background image

 

 

 

Roger  elazny  

 

 

Amber 

 

 

 

TOM DZIEWI TY 

 

 

Rycerz Cieni 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Miała na imi  Julia i byłem  wi cie przekonany,  e zgin ła trzydziestego 

kwietnia, kiedy to wszystko si  zacz ło. Wła ciwie pocz tkiem było odnalezienie 

jej krwawych szcz tków i zabicie podobnego do psa potwora, który j  

zamordował - tak przynajmniej my lałem. Była moj  dziewczyn , i chyba to 

uruchomiło cały ci g wydarze . Dawno temu. 

      Mo e mogłem bardziej jej zaufa . Mo e nie powinienem jej zabiera  na 

spacer w Cieniu - doprowadził do zaprzecze , a te odsun ły j  ode mnie. I 

mrocznymi  cie kami pchn ły do pracowni Victora Melmana, paskudnego 

okultysty, którego musiałem pó niej zlikwidowa  - tego samego Victora 

Melmana, który był marionetk  w r kach Luke'a i Jasry. Ale teraz, mo e... nie do 

ko ca... miałem szans ,  eby wybaczy  sobie to, co w moim przekonaniu 

uczyniłem. Poniewa , jak si  okazało, jednak nie uczyniłem. Prawie. 

      Inaczej mówi c, przekonałem si ,  e nie byłem za to odpowiedzialny w chwili, 

gdy to czyniłem. To znaczy: kiedy wbiłem nó  w bok tajemniczego czarodzieja 

Maski, który od pewnego czasu wyra nie si  do mnie przyczepił, odkryłem,  e 

Maska to w rzeczywisto ci Julia. Mój przyrodni brat Jurt, który z kolei usiłował 

mnie zabi  dłu ej ni  ktokolwiek inny, porwał j  i znikn li. Działo si  to zaraz po 

jego transformacji w rodzaj  ywego Atutu. 

      I kiedy uciekałem z wal cej si , płon cej cytadeli Twierdzy Czterech  wiatów, 

spadaj ce belki zmusiły mnie do odskoczenia na prawo i uwi ziły w pułapce 

gruzów i ognia. Obok mnie przemkn ła ciemna metalowa kula; zdawała si  

rosn  w locie. Uderzyła o mur i przebiła go, pozostawiaj c otwór, przez który 

mogłem si  przecisn . Nie zwlekałem z wykorzystaniem tej okazji. Na zewn trz 

przeskoczyłem fos , u ywaj c logrusowych ramion, by przewróci  cz  

ogrodzenia i ze dwudziestu  ołnierzy. Potem odwróciłem si . 

      - Mandorze! - zawołałem. 

      - Tutaj - odpowiedział jego cichy głos zza mojego lewego ramienia. 

      Zd yłem zobaczy , jak chwyta metalow  kulk ; podskoczyła przed nami i 

opadła na wyci gni t  dło . 

      Strzepn ł popiół z czarnej kamizeli i przeczesał palcami włosy. Potem 

u miechn ł si  i spojrzał na płon c  Twierdz . 

      - Dotrzymałe  obietnicy danej królowej - zauwa ył. - I nie s dz ,  eby  miał tu 

jeszcze co  do roboty. Mo e pójdziemy? 

      - Jasra została wewn trz - odpowiedziałem. - Załatwia porachunki z Sharu. 

      - My lałem,  e nie jest ci ju  potrzebna. Pokr ciłem głow . 

      - Nadal wie sporo rzeczy, o których ja nie mam poj cia. A b d  ich 

potrzebował. 

      Ognista kolumna wyrosła ponad Twierdz , zatrzymała si , zawisła, wzniosła 

si  wy ej. 

      - Nie zdawałem sobie sprawy... - mrukn ł. - Jej naprawd  zale y na 

opanowaniu Fontanny. Gdyby my teraz j  stamt d zabrali, Sharu zajmie to 

miejsce. Czy to wa ne? 

      - Je li jej nie wyrwiemy, mo e j  zabi . Mandor wzruszył ramionami. 

      - Mam przeczucie,  e to ona wygra. Chciałby  si  zało y ? 

background image

 

      - Mo e masz racj . - Obserwowałem, jak po krótkiej pauzie Fontanna wznosi 

si  wy ej. - To wygl da jak wytrysk ropy. Mam nadziej ,  e zwyci zca potrafi go 

zakr ci ... je li b dzie jaki  zwyci zca.  adne z nich nie przetrwa tam zbyt długo. 

Cała cytadela si  rozpada. 

      Parskn ł  miechem. 

      - Nie doceniasz mocy, jakie wykorzystuj  dla własnej obrony - stwierdził. - 

Sam wiesz,  e za pomoc  magii nie tak łatwo jednemu czarodziejowi pokona  

drugiego. Niemniej jednak słusznie zwróciłe  uwag  na inercj  elementów 

materialnych. Je li pozwolisz... 

      Kiwn łem głow . 

      Szybkim gestem z dołu przerzucił metalow  kulk  ponad rowem fosy, w 

stron  budowli. Uderzyła o ziemi  i z ka dym odbiciem zdawała si  rosn , 

wydaj c d wi k podobny do brz ku cymbałów, całkiem nieproporcjonalny do jej 

pozornej pr dko ci i rozmiaru. Odgłos nabierał mocy przy kolejnych 

podskokach. Wreszcie kulka znikn ła w płon cej, wibruj cej ruinie, w jak  

zmieniła si  ta cz  Twierdzy. Na chwil  straciłem j  z oczu. 

      Ju  miałem spyta , co si  dzieje, kiedy zobaczyłem cie  wielkiej kuli 

przesuwaj cy si  za otworem, przez który wyrwałem si  na zewn trz. Płomienie 

przygasały - oprócz ognistej wie y zniszczonej Fontanny. Z wn trza dobiegł 

gł boki, niski grzmot. Po chwili przemkn ł jeszcze wi kszy kolisty cie , a przez 

podeszwy butów zacz łem wyczuwa  wibracje gromu. 

       ciana run ła. I zaraz potem fragment nast pnej. Całkiem wyra nie 

widziałem teraz wn trze cytadeli. Poprzez kurz i dym raz jeszcze przesun ł si  

obraz gigantycznej kuli. Stłumiła ogie . Logrusowy wzrok nadal pozwalał mi 

dostrzega  linie sił płyn ce miedzy Jasr  i Sharu. 

      Mandor wyci gn ł r k . Po chwili niewielka metalowa kulka podskakuj c 

przytoczyła si  do nas. Złapał j . 

      - Wracajmy - powiedział. - Szkoda by było straci  zako czenie. 

      Przeszli my przez jeden z licznych otworów w ogrodzeniu. Fos  wypełniła 

dostateczna ilo  gruzu, by bezpiecznie przej  na drug  stron . U yłem zakl cia 

bariery,  eby formuj cych szyk  ołnierzy nie wpuszcza  na nasz teren i trzyma  

od nas z daleka. 

      Wkraczaj c przez wyrw  w  cianie spostrzegłem,  e Jasra wznosi ramiona, 

odwrócona plecami do wie y ognia. Stru ki potu spływaj ce po masce sadzy 

malowały jej twarz w dese  zebry. Wyczuwałem pulsacj  energii przepływaj cej 

przez jej ciało. Jakie  trzy metry wy ej, z sin  twarz  i głow  skr con  w bok, 

jakby kto  złamał mu kark, unosił si  w powietrzu Sharu. Komu  

niewykształconemu mogłoby si  zdawa ,  e lewituje magicznie. Jednak logrusowy 

wzrok ukazał mi,  e starzec wisi na linii mocy: ofiara czego , co mo na by chyba 

nazwa  magicznym linczem. 

      - Brawo - rzekł Mandor, wolno i niegło no klaskaj c w dłonie. - Widzisz, 

Merlinie? Wygrałbym ten zakład. 

      - Zawsze szybciej ode mnie potrafiłe  dostrzec talent - przyznałem. 

      - ...I przysi gnij mi słu b  - usłyszałem głos Jasry. Sharu poruszył wargami. 

      - I przysi gam ci słu b  - wycharczał. 

      Wolno opu ciła r ce, a linia mocy, na której zwisał Sharu, zacz ła si  

background image

 

wydłu a . Kiedy opadał ku sp kanej posadzce cytadeli, Jasra wykonała szybki 

ruch lew  dłoni ... Widziałem kiedy  podobny u dyrygenta, kiedy dawał znak 

sekcji d tej. Z Fontanny strzeliła struga ognia, si gn ła starca, oblała go i 

spłyn ła na ziemi . Efektowne, chocia  nie całkiem rozumiałem, po co... 

      Sharu opadał powoli, jakby kto  w niebie zarzucał przyn t  na krokodyle. 

Gdy jego stopy zbli yły si  do ziemi, zauwa yłem,  e wstrzymuj  oddech, w 

odruchu współczucia oczekuj c zmniejszenia ucisku szyi. To jednak nie nast piło. 

Stopy czarodzieja zagł biły si  w posadzk . Opadał dalej, jakby był zakl tym 

hologramem. Zagł bił si  do kostek, potem do kolan i dalej. Nie byłem pewien, 

czy jeszcze oddycha. Z warg Jasry spływała cicha litania rozkazów, ogniste płaty 

co pewien czas odrywały si  od Fontanny i opadały na starca. Zanurzył si  ju  do 

pasa, potem do ramion i jeszcze troch . Kiedy widoczna była tylko głowa z 

otwartymi ale zaszklonymi oczami, Jasra wykonała kolejny gest i zatrzymała go. 

      - Od teraz jeste  stra nikiem Fontanny - oznajmiła. - Tylko mnie posłusznym. 

Czy uznajesz moj  wol ? Zsiniałe wargi drgn ły. 

      - Tak - szepn ł. 

      - Id  teraz i zga  ognie - rozkazała. - Zacznij pełni  swoje obowi zki. 

      Zdawało mi si ,  e głowa kiwn ła, a równocze nie znowu zacz ła si  zapada . 

Po chwili widziałem ju  tylko wełnisty kosmyk włosów, a sekund  pó niej ziemia 

pochłon ła i to. Linia mocy znikn ła. 

      Odchrz kn łem. Słysz c to Jasra opu ciła ramiona i obejrzała si  z lekkim 

u miechem. 

      - Jest  ywy czy martwy? - spytałem. I dodałem: - Akademicka ciekawo . 

      - Nie jestem całkiem pewna - odparła. - Ale chyba po trochu jedno i drugie. 

Jak my wszyscy. 

      - Stra nik Fontanny - mrukn łem. - Interesuj ce stanowisko. 

      - Lepsze ni  wieszak - zauwa yła. 

      - Chyba tak. 

      - S dzisz, jak przypuszczam,  e skoro pomogłe  mi odzyska  tu władz , mam 

wobec ciebie dług wdzi czno ci. 

      Wzruszyłem ramionami. 

      - Szczerze mówi c, mam inne problemy. 

      - Chciałe  zako czy  wojn  - rzekła. - A ja chciałam zdoby  Twierdz . Nadal 

nie  ywi  ciepłych uczu  wobec Amberu, ale skłonna jestem przyzna ,  e 

wyrównali my rachunki. 

      - To mi wystarczy - zapewniłem j . - W dodatku mo e nas ł czy  poczucie 

lojalno ci wobec pewnej osoby. 

      Przez chwil  obserwowała mnie spod zmru onych powiek, wreszcie 

u miechn ła si . 

      - Nie martw si  o Luke'a - powiedziała. 

      - Musz . Ten sukinsyn Dalt... Nadal si  u miechała. 

      - Wiesz o czym , o czym ja nie wiem? - spytałem. 

      - O wielu rzeczach - odparła. 

      - Mo e mi powiesz? 

      - Wiedza jest artykułem handlowym - przypomniała. 

      Grunt zadr ał lekko i zakołysała si  ognista wie a. 

background image

 

      - Proponuj  ci pomoc dla twojego syna, a ty chcesz mi sprzeda  informacj , 

jak si  do tego zabra ? - Nie mogłem uwierzy . 

      Wy buchn ła  miechem. 

      - Gdybym s dziła,  e Rinaldo potrzebuje pomocy - o wiadczyła - w tej chwili 

byłabym u jego boku. Chyba łatwiej ci mnie nienawidzi , wierz c,  e brak mi 

nawet macierzy skich cnót. 

      - Chwileczk ! Mówiła ,  e rachunki s  wyrównane - przypomniałem. 

      - To nie wyklucza wzajemnej nienawi ci. 

      - Spokojnie! Nic nie mam przeciw tobie, nie licz c tego,  e przez kolejne lata 

próbowała  mnie zabi . Tak si  składa,  e jeste  matk  kogo , kogo lubi  i 

szanuj . Je li ma kłopoty, chciałbym mu pomóc, i wolałbym si  z tob  pogodzi . 

      Mandor chrz kn ł. Płomienie opadły o trzy metry, zakołysały si  i opadły 

jeszcze ni ej. 

      - Mam pewne umiej tno ci kulinarne - oznajmił. - Gdyby niedawny wysiłek 

pobudził apetyty... 

      Jasra u miechn ła si  niemal kokieteryjnie i mógłbym przysi c,  e 

zatrzepotała rz sami. Mandor robi wra enie z t  swoj  grzyw  białych włosów, 

ale nie wiem, czy mo na go nazwa  przystojnym. Nigdy nie mogłem zrozumie , 

dlaczego jest tak atrakcyjny dla kobiet. Sprawdziłem nawet, czy nie wykorzystuje 

odpowiednich zakl , ale nic takiego nie znalazłem. W gr  musiał wchodzi  

zupełnie inny rodzaj magii. 

      - Znakomity pomysł - uznała Jasra. - Ja zadbam o opraw , a ty zajmiesz si  

reszt . 

      Mandor skłonił si . Płomienie opadły a  do ziemi i przygasły. Jasra krzykn ła 

do Sharu, Niewidzialnego Stra nika,  e takie maj  pozosta . Potem odwróciła si  

i wskazała nam drog  do schodów prowadz cych w dół. 

      - Podziemne przej cie - wyja niła. - Ku bardziej cywilizowanym brzegom. 

      - Przyszło mi do głowy - wtr ciłem -  e ka dy, kogo spotkamy, b dzie pewnie 

lojalny wobec Julii. Jasra roze miała si . 

      - Tak jak byli lojalni wobec mnie, a jeszcze wcze niej wobec Sharu - odparła. - 

To profesjonali ci. Nale  do tego miejsca. Płaci si  im,  eby bronili zwyci zców, 

a nie m cili pokonanych. Po kolacji wyst pi  z proklamacj . Potem, póki nie 

przyb dzie kolejny uzurpator, b d  si  cieszy  ich szczer  i jednomy ln  

lojalno ci . Uwa ajcie na trzeci stopie . Kamie  si  obluzował. 

      Wskazała nam drog  przez fałszyw   cian  i dalej, ciemnym tunelem, 

prowadz cym - jak mi si  zdawało - w kierunku północno-zachodnim, ku tym 

regionom Twierdzy, które zbadałem przy mojej poprzedniej wizycie. Było to w 

dniu, kiedy wyrwałem Jasr  z niewoli Maski-Julii i zabrałem do Amberu,  eby 

przez pewien czas w naszej twierdzy słu yła za wieszak. W korytarzu panowała 

całkowita ciemno , ale wyczarowała ruchliwy punkt, jaskrawy bł dny ognik, 

który płyn ł przed nami w wilgotnym mroku. Powietrze było tu st chłe,  ciany 

pokryte paj czynami, podło e z ubitej ziemi - oprócz w skiej  cie ki bruku 

po rodku. Od czasu do czasu po obu stronach trafiały si  cuchn ce kału e, a obok 

nas - po ziemi i w powietrzzu - przemykały ciemne, małe stworzenia. 

      Wła ciwie nie potrzebowałem  wiatła. Jak pewnie  adne z nas. 

Podtrzymywałem Znak Logrusu, daj cy zdolno  magicznej percepcji; roztaczał 

background image

 

srebrzyst , bezkierunkow  po wiat . Nie rezygnowałem z niego, poniewa  

ostrzegłby mnie tak e przed efektami czarów, na przykład zakl ciami-pułapkami 

albo, skoro ju  o tym mowa, jak  niewielk  zdrad  ze strony Jasry. Jednym z 

efektów takiego spojrzenia było,  e zauwa yłem te  Znak Logrusu zawieszony 

przed Mandorem, który - o ile wiem - równie  nie nale ał do osób szczególnie 

ufnych. Co  mglistego, troch  podobnego do Wzorca, zajmowało pozycj  vis-a-vis 

Jasry, domykaj c kr gu czujno ci. A  wiatełko ta czyło przed nami. 

      Wynurzyli my si  za stosem beczek w czym , co wygl dało na bardzo dobrze 

zaopatrzon  piwnic . Mandor przystan ł po kilku krokach i ze stojaka po lewej 

stronie ostro nie zdj ł zakurzon  butelk . Skrajem płaszcza wytarł etykiet . 

      - O rany! - zawołał. 

      - Co to jest? - chciała wiedzie  Jasra. 

      - Je li nie skwa niało, z jego pomoc  urz dz  uczt , jakiej długo nie 

zapomnicie. 

      - Naprawd ? W takim razie we  kilka, dla pewno ci - poradziła. - Pochodz  z 

czasów sprzed mojego przybycia... mo e nawet sprzed Sharu. 

      - Trzymaj, Merlinie. - Podał mi dwie butelki. - Tylko ostro nie. 

      Zbadał cały stojak i wybrał jeszcze dwie, które sam poniósł. 

      - Teraz rozumiem, dlaczego to miejsce jest tak cz sto oblegane - zwrócił si  do 

Jasry. - Gdybym wiedział o tej piwniczce, sam pewnie miałbym ochot  

spróbowa . 

      Wyci gn ła r k  i  cisn ła go za rami . 

      - S  prostsze sposoby zaspokojenia twoich pragnie  - rzekła z u miechem. 

      - B d  o tym pami tał - zapewnił. 

      - Mam tak  nadziej . 

      Odchrz kn łem. 

      Zmarszczyła lekko brwi i odwróciła si . Ruszyli my za ni  przez niskie drzwi i 

w gór  po skrzypi cych drewnianych schodach. Trafili my do du ej spi arni, a 

stamt d do ogromnej, opuszczonej kuchni. 

      - Nigdy nie ma słu by, kiedy jest potrzebna - zauwa yła, rozgl daj c si  

dookoła. 

      - Ja jej nie potrzebuj  - o wiadczył Mandor. - Poszukaj jakiego  miłego 

miejsca do posiłku, a z reszt  sobie poradz . 

      - Doskonale. T dy. 

      Wyprowadziła nas z kuchni. Min li my szereg komnat, wreszcie wspi li my 

si  na schody. 

      - Pola lodowe? - zapytała. - Strumienie lawy? Góry? Czy wzburzone morze? 

      - Je li chodzi ci o dobór krajobrazu, wol  góry - wyznał Mandor. 

      Zerkn ł na mnie. Kiwn łem głow . 

      Wskazała nam dług , w sk  komnat , gdzie rozchylili my okiennice, by 

podziwia  plamisty ła cuch zaokr glonych szczytów. Pokój był chłodny i troch  

zakurzony, a na pobliskiej  cianie wisiały półki. Le ały tam ksi ki, przybory do 

pisania, kryształy, szkła powi kszaj ce, małe słoiczki z farb , kilka prostych 

instrumentów magicznych, mikroskop i teleskop. Po rodku stał prosty stół i ławy. 

      - Jak długo zajm  ci przygotowania? - spytała Jasra. 

      - Minut , mo e dwie - odparł Mandor. 

background image

 

      - W takim razie chciałabym najpierw doprowadzi  si  do porz dku. Mo e wy 

równie ? 

      - Niezły pomysł - przyznałem. 

      - Istotnie - zgodził si  Mandor. 

      Wskazała nam drog  do komnat, przeznaczonych zapewne dla go ci, niezbyt 

daleko. Tam nas zostawiła z mydłem, r cznikami i wod . Umówili my si  na 

spotkanie w w skiej komnacie za pół godziny. 

      - My lisz,  e planuje jaki  podst p? - zapytałem,  ci gaj c koszul . 

      - Nie - odparł Mandor. - Pochlebiam sobie przekonaniem,  e nie chciałaby 

straci  kolacji. Ani, jak przypuszczam, szansy pokazania si  nam w najlepszym 

stanie, skoro do tej pory ogl dali my j  w niezbyt dobrym. A mo liwo  plotek, 

wyzna ... - Potrz sn ł głow . - By  mo e ju  nigdy nie b dziesz mógł jej zaufa . 

Ale to przyj cie to czas pokoju... je li potrafi  os dza  ludzi. 

      - Wierz  ci na słowo - mrukn łem. Ochlapałem si  wod  i namydliłem. 

      Mandor u miechn ł si  krzywo i wyczarował korkoci g. Otworzył butelki - 

„ eby wino odetchn ło". Potem zaj ł si  sob . Wierzyłem jego s dom, ale 

zatrzymałem Znak Logrusu na wypadek, gdybym musiał stoczy  pojedynek z 

demonem albo uskoczy  przed spadaj cym głazem. 

 

       aden demon na mnie nie napadł; nie spadł ani kawałek muru. Wkroczyłem 

za Mandorem do jadalni i patrzyłem, jak kilkoma słowami i gestami przemienia 

j  nie do poznania. W miejsce stołu i ław pojawił si  okr gły stolik z trzema 

wygodnymi z wygl du krzesłami - ustawionymi tak, by ka dy z siedz cych mógł 

podziwia  góry. Jasra jeszcze nie przybyła, a ja trzymałem dwie butelki wina, o 

którego „oddech" tak troszczył si  Mandor. Zanim zd yłem je postawi , 

stworzył wyszywany obrus i serwetki, delikatn  porcelan , która wygl dała jak 

malowana przez Miro, i pi knie rze bione srebra. Przez chwil  studiował 

nakrycia, zrezygnował ze sztu ców i przywołał nowe, z innym wzorem. Nucił pod 

nosem, kr

c po pokoju i ze wszystkich stron studiuj c przybrany stół. Kiedy 

chciałem ustawi  butelki, wyczarował po rodku kryształowy wazon z 

pływaj cymi w wodzie kwiatami. Odst pił na krok. Zmaterializowały si  

kryształowe puchary. Zacz łem lekko warcze . Wtedy jakby mnie zauwa ył - po 

raz pierwszy od dłu szego czasu. 

      - Och, postaw je. Postaw je tutaj, Merlinie - zawołał. Po lewej strome zjawiła 

si  hebanowa taca. 

      - Sprawd my lepiej, co z winem - zaproponował. - Zanim wróci dama. 

      Nalał do kielichów rubinowego płynu. 

      Skosztowali my. Pokiwał głow . Było lepsze ni  Bayle'a. O wiele lepsze. 

      - Nic mu nie dolega - stwierdził. 

      Okr ył stolik i wyjrzał przez okno. Poszedłem za nim. Gdzie  w tych górach, 

jak przypuszczałem, mieszkał Dave w swojej jaskini. 

      - Troch  mnie gryzie sumienie - wyznałem. -  e zrobiłem sobie urlop. Tylu 

spraw powinienem dopilnowa ... 

      - Mo e nawet wi cej, ni  s dzisz - zgodził si . - Spójrz na to nie jak na urlop, 

ale jak na wzmacnianie zaplecza. W dodatku mo esz si  od tej damy czego  

dowiedzie . 

background image

 

      - To prawda. Ale zastanawiam si  czego. Zakr cił winem w kielichu, wypił 

odrobin  i wzruszył ramionami. 

      - Ona du o wie. Mo e co  jej si  wymknie. A mo e stanie si  wylewna i 

gadatliwa. Nie martw si  na zapas. 

      Łykn łem wina. Mógłbym by  niemiły i powiedzie ,  e r ce zacz ły mnie 

wierzbie . Ale tak naprawd  to pole Logrusu mnie ostrzegło,  e korytarzem 

nadchodzi Jasra. Nie mówiłem o tym Mandorowi, bo byłem pewien,  e sam to 

wyczuł. Po prostu zwróciłem si  do drzwi, a on zrobił to samo. 

      Miała na sobie nisko wyci t  biał  sukni , spi t  na jednym - lewym - 

ramieniu diamentow  brosz . Na głow  wło yła diadem, te  z diamentów; po ród 

jej ognistych włosów zdawały si  promieniowa  w pa mie niemal podczerwieni. 

U miechała si  i pachniała ładnie. Wyprostowałem si  odruchowo i zerkn łem na 

paznokcie,  eby si  upewni , czy s  czyste. 

      Ukłon Mandora był bardziej dworny od mojego, jak zwykle. Uznałem,  e 

nale y powiedzie  co  uprzejmego. Zatem... 

      - Wygl dasz bardzo... elegancko - zauwa yłem. Zaakcentowałem to zdanie 

wymownym spojrzeniem. 

      - Niecz sto jadam w towarzystwie dwóch ksi

t - odparła. 

      - Jestem diukiem Marchii Zachodnich - wyja niłem. - Nie ksi ciem. 

      - Mówiłam o rodzie Sawalla. 

      - Widz ,  e odrobiła  prac  domow  - wtr cił Mandor. - Niedawno. 

      - Nie chciałabym naruszy  protokołu... 

      - Po tej stronie rzeczywisto ci rzadko u ywam mojego tytułu z Dworców - 

wyja niłem. 

      - Szkoda - stwierdziła. - Moim zdaniem jest bardziej ni  troch ... elegancki. 

Jeste  chyba mniej wi cej trzydziesty w sukcesji tronu? 

      Roze miałem si . 

      - Nawet tak daleka pozycja jest przesadzona. 

      - Nie, Merle. Ona ma racj  - poprawił mnie Mandor. - Z dokładno ci  do 

kilku osób, jak zawsze. 

      - Jak to mo liwe? - zdziwiłem si . - Kiedy sprawdzałem... 

      Nalał kielich wina i wr czył go Jasrze. Przyj ła z u miechem. 

      - Nie sprawdzałe  ostatnio - powiedział. - Zdarzyły si  kolejne zgony. 

      - Powa nie? Tak du o? 

      - Za Chaos. - Jasra wzniosła kielich. - Niech długo m ci. 

      - Za Chaos - powtórzył Mandor. 

      - Chaos. - Przył czyłem si , stukn li my si  kielichami i wypili my. 

      Nagle poczułem najrozmaitsze smakowite zapachy. Obejrzałem si  - na 

stoliku czekały ju  półmiski. Jasra spojrzała w tej samej chwili, a Mandor 

wyst pił do przodu i gestem odsun ł wszystkie trzy krzesła. 

      - Siadajcie - zaprosił nas. - Pozwólcie,  e was obsłu . 

      Tak zrobili my. 

      To było wi cej ni  jedzenie. Min ło kilka minut i nie padło ani jedno słowo 

prócz pochwał dla zupy. Nie chciałem jako pierwszy próbowa  konwersacyjnego 

gambitu, cho  przyszło mi do głowy,  e tamci pewnie my l  to samo. 

      Wreszcie Jasra odchrz kn ła. Obaj unie li my głowy. Ze zdziwieniem 

background image

 

zauwa yłem,  e nagle stała si  lekko zdenerwowana. 

      - I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała. 

      - W tej chwili do  chaotyczne - odpowiedział Mandor. - I to nie jest  art. - 

Zamy lił si  na moment, po czym westchn ł i dodał: - Polityka. 

      Wolno pokiwała głow , jakby zastanawiała si , czy nie spyta  o szczegóły, 

które wolał pomin . W ko cu zrezygnowała. Spojrzała na mnie. 

      - Niestety, podczas pobytu w Amberze niewiele miałam okazji do zwiedzania - 

zacz ła. - Jednak s dz c z tego, co mi mówiłe , tam równie   ycie jest nieco 

chaotyczne. 

      Przytakn łem. 

      - Dobrze,  e Dalt si  wyniósł, je li to miała  na my li. Ale on nie stanowił 

prawdziwego zagro enia... najwy ej niewygod . A skoro ju  o nim mówimy... 

      - To nie mówmy - przerwała mi ze słodkim u miechem. - W istocie chodziło 

mi o co  innego. U miechn łem si  równie . 

      - Zapomniałem. Nie nale ysz do jego fanów. 

      - Nie w tym rzecz - odparła. - Ten człowiek bywa przydatny. To zwykła... - 

westchn ła. - ...polityka. 

      Mandor roze miał si , a ja razem z nim. Szkoda,  e nie pomy lałem, by u y  

tego okre lenia, mówi c o Amberze. Teraz ju  za pó no. 

      - Jaki  czas temu kupiłem obraz - zacz łem. - Namalowała go pewna dama 

imieniem Polly Jackson. Przedstawia czerwonego chevroleta z '57 roku. Lubi  go. 

Teraz wisi w magazynie w San Francisco. Rinaldowi te  si  podobał. 

      Skin ła głow , zapatrzona w okno. 

      - Wy dwaj ci gle zagl dali cie do tej czy innej galerii - stwierdziła. - Tak, 

zaci gn ł mnie do niektórych. Zawsze uwa ałam,  e ma dobry smak. Nie talent, 

ale gust. 

      - Co masz na my li mówi c,  e brak mu talentu? 

      - Bardzo dobrze szkicuje, ale jego obrazy nie s  szczególnie interesuj ce. 

      Poruszyłem ten temat dla pewnej szczególnej przyczyny, a to nie była ona. 

Zafascynował mnie jednak wizerunek Luke'a, jakiego dot d nie znałem. 

Postanowiłem zbada  spraw . 

      - Obrazy? Nie wiedziałem,  e malował. 

      - Próbował kilka razy, ale nikomu ich nie pokazywał. Nie były dostatecznie 

dobre. 

      - A sk d ty o nich wiesz? 

      - Od czasu do czasu sprawdzam jego mieszkanie. 

      - Pod jego nieobecno ? 

      - Przywilej matki. 

      Drgn łem. Pomy lałem o płon cej kobiecie w Króliczej Norze. Wolałem 

jednak nie mówi  o swoich uczuciach i nie przerywa  jej zwierze , skoro ju  

zdołałem j  do nich nakłoni . Postanowiłem wróci  do pocz tkowego w tku. 

      - Czy to w zwi zku z tym nawi zał kontakt z Victorem Melmanem? - 

zapytałem. 

      Przez chwil  przygl dała mi si  spod zmru onych powiek, wreszcie skin ła 

głow  i doko czyła zup . 

      - Tak - rzekła w ko cu, odkładaj c ły k . - Wzi ł u niego kilka lekcji. 

background image

 

10 

Spodobały mu si  pewne obrazy Melmana. Dlatego go odszukał. Mo e te  jakie  

kupił... nie wiem. Ale raz wspomniał o własnych pracach i Victor chciał je 

obejrze . Powiedział Rinaldowi,  e mu si  podobaj  i  e mógłby nauczy  go kilku 

pomocnych sztuczek. 

      Uniosła kielich, pow chała trunek, łykn ła odrobin  i zapatrzyła si  na góry. 

      Ju  miałem j  ponagli  w nadziei,  e powie co  wi cej, kiedy roze miała si . 

Przeczekałem. 

      - Prawdziwy dure  - stwierdziła. - Ale utalentowany. Trzeba mu to przyzna . 

      - Hm... O co ci chodzi? - zdziwiłem si . 

      - Po jakim  czasie zacz ł mówi  o rozwoju osobistej siły. U ywał przy tym 

wszystkich tych niedopowiedze  i napomknie , tak lubianych przez ludzi nie w 

pełni o wieconych. Chciał da  Rinaldowi do zrozumienia,  e jest okultyst  i to nie 

byle jakim. Potem zacz ł sugerowa ,  e ch tnie przekazałby swoje umiej tno ci 

wła ciwej osobie. 

      Znowu wybuchn ła  miechem. Ja te  zachichotałem na my l o tej cyrkowej 

foce, która w taki sposób zwraca si  do prawdziwego fachowca. 

      - Zdał sobie spraw , naturalnie,  e Rinaldo jest bogaty - ci gn ła dalej. - 

Victor, jak zwykle zreszt , był wtedy bez grosza. Rinaldo jednak nie okazał 

zainteresowania i wkrótce zrezygnował z lekcji malarstwa. Kiedy pó niej mi o 

tym opowiedział, zrozumiałam,  e ten człowiek mo e si  sta  idealnym 

narz dziem. Byłam pewna,  e zrobi wszystko, by posmakowa  prawdziwej mocy. 

      Przytakn łem. 

      - Wtedy ty i Rinaldo zacz li cie t  zabaw  w nawiedzanie? Na zmian  

przy miewali cie mu umysł i uczyli cie kilku prawdziwych czarów? 

      - Dostatecznie prawdziwych. Co prawda, zwykle sama musiałam pilnowa  

szkolenia. Rinaldo zawsze miał mało czasu, bo uczył si  do egzaminów. Uzyskiwał 

troch  lepsz   redni  od ciebie, prawda? 

      - Na ogół dostawał bardzo dobre oceny - przyznałem. - Mówisz,  e uczyła  

Melmana korzysta  z mocy i zmieniała  w posłuszne narz dzie. Nie mog  

zapomnie , w jakim celu to robiła . Przygotowywała  go,  eby mnie zamordował i 

to w wyj tkowo barwny sposób. 

      U miechn ła si . 

      - Rzeczywi cie - potwierdziła. - Chocia  nie całkiem tak, jak s dzisz. Wiedział 

o tobie, został wyszkolony, by odegra  pewn  rol  w twojej ofierze. Ale tego dnia, 

kiedy zgin ł, działał na własn  r k . Ostrzegli my go przed takimi samowolnymi 

akcjami i zapłacił wysok  cen . Chciał posi

 wszelkie moce, jakie by z tego 

płyn ły. Nie chciał si  dzieli . Mówiłam przecie : dure . 

      Je li chciałem,  eby mówiła dalej, powinienem okaza  nonszalancj . Uznałem, 

e jedzenie b dzie najlepszym przejawem takiej pozy. Kiedy jednak spojrzałem 

na stół, odkryłem,  e znikł mój talerz z zup . Wzi łem rogalika, przełamałem i 

chciałem posmarowa  masłem, kiedy zobaczyłem,  e r ka mi si  trz sie. Po chwili 

u wiadomiłem sobie dlaczego: miałem ochot  j  udusi . 

      Nabrałem tchu, wypu ciłem, łykn łem wina. Przede mn  zjawiły si  

przystawki; ledwie wyczuwalne zapachy czosnku i najrozmaitszych kusz cych 

ziół kazały mi zachowa  spokój. Skinieniem podzi kowałem Mandorowi. Jasra 

zrobiła to samo. 

background image

 

11 

      - Musz  przyzna ,  e nie rozumiem - oznajmiłem kilka k sów pó niej. - 

Powiedziała ,  e Melman miał tylko odegra  pewn  rol  w moim rytualnym 

zabójstwie. Nic wi cej? 

      Jadła jeszcze przez jakie  pół minuty, po czym znalazła kolejny u miech. 

      - To była zbyt pi kna okazja,  eby jej nie wykorzysta  - wyja niła. - Kiedy 

zerwałe  z Juli , ona zainteresowała si  okultyzmem. Zrozumiałam,  e musz  

doprowadzi  j  do Victora. Powinien j  szkoli , nauczy  kilku prostych trików, 

wykorzysta  to,  e jest nieszcz liwa po rozstaniu z tob . I ten  al zmieni  w 

pełno-wymiarow  nienawi , tak pot n ,  e kiedy nadejdzie czas ofiary, Julia z 

rado ci  poder nie ci gardło. 

      Zakrztusiłem si  czym , co sk din d smakowało wspaniale. 

      Oszroniony kielich wody wyrósł przy mojej prawej dłoni. Chwyciłem go i 

spłukałem gardło. Potem wypiłem jeszcze troch . 

      - Przynajmniej ta reakcja jest co  warta - zauwa yła Jasra. - Musisz przyzna , 

e kto , kogo kochałe , w roli kata dodaje smaku całej zem cie. 

      K tem oka dostrzegłem, jak Mandor kiwa głow . Ja równie  musiałem si  z 

ni  zgodzi . 

      - Przyznaj ,  e to dobrze przemy lany plan - stwierdziłem. - Czy Rinaldo brał 

w tym udział? 

      - Nie. Za bardzo zd yli cie si  zaprzyja ni . Bałam si ,  e ci  uprzedzi. 

Zastanawiałem si  nad tym przez minut  czy dwie. 

      - Dlaczego si  nie udało? - zapytałem w ko cu. 

      - Z powodu czego , czego nie mogłam przewidzie . Julia naprawd  miała 

talent. Kilka lekcji Victora, i była lepsza od niego we wszystkim... z wyj tkiem 

malarstwa. Do diabła! Mo e ona te  maluje. Nie wiem. Zagrałam pewn  kart , a 

ona sama weszła do gry. 

      Zadr ałem. Pomy lałem o rozmowie w Arbor House z ty'ig  przebywaj c  w 

ciele Vinty Bayle. „Czy Julia rozwin ła w sobie te zdolno ci, których 

poszukiwała?", spytała wtedy. Powiedziałem,  e nie wiem.  e nigdy nie 

dostrzegłem  adnych znaków. A wkrótce potem przypomniałem sobie nasze 

spotkanie na parkingu przed supermarketem i tego psa, któremu kazała siada  i 

który mo e ju  nigdy wi cej si  nie ruszył. Pami tałem o tym, ale... 

      - Nie zauwa yłe   adnych przejawów jej talentu? - zainteresowała si  Jasra. 

      - Tego bym nie powiedział - odparłem. Zaczynałem pojmowa , dlaczego 

wszystko tak si  uło yło. - Nie, tego bym nie powiedział... 

      ...Jak wtedy, gdy w Baskin-Robbins zamieniła smakami wafel i lody. Albo ta 

burza, kiedy została sucha, chocia  nie miała parasolki... 

      Jasra zdziwiona zmarszczyła brwi. 

      - Nie rozumiem - o wiadczyła. - Gdyby  wiedział, sam mógłby  j  wyszkoli . 

Kochała ci . Tworzyliby cie znakomity zespół. 

      Skr ciłem si  wewn trznie. Miała racj . Podejrzewałem to, prawdopodobnie 

nawet wiedziałem, ale tłumiłem te my li. Mo liwe,  e spacerem po cieniach i 

energi  mojego ciała sam rozbudziłem jej zdolno ci... 

      - Trudno wytłumaczy  - powiedziałem. - To bardzo osobiste. 

      - Aha. Sprawy serca s  albo zupełnie proste, albo całkiem dla mnie niepoj te. 

Nie ma etapu po redniego. 

background image

 

12 

      - Zgód my si  na proste. Zrywali my ze sob , kiedy dostrzegłem oznaki. Nie 

chciałem przywoływa  mocy u mojej byłej dziewczyny, która pewnego dnia 

chciałaby mo e wypróbowa  j  na mnie. 

      - Zrozumiałe - przyznała Jasra. - Oczywi cie. I wyj tkowo ironiczne. 

      - Istotnie - wtr cił Mandor. Ruchem dłoni sprowadził na stół kolejne dymi ce 

półmiski. - Zanim dacie si  porwa  opowie ci o intrygach i tajemnych 

zakamarkach psyche, spróbujcie piersi ba anta w Mouton Rotschild, z odrobin  

dzikiego ry u i kilkoma szparagami do smaku. 

      Zrozumiałem,  e ukazałem jej inn  warstw  rzeczywisto ci i tym zach ciłem 

do studiów. I odepchn łem od siebie, poniewa  nie ufałem jej dostatecznie, by 

wyzna  prawd  o sobie. Przypuszczam,  e wiele to mówi o mojej zdolno ci do 

miło ci i do zaufania. Ale to było normalne. Chodziło o co  innego. Co  wi cej... 

      - Przepyszne - oznajmiła Jasra. 

      - Dzi kuj . 

      Wstał, okr ył stół i napełnił jej kielich - r cznie, zamiast u y  tej sztuczki z 

lewitacj . Zauwa yłem,  e palcami lewej dłoni lekko musn ł jej nagie rami . 

Potem, jakby sobie o mnie przypomniał, chlusn ł te  do mojego kielicha i wrócił 

na miejsce. 

      - Rzeczywi cie  wietne - przyznałem, kontynuuj c szybk  introspekcj  w 

mrocznym zwierciadle, które nagle si  oczy ciło. 

      Wyczuwałem co , podejrzewałem od samego pocz tku. Teraz miałem 

pewno . Nasza w drówka w Cieniu była tylko najbardziej widowiskowym w 

serii drobnych, improwizowanych testów, przeprowadzanych w nadziei,  e j  

zaskocz ...  e zdemaskuj  jako... kogo? Tak, jako potencjaln  czarodziejk . I co? 

      Odło yłem sztu ce i potarłem powieki. Niewiele brakowało, chocia  

ukrywałem to przed sob  przez bardzo długi czas... 

      - Co  si  stało, Merlinie? - usłyszałem głos Jasry. 

      - Nie. Po prostu u wiadomiłem sobie,  e jestem troch  zm czony. Wszystko w 

porz dku. 

      Czarodziejka. Nie potencjalna czarodziejka. Teraz zrozumiałem: gdzie  we 

mnie tkwił l k,  e to ona stoi za tymi trzydziestymi kwietnia, za zamachami na 

moje  ycie... Tłumiłem ten l k i nadal mi na niej zale ało. Dlaczego? Bo 

wiedziałem i mnie to nie obchodziło? Bo była moj  Nimue? Bo kochałem mojego 

potencjalnego zabójc  i sam przed sob  ukrywałem dowody? Bo nie tylko 

pokochałem nierozs dnie, ale te  miałem gigantyczny instynkt samobójczy, który 

łaził za mn  szczerz c z by... a teraz w ka dej chwili mog  z nim podj  

współprac  a  do ko ca? 

      - Nic mi nie b dzie - powiedziałem. - To drobiazg. 

      Czy to znaczy,  e jestem - jak to mówi  - swoim najgorszym wrogiem? 

Miałem nadziej ,  e nie. Nie miałem czasu na psychoanalityka, zwłaszcza  e w tej 

chwili moje  ycie zale ało tak e od wielu czynników zewn trznych. 

      - Pensa za twoje my li - zaproponowała słodkim głosikiem Jasra.

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

13 

Rozdział 2 

 

- S  bezcenne - wyja niłem. - Jak twoje  arty. Musz  ci pogratulowa . Nie 

tylko nie miałem wtedy o tym poj cia, ale te  nie domy liłem si , kiedy mogłem 

ju  poł czy  ze sob  kilka faktów. To chciała  usłysze ? 

      - Tak - przyznała. 

      - Ciesz  si ,  e w pewnym momencie los przestał ci sprzyja  - dodałem. 

Westchn ła, skin ła głow  i wypiła nieco wina. 

      - Rzeczywi cie - zgodziła si . - Po takiej prostej sprawie nie spodziewałam si  

adnych komplikacji. Wci  trudno mi uwierzy ,  e  wiat potrafi by  taki 

ironiczny. 

      - Je li oczekujesz ode mnie podziwu, musisz zdradzi  nieco wi cej szczegółów 

- zaproponowałem. 

      - Wiem. Wła ciwie nie chciałabym zamienia  tego zdziwienia na twojej twarzy 

na szczery zachwyt z mojej przegranej. Z drugiej strony, jest mo e jeszcze co , co 

mogłoby ci  zmartwi . 

      - Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa - odparłem. - Skłonny byłbym si  zało y , 

e pewne zdarzenia z tamtych dni wci  mogłyby ci  zdziwi . 

      - Na przykład? 

      - Na przykład: dlaczego nie udał si   aden z tych zamachów na mnie 

trzydziestego kwietnia? 

      - Przypuszczam,  e to Rinaldo mi przeszkadzał. Ostrzegał ci . 

      - Bł d. 

      - Co w takim razie? 

      - Ty'iga. Została zmuszona, by mnie chroni . Mo e pami tasz j  z tamtych 

czasów. Zajmowała ciało Gail Lampron. 

      - Gail? Dziewczyna Rinalda? Mój syn spotykał si  z demonem? 

      - Daj spokój tym przes dom. Na pierwszym roku trafił gorzej. Zastanowiła 

si , po czym wolno skin ła głow . 

      - Masz racj  - przyznała. - Zapomniałam o Carol. I wci  nic nie wiesz... poza 

tym, co ten stwór wyjawił ci w Amberze... dlaczego to robił? 

      - Wci  nie wiem. 

      - To stawia cały ten okres w dziwnym  wietle - mrukn ła. - Zwłaszcza  e nasze 

drogi znowu si  skrzy owały. Ciekawe... 

      - Co? 

      - Czy była tam,  eby ci  osłania , czy  eby mi przeszkadza ? Twój ochroniarz 

czy moje przekle stwo? 

      - Trudno powiedzie , skoro obie teorie prowadz  do tych samych wyników. 

      - Ale ona wyra nie kr yła wokół ciebie jeszcze całkiem niedawno. A to 

przemawia za pierwszym wyja nieniem. 

      - Chyba  e wie o czym , o czym nie mamy poj cia. 

      - Na przykład? 

      - Na przykład o mo liwo ci odnowienia konfliktu mi dzy nami. U miechn ła 

si . 

      - Powiniene  zdawa  na prawo - stwierdziła. - Jeste  tak przewrotny, jak twoi 

krewni w Amberze. Jednak musz  szczerze wyzna ,  e nie planuj  niczego, co 

background image

 

14 

sugerowałoby tak  interpretacj . 

      Wzruszyłem ramionami. 

      - Tak tylko pomy lałem. Ale opowiadaj, co dalej z Juli . 

      Zjadła par  k sów. Dotrzymywałem jej towarzystwa i nagle odkryłem,  e nie 

mog  przerwa  jedzenia. Zerkn łem na Mandora, ale był nieprzenikniony. Nigdy 

si  nie przyzna,  e magicznie poprawił smak albo rzucił czar na biesiadników, by 

wymietli swoje talerze. W ka dym razie sko czyli my danie, nim Jasra znów si  

odezwała. A w tych okoliczno ciach raczej nie mogłem si  na to skar y . 

      - Po waszym zerwaniu Julia studiowała u wielu nauczycieli - zacz ła. - Kiedy 

ju  uło yłam swój plan, łatwo było sprawi , by zrobili albo powiedzieli co , co j  

rozczaruje lub zniech ci, a w rezultacie skłoni do szukania kogo  innego. Po 

pewnym czasie trafiła do Victora, którym ju  sterowali my. Nakazałam mu 

osłodzi  jej nauk , pomin  wiele zwykłych działa  wst pnych i przej  do 

wykładów o inicjacji, jak  dla niej wybrałam... 

      - To znaczy? - przerwałem. - Jest cała masa inicjacji, z rozmaitymi 

szczegółowymi celami. 

      Z u miechem skin ła głow . Posmarowała bułk  masłem. 

      - Przeprowadziłam j  przez pewn  odmian  własnej: Drog  P kni tego 

Wzorca. 

      - Brzmi to jak co  niebezpiecznego i pochodz cego z amberowskiego kra ca 

Cienia. 

      - Nie mylisz si  w kwestii geografii - zgodziła si . - Ale to wcale nie jest 

niebezpieczne... Je li tylko wiesz, jak si  do tego zabra . 

      - Jak rozumiem, te  wiaty, które mieszcz  w sobie cie  Wzorca, mog  

zawiera  tylko wersje niedoskonałe. A to zawsze przedstawia ryzyko. 

      - Tylko wtedy, kiedy kto  nie wie, co robi . 

      - I skłoniła  Julie,  eby przeszła ten... P kni ty Wzorzec? 

      - O tym, co nazywasz przej ciem Wzorca, wiem tylko tyle, ile powiedzieli mi 

mój nie yj cy m  i Rinaldo. Jak zrozumiałam, nale y pod a  wzdłu  linii od 

okre lonego zewn trznego punktu pocz tkowego do wewn trznego ko cowego, 

gdzie zyskuje si  moc. 

      - Tak - potwierdziłem. 

      - W Drodze P kni tego Wzorca - wyja niła - wkraczasz przez skaz  i 

zmierzasz do centrum. 

      - Jak mo esz pod a  wzdłu  linii, je li s  przerywane albo nieprecyzyjne? 

Prawdziwy Wzorzec zniszczy ci , je li zejdziesz ze  cie ki. 

      - Nie pod asz wzdłu  linii. Idziesz po szczelinach. 

      - A kiedy docierasz do celu? - spytałem. 

      - Wtedy nosisz w sobie obraz P kni tego Wzorca. 

      - I jak mo esz nim czarowa ? 

      - Poprzez niedoskonało . Przywołujesz obraz, a on jest jak studnia ciemno ci, 

z której czerpiesz moc. 

      - A w jaki sposób podró ujesz przez cienie? 

      - Tak jak wy... o ile wiem - odparła. - Ale zawsze pozostaje z tob  p kni cie. 

      - P kni cie? Nie rozumiem. 

      - Skaza Wzorca. Pod a za tob  przez Cie . Zawsze jest przy tobie, czasem 

background image

 

15 

jako rysa cienka jak włos, czasem jako otchła . Przemieszcza si ; mo e zjawi  si  

nagle, gdziekolwiek... zakłócenie rzeczywisto ci. To zagro enie dla tych z 

P kni tej Drogi. Wpadni cie tam to ostateczna  mier . 

      - W takim razie musi te  istnie  we wszystkich twoich zakl ciach, jak 

pułapka. 

      - Ka de zaj cie wi e si  z ryzykiem - o wiadczyła. - Unikanie go jest 

elementem sztuki. 

      - I przez tak  inicjacj  przeprowadziła  Juli ? 

      - Tak. 

      - I Victora? 

      - Tak. 

      - Rozumiem, co mówisz - stwierdziłem. - Ale musisz wiedzie ,  e p kni te 

Wzorce czerpi  sw  moc z prawdziwego. 

      - Oczywi cie. I co z tego? Wizerunek jest prawie tak dobry jak oryginał. Pod 

warunkiem,  e zachowujesz ostro no . 

      - Tak z ciekawo ci: ile jest takich u ytecznych wizerunków? 

      - U ytecznych? 

      - Z cienia na cie  musz  si  degenerowa . W którym miejscu wyznaczasz 

granic  i mówisz „Poza tym p kni tym obrazem nie b d  ryzykowa  skr cenia 

karku?" 

      - Rozumiem, o co ci chodzi. Pracowa  mo na mniej wi cej z pierwsz  

dziewi tk . Nigdy nie posun łam si  dalej. Pierwsze trzy s  najlepsze. Z kr giem 

nast pnych trzech mo na sobie da  rad . Nast pne trzy s  o wiele bardziej 

ryzykowne. 

      - Przy ka dym wi ksza przepa ? 

      - Wła nie. 

      - Dlaczego udzielasz mi tych wszystkich, niew tpliwie poufnych informacji? 

      - Przeszedłe  inicjacj  na wy szym poziomie, wi c to bez znaczenia. Poza tym, 

w  aden sposób nie mo esz niczego zmieni . I wreszcie, musisz to wiedzie , by 

zrozumie  dalsz  cz  tej historii. 

      - Jasne. 

      Mandor pukn ł w stół i przed nami pojawiły si  niewielkie kryształowe 

pucharki cytrynowego sorbetu. Zrozumieli my aluzj  i przed podj ciem dalszej 

rozmowy spłukali my nim podniebienia. Za oknem cienie chmur sun ły po 

górskich zboczach. Delikatna melodia wpływała do pokoju z jakiego  miejsca w 

gł bi korytarza. Brz ki i stuki, podobne do dalekich odgłosów pracy kilofów i 

łopat, dobiegały z zewn trz... prawdopodobnie z cytadeli. 

      - A wi c zainicjowała  Juli  - podpowiedziałem. 

      - Tak. 

      - I co potem? 

      - Nauczyła si  przywoływa  wizerunek P kni tego Wzorca i wykorzystywa  

go dla magicznego wzroku i dla wieszania zakl . Nauczyła si  przez szczeliny 

czerpa  pierwotn  moc. Nauczyła si  odnajdywa  drog  w Cieniu... 

      - Uwa aj c na otchła  - doko czyłem. 

      - Wła nie. I była wyra nie uzdolniona. Szczerze mówi c, miała talent do 

wszystkiego. 

background image

 

16 

      - Dziwi  si ,  e  miertelnik potrafi przekroczy  nawet p kni ty obraz Wzorca 

i prze y . 

      - Tylko nielicznym si  to udaje - wyja niła Jasra. - Inni nast puj  na lini  albo 

w tajemniczy sposób umieraj  na uszkodzonym obszarze. Przechodzi jakie  

dziesi  procent. To dobrze. Dzi ki temu wyczyn staje si  nieco bardziej elitarny. 

Z nich tylko kilku potrafi opanowa  wła ciwe kunszty magiczne i osi gn  

pozytywne wyniki jako adept. 

      - I twierdzisz,  e kiedy ju  dowiedziała si , o co chodzi, Julia była lepsza ni  

Victor? 

      - Tak. Nie doceniałam jej zdolno ci, póki nie było za pó no. 

      Czułem na sobie jej spojrzenie... jakby czekała na reakcj . Wyprostowałem 

si  i uniosłem brew. 

      - Tak - mówiła dalej, wyra nie usatysfakcjonowana. - Nie wiedziałe ,  e to 

Juli  atakujesz koło Fontanny, prawda? 

      - Nie - przyznałem. - Maska zastanawiał mnie od samego pocz tku. W  aden 

sposób nie mogłem sobie wytłumaczy , o co mu chodzi. Kwiaty były wyj tkowo 

niezwykłym posuni ciem... I do ko ca nie zrozumiałem, czy to ty czy Maska 

stali cie za t  sztuczk  z bł kitnymi kamieniami. 

      Parskn ła  miechem. 

      - Bł kitne kamienie i grota, z której pochodz , to co  w rodzaju rodzinnego 

sekretu. Materiał to jakby magiczny izolator, a dwa kawałki... poprzednio b d ce 

blisko... utrzymuj  poł czenie. Trzymaj c jeden z nich, osoba wra liwa mo e 

odszuka  drugi... 

      - Przez Cie ? 

      - Tak. 

      - Nawet je li poszukiwacz nie ma poza tym  adnych szczególnych uzdolnie  w 

tym zakresie? 

      - Nawet wtedy - potwierdziła. - To podobne do  ledzenia w druj cej w Cieniu 

podczas przeskoku. Ka dy to potrafi, je li tylko jest dostatecznie szybki, 

dostatecznie czuły. Kamienie poszerzaj  te mo liwo ci. Pozwalaj   ledzi  trop 

w druj cej, zamiast niej samej. 

      - W druj cej? Chcesz powiedzie ,  e kto  wykorzystał to przeciw tobie? 

      - Zgadza, si . Zauwa yłem,  e si  rumieni. 

      - Julia? - domy liłem si . 

      - Zaczynasz rozumie . 

      - Nie... No, mo e troch . Była bardziej uzdolniona, ni  si  spodziewała . To ju  

mówiła . Odniosłem wra enie,  e oszukała ci  jako . Ale nie wiem jak i w czym. 

      - Sprowadziłam j  tutaj - wyja niła Jasra. - Przybyłam po narz dzia, które 

chciałam zabra  do pierwszego kr gu cieni w pobli u Amberu. Obejrzała wtedy 

moj  pracowni  w Twierdzy. Mo e te  byłam wtedy nazbyt gadatliwa. Ale sk d 

miałam wiedzie ,  e notuje wszystko w pami ci i  e pewnie układa plany? 

Wydawała si  zbyt przestraszona, by o czym  takim pomy le . Musz  przyzna , 

e jest całkiem niezł  aktork . 

      - Czytałem dziennik Victora - wtr ciłem. - Jak zrozumiałem, przez cały czas 

była  zamaskowana albo w kapturze, i u ywała  jakiego  zakl cia 

zniekształcaj cego głos? 

background image

 

17 

      - Tak. Ale zamiast przestraszy  Juli  i skłoni  j  do posłusze stwa, 

wzbudziłam chyba jej ciekawo  magii. Wydaje mi si ,  e ukradła jeden z moich 

tragolitów... tych niebieskich kamieni. Reszta to ju  historia. 

      - Nie dla mnie. 

      Przede mn  zmaterializowała si  paruj ca salaterka z nieznanymi, ale 

wspaniale pachn cymi jarzynami. 

      - Zastanów si . 

      - Zabrała  j  do P kni tego Wzorca, gdzie przeszła inicjacj ... - zacz łem. 

      - Tak. 

      - Przy pierwszej sposobno ci wykorzystała... tragolit,  eby wróci  do 

Twierdzy i pozna  twoje sekrety. 

      Jasra lekko klasn ła w dłonie, spróbowała jarzyn i natychmiast zacz ła je . 

Mandor u miechn ł si . 

      - Nie mam poj cia co dalej - wyznałem. 

      - B d  grzecznym chłopcem i zjedz sałatk  - doradziła. 

      Posłuchałem. 

      - W tej niezwykłej historii swoje wnioski opieram wył cznie na znajomo ci 

ludzkiej natury - wtr cił nagle Mandor. - Moim zdaniem, zapragn ła 

wypróbowa  pazury, nie tylko skrzydła. S dz ,  e wróciła i wyzwała swego 

dawnego mistrza... tego Victora Melmana. Stoczyła z nim magiczny pojedynek. 

      Słyszałem,  e Jasra nabiera tchu. 

      - Czy to naprawd  tylko domysły? - spytała niepewnie. 

      - Naprawd  - zapewnił. Zakr cił wino w kielichu. - Zgaduj  te ,  e kiedy  i ty 

post piła  podobnie ze swoim nauczycielem. 

      - Jaki diabeł ci o tym doniósł? 

      - To tylko przypuszczenie,  e Sharu Garrul był twoim mistrzem... i mo e 

czym  wi cej. Ale wyja nia zarówno zdobycie Twierdzy, jak i zaskoczenie jej 

dawnego pana. Mo e nawet przed pora k  zd ył rzuci  kl tw , by i ciebie 

kiedy  spotkał podobny los. Je li nie, to i tak w naszym zawodzie podobne czyny 

cz sto zataczaj  kr g i uderzaj  w zdrajc . 

      Zachichotała. 

      - Zatem był to diabeł zwany Rozs dkiem - mrukn ła z nutk  podziwu. - 

Przywołujesz go intuicyjnie, a to wielka sztuka. 

      - Dobrze wiedzie ,  e ci gle zjawia si  na wezwanie. Domy lam si ,  e Julia 

była zaskoczona, gdy Victor zdołał si  jej oprze . 

      - Istotnie. Nie przewidziała,  e staramy si  osłania  uczniów jedn  czy dwoma 

barierami ochronnymi. 

      - Ale jej bariera te  okazała si  wystarczaj ca... co najmniej. 

      - Fakt. Chocia  było to równowa ne kl sce. Wiedziała bowiem,  e dotrze do 

mnie wiadomo  o jej buncie i wkrótce zjawi  si , by j  ukara . 

      - Doprawdy? - wtr ciłem. 

      - Tak - potwierdziła. - Dlatego zaaran owała swoj   mier . Musz  przyzna , 

e oszukała mnie. Przez długi czas wierzyłam,  e zgin ła. 

      Przypomniałem sobie tamten dzie , kiedy odwiedziłem mieszkanie Julii, 

znalazłem jej ciało, a potem zaatakowała mnie bestia. Zwłoki miały twarz 

cz ciowo zmasakrowan  i zalan  krwi . Były jednak odpowiedniego wzrostu, a 

background image

 

18 

ogólne podobie stwo mogło zmyli . W dodatku znalazłem je w odpowiednim 

miejscu. Potem stałem si  obiektem uwagi przyczajonego, psopodobnego stwora, 

a to utrudniło szczegółow  identyfikacj . A kiedy, przy akompaniamencie coraz 

gło niejszych syren, walka o moje  ycie dobiegła ko ca, bardziej ni  dalsze 

ledztwo interesowała mnie ucieczka. Pó niej, ilekro  wracałem pami ci  do tej 

sceny, widziałem we wspomnieniach martwe ciało Julii. 

      - Niesamowite - stwierdziłem. - Ale w takim razie, czyje zwłoki znalazłem? 

      - Nie mam poj cia - odparła. - Mógł to by  jeden z jej cieni albo jaka  

przypadkowa kobieta z ulicy. Albo ciało wykradzione z kostnicy. Sk d mog  

wiedzie ? 

      - Miała jeden z twoich niebieskich kamieni. 

      - Tak. A drugi do pary był na obro y tej bestii, któr  zabiłe . Julia otworzyła 

przej cie,  eby zwierz  mogło si  przedosta . 

      - Po co? I jak wyja ni  tego Mieszka ca Progu? 

      - Klasyczny manewr dla odwrócenia uwagi. Victor uwa ał,  e to ja j  zabiłam, 

a ja uznałam,  e on. Zało ył,  e otworzyłam drog  z Twierdzy i posłałam za ni  t  

go cz  besti . A ja wierzyłam,  e on tego dokonał. Byłam zła,  e ukrywa przede 

mn  tak szybkie post py. Takie sprawy zwykle  le wró . 

      Przytakn łem. 

      - Hodujesz te stwory gdzie  w pobli u? 

      - Tak - przyznała. - I wystawiam je w paru przyległych cieniach. Mam kilku 

medalistów. 

      - Wol  pitbullteriery - o wiadczyłem. - S  milsze i lepiej uło one. Do rzeczy. 

Zostawiła ciało i ukryte przej cie tutaj, a ty uznała ,  e to Victor przygotowuje 

atak na twoje sanctum sanctorum. 

      Mniej wi cej. 

      - A on pomy lał,  e stała si  dla ciebie niebezpieczna... cho by z powodu tego 

korytarza... i postanowiła  j  zlikwidowa ? 

      - Nie jestem pewna, czy w ogóle znalazł korytarz. Sam si  przekonałe ,  e był 

dobrze ukryty. W ka dym razie,  adne z nas nie wiedziało, co naprawd  zrobiła. 

      - A co? 

      - Podrzuciła mi kawałek tragolitu. Pó niej, po inicjacji, wykorzystała drugi i 

pod yła za mn  przez Cie  a  do Begmy. 

      - Begmy? Co tam robiła , u licha? 

      - Nic wa nego - zapewniła szybko. - Wspominam o tym tylko po to,  eby 

pokaza , jak była sprytna. Wtedy nie próbowała si  do mnie zbli a . Szczerze 

mówi c, wiem o wszystkim, bo pó niej sama mi powiedziała. Potem  ledziła mnie 

od granic Złotego Kr gu z powrotem do Twierdzy. Reszt  ju  znasz. 

      - Nie jestem przekonany. 

      - Znała to miejsce. Kiedy mnie zaskoczyła, byłam zaskoczona naprawd . W 

taki sposób zostałam wieszakiem. 

      - A ona przej ła rz dy, dla celów reprezentacyjnych wkładaj c hokejow  

mask . Mieszkała tu jaki  czas, nabierała mocy, zwi kszała umiej tno ci, wieszała 

na tobie parasolki... 

      Jasra warkn ła cicho, a ja przypomniałem sobie,  e jeszcze gorsze byłoby jej 

uk szenie. Szybko zmieniłem temat. 

background image

 

19 

      - Nadal nie rozumiem, czemu mnie szpiegowała i od czasu do czasu obrzucała 

kwiatami. 

      - M czy ni s  beznadziejni. - Jasra wychyliła kielich. - Odgadłe  wszystko 

oprócz jej motywów. 

      - Szukała mocy - zdziwiłem si . - Co tu jest jeszcze do zgadywania? Pami tam 

nawet,  e kiedy  stoczyli my dług  dyskusj  na temat mocy i władzy. 

      Usłyszałem parskni cie Mandora. Kiedy na niego spojrzałem, kr c c głow  

odwrócił wzrok. 

      - Najwyra niej ci gle jej na tobie zale ało - wyja niła Jasra. - 

Prawdopodobnie nawet bardzo. Bawiła si  z tob . Chciała wzbudzi  ciekawo . 

Chciała,  eby  zacz ł jej szuka . Chciała wypróbowa  swoj  moc przeciw twojej, 

pokaza  ci,  e była godna tego wszystkiego, czego jej odmówiłe , odmawiaj c 

zaufania. 

      - Wi c o tym wiesz tak e. 

      - Był czas, kiedy rozmawiała ze mn  szczerze. 

      - Czyli zale ało jej na mnie tak bardzo, a  wysłała morderców z tragolitami, 

eby wy ledzili mnie w Amberze i spróbowali zabi . Prawie im si  udało. 

      Jasra odwróciła wzrok i zakaszlała. Mandor wstał natychmiast, okr ył stół i 

stan ł mi dzy nami, napełniaj c jej kielich. I kiedy całkiem j  przede mn  

zasłonił, usłyszałem jej cichy głos. 

      - Niezupełnie tak. To ja wysłałam tych ludzi. Rinalda nie było przy tobie i nie 

mógł ci  ostrzec, o co go podejrzewałam. Uznałam,  e trafia si  jeszcze jedna 

szansa. 

      - Aha - mrukn łem. - Du o jeszcze takich wysłanników włóczy si  po okolicy? 

      - Ci byli ostatni. 

      - Miło to słysze . 

      - Nie usprawiedliwiam si . Informuj  tylko,  eby my wyja nili sobie pewne 

nieporozumienia. Czy te sprawy te  zechcesz uzna  za załatwione? Musz  to 

wiedzie . 

      - Powiedziałem ju ,  e rachunki zostały wyrównane. Nie cofam tego. Ale sk d 

wzi ł si  w tym wszystkim Jurt? Nie mog  poj , jak tych dwoje si  spotkało i 

kim s  dla siebie nawzajem. 

      Mandor wrócił na miejsce, przedtem mnie równie  dolewaj c kropelk  wina. 

Jasra spojrzała mi w oczy. 

      - Nie wiem - rzekła. - Kiedy walczyły my, nie miała  adnych 

sprzymierze ców. To musiało nast pi , kiedy byłam sztywna. 

      - Domy lasz si  mo e, gdzie mogli uciec z Jurtem? 

      - Nie. 

      Zerkn łem na Mandora. Pokr cił głow . 

      - Ja te  nie - stwierdził. - Chocia ... ciekawa my l przyszła mi do głowy. 

      - Tak? 

      - Pomijaj c fakt,  e Jurt pokonał Logrus i uzyskał moc, musz  zauwa y ,  e... 

je li nie liczy  jego blizn i ubytków... jest bardzo do ciebie podobny. 

      - Jurt? Do mnie? Chyba  artujesz. Spojrzał na Jasr . 

      - Ma racj  - przyznała. - Wida ,  e jeste cie spokrewnieni. Odło yłem widelec 

i pokr ciłem głow . 

background image

 

20 

      - Absurd - orzekłem, bardziej w odruchu samoobrony ni  z rzeczywistego 

przekonania. - Nigdy nic nie zauwa yłem. 

      Mandor ledwie dostrzegalnie wzruszył ramionami. 

      - Masz ochot  na wykład o psychologii zaprzeczania. faktom? - spytała Jasra. 

      - Nie. Mam ochot  na chwil  spokoju,  eby si  z tym oswoi . 

      - I tak pora na kolejne danie - oznajmił Mandor. Wykonał szeroki gest i 

pojawiło si . 

      - Nie b dziesz miał przykro ci ze strony krewnych za to,  e mnie uwolniłe ? - 

zainteresowała si  po chwili Jasra. 

      - Zanim zauwa ,  e znikn ła , przygotuj  jak  dobr  legend  - uspokoiłem 

j . 

      - Inaczej mówi c, b dziesz miał - stwierdziła. 

      - Mo e troch . 

      - Zobacz , w czym mog  pomóc. 

      - O co ci chodzi? 

      - Nie lubi  długów wobec nikogo - wyja niła. - A w tej sprawie ty zrobiłe  dla 

mnie wi cej ni  ja dla ciebie. Je li znajd  jaki  sposób, aby odwróci  od ciebie ich 

gniew, to go u yj . 

      - Nie wiem, co masz na my li. 

      - Zostawmy to na razie. Czasami lepiej zbyt du o nie wiedzie . 

      - Nie podoba mi si  twój ton. 

      - To doskonały powód do zmiany tematu - o wiadczyła. - Jak gro nym 

przeciwnikiem stał si  Jurt? 

      - Dla mnie? - spytałem. - Czy boisz si ,  e wróci tu po drug  porcj ? 

      - Jedno i drugie, skoro tak to ujmujesz. 

      - Uwa am,  e zabiłby mnie, gdyby tylko zdołał. - Obejrzałem si  na Mandora. 

Pokiwał głow . 

      - Obawiam si ,  e to prawda - mrukn ł. 

      - Czy tu powróci po wi cej tego, co ju  otrzymał... - mówiłem dalej. - Sama 

najlepiej potrafisz to os dzi . Jak bardzo si  zbli ył do opanowania pełnej mocy, 

któr  mo na uzyska  drog  rytuału w Fontannie? 

      - Trudno precyzyjnie okre li . Wypróbowywał j  w do  nietypowych 

warunkach. Mo e jakie  pi dziesi t procent. Zgaduj  tylko. Czy to mu 

wystarczy? 

      - Mo e. Jak niebezpieczny si  stanie? 

      - Bardzo. Kiedy ju  uzyska pełn  moc. Z drugiej strony, musi zdawa  sobie 

spraw ,  e to miejsce b dzie pilnie strze one, trudne do zdobycia nawet dla kogo  

takiego jak on... gdyby postanowił wróci . Podejrzewam,  e b dzie si  trzymał z 

daleka. Sam Sharu, w jego obecnej sytuacji, stanowi bardzo trudn  przeszkod . 

      Jadłem dalej. 

      - Julia poradzi mu pewnie,  eby zrezygnował - kontynuowała Jasra. - Zna 

przecie  to miejsce. 

      Skin łem głow , godz c si  z jej opini . Spotkamy si , kiedy przyjdzie pora. 

W tej chwili niewiele mog  zrobi , by tego unikn . 

      - Czy teraz ja mog  zada  pytanie? - rzuciła. 

      - Nie kr puj si . 

background image

 

21 

      - Ty'iga... 

      Tak? 

      - Nawet w ciele córki diuka Orkuza, nie mogła przecie  tak po prostu wej  do 

pałacu i zjawi  si  w twoim apartamencie. 

      - Raczej nie - zgodziłem si . - Przybyła z oficjaln  delegacj . 

      - Wolno spyta , kiedy przyjechali? 

      - Dzisiaj, koło południa. Obawiam si  jednak,  e nie mog  ci zdradzi  

szczegółów... Machn ła upier cienion  dłoni . 

      - Nie interesuj  mnie tajemnice pa stwowe - o wiadczyła. - Chocia  wiem,  e 

Nayda zwykle towarzyszy ojcu jako sekretarz. 

      - Zatem? 

      - Czy jej siostra przybyła tak e, czy została w domu? 

      - To znaczy Coral? - upewniłem si . 

      - Tak. 

      - Przyjechała. 

      - Dzi kuj  - rzuciła Jasra i zaj ła si  jedzeniem. 

      Do licha! O co tu chodzi? Czy by wiedziała o Coral co , czego ja nie wiem? 

Co , co mo e mie  zwi zek z jej obecn , nieokre lon  sytuacj ? Je li tak, ile 

b dzie mnie kosztowa  zdobycie tej informacji? 

      - Dlaczego pytasz? - zacz łem. 

      - Zwykła ciekawo  - zapewniła. - Znałam t  rodzin  w... szcz liwszych 

czasach. Sentymentalna Jasra? Nigdy. Wi c co? 

      - Przypu my,  e ta rodzina ma jeden czy dwa problemy... - zastanowiłem si  

gło no. 

      - Pomijaj c fakt,  e ty'iga zawładn ła Nayd ? 

      - Tak. 

      - Przykro byłoby mi to słysze  - odparła. - Jakie problemy? 

      - Drobna sprawa zagini cia. Dotyczy Coral. Brz kn ło, kiedy upu ciła widelec 

na talerz. 

      - O czym ty mówisz? - spytała zdumiona. 

      - O przemieszczeniu. 

      - Coral? Jak? Gdzie? 

      - To zale y od tego, ile naprawd  o niej wiesz - odparłem. 

      - Lubi  t  dziewczyn . Nie dra nij si  ze mn . Co si  stało? 

      Bardziej ni  troch  zastanawiaj ce. Ale nie takiej odpowiedzi szukałem. 

      - Dobrze znała  jej matk ? 

      - Kint ? Poznałam j  na jakim  spotkaniu dyplomatów. Pi kna kobieta. 

      - A co wiesz o ojcu? 

      - No có , nale y do królewskiego rodu, ale z gał zi nie maj cej praw do tronu. 

Zanim został premierem, Orkuz był ambasadorem Begmy w Kashfie. Mieszkał z 

rodzin , wi c naturalnie cz sto si  z nimi spotykałam... 

      Podniosła głow , gdy u wiadomiła sobie,  e si  jej przygl dam... poprzez Znak 

Logrusu, ponad P kni tym Wzorcem, spotkały si  nasze spojrzenia. 

      - Aha. Pytałe  o jej ojca... - U miechn ła si . Urwała na chwil , a ja kiwn łem 

głow . - Czyli ta plotka zawierała ziarno prawdy... - mrukn ła wreszcie. 

      - Naprawd  nie wiedziała ? 

background image

 

22 

      - Tyle jest plotek na  wiecie... a wi kszo ci nie da si  sprawdzi . Sk d mam 

wiedzie , które s  prawdziwe? I czemu ma mnie to interesowa ? 

      - Masz racj , naturalnie - zgodziłem si . - Mimo to... 

      - Kolejny numer na boku tego staruszka. - Westchn ła. - Czy kto  pilnuje 

rachunku? To cud,  e miał jeszcze czas na sprawy pa stwowe. 

      - Jako  sobie radził. 

      - Szczerze zatem. Nawet pomijaj c plotki, jakie do mnie docierały, istnieje 

pewne rodzinne podobie stwo. Chocia  trudno mi o tym s dzi , jako  e nie znam 

osobi cie wi kszo ci rodziny. Mówisz,  e to prawda? 

      - Tak. 

      - Ze wzgl du na podobie stwo, czy jest mo e co  wi cej? 

      - Co  wi cej. 

      U miechn ła si  słodko i podniosła widelec. 

      - Zawsze lubiłam zako czenia bajek, gdzie kto  zyskiwał pozycj  w  wiecie. 

      - Ja równie  - zgodziłem si  i wróciłem do jedzenia. Mandor chrz kn ł. 

      - To chyba niezbyt uczciwe, opowiada  tylko cz  historii - zauwa ył. 

      - Masz racj  - przyznałem. Jasra spojrzała na mnie. 

      - No dobrze. - Westchn ła. - Zapytam. Sk d masz pew... Och! Naturalnie. 

Wzorzec. Przytakn łem. 

      - No, no. Mała Coral pani  Wzorca. To nast piło niedawno? 

      - Istotnie. 

      - Przypuszczam,  e  wi tuje teraz gdzie  w Cieniu. 

      - Chciałbym to wiedzie . 

      - Nie rozumiem. 

      - Przeniosła si , ale nie wiem dok d. I to Wzorzec tego dokonał. 

      - W jaki sposób? 

      - Dobre pytanie. Nie mam poj cia. Mandor odkaszln ł. 

      - Merlinie... - zacz ł. - S  mo e pewne sprawy... - Zatoczył kr g lew  dłoni  - 

... które po namy le wolałby ... 

      - Nie - odparłem. - Normalnie zachowałbym dyskrecj . Mo e nawet wobec 

ciebie, mojego brata, jako Lorda Chaosu. A z pewno ci  w przypadku jej 

wysoko ci. - Skłoniłem si  Jasrze. - Co prawda, znasz Coral i mo e nawet  ywisz 

dla niej cieplejsze uczucia. - Uznałem,  e nie nale y przesadza . - A przynajmniej 

nie  ywisz niech ci. 

      - Powiedziałam,  e lubi  t  dziewczyn  - oznajmiła Jasra, pochylaj c si  lekko. 

      - To dobrze. Czuj  si  bowiem przynajmniej w cz ci odpowiedzialny za to, co 

zaszło. Nawet je li zostałem oszukany. Dlatego mam obowi zek spróbowa  to 

naprawi . Tyle  e nie wiem, w jaki sposób. 

      - Co si  stało? - zapytała. 

      - Oprowadzałem j , kiedy wyraziła ch  obejrzenia Wzorca. Ust piłem. Po 

drodze wypytywała mnie o wszystko. Uznałem to za niewinn  rozmow  i 

zaspokajałem jej ciekawo . Nie słyszałem plotek o jej pochodzeniu; inaczej 

zacz łbym co  podejrzewa . Tymczasem, kiedy ju  dotarli my na miejsce, Coral 

stan ła na Wzorcu i rozpocz ła przej cie. 

      Jasra odetchn ła gł boko. 

      - Zniszczyłby ka dego obcej krwi - stwierdziła. - Zgadza si ? 

background image

 

23 

      Skin łem głow . 

      - A nawet kogo  z nas - dodałem. - Gdyby popełnił jakikolwiek bł d. 

      - A gdyby jej matka zadawała si  z piechurem albo kucharzem? - Jasra 

zachichotała. 

      - Coral jest rozs dn  córk  - zauwa yłem. - W ka dym razie, kiedy kto  

wst pi na Wzorzec, nie mo e ju  zawróci . Musiałem po drodze udziela  jej 

instrukcji. Albo okaza  si  złym gospodarzem i zaszkodzi  stosunkom Amberu i 

Begmy. 

      - A przy okazji zerwa  delikatne negocjacje? - domy liła si  na wpół 

powa nie. 

      Miałem wra enie,  e ch tnie powitałaby dygresj  na temat celów wizyty 

begma skiej delegacji. Nie chwyciłem przyn ty. 

      - Mo na to tak okre li  - zgodziłem si . - W rezultacie zako czyła przej cie, a 

potem Wzorzec gdzie  j  zabrał. 

      - Mój nie yj cy m  twierdził,  e stoj c w centrum mo na nakaza  Wzorcowi, 

by przeniósł człowieka wsz dzie, gdzie tylko ten zapragnie. 

      - To prawda - przyznałem. - Ale wła nie jej polecenie było do  niezwykłej 

natury. Rozkazała Wzorcowi, by przeniósł j  tam, gdzie zechce. 

      - Obawiam si ,  e nie całkiem rozumiem. 

      - Ja te  nie, ale zrobiła to, i Wzorzec tak e. 

      - Chcesz powiedzie ,  e rozkazała: „Po lij mnie tam, gdzie masz ochot  mnie 

posła " i natychmiast przeniosła si  w nieznanym kierunku? 

      - Wła nie tak. 

      - To sugerowałoby rodzaj inteligencji Wzorca. 

      - Chyba  e zareagował na jej pod wiadome pragnienie, by odwiedzi  jak  

szczególn  okolic . 

      - Fakt. Istnieje taka mo liwo . Ale czy nie masz sposobu,  eby j  odszuka ? 

      - Zrobiłem jej Atut. I dotarłem do niej, kiedy go u yłem. Odniosłem wra enie, 

e jest uwi ziona w jakim  ciemnym miejcu. Potem stracili my kontakt. To 

wszystko. 

      - Jak dawno to si  stało? 

      - W moim subiektywnym odczuciu to kwestia kilku godzin - wyja niłem. - Czy 

tutaj czas jest zbli ony do czasu Amberu? 

      - Mniej wi cej. Dlaczego nie próbowałe  po raz drugi? 

      - Byłem troch  zaj ty. Poza tym, szukałem jakiego  innego rozwi zania. 

Rozległ si  brz k i stukanie. Poczułem kaw . 

      - Je li chcesz wiedzie , czy ci pomog , odpowied  brzmi: tak - rzekła Jasra. - 

Chocia  nie bardzo wiem, jak si  do tego zabra . A gdyby  znowu spróbował 

si gn  do niej przez Atut, przy moim wsparciu... mo e nam si  uda. 

      - Zgoda. - Odstawiłem fili ank  i wyj łem karty. - Warto sprawdzi . 

      - Ja te  pomog  - wtr cił Mandor. Powstał i stan ł po mojej prawej r ce. 

      Jasra podeszła i zaj ła pozycj  z lewej. Trzymałem Atut,  eby my wszyscy 

wyra nie widzieli portret. 

      - Zaczynajmy - rzuciłem i si gn łem umysłem przez kart .

 

 

 

 

background image

 

24 

Rozdział 3

 

 

Plamka  wiatła, któr  z pocz tku wzi łem za zbł kanego słonecznego 

zaj czka, przepłyn ła z podłogi na miejsce tu  obok mojej fili anki. Miała kolisty 

kształt. Postanowiłem o niej nie wspomina , poniewa   adne z pozostałej dwójki 

nie zwróciło na ni  uwagi. 

      Szukałem Coral, ale nie znalazłem niczego. Poczułem,  e Mandor i Jasra 

tak e si gaj , i spróbowałem ponownie, ł cz c si  z nimi. Mocniej. 

      Co ? 

      Co ... Pami tam, zastanawiałem si  niedawno, co czuje Vialle, kiedy u ywa 

Atutów. To co  innego od wizualnych sugestii, do jakich jeste my przyzwyczajeni. 

Mo e wła nie takiego. 

      Co . 

      Wyczułem obecno  Coral. Spogl dałem na jej portret, ale nie nabierała 

ycia. Sama karta wyra nie si  ozi biła, jednak nie był to ten lodowaty chłód, jaki 

wyst puje przy nawi zaniu kontaktu. Spróbowałem mocniej. Wyczułem,  e 

Mandor i Jasra tak e zwi kszaj  wysiłek. 

      Wizerunek Coral na karcie przybladł, ale nic go nie zast piło. Spogl daj c w 

pustk , wyczuwałem jednak jej obecno . Wra enie było zbli one do tego, jakie 

si  prze ywa, próbuj c nawi za  ł czno  z kim  pogr onym we  nie. 

      - Trudno powiedzie , czy to po prostu miejsce szczególnie trudne dla kontaktu 

- zacz ł Mandor. - Czy raczej... 

      - Moim zdaniem ona jest pod wpływem zakl cia - orzekła Jasra. 

      - To by cz ciowo tłumaczyło zjawisko - zgodził si  Mandor. 

      - Ale tylko cz ciowo - zabrzmiał z bliska cichy, znajomy głos. - Trzymaj  j  

pot ne siły, tato. Jeszcze nigdy czego  podobnego nie widziałem. 

      - Ghostwheel ma racj  - zgodził si  Mandor. - Zaczynam to odczuwa . 

      - Tak - mrukn ła Jasra. - Jest tam co ... 

      I nagle p kła zasłona. Zobaczyłem skulon  posta  Coral, najwyra niej 

nieprzytomn , le c  na czarnej płaszczy nie w gł bokiej ciemno ci, rozja nianej 

tylko wykre lonym wokół niej kr giem płomieni. Cho by chciała, nie mogłaby 

mnie tam przenie , a w dodatku... 

      - Ghost, potrafisz mnie do niej przerzuci ? - zapytałem. 

      Wizja Coral rozpłyn ła si , zanim zd ył odpowiedzie . Poczułem zimny 

podmuch. Dopiero po kilku sekundach zdałem sobie spraw ,  e wieje z lodowatej 

teraz karty. 

      - Nie przypuszczam, nie chciałbym, a mo liwe,  e nie b dzie takiej potrzeby - 

odpowiedział Ghost. - Moc, która j  wi zi, jest ju   wiadoma waszego 

zainteresowania i obecnie si ga w tym kierunku. Czy mo esz jako  wył czy  

Atut? 

      Przesun łem nad nim dło , co zwykle wystarczało. Nic z tego. Zimny 

podmuch nabierał siły. Powtórzyłem gest, wydaj c w my lach polecenie. 

Zacz łem odczuwa ,  e cokolwiek to jest, ogniskuje si  na mnie. 

      I wtedy na Atut padł Znak Logrusu. Co  wyrwało mi kart , a mnie odrzuciło 

w tył. Uderzyłem ramieniem o drzwi. Mandor odskoczył na prawo i złapał stół, 

by utrzyma  równowag . Zanim karta upadła, logrusowym wzrokiem widziałem 

background image

 

25 

strzelaj ce z niej, szalej ce linie  wiatła. 

      - Czy to załatwiło spraw ? - zawołałem. 

      - Przerwało poł czenie - stwierdził Ghost. 

      - Dzi ki, Mandorze. 

      - Ale ta moc, która si gała do ciebie poprzez Atut, teraz ju  wie, gdzie jeste . 

      - Na jakiej podstawie wyci gasz takie wnioski? - zdziwiłem si . 

      - To tylko domysł, oparty na fakcie,  e nadal ci  szuka. Dociera tu okr n  

drog , przez przestrze . Mo e min  nawet pi tna cie sekund, zanim ci  

dosi gnie. 

      - Czy to znaczy,  e zale y jej tylko na Merlinie? - zainteresowała si  Jasra. - 

Czy nadci ga po nas wszystkich? 

      - Odpowied  niepewna. Merlin jest ogniskiem. Nie mam poj cia, co zrobi z 

wami. 

      Podczas tej wymiany zda , pochyliłem si  i podniosłem Atut Coral. 

      - Potrafisz nas osłoni ? - spytała Jasra. 

      - Rozpocz łem ju  transfer Merlina w pewne odległe miejsce. Czy was 

równie  przerzuci ? 

      Schowałem Atut i podniosłem głow . Komnata była teraz nie całkiem 

rzeczywista... półprzejrzysta, jakby wszystko zrobione było z kolorowego szkła. 

      - Prosz ... - odezwała si  cicho witra owa figura Jasry. 

      - Tak - dodało zanikaj ce echo głosu mojego brata. Przepłyn łem przez 

ognist  obr cz w ciemno . Potkn łem si , oparłem o kamienn   cian , 

wymacałem drog  wzdłu  niej.  wier  obrotu, przede mn  ja niejszy obszar 

nakrapiany punktami  wiatła... 

      - Ghost - rzuciłem.  adnej odpowiedzi. 

      - Nie podobaj  mi si  takie rozmowy urwane w pół zdania - oznajmiłem. 

      Ruszyłem dalej, a  dotarłem do czego , co w oczywisty sposób było wyj ciem z 

jaskini. Przede mn  wisiało czyste, nocne niebo, a kiedy wyszedłem na zewn trz, 

poczułem chłodny wiatr. Dr c, cofn łem si  o kilka kroków. 

      Nie miałem poj cia, gdzie si  znalazłem. To zreszt  bez znaczenia, je li tylko 

zyskałem chwil  spokoju. Si gn łem przez Znak Logrusu i znalazłem gruby koc. 

Opatuliłem si  i usiadłem na ziemi. Si gn łem znowu. Bez trudu wyszukałem 

wi zk  chrustu i z najwi ksz  łatwo ci  rozpaliłem ogie . Miałem ochot  na 

drug  fili ank  kawy. Zastanowiłem si ... 

      Dlaczego nie? Si gn łem jeszcze raz, a jasny kr ek wytoczył si  i 

znieruchomiał przede mn . 

      - Tato! Przesta , prosz ! - usłyszałem pełen wyrzutu głos. - Sporo kłopotu 

kosztowało mnie znalezienie ci kryjówki w tym zapomnianym skrawku Cienia. 

Zbyt wiele przywoła , a znowu zwrócisz na siebie uwag . 

      - Daj spokój - mrukn łem. - Chciałem tylko fili ank  kawy. 

      - Przynios  ci. Ale przez jaki  czas lepiej nie u ywaj własnej mocy. 

      - A dlaczego twoje działania nie  ci gn  na nas uwagi? 

      - Korzystam z trasy okr nej. Masz. Paruj cy kubek z ciemnej gliny stan ł na 

ziemi obok mojej prawej dłoni. 

      - Dzi ki. - Podniosłem go i pow chałem napój. - Co zrobiłe  z Jasr  i 

Mandorem? 

background image

 

26 

      - Ka de w was posłałem w innym kierunku, po ród hordy fałszywych 

wizerunków  migaj cych tam i z powrotem. Teraz musisz tylko przycichn  na 

jaki  czas. Niech jej uwaga si  rozproszy. 

      - Czyja uwaga? Jaka uwaga? 

      - Tej mocy, która uwi ziła Coral. Nie chcemy,  eby nas tu znalazła. 

      - Dlaczego nie? O ile pami tam, zastanawiałe  si  niedawno, czy nie jeste  

bogiem. Czego mo esz si  obawia ? 

      - Prawdziwego boga. Ta moc jest silniejsza ode mnie. Chocia  z drugiej 

strony, ja chyba jestem szybszy. 

      - To ju  co . 

      - Wy pij si  dobrze. Rankiem dam ci zna , czy ci gle na ciebie poluje. 

      - Mo e sam si  przekonam. 

      - Unikaj manifestacji mocy, chyba  e b dzie to kwestia  ycia lub  mierci. 

      - Nie o to mi chodziło. Przypu my,  e mnie znajdzie. 

      - Rób to, co uznasz za stosowne. 

      - Dlaczego mam wra enie,  e co  przede mn  ukrywasz? 

      - Przypuszczam, tato,  e jeste  z natury podejrzliwy. To chyba cecha 

rodzinna. Teraz musz  ju  i . 

      - Dok d? - zdziwiłem si . 

      - Sprawdzi , co z pozostałymi. Załatwi  par  spraw. Dopilnowa  własnego 

rozwoju. Skontrolowa  eksperymenty. Takie rzeczy. Na razie. 

      - Co z Coral? 

      Ale zawieszony przede mn  kr ek  wiatła z jaskrawego stał si  przy miony i 

znikn ł - bezdyskusyjne zako czenie rozmowy. Ghost coraz bardziej 

przypominał nas wszystkich: stawał si  wykr tny i nieszczery. 

      Łykn łem kawy. Nie tak dobra jak Mandora, ale do wytrzymania. Ciekawe, 

gdzie trafili Mandor i Jasra. Uznałem,  e lepiej nie próbowa  z nimi kontaktu. 

Pomy lałem te ,  e dobrze b dzie ufortyfikowa  własn  pozycj  dla obrony przed 

magicznym atakiem. 

      Ponownie przywołałem Znak Logrusu, który wy lizn ł si , kiedy Ghost mnie 

przerzucał. Z jego pomoc  ustawiłem bariery przy wej ciu do jaskini i wewn trz, 

dookoła siebie. Potem uwolniłem go i wypiłem troch  kawy. Zdałem sobie spraw , 

e to nie uratuje mnie przed za ni ciem. Opadało psychiczne napi cie i nagle 

zaci yły mi trudy całego dnia. Jeszcze dwa łyki, i ledwie mogłem utrzyma  

kubek. Nast pny, i zauwa yłem,  e z ka dym mrugni ciem powieki zamykaj  si  

o wiele łatwiej, a otwieraj  trudniej. 

      Odstawiłem kubek, szczelniej owin łem si  w koc i znalazłem stosunkowo 

wygodn  pozycj  na skalnym podło u. Po okresie sp dzonym w kryształowej 

grocie, byłem swego rodzaju ekspertem od takich spraw. Migotanie ognia 

ustawiało pod powiekami szyki armii cieni. Trzaskanie głowni przypominało 

brz k mieczy. Powietrze pachniało smoł . 

      Odpłyn łem. Sen jest mo e jedyn  dost pn  rozkosz , która niekoniecznie 

musi trwa  krótko. Wypełnił mnie; dryfowałem. Jak długo i jak daleko, nie wiem. 

      Nie wiem te , co mnie obudziło. Tyle tylko,  e byłem gdzie indziej, a potem 

nagle wróciłem. Moja pozycja uległa niewielkiej zmianie, zmarzły mi palce u nóg, 

i czułem,  e nie jestem ju  sam. Nie otwierałem oczu i nie zmieniałem rytmu 

background image

 

27 

oddechu. Mo liwe,  e to Ghost postanowił sprawdzi , co ze mn . A mo e co  

testowało moje bariery ochronne. 

      Minimalnie uchyliłem powieki i przez zasłon  rz s spojrzałem w gór  i na 

zewn trz. Przed wej ciem do groty stała niska, niekształtna posta . Dogasaj ce 

ognisko słabo o wietlało dziwnie znajom  twarz. Było w tych rysach troch  mnie, 

a troch  mojego ojca. 

      - Merlinie - rzucił cicho przybysz. - Obud  si . Musisz dotrze  do wielu miejsc 

i wielu dokona  czynów. 

      Szeroko otworzyłem oczy. Pasował do pewnego opisu... Frakir zacisn ła si , 

wi c pogładziłem j  i uspokoiłem. 

      - Dworkin...? - zapytałem. Zachichotał. 

      - Poznałe  mnie - stwierdził. 

      Przechadzał si  z jednej strony otworu na drugi. Od czasu do czasu 

przystawał i wyci gał r k  w moj  stron . Za ka dym razem wahał si  i cofał j . 

      - O co chodzi? - spytałem. - W czym rzecz? Co tu robisz? 

      - Przybyłem, by znowu wysła  ci  w podró , któr  przerwałe . 

      - Co to za podró ? 

      - Poszukujesz zaginionej damy, która wczoraj przeszła Wzorzec. 

      - Coral? Wiesz, gdzie ona jest? Uniósł r k , cofn ł j , zgrzytn ł z bami. 

      - Coral? Tak ma na imi ? Wpu  mnie. Musimy o tym porozmawia . 

      - Wydaje mi si ,  e doskonale rozmawiamy tak, jak jeste my. 

      - Nie masz  adnego szacunku dla przodka? 

      - Mam. Ale mam te  zmiennokształtnego brata, który w swojej norze ch tnie 

powiesiłby na  cianie moj  głow . A jest do tego zdolny, je li tylko dam mu 

szans . - Usiadłem i przetarłem oczy. Zmysły ko czyły robot  wracania do 

normy. - Wi c gdzie jest Coral? 

      - Chod . Wska  ci drog  - rzekł, si gaj c przed siebie. Tym razem jego dło  

przeci ła moj  barier  i natychmiast otoczyły j  płomienie. Jakby tego nie 

zauwa ył. Jego oczy były niczym dwie ciemne gwiazdy; poderwały mnie na nogi, 

ci gały ku sobie. Dło  zacz ła si  topi , ciało pociekło i kapało jak wosk. Pod nim 

nie było ko ci, ale jaka  dziwaczna geometryczna siatka... jakby na 

trójwymiarowej kartce kto  szybko naszkicował dło , a potem okleił j  jakim  

podobnym do ciała materiałem. - Chwy  mnie za r k . 

      Wbrew swej woli zacz łem podnosi  dło , si ga  do tych palczastych 

krzywych, tych wirów kostek. Zachichotał znowu. Czułem, jak przyci ga mnie 

moc. Pomy lałem, co si  stanie, je li t  dziwaczn  dło  chwyc  w pewien 

szczególny sposób. 

      Przywołałem wi c Znak Logrusu i posłałem przodem,  eby zamiast mnie 

podał r k . 

      Nie była to chyba najrozs dniejsza decyzja. Jaskrawy błysk o lepił mnie na 

moment, a kiedy odzyskałem wzrok, Dworkin znikn ł. Szybko przekonałem si , 

e moje osłony nadal działaj . Krótkim, prostym zakl ciem roznieciłem ogie , 

zauwa yłem,  e zostało jeszcze pół kubka kawy i podgrzałem letni  ciecz 

okrojon  wersj  tego samego czaru. Owin łem si  kocem, usiadłem i wypiłem 

troch . Mimo wysiłków, w  aden sposób nie mogłem zrozumie , co przed chwil  

zaszło. 

background image

 

28 

      Nie znałem nikogo, kto przez ostatnie lata widział tego półobł kanego 

demiurga... Chocia , według opowie ci ojca, umysł Dworkina powinien zosta  w 

wi kszej cz ci uleczony, kiedy Oberon naprawił Wzorzec. Je li to rzeczywi cie 

Jurt w ten sposób próbował si  do mnie przedosta , to wybrał do  dziwn  

posta . Po namy le nie byłem nawet pewien, czy Jurt w ogóle wiedział, jak 

wygl da Dworkin. Zastanowiłem si , czy rozs dnie b dzie przywoła  

Ghostwheela, by zasi gn  w tej sprawie nieludzkiej opinii. Zanim jednak 

cokolwiek postanowiłem, gwiazdy na zewn trz przesłonił kolejny przybysz, o 

wiele wi kszy ni  Dworkin... mo na wr cz powiedzie ,  e zbudowany jak heros. 

      Jeden krok wprowadził go w zasi g blasku ognia. 

      Wylałem kaw , kiedy spojrzałem na t  twarz. Nigdy si  nie spotkali my, ale 

jego portrety wisiały w wielu miejscach pałacu w Amberze. 

      - Słyszałem,  e Oberon zgin ł, kiedy przerysowywał Wzorzec - powiedziałem. 

      - Byłe  przy tym obecny? - zapytał. 

      - Nie - przyznałem. - Ale przybywaj c tu  za postaci  Dworkina, do  

niesamowit , musisz mi wybaczy  podejrzliwo  co do twojej bona fides. 

      Och, to było fałszerstwo. Ja jestem prawdziwy. 

      - Co w takim razie widziałem? 

      - Astraln  form  pewnego błazna... czarodzieja imieniem Jolos, z czwartego 

kr gu Cienia. 

      - Och... - odparłem. - A sk d mam wiedzie ,  e ty nie jeste  projekcj  kogo  o 

imieniu Jalas, z pi tego? 

      - Mog  ci wyrecytowa  pełn  genealogi  królewskiego rodu Amberu. 

      - To potrafi ka dy dobry skryba. 

      - Dorzuc  tych z nieprawego ło a. 

      - A wła ciwie, ilu ich było? 

      - Wiem o czterdziestu siedmiu. 

      - O rany! Jak dałe  rad ? 

      - Ró ne strumienie czasu - wyja nił z u miechem. 

      - Skoro prze yłe  rekonstrukcj  Wzorca, dlaczego nie wróciłe  do Amberu i 

do władzy? - zainteresowałem si . - Dlaczego pozwoliłe  na koronacj  Randoma i 

wszystkie dalsze komplikacje? 

      Roze miał si . 

      - Wcale nie prze yłem - stwierdził. - Proces rekonstrukcji zniszczył mnie. 

Jestem duchem. Powróciłem, by znale  człowieka, który b dzie reprezentował 

Amber w walce z rosn c  pot g  Logrusu. 

      - Przyznajmy, arguendo,  e jeste  tym, za kogo si  podajesz - rzekłem. - Ale 

trafiłe  pod zły adres. Przeszedłem inicjacj  Logrusu i jestem synem Chaosu. 

      - Przeszedłe  równie  inicjacj  Wzorca i jeste  synem Amberu - oznajmiła 

wspaniała posta . 

      - Fakt - przyznałem. - Tym bardziej nie powinienem si  opowiada  po  adnej 

ze stron. 

      - Czasem nadchodzi chwila, kiedy m czyzna musi dokona  wyboru. I ta 

chwila wła nie nadeszła. Po czyjej staniesz stronie? 

      - Gdybym nawet uwierzył,  e jeste  duchem Oberona, nie mam ochoty na 

takie deklaracje. Legenda w Dworcach głosi,  e sam Dworkin przeszedł inicjacj  

background image

 

29 

Logrusu. Je li to prawda, bior  tylko przykład z szacownego przodka. 

      - Ale on wyrzekł si  Chaosu, kiedy stworzył Amber. Wzruszyłem ramionami. 

      - Dobrze si  składa,  e ja niczego takiego nie stworzyłem. Je li chcesz 

konkretnej decyzji, powiedz i przedstaw argumenty, dlaczego powinienem si  na 

to zgodzi . Mo e zechc  współpracowa . 

      Wyci gn ł r k . 

      - Chod  ze mn , a ja wprowadz  twoje stopy na nowy Wzorzec, który musisz 

pokona  w grze, jaka si  toczy pomi dzy Mocami. 

      - Nadal ci  nie rozumiem, ale jestem pewien,  e prawdziwego Oberona nie 

powstrzymałyby te proste zasłony. Podejd  i we  mnie za r k , a wtedy ch tnie 

pójd  za tob  i spojrz  na to, co zechcesz mi pokaza . 

      Wyprostował si  na jeszcze wi ksz  wysoko . 

      - Chcesz mnie wypróbowa ? - zapytał. 

      - Tak. 

      - Jako człowiek nie miałbym z tym problemów - stwierdził. - Ale uformowany 

z tych spirytualnych  mieci... nie wiem. Wolałbym nie ryzykowa . 

      - W takim razie musz  udzieli  podobnej odpowiedzi na twoj  propozycj . 

      - Wnuku - rzekł lodowatym tonem. - Nawet po  mierci,  adnemu z moich 

potomków nie wolno tak si  do mnie zwraca . Id  teraz po ciebie w nie całkiem 

przyjaznym nastroju. Id  po ciebie i w t  podró  wy l  ci  w ród ognia. 

      Cofn łem si  o krok. 

      - Nie chciałem ci  urazi ... - zacz łem. 

      Osłoniłem oczy, kiedy dotarł do bariery. Znowu nast pił efekt  arówki. Spod 

przymkni tych powiek obserwowałem powtórk  ognistej k pieli Dworkina. 

Oberon stał si  w pewnych miejscach przejrzysty, w innych si  roztapiał. 

Wewn trz niego, przez niego - kiedy znikn ło zewn trzne podobie stwo do 

człowieka - dostrzegałem wiry i linie, kanały i przewody: czarne, abstrakcyjne 

geometryczne twory wypełniaj ce ogólny kształt pot nej i szlachetnej postaci. 

Jednak, w przeciwie stwie do Dworkina, wizerunek nie zbladł. Przebił moje 

osłony, a chocia  zwolnił, wci  kroczył ku mnie z wyci gni t  r k . Nie wiem, 

czym był naprawd , ale nigdy chyba nie widziałem nic bardziej przera aj cego. 

Cofałem si  ci gle, unosz c r ce. Raz jeszcze wezwałem Logrus. 

      Znak pojawił si  mi dzy nami. Abstrakcyjna forma Oberona wyci gała 

schematyczne, widmowe r ce, a  napotkała wij ce si  gał zie Chaosu. 

      Nie próbowałem si ga  w obraz Logrusu, by wykorzysta  go dla obrony przez 

zjaw . Nawet na t  odległo  czułem niezwykły l k. To, co zrobiłem, to raczej 

pchni cie Znakiem królewskiego widma. Potem wymin łem je i skoczyłem do 

wyj cia, na zewn trz. Potoczyłem si , rozpaczliwie szukaj c jakiego  zaczepienia, 

zjechałem po zboczu i uderzyłem o głaz. Obj łem go mocno, a grota eksplodowała 

z hukiem i błyskiem trafionego pociskiem składu amunicji. 

      Przez jakie  pół minuty le ałem dr cy, zaciskaj c mocno powieki. Czułem,  e 

lada sekunda co  mnie pochwyci... chyba  e... mo e... skul  si  całkiem 

nieruchomo i postaram wygl da  jak kawałek skały... 

      Panowała absolutna cisza. Kiedy otworzyłem oczy, błyski zgasły, a wej cie do 

jaskini nie zmieniło kształtu. Wstałem powoli i jeszcze wolniej ruszyłem z 

powrotem. Znak Logrusu znikn ł, a z powodów dla mnie samego 

background image

 

30 

niezrozumiałych, nie chciałem go przywoływa . Zajrzałem do groty. Nie było 

adnych  ladów,  e cokolwiek si  wydarzyło. Tylko moje osłony były zniszczone. 

      Wszedłem do  rodka. Koc wci  le ał tam, gdzie go rzuciłem. Dotkn łem 

skały. Wybuch musiał nast pi  na innym poziomie rzeczywisto ci. Małe ognisko 

nadal migotało niepewnie, a mój rozbity na kamieniach kubek był jedyn  rzecz , 

jak  w jego blasku dostrzegłem, a której nie widziałem poprzednio. 

      Nie cofałem r ki. Stałem oparty o  cian , a  po chwili poczułem nieopanowane 

skurcze przepony. Wybuchn łem  miechem. Nie jestem pewien, dlaczego. Po 

prostu  miech wyparł alternatyw  bicia si  pi ciami w pier  i wycia. 

      My lałem,  e znam wszystkich uczestników tej zło onej rozgrywki. Luke i 

Jasra przeszli chyba teraz na moj  stron , wraz z moim bratem Mandorem, 

który zawsze si  o mnie troszczył. Mój szalony brat Jurt pragn ł mojej  mierci, a 

teraz sprzymierzył si  z moj  był  kochank , Juli , która te  nie była do mnie 

zbyt przychylnie nastawiona. Istniała jeszcze ty'iga - nadopieku czy demon, który 

opanował ciało Naydy, siostry Coral, i którego pozostawiłem w Amberze, 

u pionego zakl ciem. Dalt, najemnik... je li si  zastanowi , jest tak e moim 

wujem... odjechał z Lukiem w nieznanym kierunku i celu, uprzednio spu ciwszy 

mu lanie na oczach dwóch armii w Ardenie. Miał paskudne zamiary co do 

Amberu, ale brakowało mu militarnej siły, by przedsi wzi  co  wi cej ni  

rzadkie partyzanckie ataki. Działał te  Ghostwheel, mój cybernetyczny krupier 

Atutów i drugorz dny półbóg, który zdawał si  ewoluowa  od umysłowo ci 

nierozwa nej i maniakalnej ku racjonalnej i paranoidalnej... i nie byłem pewien, 

dok d pod y dalej. Jednak okazywał przynajmniej odrobin  synowskiego 

szacunku zmieszanego z chwilowym tchórzostwem. 

      I to ju  mniej wi cej wszyscy. 

      Ale te ostatnie zjawy dowodziły chyba,  e do gry wł czyło si  jeszcze co , co 

chciało mnie poci gn  w całkiem innym kierunku. Ghost twierdził,  e jest silne. 

Nie domy lałem si  nawet, co wła ciwie reprezentuje. Nie miałem ochoty temu 

ufa . St d nasze nie najlepsze stosunki. 

      - Hej, mały! - dobiegł ze zbocza znajomy głos. - Trudno ci  znale . Cz sto 

zmieniasz miejsce pobytu. 

      Odwróciłem si  szybko, podbiegłem do wyj cia, spojrzałem w dół. 

      Samotna posta  wspinała si  po zboczu. Wysoki m czyzna. Co  błysn ło w 

okolicy jego szyi. Było za ciemno,  eby rozpozna  rysy twarzy. 

      Cofn łem si  o kilka kroków i rozpocz łem zakl cie, które miało odbudowa  

moje zniszczone bariery. 

      - Nie uciekaj! - krzykn ł. - Musz  z tob  pomówi ! 

      Osłona zaskoczyła na miejsce. Dobyłem miecza. Trzymałem go opuszczaj c 

kling , z prawej; kiedy si  odwróciłem, z otworu wej cia był całkiem niewidoczny. 

Rozkazałem Frakir,  eby zawisła niewidzialna na lewym przegubie. Druga zjawa 

była silniejsza od pierwszej i przebiła stref  obronn . Je li trzecia oka e si  

silniejsza od drugiej, b d  potrzebował ka dej broni, jaka mi si  trafi. 

      - Słucham? - zawołałem. - Kim jeste  i czego chcesz? 

      - Do diabła! - odpowiedziało widmo. - Nie jestem nikim szczególnym. Tylko 

twoim staruszkiem. Potrzebuj  pomocy i wol  zachowa  t  spraw  w rodzinie. 

      Dotarł do kr gu  wiatła z ogniska i musiałem przyzna ,  e jest doskonał  

background image

 

31 

imitacj  ksi cia Corwina z Amberu, mojego ojca. Kompletny, z czarnym 

płaszczem, butami i spodniami, szar  koszul , srebrnymi guzikami i klamr ... 

miał nawet srebrn  ró . I u miechał si  tak samo kpi co, jak czasem prawdziwy 

Corwin, gdy dawno temu opowiadał mi swoj  histori . Na ten widok co   cisn ło 

mnie w  oł dku. Chciałem pozna  go lepiej, ale znikn ł i nie umiałem go 

odszuka . A teraz ten stwór... czymkolwiek był... udawał takiego człowieka... 

Byłem bardziej ni  troch  zirytowany ewidentn  prób  gry na moich uczuciach. 

      - Pierwszy był fałszywy Dworkin - oznajmiłem. - Potem Oberon. Coraz ni ej 

schodzisz po drzewie genealogicznym. 

      Zmru ył oczy i zdziwiony pochylił lekko głow  - kolejny realistyczny 

manieryzm. 

      - Nie wiem, o czym mówisz, Merlinie - odparł. - Ja... 

      Wkroczył na chroniony obszar i drgn ł, jakby dotkn ł przewodu pod 

napi ciem. 

      - Niech to szlag! - burkn ł. - Nikomu nie ufasz, co? 

      - Rodzinna tradycja - wyja niłem. - Wzmocniona niedawnymi 

do wiadczeniami. 

      Byłem jednak troch  zdziwiony,  e ten kontakt nie zaowocował kolejnymi 

efektami pirotechnicznymi. Zastanawiałem si  równie , czemu jeszcze nie 

zmienia si  w szkielet. 

      Zakl ł znowu,  ci gn ł płaszcz, owin ł nim lewe rami ; prawa r ka si gn ła 

do dokładnej kopii pochwy mojego ojca. Srebrzyste ostrze wysun ło si  ze 

wistem i uniosło w gór , po czym opadło w sam o rodek bariery. Iskry strzeliły 

w półmetrowym rozbryzgu, a klinga zasyczała, jakby rozgrzana do czerwono ci 

trafiła w wod . Rozbłysn ł wzór na ostrzu, znowu trysn ły iskry - tym razem na 

wysoko  człowieka - i w tym momencie wyczułem,  e bariera pada. 

      Widmo wkroczyło. Odwróciłem si  i wysun łem miecz. Ale tamten, który 

wygl dał jak Grayswandir, opadł i wzniósł si  znowu,  ci gn ł moj  bro  na 

prawo i przesun ł si  w stron  piersi. Wykonałem prost  zasłon  kwart , ale 

tamten prze lizn ł si  pod ni  i nadal groził mi od zewn trz. Odparowałem 

sekst , ale jego ju  tam nie było. Ten atak był tylko zwodem. Upiór ruszył nisko. 

Odwróciłem si , odbiłem, a on przesun ł całe ciało na prawo, opu cił kling , 

zmienił uchwyt, lew  r k  przesun ł mi przed twarz . 

      Za pó no spostrzegłem,  e podnosi praw , si gaj c mi lew  za głow . R koje  

Grayswandira zmierzała wprost ku mojej szcz ce. 

      - Naprawd  jeste ... - zacz łem, a wtedy dotarła do celu. 

      Ostatnie, co zapami tałem, to srebrna ró a. 

      Oto  ycie: zaufaj komu , a zostaniesz zdradzony. Nie zaufaj, a sam siebie 

zdradzisz. Jak wi kszo  moralnych paradoksów, i ten stawia człowieka w 

pozycji nie do obrony. A było ju  za pó no na moje zwykłe rozwi zanie: nie 

mogłem zrezygnowa  z gry. 

      Ockn łem si  w ciemno ci. Ockn łem si  ostro ny i czujny. Jak zwykle, gdy 

jestem ostro ny i czujny, le ałem w absolutnym bezruchu, pozwalaj c płucom 

zachowa  naturalny rytm oddechu. I nasłuchiwałem. 

       adnego d wi ku. 

      Uchyliłem powieki. 

background image

 

32 

      Niepokoj ce wzory. Zamkn łem znowu. 

      Ciałem starałem si  wyczuwa  wibracje skalnej powierzchni, na której 

le ałem. 

       adnych wibracji. 

      Otworzyłem oczy i powstrzymałem odruch, by je zamkn . Uniosłem si  na 

łokciach, podci gn łem pod siebie kolana, wyprostowałem grzbiet i odwróciłem 

głow . Fascynuj ce. Nie pami tałem takiej dezorientacji od czasu, kiedy piłem w 

barze z Lukiem i Kotem z Cheshire. 

      Wokół nie dostrzegłem ani  ladu koloru. Wszystko było czarne, białe albo w 

odcieniach szaro ci. Jakbym znalazł si  na negatywie fotografii. To, co uznałem 

za sło ce, wisiało jak czarna dziura o kilka  rednic nad horyzontem, po prawej 

stronie. Niebo było bardzo ciemnoszare i płyn ły po nim hebanowe chmury. Moja 

skóra miała barw  atramentu. Za to skały pode mn  i dookoła, niemal 

przejrzyste, l niły kostn  biel . Wstałem powoli, rozejrzałem si . Tak. Grunt był 

rozjarzony, niebo ciemne, a ja stałem si  cieniem mi dzy nimi. To uczucie wcale 

mi si  nie podobało. 

      Powietrze było suche i chłodne. Stałem u podnó a ła cucha gór-albinosów, 

tak jaskrawych,  e nasuwało si  porównanie z Antarktyd . Ci gn ły si  po lewej 

stronie, coraz dalsze. Po prawej, gdzie tkwiło co , co wzi łem za poranne sło ce, 

góry, niskie i łagodne, opadały ku czarnej równinie. Pustynia? Musiałem unie  

dło  i osłoni  oczy przed... przed czym? Antyblaskiem? 

      - Szlag! - spróbowałem powiedzie  i natychmiast zauwa yłem dwie rzeczy. 

      Przede wszystkim słowo pozostało bezgło ne. Po drugie, szcz ka bolała mnie 

w miejscu, gdzie trafił cios ojca. Czy mo e jego kopii. 

      Raz jeszcze rozejrzałem si  w milczeniu. Wyj łem karty. Koniec zastrze e  co 

do wezwa . Wyszukałem Atut Ghostwheela i skoncentrowałem uwag . 

      Nic. Karta była całkiem martwa. Ale w ko cu to Ghost kazał mi siedzie  

cicho. Mo e po prostu odmawiał odpowiedzi na wezwanie. Przerzuciłem reszt  

talii. Zatrzymałem si  przy Florze. Zwykle nie odmawiała mi pomocy w trudnych 

chwilach. Studiowałem jej  liczn  buzi , słałem wezwanie... 

      Nie drgn ł nawet jeden z jej złotych loków. Nawet o jeden stopie  nie spadła 

temperatura Atutu. Karta pozostał kart . Spróbowałem mocniej, wymruczałem 

nawet zakl cie wspomagaj ce. Nikogo nie było w domu. 

      Zatem Mandor. Kilka minut po wi ciłem jego karcie, z takim samym 

wynikiem. Sprawdziłem Randoma. Jak wy ej. Benedykta i Juliana. Nic i nic... 

Potem jeszcze Fion , Luke'a i Billa Rotha. Trzy kolejne pora ki. Wyj łem nawet 

kilka Atutów Zguby, ale nie zdołałem dosi gn  Sfinksa ani budowli z ko ci na 

szczycie zielonej szklanej góry. 

      Zło yłem je, wło yłem do futerału i schowałem. Pierwszy raz od pobytu w 

kryształowej grocie miałem do czynienia z takim zjawiskiem. Z drugiej strony, na 

wiele sposobów mo na zablokowa  Aututy, a je li o mnie chodzi, w tej chwili był 

to problem czysto akademicki. Bardziej zale ało mi na zmianie otoczenia w 

bardziej przyjazne. Studia nad działaniem kart mog  odło y  na pó niej. 

      Ruszyłem przed siebie. Moje kroki były całkiem bezgło ne. Gdy kopn łem 

kamyk, nie słyszałem, jak odbija si  od skały. 

      Biel po lewej stronie, czer  po prawej. Góry albo pustynia. Pomaszerowałem 

background image

 

33 

w lewo. Nic si  nie poruszało oprócz czarnych, bardzo czarnych chmur. Po 

drugiej stronie ka dego głazu niemal o lepiaj cy obszar zwi kszonej jasno ci: 

zwariowane cienie w zwariowanej krainie. Skr t... jeszcze raz w lewo. Trzy kroki, 

potem omin  głaz. W gór . Przekroczy  grzebiet. Zej  w dół. Skr t w prawo. 

Wkrótce czerwone pasemko mi dzy skalami po lewej... 

      Nic. Mo e nast pnym razem... 

      Lekkie ukłucie w nosie.  adnej czerwieni. Dalej. 

      Szczelina po prawej, za nast pnym zakr tem... 

      Rozmasowałem skronie; zacz ły bole , kiedy nie pojawiła si   adna szczelina. 

Oddychałem z wysiłkiem i czułem krople potu na czole. 

      Szarozielone desenie i suche kwiatki, jasnoniebieskie, nisko pod tamtym 

rumowiskiem... 

      Lekki ból karku.  adnych kwiatków.  adnej szaro ci.  adnej zieleni. 

      W takim razie niech chmury si  rozst pi  i ciemno  sło ca zaleje ziemi ... 

      Nic. 

      ...I plusk płyn cej wody z małego potoku, w nast pnym  lebie. 

      Musiałem si  zatrzyma . Głowa pulsowała bólem, r ce mi dr ały. Dotkn łem 

skalnej  ciany po prawe stronie i wydała mi si  dostatecznie materialna. Bujna 

rzeczywisto . Dlaczego tak mi si  opiera? 

      I jak si  tutaj dostałem? 

      I gdzie jest tutaj? 

      Uspokoiłem si . Wyrównałem oddech, zebrałem siły. Ból głowy przycichł, 

odpłyn ł, znikn ł. 

      Ruszyłem dalej. 

      Pie ni ptaków i łagodny wietrzyk... Kwiat w w skiej szczelinie. 

      Nic. I pierwsze ukłucie powracaj cego oporu. 

      Pod wpływem jakiego czaru si  znalazłem,  e utraciłem zdolno  chodzenia w 

Cieniu? Nigdy nie przypuszczałem,  e mo na j  komu  odebra . 

      - To nie jest zabawne - spróbowałem powiedzie . - Kimkolwiek, czymkolwiek 

jeste , jak to zrobiłe ? Czego chcesz ? Gdzie si  chowasz? 

      I znowu nie usłyszałem niczego, a zwłaszcza odpowiedzi. 

      - Nie wiem, jak tego dokonałe . Ani dlaczego - my lałem, poruszaj c ustami. - 

Nie czuj ,  eby działał na mnie czar. Ale musiałem si  tu znale  z jakiego  

powodu. Bierz si  do dzieła. Powiedz, czego ode mnie chcesz. 

      Nada. 

      Szedłem dalej, bez przekonania próbuj c dokona  przeskoku w Cieniu. 

Równocze nie zastanawiałem si  nad sytuacj . Miałem uczucie,  e w całej tej 

sprawie nie dostrzegam czego  oczywistego. 

      ...I mały czerwony kwiatek pod skał , za najbli szym zakr tem. 

      Min łem ten zakr t i rósł tam mały czerwony kwiatek, który pod wiadomie 

stworzyłem. Podbiegłem, by go dotkn , przekona  si ,  e wszech wiat jest 

miejscem  yczliwym i merlinolubnym. 

      Potkn łem si  i upadłem, wznosz c chmur  pyłu. Podparłem si , wstałem, 

rozejrzałem si . Szukałem chyba z dziesi , mo e pi tna cie minut, ale nie 

mogłem znale  kwiatka. Wreszcie zakl łem i odwróciłem si . Nikt nie lubi, kiedy 

wszech wiat robi sobie z niego  arty. 

background image

 

34 

      Pod wpływem nagłego natchnienia przeszukałem kieszenie. Mo e mam 

jeszcze przy sobie cho by odprysk niebieskiego kamienia... Ta niezwykła zdolno  

rezonansu mogłaby jako  poprowadzi  mnie przez Cie  do ich  ródła. Ale nie. 

Nie pozostała nawet drobinka niebieskiego pyłu. Wszystko spocz ło w grobowcu 

mojego ojca. No tak... To pewnie byłoby zbyt proste wyj cie. 

      Co przeoczyłem? 

      Fałszywy Dworkin, fałszywy Oberon i człowiek, który twierdził,  e jest moim 

ojcem - wszyscy chcieli doprowadzi  mnie do jakiego  niezwykłego miejsca. 

Miałem wzi  udział w rodzaju dwóch Mocy, jak to sugerowało widmo Oberona. 

Widmo Corwina najwyra niej odniosło sukces, pomy lałem, rozcieraj c szcz k . 

Tylko co to za starcie? I jakich Mocy? 

      Ten niby-Oberon wspomniał co  o wyborze mi dzy i Chaosem i Amberem. 

Ale w tej samej rozmowie skłamał w kilku innych kwestiach. Do diabła z oboma! 

Nie prosiłem,  eby mnie wci gały do swoich sporów. Mam do  własnych 

problemów. Nie chciało mi si  nawet pozna  reguł tego, co si  rozgrywa. 

      Kopn łem biały kamyk i  ledziłem go wzrokiem. To wszystko nie sprawiało 

wra enia dzieła Jurta czy Julii. To albo jaki  nowy czynnik, albo stary, który 

dokonał znacz cej przemiany. Kiedy po raz pierwszy znalazł si  na scenie? 

Domy lałem si ,  e miał co  wspólnego z t  sił , która mnie szukała, kiedy 

spróbowałem dotrze  do Coral. Mogłem chyba zało y ,  e mnie znalazła i to 

wła nie jest rezultatem. Ale co to mo e by ? Po pierwsze, trzeba si  dowiedzie , 

gdzie le y Coral w tym swoim ognistym kr gu. Co  stamt d doprowadziło mnie 

do obecnego poło enia. Gdzie zatem? Poprosiła Wzorzec, by posłał j  tam, gdzie 

powinna si  znale ... W tej chwili nie mogłem go raczej zapyta , gdzie 

mianowicie. I nie mogłem po przej ciu nakaza ,  eby posłał mnie za ni . 

      Nadeszła wi c chwila, by podda  parti  i wypróbowa  inne metody 

rozwi zywania problemu. W Atutach trzasn ł jaki  obwód, a zdolno  w drówki 

przez Cie  została tajemniczo zablokowana. Postanowiłem,  e czas ju  zmieni  

rozkład sił o rz d wielko ci na moj  korzy . Przywołam Znak Logrusu i b d  

zmieniał cienie, ka dy swój krok wspomagaj c pot g  Chaosu. 

      Frakir wci ła mi si  w nadgarstek. Poszukałem nadci gaj cych zagro e , ale 

niczego nie zauwa yłem. Jeszcze przez par  minut rozgl dałem si  czujnie po 

okolicy. Jednak nic si  nie stało, a Frakir znieruchomiała. 

      To ju  nie pierwszy raz jej system alarmowy reagował niewła ciwie - czy to z 

powodu jakiego  zabł kanego powiewu astralnego, czy te  mojej własnej 

przypadkowej my li. Jednak w takim miejscu nie wolno ryzykowa . 

      Najwy szy stos głazów w pobli u si gał pi tnastu, mo e dwudziestu metrów i 

wyrastał na zboczu o jakie  sto kroków w gór , po lewej stronie. Dotarłem tam i 

rozpocz łem wspinaczk . 

      W ko cu stan łem na kredowym szczycie. St d mogłem obserwowa  okolic  

na spor  odległo  i we wszystkich kierunkach.  adnego  ywego stworzenia nie 

dostrzegłem w tym niezwykłym uniwersum jin-jang. 

      Uznałem,  e to fałszywy alarm, i zszedłem na dół. Raz jeszcze si gn łem 

my l , przywołuj c Logrus, a Frakir prawie odci ła mi r k . Do diabła! 

Zignorowałem j  i posłałem wezwanie. 

      Znak Logrusu wyrósł i pomkn ł ku mnie. Zata czył jak motyl i uderzył jak 

background image

 

35 

ci arówka.  wiat filmowego negatywu odpłyn ł, zmieniaj c si  z czarno-białego 

w czarny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

36 

Rozdział 4

 

 

Dochodziłem do siebie. 

      Głowa mnie bolała i m czyło uczucie,  e w ustach mam pełno piasku. Le ałem 

twarz  w dół. Pami  przebiła si  jako  przez korki na trasie i wróciła do domu; 

otworzyłem oczy. Dookoła wszystko ci gle było czarne, białe i szare. Wyplułem 

piasek, przetarłem oczy, zamrugałem. Znaku Logrusu nie było i nie potrafiłem 

wytłumaczy  tego, co ostatnio zaszło mi dzy nami. 

      Usiadłem i obj łem r kami kolana. Utkn łem tutaj, skoro zostały 

zablokowane wszelkie nadprzyrodzone metody podró y i porozumiewania. Nie 

miałem lepszego pomysłu ni  wsta , wybra  dowolny kierunek i ruszy . 

      Zadr ałem. Gdzie mnie to doprowadzi? Przez dalszy ci g tego samego 

monotonnego pejza u? 

      Rozległ si  cichy d wi k - jakby kto  delikatnie odchrz kn ł. 

      W jednej chwili byłem na nogach i po drodze w gór  rozgl dałem si  na 

wszystkie strony. 

      Kto tam?, zapytałem w my lach, rezygnuj c z artykulacji głosowej. 

      Miałem wra enie,  e znowu to słysz . Całkiem blisko. 

      Wreszcie... 

      Mam dla ciebie wiadomo , co  zdawało si  mówi  w mojej głowie. 

      Co? Gdzie jeste ? Wiadomo ? próbowałem pyta . 

      Przepraszam, dobiegł stłumiony głos. Nie mam do wiadczenia. Odpowiadaj c po 

kolei, jestem tam, gdzie zawsze byłam: na twoim przegubie. A kiedy Logrus 

przeleciał t dy, wzmocnił mnie dodatkowo,  ebym mogła przekaza  wiadomo . 

      Frakir? 

      Tak. Pierwsze udoskonalenie, tego dnia, kiedy przeniosłe  mnie przez Logrus, 

dawało wra liwo  na niebezpiecze stwo, zdolno  ruchu, odruchy walki i 

ograniczon   wiadomo . Tym razem Logrus doło ył bezpo redni  my low  

komunikacj  i poszerzył moj  ja  tak, bym mogła przekazywa  wiadomo ci. 

      Dlaczego? 

      Spieszył si . Mógł zosta  w tym miejscu tylko mgnienie, i tylko w ten sposób mógł 

da  ci zna , co si  dzieje. 

      Nie wiedziałem,  e Logrus jest  wiadomy. 

      Nast piło co  jakby parskni cie. 

      Trudno sklasyfikowa  inteligencj  tego rz du. Przypuszczam,  e na ogół nie ma 

wiele do powiedzenia, nadeszła odpowied  Frakir. Swoj  energi  wykorzystuje w 

innych obszarach. 

      W takim razie, czemu zjawił si  tutaj i tak mi przyło ył? 

      Nieumy lnie. To efekt uboczny mojego udoskonalenia, kiedy zrozumiał,  e 

jestem jedynym  rodkiem przekazania ci czego  wi cej ni  kilku słów czy obrazów. 

      Dlaczego miał tak mało czasu? zdziwiłem si . 

      Taka jest natura tej krainy, le cej pomi dzy cieniami, niemal niedost pnej 

zarówno dla Logrusu, jak i Wzorca. 

      Co  w rodzaju strefy zdemilitaryzowanej? 

      Nie, to nie chodzi o zawieszenie broni. Po prostu jakakolwiek manifestacja tutaj 

jest niezwykle trudna... dla nich obu. Dlatego wła nie praktycznie nic si  tutaj nie 

background image

 

37 

zmienia. 

      Nie mog  tutaj si gn ? 

      Mniej wi cej o to wła nie chodzi. 

      Jak to si  stalo,  e nigdy o tym nie słyszałem? 

      Prawdopodobnie dlatego,  e nie jest łatwo tu trafi . 

      A wi c jaka to wiadomo ? 

      W głównych zarysach:  eby  - póki tu jeste  - nie próbował wi cej wzywa  

Logrusu. Ten region jest o rodkiem silnie zakłócaj cym. Trudno przewidzie , w 

jakiej formie nast pi manifestacja przesyłanej energii. Mo e stanowi  dla ciebie 

zagro enie. 

      Rozmasowałem pulsuj ce bólem skronie. Przynajmniej co  odwróciło moj  

uwag  od bol cej szcz ki. 

      No dobrze, zgodziłem si . Wiesz mo e, co powinienem robi ? 

      Tak. To jest próba. Nie wiem, czego. 

      Czy mam wybór? 

      O co ci chodzi? 

      Czy mog  odmówi  udzialu? 

      Przypuszczam,  e tak. Ale wtedy nie wiem, jak si  st d wydostaniesz. 

      Czyli - je li przyst pi  do gry - na ko cu zostan  uwolniony z tego miejsca? 

      Je li nadal b dziesz  ył, tak. A s dz ,  e nawet je li nie. 

      Czyli wła ciwie nie mam wyboru. 

      Otrzymasz mo liwo  wyboru. 

      Kiedy? 

      Gdzie  po drodze. Nie wiem gdzie. 

      Dlaczego zwyczajnie nie powtórzysz mi wszystkich instrukcji? 

      Nie mog . Nie wiem, co tu mam. To wypływa tylko w reakcji na pytanie albo 

sytuacj . 

      Czy nie utrudnia to wykonywania twojej głównej funkcji, to znaczy duszenia? 

      Nie powinno. 

      To przynajmniej co . Dobrze. Czy wiesz, co powinienem teraz robi ? 

      Tak. Powiniene  wspi  si  na najwy szy szczyt po lewej stronie. 

      Który...? A tak, to chyba tamten, uznałem, spogl daj c na wyłamany kieł z 

białego kamienia. 

      Ruszyłem w tamt  stron  po coraz bardziej stromym zboczu. Czarne sło ce 

wznosiło si  wci  wy ej w szaro . Niesamowita cisza trwała. 

      Hm... Czy wiesz mo e, co znajdziemy, kiedy ju  dotrzemy do celu? spróbowałem 

zwróci  si  do Frakir. 

      Jestem pewna,  e posiadam t  informacj , nadeszła odpowied . Ale nie s dz , by 

była osi galna, póki nie znajdziemy si  we wła ciwym miejscu. 

      Mam nadziej ,  e si  nie mylisz. 

      Ja te . 

      Droga była wci  bardziej stroma. Nie mogłem precyzyjnie okre li  czasu, ale 

zdawało mi si ,  e min ła co najmniej godzina, nim opu ciłem podnó e gór i 

zacz łem si  wspina  na biały szczyt. Nie widziałem  adnych  ladów stóp ani 

innych oznak  ycia, jednak kilkakrotnie trafiałem na drugie odcinki naturalnych 

z pozoru  cie ek, prowadz cych w gór  po tej wyblakłej skale. Straciłem jeszcze 

background image

 

38 

kilka godzin, nim j  pokonałem; sło ce dotarło do zenitu i zacz ło opada  poza 

wierzchołek, ku zachodowi. Irytuj ce,  e nie mogłem gło no zakl . 

      Sk d mam pewno ,  e jeste my po wła ciwej stronie góry? Albo zmierzamy we 

wła ciwym kierunku? zapytałem. 

      Kierujesz si  w odpowiedni  stron , zapewniła Frakir. 

      Ale nie wiesz, jak to jeszcze daleko? 

      Nie. Ale rozpoznam nasz cel, kiedy go zobacz . 

      Ju  niedługo sło ce schowa si  za wierzchołek. Czy zobaczysz wtedy cokolwiek, 

eby to rozpozna ? 

      Wydaje mi si ,  e niebo tu si  rozja nia, kiedy zachodzi sło ce. Przestrze  

negatywna jest do  zabawna pod tym wzgl dem. W ka dym razie zawsze co  jest 

ciemne, a co  jasne. Potrafi  rozpozna . 

      Masz poj cie, co tu wła ciwie robimy? 

      To chyba jedna z tych bezsensownych misji. 

       cigamy wizj ? Czy szukamy czego  praktycznego? 

      Jak rozumiem, wszystkie takie misje dotycz  obu tych rzeczy jednocze nie... Ale 

mam wra enie,  e nasza koncentruje si  raczej na drugim. drugiego przegubu 

jednak, cokolwiek napotkasz pomi dzy cieniami, zawiera prawdopodobnie elementy 

alegoryczne, symboliczne... cały ten chłam, jaki ludzie wrzucaj  do nie wiadomej 

cz ci swojej ja ni. 

      Inaczej mówi c, ty te  nie wiesz. 

      Nie na pewno. Ale przecie  zgadywaniem zarabiam na  ycie. 

      Si gn łem jak najwy ej, złapałem kraw d  i podci gn łem si  na półk . 

Szedłem ni  kawałek, potem znowu wspi łem si  wy ej. 

      Sło ce skryło si , ale nie utrudniało to widzenia. Ciemno  i  wiatło zamieniły 

si  miejscami. 

      Wdrapałem si  na pi cio czy sze ciometrowe wypi trzenie i wreszcie mogłem 

spojrze  na zasłoni ty wcze niej obszar. W górskim zboczu dostrzegłem otwór. 

Raczej nie nazwałbym go jaskin , gdy  sprawiał wra enie wydr onego 

sztucznie. Wygl dał jakby wyrze biono go w formie łukowego portalu, i był do  

du y, by przepu ci  człowieka na koniu. 

      I co powiesz?, rzuciła Frakir, poruszaj c si  lekko na nadgarstku. To jest to. 

      Co? zapytałem. 

      Pierwszy przystanek, wyja niła. Masz si  tu zatrzyma  i co  załatwi . Dopiero 

potem ruszysz dalej. 

      To znaczy co? 

      Najlepiej wejd  tam i sam zobacz. 

      Wci gn łem si  na kraw d , wstałem i ruszyłem przed siebie. Szeroki portal 

zalany był  wiatłem nie padaj cym z  adnego konkretnego  ródła. Zawahałem si  

w progu i ostro nie zajrzałem do  rodka. 

      Wygl dało to jak typowa kaplica. Był niewielki ołtarz, na nim para  wiec w 

migotliwych aureolach czerni. Wykute w  cianach kamienne ławy. Naliczyłem 

pi  wyj , nie licz c tego, w którym stałem: trzy w  cianie naprzeciw, jedno po 

prawej i jedno po lewej. Po rodku komory le ały dwa stosy pancerzy i 

uzbrojenia. Nie dostrzegłem  adnych symboli  wiadcz cych o reprezentowanej tu 

religii. 

background image

 

39 

      Wszedłem. 

      Co mam zrobi ?, zapytałem. 

      Masz zosta  na stra y, przez cał  noc pilnuj c swojej zbroi. 

      Nie  artuj, mrukn łem, przygl daj c si  blachom. Po co? 

      Nie otrzymałam takiej informacji. 

      Podniosłem zdobiony, biały napier nik. Wygl dałbym w nim jak Sir Galahad. 

Był chyba dokładnie mojego rozmiaru. Pokr ciłem głow  i odło yłem go. 

Przeszedłem do s siedniego stosu i zbadałem bardzo dziwaczn  r kawic . 

Rzuciłem j  natychmiast i przeszukałem pozostałe cz ci. Takie same. Te  jakby 

dla mnie robione. Ale... 

      O co chodzi, Merlinie? 

      Ta biała zbroja, wyja niłem, idealnie pasowałaby na mnie w tej chwili. Ta druga 

to pewnie typ u ywany w Dworcach. Wygl da, jakby pasowała na mnie po 

przekształceniu w posta  Chaosu. Ka dy z tych zestawów byłby odpowiedni, zale nie 

od okoliczno ci. Ale mog  u ywa  tylko jednego naraz. Którego mam pilnowa ? 

      S dz ,  e to jest wła nie klucz całej tej sprawy. Powiniene  chyba wybra . 

      Oczywi cie! Pstrykn łem palcami. Nie usłyszałem niczego. Ale  jestem t py, 

skoro powróz do duszenia musi mi wszystko tłumaczy . 

      Opadłem na kolana i zgarn łem obie zbroje w jedn  nieforemn  stert . 

      Je li musz , oznajmiłem, b d  strzegł obu. Nie chc  stawa  po  adnej stronie. 

      Mam przeczucie,  e komu  si  to nie spodoba, uprzedziła Frakir. 

      Powiedz mi, o co chodzi z t  stra ? zainteresowałem si . Co wła ciwie mam 

robi ? 

      Powiniene  siedzie  tu cał  noc i strzec zbroi. 

      Przed czym? 

      Chyba przed tym, co mogłoby je sobie przywłaszczy . Mocami Porz dku... 

      ...albo Choasu. 

      Tak, rozumiem. Zgarn łe  je razem. Cokolwiek mo e si  tu zjawi ,  eby porwa  

kawałek. 

      Usiadłem na ławie przy  cianie w gł bi kaplicy, pomi dzy dwoma otworami 

korytarzy. Przyjemnie było odpocz  po długiej wspinaczce. Wci  n kały mnie 

pytania bez odpowiedzi.. 

      Wreszcie, po długim czasie... 

      A co ja b d  z tego miał?, zapytałem. 

      Nie rozumiem. 

      Powiedzmy,  e przesiedz  tu cał  noc, wpatrzony w t  kup  złomu. Mo e nawet 

co  si  tu zjawi i spróbuje j  zgarn . Przypu my,  e pokonam to co . Nadchodzi 

ranek, zbroje le , ja siedz . Co wtedy? Co na tym zyskam? 

      Wtedy zakładasz swoj  zbroj , chwytasz za bro  i ruszasz do nast pnego etapu. 

      Stłumiłem ziewni cie. 

      Wiesz co? Chyba nie mam ochoty na te pancerze, stwierdziłem. Nie lubi  zbroi, 

a własny miecz zupełnie mi wystarczy. 

      Poło yłem dło  na r koje ci. Była troch  dziwna w dotyku, ale w ko cu ja te  

dziwnie si  czułem. 

      A mo e zostawimy ten stos i od razu przejdziemy dalej? Jaki jest ten nast pny 

etap? 

background image

 

40 

      Nie jestem pewna. Logrus przekazał mi informacje w taki sposób,  e we 

wła ciwej chwili jakby wypływaj  na powierzchni . Nie wiedziałam nawet o tej 

grocie, póki nie zobaczyłam wej cia. 

      Przeci gn łem si  i skrzy owałem r ce na piersi. Oparłem plecy o  cian . 

Wysun łem nogi, zakładaj c jedn  na drug . 

      Czyli utkwili my tutaj do czasu, a  co  si  zdarzy albo znowu doznasz 

natchnienia? 

      Zgadza si . 

      Obud  mnie, kiedy ju  b dzie po wszystkim, poprosiłem i zamkn łem oczy. 

      W tej samej chwili nast pił silny, niemal bolesny ucisk nadgarstka. 

      Chwileczk ! Nie wolno ci tego robi !, o wiadczyła Frakir. Cała rzecz w tym,  e 

siedzisz przez cał  noc i pilnujesz. 

      To bardzo głupi pomysł, odparłem. Odmawiam przyst pienia do takiej 

bezsensownej zabawy. Je li kto  chce zabra  ten złom, dostanie go za dobr  cen . 

      Prosz  bardzo.  pij, je li chcesz. A je eli co  si  zjawi i uzna,  e na pocz tek 

lepiej usun  ci  ze sceny? 

      Po pierwsze nie wierz  w czyje  zainteresowanie tym stosem  redniowiecznego 

miecia, nie mówi c ju  o ch ci jego posiadania. A po ostatnie, to twoje zadanie 

ostrzega  mnie przed zagro eniem. 

      Aye, aye, kapitanie. Ale to niezwykłe miejsce. A je li przyt piło moj  wra liwo ? 

      Teraz mówisz z sensem, przyznałem. S dz ,  e w takim wypadku b dziesz 

musiała improwizowa . 

      Zapadłem w drzemk .  niło mi si ,  e stoj  w magicznym kr gu, a ró ne 

rzeczy usiłuj  si  do mnie przedosta . 

      Kiedy jednak dotykały bariery, ulegały przemianie w postacie z patyczków, 

szybko znikaj ce kartonowe figurki. Za wyj tkiem Corwina z Amberu, który 

u miechn ł si  lekko i pokr cił głow . 

      - Pr dzej czy pó niej b dziesz musiał wyj  na zewn trz - stwierdził. 

      - W takim razie lepiej pó niej - odparłem. 

      - A wszystkie problemy b d  na ciebie czekały dokładnie tam, gdzie je 

zostawiłe . Kiwn łem głow . 

      - Za to ja b d  wypocz ty - stwierdziłem. 

      - Czyli to równa zamiana. Powodzenia. 

      - Dzi ki. 

      Sen rozpadł si  w losowe obrazy. Pami tam chyba,  e troch  pó niej stałem na 

zewn trz kr gu i próbowałem wymy li  jaki  sposób,  eby wróci  do  rodka... 

      Nie jestem pewien, co mnie obudziło. Z pewno ci  nie  aden hałas. Jednak 

nagle byłem całkiem przytomny. Poderwałem si , a pierwsz  rzecz , jak  

zobaczyłem, był karzeł z plamist  cer , z dło mi przy szyi, skr cony i le cy 

nieruchomo obok stosu pancerzy. 

      - Co si  dzieje? - próbowałem zapyta . 

      Nie było odpowiedzi. 

      Podszedłem i przykl kn łem obok tego malucha z szerokimi barami. Palcami 

szukałem t tnicy szyjnej; nie znalazłem. Wtedy wła nie wyczułem mrowienie 

nadgarstka i Frakir - na przemian widoczna i niewidzialna - wróciła i dotkn ła 

mojej r ki. 

background image

 

41 

      Ty go zlikwidowała ?, spytałem. 

      Wyczułem delikatn  pulsacj . 

      Samobójcy nie dusz  si  sami, odpowiedziała. 

      Dlaczego mnie nie obudziła ? 

      Potrzebowałe  odpoczynku, a to nie była trudna sprawa. Jednak nasza empatia 

jest zbyt silna. Przepraszam,  e ci  zbudziłam. 

      Przeci gn łem si . 

      Jak długo spałem? 

      Moim zdaniem kilka godzin. 

      Troch  mi przykro z jego powodu, wyznałem. To  elastwo nie jest warte czyjego  

ycia. 

      Teraz ju  jest, zauwa yła Frakir. 

      Fakt. Kiedy kto  oddał  ycie za te zbroje, wiesz ju , co mamy robi  dalej? 

      Sprawy nieco si  rozja niły, ale nie do ,  eby podj  działanie. Musimy tu zosta  

do rana. Wtedy uzyskam pewno . 

      Czy twoje informacje mówi  co  o  ywno ci i napojach w najbli szej okolicy? 

      Tak. Za ołtarzem powinien sta  dzban wody. Tak e bochenek chleba. Ale to na 

rano. Przez cał  noc powiniene  po ci . 

      Tylko je li potraktuj  to wszystko powa nie, odparłem, zawracaj c w stron  

ołtarza. 

      Zrobiłem dwa kroki, kiedy  wiat zacz ł si  rozpada . Posadzka kaplicy 

zadygotała i usłyszałem pierwsze d wi ki od chwili przybycia - gł boki huk i 

zgrzyt, dobiegaj cy z gł bin ziemi. Horda o lepiaj cych intensywno ci  barw 

błysn ła w powietrzu w tym pozbawionym kolorów  wiecie. Potem barwy 

znikn ły, a komora podzieliła si . W pobli u łukowego otworu wej cia biel stała 

si  tak jaskrawa,  e musiałem dło mi osłoni  oczy. Naprzeciw zapadła absolutna 

ciemno , kryj ca trzy wyj cia. 

      Co... to jest?, spytałem. 

      Co  strasznego, odpowiedziała Frakir. Przekracza moje zdolno ci rozpoznania. 

      Chwyciłem r koje  miecza u pasa i przejrzałem zakl cia, jakie miałem 

jeszcze zawieszone. Nim zd yłem dokona  czego  wi cej, kaplic  wypełniła 

czyja  straszliwa obecno . Wydawała si  tak pot na,  e poczułem, i  dobywanie 

miecza czy recytowanie zakl cia b dzie działaniem wyj tkowo niepolitycznym. 

      Zwykle przywołałbym Znak Logrusu, ale to wyj cie te  zostało przede mn  

zamkni te. Spróbowałem odchrz kn , jednak nie dobiegł  aden d wi k. Potem 

dostrzegłem ruch w samym sercu  wiatła, zlewanie... 

      Posta  Jednoro ca nabrała kształtu w ród bieli, niczym płon cy łun  Tygrys 

Blake'a. Jego obraz sprawiał taki ból,  e musiałem odwróci  wzrok. 

      Przeniosłem spojrzenie w bezdenn , lodowat  czer , ale i tam oczy nie 

zaznały odpoczynku. Co  poruszyło si  w ciemno ci i dobiegł kolejny d wi k - 

szelest, jakby metalu sun cego po kamieniu. A potem gło ny syk. Raz jeszcze 

zadr ała ziemia. Wygi te linie popłyn ły do przodu. Zanim jeszcze blask 

Jednoro ca wytrawił swe pi tno w nieprzeniknionym mroku, zrozumiałem,  e 

widz  tam głow  ogromnego w a, który wpełzł cz ciowo do kaplicy. Wbiłem 

spojrzenie w punkt mi dzy nimi, jedynie k tem oka obserwuj c obie bestie. To 

lepiej, ni  patrze  wprost na któr  z nich. Czułem,  e mi si  przygl daj  - 

background image

 

42 

Jednoro ec Porz dku i W  Chaosu. Nie było to przyjemne uczucie. Cofałem si , 

a  poczułem za plecami ołtarz. 

      Wsun ły si  nieco dalej. Jednoro ec opu cił głow , kieruj c swój róg prosto 

na mnie. J zyk W a wyskakiwał z paszczy w moj  stron . 

      - Ehm... Je li które  z was chciałoby te zbroje... - zaryzykowałem. - Nie b d  

si  sprzeciwiał... 

      W  zasyczał, a Jednoro ec uniósł kopyto i pozwolił mu opa . Posadzka 

p kła, a w ska szczelina pomkn ła ku mnie niby zygzak czarnej błyskawicy. 

Zatrzymała si  u moich stóp. 

      - Z drugiej strony - dodałem - absolutnie nie zamierzałem urazi  Waszych 

Eminencji swoj  ofert ... Niewła ciwa wypowied ... znowu, wtr ciła słabo Frakir. 

      To powiedz, co jest wła ciwe, poprosiłem, próbuj c my lowego sotto voce. 

      Ja nie... Och! 

      Jednoro ec stan ł d ba; W  podniósł łeb. Opadłem na kolana i odwróciłem 

głow  - ich spojrzenia wzbudzały fizyczny ból. Dr ałem cały i zacz ły mi dr twie  

wszystkie mi nie. 

      Sugeruje si , wyrecytowała Frakir,  eby  prowadził t  gr  zgodnie z ustalonymi 

regułami. 

      Nie wiem, jaki metal przenikn ł mój kr gosłup. Ale podniosłem głow  i 

spojrzałem najpierw na W a, potem na Jednoro ca. Oczy łzawiły mi i piekły, 

jakbym patrzył prosto w sło ce, ale jako  wykonałem ten gest. 

      - Mo ecie mnie zmusi  do gry - o wiadczyłem. - Ale nie mo ecie zmusi  do 

dokonania wyboru. Sam kieruj  swoj  wol . B d  przez cał  noc strzegł tych 

zbroi, jak mi nakazano. Rankiem odejd  st d bez pancerza... poniewa  

zdecydowałem go nie nosi . 

      Bez niego mo esz zgin , zakomunikowała Frakir, jakby tłumaczyła. 

      Wzruszyłem ramionami. 

      - Je li mam wybiera , to postanawiam nie przedkłada   adnego z was przed 

drugiego. 

      Owiał mnie wiatr gor cy i zimny zarazem, niczym westchnienie kosmosu. 

      Dokonasz wyboru, przekazała Frakir. Czy b dziesz tego  wiadom czy nie. Ka dy 

wybiera. Ciebie prosi si  tylko, aby  swój wybór sformalizował. 

      Co czyni mnie takim wyj tkowym? Znowu ten wiatr. 

      Twoje jest podwójne dziedzictwo, poł czone z wielk  moc . 

      Nigdy nie pragn łem, by jeden z was został moim wrogiem - stwierdziłem.  

      To nie wystarczy. 

      - W takim razie zniszczcie mnie teraz.  

      Gra ju  si  toczy. 

      Zatem bierzmy si  do roboty. 

      Nie jeste my zadowoleni z twojej postawy. 

      I nawzajem - doparłem. 

      Grom zahuczał tak,  e straciłem przytomno . Czułem,  e mog  sobie 

pozwoli  na całkowit  szczero , poniewa  miałem silne wra enie,  e nie tak 

łatwo znale  uczestnika tej gry. 

      Obudziłem si  rozci gni ty na stosie nagolenników, półpancerzy, r kawic, 

hełmów i innych zabawnych przedmiotów podobnego charakteru. Wszystkie 

background image

 

43 

posiadały ostre kanty albo wyst py, z których wi kszo  wbijała si  we mnie. 

U wiadamiałem to sobie stopniowo, poniewa  zdr twiałem w wielu istotnych 

miejscach. 

      Cze , Merlinie. 

      Frakir, ucieszyłem si . Długo byłem wył czony? 

      Nie wiem. Sama dopiero doszłam do siebie. 

      Nie wiedziałem,  e mo na znokautowa  kawałek sznura. 

      Ja te  nie. Jeszcze nigdy mi si  to nie zdarzyło. 

      W takim razie inaczej sformułuj  pytanie: domy lasz si , jak długo byli my 

wył czeni? 

      Mam wra enie,  e dosy  długo. Daj mi spojrze  na wyj cie, to mo e potrafi  

odpowiedzie  dokładniej. 

      Podniosłem si  wolno, nie zdołałem usta , upadłem. Poczołgałem si  do 

otworu, zauwa aj c po drodze,  e w stercie uzbrojenia nie brakuje niczego. 

Posadzka rzeczywi cie p kła. I rzeczywi cie martwy karzeł le ał w tylnej cz ci 

kaplicy. 

      Spojrzałem na jasne niebo zarzucone czarnymi punktami. 

      I co?, zapytałem po chwili. 

      Je li oceniam prawidłowo, wkrótce nastanie  wit. 

      Przed  witem zawsze najja niej, co? 

      Co  w tym rodzaju. 

      Nogi zamrowiły, gdy powracał obieg krwi. Wstałem z wysiłkiem i oparłem si  

o  cian . 

      Jakie  nowe instrukcje? 

      Jeszcze nic. Mam przeczucie,  e nadejd  o wschodzie sło ca. 

      Zatoczyłem si  do najbli szej ławy i opadłem. 

      Je li teraz co  nadejdzie, mam do obrony tylko do  dziwaczny zestaw czarów. 

Spanie na zbroi wywołuje pewne dolegliwo ci. Jest prawie tak niewygodne, jak 

spanie w zbroi. 

      Rzu  mnie na nieprzyjaciela, a przynajmniej zyskam dla ciebie troch  czasu. 

      Dzi ki. 

      Jak daleko w przeszło  si gasz pami ci ? 

      Chyba do czasów, kiedy byłem małym chłopcem. Czemu pytasz? 

      Ja pami tam wra enia od chwili, kiedy pierwszy raz zostałam o ywiona, jeszcze 

przez Logrus. Ale wszystko, a  do naszego tu przybycia, przypomina sen. Tylko 

reagowałam na  ycie. 

      Wielu ludzi zachowuje si  podobnie. 

      Naprawd ? Przedtem nie mogłam my le  ani si  porozumiewa . 

      Fakt. 

      My lisz,  e to potrwa dłu ej? 

      Nie rozumiem. 

      Mo e to tylko stan przej ciowy? Mo e uzyskałam  wiadomo , aby radzi  sobie w 

szczególnych okoliczno ciach, jakie czekaj  nas w tym miejscu? 

      Nie wiem, Frakir, odparłem, masuj c lew  łydk . To mo liwe. Przyzwyczajasz 

si  do nowych mo liwo ci? 

      Tak. To chyba nierozs dne. Jak mo na martwi  si  o co , czego nie b dzie mi 

background image

 

44 

brakowało, kiedy zniknie? 

      Dobre pytanie, a ja nie znam odpowiedzi. Mo e i tak zyskałaby   wiadomo ? 

      Nie przypuszczam. Ale to mo liwe. 

      Boisz si  regresji? 

      Tak. 

      Co  ci powiem. Zostawi  ci  tutaj, kiedy znajdziemy wyj cie. 

      Nie mog  zosta . 

      Dlaczego nie? Owszem, czasami si  przydajesz, ale w ko cu sam potrafi  o siebie 

zadba . Teraz, kiedy jeste   wiadoma, powinna  mie  własne  ycie. 

      Ale jestem dziwol giem. 

      Jak my wszyscy. Chc  tylko,  eby  wiedziała,  e rozumiem i zgadzam si . 

      Zacisn ła si  na moment i umilkła. 

      Chciałbym tak si  nie ba  picia wody. 

      Siedziałem tam prawie godzin . Analizowałem wszystko, co mi si  ostatnio 

wydarzyło. Szukałem jakich  wzorców, wskazówek. 

      Chyba słysz  twoje my li, odezwała si  nagle Frakir. I zdaje si ,  e mam wa n  

informacj . 

      Tak? Co takiego? 

      Ten, który ci  tu sprowadził... 

      To co , co wygl dało jak mój ojciec? 

      Tak. 

      Co z nim? 

      Był inny ni  obaj wcze niejsi go cie. Był człowiekiem. Oni nie. 

      Chcesz powiedzie ,  e naprawd  mógł by  Corwinem? 

      Nigdy go nie spotkałam, wi c nie wiem. Ale nie był takim konstruktem jak tamci. 

      Wiesz, czym byli? 

      Nie. Ale dostrzegłam w nich pewn  niezwykł  cech  i zupełnie jej nie rozumiem. 

      Pochyliłem si  i rozmasowałem skronie. Kilka razy odetchn łem gł boko. W 

gardle mi zaschło i bolały wszystkie mi nie. 

      Mów. Czekam. 

      Nie bardzo potrafi  to wytłumaczy , stwierdziła Frakir. Ale jeszcze w 

przed wiadomych czasach nierozs dnie nosiłe  mnie na r ku, kiedy przechodziłe  

Wzorzec. 

      Pami tam. Po twojej reakcji bardzo długo miałem w tym miejscu blizn . 

      Niełatwy jest kontakt tworów Chaosu i tworów Porz dku. Jako  prze yłam. I 

zarejestrowałam to do wiadczenie w pami ci. Otó  postacie Dworkina i Oberona, 

które odwiedziły ci  w tej jaskini... 

      Tak? 

      Pod ich pozornym człowiecze stwem pulsowały pola energii zamkni te w 

geometrycznych strukturach. 

      Przypomina to rodzaj animacji komputerowej. 

      Mo e to co  podobnego. Trudno powiedzie . 

      A mój ojciec nie był taki? 

      Nie. Ale nie do tego zmierzam. Rozpoznałam  ródło. 

      Skupiłem si . 

      To znaczy? 

background image

 

45 

      Te wiry... geometryczne konstrukcje, na których opierały si  obie postacie... to 

reprodukcje fragmentów Wzorca Amberu. 

      Nie mylisz si ? 

      Nie. Braki w  wiadomo ci nadrabiam pami ci . Obie figury były 

trójwymiarowymi konstrukcjami elementów Wzorca. 

      Po co Wzorzec miałby korzysta  z takich wizerunków,  eby mnie podej ? 

      Jestem tylko skromnym narz dziem mordu. Rozumowanie nie jest na razie moj  

mocn  stron . 

      Skoro w spraw  zamieszane s  Jednoro ec i W , to przypuszczam,  e Wzorzec 

tak e. 

      Wiemy,  e Logrus tak. 

      Miałem te  uczucie,  e Wzorzec wykazał swoj   wiadomo  tego dnia, kiedy 

przeszła go Coral. Przypu my,  e tak jest i dodajmy jeszcze zdolno  budowania 

takich konstruktów... Czy chciał,  eby wła nie tu mnie doprowadziły? Czy raczej 

Corwin przeniósł mnie w inne miejsce? I czego chce ode mnie Wzorzec? A czego 

mój ojciec? 

      Zazdroszcz  ci umiej tno ci wzruszania ramionami, odparła Frakir. Zakładam, 

e s  to, jak to okre lasz, pytania retoryczne. 

      Raczej tak. 

      Zaczynaj  do mnie dociera  informacje innego typu. Zakładam wi c,  e noc 

dobiega ko ca. 

      Poderwałem si . 

      Czy to znaczy,  e mog  ju  je ? I pi ? 

      Chyba tak. Ruszyłem jak najszybciej. 

      Wprawdzie nie znam si  na tych sprawach, ale zastanawiam si , czy takiego 

skakania przez ołtarz nie mo na uzna  za dowód braku szacunku, zauwa yła 

Frakir. 

      Czarne płomienie zamigotały, kiedy przemkn łem mi dzy nimi. 

      Do diabła! Nie wiem nawet, czyj to ołtarz, odparłem. A zawsze uwa ałem,  e 

brak szacunku okazuje si  komu  konkretnemu. 

      Grunt zadygotał lekko, gdy chwyciłem dzban i podniosłem go do ust. 

      Chocia  z drugiej strony, mo e i masz racj , przyznałem, krztusz c si . 

      Przeniosłem dzban i bochenek wokół ołtarza, obok sztywniej cego karła, na 

ław  biegn c  wzdłu   ciany naprzeciw wej cia. Usiadłem i ju  spokojniej 

przyst piłem do posiłku. 

      Co teraz?, zapytałem. Mówiła ,  e znowu nadchodz  informacje. 

      Trzymałe  stra , oznajmiła. Teraz spo ród pancerzy i broni, których strzegłe , 

masz wybra  to, czego potrzebujesz. Nast pnie ruszy  jednym z trzech korytarzy, 

których wyj cia znajduj  si  w tej  cianie. 

      Którym? 

      Jeden to wrota Chaosu, drugi to wrota Porz dku, natury trzeciego nie znam. 

      Hm... Jak w takiej sytuacji podj  rozs dn  decyzj ? 

      S dz ,  e wszystkie drogi b d  zamkni te... oprócz tej, któr  powiniene  

wyruszy . 

      Czyli wła ciwie nie mam wyboru, prawda? 

      Przypuszczam,  e wybór drogi zdeterminowny jest wyborem, jakiego dokonasz w 

background image

 

46 

dziale wyposa enia. 

      Sko czyłem chleb, popiłem resztk  wody. Wstałem. 

      Do roboty, rzekłem. Sprawdzimy, jak zareaguj , je li nic nie wybior . Szkoda 

tego karła. 

      Wiedział, co robi i na co si  nara a. 

      To wi cej, ni  mog  powiedzie  o sobie. 

      Podszedłem do prawego wyj cia, poniewa  ono było najbli ej. Prowadziło do 

jasnego korytarza, który stawał si  ja niejszy i jeszcze ja niejszy, a  po kilku 

krokach przestałem cokolwiek widzie . Szedłem dalej. I niewiele brakowało, 

ebym złamał sobie nos. Jakbym trafił w szklan   cian . Dobrze. I tak nie 

mógłbym sobie wyobrazi  siebie, odchodz cego w tak  jasno . 

      Z ka d  chwil  stajesz si  coraz bardziej cyniczny, zauwa ała Frakir. 

Pochwyciłam t  my l. 

      Dobrze. 

      Ostro niej podszedłem do  rodkowego wyj cia. Było szare i zdawało si  

równie  prowadzi  do długiego tunelu. Mogłem spojrze  w gł b mo e troch  dalej 

ni  w poprzednim, ale nie zauwa yłem nic ciekawego poza  cianami, stropem i 

podło em. Wyci gn łem r k  i przekonałem si ,  e nic nie blokuje mi drogi. 

      To chyba ten, stwierdziła Frakir. 

      Mo liwe. 

      Przeszedłem do trzeciego otworu, czarnego jak wn trze kieszeni boga. I 

znowu nie natrafiłem na opór, kiedy szukałem ukrytych barier. 

      Hm... Wydaje si ,  e jednak mam wybór. 

      Dziwne. Nie otrzymałam  adnych instrukcji dotycz cych takiej sytuacji. 

      Wróciłem do  rodkowego tunelu, post piłem o krok. Obejrzałem si , słysz c 

za plecami jakie  d wi ki. Karzeł usiadł. Podparł si  pod boki i rechotał ze 

miechu. Chciałem zawróci , ale teraz co  zablokowało drog . I nagle cała scena 

zmniejszyła si , jakbym gwałtownie odlatywał do tyłu. 

      S dziłem,  e ten maluch jest martwy, zauwa yłem. 

      Ja te . Zdradzał wszelkie oznaki  mierci. 

      Odwróciłem si  znowu w stron , w któr  zmierzałem. Nie czułem  adnego 

przyspieszenia. Mo e to kaplica si  odsuwała, podczas gdy ja stałem nieruchomo. 

      Zrobiłem krok, potem nast pny.  adnego odgłosu. Ruszyłem. Po chwili 

wyci gn łem r k , by dotkn  lewej  ciany. Trafiła w pustk . Spróbowałem z 

praw . To samo. Zboczyłem o krok na prawo i si gn łem jeszcze raz. Nic. Ale 

wci  wydawało mi si ,  e jestem mniej wi cej po rodku mi dzy dwoma 

mglistymi barierami. Warkn łem w my li, zignorowałem to i pomaszerowałem 

dalej. 

      Co si  dzieje, Merlinie? 

      Wyczuwasz czy nie wyczuwasz  cian po obu stronach?, spytałem. 

      Nie, stwierdziła Frakir. 

      Domy lasz si , gdzie wła ciwie jeste my? 

      Idziemy pomi dzy cieniami. 

      A dok d zmierzamy? 

      Jeszcze nie wiem. Pod amy jednak Drog  Chaosu. 

      Co? Sk d to wiesz? S dziłem,  e aby mnie tu wpu cili, musz  z tego stosu wybra  

background image

 

47 

co  chaotycznego. 

      Tkni ty podejrzeniem, przeszukałem wszystkie zakamarki ubrania. 

Znalazłem sztylet wsuni ty do pochwy w prawym bucie. Nawet w tym słabym 

wietle rozpoznałem typowe dla domu wykonawstwo. 

      Podpu cili nas, stwierdziłem. Teraz rozumiem, dlaczego ten karzeł si   miał. 

Podrzucił mi to, kiedy stracili my przytomno . 

      Ale przecie  miałe  wybór. Pomi dzy tym korytarzem a tamtym cieniem. 

      Fakt. 

      Wi c dlaczego wybrałe  ten? 

      Miał lepsze o wietlenie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

48 

Rozdział 5

 

 

Pi  czy sze  kroków dalej znikn ło nawet wra enie  cian. Stropu te , je li 

ju  o tym mowa. Za sob  nie widziałem ani  ladu korytarza czy otworu wej cia. 

Był tylko rozległy pos pny obszar szaro ci. Na szcz cie posadzka - czy te  grunt - 

pozostała pod nogami. Jedyny sposób, w jaki mogłem odró ni  drog , któr  tu 

dotarłem, od otaczaj cego j  mroku, miał zwi zek z widzialno ci . Szedłem 

perłowoszar   cie k  przez dolin  cienia, chocia  formalnie rzecz bior c szedłem 

pewnie mi dzy cieniami. Co za uprzejmo ! Kto  albo co  niech tnie rozlał 

minimum  wiatła, by oznaczy  mój szlak. 

      Kroczyłem w ród upiornej ciszy. Zastanawiałem si , ile min łem ju  cieni. A 

potem, czy to nie nazbyt liniowy sposób pojmowania tego zjawiska. 

Prawdopodobnie. 

      W tej wła nie chwili, zanim zd yłem przywoła  na pomoc matematyk , 

zauwa yłem jaki  ruch po prawej stronie. Przystan łem. W polu widzenia 

wyrosła wysoka czarna kolumna, słabo majacz ca na samej granicy zasi gu 

wzroku. Ale nie poruszała si . Uznałem,  e to ja si  przemieszczam, co wywołuje 

złudzenie jej ruchu. Gruba, nieruchoma, gładka... przebiegłem wzrokiem w gór , 

a  straciłem j  z oczu. Trudno powiedzie , jak wysoko mo e si ga . 

      Odwróciłem si . Przeszedłem kilka kroków. Zauwa yłem nast pn  kolumn  - 

z przodu, po lewej stronie. Rzuciłem tylko okiem i szedłem dalej. Po chwili 

zjawiło si  ich wi cej, po obu stronach. Ciemno , w której znikały, nie zawierała 

niczego podobnego do gwiazd; firmament mojego  wiata tworzyła gładka, 

jednostajna czer . Po chwili kolumny zacz ły wyrasta  w dziwnych grupkach, 

niektóre bardzo blisko siebie. Ich relatywne wymiary nie wydawały si  ju  

jednolite. 

      Zatrzymałem si ,  eby dotkn  jednej z grupy kolumn po lewej. Wydawało 

si ,  e s  w zasi gu r ki. Nie były. Zrobiłem krok w ich stron . 

      Poczułem krótki ucisk na przegubie. 

      Na twoim miejscu nie robiłabym tego, ostrzegła Frakir. 

      Dlaczego?, zdziwiłem si . 

      Łatwo si  tu zgubi  i narazi  na du e kłopoty. 

      Pewnie masz słuszno . 

      Zacz łem biec. Cokolwiek si  tu działo, miałem tylko jedno  yczenie: sko czy  

z tym jak najpr dzej i wróci  do spraw, które uwa ałem za istotne. Na przykład 

odnale  Coral, uwolni  Luke'a, rozwi za  jako  problem z Jurtem i Juli , 

poszuka  ojca... 

      Mijałem kolumny ustawione w nierównych odst pach. Mi dzy nimi zacz ły 

si  pojawia  obiekty, które kolumnami nie były. Niektóre niskie, asymetryczne, 

inne wysokie, zw one. Niektóre opierały si  o s siadów, spinały ich albo le ały 

pokruszone u ich stóp. Z pewn  ulg  patrzyłem na zakłócenie monotonnej 

regularno ci, wskazuj ce,  e na te formy oddziaływały pot ne siły. 

      Grunt przestał by  płaski, cho  zachował pewn  stylizowan  geometri  jakby 

stopni czy półek składanych na ró nych poziomach. Moja  cie ka wci  była 

równa i zalana mglistym blaskiem, gdy biegłem w ród ruin tysi ca Stonehenge. 

      Przyspieszyłem troch . Wkrótce mijałem galerie, amfiteatry, lasy stercz cych 

background image

 

49 

głazów. Kilka razy dostrzegłem jaki  ruch mi dzy nimi, ale mógł to by  efekt 

mojego biegu i marnego o wietlenia. 

      Wyczuwasz w pobli u co   ywego?, spytałem Frakir. 

      Nie, nadpłyn ła odpowied . 

      Zdawało mi si ,  e co  widz . 

      Mo e widziałe . Ale to nie znaczy,  e tam było. 

      Umiesz mówi  dopiero pól dnia, a ju  nauczyła  si  sarkazmu. 

      Przykro mi to stwierdza , szefie, ale wszystko, czego si  ucz , pochodzi z wibracji 

twojego umysłu. Nie ma tu nikogo innego,  eby nauczył mnie dobrych manier i tak 

dalej. 

      Touche, przyznałem. Mo e lepiej ja ci  uprzedz , je li zdarz  si  kłopoty. 

      Touche, szefie. Lubi  te bitewne metafory. 

      W chwil  pó niej zwolniłem kroku. Co  zamigotało z przodu, troch  na 

prawo. Po ród zmiennej szaro ci  wiatła pojawiły si  błyski czerwieni i bł kitu. 

Zatrzymałem si . Trwały tylko sekund , ale to wystarczyło dla wzbudzenia 

czujno ci. Przez dług  chwil  obserwowałem ich pozorne  ródło. 

      Tak, odezwała si  Frakir. Rozs dek nakazuje ostro no . Ale nie pytaj, czego 

masz si  spodziewa . Odbieram tylko ogólne poczucie zagro enia. 

      Mo e zdołałbym prze lizn  si  jako  bokiem. 

      Musiałby  zej  ze szlaku. Ale odradzam, gdy  szlak prowadzi wła nie przez 

kamienny kr g, z którego emanuje to uczucie. 

      Nikt nie wspominał,  e nie wolno mi zbacza  z drogi. Masz jakie  instrukcje w tej 

sprawie? 

      Wiem,  e powiniene  i   cie k . Ale nic nie wiem o konsekwencjach jej 

porzucenia. 

      Hm... 

      Szlak skr cał w prawo, wi c ruszyłem w tamt  stron . Biegł wprost do kr gu 

masywnych głazów. Zwolniłem, ale nie zboczyłem z drogi. Przygl dałem si  im z 

uwag  i spostrzegłem,  e cho   cie ka ginie mi dzy nimi, nie wybiega z drugiej 

strony. 

      Masz racj , stwierdziła Frakir. Jak smocze legowisko. 

      Ale musimy tamt dy przej . 

      Tak. 

      Zatem przejdziemy. 

      Zwolniłem jeszcze bardziej i pod yłem za l ni c  wst g  pomi dzy dwa szare 

głazy. 

      Wewn trz kr gu o wietlenie było inne ni  na zewn trz - ja niejsze. Mimo to, 

wszystko i tak przypominało studium czerni i bieli, z jakim  magicznym 

połyskiem. Po raz pierwszy zobaczyłem jaki   lad  ycia: pod nogami rosła jakby 

trawa, srebrzysta i wysadzana kropelkami rosy. 

      Stan łem, a Frakir zacisn ła si  inaczej ni  zwykle: nie ostrzegała, a raczej 

wyra ała zainteresowanie. Po prawej stronie wznosił si  ołtarz - zupełnie 

niepodobny do tego, przez który skakałem w kaplicy. Ten był surow  skaln  

płyt  uło on  na parze głazów.  adne  wiece, ornaty czy inne eklezjastyczne 

drobiazgi nie dotrzymywały towarzystwa le cej na nim kobiecie. Miała zwi zane 

r ce i nogi. Pami tałem,  e sam znalazłem si  kiedy  w podobnie kłopotliwej 

background image

 

50 

sytuacji, wi c moja sympatia była całkowicie po stronie damy - białowłosej, 

czarnoskórej i jakby znajomej. Niech ci  obdarzyłem dziwaczne indywiduum 

stoj ce za ołtarzem, przodem do mnie, ze sztyletem wzniesionym w lewej dłoni. 

Prawa cz  jego ciała była absolutnie czarna, lewa o lepiaj co biała. 

Natychmiast skoczyłem do ataku. Moje zakl cie Koncert na Sztuk  Kulinarn  i 

Kuchenk  Mikrofalow  w jednej chwili posiekałoby go i ugotowało równocze nie. 

Tyle  e nie mogłem z niego skorzysta , skoro nie potrafiłem wypowiedzie  

kluczowych słów. 

      Miałem wra enie,  e p dz c ku niemu czuj  na sobie jego wzrok. Co prawda 

jedna cz  twarzy była za ciemna, a druga zbyt jasna,  eby mie  pewno . A 

potem r ka z no em opadła szerokim łukiem, a ostrze wbiło si  w pier  kobiety 

tu  pod mostkiem. Kobieta krzykn ła wtedy i trysn ła krew, czerwona w ród 

tych wszystkich czerni i bieli, a kiedy zbryzgała dło  m czyzny zrozumiałem,  e 

gdybym spróbował, mógłbym wypowiedzie  zakl cie i ocali  ofiar . 

      Zaraz potem rozpadł si  ołtarz, a szary wir przesłonił widok. Krew kr yła w 

nim jak pasy na szlabanie, rozpływaj c si  stopniowo, a lej stawał si  czerwony, 

potem ró owy, potem przygasł do srebra i wreszcie znikn ł. Kiedy dotarłem na 

miejsce, l niła tylko trawa... sans ołtarza, sans kapłana, sans ofiary. 

      Wyhamowałem i patrzyłem. 

      - Czy by my  nili? - zapytałem gło no. 

      Nie jestem pewna, czy potrafi   ni , odparła Frakir. 

      - W takim razie opowiedz, co widziała . 

      Widziałam,  e jaki  facet przebił no em kobiet  przywi zan  do kamiennej 

powierzchni. Potem wszystko rozpadło si  i rozwiało. Facet był czarny i biały, krew 

czerwona, a kobiet  była Deirdre... 

      Co? Rany boskie, masz racj ! Rzeczywi cie wygl dała podobnie... w 

negatywie. Ale przecie  ona nie  yje... 

      Musz  ci przypomnie ,  e zobaczyłam to, co ty zobaczyłe . Nie znam pierwotnych 

danych, tylko t  sieczk , jak  z nich zrobił twój układ nerwowy. Mój system percepcji 

wykazywał tylko,  e nie byli to zwykli ludzie, ale istoty podobne do postaci Dworkina 

i Oberona, którzy odwiedzili ci  w jaskini. 

      I wtedy przyszła mi do głowy straszliwa my l. Wizerunki Dworkina i Oberona 

przypominały trójwymiarowe symulacje komputerowe. A umiej tno  

skanowania Cienia u Ghostwheela opierała si  na cyfrowych odwzorowaniach 

tych fragmentów Wzorca, które - moim zdaniem - pełniły tak  wła nie funkcj . 

W dodatku Ghost rozwa ał - niemal z rozmarzeniem, jak mi si  teraz wydawało - 

swoje kwalifikacje do bosko ci. 

      Czy by mój własny twór bawił si  ze mn  w ten sposób? Czy mógł mnie 

uwi zi  w obł kanym, dalekim cieniu i zacz  tak  skomplikowan  gr ? Gdyby 

zdołał pokona  swojego stwórc , wobec którego odczuwał pewien podziw, czy nie 

uznałby tego za osobisty awans? W jego kosmosie byłby to awans na poziom 

wy szy od mojego. Mo liwe. Je li zbyt cz sto spotyka si  komputerowe 

symulacje, cherchez le deux ex machina. 

      Zacz łem rozwa a , jak silny jest naprawd  Ghost. Cho  jego moc była po 

cz ci odpowiednikiem mocy Wzorca, nie wierzyłem, by zdołał Wzorcowi 

dorówna ... albo Logrusowi. Nie s dz , by potrafił zamkn  przed nimi ten cie . 

background image

 

51 

      Z drugiej strony, tak naprawd  musiałby zablokowa  tylko mnie. 

Podejrzewam,  e mógłby udawa  Logrus podczas naszego krótkiego spotkania, 

zaraz po moim przybyciu. Ale w takim razie musiałby naprawd  wzmocni  

wiadomo  Frakir, a tego raczej nie potrafił. A co z Jednoro cem i W em? 

      - Frakir - rzuciłem. - Czy jeste  pewna,  e to rzeczywi cie Logrus ci  rozbudził 

i zaprogramował te wszystkie instrukcje, które mi przekazujesz? 

      Tak. 

      Sk d ta pewno ? 

      Miałam to samo uczucie po naszym pierwszym kontakcie, kiedy pokonywałe  

Logrus, a ja zostałam wst pnie pobudzona. 

      Rozumiem. Nast pne pytanie: czy Jednoro ec i W , których widzieli my w 

kaplicy, mogli by  istotami tego samego typu co Dworkin i Oberon w jaskini? 

      Nie. Zauwa yłabym. Byli zupełnie inni. Straszni, pot ni i dokładnie tacy, jacy 

si  wydawali. 

      To dobrze. - Odetchn łem. - Bałem si ,  e to wszystko jest tylko 

skomplikowan  gr  Ghostwheela. 

      Dostrzegłam to w twoim umy le. Co prawda nie rozumiem, w jaki sposób 

zaprzecza tej tezie realno  Jednoro ca i W a. Mogli przecie  wkroczy  w 

konstrukcj  Ghostwheela i przekaza  ci,  eby  przestał si  rzuca , bo chc  zobaczy  

koniec tej gry. 

      O tym nie pomy lałem. 

      A mo e Ghost potrafił odnale  i przebi  si  do miejsca praktycznie 

nieosi galnego dla Wzorca i Logrusu. 

      Mo esz mie  racje. Niestety, stawia nas to z powrotem na pocz tku drogi. 

      Nie, poniewa  to miejsce nie zostalo zbudowane przez Ghosta. Zawsze istniało. 

Dowiedziałam si  tego od Logrusu. 

      Ta  wiadomo  daje pewn  ulg , chocia ... 

      Nie doko czyłem tej my li, gdy  wła nie wtedy nagłe poruszenie zwróciło 

moj  uwag  na przeciwny brzeg kr gu. Zobaczyłem ołtarz, którego wcze niej nie 

było, przy nim kobiec  posta , a na płycie zwi zanego m czyzn  w plamy  wiatła 

i cienia. Byli bardzo podobni do pierwszej pary. 

      - Nie! - krzykn łem. - Do  ju  tego! 

      Ale nó  opadł, kiedy skoczyłem w tamt  stron . Rytuał powtórzył si , ołtarz 

run ł i wszystko si  rozwiało. Kiedy dobiegłem na miejsce, nie znalazłem  adnego 

znaku,  e wydarzyło si  tu co  niezwykłego. 

      - Rozumiesz co  z tego? - zwróciłem si  do Frakir. Te same siły, ale jakby na 

odwrót. 

      Dlaczego? Co si  tu dzieje? 

      To spotkanie dwóch pot g. Wzorzec i Logrus próbuj  przedrze  si  tutaj, cho by 

na chwil . Takie ofiary, jakie przed chwil  ogl dale , pomagaj  otworzy  przej cie. 

      Czemu im tak zale y na manifestacji akurat tutaj? 

      Teren neutralny. Ich odwieczna równowaga ulega subtelnym przemianom. Ty 

powiniene  w jaki  sposób przechyli  szal  w jedn  albo drug  stron . 

      Nie mam bladego poj cia, jak si  do tego zabra . Dowiesz si , kiedy nadejdzie 

czas. Wróciłem na szlak i ruszyłem dalej. 

      - Czy przechodziłem t dy akurat wtedy, kiedy składali te ofiary? - spytałem. - 

background image

 

52 

Czy te  zło yli je, poniewa  przechodziłem? 

      Było przeznaczone, by zdarzyły si  w twojej obecno ci. Ty jeste  o rodkiem. 

      Czy w takim razie powinienem si  spodziewa ... 

      Jaka  posta  wysun ła si  zza głazu po lewej stronie i za miała si  cicho. 

Odruchowo si gn łem po miecz, ale tamten r ce miał puste i poruszał si  wolno. 

      - Mówisz do siebie - zauwa ył. - To zły znak. 

      Był kombinacj  czerni, bieli i szaro ci. S dz c po tym, jak ciemno  okrywała 

jego praw  stron , a  wiatło padało na lew , mógł by  tym pierwszym, który 

wzniósł nó  ofiarny. Trudno powiedzie . Ale kimkolwiek był albo czymkolwiek, 

nie miałem ochoty na bli sz  z nim znajomo . 

      Dlatego wzruszyłem ramionami. 

      - Jedyny znak, jaki mnie teraz interesuje, to ten z napisem „wyj cie" - 

o wiadczyłem i wymin łem go. Jego dło  opadła mi na rami  i odwróciła z 

łatwo ci . Znowu ten  mieszek. 

      - W tym miejscu musisz uwa a  na swoje  yczenia - oznajmił cichym, równym 

głosem. - Poniewa  czasem si  spełniaj . A gdyby ten, co je spełnia, zło liwie 

przeczytał „zej cie" zamiast „wyj cie"? Wtedy puff! Mo esz przesta  istnie . Z 

dymem w gór . W dół do ziemi. Albo w bok do piekła. I koniec. 

      - Ju  tam byłem - odpowiedziałem. - A po drodze jeszcze w paru innych 

miejscach. 

      - No no! Co  takiego! Twoje  yczenie si  spełniło - zauwa ył. Lewe oko 

pochwyciło błysk  wiatła i jak błona odbiło go w moj  stron . Za to jakkolwiek 

bym si  ustawiał i z której strony patrzył, nie mogłem zobaczy  prawego oka. - O, 

tam! - doko czył, wyci gaj c r k . 

      Obejrzałem si  we wskazanym kierunku. Na poziomej płycie dolmenu jarzył 

si  znak wyj cia, dokładnie taki, jak nad drzwiami w kinie, gdzie cz sto bywałem 

jako student. 

      - Masz racj  - przyznałem. 

      - Przejdziesz tam? 

      - A ty? 

      - Nie warto - odparł. - Ja ju  wiem, co tam znajd . 

      - Co? 

      - Drug  stron . 

      - Bardzo dowcipne - zauwa yłem. 

      - Je li kto  zlekcewa y spełnione  yczenie, mo e rozgniewa  Moce - stwierdził. 

      - Wiesz to z własnego do wiadczenia? 

      Usłyszałem dziwny, nieprzyjemny odgłos i dopiero po chwili zrozumiałem,  e 

to on zgrzyta z bami. Zostawiłem go i poszedłem do znaku wyj cia - sprawdzi , 

jak wygl da z bliska. 

      Były tam dwa stoj ce pionowo głazy z płask  płyt  na szczycie. Tworzyły 

rodzaj bramy, dostatecznie szerokiej,  eby przej . Jednak wewn trz panował 

mrok... 

      Przechodzisz, szefie? 

      Dlaczego nie? To jedna z niewielu okazji w moim  yciu, kiedy czuj  si  

niezast piony dla tego, kto prowadzi przedstawienie. 

      Na twoim miejscu nie byłabym taka zarozumiała... zacz ła Frakir, ale ja ju  

background image

 

53 

ruszyłem. 

      Wystarczyły trzy szybkie kroki i spojrzałem na zewn trz, poprzez kr g 

głazów, ponad l ni c  traw , obok czarno-białego m czyzny, w stron  kolejnego 

dolmenu ze znakiem wyj cia... i w stron  mglistej postaci pod nim. Zatrzymałem 

si , cofn łem o krok i odwróciłem. Stał tam czarno-biały m czyzna i obserwował 

mnie, za nim dolmen, a w nim mroczna posta . Podniosłem r k  nad głow . 

Mglista sylwetka uczyniła to samo. Odwróciłem si  w kierunku, w którym 

pocz tkowo zmierzałem. Niewyra na posta  przede mn  równie  trzymała r k  

w górze. Przeszedłem na drug  stron . 

      - Mały ten  wiatek - stwierdziłem. - Ale nie chciałbym go malowa . M czyzna 

roze miał si . 

      - Zostało ci przypomniane,  e ka de wyj cie jest tak e wej ciem - o wiadczył. 

      - Twój widok jeszcze bardziej przypomina mi pewn  sztuk  Sartre'a - 

odparłem. 

      - Nieuprzejme - zauwa ył. - Ale filozoficznie spójne. Zawsze wiedziałem,  e 

piekło to inni. Tylko  e nie zrobiłem niczego, by wzbudzi  twoj  nieufno . 

Prawda? 

      - Byłe  czy nie byłe  t  osob , któr  widziałem, jak niedaleko st d rytualnie 

morduje kobiet ? - zapytałem. 

      - Je li nawet byłem, czemu ci  to interesuje? To przecie  nie twoja sprawa. 

      - Chyba jestem sentymentalny wobec pewnych drobiazgów. Na przykład 

warto ci ludzkiego  ycia. 

      - Łatwo si  oburza . Nawet u Alberta Schweitzera szacunek dla istot  ywych 

nie obejmował tasiemca, muchy tse-tse czy komórki rakowej. 

      - Wiesz, o co mi chodzi. Zamordowałe  t  kobiet  całkiem niedawno, czy nie? 

      - Poka  mi ołtarz. 

      - Nie mog . Znikn ł. 

      - Poka  mi kobiet . 

      - Ona równie . 

      - W takim razie nie masz zbyt wielu dowodów. 

      - To nie jest s d, do diabła! Je li chcesz ze mn  rozmawia , odpowiedz na 

moje pytanie. Je li nie, nie warto traci  czasu. 

      - Odpowiedziałem ci. Wzruszyłem ramionami. 

      - No dobrze - mrukn łem. - Nie znam ci  i wol ,  eby tak zostało.  egnam. 

      Odsun łem si  od niego na krok, w kierunku szlaku. Wtedy powiedział: - 

Deirdre. Miała na imi  Deirdre i rzeczywi cie j  zabiłem. 

      Po czym znikn ł pod dolmenem, z którego przed chwil  ja si  wynurzyłem. 

Natychmiast spojrzałem na drug  stron   cie ki, ale nie pojawił si  pod znakiem 

wyj cia. Zrobiłem w tył zwrot i sam wst piłem pod dolmen. Natychmiast 

wyszedłem naprzeciwko, dostrzegaj c jeszcze własn  znikaj c  posta . Nigdzie 

po drodze nie zauwa yłem obcego. 

      - Co  o tym my lisz? - spytałem Frakir, skr caj c w stron  szlaku. 

      Mo e to duch tego miejsca? Paskudny duch paskudnego miejsca?, próbowała 

odgadn . Nie wiem na pewno, ale wydaje mi si ,  e był jednym z tych przekl tych 

konstruktów... a tutaj s  silniejsze. 

      Dotarłem do szlaku i ruszyłem w dalsz  drog . 

background image

 

54 

      - Styl twoich wypowiedzi bardzo si  zmienił od chwili rozbudzenia 

wiadomo ci - zauwa yłem. Twój system nerwowy jest dobrym nauczycielem. 

      Dzi kuj . Daj mi zna , je li ten facet znów si  pojawi, a ty wyczujesz go 

wcze niej, ni  ja zobacz . Zgoda. Szczerze mówi c, cała ta okolica sprawia wra enie 

konstruktu. Ka dy kamie  ma w sobie jaki  zygzak Wzorca. 

      Kiedy to odkryła ? 

      Kiedy pierwszy raz sprawdziłe  wyj cie. Zbadałam, czy nic ci stamt d nie 

zagra a. 

      Dotarli my do obwodu zewn trznego kr gu. Klepn łem głaz. Wydał mi si  

dostatecznie materialny. 

      Jest tutaj!, ostrzegła mnie nagle Frakir. 

      - Hej! - usłyszałem dobiegaj cy z góry głos. Podniosłem głow . Na szczycie 

głazu siedział czarno-biały obcy. Palił cienkie cygaro, a w lewym r ku trzymał 

puchar. - Zaciekawiasz mnie, chłopcze - mówił dalej. - Jak ci na imi ? 

      - Merlin - odparłem. - A tobie? 

      Zamiast odpowiedzie , odepchn ł si , opadł w zwolnionym tempie i 

wyl dował na obu nogach. Przygl dał mi si , mru c lewe oko. Po jego prawym 

boku jak mroczne wody płyn ły cienie. Dmuchn ł srebrzystym dymem. 

      - Jeste   ywy - oznajmił. - Nosisz znami  Wzorca i znami  Chaosu. Masz w 

sobie krew Amberu. Sk d pochodzisz, Merlinie? 

      Cienie rozwiały si  na moment i zauwa yłem,  e prawe oko zakrywa 

przepaska. 

      - Jestem synem Corwina - powiedziałem. - A ty... chyba... jeste  zdrajc  

Brandem. 

      - Rozpoznałe  mnie - o wiadczył. - Ale nigdy nie zdradziłem tego, w co 

wierzyłem. 

      - Czyli własnych ambicji - doko czyłem za niego. - Twój dom, rodzina i moce 

Porz dku nigdy nie miały dla ciebie znaczenia. 

      Parskn ł. 

      - Nie b d  si  spierał z aroganckim szczeniakiem. 

      - Ja te  nie mam ochoty na dyskusje. Nie wiem, czy to ma znaczenie, ale twój 

syn Rinaldo jest chyba moim najlepszym przyjacielem. 

      Odwróciłem si  i ruszyłem przed siebie. Jego dło  opadła mi na rami . 

      - Czekaj! - rzucił. - Co to za bzdury? Rinaldo jest ledwie chłopcem. 

      - Bł d - stwierdziłem. - Jest mniej wi cej w moim wieku. 

      Cofn ł r k . Obejrzałem si . Odrzucone cygaro dymiło teraz na  cie ce. 

Przeło ył puchar do dłoni okrytej mrokiem. Potarł czoło. 

      - Tak wiele czasu min ło w głównych strumieniach... - mrukn ł. 

      Pod wpływem nagłego impulsu wyj łem Atuty, odnalazłem portret Luke'a i 

podniosłem,  eby mógł si  przyjrze . 

      - To jest Rinaldo - powiedziałem. Si gn ł po kart , a ja oddałem j , sam 

wła ciwie nie wiem dlaczego. Przygl dał si  bardzo długo. 

      - Kontakt t  drog  nie jest tu chyba mo liwy - zauwa yłem. 

      Spojrzał na mnie, pokr cił głow  i oddał Atut. 

      - Nie, chyba nie - zgodził si . - Co... co z nim? 

      - Czy wiesz,  e zabił Caine'a,  eby ci  pom ci ? 

background image

 

55 

      - Nie, o tym nie wiedziałem. Ale s dz ,  e miałem prawo czego  takiego 

oczekiwa . 

      - Nie jeste  w pełni Brandem, prawda? Odchylił głow  i wybuchn ł  miechem. 

      - Jestem całkowicie Brandem, ale nie tym Brandem, o którym słyszałe . Za 

wszystko co ponadto musisz mi zapłaci . 

      - Ile kosztuje wiedza o tym, kim jeste  naprawd ? - zainteresowałem si , 

chowaj c karty. 

      Uniósł puchar i trzymał go obur cz przed sob  jak  ebracz  miseczk . 

      - Odrobin  twojej krwi - rzekł. 

      - Stałe  si  wampirem? 

      - Nie. Jestem upiorem Wzorca - odparł. - Oddaj mi krew, a wytłumacz . 

      - Zgoda. Ale lepiej,  eby to była ciekawa opowie . 

      Ukłułem si  sztyletem w nadgarstek i wyci gn łem r k  nad naczyniem. 

      Płomienie wybuchły jak z rozlanej lampy naftowej. Oczywi cie, to nie ogie  

płynie w moich  yłach. Ale krew istot Chaosu jest w pewnych miejscach 

wyj tkowo łatwopalna, a to najwyra niej było jedno z nich. 

      Ogie  trysn ł cz ciowo do pucharu, cz ciowo ponad nim, zalewaj c dło  i 

przedrami  Branda. Krzykn ł i jakby zapadł si  w siebie. Odst piłem, a on 

zmienił si  w wir - podobny do tych, jakie powstawały po dopełnieniu ofiar, 

chocia  bardziej płomienisty. Lej z rykiem uniósł si  w powietrze i po chwili 

znikn ł, a ja pozostałem zdumiony, zapatrzony w gór , i uciskałem zraniony 

przegub. 

      Hm... Efektowne wyj cie, zauwa yła Frakir. 

      - Rodzinna specjalno  - wyja niłem. - A skoro mowa o wyj ciu... 

      Wymin łem głaz i opu ciłem kamienny kr g. Natychmiast powrócił mrok, 

pogł bił si . Przez kontrast, moja  cie ka jakby poja niała. Pu ciłem nadgarstek i 

przekonałem si ,  e ju  nie dymi. 

      Ruszyłem biegiem, chc c jak najszybciej opu ci  t  okolic . Kiedy po chwili 

zerkn łem przez rami , nie zauwa yłem ju  stoj cych głazów. Był tylko blady, 

nikn cy wir, si gaj cy coraz wy ej i wy ej, a  znikn ł. 

      Szlak zacz ł opada , tak  e biegłem zboczem w dół, lekkim, długim krokiem. 

cie ka le ała przede mn  niby jasna wst ka, znikaj ca daleko w przedzie. Ze 

zdziwieniem zauwa yłem,  e całkiem blisko, w dole, przecina inn  jasn  lini . Ta 

nikn ła szybko po obu stronach. 

      - Masz jakie  instrukcje na temat skrzy owa ? - zapytałem. 

      Jeszcze nie. Przypuszczalnie zbli a si  moment decyzji. Nie wiesz, co wptynie na 

twój wybór, póki nie dotrzesz na miejsce. 

      Zdawało mi si ,  e w dole rozpo ciera si  szeroka zamglona równina, gdzie tu 

i tam l ni kilka samotnych  wiatełek. Niektóre płon ły równo, inne zapalały si  i 

gasły, ale wszystkie pozostawały w tych samych miejscach. Nie zauwa yłem 

jednak  adnych linii prócz mojej  cie ki i tej, co j  przecinała. Nie słyszałem 

adnego d wi ku oprócz własnego oddechu i odgłosu moich kroków. Nie czułem 

powiewów, dziwnych zapachów, a temperatura była tak łagodna,  e w ogóle nie 

zwracała uwagi. Po obu stronach znowu pojawiły si  jakie  kształty, ale nie 

miałem ochoty ich bada . Chciałem zako czy  to, co mnie tu trzymało, wynie  

si  st d jak najszybciej i zaj  własnymi sprawami. 

background image

 

56 

      Mgliste obłoki  wiatła zacz ły pojawia  si  w nieregularnych odst pach, po 

obu stronach szlaku - faluj ce, nieokre lone, plamiste, rozbłyskuj ce i gasn ce na 

przemian. Przypominały zwiewne firanki zawieszone obok  cie ki. Nie 

przygl dałem si  im uwa nie, póki wci  wyra niejsze cienie nie przesłaniały 

coraz wi kszego obszaru. Wygl dało to, jakby zachodził proces dostrojenia; 

coraz ostrzejsze kontury wyznaczały znajome obiekty: krzesła, stoliki, 

zaparkowane samochody, wystawy sklepów. Po chwili w obrazach pojawiły si  

wyblakłe barwy. 

      Przystan łem przed jednym z nich i przyjrzałem si  uwa nie. Był to czerwony 

chevrolet z 1957 roku, przysypany lekko  niegiem, zaparkowany na znajomo 

wygl daj cym podje dzie. Podszedłem bli ej, wyci gaj c r k . 

      Lewa dło  i rami  znikn ły z chmurze przy mionego blasku. Spróbowałem 

dotkn  lewej „płetwy"; napłyn ło delikatne wra enie kontaktu i lekkiego 

chłodu. Przesun łem dło  na prawo, zrzucaj c troch   niegu. Kiedy cofn łem 

r k , była pokryta  niegiem. I natychmiast cały obraz rozpłyn ł si  w czerni. 

      - Specjalnie u yłem lewej r ki - oznajmiłem. - Z tob  na nadgarstku. Co to 

było? 

      Dzi kuj  uprzejmie. Wygl dało jak czerwony samochód troch  przysypany 

niegiem. 

      To konstrukt czego  znalezionego w mojej pami ci. Powi kszony do 

rzeczywistej skali obraz Polly Jackson. 

      W takim razie, Merle, sprawy wygl daj  coraz gorzej. Nie odgadłam,  e to 

konstrukt. 

      - Wnioski? 

      Ktokolwiek za tym stoi, jest coraz lepszy. Albo silniejszy. Albo jedno i drugie. 

      Niech to szlag... - mrukn łem, odwróciłem si  i pobiegłem dalej. 

      Mo e ten kto  chce udowodni ,  e teraz potrafi ju  całkiem ci  zmyli . 

      W takim razie udało mu si  - przyznałem. - Hej! Ktosiu! - krzykn łem. - 

Słyszysz mnie? Wygrałe ! Zmyliłe  mnie całkowicie. Czy teraz ju  mog  wraca  

do domu? Ale je li chodziło ci o co  innego, to przegrałe ! Zupełnie nie 

zrozumiałem, co by to mogło by ! 

      Jaskrawy błysk przewrócił mnie na  cie k  i o lepił na długie chwile. 

Czekałem, pełen napi cia i dr cy, ale grzmot nie nast pił. Kiedy odzyskałem 

wzrok i min ły skurcze mi ni, spojrzałem na stoj c  o kilka kroków przede mn  

gigantyczn  posta : Oberona. 

      Ale to był pos g, kopia stoj cego na ko cu Głównej Alei w Amberze. A mo e 

nawet oryginał - przy dokładniejszej obserwacji zauwa yłem co  jakby ptasie 

odchody na ramieniu wielkiego władcy. 

      - Prawdziwy czy konstrukt? - zapytałem gło no. Moim zdaniem prawdziwy, 

stwierdziła Frakir. Wstałem powoli. 

      - Rozumiem,  e jest to odpowied  - powiedziałem. - Nie rozumiem tylko, co 

oznacza. Dotkn łem pos gu i poczułem pod palcami raczej płótno ni  br z. W 

tym momencie perspektywa uległa zmianie i dotykałem ju  troch  uwznio lonego 

portretu Ojca Swej Krainy. Potem jego kontury zacz ły falowa , zbladły i 

zobaczyłem,  e to fragment jednego z tych mijanych po drodze mglistych 

obrazów. W chwil  pó niej porwał si  na strz py i znikn ł. 

background image

 

57 

      - Poddaj  si  - westchn łem, przechodz c przez miejsce, jakie zajmował kilka 

sekund temu. - Odpowiedzi budz  wi kszy zam t ni  sytuacje, które 

doprowadziły do stawiania pyta . 

      Poniewa  w drujemy pomi dzy cieniami, czy nie mo na uzna  tego za 

przypomnienie,  e wszelkie rzeczy s  gdzie  prawdziwe? 

      Przypuszczam. Ale o tym wiedziałem wcze niej. I  e wszelkie rzeczy s  

prawdziwe na ró ne sposoby, w ró nym czasie i w ró nych miejscach? 

      Zgoda. To mo e by  wiadomo . W tpi  jednak, by kto  zadawał sobie tyle 

trudu dla demonstracji filozoficznych tez, które dla ciebie mog  stanowi  nowo , 

ale gdzie indziej s  do  powszechnie znane. Musi by  jaki  szczególny powód, 

którego ci gle nie pojmuj . 

      Do tej chwili wszystkie mijane sceny były martw  natur . Teraz jednak 

pojawiło si  kilka z lud mi; na niektórych widziałem inne stworzenia. I 

rozgrywała si  tam jaka  akcja - sceny były brutalne, miłosne, czasem 

przedstawiały zwykłe domowe zaj cia. 

      Owszem, dostrzegam pewien post p. Mo e to do czego  doprowadzi. 

      Kiedy wyskocz  i mnie zaatakuj , b d  wiedział,  e dotarłem do celu. 

      Kto wie? Jak rozumiem, krytyka sztuki jest do  zło onym obszarem wiedzy. 

      Jednak filmowe sekwencje rozwiały si  wkrótce i raz jeszcze biegłem samotnie 

jasnym szlakiem poprzez ciemno . W dół, w dół po łagodnym zboczu, w stron  

skrzy owania. Gdzie si  podział Kot z Cheshire, kiedy najbardziej 

potrzebowałem logiki króliczej nory? 

      W jednej chwili patrzyłem na skrzy owanie  cie ek i biegłem ku niemu. O 

mgnienie oka pó niej nadal patrzyłem na skrzy owanie  cie ek, ale scena uległa 

pewnej zmianie. Przy prawym rogu stała teraz latarnia. A pod ni  niewyra na 

sylwetka z papierosem. 

      - Frakir, jak oni to zrobili?  

      Bardzo szybko, odpowiedziała. 

      - Czujesz co ? 

      Uwaga skoncentrowana na tobie. Na razie  adnych złych zamiarów. 

      Zwolniłem, podchodz c bli ej.  cie ka stała si  brukowan  ulic , z obu stron 

kraw niki, za nimi chodnik. Zszedłem z jezdni na praw  stron . Obłok mgły 

otulił mnie i zawisł pomi dzy mn  a  wiatłem. Zwolniłem jeszcze bardziej. Po 

chwili dostrzegłem,  e bruk jest wilgotny. Odgłos kroków odbijał si  echem od 

cian budynków, ale mgła była ju  zbyt g sta, by widzie , czy budynki pojawiły 

si  naprawd . Miałem uczucie,  e s  tam - te ciemniejsze obszary w mroku. 

Zimny wiatr dmuchn ł mi w kark, a krople wilgoci opadały na twarz. Stan łem. 

Podniosłem kołnierz płaszcza. Gdzie  spoza zasi gu wzroku, z wysoka, dobiegło 

ciche brz czenie samolotu. Ruszyłem dalej, kiedy przeleciał. Troch  metaliczny, 

stłumiony d wi k fortepianu, mo e z drugiej strony ulicy, przyniósł na wpół 

znajom  melodi . Otuliłem si  płaszczem. Mgła wirowała i g stniała. 

      Jeszcze trzy kroki i przeja niło si  troch , a ona stała przede mn  oparta o 

latarni . O głow  ni sza ode mnie, miała na sobie prochowiec i czarny beret na 

kruczych włosach. Rzuciła papierosa na ziemi  i wolno rozgniotła go czubkiem 

buta na wysokim obcasie, z czarnej skóry. Mogłem wtedy obejrze  kawałek jej 

nogi; miała doskonały kształt. 

background image

 

58 

      Wyj ła z kieszeni płaszcza płask , srebrn  papiero nice z wypukłym 

konturem ró y na wieczku, otworzyła, wyj ła papierosa, wsun ła go w usta. 

Zamkn ła i schowała papiero nic . Potem, nie patrz c na mnie, rzuciła: 

      - Masz ogie ? 

      Nie miałem zapałek, ale nie mogłem pozwoli , by powstrzymał mnie taki 

drobiazg. 

      - Oczywi cie. 

      Powoli wyci gn łem r k  ku jej delikatnej twarzy. Odwracałem lekko dło , 

by nie zauwa yła,  e jest pusta. Szepn łem kluczowe słowo, które sprawiło,  e 

iskra przeskoczyła z czubka mojego palca na koniec jej papierosa, a ona 

podniosła r k  i chwyciła moj , jakby chciała j  unieruchomi . Podniosła głow , 

kiedy si  zaci gała, i jej oczy - wielkie, koloru gł bokiego bł kitu, z długimi 

rz sami - spojrzały na mnie. Nagle j kn ła; papieros upadł na chodnik. 

      - Mon Dieu! - szepn ła. Zarzuciła mi r ce na szyj , przytuliła si  i zacz ła 

szlocha . - Corwinie! Znalazłe  mnie! To trwało cał  wieczno . 

      Trzymałem j  mocno. Nie chciałem nic mówi , nie chciałem niszczy  jej 

szcz cia czym  tak bzdurnym jak prawda. Do diabła z prawd . Gładziłem jej 

włosy. 

      Po długiej chwili odsun ła si  i spojrzała na mnie. Jeszcze chwila, a zrozumie, 

e dostrzega tylko podobie stwo i  e widzi to, co chciała zobaczy . Zatem... 

      - Co taka dziewczyna jak ty robi w takim miejscu? - spytałem. Za miała si  

cicho. 

      - Znalazłe  drog ? - powiedziała i nagle zmru yła oczy. - Ty nie... Pokr ciłem 

głow . 

      - Nie miałem serca - wyja niłem. 

      - Kim jeste ? - spytała, odst puj c na pół kroku. 

      - Na imi  mi Merlin i wypełniani obł kan  misj , której celu nie rozumiem. 

      - Amber - stwierdziła cicho. Wci  trzymała mnie za ramiona. 

      Kiwn łem głow . 

      - Nie znam ci  - o wiadczyła wtedy. - Czuj ,  e powinnam, ale... nie... 

      Przysun ła si  znowu i oparła mi głow  na piersi. Zacz łem co  mówi , co  

tłumaczy , ale poło yła mi palec na wargach. 

      - Jeszcze nie, nie teraz, mo e nigdy - powiedziała. - Nie mów mi. Prosz  ci , nie 

mów nic wi cej. Ale sam powiniene  wiedzie , czy jeste  upiorem Wzorca. 

      - A co to jest upiór Wzorca? 

      - To sztuczna istota, twór Wzorca. On zapami tuje wszystkich, którzy 

przechodz . Kiedy zechce, mo e nas przywoła ... takich, jacy byli my w dniu 

przej cia. Wykorzystuje nas, jak tylko zapragnie; wysyła gdzie ma ochot . 

Powierza nam zadania... nakłada czar, je li wolisz. Je li nas zniszczysz, on znowu 

mo e nas odtworzy . 

      - Cz sto robi co  takiego? 

      - Nie wiem. Nie znam jego zamiarów ani nawet działa  z kimkolwiek innym 

prócz mnie. - I nagle: - Nie jeste  upiorem! Poznaj ! - oznajmiła, chwytaj c mnie 

za r k . - Ale jest w tobie co  dziwnego... innego ni  u wszystkich z krwi 

Amberu... 

      - Przypuszczam - zgodziłem si . - Pochodz  z Dworców Chaosu, nie tylko z 

background image

 

59 

Amberu. 

      Uniosła moj  dło  do ust, jakby chciała j  ucałowa . Jednak wargi przesun ły 

si  wy ej, do miejsca na przegubie, gdzie na  danie Branda naci łem skór . I 

wtedy do mnie dotarło: co  w krwi Amberu musi szczególnie poci ga  upiory 

Wzorca. 

      Próbowałem cofn  r k , ale ona miała te  sił  Amberyty. 

      - Czasami płyn  w moich  yłach ognie Chaosu - ostrzegłem. - Mog  ci  

skrzywdzi . 

      Wolno podniosła głow  i u miechn ła si . Miała krew na wargach. Spojrzałem 

w dół - nadgarstek te  miałem mokry od krwi. 

      - Krew Amberu ma władz  nad Wzorcem - zacz ła, a mgła zawirowała i 

zawrzała jej wokół kostek. - Nie! - krzykn ła i znów si  pochyliła. 

      Fale mgły wzniosły si  do jej łydek, potem kolan. Czułem na r ku z by 

rozrywaj ce skór . Nie znam  adnych zakl  zwalczaj cych takie istoty, wi c 

tylko obj łem j  za ramiona i gładziłem włosy. Po chwili rozpłyn ła si  w moich 

obj ciach, zmieniła si  w krwawy wir. 

      - Id  w prawo - usłyszałem jeszcze wołanie, gdy odpływała. Jej papieros wci  

dymił na chodniku, a moja krew  ciekała obok niego. 

      Odrwóciłem si . Odszedłem. Słabo, bardzo słabo, poprzez noc i mgł , 

słyszałem jeszcze fortepian, graj cy jak  melodi  sprzed mojego czasu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

60 

Rozdział 6

 

 

Ruszyłem drog  w prawo, a gdzie tylko kapn ła moja krew, rzeczywisto  

nadtapiała si  nieco. Jednak rany goj  mi si  szybko i wkrótce przestałem 

krwawi . Nawet ból ustał po niezbyt długim czasie. 

      Cał  mnie pochlapałe  krwi , szefie. 

      To mógł by  ogie  - przypomniałem. 

      Troch  mnie te  przypaliło, koło tych głazów. 

      Przepraszam. Domy liła  si  ju , co si  dzieje? 

       adnych nowych polece , je li o to ci chodzi. Ale zastanawiałam si , skoro ju  

potrafi  to robi . To miejsce coraz bardziej mnie fascynuje. Cho by ta sprawa z 

upiorami Wzorca. Wprawdzie Wzorzec nie mo e przedosta  si  tutaj bezpo rednio, 

ale mo e korzysta  ze swoich agentów. S dzisz,  e Logrus te  to potrafi? 

      S dz ,  e to mo liwe. 

      Odniosłam wra enie,  e tutaj, po lewej stronie rzeczywisto ci, pomi dzy cieniami, 

toczy si  mi dzy nimi jaki  pojedynek. A je li to miejsce istniało pierwsze? Jeszcze 

przed Cieniem? A je li od samego pocz tku walczyli tu w jaki  niezwykły, 

metafizyczny sposób? 

      Co z tego? 

      Mogli stworzy  Cie  dodatkowo, jako produkt uboczny napi cia mi dzy 

biegunami. 

      Obawiam si , Frakir,  e nie nad am. 

      Mo e Amber i Dworce Chaosu zostały stworzone tylko po to,  eby dostarcza  im 

agentów dla tego konfliktu. 

      A mo e te my li podsun ł ci Logrus podczas ostatniego spotkania? Po co? 

      Jako jeszcze jeden sposób zmuszenia mnie do uznania,  e ta walka jest 

wa niejsza od ludzi. Kolejna próba nacisku,  ebym wybrał któr  ze stron. 

      Nie czuj  si  manipulowana. 

      Jak sama zauwa yła , w my leniu brakuje ci do wiadczenia. A to zbyt 

abstrakcyjny ci g skojarze ,  eby  na niego wpadła tak wcze nie. 

      Naprawd ? 

      Mo esz mi wierzy  na słowo. 

      W takim razie, co nam pozostaje? 

      Niemile widziana uwaga z Góry. 

      Lepiej uwa aj, co mówisz, skoro to ich pole bitwy. 

      Niech ospa wybije ich domy. Z jakiego  niepoj tego dla mnie powodu 

potrzebuj  mnie do tej rozgrywki. Pogodz  si  z tym, co o nich mówi . 

      Gdzie  daleko w przedzie zahuczał grom. 

      Widzisz, o co mi chodzi? 

      To blef - zapewniłem j . 

      Czyj? 

      - My l ,  e Wzorca. Jego upiory opanowały chyba rzeczywisto  w tym 

sektorze. 

      A wiesz,  e oboje mo emy si  myli ? Po prostu strzelamy w ciemno. 

      Ja te  si  czuj , jakby kto  strzelał do mnie w ciemno. Dlatego odmawiam 

gry według cudzych reguł. 

background image

 

61 

      Masz jaki  plan? 

      Zwisaj lu no. Kiedy powiem „zabij", zrób to. A teraz chod my tam, gdzie 

idziemy. 

      Znowu ruszyłem biegiem, pozostawiaj c upiory ich upiornym zabawom w 

upiornym mie cie. Jasny szlak przez mrok, ja biegn cy i jakby odwrotna 

przemiana cieni, gdy  to kraina mnie próbowała zmieni . Daleko z przodu błysk i 

kolejny grzmot, pojawiaj ce si  i znikaj ce po bokach wirtualne sceny uliczne. 

      I nagle jakbym  cigał si  z samym sob , ciemn  figur  p dz c  po jasnej 

drodze... póki si  nie zorientowałem,  e to istotnie rodzaj efektu lustrzanego. 

Ruchy postaci po prawej stronie, na równoległej drodze, na ladowały moje. 

Ulotne sceny po lewej były odwzorowane po prawej stronie tamtego. 

      Co si  dzieje, Merle? 

      Nie wiem. Ale nie mam nastroju do symbolizmu, alegorii i całych tych 

metaforycznych bzdur. Je li ma to oznacza ,  e  ycie jest wy cigiem z samym 

sob , to mog  si  wypcha ... Chyba  e Moce, kieruj ce tym przedstawieniem, 

maj  skłonno  do takich banałów. To w ich stylu. Nie s dzisz? 

      S dz ,  e grozi ci trafienie piorunem. 

      Grom nie nadszedł, ale moje odbicie te  nie znikn ło. Towarzyszyło mi o wiele 

dłu ej ni  wszystkie poprzednie przydro ne scenki. Chciałem przesta  o nim 

my le , zignorowa  je, gdy nagle przyspieszyło gwałtownie i znikn ło. 

      No, no. 

      Owszem - zgodziłem si . Te  przyspieszyłem, by zmniejszy  dystans i 

dotrzyma  kroku temu mrocznemu ja. 

      Najwy ej kilka metrów utrzymywał przewag . Potem go doszedłem. On znów 

zacz ł wyprzedza . Znów przyspieszyłem i znów si  z nim zrównałem. Potem, 

instynktownie, nabrałem tchu, rzuciłem si  naprzód i wyszedłem na czoło. 

      Mój bli niak zauwa ył to, przyspieszył, zacz ł dochodzi . Przycisn łem 

mocniej, utrzymuj c prowadzenie. O co w ogóle si   cigamy? 

      Spojrzałem przed siebie. Daleko w przedzie szlak si  rozszerzał, a w poprzek 

drogi rozci gni to jakby ta m . W porz dku. Nie wiem, jakie to ma znaczenie, ale 

spróbuj . 

      Utrzymywałem prowadzenie przez jakie  sto metrów, nim mój sobowtór 

zacz ł mnie dogania . Zwi kszyłem wysiłek i przez chwil  utrzymywałem 

zmniejszon  przewag . Potem on znowu przyspieszył i ruszył w tempie, którego 

pewnie nie wytrzymałby do samej ta my. Chocia  nie zamierzałem spokojnie 

czeka  na potwierdzenie tej teorii. Si gn łem do ostatnich rezerw. P dziłem jak 

najszybciej. 

      Ten sukinsyn doganiał mnie, był coraz bli ej, doszedł, wyprzedził, zwolnił na 

ułamek sekundy. W ci gu tego ułamka znowu znalazłem si  obok. Ale on nie 

popełnił tego samego bł du. Utrzymywał to potworne tempo, a ja nie chciałem 

ust pi , póki serce nie p knie mi na kawałki. 

      Biegli my rami  w rami . Nie wiedziałem, czy mam jeszcze siły na finisz. Nie 

umiałem oceni , czy on wyprzedza mnie troch , mo e o pier , czy został troch  w 

tyle. P dzili my po równoległych, l ni cych torach, a  nagle znikn ło wra enie 

szklanej bariery. Dwie w skie  cie ki stały si  jedn  szerok , ramiona i nogi 

tamtego poruszały si  w innym rytmie ni  moje. 

background image

 

62 

      Na ostatniej prostej zbli ali my si  do siebie coraz bardziej - w ko cu do  

blisko,  eby dostrzec szczegóły. To nie z własnym odbiciem si   cigałem: p d 

powietrza zdmuchn ł mu włosy do tyłu i zobaczyłem,  e nie ma lewego ucha. 

      Znalazłem siły na ko cowe przyspieszenie. On równie . Razem wpadli my na 

ta m . S dz ,  e ja dotkn łem jej pierwszy... ale nie jestem pewien. 

      Min li my met  i dysz c padli my na ziemi . Przetoczyłem si  natychmiast, 

eby mie  go na oku, ale on le ał nieruchomo i sapał. Oparłem dło  na r koje ci 

miecza i słuchałem szumu krwi w uszach. 

      - Nie wiedziałem, Jurt,  e jeste  taki szybki - rzuciłem, kiedy ju  mogłem 

swobodniej oddycha . Za miał si  krótko. 

      - Wielu rzeczy o mnie nie wiesz, bracie. 

      - Jestem tego pewien. 

      Grzbietem dłoni otarł czoło i zauwa yłem,  e znów jest na miejscu palec, 

który stracił w grotach Kolviru. Albo wi c był to Jurt z innego okresu, albo... 

      - Jak si  czuje Julia? - zapytałem. - Wyleczy t  ran ? 

      - Julia? - zdziwił si . - Kto to jest? 

      - Przepraszam. Nie jeste  tym Jurtem. 

      - A to co ma znaczy ? - zapytał. Oparł si  na łokciu i spojrzał gniewnie 

zdrowym okiem. 

      - Prawdziwy Jurt nigdy nie znalazł si  w pobli u Wzorca Amberu... 

      - Ja jestem prawdziwym Jurtem! 

      - Masz wszystkie palce. On niedawno jeden stracił. Byłem przy tym. Odwrócił 

wzrok. 

      - Musisz by  upiorem Logrusu - mówiłem dalej. - Na pewno robi te same 

sztuczki co Wzorzec... rejestruje tych, którzy go przechodz . 

      - Czy to... czy tak wła nie było? - spytał niepewnie. - Nie bardzo pami tam, 

sk d si  tu wzi łem. Tylko tyle,  e mam si  z tob   ciga . 

      - Zało  si ,  e ostatnie, co zapami tałe  sprzed wy cigu, to przej cie Logrusu. 

Przyjrzał mi si  uwa nie. Kiwn ł głow . 

      - Masz racj . I co z tego wynika? 

      - Nie jestem pewien. Ale mam pewn  teori . To miejsce jest rodzajem 

wiecznej odwrotnej strony Cienia. Praktycznie poza zasi giem Wzorca i Logrusu. 

Ale potrafi  tu przenikn  ich upiory, sztuczne twory skonstruowane na 

podstawie zapisu, dokonanego w chwili przej cia... 

      - Chcesz powiedzie ,  e jestem tylko jakim  zapisem? - Wygl dał, jakby miał 

ochot  si  rozpłaka . - Jeszcze przed chwil  wszystko było takie wpaniałe. 

Przeszedłem Logrus. Cały Cie  le ał u moich stóp. - Potarł skronie. - Ty! - 

warkn ł. - Przeniosło mnie tutaj z twojego powodu.  ebym si  z tob   cigał, 

ebym ci  pokonał w tym biegu. 

      - Prawie ci si  udało. Nie wiedziałem,  e taki z ciebie sprinter. 

      - Zacz łem  wiczy , kiedy si  dowiedziałem,  e trenujesz w college'u. 

Chciałem by  dobry,  eby ci doło y . 

      - Jeste  dobry - przyznałem. 

      - Ale nie znalazłbym si  tutaj, gdyby nie ty. Albo... - Przygryzł warg . - To nie 

całkiem prawda. Nigdzie by mnie nie było. Jestem tylko zapisem... - Spojrzał mi 

w oczy. - Jak długo mo emy prze y ? - zapytał. - Ile mo e przetrwa  upiór 

background image

 

63 

Logrusu? 

      - Nie mam poj cia, jak si  stwarza takiego upiora ani jak si  podtrzymuje jego 

istnienie. Ale spotkałem kilka tworów Wzorca. Odniosłem wra enie,  e moja 

krew daje im sił , rodzaj autonomii, niezale no ci. Tylko jeden z nich, Brand, 

dostał ogie  zamiast krwi i si  rozpadł. Deirdre dostała krew, ale potem znikn ła. 

Nie wiem, czy wzi ła wystarczaj c  ilo . 

      Pokr cił głow . 

      - Mam uczucie... nie wiem, sk d si  wzi ło...  e co  takiego działa równie  na 

mnie. I  e krew jest dla Wzorca, ogie  dla Logrusu. 

      - Nie wiem, w jakich regionach moja krew jest palna - stwierdziłem. 

      - Tu by płon ła - odparł. - Zale y, kto sprawuje kontrol . Sk d  o tym wiem. 

Nie mam poj cia sk d. 

      - Ale sk d wzi ł si  Brand na terytorium Logrusu? U miechn ł si . 

      - Mo e Wzorzec chciał jako  wykorzysta  zdrajc . A mo e Brand próbował 

działa  na własn  r k  jako podwójny agent. 

      - To by do niego pasowało - przyznałem. Mój oddech nareszcie zwolnił. 

      Wyrwałem z buta sztylet Chaosu i naci łem lewe przedrami . Trysn ł 

płomie . Wyci gn łem r k . 

      - Szybciej! Bierz, je li potrafisz! - zawołałem. - Zanim Logrus ci  odwoła. 

      Pochwycił moje rami  i zdawało si ,  e niemal wdycha płomienie. Spojrzałem 

w dół: stopy miał ju  przezroczyste... potem golenie. Logrus wyra nie chciał go 

wezwa  z powrotem, tak jak Wzorzec odwołał Deirdre. Dostrzegłem ogniste kł by 

wiruj ce we mgle, która przed chwil  była nogami Jurta. Potem nagle ogie  

zamigotał i znowu pojawiły si  zarysy nóg. Jurt nadal ssał moj  płon c  krew, 

chocia  nie widziałem ju  ognia, gdy  pił jak przedtem Deirdre - wprost z rany. 

Kontury nóg zacz ły si  wypełnia . 

      - Chyba si  stabilizujesz - zauwa yłem. - Pij jeszcze. 

      Co  trafiło mnie w praw  nerk . Szarpn łem si  w bok, i odwróciłem padaj c. 

Wysoki, smagły m czyzna cofał wła nie nog  po kopni ciu. Miał zielone spodnie, 

czarn  koszul  i zielon  bandan  na głowie. 

      - Có  to za perwersyjne zachowanie? - spytał. - I to w  wi tym miejscu? 

      Przetoczyłem si , kl kn łem i wstałem, zginaj c rami , skr caj c przegub, 

si gaj c do sztyletu u pasa. Uniosłem lew  r k . Z naj wie szej rany spływała 

teraz krew, nie ogie . 

      - Nie twój interes - odparłem. I dodałem jego imi , poniewa  zyskałem ju  

pewno . - Caine... 

      Skłonił si  z u miechem. Skrzy ował, potem rozło ył r ce. Składaj c, miał je 

puste, ale teraz w prawej trzymał sztylet. Musiał go wyrwa  z pochwy na lewym 

przedramieniu, pod lu nym r kawem. Musiał te  cz sto  wiczy  ten manewr, 

skoro wykonał go tak szybko. Próbowałem sobie przypomnie , co słyszałem o 

Cainie i no ach... a kiedy mi si  udało, natychmiast tego po ałowałem. Podobno 

był mistrzem walki na no e. Cholera. 

      - Masz nade mn  przewag  - oznajmił. - Wydajesz mi si  znajomy, ale nie 

znam ci . 

      - Merlin - przedstawiłem si . - Syn Corwina. Zacz ł mnie z wolna okr a , ale 

zatrzymał si . 

background image

 

64 

      - Wybacz, ale trudno mi w to uwierzy . 

      - Nie wierz, je li nie chcesz. Ale to prawda. 

      - A ten drugi... ma na imi  Jurt, zgadza si ? Skin ł na mojego brata, który 

wła nie si  podnosił. 

      - Sk d o tym wiesz? - spytałem. Znieruchomiał. Zmarszczył czoło, zmru ył 

oczy. 

      - Nie... Nie jestem pewien - mrukn ł. 

      - A ja tak - odparłem. - Przypomnij sobie, kim jeste  i sk d si  tu wzi łe . 

      Cofn ł si  o dwa kroki. I nagle krzykn ł: 

      - To on! 

      Zrozumiałem, co si   wi ci. 

      - Jurt! - wrzasn łem. - Uwa aj! 

      Jurt obejrzał si  i odskoczył. Rzuciłem sztyletem... To zawsze jest bł dem, tyle 

e miałem jeszcze miecz i mogłem nim dosi gn  Caine'a, zanim on dotrze do 

mnie z no em. 

      Jurt wci  był szybki i w jednej chwili znalazł si  poza zasi giem. Sztylet, co 

mnie zdumiało, trafił Caine'a w prawe rami , ostrzem do przodu. Przebił mi nie 

na gł boko  mo e trzech centymetrów. A potem, zanim Caine zd ył si  do mnie 

odwróci , jego ciało eksplodowało we wszystkich kierunkach, wyemitowało ci g 

wiruj cych lejów, które w mgnieniu oka wyssały wszelkie podobie stwo do 

człowieka. Orbitowały wokół siebie, wydaj c piskliwe d wi ki; dwa z nich 

poł czyły si  w wi ksz  cało , która szybko wchłon ła pozostałe, a brz czenie 

cichło po ka dej nowej zdobyczy. Wreszcie pozostał tylko jeden wir. Pochylił si  

w moj  stron , po czym wystrzelił w niebo i rozpadł si . Sztylet wyleciał na 

zewn trz i wyl dował o krok ode mnie, po prawej stronie. Podniosłem go; był 

ciepły i d wi czał cicho przez kilka sekund, nim schowałem go do buta. 

      - Co si  stało? - zapytał Jurt, wracaj c. 

      - Najwyra niej upiory Wzorca gwałtownie reaguj  na bro  z Dworców - 

odparłem. 

      - Dobrze,  e miałe  j  pod r k . Ale dlaczego on nagle mnie zaatakował? 

      - S dz ,  e Wzorzec nakazał mu przeszkodzi  ci w uzyskaniu autonomii... albo 

zniszczy  ci , gdyby  ju  j  uzyskał. Chyba nie  yczy sobie, aby agenci drugiej 

strony zdobywali tutaj sił  i stabilno . 

      - Przecie  nikomu nie zagra am. Nie stoj  po niczyjej stronie, jedynie po 

własnej. Chc  tylko wydosta  si  st d i zaj  swoimi sprawami. 

      - Mo e wła nie dlatego stanowisz zagro enie. 

      - Jak to? - zdziwił si . 

      - Kto wie, do czego si  nadasz jako niezale ny agent, wobec swego 

niezwykłego pochodzenia... wobec tej gry, jaka si  toczy. Mo esz zakłóci  

równowag  sił. Mo e posiadasz albo masz dost p do pewnych informacji, a 

główne pot gi wol ,  eby nie powtarzano ich na ulicach. Jeste  jak te  arłoczne 

my: nikt nie wie, jaki wpływ b dziesz miał na  rodowisko, je li uciekniesz z 

laboratorium. Mo e... 

      - Do ! - Uniósł dło , by mnie uciszy . - Nic mnie to wszystko nie obchodzi. 

Je li pozwol  mi si  st d wyrwa  i potem zostawi  w spokoju, nie b d  im 

wchodził w drog . 

background image

 

65 

      - To nie mnie masz przekona  - przypomniałem. 

      Przygl dał mi si  przez chwil , po czym odwrócił si . Poza zasi giem  wiatła 

drogi widziałem tylko ciemno , ale on krzykn ł gło no - chyba do ka dego, kto 

chciałby słucha . 

      - Słyszycie mnie? Nie chc  si  w to miesza ! Chc  tylko si  wydosta .  y  i da  

y  innym. Czy to wam przeszkadza? 

      Wyci gn łem r k , chwyciłem go za rami  i szarpn łem do siebie. To dlatego, 

e nad jego głow  zauwa yłem niewielk , widmow  replik  Znaku Logrusu. 

Zaraz potem opadła, z błyskiem pioruna, z d wi kiem jak trzask bata. 

Przeleciała przez miejsce, gdzie stał jeszcze przed chwil , wyrwała dziur  w 

drodze i znikn ła. 

      - Chyba nie tak łatwo si  wycofa  - uznał. Zerkn ł w gór . - Mo e teraz 

szykuj  nast pny atak. Mog  uderzy  w ka dej chwili, kiedy najmniej b d  si  

spodziewał. 

      - Jak w  yciu - pocieszyłem go. - Uznaj to za strzał ostrzegawczy i przesta  si  

przejmowa . Nie tak łatwo im tutaj si gn . S  wa niejsze problemy. Dano mi do 

zrozumienia,  e jest to moja wyprawa. Dlatego chciałbym wiedzie , czy masz mi 

pomaga  czy raczej przeszkadza ? 

      - Skoro ju  o tym mówisz... Przypominam sobie,  e nagle znalazłem si  tutaj i 

mogłem si  z tob   ciga . Miałem uczucie,  e potem b dziemy walczy  albo co  w 

tym rodzaju. 

      - A co teraz my lisz o takiej mo liwo ci? 

      - Szczerze mówi c, nasze stosunki nigdy nie były najlepsze. Ale te  nie podoba 

mi si ,  e kto  mnie w ten sposób wykorzystuje. 

      - Mo e przyjmiemy zawieszenie broni do chwili, kiedy zrozumiem, o co chodzi 

w tej grze i jak mam si  st d wydosta ? 

      - A co ja z tego b d  miał? - zainteresował si . 

      - Znajd  wyj cie z tego piekielnego  wiata, Jurt. Chod  ze mn  i pomó ... albo 

przynajmniej nie stawaj na drodze... a odchodz c zabior  ci  ze sob . 

      Roze miał si . 

      - Nie jestem pewien, czy jest jakie  wyj cie - mrukn ł. - Chyba  e Moce nas 

uwolni . 

      - W takim razie nie masz nic do stracenia - odparłem. - A mo e nawet 

zobaczysz, jak gin  próbuj c. 

      - Czy naprawd  znasz oba typy magii, Wzorca i Logrusu? - zapytał. 

      - Tak. Ale z Logrusem jestem lepszy. 

      - Czy mógłby  wykorzysta  je przeciwko ich  ródłom? 

      - To interesuj cy problem metafizyczny. Nie znam jego rozwi zania i nie 

jestem pewien, czy kiedykolwiek je poznam. Niebezpiecznie jest wzywa  tu Moce. 

Dlatego mam do dyspozycji tylko par  zawieszonych wcze niej zakl . Nie s dz , 

eby zdołały nas st d wyprowadzi . 

      - W takim razie co? 

      - Nie jestem pewien. Wiem tylko,  e pełny obraz uka e mi si  dopiero wtedy, 

kiedy dotr  na koniec tej drogi. 

      - Do licha... Sam nie wiem. To nie jest zdrowa okolica. A z drugiej strony, co 

b dzie, je li tylko tutaj mo e istnie  co  takiego jak ja? Je li znajdziesz bram , 

background image

 

66 

przest pi  przez ni  i rozpłyn  si ? 

      - Skoro upiory Wzorca mog  manifestowa  si  w Cieniu, to i ty chyba mo esz. 

Zjawy Dworkina i Oberona przybyły do mnie, zanim jeszcze si  tutaj znalazłem. 

      - To pocieszaj ce. Spróbowałby  na moim miejscu? 

      - Tu chodzi o twoje  ycie - przypomniałem. 

      Parskn ł. 

      - Zrozumiałem. Pójd  z tob  kawałek i zobacz , co z tego wyniknie. Nie 

obiecuj  pomocy, ale nie b d  ci bru dził. 

      Wyci gn łem r k , ale on pokr cił głow . 

      - Nie przesadzajmy - powiedział. - Je li moje słowo bez u cisku ci nie 

wystarczy, to nie wystarczy te  z u ciskiem. Prawda? 

      - Chyba tak. 

      - A nigdy nie czułem specjalnej ch ci,  eby podawa  ci r k . 

      - Przepraszam,  e ci proponowałem. A mógłby  mi wytłumaczy , dlaczego? 

Od dawna mnie to zastanawia. Wzruszył ramionami. 

      - Czy zawsze musi by  jaki  powód? 

      - Alternatyw  jest nieracjonalno  - odparłem. 

      - Albo skryto  - dodał odwracaj c si . 

      Odszedłem szlakiem. Po chwili Jurt ruszył za mn . Przez długi czas 

maszerowali my w milczeniu. Pewnego dnia naucz  si  mo e trzyma  j zyk za 

z bami albo wstawa  od stołu, kiedy jeszcze wygrywam. Na jedno wychodzi. 

      Droga przez jaki  czas biegła prosto, chocia  zdawała si  znika  niezbyt 

daleko w przedzie. Zrozumiałem dlaczego, kiedy zbli yli my si  do tego 

ko cowego punktu: skr cała za niewysokim wzniesieniem. Min li my zakr t i 

wkrótce spotkali my nast pny. Po chwili weszli my w seri  regularnych zwrotów, 

szybko pojmuj c,  e schodzimy stromym zboczem. Posuwali my si  w dół, a  

nagle spostrzegłem zawieszony przed nami jaskrawy zygzak. Jurt wyci gn ł r k . 

      - Co to...? - zacz ł dokładnie w chwili, kiedy stało si  jasne,  e to prowadz cy 

w gór  dalszy ci g naszego szlaku. 

      Nast piła momentalna zmiana orientacji i zrozumiałem,  e schodzimy do 

czego  w rodzaju wielkiej niecki. Powietrze stało si  wyra nie chłodniejsze. 

      Szli my dalej. Po pewnym czasie co  zimnego i mokrego dotkn ło grzbietu 

mojej prawej dłoni. Spojrzałem w dół i zd yłem jeszcze dostrzec topniej cy w 

szarym mroku płatek  niegu. W chwil  pó niej opadły nast pne. A jeszcze 

pó niej zobaczyli my w dole co  rozległego i jasnego. 

      Ja te  nie wiem, co to jest, nadała Frakir do mojego umysłu. 

      Dzi ki, pomy lałem w odpowiedzi. Uznałem,  e lepiej nie zdradza  Jurtowi jej 

obecno ci. 

      W dół. W dół i zakr t. Tam i z powrotem. Z powrotem i tam. Temperatura 

ci gle spadała. Migotały płatki  niegu. Nagie skały na stoku zacz ły błyszcze . 

      To dziwne, ale nie u wiadamiałem sobie, co to jest, dopóki po raz pierwszy si  

nie po lizn łem. 

      - Lód! - oznajmił gło no Jurt. 

      Przerwóciłby si , gdyby nie złapał jakiego  głazu. 

      Nadbiegło jakby odległe westchnienie, narastało, nabierało mocy, zbli ało si . 

Kiedy dotarło z pot nym uderzeniem wichury, poznali my,  e to wiatr. W 

background image

 

67 

dodatku zimny jak tchnienie epoki lodowcowej. Otuliłem si  płaszczem. Wiatr 

pod ał za nami, łagodniejszy, ale nieust pliwy, a my schodzili my coraz ni ej. 

      Było potwornie zimno, zanim dotarli my do dna, a  cie k  albo pokrywał 

szron, albo była wykuta w lodzie. Wiatr zawodził monotonn ,  ałosn  nut , 

nios c obłoki  niegu i lodowych odprysków. 

      - Fatalny klimat - burkn ł Jurt, szcz kaj c z bami. 

      - Nie przypuszczałem,  e upiory reaguj  na tak zwyczajne zjawiska. 

      - Upiory... akurat. Czuj  si  tak samo jak zawsze. Moim zdaniem to, co 

posłało mnie ubranego,  ebym stan ł przeciwko tobie, mogło przewidzie  tak  

mo liwo . 

      Zreszt ... - dodał - to miejsce nie jest takie zwyczajne. Chc  nas gdzie  

doprowadzi  i wła ciwie mogliby wskaza  jaki  skrót. W tej sytuacji, dotrzemy 

na miejsce jako przesyłka uszkodzona. 

      - Szczerze mówi c, nie wierz ,  eby Wzorzec albo Logrus dysponował tutaj 

tak  władz  - stwierdziłem. - Wolałbym raczej,  eby wcale nie wchodzili nam w 

drog . 

      Nasz szlak prowadził przez l ni c  płaszczyzn  - tak płask  i tak l ni c , a  

poczułem obaw ,  e to wył cznie lód. I nie pomyliłem si . 

      - B dzie  lisko - ocenił Jurt. - Zmieni  kształt stóp. Zrobi  sobie szersze. 

      - Zniszczysz buty i nogi ci zmarzn  - odparłem. - Lepiej przenie  troch  masy 

ciała w dół,  eby obni y   rodek ci ko ci. 

      - Na wszystko masz odpowied ... - zacz ł niech tnie. - Ale tym razem słuszn  - 

doko czył. 

      Zatrzymali my si  na kilka minut. Jurt stał si  ni szy, bardziej kr py. 

      - Sam nie b dziesz si  przekształcał? - zapytał. 

      - Zaryzykuj  z obecnym  rodkiem ci ko ci. W ten sposób mog  si  szybciej 

porusza  - wyja niłem. 

      - W ten sposób mo esz rozbi  sobie tyłek. 

      - Zobaczymy. 

      Ruszyli my przez lód. Utrzymywali my równowag . Wiatry były silniejsze 

tutaj, dalej od zbocza, które zostawili my za sob . Jednak powierzchnia lodowego 

szlaku nie była tak  liska, jak wydawało si  z daleka. Były na niej niewielkie 

zmarszczki i nierówno ci wystarczaj ce, by zapewni  przyczepno . Powietrze 

paliło mnie w płucach; płatki  niegu kr ciły si  w wirach płyn cych w poprzek 

cie ki niby ekscentryczne dzieci ce b ki. Ze szlaku emanowała bł kitna 

po wiata, zabarwiaj c  nieg, je li znalazł si  w jej zasi gu. Pokonali my mo e z 

pół kilometra, nim pojawiły si  nowe widmowe obrazy. Pierwszy przedstawiał 

mnie, rozci gni tego na stosie zbroi w kaplicy; nast pny to Deirdre pod latarni , 

patrz ca na zegarek. 

      - Co? - zapytał Jurt, kiedy pojawiły si  i znikn ły w mgnieniu oka. 

      - Nie wiedziałem, kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy. I nadal nie wiem - 

odpowiedziałem. - Chocia , kiedy zaczynali my nasz wy cig, my lałem,  e jeste  

jednym z nich. Pojawiaj  si  i znikaj ... losowo, jak si  wydaje... bez  adnego 

mo liwego do odgadni cia powodu. 

      Jako nast pny pojawił si  obraz jadalni, z wazonem kwiatów na stole. Nie 

zauwa yłem ludzi. Była i znikn ła... 

background image

 

68 

      Nie. Nie całkiem. Pokój znikn ł, ale kwiaty zostały na gładkiej płaszczy nie 

lodu. Zatrzymałem si , po czym skr ciłem w ich stron . 

      Nie wiem, Merlinie, czy mo esz schodzi  ze  cie ki... 

      Do diabła z tym, odpowiedziałem. Szedłem do bloku lodu; przypominał mi 

podobny do Stonehenge kr g menhirów z miejsca, gdzie wkroczyłem do tej 

krainy. U podstawy widziałem jakie  przypadkowe błyski  wiatła. 

      Le ało ich kilka - ró e w wielu odmianach. Pochyliłem si  i wybrałem jedn  z 

nich. Była niemal srebrna... 

      - A ty co tutaj robisz, drogi chłopcze? - usłyszałem znajomy głos. 

      Wyprostowałem si  natychmiast. Zza lodowego bloku wynurzył si  wysoki, 

smagły m czyzna. Nie do mnie si  zwracał. Z u miechem kiwał głow  Jurtowi. 

      - Uczestnicz  w jakiej  głupiej wyprawie - wyja nił Jurt. 

      - A to pewnie jest sam głupiec - zauwa ył przybysz. - Podnosi ten przekl ty 

kwiat. Srebrna ró a Amberu... lorda Corwina, jak s dz . Witaj, Merlinie. 

Szukasz ojca? 

      Wyj łem jedn  z agrafek, jakie nosiłem wpi te pod płaszczem. Z jej pomoc  

umocowałem ró  na lewej piersi. Mówc  był Borel, diuk z królewskiego rodu 

Swayvill i dawno temu podobno jeden z kochanków matki. Uwa ano go równie  

za jednego z najgro niejszych szermierzy w Dworcach. Przez całe lata dr czyła 

go obsesja, by zabi  w walce mojego ojca, Benedykta albo Eryka. Na nieszcz cie, 

spotkał wła nie Corwina, a w owej chwili tacie si  spieszyło. W efekcie nie 

skrzy owali mieczy. Tato oszukał go i zabił po - formalnie rzecz bior c - nie 

całkiem uczciwej walce. I bardzo dobrze. Nigdy specjalnie Borela nie lubiłem. 

      - Ty nie  yjesz, Borelu. Wiesz o tym? - zapytałem. - Jeste  tylko duchem 

człowieka, jakim byłe  w chwili przej cia Logrusu. Nie ma ju  lorda Borela w 

rzeczywistym  wiecie. Chcesz wiedzie  dlaczego? Bo Corwin zabił ci  w dniu 

Wojny Skazy Wzorca. 

      - Kłamiesz, gówniarzu! - zawołał. 

      - Ehem... nie - wtr cił Jurt. - Naprawd  jeste  martwy. Przebity mieczem, jak 

słyszałem. Nie wiedziałem tylko,  e Corwin tego dokonał. 

      - On - potwierdziłem. 

      Borel odwrócił si . Widziałem tylko, jak mi nie szcz k napinaj  si  i 

rozlu niaj , napinaj  i rozlu niaj . 

      - A to miejsce to co  w rodzaju  wiata zmarłych? - zapytał po chwili, wci  

stoj c do nas plecami. 

      - Mo na chyba tak je okre li  - przyznałem. 

      - Czy mo emy zgin  tu jeszcze raz? 

      - Chyba tak. 

      - Co to jest? 

      Nagle spojrzał na lód. Pod yłem za jego wzrokiem. Co  le ało na lodzie, 

całkiem blisko. Podszedłem o krok. 

      - R ka - oznajmiłem. - Wygl da jak ludzka r ka. 

      - Co tu robi? - Jurt kopn ł znalezisko. 

      R ka poruszyła si  w sposób wskazuj cy,  e nie le y tu zwyczajnie, ale 

wystaje z lodu. Wi cej nawet: jeszcze przez kilka sekund po kopni ciu zginała si  

i zaciskała spazmatycznie. Zauwa yłem drug , kawałek dalej, a obok co , co 

background image

 

69 

wygl dało jak noga. Jeszcze dalej rami  z r k , dło ... 

      - Zamra arka jakiego  kanibala - próbowałem zgadywa . 

      Jurt zachichotał. 

      - Wi c i ty jeste  martwy - stwierdził Borel. 

      - Nie - wyja niłem. - Ja jestem prawdziwy. Przechodziłem tylko w drodze do 

miejsca o wiele, wiele przyjemniejszego. 

      - A Jurt? 

      - Jurt to ciekawy problem, zarówno fizyczny, jak i teologiczny. Doznaje 

niezwykłego typu bilokacji. 

      - Nie powiem,  eby mnie to bawiło - wtr cił Jurt. - Ale bior c pod uwag  

mo liwe alternatywy, ciesz  si ,  e trafiłem tutaj. 

      - To rodzaj optymizmu, jaki przez długie lata zdziałał w Dworcach wiele 

cudów - dodałem. 

      Jurt znowu parskn ł  miechem. 

      Usłyszałem metaliczny  wist, jaki trudno człowiekowi zapomnie . Wiedziałem, 

e je li Borel postanowił wbi  mi kling  w plecy, nie zd

 doby  miecza, 

odwróci  si  i odparowa . Z drugiej strony, zawsze był dumny z przestrzegania 

wszelkich zasad dotycz cych zabijania ludzi. Grał uczciwie, poniewa  był tak 

piekielnie sprawny,  e nigdy nie przegrywał. Mog  spokojnie stawia  na t  jego 

reputacj . Natychmiast podniosłem r ce. Chciałem go zirytowa , zachowuj c si  

tak, jakby zamierzał zaatakowa  od tyłu. 

      Zosta  niewidzialna, Frakir. Kiedy si  odwróc  i machn  r k , le . Trzymaj si  

go, kiedy trafisz. Poszukaj drogi do gardła. Wiesz, co robi , kiedy tam dotrzesz. 

      W porz dku, szefie, odpowiedziała. 

      - Dob d  miecza, Merle, i odwró  si . 

      - Nie wygl da mi to na sportowe zachowanie, Borelu - rzekłem. 

      -  miesz mnie oskar a  o nieprzestrzeganie reguł? 

      - Trudno powiedzie , skoro nie wiem, co planujesz. 

      - W takim razie dob d  miecza i odwró  si  do mnie. 

      - Odwracam si  - zawołałem. - Ale nie dotykam broni. 

      Obróciłem si  szybko i machn łem r k . Poczułem,  e Frakir odlatuje... a 

równocze nie wyjechały spode mnie nogi. Za szybko si  poruszyłem na bardzo 

gładkim skrawku lodu. Podniosłem si  na łokciach i zauwa yłem,  e pole 

widzenia przesłania cie . Spojrzałem w gór ; ostrze miecza Borela zawisło jakie  

pi tna cie centymetrów od mojego prawego oka. 

      - Wsta  powoli - nakazał. Posłuchałem. 

      - A teraz si gnij po bro . 

      - A gdybym odmówił? - spytałem, próbuj c zyska  na czasie. 

      - Udowodnisz,  e niegodny jeste , by uwa a  ci  za d entelmena. Wtedy 

podejm  wła ciwe działania. 

      - Atakuj c mnie mimo wszystko? - upewniłem si . 

      - Zasady na to pozwalaj . 

      - Wypchaj si  swoimi zasadami - odparłem. Cofn łem praw  stop  za lew  i 

odskoczyłem w tył, równocze nie wyci gaj c miecz i wysuwaj c go do pozycji 

obronnej. 

      W mgnieniu oka był przy mnie. Cofałem si  dalej, mijaj c wielki blok lodu, 

background image

 

70 

zza którego si  wynurzył. Nie miałem ochoty stan  i prowadzi  dyskusji na 

techniki szermiercze, zwłaszcza teraz, kiedy widziałem szybko  jego ataków. 

Parowanie ich wymagało mniejszego wysiłku, kiedy ust powałem pola. Miecz 

sprawiał wra enie troch  obcego. A kiedy zerkn łem na niego pospiesznie, 

zrozumiałem, dlaczego. To nie była moja bro . 

      W odbijanym przez lód migotliwym blasku szlaku dostrzegłem pulsuj cy na 

ostrzu wzór. Wiedziałem o istnieniu tylko jednej takiej klingi; w dodatku 

widziałem j  całkiem niedawno w r ku kogo , kto mógł by  moim ojcem. To 

Grayswandir błyszczał przede mn . U miechn łem si  ironicznie. Wła nie ta 

bro  zabiła prawdziwego lorda Borela. 

      - U miechasz si  do własnego tchórzostwa? - zapytał. - Sta  w miejscu i walcz, 

ty b karcie. 

      Jakby w odpowiedzi na t  sugesti , nagle co  mnie unieruchomiło. Borel nie 

przebił mnie jednak, kiedy zaryzykowałem szybkie spojrzenie w dół - po minie 

poznałem,  e i jemu zdarzyło si  co  podobnego. 

      Kilka r k si gaj cych spod lodu chwyciło nas za kostki i trzymało mocno. 

Teraz z kolei Borel si  u miechn ł... wprawdzie nie mógł atakowa  z wypadu, za 

to ja nie mogłem si  dalej cofa . Co oznaczało... 

      Jego klinga błysn ła, sparowałem kwart , zaatakowałem sekst . Odbił i 

wykonał zwód. Znowu kwarta i nast pny atak. Riposta. Zasłona sekst ... nie, to 

finta. Chwyci  na kwart ... Zwód. Zwód. Trafienie... 

      Co  białego i twardego przemkn ło nad jego ramieniem i uderzyło mnie w 

czoło. Odchyliłem si  w tył, cho  trzymaj ce r ce uchroniły mnie przed 

upadkiem. I dobrze,  e tak si  stało, gdy  w przeciwnym razie pchni cie 

przebiłoby mi w trob . Odruchowo, a mo e dzi ki tkwi cej podobno w 

Grayswandirze odrobinie magii, wyprostowałem rami , gdy ugi ły si  pode mn  

kolana. Czułem,  e ostrze w co  trafia, cho  nawet nie patrzyłem w tamt  stron . 

Usłyszałem zaskoczone westchnienie Borela i ciche przekle stwo. Prawie 

równocze nie zakl ł Jurt. Znalazł si  poza moim polem widzenia. 

      Nast pił jaskrawy błysk. Napi łem mi nie nóg, powstrzymałem upadek, 

odbiłem ciecie w głow  i zacz łem wstawa . Wtedy zobaczyłem,  e trafiłem 

Borela w przedrami  i  e z rany jak fontanna tryska ogie . Ciało rozjarzyło si , w 

dolnej cz ci kontury zaczynały si  rozmywa . 

      - Nie dzi ki sztuce mnie pokonałe ! - zakrzykn ł. Wzruszyłem ramionami. 

      - Ale nie jeste my na Zimowych Igrzyskach - odparłem. 

      Zmienił uchwyt, zamachn ł si  i rzucił we mnie mieczem - o sekund  przed 

tym, jak rozpadł si  w snop iskier, wzleciał i znikn ł gdzie  wysoko. 

      Odbiłem miecz. Przeleciał po lewej stronie, wbił si  w lód i stał tam wibruj c, 

jak element skandynawskiej wersji legendy arturia skiej. Jurt podbiegł, 

kopniakami odp dził r ce i spojrzał na moje czoło. 

      Poczułem,  e co  na mnie spada. 

      Przykro mi, szefie. Trafiłam koło kolana. Płon ł ju , zanim dotarłam do szyi, 

wyja niła Frakir. 

      Wszystko dobre, co si  dobrze ko czy, uspokoiłem j . Nie przypaliło ci ? 

      Nawet nie poczułam ciepła. 

      Przepraszam,  e trafiłem ci  tym lodem - powiedział Jurt. - Celowałem w 

background image

 

71 

Borela. Opu ciłem równin  r k i wróciłem na szlak. 

      - W rezultacie pomogło - mrukn łem. 

      Nie miałem ochoty mu dzi kowa . Sk d mogłem wiedzie , do kogo naprawd  

mierzył? Obejrzałem si  jeszcze; kilka skopanych przez Jurta dłoni wystawiało 

ku nam palce. 

      Dlaczego nosiłem Grayswandira? Czy inna bro  potrafiłaby tak skutecznie 

zrani  upiora Logrusu? Czy by wi c to naprawd  ojciec mnie tu przeniósł? I czy 

uznał,  e przyda mi si  dodatkowy atut, jakim był jego miecz? Chciałbym w to 

wierzy , chciałbym,  eby był kim  wi cej ni  tylko upiorem Wzorca. A je li 

rzeczywi cie, to jak  rol  odgrywa w tej całej sprawie? Co mo e o tym wszystkim 

wiedzie ? Po czyjej stoi stronie? 

      Wiatr ucichł, kiedy szli my wzdłu  szlaku. Jedyne r ce, jakie sterczały nad 

lodem, trzymały pochodnie, rozja niaj ce drog  na długim odcinku - wła ciwie a  

do stóp urwiska. Nie zdarzyło si  nic niezwykłego, gdy przekraczali my t  

zamarzni t  równin . 

      - Z tego, co mówiłe  i co sam zaobserwowałem - zacz ł Jurt - Wzorzec funduje 

ci t  podró , a Logrus usiłuje skasowa  bilet. 

      W tej wła nie chwili lód p kł w kilku miejscach. Z obu stron  cie ki pomkn ły 

ku nam szczeliny. Zwolniły jednak, zbli aj c si ; po raz pierwszy zauwa yłem,  e 

szlak biegnie powy ej poziomu równiny. Szli my teraz po czym  w rodzaju 

grobli, a lód p kał niegro nie na obu jej brzegach. 

      - Na przykład teraz. - Jurt skin ł r k . - Jak w ogóle wpl tałe  si  w t  

histori ? 

      - Wszystko zacz ło si  trzydziestego kwietnia... - zacz łem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

72 

Rozdział 7

 

 

Niektóre z r k machały nam jak na po egnanie, kiedy zacz li my wspina  si  

pod gór . Jurt zagrał im na nosie. 

      - Czy mo na si  dziwi ,  e próbuj  st d uciec? - zapytał. 

      - W najmniejszym stopniu - przyznałem. 

      - Je li transfuzja, jakiej mi udzieliłe , rzeczywi cie uwalnia spod władzy 

Logrusu, to mógłbym tu  y  przez bardzo długi czas. 

      - Mo liwe. 

      - Dlatego musisz zrozumie ,  e rzuciłem lodem w Borela, nie w ciebie. Przede 

wszystkim jeste  od niego sprytniejszy i potrafisz mo e znale  wyj cie. Po 

drugie, on był tworem Logrusu i w razie potrzeby nie miałby w sobie do  ognia. 

      - To te  przyszło mi do głowy - odparłem, zatrzymuj c dla siebie mo liwe 

rozwi zanie tej kwestii. Wolałem pozosta  niezast piony. - Ale do czego 

zmierzasz? 

      - Próbuj  wytłumaczy ,  e udziel  ci wszelkiej pomocy,  eby  tylko mnie tutaj 

nie zostawił. Wiem,  e nie układało si  mi dzy nami najlepiej. Je li ty o tym 

zapomnisz, ja tak e skłonny jestem nie pami ta . 

      - Zawsze tego chciałem. To ty zaczynałe  wszystkie kłótnie i pakowałe  mnie w 

kłopoty. U miechn ł si . 

      - Wcale nie i wi cej nie b d  - odparł. - Tak, zgadza si , masz racj . Nie 

lubiłem ci  i mo e wci  ci  nie lubi . Ale nie b d  przeszkadzał, kiedy 

potrzebujemy siebie nawzajem. 

      - Moim zdaniem, ty potrzebujesz mnie o wiele bardziej ni  ja ciebie. 

      - Trudno zaprzeczy . Nie mog  ci  zmusi ,  eby  mi zaufał. - Westchn ł. - 

Szkoda. 

      Wspi li my si  wy ej, nim zacz ł mówi  dalej. Zdawało mi si ,  e powietrze 

jest tu odrobin  cieplejsze. 

      - Ale spójrz na to z innej strony - podj ł wreszcie. - Przypominam twojego 

brata Jurta i w pewnym zakresie reprezentuj  to, czym był kiedy . W pewnym 

zakresie, ale nie do ko ca. Zacz łem ró ni  si  od modelu, który si  z tob   cigał. 

Tutejsze do wiadczenia s  tylko moje. Powa nie si  nad tym zastanawiałem od 

chwili, gdy uzyskałem autonomi . Prawdziwy Jurt wie o sprawach, o jakich nie 

mam poj cia; dysponuje moc , której nie posiadam. Ale ja mam jego pami  do 

czasu przej cia Logrusu i jestem drugim na  wiecie autorytetem w kwestii jego 

sposobu my lenia. A skoro, jak sugerowałe , jest dla ciebie a  takim zagro eniem, 

mog  ci by  u yteczny, je li spróbujesz go przechytrzy . 

      - Co  w tym jest - przyznałem. - Chyba  e, naturalnie, wy dwaj spróbujecie 

działa  razem. Pokr cił głow . 

      - Nie ufałby mi - stwierdził. - I ja bym mu nie ufał. Obaj za dobrze si  znamy. 

To kwestia introspekcji. Rozumiesz, o czym mówi ? 

      -  e  aden z was nie jest godzien zaufania. Zmarszczył brwi; potem skin ł 

głow . 

      - Tak, chyba tak - zgodził si . 

      - W takim razie czemu ja mam ci ufa ? 

      - W tej chwili dlatego,  e trzymasz mnie za gardło. A pó niej, bo b d  taki 

background image

 

73 

diabelnie u yteczny. 

      Odpowiedziałem po kilku minutach wspinaczki. 

      - Najbardziej martwi mnie fakt,  e Jurt całkiem niedawno pokonał Logrus. 

Nie jeste  starsz , łagodniejsz  wersj  najmniej kochanego z moich krewnych. 

Jeste  całkiem aktualnym modelem. A co do ró nic mi dzy tob  a oryginałem, nie 

rozumiem, jak mógł na nie wpłyn  tak krótki okres. 

      Wzruszył ramionami. 

      - Co mog  doda , czego jeszcze nie powiedziałem? - zapytał. - Zawrzyjmy 

układ z pozycji siły i ochrony własnych interesów. 

      U miechn łem si . Obaj wiedzieli my,  e i tak post pimy w ten sposób. Ale 

rozmowa pomagała zabi  czas. 

      Przyszła mi do głowy pewna my l. 

      - Jak my lisz, potrafisz chodzi  przez Cie ? - zapytałem. 

      - Nie wiem - odpowiedział po chwili. - Przej cie Logrusu to ostatnie zdarzenie, 

jakie zapami tałem, zanim zjawiłem si  tutaj. Przypuszczam,  e wtedy dokonał 

mojego zapisu. Dlatego nie pami tam, jak Suhuy uczył mnie podró y w cieniach 

ani jak tego próbowałem. Chyba jednak bym potrafił. Jak my lisz? 

      Przystan łem,  eby złapa  oddech. 

      - Sprawa jest tak zło ona,  e nie  miałbym wysuwa  jakich  teorii. Liczyłem, 

e na takie pytania masz ju  gotowe odpowiedzi... rodzaj nadprzyrodzonej 

wiadomo ci własnych ogranicze  i umiej tno ci. 

      - Obawiam si ,  e nie. Chyba  e przeczucie nazwiesz nadprzyrodzonym. 

      - Nazwałbym, je li do tej pory dostatecznie cz sto ci  nie myliło. 

      - Cholera. Za mało czasu,  eby to stwierdzi . 

      - Cholera. Masz racj . 

      W krótkim czasie wyszli my ponad lini  mgły, z której zdawały si  opada  

płatki  niegu. Troch  dalej, i wiatr zel ał do lekkiej bryzy. Jeszcze dalej, a i ona 

całkiem ucichła. Wtedy widzieli my ju  kraw d , a wkrótce potem do niej 

dotarli my. 

      Odwróciłem si  i spojrzałem w dół. Widziałem tylko słabe błyski w ród mgły. 

W przeciwnym kierunku nasza  cie ka biegła zygzakami, czasem przypominaj c 

ci gi znaków Morse'a - z regularnymi przerwami, by  mo e formacjami skał. 

Pod yli my za ni  w prawo a  do zakr tu, potem w lewo. 

      Zwracałem uwag  na Jurta, czekaj c, czy nie da znaku,  e rozpoznaje okolic . 

Rozmowa to tylko słowa, a on był jednak pewn  wersj  tego Jurta, z którym si  

wychowałem. I gdybym z jego powodu wpadł w jak  zasadzk , zamierzałem 

wsun  Grayswandira w jego osobist  przestrze , gdy tylko zauwa  co  

podejrzanego. 

      Błysk... 

      Formacja skalna na prawo, rodzaj groty, jakby dziura w skale była oknem do 

innej rzeczywisto ci. Dziwaczny kształtem samochód jad cy w gór  strom  

ulic ... 

      - Co...? - zacz ł Jurt. 

      - Nadal nie wiem, jakie maj  znaczenie. Ale wcze niej napotkałem cał  mas  

takich widoków. Na pocz tku my lałem nawet,  e jeste  elementem jednego z 

nich. 

background image

 

74 

      - Wygl da tak realnie,  e mo na by tam wej . 

      - Mo liwe. 

      - A mo e to droga do wyj cia? 

      - Mam wra enie,  e to byłoby zbyt proste. 

      - Co nam szkodzi spróbowa ? 

      - Ty pierwszy - rzuciłem. 

      Opu cił szlak, zbli ył si  do okna rzeczywisto ci i szedł dalej. Po chwili stan ł 

na chodniku ulicy, któr  przeje d ał samochód. Obejrzał si  i pomachał mi r k . 

      Zobaczyłem,  e porusza ustami, ale nie dotarł do mnie  aden d wi k. 

      Je li mogłem zgarn   nieg z czerwonego chevroleta, dlaczego nie mog  w 

pełni wkroczy  do takiej sekwencji? A skoro tak, mo e stamt d potrafiłbym pój  

przez cienie, znale  drog  do jakiego  przyjemniejszego miejsca i zostawi  za 

sob  ten mroczny  wiat? 

      Ruszyłem. 

      I nagle znalazłem si  tam, a kto  wł czył dla mnie d wi k. Spojrzałem na 

budynki, na ostro pochylon  ulic . Słuchałem szumu silników, wdychałem 

powietrze. To miejsce mogłoby by  niemal jednym z cieni San Francisco. Szybko 

poszedłem za Jurtem, który zbli ał si  do rogu ulicy. 

      Dogoniłem go po chwili. Razem dotarli my do rogu. Skr cili my. 

Znieruchomieli my. 

      Nic tam nie było. Stali my przed  cian  czerni. Nie, nie zwykłej ciemno ci, ale 

absolutnej nico ci, przed któr  cofn li my si  natychmiast. 

      Powoli wysun łem r k . Poczułem mrowienie, gdy zbli ała si  do czerni, 

potem chłód, a po nim strach. Cofn łem j . Jurt spróbował, z podobnym 

rezultatem. Nagle pochylił si , podniósł z rynsztoka dno rozbitej butelki i cisn ł w 

pobliskie okno. I natychmiast pobiegł w tamt  stron . 

      Ja równie . Dogoniłem go przed wybit  szyb  i zajrzałem do wn trza. 

      Znowu czer . Po drugiej stronie okna nie było zupełnie nic. 

      - Troch  niesamowite - zauwa yłem. 

      - Uhm - potwierdził Jurt. - To tak, jakby my uzyskali maksymalnie 

ograniczony dost p do innego cienia. Co o tym my lisz? 

      - Zastanawiam si , czy nie powinni my w takich miejscach czego  szuka  - 

mrukn łem. 

      Nagle ciemno  rozwiała si , a za oknem na małym stoliku zapłon ła  wieca. 

Si gn łem ku niej przez p kni te szkło, ale znikn ła natychmiast. Znowu 

widziałem tylko czer . 

      - Uznaj  to za twierdz c  odpowied  na twoje pytanie - stwierdził Jurt. 

      - Chyba masz słuszno . Ale nie mo emy przecie  szuka  w ka dej z mijanych 

scenek. 

      - S dz ,  e co  próbuje zwróci  twoj  uwag .  eby  zrozumiał,  e powiniene  

obserwowa , co si  pojawia. A kiedy zaczniesz to dostrzega , co  zostanie ci 

pokazane. 

      Jasno . Teraz za oknem  wiece zastawiały cały blat stołu. 

      - Dobra! - wrzasn łem. - Zrobi  to, je li tak ci zale y. Czy jeszcze czego  

powinienem tutaj poszuka ? 

      Wróciła ciemno . Wysun ła si  zza rogu i popłyn ła w nasz  stron .  wiece 

background image

 

75 

znikn ły, a ciemno  wypłyn ła z okna. Budynki po drugiej stronie ulicy zakryła 

ciana czerni. 

      - Rozumiem,  e odpowied  brzmi: nie! - zawołałem. 

      Odwróciłem si  i coraz w szym czarnym tunelem pobiegłem z powrotem do 

szlaku. Jurt p dził tu  za mn . 

      - Dobrze to wymy liłe  - pochwaliłem go, kiedy znowu stali my na l ni cej 

cie ce i patrzyli my, jak na naszych oczach co  wypycha z egzystencji strom  

ulic . - S dzisz,  e to co  wy wietlało scenki losowo, dopóki do jednej z nich nie 

wszedłem? 

      - Tak. 

      - Po co? 

      - My l ,  e w takich miejscach ma wi cej mocy i mo e bezpo rednio 

odpowiada  na twoje pytania. 

      - Co , czyli Wzorzec? 

      - Prawdopodobnie. 

      - No dobrze. Kiedy tylko pojawi si  nast pna, wchodz . Zrobi  tam, co tylko 

b d  chcieli, je li dzi ki temu szybciej si  st d wyrw . 

      - My, bracie. My. 

      - Naturalnie. 

      Znów podj li my marsz. Nie pojawiło si  nic nowego ani ciekawego. Droga 

skr cała w prawo i w lewo, i zacz łem si  zastanawia , kogo teraz spotkamy. Je li 

rzeczywi cie byłem na terenie Wzorca i miałem wykona  jakie  jego zlecenie, 

Logrus mo e wysła  kogo  znajomego, by mi przeszkodził. Nikt jednak nie 

przybywał i wreszcie min li my ostatni zakr t. Szlak biegł prosto przez dłu szy 

czas i znikał w ciemnej masie daleko z przodu. 

      Kiedy podeszli my bli ej, zobaczyłem,  e ginie pod wielk , czarn  gór . 

Poczułem lekki atak klaustrofobii na sam  my l o implikacjach tego faktu; 

usłyszałem,  e Jurt mruczy pod nosem jakie  przekle stwa. Zanim jednak 

dotarli my do ko ca, co  zamigotało po prawej stronie. Obejrzałem si  i 

zobaczyłem sypialni  Randoma i Vialle, z pałacu w Amberze. Patrzyłem od 

strony południowej, pomi dzy sof  a szafk  nocn , obok fotela, ponad dywanem i 

pufami, na kominek i boczne okna, przez które wpadało  wiatło dnia. Nikogo nie 

było w łó ku, nikt nie zajmował innych elementów umeblowania, a drwa w 

palenisku wypaliły si  w czerwone głownie i dymiły nierówno. 

      - Co teraz? - zapytał Jurt. 

      - Wła nie to - wyja niłem. - To oczywiste. Nie rozumiesz? Kiedy tylko 

otrzymałem wiadomo , o co tu chodzi, Wzorzec od razu pokazał mi wła ciwy 

obiekt. I domy lam si ,  e musz  działa  szybko... jak tylko zgadn , co... 

      Jeden z kamieni przy kominku rozjarzył si  czerwieni . Płon ł coraz ja niej. 

Głownie w  aden sposób nie mogły by  tego przyczyn . Zatem... 

      Pop dziłem przed siebie, pchany pot nym nakazem. Usłyszałem,  e Jurt 

krzyczy co , ale jego głos ucichł, kiedy znalazłem si  w komnacie. Mijaj c ło e, 

wyczułem aromat ulubionych perfum Vialle. To prawdziwy Amber, byłem tego 

pewien, nie jaki  jego odpowiednik w Cieniu. Szybko podbiegłem do kominka. 

      Jurt wpadł za mn  do komnaty. 

      - Szykuj si  do walki! - zawołał. Odwróciłem si  błyskawicznie. 

background image

 

76 

      - Zamknij si ! - rzuciłem i uniosłem palec do ust. Podszedł do mnie, chwycił za 

rami  i wyszeptał chrapliwie: 

      - Borel znów próbuje si  zmaterializowa . Kiedy st d wyjdziesz, mo e na 

ciebie czeka . Z salonu usłyszałem Vialle. 

      - Kto tam jest?! - zawołała. 

      Wyrwałem Jurtowi r k , przykl kn łem i chwyciłem ja niej cy kamie . 

Wygl dał jak spojony zapraw  z pozostałymi, ale kiedy szarpn łem, wypadł bez 

oporu. 

      - Sk d wiedziałe ,  e ten si  wyjmuje? - szepn ł Jurt. 

      - To l nienie - odparłem. 

      - Jakie l nienie? - zdziwił si . 

      Nie odpowiadaj c wsun łem r k  w otwór. Miałem nadziej ,  e nie ma tam 

adnych pułapek. Skrytka si gała o wiele gł biej ni  na grubo  kamienia, ale 

wreszcie znalazłem co , zawieszone na haku czy kołku: kawałek ła cucha. 

Złapałem i poci gn łem. 

      Jurt westchn ł gło no. 

      Ostatni raz widziałem go na szyi Randoma w czasie pogrzebu Caine'a - 

Klejnot Wszechmocy. Szybko wsun łem ła cuch przez głow , a kamie  opadł mi 

na pier . Drzwi do salonu zacz ły si  otwiera . 

      Poło yłem palec na wargach, chwyciłem Jurta za ramiona i odwróciłem w 

stron  otwartej  ciany, prowadz cej z powrotem na szlak. Chciał protestowa , ale 

pchn łem go mocno i ruszył we wskazanym kierunku. 

      - Kto tu jest? - usłyszałem głos Vialle. Jurt obejrzał si  na mnie zdziwiony. 

      Miałem uczucie,  e nie mog  po wi ci  ani chwili,  eby wyja ni  mu j zykiem 

znaków albo szepn ,  e jest niewidoma. Dlatego pchn łem go znowu. Jednak 

tym razem odst pił na bok, wystawił nog , wsun ł mi r k  za plecy i szarpn ł do 

przodu. Wyrwało mi si  krótkie przekle stwo, a potem ju  padałem. 

      - Kto... - usłyszałem jeszcze Vialle, zanim umilkła. 

      Potoczyłem si  na  cie k . Z prawego buta udało mi si  wydosta  sztylet. 

Przekoziołkowałem i wstałem, wysuwaj c go w stron  Borela, który wyra nie 

znowu zaistniał fizycznie. 

      U miechał si . Nie si gał jeszcze po bro . Obserwował mnie. 

      - Nie ma tu pola r k - zauwa ył. - To wyklucza taki szcz liwy przypadek, jaki 

ci pomógł podczas naszego ostatniego spotkania. 

      - Szkoda - mrukn łem. 

      - Musz  tylko zdoby  ten drobiazg, który masz na szyi, i dostarczy  go 

Logrusowi. W nagrod  otrzymam  ycie i zast pi  mojego poprzednika... 

zdradziecko zamordowanego przez twojego ojca, jak sam mnie poinformowałe . 

      Rozwiała si  wizja królewskich apartamentów w Amberze. Jurt stał tu  obok 

cie ki, w pobli u zł cza komnaty z t  przedziwn  krain . 

      - Wiedziałem,  e nie zdołałem go pokona  - stwierdził. - Ale tobie ju  raz si  

udało. Wzruszyłem ramionami. Słysz c to, Borel obejrzał si  na Jurta. 

      - Zdradziłby  Dworce i Logrus? - zapytał. 

      - Wr cz przeciwnie - odparł Jurt. - Mo e ratuj  je przed powa nym bł dem. 

      - Có  to za bł d? 

      - Wytłumacz mu, Merlinie. Powiedz to, co mnie mówiłe , kiedy wychodzili my 

background image

 

77 

z tej lodówki. Borel spojrzał na mnie. 

      - W całym tutejszym systemie jest co  dziwnego - wyja niłem. - Mam 

przeczucie,  e to pojedynek mi dzy Mocami, Logrusem i Wzorcem. Amber i 

Dworce mog  by  wtórne wobec tego konfliktu. Widzisz... 

      - To  mieszne! - przerwał mi i dobył miecza. - To bajka wymy lona napr dce, 

aby unikn  naszego pojedynku. 

      Przerzuciłem sztylet do lewej r ki i praw  wyj łem Grayswandira. 

      - Do diabła z tob ! - zawołałem. - Chod  i sam we  to, o co prosisz! 

      Czyja  dło  opadła mi na rami . I opadała dalej, skr caj c lekko. W efekcie 

pchn ła mnie spiral  w dół i odrzuciła na lew  stron  szlaku. K tem oka 

dostrzegłem,  e Borel cofn ł si  o krok. 

      - Podobny jeste  do Eryka lub Corwina - rozległ si  spokojny, znajomy głos. - 

Nie znam ci  jednak. Ale nosisz Klejnot, co czyni ci  osob  zbyt wa n , by  si  

nara ał w przypadkowej bójce. 

      Odwróciłem głow . I zobaczyłem Benedykta... Benedykta z dwoma 

normalnymi dło mi. 

      - Mam na imi  Merlin i jestem synem Corwina - wyja niłem. - A to mistrz 

pojedynków z Dworców Chaosu. 

      - Odnosz  wra enie,  e wypełniasz jak  misj , Merlinie - zauwa ył Benedykt. 

- Ruszaj zatem. 

      Ostrze Borela błysn ło i zatrzymało si  o jakie  dwadzie cia centymetrów od 

mojego gardła. - Nigdzie nie pójdziesz - oznajmił. - Nie z tym kamieniem. 

      Nie słyszałem  adnego d wi ku, gdy klinga Benedykta wyskoczyła z pochwy i 

odbiła na bok miecz Borela. 

      - Jak ju  mówiłem, Merlinie, ruszaj - powtórzył Benedykt. 

      Wstałem, szybko usun łem si  poza zasi g ich broni i wymin łem obu 

szerokim łukiem. 

      - Je li go zabijesz - uprzedził Jurt - po jakim  czasie zmaterializuje si  

ponownie. 

      - To ciekawe - przyznał Benedykt. Błysn ł mieczem w natarciu i natychmiast 

cofn ł si  lekko. - Jaki to czas? 

      - Kilka godzin. 

      - A ile czasu trzeba, by cie doko czyli tego, co zamierzacie? Jurt spojrzał na 

mnie. 

      - Nie jestem pewien - odpowiedziałem. Benedykt wykonał niezwykł , szybk  

zasłon , przesun ł stop  i ci ł błyskawicznie. Od koszuli Borela odpadł guzik. 

      - W takim razie pobawimy si  przez chwil  - obiecał Benedykt. - Powodzenia, 

chłopcze. 

      Zasalutował mieczem na po egnanie. W tym momencie Borel zaatakował. 

Benedykt zasłonił si  włosk  sekst , odsuwaj c obie klingi z linii. Post pił 

naprzód, szybko wyci gn ł r k  i złapał Borela za nos. Potem odepchn ł go i z 

u miechem cofn ł si  o krok. 

      - Ile zwykle bierzesz za lekcje? - usłyszałem jego pytanie. Wraz z Jurtem 

odbiegali my ju   cie k . 

      - Ciekawe, ile czasu trzeba obu Mocom na materializacj  upiora - zastanowił 

si  Jurt, kiedy biegli my w stron  góry, pod któr  ko czył si  szlak. 

background image

 

78 

      - Par  godzin na samego Borela. A je li Logrus tak bardzo chce zdoby  

Klejnot, to gdyby potrafił, przywołałby cał  armi  upiorów. Jestem przekonany, 

e bardzo trudno im tutaj si gn . Mam wra enie,  e manifestuj  si  jedynie 

dzi ki minimalnym strumykom energii. Gdyby nie to, nigdy nie dotarłbym tak 

daleko. 

      Jurt wyci gn ł r k , jakby chciał dotkn  Klejnotu, ale wyra nie pomy lał 

rozs dnie i zrezygnował. 

      - Wydaje si ,  e definitywnie stan łe  po stronie Wzorca - zauwa ył. 

      - Mam wra enie,  e ty równie . Chyba  e chcesz w ostatniej chwili pchn  

mnie no em w plecy. 

      Parskn ł  miechem i zaraz spowa niał. 

      - To nie jest zabawne - stwierdził. - Musz  by  po twojej stronie. Widz  

przecie ,  e Logrus stworzył mnie jako narz dzie jednorazowego u ytku. Po 

wykonaniu zadania sko czyłbym na wysypisku  mieci. Gdyby nie transfuzja, ju  

bym si  pewnie rozpłyn ł. Dlatego jestem z tob , podoba ci si  to czy nie, i twoim 

plecom nic nie grozi. 

      Biegli my prost  drog , której koniec wreszcie stał si  bliski. 

      - Jakie znaczenie ma ten wisior? - zapytał po chwili Jurt. - Logrusowi bardzo 

na nim zale y. 

      Nazywaj  go Klejnotem Wszechmocy - wyja niłem. - Podobno jest starszy 

ni  sam Wzorzec i był instrumentem jego kreacji. 

      - Jak my lisz, dlaczego do niego trafiłe  i zdobyłe  bez wysiłku? 

      - Nie mam najmniejszego poj cia. Je li przyjdzie ci do głowy jakie  

wytłumaczenie, ch tnie go wysłucham. 

      Wkrótce dotarli my do punktu, gdzie szlak zanurzał si  w gł bsz  ciemno . 

Stan li my,  eby si  przyjrze . 

      -  adnych znaków - stwierdziłem, sprawdzaj c u góry i po obu stronach 

otworu. Jurt spojrzał na mnie podejrzliwie. 

      - Zawsze miałe  do  dziwaczne poczucie humoru, Merlinie - zauwa ył. - Kto 

zostawiałby znaki w takim miejscu? 

      - Kto  inny z dziwacznym poczuciem humoru - odparłem. 

      - Mo emy chyba i  dalej - mrukn ł, kieruj c si  do tunelu. 

      Nad otworem pojawił si  jaskrawoczerwony napis WYJ CIE. Jurt przygl dał 

mu si  przez chwil , wreszcie wolno pokr cił głow . Weszli my. 

      Ruszyli my kr tym tunelem - co troch  mnie zaskoczyło. Prawie cała ta 

kraina sprawiała wra enie sztucznego tworu. Oczekiwałem wi c prostej jak 

strzelił drogi korytarzem o gładkich  cianach, geometrycznie precyzyjnego we 

wszystkich aspektach. Tymczasem zdawało si ,  e pod amy ci giem naturalnych 

jaski ; po obu stronach widziałem stalaktyty, stalagmity, filary i małe jeziorka. 

      Klejnot rzucał złowrogi blask na ka dy obiekt, któremu si  przygl dałem. 

      - Czy wiesz, jak u ywa  tego kamienia? - spytał Jurt. 

      Przypomniałem sobie opowie  ojca. 

      - Kiedy nadejdzie czas, b d  wiedział - stwierdziłem. Podniosłem Klejnot i 

studiowałem go przez chwil , potem opu ciłem na pier . Bardziej od niego 

interesował mnie szlak, jakim pod ali my. 

      Rozgl dałem si  ci gle, gdy przechodzili my z wilgotnych grot do komór 

background image

 

79 

wysokich jak katedry... w skimi korytarzami... wzdłu  kamiennych 

wodospadów... Było w tym wszystkim co  znajomego, czego nie potrafiłem 

dokładnie okre li . 

      - Czy to ci niczego nie przypomina? - zapytałem Jurta. 

      - Nie. 

      Szli my dalej. W pewnym miejscu min li my boczn  grot , w której le ały 

trzy ludzkie szkielety. Były, w pewnym sensie, pierwsz  prawdziw  oznak   ycia, 

jak  spotkałem od pocz tku podró y. Zwróciłem na to uwag  Jurta. 

      Pokiwał głow . 

      - Zastanawiam si , czy nadal w drujemy mi dzy cieniami - powiedział. - Czy 

mo e opu cili my ju  tamto miejsce i wrócili my do Cienia... mo e kiedy 

weszli my do tych jaski . 

      - Mógłbym to sprawdzi , wzywaj c Logrus - zaproponowałem, wywołuj c 

gwałtowne pulsowanie Frakir na przegubie. - Bior c jednak pod uwag  

metafizyczn  polityk , w obecnej sytuacji wolałbym raczej tego nie próbowa . 

      - Wywnioskowałem to z kolorów tych wszystkich minerałów w skałach - 

wyja nił. - To, co zostawili my za sob , było raczej monochromatyczne. 

Oczywi cie, sceneria guzik mnie obchodzi. Chc  tylko powiedzie ,  e je li to 

prawda, odnie li my co  w rodzaju zwyci stwa. 

      Wskazałem ziemi . 

      - Nie wyrwali my si  z sieci, dopóki mamy pod nogami  wiec c   cie k . 

      - A gdyby my zwyczajnie z niej teraz zeszli? - zaproponował, skr cił w prawo 

i zrobił krok. 

      Stalaktyt zadygotał i run ł na ziemi  tu  przed nim. Min ł go o jakie  

trzydzie ci centymetrów. Jurt w mgnieniu oka znalazł si  przy mnie. 

      - Naturalnie, szkoda by było nie sprawdzi , dok d wła ciwie zmierzamy - 

stwierdził. 

      - Tak to ju  jest z misjami. Nie wypada rezygnowa . 

      Maszerowali my. Wokół nas nie działo si  nic alegorycznego. Słowa i kroki 

odbijały si  echem. W co wilgotniejszych grotach kapała woda. L niły minerały. 

Droga zdawała si  lekko opada . 

      Nie wiem, jak długo szli my. Po pewnym czasie skalne komnaty nabrały cech 

geometrycznych - jakby my regularnie przechodzili przez urz dzenie do 

teleportacji, które przerzucało nas ci gle w te same jaskinie i korytarze. To 

zakłócało poczucie czasu. Taki efekt wywieraj  powtarzane wielokrotnie akcje. 

      Nagle szlak poszerzył si  i skr cił w lewo. Nareszcie jaka  odmiana. Jednak ta 

droga równie  wydawała si  znajoma. Pod ali my za nasz  lini   wiatła przez 

mrok. Po chwili min li my boczny tunel, na lewo. Jurt zajrzał tam i przyspieszył 

kroku. 

      - Nie wiadomo, jaki potwór mo e si  czai  w tych ciemno ciach - stwierdził. 

      - To prawda - przyznałem. - Ale nie martwiłbym si  o to. 

      - Dlaczego nie? 

      - Chyba zaczynam rozumie . 

      - To mo e mi wytłumaczysz, o co chodzi? 

      - Za długo by to trwało. Poczekaj. Niedługo si  przekonamy. 

      Min li my nast pny boczny korytarz. Podobny, a jednak inny. Oczywi cie... 

background image

 

80 

      Przyspieszyłem, chc c jak najpr dzej pozna  prawd . Jeszcze jeden tunel. 

Ruszyłem biegiem... 

      Nast pny... 

      Jurt biegł obok mnie, a wokół rozbrzmiewały echa. Przed nami. Ju  wkrótce. 

      Kolejny zakr t. 

      Wtedy zwolniłem, poniewa  korytarz prowadził dalej, ale nasz szlak ju  nie. 

Skr cał w lewo i znikał pod ci kimi, okutymi drzwiami. Si gn łem w prawo, 

gdzie w  cianie powinien tkwi  hak. Znalazłem go, zdj łem zawieszony tam klucz. 

Wsun łem do zamka, przekr ciłem, wyj łem i odwiesiłem na miejsce. 

      Nie podoba mi si  tutaj, szefie, poinformowała Frakir. 

      Wiem. 

      - Wygl da na to,  e wiesz, co robisz - zauwa ył Jurt. 

      - Owszem - przyznałem. - W pewnych granicach - dodałem widz c,  e drzwi 

otwieraj  si  na zewn trz zamiast do  rodka. 

      Chwyciłem wielk  klamk  po lewej stronie i poci gn łem. 

      - Mo esz mi powiedzie , gdzie trafimy? - zapytał. Wielkie drzwi zgrzytn ły i 

poruszyły si  wolno. Cofn łem si . 

      - To wszystko jest zadziwiaj co podobne do jaski  Kolviru pod Zamkiem 

Amber - wyja niłem. 

      -  wietnie - burkn ł. - A co znajdziemy za drzwiami? 

      - Przypomina to wej cie do komory, gdzie mie ci si  Wzorzec Amberu. 

      - Cudownie. Pewno zmieni  si  w kł b dymu, jak tylko przekrocz  próg. 

      - Ale nie jest identyczne - mówiłem dalej. - Suhuy ogl dał Wzorzec, zanim 

spróbowałem przej cia. Nie zaszkodziło mu to. 

      - Nasza matka przeszła Wzorzec. 

      - Tak, to prawda. Moim zdaniem Wzorzec przej  mo e ka dy w Dworcach, 

kto ma odpowiednie pochodzenie. I na odwrót, w przypadku Logrusu i moich 

krewnych z Amberu. Legenda głosi,  e w dalekiej i mglistej przeszło ci wszyscy 

byli my spokrewnieni. 

      - Dobra. Wejd  z tob . Jest tam do  miejsca,  eby si  porusza , nie dotykaj c 

go? 

      - Tak. 

      Odci gn łem drzwi do ko ca, oparłem si  o nie i spojrzałem. To było to: nasz 

l ni cy szlak urywał si  kilka centymetrów za progiem. 

      Nabrałem tchu, a wypuszczaj c go mrukn łem pod nosem krótkie 

przekle stwo. 

      - Co jest? - Jurt spróbował zajrze  obok mnie. 

      - Nie to, czego si  spodziewałem. Odsun łem si  i odsłoniłem mu widok. 

Przygl dał si  przez kilka sekund. 

      - Nie rozumiem - wyznał. 

      - Ja chyba te  nie za bardzo - odparłem. - Ale zamierzam si  przekona . 

      Wkroczyłem do komory, a tu  za mn  Jurt. To nie był znany mi Wzorzec. A 

raczej był i nie był równocze nie. Przebiegał według ogólnego układu Wzorca 

Amberu, ale był p kni ty. W kilku miejscach linie zostały wymazane, zniszczone, 

czy w jaki  sposób usuni te... a mo e nigdy nie wykre lone jak nale y. Ciemne 

zwykle pola mi dzy liniami tu były jasne, bł kitnobiałe, same linie za  czarne. 

background image

 

81 

Wygl dało to, jakby co  wyssało esencj  z diagramu i nasyciło ni  całe pole. Po 

jasnych obszarach przebiegały wolno fale blasku. 

      A poza tym wszystkim była jeszcze jedna zasadnicza ró nica: Wzorzec w 

Amberze nie miał po rodku kr gu płomieni, a w nim kobiety - martwej, 

nieprzytomnej albo zaczarowanej. 

      T  kobiet , naturalnie, musiała by  Coral. Zrozumiałem to natychmiast, cho  

prawie minut  musiałem czeka , nim zobaczyłem w ród płomieni jej twarz. 

      Patrzyłem w skupieniu, a wielkie drzwi zamkn ły si  za nami. Jurt stał 

nieruchomo. 

      - Klejnot wyra nie nad czym  pracuje - odezwał si  po długiej chwili. - 

Powiniene  zobaczy  swoj  twarz w jego  wietle. 

      Zerkn łem w dół; Klejnot pulsował krwawo. Nie zauwa yłem jego nagłej 

aktywno ci pomi dzy blaskiem ognistego kr gu a niebieskobiałym migotaniem, 

na którym wykre lony był Wzorzec. 

      Podszedłem o krok bli ej, czuj c fal  chłodu, podobn  do wysyłanej przez 

czynny Atut. Z pewno ci  miałem przed sob  jeden z P kni tych Wzorców, o 

jakich wspominała Jasra... przedstawiaj cy któr  z dróg inicjacji jej i Julii. 

Dotarłem zatem do jakiego  wczesnego cienia, w pobli u samego Amberu. My li 

p dziły mi przez głow  w szale czym tempie. 

      Dopiero niedawno u wiadomiłem sobie,  e Wzorzec mo e mie   wiadomo . 

Wniosek,  e tak e Logrus jest  wiadomy, wydawał si  całkiem logiczny. Sam 

pomysł zrodził si  w chwili, gdy Coral pokonała Wzorzec i poprosiła, by wysłał j  

tam, gdzie powinna si  znale . Uczynił to i przeniósł j  wła nie tutaj, a jej stan 

tłumaczył, czemu nie mogłem jej dosi gn  przez Atut. Kiedy po jej znikni ciu 

zwróciłem si  do Wzorca, on - jakby dla zabawy, uznałem wtedy - przerzucił 

mnie z jednego ko ca sali na drugi, najwyra niej aby przekona  o własnej 

wiadomo ci. 

      I nie był zwyczajnie  wiadomy, uznałem, podnosz c Klejnot i spogl daj c w 

jego gł bie. Był te  sprytny. Poniewa  obrazy w kamieniu pokazywały mi, co 

powinienem zrobi . Było to co , na co w innych okoliczno ciach bym si  nie 

zgodził. Skoro opu ciłem ju  t  dziwn  krain , przez któr  prowadziła mnie 

cie ka, wyj łbym teraz Atut i kto  zabrałby mnie st d jak najszybciej. Albo 

nawet przywołałbym obraz Logrusu,  eby rozstrzygn li to mi dzy sob , gdy ja 

wymkn łbym si  przez Cie . Ale Coral spała w kr gu ognia po rodku P kni tego 

Wzorca... Była jego zakładniczk . Musiał co  odkry , kiedy go przechodziła, 

uło ył plan i sprowokował mnie. 

      Chciał,  ebym naprawił to konkretne jego odbicie, uzupełnił P kni ty 

Wzorzec, przechodz c go z Klejnotem Wszechmocy. W ten sposób Oberon usun ł 

skaz  oryginału. Oczywi cie, wywołało to wstrz s tak silny,  e zgin ł podczas 

próby... 

      Z drugiej strony, król naprawiał prawdziwy Wzorzec, podczas gdy ja miałem 

do czynienia tylko z odbiciem. Mój ojciec te  prze ył kreacj  zast pczego Wzorca. 

      Dlaczego ja?, zastanowiłem si . Czy dlatego,  e byłem synem człowieka, który 

potrafił stworzy  nowy Wzorzec? Czy te  miało to zwi zek z faktem,  e nosiłem w 

sobie obraz nie tylko Wzorca, ale i Logrusu? Czy po prostu byłem pod r k  i 

mo na mnie było zmusi ? Wszystko naraz? Czy  adne z powy szych? 

background image

 

82 

      - Co ty na to?! - zawołałem. - Odpowiesz mi? 

      Poczułem ukłucie w brzuchu, zawrót głowy, komora zawirowała, zamgliła si , 

uspokoiła, a ja ponad rysunkiem Wzorca spojrzałem na Jurta i wielkie drzwi za 

jego plecami. 

      - Jak to zrobiłe ?! - krzykn ł. 

      - To nie ja - odpowiedziałem. 

      - Aha. 

      Przesuwał si  w prawo, a  dotarł do  ciany. Nie oddalaj c si  od niej, ruszył 

wzdłu  obwodu Wzorca, jakby bał si  do niego zbli y  i bał si  oderwa  od niego 

wzrok. 

      Z tej strony lepiej widziałem Coral za płomiennym  ywopłotem. Zabawne. 

Nie ł czyły nas  adne uczucia. Nie byli my kochankami ani nawet szczególnie 

bliskimi przyjaciółmi. Poznali my si  całkiem niedawno, byli my razem na 

długim spacerze wokół, po i pod miastem i pałacem; zjedli my razem obiad, 

wypili my par  drinków, po artowali my. Gdyby my znali si  lepiej, 

odkryliby my mo e,  e si  nie znosimy. Ale odpowiadało mi jej towarzystwo i 

uznałem,  e ch tnie poznam j  bli ej. Czułem si  te  w pewien sposób 

odpowiedzialny za jej obecne poło enie, do którego doprowadziła moja 

lekkomy lno . Innymi słowy, Wzorzec trzymał mnie w gar ci. Musiałem go 

naprawi , je li chciałem uwolni  Coral. 

      Płomienie skin ły w moj  stron . 

      - Paskudny numer - powiedziałem gło no. 

      Płomienie skin ły znowu. 

      Badałem P kni ty Wzorzec. Prawie cała moja wiedza o tym zjawisku 

pochodziła z rozmowy z Jasr . Pami tałem,  e podczas inicjacji uczniowie 

przechodz  przez obszary pomi dzy liniami. Tymczasem Klejnot nakazywał mi 

i  po liniach, jak na prawdziwym Wzorcu. To rozs dne, bior c pod uwag  

opowie  mojego ojca. Powinno to doprowadzi  do wytyczenia wła ciwych  cie ek 

przez szczeliny. Nie zale ało mi przecie  na byle jakiej, mi dzyliniowej inicjacji. 

      Jurt obszedł tamten koniec Wzorca, skr cił i ruszył w moj  stron . Kiedy 

dotarł do przerwy w zewn trznej linii,  wiatło popłyn ło ze szczeliny wprost ku 

niemu. Wygl dał przera aj co, kiedy dotkn ło jego stopy. Wrzasn ł i zacz ł si  

rozpływa . 

      - Stój! - krzykn łem. - Albo mo esz sobie szuka  innego speca od naprawy 

Wzorców! Odtwórz go i daj mu spokój, bo tego nie zrobi ! Nie  artuj . 

      Nikn ca noga Jurta wydłu yła si  na powrót. Zalewaj ca jego ciało fala 

niebieskobiałego  wiatła cofn ła si  i blask przygasł. Z twarzy mojego brata 

znikn ł wyraz bólu. 

      - Wiem,  e jest upiorem Logrusu - powiedziałem. - I został ukształtowany na 

podobie stwo najmniej lubianego z moich krewnych. Ale zostaw go w spokoju, ty 

sukinsynu, bo ci  nie przejd ! Zostaniesz z Coral i zostaniesz p kni ty! 

       wiatło popłyn ło przez skaz  z powrotem i wszystko wygl dało tak jak przed 

chwil . 

      -  dam obietnicy - oznajmiłem. Gigantyczny słup ognia wystrzelił z 

P kni tego Wzorca a  do sklepienia komory i opadł. 

background image

 

83 

      - Uznaj  to za zgod . Płomienie skin ły. 

      - Dzi ki - usłyszałem szept Jurta.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

84 

Rozdział 8

 

 

I tak rozpocz łem przej cie. Czarna linia nie reagowała tak samo jak 

płomienie pod Amberem. Moje stopy opadały jakby na martwy grunt, chocia  

czułem szarpni cia i opór, kiedy je podnosiłem. 

      - Merlinie! - zawołał Jurt. - Co mam robi ? 

      - O co ci chodzi?! - odkrzykn łem. 

      - Jak si  st d wydosta ? 

      - Wyjd  przez drzwi i zacznij zmienia  cienie. Albo id  za mn  przez ten 

Wzorzec i ka  si  odesła , gdzie tylko zechcesz. 

      - Słyszałem,  e tak blisko Amberu nie jest mo liwa przemiana cieni. 

      - Mo e naprawd  jeste my za blisko. W takim razie, zanim spróbujesz, oddal 

si  fizycznie. 

      Nie przystawałem. Za ka dym podniesieniem stopy słyszałem teraz ciche 

trzaski. 

      - Zgubi  si  w tych jaskiniach. 

      - To chod  za mn . 

      - Wzorzec mnie zniszczy. 

      - Obiecał,  e nie. 

      Za miał si  chrapliwie. 

      - I ty mu wierzysz? 

      - Nie ma wyboru, je li chce,  ebym dla niego pracował. 

      Dotarłem do pierwszej szczeliny. Szybka konsultacja z Klejnotem pokazała 

mi, któr dy powinna przebiega  linia. Troch  zal kniony zrobiłem pierwszy krok 

poza widocznym szlakiem. Potem nast pny. I jeszcze jeden. Chciałem si  

obejrze , gdy w ko cu pokonałem przerw , ale zaczekałem, a  naturalny zakr t 

trasy odsłoni widok. Zobaczyłem,  e  cie ka, po której szedłem, zaczyna l ni  jak 

na oryginale. Zdawała si  absorbowa  rozproszony blask i zaciemnia  

s siaduj cy obszar. Jurt stan ł w punkcie pocz tkowym. 

      Pochwycił mój wzrok. 

      - Sam nie wiem, Merlinie - powiedział. - Po prostu nie wiem. 

      - Jurt, którego znałem, nie miałby do  odwagi,  eby spróbowa  - 

o wiadczyłem. 

      - Ja te  nie mam. 

      - Sam wspomniałe ,  e nasza matka tego dokonała. Jest szansa,  e 

odziedziczyłe  jej geny. Do diabła, je li nie mam racji, wszystko si  sko czy, 

zanim cokolwiek zauwa ysz. 

      Zrobiłem kolejny krok. Jurt za miał si  ponuro. 

      Wreszcie... 

      - Niech to diabli - mrukn ł i postawił stop  na Wzorcu. 

      - Hej! Jeszcze  yj ! - krzykn ł. - Co teraz? 

      - Id  - powiedziałem. - Moim  ladem. Nie zatrzymuj si . I nie schod  z linii, bo 

wszelkie ustalenia strac  wa no . 

      Min łem zakr t i straciłem go z oczu. Szedłem dalej. Poczułem ból w prawej 

kostce - zapewne wynik dzisiejszej w drówki i wspinaczki. Narastał z ka dym 

krokiem. Jakby co  mnie parzyło... Po chwili nie mogłem ju  wytrzyma . 

background image

 

85 

Czy bym naderwał  ci gno? Albo... 

      Oczywi cie. Teraz poczułem smród palonej skóry. 

      Si gn łem r k  do pochwy w bucie i wyj łem sztylet z Chaosu. Promieniował 

arem. Reagował na blisko  Wzorca. Nie mogłem zatrzyma  go przy sobie. 

      Zamachn łem si  i rzuciłem sztylet nad Wzorcem w kierunku, w którym 

patrzyłem, pod  cian , gdzie tkwiły drzwi. Odruchowo pod yłem za nim 

wzrokiem i dostrzegłem poruszenie w ród cieni - stał tam jaki  człowiek i 

przygl dał mi si . Sztylet uderzył o  cian  i upadł na podłog . Przybysz pochylił 

si . Podniósł go. Usłyszałem chichot. Wykonał szybki ruch i sztylet poleciał z 

powrotem w moj  stron . 

      Wyl dował z przodu, troch  na prawo. Kiedy tylko dotkn ł Wzorca, 

pochłon ła go fontanna bł kitnego ognia. Trysn ła powy ej mojej głowy i rozlała 

si  z trzaskiem iskier. Drgn łem i zwolniłem, cho  wiedziałem,  e nie wyrz dzi mi 

powa niejszej szkody. Nie zatrzymywałem si  jednak. Dotarłem do długiego łuku 

w przedniej cz ci rysunku. Marsz był tu powolny. 

      - Trzymaj si  linii! - wrzasn łem do Jurta. - Nie zwracaj uwagi na takie 

rzeczy. 

      Rozumiem - odparł. - Co to za facet? 

      - Nie mam poj cia. 

      Parłem przed siebie. Zbli yłem si  do kr gu płomieni i my lałem, co by 

powiedziała ty'iga, widz c mnie teraz. Pokonałem kolejny łuk i widziałem teraz 

spor  cz  swojej trasy. Błyszczała równomiernie, a Jurt szedł pewnie za mn . 

Płomienie si gały mu do kostek. Mnie prawie do kolan. K tem oka zauwa yłem 

ruch w okolicy, gdzie stał obcy. 

      M czyzna wysun ł si  z mrocznej wn ki: powoli, ostro nie, sun c wzdłu  

ciany. Przynajmniej nie był zainteresowany przej ciem Wzorca. Stan ł niemal 

dokładnie naprzeciw pocz tku linii. 

      Nie miałem wyboru; musiałem kroczy  po  cie ce, cho  po łukach i skr tach 

straciłem go z oczu. Dotarłem do kolejnej przerwy i czułem, jak rysunek 

odtwarza si  pod stopami. Jednocze nie wydało mi si ,  e ledwie słyszalnie 

zabrzmiała muzyka.  wiatło jasnych obszarów zamigotało w szybszym rytmie, 

spływaj c do linii, kre l c za mn  wyra ny, jasny szlak. Od czasu do czasu 

wykrzykiwałem rady dla Jurta. Był kilka okr e  za mn , cho  droga 

doprowadzała go niekiedy tak blisko,  e mogliby my si  dotkn , gdyby był po 

temu jaki  powód. 

      Bł kitne ognie si gały mi teraz do pół uda i włosy stawały d ba. Wszedłem w 

ci g lu nych zakr tów. Ponad trzaskami i muzyk , rzuciłem pytanie. 

      Co tam słycha , Frakir? 

      Nie było odpowiedzi. 

      Zawróciłem, wszedłem w region podwy szonego oporu, przekroczyłem go, 

spojrzałem na ogniste wi zienie Coral po rodku Wzorca. Linia prowadziła 

dookoła i z wolna w polu widzenia pojawiał si  przeciwny koniec sali. 

      Obcy czekał. Wysoko podniósł kołnierz płaszcza. W ród cienia padaj cego na 

twarz widziałem błysk odsłoni tych w u miechu z bów. Zdziwiłem si ,  e stoi w 

obszarze Wzorca - obserwuje moje ruchy i prawdopodobnie czeka na mnie. 

Dopiero po chwili zrozumiałem,  e dotarł w to miejsce przez nie naprawion  

background image

 

86 

jeszcze skaz  diagramu. 

      - B dziesz musiał zej  mi z drogi! - zawołałem. - Nie mog  si  zatrzyma  ani 

pozwoli ,  eby  ty mnie zatrzymał! 

      Nie drgn ł nawet. Przypomniałem sobie, co ojciec opowiadał o walce stoczonej 

na pierwotnym Wzorcu. Klepn łem r koje  Grayswandira. 

      - Przechodz  - oznajmiłem. 

      Przy kolejnym kroku jeszcze wy ej si gn ły bł kitno-białe płomienie. W ich 

wietle zobaczyłem jego twarz. To była moja twarz. 

      - Nie - j kn łem. 

      - Tak - odpowiedział. 

      - Jeste  ostatnim z upiorów Logrusu i masz mnie powstrzyma . 

      - Istotnie. 

      Post piłem jeszcze o krok. 

      - A jednak - stwierdziłem - skoro jeste  moj  rekonstrukcj  z czasu, kiedy 

przeszedłem Logrus, dlaczego stajesz przeciwko mnie? Ten ja, którym chyba 

byłem za tamtych dni, nie podj łby si  takiego zadania. 

      Jego u miech znikn ł. 

      - W takim sensie nie jestem tob  - rzekł. - Jak rozumiem, jedynym sposobem, 

by doprowadzi  do koniecznego rozstrzygni cia, była pewnego rodzaju synteza 

mojej osobowo ci. 

      - Zatem jeste  mn  po lobotomii i z rozkazem,  eby mnie zabi . 

      - Nie mów tak - poprosił. - W twoich ustach brzmi to jak co  złego, podczas 

gdy ja post puj  słusznie. Mamy nawet wiele wspólnych wspomnie . 

      - Przepu  mnie, a potem porozmawiamy. S dz ,  e Logrus przesadził z tym 

numerem. Nie chcesz zabija  siebie, i ja te  nie mam na to ochoty. Razem mamy 

szans  w tej rozgrywce, a w Cieniu jest miejsce dla wi cej ni  jednego Merlina. 

      Zwolniłem, ale musiałem zrobi  nast pny krok. Nie mogłem sobie pozwoli , 

eby w tym punkcie straci  rozp d. 

      Zacisn ł wargi i pokr cił głow . 

      - Przykro mi - rzekł. - Zostałem stworzony, aby prze y  jedn  godzin ... 

chyba  e ci  zabij . Je li tak, otrzymam w nagrod  twoje  ycie. 

      Dobył miecza. 

      - Znam ci  lepiej ni  podejrzewasz - oznajmiłem. - Niewa ne, czy zostałe  

przebudowany. I tak nie wierz ,  eby  to zrobił. Co wi cej, potrafi  mo e uchyli  

twój wyrok  mierci. Troch  si  nauczyłem o działaniu upiorów. 

      Wysun ł kling , podobn  do tej, jak  miałem dawno temu. Ostrze prawie 

mnie dotykało. 

      - Przykro mi - powtórzył. 

      Si gn łem po Grayswandira i odbiłem bro  tamtego. Byłbym głupcem, 

gdybym tego nie zrobił. Nie wiedziałem przecie , co Logrus pozmieniał mu w 

głowie. Badałem pami  w poszukiwaniu technik szermierczych, które 

opanowałem od dnia inicjacji Logrusu. 

      Tak. Przypomniała mi o tym zabawa Benedykta z Borelem. Od tamtego czasu 

wzi łem kilka lekcji fechtunku w stylu włoskim. Pozwalał na szersze, jakby 

niedbałe zasłony, rekompensowane wi kszym zasi giem. Grayswandir wysun ł 

si  do przodu, odbił kling  i si gn ł dalej. Tamten wygi ł przegub do francuskiej 

background image

 

87 

kwarty, ale ja ju  byłem poni ej, z wyci gni tym ramieniem i prostym 

nadgarstkiem, praw  stop  przesuwaj c wzdłu  linii do przodu. Równocze nie 

forta mojego miecza uderzyła ci ko z zewn trz w fort  tamtego. Natychmiast 

podci gn łem lew  stop , tn c w poprzek ciała, a  zetkn ły si  gardy. Pchn łem 

w dół. 

      Potem wsun łem lew  dło  w jego prawy łokie  manewrem, którego nauczył 

mnie przyjaciel, specjalista od sztuk walki. O ile pami tam, nazwał to zenponage. 

Ugi łem si , nacisn łem i natychmiast skr ciłem biodra w lewo. Stracił 

równowag  i przewrócił si  na lew  stron . Na to jednak nie mogłem pozwoli . 

Miałem dziwne przeczucie,  e gdy upadnie na Wzorzec, sko czy jako pokaz 

sztucznych ogni. Dlatego pochylałem si  za nim jeszcze ze dwadzie cia 

centymetrów, przeniosłem r k  na jego rami  i pchn łem tak,  e wyl dował na 

obszarze p kni cia. 

      Wtedy usłyszałem krzyk. Jurt zszedł z linii, skoczył do mnie i gdy jego ciało 

marszczyło si  ju  i płon ło, wbił miecz w mojego bli niaka. Ogie  trysn ł z rany. 

Sobowtór bezskutecznie usiłował si  podnie  i run ł na ziemi . 

      - Nie mów,  e nigdy ci nie pomogłem, bracie - szepn ł Jurt, przemienił si  w 

wir, wzniósł pod sklepienie i znikn ł. 

      Nie mogłem dosi gn  bli niaka, a po chwili wolałem ju  nie próbowa , gdy  

szybko przekształcił si  w  yw  pochodni . 

      Spojrzał w gór , obserwuj c spektakularne odej cie Jurta. Potem zerkn ł na 

mnie i u miechn ł si  ironicznie. 

      - Miał racj , wiesz? - rzucił, a potem on tak e został pochłoni ty. 

      Przez dłu sz  chwil  nie mogłem przezwyci y  uczucia ot pienia. Wreszcie 

udało mi si  i podj łem rytualny taniec wokół ognia. Przy nast pnym okr eniu 

po obu nie pozostało ju  ani  ladu, cho  miecze nadal le ały tam, gdzie upadły - 

skrzy owane na mojej  cie ce. Nog  zrzuciłem je z Wzorca i szedłem dalej. 

Płomienie si gały mi do pasa. 

      Dalej, powrót, jeszcze raz. Od czasu do czasu spogl dałem w Klejnot, by 

unikn  bł dnych kroków, i po kawałku składałem Wzorzec w cało .  wiatło 

spływało do linii, i je li nie liczy  ogniska po rodku, cały schemat coraz bardziej 

przypominał oryginał, który w domu trzymali my w piwnicy. 

      Pierwsza Zasłona sprowadziła bolesne wspomnienia Dworców i Amberu. 

Dr ałem, ale pozostałem oboj tny i wszystko min ło. Druga Zasłona zmieszała 

pami  i pragnienia z San Francisco. Opanowałem oddech i udawałem,  e jestem 

tylko widzem. Płomienie ta czyły mi wokół ramion. My l c o serii półksi yców, 

pokonywałem łuk za łukiem, krzyw  za odwrotn  krzyw . Opór narastał i 

walczyłem, zlany potem. Ale prze yłem ju  takie rzeczy. Wzorzec nie tylko le ał 

dookoła, ale te  istniał wewn trz mnie. 

      Szedłem naprzód, a  osi gn łem punkt malej cych zysków, kiedy mimo 

wi kszego wysiłku pokonywałem coraz mniejszy dystans. Wci  miałem przed 

oczami rozpływaj cego si  Jurta i gin c  w płomieniach własn  twarz; i nie miała 

adnego znaczenia  wiadomo ,  e to Wzorzec przywołuje takie wspomnienia. 

Nie mogłem o nich zapomnie , ci gle pr c do przodu. 

      Rozejrzałem si  szybko, podchodz c do Wielkiego Łuku. Wzorzec został 

naprawiony. Wszystkie szczeliny poł czyłem liniami i jarzył si  teraz jak 

background image

 

88 

zamro one fajerwerki na tle nocnego, bezgwiezdnego nieba. Jeszcze krok... 

      Poklepałem ciepły Klejnot. Krwawy blask ja niał teraz mocniej ni  

poprzednio. Zastanawiałem si , czy trudno b dzie odło y  go na miejsce. Kolejny 

krok... 

      Podniosłem Klejnot i zajrzałem w jego wn trze. Był tam mój wizerunek, jak 

pokonuj  Wielki Łuk i pod am dalej przez  cian  płomieni, jakby nie stanowiły 

najmniejszej przeszkody. Potraktowałem t  wizj  jako wskazówk , cho  

pami tałem  arty Davida Steinberga, wykorzystywane kiedy  przez Dropp . 

Miałem nadziej ,  e Wzorzec nie ma skłonno ci do głupich dowcipów. 

      Na Łuku płomienie ogarn ły mnie całego. Ci gle zwalniałem, cho  coraz 

wi cej siły wkładałem w ka dy ruch. Krok po kroku zbli ałem si  jednak do 

Ko cowej Zasłony. Czułem,  e przemieniam si  w przedłu enie czystej woli, 

kiedy wszystko, czym byłem, ogniskowało si  na jednym celu. Jeszcze troch ... 

Miałem wra enie,  e przygniata mnie ci ka zbroja. Te ostatnie trzy kroki 

doprowadzały człowieka na skraj rozpaczy. 

      Jeszcze... 

      Dotarłem do punktu, gdzie ruch był mniej wa ny ni  wysiłek. Ju  nie wyniki 

si  liczyły, ale starania. Wola zmieniła si  w płomie ; moje ciało w dym albo 

cie ... 

      I jeszcze... 

      Ogl dane przez bł kitny ogie  płomienie wokół Coral stały si  

srebrzystoszarymi iglicami  aru. W ród trzasków i szumu znowu usłyszałem 

muzyk  - nisk , powoln , wibruj c  gł boko, jakby Michael Moore grał na 

kontrabasie. Starałem si  wyczu  rytm, porusza  si  zgodnie z nim. Odniosłem 

wra enie,  e mi si  to udało... albo moje poczucie czasu uległo zakłóceniu, gdy  

miałem wra enie,  e niemal płynnie wykonuj  nast pne kroki. 

      A mo e Wzorzec uznał,  e jest mi winien przysług , i poluzował na kilka 

taktów. Nigdy si  nie dowiem. 

      Min łem Ko cow  Zasłon , dotarłem do  ciany płomieni - teraz znowu 

pomara czowych - i szedłem dalej. Nast pny oddech wzi łem ju  w sercu 

ognistego kr gu. 

      Coral le ała po rodku Wzorca. Wygl dała tak jak ostatnio, kiedy j  

widziałem: w koszuli barwy miedzi i ciemnozielonych spodniach. Tyle  e zdawała 

si  spa , rozci gni ta na ci kim, br zowym płaszczu. Przykl kn łem obok i 

poło yłem jej dło  na ramieniu. Nie drgn ła. Odgarn łem jej z policzka rudawy 

kosmyk włosów i pogłaskałem po twarzy. 

      - Coral? - rzuciłem. 

       adnej reakcji. 

      Chwyciłem j  za rami  i potrz sn łem lekko. 

      - Coral! 

      Westchn ła gł boko, ale si  nie obudziła. 

      Potrz sn łem ni  mocniej. 

      - Zbud  si , Coral. 

      Chwyciłem j  pod r ce i uniosłem do pozycji półsiedz cej. Nie otwierała oczu. 

Najwyra niej była pod działaniem jakiego  zakl cia.  rodek Wzorca nie jest 

najlepszym miejscem dla wzywania Znaku Logrusu, je eli kto  nie ma ochoty na 

background image

 

89 

całopalenie. Dlatego wypróbowałem bajkowy sposób: pochyliłem si  i 

pocałowałem j . Wymruczała co  niewyra nie i uchyliła powieki. Ale nie 

oprzytomniała. Spróbowałem znowu. Ten sam rezultat. 

      - Niech to szlag! - burkn łem. 

      Potrzebowałem miejsca,  eby rozpl ta  takie zakl cie, dost pu do pewnych 

niezb dnych w moim fachu narz dzi, i mo liwo ci bezkarnego przyzywania 

ródła moich mocy. 

      Podniosłem j  wy ej i rozkazałem Wzorcowi,  eby przeniósł nas do moich 

pokojów w Amberze. Opanowana przez ty'ig  siostra Coral le ała tam, równie  

pogr ona w magicznym transie. Był dziełem mojego brata, który chciał mnie 

przed ni  ochroni . 

      - Zabierz nas do domu - powiedziałem gło no, dla dodania słowom wagi. 

      Nic si  nie stało. 

      Zastosowałem siln  wizualizacj  wspart  pot nym my lowym rozkazem. 

      Nadal nic. 

      Delikatnie uło yłem Coral, wstałem i przez obszar płomieni spojrzałem na 

Wzorzec. 

      - Posłuchaj - rzekłem. - Przed chwil  wy wiadczyłem ci wielk  przysług , 

wi

c  si  z powa nym wysiłkiem i wcale niemałym ryzykiem. A teraz chc  si  

st d wynie  i wzi  ze sob  t  dam . Czy zechcesz uprzejmie nas przerzuci ? 

      Płomienie przygasły, znikn ły na kilka sekund. W przy mionym  wietle 

zauwa yłem,  e Klejnot pulsuje jak lampka kontrolna na automatycznej 

sekretarce. Uniosłem go i spojrzałem. 

      Z pewno ci  nie oczekiwałem krótkometra ówki dla dorosłych, ale wła nie to 

mi pokazał. 

      - Odbieram chyba niewła ciwy kanał - stwierdziłem. - Je li masz dla mnie 

wiadomo , to prosz . Je li nie, chc  wraca  do domu. 

      Nic si  nie zmieniło. Tyle  e dostrzegłem silne podobie stwo mi dzy dwoma 

postaciami w Klejnocie a Coral i mn . Robiły to na płaszczu rozpostartym w 

miejscu, które wygl dało jak  rodek Wzorca, flagrante ad infinitum... 

Przypominało to bardziej pikantn  wersj  starego rysunku na pudełkach soli... 

gdyby spojrzeli do wn trza Klejnotu, który ten facet miał na szyi, i zobaczyli... 

      - Do ! - wrzasn łem. - Pieprzysz bez sensu! Chcesz tantryjskiego rytuału, to 

przy l  ci zawodowców! Ta dama nawet nie jest przytomna... 

      Klejnot błysn ł znowu tak intensywnie,  e zabolały mnie oczy. Wypu ciłem 

go. Potem schyliłem si , chwyciłem Coral i wstałem. 

      - Nie mam poj cia, czy ktokolwiek przechodził ci  w odwrotn  stron  - 

powiedziałem. - Ale nie wiem, czemu nie miałoby si  to uda . 

      Zrobiłem krok w stron  Ko cowej Zasłony i natychmiast wyrosła przede mn  

ciana ognia. Potkn łem si  odskakuj c, przewróciłem na rozło ony płaszcz. 

Przycisn łem do siebie Coral,  eby nie run ła w płomienie. Upadła na mnie. 

Wydawała si  niemal rozbudzona... 

      Obj ła mnie za szyj  i otarła si  o mój policzek. Była teraz raczej senna ni  

u piona. Przyciskałem j  mocno i my lałem. 

      - Coral! - spróbowałem jeszcze raz. 

      - Mmm - odpowiedziała. 

background image

 

90 

      - Wygl da na to,  e musimy si  tu kocha ,  eby si  wydosta . 

      - My lałam,  e ju  nigdy nie poprosisz - wymruczała, nie otwieraj c oczu. 

      Sytuacja przestała wi c przypomina  nekrofili , powiedziałem sobie, 

odwracaj c nas oboje na bok,  eby si  dosta  do tych miedzianych guzików. 

Mruczała jeszcze troch , kiedy brałem si  do rzeczy, ale jako  nie przerodziło si  

to w konwersacj . Za to jej ciało nie pozostało nieczułe na moj  atencj  i sytuacja 

szybko nabrała wszelkich typowych cech, zbyt pospolitych, by zainteresowały 

osoby o wyrafinowanym smaku. Do  ciekawy sposób przełamania czaru. Mo e 

jednak Wzorzec ma poczucie humoru. Nie wiem. 

      Ognie zgasły w tej samej chwili, kiedy zgasły ognie, je li mo na tak to 

okre li . Coral otworzyła w ko cu oczy. 

      - Problem kr gu płomieni mamy chyba rozwi zany - oznajmiłem. 

      - Kiedy to przestało by  snem? - zapytała. 

      - Dobre pytanie - uznałem. - I tylko ty mo esz na nie odpowiedzie . 

      - Uratowałe  mnie przed czym ? 

      - To chyba najprostsze wyja nienie - stwierdziłem. Coral odsun ła si  nieco i 

rozejrzała po sali. - Widzisz, do czego si  doprowadziła , prosz c Wzorzec,  eby 

posłał ci  tam, gdzie powinna  si  znale ? 

      - Przer n łam - mrukn ła. 

      - Dokładnie. 

      Odsun li my si  od siebie. Poprawili my ubrania. 

      - To dobry sposób,  eby si  lepiej pozna ... - zacz łem, gdy jaskinia zadr ała 

od pot nego wstrz su. - Maj  tu fatalny rozkład czasu - zauwa yłem. Grunt 

kołysał si  pod nami. Obj li my si , je li nie dla pomocy, to przynajmniej dla 

pociechy. 

      Wszystko min ło w jednej chwili, a Wzorzec rozbłysn ł nagle o wiele ja niej 

ni  kiedykolwiek przedtem. Potrz sn łem głow . Przetarłem oczy. Co  tu si  nie 

zgadzało, chocia  miałem wra enie,  e jest dokładnie takie, jak by  powinno. I 

wtedy ci kie, okute drzwi otworzyły si ... do  rodka! Zrozumiałem,  e 

wrócili my do Amberu... prawdziwego Amberu. Mój l ni cy szlak nadal dobiegał 

do progu, ale gasł szybko. Stała na nim drobna posta . Nim zd yłem cho by 

zerkn  w mrok korytarza, poczułem znajom  dezorientacj  i znale li my si  w 

mojej sypialni. 

      - Nayda! - zawołała Coral, widz c le c  na łó ku posta . 

      - Niezupełnie - wyja niłem. - To znaczy owszem, to jej ciało. Ale duch, który 

nim włada, nale y do całkiem innego typu. 

      - Nie rozumiem. 

      My lałem o tej osobie, która zamierzała wedrze  si  na teren Wzorca. Byłem 

te  mas  obolałych mi ni, rozedrganych nerwów i najrozmaitszych truj cych 

wydzielin zm czenia. Na stoliku wci  stała butelka, któr  otworzyłem dla 

Jasry... jak dawno temu? Znalazłem dwie czyste szklanki. Nalałem. Podałem 

jedn  Coral. 

      - Jaki  czas temu twoja siostra ci ko chorowała. Prawda? 

      - Tak - potwierdziła. Wypiłem spory łyk. 

      - Była bliska  mierci. W tym okresie jej ciało opanował duch ty'igi. To rodzaj 

demona. Naydzie nie było ju  potrzebne. 

background image

 

91 

      - Co to ma znaczy ? 

      - Jak zrozumiałem, Nayda wtedy umarła. Carol spojrzała mi w oczy. Nie 

znalazła tego, czego szukała, wi c tylko napiła si  wina. 

      - Wiedziałam,  e co  jest nie w porz dku - stwierdziła. - Od tej choroby nie 

była naprawd  sob . 

      - Zrobiła si  zło liwa? Podst pna? 

      - Nie, o wiele milsza. Przedtem Nayda zawsze była wredna. 

      - Nie  yły cie w zgodzie? 

      - Nie. Dopiero od niedawna. Ona nie cierpi, prawda? 

      - Nie, po prostu  pi. Jest w mocy zakl cia. 

      - Dlaczego jej nie uwolnisz? Nie wygl da gro nie. 

      - W tej chwili chyba nie jest gro na. A nawet przeciwnie - odparłem. - I 

uwolni  j  wkrótce. Ale mój brat Mandor musi cofn  czar. To jego zakl cie. 

      - Mandor? Chyba nie znam zbyt dobrze ciebie ani twojej rodziny. 

      - Nie - przyznałem. - I vice versa. Posłuchaj, nie wiem nawet, jaki dzi  dzie . - 

Przeszedłem przez pokój do okna. Trwał dzie . Jednak chmury kryły niebo i nie 

wiedziałem, która godzina. - Jest pewna sprawa, któr  powinna  załatwi  

natychmiast. Id  do ojca i powiedz mu,  e nic ci si  nie stało. Wytłumacz,  e 

zabł dziła  w jaskiniach czy  le skr ciła  w Galerii Luster i znalazła  si  na innej 

płaszczy nie istnienia, albo co  innego. Cokolwiek.  eby unikn  incydentu 

dyplomatycznego. Zgoda? 

      Dopiła wino i kiwn ła głow . Potem spojrzała na mnie, zarumieniła si  i 

odwróciła wzrok. 

      - Spotkamy si  jeszcze, zanim wyjad ? 

      Poklepałem j  po ramieniu; nie umiałem wła ciwie okre li  swoich uczu . A 

potem zrozumiałem,  e to nie wystarczy, i przytuliłem j . 

      - Wiesz,  e tak - szepn łem, gładz c jej włosy. 

      - Dzi kuj ,  e oprowadziłe  mnie po mie cie. 

      - Musimy znowu si  kiedy  wybra . Jak tylko troch  spadnie tempo. 

      - Aha. 

      Odprowadziłem j  do drzwi. 

      - Chc  jak najszybciej znowu ci  zobaczy  - powiedziała. 

      - Padam z nóg. - Otworzyłem drzwi. - Przeszedłem piekło. 

      Dotkn ła mojego policzka. 

      - Biedny Merlin - szepn ła. -  pij mocno. 

      Wypiłem reszt  wina i si gn łem po Atuty. Miałem ochot  wła nie na to, co mi 

poradziła, ale pierwsze stwo miały pewne pilne sprawy. Wyszukałem kart  

Ghostwheela, wyj łem j  i spojrzałem. 

      Niemal natychmiast, po ledwie dostrzegalnym spadku 

      temperatury i sformowaniu najl ejszego pragnienia z mojej strony, pojawił 

si  Ghost - czerwone koło wiruj ce w powietrzu. 

      - Cze , tatku - powiedział. - Zastanawiałem si , gdzie si  podziałe . 

Znikn łe , kiedy wróciłem do jaskini. Nie mogłem ci  znale   adn  z moich 

procedur indeksowania cieni. Nie przyszło mi nawet do głowy,  e zwyczajnie 

wróciłe  do domu. Ja... 

      - Pó niej - przerwałem. - Nie mam czasu. Przerzu  mnie szybko na dół, do 

background image

 

92 

komory Wzorca. 

      - Lepiej b dzie, je li najpierw ci o czym  powiem. 

      - O czym? 

      - Ta moc, która pod ała za tob  do Twierdzy... przed któr  ukryłem ci  w 

jaskini... 

      - Tak? 

      - To sam Wzorzec ci  szukał. 

      - Domy liłem si  tego - odparłem. - Pó niej. Spotkali my si  i mniej wi cej 

doszli my do porozumienia. A teraz przerzu  mnie na dół. To wa ne. 

      - Tato, ja si  go boj . 

      - W takim razie zostaw mnie najbli ej, jak si  odwa ysz. Potem znikaj. Musz  

co  sprawdzi . 

      - Dobrze. Chod  t dy. 

      Zrobiłem jeden krok. Ghost wzniósł si , odwrócił o dziewi dziesi t stopni w 

moj  stron  i opadł szybko. Przesun ł si  przez moj  głow , ramiona, tors, 

wreszcie znikn ł pod stopami. Zgasły  wiatła, wi c natychmiast przywołałem 

logrusowe widzenie... I przekonałem si ,  e stoj  w korytarzu prowadz cym do 

ci kich drzwi komory Wzorca. 

      - Ghost? - rzuciłem cicho. 

      Nie było odpowiedzi. 

      Min łem zakr t, podszedłem do drzwi i pchn łem. Wci  były otwarte i 

ust piły pod naciskiem. Frakir zacisn ła si  na przegubie. 

      Frakir? 

      Z tej strony równie  nie nadeszła odpowied . 

      Straciła  głos, panienko? 

      Dwa razy  cisn ła mi r k . Pogłaskałem j . 

      Drzwi otworzyły si  i byłem pewien,  e Wzorzec  wieci ja niej. Szybko 

przestałem o tym my le . Po rodku, odwrócona do mnie plecami, stała 

ciemnowłosa kobieta. Wznosiła ramiona. Wykrzykn łem niemal imi , na które - 

moim zdaniem - mogłaby zareagowa . Znikn ła jednak, nim zareagowały moje 

struny głosowe. Oparłem si  o  cian . 

      - Naprawd  czuj  si  wykorzystany - powiedziałem gło no. - Nadstawiam dla 

ciebie karku, kilka razy nara am  ycie, zaspokajam twój metafizyczny 

voyeurism, a ty wykopujesz mnie, jak tylko dostajesz to, na czym ci zale y: troch  

ja niejszy blask. Domy lam si ,  e bogowie, moce albo czym tam jeste , nie musz  

nawet mówi  „dzi kuj ", „przykro mi" albo „id  do diabła", kiedy ju  kogo  

wykorzystaj . A najwyra niej nie odczuwasz potrzeby usprawiedliwienia si  

przede mn . Nie jestem dziecinnym wózkiem. Nie lubi , kiedy ty i Logrus 

popychacie mnie dookoła w tej waszej rozgrywce. Co by  powiedział, gdybym 

rozci ł sobie  ył  i pochlapał ci  krwi ? 

      Natychmiast energia spłyn ła na bli szy koniec Wzorca. Z głuchym szumem 

wyrosła przede mn  wie a bł kitnego ognia, poszerzyła si  i nabrała rysów 

gigantycznej, nieludzkiej pi kno ci nieokre lonej płci. Musiałem osłoni  oczy. 

      - Nie rozumiesz - rozległ si  głos modulowanego ryku płomieni. 

      - Wiem. Dlatego tu przyszedłem. 

      - Twoje wysiłki zostały docenione. 

background image

 

93 

      - Miło to słysze . 

      - Nie dało si  w inny sposób przeprowadzi  tej sprawy. 

      - No tak... A jeste  zadowolony z jej załatwienia? 

      - Tak. 

      - No to nie ma za co dzi kowa . 

      - Jeste  zuchwały, Merlinie. 

      - W tej chwili czuj  si  tak,  e nic mnie ju  nie przestraszy. Jestem za bardzo 

zm czony. Nie obchodzi mnie, co ze mn  zrobisz. Zszedłem tu na dół,  eby ci 

powiedzie ,  e jeste  mi winien wielk  przysług . To wszystko. 

      Odwróciłem si  tyłem. 

      - Nawet Oberon nie o mielał si  tak do mnie przemawia  - stwierdził. 

      Wzruszyłem ramionami i zrobiłem krok w stron  drzwi. Kiedy stopa dotkn ła 

ziemi, byłem ju  w swoim pokoju. 

      Wzruszyłem ramionami po raz drugi, podszedłem do umywalki i ochlapałem 

twarz wod . 

      - Wszystko w porz dku, tato?  wietlisty kr g okalał miednic . Po chwili 

wzleciał w powietrze i pod ał za mn  przez pokój. 

      - W porz dku - potwierdziłem. - A u ciebie? 

      -  wietnie. Zignorował mnie zupełnie. 

      - Domy lasz si  jego zamiarów? - spytałem. 

      - Wydaje mi si ,  e walczy z Logrusem o władz  nad Cieniem. I wła nie 

wygrał rund . Cokolwiek si  stało, wyra nie go wzmocniło. Miałe  w tym swój 

udział, prawda? 

      - Prawda. 

      - Gdzie byłe , kiedy opu ciłe  t  grot , do której ci  przeniosłem? 

      - Czy znasz krain  le c  pomi dzy cieniami? 

      - Pomi dzy? Nie. To przecie  bez sensu. 

      - Trudno. Ale tam wła nie byłem. 

      - A jak si  tam dostałe ? 

      - Nie wiem. Ale s dz ,  e nie bez trudno ci. Czy Mandorowi i Jasrze nic si  nie 

stało? 

      - Nic, kiedy ostatnio sprawdzałem. 

      - Co z Lukiem? 

      - Nie miałem powodów,  eby go szuka . Chcesz,  ebym si  tym zaj ł? 

      - Nie teraz. Chciałbym,  eby  poszedł na gór  i zajrzał do królewskich 

apartamentów. Dowiedz si , czy kto  tam jest w tej chwili. A je li tak, to kto. 

Sprawd  te  kominek w sypialni. Zobacz, czy lu ny kamie , wyj ty po jego 

prawej stronie, został wstawiony na miejsce, czy nadal le y koło paleniska. 

      Znikn ł, a ja zacz łem kr y  po pokoju. Bałem si  usi

 albo poło y . 

Miałem przeczucie,  e zasn  wtedy natychmiast i trudno b dzie mnie obudzi . Na 

szcz cie Ghost zmaterializował si , zanim zaliczyłem dłu szy dystans. 

      - Królowa... Vialle... jest u siebie - oznajmił. - W swoim gabinecie. Kamie  

wstawiony na miejsce, a w korytarzu jaki  karzeł stuka do wszystkich drzwi. 

      - Niech to diabli - zakl łem. - Wiedz ,  e zagin ł. Karzeł? 

      - Karzeł. 

      Westchn łem. 

background image

 

94 

      - Chyba lepiej zajrz  na gór , oddam Klejnot i spróbuj  wytłumaczy , co 

zaszło. Je li Vialle spodoba si  moja historia, mo e zapomni poinformowa  o 

wszystkim Randoma. 

      - Przenios  ci  tam. 

      - Nie, to by było niepolityczne. I niegrzeczne. Tym razem lepiej zapuka  do 

drzwi i poczeka  na zaproszenie. 

      - Sk d ludzie wiedz , kiedy nale y puka , a kiedy po prostu wchodzi ? 

      - Ogólna zasada mówi,  e kiedy jest zamkni te, trzeba puka . 

      - Tak jak ten karzeł? 

      Z korytarza dobiegło ciche stukanie. 

      - On tak po prostu idzie i wali do wszystkich drzwi, bez ró nicy? - spytałem. 

      - Wiesz, sprawdza je kolejno, wi c nie jestem pewien, czy mo na to okre li  

jako „bez ró nicy". Jak dot d, wszystkie drzwi, do których zapukał, prowadziły 

do pustych pokojów. Za mniej wi cej minut  powinien dotrze  do twoich. 

      Podszedłem do drzwi, przekr ciłem klucz, otworzyłem i wyjrzałem na 

korytarz. 

      Rzeczywi cie, był tam jaki  niski człowieczek. Zauwa ył mnie i z by błysn ły 

mu w g stwinie brody, gdy si  u miechn ł. Ruszył w moj  stron . 

      Szybko stało si  jasne,  e jest garbaty. 

      - Bo e wielki! - zawołałem. - Jeste  Dworkinem, zgadza si ? Prawdziwym 

Dworkinem? 

      - Tak s dz  - odparł do  miłym głosem. - I mam nadziej ,  e widz  przed 

sob  Merlina, syna Corwina. 

      - Istotnie - potwierdziłem. - To niezwykła rado , i spotyka mnie w niezwykłej 

chwili. 

      - To nie jest towarzyska wizyta - o wiadczył. U cisn ł mi r k  i rami . - Aha! 

Wi c tutaj mieszkasz. 

      - Tak. Mo e wejdziesz do  rodka? 

      - Dzi kuj . 

      Ghost wykonał manewr muchy na  cianie, zmalał do półtora centymetra 

rednicy i zaj ł pozycj  na garderobie, udaj c zabł kanego słonecznego zaj czka. 

Dworkin rozejrzał si  szybko w saloniku, zerkn ł do sypialni i przez chwil  

obserwował Nayd . 

      - Nie nale y budzi  demona - wymruczał. 

      Dotkn ł Klejnotu, kiedy wracaj c przechodził koło mnie, ze zrozumieniem 

pokiwał głow  i opadł na fotel, na którym ja bałem si  zasn . 

      - Mo e szklaneczk  wina? - zaproponowałem. 

      - Nie, dzi kuj . - Pokr cił głow . - To pewnie ty naprawiłe  najbli szy 

P kni ty Wzorzec w Cieniu. 

      - Tak, to ja. 

      - Dlaczego to zrobiłe ? 

      - W tej kwestii nie miałem wielkiego wyboru. 

      - Lepiej opowiedz mi o wszystkim. - Starzec skubn ł sw  spl tan , nierówn  

brod . Włosy miał długie i im tak e przydałoby si  strzy enie. Mimo to w jego 

wzroku i słowach nie dostrzegłem  adnych objawów szale stwa. 

      - Nie jest to prosta historia. Musz  si  napi  kawy, je li mam j  doko czy  i 

background image

 

95 

nie zasn  przy tym - o wiadczyłem. 

      Rozło ył dłonie i mi dzy nami stan ł niewielki stolik nakryty białym obrusem, 

na nim dwie fili anki i paruj cy srebrzysty dzbanek obok grubej  wiecy. Była te  

taca z ciasteczkami. Nie zdołałbym sprowadzi  tego wszystkiego tak pr dko. Nie 

jestem pewien, czy Mandor by potrafił. 

      - W takim razie b d  ci towarzyszył - rzekł Dworkin. 

      Westchn łem i nalałem do fili anek. Uniosłem Klejnot Wszechmocy. 

      - Mo e lepiej zwróc  go, zanim zaczn  opowiada  - powiedziałem. - W ten 

sposób zaoszcz dz  sobie kłopotów. 

      Wstałem, ale on pokr cił głow . 

      - Nie rób tego - ostrzegł. - Prawdopodobnie umrzesz, je li zdejmiesz go teraz. 

      Usiadłem. 

      - Cukier?  mietanka? - zapytałem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

96 

Rozdział 9

 

 

Budziłem si  powoli. Dryfowałem po znajomym bł kicie jeziora przedbytu. A 

tak, byłem tutaj, poniewa ... po prostu byłem, jak mówi piosenka. Odwróciłem 

si  w  piworze na drugi bok, podci gn łem kolana do piersi i zasn łem znowu. 

      Kiedy obudziłem si  nast pnym razem i rozejrzałem szybko,  wiat nadal był 

całkiem niebieski.  wietnie. Wiele jest m dro ci w powiedzeniu,  e co 

sprawdzone, to pewne. A potem przypomniałem sobie,  e lada chwila mo e 

przyby  Luke, by mnie zabi . Palce zacisn ły si  odruchowo na r koje ci miecza 

le cego tu  obok. Nasłuchiwałem, czy kto  si  nie zbli a. 

      Czy kolejny dzie  sp dz  odłupuj c kamyki ze  cian mojej kryształowej 

groty? A mo e Jasra znowu spróbuje mnie zabi ? 

      Znowu? 

      Co  si  tu nie zgadzało. Zdarzyło si  mnóstwo spraw, dotycz cych Jurta, 

Coral, Luke'a i Mandora, nawet Julii. Czy wszystko to było snem? 

      Chwilowa panika ogarn ła mnie i znikn ła natychmiast. Zabł kany rozs dek 

powrócił, nios c reszt  wspomnie . Ziewn łem, i znowu wszystko było w 

porz dku. 

      Przeci gn łem si . Usiadłem. Przetarłem oczy. 

      Tak, wróciłem do kryształowej groty. Nie, nie było snem to, co zaszło, odk d 

Luke mnie tu uwi ził. Znalazłem si  tu z własnego wyboru, poniewa  (a) 

całonocny sen w tym strumieniu czasu odpowiadał krótkiej chwili w Amberze, (b) 

nikt nie mógł mi tu przeszkadza  atutowymi wezwaniami, i (c) mo liwe,  e nawet 

Wzorzec i Logrus nie potrafi  mnie tu wy ledzi . 

      Odgarn łem włosy, wstałem i ruszyłem do latryny. Miałem dobry pomysł, gdy 

kazałem Ghostowi przenie  si  tutaj po rozmowie z Dworkinem. Byłem pewien, 

e przespałem jakie  dwana cie godzin - gł boki, spokojny sen w najlepszym 

gatunku. Wypiłem butelk  wody. Drug  opłukałem twarz. 

      Pó niej, kiedy ju  si  ubrałem i schowałem po ciel w magazynie, przeszedłem 

do komory wej ciowej i stan łem pod otworem w sklepieniu. Widoczne tam niebo 

było czyste. Wci  brzmiały mi w uszach słowa Luke'a z tego dnia, kiedy wsadził 

mnie tutaj i poinformował,  e jeste my spokrewnieni. 

      Wyj łem spod koszuli Klejnot Wszechmocy, uniosłem wysoko i spojrzałem 

pod  wiatło w gł biny. Tym razem  adnych instrukcji. 

      I bardzo dobrze. Nie miałem ochoty na dwukierunkowy przekaz danych. 

      Wci  patrz c w Klejnot, usiadłem wygodnie ze skrzy owanymi nogami. Pora 

to zrobi  i mie  za sob , skoro czułem si  teraz wypocz ty i do  rze ki. Zgodnie z 

rad  Dworkina, poszukałem Wzorca w tym czerwonym jeziorze. 

      Po chwili zacz ł nabiera  kształtów. Nie wygl dał, jakbym go wizualizował, 

ale te  nie przeprowadzałem  wicze  z wizualizacji. Patrzyłem, jak struktura 

staje si  coraz wyra niejsza. Nie pojawiła si  nagle, ale sprawiała wra enie,  e 

istniała tam przez cały czas, a moje oczy dopiero teraz si  uczyły, jak widzie  j  

we wła ciwy sposób. Zreszt  pewnie tak było. 

      Odetchn łem gł boko. Potem jeszcze raz. I zacz łem starannie bada  rysunek. 

Nie mogłem sobie przypomnie , co ojciec opowiadał o dostrajaniu do Klejnotu. 

Kiedy wspomniałem o tym Dworkinowi, kazał si  nie przejmowa . Miałem tylko 

background image

 

97 

odnale  w krysztale trójwymiarow  wersj  Wzorca, poszuka  punktu 

startowego i ruszy  wzdłu  linii. Kiedy za dałem szczegółów, roze miał si  tylko 

i powiedział,  ebym si  nie martwił. 

      No dobrze. 

      Powoli obracałem, przybli ałem wizerunek Wzorca. Wysoko po prawej 

zjawiła si  mała szczelina. Przyjrzałem si  jej uwa nie, a ona jakby ruszyła w 

moj  stron . 

      Dotarłem tam i wszedłem do wn trza. To było niezwykłe prze ycie, podobne 

do jazdy roller coasterem: pod a  za liniami Wzorca w krysztale. Szedłem, gdzie 

mnie prowadziły; czasem czułem mdło ci i zawrót głowy, czasem cał  sił  woli 

napierałem na rubinowe bariery, a  ust powały. Wspinałem si , spadałem, 

przewracałem albo parłem do przodu. Utraciłem niemal  wiadomo  ciała, r ki 

wysoko trzymaj cej ła cuch. Wiedziałem tylko,  e spływam potem, który z 

pewn  regularno ci  kłuje mnie w oczy. 

      Nie miałem poj cia, ile czasu trwał proces mojego zestrojenia z Klejnotem 

Wszechmocy, wy sz  oktaw  Wzorca. Dworkin wierzył,  e nadepn łem 

Wzorcowi na odcisk, ale nie tylko dlatego chce mojej  mierci po wypełnieniu 

niesamowitej misji i naprawie najbli szego z P kni tych Wzorców. Ale Dworkin 

odmówił wyja nie . Uznał,  e wiedza o przyczynach mo e wpłyn  na mo liwy 

przyszły wybór, którego powinienem dokona  bez  adnych obci e . Wszystko to 

brzmiało dla mnie jak bełkot, tyle  e cała reszta jego wypowiedzi wydała mi si  

absolutnie rozs dna - w przeciwie stwie do tego, co głosiły legendy i plotki. 

      Mój umysł pikował i wznosił si  w fali czerwieni, tworz cej wn trze Klejnotu. 

Fragmenty Wzorca, które ju  pokonałem i które jeszcze mnie czekały, pływały 

dookoła, migocz c jak błyskawice. Miałem uczucie,  e za moment umysł 

rozpadnie si  po zderzeniu z niewidzialn  Zasłon . Nie panowałem ju  nad 

swoimi ruchami; przyspieszałem. Wiedziałem,  e nie mog  si  cofn , póki nie 

dojd  do ko ca. 

      Dworkin uznał,  e Wzorzec nie mógł mnie skrzywdzi  podczas naszej kłótni, 

kiedy wróciłem sprawdzi , co to za posta  wcze niej zauwa yłem. Twierdził,  e to 

dzi ki Klejnotowi na szyi. Nie mogłem jednak nosi  go zbyt długo, gdy  to tak e 

mogło si  okaza   miertelne. Zdecydował,  e zanim go oddam, musz  si  dostroi  

- jak mój ojciec i Random. Pó niej b d  nosił w sobie obraz wy szego rz du, co 

nie gorzej od samego Klejnotu powinno spełnia  funkcje obronne wobec Wzorca. 

Trudno si  spiera  z człowiekiem, który podobno z pomoc  Klejnotu sam 

stworzył Wzorzec. Dlatego si  zgodziłem. Byłem jednak zbyt zm czony, by 

próbowa  tego od razu. Kazałem wi c Ghostowi przenie  mnie do mojej 

kryształowej groty, mojego sanktuarium,  eby najpierw odpocz . 

      A teraz... teraz płyn łem. Wirowałem. Od czasu do czasu zatrzymywałem si . 

Odpowiedniki Zasłon w Klejnocie nie były łatwiejsze do pokonania tylko dlatego, 

e zostawiłem za sob  ciało. Ka de takie przej cie wyczerpywało, jakbym 

przebiegł mil  w czasie olimpijskim. Na jednym poziomie wiedziałem,  e nie 

poruszam si  i trzymam Klejnot, w którego wn trzu dokonuj  inicjacji. Na innym 

jednak czułem, jak wali mi serce. A na jeszcze nast pnym wspominałem 

fragmenty go cinnego wykładu z antropologii, jaki wiele lat temu wygłosiła na 

moim roku Joan Halifax. O rodek, w jakim si  poruszałem, kł bił si  niczym 

background image

 

98 

gejzer Merlot 1985 w kielichu... Kto tamtej nocy siedział przy stoliku naprzeciw 

mnie? Niewa ne. Dalej, w dół i dookoła. Wzbierała fala jasnej krwi. Przesłanie 

wpisywało si  w mojego ducha. Na pocz tku było słowo, którego nie umiałem 

odczyta ... Ja niej, ja niej. Szybciej, szybciej. Je li zderz  si  ze  cian  rubinu, 

zostanie po mnie tylko mokra plama. Dalej, Schopenhauerze, do ostatecznej 

rozgrywki woli. Stulecie czy dwa nadeszły i min ły; i nagle otworzyła si  droga. 

Przelałem si  naprzód, do  wiatła eksploduj cej gwiazdy. Czerwie , czerwie , 

czerwie , pchaj ca mnie dalej, wci  dalej, jak moj  łódk , Gwiezdn  Strzał , 

niesion  wichrem, rosn c  w oczach, wracaj c  do domu... 

      Padłem. Wprawdzie nie straciłem przytomno ci, ale te  nie zachowałem 

normalnego stanu umysłu. Zapadłem w rodzaj półsnu, z którego w dowolnie 

wybranej chwili mogłem przej  w jedn  lub drug  stron . Ale dlaczego? Rzadko 

kiedy odczuwam tak wielk  eufori . Czułem,  e na ni  zasłu yłem, wi c 

dryfowałem tam przez długi, bardzo długi czas. 

      Wreszcie opadła poni ej poziomu wartego zaanga owania. Wstałem, 

zatoczyłem si , oparłem o  cian  i ruszyłem do spi arni,  eby napi  si  jeszcze 

wody. Byłem przera liwie głodny, ale jako  nie miałem ochoty na puszki i 

mro onki. Zwłaszcza  e  wie e produkty nie były a  tak trudne do zdobycia. 

      Ruszyłem z powrotem przez znajome komory. A wi c zastosowałem si  do 

rady Dworkina. Szkoda,  e odwróciłem si  do niego plecami, zanim pomy lałem o 

długiej li cie pyta , które chciałem mu zada . Kiedy odwróciłem si  znowu, ju  

go nie było. 

      Wspi łem si  na drabin  i stan łem na szczycie bł kitnego wzniesienia, gdzie 

znajdowało si  jedyne znane mi wej cie. Panował rze ki, czysty wiosenny poranek 

i tylko na wschodzie widziałem kilka małych obłoczków. Dla samej rozkoszy 

oddychania wci gn łem powietrze. Pochyliłem si  i przesun łem niebieski głaz, 

eby zakry  otwór. Gdybym znów przybył szuka  tu schronienia, nie chciałbym, 

eby zaskoczył mnie jaki  drapie nik. 

      Zdj łem Klejnot Wszechmocy i zawiesiłem go na wypukło ci głazu. Potem 

odszedłem na jakie  dziesi  kroków. 

      - Cze , tato. 

      Ghostwheel był złocistym kr kiem szybuj cym od zachodu. 

      - Dzie  dobry, Ghost. 

      - Dlaczego porzuciłe  ten przedmiot? To jedno z najpot niejszych narz dzi, 

jakie dot d widziałem. 

      - Nie porzuciłem, ale zamierzam przywoła  Znak Logrusu i nie s dz ,  eby 

odpowiadało mu takie towarzystwo. Niepokoj  si  nawet, jak Logrus mnie 

potraktuje, skoro dostroiłem si  do Wzorca wy szego rz du. 

      - Mo e lepiej pójd  sobie teraz, a pó niej sprawdz , co u ciebie? 

      - Nie oddalaj si  - rzuciłem. - Mo e zdołasz wyci gn  mnie z kłopotów, gdyby 

sprawy  le si  potoczyły. 

      Wezwałem Znak Logrusu. Przybył i zawisł przede mn , i nic si  nie stało. 

Przerzuciłem cz stk   wiadomo ci na  cian  głazu, do Klejnotu. Poprzez niego 

mogłem spojrze  na Logrus z innej perspektywy. Niesamowite. I bezbolesne. 

      Skupiłem si  znowu we wn trzu swojej czaszki, wsun łem ramiona w gał zie 

Logrusu, si gn łem... 

background image

 

99 

      Po niecałej minucie miałem ju  talerz racuszków, do tego parówki, kubek 

kawy i szklank  soku pomara czowego. 

      - Mogłem ci to przynie  szybciej - zauwa ył Ghost. 

      - Jestem tego pewien - odparłem. - Ale musiałem sprawdzi  systemy. 

      Przy jedzeniu próbowałem ustali  list  priorytetów. Kiedy sko czyłem, 

odesłałem talerze do miejsca ich pochodzenia, zdj łem Klejnot, zawiesiłem go 

sobie na szyi i wstałem. 

      - No dobra, Ghost! - zawołałem. - Pora wraca  do Amberu. 

      Rozszerzył si , otworzył i obni ył tak,  e stałem teraz przed złotym łukiem. 

Zrobiłem krok naprzód... 

      ...do swojego pokoju. 

      - Dzi ki - rzuciłem. 

      - De nada, tato. Posłuchaj, mam pytanie. Kiedy sprowadzałe   niadanie, czy w 

zachowaniu Znaku Logrusu zauwa yłe  co  niezwykłego? 

      - O co ci chodzi? - spytałem, podchodz c do umywalki. 

      - Zacznijmy od wra e  fizycznych. Czy nie wydał ci si ... lepki? 

      - Dziwnie to okre liłe ... Ale rzeczywi cie, rozł czenie trwało chyba odrobin  

dłu ej ni  zwykle. Dlaczego pytasz? 

      - Mam pewien pomysł... Znasz magi  Wzorca? 

      - Tak, ale jestem lepszy w wersji Logrusu. 

      - Mógłby  w wolnej chwili spróbowa  obu rodzajów i porówna ? 

      - Po co? 

      - Zaczynam mie  przeczucia. Powiem ci, jak tylko sprawdz . I znikn ł. 

      - Cholera - mrukn łem. 

      Umyłem twarz. 

      Kiedy wyjrzałem przez okno, za szyb  przeleciało kilka  nie nych płatków. Z 

szuflady biurka wyj łem klucz. Było kilka spraw, które wolałem załatwi  

natychmiast. 

      Wyszedłem na korytarz. Zd yłem zrobi  ledwie kilka kroków, gdy 

usłyszałem ten d wi k. Przystan łem i nasłuchiwałem. Po chwili ruszyłem dalej, 

obok schodów, a d wi k narastał z ka d  chwil . Zanim dotarłem do drugiego 

korytarza prowadz cego do biblioteki, wiedziałem ju ,  e wrócił Random. Nikt 

inny nie potrafiłby tak b bni ... a gdyby nawet, nie o mieliłby si  u y  

królewskiej perkusji. 

      Min łem półotwarte drzwi i skr ciłem za róg. W pierwszym odruchu 

chciałem wej , odda  mu Klejnot Wszechmocy i spróbowa  wytłumaczy , co 

zaszło. A potem przypomniałem sobie, co mówiła kiedy  Flora:  e wszystko, co 

uczciwe, szczere i otwarte, tutaj sprowadza kłopoty. Nie chciałbym wierzy ,  e 

wyraziła ogóln  zasad . Natomiast ta szczególna sytuacja wymagałaby długich 

wyja nie , a ja musiałem dopilnowa  innych spraw. Zreszt , mo e w rezultacie 

otrzymałbym zakaz zajmowania si  niektórymi z nich. 

      Szedłem dalej, do drzwi jadalni. Zajrzałem szybko i przekonałem si ,  e jest 

pusta. Dobrze. W  rodku, po prawej stronie - o ile dobrze pami tałem - była 

ruchoma płyta, zasłaniaj ca wn k  w murze. Znajdowały si  tam szczeble czy 

klamry, po których dojd  do ukrytego wej cia na balkon biblioteki. Mogłem 

tak e zej  w dół, do spiralnych schodów i - je li pami  mnie nie zawodziła - 

background image

 

100 

dalej, do jaski . Miałem nadziej ,  e nigdy nie b d  musiał tego sprawdza . W 

ostatnich dniach jednak stałem si  kontynuatorem rodzinnych tradycji, tak 

wiernym,  e postanowiłem nieco poszpiegowa . Kilka niewyra nych zda  

podsłuchanych przez otwarte drzwi kazało mi wierzy ,  e Random nie jest sam. 

Je li wiedza rzeczywi cie daje sił , to potrzebowałem ka dej informacji, jaka 

tylko wpadnie mi w r ce. Ostatnio nie czułem si  zbyt silny. 

      Owszem,  ciana przesun ła si  i w jednej chwili byłem ju  w  rodku, 

posyłaj c przodem moje widmowe  wiatło. Wspi łem si  szybko na szczyt i 

wolno, ostro nie uchyliłem płyt . Byłem wdzi czny temu, kto pomy lał o 

zamaskowaniu otworu szerokim fotelem. Mogłem stosunkowo bezpiecznie 

wygl da  zza por czy i miałem dobry widok na północny kraniec sali. 

      Random b bnił tam na perkusji, a Martin, cały w skórze i ła cuchach, 

siedział przed nim i słuchał. Random robił co , czego jeszcze w  yciu nie 

widziałem: grał pi cioma pałeczkami naraz. Dwie trzymał w dłoniach, dwie pod 

pachami i jedn  w z bach. W dodatku wymieniał je podczas gry, przesuwał t  z 

z bów pod prawe rami , tamt  do prawej r ki, t  z kolei przerzucił do lewej, 

trzyman  w lewej wsun ł pod lew  pach , sk d pałeczka trafiła mu do ust. I ani 

na moment nie stracił rytmu. Ten pokaz wywierał niemal hipnotyczny efekt. 

Patrzyłem, dopóki nie sko czył. Jego stary zestaw b bnów trudno by uzna  za 

marzenie perkusisty, całe z przezroczystego plastyku, z talerzami wielko ci tarcz 

rycerskich, werblami dookoła, mas  tam-tamów i paroma kotłami, a wszystko to 

wiec ce jak ognisty kr g Coral. Perkusja Randoma pochodziła z czasów, zanim 

jeszcze werble stały si  cienkie i nerwowe, kotły zmalały, a talerze zapadły na 

akromegali  i zacz ły hucze . 

      - Nigdy czego  takiego nie widziałem - usłyszałem głos Martina. Random 

wzruszył ramionami. 

      - Bywałem w ró nych miejscach - stwierdził. - Tego nauczył mnie Freddie 

Moore, w latach trzydziestych, w Victorii albo w Village Vanguard. Grał wtedy z 

Artem Hodesem i Maxem Kaminskym. Zapomniałem, gdzie to było. Numer 

pochodzi jeszcze z czasów wodewilu. Nie mieli wtedy mikrofonów, a o wietlenie 

było n dzne. Mówił,  e musieli si  popisywa  takimi zagraniami albo dziwacznie 

ubiera ,  eby publiczno  zwracała na nich uwag . 

      - Szkoda,  e musieli tak si  podlizywa . 

      - Tak...  adnemu z was, chłopcy, nawet by si  nie  niło,  eby si  dziwacznie 

ubra  albo podrzuca  instrument. 

      Nast piła chwila ciszy. W  aden sposób nie mogłem zobaczy  wyrazu twarzy 

Martina. 

      Wreszcie... 

      - Nie o to mi chodziło - powiedział. 

      - Mnie te  nie - odparł Random. Odrzucił trzy pałeczki i znów zacz ł gra . 

      Oparłem si  o  cian  i słuchałem. Po chwili ze zdumieniem stwierdziłem,  e 

wł czył si  saksofon altowy. Wyjrzałem. Martin stał tyłem do mnie i grał. 

Instrument musiał le e  na podłodze, schowany za jego krzesłem. W muzyce 

wyczułem jakby posmak Ritchiego Cole'a, co mi si  podobało, i troch  dziwiło. I 

cho  chciałbym tu zosta , czułem,  e nie powinienem, nie w tej chwili. Wycofałem 

si , uchyliłem płyt , przeszedłem i zamkn łem j  za sob . Opu ciłem si  na dół i 

background image

 

101 

wyszedłem na zewn trz. Postanowiłem raczej przej  przez jadalni , ni  znowu 

mija  drzwi biblioteki. Jeszcze przez spory kawałek słyszałem muzyk  i 

ałowałem,  e nie nauczyłem si  od Mandora zakl cia, które zamyka d wi ki w 

szlachetnych kamieniach. Chocia  nie jestem pewien, jak Klejnot Wszechmocy 

potraktowałby Wild Man Blues. 

      Zamierzałem dotrze  a  do miejsca, gdzie w pobli u moich pokojów wschodni 

korytarz krzy uje si  z północnym. Tam chciałem skr ci  w lewo, wbiec po 

schodach na gór , a  do królewskich apartamentów, zastuka  do drzwi i zwróci  

Klejnot Vialle. Miałem nadziej ,  e przekonam j , by poczekała na wyja nienia. 

Gdyby si  nie udało, i tak wolałem tłumaczy  si  przed ni  ni  przed Randomem. 

Mógłbym sporo opu ci , a ona nie wiedziałaby, o co nale y pyta . Oczywi cie, w 

ko cu Random i tak by mnie dopadł. Ale im pó niej, tym lepiej. 

      Jednak teraz znalazłem si  obok pokojów mojego ojca. Wzi łem ze sob  

klucz,  eby wracaj c zajrze  tu z oczywistych dla mnie powodów. Ale  e ju  

trafiłem w to miejsce, postanowiłem zaoszcz dzi  na czasie. Otworzyłem drzwi i 

przest piłem próg. 

      Srebrna ró a znikn ła z wazonu na komodzie. Dziwne. Zrobiłem krok w 

tamt  stron . Z drugiego pokoju dobiegł d wi k głosów, zbyt cichych,  eby 

rozró ni  słowa. Zamarłem. On mo e tu by . Ale nie mo na przecie  wpa  do 

cudzej sypialni, zwłaszcza  e chyba jest tam wi cej ni  jedna osoba... szczególnie 

je li to sypialnia ojca, a  eby si  tu dosta , musiałem otworzy  zamkni te na klucz 

drzwi zewn trzne. Nagle poczułem niezwykłe skr powanie. Chciałem st d uciec, i 

to szybko. Odpi łem pas z Grayswandirem w nie całkiem dopasowanej pochwie. 

Nie  miałem nosi  go dłu ej, wi c zawiesiłem na haku w  cianie przy drzwiach, 

obok krótkiego prochowca, którego przedtem nie zauwa yłem. Potem 

wymkn łem si  i jak najciszej przekr ciłem klucz w zamku. 

      Nieprzyjemna sytuacja. Czy by naprawd  przychodził tu i wychodził 

regularnie, nie zwracaj c niczyjej uwagi? A mo e w jego pokojach dział si  

fenomen zupełnie innej natury? Słyszałem czasem pogłoski,  e niektóre starsze 

komnaty maj  sub specie spatium drzwi. Trzeba tylko wiedzie , jak je uaktywni , 

a daj  dodatkowy metra  oraz dyskretn  drog  wyj cia i powrotu. O to równie  

powinienem zapyta  Dworkina. Mo e mam pod łó kiem kieszonkowy 

wszech wiat... Nigdy tam nie zagl dałem. Odszedłem pospiesznie. Zwolniłem, 

zbli aj c si  do zakr tu. Dworkin uwa ał,  e posiadanie Klejnotu Wszechmocy 

ochroni mnie przed Wzorcem, gdyby ten rzeczywi cie postanowił co  mi zrobi . Z 

drugiej strony, zbyt długo noszony Klejnot tak e mógł wła cicielowi zaszkodzi . 

Poradził mi zatem,  ebym troch  odpocz ł, a potem przepu cił swój umysł przez 

struktur  kamienia, tym samym rejestruj c w sobie wy szy poziom Wzorca, a 

przy okazji pewn  odporno  na ataki Wzorca wła ciwego. Interesuj ca hipoteza. 

Ale to wszystko: hipoteza. Dotarłem do skrzy owania korytarzy. Skr caj c w 

lewo, dojd  do schodów; drog  na prawo wróc  do siebie. Zawahałem si . 

Naprzeciw, po przek tnej od rzadko u ywanych pokojów Benedykta, znajdowały 

si  drzwi do saloniku. Wszedłem tam i usiadłem w ci kim fotelu w k cie. 

Chciałem tylko pozby  si  wrogów, pomóc przyjaciołom, usun  swoje imi  ze 

wszystkich czarnych list, na których si  obecnie znajdowało, odszuka  ojca i 

dogada  si  jako  ze  pi c  ty'ig . A potem mog  si  zastanowi  nad kontynuacj  

background image

 

102 

mojego Wanderjahr. U wiadomiłem sobie,  e wszystko to zmusza mnie do 

ponownego zadania pytania: o których sprawach chciałem powiedzie  

Randomowi? 

      Pomy lałem o nim, jak w bibliotece gra w duecie ze swym niemal utraconym 

synem. Jak słyszałem, był kiedy  do  dziki, nieodpowiedzialny i samolubny, i 

wła ciwie nie chciał władzy nad tym archetypicznym  wiatem. Ale ojcostwo, 

mał e stwo i wybór Jednoro ca bardzo go zmieniły - pogł biły jego charakter, 

kosztem wielu przyjemno ci  ycia. W tej chwili miał problemy z konfliktem 

kashfa sko-begma skim. Mo liwe,  e posun ł si  do skrytobójstwa i przystał na 

niezbyt korzystny traktat, by zachowa  zło on  równowag  polityczn  Złotego 

Kr gu. Kto wie, co dzieje si  w innych miejscach, co mo e sprowadzi  dodatkowe 

kłopoty? Czy naprawd  chc  wci ga  tego człowieka w sprawy, które równie 

dobrze mog  załatwi  sam, nie mówi c mu o niczym i nie przysparzaj c 

zmartwie ? I odwrotnie, je li mu powiem, mo e wyda  pewne zakazy, które 

ogranicz  moj  zdolno  reakcji na to, co stało si  ostatnio codziennymi urokami 

ycia. Mo e te  przypomnie  pewn  kwesti , pomini t  wiele lat temu. 

      Nigdy nie przysi gałem wierno ci Amberowi. Nikt mnie o to nie prosił. Byłem 

przecie  synem Corwina, przybyłem tu dobrowolnie i mieszkałem przez wiele lat. 

Potem wyruszyłem do Cienia-Ziemi, gdzie wielu Amberytów pobierało nauki. 

Cz sto wracałem i ze wszystkimi utrzymywałem przyjazne stosunki. Nie 

widziałem powodów,  eby wyci ga  teraz spraw  mojego podwójnego 

obywatelstwa. 

      I wolałem,  eby nie została wyci gni ta. Nie podobał mi si  pomysł 

dokonywania wyboru mi dzy Amberem a Dworcami. Nie zrobiłbym tego ani dla 

Jednoro ca i W a, ani dla Wzorca i Logrusu, a dla królewskich rodów z obu 

dworów chyba te  nie. 

      Wszystko to prowadziło do wniosku,  e Vialle nie powinna słysze  nawet 

skróconej wersji mojej historii. Cokolwiek powiem, kiedy  b d  musiał 

wytłumaczy  si  szczegółowo. Gdyby jednak Klejnot wrócił na miejsce bez 

adnych wyja nie , nikt nie trafiłby do mnie w zwi zku z jego zagini ciem. 

Wszystko uło yłoby si  jak najlepiej. Jak mógłbym kłama , gdyby nikt mnie o nic 

nie pytał? 

      My lałem dalej. Tak naprawd , to próbuj  tylko zm czonemu, 

zapracowanemu człowiekowi oszcz dzi  brzemienia dodatkowych problemów. 

Niczego nie mo e i nie powinien robi  w moich sprawach. Konflikt pomi dzy 

Wzorcem i Logrusem wydaje si  istotny jedynie w sensie metafizycznym. Nie 

s dz , by wynikło z niego co  dobrego albo złego na poziomie praktycznym. A 

gdybym dostrzegł zagro enie, zawsze mog  ostrzec przed nim Randoma. 

      Bardzo dobrze. Dlatego wła nie zdolno  rozs dnego my lenia jest taka 

przydatna. Zawsze mo na j  wykorzysta , by poczu  si  prawym, a nie - na 

przykład - winnym. Przeci gn łem si  i rozprostowałem palce. 

      - Ghost - rzuciłem cicho. 

      Bez odpowiedzi. 

      Si gn łem po Atuty, ale ledwie zd yłem ich dotkn , gdy po drugiej stronie 

pokoju błysn ł kr g  wiatła. 

      - Słyszałe  mnie - stwierdziłem. 

background image

 

103 

      - Czułem twoje pragnienie - odpowiedział. 

      - Wszystko jedno. -  ci gn łem przez głow  ła cuch z Klejnotem. - Jak 

my lisz, mógłby  to zanie  do skrytki w murze obok kominka w królewskiej 

sypialni? Tak,  eby nikt nie zauwa ył? 

      - Wolałbym tego nie dotyka  - stwierdził Ghost. - Nie wiem, jak jego struktura 

wpłynie na moj  struktur . 

      - Trudno. Znajd  jaki  sposób,  eby samemu to załatwi . Ale nadeszła pora, 

by sprawdzi  pewn  hipotez . Gdyby Wzorzec zaatakował, spróbuj mnie 

przerzuci  w jakie  bezpieczne miejsce. 

      - Oczywi cie. 

      Poło yłem Klejnot na stoliku. 

      Po trzydziestu sekundach u wiadomiłem sobie,  e czekam na  miertelny cios 

Wzorca. Rozlu niłem mi nie. Odetchn łem gł boko. Wci  byłem cały. Mo e 

Dworkin miał racj ,  e Wzorzec da mi spokój. Mówił te ,  e b d  mógł teraz 

przywoływa  Wzorzec w Klejnocie, tak samo jak Znak Logrusu. Były pewne 

czary, które mo na rzuci  jedynie tak  metod , cho  Dworkin nie poinstruował 

mnie, jak si  do tego zabra . Uwa ał pewnie,  e czarodziej sam powinien 

rozpracowa  system. Uznałem,  e to mo e poczeka . Nie miałem ochoty na 

współprac  z Wzorcem w którejkolwiek z jego inkarnacji. 

      - Wzorcu! - zawołałem. - Mo e darujemy sobie spory? Nikt mi nie 

odpowiedział. 

      - On chyba wie,  e tu jeste  i co wła nie zrobiłe  - zauwa ył Ghost. - 

Wyczułem jego obecno . Mo e mu ju  na tobie nie zale y. 

      - Mo liwe. 

      Wyj łem Atuty i przerzuciłem je szybko. 

      - Z kim chcesz si  skontaktowa ? - zapytał Ghost. 

      - Interesuje mnie Luke - wyja niłem. - Chciałbym sprawdzi , co si  z nim 

dzieje. Nie wiem te , co z Mandorem. Zakładam,  e odesłałe  go w bezpieczne 

miejsce. 

      - Najlepsze z mo liwych - zapewnił Ghost. - Tak samo jak królow  Jasr . J  

te  mam sprowadzi ? 

      - Nie. Nikogo nie masz sprowadza . Chciałbym tylko wiedzie ... 

      Ghost znikn ł, zanim sko czyłem mówi . Nie byłem pewien, czy jego 

gorliwo  jest lepsza od poprzedniej zło liwo ci. 

      Wyj łem kart  Luke'a i si gn łem w gł b. 

      Usłyszałem czyje  kroki na korytarzu. Min ły moje drzwi. 

      Wyczułem  wiadomo  Luke'a, cho  nie odebrałem  adnego obrazu. 

      - Słyszysz mnie, Luke? - upewniłem si . 

      - Tak - potwierdził. - Co u ciebie, Merle? 

      - W porz dku. A ty? To była ostra walka... 

      - Nic mi nie grozi. 

      - Słysz  twój głos, ale nic nie widz . 

      - Zaciemniłem Atuty. Nie wiesz, jak si  to robi? 

      - Nigdy nie próbowałem. Musisz mnie kiedy  nauczy . Hm... A wła ciwie 

dlaczego je zaciemniłe ? 

      - Kto  mógłby si  skontaktowa  i domy li , co planuj . 

background image

 

104 

      - Je li planujesz wypad komandosów na Amber, b d  w ciekły. 

      - Daj spokój! Wiesz,  e z tym sko czyłem. To całkiem inna sprawa. 

      - My lałem,  e jeste  wi niem Dalta. 

      - Mój status nie uległ zmianie. 

      - Przecie  kiedy  o mało ci  nie zabił, a ostatnio stłukł ci  na miazg . 

      - Za pierwszym razem wpadł w stare zakl cie berserkera. Sharu zastawił je 

jako pułapk . Za drugim razem chodziło o interesy. Nic mi nie b dzie. Ale 

chwilowo wszystko, co robi , jest  ci le tajne. Spiesz  si . Na razie. 

      Obecno  Luke'a zanikła. 

      Kroki zatrzymały si  i usłyszałem pukanie do pobliskich drzwi. Po chwili kto  

je otworzył, potem zamkn ł. Nie słyszałem  adnej rozmowy. Poniewa  było to 

niedaleko, a najbli sze pokoje nale ały do mnie i do Benedykta, zacz łem si  

zastanawia . Benedykta z pewno ci  nie ma, a pami tałem,  e wychodz c nie 

zamkn łem drzwi na klucz. Zatem... 

      Chwyciłem Klejnot Wszechmocy, przebiegłem przez salonik i znalazłem si  na 

korytarzu. Sprawdziłem drzwi Benedykta. Zamkni te. Zajrzałem do północno-

połu-dniowego korytarza, wróciłem do schodów i rozejrzałem si  dookoła. Nikogo 

w polu widzenia. Zawróciłem do siebie i przez chwil  nasłuchiwałem kolejno przy 

obu drzwiach wej ciowych. Z wn trza nie dochodziły  adne d wi ki. Przyszły mi 

do głowy tylko dwa inne wytłumaczenia: pokoje Gerarda w bocznym korytarzu, i 

Branda, zaraz za moimi. My lałem kiedy ,  eby zburzy   cian  - zgodnie z 

wprowadzon  przez Randoma mod  na przebudow  i zmian  wystroju - i 

doł czy  je do swoich. W ten sposób miałbym całkiem spore mieszkanie. Jednak 

plotka głosiła,  e komnaty Branda s  nawiedzone, a wycia, jakie niekiedy 

słyszałem pó n  noc  przez  ciany, zniech ciły mnie do tego pomysłu. 

      Przeszedłem korytarzem, zastukałem i szarpn łem za klamki drzwi Branda i 

Gerarda.  adnej odpowiedzi, jedne i drugie były zamkni te. Dziwna sprawa. 

      Frakir zacisn ła si  lekko, kiedy dotkn łem klamki Branda. Czekałem w 

napi ciu przez kilka chwil, ale nie zdarzyło si  nic podejrzanego. Miałem ju  

uzna  jej ostrze enie za reakcj  na  lad zabł kanego czaru, jakie widywałem 

czasem dryfuj ce w tej okolicy... I wtedy zauwa yłem pulsuj cy blask Klejnotu 

Wszechmocy. 

      Uniosłem ła cuch i spojrzałem w gł bi  kamienia. Tak, pojawił si  obraz. 

Zobaczyłem korytarz za rogiem, dwoje moich drzwi, wyra nie widoczny obraz na 

cianie mi dzy nimi. Drzwi po lewej stronie - prowadz ce do sypialni - były 

obramowane pulsuj c  czerwieni . Czy to znaczy,  e powinienem ich unika , czy 

mo e biec tam jak najszybciej? To s  problemy z czarodziejskimi poradami. 

      Zawróciłem i wyszedłem za róg. Tym razem Klejnot - wyczuwaj c mo e moj  

niepewno  i uznaj c,  e nale y wyra a  si  bardziej konkretnie - pokazał, jak 

zbli am si  i otwieram wskazane drzwi. Oczywi cie, wła nie te były zamkni te na 

zamek... 

      Szukałem w kieszeni klucza i my lałem,  e nie mog  nawet wbiec do  rodka z 

mieczem w r ku, poniewa  wła nie pozbyłem si  Grayswandira. Miałem jednak 

zawieszone kilka sprytnych zakl . Mo e które  z nich mnie ocali, je li sytuacja 

rozwinie si  niepomy lnie. A mo e nie. 

      Przekr ciłem klucz i szarpn łem drzwi. 

background image

 

105 

      - Merle! - pisn ła i zobaczyłem,  e to Coral. Stała przy moim łó ku, gdzie 

spoczywała jej rzekoma siostra, ty'iga. Szybko schowała r k  za plecami. - Ty... 

no... zaskoczyłe  mnie. 

      - I vice versa - odpowiedziałem, na co szcz liwie jest odpowiedni zwrot w 

thari. - Co tu robisz? 

      - Wróciłam zawiadomi  ci ,  e znalazłam ojca i opowiedziałam uspokajaj c  

histori  o Galerii Luster. Tak jak radziłe . Czy w ogóle jest tutaj takie miejsce? 

      - Jest. Ale nie pisz  o nim w przewodnikach. Pojawia si  i znika. Czyli ojciec 

ju  si  nie martwi? 

      - Nie. Ale nie wie, co si  dzieje z Nayd . 

      - Sytuacja si  komplikuje. 

      - Tak. 

      Czerwieniła si  i unikała mojego wzroku. I chyba zdawała sobie spraw ,  e 

dostrzegam jej zakłopotanie. 

      - Powiedziałam,  e mo e Nayda zwiedza pałac, jak ja - mówiła dalej. - I  e jej 

poszukam. 

      - Mhm... 

      Zerkn łem na Nayd . Coral podeszła do mnie natychmiast, poło yła mi dło  

na ramieniu i przyci gn ła do siebie. 

      - My lałam,  e byłe   pi cy. 

      - Owszem, byłem. I spałem. A w tej chwili załatwiałem pewne sprawy. 

      - Nie rozumiem. 

      - Strumienie czasu - wyja niłem. - Oszcz dzałem. Jestem wypocz ty. 

      - Fascynuj ce - szepn ła, muskaj c wargami moje usta. - Ciesz  si ,  e 

wypocz łe . 

      - Coral - rzekłem, przytulaj c j  lekko. - Nie musisz mnie okłamywa . Wiesz, 

e kiedy wychodziła , byłem wyko czony. Musiała  wierzy ,  e b d  spał jak 

kamie , je li wrócisz tak pr dko. 

      Chwyciłem j  za przegub i wyci gn łem do przodu chowan  za plecami r k . 

Coral była zadziwiaj co silna. Nie próbowałem nawet przemoc  otwiera  jej 

dłoni, gdy  mi dzy palcami widziałem dobrze, co w niej trzyma. To była jedna z 

metalowych kul, jakich u ywa Mandor, by rzuca  improwizowane zakl cia. 

      Coral nie cofn ła si . 

      - Wytłumacz  ci - powiedziała, wreszcie patrz c mi w oczy. 

      - Bardzo prosz . Szczerze mówi c wolałbym,  eby  wcze niej podj ła t  

decyzj . 

      - Mo e to prawda, co słyszałe :  e umarła, a w jej ciele zamieszkał demon - 

zacz ła. - Ale ostatnio była dla mnie dobra. W ko cu stała si  siostr , jakiej 

zawsze pragn łam. A potem sprowadziłe  mnie tutaj i zobaczyłam j  w takim 

stanie... I nie wiedziałam, co chcesz z ni  zrobi ... 

      - Pami taj, Coral,  e nigdy bym jej nie skrzywdził - przerwałem. - Mam 

wobec niej dług wdzi czno ci za dawne przysługi. Kiedy byłem młody i naiwny, 

na Cieniu-Ziemi, kilka razy prawdopodobnie ocaliła mi  ycie. Z mojej strony nie 

musi si  niczego obawia . 

      Przekrzywiła głow  i zmru yła oko. 

      - Sk d miałam to wiedzie ? Wróciłam w nadziei,  e dostan  si  do  rodka,  e 

background image

 

106 

b dziesz spał gł boko,  e potrafi  przełama  czar, a przynajmniej unie  go jako  

i z ni  porozmawia . Chciałam si  przekona , czy jest moj  siostr ... czy mo e 

czym  innym. 

      Chciałem u cisn  jej rami  i wtedy u wiadomiłem sobie,  e w lewej dłoni 

nadal  ciskam Klejnot Wszechmocy. Zrealizowałem zamiar praw  r k . 

      - Rozumiem - zapewniłem j . - Fatalnie si  zachowałem, pokazuj c ci 

nieprzytomn  siostr  i nie podaj c  adnych szczegółów. Mog  tylko przeprosi , 

tłumacz c si  przem czeniem. Gwarantuj  ci,  e Nayda nie czuje bólu. Ale w tej 

chwili wolałbym raczej nie majstrowa  przy zakl ciu. Nie ja je rzuciłem... 

      Nayda j kn ła cicho. Obserwowałem j  przez kilka sekund, ale nic wi cej si  

nie zdarzyło. 

      - Chwyciła  t  kul  w powietrzu? - spytałem. - Nie widziałem jej ostatnio. 

Coral pokr ciła głow . 

      - Le ała jej na piersi. Nayda zasłaniała j  r k . 

      - Sk d ci przyszło do głowy,  eby tam szuka ? 

      - Jej pozycja wydała mi si  nienaturalna. To wszystko. Masz. 

      Wr czyła mi kul . Wzi łem j  i zwa yłem w prawej dłoni. Nie miałem poj cia, 

jak one działaj . Metalowe kule były dla Mandora tym, czym dla mnie Frakir - 

elementem wyj tkowej, osobistej magii, wykutym z jego pod wiadomo ci w sercu 

Logrusu. 

      - Odło ysz j  na miejsce? - zapytała Coral. 

      - Nie - odparłem. - Mówiłem ci ju ,  e to nie moje zakl cie. Nie wiem, jak 

funkcjonuje, i nie chciałbym si  nim bawi . 

      - Merlin...? - Szept... To Nayda, wci  z zamkni tymi oczami. 

      - Porozmawiajmy lepiej w tamtym pokoju - zaproponowałem Coral. - Ale 

najpierw rzuc  na ni  własny czar. To tylko  rodek nasenny... 

      Powietrze za Coral roziskrzyło si  i zawirowało. Po moim wzroku musiała 

pozna ,  e dzieje si  co  niezwykłego, gdy  obejrzała si  i... 

      - Merle! Co to jest? 

      Cofn ła si  do mnie, gdy w powietrzu nabrał kształtów złocisty łuk. 

      - Ghost? - rzuciłem. 

      - To ja - nadeszła odpowied . - Jasry nie było w miejscu, gdzie j  zostawiłem. 

Ale sprowadziłem twojego brata. 

      Pojawił si  Mandor, wci  ubrany głównie na czarno, z mas  

srebrzystobiałych włosów. Spojrzał na Coral i Nayd , potem na mnie, zacz ł si  

u miecha , ruszył przed siebie. Nagle przesun ł wzrok i stan ł. Wytrzeszczył 

oczy. Jeszcze nigdy nie widziałem l ku na jego twarzy. 

      - Krwawe Oko Chaosu! - wykrzykn ł, gestem przywołuj c osłon . - Jak je 

zdobyłe ? 

      Cofn ł si  o krok. Łuk zwin ł si  natychmiast w kaligrafowan , ozdobn  

liter  „O". Ghost przesun ł si  wokół pokoju i zawisł obok mnie. 

      Nayda usiadła nagle na łó ku i rozejrzała si  niespokojnie. 

      - Merlinie! - krzykn ła. - Nic ci si  nie stało? 

      - Jak dot d nie - zapewniłem. - Nie martw si . Spokojnie. Wszystko w 

porz dku. 

      - Kto majstrował przy moim zakl ciu? - zapytał Mandor. Nayda spu ciła nogi 

background image

 

107 

na podłog . Coral zadr ała. 

      - Wła ciwie to był przypadek - wyja niłem. 

      Otworzyłem praw  dło . Metalowa kula wzleciała natychmiast i pomkn ła do 

niego. O włos min ła Coral, która uniosła r ce w pozycji obronnej, klasycznej dla 

wi kszo ci sztuk walki. Co prawda nie bardzo wiedziała, przed kim czy przed 

czym ma si  broni . Dlatego obracała si  - Mandor, Nayda, Ghost, i od nowa... 

      - Spokojnie, Coral - powiedziałem. - Nic ci nie grozi. 

      - Lewe Oko W a! - krzykn ła Nayda. - Uwolnij mnie, o Bezkształtny, a 

oddam ci je! 

      Frakir tymczasem ostrzegała mnie,  e nie wszystko dzieje si  tak, jak powinno 

- na wypadek, gdybym sam nie zauwa ył. 

      - O co tu chodzi, do diabła! - wrzasn łem. 

      Nayda poderwała si , skoczyła do mnie i z t  nienaturaln  sił  demona 

wyrwała z r ki Klejnot Wszechmocy. Odepchn ła mnie i wypadła na korytarz. 

      Potkn łem si , odzyskałem równowag . 

      - Zatrzymaj t  ty'ig  - zawołałem. Ghostwheel z błyskiem przemkn ł obok 

mnie, a tu  za nim kule Mandora.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

108 

Rozdział 10

 

 

Ja byłem nast pny w korytarzu. Skr ciłem w lewo i pu ciłem si  biegiem. 

Ty'iga jest mo e szybka, ale ja tak e. 

      - My lałem,  e masz mnie broni ! - krzykn łem za ni . 

      - To ma pierwsze stwo - odpowiedziała. - Nawet przed rozkazami twojej 

matki. 

      - Co? - Nie mogłem uwierzy . - Matki? 

      - Narzuciła mi misj , by opiekowa  si  tob , kiedy wyjechałe  do szkoły - 

tłumaczyła w biegu. - To przełamało czar! Nareszcie wolna! 

      - Niech to diabli - podsumowałem. 

      Nagle, kiedy zbli ała si  ju  do schodów, z przodu pojawił si  Znak Logrusu - 

wi kszy, ni  kiedykolwiek przywołałem. Przesłaniał korytarz od  ciany do  ciany, 

wzburzony, rozpostarty, migaj cy iskrami, wyci gaj cy macki, otoczony 

czerwon  mgł  gro by. Taka manifestacja wymagała sporego tupetu tutaj, w 

Amberze, na terenie Wzorca. Dlatego wiedziałem,  e stawka jest wysoka. 

      - Przyjmij mnie, Logrusie! - zawołała. - Nios  ci Oko W a! 

      I Logrus rozchylił si  przed ni , otworzył ognisty tunel w samym centrum. 

Sk d  wiedziałem,  e drugim ko cem nie si ga do miejsca poło onego dalej w 

tym korytarzu. 

      Wtedy jednak co  powstrzymało Nayd , jakby nagle trafiła na szklan  

przegrod . Zesztywniała wyprostowana. Trzy l ni ce kule Mandora zacz ły 

orbitowa  wokół jej kataleptycznej postaci. 

      Jaka  siła pchn ła mnie z tyłu i przewróciła na  cian . Odruchowo zasłoniłem 

głow  ramieniem i obejrzałem si . 

      Wizerunek samego Wzorca, wielki jak Znak Logrusu, pojawił si  wła nie 

niecały metr za mn  i mniej wi cej w równej jak Logrus odległo ci od Naydy. Jak 

w nawiasy uj li dam , czy ty'ig , zamkn li mi dzy biegunami istnienia, je li 

mo na tak powiedzie , przypadkiem ujmuj c równie  mnie. Obszar bli szy 

Wzorca rozja nił si  jak słoneczny ranek, gdy przeciwny koniec przypominał 

pos pny zmierzch. Czy by chcieli na nowo odegra  Wielki Wybuch/Kolaps? Ze 

mn  w roli przypadkowego i chwilowego  wiadka? 

      - Tego... Wasze Wysoko ci... - zacz łem. Czułem si  w obowi zku przekona  

ich,  eby zrezygnowali.  ałowałem,  e nie jestem Lukiem, który byłby mo e do 

tego zdolny. - To idealny moment, by zatrudni  bezstronnego arbitra. Tak si  

składa,  e mam wyj tkowe kwalifikacje. Musicie zauwa y ... 

      Złocisty kr g, w którym poznałem Ghostwheela, opadł nagle nad głow  

Naydy i wyci gn ł si  w rur . Wsun ł si  w orbity kul Mandora i musiał si  jako  

uodporni  na siły, które sob  reprezentowały - zwolniły bowiem, zakołysały si  i 

wreszcie opadły na podłog . Dwie uderzyły w  cian  przede mn , trzecia 

potoczyła si  ze schodów na prawo. 

      Oba Znaki ruszyły ku sobie, a ja przesun łem si  szybko, by zachowa  

dystans do Wzorca. 

      - Nie zbli ajcie si , koledzy - oznajmił nagle Ghostwheel. - Trudno 

przewidzie , co zrobi , je li przez was stan  si  jeszcze bardziej nerwowy ni  w 

tej chwili. 

background image

 

109 

      Znaki Mocy zatrzymały si . Zza zakr tu korytarza usłyszałem pijacki głos, 

piewaj cy jak  spro n  piosenk . To Droppa zbli ał si  do nas. Nagle ucichł. 

Min ła długa chwila i zacz ł Rock of Ages, ale głosem o wiele, wiele słabszym. 

Potem przerwał znowu, rozległ si  głuchy łoskot i brz k tłuczonego szkła. 

      Pomy lałem,  e z tej odległo ci potrafi  chyba si gn  my l  do Klejnotu. Nie 

byłem jednak pewien, co zdołam tym osi gn , zwłaszcza  e  adna z czterech 

głównych postaci spektaklu nie była człowiekiem. 

      Poczułem mu ni cie atutowego kontaktu. 

      - Tak? - szepn łem. Odpowiedział mi głos Dworkina. 

      - Je li masz jak  władz  nad t  rzecz  - powiedział - wykorzystaj j , by 

Logrus nie zdobył Klejnotu. 

      W tej wła nie chwili z czerwonego tunelu zabrzmiał zgrzytliwy głos, z sylaby 

na sylab  zmieniaj cy barw  i wysoko . 

      - Zwró  Oko Chaosu - za dał. - Jednoro ec odebrał je W owi, kiedy 

walczyli u zarania. Zostało skradzione. Zwró  je. Zwró  je. 

      Nie powróciło bł kitne oblicze, jakie widziałem niedawno nad Wzorcem. 

Rozległ si  za to głos, który wtedy słyszałem. 

      - Zapłacono za nie krwi  i cierpieniem. Tytuł przeszedł w inne r ce. 

      - Klejnot Wszechmocy i Oko Chaosu, czy te  Oko W a, to ró ne nazwy tego 

samego kamienia? - upewniłem si . 

      - Tak - potwierdził Dworkin. 

      - Co si  stanie, je li W  je odzyska? 

      - Prawopodobnie sko czy si  wszech wiat. 

      - Aha - mrukn łem. 

      - Co mi proponujecie w zamian? - zapytał Ghost. 

      - Bezczelna konstrukcja - zaintonował głos Wzorca. 

      - Impertynencki artefakt - zagrzmiał Logrus. 

      - Darujcie sobie komplementy - odparł Ghost. - Zaproponujcie co , na czym 

by mi zale ało. 

      - Mog  ci go wydrze  sił  - odpowiedział Wzorzec. 

      - Mog  roznie  ci  na cz ci i zniszczy  je w jednej chwili - oznajmił Logrus. 

      - Ale tego nie zrobicie. Poniewa  taka koncentracja uwagi i energii 

odsłoniłaby ka dego z was na atak drugiego. 

      W my lach usłyszałem chichot Dworkina. 

      - Wytłumaczcie, dlaczego musiało doj  do tej konfrontacji - mówił dalej 

Ghost. - Po tylu wiekach. 

      - Równowaga przechyliła si  na moj  niekorzy  w rezultacie niedawnych 

działa  tego zdrajcy - wyja nił Logrus. 

      Ogie  zapłon ł mi nad głow , zapewne by wskaza , o jakim zdrajcy mowa. 

      Poczułem sw d palonych włosów i stłumiłem płomienie. 

      - Chwileczk ! - zawołałem. - Nie miałem  adnego wyboru! 

      - Pozwolono ci wybiera  - zahuczał Logrus. - I wybrałe ! 

      - Tak uczynił - odpowiedział Wzorzec. - Ale posłu yło to jedynie 

przywróceniu równowagi, któr  wcze niej przechyliłe  na swoj  korzy . 

      - Przywróceniu! To nadmierna kompensacja! Teraz szala przechyliła si  w 

twoj  stron ! Poza tym przypadkiem wychylił j  w moj  ojciec zdrajcy. - Znowu 

background image

 

110 

błysn ła kula ognia i znowu j  odbiłem. - To nie było moje dzieło. 

      - Na pewno wpłyn łe  na niego. 

      - Je eli zdołasz dostarczy  mi Klejnot - o wiadczył Dworkin - usun  go poza 

zasi g ich obu. Dopóki ta sprawa nie zostanie zako czona. 

      - Nie wiem, czy potrafi  go odzyska  - odparłem. - Ale b d  pami tał. 

      - Oddaj je mnie - zwrócił si  Logrus do Ghosta. - A wezm  ci  ze sob  jako 

Pierwszego Sług . 

      - Jeste  procesorem danych - rzekł Wzorzec. - Dam ci wiedz , jakiej nie 

posiada nikt w Cieniu. 

      - Dam ci władz  - wtr cił Logrus. 

      - Nie jestem zainteresowany - stwierdził Ghost. Złocisty walec zawirował i 

znikn ł. 

      Nie było Klejnotu, dziewczyny, niczego. 

      Logrus zahuczał, Wzorzec zawarczał, i oba znaki ruszyły, by spotka  si  

gdzie  w okolicy pierwszego pokoju Bleysa. 

      Rzuciłem wszelkie mo liwe zakl cia ochronne. Czułem,  e z tyłu Mandor robi 

podobnie. Zasłoniłem głow , podci gn łem kolana pod brod  i... 

      Spadałem poprzez jaskraw , bezgło n  eksplozj . Uderzały we mnie odpryski 

gruzu. Z kilku stron. Miałem uczucie,  e to koniec i  e umr , nie maj c okazji 

podzieli  si  ze  wiatem pogl dami na natur  rzeczywisto ci: Wzorzec nie dbał o 

dzieci Amberu ani troch  bardziej ni  Logrus o tych z Dworców Chaosu. Moce 

przejmowały si  mo e sob , przeciwnikiem, podstawowymi zasadami kosmosu, 

Jednoro cem i W em, których prawdopodobnie były geometrycznymi 

manifestacjami. Nie obchodziłem ich ja ani Coral, ani Mandor, pewnie nawet nie 

Oberon ani sam Dworkin. Byli my całkiem bez znaczenia, w najlepszym razie 

narz dzia, cz sto irytuj ce przeszkody, do wykorzystania lub zniszczenia zale nie 

od sytuacji... 

      - Podaj mi r k  - odezwał si  Dworkin. Zobaczyłem go jak podczas poł czenia 

przez Atut. Wyci gn łem r k  i... 

      ...upadłem ci ko u jego stóp, na kolorowy dywan rzucony na kamienn  

posadzk , w komorze bez okien, jak  opisał mi kiedy  ojciec. Pełno tu było 

ksi ek i egzotycznych obiektów; o wietlały to wszystko misy blasku, zawieszone 

w powietrzu bez  adnych widocznych podpór. 

      - Dzi ki - mrukn łem. Wstałem wolno, otrzepałem si , potarłem obolałe lewe 

udo. 

      - Pochwyciłem ton twoich my li - stwierdził Dworkin. - To jeszcze nie 

wszystko. 

      - Jestem pewien. Ale czasem lubi  by  t pakiem. Ile było prawdy w tym, co 

zarzucały sobie Moce? 

      - Och, wszystko. Z ich punktu widzenia. Najtrudniejsze do zrozumienia s  ich 

interpretacje działa  przeciwnika. A tak e to,  e ka de wyja nienie mo na cofn  

jeszcze o krok wstecz... Na przykład fakt,  e p kni cie Wzorca wzmocniło Logrus, 

do faktu,  e Logrus prawdopodobnie zach cił Branda do działania. Ale z kolei 

Logrus mo e twierdzi ,  e to odwet za Dzie  Połamanych Gał zi, kilkaset lat 

temu. 

      - Nie słyszałem o tym - przyznałem. Wzruszył ramionami. 

background image

 

111 

      - Nic dziwnego. Nie była to szczególnie wa na sprawa... jedynie dla nich. 

Próbuj  ci wytłumaczy ,  e w ten sposób tworzy si  niesko czony ci g, 

zmierzaj cy a  do pierwszych przyczyn, a te nigdy nie s  godne zaufania. 

      - Jakie wi c istnieje rozwi zanie? 

      - Rozwi zanie? To nie jest lekcja. Nie ma rozwi zania, które miałoby jakie  

znaczenie... Chyba  e dla filozofa. To znaczy  adnego, które mo na by zastosowa  

w praktyce. 

      Ze srebrnej butelki nalał mi mały kubek zielonego płynu. 

      - Wypij to - polecił. 

      - Troch  za wcze nie, jak dla mnie. 

      - To nie dla orze wienia. To lekarstwo - wyja nił. - Nie wiem, czy zdajesz sobie 

z tego spraw , ale jeste  w szoku. 

      Wlałem ciecz do gardła. Piekła jak alkohol, ale chyba go nie zawierała. W 

ci gu kilku minut poczułem,  e si  rozlu niam w miejscach, których nawet nie 

podejrzewałem o napi cie. 

      - Coral, Mandor... - zacz łem. 

      Skin ł r k . Opadła l ni ca kula, zbli yła si . Rozpalił powietrze na wpół 

znajomym gestem i obj ło mnie co  jakby Znak Logrusu bez Logrusu. Wewn trz 

kuli pojawił si  obraz. 

      Zniszczeniu uległa spora cz  korytarza, w którym doszło do starcia, razem 

ze schodami, pokojami Benedykta i mo liwe,  e równie  Gerarda. A tak e pokoje 

Bleysa, cz  moich i salonik, gdzie siedziałem jeszcze niedawno. Znikn ł 

północno-wschodni róg biblioteki, podłoga i sufit. Poni ej widziałem,  e 

ucierpiały te  kuchnia i zbrojownia, mo e jeszcze co  po drugiej stronie. 

Spojrzałem w gór  - magiczne kule wspaniale si  akomodowały - i zobaczyłem 

niebo. To znaczy,  e wybuch przebił drugie i trzecie pi tro, by  mo e uszkodził 

królewski apartament, schody na górze, niewykluczone,  e równie  laboratorium 

i nie wiadomo co jeszcze. 

      Na skraju przepa ci, w pobli u czego , co niedawno było kwater  Bleysa albo 

Gerarda, stał Mandor. Najwyra niej złamał r k  i wsun ł dło  za swój szeroki 

czarny pas. Coral opierała si  o jego lewe rami ; twarz miała pokrwawion . Nie 

jestem pewien, czy była całkiem przytomna. Lew  r k  Mandor podtrzymywał j  

w talii, a wokół obojga kr yła metalowa kula. Po przek tnej, z drugiej strony 

przepa ci, na grubej poprzecznej belce niedaleko otworu w  cianie biblioteki, stał 

Random. Martin, o ile dobrze widziałem, stan ł na stosie gruzu, z tyłu i troch  

ni ej. Wci  trzymał swój saksofon. Random sprawiał wra enie mocno 

zirytowanego i chyba co  krzyczał. 

      - D wi k! D wi k! - powiedziałem. Dworkin machn ł r k . 

      - ...rzony Lord Chaosu rozwala mi pałac! - wrzeszczał Random. 

      - Kobieta odniosła rany, wasza wysoko  - odpowiedział Mandor. 

      Random przesun ł dłoni  po twarzy. Potem spojrzał w gór . 

      - Je li jest jaki  prosty sposób,  eby przetransportowa  j  do mnie, to Vialle 

doskonale si  orientuje w pewnych dziedzinach medycyny - o wiadczył 

spokojniejszym głosem. - Ja zreszt  te . 

      - Gdzie to jest, wasza wysoko ? Random wychylił si  i wskazał w gór . 

      - Wygl da na to,  e do wej cia drzwi nie b d  ci potrzebne... Ale nie jestem 

background image

 

112 

pewien, czy przetrwało do  schodów,  eby si  tam dosta . Ani gdzie mo na 

przej , je li nawet zostało. 

      - Poradz  sobie - uspokoił go Mandor. 

      Nadleciały dwie dodatkowe kule i ustawiły si  na dziwacznych orbitach wokół 

niego i Coral. Po chwili oboje wznie li si  w powietrze i popłyn li wolno w stron  

wskazanego przez Randoma otworu. 

      - Zaraz tam b d ! - krzykn ł za nimi Random. Wygl dał, jakby chciał jeszcze 

co  doda , ale spojrzał na zniszczenia, opu cił głow  i odwrócił si . Zrobiłem to 

samo. 

      Dworkin podał mi kolejn  dawk  zielonego lekarstwa. Wypiłem. Oprócz 

wszystkiego innego, działało te  jak  rodek uspokajaj cy. 

      - Musz  tam i  - oznajmiłem. - Lubi  t  dziewczyn  i chc  si  upewni ,  e nic 

jej nie grozi. 

      - Z pewno ci  mógłbym ci  tam posła  - odparł Dworkin. - Chocia  nie mam 

poj cia, co mo esz dla niej zrobi  takiego, czego nie zrobi  inni. By  mo e 

rozs dniej sp dziłby  czas, poszukuj c tego sztucznego bł dnego rycerza, 

Ghostwheela. Trzeba go przekona ,  eby zwrócił Klejnot Wszechmocy. 

      - Zgoda. Ale najpierw chc  zobaczy  Coral. 

      - Twoje przybycie doprowadzi do sporego opó nienia, poniewa  zechc  

pozna  twoje wyja nienia. 

      - Nie obchodzi mnie to - stwierdziłem. 

      - Jak chcesz. Jedn  chwileczk . 

      Z haka w  cianie zdj ł co , co wygl dało jak ró d ka w futerale. Zawiesił j  u 

pasa. Potem otworzył niewielk  szafk  i z szuflady wyj ł płaskie, wykładane 

skór  pudełko. Grzechotało metalicznie, kiedy wsuwał je do kieszeni. Mała 

szkatułka znikn ła w r kawie bez  adnego d wi ku. 

      - Chod  za mn  - rzucił bior c mnie za r k . 

      Prowadził w najciemniejszy k t pomieszczenia, gdzie wcze niej nie 

zauwa yłem wysokiego lustra w niezwykłej ramie. Odbijało do  dziwacznie: z 

odległo ci ukazywało nas i wn trze z idealn  czysto ci , ale im bardziej si  do 

niego zbli ali my, tym obrazy stawały si  bardziej mgliste. Widziałem,  e 

nadchodzi to, co ma nadej . Mimo to drgn łem, kiedy Dworkin - id cy o krok 

przede mn  - wst pił w zamglon  powierzchni  i poci gn ł mnie za sob . 

      Potkn łem si  i odzyskałem równowag  w zachowanej połowie zniszczonych 

królewskich apartamentów, przed dekoracyjnym zwierciadłem. Dworkin stał 

przede mn  i wci  trzymał mnie za r k . Widziałem jego profil, który był w 

pewien sposób karykatur  mojego. Ło e przesuni to pod wschodni   cian , dalej 

od zburzonego rogu i wielkiej wyrwy w miejscu zaj tym kiedy  przez podłog . 

Random i Vialle stali plecami do nas, pochyleni nad Coral. Le ała na kapie i 

chyba była nieprzytomna. Mandor siedział w fotelu u stóp ło a i pierwszy 

zauwa ył nasz  obecno . Skin ł nam głow . 

      - Jak... jak ona si  czuje? - spytałem. 

      - Wstrz s - wyja nił. - I uszkodzenie prawego oka. 

      Random odwrócił si . Cokolwiek chciał mi powiedzie , zamarło mu na 

wargach, gdy dostrzegł mojego towarzysza. 

      - Dworkin! - zawołał. - To ju  tak długo. Nie wiedziałem, czy jeszcze  yjesz. 

background image

 

113 

Czy... czy jeste  zdrowy? Karzeł parskn ł  miechem. 

      - Rozumiem, o co ci chodzi, i jestem zdrów na umy le - oznajmił. - A teraz 

zbadam t  dam . 

      - Oczywi cie. - Random odsun ł si . 

      - Merlinie - polecił Dworkin. - Sprawd , czy uda ci si  znale  to twoje 

urz dzenie... Ghostwheela. Popro ,  eby zwrócił wypo yczony artefakt. 

      - Rozumiem. - Si gn łem po Atuty. 

      Po chwili pod ałem ju  my l  coraz dalej, dalej... 

      - Dobr  chwil  temu wyczułem twoje zamiary, tato. 

      - Masz Klejnot czy nie? 

      - Tak. Wła nie z nim sko czyłem. 

      - Sko czyłe ? 

      - Sko czyłem z niego korzysta . 

      - A w jaki sposób... korzystałe ? 

      - Je li dobrze ci  zrozumiałem, transfer własnej ja ni przez kryształ powinien 

w pewnej mierze chroni  przed Wzorcem. Zastanawiałem si , czy podziała to na 

istot  idealnie syntetyzowan , tak  jak ja. 

      - Ładna nazwa: idealnie syntetyzowana. Sk d j  wzi łe ? 

      - Sam wymy liłem, kiedy szukałem najwła ciwszego okre lenia. 

      - Mam przeczucie,  e Klejnot ci  odrzucił. 

      - Nie odrzucił. 

      - Naprawd  przebyłe  w nim cał  drog ? 

      - Tak.  

      - I jaki wywarła efekt? 

      - Trudno to oceni . Z pewno ci  zmieniła si  moja percepcja. Niełatwo mi 

wyja ni ... Przemiana jest subtelna, na czymkolwiek by polegała. 

      - Fascynuj ce. Czy potrafisz na odległo  przenie   wiadomo  do Klejnotu? 

      - Tak. 

      - Kiedy sko cz  si  nasze kłopoty, musz  ci  znowu przetestowa . 

      - Ch tnie si  dowiem, co uległo zmianie. 

      - A tymczasem Klejnot jest nam potrzebny tutaj. 

      - Ju  przechodz . 

      Powietrze zamigotało. 

      Ghostwheel zjawił si  jako srebrny kr ek, po rodku którego l nił Klejnot 

Wszechmocy. Zdj łem go i zaniosłem Dworkinowi, który nawet na mnie nie 

spojrzał, kiedy go odbierał. Zerkn łem na twarz Coral i natychmiast tego 

po ałowałem. Odwróciłem głow . 

      Wróciłem do Ghosta. 

      - Gdzie Nayda? - spytałem. 

      - Nie jestem pewien - odparł. - Kiedy odebrałem jej Klejnot, poprosiła,  ebym 

j  tam zostawił... Niedaleko kryształowej groty. 

      - Co robiła? 

      - Płakała. 

      - Dlaczego? 

      - Przypuszczam,  e nie wypełniła  adnej ze swych  yciowych misji. Miała ci  

ochrania , chyba  e jaki  zwariowany przypadek da jej szans  zdobycia 

background image

 

114 

Klejnotu. W takiej sytuacji pierwsza dyrektywa przestawała obowi zywa . I tak 

si  stało, tylko  e ja pozbawiłem j  kamienia. Teraz ju  nic jej nie wi e. 

      - Powinna by  szcz liwa,  e w ko cu odzyskała wolno . Nie z własnego 

wyboru podj ła si  obu tych zada . Mo e wróci  do siebie i zaj  si  wszystkim 

tym, co robi  beztroskie demony za Kra cowym Murem. 

      - Niezupełnie, tato. 

      - Nie rozumiem. 

      - Ona chyba utkn ła w tym ciele. Najwyra niej nie mo e go zwyczajnie 

porzuci , jak to robiła z poprzednimi. Ma to jaki  zwi zek z brakiem głównego 

lokatora. 

      - Hm... Przypuszczam,  e mogłaby... no... zako czy  istnienie i w ten sposób 

si  uwolni . 

      - Proponowałem jej to. Nie jest pewna, czy to si  uda. Mo e zgin  wraz z 

ciałem, skoro tak mocno jest z nim zwi zana. 

      - Zatem wci  przebywa w okolicach groty? 

      - Nie. Zachowała moc ty'igi, a to czyni j  w pewnym sensie istot  magiczn . 

Chyba odeszła gdzie  w Cie , kiedy ja eksperymentowałem w grocie z Klejnotem. 

      - Dlaczego w grocie? 

      - Przecie  tam si  chowasz, kiedy chcesz zrobi  co  potajemnie. 

      - Fakt. W takim razie jak mogłem si  z tob  poł czy ? 

      - Wła nie sko czyłem do wiadczenie i wyszedłem. Szukałem jej, kiedy si  

odezwałe . 

      - My l ,  e powiniene  wróci  i jeszcze troch  poszuka . 

      - Po co? 

      - Poniewa  mam wobec niej dług wdzi czno ci za przeszłe usługi... nawet je li 

zmusiła j  do tego moja matka. 

      - Oczywi cie. Ale nie mam pewno ci, czy potrafi  j  znale . Istoty magiczne 

trudniej wy ledzi  ni  materialne. 

      - Przynajmniej spróbuj. Chc  wiedzie , dok d trafiła i czy mog  co  dla niej 

zrobi . Mo e twoja nowa percepcja ułatwi ci zadanie. 

      - Zobaczymy - rzucił na po egnanie i znikn ł. Byłem załamany. Jak zareaguje 

Orkuz, my lałem. Jedna córka ranna, druga op tana przez demona i zagubiona 

w Cieniu. Podszedłem do ło a i oparłem si  o fotel Mandora. Podniósł lew  r k  i 

cisn ł mnie za rami . 

      - Pewnie w tym swoim  wiecie Cienia nie uczyłe  si  nastawiania ko ci? - 

zapytał. 

      - Raczej nie. 

      - Szkoda - mrukn ł. - Musz  czeka  na swoj  kolej. 

      - Mo emy przeatutowa  ci  gdzie , gdzie zajm  si  tym od razu. - Si gn łem 

po karty. 

      - Nie. Chc  zobaczy , jak sprawy potocz  si  tutaj. 

      Rozmawiaj c zauwa yłem,  e Random dyskutuje z kim  przez Atut. Vialle 

stała obok, jakby osłaniała go przed otworem w  cianie i tym, co mo e si  stamt d 

wynurzy . Dworkin nadal pracował nad twarz  Coral, własnym ciałem 

zasłaniaj c operacj . 

      - Mandorze - zacz łem. - Wiedziałe ,  e moja matka posłała ty'ig ,  eby 

background image

 

115 

czuwała nade mn ? 

      - Tak - potwierdził. - Demon mi to powiedział, kiedy wyszedłe  z pokoju. 

Cz  zakl cia nie pozwalała ci tego zdradzi . 

      - Czy miała tylko mnie chroni , czy równie  szpiegowała? 

      - Tego nie wiem. Nie mówili my o tym. Ale zauwa ,  e Dara słusznie si  

obawiała. Naprawd  groziło ci niebezpiecze stwo. 

      - My lisz,  e wiedziała o Luke'u i Jasrze? 

      Chciał wzruszy  ramionami, skrzywił si  i zrezygnował. 

      - I znowu nie wiem tego na pewno. Gdyby tak było, nie potrafi  odpowiedzie  

równie  na nast pne pytanie: sk d wiedziała. Wystarczy? 

      - Wystarczy. 

      Random zakrył Atut, ko cz c rozmow . Potem odwrócił si  i przez chwil  

spogl dał na Vialle. Zdawało si ,  e chce jej co  powiedzie , zastanowił si , 

odwrócił wzrok. Popatrzył na mnie. W tym momencie Coral j kn ła. Poderwałem 

si  i przestałem go obserwowa . 

      - Chwileczk , Merlinie! - zawołał Random. - Zanim znów gdzie  pobiegniesz. 

      Spojrzałem mu w oczy. Tudno powiedzie , czy był zagniewany, czy tylko 

ciekawy. Zmarszczone brwi i przymru one oczy mogły sugerowa  jedno i drugie. 

      - Tak, sir? 

      Zbli ył si , chwycił mnie za łokie  i odci gn ł od ło a. Poprowadził do drzwi 

s siedniego pokoju. 

      - Vialle, wypo yczam na chwil  twoj  pracowni  - o wiadczył. 

      - Oczywi cie - zgodziła si . 

      Random wprowadził mnie do  rodka i zamkn ł za nami drzwi. W drugim 

ko cu pracowni le ało rozbite popiersie Gerarda. To, nad czym chyba pracowała 

obecnie - wielonogi morski potwór, jakiego nigdy jeszcze nie widziałem - 

zajmował cz  robocz  po przeciwnej stronie pomieszczenia. 

      Random odwrócił si  nagle i spojrzał na mnie z uwag . 

      - Czy orientujesz si  w stosunkach begma sko-kashfa skich? - zapytał. 

      - Mniej wi cej - przytakn łem. - Bili zrobił mi krótki wykład. Eregnor i w 

ogóle. 

      - Mówił ci,  e chcemy wprowadzi  Kashf  do Złotego Kr gu? I rozwi za  

problem Eregnoru, uznaj c prawa Kashfy do tego regionu? 

      Nie spodobał mi si  ton jego pytania. Nie chciałem pakowa  Billa w kłopoty. 

Kiedy rozmawiali my, ta sprawa była jeszcze tajemnic . A wi c... 

      - Obawiam si ,  e nie zapami tałem wszystkich szczegółów. 

      - W ka dym razie takie mieli my plany - stwierdził Random. - Na ogół nie 

udzielamy tego typu gwarancji... kiedy spełnia si   dania jednego kraju kosztem 

drugiego, z którym te  mamy traktat. Ale Arkans, diuk Shadburne, w pewnym 

sensie trzymał nas na muszce. Dla naszych celów był najlepszym kandydatem na 

głow  pa stwa. Otworzyłem mu drog  do tronu, kiedy ta ruda suka nie mogła mu 

ju  przeszkodzi . Wiedział,  e mo e mnie troch  przycisn ... skoro ryzykuje, 

przyjmuj c koron  po podwójnej przerwie w linii sukcesji. Poprosił o Eregnor, 

wi c mu go oddałem. 

      - Rozumiem - mrukn łem. - Wszystko z wyj tkiem tego, jaki to ma zwi zek ze 

mn . 

background image

 

116 

      - Koronacja miała si  odby  dzisiaj. Wła ciwie zaraz miałem si  przebra  i 

przeatutowa  na uroczysto ... 

      - U yłe  czasu przeszłego - zauwa yłem, by wypełni  jako  cisz . 

      - W samej rzeczy... w samej rzeczy... - wymruczał. Przeszedł kilka kroków, 

oparł stop  o rozbite pos gi, zawrócił. - Dobry diuk jest teraz albo martwy, albo 

w wi zieniu. 

      - I koronacji nie b dzie? - odgadłem. 

      - Au contraire - odparł Random, wpatruj c si  we mnie z uwag . 

      - Poddaj  si . Powiedz, o co chodzi. 

      - Dzisiaj o  wicie nast pił przewrót. 

      - Pałacowy? 

      - Mo e te . Ale wsparty zewn trzn  sił  militarn . 

      - A co robił w tym czasie Benedykt? 

      - Wczoraj, tu  przed powrotem do domu, nakazałem mu wycofa   ołnierzy. 

Sytuacja wydawała si  ustabilizowana. A jednostki Amberu, stacjonuj ce w 

mie cie podczas koronacji, nie robiłyby najlepszego wra enia. 

      - To prawda - przyznałem. - A wi c kto  wszedł do miasta niemal w tej samej 

chwili, kiedy Benedykt si  wycofał. Załatwił przyszłego króla, a miejscowe siły 

porz dkowe nawet nie pomy lały,  e to nieładnie? 

      Random wolno pokiwał głow . 

      - Mniej wi cej tak. A teraz pomy l, dlaczego było to mo liwe? 

      - Mo e nie byli całkiem niezadowoleni z takiego rozwoju sytuacji? 

      Random u miechn ł si  i pstrykn ł palcami. 

      - Brawo - pochwalił. - Mo na by pomy le ,  e wiedziałe , co ma si  zdarzy . 

      - I mo na by si  przy tym pomyli  - odparłem. 

      - Dzisiaj twój były szkolny kolega, Lukas Raynard, zostanie Rinaldem I, 

królem Kashfy. 

      - Niech mnie licho! Nie miałem poj cia,  e zale y mu na tym stanowisku. I co 

masz zamiar zrobi ? 

      - Chyba daruj  sobie udział w koronacji. 

      - Chodziło mi o bardziej długoterminowe plany. Random westchn ł i odwrócił 

si , kopi c gruz. 

      - Chcesz wiedzie , czy wy l  tam Benedykta,  eby odebrał mu władz ? 

      - Krótko mówi c: tak. 

      - To by fatalnie wpłyn ło na nasz  opini . To, czego dokonał Luke, nie 

odbiega zbytnio od tej romantycznej wizji polityki, jak  uprawia si  w tym 

regionie. Wkroczyli my,  eby pomóc w rozwi zaniu problemu, który bardzo 

szybko prowadził do całkowitego chaosu. Mogliby my wróci  i spróbowa  jeszcze 

raz, gdyby chodziło o pucz jakiego  zwariowanego generała albo arystokraty z 

iluzj  własnej wielko ci. Ale Luke ma prawa do tronu, o wiele silniejsze ni  

Shadburne. Jest te  popularny, młody i umie si  pokaza . W przeciwie stwie do 

poprzedniej interwencji, tym razem nie mamy pretekstu. Mimo to byłem ju  

skłonny zaryzykowa  opini  agresora,  eby nie dopu ci  do władzy syna tej 

krwio erczej dziwki. A wtedy mój człowiek w Kashfie donosi,  e Vialle wzi ła go 

pod opiek . Spytałem j . Twierdzi,  e to prawda i  e ty przy tym byłe . 

Wytłumaczy mi, jak tylko zako czy si  operacja. Dworkin mo e potrzebowa  jej 

background image

 

117 

empatycznych uzdolnie . Ale ja nie mog  czeka . Powiedz, jak do tego doszło. 

      - Ale najpierw ty mi co  powiedz. 

      - To znaczy? 

      - Jaka armia wyniosła Luke'a do władzy? 

      - Najemnicy. 

      - Dalta? 

      - Tak. 

      - W porz dku. Luke odwołał wendet  przeciwko rodowi Amber - oznajmiłem. 

- Zrobił to z własnej woli, po rozmowie z Vialle. Wczoraj w nocy. Wtedy dała mu 

pier cie . Uznałem,  e próbuje go uchroni  przez Julianem, jako  e wybierali my 

si  wła nie do Ardenu. 

      - W zwi zku z tak zwanym ultimatum Dalta, dotycz cym Luke'a i Jasry? 

      - Zgadza si . Nie przyszło mi do głowy,  e to podst p,  eby Luke i Dalt mogli 

si  spotka  i dokona  przewrotu. To by znaczyło,  e nawet pojedynek był 

udawany... Kiedy teraz si  nad tym zastanawiam, to rzeczywi cie, Luke i Dalt 

mieli okazj  porozmawia  przed walk . 

      Random uniósł dło . 

      - Zaczekaj - rzucił. - Wró  i opowiedz mi wszystko od pocz tku. 

      - Dobrze. 

      I tak zrobiłem. Zanim sko czyłem, obaj niezliczon  ilo  razy okr yli my 

pracowni . 

      - Wiesz... - mrukn ł. - Cała ta sprawa wygl da, jakby Jasra wszystko 

zaplanowała... Zanim jeszcze rozpocz ła karier  w roli mebla. 

      - Przyszło mi to do głowy - zgodziłem si  w nadziei,  e nie b dzie wypytywał o 

jej obecne poło enie. A im dłu ej my lałem o jej reakcji na wiadomo ci o Luke'u, 

zaraz po naszym ataku na Twierdz , tym bardziej nabierałem przekonania,  e 

nie tylko wiedziała, co si  dzieje, ale te  kontaktowała si  z Lukiem pó niej ni  ja. 

      - Ładnie to załatwili - przyznał Random. - Dalt musiał wykonywa  

wcze niejsze rozkazy. Nie wiedział, jak  ci gn  Luke'a ani jak odszuka  Jasr , 

by otrzyma  nowe polecenia. Zaryzykował ten szturm na Amber. Benedykt mógł 

przecie  znowu go rozbi , równie skutecznie albo nawet lepiej ni  poprzednio. 

      - Fakt. Trzeba przyzna ,  e nie brakuje mu tupetu. To równie  oznacza,  e 

Luke musiał szybko my le  i podczas krótkiej rozmowy w Ardenie zaplanował t  

sfingowan  walk . To on wydawał rozkazy, a my uwierzyli my,  e jest wi niem. 

Dzi ki temu nie podejrzewali my nawet,  e zagrozi Kashfie... Chocia  taki 

wła nie miał zamiar. Mo na tak tłumaczy  wypadki. 

      - A mo na je tłumaczy  inaczej? 

      - Sam powiedziałe ,  e nie bez podstaw  da tronu. Co zamierzasz? 

      Random rozmasował skronie. 

      - Wyjazd tam i przeszkodzenie w koronacji byłoby posuni ciem wyj tkowo 

niepopularnym - uznał. - Przede wszystkim jednak jestem ciekawy. Mówiłe ,  e 

ten chłopak jest wielkim kanciarzem. Czy oszustwem skłonił Vialle, by wzi ła go 

pod opiek ? 

      - Nie, na pewno nie - zapewniłem. - Jej gest zaskoczył go równie mocno jak 

mnie. Odwołał wendet , poniewa  uznał,  e pom cił honor ojca,  e był 

wykorzystywany przez matk , a tak e z przyja ni dla mnie. Zrobił to bez 

background image

 

118 

adnych dodatkowych warunków. S dz ,  e dała mu pier cie , aby wendeta 

sko czyła si  naprawd  i nikt z nas nie zacz ł na niego polowa . 

      - To do niej podobne - przyznał Random. - Gdybym był przekonany,  e jako  

j  wykorzystał, załatwiłbym go osobi cie. Ale nieumy lnie postawił mnie w 

niezr cznej sytuacji, wi c jako  to prze yj . Wystawiam Arkansa na tron, a w 

ostatniej chwili obala go kto , kogo wzi ła w opiek  moja  ona... To wygl da 

niemal, jakby trwały jakie  spory tutaj, w centrum wszystkich rzeczy. Nie 

chciałbym sprawia  takiego wra enia. 

      - Mam przeczucie,  e Luke b dzie nam przychylny. Znam go dobrze i wiem, 

e rozumie takie niuanse. S dz ,  e Amberowi łatwo b dzie nawi za  z nim 

stosunki na wszystkich poziomach. 

      - Jestem pewien. Dlaczego by nie? 

      - Nie ma  adnych powodów - przyznałem. - A co si  stanie z tym traktatem? 

Random u miechn ł si . 

      - Nic mnie ju  nie wi e. Te eregnorskie przywileje i tak mi si  nie podobały. 

Teraz, kiedy nie ma  adnego traktatu, mo emy zacz  ab initio. Nie jestem nawet 

pewien, czy w ogóle warto co  podpisywa . Do diabła z traktatami. 

      - Zało  si ,  e Arkans  yje - o wiadczyłem. 

      - My lisz,  e Luke trzyma go jako zakładnika? Gdybym nie chciał im 

przyzna  statusu Złotego Kr gu? Wzruszyłem ramionami. 

      - Jak bardzo zale y ci na Arkansie? 

      - No có , to ja go wystawiłem i chyba jestem mu co  winien. Ale nie a  tak 

wiele. 

      - To zrozumiałe. 

      - Amber straciłby twarz, gdybym w takim okresie szukał porozumienia z 

drugorz dnym mocarstwem typu Kashfy. 

      - Istotnie - przyznałem. - A poza tym Luke nie jest jeszcze oficjalnie głow  

pa stwa. 

      - Jednak gdyby nie ja, Arkans nadal cieszyłby si   yciem w swojej posiadło ci. 

A Luke chyba rzeczywi cie jest twoim przyjacielem... niezbyt szczerym, ale 

przyjacielem. 

      - I chciałby ,  ebym o tym wspomniał przy najbli szej dyskusji o atomowej 

rze bie Tony'ego Price'a? Skin ł głow . 

      - S dz ,  e jak najszybciej powinni cie si  spotka  i pomówi  o sztuce. 

Wła ciwie nawet nie byłoby całkiem nie na miejscu, gdyby  wzi ł udział w 

koronacji przyjaciela... jako osoba prywatna. Twoje podwójne dziedzictwo 

bardzo si  przyda, a on poczuje si  uhonorowany. 

      - Mimo to z pewno ci  b dzie chciał traktatu. 

      - Nawet je li si  zgodzimy, na pewno nie udzielimy gwarancji w sprawie 

Eregnoru. 

      - Rozumiem. 

      - Nie jeste  upowa niony do składania  adnych obietnic. 

      - To tak e rozumiem. 

      - Wi c mo e troch  si  umyjesz i porozmawiasz z nim? Twój pokój jest zaraz 

za przepa ci . Mo esz wyj  przez dziur  w  cianie i zjecha  po tej belce. 

Zauwa yłem,  e jest cała. 

background image

 

119 

      - Zgoda, tak zrobi . - Ruszyłem w tamt  stron . - Ale mam jeszcze jedno 

pytanie, zupełnie nie na temat. 

      - Tak? 

      - Czy ojciec pojawiał si  ostatnio? 

      - Nic o tym nie wiem. - Wolno pokr cił głow . - Oczywi cie, je li chcemy, 

wszyscy potrafimy maskowa  nasze przybycia i odej cia. Ale s dz ,  e dałby mi 

zna , gdyby znalazł si  w okolicy. 

      - Chyba tak - przyznałem. Odwróciłem si  i wyszedłem przez  cian , omijaj c 

przepa .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

120 

Rozdział 11

 

 

Nie. 

      Zawisłem na belce, rozhu tałem si  i pu ciłem. Wyl dowałem niemal z 

wdzi kiem po rodku korytarza, w miejscu, które znajdowałoby si  mniej wi cej 

po rodku mi dzy par  moich drzwi. Tyle  e pierwsze znikn ły, a wraz z nimi 

fragment  ciany, w której otwierały wej cie (albo wyj cie, zale nie od tego, po 

której stronie akurat znalazł si  człowiek). Nie wspominam nawet o moim 

ulubionym fotelu i gablotce, gdzie trzymałem muszle zebrane na pla ach całego 

wiata. Szkoda. 

      Przetarłem oczy i odwróciłem si , gdy  w tej chwili nawet widok 

zrujnowanego mieszkania nie był a  taki wa ny. Do licha, miewałem ju  

zrujnowane mieszkania. Zwykle w okolicach trzydziestego kwietnia... 

      Jak w Niagarze, odwróciłem si  powoli... 

      Nie. 

      Tak. 

      Po drugiej stronie, naprzeciw moich pokojów, gdzie wcze niej widziałem tylko 

lep   cian , był teraz korytarz biegn cy na północ. Dostrzegłem jego l nienie, 

kiedy spadałem z mojej belki. Zdumiewaj ce. Bogowie znowu zmienili tempo i 

rytm. Byłem ju  kiedy  w tym korytarzu, w jednej z jego najcz ciej spotykanych 

lokalizacji - na trzecim pi trze, w linii wschód-zachód pomi dzy dwoma 

magazynami. Jedna z najciekawszych anomalii Zamku Amber, Galeria Luster, 

nie tylko wydawała si  dłu sza w jednym kierunku ni  w przeciwnym, ale te  

mie ciła w sobie niezliczone lustra. Dosłownie niezliczone. Ktokolwiek próbował 

je liczy , nigdy dwa razy nie otrzymał tego samego wyniku.  wiece płon  tam 

wysoko, a stoj ce lichtarze rzucaj  niesko czone cienie. S  tam wielkie lustra, 

małe lusterka, w skie lustra, szerokie lustra, kolorowe lustra, krzywe lustra, 

lustra w ozdobnych ramach - odlewanych albo rze bionych, proste lustra w 

zwyczajnych ramach i lustra bez  adnych ram. S  lustra we wszelkich 

kanciastych kształtach geometrii, lustra bezkształtne i lustra zaokr glone. 

      Kilka razy przechodziłem przez Galeri  Luster, wdychaj c aromaty 

perfumowanych  wiec, czasem po ród obrazów wyczuwaj c pod wiadomie 

obecno  rzeczy, które znikały, gdy zwracałem na nie uwag . Odbierałem 

mieszane czary tego miejsca, ale jako  nigdy nie zbudziłem  pi cego w nim 

ducha. Tym lepiej. Nigdy nie wiadomo, czego mo na oczekiwa  w tym 

korytarzu... tak przynajmniej powiedział mi kiedy  Bleys. Nie był pewien, czy 

zwierciadła przerzucaj  widza w jakie  nieznane obszary Cienia, hipnotyzuj  go i 

wywołuj  przedziwne stany senne, przenosz  w regiony czysto symboliczne i 

zastawione meblami psyche, rozgrywaj  gro ne albo nieszkodliwe zabawy z 

umysłem patrz cego,  adne z powy szych, wszystkie powy sze, niektóre z 

powy szych. W ka dym razie nie było to całkiem bezpieczne, jako  e czasem 

znajdywano na tym migotliwym szlaku martwych złodziei, słu cych albo go ci, 

cz sto z bardzo dziwnym wyrazem na twarzy. I zwykle w okolicy przesile  i 

zrównania dnia z noc  - cho  mogło to nast pi  w dowolnej porze - Galeria 

przenosiła si  w inne miejsce, a niekiedy po prostu znikała na jaki  czas. Na ogół 

traktowano j  podejrzliwie i unikano, cho  równie cz sto potrafiła nagrodzi  jak 

background image

 

121 

zrani , ukaza  po yteczn  wró b  czy omen tak samo łatwo, jak dostarczy  

nieprzyjemnych wra e . To wła nie ta niepewno  wzbudzała l ki. 

      A czasem... tak słyszałem... zachowywała si , jakby szukała konkretnej osoby, 

by przekaza  jej swe dwuznaczne dary. W takich wypadkach podobno bardziej 

niebezpiecznie było jej odmówi  ni  przyj  zaproszenie. 

      - Daj spokój - mrukn łem. - Teraz? 

      Cienie ta czyły na całej jej długo ci; pochwyciłem uderzaj cy do głowy 

aromat  wiec. Podszedłem bli ej. Wysun łem lew  r k  za róg i poklepałem 

cian . Frakir nie drgn ła. 

      - To ja, Merlin - powiedziałem. - I w tej chwili jestem troch  zaj ty. Czy na 

pewno nie chcesz odbija  kogo  innego? 

      Najbli szy płomie  na moment stał si  ognist  r k , która skin ła na mnie. 

      - Cholera - szepn łem i ruszyłem przed siebie. 

      Kiedy wkroczyłem, nie dostrzegłem  adnej przemiany. Długi chodnik w 

czerwony dese  zakrywał podłog , drobinki kurzu fruwały w blasku  wiec. W 

najrozmaitszych wersjach istniałem obok siebie, migocz ce płomyki 

arlekinizowały mój strój i przekształcały twarz w ród ta ca cieni. 

      Błysk. 

      Przez sekund  zdawało mi si ,  e z niewielkiego, w skiego owalu w metalowej 

ramie spojrzało surowe oblicze Oberona... Złudzenie optyczne albo cie  jego 

poległej królewskiej wysoko ci. 

      Błysk. 

      Przysi głbym,  e zezwierz cony wizerunek mojej twarzy z wywieszonym 

j zorem wyjrzał na mnie z rt ciowego prostok ta w oprawie z ceramicznych 

kwiatów. Uczłowieczyła si , gdy spojrzałem... szybko, by ze mnie zadrwi . 

      Dalej. Stłumione kroki. Troch  ci ki oddech. Zastanawiałem si , czy nie 

przywoła  logrusowego wzroku, a mo e nawet sprawdzi  Wzorzec. Wolałem tego 

nie robi , gdy  zbyt  wie e były jeszcze wspomnienia mniej przyjemnych 

aspektów obu Mocy. Nie miałem w tpliwo ci,  e co  mi si  przydarzy. 

      Przystan łem i spojrzałem w lustro, które uznałem za przeznaczone dla mnie 

- oprawne w czarny metal, inkrustowany srebrnymi znakami sztuk magicznych. 

Szkło było m tne, jakby tu  za zasi giem wzroku duchy pływały w jego gł bi. 

Moja twarz wygl dała na szczuplejsz , z gł biej wyrytymi zmarszczkami, a wokół 

głowy w lustrze migotała jakby najdelikatniejsza fioletowa aureola. Był w tym 

wizerunku jaki  chłód, mo e gro ba... Ale nic si  nie stało, cho  patrzyłem długo. 

adnych wiadomo ci, objawie , przemian. Co wi cej, im dłu ej si  przygl dałem, 

tym bardziej obco  rysów wydawała si  tylko złudzeniem. 

      Ruszyłem dalej, obok obrazów nieziemskich pejza y, przedziwnych stworze , 

scen historycznych i pojedynczych uj  zmarłych przyjaciół i krewnych. Co  

wyci gn ło ku mnie szpony z gł biny. Pomachałem w odpowiedzi. Niedawno 

prze yłem w drówk  po krainie mi dzy cieniami, wi c te manifestacje 

niesamowito ci i mo liwych zagro e  nie budziły we mnie l ku, cho  w innych 

okoliczno ciach byłbym pewnie mocno przestraszony. Pochwyciłem chyba wizj  

człowieka na szubienicy; ze zwi zanymi z tyłu r kami kołysał si  na wietrze pod 

niebem El Greca. 

      - Mam za sob  kilka ci kich dni - powiedziałem gło no. - I nie s dz ,  eby ju  

background image

 

122 

si  sko czyły. Troch  mi si  spieszy, je li rozumiesz, co mam na my li. 

      Co  uderzyło mnie w praw  nerk . Odwróciłem si , ale z tyłu nie było nikogo. 

Potem r ka opadła mi na rami  i szarpn ła. Nie stawiałem oporu. Nadal nikogo. 

      - Przepraszam - rzuciłem. - Skoro prawda tego wymaga. 

      Niewidzialne r ce popychały mnie i ci gn ły, przesuwaj c obok kilku 

atrakcyjnych zwierciadeł. Trafiłem w ko cu przed tanie z wygl du lustro w 

ciemnych drewnianych ramach. Mogłoby pochodzi  ze sklepu ze starzyzn . W 

okolicy mojego lewego oka zauwa yłem drobn  skaz  na szkle. Siły, które 

doprowadziły mnie tutaj, teraz si  wycofały. Pomy lałem,  e mo e nie szarpały 

mn  zło liwie, ale na moj  własn  pro b  chciały przyspieszy  bieg spraw. 

      - Dzi kuj ! - zawołałem na wszelki wypadek i patrzyłem. 

      Przesun łem głow  do tyłu, do przodu i na boki, uzyskuj c falowanie odbicia. 

Powtórzyłem zabieg, czekaj c, co z tego wyniknie. 

      Moje odbicie nie uległo zmianie, ale po trzeciej czy czwartej fali zmieniło si  

tło. Za mn  nie było ju   ciany słabo o wietlonych luster. Odpłyn ła i nie 

powróciła z kolejnym nawrotem. W jej miejscu wyrosła k pa ciemnych krzewów 

pod wieczornym niebem. Jeszcze kilka razy poruszyłem głow , ale zmarszczki na 

lustrze znikn ły. Krzewy sprawiały wra enie rzeczywistych, cho  k tem oka 

widziałem,  e korytarz ci gnie si  nadal po obu stronach i nic nie zasłania prawej 

ciany. 

      Przygl dałem si  pozornemu odbiciu, szukaj c wró b, omenów, znaków czy 

cho by jakiego  ruchu. Nie dostrzegłem  adnej z tych rzeczy, cho  obraz miał 

rzeczywist  gł bi . Czułem niemal na karku powiew chłodnego wiatru. Przez 

kilka minut musiałem si  tak wpatrywa  i czeka , czy lustro poka e co  nowego. 

Ale nie pokazało. Je li to wszystko, co mo e mi zaproponowa , pomy lałem, to 

pora rusza  dalej. 

      Co  drgn ło w krzakach za plecami i zareagowałem odruchowo: odwróciłem 

si  natychmiast, unosz c r ce. 

      Zobaczyłem,  e to tylko wiatr poruszył gał ziami. I wtedy zrozumiałem,  e nie 

jestem ju  w Galerii. Odwróciłem si  znowu. Lustro znikn ło, wraz z cał   cian . 

Stałem przed niskim wzgórzem z lini  wyszczerbionego muru na szczycie. Za nim 

migotało jakie   wiatło. Ciekawy i wreszcie  wiadomy celu, powoli zacz łem si  

wspina . Byłem ostro ny. 

      Tymczasem pociemniało niebo. Było bezchmurne, a roje gwiazd płon ły w 

nieznajomych konstelacjach. Skradałem si  przez kamienie, trawy, krzaki i 

gruzy. Zza poro ni tego winoro l  muru słyszałem d wi k głosów. Chocia  nie 

rozró niałem słów, byłem pewien,  e to rozmowa, a raczej rozgardiasz - jakby 

kilka osób ró nej płci i wieku równocze nie wygłaszało monologi. 

      Wyci gałem przed siebie r ce, zbli aj c si  do szczytu. Wreszcie dotkn ły 

szorstkiej powierzchni. Postanowiłem nie obchodzi  muru dla sprawdzenia, co 

dzieje si  po drugiej stronie. Stałbym si  mo e widoczny dla nie wiadomo czego. 

Prostszym wyj ciem b dzie si gn  jak najwy ej, chwyci  kraw d  najbli szej 

wyrwy i podci gn  si . Tak te  zrobiłem. Przed szczytem znalazłem nawet 

oparcie dla nóg, dzi ki czemu r ce nie m czyły si  tak szybko. 

      Ostro nie podci gn łem si  ostatnie kilka centymetrów i ponad sp kanymi 

kamieniami spojrzałem w dół, do wn trza zrujnowanej budowli. Przypominała 

background image

 

123 

ko ciół. Strop run ł, ale  ciana naprzeciw stała jeszcze, cho  w stanie podobnym 

do tej, na której wisiałem. Ołtarz rozpadał si  na podwy szeniu po prawej 

stronie. Cokolwiek si  tu zdarzyło, musiało nast pi  dawno temu, poniewa  

krzewy i winoro le rosły wewn trz tak samo jak na zewn trz, zmi kczaj c linie 

rozbitych ław, zwalonych kolumn i szcz tków dachu. 

      Pode mn , na wygładzonym gruncie, kto  wyrysował wielki pentagram. Na 

wierzchołkach gwiazdy stały postacie zwrócone plecami do  rodka. W punktach 

przeci cia linii płon ły wbite w ziemi  pochodnie. Uznałem to za do  dziwaczn  

odmian  znajomych mi rytuałów. Zastanowiłem si , kogo próbuj  wezwa , 

dlaczego cała pi tka nie jest lepiej chroniona i czemu nie działaj  wspólnie. 

Ka de z nich najwyra niej ignorowało pozostałych i samodzielnie próbowało 

przywołania. Trójka, któr  widziałem wyra nie, stała do mnie plecami. Dwójka 

zwrócona przodem ledwie mie ciła si  w polu widzenia, a cienie okrywały im 

twarze. Niektóre głosy były m skie, inne  e skie. Jeden  piewał, dwa intonowały, 

pozostałe dwa tylko mówiły, cho  scenicznym, nienaturalnym tonem. 

      Podci gn łem si  wy ej, by zobaczy  twarze bli szej pary. Przede wszystkim 

dlatego,  e co  w tym zgromadzeniu wydało mi si  znajome. Czułem,  e je li 

rozpoznam jedn  osob , zdołam mo e odgadn  to samo  pozostałych. 

      Nast pne pytanie z listy brzmiało: co przywołuj ? Je li pojawi si  co  

gro nego, czy b d  bezpieczny za murem, tak blisko całej operacji? Nie byłem 

pewien, czy ci na dole ustawili konieczne bariery. Wspi łem si  jeszcze wy ej. 

Czułem, jak przesuwa si  mój  rodek ci ko ci. Widok uległ dalszej poprawie... I 

nagle zauwa yłem,  e bez  adnego wysiłku posuwam si  przed siebie. 

Natychmiast zrozumiałem,  e mur pada, nios c mnie w przód i w dół, w sam 

rodek tego pentagramu. Spróbowałem odepchn  si  od  ciany w nadziei,  e 

wyl duj  z przewrotem i rzuc  si  do ucieczki. Ale było ju  za pó no. Nerwowa 

pompka wyniosła mnie w powietrze, ale nie wyhamowała p du. 

      Nikt w dole nawet nie drgn ł, cho  wokół padały kamienie. Spadaj c 

pochwyciłem w ko cu pierwsze zrozumiałe słowa. 

      - ...wzywam ci , Merlinie, by  znalazł si  teraz w mojej mocy -  piewała jedna 

z kobiet. 

      Bardzo skuteczny rytuał, uznałem, l duj c w centrum pentagramu na 

plecach, z r kami rozrzuconymi na boki i nogami w rozkroku. Zd yłem si  

schyli , chroni c głow , a uderzenie ramion wyhamowało upadek. Dzi ki temu 

wstrz s nie był zbyt silny. Przez kilka sekund wokół mnie ta czyło pi  ognistych 

drzew, zaraz jednak przygasły do spokojnego blasku. Pi  postaci nadal stało 

twarzami na zewn trz. Spróbowałem wsta  i przekonałem si ,  e nie mog . Jak 

gdyby kto  mnie zakuł w tej pozycji. 

      Frakir ostrzegła mnie zbyt pó no, gdy ju  spadałem. Teraz nie byłem pewien, 

jak j  wykorzysta . Mógłbym posła  j  do którejkolwiek z tych figur, by 

przedostała si  wy ej i zacz ła dusi . Ale na razie nie miałem poj cia, która z 

nich, je li w ogóle która , zasługuje na takie traktowanie. 

      - Przepraszam,  e wpadłem bez uprzedzenia - powiedziałem. - Widz ,  e to 

prywatne przyj cie. Je li kto  zechciałby mnie uwolni , wynios  si  natychmiast... 

      Posta  stoj ca w okolicy mojej lewej stopy wykonała w tył zwrot i spojrzała 

na mnie z góry. Nosiła bł kitn  szat , ale nie kryła pod mask  zaczerwienionej od 

background image

 

124 

ognia twarzy. Nosiła na niej jedynie lekki u mieszek, który znikł, gdy oblizała 

wargi. To była Julia, a w prawej dłoni trzymała nó . 

      - M drala jak zawsze - rzekła. - W ka dej sytuacji ma gotow  bezczeln  

odpowied . To przykrywka dla twej niech ci, by po wi ci  si  czemukolwiek i 

komukolwiek. Nawet tym, którzy ci  kochaj . 

      - A mo e to poczucie humoru - zasugerowałem. - Zaczynam sobie 

u wiadamia ,  e zawsze ci go brakowało. 

      Wolno pokr ciła głow . 

      - Trzymasz wszystkich na odległo  ramienia. Nie ma w tobie ufno ci. 

      - Cecha rodzinna. Ale ostro no  nie wyklucza sympatii. 

      Zacz ła wznosi  ostrze, ale zawahała si  przez moment. 

      - Chcesz powiedzie ,  e wci  ci na mnie zale y? - spytała. 

      - Nigdy nie przestało - zapewniłem. - Po prostu  dała  zbyt wiele i zbyt 

szybko. Wi cej, ni  chciałem wtedy ofiarowa . 

      - Kłamiesz - stwierdziła. - Poniewa  twoje  ycie jest w moim r ku. 

      - Znam gorsze powody kłamstwa - odparłem. - Ale tak si  nieszcz liwie 

składa,  e mówi  prawd . Wtedy zabrzmiał inny znajomy głos, z prawej strony. 

      - Za wcze nie, by my mówili o takich sprawach - powiedziała. - Ale 

zazdroszcz  jej twojego uczucia. 

      Odwróciłem głow  i spojrzałem na posta , teraz stoj c  przodem. To była 

Coral, z przepask  na prawym oku. Ona tak e trzymała nó  w prawej r ce. I 

wtedy zobaczyłem lew  dło ... Zerkn łem na Juli . Obie prócz no y miały 

widelce. 

      - Et tu - mrukn łem. 

      - Mówiłam ci ju ,  e nie znam angielskiego - przypomniała Coral. 

      - Wła nie tu - rzekła Julia, unosz c sztu ce. - Kto powiedział,  e nie mam 

poczucia humoru? 

      Próbowały oplu  si  nawzajem nade mn , i nie cała  lina pokonała t  

odległo . 

      Pomy lałem,  e Luke doprowadziłby pewnie do zgody, o wiadczaj c si  z 

miejsca im obu. Ale miałem przeczucie,  e mnie by si  to nie udało. Dlatego nawet 

nie próbowałem. 

      - To obiektywizacja neurozy mał e skiej - o wiadczyłem. - Iluzja 

projektywna. Realistyczny sen. To... 

      Julia przykl kn ła na jedno kolano i z rozmachem opu ciła r k . Poczułem,  e 

ostrze wbija mi si  w lewe udo. 

      Mój wrzask urwał si  nagle, kiedy Coral wbiła widelec w moje prawe rami . 

      - To idiotyczne! - krzykn łem, gdy błysn ły pozostałe sztu ce i poczułem nowe 

ukłucia bólu. 

      Wtedy posta  na ramieniu gwiazdy przy mojej prawej nodze odwróciła si  

wolno i z gracj . Okrywał j  ciemnobr zowy płaszcz z  ółtym obszyciem; 

skrzy owała przed sob  ramiona, osłaniaj c si  nim a  po oczy. 

      - Przesta cie, suki! - rozkazała. Rozsuwaj c płaszcz, najbardziej 

przypominała motyla  ałobnika. Była to naturalnie Dara, moja matka. 

      Julia i Coral podniosły ju  widelce do ust i co  prze uwały. Na wardze Julii 

pojawiła si  kropelka krwi. Płaszcz spływał z palców mamy jakby był  ywy, 

background image

 

125 

jakby był cz ci  niej. Te skrzydła zupełnie zasłoniły Juli  i Coral. Mama coraz 

szerzej rozkładała ramiona, a płaszcz opadł na nie obie i odepchn ł do tyłu. Stały 

si  tylko wzgórkami rozmiaru człowieka, a potem malały, malały, i w ko cu 

okrycie znowu spłyn ło naturalnie, a ich ju  nie było na ramionach gwiazdy. 

      Z lewej strony usłyszałem ciche klaskanie, a zaraz potem chrapliwy  miech. 

      - Znakomicie wykonane. - Głos był bole nie znajomy. - Ale w ko cu zawsze 

jego najbardziej lubiła . 

      - Bardziej - poprawiła. 

      - Czy biedny Despil nie ma  adnych szans? 

      - Jeste  niesprawiedliwy. 

      - Tego szalonego ksi cia Amberu kochała  mocniej ni  kiedykolwiek naszego 

ojca, porz dnego człowieka - oskar ył j . - Dlatego Merlin zawsze był twoim 

pieszczoszkiem. 

      - Sam wiesz, Jurt,  e to nieprawda - odparła. 

      Roze miał si  znowu. 

      - Przywołali my go wszyscy, bo wszyscy chcemy go dosta  - stwierdził. - 

Chocia  z ró nych powodów. Ale w ko cu nasze pragnienia prowadz  do tego 

samego, prawda? 

      Usłyszałem warczenie i odwracaj c głow  zd yłem zobaczy , jak jego twarz 

po krzywej wznosz cej przemieszcza si  w stron  wilka. Wydłu ył si  pysk i 

błysn ły kły, gdy opadł na cztery łapy i ugryzł mnie w rami , zyskuj c krwisty 

posmak mojej osoby. 

      - Przesta ! - krzykn ła. - Ty mały potworze! 

      Uniósł łeb i zawył. Przypominało to wycie kojota, rodzaj obł kanego chichotu. 

      Czarny but kopn ł go w bark, przewrócił na grzbiet i posłał na zderzenie z 

całym jeszcze fragmentem muru, który posłusznie zawalił si  wła nie teraz. Wilk 

zaskowyczał tylko, nim całkowicie przysypały go gruzy. 

      - Co  podobnego... - usłyszałem głos Dary. Zauwa yłem,  e równie  trzyma 

nó  i widelec. - Co robi w tym miejscu taki sukinsyn jak ty? 

      - Ochrania przed ostatnim z drapie ców - odparł głos, który kiedy  opowiadał 

mi bardzo dług  histori , zawieraj c  liczne wersje wypadku drogowego i seri  

genealogicznych gaf. 

      Skoczyła na mnie, ale on pochylił si , złapał mnie pod ramiona i odci gn ł na 

bok. A potem jego szeroki czarny płaszcz zawirował jak muleta matadora, 

okrywaj c Dar . I jak wcze niej Coral i Julia, tak teraz ona jakby wtopiła si  w 

grunt. Postawił mnie na nogach, podniósł i strzepn ł płaszcz. Kiedy zapinał 

klamr  ze srebrn  ró , przygl dałem si  uwa nie, szukaj c kłów, a 

przynajmniej sztu ców. 

      - Czworo z pi ciorga - stwierdziłem, otrzepuj c ubranie. - Niewa ne, jak 

rzeczywista wydaje si  ta scena... Jestem przekonany,  e słu y tylko dla analogii, 

a mo e analizy. Jak to si  stało,  e nie masz w tym miejscu ludo erczych 

skłonno ci? 

      - Musisz pami ta  - odrzekł, naci gaj c srebrn  r kawic  -  e nigdy nie byłem 

dla ciebie prawdziwym ojcem. To troch  trudne, kiedy si  nie wie o istnieniu 

dzieciaka. Dlatego nic wła ciwie od ciebie nie chc . 

      - Ten miecz u twojego boku wygl da na Grayswandira - zauwa yłem. Kiwn ł 

background image

 

126 

głow . 

      - Zdaje si ,  e dobrze ci słu ył - odpowiedział. 

      - Powinienem ci chyba podzi kowa . Pewnie nie ciebie nale y pyta , czy 

przeniosłe  mnie z jaskini do krainy pomi dzy cieniami. 

      - Tak, to byłem ja. 

      - Wiedziałem,  e to powiesz. 

      - Czemu miałbym mówi , gdyby to nie była prawda? Uwa aj!  ciana! 

      Obejrzałem si  szybko. Kolejny fragment muru padał w nasz  stron . 

      Pchn ł mnie, a ja znów rozci gn łem si  na pentagramie. Usłyszałem 

padaj ce kamienie, uniosłem si  i rzuciłem dalej do przodu. 

      Co  uderzyło mnie w skro . 

      Obudziłem si  w Galerii Luster. Le ałem twarz  ku ziemi, z głow  opart  na 

przedramieniu, w dłoni  ciskałem prostok tn  kamienn  płytk , a wokół unosił 

si  zapach  wiec. Spróbowałem si  podnie  i natychmiast poczułem ból w 

ramionach i lewym udzie. Wprawdzie nic wi cej nie  wiadczyło o realno ci 

ostatniej przygody, ale nawet takich dowodów nie mogłem lekcewa y . 

      Wstałem i poku tykałem w stron  moich pokojów. 

      - Gdzie si  podziałe ?! - zawołał z góry Random. 

      - Co? Nie rozumiem. 

      - Zawróciłe  korytarzem, ale tam przecie  niczego nie ma. 

      - Długo mnie nie było? 

      - Mo e z pół minuty. Pomachałem do niego kamieniem. 

      - Zauwa yłem to na podłodze. Chciałem zobaczy , co to jest - wyja niłem. 

      - Pewnie spadł tam, kiedy spotkały si  Moce - stwierdził. - Ze  ciany. Było tu 

sporo łuków wykładanych takimi wła nie kamieniami. Na twoim pi trze prawie 

wszystkie s  ju  otynkowane. 

      - Aha - mrukn łem. - Wpadn  jeszcze do ciebie, zanim wyrusz . 

      - Koniecznie. 

      Odwróciłem si  i przez jedn  z licznych rozbitych tego dnia  cian znalazłem 

drog  do swojego pokoju. 

      Druga  ciana tak e run ła i powstał du y otwór prowadz cy do zakurzonych 

komnat Branda. Przystan łem i obejrzałem go dokładnie. Synchronizacja... 

Wygl dało na to,  e łukowe przej cie ł czyło kiedy  tamte pokoje z moimi. 

Podszedłem bli ej i zbadałem odsłoni t  lew  kraw d . Tak, zbudowano j  z 

kamieni podobnych do tego, który trzymałem w r ku. Wła ciwie... 

      Odgarn łem pył i przyło yłem płytk  do p kni cia. Pasowała idealnie. I nie 

chciała wypa , kiedy j  lekko szarpn łem. Czy naprawd  przyniosłem j  z 

miejsca tego rytuału ojca-matki-brata-kochanek, z miejsca za lustrem? Czy 

wracaj c podniosłem nie wiadomie stamt d, gdzie spadła po niedawnych 

zakłóceniach architektonicznych? 

      Cofn łem si , zdj łem płaszcz,  ci gn łem koszul . Tak. Na prawym ramieniu 

znalazłem przebicia, jakby  lady widelca, a na lewym znak ugryzienia. Była te  

zaschni ta krew na lewej nogawce, wokół rozdarcia, gdzie bolało mnie udo. 

Umyłem si , wyszorowałem z by, przyczesałem włosy i zało yłem opatrunki na 

nodze i lewym ramieniu. Rodzinny metabolizm wygoi te rany w jeden dzie , nie 

chciałbym jednak, by p kły przy jakim  wysiłku i zakrwawiły mi  wie  odzie . 

background image

 

127 

      A skoro ju  o tym mowa... 

      Garderoba była nienaruszona, pomy lałem wi c,  e wło  moje barwy... Niech 

Luke ma co wspomina  po koronacji. Złocista koszula i niebieskie spodnie niemal 

idealnie odpowiadały barwom Berkeley; na to skórzana kamizelka ufarbowana 

pod kolor spodni i odpowiedni płaszcz ze złot  lamówk . Wsuni te za czarny pas 

czarne r kawice przypomniały,  e potrzebuj  miecza. Zreszt  sztyletu tak e. 

Zastanawiałem si  wła nie nad kapeluszem, gdy moj  uwag  zwróciły jakie  

dziwne d wi ki. Obejrzałem si . 

      Przez  wie  zasłon  pyłu zyskałem symetryczny widok na pokoje Branda. W 

miejscu nierównej wyrwy w  cianie otwierało si  doskonale gładkie, nienaruszone 

łukowe przej cie. Po obu stronach i od góry  ciany były całe. A  ciana od 

korytarza wydawała si  mniej zniszczona ni  przed chwil . 

      Podszedłem i przesun łem dłoni  po linii kamieni. Poszukałem p kni  na 

otynkowanych powierzchniach... nic. No dobrze. Moja płytka była zaczarowana. 

W jakim celu? 

      Przekroczyłem łuk i rozejrzałem si . Pokój był ciemny i odruchowo 

przywołałem logrusowy wzrok. Przybył i słu ył mi jak zawsze. Mo e Logrus 

postanowił nie  ywi  urazy. 

      Na tym poziomie percepcji dostrzegałem resztki wielu magicznych 

eksperymentów i kilka stałych zakl . Wi kszo  czarodziejów pozostawia po 

sobie pewn  ilo  niewidocznego dla zwykłych oczu magicznego  miecia, jednak 

Brand był wyj tkowo niechlujny. Oczywi cie, mogło mu si  troch  spieszy  pod 

koniec, kiedy próbował zapanowa  nad wszech wiatem. Nie jest to 

przedsi wzi cie, w którym staranno  liczy si  równie mocno jak w innych 

zaj ciach. Ruszyłem dalej, kontynuuj c zwiedzanie. Były tu tajemnice, nie 

doko czone skrawki prac, wskazówki,  e dalej posun ł si  po pewnych 

magicznych trasach, ni  ja kiedykolwiek miałem ochot  dotrze . Mimo to nie 

dostrzegłem chyba niczego, z czym nie mógłbym sobie poradzi  i co stanowiłoby 

powa ne i dora ne zagro enie. Mo liwe - kiedy ju  wszystko tu zbadam -  e 

pozostawi  sklepione przej cie i doł cz  pokoje Branda do swoich. 

      Wracaj c postanowiłem jeszcze sprawdzi  garderob  Branda. Mo e trafi  na 

odpowiedni do mojego kostiumu kapelusz. Rzeczywi cie, znalazłem jeden 

trójgraniasty, ze złotym piórem. Pasował idealnie. Miał troch  nieodpowiedni 

odcie , ale szybko przypomniałem sobie zakl cie, które naprawiło ten brak. 

Chciałem si  ju  odwróci , kiedy w mojej logrusowej wizji co  błysn ło w gł bi 

górnej półki, gdzie le ały kapelusze. Si gn łem tam. 

      Była to pi kna, inkrustowana złotem ciemnozielona pochwa, a wystaj c  z 

niej r koje , chyba złocon , zdobił ogromny szmaragd. Chwyciłem j  i 

wysun łem kling . Spodziewałem si  niemal,  e zacznie wy  jak demon, na 

którego kto  zrzucił balon ze  wi con  wod . Zamiast tego zgrzytn ła tylko i 

troch  zadymiła. W metalu ostrza wykuto jasny rysunek... prawie 

rozpoznawalny. Tak, to fragment Wzorca, tyle  e cz ci ko cowej, podczas gdy 

linie na Grayswandirze pochodziły z pocz tku. 

      Wsun łem miecz do pochwy i powodowany jakim  impulsem zawiesiłem u 

pasa. Bro  tatusia b dzie znakomitym prezentem na koronacj  Luke'a. Zabior  

j  dla niego. 

background image

 

128 

      Po chwili wyszedłem na boczny korytarz i przez zwalon   cian  kwatery 

Gerarda, obok drzwi Fiony, przedostałem si  do pokojów ojca. Miecz 

przypomniał mi,  e chciałem co  sprawdzi . Si gn łem do kieszeni po klucz, 

przeło ony ze starych, pokrwawionych spodni. Potem uznałem,  e lepiej b dzie 

zapuka . A je li... 

      Zastukałem i czekałem, znowu zastukałem i znowu czekałem. Poniewa  

odpowiedziała mi tylko cisza, przekr ciłem klucz w zamku i wszedłem - nie dalej 

ni  na krok. Chciałem tylko spojrze  na wieszak. 

      Grayswandir znikn ł z kołka, gdzie go powiesiłem. 

      Cofn łem si , zamkn łem drzwi. Fakt,  e rz d haków był pusty, dawał mi 

informacj , jak  chciałem uzyska ... za to nie dawał pewno ci, czego wła ciwie 

dowodzi. Ale chciałem si  o tym przekona  i teraz miałem uczucie,  e ostateczna 

wiedza jest bli ej ni  przed chwil ... 

      Wróciłem obok pokojów Fiony i przez lekko uchylone drzwi znowu do 

Branda. Po krótkim poszukiwaniu znalazłem klucz w popielniczce. Zamkn łem 

drzwi, a klucz schowałem do kieszeni. To wła ciwie bez sensu, skoro i tak ka dy 

mógł si  tu dosta  z mojego pokoju, a w moim pokoju brakowało  ciany. Mimo 

to... 

      Zawahałem si  przed powrotem do swojego saloniku, gdzie le ał tabriz 

zaplamiony  lin  ty'igi i cz ciowo przysypany gruzem. W lokalu Branda panował 

jaki  spokój, jakby wytchnienie, którego wcze niej nie zauwa yłem. 

Pospacerowałem troch , otwieraj c szuflady, zagl daj c do magicznych 

szkatułek i studiuj c teczk  z rysunkami nie yj cego gospodarza. Logrusowy 

wzrok ukazał mi co  małego, czarodziejskiego i pot nego, ukrytego w filarze 

łó ka; na wszystkie strony promieniowało liniami mocy. Odkr ciłem gałk  i 

znalazłem skrytk . Zawierała mał  aksamitn  sakiewk , a w niej pier cie . Miał 

szerok  obr czk , chyba z platyny, a zamiast kamienia jakby koło z czerwonego 

metalu, z niezliczonymi male kimi szprychami. Niektóre były cienkie jak włos. 

Od ka dej ze szprych ci gn ła si  linia mocy, prowadz ca nie wiadomo dok d... 

Mo liwe,  e do Cienia, gdzie znajdowało si  jakie   ródło energii albo rezerwuar 

zakl . 

      A mo e Luke wolałby pier cie  zamiast miecza? Wsun łem go na palec i 

miałem wra enie,  e zapuszcza korzenie do samego j dra mego ciała. Wzdłu  

nich wyczuwałem drog  do pier cienia i dalej, po tych liniach. Zdumiała mnie 

rozmaito  energii, do jakich si gał i jakimi kierował - od prostych sił 

chtonicznych po zło one konstrukty Wielkiej Magii, od  ywiołów po obiekty, 

które sprawiały wra enie bóstw po lobotomii. Nie rozumiałem, dlaczego nie nosił 

tej drobnostki podczas bitwy Skazy Wzorca. Byłby wtedy naprawd  

niezwyci ony. Mo e wszyscy mieszkaliby my teraz w Brandenbergu, w Zamku 

Brand. Nie pojmowałem te , w jaki sposób mieszkaj ca obok Fiona nie wykryła 

obecno ci pier cienia i nie zacz ła go szuka . Chocia  na przykład ja nie 

wykryłem. Czymkolwiek był, nie rejestrował si  dalej ni  jeden, dwa metry. 

Zdumiewaj ce skarby ukryto w tym pomieszczeniu. Czy to nie w którym  z tych 

pokojów mo na podobno uzyska  efekt osobistego wszech wiata? Poł czony z 

tyloma  ródłami pier cie  stanowił pi kn  alternatyw  wobec Mocy Wzorca i 

Mocy Logrusu. Z pewno ci  całe stulecia trwało nadanie mu takiej pot gi. Nie 

background image

 

129 

wiem, do czego był Brandowi potrzebny, ale z pewno ci  nie mie cił si  w 

krótkoterminowych planach. Uznałem,  e nie mog  odda  go nikomu, kto posiadł 

znajomo  Sztuki. I nie pomy lałem nawet,  e mógłbym powierzy  go nie-

czarodziejowi. A tak e nie miałem ochoty chowa  go znowu w gałce łó ka. Co 

mnie tak uwiera w nadgarstku? A tak, Frakir. Nie zauwa yłem,  e trwa to ju  

dobr  chwil . 

      - Przykro mi,  e straciła  głos, staruszko. - Pogłaskałem j , jednocze nie 

rozgl daj c si  w poszukiwaniu zagro e  psychicznej i fizycznej natury. - Nie 

widz  tu ani jednej rzeczy, na któr  powinienem uwa a . 

      Natychmiast zsun ła si  z nadgarstka i spróbowała zerwa  mi z palca 

pier cie . 

      - Przesta ! - rozkazałem. - Wiem,  e ta zabawka mo e by  niebezpieczna. Ale 

tylko wtedy, gdy niewła ciwie jej u yj . Jestem czarodziejem, pami tasz? 

Fachowcem w takich sprawach. Naprawd  nie mam si  czego obawia . 

      Frakir nie posłuchała rozkazu i nadal atakowała pier cie . Mogłem to 

przypisa  jedynie jakiej  formie zazdro ci obiektów magicznych. Zawi załem j  

w ciasny w zeł wokół filaru łó ka i zostawiłem,  eby nauczy  posłusze stwa. 

      Zacz łem dokładniej przeszukiwa  pomieszczenie. Je li mam zatrzyma  

miecz i pier cie , dobrze byłoby znale  jak  inn  pami tk  po Brandzie,  eby 

podarowa  j  Luke'owi... 

      - Merlinie! Merlinie! - usłyszałem krzyk gdzie  spoza moich pokojów. 

      Zaprzestałem ostukiwania podłogi i dolnych cz ci  cian, gdzie szukałem 

pustych miejsc. Pod łukiem przej cia wróciłem do saloniku i znieruchomiałem, 

mimo kolejnego wezwania i mimo  e teraz rozpoznałem głos Randoma.  ciana od 

strony korytarza została w połowie odbudowana... Jak gdyby niewidzialna 

brygada murarzy i tynkarzy pracowała tutaj od chwili, kiedy kamie  ze snu 

umie ciłem w łuku bramy do królestwa Branda. Zdumiewaj ce. Stałem tak i 

patrzyłem w nadziei,  e znajd  jakie   lady na uszkodzonym murze. 

      - Chyba ju  wyszedł - usłyszałem mruczenie Randoma. 

      - Słucham? O co chodzi?! - zawołałem. 

      - Chod  tutaj szybko. Potrzebuj  twojej rady. Wyszedłem na korytarz przez 

otwór, jaki pozostał jeszcze w  cianie. Podniosłem głow . I natychmiast po 

czułem, jakie mo liwo ci ma mój pier cie , jak reaguje na moje najwa niejsze w 

tej chwili  yczenie. Przystałem na sugesti , zaktywizowała si  odpowiednia linia, a 

ja wyj łem zza pasa r kawice i wci gn łem je, lewituj c w stron  wyrwy w 

suficie. To dlatego,  e Random mógłby rozpozna  w pier cieniu własno  Branda, 

co doprowadziłoby mo e do dyskusji, na któr  w tej chwili nie miałem ochoty. 

      Wlatuj c przez wyrw  do pracowni, przytrzymałem płaszcz,  eby miecz tak e 

ukry  w jego fałdach. 

      - Robi wra enie - ocenił Random. - Dobrze,  e  wiczysz swoje czary. Dlatego 

wła nie ci  wezwałem. 

      Skłoniłem si  nisko. Oficjalny strój sprawił,  e nabrałem dworskich manier. 

      - Czym mog  słu y  waszej wysoko ci? 

      - Przesta   artowa  i chod  - odparł. Chwycił mnie za łokie  i poci gn ł do 

połówki sypialni. Vialle stała przy drzwiach. 

      - Merlin? - spytała, kiedy przechodzili my. 

background image

 

130 

      - Tak? 

      - Nie byłam pewna. 

      - Czego? - zdziwiłem si . 

      -  e to naprawd  ty. 

      - Ja, z cał  pewno ci . 

      - To w istocie mój brat - o wiadczył Mandor, wstaj c z fotela. R k  miał w 

łupkach i na temblaku, i wyra nie si  odpr ył. - Je li wydaje si  nieco dziwny - 

mówił dalej - to pewnie dlatego,  e doznał kilku wstrz sów, odk d nas opu cił. 

      - Czy to prawda? - zwrócił si  do mnie Random. 

      - Tak - przyznałem. - Nie s dziłem,  e to a  tak widoczne. 

      - Nic ci si  nie stało? 

      - Jestem cały. 

      -  wietnie. Szczegóły odło ymy na kiedy indziej. Jak sam widzisz, Coral 

znikn ła, i Dworkin tak e. Nie widziałem, jak st d odchodz . Kiedy to si  stało, 

byłem w pracowni. 

      - Kiedy co si  stało? - Nie zrozumiałem. 

      - Dworkin zako czył operacj  - wyja nił Mandor. - Wzi ł dam  za r k , 

postawił na nogi i gdzie  przetransportował. Bardzo elegancko to załatwił. W 

jednej chwili stali oboje przy ło u, w nast pnej ich powidoki przebiegły pełne 

widmo i zgasły. 

      - Powiedziałe ,  e on j  przetransportował. Sk d wiesz,  e nie porwał ich 

Ghostwheel albo jedna z Mocy? - spytałem. 

      - Poniewa  obserwowałem jego twarz. Nie było na niej  ladu zaskoczenia, 

jedynie lekki u mieszek. 

      - Pewnie masz racj  - przyznałem. - W takim razie kto nastawił ci r k , skoro 

Random był w pracowni, a Dworkin zaj ty? 

      - To ja - wtr ciła Vialle. - Uczyłam si  tego. 

      - Czyli jeste  jedynym naocznym  wiadkiem ich znikni cia? - zwróciłem si  do 

Mandora. Przytakn ł. 

      - Czego od ciebie oczekuj  - odezwał si  Random - to jakiego  pomysłu, gdzie 

mogli si  przenie . Mandor twierdzi,  e nie mógł tego odgadn . Popatrz! 

      Wr czył mi ła cuch, z którego zwisała metalowa oprawa. 

      - Co to jest? - zdziwiłem si . 

      - To był najwa niejszy z Klejnotów Koronnych - odparł. - Klejnot 

Wszechmocy. Tyle mi z niego zostawili. A zabrali kamie . 

      - Hm... - mrukn łem. - Pod opiek  Dworkina nic mu nie grozi. Wspominał,  e 

umie ci go w bezpiecznym miejscu, a zna si  na tym jak nikt inny... 

      - Ale mógł znowu straci  rozum - przypomniał Random. - Zreszt , nie 

interesuje mnie dyskusja o zaletach Dworkina jako stra nika Klejnotu. Chc  

wiedzie , gdzie, do diabła, znikn ł razem z nim. 

      - Nie zostawił chyba  adnych  ladów - zauwa ył Mandor. 

      - W którym miejscu stali? - spytałem. 

      - Tam. - Wskazał zdrow  r k . - Po prawej stronie ło a. 

      Przeszedłem we wskazany punkt, wyszukuj c przy tym najbardziej 

odpowiedni  z mocy, którymi władałem. 

      - Troch  bli ej stóp. 

background image

 

131 

      Skin łem głow . Czułem,  e w granicach mojej osobistej przestrzeni 

nietrudno b dzie zajrze  w czasie odrobin  wstecz. 

      Poczułem p d t czy i zobaczyłem ich sylwetki. Stop. 

      Linia mocy si gn ła od pier cienia, zaczepiła si , zmieniła w t cz  wraz z nimi 

i przenikn ła przez portal, który zamkn ł si  w łagodnej implozji. Podnosz c do 

czoła grzbiet dłoni, mogłem spojrze  wzdłu  toru... 

      ...na wielki hol, gdzie po lewej stronie wisiało sze  tarcz, a po prawej masa 

sztandarów i proporców. Przede mn , na ogromnym palenisku, huczał ogie ... 

      - Widz , gdzie si  przenie li - oznajmiłem. - Ale nie poznaj  tego miejsca. 

      - Czy mo esz jako  dzieli  z nami t  wizj ? - zapytał Random. 

      - Mo e - odparłem i w tej samej chwili u wiadomiłem sobie,  e istnieje sposób. 

- Patrzcie w zwierciadło. 

      Random odwrócił si  i podszedł do lustra, przez które wprowadził mnie tu 

Dworkin... jak dawno temu? 

      - Na krew bestii z bieguna i skorup  p kni t  w  rodku  wiata - powiedziałem 

czuj c,  e nale y si  zwróci  do dwóch spo ród mocy, jakimi kierowałem. - Niech 

pojawi si  obraz. 

      Lustro zaszło mgł , a gdy si  oczy ciło, ukazywało moj  wizj  holu. 

      - Niech mnie licho! - zawołał Random. - Zabrał j  do Kashfy! 

      - Pewnego dnia, bracie, musisz nauczy  mnie tej sztuczki - stwierdził Mandor. 

      - Wybieram si  wła nie do Kashfy - przypomniałem. - Czy mam tam wykona  

co  szczególnego? 

      - Wykona ? - powtórzył Random. - Zobacz, co si  dzieje, i daj mi zna . 

Zgoda? 

      - Oczywi cie. Wyj łem Atuty. 

      Podeszła Vialle i - jakby na po egnanie - wzi ła mnie za r k . 

      - R kawice - zauwa yła. 

      - Chciałem wygl da  bardziej oficjalnie - wyja niłem. 

      - W Kashfie jest chyba co , czego Coral si  obawia - szepn ła. - Mówiła o tym 

przez sen. 

      - Dzi ki - rzuciłem. - Teraz jestem gotów na wszystko. 

      - Mo esz tak mówi  dla dodania sobie odwagi - ostrzegła. - Ale nigdy w to nie 

wierz. 

      Roze miałem si , podnosz c Atut. Udałem,  e wpatruj  si  w niego, lecz 

naprawd  rozci gałem energi  mojej istoty wzdłu  posłanej do Kashfy linii mocy. 

Otworzyłem drog , z której korzystał Dworkin, i przeszedłem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

132 

Rozdział 12

 

 

Kashfa. 

      Stałem w szarym kamiennym holu. Na  cianach wisiały tarcze i proporce, 

trociny pokrywały podłog , stały prymitywne meble, ogie  w palenisku nie 

całkiem radził sobie z wilgoci , a w powietrzu unosiły si  kuchenne zapachy. 

Byłem tu jedyn  osob , cho  ze wszystkich stron słyszałem gwar rozmów, a tak e 

odgłosy kapeli stroj cej instrumenty i  wicz cej melodie. Znalazłem si  zatem 

prawie w sercu przygotowa . Wad  wybranej metody podró y, w porównaniu do 

Atutu, było to,  e nikt na mnie nie czekał,  eby wytłumaczy , co si  dzieje. Była to 

równie  zaleta - je li chciałem si  dyskretnie rozejrze , teraz miałem okazj . 

Pier cie , prawdziwa encyklopedia magii, znalazł mi zakl cie niewidzialno ci, 

którym natychmiast si  okryłem. 

      Nast pn  godzin  po wi ciłem na zwiedzanie. Cztery du e budynki i kilka 

mniejszych znajdowało si  w obr bie głównych murów. Był jeszcze zewn trzny, 

otoczony murem obszar, a potem jeszcze jeden: trzy mniej wi cej koncentryczne, 

poro ni te bluszczem bariery. Nie zauwa yłem zniszcze , z czego 

wywnioskowałem,  e ludzie Dalta nie napotkali powa niejszego oporu.  adnych 

ladów rabunku czy po arów... Ale w ko cu wynaj to ich,  eby odbili rodzinny 

maj tek. Jasra z pewno ci  postawiła warunek, by oddali go w dobrym stanie. 

ołnierze stacjonowali we wszystkich trzech pier cieniach. Posłuchałem troch  i 

dowiedziałem si ,  e wyjad  st d dopiero po koronacji. Sporo ich zauwa yłem na 

wielkim placu w strefie centralnej; nabijali si  z miejscowej gwardii, która w 

wymy lnych liberiach oczekiwała na uroczyst  procesj .  arty nie były zło liwe, 

pewnie dlatego,  e Luke cieszył si  popularno ci  w obu grupach. Ponadto po obu 

stronach ludzie najwyra niej dobrze si  znali. 

      Pierwszy Kashfa ski Ko ciół Jednoro ca, jak mo na by przetłumaczy  jego 

nazw , znajdował si  na rynku, naprzeciw pałacu. Budynek, w którym 

wyl dowałem, był przybudówk  ogólnego zastosowania. W tej chwili słu ył jako 

kwatera dla licznych, pospiesznie zaproszonych go ci, słu cych, dworzan i 

zwykłych pieczeniarzy. 

      Nie miałem poj cia, na kiedy zaplanowano koronacj , ale powinienem 

skontaktowa  si  z Lukiem jak najszybciej. Potem, w nawale spraw, nie b dzie 

miał dla mnie czasu. A mo e wie nawet, gdzie przebywa Coral i dlaczego tu 

trafiła. 

      Znalazłem wn k  z neutralnym,  lepym murem w tle. Nie widz c otoczenia, 

nawet kto  tutejszy nie rozpoznałby pewnie tego miejsca. Zrzuciłem czar 

niewidzialno ci, wyszukałem kart  Luke'a i wezwałem go. Nie chciałem, by si  

domy lił,  e jestem ju  w mie cie. Lepiej,  eby nie wiedział o mojej zdolno ci 

przemieszczania si  w taki sposób. To w ramach teorii,  e nikomu nie nale y 

mówi  wszystkiego. 

      - Merlinie! - zawołał, kiedy mnie poznał. - Czy by szydło wyszło z worka? 

      - Razem z dratw  - potwierdziłem. - Najlepsze  yczenia z okazji koronacji. 

      - Zaraz! Nosisz kolory szkoły! 

      - A co? Dlaczego nie? Przecie  wygrałe , prawda? 

      - Słuchaj, to wcale nie takie  wi to. Szczerze mówi c, miałem si  z tob  

background image

 

133 

skontaktowa . Potrzebuj  rady, zanim ta historia posunie si  za daleko. Mo esz 

mnie przeci gn ? 

      - Nie jestem w Amberze, Luke. 

      - A gdzie? 

      - No... na dole - przyznałem. - Na bocznej uliczce mi dzy twoim pałacem a 

budynkiem, który w tej chwili słu y za hotel. 

      - To na nic - stwierdził. - Je li mnie tam przerzucisz, od razu mnie zauwa . 

Przejd  do  wi tyni Jednoro ca. Je eli oka e si  w miar  pusta i znajdziesz jaki  

ciemny zakamarek,  eby my mogli pogada , odezwij si  i  ci gnij mnie. Je li nie 

znajdziesz, poszukaj czego  innego. 

      - Zgoda. 

      - A wła ciwie jak si  tu dostałe ? 

      - Jako wysuni ty zwiad przed inwazj  - odparłem. - Jeszcze jeden przewrót 

byłby chyba puczopuczem, prawda? 

      - Przewróci  to si  mo na od twoich  artów - burkn ł. - Czekam na kontakt. 

      Koniec ł czno ci. 

      Przeszedłem przez plac, pod aj c drog  zaznaczon  chyba jako szlak 

procesji. Bałem si ,  e mog  mie  jakie  kłopoty w Domu Jednoro ca i 

potrzebowa  zakl cia,  eby si  dosta  do  rodka. Jednak nikt nie stan ł mi na 

drodze. 

      Wszedłem. Ogromn   wi tyni  udekorowano ju  do ceremonii: na  cianach 

wisiały wielobarwne proporce, wsz dzie stały kwiaty. Oprócz mnie była tu tylko 

jedna osoba, zakapturzona kobieta, która wygl dała, jakby przyszła si  modli . 

Usiadłem po lewej stronie, gdzie było troch  ciemniej. 

      - Luke - zwróciłem si  do Atutu. - Teren czysty. Słyszysz mnie? Wyczułem 

jego obecno , zanim dotarł obraz. 

      - Dobra - rzucił. - Przeci gnij mnie. U cisn li my sobie r ce i stan ł obok. 

      - Niech ci si  przyjrz  - powiedział. - Ciekawe, co si  stało z moim 

uniwersyteckim swetrem. 

      - Chyba podarowałe  go Gail. 

      - Pewnie masz racj . 

      - Mam dla ciebie prezent. - Odrzuciłem poł  płaszcza i si gn łem do pasa. - 

Trzymaj. Znalazłem mie  twojego ojca. 

      - Chyba  artujesz. 

      Wzi ł go i z obu stron obejrzał pochw . Potem wyci gn ł kling . Sykn ła 

znowu, iskry zata czyły na wzorze uniósł si  lekki dym. 

      - Rzeczywi cie! - zawołał. - Werewindle, Miecz Dnia... brat Klingi Nocy, 

Grayswandira! 

      - Naprawd ? - zdziwiłem si . - Nie wiedziałem  e jest mi dzy nimi jaki  

zwi zek. 

      - Musiałbym długo my le ,  eby przypomnie  sobie cał  t  histori ... Ale 

pochodz  z bardzo dawnych czasów. Dzi kuj  ci. 

      Odwrócił si  i przeszedł kilka kroków, uderzaj c mieczem o łydk . Przystan ł 

nagle. 

      - Oszukali mnie - oznajmił. - Ona znów mnie wrobiła. Jestem w ciekły i nie 

wiem, jak z tego wybrn . 

background image

 

134 

      - Z czego? O czym ty mówisz? 

      - Moja matka - wyja nił. - Znowu zaczyna. Ju  my lałem,  e przej łem ster i 

egluj  własnym kursem, a tu ona zjawia si  i miesza mi w  yciorysie. 

      - W jaki sposób? 

      - Wynaj ła Dalta i jego chłopaków,  eby opanowali miasto. 

      - Tak, tego si  domy liłem. A przy okazji, co z Arkansem? 

      - Nic mu si  nie stało. Aresztowałem go, naturalnie, ale mieszka wygodnie i 

niczego mu nie brakuje. Nie zrobiłbym mu krzywdy. Zawsze go lubiłem. 

      - Wi c w czym problem? Wygrałe . Masz teraz własne królestwo. 

      - Do diabła - warkn ł i spojrzał niepewnie w stron  ołtarza. - Uwa am,  e 

mnie wykiwali, chocia  nie jestem tego całkiem pewny. Rozumiesz, nie chciałem 

tej roboty. Dalt powiedział,  e przygotowujemy teren dla mamy. Miałem wej  

razem z nimi,  eby wprowadzi  porz dek, przygotowa  powrót rodziny do 

władzy, a potem powita  j  z cał  pomp  i parad . Pomy lałem,  e kiedy odzyska 

tron, wreszcie si  ode mnie odczepi. Wyjechałbym st d w jakie  przyjemne 

miejsce, a ona zostałaby z całym królestwem do pilnowania. Nie było mowy,  e 

mnie wpakuj  t  fuch . Pokr ciłem głow . 

      - Nic z tego nie rozumiem - przyznałem. - Zdobyłe  kraj dla niej. Wi c oddaj 

jej wszystko i dalej rób, co chcesz. 

      Za miał si  ponuro. 

      - Arkansa lubili - stwierdził. - Mnie lubi . Ale za mam  ju  nie przepadaj . 

Nikt nie przejawia entuzjazmu na my l o jej powrocie. Wi cej nawet, sugeruje 

si ,  e gdyby spróbowała, nast pi prawdziwy pucz w puczu. 

      - No to mo esz ust pi  i odda  tron Arkansowi. Luke uderzył pi ci  o  cian . 

      - Nie wiem, czy byłaby bardziej w ciekła na mnie czy na siebie,  e tyle 

zapłaciła Daltowi za wyrzucenie Arkansa. Ale na pewno powie,  e to mój 

obowi zek. Sam nie wiem... Mo e tak. Jak my lisz, Merle? 

      - To trudne pytanie, Luke. A twoim zdaniem, kto byłby lepszym władc , ty 

czy Arkans? 

      - Naprawd  nie wiem. On ma do wiadczenie w rz dach, ale ja si  tu 

wychowałem. Potrafi  utrzyma  wszystko w ruchu i umiem załatwia  sprawy. 

Jedno jest pewne: ka dy z nas b dzie lepszy od mamy. 

      Skrzy owałem r ce na piersi i zamy liłem si . 

      - Nie mog  za ciebie decydowa  - stwierdziłem. - Ale powiedz, co by  chciał 

robi  najbardziej? Parskn ł  miechem. 

      - Wiesz,  e zawsze byłem handlowcem. Gdybym miał tu zosta  i robi  co  dla 

Kashfy, wolałbym raczej prezentowa  za granic  jej produkcj . Niezbyt to pasuje 

do godno ci władcy. Ale chyba w tym byłbym najlepszy. Sam nie wiem. 

      - To powa ny problem, Luke. Nie chc  bra  na siebie odpowiedzialno ci za 

twoje decyzje. 

      - Gdybym wiedział,  e do tego dojdzie, w Ardenie rozniósłbym Dalta na 

strz py. 

      - Naprawd  s dzisz,  e by  go pokonał? 

      - Mo esz mi wierzy . 

      - Ale to nie rozwi zuje twoich problemów. 

      - Fakt. Mam przeczucie,  e b d  si  musiał z tym pogodzi . 

background image

 

135 

      Kobieta przed ołtarzem kilka razy obejrzała si  na nas. Pewnie jak na ko ciół 

rozmawiali my troch  za gło no. 

      - Szkoda,  e nie ma innych rozs dnych kandydatów - stwierdziłem, zni aj c 

głos. 

      - To mały kraj dla kogo , kto pochodzi z Amberu. 

      - Do licha, to przecie  twój dom. Nic dziwnego,  e traktujesz go powa nie. 

Przykro mi,  e nie potrafi  ci pomóc. 

      - Tak... Wszystkie kłopoty zaczynaj  si  w domu. Czasami mam ochot  

wyjecha  st d i wi cej nie wraca . 

      - Co by si  wtedy stało? 

      - Albo mama wróci na tron z poparciem Dalta, co b dzie wymaga  egzekucji 

masy ludzi, o których wiem,  e si  temu sprzeciwi . Albo uzna,  e gra nie warta 

wieczki i zadowoli si  Twierdz . Gdyby postanowiła w Twierdzy cieszy  si  

emerytur , koalicja wspieraj ca Arkansa znowu wysunie go do władzy i zacznie 

wszystko od nowa. 

      - A jaki rozwój wydarze  uwa asz za bardziej prawdopodobny? - spytałem. 

      - Spróbuje wróci  i wybuchnie wojna domowa. Ktokolwiek wygra, zniszczy to 

kraj i z pewno ci  po raz kolejny zablokuje nam dost p do Złotego Kr gu. A 

skoro ju  o nim mowa... 

      - Nie wiem - o wiadczyłem pospiesznie. - Nie jestem upowa niony do 

prowadzenia rozmów o traktacie. 

      - Domy lałem si  tego. - Westchn ł. - I nie o to chciałem zapyta . Byłem po 

prostu ciekaw, czy kto  tam w Amberze powiedział mo e „Maj  przer bane" 

albo „Mo e troch  pó niej damy im jeszcze szans " czy te  „Rozmawia  mo na, 

ale niech zapomn  o gwarancjach co do Eregnoru". 

      U miechn ł si  nienaturalnie, a ja odpowiedziałem mu tym samym. 

      - Mo ecie zapomnie  o Eregnorze - stwierdziłem. 

      - To było do przewidzenia. A co z reszt ? 

      - Odniosłem wra enie,  e to „Poczekamy i zobaczymy, co z tego wyniknie". 

      - Tego te  mo na si  było domy li . Daj mi dobre  wiadectwo, nawet gdyby 

nikt o to nie prosił, zgoda? Przy okazji, formalnie rzecz bior c, twoja wizyta nie 

jest oficjalna? 

      - Prywatna - wyja niłem. - Z punktu widzenia dyplomacji. 

      Kobieta przed ołtarzem wstała. Luke westchn ł. 

      - Szkoda,  e nie umiem znale  drogi do restauracji u Alicji. Mo e 

Kapelusznik znalazłby jakie  wyj cie. - I nagle krzykn ł: - Chwileczk ! Sk d on 

si  tutaj wzi ł? Wygl da jak ty, ale... 

      Spogl dał nad moim ramieniem, a ja czułem ju  zakłócenia. Nie próbowałem 

nawet wzywa  Logrusu, gdy  byłem gotów na wszystko. 

      Odwróciłem si  z u miechem. 

      - Jeste  gotów na  mier , bracie? - spytał Jurt. 

      Albo zdołał jako  zregenerowa  oko, albo nosił sztuczne. Miał długie włosy i 

nie widziałem, co z uchem. Mały palec ju  cz ciowo odrósł. 

      - Nie, ale jestem gotów zabija  - odparłem. - To miło,  e mam ci  pod r k . 

      Skłonił si  drwi co. Jego ciało jarzyło si  lekko i wyczuwałem energi , płyn c  

przez nie i wokół niego. 

background image

 

136 

      - Wróciłe  do Twierdzy na ko cowy zabieg? - zapytałem. 

      - Nie s dz , by był konieczny - stwierdził. - Panuj  nad tymi mocami i to a  

nadto wystarczy, by wypełni  ka de zadanie, jakie sobie postawi . 

      - To jest Jurt? - zainteresował si  Luke. 

      - Tak - potwierdziłem. - To jest Jurt. Jurt zerkn ł na niego szybko. Czułem,  e 

miecz przyci ga jego uwag . 

      - Co to za obiekt mocy trzymasz w dłoni? - zapytał. - Daj obejrze ! 

      Wyci gn ł r k , miecz szarpn ł si  w uchwycie Luke'a, ale si  nie wyrwał. 

      - Raczej nie - odparł Luke. 

      Jurt znikn ł. I po chwili zjawił si  za Lukiem, chwycił go za szyj  i przydusił. 

Luke złapał go jedn  r k , pochylił si , obrócił i rzucił Jurta przez rami . 

      Jurt wyl dował na plecach, ale Luke nie kontynuował natarcia.  

      - Wyci gnij ten miecz - warkn ł Jurt. - I daj mi go obejrze . - Otrz sn ł si  

jak pies i powstał. - No wi c? 

      - Nie potrzebuj  broni, by walczy  z tobie podobnymi. 

      Jurt wzniósł obie r ce nad głow  i zacisn ł pi ci. Zło ył je na chwil , a kiedy 

rozsun ł, prawa dło  wyci gn ła z lewej miecz. 

      - Powiniene  i  z tym do cyrku - ocenił Luke. - Natychmiast. 

      - Wyci gaj! - rozkazał Jurt. 

      - Nie podoba mi si  pomysł walki w ko ciele. Mo e wyjdziemy na zewn trz? 

      - Bardzo  mieszne. Wiem,  e masz tam armi . Nic z tego. A zachlapanie krwi  

kaplicy Jednoro ca sprawi mi nawet pewn  przyjemno . 

      - Spróbuj porozmawia  z Daltem - zaproponował Luke. - Jego te  podniecaj  

dziwne rzeczy. Mo e sprowadz  ci konia... czy lepiej kurczaka? Albo białe myszki 

i foli  aluminiow ? 

      Jurt zaatakował. Luke odsun ł si  i wyrwał kling  swego ojca. Sykn ła, 

zatrzeszczała i zadymiła, gdy sparował lekko i pchn ł. W oczach Jurta błysn ł 

l k; odskoczył, odbił atak, potkn ł si . Kiedy padał, Luke kopn ł go w brzuch, i 

miecz Jurta wyleciał w powietrze. 

      - To Werewindle! - wysapał Jurt. - Jak zdobyłe  miecz Branda? 

      - Brand był moim ojcem - rzekł Luke. Przez moment na twarzy Jurta pojawił 

si  wyraz szacunku. 

      - Nie wiedziałem... - szepn ł i znikn ł. 

      Czekałem. Wysun łem wokół magiczne czujniki. Ale byli my tylko Luke, ja i 

ta kobieta, która zatrzymała si  w pewnej odległo ci i obserwowała nas, jakby 

bała si  zbli y  w drodze do wyj cia. 

      Nagle Luke upadł. Jurt stał za nim i wła nie trafił go łokciem w kark. Schylił 

si , jakby chciał wyrwa  miecz. 

      - Musi by  mój! - zawołał. 

      Si gn łem przez pier cie  i uderzyłem pociskiem czystej energii. S dziłem,  e 

zmia d y organy wewn trzne i zmieni go w mas  zakrwawionej galarety. Tylko 

przez moment rozwa ałem u ycie mniej ni   miertelnej mocy. Wiedziałem,  e 

wcze niej czy pó niej jeden z nas zabije drugiego. Wolałem to załatwi , zanim on 

b dzie miał szcz cie. 

      Ale on ju  miał szcz cie. K piel w Fontannie wzmocniła go bardziej, ni  

s dziłem. Zakr cił si  trzy razy, jak potr cony przez ci arówk , i uderzył o 

background image

 

137 

cian . Osun ł si . Padł na ziemi . Krew pociekła mu z ust. Wygl dał, jakby miał 

zemdle . A potem oczy spojrzały przytomniej i wyci gn ł r ce. 

      Moc podobna do tej, któr  zaatakowałem, trafiła teraz we mnie. Zdumiała 

mnie jego zdolno  do zebrania sił i uderzenia odwetowego na takim poziomie i 

tak szybko. Mniej si  zdziwiłem,  e zdołałem odbi  cios. Zrobiłem krok naprzód i 

spróbowałem podpali  go pi knym zakl ciem, jakie zasugerował mi pier cie . 

Jurt wstał i osłonił si  przed nim w ci gu sekundy, gdy tylko ubranie zacz ło na 

nim dymi . Zbli ałem si  nadal. Wytworzył pró ni  wokół mnie. Przebiłem j  i 

oddychałem. Rzuciłem czar tarana; był jeszcze silniejszy od pierwszego ciosu, a 

podpowiedział mi go pier cie . 

      Jurt znikn ł, zanim atak doszedł do celu, a w  cianie za jego plecami pojawiło 

si  metrowe p kni cie. Posłałem dookoła wici czujników i wykryłem go kilka 

sekund pó niej, przykucni tego na wysokim gzymsie. Skoczył na mnie, kiedy 

podniosłem głow . 

      Nie wiedziałem, czy złami  sobie r k , czy nie, ale i tak warto było spróbowa . 

Wzniosłem si  w powietrze. Planowałem min  go mniej wi cej w połowie drogi i 

trafi  z lewej, co powinno złama  mu szcz k , a przy okazji kark. Niestety, 

przełamało te  moje zakl cie lewitacji i obok niego run łem na ziemi . 

      Kobieta krzykn ła gło no i ruszyła do nas biegiem. Przez chwil  le eli my 

oszołomieni. Potem Jurt przewrócił si  na brzuch, wyci gn ł r k , uniósł si , 

upadł, wyci gn ł znowu... 

      Jego dło  opadła na r koje  Werewindle'a. Musiał wyczu  mój wzrok, kiedy 

zaciskał palce, bo zerkn ł na mnie i u miechn ł si . Luke wymruczał jakie  

przekle stwo. Rzuciłem w Jurta czarem zamra ania, ale wyatutował si , zanim 

uderzył w niego zimny front. 

      Kobieta krzykn ła ponownie. Zanim jeszcze si  odwróciłem, poznałem jej głos 

- to była Coral. 

      Jurt pojawił si  znowu, zderzył si  z ni  od tyłu, odnalazł jej krta  ostrzem tej 

jasnej, dymi cej klingi. 

      - Nie rusza  si ... - wysapał. - Bo wytn  jej... - dodatkowy u miech. 

      Nerwowo szukałem jakiego  szybkiego zakl cia, które wyko czy go, nie 

nara aj c Coral. 

      - Nawet nie próbuj, Merle - zagroził. - Wyczuj ...  e si  zbli a. Zostaw mnie... 

w spokoju... na pół minuty... a po yjesz... troch  dłu ej. Nie wiem... sk d znasz te 

sztuczki... ale nie uratuj  ci ... 

      Dyszał ci ko i spływał potem. Krew wci  ciekła mu z ust. 

      - Pu  moj   on  - rozkazał Luke. Wstał. - Inaczej nigdzie ju  nie zdołasz si  

ukry  przede mn . 

      - Nie chc ,  eby  był mi wrogiem, synu Branda - odpowiedział Jurt. 

      - Wi c rób, co mówi , mały. Załatwiałem ju  lepszych od ciebie. 

      I nagle Jurt wrzasn ł, jakby jego dusza stan ła w ogniu, a Werewindle 

odsun ł si  od gardła Coral. Jurt odskoczył i zacz ł si  rzuca  jak marionetka o 

unieruchomionych stawach, któr  kto  nadal szarpie za sznurki. Coral odwróciła 

si  do niego, a plecami do Luke'a i do mnie. Uniosła dło  do twarzy. Po chwili 

Jurt upadł i zwin ł si  do pozycji embrionalnej. Zdawało mi si ,  e pada na niego 

czerwony blask. Dygotał cały i słyszałem, jak szcz ka z bami. 

background image

 

138 

      I wtedy znikn ł, ci gn c za sob  t cze. Zostawił krew i  lin , a zabrał 

Werewindle'a. Cisn łem po egnalny pocisk, ale wiedziałem,  e nie trafił. Na 

drugim ko cu widma czułem obecno  Julii i mimo wszystko ucieszyłem si ,  e 

jej nie zabiłem. Ale Jurt... Zrozumiałem, jak bardzo jest teraz gro ny. Pierwszy 

raz na polu walki nie pozostawił fragmentu swej osoby, a nawet co  ze sob  

zabrał. Co   mierciono nego. Uczył si , a to  le mi wró yło. 

      Obejrzałem si  i zanim Coral zsun ła na oko przepask , dostrzegłem 

czerwony błysk. Poj łem, co si  stało z Klejnotem Wszechmocy, cho  oczywi cie 

nie wiedziałem, dlaczego. 

      -  ona? - spytałem. 

      - Tak jakby... Tak - przyznała. 

      - Tak si  zło yło - wtr cił Luke. - Czy wy si  znacie?