background image

 

 

 

J

ACK 

L

ONDON

 

 

 

 

 

 

 

W

YZNANIE

 

 

 

 

background image

 

Wstanie Nevada mieszka kobieta, którą okłamywałem kiedyś wytrwale, konsekwentnie i 

bezwstydnie  przez  dobre  kilka  godzin.  Nie  mam  zamiaru  przepraszać  jej  za  to.  Broń  Boże. 

Ale  chciałbym  sprawę  wyjaśnić.  Niestety,  nie  znam  nazwiska  tej  kobiety  ani  jej  obecnego 

adresu. Jeśli więc przeczyta moje wspomnienia, bardzo proszę, by napisała do mnie. 

Zdarzyło się to w mieście Reno, stan Nevada, latem 1892 roku. Dzień był jarmarczny i w 

Reno  roiło  się  od  złodziejaszków  i  przeróżnych  wydrwigroszy,  nie  mówiąc  już  o 

nieprzebranych  hordach  wygłodzonych  trampów,  które  do  cna  objadły  miasto.  Głodne 

bractwo poty nachodziło mieszkania obywateli i stukało do drzwi kuchennych, póki te drzwi 

nie zamknęły się przed nimi na cztery spusty. 

“Chudym  miastem”  nazywało  się  wówczas  Reno  w  języku  trampów.  Pamiętam,  że 

ominęło mnie tam wiele obiadów, chociaż niezgorzej umiałem zbierać datki, gdy mi wypadło 

chodzić  po  domach  i  przymawiać  się  o  “wałówkę”  lub  zaproszenie  do  stołu  albo  gdym  na 

ulicy  wyciągał  rękę  po  parę  centów.  Już  tak  mnie  bieda  przycisnęła,  że  pewnego  dnia 

kiwnąłem  konduktora  salonki,  którą  podróżował  jakiś  milioner,  i  wtargnąłem  do  środka. 

Pociąg  właśnie  ruszał.  Wskoczyłem  na  platformę  i  kropnąłem  się  prosto  do  wyżej 

wspomnianego bogacza. Konduktor deptał mi po piętach. Wynik był remisowy, bo dopadłem 

krezusa  właśnie  w  chwili,  gdy  konduktor  dopadł  mnie.  Nie  było  czasu  na  ceremonie 

towarzyskie. 

- Dwie dychy na kawałek chleba, prędko! - wypaliłem. 

Na to - słowo uczciwości - milioner sięga do kieszeni i daje mi... okrągluśkie dwie dychy. 

Jestem  głęboko  przekonany,  że  był  to  prosty  odruch,  bo  facet  zbaraniał.  Długo  potem  nie 

mogłem  odżałować,  żem  nie  poprosił  o  dolara.  Dałby  na  pewno.  Zeskoczyłem  z  platformy 

salonki.  Fagas  chciał  mi  koniecznie  wymierzyć  kopniaka  w  twarz.  Ale  chybił.  Nie  jest  do 

pozazdroszczenia sytuacja człowieka, który  chce zeskoczyć z najniższego stopnia wagonu i 

nie złamać przy tym karku, jeśli w tym samym czasie rozgniewany Etiop stoi na platformie i z 

tej wysokiej pozycji usiłuje gwizdnąć go w twarz butem numer jedenaście. W każdym razie 

dwie dychy dostałem. Dostałem! 

Wróćmy  jednak  do  kobiety,  którą  tak  bezwstydnie  okłamałem.  Było  to  wieczorem 

ostatniego  dnia  mego  pobytu  w  Reno.  Poszedłem  zobaczyć  wyścigi  kucyków  na  torze  i 

przegapiłem obiad (ściślej mówiąc, posiłek w południe). Chciało mi się jeść, a tu jak na złość 

zorganizowano  właśnie  ochotniczą  policję  obywatelską,  której  zadaniem  było  wysiudać  z 

miasta  takich  głodomorów  jak  ja.  Stróże  porządku  przyskrzynili  już  wielu  moich  braci 

trampów.  Słyszałem  więc  wołanie  słonecznych  dolin  Kalifornii,  wzywających  mnie  zza 

mroźnych  grzbietów  gór  Sierra.  Pozostało  mi  dokonać  dwóch  czynów,  zanim  otrząsnę  pył 

background image

 

Reno  ze  swych  trzewików.  Trzeba  było  wieczorem  uczepić  się  ślepego  bagażowego  w 

pociągu transkontynentalnym idącym na zachód. Ale przedtem należało coś przekąsić. Nawet 

bowiem  człowiek  tryskający  młodością  musi  się  wzdrygnąć  przed  całonocną  podróżą  o 

suchym  pysku,  podróżą  na  świeżym  powietrzu  pociągiem,  który  prując  przestrzeń  gna 

wąskim korytem między zaspami, przez tunele, wśród wiecznych śniegów na niebotycznych 

szczytach górskich. 

Ale  przegryźć  co  nieco  wcale  nie  było  łatwo.  W  co  najmniej  dziesięciu  domach 

odprawiono mnie z kwitkiem. Bywało i tak, że spotykały mnie obelżywe aluzje, na przykład 

informacje  o  domu  za  kratkami,  gdzie  mogę  znaleźć  najbardziej  dla  mnie  odpowiednie 

miejsce  pobytu.  Sęk  w  tym,  że  tego  rodzaju  zapewnienia  aż  nazbyt  bliskie  były  prawdy. 

Właśnie dlatego postanowiłem machnąć się wieczorem  na zachód. Ramię prawa działało  w 

mieście, gorliwie wyłuskując głodnych i bezdomnych, bo właśnie na nich czekały pokoje w 

pewnym ogrodzonym gmachu. 

W niektórych domach zatrzaskiwano mi drzwi przed nosem, nie chcąc wysłuchiwać do 

końca uprzejmej i pokornej prośby o kawałek chleba. A w jednym domu wcale nie otwierali. 

Stałem na ganku i stukałem do drzwi, a oni patrzyli na mnie przez okno. Podnieśli nawet na 

rękach  dobrze  odkarmionego  basałyka,  żeby  zobaczył,  zza  pleców  dorosłych  członków 

rodziny, trampa, który figę dostanie do jedzenia w ich domu. 

Wyglądało na to, że trzeba będzie poprosić najbiedniejszych mieszkańców miasta, aby mi 

dali  jeść.  Nędzarze  są  ostatnią  i  niezawodną  deską  ratunku  dla  głodnego  trampa.  Zawsze 

można liczyć na ich pomoc. Nigdy nie wygnają człowieka proszącego o chleb. Nie raz i nie 

dwa  w  całych  Stanach  Zjednoczonych  odmawiano  mi  pożywienia  w  wielkim  domu  na 

wzgórzu;  zawsze  mnie  nakarmiono  nad  strumykiem  lub  bagnem,  w  nędznym  domku  o 

wybitych  oknach  zatkanych  szmatami,  gdzie  mieszka  kobiecina  o  zmęczonej  twarzy, 

przygarbiona  od  ciężkiej  pracy.  O  filantropowie!  Idźcie  między  biedaków  i  uczcie  się, 

albowiem  tylko  oni  są  miłosierni.  Nędzarz  nie  może  się  podzielić  tym,  co  mu  zbywa,  ani 

odmówić  komuś  części  swych  zapasów.  Nędzarz  sam  ma  niewiele.  Daje,  i  nigdy  nie 

odmawia,  z  tego,  co  mu  jest  niezbędne  i  czego  jakże  często  sam  okrutnie  potrzebuje.  Kość 

rzucona psu to nie dobrodziejstwo. Prawdziwym miłosierdziem jest kość, którą dzielisz się z 

psem, gdy jesteś tak samo jak on głodny. 

Dobrze pamiętam jeden dom, z którego przepędzono mnie owego wieczoru. Okna jadalni 

wychodziły  na  taras.  Przez  te  okna  zobaczyłem  mężczyznę  zajadającego  pasztet  w  cieście, 

wielki pasztet w cieście. Stanąłem w otwartych drzwiach. Mężczyzna w czasie rozmowy ze) 

background image

 

mną bez przerwy jadł. Dobrze mu się wiodło, a powodzenie nauczyło go niechętnie spozierać 

na bliźnich, z którymi los gorzej się obszedł. 

Prośbę o coś do zjedzenia facet z miejsca uciął. 

- A pracować nie łaska? - prychnął. 

Cóż to miało do rzeczy? Ani słowem nie wspomniałem o pracy. Tematem rozmowy, jaką 

z  nim  nawiązałem,  było:  “jeść”.  Istotnie,  nie  miałem  zamiaru  pracować.  Chciałem  tylko 

złapać wieczorem transkontynentalny idący na zachód. 

- Nie wziąłbyś się do roboty, gdyby się trafiła okazja? - przypierał mnie do muru. 

Zerknąłem na dobrotliwą twarz żony faceta i zrozumiałem, że gdyby nie obecność tego 

cerbera, już bym podjadał pasztet. Na razie cerber dalej go wtrajał. Zrozumiałem, że muszę 

gościa  ugłaskać,  jeśli  chcę,  by  mnie  dopuścił  do  spółki.  Lekko  tedy  sobie  westchnąłem  i 

przyjąłem jego religię pracy. 

- Jasne, że chcę pracować - zalałem. 

- Bujda! - parsknął. 

- Może pan to sprawdzić - odparłem brnąc dalej. 

-  Pięknie  -  odpowiada  tamten.  -  Przyjdź  jutro  rano  na  róg  ulicy  takiej  i  takiej  - 

(zapomniałem,  gdzie  to  miało  być).  -  Tam  gdzie  stoi  spalony  dom,  wiesz?  Dam  ci  pracę. 

Będziesz ładował cegły. 

- Dobrze, łaskawy panie. Przyjdę. 

Chrząknął  i  znów  wziął  się  do  pasztetu.  Czekałem.  Po  kilku  minutach  podniósł  wzrok 

znad talerza, z miną, która miała oznaczać: “Myślałem, żeś już poszedł” - i zapytał: - Hę? 

- Cze... czekam na kawałek chleba - odparłem grzecznie. 

- A nie mówiłem, że ci się nie chce pracować? - huknął na mnie. Miał, oczywiście, rację. 

Ale aby dojść do tego wniosku, musiał czytać w moich myślach, bo logika wskazywała na co 

innego. Atoli żebrak stojący u drzwi winien być pokorny, przystałem więc na jego logikę, tak 

jak przedtem przyjąłem jego religię. 

-  Widzi  pan,  jestem  głodny  -  powiedziałem  z  niezmienną  uprzejmością.  -  A  jutro  rano 

będę jeszcze głodniejszy. Proszę pomyśleć, jak mi się będzie chciało jeść, gdy przyjdzie przez 

cały dzień rzucać cegły, a nic nie włożę do ust. Otóż, gdyby mi pan teraz dał coś przekąsić, 

tobym jutro miał krzepę do tych cegieł. 

Poważnie  zastanowił  się  nad  moją  prośbą,  nie  przestając  jeść,  podczas  gdy  jego  żona 

najwyraźniej miała ochotę wstawić się za mną. Ale milczała. 

background image

 

-  Powiem  ci,  co  zrobimy  -  odezwał  się  pan  domu  między  jednym  kęsem  a  drugim.  - 

Przyjdziesz  jutro  do  pracy,  a  w  południe  dam  ci  zaliczkę  i  będziesz  miał  na  obiad.  W  ten 

sposób zobaczymy, czy masz poważne zamiary, czy nie. 

- A tymczasem... - zacząłem, ale mi przerwał. 

- Gdybym ci teraz dał jeść, nigdy więcej bym cię nie ujrzał. O, znam takich. Popatrz na 

mnie.  Nic  nikomu  nie  jestem  winien.  Nigdy  nie  upadłem  tak  nisko,  żeby  prosić  kogo  o 

kawałek chleba. Zawsze sam zarabiałem na siebie. Bieda w tym, żeś jest próżniak i ladaco. 

Masz to wypisane na gębie. A ja pracowałem i byłem uczciwy. Tylko dzięki samemu sobie 

wyszedłem na ludzi. Ty też możesz dojść do tego uczciwością i pracą. 

- Pańską uczciwością? - zapytałem. 

Niestety,  promyk  humoru  nigdy  nie  przebił  mroków  zapracowanej  duszyczki  tego 

człowieka. 

- Tak, moją - odrzekł. 

- I każdy może dojść? 

- Tak, każdy. - Powiedział to z głębokim przekonaniem. 

- Jeśli jednak my wszyscy upodobnimy się do pana, kto będzie ładował  cegły,  pozwoli 

pan, że się o to zapytam? 

Przysięgam, że w oczach jego żony błysnęła iskierka wesołości. Ale pan domu przeraził 

się - czy jednak trwogą zdjęła go perspektywa strasznych reform społecznych, przez które nie 

mógłby znaleźć amatora do noszenia cegieł, czy też winna była moja bezczelność, nigdy już 

się nie dowiem. 

- Nie będę tu rzucał grochem o ścianę! - ryknął. - Wynocha, ty niewdzięczny smarkaczu! 

Szurgnąłem nogami na znak, że już idę, i zapytałem: 

- To nie dostanę nic do jedzenia? 

Zerwał się na równe nogi. Chłop był barczysty. Czułem się nieswojo w tych obcych mi 

stronach,  ścigany  przez  prawo.  Dałem  nogę.  “Ale  czemu  niewdzięczny?”  -  pytałem  sam 

siebie, trzasnąwszy furtką. “Cóż, u licha ciężkiego, mi dał, żebym miał być mu wdzięczny?” 

Obejrzałem się. Jeszcze go było widać przez okno. Wrócił do pasztetu. 

Po ostatniej wizycie całkiem upadłem na duchu. Minąłem wiele domów, do żadnego nie 

ośmieliłem  się  zapukać.  Wszystkie  były  pod  jeden  strychulec  i  wygląd  ich  nic  dobrego  nie 

wróżył. Kiedy minąłem pół tuzina przecznic, otrząsnąłem się z przygnębienia i wziąłem się w 

garść. Całe to żebranie o chleb było grą, jeśli więc karta mi nie szła, można było przetasować 

talię i rozdać karty na nowo. Postanowiłem zahaczyć najbliższy dom. Robiło się już ciemno, 

gdym obszedł dom i stanął przed kuchennym wejściem. 

background image

 

Zapukałem cichutko. W drzwiach stanęła kobieta w kwiecie wieku.  Ledwiem ujrzał  jej 

poczciwą  twarz,  spłynęło  na  mnie  natchnienie  -  już  znałem  historyjkę,  jaką  jej  opowiem. 

Trzeba  bowiem  wiedzieć,  że  od  zdolności  opowiedzenia  dobrej  bajki  zależy  powodzenie 

żebraka.  Musi  on  z  miejsca,  bez  chwili  zwłoki  “rozgryźć”  swą  ofiarę  i  opowiedzieć  bajdę 

ściśle  dostosowaną  do  jej  indywidualności  i  temperamentu.  I  właśnie  tutaj  powstaje 

największa  trudność:  w  momencie  “rozgryzania”  trzeba  już  zacząć  opowieść.  Nie  ma  ani 

chwili  do  namysłu.  Niczym  w  blasku  błyskawicy  trzeba  ujrzeć  charakter  ofiary  i  wymyślić 

opowiastkę,  która  by  pasowała  do  niej  jak  ulał.  Dobry  tramp  musi  być  artystą.  Tworzy 

spontanicznie, na poczekaniu, i to nie na temat wybrany ze skarbca swej wyobraźni, lecz musi 

wysnuć  wątek,  jaki  odczytał  z  twarzy  osoby,  która  otwarła  drzwi,  mężczyzny,  kobiety  lub 

dziecka, osoby delikatnej lub opryskliwej, szczodrej lub sknery, poczciwej lub nieżyczliwej, 

Żyda  lub  goja,  czarnego  albo  białego,  mającego  uprzedzenia  rasowe  albo  brata  wszystkich 

ludzi, prowincjała albo obywatela świata, itd., itd. Nieraz przychodziło mi na myśl, że właśnie 

zaprawie z okresu włóczęgi w znacznej mierze zawdzięczam powodzenie jako nowelista. Aby 

zdobyć  kawałek  chleba  i  utrzymać  się  przy  życiu,  zmuszony  byłem  opowiadać  historie 

tchnące  prawdą.  Pod  kuchennymi  drzwiami  z  nieubłaganej  konieczności  wyrosła  owa 

sugestywność  i  szczerość,  jakiej  wszystkie  powagi  literackie  domagają  się  od  sztuki 

nowelistycznej.  Doprawdy,  wierzę,  iż  rzemiosło  włóczęgi  zrobiło  ze  mnie  realistę.  Realizm 

bowiem jest jedynym towarem, jaki można przy drzwiach kuchennych wymienić na jedzenie. 

Ostatecznie sztuka to tylko doprowadzone do perfekcji oszustwo. Często jedynie dzięki 

chytrym sztuczkom można uratować swe opowiadanie. Pamiętam, jak łgałem na posterunku 

policji w Winnipeg, w prowincji Manitoba. Jechałem na zachód linią Canadian Pacific. 

Naturalnie policjanci chcieli się czegoś o mnie dowiedzieć, więc opowiedziałem im swój 

życiorys  -  wytrząsnąłem  go  z  rękawa.  Były  to  szczury  lądowe,  żyjące  w  samym  sercu 

kontynentu, cóż tedy lepiej do nich pasowało, jak właśnie morska opowieść? Na tym ani rusz 

nie mogli mnie złapać. Wobec czego opowiedziałem im rzewną historię o piekle, jakim było 

moje życie na statku-katordze, który zwał się “Glenmore”. (Kiedyś widziałem “Glenmore” na 

kotwicy w zatoce San Francisco.) 

Powiedziałem, że jestem Anglikiem i służyłem na statku jako chłopiec okrętowy. Na to 

oni, że nie mam wymowy angielskiej. Trzeba było wymyślić coś na poczekaniu. Urodziłem 

się  i  wychowałem  w  Stanach  Zjednoczonych.  Po  śmierci  rodziców  wysłano  mnie  do 

dziadków  w  Anglii.  Właśnie  oni  mnie  oddali  w  służbę  na  “Glenmore”.  Mam  nadzieję,  że 

kapitan  “Glenmore”  wybaczy  mi  to,  co  na  niego  nagadałem  w  ów  wieczór  na  posterunku 

background image

 

policji w Winnipeg. Jakiż okrutnik! Co za brutal! Jaka szatańska pomysłowość w torturach! 

To wyjaśniało przyczynę mojej ucieczki z “Glenmore” w Montrealu. 

Czemu  jednak  znalazłem  się  w  samym  środku  Kanady,  w  drodze  na  zachód,  jeśli  moi 

dziadkowie  mieszkają  w  Anglii?  Niewiele  myśląc  stworzyłem  sobie  siostrę  mężatkę, 

zamieszkałą w Kalifornii. Siostra się mną zaopiekuje. Szeroko rozwiodłem się nad jej złotym 

sercem.  Ale  nie  zadowoliło  to  moich  policjantów,  którzy  serca  mieli  z  kamienia. 

Zaokrętowałem  się  na  “Glenmore”  w  Anglii.  A  w  ciągu  dwóch  lat,  jakie  poprzedziły  moją 

ucieczkę w Montrealu  -  co porabiał  “Glenmore”  i  gdzie bywał? Wobec tego zabrałem tych 

szczurów lądowych w podróż dookoła świata. Miotani przez wzburzone żywioły, pod chłostą 

morskiej  piany,  stawiali  wraz  ze  mną  czoło  tajfunowi  u  brzegów  Japonii.  Ładowali  i 

wyładowywali ze mną statek we wszystkich portach Siedmiu Mórz. Wziąłem ich z sobą do 

Indii,  Rangunu,  Chin,  przebijaliśmy,  się  wraz  przez  góry  lodu  wokół  przylądka  Horn,  aż 

wreszcie przycumowaliśmy w Montrealu. 

Wtedy  powiedzieli,  żebym  chwilkę  poczekał.  Jeden  policjant  wyszedł  w  ciemną  noc. 

Grzałem się przy piecu i przez cały czas łamałem sobie głowę, jaką jeszcze pułapkę na mnie 

zastawiają. 

Jęknąłem  w  duchu,  gdy  ujrzałem  go  w  drzwiach  za  plecami  policjanta.  Nie  cygańska 

elegancja kazała mu przekłuć uszy cienkimi złotymi obrączkami ani wiatry hulające po prerii 

osmagały  mu  twarz  i  okryły  ją  siatką  zmarszczek,  nie  zamieć  śnieżna  i  nie  stoki  górskie 

rozkołysały  mu  krok  na  jakże  mi  znany  sposób.  A  w  oczach,  gdy  na  mnie  spojrzały, 

zobaczyłem, że ponad wszelką wątpliwość spłukało je słońce Mórz Południowych. Ale temat 

sobie  wybrałem!  Pół  tuzina  policjantów  nie  spuści  ze  mnie  oka,  gdy  będę  opowiadał  -  ja, 

który nigdy nie żeglowałem po morzach chińskich, nigdy nie okrążyłem przylądka Horn, nie 

widziałem na własne oczy ani Indii, ani Rangunu. 

Rozpacz  mnie  ogarnęła.  Wcielony  w  ogorzałego  od  słońca  i  wiatrów  syna  morza  ze 

złotymi  kolczykami  w  uszach,  czyhał  na  mnie  zły  los.  Kim  on  jest?  Czym  jest?  Muszę  go 

przejrzeć  na  wylot,  zanim  on  mnie  rozłupie.  Muszę  wziąć  nowy  kurs,  inaczej  ci  hultaje 

policjanci  sami  wyznaczą  mi  kurs  na  celę,  sąd  policyjny  i  miejsce,  gdzie  cel  jest  mnóstwo. 

Jeśli  matros  zacznie  mnie  wypytywać,  zanim  się  zorientuję,  co  on  w  ogóle  wie  -  jestem 

zgubiony. 

Czy jednak zdradziłem rysiookim stróżom porządku publicznego miasta Winnipeg, w jak 

rozpaczliwym  znalazłem  się  położeniu?  O  nie!  Powitałem  sędziwego  marynarza  z 

roziskrzonymi  ze  szczęścia  oczami,  udając,  jak  mogłem  najlepiej,  że  na  widok  mego 

wybawcy doznałem podobnej ulgi jak tonący, który ostatkiem sił rozpaczliwie czepił się pasa 

background image

 

ratunkowego.  Oto  człowiek  znający  się  na  rzeczy,  który  stanie  przed  tą  sforą  tępych 

węszycieli i zaświadczy, że mówię szczerą prawdę. W każdym razie to właśnie starałem się 

zagrać. Uczepiłem się faceta i zasypałem pytaniami dotyczącymi jego osoby. Jakbym chciał 

swoim sędziom pokazać, kim jest mój wybawca, zanim mnie uratuje. 

Był  to  zacny  marynarz.  Jak  to  mówią  -  dusza  człowiek.  Gdy  go  brałem  na  spytki, 

policjanci  zaczęli  się  niecierpliwić.  Wreszcie  jeden  z  nich  kazał  mi  zamknąć  buzię. 

Zamknąłem,  ale  milcząc  pracowałem  twórczo,  to  znaczy  pilnie  szkicowałem  akt  drugi. 

Materiał  zebrałem  wystarczający.  Marynarz  był  Francuzem.  Stale  pływał  na  francuskich 

statkach handlowych i  tylko jeden rejs  odbył  na okręcie brytyjskim.  Wreszcie  -  Bogu za to 

niech będzie chwała! - od dwudziestu lat nie był na morzu. 

Policjant przynaglił go, żeby zaczął egzamin. 

- Byłeś w Rangunie? - spytał marynarz.  

Skinąłem głową. 

- Wysadziliśmy tam na brzeg bosmana. Febra. 

Gdyby zapytał, jaka febra, odparłbym: “gastryczna”, choć zielonego pojęcia nie miałem, 

co znaczy “gastryczna”. Ale nie zapytał. Za to następne pytanie brzmiało: 

- Jakże tam Rangun? 

- A owszem. Lało jak z cebra, kiedyśmy tam byli. 

- Dostałeś przepustkę na ląd? 

- Ma się rozumieć - odparłem. - Wybraliśmy się w trójkę. Trzech chłopców okrętowych. 

- Pamiętasz świątynię? 

- Jaką świątynię? - odparowałem.  

- A tę wielką, u szczytu schodów. 

Gdybym  pamiętał,  trzeba  by  ją  opisać.  Przepaść  otwarła  się  przede  mną.  Kiwnąłem 

przecząco głową. 

- Widać ją z każdego miejsca w porcie - poinformował mnie stary marynarz. - Nie trzeba 

dostać przepustki, żeby ją ujrzeć. 

Jak żyję, do żadnej świątyni nie czułem takiej odrazy. Całą mą nienawiść skupiłem na tej 

świątyni w Rangunie. 

- Nie ujrzysz jej pan z portu. Nie zobaczysz z miasta. I nawet ze szczytu schodów nic nie 

widać. Bo... - Tu zrobiłem pauzę dla spotęgowania efektu. - Bo nie ma tam żadnej świątyni. 

- Toć widziałem ją na własne oczy! - zawołał. 

- W którym roku? 

- Siedemdziesiątym pierwszym. 

background image

 

-  Zawaliła  się  podczas  wielkiego  trzęsienia  ziemi  w  roku  1887  -  wyjaśniłem.  -  Bardzo 

była stara. 

Nastała  cisza.  Marynarz  natężył  wzrok.  Jego  stare  oczy  chciały  wskrzesić  młodzieńczą 

wizję pięknej świątyni nad morzem. 

- Schody jeszcze tam stoją - pocieszyłem starego. - Widać je z każdego miejsca w porcie. 

A pamięta pan tę malutką wysepkę po prawej ręce, gdy się wpływa do portu? 

Najwidoczniej była tam taka wysepka (już byłem gotów przesunąć ją na lewo), bo facet 

skinął głową. 

- Poszła na raki - powiedziałem. - Jest tam teraz siedem sążni głębokości. 

Zyskałem na czasie, mogłem odsapnąć. Kiedy rozmyślał, jak to czas wszystko zmienia, 

zapinałem swoją historię na ostatni guzik. 

- Pamięta pan komorę celną w Bombaju? Pamiętał. 

- Doszczętnie spalona - obwieściłem. 

- A pamiętasz Jima Wana? - znów mnie zahaczył. 

- Nie żyje - powiedziałem. Ki diabeł był ten Jim Wan, zielonego pojęcia nie miałem. 

Znowu stąpałem po cienkim lodzie. 

- A pamięta pan Billy Harpera w Szanghaju? - zapytałem szybko. Stary majtek wytężał 

mózgownicę,  ale  w  swej  przywiędłej  pamięci  nie  odnalazł  Billy  Harpera,  dziecka  mej 

wyobraźni. 

- Jakże to,  Billy Harpera pan nie pamiętasz?  -  nalegałem. - Każdy  go zna. Spędził tam 

czterdzieści lat. Ba, jest tam do dziś. O to chodzi! 

Wówczas stał się cud. Marynarz przypomniał sobie Billy Harpera. A może istniał Billy 

Harper, może spędził czterdzieści  lat w Szanghaju  i  jeszcze tam żyje  -  w każdym razie nic 

dotąd o nim nie wiedziałem. 

Jeszcze  przez  całe  pół  godziny  rozmawialiśmy,  marynarz  i  ja,  w  podobnym  duchu.  W 

końcu  oświadczył  policjantom,  że  jestem  tym,  za  kogo  się  podaję.  Przenocowałem  u  nich, 

dostałem  śniadanie  i  zostałem  zwolniony,  bym  mógł  powędrować  na  zachód,  do  zamężnej 

siostry w San Francisco. 

Wróćmy jednak do kobiety w Reno, która otworzyła mi drzwi, gdy zapadał zmrok. Od 

pierwszego  spojrzenia  na  jej  miła  twarz  wszedłem  w  swą  rolę.  Zrobiłem  się  niewinnym 

barankiem,  nieszczęsnym  chłopczyną.  Odebrało  mi  mowę.  Otwarłem  usta  i  zaraz  je 

zamknąłem.  Nigdy  w  -  życiu  nie  prosiłem  jeszcze  o  kawałek  chleba.  Byłem  okrutnie, 

bezgranicznie zmieszany i zawstydzony. Ja, który żebraninę uważałem za rozkoszne igraszki, 

przedzierzgnąłem się w nieodrodnego synka pani Grundy, [uosobienie pruderii] dziedzicznie 

background image

 

obciążonego całą jej mieszczańską moralnością. Jedynie fakt, że kiszki mi marsza grały, mógł 

mnie zmusić do czegoś równie poniżającego i niegodnego jak prośba o wsparcie. Starałem się 

przybrać minę bladej i słabiutkiej nadziei, jaką żywi wygłodniały młodzieniaszek, niezwykły 

do wyciągania ręki, 

- Jesteś głodny, biedaczku - powiedziała.  

Szło mi o to, żeby ona zagaiła.  

Skinąłem głową i przełknąłem łzy. 

- Pierwszy raz w życiu... proszę o wsparcie - wyjąkałem. 

- Chodźże, chodź. - Drzwi szeroko się otwarły. - Właśnie skończyliśmy kolację, ale ogień 

się jeszcze pali i zaraz coś się zrobi dla ciebie. 

Kiedy stanąłem w świetle, przyjrzała mi się uważnie. 

- Gdybyż to mój synek był taki zdrów i silny jak ty - oświadczyła. - Ale słabe jest moje 

dziecko. Upada czasem na podłogę. Właśnie dziś po południu upadł biedaczek i strasznie się 

potłukł. 

Tyle w jej głosie było matczynej troski i niewysłowionej tkliwości, że zapragnąłem, aby i 

mnie wzięła pod swe skrzydła. Spojrzałem na chłopczyka. Siedział po drugiej stronie stołu, 

szczupły  i  blady,  z  zabandażowaną  głową.  Nie  poruszył  się,  tylko  wybałuszył  oczy, 

błyszczące  w  świetle  lampy,  i  gapił  się  na  mnie  z  jakimś  tępym  uporem  i  niezmiernym 

zdziwieniem. 

- Całkiem jak mój biedny tatuś - powiedziałem. - Miał padaczkę. To zawrót głowy czy 

coś takiego. Doktorzy nic z tego nie rozumieli. Nijak nie mogli dojść, co mu właściwie jest. 

- Umarł? - zapytała cicho, stawiając przede mną pół tuzina jajek na miękko. 

- Umarł - chlipnąłem. - Dwa tygodnie temu. Na moich oczach. Razem przechodziliśmy 

na drugą stronę ulicy. Runął jak długi. Nie odzyskał już przytomności. Ludzie zanieśli go do 

apteki. Tam wyzionął ducha. 

Z  tego  wysnułem  żałosne  dzieje  mojego  ojca  -  jak  to  po  śmierci  mamy  opuściliśmy 

ranczę  i  przyjechali  do  San  Francisco,  jak  jego  emerytura  (był  weteranem)  i  skromne 

oszczędności, jakie uciułał, nie wystarczały nam  na życie, jak próbował sprzedawać książki 

po  domach.  Opowiedziałem  też  o  własnej  niedoli,  gdy  po  jego  śmierci  kilka  dni  spędziłem 

sam jak palec na ulicach San Francisco. Zacna niewiasta odgrzewała grzanki, smażyła bekon i 

gotowała nowe jajka, a ja dotrzymywałem jej kroku, biorąc pod swoją opiekę wszystko, co po 

-  stawiła  przede  mną,  i  równocześnie  dodawałem  kolorów  portretowi  biednego  sieroty  i 

wzbogacałem  go  detalami.  Sam  już  byłem  tym  biednym  sierotą.  Wierzyłem  w  niego  tak 

background image

10 

 

samo,  jak  wierzyłem  w  jajka,  które  pożerałem.  Mógłbym  płakać  nad  sobą.  Pamiętam,  że 

chwilami płacz ściskał mi gardło. To robiło duże wrażenie. 

Istotnie, ilekroć dołożyłem barwy mojemu obrazowi, zacna dusza też mi coś dokładała. 

Przygotowała mi drugie śniadanie na drogę. Do paczki włożyła jajka na twardo, pieprz, sól, 

różne  rzeczy  i  wielkie  jabłko.  Zaopatrzyła  mnie  w  trzy  pary  grubych,  czerwonych  skarpet 

wełnianych. Dała mi czyste chusteczki i sam już nie pamiętam, co jeszcze. A przez cały czas 

bez przerwy coś gotowała, ja zaś bez przerwy jadłem. Opychałem się jak dziki. Ale czekała 

mnie daleka droga przez Sierra w ślepym bagażowym i nie wiedziałem, kiedy i gdzie znowu 

coś  zjem.  I  przez  cały  czas,  niczym  nieboszczyk  na  własnej  stypie,  niemy  i  sztywny,  jej 

nieszczęsny synal siedział naprzeciw i gapił się przez stół na mnie. Pewnie byłem dla niego 

uosobieniem  tajemnicy,  romantyki,  przygody  -  tego  wszystkiego,  na  co  nie  pozwalał  mu 

wątły promyk życia, jaki się w nim tlił. A przecież raz czy dwa razy nie mogłem się oprzeć 

wrażeniu, że on mnie przejrzał aż do dna mojej zakłamanej duszy. 

- Gdzież ty jedziesz? - zapytała kobieta. 

- Do Salt Lakę City - odparłem. - Mam tam siostrę, mężatkę. 

(Zastanawiałem  się,  czy  zrobić  z  niej  mormonkę,  [amerykańska  sekta  religijna]  lecz 

zdecydowałem, że nie.) - Jej mąż prowadzi przedsiębiorstwo instalacyjno-kanalizacyjne. 

W tej chwili zorientowałem się, że instalatorzy uważani  są za ludzi zbijających ciężkie 

pieniądze. Ale słowo się rzekło. Trzeba było wprowadzić poprawkę. 

- Przysłaliby mi pieniądze na drogę, gdybym ich o to poprosił - wyjaśniłem. - Ale była u 

nich  choroba  i  mieli  kłopoty  z  przedsiębiorstwem.  Szwagra  oszukał  wspólnik.  Więc  nie 

chciałem pisać o pieniądze. Wiedząc, że jakoś tam się dostanę, dałem im do zrozumienia, że 

mi wystarczy na drogę. Siostra jest cudna i taka dobra. Zawsze mnie kochała. Pewnie zacznę 

pracować u szwagra i nauczę się zawodu. Siostra ma dwie córki. Młodsze ode mnie. Jedna to 

jeszcze maleństwo. 

Ze  wszystkich  zamężnych  sióstr,  jakie  posiadałem  po  różnych  miastach  Stanów 

Zjednoczonych,  ta  z  Salt  Lakę  City  jest  moją  ulubienicą.  To  całkiem  prawdziwa  osoba. 

Ilekroć  mówię  o  niej,  widzę  ją,  obie  córeczki  i  męża  instalatora.  Siostra  jest  rosłą  kobietą, 

mateczką, która pulchnieje dobrodusznie, z tych, co to - jak wiecie - świetnie gotują i nigdy 

się nie gniewają. Brunetka. Jej mąż jest zgodnym i niefrasobliwym facetem. Czasem zdaje mi 

się, że dobrze go znam. Może kiedyś się spotkamy, któż to wie? Jeśli ów stary marynarz mógł 

przypomnieć sobie Billy Harpera, nie widzę powodu, abym ja pewnego dnia nie spotkał męża 

mojej siostry, która mieszka w Salt Lakę City. 

background image

11 

 

Natomiast jestem dziwnie spokojny, że nigdy nie spotkam na tym świecie moich licznych 

rodziców i  dziadków  - albowiem, jak by to  rzec, systematycznie ich uśmiercałem. Choroba 

serca była moim ulubionym sposobem pozbywania się matki, chociaż tu i ówdzie załatwiałem 

się z nią za pomocą suchot, zapalenia płuc i tyfusu. Faktem jest, a mogą zaświadczyć o tym 

policjanci z Winnipeg, że żyli jeszcze moi dziadkowie w Anglii. Ale to było dawno i śmiało 

można przyjąć, że już leżą w grobie. W każdym razie nie pisali do mnie. 

Mam  nadzieję,  że  zacna  kobieta  z  Reno  przeczyta  to,  co  tu  napisałem,  i  daruje  mi,  że 

byłem  taki  niecnota  i  kłamczuch.  Nie  przepraszam,  bo  się  nie  wstydzę.  Młodość,  radość 

życia, żądza przygód przywiodły mnie do jej drzwi. Wyszło mi to na dobre. Zrozumiałem, że 

ludzie w głębi serca są dobrzy. Spodziewam się, że i jej to nie zaszkodziło. W każdym razie 

dzisiaj, gdy się dowie, jak to było naprawdę, z pewnością serdecznie się uśmieje. 

Dla  niej  moja  opowieść  była  prawdziwa.  Wierzyła  mi  i  wierzyła  w  całą  moją  rodzinę. 

Bardzo się bała, żeby mi się co nie stało w czasie niebezpiecznej podróży, nim dobrnę do Salt 

Lake City. Ten jej niepokój o mało nie wpędził mnie w biedę. Już się żegnałem, dźwigając 

oburącz  wałówkę,  a  kieszenie  wypychały  mi  grube  skarpety,  gdy  przypomniała  sobie 

bratanka,  wuja  czy  jakiegoś  innego  krewniaka,  poczciarza,  który  jeździł  wagonem 

pocztowym  i  co  więcej,  miał  wyruszyć  z  Reno  właśnie  tego  wieczoru  i  tym  samym 

pociągiem, którym ja chciałem jechać na gapę. A to się złożyło! Zaprowadzi mnie na stację, 

opowie kuzynowi moją historię i namówi go, żeby mnie ukrył w wagonie pocztowym. W ten 

sposób,  bez  ryzyka  i  niewygód,  dojadę  prosto  jak  strzelił  do  Ogden.  Salt  Lakę  City  leży 

zaledwie parę mil dalej. Serce mi omdlało. Niewiasta w miarę rozwijania swego planu coraz 

bardziej się rozgrzewała, a ja, z omdlałym sercem, musiałem udawać bezgraniczną radość  i 

entuzjazm z powodu tak szczęśliwego końca wszystkich moich kłopotów. 

Ładny mi koniec! Przecież miałem wieczór pojechać na zachód, a tutaj pchają mnie na 

wschód. Wpadłem, ale nie miałem serca powiedzieć jej, że wszystko, od początku do końca, 

było  bezwstydnym  kłamstwem. Udawałem więc  wniebowziętego,  a równocześnie głowiłem 

się, jak by tu umknąć. Nie było sposobu. Odprowadzi mnie do wagonu pocztowego  - sama 

tak  powiedziała  -  a  potem  jej  krewniak  przewiezie  mnie  do  Ogden.  A  potem  będę  wracał 

przedzierając się setki mil przez pustynię. 

A jedna’ miałem szczęście owego wieczoru. Już chciała włożyć kapelusz i pójść ze mną, 

gdy  się  połapała,  że  jest  w  błędzie.  Jej  krewny,  urzędnik  pocztowy,  nie  pojedzie  dzisiaj. 

Zmieniono  przecież  plan  wyjazdów.  Wyruszy  dopiero  pojutrze  wieczór.  Byłem  ocalony, 

naturalnie moja niepohamowana młodość nigdy by mi nie pozwoliła czekać całe dwa dni. Z 

wielkim optymizmem zapewniłem niewiastę, że prędzej dostanę się do Salt Lakę City, jeśli 

background image

12 

 

wyjadę  natychmiast.  Wyszedłem,  a  w  uszach  brzmiały  mi  jej  błogosławieństwa  i  życzenia 

wszystkiego najlepszego. 

Ale te wełniane skarpetki były wspaniałe. Wiem coś o tym. Miałem jedną parę na sobie 

owej nocy w ślepym bagażowym transkontynentalnego, który pędził na zachód.