w oczach chłopca. Ach tak – 
pomyślał zdziwiony i zawołał Lily. Chciał dać Luke'owi do zrozumienia, że nie grożą mu 
tego rodzaju propozycje. 

Zjawiła się, rozgarniając fałdy szkarłatnej jedwabnej zasłony. Tak jak Max, ubrana 

była w jedwabny szlafrok, z tą różnicą, że jej był bladoróżowy, przybrany piórkami. Różowe 
były też jej pantofelki na wysokich obcasach. Przeszła między rozrzuconymi dywanikami, 
roztaczając wokół siebie woń perfum Chanel. 

– O, mamy gościa. – Jej głos przypominający dźwięki fletu wydawał się drgać 

nieustannym śmiechem. 

– Lily, kochanie – Max ujął jej dłoń i ucałował ją delikatnie – to Luke Callahan. Luke, 

to moja nieoceniona asystentka i ukochana towarzyszka życia, Lily Bates. 

Luke poczuł, że coś go ścisnęło za gardło. Nigdy nie spotkał kogoś takiego jak ona. 

Patrząc na nią, widziało się tylko piękną kompozycję giętkich linii, egzotycznie 
pomalowanych oczu i ust oraz zapachu. Uśmiechnęła się do niego, trzepocząc niewiarygodnie 
długimi rzęsami. 

– Bardzo mi miło – powiedziała, przysuwając się do Maxa. Ten objął ją w talii. 

– Mnie również, proszę pani. – Chłopiec ukłonił się. 

– Luke i ja mamy parę spraw do omówienia – rzucił Max. – Nie chciałem cię budzić. 

– Nie szkodzi. 

Pocałował ją lekko, ale z taką czułością, że Luke poczuł rumieniec na policzkach. 

– Je t'aime, ma belle. 

background image

– Och, Max. – Francuski zawsze sprawiał, że Lily dostawała gęsiej skórki. 

– Idź spać – szepnął. 

– Dobrze – zgodziła się, ale jej oczy powiedziały wyraźnie, że będzie czekać. – Miło 

mi było cię poznać, Luke. 

– Cudowna kobieta – powiedział Max, podając chłopcu szklankę. – Roxanne i ja 

zginęlibyśmy bez niej. Prawda, ma petitel 

– Tatusiu. – Roxanne wyczołgała się spod zasłony i wstała z cichym sapnięciem. – 

Siedziałam tak cicho; nawet Lily mnie nie zobaczyła. 

– Ale ja cię wyczułem. – Przyłożył z uśmiechem palec do nosa. – Twój szampon. 

Twoje mydło. Kredki, którymi dziś rysowałaś. 

Roxanne skrzywiła się i zaszurała bosymi stopami. 

– Ty zawsze wszystko wiesz. 

– Zawsze wiem, gdzie jest moja dziewczynka. – Podniósł ją i posadził sobie na 

kolanie. 

Luke przypomniał sobie, że widział ją na scenie podczas występu, ale teraz, ubrana w 

długą fałdzistą koszulę nocną, wyglądała trochę inaczej. Lśniące płomiennorude włosy 
spływały jej do połowy pleców. Objęła ojca za szyję i przyglądała się gościowi, otwierając 
szeroko zielone jak morze oczy. 

– On jest podły – zawyrokowała. Ojciec pogłaskał ją i pocałował w skroń. 

– Chyba się mylisz. 

Roxanne zastanowiła się, po czym ustąpiła. 

– Wygląda podle. 

– To już bliższe prawdy. – Postawił ją na ziemi i pogładził po włosach. – Teraz 

przywitaj się grzecznie. 

Przechyliła głowę, a potem skinęła nią niczym mała królowa udzielająca audiencji. 

– Dobry wieczór. 

– Cześć – odpowiedział Luke, a w duchu pomyślał: „Głupia smarkata". Zaczerwienił 

się, bo zaburczało mu w brzuchu. 

– Musimy go nakarmić – zauważyła Roxanne, jakby chodziło o przyłapanego na 

myszkowaniu po śmietniku psa. – Ale nie wiem, czy powinniśmy go zatrzymać. 

Max dał jej lekkiego klapsa, trochę zirytowany, a jednocześnie rozbawiony. 

– Idź spać, staruszko. 

– Jeszcze godzinkę, tatku. 

Potrząsnął głową i schylił się, by ją pocałować. 

– Bonne nuit, bambine. 

Między jej ściągniętymi brwiami pojawiła się cienka zmarszczka. 

– Kiedy dorosnę, nie będę spać przez całą noc, jeśli mi się tak spodoba. 

– Na pewno, i to nie raz. Ale teraz... – Wskazał na zasłonę. Roxanne wydęła dolną 

wargę, ale usłuchała. Rozsunęła szkarłatny jedwab, a potem spojrzała na ojca przez ramię. 

background image

– Mimo wszystko kocham cię. 

– Ja ciebie też. – Max poczuł, że wypełnia go ciepło. Jego dziecko. Jedyne, co udało 

mu się osiągnąć bez pomocy sztuczek. – Tak szybko rośnie – powiedział do siebie. 

– E tam – mruknął Luke. – To jeszcze dzieciak. 

– Dla kogoś o twoim ogromnym doświadczeniu na pewno. – Sarkazm słów Maxa był 

na tyle subtelny, że umknął uwagi chłopca. 

– Dzieci to zawracanie dupy. 

– Zawracanie głowy – tak, często. Ale nie zauważyłem, żeby jakieś dziecko sprawiło 

kłopot innej części mojego ciała. 

– Dzieci kosztują, no nie? – W głosie Luke'a słychać było gniew. – I bez przerwy 

plączą się pod nogami. Ludzie mają dzieci, bo są zbyt napaleni, żeby pomyśleć, zanim pójdą 
do łóżka. 

– Interesująca interpretacja problemu. Musimy to kiedyś przedyskutować. Ale na 

razie... A, twój posiłek. 

Luke spojrzał zdezorientowany na drzwi. Były wciąż zamknięte. Nie słyszał niczego. 

Ale parę sekund później na dworze rozległy się kroki i pojedyncze stuknięcie do drzwi. 

Wszedł Mouse, niosąc brązową, zatłuszczoną w kilku miejscach torbę. Zapach 

sprawił, że Luke'owi ślina napłynęła do ust. 

– Dziękuję, Mouse – powiedział Max. Kątem oka zauważył, że chłopiec z trudem 

powstrzymuje się przed wydarciem torby z rąk mężczyzny. 

– Mam zostać? – zapytał Patrinski, kładąc torbę na małym stoliku obok sofy. 

– Niekoniecznie. Na pewno jesteś zmęczony. 

– Dobra. No to dobranoc. 

– Dobranoc. Proszę – Max zwrócił się do chłopca częstuj się. 

Luke zanurzył rękę w torbie i wyłowił z niej hamburgera. Pierwszy kęs przeżuł 

powoli, siląc się na nonszalancję, ale później stracił kontrolę nad sobą. Resztę porcji pożarł w 
ciągu sekundy. Max popijał brandy z na wpół przymkniętymi oczami. 

Chłopiec jadł jak młody wilczek. Kiedy metodycznie pochłaniał drugiego hamburgera 

i stertę frytek, Max oddawał się rozmyślaniom. Chłopakowi brakuje nie tylko jedzenia. 
Dobrze wiedział, jak to jest. A ponieważ wierzył w swój instynkt i w to, co zobaczył pod 
chojrackim błyskiem w oczach Luke'a, zdecydował się zafundować mu ucztę. 

– Czasami czytam w myślach – powiedział spokojnie. - Być może nie wiedziałeś o 

tym. 

Luke mruknął tylko coś niewyraźnie, mając usta wypchane jedzeniem. 

– Sądzę, że nie wiedziałeś. A zatem jeśli pozwolisz, mała prezentacja moich 

umiejętności. Uciekłeś z domu i od pewnego czasu jesteś w drodze. 

Luke zesztywniał. 

– Nie udało się panu. Moi starzy mieszkają na farmie parę mil stąd. Wyszedłem się 

przejść. 

Max otworzył oczy. Jego spojrzenie było pełne mocy i jeszcze czegoś, co czyniło je 

przenikliwym. Zwyczajnej dobroci. 

background image

– Nie okłamuj mnie. Innych – proszę bardzo, jeśli musisz, ale nie mnie. Uciekłeś z 

domu. – Jego ruch był tak szybki, że Luke nie zdążył umknąć przed ręką, która zacisnęła się 
wokół jego nadgarstka jak żelazna obręcz. – Przyznaj się, kogo tam zostawiłeś? Matkę, ojca, 
dziadków? 

– Mówiłem... – Kłamstwo, które nauczył się wypowiadać bez zmrużenia powiek, teraz 

uwięzło mu w gardle. To te oczy – pomyślał w panice. Zupełnie jak te z plakatu, które 
wydawały się przeszywać go spojrzeniem na wylot. 

– Nie wiem, kto jest moim ojcem – wyrzucił z siebie, trzęsąc się ze wstydu i 

wściekłości. – I ona też chyba nie wie. I ma to gdzieś. Może żałuje, że uciekłem, bo nie może 
mnie posyłać, żebym kupował jej wódkę. Albo ją ukradł, bo zabrakło w domu pieniędzy. A 
ten sukinsyn, z którym teraz żyje, też pewnie żałuje, bo nie ma pod ręką nikogo, komu 
mógłby dokopać. – Nawet nie wiedział, że w oczach pojawiły mu się palące łzy. Czuł tylko 
panikę, której szpony ścisnęły go za gardło. – Nie wrócę. Przysięgam na Boga, że zabiję pana, 
jeśli zechce mnie pan do tego zmusić. 

Max zwolnił uścisk na nadgarstku Luke'a. Czuł jego ból, tak podobny do tego, który 

sam odczuwał, będąc chłopcem. 

– Ten mężczyzna bił cię. 

– Kiedy tylko mnie dopadł. – Nawet teraz jego głos brzmiał wyzywająco. Łzy, które 

pojawiły się tak szybko, równie szybko zniknęły. 

– Co na to sąsiedzi? Luke wydął wargi. 

– Gówno. 

– Tak... – westchnął Max. – Nie masz nikogo? Przedzielona delikatnie zaznaczonym 

rowkiem broda 

Luke'a uniosła się wyzywająco. 

– Mam siebie. 

Znakomita replika – przyznał w duchu Max. 

– A twoje plany? 

– Jadę na południe. Miami. 

– Mmmm... – Max ujął drugą rękę chłopca i odwrócił jego dłonie. Kiedy uczuł, że 

jego mięśnie tężeją, po raz pierwszy okazał zniecierpliwienie. 

– Mężczyźni mnie nie interesują – powiedział sucho. – A gdyby mnie interesowali, nie 

poniżałbym się, napastując dziecko. 

Luke podniósł oczy, a Max zobaczył w nich coś, o czym nie powinien wiedzieć nikt, 

kto ma dopiero dwanaście lat. 

– Czy ten mężczyzna próbował cię zgwałcić? 

Luke potrząsnął gwałtownie głową, zbyt upokorzony, żeby się odezwać. 

W każdym razie ktoś to zrobił – uznał Max. Albo przynajmniej próbował. 

Wyjaśnienie tej sprawy mogło poczekać do czasu, gdy zdobędzie zaufanie chłopca. 

– Masz dobre ręce, zręczne i wrażliwe pałce. No i koordynacja ruchów też jest niezła 

jak na kogoś tak młodego. Mógłbym znaleźć zastosowanie dla twoich umiejętności, a także 
pomóc ci w ich udoskonaleniu, jeżeli zechcesz dla mnie pracować. 

background image

– Pracować? – Luke nie potrafił określić uczucia, które zaczęło go wypełniać. Pamięć 

dziecka jest krótka, a upłynęło wiele czasu, kiedy ostatni raz czuł nadzieję. – Jak? 

– Tak i owak. – Max usiadł, uśmiechając się. – Może chciałbyś się nauczyć kilku 

sztuczek. Tak się składa, że za parę tygodni jedziemy na południe. Dostaniesz pokój, 
wyżywienie i niewielką pensję – jeśli na nią zasłużysz. Ale muszę prosić, abyś powstrzymał 
się na jakiś czas od podszczypywania cudzych portfeli. 

Luke poczuł ból w piersiach. Dopiero po chwili zrozumiał, że słuchał Maxa 

wstrzymując oddech, aż płuca zaczęły go palić żywym ogniem. 

– Będę występować? Max uśmiechnął się znowu. 

– Nie. Będziesz pomagać przy ustawianiu i rozbieraniu sceny i namiotu. I będziesz się 

uczyć, jeśli okaże się, że masz zdolności. 

Coś musiało się za tym kryć. Zawsze tak było. Luke krążył wokół propozycji, jak 

krąży się wokół drzemiącego węża. 

– Mogę się zastanowić. 

– To zawsze popłaca. – Max wstał, odstawiając pustą szklankę. – Może prześpisz się 

tutaj? Znajdę ci jakąś bieliznę. 

Nie czekając na odpowiedź, zniknął za zasłoną. Może to jakiś podstęp – pomyślał 

Luke, obgryzając paznokcie. Na razie wszystko wyglądało całkiem niewinnie. 

Byłoby miło przespać jedną noc pod dachem, o pełnym żołądku. Położył się, mówiąc 

sobie, że to tylko na chwilkę, ale gdy oczy mu się zamknęły, płomyki świec zawirowały pod 
powiekami. 

Plecy wciąż mu dokuczały, wiec przewrócił się na bok. Rozchylił nieco powieki, by 

ocenić odległość dzielącą go od drzwi: na wypadek gdyby musiał szybko uciekać. 

Mogę nawiać stąd jutro rano – pomyślał. Nikt nie może go tu zatrzymać. Już nigdy 

nikt nie zmusi go do niczego. 

Z tą myślą zapadł w głęboki sen. Nie słyszał, jak Max zbliża się do niego z czystym 

prześcieradłem i poduszką. Nie czuł, jak zdejmuje mu buty i unosi delikatnie jego głowę, 
podkładając pod nią poduszkę pachnącą delikatnie bzem. 

– Wiem już, gdzie byłeś – szepnął Max. – Chciałbym wiedzieć, dokąd zmierzasz. 

Przez chwilę przyglądał się śpiącemu chłopcu, jego wydatnym kościom policzkowym, 

ręce zaciśniętej obronnie w pięść i zapadniętej klatce piersiowej, świadczącej o krańcowym 
wyczerpaniu. 

Potem odwrócił się i pośpieszył ku miękkim, ciepłym ramionom Lily. 

 

Luke budził się powoli. Najpierw do jego świadomości przedostał się szczebiot 

ptaków, dochodzący z zewnątrz. Potem poczuł na twarzy ciepło promieni słońca. Wyobraził 
sobie, że są złote i płynne, o smaku miodu. Wreszcie dobiegł go zapach kawy; zastanowił się, 
gdzie się właściwie znajduje. 

Otworzył oczy, zobaczył dziewczynkę i wszystko sobie przypomniał. 

background image

Roxy stała między okrągłym stolikiem a sofą i przyglądała mu się, przechyliwszy 

głowę i zacisnąwszy usta. Jej oczy patrzyły bystro i z zaciekawieniem – w jej spojrzeniu nie 
było zbyt wiele sympatii. 

Jej nos przyprószony był delikatnymi piegami. Nie zauważył ich podczas 

przedstawienia ani później, przy świetle świec. 

Odwzajemnił się jej równie nieufnym spojrzeniem i powoli przesunął językiem po 

zębach. Jego szczoteczka została w drelichowym plecaku, który ukradł niegdyś ze straganu, a 
wczoraj ukrył w krzakach nieopodal wesołego miasteczka. Miał bzika na punkcie mycia 
zębów. U podstaw tego nawyku leżał paraliżujący lęk przed dentystą. Zwłaszcza przed tym, 
do którego matka zawlokła go trzy lata temu. Miał oddech przesycony odorem ginu i palce 
porośnięte drapiącymi czarnymi włosami. 

Chciał umyć zęby, łyknąć trochę gorącej kawy i posiedzieć w spokoju. 

– No i na co się tak do cholery gapisz? 

– Na ciebie. – Miała ochotę obudzić go szturchańcem i była trochę zawiedziona, że 

ominęła ją ta przyjemność. – Jesteś chudy. Lily mówi, że masz piękną twarz, ale ja uważam, 
że wyglądasz podle. 

Poczuł niesmak, a jednocześnie zmieszanie na wieść o tym, że ta fascynująca Lily 

uważa go za pięknego. Jeśli chodzi o Roxanne, nie doznawał aż tak mieszanych uczuć. Była 
tym, co Al Cobb nazywał dziwką pierwszej klasy. Rzecz w tym, że Luke nie pamiętał ani 
jednej kobiety, której jego ojczym nie uważałby za dziwkę. 

– A ty jesteś chuda i brzydka. Spływaj. 

– Ja tu mieszkam – oznajmiła z godnością. – A jak cię nie polubię, tatuś odeśle cię do 

domu. 

– Chrzanię to. 

– Jak ty brzydko mówisz – powiedziała z dystyngowanym prychnięciem. 

Przynajmniej za takie je uważała. 

– Nie. – (Może jeśli urazi jej wrażliwe uszy, zostawi go w spokoju). – Brzydko 

byłoby, gdybym powiedział „pieprzę". 

– Tak? – Przysunęła się bliżej, zaciekawiona. – „Pieprzę"? To coś z pieprzem? 

– Jezu. – Usiadł na łóżku i potarł oczy. – Spadaj, dobra? 

– Umiem być grzeczna. – Jeśli będzie miła, może dowie się, co znaczy to nowe słowo. 

– Ponieważ jesteś moim gościem, powinnam dać ci kawy. Już ją zrobiłam. 

– Ty? – zdziwiła go ta nagła zmiana nastroju. 

– To mój obowiązek. – Podeszła dumnie do kuchenki. Tatuś i Lily długo śpią, a ja 

wcześnie wstaję. Prawie wcale nie muszę spać. Od zawsze, nawet jak byłam mała. To 
metabolizm – oznajmiła zadowolona, że może użyć słowa, którego nauczył ją ojciec. 

– Aha. Fajnie. – Patrzył, jak nalewa kawę do porcelanowej filiżanki. Pewnie smakuje 

jak pomyje. Już z góry cieszył się, że jej to powie. 

– Cukier czy śmietanka? 

– To i to. Dużo. 

Spełniła jego prośbę i z wysuniętym językiem przeniosła przez pokój wypełnioną po 

brzegi filiżankę. Postawiła ją na stoliku. 

background image

– Może być jeszcze sok pomarańczowy, no i śniadanie. Chociaż nie czuła do niego 

szczególnej sympatii, bawiło ją granie roli uprzejmej gospodyni. Wyobrażała sobie, że nosi 
jeden z długich jedwabnych szlafroczków Lily i jej pantofelki na wysokich obcasach. 

– Fajnie. – Luke pociągnął ostrożnie jeden łyczek. Kawa była nieco za słodka, nawet 

jak na jego gust, ale i tak była to najlepsza kawa, jaką kiedykolwiek zdarzyło mu się pić. 

– Bardzo dobra – mruknął. Roxanne posłała mu promienny uśmiech pełen wrodzonej 

kokieterii. 

– Mam talent do robienia kawy. Każdy to mówi. – Włożyła dwie kromki chleba do 

tostera i otwarła lodówkę. 

Dlaczego nie mieszkasz z rodzicami? 

– Bo nie chcę. 

– Ale musisz – oświadczyła – nawet jeśli nie chcesz. 

– Diabła tam. Zresztą nie mam ojca. 

– Och – zacisnęła usta. Chociaż miała dopiero osiem lut, wiedziała już, że takie rzeczy 

się zdarzają. Ona także straciła matkę, choć stało się to tak dawno, że nawet jej nie pamiętała. 
Lily tak dobrze ją zastąpiła, że Roxanne nie odczuła, iż z jej życia zniknął ktoś ważny. Ale 
myśl, że ktoś mógłby nie mieć ojca, przeraziła ją i zasmuciła. 

– Zachorował czy miał straszny wypadek? 

– Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Daj mi spokój. W innych okolicznościach ten 

ostry ton pewnie by ją rozwścieczył, ale teraz poczuła do niego sympatię. 

– Co ci się najbardziej podobało w naszym przedstawieniu? 

– Czy ja wiem... Ta sztuczka z kartami była fajna. 

– Ja też znam jedną. Mogę ci pokazać. – Ostrożnie wlała sok do kryształowych 

szklanek. – Po śniadaniu. Możesz iść do łazienki, żeby umyć ręce, bo wszystko jest już 
gotowe. 

Znacznie bardziej niż na umyciu rąk zależało mu na opróżnieniu przepełnionego 

pęcherza. Idąc za gestem Roxanne, znalazł za czerwoną zasłoną małą łazienkę. Pachniała 
kobietą. 

Nie był to ten ciężki mdły zapach, który zawsze ciągnął się za jego matką, ale inna, 

słodka i wytworna woń. 

Na zasłonie prysznica suszyły się pończochy, na toaletce stało pudełko z pudrem, a na 

szydełkowej serwetce leżał duży różowy puszek. Na wciśniętym w kąt maleńkim stoliku 
stłoczone były rozmaite buteleczki, słoiki i tubki. 

Al Cobb nazwałby je akcesoriami dziwek, ale Luke uznał, że wyglądają ładnie i 

przyjemnie. Jak jeden z ogrodów, które widywał podczas swojej podróży. Kwiaty i chwasty 
rosły tam razem, dziko i swobodnie. 

Nie ma porównania – pomyślał, myjąc twarz gorącą wodą – z niechlujną łazienką w 

niechlujnym domu, z którego uciekłem. 

Wiedziony ciekawością zajrzał do wiszącej szafki. Znajdowały się tam kremy do 

golenia, woda kolońska i brzytwa. A także kilka nowych szczoteczek do zębów, jeszcze w 
opakowaniach. Wizja ponownej wizyty u dentysty zagłuszyła w chłopcu ewentualne wyrzuty 
sumienia. Wziął jedną ze szczoteczek i z ulgą przystąpił do szorowania zębów. 

background image

Jego dobry nastrój trwał do chwili, kiedy przypomniał sobie o swoich butach. 

W mgnieniu oka znalazł się z powrotem w salonie. Zanurkował pod stół i sprawdził 

swój majątek. 

Roxanne siedziała na atłasowej poduszce spokojnie, jak królowa na tronie, i powoli 

sączyła sok. 

– Dlaczego chowasz pieniądze w butach, skoro masz kieszenie? 

– Bo tak jest bezpieczniej. – Stwierdził z ulgą, że są na miejscu. Co do jednego dolara. 

Usiadł na swoim krześle i spojrzał na talerz. Leżały na nim dwa trójkątne tosty 

posmarowane grubo masłem orzechowym polanym czymś, co wyglądało jak miód posypany 
cynamonem i cukrem. 

– To bardzo dobre – zapewniła go Roxanne, odgryzając niewielki kąsek z własnej 

porcji. 

Luke pożarł swoją w ciągu sekundy i musiał przyznać, że Roxanne miała absolutną 

rację. Kiedy talerz Luke'a się opróżnił, dziewczynka uśmiechnęła się. 

– Zrobię jeszcze. 

Kiedy godzinę później Max wszedł do salonu, zastał ich siedzących obok siebie na 

sofie. Jego mata córeczka opierała łokieć na kupce banknotów i wprawnie przesuwała po 
stoliku trzy karty. 

– Dobrze, gdzie jest dama? 

Luke dmuchnął w zamyśleniu we włosy opadające mu na oczy. Puknął palcem w 

środkową kartę. – Tym razem wiem na pewno, że ona jest tu. 

Roxanne pokazała mu kartę i zachichotała, kiedy zaklął. 

– Roxy – powiedział Max, podchodząc do nich – to nieładnie tak obdzierać ze skóry 

własnego gościa. 

– Powiedziałam mu, że „trzy karty" to gra dla frajerów, tatusiu. – W jej spojrzeniu 

była sama niewinność. – Nie chciał mnie słuchać. 

Max parsknął śmiechem i cmoknął ją w bródkę. 

– Mój mały szuler. Jak ci się spało, Luke? 

– Dobrze. – Ta mała oszustka wydusiła z niego pięć dolców. To było upokarzające. 

– Widzę, że już jedliście. Jeśli zdecydowałeś się zostać z nami, pójdziemy teraz do 

Mouse'a. On ci powie, co będziesz robić. 

– Dobrze. – Byle tylko nie okazywać strachu. Jeśli tylko pokażesz im, że jesteś słaby, 

koniec z tobą. – Na parę dni. 

– Doskonale. A teraz darmowa lekcja na początek – Max przerwał, by nalać sobie 

kawy. Przez chwilę rozkoszował się jej aromatem, zanim pociągnął pierwszy łyk. – Nigdy nie 
graj z szulerami, chyba że przegrana może przynieść ci korzyść. Potrzebujesz nowego 
ubrania? 

Luke nie zrozumiał, w jaki sposób przegrana mogłaby przynosić korzyści, ale nie 

poprosił o wyjaśnienie. 

– Mam trochę ciuchów. 

background image

– Zatem załatwione. Idź po nie, a potem zaczniemy. Jedną z korzyści bycia chłopcem 

takim jak Luke było to, że nie miało się złudzeń. Ktoś inny mógłby wyobrażać sobie 
przygody i wesołe towarzystwo podczas włóczęgi. Ale Luke uważał, że ludzie zazwyczaj 
dostają mniej dobrego, niż na to zasługują, i więcej złego, niż potrafią znieść. 

Tak więc kiedy zaczął pracę pod kierunkiem małomównego Mouse'a, podnosząc, 

przenosząc, czyszcząc, malując i biegając na posyłki, posłusznie robił to, co mu kazano, bez 
narzekań i dyskusji. Ponieważ Mouse nie wykazywał chęci do pogawędek, Luke miał czas na 
rozmyślania i obserwacje. 

Wędrowne życie wcale nie było takie wspaniałe. Towarzyszył mu pot, brud, fetor 

smażonego oleju, tanich perfum i niedomytych ciał. Kolory, które w nocy wyglądały na żywe 
i błyszczące, w dzień okazywały się wyblakłe. Jazda wozem pod rozgwieżdżonym niebem 
wydawała się szybka i odrobinę przerażająca, ale w palących promieniach słońca stawała się 
nużąca. A co do przygód, to najbardziej ekscytującą z nich okazało się czyszczenie długiej 
czarnej przyczepy i pomoc Mouse'owi przy wymianie świec w holującej ją ciężarówce. 

Mouse, ukrywszy się do połowy pod maską samochodu, nasłuchiwał z przymkniętymi 

oczami odgłosów pracującego silnika. Czasami mruczał coś do siebie, dokonując kolejnych 
poprawek. 

Luke przestępował z nogi na nogę. Upał był niemiłosierny. Spłowiały bandaż, którym 

chłopiec przewiązał sobie głowę, zaczynał już przesiąkać potem. Luke nie miał bladego 
pojęcia o samochodach i nie rozumiał, dlaczego miałby się czegoś o nich dowiadywać, skoro 
upłyną wieki, zanim wolno mu będzie usiąść za kierownicą. Mruczenie i podśpiewywanie 
Mouse'a działało mu na nerwy. 

– Teraz brzmi dobrze. 

Mouse otworzył oczy. Na jego okrągłej twarzy, a także na rękach i niegdyś białym 

podkoszulku widniały smugi smaru. Wyglądał, jakby znajdował się w swoim prywatnym 
niebie. 

– A jednak... – Znowu przymknął oczy. Przez minutę dokonywał poprawek, 

delikatnie, jak gdyby pieścił dziewczynę. Silnik zamruczał pod jego dotknięciem. – Moje 
maleństwo – szepnął Mouse. 

W jego świecie nie było zjawiska bardziej urzekającego niż dobrze naoliwiony silnik. 

– O Jezu, Mouse, to przecież tylko głupia ciężarówka. Mouse popatrzył na niego z 

uśmiechem. Miał dopiero dwadzieścia lat. W sierocińcu, gdzie się wychowywał, dzieci 
uważały go za dziwadło z powodu jego wzrostu i mrukliwości. Wobec większości ludzi 
Mouse okazywał nieufność i brak sympatii, ale Luke budził w nim ciepłe uczucia. 

Jego uśmiech – czysty i szczery jak u dziecka – sprawił, że Luke odwzajemniał się mu 

tym samym. 

– Skończyłeś? 

– Skończyłem. – Zatrzasnął maskę samochodu i wyjął kluczyki ze stacyjki. Nigdy nie 

zapomniał dumy, która go wypełniła, kiedy Max powierzył mu je po raz pierwszy. 

– Pięknie się spisze, kiedy będzie nas wieźć do Manchesteru. 

– Jak długo tam będziemy? 

– Trzy dni. – Mouse wydobył z zawiniętego rękawa paczkę pall maili, potrząsnął nią i 

wetknął sobie w usta papierosa. Drugiego podał chłopcu. 

background image

– Będzie ciężka robota dziś wieczór. Załadunek. Luke czekał z papierosem w kąciku 

ust, aż Mouse poda mu ogień. 

– Dlaczego ktoś taki jak pan Nouvelle tłucze się po różnych zapadłych dziurach? 

Zapałka zabłysła mocniej, kiedy Mouse przytknął ją do swojego papierosa. 

– Ma swoje powody. 

Przeniósł zapałkę do papierosa Luke'a, a potem wrócił do ciężarówki, by marzyć w 

niej o długiej spokojnej jeździe. Luke odważył się na eksperymentalny wdech, zakrztusił się 
jednak, zaniósł suchym kaszlem i popełnił ten błąd, że zaciągnął się dymem. Zaczął znowu 
kaszleć tak mocno, że oczy zaszły mu łzami. Ale kiedy zauważył, że Mouse patrzy w jego 
stronę, wyprostował się z godnością. 

– Nie przywykłem do takich – jego głos brzmiał jak słaby pisk. Potem 

zdeterminowany zaciągnął się ponownie. Tym razem połknął dym, stracił oddech i zaczął 
toczyć ciężką walkę o utrzymanie w żołądku śniadania. Miał uczucie, że oczy wywróciły mu 
się źrenicami do wewnątrz, tak że za chwilę ujrzy własny żołądek podjeżdżający do gardła. 

– Hej! Hej, mały! – Zaniepokojony zielonym odcieniem twarzy chłopca, Mouse 

podszedł i klepnął go w plecy tak mocno, że powalił go na kolana. Luke zaczął wymiotować. 
Patrinski podtrzymał mu głowę umazanymi smarem rękami. 

– Kurczę! Chory jesteś czy co? 

– Mamy jakiś problem? – zapytał Max, zbliżając się do nich. Lily puściła jego ramię i 

uklękła przy chłopcu. 

– Kochanie. Ty moje biedactwo – szeptała, przesuwając dłonią po jego plecach. – Nie 

ruszaj się, biedaku, zanim ci nie przejdzie. 

Jej wzrok padł na tlący się papieros, który wypadł z ręki Luke'a. 

– Skąd, u licha, to dziecko miało to świństwo? 

– Mój błąd. – Mouse spojrzał żałośnie na swoje stopy. – Nie pomyślałem, dając mu 

papierosa, Max. To moja wina. 

– Nie musiał go brać – potrząsnął głową Max, przyglądając się, jak Luke walczy z 

mdłościami. – A teraz za to płaci. Jeszcze jedna darmowa lekcja. Nie bierz tego, czego nie 
możesz unieść. 

– Och, daj mu spokój. – Powodowana instynktem macierzyńskim Lily przycisnęła 

zimną i spoconą twarz Luke'a do swojej piersi pachnącej perfumami Chanel i potem. Tuląc 
go, przeszyła Maxa wściekłym wzrokiem. – To, że nigdy w życiu nie byłeś chory nawet przez 
jeden dzień, nie usprawiedliwia takiego braku współczucia. 

– Racja – zgodził się Max, kryjąc uśmiech. – Zostawmy go twojej czułej opiece. 

– Postawimy cię na nogi – szepnęła do Luke'a. – Po prostu chodź z Lily, kochanie. 

Chodź, oprzyj się o mnie. 

– Nic mi nie jest – mruknął Luke, ale kiedy wstał, w głowie poczuł zamęt równy temu, 

jaki miał w żołądku. Był w tak fatalnym stanie, że nie czuł nawet wstydu, kiedy Lily niemal 
niosła go do przyczepy. 

– O nic się nie martw, malutki. Musisz tylko chwilkę poleżeć, to wszystko. 

– Tak, proszę pani. 

Chciał się położyć. Tak łatwiej będzie umrzeć. 

background image

– Nie musisz tak do mnie mówić, kochanie. Mów do mnie Lily, tak jak wszyscy. 

Kiedy otwierała drzwi przyczepy, trzymała go pod pachą. 

– Połóż się na sofie, a ja przyniosę ci zimny kompres. Runął na posłanie twarzą w dół, 

jęcząc i modląc się z niezwykłym u niego zapałem, żeby już więcej nie wymiotować. 

– Proszę, kochanie – Lily uklękła przy nim, trzymając wilgotny ręcznik i – na wszelki 

wypadek – miednicę. Zdjęła mu z głowy przepocony bandaż, zastępując go chłodnym 
kompresem. – Za chwilę poczujesz się lepiej, obiecuję. Mój brat zachorował dokładnie tak 
samo, kiedy zapalił pierwszego papierosa – powiedziała cicho kojącym głosem, używanym w 
obecności chorych. – Już po chwili biegał, jakby nic się nie stało. 

W odpowiedzi Luke jedynie jęknął. Lily nadal mówiła do niego, od czasu do czasu 

odwracając kompres i wycierając nim twarz i szyję chorego. 

– Odpoczywaj. – Jej usta drgnęły w uśmiechu, kiedy zauważyła, że powieki mu 

opadają. – Właśnie tak, kotku. Prześpij to. 

Pozwoliła sobie na dotknięcie jego włosów. Były długie, gęste i gładkie jak jedwab. 

Pomyślała tęsknie, że gdyby mogła urodzić Maxowi dziecko, ono także mogłoby mieć takie 
włosy. Ale mimo iż była zdolna pokochać gromadę dzieci, nie mogła zajść w ciążę. Była 
bezpłodna. 

Ten chłopiec ma piękną twarz – pomyślała. – Jego skóra jest złota od słońca i gładka 

jak u dziewczynki. A pod skórą rysują się mocne kości. I te rzęsy. Westchnęła. Chociaż jej 
serce rwało się do roztoczenia opieki nad tym dzieckiem, wciąż nie miała pewności, czy Max 
dobrze zrobił, przyjmując chłopca pod swój dach. To dziecko ma przecież matkę. Mimo iż 
Lily nie miała łatwego życia, wydawało się jej nieprawdopodobne, by matka nie potrafiła 
kochać i bronić swojego syna. 

– Pewnie szaleje teraz ze strachu, kochanie – szepnęła. Cmoknęła z dezaprobatą. – 

Ależ ty jesteś chudy: skóra i kości. No i proszę, przepociłeś całą koszulkę. Bardzo dobrze, 
zdejmiemy ci ją i przepierzemy. 

Delikatnie podciągnęła mu podkoszulek na plecach. Jej palce zastygły nagle na 

przemoczonym materiale. Krótki mimowolny krzyk, który wydała, sprawił, że Luke jęknął 
przez sen. Z oczami pełnymi gorących łez buntu i bólu obciągnęła koszulkę z powrotem. 

Max stał przed ustawionym na scenie lustrem. Sprawdzał, jak trik ze znikającymi 

monetami wygląda od strony publiczności. Powtarzał go niezliczoną ilość razy, doskonaląc i 
wzbogacając ten numer. Pracował tak nad każdą sztuczką, której się nauczył lub którą sam 
wymyślił. Robił to, odkąd po raz pierwszy stanął przed publicznością w Nowym Orleanie – 
ze składanym stolikiem, talią kart i magicznymi monetami. 

Nie myślał zbyt wiele o tamtych czasach. Miał czterdzieści lat, odnosił sukcesy, ale 

pozbawione złudzeń zrozpaczone dziecko, którym był niegdyś, mogło w każdej chwili 
wrócić. I wróciło w osobie Luke'a Callahana. 

Chłopiec ma zdolności – myślał Max, podczas gdy w jego palcach w miejsce jednej 

monety pojawiły się dwie, a potem trzy. – Trochę czasu, opieki i wskazówek, i Luke stanie 
się kimś. Kim – to już Max zostawiał bogom. Jeśli chłopak zostanie z nimi, kiedy dotrą do 
Nowego Orleanu, wtedy się zobaczy. 

Max podniósł w górę dłonie, klasnął i dwie monety zniknęły. 

background image

– Max! – Lily wpadła na scenę niemal bez tchu. Max uwielbiał na nią patrzeć. 

Zawsze. Lily w obcisłych szortach i takim samym podkoszulku, z pomalowanymi 
paznokciami u stóp obutych w zakurzone sandały – oto widok wart zapamiętania. 

Ale kiedy wyciągnął rękę, by pomóc jej wejść na scenę, i spojrzał na jej twarz, nagle 

przestał się uśmiechać. 

– Co się stało? Roxanne? 

– Nie, nie – objęła go mocno i przywarła do niego. Drżała. – Roxy nic nie dolega. 

Namawia robotników, żeby pozwolili jej pojeździć na karuzeli. Ale ten chłopiec, Max, to 
biedne dziecko! 

Roześmiał się i uścisnął ją mocniej. 

– Lily, kochanie, przez pewien czas będzie mu niedobrze, a znacznie dłużej – wstyd, 

ale to wszystko minie. 

– Nie, to nie to. – Z jej oczu popłynęły łzy. Wtuliła twarz w szyję Maxa. – Położyłam 

go na sofie, a kiedy zasnął, chciałam mu zdjąć podkoszulek. Przepocił go zupełnie, nie 
chciałam, żeby w nim leżał. – Zamilkła na chwilę i wzięła głęboki wdech. – Jego plecy, Max, 
te biedne plecy. Blizny: stare i nowe, ledwie zagojone. Po ranach od pasa, rzemienia i Bóg 
wie czego jeszcze. – Otarła łzy dłonią. – Ktoś znęcał się nad tym dzieckiem. 

– Jego ojczym – głos Maxa był zupełnie pozbawiony emocji. Uczucia, które się w nim 

rozszalały, zostały powściągnięte. Zawsze mógł opanować wspomnienia, ale krzywda 
wyrządzona temu chłopcu prawie go załamała. – Chyba nie wierzyłem, że to aż tak poważne. 
Myślisz, że powinniśmy wezwać doktora? 

– Nie – potrząsnęła głową, zacisnąwszy usta. – To już tylko blizny, straszne blizny. 

Nie rozumiem, jak ktokolwiek może zrobić coś takiego dziecku. – Pociągnęła nosem. Max 
podał jej chusteczkę. – Nie byłam pewna, czy dobrze robimy, zatrzymując go tutaj. 
Myślałam, że matka musi rozpaczać po jego odejściu. – Jej łagodne oczy stały się twarde. – 
Jego matka. – Prawie wypluła to słowo. – Chciałabym dostać tę sukę w swoje ręce. Nawet 
jeśli to nie ona go biła. Pozwalała, żeby ktoś krzywdził jej dziecko. To ją powinno się zbić. 
Zrobię to, jeśli ją kiedykolwiek spotkam. 

– Nieposkromiona – Max ujął delikatnie jej twarz i ucałował ją. – Kocham cię, Lily. Z 

tylu różnych powodów. Teraz idź poprawić makijaż. Zrób sobie herbaty. Uspokój się. Nikt 
już nie skrzywdzi tego chłopca. 

– Nie, nikt go nie skrzywdzi. – Zacisnęła palce wokół nadgarstków Maxa. Jej oczy 

płonęły, ale głos brzmiał zadziwiająco spokojnie. – Teraz jest nasz. 

Mdłości dręczące Luke'a znikły niemal całkowicie, za to omal nie umarł ze wstydu, 

kiedy budząc się ujrzał Lily siedzącą obok niego i pijącą herbatę. Przerwała jego niepewne 
usprawiedliwienia, wręczając mu filiżankę zupy. Kiedy jadł, mówiła do niego wesoło i 
zachowywała się tak niefrasobliwie, że prawie uwierzył, że jego kompromitacja przeszła nie 
zauważona. 

Później do salonu wpadła Roxanne. 

Była zakurzona od stóp do głów, a włosy, które rano Lily splotła jej porządnie, kłębiły 

się w dzikim nieładzie. Na kolanie miała świeże zadraśnięcie, a na szortach długie rozdarcie. 
Przyniosła z sobą ostry zwierzęcy odór. Właśnie skończyła się bawić z trzema foksterierami, 
gwiazdami psiego przedstawienia. 

background image

Lily spojrzała na nią z pobłażliwym uśmiechem. Oprócz obserwowania jedzących 

dzieci najbardziej lubiła patrzeć na dzieci zakurzone i uszargane, bo to dowodziło, że bawiły 
się długo i dobrze. 

– Czy pod tym wszystkim jest gdzieś moja Roxy? Roxanne uśmiechnęła się i sięgnęła 

do lodówki po zimny napój. 

– Najeździłam się na karuzeli za wszystkie czasy, a Duży Jim pozwolił mi rzucać 

obręczami, ile tylko mi się podobało. 

– Od winogronowego soku na brudnej twarzy zostały jej zawadiackie purpurowe 

wąsy. – A potem bawiłam się z psami. 

– Jej wzrok padł na Luke'a. – Podobno paliłeś papierosa i strasznie się pochorowałeś? 

Luke zgrzytnął zębami, ale nie odezwał się ani słowem. 

– A po co to robiłeś? – zapytała, ciekawska jak sroka. 

– Dzieciom nie wolno palić. 

– Roxy – opanowując drgający w jej głosie śmiech, Lily popchnęła dziewczynkę w 

stronę zasłony – musisz się umyć. 

– Ale ja chcę tylko wiedzieć... 

– Szybko, szybko. Zanim się dowiesz, zacznie się pierwsze przedstawienie. 

– Ja tylko myślałam... 

– Za dużo myślisz. Uciekaj stąd. 

Popychana do wyjścia Roxanne obdarzyła chłopca niechętnym spojrzeniem. Z jego 

strony spotkała się z równym brakiem sympatii, więc pokazała mu język, zanim fałdy zasłony 
opadły za nią. 

Lily odwróciła się rozdarta między współczuciem a chęcią wybuchnięcia śmiechem. 

Na twarzy Luke'a malowały się wyraziście gniew i upokorzenie. 

– No dobrze – powiedziała – teraz zabierzemy się do roboty. – Była zbyt mądra, by 

pytać go, czy jest w stanie pracować wieczorem. – Może pójdziesz się pobawić, zanim zaczną 
się tu schodzić ludzie? 

Wzruszył ramionami, co miało oznaczać zgodę. Odchylił się gwałtownie do tyłu, 

kiedy Lily wyciągnęła w jego kierunku rękę. „Spodziewał się ciosu" – pomyślała, patrząc w 
chmurne nieufne oczy. A potem, kiedy zmierzwiła mu czule włosy, jego mroczne spojrzenie 
zmieniło się. Pojawiły się w nim zmieszanie i niepewność. 

Nikt nigdy nie dotykał go w taki sposób. Spojrzał na nią zdziwiony. Czuł, że w gardle 

rośnie mu jakaś kula. 

– Nie musisz się bać – szepnęła, jakby powierzając mu sekret – nigdy cię nie 

skrzywdzę. – Dotknęła palcem jego brody. – Ani teraz, ani nigdy. – Miała ochotę wziąć go w 
ramiona, ale powstrzymała się. Jeszcze na to za wcześnie. On jeszcze nie wie, że jest jej 
synem. A to, co należy do Lily Bates, jest bezpieczne od wszystkich zagrożeń. – Jeśli 
będziesz czegoś potrzebował, przyjdziesz do mnie. Rozumiesz? 

Nie mógł z siebie wydusić ani słowa. Skinął tylko głową i niezdarnie zsunął się z sofy. 

Czuł ucisk w piersiach i suchość w gardle. Zdał sobie sprawę, że jest bliski łez, więc wybiegł 
z przyczepy. 

background image

Tego dnia zdobył trzy nowe doświadczenia. Max pewnie nazwałby je darmowymi 

lekcjami. A były to lekcje, które na zawsze zostały mu w pamięci. Po pierwsze, nigdy więcej 
nie zapali papierosa bez filtra. Po drugie, na zawsze znienawidził tę smarkatą Roxanne. A po 
trzecie – i najważniejsze – zakochał się w Lily Bates. 

 

Letnie upały towarzyszyły im przez cały czas, kiedy posuwali się coraz dalej na 

południe; z Portland do Manchesteru, potem do Albany i wreszcie Poughkeepsie, gdzie przez 
dwa dni lało bez przerwy. Następnie odwiedzili Wilkes-Barre, by trafić do Allentown, gdzie 
Roxanne spędziła „najlepsze dni swojego życia", zaprzyjaźniwszy się z bliźniaczkami Trudie 
i Tessie. Kiedy dwa dni później wśród łez i zapewnień o wiecznej przyjaźni musiały się 
rozstać, Roxanne odkryła po raz pierwszy niedogodność wędrownego życia. 

Dąsała się przez cały tydzień, doprowadzając Luke'a do szaleństwa peanami na cześć 

utraconych przyjaciółek. Unikał jej jak tylko mógł, ale nie było to łatwe, jako że mieszkali 
pod jednym dachem. Co prawda sypiał w ciężarówce razem z Mouse'em, ale większość 
posiłków jadali razem. A w dodatku Roxanne zaczajała się na niego, kiedy wychodził z 
łazienki. 

Nie dlatego, żeby go lubiła. W gruncie rzeczy czuła do niego głęboką niechęć – 

nieświadomą zazdrość o nowego członka rodziny. Ale po doświadczeniu z Tessie i Trudie 
Ro-xanne zdała sobie sprawę z potrzeby znalezienia towarzystwa kogoś w swoim wieku. 

Nawet jeśli miałby to być chłopiec. 

Więc zrobiła to, co małe siostry od początku świata robią swoim starszym braciom. 

Zamieniła jego życie w piekło. 

Od Hagerstown do Winchester, a potem do Roanoke i Winston-Salem dręczyła go bez 

litości, prześladując na każdym kroku i nękając tak dotkliwie, że pewnie by ją stłukł, gdyby 
nie Lily. Z niepojętych przyczyn Lily miała po prostu fioła na punkcie tej smarkatej. 

Zauważył to podczas prób przed występem w Winston-Salem. 

Nie wyrabia się na czas – pomyślał Luke z satysfakcją, przyglądając się próbie z 

udziałem Roxanne. Nic jej tego dnia nie wychodziło. I w dodatku zaczęła popłakiwać. 

To napełniło go nadzieją. Mógł wykonać jej numer o niebo lepiej. Gdyby tylko Max 

dał mu szansę. Gdyby zechciał go trochę poduczyć. Luke przećwiczył już kilka scenicznych 
gestów w maleńkim lusterku w łazience. 

Gdyby tylko ta nadęta Roxy zachorowała na jakąś nieuleczalną chorobę albo padła 

ofiarą tragicznego wypadku. Gdyby tylko została wyeliminowana z gry, on potrafiłby ją 
zastąpić. 

– Roxanne – powiedział Max spokojnie, przerywając rozmyślania chłopca – nie 

uważasz. 

– Uważam – odpowiedziała płaczliwie. Oczy zaszły jej łzami. Nie mogła znieść 

zaduchu tego starego przegrzanego namiotu. 

– Max – Lily podeszła do sceny – może powinna odpocząć? 

– Lily – Max spojrzał na nią ostrzegawczo. 

background image

– Jestem zmęczona – Roxanne wzniosła ku niemu mizerną zaczerwienioną buzię. – 

Jestem zmęczona przyczepą, przedstawieniem i w ogóle wszystkim. Chcę wrócić do 
Allentown, do Tessie i Trudie. 

– Obawiam się, że to niemożliwe. – Jej słowa zraniły dumę Maxa i obudziły w nim 

poczucie winy. – Jeśli nie chcesz występować, to trudno. Ale jeśli nie mogę na tobie polegać, 
muszę cię kimś zastąpić. 

– Max! – Lily postąpiła krok naprzód, ale zamarła, gdy dał jej znak ręką. 

– Jako moja córka – ciągnął patrząc, jak pojedyncza łza spływa po policzku Roxanne 

– możesz kaprysić, ile ci się podoba. Ale jako moja asystentka masz ćwiczyć na każdej 
próbie. Czy to jasne? 

Roxanne spuściła głowę. 

– Tak, tatusiu. 

– Więc dobrze. Teraz przerwiemy na chwilę. Otrzyj oczy – zaczął, dotykając jej 

podbródka i zamarł. Przyłożył dłoń do jej czoła. Serce podskoczyło mu do gardła. – Ona jest 
rozpalona – powiedział dziwnym głosem. – Lily? – Wielki Nouvelle, Nadzwyczajny 
Prestidigitator spojrzał bezradnie na swoją kochankę – ona jest chora. 

– Och, moje jagniątko – w mgnieniu oka Lily znalazła się przy dziewczynce. Czoło 

Roxanne było gorące i spocone. 

– Kochanie, czy coś cię boli? Brzuszek? 

– Nic mi nie jest. Tu jest tylko tak gorąco. Nie jestem chora, chcę dalej ćwiczyć. Nie 

pozwól, żeby tatuś mnie kimś zastąpił. 

– Co za bzdura – zręczne palce Lily dotknęły migdałków dziewczynki. – Nikt nie 

może cię zastąpić. – Lily spojrzała na Maxa, przytulając głowę Roxanne do swojego 
ramienia. Magik był trupio blady. 

– Trzeba jechać do miasta, do doktora. 

Luke patrzył, jak Max wynosi z namiotu szlochającą Ro-xanne. Nie był w stanie 

wykrztusić z siebie ani słowa. Jego najgorętsze marzenie spełniło się. Smarkata była chora. 
Może to dżuma. Z bijącym sercem wypadł z namiotu; ciężarówka znikała właśnie w chmurze 
pyłu za zakrętem. 

Może nawet umrzeć, zanim zdążą dowieźć ją do miasta. Poczuł skurcz paniki, a zaraz 

potem ohydne poczucie winy. W ramionach Maxa Roxanne wyglądała na tak żałośnie małą. 

– Dokąd pojechali? – zapytał Mouse trochę zdyszany po biegu, do jakiego poderwał 

go odgłos ukochanego silnika. 

– Do doktora – Luke przygryzł wargę. – Roxanne jest chora. 

Zanim Mouse zdążył otworzyć usta, by coś powiedzieć, Luke uciekł. Pędząc przed 

siebie na złamanie karku, myślał z przerażeniem, że Bóg –jeśli naprawdę istnieje – nie wziął 
chyba jego modłów poważnie. 

Minęły dwie koszmarne godziny, zanim ciężarówka wróciła z miasta. Luke rzucił się 

w jej kierunku. Serce skurczyło mu się boleśnie, kiedy ujrzał, jak Max odbiera od Lily lecącą 
mu przez ręce Roxanne i niesie ją do przyczepy. 

– Czy ona... – słowa „nie żyje" uwięzły mu w gardle. 

background image

– Śpi – Lily spojrzała na niego z roztargnieniem i uśmiechnęła się. – Przepraszam, 

Luke, ale teraz lepiej sam się pobaw. My będziemy bardzo zajęci. 

– Ale... ale... – Luke szedł krok w krok za Lily aż do drzwi przyczepy. – Czy ona... no, 

czy ona nie... 

– Przez kilka dni będzie się czuła bardzo źle, ale kiedy kryzys minie, szybko wróci do 

siebie. 

– Kryzys? – jego głos zabrzmiał jak skrzek. Słodki Jezu, to była zaraza. 

– Jest strasznie rozpalona – mruknęła Lily. – No cóż, będziemy się nią opiekować. 

– Ja nie chciałem – nie wytrzymał Luke. – Przysięgam, że nie chciałem, żeby ona 

naprawdę zachorowała. 

Chociaż myślami daleka, Lily spojrzała na niego, otwierając drzwi. 

– Oczywiście, że nie, kochanie. Podejrzewam, że Roxy dostała od Tessie i Trudie coś 

więcej niż obietnicę wiecznej przyjaźni – uśmiechnęła się, wchodząc do przyczepy. 

– Chyba jako załącznik ofiarowały jej też wietrzną ospę. 

Luke został na schodkach, z rozdziawionymi ustami gapiąc się na zamknięte drzwi. 

Wietrzna ospa? Omal nie zwariował ze strachu, a ta cholerna smarkula ma wietrzną 

ospę? 

– Mogę to zrobić – Luke stał uparcie na środku sceny, przyglądając się spode łba, jak 

Max ćwiczy trik z kartami. 

– Jeśli ona potrafi, to ja też mogę. 

– Daleko ci do jej formy. – Max położył karty na składanym stoliku. 

Od trzech dni Roxanne leżała w łóżku z wysoką gorączką i swędzącą wysypką. Przez 

cały ten czas Luke przy każdej okazji nękał Maxa. 

– Tylko pokaż mi, co mam robić – prosił. Od dawna zadręczał Mouse'a, żeby zdradził 

mu, na czym polega trik z wielkim cylindrem, i wreszcie udało mu się przebić ten 
niewzruszony mur lojalności. 

– Słyszałem, jak mówiłeś Lily, że odkąd Roxanne jest chora, macie lukę w 

przedstawieniu. A ona nie będzie w stanie wyjść na scenę jeszcze przez dziesięć dni. 

Max przystąpił do następnego triku, zastanawiając się jednocześnie, czynie można by 

dodać nieco nowych elementów do finału. Wyrównałoby to lukę powstałą z powodu 
nieobecności Roxanne. 

– Twoja troska o jej zdrowie jest wzruszająca. Na policzki Luke'a wypełzł ciemny 

rumieniec. 

– To nie moja wina, że zachorowała – teraz był już tego prawie pewien. – Zresztą to 

tylko wietrzna ospa. 

Max odłożył karty, niezadowolony z nie dość zręcznej prawej ręki. Ten chłopiec był 

uparty i mógł się sprawdzić w czymś tak prostym jak numer z wielkim cylindrem. 

– Chodź. 

Luke postąpił krok naprzód. Jego spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem magika; coś 

sprawiło, że chłopcem wstrząsnął tłumiony dreszcz. 

background image

– Przysięgnij! – głos Maxa zabrzmiał rozkazująco. – Przysięgnij na to, kim jesteś, i na 

to, kim się staniesz, że nigdy nikomu nie zdradzisz sekretów, które ci teraz wyjawię. 

Luke zamierzał się uśmiechnąć, żeby przypomnieć Maxo-wi, że to w końcu tylko 

zwyczajne sztuczki, ale z jakichś powodów nie udało mu się. Było w tym coś znacznie 
większego, niż się spodziewał. Kiedy udało mu się odezwać, jego głos był ledwie słyszalnym 
szeptem. 

– Przysięgam. 

Max spojrzał uważnie w oczy chłopca, zanim skinął głową. 

– Dobrze. Oto co będziesz robić. 

Było to naprawdę bardzo proste. Kiedy Luke zrozumiał, jak niesamowicie prosta była 

sztuczka z wielkim cylindrem, nie mógł uwierzyć, że dał się na nią nabrać. On lub w ogóle 
ktokolwiek. Nie chciał się przyznać – a już na pewno nie przyznałby się Maxowi – że teraz 
kiedy już wie, jak Roxanne zmieniała się w królika, nie wiadomo dlaczego czuje się trochę 
rozczarowany. 

Max nie pozwolił mu rozpaczać po straconych złudzeniach. Zaczęli powtarzać 

sztuczkę, pracowicie doskonaląc ją przez ponad godzinę. Dopracowali koordynację ruchów, 
usuwając te, które pasowały do Roxanne, i zastępując je innymi, odpowiednimi dla Luke'a. 

Była to męcząca praca, ale Max nie akceptował niczego, co nie było doskonałe. 

– Dlaczego się tak starasz dla bandy wieśniaków? Te kmioty będą się cieszyć, jeśli 

zobaczą kilka sztuczek z kartami i cylinder z królikiem w środku. 

– Nie mogę obniżać poziomu. Spróbuj najpierw zaciekawić samego siebie, a nigdy nie 

pójdziesz na łatwiznę. 

– Ale ty z tym wszystkim, co robisz, nie musisz występować w takim cyrku za trzy 

grosze. 

Usta Maxa wygięły się w uśmiechu. Ukrył go, gładząc wąsy. 

– Twój komplement, aczkolwiek nieco kulejący, został przyjęty z wdzięcznością. Ale 

niesłusznie przypuszczasz, że przebywam w miejscu, które mi nie odpowiada. Znajduję 
pewną przyjemność w cygańskim życiu. A ten cyrk za trzy grosze – czego rzecz jasna nie 
mogłeś wiedzieć – jest moją własnością. 

Narzucił na chłopca pelerynę i dwukrotnie strzelił palcami. Zaśmiał się z cicha, 

ponieważ kształt pod ciemnym materiałem nie zniknął. 

– Dobry asystent nigdy nie przegapia znaku, który daje mu magik. Bez względu na to 

jak głęboko się zamyśli. 

Spod peleryny dobiegło wściekłe parsknięcie. Materiał zwisł luźno. 

Postępy chłopca rokowały nadzieje. Poradzi sobie – pomyślał Max. Postanowił, że 

wykorzysta zadzierżystość Luke'a, jego chłonność i przekorę – a także skrywaną wrażliwość. 
Wykorzysta to wszystko, a w zamian da chłopcu dom i możliwość wyboru. 

To uczciwa transakcja – uznał Max. 

– Jeszcze raz – powiedział po prostu, kiedy Luke wyszedł zza kulis na scenę. 

Po kolejnej godzinie ćwiczeń Luke zaczął zastanawiać się, czemu właściwie tak się 

upierał przy swoim udziale w przedstawieniu. Właśnie zamierzał powiedzieć Maxowi, co 
może zrobić ze swoją różdżką, kiedy do namiotu wpadła Lily. 

background image

– Wiem, że się spóźniłam – zawołała, wdrapując się na scenę – ale wszystko mi dziś 

leci z rąk! 

– Roxanne? 

– Ma gorączkę i ciągle kaprysi, ale się trzyma. – Obejrzała się, marszcząc czoło. – Nie 

znoszę zostawiać jej samej. Każdy jest teraz zajęty, więc... Luke –jej twarz wypogodziła się 
nagle – kochanie, zrobisz mi wielką przyjemność, jeśli posiedzisz z nią przez godzinkę. 

– Ja? – Równie dobrze mogłaby go namawiać do zjedzenia ropuchy. 

– Ona tak potrzebuje towarzystwa. Zapomniałaby o swędzeniu. 

– No tak, ale... – gwałtownie szukał wykrętu. Nagle go olśniło: – Chciałbym, ale Max 

ma ze mną próbę. 

– Próbę? 

Żaden jasnowidz nie mógłby przejrzeć zamiarów Luke'a bardziej przenikliwie niż 

zrobił to Max. Z przyjacielskim uśmiechem położył dłoń na jego ramieniu. Zrobiliśmy postęp 
– zauważył, bo chłopiec zesztywniał tylko na moment. 

– Poznaj nowego członka naszej szczęśliwej gromadki – zwrócił się do Lily. – Dziś 

wieczorem Luke wystąpi przed publicznością. 

– Dzisiaj? – Luke spojrzał czujnie na Maxa. – Tylko dzisiaj? Nie po to tyle 

harowałem, żeby wystąpić tylko raz. 

– Zobaczymy. Jeśli dzisiaj pójdzie ci dobrze, wystąpisz również jutro. Nazywamy to 

okresem próbnym. W każdym razie dzisiaj ćwiczyliśmy wystarczająco długo, masz więc 
czas, żeby odwiedzić Roxanne. – Max mrugnął do chłopca. 

– Znów chciałeś oszukać szulera. Przegrałeś. 

– Co do cholery miałbym z nią robić? – mruknął Luke, ciężkim krokiem schodząc ze 

sceny. Lily westchnęła. 

– Może zagracie w jakąś grę. I, kochanie, naprawdę nie chciałabym, żebyś klął w 

towarzystwie Roxy. 

Świetnie – pomyślał i wyszedł z mrocznego namiotu w jaskrawy blask dnia. Nie 

będzie przeklinał w jej towarzystwie. Zeklnie ją samą. 

Szarpnięciem otworzył drzwi przyczepy i podszedł prosto do lodówki. Nawyk 

sprawdzania, czy ktoś za nim nie stoi, był wciąż bardzo silny. Luke ciągle obawiał się, że ktoś 
może nagle wyskoczyć z ukrycia i zbić go za branie jedzenia. Tym razem nic takiego się nie 
stało. Luke wstydził się tego, co zrobił w pierwszym tygodniu pobytu u Maxa. Kiedy został w 
przyczepie sam, znalazł w kuchni półmisek pełen zimnego spaghetti. Pożarł wszystko. O 
mało nie umarł z przejedzenia, ale nie mógł się powstrzymać. Zbyt dobrze pamiętał, co czuje 
człowiek, kiedy jest głodny. 

Spodziewał się kary. Sądził, że nie dadzą mu nic do jedzenia przez cały dzień, a może 

i dwa. Tak robiła jego matka. A więc zabezpieczył się, chowając w plecaku kilka batoników i 
kanapek. 

Ale nie został ukarany. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, co zrobił. 

Luke włożył kawałek pieczeni między dwa kawałki chleba i zjadł tę prostą kanapkę, 

zanim poszedł do Roxanne. 

background image

Poruszał się bezszelestnie; był to jeszcze jeden nawyk, który wyrobiło w nim życie. 

Kiedy przemierzał wąski korytarzyk, usłyszał nadawaną przez radio balladę Jima Croce'a. 
Roxanne śpiewała razem z nim swoim dźwięcznym sopranem. 

Rozbawiony zajrzał do pokoju. Leżała płasko na wznak, ze wzrokiem utkwionym w 

suficie. Na małym okrągłym stoliku obok łóżka stał dzbanek pełen soku pomarańczowego, 
szklanka, kilka buteleczek z lekarstwami oraz talia kart. 

Na ścianach pokoju wisiały plakaty. Większość z nich przedstawiała iluzjonistów. 

Jeden, błyszczący, z Davidem Cassidym sprawił, że Luke omal nie zwymiotował. Oto dowód, 
jak beznadziejne są dziewczyny. 

– Kurczę, ale ohyda – powiedział. 

Roxanne uniosła powieki i spojrzała na niego. Prawie się uśmiechnęła, tak 

rozpaczliwie potrzebowała rozrywki. 

– Jaka ohyda? 

– A ta – wskazał plakat butelką coli. – Ten laluś, którego powiesiłaś sobie na ścianie. 

Pociągnął łyk coli, przyglądając się Roxanne z satysfakcją. Jej biała skóra była cała 

obsypana brzydkimi czerwonymi bąblami. To dopiero ohyda – pomyślał. Jak Lily i Max 
mogą w ogóle na to patrzeć? 

– Jejku, jejku, ale cię spryszczyło, no nie? 

– Lily mówi, że wkrótce wszystko zniknie i znów będę ładna. 

– Prawdopodobnie zniknie – podkreślił, nadając swojemu głosowi wystarczająco dużo 

odcienia powątpiewania, by czoło Roxanne zmarszczyło się ze strachu – ale nadal będziesz 
brzydka. 

Usiadła na łóżku, zapominając o dokuczliwie swędzącym brzuchu. 

– Mam nadzieję, że zaraziłam cię ospą. I że wszędzie wyskoczą ci bąble – takie jak 

moje. Nawet na siusiaku. 

– Pudło – roześmiał się Luke. – Ja już miałem ospę. To choroba małych dzieci. 

– Nie jestem mała! – Nic nie mogło rozwścieczyć jej bardziej. Zanim Luke zdołał 

zrobić unik, rzuciła się na niego, okładając ze wszystkich sił pięściami. Butelka wypadła mu z 
ręki i uderzyła o ścianę. Coca-cola rozprysnęła się na wszystkie strony. To mogło być nawet 
śmieszne i już zaczynał się śmiać, kiedy nagle dotarło do niego, jak bardzo Roxanne była 
słaba. Jej ramiona były jak płonące patyki. 

– Dobrze, dobrze. – Ponieważ o mały włos nie spowodował nieszczęścia, wolał teraz 

na nią uważać. – Nie jesteś mała. Wracaj do łóżka. 

– Już mi się znudziło – marudziła, ale powlokła się z powrotem, ponaglona jego 

niezbyt delikatnym szturchańcem. 

– No dobrze. Cholera, patrz na ten bajzel. Muszę to chyba posprzątać. 

– To twoja wina – oświadczyła i ściągnąwszy usta, z urazą zapatrzyła się w okno. 

Poza starej kobiety w wykonaniu dziecka. 

Luke mrucząc pod nosem, wyszedł w poszukiwaniu szmaty. Kiedy skończył wycierać 

rozlaną colę, Roxanne nadal go ignorowała. 

Przestąpił z nogi na nogę. 

background image

– Słuchaj, przecież posprzątałem, nie? 

Jej twarz odwróciła się nieznacznie ku niemu, ale lody jeszcze nie stopniały. 

– Czy żałujesz, że powiedziałeś, że jestem brzydka? 

– Chyba powinienem. Milczenie. 

– Dobra, dobra. Jezu. Żałuję, że to powiedziałem. Na jej twarzy pojawił się leciutki 

cień uśmiechu. 

– I że powiedziałeś to o Davidzie Cassidym. Teraz on się uśmiechnął. 

– Zapomnij o tym. 

Kąciki jej warg uniosły się nieco ku górze. 

– Nie szkodzi. W końcu jesteś tylko chłopcem. 

Smak zwycięstwa był bardzo przyjemny. Roxanne uśmiechnęła się jeszcze szerzej, 

zamierzając wykorzystywać swoją przewagę tak długo, jak tylko się da. Mimo że był to 
uśmiech ośmioletniej dziewczynki, miał pewną siłę. 

– Mógłbyś mi nalać soku? Wręczył jej napełnioną szklankę. 

– Nie lubisz rozmawiać? – zapytała po chwili. 

– Za to ty lubisz. 

– Mam dużo do powiedzenia. Wszyscy uważają, że jestem bardzo bystra. – Była także 

bezgranicznie znudzona. 

– Pobawimy się? 

– Jestem za stary, żeby się bawić. 

– Wcale nie. Tatuś mówi, że nikt nie jest za stary na zabawy. To dlatego ludzie tak 

łatwo dają się oszukiwać w „trzy karty" albo w „kubki i kule". – Zauważyła przelotny błysk 
zainteresowania w jego oczach i uchwyciła się tego tropu. 

– Jeśli zagrasz ze mną w „chodźmy łowić rybki", nauczę cię karcianych sztuczek. – 

Luke nie przeżyłby swoich dwunastu lat, gdyby nie umiał się targować. 

– Naucz mnie, a potem się pobawimy. 

– Nieee. – Jej pełen satysfakcji uśmiech był tylko trochę bardziej niewinną wersją 

uśmiechu kobiety, która wie, że usidliła mężczyznę. – Pokażę ci sztuczkę, a potem się 
pobawimy. 

Wzięła talię kart ze stolika i potasowała ją wprawnie. Luke usiadł na brzegu łóżka i 

patrzył jej na ręce, niezdolny do ruszenia się z miejsca. 

– Ta sztuczka nazywa się „zgubione – znalezione". Masz wybrać jedną kartę i 

powiedzieć głośno, która to. 

– Wielka mi sztuka, jeśli będziesz znać kartę – mruknął Luke. Ale kiedy skończyła 

tasować talię, wybrał sobie króla pik. 

– Och, nie możesz mieć tej karty – oświadczyła Roxanne. 

– A dlaczego nie, do cholery? Powiedziałaś, że mogę sobie wybrać. 

– Ale tej nie mogłeś. Nie ma tu króla pik – rozłożyła karty. Luke otworzył szeroko 

oczy. Cholera, przecież widział tego króla! Jak zdołała się go pozbyć? 

background image

– Schowałaś go! 

– Nie. – Odłożyła talię na kolana i pokazała mu obie ręce. Były puste. 

Tym razem Luke wybrał trójkę kier. Roxanne potrząsnęła głową i westchnęła 

teatralnie. 

– Wybierasz karty, których nie ma. – Powoli rozłożyła talię i Luke zobaczył, że 

rzeczywiście brakuje trójki, ale za to odnalazł się zaginiony król. Zdezorientowany wyciągnął 
rękę po karty, ale Roxanne uniosła je ponad głowę. 

– Nie wierzę, że to prawdziwa talia. 

– Brak wiary sprawia, że magia jest magią – dziewczynka zacytowała ze śmiertelną 

powagą słowa własnego ojca. Potasowała błyskawicznie talię i rozpostarła ją na kołdrze. 
Ruchem ręki wskazała mu obie brakujące przedtem karty. 

Sapnął z irytacją, pokonany. 

– No dobrze, jak to robisz? Uśmiechnęła się znowu. 

– Najpierw „chodźmy łowić rybki". 

Miał ochotę jej powiedzieć, żeby poszła raczej do diabła, ale za bardzo zależało mu na 

nauczeniu się sztuczki, by pozwalać sobie na taką przyjemność. 

Po dwóch partyjkach rozchmurzył się na tyle, że poszedł po zimne napoje i ciasteczka 

na przekąskę dla obojga. 

– Teraz ci pokażę – oświadczyła Roxanne zadowolona, że jej nie poganiał. – Ale 

musisz przysiąc, że nigdy nie zdradzisz sekretu. 

– Już złożyłem przysięgę. 

Jej oczy zwęziły się. 

– Tak? Kiedy? 

Teraz żałował, że mu się to wymknęło. 

– Na próbie, całkiem niedawno – powiedział, ociągając się. – Zastępuję cię, dopóki 

nie pozbędziesz się tych bąbli. 

Wydęła usta. Powoli zebrała karty i zaczęła je tasować. Zawsze lepiej się jej myślało, 

kiedy miała zajęte czymś ręce. 

– Zająłeś moje miejsce. 

– Max powiedział, że bez ciebie w przedstawieniu jest luka. Ja cię tylko zastępuję. – A 

potem dodał z dyplomacją, którą nigdy by się nie podejrzewał: – Na pewien czas. Max tak 
powiedział. Może tylko dzisiaj. 

Po chwili namysłu skinęła głową. 

– Jeśli tatuś tak powiedział, to w porządku. Mówił mi, że jest mu przykro, bo musi 

mnie kimś zastąpić. I że nikt nigdy nie będzie mógł tego tak naprawdę zrobić. 

Luke nie miał pojęcia, jak to jest, kiedy ktoś kogoś kocha lak mocno i obdarza takim 

zaufaniem. Zazdrość ukłuła go w serce. 

– Musisz zrobić tak – zaczęła Roxanne, skupiając jego uwagę na swojej osobie. – 

Najpierw tasujesz karty. – Rozdzieliła talię na dwie kupki i zaczęła go instruować z taką samą 
cierpliwością, z jaką nauczycielka uczy dziecko pisać jego nazwisko. 

background image

Powtórzyła sztuczkę dwa razy, ruch po ruchu, a potem podała mu talię. 

– Teraz ty. 

Tak jak powiedział Max, chłopak miał zręczne ręce. 

– Ale fajnie – mruknął. 

– Magia jest najfajniejsza ze wszystkiego. 

Kiedy uśmiechnęła się, odpowiedział jej tym samym. Przynajmniej przez chwilę byli 

po prostu dwojgiem dzieci, połączonych wspólnym sekretem.