background image

 

 

Cartland Barbara 

Ucieczka do raju 

 

Zarina  wyciągnęła  ręce,  a  on  przytulił  ją  do  siebie. 

Pocałował  ją  delikatnie,  jakby  bał  się  zrobić  jej  krzywdę,  a  jej 

wydało się nagle, że poniósł ją prosto ku słońcu,  gdzie skąpali 

się w złocistym blasku.  

Ten pierwszy pocałunek był uniesieniem i ekstazą.  

background image

Rozdział 1 

ROK 1887  

Wysiadłszy  z  powozu,  którym  przyjechała  na  wieś  z  Londynu, 

Zarina Bryden wbiegła, podekscytowana, na schody wiodące do drzwi 

frontowych. Stary lokaj, którego znała od dzieciństwa, czekał na nią w 

hallu.  

—  Dzień  dobry,  panno  Zarino  —  powiedział  —  serce  się  raduje 

na widok panienki.  

— Tak się cieszę z powrotu do domu Duncan! — odparła.  

Po krótkiej pogawędce Zarina przeszła do salonu. Rozejrzała się, 

witając  wszystkie  znajome  rzeczy,  których  nie  widziała  od  ponad 

roku.  

Po  katastrofie  kolejowej,  w  której  straciła  oboje  rodziców, 

zmuszona  była  opuścić  dom  rodzinny  i  przenieść  się  do  Londynu. 

Zamieszkała  u  stryjostwa;  była  to  rozsądna  decyzja,  ponieważ 

uczęszczała  wówczas  do  Seminarium  dla  Panienek  w  Kinghtsbridge, 

szkoły dla córek arystokracji. Zawarła tam wiele nowych przyjaźni.  

Po  ukończeniu  szkoły,  jako  debiutantka,  była  zapraszana  na 

najelegantsze przyjęcia i najwytworniejsze bale. Powodzenie, którym 

się  cieszyła,  wydawało  się  czymś  oczywistym:  Zarina  była  nie  tylko 

piękna,  ale  również  bardzo  bogata,  odziedziczyła  bowiem  cały 

pokaźny  majątek  pułkownika  Harolda  Brydena,  którego  była  jedyną 

córką.  

background image

Dostała  także  olbrzymi  spadek  po  swojej  amerykańskiej  matce 

chrzestnej,  przyjaciółce  matki,  która  z  okazji  chrzcin  przyjechała  do 

Anglii.  Pani  Vanderstein,  szczycąca  się  domieszką  krwi  rosyjskiej, 

przekazanej  jej  przez  któregoś  z  przodków,  nalegała,  by  córka 

chrzestna  nosiła  jej  imię.  Wyszedłszy  dwukrotnie  za  mąż,  nie  miała 

własnych dzieci, toteż umierając zapisała cały swój majątek Zarinie.  

Wyższe  sfery  towarzyskie  Londynu  były  żywo  zainteresowane 

amerykańskimi  dziedziczkami.  Nic  więc  dziwnego,  że  Zarina, 

posiadająca ogromne konto w banku, przyciągała powszechną uwagę. 

Jednakże  młodzi  ludzie,  którzy  proponowali  jej  małżeństwo,  nie 

kierowali  się  wyłącznie  myślą  o  stosach  dolarów;  ich  właścicielka 

była niewątpliwie pięknością.  

Obecnie  sezon  towarzyski  dobiegł  końca  i  Zarina  postanowiła 

wrócić  do  siebie  na  wieś.  Był  tam  jej  dom  rodzinny  —  jedyny 

prawdziwy  dom.  Chciała  do  niego  powrócić  już  wcześniej,  ale 

stryjostwo  obawiali  się,  by  nie  odżyła  w  niej  rozpacz,  w  której 

pogrążona była po stracie rodziców.  

Rozglądając  się  po  salonie,  Zarina  myślała,  jak  wiele  znaczy  dla 

niej Bryden Hall. Tak dobrze pamiętała matkę, siedzącą w fotelu przy 

oknie.  Tam  właśnie  siadywała,  czytając  córce  baśnie,  które  Zarina 

uwielbiała  w  dzieciństwie.  Ojciec  z  kolei  przekazał  jej  miłość  do 

książek,  które  wypełniały  bibliotekę.  Opowiadał  też  córce  o 

fascynujących podróżach do różnych krajów, które zwiedził.  

— Kiedy tylko dorośniesz, dziecinko — obiecywał— zabiorę cię 

do Egiptu, by pokazać ci piramidy, a następnie popłyniemy otwartym 

background image

zaledwie  przed  osiemnastu  laty  Kanałem  Sueskim  na  Morze 

Czerwone.  

— Pojedźmy teraz, papo — prosiła Zarina.  

Ale ojciec potrząsnął głową.  

— Musisz jeszcze nauczyć się wiele tu, na miejscu, nim zaczniesz 

zwiedzać świat. Mówiłem ci wielokrotnie, że lubię mieć do czynienia 

z  kobietami  światłymi,  jak  twoja  matka,  a  nie  z  pustymi  i  próżnymi 

paniami, których pełno w salonach.  

Zarina  pamiętała  świetnie  pogardę,  z  jaką  ojciec  wyrażał  się  o 

wielu  pięknościach  święcących  triumfy  w  salonach  Londynu. 

Znalazłszy  się  w  eleganckim  towarzystwie,  Zarina  zorientowała  się, 

że panie te cieszą się szczególnym zainteresowaniem księcia Walii.  

Oczywiście  ona  sama  również  widziała  jego  książęcą  mość, 

eleganckiego,  pełnego  werwy  i  fantazji  kawalera.  Rówieśniczki 

poinformowały ją dość prędko, że książę nie zwraca uwagi na młode 

dziewczęta  i  że  Zarina  nie  zostanie  z  pewnością  zaproszona  do 

Marlborough  House,  na  czym  jej,  prawdę  powiedziawszy,  zupełnie 

nie zależało.  

Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  jej  stryjenka  Edith  radowałaby 

się każdą chwilą spędzoną w obecności następcy tronu. Lady Bryden 

znała  zresztą  wiele  spośród  grona  najbardziej  dystyngowanych  pań. 

Stryj  Zariny,  generał  sir  Aleksander  Bryden,  był  komendantem 

kawalerii królewskiej i, z tej racji, persona grata w wyższych kręgach 

towarzyskich.  

background image

Dla  bratanicy  był  on  postacią  budzącą  onieśmielenie,  nawet  lęk. 

Zarina  zrozumiała  prędko,  że  chcąc  zrealizować  swoje  zamierzenia, 

musi  zdobyć  wcześniej  aprobatę  swego  opiekuna.  Niełatwo  przyszło 

jej  przekonać  stryja,  że  z  końcem  sezonu  towarzyskiego  powinna 

wrócić do domu.  

— Twoja stryjenka ma bardzo wiele różnych zajęć i obowiązków 

w Londynie — stwierdził.  

—  Wobec  tego,  stryju  Aleksandrze,  mam  taki  pomysł  — 

oznajmiła  Zarina  pojedźmy  na  kilka  dni  do  Bryden  Hall  we  dwoje. 

Muszę przekonać się osobiście, jak się sprawy mają na miejscu. Poza 

tym  teraz,  kiedy  papa  nie  żyje,  ludzie  w  miasteczku  i  ci,  którzy 

pracują w majątku, są moimi ludźmi.  

Przedstawiła  to  w  taki  sposób,  jakby  dopatrzenie  zarządzania 

majątkiem  było  jej  obowiązkiem,  wiedząc,  że  tego  rodzaju  argument 

trafi do przekonania stryjowi. Skapitulował istotnie, mówiąc:  

— Dobrze, Zarino, pojedziemy na wieś w czwartek i zostaniemy 

tam  około  tygodnia.  Postaram  się  namówić  twoją  stryjenkę,  żeby  do 

nas przyjechała, choć wiem, że musi być na zebraniach kilku różnych 

komitetów.  

Lady  Bryden  z  wielkim  zapałem  zajmowała  się  działalnością 

charytatywną,  zwłaszcza  że  ułatwiało  jej  to  bliższe  kontakty  ze 

znakomitym  towarzystwem  dystyngowanych  arystokratek,  a  nawet 

osób z rodziny królewskiej.  

Rozglądając  się  po  salonie,  Zarina  czuła  obecność  matki  tak 

wyraźnie, jakby za chwilę miała z nią porozmawiać. Spodziewała się, 

background image

że widok domu rodzinnego wzbudzi w niej takie uczucia, jednakże nie 

pragnęła od nich uciec.  

Drgnęła gwałtownie, usłyszawszy nagle głos Duncana.  

—  Panno  Zarino,  pewnie  będzie  panienka  chciała,  żeby  podać 

herbatę w bibliotece, jak bywało dawniej.  

—  Oczywiście,  Duncanie  —  odparła  Zarina.  —  Miło,  że  o  tym 

pomyślałeś.  

Zdjęła  kapelusz  i  płaszcz,  w  którym  podróżowała,  podając  je 

lokajowi.  

—  Moja  pokojówka  przyjedzie  brekiem,  razem  z  lokajem  pana 

generała.  Mam  nadzieję,  że  pani  Merryweather  zaznajomi  ją  z 

domem.  

— Na pewno zrobi to z przyjemnością, panno Zarino — zapewnił 

Duncan — a tymczasem pragnęłaby  zobaczyć się z panienką sama; i 

ona, i kucharka, oraz oczywiście Jenkins, który jest w stajni.  

Zarina uśmiechnęła się.  

—  Chcę  zobaczyć  wszystkich  i  wszystko.  Ach,  Duncanie, 

cudownie jest znaleźć się znów w domu! Tęskniłam za każdym z was, 

tak jak tęsknię za papą... i mamą...  

Na  myśl  o  rodzicach  łzy  zakręciły  jej  się  w  oczach.  Duncan 

poklepał  ją  po  ramieniu,  jak  zwykł  to  robić  w  czasach,  kiedy  była 

dzieckiem, mówiąc:  

—  Proszę  się  nie  smucić,  panno  Zarino.  Pan  z  pewnością 

życzyłby  sobie,  żeby  panienka  była  dzielna,  a  przy  tym  teraz,  po 

powrocie, czeka na panienkę tyle rzeczy do zrobienia.  

background image

Zarina  otarła  łzy,  idąc  wraz  z  lokajem  korytarzem  prowadzącym 

do  biblioteki. Był  to  piękny  pokój  z  biegnącą  wzdłuż  jednej  ze  ścian 

mosiężną  galeryjką,  na  którą  wchodziło  się  po  kręconych 

drewnianych  schodkach.  Zarina  uwielbiała  się  na  nie  wspinać  w 

dzieciństwie.  Pomyślała,  że  kiedy  znajdzie  się  sama,  wejdzie  na  nie, 

jak niegdyś.  

Herbata czekała przed kominkiem. Teraz, w  lecie, nie palił się w 

nim ogień, natomiast wypełniały go kwiaty.  

— Jak panienka myśli, kiedy powinien zjawić się pan generał? — 

spytał  Duncan.  —  Jeśli  spodziewany  jest  lada  chwila,  to  przyniosę 

drugą filiżankę.  

—  Stryj  podróżuje  pociągiem,  więc  powinien  przybyć  wpół  do 

siódmej, akurat na kolację — odparła Zarina. — Powiedz Jenkinsowi, 

żeby wyjechał po niego na stację.  

—  Dobrze,  panno  Zarino.  Czy  jej  lordowska  mość  będzie  mu 

towarzyszyła?  

—  Nie,  moja  stryjenka  musiała  zostać  w  Londynie  —  wyjaśniła 

Zarina  i,  uśmiechając  się  do  starego  lokaja,  dodała:  —  Właściwie 

najlepiej  byłoby  mi  tutaj  samej.  Pewna  jestem,  że  w  oczekiwaniu  na 

mój przyjazd Jenkins trzyma konie w gotowości.  

— To się rozumie, panno Zarino! Pucował je tak, że sierść im lśni 

jak atłas.  

Zarina  roześmiała  się.  Wiedziała,  że  wszyscy  starali  się,  by  jej 

powrót  do  domu  był  radosny.  Mieszkając  w  Londynie,  utrzymywała 

cały  czas  kontakt  z  panem  Bennettem,  któremu  została  powierzona 

background image

piecza  nad  domem  i  majątkiem.  Ojciec  darzył  go  zaufaniem,  więc 

Zarina wiedziała, że ona również może mu zaufać.  

Pan Bennett pisał do niej co tydzień, donosząc o wydarzeniach w 

miasteczku  i  o  tym,  co  dotyczyło  ludzi  zatrudnionych  w  posiadłości. 

Zarina  wysyłała  listy  z  powinszowaniami  do  par  obchodzących  złote 

wesele  oraz  prezenty  dla  młodych  ludzi  wstępujących  w  związki 

małżeńskie,  a  także  życzenia  z  okazji  narodzin  dzieci.  Poinstruowała 

też  pana  Bennetta,  by  podwyższył  zarobki  tym,  którzy  dla  niej 

pracowali. Mogła sobie na to pozwolić, a pragnęła, by jej majątek był 

co najmniej w równie kwitnącym stanie, jak za czasów ojca.  

Zasiadłszy  do  herbaty,  Zarina  zaczęła  wypytywać  Duncana  o 

wszystkie  znajome  osoby.  Pastor,  który  przygotowywał  ją  do 

konfirmacji, należał do najmilszych przyjaciół.  

— Wielebny nic się nie zmienił — powiedział Duncan. — Trochę 

się tylko postarzał i włosy mu siwieją, ale jest zawsze tak samo dobry.  

Zamilkł na chwilę, po czym dorzucił:  

—  No  i  ma  trochę  kłopotów  z  synem,  pan  Bennett  pewnie 

panience o tym wspominał.  

—  Wiem,  że  pan  Walter  zmieniał  trzykrotnie  pracę  w  ubiegłym 

roku — odparła Zarina. — Ale w końcu chyba się już ustatkował?  

Duncan potrząsnął głową przecząco.  

— Z panem Walterem to nigdy nic nie wiadomo.  

Przez chwilę rozmawiali jeszcze o rodzinie pastora, potem Zarina 

spytała  o  doktora  i  jego  dzieci,  a  następnie  o  właścicieli  sklepu. 

background image

Dowiedziała  się  z  przyjemnością,  że  wszyscy  nadal  zajmują  się  tym, 

czym się zawsze zajmowali i że zmian jest niewiele.  

Skończywszy 

pić 

herbatę, 

zostawiła 

Duncana 

zajętego 

sprzątaniem  nakrycia  i  poszła  na  górę.  Dobiegły  do  niej  głosy 

pokojówki  i  pani  Merryweather,  rozmawiających  w  sypialni. 

Minąwszy  uchylone  drzwi  szła  dalej,  w  kierunku  głównej  sypialni, 

którą zajmowali w przeszłości jej rodzice.  

Po  wejściu  do  środka  owionął  ją  natychmiast  zapach  suszonych 

kwiatów potpourri i lawendy; znów ogarnęło ją uczucie, że rodzice są 

w  pobliżu  i  czekają  na  nią.  Podeszła  do  okien,  odsłaniając  zasłony  i 

wpuszczając  do  pokoju  słońce.  Popatrzyła  na  ogromne  łoże  z 

baldachimem. Jakże często w dzieciństwie wspinała się na nie, kładąc 

się  koło  matki  i  prosząc  o  opowiedzenie  bajki.  I  jak  tragiczny  był 

powrót do domu, w którym zabrakło rodziców.  

Wiedziała  jednak,  że  musi  do  niego  wrócić.  Miała  uczucie,  że 

stanowczo  zbyt  długo  zaniedbuje  ludzi,  którzy  dla  niej  pracują  i 

którzy ją kochają, ponieważ jest córką swego ojca.  

„Cokolwiek  powiedzą  stryj  Aleksander  i  stryjenka  Edith", 

pomyślała  sobie,  „zamierzam  zostać  tu  przynajmniej  przez  jesień". 

Przyznawała,  że  pobyt  w  Londynie  był  ekscytujący.  Powodzenie, 

którym się cieszyła, również sprawiało jej radość. Była jednak w pełni 

świadoma,  że  na  jej  widok  obecne  w  sali  balowej  starsze  damy 

szeptały do siebie:  

— To jest ta dziedziczka.  

background image

Podobnie  bywało,  gdy  pojawiała  się  na  przyjęciach,  obiadach, 

zabawach.  Zrazu  czuła  się  z  tego  powodu  nieswojo;  usiłowała 

ignorować  sytuację,  choć  zdawała  sobie  sprawę,  że  jej  fortuna  jest 

rodzajem  etykietki.  Nie  sposób  było  przed  tym  uciec.  Będąc  jednak 

osobą  inteligentną,  powiedziała  sobie,  że  nie  powinno  to  stanowić 

bariery pomiędzy nią a innymi ludźmi.  

Niemniej  miała  się  zawsze  na  baczności,  gdy  któryś  z  młodych 

kawalerów prowadził ją do ogrodu, gdzie oświadczał bez wstępów:  

— Zarino, kocham panią i pragnę nade wszystko, by została pani 

moją żoną.  

Wszyscy  ci  młodzi  ludzie  wydawali  się  zupełnie  szczerzy.  I 

wszyscy  wyglądali  na  bardzo  zakochanych.  Jednakże  Zarina  została 

uprzedzona, że każdy jest potężnie zadłużony. Część z nich stanowili 

młodsi  synowie  dystyngowanych  arystokratów,  bez  nadziei  na 

majątek, który miał przypaść najstarszemu bratu.  

Ponadto,  choć  usiłowała  z  tym  walczyć,  budziły  w  niej 

odruchową  nieufność każde  oświadczyny,  które  następowały  po  zbyt 

krótkiej,  w  jej  pojęciu,  znajomości.  Bo  jakiż  mógł  być  powód 

podobnego  pośpiechu  poza  tym,  że  młody  człowiek  gwałtownie 

potrzebował pieniędzy? Dlaczego nie mógł poczekać, nie próbował jej 

lepiej  poznać?  Miałby  wówczas  szansę  przekonać  się,  czy 

rzeczywiście są w sobie zakochani.  

Na  wszystkie  te  pytania  nasuwała  jej  się  jednakowa  odpowiedź: 

nadgorliwy  adorator  obawiał  się,  by  go  ktoś  nie  ubiegł.  Ubiegnięcie 

konkurentów oznaczało zapanowanie nad jej fortuną.  

background image

„A  gdybym  nie  miała  ani pensa?",  pomyślała  któregoś  wieczora. 

„Zastanawiam się, co by się wówczas działo".  

Wróciła  właśnie  z  balu,  podczas  którego  oświadczyło  jej  się 

trzech  kawalerów.  Wiedząc,  jak  wygląda  prawda,  czuła  się  bardzo 

upokorzona.  

Teraz, otwierając okno w sypialni rodziców, powiedziała sobie, że 

jest  w  domu,  gdzie  kochano  ją,  nim  stała  się  bogata.  Ludzie 

obdarzający  ją  miłością  nie  będą  kochali  jej  bardziej  dlatego,  że  ma 

obecnie takie mnóstwo amerykańskich dolarów w banku. Wyjrzała na 

ogród,  patrząc  na  gładkie,  zielone  trawniki  i  mieniące  się  kolorami 

klomby kwiatowe. Poza nimi widniały drzewa, na które wspinała się, 

kiedy tylko dostatecznie podrosła.  

„Kocham  to  wszystko!  Kocham  każde  źdźbło  trawy,  każdego 

ptaka na gałązce drzewa i każdą pszczołę brzęczącą wśród kwiatów", 

myślała. „Jestem w domu. W domu! Tej radości nikt mi nie zabierze!"  

Zarina  pozostała  przez  długi  czas  w  sypialni  rodziców.  Potem 

przeszła  do  przyległego  buduaru,  gdzie  było  tak  wiele  ukochanych 

przedmiotów  matki.  Stały  tam  porcelanowe  cacka,  o  których 

opowiadała córce przeróżne historie; na ścianach wisiały obrazy, które 

ofiarował jej mąż, ponieważ kochała malarstwo francuskie.  

Znajdowały  się  tam  również  wybrane  książki,  do  których  matka 

powracała  wielokrotnie,  twierdząc,  że  są  dla  niej  pociechą  i 

inspiracją.„Ja  także  będę  je  czytała  od  nowa",  obiecała  sobie  Zarina, 

„tak, jak to robiłam niegdyś".  

background image

W jakiś czas później przed domem zatrzymał się powóz i Zarina 

zorientowała się, że przywiózł on stryja. Nie pragnęła jego przybycia, 

znacznie lepiej czułaby się sama. Kiedy jednak napomknęła, że nie ma 

powodu, by wyrywać generała z Londynu, stryjenka przeraziła się nie 

na żarty.  

— W żadnym razie nie możesz być beż opieki!  

— Przecież jadę do mojego własnego domu — zauważyła Zarina.  

— Nie jesteś dzieckiem, które można powierzyć niani — odparła 

ostro  stryjenka  Edith.  —  Jesteś  młodą  kobietą.  W  przypadku  wizyty 

jakiegokolwiek  dżentelmena  nawet  zwykła  rozmowa  bez  opiekuna 

czy przyzwoitki byłaby czymś wysoce niestosownym.  

Zarina  zrozumiała,  że  nie  ma  sensu  oponować  i  zaakceptowała 

nieuchronny dozór. A teraz stryj był na miejscu. Przyszło jej na myśl, 

że  jego  obecność  zepsuje  atmosferę  panującą  w  domu  i  jej  radość  z 

powrotu.  

Idąc korytarzem w stronę swojej sypialni, Zarina słyszała gromki i 

władczy głos stryja, dochodzący z hallu. Wszedłszy do pokoju, zastała 

w nim panią Merryweather i ucałowała ją ciepło.  

—  Panno  Zarino,  z  wielką  radością  widzimy  panienkę  w  domu! 

— wykrzyknęła gospodyni.  

—  Cudownie  być  znów  u  siebie  —  odrzekła  Zarina.  —  A  dom 

wygląda  równie  wspaniale,  jak  zawsze.  Jestem  wam  za  to  ogromnie 

wdzięczna.  

background image

—  Staraliśmy  się,  żeby  wszystko  było  jak  najlepiej  — 

powiedziała pani Merryweather z usprawiedliwioną satysfakcją. — 

teraz panienka jest znowu z nami, zupełnie jak za dawnych czasów.  

Zarina  wzięła  kąpiel  w  wannie,  którą  pokojówki  ustawiły  przed 

kominkiem. Dwaj lokaje przynieśli w lśniących mosiężnych konwiach 

gorącą  wodę  do  jej  napełnienia.  Zarina  przeniosła  się  na  chwilę  w 

odległe  czasy  dzieciństwa,  udając,  że  jest  znów  małą  dziewczynką. 

Spodziewała się niemal usłyszeć ponaglający głos niani:  

— Dalejże, panno opieszalska, pora spać!  

Teraz  jednak  musiała  włożyć  na  siebie  jedną  z  wytwornych, 

kosztownych  sukien,  wybranych  dla  niej  przez  stryjenkę  Edith,  a 

następnie zejść na dół.  

Po  kilku  minutach  do  salonu  wszedł  stryj.  Prezentował  się  w 

stroju wieczorowym bardzo elegancko. Jego siwe, nieco przerzedzone 

włosy  zaczesane  były  starannie  do  tyłu.  Cała  postać  generała,  wedle 

określenia  jego  własnego  lokaja,  wyglądała,  jak  z  żurnala".  Zarina 

świadoma była, że podobnej schludności wymagał stryj od żołnierzy, 

którymi dowodził.  

—  Jestem,  Zarino  —  powiedział,  podchodząc do  niej.  —  Pociąg 

miał opóźnienie, jak można się było spodziewać.  

—  Miło  mi  stryja  powitać  —  odparła  Zarina,  całując  go  w 

policzek.  —  Duncan  otworzył  butelkę  szampana,  żeby  uczcić  mój 

powrót do domu.  

background image

— Szampana, powiadasz! — zakrzyknął generał. — Nie odmówię 

go z pewnością po całej tej męczącej podróży. Ludzie zachwycają się 

wygodą kolei żelaznej, ale ja nadal wolę moje konie.  

— Podzielam opinię stryja — odpowiedziała Zarina z uśmiechem. 

—  Nasza  podróż  trwała  niewiele  ponad  trzy  godziny  i  rozkosznie 

jechało się wśród pól i łąk.  

Podczas  obiadu  rozmowa  zeszła  na  temat  majątku  i  generał 

oznajmił:  

— Jutro odwiedzimy farmy, zobaczymy też, jak postępuje wyrąb 

tych drzew, które zostały powalone w lasach przez wichury zimowe.  

—  Jestem  pewna,  że  zastaniemy  wszystko  w  najlepszym 

porządku  —  zapewniła  Zarina.  —  Pan  Bennett  jest  bardzo 

kompetentnym zarządcą.  

—  Nie  należy  jednak  zaniedbywać  osobistego  doglądania 

najmniejszego  źdźbła  we  własnej  posiadłości  —  oświadczył  generał. 

— Zamierzam tego dopatrzyć nim wrócimy do Londynu, moja droga.  

Po krótkiej chwili milczenia Zarina powiedziała:  

—  Myślałam  właśnie,  stryju  Aleksandrze,  że  chciałabym  zostać 

tutaj przynajmniej do zimy. Jest to w końcu mój własny dom; a jeżeli 

stryj i stryjenka Edith będą nalegali na towarzystwo opiekunki, mogę 

zawsze  poprosić  jedną  z  moich  byłych  guwernantek,  żeby  ze  mną 

zamieszkała.  

Generał  wypił  w  milczeniu  parę  łyków  czerwonego  wina  z 

kieliszka  napełnionego  przez  Duncana,  odzywając  się  dopiero  po 

chwili.  

background image

— O tym, moja droga, pragnę z tobą pomówić po obiedzie.  

Ze  sposobu,  w  jaki  wypowiedział  to  zdanie,  Zarina  odgadła,  że 

cokolwiek  stryj  ma  na  myśli,  nie  chce  tego  poruszać  przy  służbie. 

Zastanawiała się, o co też może mu chodzić.  

Rozmawiając ze stryjem na różne tematy, myślała jednak uparcie, 

że nie da się odwieść od swoich planów: zamierzała pozostać w domu 

rodzinnym.  Dzieliły  ją  przynajmniej  dwa  miesiące  od  pory,  którą 

nazywano sezonem zimowym, czyli od czasu, kiedy królowa powróci 

z  Balmoral.  W  tym  samym  okresie  zjedzie  do  Londynu  większość 

towarzystwa, które wyprawiło się na polowania do Szkocji.  

„Znacznie  bardziej  wolę  jeździć  konno  po  moim  własnym 

majątku,  niż  przemierzać  truchtem  Rotten  Row!",  powiedziała  sobie 

Zarina.  

Przeczuwała,  że  stryj  będzie  przeciwny  wszelkim  wysuniętym 

przez  nią  propozycjom.  I  naturalnie  będzie  się  spodziewał  po  niej 

posłuszeństwa. „Nie mam zamiaru mu ulegać", myślała z oburzeniem. 

„Prawda,  że  jest  moim  prawnym  opiekunem,  ale  wydaję  własne 

pieniądze i mogę podejmować własne decyzje". Mimo wszystko była 

jednak pełna obaw.  

Wypili kawę. Skończywszy niewielki kieliszek portwajna, generał 

opuścił jadalnię w towarzystwie bratanicy. Uprzedził ją wcześniej, że 

nie  pragnie,  by,  utartym  zwyczajem,  zostawiała  go  samego  przy 

winie.  Zarina  zastanawiała  się,  czy  stryj  nie  podejrzewa  jej  o  próbę 

uniknięcia rozmowy pod pretekstem wcześniejszego pójścia do łóżka. 

„Właściwie  jestem  dość  zmęczona",  myślała  przechodząc  do  salonu. 

background image

„Ponadto  nie  chciałabym  żadnych  nieporozumień  ze  stryjem 

Aleksandrem pierwszego wieczoru w moim domu".  

Duncan  zapalił  kryształowy  żyrandol,  którego  światło  wydobyło 

cały  urok  pokoju.  Przez  głowę  Zariny  przemknęła  myśl,  że  gdyby 

tylko  czekali  tu  na  nią  rodzice,  wszyscy  troje  byliby  szczęśliwi. 

Przypomniała  sobie  śmiech,  którym  ojciec  kwitował  różne  jej 

dowcipne  wypowiedzi  i  czułość  w  obróconych  na  nią  oczach  matki; 

wiedziała dobrze, jak bardzo była im droga.  

Generał podszedł do kominka. Z wyrazu, malującego się na jego 

twarzy, Zarina wywnioskowała, że czeka ją kazanie. Zastanawiała się, 

czy  nie  popełniła  czegoś  niewłaściwego,  ale  nic  nie  przyszło  jej  do 

głowy.  Usiadła  więc  na  kanapce  nie  opodal,  czego  stryj  zdawał  się 

oczekiwać i złożyła skromnie ręce na kolanach.  

—  Jednym  z  powodów,  dla  których  nie  towarzyszyłem  ci  w 

drodze  do  domu,  Zarino  —  zaczął  generał  —  była  ważna  rozmowa 

dotycząca twojej osoby i twojej przyszłości.  

— Mojej osoby, stryju Aleksandrze? — zdumiała się Zarina.  

Mignęła jej myśl, że stryj musiał się widzieć z jednym z młodych 

ludzi, którzy poprosili ją o rękę poprzedniego wieczoru, podczas balu 

wydanego przez księżnę Devonshire. Bal ten należał do największych 

i  najbardziej  prestiżowych  okazji  towarzyskich.  Stryjenka  Edith  była 

zachwycona, dostawszy na niego zaproszenie.  

Devonshire House, znajdujący się przy Picadilly, zaliczany był do 

najwykwintniejszych  rezydencji  w  Londynie.  Okalający  go  ogród, 

schodzący  ku  Berkeley  Square,  otoczony  był  ogrodzeniem  o 

background image

pozłacanych  szpicach.  Właściciele  domu  należeli  do  jednego  z 

najświetniejszych 

rodów. 

Księżna, 

uprzednio 

żona 

księcia 

Manchester, była wielką pięknością. Obecnie podejmowała gości jako 

księżna  Devonshire  i  nikt  nie  ośmieliłby  się  nie  przyjąć  jej 

zaproszenia.  

—  Będziesz  się  radowała  każdą  minutą  tego  balu  —  oznajmiła 

Zarinie podnieconym tonem lady Bryden, przeczytawszy zaproszenie. 

— Oczywiście trzeba ci będzie sprawić nową suknię, mimo że masz w 

szafie dwie, których jeszcze nigdy nie włożyłaś.  

Zarina uważała, że jest to zupełnie zbędny wydatek.  

Choć  pieniądze  nie  stanowiły  problemu,  żal  jej  było  czasu 

traconego na kolejne przymiarki, gdy w tej samej porze mogła jeździć 

konno  lub  wybrać  się  na  spacer  powozem  po  parku.  Jednakże,  nie 

chcąc  robić  przykrości  stryjence,  udała  się  do  nadzwyczaj 

ekskluzywnego sklepu przy Bond Street. Suknia okazała się zresztą jej 

najpiękniejszą  kreacją,  białą,  rzecz  jasna,  ponieważ  żadna  de'butante 

nie ośmieliłaby się pokazać w toalecie kolorowej.  

Suknia  wyszywana  była  perłami  i  diamantem,  podkreślała 

wyjątkową  szczupłość  talii  jej  właścicielki.  Stanowiła  także  idealne 

tło  dla  białej  karnacji  Zariny  i  jej  jasnych,  połyskujących  złociście 

włosów.  Nic  dziwnego,  że  przybywszy  na  bal,  całe  skrzące  się  od 

diamentów,  obie  panie  zrobiły  furorę,  choć  sala  pełna  była  osób 

zajmujących znacznie wyższe miejsca w hierarchii towarzyskiej.  

Zarina  była  oblegana  przez  partnerów.  Nim  nad  ranem  opuściła 

bal,  oświadczyło  jej  się  dwóch  młodych  ludzi.  Odmówienie  im  było 

background image

sprawą  kłopotliwą,  a  jeszcze  trudniej  przyszło  jej  uciec  przed  ich 

natarczywością.  Nauczyła  się  jednak  odsyłać  swoich  adoratorów  „na 

rozmowę" do stryja. Metoda okazała się wielce skuteczna; generał był 

postacią  onieśmielającą  i  przytłaczającą.  Toteż  kolejni  konkurenci 

opuszczali  dom  przy  Belgrave  Square  „z  podwiniętym  pod  siebie 

ogonem", wedle określenia stryja.  

—  Znam dokładnie  sytuację  tego  młodego  chłystka, który  złożył 

mi  wizytę  dziś  przed  południem  —  powiadał  generał.  —  Tkwi  w 

długach  po  uszy,  a  historia  jego  rodziny  jest  taka,  że  najgorszemu 

wrogowi nie życzyłbym, aby wszedł z nimi w koligację.  

—  Stryju  Aleksandrze,  dziękuję,  że  zechciał  się  stryj  z  nim 

rozprawić  —  odpowiadała  Zarina.  —  Mam  zawsze  trudności  z 

przekonaniem tych młodych ludzi, że nie pragnę wychodzić za mąż.  

—  Postąpiłaś  dokładnie,  jak  należy,  odsyłając  go  do  mnie  — 

wyrażał swą aprobatę generał.  

Stryj  był  więc  istotnie,  w  pojęciu  bratanicy,  znakomitym 

cerberem,  choć  wątpliwe,  czy  usłyszawszy  określenie  Zariny, 

poczytałby  je  za  komplement.  W  tym  wypadku,  ponieważ  żaden  z 

dwóch  młodych  adoratorów  nie  był  pożądanym  konkurentem,  Zarina 

nie miała najmniejszej ochoty widzieć się z nimi ponownie.  

— Być może zdziwisz się — zaczął generał — gdy usłyszysz, że 

jakieś  pół  godziny  po  twoim  wyjeździe  złożył  mi  wizytę  książę 

Malnesbury.  

Zarina  zastanawiała  się,  w  jaki  sposób  ta  wiadomość  może  jej 

dotyczyć.  

background image

— Znam go od bardzo wielu lat — ciągnął generał. — Trzeba ci 

wiedzieć,  że  nim  odziedziczył  tytuł  i  majątek,  służyliśmy  w  tym 

samym  pułku.  Jednakże,  powiadomiony  o  jego  wizycie,  nie  od  razu 

zorientowałem się w jej celu.  

Słuchająca  w  milczeniu  Zarina  pomyślała,  że  stryj  zdaje  się 

krążyć wokół tematu.  

—  Otóż  Malnesbury  —  podjął  generał  wolno,  jakby  rozważając 

każde kolejne słowo — przyszedł poprosić mnie, co jest niewątpliwie 

stosowne  i  powinno  posłużyć  za  przykład  niejednemu  młokosowi,  o 

pozwolenie ubiegania się o twoje względy.  

Zarina spojrzała na stryja rozszerzonymi ze zdziwienia oczami.  

—  O  moje...  względy?  —  powtórzyła.  —  Co  to  właściwie 

znaczy?  

— To znaczy, moja droga, czego powinnaś się sama domyślić, że 

spotkał cię niemały zaszczyt: jego książęca mość pragnie pojąć cię za 

żonę.  

W  pierwszej  chwili  Zarina  oniemiała.  Dopiero  po  paru  minutach 

zdołała wydobyć z siebie głos:  

— Za żonę? Ależ... on jest bardzo stary!  

—  Malnesbury  musi  mieć  nieco  ponad  pięćdziesiąt  pięć  lat  —

odrzekł generał. — Ale cieszy się dobrym zdrowiem, jako że uprawia 

różne sporty i spędza większość czasu u siebie na wsi.  

—  Przypominam  sobie,  że  rozmawiałam  z  nim  na  przyjęciu  u 

lady  Coventry  w  ubiegłą  środę  —  powiedziała  Zarina.  —  I  zdaje  mi 

się,  że  tańczyłam  z  nim  na  tym  bardzo  nudnym  balu  na  Grosvenor 

background image

Square. Ale poza tymi dwiema okazjami nie zamieniłam z nim więcej 

ani słowa.  

Roześmiała się.  

— Stryj przekonał go, mam nadzieję, że jego zamysły są zupełnie 

nierealne.  

—  Nierealne?  —  wykrzyknął  generał.  —  Czy  zdajesz  sobie 

sprawę, co powiedziałaś?  

—  Oczywiście  —  odparła  Zarina.  —  Mówiąc  między  nami, 

stryju,  dziwi  mnie,  że  człowiek,  który  mógłby  być  niemal  moim 

dziadkiem, wysunął równie śmieszną propozycję.  

— Chyba doprawdy nie wiesz, co mówisz — oświadczył generał 

ostro.  —  Nie  twierdzę,  że  można  zaliczyć  Malnesbury'ego  do 

młodzików. Jednakże od pięciu lat jest wdowcem i nie ma dziedzica. 

—  Przerwał,  patrząc  na  nią  gniewnie  spod  zmarszczonych  brwi.  —

Tak,  o  ile  sobie  dobrze  przypominam,  ma  pięć  czy  sześć  córek,  ale 

żadnego syna.  

— Nie interesują mnie zupełnie jego dzieci — oznajmiła Zarina. 

—  I  byłoby  wielkim  błędem,  stryju  Aleksandrze,  robić  mu 

najmniejsze nadzieje. Nie wyszłabym za mąż za księcia nawet wtedy, 

gdyby był jedynym mężczyzną na Ziemi.  

— Na miły Bóg! Moja panno, czyś ty rozum postradała? — spytał 

generał  rozsierdzony.  —  Większość  młodych  kobiet  czułaby  się 

uszczęśliwiona,  gdyby  książę  Malnesbury  rzucił  im  choć  jedno 

spojrzenie.  

Zająknąwszy się niemal z oburzenia generał kontynuował:  

background image

—  Książę  pragnie  pojąć  cię  za  żonę!  Za  żonę,  ty  nierozumna 

dziewczyno!  Oznacza  to,  że  zostaniesz  księżną  i  będziesz  piastowała 

tradycyjną godność damy przy dworu królowej.  

Zarina zacisnęła dłonie.  

—  Stryju  Aleksandrze,  mogę  tylko  powtórzyć,  co  powiedziałam: 

popełni  stryj  wielki  błąd,  utwierdzając  księcia  w  przekonaniu,  że 

mogę  przyjąć  jego  oświadczyny.  Wspomniałam  już,  że  nie 

poślubiłabym  go  nawet  wówczas,  gdyby  był  jedynym  mężczyzną  na 

świecie.  

—  Otóż  mylisz  się;  mylisz  się  ogromnie  —  oświadczył  generał 

powoli.  —  Odpowiedziałem  księciu,  że  traktuję  przychylnie  jego 

propozycję  i  że  nie  tylko  może  zalecać  się  do  ciebie,  ale  że  ja  sam 

akceptuję go z całego serca, jako twojego przyszłego męża.  

Zarina  zaczerpnęła  gwałtownie  powietrza.  Z  tonu  i  słów  stryja 

nietrudno  jej  było  pojąć,  że  próbuje  narzucić  jej  swoją  wolę. 

Wiedziała,  że  będzie  musiała  podjąć  walkę,  żeby  ocalić  swoją 

wolność.  

— Może stryj tego nie rozumie — powiedziała — ale ja naprawdę 

nie  pragnę  zostać  księżną,  ani  wyjść  za  kogokolwiek,  kogo  nie 

kocham... A jak mogłabym pokochać kogoś takiego, jak książę, który 

jest dość stary, by być moim dziadkiem?  

— Ta uwaga jest niedorzeczna i niezgodna z prawdą...  — zaczął 

generał.  

background image

— Może być niedorzeczna —przerwała Zarina — ale nie poślubię 

księcia  i  jeśli  stryj  zaaprobował  go  jako  mojego  konkurenta,  będzie 

stryj musiał poinformować go teraz, że zaszła pomyłka.  

Przez chwilę panowała napięta cisza, po czym generał przemówił 

tonem, którego mógłby użyć w stosunku do krnąbrnego rekruta:  

— Posłuchasz mnie, ponieważ nie masz żadnego wyboru!  

— Co stryj chce przez to powiedzieć? — spytała Zarina.  

— To mianowicie, że jestem twoim prawowitym opiekunem i do 

czasu ukończenia dwudziestu jeden lat jesteś mi winna posłuszeństwo, 

wedle prawa panującego w tym kraju.  

— Nie może mnie stryj zmusić do poślubienia kogoś, za kogo nie 

chcę wyjść!  

—  Poślubisz  go  —  oświadczył  generał  —  nawet  gdybym  był 

zmuszony zaprowadzić cię siłą do ołtarza! — Zmieniając ton, dorzucił 

ze  złością:  —  Kimże  ty  jesteś,  do  pioruna,  żeby  móc  sobie  pozwolić 

na  odrzucenie  takiej  osobistości,  jak  książę?  Owszem,  posiadasz 

fortunę  i  nie  powiem,  żeby  ta  okoliczność  nie  była  dla  księcia 

dogodna. Ale niezależnie od tego, on jest w tobie zakochany po uszy, 

ty pozbawiona rozsądku dziewczyno!  

Obrzuciwszy 

ją 

rozgniewanym 

spojrzeniem, 

generał 

kontynuował:  

—  Książę  zachwycał  się  twoją  urodą  i  wdziękiem.  Słuchając  go 

myślałem,  że  w  całym  kraju  nie  ma  chyba  panny,  którą  spotkałby 

równie szczęśliwy los.  

background image

—  Szczęśliwy  los!  —  zawołała  Zarina.  —  Być  żoną  starca, 

którego nie kocham, kiedy mam do wyboru tylu młodych, czarujących 

i przemiłych kawalerów?  

—  I  kimże  się  oni  okazali,  przynajmniej  do  tej  pory?  —  zapytał 

generał. — Bandą nicponiów, którzy poza bogatą kolekcją długów nie 

mieli ci nic do zaofiarowania.  

—  Chyba  stryj  przesadza  —  powiedziała  Zarina.  —  Poślubię 

jedynie  Człowieka,  którego  będę  kochała  i  który  mnie  pokocha 

wyłącznie dla mnie samej.  

Generał roześmiał się szyderczo.  

— Przypuszczasz, że z twoją fortuną znajdziesz mężczyznę, który 

zapragnie  cię  jedynie  dla  ciebie  samej?  Jeśli  tak  sądzisz,  to  żyjesz  w 

świecie  iluzji.  Większość  mężczyzn  kieruje  się  względami 

praktycznymi.  Żenią  się  dla  błękitnej  krwi,  posiadłości  albo  dla 

pieniędzy.  —  Urwał,  a  następnie  podjął:  —  Ty  masz  pieniądze;  ale 

choć  pochodzisz  z  dobrej,  przyzwoitej  rodziny  ziemiańskiej,  nie 

możesz się nawet porównywać z księciem Malnesbury. — Nabrawszy 

tchu, generał mówił dalej: — Powinnaś na kolanach dziękować Bogu, 

że człowiek tak dystyngowany, posiadający taką rangę społeczną, jak 

książę, pragnie cię pojąć za żonę.  

— Nie poślubię go, cokolwiek stryj powie — protestowała nadal 

Zarina.  

Była  bardzo  blada  i  drżały  jej  ręce,  ponieważ  przestraszyła  się 

stryja  nie  na  żarty.  Mimo  wszystko  jednak  zdecydowana  była 

obstawać przy swoim.  

background image

— Może stryj przytaczać następne argumenty, ale ja się nie dam 

przekonać — oświadczyła. — Powtarzam ostatni raz, że nie wyjdę za 

mąż za księcia.  

— Mylisz się wielce sądząc, że możesz mi stawiać opór — odparł 

generał  gniewnie.  —  Za  bardzo  ci  pobłażano  w  dzieciństwie,  jako 

jedynaczce i nadszedł czas, żeby ukrócić twoją samowolę, choćby za 

pomocą  rózgi.  —  Z  wyrazem  wściekłości  na  twarzy  dodał:  —  Nie 

rzucam  słów  na  wiatr  zapowiadając,  że  tak  właśnie  postąpię,  jeśli 

ośmielisz  się  okazać  mi  nieposłuszeństwo.  Nim  nadejdzie  czas 

powrotu do Londynu zrozumiesz, że robię to, co uważam za najlepsze 

dla  ciebie  i  całej  rodziny.  Nie  dopuszczam  żadnego  sprzeciwu. 

Poślubisz Malnesbury'ego.  

— Nie poślubię! Nie poślubię! — zawołała Zarina w odpowiedzi, 

zrywając się z kanapki.  

Podbiegła do drzwi. Stryj wyglądał tak groźnie, że bała się, by jej 

nie  uderzył.  Nacisnęła  klamkę  i  obejrzała  się,  przerażona,  że  może 

ruszył za nią.  

—  Nienawidzę  stryja!  —  krzyknęła.  —  Gdyby  żył  papa,  nie 

dopuściłby nigdy, żeby mnie stryj do czegoś przymuszał!  

Z  tymi  słowy  wybiegła  z  pokoju  i  zatrzasnęła  drzwi  za  sobą, 

kierując  się  w  stronę  schodów  i  swojej  sypialni,  jedynego 

sanktuarium, w którym mogła czuć się bezpieczna.  

background image

Rozdział 2 

Zarina  kręciła  się  i  przewracała  z  boku  na  bok  przez  całą  noc, 

szukając  nadaremnie  wytchnienia  we  śnie.  Jej  udręczone  myśli 

krążyły  uparcie  wokół  grożącego  jej  małżeństwa  z  księciem  — 

starym,  siwym,  powolnym  i  nudnym,  a  dla  niej  po  prostu 

odrażającym. Z nadejściem ranka znajdowała się na granicy histerii.  

Jedynym  ukojeniem  wydawała  jej  się  perspektywa  jazdy  konnej. 

Wstała  więc,  nim  zjawiła  się  pokojówka,  by  ją  obudzić  i  ubrać. 

Następnie  zeszła  bocznymi  schodami,  unikając  służących,  którzy 

kręcili się w hallu. Była już niemal na dole, gdy ujrzała pana Bennetta, 

który  wszedł  właśnie  bocznymi  drzwiami  i  skierował  się  w  stronę 

swego gabinetu.  

Zarina uprzednio oczekiwała z przyjemnością spotkania z nim, ale 

w  tej  chwili  nie  pragnęła  z  nikim  rozmawiać.  Nie  chciała  też 

wysłuchiwać  entuzjastycznych  relacji  na  temat  kwitnącego  stanu 

majątku.  Gdyby  miało  się  stać  wedle  woli  stryja,  zostałaby  wkrótce 

wywieziona, by zamieszkać w zamku księcia w Lincolnshire.  

Usłyszawszy, że pan Bennett zamyka za sobą drzwi do gabinetu, 

prześlizgnęła  się  przez  boczne  drzwi,  którymi  wszedł  zarządca.  Do 

stajni  nie  było  daleko.  Zgodnie  z  przewidywaniami  znalazła  w  niej 

Jenkinsa,  który  miał  w  swej  pieczy  konie  jej  ojca,  odkąd  mogła 

sięgnąć  pamięcią.  Spostrzegłszy  ją,  Jenkins  wyciągnął  rękę,  mówiąc 

na powitanie:  

—  Panna  Zarina!  Jakże  się  panienka  miewa?  Oj,  dawno  już 

panienka naszymi konikami nie jeździła.  

background image

—  To  prawda,  Jenkins.  Tęskniłam  do  nich  i  tak  się  cieszę  na 

myśl, że znów dosiądę konia. Czy wszystkie są w dobrej formie?  

—  Proszę  tylko  pójść  i  spojrzeć  na  nie,  panienko  —  powiedział 

Jenkihs z dumą.  

Zarina  weszła  do  stajni,  przechodząc  od  konia  do  konia. 

Wszystkie  były  niewątpliwie  w  kwitnącym  stanie;  nie  znalazłoby  się 

chyba lepszego stajennego od Jenkinsa.  

—  Osiodłaj  mi  Kingfishera  —  poprosiła  po  zakończeniu 

inspekcji. — Chcę odwiedzić wszystkie ulubione zakątki.  

—  Myślałem  sobie,  że  tak  właśnie  panienka  powie  —  odparł 

Jenkins uradowanym tonem.  

Zdjął uzdę oraz siodło i podchodząc do konia zauważył:  

— Panno Zarino, proszę nie przejeżdżać dzisiaj w pobliżu Priory. 

Tylko się panienka zmartwi.  

— Doprawdy? — zdziwiła się Zarina. — Dlaczegóż to?  

Jenkins  założył  uzdę  i  zabierając  się  do  zapinania  popręgu 

poinformował:  

— A bo tam dzisiaj ma być ta licytacja.  

— Licytacja? — powtórzyła Zarina. — Jaka licytacja? O czym ty 

mówisz?  

Jenkins spojrzał na nią ze zdziwieniem.  

— To panienka nie wie, co się stało?  

—  Nie  słyszałam  o  niczym,  a  pan  Bennett  nie  wspominał  w 

listach o Priory.  

background image

Mówiąc  to  uświadomiła  sobie,  że  listy  Bennetta  dotyczyły  ściśle 

jej  własnej  posiadłości,  domu  i  miasteczka.  Priory,  należąca  do 

hrabiego  Linwood,  znajdowała  się  w  odległości  około  dwóch  mil  w 

linii prostej. Majątek hrabiego przylegał do posiadłości jej ojca.  

—  To  jest  całkiem  niewesoła  sprawa,  panienko  —  mówił  dalej 

Jenkins.  —  Gdyby  tak  jego  lordowska  mość  wiedział,  co  się  stanie, 

toby się chyba w grobie przewrócił!  

— Ale co się stało? — zapytała znów Zarina.  

—  Ano,  bo  jego  lordowska  mość  był  już  nie  najzdrowszy  — 

zaczął Jenkins — a tu panicz Darcy, bo tak go zawsze nazywaliśmy, 

napytał sobie biedy w Londynie.  

Zarina  pamiętała  oczywiście  wicehrabiego  Lin.  Kiedy  była  małą 

dziewczynką,  starsi  ludzie  w  majątku  nazywali  go  zawsze  paniczem 

Darcy,  podobnie  jak  nazywali  jego  brata  paniczem  Rolfe.  Obaj 

chłopcy byli od niej starsi o kilka lat. Stykała się z nimi dość często, 

ponieważ jej rodzice byli zaprzyjaźnieni z hrabią.  

— Ale co takiego zrobił panicz Darcy? — spytała.  

— Wiadomo, że ciągle w coś tam się plątał — odparł Jenkins — a 

kiedy przyjeżdżał do domu, to Jego Lordowska Mość nieraz się z nim 

o to ostro przemówił.  

Zarina  zrozumiała,  o  co  chodzi.  Darcy  był  wybitnie  przystojnym 

młodym  człowiekiem.  Już  jako  podlotek,  niejednokrotnie  słyszała 

nianię 

guwernantki 

rozprawiające 

jego 

kolejnych 

ekstrawagancjach i podbojach miłosnych.  

background image

— No i wreszcie ze dwa miesiące temu doszło do nieszczęścia — 

kontynuował  Jenkins.  —  Nikt  tam  dobrze  nie  wie,  jak  było,  ale 

mówili, że paniczowi Darcy grozi więzienie.  

—  Niemożliwe!  —  wykrzyknęła  Zarina.  —  Ale  przecież  z 

pewnością do tego nie doszło?  

—  Ja  tak myślę,  że  by  doszło  —  powiedział  Jenkins —  tylko  że 

się zdarzył ten wypadek, jak to gazety pisały. Z bronią.  

Zarina wlepiła w niego oczy. Dopiero po chwili spytała szeptem:  

— Chcesz powiedzieć, że panicz Darcy się zastrzelił?  

Jenkins kiwnął głową twierdząco.  

—  Tak  wszyscy  myśleli  i  to  zabiło  jego  lordowską  mość.  Jak 

usłyszał, co się stało, to miał atak serca i już z niego nie wstał. Nawet 

doktorzy nic na to nie mogli poradzić.  

—  To  straszne!  —  wykrzyknęła  Zarina.  —  Nie  miałam  o  tym 

wszystkim pojęcia!  

— Pisali o tej sprawie w gazetach— powtórzył Jenkins.  

Zarinę  ogarnęły  wyrzuty  sumienia.  Wśród  rozlicznych  rozrywek 

zabrakło  jej  czasu  na  dokładną  lekturę  „The  Times"  czy  „Morning 

Post",  które  leżały  zawsze  w  gabinecie  stryja.  Pomyślała,  że  generał 

musiał wiedzieć o tragicznych zdarzeniach; zachował jednak przed nią 

milczenie, spodziewając się może, że bratanica weźmie sobie do serca 

wiadomość o śmierci jednego z najdawniejszych przyjaciół ojca.  

—  Mówiłeś  przed  chwilą,  że  ma  się  odbyć  licytacja  — 

powiedziała z namysłem.  

background image

— Bo teraz panicz Rolfe wrócił z tego wschodniego kraju, gdzie 

był,  kiedy  jego  lordowska  mość  umarł.  I  zdaje  się,  że  będzie 

sprzedawał wszystko, i Priory też, żeby spłacić długi panicza Darcy.  

—  Trudno  mi  w  to  uwierzyć!  —  wykrzyknęła  Zarina.  —  Jakże 

mógłby  sprzedać  Priory?  Przecież  dom  należy  do  Linwoodów  od 

stuleci.  

—  Ma  panienka  rację  —  przytaknął  Jenkins.  —  My  się  tu 

wszyscy zastanawiamy, kto kupi Priory i co się stanie z ludźmi, którzy 

pracują w domu i w majątku, i czy wszystkich zwolnią.  

Zarina wiedziała, że równałoby się to katastrofie. Większość ludzi 

zatrudnionych  w  posiadłości  Linwood,  podobnie  do  jej  własnych 

ludzi, wykonywała swoją pracę z dziada pradziada. Sama Priory była 

jednym  z  najpiękniejszych  domów,  jakie  zdarzyło  jej  się  widzieć. 

Przeszła  ona  w  posiadanie  pierwszego  hrabiego  Linwood  po 

ogłoszeniu  edyktu  o  rozwiązaniu  klasztorów;  hrabia  ten  dostał  ją  od 

Henryka VIII za waleczne czyny dokonane w służbie króla.  

„Jak  Rolfe  może  myśleć  spokojnie  o  rozstaniu  się  na  zawsze  z 

domem 

rodzinnym 

takich 

okropnych 

okolicznościach?", 

zastanawiała się Zarina.  

—  Wiedziałem,  że  się  panienka  zdenerwuje  —  powiedział 

Jenkins.  —  I  nie  chciałem,  żeby  się  panienka  martwiła  pierwszego 

dnia po powrocie do domu. — Zamilkł na chwilę, po czym dodał: —

Ale,  widzi  panienka,  musiałem  uprzedzić,  bo  licytacja  zacznie  się  o 

drugiej  i  tłumy  ściągną,  żeby  zobaczyć,  kto  kupi  meble  i  obrazy. 

Chociaż najbardziej to ich obchodzi, kto kupi Priory.  

background image

Zarina nie odpowiedziała. Myślała, że wszystko to jest tragiczne i 

że jej rodzice byliby niesłychanie przybici podobnym obrotem spraw. 

Gdyby  żyli,  staraliby  się  pomóc  hrabiemu  rozwiązać  problemy,  jakie 

miał  z  Darcym.  Była  też  zupełnie  pewna,  że  pomogliby  Rolfe'owi, 

któremu przyszło teraz rozstać się z własnym domem i wszystkim, co 

było mu drogie od najwcześniejszych lat.  

Zarina  pamiętała  pierwszą  zabawę  dziecinną,  na  jaką  została 

zabrana  do  Priory.  Była  wówczas  tak  mała,  że  niania  nosiła  ją  na 

rękach. Obaj chłopcy bawili się z rówieśnikami w różne gry dziecięce. 

Później,  kiedy  podrosła,  nieraz  się  z  nią  przekomarzali.  W  czasie 

świąt  Bożego  Narodzenia  brali  ją  na  ręce,  żeby  mogła  dosięgnąć 

najpiękniejszych podarków umieszczonych na choince.  

Priory zawsze ją fascynowała. Była tam ogromna sala jadalna, w 

której mnisi siadywali niegdyś przy długich stołach. Była też rzadkiej 

urody  kaplica.  Pokoje,  urządzone  przez  hrabinę,  wydawały  jej  się 

wówczas czarodziejsko piękne.  

—  Mówiłem  wczoraj  do  żony  —  powiedział  Jenkins,  kończąc 

siodłanie Kingfishera — że pan pułkownik bardzo by się trapił, jakby 

wiedział, co się dzieje.  

—  Pewna  jestem,  że  papa  starałby  się  pomóc  Rolfe'owi  — 

mruknęła Zarina w odpowiedzi.  

I  nagle  pomyślała,  że  teraz  ona  musi  się  tym  zająć.  Naturalnie, 

powinna  pospieszyć  z  pomocą  —  któż  mógłby  sobie  na  to  pozwolić 

równie łatwo, jak ona? Ten pomysł zrodził się w jej głowie jak nagłe 

olśnienie.  

background image

Jenkins  skończył  właśnie  siodłać  Kingfishera  i  gotował  się 

wyprowadzić go ze stajni, gdy Zarina powstrzymała go, mówiąc:  

—  Zaczekaj  chwilę!  Osiodłaj  też  konia  dla  pana  Bennetta. 

Wracam na moment do domu, bo muszę z nim zamienić parę słów.  

Nie 

czekając 

na 

odpowiedź 

Jenkinsa, 

pobiegła 

przez 

wybrukowany  kamieniami  dziedziniec  do  bocznego  wejścia,  którego 

użyła  przedtem.  Otworzywszy  drzwi  do  gabinetu  pana  Bennetta, 

zastała  go,  zgodnie  z  przewidywaniami,  za  biurkiem.  Na  jej  widok 

podniósł się szybko, z uśmiechem wyciągając rękę.  

—  Witam  panią  w  domu,  panno  Zarino  —  powiedział.  — 

Stanowczo za długo tu pani nie było.  

—  Mam  dokładnie  to  samo  wrażenie  —  odparła  Zarina.  —  Ale 

teraz,  nim  zaczniemy  rozmawiać,  chciałabym,  żeby  towarzyszył  mi 

pan do Priory.  

—  Priory!  —  wykrzyknął  pan  Bennett.  —  Smuci  mnie,  że 

usłyszała pani o tym tak prędko po powrocie.  

—  Jenkins  powiadomił  mnie,  co  się  wydarzyło  —  wyjaśniła 

Zarina,  oglądając  się  ukradkiem  za  siebie  i  dodając  półgłosem:  — 

Chciałabym,  żeby  pojechał  pan  ze  mną  niezwłocznie.  Proszę  też 

wziąć ze sobą książeczkę czekową.  

— Ale, panno Zarino... — zaczął pan Bennett.  

Zarina podniosłą rękę do góry.  

— Musi pan pójść natychmiast — poleciła. — Porozmawiamy po 

drodze.  

background image

Czuła,  że  konieczne  jest,  by  ruszyli  bez  ociągania.  Jeśli  stryj, 

który  zawsze  wstawał  wcześnie,  pojawiłby  się  na  dole,  spytałby 

pewnie,  dokąd  bratanica  się  wybiera.  Zarina  była  przekonana,  że 

próbowałby  udaremnić  jej  wizytę  w  Priory.  Rozmyślając  o  całej 

sprawie  nabrała  pewności,  że  stryj  wiedział  dobrze,  co  spotkało 

hrabiego i Darcy'ego, ale zataił to przed nią rozmyślnie.  

Nie  chciał,  by  martwiła  się  złymi  wieściami  ze  stron  rodzinnych 

w  czasie,  gdy  odnosiła  tyle  sukcesów  w  Londynie.  „Źle  zrobił, 

ukrywając to przede mną", pomyślała, zdecydowana nie dopuścić, by 

wmieszał się do czegokolwiek teraz.  

— Niech pan się pospieszy! — ponagliła Bennetta. — I proszę nie 

zapomnieć o książeczce czekowej.  

Jeszcze  przed  swoim  wyjazdem  do  Londynu,  idąc  za  radą 

generała,  Zarina  udzieliła  panu  Bennettowi  pełnomocnictwa  w 

sprawach  dotyczących  domu  i  posiadłości:  mimo  że  nie  była 

pełnoletnia, zarządzała i dysponowała bez ograniczeń swoją fortuną.  

—  Pragnę,  żebyś  bawiła  się  beztrosko,  moja  droga  —  oznajmił 

generał  Zarinie.  —  Nieustanne  podpisywanie  czeków  na  opłaty 

podatkowe  albo  podejmowanie  decyzji  w  kwestii  kosztów  takiej  czy 

innej  naprawy  byłoby  dla  ciebie  ogromnie  kłopotliwe.  Możesz 

spokojnie powierzyć to Bennettowi.  

—  Wiem  o  tym  —  odpowiedziała  Zarina.  —  Papa  miał  o  nim 

bardzo wysokie mniemanie i ufał mu pod każdym względem.  

Zarina postąpiła więc wedle rady stryja, pisząc do Coutfs Bank z 

poleceniem,  by  honorowano  wszelkie  czeki  opatrzone  podpisem 

background image

Williama Bennetta. Dokonawszy tej formalności, nie wracała do tych 

spraw nawet w myślach.  

Pan  Bennett  był  bardzo  zdziwiony  tym,  o  co  go  poprosiła, 

usłuchał  jednak  bez  wahania.  Widząc,  że  sięga  do  szuflady  po 

książeczkę  czekową,  Zarina  opuściła  pokój.  Wróciła  do  stajni,  gdzie 

czekały  już  oba  konie,  osiodłane  przez  Jenkinsa.  Pan  Bennett 

przyjechał  do  pracy  konno  z  własnego  domu,  który  znajdował  się  u 

wylotu  alei  wjazdowej,  miał  więc  na  sobie  buty  do  konnej  jazdy. 

Wkrótce też przyszedł do stajni ze szpicrutą w ręku.  

Dosiadłszy  Kingfishera,  Zarina  skierowała  się  w  milczeniu  na 

odległy  kraniec  dziedzińca;  dalej  rozpościerały  się  płaskie  tereny, 

gdzie  często  galopowała  w  towarzystwie  ojca.  Pan  Bennett  zrównał 

się z nią właśnie w tym miejscu.  

Zarina pomyślała z  zadowoleniem, że udało jej się, przynajmniej 

chwilowo, wymknąć generałowi. Jechała nadal szybko, chcąc znaleźć 

się w możliwie jak największej odległości od stryja. Dojechawszy do 

jednego z zagajników, rosnących na granicy obu majątków, skręciła w 

biegnącą  jego  środkiem  szeroką  drogę.  Gdy  konie  zwolniły  nieco 

biegu, zwróciła się do pana Bennetta.  

— Obmyśliłam już, co zrobię, gdy dojadę do Priory, ale nie chcę 

z  panem  o  tym  rozmawiać,  póki  nie  omówię  sytuacji  z  paniczem 

Rolfe. Chyba powinnam była powiedzieć: z jego lordowską mością.  

— Rozumiem — odparł pan Bennett. — Proszę mi wybaczyć, ale 

sądzę,  że  nim  podejmie  pani  jakiekolwiek  pospieszne  decyzje, 

powinna pani skonsultować się z generałem.  

background image

— Nie, tego właśnie nie zrobię — oświadczyła Zarina stanowczo. 

—  Jestem  dorosła  i  pragnę  podejmować  decyzje  samodzielnie, 

zwłaszcza te, które dotyczą moich własnych losów.  

Pan  Bennett  obrzucił  ją  szybkim  spojrzeniem.  Zarina  wiedziała, 

że  obudziła  jego  ciekawość,  nie  miała  jednak  zamiaru  udzielać 

jakichkolwiek wyjaśnień. Ponagliła tylko konia do szybkiego biegu.  

Dojechanie  do  Priory  zajęło  im  niewiele  ponad  pół  godziny. 

Mnisi, którzy wznieśli klasztor, wybrali pod budowę idealne miejsce. 

Wyniosły  teren  porośnięty  był  z  tyłu  lasem,  który  chronił  dom przed 

zimowymi  wichrami.  Była  to  tradycyjna,  podłużna  budowla  z 

kamienia,  pobłyskująca  bielą  na  tle  ciemnej  zieleni  lasu.  Nie  opodal 

domu  płynęła  rzeczka,  w  której  zakonnicy  łowili  niegdyś  ryby.  W 

tejże rzeczce Darcy i Rolfe kąpali się w lecie oraz wiosłowali po niej 

łódką.  

W  miarę  jak  się  zbliżali,  Priory  wydawała  się  Zarinie  coraz 

piękniejsza.  „Jakże  on  może  znieść  rozstanie  się  z  czymś  tak 

doskonałym?", zastanawiała się w skrytości ducha.  

Podjechawszy  bliżej,  zobaczyli  szereg  powozów  stojących  na 

dziedzińcu  i  przed  głównym  wejściem.  Zbliżywszy  się  jeszcze 

bardziej, ujrzeli tłum ludzi podążających pieszo długą aleją wjazdową. 

Zarina  podjechała  do  samych  drzwi  frontowych  i  zsiadłszy  z  konia 

zwróciła się do pana Bennetta:  

—  Czy  mógłby  pan  zaprowadzić  konie  do  stajni,  a  następnie 

przyjść do głównego hallu?  

— Oczywiście, panno Zarino — odparł zarządca.  

background image

Z  jego  miny  i  tonu  nietrudno  było  odgadnąć,  że  żywił  pewne 

obawy co do jej zamysłów. Zastanawiał się, czy postąpiwszy zgodnie 

z jej wolą, nie ściągnie gromów na własną głowę. Jednakże Zarina nie 

interesowała się w tej chwili obawami pana Bennetta. Myślała o sobie 

i mękach, które cierpiała przez całą noc.  

Wstąpiła  na  schody  i  wszedłszy  do  środka  znalazła  się  w 

głównym hallu, gdzie mnisi witali niegdyś serdecznie podróżnych, nie 

odmawiając nikomu gościny. Obecnie hall pełen był ludzi noszących 

obrazy  i  meble  i  gromadzących  je  wokół  podwyższenia,  na  którym 

urządzono  stanowisko  licytatora.  Tuż  za  nim  znajdował  się  stół  oraz 

krzesło. Zarina domyśliła się, że zasiądzie tam pomocnik, który będzie 

notował kolejne oferty w trakcie licytacji i nazwiska kupujących.  

Nikt nie zwrócił na nią uwagi, gdy skierowała się w stronę drzwi 

wiodących  do  paradnych  sal  rezydencji.  Doszedłszy  do  nich, 

zauważyła  znajomą  postać  służącego,  który  przez  długie  lata  pełnił 

funkcję głównego lokaja w Priory.  

— Dzień dobry, Yates — powiedziała.  

Lokaj  drgnął  na  dźwięk  jej  głosu  i  twarz  rozjaśniła  mu  się 

uśmiechem.  

— Panno Zarino, nie wiedziałem, że wróciła panienka do domu.  

—  Przyjechałam  z  Londynu  dopiero  wczoraj  wieczorem  — 

odpowiedziała Zarina. — Gdzie jest Jego Lordowska Mość?  

—  Chyba  musi być  w  bibliotece, panienko  —  objaśnił  Yates.  — 

Smutny dzień nastał, smutny dzień dla nas wszystkich!  

background image

— Muszę porozmawiać z jego lordowską mością — powiedziała 

Zarina, odwracając się i spiesząc w głąb korytarza.  

Yates,  załamany  i  nieszczęśliwy,  nie  próbował  jej  nawet 

towarzyszyć.  Ale  Zarina  nie  potrzebowała  przewodnika.  Doszedłszy 

do  biblioteki,  ujrzała  przez  otwarte  drzwi  Rolfe'a,  wpatrzonego  w 

książki.  Wszystkie  ściany  tego  pokoju  bez  okien  zastawione  były 

półkami, a książki wypełniały każdą wolną przestrzeń.  

Dwóch  obecnych  w  pokoju  ludzi  przyglądało  im  się  uważnie. 

Zarina odgadła, że  wypatrują pierwszych wydań i starych rękopisów, 

stanowiących  część  historii  rodzinnej.  Dostrzegła  też,  że  Rolfe, 

obecnie  dziesiąty  hrabia  Linwood,  patrzy  na  nich  z  wyrazem 

bezsilności  i  rozpaczy.  Podeszła  do  niego,  a  Rolfe  odwrócił  się  na 

dźwięk jej kroków, wykrzykując ze zdumieniem:  

— Zarina! Myślałem, że jesteś w Londynie!  

—  Wróciłam  do  domu  wczoraj  —  odparła.  —  Chciałabym 

porozmawiać z tobą na osobności.  

Przez moment sprawiał wrażenie, jakby zamierzał odmówić.  

—  Właściwie  nie  ma  o  czym  rozmawiać  —  stwierdził  po  chwili 

— ale chodźmy do gabinetu. Wydaje mi się, że tam już skończyli.  

Gabinet był pokojem przylegającym do biblioteki i Zarina poszła 

przodem.  Gdy  Rolfe  otworzył  drzwi,  zrozumiała,  co  miał  na  myśli 

mówiąc,  że  tam  już  skończyli.  Wszystkie  obrazy,  wyjątkowo  piękne 

przykłady  sztuki  Średniowiecza,  zostały  zdjęte  ze  ścian.  Z  półki  nad 

kominkiem zniknęły ozdobne przedmioty.  

background image

Brakło  także  wspaniałego  stołu  z  czasów  Regencji,  za  którym 

siadywał zmarły hrabia. Zostały jedynie obite skórą krzesła i kanapki, 

do  których  przyczepiono  karteczki  z  numerami.  One  również  zostały 

przeznaczone  na  licytację,  choć  nie  przeniesiono  ich  do  głównego 

hallu.  

Rolfe zamknął drzwi za sobą, mówiąc:  

—  Miło  cię  widzieć,  Zarino,  ale  nie  chcę  od  ciebie  litości  ani 

współczucia. Nie mogę nic poradzić w obecnej sytuacji.  

Ton  był  szorstki,  ale  Zarina  dostrzegła  w  oczach  Rolfe'a 

cierpienie.  

—  Nie  przyszłam,  żeby  ofiarować  ci  jedno  czy  drugie  — 

odpowiedziała. — Chcę natomiast zaproponować ci coś, co, jak sądzę, 

może pomóc i tobie i...  

—  Nim  zdążyła  powiedzieć  „mnie  samej",  Rolfe  przerwał  jej, 

oświadczając gniewnie:  

—  Nie  chcę  słuchać  żadnych  twoich  propozycji.  Nie  pragnę 

jałmużny ani od ciebie, ani od kogokolwiek innego.  

—  Gdybyś  pozwolił  mi  dokończyć  —  odparła  Zarina  — 

przekonałbyś  się,  że  nie  mam  zamiaru  ofiarować  ci  jałmużny.  Za  to 

chciałabym cię namówić, żebyś wyraził zgodę na nasze zaręczyny.  

Rolfe przerwał jej ponownie.  

—  Nie  rozumiem,  o  co  ci  chodzi,  ale  moja  odpowiedź  brzmi 

„nie"! Nie upadłem jeszcze tak nisko, żeby przyjmować pieniądze od 

kobiety!  

Zarina zbliżyła się do niego, mówiąc:  

background image

— Jeśli przestaniesz na mnie krzyczeć, to może zrozumiesz, że... 

błagam cię o pomoc.  

—  O  pomoc?  —  spytał  Rolfe.  —  W  jaki  sposób  ja  mógłbym  ci 

pomóc?  

—  Zgadzając  się,  żebyśmy  byli  zaręczeni,  jak ci to  przed  chwilą 

wyjaśniłam.  

— Chyba jesteś szalona — zawyrokował Rolfe.  

— Powiedziałam „zaręczeni" — powtórzyła Zarina — bo też nie 

chodzi  mi  o  nic  więcej.  A  ja  w  zamian  zapłacę  wszystkie  długi 

Darcy'ego.  Stając  się  moim  narzeczonym,  ustrzeżesz  mnie  przed 

przymusowym,  zaplanowanym  przez  stryja  małżeństwem  z 

człowiekiem,  do  którego  czuję  odrazę  i  z  którym  będę  całkowicie  i 

beznadziejnie nieszczęśliwa.  

Rolfe patrzył na nią przez chwilę ze zdumieniem.  

—  Zaraz,  co  to  za  przedziwna  historia?  Może  nie  myślę 

najbystrzej,  ale  nie  mogę  się  dopatrzeć  żadnego  sensu  w  tym,  co 

mówisz.  

—  Wobec  tego  musisz  być  rzeczywiście  w  najwyższym  stopniu 

głupi — stwierdziła Zarina. — Sprawa jest zupełnie prosta: mój stryj, 

a  wiesz  przecież,  jaki  on  jest,  życzy  sobie,  żebym  poślubiła  księcia 

Malnesbury.  

—  Co  jest,  skądinąd,  bardzo  rozsądnym  pomysłem  —  odparł 

Rolfe. — Książę, to książę i większość kobiet oddałaby pół życia, by 

zostać księżną.  

background image

— Ale ja należę do wyjątków! — powiedziała gwałtownie Zarina, 

po  czym,  zmieniając  ton,  dorzuciła  cicho:  —  Powinieneś  to 

zrozumieć,  Rolfe.  Wiesz  sam,  jak  bardzo  kochali  się  moi  rodzice  i 

jacy  byli  szczęśliwi.  Czy  naprawdę  sądzisz,  że  zadowolę  się  innego 

rodzaju  małżeństwem?  Poślubię  tylko  człowieka,  którego  będę 

kochała i który mnie będzie kochał.  

—  Oczekiwanie,  które  niewątpliwie  kiedyś  się  spełni  — 

odpowiedział Rolfe.  

—  Stryj  Aleksander  obwieścił  wczoraj  wieczorem,  że  jeśli  nie 

zgodzę się wyjść za księcia, zaciągnie mnie siłą do ołtarza albo zmusi 

do posłuszeństwa przy pomocy rózgi...  

—  Doprawdy  sądzisz,  że  użyłby  tak  drastycznej  metody?  — 

spytał Rolfe z niedowierzaniem.  

—  Jestem  tego  pewna.  Uważa,  że  byłoby  to  wybitnie  korzystne 

nie  tylko  dla  mnie  samej,  ale  również  dla  reszty  rodziny.  Jeśli 

przypominasz  sobie,  jakiego  pokroju  osobą  jest  stryjenka  Edith, 

zrozumiesz bez trudności, że dla niej moja przyszła rola damy dworu 

oznacza osiągnięcie pełni szczęścia.  

Rolfe roześmiał się mimo woli, poważniejąc jednak szybko.  

— To niewesoła sytuacja, Zarino — przyznał — ale tak czy owak 

nie chcę się w nią mieszać.  

— Czy nie rozumiesz, że gdyby papa żył, to bezwątpienia starałby 

ci  się  pomóc?  Ponadto  nie  dopuściłby  nigdy,  by  stryj  Aleksander 

zmuszał  mnie  do  czegokolwiek  w  tak  poniżający  sposób.  Do  kogo 

mam się zwrócić w potrzebie?  

background image

—  Ja  w  każdym  razie  nie  jestem  właściwą  osobą  —  stwierdził 

Rolfe.  

— Jak możesz być taki nieczuły, a nawet okrutny, zważywszy, że 

znamy  się  od  wczesnego  dzieciństwa,  a  Priory  była  dla  mnie  zawsze 

czymś ważnym i drogim?  

Poruszony  widać jej słowami i błagalnym tonem, Rolfe podszedł 

do okna i stanął, patrząc na zalany słońcem świat.  

—  Czy  jest  coś  złego  —  mówiła  dalej  Zarina  —  w  tym,  że 

zwracam  się  do  ciebie  z  prośbą  o  pomoc,  znalazłszy  się  w  sytuacji 

rozpaczliwej, bez wyjścia? A ja z kolei mogę ci pomóc spłacając długi 

Darcy'ego  i  odsyłając  wszystkich  tych  ludzi,  którzy  przyszli  tu,  by 

zdobyć za nędzne pieniądze rzeczy należące do Priory od stuleci.  

— Czy masz jakiekolwiek pojęcie — spytał Rolfe — jakich sum 

sięgają długi Darcy'ego?  

— To nie ma znaczenia — odparła Zarina. — Wiesz przecież, że 

odziedziczyłam  pieniądze  po  matce  chrzestnej;  mam  ich  tyle,  że  nie 

zdołałabym ich wydać nawet, gdybym żyła sto pięćdziesiąt lat!  

—  A  więc  wieści,  które  doszły  moich  uszu,  są  prawdziwe!  — 

stwierdził  Rolfe.  —  Jeszcze  zanim  opuściłem  Anglię,  mówiono,  że 

stałaś  się  niebywale  bogatą  dziedziczką,  a  w  drodze  powrotnej  do 

kraju ludzie na statku również plotkowali o twoim majątku.  

—  Tak,  to  całkowita  prawda  —  przyznała  Zarina.  —  Ale  jeśli 

mam dzielić  to bogactwo  z  księciem,  który  jest  wiekowy,  że  mógłby 

być  moim  dziadkiem,  sporządzę  testament,  zapisując  wszystko 

schronisku dla bezdomnych kotów, a potem rzucę się do rzeki!  

background image

—  Mówisz,  jak  bohaterka  melodramatu  —  powiedział  Rolfe.  — 

Wiesz dobrze, że niczego podobnego nie zrobisz. Natomiast pewnie z 

przyjemnością  wystroisz  się  w  najwspanialszy  i  najbardziej  lśniący 

diadem,  żeby  jako  księżna  godnie  prezentować  się  na  otwarciu 

Parlamentu.  

—  Powiedziałam  ci  przecież,  że  nie  poślubię  go  za  nic!  — 

zawołała Zarina. — Ach, proszę cię, Rolfe, pomóż mi! Boję się stryja 

Aleksandra, nic na  to  nie  poradzę!  Wiem,  że  w  taki czy  inny  sposób 

zmusi  mnie  do  stanięcia  przed  ołtarzem,  a  wówczas  pozostanie  mi 

tylko... modlić się o rychłą śmierć!  

Rolfe zacisnął usta.  

—  Może  pomówię  z  generałem?  —  zaproponował.  — 

Niewykluczone,  że  byłby  wziął  pod  uwagę  argumenty  mojego  papy, 

choć nie wydaje się to prawdopodobne.  

— Myślę, że nie zmieniłby zdania nawet gdyby archanioł zstąpił z 

niebios  i  próbował  go  przekonać.  Jest  zupełnie  pewien,  że  wie 

najlepiej,  co  mnie  uszczęśliwi  i  zdecydował,  że  muszę  wyjść  za 

księcia.  

Zarina rozłożyła ręce bezradnym gestem.  

—  Ale  czy  naprawdę  sądzisz  —  spytał  Rolfe  —  że  generał 

przejmie  się  wiadomością  o  twoich  zaręczynach  z  hrabią,  który  ma 

puste kieszenie? — Obrzucił ją poważnym spojrzeniem, dodając: — I 

który,  począwszy  od  dzisiejszego  wieczora,  nie  będzie  miał  nawet 

dachu nad głową?  

background image

—  Będziesz  miał  Priory  ze  wszystkim,  co  zawiera  —  odparła 

Zarina  cicho  —  a  ja  zyskam  czas,  by  znaleźć  jakieś  wyjście  z  tej 

sytuacji.  

Rolfe nie odezwał się, więc podjęła po chwili:  

—  Nie  spałam  całą  noc, próbując  wymyślić, dokąd  mogę  uciec  i 

jak  tego  dokonać,  ale  zdecydowałam,  że  postąpiłabym  niewłaściwie, 

uciekając samotnie.  

— To nie ulega kwestii! Nie dałabyś sobie rady sama, a poza tym 

gdyby  wyszło  na  jaw,  kim  jesteś,  wszyscy  poszukiwacze  fortun 

rzuciliby się na ciebie, usiłując coś uzyskać.  

—  Zdaję  sobie  z  tego  sprawę  —  zgodziła  się  Zarina  —  toteż 

muszę  uciec  z  kimś  takim  jak  ty  i  poczekać  w  ukryciu,  aż  stryj 

Aleksander  skapituluje  przyznając,  że  nie  jego  sprawą  jest  wybierać 

mi męża.  

—  Ale  ja  wyjeżdżam  jutro  do  Indii  —  oznajmił  Rolfe.  —  Nie 

zamierzam  zostawać  tutaj,  gdy  mój  dom  będzie  ogołocony  i 

sprzedany.  

— Więc pojadę z tobą!  

Rolfe odszedł od okna, zbliżając się do niej.  

—  Bądź  rozsądna,  Zarino  —  powiedział.  —  Jakże  możesz 

podróżować ze mną bez przyzwoitki? Wiesz sama, że twoja reputacja 

byłaby w strzępach.  

—  W  takim  razie  zamiast  udawać,  że  jestem  twoją  narzeczoną, 

będę udawała, że jestem twoją żoną — oznajmiła Zarina. — Nikt nie 

zakwestionuje  naszego  związku,  póki  będziemy  w  podróży;  a  stryj 

background image

Aleksander  musiałby  być  jasnowidzem,  żeby  domyślić  się,  gdzie 

jesteśmy.  

Zamilkła na chwilę, układając cały plan w myślach.  

— Powiem mu, że pojechałam z tobą do Francji, by złożyć wizytę 

twoim krewnym, którzy pragną mnie poznać.  

Rolfe chwycił się za głowę.  

—  Posłuchaj  mnie,  Zarino  —  powiedział  —  nie  mogę  się  na  to 

zgodzić;  zrozum,  że  nie  mogę.  Nie  usiłuj  mnie  nawet  namawiać  na 

popełnienie podobnego szaleństwa.  

— Ale inaczej nie będziesz mógł mi pomóc — odparła Zarina. — 

Znamy  się  od  tak  dawna...  Chyba  możesz  mi  zaufać,  kiedy  daję  ci 

słowo, że nie chcę wyjść za ciebie za mąż, tak samo zresztą, jak ty nie 

pragniesz się ze mną ożenić.  

Przerwała na moment, posyłając mu błagalne spojrzenie.  

— To, co ci proponuję, leży ściśle  w sferze interesów. Spłacę za 

ciebie  długi,  jeśli  wywieziesz  mnie  i  ukryjesz  na  kilka  miesięcy,  do 

chwili, kiedy stryj Aleksander nie zrezygnuje z pościgu.  

—  Skąd  pewność,  że  w  ogóle  zrezygnuje?  Tego  nie  możesz 

przewidzieć — zauważył Rolfe.  

—  Ale  spróbujemy  przynajmniej  uświadomić  mu,  że  za  nic  nie 

poślubię  księcia  —  odrzekła  na to  Zarina.  —  Zresztą  dowiedziawszy 

się, że jestem zaręczona z tobą, książę porzuci myśl o małżeństwie ze 

mną.  

— Chyba że mu na tobie bardzo zależy.  

background image

—  Wszystko  jedno,  on  mnie  nie  obchodzi  w  najmniejszym 

stopniu!  —  wykrzyknęła  porywczo  Zarina.  —  Interesują  mnie 

wyłącznie  własne  losy.  Pomóż  mi,  tak  bardzo  cię  proszę!  Gdybym 

tonęła,  z  pewnością  próbowałbyś  mnie  ratować.  A  ta  sytuacja  jest 

znacznie gorsza.  

Rolfe przespacerował się po gabinecie.  

—  Szczerze  mówiąc,  w  najśmielszych  marzeniach  nie 

wyobrażałem  sobie  twojej  niespodziewanej  wizyty  i  podobnej 

propozycji.  

—  Ale  jako  człowiek  mądry  rozumiesz  z  pewnością,  że  taka 

szansa  jest  darem  niebios  —  stwierdziła  Zarina.  —  Przywiozłam  ze 

sobą Bennetta, który ma moją książeczkę czekową.  

Rolfe  wybuchnął  niespodziewanie  śmiechem;  tym  razem 

wydawał się po prostu szczerze rozbawiony.  

—  Zarino,  jesteś  niepoprawna!  —  zawołał.  —  Skąd przyszedł  ci 

do głowy ten niesłychany pomysł? Przyznaję jednak, że znalazłaś się 

niejako  w  sytuacji  bez  wyjścia,  jeżeli,  jak  powiadasz,  generał 

postanowił za wszelką cenę zrobić z ciebie księżnę.  

— Tak to właśnie wygląda — zgodziła się Zarina. — I choć stryj 

twierdzi,  że  książę  jest  we  mnie  zakochany,  bardzo  wątpię,  czy 

zniżyłby  się  do  mieszania  swojej  błękitnej  krwi  z  moją,  gdyby  nie 

wszystkie te amerykańskie dolary w banku.  

—  Młoda  kobieta  w  twoim  wieku  nie  powinna  być  cyniczna. 

Przeciwnie, powinna patrzeć na świat przez różowe okulary.  

background image

—  Nie  mam  zamiaru  patrzeć  na  księcia  przez  cokolwiek  — 

oznajmiła Zarina ze złością.  

Rolfe milczał, więc po chwili spytała:  

— O której wyruszasz jutro i skąd odpływamy?  

— Nie powiedziałem jeszcze, że zabiorę cię ze sobą.  

—  Ale  zrobisz  to  —  stwierdziła  Zarina.  —  Nie  możesz  mnie 

pozostawić własnemu losowi, a poza tym twój ojciec przewróciłby się 

w  grobie,  jak  słusznie  zauważył  Jenkins  dzisiejszego  ranka,  gdyby 

wiedział, że chcesz sprzedać Priory.  

—  Cóż  innego  mi  pozostało?  —  spytał  Rolfe,  jakby  chcąc  się 

usprawiedliwić.  —  Nie  mogę  sobie  wyobrazić,  jak  Darcy  zdołał 

zaciągnąć  tyle  długów  u  tak  ogromnej  liczby  osób,  nie  mając  na  ich 

spłatę najmniejszego pokrycia.  

— Co on takiego kupował? — zainteresowała się Zarina.  

— Nie chodziło o kupno czegokolwiek — odparł Rolfe. — Wydał 

fortunę  na  kobiety,  o  których  nie  powinnaś  nic  wiedzieć. 

Obdarowywał  je  biżuterią,  końmi,  powozami,  futrami  i  mnóstwem 

innych  rzeczy.  —  Przerwał  na  chwilę,  po  czym  ciągnął  dalej:  — 

Wieczór w wieczór, tydzień po tygodniu, wydawał przyjęcia kończące 

się awanturami, ekscesami i rozbijaniem wszystkiego wokół.  

— Musiało go to bawić — zawyrokowała Zarina.  

—  Miejmy  nadzieję.  Tylko  że  mnie  przypadło  w  udziale 

zlikwidowanie tego rozgardiaszu, który zostawił. I zapewniam cię, że 

to nie należy do przyjemności.  

background image

— Rozumiem doskonale, co czujesz — zapewniła Zarina. — Ale 

Opatrzność, a może twój anioł stróż znalazł wyjście z tych tarapatów, 

zsyłając ci... mnie.  

Rolfe wziął głęboki oddech, po czym zaproponował:  

—  Może  zrobiłbym  przynajmniej  próbę  przemówienia  do 

rozsądku twojemu stryjowi?  

— Musisz mieć wysokie mniemanie o sobie, jeśli sądzisz, że stryj 

Aleksander  zwróci  najmniejszą  uwagę  na  twoje  słowa.  Zawsze  był 

sztywny, zarozumiały i przekonany, że nikt poza nim nie ma racji. — 

Zarina  westchnęła.  —  Od  chwili,  kiedy  z  nim  zamieszkałam,  żal  mi 

było serdecznie żołnierzy, którymi dowodzi, a także siebie samej.  

Zamilkła, siadając i zaciskając dłonie.  

— Muszę uciec... więc nie dyskutujmy o tym dłużej. Przyjedziesz 

po mnie jutro rano, prawda? O której wyruszasz do Tilbury?  

— Bardzo wcześnie — odparł Rolfe.  

—  Będę  gotowa;  stryj  Aleksander  z  pewnością  wpadnie  w  szał, 

dowiedziawszy  się,  że  zapłaciłam  długi  Darcy'ego,  co  powinno 

odwrócić skutecznie jego myśli od naszej ucieczki.  

— Myślałem,  że mamy udawać przed nim parę narzeczonych — 

zauważył Rolfe.  

—  Owszem  i  zostawię  mu  list,  w  którym  napiszę,  że  jesteśmy 

ogromnie szczęśliwi — poinformowała go Zarina.  

— Naprawdę sądzisz, że twój plan ma szanse powodzenia?  

—  Kiedy  prosiłam  cię,  żebyśmy  udawali,  że  jesteśmy  zaręczeni, 

nie wiedziałam nic o twoim jutrzejszym wyjeździe do Indii. Ale jest to 

background image

idealne  wyjście  z  trudnej  sytuacji.  Znajdę  się  całkowicie  poza 

zasięgiem stryja Aleksandra, zwłaszcza że jeśli będzie mnie szukał, to 

we Francji. Zarina uśmiechnęła się, dodając:  

—  Upłynie  pewnie  sporo  czasu,  zanim  stryj  dowie  się,  że 

wybraliśmy się do Indii.  

—  Siedemnaście  dni,  a  właściwie  dziewiętnaście,  ponieważ  jadę 

do Kalkuty — wyjaśnił Rolfe.  

—  Spodziewam  się,  że  tam  jest  gorąco  —  powiedziała  Zarina  w 

zadumie. — Muszę wziąć ze sobą letnie suknie.  

Zapadła  chwila  ciszy.  Po  paru  minutach  Rolfe  odezwał  się, 

mówiąc szorstko:  

—  Chcę  cię  uprzedzić,  żeby  nie  było  później  żadnych 

nieporozumień:  jeśli  ze  mną  pojedziesz,  to  wiedz,  że  nie  zamierzam 

wydawać  twoich  pieniędzy  na  własne  potrzeby.  —  Spojrzał  na  nią 

ostro.  —  Podróżuję  statkiem  handlowym,  który  jest  pozbawiony 

jakichkolwiek  wygód  i  brudny.  Jeśli  będziesz  mi  towarzyszyła  jako 

moja  żona,  masz  się  zachowywać  również  jak  żona,  wydając  moje 

pieniądze, a nie swoje własne!  

Umilkł na chwilę, po czym dorzucił:  

— Możesz pozostać ze mną do czasu znalezienia stosowniejszego 

miejsca pobytu, gdzie niewątpliwie będzie ci o wiele wygodniej.  

—  Jadę  z  tobą  —  oświadczyła  Zarina.  —  Jeśli  chcesz  być  tak 

niemiły, gdy mowa o korzystaniu z moich pieniędzy, to twoja sprawa. 

Choć według mnie jest to arcyniemądre, a nawet w złym guście.  

background image

—  Zostało  mi  jeszcze  trochę  godności!  —  obstawał  przy  swoim 

Rolfe.  —  Wolałbym  rzucić  się  do  morza,  niż  być  na  utrzymaniu 

kobiety!  

— I kto teraz mówi jak bohater melodramatu?  

Rolfe miał nieco zażenowaną minę.  

— Święta racja — przyznał. — Ale czy zdajesz sobie sprawę, że 

będę  uchodził  za  największego  łowcę  posagów,  jaki  kiedykolwiek 

chodził po tej ziemi — i to nie tylko w opinii twojego stryja, ale także 

moich przyjaciół... oraz wrogów?  

—  Zmienią  zdanie  —  oznajmiła  Zarina  beztrosko  —  kiedy 

zerwiemy zaręczyny i zamieścimy w „The Times" ogłoszenie, że ślub 

zostaje  odwołany.  —  Podniosła  się  z  sofy,  na  której  siedziała.  —  A 

teraz  powinieneś  porozmawiać  z  Bennettem  i  zdecydować,  jak 

odesłać wszystkich tych ludzi; no i oczywiście spłacić im należności.  

Mówiąc to, obróciła na niego wzrok i przez chwilę patrzyli sobie 

prosto w oczy, po czym Rolfe przemówił cicho:  

—  Zarino,  przysięgam,  że  jakimś  sposobem,  choć  Bóg  raczy 

wiedzieć  jak,  spłacę  ci  ten  dług  —  każdego  pensa,  którego  wydasz 

dziś  na  mnie  i  na  Priory.  Dokonam  tego  —  dodał,  unosząc  dłoń  — 

choćby mi to miało zająć tysiąc lat.  

—  Doskonale  —  odpowiedziała  Zarina  —  a  ja  z  kolei  będę  ci 

dozgonnie wdzięczna za uratowanie mnie od małżeństwa z księciem. 

Wyobraź sobie, że jesteś błędnym rycerzem, który zabija straszliwego 

smoka;  wiesz  chyba,  że  błędni  rycerze  podejmowali  się  zawsze 

niewykonalnych zadań.  

background image

—  Mówiłem  poważnie  —  stwierdził  Rolfe,  a  kiedy  Zarina 

uśmiechnęła  się  w  odpowiedzi,  zauważył  dwa  małe  dołeczki  po  obu 

stronach jej ust.  

—  Wiem  o  tym  —  odparła.  —  Ale  ludzie  poważni  są  na  ogół 

śmiertelnie nudni; mam nadzieję, że okażesz się bardziej zajmujący w 

czasie podróży po Morzu Czerwonym.  

Mówiąc to, podeszła do drzwi. Idąc za nią, Rolfe zauważył:  

—  Trzeba  przyznać,  że  generał  nie  jest  całkowicie  pozbawiony 

zdrowego rozsądku, Zarino; dowiódł tego oświadczając, że powinnaś 

zostać  zmuszona  do  posłuszeństwa  przy  pomocy  rózgi.  Jest  zupełnie 

oczywiste, że udało ci się uniknąć tego jakoś w dzieciństwie!  

 

Rozdział 3 

Chociaż  licytacja  została  wyznaczona  na  godzinę  drugą,  główny 

hall zapełniał się już publicznością, o czym Rolfe i Zarina przekonali 

się  po  opuszczeniu  gabinetu.  Nieznani  im  osobnicy  przyglądali  się 

uważnie  obrazom  wyjmowanym  z  opartego  o  ścianę  stosu,  gdzie 

zostały  złożone.  Słychać  było  debaty  na  temat  czasu  powstania  tego 

czy  owego  mebla,  spory  dotyczące  niewłaściwej  pozycji  pewnych 

przedmiotów w katalogu.  

Dojrzawszy w końcu hallu postać zarządcy, Zarina skierowała się 

ku niemu, mówiąc do Rolfe'a:  

—  Chodź  ze  mną  do  pana  Bennetta,  który  zapłaci  rachunki  i 

zajmie się wszystkim.  

Dotarłszy do zarządcy, Rolfe wyciągnął do niego rękę.  

background image

—  Dzień  dobry,  Bennett,  jak  się  pan  miewa?  —  zagadnął.  — 

Dużo czasu minęło, od kiedy widziałem pana ostatni raz.  

—  Witam  z  radością  waszą  lordowską  mość  —  odparł  pan 

Bennett.  

— Mam nadzieję, że pobyt za granicą był udany.  

— Owszem, podróż była bardzo interesująca — zgodził się Rolfe.  

— Może przeszlibyśmy do sali opata? — zaproponowała Zarina.  

Rolfe  nie  zaprotestował,  poszła  więc  przodem  w  kierunku 

pomieszczenia,  zwanego  przez  mnichów,  dawnych  mieszkańców 

Priory, salą opata, a usytuowanego  za głównym hallem. Był to duży, 

foremny  pokój,  wyłożony  pięknie  rzeźbioną  dębową  boazerią,  z 

oknami wychodzącymi na dziedziniec.  

Nie  był  jednym  z  pokoi  frontowych,  ale  znajdował  się  w 

środkowej części budynku. Zerknąwszy przez okno Zarina zobaczyła, 

że  dziedziniec  porosły  jest  chwastami,  a  stojąca  w  jego  centrum 

statua,  datująca  się  z  czasów,  gdy  Priory  była  jeszcze  klasztorem, 

wymaga oczyszczenia. Gdy Rolfe zamknął drzwi, Zarina zwróciła się 

do pana Bennetta:  

— Proszę usiąść, a ja powiem panu, co należy teraz zrobić.  

Zarządca  rzucił  jej  nie  pozbawione  obawy  spojrzenie,  ale 

zastosował się do jej życzenia. Zarina zajęła jedno z krzeseł, które nie 

zostały  wyniesione  do  głównego  hallu,  a  następnie  zabrała  głos, 

mówiąc spokojnie:  

—  Uzgodniłam  z  jego  lordowską  mością,  że  zapłacę  wszystkie 

długi,  zaciągnięte  przez  pana  Darcy.  Zostanie  ogłoszone,  że  licytacja 

background image

jest  odwołana  i  wszyscy  ludzie,  którzy  ściągnęli  tu  z  nadzieją  na 

korzystne  kupno,  będą  musieli  wrócić  do  domu  z  niczym.  —  Zarina 

zamilkła  na  chwilę.  —  Sama  Priory  także  nie  jest  na  sprzedaż.  Pana 

sprawą  będzie  dopatrzenie,  by  wszystko  znalazło  się  na  powrót  na 

swoim miejscu; obarczę pana również  wypłaceniem pensji należnych 

służbie i pracownikom majątku.  

Mówiąc to, Zarina rzuciła szybkie spojrzenie na Rolfe'a. Jego usta 

były zaciśnięte w wąską linię, a mięśnie szczęki mocno napięte; czuła, 

że  wypowiedziane  przez  nią  słowa  do-prowadziły  go  do  wrzenia, ale 

wiedziała zarazem, że Rolfe nie ma innego wyjścia i musi jej ulec.  

—  Pragnę  zwierzyć  się  panu  z  czegoś  w  zaufaniu  —

kontynuowała — ale musi mi pan dać słowo honoru, że nie dojdzie to 

do nikogo, a już zwłaszcza do uszu mojego stryja.  

—  Chciałbym  jednak  zauważyć,  panno  Zarino  —wtrącił  pan 

Bennett  —  że  generał  będzie  mocno  niezadowolony  z  tego,  co  pani 

robi.  

—  Wiem  o  tym  bardzo  dobrze  —  odparła  Zarina  —  ale  generał 

poczynił w związku z moją osobą plany, na które odmówiłam zgody, 

o czym go zresztą powiadomiłam.  

Zawahała  się,  zastanawiając  przez  chwilę,  czy  nie  powinna 

wyznać  panu  Bennettowi  całej  prawdy,  zdecydowała  jednak 

ostatecznie, że lepiej tego nie robić.  

— Wracając do poufnej wiadomości — zaczęła znowu — pragnę 

panu powiedzieć, że jego lordowską mość i ja jesteśmy zaręczeni.  

background image

Pan Bennett, zaskoczony w pierwszej chwili, opanował się zaraz, 

mówiąc ciepło:  

—  W  takim  razie  proszę  przyjąć  życzenia  szczęścia,  panno 

Zarino. Gratulacje, wasza lordowską mość. Ta nowina, panno Zarino, 

uradowałaby z pewnością pani rodziców.  

— Ja też tak sądzę. Ale  wiem również,  że generał będzie bardzo 

niezadowolony,  toteż  jego  lordowską  mość  i  ja  postanowiliśmy 

wyjechać.  

— Postanowili państwo wyjechać? — powtórzył pan Bennett. — 

Ale kiedy?  

— Jutro — obwieściła zdecydowanie Zarina. — Obawiam się, że 

narażę pana przez to na gniew stryja. Będzie pan musiał przekonać go, 

że nie wie pan o niczym i nie może objaśnić, dokąd się wybraliśmy.  

—  Panno  Zarino,  czy  zamierza  pani  poinformować  generała  o 

planowanym wyjeździe?  

—  Napiszę  do  niego  list,  który  przeczyta,  kiedy  mnie  już  nie 

będzie  —  wyjaśniła  Zarina.  —  Inaczej  mogłoby  dojść  do  sceny,  w 

trakcie której stryj powstrzymałby mnie siłą od opuszczenia kraju.  

Pan Bennett przeciągnął ręką po czole.  

—  Stawia  mnie  pani  w  bardzo  trudnym  położeniu,  panno  Zarino 

— poskarżył się.  

—  Nie,  dlaczego?  —  odparła  Zarina.  —  W  gruncie  rzeczy  to  ja 

pana  zatrudniam  i  płacę  panu  pensję,  a  pan  zarządza  moim  domem 

oraz majątkiem i postępuje zgodnie z moimi instrukcjami.  

— To szczera prawda — zgodził się pan Bennett.  

background image

— W tej sytuacji mój stryj nie ma nad panem żadnej władzy, nie 

ma też prawa zarzucić panu czegokolwiek, ponieważ spełnia pan moje 

polecenia.  

Zapadła chwila ciszy. Zarina zerknęła na Rolfe'a, po czym zabrała 

ponownie głos:  

— Chcę pana prosić, żeby zaraz po naszym wyjeździe przejął pan 

zarząd  nad  majątkiem  jego  lordowskiej  mości,  podobnie  jak  pan  to 

robi  z  moją  posiadłością.  —  Mimo  zaskoczenia,  malującego  się  na 

twarzy pana Bennetta, Zarina ciągnęła dalej: — Mamy do pana pełne 

zaufanie  i  aprobujemy  z  góry  wszelkie  zmiany,  które  uzna  pan  za 

stosowne. Naturalnie rozumie się, że będzie pan utrzymywał Priory w 

równie kwitnącym stanie, jak mój własny dom.  

Zarina uśmiechnęła się, dorzucając:  

—  Chciałabym,  żeby  przybrała  znów  wygląd,  który  pamiętam  z 

dzieciństwa,  kiedy  uważałam  Priory  za  najpiękniejszy  dom  na 

świecie.  

Wypowiadając  ostatnie  zdania  Zarina  miała  wrażenie,  że  Rolfe 

chce jej przerwać. Oświadczyłby  zapewne, że nie zgodzi się, by jego 

dom był utrzymywany z jej pieniędzy. Nie dopuszczając go do słowa, 

odezwała się znowu, z oczami zwróconymi nadal na pana Bennetta.  

— Jego lordowską mość, a także ja sama, zdajemy sobie sprawę, 

że cała służba, pracująca w Priory od lat, patrzy w przyszłość z lękiem 

i  niepewnością.  Obawiają  się,  że  zostaną  zwolnieni  bez  żadnych 

świadczeń na stare lata i nie wiedzą co począć. — Zrobiła przerwę, by 

uśmiechnąć się do zarządcy. — Przed wyjazdem jego lordowską mość 

background image

udzieli im oczywiście wyjaśnień na ten temat. Ale pana sprawą będzie 

zadbanie,  by  zostali  sowicie  zaopatrzeni.  Należy  też  zatrudnić 

dostateczną  liczbę  pomocniczej  służby,  koniecznej  do  utrzymania 

Priory w stanie doskonałości, w jakiej pragnęłabym ją widzieć.  

— Zrobię, co w mojej mocy, panno Zarino — obiecał pan Bennett 

— ale rozumie pani, że mogę mieć niejakie trudności.  

— Tylko ze strony mojego stryja. Ale jestem obecnie narzeczoną 

jego  lordowskiej  mości  i  stryj  nie  ma  nade  mną  żadnej  władzy. 

Widząc  sceptyczny  wyraz  twarzy  pana  Bennetta,  Zarina  uzupełniła: 

— Zresztą nie mam zamiaru dostarczać mu naszego adresu, toteż nie 

będzie mógł mieszać się w nasze narzeczeństwo.  

—  Jednakże,  jeśli  wolno  mi  zauważyć,  panno  Zarino,  powinna 

pani  zostawić  swój  adres  mnie,  ponieważ  może  się  zdarzyć,  że  nie 

będę w stanie podjąć jakiejś decyzji bez konsultacji z panią.  

Zarina spojrzała na Rolfe'a.  

—  Myślę,  że  to  rozsądna  uwaga  —  odezwał  się  Rolfe  po  raz 

pierwszy.  —  Rzecz  w  tym,  że  nie  jestem  pewien,  gdzie  się 

zatrzymamy po przyjeździe do Indii.  

—  Indie!  —  wykrzyknął  pan  Bennett.  —  Jeśli  wybierają  się 

państwo  tak  daleko,  tym  ważniejsze  jest,  milordzie,  żebym  w  razie 

konieczności mógł się z państwem skomunikować.  

— Słusznie — odparł Rolfe. — Ale ponieważ naprawdę nie wiem 

dokładnie,  gdzie  będziemy  przebywali,  proszę  pisać  do  nas  pod 

adresem 

rezydencji 

wicekróla 

Kalkucie. 

Uprzedzę, 

by 

przekazywano nam wszelką korespondencję.  

background image

—  Dziękuję  bardzo,  milordzie  —  powiedział  pan  Bennett.  — 

Dołożę starań, by państwu nie przeszkadzać.  

—  Skoro  wszystko  zostało  ustalone  —  stwierdziła  Zarina  z 

ożywieniem — proponuję, żebyśmy  wszyscy coś zjedli.  Wyjechałam 

z domu przed śniadaniem i jestem bardzo głodna.  

— Pójdę się tym zająć — oświadczył pan Bennett. — Może lepiej 

będzie, jeśli zjedzą państwo to, co jest do dyspozycji tutaj, na miejscu. 

— Tak naturalnie — zgodziła się Zarina.  

Po wyjściu pana Bennetta Rolfe zauważył:  

—  Trzeba  przyznać,  że  wzięłaś  sprawy  w  swoje  ręce  z 

rozmachem.  

—  Wiedziałam,  że  nie  będziesz  tym  zachwycony  —  odparła 

Zarina.  —  Ale  naprawdę  grzechem  byłoby  dopuścić,  by  dom  i 

majątek  popadły  w  ruinę.  Sam  widzisz,  jak  dziedziniec  zarósł 

chwastami,  a  statua,  zawsze  nienagannie  utrzymywana,  ma  na  sobie 

warstwę brudu.  

—  Zdaje  się,  że  część  młodszej  służby  odeszła  przed  moim 

powrotem.  Po  śmierci  ojca  nie  było  pieniędzy  na  wypłacanie  im 

poborów. A choć ruszyłem w drogę do domu, kiedy tylko doszła mnie 

wiadomość  o  śmierci  brata,  dotarcie  na  południe  Indii  zabrało  mi 

trochę czasu, ponieważ przebywałem wówczas na północy tego kraju.  

— Czy tam właśnie jedziemy? — zapytała Zarina.  

—  Tam  się  wybierałem,  usłyszawszy,  że  w  Nepalu  znajdują  się 

niezwykle  ciekawe  manuskrypty,  przechowywane  w  klasztorze 

background image

niedostępnym  dla  większości  ludzi,  interesujących  się  podobnymi 

sprawami.  

—  Stare  rękopisy!  —  wykrzyknęła  Zarina.  —  Nie  miałam 

pojęcia, że wiesz cokolwiek na ten temat.  

—  Innymi  słowy  —  podchwycił  Rolfe  —  sądziłaś,  że  jestem 

ignorantem, czy też pustym światowcem, jak Darcy?  

—  Wcale  tak  nie  uważałam.  Wyobrażałam  sobie  po  prostu,  że 

podróżujesz dla przyjemności, w poszukiwaniu przygód.  

— Taki też jest w istocie cel moich podróży. Chciałbym zobaczyć 

i odkryć tak wiele nowych rzeczy. Zamierzałem przywieźć te rękopisy 

tutaj, do naszej biblioteki.  

—  Chwała  Bogu,  że  nie  trzeba  jej  sprzedawać!  —  westchnęła 

Zarina.  —  Pamiętam,  jak  twój  ojciec  pokazywał  mi  różne  stare 

pierwodruki,  opatrzone  cudownymi  ilustracjami;  macie  też  jedno  z 

pierwszych  wydań  Chaucera,  które  przy  sprzedaży  uzyskałoby  z 

pewnością niezwykle wysoką cenę.  

— A teraz wszystko to jest twoje — powiedział Rolfe szorstko.  

—  Przeciwnie,  jest  to  cena,  którą  zapłaciłam  ci  za  uwolnienie 

mnie od księcia.  

— Wobec tego powiem ci otwarcie, że zrobiłaś bardzo zły interes.  

—  Jedyną  rzeczą,  której  niepodobna  oszacować  w  walucie,  jest 

moja  własna  osoba  —  odparowała  Zarina.  —  A  ponieważ  cenię  się 

niezmiernie  wysoko,  uważam,  że  zapłaciłam  za  siebie  wyjątkowo 

tanio.  

background image

Rolfe  nie  zdołał  powstrzymać  śmiechu.  Zanim  jednak  zdążył  się 

odezwać, do pokoju wszedł stary lokaj, Yates, z obrusem w ręku.  

—  Słyszałem,  że  wasza  lordowską  mość  życzy  sobie  coś  do 

zjedzenia — powiedział.  

—  Pani  Blossom  robi,  co  może,  ale  uprzedza,  że  w  spiżarni 

prawie nic nie ma.  

—  Będziemy  jej  wdzięczni  za  cokolwiek  —  odparł  Rolfe.  — 

Panna Bryden wyznała, że jest głodna.  

—  Postaramy  się  coś  przygotować,  wasza  lordowską  mość  — 

obiecał Yates.  

Przyniósł  stojący  pod  ścianą  stolik,  który  wymagał  naprawy. 

Zarina pomyślała,  że  zapewne  dlatego  nie  zabrano  go  wraz  z  innymi 

meblami do głównego hallu. Gdy Yates opuścił pokój, zwróciła się do 

Rolfe'a:  

— Kiedy zamierzasz powiedzieć licytatorom, że sprzedaż się nie 

odbędzie?  

— Wtedy, kiedy zbiorą się już wszyscy zainteresowani — odparł. 

— Nie ma wielkiego sensu powtarzanie tego samego dwukrotnie.  

— Wyobrażam sobie, że będą rozczarowani.  

— Mam nadzieję. Licytatorzy nie znoszą ludzi, którzy, tak jak w 

tym  przypadku,  czyhają  na  okazję  zrobienia  dobrego  interesu  jak 

najmniejszym kosztem.  

Z tonu Rolfe'a przebijała gorycz. Zarina zdawała sobie sprawę, że 

czuje się upokorzony zaistniałą sytuacją. Wróciła myślami do czasów, 

gdy  była  małą  dziewczynką.  Uważała  wówczas,  formułując  swoją 

background image

opinię  w  dziecinny  sposób,  że  dwaj  chłopcy  z  Priory  „zadzierają 

nosa".  Właściwie  nie  było  w  tym  nic  dziwnego  zważywszy,  że 

posiadali jeden z najpiękniejszych domów, najlepsze konie w okolicy 

i, co tu dużo ukrywać, najwspanialszą posiadłość w całym hrabstwie.  

Obaj, ukończywszy szkołę w Eton, wstąpili do Oxfordu. Obaj byli 

oblegani, nie tylko przez najładniejsze dziewczęta, ale także przez ich 

ambitne  matki.  Darcy  pojechał  do  Londynu,  gdzie  wkrótce  zdobył 

sobie  opinię  rozpustnika.  Rolfe  natomiast  przebywał  najczęściej  za 

granicą.  

Myśląc o tamtych czasach, Zarina przypomniała sobie, jak hrabia 

użalał  się  przed  jej  ojcem,  że  bardzo  rzadko  widuje  synów.  Musiał 

czuć  się  samotny,  toteż  przyjaźń  ze  strony  jej  ojca  i  matki  była  dla 

niego bardzo cenna. 

Idąc  za  tokiem  swoich  myśli,  Zarina  spytała  Rolfe'a 

niespodziewanie:  

—  Czy  naprawdę  zależy  ci  tak  dalece  na  domu  rodzinnym?  Po 

skończeniu Oxfordu spędzałeś większość czasu z dala od niego.  

— Priory była mi zawsze niezwykle droga — odpowiedział Rolfe. 

—  Ale  wiedziałem  niemal  od  kołyski,  że  z  czasem  przypadnie  ona 

Darcy'emu  i  że  sam  będę  musiał  założyć  dom  gdzie  indziej, 

dysponując bardzo niewielką ilością pieniędzy.  

Nie  było  potrzeby  wyjaśniać  Zarinie,  że  w  rodzinach 

arystokratycznych  najstarszy  syn  dziedziczył  praktycznie  wszystko. 

Jego młodsi bracia dostawali tylko tyle, ile udało się dla nich uzyskać 

bez  naruszania  majątku,  co  niekiedy  okazywało  się  sumą  znikomą. 

background image

System  ten  zapewniał  jednak  przetrwanie  wielkim  majątkom.  Głowa 

rodu była nie tylko ważną osobistością, ale sprawowała także władzę i 

kontrolę nad dobrami rodzinnymi.  

Teraz  dla  Zariny  stało  się  jasne,  dlaczego  Rolfe  usiłował  szukać 

swoich  pasji  życiowych  z  dala  od  Anglii,  gdzie  zajmował  pozycję 

podrzędną  względem  własnego  brata.  Jakby  czytając  w  jej  myślach, 

Rolfe wyznał:  

— Nie wyobrażałem sobie ani przez chwilę, nie śniłem nawet, że 

wszystko  to  może  stać  się  kiedyś  moje.  A  kiedy  do  tego  doszło, 

tragedią  była  dla  mnie  świadomość,  że  nie  będę  w  stanie  tego 

utrzymać.  

—  Rozumiem  to  doskonale  —  potwierdziła  Zarina  szybko.  — 

Teraz musimy doprowadzić twój dom na powrót do stanu świetności.  

—  Będę  do  tego  dążył,  kiedy  tylko  spłacę  ci  dług  —  zapewnił 

Rolfe.  

—  Uważam,  że  jest  spłacony,  albo  raczej  zacznę  tak  sądzić  z 

chwilą znalezienia się poza zasięgiem mojego stryja. Ale jeśli upierasz 

się, by robić z tego poważną aferę, to naturalnie twoja wola.  

W tonie Zariny zabrzmiała nuta uszczypliwości i Rolfe pospieszył 

ją zapewnić:  

—  Jestem  ci  wdzięczny;  wybacz,  jeśli  zabrzmiało  to  inaczej. 

Naprawdę  jestem  wdzięczny.  Tylko  przyjmowanie  jałmużny  od 

kogokolwiek,  a  już  zwłaszcza  od  kobiety,  zadaje  gwałt  wszystkim 

moim instynktom.  

background image

I  jakby  nie  chcąc  mówić  o  tym  dłużej,  wyszedł  z  pokoju,  nie 

zamykając za sobą drzwi. Zarina domyśliła się, że chce zobaczyć, co 

się dzieje w głównym hallu. Ale w tym momencie ona sama skupiona 

była na czym innym. Rozważała, jak wymknąć się następnego ranka, 

by stryj nie nabrał podejrzeń i nie zorientował się w jej zamysłach.  

Rolfe powrócił  w chwili, gdy  Yates przyniósł do pokoju posiłek. 

Składały się na niego dwa talerze gorącego rosołu z mięsa króliczego, 

skromna  porcja  zimnej  szynki  i  kawałek  sera  Stilton.  Lokaj  wyraził 

ubolewanie,  że  nie  będąc  uprzedzony  zawczasu,  nie  może  im  podać 

nic  więcej.  Jednakże  zarówno  Zarina,  jak  też  Rolfe,  zainteresowani 

byli  przede  wszystkim  zaspokojeniem  głodu,  nie  zważając  na  dobór 

potraw.  

Zarina zdążyła właśnie zasiąść za stołem, gdy Rolfe wydał okrzyk 

i  wyszedł  z  pokoju.  Powrócił  po  kilku  minutach,  z  butelką 

czerwonego wina w ręku.  

—  Właśnie  sobie  o  nim  przypomniałem  —  wyjaśnił.  — 

Wszystko,  co  znajdowało  się  w  piwnicach,  zostało  przeznaczone  na 

sprzedaż, ale  zachowałem dla siebie to znakomite wino mojego  ojca. 

Postanowiłem wypić je dziś wieczorem do kolacji.  

—  Zasadniczo  nie  pijam  alkoholu  —  oświadczyła  Zarina  —  ale 

myślę, że powinniśmy wypić za naszą przyszłość; oby szczęście nam 

sprzyjało we wszystkim, co nas spotka, gdy stąd wyjedziemy.  

— Za to wypiję z pewnością — zgodził się Rolfe.  

background image

Nalał wina i oboje, podniósłszy kieliszki, wypili uroczyście toast. 

Następnie  Zarina  zabrała  się  do  rosołu,  zjadła  też  pokaźną  porcję 

wędzonej szynki.  

Gdy  Yates  opuścił  pokój,  udając  się  po  kawę  na  zakończenie 

posiłku, Zarina spytała:  

— O której przyjedziesz po mnie jutro rano?  

— Bardzo wcześnie. Zamierzam złapać pierwszy poranny pociąg 

do  Londynu,  który  zatrzymuje  się  na  tutejszej  stacji  o  piątej 

trzydzieści i dojeżdża do Tilbury przed południem.  

—  Jeśli  będę  gotowa  o  czwartej  czterdzieści  pięć  —  wyliczyła 

Zarina  —  na  pewno  zdążę  przed  porannym  wymarszem  generała  z 

sypialni.  

—  Gdzie  mam  na  ciebie  czekać?  Nie  powinienem  podjeżdżać 

przed główne wejście.  

—  W  żadnym  razie  —  odparła  Zarina.  —  Zatrzymaj  się  za 

budynkami stajni, tam, gdzie zaczynają się tereny jeździeckie. Wątpię, 

by  chłopcy  stajenni  kręcili  się  o  tak  wczesnej  porze,  ale  nawet  jeśli 

nas zobaczą, nie będzie to miało większego znaczenia.  

—  Masz  rację  —  zgodził  się  Rolfe.  —  A  kiedy  dowiedzą  się  o 

naszej ucieczce, będą uważali, że to bardzo romantyczne i pomyślą, że 

sami chętnie postąpiliby podobnie.  

—  Chodzi  o  to,  że  nie  wolno  nam  popełnić  żadnego  błędu  —

powiedziała Zarina poważnie.  

Wyobrażała 

sobie, 

jak 

rozwścieczony 

będzie 

stryj, 

zorientowawszy  się,  że  uciekła.  Była  przekonana,  że  gdyby  wiedział 

background image

dokąd pojechała, dołożyłby wszelkich starań, by ją złapać. Pomyślała 

jednak, że jest mało prawdopodobne, by generał szukał jej w Tilbury, 

jeśli napisze mu w liście, że wybiera się do Francji. Stryj wyprawi się 

przypuszczalnie  do  Dover;  ale  w  tym  czasie  oni  będą  już  na  pełnym 

morzu, w drodze do Indu.  

Wypili  kawę  i  Rolfe  nalał  sobie  drugi  kieliszek  wina; 

wysączywszy je, wyjął zegarek z kieszeni kamizelki.  

—  Jest  za  parę  minut druga  —  stwierdził.  —  Hall  powinien  być 

już pełen.  

Z tymi słowy podniósł się zza stołu.  

— Powodzenia! — powiedziała Zarina.  

Uśmiechnął  się  do  niej  i  wyszedł.  Zarina  zatrzymała  się,  by 

podziękować Yatesowi, zapowiadając jednocześnie odwiedziny u pani 

Blossom,  po  czym  skręciła  w  korytarz  wiodący  do  tylnych  drzwi 

głównego hallu, które okazały się otwarte. Stanąwszy w nich, ujrzała 

tłum ludzi tłoczących się wokół stanowiska licytatora.  

Rolfe  rozmawiał  ze  stojącym  na  podeście  człowiekiem,  który 

musiał być właśnie licytatorem. Dostrzegła także znajdującego się tuż 

za  nim  pana  Bennetta.  Pomocnik  licytatora  siedział  w  pełnej 

gotowości za stołem.  

Po chwili licytator, z wyrazem zdziwienia na twarzy, odsunął się i 

jego  miejsce  zajął  Rolfe.  Wyprostowany,  wydał  się  Zarinie  bardzo 

wysoki i, na swój sposób, nie mniej przystojny, niż zmarły brat.  

Nagle w wielkiej sali zapadła cisza. Musiało się w niej znajdować 

ponad  sto  osób  i  cały  ten  tłum  patrzył  teraz  na  Rolfe'a.  Na  samym 

background image

przodzie  stało  kilku  mężczyzn,  którzy,  zdaniem  Zariny,  przybyli  z 

pewnością  z  Londynu.  Ci  zamierzali  zgarnąć  zyski  ze  sprzedaży 

natychmiast po jej zakończeniu; w ich chytrym spojrzeniu i zaciętych 

ustach  było  coś  odstręczającego.  Tacy  ludzie,  pomyślała  Zarina,  nie 

zawahaliby  się  posłać  Darcy  'ego  do  więzienia,  czy  to  dla  własnych 

korzyści, czy też po prostu z zemsty.  

—  Panowie  —  zaczął  Rolfe,  a  jego  głos  zabrzmiał  donośnie, 

odbijając  się  od  ścian  głównego  hallu  —  jestem  hrabią  Linwood; 

wolałbym powitać was tu dzisiaj w przyjemniejszych okolicznościach.  

Rolfe przerwał, rozglądając się po twarzach przybyłych, po czym 

podjął:  

—  Niektórzy  z  was  przyjechali  z  odległych  okolic,  żeby  nabyć 

różne  przedmioty,  znajdujące  się  w  Priory  lub  nawet  sam  dom. 

Wypada  mi  więc  przeprosić  was  za  daremną  podróż,  której 

oszczędziłbym wam chętnie, gdyby to było możliwe.  

Przez  hall  przeszedł  szmer  zdziwienia;  w  chwilę  później  Rolfe 

zabrał ponownie głos:  

—  Pragnę  jednak  poinformować  was,  że  długi  zaciągnięte  przez 

mojego  brata  zostaną  teraz  spłacone  w  całości.  Jeśli  zechcecie, 

panowie,  przedstawić  swoje  rachunki  panu  Bennettowi,  który  siedzi 

za  stołem  tu,  koło  mnie,  wypisze  on  stosowne  czeki;  zostaną  one 

zrealizowane,  za  co  ręczę  osobiście,  natychmiast  po  przedstawieniu 

ich w Coutfs Bank w Haymarket.  

Szmer  zdziwienia  przerodził  się  w  pomruk,  gdy  nagle  jeden  ze 

stojących na przodzie mężczyzn zawołał:  

background image

— Dlaczego nie powiedziano nam o tym wcześniej? I skąd mamy 

wiedzieć, że to wszystko nie są jakieś sztuczki?  

—  Jest  tu  mnóstwo  ludzi,  którzy  mogą  poświadczyć,  że  jestem 

hrabią  Linwood  —  odparł  Rolfe  —  i  macie  moje  słowo,  że  czeki 

wypisane  na  należne  wam  sumy  zostaną  zrealizowane  w  banku  bez 

najmniejszych trudności.  

— Wolałbym być tego pewny! — krzyknął znów człowiek, który 

odezwał  się  uprzednio.  —  Skąd  wiemy,  że  to  nie  podstęp,  żeby  nas 

wysłać do domów, a wtedy sprzedacie wszystko komuś innemu i nam 

się nic nie dostanie!  

— To całkiem możliwe — poparł go mężczyzna stojący obok.  

Inni  również  dołączyli  swoje  głosy  i  zgiełk  zaczął  rosnąć.  Dla 

Zariny  ich  zachowanie  miało  w  sobie  coś  groźnego.  Rolfe  nie 

wiedział dobrze, jak zareagować; musiał przekonać jakoś wierzycieli, 

że  pieniądze,  których  wczoraj  brakowało,  dziś  są  na  miejscu. 

Oczywiste  było,  że  wierzyciele  ci  musieli  pożyczyć  ogromne  sumy 

jego bratu, a także zapewne  ojcu, nim ośmielili się grozić Darcy'emu 

więzieniem.  

Pan  Bennett,  który  zajął  miejsce  pomocnika  licytatora,  wyglądał 

na  zatroskanego.  W  ręku  trzymał  książeczkę  czekową,  której  widok 

nie  wystarczył  jednak,  by  upewnić  wierzycieli,  że  z  chwilą  okazania 

czeku zostaną im wypłacone należne pieniądze.  

—  Chcemy,  żeby  licytacja  odbyła  się,  jak  zapowiedziano!  — 

krzyknął  znów  mężczyzna,  który  od  początku  był  najbardziej 

agresywny. — Nie odejdziemy z pustymi rękami!  

background image

— Dobrze mówi! — zawołał zaraz drugi.  

Dołączyły się do nich aprobujące głosy innych mężczyzn i Zarina 

zrozumiała, że musi wkroczyć do akcji. Utorowała sobie drogę wśród 

tłumu do stanowiska licytatora, które znajdowało się na podwyższeniu 

liczącym  około  trzech  stóp  wysokości;  prowadzące  doń  dwa  stopnie 

nadawały  mu  niemal  wygląd  ambony.  Zarina  weszła  na  schodki  i 

stanęła przy Rolfe'ie, który ujrzawszy ją obok siebie, szepnął:  

— Nie mieszaj się do tego.  

—  Nie  uwierzą  ci,  dopóki  im  nie  powiem,  kim  jestem  — 

odpowiedziała. — Przedstaw mnie, proszę.  

Rolfe  zawahał  się  przez  chwilę.  W  tymże  momencie  mężczyźni, 

którzy  wywołali  zamieszanie,  zaczęli  wykrzykiwać  ponownie, 

domagając  się  powrotu  licytatora;  podejrzewali  nadal,  że  chodzi  o 

oszustwo,  czy  też  wykręty.  Zmuszony  w  ten  sposób  do  podjęcia 

jedynego  możliwego  w  tej  sytuacji  działania,  Rolfe  podniósł  z 

ociąganiem dłoń, nakazując ciszę.  

—  Ponieważ  wątpicie  w  moje  słowa,  pragnę  przedstawić  wam 

pannę  Zarinę  Bryden,  która  zaszczyciła  mnie,  zgadzając  się  zostać 

moją żoną.  

Obecnie,  zaskoczeni  nowiną,  zachowali  przez  chwilę  milczenie, 

następnie  zaś  rozległy  się  okrzyki  zdziwienia.  Jednocześnie  do  uszu 

Zariny doszły wyraźnie powtarzane z ust do ust słowa:  

— Dziedziczka! Ta wielka dziedziczka!  

To  właśnie  określenie  przewijało  się  tak  często  w  salach 

balowych  Londynu.  Teraz  powtarzali  je  kolejno  stojący  przed  nimi 

background image

ludzie.  Przez  moment  jeszcze  trwały  odbywane  półgłosem  narady,  a 

potem mężczyzna, który rozpętał całe zamieszanie, oznajmił:  

— Jeśli panna Bryden stoi za tym wszystkim, no to w porządku.  

—  Naturalnie,  że  stoję  —  potwierdziła  Zarina.  —  Mam  też 

nadzieję, że wszyscy życzycie nam szczęścia na przyszłość.  

Dalsze  słowa  były  niepotrzebne.  Mężczyźni,  którzy  wywołali 

niepokój,  skierowali  się  ku  panu  Bennettowi,  trzymając  rachunki  w 

wyciągniętych dłoniach, by mógł zobaczyć, ile im się należy.  

Zarina zeszła z podwyższenia, a Rolfe podążył jej śladem. Kiedy 

usiłowali  przejść  dalej,  obecne  w  hallu  kobiety  pospieszyły,  by 

uścisnąć  im  ręce  i  życzyć  szczęścia.  Za  nimi  podeszli  mężczyźni 

zatrudnieni  w  majątku.  Było  tam  też  kilku  starych,  pensjonowanych 

już  ludzi,  którzy  zadali  sobie  trud  przybycia  z  miasteczka.  Wszyscy 

oni czuli się ludźmi Rolfe'a i mieli mu wiele do powiedzenia.  

Po  kilku  minutach  Zarina  odeszła  na  bok;  uważała,  że  nie 

powinna  się  zbytnio  narzucać  Rolfe'owi,  który  był  dostatecznie 

pognębiony koniecznością przyjęcia od niej pieniędzy.  

Doszła do przekonania, że jest to dogodny moment, by rozejrzeć 

się  po  Priory.  Choć  pokoje  zostały  ogołocone  z  tak  wielu 

przedmiotów,  które  pamiętała,  niewątpliwą  pociechą  dla  Rolfe'a  w 

czasie  jego  pobytu  w  Indiach  będzie  myśl,  że  wszystko  powróci  na 

miejsce i Priory odzyska swój dawny wygląd.  

Z powodu tłumu ludzi zgromadzonego w hallu, Zarina nie mogła 

wyjść  drzwiami prowadzącymi  do  biblioteki,  gdzie  była  rano,  wobec 

czego  poszła  w  innym  kierunku.  Minęła  salę  opata,  dochodząc  do 

background image

kaplicy. Przestąpiwszy jej próg przekonała się, że piękne wnętrze jest 

dokładnie  takie,  jakie  zachowała  we  wspomnieniach.  Ludzie,  którzy 

zorganizowali  licytację,  nie  ruszyli  złotego  krzyża  zdobiącego  szczyt 

ołtarza. Nie zabrali również starych, cennych lichtarzy.  

Zarina domyślała się, dlaczego tak się stało: większość ludzi była 

zbyt  przesądna,  żeby  zabrać  czy  choćby  poruszyć  przedmioty  z 

kaplicy,  która  została  poświęcona.  Pomyślała,  że  licytator  zamierzał 

prawdopodobnie  pozostawić  całe  wyposażenie  kaplicy  do  dyspozycji 

tych, którzy kupią Priory. Jeśli przyszli właściciele zdecydowaliby się 

usunąć  z  niej  cokolwiek,  narażenie  się  na  ewentualne  konsekwencje 

tknięcia świętości będzie ich sprawą.  

Bogato  rzeźbiony  klęcznik  znajdował  się  nadal  przed  stopniami 

prowadzącymi do ołtarza. Zarina uklękła na nim. Dziękowała Bogu za 

wskazanie  jej  drogi  ucieczki  od  księcia,  prosząc  zarazem,  by  wziął 

pod  opiekę  Rolfe'a  i  ją  samą  w  czasie  podróży  do  Indii.  Nie  była 

pewna,  co  się  stanie  później;  nie  wiedziała,  czy  odważy  się  opuścić 

Rolfe'a i czy przyjdzie jej wówczas żyć w stanie nieustannego lęku, że 

książę zdoła ją jakoś odnaleźć.  

—  Błagam  Cię,  pomóż  mi,  Boże  —  modliła  się.  —  Bez  Twojej 

opieki i bez ochrony Rolfe'a będę zagubiona i pełna trwogi...  

Otworzywszy  oczy,  ujrzała  promień  słońca  prześwietlający 

witrażowe  okno  ponad  ołtarzem.  Świetliste  pasmo  dotykało  złotego 

krzyża i miała wrażenie, że muska też jej głowę. Wydało jej się, że to 

znak  i  że  Bóg  wysłuchał  jej  modlitwy;  nabrała  nadziei,  że  będzie 

bezpieczna, cokolwiek przyniesie jej przyszłość.  

background image

Rozdział 4 

Zarina pozostała  w  kaplicy  przez  dłuższą  chwilę.  Opuszczając ją 

pomyślała,  że  zgodnie  z  obietnicą  pójdzie  odwiedzić  panią  Blossom. 

Upłynie  z  pewnością  sporo  czasu,  zanim  wszyscy  ludzie  zebrani  w 

hallu okażą swoje kwity i odbiorą wystawione czeki.  

Nie  odeszła  jeszcze  daleko,  gdy  ujrzała  dwóch  mężczyzn 

zdążających w jej kierunku. Jednego z nich rozpoznała od razu: to on 

wzniecił  niepokój  w  hallu.  Widocznie  dostał  czek,  jako  jeden  z 

pierwszych,  sprawiał  zresztą  wrażenie  osobnika  umiejącego  się 

przepychać.  Wyglądał  na  nieokrzesanego,  ubrany  był  wyzywająco  i 

pretensjonalnie.  Jego  twarz,  przebiegła  i  fałszywa,  nie  budziła 

zaufania.  

Miała właśnie minąć obu mężczyzn, kiedy oni zastąpili jej drogę.  

—  Panno  Bryden,  akurat  pani  szukaliśmy  —  powiedział  ten 

wyzywający.  

Zarina uniosła brwi.  

— Doprawdy? — spytała.  

— A tak. Chcemy pani coś pokazać.  

Zarina  zastanawiała  się,  o  co  może  chodzić.  Miała  ochotę  im 

odmówić,  ponieważ  jednak  szli  koło  niej,  pomyślała,  że  byłoby  to  z 

jej strony niegrzeczne.  

Idąc korytarzem, dotarli prawie do kuchni i wówczas wyzywający 

mężczyzna  otworzył  drzwi  do  pokoju,  w  którym  Zarina  nigdy 

przedtem  nie  była.  Przypuszczała,  że  za  czasów  poprzedniego 

hrabiego  musiał  się  tu  mieścić  gabinet  jego  sekretarza.  Pośrodku 

background image

pokoju  stał  stół,  na  ścianach  wisiały  mapy,  a  w  rogu  piętrzyły  się 

blaszane, 

pomalowane 

na 

czarno 

pudełka, 

zawierające 

prawdopodobnie 

dokumentację 

dotyczącą 

poszczególnych 

gospodarstw oraz całej posiadłości.  

W pokoju nie było nikogo. Zarina miała właśnie spytać, w jakim 

celu  ją  tu  przyprowadzono,  gdy  wyzywający  mężczyzna  zamknął 

drzwi zdecydowanym, niemal ostentacyjnym ruchem.  

—  O  co  chodzi?  —  spytała  ostro.  —  Co  chcieli  mi  panowie 

pokazać?  

—  Bo  widzi  pani,  panno  Bryden  —  wyjaśnił  mężczyzna  — 

sprawa  jest  taka;  kiedy  regulowali  moją  należność  w  hallu,  to  mi  się 

przypomniało, że trzymam pieniądze w Coutfs Bank, tym samym, co 

pani.  

Zarina  zesztywniała.  Nie  podobał  jej  się  poufały  ton,  którym 

mężczyzna zwracał się do niej.  

— No więc pomyślałem sobie, że taka bogata panna na pewno nie 

poczuje, jeśli wyda ciut więcej.  

—  Nie  rozumiem,  o  co  panu  chodzi  —  powiedziała  Zarina.  — 

Chciałabym stąd wyjść.  

Odwróciła się i stwierdziła, że drugi mężczyzna, który dotychczas 

nie  brał  udziału  w  rozmowie,  stoi  przed  drzwiami.  Z  jego  postawy 

wywnioskowała natychmiast, że nie pozwoli jej przejść. Zawahała się 

i w tejże chwili wyzywający mężczyzna oznajmił:  

— To całkiem prosta sprawa, panno Bryden. Pani tylko podpisze 

ten  tutaj  czek,  mój  własny,  i  jestem pewien,  że  bank  go uzna.  No  bo 

background image

dlaczego  mieliby  robić  trudności,  kiedy  mają  stosy  pani  pieniążków 

do dyspozycji?  

Mężczyzna  przemawiał  kpiącym  tonem  i  Zarina  odparła, 

rozgniewana:  

—  Nie  mam  zamiaru  kontynuować  tej  rozmowy.  Pragnę  znaleźć 

jego lordowską mość.  

—  To  pani  zajmie  najwyżej  kilka  sekund  —  powiedział 

mężczyzna. — Musi pani tylko złożyć, o, tutaj, swój podpis.  

Mówiąc to, położył na stole czek.  

Zarina  machinalnie  przeczytała  wypisaną  na  nim  sumę;  czek 

został wystawiony na dwadzieścia tysięcy funtów.  

—  Myli  się  pan  głęboko,  sądząc,  że  skłoni  mnie  pan  do 

podpisania tego — oświadczyła. — Jestem zresztą zupełnie pewna, że 

przedstawiając  czek  opiewający  na  tak  ogromną  sumę,  wzbudziłby 

pan podejrzenia w banku.  

— To raczej mało możliwe, bo i długi jego dostojności są wcale, 

wcale — odpowiedział mężczyzna. — Jeśli pani spłaca wszystkich za 

jego  lordowską  mość,  a  coś  mi  się  tak  wydaje,  to  będzie  panią 

kosztowało sporo grosiwa i dwadzieścia tysiączków  w tę czy  we  wtę 

nie zrobi pani żadnej różnicy.  

— Owszem, jest pewna różnica — zaoponowała Zarina. — Pana 

propozycja jest nie tylko oszustwem, ale wręcz przestępstwem!  

—  No,  jeśli  to  jest  pani  ostatnie  słowo  —  stwierdził  mężczyzna 

wolno  —  to  nie  ma  innej  rady,  jak  kapinkę  panią  przekonać  do 

zmiany zdania.  

background image

Mówiąc  te  słowa,  owinął  błyskawicznie  chustkę  wokół  głowy 

Zariny,  kneblując  ją,  choć  zaczęła  się  szamotać.  Wówczas  drugi 

mężczyzna,  stojący  dotychczas  przed  drzwiami,  podszedł  i 

unieruchomił jej ramiona, obezwładniając ją całkowicie.  

Następnie  główny  napastnik  wyjął  z  kieszeni  długi  metalowy 

łańcuch, z rodzaju tych, których używano nie tylko do przytrzymania 

kufrów  w  czasie  jazdy  powozem,  ale  również  do  przypięcia  ich  za 

pomocą kłódki tak, by nie można ich było ukraść. Mężczyzna owinął 

go  wokół  jej  talii  i  ramion,  spinając  luźne  końce  w  sposób 

uniemożliwiający Zarinie oswobodzenie się z więzów.  

—  Otwórz  no  drzwi,  Bill  —  polecił  —  i  sprawdź,  czy  droga 

wolna.  

Bill  wykonał  polecenie,  lustrując  oba  końce  korytarza.  Wówczas 

mężczyzna  pociągnął  Zarinę  ze  sobą  i  obaj  zaczęli  ją  popychać 

zmuszając,  by  szła  wraz  z  nimi.  Przez  moment  rozważała,  czy  nie 

rzucić  się  na  ziemię,  ale  wiedziała,  że  w  takim  wypadku  powloką  ją 

siłą. Bez trudu przyszłoby im również nieść ją we dwóch.  

Mogła  się  tylko  modlić,  by  ktoś  nadszedł.  Zdawała  sobie  jednak 

sprawę,  że  w  tej  części  Priory,  w  której  usytuowana  była  kuchnia, 

znajduje  się  wyłącznie  pani  Blossom,  zajęta  gotowaniem.  Reszta 

służby,  z  której  pozostali  już  tylko  starsi  ludzie,  przebywała  bez 

wątpienia  we  frontowej  części  domu,  gdzie  zgromadził  się  tłum 

przybyły na licytację.  

Wkrótce prowadzący ją pomiędzy sobą mężczyźni skręcili za róg 

korytarza. Zarina uświadomiła sobie z przestrachem, że kierują się w 

background image

stronę  piwnic.  Zajrzała  tam  zaledwie  parę  razy  w  dzieciństwie, 

sprowadzona  przez  synów  pana  domu.  Wiedziała  jednak,  że  piwnice 

są  ogromne  i  schodzą  głęboko  pod  Priory.  Doszedłszy  do  otwartych 

drzwi, ujrzała za nimi butelki wina, oznakowane podobnie jak meble, 

przeznaczone do sprzedaży; nie było ich wiele.  

Druga  piwnica,  do  której  przeszli  następnie,  była  prawie  pusta. 

Panowała  w  niej  ciemność,  póki  Bill  nie  przyniósł  latarni,  którą 

widocznie  uprzednio  zapalił  i  ukrył  w  kącie.  Zarina  zrozumiała,  że 

dwaj mężczyźni musieli być tu wcześniej, decydując, że jeśli ona nie 

podpisze czeku, przyprowadzą ją w to właśnie miejsce.  

Obecnie  Bill  poszedł  przodem  przez  ciągnącą  się  daleko  drugą 

piwnicę,  aż  do  następnej,  nisko  sklepionej  i  zupełnie  pustej.  Zarina 

poczuła,  że  ogarnia  ją  przerażenie.  Jeżeli  mężczyźni  zamierzali 

pozostawić  ją  w  tej  piwnicy,  wątpliwe  było,  by  ktokolwiek  ją 

odnalazł.  Kto  schodziłby  do  pustych  piwnic,  z  których  jedynie 

pierwsza była w użyciu?  

Trzecia piwnica kończyła się po prostu ścianą z cegieł, tak jej się 

przynajmniej zdawało. Jednakże były w niej małe, wąskie drzwi, które 

zaskrzypiały,  gdy  Bill  je  otwierał.  Prowadziły,  one  do  czwartej 

piwnicy,  o  wiele  mniejszej  od  poprzednich  i,  jak  się  wydawało 

Zarinie, dość wilgotnej. Nie było w niej śladu antałka czy butelki. Ale 

przy jednej ze ścian znajdował się rodzaj otwartej krypty, zrobionej z 

ciemnego kamienia.  

Prowadzące do niej drzwi były ciężkie i masywne; doszedłszy do 

nich  Zarina  zrozumiała,  czemu  ją  tu  przyprowadzono.  Mężczyźni 

background image

popchnęli ją bliżej odwinąwszy łańcuch otaczający jej talię przewlekli 

przez  szczelinę  w  drzwiach,  po  czym  ten  pretensjonalnie  ubrany 

założył ponownie kłódkę, zamykając ją i chowając klucz do kieszeni.  

— Bill i ja wyskoczymy coś zjeść — powiedział. — Wrócimy za 

dwie  —  trzy  godziny.  Przez  ten  czas  powinna  się  pani  namyślić  na 

podpisanie czeku. A jeśli nie, to może pani tego bardzo pożałować.  

Zarina milczała. Mężczyzna stał chwilę, patrząc na nią w świetle 

latarni, po czym dorzucił:  

—  Niebrzydka  z  pani  kobitka  i tak  sobie  myślę,  że  może  dałoby 

się panią łatwiej przekonać w inny sposób!  

Słysząc ton jego głosu i dostrzegając pożądliwe spojrzenie, Zarina 

zadrżała.  

— Słuchaj no, Alf — odezwał się Bill — zostaw ją, niech sobie to 

przemyśli.  

—  Idę,  idę  —  odparł  Alf  z  pewnym  ociąganiem.  —  Na  razie, 

ślicznotko, polecam się łaskawej pamięci do powrotu.  

Roześmiał  się  nieprzyjemnie  i  obaj  mężczyźni  wyszli  z  krypty, 

zamykając  drzwi  za  sobą.  Zarina  słyszała,  jak  wchodzą  na  stopnie  i 

oddalają się, a potem wokół zaległa niezmącona cisza. Ciemność, woń 

wilgoci  i  ta  przejmująca  cisza  wywołały  w  niej  uczucie  paniki. 

Wyrzucała  sobie  naiwność  i  głupotę,  jaką  okazała,  zgadzając  się  na 

towarzyszenie mężczyznom.  

Niestety,  były  to  próżne  żale.  Zarina  myślała  z  przerażeniem  o 

powrocie  napastników.  Podejrzewała,  że  nawet  jeśli  podpisze  czek, 

oni  gotowi  są  zostawić  ją  w  piwnicy  własnemu  losowi.  „Cóż  znaczy 

background image

dwadzieścia  tysięcy  funtów,  kiedy  chodzi  o  życie?",  powiedziała 

sobie. „Umrę... umrę tutaj!", myślała gorączkowo, z rozpaczą, „i nikt 

się nigdy nie dowie, co się ze mną stało."  

Próbowała  się  wykręcić  i  obrócić,  ale  obejmujący  ją  łańcuch 

trzymał  mocno;  wiedziała,  że  nie  zerwie  go  żadną  szarpaniną. 

Usiłowała  oswobodzić  przynajmniej  ręce,  ale  to  również  okazało  się 

niemożliwe; próby nie przyniosły jej nic poza bólem.  

Wówczas  przyszło  jej  na  myśl,  że  może  potrzeć  tyłem  głowy  o 

drzwi krypty, do których była przypięta. Tarła więc, poruszając głową 

w górę i w dół, usiłując rozluźnić krępujący ją knebel. W końcu, kiedy 

była  już  właściwie  przekonana  o  bezcelowości  swoich  wysiłków, 

zdołała uwolnić usta, a następnie brodę.  

Pozbywszy się knebla, poczuła się trochę lepiej; była jednak dość 

rozsądna,  by  wiedzieć,  że  nawet  gdyby  wołała  i  krzyczała  z  całej 

mocy, nikt jej nie usłyszy. Pamiętała, jak jej własny ojciec mówił, że 

Priory 

jest 

niezwykle 

solidnie 

zbudowana. 

Stała 

przecież 

nieporuszona  od  trzystu  lat  i  będzie  zapewne  stała  tak  samo  przez 

następne trzysta.  

„Cóż  teraz  pocznę?  Co  mam  dalej  robić?",  zastanawiała  się 

Zarina.  Pomyślała  o  promieniu  słońca,  który  przedostał  się  przez 

witraż do kaplicy. Wydało jej się wtedy, że jest to omen, znak z nieba. 

A  więc  teraz  mogła  jej  pomóc  jedynie  modlitwa.  „Pomóż  mi,  ocal 

mnie,  Boże",  modliła  się  żarliwie.  Błagała  też  o  pomoc  swego  ojca. 

Wiedziała, że wpadłby w furię, gdyby ujrzał ją w tej pułapce.  

background image

Zarina  usiłowała  odgadnąć,  ile  czasu  upłynie,  zanim  Rolfe 

zorientuje się, że jej nie ma. Ale jeśli asystował panu Bennettowi przy 

spłacie długów w głównym hallu, będzie prawdopodobnie zajęty dość 

długo.  Następnie  poleci  ludziom  licytatora  oraz  własnej  służbie,  by 

umieścili obrazy i meble  w miejscach, z których je zabrali. Ale  wino 

nie  zostało  przeniesione.  Nie  było  nadziei,  że  ktokolwiek  zejdzie,  by 

szukać jej w piwnicach.  

„Rolfe  założy,  że  wróciłam  do  domu",  pomyślała.  Jednak  zaraz 

przypomniało jej się, że przyjechała z panem Bennettem, który będzie 

się  spodziewał,  że  wrócą  również  razem;  a  w  każdym  razie, 

poszedłszy po własnego wierzchowca, zobaczy w stajni Kingfishera.  

„Ocal mnie, Boże, uratuj mnie", modliła się Zarina. Czuła, że jest 

jej coraz zimniej i że dławiące przerażenie ogarnia ją z coraz większą 

siłą.  Musiała  upłynąć  godzina,  a  może  nawet  dłużej,  Zarina  bowiem 

zatraciła  całkowicie  poczucie  czasu,  gdy  nagle  do  jej  uszu  dobiegł 

słaby  odgłos.  Był  bardzo nikły  i  odległy.  Nasłuchiwała  przez  chwilę, 

bojąc się, że nie został wydany przez człowieka. Może to jakiś szczur? 

Była pewna, że głęboko w podziemiach są szczury.  

Po  jakimś  czasie  odgłos  powtórzył  się  i  nagle  przyszło  jej  do 

głowy,  że może ktoś otwiera drzwi do innych piwnic. „Ktoś"! Słowo 

odbiło  się  krzykiem  w  jej  myślach,  nasyłając  obraz  Alfa  i  jego 

kamrata Billa.  

Zażądają  teraz,  żeby  podpisała  czek.  Ale  czy  uwolnią  ją,  jeśli  to 

zrobi?  Była  dość  inteligentna,  by  żywić  na  ten  temat  poważne 

wątpliwości.  Pozostawią  ją  tu  raczej,  a  sami  wyprawią  się  do 

background image

Londynu.  Mając  pieniądze  w  ręku,  z  pewnością  nie  będą  się 

przejmowali 

jej 

losem. 

Istniało 

też 

całkiem 

spore 

prawdopodobieństwo,  że  zabiją  ją  przed  odejściem,  żeby  nie  mogła 

przeciw  nim  świadczyć.  Chustka,  przy  pomocy  której  Alf  ją 

zakneblował, zawiązana była nadal wokół jej szyi. A jeśli zaciśnie ją 

trochę mocniej? Zarina z trudem powstrzymała okrzyk grozy.  

W tejże chwili posłyszała kroki za drzwiami piwnicy. Za moment 

ukażą się Alf i Bill. Ale kroki niespodziewanie zatrzymały się i Zarina 

uświadomiła  sobie,  że  słyszała  jedną  osobę,  a  nie  dwie.  I  nagle,  jak 

olśnienie,  przyszła  myśl:  może  to  wcale  nie  oni,  ale  ktoś,  kto  jej 

szuka? Rolfe! Czy możliwe, żeby to był Rolfe?  

Przez  chwilę  nie  mogła  się  nawet  odezwać;  wreszcie  zawołała 

zupełnie nieswoim głosem:  

— Ratunku!... Ratunku! Pomocy!  

Okrzyk zawibrował w krypcie, odbijając się echem od jej ścian.  

A potem odezwał się głos:  

— Zarino! Jesteś tam? Gdzie właściwie jesteś?  

Głos należał do Rolfe'a!  

Niezmierna  ulga  obezwładniła  ją  na  moment  tak,  że  nie  od  razu 

zdołała odpowiedzieć:  

— Jestem tutaj!... Tutaj!  

Usłyszała,  jak  Rolfe  zbliża  się  do  wąskich,  małych  drzwi. 

Otworzył je i schylając głowę wszedł do środka, a potem podniósł do 

góry latarnię, którą trzymał w ręku. Zarina miała niemal wrażenie, że 

stoi przed nią rycerz w lśniącej zbroi z aureolą wokół głowy.  

background image

— Rolfe! Ach, Rolfe!... — wykrztusiła łamiącym się głosem i łzy 

popłynęły jej po policzkach.  

Rolfe  postawił  latarnię  na  podłodze  i  dwoma  krokami  przebył 

dzielącą ich odległość.  

— Co to ma znaczyć, na miłość boską? — zapytał.  

Zarina wyszeptała bezładnie:  

—  Zjawiłeś  się...  jesteś  tutaj...  myślałam,  że  przyjdzie  mi 

umrzeć!... Zostawili mnie i poszli... ale mają wrócić...  

— Kto taki?  

—  Dwaj  mężczyźni,  którzy  chcieli,  żebym  podpisała  czek  na 

dwadzieścia tysięcy funtów... — wyjąkała Zarina z trudem.  

Rolfe  mocował  się  z  łańcuchem  owiniętym  wokół  jej  talii,  ale 

kłódka okazała się solidna.  

— Sam sobie z tym nie poradzę —  zdecydował. — Będę musiał 

pójść po pomoc.  

— Nie! Proszę! — zawołała Zarina. — Nie mogę znieść myśli, że 

ktoś zobaczy, co tu się wydarzyło...  

Czułaby  się  głęboko  upokorzona.  Gdyby  służba,  czy  ktokolwiek 

inny dowiedział się, że szantażowano ją i spętano łańcuchem, historia 

rozeszłaby  się  po  całym  hrabstwie  dostarczając  powodu  do  śmiechu; 

ludzie  uważaliby,  że  słusznie  dostało  jej  się  za  swoje,  ponieważ  ma 

tak dużo pieniędzy.  

Rolfe, który zdawał się rozumieć jej obawy, powiedział:  

background image

—  Poczekaj  chwilę.  Idąc  tutaj,  widziałem  coś  przydatnego.  — 

Chwycił  latarnię  i  wyszedł  z  piwnicy,  dodając:  —  wrócę  za  minutę, 

najwyżej za dwie.  

Słyszała,  jak  oddala  się  pospiesznie  drogą,  którą  przyszedł. 

Musiał  dojść  do  drugiej  piwnicy,  nim  posłyszała  ponownie  odgłos 

jego kroków. Nasłuchiwała ich, powstrzymując oddech, truchlejąc na 

myśl,  że  mogłaby  znów  zostać  sama;  policzki  miała  nadal  mokre  od 

łez. Rolfe powrócił, trzymając w ręku masywną siekierę, używaną do 

otwierania beczek. Postawiwszy latarnię, powiedział:  

—  Musisz  się  pochylić  do  przodu,  ile  zdołasz,  inaczej  uderzenie 

szarpnie cię mocno.  

—  To  nieważne,  jeśli  tylko  mnie  oswobodzisz  —  odpowiedziała 

Zarina, postępując wedle jego instrukcji.  

Zobaczyła,  jak  Rolfe  unosi  siekierę  wysoko  do  góry  i  opuszcza, 

uderzając  z  całej  siły  w  łańcuch.  Cios  skruszył  metalowe  ogniwa, 

odłamując  zarazem  fragment  drzwi  do  krypty,  który  zwalił  się  z 

hukiem na ziemię.  

Zarina była wolna! Strząsnęła z siebie resztki łańcucha, pocierając 

ramiona w miejscach, gdzie zbyt mocno uciskające ogniwa  wpiły się 

w  ciało  i  nagle  poczuła  się  bliska  omdlenia.  Musiała  się  zachwiać, 

ponieważ Rolfe otoczył ją ramieniem.  

—  Wszystko  będzie  dobrze  —  powiedział.  —  Już  po  strachu. 

Zabiję tych mężczyzn, jeśli tylko ich znajdę.  

Zarina nie odpowiedziała. Zamknęła oczy, opierając mu głowę na 

ramieniu.  

background image

—  Chodźmy  z  tego  ponurego  miejsca.  Możesz  iść  sama,  czy 

chcesz, żebym cię zaniósł?  

— Już... dobrze się czuję — odparła Zarina z wysiłkiem.  

Rolfe rzucił siekierę na ziemię i nadal ją obejmując wziął latarnię 

w  drugą  rękę,  po  czym  wyszli  wolno  z  piwnicy.  Przechodząc  przez 

kolejne pomieszczenia znaleźli się u wejścia do piwnic. Widniejący za 

nim korytarz zalany był słońcem, wpadającym przez jedno z okien.  

Zarina otarła ślady łez z policzków.  

— Powinnaś się czegoś napić — stwierdził Rolfe, spoglądając na 

skrzynki z winem.  

— Obiecałam odwiedzić panią Blossom... i właściwie wolałabym 

napić się herbaty — odparła Zarina.  

—  Jak  sobie  życzysz.  Rozumiem,  że  nie  chcesz,  by  ktokolwiek 

dowiedział się co zaszło.  

—  Naturalnie,  że  nie;  ale  ci  mężczyźni  wrócą...  i  mogą  ci  coś 

zrobić...  

—  Już  ja  przypilnuję,  żeby  nigdy  więcej  nie  przestąpili  progów 

Priory — zapewnił Rolfe. — A teraz chodź do kuchni. Muszę jeszcze 

wydać pewne dyspozycje, zanim odwiozę cię do domu.  

— Czy pan Bennett już odjechał?  

— Tak, opuścił Priory, kiedy skończył z płaceniem rachunków —

potwierdził  Rolfe.  —  Zakładał,  że  zostaniesz  ze  mną  trochę  dłużej. 

Powiedziałem  mu,  że  odprowadzę  cię  do  domu.  Dopiero  po  jego 

odjeździe zorientowałem się, że cię nie ma i nie mogłem cię znaleźć.  

background image

— Myślałam, że nie zejdziesz wcale do piwnic...  

—  Nie  zrobiłbym  tego  przypuszczalnie,  gdyby  Yates  nie 

powiedział  mi,  że  zauważył  dwóch  mężczyzn,  którzy  stamtąd 

wychodzili.  Podejrzewał,  że  kradną  wino,  ale  kiedy  poszedłem 

sprawdzić,  niczego  nie  brakowało.  Traf  chciał  —  dokończył, 

uśmiechając się do niej — że postanowiłem zobaczyć, co znajduje się 

w innych piwnicach.  

—  To  chyba  mój  anioł  stróż  podszepnął  ci,  co  masz  zrobić...  — 

odparła Zarina.  

W  głębi  duszy  sądziła,  że  krokami  Rolfe'a  kierował  sam  Bóg,  a 

także  jej  ojciec.  Nie  miała  jednak  dość  śmiałości,  by  wypowiedzieć 

swoją myśl na głos.  

W kuchni, do której doszli po chwili, czekała pani Blossom.  

—  A  już  myślałam,  że  zapomniała  panienka  o  nas  wszystkich, 

panno  Zarino  —  powiedziała.  —  Ale  pan  Yates  zapowiadał,  że 

panienka przyjdzie, więc czekałam.  

—  Chyba  wie  pani,  że  nie  odjechałabym  bez  przywitania  się  z 

panią — odpowiedziała Zarina z uśmiechem.  

—  Panna  Zarina  bardzo  potrzebuje  filiżanki  dobrze  osłodzonej 

herbaty  —  wtrącił  Rolfe.  —  Zmęczyła  się  ogromnie,  zwiedzając 

wszystkie zakątki Priory, a pani sama zawsze utrzymuje, że nic się nie 

równa z filiżanką dobrej herbaty.  

— Bo też to szczera prawda — zapewniła go pani Blossom. — I 

jeśli  tego  panience potrzeba, to  zaraz  ją panienka dostanie, bo  akurat 

zaparzyłam herbatę dla siebie.  

background image

Imbryk stał na kuchni. Po wyjściu Rolfe'a pani Blossom napełniła 

dwie duże filiżanki mocną herbatą cejlońską.  

— Wygląda panienka trochę blado — zauważyła, nie przerywając 

krzątaniny  —  więc  dam  panience  przyzwoitą  łyżkę  miodu  zamiast 

cukru do herbaty. Nic tak nie przywraca sił, jak odrobina miodu.  

— Właśnie tego mi było trzeba — zgodziła się Zarina.  

Istotnie, po wypiciu herbaty poczuła się znacznie lepiej. Siedziała, 

gawędząc  z  panią  Blossom  i  słuchając  wszystkich  miejscowych 

nowinek aż do powrotu Rolfe'a. Na jego widok gospodyni spytała:  

— Wasza lordowska mość, czy to prawda, co mówił pan Yates, że 

wasza lordowska mość i panna Zarina są zaręczeni?  

— Tak, to prawda — potwierdził Rolfe. — Zabieram jutro pannę 

Zarinę  do  Francji,  żeby  przedstawić  ją  moim  krewnym.  Byłoby  im 

przykro,  gdyby  nie  poznali  jej  przed  ukazaniem  się  wiadomości  o 

zaręczynach w prasie.  

—  A  to  się  szczęśliwie  ułożyło  i  wizyta  będzie  na  pewno 

przyjemna — stwierdziła pani Blossom. — Dołożymy starań, żeby po 

powrocie Priory wyglądała tak, jak za życia jej lordowskiej mości.  

— Nie  wątpię, że  zadbacie o nią wspaniale — powiedział ciepło 

Rolfe.  

Wyszedłszy  z  kuchni,  opuścili  dom  bocznym  wejściem,  kierując 

się  do  stajni.  Rolfe  wydał  widocznie  polecenie  chłopcom  stajennym, 

bo  Kingfisher  oraz  jeden  z  jego  własnych  koni  czekały  osiodłane. 

Ruszyli  więc  w  drogę,  jadąc  przez  park.  Zarina  rozglądała  się 

nerwowo, jakby spodziewała się ujrzeć znienacka Alfa i Billa, którzy 

background image

zamierzali przecież powrócić, wziąć czek i udać się możliwie szybko 

do Londynu, by go zrealizować.  

—  Jak  zdołasz  przeszkodzić  tym  ludziom  w  ponownym 

wtargnięciu do domu? — spytała Rolfe'a.  

—  Uprzedziłem  Yatesa,  że  spodziewam  się  najścia  łotrzyków, 

którym  Darcy  był  winien  pieniądze  i  którzy  niewątpliwie  będą 

próbowali ukraść to, czego nie udało im się tanio kupić. Yates z resztą 

służby  dopatrzą,  aby  wszystkie  okiennice  były  zamknięte,  a  drzwi 

zaryglowane.  —  Widząc,  że  Zarina  słucha  w  napięciu,  Rolfe  mówił 

dalej:  —  Dwaj  chłopcy  stajenni  zgłosili  się,  by  pełnić  straż  na 

ochotnika;  obiecałem  wynagrodzić  ich  dodatkowo,  co  przyjęli  z 

radością.  

—  To  wszystko  bardzo  rozsądne  z  twojej  strony  —  odrzekła 

Zarina — ale proszę... uważaj na siebie. I nie zapomnij przyjechać po 

mnie jutro o świcie.  

— Pamiętam o tym.  

Jechali  przez  chwilę  pod  drzewami  pogrążeni  we  własnych 

myślach.  

—  Wiesz,  nie  mam  paszportu  —  wyznała  w  jakimś  momencie 

Zarina.  

— Dopiszę cię do mojego — oświadczył Rolfe krótko.  

Gnębiło  go  wyraźnie,  że  zmuszona  będzie  udawać  jego  żonę,  co 

Zarina doskonale rozumiała; powiedziała więc prędko:  

—  Jestem  podekscytowana  na  samą  myśl  o  podróży  do  Indii. 

Zawsze pragnęłam zwiedzić ten kraj.  

background image

—  Sądzę,  że  kiedy  tam  dotrzemy,  będziesz  myślała  z  ulgą  o 

powrocie  do  Anglii  i  o  wygodach,  do  których  przywykłaś  — 

stwierdził Rolfe dość chłodno.  

Zarina  wiedziała,  że  nadal  nie  może  pogodzić  się  z  myślą  o 

korzystaniu  z  jej  pieniędzy.  Był  absolutnie  zdecydowany  nie  wydać 

ani  jednego  jej  pensa  na  własne  potrzeby.  Rozumiejąc,  że 

dyskutowanie z nim na ten temat pogorszyłoby tylko sytuację, Zarina 

zagadnęła:  

—  Za  kilka  minut  dojedziemy  do  płaskich  terenów  i  zamierzam 

trochę pogalopować. Czy jesteś gotów ścigać się ze mną?  

— Z pewnością spróbuję cię przegonić — obiecał Rolfe.  

— Będę bardzo zła, jeśli ci się to uda! — odparowała Zarina.  

Ścigali  się  niemal  przez  milę.  Wierzchowiec  Rolfe'a  pobił 

Kingfishera  o  głowę;  Zarina  była  świadoma,  że  Rolfe  zawdzięcza 

zwycięstwo  nie  tyle  swojemu  koniowi,  ile  wysokim  umiejętnościom 

jeździeckim. Gdy konie zwolniły biegu, oznajmiła:  

— Teraz czuję się znacznie lepiej.  

—  Proponuję,  żebyś  zaraz  po  powrocie  do  domu  poszła  spać  — 

powiedział  Rolfe.  —  Masz  za  sobą  bardzo  nieprzyjemne  przejście,  a 

nie chciałbym, żebyś jutro zasłabła.  

— O tym nie ma mowy; bądź też pewien, że nie zaśpię — odparła 

Zarina. — Nie chciałabym tylko, żeby doszło do zatargu ze stryjem.  

— Tego powinnaś unikać za wszelką cenę — przytaknął Rolfe.  

—  Sądzę,  że  stryj  będzie  się  spodziewał  po  mnie  bierności  i 

uległości — stwierdziła Zarina z namysłem.  

background image

—  Wobec  tego  tak  właśnie  powinnaś  się  zachować  — 

odpowiedział Rolfe i ku jej zdziwieniu osadził nagle konia w miejscu, 

pytając: — Czy jesteś zupełnie pewna, że podjęłaś właściwą decyzję? 

Może  gdybyś  przemówiła  rozsądnie,  wyjaśniając,  jak  bardzo  nie 

lubisz  księcia,  twój  stryj  zgodziłby  się  porzucić  swoje  projekty  i 

pozwolił ci wybrać kogoś stosowniejszego?  

—  Nikt  nie  wyda  się  stryjowi  Aleksandrowi  stosowniejszy  od 

księcia  Malnesbury  —  powiedziała  z  przekonaniem  Zarina  —  i  jeśli 

nie  zabierzesz  mnie  ze  sobą,  Rolfe,  on  takim  czy  innym  sposobem 

zmusi  mnie  do  tego  ślubu,  a  wtedy  wszystko  będzie  stracone  na 

zawsze.  

W  jej  głosie  zabrzmiała  nuta  niekłamanej  trwogi,  którą  Rolfe 

wychwycił bez trudu.  

—  Więc  dobrze  —  powiedział.  —  Będę  czekał  na  ciebie  za 

kwadrans  piąta  tam,  gdzie  zaproponowałaś.  Nie  spóźnij  się  tylko,  bo 

jeżeli nie zdążymy na pociąg, to statek odpłynie bez nas.  

—  Będę  na  pewno  na  czas  —  przyrzekła  Zarina  —  i  bardzo  ci 

dziękuję.  

Po chwili milczenia odezwała się ponownie:  

—  Chyba  lepiej  będzie,  żebyś  nie  pokazywał  się  teraz  stryjowi 

Aleksandrowi.  Modlę  się  tylko,  żeby  nikt  mu  nie  doniósł,  że 

ogłosiłam nasze zaręczyny na licytacji.  

—  Nie  przypuszczam,  żeby  wiadomość  dotarła  do  niego 

wcześniej  niż  jutro  rano,  kiedy  to  służba  na  pewno  zacznie  o  tym 

mówić.  

background image

— Mam nadzieję. Do widzenia, Rolfe, i jeszcze raz ci dziękuję.  

—  To  ja  jestem  ci  winien  ogromną  wdzięczność,  o  czym 

chciałbym powiedzieć — zauważył Rolfe.  

—  Porozmawiamy  o  tym  w  podróży  —  zaproponowała  Zarina, 

kierując się w stronę domu.  

Kiedy dojechała do stajni, na dziedziniec wyszedł Jenkins.  

—  O,  wróciła  panienka!  —  zawołał  z  widoczną  ulgą.  —  Już 

zacząłem się bać, że się panienka zgubiła.  

— Wyprawiłam się bardzo daleko — wyjaśniła Zarina.  

— Tak sobie myślałem, że to  właśnie panienka zrobi pierwszego 

dnia  po  powrocie  —  przytaknął  Jenkins.  —  I  co  panienka  powie  o 

majątku?  

—  Jest  w  kwitnącym  stanie!  —  uśmiechnęła  się  Zarina.  —  Tak, 

jak  to  sobie  wyobrażałam.  A  Kingfisher  spisał  się  po  prostu 

wspaniale. Utrzymujesz go w doskonałej kondycji, Jenkins.  

— Miałem nadzieję, że usłyszę to od panienki. Czy jutro również 

będzie panienka jeździła?  

—  Dam  ci  jeszcze  znać  —  odparła  Zarina  wymijająco.  — 

Dziękuję, Jenkins. Dobranoc.  

— Dobranoc, panno Zarino. Z panienki powrotem odżyły dawne 

czasy.  

Jenkins  zaprowadził  Kingfishera  do  stajni,  a  Zarina  skręciła  w 

stronę  domu.  Poczuła  nagle,  że  nie  ma  siły  na  znoszenie  obecności 

stryja  przy  kolacji,  do  której  zostało  pół  godziny.  Doszedłszy 

background image

korytarzem  do  hallu,  zastała  w  nim,  zgodnie  z  przewidywaniem, 

Duncana.  

—  Jeździłam  dzisiaj  konno  przez  większość  dnia,  Duncanie  — 

powiedziała — i czuję się bardzo zmęczona. Czy mógłbyś przekazać 

generałowi,  że  poszłam  się  położyć?  Chciałabym  dostać  coś  do 

zjedzenia w sypialni.  

— Dobrze, panno Zarino — odparł Duncan. — A pan generał nie 

będzie sam przy kolacji.  

— Ach tak? — zdziwiła się Zarina.  

— Tak, panienko. Zaprosił na wieczór pastora z żoną.  

— Prawdziwe przyjęcie! —  wykrzyknęła Zarina. — Wobec tego 

przeproś  ich  w  moim  imieniu.  Ale  mam  za  sobą  ogromnie  męczący 

dzień.  

— Jestem pewien, że wszyscy to zrozumieją, panienko.  

Zarina poszła spiesznie na górę, nie chcąc spotkać stryja w drodze 

do  swojego  pokoju.  Wiedziała  doskonale,  czemu  pastor  został 

zaproszony na kolację. Stryj pragnął z nim omówić przygotowania do 

ślubu.  

Ponieważ  był  to  jej  dom  i  jej  posiadłość,  wszyscy  zatrudnieni 

przez  nią  ludzie  będą  naturalnie  oczekiwali  rozstawienia  obszernego 

namiotu,  pod  którym  zasiądą,  by  wypić  jej  zdrowie  piwem  czy 

jabłecznikiem.  Będą  się  też  zapewne  spodziewali  pokazu  ogni 

sztucznych  wieczorem,  po  odjeździe  nowożeńców,  udających  się  w 

podróż poślubną.  

background image

Projekty te  wymagały starannego opracowania; Zarina wiedziała, 

że generał zajmie się tym z ochotą. Pewna była, że zaczął już układać 

listę gości, których liczba dojdzie niewątpliwie do pięciuset lub więcej 

osób.  Taki  obraz  uroczystości  weselnych  stawał  jej  samej  przed 

oczami przy kolejnych oświadczynach tłumu konkurentów.  

Ale  żeby  pan  młody,  choćby  z  tytułem  książęcym,  okazał  się 

niemal  starcem  —  myśl  była  nie  tylko  przerażająca,  ale  nienawistna. 

Znów  ogarnęły  ją  dreszcze.  Bała  się,  że  mimo  wszystkich  planów, 

które  poczyniła  z  Rolfe'em,  stryj  zdoła  w  jakiś  sposób  udaremnić  jej 

ucieczkę.  

Po pełnych grozy przejściach w piwnicy Zarina czuła rzeczywistą 

potrzebę  wypoczynku.  Wiedziała  jednak,  że  musi  się  całkowicie 

spakować.  Rozebrawszy  się  z  pomocą  swojej  osobistej  pokojówki, 

Zarina  udała  się  do  łóżka.  Zjadła  doskonałą  kolację,  którą 

przyniesiono jej na tacy, po czym oznajmiła, że ma zamiar zasnąć.  

Odczekała  jakiś  czas,  by  zyskać  pewność,  że  nie  natknie  się  na 

nikogo  za  drzwiami,  a  następnie  poszła  cicho  na  strych,  gdzie 

przechowywane  były  kufry  i  walizy.  Szukała  czegoś  lekkiego, 

wiedząc, że nazajutrz rano będzie sobie musiała poradzić sama; ciężki 

kufer wymagałby pomocy lokaja.  

Na  strychu  znajdowała  się  wielka  liczba  kufrów,  waliz  i  toreb, 

nagromadzonych  przez  lata.  Po  dłuższych  poszukiwaniach  Zarina 

znalazła  dwie  lekkie  walizki,  które  musiały  kiedyś  należeć  do  kogoś 

ze  służby:  nie  można  ich  było  nawet  porównać  do  wytwornych 

background image

skórzanych  walizek  używanych  w  przeszłości  przez  matkę,  ani  do 

tych, które kupowała sama w Londynie.  

Po zniesieniu obu walizek do sypialni, Zarina zamknęła drzwi na 

klucz i zabrała się do pakowania. Pomyślała, że jeśli istotnie, zgodnie 

z  zapowiedzią  Rolfe'a,  mają  podróżować  statkiem  handlowym, 

potrzebne  jej  będą  najprostsze  i  najskromniejsze  stroje.  Niestety, 

wszystkie  suknie,  które  stryjenka  Edith  pomogła  jej  wybrać  w 

Londynie,  były  niezwykle  szykowne  i  ozdobne.  Ostatecznie  wybrała 

najskromniejszą  suknię  na  podróż,  zdjęła  także  wszystkie  ozdoby  z 

kapelusza,  który  zamierzała  do  niej włożyć;  miała nadzieję,  że  w  ten 

sposób będzie się możliwie mało rzucała w oczy.  

Ukończywszy  pakowanie,  Zarina  napisała  do  stryja,  informując 

go, że wyjeżdża do Francji. I dopiero wówczas uświadomiła sobie, że 

będą  jej  potrzebne  pieniądze.  Rolfe  twierdził  co  prawda,  że  nie 

pozwoli  jej  za  nic  płacić;  Zarina  obawiała  się  jednak,  że  po 

przyjeździe do Indii on gotów się z nią rozstać.  

Nie  będzie  żadnego  powodu,  by  nie  miała  wracać  do  Anglii 

najbardziej  komfortowym  statkiem  pasażerskim.  Będą  jej  też 

potrzebne  eleganckie  stroje  podobne  do  tych,  które  zmuszona  była 

zostawić teraz w domu.  

„Stanowczo potrzeba mi pieniędzy", pomyślała zastanawiając się, 

skąd  je  wziąć.  Miała  pewną  ilość  biżuterii,  którą  mogła  ze  sobą 

zabrać. Miała także  własną książeczkę czekową, na której posiadanie 

nalegała.  Doszło  z  tej  przyczyny  do  starcia  ze  stryjem,  który 

oświadczył,  że  rachunki  londyńskie  będą  regulowane  przez  jego 

background image

sekretarza,  a  pan  Bennett  został  wyposażony  w  pełnomocnictwo. 

Jednakże Zarina pragnęła być niezależna. Cieszyła się teraz, że swego 

czasu wyszła zwycięsko z długiej scysji ze stryjem.  

„Muszę  mieć  jakieś  pieniądze",  powtórzyła  w  myślach  i  w  tejże 

chwili przypomniała sobie, że pan Bennett trzymał zawsze sporą ilość 

gotówki  w  schowku  domowym,  by  móc  wypłacać  w  każdy  piątek 

pobory  tygodniowe.  Tego  dnia  przypadał  akurat  czwartek,  czyli 

pieniądze musiały leżeć w równych stosach, przygotowane na jutro.  

W  szlafroku  i  miękkich  pantoflach  Zarina  zeszła  ze  schodów, 

mając nadzieję, że nikt jej nie zauważy. Na szczęście stryj był jeszcze 

w jadalni, roztaczając tym barwniejszą wizję uroczystości weselnych, 

że  żona  pastora  zostawiła  panów  przy  portwajnie,  przechodząc  do 

salonu.  Wiedząc  o  tym,  Zarina  nie  poszła  głównymi  schodami.  Bez 

kłopotu  wślizgnęła  się  do  gabinetu  pana  Bennetta,  nie  zauważona 

przez nikogo.  

Już w wieku kilkunastu lat wiedziała, gdzie znajduje się klucz od 

schowka. Matka niejednokrotnie powierzała jej odniesienie do skrytki 

biżuterii  po  proszonej  kolacji.  Było  to  dodatkowe  zabezpieczenie  na 

wypadek, gdyby jakiś rabuś próbował splądrować dom w czasie, gdy 

jego właściciele jeździli konno, a pan Bennett zajęty był w odległych 

krańcach  posiadłości;  w  takich  dniach  wracał  do  swojego  gabinetu 

dopiero wieczorem, lub wręcz nazajutrz rano.  

Znalezienie  klucza  w  miejscu,  gdzie  pan  Bennett  zawsze  go 

przechowywał i otworzenie schowka było dziełem paru chwil. Zarina 

nie myliła się: spoczywały w nim stosy monet oraz banknoty. Wzięła 

background image

dwieście  funtów,  pozostawiając  na  ich  miejscu  informację,  ile 

pieniędzy  zabiera.  Następnie  zamknęła  schowek,  wkładając  klucz  na 

powrót do szuflady.  

Nie  dostrzeżona  przez  nikogo  wróciła  do  swojego  pokoju  i 

położyła  się  do  łóżka  z  poczuciem,  że  postąpiła  praktycznie  i 

rozsądnie.  Ojciec  z  pewnością  pochwaliłby  ją  za  samodzielność 

myślenia;  każde  niedopatrzenie  mogłoby  się  okazać  fatalne  w 

skutkach.  

„Tak  bym  chciała,  żebyś  mi  towarzyszył,  papo",  pomyślała 

odmówiwszy  pacierz.  „Tylekroć  obiecywałeś,  że  weźmiesz  mnie  za 

granicę."  Uśmiechnęła  się  do  siebie.  „A  teraz  muszę  wyjechać  z 

Rolfe'em,  który  wcale  tego  nie  pragnie  i  z  pewnością  znajdzie  jakąś 

wymówkę,  żeby  nie  pokazać  mi  Indii,  kiedy  będziemy  na  miejscu." 

Następnie  jednak  Zarina  pomyślała,  że  nic  nie  jest  ważne  w 

porównaniu z uwolnieniem się od stryja i księcia.  

Przed  ułożeniem  się  do  snu  Zarina  nastawiła  dzwonek  w  swoim 

budziku.  Był  to  nowy  rodzaj  zegara,  który  kupiła  sobie  na  Bond 

Street. Lubiła wstawać bardzo wcześnie i odbywać konne przejażdżki, 

a  jej  pokojówka  spóźniała  się  niekiedy.  Teraz  zadowolona  była,  że 

sprawiła  sobie  budzik.  Nastawiła  go  na  kwadrans  po  czwartej,  a 

czując  się  wyczerpana,  zdmuchnęła  świece  i  ułożyła  się  z  zamiarem 

natychmiastowego zapadnięcia w sen.  

Jej ostatnią myślą było, że gdyby nie Rolfe, mogłaby nadal tkwić 

przykuta  w  piwnicach  Priory  lub  nawet  zostać  brutalnie  zabita.  „Ale 

przecież  żyję!  Żyję!",  powiedziała  sobie  i  zabrzmiało  to  jak  okrzyk 

background image

radości.  „I  musiałabym  mieć  wyjątkowego  pecha,  żeby  stryj 

Aleksander mnie złapał!"  

 

Rozdział 

Ubrawszy  się,  Zarina  otworzyła  ostrożnie  drzwi  sypialni. 

Pogrążony  we  śnie  dom  był  cichy  i  nieruchomy;  wschodzące  słońce 

zaczynało właśnie zaglądać do okien.  

Upewniwszy  się,  że  wokół  nie  ma  nikogo,  Zarina  położyła  list, 

który  napisała  do  stryja,  na  stoliku  znajdującym  się  za  drzwiami. 

Następnie  wzięła  obie  walizki  i  skierowała  się  na  palcach  w  stronę 

bocznych schodów. Nikt nie widział ani nie słyszał, jak wymknęła się 

przez  drzwi  prowadzące  do  stajni.  Zgodnie  z  jej  przypuszczeniem, 

było  jeszcze  za  wcześnie,  by  którykolwiek  z  młodych  chłopców 

stajennych  krzątał  się  w  pobliżu.  Spodziewała  się  też,  że  minie 

przynajmniej  godzina,  zanim  Jenkins  nadejdzie  ze  swego  własnego 

domu.  

Zarina  zaczęła  przemierzać  brukowany  dziedziniec  z  walizkami, 

które  z  każdym  krokiem  ciążyły  jej  coraz  bardziej.  Z  ulgą  zobaczyła 

idącego  naprzeciw  Rolfe'a,  który  wziął  od  niej  bagaż.  Nie  zamienili 

ani słowa; Zarina wiedziała dobrze, jak daleko niesie się głos o świcie, 

podobnie zresztą jak w nocy.  

Zmierzali  oboje  szybkim  krokiem  do  miejsca,  gdzie  czekał  na 

nich zaprzężony w dwa konie powóz, ukryty tak, by był niewidoczny 

z dziedzińca. Dopiero gdy minęli boczną bramę, prowadzącą na drogę 

wśród łąk, Zarina obwieściła z triumfem:  

background image

— Udało nam się! Naprawdę się udało!  

— Spodziewałem się, że zaśpisz — zauważył Rolfe.  

Zarina  spojrzała  na  niego  z  oburzeniem  i  zorientowała  się,  że 

Rolfe mówi żartobliwie.  

—  Miałam  tak  dużo  do  zrobienia,  że  zostało  mi  zaledwie  około 

dwóch  godzin  snu  —  powiedziała. —  Strach  mnie  ogarniał  na  myśl, 

że nie obudzę się na czas i pojedziesz beze mnie.  

— Zastanawiałem się, co zrobię, jeśli się nie pokażesz.  

—  Jestem  pewna,  że  w  takim  wypadku  pozostawiłbyś  mnie 

własnemu losowi!  

— Może tak, a może nie — odpowiedział zagadkowo Rolfe.  

Myśli Zariny pobiegły tymczasem ku Priory.  

— Czy wieczorem wydarzyło się cokolwiek?  

—  Nie,  nic  godnego  uwagi  —  stwierdził  Rolfe.  —  Wydałem 

Yatesowi  mnóstwo  poleceń,  które,  mam  nadzieję,  będzie  dziś 

pamiętał, a potem poszedłem spać.  

Droga do stacji opatrzonej wyraźnym napisem „Linwood Priory" 

nie  była  długa.  W  braku  tragarza,  Rolfe  zaniósł  na  peron  walizki 

Zariny, a następnie swoje własne.  

Poranny  pociąg  nadszedł  o  czasie.  Zarina  nigdy  jeszcze  nie 

podróżowała  w  takich  warunkach.  Pociąg  różnił  się  zasadniczo  od 

tych,  do  których  przywykła:  dotychczas  jeździła  w  rezerwowanych 

wagonach pierwszej klasy, najpierw w towarzystwie ojca i matki, a po 

ich śmierci ze stryjem.  

background image

Ławki  w  pociągu,  którym  obecnie  podróżowali,  zrobione  były  z 

twardego  drzewa  i  nie  wyściełane.  Nie  było  też  żaluzji  ani  zasłon  w 

oknach.  Konduktor  czekał,  aż  własnoręcznie  umieszczą  walizki  w 

wagonie  bagażowym.  Ale  dla  Zariny  ważny  był  jedynie  fakt,  że 

odjeżdża  coraz  dalej  od  stryja;  udało  jej  się  uciec  bez  konieczności 

udzielania mu jakichkolwiek wyjaśnień.  

Gdy wysiedli w Londynie, Rolfe wynajął dorożkę, która zawiozła 

ich  do  Tilbury.  Dojechawszy  do  nabrzeża,  Zarina  pomyślała,  że  ten 

przejazd musiał Rolfe'a sporo kosztować; ale bojąc się narazić na jego 

gniew, nie próbowała nawet zaproponować, że zapłaci swoją część.  

W  porcie  musieli  jeszcze  iść  jakiś  czas,  niosąc  własne  bagaże; 

wreszcie  znaleźli  się  przy  statku  handlowym,  którym  mieli  płynąć. 

Obdrapany  i  niechlujny,  statek  istotnie  nie  przedstawiał  się 

imponująco. Zarina miała nadzieję, że w środku nie okaże się równie 

brudny, jak na zewnątrz. Weszli na pokład po trapie.  

Na  statek  ładowano  właśnie  rozmaite  towary.  Wśród  dziwnej 

zbieraniny  zauważyli  elegancki  ekwipaż,  przewożony  do  Indii,  jak 

przypuszczała  Zarina,  na  życzenie  któregoś  z  przebywających  tam 

oficerów  brytyjskich.  Powóz  zrobi  niewątpliwie  wielkie  wrażenie  na 

okolicznej ludności.  

Znalazłszy  się  na  pokładzie,  Rolfe  rozejrzał  się  za  kapitanem. 

Wokół  nie  było  nikogo.  Podeszli  do  oszklonego  okienka,  za  którym 

musiało mieścić się biuro.  

— Czy jest tu ktoś? — spytał Rolfe.  

background image

Odpowiedziała  im  cisza,  ale  w  chwilę  potem  do  okienka  zbliżył 

się  wysoki  mężczyzna  z  przerzedzonymi  rudymi  włosami,  ubrany  w 

samą koszulę, bez marynarki.  

— Jestem Rolfe Wood — oznajmił Rolfe. — Zamówiłem kabinę 

na swoje nazwisko. Czy jest pan kapitanem statku?  

—  Tak  jest  —  potwierdził  mężczyzna.  —  A  kabina  czeka  na 

pana.  

Mówił  z  wyraźnym  szkockim  akcentem.  Skończywszy,  spojrzał 

pytająco na Zarinę.  

— Niespodziewanie okazało się, że będzie mi towarzyszyła żona 

—  wyjaśnił  Rolfe.  —  Prosilibyśmy  więc,  jeśli  to  możliwe,  o  dwie 

kabiny.  

— Żona? — powtórzył kapitan. — Powiedział pan: żona?  

— Tak, to moja żona, pani Wood — odparł Rolfe.  

Kapitan zlustrował Zarinę od stóp do głów w sposób, który uznała 

za impertynencki, po czym zagadnął dość grubiańskim tonem:  

—  Jeśli  jesteście  małżeństwem,  to  zastanawiam  się,  po  co  wam 

dwie kabiny.  

— Mój mąż chrapie — powiedziała szybko Zarina — i nie mogę 

przez to spać.  

Kapitan  przyjrzał  im  się  podejrzliwie.  Następnie  odwrócił  się, 

znikając w kabinie, znajdującej się za drewnianym przepierzeniem.  

Zarina zerknęła na Rolfe'a z pewną obawą.  

— Co on robi? — spytała szeptem.  

— Poszedł sprawdzić, czy znajdzie się dla ciebie wolna kabina.  

background image

Zarinie  nie  przeszło  nawet  przez  myśl,  że  może  nie  być 

dodatkowej  kabiny.  Czekała  z  niepokojem  na  powrót  kapitana.  Była 

tak  zdenerwowana,  że  zdjęła  rękawiczki,  czując  przypływ  gorąca, 

choć był jeszcze dość wczesny ranek.  

W tej chwili kapitan ukazał się ponownie.  

—  Mam  dwie  sąsiadujące  kabiny  —  powiedział  —  co  pewnie 

wam odpowiada.  

—  Jak  najbardziej  —  przytaknął  Rolfe.  —  Dziękujemy  panu 

bardzo.  

— Ale ciągle... — kapitan urwał nagle. — Zaraz, a gdzie jest pani 

obrączka?  —  spytał  zupełnie  innym  tonem,  patrząc  na  lewą  rękę 

Zariny.  

Zarina  przez  chwilę  bała  się  niemal  odetchnąć,  ale  ponieważ 

Rolfe milczał, pospieszyła z wyjaśnieniem:  

— Musieliśmy ją zastawić... żeby zapłacić za podróż.  

—  To  mi  się  wydaje  trochę  dziwne  —  zauważył  kapitan  —  bo 

suknię  to  ma  pani  tak  wytworną,  że  nadałaby  się  do  pałacu 

królewskiego.  

Zarina włożyła z rozmysłem najskromniejszą suknię, ale zdawała 

sobie sprawę, że nadal wygląda zupełnie nie na miejscu na pokładzie 

obskurnego statku.  

Pragnąc uśpić podejrzenia kapitana, odpowiedziała bez namysłu:  

— Dostałam tę suknię w prezencie...  

— Tak sobie właśnie myślałem — odparł kapitan kpiącym tonem.  

background image

Zarina  nie  zrozumiała,  o  co  mu  chodzi,  natomiast  Rolfe 

zareagował natychmiast:  

—  Będzie  pan  łaskaw,  kapitanie,  nie  robić  uwag  obrażających 

moją żonę.  

Przez  parę  chwil  obaj  mężczyźni  patrzyli  sobie  w  oczy  w 

milczeniu. Następnie kapitan przemówił wolno:  

—  Jestem  bogobojnym  człowiekiem  i  nie  toleruję  żadnych 

sztuczek na moim statku. Jeśli pan jest żonaty, jak pan twierdzi, panie 

Wood,  to  proszę  mi  pokazać  świadectwo  ślubu  albo  płynąć  do  Indii 

innym statkiem.  

Zarina rzuciła Rolfe'owi  gorączkowe spojrzenie. Jeśli ich wyjazd 

zbytnio się opóźni, stryj gotów odkryć, gdzie ona jest i uniemożliwić 

jej opuszczenie Anglii.  

— Uważam, że jest pan zbyt podejrzliwy, kapitanie — powiedział 

Rolfe spokojnie i z godnością. — Pozwoli pan przedstawić sobie mój 

paszport, w którym widnieje również imię i nazwisko mojej żony.  

Mówiąc to, wydobył z  wewnętrznej kieszeni marynarki paszport, 

który  został  wystawiony  na  kraje  kolonialne  przez  sekretarza  stanu  i 

nosił 

podpis 

hrabiego 

Kimberley. 

Dokument, 

sporządzony 

nadzwyczaj  eleganckim  pismem,  stwierdzał,  że  Rolfe  Wood  jest 

poddanym  brytyjskim.  Gdy  Rolfe  wręczył  paszport  kapitanowi, 

Zarina  zauważyła,  że  poniżej  podpisu  hrabiego  widnieje  adnotacja: 

„oraz jego żona, Zarina Wood".  

background image

Kapitan  wziął  paszport  do  ręki,  studiując  go  uważnie  i  czytając 

każdą  linijkę  po  kolei.  Doszedłszy  do  imienia  Zariny,  powiedział 

oskarżycielskim tonem:  

— To zostało dopisane!  

—  Oczywiście  —  zgodził  się  Rolfe.  —  Miałem  ten  paszport  już 

wcześniej, a po ślubie poprosiłem o umieszczenie w nim mojej żony, 

żeby mogła podróżować wraz ze mną.  

—  A  ja  chciałbym  jednak  zobaczyć  wasze  świadectwo  ślubu  —

powtórzył uparcie kapitan.  

Zarina  zaczęła  się  gorączkowo  zastanawiać,  co  teraz  począć.  I 

wówczas, jakby natchniona przez swego ojca, powiedziała:  

— Niestety, nie zabrałam go ze sobą, po prostu dlatego, że bałam 

się  je  zgubić.  Ale  jeżeli  chce  pan  zyskać  pewność,  że  jesteśmy 

legalnie mężem i żoną, może pan nam osobiście udzielić ślubu, kiedy 

tylko wypłyniemy na morze.  

Przeczytała w jakiejś książce, że kapitan ma prawo udzielić ślubu 

pasażerom na statku, jeśli zajdzie taka potrzeba.  

Kapitan wyglądał na zdziwionego, ale potwierdził:  

— Ma pani całkowitą słuszność. No więc niech będzie. Daję wam 

te  dwie  kabiny,  ale  ponieważ  nie  chcę,  żeby  inni  pasażerowie 

wyciągali błędne wnioski, uważam, że powinna pani nosić obrączkę.  

Żadne z nich nie odpowiedziało; ulga na myśl o niespodziewanym 

zwycięstwie odniesionym w sporze z kapitanem odebrała im mowę.  

Kapitan  podał  im  przez  okienko  kartkę,  na  której  wypisane  były 

numery  ich  kabin,  spodziewając  się  wyraźnie,  że  odszukają  je 

background image

samodzielnie.  Tak  więc  Zarina  oraz  Rolfe,  obarczony  jej  bagażem, 

zeszli po schodach prowadzących do części pasażerskiej i zagłębili się 

w  wąski  korytarz,  odczytując  numery  na  drzwiach  kolejnych  kabin. 

Wreszcie  znaleźli  dwie,  które  zostały  im  przydzielone,  i  weszli  do 

środka.  

Oba  pomieszczenia  były  ciasne  i  wąskie.  W  każdym  z  nich 

znajdowały  się  dwie  koje,  umieszczone  jedna  nad  drugą;  poza  tym 

miejsca  było  tak  mało,  że  zaledwie  można  się  było  obrócić.  Zarina 

była  zadowolona,  że  nie  musi  dzielić  swojej  kabiny  z  kimkolwiek,  a 

już  zwłaszcza  z  mężczyzną  tak  dużym  jak  Rolfe.  Żadna  z  kabin  nie 

wydawała się szczególnie wygodna.  

Decydowali właśnie, w której zamieszka Zarina, kiedy ukazał się 

steward.  Miał  on  równie  nieokrzesany  wygląd,  jak  kapitan. 

Poinformował  ich,  że  jeśli  życzą  sobie  prześcieradeł  i  koców,  będą 

musieli  za  nie  zapłacić  dodatkowo.  Zarinie  wydało  się  to  dziwne, 

jednak  Rolfe,  który  widać  zetknął  się  już  z  podobnym  procederem 

wcześniej, zaakceptował dodatkową opłatę bez sprzeciwu.  

Kiedy  pościel  została  dostarczona,  Zarina  przekonała  się  z  ulgą, 

że  wszystko  jest  przynajmniej  czyste,  choć  koce  były  mocno 

zniszczone.  Zorientowawszy  się,  że  Zarina  patrzy  na  nie  bez 

entuzjazmu, Rolfe pocieszył ją:  

— Nie będziesz ich potrzebowała długo. Kiedy znajdziemy się na 

Morzu  Śródziemnym,  zrobi  się  gorąco,  a  po  wpłynięciu  na  Morze 

Czerwone wręcz upalnie.  

background image

—  Nie  mam  żadnych  powodów  do  narzekań  —  odparła  Zarina. 

— Próbuję tylko zrozumieć, jak to jest na statku handlowym.  

Starała  się  mówić  możliwie  taktownie,  ale  Rolfe  oświadczył 

ostro:  

—  Nie  stać  mnie  na  nic  lepszego,  a  jeśli  będziesz  cierpiała 

niewygody, możesz winić jedynie samą siebie.  

Co  powiedziawszy,  wyszedł  z  kabiny,  którą  Zarina  przeznaczyła 

dla  siebie,  przechodząc  do  drugiej  i  zatrzaskując  za  sobą  drzwi  z 

rozmachem.  

Zarina  westchnęła.  Wiedziała  dobrze,  że  Rolfe  jest  niechętny  jej 

obecności na statku. Do tego podkreślał uparcie, by nie miała żadnych 

wątpliwości,  że  płaci  nie  tylko  za  siebie,  ale  również  za  nią,  choć 

doprawdy nie było go na to stać.  

„Tego  rodzaju  duma  jest  niedorzecznością",  myślała  Zarina. 

Zastanawiała  się,  jak  uniknąć  nieprzyjemnych  komentarzy  na  temat 

jej pieniędzy, które gotów był wypowiadać przez całą drogę do Indii. 

Obawiała  się  przy  tym,  że  prócz  kosztu  wykupienia  dla  niej  osobnej 

kabiny,  Rolfe  zmuszony  będzie  wnieść  dodatkową  opłatę,  ponieważ 

każda z tych kabin przeznaczona była dla dwóch osób.  

Następną  jej  myślą  było,  że  przejmowanie  się  kwestią  pieniędzy 

nie  ma  obecnie  najmniejszego  sensu.  Naprawdę  istotny  był  jedynie 

fakt,  że  stryj  przeczyta  jej  list;  będzie  więc  sądził,  że  bratanica 

pojechała  do  Francji.  I  nawet  jeśli  wpadnie  w  szalony  gniew,  nie 

będzie  mógł  nic  na  to  poradzić.  Upłyną  przynajmniej  dwa  miesiące, 

background image

zanim  ona  Zarina,  znajdzie  się  z  powrotem  w  Anglii  i  będzie 

zmuszona wyznać stryjowi, że jej narzeczeństwo zostało zerwane.  

Czy  jednak  dwa  miesiące  wystarczą?  Co  zrobić,  jeśli  jej  powrót 

okaże  się  przedwczesny?  Co  będzie,  jeśli  książę  nie  zrezygnuje  ze 

swoich  zamiarów  i  Zarina  wpadnie  w  jego  sidła?  Była  pewna,  że 

Rolfe  nie  będzie  chciał  jej  mieć  przy  sobie  w  Indiach  przez  dłuższy 

czas.  

Zarina podeszła do okna i spojrzała na migocącą w blasku słońca 

rzekę.  „Czemu  zamartwiam  się  o  przyszłość?",  zastanowiła  się. 

„Powinnam  raczej  myśleć,  co  zrobić,  żeby  po  dopłynięciu  do  Indii 

pozwolił mi pozostać ze sobą możliwie długo."  

Zarina  zabrała  się do  rozpakowywania bagażu.  Wyjmując  suknie 

z  walizek  utwierdziła  się  w  przekonaniu,  że  kapitan  odniesie  się  do 

nich krytycznie. Krzątając się, słyszała odgłosy świadczące o tym, że 

inni pasażerowie wchodzą również na pokład.  

Po wypłynięciu z portu powiadomiono ich, że na chętnych czeka 

o  jedenastej  talerz  zupy.  Przy  tej  okazji  Zarina  zetknęła  się  po  raz 

pierwszy  z  resztą  podróżnych.  Zupa,  wodnista  i  niezbyt  apetyczna, 

została  szybko  pochłonięta  przez  grupę  Azjatów.  Było  tam  też  kilku 

Anglików,  wyglądających  na  podróżnych  kupców.  Poza  Zariną  na 

pokładzie  znajdowała  się  tylko  jedna  kobieta,  Hinduska,  trzymająca 

maleńkie dziecko w ramionach.  

Na  widok  Zariny  i  Rolfe'a  zebrani  pasażerowie  wytrzeszczyli 

oczy,  co  było  bardzo  krępujące.  Dwaj  Anglicy  trącili  się  łokciami,  a 

jeden  z  nich  szepnął  drugiemu  coś  na  temat  Zariny,  po  czym  obaj 

background image

zaczęli  się  śmiać.  Zarina  i  Rolfe  zjedli  po  niewielkiej  porcji  zupy, 

ponieważ wyjechali przed śniadaniem i głód doskwierał im już nie na 

żarty.  

—  Wybacz  mi,  Zarino  —  powiedział  Rolfe,  gdy  znaleźli  się  z 

powrotem  w  jego  kabinie.  —  Gdybym  miał  choć  krztynę  rozsądku, 

poprosiłbym panią Blossom, żeby zrobiła nam na drogę sandwicze. — 

Z  nieco  zażenowaną  miną  dorzucił:  —  Jedyne,  co  mogę  powiedzieć 

na  swoje  usprawiedliwienie,  to  że  nie  przywykłem  do  podróżowania 

w towarzystwie pięknych dam.  

—  Ja  także  mogłam  o  tym  pomyśleć  —  przyznała  Zarina.  — 

Sądzę  jednak,  że  służba  byłaby  podejrzliwa,  gdybym  wyraziła  chęć 

wybrania się na piknik o tak niezwykle wczesnej porze.  

—  No  trudno,  sami  jesteśmy  sobie  winni  —  podsumował  Rolfe. 

—  Miejmy  nadzieję,  że  to,  co  podadzą  nam  na  lunch,  okaże  się 

bardziej strawne.  

Zarina pomyślała mimo woli, że pora lunchu, który serwowano w 

południe, jest jeszcze bardzo odległa. Czuła się jednak tak szczęśliwa, 

opuszczając  Anglię,  że  gotowa  była  przystać  na  wszelkie 

niedogodności. Najważniejsze, że uwolniła się od księcia.  

Statek  znajdował  się  teraz  na  wodach  morskich;  od  lunchu 

dzieliło  ich  nadal  pół  godziny.  Przebywali  oboje  w  kabinie  Rolfe'a; 

Zarina  siedziała  na  dolnym  łóżku,  a  Rolfe  zajmował  jedyne  krzesło. 

Rozmawiali o  Indiach. Rolfe opowiadał o klasztorach, które zwiedził 

na  północy  w  czasie  swojej  ostatniej  podróży.  Zarina  słuchała  go 

background image

zafascynowana.  Zadała  mu  właśnie  pytanie  na temat  życia  mnichów, 

gdy nagle rozległo się pukanie.  

— Proszę! — zawołał Rolfe.  

Drzwi  otworzyły  się  i  stanął  w  nich  kapitan.  Wyglądał  teraz 

znacznie  schludniej, niż kiedy  go  zobaczyli  po  raz  pierwszy;  miał  na 

sobie  brakującą  uprzednio  marynarkę  od  munduru  oraz  kapitańską 

czapkę  z  daszkiem  i  złotym  otokiem.  Wszedł  do  kabiny, 

obwieszczając bez wstępów:  

— Przyszedłem udzielić wam ślubu.  

—  Czy  to  doprawdy  konieczne?  —  wykrzyknął  Rolfe.  — 

Zapewniam pana, że jesteśmy małżeństwem. Jedyny problem  w tym, 

że nie zabraliśmy ze sobą świadectwa ślubu.  

—  Przecież  sama  pani  Wood  zaproponowała,  żebym  dał  wam 

ponownie ślub; a wśród pasażerów i  załogi już krążą uwagi na temat 

pani wyglądu i strojów.  

Rolfe był  wyraźnie zły.  Zarina obawiała się, żeby nie powiedział 

czegoś, co wprawi w gniew kapitana; ojczyste wybrzeża nie zniknęły 

jeszcze  z  horyzontu  i  Zarinie  mignęła  myśl,  że  ponieważ  płynęli 

kanałem  La  Manche,  kapitan  może  zawinąć  pod  byle  pretekstem  do 

najbliższego portu i wysadzić ich na brzeg.  

—  Jeżeli  istotnie  życzy  pan  sobie  tego,  kapitanie,  jestem  gotowa 

poślubić  mojego  męża  po  raz drugi, choćby  po  to,  żeby  się  upewnić, 

że mnie nie porzuci.  

Powiedziała  to  z  uśmiechem  i  w  oczach  kapitana  pojawił  się 

porozumiewawczy błysk.  

background image

— Trzeba przyznać, że charakteru to pani nie brak — oświadczył.  

Zamknął drzwi i wtedy zobaczyli, że trzyma w ręku modlitewnik.  

—  To  teraz  stańcie  oboje  przede  mną  —  powiedział.  — 

Przypominam, że ten ślub jest prawomocny; tak samo prawomocny i 

wiążący, jak gdybyście go brali w kościele.  

Zarina spojrzała na Rolfe'a, który miał taką minę, jakby zamierzał 

wycofać się ze wszystkiego w ostatniej chwili. A ponieważ lękała się 

konsekwencji takiej postawy,  wsunęła swoją rękę  w jego dłoń. Rolfe 

trwał  przez  chwilę  nieruchomo,  ale  potem  jego  palce  zacisnęły  się 

wokół jej palców, a on sam podniósł się z pewnym wysiłkiem.  

Kapitan odczytał formułę obrzędu zawarcia małżeństwa szybko i 

biegle.  Wyraźny  szkocki  akcent,  z  którym  mówił,  zdawał  się 

przydawać  ceremonii  uroczystego  charakteru  i  mocy  w  znacznie 

większym stopniu, niż gdyby wiązał ich pastor anglikański.  

Powtórzyli  za  nim  słowa  przysięgi  małżeńskiej.  Zarina  była 

pewna,  że  kapitan  musiał  udzielać  ślubu  wielokrotnie,  ponieważ  nie 

zawahał  się  ani  przez  chwilę.  Zawiesił  głos  dopiero  doszedłszy  do 

zdania o wymianie obrączek.  

Rolfe  zdjął  wówczas  z  małego  palca  lewej  ręki  swój  sygnet,  na 

który  Zarina  nie  zwróciła  wcześniej  uwagi.  Obawiała  się,  by  kapitan 

nie  uznał  za  dziwne,  że  zastawili  jej obrączkę,  gdy  tymczasem  Rolfe 

był  w  posiadaniu  sygnetu.  Jednakże  na  widok  pierścionka  kapitan 

podjął przerwaną ceremonię, dochodząc w końcu do słów:  

background image

—  Na  mocy  prawa  nadanego  mi  przez  panującą  nam  królową 

Wiktorię oraz jako kapitan tego statku ogłaszam, że jesteście mężem i 

żoną. Niech Bóg pobłogosławi wasz związek!  

Zaległa chwila milczenia, a następnie Rolfe powiedział:  

— Dziękujemy, kapitanie.  

— Jesteśmy panu bardzo wdzięczni — dodała szybko Zarina.  

— Mam nadzieję, że będziecie tego samego zdania przez następne 

lata — odparł kapitan, po czym odwrócił się i opuścił kabinę.  

Rolfe  odczekał  chwilę,  by  upewnić  się,  że  kapitan  znajduje  się 

poza zasięgiem ich głosu, po czym zauważył:  

—  No,  teraz  dopiero  wszystko  się  zagmatwało  na  amen.  Co  ci 

przyszło do głowy z tą propozycją, żeby udzielił nam ślubu?  

—  Bałam  się,  że  inaczej  mógłby  nas  wyprosić  ze  statku  — 

odpowiedziała Zarina.  

Rolfe  wydał  nieartykułowany  okrzyk  i,  zdesperowany,  podszedł 

do okna, odwracając się do niej plecami.  

—  Tak  czy  owak,  nikt  prócz  nas  nie  będzie  o  tym  wiedział  — 

stwierdziła Zarina.  

— Co chcesz przez to powiedzieć?  

—  Kapitan  zna  nas,  jako  pana  i  panią  Wood.  Nie  myślę,  by 

ktokolwiek skojarzył parę podróżującą statkiem handlowym z hrabią i 

hrabiną Linwood.  

Rolfe odwrócił się od okna.  

— Wyjaśnij to dokładniej — zażądał.  

background image

—  Proponuję  po  prostu, by  opuściwszy  ten  statek  zapomnieć,  że 

podobna ceremonia miała kiedykolwiek miejsce.  

— Mówisz poważnie? — spytał Rolfe.  

—  Jak  najbardziej  —  odparła  Zarina.  —  Nie  mam  wcale  ochoty 

być mężatką, tak jak ty nie pragniesz być żonaty. Więc udajmy, że nie 

było żadnego ślubu. Nie ma powodu, żeby ktoś się domyślił prawdy. 

Ponieważ Rolfe nie odezwał się, mówiła dalej:  

—  Kiedy  dopłyniemy  do  Indii  i  znajdziesz  się  w  klasztorach 

Nepalu, nikt nie będzie się tobą bliżej interesował. A co do mnie, gdy 

będę  mogła  już  bezpiecznie  powrócić  do  domu,  nie  przestanę  być 

Zariną Bryden.  

—  Nie  sądzę,  żeby  to  okazało  się  takie  proste  —  zaoponował 

Rolfe. — Jak stwierdził kapitan, ślub jest prawomocny i wiążący.  

—  W  takim  razie  możemy  go  anulować,  jeśli  zechcesz  wystąpić 

w  tej  sprawie  do  sądu  —  odpowiedziała  Zarina  —  chociaż  ja  nadal 

uważam, że najlepiej będzie o nim zapomnieć i udawać, że wcale się 

nie odbył.  

—  To  tylko  brzmi  prosto  —  powtórzył  Rolfe  —  ale  w  moim 

przekonaniu będzie nam bardzo trudno kłamać wszystkim wokół, nie 

wyłączając osób, które przyjdzie nam poznać w przyszłości.  

—  Chyba  nie  warto  martwić  się  tym  na  zapas  —  powiedziała 

Zarina.  —  Ja  w  każdym  razie,  nie  zamierzam  wychodzić  za  mąż 

jeszcze przez długie lata!  

Rolfe nie odpowiedział, więc odezwała się ponownie:  

background image

— Co do ciebie, to nie sądzę, żebyś  spotkał swoją przyszłą żonę 

w  klasztorach,  więc  prawdopodobnie  przez  długi  czas  dla  ciebie 

również  nasz  ślub  nie  będzie  miał  żadnego  znaczenia.  A  kiedy 

sytuacja się zmieni, będziesz musiał po prostu o mnie zapomnieć.  

Rolfe  milczał  nadal.  Odwrócił  się  raz  jeszcze,  spoglądając  przez 

okno. Zarina miała wrażenie, że stara się zapanować nad sobą, by nie 

powiedzieć,  że  jest  wściekły  i  że  ceremonia  ślubu  była  jedną  wielką 

farsą.  Czując  się  tak,  jakby  ją  głośno  oskarżał,  dodała  bardzo 

niepewnym tonem:  

—  Wybacz  mi,  jeśli  źle  postąpiłam...  ale  ogarnęło  mnie 

przerażenie  na  myśl  o  powrocie  do  stryja  Aleksandra...  i  prawdę 

mówiąc, nic spojrzałam na to wszystko od twojej strony...  

Rolfe milczał zawzięcie, więc po chwili ponowiła próbę:  

—  Proszę  cię,  spróbuj  o  tym  zapomnieć!  Kiedy  już  uwolnisz  się 

od  mojej  obecności,  łatwiej  ci  będzie  przyjąć,  że  nic  się  nigdy  nie 

wydarzyło...  

—  Obyś  miała  rację  —  powiedział  Rolfe.  —  Co  nie  zmienia 

faktu,  że  za  wikłaliśmy  się  znacznie  poważniej,  niż  zakładaliśmy. 

Muszę wyjść na powietrze! Nie mogę myśleć w tej ciasnocie.  

Wyszedł z kabiny, zamykając za sobą drzwi z impetem.  

Zarina ukryła twarz  w dłoniach. Rolfe musiał czuć się tak, jakby 

znalazł  się  w  potrzasku:  rozumiała  to  doskonale.  „Ale  czy  mogłam 

postąpić  inaczej?",  pomyślała.  Widać  było,  że  kapitan  jest  bardzo 

uparty. Gdyby obstawali, że nie życzą sobie, by udzielił im ślubu, nie 

background image

pozwoliłby im kontynuować podróży na swoim statku, wysadzając ich 

na ląd.  

Niemniej  Rolfe  był  rozgniewany  i  Zarina  czuła  się  bliska  łez. 

Niełatwo  było  namówić  go,  żeby  zgodził  się  na  zaręczyny.  Nie 

przyszło  mu nawet  do  głowy  i  ona  sama  również  nigdy  nie  założyła, 

że mogą stanąć wobec konieczności wzięcia ślubu.  

„W  każdy  razie  uratowałam  dla  niego  Priory",  pomyślała;  „poza 

tym powiodła mi się ucieczka od stryja Aleksandra, tak że ostatecznie 

ślub nie wydaje się za to wszystko wygórowaną ceną". Zdawała sobie 

jednak sprawę, że Rolfe patrzy na całą kwestię z zupełnie odmiennego 

punktu widzenia.  

Rolfe  powrócił  do  kabiny  po  pół  godzinie,  gdy  odezwał  się 

dzwon, obwieszczający pasażerom, że nadeszła pora lunchu. Milcząc, 

z ponurym wyrazem twarzy, towarzyszył Zarinie do środkowej części 

statku.  Poza  kabinami,  jadalnia  była  jedynym  pomieszczeniem  do 

dyspozycji  podróżnych.  Okrągły  pokój,  pozbawiony  dziennego 

światła  z  powodu  braku  okien,  mieścił  w  sobie  dwa  długie  stoły,  za 

którymi  zasiadali  pasażerowie.  Na  szczycie  jednego  z  nich 

znajdowało  się  miejsce  kapitana,  drugiemu  przewodził  pierwszy 

oficer.  

Lunch został podany przez młodych chłopców o ciemnej cerze.  

Zarina dowiedziała się później, że wszyscy oni pochodzą z krajów 

Wschodu;  było  pomiędzy  nimi  nawet  paru  Chińczyków.  Przynieśli  i 

postawili na stole talerze napełnione potrawami.  

background image

Jedzenia  było  do  woli,  choć  nie  wyglądało  bardzo  apetycznie. 

Zarina  nie  była  pewna,  z  czego  się  składa;  był  to  rodzaj  duszonej 

potrawy  z mięsem. Podano je z dwiema jarzynami; jedną z nich były 

ziemniaki, duże i dość twarde. Na stole leżały też bochenki chleba, po 

który  mogli  sięgać.  Masło  okazało  się  lekko  zjełczałe,  natomiast  ser 

nadawał się do spożycia.  

Chleb  był  przynajmniej  świeży,  ponieważ  dostarczono  go 

niedawno  na  pokład.  W  miarę  upływu  czasu  miał  się  jednak  stać 

bardziej  czerstwy  i  mniej  strawny.  Z  napojów  podano  przede 

wszystkim  piwo  oraz  kilka  butelek  czegoś,  co  określano  mianem 

lemoniady.  Zarina  nie  sądziła,  by  miała  ona  cokolwiek  wspólnego  z 

prawdziwymi cytrynami.  

Rolfe uprzedził ją, że picie wody jest niebezpieczne.  

—  Możesz  nabawić  się  kłopotów  trawiennych  —  wyjaśnił  —

głównie dlatego, że wodę do picia przechowuje się w beczkach, które 

są rzadko myte, nawet podczas postoju statku w porcie.  

Wiadomość  była  przygnębiająca,  ale  Zarinę  pocieszyło  wkrótce 

odkrycie,  że  przy  każdym  posiłku  można  było  dostać  herbatę  lub 

kawę,  podawaną  w  sporych  filiżankach.  Kawa  nie  była 

najprzedniejszej  jakości,  ale  Zarina  wolała  ją  zdecydowanie  od 

podejrzanej lemoniady.  

Już  przy  pierwszym  posiłku  stało  się  jasne,  że  inni  pasażerowie 

patrzą  na nich  z  nieskrywaną  ciekawością.  Rolfe  gawędził  z  kilkoma 

Anglikami,  którzy  w  trakcie  rozmowy  przyglądali  się  Zarinie,  co  ją 

krępowało i onieśmielało.  

background image

Zarina  zaczesała  gładko  włosy,  upinając  je  w  kok  z  tyłu  głowy. 

Nie mogła jednak ukryć ani ich koloru, ani świetlistości karnacji. Nie 

mogła  także  udawać,  że  nie  jest  świadoma  elegancji  swoich  sukien, 

pochodzących  z  wytwornych  sklepów  przy  Bond  Street.  Jedynie 

kobieta  z  dzieckiem  zdawała  się  nie  wykazywać  przesadnego 

zainteresowania jej osobą.  

Wychodząc  z  sali  jadalnej  po  skończonym  posiłku,  Zarina 

zatrzymała się przy młodej mamie.  

— Cóż za prześliczne maleństwo! — powiedziała. — Czy to jest 

chłopiec, czy dziewczynka?  

Mówiła  oczywiście  po  angielsku  i  zorientowała  się  zaraz,  że 

Hinduska  jej  nie  rozumie.  Ale  siedzący  obok  mąż  kobiety  odezwał 

się:  

— Dziewczynka, mem sahib. Ma dopiero dwa tygodnie.  

— Czy to wasze pierwsze dziecko? — spytała Zarina.  

— O tak, mem sahib. Następnym razem — syn.  

Zarina roześmiała się.  

— Wszyscy mężczyźni myślą podobnie.  

— Mem sahib rozumie — stwierdził Hindus z uśmiechem. — Ale 

moja żona szczęśliwa z dziewczynki.  

—  Jakże  by  mogło  być  inaczej?  —  powiedziała  Zarina, 

odwzajemniając uśmiech. — Życzę powodzenia.  

Hindus skłonił się i Zarina odeszła, zbliżając się do Rolfe'a, który 

czekał  nie  opodal.  Obawiała  się,  że  może  ma  jej  za  złe  pogawędkę  z 

pasażerami, ale Rolfe oznajmił:  

background image

— Jeśli chcesz rozmawiać z Hindusami, będę musiał dać ci kilka 

lekcji urdu, choć przyznać trzeba, że wielu z nich mówi po angielsku i 

to zupełnie dobrze.  

— Z wielką przyjemnością będę się uczyła urdu — odparła Zarina 

—  tylko  nie  wiem,  czy  pozwolisz  mi  zostać  w  Indiach  dostatecznie 

długo, żebym miała z tego jakiś pożytek.  

— To również należy do spraw, którymi nie należy się martwić na 

zapas — zauważył Rolfe.  

Jego odpowiedź zabrzmiała wymijająco, chociaż ton był łagodny i 

uprzejmy.  

—  Zabierzesz  mnie  na  pokład?  —  spytała.  —  Chciałabym 

spojrzeć jeszcze na Anglię, zanim zniknie nam z oczu.  

— Z chęcią — zgodził się Rolfe.  

Statek kołysał się lekko, więc wsunęła mu rękę pod ramię.  

—  Mimo  wszystko  —  powiedziała  cicho  —  cokolwiek  nas 

jeszcze  czeka,  przeżywamy  prawdziwą  przygodę,  o  której  nigdy  nie 

zapomnimy.  

— Przygodę! — powtórzył Rolfe. — Tak, Zarino, nie da się temu 

zaprzeczyć. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie nam jej żałować.  

 

Rozdział 6 

W Zatoce Biskajskiej morze było niespokojne. Chociaż Zarina nie 

cierpiała  na  chorobę  morską,  wolała  przebywać  w  kabinie,  niż 

spacerować  po  pokładzie.  Nie  wyobrażała  sobie  czegoś  gorszego  od 

background image

złamania ręki lub nogi, gdy na statku nie było nikogo, kto mógłby ją 

pielęgnować.  

Rolfe natomiast przebywał często na pokładzie i, co dziwniejsze, 

zaprzyjaźnił się z kapitanem. Opowiadał o nim Zarinie utrzymując, że 

jest  to  interesujący  człowiek;  choć  trudno  uwierzyć,  kapitan  był 

ogromnie dumny ze swego statku.  

—  Przypuszczam,  że  jest  to  jedyna  rzecz,  jaką  posiada  — 

powiedziała Zarina.  

—  Z  pewnością  —  zgodził  się  Rolfe.  —  A  ponieważ  zaczynał 

jako  chłopiec  okrętowy,  jego  ambicją  życiową  stało  się  posiadanie 

własnego statku.  

Kiedy  wpłynęli  na  Morze  Śródziemne,  słońce  świeciło  jasno,  a 

woda  była  lazurowa.  Dla  Zariny,  która  spędziła  wiele  lat  u  kuzynki 

Mildred  we  Włoszech,  widok  był  swojski  i  pokrzepiający.  Zaczęła 

wychodzić na pokład, zażywając tyle ruchu, ile mogła, na powierzchni 

ograniczonej z konieczności dużą ilością wiezionych towarów.  

Ku jej wielkiej radości, Rolfe zaczął z nią lekcje urdu. Zdziwiony 

był  łatwością,  z  jaką  się  uczyła  i  Zarina  wyjaśniła  mu,  czemu 

zawdzięcza szybkość przyswajania sobie nowego języka.  

—  Kuzynka  Mildred  posłała  mnie  do  szkoły,  do  której 

uczęszczały  panienki  z  wielu  arystokratycznych  rodzin,  nie  tylko  z 

Włoch, ale także z innych krajów. Zaczęła liczyć na palcach: — Były 

tam dziewczęta z Francji, Niemiec, Szwajcarii, Portugalii i Hiszpanii. 

Sprawiało  mi  przyjemność  przyjaźnić  się  z  nimi  i  przy  okazji  uczyć 

się ich języków, a one z kolei próbowały nauczyć się angielskiego.  

background image

Rolfe roześmiał się.  

— Więc jesteś poliglotką.  

—  Będę  zachwycona,  mogąc  dopisać  urdu  do  mojej  listy  — 

odrzekła Zarina.  

—  Szkoda,  że  nie  wziąłem  ze  sobą  żadnych  książek.  Trudno, 

będziesz zmuszona zadowolić się rozmowami ze mną.  

—  Wystarczy  mi  to  w  zupełności,  zwłaszcza  jeśli  będziesz  mi 

opowiadał  o  miejscach,  w  których  byłeś  i  rzeczach,  które 

kolekcjonowałeś, poza starymi rękopisami.  

— Skąd wiesz, że kolekcjonowałem coś więcej? — zaciekawił się 

Rolfe.  

— Po prostu czuję, że nie zadowoliłbyś się jedną dziedziną.  

Rolfe  nie  był  pewien,  czy  ma  to  uważać  za  komplement; 

opowiedział  jej  jednak,  jak  asystował  przy  wydobywaniu  drogich 

kamieni z kopalni znajdujących się w Turcji i na południu Rosji.  

Opisał  też  pracę  archeologów  w  Egipcie,  badających  grobowce 

zmarłych  przed  wiekami  faraonów.  Dodał  wreszcie,  że  choć  miał 

bardzo  niewiele  pieniędzy,  zdołał  zgromadzić  także  własną  kolekcję, 

którą zawsze zamierzał zabrać do Priory.  

— Gdzie te wszystkie rzeczy są teraz? — zapytała Zarina.  

— W Indiach — odparł. — Zostawiłem je u pewnego maharadży, 

z którym się zaprzyjaźniłem i który obiecał przechować je do chwili, 

kiedy będę mógł przewieźć je do kraju.  

Rolfe zamilkł. Po jakimś czasie odezwał się ponownie:  

background image

—  Nie  miałem  pojęcia,  że  będę  musiał  wrócić  do  Anglii  w 

związku ze śmiercią brata; a że byłem wówczas w Kalkucie, wsiadłem 

po prostu na pierwszy dogodny statek.  

— Możemy zabrać twoje skarby tym razem — oznajmiła Zarina.  

Wypowiedziawszy  swoją  uwagę  zastanowiła  się,  czy  Rolfe 

zauważył  owo  „możemy".  Niewykluczone,  że  rozmyślał  już  jak 

pozbyć się jej możliwie szybko po przybyciu do Indii.  

Rolfe przemówił dopiero po chwili:  

—  Rozumiesz  chyba,  że  po  przyjeździe  na  miejsce  niełatwo 

będzie  wyjaśnić,  dlaczego  podróżowałaś  bez  przyzwoitki  czy 

opiekunki.  

—  Widzę,  że  nie  umiesz  korzystać  z  własnej  wyobraźni  — 

odparła Zarina karcąco. — Na statku, którym płynęliśmy do Kalkuty, 

znajdował  się  naturalnie  pastor  z  żoną;  oboje  byli  tak  uprzejmi,  że 

zgodzili się występować w roli moich opiekunów.  

Rolfe nie potrafił powstrzymać się od śmiechu.  

—  Masz  odpowiedź  na  wszystko!  —powiedział.  —  Świetnie, 

będziemy  udawali,  że  Hinduska  z  dzieckiem  jest  żoną  pastora; 

możemy nawet awansować go na biskupa, co zrobi znacznie większe 

wrażenie.  

Gdy  Rolfe  wyszedł,  by  przespacerować  się  po  pokładzie,  Zarina 

pomyślała, że przynajmniej zdołała go rozśmieszyć. Wyglądało na to, 

że jej towarzystwo stało się dla niego zdecydowanie mniej uciążliwe, 

niż było na początku podróży. Oboje nauczyli się mówić z humorem o 

background image

jedzeniu, które stawało się z dnia na dzień gorsze, oraz o dziwactwach 

współpasażerów.  

Dla  ludzi  nie  liczących  się  z  pieniędzmi  dostępne  były  na  statku 

wszelkie  rodzaje  alkoholu.  Anglicy  mogli  sobie  widocznie  pozwolić 

na  płacenie  mocno  wygórowanej,  zdaniem  Rolfe'a,  ceny  za  whisky, 

gin  i  brandy.  Ci  właśnie  pasażerowie  stawali  się  bardzo  hałaśliwi  co 

wieczór w porze kolacji.  

Zarina  starała  się  trzymać  od  nich  jak  najdalej,  siadając  zawsze 

przy  innym  stole.  Nie  podobał  jej  się  sposób,  w  jaki  na  nią  patrzyli; 

nie miała wątpliwości, że pozwalają sobie na dowcipy jej kosztem.  

Dopłynąwszy  do  Aleksandrii,  zawinęli  do  portu,  by  odnowić 

zapasy  oraz  zaopatrzyć  się  w  węgiel.  Zarina  wpadła  w  zachwyt, 

obejrzawszy sklepy w pobliżu portu; skorzystała też z okazji, kupując 

sobie  kilka  lekkich  sukien,  które,  jak  sądziła,  okażą  się  ogromnie 

przydatne  z  chwilą  wpłynięcia  do  Kanału  Sueskiego.  Już  w  Egipcie 

było bardzo gorąco.  

Dzięki  wyjątkowo  szczupłej  i  niewysokiej  sylwetce,  Zarina 

znalazła  trzy  atrakcyjne  suknie  na  swoją  miarę,  dwie  muślinowe  i 

jedną  bawełnianą.  Rolfe  sprawił  jej  niespodziankę,  nalegając,  by 

przyjęła  od  niego  pięknie  haftowany  wschodni  kaftan,  pochodzący 

przypuszczalnie  z  Maroka.  Trapiła  ją  myśl,  że  Rolfe  nie  może  sobie 

właściwie  pozwolić  na  podobny  zbytek,  ale  nie  chciała  o  tym 

wspominać,  bojąc  się  go  urazić.  Ograniczyła  się  więc  do  gorących 

podziękowań.  

background image

Włożywszy  kaftan  musiała  przyznać,  że  jest  on  niezwykle 

twarzowy;  błękitny  materiał,  dobrany  odcieniem  do  jej  oczu, 

podkreślał  białość jej karnacji  i  płomienną  złocistość  włosów.  Zarina 

wiedziała, że nieostrożnością byłoby pokazywać się w nim na statku; 

czuła  jednak,  że  sprawiłaby  przykrość  Rolfe'owi  nie  wkładając  go 

wcale, toteż nosiła go, gdy przebywali w jednej z własnych kabin.  

Podczas  postoju  w  Aleksandrii  kupili  też  pewną  ilość  jedzenia, 

uzupełniając  wikt  okrętowy,  za  co  również  uparł  się  zapłacić  Rolfe. 

Wrócili  na  pokład  zaopatrzeni  w  owoce,  ciastka,  biskwity  i  rodzaj 

wyśmienitych  wschodnich  cukierków  nadziewanych  miodem  i 

migdałami.  

Wraz  z  wpłynięciem do Kanału Sueskiego podróżujący na statku 

Anglicy  skupili  się  na  spożywaniu  zwiększonych  porcji  wszelkiego 

dostępnego  alkoholu,  zachowując  się  jeszcze  hałaśliwiej  niż  zwykle. 

Chociaż  Rolfe  i  Zarina  ograniczali  się  dotychczas  do  wymiany 

zdawkowych „dzień dobry" i „dobranoc", Anglicy zdawali się obecnie 

szukać z nimi bliższych kontaktów.  

Zarina  miała  wrażenie,  że  pragną  przede  wszystkim  jej 

towarzystwa, co bynajmniej jej nie cieszyło. Nie wtrącała się więc do 

ich rozmów z Rolfe’em, ograniczając się do słuchania.  

Tak dopłynęli do Morza Czerwonego.  

Pewnego  wieczoru,  wróciwszy  z  pokładu,  po  którym  się 

przechadzali,  Rolfe  i  Zarina  zastali  Anglików  czyniących  jeszcze 

większy  zamęt  niż  zazwyczaj  i  śpiewających  pijanymi  głosami. 

Pragnąc  ich uniknąć,  Zarina  zbiegła  po  schodach,  spiesząc do  swojej 

background image

kabiny. Znalazłszy się w niej, rozebrała się i położyła do łóżka. Było 

tak  gorąco,  że  nie  potrzebowała  do  przykrycia  nawet  prześcieradeł, 

leżąc w swej przejrzystej koszuli nocnej, zdobionej koronkami.  

Zapadła właśnie w sen, gdy doszedł ją odgłos kroków, a następnie 

pukanie  do  drzwi.  Sądząc,  że  to  Rolfe  i  zastanawiając  się,  o  co  mu 

chodzi, usiadła w pościeli. Wówczas jej uszu dobiegł bełkotliwy głos, 

przemawiający głośnym szeptem:  

— Wpuść mnie! Wpuść-mnie-ty-mała-ślicz-notko!  

Słowa  zlewały  się  ze  sobą;  ktokolwiek  je  wypowiedział,  musiał 

być już dobrze pijany.  

Zarina położyła się na powrót pamiętając, że zamknęła wcześniej 

drzwi  na  zamek,  jak  to  robiła  co  wieczór.  Wówczas  mężczyzna  na 

korytarzu  spróbował  przekręcić  klamkę.  Zrozumiawszy,  że  drzwi  się 

nie otworzą, zaczął je pchać z całej mocy.  

Zarina  przestraszyła  się.  Wiedziała  dobrze,  że  statek  jest  stary  i 

zbudowany  niezbyt  solidnie.  Obawiała  się,  że  zasuwka  może  puścić, 

co  umożliwi  mężczyźnie  wejście  do  kabiny;  napierał  na  drzwi  coraz 

mocniej,  nie  zdołał  jednak  ich  otworzyć.  Zarinie  wydało  się,  że 

mruknął coś o pójściu po śrubokręt.  

Teraz  przeraziła  się  nie  na  żarty.  Wstała  z  łóżka,  narzucając  na 

siebie zabrany z domu cienki szlafroczek i wsuwając stopy w miękkie 

pantofle.  Mrok  panujący  w  kabinie  rozjaśniała  jedynie  wpadająca 

przez  okno  blada  poświata  gwiazd.  Stanąwszy  przy  drzwiach  Zarina 

przekonała się, że zamek jest istotnie wyrwany  z drewnianej futryny. 

background image

Jeżeli  pijany  mężczyzna  powróci  uzbrojony  w  śrubokręt,  to  kosztem 

niewielkiego dodatkowego wysiłku dostanie się niechybnie do kabiny.  

Zarina  trwała  przez  chwilę  nieruchomo,  by  upewnić  się,  że  na 

zewnątrz nie ma nikogo, po czym spiesznie otworzyła drzwi. Podeszła 

szybko do kabiny Rolfe'a i przekręciwszy okrągłą klamkę przekonała 

się z ulgą, że drzwi nie są zamknięte na zamek.  

Rolfe  leżał  na  swej  koi,  czytając  gazetę  w  świetle  zawieszonej  u 

sufitu lampy. Ujrzawszy ją, zdumiał się bardzo.  

— Zarino! — wykrzyknął. — O co chodzi? Co się stało?  

—  Jakiś  człowiek  usiłował  włamać  się  do  mojej  kabiny...  — 

wyjąkała.  

—  Przypuszczam,  że  to  jeden  z  tych  pijanych  Anglików  — 

powiedział Rolfe.  

— Boję się, że zamek w drzwiach może puścić... i on wejdzie do 

środka...  

Zarina miała w oczach panikę, a głos jej się łamał; nietrudno było 

odgadnąć, jak bardzo jest przerażona.  

— Odwróć się — polecił Rolfe. — Wstanę i rozprawię się z nim.  

Zarinę na chwilę ogarnęło zdziwienie; dopiero w sekundę później 

pojęła,  że  Rolfe  nie  ma  nic  na  sobie  pod  sięgającym  mu  do  pasa 

prześcieradłem. Z rumieńcem na policzkach usłuchała go natychmiast. 

Stała i patrzyła przez okno na gwiazdy, słysząc, jak Rolfe podnosi się 

z łóżka i ubiera. Po chwili odezwała się:  

—  Powinniśmy  unikać  wszelkich  spięć  i  nieprzyjemności... 

Mamy przed sobą jeszcze długą drogę, zanim dopłyniemy do Indii.  

background image

Rolfe znieruchomiał.  

—  Masz  słuszność  —  stwierdził.  —  Mówisz  bardzo  rozsądnie. 

Możesz się już odwrócić.  

Zarina zastosowała się do polecenia. Rolfe miał na sobie spodnie i 

koszulę.  Teraz  on  z  kolei  popatrzył  na  nią;  włosy  Zariny  opadały 

luźną  falą  na  ramiona,  a  cienki  negliż  nie  przesłaniał  całkowicie  jej 

kształtów.  

—  Tego  rodzaju  kłopoty  są  nieuchronne,  kiedy  w  grę  wchodzi 

ładna kobieta.  

Zarinie  wydało  się,  że  jego  uwaga  jest  sarkastyczna,  więc 

pospieszyła się usprawiedliwić:  

—  Wybacz  mi...  nie  przyszłabym  szukać  u  ciebie  pomocy, 

gdybym się tak bardzo nie przestraszyła...  

—  Nic dziwnego,  że  się  przestraszyłaś  —  odparł  Rolfe.  —  Taka 

kobieta, jak ty, nie powinna w ogóle podróżować podobnym statkiem.  

Zarina  wyczuła,  że  rozgniewała  go  na  nowo  myśl  o  jej 

pieniądzach i tym razem nie znalazła nic na swoje usprawiedliwienie. 

Spojrzała tylko na niego żałośnie.  

—  Nie  przejmuj  się  dłużej  tym  pijanym  intruzem  —  powiedział 

Rolfe  po  chwili.  —  Nie  dołożę  mu,  choć  mam  na  to  wielką  ochotę. 

Ulokuj się u mnie, a ja będę spał na górnym łóżku.  

— Nie możemy tego zrobić! — wykrzyknęła Zarina.  

— Dlaczego?  

— Bo... byłoby ci ogromnie niewygodnie.  

background image

Rolfe  miał  wrażenie,  że  chciała  powiedzieć  coś  zupełnie  innego, 

uśmiechnął się tylko.  

—  W  przeszłości  zdarzało  mi  się  sypiać  w  różnych  dziwnych  i 

niewygodnych  miejscach  —  zauważył.  —  Między  innymi  w 

jaskiniach  dzikich  zwierząt.  A  pewnego  razu,  kiedy  nie  miałem 

innego wyjścia, spałem w rowie.  

Jak się spodziewał, Zarina zareagowała śmiechem, dodając:  

— W takim razie dziś powinno ci być jednak wygodniej.  

—  Za  to  ty  możesz  się  znaleźć  w  niebezpieczeństwie  —  odparł 

Rolf  —  bo  jeśli  koje  są  równie  lichej  konstrukcji,  co  reszta  statku, 

najprawdopodobniej spadnę ci na głowę.  

— Więc może ja zajmę górne łóżko, a ty będziesz spał na dolnym 

— zaproponowała Zarina.  

—  Nie  dopuszczę  do  niczego  podobnego.  Połóż  się  na  dole  i 

zamknij oczy, żebym mógł się rozebrać i wejść na górę.  

— Przykro mi, że masz ze mną tyle kłopotu...  

—  Z  kobietami  zawsze  jest  kłopot  —  stwierdził  Rolfe  z 

przesadnym ubolewaniem.  

Wbrew przewidywaniom, Zarina przespała spokojnie resztę nocy. 

Gdy obudziła się rano, Rolfe był ubrany.  

— O, jesteś już na nogach! — zdziwiła się.  

— Poszedłem popatrzeć na stan drzwi obok — oznajmił Rolfe. — 

Twój  zagorzały  wielbiciel  zdołał  się  wedrzeć  do  środka  i  musiał 

doznać bolesnego rozczarowania, zastawszy kabinę pustą.  

— Wyłamał zamek?  

background image

Rolfe skinął głową twierdząco.  

—  Wobec  tego  trzeba  postarać  się,  żeby  został  naprawiony  do 

wieczora.  

Mówiąc to, Zarina pomyślała jednocześnie, że nawet jeśli zamek 

zostanie  naprawiony,  będzie  się  bała  zostać  sama.  Kimkolwiek  był 

natręt,  nie  mogła  wykluczyć,  że  przy  następnej  próbie  zdoła  się  do 

niej dostać.  

Jakby zgadując jej myśli, Rolfe powiedział:  

—  Myślę,  że  rozsądniej  będzie,  jeśli  zostaniesz  tutaj.  Jak  już 

mówiłem, nie powinnaś się była w ogóle znaleźć na statku, na którym 

zmuszona  jesteś  znosić  towarzystwo  szumowin  londyńskich;  tacy 

zawsze wywołują awantury na pokładzie.  

W tonie Rolfe'a kryła się pogarda. Jednakże Zarina uważała nadal, 

że  nie  należy  dopuścić  do  zatargu  z  Anglikami.  Chodziło  przecież  o 

to, by nie ściągali na siebie uwagi współpasażerów, którzy powinni o 

nich zapomnieć z końcem podróży.  

Zwróciła się pośpiesznie do Rolfe'a, przyznając:  

— Masz całkowitą rację; jeżeli moja obecność nie przeszkadza ci 

zbytnio,  będę  się  czuła  zupełnie  bezpieczna,  śpiąc  w  twojej  kabinie. 

Zresztą fakt, że mieszkamy razem, spotka się bez wątpienia z aprobatą 

kapitana.  

Rolfe wybuchnął śmiechem.  

— Co jest, rzecz jasna, niezmiernie ważnym względem!  

background image

Statek  płynął  nadal  po  Morzu  Czerwonym;  Zarina  ograniczyła 

teraz  swoje  przechadzki  po pokładzie  do  wczesnego  ranka i  późnego 

wieczora. Pozostałe godziny wolała spędzać w jednej z kabin.  

Rolfe  udzielał  jej  w  dalszym  ciągu  lekcji  urdu  oraz  ulegając  jej 

prośbom, opowiadał o swoich przygodach.  

— Powinieneś napisać książkę — zasugerowała któregoś dnia. — 

Twoje  opowieści  są  fascynujące.  Jestem  pewna,  że  tysiące  ludzi 

czytałoby je z zapartym tchem.  

—  To  jest  zupełnie  niezły  pomysł  —  odparł  Rolfe  wolno.  — 

Zastanawiam się tylko, ilu Anglików zainteresowałoby się czymś, co 

dzieje się na drugim końcu świata.  

—  Nawet  ci,  którzy  nie  zdobyliby  się  na  porzucenie  swoich 

komfortowych  rezydencji,  czują  głód  podróżowania  w  snach  i 

marzeniach; a to właśnie możesz im ofiarować.  

— Pomyślę o tym — obiecał Rolfe. — Ale tymczasem czekają na 

mnie  nowe  przygody,  które  zresztą  będę  mógł  dołożyć  z  czasem  do 

mojego zbioru przeżyć.  

Zarinie  zrobiło  się  nagle  ciężko  na  sercu.  Wynikało  z  tego,  że 

Rolfe  nie  przestał  myśleć  o  odwiedzeniu  Nepalu,  a  może  również,  o 

czym  wspominał  wcześniej,  Tybetu;  innymi  słowy,  będzie  chciał  się 

jej  pozbyć.  Przy  tym  z  pewnością  nie  stać  go  będzie  na  dalsze 

ponoszenie kosztów jej utrzymania.  

„Co mam zrobić?" pytała się w duchu. „Jak sprawić, żebym stała 

się dla niego nieodzowna?"  

background image

W  tym  momencie  Zarina  zdała  sobie  sprawę,  że  pragnie  być  z 

Rolfe'em bez względu na to, czy jest dla niej miły, czy też nie. Będąc 

przy  nim  miała  poczucie  bezpieczeństwa.  Ponadto  w  rozmowach  z 

Rolfe'em,  czy  choćby  słuchaniu  jego  opowieści,  było  coś  niezwykle 

ekscytującego;  nie  umiałaby  jednak  wytłumaczyć,  dlaczego  tak  się 

dzieje.  To  uczucie  było  całkowicie  odmienne  od  wszystkiego,  czego 

doświadczyła  w  Londynie,  w  towarzystwie  zabawiających  ją  i 

oświadczających jej się mężczyzn.  

—  Chcę  z  nim  być  —  powtarzała  w  myślach.  —  Chcę  z  nim 

pozostać i kontynuować nasze rozmowy.  

Kładąc się do łóżka, uświadamiała sobie z radością, że Rolfe jest 

w  pobliżu.  Jeśli  poczułaby  się  przestraszona,  wystarczyło  się 

odezwać, by Rolfe jej odpowiedział.  

W  czasie  dnia  mówili  wiele  o  planowanej  książce.  W  miarę 

zbliżania  się  do  Indii,  Rolfe  wydawał  się  coraz  bardziej  przekonany, 

że powinien się do tego zabrać.  

Mijały  kolejne  dni;  Zarina  zaczęła  marzyć,  żeby  statek  płynął 

wolniej  i  żeby  nigdy  nie  dotarli  do  Kalkuty.  Rolfe  nadal  nie  był 

pewien, co zrobi, kiedy znajdą się na miejscu. Zarina obawiała się, że 

zaraz po przyjeździe znajdzie kogoś, kto wraca do Anglii i oddają pod 

opiekę  takiej  osoby  nalegając,  by  nie  odkładała  powrotu  do  kraju. 

„Ale  stryj  Aleksander  na  pewno  nie  zdążył  się  jeszcze  pogodzić  z 

myślą,  że  nie  wyjdę  za  księcia.  Jeśli  wrócę  bez  Rolfe'a,  gotów  sam 

nabrać pewności, że nasze zaręczyny zostały zerwane", myślała.  

background image

Nie  ośmieliła  się  szukać  u  Rolfe'a  zapewnienia,  że  jej  obawy  są 

płonne;  mógł  przecież  oznajmić,  że  jego  zamiarem  jest  odesłać  ją 

bezzwłocznie  do  kraju.  Nie  miała  też  żadnej  możliwości  zatrzymać 

go,  jeśli  będzie  chciał  ją  zostawić  samą.  Nie  pozostało  jej  nic  prócz 

modlitwy. Błagała więc Boga żarliwie, by Rolfe jej nie opuścił.  

Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi;  Rolfe  poszedł  na  pokład,  by 

zażyć  trochę  ruchu.  W  ciągu  dnia  panował  nieznośny  upał  i  Zarina 

czuła się zbyt wyczerpana, żeby mu towarzyszyć.  

—  Zostanę  tutaj  —  powiedziała,  gdy  podniósł  się  z  zamiarem 

wyjścia. — Ale nie bądź za długo...  

— Jeśli czujesz się niepewnie, zamknij drzwi na klucz.  

Zarina zaśmiała się.  

—  Jestem  pewna,  że  Anglicy  nie  zdążyli  się  jeszcze  upić  —

odparła w odpowiedzi na jego radę.  

Prawie 

każdego 

wieczora 

Anglicy 

zachowywali 

się 

nieprzyzwoicie  głośno  przy  kolacji;  Zarina  sądziła  jednak,  choć 

pewności  mieć  nie  mogła,  że  nie  ponowią  prób  wdarcia  się  do  jej 

kabiny.  Rolfe  poszedł  więc  na  pokład,  gdzie  przez  jakiś czas  chodził 

tam i z powrotem, a następnie odbył krótką rozmowę z kapitanem.  

— Powietrze jest zupełnie nieruchome — zauważył, choć było to 

oczywiste.  

— To prawda — odrzekł kapitan. — Mamy szczęście, że żaden z 

pasażerów  ani  członków  załogi  nie  zapadł na chorobę, która,  według 

moich  obserwacji,  często  daje  o  sobie  znać,  kiedy  nie  ma  wiatru,  a 

background image

temperatura  utrzymuje  się  na  bardzo  wysokim  poziomie.  Wie  pan 

przecież, że nie mamy na pokładzie lekarza.  

Rolfe  odbywał  podróże  tą  trasą  dostatecznie  często,  żeby 

przyznać,  że  kapitan  ma  rację.  Niezwykłe  upały  na  Morzu 

Czerwonym  niejednokrotnie  przynosiły  ze  sobą  różne  odmiany 

chorób wschodnich, które bywały groźne.  

Rolfe nie pozostał długo na pokładzie wiedząc, że Zarina na niego 

czeka.  Wrócił  do  kabiny,  gdzie,  ku  swemu  zdumieniu,  zastał  ją 

siedzącą na krześle z niemowlęciem w ramionach.  

—  Cieszę  się,  że  już  jesteś  —  powiedziała. —  Potrzebuję  twojej 

pomocy.  

— Skąd się tu wzięło to dziecko? — spytał Rolfe, rozpoznając w 

nim maleńką dziewczynkę, córeczkę pary Hindusów.  

—  Jej  matka  zachorowała,  więc  ojciec  przyniósł  ją  do  mnie, 

ponieważ poza mną nie ma innej kobiety na pokładzie.  

— I czegóż on od ciebie oczekuje? — zainteresował się Rolfe.  

Zarina uśmiechnęła się do niego.  

—  Muszę  znaleźć  jakiś  sposób,  żeby  ją  nakarmić  — 

odpowiedziała. — Jej matka jest na to zbyt chora, a na statku nie ma 

oczywiście takiej rzeczy, jak butelka dla niemowlęcia.  

— Więc co zamierzasz zrobić? — spytał znów Rolfe.  

—  Poprosiłam  stewarda  o  trochę  mleka  w  proszku,  choć  nie 

wygląda  ono  zbyt  apetycznie.  Chciałabym,  żebyś  nalał  je  do 

rękawiczki, która leży tam, na stoliku.  

— Do rękawiczki? — zdumiał się Rolfe.  

background image

—  Zrobiłam  dziurkę  w  jednym  z  palców.  Oby  tylko  malutka 

zrozumiała, że powinna go ssać.  

— To niezwykle pomysłowe! — powiedział z uznaniem Rolfe.  

—  Przypomniałam  sobie,  co  mi  kiedyś  opowiadała  moja  mama; 

zdarzyło  jej  się  podczas  podróży  z  papą  zrobić  podobną  rzecz  dla 

maleńkiego arabskiego dziecka — wyjaśniła Zarina.  

Stosując  się  do  instrukcji,  Rolfe  nalał  ostrożnie  niewielką  ilość 

mleka  do  palca  rękawiczki.  Zrazu  wydawało  się,  że  maleństwo  nie 

zrozumie,  o  co  chodzi;  kiedy  jednak  kilka  kropli  mleka  wyciekło  ze 

zrobionej  przez  Zarinę  dziurki,  zaczęło  słabo  ssać;  w  ten  sposób 

zostało nakarmione. Trwało to jakiś czas, a gdy Zarina uznała, że ma 

dosyć,  dała  mu  odrobinę  miodu,  który  dziecko  wyssało  znacznie 

chętniej.  

Wziąwszy maleństwo na ręce, położyła je następnie delikatnie na 

łóżku.  

—  Zdaje  się,  że  zrobiło  nam  się  tu  trochę  tłoczno  —  powiedział 

Rolfe. — Zastanawiam się, gdzie będziesz sama spała.  

—  Ta  kruszyna  może  spać  ze  mną.  Jest  taka  malutka,  że  nie 

zajmie wiele miejsca.  

— Co się stało jej matce? — zainteresował się Rolfe.  

—  Mąż  sądzi,  że  to  wschodnia  gorączka;  jest  zbyt  osłabiona,  by 

wstawać.  

— Mam nadzieję, że się myli — powiedział Rolfe z zatroskanym 

wyrazem  twarzy.  —  Kapitan  winszował  sobie  właśnie,  że  pomimo 

upałów na pokładzie nie zdarzył się żaden przypadek choroby.  

background image

— W takim razie nie wspominaj mu o tym — poprosiła Zarina.  

Hindus nie chciałby z pewnością, by ktoś się dowiedział, że jego 

żona zachorowała.  

Już  wcześniej,  poznawszy  trochę  urdu,  Zarina  próbowała 

rozmawiać  z  Hinduską  i  jej  mężem,  gdy  spotykano  się  na  posiłki  w 

jadalni. Kobieta zdawała się rozumieć, co Zarina do niej mówi; był to 

niewątpliwie  powód  do  radości.  Jeszcze  większą  przyjemność 

sprawiło  Zarinie  odkrycie,  że  potrafi  przełożyć  odpowiedzi  Hinduski 

na angielski.  

—  Radzę  sobie  coraz  lepiej  z  urdu  —  pochwaliła  się  Rolfe'owi 

dwa dni wcześniej.  

Ale  zaraz  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  po  przyjeździe  do  Indii 

znajdzie  okazję  do  mówienia  w  tym  języku.  Jeśli  Rolfe  odeśle  ją  do 

Anglii,  cały  wysiłek  nauczania  się  urdu  w  możliwie  szybkim  tempie 

pójdzie  na  marne.  Obawiając  się  odpowiedzi,  Zarina  przestała  pytać 

Rolfe'a, jakie są jego zamiary.  

Tej  nocy  maleństwo  spało  spokojnie  koło  niej  na  posłaniu. 

Następnego  ranka  hinduski  ojciec  wyraził  swoją  wdzięczność, 

dziękując jej wylewnie.  

— Mem sahib bardzo dobra — powiedział.  

— Jak się ma pana żona? — spytała Zarina.  

Hindus pokręcił głową.  

—  Niedobrze,  bardzo  niedobrze.  Ale  lepiej  nie  mówić  do 

kapitana, on zły, jeśli ktoś chory,  

Po odejściu Hindusa Zarina zwróciła się do Rolfe'a:  

background image

—  Czy  nie  uważasz,  że  powinnam  pójść  do  mamy  maleństwa? 

Może zdołałabym jakoś jej pomóc.  

—  Nie  waż  się  tego  robić!  —  odparł  Rolfe  natychmiast.  — 

Musisz  mi  obiecać,  Zarino,  że  nie będziesz  próbowała  jej  odwiedzić. 

Uprzedzam  cię,  że  rozgniewam  się  poważnie,  jeśli  mnie  nie 

posłuchasz.  

—  Czuję  jednak,  że  jako  jedyna  poza  nią  kobieta  na  statku, 

powinnam coś zrobić, by jej ulżyć — zaprotestowała Zarina.  

—  Jeśli,  jak  podejrzewam,  zachorowała  rzeczywiście  na  rodzaj 

gorączki  wschodniej  —  odrzekł  Rolfe  —  nie  możemy  nic  dla  niej 

zrobić  przed  dopłynięciem  do  Kalkuty.  Pomagasz  jej  ogromnie, 

opiekując się dzieckiem.  

Maleńka  dziewczynka  zaczęła  płakać  i  nie  dawała  się  uspokoić. 

Później, opierając się wszelkim zabiegom Zariny, odmówiła wyssania 

nawet  kropli  mleka.  Uspokajała  się  tylko  wtedy,  gdy  Zarina  brała  ją 

na  ręce  i  przytulała  do  siebie,  nosząc  tam  i  z  powrotem  po  kabinie, 

gdzie  przestrzeń  była  doprawdy  bardzo  ograniczona.  Zarina  nie 

ośmieliła się jednak wziąć jej gdzie indziej z obawy przed spotkaniem 

kapitana,  który  zdziwiłby  się  zapewne,  widząc  ją  z  hinduskim 

maleństwem i zainteresował, co się dzieje z matką dziecka.  

Odwiedziwszy ich ponownie następnego dnia wczesnym rankiem, 

Hindus powtórzył,  że  nie  chce,  by  kapitan  dowiedział  się  o  chorobie 

jego żony.  

background image

—  Jutro  dopływamy  do  Kalkuty  —  powiedział  Rolfe 

pokrzepiającym  tonem.  —  Wtedy  będzie  pan  mógł  wziąć  żonę  do 

doktora.  

Hindus  kiwnął  głową,  ale  Zarina  czuła,  że  nie  zamierza  wcale 

tego zrobić po przybyciu do Indii.  

Ponieważ Zarina nadal spacerowała z dzieckiem po kabinie, Rolfe 

udał  się  na pokład,  a następnie  na  mostek  kapitański.  Wrócił  później 

niż  zwykle,  wiedząc,  że  Zarina  będzie  usypiała  dziewczynkę  na  koi, 

nim pójdzie z nim na kolację do jadalni.  

Otworzywszy drzwi, pomyślał  w pierwszej chwili, że kabina jest 

pusta.  Zaraz  jednak  dostrzegł  Zarinę,  leżącą  na  łóżku  i  tulącą 

maleństwo do siebie. Podszedł bliżej i nagle zrozumiał, że dziecko nie 

żyje. Przez jedną przerażającą chwilę myślał, że Zarina, która leżała z 

zamkniętymi oczami, jest również martwa.  

 

Rozdział 7 

Zarina otworzyła oczy i myśląc, że śni, zamknęła je ponownie.  

Uniósłszy powieki w chwilę później, zobaczyła, że znajduje się w 

obszernym,  niezwykle  wytwornie  urządzonym  pokoju;  pod  sufitem 

poruszały  się  punkahs  —  ogromne  wachlarze  z  liści  palmowych; 

przez duże okno widać było drzewa.  

Zarina leżała, usiłując odgadnąć, gdzie się znajduje. W następnym 

momencie  zorientowała  się,  że  przy  łóżku  stoi  Hinduska.  Kobieta 

uniosła  jej  lekko  głowę,  podsuwając  picie.  Zarina  była  bardzo 

background image

spragniona,  a napój,  przyrządzony  z  owoców  mango  i  cytryn,  okazał 

się wyśmienity.  

Hinduska  ostrożnie  ułożyła  ją  niżej  na  poduszkach  i  Zarina 

spytała z wysiłkiem:  

— Gdzie... gdzie ja jestem?  

—  Jeśli  mem-sahib  mówi,  to  ma  się  lepiej,  wkrótce  dobrze  — 

odparła Hinduska, opuszczając pospiesznie pokój.  

Zarina  pomyślała,  że  poszła  pewnie  kogoś  przywołać.  „Gdzie  ja 

jestem? I co się stało?"; próbowała sobie cokolwiek przypomnieć, ale 

wszystkie  jej  myśli  skupiały  się  na  Rolfe'ie.  Gdzie  on  był?  Dokąd 

poszedł i dlaczego zostawił ją samą?  

Hinduska  wróciła,  a  wraz  z  nią  wszedł  do  pokoju  starszy 

mężczyzna. Zbliżył się do łóżka, biorąc Zarinę za przegub, by zbadać 

puls, więc domyśliła się, że musi być doktorem.  

— Jak się pani czuje? — spytał.  

— Od... od jak dawna jestem chora...? — odpowiedziała pytaniem 

Zarina.  

— Zachorowała pani na tak zwaną pięciodniową gorączkę.  

— ...gorączkę? — powtórzyła szeptem Zarina.  

—  Miała  pani  bardzo  wysoką  temperaturę,  leżąc  właściwie  cały 

czas  bez  przytomności  —  wyjaśnił  doktor.  —  Ale  teraz  choroba 

minęła i wszystko zmierzą ku dobremu.  

— A... gdzie ja jestem? — spytała niepewnie Zarina.  

— Znajduje się pani w rezydencji wicekróla, a ja miałem zaszczyt 

zajmować  się  panią.  Pozwolę  sobie  dodać,  że  jestem  dumny  z 

background image

pacjentki, która po  wszystkich  swoich  przejściach  potrafi  tak  pięknie 

wyglądać.  

Doktor  był  taki  szarmancki,  że  Zarina  zrobiła  wysiłek,  by 

obdarzyć  go  uśmiechem.  Gdy  zaś  zwrócił  się  do  Hinduski, 

przemawiając  do  niej  w  języku  urdu,  Zarina  zrozumiała,  o  co  mu 

chodzi.  Powiedział  kobiecie,  że  pacjentce  należy  zapewnić  spokój 

oraz  dostarczyć  tyle  pokarmu,  ile  zdoła  przełknąć  i  jak  najwięcej 

płynów. Na zakończenie dorzucił:  

—  Jeszcze  jednak  doba  odpoczynku  i  pacjentka  powinna  stanąć 

na nogi. Ta choroba nie należy do przewlekłych.  

Hinduska  słuchała,  kiwając  głową  i  przytakując  posłusznie 

wszystkiemu, co mówił:  

— Tak, sahib! Dobrze, sahib!  

Następnie doktor zwrócił się znów do Zariny.  

—  Proszę  jeść  i  pić  do  woli  —  polecił  —  a  ja  zajrzę  do  pani 

jeszcze raz po południu.  

Podszedł do drzwi, przystając i obracając się ku niej z uśmiechem.  

—  Niebawem  będzie  pani  mogła  zejść  na  dół  i  dotrzymać 

towarzystwa mężowi.  

Opuścił  pokój,  zanim  Zarina  zdążyła  spytać,  kiedy  Rolfe  do  niej 

przyjdzie. Hinduska wyszła również, zostawiając ją samą.  

Zarina czuła się tak, jakby jej głowę wypełniała wata, toteż trudno 

jej  było  jasno  myśleć.  Pamiętała  statek  oraz  dziecko,  które  usiłowała 

nakarmić, i Rolfe'a.  

— ...Chcę, żeby przyszedł... — szepnęła.  

background image

Była  taka  słaba;  Rolfe  wiedziałby,  co  zrobić,  żeby  poczuła  się 

silniejsza.  

Hinduska  wróciła  po  pewnym  czasie,  przynosząc  wypełnioną 

potrawami  tacę,  którą  postawiła  na  łóżku.  Zarina  nie  sądziła,  że  jest 

głodna,  ale  kiedy  spróbowała  przyniesionych  dań,  nabrała  apetytu. 

Wszystko  smakowało  wybornie  i  było  łatwe  do  zjedzenia  przy  po-

mocy łyżki. Skończywszy, Zarina poczuła, że wracają jej siły. Chciała 

prosić, by przekazano Rolfe'owi, że na niego czeka, powstrzymała się 

jednak.  Jeśli  Rolfe  obwieścił,  że  są  narzeczeństwem,  jak  to 

zaplanowali wyjeżdżając z Anglii, nie wypadało, żeby odwiedzał ją w 

sypialni.  

„Tylko, że ja muszę się z nim zobaczyć", pomyślała z desperacją. 

„Po prostu muszę!" W następnej chwili uprzytomniła sobie, że doktor 

użył  słów  „pani  mąż",  na  co  w  pierwszej  chwili  nie  zwróciła  uwagi. 

Czyżby Rolfe istotnie wyjawił, że są małżeństwem?  

Powoli wróciła pamięcią do dnia ich ślubu na statku. Powiedziała 

wówczas  Rolfe'owi,  że  po  przyjeździe  do  Indii  powinien  o  tym 

zapomnieć.  Rozmyślając  obecnie  o  całej  sprawie  zdecydowała,  że  z 

racji  jej  choroby  Rolfe  zmuszony  był  zatrzymać  się  w  siedzibie 

wicekróla;  pamiętała,  że  miał  zamiar  wstąpić  tam  tylko  po 

korespondencję, ale okoliczności sprawiły,  że musiał wyznać prawdę 

o małżeństwie.  

„To  go  z  pewnością  wprawi  w  gniew...  i  złość...",  pomyślała 

czując, że ogarnia ją drżenie. Była pewna, że dziwny ślub, który odbył 

się  jedynie  ze  względu  na  skrupuły  kapitana,  mieniącego  się 

background image

„bogobojnym człowiekiem", można będzie łatwo puścić w niepamięć. 

Ale Rolfe oznajmił, że  Zarina jest jego żoną i na dodatek znajdowali 

się nie gdzie indziej, tylko w siedzibie wicekróla!  

— Nic nie rozumiem... — szepnęła znów Zarina.  

Irytujące,  żeby  z  powodu  choroby  wszystkie  ich  plany  uległy 

zniweczeniu.  Teraz  niełatwo  przyjdzie  Rolfe'owi  odzyskać  wolność. 

Poza  tym  będzie  na  nią  bez  wątpienia  bardzo  zły;  to  przez  Zarinę 

znalazł się pułapce.  

Hinduska,  która  wyszła  odnieść  tacę,  powróciła,  by  opuścić 

żaluzje, po czym zaproponowała:  

— Mem-sahib wziąć kąpiel, czuć lepiej.  

— O tak, z przyjemnością — zgodziła się Zarina.  

Kilka  służących  przyniosło  wannę,  ustawiając  ją  na  podłodze  i 

napełniając  wodą.  Zarina  czuła  się  w  niej  równie  komfortowo,  jak 

biorąc  kąpiel  we  własnym  domu;  następnie  owinięto  ją  dużym 

tureckim ręcznikiem, który pochodził niewątpliwie z Anglii. Woda w 

wannie  była  uperfumowana  olejkiem  z  kwiatów  migdałowych,  a  po 

kąpieli dwie Hinduski pomogły jej osuszyć ciało.  

Przyniosły  także  jedną  z  jej  własnych  koszul  nocnych. 

Włożywszy  ją,  Zarina  wróciła  do  łóżka.  W  czasie,  gdy  brała  kąpiel, 

zmieniono  jej  prześcieradła  i  poduszki.  Kąpiel  sprawiła  jej  wielką 

przyjemność,  ale  czuła  się  po  niej  zmęczona;  toteż  po  powrocie  do 

łóżka zamknęła zaraz  oczy.  I choć nie miała zamiaru zapadać w sen, 

musiała przespać kilka godzin.  

background image

Obudziwszy się poczuła, że mimo punkahs w pokoju jest o wiele 

goręcej.  Widząc,  że  Zarina  nie  śpi,  Hinduska  pospieszyła  po  nową 

porcję jedzenia; musiała być pora lunchu. Próbując wyszukanych dań, 

które  jej  przyniesiono,  Zarina  myślała  mimo  woli,  jak  bardzo  różnią 

się one od posiłków, które jadła na pokładzie statku.  

Rolfe  nie  pokazywał  się  nadal,  ale  bała  się  o  niego  pytać, 

zatrwożona, że jakoś popsuje mu szyki.  

Hinduska zabrała tacę, a następnie opuściła jeszcze niżej żaluzje.  

—  Mem-sahib  spać  —  powiedziała.  —  Teraz  wszyscy 

odpoczywać.  

Zarina zrozumiała, że nastał czas sjesty. Rolfe mówił jej, a i sama 

wiedziała o tym już wcześniej, że w Indiach po lunchu życie zamiera. 

Znużeni  spiekotą  wczesnych  godzin  popołudniowych  nawet  Hindusi 

udawali się na odpoczynek. Ale Zarina, która obudziła się właśnie ze 

snu,  nie  czuła  się  wcale  zmęczona.  Po  wyjściu  hinduskiej  służącej 

leżała, rozglądając się po swojej luksusowej sypialni, która różniła się 

drastycznie od ciasnych kabin i prymitywnych koi.  

Łóżko,  w  którym  spoczywała,  było  bardzo  szerokie;  ponad  nim 

znajdował  się  rodzaj  złoconej  korony,  umocowanej  u  sufitu,  z  której 

opadały  białe,  marszczone  firanki  z  muślinu,  udrapowane  i 

przytrzymane  po  obu  stronach  łóżka  przez  złote  amorki.  „Symbol 

miłości", pomyślała Zarina.  

Drzwi  sypialni  otworzyły  się.  Zarina  zastanawiała  się  właśnie,  w 

jakim  celu  wraca  tym  razem  hinduska  służąca,  gdy  nagle  serce 

background image

skoczyło  jej  w  piersi  na  widok  Rolfe'a.  Wydała  okrzyk  radości, 

podnosząc się wyżej na poduszkach.  

— Rolfe! — zawołała. — Tak ogromnie pragnęłam cię zobaczyć!  

Słowa zostały wypowiedziane, zanim zdążyła pomyśleć.  

Rolfe  podszedł  bliżej.  Zarina  zauważyła,  że  przebrał  się  również 

na  sjestę:  miał  na  sobie  biały  szlafrok  z  cienkiego  płótna.  Wydał  jej 

się  w  tym  stroju  niezwykle  przystojny,  jeszcze  przystojniejszy  niż 

zwykle. Stanąwszy przy łóżku, przyjrzał jej się, mówiąc:  

—  Słyszałem,  że  masz  się  lepiej.  Doktor  zapewnił,  że  niebawem 

odzyskasz pełnię sił.  

—  Jak  mogłam  zachorować  i  zepsuć  wszystko?  —  powiedziała 

Zarina przepraszająco. — Przykro mi, że narobiłam ci tyle kłopotów...  

— Zaraziłaś się od hinduskiej dziewczynki — wyjaśnił Rolfe — a 

ściśle mówiąc, od jej matki.  

— Maleństwo! — wykrzyknęła Zarina. — Czy ona jest zdrowa?  

Rolfe wyciągnął dłoń, biorąc w nią obie jej ręce.  

— Dziewczynka umarła — powiedział cicho.  

— Och, nie! — zawołała Zarina. — Biedna maleńka! Tak bardzo 

się starałam, żeby ją utrzymać przy życiu...!  

—  Zrobiłaś  wszystko,  co  było  można  —  zapewnił  Rolfe  ze 

współczuciem,  a  widząc  łzy,  płynące  po  policzkach  Zariny,  dodał 

szybko:  —  Na  Boga,  nie  płacz,  moja  najmilsza.  Obiecuję  ci  własne 

maleństwo.  

background image

Zarina zaniemówiła, a jej oczy zolbrzymiały, zdając się zajmować 

pół  twarzy.  Odzyskawszy  głos,  spytała  tak  cicho,  że  ledwie  mógł  ją 

dosłyszeć:  

— Co... powiedziałeś?  

—  Mam  ci  tak  wiele  do  powiedzenia  —  odrzekł  Rolfe.  —  Ale 

przede wszystkim, najdroższa, muszę cię poprosić o wybaczenie.  

Zarina  poczuła,  że  ściany  pokoju  zaczynają  się  chwiać,  a  jej 

własne  serce  zachowuje  się  również  w  zupełnie  nieodpowiedzialny 

sposób.  

— Nie rozumiem... — szepnęła.  

—  Zadręczałem  się  myślą,  że  mogłem  być  taki  okrutny,  tak 

zupełnie i kompletnie nieczuły, by wziąć cię na pokład tego statku.  

— ...Ale co w tym było złego?  

—  Wszystko.  Postąpiłem  po  prostu  karygodnie,  wyobrażając 

sobie  choć  przez  chwilę,  że  wolno  mi  narazić  cię  —  z  twoją  klasą  i 

urodą — na takie straszne przeżycia.  

— Ależ... będąc z tobą czułam się całkowicie bezpieczna...  

Rolfe uśmiechnął się.  

— Wszystko, co zrobiłem, jest godne potępienia. A gdybyś tylko 

wiedziała,  na  jakie  męki  mnie  naraziłaś,  zrozumiałabyś,  że 

„bezpieczna"  jest  zupełnie  niewłaściwym  słowem.  —  Widząc 

oszołomienie,  malujące  się  na  twarzy  Zariny,  Rolfe  mówił  dalej:  — 

Nigdy więcej, moja najmilsza, nie chciałbym znosić takich tortur, jak 

wtedy,  gdy  przyszłaś  do  mojej  kabiny  i  spałaś  na  łóżku  pode  mną,  a 

potem wzięłaś jeszcze dziecko.  

background image

— Bałam się, że obecność dziecka wytrąci cię z równowagi... — 

wyznała Zarina.  

—  To  nie  dziecko  wytrąciło  mnie  z  równowagi,  ale  ty  sama!  — 

powiedział Rolfe.  

Patrzyła na niego nadal ze zdumieniem w oczach, nie pojmując, o 

co mu chodzi, więc wyjaśnił:  

—  Zakochałem  się  w  tobie,  mój  skarbie,  jeszcze  zanim 

wypłynęliśmy  z  Anglii,  ale  byłem  zdecydowany  nigdy  ci  tego  nie 

wyznać.  Postanowiłem,  że  kiedy  stryj  i  książę  przestaną  ci  zagrażać, 

odejdę i spróbuję o tobie zapomnieć.  

— Tak się bałam, że to zrobisz... — szepnęła Zarina.  

—  I  pewnie  byłbym  zrobił,  gdyby  się  nie  okazało,  że  ty  mnie 

również kochasz — powiedział Rolfe.  

Zarina  podniosła  na  niego  oczy  i  zarumieniła  się,  napotykając 

jego wzrok. Pod wpływem jego słów pojęła nagle, że wszystko to, co 

do  niego  czuje,  to  nic  innego,  jak  miłość.  Potrzebowała  go,  chciała 

być  zawsze  razem  z  nim,  była  przerażona,  że  ją  opuści;  tak, 

naturalnie,  przecież  to  była  miłość!  Tylko  ona  tego  wcześniej  nie 

wiedziała,  nie  rozumiała;  zamartwiała  się  na  samą  myśl,  że  Rolfe 

może się na nią złościć czy gniewać.  

—  Ale...  jak  się  dowiedziałeś,  że...  że  cię  kocham?  —  spytała 

bardzo nieśmiało.  

—  Kiedy  okazało  się,  że  zapadłaś  na  chorobę  tak  częstą  w  tych 

rejonach świata — powiedział Rolfe — wiedziałem, że niewiele mogę 

dla  ciebie  zrobić  poza  próbą  obniżenia  wysokiej  temperatury. 

background image

Ochładzałem  cię  więc  za  pomocą  zimnych  okładów  na  czoło  i 

poprosiłem kapitana, żeby skontaktował się z wicekrólem.  

—  Musiał  być  zdziwiony  dowiedziawszy  się,  że  jesteś  ważną 

osobistością — uśmiechnęła się Zarina.  

— Tak, kiedy dowiedział się, kim jestem, zrobiło to na nim spore 

wrażenie — odparł Rolfe. — Ale dla mnie ważne było jedynie, żebyś 

jak  najszybciej  znalazła  się  w  miejscu,  gdzie  można  by  cię  otoczyć 

właściwą opieką.  

—  Więc  przywiozłeś  mnie  tutaj  —  dopowiedziała  półgłosem 

Zarina. —Ale... ale jak się dowiedziałeś, że cię kocham...?  

— Gdy statek zawinął do portu i przenieśliśmy cię z koi w mojej 

kabinie  na  nosze,  powtarzałaś  nieustannie  te  same  zdania:  „Boże, 

spraw,  by  mnie  nie  odesłał...  Boże,  pozwól  mi  z  nim  pozostać... 

Kocham go... kocham".  

Rolfe  powtórzył  jej  słowa  niskim,  wzruszonym  głosem.  Rzęsy 

Zariny zatrzepotały, a policzki stanęły znów w rumieńcach.  

— Musiałeś czuć się zakłopotany — szepnęła cicho.  

—  Przeciwnie,  czułem  się  tak,  jakby  wyrosły  mi  skrzydła  — 

odparł  Rolfe.  —  Powiedziałaś  mi  kiedyś,  że  wcale  nie  chcesz 

wychodzić  za  mnie  za  mąż,  ale  ja  cię  pragnąłem  i  pragnę  nadal  tak 

bardzo, jak nigdy przedtem żadnej kobiety.  

— Ach, Rolfe... naprawdę tak czujesz?  

Zarina  wyciągnęła  ręce,  a  on  przytulił  ją  do  siebie.  Pocałował  ją 

delikatnie, jakby bał się zrobić jej krzywdę, a jej wydało się nagle, że 

poniósł ją prosto ku słońcu, gdzie skąpali się w złocistym blasku. Ten 

background image

pierwszy pocałunek był uniesieniem i ekstazą; do tej pory nie dotknął 

jej żaden inny mężczyzna.  

Pocałunki  Rolfe'a  były  spełnieniem  marzeń;  wyobrażała  sobie 

zawsze,  że  tak  właśnie  odczuje  dotyk  ust  mężczyzny,  którego 

pokocha. Rolfe całował ją lekko i delikatnie, ale gdy jej wargi drgnęły 

pod  wpływem  jego  pieszczoty,  pocałunki  stawały  się  bardziej 

namiętne,  bardziej  zachłanne.  Wreszcie,  uniósłszy  głowę,  powiedział 

zmienionym głosem:  

— Kochanie moje, jest pora sjesty i chcę odpocząć razem z tobą. 

Przecież jesteśmy naprawdę małżeństwem!  

Odpowiedź Zariny nie była potrzebna. Wyczytał ją z blasku, który 

opromieniał  jej  twarz,  gdy  patrzyła  na  niego  oczami  jak  gwiazdy. 

Rolfe zdjął szlafrok i wyciągnął się koło niej, biorąc ją w ramiona.  

— Kocham cię, mój skarbie bezcenny — powiedział. — Kocham 

cię tak, że nie potrafię myśleć o niczym innym.  

— A ja myślałam, że jesteś na mnie zły... ponieważ zmusiłam cię 

do  zrobienia  użytku  z  moich  pieniędzy.  Czy  teraz  to  już  nie  jest 

ważne?  

Zadanie tego pytania kosztowało ją wiele wysiłku, ale odpowiedź 

wydawała  jej  się  istotna.  A  ponieważ  Rolfe  nie  odezwał  się 

natychmiast, dodała szybko:  

— Możesz je oddać... pozbyć się ich... zrobić z nimi, co zechcesz, 

bylebyś tylko kochał mnie nadal...  

Rolfe roześmiał się, szczęśliwy i radosny.  

background image

—  Jakież  to  do  ciebie  podobne!  Ale  jedyne,  co  się  liczy  i  co  do 

nas  niewątpliwie  należy,  kochanie,  to  nasza  miłość.  Pocałował  ją 

znowu;  całował  ją  aż  zaczęło  jej  się  wydawać,  że  przeżywszy 

podobną ekstazę, przyjdzie jej chyba umrzeć z rozkoszy.  

A  potem,  niespodziewanie,  Rolfe  rozluźnił  uścisk  ramion, 

odsuwając się od niej nieco.  

—  Byłaś  chora,  moja  najmilsza  —  powiedział  —  i  myślę,  że 

powinnaś teraz odpocząć.  

Wypowiedział to dziwnym tonem i Zarina wydała cichy okrzyk.  

—  Nie...  nie  chcę  odpoczywać!  —  zawołała.  —  Chcę  być  z 

tobą!...  I  chcę,  żebyś  mnie  całował...  Ach,  Rolfe,  nie  przestań  mnie 

kochać!  

—  To  ci  nie  grozi  —  odparł  —  ale  boję  się,  żeby  nie  zrobić  ci 

krzywdy.  Pragnę  cię,  moja  najpiękniejsza,  pragnę  cię  nieprzytomnie, 

do szaleństwa, ale staram się myśleć o tobie.  

—  Ja...  również  cię  pragnę  —  wyszeptała  Zarina.  —  Proszę  cię, 

Rolfe, kochaj mnie jeszcze... jest mi tak cudownie, że... czuję, jakbym 

znalazła się w raju.  

Wówczas Rolfe zaczął ją znów całować, całować, aż poszybowała 

z  nim  wysoko,  do  ich  własnego  raju;  pokój  wypełnił  się  blaskiem 

miłości, która zdawała się przenikać ich oboje, aż stali się więcej niż 

ludźmi — zrównali się z bogami.  

W  długi  czas  później  Zarina,  przytulona  do  ramienia  Rolfe'a, 

poruszyła się lekko.  

— Moja najdroższa, moja ukochana, czy nie sprawiłem ci bólu?  

background image

—  Nie  wiedziałam...  nie  przypuszczałam,  że  miłość  może  być 

taka  cudowna!  —  wyszeptała  Zarina.  —  Och,  Rolfe,  jak  mogłam 

kiedykolwiek myśleć o poślubieniu kogoś innego?  

—  A  ja  postanowiłem  nie  ożenić  się  nigdy  —  odpowiedział.  — 

Ale wówczas nie miałem pojęcia, że istnieje kobieta tak doskonała jak 

ty.  

—  To  chyba  sam  Bóg...  a  może  i  mój  ojciec  sprawił,  że 

odnaleźliśmy się i rozstrzygnął wszystkie nasze problemy — wyraziła 

swoje przekonanie Zarina.  

Przypomniała  sobie,  jak  przyjechała  z  Londynu  na  wieś  i 

dowiedziała się, że Priory ma zostać sprzedana następnego dnia.  

A  przecież  równie  dobrze  mogła  tam  przybyć  o  jeden  dzień 

później.  W  takim  wypadku  nie  zobaczyłaby  się  wcale  z  Rolfe'em, 

który  byłby  już  wtedy  w  drodze  do  Indii.  Zadrżała  na  samą  myśl,  że 

tak łatwo mogłaby nie zaznać tego niebywałego szczęścia, które stało 

się jej udziałem.  

Położyła  rękę  na  ramieniu  Rolfe'a,  jakby  chciała  przyciągnąć  go 

bliżej, mówiąc:  

—  Kocham  cię...  tak  cię  kocham!  I  gdyby  nam  przyszło  żyć 

razem nawet w jaskini, byłabym równie szczęśliwa, jak teraz.  

—  Mylisz  się,  sądząc,  że  kiedykolwiek  jeszcze  podejmę 

najmniejsze  ryzyko,  gdy  w  grę  będzie  wchodziła  twoja  osoba!  Byłaś 

taka chora i to wyłącznie z powodu mojego ślepego uporu; bałem się, 

że cię stracę! — powiedział Rolfe poważnie, dodając niższym głosem: 

—Zrozumiałem wówczas, że gdybyś umarła, nie miałbym po co żyć.  

background image

Zarina przytuliła się do niego mocniej.  

—  Marzyłam,  żeby  ktoś  właśnie  tak  mnie  pokochał  —  wyznała. 

— Żeby mnie pokochał wyłącznie dla mnie samej.  

— Jak można nie kochać cię dla ciebie samej? — odparł Rolfe. — 

Nie ma drugiej równie dzielnej i równie mądrej kobiety. Zdałem sobie 

sprawę na tym prymitywnym statku, jak bardzo jesteś wyjątkowa. — 

Pocałował  ją  we  włosy,  dorzucając:  —  Nie  wypowiedziałaś  słowa 

skargi, mimo odstręczającego pożywienia, wszystkich niewygód oraz 

tych nieokrzesanych i awanturujących się pasażerów.  

—  Tak  bardzo  pragnęłam  uratować  maleństwo...  —  powiedziała 

Zarina. — Starałam się ogromnie.  

— Nikt nie mógłby zrobić dla niego więcej — pocieszał ją Rolfe. 

—  Kiedy  zobaczyłem  cię  z  tą  dzieciną  w  ramionach,  miałem  ochotę 

wielbić cię na klęczkach.  

Zarina zaśmiała się cicho.  

—  Wobec  tego  świetnie  ukrywałeś  swoje  uczucia.  Byłam 

przerażona, że jesteś na mnie rozgniewany... i że opuścisz mnie, kiedy 

tylko dopłyniemy do Indii.  

— Za to teraz możesz być pewna, że nie wymkniesz mi się nigdy 

—  oznajmił  Rolfe.  —  Notabene,  zapewniłem  resztę  świata,  że  jesteś 

moja, wysyłając zawiadomienie o naszym ślubie do „The Times" i do 

„Morning  Post".  —  Uśmiechnął  się  do  niej,  kontynuując:  —  Kiedy 

generał  je  przeczyta,  będzie  wiedział,  że  przestał  być  twoim 

opiekunem i nie ma nad tobą żadnej władzy w świetle prawa.  

background image

— A ja zamiast niego mam ciebie — dokończyła Zarina miękko i 

odwracając głowę, przycisnęła wargi do ramienia Rolfe'a.  

Z  ogniem  w  oczach  przytulił  ją  mocno  do  siebie,  mówiąc  z 

pewnym wysiłkiem:  

— Jestem pewien, najmilsza, że powinienem dać ci odpocząć.  

— Myślałam, że... właśnie to robimy — odparła Zarina.  

Rolfe wybuchnął śmiechem.  

—  Niektórzy  mogliby  nazwać  to  inaczej  —  powiedział  —  ale 

skoro  takie  jest  twoje  pojęcie  wypoczynku,  moja  najdroższa,  będę 

bardzo szczęśliwy, mogąc kontynuować ten rodzaj sjesty.  

Co  powiedziawszy,  Rolfe  zaczął  ją  całować  i  Zarina  miała  znów 

wrażenie, że wznoszą się ku słońcu.  

Upał zelżał już nieco, kiedy Rolfe przemówił:  

— Chyba powinienem zejść na dół i poinformować wicekróla, że 

masz  się  lepiej.  Oczywiście  dzisiaj  nie  będziesz  mi  towarzyszyła,  by 

go poznać wobec czego zjem kolację razem z tobą tutaj w sypialni.  

— Naprawdę możesz to zrobić? — spytała Zarina gorliwie.  

— Tak, mam taki zamiar.  

Pocałował ją czule, a potem wstał z łóżka i włożył szlafrok.  

— Czy potrzeba ci czegokolwiek, kochanie moje? — spytał.  

— Tylko ciebie — odparła Zarina. — Ach, Rolfe, czy to możliwe, 

by osiągnąć podobne szczęście na Ziemi?  

— Zrobię wszystko, żebyś była zawsze szczęśliwa — powiedział 

Rolfe.  —  Będziemy  o  tym  rozmawiali  później,  kiedy  wyjaśnię 

background image

wicekrólowi,  że  czujesz  się  o  wiele  lepiej  i  podziękuję  mu  za 

otoczenie cię wszelkimi wygodami.  

—  Naturalnie,  należy  to  zrobić  —  zgodziła  się  Zarina.  —  Przy 

okazji, kim on jest?  

Rolfe uśmiechnął się.  

—  Myślałem,  że  wiesz;  choć  w  czasie  podróży  do  Indii  nie 

mogłaś  się,  naturalnie,  spodziewać,  że  zatrzymamy  się  w  rezydencji 

wicekróla.  

— Sądząc ze statku, na jaki padł twój wybór — zauważyła Zarina 

—  spodziewałam  się  rudery  na  przedmieściu,  jeśli  nie  szałasu  z 

bambusa.  

Przekomarzała się z nim i Rolfe odpowiedział śmiechem.  

—  Myślałem  o  czymś  podobnym  —  oświadczył.  —  Ale  na 

szczęście  hrabia  Dufferin  jest  moim  dalekim  krewnym;  przyjął  nas 

więc bez wahania w charakterze swoich gości.  

— To rzeczywiście bardzo uprościło sprawy — przyznała Zarina.  

Myślała  przy  tym,  że  w  ten  sposób  unikną  wydatków  na 

mieszkanie  i,  co  za  tym  idzie,  kwestia  pieniędzy  nie  będzie  w  ogóle 

poruszana. Rolfe podszedł do drzwi.  

—  Nie  pozostanę  tam  długo  —  obiecał.  —  Wiesz  dobrze, 

najmilsza,  że  chcę  być  z  tobą  i  nie  zamierzam  kryć  się  z  tym  przed 

naszym gospodarzem.  

Przesławszy jej uśmiech, otworzył drzwi. Gdy je za sobą zamknął, 

Zarina  opadła  na  poduszki  myśląc,  że  to,  co  się  zdarzyło,  jest 

właściwie niewiarygodne.  

background image

Jak  to  się  stało,  że  Rolfe  ją  pokochał?  Jak  to  możliwe,  że 

przeżywszy  rozterkę,  przerażenie,  rozpacz  na  myśl  o  samotnym 

powrocie do Anglii, znalazła się w raju? Byli teraz małżeństwem, byli 

mężem i żoną i nie musieli udawać, że jest inaczej.  

—  Dzięki  Ci,  Boże!  Korne  dzięki!  —  powiedziała  Zarina, 

posyłając modlitwę dziękczynną z głębi swego serca. Czuła też, że jej 

krokami kierował w jakiś sposób ojciec, chroniąc ją i czuwając, by nie 

stało jej się nic złego. Tylko jemu zawdzięczała Rolfe'a, tylko on mógł 

sprawić,  że  znalazła  tego  jedynego  mężczyznę  na  świecie,  którego 

kochała i który ją kochał.  

Przyszłość  nie  oszczędzi  im  zapewne  konfliktów,  zwłaszcza  w 

kwestii  jej  pieniędzy.  Ale  w  obliczu  wielkiej  miłości,  która  ich 

połączyła, wszystkie inne sprawy staną się problemami małej wagi.  

—  Kocham  go!  Tak  go  kocham...  —  szepnęła  jeszcze,  nim 

zapadła w sen.  

Powietrze ochłodziło się znacznie.  

Zarina  wzięła  ponownie  kąpiel,  a  łóżko  zostało  znów  przesłane. 

Teraz czekała z niecierpliwością na Rolfe'a, ubrana w jedną ze swoich 

uroczych  koszulek  nocnych,  ze  świeżo  ułożonymi  włosami.  Zdawało 

jej  się,  że  obecnie  wygląda  o  wiele  powabniej  niż  wtedy,  gdy  Rolfe 

zobaczył ją po lunchu.  

Rolfe nie  wrócił do niej tak prędko, jak się spodziewała; zamiast 

tego  przesłał  wiadomość,  że  wicekról  pragnie  omówić  z  nim  różne 

sprawy,  obiecując  pojawić  się,  kiedy  tylko  będzie  wolny.  Nim 

nadeszła  wiadomość,  Zarina  przespała  wiele  godzin.  Teraz  słońce 

background image

zaczynało  chylić  się  ku  zachodowi.  Zarina  pomyślała,  że  zapalone 

świece  przydadzą  pokojowi  zdecydowanie  romantycznego  nastroju. 

Sądziła, że Rolfe pojawi się lada chwila; miał dość czasu, by omówić 

z wicekrólem wszelkie możliwe sprawy.  

Nie myliła się. Niebawem drzwi otworzyły się i ukazał się w nich 

Rolfe,  niezwykle  wytworny  w  białym  ubraniu,  w  którym  go  jeszcze 

nie  widziała;  w  ręku  trzymał  wiązankę  kwiatów.  Gdy  położył  ją  na 

łóżku, Zarina zauważyła, że wszystkie znajdujące się w niej kwiaty są 

białe. Były tam róże, lilie, orchidee i inne egzotyczne kwiaty, ułożone 

razem na kształt bukietu ślubnego panny młodej.  

— Czy to dla mnie? Są przepiękne! — powiedziała.  

— Dla mojej żony — odparł Rolfe. — To pierwszy prezent, jaki 

jej przynoszę.  

— Dziękuję... dziękuję ci ogromnie — uśmiechnęła się do niego.  

—  Mam  dla  ciebie  jeszcze  inny  prezent,  a  właściwie  dwa  — 

oznajmił Rolfe, kładąc przed nią dwa niewielkie pudełeczka.  

Zarina przyglądała im się przez chwilę, a potem otworzyła jedno, 

znajdując wewnątrz obrączkę.  

— Ach, Rolfe, mój najmilszy! — wykrzyknęła. — Nie mogłeś mi 

sprawić większej przyjemności!  

Rolfe  wyjął  obrączkę  z  pudełeczka;  ucałował  rękę  Zariny,  po 

czym wsunął jej obrączkę na czwarty palec.  

—  Teraz  jesteś  ze  mną  związana  na  wieczność  i  nie  ma  od  tego 

ucieczki — oświadczył.  

— Nie pragnę niczego więcej — zapewniła go Zarina.  

background image

— Został jeszcze jeden prezent.  

Zarina  otworzyła  drugie  pudełeczko  i  wydała  lekki  okrzyk. 

Wewnątrz znajdował się pierścionek, z dużym diamentem w kształcie 

serca, otoczonym mniejszymi diamencikami.  

—  Ach,  Rolfe!  —  powiedziała  prawie  bez  tchu  —  jest  piękny... 

doskonale piękny. Ale jakim cudem...  

Urwała;  czuła,  że  to,  co  chciała  powiedzieć,  mogłoby  zabrzmieć 

nietaktownie. Jednakże Rolfe dokończył zdanie za nią:  

— ...Jakim cudem mogłem sobie na niego pozwolić? — spytał. — 

To jest coś, o czym chcę z tobą porozmawiać.  

Zarina  spojrzała  na  niego  z  niepokojem.  Błysnęła  jej  myśl,  że 

mógł  postąpić  pochopnie.  Choć  znajdował  się  obecnie  w  Indiach, 

musiał sprzedać coś z Priory, żeby kupić jej pierścionek, który był bez 

wątpienia bardzo kosztowny.  

Rolfe usiadł na brzegu łóżka i wyjął z kieszeni list.  

— Dostałem go właśnie od Bennetta — wyjaśnił.  

— Napisał do ciebie? — zdziwiła się Zarina. — Ale dlaczego? Co 

się stało?  

Przypuszczała,  że  musi  chodzić  o  coś  nadzwyczajnego,  inaczej 

pan  Bennett  napisałby  do  niej;  choć  skupiony  obecnie  na  sprawach 

Priory, był jednakże jej pracownikiem.  

— Przeczytam ci ten list — powiedział Rolfe — a potem będziesz 

mogła pocałować mnie za prezenty.  

background image

Zarina  nie  wzięła  diamentowego  pierścionka  z  pudełeczka, 

ograniczając  się  do  patrzenia  na  niego  i  podziwiania  jego  urody. 

Zarazem była jednak zatroskana.  

Rolfe  wyjął list z koperty, rozkładając go, po czym  wolno, jakby 

celebrując każde słowo, zaczął czytać:  

Milordzie,  

Mam nadzieję, że ten list dotrze do pańskich rąk możliwie szybko 

po  przybyciu  państwa  do  Indii,  na  wypadek,  gdybym  zrobił  coś 

niezupełnie po myśli Waszej Lordowskiej Mości.  

Zarina wydała cichy okrzyk, wyciągając rękę w kierunku Rolfe'a, 

a ponieważ trzymał list, oparła mu dłoń na kolanie, szukając pociechy 

w bliskim kontakcie.  

Rolfe czytał dalej:  

Po  wyjeździe  Waszej  Lordowskiej  Mości  i  panny  Zariny, 

dokonałem  niezwłocznie  szczegółowych  oględzin  Priory,  by  upewnić 

się,  ze  wszystko  wróciło  na  swoje  miejsce.  Znalazłem  kilka  rzeczy 

wymagających naprawy, ale niczego, co wymagałoby poważniejszych 

reperacji.  

Następnie udałem się do piwnic, sądząc, że powinienem zapewne 

uzupełnić zapas win przed powrotem Waszej Lordowskiej Mości...  

Rolfe  przerwał  i  odetchnął  kilkakrotnie  głęboko,  spoglądając 

przez  chwilę  na  Zarinę,  która  patrzyła  na  niego  ze  skupieniem. 

Wyglądała przy tym tak uroczo, że nie mógł się powstrzymać, by nie 

pochylić  się  i  nie  dotknąć  ustami  jej  ust  w  krótkim  pocałunku.  Po 

czym, zanim zdążyła przemówić, wrócił do listu:  

background image

Przeglądając puste piwnice, odkryłem w samej głębi bardzo starą 

kryptę,  która  została  uszkodzona;  prowadzące  do  niej  drzwi  były 

złamane i tkwił w nich tandetny łańcuch z rodzaju tych, jakie używane 

są zwykle do przypinania bagażu w powozach...  

Rolfe  zerknął  na  Zarinę,  przypominając  sobie,  jak  znalazł  ją 

przypiętą  owym  łańcuchem  i  jak  uwolnił  ją  za  pomocą  siekiery,  po 

czym wrócił do lektury listu.  

Kiedy  poleciłem  zatrudnionemu  w  majątku  majstrowi  z  Linwood 

naprawienie  szkody,  odkrył  on  ku  mojemu  i  własnemu  zdumieniu,  że 

złamane drzwi zrobione są ze złota!  

Zarina wydała okrzyk.  

— Powiedziałeś... ze złota?  

— Tak —potwierdził Rolfe. — Słuchaj, co Bennett pisze dalej:  

Okazało  się,  że  cały  front  krypty,  który  wydawał  się  pusty  w 

środku,  zrobiony  jest  z  litego  złota.  Mam  nadzieję,  że  Wasza 

Lordowska Mość zaaprobuje to, co następnie uczyniłem.  

Zdając sobie sprawę, że złoto zostało najpewniej ukryte w czasach 

rozwiązania  klasztorów,  wezwałem  ekspertów  z  British  Museum,  by 

przeprowadzili  drobiazgowe  oględziny  krypty.  Odkryli  oni,  że  w 

bocznych,  otwartych  ścianach,  które  zdawały  się  również  puste  w 

środku, zamurowany został skarb mnichów.  

Składają  się  na  niego  dwa  kielichy,  odlane  ze  złota  i  wysadzane 

drogimi kamieniami, a także krzyż, oraz puchary i misy, które należały 

przypuszczalnie  do  zastawy  opata.  Są  tam  również  inne  rzeczy,  takie 

jak  zakładki  do  ksiąg  i  świeczniki,  niezwykle  cenne  nie  tylko  ze 

background image

względu na wielką wartość historyczną, ale i z racji wyjątkowej urody 

kamieni szlachetnych.  

Skarb  zostanie  obecnie  przewieziony  do  British  Museum  w 

oczekiwaniu na instrukcje Waszej Lordowskiej Mości; natomiast złoto, 

w pokaźnej ilości, zostało oddane na przechowanie do banku.  

British  Museum  ocenia  wartość  skarbu  na  sumę  rzędu  miliona 

funtów  szterlingów,  choć  może  okazać  się  ona  jeszcze  wyższa  po 

zgromadzeniu i oszacowaniu wszystkich przedmiotów. Mam nadzieję, 

Milordzie,  że  poczyniłem  właściwe  kroki,  by  zapewnić  przechowanie 

skarbu w bezpieczeństwie do powrotu Waszej Lordowskiej Mości...  

Rolfe skończył czytać list i spojrzał na Zarinę.  

—  Nie  wierzę  w  to!  Po  prostu  nie  mogę  w  to  uwierzyć!  — 

zawołała.  

— Za to ja wierzę w zupełności — odparł Rolfe. — Jestem teraz 

bogaty, ale moja najmilsza, wszystkie bogactwa świata nic nie znaczą 

wobec faktu, że mam ciebie.  

Pochylił się, biorąc ją w ramiona.  

— Kocham cię! — powiedział. — I gdyby odkryto, że cała Priory 

zrobiona jest z diamentów, a zboże na polach zamieniło się w złoto, to 

również  byłoby  zupełnie  nieważne  w  porównaniu  z  tym,  że  mnie 

kochasz.  

— Kocham cię tak bardzo, Rolfe! — odrzekła Zarina. — I mogę 

w końcu przestać się martwić moją fortuną.  

background image

—  Możemy  o  niej  zapomnieć  —  oświadczył  Rolfe.  —  Teraz 

jestem  w  stanie  dać  ci  wszystko,  czego  zapragnę  i  zapłacić  za  to 

sam— dorzucił podekscytowany jak mały chłopiec.  

—  Dałeś  mi  już  słońce,  księżyc  i  gwiazdy!  A  obrączka  i 

pierścionek,  które  od  ciebie  dostałam,  są  cudowne.  Rolfe,  jestem 

szczęśliwa, że masz taki wspaniały skarb. Ale nic nie może się równać 

z twoimi pocałunkami i tym, co czuję, kiedy... należę do ciebie...!  

Ostatnie  słowa  wypowiedziała  szeptem,  a  ponieważ  była 

nieśmiała, rumieniec okrył przy tym jej policzki. Rolfe patrzył na nią 

przez długą chwilę.  

—  Ubóstwiam  cię  —  powiedział  w  końcu  —  i  wielbię  całym 

sercem.  I  masz  rację,  moja  ukochana.  Mamy  to,  co  najważniejsze. 

Jestem  zadowolony,  że  Bennett  odkrył  skarb,  ale  tylko  dlatego,  że 

mogę go dzielić z tobą, a po śmierci przekazać go naszym dzieciom.  

Zarina poruszyła się, kryjąc mu twarz na ramieniu.  

— Pragniesz własnego maleństwa — ciągnął Rolfe. — A pomyśl, 

najmilsza, gdzie będzie lepiej naszym synom i córkom niż w Priory i 

w  twoim  majątku,  które  możemy  teraz  połączyć.  —  Przytulając  ją 

mocniej,  dodał:  —  Uważam,  że  powinniśmy  wrócić  do  kraju  i 

uporządkować sprawy w naszym domu. Co o tym myślisz?  

—  Ach,  Rolfe,  naprawdę  moglibyśmy  tak  zrobić?  Ale  co  z 

klasztorami, które chciałeś odwiedzić?  

—  Wrócimy  do  nich  kiedyś  —  powiedział  Rolfe.  —  Ale  teraz 

chcę  cię  zabrać  do  domu.  Masz  przed  sobą  zadanie  doprowadzenia 

Priory  do  stanu  takiej  świetności,  w  jakim  była  za  życia  mojego 

background image

dziadka, a jeszcze wcześniej w czasach, gdy znajdowała się w rękach 

mnichów.  

—  Dokonamy  tego!  —  zawołała  Zarina.  —  Dokonamy  z 

pewnością! I będziemy dbali, żeby wszyscy, którzy dla nas pracują, a 

także ludzie z miasteczka i farmerzy, byli również szczęśliwi, jak my 

sami!  

Zarina zarzuciła Rolfe'owi ręce na szyję, przyciągając jego głowę 

ku swojej. Obsypywał ją burzliwymi pieszczotami, całując namiętnie i 

zachłannie,  wiedząc  z  niezachwianą  pewnością  i  czując  całym  sobą, 

że istotnie nic nie jest ważne wobec łączącej ich miłości. Spłynęła na 

nich,  jak  niespodziewany  dar  od  Boga  i  sprawiła,  że  stali  się 

jednością.  

Rolfe rozumiał teraz jaśniej niż kiedykolwiek, że od wiek wieków 

ludzie  szukali  i  dążyli  do  zdobycia  tego  największego  skarbu,  jakim 

była, jest i zawsze będzie miłość.