background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

MARIA GRODECKA

SIEWCY

DOBREGO

JUTRA

o uprawach ekologicznych

i wegetariańskim odżywianiu

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

Malutki chłopczyk idący ulicą ze swoją matką zobaczył nagle obok chodnika coś, co go

olśniło – zielony skrawek trawy. Puścił rękę matki, pobiegł tam, zatrzymał się przez chwilę
pośrodku zieleni, a potem powolutku przyklęknął z wyrazem nieopisanego zachwytu na bla-
dej  buzi.  Rozjaśnionym  spojrzeniem  szukał  w  oczach  matki  zrozumienia  dla  swojego  nie-
oczekiwanego szczęścia.

Ale  dla  spieszącej  się,  zapędzonej  kobiety  była  to  tylko  irytująca  strata  czasu.  Podeszła

szybko do malca, poderwała go z ziemi i z pasją biła chudy tyłeczek. Potem, zagniewana i
wzburzona, pociągnęła płaczące dziecko w stronę betonowego chodnika.

Temu chłopcu i wszystkim innym dzieciom

moją książkę poświęcam

background image

5

UDZIAŁ GOSPODARKI HODOWLANEJ W EKONOMICZ-

NYCH I EKOLOGICZNYCH PROBLEMACH WSPÓŁCZE-

SNEGO ŚWIATA

Amerykańskie Towarzystwo Dietetyczne uznaje, że właściwie zaplanowana dieta wegeta-

riańska odpowiada w pełni wymogom dobrego odżywiania.

(The American Dietic Association Reports

July 1980)

Największemu nawet optymiście niełatwo byłoby przyznać, że świat współczesny znajduje

się w sytuacji pomyślnej i korzystnej dla wszystkich jego mieszkańców i że dalszy rozwój w
tym  samym  kierunku  może  napawać  otuchą  i  wiarą  w  jeszcze  lepszą  przyszłość.  Kłopoty  i
trudności naszego czasu tak się ze sobą splątały, że próbując znaleźć jakiegoś generalne roz-
wiązanie, nie wiadomo właściwie od czego należałoby zacząć. Wszystkie sprawy wydają się
zazębiać ze sobą, trudno zdecydować, które z nich są pierwotne, a które wtórne. Za którą nit-
kę należałoby pociągnąć, aby kłębek niedoli i zagrożeń sam się rozwikłał.

W ostatnich latach uwadze wszystkich mieszkańców Ziemi najbardziej narzuca się zagro-

żenie  związane  ze  skażeniem  środowiska  naturalnego.  Wiadomo,  że  istnieją  liczne,  realne
niebezpieczeństwa spowodowane przemysłowymi zanieczyszczeniami wód, powietrza i gleby
oraz nadmiernym eksploatowaniem zasobów naturalnych. W związku z tym mówi się i pisze
o  groźbie  katastrofy  ekologicznej.  Sprawcy  skażeń  i  zanieczyszczeń  przemysłowych  spoty-
kają  się  z  powszechnym  potępieniem,  a  ostatnio  coraz  częściej  ponoszą  konkretne  sankcje
wymierzane z mocy zobowiązującego prawa.

Takie negatywne reakcje i opinie w stosunku do tych przypadków  są zjawiskiem stosun-

kowo  nowym,  do  niedawna  bowiem  otaczała  je  atmosfera  pobłażliwej  wyrozumiałości  za-
równo ze strony prawa jak i opinii społecznej. Ostatnio atmosfera ta zdecydowanie wygasa, a
opinia domaga się ostrych, surowych kar, dostrzegając w tym ogromne zagrożenie ludzkiego
życia i zdrowia.

Istnieje jednak, obok skażenia przemysłowego, cała ogromna sfera źródeł zanieczyszcze-

nia i eksploatacji środowiska, które nie tylko nie zostały jednoznacznie napiętnowane, ale są
ogólnie tolerowane, a nawet aprobowane i utożsamiane z pozytywnymi osiągnięciami cywili-
zacyjnymi. To znaczy spotykają się z taką samą  reakcją,  co  sposoby  funkcjonowania  wielu
gałęzi przemysłu wtedy, zanim jeszcze dostrzeżono ich złowrogie następstwa. Wiążą się one
ze  stosowanymi  obecnie  metodami  uprawy  roli  i  z  uznanymi  standardami  odżywiania.  Za-
równo problemy metod stosowanych w rolnictwie, jak i norm żywienia, są ze sobą ściśle po-

background image

6

wiązane i dlatego właśnie tym dwóm sprawom należałoby poświęcić nie mniej troski i uwagi
niż przemysłowym źródłom zagrożeń ekologicznych.

Jakkolwiek  ekologiczne  skażenia  powodowane  chemicznymi  metodami  rolnictwa  oraz

konsumpcyjne i hodowlane sposoby użytkowania jego płodów stają  się coraz wyraźniej wi-
doczne,  to  nie  zostały  jeszcze  na  tyle  powszechnie  uświadomione,  aby  wyzwolić  przeciw-
działanie  przynajmniej  równie  energiczne  jak  w  przypadku  zagrożeń  przemysłowych.  Od
kilku lat są wprawdzie przedmiotem zainteresowania i troski wąskiego kręgu teoretyków rol-
nictwa i żywienia, ale ich poglądy nie docierają dostatecznie szeroko. Dlatego w poniższym
opracowaniu zostaną zrelacjonowane  i  przedstawione,  aby  przyczynić  się  do  zwrócenia  po-
wszechnej uwagi i wzbudzić zainteresowanie w takim stopniu, w jakim zasługują ze względu
na swoją doniosłość.

Na początku lat siedemdziesiątych, kiedy w całym świecie a głównie w Stanach Zjedno-

czonych, panował niezmącony optymizm wywołany osiągnięciami „zielonej rewolucji”, uka-
zała  się  książka  pt.  „Diet  for  a  Small  Planet”  (Dieta  dla  małej  planety).  Przez  czytelników
została od razu doceniona, bo w latach 1971-1982 ukazało się dziesięć wydań tej książki, któ-
rą  krytycy  uznali  za  „początek  rewolucji  żywieniowej”.  Jej  autorka,  Frances  Moore  Lappé,
znana w świecie jako ekspert do spraw żywienia, zwróciła uwagę  na negatywne następstwa
nadmiaru zboża, jaki w związku  ze  stosowaniem  nowych  metod  upraw  zaczął  pojawiać  się
każdego  roku  na  rynkach.  Produkcja  rolna  w  Ameryce  wzrosła  tak  znacznie,  uzyskiwano
zbiory  tak  ogromne,  że  nie  udawało  się  tego  ani  wykorzystać  na  miejscu,  ani  korzystnie
sprzedać. Powstał trudny problem uporania się z tym ambarasującym bogactwem. W końcu
znalazło się wyjście. Hodowcy zaczęli karmić zbożem swoje zwierzęta, krowy, świnie i drób,
co wpłynęło na ogromne podniesienie produkcji zwierzęcej i spożycia mięsa. Stany Zjedno-
czone stały się rajem dla amatorów befsztyków, hot-dogów i hamburgerów. To powszechne
adorowanie mięsa w swoim kraju nazwała Frances Moore Lappé „amerykańską religią Wiel-
kiego Befsztyka”, który to zresztą kult upowszechnił się szybko na całym świecie. I tak roz-
budowany  amerykański  przemysł  hodowlany  narzuca  światowej  gospodarce  żywieniowej
swoje reguły gry, a przemysł mięsny zdominował rolnictwo.

Rolnictwo zdominowane przez przemysł mięsny

Obecny system  żywienia,  zorientowany  na  jadanie  mięsa,  opiera  się  na  niewiarygodnym

marnotrawstwie  surowców  roślinnych,  zasobów  energetycznych,  zasobów  wody,  obszarów
uprawnych i leśnych oraz gleby. Jeżeli trwa dotychczas, to głównie dlatego, że nie partycy-
pują w nim wszyscy mieszkańcy Ziemi. Osiemdziesiąt procent białka zwierzęcego konsumuje
tylko  25%  ludności  świata,  przeważnie  z  krajów  wysoko  uprzemysłowionych,  gdzie  z  każ-
dym  rokiem  wzrasta  produkcja  zwierzęca  równolegle  z  obniżaniem  się  poziomu  produkcji
roślinnej. Z tego około 50% przeznacza się na paszę, a ponieważ i tak nie jest to ilość wystar-
czająca, kraje bogate ratują się importem pasz. Obecnie jedynymi już regionami o przewadze
tempa  wzrostu  produkcji  roślinnej  na  zwierzęcą  pozostały:  Ameryka  Północna  i  Australia  i
one eksportują płody rolne do pozostałych regionów świata.

Eksporterami  pasz  są  jednak  nie  tylko  Ameryka  Północna  i  Australia,  które  po  prostu

sprzedają  korzystnie  swoje  nadwyżki.  Bo  oprócz  tego,  dla  podniesienia  importu  pasz,  kraje
zamożne dokonują ekonomicznego drenażu najuboższych nawet regionów, jak niektóre kraje
Ameryki Południowej, Afryki i Azji. Płacąc za zboże wyższe ceny, niż producenci mogliby
uzyskać na miejscu, przyczyniają się do wzrastającego deficytu zboża w tych krajach.

Zgodnie z prawami ekonomicznymi środki na podnoszenie produkcji czerpie się z każdego

możliwego  i  dostępnego  źródła.  Ulegając  tym  prawom,  dysponenci  ziemi  preferują  uprawy
takich gatunków roślinnych, które wymagają najmniejszego nakładu pracy, mają najłatwiej-

background image

7

szy zbyt i przynoszą najwyższy dochód. Pod tym względem dogodne są właśnie gatunki na-
dające się na paszę: zboże, soja, ziemniaki, kukurydza. Importerzy kupują ich coraz więcej i
płacą coraz drożej. Można je bez trudu sprzedawać instytucjom monopolizującym w swoich
rękach handel zbożem albo hodowcom w postaci pasz treściwych (jak to czynią np. Meksyk i
Nikaragua) albo w postaci gotowego mięsa (jak to robi np. Polska i Argentyna).

We  wstępie  do  dziesiątego  wydania  swojej  książki  (1982)  Frances  Moore  Lappé  pisze:

„Ogromne  problemy  społeczne,  a  szczególnie  problemy  światowego  głodu  i  zniszczenia
ekologicznego, po prostu nas porażają. Ich korzenie wydają się nie mieć końca... Ja odkryłam,
że tym instrumentem, którego nam potrzeba, aby przebić pozornie nieprzenikliwą ścianę, jest
jedzenie.  Przyjmując  za  punkt  wyjścia  sprawy  żywieniowe,  zaczęłam  dostrzegać  logiczne
powiązania tam, gdzie przedtem była tylko dżungla przerażających faktów. A w ciągu ostat-
nich lat przekonałam się, że moją opinię podziela tysiące innych ludzi”.

Już w roku 1969 połowa światowych zbiorów rolnych była przeznaczana na paszę. Ilość ta

rośnie z każdym rokiem i to zarówno w krajach, które jeszcze na to stać, jak i w tych które
zupełnie nie mogą sobie na to pozwolić, a dzieje się to kosztem innych obciążeń i strat. Obec-
nie  zwierzęta  hodowlane  zjadają  już  znacznie  więcej  zboża,  soi,  ziemniaków,  kukurydzy  i
innych  produktów  roślinnych  niż  ludzie.  Na  każde  20  dekagramów  mięsa,  to  znaczy  ilość,
którą uważa się za przysługujące dzienne minimum, potrzeba prawie 200 kg paszy, podczas
gdy  według  opinii  żywieniowców,  pełne  pokrycie  dziennego  zapotrzebowania  na  białka,  a
także  wszystkie  inne  wartości  pokarmowe,  każdy  może  uzyskać  z  właściwie  dobranego,
urozmaiconego pokarmu roślinnego o wadze od 1 do 1 1/2 kilograma. Marnotrawstwo obej-
muje więc prawie 200 kilogramów pokarmu roślinnego, a w tym około połowę tego najcen-
niejszego w ludzkiej, zdrowej diecie. Ażeby uzyskać pełny obraz sytuacji, trzeba to pomno-
żyć przez liczbę dni w roku i liczbę konsumentów mięsa na całym świecie. To marnotraw-
stwo jest jednak już w założeniu wbudowane w strukturę produkcji mięsa.

Częstokroć  rządy  krajów  eksportujących  zboże  udzielają  rolnikom  subwencji  na  rozsze-

rzenie  upraw  zbożowych,  albo  wykupują  ich  ziemię  czy  też  ich  z  tej  ziemi  wywłaszczają.
Lepiej  się  bowiem  opłaca  sprzedać  zboże  za  granicę  na  pasze,  niż  przeznaczyć  ziemię  pod
uprawę roślin potrzebnych ludziom w kraju. I tak na przykład wielu chłopów meksykańskich
zostało wywłaszczonych ze swoich pól, gdzie do tej pory uprawiali dla siebie fasolę i kukury-
dzę,  uzyskując  pełnowartościowy  pokarm  białkowy.  Teraz  rośnie  tam  żyto  na  eksport  do
krajów potrzebujących coraz więcej pasz dla swoich stad hodowlanych. Równie tragicznym
przykładem takiej sytuacji jest Brazylia. Czarna fasola, która od niepamiętnych czasów była
źródłem  taniego  białka,  tak  nagle  podrożała,  że  stała  się  dla  ubogich  ludzi  niedostępna.  Ta
zwyżka ceny fasoli jest skutkiem tego, że dysponenci ziemi zamiast fasoli, zaczęli tam upra-
wiać głównie gatunki roślin nadających się na pasze dla zwierząt w kraju i na eksport.

Przy działaniu takich mechanizmów ekonomicznych perspektywa rozwoju gospodarczego

nie przedstawia się zbyt obiecująco. Prowadzi bowiem nieuchronnie do tego, że coraz mniej-
sza  procentowo  liczba  ludzi  na  świecie  będzie  zjadała  coraz  większe  ilości  mięsa,  a  coraz
większa ilość ludzi będzie odczuwała dotkliwy brak chleba.

W ten sposób potężnieje na całym świecie zagrożenie głodem. Nie jest to jednak, jak wi-

dać  głód  nieunikniony,  nie  wynika  on  bowiem  ani  z  przeludnienia,  ani  z  nieurodzaju  czy
ograniczoności  obszaru  ziemi.  Jego  uwarunkowania  mają  głównie  charakter  ekonomiczny  i
polityczny. Te czynniki decydują o tym, co i ile się uprawia oraz jak wykorzystuje się plony z
tych upraw. W sytuacji gdy najwięcej uprawia się roślin paszowych, potrzebnych w hodow-
lach, podnoszenie produkcji rolnej nie przyniesie nigdy rozwiązania problemu głodu na świe-
cie, bo im wyższa będzie produkcja roślinna, tym liczniejsze będą stada hodowlane, które ją
zjedzą. „Jednostronny sposób myślenia ekspertów – pisze  Lappé – który  koncentruje się na
sprawie podnoszenia produkcji jako możliwości  uniknięcia światowego głodu, jest zupełnie
nietrafny.  W  ten  sposób  można  mieć  coraz  więcej  jedzenia  i  jednocześnie  coraz  większy

background image

8

głód”.  To  poczucie  niezaspokojenia  pozornych,  względnych  potrzeb  pokarmowych  jest  już
jednak  uwarunkowane  nie  biologicznie,  a  tylko  socjologicznie.  Spowodowane  jest  akcepto-
waniem standardów dietetycznych nieskorelowanych ani z rzeczywistymi potrzebami żywie-
niowymi ani z realną podażą żywności.

Frances Moore Lappé dała swojej książce prowokacyjny tytuł: „Dieta dla małej planety”.

Wobec  wzrastającej  lawinowo  liczby  ludzi  na  świecie,  z  których  każdy  chciałby  jadać  tak
samo dużo mięsa  jak  obywatele  najzamożniejszych  krajów,  Ziemia  jest  rzeczywiście  „małą
planetą” – za małą na to, aby nastarczyć pokarmu dla dwóch coraz liczniejszych populacji jej
mieszkańców: ludzi żywiących się mięsem i zwierząt, z których mięso ma być ich pokarmem.

Amerykański standard dietetyczny wymaga rocznie na osobę żywności, do wyprodukowa-

nia której potrzebne są zbiory z pól hektara ziemi uprawnej i półtora hektara pastwisk – razem
aż z dwóch hektarów. Co by się stało,  gdyby chcieć podnieść do  takiego poziomu standard
żywienia  ludzi  na  całym  świcie?  Aby  osiągnąć  taki  poziom  produkcji  mięsa,  żeby  każdy
obywatel świata mógł spożywać przeciętnie 136 kg mięsa rocznie, tak jak obecnie w Austra-
lii, trzeba by objąć uprawami paszowymi nie tylko wszystkie już użytkowane areały rolne, ale
ponadto obszary leśne, najwyższe nawet góry, bagna i parki narodowe. Jednak byłby to też
sukces tylko krótkotrwały, bo za kilkadziesiąt lat, gdy liczba  ludzi się podwoi i tego by nie
starczyło.  Nakarmienie  wszystkich  ludzi  mięsem  jest  po  prostu  fizycznie  niemożliwe  ze
względu na ograniczone rozmiary Ziemi. Istniejący trend rozwojowy gospodarki hodowlanej
łamie naturalne proporcje  obszaru  naszej  planety  w  stosunku  do  zamieszkujących  ją  istot  –
ludzi i zwierząt.

Nazwanie naszej wielkiej, starej Ziemi „małą planetą” jest też  wyrazem zatroskania o los

tego kolosa, bezradnego wobec niestrudzonych poczynań jego mieszkańców, zdolnych swoją
działalnością doprowadzić ją do nieuniknionej katastrofy ekologicznej.

Przeciętnie 3/4 rolniczo użytkowanej na całym świecie ziemi służy uprawom paszowym.

Część tego to uprawy pastewne, ale pozostałe to gatunki roślin, które zostają przeznaczone na
paszę, chociaż nadają się doskonale na pokarm dla ludzi.

Degradacja i erozja gleby

Dominacja gospodarki hodowlanej znajduje m.in. odbicie w sposobie użytkowania ziemi –

głównie w strukturze upraw. W związku z tym na cele hodowlane przeznacza się każdy moż-
liwy  skrawek  ziemi  i  wykorzystuje  go  pod  uprawy  pastewne,  paszowe  lub  jako  pastwiska.
Wprawdzie w ostatnich latach dominuje metoda zamkniętej hodowli intensywnej, to znaczy,
że zwierzęta trzymane są w zamkniętych pomieszczeniach i obficie karmione paszami treści-
wymi z dodatkiem hormonów. Przyspiesza to ich wzrost i wagę, a skraca okres tuczu. Jednak
w pewnych regionach świata i pastwiskowe użytkowanie ziemi ma wciąż jeszcze duże zna-
czenie w gospodarce hodowlanej, ale zarówno jeden jak i drugi system przyczynia się do ła-
mania celowych proporcji w strukturze upraw i zachwiania równowagi  ekologicznej.  Chów
zamknięty wymaga przeznaczania ogromnych obszarów pod uprawy paszowe, a system pa-
stwiskowy wymaga jeszcze większych obszarów do wypasania stad.  W pewnych sytuacjach
przeznacza się na pastwiska ziemię zdatną do upraw. A jeżeli nawet do celów rolniczych jest
ona zbyt jałowa, to można by ją wykorzystać bardziej racjonalnie niż na pastwisko, bo wia-
domo, że na każdej ziemi, na której rośnie trawa, może również wyrosnąć las. Jednak gospo-
darka hodowlana nie tylko eliminuje taką szansę zalesiania,  ale wybiera odwrotny kierunek
postępowania – to właśnie lasy wycina się po to, aby ogołocone z drzew tereny przeznaczyć
na pastwiska. A system pastwiskowy wymaga obszaru około dziesięciokrotnie większego niż
chów zamknięty.

background image

9

Intensywne wypasanie powoduje częstokroć zanik roślinności łąkowej wskutek przygryza-

nia i przydeptywania, co w wielu przypadkach prowadzi do degradacji i erozji gleby. Obecnie
przyznaje się oficjalnie, że 60% pastwisk w Stanach Zjednoczonych jest nadmiernie wypasa-
nych i w związku z tym zagrożonych degradacją. Wyjaławianie gleby nadmiernym wypasa-
niem i następującą potem erozją są zresztą niepokojącym zjawiskiem w skali światowej, bo w
ten sposób traci się każdego roku miliardy ton gleby.

Istnieje opinia, że nadmierne wypasanie było od tysięcy lat zasadniczą przyczyną pustyn-

nienia ziemi. Obszary pozbawione roślinności na skutek dotychczasowej działalności ludzkiej
przewyższają o około 20 mln km² cały obszar ziemi użytkowanej przez rolnictwo. Wiele re-
gionów  świata  obecnie  całkowicie  ogołoconych  miało  kiedyś  bogatą  wegetację  roślinną.
Przykładem jest pustynia Sahara, która jeszcze 10 tysięcy lat temu była kwitnącą oazą. Jedno-
cześnie wiadomo, że tam właśnie przez całe wieki koczowały plemiona pasterskich nomadów
ze swymi licznymi stadami. W czasach rzymskich północna Afryka była spichlerzem cesar-
stwa, a ziemia otaczająca Tripolis mogła w czasach Mahometa wyżywić 6 mln ludzi. Pakistan
4 tysiące lat przed naszą erą był gęsto zadrzewiony, a jego centrum, gdzie dziś jest pustynia –
było dżunglą.

Niektórzy  jako  przyczynę  pustynnienia  wskazują  zmianę  warunków  klimatycznych.  Jed-

nak badania paleontologiczne wskazują, że na wielu obszarach obecnie pustynnych, a niegdyś
żyznych, klimat nie zmienił się zupełnie od tamtych czasów. Większość uczonych przychyla
się więc do opinii, że zawinili tu głównie ludzie i ich stada hodowlane, wypasane niegdyś na
tych terenach. Tę opinię potwierdzają zjawiska pustynnienia zachodzące  również współcze-
śnie. Do takiej właśnie alarmującej sytuacji dochodzi teraz w Kenii. Wypasanie licznych stad
bydła doprowadza do zaniku wody i pustynnienia ogromnych obszarów sawanny. Podobnie
dzieje się w Sudanie i Tanzanii, wszędzie tam, gdzie wypasa się bydło, następuje ekspansja
pustyni.  „Z  raportu  opublikowanego  przez  ekspertów  ONZ  wynika,  że  w  wielu  regionach
Azji i Oceanii gwałtownie zwiększa się powierzchnia obszarów pustynnych, co zagraża egzy-
stencji  150  milionów  rolników...  Pustynie  stanowią  już  około  34%  obszarów  rolniczych  w
Azji,  75%  w  Australii,  55%  w  Ameryce  Środkowej  oraz  2%  w  Europie...  Liczba  ludności
bezpośrednio  dotkniętej  skutkami  wyjałowienia  ziem  uprawnych  wzrosła  z  57  milionów  w
1977 r. do około 150 mln w 1985 r.

Gwałtowny wzrost ilości obszarów półpustynnych przyczynił się do migracji wielu rodzin

chłopskich,  nie  mogących  wyżywić  się  z  tej  ziemi.  Główne  przyczyny  ekspansji  obszarów
jałowych,  to  –  zdaniem  ekspertów  –  zbyt  intensywna  uprawa,  zwiększanie  obszarów  pa-
stwisk, wyrąb lasów chroniących przed erozją i niewłaściwe systemy nawadniania”. (Dzien-
nik Łódzki, notatka pt. „Coraz więcej obszarów pustynnych” z dnia 11-21 X 1986 r.).

Na utratę żyzności gleby i tempo erozji, obok wypasania, niekorzystny wpływ mają upra-

wy preferowane ze względów hodowlanych. Żyto, tak poszukiwane na rynkach paszowych,
należy  do  gatunku  najsilniej  wyjaławiającego  ziemię,  podobnie  zresztą  jak  inne  zbożowe.
Wysiewane  rok  po  roku,  bez  troski  o  długoterminowe  podtrzymywanie  żyzności  gleby  są
jednym  z  głównych  czynników  jej  degradacji  i  erozji.  Struktura  upraw,  w  której  dominują
rośliny zbożowe, ogranicza też możliwość stosowania płodozmianu i uwzględniania na szero-
ką skalę gatunków roślin podnoszących urodzajność gleby i podtrzymujących jej żyzność w
sposób trwały. Uprawianie oprócz zbóż, roślin motylkowych, strączkowych i oleistych, owo-
ców i orzechów, różnych warzyw oraz wielu innych, użyźniających glebę w rozważnym pło-
dozmianie, mogłoby jednocześnie dostarczać wartościowego i obfitego pokarmu dla ludzi na
całym świecie.

Istniejący rodzaj eksploatacji gleby wiąże się głównie z popytem na paszę, bo ludzie, na-

wet jeżeli jest ich już na świecie 5 miliardów, nie byliby w stanie skonsumować nawet 1/10
ilości zboża, jakie obecnie zbiera się każdego roku. Jego uprawa do bezpośredniego spożycia
przez ludzi nie byłaby w takiej skali nie tylko potrzebna i najbardziej dochodowa, ale nawet w

background image

10

ogóle opłacalna. I wtedy producenci rolni, aby znaleźć nabywców, musieliby dokonywać ra-
dykalnych  zmian  w  strukturze  upraw  przez  wprowadzenie  wielu  innych  jeszcze  gatunków
roślin, służących ludziom i ich zdrowiu. Keith Akers pisze: „Erozja na skutek gospodarki ho-
dowlanej  przewyższa  nieporównanie  zasięg  erozji  pod  wpływem  uprawy  roślin  jadalnych.
Nawet przy braku podejmowania jakichkolwiek innych zmian, ekonomia wyłącznie wegeta-
riańska wyeliminowałaby erozję w 90%”.

Wprawdzie  erozja  bywa  zjawiskiem  normalnym  i  niegroźnym,  gdyż  gleba  ma  naturalną

zdolność do regeneracji. Niebezpieczeństwo jałowienia pojawia się dopiero wtedy, gdy tempo
erozji  znacznie  przewyższa  tempo  regeneracji.  Procesy  glebotwórcze  są  jednak  bardzo  po-
wolne i długotrwałe, zanim wytworzy się czterocentymetrowa warstwa urodzajnej ziemi, mo-
że  upłynąć  od  stu  do  tysiąca  lat.  Przeciętne  tworzenie  się  warstwy  2,5  centymetrowej  trwa
około 300 lat. Zabiegi uprawowe przyspieszają wprawdzie ten proces, ale nawet w idealnych
warunkach rolniczych formowanie się takiej warstewki nie może trwać krócej niż 30 lat, a w
warunkach przeciętnych nawet do 100 lat. Obecnie dodatkowym czynnikiem erozji jest wy-
muszanie wydajności jałowiejącej gleby syntetycznymi nawozami oraz ugniatanie jej ciężkim
sprzętem rolniczym i stosowanie chemicznych środków ochrony roślin. Coroczne nasycanie
ziemi substancjami chemicznymi nie jest równoznaczne z jej użyźnianiem, ani nie jest zabie-
giem regenerującym. Sprowadza się tylko do doraźnego zabezpieczenia urodzaju. Nie hamuje
postępu erozji, tylko go przyspiesza, ziemia martwieje i zmienia się stopniowo w rozpyloną
skałę. Ponieważ jednak współcześnie rolnictwo nosi znamiona typowe dla wielkotowarowej
produkcji przemysłowej, względy racjonalne i humanitarne zostają z niego wyparte twardymi,
bezosobowymi prawami rynku. Jeżeli rynek domaga się dużych ilości paszy, to trzeba mu ją
dostarczyć bez względu na to, jakie niewymierne w pieniądzach koszty kryją się za tą podażą.

Katastrofy ekologiczne bywały i w przeszłości  i  ludzkość  jakoś  je  przeżyła  i  przetrwała.

Ich przyczyny były najprawdopodobniej takie same jak obecnie, to znaczy nadmiernie rozwi-
nięta gospodarka hodowlana. Koczownicze plemiona pasterskie, przenosząc się z miejsca na
miejsce,  pozostawiały  za  sobą  ziemię  wyjałowioną,  zdegradowaną,  podatną  na  erozję  i  pu-
stynnienie. Ale oni razem ze swoimi stadami wędrowali wtedy w inne, jeszcze żyzne rejony i
tam rozkładali swoje obozowiska. Nie można jednak zapominać, że w tamtych czasach, tzn.
kilka  tysięcy  lat  temu,  liczba  ludzi  na  całym  świecie  nie  przekraczała  trzystu  milionów.  W
porównaniu z dzisiejszym pięciomiliardowym zatłoczeniem Ziemia była wtedy prawie pusta i
było dokąd iść. Dzisiejsza populacja ludzka nie ma już tej szansy i wszyscy musieliby stanąć
w obliczu następstw swojej krótkowzroczności i nierozwagi.

Eksploatowanie zasobów wody

Wyprodukowanie 1 kg mięsa wymaga zużycia 20 tysięcy litrów wody, to znaczy tyle, ile

potrzebuje kilkuosobowa rodzina w ciągu dwóch miesięcy. Obliczono, że w Stanach Zjedno-
czonych gospodarka hodowlana pochłania połowę całej ilości wody zużywanej na wszystkie
inne  cele.  „Woda  jest  jednym  z  zasobów  naturalnych  najbardziej  podatnych  na  zagrożenia
współczesnego rolnictwa. Długo przedtem zanim nasze zasoby kopalne zostaną doszczętnie
spalone i zanim cała ziemia uprawna ulegnie erozji, wiele części świata stanie w obliczu kata-
strofalnego braku wody” – pisze Keith Akers. Wzrost zapotrzebowania na wodę w rolnictwie
dokonuje się równolegle z rozwojem gospodarki hodowlanej. Jeden kilogram pszenicy zawie-
ra więcej kalorii i wartości odżywczych niż jeden kilogram wołowiny, ale wołowina wymaga
od  40  do  50  razy  więcej  wody  niż  pszenica.  Na  wyprodukowanie  1  kg  białka  zwierzęcego
trzeba zużyć 15 razy więcej wody niż na wyprodukowanie tej samej ilości białka roślinnego.

Dla rolnictwa podstawowe znaczenie mają opady deszczu i woda gruntowa. Ponieważ jed-

nak opady są zjawiskiem nieregularnym i niepewnym, a ponadto wiele obszarów na świecie

background image

11

ma bardzo mało opadów, podstawowym źródłem wody dla współczesnego rolnictwa jest wo-
da  gruntowa.  W  nowoczesnym  rolnictwie  większość  wody  gruntowej  wykorzystuje  się  do
nawadniania pól. Woda gruntowa, podobnie jak gleba, lasy i tereny pastwiskowe występuje w
ilości ograniczonej i nadmierne jej eksploatowanie może łatwo doprowadzić do całkowitego
wyczerpania. System irygacyjny pochłania obecnie około 20% wód gruntowych. Wprawdzie
woda wykorzystywana do nawadniania pól paruje częściowo do atmosfery, następnie spada w
postaci deszczu i przesącza się z powrotem do ziemi, ale o zachowaniu trwałych jej zasobów
decyduje skala wydobywania. Jeżeli tempo wydobycia jest większe niż tempo przesączania,
to powstanie poważne zagrożenie całkowitego wyczerpania. Gwałtowne obniżanie się lustra
wody  w  wielu  obszarach  świata  świadczy  o  tym,  że  już  teraz  tempo  wydobywania  wody
przewyższa  znacznie  tempo  odnawiania  się  jej  zasobów.  To  ogromne  zapotrzebowanie  na
wodę  gruntową  przypisuje  się  powszechnie  wymogom  gospodarki  hodowlanej.  „Obecnie  –
pisze F. Moore Lappé – połowa wołowiny ze zwierząt karmionych zbożem jest produkowana
w tych stanach USA, które są całkowicie uzależnione od nawadniania z ogromnego podziem-
nego zbiornika wodnego, zwanego Ogallala Aquifer. ale jak się przewiduje, takie nawadnia-
nie nie może trwać bez końca. Woda deszczowa sączy się do tego podziemnego akwenu tak
powoli, że uczeni uznali pewne jego części za źródła nieodnawialne, podobnie jak złoża naf-
towe...  Wypompowywanie  wody  w  takim  tempie  powoduje  obniżanie  się  lustra  wody  na
pewnych obszarach o 15 cm rocznie, a na innych prawie o 2 m rocznie... Departament Rol-
nictwa przewiduje, że w ciągu 35 lat zasięg nawadnianych obszarów skurczy się o 30%. W
Kalifornii 42% irygacji służy produkcji hodowlanej, a połowa wody zużywanej w całych Sta-
nach Zjednoczonych idzie na uprawy paszowe.

Po przejściu na gospodarkę wegetariańską tak intensywne zużycie  wody  przez  rolnictwo

stałoby się zupełnie niepotrzebne. Na razie około 15%  całej ziemi  uprawnej  we  wszystkich
częściach świata korzysta z systemu nawadniania. I te właśnie obszary należą do najbardziej
wydajnych  –  z  nich  pochodzi  około  25%  całej  żywności  USA  i  50%  zbiorów  światowych.
Łatwo więc sobie wyobrazić, jakie skutki może przynieść wyczerpanie się wody gruntowej w
tych regionach. Nawet obniżenie lustra wody powoduje wzrost kosztów jej wydobycia, a więc
także podniesienie cen żywności.

Obniżanie  się  lustra  wody  ma  wpływ  na  znaczny  wzrost  kosztów  jej  wydobywania,  ze

względu na potrzebne do tego większe nakłady energii. Obecnie większość dostępnych wód
gruntowych znajduje się tak głęboko pod powierzchnią ziemi, że jej wydobywanie jest trudne,
kosztowne i bardzo energochłonne. Ponadto większość głęboko położonych wód gruntowych
bywa zasolona i dlatego nieprzydatna tak samo jak woda morska. Wydobywanie wody z du-
żych  głębokości  i  ewentualne  jej  odsalanie  wymaga  tak  wyrafinowanej  technologii,  że  nie
każde państwo na to stać. Zresztą stosowanie takich metod nie zapobiegnie całkowicie niedo-
statkom wody, może tylko odwlec ostateczny kryzys.

Opróżnianie podziemnych zbiorników z wody powoduje jeszcze inne zagrożenie, miano-

wicie zapadanie się warstw skalnych występujących nad nimi i obsuwanie się ziemi podtrzy-
mywanej do tej pory wodą. Taka właśnie sytuacja istnieje w okolicach Meksyku i doprowa-
dziła w końcu do zawalenia się całego systemu kanalizacji wodnej i ściekowej w tym mieście.

Innym  następstwem  nadmiernej  eksploatacji  i  wyczerpywania  wody  gruntowej  jest  jej

wzrastająca mineralizacja. Z wody używanej do irygacji gruntów  wyparowuje do atmosfery
około  60%,  a  reszta,  która  wsiąka  w  ziemię,  jest  już  bardziej  „esencjonalna”,  przesycona
składnikami mineralnymi, głównie solą. Sól albo przesącza się do wody gruntowej, albo osa-
dza w glebie.  Oba te zjawiska są bardzo niekorzystne, bo po przekroczeniu pewnej  granicy
zasolenia wody i gruntu niemożliwa staje się zarówno dalsza uprawa ziemi, jak i dalsze jej
nawadnianie. Mineralizacja wody jest już obecnie jednym z głównych problemów na obsza-
rach zmeliorowanych.

background image

12

Dostatek wody w wielkich rzekach świata nie rozwiązuje sprawy, bo albo płyną one w te-

renach bardzo odległych od ludzkich osiedli, albo te, które są  w pobliżu, zostały już tak za-
nieczyszczone i skażone, że nie nadają się do bezpośredniego użytku. Ich oczyszczenie, jak
wykazało  dotychczasowe  doświadczenie,  nie  przynosi  radykalnej,  trwałej  naprawy,  bo  po
pewnym  czasie  następuje  ponowne  skażenie  i  zatrucie.  W  tym  zanieczyszczeniu  wód  po-
wierzchniowych  ma  również  swój  niemały  udział  gospodarka  hodowlana,  która  produkuje
ogromne ilości odchodów zwierzęcych i odpadów z rzeźni. I o ile skażenia odpadami z rzeźni
mają zasięg raczej tylko lokalny (tym niemniej dla mieszkańców bardzo są uciążliwe), to od-
chody  z  wielkich  farm  hodowlanych  stanowią  już  zagrożenie  w  skali  światowej.  Ilość  ich
przekracza kilkakrotnie ilość wszystkich odchodów ludzkich na całym świecie. I oczywiście
wzrasta z każdym rokiem wraz ze wzrostem pogłowia.

W małych, tradycyjnych gospodarstwach wiejskich hodowla zwierząt dostarcza obornika,

który  jest  w  pełni  wykorzystywany  do  użyźniania  gleby.  Natomiast  w  masowych,  specjali-
stycznych hodowlach i fermach hodowlanych mocz i kał krów i świń tworzą tzw. gnojowicę,
którą tylko w ograniczonej ilości można wykorzystać do produkcji roślinnej. Zresztą gnojo-
wica jako nawóz ma bardzo niekorzystny wpływ na jakoś upraw i zdrowotność plonów. Zale-
cenie odprowadzania gnojowicy do dołów chłonnych lub na pola filtracyjne nie zawsze jest
przestrzegane, gdyż łączy się z kosztami i trudnościami. Najczęściej nadmiar gnojowicy jest
wylewany do pobliskich wód powierzchniowych i przesącza  się  do  wód  gruntowych.  Masa
odchodów  z  ogromnych,  nowoczesnych  fabryk  hodowlanych  jest  niewyobrażalnie  wielka.
Rezultat jest więc taki, że udział hodowli w skażeniu wód jest  trzykrotnie większy od prze-
mysłowego.  Odchody  w  wodzie  ulegają  rozłożeniu  przez  bakterie  tlenowe,  które  w  takich
przypadkach zużywają tak wielkie ilości tlenu, że zostaje on niekiedy całkowicie wyczerpany
z wody. A wtedy dochodzi do procesów beztlenowych, co przejawia się w zamieraniu wszel-
kiego życia w wodzie.

Zwiększenie  udziału  hodowli  w  gospodarstwach  wiejskich  powoduje,  że  wieś  przestaje

być owym przysłowiowym azylem czystości i zdrowia. Od kilkunastu lat na wsiach polskich
wzrasta  zastraszająco  liczba  zachorowań  na  raka  żołądka.  Badania  wskazują,  że  przyczynia
się do tego nadmierne polewanie pól gnojowicą, szczególnie z hodowli trzody chlewnej, oraz
przesączanie się jej do wód gruntowych a stamtąd do studni wiejskich.

Katastrofa ekologiczna, która zawisła nad współczesnym światem, może być wskutek tego

bardziej trywialna niż biblijny potop. Teraz bowiem nie grozi nam już, że utoniemy w desz-
czówce, a raczej w świńskim moczu.

Wyrąb lasów na tereny pastwiskowe

Oprócz wody najbardziej zagrożonymi zasobami naturalnymi są obecnie lasy. We współ-

czesnej cywilizacji stale wzrasta zapotrzebowanie na drewno jako budulec i surowiec do wy-
robu papieru i dlatego wyrąb lasów dokonuje się w skali alarmującej. Ten fakt jest na ogół
powszechnie wiadomy, natomiast mniej ludzi wie, że jeszcze większe zagrożenie dla lasów
stanowi  gospodarka  hodowlana.  W  wielu  częściach  świata  wzrastające  zapotrzebowanie  na
tereny pastwiskowe zaspokaja się właśnie kosztem wyrębu lasów.

Lasy są jak wiadomo istotnym czynnikiem kształtowania klimatu,  poprawiają stan gleby,

są płucami świata, rezerwatem dzikiej przyrody i terenem odpoczynku dla ludzi. Lasy zapo-
biegają  również  powodziom,  ponieważ  ściółka  leśna  bardzo  intensywnie  wchłania  wodę
deszczową, która następnie przesącza się w głąb ziemi, zasilając zasoby wody gruntowej. Po
najobfitszych  nawet  opadach,  gdy  na  nielesistych  terenach  woda  stoi  na  powierzchni  lub
spływa falą powodziową, to z lasów odpływ wody deszczowej jest minimalny. Dzięki temu
też nie ma w lasach erozji gleby. Katastrofalne powodzie w pewnych regionach Chin, zwią-

background image

13

zane z wylaniem rzeki Jang-tsekiang, które zatopiły setki ludzi, a miliony zostawiły bez dachu
nad głową, były spowodowane masowym i nierozważnym wyrębem lasów.

Z  dwudziestu  milionów  hektarów  lasów  wyciętych  w  Stanach  Zjednoczonych  w  latach

1067-1975, 14 milionów hektarów zostało przeznaczonych na pastwiska. Przy obecnym sta-
nie gospodarki hodowlanej i jej dalszych ambicjach rozwojowych, do roku 2020  wycinanie
lasów w USA musiałoby być kontynuowane w dotychczasowym tempie i w dotychczasowym
zakresie. Natomiast w krajach mniej rozwiniętych i nie tak zasobnych w tereny leśne wszyst-
kie dostępne lasy zostałyby do tego czasu wycięte całkowicie.

Nie mówiąc już o kryzysie gospodarki drewnem i tych wszystkich gałęzi przemysłu, które

wymagają użycia drewna, można łatwo przewidzieć, jakie nieobliczalne zmiany klimatyczne
na całym świecie pociąga to za sobą. Następstwem braku lasów musi być niedostatek tlenu w
powietrzu, podnoszenie się poziomu mórz na skutek spływania wód deszczowych nie wchło-
niętych  przez  ściółkę  leśną,  podniesienie  się  temperatury  na  całym  globie  i  stopnienie  czap
lodowych na biegunach, co doprowadziłoby do jeszcze większego odniesienia poziomu mórz
i zatopienie znacznych obszarów przybrzeżnych.

Lasy nie tylko ozdabiają Ziemię, ale stanowią jej integralną część, są żywotnym i niezbęd-

nym elementem ziemskiej biocenozy. Wszystkich następstw ich wyniszczenia nie da się do
końca  przewidzieć,  mogą  nas  zaskoczyć  zagrożeniami,  których  nie  sposób  sobie  teraz  wy-
obrazić.

Energochłonność gospodarki hodowlanej

„Aby uzyskać 1 funt mięsa, który dostarcza 500 kalorii energii pokarmowej – pisze F. Mo-

ore  Lappé  –  trzeba  zużyć  20  tysięcy  kalorii  paliw  kopalnych,  głównie  na  wyprodukowanie
paszy”. „Każda kaloria białka mięsa wołowego, uzyskanego w hodowlach, wymaga zużycia
78 kalorii z paliw kopalnych. Zboże i fasola są pod tym względem 22 razy tańsze” (M. i D.
Pimentel – 1979).

Rolnictwo  w  przeszłości  zawsze  dostarczało  więcej  energii  pokarmowej  niż  wynosiła

energia pracy i paliwa zużyta na jej wyprodukowanie. Od czasu wprowadzenia nowoczesnych
metod uprawy, tzn. od kilkudziesięciu lat, energochłonność rolnictwa znacznie wzrosła. Me-
chanizacja, nawadnianie i mineralne nawożenie wymagają dużych nakładów energii, chociaż
przynoszą też korzyści w postaci zwyżki plonów i ograniczenia wysiłku ludzkiego. Do pew-
nego czasu było to traktowane jako nieustanne pasmo sukcesów. Jednak zasoby energetyczne
świata, podobnie jak wody, gleby i lasów nie są niewyczerpane. Najwięcej energii pochłania
rozrastająca się stale  gospodarka hodowlana, bo zainwestowane w  nią  kalorie  przewyższają
niewspółmiernie  ilość  uzyskanych  kalorii  pokarmowych.  Ponadto,  w  miarę  wyczerpywania
się innych zasobów, eksploatowanych na cele hodowlane, zapotrzebowanie na energię coraz
bardziej wzrasta. Intensyfikacja rolnictwa wpływa na przyspieszenie erozji gleby, co wymaga
stosowania coraz wyższych dawek nawozów syntetycznych, a ich produkcja wiąże się z do-
datkowym  zużyciem  energii.  Obniżanie  się  lustra  wody  gruntowej  wymaga  coraz  więcej
energii do jej wypompowywania z głębszych warstw ziemi, a wzrost popytu na mięso zmusza
do  rozszerzania  areałów  użytkowanej  rolniczo  ziemi.  A  ponieważ  dobra  ziemia  jest  już  od
dawna użytkowana, to do dalszego zagospodarowania pozostaje tylko ta najgorsza. Jej przy-
stosowanie wymaga nowych ogromnych nakładów energii na melioracje, nawożenie, produk-
cję i użytkowanie sprzętu rolniczego itd. Uzyskiwane więc z hodowli kalorie pokarmowe są
coraz droższe.

Aby  dalej  rozwijać  gospodarkę  hodowlaną  i  przemysł  mięsny  trzeba  będzie  wkrótce  na-

wadniać nie mniej niż 50% obszarów rolnych na całym świecie. A w miarę jak system iryga-
cyjny będzie wyczerpywał zasoby wody gruntowej, będą musiały wzrastać nakłady energii na

background image

14

jej wydobywanie z najgłębszych warstw ziemi. Taka gospodarka może trwać jeszcze najwy-
żej 30-40 lat. Dłużej stanie się to fizycznie niemożliwe.

Sytuacja  Ziemi  i  jej  mieszkańców  spowodowana  gospodarką  hodowlaną  na  tak  wielką

skalę  jak  we  współczesnym  świecie,  wskazuje  na  to,  że  dochodzimy  do  granic  możliwości
Ziemi nakarmienia wszystkich ludzi obecnie żyjących. Natomiast  ty, którzy przyjdą po nas,
grozi głód. Dążenia współczesnej generacji są zupełnie nieskorelowane z fizycznymi możli-
wościami naszej planety. Forsowanie dotychczasowych trendów rozwoju gospodarczego wy-
znacza taką przyszłość, w której coraz mniej ludzi będzie mogło jadać do syta, a coraz więcej
będzie głodować.

Opisana tu sytuacja nie jest przejaskrawiona, wyrażone obawy są realne, a ich spełnienie

bliskie. F. Moore Lappé pisze o tym w sposób bardzo przekonujący: „Po zapoznaniu się ze
wszystkimi kosztami i obciążeniami obecnego systemu produkcji żywności, jest się zdumio-
nym, że większość ludzi nie jest tego świadoma ani tym zaalarmowana. Ja wciąż jestem jed-
nakowo zdumiona. I wciąż od nowa uczę się tej samej lekcji, że  często ci, którzy mają naj-
więcej  informacji  dotyczących  podstawowych  problemów  społecznych,  są  jednocześnie  tak
wdrożeni do obrony istniejącego stanu rzeczy, że pozostają ślepi na oczywiste wnioski, jakie
wynikają z posiadanej przez nich wiedzy”. Swoje wrażenia po uzyskaniu informacji na temat
rzeczywistej sytuacji żywieniowej współczesnego świata wyraziła Frances Moore Lappé naj-
dokładniej we wstępie do pierwszego wydania swojej książki (1976). Pisała tedy: „Moje idee
wydawały się tak oczywiste, że podejrzewałam, że muszę się chyba mylić, traktując je jako
własne odkrycia... Czułam się jak ten chłopiec z bajki, który zawołał: Ale przecież cesarz nie
ma żadnego ubrania! – Dlaczego trwamy uparcie przy marnotrawieniu naszych zasobów rol-
nych, podczas gdy mogłyby one stać się źródłem zdrowego, obfitego i smacznego pożywienia
dla wszystkich ludzi na całej Ziemi? To przecież zupełnie nie ma sensu! Żywiłam ukryte wąt-
pliwości, że chyba jednak muszę się w jakimś miejscu mylić. – Ale cesarz naprawdę był nagi!
Im więcej czytałam i im więcej rozmawiałam z ekspertami, tym bardziej przekonywałam się
o jednoznacznej wymowie faktów”.

Najbardziej  chyba  przygnębiającym  akcentem  opisu  sytuacji  eksploatowania  przyrody  i

marnotrawienia jej bogactw jest to, że cała ta irracjonalna i dewastująca struktura produkcji
żywności jest zupełnie niepotrzebna, bo przecież rodzaj ludzki należy do istot roślinożernych
i pokarm roślinny może całkowicie zaspokoić wszystkie jego potrzeby.

background image

15

STANDARDY ŻYWIENIOWE – RZECZYWISTOŚĆ I PO-

STULATY

„Dawniej, gdy szłam do supermarketu, odczuwałam głęboką satysfakcję z powodu dobro-

dziejstw naszej reklamowanej kultury. Potem zrozumiałam, że moje gusty były przedmiotem
manipulacji i jedzenie zamiast być moim najbardziej bezpośrednim łącznikiem z ziemią ży-
wicielką stało się zwykłym towarem”.

(Frances Moore Lappé

„Diet for a Small Planet”)

Pokarm jako towar

Pojęcie  „postępu”  kojarzy  się  obecnie  na  wszystkich  kontynentach  głównie  z  postępem

technicznym i ekonomicznym, a znacznie rzadziej z postępem kulturalnym i humanitarnym.
W rezultacie coraz większa liczba ludzi chce mieć coraz więcej  wszystkiego – coraz więcej
produkować i coraz więcej konsumować. Nie zawsze jednak siła ekonomicznej ekspansji po-
zostaje we właściwej proporcji do potrzeb i braków. Przeobraziła się bowiem w pewną inspi-
rację autonomiczną, w ślepy imperatyw produkcyjny, który w miarę zaspokajania potrzeb nie
tylko nie maleje, ale coraz bardziej się nasila. I to zarówno w odczuciach jednostek, jak i w
skali przedsiębiorstw, instytucji, krajów i kontynentów. Ponieważ prawidłowości ekonomicz-
ne uzyskały wymiar siły autonomicznej, ich działanie wymyka się z zasięgu świadomej kon-
troli. Przejawem tego są przypadki, kiedy wyzwalają się działania destruktywne, wymierzone
przeciwko ludziom i ich środowisku. W istocie bowiem o cenności produkcji decyduje przede
wszystkim skorelowanie jej struktury z rzeczywistymi potrzebami i uwzględniające gradację
tych potrzeb. W przeciwnym razie jest to produkcja irracjonalna, ukierunkowana na wytwa-
rzanie rzeczy „pseudopotrzebnych”, a ignorująca te naprawdę niezbędne.

W  każdym  roku  na  całym  świecie  rodzi  się  około  100  milionów  ludzi.  Podstawowe  po-

trzeby każdego z tych przybyszów są naturalne i skromne: chcą mieć przede wszystkim czy-
ste powietrze do oddychania, czystą wodę do picia i na co dzień zdrowy, nieskażony pokarm.
Jest im to niezbędnie potrzebne do prawidłowego rozwoju fizycznego i psychicznego. Niedo-
statków w tym zakresie nie zrekompensują najbardziej nawet wyrafinowane osiągnięcia tech-
nicznej cywilizacji.

Z  najnowszych  badań  żywieniowców  i  dietetyków  wynika,  że  z  pokarmów  roślinnych,

rozważnie dobieranych i urozmaiconych, można uzyskać wszystkie wartości pokarmowe po-
trzebne  do  ludzkiego  życia,  zdrowia  i  rozwoju.  Coraz  bardziej  wzrasta  i  upowszechnia  się

background image

16

przekonanie, że jedynie prawidłowy i korzystny jest sposób odżywiania bezmięsny. to ustale-
nie  rzutuje  bardzo  znacząco  na  sprawę  produkcji  żywności.  Uzasadnia  postulat  zupełnej
zmiany struktury wytwarzania żywności i dzięki temu wyeliminowania wielu ekologicznych
zagrożeń i ekonomicznych nieprawidłowości. O rozmiarach marnotrawstwa w obecnie funk-
cjonującym systemie gospodarki żywieniowej świadczy na przykład takie zestawienie: „Jeden
akr uprawy brokułów dostarcza 10 razy więcej kalorii, białka i niacyny (wit. B3) niż wołowi-
na wyprodukowana na tym samym kawałku ziemi. Ziemia rodząca brokuły dostarcza 24 razy
więcej żelaza, 80 razy więcej witaminy B-1 i B-2, 650 razy więcej wapnia i 9500 razy więcej
witaminy A”. (K. Akers 1983). W książce „Od ananasa do ziemniaka” Irena Gumowska pisze
o brokułach, że są łatwiejsze w  uprawie,  smaczniejsze  i  bogatsze  w  wartości  odżywcze  niż
kalafiory. „Brokuły są tym wobec kalafiorów, czym sałata krucha wobec masłowej”.

Oto inny przykład: „Zbiór owsa z jednego akra dostarcza 2700 Mcal. Ten sam owies wy-

korzystany jako pasza ma wartość pokarmową tylko 100 Mcal. A wreszcie ten sam 1 akr wy-
korzystany jako pastwisko daje w postaci wołowiny tylko 10 Mcal (K. Akers 1983)”.

Współczesna  produkcja  żywności,  zarówno  w  zakresie  doboru  uprawianych  roślin,  jak  i

hodowli  oraz  technologii  spożywczej,  podaży  i  dystrybucji  pokarmów,  inspirowana  jest
głównie  prawidłowościami  natury  ekonomicznej.  Prowadzi  to  niejednokrotnie  do  rozbratu
między  tym,  co  się  nazywa  pokarmem  dla  ludzi,  a  zaspokajaniem  rzeczywistych  ludzkich
potrzeb  pokarmowych.  Ekonomicznie  zdominowany  system  produkcji  żywności  ingeruje
bardzo głęboko w podstawowe elementy życia, jakimi są pokarmy i czyni je tylko towarem.
Ich wartość mierzy się głównie kryteriami rynkowymi, a w mniejszym stopniu zdrowotnymi.
Podniesienie  opłacalności  handlu  żywnością  łatwo  uzyskuje  się  przez  zaspokajanie  potrzeb
doznaniowych kupujących. Gdy produkty żywnościowe stają się towarem, ich związek z wa-
lorami zdrowotnymi i odżywczymi znacznie się rozluźnia.

Drugim warunkiem opłacalności handlu żywnością jest trwałość sprzedawanych towarów.

Aby je uchronić przed psuciem, żywność zostaje poddawana procesom przetwarzania i rafi-
nacji. Łączy się to na ogół z niszczeniem lub usuwaniem wielu cennych składników, na przy-
kład  witamin  i  substancji  mineralnych.  Ponadto  dodaje  się  składniki  konserwujące  i  inne,
apelujące do gustów doznaniowych klienta, takie jak zapach, smak, barwa. A są to najczęściej
substancje chemiczne. Natomiast z odebranych poprzednio witamin i minerałów wracają cza-
sem tylko niektóre, te bardziej znane o jakie klient mógłby się upomnieć, a mniej znane zo-
stają na ogół pominięte.

Mięso jako towar kupowane jest chętnie, jego brak na rynku powoduje głębokie niezado-

wolenie nabywców. Dlaczego tak się dzieje, dlaczego brak innego towaru nie wywołuje tak
gwałtownych protestów? Przyczyn jest kilka. Pierwsza z nich to zasugerowanie się lansowa-
nymi do niedawna powszechnymi opiniami dietetycznymi i głęboko zakorzenionym przeko-
naniem, że jest ono niezbędnym składnikiem ludzkiej diety. Ta sugestia sprawia, że niekiedy
ci, którym mięso nawet nie służy, czują się bez niego „słabi i chorzy”. Drugą jest to, że wdro-
żenie  do  jadania  mięsa  od  dzieciństwa  kształtuje  nawyki  smakowe  i  wyzwala  mechanizmy
łaknienia charakterystyczne dla nałogu, to znaczy, że apetyt na nie wzrasta bez względu na
ujemne  skutki  dla  organizmu.  Trzecią  przyczyną  jest  tradycja  kulinarna  i  stereotypy  jedze-
niowe. Wszystkie one tworzą razem trudną do sforsowania barierę psychiczną.

Ponadto w klimacie obyczajowym współczesnego świata istnieje coś w rodzaju „mowy na

mięso”. Jest ono dumnym znamieniem pozycji społecznej – pokarmem prestiżowym. Jadają-
cy  dużo  mięsa  często  chlubią  się  tym,  podobnie  jak  mieszkańcy  Borneo  chlubią  się  ilością
przytroczonych na pasku, uwędzonych głów ludzkich. Do tego mięsowego snobizmu odwo-
łują się reklamy amerykańskie firm sprzedających mięso. „Pamiętam reklamę – pisze Lappé –
siedmiodolarowych steków,  zamieszczoną  w  pewnym  elitarnym  magazynie:  Kupuj  te  steki,
jeżeli  chcesz  zrobić  wrażenie  na  swoim  szwagrze!  –  Tak  jak  picie  coca-coli  i  noszenie
Levis’ów,  tak jadanie wołowiny jest symbolem amerykańskiej „way of life”, naśladowanej

background image

17

od  Tugucigalpa  aż  do  Tokio.  Awansująca  średnia  klasa  miejska,  przyjmując  dietę  mięsną,
manifestuje w ten sposób swoje dalekie odejście od obyczajów wsi,  gdzie jadali ryż, rybę i
jarzyny”.

Pod wpływem amerykańskich wzorów konsumpcja mięsa wzrasta i w tych krajach, gdzie

dieta tradycyjnie od wieków była jarska. Przykładem jest Japonia, w której jeszcze do 1950
roku mięso stanowiło 20% japońskiej diety i ta ilość stale wzrasta. Konsekwencje dla zdrowia
mieszkańców tego kraju są wręcz alarmujące, a reakcją na to jest właśnie makrobiotyka po-
pularyzowana  przez  Georga  Ohsawę.  Nakłania  on  usilnie  swoich  rodaków,  aby  zaniechali
nowych,  zgubnych,  jak  się  okazało,  obyczajów  dietetycznych  i  zaleca  jako  pokarm  podsta-
wowy pełne ziarna zbóż z dodatkiem jarzyn, nasion sezamowych i fermentowanych przetwo-
rów z soi (miso i tamari).

W  sytuacji  biernego  i  bezrefleksyjnego  uwikłania  w  schematach  obyczajowo-

jedzeniowych koniecznością staje się świadomy i przemyślany wybór nowej diety dla siebie.
Diety  korzystnej  zarówno  dla  własnego  zdrowia,  jak  i  dającej  szansę  przetrwania  naszej
uciemiężonej, znękanej Planecie. „Niektórzy – pisze Lappé – nazywają takie poglądy niere-
alistycznymi, marzycielskimi czy idealistycznymi. Odpowiadam im wtedy, że to właśnie my
jesteśmy  w  pełni  świadomi  rzeczywistego  kryzysu  Planety  i  naszych  własnych  możliwości
dokonania  odpowiednich  zmian  i  dlatego  to  my  właśnie  jesteśmy  realistami.  Natomiast  ci,
którzy wierzą, że powinien być kontynuowany obecny system marnotrawstwa i destrukcji, ci
właśnie są pozbawieni poczucia rzeczywistości, to oni są marzycielami”. No bo jakże można
mówić realistycznie o intensyfikacji gospodarki hodowlanej, kiedy potrzebne do tego zasoby
są już na wyczerpaniu.

W  związku z  tym,  że  mięso  stało  się  obecnie  towarem  numer  jeden,  towarem  pierwszej

potrzeby, na współczesnych rynkach światowych występuje ścisła, dwukierunkowa zależność
między  strukturą  podaży  żywności,  a  postawą  nabywców,  która  z  kolei  kształtuje  strukturę
popytu.  Świadomość  zarówno  producentów  jak  i  klientów  została  ujęta  w  ramy  podstawo-
wych prawidłowości ekonomicznych: rynek domaga się mięsa, wobec tego producenci stają
się wszelkimi sposobami go dostarczyć. Potem wyprodukowany towar musi zostać sprzeda-
ny, a to wywołuje z kolei potrzebę reklamy, apelowania do motywacji nabywców, aby kapitał
zainwestowany w hodowle i rzeźnie przynosił zyski. W tej sytuacji nie ma co liczyć na to, że
wytwórcy, powodowani troską o zdrowie nabywców i niepokojem o los Planety, zaczną nagle
lansować pokarm bezmięsny, że zrezygnują z hodowli, zamkną rzeźnie i  dokonają  radykal-
nych  zmian  w  strukturze  upraw  na  korzyść  warzyw,  owoców,  orzechów  itp.  Prawa  ekono-
miczne  rządzą  wyłącznie  za  pośrednictwem  twardych  zasad  zainwestowanych  nakładów  i
spodziewanych zysków. Gdyby nawet sprzedawany obecnie z zyskiem towar miał przyczynić
się do zguby całego świata, to zapewne i tak zostałby sprzedany. A gdyby jego ocalenie zale-
żało od zmiany podaży na nieco mniej dochodową, to taka zmiana też na pewno by nie nastą-
piła. Prawa rynku nie uwzględniają takich humanitarnych kompromisów.

„Cóż my moglibyśmy na to poradzić? – pyta Lappé. – Czy nie lepiej więc zostawić te pro-

blemy do rozwiązania ekspertom, licząc, że oni, którzy znają te sprawy lepiej niż my, znajdą
jakąś radę?”

Jak odpowiada dalej sama na to pytanie, jest to nadzieja próżna. Bo u samych podstaw na-

szego tragicznego położenia leży  fakt, że  właśnie  eksperci,  jako  uprzywilejowani  bonzowie
współczesnego świata, są najbardziej zainteresowani zachowaniem status quo. Nie ma  więc
co liczyć  na obiektywizm ekspertów sądząc, że zaryzykowaliby narażenie swego zawodowe-
go prestiżu nagłą zmianą lansowanych dotychczas opinii i przekonań, tak samo jak na bezin-
teresowność i wspaniałomyślność producentów i handlowców. „Tak więc – pisze dalej Fran-
ces Moore Lappé – rozwiązania mogą nadejść tylko od strony ludzi mniej „zablokowanych”
swoją  pozycją,  zwykłych  ludzi  takich  jak  wy  i  ja.  Odkrywamy  wtedy,  że  możemy  i  mamy
prawo do tego, aby uczestniczyć w podejmowaniu ważnych decyzji  społecznych, takich de-

background image

18

cyzji,  które  mogą  przynieść  pożądane  rozwiązania”.  To  co  jadamy,  włącza  nas  nie  tylko  w
ekonomiczny,  ale  także  ekologiczny  porządek  na  naszej  Planecie.  Od  nas  tylko  zależy,  czy
będzie to uczestnictwo bezrefleksyjne i bierne, czy świadome i aktywne.

Zmiana  struktury  produkcji  i  podaży  żywności  na  bardziej  korzystną  dla  ludzi,  zarówno

jako nabywców i konsumentów oraz jako mieszkańców „małej Planety”, mogłaby się doko-
nać  jedynie  przy  pełnym  zachowaniu  istniejących  praw  ekonomicznych.  Jedną  z  przyczyn
takiej  zmiany  byłoby  na  przykład  całkowite  wyczerpanie  surowców,  energii  i  innych  zaso-
bów, co uniemożliwiałoby kontynuowanie dotychczasowej produkcji. Inną  przyczyną, mniej
katastrofalną,  a  jednocześnie  mogącą  katastrofie  zapobiec,  mogłaby  być  zmiana  struktury
popytu. I taką właśnie rewolucyjną przemianę każdy jest w stanie dokonać z dnia na dzień na
swoim talerzu. Tylko taka łagodna rewolucja, wzorująca się na taktyce Mahatmy Gandhiego,
jako batalia o prawo jadania zdrowego pokarmu i o prawa do dalszego harmonijnego rozwoju
ludzkiego świata, może być skuteczna i owocna.

Gdy świat wkroczył już w pierwszą fazę katastrofy ekologicznej, nie ma sprawy bardziej

naglącej  niż  eliminowanie  tych  wszystkich  czynników,  które  do  niej  doprowadziły.  Jeżeli
więc gospodarka hodowlana w tak znacznym stopniu partycypuje w eksploatowaniu i dewa-
stacji  środowiska  naturalnego,  to  już  to  samo  powinno  być  dostatecznie  silnym  uzasadnie-
niem zmiany dotychczasowej diety na jarską. W tej sytuacji wahania motywowane względa-
mi  smakowymi,  prestiżowymi  czy  nawet  kontrowersyjnymi  opiniami  zdrowotnymi  są  co
najmniej niewspółmierne do rozmiarów zagrożenia. A pytania: jeść czy nie jeść, smakuje czy
nie smakuje, posłuży czy zaszkodzi – byłyby wręcz infantylne. Zasadnicze bowiem pytania,
jakie stają nieustępliwie przed nami, to: jak długo jeszcze Ziemia zdoła zachować minimum
swoim  niezbędnych  zasobów  naturalnych  i  jak  długo  zdoła  wyżywić  wszystkich  ludzi  na
świecie?

– Na jak długo starczy dla nich wody i chleba?

Najnowsze uzasadnienia wskazań żywienia wegetariańskiego

Na temat potrzeb białkowych człowieka oraz źródeł ich zaspokajania istnieją różne poglą-

dy,  a  wśród  nich  wiele  rozpowszechnionych  i  ugruntowanych  nieporozumień  i  błędnych
mniemań.  Wiadomo  wprawdzie,  że  skoncentrowanym  pokarmem  białkowym  jest  nie  tylko
mięso, ale również mleko, ser, jajka, rośliny strączkowe, orzechy, ziarna oleiste, zielone liście
i ziarna zbożowe. Potocznie jednak mówi się i pisze, że są to białka niepełnowartościowe w
przeciwieństwie do pełnowartościowego białka znajdującego się  w mięsie. Takie  rozróżnie-
nie, nie objaśnione do końca, może wprowadzić w błąd, bo sugeruje, że mięso zawiera jakiś
inny  rodzaj  białka,  lepszy  i  cenniejszy.  W  rzeczywistości  zaś  wszystkie  białka,  zwierzęce  i
roślinne składają się z tych samych aminokwasów, tylko w różnych kombinacjach, i jako in-
tegralny składnik żywych organizmów występują w całej przyrodzie ożywionej.

Jak wiadomo, białka proste, czyli proteiny, składają się  ze  związków  organicznych  zwa-

nych aminokwasami, których jak się obecnie przyjmuje jest 22. Ta ograniczona liczba amino-
kwasów  wchodzi  w  skład  nieograniczonej  ilości  różnych  kombinacji,  stąd  niewyobrażalna
różnorodność białek. Każda tkanka w organizmie  ludzkim,  zwierzęcym  czy  roślinnym  zbu-
dowana  jest  z  białka  o  innej  strukturze.  Odmienne  białka  wchodzą  w  skład  mięśni,  kości,
krwi, enzymów, nerwów, błon itp. Co więcej, każdy osobnik reprezentujący jakikolwiek ga-
tunek roślinny czy zwierzęcy ma również nieco odmienną strukturę cząstek białka zależną od
jego indywidualnego genotypu.

Nasz układ trawienny każde otrzymane białko, zwierzęce czy roślinne, musi rozłożyć na

pojedyncze aminokwasy, ponieważ  żaden  organizm  nie  włącza  do  swojego  ciała  cząsteczki

background image

19

obcego białka. Następnie ulegają one ponownemu zestawieniu i swoistemu przebudowaniu na
typ związku właściwego dla danego organizmu.

Rośliny  zielone  uzyskują  biało  dzięki  asymilacji  dwutlenku  węgla  z  powietrza  i  azotu  z

gleby.  Wszystkie  ssaki  przeżuwające  mają  własną  „fabrykę  białka”,  jaką  jest  ich  pierwszy
żołądek  –  żwacz.  W  nim,  będącym  pewnego  rodzaju  kadzią  fermentacyjną,  wytwarza  się  z
zielonej paszy białko drobnoustrojowe przy współudziale bakterii i pierwotniaków. To białko
przechodzi potem do właściwego żołądka, gdzie zostaje strawione.

Organizmy roślinne syntetyzują  wszystkie  aminokwasy  białkowe  (aminokwasy  endogen-

ne), natomiast zwierzęta i ludzie tylko część z nich, pozostałe zaś muszą być im dostarczone
w pokarmie. Są to tak zwane aminokwasy egzogenne. Ludzki organizm nie potrafi syntety-
zować  ośmiu  spośród  aminokwasów  potrzebnych  do  syntezy  białkowej.  Są  nimi:  lizyna,
tryptofan, leucyna, izoleucyna, walina, treonina, metionina i cystyna (tzw. aminokwasy siar-
kowe)  oraz  fenyloalanina.  Te  aminokwasy  egzogenne  noszą  symbol  EAA  (essential  amino
acids). Na podstawie dotychczasowych badań ustaliła się opinia, że oprócz jajek i mleka nie
ma pokarmów zawierających wszystkie osiem aminokwasów egzogennych. Najnowsze bada-
nia ujawniają jednak obecność kompletu aminokwasów w pewnych podstawowych ludzkich
pokarmach roślinnych, do których należy ryż. Jednak obecność wszystkich aminokwasów w
jednym pokarmie wcale nie jest niezbędnym warunkiem syntezy białkowej. Komplet amino-
kwasów uzyskuje się jadając  różne pokarmy roślinne, z których jedne zasobne są w lizynę,
inne w metioninę, a jeszcze inne w tryptofan czy leucynę.

Na wartość spożywanego białka wpływa jego ilość, która musi być na tyle duża, aby po-

kryć budulcowe zapotrzebowanie organizmu, ale nie za duże, aby nie obciążać niepotrzebnie
organów trawiennych i wydalniczych. O jakości spożywanego białka decyduje natomiast sto-
pień jego przyswajalności, oznaczany symbolami PER (protein efficiency ratio) lub NPU (net
protein  utilization).  O  przyswajalności  decyduje  proporcja  aminokwasów  egzogennych  w
pokarmie, niedobór  lub  brak  jednego  z  nich  może  być  czynnikiem  ograniczającym  tę  przy-
swajalność. Ilość białka zatrzymanego w organizmie decyduje o jego tzw. wartości biologicz-
nej.

Ilość białka w różnych produktach nie zawsze pokrywa się z ich wartością NPU. Najwyż-

szy stopień przyswajalności ma białko jajka – 94%. Na drugim miejscu pod tym  względem
znajduje się mleko, którego białko jest przyswajalne w 82%. W soi białka jest przeciętnie dwa
razy tyle co w mięsie, ale jego przyswajalność jest o jedną trzecią niższa. W sumie jednak,
zjadając równe ilości soi i mięsa, więcej białka uzyskuje się z soi. Z pokarmów zbożowych (z
pełnego ziarna) i nasion strączkowych białko jest dobrze przyswajalne. Jakkolwiek w innych
warzywach białka jest mniej, to jest ono znacznie lepiej przyswajalne. Np. białka owoce za-
wierają tylko około 2%, ale za to jest ono najlepiej, bo w 90% przyswajalne.

W  zaleceniach  dietetycznych  sprzed  kilkudziesięciu  lat,  a  nawet  jeszcze  kilkunastu,  wy-

mienia  się  jako  prawidłową  normę  spożycia  10-20  dag  białka  dziennie.  W  świetle  najnow-
szych wskazań dietetycznych optymalna ilość białka wynosi około 0,47 g na każdy kilogram
wagi  ciała.  To  znaczy,  że  osoba  ważąca  na  przykład  60  kg  powinna  zjadać  dziennie  30  g
przyswajalnego białka. A z tego wynika, że idealnym źródłem białka dla człowieka są właśnie
pokarmy roślinne.

Nie chodzi jednak o to, aby swój jadłospis ustalać trzymając w  ręku jakiekolwiek tabele,

które  jak  wskazują  dotychczasowe  doświadczenia,  okazywały  się  częstokroć  zawodne,  lecz
jadać urozmaicony pokarm roślinny, możliwie w postaci surowej, kierując się przy jego wy-
borze  indywidualnym  smakiem  i  apetytem.  Ewolucja  opinii  na  temat  zdrowego  żywienia
zmierza w tym właśnie kierunku, jakkolwiek jej rzecznicy wychodzą niejednokrotnie z roz-
maitych założeń, takich np. jak makrobiotyka, wegetarianizm, teoria całości pokarmowych dr
Bircher-Bennera, czy lansowana ostatnio we Francji anopsologia. Ta ostatnia zaleca jadanie

background image

20

pokarmów  wyłącznie  surowych,  nie  łączonych  w  żadne  kompozycje  kulinarne,  lecz  każdy
osobno, kierując się przy ich wyborze jedynie zmysłem powonienia i smaku czyli instynktem.

Nie  wdając  się  w  ocenę  wszystkich  wymienionych  tu  propozycji  dietetycznych,  trudno

jednak nie zauważyć, że są one wyrazem ogromnego zainteresowania nowymi dietami. A to
zainteresowanie jest niewątpliwie spowodowane pogłębiającą się stale nieufnością do dotych-
czasowego  sposobu  odżywiania  i  narzucającym  się  domysłem  o  chorobotwórczych  następ-
stwach konwencjonalnej, standardowej diety zachodniej.

Mimo  rodzących  się  wątpliwości  i  zastrzeżeń,  sformułowanie,  że  „białko  zwierzęce  ma

wyższą wartość biologiczną od białka roślinnego” jest wciąż jeszcze traktowane jako niety-
kalny dogmat. Skąd się to wzięło? – Otóż inspiratorem był angielski uczony Thomas, który
1909 roku wprowadził takie właśnie sformułowanie po przeprowadzeniu serii doświadczeń na
szczurach.  Jego  obserwacje  wykazały,  że  podając  młodym  szczurom  karmę  ze  zwiększoną
ilością białka zwierzęcego można przyspieszyć ich wzrost i dojrzewanie. To samo doświad-
czenie powtórzyli w kilka lat później T. B. Osborne i L. B. Mendel. Jego rezultaty ogłosili w
1914 roku w czasopiśmie The Journal of Biological Chemistry, w artykule pt. „Amino Acids
in Nutrition and Growth” (Rola aminokwasów w żywieniu i wzroście). Opinia Thomasa, Os-
borna i Mendla została  oparta  na  wnioskach  wysnutych  z  obserwacji  laboratoryjnych  zwie-
rząt, bez szukania potwierdzenia w badaniach biochemicznych.

Określenie „wyższej wartości biologicznej białka zwierzęcego” pozostaje w obiegu i do tej

pory  stanowi  podstawowe  kryterium  oceny  pokarmów  i  wyznacznik  przy  ustalaniu  diety.
Dzieje się tak mimo tego, że późniejsze, a zwłaszcza najnowsze badania między innymi Mc-
Caya  (1943)  z  Cornell  University  dowiodły,  że  w  ogólnym  bilansie  życia  zwierzęcia  przy-
spieszanie jego wzrostu karmą wysokobiałkową przynosi efekty zdecydowanie niekorzystne.
Najwyższy  poziom  zdrowia,  sprawności  i  długowieczności  wykazywały  bowiem  zwierzęta
doświadczone,  które  pozostawały  na  niskobiałkowej  diecie  warzywno-zbożowej.  Natomiast
te  szybko  rosnące,  tłuste,  młode  szczury,  chorują  potem  stale  i  żyją  znacznie  krócej.  Tyle,
jeśli  chodzi  o  zdrowie  i  kondycję  szczurów.  Nas  jednak  najbardziej  interesuje  ta  sprawa  w
odniesieniu do człowieka. Czy przeniesienie wniosków uzyskanych z doświadczeń na szczu-
rach na założenia diety ludzkiej jest słuszne i  uzasadnione?  –  Otóż,  nie  jest  słuszne,  z  tego
przede  wszystkim  powodu,  że  ludzkie  zapotrzebowanie  na  białko  różni  się  w  ogromnym
stopniu od zapotrzebowania szczurów. Zasadniczym dowodem tego jest fakt, że procent biał-
ka w mleku kobiecym wynosi 1,6, a w mleku samicy szczura – 8,7. Z tego wynika, że ilość
białka  potrzebna  młodemu  szczurowi  jest  dla  dziecka  ludzkiego  sześciokrotnie  za  duża.  –
Wszelkie wnioski z takich doświadczeń są więc w odniesieniu do ludzkiej diety zupełnie chy-
bione.

Ostatnio wiele poważnych instytucji do spraw żywienia zmienia oficjalnie swoje dotych-

czasowe zalecenia – ogranicza znacznie biało w zdrowej diecie i obniża normy jego spożycia.
The Food and Nutrition Board (Instytut do Spraw Żywności i Żywienia) w Waszyngtonie już
od połowy lat sześćdziesiątych zmniejszył zalecaną ilość białka prawie do połowy, a Między-
narodowy Kongres Gerontologów, który odbył się w 1956  roku  zażądał  podobnego  ograni-
czenia  norm  zarówno  białka  jak  i  tłuszczu.  Jedno  z  najpoważniejszych  czasopism  medycz-
nych „The Lancert” zamieściło w artykule redakcyjnym w roku 1959 następujące oświadcze-
nie: „Dawniej białko pochodzenia roślinnego zaliczane było do gorszej kategorii i traktowane
jako mniej wartościowe od białka pochodzenia zwierzęcego. Obecnie jednak rozróżnienie to
zostało powszechnie zarzucone. Jakkolwiek niektóre białka roślinne, brane z osobna,  gdyby
miały stanowić jedyny rodzaj dostarczanego białka, mogłyby mieć niepełną wartość dla roz-
woju  organizmu,  to  jednak  wiele  badań  wykazało,  że  białko  zawarte  w  odpowiednich  mie-
szankach produktów roślinnych umożliwia dzieciom rozwój nie gorszy niż przy odżywianiu
mlekiem  i  innymi  produktami  zawierającymi  białko  pochodzenia  zwierzęcego”  (cytuję  za
Philipa Kapleau „Ochraniać wszelkie życie”).

background image

21

W  powyższym  oświadczeniu  pogląd  o  nie  gorszej  jakości  białka  roślinnego  został  sfor-

mułowany jeszcze dość ostrożnie. W kilkanaście lat później mówi się już o wyższej wartości
białka roślinnego dla zdrowia i rozwoju człowieka. Ta opinia jest podstawą metody leczenia
stosowanej przez dr Bircher-Bennera i jego uczniów. Sam Bircher-Benner stwierdził w swojej
długoletniej praktyce, że najlepsze wyniki w leczeniu dietą uzyskuje się podając chorym po-
karm roślinny, będący połączeniem różnych produktów zbożowych, warzyw, owoców, orze-
chów, migdałów, które nawzajem się uzupełniają i poprawiają jakość pożywienia.

W wielu środowiskach naukowych następuje ostatnio stopniowa zmiana poglądów właśnie

w tym kierunku. Jak już wspomniałam, zwolenniczką takiego sposobu odżywiania jest Fran-
ces Moore Lappé, a jej metoda „kompletowania aminokwasów” znalazła szeroki oddźwięk w
całym świecie. Ale i ta metoda traci stopniowo znaczenie w miarę jak komplet aminokwasów
egzogennych  odkrywa  się  w  coraz  większej  ilości  pokarmów  roślinnych.  Wiadomo  już,  że
wszystkie aminokwasy egzogenne są nie tylko w ryżu, ale również w ziemniakach i broku-
łach, a możliwe, że wkrótce dalsze badania odkryją wśród znanych zbóż, warzyw i owoców
kolejne takie kompletne pokarmy. Aktualnie jednak przyjmuje się, że gwarancję pełnego po-
krycia potrzeb białkowych daje jadanie pokarmów urozmaiconych, to znaczy pochodzących z
różnych  grup pokarmowych: zboża, warzyw i  owoców  (różnych),  nasion  strączkowych  (fa-
sola, groch, soja, soczewica), orzechów i nasion oleistych (słonecznik, dynia, sezam, siemie
lniane).

Ostatnio  coraz  częściej  wyrażane  są  opinie,  że  w  ogóle  sprawa  białka  w  diecie  jest  roz-

dmuchanym, pozornym problemem. Bo jeżeli dieta jest dostatecznie kaloryczna, to białka nie
może w niej zabraknąć, bez względu na to czy stosuje się metodę kompletowania aminokwa-
sów, czy nie. Dieta wystarczająca pod względem ilościowym nie może spowodować niedobo-
rów białkowych. Jeżeli jest jednostronna, uboga, to może doprowadzić do deficytu niektórych
witamin, składników mineralnych czy enzymów, niezależnie od tego czy zawiera mięso czy
sam pokarm roślinny. Na przykład Eskimosi, którzy dożywiają się prawie wyłącznie mięsem,
są na ogół zdrowi, ale ich średnia długość życia wynosi przeciętnie nie więcej niż 30 lat. W
innych rejonach świata, gdzie podstawowym pokarmem jest polerowany ryż, ludzie chorują
na  beri-beri.  Nie  jest  to  jednak  choroba  spowodowana  brakiem  białka,  tylko  witaminy  B.
Białka  w  takiej  diecie  nie  może  zabraknąć,  bo  ryż  pokrywa  zapotrzebowanie  na  wszystkie
aminokwasy egzogenne: na izoleucynę w 266%, a na lizynę w 265%. A one rzekomo mają
być tymi ograniczającymi aminokwasami w  ryżu. (Amino-acids Content of Foods  and Bio-
logical Data on Proteins, 1970).

Z pokarmów roślinnych możliwość niedoboru białka przy pełnym zaspokojeniu kalorycz-

nym istnieje przy diecie wyłącznie owocowej. A i to tylko wtedy, gdy jako pokarm podsta-
wowy przyjmuje się od 1 do 3 gatunków owoców. Jednakże na ogół dieta frutariańska obej-
muje, oprócz rozmaitych owoców, orzechy i nasiona jadalne, a wtedy też może być wystar-
czająca.  Niedoborem  białka  grozi  również  odżywianie  się  kasawą,  jako  pokarmem  podsta-
wowym, dotyczy to niektórych rejonów Afryki Zachodniej. Kasawa dostarcza tylko 2% kalo-
rii z białka, ale tylko wtedy, gdy jadana jest jako jarzyna korzeniowa, bo liście kasawy dostar-
czają już 18% kalorii z białka.

Wbrew obiegowym uprzedzeniom i obawom, okazuje się, że właśnie białko jest jednym z

najłatwiejszych do uzyskania składników pokarmowych. O ile przy diecie ubogiej, niestaran-
nie dobieranej, niezrównoważonej i jednostronnej, ale mającej dosyć kalorii, można popaść w
niedobory  witaminowe  czy  wapniowe  lub  deficyt  innych  minerałów  i  pierwiastków  ślado-
wych, to jakiekolwiek niedobory białkowe są po prostu niemożliwe. Każdy pokarm roślinny
czy nabiałowy, jako substancja organiczna, zawiera pewną ilość  białka i w dostatecznej ilo-
ściowo diecie nie może go zabraknąć. Nawet F. Moore Lappé zrewidowała ostatnio swój po-
gląd na potrzebę kompletowania aminokwasów, co wyraziła mówiąc: „Uzyskanie dostatecz-
nej ilości białka jest znacznie łatwiejsze niż przedtem myślałam”.

background image

22

Według  opinii  National  Redesarch  Council  z  1980  roku,  normy  żywieniowe  białkowe  i

kaloryczne są następujące: dorosły mężczyzna ważący około 80 kg potrzebuje dziennie 2700
kalorii i w tym 56 g białka; dorosła kobieta o wadze około 58 kg – 2000 kalorii i w tym 44 g
białka (Recommended Dietary Allowances).

Istnieje  obecnie  sposób,  który  pozwala  określić  doświadczalnie,  czy  człowiek  otrzymuje

dostateczną ilość białka. Jest to metoda równowagi azotowej. Określa się zawartość azotu w
moczu,  kale  i  pocie.  Jeżeli  spożycie  azotu  jest  równe  jego  utracie,  to  znaczy  że  organizm
otrzymuje dostateczną ilość białka. Takie badania przeprowadzano wielokrotnie na ludziach,
którzy odżywiali się wyłącznie pokarmem roślinnym. Wykazały one, że liczne, powszechnie
znane, pospolite pokarmy roślinne, nawet wcale nie wyjątkowo zasobne w białko, są w stanie
podtrzymać  równowagę  azotową  w  organizmie.  Takimi  dostatecznymi  źródła  białka,  pod-
trzymującymi równowagę azotową są m.in. pszenica w postaci przetworów z pełnego ziarna
oraz kukurydza, a ryż podtrzymuje równowagę azotową nawet wtedy, gdy zjadany jest w ilo-
ści  dostarczającej  tylko  1/3  dziennego  zapotrzebowania  kalorycznego.  Podobną  wartością
białkową wykazały ziemniaki. Co nie znaczy oczywiście, że wystarczy jadać same ziemniaki
czy kukurydzę, bo przecież białko to tylko jeden ze składników zdrowego pożywienia. Jednak
przekonanie o jego wyjątkowej doniosłości zostało już w nauce o żywieniu przezwyciężone i
skorygowane. Opinia, że aby być zdrowym i silnym wystarczy jadać dużo mięsa jest przemi-
jającym już mitem dwudziestego stulecia, podobnie jak potoczne uznawanie mięsa za jedyne
źródło pełnowartościowego białka.

Innym obok białka, pozornym problemem diety wegetariańskiej jest niepokój o źródła wi-

taminy  B-12.  Pogląd  jakoby  jedynym  jej  źródłem  były  pokarmy  pochodzenia  zwierzęcego,
jest jeszcze jednym niedokładnym, powierzchownym uogólnieniem, podobnie jak w przypad-
ku źródeł białka. Złośliwa anemia, której jedną z przyczyn bywa brak witaminy B-12, znacz-
nie rzadziej występuje u wegan i wegetarian niż u osób jadających mięso. Jak zaobserwowa-
no, zdolność organizmu do przyswajania witaminy B-12 może ograniczyć na przykład brak
witaminy B-6,  brak  żelaza  lub  zaburzenia  w  ustrojowej  gospodarce  żelazem,  a  także  przyj-
mowanie doustnych środków antykoncepcyjnych. Liczne badania wegetarian i wegan dały i
dają zawsze podobne rezultaty – nie cierpią oni na niedobory tej witaminy, mimo że nie ja-
dają zupełnie pokarmów uchodzących za podstawowe jej źródło. Bez względu na to jak długo
pozostają na swojej diecie, poziom witaminy B-12 w ich krwi jest w pobliżu niskiej granicy
stanu  normalnego,  to  znaczy  trochę  ponad  100  pg/ml.  Zaskakującym  wyjątkiem  był  wynik
badania w jednej z wegetariańskich wsi w Iranie, gdzie u ścisłych wegetarian poziom tej wi-
taminy był nieporównywalnie wyższy, wynosił ponad 400 pg/ml.

W związku z tym należałoby pytać raczej o inne niż pokarmy zwierzęce źródła witaminy

B-12. Bo przecież w różnych regionach świata miliony ludzi są wegetarianami od pokoleń, a
nie tylko nie ma tam epidemii z złośliwej anemii, ale nawet pojedyncze jej przypadki rzadko
się zdarzają (Das Gupta, J. B. Chatterjea and Bas, 1962).

Nie ma więc wątpliwości, że istnieją jakieś nierozpoznane dotychczas źródła witaminy B-

12. Możliwe, że zawiera ją więcej pokarmów roślinnych niż się obecnie sądzi. Prawdopodob-
ne jest też, że człowiek ma taką samą zdolność wytwarzania tej witaminy w swoim przewo-
dzie pokarmowych jak inne zwierzęta roślinożerne. Pewna  grupa badaczy wyizolowała nie-
dawno w ludzkim jelicie cienkim rodzaj mikroflory zdolnej do syntetyzowania witaminy B-
12 (Anonymus, 1980).

Największym antagonistą wszystkich bakterii wytwarzających w ludzkim przewodzie po-

karmowym  witaminy,  z  witaminą  B-12  włącznie,  są  bakterie  gnilne,  które  rozmnażają  się
nadmiernie wskutek jadania dużych ilości białka zwierzęcego i skoncentrowanego białka ro-
ślinnego.  Jego  obecność  w  przewodzie  pokarmowych  wywołuje  taką  inwazję  bakterii  gnil-
nych, że ograniczają one nie tylko aktywność saprofitycznych bakterii jelitowych, ale również
wartość pokarmową zdrowych pokarmów roślinnych.

background image

23

Powstawaniu witamin w organizmie sprzyja zapewne również czyste powietrze, żywa gle-

ba i nieskażona woda. Na korzyść tego domysłu przemawia taka na przykład obserwacja, że
rezusy żywiące się owocami, miewają niedobory witaminowe tylko  wtedy, gdy żyją  w nie-
woli, natomiast w stanie dzikim są zawsze zdrowe.

Wegetariański sposób odżywiania, którego pierwotną inspiracją bywała dotąd najczęściej

moralna  niezgoda  na  zabijanie  zwierząt  i  ich  hodowlaną  udrękę,  uzyskuje  w  najnowszych
wynikach badań biochemicznych i dietetycznych coraz nowe argumenty i uzasadnienia prze-
mawiające na jego korzyść. Wiążą się one między innymi ze zmianą dotychczasowych opinii
o roli białka w ludzkiej diecie i sprowadzają się do kilku znaczących ustaleń:

1) poszczególne aminokwasy egzogenne są obecne we wszystkich pokarmach roślinnych,

a syntetyzowane z nich białko ma dla organizmu ludzkiego najwyższą wartość biologiczną,

2)  komplet  aminokwasów  egzogennych  potrzebnych  do  syntezy  biologicznej  białka  uzy-

skuje się jadając te pokarmy roślinne, które zawierają uzupełniające się aminokwasy,

3) dla prawidłowego przebiegu syntezy białkowej poszczególne pokarmy (np. zboże i fa-

sola) nie muszą być zjadane jednocześnie, bo odstęp czasu może wynosić od kilku godzin do
kilku tygodni, w czasie których potrzebne aminokwasy są przechowywane w tkankach i ko-
mórkach ciała, aby w odpowiednim momencie uaktywnić się i wejść do syntezy białkowej,

4) najnowsze badania odkrywają w niektórych pokarmach, uznawanych do tej pory za nie-

pełnowartościowe pod względem białkowym,  obecność  wszystkich  aminokwasów  egzogen-
nych, jak np. w ryżu, brokułach i ziemniakach,

5)  badania  przeprowadzanie  wśród  ludzi  odżywiających  się  wyłącznie  pokarmem  roślin-

nym  wskazują  na  istnienie  niezauważalnych  dotąd  zalet  zdrowotnych  takiej  diety  oraz  jej
wpływu  na  długowieczność,  np.  plemię  Hunzów  żyjące  w  Himalajach,  o  których  napisał
książkę  Ralph  Bircher  (1961),  a  także  indywidualne  doświadczenia  wskazujące  na  walory
lecznicze odżywiania bezmięsnego (dr Robert G. Jackson „How to be always well”),

6) dieta roślinna, jak wykazały doświadczenia (np. szkoły dr Bircher-Bernerra) ma nieza-

stąpioną wartość zarówno dla zachowania zdrowia, jak i w leczeniu, ciężkich niekiedy, scho-
rzeń,

7) cechy fizjologiczne i morfologiczne organizmu ludzkiego wskazują na jego niewątpliwą

przynależność do roślinożernych (por. rozdział „W poszukiwaniu pokarmu naturalnego”),

8) wegetarianizm, jako sposób odżywiania oraz styl życia i myślenia, należy do nowego,

rodzącego  się  w  nauce  paradygmatu,  obejmującego  również  biologię  i  medycynę,  a  w  ich
zakresie traktowanie organizmu ludzkiego jako dynamicznego, samosterującego układu, a nie
kartezjańskiego mechanizmu,

9)  człowiek  jako  przedstawiciel  roślinożernych  ma  wspólną  im  wszystkim  zdolność  wy-

twarzania witamin w swoim przewodzie pokarmowym przy udziale bakterii saprofitycznych,

10) niekonwencjonalne metody odżywiania, zalecane między innymi przez wegetarianizm,

makrobiotykę, jogę i ayurwedę, znajdują potwierdzenie w badaniach naukowych. Dotyczy to
również zindywidualizowania ludzkich potrzeb pokarmowych (por. W. Sedlak – Bioelektro-
nika i A. Horst – Ekologia człowieka;.

Zbieżność  zaleceń  jogi  i  ayurwedy  z  najnowszymi  odkryciami  w  zakresie  zdrowego  ży-

wienia  wyraża  się  w  publikacjach  opracowywanych  przez  współczesnych  lekarzy  i  dietety-
ków zachodnich, zafascynowanych skutecznością zaleceń starożytnych mędrców hinduskich,
które obalają wiele zasad współczesnej diety konwencjonalnej. Na przykład Ayurveda uznaje
za  niewskazane  i  szkodliwe  dla  2/3  populacji  ludzkiej  niektóre  najpowszechniej  jadane  po-
karmy, jak pomidory, mięso, fermentowane sery i sól (Lad Vasant „Ayurveda, The Science of
Self-Healing.  A  Practical  Guide”  1985  Ayurveda,  nauka  o  samoleczeniu,  przewodnik  prak-
tyczny).

background image

24

Stereotyp „dobrego odżywiania” funkcjonujący jeszcze w wielu krajach o wysokim stan-

dardzie życia, wskutek nietrafnego pojmowania ludzkich potrzeb  pokarmowych i niewłaści-
wego ich zaspokajania, sam siebie zakwestionował i skompromitował plagą tzw. chorób cy-
wilizacyjnych.

Choroby zwyrodnieniowe – plaga naszego wieku

Plagą dawnych czasów były epidemie chorób infekcyjnych, takich jak cholera, dżuma, ty-

fus, dyzenteria i inne, które dziesiątkowały całe narody i regiony. Plagą krajów uprzemysło-
wionych są w dwudziestym wieku choroby nieinfekcyjne, powodowane zaburzeniami proce-
sów fizjologicznych i uszkodzeniem organów, które w tych procesach uczestniczą. Są to cho-
roby zwyrodnieniowe tzw. cywilizacyjne, do których należą: rak, cukrzyca, choroby sercowo-
naczyniowe, kamica żółciowa i kamica nerkowa, uchyłkowatość jelita grubego, zrzeszotnie-
nie kości i hemoroidy. To one właśnie stały się plagą XX  wieku  i zyskały zasięg epidemii.
Ale epidemii nie tylko nie przemijającej, ale nasilającej się z każdym rokiem.

Trwają nieprzerwane badania i rodzą się domysły mające odkryć przyczynę i źródło tych

chorób. Jako główne przyczyny rozpanoszenia się i dalszego wzrostu liczby zachorowań by-
wają wymieniane takie zjawiska jak: skażenie środowiska naturalnego, stresy związane z na-
pięciami życia we współczesnej cywilizacji, promieniowanie, telewizja, alkohol, palenie tyto-
niu,  skłonności  dziedziczne  i  osobnicza  podatność.  Potocznie  zaś  uważa  się  te  choroby  za
nieuniknione objawy starości.

Jakkolwiek wszystkie wymienione przyczyny odgrywają niewątpliwie mniejszą lub więk-

szą rolę, to ostatnio coraz większą wiarygodność zdobywa pogląd, że podstawową, pierwotną
przyczyną chorób zwyrodnieniowych jest sposób odżywiania się według standardu przyjętego
w krajach wysoko uprzemysłowionych. Zakłada on przede wszystkim wysokie spożycie pro-
duktów zwierzęcych, w tym głównie mięsa i tłuszczów. I to właśnie ma decydujący wpływ na
powstawanie i rozwój wszystkich wymienionych dolegliwości.

Stresy jako czynnik chorobotwórczy mają na pewno duże znaczenie w występowaniu cho-

rób cywilizacyjnych, ale nie są przyczyną decydującą. Trudno na przykład zaprzeczyć, że w
czasie  wojny  stresy  są  silniejsze  niż  napięcia  związane  z  nowoczesnym  sposobem  życia,  a
właśnie  w  czasie  dwóch  ostatnich  wojen  obserwowano  niejednokrotnie  znaczny  spadek  za-
chorowań na serce, raka, nerki, wątrobę, cukrzycę, a nawet liczne przypadki ich wyleczenia.
Na  przykład  w  Danii  w  czasie  pierwszej  wojny  światowej,  w  okresie  blokady  alianckiej,
umieralność wśród ludności spadła o około 30% w stosunku do poprzednich 20 lat. Ale wła-
śnie wtedy cały kraj pozostawał na diecie mleczno-roślinnej. To samo zjawisko miało miejsce
w Norwegii podczas  II  wojny światowej,  gdy zostały przez okupanta wprowadzone ograni-
czenia w spożyciu mięsa.

Przeciwko  traktowaniu  jako  przyczyny  podstawowej  tych  chorób  skłonności  dziedzicz-

nych przemawia fakt, że imigranci z krajów rozwijających się,  gdzie  chorób  zwyrodnienio-
wych  prawie  się  nie  spotyka,  już  po  kilku  latach  pobytu  w  którymś  z  krajów  zachodnich  i
przejściu na tamtejszą dietę, zapadają na wszystkie wymienione schorzenia.

Palenie  tytoniu  niewątpliwie  fatalnie  wpływa  na  ogólny  stan  zdrowia  i  choroby  układu

krążenia, ale wśród zachorowań na raka bezpośrednie znaczenie ma ono tylko w przypadkach
raka płuc i krtani. Na inne rodzaje raka chorują zaś jednakowo zarówno palący, jak i niepalą-
cy.  Jednak  na  raka  płuc  siedem  razy  częściej  zapadają  ci  palacze,  którzy  mają  podniesiony
poziom cholesterolu we krwi niż ci, u których cholesterol pozostaje w granicach normy.

Gdyby było tak, jak twierdzą niektórzy, że pierwotną przyczyną chorób zwyrodnieniowych

jest osobnicza podatność, to zupełnie nie dałoby się wytłumaczyć, dlaczego ta osobnicza po-

background image

25

datność  tak  wzmogła  się  i  umasowiła  w  ciągu  ostatnich  kilkudziesięciu  lat  we  wszystkich
krajach wysoko uprzemysłowionych, a oszczędziła kraje nierozwinięte.

Za najbardziej prawdopodobną przyczynę tych chorób można uznać przyjętą powszechnie

na  zachodzie  dietę  wysokobiałkową  i  wysokotłuszczową.  Świadczą  o  tym    również  wyniki
doświadczenia Mc Carrisona (por. Wiśniewska-Roszkowska 1988).

Na pierwszym miejscu pod względem liczby zgonów znajdują się obecnie choroby serco-

wo-naczyniowe, rozwijające się na podłożu miażdżycy naczyń. Związek zachodzący między
miażdżycą a jadaniem mięsa jest już powszechnie znany i przez nikogo niekwestionowany. W
krajach uprzemysłowionych nie ma właściwie ludzi, którzy nie mieliby miażdżycy, a różnice
polegają tylko na stopniu jej zaawansowania. Miażdżycę mają nawet zupełnie młodzi ludzie,
a także dzieci. Istnieją wprawdzie różne teorie dotyczące mechanizmów tworzenia się miaż-
dżycy, ale nikt nie neguje decydującego znaczenia, jakie w procesie jej powstawania odgrywa
jadanie mięsa.

Do niedawna mniemano, że główną przyczyną miażdżycy jest nadmiar tłuszczu w diecie i

lekarze zalecali swoim pacjentom jadanie mięsa tylko chudego, co jednak nie wpłynęło zna-
cząco na poprawę sytuacji w tym zakresie. Ostatnio coraz więcej zwolenników zyskuje po-
gląd, że podstawową przyczyną miażdżycy jest nadmiar białka i niedobór witaminy B-6. Do-
niesienia popierające ten pogląd zostały zebrane prze E. Grubergera i Stephena A. Raymonda
w książce pt. „Beyond Cholesterol”, wydanej w Nowym Jorku w 1981 roku. Sugestie auto-
rów książki idą w następującym kierunku. Metionina, jeden z aminokwasów zawsze obecna
w  białku,  rozpada  się  w  procesie  trawienia  na  homocysteinę,  a  potem  następują  dalsze  jej
przekształcenia.  Jednak  w  pewnych  przypadkach  chorobowych  homocysteina  nie  ulega  już
dalszym przeobrażeniom, tylko gromadzi się we krwi i zostaje wydalana razem z moczem. Ta
choroba nosi nazwę homocistonuria. Osoby cierpiące na nią umierają na serce w bardzo mło-
dym wieku, często w ciągu pierwszych 10 lat życia, z powodu ciężkiej miażdżycy.

Następnie odkryto, że do dalszego przekształcania się homocysteiny niezbędna jest wita-

mina B-6. I właśnie u osób cierpiących na choroby wieńcowe stwierdza się jednocześnie wy-
soki poziom homocysteiny i niski poziom witaminy B-6. Wiadomo również, że podatność na
choroby serca wzrasta pod wpływem palenia papierosów i przyjmowania doustnych środków
koncepcyjnych,  ponieważ  jedno  i  drugie  redukuje  poziom  witaminy  B-6  w  organizmie.  W
świetle  tej  teorii  podstawowym,  pierwotnym  powodem  miażdżycy  jest  jadanie  mięsa  jako
pokarmu wysoko-białkowego zawierającego metioninę, a jednocześnie ubogiego w witaminę
B-6. W związku z tym metionina nie ulega stosownym przekształceniom, proces jej trawienia
ogranicza się do przemiany w homocysteinę, co w konsekwencji prowadzi do choroby serca.
Autorzy  książki  „Beyond  Cholesterol”  postulują  więc,  aby  w  celu  zapobieżenia  miażdżycy
ograniczyć spożycie białka, a jadać więcej pokarmów zawierających witaminę B-6.

Jak  wiadomo,  białka  najwięcej  jest  w  mięsie,  a  witaminy  B-6  w  pokarmach  roślinnych.

Jest tona jednak bardzo wrażliwa na podgrzewanie i w wysokiej temperaturze długiego goto-
wania łatwo ulega zniszczeniu. Witamina ta występuje wprawdzie i w niektórych gatunkach
mięsa, ale w czasie gotowania czy smażenia, którego ono wymaga, traci swoją wartość. Na-
tomiast pokarmy roślinne, szczególnie zasobne w tę witaminę można jadać na surowo, albo
po  nieznacznej  obróbce  termicznej.  Należą  do  nich:  marchew,  kapusta,  rzodkiewki,  sałata,
banany, jabłka, pomidory, orzechy, ziemniaki, soja, groch i fasola.

Najbardziej zalecane są takie pokarmy, w których występuje korzystna proporcja witaminy

B-6 do metioniny, nazwana wartością H. Na liście pokarmów przeciwmiażdżycowych pierw-
sze miejsce zajmują: marchew, kapusta, sałata, ziemniaki, rzodkiewki i pomidory, a z owo-
ców  awokado,  pomarańcze  i  banany  (10).  Na  drugim  miejscu  są:  jabłka,  rzepa,  pietruszka,
szpinak i dynia (5-9,9), dalej znajdują się brokuły, szparagi,  kalafior, ryż, brukselka, selery,
soczewica,  groch,  orzechy  laskowe  (3-4,99).  Potem  jęczmień,  kukurydza,  fasola,  ogórki,  li-
ście buraczane i pieczywo z pełnej mąki pszennej (2-2,99). Bliżej końca tej listy znajdują się

background image

26

pokarmy mające już działanie odwrotne tzn. miażdżycorodne: wątroba wołowa, nerki woło-
we, drożdże (1-1,99). Na jeszcze dalszym miejscu są: szynka, kurczęta, pełne mleko, wołowi-
na, chleb żytni, grzyby (0,5-0,99), a już na samym końcu masło, sery, jajka, flądry, migdały,
odtłuszczone mleko (0-0,49).

Istnieją wprawdzie jeszcze inne teorie dotyczące miażdżycy, które podają jako przyczyny

jej powstawania nadmierne spożycie cukru, nasyconych tłuszczów, pokarmów z dużą zawar-
tością cholesterolu lub palenie papierosów. Spory trwają, ale pewne ustalenia nie są już kwe-
stionowane, panuje co do nich powszechna zgoda lekarzy i dietetyków. Należy do nich opinia
o szkodliwości spożywania produktów zwierzęcych, tzn. mięsa, jajek, sera tłustego i mleka.
Zgoda panuje również co do tego, że dieta wegetariańska oparta na całościowych nieprzetwa-
rzanych pokarmach roślinnych całkowicie zapobiega powstawaniu miażdżycy,  a nawet cza-
sem odwraca jej skutki.

Rakiem  nazywa  się  nowotwór  złośliwy,  rozwijający  się  poza  kontrolą  reszty  organizmu.

Jednym z pierwszych, który dostrzegł związek zachodzący między rakiem a dietą był dr Max
Gerson.  Jeszcze  w  latach  1920-1930  stosował  on  terapię  opartą  na  diecie.  Wykluczała  ona
mięso, ryby, jajka, masło i inne pokarmy wysokobiałkowe i tłuste, a także alkohol i tytoń. Dr
Gerson zalecał swoim pacjentom soki owocowe i  warzywne  oraz  przyrządzanie  zup  z  mie-
szaniny warzyw. Wielu w tamtych czasach uważało go za znachora  lub szarlatana, ale jego
kuracja w tak licznych przypadkach okazała się skuteczna, że trudno było zupełnie ją zlekce-
ważyć. Dr Gerson zebrał obszerną dokumentację o swoich wyleczonych pacjentach, którą w
roku 1962 opracował i wydał S. J. Haught w Londynie, a w Kalifornii w roku 1979 ukazała
się odbitka z tego opracowania.

Przypadki wyleczenia raka dietą roślinną, a ściślej dietą surówkową, zdarzają się do dzi-

siaj, tyle że raczej na osobistą odpowiedzialność chorego i jego rodziny, bez patronatu medy-
cyny  oficjalnej.  Na  podstawie  książki  Eydie  Mae  można  sądzić,  że  nie  są  to  przypadki  od-
osobnione. W książce tej opisana jest historia prze biegu takiej właśnie kuracji uwieńczonej
pełnym sukcesem w przypadku raka piersi. Z przypadkami leczenia nowotworów z dietą ro-
ślinną można się spotkać również w Polsce. Kilka lat temu pani Grażyna Kołodziej wyleczyła
swoją matkę z raka umiejscowionego pod wątrobą. Oprócz diety surówkowej, podawała cho-
rej krople z nalewki czosnkowej i nalewki z korzenia pokrzywy. Kuracja trwała pół roku i rak
zniknął. Innym sygnałem jest doniesienie dr Stanisława Szantera, który utrzymuje, że przed
rakiem chroni niezawodnie biologicznie czynna witamina C (kwas I-askorbionowy i słabszy
od  niego  kwas  d-izoaskorbinowy)  podczas  gdy  pozostałe  kwasy  askorbinowe,  chociaż  też
noszą nazwę witaminy C, nie mają biologicznej wartości leczniczej. Dr Szanter twierdzi, że w
warunkach naturalnych, w środowisku nieskażonym, organizm ludzki sam wytwarza tę wita-
minę,  która  ma  wszechstronne  działanie  immunologiczne.  Uzbraja  fagocyty  i  makrofagi  do
obrony  organizmu  przed  bakteriami  chorobowymi  i  przed  neocytami  rakowymi.  Jednak  w
warunkach współczesnej cywilizacji, gdy człowiek pije skażoną wodę, oddycha zanieczysz-
czonym  powietrzem  i  żywi  się  nienaturalnym,  zdenaturowanym  pokarmem,  organizm  traci
zdolność do wytwarzania tej dobroczynnej witaminy – częściowo lub zupełnie – i pozostaje
bezbronny wobec inwazji chorób infekcyjnych i nowotworowych.

Wyniki niektórych badań potwierdzają zależność między rakiem a dietą. Na przykład:
– myszy otyłe cierpią znacznie częściej na różnego rodzaju nowotwory,
– zwierzęta karmione wysokokalorycznie są bardziej podatne na nowotwory, a ogranicze-

nie im kalorii w jedzeniu daje często wyraźnie pozytywne efekty lecznicze,

– podobne następstwa chorobowe jak nadmierna kaloryczność diety powoduje dieta wyso-

kobiałkowa i wysokotłuszczowa.

Obok  chorób  serca  i  raka  najczęstszą  przyczyną  zgonów  w  krajach  uprzemysłowionych

jest  cukrzyca.  Bezpośrednim  powodem  cukrzycy  jest  względny  brak  insuliny,  hormonu
trzustki, który reguluje przemianę węglowodanów w organizmie. Pociąga to za sobą wyższy

background image

27

od normalnego poziom cukru we krwi. Podejmowane ostatnio próby leczenia cukrzycy dietą
bezmięsną dają obiecujące rezultaty. Musi to być dieta zasobna w błonnik i węglowodany, a
więc dieta roślinna, z zupełnym wykluczeniem mięsa lub znacznym jego ograniczeniem. Oto
przykład. U 20 nieotyłych chorych na cukrzycę, z których wszyscy byli na kuracji insulino-
wej, zastosowano dietę bogatą w błonnik i w której 70% kalorii pochodziło z węglowodanów.
Już po 16 dniach z 10 pacjentów, którzy otrzymywali mniej niż 20 jednostek insuliny dzien-
nie, dziewięciu mogło zaniechać przyjmowania insuliny (J. W. Anderson, K. Ward, 1979).

Skuteczność takiej kuracji w przypadku cukrzycy polega na tym, że dostarcza ona, tak jak

to jest w założeniu diety wegetariańskiej, znacznie większe ilości węglowodanów w postaci
tzw. kompleksów węglowodanowych. Te zaś można uzyskać tylko z naturalnych, nieprzetwa-
rzalnych pokarmów roślinnych, to znaczy ze świeżych owoców i warzyw oraz z całych ziaren
zbóż w postaci kasz gruboziarnistych i razowej mąki. Ich powolne trawienie umożliwia stop-
niowy, spokojny przepływ glukozy do krwi.

Inną  jeszcze  zaletą  leczniczą  diety  wegetariańskiej  jest  dobre  zaopatrzenie  organizmu  w

błonnik, składnik niezbędny dla ludzkiego zdrowia. Brak błonnika w diecie jest jedną z przy-
czyn  uchyłkowatości  jelita  grubego  (diverticulosis)  oraz  hemoroidów  i  zapalenia  wyrostka
robaczkowego. Pośredni wpływ braku błonnika daje się również zauważyć i w takich dole-
gliwościach jak otyłość, rak, choroby krążenia i cukrzyca.

Liczne badania wykazują, że na diecie wysokobiałkowej organizm ludzki traci wapń. I to

nawet wtedy, gdy poza tym jada się pokarmy zasobne w wapń. Jak  wynika z doświadczeń,
zachodzi  ścisły  związek  między  nadmiarem  białka  a  zrzeszotnieniem  kości  (osteoporosis).
Oto przykład.  Badany otrzymywał codziennie 36  g  azotu,  to  znaczy  racją  wystarczającą  do
syntezy białka w ilości znacznie przekraczającej dzienne zapotrzebowanie. Efektem tego była
utrata tkanki kostnej wynosząca rocznie około 4% masy szkieletowej. Jakkolwiek większość
osób jadających skoncentrowane białko nie spożywa go aż tak dużo, to jednak utrata nawet
1%  masy  szkieletowej  rocznie  powoduje  już  na  przykład  w  wieku  60  lat  znaczny  stopień
zrzeszotnienia kości. Wniosek z tego doświadczenia został sformułowany w następujący spo-
sób: „Zrzeszotnienie kości wydaje się być nieuniknionym następstwem diety wysokobiałko-
wej” (L. H. Allen, E. A. Odoye, S. Margen, 1979).

Standard  żywieniowy  przyjęty  w  krajach  zachodnich  narzuca  dietę,  która  ma  niewiele

wspólnego  z  potrzebami  ludzkiego  organizmu  i  prowadzi  do  zwyrodnienia  procesów  orga-
nicznych  i  do  licznych  chorób.  Wegetarianizm  natomiast  postuluje  powrót  do  „naturalnej
diety  ludzkości”,  diety  umożliwiającej  uniknięcie  chorób  zwyrodnieniowych  i  zapewniają-
cych zdrowie oraz dalszy prawidłowy rozwój ludzkiego gatunku.

Jakkolwiek  ostatnio  medycyna  poczyniła  znaczne  postępy  w  walce  z  chorobami,  to  ich

liczba  jest  wciąż  ogromna,  a  próby  leczenia  pociągają  za  sobą  niewiarygodnie  wysokie  i
wciąż wzrastające obciążenia finansowe. Na przykład w Stanach Zjednoczonych w 1981 roku
suma wydatkowana na leczenie szpitalne wyniosła 274 miliardów dolarów. Wszystko wska-
zuje na to, że będą one w dalszym ciągu rosły nie tylko tam, ale na całym świecie.

Można  również  przewidywać,  że  koszty  związane  z  gruntownym  przedstawieniem  pro-

dukcji  żywności  na  wytwarzanie  pokarmów  potrzebnych  ludziom  do  zachowania  zdrowia  i
długowieczności,  na  pewno  nie  przekroczą  obciążeń  związanych  obecnie  z  gospodarką  ho-
dowlaną oraz leczeniem ludzi chorujących na skutek nieprawidłowego odżywiania.

W poszukiwaniu pokarmu naturalnego

Naturalny pokarm ludzki to pokarm spełniający trzy warunki. Pierwszy, podstawowy za-

kłada, że jest to pokarm dostosowany do fizjologicznych wymogów organizmu ludzkiego, a
nie  jakiegokolwiek  innego  gatunku,  np.  drapieżników  albo  trawożernych.  Drugi,  że  jest  to

background image

28

pokarm pełny, przemysłowo nie przetworzony. I trzeci, że jest to pokarm roślinny, który doj-
rzewał  w  naturalnych  warunkach,  optymalnych  pod  względem  środowiskowym  i  uprawo-
wym.

Naturalny  pokarm  ludzki  musi  uwzględniać  metaboliczne  możliwości  ludzkiego  organi-

zmu,  być  dostosowany  do  anatomicznie  i  fizjologicznie  wyznaczonych  warunków  przetwa-
rzania  substancji  pokarmowej  w  przewodzie  trawiennym  i  przyswajania  jej  przez  tkanki  i
krew. Cechy anatomiczne i fizjologiczne ludzkiego organizmu świadczą jednoznacznie o na-
turalnym przystosowaniu do pokarmu roślinnego. Oto niektóre z nich.

Uzębienie ludzkie posiada dobrze rozwinięte siekacze, a trzonowce przystosowane są  do

rozgniatania i rozcierania pokarmu, podobnie jak u owocożernych małp, podczas gdy u dra-
pieżników  siekacze  są  słabo  rozwinięte,  a  trzonowce  ostre,  długie  i  spiczaste  jak  szable.
Ludzkich zębów nie przypominają zupełnie. Ślina mięsożerców nie zawiera ptialiny przezna-
czonej do trawienia skrobi, a jej odczyn jest kwaśny, podczas gdy ślina ludzka jest alkaliczna,
a  podstawowy  jej  enzym  to  właśnie  ptialina  (amylaza).  Żołądek  drapieżników  wydziela  10
razy więcej  kwasu  solnego  niż  żołądek  roślinożerców,  a  jelito  ich  jest  trzy  razy  dłuższe  od
tułowia, podczas gdy jelito roślinożernych (w tym ludzkie) jest dłuższe od tułowia dwanaście
razy. Wątroba ludzka, podobnie jak u wszystkich roślinożerców, jest znacznie mniej aktywna
i jest w stanie usunąć z organizmu 10 do 15 razy mniej kwasu moczowego niż wątroba dra-
pieżników.

Wśród  ssaków  naszej  Planety  można  wyróżnić  kilka  rodzajów,  różniących  się  genetycz-

nym  przystosowaniem  do  rozmaitych  pokarmów.  Są  wśród  nich  trawożerne  przeżuwacze,
mięsożerne drapieżniki oraz owocożerne małpy. Ludzi zalicza się do „wszystkożernych”, ale
nieporozumieniem jest obejmowanie tym określeniem również i mięsa, ponieważ jak wynika
z genetycznych cech ludzkiego układu trawiennego, do trawienia mięsa człowiek nie ma od-
powiednich  warunków  fizjologicznych  ani  morfologicznych.  Owa  wszystkożerność  odnosi
się tylko do rozmaitości pokarmów roślinnych, to znaczy: zbóż, warzyw, owoców, niektórych
ziół i liści, nasion strączkowych i oleistych, orzechów. Obyczaj jadania mięsa, rozpowszech-
niony  obecnie  w  ogromnej  części  świata,  stwarza  sytuację,  w  której  łamie  się  podstawowe
prawidłowości naturalnego przystosowania żywieniowego ludzi i zwierząt. Istota roślinożer-
na,  jaką  jest  człowiek,  żywi  się  mięsem,  a  swoim  przyrodzonym,  różnorodnym  pokarmem
roślinnym karmi hodowlane zwierzęta trawożerne. Efektem tego są  choroby zarówno ludzi,
jak i nieszczęsnych przeżuwaczy.

Drapieżniki, które  w  tej  sytuacji  odgrywają  rolę  konkurentów  ludzi,  człowiek  wyniszcza

konsekwentnie  i  nieustępliwie.  A  wszelkie  ptactwo,  wszystkie  ryby  i  cokolwiek  chodzi  po
Ziemi, chce zjadać tylko sam! W związku z tym następuje niebezpieczne zachwianie propor-
cji w populacji różnych gatunków warunkujących równowagę ekologiczną w ziemskiej bio-
cenozie. Człowiek rozmnaża nieograniczenie te gatunki zwierząt, których mięso mu smakuje,
a bezwzględnie, choć niepozornie, tępi pozostałe, w których mięsie nie znajduje upodobania.
Rozwija i unowocześnia hodowle zwierząt, będących dla niego źródłem pokarmu nienatural-
nego,  natomiast  uprawy  roślin  jadalnych  mogących  być  doskonałym  źródłem  pełnowarto-
ściowego  naturalnego  pokarmu  ludzkiego,  są  systematycznie  degradowane  nienaturalnym,
tzn. chemiczno-toksycznym nawożeniem i pielęgnowaniem, a potem przeznaczone w 90% na
nienaturalną paszę dla hodowlanych zwierząt.

Ludzki pokarm roślinny w pełni naturalny musi być zróżnicowany  i  dostosowany  do  in-

dywidualnych  potrzeb  każdego  człowieka.  Ponieważ  każdy  człowiek  jest  osobnikiem  gene-
tycznie niepowtarzalnym, dlatego  rodzaj jedzenia, smak i apetyt są sprawą bardzo osobistą.
Na przykład jedni wolą pokarmy z przewagą zbóż, a innym bardziej odpowiadają warzywa
lub owoce.

Kolejnym warunkiem tego, aby pokarm można było uznać za naturalny, jest ograniczenie

do  niezbędnego  minimum  jego  przemysłowego  i  kulinarnego  przetwarzania.  Technologia

background image

29

spożywcza dokonuje często na surowcach pokarmowych takich zabiegów, które zmieniają ich
skład i konsystencję, eliminują różne cenne składniki (witaminy, substancje mineralne, pier-
wiastki śladowe, enzymy, błonnik). Dodawane zaś środki konserwujące, barwiące i zapacho-
we  –  pochodzenia  chemicznego  –  są  balsamem,  obciążają  narządy  wydalnicze,  nie  przyno-
sząc organizmowi żadnych korzyści. Tak samo denaturuje pokarmy nadmiar zbędnych mani-
pulacji kulinarnych. Wysoka temperatura gotowania, smażenia, pieczenia niszczy większość
ich biologicznych wartości, choćby takich jak witaminy i enzymy. Zmieniła ponadto nieko-
rzystnie  strukturę  chemiczną  niektórych  aminokwasów,  karmelizuje  zawarte  w  owocach  i
warzywach cukry i czyni cały szereg innych spustoszeń wśród naturalnych substancji odżyw-
czych.

Naturalnym pokarmem jest również mleko, którego skład i wartości są optymalnie  przy-

stosowane  do  zaspokajania  potrzeb  noworodków  wszystkich  ssaków.  Mleko  samic  różnych
gatunków zawiera te same składniki odżywcze, jednak ich proporcje u każdego z nich są róż-
ne,  np.  mleko  kobiece  ma  1,6%  białka,  mleko  małpy  2,3%,  konia  2,2%,  krowy  3,5%,  psa
7,1%, szczura 8,7%, kota 11,1%, świni 14,9% (Campbell John, Marshall Robert T., 1982).

Mleko  kobiece  jakkolwiek  najuboższe  w  białko,  jeszcze  szczególnie  zasobne  w  laktozę.

Stanowi ona 56% suchej masy, co jest ilością znaczną w porównaniu z 36% w mleku krowim
i 6% w mleku królika. Ten wysoki procent laktozy pozostaje najprawdopodobniej w związku
z dużymi rozmiarami ludzkiego mózgu w stosunku do ogólnej masy ciała. Składnikiem lakto-
zy  jest  bowiem  galaktoza,  będąca  środowiskiem  odżywczym  niezbędnym  dla  rozwoju  cen-
tralnego systemu nerwowego młodych ssaków. I co ciekawe, że chociaż mleko kobiece jest
bardziej przeciwkrzywiczne od mleka krowiego, to wapnia i fosforu jest w nim tylko jedna
trzecia tej ilości, co w mleku krowim. Widocznie w procesach biologicznych nie wszystko da
się zważyć i zmierzyć i odgrywają tu rolę decydującą jakieś czynniki niewymierne i jak dotąd
nieuchwytne.

Skład i właściwości mleka zmieniają się u tej samej karmiącej w zależności od indywidu-

alnych potrzeb oseska i w miarę jego rozwoju osobniczego. Notowano przypadki, kiedy cielę
karmione mlekiem obcej krowy dostawało uczulenia na  białko,  to  znaczy  białko  cudze,  nie
przeznaczone indywidualnie dla niego. Również dla  niemowlęcia  ludzkiego  pokarmem  naj-
bardziej naturalnym, bezcennym i niezastąpionym, przystosowanym idealnie do potrzeb roz-
wijającego się organizmu jest mleko jego matki.

Pozostaje jednak otwarte pytanie, czy mleko jest pokarmem równie cennym i naturalnym

dla dorosłych? Żaden ssak oprócz człowieka nie żywi się mlekiem po osiągnięciu dojrzałości.
Znaczącym sygnałem jest również fakt, że laktoza, podstawowy węglowodan mleka, nie ule-
ga strawieniu po okresie dzieciństwa. Laktozę trawią tylko małe dzieci, a dla dorosłych jest
ona jako pokarm zupełnie nieprzydatna. To by wskazywało, że dla ludzi dorosłych mleko jest
pokarmem nienaturalnym. Zwłaszcza, że człowiek dorosły spożywa mleko krowie, czyli mle-
ko samicy obcego gatunku.

Mleko wydaje się spełniać wyraźnie określoną funkcję – doskonałego pożywienia dla ose-

sków,  wypełniając  lukę  między  życiem  płodowym  a  niezależnym  bytowaniem  dorosłego
osobnika.  Po  osiągnięciu  takiego  stopnia  dojrzałości,  który  umożliwia  samodzielne  znajdo-
wanie pokarmu w swoim środowisku, potrzebne mu do życia i dalszego rozwoju pożywienia
czerpie  z  pokarmów  takich,  do  których  jedzenia  jest  genetycznie  dysponowany.  Drapieżnik
zaczyna polować, a roślinożerca, kierowany instynktem, znajduje stosowny dla siebie pokarm
roślinny – zioła i trawy lub owoce. Poziom białka w mleku kobiecym jest przeciętnie taki sam
jak  w  większości  owoców,  podobna  jest  również  zawartość  składników  mineralnych,  np.
wapnia jest w nim tyle co w jabłkach, żelaza tyle co w porzeczkach, miedzi tyle co w figach,
fosforu tyle co w cytrynach, witaminy A tyle co w śliwkach itd.

Wynikałoby więc z tego, że mleko jest dla człowieka dorosłego pokarmem nienaturalnym.

Ma  wprawdzie  wiele  niewątpliwych  żywieniowych  zalet,  zawiera  szereg  składników  teore-

background image

30

tycznie  cennych,  choćby  takich  jak  białko  o  doskonałej  proporcji  aminokwasów,  tłuszcz
mleczny, wapń i fosfor w korzystnych proporcjach (1,4:1) oraz witaminy A, D, E i K. Jest też
stosunkowo  tanim  źródłem  skoncentrowanego  białka,  a  w  dodatku  wszystkie  te  jego  cenne
składniki  są  bardzo  łatwo  transmutowane  w  tkanki  ciała  i  krwi.  Jednak  George  Ohsawa  w
swojej „Makrobiotyce” wyraża pogląd, że ta właśnie łatwość może budzić zastrzeżenia. Przez
nią bowiem organizm nie „dorośleje”, to znaczy nie uaktywnia się w kierunku twórczej prze-
miany substancji roślinnych na substancję właściwą ludzkiemu ciału. Trwa w stanie infantyl-
nej bierności i nieporadności, co może również rzutować niekorzystnie na procesy dojrzewa-
nia umysłowego i emocjonalnego oraz rozwój psychicznej samodzielności.

Przekonanie o żywieniowej wartości skoncentrowanego białka w mleku opiera się na coraz

częściej kwestionowanym założeniu, że organizm dorosłego człowieka potrzebuje znacznych
ilości białka nawet wtedy, gdy jego ciało jest już uformowane i zapotrzebowanie na substan-
cję budulcową ma wtedy niewielkie. Tłuszcz mleczny składa się przede wszystkim z nasyco-
nych kwasów tłuszczowych i cholesterolu, które jakkolwiek są korzystne dla niemowlęcia, to
u  dorosłych  odkładają  się  na  ściankach  naczyń  krwionośnych  w  postaci  chorobotwórczych
złogów.  Znacznie  korzystniejszym  niż  mleko  źródłem  substancji  mineralnych  są  dla  nich
owoce  i  orzechy,  w  których  lepsze  są  proporcje  rozmaitych  mikro  i  makroelementów  oraz
warzywa zawierające więcej cennych witamin niż mleko.

Taniość mleka jako źródła skoncentrowanego, łatwo przyswajalnego białka wynika tylko z

relacji  do  cen  mięsa,  natomiast  w  stosunku  do  ceny  białka  roślinnego  jest  ono  drogie.
Wprawdzie ze 100% nakładów na surowce paszowe otrzymuje się tylko 6% wołowiny i 9%
wieprzowiny, a w przypadku mleka aż 27%, ale z trafnie komponowanych pokarmów roślin-
nych można uzyskać od 90 do 100% białka.

Jeśliby nawet przyjąć, że mleko jest pokarmem tanim, zdrowym i  naturalnym, nawet dla

dorosłych, to nie można zapomnieć, że musi ono być świeże i czyste, wolne od bakterii cho-
robotwórczych  i  zanieczyszczeń  chemicznych  i  mechanicznych,  uzyskiwane  od  krów  kar-
mionych  zdrową,  naturalną  paszą,  pochodzącą  z  niechemizowanych  upraw.  Jeżeli  więc  już
pić mleko, to tylko takie i w ilości nie większej niż 1/2 szklanki dziennie.

Mleko  spożywcze,  dostępne  w  handlu,  wskutek  często  niehigienicznego  pozyskiwania,

transportowania,  wielokrotnego  przelewania,  „uzdatniania”  i  pasteryzowania  zostaje  pozba-
wione  swoich  żywieniowych  zalet.  Wielokrotne  przelewanie:  z  konwi  do  cystern  samocho-
dowych, potem do cystern w zlewni, potem znów do pojemników, w których jest odwirowane
i pasteryzowane, a wreszcie rozlewane do butelek, to wszystko niszczy strukturę mleka. Nie
mówiąc już o tym, że konwie, cysterny i pojemniki nie zawsze bywają domyte i wystarczają-
co  opłukane  z  resztek  proszków,  używanych  do  ich  mycia  i  dezynfekowania.  Zlewanie  do
wspólnych cystern mleka od różnych dostawców powoduje, że jeżeli nawet tylko jeden z nich
dostarczył  mleko  brudne,  nieświeże,  skażone  antybiotykami,  bakteriami  lub  czymkolwiek
innym, to jego wady przejmie cały transport.

Już w czasie pasteryzacji, której temperatura w polskich zakładach mleczarskich dochodzi

do dziewięćdziesięciu stopni, a potem jeszcze podczas gotowania w domu, zachodzą nieko-
rzystne zmiany w samej substancji mleka. W  wysokiej  temperaturze  zostaje  „zabita”  biolo-
gicznie żywa całość pokarmowa, a z nią ginie wartość mleka. Biorąc pod uwagę rezultat, ła-
two dojść do wniosku, że ten ogromny trud związany z hodowlą krów mlecznych, uzyskiwa-
niem mleka, jego dostarczaniem, transportem, przelewaniem, kontrolowaniem, dystrybucją i
wieloma  innymi  uciążliwymi  manipulacjami,  jest  niecelowy,  prawie  niepotrzebny,  a  więc
bezsensowny. W strukturze przemysłu spożywczego,  ukierunkowanego  na  wytwarzanie  po-
karmu naturalnego, mleko mogłoby być traktowane głównie jako surowiec do wyrobu masła.

To samo w zasadzie, co o mleku, można by powiedzieć o jajkach. Jako pokarm całościo-

wy,  przeznaczony  i  dostosowany  do  potrzeb  kurzego  zarodka,  jajko  zawiera  wszystkie  nie-
zbędne witaminy, enzymy i substancje mineralne. Ale dorosła kura czerpie już potrzebny jej

background image

31

pokarm z różnych innych źródeł. Podobnie zapewne wygląda sprawa w odniesieniu do czło-
wieka. Jajko można traktować jako sporadyczne uzupełnienie podstawowego pokarmu roślin-
nego i podobnie jak pół szklanki mleka dziennie, zjadać jedno lub dwa jajka tygodniowo.

O wartości odżywczej jajek, a także smaku i zapachu, decyduje pochodzenie. czy są to jaj-

ka prawdziwie wiejskie, czyli od kur mogących swobodnie się poruszać, chodzić po trawie,
mających dostęp do piasku, powietrza i słońca, czy też od „fabrycznych” niosek, pozbawio-
nych tego wszystkiego, unieruchomionych w klatkach, żyjących w stanie nieustannego stresu
i  żywionych  syntetyczną,  standaryzowaną  karmą.  Naprawdę  zdrowe  i  smaczne  jajka  mogą
znosić tylko kury szczęśliwe.

Jeżeli człowiek miałby możność korzystania z wartościowego w pełni pokarmu roślinnego,

to znaczy takiego, który pochodzi z naturalnych, niechemicznych upraw, jest kompletny, nie-
przetwarzany i nierafinowany, urozmaicony i umiejętnie komponowany, to zapewne ani mle-
ko, ani jajka nie byłyby mu już potrzebne. W obecnej jednak sytuacji istnieje potrzeba uzu-
pełniania  braku  pełnej  wartości  pokarmowej  przeciętnej  diety  roślinnej  choćby  takimi  sub-
stytutami jak pokarmy naturalne cielęcia i pisklęcia. Jest to podobny kompromis jak koniecz-
ność oddychania zadymionym powietrzem i picia chlorowanej wody.

background image

32

PROBLEMY I POSTULATY NOWOCZESNEGO ROLNIC-

TWA

Jestem  przekonany,  że  rozwojowi  technicznemu  można  nadać  nowy  kierunek,  który  za-

prowadzi nas z powrotem do rzeczywistych potrzeb człowieka, co również oznacza: do wła-
ściwej mu skali. Człowiek jest mały i dlatego to, co małe jest piękne. Postawić na gigantoma-
nię znaczy postawić na samozagładę.

(E. F. Schumacher – Małe jest piękne)

Sprzężenie nowoczesnego rolnictwa z gospodarką hodowlaną

Coraz  większy  popyt  na  mięso  wyzwala  maksymalną  pomysłowością  i  operatywność

wytwórców żywności w zakresie podnoszenia wydajności w rolnictwie i w hodowli. Ostatnim
osiągnięciem  w  tym  zakresie  są  przemysłowe  hodowle  zwierząt  oraz  zmechanizowane  i
schemizowane uprawy, czyli rolnictwo przemysłowe. Powstało ono wprawdzie niezależnie od
gospodarki hodowlanej, ale tylko dzięki niej mogło się utrwalić i na skutek jej funkcjonowa-
nia stało się niezbędne. Jedynie dzięki temu, że hodowle pochłaniają ogromne ilości zboża i
innych płodów rolnych na paszę, rolnicy dążą do ciągłego wzrostu wydajności swoich upraw
i  dzięki  chłonności  rynku  hodowlanego  ta  ogromna  produkcja  rolna  jest  opłacalna.  Dla  jej
podtrzymania akceptuje się wszelkie sposoby, które do tego prowadzą. W tym właśnie celu
używa się syntetyczne nawozy mineralne i chemiczne środki ochrony roślin. Pojęcie „nowo-
czesnego  rolnictwa”  skojarzyło  się  powszechnie  ze  stosowaniem  dużych  dawek  sztucznych
nawozów,  z  rozległością  areałów  wyspecjalizowanych,  jednorodnych  upraw,  używaniem
ciężkiego  sprzętu  rolniczego,  wykonywaniem  wielokrotnych  oprysków  toksycznymi  prepa-
ratami chemicznymi w celu niszczenia szkodników i zwalczania chorób roślin oraz z używa-
niem  w  czasie  pracy  odzieży  ochronnej,  mającej  ustrzec  rolnika  przed  niebezpieczeństwem
zatrucia stosowanymi środkami. Jako wyraz dalszego postępu i unowocześnienia traktowane
jest stosowanie tych metod w coraz większym stopniu i na coraz większą skalę.

Doraźne zwiększanie plonów nie jest jednak jedynym efektem takich metod. Innym, nie-

zamierzonym  efektem,  jest  to,  że  pokarm  roślinny  pochodzący  z  nowoczesnych  upraw  ma
ograniczoną wartość biologiczną i jest skażony toksycznymi substancjami chemicznymi. Na-
tomiast ziemia użytkowana racjonalnie, ale nie eksploatowana, kultywowana w sposób natu-
ralny, starannie i umiejętnie, mogłaby dawać plony zdrowe i obfite, wystarczające do nakar-
mienia nie tylko tych 5 miliardów ludzi obecnie żyjących, lecz liczby znacznie większej. Ale
tylko wtedy,  gdyby  zostały  one  skierowane  do  bezpośredniego  nakarmienia  ludzi.  Obecnie,

background image

33

ilość mięsa uzyskiwanego ze zboża,  kukurydzy,  soi,  mleka  i  wielu  innych  produktów  prze-
znaczanych na paszę nie równoważy nawet 1/10 ich wartości kalorycznej i białkowej. Funk-
cjonujący aktualnie system wytwarzania żywności jest studnią bez dna, w  której  tonie  stale
ogromna  część  zasobów  całego  świata.  Wegetarianizm  natomiast  przynosi  wielką  szansę
zmiany  i  uproszczenia  obecnego  systemu  produkcji  pokarmu  oraz  wyeliminowania  wielu
źródeł skażenia ziemi, wody i powietrza, a także licznych groźnych chorób ludzi i zwierząt.

Narodziny i rozwój nowoczesnego rolnictwa

Przez  długie  okresy,  aż  do  połowy  XIX  wieku,  obowiązywała  w  rolnictwie  teoria,  która

głosiła,  że  rośliny  czerpią  substancje  odżywcze  z  próchnicy.  Od  połowy  XX  wieku  została
uznana  ponownie,  natomiast  przez  te  sto  lat,  jakie  upłynęło  między  zakwestionowaniem  a
rehabilitacją teorii próchnicy, rolnictwo opierało się na dwóch zasadach, traktowanych zresztą
do  tej  pory  jako  niewzruszone  jego  fundamenty.  Zasady  te  wiążą  się  z  nazwiskami  Justusa
Liebiga i Albrechta von Thaera.

Pierwszym założeniem gospodarki rolnej stała się od połowy XIX wieku teoria oparta na

odkryciu  Liebiga, który stwierdził, że rośliny odżywiają się substancjami mineralnymi. Jak-
kolwiek samo odkrycie było trafne i pozytywne, to wnioski praktyczne jakie z niego wycią-
gnięto, zaciążyły w sposób fatalny nad przyszłością rolnictwa. Wniosek był mianowicie taki,
że rośliny uprawowe można „karmić” poszczególnymi substancjami mineralnymi, dostarcza-
jąc je do gleby w której rosną. Przyjęcie tego założenia doprowadziło do tego, że rolnicy dys-
ponując nawozami mineralnymi i przeceniając ich wszechstronną skuteczność dla urodzajno-
ści  gleby,  ograniczyli  lub  wręcz  zaniedbali  zabiegi  podtrzymujące  procesy  regeneracyjne  i
glebotwórcze, niezbędne dla dobrego stanu próchnicy.

Drugą  fundamentalną  zasadę  współczesnego  rolnictwa  sformułował  jeszcze  na  początku

XIX wieku niemiecki  agronom  Albrecht  von  Thaer.  Swój  ślad  zostawił  jednak  nie  w  upra-
wowej tylko w  ekonomicznej dziedzinie współczesnego rolnictwa,  którego  zakres  i  zadania
przedstawił w sposób następujący: „Rolnictwo jest zajęciem, którego celem jest zdobywanie
zysku, zarabianie pieniędzy, wytwarzaniem (a niekiedy dalszym przetwarzaniem) substancji
roślinnej i zwierzęcej”. Ta deklaracja stała się podwaliną obowiązującego do dziś ekonomicz-
no-komercyjnego traktowania rolnictwa, przemysłu spożywczego i wszystkiego co wiąże się
z wytwarzaniem i przetwarzaniem żywności. Od tamtej pory ukształtował się, rozpowszechnił
i  utrwalił  sposób  myślenia  o  sprawach  rolnictwa  w  kategoriach  technologiczno-
merkantylnych. Nastawione wyłącznie na zysk i posługujące się środkami technologicznymi,
stało się ono jednym z działów produkcji przemysłowej. Obecnie taka właśnie wizja rolnictwa
przesłania wszystkie inne jego cele i zadania. Dominują w niej  względy maksymalizowania
zysku i minimalizowania wysiłku, przy braku troski o optymalizację wyników. W rezultacie
lekceważone są sprawy zdrowotności upraw i zbiorów, trwałej żyzności gleby, czystości śro-
dowiska oraz dbałości o zachowanie takiej wydajności gleby, aby możliwe było wyżywienie i
tych ludzi, którzy będą żyli po nas za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.

Nawożenie mineralne w początkowym okresie jego stosowania wydawało się mieć same

zalety, plony wzrastały nawet o 100%, trud przemieszczania setek ton obornika został ograni-
czony do rozsypywania kilkuset kilogramów  azotanów, fosforanów  i  soli  potasowych.  Jako
metoda nowoczesna zdobywała coraz większą popularność i rozpowszechniała się stopniowo
w całym świecie. Dzięki jej stosowaniu zbiory były obfite i dorodne, zdawało się, że groźba
głodu została na zawsze zażegnana, a dochody rolników, farmerów i plantatorów rosły impo-
nująco. Zwłaszcza w Ameryce, przy wyjątkowo korzystnych warunkach naturalnych i rozle-
głości  jej  żyznych  obszarów,  uzyskiwano  zbiory  ogromne.  Z  czasem  zaczęły  powstawać
nadwyżki płodów rolnych, zboża, soi, kukurydzy, z którymi nie wiadomo było co robić, jak je

background image

34

wykorzystać, czy jak się ich pozbyć. Po pewnym okresie konsternacji i zamieszania znalazł
się sposób, hodowcy zaczęli zbożem, soją i kukurydzą karmić swoje bydło i trzodę chlewną,
co wpłynęło na ogromny wzrost produkcji i spożycia mięsa. Hossa trwała około dwudziestu
lat, potem farmerzy amerykańscy stwierdzili, że mineralnie nawożona gleba doszła do granic
swojej wydajności, a nawet wydajność ta zaczyna się nieco obniżać.

Dokładniejsze  badania  wykazały,  że  podstawowe  założenie  teorii  mineralnej  jest  błędne,

rośliny bowiem nie odżywiają się po prostu dostarczanymi im substancjami mineralnymi,  a
tylko wykorzystują pewne składniki znajdujące się w  glebie. Szczegółowy  mechanizm  tego
procesu  przyswajania  został  jednak  rozpoznany  tylko  w  bardzo  niewielkim  stopniu  i  w
związku z tym ustalenie dawek nawozów mineralnych jest do tej pory przybliżone  i  niedo-
kładne. Na przykład z nawozów azotowych rośliny wykorzystują niekiedy tylko 30 lub nawet
20%, a reszta pozostaje poza zasięgiem ich pobierania. Koszty pracy i nakładów pieniężnych
są wtedy znacznie mniej opłacalne. Powstają też szkody dla gleby i środowiska nie od razu
zauważalne, które kumulują się stopniowo, w miarę upływu lat. Ucieczka minerałów z gleby
powoduje naruszenie naturalnej równowagi środowiska i jego niebezpieczne skażenie. Powo-
duje też długotrwałe straty dla rolników, bo nawozy mineralne po pewnym okresie ich stoso-
wania znacznie zakwaszają  glebę,  co ogranicza jej wydajność,  a  ponadto  zmusza  do  dodat-
kowych zabiegów nad przywracaniem właściwego stopnia alkaliczności.

Z czasem okazało się, że azot, fosfor i potas przestały zaspokajać wszystkie potrzeby po-

karmowe roślin. Oprócz nich stają się potrzebne jeszcze inne składniki mineralne, takie jak
magnez, żelazo, wapń, kobalt, molibden, mangan, bor, miedź, cynk, siarka, krzem i inne. Nie
o wszystkich z nich wiadomo już czy służą uprawom, czy bardziej szkodzą, wtedy gdy są z
zewnątrz wprowadzane do gleby, a co najważniejsze, jaka ich dawka jest optymalna dla ro-
ślin. Początkowe sukcesy stosowania nawozów mineralnych NPK (azotowe, fosforowe, pota-
sowe) wynikały m.in. stąd, że większość gleb była jeszcze w stanie samodzielnie dostarczać
roślinom całą resztę potrzebnych im substancji, i to w naturalnych, a więc w najbardziej ko-
rzystnych  proporcjach.  Jednak  skoncentrowanie  zabiegów  uprawowych  i  pielęgnacyjnych
głównie  na  nawożeniu  mineralnym  łączyło  się  z  ograniczeniem  dbałości  o  próchnicę  i  o
strukturę gleby. Tak więc w miarę wzrostu zbiorów rósł też deficyt najróżniejszych pierwiast-
ków w glebie i w plonach.  Do tej pory każdego roku zwiększa się  liczba  elementów,  które
należałoby uwzględniać w nawożeniu.

Po latach stosowania metod sztucznego stymulowania gleby, ustają w niej samorodne pro-

cesy glebotwórcze i regeneracyjne. Naruszenie równowagi składników organicznych i mine-
ralnych oraz niszczenie i mechaniczne przemieszczanie organizmów glebowych wygasza jej
naturalne dynamizmy biologiczne. Zaobserwowano, że we wszystkich rodzajach gleby, gdzie
były stosowane wyłącznie sztuczne nawozy powstaje ujemny bilans azotu i potasu. I nie po-
maga wtedy dodawanie nawet największych ich ilości. Jedynie tam, gdzie zastosowano choć
trochę nawozu organicznego, równowaga pozostaje słabo ujemna lub nawet słabo dodatnia.
To  wszystko  ma  negatywny,  choć  częściowo  dopiero  zbadany,  wpływ  na  jakość  zbiorów.
Wiadomo  już  jednak,  że  brak  organicznej  i  mineralnej  równowagi  w  glebie  obniża  jakość
plonów nawet jeżeli ich ilość jest w dalszym ciągu zadowalająca. Stają się one niepełnowar-
tościowym pokarmem dla ludzi i zwierząt. Obniża się również odporność roślin na choroby i
ataki szkodników. Rozprzestrzeniają się też nowe, nieznane dotąd choroby wśród ludzi, któ-
rym te plony służą jako pokarm.

Żyjące organizmy i zespoły ekologiczne mają zdolność do kompensowania niekorzystnych

wpływów, jakim podlegają. Przez pewien czas potrafią więc sobie radzić z niesprzyjającymi
warunkami i dlatego destruktywne ich efekty nie od razu wyraźnie się ujawniają. Ta właśnie
plastyczność, możliwość dostosowania się i naturalna odporność, obok zapasów różnych ele-
mentów mineralnych pozostających jeszcze w glebie, jest kolejnym czynnikiem tłumaczącym
początkowe sukcesy  rolnictwa mineralnego.  Z czasem jednak słabnie naturalna  odporność  i

background image

35

powstaje nieodwracalny deficyt pierwiastków śladowych, giną też pożyteczne bakterie i inne
organizmy glebowe. Powoduje to gwałtowny wzrost liczebności innych bakterii i w rezultacie
następuje załamanie równowagi ekologicznej w glebie.

Zbudzone zostają precyzyjne proporcje substancji organicznych i mineralnych, a ponadto

następuje  sprasowanie  struktury  ziemi  ciężkim  sprzętem  rolniczym.  Naturalne  procesy  gle-
botwórcze zostają sparaliżowane i wygaszone, gleba martwieje.

Chemiczny sposób myślenia nie uwzględnia podstawowej różnicy między procesami che-

micznymi zachodzącymi w żywym organizmie a poza organizmem. Wykorzystuje się więc i
stosuje  w  praktyce  pewne  fragmentaryczne  rozpoznane  zjawiska,  bez  troski  o  odniesienie
tego do całości procesów życiowych rośliny, zwierzęcia, człowieka, gospodarstwa czy syste-
mu  ekologicznego,  a  nawet  całej  biocenozy  ziemskiej.  Ten  sposób  myślenia  i  działania  ma
negatywny wpływ na procesy biologiczne zachodzące przy uprawianiu roli, na całą organiza-
cję gospodarstwa oraz cele, jakie ono sobie stawia. Są to cele  wyłącznie komercyjne, wąsko
pragmatyczne. Ignorują znaczenie moralnej odpowiedzialności za  jakość i zdrowotność plo-
nów i przeoczają możliwość czerpania pozafinansowych, psychicznych satysfakcji z pracy na
roli i z jej efektów. Zasada sformułowana przez von Thaera, że jedynym celem rolnictwa jest
zysk, nie bierze pod uwagę tego, że celem rolnictwa jest wytwarzanie zdrowej żywności. Ten
cel, wysuwany niekiedy jako postulat pod adresem wytwórców, był i jest przyjmowany jako
naiwny,  nierealny,  prawie  że  romantyczny.  Jest  on  systematycznie  lekceważony  zwłaszcza
przez tych, którzy w zakresie produkcji i dystrybucji rolnej są monopolistami.

Ponieważ  korzystną  finansowo  formą  produkcji  rolnej  są  gospodarstwa  specjalistyczne

stały  się  one  celem  aspiracji  nowoczesnego  rolnictwa.  Powstają  więc  rozległe  monokultury
upraw i ogromne, wyspecjalizowane hodowle zwierząt. Prowadzi to do zburzenia ekologicz-
nie korzystnych proporcji różnych gatunków roślin rosnących na tym samym terenie, co jest
jeszcze jednym pogwałceniem naturalnych procesów przyrody i może przynieść dalsze nie-
oczekiwane niepowodzenia i klęski.

W  naturalnych  ekosystemach  leśnych  i  w  tradycyjnych,  rodzinnych  gospodarstwach  rol-

nych,  różnorodność  gatunków  roślin  umożliwia  ich  wzajemną  harmonię  i  współdziałanie.
Istniejące między nimi związki symbiotyczne, często nieznane rolnikom i botanikom, ale re-
alnie zachodzące między różnymi gatunkami roślin uprawowych, ziół, drzew, owadów i ży-
wej gleby, utrzymują je w stanie zdrowia i dają szansę prawidłowego dojrzewania. Natomiast
rośliny  rosnące  w  rozległych,  czystych  monokulturach  zostają  pozbawione  wsparcia  swych
naturalnych symbiontów i padają wtedy łatwo pastwą chorób i szkodników. W miarę bowiem
jak ogranicza się różnorodność, obniża się odporność i maleje szansa rozwoju.

Rozległe uprawy wyizolowanych gatunków i odmian zbóż, warzyw i owoców, aby dawały

obfite plony i wysokie zyski, wymagają wtedy szczególnych dodatkowych środków na zwal-
czanie chorób, chwastów i pasożytów. Tymi środkami stały się pewne substancje chemiczne
o właściwościach toksycznych, tzw. pestycydy. Pierwsza generacja pestycydów składała się
ze  znanych  i  dostępnych  trucizn,  takich  jak  arsenian  ołowiu,  rtęć,  miedź,  nikotyna,  siarka.
Mimo oczywistego niebezpieczeństwa ich stosowania były i są w użyciu do dziś. Druga gene-
racja chemicznych środków ochrony roślin to syntetyczne substancje trujące, jakie w naturze
nie  występują.  Stosowane  nawet  w  małych  ilościach  są  bardzo  silnie  toksyczne.  Należą  do
nich głównie organiczne fosforaty i chlorkowane węglowodory. Jednym z najbardziej popu-
larnych jest preparat znany pod nazwą DDT. Obecnie w wielu krajach stosowanie DDT jest
ograniczone lub zakazane. Był on jednak używany obficie i bez ograniczeń w latach sześć-
dziesiątych i pozostawił trwałe osady. Jak się potem okazało, nie ulegają one rozłożeniu, a ich
trwałość jest prawie nieograniczona.

Konieczność stosowania tych substancji na rozległych obszarach monokultur uprawowych

staje  się  źródłem  wielu  nowych  i  niepokojących  problemów.  Należą  do  nich:  trwałość  tok-
sycznych osadów, zupełna nieznajomość sutków długotrwałego ich  oddziaływania oraz nie-

background image

36

opanowane  zjawisko  rozprzestrzeniania  się  ich  po  całej  kuli  ziemskiej  za  pośrednictwem
mórz,  powietrza,  lasów  oraz  obszarów  uprawnych.  Niezmiernie  groźna  jest  ich  wzrastająca
koncentracja  w  łańcuchu  pokarmowych.  Stwierdzono,  że  zawartość  pestycydów  w  różnych
produktach  żywnościowych  na  300-stopniowej  skali  przedstawia  się  następująco:  jarzyny
korzeniowe – 007 (ziemniaki – 003), zboże – 008, rośliny strączkowe – 026, owoce – 027,
jarzyny liściaste – 036, oleje – 041, produkty mleczne – 112, mięso – 281 (F. Moore Lappé
1982).  Najbardziej  narażone  są  więc  gatunki,  które  stanowią  ostatnie  ogniwo  łańcucha  po-
karmowego, tzn. ptaki drapieżne, duże ryby morskie i ludzie. Na początku łańcucha znajdują
się rośliny, które przejmują trujące substancje z gleby, a na końcu drapieżniki, które kumulują
w swoich tkankach to wszystko, co zostało zgromadzone w roślinach i ciałach zwierząt rośli-
nożernych.  W  1966  roku  przeciętny  stopień  koncentracji  toksycznych  osadów  w  ludzkiej
tkance tłuszczowej wynosił od 2,2 pm w Wielkiej Brytanii do 19,2 w Izraelu.

Obecnie  zaczyna  być  stosowana  trzecia  generacja  pestycydów.  Ponieważ    te  poprzednie

niszczą  naturalną  równowagę  zespołów  ekologicznych,  zabijając  zarówno  szkodniki,  jak  i
organizmy pożyteczne, poszukiwania zmierzały w kierunku produkowania substancji działa-
jących bardziej selektywnie, np. przyciągająco, chomosterylnie, hormonalnie. W stosunku do
pestycydów o szerokim zakresie działania, jest to niewątpliwie udoskonalenie. Ale i te udo-
skonalone, selektywnie działające pestycydy też  przyczyniają  się  do  zachwiania  równowagi
ekologicznej,  ponieważ  zupełna  nieobecność  pewnych  szkodników  stwarza  nieograniczone
niczym  warunki  rozwoju  innym,  może  jeszcze  groźniejszym  niszczycielom.  Inne  ujemne
skutki mogą ujawnić się dopiero po pewnym czasie, tak samo jak  to miało miejsce w przy-
padku DDT. Pestycydy okazują się więc być tylko doraźnym środkiem ochrony upraw, pod-
czas  gdy  stosowane  dłużej  powodują  nie  tylko  niebezpieczne  skażenie  żywności,  ale  są  też
czynnikiem zaburzenia równowagi wśród populacji gatunków roślin, owadów, mikroorgani-
zmów, ptaków i innych zwierząt. Ich negatywny wpływ na środowisko ujawnia się zresztą nie
tylko na polach uprawnych, ale jak wskazują liczne przykłady już sama produkcja pestycy-
dów stanowi niebezpieczne zagrożenie dla przyrody otaczającej zakłady wytwórcze i dla po-
bliskich osiedli ludzkich.

Stosowane środki ochrony roślin stają się coraz bardziej wyrafinowane, w ślad za nawoże-

niem NPK stosuje się nawożenie mikroelementami, po bezpośrednio działających truciznach
wprowadza się pośrednią ingerencję w cykle rozwojowe szkodników przez manipulacje hor-
monalne i genetyczne. Przed taką ingerencją nie powstrzymuje nawet fakt, że aktualna wiedza
o funkcji hormonów i o zjawiskach genetycznych jest jeszcze uboższa i bardziej fragmenta-
ryczna  niż  wiedza  o  składzie  gleby  i  prawidłowościach  rządzących  jej  oddziaływaniem  na
odżywianie i rozwój roślin.

Obecna  sytuacja  w  rolnictwie  powinna  niepokoić  wszystkich,  bo  nawet  jeżeli  teraz,  gdy

gleba  rodzi  jeszcze  obficie  nawożona  różnymi  substancjami  mineralnymi,  to  plony  już  są
biologicznie niepełnowartościowe, a tkanki roślin są coraz obficiej nasycone preparatami tok-
sycznymi. Rolnictwo nie osiąga więc  swego  podstawowego  celu,  tzn.  dostarczania  ludziom
zdrowej żywności.

Przy takich kompromisach jakościowych w produkcji rolnej dużo to jeszcze nie znaczy do-

syć. Znany eksperyment ze szczurami dowodzi, że obfitość masy pokarmowej nie jest równo-
znaczna  z  dostatkiem  pożywienia,  wtedy  gdy  jego  wartość  jest  niepełna.  Grupie  szczurów
doświadczalnych podawano przez pewien czas karmę z upraw naturalnych w ilości, którą się
całkowicie najadały. Po pewnym czasie zastąpiono ją karmą z upraw chemizowanych. I wte-
dy okazało się, że aby najeść się tak jak poprzednio, szczury musiały zjadać siedem razy wię-
cej.  Niedostatek  substancji  biologicznie  czynnych  w  roślinach  kompensowały  sobie  zwięk-
szoną masą posiłku. Czy nie to samo dzieje się wśród ludzi? Jedzą za dużo i chorują jedno-
cześnie z przejedzenia ilościowego i niedożywienia jakościowego.

background image

37

Stosowanie wyłącznie komercyjnych i pragmatycznych kryteriów w ocenie metod i wyni-

ków pracy  w rolnictwie źle służy  jego  podstawowym  zadaniom  i  założeniom.  W  rezultacie
rolnictwo  staje  się  strukturą  coraz  bardziej  sztuczną,  wyobcowaną  ze  swojego  środowiska
przyrodniczego i społecznego, niefunkcjonalną i antyhumanistyczną. A do tego, wbrew wyj-
ściowym postulatom, towarzyszącym wprowadzaniu nowych, chemiczno-mineralnych metod,
wzrasta nie tylko jego energochłonność  i nakłady finansowe, ale także pracochłonność, po-
nieważ trzeba wykonywać coraz więcej czynności uprawowych i pielęgnacyjnych, aby zapo-
biegać  coraz  liczniejszym  niekorzystnym  zjawiskom  w  glebie,  w  zasiewach  i  w  zbiorach.
Powstaje więc sytuacja zgoła paradoksalna, w której technologia przejmuje te funkcje, które
przyroda potrafi wykonać sama, i to bez porównania lepiej. Bardziej niż nakłady finansowe
na  produkcję  nawozów  mineralnych,  pestycydów  i  ciężkiego  sprzętu  rolniczego,  potrzebna
jest  wiedza  o  prawach  przyrody  i  naturalnych  zjawiskach  jakie  w  niej  zachodzą  oraz  goto-
wość współdziałania z nimi w swoim gospodarstwa. Taki właśnie cel stawia sobie współcze-
sne rolnictwo ekologiczne.

Różne kierunki rolnictwa ekologicznego

Kryzys ekologiczny we współczesnym świecie jest powszechnie znanym faktem. Mówi się

o zagrożeniu, a nawet katastrofie ekologicznej. Ponieważ w zagrożeniu tym  znaczny  udział
ma nie tylko przemysł, ale i rolnictwo, dlatego w wielu krajach poszukuje się sposobów za-
pobiegania  skażeniu  środowiska  i  żywności  nawozami  sztucznymi  i  toksycznymi  środkami
ochrony roślin, stosowanymi na szeroką skalę w wielu regionach świata. W tych poszukiwa-
niach zmierza się do tego, aby eliminować szkodliwe środki chemiczne i zastępować je orga-
nicznymi sposobami uprawy.

Wśród kierunków rolnictwa ekologicznego można wymienić kilka. Jeden z nich to ANOG.

Skrót ten pochodzi od nazwy  stowarzyszenia  działającego  w  RFN:  Arbeitsgemeinschaft  für
naturgemassen Qualitatsanbau von Obst und Gemuse (Stowarzyszenie producentów warzyw i
owoców wysokiej jakości w zgodzie z naturą). Jego celem jest uprawianie owoców i warzyw
o  wysokiej  wartości  biologicznej,  mających  korzystny  wpływ  na  zdrowie  konsumentów.
Obok wymienionych walorów owoce i warzywa odznaczają się wyjątkowymi zaletami sma-
kowymi.  O  uzyskiwaniu  takich  plonów  decyduje  stan  gleby,  sposób  jej  użyźniania,  odpo-
wiedni  dobór  uprawianych  gatunków  oraz  trafne  ustalanie  terminów  zasiewów,  zbiorów  i
zabiegów pielęgnacyjnych. Zależnie od spełnienia tych warunków zbory są mniej lub bardziej
udane, to znaczy mają niższą lub wyższą wartość biologiczną. Na przykład ilość karotenu w
marchwi może się wahać od 4 do 13 mg/100 g. Uprawę prowadzi się więc tak, aby osiągnąć
optymalny  poziom  nie  tylko  karotenu,  ale  i  innych  aktywnych  biologicznie  substancji  we
wszystkich  warzywach  i  owocach  uprawianych  tą  metodą.  Jest  ona  stosowana  również  w
Holandii, Francji, Austrii, Szwajcarii i Włoszech na skalę towarową.

Inny kierunek  rolnictwa ekologicznego to system  Howard-Balfour,  popularny  głównie  w

Anglii. Polega on na stosowaniu kompostów organicznych i jak najpełniejszym wykorzysty-
waniu zasobów mineralnych z podglebia. Temu drugiemu celowi służy  uprawianie  głęboko
korzeniących się ziół i koniczyny oraz symbiotyczne (mikoryzowe) oddziaływanie na siebie
sąsiadujących roślin.

We Francji powstał kierunek zwany systemem Lamaire-Baucher. Jego twórcy wychodzą z

założenia,  że  równowagę  w  glebie  podtrzymują  rośliny  motylkowe  i  organiczne  komposty.
Ponadto zalecają stosowanie Calmagolu, produktu sporządzonego z alg morskich, który od-
grywa rolę katalizatora w procesach tzw. biologicznej transmutacji.

Kolejny  kierunek,  to  rolnictwo  makrobiotyczne.  Opiera  się  ono  na  założeniach  filozofii

wschodniej o dwubiegunowości świata: Yin i Yang. Zasady religii Zaratustry żyjącego około

background image

38

7000  lat  p.n.e.  stanowią  podstawę  rolnictwa  mazdaistycznego.  Rolnictwo  makrobotyczne  i
mazdaistyczne stosowane jest tylko w ograniczonym zakresie i w sposób niekomercyjny.

Na  skalę  towarową  natomiast  stosowane  są  metody  rolnictwa  organiczno-biologicznego,

tzw. holistycznego. Jego zasady sprowadzają się głównie do całościowego traktowania pod-
stawowych  procesów  biologiczno-organicznych.  Zwracają  uwagę  na  to,  że  funkcjonalność
procesów życiowych osiąga się tylko w zamkniętym cyklu krążenia substancji biologicznej, a
więc: gleba – roślina – zwierzę – człowiek. Wszelkie substancje obce muszą być z tego cyklu
wyłączone,  ponieważ  zakłócaj  oddziaływanie  wpływu  naturalnego  środowiska  i  uniemożli-
wiają wypełnianie zadań każdego z jego elementów, tzn. ewolucji gleby, rośliny, zwierzęcia i
człowieka.

W  Europie  zachodniej,  środkowej  i  północnej  najszerzej  znane  jest  rolnictwo  biodyna-

miczne. Jego podstawowym założeniem jest osiąganie harmonijnej współpracy między czło-
wiekiem a ziemią. Ziemia dostarcza ludziom pokarmu, niezbędnego do podtrzymania fizycz-
nej  egzystencji  i  kontynuowania  rozwoju  kulturalnego.  Człowiek  zaś,  uprawiając  ziemię  i
współpracując twórczo z całą przyrodą, umożliwia ziemi dalsze wytwarzanie pokarmu. W tej
wymianie wzajemnych świadczeń dokonuje się nieustanny ewolucyjny rozwój zarówno zie-
mi, jak i całej ludzkości. Uchwytnym przejawem tego rozwoju są  procesy stopniowego do-
skonalenia uprawy gleby i sposobów odżywiania się ludzi, którzy ponoszą odpowiedzialność
za pozytywny kierunek tych procesów.

O wszystkich wymienionych metodach mówi się ogólnie jako o ekologicznych lub alter-

natywnych,  w  przeciwieństwie  do  nieekologicznych  metod  współczesnego  rolnictwa  kon-
wencjonalnego.  Rolnictwo  holistyczne,  makrobiotyczne,  ANOG  i  biodynamiczne  przywią-
zują  szczególne  znaczenie  do  sposobu  spulchniania  gleby.  Zalecają  ograniczenie  orki,  a
zwłaszcza orki głębokiej i stosowanie płytkiego tylko, powierzchniowego spulchniania gleby,
bez  odwracania  skiby.  Chodzi  tu  o  ochronę  życia  organizmów  glebowych,  ponieważ  pług
odwracając skibę, powoduje, że bakterie tlenowe wpadają w głąb  gleby i tam giną, a wydo-
byte z głębi drobnoustroje beztlenowe giną po wydobyciu ich na  powierzchnię. Orka doko-
nuje również ogromnych spustoszeń wśród dżdżownic, które zostają pokawałkowane lemie-
szem.  Dżdżownice  zaś  nie  tylko  spulchniają  glebę,  ale  nawożą  ją  swoimi  odchodami,  ich
obecność ma niezastąpione znaczenie dla tworzenia się próchnicy. Każdorazowe użycie pługa
obniża pozom aktywności życia w glebie. W metodach ekologicznych stosowanie orki ogra-
nicza się jedynie do tych przypadków, kiedy jest to zupełnie konieczne, gdy na przykład wy-
stępuje podeszwa płużna lub zlanie gleby. We wszystkich innych sytuacjach, między innymi
po zbiorze ziemniaków, kiedy gleba jest w dobrej strukturze, to nie tylko nie trzeba jej orać,
ale nawet spulchnianie kultywatorem nie jest potrzebne, wystarcza bronowanie.

Bardziej  umiarkowaną  innowacją  w  rolnictwie  konwencjonalnym  jest  dążność  do  tzw.

ekologizowania  środowiska.  Polega  ono  przede  wszystkim  na  precyzyjnym  dozowaniu,
znacznym ograniczaniu lub całkowitym eliminowaniu chemicznych środków ochrony  roślin
oraz  syntetycznych  nawozów.  Program  ten  wprowadza  nawożenie  mineralno-organiczne,
dobrze przemyślany płodozmian, wsiewki roślin motylkowych w zasiewy zbóż, spulchnianie
gleby bez odwracania skiby oraz stosowanie ziołowych oprysków w celu zwalczania chorób i
szkodliwych roślin.

Spośród  wymienionych  kierunków  rolnictwa  ekologicznego  na  bardziej  szczegółowe

omówienie  zasługuje  rolnictwo  biodynamiczne  ze  względu  na  wszechstronność  i  spójność
stosowanych metod uprawy.

background image

39

Rolnictwo biodynamiczne

Rudolf  Steiner,  rozpoczynając  cykl  wykładów  o  rolnictwie  biodynamicznym  7  czerwca

1924 roku, powiedział: „Ten cykl wykładów pokaże nam, jak ściśle i wielokierunkowo spra-
wy rolnictwa związane są z najszerszymi sferami życia. Nie ma prawie takich dziedzin ludz-
kiego życia, które byłyby poza tą sferą. Z takich lub innych względów, wszystkie sprawy ży-
cia ludzkiego należą do rolnictwa”. Słuszność tej wypowiedzi potwierdza się najlepiej w na-
szych czasach, kiedy popełnionych już zostało tak wiele błędów w metodach uprawy, kryte-
riach  jej  oceniania  oraz  całym  technologiczno-komercyjnym  sposobie  traktowania  spraw
związanych z wytwarzaniem żywności. Te błędy powodują bowiem nie tylko degradację gle-
by i pokarmu oraz skażenie i eksploatację środowiska, ale również degradację świadomości,
poczucia  odpowiedzialności  i  kierunku  ludzkich  aspiracji.  Ograniczają  też  możliwości  roz-
wojowe  ludzi,  roślin  i  zwierząt  i  wypaczają  kierunki  dalszego  ich  ewolucyjnego  rozwoju.
Dlatego  można  przewidywać,  że  przywrócenie  rolnictwu  jego  pierwotnej  wysokiej  rangi  i
uświadomienie sobie jego znaczenia i rzeczywistych celów, wpłynie również na uszlachetnie-
nie i uzdrowienie ludzkich aspiracji i wyprostowanie dróg dalszego rozwoju.

Niedostateczna,  powierzchowna  wiedza  o  prawidłowościach  zachodzących  w  przyrodzie

jest główną przyczyną klęsk nowoczesnego rolnictwa i jego ujemnego wpływu na środowisko
naturalne, na zdrowie ludzi i zwierząt oraz równowagę ekologiczną. Przeoczenie tych prawi-
dłowości lub ich zignorowanie wyzwala rosnącą ilość niepowodzeń i zagrożeń.

W naturalnym  środowisku  zbiorowiska  roślinne  i  zwierzęce  dążą  do  zachowania  równo-

wagi. Dzięki temu liczba gatunków i liczebność ich populacji pozostaje stale na tym samym
poziomie. Jest to propozycja wyważona  i  dla  wszystkich  korzystna.  Wytworzony  stan  rów-
nowagi umożliwia każdemu z gatunków flory i fauny  dostateczny  udział  w  dostępnej  prze-
strzeni i pokarmie. Ich wzajemny wpływ na siebie harmonizuje życie całego systemu ekolo-
gicznego. Zmiany zachodzą bardzo powoli, ale nie przypadkowo ani gwałtownie, lecz zgod-
nie z prawami  ewolucyjnymi  i  prowadzą  do  optymalizowania  stanu  dotychczasowego.  Gdy
człowiek  ingeruje  w  ten  system  za  pośrednictwem  upraw,  wyrębu  lasów,  wypasania  bydła,
nawożenia  gleby,  tworzy  się  nowy  system  ekologiczny.  Jeżeli  w  tych  poczynaniach  prze-
strzegane są zasady harmonijnego krążenia substancji i współzależności poszczególnych ele-
mentów  systemu  oraz  poszanowania  całej  jego  wewnętrznej  struktury,  wtedy  powstaje
wprawdzie inna, nowa sytuacja ekologiczna, ale w tym nowym systemie także zostaje zacho-
wana równowaga.

Niestety, ludzka ingerencja wiąże się najczęściej z ignorancją, zachłannością i bezwzględ-

nością, co prowadzi do wytworzenia środowiska jałowego, zubożonego, niezrównoważonego
biologicznie i ekologicznie. Dzieje się tak przy wielu poczynaniach związanych z uprzemy-
słowieniem  i  motoryzacją.  Spalanie  ropy,  gazu  i  węgla  powoduje  koncentrację  dwutlenku
węgla  w  atmosferze.  Ten  sam  skutek  wywołuje  stosowanie  w  rolnictwie  pestycydów,  bo
wpływa  na  zakłócenie  procesów  fotosyntezy.  Masowe  wypasanie  bydła  ogałaca  ogromne
obszary z szaty roślinnej, co obniża zdolność ziemi do odbijania i pochłaniania promieni sło-
necznych i ma ujemny wpływ na ilość opadów atmosferycznych. Zmniejszona ilość opadów,
jak wiadomo, odbija się niekorzystnie na urodzajność podstawowych upraw. Działaniem za-
kłócającym równowagę ekosystemów jest też obsiewanie wielkich obszarów pól tym samym
gatunkiem roślin. Rozległe, monouprawowe plantacje tworzą systemy jednostronne, niezrów-
noważone,  pozbawione  własnej,  autonomicznej  odporności.  Podobne  sytuacje  powstają  też
wskutek używania pestycydów o szerokim zakresie działania.

Naturalny wzrost dokonuje się w całkiem prawie zamkniętych cyklach krążenia substancji.

Żywa tkanka roślinna syntetyzuje się w zielonych liściach, a jej szczątki zostają rozłożone w
podłożu żywej gleby i w ten sposób włączone z powrotem do cyklu przemian w sposób wła-
ściwy dla każdej z nich. Cykl ten nie jest jednak zupełnie zamknięty, bo dodatkowe substan-

background image

40

cje otrzymuje gleba z atmosfery i z własnych rezerw mineralnych. Włączenie lub odrzucenie
substancji z zewnątrz zależy od tego, czy one tam „pasują”. W innym sensie odpowiedni jest
kompost, obornik, resztki organiczne, bo zostają one harmonijnie włączone do cyklów prze-
mian i krążenia substancji. Natomiast środki chemiczne dostarczane do gleby, mimo ich udo-
skonalenia i unowocześnienia, są obce tym procesom. Wprowadzane obecnie heteroauksyny,
działające jako hormony wzrostu, zakłócają prawidłowość funkcjonowania własnych hormo-
nów rośliny i mają nieobliczalny wpływ na jej system enzymatyczny. Rośliny nie są w stanie
opanować tych substancji i przeciwstawić się ich nadmiernemu stężeniu. Podobne działanie
wykazują niektóre pestycydy, szczególnie te, które rozpadają się na toksyczne metabolity.

W  żywej  glebie  zachodzi  niezliczona  ilość  procesów  biologicznych  związanych  ściśle  z

procesami dokonującymi się w roślinach. Jak w każdym żywym organizmie, tak i w glebie,
podstawowe znaczenie ma krążenie substancji: wody, powietrza, cząstek mineralnych i orga-
nicznych,  witamin,  alkaloidów,  aminokwasów  i  wielu  innych.  Ten  system  krążenia  –  przy-
swajania i wydalania – jest regulowany przez całe zespoły organizmów glebowych, rozmiesz-
czonych  w  glebie  nie  przypadkowo,  ale  proporcjonalnie  i  celowo.  Ich  ilość,  rozmaitość  i
wzajemne relacje zapewniają sprawne spełnianie różnorodnych i złożonych funkcji. Od znaj-
dujących  się  również  w  glebie  substancji  enzymatycznych  i  hormonalnych  zależy  wzrost  i
dojrzewanie  roślin.  Przed  inwazją  bakterii  chorobotwórczych  chronią  je,  obecne  w  glebie,
antybiotyki. Rosnące w pobliżu rośliny symbiotyczne wydzielają z korzeni substancje wzma-
gające odporność swoich sąsiadów. Wszystkie te procesy i zjawiska przebiegają w żywej gle-
bie w sposób precyzyjnie wyważony, tak samo jak w każdym innym, żywym, zdrowym orga-
nizmie. Dopiero chaotyczne wrzucanie do gleby nawozów mineralnych i chemicznych środ-
ków ochrony roślin burzy całą tą harmonijną strukturę.

We właściwie uprawianej glebie rośliny zachowują określony, optymalny poziom aktyw-

ności auksyn, zharmonizowany z innymi warunkami jej rozwoju. Natomiast wielkie, dorodne
okazy  z  chemizowanych  upraw  nie  zawsze  świadczą  o  zdrowiu  rośliny  i  nie  wszystkie  są
zdrowym  pokarmem.  Ich  rozmiary  są  często  wynikiem  rozrostu  tkanek  wskutek  stymulacji
heteroauksynami  lub  pestycydami.  Okazy  takie  są  duże  i  dorodne  tylko  z  punktu  widzenia
handlowego, natomiast z punktu widzenia fizjologicznego są one  chore i spuchnięte. Jest to
jeden z przykładów stosowania substancji obcych naturalnemu systemowi, których nie potrafi
on  kontrolować  ani  konstruktywnie  wykorzystać.  Według  opinii  Rudolfa  Steinera  szkodli-
wość  jadania  takich  produktów  może  ujawnić  się  nawet  dopiero  w  następnym  pokoleniu.
Dlatego ostrzegał on przed gwałtownym wymuszaniem wzrostu roślin.

Rolnictwo biodynamiczne jest naturalne w tym sensie, że traktuje gospodarstwo nie jako

jednostkę ekonomiczną, lecz biologiczną i opiera się na zrozumieniu i uwzględnianiu natural-
nych procesów biologicznych, jakie się w nim dokonują. Dlatego metoda biodynamiczna jest
nie tylko sumą ustalonych czynności, ale głównie pewnym konsekwentnym sposobem myśle-
nia i postępowania. Podstawową rolę w tym postępowaniu odgrywa bogata wiedza i otwarty
stosunek  do  tej  wiedzy.  Na  przykład  następstwo  roślin  w  zmianowaniu  musi  uwzględniać
przede  wszystkim  konkretną  sytuację:  jakich  elementów  może  w  glebie  brakować  po  po-
przednich uprawach i jakie z kolei zasiewy mogą te braki uzupełnić. Taki sposób postępowa-
nia  służy  trwałej  żyzności  gleby  i  zwiększeniu  wydajności  gospodarstwa  na  długi  dystans.
Oprócz zmianowania, podstawową metodą biodynamiczną jest kompostowanie organicznych
substancji  odpadowych,  pochodzących  z  obszaru  danego  gospodarstwa  i  jego  najbliższego
otoczenia. A więc łęty, liście, chwasty, obornik, glina, odpadki kuchenne itd. Kolejną specy-
fiką tej metody są preparaty biodynamiczne, służące do stymulowania procesów humifikacyj-
nych w pryzmie kompostowej i do opryskiwania roślin w celu zwalczania chorób i ochrony
przed  szkodnikami.  Tych  preparatów  jest  dziewięć  i  mają  ustalone,  międzynarodowe  ozna-
czenia od 500 do 508. Preparat 500 sporządzony jest z krowieńca i stosuje się go w rozcień-
czeniu w 1 l wody ilości 2-3 g na 1 ar do opryskiwania gleby przed zasiewami. Krowieńca od

background image

41

jednej krowy może wystarczyć nawet na kilka gospodarstw wielohektarowych. Preparat 501
to zmielona drobno krzemionka, 502 do 507 to preparaty ziołowe (krwawnik, rumianek, po-
krzywa, kora dębowa, mniszek, waleriana, skrzyp polny). Ilość wszystkich preparatów obli-
cza się w gramach i stosuje w dużym rozcieńczeniu wodnym.

Zasadniczą  sprawą  w  biodynamicznym  gospodarstwie  jest  kompleksowe,  całościowe

traktowanie wszystkich zjawisk i procesów dokonujących się zarówno  w obrębie  gospodar-
stwa, jak i całego środowiska, w którym  gospodarstwo  jest  usytuowane.  Staranne  uwzględ-
nianie zarówno stopnia żyzności gleby, jak i czystości pobliskich zbiorników wodnych, zdro-
wia najbliższego lasu, bezpieczeństwa owadów zapylających uprawy oraz dogodnych miejsc
na  gniazda  dla  ptaków  śpiewających.  Krajobraz  ekologiczny  to  zresztą  nie  tylko  istniejący
realnie las, strumień, pole, drogi, ogrody i żywopłoty, ale również sposób myślenia o nich i
ich oceniania. Ponadto zdolność do harmonizowania swoich poczynań z wymogami zdrowia,
czystości i piękna przyrody. I taki właśnie krajobraz służy najlepiej rzeczywistym potrzebom
wytwarzania zdrowej żywności.

Jako najszerszy kontekst środowiskowy gospodarstwa biodynamicznego traktuje się sferę

kosmiczną, planety i gwiazdy, które mają bardzo konkretny i głęboki wpływ na jakość upraw.
Kalendarz agroastronomiczny oddaje rolnikowi ogromne usługi przy wybieraniu optymalne-
go terminu siewu, zabiegów agrotechnicznych i zbiorów. Zależność  wyników upraw od prze-
strzegania  terminów  kalendarzowych  jest  od  kilkudziesięciu  lat  przedmiotem  obserwacji  i
doświadczeń Marii Thun, która ma już w tym zakresie bardzo duże i cenne osiągnięcia.

Tak ustawione rolnictwo przestaje być, jak dotąd, jednym z głównych czynników degrada-

cji środowiska. Odwrotnie, staje się istotnym elementem przywracania  ekologicznej  równo-
wagi i współtworzy krajobraz ekologiczny.

Sąsiedztwo roślin

Na osobne omówienie zasługuje ta naturalna metoda stymulacji wzrostu i ochrony roślin,

jaką jest odpowiednie rozmieszczenie różnych gatunków botanicznych i wzajemne ich usytu-
owanie,  zwane  sąsiedztwem  roślin.  Metoda  ta  wykorzystuje  wiedzę  o  związkach  zachodzą-
cych między różnymi roślinami, nie tylko uprawowymi, ale również drzewami, ziołami, ży-
wopłotami, roślinami dziko rosnącymi lub towarzyszącymi.

W potocznym przekonaniu dominuje pogląd, że w przyrodzie rządzi prawo walki wszyst-

kich  przeciwko  wszystkim  i  o  wszystko.  Przykłady  współżycia  bezkonfliktowego  lub  sym-
biozy traktuje się na ogół jako przypadki sporadyczne, wyjątkowe, marginesowe. Najnowsze
odkrycia w zakresie ekologii roślin i zwierząt zmuszają do zmiany tej opinii. Wyłania się z
nich bowiem zupełnie odmienny obraz przyrody, jako harmonijnej kompozycji. Jej elementy,
żywe  organizmy  roślinne  i  zwierzęce,  znacznie  częściej  niż  się  sądzi,  współżyją  ze  sobą  w
związkach symbiotycznych. Uczeni gromadzą coraz więcej dowodów  na poparcie hipotezy,
że podstawowym prawem życia jest właśnie symbioza, a nie układy antagonistyczne.

Przykładem symbiozy jest mikoryza, współżycie grzybów z korzeniami roślin wyższych.

Zjawisko to odkrył w 1880 roku polski botanik F. Kamieński, a w 5 lat później B. Frank nadał
mu  nazwę  „mikoryzy”.  „termin  mikoryza  znaczy  dosłownie  grzyb-korzeń...  W  przyrodzie
stan  mikrotrofizmu  korzeni,  a  więc  ich  współżycie  z  różnymi  grzybami  jest  regułą,  a  brak
mikoryz wyjątkiem. Tylko rośliny rosnące w glebie bardzo wilgotnej, jak ryż czy cypryśniki,
nie mają mikoryz... Natomiast cały pozostały olbrzymi świat roślinny od tytoniu, kukurydzy i
pomidorów po sosnę, świerk, buk czy brzozę to rośliny z mikoryzą” (Maria Rudowska, 1984).
O  wartości  mikoryzy  świadczy  fakt,  że  rośliny  z  mikoryzą  pobierają  234%  więcej  fosforu,
75% więcej potasu i 86% więcej azotu niż rośliny bez mikoryzy.

background image

42

Zjawisko symbiozy wykorzystuje nowoczesne rolnictwo ekologiczne w takim planowaniu

sąsiadowania ze  sobą  gatunków  roślinnych,  aby  chroniły  się  nawzajem  i  stymulowały  swój
wzrost i rozwój. Jest to właśnie jedna z metod praktycznego stosowania wiedzy o prawidło-
wościach  zachodzących  w  przyrodzie.  Właściwe  rozmieszczenie  roślin  pozwala  również  na
ograniczenie ilości kompostu i środków ochrony przed chorobami i szkodnikami, bo rośliny
same chronią się nawzajem. Ponadto wydzieliny korzeniowe trafnie usytuowanych roślin po-
prawiają właściwości sorpcyjne gleby. Stosowanie tej metody polega też na unikaniu sadzenia
w bliskim sąsiedztwie gatunków działających na siebie antagonistycznie, bo to może czasem
udaremnić efekty innych, trafnych zabiegów uprawowych.

Podstawową  i  najważniejszą  zaletą  metody  sąsiedztwa  roślin  jest  to,  że  pozostaje  ona

istotnym elementem kompleksu działań profilaktycznych, eliminujących potrzeby stosowania
toksycznych środków chemicznych. Dzięki temu plony dojrzewają nieskażone i osiągają peł-
ną wartość biologiczną i pokarmową.

Rośliny nie mają, tak jak organizmy stałocieplne, systemu wydzielniczego i hormonalne-

go,  dlatego  dominujące  znaczenie    w  ich  procesach  życiowych  odgrywa  środowisko  ze-
wnętrzne.  Prawidłowość  procesów  kiełkowania,  wzrostu  i  dojrzewania  zależy  od  zgodnego
współdziałania substancji glebowych z roślinami. Wśród wydzielin korzeni roślin są między
innymi  aminokwasy,  witaminy,  cukier,  alkaloidy,  fosforaty  i  wiele  innych  dotąd  nie  rozpo-
znanych dokładnie substancji. Doświadczenia wykonane na pewnym gatunku sosny wykazały
w wydzielinie korzeni obecność ponad 35 różnych składników (Maria Budowska, 1984). Ob-
serwuje się, że wzajemny wpływ sąsiadujących ze sobą roślin może być pozytywny lub ne-
gatywny. Mogą one rywalizować ze sobą, np. o przestrzeń, o światło, o wodę, o substancje
odżywcze, a w wielu przypadkach skutki sąsiedztwa spowodowane są oddziaływaniem sub-
stancji wydzielanych przez korzenie. Badaniem tych spraw mało jeszcze znanych i niedosta-
tecznie  wyjaśnionych  zajmuje  się  nowa  dziedzina  ekologii  roślin,  nazwana  prowizorycznie
sąsiedztwem roślin (po angielsku: companion planting).

Zaobserwowano  również,  że  organizmy  roślinne  (a  również  i  owady)  przekazują  sobie

różne sygnały o znacznej nieraz sile, za pośrednictwem drobin substancji chemicznych. Orga-
nizm otrzymujący taki  przekaz  zostaje  zmuszony  do  pewnych  określonych  zachowań.  Ilość
substancji chemicznej, będącej nosicielem informacji, może być nie większa niż jedna mole-
kuła, a mimo to wywołuje skutek nieraz nawet na znaczną odległość. Substancje te mają an-
gielską nazwę: Allelochemics, a różne grupy tych substancji, powodujących opisane oddzia-
ływanie,  mają  też  swoje  nazwy.  Feromony  służą  do  porozumiewania  się  organizmów  tego
samego gatunku. Podobnie jest u owadów – np. feromony seksualne, wydzielane przez wiele
gatunków owadów, pomagają im w znalezieniu współmałżonka. Allomony to z kolei substan-
cje, które mogą być odbierane przez inne  gatunki. Pod wpływem tej substancji inna roślina
zachowuje się w sposób dla siebie korzystny. Podobnie owad „poinformowany” takim prze-
kazem broni się przed zagrożeniem, ucieka, wydziela jad, zapyla rośliny, zbiera z nich nektar
itp. Trzecią formą języka międzygatunkowego są kairomony.  Ich funkcja polega jednak nie
na ostrzeganiu ani wabieniu lecz na odstraszaniu, na przykład jawor i niektóre klony wydzie-
lają  substancje  (zapewne  spłukiwane  z  liści),  które  „zakazują”  innym  roślinom  rośnięcia  w
pobliżu  ich  korzeni.  Zaobserwowano,  że  po  zniszczeniu  górnych  gałęzi  drzewa  zaczynają
wokół pnia kiełkować różne zioła. Giną jednak w momencie gdy drzewo odrasta.

Dla  rolnictwa  ważne  są  też  takie  obserwacje,  że  na  przykład,  liście  bukowe  wydzielają

substancje hamujące wzrost zboża, natomiast nasiona wielu roślin dobrze kiełkują pod ściółką
dębową.  W  darni  znajdują  się  inhibitory  ograniczające  rozwój  korzeni  jabłoniowych.  Na
wzrost młodych drzewek brzoskwini ujemny wpływ ma bliskość dębu, ziemniaków, gorczycy
i rzepaku. Sprzyjają im natomiast fasola i koniczyna. Jasnota biała i esparceta dobrze chronią
zboże, jako rośliny okalające pola. Chroni je również posiany razem rumianek i bławatek, ale
w ilości nie większej niż 1%, aby nie odegrał roli niebezpiecznego rywala, czyli chwastu. Ten

background image

43

sam skutek ochronny daje fasola wysiana razem z owsem. Żyto ochrania groch, obie rośliny
plonują wtedy lepiej niż posiadane osobno. Kilka roślin krwawnika polnego chroni i jedno-
cześnie stymuluje wiele upraw polowych. Jasnota biała pożyteczna jest także w ogrodzie wa-
rzywnym, zasiana wzdłuż brzegów zagonu. Bliskość koperku źle wpływa na pomidory, fasolę
i kalarepkę. Szałwia, rozmaryn i cząber ogrodowy mają korzystny wpływ na wszystkie pra-
wie  uprawy,  ale  szczególnie  dobrym  sąsiedztwem  są  dla  cebulki  i  fasoli.  Bylica  piołun  ha-
muje rozwój wielu chwastów, bardzo nie lubi jej np. starzec zwyczajny. Ponadto wydzielina
korzeni piołunu niszczy nicienie pomidorów, ziemniaków i róż. Siejąc w przemiennych rzę-
dach marchew z cebulą i seler z porem otrzymuje się zdrowe i dorodne plony wszystkich tych
warzyw.

Szacunek dla gleby

Znawcy upraw biodynamicznych twierdzą, że najważniejszą zasadą  w rolnictwie jest nie

tyle pomaganie glebie, co nieprzeszkadzanie. Postulują większy szacunek dla gleby. Chodzi o
to, aby nie udaremniać przebiegu jej naturalnych procesów nietrafną, nieumiejętną i aroganc-
ką ingerencją. W takich przypadkach bowiem szczególnie narażona jest struktura gleby. A tę
najlepszą, gruzełkowatą strukturę gleby podtrzymują organizmy glebowe, zabijane i niszczo-
ne przez nawozy sztuczne i pestycydy. Ciężkie traktory i kombajny powodują mechaniczne
sprasowanie gleby i rujnują jej delikatną strukturę, będącą środowiskiem życia mikroorgani-
zmów.

Zdrowa, żywa, strukturalna gleba zawiera nie tylko niezliczone składniki mineralne i orga-

niczne, będące dla roślin źródłem substancji odżywczych, ale jest również środowiskiem ży-
cia organizmów i mikroorganizmów glebowych, które uczestniczą w życiu roślin. Mikroor-
ganizmy  glebowe, których  w  każdym  centymetrze  sześciennym  zdrowej  gleby  jest  kilkana-
ście miliardów, koncentrują się tuż przy korzeniach roślin, w tak zwanej rhizoferze. Ich obec-
ność ma decydujący wpływ na regulację procesów przyswajania przez rośliny substancji od-
żywczych.  Odgrywają  one  też  rolę  ochrony  immunologicznej  roślin.  Wtargnięcie  do  gleby
substancji chemicznych w postaci nawozów mineralnych i środków ochrony powoduje zała-
manie  się  precyzyjnej  równowagi  środowiska  glebowego,  zburzenie  wyważonych  relacji
między różnymi substancjami mineralnymi i organicznymi a różnymi szczepami mikroorga-
nizmów. Przetrzebiona mikrofauna i mikroflora nie jest już w stanie regulować celowego po-
bierania potrzebnych roślinie substancji ani ich ilości.

Wskutek  tego  biologiczna  jej  wartość  jako  ludzkiego  pokarmu  zostaje  ograniczona  lub

wręcz zniweczona nadmiernym nasyceniem substancjami mineralnymi.

Oprócz mikroorganizmów znajdują się w glebie rozmaite substancje biotyczne, które po-

bierane przez rośliny, spełniają tę samą rolę, co hormony i enzymy w organizmach stałociepl-
nych, podtrzymując równowagę między procesami syntezy i rozkładu. Są one obecne nie tyl-
ko w tkankach roślin, ale i w samej glebie. W żywej glebie znajduje się np. wiele rodzajów
heteroauksyn, które zostają wprowadzone do niej razem z nawozem organicznym i żyjącymi
w nim mikroorganizmami. Substancje biotyczne znajdują się m.in. w korzeniach roślin, skąd
zostają wydzielane do gleby. Służą roślinom jako regulatory wzrostu, a także jako substancje
odpornościowe  –  chronią  je  przed  chorobami,  chwastami  i  pasożytami.  Wzajemne  stosunki
między glebą a roślinami są bardzo złożone i różnorodne i jak dotąd rozpoznane tylko w nie-
wielkim stopniu. Niektórzy utożsamiają relację między glebą a roślinami ze związkiem, jaki
zachodzi  między  macicą,  a  znajdującym  się  w  niej  płodem  (Julian  Osetek,  1982).  A  15  lat
temu James Lovelock wysunął hipotezę, która traktuje Ziemię jako żywy organizm i nazwał
ją Gaja (J. Lovelock, 1973).

background image

44

Wielkość  i  różnorodność  biotycznych  substancji  glebowych  od  niedawna  dopiero  jest

przedmiotem szczegółowych badań. Z dotychczasowych, a także bezpośrednio w glebie znaj-
dują się liczne witaminy: C, K, ryboflawina (B-2), B-6 i B-12,  kwas pantotenowy, kwas fo-
liowy, prowitamina D-2 i karoten. Witaminę B-12 wytwarza wiele  grup bakterii  glebowych
oraz  niektóre  zwierzęta  glebowe,  np.  dżdżownice.  Wytworem  organizmów  glebowych  są
również znajdujące się w niej antybiotyki: penicylina, streptomycyna, terramycyna, aureomy-
cyna  i  inne.  Ich  trwałość  jest  ograniczona  od  kilku  dni  do  kilku  tygodni.  Rośliny  pobierają
antybiotyki w miarę potrzeby, a ich obecność stwierdzono wielokrotnie w tkankach wszyst-
kich części roślin. Dlatego sok z warzyw i owoców jest bakteriobójczy, zwalcza rozwój bak-
terii chorobotwórczych u roślin i u ludzi. W roślinie wyrosłej na żywej glebie, bakterie choro-
botwórcze mogą wnikać tylko w miejscu jej uszkodzenia, nie ma ich natomiast w tkankach
zdrowych. Aktywność bakteriobójcza soku roślinnego nie jest jednak stała. Prowadzi się do-
piero badania w celu określenia prawidłowości tych zmian.

Najwięcej witamin i innych substancji biologicznie czynnych znajduje się w glebie bogatej

w próchnicę. Zawiera ona nie tylko substancje stymulujące wzrost rośliny, ale również i takie,
które hamują rozwój szkodliwych bakterii i grzybów i utrzymują ich populacje w ograniczo-
nym zakresie. Zaobserwowano, że przy stosowaniu organicznego nawożenia, zmianowania i
innych  prawidłowych  zabiegów  agrotechnicznych,  rośliny  uprawowe  mają  zdumiewającą
odporność na choroby, chwasty i pasożyty. Nie wszystkie przyczyny tej  odporności  zostały
do końca wyjaśnione, ale wiadomo już, że częściowo przynajmniej zawdzięczają ją działaniu
substancji  biotycznych.  Działanie  to  zostaje  jednak  ograniczone  lub  niweczone  chemiczną
inwazją. Na przykład obezwładnione hormony nie mogą bronić rośliny przed wymuszonym tą
inwazją  pęcznieniem  tkanek,  które  nie  jest  jednak  równoznaczne  z  rośnięciem  i  dojrzewa-
niem, bo nie wszystkie fazy dojrzewania są wtedy realizowane. Owoce, ziarna, bulwy, liście,
chociaż duże, nie zawsze są biologicznie dojrzałe. Od niedawna również wiadomo, że glebie
martwej  lub  martwiejącej  nie  pomaga  już  nawet  największa  ilość  nawozów  organicznych.
Odwrotnie,  mogą  one  nawet  hamować  wzrost  roślin,  ponieważ  zdolność  „trawienia”  tych
nawozów ma tylko gleba żywa.

Zdrowy i naturalny sposób funkcjonowania gleby wymaga pożywienia organicznego, tzn.

substancji, która uległa humifikacyjnym przeobrażeniom w pryzmie kompostowej. Dopiero z
tej substancji korzenie roślin mogą pobierać potrzebne im ilości składników mineralnych. Do
tego  konieczne  jest  proporcjonalne  rozmieszczenie  w  rhizosferze  organizmów  glebowych
oraz dobra struktura gleby, ułatwiająca krążenie różnych substancji. Swoboda i prawidłowość
dokonywania się tych wszystkich procesów możliwa jest tylko przy celowej, ale ograniczonej
interwencji  agrotechnicznej.  Musi  ona  być  umiejętnie  wyważona,  nie  schematyczna  i  nie
brutalna,  lecz  rozumna  i  staranna,  podtrzymująca  tylko  dokonywanie  się  w  glebie  tych
wszystkich procesów i zjawisk, z którymi radzi ona sobie najlepiej we własnym zakresie.

Co się opłaca

Współczesne rolnictwo konwencjonalne pociąga za sobą niewspółmiernie wysokie koszty

ekologiczne.  Systematycznie,  rok  po  roku  zabijana  gleba  zmienia  się  powoli  w  skalny  pył,
którego nie da się ani szybko, ani łatwo ożywić i przywrócić do stanu urodzajnej ziemi. Uno-
szone przez wiatr z pól nawozy sztuczne powodują usychanie drzew, zatruwają wody i łąki.
Nieprzyswojony przez rośliny azot przenika do wód gruntowych, a także do jezior i rzek, po-
wodując w nich gwałtowny rozwój wodorostów i zubożenie wody w tlen. Pestycydy tworzą
trwałe toksyczne osady w glebie i w tkankach roślin, ludzi i zwierząt. Rolnictwo to z każdym
rokiem  staje  się  też  coraz  mniej  opłacalne.  Produkcja  nawozów  mineralnych  i  środków
ochrony roślin oraz ciężkiego sprzętu rolniczego pochłania ogromne nakłady energii i pienię-

background image

45

dzy. Postępująca degradacja gleby podnosi każdego roku koszty jej nawożenia, a brak nawo-
żenia obniża plony do granic nieopłacalności. W skali społecznej bardzo kosztowne, a coraz
bardziej  naglące,  jest  również  podejmowanie  środków  prewencyjnych,  mających  ratować
środowisko od skażenia. Tak więc zarówno koszty wymierne w pieniądzach, jak i te niewy-
mierne, płacone skażeniem wody, powietrza i  gleby, ludzkim zdrowiem i  totalnym  załamy-
waniem  się  równowagi  ekologicznej,  stają  się  już  zbyt  wysokie.  Ludzie  zaciągają  wobec
swojej Planety dług, na którego spłacenie same środki finansowe nie mogą wystarczyć.

W rezultacie odpowiedź na pytanie, co  się  opłaca,  a  co  nie  opłaca,  nie  może  być  jedno-

znaczna, bo zależy komu i w jakiej sytuacji. Duże dochody uzyskują producenci mineralnych
nawozów, środków ochrony roślin i ciężkiego sprzętu rolniczego. Spore materialne korzyści
czerpią  też  ideolodzy  i  apologeci  tego  systemu  upraw.  Opłaca  się  to  również  plantatorom,
którzy zawsze są gotowi wytruć swoimi obfitymi zbiorami parę tysięcy ludzi dla uzyskania
dużych zysków z ich sprzedaży. dla własnych potrzeb natomiast opłaca im się założyć małą
działkę bez chemii, aby siebie i swoją rodzinę ocalić z totalnego, toksycznego pogromu.

W sytuacji powszechnego panowania kultu fetysza jakim stało się obecnie pojęcie „opła-

calności”, nieustannego kalkulowania – opłaci się czy się nie opłaci, wzrastającemu zagroże-
niu ekologicznemu można by zapobiec takimi środkami, które finansowo mogłyby być zupeł-
nie nieopłacalne. Chodzi jednak o to, żeby nie znaleźć się wkrótce w sytuacji legendarnego
króla Midasa. Jak wiadomo, ten nieprzezorny a chciwy władca wyjednał sobie u boga Dioni-
zosa taki przywilej, że wszystko, czego dotknął, zamieniało się w złoto. Przeraził się wresz-
cie, gdy w złoto zamieniła się również niesiona do ust kromka chleba i woda, której chciał się
napić. To doświadczenie nie stało się jednak skuteczną przestrogą dla innych. Obecnie też, w
każdej  dyskusji  na  temat  potrzeby  zmiany  metod  uprawy  i  wytwarzaniu  zdrowej  żywności
argument  „nieopłacalności”  ucina  sprawę.  Będziemy  truć  dalej  i  nie  ma  o  czym  mówić!  A
przecież trwały spadek wydajności czy nieopłacalność wcale nie muszą towarzyszyć przejściu
na rolnictwo biodynamiczne. Zdarza się to głównie wtedy, gdy przestawienie na gospodaro-
wanie ekologiczne podejmuje się w warunkach gleby już zdegradowanej. Wówczas rzeczywi-
ście jej rekultywacja może trwać 3-4 lata,  a w tym czasie nie ma co liczyć na dochody, bo
trzeba przede wszystkim uprawiać rośliny użyźniające glebę, dostarczające jej azotu i alkali-
zujące obszary zakwaszone. I nie zawsze istnieje wtedy możliwość korzystnej sprzedaży plo-
nów. Taka próba rekultywacji daje jednak dużą szansę na przyszłość, podczas gdy upieranie
się  przy  dotychczasowych  metodach  przedłuża  tylko  agonię  gospodarstwa,  ale  nie  rokuje
przywrócenia go do życia.

Deficyt związany z rekultywacją może być zresztą niewielki i tylko przejściowy. Jak bo-

wiem wynika z dotychczasowych doświadczeń, dochód z 1 ha przypadający na jednego pra-
cownika  jest  w  gospodarstwie  biodynamicznym  wyższy,  jakkolwiek  nakład  pracy  i  czasu
może być nieco większy.

Z czasem okaże się, że wszystko co zdrowe jest jednocześnie tańsze i że uczciwa troska o

dostarczenie ludziom wartościowej, nieskażonej żywności, opłaca się najlepiej. Wynika to z
następującego obliczenia. Z kosztów pojedynczych gospodarstw oraz ogólnych kosztów go-
spodarki rolnej, krajowej i światowej, można wtedy skreślić pozycję obciążeń związanych z
produkcją  i  zakupem  środków  chemicznych.  W  ten  sposób  zostają  również  odzyskane
ogromne zasoby energii zużywanej do ich wyprodukowania. Rolnik zaś nie wydane pieniądze
na ich zakup ma do swojej dyspozycji, co umożliwia pokrycie kosztów związanych z prze-
stawieniem gospodarstwa na nowy tor. Oszczędność energii i pieniędzy uzyskuje się również
odchodząc od stosowania ciężkich, kosztownych maszyn rolniczych. Do pracy na niewielkim
obszarze  gospodarstwa  biodynamicznego  najstosowniejszy  jest  mały,  lekki  sprzęt  agrotech-
niczny, wygodniejszy w obsłudze, o wiele tańszy i co najważniejsze, nie ugniatający ziemi i
nie niszczący struktury gleby. Zbiory z upraw biodynamicznych znacznie lepiej się przecho-
wują, straty są o około 30% mniejsze, a ceny z ich sprzedaży można uzyskać nieco wyższe.

background image

46

Zbyt  zapewniony,  bo  konsument  coraz  niecierpliwiej  czeka  na  nietoksyczną  żywność.  Po-
czątkowy  wkład  związany  z  rekultywacją  gleby  wkrótce  zwraca  się  z  nawiązką,  ponieważ
odzyskana jej żyzność jest nie tylko doraźna, jednoroczna, ale wieloletnia, trwała i poprawia
się potem z każdym rokiem, dzięki kontynuowaniu właściwych metod uprawy. Stosując me-
todę  biodynamiczną  (lub  inną  ekologiczną)  uzyskuje  się  zdrowsze  pokarmy  roślinne,  przy-
wrócone zostaje ekologiczna równowaga siedliska i eliminowanie  źródła jego skażenia. Po-
stawa „byle dziś” nie opłaca się pod żadnym względem, za doraźne zyski trzeba będzie płacić
potem zbyt wysoką cenę.

Historia i teraźniejszość rolnictwa ekologicznego

Cykl wykładów wygłoszonych przez Rudolfa Steinera w 1924 roku w Kobierzycach koło

Wrocławia, wyzwolił wiele inicjatywy, impulsów do działania i nowych pomysłów. Od tego
momentu narodziny się dążenia do głębokich, radykalnych przemian w metodach uprawy, a
także  w  tylu  myślenia  o  sprawach  rolnictwa  oraz  w  mentalności  i  osobowości  rolników.
Wskazówki Steinera zwracały uwagę na doniosłość działania sił naturalnych i procesów do-
konujących  się  w  przyrodzie  i  zachęcały  do  współdziałania  z  nimi  i  wykorzystania  ich  na
użytek  gospodarstwa, które powstawałoby w harmonii ze  środowiskiem,  a  ponadto  angażo-
wało  zdolności  fizyczne  i  umysłowe  gospodarza  i  uwzględniało  jego  potrzeby  psychiczne.
Ten styl gospodarowania jest korzystny i twórczy zarówno dla rolnika jak i dla rynku, który
on zaopatruje.

Rolnictwo ekologiczne nie jest tylko teoretycznym postulatem na przyszłość, ma już swoją

historię  i  swoje  osiągnięcia.  Działające  przed  wojną  w  Niemczech  Koło  Eksperymentujące
zostało  w  1941  roku  zdelegalizowane.  Przerwano  więc  organizowane  dotychczas  badania  i
konferencje, przestały ukazywać się wydawnictwa. A przed wojną istniało już w Saksonii 55
małych i średnich gospodarstw ekologicznych. Po wojennej przerwie, w 1954 roku powstało
nowe towarzystwo „Demeter”, które produkty z ekologicznych gospodarstw rozprowadza do
dziś  w  wielu  krajach.  Zajmuje  się  również  instruktażem  i  kontrolą  uzyskiwanych  plonów.
Produkty  ze  znakiem  tego  towarzystwa  mają  wysoką  jakość  i  są  rozchwytywane  przez  na-
bywców. Rolnicy, właściciele tych gospodarstw, zajmują się nie tylko uprawą ale i przetwór-
stwem. Wypiekają m.in. chleb z mąki z pełnego przemiału, dostarczają na rynek przetwory
młynarskie: kasze, płatki pszenne i owsiane, mąkę jęczmienną i kawę zbożową, soki owoco-
we i warzywne, syropy i miód. Regionalne ośrodki zawierają umowy z młynami, piekarniami
i przetwórstwami, które zobowiązują się do przerobu ekologicznych płodów rolnych bez mie-
szania  ich  z  innymi  i  bez  dodawania  czegokolwiek  innego.  Ceny  ich  są  wyższe  tylko  o  tę
premię,  jaka  przysługuje  wszystkim  towarom  lepszej  jakości.  Stałymi  odbiorcami  tych  pro-
duktów są kliniki i szpitale.

Asortyment  dostępnych  rodzajów  zdrowej  żywności  stale  się  rozszerza,  w  miarę  jak  go-

spodarstwa wzbogacają rozmaitość swoich upraw i w miarę tego, jak rodzą się nowe pomysły
wytwórców i dystrybutorów. Sprzedaje się więc również m.in. oleje roślinne wytłaczane na
zimno, to znaczy sposobem, który nie powoduje zniszczenia zawartych w nasionach oleistych
witamin i enzymów,  a także nie usuwa innych elementów, żywieniowo najcenniejszych. W
przetwórstwie przemysłowym niszczy je wysoka temperatura wytłaczania i rafinacja, mająca
zapobiegać  szybkiemu  ich  jełczeniu.  Ponieważ  długie  przechowywanie  i  magazynowanie
powodowałoby psucie, fermentację i jełczenie żywności, towarzystwo „Demeter”, jako dys-
trybutor, dba o to, aby droga od wytwórcy do nabywcy była maksymalnie skrócona. Na przy-
kład zboża na kaszę i mąkę miele się stopniowo, równolegle z ich rozprowadzeniem i w ilości
odpowiadającej zamówieniom. Dlatego przetwarzanie, dystrybucja i sprzedaż zdrowej żywo-

background image

47

ści  wymagają  operatywności,  sprawności,  inteligencji  w  tak  samo  wysokim  stopniu,  jak
uczciwości i rzetelności wymaga samo prowadzenie gospodarstwa ekologicznego.

Stopniowo  zmienia  się  struktura  podaży  produktów  żywnościowych  jako  odpowiedź  na

zmianę struktury popytu. Zmniejsza się zainteresowanie kupujących tymi przetworami, które
odo  niedawna  dominowały  w  handlu  żywnością,  tzn.  rafinowanymi,  aromatyzowanymi  i
sztucznie barwionymi, a których trwałość zapewniały chemiczne środki konserwujące. Teraz
bardziej ceni się miód i melasę niż cukier oraz świeże i suszone owoce niż dżemy. Chętnie
kupowane jest ciemne pieczywo z różnego rodzaju zbóż, z jęczmienia, kukurydzy, owsa. Du-
żym  powodzeniem  cieszy  się  sprzedawanie  w  puszkach  mleko  sojowe  „Plamil”  oraz  inne
przetwory z soi, m.in. tofu czyli twaróg z mleka sojowego.

W większości krajów na wszystkich kontynentach istnieją już gospodarstwa ekologiczne.

Jedne są prowadzone na własny użytek, inne nastawione na produkcję towarową. Na przykład
w krajach zachodniej Europy (Holandia, Belgia, Dania, RFN, Francja, Anglia) w 1980 roku
powierzchnia upraw ekologicznych wynosiła 100 tys. hektarów. Ich liczba stale wzrasta, tak
samo jak stale wzrasta zrozumienie problemu skażenia, a w związku z tym i zapotrzebowania
na naturalną, zdrową żywność. Zwłaszcza, że żywność z takich gospodarstw, oprócz walorów
zdrowotnych,  wyróżnia  się  znakomitym  smakiem  i  aromatem.  Początkowo  można  ją  było
nabywać tylko w specjalnych sklepach, nazywanych w krajach anglojęzycznych „Health Fo-
od Stores” (sklepy ze zdrową żywnością), znajdujących się w większych miastach. Ostatnio
zdrową żywność można kupować nawet w zupełnie małych miastach, a w większości dużych
magazynów  są  specjalne  stoiska,  gdzie  sprzedaje  się  świeże  warzywa,  owoce  i  różne  inne
produkty z gospodarstw ekologicznych.

Humanistyczny wymiar rolnictwa

Herbert H. Koepf (1976), podsumowując trudności i dylematy współczesnego konwencjo-

nalnego systemu upraw pisze, że podstawowy problem sprowadza się do tego, żeby znalazło
się dosyć ludzi, aby zajmować się ziemią w zdrowy sposób. Z kolei E. F. Schumacher (1981)
zwraca  uwagę  na  niedocenianie  lub  wręcz  ignorowanie  celów,  które  powinny  przyświecać
ludziom uprawiającym ziemię. Są nimi:

1) humanizacja i uszlachetnianie szeroko pojętego środowiska ludzkiego,
2) podtrzymywanie więzi człowieka z przyrodą, której człowiek jest i musi pozostać inte-

gralną częścią,

3) dostarczanie człowiekowi żywności i innych surowców potrzebnych do godziwego ży-

cia. „Nie wierzę – pisze Schumacher – aby długo mogła istnieć cywilizacja, która uznaje tyl-
ko trzeci z wymienionych tu celów i dążąca do niego tak bezwzględnie i gwałtownie, że po-
zostałe dwa cele nie tylko są zaniedbywane, lecz po prostu bojkotowane”.

Według  Rudolfa  Steinera,  wszystkie  sprawy  życia  ludzkiego  z  takich  czy  innych  wzglę-

dów są związane z rolnictwem, a więc dehumanizacja tej sfery gospodarki rzutuje niekorzyst-
nie na wszystkie inne dziedziny życia.

Już z trzech powyższych opinii wynika, że rolnictwo ma znacznie szerszy wymiar niż tyl-

ko ekonomiczny i profesjonalny. I wydaje się, że drogą prowadzącą do wyzwolenia rolnictwa
z dotychczasowych komercyjnych i technologicznych ograniczeń jest dostrzeżenie i uwzględ-
nienie jego wymiaru humanistycznego.

Rolnictwo to jeden z najczcigodniejszych i najbardziej autentycznych działów gospodarki

ludzkiej i zawodów wykonywanych przez człowieka. Jego wyniki należą w ogromnym stop-
niu od poziomu etycznego i umysłowego trudniących się nim osób. Im jest on wyższy, tym
szerszy kontekst spraw pozwala dostrzegać i włączać harmonijnie do swojej pracy. Nie mniej
doniosłą zaletą rolnika jest  wrażliwość  i  rzetelność  oraz  ciepła  życzliwość  dla  ludzi,  którzy

background image

48

jedzą chleb z jego pola. Wszystkie te zalety mogą stać się ponadto źródłem bezcennych satys-
fakcji dla tego, kto dorasta do ich przyjęcia.

W funkcjonującym obecnie ujęciu technologicznym i ekonomicznym rolnictwa zatraca się

cała  jego  warstwa  humanistyczna.  Ekonomiczna  definicja  gospodarstwa  rolnego  wymienia
jako jego elementy składowe obok ziemi, maszyn, zabudowań i inwentarza żywego również i
osobę gospodarza. Eksponując wyłącznie komercyjne cele gospodarstwa, narzuca sposób jego
rozumienia i traktowania, czym poniża rolnika, jako włodarza ziemi i animatora dokonujące-
go  się na niej rozradzania  i  dojrzewania.  Przykładanie  do  rolnictwa  wyłącznie  ekonomicz-
nych  miar  ogranicza  wiedzę  o  naturalnym  środowisku,  w  którym  dokonuje  się  misterium
współdziałania człowieka z siłami przyrody i obniża rangę pracy rolnika, jako współtwórcy
procesów życia i wzrastania.

Traktowanie  rolnictwa  w  sposób  ściśle  ekonomiczny  uważa  się  powszechnie  za  przejaw

„nowoczesności”, jakkolwiek ujmowanie pracy na roli w oderwaniu od jej aspektów moral-
nych i estetycznych trudno uznać za nowoczesne, to znaczy spełniające społeczne nadzieje na
dziś i jutro.

Natomiast rolnictwo ekologiczne jest już w założeniu zharmonizowane z postulatami hu-

manizacji.  Jeżeli  nadrzędnym  jego  celem  jest  wytwarzanie  zdrowej  żywności  przy  zastoso-
waniu korzystnych również i dla środowiska metod ekologicznych, to już nadaje mu wysoką
rangę humanistyczną. Tak samo praca rolnika uwolniona od bezwzględnej, komercyjnej pre-
sji, spełniająca moralne warunki osiągania swoich celów – wkracza w wymiar humanistycz-
ny.

I dopiero takie rolnictwo mogłoby stać się inspiracją dla wyłonienia nowej, autentycznej

kultury  wsi.  Kultury  tak  oryginalnej,  bogatej  i  na  tak  wysokim  poziomie  obyczajowym,
etycznym i estetycznym, jakiej nie były dotąd w stanie wytworzyć żadne inne ośrodki wiej-
skie ani miejskie. Uznawany obecnie za wzorcowy, stereotyp nowej kultury wiejskiej z klu-
bokawiarnią  i  ekshumowanym  folklorem  przeszedłby  do  muzeum  kuriozów  współczesnej
cywilizacji. Wieś nie musiałaby wtedy sięgać do wzorców miejskich, miałaby własne aspira-
cje, doświadczenia i osiągnięcia, po które przychodziliby jak do Mekki mieszkańcy miast. Ci
sami, którzy pozostają obecnie w przekonaniu o nadrzędności swojej zurbanizowanej mental-
ności i jej wytworów, a w  rzeczywistości żyją zagubieni na manowcach kultury masowej z
całą jej jałowością i prymitywizmem.

O dalszych konsekwencjach, jakie mogłyby w  przyszłości  wyniknąć  z  urzeczywistnienia

takiego  rolnictwa,  można  już  tylko  snuć  domysły.  Ale  domysły  najbardziej  nawet  optymi-
styczne nie byłyby tu chyba bezpodstawne.

Rolnictwo ekologiczne a uprawy wegańskie

Wśród wymienionych uprzednio kierunków rolnictwa ekologicznego nie został omówiony

jeszcze jeden, mianowicie uprawy wegańskie. A taki kierunek już istnieje i rozwija się samo-
istnie, spontanicznie, niezależnie od jakichkolwiek teoretycznych założeń agrotechnicznych,
naśladując  jednak  wiele  uprawowych  metod  biodynamicznych.  Uprawy  wegańskie  są  to
uprawy zupełnie nowego typu, nie przypominają ani tradycyjnych wiejskich zagród, ani pro-
dukcyjnych  kombinatów  rolniczo-przemysłowych.  Należą  do  nich  działki  przyzagrodowe  i
działki pracownicze, małe warzywniki i niewielkie sady, uprawiane na własny użytek, a na-
wet kameralne uprawy w mieszkaniach, tak zwane indoor-greens, które rozpowszechniają się
na zachodzie.

W  takich  właśnie  „gospodarstewkach”  lub  innych  nietypowych,  chów  zwierząt  jest  nie-

możliwy, niekiedy też rezygnuje się z niego ze  względów etycznych lub żywieniowych. I co
zaskakujące, plony z tych upraw są wyjątkowo udane! W książce o różnych alternatywnych

background image

49

metodach  współczesnego  rolnictwa  (1980)  zostało  omówione  również  i  rolnictwo  wegańskie.
„Rolnictwo wegańskie uprawiane jest w Anglii w sposób niekomercyjny. Obecnie obejmuje ono
prawie wyłącznie uprawy warzyw. Ta doświadczalna metoda opiera się na dwóch zasadach:

1)  unikanie  głębokiej  orki  i  stosowanie  tylko  powierzchniowego  rozluźniania  gleby,  bez

przekopywania i odwracania,

2) wyłączenie nawozów pochodzenia zwierzęcego. Ten sposób uprawy prowadzi do tego,

że gleba zostaje przetworzona (transformed) w ciągu trzech lat. Jest to przetworzenie polega-
jące na znacznej poprawie struktury gleby i łączy się z całkowitym zaniknięciem chwastów,
pasożytów  i  chorób  roślin.  Ściśle  wegański  sposób  gospodarowania  odrzuca  stosowanie  ja-
kichkolwiek  produktów  zwierzęcych,  zaleca  używanie  jedynie  kompostowanego  materiału
roślinnego (vegtable matter). Jak można się domyślać, pokarmy z tych poletek są bardzo wy-
soko cenione przez zwolenników żywienia wegetariańskiego i wegańskiego.

W  większości  alternatywnych  programów  gospodarowania  na  roli  zwierzęta  hodowlane

uważa się za nieodzowny element zrównoważonego gospodarstwa, a produkcję mięsa za tak
samo ważną i potrzebną jak uprawę roślin jadalnych.

Rolnictwo biodynamiczne również akceptuje hodowlę zwierząt rzeźnych w gospodarstwie,

chociaż odnosi się bardzo krytycznie do hodowli przemysłowych.  Uważa je za niezgodne z
naturą zwierząt, środowiska naturalnego a także ludzi, którzy takie systemy hodowli organi-
zują i prowadzą. Zwierzę w gospodarstwie biodynamicznym, zgodnie z biodynamicznymi za-
sadami hodowli, nie jest przedmiotem bezwzględnej, brutalnej eksploatacji, lecz spotyka się z
przychylnością i troskliwością swego gospodarza. Zaobserwowano, że krowa dobrze traktowa-
na daje więcej mleka i żyje znacznie dłużej. Doc. Mieczysław Górny tak pisze o tym: „Chodzi
w niej bowiem o podejście do zwierząt, o zapewnienie im nie tylko dobrych warunków bytu,
właściwej karmy, lecz także o kontakt psychiczny z nimi. Podkreśla się szczególnie znaczenie
krowy jako zwierzęcia psychicznie wrażliwego, jako producenta najlepszego nawozu oraz jako
wskaźnika prawidłowości funkcjonowania gospodarstwa biodynamicznego” (1986).

Przekonanie o potrzebie udziału zwierząt w gospodarstwie podzielają zarówno zwolennicy

rolnictwa konwencjonalnego jak i biodynamicznego i traktują je jako niepodważalny pewnik.
To  założenie  kwestionują  jednak  wegetarianie  i  zwolennicy  upraw  wegańskich  i  postulują
jego ponowne krytyczne rozpatrzenie i weryfikację na podstawie  dalszych, nowych badań i
doświadczeń.  Bo  jeżeli  w  dotychczas  podejmowanych  uprawach  wegańskich  obserwuje  się
„całkowity zanik  chwastów, pasożytów i  chorób  roślin”,  to  jest  to  sygnał,  którego  nie  wolno
zignorować. Wskazuje on bowiem na to, że założenie o niezbędnym udziale nawozu zwierzę-
cego w uprawach nie jest prawdziwe, że opiera się na jakimś błędzie lub przeoczeniu i wymaga
dalszych doświadczeń. Takie „doświadczenie” dokonuje się zresztą samo każdego roku w każ-
dym zdrowym lesie. Leśna gleba, która należy do najżyźniejszych i najzasobniejszych, nawo-
żona jest samoistnie roślinnym kompostem z rozkładających się liści oraz traw i ziół leśnych.

Jakkolwiek  rolnictwo  tradycyjne  i  ekologiczne  docenia  wartość  nawozu  zwierzęcego,  to

we  współczesnym  rolnictwie  konwencjonalnym  nie  wyciąga  się  z  tego  praktycznych  wnio-
sków. Przeważa tu system osobnych ferm hodowlanych i osobnych specjalistycznych gospo-
darstw uprawiających wyłącznie rośliny. W tym systemie rolno-hodowlanego przemysłu nie
ma  możliwości  pełnego  wykorzystania  obornika  w  zamkniętym  cyklu  krążenia  substancji
organicznej.  Nawóz  z  hodowli  zwierząt  nie  tylko  nie  zostaje  wykorzystany  do  użyźniania
gleby, ale jest kłopotliwym balastem. Jednocześnie w gospodarstwach nastawionych wyłącz-
nie na produkcję roślinną stosuje się tylko nawozy sztuczne z braku nawozu zwierzęcego. Z
jednej więc strony istnieje nadmiar nawozu naturalnego, a z drugiej jego brak, co w jednym i
drugim przypadku prowadzi jednak do skażenia środowiska – albo niewykorzystanym rolni-
czo nawozem zwierzęcym, albo stosowaniem nawozów sztucznych.

Dla zrównoważenia gospodarstwa duże ssaki przeznaczone na rzeź nie są jedynymi repre-

zentantami  świata  zwierzęcego.  Z  pewnością  więcej  korzyści  ma  gospodarstwo  z  takich

background image

50

przedstawicieli  fauny,  jak  dżdżownice,  owady  zapylające  i  ptaki  śpiewające,  ropuchy,  bie-
dronki, kuropatwy, bażanty i cała mikrofauna glebowa. Mimo to zaniedbuje się powszechnie
stworzenia podstawowych warunków dla życia tych organizmów, forsując tylko sprawę pod-
noszenia liczebności świń i krów.

Jakkolwiek istnieje wiele podobieństw w zakresie metod agrotechnicznych, rolnictwo we-

gańskie różni się w sposób zasadniczy od innych programów ekologicznych upraw. Wyklu-
cza nie tylko samą hodowlę dużych zwierząt na mięso, ale również i te metody uprawy, które
łączą się z ich zbijaniem. Na przykład stosowanie niektórych preparatów biodynamicznych.
Decydują o tym względy rolnicze, żywieniowe i etyczne. Z tych właśnie względów nie sto-
suje  się  tu  nawozów  zwierzęcych  ani  kompostów  z  materii  pochodzenia  zwierzęcego,  jak
również  i  niektórych  preparatów  biodynamicznych.  Spośród  metod  ekologicznych  korzysta
się  ze  wskazań  kalendarza  agro-astronomicznego,  zasad  sąsiadowania  roślin,  stosowane  są
komposty z materii roślinnej, biodynamiczne preparaty ziołowe,  odpowiedni program zmia-
nowania i powierzchniowe tylko spulchnianie gleby.

Program biodynamiczny z trudem, choć nie bez znacznych sukcesów, toruje sobie drogę

we współczesnym skomercjonalizowanym i schematyzowanym rolnictwie. W wielu krajach
stale  wzrasta  liczba  gospodarstw  odchodzących  od  konwencjonalnych  metod  uprawy,  aby
wprowadzać  nowe.  Jednak  rolnictwo  biodynamiczne,  jakkolwiek  niepomiernie  słuszniejsze
od  konwencjonalnego,  zostaje  pod  pewnymi  względami  zakwestionowane  przez  program
upraw wegańskich. Trudno by jednak było skreślić stosunek obu tych programów jako alter-
natywy.  Rolnictwo  wegańskie  nie  jest  dla  biodynamicznego  alternatywą,  lecz  raczej  per-
spektywą dalszych progresywnych przeobrażeń i ich ukierunkowaniem.

W obecnej sytuacji demograficznej i rynkowej uprawy biodynamiczne bez wyeliminowa-

nia produkcji mięsa w dotychczasowym zakresie i z dotychczasowymi tendencjami do wzro-
stu, sprowadzałyby się właściwie głównie do wytwarzania zdrowej paszy  dla bydła. Nadcho-
dzące głębokie przemiany w rolnictwie nie mogą dokonywać się w oderwaniu od wzbogacają-
cej się stale wiedzy o warunkach czystości środowiska i równowagi całej ziemskiej biocenozy.
A  przede  wszystkim  rolnictwo  jako  producent  zdrowej  żywności  nie  może  nie  uwzględniać
najnowszych osiągnięć  w  zakresie  wiedzy  o  żywieniu  i  o  rzeczywistych  ludzkich  potrzebach
pokarmowych.  Dlatego  zakładanie  koniecznego  udziału  zwierząt  hodowlanych  w  programie
biodynamicznym i niektórych innych programów rolnictwa ekologicznego musi budzić zastrze-
żenia nie tylko natury etycznej, ale również ekologicznej, ekonomicznej i żywieniowej.

Każdy z tych programów akceptujących i uwzględniających masowy chów zwierząt rzeź-

nych, opiera się na nierealnym przewidywaniu, że jeżeli zostanie on powszechnie wdrożony,
to  obecnie  5-miliardowa,  a  wkrótce  już  6-miliardowa,  populacja  ludzi  żyjących  na  świecie
zdoła udźwignąć ciężar wykarmienia ich samych, a oprócz tego zwierząt przeznaczonych na
ich pożywienie w ilości choćby tylko 1 sztuki hodowlanej na każdy hektar uprawianej ziemi.
Pod tym względem na stanowisko rolnictwa biodynamicznego rzutuje błąd podzielany przez
rolnictwo konwencjonalne, że wśród pokarmów dostarczanych przez gospodarstwa wiejskie,
musi być również i mięso.

Podstawowe postulaty odżywiania wegetariańskiego i upraw wegańskich nabierają w na-

szych czasach niezmiernej wagi i znaczenia praktycznego. Jak wiadomo, że liczebność ludzi
na świecie wzrasta lawinowo, a rozwój techniki umożliwia realizowanie wielu programów, w
tym  również  i  tych  z  gruntu  fałszywych.  Należy  do  nich  błąd  dotyczący  potrzeb  pokarmo-
wych człowieka, a jego następstwem jest cała gigantyczna struktura międzynarodowej gospo-
darki mięsno-hodowlanej. Ten błąd powielany w skali światowej, tak jak to się dzieje obec-
nie, pociąga za sobą dalekosiężne następstwa w wielu dziedzinach życia: ekonomicznej, eko-
logicznej,  politycznej,  zdrowotnej,  etycznej,  humanitarnej  i  społecznej.  Dlatego  każdy  pro-
gram  rolnictwa  ekologicznego  czy  konwencjonalnego,  włączający  jako  jego  integralny  ele-
ment hodowlę zwierząt, choćby w liczbie 1 sztuki hodowlanej na 1 hektar upraw, już w mo-

background image

51

mencie wdrażania rozmija się z nieugiętymi wymogami nadchodzącego czasu i już wkrótce
będzie musiał ulec znacznym korektom i modyfikacjom.

Wiele wskazuje na to, że wegetariański, a zwłaszcza wegański, sposób odżywiania się lu-

dzi jest przyszłością tego świata, któremu uda się przetrwać najgorszy czas. I tak samo przy-
szłością świata wydaje się być wegańskie rolnictwo ekologiczne. Równolegle z tym kierun-
kiem przemian dokonuje się ewolucja postaw etycznych i głęboki  przełom w sposobie trak-
towania przyrody. W miarę pogłębiania się tych dokonań zachodzą widoczne zmiany w spo-
sobie myślenia – raczej w kategoriach humanistycznych niż wyłącznie ekonomicznych, bar-
dziej etycznych niż komercjalnych. Daje to podstawę do przewidywania, że właśnie rolnictwo
wegańskie  jest  najtrafniejszych  ukierunkowaniem  nadchodzących  przemian  w  całej  gospo-
darce żywieniowej. I pozwala mieć nadzieję, że może już niedługo przyda ono krajobrazowi
Ziemi jeszcze jeden akcent humanizacji.

Obszar i formacja gospodarstwa ekologicznego

Metody  i  zasady  gospodarowania  ekologicznego  nakładają  pewne  ograniczenia  obszaru

upraw. Ten podstawowy limit wynika już z samej idei gospodarstwa naturalnego, ponieważ
setki  czy  dziesiątki  hektarów  liczące  plantacje  jednorodnych  zasiewów  już  w  założeniu  są
nienaturalne. W zróżnicowanym, naturalnym ekosystemie są dysonansem, burzą jego propor-
cje i równowagę. Uprawy  ekologiczne, uwzględniające wymogi sąsiedztwa roślin i postulat
zachowania kompletności środowiska, kreują system inny wprawdzie niż pierwotny,  ale za-
chowują podstawowe jego prawa i nie niszczą harmonii. Wielkość gospodarstwa wiąże się też
z możliwością uzyskania niezbędnej ilości kompostu oraz dysponowania czasem jaki można
poświęcić na wykonanie wszystkich koniecznych zabiegów. Zależnie więc od ilości kompo-
stu i liczby osób zaangażowanych w prowadzenie gospodarstwa, jego obszar może wahać się
mniej więcej od 1/4 do 1 hektara.

Na  modelu  współczesnego  rolnictwa  konwencjonalnego  zaciążyły  jak  wiadomo,  błędne

założenia technologiczne i ekonomiczne. Metoda upraw ekologicznych otwiera szansą wyco-
fania  się  z  pierwszego  z  nich  tzn.  błędu  technologicznego.  Natomiast  drugi,  ekonomiczny,
możliwy jest do przezwyciężenia nieprofesjonalnym sposobem traktowania rolnictwa i two-
rzeniem zupełnie nowej struktury ekosystemów odmiennej od wszystkich dotychczasowych.

Sygnałem zapowiadającym deprofesjonalizację rolnictwa jest narastający już od kilkudzie-

sięciu lat masowy trend do dezurbanizacji. W świadomości większości ludzi współczesnych
wielkie miasto przestaje być najbardziej pożądanym miejscem do życia. Ideałem jest dom lub
domek za miastem, otoczony mniej lub więcej rozległym terenem zieleni – trawnikiem, łąką,
lasem  lub  właśnie  ogrodem  i  sadem  czy  też  miejscem  innych  jeszcze  upraw  roślin  jadalnych.
obecnie realizowaniu się tego trendu stawiają tamę struktury istniejącej produkcji rynkowej. W
pewnych regionach świata bywają przełamywane indywidualnym dążeniem, wolą i wysiłkiem. W
innych natomiast są nie do sforsowania i pozostają w sferze  odległych planów lub nierealnych
marzeń. Jednak jak wiadomo z historii, masowe trendy przełamują prędzej czy później dotych-
czasowe formy organizacyjne i zmuszają do współdziałania w pożądanym kierunku.

Przy  nieprofesjonalnym  sposobie  traktowania  rolnictwa  istniejące  obecnie  ekosystemy

mogłyby automatycznie prawie zmieniać swoją dotychczasową strukturę. Zamiast rozległych
obszarów  jednorodnych  zasiewów,  gospodarstwa  niewielkie,  ale  bogate  w  różnorodne,  sta-
rannie zaplanowane uprawy – warzywnicze, sadownicze, zbożowe. Zamiast produkcji wiel-
kotowarowej, ukierunkowanie się w zasadzie na zaspokajanie potrzeb własnych, tzn. rodziny
lub grupy osób uprawiających tę ziemię stale lub doraźnie. Znikoma czasochłonność takiego
gospodarstwa,  związana  z  jego  ograniczonym  obszarem,  jest  właśnie  jednym  z  istotnych
czynników jego deprofesjonalizacji. Praktycznie więc, każdy człowiek, wykonujący jakikol-

background image

52

wiek zawód nierolniczy, np. stolarz, piekarz, lekarz, aktor, nauczyciel czy drukarz, uprawiając
swój kawałek ziemi w pobliżu swojego domu, traktowałby to zajęcie jako przedłużenie przy-
gotowywania posiłków we własnej kuchni dla jednej rodziny lub jednej osoby.

Postępy nowoczesnej wiedzy o żywieniu doprowadzają między innymi do stwierdzenia in-

dywidualnego  zróżnicowania  ludzkich  potrzeb  pokarmowych.  Ich  pełne  zaspokojenie  jest
równie  niemożliwe  w  zbiorowych  punktach  żywienia,  jadłodajniach,  restauracjach,  stołów-
kach, jak i ze zbiorowych zuniformizowanych źródeł wytwarzania i przetwarzania żywności.
Wszystkie  nowoczesne  szkoły  dietetyczne,  takie  jak  makrobiotyka,  wegetarianizm,  wega-
nizm,  joga,  witarianizm,  podkreślają  doniosłość  indywidualnego  zróżnicowania  diety  i  wy-
mieniają je jako jeden z podstawowych warunków zdrowia i sprawności. Tak więc w świetle
wymogów już nie tylko ekologicznych, psychicznych i humanistycznych, ale również diete-
tycznych, zdrowotnych i kulinarnych, wielkoobszarowa i wielkotowarowa  gospodarka rolna
staje się niefunkcjonalna i anachroniczna.

Do spełnienia wszystkich warunków nowego modelu rolnictwa nadają się właśnie najlepiej

gospodarstwa małe, które nawet jedna osoba lub mała rodzina przy doraźnej pomocy znajo-
mych czy sąsiadów może otoczyć staranną opieką, jakiej wymagają uprawy ekologiczne. Nie
zostaną  przy  tym  pogwałcone  postulaty  globalnej  wydajności,  bo  ogólna  suma  zbiorów  z
wielu małych upraw jest zawsze znacznie większa niż z kilku ogromnych. Istnieje na to wiele
dowodów we współczesnym świecie i w historii.

Kolejnym warunkiem udanych zbiorów jest umiejętność, staranność oraz rzetelny i bezpo-

średni emocjonalny stosunek i zaangażowanie osoby uprawiającej  ziemię. Od takich postaw
zależą nie tylko konkretne efekty pracy, ale również uzyskanie z niej osobistych satysfakcji.
Niedostępne są one tym, którzy nastawiają się wyłącznie na wysokie plony i duże dochody z
ich sprzedaży. Otwierają się nowe źródła zaspokojenia bardzo silnych i humanistycznie cen-
nych ludzkich potrzeb, poczucie współodpowiedzialności za środowisko i trwałość jego zaso-
bów. A także wydobycie się z anonimowości swoich funkcji i ról społecznych.

Istotnym  wyznacznikiem  niewielkiego  obszaru  gospodarstwa  jest  sama  indywidualność

rolnika,  który  byłby  w  stanie  spełniać  wymienione  poprzednio  wymogi.  Chęć  gromadzenia
bogactw ponad swoje rzeczywiste potrzeby jest dysonansem wśród innych ludzkich potrzeb i
burzy harmonię osobowości.  Żadna ilość zarobionych pieniędzy nie może zrekompensować
ponoszonych wtedy strat: równowagi psychicznej i czasu potrzebnego do wzbogacania swojej
wiedzy  ogólnej,  kultywowania  zainteresowań  pozarolniczych  i  pozazawodowych,  uczestni-
czenia w sferze ogólnoludzkich wartości kultury. Ograniczony obszar gospodarstwa, zapew-
niając dostatek zdrowej żywności temu, kto je uprawia, nie angażuje jednak całego jego cza-
su, pozwala więc na swobodny rozwój swoich zainteresowań w czasie pozostałym.

Taki  model  gospodarki  rolnej,  zmierzający  do  ukształtowania  nowej  struktury  ekosyste-

mów, miałby na pewno wpływ nie tylko na środowisko przyrodnicze, ale również na tworze-
nie się nowego typu osiedli mieszkaniowych. Zostałaby obalona ostatnia bariera dotychcza-
sowego  podziału  na  wieś  i  miasto.  Powstawałyby  osiedla  zaspokajające  ludzkie  potrzeby
przestrzenne i socjalne znacznie lepiej niż przeludnione, przytłaczające anonimowością aglo-
meracje  miejskie,  z  ogromnymi  blokami  mieszkalnymi  sterczącymi  jak  ponure  termitiery.
Powstawałyby  osiedla  bardziej  kameralne  i  funkcjonalne,  zharmonizowane  z  wymiarami
ludzkiego  ciała,  zapewniające  psychiczny  komfort  i  ułatwiające  kontakty  społeczne.  Takie,
które trafniej korespondują z estetyczną wrażliwością i udostępniają tak miłe ludziom malow-
nicze wkomponowanie osiedli mieszkalnych w ogrody, pola, sady i parki. A także celowo usy-
tuowane obiekty lokalnej infrastruktury – małe młyny, małe tartaki i cegielnie, małe piekarnie i
niewielkie  warsztaty  –  wszystko  obliczone  na  zaspokojenie  rzeczywistych  potrzeb  mieszkań-
ców i funkcjonujące w miarę powstawania tych potrzeb. Założenie o ich ciągłym nieprzerwa-
nym  działaniu,  zmuszałoby  do  szukania  klientów  i  odbiorców,  a  wtedy  wymogi  krajobrazu
ekologicznego mogłyby bardzo łatwo zostać podporządkowane kryteriom rentowności.

background image

53

Rolnictwo,  razem  z  wieloma  innymi  dziedzinami  produkcji  znalazło  się  obecnie  w  tym

nurcie przemian, który Alvin Toffler określa jako zbliżenie się „trzeciej fali cywilizacji”. Cha-
rakteryzuje  się  ona  między  innymi  zanikaniem  dotychczasowego  ostrego  podziału  na  sferę
produkcji towarowej i na sferę konsumpcji, oraz związaną z tym radykalną zmianą roli rynku
w społeczeństwie. Razem z elektroniką i komputeryzacją trzecia  fala niesie ze sobą awans i
upowszechnianie się takiego zjawiska, które Toffler nazywa „prosumpcją”, to znaczy wytwa-
rzaniem i produkowaniem nie na sprzedaż ani dla zarobku lecz na własny użytek. Pisze on:
„Prosumpcja wiąże się z demarketyzacją przynajmniej niektórych rodzajów działalności... W
rezultacie tej zmiany  gospodarka przyszłości nie będzie podobna do żadnej znanej nam do-
tychczas... Zmiana ta zapowiada powstanie nowego systemu gospodarczego, który nie będzie
przypominał ani  gospodarki pierwszej fali, ani drugiej fali, będzie natomiast łączył w sobie
cechy  charakterystyczne obydwu i stapiał je w  nową historyczną  syntezę”.  I  dalej:  „Dawny
podział na czas pracy i czas wolny od pracy stanie się nieaktualny, gdyż stwierdzimy, że spo-
rą  część  tak  zwanego  wolnego  czasu  spędzamy  w  rzeczywistości  na  prosumpcji,  czyli  na
wytwarzaniu dóbr i usług na własny użytek”. Następnie Toffler, charakteryzując kształtowa-
nie  się  i  rozbudowywanie  rynku  międzynarodowego  przez  ostatnie  10  tysięcy  lat,  zwraca
uwagę na to, do czego doszło rolnictwo w okresie drugiej fali: „Zaczęło obowiązywać prze-
konanie, że włączenie się do rynku jest „postępowe”, samowystarczalność natomiast świad-
czy o „zacofaniu”. Rynek zrodził trywialny materializm oraz przeświadczenie, że ekonomia i
motywacja ekonomiczna stanowią podstawowe siły w życiu człowieka... W ten sposób mar-
ketyzacja ukształtowała myśli i wartości oraz sposób postępowania miliardów ludzi oraz na-
dała ton cywilizacji drugiej fali”. Autor przewiduje w najbliższym czasie kres produkcji ma-
sowej i powstanie nowych  form organizacji społeczeństwa. Jedną  z nich ma  być  wspólnota
rodzinna związana więzią nie tylko uczuciową i prokreacyjną, jak to miało miejsce w okresie
drugiej fali, ale wspólną pracą przy jednym warsztacie, gdziekolwiek by się on znajdował, w
domu, wokół domu czy poza domem. Wytwarzanie żywności na potrzeby rodziny jest jedną z
najbardziej prawdopodobnych form przewidywanej prosumpcji.

Nowy  model  rolnictwa  ekologicznego  otwiera  możliwość  spełniania  wielu  doniosłych  i

różnorodnych ludzkich oczekiwań i zaspokojenia potrzeb, z których nie wszystkie nawet są
już w pełni uświadamiane. Na pierwszym miejscu jest potrzeba zdrowego pokarmu i nieska-
żonego środowiska naturalnego oraz prawo do osobiste, moralnej odpowiedzialności za war-
tość  i  przydatność  wytworów  swojej  pracy.  A  ponadto  otwarcie  się  na  przyjazny  kontakt  z
przyrodą, zdolność do bliskiego, rozumnego z nią obcowania i umiejętność coraz głębszego
pojmowania jej praw, aby współdziałać z nimi twórczo w harmonii i miłości. Uczestnicząc w
takiej  strukturze  ekologicznej,  człowiek  odnajduje  swoje  miejsce  w  porządku  przyrody  i
wzbogaca ten porządek humanistyczną potrzebą realizowania moralnego ładu. A to pozwala
mu stawać się świadomym współtwórcą dalszego, własnego i jej rozwoju.

Hodowla dziś i jutro

Jeżeli zawód rolnika jest obecnie tak ciężki, jeżeli wymaga ogromnego wysiłku fizycznego

i angażuje mnóstwo czasu we wszystkich porach roku, to nie jest to spowodowane są uprawą
roślin, ale przede wszystkim obciążeniami hodowlanymi. Wynika z konieczności wytwarza-
nia ogromnej ilości paszy i pełnienia szesnastogodzinnej służby w oborze, chlewiku i kurniku.
Same uprawy roślin przeznaczonych na pokarm dla ludzi można wykonywać najbardziej na-
wet starannie i sumiennie, nie angażując w to jednak galerniczego wysiłku i zostawiając sobie
rezerwy czasu, siły i energii psychicznej na życie umysłowe, na pogłębianie wiedzy, na tury-
stykę i inne formy korzystania z wartości kultury. Ta niewolnicza praca hodowcy została jed-
nak uznana za stan normalny, a nawet zawodowy obowiązek rolnika.

background image

54

Inną  formą  hodowli  zwierząt  są  nowoczesne,  przemysłowe  zakłady  masowej  produkcji

mięsa, mleka i jajek. Ze względu na sposób funkcjonowania tych zakładów i warunków jakie
stwarzają zwierzętom, można je porównać tylko z obozami zagłady dla ludzi. Już samo zgro-
madzenie  setek  czy  tysięcy  zwierząt  tego  samego  gatunku  i  unieruchomienie  ich  na  małej
przestrzeni jest pogwałceniem podstawowych reguł ekologicznych. Nikt też nie liczy się tam
z udręką zwierząt, które zostają pozbawione swoich wszystkich naturalnych praw. Prawa do
swobodnego ruchu, do powietrza, do światła, do opieki matek nad młodymi, a nawet często
do zmiany pozycji ciała. Hodowle te narzucają też ludziom tam  zatrudnionym  zachowana  i
obowiązki przekraczające granice normalnej, ludzkiej wrażliwości. Eliminują doznania i re-
akcje najbardziej humanistycznie cenne, a więc współczucie, przywiązanie, lojalność wobec
kogoś,  kto  nam  zaufał,  współdoznawanie  i  chęć  pomagania  innym  w  niedoli.  Zmuszają  do
moralnego samookaleczania.

Po opuszczeniu gospodarstwa zwierzęta trafiają do „punktów skupu żywca”, a stamtąd o

rzeźni. Rzeźnia jest również ostatnim etapem produkcyjnym dla zwierząt z fabrycznych ho-
dowli. „Śmiem twierdzić – pisał Henryk S. Salt, autor książki pt. „Prawa zwierząt” – że naj-
potrzebniejszym  kursem  dla  członków  związków  etycznych  byłyby  oględziny  rzeźni...”
(1892). A autorka książki pt. „Czy wolno nam zjadać zwierzęta” J. Maszewska-Knappe taką
zdaje relację z tych oględzin: „Zwierzęta w rzeźniach całym swoim zachowaniem się okazują,
że rozumieją  grozę  chwili,  że  pojmują  czekającą  ich  śmierć...  Padają  wtedy  w  śmiertelnym
lęku na kolana... drżą całym ciele, oblane śmiertelnym potem strachu. Jedne ryczą przerywa-
nym łkającym głosem, inne płaczą tak strasznie, że strugi ich łez tworzą małe kałuże po bo-
kach ich głów. Dla ludzi o niestępionych uczuciach wstrząsające jest patrzeć na rozpacz, jaka
się maluje w ich oczach, na pełne błagania o litość zachowanie się” (cytowane wg Wiśniew-
skiej-Roszkowskiej, 1986).

Aby zagłuszyć głosy protestu przeciw procederowi legalnego zabójstwa, dokonującego się

w rzeźniach, jego obrońcy zapewniają, że stosuje się tam metody humanitarne. Argumentują
ponadto, że zdolność odczuwania bólu jest u zwierząt znacznie mniejsza niż u ludzi. Claude
Levi-Strauss, gdy mówił o bezwstydnym humanitaryzmie, miał zapewne na myśli również i
ten, który panuje w rzeźniach.

Każdy krzywdziciel, aby uspokoić sumienie, ma skłonność do szkalowania swoich ofiar,

dlatego zwierzętom odmawia się rozumu i wrażliwości. W rzeczywistości zaś ból i cierpienie
zwierząt są nic nie mniejsze od ludzkich. Zdolność do tych przeżyć wiąże się z podkorowymi
ośrodkami mózgu, będącymi siedliskiem uczuć, które u wszystkich ssaków są takie same, jak i
u ludzi. „Zwierzęta – pisze Kinga Wiśniewska-Roszkowska – nie tworzą pojęć oderwanych i
ich  słownych  symboli,  nie  znają  więc  mowy  i  pisma,  toteż  nie  przekazują  osobniczych  do-
świadczeń i nie tworzą  cywilizacji.  Zwierzęta natomiast  cierpią, przerażają się,  gniewają, ko-
chają i przywiązują się tak jak ludzie i to właśnie sprawia, że możemy poczuwać się do pewne-
go  z nimi „braterstwa” i że tak nas powinno razić – okrucieństwo w stosunku do nich” (1988).

Bezwzględnie okrucieństwo w stosunku do zwierząt jest starą i trwałą tradycją kultury Zacho-

du. Podczas gdy w Indiach, w klimacie obyczajowym bardziej uduchowionym, mniej skomercja-
lizowanym, Hindusi od wieków ochraniają zwierzęta, a do swoich krów odnoszą się z wdzięcz-
nością za dawane im mleko i nawóz. Sama myśl o zabiciu krowy byłaby nie do przyjęcia.

O tym, że człowiek może hodować zwierzęta nie po to,  aby je  zbijać,  świadczy  już  naj-

dawniejsza  historia.  Hinduscy  vaisyowie,  czyli  rolnicy,  mają  od  tysiącleci  ściśle  określone
obowiązki,  ustanowione  w  Wedach.  Uprawiają  zboże  i  warzywa,  a  ponadto  hodują  stada
krów, które karmią i chronią. Według sastr wedyjskich krowa zalicza się do siedmiu matek
człowieka i dlatego zabijanie krów jest uważane za barbarzyństwo (Satsvarupa dasa Gosvami,
1986).

W gospodarstwach ekologicznych krowa może uzyskać zupełnie inną pozycję niż w kon-

wencjonalnych, a zwłaszcza inne warunki niż w masowych hodowlach rzeźnych i mlecznych.

background image

55

W zamian za mleko od krów i jajka od kur gospodarz daje im pokarm, dach nad głową i opie-
kę. W rodzinnym gospodarstwie ekologicznym krowy i kury nie są przedmiotem bezwzględ-
nej eksploatacji. Korzystają z tych samych praw jakie mają członkowie rodziny gospodarza, tzn.
opieki, ciepła i troski. Istnieje więc zasadnicza różnica między uzyskiwaniem mleka od krów i
jajek od kur żyjących w gospodarstwie i otoczonych życzliwością, a uzyskiwaniem mleka i jajek
z przemysłowych hodowli. Jest to taka sama różnica, jak między zatrudnieniem w ramach umowy
z pracodawcą, a pracą przymusową wykonywaną w obozie koncentracyjnym.

Nawet starzejące się zwierzęta nie mogą być zabijane, tak samo  jak starzy ludzie. Muszą

mieć  prawo  do  pełnego  przeżycia  swoich  lat  i  do  brania  pełnego  udziału  w  powszechnej
ewolucji  gatunków.  Jeżeli  gospodarz  zachowuje  przyjazny  kontakt  ze  swoją  krową  przez
wiele lat, to decyzja o jej zabiciu jest jaskrawo sprzeczna z naturalną ludzką wrażliwością –
uczuciową i moralną. Krowa rodzić może tylko wtedy, gdy przewidziane jest miejsce dla jej
cielaka.  Przychodzące  na  świat  młode  byczki  mogą  po  wykastrowaniu  służyć  w  gospodar-
stwie jako pomocnicza siła pociągowa.

Dobre traktowanie sprzyja powstawaniu więzi uczuciowej między człowiekiem a czującym,

wrażliwym zwierzęciem, więzi która umożliwia dalszy rozwój ewolucyjny i zwierzęcia i czło-
wieka. W gospodarstwach biodynamicznych krowy  żyją 24 lata a nawet i dłużej. Jest to efek-
tem nie tylko zdrowej paszy, ale również bliskiego kontaktu psychicznego z gospodarzem. W
fabrycznych hodowlach, eksploatowane, udręczone i poniżone umierają już po 3-4 latach.

Świadomość ludzi Zachodu, podobnie jak ich przodków, zdominowana jest przekonaniem

o  własnym  niekwestionowanym  prawie  do  zabijania  zwierząt.  Jest  to  zasadzie  przedludzka
„świadomość  łowcy”  (por.  M.  Grodecka,  1985),  gdy  człowiek  potrafi  akceptować  siebie  w
roli tego, który zabija, a potem zjada ciało swojej ofiary. Ten rodzaj świadomości kształtuje z
kolei pewne aksjomaty moralne również i w innych dziedzinach życia społecznego, jako np.
prawo do zabijania w walce o terytorium, w obronie swego honoru, dla popisania się własną
odwag  i  dzielnością,  dla  zamanifestowania  czci  itd.  W  rezultacie,  mimo  swych  osiągnięć
kulturowych  i  technicznych,  pod  tym  względem  ludzkość  pozostaje  od  tysiącleci  wciąż  na
tym  samym  poziomie  prymitywizmu  i  dzikości.  Bez  przebicia  się  przez  barierę  tego  typu
świadomość  i  kształtowanego  poprzez  nią  etosu  wiele  najwyżej  cenionych  wartości  współ-
czesnej kultury jest już w założeniu naznaczonych piętnem barbarzyństwa.

Sprawa  hodowli  w  gospodarstwach  ekologicznych  ma  więc  również  i  szerszy  wymiar,

chodzi bowiem o to, aby do wizji lepszej przyszłości nie zawlec tego fundamentalnego kom-
promisu, jakim jest uzurpowanie sobie prawa do zabijania. O ten kompromis jak o skałę roz-
bijają się wszelkie dotychczasowe próby optymalizacji i humanizacji życia, bo już w założe-
niu obciążone są zalegalizowaną przez prawo i sumienie tradycją bezkarnego zabójstwa.

Próba pogodzenia tej tradycji z programem nowego rolnictwa może udaremnić związane z

nim oczekiwania na poprawę sytuacji. Krajobraz ekologiczny, czyli krajobraz bogaty i zróż-
nicowany, a jednocześnie harmonijny, nie da się pogodzić z hodowlą zwierząt w jej dotych-
czasowym  kształcie,  będzie  ona  dysonansem  burzącym  jego  równowagę.  W  klimacie  tego
krajobrazu hodowla zwierząt na rzeź  nie  mieści  się  ani  w  dużej,  ani  nawet  w  bardzo  małej
skali, nie da się jej tu wkomponować ani fizycznie ani psychicznie, ani moralnie. A zachowa-
nie hodowli w obecnej formie może zrujnować całą wartość krajobrazu ekologicznego, ode-
brać mu piękno i sens.

Wiele  zjawisk  występujących  obecnie  na  całym  świecie  zapowiada  rychły  radykalny

przełom cywilizacyjny. Przełom związany z głębokimi przeobrażeniami ludzkiej osobowości,
zmianą  hierarchii  wartości  i  kierunku  aspiracji.  Te  przemiany  mogą  ustanowić  początek
prawdziwie  ludzkiej  historii.  To  może  właśnie  miał  na  myśli  Alvin  Toffler,  kiedy  pisał  we
wstępie do swojej książki: „Trzecią falę” adresuje do tych, którzy wierzą, że historia ludzko-
ści wcale jeszcze nie zbliża się do swego kresu, ale wręcz przeciwnie, dopiero się zaczęła”.

background image

56

Rolnik to brzmi dumnie!

H.H.  Koepf  pisze,  że  zrealizowanie  postulatów  rolnictwa  biodynamicznego  zależy  osta-

tecznie od tego, żeby znalazło się dosyć ludzi, aby zająć się ziemią w zdrowy sposób. Nasuwa
się więc zaraz pytanie: jacy to mieliby być ludzie? – Rolnictwo biodynamiczne podlega oce-
nie  nie  tylko  w  kategoriach  zawodowych,  ale  również  w  moralnych  i  humanistycznych.  W
świetle tych ocen osobowość rolnika ma znaczenie decydujące.

Aby obecna sytuacja w rolnictwie mogła ulec radykalnej zmianie wizja krajobrazu ekolo-

gicznego  musiałaby  się  najpierw  rozgościć  w  ludzkiej  wyobraźni  i  zdominować  marzenia.
Określenia  „krajobraz  ekologiczny”  używam  również  w  sensie  przenośnym.  Obejmuje  ono
zarówno obiektywne wymogi ekologiczne i przyszłościowe wizje ich spełnienia, jak i sumę
ludzkich oczekiwań i potrzeb w tym zakresie. Te wymogi i oczekiwania dotyczą zresztą nie
tylko struktury ekosystemów, ale w równym stopniu i klimatu moralnego, jaki towarzyszy ich
postulowaniu i tworzeniu. Taka wizja „krajobrazu ekologicznego” nie miałaby jednak szansy
realizacji jako rezultat mechanicznego podporządkowania się cudzym decyzjom przyjętym z
rezerwą, bez zrozumienia i bez przekonania, a ich wykonywanie  musiałoby  wtedy  pozosta-
wać  pod  stałą  kontrolą,  podczas  gdy  o  powodzeniu  rolnictwa  ekologicznego,  a  szczególnie
biodynamicznego, decyduje ostatecznie osobowość rolnika.

Łatwo przewidzieć, że oczekiwań tych nie spełniłby współczesny ideał rolnika, jakim jest

przedsiębiorczy,  operatywny  biznesmen,  skoncentrowany  na  stałym  podnoszeniu  dochodów
ze swego gospodarstwa i obliczający z ołówkiem w ręku wydatki i spodziewane zyski. Eks-
pansja tego typu osobowości doprowadza właśnie teraz do zniszczenia wszystkiego – gleby i
Planety.  Trzeźwa  ekonomiczna  kalkulacja  staranowała  świat.  Założenia  wyłącznie  ekono-
miczne i aspiracje do maksymalnego  gromadzenia zysków legły u podstaw aktualnie prefe-
rowanych metod gospodarowania i wyraźnie widać jak bardzo się nie sprawdzają. W rezulta-
cie  sam  dorobkiewicz  staje  się  ofiarą  narzuconej  mu  panującymi  konwencjami  kupieckiej
taktyki. Jako rolnik sprzeniewierza się podstawowym celom i założeniom swojej pracy: żyw-
ność,  którą  wytwarza,  jest  niepełnowartościowa,  najczęściej  toksyczna,  nie  daje  ludziom
zdrowia, lecz powoduje choroby.

Wraz  z  upowszechnianiem  się  programu  rolnictwa  ekologicznego  rodzi  się  nowy  wzór

osobowości  rolnika.  Jego  dotychczasowa,  ściśle  profesjonalna  ocena  zyskuje  nowy,  szerszy
wymiar. Słowo „rolnik” zaczyna oznaczać coś znacznie więcej niż sam zawód, wyraża nowy
rodzaj  ludzkich  aspiracji  i  poczucia  odpowiedzialności,  nowy  stosunek  do  świata,  bardziej
wnikliwy,  uduchowiony,  wysublimowany.  Człowiek  zajmujący  się  uprawą  ziemi  przestaje
być wyłącznie „producentem”, to co robi i jak robi zależy nie tylko od zawodowych umiejęt-
ności,  ale  w  równym  stopniu  od  jego  moralnego  i  umysłowego  poziomu.  Nowe  rolnictwo
zakłada konieczność przyswajania sobie nowej wiedzy, odmiennej  od dotychczasowej, i po-
noszenia  pełnej  odpowiedzialności  za  rzetelne  wykonanie  wszystkich  zaleceń,  jakie  warun-
kują zdrowotność plonów. Do tego potrzeba rozumu i uczciwości.

Rolnik to ten, który ma pogłębiony, pełen szacunku stosunek do ziemi i swojej pracy, któ-

ry potrafi odczuć tajemnicze misterium powstawania życia na swoim polu. Jego praca staje
się bardziej powołaniem artysty niż zawodem, ma też w sobie coś z kapłaństwa. „Rolnictwo
biodynamiczne – pisze M. Górny – może dać satysfakcję tym, który chcą posługiwać się nie
tylko  intelektem  i  wiedzą,  ale  także  wrażliwością,  twórczą  wyobraźnią  i  dobrą  wolą.  Istota
biodynamiki polega bowiem na jak najlepszym wykorzystaniu  energii człowieka i przyrody
do rozwijania dobrego, a nie zwalczania złego”.

Otwarta postawa wobec otoczenia umożliwia dokonywanie nowych obserwacji i wyciąga-

nie wniosków, aby stale wzbogacać posiadaną już wiedzę rolniczą i umiejętności, stosować je
samemu i przekazywać również innym dla wspólnego dobra.

background image

57

Rolnik jest sumienny i niezachłanny. Uprawia tylko taki obszar gruntu i w takim tylko za-

kresie, w jakim jest to bezpośrednio potrzebne jemu samemu i innym. Nie pragnie gromadzić
i bogacić się bez końca. Pracując na roli, czuje się współtwórcą procesów przyrody, współ-
działa  z  nimi  nie  tylko  trudem  swoich  rąk,  ale  również  uczuciem  i  wyobraźnią.  Potrafi  za-
chwycać  się  urodą  dziejącego  się  wokół  życia,  przemianą  pór  roku,  bogactwem  barw.  Nie-
konformistyczny sposób myślenia pozwala mu oderwać  się od natrętnych schematów zawo-
dowych, obyczajowych, światopoglądowych. Pozwala dostrzegać kosmiczny wymiar życia i
swojej  pracy,  uwzględniać  jej  wymogi  biologiczne,  ekonomiczne  i  humanistyczne.  Władcą
czuje się nie wtedy, gdy eksploatuje i niszczy, ale wtedy, gdy pomaga i współtworzy.

Na  tle  realiów  współczesnego  świata  wymienione  cechy  osobowości  rolnika  i  stylu  jego

pracy mogą wydawać się dość odległe, mało prawdopodobne. I to nie tylko w zestawieniu z
rzeczywistością aktualnie istniejącą, ale również niezbieżne z oficjalnie postulowanymi wzo-
rami  i  planami  przyszłości.  Plany  te  przewidują  bowiem  dążenie  do  dalszej  urbanizacji,  do
wyludnienia  wsi, do wzrostu chemizacji i uprzemysłowienia rolnictwa. Nasila się tendencja
do kumulowania i monopolizowania produkcji nie tylko przemysłowej, ale  również rolnej i
hodowlanej. W książce „Niepokoje żywnościowe świata” Józef M. Toczek pisze: „W wielu
krajach  obserwuje  się  rosnące  obawy  przed  nadmiernym  wzrostem  skali  gospodarstw,
zwłaszcza z uwagi na wysoką energochłonność, niekorzystny wpływ na środowisko naturalne
oraz na niekorzystne konsekwencje społeczne. W ustawie o wyżywieniu i rolnictwie z roku
1977 w USA stwierdza się, że dalszy wzrost wielkich przedsiębiorstw rolnych kosztem go-
spodarstw rodzinnych jest szkodliwy dla dobra narodowego” (B.F. Stanton, 1978).

Właściciele  czy  dysponenci  współczesnych,  dużych  gospodarstw  i  urządzeń  przetwór-

czych zyskują monopol na produkcję żywności i dlatego jej zła jakość nie może być zakwe-
stionowana  ani  zagrożona  konkurencją  ze  strony  innych,  bardziej  starannych  i  uczciwych
wytwórców.  W  tej  sferze  gospodarki,  mającej  podstawowe  znaczenie  dla  zdrowia,  życia  i
rozwoju ludzi, rządzą obecnie wyłącznie kryteria opłacalności.  Dlatego rolnik, który miałby
przeciwstawić się istniejącym tendencjom, musiałby być nie tylko uczciwy i mądry, ale rów-
nież przewidujący, zdecydowany, odważny i konsekwentny.

Struktura upraw wegetariańskich
– działka kompletna

Wegetarianizm,  oprócz  tego,  że  jest  szansą  eliminowania  wielu  źródeł  upośledzenia  śro-

dowiska,  umożliwia  ponadto  odzyskanie  ogromnych  obszarów  ziemi  wykorzystywanych
obecnie  pod  uprawy  paszowe  i  na  inne  cele  hodowlane.  Na  tych  odzyskanych  obszarach
można by tworzyć zupełnie nowe struktury ekologiczne, leśne tereny rekreacyjne dla ludzi i
rezerwy dzikiem przyrody dla zwierząt i roślin. Zamiast pastwisk – lasy, zamiast upraw pa-
szowych tereny rekreacyjne i oazy ciszy, zamiast męczeńskich hodowli gaje, w których żyją
na swobodzie różne gatunki zwierząt i ptaków, rozwijających się zgodnie z prawidłowością
swoich gatunków, a które to prawo zostało im odebrane przez ludzi. Zostałoby jeszcze dość
miejsca na parki i ogrody kwiatowe, które zastąpiłyby współczesne kwiaciarnie. Bo prawdzi-
wą radość może sprawić tylko obcowanie ze świeżymi, żywymi kwiatami, a nie z tymi, które
zerwane  umierają  w  wazonach  po  raz  drugi.  Dysponowanie  tak  ogromnymi,  odzyskanymi
terenami otwiera nieograniczone pole do pomysłów dla ludzi obdarzonych wyobraźnią i es-
tetyczną  wrażliwością,  kochających  przyrodę  i  szukających  z  nią  bezpośredniego  kontaktu.
Obszary najżyźniejsze służby rolnictwu.

Stosowane współcześnie metody uprawy ziemi oraz ustalanie struktury upraw wynikają z

dwóch błędnych założeń:

– że pokarmem, którego potrzebuje ziemia są nawozy mineralne;

background image

58

– że pokarmem, którego potrzebuje człowiek jest mięso.
Załamanie  równowagi  fizjologicznej  organizmu  ludzkiego,  równowagi  ekologicznej  śro-

dowiska naturalnego i równowagi ekonomicznej świata, to właśnie skutki masowego wdraża-
nia tych dwóch błędów. Dla ich przezwyciężenia potrzebne są głębokie przemiany w sposobie
odżywiania,  w  metodach  rolnictwa  i  w  strukturze  upraw.  Konsekwencją  tych  przemian  jest
rolnictwo wegańskie, które łączy w sobie postulaty zrównoważonej diety roślinnej z wybra-
nymi wskazaniami upraw ekologicznych. To połączenie daje w sumie program spójny i kom-
pletny  zarówno  w  ujęciu  żywieniowym  i  zdrowotnym  jak  również  ekologicznym,  ekono-
micznym i rozwojowym. Realizacja tego programu wymaga przede  wszystkim radykalnych
zmian w strukturze upraw.

W planowaniu struktury upraw przeznaczonych na pokarm dla ludzi trzeba przede wszyst-

kim uwzględniać rośliny ze wszystkich podstawowych grup pokarmowych: owoców, jarzyn,
zbóż, orzechów, nasion oleistych, warzyw liściastych, strączkowych i ziół. Rosnące na żywej
glebie,  pielęgnowanie  umiejętnie  i  starannie  metodami  ekologicznymi,  mogą  stać  się  seza-
mem zdrowia i długowieczności dla wszystkich ludzi.

Zanim jednak te pożądane zmiany dokonają się na szerszą skalę,  warto zatroszczyć się o

założenie sobie małej działki na własny użytek. Ponieważ łączy  ona wymogi ekologicznych
metod upraw z wymogami zdrowego odżywiania, można ją nazwać działką kompletną. Po-
winno znaleźć się na niej wszystko, co jej właściciel lubi i co służy jego zdrowiu.

Zboże. Nestor polskiego rolnictwa biodynamicznego, inż. Julian Osetek, zapewnia, że 100

m  kw.  biodynamicznie  uprawianej  działki  można  zebrać  60  kg  pszenicy.  Twierdzi  on  rów-
nież, że całe ziarna pszenicy ugotowane pół na pół z ryżem leczą bardzo skutecznie schorze-
nia narządów ruchu. Pszenicę można też zemleć na grubą mąkę i wyrabiać z niej placki i ma-
krobiotyczne pieczywo. A także dodawać po trochu do zup jarzynowych.

Gryka. Nie ma zbyt dużych wymagań glebowych, a nawet nadaje się do regeneracji ziemi

słabej  i  zaniedbanej.  Potrzebuje  tylko  dużo  wilgoci,  więcej  niż  zboże,  i  zapylania  pszczół.
Jeżeli  w  czasie  kwitnienia  jest  odwiedzana  przez  pszczoły,  to  wydaje  kilkakrotnie  wyższe
plony.

Fasola. Jest bogatym źródłem białka ze względu na dużą  zawartość  lizyny  i  izoleucyny.

Obiad  złożony  z  zupy  jarzynowej  z  dodatkiem  kilku  łyżek  świeżo  zmielonej  grubej  mąki
pszennej i z fasoli okraszonej masłem to posiłek godny polecenia.

Warzywa. Wszystkie, a szczególnie naziemne, są cennym źródłem witamin i składników

mineralnych. Na własnej działce można sobie pozwolić na uprawianie i takich, które uchodzą
za luksusowe, a są cenione przez smakoszów i zalecane przez dietetyków – bakłażany, szpa-
ragi, cukinia, brukselka, brokuły. Jeżeli nawet ich produkcja na skalę przemysłową jest kło-
potliwa i kosztowna, to na własny użytek, mieści się bez trudu w zakresie możliwości posia-
dacza działki.

Orzechy. Mając jedno drzewo orzecha włoskiego albo dwa lub trzy leszczynowe, można

uzyskać  z  nich  dostateczną  ilość  orzechów  dla  całej  rodziny.  Są  one  doskonałym  źródłem
aktywnych  kwasów  tłuszczowych,  białka,  wapnia,  fosforu,  witamin  i  enzymów.  W  pobliżu
nie należy tylko sadzić ziemniaków, pomidorów, jabłoni i lucerny, ponieważ korzenie orze-
cha wydzielają pewne inhibitory działające niekorzystnie na te gatunki roślin.

Grzyby. Wystarczy 1 m² grzybni, aby mieć dla siebie dosyć pieczarek z własnej hodowli.

background image

59

Nasiona słonecznikowe. Są wartościowym uzupełnieniem wegetariańskiego  jadłospisu, a

w środku lata żółte kwiaty słonecznika pięknie zdobią ogród.

Owoce. Są najbardziej naturalnym pokarmem ludzkim, bezcennym dla swoich zalet sma-

kowych i zdrowotnych. Należą do tych gatunków roślin jadalnych, które są wyraźnie przysto-
sowane do współżycia ze zjadaczami swoich owoców. Tak samo jak kwiaty są przystosowane
do współżycia z owadami zapylającymi, którym dają swój nektar w zamian za przeniesienie
pyłku na słupek, tak też drzewa owocowe i warzywa naziemne dają ludziom miąższ swoich
owoców, aby uwolnione nasiona mogły upaść na glebę i wyrosnąć nowym drzewem. Można
powiedzieć, że one właśnie „liczą” na to, że będą zjedzone, że jest to w ich gatunkowych inte-
resie. Kwiaty przyciągają owady swoim zapachem i barwami i to samo czynią drzewa i krze-
wy, wabiąc ludzi smakiem, kolorem, zapachem i soczystością swoich owoców.

Przed  posadzeniem  na  działce,  trzeba  wybrać  swoje  ulubione  gatunki,  np.  czereśnie,

gruszki, jabłka, morele, maliny, melony, arbuzy, aronię. Posadzić 2-3 drzewka, kilka krzaków
i zostawić dwie grządki na melony, dynię i arbuzy. Warto też zwrócić uwagę na to, aby wśród
wprowadzonych na działkę gatunków były takie, które nie dojrzewają jednocześnie,  ale ko-
lejno. Chodzi o to, aby różne owoce zaczynały dojrzewać wtedy, gdy poprzednie już się koń-
czą.

Jeżeli będą rosły i dojrzewały na żywej, zdrowej glebie, mogą dać dostatek wonnego, kolo-

rowego pokarmu każdego roku. Starczy go dla właściciela i dla gości. Dlatego w krajobrazie
ekologicznym powinny dominować uprawy sadownicze.

Możliwości wyboru roślin do uprawy na działce są oczywiście znacznie bogatsze niż wy-

mienione  propozycje.  Każda  z  grup  pokarmowych  jest  reprezentowana  przez  co  najmniej
kilka  gatunków  roślin,  można  wśród  nich  wybierać,  kierując  się  własnym  upodobaniem  i
apetytem.  Prawdziwy  komfort  w  zakresie  zdrowotności  i  smakowitości  potraw  trudno  jest
uzyskać w masowych jadłodajniach. Tak samo zdrowotność i smakowitość produktów roślin-
nych, z których się te potrawy przyrządza we własnej kuchni, jest nie do osiągnięcia w maso-
wej produkcji rynkowej. Dlatego mając własne plony, można się w znacznym stopniu unie-
zależnić od konieczności kupowania żywności zdenaturowanej, skażonej, pozbawionej smaku
i zapachu.

W  miarę  gromadzenia  doświadczeń,  coraz  łatwiej  jest  harmonizować  dobór  upraw  na

swojej  działce  z  indywidualnymi  potrzebami  zdrowotnymi  i  upodobaniami  smakowymi  jej
właścicieli. W ten sposób działka staje się coraz doskonalszym  i pełniejszym źródłem zdro-
wego pokarmu i nowej wiedzy rolniczej.

Po pewnym czasie okazuje się, że na ogół to wszystko, co zapewnia wytwarzanie zdrowe-

go  pokarmu,  sprzyja  równocześnie  zachowaniu  równowagi  i  harmonii  całego  otaczającego
działkę środowiska, składającego się z drzew, żywopłotów, ptaków, ziół i owadów.  Z kolei to
harmonijne  środowisko  sprzyja  dobrym  zbiorom.  Nasuwa  się  wtedy  podejrzenie,  że  lawinę
niedoli i zagrożeń dla świata wyzwolił błąd w rozpoznaniu ludzkich potrzeb pokarmowych.
Gdy w jakimś odległym okresie dziejów człowiekowi wydało się, że może jadać to samo, co
drapieżniki.

Działka kompletna to jakby skrawek krajobrazu rajskiego. Człowiek jako gospodarz tego

skrawka  przestaje  być  niszczycielem  i  eksploratorem,  odzyskuje  swoją  prawdziwie  ludzką
rangę – twórcy i mądrego opiekuna.

background image

60

ZIOŁA, KRZEWY, DRZEWA I OWADY

W KRAJOBRAZIE EKOLOGICZNYM

„Chwasty są to te rośliny, których zalety jeszcze nie zostały odkryte”.

(Ralph Waldo Emerson)

Wartość ziół leczniczych, z których większość jest zaliczana do chwastów, została już od

kilkudziesięciu lat odkryta i doceniona przez fitoterapię. Doniosłość tego odkrycia ogranicza
jednak fakt, że ziół jest coraz mniej, są bowiem niszczone w programie nieustępliwej walki z
chwastami. A te, którym udaje się jeszcze przetrwać, rosną na glebie tak skażonej i zdegra-
dowanej substancjami chemicznymi, że zatracają swoją dobroczynną siłę przywracania zdro-
wia.

Dopiero w krajobrazie ekologicznym środowisko przyrodnicze odzyskuje swoje naturalne

właściwości. A rośliny w naturalnym środowisku nie rosną w odosobnieniu i izolacji, lecz w
otoczeniu  innych  organizmów  roślinnych  i  zwierzęcych.  Wszystkie  one  powiązane  są  wza-
jemnymi  zależnościami  i  wzajemnym  oddziaływaniem.  Rolnicy  i  ogrodnicy,  którzy  odkryli
już i docenili doniosłość prawidłowości rządzących zespołami ekologicznymi, wykorzystują
je w swoich uprawach. Dzięki temu uzyskują zdrowsze plony i równocześnie zdobywają no-
we, ciekawe i pożyteczne doświadczenia.

W tej chwili wiadomo już, że zioła cenne są nie tylko jako leki, ale że mają wielostronną

przydatność w rolnictwie. Można je wykorzystywać jako rośliny ochronne dla różnych gatun-
ków  uprawowych,  stosując  umiejętnie  zasadę  sąsiedztwa  roślin.  Wtedy  zioła  podtrzymują
wzrost i rozwój roślin jadalnych, chronią je przed chorobami i  szkodnikami, poprawiają ich
walory zdrowotne, pokarmowe i smakowe. Rozmieszczane ze znajomością ich wzajemnego
oddziaływania, podnoszą zarówno ilość jak i jakość zebranych plonów. Przy stosowaniu za-
biegów  pielęgnacyjnych  zioła  są  nieocenionym  surowcem  do  sporządzania  oprysków  prze-
ciwko chorobom i szkodnikom roślin uprawnych. Niektóre z nich mogą być cennym składni-
kiem kompostu ze względu na bogatą zawartość fosforu, potasu, azotu i wapnia. Wiele ziół
nadaje się też doskonale na przyprawy do potraw, bo podnoszą ich wartość smakową i zdro-
wotną. A do tego jeszcze ozdabiają krajobraz, dodają mu urody i pięknego zapachu.

Uporczywe  zachwaszczanie  i  choroby  roślin  uprawnych  są  wynikiem  załamania  równo-

wagi mineralnej i organicznej w glebie na skutek stosowania środków chemicznych. Te zja-
wiska w przeszłości nie występowały nigdy w takim zakresie i w takim nasileniu jak obecnie,
odkąd  wprowadzono  nowoczesne  metody  uprawy  roli.  Zioła  wykorzystywane  umiejętnie  i
rozumnie  stają  się  bardzo  istotnym,  konstruktywnym  elementem  rolnictwa  ekologicznego.
Utrzymywanie  równowagi  w  populacji  różnych  ziół  i  owadów  uniemożliwia  takie  rozprze-

background image

61

strzenianie się jednego gatunku, aby mogło to zagrozić uprawom  i zmuszało do stosowania
drastycznych, toksycznych środków ochrony.

Tolerując zioła na polu nie można oczywiście dopuścić do tego, aby zdominowały rośliny

jadalne. Ale okazuje się, że małe ich kępki pozostawione tu i tam, mają zaskakująco korzyst-
ny  wpływ  na  całość  zbiorów.  Rozgałęzione  korzenie  chwastów  przenikają  do  podglebia  i
spulchniają je, co ułatwia korzeniom roślin uprawnych wnikanie głębiej niż zwykle w poszu-
kiwaniu  wody  i  pokarmu.  Za  pośrednictwem  kapilarów  z  podglebia  do  wyższego  poziomu
gruntu przenika wilgoć, z której mogą korzystać rośliny mające krótszy system korzeniowy.
Głęboko korzeniące się chwasty, takie np. jak lebioda i oset, wydobywają z niższych warstw
gleby  składniki  mineralne,  które  osadzają  się  w  łodygach,  a  po  ich  zwiędnięciu  wracają  do
wyższych warstw gleby. Stają się wtedy dostępne dla płyciej sięgających korzeni roślin jadal-
nych. W ten sposób składniki mineralne i pierwiastki śladowe, wyczerpywane przez rośliny
uprawowe, zostają z powrotem odzyskane. aby nie dopuścić do nadmiernego rozprzestrzenia-
nia się chwastów, należy pozwolić im osiągnąć pełny wzrost, ale usunąć je z pola, zanim wy-
dadzą nasiona. Niech po ścięciu przywiędną przez kilka dni, a następnie można je przezna-
czyć na kompost lub przyorać na zielony nawóz. Ale chwasty, które już wydały nasiona, mo-
gą być użyte tylko do kompostu, aby w wysokiej temperaturze pryzmy kompostowej ich na-
siona zostały zniszczone.

Zaobserwowano ciekawy fakt, że chwasty niejednokrotnie gromadzą te składniki, których

szczególnie brakuje w glebie. Na przykład babka zwyczajna, która najlepiej rośnie na glebie
kwaśnej, jest zasobna w minerały alkalizujące, jak wapń i magnez. Paproć Orlica, która najle-
piej rośnie na glebie ubogiej w fosfor, zawiera w tkankach dużo fosforu. Dlatego takie chwa-
sty powracając do gleby udostępniają roślinom jadalnym zgromadzone substancje mineralne.

Chwasty  poprawiają  również  strukturę  gleby.  Ich  rozgałęzione  korzenie  pozostawiają

włóknistą  substancję  organiczną,  która  rozkładając  się  wzbogaca  w  próchnicę  wierzchnią
warstwę gleby i podglebia. Poza tym po korzeniach pozostają kanaliki do lepszego nawilżania
i przewietrzania gleby. Na przykład rozkładający się system korzeniowy mniszka lekarskiego
tworzy podziemne kanały zwabiające dżdżownice, które z kolei wzbogacają glebę odchoda-
mi.  Poprawa  struktury  gleby  sprzyja  też  swobodnemu  rozwojowi  mikroorganizmów  glebo-
wych, niezbędnych do tego, aby ziemia rodzina zdrowe plony.

Nie wszystkie zalety ziół zostały już odkryte i  rozpoznane,  ale  o  wielu  z  nich  dokładnie

wiadomo,  jakie  mają  właściwości  i  czym  mogą  się  przysłużyć  w  ekologicznych  uprawach.
Oto niektóre z nich:

Nagietek (

Tagetes).  Nie tylko zdobi ogród wyglądem i zapachem, ale bardzo  skutecznie

zwalcza nicienie. Doświadczenia wykazały, że nagietek w ciągu trzech lat radykalnie usuwa
nicienie  łąkowe,  a  rozwój  innych  nicieni,  atakujących  ziemniaki,  truskawki,  róże  i  rośliny
cebulowe  hamuje  już  w  ciągu  jednego  roku,  nie  szkodząc  przy  tym  roślinom.  W  tym  celu
należy posiać nagietek jako wsiewkę w dwa tygodnie lub trochę później po tej roślinie, którą
on ma chronić. Można też siać go co drugi rok, na przemian z rośliną zaatakowaną przez ni-
cienie. Niszczą je substancje wydzielane przez korzenie nagietka, które wydzielają się powoli
i dlatego nagietek musi rosnąć przez cały sezon, aby utrzymać trwałe, nieprzerwane oddzia-
ływanie. Wsiewki mogą nie przynieść widocznego efektu od razu po pierwszym roku, ale w
następnych latach skutek jest już bardzo wyraźny.

Nicienie atakujące ogórki można też zwalczać skutecznie opryskami z roztworu cukru. Za-

gotować pół szklanki cukru w dwóch szklankach wody. Zmieszać, ostudzić i rozcieńczyć w
10 litrach wody. Tym roztworem opryskiwać ogórki. Roztwór parując zostawia na nicieniach
cieniutką warstwę cukru, która je wysusza i w ten sposób niszczy. Cukier przyciąga jednocze-
śnie  pszczoły,  zapewniając  ogórkom  dobre  zapylenie  i  rekordowe  zbiory.  Taki  oprysk  wart
jest wypróbowania, nawet jeżeli nie podejrzewamy obecności nicieni.

background image

62

Nagietek chroni fasolę przed pasożytami, a także hamuje rozrastanie się chwastów, szcze-

gólnie powoju i bluszczyka kurdybanka. Pomidory z wsiewkami nagietka rosną lepiej i plo-
nują obficiej.

Skrzyp polny (

Equisetum arvense) ma wyjątkową zdolność do gromadzenia krzemionki i

kobaltu.  Z  tego  powodu  jest  cennym  składnikiem  kompostu,  bo  wzbogaca  go  o  te  właśnie
substancje. Z zarodnikowych kłosów skrzypu polnego sporządza się preparat biodynamiczny
508, służący do oprysków roślin i gleby. Można również sporządzać napary do oprysków z
suszonych liści skrzypu: 2-3 łyżki ziela gotować w 3 szklankach wody przez 25 minut, od-
stawić na 10 minut, a potem rozcieńczyć w kilku litrach wody. Opryskiwać chore lub porażo-
ne  rośliny.  Dobre  skutki  uzyskuje  się  w  zwalczaniu  pleśni  zbożowej,  chorób  grzybowych,
zwijania się liści na brzoskwiniach oraz pleśni na warzywach, winogronach i owocach pest-
kowych.  Opryski  ze  skrzypu  działają  łagodnie,  ale  szybko,  nie  uszkadzając  życia  w  glebie.
Ponadto wzmacniają tkanki roślin.

Pokrzywa  (

Urtica  dioica)  służy  do  sporządzania  preparatu  biodynamicznego  504,  stoso-

wanego jako jeden z wkładów do kompostu. Rosnąca w pobliżu upraw pokrzywa odstrasza
szkodliwe owady, wzmaga odporność na ślimaki, wzmacnia pomidory, poprawia aromat ma-
jeranku, mięty, andżeliki i waleriany. Dwu- lub trzykrotne opryski naparem z pokrzywy sku-
tecznie zwalczają mszyce na warzywach korzeniowych. Skrapianie pryzmy kompostowej tym
naparem  przyspiesza  humifikację.  Pokrzywa  zerwana  przed  osiągnięciem  pełnej  dojrzałości
jest  również  cennym  składnikiem  kompostu,  zawiera  bowiem  dużo  żelaza  oraz  amoniak  i
kwas węglowy, które są czynnikami aktywizującymi masę kompostową. Pomaga przy prze-
chowywaniu owoców, chroniąc je przed pleśnieniem, ponieważ ma właściwości bakteriobój-
cze. Owoce przechowywane w sianie z pokrzywy szybciej dojrzewają. Młode listki pokrzywy
są zdrowym i smacznym składnikiem wiosennej sałatki, razem z listkami młodego chrzanu,
szpinaku i zielonej sałaty. Warto więc, jeżeli ma się na to dość miejsca, przeznaczyć dla po-
krzywy teren gdzieś w pobliżu domu.

Bazylia  ogrodowa  (

Ocimum  basilicum)  pomaga  w  zwalczaniu  szkodników  oraz  chorób

atakujących  pomidory.  Podobnie  jak  nagietek  poprawia  ich  wzrost  i  aromat.  Ponieważ  jest
rośliną niewielką (do 10 cm) lepiej sadzić ją wzdłuż grządek pomidorów niż pomiędzy krza-
kami.  Bazylia  odpędza  również  muchy  i  komary.  Ceniona  jest  przez  smakoszy  jako  ziele
przyprawowe, nadaje się do zup, sałatek, dań z sera, jajek i pomidorów oraz duszonych ja-
rzyn.

Ogórecznik (

Borago officinalis) glebę na której rośnie zasila obficie potasem i wapniem.

Szczególnie celowe jest obsadzanie ogórecznikiem upraw truskawek, które tych pierwiastków
bardzo potrzebują, a są szczególnie wrażliwe na chlor zawarty w solach potasowych. Odstra-
sza  również  szkodniki  atakujące  pomidory.  Ponadto  ogórecznik  należy  do  roślin  miododaj-
nych, bardzo chętnie odwiedzanych przez pszczoły, i to od rana do wieczora, nawet w chłod-
ne jesienne dni. Jeden kwiat wydziela do 12 mg nektaru, a podcinając lub podkaszając rośliny
można  przedłużyć  ich  kwitnienie  do  jesieni.  Pszczoły  odwiedzające  ogórecznik  nie  omijają
też  rosnących  w  pobliżu  truskawek,  które  po  wydaniu  owoców  wymagają  zapylenia  przez
owady. Już nawet 5 pszczół na 1 m kw. zbierających pyłek i nektar zapewnia dobre zapylenie
kwiatów, a więc bogaty plon owoców. Suszone ziele ogórecznika służy jako lek w zapaleniu
błon śluzowych przełyku i gardła.

Nasturcja (

Tropaeolum) posadzona razem z dynią chronią ją przed szkodnikami. Ma ko-

rzystny wpływ na ziemniaki, rzodkiewkę oraz wszystkie warzywa kapustne. Rosnąc pod ja-

background image

63

błoniami chroni je przed inwazją mszyc. Od mszyc uwalnia również brokuły. Zaobserwowa-
no, że mszyce unikają drzew owocowych, dookoła których rosną nasturcje. Przypuszcza się,
że nie lubią one żółtego koloru kwiatów nasturcji  i  to  je  odstrasza  od  roślin  rosnących  pod
nimi. Nasturcja, podobnie jak gorczyca, zawiera lotne olejki eteryczne, przyciągające owady.
Umożliwia to tworzenie tak zwanych upraw pułapek. Owady składają w nich jajeczka, a wte-
dy należy zniszczyć całe rośliny zanim jajka się wylęgną. W ten sposób odciąga się owady od
kapusty,  kalafiorów,  brukselki,  rzodkiewek.  Naturalnym  wrogiem  mszyc  są  biedronki.  W
przypadku  inwazji  mszyc,  obecnie  w  ogrodzie  biedronki  wzmagają  swoją  aktywność  w  ich
niszczeniu.

Krwawnik  pospolity  (

Achillea  millefolium)  służy  do  przyrządzania  preparatu  biodyna-

micznego 502, używanego jako wkład do kompostu. Jako roślina sąsiadująca wzmaga odpor-
ność na pasożyty i ogólną żywotność upraw. Wystarczy kilka roślin krwawnika posadzonych
w paru miejscach na polu, aby  uzyskać  dobroczynny  wpływ  na  plony.  Wzmaga  siłę  uzdra-
wiającą  rosnących  w  pobliżu  innych  ziół  leczniczych.  Sam  ma  wiele  cennych  właściwości
leczniczych, m.in. działa przeciwzapalnie i przeciwkrwotocznie.

Tymianek (

Thymus vulgaris) należy wraz z majerankiem do znanych od dawna i cenio-

nych przypraw kulinarnych. Dodawany do potraw ułatwia ich strawienie. Posadzony w ogro-
dzie w pobliżu kapusty odstrasza atakujące ją gąsienice. Rozrzucony w kilku kępkach na polu
uwydatnia walory aromatyczne  roślin i ziół. Wyciągi z tymianku stosuje się w nieżycie gór-
nych dróg oddechowych.

Lubczyk ogrodowy (

Levisticum officinale) rozrzucony kępkami w kilku miejscach ogro-

du wpływa korzystnie na zdrowotność i aromat innych roślin. Jest znakomitą przyprawą do
potraw,  może  zastępować  sól.  Pobudza  wydzielanie  soków  trawiennych,  reguluje  właściwą
fermentację i przeciwdziała wzdęciom.

Szałwia (

Salvia officinalis) chroni kapustę i inne kapustne przed bielinkiem kapustnikiem i

sprawia,  że  kapusta  jest  smaczniejsza  i  bardziej  soczysta.  Dobrze  wpływa  również  na  mar-
chew, szczególnie gdy rośnie razem z rozmarynem. Źle natomiast  działa na ogórki, które w
ogóle nie lubią bliskości aromatycznych ziół, a szałwi szczególnie. Kwiaty szałwi wydzielają
bardzo obficie nektar i dlatego należy ona do roślin wybitnie miododajnych. W lecznictwie
ma bardzo wszechstronne zastosowanie zewnętrzne i wewnętrzne.

Cząber ogrodowy (

Satureia hortensis) znany jest z tego, że jako sąsiad na grządce dosko-

nale  chroni  fasolę  przed  chrząszczami.  Posadzony  razem  z  zieloną  fasolką  poprawia  jej
wzrost i aromat. Również dobrze podnosi smak gotowanej fasoli. Cząber chroni również ce-
bulę, chociaż fasola i cebula nie lubią nawzajem swojej bliskości. Jako przyprawa i lek uła-
twia przyswajanie składników pokarmowych.

Mięta pieprzowa (

Mentha piperita) chroni kapustę przed  gąsienicami.  Odpędza  również

mszyce, ponieważ mrówki, które pielęgnują mszyce na roślinach, nie znoszą zapachu mięty.
Wyciągi i napary z mięty stosuje się w zaburzeniach trawiennych. Ochłodzony napar z mięty
skutecznie gasi pragnienie, zwłaszcza w czasie upału.

Hyzop lekarski (

Hyssopus officinalis). Żywopłot z kwitnącego hyzopu przepięknie zdobi

ogród.  Hyzop  należy  do  najbardziej  miododajnych  roślin,  a  miód  z  niego  do  najsmaczniej-
szych i najbardziej aromatycznych. Kwitnie od połowy lipca do końca sierpnia, jego wydaj-
ność miodowa dochodzi do 500 kg z hektara. Sadzony w pobliżu winorośli podnosi jej plony,

background image

64

a w pobliżu kapusty odpędza bielinki kapustniki. Jako zioło lecznicze działa przeciwzapalnie i
przeciwbakteryjnie,  zalecany  jest  w  dolegliwościach  układu  oddechowego  i  przewodu  po-
karmowego.

Bylica piołun (

Artemisia absinthium) nadaje się najlepiej jako roślina okalająca ogród, jest

bowiem bardzo dekoracyjna. Jej aksamitne, srebrzyste liście harmonizują szczególnie pięknie
z jaskrawym kolorem posadzonych razem z nią kwiatów, np. czerwonej pelargonii. Odstrasza
przy tym muchy i motyle, szkodniki roślin uprawnych, szczególnie kapustnych. Jednak we-
wnątrz ogrodu nie należy jej sadzić, ponieważ ma niekorzystny wpływ na niektóre inne zioła,
np. kminek, anyż, koperek i szałwię.

Rumianek pospolity (

Matricaria chamomilla). Z rumianku sporządza się preparat biody-

namiczny 503. W ogrodzie jest doskonałym sąsiedztwem dla cebuli i kapusty, poprawia ich
wzrost i zapach. Ale trzeba go siać dosyć rzadko – odległość między roślinkami powinna wy-
nosić około 5 m. Równie korzystnie działa rumianek na pszenicę, posianą razem z nim lepiej
plonuje  i  ma  pełniejsze  kłosy.  Ale  też  w  niezbyt  dużej  ilości,  najlepiej  w  proporcji  1:100.
Kwiaty  rumianku moczone w wodzie przez dzień lub dwa służą do sporządzania oprysków
zwalczających  wiele  chorób  u  roślin,  ponieważ  rumianek,  podobnie  jak  krwawnik  zawiera
przeciwbakteryjną i przeciwzapalną substancję – chamazulen. Te same właściwości sprawia-
ją, że napar z rumianku działa leczniczo również w dolegliwościach ludzi i zwierząt. Zwalcza
biegunkę u cieląt, a stosowany do okładów leczy uszkodzone racice. Pchły unika posłania psa
posypanego suchym zielem rumianku. Gotując 3-4 łyżki rumianku w 1/2 litrze wody przez 20
minut uzyskuje się doskonały wywar do płukania włosów. Wywar ten lekko rozjaśnia blond
włosy i nadaje im miły delikatny zapach.

Mniszek lekarski (

Taraxacum officinale) przyczynia się w znacznym stopniu do natural-

nego  wytwarzania  próchnicy,  ponieważ  w  glebie  dookoła  mniszka  chętnie  przebywają
dżdżownice. Jego korzenie sięgają na półtora metra w głąb ziemi i dlatego nie jest on groź-
nym konkurentem dla żadnej z rosnących w pobliżu roślin. Odwrotnie, przynosi korzyści wy-
dobywając z głębi ziemi niedostępne dla nich substancje mineralne, szczególnie wapń, który
został przedtem spłukany w głąb ziemi i jest niedostępny dla roślin o krótszych korzeniach.
Gdy  mniszek  ginie,  jego  korzenie  zostawiają  w  ziemi  kanały  umożliwiające  dżdżownicom
przenikanie głębiej niż w innych warunkach, a one penetrując glebę spulchniają i wzbogacają
jej głębsze warstwy. Inną zaletą mniszka jest to, że wydziela gaz etylenowy, który ogranicza-
jąc rozrastanie się uprawianych w pobliżu roślin, przyczynia się tym samym do wcześniejsze-
go dojrzewania ich kwiatów i owoców.

Walory  lecznicze  mniszka  są  dość  powszechnie  znane  i  doceniane.  Wywar  z  korzeni

mniszka ma zastosowanie w schorzeniach wątroby i dróg żółciowych jako środek żółciopęd-
ny i pobudzający trawienie. Pomocniczo stosowany przy niewydolności nerek i obrzękach, w
kamicy nerkowej, zwłaszcza szczawianowej i fosforanowej.

Kminek zwyczajny (

Carum carvi). Ponieważ nasiona kminku dość długo kiełkują, najle-

piej jest siać je razem z grochem. Po zebraniu grochu zabronować pole i wtedy dopiero kmi-
nek zacznie wschodzić. Wymaga on gleby zasobnej i wilgotnej. Nie lubi sąsiedztwa koperku.
Jest popularną przyprawą aromatyczną do potraw, dodaje im smaku i ułatwia trawienie.

Majeranek  (

Majorana  hortensis)  należy  zapewne  do  najstarszych  ziół  przyprawowych.

Spośród kilku odmian majeranku najlepiej znany jest majeranek ogrodowy, obok pochodzącej
z tej samej rodziny botanicznej, lebiodki posopolitej (

Origanum vulgare). Majeranek ma bar-

dzo przyjemny i trwały zapach, poprawiający smak wielu potraw. Nieznacznie pobudza wy-

background image

65

dzielanie sokół żołądkowych i ogranicza nadmierną fermentację w przewodzie pokarmowym.
Jest  więc  nieocenioną  przyprawą  kulinarną  smaczny  i  zdrowy.  W  ogrodzie  rośnie  łatwo  i
kiełkuje  bez  kłopotów.  Ma  korzystny  wpływ  na  rosnące  w  pobliżu  rośliny,  poprawia  ich
wzrost i aromat.

Jałowiec pospolity (

Juniperus communis). Drobne, okrągłe owoce jałowca odznaczają się

przyjemnym  aromatem i  są  znakomitą,  choć  może  niezbyt  docenianą,  przyprawą  kulinarną.
Jałowiec  działa  lekko  moczopędnie  i  hamuje  resorpcję  jonów  sodowych  i  chlorkowych.
Zwiększa  też  wydzielanie  sokół  żołądkowych  i  żółci,  ogranicza  nadmierną  fermentacją  w
jelitach. Jest ponadto silnie bakteriobójczy. Z jałowca, kminku i majeranku zmielonych i po-
łączonych razem w równych częściach otrzymuje się aromatyczną, zdrową i nieagresywną w
smaku przyprawę do wielu potraw.

Chrzan i ziemniaki mają na siebie wzajemny korzystny wpływ. Krzaczki chrzanu należy

umieszczać tylko  w rogach pola ziemniaczanego i wykopywać  przy  końcu  lata,  aby  się  za-
nadto  nie  rozprzestrzeniły.  Ziemniaki  rosną  wtedy  zdrowsze  i  odporniejsze  są  na  choroby.
Napar z liści chrzanu stosowany do oprysku jabłoni daje dobre efekty przy zwalczaniu niektó-
rych szkodników.

*   *   *

Lekceważenie ziół, niszczenie ich    i  zupełne  eliminowanie  z  pól i  ogrodów  jest  głównie

następstwem nieznajomości tych korzyści, jakie przynoszą. Wynika z nieumiejętności przyję-
cia darów, które przyroda sama daje nam do rąk.

Szczególną zaletą ziół jest zdolność przyciągania owadów zapylających, co ma nieocenio-

ny wpływ na plonowanie innych  roślin.  Zapylania  przez  owady  wymaga  80%  roślin  rosną-
cych w naszym klimacie, bez tego nie zawiązują owoców i nasion, albo zawiązują tylko nie-
liczne i źle wykształcone. Jeżeli tymi owadami są pszczoły z własnej pasieki, to uzyskuje się
jeszcze dodatkową korzyść w postaci aromatycznego, zdrowego miodu.

Działalność gospodarcza człowieka, powoduje ginięcie wielu gatunków owadów zapylają-

cych, takich jak pszczoły leśne i trzmiele oraz pszczoły samotnice. Giną one razem z innymi
pożytecznymi owadami pod wpływem chemicznych środków ochrony roślin, stosowanych w
celu niszczenia pasożytów. W lasach pozbawionych w ten sposób dostatecznej ilości owadów
giną z głodu ptaki, i kiedy pasożyty odradzają się, to nie ma tam już ich naturalnych ptasich
antagonistów i wtedy mogą rozmnażać się bez żadnych ograniczeń. Pastwą ich ekspansji pa-
dają ogromne obszary lasów. Jedno wyłączone nieprzezornie ogniwo ekologicznego łańcucha
wyzwala nieopanowaną lawinę katastrof. Wiele potrzeba potem pracy, wiedzy, staranności i
dobrej woli, aby przywrócić utraconą równowagę.

Monokultury rolne, czyli obszary jednogatunkowych upraw, wyparły naturalne, mieszane

zespoły  roślinne,  będące  dogodnych  środowiskiem  życia  owadów.  Koszenie  maszynami  w
ciągu jednego dnia olbrzymich obszarów łąk pozbawia nagle pokarmu te owady, które żywiły
się  ich  pyłkiem  i  nektarem.  Przeorywanie  nieużytków,  gdzie  najczęściej  budują  one  swoje
gniazda,  powoduje  stałe  zmniejszanie  się  liczby  trzmieli  i  innych  dziko  żyjących  owadów
zapylających. Obecnie jedynymi już prawie zapylaczami wielu roślin kwitnących wiosną po-
zostały pszczoły. Ich wartość jako zapylaczy przewyższa dziesięć-dwadzieścia razy korzyści
uzyskiwane z wytwarzania miodu i wosku, nawet w latach najlepszych zbiorów. Dzięki za-
pylaniu uzyskuje się ogromną zwyżkę plonów  rzepaku,  gryki,  roślin  motylkowych,  drzew  i
krzewów owocowych oraz innych roślin owadopylnych. Jednak na skutek nieprzestrzegania
okresów ochrony wiele pszczół ginie, siadając na roślinach opylonych preparatami chemicz-
nymi. Straty są wtedy niepowetowane.

background image

66

Można więc sobie życzyć, żeby pasiek było jak najwięcej. Pozwoliłoby to może w przy-

szłości na eliminowanie uprawy buraków cukrowych i zaniechanie produkcji szkodliwego dla
zdrowia cukru, bo miód zostałby wprowadzony na wszystkie stoły. Do korzyści już wymie-
nionych przybyłaby szansa wykorzystania doskonałej ziemi buraczanej pod uprawę owoców i
warzyw. A ponadto ubyłoby jeszcze jedno źródło skażenia, jakim są odpady z cukrowni.

Zdrowe zioła i rośliny, rosnące w krajobrazie ekologicznym oprócz znanych już zalet mają

nieocenione  znaczenie  dla  przetrwania  pszczół  i  innych,  nielicznych  już  owadów  zapylają-
cych. Wśród roślin sadzonych niekiedy specjalnie na pożytki dla pszczół są m.in. facelia, ko-
niczyna biała i różowa oraz inkarnatka i gryka. Gryka jest rośliną obcopylną i jej kwiaty wy-
magają  wielokrotnych  odwiedzin  pszczół,  aby  na  znamię  słupka  dostał  się  właściwy  pyłek.
Plony gryki zależą więc w ogromnym stopniu od liczby odwiedzających ją pszczół. Pszczoły
zresztą chętnie ją odwiedzają, ponieważ wydziela dużo, łatwo dla nich dostępnego nektaru. Z
hektara gryki można uzyskać nawet 200 kg miodu.

Śnieguliczka biała (

Symphoricarpos racemosus) jest jedną z najlepszych roślin miododaj-

nych. Jest to krzew od 1 do 2 m wysokości. Zakwita na początku czerwca i kwitnie do pierw-
szych dni września. Pszczoły przylatują do kwiatów śnieguliczki przez cały dzień nawet pod-
czas drobnego deszczu, bo nektar ukryty w beczułkowatej koronie dostępny jest dla owadów,
a dobrze zabezpieczony przed deszczem i rosną. Śnieguliczka nadaje się na żywopłoty, a wte-
dy jest już nie tylko pożytkiem pszczelim, ale również służy jako osłona od wiatru dla upraw
ogrodowych, a także zacienia rośliny nie znoszące zbytniego nasłonecznienia. Sama zaś po-
trzebuje  pełnego  dostępu  słonecznego,  bo  w  miejscach  zacienionych  gorzej  rośnie  i  słabiej
nektaruje.  Na  żywopłoty  nadaje  się  również  miododajna  Irga  (

Cotoneaster),  chętnie  odwie-

dzana przez pszczoły, ale tylko wtedy, gdy rośnie w miejscach dobrze nasłonecznionych. Nie
przestaje ona kwitnąć nawet wtedy, gdy jako żywopłot jest systematycznie przycinana.

Żywopłoty z tych i innych roślin służą jako osłona od wiatru i słońca, a ponadto cały oto-

czony nimi teren staje się bardziej zaciszny, prywatny, odosobniony, co jest jednym z warun-
ków dobrego samopoczucia osób, które tu mieszkają i pracują.

Żywokost lekarski (

Symphytum officinale) jest cenną rośliną miododajną, ale wyłącznie

wtedy, gdy w okolicy żyje dostatecznie dużo trzmieli. Jego nektar jest bowiem trudno dostęp-
ny  dla  pszczół,  mogą  one  korzystać  tylko  z  otworów  w  kwiatach  przegryzionych  przez
trzmiele. Żywokost ma też szczególną wartość dla wzbogacenia gleby, bo zawiera taką samą
ilość  węgla  i  azotu  co  nawóz  zwierzęcy.  Korzeń  żywokostu  ma  duże  zastosowanie  w  lecz-
nictwie  w  przypadkach  uszkodzenia  błony  śluzowej  przewodu  pokarmowego,  a  także  przy
owrzodzeniach żołądka i dwunastnicy. Służy również jako środek przeciwkaszlowy i gojący
oparzenia skóry.

Głóg (

Crategus L.). Należy również do roślin miododajnych. Kwiaty głogu są tak zbudo-

wane, że ich nektar jest bardzo łatwo dostępny dla wszystkich owadów. Różne gatunki głogu
kwitną w różnym czasie, kolejno i dlatego mogą zapewnić pszczołom pożytek przez 3-4 ty-
godnie  maja.  Głogi  o  liściach  gładkich  są  atakowane  przez  te  same  szkodniki  co  jabłonie  i
grusze, ale głogom o liściach szorstkich szkodniki te nie zagrażają.

Cenną rośliną leczniczą jest głóg dwuszyjkowy (

Crategus oxyacantha). Kwiatostan głogu

stosuje się w postaci wyciągu w przypadkach osłabienia mięśnia sercowego, w lekkiej niewy-
dolności  naczyń  wieńcowych  i  zaburzeniach  ciśnienia  krwi,  głównie  w  nadciśnieniu  tętni-
czym.

Brzoza.  Istnieje  pogląd,  że  korzenie  brzozy  wydzielają  substancje  mające  korzystny

wpływ na procesy fermentacyjne w pryzmach kompostowych. Zaobserwowano, że kompost

background image

67

umieszczony w pobliżu szarej brzozy czerpie korzyści z jej obecności, sam nie tracąc żadnych
składników żywnościowych. I to nawet wtedy, gdy korzenie brzozy wnikają w pryzmę. Naj-
korzystniejsze jest usytuowanie pryzmy w odległości co najmniej dwóch metrów od brzozy.

Czarny bez (

Sambucus nigra) jest również bardzo dobrym sąsiedztwem dla pryzmy kom-

postowej, ponieważ osusza nadmierną wilgoć i przyspiesza procesy próchnicotwórcze. Zaob-
serwowano wielokrotnie, że dookoła korzeni czarnego bzu wytwarza się doskonała próchnica.
Kwiaty czarnego bzu służą do przyrządzania naparów zalecanych w chorobach gorączkowych
– działają napotnie i moczopędnie. Zewnętrznie stosuje się je do płukania gardła i jamy ustnej
oraz  do  okładów  przy  zapaleniu  spojówek  i  brzegów  powiek.  Odwary  z  owoców  czarnego
bzu działają skutecznie jako środek odtruwający. W chorobach zakaźnych, skórnych i gość-
cowych pomagają w usuwaniu z organizmu szkodliwych metabolitów.

Drzewa iglaste są raczej niepożądane w pobliżu pryzmy, ponieważ hamują procesy humi-

fikacyjne w kompoście. Powodują to substancje terpentynowe zmywane z igieł sosny i świer-
ku. Mają one również niekorzystny wpływ na pszenicę, ponieważ te same substancje terpen-
tynowe ograniczają jej kiełkowanie. Ale mierzwa z igieł sosnowych działa korzystnie na tru-
skawki, wzmacnia ich łodygi, zwiększa urodzaj, poprawia aromat.

Leszczyna (

Corylus avellana) jest szczególnie pożyteczna na  pastwiskach,  ponieważ  od-

strasza muchy od pasących się zwierząt. Krowy też lubią skubać liście leszczyny, co wpływa
na  podniesienie  ilości  tłuszczu  w  mleku,  a  jednocześnie  ze  względu  na  zawartość  taniny
działa oczyszczająco na przewód pokarmowy.

Wiśnia (

Cerasus vulgaris). Korzenie drzewa wiśniowego mają niekorzystny wpływ na ro-

snącą w pobliżu pszenicę, bo osłabiają jej odporność na śnieć zbożową.

Drzewa owocowe. Dobrze jest wysiewać między nimi  mieszankę  gorczycy  i  koniczyny.

Dobrym  sąsiedztwem  są  dla  nich  również  szczypiorek,  czosnek,  cebula,  nasturcja,  chrzan,
bylica, boże drzewko i pokrzywa.

Ekologiczne zespoły, zharmonizowanych ze sobą ziół, drzew, krzewów, owadów i ptaków,

tworzą razem wspólnoty życiowe, zwane biocenozą. Większość przejawów ingerencji w bio-
cenotyczne  układy  doprowadza  do  następstw  negatywnych  i  destruktywnych.  Jeżeli  nawet
przyczyną tego bywa brak wiedzy o wewnętrznej strukturze biocenozy, to nie łatwo uwierzyć,
że samo wzbogacenie informacji w tym zakresie wpłynie na radykalną poprawę sytuacji. Pod-
stawowym motywem gromadzenia wiedzy rzadko bywa ciekawość albo chęć współdziałania
z przyrodą. Zwykłą intencją w takich przypadkach jest chęć zagarnięcia wyłącznie dla siebie
wszystkich wartości, jakie tworzy biocenoza i całkowitego podporządkowania sobie jej celów
i  funkcji.  Przy  takim  stylu  myślenia  i  działania,  to  co  nie  wydaje  się  służyć  bezpośrednio
człowiekowi, nie ma prawa do życia ani istnienia. Precyzyjny ład i harmonię przyrody burzy
nie tylko ignorancja, ale przede wszystkim zachłanność, pycha i bezwzględność.

Dlatego  przywracanie  harmonii  między  człowiekiem  a  jego  naturalnym  środowiskiem,

czyli  tworzenie  krajobrazu  ekologicznego,  nie  może  się  obyć  bez  udziału  ludzi  skromnych,
mądrych i dobrych.

background image

68

HISTORIA WEGETARIANIZMU

„... nie można wykluczyć domysłu, ż zagrożenie sięga nawet i poza granice naszej Planety,

siejąc jakieś niepojęte spustoszenia w niepojętych układach kosmicznych. Może siła wyzwo-
lona  rozpaczą  krzywdzonego  obiega  zakrzywioną  stromiznę  Wszechświata  i  wraca  z  nie-
uchronną precyzją, aby porazić krzywdziciela?”

(Sumienie, mechanizm ochrony ewolucji?)

Maria Grodecka

Zastanawiając  się  nad  początkiem  dziejów  wegetarianizmu  trzeba  stwierdzić,  że  jest  on

równie nieuchwytny jak początek historii ludzkości. Może należałoby przedtem zapytać, jak
doszło do tego, że człowiek, istota przystosowana genetycznie do pokarmu roślinnego, zaczął
odżywiać się mięsem. Albo o to, czy gdy rozpoczął swoją egzystencję jako istota ludzka, był
roślinożercą czy drapieżnikiem? Czy jego pierwotnym pokarmem było mięso czy rośliny?

Jakkolwiek ustrój fizjologiczny organizmu człowieka i jego cechy morfologiczne świadczą

o roślinożerności, to opinie na ten temat nie są ostatecznie uzgodnione. Dlatego  trudno  jest
dziś  ustalić  czy  najdawniejsze  zalecenia  odżywiania  bezmięsnego  były  czymś  zupełnie  no-
wym i odkrywczym, czy też nawiązaniem do tradycji wcześniejszej, poprzedzającej obyczaj
jadania  mięsa,  zaniechanej  jednak  z  niewiadomych  przyczyn.  Moment  odejścia  od  przyro-
dzonego pokarmu roślinnego musiał być wydarzeniem tak odległym w czasie, że dociera do
nas tylko w postaci legend i symbolicznych mitów. Najstarsze zapiski na ten temat znajdują
się  w  starożytnych  księgach  wedyjskich  i  księgach  Starego  Testamentu.  Ponieważ  teksty  te
powstawały na przestrzeni kilku tysiącleci, można w nich odnaleźć również i najdawniejsze
ślady wegetarianizmu.

Nurt orientalny – tradycja Bliskiego
i Dalekiego Wschodu

W najwcześniejszych zapisach  Wedy  są  liczne  wzmianki  dotyczące  składania  krwawych

ofiar oraz sposobów przyrządzania mięsa ofiarnych zwierząt. Z zapisów tych wynika, że ofiar
domagali się bogowie, którym, jak wierzono, były one potrzebne do podtrzymania nieśmier-
telności. Jako ofiary składano woły, krowy, bizony i konie. W Wedach można znaleźć liczne
szczegółowe informacje dotyczące czasu i sposobu zabijania zwierząt, a także w jaki sposób
je palić, które części ich ciała mogą zjadać ludzie, szczególnie kapłani dokonujący ofiary, a
które mają być przeznaczone dla bogów.

background image

69

Praktyka  składania  ofiar  łączyła  się  bezpośrednio  z  pojęciem  zasługi  religijnej  i  miała

związek z pośmiertnym losem człowieka. Prawo wstępu do nieba obiecywała tylko tym, któ-
rzy składali liczne ofiary, a dla nie składających ofiar niebo miało być niedostępne.

W tym samym mniej więcej czasie, tzn. około 2 tys. lat p.n.e. krwawych ofiar dokonywano

w wielu miejscach świata: w Południowej Ameryce, w Mezopotamii, na terenie późniejszej
Grecji, w północnej Afryce, na południu Azji. Nie znaczy to, że obyczaj ten nie istniał rów-
nież w innych regionach świata, ale brak jest danych na ten temat. W każdym przypadku jako
przyczynę  dokonywania  tego  obrzędu  podawano  kategoryczne  żądanie  bogów.  W  II  i  III
księdze Mojżesza można znaleźć te same wskazania co we wczesnych tekstach wedyjskich –
szczegółowe  instrukcje  dotyczące  składania  ofiar  ze  zwierząt.  „Następnie  kazał  przyprowa-
dzić barana na ofiarę całopalną, a Aaron i jego synowie położyli ręce swoje na głowie barana.
Mojżesz zarżnął go i pokropił krwią ołtarz wokoło. Potem Mojżesz rozkroił brana na części,
spalił głowę, te części i tłuszcz. Wnętrzności zaś i nogi obmył wodą. Potem Mojżesz spalił
całego barana na ołtarzu. Jest to ofiara całopalna, woń przyjemna, ofiara ogniowa dla Pana,
tak jak rozkazał Pan Mojżeszowi” (3 Księga Mojżeszowa, 8, 18-21).

Można się głęboko zastanowić nad tym, kim byli ci, którzy formułowali i narzucali Izra-

elitom i innym ludziom na świecie tak drastyczne zalecenia rytuału ofiarnego? Czy może był
to tylko sposób wymyślony przez kapłanów, aby wymuszać na wiernych daniny ze zwierząt?
A może Ziemia przeżyła wtedy okres przedziwnej inwazji nieznanych, potężnych istot, któ-
rym dym palących się ciał był potrzebny do jakichś niewiadomych celów? Dlaczego w księ-
gach  Mojżesza  stale  powraca  zwrot,  że  „jest  to  woń  miła  dla  Pana”?  Czy  mięso  ofiarnych
zwierząt zawsze było palone, czy może czasem tylko  pieczone?  Czy  ludzie  składali    ofiary
także i wcześniej, zanim otrzymali boskie zalecenie, tyle tylko, że robili to inaczej? Czy też
zaczęli je składać dopiero na skutek żądań bogów? Czy  więc była to tylko zmiana sposobu
znanego im już przedtem zwyczaju, czy też wprowadzenie go jako czegoś zupełnie nowego i
dotychczas nieznanego?

A kim był „Pan”, który udzielał takich instrukcji? Albo ten, który łaskawie przyjął krwawą

ofiarę hodowcy Abla, a odrzucił daninę rolnika – Kaina, złożoną z płodów ziemi? Czy można
wykluczyć,  że  Kain  zabił  Abla  w  obronie  mordowanych  zwierząt,  a  nie  z  zazdrości?  Jego
osoba i pamięć o nim zostały przekazane następnym pokoleniom w glorii chwały. Czy jednak
nie  stało  się  tak  zgodnie  z  tą  samą  prawidłowością,  z  jaką  zwycięzcy  obejmują  panowanie
również i nad historią i modelują ją tak, aby uwydatnić swoją chwałę, a ukryć hańbę? Świa-
domość kolejnych pokoleń zostaje wtedy obciążona fałszywymi autorytetami i obezwładnio-
na w swoich aspiracjach rozwojowych przewrotnymi wzorcami tego, co godziwe i zasługują-
ce na naśladowanie.

Dla historii wegetarianizmu ważne jest to, że już około 800 lat po Mojżeszu, a ok. 700 lat

przed naszą erą pojawiły się nowe, wręcz odmienne tendencje, zarówno w Indiach, jak i na
Bliskim Wschodzie. W oficjalnej religii Indii, hinduizmie, zaczął obowiązywać zakaz jadania
mięsa. Z początku był to zakaz o charakterze ściśle religijno-kultowym,  wykluczał  bowiem
jadanie takiego mięsa, które nie zostało przedtem złożone w ofierze. Uboju wolno było doko-
nywać jedynie w postaci ofiary.

W tym samym mniej więcej czasie, to znaczy w kilkaset lat po Mojżeszu, prorocy Starego

Testamentu, Izajasz, Jeremiasz, Ozeasz, Amos, Micheasz też wypowiadają się zdecydowanie
przeciwko składaniu ofiar. Co więcej zaprzeczają, jakoby te ofiary były kiedykolwiek naka-
zywane i zalecane przez Boga. Całą winę za istnienie tego rytuału składają na kapłanów. „Bo
nic  nie  powiedziałem,  ani  nie  nakazałem  waszym  przodkom,  gdy  wyprowadzałem  ich  z
Egiptu,  co  d  ofiar  całopalnych  i  krwawych”  (Jeremiasz,  7,  22-23).  „Przestańcie  składania
czczych ofiar. Nienawidzę waszych świątyń i obchodów. Stały mi się ciężarem, sprzykrzyło
mi się je znosić. Ręce wasze pełne są krwi” (Izajasz I, 13-15). A Ozeasz tak mówi: „Lubią
ofiary i chętnie je składają, lubią też mięso, które wówczas jedzą, lecz Jahwe nie ma w tym

background image

70

upodobania”  (8,  13).  W  tym  też  czasie  Izajasz  przekazuje  swoją  wizję  przyszłego  świata,
Królestwa Bożego: „Wilk z jagnięciem będzie paść się razem, a lew tak jak wół będzie jadł
sieczkę, wąż zaś będzie się żywił prochem” (65, 25 i 11, 6-9).

Kontynuacją  tego  nurtu  w  Biblii  wydają  się  być  zasady  życia  i  postępowania  członków

gminy esseńskiej, istniejącej w Palestynie w I wieku p.n.e. i w I wieku po Narodzeniu Chry-
stusa. Ortodoksyjny judaizm traktował ich jako odstępców. Nie składali krwawych ofiar i za
to zabroniono im wstępu do świątyni jerozolimskiej. Podobne zasady jak Esseńczycy wyzna-
wali Ebionici, którzy byli kontynuatorami etyki esseńskiej, żyli i działali w okresie od I do V
wieku. Ebonici opierali się już nie tylko na wypowiedziach proroków Starego Testamentu, ale
również na tych fragmentach ewangelii, po których ślad pozostał w apokryfach.

W tym mniej więcej czasie, gdy Jeremiasz i Ozeasz głosili swoje objawienia na  Bliskim

Wschodzie,  w  Grecji  w  VI  w.  p.n.e.  powstał  nowy  kierunek  filozoficzny,  którego  twórcą  i
inicjatorem był Pitagoras. Tak samo jak prorocy Starego Testamentu i mędrcy wedyjscy pro-
testował  przeciwko  składaniu  ofiar  ze  zwierząt  i  przeciwko  jadaniu  mięsa.  W  „Metamorfo-
zach” Pubiusa Ovidiusa Naso znajduje się wypowiedziana w poetyckiej formie relacja poglą-
dów Pitagorasa. Stwierdza on m.in., że ludzie tak łatwo przypisują bogom własne chęci i ob-
ciążają ich własnym okrucieństwem.

„Nie dość zbrodni, lecz winią i bogów pospołu,
Ręcząc, że pragną śmierci robotnego wołu,
czystą ofiarę byka, świetnego urodą,
(Bo piękność nawet szkodzi) przed ołtarze wiodą
Pyszny wstęgą i złotem, słucha próśb do bogów,
Widzi jak mu ciskają na czoło wśród rogów
Zboże, na które robił; wziąwszy między oczy
Cios śmiertelny, nóż, może widziany, krwią broczy.
Wtem z drgającego ciała wyrwawszy jelita,
Patrzy na nie ofiarnik i myśl bogów czyta.
Skądże tych wzbronionych potraw przejął was głód srogi?
Wstrzymajcie się i moje szanujcie przestrogi”.

Około VII wieku p.n.e. pojawiają się w Upaniszadach pierwsze wzmianki o reinkarnacji i

w tym samym mniej więcej czasie rodzą się tendencje wegetariańskie. Niektóre sagi hindu-
skie, choć nie było ich wiele, zaczynają się inwokacją będącą wezwaniem do wegetarianizmu.
W V wieku dokonał się w Indiach głęboki przełom spowodowany powstaniem buddyzmu i
dżainizmu. Obie te religie bardzo mocno  podkreślały świętość wszelkiego życia, również i
życia zwierząt.

Podstawą etycznych zaleceń Buddy jest ahimsa czyli zakaz zabijania i krzywdzenia jakiej-

kolwiek żywej istoty, bez względu na to czy jest ona człowiekiem, czy zwierzęciem, naszym
przyjacielem, czy wrogiem. Wśród wypowiedzi Buddy, zapisanych przez jego uczniów, znaj-
dują  się  liczne  wskazania,  które  wyraźnie  i  jednoznacznie  wykluczają  zabijanie  zwierząt  i
jadanie ich mięsa. Jedna z nich  brzmi następująco: „Dopóki nie zapanujesz nad swoim umy-
słem na tyle mocno, aby nawet sama myśl o tej brutalnej niegodziwości, o zabijaniu była ci
wstrętna, nie uciekniesz nigdy przed więzami życia świeckiego”.

Zresztą, jeszcze i przed Buddą, a już w szczególności po jego odejściu, wszyscy mistrzo-

wie  duchowi,  guru,  stanowczo  zabraniali  swoim  uczniom  jadania  mięsa,  uznając  to  za  nie-
przekraczalną  przeszkodę  w  osobistym  rozwoju  i  dążeniu  do  uduchowienia.  Twierdzili,  że
mięso odbiera zdrowie i spokój umysłu, zawiera bowiem toksyny wydzielane pod wpływem
przerażenia jakiego zwierzę doznaje w chwili, gdy jest zabijane.

Od IV wieku n.e. prawo Manu wprowadza zakaz jadania mięsa z okazji składania ofiar.

background image

71

W  III  wieku,  za  czasów  króla  Asioki,  buddyzm  stał  się  oficjalną  religią  Indii.  Sam  król

Asioka  zrezygnował  zupełnie  z  jadania  mięsa,  a  zabijanie  zwierząt  na  królewskim  dworze
zostało zabronione. Jednocześnie król Asioka wydał zarządzenie, którego celem była ochrona
lasów. Zakaz wycinania lasów świadczy o tym, że ogałacanie ziemi z drzew zaszło już wtedy
bardzo  daleko  i  doprowadziło  do  tak  znacznego  zagrożenia  ekologicznego,  że  stało  się
przedmiotem uwagi i troski mądrego Asioki. Intensywne wycinanie lasów mogło być związa-
ne  z  nadmiernym  rozwojem  gospodarki  hodowlanej,  co  by  świadczyło  o  tym,  że  składanie
krwawych ofiar miłe było nie tylko bogom, ale i ludziom, i że w owym czasie apetyt na mięso
rósł niebezpiecznie.

Jakkolwiek pod wpływem zaleceń ahimsy zwyczaj jadania mięsa w Indiach nie ustał cał-

kowicie i od razu, to przestał być tak jak poprzednio religijnym obowiązkiem i zasługą wobec
bogów.  Odwrotnie,  został  uznany  za  religijne  i  moralne  wykroczenie.  Jeżeli  nawet  ktoś  je
jadł, to czynił to raczej ukradkiem bez dotychczasowej ostentacji i bez rytualnej oprawy.

W  pierwszych  wiekach  naszej  ery  silnym  wsparciem  dla  wegetarianizmu  stał  się  kult

Kriszny. Jego wyznawcy byli ścisłymi wegetarianami, a hinduizm coraz mocniej ulegał jego
wpływom.

W ciągu 200 lat po śmierci Buddy jego nauka zatraciła pierwotną jednolitość. Już w okre-

sie panowania króla Asioki istniało kilkanaście różnych szkół buddyjskich. Spośród nich naj-
większe znaczenie zdobyły dwie: therawada i mahajana. Tradycja  therawady żyje do dziś w
Birmie,  na  Cejlonie,  w  Laosie,  Tajlandii,  Kambodży  i  w  Tybecie.  W  Wietnamie  i  Japonii
współistnieją obie te tradycje. Natomiast tradycja mahajany najbardziej żywa jest w Chinach.

Każda z tych szkół ma zdecydowanie odmienny stosunek do jadania mięsa. Mnisi buddyj-

scy ze szkoły therawady należą do zakonów żebraczych i jedzą tylko to, co dostają jako jał-
mużnę.  Nie  są  więc  specjalnie  wybredni,  przyjmują  każdy  ofiarowany  im  pokarm,  w  tym
również mięso. Odrzucenie pokarmu byłoby zapewne źle widziane przez ofiarodawców. Nie
wolno  im  jednak  osobiście  zabijać  zwierząt  ani  przyjmować  potraw  z  mięsa,  które  zostało
przygotowane specjalnie dla nich, bo jest już ono uważane  za  „nieczyste”.  Nie  jest  to  więc
wegetarianizm ani ściśle religijny, ani tym bardziej etyczny, a tylko formalny, wynikający z
dokładnego przestrzegania pewnym norm i sformułowań reguły zakonnej. Jednak nawet i te
ograniczenia nie są traktowane zbyt rygorystycznie, o czym świadczy fakt, że w większości
krajów therawady świeccy buddyści jadają mięso właściwie bez żadnych ograniczeń.

Inaczej  przedstawia  się  sprawa  w  tradycji  mahajany.  Misi  nie  żebrzą  o  jedzenie,  tylko

przygotowują je sobie sami, podobnie jak i świeccy buddyści. Od czasów najdawniejszych są
więc  ścisłymi  wegetarianami.  Mówi  się,  że  pierwsi  mnisi,  którzy  przynieśli  buddyzm  do
Chin, przestrzegali ściśle zasad wegetarianizmu. Mogłoby to świadczyć o tym, że therawada
jest  późniejszym  odejściem  od  pierwotnej  nauki  Buddy,  w  której  zakaz  ten  obowiązywał
bezwarunkowo.

Zupełnie  swoiste  stanowisko  zajął  w  tej  kwestii  buddyzm  japoński.  W  wywiadzie  prze-

prowadzonym z jednym z przywódców japońskiego buddyzmu stwierdził on, że wprawdzie
ideałem byłoby nie zabijanie nie tylko zwierząt, ale nawet i roślin. Ponieważ jest to niemoż-
liwe, więc oni zabijają i jedzą i jedno i drugie, traktując to jednak jako „wielki smutek ludz-
kości”. W tej wersji buddyzmu zalecenie ahimsy zostaje wprawdzie teoretycznie podtrzyma-
ne, ale praktycznie zignorowane. Ma to również zapewne niedwuznaczny wpływ na stosunek
buddystów japońskich do ludzi, gdy np. w czasie wojny stają się wrogami ich kraju.

W  tym  samym  mniej  więcej  czasie  co  buddyzm  powstał  w  Indiach  dżainizm.  Według

dżainistów cały wszechświat jest żywy, włącznie ze skałami i kamieniami. Podobnie jak hin-
duizm i buddyzm uznają doktrynę reinkarnacji i karmy oraz obowiązek nie stosowania prze-
mocy  wobec  żadnej  żyjącej  istoty.  Starają  się  przestrzegać  zaleceń  ahimsy  w  stosunku  do
ludzi, zwierząt, roślin i minerałów, a nawet „nigodas”, drobnych, często niewidzialnych ist-
nień, mających tylko jeden zmysł dotyku. Ścieżka zbawienia, według dżainistów prowadzi do

background image

72

oczyszczenia duszy ze skażenia materią, bo jak długo dusza zanurzona jest w materii, stoso-
wanie pewnych form przemocy jest nie uniknione. Każdy bowiem ruch ręki i każdy krok po-
woduje zniszczenie jakiegoś istnienia. Oczywiście, nie wolno jadać mięsa nawet tych zwie-
rząt, które zginęły śmiercią naturalną. Powstrzymanie się od pokarmów mięsnych jest najbar-
dziej dostępną i realną formą przestrzegania zaleceń nie krzywdzenia.

W kulturze Indii wysoką pozycję etyczną i filozoficzną zajmuje prastara tradycja jogi. Się-

ga ona swymi początkami w okres znacznie poprzedzający naukę Buddy. Jednak etyczne jej
zalecenia są całkowicie zgodne z etyką buddyjską, podobnie zresztą jak podstawowe założe-
nia filozoficzne. Etyka jogi wiąże się najściślej z reinkarnacją, karmą i ahimsą, stąd też wyni-
kają moralne przesłanki wegetarianizmu, bo pozbawienie życia jakiejkolwiek istoty obciąża
karmę zabójcy. Zaciąga on w stosunku do swojej ofiary dług, który będzie musiał spłacić w
następnych wcieleniach. Od odpowiedzialności karmicznej nie można się uchylić, w łańcuchu
wcieleń  musi  zostać  w  pełni  spłacona,  każda  bowiem  dysharmonijna  wibracja  wywołana
przez człowieka wraca do niego w postaci równie dysharmonijnej.

Według filozofii jogi, cały świat podlega nieustannemu, ewolucyjnemu rozwojowi, w któ-

rym uczestniczą wszystkie żyjące na Ziemi gatunki, każdy zgodnie z właściwą mu prawidło-
wością  ewolucyjną.  W  jogistycznym  obrazie  świata  zwierzęta  mają  więc  swoje  określone
miejsce i swoją niewzruszoną pozycję, bo podobnie jak ludzie uczestniczą w łańcuchu kolej-
nych egzystencji. Zabijanie ich powoduje udaremnienie lub przynajmniej opóźnienie ich ga-
tunkowego rozwoju, a to obciąża ludzkość karmiczną winą.

Jedna  ze  ścieżek  jogi,  Hatha-joga,  zmierza  do  fizycznego  opanowania  organizmu  przez

uprawianie  ćwiczeń  oddechowych,  asanów,  czyli  postaw  ciała  oraz  odpowiedniej  diety
oczyszczającej i wzmacniającej. Tą dietą jest właśnie dieta wegetariańska. Etyczne i karmicz-
ne uzasadnienia wegetarianizmu znajdują więc dodatkowe wsparcie w zaleceniach hatha-jogi.
Mają one zresztą cel nie tylko higieniczno-zdrowotny. Zmierzają do rozwijania i koordyno-
wania funkcji wszystkich wewnętrznych organów ciała oraz mięśni, stawów, ośrodków ner-
wowych i gruczołów dokrewnych. I to w zakresie znacznie szerszym niż potocznie rozumiane
zdrowie fizyczne. A ten rozwój ciała jest z kolei niezbędnym wstępem do poszerzania zasięgu
świadomości i wyzwolenia się wyższych władz psychicznych.

Dietetyka  hatha-jogi  odróżnia  pokarmy  sattwiczne  i  radżasowe.  Do  pokarmów  radżaso-

wych należą potrawy mocno spieczone, ostro przyprawione, alkohol i mięso. Ich jadanie pro-
wadzi  do  fizycznego  i  psychicznego  rozkojarzenia  i  powoduje  choroby.  Utrudnia,  a  nawet
niekiedy uniemożliwia uprawianie ćwiczeń jogi,  a alkohol i mięso wykluczają jakiekolwiek
postępy na tej drodze. Natomiast pokarmy sattwiczne dają żywotność, siłę i zdrowie, i przy-
czyniają się do rozbudzenia życia umysłowego. Wpływają też korzystnie na zachowanie rów-
nowagi psychicznej i ułatwiają koncentrację. Do  pokarmów  sattwicznych  należą  owoce,  ja-
rzyny,  zwłaszcza  naziemne,  wszystkie  gatunki  zbóż,  orzechy  i  inne  nasłonecznione  płody
ziemi.

Według  dietetyki  jogi  każde  pożywienie  ma  swoją,  właściwą  mu  skalę  wibracji  energe-

tycznych.  Im  wyższe  wibracje,  tym  większa  wartość  pokarmowa.  Świeży  sok  z  owoców  i
jarzyn ma skalę wibracji taką samą jak kolor ultrafioletowy, natomiast mięso zabitego zwie-
rzęcia jest w skali  wibracji  niższej  od  podczerwonej.  Joga  najbardziej  zaleca  jadanie  takich
owoców i jarzyn, które mogą być spożywane na surowo, a ponadto chleb, kasze, mleko.

Mimo  jednoznacznych  wskazań  religijnych  nie  wszyscy  Hindusi  są  wegetarianami.  W

ostatnich czasach przyczyną  tego  jest  coraz  znaczniejszy  wpływ  Zachodu,  który  przekazuje
swoje wzory dietetyczne całemu światu. Mimo to wśród mieszkańców Indii jest oczywiście
znacznie  więcej  wegetarian  niż  wśród  wyznawców  religii  w  innych  regionach  świata,  a
zwłaszcza  na  Zachodzie.  Niemniej  jednak  pod  wpływem  obyczajowym  presji  Zachodu
orientalny  wegetarianizm  słabnie,  jego  uzasadnienia  tracą  moc  przekonującą,  szczególne
wśród tych Hindusów, którzy się zeuropeizowali lub zamerykanizowali, przejęli oglądy, oby-

background image

73

czaje i zasady etyczne Zachodu. Wegetarianami pozostaje jednak jeszcze ogromna większość
mieszkańców Dalekiego Wschodu, a wśród nich wielu wybitnych hinduskich pisarzy, polity-
ków i przywódców narodu. Są wśród nich: Mahatma Gandhi, Rabidranath Tagore, Shri Mo-
rarji Desai oraz Shrimati Rukmini Devi Arundale. Ta ostatnia, żarliwa obrończyni zwierząt,
napisała:  „Milczący  krzyk  milionów  istot  powinien  brzmieć  w  naszych  uszach  głośniej  niż
cały zgiełk świata. Czy ci, którzy mają uszy do słuchania, odpowiedzą na to wezwanie i ocalą
nasz  kraj  od  przesądu,  że  zwierzęta  są  stworzone  tylko  dla  człowieka  i  jego  przyjemności?
Czy zniesiemy ich niewolnictwo i damy tym dzieciom Boga jedyne prawo, o które one pro-
szą, prawo do miłości i opieki?”.

Mahatma Gandhi jest autorem małej książeczki pt. „Key to Health” (Klucz do zdrowia).

Pisze w niej o tym, jak wielkie znaczenie mają dla zachowania zdrowia czysta woda, powie-
trze, słońce, a także odpowiedni pokarm. „... Z punktu widzenia anatomicznego i fizjologicz-
nego człowiek jest roślinożerny. Jego zęby, żołądek, jelita wskazują na to, że natura przezna-
czyła  go na  wegetarianina. Dieta wegetariańska  oprócz  ziarna  zbóż  i  warzyw  strączkowych
obejmuje  warzywa  korzeniowe,  bulwy,  liście,  owoce  świeże  i  suszone.  Ponadto  orzechy  i
migdały. Ja sam zawsze byłem zwolennikiem czystej diety wegetariańskiej”.

Gandhi  był  również  konsekwentnym  i  nieustępliwym  obrońcą  życia  krów.  Nie  wyraził

nigdy  zgody  na  ich  zabijanie,  mimo  argumentów,  jakie  mu  podsuwano,  że  to  przecież  dla
dobra tych samych ludzi, o których wolność zabiegał i których dobro tak bardzo leżało mu na
sercu. Był zbyt mądry i przewidujący na to, aby nie zdawać sobie sprawy, że wybicie wszyst-
kich bezpańskich krów byłoby tylko akcją doraźną, natomiast mogłoby przyczynić się do za-
kładania w przyszłości hodowli na wzór zachodni i w rezultacie  pogorszyć  i  tak  już  trudną
ówczesną  sytuację  gospodarczą  Indi.  Ponadto  spowodować  stępienie  moralnej  wrażliwości
mieszkańców tego kraju, która jest wielowiekowym dorobkiem ich kultury religijnej.

Gandhi w krowie dostrzegał żywe, czujące stworzenie, którego nie należy krzywdzić, tak

samo jak nie należy zabijać i krzywdzić żadnego człowieka. Pisał: „Krowa oznacza dla mnie
cały świat istot niższych od człowieka i rozciągnięcie współczucia człowieka poza jego wła-
sny  gatunek.  Poprzez  krowę  człowiek  może  zrozumieć  swoją  tożsamość  ze  wszystkim,  co
żyje... Krowa w Indiach jest symbolem jako dawca obfitości. Nie tylko dawała zawsze mleko,
ale także umożliwiała rolnictwo... Jest ona drugą matką dla milionów ludzi. Opieka nad kro-
wą oznacza opiekę nad całym niemym stworzeniem Boga”.

Tradycja szkoły pitagorejskiej

Jednym z najznakomitszych filozofów greckich w okresie przed Sokratesem był Pitagoras

(VI  w.  p.n.e.).  Nie  zostawił  wprawdzie  żadnych  pism,  ale  stworzył  słynną  w  starożytności
szkołę  pitagorejską,  do  której  należało  wielu  wybitnych  filozofów,  matematyków,  astrono-
mów i lekarzy. Nazwiska ich nie zawsze są znane, ponieważ chęć wyróżnienia się i zdobycia
osobistej sławy uchodziła wśród pitagorejczyków za małostkową i naganną. Nauka Pitagorasa
trwała w tradycji jego szkoły zarówno za życia mistrza jak i przez długie wieki potem.

Uczniowie  i  zwolennicy  Pitagorasa  nie  tylko  przekazywali  jego  naukę,  ale  również  uzu-

pełniali  ją  własnym  osiągnięciami  i  odkryciami.  Wśród  najwybitniejszych  osiągnięć  nauko-
wych szkoły pitagorejskiej trzeba wymienić przede wszystkim odkrycia astronomiczne. Gdy
inni filozofowie tego okresu spierali się o to, czy  Ziemia  jest  płaska  czy  wklęsła,  Pitagoras
udowodnił na podstawie obliczeń matematycznych, że Ziemia jest okrągłą kulą. Odkrył rów-
nież istnienie jej podwójnego ruchu obrotowego, a także regularność ruchów innych planet.
Było to odkrycie tak samo przełomowe i rewolucyjne jak to, którego w dwa tysiące lat potem
dokonał Mikołaj Kopernik.

background image

74

Pitagorejczycy po raz pierwszy używali w stosunku do wszechświata nazwy „kosmos”, co

znaczy po grecku ład. Zaobserwowali bowiem, że panuje w nim porządek, harmonia i celo-
wość.  Z matematycznych  obliczeń  Pitagorasa  wyłonił  się  obraz  wszechświata  odmienny  od
dotychczasowych o nim wyobrażeń. W tym nowym obrazie Ziemia utraciła swoje dotychcza-
sowe, wyjątkowe miejsce, a ludzki sposób rozważania spraw kosmosu nabrał nowego, pogłę-
bionego znaczenia i zyskał szerszy wymiar.

Pitagorejczycy wprowadzili też do swojej filozofii orientalną doktrynę o niezniszczalności

duszy  i  jej  nietrwałym  związku  z  ciałem.  Utrzymywali,  że  ten  chwilowy  związek  duszy  z
ciałem ma na celu oczyszczenie duszy i jej dalsze udoskonalenia. Była to więc doktryna rein-
karnacji i karmy.

Integralną  część  nauki  pitagorejskiej  stanowił  wegetarianizm.  Zalecenia  odżywiania  bez-

mięsnego  wynikały  z  etycznych  wskazań  teorii  karmy  oraz  z  przekonania,  że  celem  życia
ludzkiego jest nie tylko oczyszczenie, ale również udoskonalenie oraz dalszy rozwój umysło-
wy  i  moralny.  Za  niezbędny  warunek  osiągnięcia  tego  celu  uważali  zaś  umiarkowany  tryb
życia. Dieta wegetariańska, która zapewniła zdrowie i ułatwiała przestrzeganie wstrzemięźli-
wości płciowej, stwarzała dogodne warunki do wszechstronnego rozwoju duchowego. Życie
ascetyczne i sprawiedliwe nazywano „pitagorejskim trybem życia”.

Do gorących wielbicieli nauk Pitagorasa należał Platon. Wokół niego skupili się zwolenni-

cy  Pitagorasa  po  śmierci  swojego  mistrza.  Platończycy  przejęli  wiele  z  dorobku  filozofii  i
etyki  szkoły  pitagorejskiej  i  dlatego  w  dialogach  Platona  można  odnaleźć  obok  wpływów
Sokratesa również i wpływ Pitagorasa. Od niego przejął Platon zasady wegetarianizmu, a o
jego poglądach na ten temat świadczą niektóre fragmenty dialogów. W „Rzeczypospolitej”,
podczas sporu z Glaukonem, Sokrates wymienia pokarmy, jakie będą jadali obywatele ideal-
nego państwa. Są to: mąka, oliwa, ser, cebula, zielone jarzyny, groszek, fasola, figi, jagody.
Kończy mówiąc: „I tak żyjąc w zdrowiu i pokoju, będą umierali w późnym wieku”. Inne wy-
powiedzi nawiązujące do wegetarianizmu są w „Timajosie”, gdzie Platon wielokrotnie wyra-
ża przekonanie, że dieta wegetariańska jest nakazem bogów.

Szkoła pitagorejska w miarę upływu czasu przerodziła się w tradycję pitagorejską. Kulty-

wowali ją przez setki lat uczeni i  artyści  greccy,  rzymscy  i  aleksandryjscy.  Pozostawali  też
oni pod wpływem poglądów Pitagorasa, przestrzegając przez całe życie diety wegetariańskiej.
Byli  wśród  nich:  Empedokles,  Porfiry,  Owidisz,  Plutarch,  Tertulian  i  Leonardo  da  Vinci.
Diety bezmięsnej przestrzegali też starożytni orficy i esseńczycy, a potem gnostycy, neopla-
tończycy i manichejczycy, uznając ją za podstawowy warunek wyższego rozwoju fizycznego
i duchowego.

Plutarch w rozprawie „O jedzeniu mięsa” opowiada się za wegetariańską dietą. Utrzymuje,

że jadanie mięsa przez człowieka jest czymś nienaturalnym, jego ciało nie ma bowiem żadnej
z  charakterystycznych  cech  drapieżników  –  grubych  pazurów,  ostrych  zębów  ani  silnego
dzioba. Z tej rozprawki pochodzi fragment, który świadczy o głęboko moralnym i emocjonal-
nym zaangażowaniu autora w tę sprawę. „Co do mnie, to ciekaw jestem, jaki stan umysłu i
uczuć mógł posiadać człowiek, który pierwszy skaził swoje usta krwią i pozwolił, aby wargi
jego dotknęły ciała zamordowanej istoty; kim był ten, który rozłożył na swoim stole pokale-
czone, martwe ciało i domagał się co dzień świeżego pokarmu z tego, co było niedawno istotą
obdarzoną wrażliwością, ruchem i głosem”. Nawiązując też do poglądów Pitagorasa, Empe-
doklesa i Platona sprzeciwia się jadaniu mięsa z pozycji reinkarnacji i karmy. W innej roz-
prawce  „Reguły  zachowania  zdrowia”  opowiada  się  za  dietą  bezmięsną,  uzasadniając  to
względami zdrowotnymi.

Wegetarianami było również wielu przedstawicieli szkoły  neoplatońskiej,  która  kwitła  w

II-IV  wieku  n.e.  Należeli  do  niej  Plotyn,  Porfiry  i  Jamblich.  Porfiry  napisał  książkę  pt.  „O
powstrzymywaniu się od pokarmów zwierzęcych”. Wyraził w niej pogląd o jednakowej natu-
rze  wszystkich  dusz,  ludzkich  i  zwierzęcych,  a  także  o  niekorzystnym  wpływie  mięsa  na

background image

75

ludzkie zdrowie. Pisząc o zwierzętach, występował w ich obronie i dowodził, że jeżeli nawet
ich myślą są mniej uporządkowane niż myśli ludzi i od nich uboższe, to nie znaczy, że zwie-
rzęta nie myślą w ogóle. Współczesna etologia potwierdza jego opinię i dziś już wiadomo, że
zwierzęta mają wiele takich samych zdolności umysłowych jak ludzie, chociaż na poziomie
zbliżonym do poziomu dzieci i ludzi raczej przeciętnych, niż tych najzdolniejszych. Konrad
Lorenz określił to w ten sposób, że w człowieku jest całe zwierzę, chociaż w zwierzęciu jest
nie cały człowiek.

Wśród  kontynuatorów  tradycji  pitagorejskiej  był  również  Tertulian,  zaliczany  do  Ojców

Kościoła. Mając 17 lat przeszedł na wiarę  chrześcijańską,  a  w  10  lat  potem  oderwał  się  od
Kościoła  katolickiego  i  przyłączył  do  sekty  montanistów.  Chrześcijaninem  jednak  być  nie
przestał. Z tego okresu życia pochodzi następujący polemiczny fragment jego pism: „To wła-
śnie w mięsnych daniach kryje się cała wasza nadzieja... Najbardziej szanujecie tych, którzy
zapraszają  was  na  bogate  przyjęcia.  Wy,  ludzie  ciała,  odrzucanie  sprawy  ducha.  Ale  jeżeli
wasi prorocy są przychylni takim zwyczajom, to oni nie są moimi prorokami”.

Rzymski poeta Publius Ovidius Naso cały rozdział w swoich „Metamorfozach” poświęcił

poglądom  Pitagorasa,  szczególnie  doktrynie  reinkarnacji  i  sprawom  stosunku  do  zwierząt.
Pisał:

„Najlepsza matka sypie darami obficie
A tylko krwawe mięso smacznem się wydaje?
Przez ohydne Cyklopów wznawiać obyczaje?
Czyż tylko śmiercią drugich możesz głód łagodzić?
I żarłocznym żołądka zachciankom dogodzić?
Wszak Wiek, co Złotego odziedziczył miano,
W którym zioła jedynie i owoce znano,
Był szczęśliwszym, a jednak nie znał krwi obrzydłej.
Wtedy ptak bezpiecznymi ulatywał skrzydły,
Zając wolny od trwogi śmiało biegał wszędzie;
Wszystko żyło w pokoju, nie bojąc się zdrady.
Ale gdy wynalazca ohydnej biesiady,
Zgodny w szczęśliwym świecie zepsuwszy porządek,
Mięsne spuścił potrawy w żarłoczny żołądek,
Zbrodniom otworzył wrota...”

Największą chlubą i ukoronowaniem później tradycji pitagorejskiej był wielki Leonardo da

Vinci. Przez całe życie pozostawał na diecie wegetariańskiej, a w jego zapiskach można zna-
leźć takie uwagi: „Człowiek jest królem zwierząt tylko dlatego, że jego brutalność przewyż-
sza brutalność zwierzęcą. Żyjemy dzięki śmierci innych, jesteśmy chodzącymi grobami”. A w
innym miejscu: „Od wczesnych lat życia wyrzekłem się jadania mięsa i przyjdzie czas, gdy
ludzie tacy jak ja, będą patrzeć na mordercę zwierząt tak samo, jak teraz patrzą na mordercę
ludzi”.  na nim w zasadzie kończy się tradycja pitagorejska, a do głosu dochodzi tradycja ary-
stotelesowska.

Arystoteles był uczniem Platona i podobnie jak cała szkoła platońska zwolennikiem poglą-

dów Pitagorasa i jego zasad etycznych. Z czasem jednak odwrócił się od platonizmu i pitago-
reizmu i stał się najradykalniejszym przeciwnikiem szkoły platońskiej. I w tym właśnie okre-
sie napisał główne swoje dzieła filozoficzne. Wystąpił przeciwko platońskiej nauce o ideach
oraz przeciwko pitagorejskim odkryciom astronomicznym. Zakwestionował też obraz kosmo-
su, który Pitagoras uzyskał na podstawie obliczeń matematycznych i wrócił do geocentrycz-
nej teorii budowy świata. Uzasadniał swój pogląd, powołując się na rozum jako świadectwo
bezpośrednich, zmysłowych obserwacji. Ten pogląd przejęli jego uczniowie, a potem w okre-

background image

76

sie  aleksandryjskim  Ptolomeusz  nadał  mu  postać  systemu  astronomicznego.  W  ten  sposób
geocentryczna teoria budowy świata uzyskała rangę naukowego dogmatu na następne prawie
dwa tysiące lat.

Filozofia Arystotelesa wynikał z bezgranicznego zaufania do rozumu i dlatego przyjmował

on,  że  te  prawdy,  które  dyktuje  rozum,  nie  wymagają  już  żadnych  dowodów.  Była  to  więc
filozofia  świadomie  dogmatyczna.  Na  podstawie  jego  pism  nie  można  wprawdzie  określić,
czym jest rozum i po czym można poznać, czy ktoś go ma, czy nie ma. Do dziś zresztą kwe-
stia ta nie została jednoznacznie rozstrzygnięta. Definicja rozumu nie istnieje.

„Raczej nie bardzo jesteśmy zorientowani, co to w ogóle jest racjonalność – pisze profesor

Włodzimierz  Sedlak.  Pewne,  że  racjonalne  jest  jedynie  to,  co  nam  się  wydaje.  Każdy  ma
swoją własną „widzimisiową racjonalność”. Wiadomo tylko, że mówienie o kimś, że ma ro-
zum, jest formą wyrażania pochwały dla niego za to, że myśli to samo co my i że jest oczywi-
ście przez to znacznie lepszy od tych wszystkich, którzy rozumu nie mają. Nierozumnego ma
się  prawo  zlekceważyć  i  skrzywdzić.  Jako  kolejny  pewnik,  nie  wymagający  dowodu,  uznał
Arystoteles, że ludzie mają rozum, a zwierzęta go nie mają  (De  Anima II, 3).  I ten dogmat
również przetrwał wiele wieków i zaciążył na świadomości następnych pokoleń.

Poglądy Arystotelesa zostały potem przekazane erze nowożytnej za pośrednictwem filozo-

fii Tomasza z Akwinu. Przejął on większość podstawowych twierdzeń i założeń filozofii Ary-
stotelesa, powtórzył za nim także i to, że zwierzęta nie mają rozumu. Od siebie dodał, że brak
ten zwalnia człowieka nie tylko od wszelkich moralnych obowiązków wobec nich, ale odmó-
wił im nawet prawa do daniny miłosierdzia (Summa Theologica – 65, 3, cytowane w książce
Petera Singera, 1975).

Opinie te miały niekorzystny wpływ na stosunek ludzi do zwierząt w całym okresie nowo-

żytnym i współcześnie. Pozostawiły je zupełnie bezbronnymi wobec ludzkiej bezwzględności
i zachłanności. Sankcjonowały wyniosłość i pychę człowieka w stosunku do innych żyjących
stworzeń  i  w  znacznej  mierze  przyczyniły  się  do  utrwalania  jego  izolacji  wśród  ziemskiej
przyrody. Pogląd Arystotelesa ustawił ludzi na pozycji bardzo wysokiej i odległej, a w rezul-
tacie znaleźli i oni nie tyle ponad całym istnieniem, co poza  resztą  świata  żywych  istnień  i
poza zasięgiem moralnych obowiązków wobec swego naturalnego środowiska.

Założenie o wyjątkowej pozycji człowieka odegrało w moralnej edukacji następnych wie-

ków taką samą rolę, jaką odgrywają nauki niektórych rodziców, pełnych pychy i wyniosłości,
gdy wpajają swojemu dziecku, że jest ono inne, wyjątkowe, mądrzejsze i ważniejsze od pozo-
stałych dzieci. Gdy takie dziecko musi potem przeżyć życie wśród ludzi, obciążone tym prze-
konaniem o własnej nieskończonej przewadze nad nimi, popada w ciągłe konflikty z otocze-
niem. Samo postępując niewłaściwie, oskarża o to innych, krzywdzi ich, czując się skrzyw-
dzone, błądzi, będąc przekonane, że to inni wprowadzają je w błąd. Nie potrafi znaleźć dróg
miłości do tych, którzy mogliby go kochać i których ono mogłoby kochać. Pozostaje wreszcie
samo, jako nieakceptowany  szkodnik  i  niszczyciel,  przedmiot  nienawiści  tych,  których  sam
niszczy. Nie czyni tego zresztą ani z potrzeby, ani z rozsądku, a tylko dlatego, że zostało źle
przygotowane do życia wśród innych. Ta fałszywa świadomość czyni go złym i nieszczęśli-
wym, skazuje na osamotnienie, zrywając więzy miłości i współczucia.

Arystoteles, wyniesieniem człowieka i jego wyjątkowej rozumności ponad wszystkie inne

czujące stworzenia, wykopał przepaść między ludźmi  a  pozostałym  światem  istot  żyjących.
Zaważyło to niekorzystnie na kierunku dalszego moralnego rozwoju ludzi, uczyniło ich wy-
niosłymi i bezwzględnymi nie tylko dla zwierząt, ale i dla całej przyrody oraz dla siebie na-
wzajem. Do dziś trwa ten wpływ i jest tak silny, że ci wszyscy, którzy pragną pojednać się z
przyrodą i szukają do tego filozoficznego uzasadnienia, sięgają do kultu Kriszny albo mazda-
izmu, prastarej religii Zoroastra. Widać to na przykładzie niektórych grup wegetarianów oraz
zwolenników naturalnej uprawy ziemi. Obecnie do świadomości wielu dociera już fakt, że do
odnalezienia się człowieka w świecie konieczne jest zrozumienie jego powinowactwa z zie-

background image

77

mią i wszystkim, co na niej żyje.  Zrozumienie, że przewaga ludzkiej inteligencji ma służyć
nie  po  to,  aby  lekceważyć,  wykorzystywać  i  niszczyć,  ale  żeby  się  opiekować  i  pomagać.
„Człowiek bada całą biosferę – pisze Włodzimierz Sedlak (1984) – o poznaniu własnej natury
tylko marzy. Już kiedyś stworzył geocentryzm astronomiczny z antropocentrycznym ustawie-
niem  siebie  wśród  ciał  niebieskich.  W  imię  nauki  musiało  się  to  przekonanie  zakończyć.
Obecnie antropocentryzm przeniósł się z astronomii do biologii. I znowu w imię nauki trzeba
będzie wyburzyć to przekonanie”.

Cały okres średniowiecza i nowożytności pozostawał pod tak przemożnym wpływem Ary-

stotelesa i Tomasza z Akwinu, że w tym czasie problemy moralnych obowiązków ludzi wo-
bec  zwierząt  były  podejmowane  bardzo  rzadko.  Najczęściej  wtedy,  gdy  któryś  z  filozofów
chciał  wysunąć  dodatkowe  argumenty  na  korzyść  nieskończonej  przewagi  człowieka  nad
zwierzętami,  która  uzasadnia  i  sankcjonuje  jego  pogardę  i  bezwzględność  dla  nich.  Karte-
zjusz, klasyczny  wyraziciel tendencji filozofii nowożytnej, wypowiada pogląd, że zwierzęta
są czymś w rodzaju maszyn i nie mogą odczuwać żadnych wrażeń. Nie trzeba więc liczyć się
z ich głosem i zachowaniem, które mogłoby wskazywać na to, że cierpią. Tę bezwzględność
tłumaczy, powtarzając stary argument Arystotelesa, że zwierzęta nie mają rozumu, a dowo-
dem  tego  ma  być  da  niego  fakt,  że  nie  umieją  mówić.  Do  tej  wypowiedzi  nawiązują  dwaj
późniejsi  myśliciele:  Wolter  i  Jeremiasz  Bentham.  Wolter  pyta:  „A  czy  gdyby  zwierzęta
umiały mówić, ośmielilibyście się je zabijać i zjadać?” Bentham zaś stwierdza, że z punktu
widzenia moralnego, nie ma znaczenia czy zwierzęta są czy nie są rozumne, a tylko to, czy
potrafią cierpieć.

Nawet Immnuel Kant ugiął się pod panującą presją klimatu pogardy i bezwzględności dla

zwierząt.  Ten  wielki  moralista,  który  uznawał  tylko  dwa  niepodważalne  pewniki:  „niebo
gwiaździste nade mną i ideał moralny we mnie”, w tej sprawie sprzeniewierzył się własnym
ideałom etycznym, a ponadto i logice rozumowania. Stanowisko swoje wobec zwierząt sfor-
mułował krótko i dość okrutnie: „A co się tyczy zwierząt, to nie mamy w stosunku do nich
wyraźnych obowiązków.  Zwierzęta nie są  świadome  siebie,  są  po  prostu  środkiem  do  celu.
Tym  celem  jest  człowiek”.  To  oświadczenie  jest  niezgodne  z  podstawową  zasadą  moralnej
teorii  Kanta,  która  głosi,  że  powinniśmy  traktować  każdego  jako  cel  sam  w  sobie,  a  nigdy
jako środek do celu. Zwierzęta jednak wyłącza się z tej zasady na podstawie założenia, że nie
są one istotami rozumnymi. Chociaż w tym przypadku spór o to, czy zwierzęta są, czy nie są
rozumne, nie ma w ogóle znaczenia, ważne jest, jak zauważył trafnie Bentham, tylko to, że
potrafią cierpieć.

To wyniosłe odizolowanie człowieka od całego środowiska ziemskiego, zaciążyło fatalnie

również i na kierunku dalszego rozwoju nauki i techniki. Każda forma eksploatacji przyrody,
najbardziej nawet drastyczna i brutalna, zostaje z góry usankcjonowana przekonaniem o wy-
jątkowej pozycji, górującego nad nią nieskończenie i mającego prawo do tego, aby ją sobie
całkowicie  podporządkować.  Dopiero  w  ostatnich  latach  takie  stanowisko  jest  stopniowo
przezwyciężane przez koncepcje całościowego traktowania biocenozy i biosfery.

Coraz  silniej  dociera  do  powszechnej  świadomości  zrozumienie,  że  środowisko  ludzi

ukonstytuowane  jest  nie  tylko  z  elementów  chemicznych,  biochemicznych  i  elektromagne-
tycznych, i że liczą się w nim nie tylko bodźce mechaniczne i fizykalne, ale że obejmuje ono
również  każdy  przejaw  życia,  mikro–  i  makroorganizmy,  a  wymiana  oddziaływań  między
nimi ma charakter nie tylko mechaniczny, chemiczny i fizykalny, lecz również energetyczny i
psychiczny.  Dlatego  przywracanie  czystości  skażonemu  środowisku  wymaga  eliminowania
chemicznych toksyn tak samo jak i złych myśli, wyziewów pychy i arogancji, całej sfery ne-
gatywnego oddziaływania psychicznego, a zastępowanie ich szacunkiem i miłością nawet dla
tych najmniejszych.

Taki ideał środowiska oznacza powrót do pitagorejskiej wizji świata, tego świata który jest

ładem.

background image

78

KRZYWDA ZWIERZĄT JAKO PROBLEM MORALNY

„Hodowla przemysłowa! – Najpierw zostają wtłoczone w istnienie, wepchnięte w życie in-

seminacją lub inkubacją. I od tej chwili aż do końca trwają w przerażeniu i udręce. Świat jest
jednolitym koszmarem oblepiającym ciasno ich strach i  cierpienie. Nie ma kogo prosić, nie
ma  na  co  liczyć,  opór  jest  bezsilny,  ucieczka  niemożliwa,  śmierć  nieunikniona,  strach  bez
pociechy,  rozpacz  bez  ukojenia,  męka  bez  zadośćuczynienia.  Najwyższą,  ostatnią  instancję
zwierzęcego Kosmosu reprezentuje Człowiek-Rzeźnik. Umierają w przekonaniu, że Bóg jest
oprawcą. Z niebiańskich wyżyn ludzkiego wspaniałego i niepojętego świata, zamiast oczeki-
wanego gestu opiekuńczej dłoni, spada na bezbronny kark – dźwignia gilotyny”.

(Lektury i pomyślenia – maszynopis)

Maria Grodecka

Gehenna

Rzadko kto zdaje sobie sprawę, jakimi drogami trafia mięso na jego talerz albo mleko do

szklanki.  Niewielu  zastanawia  się  nad  tym,  że  ceną  za  ten  pokarm  jest  śmierć  i  cierpienie
zwierząt. W całym świecie każdego roku ginie w rzeźniach ponad 20 miliardów krów, cieląt,
świń,  drobiu  i  innych  zwierząt.  A  każda  ta  śmierć  jest  poprzedzona  osobną,  indywidualną
męką, strachem i bólem.

„Wielu  ludzi  obecnie  ucisza  skryty  niepokój  i  trwa  w  stanie  samozadowolenia,  żywiąc

przekonanie, że zwierzęta są w rzeźniach zabijane „humanitarnie”. W  ten  sposób  uwalniają
się od wszelkich etycznych zastrzeżeń wobec faktu jadania mięsa. Niestety, nic nie jest bar-
dziej odległe od rzeczywistych faktów życia i... śmierci.

Całe życie zwierząt przeznaczonych na pokarm i pozostających w hodowlanej niewoli jest

nienaturalne.  Począwszy  od  sztucznych  narodzin,  sprowokowanych  inseminacją,  brutalnej
kastracji i stymulacji hormonalnej, karmienia nieprawidłową dietą w celu szybszego utucze-
nia, aż do ostatniej długiej podróży w warunkach skrajnej niewygody, podróży zmierzającej
do  ostatecznego  końca.  Ciasna  przegroda,  paniczny  strach  i  przerażenie,  elektryczny  cios,
wszystko to stanowi część „najnowocześniejszego” systemu hodowli zwierząt, ich transportu
i uboju. Aby akceptować to wszystko i sprzeciwiać się jedynie nadmiernej brutalności ostat-
nich  kilku  sekund  życia  zwierzęcia,  wystarcza  używanie  obłudnego  słowa  „humanitarny”.
Gdy przyjmujemy do wiadomości fakt „humanitarnego uboju” uznajemy, że wszystkie inne
elementy cierpienia zwierzęcia mogłyby pozostać takie same, nie wywołując z naszej strony
żadnego  sprzeciwu.  Rzadko  zdajemy  sobie  sprawę  z  tego,  w  jaki  sposób  zwierzę,  którego

background image

79

mięso zjadamy, zostało wyhodowane, przetransportowane i zabite. Bo nie zawsze i sam ubój
jest dokonywany tymi nowoczesnym „humanitarnymi metodami” (Facts of Vegetarianism).

Te  fakty,  najczęściej  wstydliwie  przemilczane  lub  ignorowane,  docierają  jednak  ostatnio

do coraz szerszych kręgów ludzi we wszystkich krajach na świecie. Dla wielu z nich jest to
zupełnym  zaskoczeniem,  są  zdumieni  i  przejęci  grozą,  nigdy  dotąd  nie  myśleli,  że  ich  co-
dzienny pokarm, który uważali za taki zwykły i normalny, zostaje okupiony niekończącą się
udręką  i  przerażeniem  czujących  istot.  Czasem  nagle  zrozumienie  bezmiaru  ich  męki  przy-
chodzi jak olśnienie. Trudno pojąć, że do tej pory tolerowaliśmy ten koszmar tak łatwo i bez-
trosko. Najczęściej ci, do których to dotarło, przestają od razu jeść mięso, aby chociaż osobi-
ście  wycofać  się  ze  zbiorowej  odpowiedzialności  ludzi  za  dziejącą  się  zwierzętom  okrutną
krzywdę. Liczba wegetarian na świecie potroiła się w ciągu ostatnich kilku lat i dalej wzrasta
z roku na rok.

Innym nie wystarcza to, że sami nie jedzą mięsa, pragną i drugich zjednać dla tej sprawy,

zarazić  ich  własnym  współczuciem,  przekonać.  Wstępują  do  stowarzyszeń  wegetariańskich
lub  sami  organizują  nowe  stowarzyszenia,  piszą  artykuły  na  ten  temat  i  książki.  Wielkiego
rozgłosu  nabrała  ostatnio  w  całym  świecie  książka  Petera  Singera  pt.  „Animal  Liberation”
(Wyzwolenie  zwierząt,  1975).  Jej  autor  jest  profesorem  etyki  w  Melbourne.  Drugą  napisał
wspólnie z amerykańskim dziennikarzem Jimem Masonem, nosi ona tytuł „Animal Factories”
(Fabryki zwierząt, 1982) i jest wstrząsającą relacją sytuacji zwierząt hodowlanych we współ-
czesnym systemie przemysłowym.

Zanim  zostaną  dowiezione  do  rzeźni  przeżywają  gehennę  okresu  tuczu  lub  użytkowania

mlecznego. Krowy całe życie spędzają w zamknięciu, umieszczane  w  ciasnych boksach, na
podłodze z betonu lub perforowanej blachy. Nieodpowiednie podłoże powoduje, że chorują
na zapalenie racic, co sprawia im niesłychany ból i wiele z nich stoi wtedy przez całe dnie na
ugiętych  kolanach.  Boksy,  w  których  przebywają,  są  tak  ciasne,  że  gdy  krowa  kładzie  się,
żelazne pręty wbijają się głęboko w jej ciało. Karmione treściwą paszą chorują na wątrobę, co
jest  jeszcze  jedną  przyczyną  bólu.  Hodowcy  nie  biorą  w  ogóle  pod  uwagę  wszystkich  tych
uciążliwości  i  udręk,  bo  dopóki  taka  forma  hodowli  jest  opłacalna,  nie  widzą  powodu,  aby
dokonywać jakichkolwiek zmian. Angielska pisarka Brigid Brophy tak komentuje tę sytuację:
„Wydaje nam się wprost niewiarygodne,  że  greccy  filozofowie,  którzy  tak  wnikliwie  anali-
zowali problemy dobra i zła, nie dostrzegali nigdy tego, jak niemoralnym systemem jest nie-
wolnictwo. Może za następne trzy tysiące lat równie niewiarygodne wyda się to, że do naszej
wyobraźni nie dociera moralny aspekt systemu ciemiężenia i udręki zwierząt”.

Jeżeli czasem hodowcy decydują się na dokonanie poprawy warunków życia zwierząt, to

tylko wtedy, gdy istnieje obawa, że nadmierna ich śmiertelność może spowodować finansowe
straty.  Nie  dotyczy  to  jednak  kurcząt,  bo  nawet  najdrastyczniejsze  ich  niewygody  nie  skła-
niają  hodowców  do  jakichkolwiek  zmian.  Nieprawdopodobne  stłoczenie  w  klatkach  lub  na
podłodze wielkich hal powoduje śmiertelność dochodzącą do 20%. Obliczono jednak, że na-
wet jeszcze większa śmiertelność wypada taniej niż stworzenie im dogodniejszych warunków
życia. Pod koniec dziesiątego tygodnia życia każde kurczę ma dla siebie nie więcej miejsca
do stania niż kartka w notesie. Ulegają wtedy stresom, atakują się nawzajem, a nawet zjadają.
Aby temu zapobiec, przycina się im dzioby rozpalonym ostrzem. Taka operacja nazywa się
debeaking. Gdy są już gotowe do konsumpcji następuje transport do rzeźni. Zostają wrzucane
ciasno do klatek, jedne na drugie i tak przebywają swoją ostatnią drogą w przerażeniu i udrę-
ce. W rzeźni zostają zawieszone za nogi na ruchomej taśmie. Taśma się przesuwa, a pracow-
nik  dokonujący  egzekucji  wsuwa  każdemu  kurczęciu  do  dzioba  skalpel  i  przecina  tętnicę
szyjną. Wisząc głową w dół umiera ono wskutek zadławienia się własną krwią.

Równie okrutna jest procedura transportu i uboju krów. Platformy do ich przewożenia są

najczęściej  przeładowane,  zwierzęta  jadą  więc  stłoczone,  narażone  na  mróz  lub  upał,  a  po-
nadto  bardzo  brutalnie  traktowane  przez  konwojentów.  Przy  gwałtownym  ruszaniu  lub  ha-

background image

80

mowania ciężarówek często padają i łamią nogi. Czasem spędzają  w samochodach 2-3 dni,
nie  pojone  i  bez  jedzenia.  Gdy  oczekują  w  rzeźni  na  egzekucję  przez  całe  nieraz  godziny,
trwają w przerażeniu, czując  zapach  krwi  i  słysząc  głosy  bólu  tych,  które  poszły  na  śmierć
przed nimi. Często płaczą. Ulegają licznym stresom, które w technicznym języku hodowla-
nym nazywają się „stresem samotności” występującym u  cieląt oddzielonych od matek, lub
„stresem transportowym”. W stanie stresu obserwuje  się  wzmożoną  akcję  serca,  zaburzenia
czynności  układu  krążenia,  układu  oddechowego  i  pokarmowego.  A  już  po  kilku  dniach
oczekiwania na ubój w pobliżu miejsca egzekucji występują przypadki owrzodzenia żołądka,
powiększenia wątroby i inne objawy chorób powstających na tle nerwowym.

Takie są fachowe diagnozy tego stanu zwierzęcia, który w kategoriach  humanistycznych

nazywa się po prostu cierpieniem.

Świnie hodowlane trzymane są w przegrodach tak ciasnych, że nie mogą chodzić, ani na-

wet  się  obrócić.  Jedna  z  fotografii  w  księdze  Singera  przedstawia  świnię  leżącą  w  ciasnej
klatce i przymocowaną za głowę łańcuchem do podłogi, aby nie mogła się poruszać porusza-
jąc się bowiem traci na wadze.

Kończąc swoje relacje Peter Singer pisze: „... Większość ludzi woli nie dowiadywać się o

tym, jak giną zwierzęta, które oni potem zjadają. Uważam jednak, że ci sami ludzie, którzy
swoimi zakupami prowokują i wymuszają zabijanie zwierząt, nie mają prawa zasłaniać oczu
na  te  wszystkie  zjawiska,  jakie  towarzyszą  produkcji  kupowanego  przez  nich  mięsa.  Jeżeli
człowiek wzdraga się nawet  przed  myśleniem  o  tym,  czym  to  musi  być  dla  zwierząt,  które
całą tę gehennę przeżywają”.

Protest

W całym świecie działa coraz więcej stowarzyszeń, których celem jest obrona zwierząt i

propagowanie diety roślinnej. Ukazują się liczne broszury i apele, mające zwrócić uwagę lu-
dzi  na  te  dramatyczne  fakty.  „Etyka  wegetariańska  protestuje  nie  tylko  przeciwko  samemu
zabijaniu, ale również przeciwko przemysłowej hodowli, przeciwko poniżeniu zarówno ludzi,
jak i zwierząt, przeciwko transportowaniu zwierząt i ich zabijaniu. Uznajemy za nasz moralny
obowiązek aktywną działalność dla naprawienia tej sytuacji i to nie tylko przez doraźne akcje,
ale  przez  zniesienie  całego  bezlitosnego  systemu  zabijania  zwierząt  na  pokarm  dla  ludzi”
(Facts of Vegetarianism).

Szczególnie dynamiczny jest ten ruch protestu w Anglii, RFN i Stanach Zjednoczonych. W

Anglii  działa  Towarzystwo  Wegetariańskie  (The  Vegetarian  Society)  i  ma  swoją  siedzibę
Międzynarodowa Unia Wegetariańska (The Vegetarian International Union). Obie uprawiają
działalność informacyjną i wydawniczą, a oprócz tego patronują powstawaniu nowych zakła-
dów wytwórczych i usługowych ukierunkowanych na potrzeby klientów wegetarian w dzie-
dzinie spożywczej, gastronomicznej, hotelarskiej, medycznej i innych.

Regularnie ukazują się starannie opracowane broszury informujące o roli wegetarianizmu

w różnych dziedzinach życia m.in. ekonomicznej, zdrowotnej i etycznej. Na okładce każdej z
nich  widnieje  wydrukowana  dewiza  międzynarodowego  wegetarianizmu,  która  brzmi:  We-
getarianizm to po prostu zdrowy rozsądek i współczucie (Vegetarianism just common sense
and compassion).

Równolegle  z  nimi  działają  towarzystwa  opieki  nad  zwierzętami,  znane  również  i  w  in-

nych krajach, oraz towarzystwa walki z wiwisekcją. Jeden ze znanych  arystokratów  angiel-
skich  ufundował  wysokie  stypendium  dla  naukowców,  którzy  wyłączają  ze  swoich  badań
bolesne  doświadczenia  na  zwierzętach,  zastępując  je  metodami  innymi,  nie  łączącymi  się  z
cierpieniem i śmiercią zwierząt.

background image

81

Te wszystkie próby przezwyciężenia dramatycznej sytuacji zwierząt współdziałają zgodnie

z programem wegetariańskim, który postuluje całkowitą zmianę eksploatatorskiego i brutal-
nego  stosunku  ludzi  do  zwierząt.  Opiera  się  on  na  przekonaniu,  że  tylko  suma  indywidual-
nych decyzji o wyłączeniu mięsa z diety może skutecznie zablokować tryby tej gigantycznej
machiny śmierci i udręki, jaką jest współczesny system hodowli i produkcji mięsa.

Oprócz działalności zorganizowanej, coraz więcej pisarzy i humanistów zaczyna dostrze-

gać doniosłość i zasięg tego problemu. Ogłaszają artykuły i piszą książki. W 1980 roku polski
Instytut  Filozofii  i  Socjologii  przygotował  cały  numer  czasopisma  „Etyka”  (18),  w  którym
zostały zamieszczone liczne teksty, polskie tłumaczenia dotyczące moralnych aspektów sto-
sunku ludzi do zwierząt; m.in. R.D. Ryder – Szowinizm gatunkowy, czyli etyka wiwisekcji,
S.R.L.  Clark  –  Zwierzęta  i  ludzie,  czyli  granice  moralności.  A  także  recenzje  książek  o  tej
samej tematyce. Bibliografia współczesnych pozycji związanych z problematyką wegetariań-
ską jest już bardzo bogata. Do tego ruchu coraz liczniej włączają się lekarze. W „Index medi-
cus” hasło „wegetarianizm” ma już od lat swoje stałe miejsce.

Jeszcze pod koniec XIX wieku ukazały się w Anglii dwie cenne książki napisane w obro-

nie  zwierząt  i  zachęcające  do  wegetariańskiego  odżywiania.  Obie  są  teraz  tłumaczone  i
wznawiane,  ponieważ  ich  aktualność  coraz  bardziej  wzrasta.  Pierwsza  pt.  „Animal  Rights”
(Prawa zwierząt), została wydana w 1892 r., a jej autorem jest Henry Salt. Peter Singer tak ją
ocenia: „Obrońcy zwierząt, włącznie ze mną, niewiele mogą dodać do tego, co napisał Salt w
1892 roku. Ale możemy pocieszyć się faktem, że nasi przeciwnicy nie mogą już wystąpić z
żadnymi obiekcjami, z którymi Salt nie rozprawiłby się już przedtem”. Druga, której autorem
jest Howard Williams, nosi tytuł „The Ethics of diet” (Etyka diety) i została wydana w 1883
r., a więc jeszcze przed Saltem. Lew Tołstoj, na którym książka ta zrobiła ogromne wrażenie,
przetłumaczył  ją  na  język  rosyjski,  opatrując  obszernym  wstępem.  Napisał  w  nim  między
innymi: „Straszne jest nie tylko cierpienie i śmierć zwierząt, ale i to, że człowiek niepotrzeb-
nie tłumi w sobie wyższe zdolności duchowe – uczucia życzliwości i współczucia dla innych
żyjących istot, podobnych do niego samego – gwałcąc własne uczucia, staje się okrutny”.

Wśród  współczesnych  wegetarian  można  wymienić  tak  wielkich  pisarzy  jak  Bernard

Shaw,  Albert  Schweitzer,  Anie  Besant,  Romain  Rolland  i  wielu  innych.  Albert  Schweitzer
powiedział: „Dopóki ludzkość nie potrafi rozszerzyć kręgu swego współczucia i włączyć w
niego wszystkie żyjące istoty, nigdy sama nie zazna pokoju”. Romain Rolland w książce „Jak
Krzysztof”  zamieścił  płomienny  protest  przeciwko  krzywdzie  i  niesprawiedliwości,  jakie
spotykają  zwierzęta  ze  strony  ludzi.  „Dla  człowieka  niezależnie  myślącego,  w  cierpieniu
zwierząt  jest  coś  nawet  trudniejszego  do  zaakceptowania  niż  w  cierpieniu  ludzi.  Tu  przy-
najmniej wiadomo, że cierpienie jest złem i że ten, kto je powoduje, jest przestępcą. Lecz co-
dziennie zabija się niepotrzebnie tysiące zwierząt, nie mając nawet śladu wyrzutów sumienia.
A przecież jest to niewybaczalna zbrodnia. Już ona sama jest usprawiedliwieniem wszystkich
cierpień, jakie mogą być udziałem ludzi. Woła ono o pomstę na rodzaj ludzki... Jeżeli nie ma
sprawiedliwości  wobec  słabszych  i  pośledniejszych,  wobec  biednych  stworzeń,  których  za-
gładę przedkłada się nad humanitaryzm, to znaczy, że nie istnieje nic takiego jak dobro, nic
takiego jak sprawiedliwość”.

Postulaty etyczne i żywieniowe bardziej jeszcze radykalne niż wegetarianizm wysuwa we-

ganizm, głosząc potrzebę eliminowania z diety nie tylko samego  mięsa, ale  również innych
pokarmów pochodzenia zwierzęcego – jajek i mleka. Weganie uważają bowiem, że przemy-
słowe hodowle krów mlecznych i kur niosek powodują tak samo okrutne cierpienie i niewolę
tych zwierząt, jak hodowle na rzeź. A gdy krowy z hodowli tracą mleko, a kury przestają zno-
sić jajka, są skazane na ten sam los co zwierzęta rzeźne. Od 1940 roku istnieje w Anglii To-
warzystwo Wegańskie, które propaguje zasady żywienia wyłącznie roślinnego. Serena Coles,
która jest prezesem tego stowarzyszenia, pisze tak: „Jesteśmy przekonani, że obecnie zostało
już dostatecznie dowiedzione, że śmierć i cierpienie głęboko czujących istot, w celu dostar-

background image

82

czania człowiekowi pokarmu lub innych produktów, są całkowicie niepotrzebne. Odwrotnie,
wiemy, że dalsza eksploatacja zwierząt wyrządza krzywdę nie tylko zwierzętom, ale i samym
ludziom. Wiąże się bowiem z marnotrawieniem skąpych już zasobów potrzebnych pilnie do
zaspokojenia głodu świata. Prowadzi do niszczenia środowiska i w ten sposób zagraża całemu
życiu. A przede wszystkim podcina korzenie wiary w Miłość, Sprawiedliwość i Miłosierdzie,
wiary, która stanowi sedno wszystkich religii, filozofii i dążności humanitarnych”.

Zwierzobójstwo

Można  by  zapytać,  jak  to  się  dzieje,  że  współczesna  kultura  tak  łatwo  toleruje  koszmar

przemysłowych hodowli, że pogodnie  i  ulegle  znosi  ten  balast  niewiarygodnego  barbarzyń-
stwa? Jak to się dzieje, że rozległe budynki rzeźni i fabryk hodowlanych istnieją w tych sa-
mych miastach, gdzie są również sale koncertowe, muzea i galerie sztuki, biblioteki, kościoły
i uczelnie? Dlaczego to sąsiedztwo nie brzmi w ludzkich uszach zgrzytliwym dysonansem?

Aby podjąć próbę odpowiedzi na to pytanie, spróbujmy przyjąć hipotetyczne pojęcie „lo-

katy śmierci w kulturze”, które sformułował Stanisław Lem w wydanej niedawno książce pt.
„Prowokacja”. Pojęcie to posłużyło mu do wytłumaczenia zjawiska hitlerowskiego ludobój-
stwa, które tak łatwo, z zadziwiającą tolerancją było przez kilkanaście lat akceptowane, a na-
wet afirmowane przez niemieckie społeczeństwo. Akcent lemowskiej fantastyki ogranicza się
tu  do  samej  formy  książki,  będącej  recenzją  nieistniejącego  dzieła  pt.  „Der  Volker-mord”
(Ludobójstwo).  Wyimaginowanym  autorem  tego  wyimaginowanego  dzieła  jest  Niemiec,
Horst Aspernicus.  Rzecz  dotyczy  historii  ludobójstwa  ilustrowanego  głównie  ludobójstwem
hitlerowskim. Jednak jego analiza nie jest ostatecznym ukierunkowaniem zainteresowań auto-
ra. Ma mu jedynie posłużyć jako przesłanka i dowód prowokacyjnej tezy, że człowiek jest z
natury  istotą  czerpiącą  głębokie  satysfakcje  z  dokonywania  mordów  i  że  jego  historia  jest
wyrazem nieustannego poszukiwania pretekstów do tego, aby je popełniać. Jako taki pretekst
służą najczęściej uzyskiwane z niego korzyści. W istocie są one jednak tylko formą racjonali-
zowania i sankcjonowania dokonywanych gwałtów. Chodzi bowiem o przydanie im pozorów
celowości i nadanie rangi środków, mających rzekomo służyć wyższym, sprawiedliwym ce-
lom...”  Ani  wyprawom  kolonizacyjnym,  ani  poborom  afrykańskiego  niewolnika,  ani  wcze-
śniej wyzwalania Ziemi Świętej, czy rozbiciu państwa Indian południowoamerykańskich nie
patronowała wprost intencja ludobójstwa, jako że szło o siłę roboczą, o nawracanie pogan, o
zabór ziem zamorskich. I rzezie aborygenów oznaczały pokonywanie przeszkód na drodze do
celu. W rzeczywistości jednak wszystkie one były właśnie formami „lokaty śmierci w kultu-
rze”.

Ludobójstwo hitlerowskie, jako kolejna historyczna mistyfikacja, zbudowało cały system

organizacyjny  i  administracyjny,  miało  swoje  komórki  urzędowe  i  placówki  naukowo-
badawcze,  a  wreszcie  miejsce  funkcjonowania  samego  przemysłu  śmierci  –  obozy  zagłady.
Wszystkie one zatrudniały urzędników, robotników, naukowców, którzy żyli w glorii dobrze
spełnianego obowiązku. „Zbrodnia, pisze Lem, jeżeli nie jest sporadycznym przekroczeniem
norm, lecz regułą kształtującą życie i śmierć, wytwarza własną autonomię, tak samo jak kul-
tura”. Ludobójstwo hitlerowskie wytworzyło taką właśnie własną autonomię, własne określe-
nia i nazwy, będące „eufemizmami zbrodni”, cały panteon wartości i celów, godnych stoso-
wania wszelkich środków dla ich osiągnięcia. Miało swoją nadbudowę administracyjną i na-
ukową,  swoje  „szacowne  urzędy,  sądy,  kodeksy,  gmachy...  rzesze  pracowitych  biuralistów,
żelazny sztab generalny”.

Każda forma lokaty śmierci w kulturze powołuje się na wartości będące fundamentalnymi

założeniami istniejących systemów, dąży do zachowania pozorów zgodności z nimi, zostaje w
te systemy możliwie ciasno wkomponowana. Przydaje sobie uzasadnienia, czerpiąc z repertu-

background image

83

aru nazw wartości aktualnie najwyżej cenionych, sięga nawet do panteonu tych o najwyższej
randze  i  znaczeniu.  Czyni  to  w  taki  sposób,  aby  to  upragnione  zabijanie  zalegalizować  i
uświęcić, podnieść do  rangi obowiązku, zasługi, a  nawet  bohaterstwa.  Tak,  aby  ewentualne
próby  jego  zakwestionowania  można  było  usytuować  wśród  wykroczeń  przeciwko  porząd-
kowi  społecznemu  lub  przeciwko  prawowitej  władzy.  Zdyskwalifikować  jako  ataki  na  spo-
łecznie  usankcjonowane,  nienaruszalne  wzory  oceniania  i  podstawowe  struktury  życia.  W
takim zwartym systemie zmistyfikowanej aksjologii nie ma szpar, ani pęknięć, którymi mógł-
by  przeniknąć  protest  albo  apel  do  rozumu,  serca,  litości,  odwołanie  się  do  rozsądku  czy
współczucia.  „Żadne  perswazje  i  apele,  żadne  błagania,  żadne  powoływanie  się  na  ludzką
solidarność, czy na jakiekolwiek okoliczności łagodzące, żadne prośby o miłosierdzie, żadne
dowody bezsensu czy wręcz praktycznej bezskuteczności mordu, żadne argumenty nie zbijają
oprawców z tropu, ponieważ dysponują maszynką pseudouzasadnień...” Każdy taki apel ob-
raca  się  przeciwko  apelującemu,  jako  dowód  jego  obrazoburczych  napaści  na  największe
świętości systemu.

Lemowski Horst Aspernicus traktuje hitlerowskie ludobójstwo jako ostatni, kulminacyjny

akord historii ludobójstwa w dziejach obszaru śródziemnomorskiego, od rzymskich wypraw
zdobywczych i łupieżczych, poprzez średniowieczne sądy inkwizycyjne, aż do współczesne-
go  terroryzmu.  Terroryzm  jest  według  autora  prostą  kontynuacją  hitleryzmu  –  „dokonuje
mordów w masce obowiązku, wyrzeczeń i sprawiedliwego gniewu”.

Oprócz tych omawianych przez Lema form lokaty śmierci w kulturze można by wymienić

jeszcze inne, jakkolwiek nie wszystkie z nich były realizowane na tak rozległą skalę jak tam-
te.  Można  by  do  nich  zaliczyć  walki  rzymskich  gladiatorów,  hiszpańską  corridę,  wyprawy
krzyżackie i przez trzy wieki trwające palenie na stosach kobiet podejrzanych o uprawianie
czarów.  Każda  taka  lokata  zachowuje  wszystkie  pozory  zgodności  z  akceptowanym  po-
wszechnie systemem wartości i zostaje w ten system ściśle wkomponowana.

Po twierdzeniu, że ludobójstwo dotarło w hitleryzmie „do swojej logicznej końcówki, koń-

cząc  się  zbiorowym  obłędem  suicydalnym”,  autor  zadaje  pytanie:  „Cóż  więcej  pozostaje
ludzkości na  terenie  tych  ponurych  robót? Jakie  jeszcze  wymyśli  sobie  zabawy  ze  śmiercią
raz zakwefioną, a raz podniecającą krwawym strip-teas’em?”.

Zważywszy  na  istnienie  i  sposób  funkcjonowania  współczesnych  fabrycznych  hodowli

zwierząt, można by od razu odpowiedzieć na to pytanie: Ta „nowa zabawa” już została wy-
myślona. Kolejną formą lokaty śmierci w kulturze jest zwierzobójstwo.

We współczesnym systemie produkcji żywności ma swoje poczesne miejsce jak również

uporządkowaną wewnętrzną strukturę organizacyjną. Ma także swoją nadbudowę naukową i
administracyjną.  Ma  też  swoje  miejsce  funkcjonowania  samego  przemysłu  śmierci,  są  nimi
fermy hodowlane i rzeźnie. A nade wszystko jest z niezawodną precyzją wkomponowane w
system najwyżej cenionych aktualnie wartości. Wśród nich królują: ludzkie zdrowie i dobro-
byt,  dotychczasowe  osiągnięcia  i  dalsze  postępy  nauki  oraz  jej  autorytatywne  opinie,  a  po-
nadto codzienny znojny trud człowieka pracy. W tej formie lokaty śmierci, jaką jest zwierzo-
bójstwo, wszystkie te wartości, jako idole naszych czasów, zostały zaangażowane i wykorzy-
stane.  Nowoczesne  zdobycze  nauki  potwierdzają  autorytatywnie  potrzebę  jadania  mięsa  dla
zachowania zdrowia. Obfitość mięsa i wędlin w sklepach czy na stołach jest oczywistym do-
wodem dobrobytu kraju i każdej rodziny. A wszyscy pracownicy zatrudnieni w placówkach
obsługujących przemysł śmierci – administracyjnych, naukowych i przemysłowych – trudzą
się pracowicie nad wykonywaniem swoich codziennych obowiązków. Otrzymują za to zasłu-
żone wynagrodzenie. Ich pracowitość, wydajność, pomysłowość są cenione i premiowane tak
samo wysoko, jak zalety innych profesjonalistów. Administratorzy, uczeni i robotnicy traktują
to,  co  robią  „jako  prawość,  jako  święty  obowiązek,  ofiarny  mozół  i  tytuł  do  chwały”.  To
przemianowanie  nie  tylko  sankcjonuje,  ale  nawet  uszlachetnia  każde  poczynanie,  którego

background image

84

realnym efektem jest zwiększenie liczby zwierzęcych agonii. Ale „wobec zbrodni uprzemy-
słowionej całkowicie bezradne stają się tradycyjne kategorie winy i kary...”.

System zwierzobójstwa posługuje się bardzo sprawnie uzasadnieniami z repertuaru nauki:

za jadaniem mięsa przemawiają naukowe względy żywieniowe i zdrowotne, a za używaniem
zwierząt do okrutnych doświadczeń przemawiają względy poznawcze. W takiej ideologicznej
fortecy  cały proceder zwierzobójstwa może funkcjonować  nie  tylko  bezkarnie,  ale  nawet  w
blasku świetności.

Żadna forma lokaty śmierci w kulturze nie odbywa się bez klimatu społecznego uznania i

akceptacji. Hitlera podtrzymywało żarliwe „Heil” ogromnej większości niemieckiego społe-
czeństwa. Stosy czarownic płonęły tylko dzięki asyście  gromadzącego się  dokoła  zacietrze-
wionego tłumu. Walki gladiatorów na arenie rzymskiego Koloseum mogły się odbywać tylko
przy aplauzie bijącej brawo  widowni i zachwytach rzymskich dam, wieńczących zwycięzcę
kwiatami. Tę rolę przychylnej asysty i zachwyconej widowni spełniają obecnie nabywcy mię-
sa i jego konsumenci.

Nad  światem  współczesnym  zaciążył  przemysł  cierpienia  i  śmierci  milionów  zwierząt.

Przemysł ten funkcjonuje systematycznie, planowo, naukowo, starannie i nowocześnie. Wy-
konywany jest przez wykwalifikowanych, cenionych i dobrze zarabiających fachowców. Nie
oni jednak, nie ci „trudniący się ofiarnie” odgrywają w tym przemyśle decydującą rolę. Jego
siłą napędową i podstawową inspiracją są oczekiwania konsumentów. To właśnie presja po-
pytu podtrzymuje strukturę uprzemysłowionego zwierzobójstwa. To na skutek nieustannego,
nieustępliwego nacisku roszczeń nabywców mięsa działa ona co dzień od nowa, w dostojeń-
stwie prawa i moralności i przy pełnej akceptacji wszystkich, którzy w nim uczestniczą jako
producenci, konsumenci i apologeci.

Istnienie  przemysłu  hodowlanego,  podobnie  jak  innych,  wcześniejszych  form  lokaty

śmierci w kulturze, wspierają największe potęgi i autorytety świata: prawo, ekonomia, prze-
mysł, religia i nauka. Zwierzobójstwo dokonuje się zgodnie z istniejącymi ustawami i przepi-
sami,  z  ukształtowanym  sumieniem  i  z  osiągniętą  wiedzą  naukową.  Aktorzy  codziennego
spektaklu:  transportu,  uboju,  preparowania  i  dystrybucji,  mogą  go  jednak  realizować  tylko
dzięki oklaskom zachwyconej widowni. Tak samo jak stosy dla czarownik mogły płonąć tyl-
ko  w  asyście  wyjących  uczestników  egzekucji,  tak  samo  teraz  egzekucje  w  rzeźniach  i  na-
ukowych  laboratoriach  mogą  się  odbywać  jedynie  w  klimacie  społecznej  przychylności  dla
„empirycznych badań naukowych” i dla „obfitości produkowanego mięsa”.

Hitleryzm  skompromitował  ludobójstwo  na  dłuższy  czas,  zdemaskował  jego  pseudouza-

sadnienia i ujawnił mechanizm ich konstruowania. Obozy śmierci dla ludzi czy też wezwania
do nowej krucjaty wojennej nie miałyby szans uzyskania powszechnej akceptacji i możliwo-
ści wkomponowania się bez oporu w jakikolwiek system autentycznych wartości. Zbyt silnie
skojarzyły się z hitleryzmem. Nowa  forma lokaty śmierci w kulturze musiała  odbiegać  cał-
kowicie od zdeprecjonowanych wzorów. Nie mogła już dotyczyć żadnej kategorii ludzi, ani w
czymkolwiek przypominać obozów ich zagłady. Jako kolejna jej forma, nie obciążona nega-
tywnymi wspomnieniami, nadała się więc znakomicie przemysłowa hodowla zwierząt. Obozy
zagłady  zwierząt  stały  się  po  roku  1950  najbardziej  dogodną  i  możliwą  do  zaakceptowania
nową formą lokaty śmierci w kulturze. Nie nasuwały analogii do tego, co już zostało skom-
promitowane w przeszłości, a ceny i  atrakcyjności przydawał im  jeszcze fakt, że były takie
nowoczesne i zmechanizowane. Przybrały więc kostium zacnego mozołu i zbożnego trudu dla
dostarczania ludziom żywności, a nauce danych empirycznych. Idealna mistyfikacja, dosko-
nała maska prawie nie do zdarcia.

Snując  te  gorzkie  rozważania,  obracamy  się  wciąż  w  konwencji  prowokacyjnej,  hipote-

tycznej tezy Lema. Poruszając się na tym grząskim gruncie, nie sposób otrząsnąć się całkowi-
cie z przygnębiającego wrażenia, że przykłady z historii dawnej i najnowszej w dramatyczny
sposób  zdają  się  ją  potwierdzać.  Dla  sprawy  wegetarianizmu  teza  ta  ma  jednak  przede

background image

85

wszystkim wartość heurystyczną: w tej właśnie konwencji cała zgroza zjawiska zwierzobój-
stwa  może  zostać  przedstawiona  w  formie  równie  dramatycznej  jak  samo  to  zjawisko.  Bez
względu na to, czy tezę Lema uznamy za trafną, czy chybioną i czy zwierzobójstwo potrak-
tujemy jako nową formę lokaty śmierci czy nie. Pozostając jednak nadal w obszarze tej kon-
wencji, pytamy: czy człowiek ma szansę, aby wybronić się od strasznego oskarżenia o nie-
ustanne poszukiwanie pretekstów do popełniania morderstw? Czy to uporczywe znajdowanie
w kulturze coraz nowych kanałów dla bezkarnego zabijania i wciąż ponawiane dorabianie do
tego afirmujących i racjonalizujących uzasadnień jest przejawem prawdziwej ludzkiej natury
czy też jej wynaturzenia? – Ponieważ oczywiście nie sposób udzielić na to pytanie rozstrzy-
gającej odpowiedzi, można tylko postulować: czymkolwiek ono jest, musi zostać świadomie
przezwyciężone! Jeżeli jest rzeczywiście przejawem ludzkiej natury, to należy życzyć sobie
tak radykalnej przemiany tej natury i dążyć do tak głębokiego wewnętrznego przeobrażenia
osobowości,  aby  osiągnęło  ono  wymiar  mutacji  całego  ludzkiego  gatunku.  Jeżeli  natomiast
oskarżenie  jest  zbyt  surowe  i  fałszywe,  to  wystarczy  może  tylko  zedrzeć  z  siebie  kostium
oprawcy, ujawnić wrażliwość i dobroć i dotrzeć do prawdziwej ludzkiej natury człowieka.

Współczucie

W całej dotychczasowej historii wegetarianizmu, we wszystkich jego nurtach i odmianach,

znaczenie decydujące i ostateczne miały motywy, które trudno  byłoby  nazwać  ściśle  etycz-
nymi. Każda decyzja o nie jadaniu mięsa, na zawsze lub tylko przez pewien okres, była po-
dejmowana nie ze względu na dobro zwierzęcia, a tylko ze względu na jakieś dobro człowie-
ka. Były to więc motywy w zasadzie egoistyczne, ukierunkowane ku realizacji celów i aspira-
cji ludzkich. Intencja, aby ocalić życie zwierzęcia, oszczędzić mu strachu i bólu, aby go nie
skrzywdzić,  pojawia  się  tylko  sporadycznie  i  tylko  jako  wynik  indywidualnego  odczucia,  a
nie zasady. Posty religijne były zawsze formą pokuty i zmierzały do oczyszczenia z win po-
szczącego, natomiast fakt, że wpływało to pośrednio na ocalenie życia zwierzęciu, nie był w
ogóle brany pod uwagę. Dopóki panowało przekonanie, że zasługą i warunkiem nagrody po
śmierci jest składanie krwawych ofiar, składano je bez żadnych oporów, aby tylko tę nagrodę
uzyskać.  Wskazań  wegetariańskich  zaczęto  przestrzegać  dopiero  wtedy,  gdy  zapanowało
przekonanie, że zabijanie zwierząt nie jest zasługą, lecz właśnie winą i pociąga za sobą karę
dla zabójcy. W wielu kultach zabronione jest jedzenie niektórych gatunków mięsa, ponieważ
są uznawane za „nieczyste”, co oznacza, że plamią tego, kto je zjada.

O szczegółowych zaleceniach dotyczących spożywania mięsa mogły zawsze orzekać tylko

autorytety przewodników duchowych kapłanów i mędrców. Dlatego zapewne dotychczasowe
nurty  tradycji  wegetariańskiej  były  zawsze  związane  z  religią  lub  filozofią.  Przestrzeganie
określonej  diety,  mięsnej  lub  bezmięsnej,  wynikało  z  prostego  podporządkowania  się  nor-
mom, stosowania do przepisów i zaleceń. Zalecenia te odwoływały się z reguły do dążności i
pragnień osobistych, zawsze coś w zamian obiecywały lub przed czymś ostrzegały. Na przy-
kład obiecywały nagrodę po śmierci, oczyszczenie z win, udoskonalenie umysłowe lub mo-
ralne,  opanowanie  namiętności,  rozwój  wyższych  władz  duchowych,  zabezpieczenie  od
ujemnych wpływów niskich wibracji mięsa itd.

Współczesny wegetarianizm zachodni  jest  zjawiskiem  zupełnie  odmiennym,  nigdy  dotąd

na szerszą skalę niespotykanym. Punkt ciężkości zostaje w  nim  przeniesiony  z  perfekcjoni-
stycznych i eschatologicznych korzyści człowieka na sprawę losu zwierzęcia, które ma zostać
zabite. W odróżnieniu od poprzednio funkcjonujących, egoistycznych motywacji, współcze-
sny  wegetarianizm  jest  bezpośrednią  uczuciową  reakcją  na  uświadomienie  sobie  gehenny
zwierząt hodowlanych oraz praktycznym wnioskiem wysnutym z tego uświadomienia i uczu-
cia.  Najistotniejszym  jego  motywem  i  inspiracją  jest  współczucie  dla  zwierząt  żyjących  w

background image

86

nieskończonej  udręce,  pozbawionych  jakiejkolwiek  nadziei.  Współczucie  to  narzuca  się  ra-
zem z wrażeniem współodpowiedzialności za tę niezawinioną krzywdę, o której  nawet  my-
śleć jest trudno, a która jest codziennym udziałem milionów czujących istot. Poczucie budzą-
cej się zgrozy pogłębia zrozumienie, że sprawcami tej krzywdy są ludzie, czyli my! I wtedy
do wyboru diety wegetariańskiej skłania nieodparta potrzeba wycofania się z uczestnictwa w
tym systemie uprzemysłowionej śmierci, odmowa dalszego brania w tym udziału.

Współczucie, jako motyw bardzo osobisty, wyzwala decyzje niezależne od tego, co naka-

zane lub zabronione. Będąc bezpośrednim wewnętrznym impulsem, samo kieruje się ku temu,
co  uzna  za  sprawiedliwe,  dobre  i  słuszne.  Dlatego  współczesny  wegetarianizm  jest  ruchem
niezależnym,  nie  wynika  z  podporządkowania  się  zewnętrznym  zaleceniom  czy  normom  w
zamian za uzyskane dla siebie korzyści. Rodzi się i rozrasta jako suma osobistych, indywidu-
alnych decyzji i samodzielnego wyboru. Obywa się bez autorytatywnych wskazań, jest bez-
pośrednim, kategorycznym imperatywem serca, wrażliwości i wyobraźni.

Przykładem tego nagłego obudzenia się współczucia, które przeobraża całego człowieka,

jego  świadomość  i  sposób  życia,  jest  historia  Evy  Batt.  Opisuje  ona  wydarzenie,  które  wy-
zwoliło jej własną decyzję i miało głęboki wpływ na jej dalszy umysłowy i duchowy rozwój.
Pewnego dnia czekała z mężem na pociąg na małej stacyjce, używanej głównie przez miej-
scowych farmerów do transportu bydła. Na jednym końcu peronu stało przywiązanych kilka
krów, a na drugim grupa cieląt. Niektóre z nich były jeszcze takie młode, że z trudem utrzy-
mywały się na swoich długich nogach. Krowy nieustannie spoglądały w kierunku cieląt, za-
chowywały się bardzo niespokojnie, ryczały głośno, a od strony cieląt odpowiadało im ciche,
wzruszające pobekiwanie. Eva zatrzymała jednego  z  konwojentów,  pytając:  –  Dlaczego  ich
pan nie połączy, te zwierzęta są strasznie zgnębione rozłąką?

– Dlatego proszę pani – odpowiedział żartobliwie – że krowy jadą teraz na targ, aby pani

mogła mieć swoje mleko do herbaty, a cielęta będą zabrane od rzeźnika.

– Dlaczego do rzeźnika?
Mężczyzna cierpliwie próbował to wytłumaczyć nieuświadomionej mieszczance: – Proszę

zrozumieć, gdyby te biedne krowy nie miały dzieci, pani nie dostałaby przecież swojego mle-
ka, a nie można trzymać zbyt wielu cieląt. Dlatego właśnie ta reszta zostaje zabita na cielęci-
nę, aby pani mogła mieć swój sznycel na obiad.

„Byłam wstrząśnięta – pisze Eva – nie uświadamiałam sobie, że również i mleko jest przy-

czyną okrucieństwa i uboju. Sądziłam zawsze, że krowy pasą się spokojnie po zielonych łą-
kach, a dobry gospodarz ujmując nadmiar mleka z wymion przynosi im tylko ulgę.

Staliśmy blisko krów, zwróceni do nich plecami. W pewnej chwili odwróciłam się, bo po-

czułam, że jedna z nich położyła swój wilgotny pysk na moim ramieniu. Nie wydała żadnego
głosu, tylko jej rojące się od much oczy spojrzały prosto w moje oczy. I wierzcie mi, ja sobie
tego nie wyobraziłam, stanęłam twarzą w twarz z milczącym błaganiem. To spojrzenie było
zupełnie niepodobne do spokojnego wzroku krów, które widuje się na pastwiskach. W oczach
tej  krowy  był  popłoch  i  rozpacz.  Ona  błagała  mnie,  aby  oddać  jej  cielaka.  To  cierpienie  w
niczym nie różniło się od cierpienia ludzkiego. Ta nie wysłuchana prośba została przy mnie
na zawsze i na zawsze mnie zobowiązywała. Ignorując potem rady i przestrogi trwałam przy
swoim postanowieniu, aby nigdy więcej żadnej krowie z mojego powodu nie odebrano ciela-
ka” (The Vegan Way..., 1981).

Eva Batt podobnie jak wielu innych wegetarian i wegan, została porażona współczuciem,

olśniona  zrozumieniem  dziejącej  się  zwierzętom  strasznej  krzywdy.  Ten  ogromny  ładunek
emocjonalnego napięcia, który kieruje się jedynie i bezpośrednio do przedmiotu litości i żalu,
jest  we  współczesnym  wegetarianizmie  czymś  zupełnie  nowym  i  świadczy  o  gwałtownym
rozszerzeniu się zasięgu  ludzkiej  moralnej  wyobraźni.  Świadczy  też  o  głębokiej  przemianie
sposobu doznawania i oceniania, o przełomowym przeobrażeniu reakcji i postaw. To współ-
czucie,  jako  doznanie  nieuwarunkowane  żadnymi  osobistymi  względami  czy  rachubami,  a

background image

87

dotyczące  jedynie  cierpiącego  i  krzywdzonego  stworzenia,  można  uznać  za  widomy  objaw
awansu ludzkiej świadomości, za przekroczenie wysokiego ewolucyjnego progu.

Współczesny wegetariański styl życia i myślenia i cała jego moralna orientacja wyrasta z

głębi ludzkich przekonań, z subiektywnych sposobów oceniania i z bezpośrednich, indywidu-
alnych  doświadczeń.  Nie  znajdując  oparcia  w  tradycji  własnej  kultury  moralnej,  religijnej  i
filozoficznej, musi szukać go i odkrywać zupełnie od nowa. Aby jednak okrzepnąć i zjednać
sobie  szersze  zrozumienie  i  akceptację,  musi  przebijać  się  przez  opór  własnej  tradycji  oby-
czajowej, przezwyciężać wiele nawyków, stereotypów myślenia i oceniania, przekonań i do-
gmatów. W przeszłości nie ma się na co powoływać, odwrotnie, trzeba wciąż myśleć, oceniać
i działać wbrew zakorzenionym przyzwyczajeniom, wbrew utartym opiniom, wbrew ustale-
niom autorytetów medycyny, etyki, religii i filozofii. A tym wszystkim potęgom można prze-
ciwstawić tylko własną wrażliwość i wyobraźnię.

Z czasem to olśnienie zrozumieniem i odczuciem gehenny zwierząt otwiera dostęp do dal-

szych,  nowych  obserwacji,  również  i  w  innych  dziedzinach  życia.  Patrząc  przez  pryzmat
współczucia  zauważa  się  różne,  nieuwzględnione  dotychczas  aspekty  sytuacji  kulturalnej,
ekonomicznej  i  moralnej  współczesnego  świata  –  aspekty  niedostrzegane  w  oglądzie  bezli-
tosnym. Lecz gdy się je wreszcie zobaczy, wtedy w całym obrazie życia dokonuje się znaczą-
ca  przemiana  proporcji  spraw.  Percepcja  współczująca  powoduje  głębokie  przeobrażenia  w
gradacji  dążeń  i  osiągnięć,  przemieszcza  wartości  z  ich  dotychczasowych  hierarchicznych
szczebli przydaje ceny jednym, a odbiera ją innym.

Obraz świata, jakim go ludzie „teraz i tutaj” widzą, przygniata swoim twardym, pragma-

tycznym realizmem. Ale szparką w tej nieustępliwej jednoznaczności, luką, przez którą moż-
na dojrzeć zupełnie inną jego postać – jest współczucie. Patrząc przez nią, człowiek też od-
krywa na nowo samego siebie.

Zanim jednak nastąpi olśnienie zrozumieniem krzywdy dziejącej się innym, wynikające z

tego wnioski nie przychodzą nawet do głowy. A nie sposób je przekazać ani wytłumaczyć w
przyjętych  powszechnie  kategoriach  pragmatycznych.  Tak  samo  jak  nie  można  przekazać
głuchemu „na migi” dźwięków słyszalnej muzyki. Gestykulacją tłumaczącego potraktuje on
jako bezsensowną i szaloną, i dalej nie będzie wiedział o co chodzi. Współczucie jest jakby
szóstym zmysłem, umożliwia widzenie wszystkich spraw w nowy sposób – przydaje światu
dodatkowy wymiar.

Współczesny wegetarianizm, kierując się tą trudną do przekazania, współczującą wizją lo-

su zwierząt, przebija się wciąż przez mur oporów i zastrzeżeń. Dlatego prześcignął w żarliwo-
ści i konsekwencji dawne nurty tradycji antycznej i orientalnej.  Lansuje zupełnie nowy styl
życia i myślenia, oparty na jednym tylko prostym bezdogmatycznym stwierdzeniu:

„Wegetarianizm to po prostu zdrowy rozsądek i współczucie”.

background image

88


Document Outline