background image

Richard A Knaak 
 
LODOWY SMOK 
 
Tłumaczył Chrystian Łukasz Srokowski 
Tytuł oryginału Ice Dragon 
Wersja angielska 1990 
Wersja polska 2000 

Przeraźliwe wichry Północnych Pustkowi szarpały płaszczami dwóch jeźdźców, jakby  
próbowały odebrać im jedyną prawdziwą osłonę. Jadący z tyłu nie zwracał uwagi na  
wiatr,  
którego porywy groziły mu wyrzuceniem z siodła. Pierwszy natomiast, także ukryty  
pod  
płaszczem, co pewien czas zerkał na towarzysza i wydawało się, że czeka na jakąś  
odpowiedź. Po chwili jednak powracał wzrokiem do roztaczających się przed nim  
bezkresów  
białego krajobrazu, a zwłaszcza do poszarpanych, groźnie wznoszących się na  
horyzoncie  
szczytów gór. 
Popędził swego konia, wiedząc, że kiedy tylko rumak przyspieszy, drugi podąży za  
nim. Niewiele jednak osiągnęli, konie bowiem padały z wyczerpania i, prawdę  
mówiąc, były  
ostatnimi z sześciu, z którymi wyruszyli. 
Powolny trucht denerwował prowadzącego, nie mógł on jednak niczego zmienić.  
Takie wierzchowce, o jakich marzył, dawno by już padły. Zimno Północnych  
Pustkowi  
wpłynęłoby na nie w jeszcze większym stopniu niż na konie, których dosiadali. 
Miał już dość chłodu, śniegu i lodu, lecz cóż lepszego mogło go spotkać? Inni  
walczyli między sobą, ginęli na bezdrożach lub zdradzali - co w jego oczach na  
jedno  
wychodziło - podczas gdy on wymknął się śmierci. Wydał syk wściekłości, który  
spłoszył  
konie. Musiał teraz stracić sporo czasu, by je uspokoić. Towarzysz podróży, mimo  
gwałtownego skoku własnego wierzchowca, nie poruszył się. Nie musiał. Miał  
bowiem  
przywiązane nogi. 
Było to konieczne. 
Podczas gdy coraz bardziej zbliżali się do odległych szczytów, gniew pierwszego  
zamieniał się w niepewność. Kto powiedział, że uzyska tu pomoc? Krainą rządził  
najbardziej  
konserwatywny władca z jego rasy i ten konserwatyzm mocno jeźdźca drażnił.  
Kłócił się z  
jego pragnieniami, z żądzą władzy nad własną i innymi rasami. Według praw  
panujących  
rodów, tacy jak on nie byli tutaj mile widziani. Jako wojownik swego ojca i  
panujący książę  
powinien czuć się dobrze. A nie czuł się, mimo że jego panowanie nad mocą  
wielekroć  
przewyższało umiejętności niejednego z braci jego ojca. 
Gdyby nie brak kilku znamion... 
Nagle wydma śnieżna u jego stóp drgnęła i zaczęła się unosić. 
Wkrótce górowała już nad jeźdźcami i zasłaniała teren. Nieoczekiwanie wyłoniły  
się z  
niej blade, zimne jak lód błękitne oczy oraz potężne pazury przeznaczone do  
przekopywania  
się przez zamarzniętą ziemię i rozdzierania miękkich ciał. 
Zjawił się pierwszy ze strażników władcy, do którego zmierzali. 
Zdawało się, że jeździec miał teraz dwie możliwości: albo go zabić, albo samemu  
zginąć. Jednak ani jedno, ani drugie nie było szczególnie rozsądne. 
Konie zrobiły się niespokojne, parskały i rwały się. I tylko własnym  

background image

umiejętnościom  
zawdzięczał, że jeszcze się utrzymywał w siodle, a sznur wiążący go z drugim  
koniem nie  
pozwalał na zgubienie towarzysza. Tamten kołysał się do przodu i do tyłu niczym  
kukła,  
ponieważ jednak również ręce miał przywiązane do siodła, nie zdołał wychylić się  
zbyt  
mocno. 
Pierwszy uniósł rękę, zwijając dłoń w pięść. Nie mógł, rzecz jasna, pozwolić się  
zabić,  
a to oznaczało, że musiał coś uczynić. Zaczął mruczeć pod nosem, wiedząc, że  
będzie  
potrzebował mocnego zaklęcia, by powstrzymać, a nie zabić strażnika. 
- Stój - usłyszał. 
Jeździec powstrzymał konia i zastygł, wciąż jednak gotów do ataku. Patrzył  
poprzez  
tumany śniegu, które wzbił w powietrze potwór. Podniósł się w siodle i po prawej  
stronie  
zobaczył jakąś postać. Przetarł powieki. 
Postać, poruszając się sztywno, szła w jego kierunku. W ręce trzymała różdżkę,  
za  
pomocą której z pewnością kontrolowała bestię. Na końcu różdżki pulsował  
błękitny klejnot.  
Postać nie mogła być człowiekiem. 
- Znajdujesz się na terenach Lodowego Smoka - odezwał się strażnik. Jego głos  
był  
pozbawiony emocji i przypominał dmący wiatr. Było w nim coś dziwnego, coś, czego  
nie da  
się opisać, dopóki nie zobaczy się mówiącego. - Tylko jedna rzecz chroni cię  
przed śmiercią -  
oznajmił. - To, że wywodzisz się z tego samego rodu, co mój pan. Czyż nie tak,  
smoku? 
Jeździec wyprostował się dumnie i odrzucił kaptur. W ten sposób odsłonił swój  
smoczy hełm, który powinien być widoczny pomimo kaptura. Kiedy wcześniej mijał  
krainy  
zamieszkałe przez ludzi, magiczny płaszcz ukrywał go przez całą podróż, ale  
teraz nie musiał  
już się pod nim skrywać. 
- Wiesz kim jestem, sługo? - spytał strażnika. - Wiesz, że twój pan chce się ze  
mną  
widzieć? 
— To już zależy od mego władcy - odparł sługa. Ognisty smok syknął. 
— Powiedz mu, że przybył książę Toma. 
Informacja nie zrobiła większego wrażenia na dziwnie wyglądającym strażniku.  
Toma  
patrzył na niego spod zwężonych powiek, które zaczęły się rozszerzać, gdy  
zrozumiał, co się  
dzieje. A dotarło właśnie do niego, że nie doceniał znaczenia potęgi Lodowego  
Smoka.  
Dręcząca go trwoga przed Smoczym Królem, którą skrywał w głębi umysłu, zaczęła  
się  
ujawniać. 
Nekromanta. 
Sługa odwrócił się. Był stworzeniem z lodu, karykaturą człowieka, i wyglądał  
strasznie; jego wnętrze i szkielet były zamarznięte. Ciało - ludzkie, smocze, a  
może nawet  
elfie, albo jakiegokolwiek innego stworzenia - było niemożliwe do  
zidentyfikowania;  
poruszało się wraz z bryłami lodu, niczym wymięta szmaciana lalka. Lodowa noga  
trupa  
poruszała się z nogą z lodu, ręka z ręką, głowa z głową - zupełnie jakby ktoś  

background image

założył  
jednoczęściową szatę na całe ciało; w tym wypadku to raczej odzienie tworzyło  
nową istotę.  
Toma zastanawiał się, co się tu mogło stać w ciągu kilku miesięcy od jego  
ucieczki z pola  
bitwy, gdy walczyli z ludzkimi magami, przeklętymi Bedlamami. 
Gdy myślał o Bedlamach, Azranie i Cabie, wzmacniało się w nim wcześniejsze  
postanowienie. Wiedział, że Cabe zwyciężył, a Smoczy Królowie byli w rozsypce.  
Czarny  
zamknął się w swojej kryjówce w Lochivarze, krainie Szarych Mgieł, które były  
teraz tak  
rozrzedzone, że nareszcie zaczęto się zastanawiać nad konfrontacją z ich panem. 
Sługa uniósł różdżkę ku potworowi, który pozostawał cichy i nieruchomy od  
chwili,  
gdy wyłonił się ze śniegów. Jej czubek wskazywał miejsce, w którym - jak uznał  
Toma -  
musiała się znajdować głowa olbrzyma. 
Stwór powoli zaczął się zanurzać w śniegu i lodzie. Dwa konie smoka, jak dotąd  
ledwo powstrzymywane przed popłochem, teraz na dobre spanikowały. Książę musiał  
unieść  
dłoń, by narysować w powietrzu jakiś znak. Wierzchowce uspokoiły się. 
Odwracając się znów ku jeźdźcom, sługa wskazał na towarzysza Tomy. 
— A on? - spytał. - Czy on także pragnie ujrzeć mego pana? 
— On niczego nie pragnie - odparł Toma, przyciągając do siebie konia towarzysza,  
tak aby twarz drugiego smoka i jej kolor dały się łatwiej rozpoznać. - Ma  
uśpiony umysł i nie  
jest zdolny do prośby nawet o najmniejszą przysługę. A jednak jest władcą twego  
Króla, a nie  
jego namiestnikiem. Jest Królem Królów i będzie miał zapewnioną opiekę i dobre  
traktowanie, dopóki nie powróci do zdrowia. Jest to bowiem obowiązek twego pana. 
Niemal identyczny jak Toma, Złoty Smok bezmyślnie patrzył przed siebie. Odrobina  
śliny ściekała mu z lewego kącika warg, a rozwidlony język od czasu do czasu  
wysuwał się  
na zewnątrz. Nie chciał albo nie mógł powrócić do normalnej smoczej formy, więc  
Toma  
również pozostawał w postaci człowieka-wojownika. Byli dwoma ludźmi w zbrojach,  
z  
pięknymi zwieńczeniami hełmów, pod którymi znajdowały się pozmieniane smocze  
pyski,  
ich prawdziwe twarze. Z samych hełmów wyglądały krwistoczerwone oczy. To, co  
mieli na  
sobie, mimo że twardsze niż najlepsza zbroja, nie było ubraniem lecz skórą  
smoków. Dawno  
temu ich przodkowie mogli przyjmować każdą postać, jednak ciągły kontakt z  
ludźmi i  
odkrycie zalet istot humanoidalnych sprawiły, że przyjmowali formę, której  
uczyli się od  
najmłodszych lat. Stawało się to dla nich tak naturalne jak oddychanie. 
Sługa Lodowego lekko skłonił głowę w kierunku cesarza, nie wiadomo, czy w ten  
sposób wyrażając szacunek, czy też kpiąc sobie z wyższości bezmózgiego monarchy.  
Toma  
głośno syknął. 
- A więc? - spytał. - Pójdziemy dalej, czy tu rozbijemy obóz i poczekamy na  
wiosnę? 
Od kiedy zaczęli rządzić Smoczy Królowie, na Północnych Pustkowiach wiosna nie  
pojawiła się ani razu. Teraz też ziemia pokryta była grubą warstwą śniegu i  
lodu. 
Stwór odsunął się na bok i wskazał góry, ku którym zmierzały smoki. 
- Mój pan wie o waszym przybyciu - oznajmił. - Wyjdzie warn na spotkanie. Lodowy  
nie pokazywał się na powierzchni od ostatniej Rady Smoczych Królów. 
Na powierzchni? 

background image

Zanim Toma zdążył założyć na głowę ojca kaptur, przenikliwy wiatr znów zadął,  
powoli przeistaczając się w wyjącą, szalejącą i chaotyczną trąbę powietrzną.  
Temperatura już  
wcześniej zdecydowanie nieprzyjemna dla ognistego, nagle jeszcze bardziej się  
obniżyła,  
zagrażając ciałom jeźdźców; spadała bowiem poniżej bezpiecznego dla nich  
minimum.  
Widoczność zmalała do zera i widzieli tylko śnieg. Toma wiedział, że koń jego  
ojca  
pozostawał obok tylko dzięki linie. 
Nagle tuż przed nimi wyłoniło się coś ogromnego. Toma ponownie rzucił zaklęcie  
na  
konie, by je uspokoić. 
- Pozdrawiam cię, książę Toma, synu mego brata, mego Króla. Mój dom jest otwarty  
dla ciebie i jego wysokości. 
Wiatr nieco ucichł. Widoczność poprawiła się, a ognisty smok mógł ujrzeć swego  
rozmówcę. I tu spotkała go kolejna niespodzianka. 
W śnieżycy zamajaczyła potężna postać Lodowego Smoka z rozpostartymi skrzydłami  
i otwartą paszczą. Okazał się większy od Złotego. Jednak to nie był ten sam  
Lodowy, który  
odwiedził Króla Królów tuż przed bitwą. Był bardziej przerażający niż  
którykolwiek z jego  
strasznych sług. Chudy, niemal tak wyniszczony, że dałoby mu się bez problemu  
policzyć  
żebra, wyglądał niczym trup, jakby powstał z grobu. Nawet oczy, których kolor  
zawsze się  
wahał pomiędzy bielą a błękitem, wydawały się teraz mierzyć życie tylko sobie  
znanymi  
kategoriami. Głowa była długa, a z paszczy wydobywały się kłęby zimnego  
powietrza. 
Przez te miesiące, które minęły od ostatniej wizyty, władca Północnych Pustkowi  
musiał ulec jakiemuś straszliwemu przeobrażeniu. To nie był Smoczy Król, jakiego  
Toma  
oczekiwał, ani tym bardziej, jakiego pragnął ujrzeć. 
Było już za późno, by wracać, a ognisty smok nie mógł tego uczynić, nawet gdyby  
chciał. Potwór stał się jedyną nadzieją na przywrócenie ojcu zdrowia, a więc i  
na spełnienie  
marzeń o tronie. Pytanie jednak brzmiało: w jakim stopniu jego marzenia i  
marzenia  
Lodowego się pokrywały? 
Zakuty w lód olbrzym rozpostarł oszronione skrzydła i uśmiechnął się do  
mniejszych  
braci w taki sposób, w jaki tylko smok potrafi się uśmiechać. Zdawał się jednak  
poza tym nie  
odczuwać żadnych emocji. Niczego. 
- Oczekiwałem was - powiedział w końcu. 
II 
W jego przerażonych oczach ostrze zdawało się być dwukrotnie większe niż dorosły  
człowiek. Z rękojeści wyrastały dwa rogi podobne do baranich, nadając mieczowi  
złowrogi  
wygląd. Broń ta zwana była Rogatym Mieczem i stworzona została przez szalonego  
czarnoksiężnika, Azrana Bedlama. Stała się esencją zła. Cabe wiedział o tym  
wszystkim aż za  
dobrze, gdyż nie tylko sam używał owego ostrza, lecz był też synem szalonego  
maga. 
- Twoja krew należy do mnie - syknęła postać, machając mieczem Azrana. Zbliżała  
się  
do młodego wiedźmina, który w panice nie mógł złapać oddechu. Cabe odczołgał się  
od  
olbrzymiej postaci w zbroi, próbując przywołać zaklęcie, znaleźć jakieś’ wyjście  
z nie  

background image

kończącego się pasa błota, zwanego Ziemiami Jałowymi. Sam nie wiedział, jak  
długo uciekał.  
Nie miało to znaczenia. W końcu wróg go dopadł. 
Prześladowca szyderczo się zaśmiał, błyskając szkarłatnymi oczami i ukazując  
część  
twarzy wyłaniającej się z cienia rzucanego przez smoczy hełm. Na dodatek  
fałszywy hełm.  
Tworzyło go bowiem zmienione w tej chwili prawdziwe oblicze smoka. Jego  
błyszczące oczy  
umiejscowione w jaszczurzej twarzy patrzyły w oczekiwaniu na to, co miało się  
wydarzyć. 
Był to smok, jeden ze stworów rządzących Smoczymi Królestwami. Co więcej, był  
jednym z władców wśród rządzących i on właśnie zdecydował się teraz skierować  
swoją  
uwagę na ludzi. Było tylko kilkunastu takich jak on, a spośród wszystkich tylko  
jednego z nich  
nazwałby swoim panem. 
Cabe był sam, na łasce Smoczego Króla. 
Coś go chwyciło za stopę; runął na twardą niczym kamień, nie naruszoną od wieków  
ziemię. Gdy spojrzał na bezlitośnie świecące słońce, jasna kula oślepiła go.  
Kiedy odzyskał  
wzrok, zobaczył, co go powaliło. 
Łapa. Duża, szponiasta łapa, która wynurzyła się z ziemi. Nadal nie chciała go  
puścić. 
Cabe zaczął się szamotać. Dopiero po kilku chwilach przypomniał sobie o  
ważniejszym zagrożeniu. Gdy jedyny cień w promieniu kilku mil padł na niego,  
uświadomił  
sobie, co się stało, ale na reakcję było już za późno. 
- Twoja krew należy do mnie - powtórzył z szyderczym sykiem smok. Był tak  
bladobrązowy, jak ziemia pod nim, ale to nie miało już żadnego znaczenia dla  
Cabe ‘a. 
Demoniczny miecz opadł, chybiając o kilka cali, gdyż młodemu czarodziejowi udało  
się nieco odturlać, mimo zakleszczonej nogi. 
Cabe znalazł się twarzą w twarz z długim pyskiem i wąskimi, dziko spoglądającymi  
oczami. Potwór przypominał swoim wyglądem pancernika, z tym, że żaden pancernik  
nie  
mógł być aż tak wielki. Monstrum zawyło, po czym wynurzyło się z ziemi,  
pokazując w całej  
koszmarnej okazałości - było większe i szersze w barach od najpotężniejszego  
człowieka;  
miało łapy zakończone ostrymi pazurami, podobnymi do tych, które wciąż trzymały  
Cabe’a za  
kostkę u nogi. 
- Czy mam im pozwolić, by rozerwały cię na strzępy, sztuka po sztuce? - spytał  
Smoczy  
Król. - Czy raczej wolisz pocałunek tego miecza, Cabie Bedlamie? 
Cabe spróbował przypomnieć sobie zaklęcie, ale ponownie mu się to nie udało. Coś  
ograniczało jego kontakt z mocą. Był zupełnie bezbronny. 
Nagle w jego umyśle pojawił się obraz trwogi i nienawiści. Obraz jego ojca,  
Azrana.  
Wyglądał tak jak wtedy, kiedy Cabe widział go po raz ostatni: przystojny, z  
zapuszczoną  
brodą i włosami w połowie srebrnymi, jakby pomalował sobie jedną stronę głowy.  
Kolor  
srebrny był symbolem wiedźminów; Cabe także miał tą barwę we włosach. Szeroki  
pas srebra  
wydawał się gotowy pochłonąć ciemny kolor reszty jego fryzury. 
- Nie mogłeś być mój, synu, wobec tego będziesz ich. - Azran uśmiechnął się  
życzliwie,  
tylko dlatego, że był bardzo, ale to bardzo szalony. 
Quel, który wynurzył się z ziemi, jak na rozkaz chwycił go za nadgarstki. Cabe  

background image

szamotał się, ale potężna siła stwora nie dawała mu szans. 
Usłyszał głośny oddech smoka i po raz drugi słońce zostało przesłonięte przez  
zakutą  
w stal postać. Smoczy Król splunął na niego, a miecz uniósł się do ciosu. 
- Twoja śmierć przywróci życie mojemu rodowi. 
Cabe z niedowierzaniem potrząsnął głową. Wiedział już, który ze Smoczych Królów  
stał przed nim, a to zdawało się niemożliwe. 
- Ty nie żyjesz! 
Brązowy, władca Ziemi Jałowej, roześmiał się i wbił w pierś Cabe ‘a Rogaty Miecz  
-.. 
- Nieeeee! 
Cabe obudził się z koszmaru, by spojrzeć w nieludzkie oczy następnego smoka, co  
wywołało kolejny krzyk. Smok skulił się i uciekł tak szybko jak mu na to  
pozwalały nogi. 
Pokój eksplodował światłem, zalewając go oślepiającą jasnością. Cabe wyłowił  
wzrokiem obraz pokrytego zieloną skórą ogona znikającego w otwartych drzwiach.  
Czyjaś  
ręka opadła na jego ramię. Ledwo zdołał powstrzymać trzeci okrzyk przerażenia. 
Gwen pochyliła się. Jej włosy, poza szerokim pasmem srebra, były długie i  
ognistoczerwone. Kiedy usiłowała go uspokoić, jego uwagę zwróciły  
ciemnoszmaragdowe  
oczy. Przez chwilę zastanawiał się, skąd się w niej wzięło tyle doskonałości.  
Nie dało się  
wszystkiego wytłumaczyć magią - szczerze mówiąc, potężniejszą i zdecydowanie  
lepiej  
działającą niż jego. 
- To jeden z młodych, Cabe - odezwała się. - Wszystko w porządku. Biedne  
stworzenie musiało się zgubić. Pewnie prześlizgnęło się przez bramę. 
Stanęła tuż przed nim. Ujrzał, że wyczarowała płaszcz w kolorze leśnej zieleni.  
Nazywano ją Panią z Bursztynu. Jeszcze bowiem przed narodzeniem ojca Cabe’a,  
Azrana,  
znaleziono ją uwięzioną w bursztynie. Ale równie dobrze można by ją było nazwać  
Zieloną  
Panią lub Leśną Panią, tak wielka była jej miłość do natury i barw przyrody. 
Szybkim gestem sprawiła, że drzwi się zamknęły. Tym razem trzeba było czegoś  
znacznie mocniejszego niż ciekawski młody smok, aby je otworzyć. 
- Nie - potrząsnął głową. Pragnął jej wyjaśnić powody krzyku. Powtarzał sobie,  
że to  
nie były Ziemie Jałowe. To pokój w pałacu Gryfa, który rządził Penacles, Miastem  
Wiedzy i  
południowo-wschodnią częścią Smoczych Królestw. On i Gwen, przyjaciele i  
sojusznicy  
panującego tu króla byli jego gośćmi. - Nie dlatego krzyczałem, przynajmniej nie  
za  
pierwszym razem. Ja... - Jak mógł opisać o czym śnił? Czy śmiałby? Gwen także  
wiele  
wycierpiała z rąk Azrana i Smoczych Królów, a jednak ten rodzaj snów jaki go  
nawiedzał,  
snów w których stawał się bezbronny, odarty ze swoich umiejętności, mógł  
oznaczać także i  
to, że był tak samo szalony jak jego ojciec. Czy zrozumiałaby? 
Smoczy Królowie. Pomyślał o tym ze snu i ponownie zadrżał. Jaszczury próbowały  
odzyskać od ludzi swoje niegdyś potężne moce. Choć dawniej ich potęga była  
niemalże  
nieskończona, ciągle brakowało im inteligentnych smoków, dlatego pozwalali, a  
nawet  
przygotowywali pierwszych ludzi do takich obowiązków jak handel, czy rolnictwo.  
Od tej  
chwili nie dało się już powstrzymać rozwoju nowej rasy. Dopiero, gdy było za  
późno,  
zorientowali się, że być może stworzyli swoich następców, ale bynajmniej nie  

background image

mieli zamiaru  
poddać się bez walki. Gdyby nie to, że byli nieliczni i - prawdę mówiąc -  
potrzebowali ludzi,  
prawdziwi władcy tych ziem dawno by już rozpoczęli ludobójczą wojnę. Jedyną  
rzeczą, która  
powstrzymywała ludzi, była niesamowita, dzika moc smoków, która nie dawała  
ludzkości  
szans na wygraną. 
Gwen spojrzała na Cabe’a i zobaczyła wyraz troski i skupienia. Bedlam zdecydował  
się ukryć sen. Było to coś, z czym musiał sobie poradzić sam. Nadając swojemu  
głosowi  
pozory zniecierpliwienia, powiedział: 
- - Chciałbym znaleźć sposób, który by pozwolił utrzymać te mniejsze smoki w  
zagrodzie wystarczająco długo, abyśmy zdążyli dotrzeć do Dworu. Podczas podróży  
mogłyby  
uciec, a nie chcielibyśmy przecież stracić ani jednego. 
- - Kolejny sen? - W jej głosie zabrzmiała troska, wyraźnie odznaczająca się  
także na  
twarzy. Nie pozwoliła na odwrócenie uwagi od problemów, które go zajmowały.  
Przejrzała  
go i nie dała się zmylić kiepskiej grze. 
Cabe skrzywił się i przeczesał dłonią włosy dokładnie w tym miejscu, w którym  
jaśniało srebrne pasmo będące znakiem rozpoznawczym magicznych zdolności młodych  
wiedźminów. To miejsce zdawało się rywalizować z ciemną resztą jego czupryny.  
Ostatnio  
srebrny kosmyk we włosach Cabe’a zaczął żyć własnym życiem i trudno było  
przewidzieć,  
według jakiego wzoru ułożą się kolory w ciągu dnia. Czasem stawały się niemal  
całkowicie  
srebrne, a kiedy indziej dominowała świetlista czerń. Choć widok ten mógł bawić  
i budzić  
spore zainteresowanie, młodego maga zdecydowanie jednak martwił. Zmiany zaczęły  
się  
wkrótce po tym, gdy on i Gwen wzięli ślub - dwa miesiące temu. Nie umiał tego  
wytłumaczyć. I nie zdołał już przejąć wiedzy z pamięci arcymaga Nathana, swego  
dziadka,  
po którym niejako odziedziczył czarodziejską moc. 
- Kolejny sen. Ten był prawdziwą epopeją. Był w nim Brązowy Smok, mój ojciec  
Azran i jeden z tych stworów, które nazywamy Quelami. Brakowało tylko Cienia. 
- Cienia? - Gwen zatrzepotała rzęsami. „Robi to z wielką gracją” - pomyślał  
Cabe. 
- - To mogłoby być to. Ten przeklęty czarownik bez twarzy mógł uciec z miejsca,  
dokąd, jak powiedział Gryf, zabrał go Czarny Koń - zastanawiała się głośno Gwen. 
- - Nie sadzę. Czarny Koń był potężnym demonem i jeśli ktokolwiek potrafiłby  
utrzymać Cienia w Pustce, to tylko on. 
- Pokładasz zbyt wielkie zaufanie w tym potworze. Westchnął. Nie chciał znowu  
zostać wciągnięty w bezsensowną kłótnię, która zawsze zaczynała się od tej  
dwójki. I  
mroczny rumak, i Cień to wyjątkowe, tragiczne postacie dla Cabe’a. Czarny Koń  
był  
wierzchowcem, częścią samej Pustki. Cień zaś czarodziejem, niegdyś bardzo  
chciwym.  
Próbował wykorzystać dobre i złe strony magii, dwie przeciwstawne siły natury.  
Nie udało  
się, więc został pionkiem w grze między dwiema nieśmiertelnymi mocami, służąc  
dobru w  
jednym życiu i wyrządzając straszliwe zło w następnym. Każda reinkarnacja  
stawała się  
próbą przełamania klątwy. Dlatego Cień usiłował wykorzystać Cabe’a jako część  
potężnego  
zaklęcia. To mroczny rumak uratował Cabe’a, płacąc cenę własnej wolności. Smutne  

background image

w tym  
wszystkim było tylko to, że w poprzednich, szczęśliwszych wcieleniach, demon i  
Cień  
tworzyli parę najlepszych, oddanych sobie przyjaciół. 
- To nie Cień - zdecydował ostatecznie Cabe. - Nie sądzę także, jak chcesz mi  
zasugerować, by był to Toma... Wydaje mi się raczej, że to ma coś wspólnego z  
tym, czym  
jestem - wiedźminem, magiem, nieważne. Wszystko stało się dla mnie takie nowe.  
Czasem  
moje lęki powracają. Wiesz jak to jest. Czujesz się tak pewny siebie jak Nathan,  
Smoczy  
Mistrz, a potem nagle podczas jakiejś pracy brakuje ci doświadczenia, więc  
powracasz do  
stanu niepewności. 
A jednak, powiedział to. Dręczyły go wątpliwości, a równocześnie znikało gdzieś  
zaufanie, jakim obdarzył go Nathan Bedlam. Cabe zatęsknił za dniami, kiedy  
pracował jako  
pomocnik oberżysty, zanim Brązowy Smok nie wskazał go jako ofiary, by przywrócić  
Ziemie  
Jałowe do pierwotnego, kwitnącego stanu. 
Gwen nachyliła się i lekko pocałowała go w policzek. 
- Wiem, jak to jest - rzekła. - Sama miewam wątpliwości. Miałam je, kiedy Nathan  
dowiedział się o zabójstwie swego starszego syna przez młodszego, Azrana.  
Doświadczałam  
ich przez cały okres nauki, a nawet wtedy, ponad sto lat temu, gdy trwała Wojna  
Przełomowa,  
aż do dnia, kiedy to bydlę, Azran, zamknął mnie pod koniec walk w bursztynowym  
więzieniu. Miewam je i dzisiaj. Kiedy przestajesz się zamartwiać swoją profesją,  
z reguły  
popełniasz fatalny błąd. Zaufaj mi, mężu. 
Kobiety oraz mężczyźni krzyczeli i Cabe zdał sobie sprawę, że krzyczą tak już od  
dłuższego czasu. Nie brzmiało to jednak, jak krzyki ludzi biorących udział w  
bitwie czy  
katowanych, lecz jak przekleństwa próbujących zapędzić przestraszonego  
pomniejszego  
smoka do jego zagrody. 
- Czy my naprawdę musimy to robić? - zastanawiał się. Myślenie o tym, co  
zamierzali  
uczynić następnego dnia, było niemal tak samo przerażające jak nocne koszmary. 
Gwen rzuciła na niego nie znoszące sprzeciwu spojrzenie. 
- Gryf złożył Zielonemu obietnicę, a my mamy zagwarantować, by ta obietnica  
została  
spełniona - powiedziała. - Kiedy będziemy pewni, że książę Toma i pozostali  
Smoczy  
Królowie dadzą się utrzymać na dystans, będziemy mogli przenieść je gdzie  
indziej. Na razie  
Dwór jest najlepszym miejscem dla młodych Złotego. Poza tym odnoszę wrażenie, że  
Gryf  
ma inne zmartwienia niż zajmowanie się Smoczymi Królami. 
Krzyki ucichły, co oznaczało, że krnąbrny smok znalazł się znów pod kontrolą  
opiekunów. Cabe zastanawiał się, jak to wytrzymywały inne smoki. Wśród młodych  
było  
siedem znaczących i to z nich wyrastali Królowie. Były inteligentne i, jak wielu  
uważało,  
wrogie i groźne. Wężosmoki zaś, czyli pomniejsze smoki i im podobne, były tylko  
zwierzętami, choć śmiertelnie niebezpiecznymi. 
Nie podobały mu się te stwory, ale nie mógł też ich zostawić. Zielony, pan Lasu  
Dagora, Smoczy Król, pragnął zawrzeć z ludźmi pokój i oczekiwał, że młode będą  
wychowane według ludzkich obyczajów; naturalnie, na tyle, na ile się to uda.  
Gryf, pan  
Penacles, zgodził się, ale pod warunkiem, że smoki będą pobierać nauki zgodne z  

background image

regułami  
własnego gatunku. Prośba ta zdumiała a zarazem sprawiła gadziemu monarsze  
przyjemność.  
Gryf z dość wątpliwymi własnymi korzeniami, z tego co wiedział Cabe, był  
przekonany o  
konieczności poznania przez młode smoki nie tylko ludzkiej spuścizny, ale także  
i dorobku  
swoich praprzodków. Był to eksperyment na wielką skalę i musiał się powieść,  
jeśli ta ziemia  
kiedykolwiek miała zaznać pokoju. 
Wybór padł na Cabe’a i Gwen. Mieli się zająć wychowaniem smoków. Ich moce były  
niezwykle cenione przez Gryfa, samego zajętego opiekowaniem się ludem, który nie  
był jego.  
Wiedział on równocześnie, jak wielkie znaczenie ma ten długoterminowy projekt i  
kto  
naprawdę może sprostać potencjalnym niebezpieczeństwom. Jak długo żył Toma,  
istniała  
możliwość, że młode wpadną w jego ręce i zostaną przekabacone na jego stronę.  
Dwoje  
magów nie miało się bawić w niańki. Gdyby Złoty nie żył, albo miał wkrótce  
umrzeć, jedyną  
nadzieją Tomy byłoby postawienie nowej marionetki na tronie władcy... 
Były trzy takie potencjalne marionetki. 
- - Cabe? - odezwała się Gwen. 
- - Hmmm? - mruknął. 
- - Jeśli nic innego do ciebie nie przemówi, uznaj to za sprawdzian przed  
prawdziwymi obowiązkami. 
Zdumiony spojrzał jej w twarz. Czarodziejka miała na ustach diabelski uśmiech. 
- - Przed jakimi obowiązkami? - spytał. 
- - Głuptas. - Usiadła koło niego. - Kiedy sami będziemy mieć dzieci. 
Gwen widząc jego minę, cicho się zaśmiała. Choć fizycznie był od niej starszy -  
Gwen  
przez lata uwięziona była w bursztynie - przewyższała go w wielu sprawach  
doświadczeniem.  
Sprawiał wrażenie naiwnego. To była właśnie jedna z tych cech, które w nim  
najbardziej  
lubiła. Jedna z tych rzeczy, które odróżniały go od jej pierwszej miłości -  
Nathana Bedlama.  
Czarodziejka położyła mu na ustach palec, aby uciszyć jakiekolwiek dalsze  
komentarze. 
- Nic więcej nie mów - powiedziała. - Idź spać. Kiedy ruszymy w drogę, będziesz  
miał  
mnóstwo czasu na rozmyślania. 
Uśmiechnął się i nagle ją objął. Trzymając jej głowę w dłoniach, dotknął wargami  
jej  
ust. Gwen, całując go, zgasiła światło. 
Penacles było prawdopodobnie najwspanialszym ludzkim miastem w całych  
Smoczych Królestwach, mimo iż jego władcy nigdy nie byli ludźmi. Od  
niepamiętnych  
czasów rządziły tu smoki wybierające jako swój znak purpurę. Zawsze tu był  
Purpurowy i  
wierzono, że zawsze jakiś inny Purpurowy tu będzie. Ale Smoczy Mistrzowie i  
nieludzki  
najemnik, Gryf, zdołali to zmienić. Obecnie na tronie zasiadał właśnie Gryf i  
rządził  
miejscem znanym jako Miasto Wiedzy. Dzięki jego wysiłkom Penacles jeszcze  
bardziej  
zyskało na wadze, ale też z powodu tego sukcesu było pilnie obserwowane przez  
wściekłych,  
mnożących się Smoczych Królów. Nadal nie odzyskali oni swojej dawnej potęgi po  
Wojnie  

background image

Przełomowej i porażce zadanej rękoma wiedźminów, ale obserwowali i czekali.  
Czekali, aż  
książę Toma ze znanych sobie powodów doprowadzi do konfliktu między dwiema  
rasami.  
Nawet nietykalni dotychczas kupcy, którzy handlowali i z ludźmi i ze smokami,  
teraz nie  
czuli się bezpieczni. 
Było to tylko jedno z jego wielu zmartwień. Gryf w towarzystwie zawsze stojącego  
przy nim generała Toosa, swojej „prawej ręki”, szedł majestatycznym krokiem w  
kierunku  
miejsca, gdzie Cabe i Gwen sprawdzali ostatnie pakunki. Gdy patrzył na tych  
dwoje, miał  
nieodparte wrażenie, że spogląda na czarodziejkę i jej pierwszą miłość, Nathana  
Bedlama.  
Ten dzieciak (każdy mający mniej niż dwieście lat, a tyle właśnie liczył sobie  
Gryf, mógł przy  
nim uchodzić za dzieciaka) był niezwykle podobny do swojego dziadka i lwioptaka  
często  
kusiło, by nazwać go imieniem jego przodka. Tak naprawdę powstrzymywała go przed  
tym  
tylko trwoga, że Cabe mógłby odpowiedzieć. Coś z Nathana rzeczywiście żyło w  
jego wnuku  
i choć Gryf nie umiał tego opisać, wiedział, że tak było. 
Na dziedzińcu odwracały się za nim głowy. Gryf sam w sobie był zdumiewającą  
postacią i wyglądał tak, jak wskazywało na to jego imię. Luźne szaty nie  
przeszkadzały mu w  
błyskawicznych reakcjach. Od szyi w dół, jeśli ktoś nie zwróciłby uwagi na jego  
białe ręce z  
paznokciami przypominającymi raczej pazury, wyglądał jak człowiek. Z kolei gdyby  
nie  
buty, jego nogi i stopy przypominałyby bardziej nogi i stopy lwa, niż człowieka.  
Płynność  
ruchów ciała nie wynikała wyłącznie z faktu, że przez lata wprawiał się w rolę  
sprytnego  
najemnika. Posiadał bowiem imię i wygląd dzikiej bestii. I jak ta dzika bestia  
naprawdę był  
drapieżnikiem. Każdy jego ruch stawał się wyzwaniem skierowanym przeciwko tym,  
którzy  
próbowaliby mu się przeciwstawić. 
Przede wszystkim jednak uwagę przyciągała niesamowita głowa. Zamiast ust miał  
potężny, ostry dziób w pełni zdolny do rozrywania ciała, a zamiast normalnych  
włosów na  
głowie porośnięty był grzywą niczym u lwa. I na dodatek grzywa kończyła się  
piórami  
podobnymi do piór wielkich orłów. A jego oczy?! Nie były ani oczami drapieżnego  
ptaka, ani  
oczami istoty ludzkiej, ale czymś pomiędzy. Czymś, co sprawiało, że nawet  
najsilniejsi  
duchem żołnierze odwracali od niego wzrok, jeśli Gryf tylko tego chciał. 
Cabe i Gwen obejrzeli się, zanim do nich dotarł. Nie wiadomo, czy przeczuli jego  
nadejście dzięki swej nadzwyczajnej mocy, czy też dzięki temu, że dostrzegli  
wokół siebie  
zdumione i pełne podziwu twarze. Lwioptak nie krył zadowolenia, iż zachowują się  
spokojnie, bez emocji. Miał już zbyt wiele sług, a za mało przyjaciół. Oddalił  
gestem ręki  
straże i dołączył do dwójki czarodziei. 
- Widzę, że jesteście już gotowi do drogi - powiedział, patrząc na długą  
karawanę. 
Cabe wyglądał na zmęczonego, mimo iż - wedle Gryfa - miał sporo czasu na  
porządny  
nocny wypoczynek. 

background image

- Już dawno powinniśmy być gotowi, lordzie Gryfie. 
- Setki razy warn mówiłem - odparł Gryf - że nigdy nie musicie nazywać mnie  
lordem. Jesteśmy przyjaciółmi, mam nadzieję. - Przechylił lekko głowę na bok,  
przypominając tym nieco swoich ptasich kuzynów. 
Gwen, promieniujący kontrast swego męża, uśmiechnęła się. Nawet sroga twarz  
Gryfa  
złagodniała na ten widok. 
- - Oczywiście, że jesteśmy twoimi przyjaciółmi, Gryfie - powiedziała. - Zbyt  
wiele  
ci zawdzięczamy, zbyt wiele dla nas zrobiłeś. 
- - Wy mnie coś zawdzięczacie?! Chyba już zapomnieliście całą swoją pracę, jaką  
tutaj wykonaliście, a na dodatek wywozicie jeszcze teraz te młode z mojego  
kraju. To ja warn  
wiele zawdzięczam. I wątpię, czy kiedykolwiek zdołam się wystarczająco odpłacić. 
- - To prawda - rzekł nareszcie Cabe. - Jesteśmy na tyle dobrymi przyjaciółmi,  
że  
nikt tu nikomu nic nie zawdzięcza. 
- - To brzmi już zdecydowanie lepiej - odparł Gryf, kiwając głową, ale raptem  
opanowała go niezdrowa myśl: „A jeśli kłamią? Może chcą się po prostu oddalić od  
tej  
potworności, która rządzi ich braćmi - ludźmi?” 
- - Czy coś nie tak? - Cabe położył rękę na ramieniu Gryfa. Monarcha zmusił się,  
by  
jej nie strącić. 
- - Nic. Zwykłe zmęczenie - odrzekł. 
„Cóż za głupie myśli przychodzą mi do głowy” - zdziwił się sam sobie. Nie dali  
powodów, by ich podejrzewać. Zbyt dobrze znał przecież tych dwoje. Byli uczciwi,  
nigdy nie  
ukrywali emocji. 
- - Powinieneś, Gryfie, więcej odpoczywać - powiedział Cabe. - Nawet ty  
potrzebujesz odpoczynku. 
- - Praca króla nigdy się nie kończy. 
- Nawet kiedy on sam przewraca się już ze zmęczenia? Gryf zachichotał. 
- Nie będę was dłużej zatrzymywał. Słońce już wysoko i nadeszła pora, byście  
ruszyli.  
- Zerknął w kierunku karawany. - Jak sobie poradzicie z ciężarami? 
Gwen stwierdziła, że ich wóz znalazł się nieco za daleko od koni. Wewnątrz  
znajdowało się kilkanaście zwiniętych i pogrążonych we śnie małych gadów. Gdyby  
nie  
kolory, trudno byłoby się zorientować, gdzie jedno stworzenie się kończy, a  
drugie zaczyna.  
Za pierwszym wozem znajdował się drugi, tak samo przepełniony. 
- - Wczorajsze eskapady nieco je wyczerpały. Powinny dzisiaj przez większą cześć  
drogi spać. 
- - Najwyższa pora, by wreszcie wyruszyć. 
Gryf wyciągnął rękę i chwycił dłoń Pani z Bursztynu. Jego rysy zmieniły się, by  
po  
chwili przybrać ludzkie formy. Przez moment nowa twarz Gryfa sprawiała wrażenie  
całkiem  
harmonijnej. Jego szlachetny, orli nos mógłby się nawet stać obiektem marzeń  
młodych  
dziewcząt. Ucałował wierzch dłoni Gwen. 
- Czy powinienem być zazdrosny? - spytał niewinnie Cabe. 
Czarodziejka cicho się zaśmiała, a jej śmiech przypominał delikatne dźwięki  
dzwoneczków, przynajmniej dwóm mężczyznom stojącym przy niej. 
- - Jeśli nie jesteś jeszcze zazdrosny - odezwała się do Cabe’a - może powinnam  
sprawić, byś był. 
- - No, to ja już się żegnam - powiedział Gryf. Odsunął się, a jego twarz  
powróciła  
do poprzedniej formy. Gwen uśmiechnęła się, a Cabe zajął się siodłaniem jej  
konia. Następnie  

background image

dosiadł swego wierzchowca i wziął lejce z rąk dobrze wyuczonego sługi, który  
cały czas  
czekał w milczeniu obok. 
Ci z karawany, którzy odjeżdżali, żegnali się z krewnymi i przyjaciółmi  
stojącymi w  
pobliżu. Cabe spojrzał w końcu na Gwen, a ona potakująco skinęła głową. Młody  
wiedźmin  
uniósł rękę i zasygnalizował reszcie podróżników, że czas ruszać, po czym  
pogonił własnego  
wierzchowca. Gryf jeszcze raz kiwnął ręką, a potem już tylko milcząco stał i  
patrzył. 
„To się nie powiedzie - zdał sobie sprawę. - Ten eksperyment nie może się udać.  
Młode powinny zostać ze smokami. Z własnym gatunkiem”. 
Zaklął. Miotały nim sprzeczne uczucia. Eksperyment jednak musi się udać. Nosi  
wszelkie znamiona sukcesu. Czyż nie tak? Poczuł jak narasta w nim niepewność. Co  
dziwniejsze, jego emocje nie wiązały się tylko z małymi smokami. Jeśli mylił się  
w tej  
kwestii, mógł się mylić też w wielu innych. 
Zadrżał. Z opóźnieniem stwierdził, że zimne dreszcze spowodowane zostały  
niespokojnymi myślami. Poczuł jak się trzęsie. Lodowate zimno przenikało go do  
szpiku  
kości, do głębi umysłu. 
Ale tak samo szybko jak naszedł go intensywny chłód tak samo szybko zniknął. 
- - Panie. - Podbiegł do niego chłopiec liczący chyba niewiele więcej niż  
dwanaście  
lat. - Szuka cię generał Toos. Wydaje się, wasza wysokość... że to bardzo pilne. 
- - Za chwilę - odparł. Pragnął tu pozostać, aż karawana zniknie z oczu. Sam był  
zdumiony tym, jak trudno mu się było rozstać z gośćmi. Czuł się jednocześnie  
władcą i  
obcym, a miał tylko kilku tak bliskich przyjaciół jak Cabe i Gwen. A ponieważ  
Smocze  
Królestwa znajdowały się w straszliwym chaosie, mógł ich już nigdy więcej nie  
zobaczyć. 
Kiedy karawana zniknęła z zasięgu wzroku, Gryf wciąż jeszcze stał i patrzył na  
daleki  
horyzont. Dopiero kiedy usłyszał niecierpliwiącego się obok posłańca, zdał sobie  
sprawę, że  
jeden z jego najdawniejszych towarzyszy, być może ten właśnie, który znał go  
najlepiej,  
czekał na niego z pilnymi wieściami. 
Westchnął i odwrócił się do sługi. Chłopak, rzecz jasna, czuł podziw i  
zdumienie, że  
znajduje się obok samego króla. Prawdopodobnie pierwszy raz dostarczył wiadomość  
komuś  
aż tak ważnemu. 
- W porządku, chłopcze - powiedział przyjaznym głosem Gryf, zmuszając  
wątpliwości, by się ukryły gdzieś na samym dnie duszy. - Pokaż mi, gdzie jest  
Toos, bym  
mógł go po raz setny skarcić. Mimo wszystko, to on powinien przychodzić do mnie,  
a nie ja  
do niego. 
Chłopiec uśmiechnął się i przez moment zmartwienia Gryfa wydały się  
niepotrzebne. 
III 
Gdyby jechać konno, centrum Lasu Dagora, gdzie znajdował się Dwór, leżało  
kilkanaście dni jazdy na północny zachód od Penacles. Gdyby jednak podróżować z  
grupą  
większą niż trzydzieści osób - a Gryf nalegał, by Cabe i Gwen zabrali ze sobą  
jak  
najliczniejszą służbę - czas ten uległby potrojeniu. Wozy musiały objeżdżać  
teraz przeszkody,  

background image

ludzie bez przerwy coś gubili, na dodatek należało się jeszcze zajmować dziećmi.  
(Jeśli młode  
Króla Królów miały zostać wychowane wedle ludzkich obyczajów, musiały poznać i  
zrozumieć swoich rówieśników z rodzaju ludzkiego, a gdyby między młodymi obu  
gatunków  
dało się znieść wszelkie bariery, zaistniałaby nadzieja na porozumienie.) 
Młode smoki spoglądały na świat ze swoich wozów z niezmiennym wyrazem twarzy.  
Jedynie od czasu do czasu można było stwierdzić u któregoś z nich jakieś większe  
zaciekawienie, a wtedy oczy malucha rozszerzały się niemal dwukrotnie.  
Najłatwiejsze do  
odczytania było podniecenie. Te małe stworzenia z rasy inteligentnych gadów,  
wyglądające  
niczym dziwaczne dwunożne jaszczurki, podskakiwały do góry i opadały na dół,  
naśladując  
przy tym zachowanie dzieci człowieka, podczas, gdy pomniejsze smoki, czyste  
zwierzęta,  
rzucały się szaleńczo z boku na bok, wściekle przy tym sycząc. 
Tak jak teraz. 
Nagle las ożył ludźmi. Zamaskowanymi ludźmi. 
Wszyscy mieli na sobie luźne, podróżne ubrania i Cabe zaczął podejrzewać, że  
kryją  
pod nimi zbroje. Stało się dla nich oczywiste, że zaplanowali to wcześniej.  
Karawana była  
oddalona o mniej więcej dzień od granic Penacles i teraz na horyzoncie nie  
widzieli nic  
oprócz kolejnych drzew. 
- - Głupcy - syknęła Gwen. - Zielony Smok nie będzie tolerował takiego napadu na  
swoim terytorium. 
- - Może się nigdy nie dowiedzieć - odparł Cabe. - Jesteśmy daleko od miejsca,  
gdzie, jak wiesz, mieszka. 
Spojrzała mężowi prosto w oczy. 
- Pan Lasu Dagora wie o wszystkim, co się dzieje w jego królestwie. 
Przywódca bandy zmusił swego konia do cofnięcia. Widząc przed sobą dwójkę  
magów, zbliżył się do własnej grupy, jakby zatroskany o jej bezpieczeństwo. Był  
wysoki,  
prawdopodobnie weteran wielu walk. Nic ponadto nie dało się o nim powiedzieć,  
gdyż  
zamaskowany ukrywał swą tożsamość. 
- Chcemy tylko te cholerne jaszczury. Oddajcie je, a pozwolimy warn bezpiecznie  
odjechać. 
Cabe z napięciem słuchał, rozpoznając jakieś znajome tony w głosie mężczyzny.  
Był  
pewien, że pochodzi on z Mito Pica. 
- Więc? - Przywódca rabusiów zaczynał się robić niecierpliwy. 
Gwen cicho odrzekła: 
- Młode są pod naszą opieką i nie masz prawa ich odbierać. Odejdź, dopóki nie  
będzie  
za późno. 
Kilku z bandytów zachichotało. Nie zmniejszyło to niepokoju, jaki odczuwał Cabe. 
- - Zaklęcia czarnoksiężników na nas nie zadziałają - hardo powiedział przywódca  
bandy. - Nie, kiedy mamy to. - Uniósł do góry medalion wyciągnięty spod ubrania.  
Z takiej  
odległości Cabe mógł jedynie stwierdzić, że medalion wyglądał na mocno zużyty.  
Gwen  
głośno westchnęła. 
- - To robota Poszukiwaczy - szepnęła. - Widziałam jeden czy dwa takie  
medaliony,  
połamane i pokruszone, ale jeśli mają ich więcej... - Nie musiała kończyć.  
Poszukiwacze,  
ptasi poprzednicy smoków, zostawili za sobą więcej niż jeden sekret, który  
zapewniał dużo  

background image

większą moc, znacznie większą nawet niż smocza. 
- - Jak więc widzicie - znów zaczęła zakapturzona postać - nie musimy być mili.  
Nic  
do was nie mamy, chyba, że chcielibyście sprawić nam kłopoty. A to nie byłoby  
mądre,  
zważywszy, że jesteście otoczeni, a mu mamy przewagę liczebną. 
- - Czy to naprawdę jest takie skuteczne? - wymamrotał Cabe. Gwen z żalem  
pokiwała głową. 
- - Jeśli spróbujemy rzucić jakiekolwiek zaklęcie, może całkowicie wymknąć się  
nam spod kontroli. Nie wiem jak z przygotowanymi czarami, ale wydaje mi się, że  
one także  
są bezużyteczne. 
- Istnieje tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać... - oznajmił Cabe. 
Bandyci zaczynali szemrać. Dowódca uniósł się w siodle. 
- - Mieliście wystarczająco dużo czasu, by się zastanowić - powiedział. -  
Weźmiemy  
je siłą, jeśli to będzie konieczne... 
- - Dotknijcie ich, a żaden z wasss nie ujrzy jutrzejszego poranka - syknął obcy  
głos.  
- Wasze kości zostaną wydziobane do czysssta przez ptaki tego lasssu. 
Zarówno bandyci jak i członkowie karawany podskoczyli na dźwięk rozkazującego  
tonu. Przywódca opryszków spojrzał w kierunku, skąd dochodził głos i ujrzał  
siedzącą na  
grzbiecie przeraźliwie wyglądającego pomniejszego smoka samotnego stwora. Bestia  
zasyczała z głodu, płosząc wszystkie konie w okolicy. 
- Nie jesssteście mile widziani w moim lesssie - zasyczał Zielony Smok. Był  
podobny  
do swoich braci, a jego ludzka postać przypominała wojownika w zbroi w  
niesamowitym,  
skomplikowanym smoczym hełmie na głowie. Okrywał go błyszczący zielony pancerz  
(który  
tak naprawdę był jego skórą). Iskrzące się, czerwone oczy spoglądały na  
zebranych  
przedstawicieli ludzkiego gatunku. 
Rzecz jasna, był to ostatni stwór, jakiego mógł się spodziewać dowódca bandytów.  
Jednakże, kiedy się odezwał, w jego głosie pobrzmiewała jedynie nutka niepokoju. 
- - To nie jest twoje terytorium - powiedział. - Nie panujesz nad tymi ziemiami. 
- - Mam wssspólną granicę z panem Penacles i jessstem jego sojusznikiem -  
odrzekł  
smok, sycząc. - Staję po jego stronie, gdy jest to konieczne i oczekuję tego  
samego od niego.  
Jeśli zaś chodzi o wasss, ludzi, to powinniście być na wschodzie lub na północy.  
Walczcie ze  
Sssrebrnym Sssmokiem lub z tymi, którzy pozostali z klanu Czerwonego. Wyzwijcie  
Burzowego, ale nie próbujcie polować na moim terenie. Nie pozwolę na to.  
Powiedzcie to  
swemu dobrodziejowi, królowi Melicardowi. 
- - Melicardowi? - szepnął Cabe do Gwen. 
- Plotka, nic więcej - odparła Gwen. - Mówi się, że to on właśnie ich uzbraja.  
Nienawidzi smoków tak samo jak oni. Pamiętaj, że to rodzony brat Tomy, sadysta  
Kyrg  
doprowadził ojca Melicarda, Renneka, do szaleństwa. 
Cabe skinął wolno głową, przypominając sobie ten incydent. 
- Rennek myślał, że skończy jako część obiadu Kyrga. Zakapturzony mówca zaczął  
się śmiać. Można sobie było wyobrazić szyderczy grymas pod jego maską. 
- Nie możesz nam nic zrobić. Te amulety zablokowały twoje moce. Wiem jak ich  
używać. Nie możesz nawet powrócić do swojej smoczej postaci. 
Zielony nie wydawał się być zmartwiony tymi wieściami. Sięgnął powoli do sakwy  
przy siodle i coś wyciągnął. 
- Może chciałbyś porównać działanie swojej ptasiej magii do mojej? - spytał. 
Pan Lasu Dagora wyciągnął jakąś drobną rzecz, uniósł ją do góry i wydał odgłos  

background image

podobny do jednostajnego krakania kruka. 
Przywódca bandytów zaskomlił i sekundę później desperacko usiłował zerwać  
medalion z łańcucha na szyi i odrzucić od siebie. Była to jednak strata czasu.  
Na oczach  
wszystkich medalion zaczął się kruszyć; pozostał jedynie łańcuch. Mężczyzna  
natychmiast  
usunął go i odrzucił tak daleko jak tylko się dało. 
- Nie bez powodu utrzymałem tak długo władzę nad tą krainą - oznajmił smok. -  
Myślicie, że braciom podoba się ssswoboda, jaką dałem tu ludziom? Zgoda  
zossstała  
wywalczona. Musiałem użyć mocnych argumentów. - Zielony włożył przedmiot z  
powrotem  
do swojej sakwy. - Odejdźcie, a zapomnę, że ten incydent w ogóle się zdarzył.  
Jesssteście mi  
przydatni, ale tylko do pewnego stopnia. Gdyby było to konieczne, mam inne  
sztuczki na  
podorędziu. 
Bandyci spojrzeli na swojego przywódcę, który z kolei przeniósł wzrok z  
Zielonego  
Smoka na dwoje czarodziejów i na wóz, z którego młode patrzyły z rosnącym  
zainteresowaniem. W końcu spojrzał ponownie na smoka. 
- Nawet jeśli opuszczą twoje ziemie, znajdziemy je - rzekł. 
- Walczcie z Radą, a nie z młodymi. - Zielony wziął głęboki oddech. Kiedy  
odezwał  
się ponownie, jego słowa były czytelne, a syk typowy dla jego gatunku, ledwo  
wyczuwalny: -  
A teraz idźcie, albo wypróbujcie swoje możliwości z dorosłym smokiem. Bądźcie  
pewni, że  
mam oczy, które obserwują was cały czas. I będą nadal was ścigać, aby się  
upewnić, czy  
naprawdę odjedziecie i nigdy więcej już tu nie wrócicie, chyba że osobiście was  
tutaj  
zaproszę, w co, szczerze mówiąc, wątpię. 
Przywódca opryszków zawahał się, w końcu jednak zrezygnowany pokiwał głową i  
dał swoim sygnał do odwrotu. Bandyci niechętnie się wycofywali. On jednak wciąż  
pozostawał nieruchomy. Jeszcze przez dłuższy czas przyglądał się Cabe’owi i  
Gwen, jakby  
mając im za złe, że zdradzili własną rasę. Kiedy ostatni z jego ludzi zniknął  
wśród drzew,  
podążył za nim. 
Pan Lasu Dagora zasyczał, ale tym razem z zadowoleniem. 
- - Ostatnimi czasy pojawia się coraz więcej głupców - powiedział. - Jedynym  
powodem, dla którego dotarli tak daleko w głąb moich ziem, jest fakt, że  
chciałem skarcić  
jednego z moich poddanych za to, że spiskował przeciwko mnie, pragnąc odebrać  
warn  
młode, zanim dotrzecie do Dworu. 
- - Jednego z twoich poddanych? - spytała zaskoczona Gwen. 
- - Smoki pozostaną smokami, a ludzie ludźmi - oznajmił. - Poradziłem sobie z  
jednymi i drugimi. Namawiałbym was, byście przez pozostałą część drogi podążali  
wraz z  
całą grupą za mną. Jeśli poprowadzę karawanę tajnymi, leśnymi ścieżkami,  
zaoszczędzicie  
więcej czasu. 
- - Panie... 
- - Tak, Cabie Bedlamie? - Zielony Smok mocno zaakcentował nazwisko. Nadal  
pamiętał Nathana i Smoczych Mistrzów, grupę wiedźminów, którzy walczyli ze  
smokami  
podczas Wojny Przełomowej i zmniejszyli liczbę oraz siłę gadów do obecnego  
poziomu,  
mimo ostatecznej porażki. 

background image

- - Ten dysk... 
- - To? - szponiasta ręka wyciągnęła wskazany przedmiot. - Miałem wiele okazji,  
by  
zbierać i studiować artefakty naszych poprzedników. Lady Gwendolyn nie jest  
pierwszą  
osobą, która pragnie zająć Dwór. Od kiedy to miejsce zostało porzucone w  
ostatnich dniach  
panowania Poszukiwaczy, gościło już wielu podróżników. Wierzę, że niższe poziomy  
tej  
budowli mogą pochodzić nawet z wcześniejszych okresów. 
- Planowali dobrze, być może za dobrze. Magiczne przedmioty, które mieli  
bandyci,  
były tworem doskonałym, ale jak cała magia Poszukiwaczy doprowadziły od razu do  
stworzenia odpowiednich kontrśrodków. To, jak wierzę, spowodowało ich upadek.  
Planowali  
zbyt dobrze i ktoś to wykorzystał. 
Zielony ponaglił pomniejszego smoka, by pospieszyli ku przodowi grupy. Kiedy  
minęli dwójkę wiedźminów, Gwen szepnęła do ucha Cabe’owi: 
- Zauważyłeś, że Poszukiwacze są jego ulubionym tematem. To był prawdziwy  
powód, dla którego tak łagodnie obszedł się z Nathanem. Obaj chcieli wiedzieć,  
jak tak  
potężna rasa mogła upaść tak nagle. 
- Jak Quelowie? Pokiwała głową. 
- Te krainy widziały wiele rządzących ras. Każda miała swój czas i wydaje się,  
że  
teraz nadchodzi czas ludzi. Nathan nie chciał widzieć także i naszego upadku, a  
Zielony  
zapragnął pozostawić po sobie tyle, ile się da. Dla dobra obu ras nie zwracali  
uwagi na  
różnice, jakie zachodzą między gatunkami. 
Nie tego oczekiwał Cabe po opowieściach, jakie słyszał, a jednak wyglądało to  
prawdopodobnie, kiedy odszukał wspomnienia Nathana spoczywające w jego umyśle.  
Zdał  
sobie sprawę, że była tam gdzieś wiedza o Poszukiwaczach, ale wyglądało to  
wszystko jak  
szukanie drogi w gęstej mgle. Nie mógł wyłowić nic szczególnego z przeszłości. 
Młode stawały się coraz bardziej podekscytowane. Obecność Zielonego była dla  
nich  
czymś nowym. Jak dotąd spędziły życie w obecności wielkich matek, które  
pilnowały  
wylęgarni pod nieufnymi spojrzeniami ludzi. Nie widziały nigdy samca ze swojego  
gatunku.  
Teraz jednak rozpoznały go bez najmniejszego problemu. 
Jeden z królewskich młodych, którego Cabe uznał za najstarszego, pewnie stanął  
na  
tylnich nogach. Na oczach Cabe’a jego pysk wydawał się spłaszczać, stawał się  
coraz bardziej  
podobny do ludzkiej twarzy, niż do smoczej paszczy. Ogon gada także zmalał. 
„On się uczy” - zdał sobie sprawę młody mag. Zaczyna się przekształcać ze  
smoczej  
postaci w ludzką. Wystarczył widok Zielonego, by młode nauczyły się go  
naśladować. 
Za tym pierwszym, który już się przeobraził, pozostałe również zaczęły zmieniać  
postać. Najpierw uczyniły to dwa królewskie młode, potem ich przyrodni bracia,  
którzy  
zostaną książętami lub wojownikami swojego gatunku, a na końcu samica (Gwen  
zapewniła  
go, że to rzeczywiście jest samica, sam nie chciał tego szczegółowo sprawdzać).  
Fakt, że  
przeobrażanie zajęło jej więcej czasu, niż młodym samcom, nie było czymś  
wyjątkowym. U  

background image

samic inaczej przebiegały procesy metaboliczne i choć zajmowały im więcej czasu,  
ich  
ludzkie postacie stawały się bardziej niż doskonałe. Cabe pamiętał, że niegdyś  
niemal padł  
ofiarą trzech takich kuszących piękności, które zamieszkiwały miejsce, do  
którego teraz się  
udawali. 
Nie podobała mu się przyszłość, jeśli miały się w niej znajdować smoki.  
Wiedział, że  
ich Królowie, choć teraz milczeli, jeszcze się nie poddali. 
Cabe podprowadził swojego konia tak blisko jak tylko mógł do smoczego władcy. 
- Dlaczego nie zniszczyłeś bandytów, gdy miałeś okazję? Mogą teraz zignorować  
twoje ostrzeżenia. 
Oczy Zielonego zwęziły się do wielkości małych, czerwonych punkcików. 
- Z tak liczną grupą - odparł - wolałem nie ryzykować. Mogłoby się coś złego  
przydarzyć młodym. Jeden celny strzał łucznika mógłby zabić następcę tronu.  
Wybrałem  
mniejsze zło. Jeśli spróbują jeszcze raz, stracą życie. Na razie darowałem im  
je. 
Zadowolony Cabe powstrzymywał konia, aż zrównał się z Gwen. Reszta karawany  
powoli wlokła się do przodu. Pomimo słów Smoczego Króla na temat czujnych i  
śledzących  
ich cały czas oczu, niejeden z obecnych nie mógł się powstrzymać od zerknięcia  
od czasu do  
czasu na bok. A jednak mimo wzmocnionej czujności, nikt, nawet Zielony Smok,  
który tak  
przechwalał się swoimi zdolnościami, nie ujrzał samotnej postaci ukrytej wysoko  
wśród  
drzew. Nie był to wężosmok, lecz ptasi stwór, który obserwował z góry wszystko z  
arogancją  
i czymś jeszcze. 
Zielony miał rację, mówiąc, że Poszukiwacze przygotowali kontrśrodki na  
wszystko.  
Obserwator był jednym z takich środków i dobrze potrafił się ukryć przed magami  
i smokami  
na dole. 
Czekał, aż karawana zniknie z zasięgu jego wzroku, zanim się poruszył. Potem  
cicho,  
zwinnie rozpostarł skrzydła i uniósł się w niebiosa, kierując na północny  
wschód. 
Samotny, zamknięty w swoich komnatach Gryf siedział w milczeniu, z umysłem  
zajętym wieloma trudnymi problemami. Tak, jakby układał puzzle, manewrował  
kawałkami  
informacji, próbując stwierdzić, czy zachodzą pomiędzy nimi jakiekolwiek  
powiązania. W ten  
właśnie sposób rządził miastem. I w ten właśnie sposób dowiadywał się więcej niż  
poprzez  
setki spotkań z rożnymi doradcami, których rad, według protokołu, musiał  
wysłuchiwać.  
Wątpił, czy choćby jeden z nich zdołałby mu pomóc w rozwiązaniu bodajże jednego  
z  
problemów, z którymi się teraz borykał. 
Służący przyniósł puchar czerwonego wina. Twarz Gryfa uformowała się w ludzki  
wizerunek. Mógł się teraz napić, nie rozlewając napoju. Wino było doskonałe, jak  
zwykle.  
Skinął głową w stronę sługi; ukryta w cieniu postać natychmiast wtopiła się w  
ścianę. Tacy  
słudzy denerwowali wiele osób, które mieszkały w pałacu, ale Gryf ignorował te  
uwagi,  
ponieważ potrzebował ich do wielu tajemnych zadań. Byli nie tylko służącymi, ale  
też jego  

background image

oczami i uszami. Samą swoją obecnością sprawiali, że nie czuł się jedynym  
dziwacznym  
stworzeniem w Penacles. 
Jego czuły słuch wychwycił dźwięk kogoś, kto podążał, jak się wydawało, ku niemu  
z  
określonym celem. Odwrócił się w kierunku drzwi. Dwa duże golemy stały na progu.  
W  
niewielkim stopniu przypominały ludzi. Gryf czekał. 
Nagle jedna z postaci otworzyła oczy, ukazując stalowoszarą pustkę w miejscu,  
gdzie  
powinny znajdować się źrenice. 
- - Generał Toos prosi o posłuchanie - wymruczało indywiduum. 
- - Niech wejdzie. 
Golemy były niezwykle skutecznymi stróżami, gdyż nic poza potężną magią nie  
mogło ich powstrzymać, jeśli uznałyby, że Gryf znajduje się w  
niebezpieczeństwie. 
Wysoki, chudy, przypominający lisa mężczyzna wkroczył do komnaty. W jego  
włosach odznaczało się srebrne pasmo; zaskakujące, gdyż większość ludzi  
wierzyła, że  
generał nie był zdolny do użycia magii. Znano go jednak z trafnych przeczuć i  
cudów  
zdarzających się w ostatniej chwili. Choć był człowiekiem, twierdził, że ma w  
sobie odrobinę  
elfiej krwi; nie wszyscy mu jednak wierzyli. Toos należał do najstarszych  
towarzyszy Gryfa.  
Co więcej, był jego bliskim przyjacielem. 
- - Panie. - Mężczyzna pochylił się w zwinnym, zręcznym ukłonie. Lata nie miały  
wpływu na jego szybkie ruchy. Był starszy niż większość ludzi. Prawdę mówiąc,  
uświadomił  
sobie Gryf, niemal dwa razy starszym niż najstarsi ludzie. 
- - Siadaj, proszę, Toos, i zapomnij o formalnościach. - Znowu powtarzała się ta  
sama scena, co zawsze. Generał był typem człowieka, który postępował zgodnie z  
protokołem, nawet w przypadku tych, których znał od lat. 
Toos zajął wskazane miejsce, o dziwo, nie gniotąc munduru. Ciągle zaskakiwał  
Gryfa.  
Chodził bez broni, a przecież nawet Penacles miało swoich zabójców. A jednak,  
choć i na  
niego zdarzały się napady, Toos zwycięsko i bez najmniejszego zadrapania  
wychodził z  
każdej opresji. 
Zza pasa wyciągnął pergamin i niechętnie wręczył go swemu panu. 
- - Powiedz coś więcej. O co chodzi? - odezwał się Gryf. 
- - Najpierw przeczytaj raport. 
Gryf rozwinął papirus i zaczął go studiować. Był to raport od jednego z jego  
szpiegów, który działał w przebraniu rybaka w nadmorskim mieście Irillian,  
głównym  
skupisku ludzi tego regionu, w mieście kontrolowanym przez Błękitnego Smoka. Nie  
było to  
jednak miejsce, z którego by Gryf oczekiwał jakichkolwiek ważnych wieści. 
Czytał fragment, który wskazał mu Toos, ignorując całą resztę. Dwie postacie w  
charakterystycznych czarnych zbrojach i wilczych hełmach jeźdźców ze wschodniego  
kontynentu zostały zauważone na drodze do jaskiń służących jako wejście do  
kryjówki  
prawdziwego władcy Irillianu. Jedna z nich pasowała do opisu, który Gryf  
przekazał swoim  
szpiegom - jeźdźca o imieniu D’Shay. 
D’Shay. 
Imię, które Gryf powinien znać i zapamiętać. Arystokratyczny jeździec zza  
Wschodnich Mórz. 
D’Shay był wilkiem w ludzkiej postaci, choć nie dosłownie. A jednak pan Penacles  
czułby się bardziej bezpiecznie, gdyby został osaczony przez zgraję prawdziwych  

background image

wściekłych  
wilków, niż teraz, kiedy stał oko w oko z jeźdźcem. Kiedy otaczały go wilki,  
przynajmniej  
wiedział przeciwko czemu walczy. 
Niepewność powróciła. D’Shay w zmowie z Błękitnym Smokiem. Pan Penacles nie  
dbał o zagrożenia, jakie tworzył ten sojusz. Pan Irillianu miał własnych  
jeźdźców, którzy byli  
nieustającym problemem nawet dla innych Smoczych Królów. A jednak w tej sprawie  
żaden  
z nich nie uczynił nic, mimo iż byli zwinni i utalentowani. Jedni Królowie nie  
wypowiadali  
prawdziwych wojen innym; był to stwierdzony fakt, choć krążyły plotki, że  
zdarzało się co  
innego. 
Nie zdawał sobie sprawy, że głośno mruczy imię D’Shaya, do momentu, kiedy  
odezwał się Toos. 
- Proszę, byś rozważył to, panie. Nie stać nas na żadne nowe kampanie w tej  
chwili.  
Nie możemy stwierdzić, kiedy Czarny Smok całkowicie powróci do sił. Teraz byłaby  
doskonała okazja, by raz na zawsze z nim skończyć. Jego fanatycy są słabi, a  
Szare Mgły  
ledwo przypominają opary. Lochivar widoczny jest z odległości wielu mil. 
Gryf, potrząsając głową, odrzucił tę sugestię. 
- - Nie stać nas na taką akcję - powiedział. - Mimo słabości Szarych Mgieł i  
Czarnego Smoka, lochivaryci i ci, których przyprowadzili jeźdźcy, potrafią  
walczyć. Wiedzą  
tyle, ile trzeba. Mgły tylko zwiększają wpływy Czarnego. Większość z tych ludzi  
wyrosła w  
glorii jego panowania. Jeśli powie: „Walczyć”, będą walczyć. 
- - Ale D’Shay jest... Gryfie, do jasnej cholery, wiem nad czym się  
zastanawiasz.  
Nawet o tym nie myśl! 
Spojrzeli sobie w oczy i to Toos w końcu odwrócił wzrok. Gryf spojrzał znacząco,  
aby  
uciszyć wszelkie komentarze, po czym napomniał swego zastępcę: 
- D’Shay prezentuje sobą zagrożenie, o którym nic nie wiemy. Wilczy jeźdźcy albo  
chcą założyć stały obóz w Smoczych Królestwach - nieustannie bowiem rozszerzają  
swoje  
terytorium łowieckie - albo ponieważ przegrywają wojnę toczoną po drugiej  
stronie mórz.  
Możliwe nawet, że D’Shay przyjechał jedynie z mojego powodu. Wie coś o mnie, i  
chciałbym się dowiedzieć, co to jest. Otrzymałem jeden z kawałków układanki,  
którą od  
dawna się bawiłem. - Lwioptak poklepał raport. - Dostarczył mi on dodatkowego  
fragmentu,  
którego potrzebowałem. Lochivar jest w tej chwili zbyt zmienny, aby mogli go  
uznać za  
przystań, ale Irillian jest doskonały. Powinienem sobie zdać z tego sprawę  
wcześniej. 
Toos ponuro spojrzał na Gryfa. Kiedy jego pan mówił w taki sposób, oznaczało to,  
że  
zamierza zrobić coś takiego, co żadnemu z władców nie przyszłoby do głowy. 
- Kto będzie rządził, kiedy ciebie zabraknie? - spytał. - Nie mówimy o jakiejś  
krótkiej  
podróży. Mówimy o terytorium Błękitnego Smoka. W przeciwieństwie do pana Lasu  
Dagora,  
on trzyma swoich ludzi silną ręką. Nie znajdziesz tam wielu sojuszników. Może  
ciebie nie  
być przez kilka miesięcy, albo nawet - tak, powiem to, do jasnej cholery - może  
cię zabraknąć  
na zawsze. Możesz zginąć! 

background image

Gryf wydawał się nieporuszony tym wybuchem. Pomysł podróży do Irillianu, aby  
odszukać wilczego jeźdźca, D’Shaya, stawała się coraz ważniejsza. Ostrożnie, aby  
narastająca  
obsesja się nie ujawniła, sam zadał pytanie: 
- Kto rządzi, kiedy mnie nie ma? 
Kolejny niewidoczny sługa przyniósł im słodycze, ale generał z irytacją odesłał  
i misę,  
i stworzenie. 
- - Niech cię cholera weźmie, jestem żołnierzem, byłym najemnikiem. Wykłócanie  
się z politykami to twoja robota. Co mnie obchodzi cena mąki, dopóki moi  
żołnierze i ich  
konie mająco jeść?! Rządzisz tutaj tak długo, że nikt nie wyobraża sobie innego  
władcy niż  
ciebie. Tylko tacy jak ja wciąż pamiętają, że kiedyś istniał Purpurowy Smok! 
- - Skończyłeś? - twarz Gryfa ponownie przybrała ptasi wizerunek, ale jego głos  
wyrażał rozbawienie. 
- - Tak - westchnął Toos. 
- - Przejmiesz władzę, jak zwykle? 
- - Tak, do cholery. Mogłeś chociaż wspomnieć wiedźminom o naszym drugim  
problemie, póki tu byli. Nie musiałbym się teraz martwić. 
- - Wypadek zamarznięcia wydaje się być odosobniony. Nikt nie zgłosił żadnych  
innych zwierząt zamarzniętych na kość, ani pól owsa pokrytych lodem.  
Skontaktowałem się  
już z tymi, którzy mają możliwości, aby dokładnie te przypadki sprawdzić. Jeśli  
mnie tu nie  
będzie, znajdą ciebie. 
Przez twarz człowieka przesunęło się chytre spojrzenie. 
- - Dlaczego nie wysłać tych... do diabła, w końcu są elfami... do Irillianu? 
- - Ponieważ w tamtym regionie, poza morską odmianą, nie ma elfów. A one tak jak  
i ludzie są lojalne wobec Błękitnego. - Gryf powstał z gracją kota. - Dlaczego  
nigdy nie  
możesz się obyć bez tego przedstawienia? 
- - Ponieważ stare przyzwyczajenia nie umierają tak łatwo i za każdym razem mam  
uczucie, że zostawisz mnie z tym całym królewskim brzemieniem, a sam zwiejesz na  
zawsze. 
- - Należałoby ci się, stary ogrze! 
Generał zachichotał, po czym przypomniał sobie, co poprzedniego dnia pokazał  
lwioptakowi. 
- Nadal wolałbym, aby byli tu Bedlamowie. Może coś o tym wiedzą. Ten muł,  
Gryfie,  
był twardy, niczym bryła lodu! Co mogłoby tak zamrozić jakieś stworzenie? 
Gryf nagle stwierdził, iż nie obchodzą go już muły, pola i czarodzieje. Teraz,  
kiedy  
zdecydował się wyruszyć z miasta, chciał to uczynić jak najszybciej. Nie miał  
zwyczaju  
lekceważyć żadnej zagadki. Ale możliwe, jak nigdy dotąd, że pojawiła się przed  
nim szansa,  
by upolować wilczego jeźdźca, D’Shaya. Same informacje, jakie by mu przekazał na  
ich  
temat D’Shay, mogłyby się okazać bezcenne. Lód był prawdopodobnie wynikiem błędu  
jakiegoś nieostrożnego czarodzieja, czy wiedźmy. Być może nawet jakimś głupim  
żartem  
leśnych elfów. Tak, to miało sens, zdecydował. Teraz nie było już powodów, aby  
się wahać. 
Gryf odwrócił się do zastępcy i wyłuszczył mu swoje przemyślenia. Generał Toos  
chyba nie zrozumiał wszystkiego, ale wkrótce miał wszystko pojąć. Lwioptak  
wiedział, że  
Toos wraz z upływem czasu do tego dojdzie. 
- - Teraz, skoro mamy już to za sobą - kontynuował - nie ma powodów do zwłoki.  
Toos, pokładam w tobie i twoich ludziach pełne zaufanie, ale jest coś, co muszę  
zrobić sam.  

background image

D’Shay kiedyś twierdził, iż jest w jakiś sposób połączony ze mną. Chcę się teraz  
przekonać,  
na czym to polega. A może wtedy po prostu łgał. 
- - Nie zdołałem powstrzymać cię, panie, kiedy dowodziłeś tylko naszą drużyną, a  
tym bardziej nie mogę nic zrobić, gdy zostałeś królem. Miałem nadzieję na coś  
innego. -  
Generał wyglądał na mocno poirytowanego sytuacją, ale wiedział, że nie ma  
wyboru. - Kiedy  
wyjeżdżasz? 
- - Jutro o poranku. Zadbaj, by osiodłano mi konia. 
- - O poranku?! Ty... - generał przerwał na widok wyrazu twarzy monarchy. - Tak  
jest, do ciężkiej cholery! Rozkaz! 
Gryf wskazał gestem najwierniejszemu przyjacielowi, by się oddalił. Toos  
spojrzał  
krzywo, ale nie zareagował. I tak to nie miało znaczenia dla Gryfa. Skargi Toosa  
i ministrów  
nigdy nie miały dla niego znaczenia. Znaczenie miała jedynie jego podróż do  
Irillianu. Tylko  
podróż i osoba zwana D’Shay’em. 
Poczuł pulsowanie w głowie i zaczął się zastanawiać, skąd się wzięło, jednak  
pulsowanie umilkło a wraz z nim i jego ciekawość. Liczyła się, przypomniał  
sobie, jedynie  
podroż do Irillianu i D’Shay. Nic poza tym. 
IV 
Toma z drżeniem wkroczył do zamarzniętej komnaty Lodowego Smoka. Zaczął już  
nienawidzieć tej zimnej, martwej cytadeli i jej jeszcze gorszych mieszkańców. To  
nie był taki  
Smoczy Król, jakiego oczekiwał. Lodowy, który tutaj rządził, był niemal tak samo  
martwy  
jak jego królestwo, ale dużo potężniejszy niż którykolwiek z Królów. Coś się  
szykowało i  
Toma spodziewał się, że niezbyt mu się to spodoba. 
Zadrżał, nie tylko z zimna. 
Lodowy leżał na szczątkach jakiejś pradawnej budowli. Był chudy, niemal  
wygłodzony, ale i tak większy od każdego z własnego gatunku. „Gigantyczne zwłoki  
-  
pomyślał ognisty smok. - Mam do czynienia z gigantycznymi zwłokami”. 
Zdawało mu się, że nikt go nie zauważył. Samotny smoczy wojownik stał niedaleko.  
Gdyby Toma nie widział powolnych ruchów klatki piersiowej przy wdechach i  
wydechach,  
pomyślałby, że smok jest zamarzniętym trupem, takim samym, jak ten, który go  
powitał w tej  
krainie. Strażnik ignorował go, patrząc prosto przed siebie na coś, czego Toma  
jeszcze nie  
mógł zauważyć. 
Powoli, jakby powstając z grobu, Lodowy otrząsnął się. Masywne, pokryte szronem  
skrzydła rozprostowały się z głośnym skrzypieniem. Toma uzmysłowił sobie, że  
smok po  
prostu łamie lód, który pokrył jego ciało podczas snu. Oczy otworzyły się i  
odsłoniły źrenice  
koloru jasnobłękitnej skóry dawno zamarzniętego człowieka. Zbyt przypominało mu  
to  
któregoś ze sług władcy. Coś tu było nie tak. Kiedy poprzedniego dnia w tym  
pomieszczeniu  
ostatni raz odwiedził Smoczego Króla, oczy te były niczym wieczny śnieg na  
zewnątrz. 
Lodowy spojrzał na niego bez cienia zainteresowania. 
- Życzysz sobie czegoś, książę Toma? - spytał. 
Nie rozmawiali jak równy z równym. Zasady takie smok ustalił wkrótce po ich  
pierwszym spotkaniu. Lodowy był jednym z Królów. Toma był jedynie książęcym  
smokiem i  

background image

jego zadaniem było służyć. 
- - Mój ojciec, twój władca... - zaczął nie bez powodu Toma. Jego autorytet  
liczył się  
jedynie wtedy, kiedy chodziło o Króla Królów. Lodowy zdawał się być dziwnie  
odległy od  
czasów, kiedy ważne było ciepło życia. Nieliczni z jego klanu, których Toma miał  
okazję tu  
ujrzeć, także dzielili nastawienie swego pana. Niemal zupełnie zapomnieli, czym  
jest życie. 
- - Tak? - w głosie Lodowego dało się wyczuć zniecierpliwienie. Tomę ucieszył  
ten  
fakt, gdyż oznaczał, że jakaś dawna cząstka starego Lodowego Smoka jeszcze w nim  
pozostała. Gdzie były emocje, tam było życie. 
- - Nie widzę dla niego żadnego lekarstwa. Sssspał... - Toma zaklął w duchu.  
Robił  
się poirytowany. - Spał jak radziłeś, ale nic się nie zmieniło. Brakuje mi  
wiedzy i  
umiejętności, by ocenić powód jego niedyspozycji, ale myślę, że odrobinę więcej  
ciepła nie  
zaszkodziłoby mu. Ty jednakże jesteś Smoczym Królem. Przyszedłem tu z powodu  
twojej  
potęgi i wiedzy. Musisz wiedzieć o czymś, co pomogłoby go uzdrowić! 
Lodowy drgnął i przez chwilę Toma sądził, że przypomniał sobie o czymś, co  
mogłoby pomóc. Okazało się jednak, że jego gospodarz miał umysł zaprzątnięty  
zupełnie  
innymi sprawami, nie związanymi z obecną sytuacją. 
- Głupie ssstwory - syknął. Jego oczy rozświetlił gniew. - Nie teraz! 
Nagle komnata stała się centrum potężnej burzy śnieżnej. Toma krzyknął  
zaskoczony,  
po czym w daremnej próbie zasłonił się płaszczem, pragnąc ukryć się przed  
zawieją. Śnieg  
dziko zacinał. Grzmiało i błyskało. Wiatr targał wszystkim tak, że Toma nic nie  
widział.  
Słyszał jedynie wycie wichury, a ponad nią unosił się ryk Lodowego, który z  
jakiegoś  
powodu wył z wściekłości. 
Tak samo jak nagle burza się rozpętała, tak samo nagle ucichła. Toma ze  
zdumieniem  
zdał sobie sprawę, że nie trwała dłużej niż minutę. 
Strząsając z twarzy śnieg i lód, spojrzał w górę na pana Północnych Pustkowi.  
Wokół  
Lodowego zapłonęła na mgnienie oka, przez ułamek sekundy aura. Dostrzegł jak  
nagle  
gospodarz się ożywił, gdy aura już zniknęła. 
Masywna głowa powędrowała w jego kierunku i Toma musiał się kilka kroków  
cofnąć. Nadal nie powrócił do swojej smoczej formy i nie miał na to najmniejszej  
ochoty. W  
naturalnej postaci byłoby zbyt trudno utrzymywać normalną temperaturę ciała, a  
gdyby  
Lodowy naprawdę chciał go zabić... 
- Ktoś nawiedził moje królestwo, na dodatek za pomocą magii - nagle odezwał się  
wielki smok. - Moje dzieci się tym zajmą. To da im przedsmak czegoś  
szczególnego. 
Poczuł lodowy oddech i szron na czole. Gospodarz spojrzał wokół, a następnie na  
ognistego smoka. Zapomniał o incydencie, który zdarzył się przed chwilą. 
- Możesz być spokojny, książę Toma. Jestem lojalny wobec tronu. Wszystko, co tu  
czynię, czynię w jego imieniu. Mój władca otrzyma należytą opiekę. Zobaczysz.  
Teraz muszę  
odpocząć... 
- - Jeśli mógłbym... - zaczął Toma. Oczy Lodowego zwęziły się. 
- - Chciałeś coś jeszcze? 

background image

Ognisty spojrzał w zimne, wąskie oczy i potrząsnął głową. Zbyt dobrze  
rozpoznawał  
znaki niebezpieczeństwa. Nie nadeszła jeszcze pora na poruszanie ważnych spraw.  
Lodowy z  
zadowoleniem położył głowę z powrotem na ruinach. Po raz pierwszy Toma przyjrzał  
im się  
uważnie. Kiedyś musiały być świątynią, uznał. Świątynią, którą nadal coś  
zamieszkiwało,  
gdyż w środku była dziura, czy też dół i właśnie ponad nią spoczywało trupio  
blade ciało  
smoka. 
Smoczy Król spoglądał na gościa jednym okiem, po czym zamknął je. Toma obrócił  
się i wyszedł z komnaty, zdając sobie sprawę, że jego wcześniejsze niepokoje  
były jak  
najbardziej słuszne. Coś się naprawdę działo. Prawdę mówiąc, sądził, że nie  
pojmuje powagi  
chwili. Cała wyprawa do tego miejsca była jedynie stratą czasu, a teraz być może  
także  
groziła mu śmiercią. 
Problem polegał na tym, iż wątpił, by Lodowy pozwolił mu żywemu opuścić  
Północne Pustkowia. 
W znany tylko sobie sposób, znaną tylko sobie drogą pan Lasu Dagora prowadził  
ich  
ukrytym przejściem, które zaoszczędziło im połowę czasu. Dwór najpierw był  
niemal  
niezauważalny, potem objawił się w całej krasie. Cabe patrzył na budowlę z  
zachwytem i  
dziwił się, jak mogła być tak wielka. Jego wspomnienia z tego miejsca sięgały  
czasów, gdy  
miał zaledwie kilka miesięcy, lecz ostatnia wizyta była gwałtowna i krótka, i na  
pewno nie  
pozwoliła mu podziwiać krajobrazów. 
Dwór był niesamowitym połączeniem natury i cywilizacji. Duża jego część została  
zbudowana wewnątrz gigantycznego drzewa. Stworzyli go artyści o ogromnym  
talencie i  
pracowitości. Budowla wznosiła się kilka metrów ponad poziom gruntu. W wielu  
miejscach  
trudno było stwierdzić, gdzie tak naprawdę jeden z tych dwóch elementów się  
kończy, a drugi  
zaczyna. Niektóre sponad tysięcy wznoszących się pnączy ukrywały fragmenty  
konstrukcji,  
ale większa jej część wyglądała, jakby ktoś dopiero poprzedniego dnia się z niej  
wyprowadził. 
Okoliczne rejony były niemal tak samo fascynujące jak sam Dwór. Twórcy, zamiast  
wyczyścić teren, tak wyrzeźbili otaczający krajobraz, że to, co wybudowali, tak  
naprawdę  
wyłaniało się ze wzgórz i roślinności. Jeśli było to dzieło Poszukiwaczy, w co  
wierzyła Gwen,  
wskazywało, że wszystkiego można się było po nich spodziewać. 
Z prawej strony, gdzie na wierzchowcu siedziała Gwen, usłyszał ciche, zgaszone  
westchnienie. Wspomnienia, jakich doznawał, nie należały do tych, które chciałby  
z nią  
dzielić. Nie liczyło się, że go kochała i to bardzo kochała. Nathan był jej  
pierwszą i do tego  
tragiczną miłością. Jej uczucia przeskoczyły od Nathana do Cabe’a niemal w  
jednej chwili,  
najpierw skuszone podobieństwami, a potem oplatane różnicami. 
A jednak Cabe nie mógł się powstrzymać od odrobiny zazdrości. 
Zielony powściągnął wierzchowca i zeskoczył na ziemię. Cała grupa stanęła i  
czekała.  
Było jasne, że Smoczy Król na coś wpadł. Kilkoro ludzi niespokojnie zaczęło  

background image

szeptać, ale  
Cabe uciszył ich jednym gestem. 
Zielony uniósł dłoń, uformował ją w pięść i powiedział coś, czego nie usłyszeli  
ani  
Cabe, ani Gwen. Chwilę później las wokół nich zaroił się od humanoidalnych  
stworów. Cabe  
obawiając się, że Zielony ich okłamał, łamiąc przysięgę, przygotował się na  
krótką i krwawą  
bitwę. 
Co dziwne, to Gwen go powstrzymała. Odwrócił głowę i spojrzał na nią zaskoczony,  
myśląc przez chwilę, że i ona stanęła przeciwko niemu. Szybko wyprowadziła go z  
błędu. 
- - Przykro mi, Cabe, uznaliśmy, że najlepiej będzie odczekać, aż pojawimy się  
tutaj. 
- - Uznaliśmy? 
- - Gryf, Zielony i ja. 
Nagle poczuł się otoczony przez wrogów, tylko dlatego, że nazywał się Bedlam. 
- - To nie tak! - dodała szybko, błyskawicznie odczytując jego myśli. -  
Zadecydowano, że powinniśmy mieć równą liczbę smoczych sług. W ten sposób obie  
rasy  
będą się uczyć. 
- - Smoki? 
Obie grupy patrzyły na siebie niespokojnie. Ludzie mruczeli między sobą, niezbyt  
zachwyceni pomysłem nocowania wśród smoków. Smoki zaś wiedziały, że pan i pani  
Dworu  
byli potężnymi czarodziejami i że ich właściciel oddawał ich w ręce wnuka  
najpotężniejszego  
ze Smoczych Mistrzów, co oznaczało najgorszy z możliwych koszmarów. 
- Cabe? 
Z wahaniem pokiwał głową. Dwie niechętne sobie grupy zaczęły się mieszać, a Gwen  
zsiadła z konia. Zarządziła postój i zajęła się jego organizacją. Napięcie było  
tak duże, że  
niemal wyczuwalne w powietrzu, ale nikt nie chciał rozgniewać magów ani Smoczego  
Króla.  
Cabe rozsiodłał wierzchowca i ruszył w kierunku lasu. Próbował jakoś to wszystko  
zrozumieć. Ostatecznie przyzwyczaił się do młodych, ale cały klan? 
Nagle stanął przed nim Zielony Smok. Cabe nawet nie zauważył, kiedy zszedł z  
konia,  
nie wspominając o tym, jak się tu zakradł. 
- Mimo różnic między naszymi rasami, czuję, że rozumiem niektóre z twoich obaw -  
odezwał się. - Dlatego biorę całą odpowiedzialność za członków mego klanu.  
Spoczywa ona  
na moich ramionach, Bedlamie. Cokolwiek by się stało, poniosę karę. Chciałbym,  
abyś o tym  
wiedział. 
Cabe powoli pokiwał głową, w najmniejszym nawet stopniu nie uspokojony. Zielony  
Smok podał mu swoją wyprofilowaną, czteropalczastą łapę. Zanim ludzki czarodziej  
ją  
uścisnął, patrzył na nią przez chwilę z uwagą. Uścisk Smoczego Króla był silny i  
Cabe był  
wdzięczny bóstwu, które opiekowało się jego palcami. 
- Lady Gwendolyn, jak sądzę, nie będzie ciebie potrzebowała w tej chwili. Proszę  
zatem, przejdź się ze mną. Chciałbym omówić kilka spraw. 
Spróbował odczytać, co się kryje w czerwonych oczach pod smoczym hełmem, ale  
były one równie nieprzeniknione jak wszystko inne, co dotyczyło gada. Cabe  
odwrócił się,  
aby poszukać wzrokiem Gwen, ale nie mógł jej nigdzie dojrzeć. 
- Słudzy wiedzą, co mają robić, a obie grupy na razie będą się starały nie  
wchodzić  
sobie wzajemnie w drogę. Nie masz się czym martwić. Twoja partnerka naprawia  
zaklęcia  

background image

otaczające Dwór. Pierwotny ochronny czar rozpada się. Kiedy lady Gwendolyn  
skończy,  
tylko ci, którzy będą mieli zezwolenie władcy i władczyni, zdołają tu wejść. -  
Cabe o nic nie  
pytał, więc pan Lasu Dagora dodał: - Nawet ja będę musiał mieć takie pozwolenie.  
Wasz dom  
będzie bezpieczny. 
Granice miały być zamknięte przed Smoczym Królem? Cóż, miało to sens. Zaklęcie  
najprawdopodobniej nie potrafiło rozróżniać pomiędzy jednym Królem a innym, a  
zarówno  
Srebrny jak i Lodowy mieli siedziby niedaleko stąd. Tak samo zresztą jak i  
Kryształowy, ale  
jego intencji nikt nie znał. 
- Chodźmy, Bedlamie. Nie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Pospacerujmy,  
podziwiając las. 
Ruszył za panem smoków, gdyż ten skierował się w stronę granic Dworu. Cabe nie  
wiedział, gdzie owe granice się znajdują, ale jego towarzysz zdawał się w tym  
orientować.  
Wiedział, co czynić, by nie zrobić kroku za daleko, wiedział też, kiedy  
zawrócić. 
- Istnieją - zaczął nagle gad - urazy pomiędzy smokami, a tymi, którzy noszą  
nazwisko  
Bedlam. Właściwie to za mało powiedziane. Są takie, spośród moich rodów, które  
odważyły  
mi się sprzeciwić, gdy dowiedziały się, że w samym środku naszego kraju ma  
zamieszkać  
Bedlam. 
„Zawsze dobrze wiedzieć, że jest się otoczonym przyjaciółmi” - gorzko pomyślał  
Cabe. 
- Dyskutowałem więcej niż raz ze Smoczym Mistrzem, Nathanem, sam zresztą dobrze  
o tym wiesz. Wierzę, że zostałem skażony ludzkimi cechami o wiele bardziej, niż  
którykolwiek z moich braci. Nawet mój sposób mówienia się zmienił. 
Smok zatrzymał się i zwrócił głowę w kierunku Cabe’a. Srogi wizerunek jego hełmu  
zdawał się informować, że jego właściciel gotów urządzić sobie posiłek z  
człowieka, ale  
słowa temu przeczyły. 
- Nauczyłem się cieszyć z tego, co inni nazywają ludzkim zagrożeniem. Nigdy nie  
byliśmy tak liczni, ani tak bogaci w wyobraźnię, jak wy. Nasze panowanie  
odznacza się  
stagnacją. Podejrzewam, że nic by nas nie powstrzymało w krótkim czasie przed  
upadkiem. 
Takie szczere wyznanie ze strony kogoś, kto powinien być zaprzysięgłym wrogiem,  
sprawiło, że Cabe niemal potknął się, starając się zapamiętać każde słowo swego  
przeciwnika; w ogóle nie zwracał uwagi na grunt pod nogami. Smok zdawał się tego  
nie  
zauważać. 
- Walczycie pomiędzy sobą, kłamiecie, niszczycie, uciekacie i kradniecie -  
ciągnął. -  
Pomimo tego staliście się potężniejsi od nas. Oprócz tego zdolni jesteście  
tworzyć, patrzeć w  
przyszłość, nie wdajecie się w beznadziejne boje, umiecie się podnieść, kiedy  
zostaniecie  
pokonani. My natomiast możemy ledwo zamarzyć o takich cechach. Dlatego pragnę,  
by  
młode zostały wychowane na ludzką modłę, jeśli to będzie tylko możliwe. Aby dać  
mojej  
rasie szansę. I aby dać obu rasom miejsce do życia na tych terenach. 
Cabe nie wiedział, co mu odpowiedzieć. Szli, ciągle oddalając się od granic  
Dworu.  
Za czasów, gdy w karczmie był chłopcem na posyłki, za nic nie potrafiłby sobie  
wyobrazić  

background image

siebie idącego ramię w ramię z jednym z najbardziej przerażających Smoczych  
Królów. 
Zatrzymał się. Smok spojrzał na niego. 
- - Czy coś... - urwał. 
- - Gwen! - Cabe obrócił się i zaczął biec, nie oglądając się na Zielonego. Była  
w  
niebezpieczeństwie. Przez chwilę musnęły go jej myśli. Poczuł, że Gwen zagraża  
niebezpieczeństwo, nie wiedział jednak jakie. Czuł jedynie jej panikę, nic  
więcej. 
Przeskoczył przez małe wzgórze, poczuł jak przechodzi go dreszcz. Trwało to  
tylko  
chwilkę, ale uznał, że dzieje się coś niedobrego. Z tyłu usłyszał wściekły  
krzyk. Zielony  
Smok wołał go po imieniu. Mimo pośpiechu, Cabe zatrzymał się i szybko odwrócił  
głowę. 
0 Smoczy władca stał przed wzgórkiem, rękoma opierając się powietrze.  
Najwyraźniej  
Gwen zdołała zmienić zaklęcie ochronne teraz smok nie miał już żadnej możliwości  
bez obcej  
pomocy wejść na teren Dworu. Cabe przypomniał sobie, jak niegdyś wpuścił do  
wewnątrz  
demonicznego Czarnego Konia. 
- Wejdź, przyjacielu - słowa nie brzmiały wtedy tak samo, ale ich znaczenie było  
wystarczająco jasne. Zobaczył jak smok runął do przodu. Zadowolony odwrócił się  
i ruszył  
dalej. Albo Smoczy Król go dogoni, albo spotka się z nim tam, gdziekolwiek owo  
„tam” się  
znajduje. 
Cabe biegł, wymijając zdumionych ludzi i smoki. Czuł, że znajduje się na  
właściwej  
drodze. Gwen opowiadała mu kiedyś, jak pomiędzy bliskimi sobie magami tworzyła  
się  
szczególna forma kontaktu. Nie zawsze była ona równie stabilna, ale w pewnych  
chwilach,  
gdy jedno z nich było potrzebne drugiemu, odczuwali tak samo, jak teraz on. 
Znalazł się już poza bezpośrednią okolicą Dworu. Granica musiała być już  
niedaleko.  
Gdzie... 
Leżała skręcona na kopcu położonym na pograniczu tego, co Cabe nazwałby  
ogrodem, blisko - jak się zorientował - miejsca, gdzie niegdyś znajdowało się  
jej bursztynowe  
więzienie. Była sama i leżała twarzą w dół koło długiego, przerośniętego rzędu  
krzewów.  
Dobiegł do niej i łagodnie obrócił ją na plecy. W pamięci sięgnął myślami do  
tego, co  
postrzegał jako widmo kolorów i zaczął manipulować czerwonawą wiązką. Zaklęcie  
otoczyło  
Gwen łagodną pos’wiata. Z jego ust wydobyło się westchnienie ulgi, był pewien,  
że  
przynajmniej fizycznie nie odniosła żadnych obrażeń. 
- Niczego tu nie ma... - rozległ się syk. 
Cabe drgnął. Był zbyt zatroskany, aby usłyszeć nadejście Zielonego Smoka. 
- - Wydaje się zdrowa, ale... 
- -...zobaczymy, kiedy się obudzi - dokończył za niego Zielony - co zdaje się  
właśnie  
czynić. 
Gwen rzeczywiście poruszyła się. Zadrżała i powoli tworzyła oczy. Gdy jej  
spojrzenie  
napotkało na Cabe’a, w oczach pojawiła się ogromna ulga. 
- - Bałam się... - odezwała się i nagle urwała, jakby niepewna. 
- - Co się stało? 

background image

- - Zaklęcie. Skończyłam je, nieprawdaż? - Przeszły ją ciarki. 
- - Tak - Cabe nie mógł się powstrzymać, by nie spojrzeć na boki. - Czy coś  
zdążyło  
się wcześniej wślizgnąć do środka? 
- - Z tego, co wiem, nic się tu nie kryje - rzekł Zielony Smok. - A szukam od  
chwili,  
kiedy Cabe po raz pierwszy poczuł niebezpieczeństwo. 
Mrugnęła. 
- - Grunt jest nienaruszony. Tego tu nie ma. Tak samo jak Poszukiwacza. 
- - Czego nie ma? Jakiego Poszukiwacza? 
- - To jest tam - zasugerował smok. Podążyli za jego spojrzeniem ku posągowi  
położonemu niemal na szczycie Dworu. Przedstawiał on Poszukiwacza w locie.  
Podobne  
posągi znajdowały się wszędzie. I tak samo jak ten wyglądały niezwykle  
realistycznie. 
Gwen spojrzała, marszcząc brwi. 
- - Nie, to nie mogło być to. Tak mi się wydaje. Nic na razie nie wyjaśnia tej  
obrzydliwości, którą widziałam. 
- - Jak to wyglądało? - spytał łagodnie Cabe. 
Zadrżała. 
- Było duże, całe pokryte białym futrem i miało wielkie pazury, jak stwór, który  
ryje  
w ziemi. Przysięgam, rozdarło ziemię na całym terenie. 
Cabe i Zielony spojrzeli wokół siebie, ale nic nie ujrzeli. Młody czarodziej  
zerknął na  
smoczego władcę. 
- Możliwe - zaczął smok - że przy zmianie starożytnych czarów niechcący  
uruchomiłaś jakieś stare zaklęcie, pułapkę Poszukiwaczy, być może przeznaczoną  
do  
odstraszania obcych. 
Czarodziejka nie zdawała się przekonana. 
- One ze sobą walczyły! - rzekła. - Przez chwilę czułam myśli ptaka. Nawet jego  
śmierć! A mimo wszystko, zdołał... to coś zabić. 
Smok wykonał gest, który wyglądał jak ludzkie wzruszenie ramion. 
- Nie wydaje mi się, by to było prawdziwe - powiedział. 
- Nikt inny tego nie zauważył. 
- - A więc zwariowałam? Czy to chcesz powiedzieć? 
- - W żadnym wypadku. Wierzę, że moja teoria jest rozsądna. Nie doskonała, być  
może, ale rozsądna. 
Gwen spojrzała w dal. 
- Byłam taka pewna, że to było prawdziwe... 
Za nimi zgromadziło się kilkoro ludzi i smoków. Ciekawość, a być może i  
niepewność  
pogodziła ich jak nic do tej pory. Cabe spojrzał na nich i zachmurzył się. Nie  
tak powinien  
wyglądać początek. 
- Wszystko w porządku - zawołał. - To wyczerpanie, nic więcej. Wracajcie do  
pracy. 
Słudzy powoli się rozeszli, ale Cabe wiedział, że nie byli całkowicie  
przekonani. Co  
więcej mógł powiedzieć? 
Gwen próbowała wstać, Cabe i smok jej pomogli. Nadal patrzyła gdzieś w dal. 
- Przysięgam, że w pewnej chwili Poszukiwacz ocalił mi życie 
- powiedziała. - Nie z altruistycznych pobudek, tylko dlatego, że było to  
konieczne,  
jak mi się wydaje. Pamiętam, że upadłam, chwycili mnie, a potem zemdlałam. 
- - Zapomnij teraz o tym - zasugerował Cabe. - Potrzebujesz odpoczynku.  
Porozmawiamy później. 
- - Chyba tak. 
Zielony położył łapę w rękawicy na jej ramieniu. 
- - Dla ciebie, Ognista Różo, wyślę swoje sługi, by przeszukały teren. Choć  

background image

Poszukiwacze są sprytni, mamy szansę, że odkryjemy kogoś, jeśli tylko znajduje  
się w  
pobliżu. 
- - To nie jest konieczne - potrząsnęła głową. 
- - Sądzę, że jessst. 
Gwen uśmiechnęła się i osunęła Cabe’owi w ramiona. Wraz z Zielonym odprowadzili  
ją do Dworu. Nie protestowała. 
Nawet gdyby spędzili kilka chwil dłużej na przeszukiwaniu terenu wokół miejsca  
upadku Pani z Bursztynu, prawdopodobnie nic by nie znaleźli. Ale było też  
możliwe, że  
gdyby uważniej przyjrzeli się krzakom, mogliby ujrzeć dwa pióra, które Gwen,  
upadając,  
niechcący wcisnęła głębiej. Pióra dużego ptaka, a może czegoś podobnego. 
Irillian, jako miasto rybackie, leżał tuż przy morzu. Bez względu na to, czy  
była wojna  
czy pokój, olbrzymie ilości ryb wędrowały do dalszych i bliskich osad w  
okolicach  
Wschodnich Mórz, których mieszkańcy sami nie mogli dokonywać połowów. 
Podczas, gdy całe flotylle łodzi wypływały na otwarte morze, tylko jedna  
poruszała  
się w przeciwnym kierunku - ku brzegowi. Drogi, którą przemierzała, unikali  
wszyscy  
rybacy, ponieważ prowadziła ku wejściu do Wodnej Przepaści i wielkich jaskiń  
częściowo  
zanurzonych pod poziomem wody. Stanowiły one wejście do podziemnego świata,  
którym  
zawiadywał prawdziwy władca Irilłianu, któremu podlegał ludzki namiestnik  
rządzący  
miastem. 
Świata Błękitnego Smoka. 
W słabym świetle przedświtu ledwo dało się odróżnić trzy postacie siedzące w  
łodzi.  
Jedną z nich był sternik, okryty zupełnie mokrym płaszczem wykonanym z morskich  
alg.  
Pasażerowie wiedzieli, że nie jest on człowiekiem i prawdopodobnie nigdy nim nie  
był, ale  
nie przeszkadzało im to. Sternik wykonywał swoje funkcje bez zarzutu i tak  
właśnie powinno  
być. Poza tym, bezsensowne było myślenie na ten temat. Pasażerowie widywali już  
dziwniejsze rzeczy w życiu. 
Obaj wyglądali niemal identycznie. Byli w skórzanych zbrojach, czarnych niczym  
bezksiężycowa noc, a na głowach mieli idealnie dopasowane hełmy z szerokimi  
osłonami na  
nosy, wystylizowane na głowę wilka. Ogon z sierści spływał z czubka hełmu,  
sięgając pół  
łokcia niżej. Obaj byli weteranami wielu walk, jednak nie otaczała ich ta sama  
aura,  
charakterystyczna dla tych, którzy urodzili się, by przewodzić. Jeden z nich był  
odrobinę  
niższy niż drugi i bardziej gładko ogolony. Drugi - zdecydowanie przywódca -  
zapuszczał  
małą, równo przyciętą bródkę. 
Rybak sam zdołał przyciągnąć do brzegu łódkę, wykazując przy tym niespotykaną  
siłę  
i zręczność, jednak przez cały czas nie odsłonił nawet najmniejszej części  
własnego ciała,  
włączając w to ręce i stopy. Dwaj wilczy jeźdźcy wysiedli i patrzyli przed  
siebie w milczeniu,  
podczas gdy rybak powoli odpływał. 
D’Shay uniósł hełm i starł z twarzy morską pianę. 
- - Zostaliśmy zauważeni, D’Laque. 

background image

- - Jak dawno, lordzie D’Shay? - Jego towarzysz podczas mówienia cały czas  
przestrzegał protokołu. 
- - Co najmniej tydzień temu. Być może dwa. 
- - A więc on już tu może być. - D’Laque zaczął lustrować wzrokiem plażę. 
- - To możliwe, ale nie sądzę. Bestia jest zbyt dobrym łowcą i zbyt ostrożnie  
podchodzi do polowania, aby wykonywać podobne ruchy. Nie, sądzę, że jest już  
niedaleko,  
ale jeszcze nie tutaj. Być może na razie tylko bada teren. 
D’Laque zmierzył wzrokiem swego przełożonego. 
- Mówisz to tak, jakby była to jakaś gra pomiędzy wami. On ma drugorzędne  
znaczenie. Najbardziej w tej chwili potrzebujemy miejsca na wylądowanie naszych  
łodzi.  
Przywódcy Watah niecierpliwią się, nawet D’Zayne, który przecież powinien  
dzielić twoje  
pragnienia. 
D’Shay wydawał się tym nieporuszony. 
- Wykonamy to zadanie, przyjacielu, ale pomyśl, jak zostaniemy powitani, jeśli  
przyniesiemy ze sobą głowę Gryfa. Wieści o tym, iż przeżył, nie zadowoliły  
zbytnio  
przywódców Watah. Powinno o tym świadczyć najlepiej... odwołanie... D’Morogue’a.  
Miał  
zapewnić nam powodzenie, jeśli pamiętasz. 
Drugi wilk z trudem przełknął ślinę. Nikt nie chciał myśleć o tym, co  
pozostawili  
biegusy z nieszczęsnego D’Morgue’a. Jeźdźcy, dowodzący w misjach takiej wagi,  
którzy  
zawiedli przywódców, nigdy nie awansowali, a często kończyli jako posiłek  
biegusów. Imię  
D’Morgue’a zostało skreślone z listy, jego D’ świadczące o przynależności  
kastowej  
zamieniono na R’, a on sam został zakneblowany, zaciągnięty i wrzucony do  
legowisk  
krwiożerczych biegusów. 
D’Laque patrzył na swego towarzysza, gdy ten zakładał hełm. Zastanawiał się,  
dlaczego nie został on dowódcą Watahy. Jego nieoficjalna władza była przecież  
wszystkim  
znana. Nikt spośród dowódców nie podjął żadnych kroków, jeśli D’Shay  
wypowiedział się  
przeciwko. Żaden z przywódców Watah nawet nie próbował wprowadzać nowych  
strategii  
walki, jeśli widział, że D’Shay ma poważniejsze zastrzeżenia. Tutaj, za morzami,  
znajdował  
się jeździec, którego bali się nawet zebrani przywódcy wszystkich Watah, a  
jednak ciągle nie  
był jednym z nich, pomimo swojej wyższości nad nimi. 
- - Czy życzysz sobie czegoś, D’Laque? - spytał arystokrata. Przez cały czas  
nawet  
na sekundę nie spojrzał na towarzysza podróży. 
- - Nie - D’Laque szybko potrząsnął głową. - Niczego, wielmożny D’Shay. 
- - W porządku. Myślałem, że być może masz jakieś wątpliwości, czy dobrze  
zrobiłeś, przyłączając się do mnie. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo musisz bać  
się starszego  
dozorcy, D’Raka. - D’Shay odwrócił się od morza i spojrzał na Irillian. Miasto  
nadal skąpane  
było w półmroku świtania, ale sądząc po dochodzących z niego dźwiękach,  
zaczynało się już  
budzić. - Wkrótce będziemy mogli zaoferować przywódcom Watah potężne skarby.  
Nowe  
tereny, nowe okręty, bogactwa, sojuszników i, ten ostatni, przechylający szalę  
na naszą stronę  
w wojnie z Krainą Snów element, przekazany bezpośrednio do rąk własnych.  

background image

Nareszcie. 
D’Laque ukrył krzywe spojrzenie, które pojawiło się na jego twarzy. Ogarnęło go  
niewyraźne uczucie, że nie miał zielonego pojęcia o pewnych decyzjach i bał się,  
że dowie się  
o wszystkim dopiero wtedy, kiedy będzie już zdecydowanie za późno. Przeczuwał,  
że D’Shay  
musiał pochwycić Gryfa, aby nie utracić wpływów. A to byłoby dokładnie to, czego  
pragnął  
D’Rak. 
Pozostawiłoby to też D’Laque’a bezbronnym w obliczu władcy, którego w tajemnicy  
zdradził. 
Czarne zbroje i wilcze hełmy. Gryfa nawiedzały złe sny, zatruwały każdą jego  
myśl.  
Im bardziej się zbliżał do kresu wędrówki, tym gorzej się czuł. Nie było jednak  
odwrotu. Nie  
chciał stracić szansy, miał zamiar dopaść i przesłuchać D’Shay’a. Nie pierwszy  
raz próbował  
wykonać takie zadanie; jeszcze za dawnych czasów czynił tak jako najemnik. Teraz  
jednak  
było inaczej. Wiedział, że ma obsesję na tym punkcie. Wiedział nawet, że uczucie  
to nie jest  
właściwe. Obsesja z reguły prowadziła do śmierci i najczęściej ginął ten, który  
ją miał. Poczuł  
pulsowanie w skroniach i przez chwilę zaczął się zastanawiał nad sensem owego  
zapamiętania i narastających emocji. Potem wszystko minęło, a determinacja  
powróciła.  
Zapomniał o wątpliwościach. 
Gryf potrząsnął głową, po czym jeszcze raz zaczął studiować mapę krainy  
Irillianu,  
czy raczej królestwa Błękitnego. Niektóre miejsca znajdowały się po prostu za  
daleko,  
pomyślał. 
Spojrzał przed siebie. Teren wokół niego wyglądał dość tajemniczo. Mimo, że  
niektóre drzewa i pola wydawały się od wieków nienaruszone, w pewnych miejscach  
zauważył pojedyncze tajemnicze kratery, zupełnie, jakby coś tu się kiedyś stało. 
Aby dotrzeć do Irillianu lądem, należało przejść przez stanowiące białą plamę na  
mapach tereny Burzowego Smoka. Pióra i sierść Gryfa zjeżyły się. Burzowy był  
jednym z  
tych Królów, którzy nigdy nie ukazywali swojej pełnej mocy. Lwioptak nigdy go  
nie spotkał,  
ani podczas Wojny Przełomowej, ani w późniejszych latach, choć byli przecież  
sąsiadami.  
Wiedział jedynie o mijającej dawnej chwale miasta Wenslis, znajdującego się w  
zachodniej  
części owej krainy i będącego najbliższym większym ludzkim skupiskiem w  
okolicach  
Irillianu, co jednak nie mówiło wiele. Wenslis znajdowało się tak samo daleko od  
morskiego  
portu jak od Penacles, ale choć stanowiłoby świetne miejsce na postój, zmusiłoby  
go do  
zejścia na kilkanaście dni z najkrótszej i najbliższej drogi. 
„Mam nadzieję, że nie czekasz na mnie z kolacją D’Shay - pomyślał gorzko Gryf -  
bo  
chyba się spóźnię”. Jeśli mapy, które zdołał wydobyć z Bibliotek, mówiły prawdę,  
droga nie  
okazała się ani odrobiny wygodniejsza. Tereny te miały obfitować w rozległe  
bagna, a  
najgorsze z nich znajdowało się na jego szlaku i było na tyle duże, że wszelkie  
próby obejścia  
go dookoła, mijały się z celem. 
Lochivar wyglądał nieprzyjemnie, ale wszystko można było zrzucić na karb  

background image

nieustających mgieł. Tereny te były tak wilgotne, jak tylko można było to sobie  
wyobrazić. 
To królestwo Burzowego Smoka. 
Ostatnia myśl jakby stała się sygnałem. Niebo z niewyobrażalną prędkością  
zaczęło  
się chmurzyć. Wicher ryknął jak wściekły. Gryf szybko zwinął mapy, włożył z  
powrotem do  
odpowiedniego pojemnika i przyczepił do siodła. To nie było dobre miejsce, aby  
dać się  
złapać burzy. Nie przy tych drzewach. Na prawo znajdowała się osłona skalna,  
może o  
godzinę drogi. Będzie suchy, jeśli tylko zdąży tam dotrzeć przed deszczem. 
Jego wierzchowiec, już dawno nauczony ufać swemu panu, pozwolił wybrać właściwą  
drogę i tempo. Gryf zazdrościł takiego zaufania, mając nadzieję, wbrew  
wszystkiemu, że  
zdoła się odwzajemnić, nie naprowadzając siebie i zwierzę wprost na jakąś ukrytą  
dziurę w  
ziemi, czy do kryjówki głodnego, pomniejszego smoka. 
Było już ciemno jak w nocy, oba księżyce znajdowały się za chmurami. Podkowy  
konia plaskały w coraz bardziej wilgotnej trawie i Gryf wiedział, że zbliża się  
do granic bagna  
szybciej, niż można by to było wynosić z mapy. Modlił się, by nie zrobiło się  
zbyt grząsko,  
zanim zdoła się ukryć przed wichrami, jeśli, rzecz jasna, dobrze odczytał mapy i  
własne  
położenie. 
Niebo zagrzmiało. 
Małe, ledwo widoczne stworzenia fruwały wokół niego i pędziły nie wiadomo dokąd.  
Skąd te wszystkie draństwa się brały? Mimo, iż w pobliżu pełno było  
drapieżników, Gryf  
miał kłopoty z upolowaniem czegokolwiek do jedzenia. Gdy tak patrzył na te  
dziwne stworki,  
zdawało się, że to burza wyciągnęła je z jam i czeluści. 
Albo coś je goniło, jak uświadomił sobie. Za późno. Właśnie w chwili, gdy duża,  
obrzydliwa głowa uniosła się ponad bagnistą ziemię. 
Koń wściekle próbował wydostać się na suchy ląd, ale jego kopyta natrafiały  
jedynie  
na błoto i szlam. Kiedy wykonał obrót, Gryf niemal wyleciał w powietrze. 
Smok obrócił swój słaby wzrok ku miejscu zamieszania. To jakiś starszy  
przedstawiciel swego gatunku, pomyślał Gryf. Młodszy smok gotowałby się już do  
skoku z  
szeroko rozwartą paszczą i wyciągniętymi szponami. Ten jednakże dopiero zdołał  
ocenić, że  
to, co widzi przed sobą, nadaje się do jedzenia. Było dużo większe i o wiele  
lepiej pachnące,  
niż małe stworzonka, którymi z reguły musiał się posilać. 
Niebo pękło, gdy pierwszy piorun uderzył w ziemię. Smok natychmiast zapomniał o  
swoim łupie i, spojrzawszy do góry, zadrżał. W świetle błyskawicy Gryf zdołał  
zobaczyć, że  
potwora pokrywały plamy niezdrowego, zielonego koloru. Był bardzo stary i  
prawdopodobnie już zdychał, ale najwyraźniej zamierzał żyć jeszcze na tyle  
długo, by  
przysporzyć mu kłopotów. 
Pragnął uniknąć wszelkich sztuczek z czarami, aby nie ściągnąć na siebie uwagi  
Burzowego lub któregokolwiek z jego sług, ale teraz nie było czasu na podobne  
zmartwienia.  
Stary czy też nie, smok był zagrożeniem, którego nie dało się uniknąć. W  
najlepszym  
wypadku, gdyby usiłował uciec, straciłby wierzchowca. Wystarczyłoby, aby stary  
smok tylko  
machnął pełną pazurów łapą, a cała okolica zostałaby udekorowana szczątkami  

background image

konia i  
jeźdźca. 
Bestia wykonała krok do przodu w kierunku tej dwójki i omal nie runęła w błoto.  
Łapa zapadła się głęboko w bagno. Zniecierpliwiony smok ryknął i zaczął ją  
wyciągać.  
Towarzyszyło mu głośne pluskanie. Błoto nie chciało jednak wypuścić kończyny. 
Oczy Gryfa rozszerzyły się. Uniósł obie ręce do góry. Równowagę utrzymywał  
jedynie dzięki temu, że mocno ściskał konia nogami. 
Zaklęcie było proste, powinno pozostać niezauważone. Po prostu przyspieszył  
nieco  
proces wchłaniania wody przez glebę. Przynajmniej, miał nadzieję, że to właśnie  
spowodował. Lata doświadczeń nie musiały uczynić ze zwykłego maga elementalisty.  
Oznaczały jedynie, że wiedział jak manipulować tymi mocami, by uzyskać rezultat,  
którego  
pragnął. 
Stwór rzucał się i miotał, starając się uwolnić nogę. Ale kiedy wreszcie zdołał  
tego  
dokonać, zatopił w błocie trzy pozostałe. Teraz już był zupełnie uwięziony.  
Syknął i spojrzał  
wściekle na Gryfa, jakby zdając sobie sprawę, że to władca Penacles winny jest  
wszystkiemu.  
Kiedy otworzył paszczę, Gryf uniósł przed siebie pięść, tworząc czarodziejską  
osłonę, ale nic  
się nie stało. Smok był zbyt stary, zbyt wycieńczony. Gdyby był młodszy, być  
może zdołałby  
się uwolnić, albo dmuchnąć płomieniem sięgającym dostatecznie daleko, by uczynić  
lwioptakowi jakąś krzywdę. Na szczęście tak się nie stało. Gryf powoli i  
ostrożnie pokierował  
swoim koniem, okrążając rzucającą się wściekle przeszkodę. 
Zaczął kropić deszcz. Gryf z obrzydzeniem potrząsnął grzywą. Nienawidził  
wilgoci, a  
jeszcze bardziej nienawidził deszczu. Nie była to najlepsza pora, by się myć i  
kąpać.  
Mamrocząc przekleństwa skierowane przeciwko Burzowemu, ocenił odległość od  
miejsca,  
gdzie mógł się poczuć bezpiecznie. Stary smok przestał się rzucać. Albo z  
wyczerpania, albo  
zdał sobie sprawę, że łatwiej będzie, jeśli się nie ruszy. Błoto sięgało mu już  
brzucha. 
Podczas, gdy deszcz padał coraz wścieklej, a ziemia znów zagrażała wciągnięciem  
konia i jeźdźca, Gryf ponownie zaczął obsesyjnie myśleć o swoich problemach.  
Jednak,  
pomyślał ponuro, nie zapewni mu to suchego i ciepłego noclegu. 
Bezpieczne miejsce wcale nie zdawało się przybliżać. Wszystko wskazywało na to,  
że  
Gryfa czeka bardzo długa i bardzo mokra podróż. 
Na nieszczęście większość z jego obaw potwierdziła się. 
Minęło więcej niż kilka dni, a granica pomiędzy krainą Burzowego a jego wodnego  
brata wciąż znajdowała się daleko. Dla Gryfa była to wieczność. Gdy mijał  
wielkie obszary  
tej krainy, deszcz ustał tylko raz i to na chwilkę, co także wydłużało wędrówkę.  
Zarówno  
lwioptakjak i jego wierzchowiec mieli absolutnie dość wody i błota. „To cud, że  
tu w ogóle  
cokolwiek mogło wyrosnąć, zanim utonęło - pomyślał Gryf. - Ciekawe, jak sobie  
tutaj radzą  
mieszkańcy Wenselis?” 
Pogoda nie była zresztą jego jedynym problemem. Dwukrotnie przelatywały ponad  
nim smoki patrolujące okolicę, a być może nawet poszukujące właśnie jego.  
Wiedział, że  
Smoczy Królowie mieli wszędzie na terenie królestw swoje oczy i uszy. Nie  

background image

oczekiwał, że  
zdoła utrzymać wyprawę w tajemnicy. Miał jednak nadzieję, że zanim wieść się  
rozejdzie,  
znajdzie się bliżej granic Irillianu. 
Przed nim ciągnęły się rozległe pola pełne moczarów i bagien. Do tej pory, mimo  
wszystko, nie opuszczało go szczęście. Oba patrole nie zauważyły go, ale teraz  
musiał  
wymijać także uważne śledzące wszystko oczy sług Błękitnego. Jeśli miałby  
niesamowite  
szczęście, być może dostrzegłyby go równocześnie patrole obu władców i  
pozabijały się w  
walce o to, kto otrzyma nagrodę. Wiedział, jak bardzo każdy z Królów pragnął  
jego śmierci i  
jaka sława otoczyłaby zarówno patrol jak i tego, który by się do niej  
przyczynił. 
Westchnął, wiedząc, że nic nie zdziała, jeśli nie wyruszy dalej. 
Koń stawiał nogi ostrożnie na częściowo zapadniętej ścieżce. Gryf, zdobywszy w  
ciągu kilku ostatnich dni nowe doświadczenia, wiedział, że nawet najbezpieczniej  
wyglądający kawałek gleby może okazać się zdradziecki. Zdawał sobie sprawę, że w  
pewnym  
momencie tej wędrówki straci konia, najprawdopodobniej w Irillianie, jeśli w  
ogóle dotrze tak  
daleko. Był jednak zdeterminowany. Postanowił zrobić wszystko, co w jego mocy,  
by koń  
został „przypadkiem” odnaleziony przez kogoś, kto się nim zajmie; naturalnie,  
jeśli dojdzie  
do najgorszego. Zdawał sobie sprawę, że jest to głupia, romantyczna nadzieja,  
ale zawsze  
miał zwyczaj nagradzać tych, którzy mu dobrze służyli, bez względu na to, czy  
byli ludźmi,  
czy też nie. Dobry sokół albo wierzchowiec mógł się okazać nieraz cenniejszy niż  
stu  
żołnierzy. 
Znów się zanosiło na burzę. Chmury zdawały się niemal żywe; z perfekcyjną  
dokładnością zgromadziły się nad jego głową. Przez chwilę zastanawiał się, czy  
nie został  
wystawiony, ale uznał, że to tylko przewrażliwienie. Deszcz ponownie zaczął  
padać. Koń  
parsknął z obrzydzeniem. Gryf też. 
Niebo zagrzmiało. Przez chmury przeleciało kilka błyskawic. Gryf przyzwyczaił  
się  
już i do jednego, i do drugiego. Nie zdołały go zniechęcić do dalszej podróży. 
Piorun strzelił nie dalej, niż dwadzieścia metrów od niego. Wstrząs odrzucił  
konia ze  
ścieżki, prosto w błotniste pole. Przerażone zwierzę zarżało, ale jeździec miał  
własne kłopoty.  
Noga zaplątała mu się w strzemię i niemal została zmiażdżona. Tylko nieludzki  
refleks  
spowodował, że w porę ją wydobył. 
Trzasnął kolejny piorun. Tym razem nieco bliżej. 
A jednak wystawiono go! 
Teraz objawiły się, wlatywały i wylatywały z ukrycia w chmurze. Co najmniej dwa  
smoki, może więcej; trudno powiedzieć, ponieważ tylko dwa były widoczne  
jednocześnie.  
Nie pamiętał wiele na temat poddanych Burzowego Smoka, oprócz tego, że bardzo  
chroniły  
swoje terytoria i potrafiły wytworzyć coś takiego, co niemal doskonale  
przypominało  
prawdziwą błyskawicę. 
Dlaczego czekali do ostatniej chwili? A może dopiero teraz go odkryli? Wydawało  
mu  

background image

się jednak, że było inaczej. Z jakiegoś powodu wystawiali go. 
Jego koń szamotał się w beznadziejnej próbie, by stanąć na czterech nogach,  
jednak  
błoto było zbyt śliskie. Gryf popatrzył na zwierzę, po czym zerknął do góry, gdy  
usłyszał  
dźwięk, który znał aż nazbyt dobrze. 
Jeden ze smoków leciał lotem ukośnym prosto na nich. Miał otwartą paszczę,  
pokazując przerażające kły. 
Prędkość, z którą pokonywał przestrzeń, była niesamowita. Odległość pomiędzy  
potworem a ziemią malała w błyskawicznym tempie. Władca Penacles został  
zmuszony, by  
odskoczyć od konia. Ponownie wpadł w błoto. Nie widział żadnej szansy ratunku.  
Nie miał  
dość czasu, aby wypowiedzieć w pełni zaklęcie. Nie miał nawet czasu, by sięgnąć  
do szyi po  
malutki gwizdek, który zachował właśnie na takie krytyczne sytuacje. Mógł mieć  
jedynie  
nadzieję, że smok chybi. Ale nawet jeśli chybi tylko odrobinę, to i tak nie  
wystarczy, by się  
uratować. Prawdopodobnie smok zdarłby z niego większą część pleców. 
Dały się słyszeć zarówno ryk smoka jak i rżenie konia. Fala wody uderzyła we  
wszystko, co było w okolicy, włączając w to Gryfa. Minęło kilka sekund i kiedy  
niczego nie  
poczuł, ostrożnie się odwrócił. Jego źrenice rozszerzyły się, bowiem zdał sobie  
nagle sprawę,  
jak w mgnieniu oka zmienił się jego los. 
Smok trafił, ale konia, nie jeźdźca. Piękny wierzchowiec zwisał teraz luźno z  
pazurów  
smoka, podczas gdy potwór unosił się ku górze. Nawet z tej odległości Gryf  
widział, że  
zwierzę nie żyje. 
Nadal padał deszcz, ale nawet nie w połowie tak silnie, jak przed atakiem. Gryf  
stał w  
wodzie po kolana i rozważał, co właściwie się stało. Smoki zabiły konia, lecz  
jego samego  
oszczędziły. Bardzo dziwne. Zupełnie, jakby pozwolono mu iść dalej. Ktoś dał mu  
do  
zrozumienia, że Burzowy na to się zgodził. 
Interesujące. 
Znalazł ścieżkę i stanął tam, niemal wyzywając smoki, aby wróciły. Nie uczyniły  
jednak tego. Pozwolono mu iść dalej. Z jednych tarapatów wpadał w drugie. Zdołał  
odnaleźć  
część bagaży, ale to wszystko. Nie miał już nic do jedzenia. W torbie zachowało  
się tylko  
kilka przedmiotów. Wrażenie, że ktoś nim manipuluje, nasiliło się. Wiedzieli, że  
jedzie, a to  
musiało oznaczać kłopoty. 
Wszystko w nim krzyczało, aby wracać do Penacles... a jednak nie mógł. Za każdym  
razem, gdy tylko pomyślał o powrocie do domu, wizerunek D’Shay’a sprawiał, że  
jego głowa  
unosiła się i zapominał o wszystkim innym. Westchnął, przerzucił przez ramię  
torbę i spojrzał  
w kierunku portowego miasta. Jeśli będzie miał szczęście, może zdąży tam  
dotrzeć, zanim  
umrze ze starości. Królestwo Burzowego Smoka było bagniste. Ziemie Błękitnego  
upstrzone  
niezliczonymi jeziorami, rzekami, stawami i wszelkimi innymi rodzajami przeszkód  
wodnych, jakie tylko dało się wyobrazić. Nawet konie z trudem by przeszły. Nie  
miał zbyt  
wielkich szans, aby pieszo osiągnąć cel w rozsądnym czasie. Większa część  
wędrówki  

background image

odbywałaby się i tak poprzez skomplikowany tor przeszkód, a nie prostą drogą. 
Błękitny Smok nie miał raczej powodów, aby obawiać się ataku od strony  
zachodnich  
swoich granic. Nieważne kim się było, teren sam w sobie stanowił naturalną  
obronę. Armie  
na tej ziemi zostałyby zdziesiątkowane. Tylko niebo było wolne, ale Gryf  
podejrzewał, że i je  
zbyt dobrze chroniono. Pan Irillianu wszystko robił dokładnie. 
Przez chwilę Gryf myślał o małych, nieużytecznych, skrzydlatych wyrostkach na  
swoich plecach i o tym, co mógłby zrobić, gdyby były one pełnych rozmiarów.  
Niewielu  
wiedziało o ich istnieniu. Bezużyteczne do lotu, zostały uznane przez Gryfa za  
kolejną wadę, i  
w związku z tym ukrywał je. Ale w chwilach takich jak ta myślał o tym, co by  
było, gdyby  
posiadł wszystkie atrybuty stworzenia, które tak przypominał. Zdawał sobie  
sprawę, że latać  
nie potrafi. Myślał o teleportacji, ale ponieważ nie miał możliwości  
sprawdzenia, co  
znajdowało się przed nim, ryzyko było zbyt duże w porównaniu z ewentualnymi  
korzyściami.  
Mógł skończyć w środku jeziora albo bagna, czy nawet jeszcze gorzej. 
Poprawił bagaż na ramieniu i ruszył w drogę. 
VI 
Pomimo incydentu z pierwszego dnia, życie we Dworze biegło spokojnie. Smoki i  
ludzie żyli z sobą w niepewnym pokoju, ale na nic więcej nie dało się liczyć.  
Nie było w tym  
nic dziwnego, zważywszy, że obie rasy starały się przebywać jak najdalej od  
siebie. Cabe  
cieszył się tylko, że jak dotąd nikt nie próbował nikogo zabić. 
Nic też nowego nie ustalono w sprawie wizji, którą miała Gwen. Strażnicy  
Zielonego  
w lesie nie donosili o niczym wyjątkowo niezwykłym. Nie było prawie żadnych  
śladów  
pojawienia się Poszukiwaczy, ale i Cabe, i Gwen wiedzieli jak niewiele to  
znaczy. Ptaki były  
bardzo tajemniczą rasą i umiały ukrywać swoje ślady. 
Jednakże niektóre fragmenty informacj i dochodzące do gadziego Króla  
zainteresowały Cabe’a. Tu i tam znajdowano całe partie umierającego lub już  
obumarłego  
lasu. Powodem było najwyraźniej niezwykłe zimno. Zima przecież jeszcze nie  
nadeszła, a  
nawet gdyby przyszła szybciej, nie zdołałaby naruszyć poważniej królestwa  
Zielonego  
Smoka. 
Cabe stał samotnie w ogrodzie ze wzrokiem skierowanymi na las, choć tak naprawdę  
wcale go nie dostrzegał. Jego myśli wędrowały innymi ścieżkami. Fakt zostania  
wiedźminem  
- uznał kiedyś - wpędził go w paranoję. Być może przesadzał z niepokojami, ale  
nie mógł  
jakoś wyrzucić tych „lodowych incydentów” z głowy. Nękały go wspomnienia,  
zarówno  
własne, jak i te, które zostały mu przekazane przez dziadka, Nathana. Był  
pewien, że istnieje  
między nimi jakiś związek. Wydawało mu się, że ostatnie wydarzenia łączą się w  
jakiś  
tajemniczy sposób z tymi, które miały miejsce dawno temu. Zarówno on jak i Gwen  
poczuli  
w samym sercu pałacu Gryfa lodowaty wicher. Chłód był nie tylko fizyczny;  
zmroził ich aż  
do szpiku kości. 

background image

Co dziwne, rozmyślania te sprawiły, że zaczął się zastanawiać nad swoimi snami.  
Nie  
wiedział dlaczego, ale czuł, że one też mają z tym jakiś związek. 
Uśmiechnął się ponuro. Myśli stawały się zbyt szalone. Zmusił się do zapomnienia  
o  
tym wszystkim i zaczął przechadzać się w nadziei, że uwolni swój umysł od takich  
irytujących zagadek. 
Ujrzał ludzi, którzy, pracując wspólnie z kilkoma smokami, próbowali oczyścić  
tereny  
wokół Dworu z kilkudziesięcioletniej warstwy starych, wyschniętych roślin i  
nieużytków.  
Smoki zdawały się w miarę spokojne, pomimo faktu, że ich moce prawie zupełnie  
zanikły w  
obrębie czaru ochronnego, co było dla nich zupełnie nowym przeżyciem. Nie mogły  
nawet  
powrócić do swej smoczej postaci, jeśli nie opuściły wpierw tego terenu. Stopień  
komplikacji  
zaklęcia zdumiewał go, ale niezwykle go też cieszył, zwłaszcza w chwilach, kiedy  
dochodziło  
do kłótni pomiędzy grupami. 
We Dworze dało się już niemal mieszkać. Ogród - miejsce, w którym stało niegdyś  
bursztynowe więzienie Gwen - był prawie oczyszczony. Stał się on jedynym  
miejscem na  
terenie całego Dworu, gdzie ludzie i smoki przebywali wspólnie, bez żadnych  
ograniczeń. Z  
ogrodu emanował spokój, którego Cabe nie zauważył podczas poprzedniej wizyty,  
być może  
dlatego, że wtedy został zaatakowany przez smoki, rzucano w niego magicznymi  
kryształowymi odłamkami i na dodatek pikowali na niego Poszukiwacze. Aż trudno  
było  
uwierzyć, że to ten sam ogród. 
Tak naprawdę to nie wieści Zielonego Smoka wyciągnęły go tutaj o tak wczesnej  
porze, ale kolejny nocny koszmar, tym razem bezowocny lot - ucieczka przed jego  
wszechobecnym ojcem, ponad niezliczonymi górami i poprzez setki, tysiące  
głębokich  
wilgotnych jaskiń. Za każdym razem Azran czekał na niego. Za każdym razem ciął  
go  
którymś ze swych demonicznych ostrzy. Sam Rogaty Miecz, który Cabe przez pewien  
czas  
nosił, był wystarczająco straszny, by się go bać. Tajemnicza rzecz, którą jego  
ojciec nazywał  
Bezimiennym... Cabe nie chciał nawet myśleć o tej broni. W końcu zapanowała ona  
nad  
starszym magiem. Tak z reguły bywało z demonicznymi mieczami, dlatego tylko tacy  
szaleńcy jak Azran Bedlam tworzyli je. 
Cabe dotknął swojej głowy. Wiedział, bez spoglądania w lustro, że większa cześć  
jego  
włosów była srebrna. Działo się tak z reguły po wyjątkowo strasznych koszmarach  
sennych.  
Ponownie odkrył związek pomiędzy dwoma elementami, ale nie znalazł przyczyny.  
Skrzywił  
się. Wystarczająco nieprzyjemne było to, że koszmary zaczęły się po chwili  
przerwy z  
początku podróży. Zupełnie jakby dościgły go, niczym psy gończe. 
Młody wiedźmin usiadł na pniaku i spojrzał w niebo. Ponownie pomyślał o tym,  
jakie  
proste było jego życie, zanim odnaleźli go Smoczy Królowie. 
Usłyszał głośny syk. Żaden człowiek nie był zdolny do wydawania takich dźwięków.  
Cabe podskoczył, z rękoma gotowymi do rzucenia czaru obronnego, jakiegokolwiek. 
Smok stał przed nim skulony, gotowy na cios potężnego czarnoksiężnika za zbytnie  
zbliżenie się. 

background image

- - Kim... - Cabe wziął głęboki oddech i zaczął jeszcze raz: - Kim jesteś?  
Dlaczego  
się tu zakradasz? 
- - Panie - syknął smok - jesssstem jedynie twoim ssssługą. Nie zakradałem się  
tutaj.  
Nawet cię nie zauważyłem, aż do chwili, kiedy niemal na ciebie nie wpadłem. 
Mag zlustrował go wzrokiem. Od stóp do głowy nie wyglądał inaczej, niż  
jakikolwiek  
inny humanoidalny smok. Cabe poruszył się. Była jakaś różnica, coś co zauważył u  
większości służących mu teraz smoków płci męskiej. 
- Twoje zwieńczenie hełmu... - powiedział, wskazując na jego niczym nie  
upiększone  
nakrycie głowy. - Co się z nim stało? 
Choć było ciemno, Cabe przysiągłby, że smok spojrzał na niego z  
zainteresowaniem. 
- - Nie wolno mi nosić zwieńczenia hełmu. Jestem tylko sługą. 
- - Sługą? 
- - Wykonuję obowiązki niegodne smoczych władców. 
A wiec tak, pomyślał Cabe. Kolejna kasta. Pierwsi i najważniejsi byli Smoczy  
Królowie i królewskie damy. Potem tacy jak Toma, czy Kyrg, którzy należeli do  
smoczej  
arystokracji, ponieważ urodzili się w królewskim gnieździe. Z nich rekrutowali  
się żołnierze i  
wojownicy. 
Nikt nigdy nie wspomniał mu o sługach, a wspomnienia, które odziedziczył po  
Nathanie, tylko sugerowały, że jego dziadek o tym wiedział. 
Smok czekał, niewątpliwie lekko zirytowany ciekawością człowieka, uznał Cabe. 
- - Co ty tutaj właściwie robisz? 
- - Odejdę, jeśli moja obecność przeszkadza ci, panie. - Sługa zaczął się  
odwracać. 
Cabe zaskoczył sam siebie, kładąc rękę na ramieniu smoka, aby go zatrzymać.  
Kiedy  
stwór zakręcił się, Cabe przez chwilę myślał, ze straci dłoń, więc szybko ją  
cofnął. 
Smok jedynie spojrzał na niego pytająco. 
- Czy chciałeś czegoś jeszcze, panie? 
- - Nie rozkazałem ci odejść. Spytałem jedynie, co tu robisz. Stwór wyglądał  
nieswojo. 
- - Łatwiej tutaj myśleć - odrzekł. Cabe pokiwał głową. 
- - O czym? 
- O tym, czego się od nas oczekuje. Tylko królewskie smoki miały jakikolwiek  
kontakt z waszą rasą, panie. Jesteście - błagam o wybaczenie - dziwnymi, słabymi  
stworzeniami, od których jesteśmy lepsi. - Zamarł na chwilę. - Tak przynajmniej  
się nam  
wmawia, panie. 
Cabe zauważył, że końcową część wypowiedzi smok dodał błyskawicznie, kiedy zdał  
sobie sprawę, że obraża swego nowego władcę. 
- Jak brzmi twoje... Czy w ogóle masz jakieś imię? Teraz to smok poczuł się  
urażony. 
- Oczywiście! Nie jessstem żadnym pomniejszym sssmokiem. Jessstem Ssarekai  
Disssama-il T... 
Cabe uniósł rękę, aby go uciszyć. 
- Jak długie są pełne imiona smoków? 
Zobaczył coś, co mogłoby się stać uśmiechem, choć dla smoka być może miało  
zupełnie inne znaczenie. 
- Słońce zdążyłoby powstać zanim bym skończył - odparł stwór. - Są w nie  
wliczone  
imiona wszystkich członków rodu, którzy zasługują na oddanie im czci. 
Biorąc pod uwagę jak długo rządzili Smoczy Królowie, Cabe podejrzewał, że sługa  
nie żartował, co do upływu czasu, jaki byłby potrzebny, by wypowiedzieć jego  
imię. 

background image

- - Będę cię nazywał Ssarekai. 
- - Dobrze, panie. Tak na mnie mówią członkowie mojej rasy. 
- - Jaka jest twoja funkcja? 
- - Trenuję i opiekuję się pomniejszymi smokami, przeznaczonymi dojazdy, choć -  
smok zawahał się - ostatnio zainteresowałem się końmi. 
Cabe skrzywił się, nie zrozumiawszy w pierwszej chwili. 
- - Nie wolno ci dotykać koni - powiedział. - Nie są przeznaczone do jedzenia. 
- - Sssą ponoć dość niesssmaczne, panie, ale myślałem o nich jako o  
wierzchowcach.  
Szybki koń ma olbrzymią przewagę nad smokiem, panie. 
W głowie Cabe’a zaczął się rodzić pewien pomysł. Dzięki niemu mogłyby się  
ocieplić  
nieco stosunki pomiędzy obiema grupami i uśmierzyłyby się jego własne obawy. 
- Czy rozmawiałeś z człowiekiem odpowiedzialnym za konie? - spytał. 
Gad potrząsnął przecząco głową. 
Cabe uśmiechnął się bardziej do siebie, niż do smoka, czując przypływ geniuszu. 
- Przyjdź do mnie po południu - powiedział. - Pójdziemy do niego razem.  
Chciałbym,  
abyście się poznali. 
Ssarekai się wzdrygnął. 
- - Czy muszę, panie? 
- - Tak - Cabe miał nadzieję, że zabrzmiało to wystarczająco szczerze. 
- - Wedle rozkazu. Jeśli pozwolisz, panie, mam jeszcze do wykonania pewne  
obowiązki: Mogę się oddalić? 
- - Idź. 
Cabe patrzył z wyjątkowym zadowoleniem jak smok odchodzi. Być może nareszcie  
zacznie sobie radzić. Być może, kiedy zda sobie sprawę z własnych możliwości,  
koszmary  
przestaną się pojawiać. 
Zapisał sobie w pamięci, by nie zapomnieć o spotkaniu ze smokiem. Postanowił  
także  
wydać polecenie służbie, by nie nazywano go bez przerwy panem. Brzmiało to jak  
hipokryzja. 
Coś się poruszyło koło bramy ogrodu. Najpierw Cabe pomyślał, że to Ssarekai  
wrócił,  
ale potem stwierdził, że postać była za mała i nie całkiem wyglądała na smoka. 
Elf? Było ich wiele rodzajów: niektóre wysokie jak ludzie, inne wzrostu  
krasnoludów,  
a Las Dagora był domem wielu z nich. 
- Kto tam? Kto idzie? 
Dał się słyszeć głęboki wdech, a potem postać rzuciła się przez krzewy do  
przodu.  
Cabe zaklął i ruszył za nią. Pamiętał o obawach Gwen, że to, co widziała, mogło  
się dostać do  
środka przed ukończeniem zaklęcia. Jeśli rzeczywiście się tak stało, wszyscy  
byli w  
niebezpieczeństwie. 
Znów zdołał uchwycić zarys postaci. Dziecko? Promienie światła przenikały teraz  
przez korony drzew. To nie mogło być dziecko. Postać wyglądała na zbyt  
zdeformowaną,  
wąską i dziwnie zgiętą. 
Poza tym byli jeszcze dwaj Smoczy Królowie, których granice łączyły się z  
królestwem Zielonego. Być może był to jeden z ich poddanych... 
Zbliżał się już do granicy zaklęcia, kiedy mały intruz nagle zawrócił w jego  
kierunku.  
Siła pędu sprawiła, że Cabe poleciał do przodu i przewrócił się o tajemniczą  
postać. 
Dał się słyszeć wściekły syk, kiedy zaplątali się w kłębowisku kończyn, a cały  
świat  
Cabe’a zakręcił się dookoła. Wykrzyczał serię przekleństw, których nauczył się  
jeszcze przed  

background image

dawnymi laty w oberży. 
Kiedy świat przestał się kręcić, Cabe patrzył wprost w twarz... smoka? 
Stwór rzucał się w jego rękach, ale uchwyt wiedźmina, mimo zdumienia rysującego  
się w jego oczach, był wystarczająco silny. To był, a zarazem nie był smok.  
Twarz miał  
płaską i zdecydowanie bardziej ludzką, niż jakikolwiek samiec. Nie nosił  
smoczego hełmu. W  
ogóle stworzenie nie miało żadnego hełmu. Głowa wyglądała jak głowa  
niedokończonej,  
okropnej lalki, która rzucała się, gryzła i kopała ze strachu. 
To jeden z młodych, pomyślał. Najstarszy z młodych. Należał do królewskiego  
rodu,  
ale kształt potrafił zmieniać w dużo większym stopniu, niż jakikolwiek inny  
smok. 
- - Ty - zdołał w końcu powiedzieć - będziesz dużym problemem. 
- - Prrrroblememmm - syknął smok. 
Cabe prawie go puścił. Wiedział od Zielonego, że młode rosły szybko i musiały  
się  
nauczyć nowych zasad, zanim miną owe lata. Zmienianie formy było najważniejszą z  
tych  
zasad. Kolejną była mowa. Prawie o tym zapomniał. 
Czteropazurzasta łapa przejechała mu po twarzy i przez chwilę zapomniał, że  
trzyma  
w rękach ognistego smoka. Młode przestawało się bać. Cabe wiedział, że jest  
uznawany za  
przywódcę przez młode, przynajmniej w takim stopniu, w jakim one rozumiały to  
wyrażenie.  
Dowodził, mimo swojego obcego wyglądu. 
Młody smok znów go drapnął. Tym razem Cabe uświadomił sobie, że nie trzyma w  
ręku ludzkiego dziecka. Jeden z pazurów młodego rozrył mu szeroką linią  
policzek. 
- Wystarczy tej zabawy - wymruczał Cabe. Odwrócił się i, przyciskając stworka do  
piersi - za cenę płaszcza - zdołał wstać... 
...i zauważył nieregularne wzniesienie za linią drzew. 
- Nie ruszaj się - powiedział. Podszedł do zbocza i poczuł lekki dreszcz. Minął  
barierę.  
Jego uścisk stał się silniejszy. Młody smok zaczął się jeszcze bardziej wyrywać. 
„To - pomyślał cierpko - nie będzie dobry dzień”. 
Wzgórze, o którym z tej odległości nie dało się powiedzieć nic więcej, wznosiło  
się  
daleko poza granicą zaklęcia. W każdych innych okolicznościach Cabe uznałby je  
po prostu  
za element normalnego ukształtowania terenu. Jednakże z bliska nietrudno było  
stwierdzić, że  
coś - coś dużego - zostało tam zakopane. Cabe stał w miejscu, z ciągle  
wyrywającym się  
maluchem po pachą, który od czasu do czasu wydawał osobliwe dźwięki w rodzaju:  
„porrrbllmmm”. Zastanawiał się, czy nie wezwać pomocy. 
- Cabe? 
Głos Gwen, łagodny, ale zarazem rozkazujący, dobiegał z kierunku ogrodu. 
- Cabe, gdzie jesteś? 
To zadecydowało. Wcisnął zirytowanego smoka pod ramię i ruszył z powrotem.  
Droga była trudniejsza i bardziej skomplikowana niż kiedy biegł w tę stronę, ale  
wynikało to  
zapewne z faktu, że wtedy był zbyt zajęty gonitwą za „niebezpiecznym potworem”,  
którego  
właśnie trzymał teraz pod pachą. 
Gwen, ubrana w szmaragdowy strój łowiecki, czekała na niego w ogrodzie. Nie była  
sama. Towarzyszyła jej inna, ubrana w błyszczącą suknię kobieta. Jej wygląd  
sugerował  
niespotykane piękno, kiedy tylko osiągnie wiek dorosły. Cabe był pewien, że nie  

background image

przypomina  
sobie podobnej kobiety w swojej grupie, a po chwili zdał sobie sprawę, z czego  
to wynika.  
Kobieta była smokiem. Przełknął ślinę. 
- Tego szukacie? - spytał niedbale i uniósł do góry ziewające młode. Niech  
myślą, że  
tylko z tego powodu tak wcześnie wstał. 
Smoczyca wydała westchnienie ulgi, a małe natychmiast przytuliło się do niej.  
Gwen  
uśmiechnęła się zadowolona i dumna, sprawiając, że Cabe poczuł się bardziej jak  
uczniak,  
który właśnie zdał egzamin przed swoim ulubionym nauczycielem, niż mistrz magii. 
Kobieta-smok patrzyła na Cabe’a w zupełnie inny sposób. Jeśli istniało coś, co  
damy  
lubiły bardziej niż owijanie sobie wokół palca mężczyzn, to była to władza. A  
Cabe stwarzał  
możliwości zarówno dla jednego jak i dla drugiego. Teraz starał się ignorować ją  
tak bardzo  
jak tylko było to możliwe. 
Na szczęście Gwen właśnie się odezwała: 
- - Kobiety pilnujące małego odeszły na krótką chwilę, by sprawdzić, co robią  
inne  
małe. Smoczątko tymczasem w okamgnieniu zniknęło. - Gwen spojrzała z  
zainteresowaniem  
na ludzką postać młodego. - Teraz już rozumiem w jaki sposób... Niesamowite. 
- - Bardziej niż niesamowite. Spójrz na jego twarz. 
Obie kobiety wykonały jego polecenie. Cabe poczuł zadowolenie na widok  
znikającego wszechwiedzącego wyrazu, choćby tylko na chwilę, z twarzy damy. 
- Czy kiedykolwiek widziałaś coś podobnego? - spytał. 
Wykorzystała sytuację, aby rzucić mu spojrzenie niewiele mające wspólnego z  
obecną  
sytuacją, a sugerujące inne możliwości. Jednak, gdy twarz Cabe’a pozostała  
niewzruszona,  
odpowiedziała: 
- Nigdy, panie. Słyszałam o tym kiedyś. Tylko stare opowieści. Mówiło się, że  
książę  
Toma ma podobne zdolności, ale nie słyszałam o nikim innym. 
- Toma. No tak, on rzeczywiście jest wyjątkowy. Gwen skinęła głową. 
- Wszyscy będziemy musieli na niego zwracać szczególną uwagę. To dziecko Króla,  
z  
niesamowitymi możliwościami. Już teraz potrafi zmieniać kształty lepiej niż  
dorośli. 
Żaden smok-samiec nie mógł przybierać więcej niż jednej postaci poza swoją  
normalną smoczą figurą. I zawsze była to postać wojownika w zbroi,  
prawdopodobnie  
dlatego, że wybrana została przez pierwszych Królów. Samice mogły przybierać  
różne  
oblicza, ale zawsze posiadały pewne cechy wspólne, które sprawiały, że wyglądały  
niczym  
siostry swoich poprzednich postaci. To był szczyt możliwości dla wszystkich  
smoków, poza  
Tomą. Toma, jak odkryto, mógł nie tylko przybierać postać wojownika.  
Wielokrotnie  
upodabniał się też do któregoś ze Smoczych Królów i uczestniczył w spotkaniach  
Rady.  
J?rzyznał się wprawdzie, że nie potrafi przez dłuższy czas pozostawać w obcej  
postaci,  
stanowiło to jednak i tak o wiele więcej, niż mogli dokonać inni władcy. 
Kiedy Cabe przypomniał sobie o wzniesieniu, dwie kobiety zaczęły zawracać w  
kierunku Dworu. Smoczycy pozwolił odejść, ale Gwen poprosił, by poczekała. Gdy  
już  

background image

zostali sami, poprowadził ją w sobie znanym kierunku. 
- - Co się stało? - spytała. 
- - Myślę, choć to tylko przeczucie, że znalazłem coś, co powinnaś zobaczyć. 
Rozejrzała się. 
- - Jeśli pójdziemy dalej, znajdziemy się poza zasięgiem zaklęcia - oznajmiła. -  
Co  
takiego chcesz mi pokazać? 
- - Naprawdę nie wiem. 
Wiedział jednak, że coś w tym wzgórzu go niepokoiło. 
Gwen podążała za nim w milczeniu. Dojście na miejsce trwało trochę dłużej,  
ponieważ Cabe nagle nie mógł sobie dokładnie przypomnieć, gdzie znajdowało się  
jego  
znalezisko. To nie powinno się zdarzyć. Ale potem spojrzał w dół i ujrzał  
miejsce, gdzie  
rośliny zostały zgniecione przez ciężar dwóch ciał - jego i młodego smoka.  
Spojrzał w  
kierunku lasu i po dłuższej chwili nareszcie zauważył wzniesienie. Wystarczyło  
jedno  
spojrzenie, by jeszcze bardziej się zdenerwować. 
- Tam - wskazał i nie zważając na barierę, ruszył w kierunku zbocza. Gwen po  
chwili  
wahania podążyła za nim, obiecując sobie, że niezależnie od faktu, że go kocha,  
jeśli  
wycieczka okaże się bezowocna, zrobi mu awanturę. 
Podeszli nieco bliżej. Przez ciało Cabe’a przeszły dreszcze sięgające głębi  
duszy.  
Zatrzymał się na chwilę, lecz ciekawość okazała się silniejsza. Gwen także  
przystanęła, ale z  
innego powodu. Wzniesienie budziło w niej wspomnienia. Straszne, niedawne  
wspomnienia. 
- - Cabe... - Jej głos przepełniony był narastającym lękiem. Spojrzał na nią  
zatroskany. 
- - Odsuń się - powiedziała. 
Kiedy wypełnił polecenie, uniosła ręce i wykonała kilka gestów. Coś zaczęło  
odrzucać  
ziemię ze wzniesienia, jakby pracował tam ktoś z niewidzialną łopatą. 
Cabe spojrzał z ukosa. Gwen trwała w napięciu, zagryzając wargi, podczas, gdy z  
głębi stoku wyłaniał się jakiś stwór. Natychmiast zatrzymała zaklęcie i, ku  
zdumieniu Cabe’a,  
ruszyła w kierunku monstrum, aby go zbadać. Jednak nie dotknęła go. Nie winił  
jej za to. Od  
potwora emanowała tak silna aura nierealności, że miał ochotę schować się do  
mysiej dziury,  
by tylko uciec. 
Gwen po chwili wstała. Wyraz jej twarzy przeraził Cabe’a. 
- Co się stało? - spytał. 
Nie od razu odpowiedziała, tylko stała i kręciła głową, przerażona i  
wstrząśnięta  
widokiem. 
- Gwen? 
- Cabe, to moja wizja - wyszeptała. - To... to stworzenie z mojej wizji. Wiem,  
że tak  
jest. 
Nagle zachwiała się. Cabe był tak zaskoczony, że dopiero w ostatniej chwili  
powstrzymał ją przed upadkiem. Stał teraz nad bezwładnym ciałem i patrzył na  
częściowo  
odkryty, biały, kościsty twór. 
Ponownie zadrżał. 
VII 
Oderwał wzrok od wzniesienia i spojrzał na Gwen. Zatrzepotała powiekami i  
uchwyciła jego spojrzenie. Nadal widać było w jej twarzy trwogę, ale powoli  

background image

zaczynała  
dochodzić do siebie. 
- Cabe, pomóż mi stanąć na nogach. 
Spełnił jej prośbę. Gwałtownie wyrwała się z jego ramion i ruszyła w kierunku  
monstrum. Zatrzymała się na odległość wyciągniętej ręki od kopca. Cabe pozostał  
na miejscu  
i z napięciem śledził ruchy Gwen, obawiając się, że żona znowu straci  
przytomność. 
Cały czas patrzyła rozszerzonymi, czerwonymi oczami. Jedną ręką zasłaniała sobie  
usta. Zaczęła szeptać: 
- To prawdziwe. To naprawdę istnieje. 
Cabe stanął za nią, próbując ją uspokoić, jednocześnie patrząc na wzgórze. 
- Cokolwiek by to nie było, nie żyje. Nie ma się czego bać - powiedział. 
Mimo, iż stwór nie dawał znaków życia, nadal napełniał go trwogą. Cabe teraz już  
wiedział, czego się boi. Miał uczucie, że ten stwór może go wyssać do cna, może  
wyciągnąć z  
niego wszystkie soki, wszystko, co ma. Irracjonalne uczucie, ale niezwykle  
silne. 
- A jednak to nie był sen - czarodziejka mruczała podnosem. 
- To wcale nie był sen. 
- Sen? 
Cabe nagle przypomniał sobie całą wizję, którą opisała mu Gwen 
- atak kopiącego pod ziemią stwora i ratunek idący ze strony Poszukiwacza. To  
było  
stworzenie ze snu? Wzdrygnął się zadowolony przede wszystkim z tego, że potwór  
spoczywał  
pod ziemią. Jak długo krążył wokół Dworu? Czy rzeczywiście znajdował się  
wewnątrz granic  
zaklęcia? Dlaczego tak trudno było go odnaleźć? 
Usłyszeli z tyłu krzyki. Jeden ze służących najwyraźniej ujrzał jak Pani z  
Bursztynu  
pada i w tym momencie kilkanaście postaci - zarówno smoków jak i ludzi -  
niespokojnie  
podążało w kierunku dwojga magów. Cabe kazał im się zatrzymać na tyle daleko, by  
nie  
mogli zobaczyć potwora. Uważał, że im mniej osób o tym wie, tym lepiej. Zobaczył  
go  
jednak Ssarekai. 
Patrzył teraz na nieruchomy obiekt i cały drżał. 
- Panie, co... Cabe przerwał mu. 
- - Dajesz sobie radę, jak przypuszczam, z jazdą na smokach. A może szybciej by  
było, gdybyś użył własnej smoczej postaci? 
- - Smoki dojazdy są szybsze niż my. Nam brakuje kondycji na długie loty i  
szybko  
się męczymy. Patrole są dobre, ale... 
- - A więc weź jednego z nich i jedź do swojego pana. Przekaż mu ode mnie  
wiadomość, że mamy tu coś, co wymaga jego uwagi. Opisz to, jeśli władca zażąda. 
- - Panie, las... - Ssarekai zaczął, po czym westchnął i zamknął usta, bowiem  
zauważył, że Cabe ma mu zamiar znowu przerwać. 
- - Czy inne wieści dotrą szybciej niż twoje? I czy równie dokładnie jak twoje  
zostaną przekazane? Kto jeszcze w tym czasie może posiąść naszą tajemnicę? 
Smok potrząsnął głową. Zrozumiał. 
- - Wyruszę natychmiast - powiedział. 
- - Dziękuję ci. 
Ssarekai oddalił się. Cabe spojrzał na innych i skrzywił się. Być może za dużo  
szumu  
robił wokół całej sprawy. Na razie miał jedynie martwe stworzenie i aż nazbyt  
prawdziwy sen  
Gwen. 
Pozostali wyczekiwali nieopodal, szepcząc między sobą i próbując się domyśleć  
przyczyn zasłabnięcia Gwen. Niektórzy chcieli przepytać Ssarekai i wtedy Cabe  

background image

zdał sobie  
sprawę, że zapomniał go uprzedzić, by milczał. Smok najwyraźniej jednak domyślał  
się, jak  
ma postępować, ponieważ zignorował pytania i biegł dalej. 
- - Poszukiwacz. 
- - Co? - Cabe błyskawicznie odwrócił się, oczekując, że zobaczy skaczącego na  
niego prosto z czubka jakiegoś drzewa ptaka. Nic się takiego jednak nie stało.  
Jedynie Gwen  
pochylała się z zainteresowaniem nad wielkimi zwłokami, oglądając je cały czas z  
dystansu. 
- - Poszukiwacz - głos Gwen był cichy. Nawet zdenerwowana nie chciała  
wywoływać paniki. - W mojej... wizji... występował Poszukiwacz. Ciekawa jestem,  
co się z  
nim stało? Dlaczego mnie ocalił? 
Ta myśl nawet nie przeszła Cabe’owi przez głowę. Jeśli stwór, który przed nimi  
leżał,  
był prawdziwy, dlaczego nie miałoby być podobnie z Poszukiwaczem? I dlaczego  
Poszukiwacz uratował Gwen, i walczył z potworem? 
- - To musiało być prawdziwe, Cabe. Musiał tu być Poszukiwacz. - Gwen wstała,  
cały czas nie spuszczając wzroku z ciała i nie dotykając go. 
- - Dlaczego tak sądzisz? 
- - Ta wizja. To musiała być nieświadoma transmisja z umysłu Poszukiwacza.  
Przekręcona, ponieważ one nie patrzą, ani nie słyszą tak jak my. Pamiętasz  
przecież. 
Pamiętał. 
Pamiętał Poszukiwacza, który przyszedł do niego, kiedy był uwięziony przez  
swojego  
ojca. Poszukiwacze służyli Azranowi, ale nienawidzili go bardziej niż  
któregokolwiek  
człowieka, a ten Poszukiwacz próbował namówić Cabe’a, by zaatakował ojca, jeśli  
zostanie  
przez niego uwolniony. Cabe, nie zdając sobie wówczas sprawy z własnych mocy,  
odmówił.  
Poszukiwacz nie powiedział ani słowa. Dotknął tylko głowy Cabe’a i przekazał mu  
wiadomość poprzez emocje i obrazy. Obrazy Azrana zamordowanego na tysiąc  
skrytych  
sposobów. Cabe nigdy nie powiedział o tym Gwen. To właśnie sprawiło, że odmówił,  
oprócz  
- rzecz jasna - oczywistego faktu, że brakowało mu, jeśli nie możliwości, to  
wiary we własne  
siły. 
- Cabe - rzekła Gwen - nadal jestem pewna, że Poszukiwacz zginął, zabijając to  
coś.  
Myślę, że właśnie dlatego zemdlałam. 
- Dlaczego spadło to na ciebie? Dlaczego tobie chciał coś przekazać? 
Nadal nie odwracała wzroku od stwora. Obejmowała się rękoma, jakby było jej  
bardzo zimno. 
- Nauczono mnie pewnych rzeczy. Umiem... odczuwać teren, nawet lepiej niż  
stworzenia, które go zamieszkują. Czuję rzeczy, których ty nie odbierasz.  
Podejrzewam, że  
Poszukiwacz nadawał przypadkowo, mając nadzieję, że dotrze do kogoś z jego  
gatunku. Być  
może ratunek nie był prawdziwy. Być może tylko tak odebrałam jego myśli. Wiem  
jednak, że  
czyn Poszukiwacza mnie uratował. I nieważne, czy uczynił to świadomie, czy też  
nie. Ja...  
ja... to wszystko tylko zgaduję. 
Cabe pokiwał głową. Odgłosy zgromadzenia stawały się coraz głośniejsze i  
bliższe.  
Odwrócił się do zebranej grupy. 
- Wracajcie do swoich prac. Ty i ty - wskazał na człowieka, o którym wiedział,  

background image

że był  
żołnierzem i jednego ze smoków, który miał ozdobny hełm. - Zanim pojawi się pan  
Lasu  
Dagora, nikomu nie wolno tu wchodzić. Dopilnujcie tego. 
Jakże bardzo musiał się przekształcić jego umysł, zastanowił się, skoro w całym  
tym  
chaosie nadal robił wszystko, by zbliżyć do siebie ludzi i smoki. Wybranie  
jednego człowieka  
i jednego smoka w sytuacji, kiedy mógł po prostu rzucić zaklęcie ochronne,  
wydawało się  
głupotą, ale uparł się, by to wykonać. „Użyj potencjalnego niebezpieczeństwa,  
aby bardziej  
ich do siebie zbliżyć” - szepnęło mu coś w głębi umysłu. 
Porada od Nathana? 
Coś jeszcze go dręczyło. Coś, co dotyczyło potwora. Nie dotknął go jeszcze, ale  
w  
przeciwieństwie do Gwen, zaczynała w nim narastać potrzeba takiego kontaktu.  
Czuł, że  
powinien coś o nim wiedzieć. Dotknięcie go jednak... 
Zanim Zielony Smok dotrze na miejsce, na pewno minie trochę czasu. Nawet, gdy  
będzie się poruszać z największą szybkością, zjawi się tu najwcześniej  
następnego dnia rano.  
Mógłby poprosić Gwen o zasięgnięcie języka na temat potwora u mieszkańców Lasu  
Dagora,  
ale podejrzewał, że niewiele by wiedzieli, może oprócz drogi, jaką poruszał się  
stwór. Fakt  
jednak, że nikt nie próbował ich ostrzec, dawał wiele do myślenia. Ale ten  
potwór był  
kopaczem i prawdopodobnie nikt go nawet nie zauważył. 
- - Powinniśmy to zniszczyć - usłyszał głos Gwen. 
- - Nie, dopóki nie zobaczy go Zielony Smok. Spojrzała na zwłoki z obrzydzeniem. 
- Może i tak, ale nadal mam uczucie, jakby to coś chciało wszystko z nas wyssać. 
Wyssać. To samo uczucie towarzyszyło Cabe’owi. To nie było zwykłe stworzenie.  
Było powołane do życia przez jakąś perwersyjną moc. Ten stwór był obrazą natury,  
samego  
życia. 
Czy stworzył to Toma? 
Cabe potrząsnął głową. Małe prawdopodobieństwo, nic więcej. Istniały zagrożenia  
z  
innych stron, nie tylko od tego jednego smoka. Zdecydowanie zbyt wiele zagrożeń. 
„Gdybym mógł tego dotknąć, wiedziałbym”. 
Jego ręka była już niemal przy potworze, gdy zdał sobie sprawę, co się naprawdę  
dzieje. Niczym przebudzony, gwałtownie cofnął dłoń. Gwen, która była odwrócona  
tyłem,  
spojrzała na niego i niemal się zachłysnęła. 
- Cabe! Nie dotykaj go! - krzyknęła. 
Na krótką chwilę powrócił dawny Cabe, niepewny i nie chcący się wystawiać na  
potencjalne niebezpieczeństwo. A potem rysy jego twarzy stężały, przypominając  
coraz  
bardziej inną twarz, którą Gwen znała dobrze, gdyż kiedyś kochała tego człowieka  
tak samo,  
jak teraz kochała jego wnuka. 
Wymruczał coś pod nosem i czarodziejka poczuła walkę dwóch mocy. Została  
odepchnięta. Jakiekolwiek by było to zaklęcie, jego siła przekraczała  
najmocniejsze zaklęcia,  
jakie sama w życiu rzucała. 
Jego dłoń dotknęła śnieżnobiałego futra. 
Cabe poczuł, jakby ktoś otworzył przed nim księgę przeszłości, a przed jego  
oczami  
ukazała się cała historia. Znajdował się na Ziemiach Jałowych, ale były one  
bujne, nie  

background image

wyglądały tak jak dzisiaj. Wszystko działo się dawno temu. 
Trwała Wojna Przełomowa, a on był Nathanem Bedlamem. 
Byli z nim inni. Yalak, któremu nie podobało się to, co miało się zdarzyć, ale  
podczas  
głosowania wstrzymał się od wyrażenia swego zdania. Wysoki Tyr, zakapturzony  
niczym  
kapłan, z całego serca popierał tę metodę. Była jeszcze posępna Salicia, malutka  
kobietka  
posiadająca potężną moc. I Basil, prawdziwy wojownik drużyny. To do niego  
należało  
utrzymywanie wroga na dystans, gdyby zdążył tam dotrzeć przed ukończeniem  
zaklęcia. 
Byli też inni, ale czaili się pod ziemią. Straszliwe stwory, przemienione z  
postaci,  
którymi kiedyś były. Służył do tego czar, którego Nathan i jego towarzysze nigdy  
nie mieli  
zapomnieć; był ich największym wstydem i hańbą. 
Wizja zniknęła, ale zaraz została zastąpiona obrazem Ziem Jałowych, takich  
jakimi  
znał je Cabe. To, co pozostało z życia, szybko zanikało. Cabe/Nathan wiedział  
jednak, że  
niektóre z rodów Brązowego przeżyły. Smoczy Mistrzowie byli zbyt ludzcy, aby  
uczynić  
pełen użytek ze starożytnego zaklęcia. A jednak nawet to, co przywołali, okazało  
się być zbyt  
potężne, gdyż teraz głód zaczynał się uzewnętrzniać, poszukując nowych terenów,  
a naj  
straszniejsze było to, że Cabe/Nathan, będący ogniskiem zaklęcia, głodniał razem  
z nimi. 
Byli teraz zmęczoną i poobijaną grupą. Salicia nie żyła, zżarta przez głód,  
kiedy  
próbowała sama go powstrzymać. Cabe/Nathan czuł zmianę, jakiej został poddany i  
zdawał  
sobie sprawę, że stał się silniejszy poprzez jej śmierć, poprzez... poprzez...  
Objawienie nie  
chciało nadejść. 
A potem Smoczy Mistrzowie łączyli swoją moc, próbując odpowiedzieć potworom,  
które stworzyli. Tylko poprzez zaspokojenie głodu mogli myśleć o ich  
zniszczeniu. Yalak  
miał łzy w oczach; przewidział wszystko, oprócz śmierci Salicii. To go bolało  
najbardziej.  
Basil pomagał Tyrowi; jak zawsze wierny przyjaciel. 
Cabe/Nathan stał zwrócony do nich plecami, zmizerowany, dręczony poczuciem  
winy. Gdyby wiedział jaką potęgę wyzwoli, nigdy by nawet tego nie zasugerował.  
Lepiej, by  
zaklęcie pozostało w zakamarkach jego podświadomości. Lepiej przegrać wojnę ze  
smokami,  
niż ponownie wyzwolić ów głód. 
Kopce ziemi poruszały się w ich kierunku, niektóre tak wielkie, jakby wszystkie  
wzgórza w okolicy zostały pokryte piachem. Smoczy Mistrzowie przygotowali się. 
Wielkie pazury przekopały się na powierzchnię i uniosła się góra bieli. 
Cabe gwałtownie zadrżał, kiedy to, co jeszcze w nim było z Nathana, wyrwało go z  
koszmarów przeszłości i przeniosło do jeszcze gorszej teraźniejszości. Nowe  
wspomnienia  
pochodziły jednak od niezbyt inteligentnej istoty, choć dużo starszej od tych,  
które wypuścili  
na świat Smoczy Mistrzowie. Wspomnienia wyglądały jak pocięte fragmenty  
rzeczywistości.  
Przypominały nieco przekazy mentalne Poszukiwaczy. Nie było to zbytnią  
niespodzianką,  
zważywszy fakt, że prawdopodobnie pierwsze stwory tego rodzaju zostały powołane  

background image

do życia  
właśnie przez nich. Wykonali ostatni wysiłek, aby pokonać wroga. Ale  
Poszukiwacze  
uświadomili sobie, że to, co mają zamiar uczynić, może stać się jeszcze większym  
zagrożeniem. Lepiej zakopać potwory głęboko w zimnej, zamarzniętej ziemi i mieć  
nadzieję,  
że już nigdy nie będą potrzebne. Lepiej oddać te tereny... smokom? Poszukiwacze  
mogli  
nawet czekać całe wieki, jeśli by zaszła taka konieczność. 
Więcej niejasnych obrazów pojawiło się przed Cabe’em. Nękały go długie okresy  
snu  
i ciemności, gdy pojawiał się słaby, ale dręczący głód. Gdy budził się w zimnie.  
Gdy słuchał  
głosu nowego władcy. Radosna świadomość, że wkrótce będzie można zaspokoić swój  
głód,  
jeśli tylko zaspokoją wpierw głód swego pana. 
Kilku zostało uwolnionych. Musieli tylko być posłuszni wobec mroźnych, martwych,  
podporządkowanych panu. 
Nieposłuszeństwo!? Głód stał się zbyt potężny, a na południu znajdowało się  
życie.  
Ale ten, któremu służyli, okrutnie ukarał nieposłusznych..Jeszcze nie nadszedł  
czas!” -  
krzyczał do nich. Lepiej uciec w sprawiające cierpienie ciepło, niż stawiać  
czoło jego  
gniewowi. Tam było życie. Życie, którym można zaspokoić głód... 
Cabe przewrócił się, niczym rażony piorunem. 
Zanim zdążył się zorientować, co się dzieje, Gwen była już przy nim. Jej ręce  
sprawdzały ciało, szukając najmniejszych obrażeń. Wiedział, że nic mu nie jest.  
Był jedynie  
wyczerpany. Zdawało się, że nawet wspomnienia potwora wyciągały z niego ostatnie  
soki. To  
nie Cabe zdecydował, aby przerwać kontakt, kiedy został obezwładniony  
atakującymi go  
obrazami. To Nathan zerwał połączenie. Niemal za późno. Ta część Cabe’a, która  
należała  
także do jego dziadka, zorientowała się, że bestia była kanałem, kierującym go  
ku czemuś’.  
Nawet martwa, dalej spełniała swoją funkcję. 
Gdyby miała odrobinę więcej czasu, wyssałaby z Cabe’a wszystko, aby przekazać  
temu, komu nadal chciała służyć. 
Śmierć, zimno i magia na najwyższym, najbardziej niebezpiecznym poziomie.  
Wreszcie obrazy wyjaśniły Cabe’owi sprawę. Potwór został wypuszczony przez  
Lodowego,  
aby służyć jakiemuś innemu zaklęciu, ale jakiemu? 
Potem przypomniał sobie o zimnie. 
Toma obudził się i ujrzał ponurą, białą jak śnieg postać stojącą na straży  
komnaty. Był  
to ktoś z klanu Lodowego. Już umiał ich rozpoznawać. Jego jasnobłękitne oczy, w  
których  
błyszczał ogień fanatyzmu, były niemal wiernym odwzorowaniem oczu Króla. Toma  
wiedział, że nie ma co liczyć na wsparcie własnego gatunku. Wszyscy wydawali się  
jedynie  
przedłużeniem ramienia władcy. 
- - Co jest? Czego chcesz? - Obnażył zęby, by pokazać, że się nie boi, a do tej  
kiepskiej podróbki smoka czuje jedynie pogardę. Wojownik zignorował zachowanie  
Tomy.  
Obcy byli pod ochroną, jak długo żądał tego Lodowy. Ani chwili ponadto. Nawet  
Toma o  
tym wiedział. 
- - Mój pan chce cię widzieć. - Głos smoka był płaski i obojętny. Już nawet  
lodowi  

background image

słudzy mieli w sobie więcej życia. 
Nie tego Toma szukał. To nie byli sojusznicy, ale zagrożenie dla niego i dla  
jego ojca.  
Raz za razem Lodowy Smok składał obietnice dotyczące Złotego, które dopiero  
teraz  
zrozumiał Toma. Były one zamaskowanymi groźbami. To, co pan Północnych Pustkowi  
widział jako „lekarstwo”, stawało się czymś wprost przeciwnym do tego, czego  
szukał Toma. 
„Szaleństwo! Otaczają mnie szaleńcy - zdał sobie sprawę. - Szaleńcy bardziej  
niebezpieczni niż stu Smoczych Mistrzów razem wziętych”. 
Spojrzał na swego rodzica, ale nic się nie zmieniło. Złoty Smok leżał  
nieruchomo,  
jego ludzka postać rozłożona była na futrze, a inne futra okrywały całe jego  
ciało. 
Toma w milczeniu wstał i podążył za smokiem. Szedł tymi samymi korytarzami,  
które  
przemierzał już setki razy i znał je jak własną kieszeń. Teraz już nie wolno mu  
było poruszać  
się w nich samemu i to była kolejna zmiana, która go niepokoiła. Cokolwiek  
Lodowy Smok  
chciał uczynić, powoli kończyły się przygotowania. Może już było za późno, by  
Toma uciekł,  
jeśli ucieczka, rzecz jasna, była dobrym wyjściem. Ale może też należało w taki  
sposób  
pokierować planami gospodarza, by sprzyjały one i uwięzionemu. Toma nie stał się  
szarą  
eminencją na dworze ojca bez powodu. Wprawdzie brakowało mu kilku śmiesznych  
znamion,  
jednak ich brak z powodzeniem nadrabiał innymi zaletami. 
W końcu dotarli do centralnej komnaty. Choć raz wielki smok nie spoczywał na  
ruinach. Tym razem Toma mógł ujrzeć to, co dotąd było ukryte przed jego oczami.  
Znajdowały się tam ruiny budowli - świątyni. I zobaczył też wielki otwór. Jamę.  
Dużo  
większą, niż Toma sobie wyobrażał. Cala świątynia musiała ją zakrywać. 
Poczuł dreszcze, tym silniejsze, im dłużej wpatrywał się w głębię. Przechodziły  
nie  
tylko przez ciało, ale dotykały także duszy. Szybko odwrócił wzrok, by spojrzeć  
na  
gospodarza. 
- Od dawna się nad tym zastanawiałeś, nieprawdaż? - W głosie nie było żadnej  
ciekawości, żadnych emocji. Lodowy Smok równie dobrze mógł w ten sposób pytać  
Tomę,  
jaka jest dzisiaj pogoda. 
Toma zauważył kolejną różnicę. Lodowy przekształcił się w ludzką postać i  
wyglądał  
niczym smoczy wojownik zamarznięty setki lat temu. Smoczy hełm rysował się  
niewyraźnie.  
Toma nie mógł zauważyć żadnych konkretnych kształtów. Lód przymarzł do postaci  
smoka  
tak bardzo, że stwór wyglądał teraz jak jeden ze swoich ożywionych z martwych  
sług. 
Toma nareszcie odzyskał głos. 
- Tak, przyznaję, nieco mnie to wszystko ciekawiło, choć nie oczekuję, że zbyt  
szybko  
uzyskam odpowiedź na moje pytania. 
Lodowy sucho zachichotał, ale ten malutki pokaz emocji tylko sprawił, że Toma  
zaczął się bardziej pilnować. Gospodarz grał z nim w karty, a stawką było życie  
syna Złotego  
Smoka. Pan Północnych Pustkowi nie miał więcej poczucia humoru niż śnieg. 
- - Mówisz tak jak dawny Toma. A jednak na niektóre pytania mogę ci  
odpowiedzieć, jako że nadszedł czas Ostatecznej Zimy. 

background image

- - Czas czego? 
- - Ostatecznej Zimy, rozwiązania problemu ludzi. Czas zimna, które wymiecie ich  
ze Smoczych Królestw raz na zawsze. 
Zerkając wokół siebie, Toma zauważył, że do jego strażnika dołączyło pięć nowych  
smoków i wszystkie rozlokowały się wokół niego w strategicznych punktach. Nie  
był  
głupcem i wiedział, jakie ma szansę na przeżycie walki. Uznał, że najlepiej  
dalej grać rolę  
zafascynowanego słuchacza. 
- Przyznaję się do swojej niewiedzy, panie. Opowiedz mi o Ostatecznej Zimie. 
To był błąd. Zadał dokładnie to pytanie, które Lodowy chciał usłyszeć. Nie grał  
głupca. Był nim. 
- Zrobię coś ciekawszego, Toma. Pokażę ci, czym jest Ostateczna Zima. 
Złapały go silne, zimne szpony. Spróbował przekształcić się w swą prawdziwą  
postać,  
podjąć z nimi walkę, ale nagle odkrył, że coś go przed tym powstrzymuje. 
Był w pułapce. 
- Spokojnie, bratanku. Moi wojownicy trzymają cię tylko na wypadek, gdybyś  
stracił  
równowagę, patrząc w dół. Chciałbym, byś zobaczył, co odkryłem. I co  
przygotowałem na  
chwałę Smoczych Królestw. 
„To szaleństwo” - odezwał się ostrzegawczy krzyk w umyśle Tomy. Nie chciał  
zaglądać do dołu, ale nie miał też siły, aby się przeciwstawić. Wojownicy  
Lodowego Smoka  
ciągnęli go za sobą niemal tak samo jak Azran ciskał nim po okolicy po pokonaniu  
w Górach  
Tybru. Tam Toma czuł jedynie wściekłość i wstyd z powodu porażki, ale tutaj  
odczuwał to,  
co ludzie nazwaliby lękiem o własną duszę. 
Schody prowadzące do budowli były niemal tak zrujnowane jak ona sama. Zniszczone  
resztki prowadziły w dół, podczas gdy smoki poruszały się ku górze. Toma  
stwierdził, że  
liczy kroki, niczym skazaniec przed egzekucją, co zresztą było całkiem możliwe.  
Jednak  
Lodowy nie miał żadnych powodów, by go okłamywać. Być może chciał jedynie, aby  
gość  
ujrzał, co się znajdowało w jamie. Myśl ta zresztą wcale nie uspokoiła  
ognistego. Wcale nie  
chciał sprawdzać, co się znajduje w dole. Szczególnie wtedy, gdy każdy krok w  
tamtym  
kierunku powodował narastanie dreszczy. 
Ostatecznie dotarli pod sam szczyt. Jego „towarzysze” nie mieli zamiaru wspinać  
się  
wyżej. Toma odetchnął z ulgą. Wtedy nieoczekiwanie czterej słudzy pojawili się  
z... z nikąd.  
Z każdego z nich wyzierało jakieś dziwne stworzenie. Przynajmniej jedno  
rozpoznał jako  
smoka z nie znanego mu, obcego klanu. Makabryczne kukły pojawiły się, zastąpiły  
jego  
strażników i ruszyły w kierunku dołu. Toma nawet nie szarpał się, choć  
wewnętrzny głos  
podpowiadał mu, by stawiał opór. Z opóźnieniem stwierdził, że znajduje się pod  
potężnym  
zaklęciem gospodarza, dużo potężniejszym, niż spodziewałby się po Lodowym Smoku. 
Stali nad dołem i dopiero wtedy Lodowy się odezwał. 
- Pochyl się, książę Toma. Dół jest głęboki i tylko pochylając się dokładnie nad  
nim,  
zobaczysz, co się w nim kryje. Nie martw się, moi słudzy powstrzymają cię przed  
upadkiem. 
Gdyby miał wybór, odmówiłby. Teraz jednak dwaj słudzy zgięli go w pasie, aż  

background image

górna  
część jego ciała znalazła się nad jamą. Oczy ognistego były zamknięte. 
Kiedy nie został od razu wrzucony do środka, powoli odważył się je otworzyć.  
Mała  
szczelinka oka rozszerzyła się, po czym gwałtownie zamknęła znowu. Jedno  
spojrzenie  
wystarczyło. Jedno spojrzenie dało mu więcej, niż chciał. 
Toma wiedział, że sprawy wyglądają znacznie gorzej, niż mu się z początku  
zdawało.  
Lodowy mówił dalej, a jego słowa były niemal tak zimne jak chłód, który bił z  
dołu. 
- To moja królowa, synu mego brata! - ciągnął. - To przyszłość robactwa, które  
odważyło się nam sprzeciwić! Bardzo krótka przyszłość z niedługim końcem!  
Poprzez  
królową i jej dzieci sprowadzę na Smocze Królestwa zimę jakiej jeszcze nikt  
nigdy nie  
widział! Ostateczną Zimę, która już na zawsze opanuje s’wiat! 
Kiedy Tomę pociągnęli z powrotem od dołu, zauważył, że choć raz w głosie  
Lodowego dało się odczuć prawdziwe emocje. 
VIII 
Dochodziło już niemal południe następnego dnia, kiedy nareszcie dotarł do  
miejsca,  
które, jak wiedział, stanowiło granicę między ziemiami dwóch Smoczych Królów.  
Nie  
nastąpiła żadna nagła zmiana. Nie stało się nic takiego, co by oznajmiało, że  
tutaj kończy się  
panowanie jednego Króla, a zaczyna drugiego. To było tylko coś, co czuł Gryf, co  
oznaczało,  
że działały tu siły, których istnienie umykało uwadze pięciu podstawowych  
zmysłów.  
Subtelne siły, ale rozciągnięte ponad całą krainą, niczym wielka sieć. 
Jeszcze przed rozpoczęciem podróży wiedzieli już, że się zbliżał, a może nawet  
już  
wtargnął do krainy Irillianu. Gryf potrafił jedynie podziwiać zaklęcie, które  
chroniło tę krainę.  
Wyglądało na dużo potężniejsze niż się spodziewał. Miało taką moc, że nie mogło  
zostać  
wytworzone przez Smoczego Króla. Pochodziło raczej z wcześniejszej epoki. Może  
stanowiło  
wytwór Poszukiwaczy, a może jednej z ras, która rządziła tutaj przed nimi, na  
przykład  
Quelow. 
Jego misjazdawała się beznadziejna. D’Shay niewątpliwie nawet w tej chwili śmiał  
się  
z niego. Jednak musiał iść dalej. Nie potrafił stwierdzić, co go tak  
determinuje, a kiedy  
próbował o tym myśleć, powracał ból głowy. Nie znikał, dopóki nie usunął ze  
swego umysłu  
tego pytania. 
- Ptak stoi zadumany. Czy ptak, być może, zamierza czekać na smoka? 
Słowa zostały wypowiedziane tonem przypominającym nieco syczenie gada, ale  
towarzyszył im też dźwięk wypluwanej wody, tak jakby mówiący chwilę wcześniej  
czegoś  
się napił. Gryf rozejrzał się, ale zobaczył jedynie wilgotne łąki porośnięte  
wysoką trawą,  
wiele jezior różnej wielkości i kilka bagiennych drzew. 
- Ptak jest ślepy. Czy ptak, być może, potrzebuje ręki, która by go  
poprowadziła? 
Coś dotknęło jego prawego ramienia i Gryf odskoczył z wyciągniętymi szponami,  
przybierając pozycję gotową do walki. A kiedy zobaczył stworzenie wyślizgujące  
się z  

background image

najgłębszego z jezior, źrenice mu się zwęziły. 
To był, a zarazem nie był smok. Wyglądał bardziej jak stworzenie wodne, może  
salamandra. Gryf w duchu przeklął. Przegapił rzecz oczywistą. Błękitny był  
stworem  
morskim. Nikogo nie powinno zaskoczyć, że do jego sług zaliczały się  
najprzeróżniejsze  
istoty żyjące pod powierzchnią wody. 
A więc nadeszła ta chwila. Czekał, aż do pierwszego dołączą kolejni. Bez  
wątpienia  
zamierzali go przytłoczyć swoją liczbą, gdyż ten pierwszy sięgał mu jedynie do  
ramienia i  
wyglądał dość mizernie, niezbyt silnie umięśniony. Tak jak i u innych smoków,  
jego ciało  
pokrywały łuski o lekko zielonkawym zabarwieniu. 
Żadne inne stwory się jednak nie pojawiły. Stworzenie trwało w jakimś napiętym  
wyczekiwaniu, długi pysk wyciągało w stronę Gryfa i być może, próbowało wyczuć  
jego  
zapach. 
- Ptak podskakuje jak podniecony kurczak szukający jedzenia. Być może ptak chce  
zaatakować? 
Jego zdania były niemal nonsensowne i wydawały się płynąć zgodnie z jakimś obcym  
rytmem. Siedział w kucki. 
Stworzenie westchnęło i mrugnęło swoimi wielkimi oczami. 
- - Ptak jest też niemy. Czy zamierza, być może, stać tutaj tak długo, aż  
przyjdą po  
niego smoki? 
- - Smoki? 
- - Ptak mówi. Czy, być może, zamierza mówić jeszcze? Gryf opuścił nieco ręce,  
ale  
nie schował pazurów. 
- - Kim jesteś? Czy należysz do sług Błękitnego, czy też nie? 
Z paszczy wodnego stworzenia wysunął się długi, rozdwojony język i złapał  
przelatującego owada. 
- - Ptak się najwyraźniej myli. Czy ptak nie wie, być może, o Pszukaczach? 
- - Pszukaczach? - Gryf zastanowił się nad nie znaną sobie nazwą. Może... - Nie  
o  
Poszukiwaczach? 
- - Ptak mówi o Pszukaczach. Czy, być może, nie zna ich prawdziwej nazwy? 
Gryf zjeżył się. Dziwna składnia zaczynała mu działać na nerwy. 
- - Czy to to samo? Jeśli możesz, pokiwaj głową. Pokiwał. 
- - Służysz im? 
- Ptak nie wie, że kiedyś wszystkie smokowate służyły Pszukaczom? Czy też myśli,  
być może, że wszystkie zdradziły swoich panów? 
To się stawało irytujące. Poszukiwacze, czy też Pszukacze stawali się nadzwyczaj  
aktywni. Być może długa niewola u Azrana poruszyła ich i zmusiła teraz do  
poważniejszych  
działań, niż w przeszłości. A może nie zadawalało ich już tylko patrzenie na  
świat, który  
niegdyś należał do nich. 
- - Czy jesteś tu, aby mi pomóc? Stworzenie skinęło głową. 
- - Na rozkaz Poszukiwaczy. 
- - Ptak... 
- - Tak, czy nie? 
Wodne stworzenie znowu kiwnęło głową. Poprzez pytania Gryf zdołał ułożyć całą  
historię. Smokowate, czy jak to stworzenie się nazywało, zostały stworzone, by  
służyć  
Poszukiwaczom, czy też Pszukaczom; najwyraźniej nazwa została w jakimś odległym  
momencie w przeszłości zniekształcona. Teraz smokowatych było jeszcze mniej niż  
Poszukiwaczy, a na dodatek większość pozostawała w ukryciu. Chyba, że ktoś ich  
wezwał. I  
ptaki wysłały tego, by oczekiwał na przybycie Gryfa. Poszukiwacze wiedzieli o  

background image

zaklęciu  
pilnującym tej krainy. W rzeczywistości zostało rzucone przez nich. 
Większość z tego, co mówił sługa, nie miało żadnego sensu. Ale udało się Gryfowi  
zrozumieć, że smokowaty poprowadzi go najbezpieczniejszą drogą aż do Irillianu.  
Stworzenie  
odmówiło odpowiedzi na pytanie, dlaczego interesowało to Poszukiwaczy do tego  
stopnia, że  
zdecydowali się nawiązać z obcym kontakt. 
- - A co z zaklęciem ostrzegawczym? Cały czas będą wiedzieli, gdzie jesteśmy. 
- - Rak myśli, że smokowaty głupi. Czy ptak myśli, być może, że Pszukacze nie są  
przygotowani na własne zaklęcie? 
Kucające stworzenie wyciągnęło błoniastą łapę i pokazało wyryty na dłoni symbol. 
- Lojalni smokowaci nigdy nie zostaną wykryci przez dzieci robactwa, które  
zaległo  
się w jaskiniach. 
Zostało to powiedziane z taką dumą, na jaką tylko było stać wodne stworzenie i  
sugerowało wiele rzeczy związanych z przeszłością, o których Gryf chętnie by  
porozmawiał. 
- Ptak znowu milczy. Czy to, być może, znaczy, że powinniśmy ruszyć w drogę? -  
Stworzenie coraz bardziej denerwowało się stratą czasu. 
Gryf otworzył dziób, po czym go zamknął. Jeśli Poszukiwacze przychodzili mu z  
pomocą, nie zamierzał odtrącać tak potężnego sojusznika. Wiedział jednak, że  
przymierze  
może się okazać w najlepszym wypadku krótkotrwałe, gdyż Poszukiwacze przede  
wszystkim  
dbali o własne interesy, a Gryf jakoś nie wierzył, aby pokrywały się one z  
ludzkimi. 
Smokowaty poruszał się w dość osobliwy sposób, to skacząc, to znowu idąc jak  
człowiek. Grunt był miękki i wilgotny, nigdzie nie widać było stabilnego  
podłoża. Gryf miał  
nadzieję, że jego tajemniczy przewodnik wie, co czyni, i że są teraz niewidoczni  
dla  
wszechwidzącego zaklęcia Błękitnego Smoka. 
Miał nadzieję, że D’ Shay siedzi gdzieś tam i patrzy jak po Gryfie znika ślad;  
drobna,  
ale jakże przyjemna myśl. Cieszył się nią przez większość drogi. 
Przez pierwszą godzinę minęli wiele strumieni, dwa albo trzy jeziorka, bagno i –  
nareszcie - bystrą rzekę. Jeśli chodziło o wybór drogi, smokowaty był bardzo  
rygorystyczny. I  
to tak bardzo, że zbeształ Gryfa za to, że ten podszedł zbyt blisko do jednego z  
jezior.  
Lwioptak chciał spytać, jakie niebezpieczeństwo może im grozić, ale w tym  
momencie z  
jeziora zaczął się wydobywać gulgot i smokowaty nakazał Gryfowi zamknąć dziób.  
Po kilku  
chwilach bulgotanie ustało i ruszyli dalej. 
Większy problem stanowiła rzeka. Było oczywiste, że w normalnych okolicznościach  
smokowaty po prostu by ją przepłynął, a Gryf, pomimo swojej awersji do  
zanurzenia się w  
czymkolwiek głębszym niż staw, uczyniłby to samo, ale jego przewodnik z jakiegoś  
powodu  
nie uważał tego za najlepszy pomysł. 
Gdy Gryf dopytywał, dlaczego dokonali takiego, a nie innego wyboru, w końcu  
wodne stworzenie odezwało się: 
- Za dużo Regga. 
Nie trudziło się jednak, by wyjaśnić, kim lub czym są Regga, poza tym, że wtedy,  
przy jeziorze, niemal się nie spotkali z jednym z nich. 
Przewodnik Gryfa znalazł mały zbiornik i zaczął polewać wodą swoją skórę, aby  
uchronić ją przed wyschnięciem. Potem spojrzał na rzekę, a następnie na  
lwioptaka. 
- - Regga być może obserwują ziemię, ale czy patrzą na Drogę Mgieł? - wymruczał  

background image

sam do siebie. 
- - Co to jest... 
W odpowiedzi usłyszał syknięcie. Smokowaty spojrzał na niego wielkimi, okrągłymi  
oczami i ponownie nakazał całkowite milczenie. 
- Droga Mgieł - znów wymruczał po kilku chwilach rozmyślania. 
W oczach Gryfa stworzenie robiło wrażenie niepewnego, jakby podjęło decyzję, co  
do  
której nie było całkowicie przekonane. Jakby... 
Gryfa zaczęła boleć głowa. Tym razem nie walczył z bólem, mimo że nie był to  
przyjemny stan. Coś działo się nie tak. Przez te wszystkie lata jako żołnierz, a  
potem władca  
nigdy nie podjął tylu nieprzemyślanych decyzji. 
Smokowaty akurat ściągnął na siebie jego uwagę. I Gryf przypomniał sobie, że  
najważniejsze zadanie, to jak najszybciej dotrzeć do Irillianu. Wszystkie złe  
myśli zniknęły, a  
ból głowy ustał. 
- Ptak, być może, nie będzie mówić. Czy ptak sądzi, że byłoby to możliwe? 
Gryf skinął głową. Smokowaty, nie do końca zadowolony, zaczął prowadzić go  
dalej,  
ale tym razem w przeciwnym kierunku. Gryf zawahał się. Może nie znał tych ziem  
tak dobrze  
jak to stworzenie, ale wiedział, że aby dotrzeć do Irillianu, muszą przekroczyć  
rzekę. Już  
prawie otworzył dziób, by coś powiedzieć, lecz w końcu uznał, że najlepiej  
zrobi, jeśli zaufa  
przewodnikowi i dał się prowadzić dalej. Przynajmniej na razie. Przecież  
prowadzący nie  
może być tak głupi, by nie wiedzieć, że on zna drogę. Musi więc mieć jakiś inny  
plan w  
głowie. Może ta Droga Mgieł...? 
Rzeka niemal już zniknęła poza zasięgiem ich wzroku, kiedy smokowaty nagle  
zatrzymał się przed niewielkim jeziorkiem. Poruszały się w nim maleńkie żaby i  
kraby, a po  
powierzchni skakały wodne owady. W najgłębszym miejscu nie mogło mieć więcej niż  
dwie  
stopy. Mimo, że Gryf nie widział najmniejszego powodu, by się przy nim  
zatrzymywać,  
przewodnik zdawał się bardzo zadowolony z tego, co ujrzał. Zaczął rysować na  
powierzchni  
wody jakieś linie. 
Gryf miał już zamiar coś powiedzieć, lecz nagle zamarł. Dno jeziorka drgnęło i  
stało  
się przezroczyste. Mrugnął i raptem ujrzał schody, które prowadziły tak głęboko  
w dół, że nie  
widział ich końca. Były stare, ułożone z jakichś specjalnie nie ociosanych  
kamieni, ale z  
pewnością były to schody. 
- Droga otwarta. Czy ptak, być może, życzy sobie nią pójść? Czy też chce  
poczekać na  
Regga, albo na inne sługi Błękitnego? 
Gryf się zjeżył. 
- - Tam? Na dół? Nie najlepiej umiem oddychać pod wodą, przyjacielu. 
- - Smokowaty nie głupi. Czy ptak, być może, powie to samo o sobie? 
„Innymi słowy - pomyślał Gryf - schody cię ochronią, idioto”. Co się stało z  
jego  
głową? 
Przewodnik spojrzał na rzekę. Gryf podąży} za jego wzrokiem i ujrzał, że  
powierzchnia wody się wybrzusza. 
- Regga! - syknął smok, zapominając o swojej dziwnej składni. Popchnął Gryfa w  
kierunku schodów. Gryf się nie opierał, ale nie mógł się powstrzymać przed  
lekkim  

background image

wahaniem, To nadal wyglądało jak woda. Pierwszy krok nie zmienił wrażenia. Stopa  
uderzyła  
o wodę, wywołując plusk. Smokowaty pogonił go. Rzeka wybrzuszała się coraz  
bardziej,  
jakby chciało się z niej coś wynurzyć. 
Gryf wziął głęboki oddech i zbiegł w dół schodów. 
Lustro wody zamknęło się nad jego głową i przez chwilę czuł wilgoć. Niemal  
spanikował. Ale woda szybko zniknęła i znalazł się kilkanaście stopni od szczytu  
schodów.  
Gdy spojrzał do góry, nie zobaczył niczego poza sufitem. Nie dostrzegł żadnej  
dziury.  
Spojrzał w dół, gdzie schody kończyły się jakieś dwadzieścia stopni poniżej w  
czymś, co  
prawdopodobnie było korytarzem. 
- Schody nigdzie się nie ruszają. Czy ptak, być może, sądzi że pójdą za niego? 
Niemal poleciał w dół. Smokowaty znajdował się ponad nim, szczerząc zęby w  
niechętnym uśmiechu. Prawie siedział na schodach, tak były szerokie. 
- - Gdzie jesteśmy? Podaj mi nazwę, jeśli możesz? Wodne stworzenie parsknęło,  
ale  
odparło: 
- - Droga Mgieł. 
- - Jakiś rodzaj portalu? 
Ponownie usłyszał tylko parsknięcie. Wodne stworzenie machnęło łapą i kazało mu  
iść do przodu, po czym podążyło za nim. Gryf zszedł schodami na samo dno i  
zatrzymał się.  
Przed nim rozpościerał się pusty korytarz. Nie był mroczny, ale jak stwierdził,  
całkowicie  
ciemny i nie wyglądał zachęcająco. Złowrogo, takiego raczej użyłby słowa. 
Teraz zrozumiał skąd się wzięła nazwa drogi. Do wysokości pięciu stóp korytarz  
pokrywała tak gęsta mgła, że Gryf zastanawiał się, czy nie będzie musiał sobie  
wyrąbywać  
przez nią przejścia. Co gorsza, mgła zdawała się go wzywać ku sobie, wciągać. 
Usłyszał za sobą parskanie rozdrażnionego smokowatego i poczuł jak wilgotne  
dłonie  
popychają go do przodu. Mgła otoczyła go ze wszystkich stron. 
Ściany, sufit, wszystko zniknęło. Gryf przez chwilę zastanawiał się jak ma  
znaleźć  
drogę w tej mgle. Potem zobaczył przed sobą niewyraźną postać, która kiwała na  
niego ręką,  
najpierw lekko, a kiedy się nie ruszał, bardziej nerwowo. Smokowaty zdał sobie  
sprawę, że  
lwioptak ma kłopoty. Wysunął się do przodu i wskazywał, którędy iść. Gryf  
podążył za  
stworzeniem, lecz mimo prób, nie potrafił go dogonić. Chciał krzyknąć, ale zląkł  
się, że  
przyciągnie jakiegoś mieszkańca tego miejsca, a mógłby potem tego żałować. 
Cały czas przewodnik odrobinę go wyprzedzał. Gryf nigdy nie zdołał uchwycić  
wzrokiem niczego więcej niż ramienia, czy fragmentu pleców. W końcu zwątpił, czy  
gdyby  
całkowicie stracił smokowatego z oczu, zdołałby odnaleźć drogę powrotną. 
Trudno było ocenić, jak długo wędrowali. Może dwie, albo trzy godziny. Gryf miał  
nadzieję, że przynajmniej minęli już rzekę. Czymkolwiek, czy kimkolwiek byli  
Regga,  
zdawali się być niezwykle szanowani przez smokowatego. Na tyle szanowani, by ich  
omijać. 
Droga stała się nieludzko cicha. Gryf nawet nie słyszał własnych kroków.  
Próbował w  
pewnej chwili uderzyć stopą o ziemię, ale usłyszał jedynie przytłumiony odgłos,  
którego nie  
wychwyciłby nikt stojący w pewnym oddaleniu od niego. Cisza i brak jakichkolwiek  
widoków sprawiły, że pogrążył się w rozmyślaniach. 

background image

Pragnienie, by dotrzeć do Irillianu zmalało niemal do zera. Zaczął rozważać  
niebezpieczeństwa związane z wejściem do miasta kontrolowanego przez Smoczego  
Króla.  
Irillian należał do ludzkich miast najbardziej lojalnych wobec swego władcy. Nie  
można było  
jego mieszkańców za to winić. Błękitny zawsze traktował swych poddanych uczciwie  
i nie  
należało go potępiać jak jego braci. Smoczy Królowie zawsze robili to, co im się  
podobało;  
jedynym stworzeniem, które miało na nich jakikolwiek wpływ, był ich cesarz, a  
nikt poza  
Tomą, nie wiedział nawet czy on w ogóle jeszcze żyje. 
Im więcej nad tym rozmyślał, tym bardziej zastanawiał się nad swoją nagłą  
decyzją.  
Kiedy ból głowy, który z reguły go dręczył, gdy próbował o tym myśleć, tym razem  
nie  
odezwał się, nareszcie zdał sobie sprawę z tego, co się działo. 
Jak ryba płynął za przynętą i zmierzał prosto w sieć i pazury, które trzymały tę  
sieć,  
niewątpliwie należącą do pana Irillianu. 
Próbował zawrócić, ale nagle zdał sobie sprawę, że wtedy, gdy on zastanawiał się  
nad  
dalszymi swoimi losami, jego przewodnik zniknął. Gryf uczynił krok do przodu i  
przewrócił  
się. Wyciągnął przed siebie ręce, aby powstrzymać upadek, lecz napotkał opór.  
Kamienie. Nie  
była to jednak ściana. Mgła zaczęła się rozpływać. 
Jego wzrok uchwycił przed sobą kolejne schody. W pierwszej chwili pomyślał, że  
zrobił koło. Rozejrzał się i zobaczył wynurzającego się z Drogi Mgieł  
smokowatego. 
- - Jakim cudem znalazłeś się za mną? 
- - Smokowaty był za tobą cały czas. Czy... 
- - Byłeś przede mną - przerwał Gryf. - Doprowadziłeś mnie tutaj. 
- - Smokowaty był cały czas za ptakiem. Czy ptak, być może, nic nie wie o  
mieszkańcach mgieł? 
- - O mieszkańcach mgieł? 
Wodne stworzenie parsknęło i minęło go, ruszając w kierunku schodów. Na moment  
tylko odwróciło się, by rozkazać: 
- Za mną! 
Najwyraźniej smokowaty nie zamierzał się rozgadywać na temat mieszkańców mgieł.  
Gryf doszedł do wniosku, że może to nawet lepiej. Prawdopodobnie w tunelu  
czyhały na nich  
niebezpieczeństwa, o których wolałby nie wiedzieć. 
Nagle smokowaty zniknął. Gryf natychmiast zatrzymał się i dopiero po chwili  
uświadomił sobie, że to taka sama droga jak ta, którą się tu dostali. Spięty,  
ruszył w górę,  
próbując ignorować sufit, który niebezpiecznie zbliżał się ku jego głowie.  
Zarówno sufit jak i  
schody zniknęły w chwili, kiedy czubek jego grzywy miał dotknąć kamienia. Gryf  
znalazł się  
wewnątrz ciemnego, wilgotnego tunelu. 
Tunel śmierdział. 
Podczas gdy Gryf starał się uspokoić, smokowaty niecierpliwie słał sygnały, by  
się  
pospieszył. 
- - Gdzie jesteśmy? 
- - Tam gdzie mieliśmy dotrzeć? - wymruczał stwór. Zapach przeszkadzał mu w  
takim samym stopniu jak i Gryfowi. Mówienie zmuszało do głębszego oddychania. 
- - A gdzie mieliśmy dotrzeć? - Gdyby Gryf miał nos, który mógłby zmarszczyć,  
bez  
wątpienia zrobiłby to. - Gdzie... 

background image

Tunel stanowił część systemu kanalizacyjnego. Rozległego systemu. Gryf spojrzał  
do  
góry. Wielka ściana blokowała mu niemal cały widok. Ciągnęła się tak daleko jak  
daleko  
mógł tylko spojrzeć. Wciągnął powietrze i rozpoznał przynajmniej jeden ze  
składników  
smrodu: zepsute ryby. Ale i coś więcej. Zapach, który z obrzydzeniem wyciągnął z  
przeszłości. Zapach morza. 
- Irillian? 
Smokowaty powoli pokiwał głową. 
- - Jesteśmy tu, gdzie mieliśmy być - wymruczał znowu. 
- - Gdzie on jest? 
D’Shay był nieprzytomnie wściekły i D’Laque wiedział, że najlepiej będzie nie  
odpowiadać, przynajmniej dopóki nie miał żadnej zadawalającej odpowiedzi.  
Kryształ, który  
monitorował zaklęcie otaczające Irillian i pobliskie tereny, w odpowiedzi na  
pytania o Gryfa  
pokazywał pustkę. Wskazywał jedynie nieliczne patrole Burzowego. Te zaś były  
tolerowane  
przez władcę Irillianu, jeśli tylko ich pobyt nad krainą nie trwał dłużej, niż  
kilka sekund. 
- Nie można go odnaleźć - zagrzmiał głos podobny do dźwięku lawiny. 
D’Laque wzdrygnął się i modlił, by jego zwierzchnik nie powiedział nic, co  
mogłoby  
obrazić gospodarza. UstaD’Shaya były jednak mocno zaciśnięte, podczas gdy on sam  
próbował opanować emocje. Nie był jeszcze aż tak wściekły, by odrzucić potężny  
sojusz. 
- Czy to możliwe, by coś się stało z zaklęciem? Może przestało pokrywać cały  
teren? -  
Oba pytania zostały zadane niezwykle grzecznym tonem i tylko D’Laque odczytał w  
nich  
sarkazm. 
„Niech nas Niszczyciel chroni, jeśli straci opanowanie” - pomyślał wilczy  
jeździec. 
Smoczy Król uniósł głowę, woda nadal ściekała mu z paszczy. Znajdował się w  
swoim domu na Wschodnich Morzach, skąd rządził zarówno wodami jak i ziemiami  
Irillianu.  
Był smuklejszy niż większość z jego braci i bardziej przypominał węża, niż  
smoka. Miał  
błoniaste łapy, umożliwiające mu pływanie i był dłuższy od innych Królów, co  
jednak nie  
oznaczało, że przytłaczał masą. Jego oczy zdawały się nie mieć innego koloru,  
niż ten, który  
odbijał się w wodzie. D’Laque’a lekko to denerwowało, choć zdawał sobie sprawę,  
że istnieją  
inni Smoczy Królowie, przy których Błękitny mógł uchodzić za zupełnie zwykłego i  
przeciętnego, choć z pewnością taki nie był. 
- - Zaklęcie jest doskonałe. Sam je rzucałem. 
- - A więc, gdzie on się podział? Smok spojrzał na niego chłodno. 
- - Istnieją inne moce, niż tylko te, które należą do Królów. Mogą się też na  
krótko  
zdarzać zakłócenia. Zostanie odnaleziony. 
- - Musi zostać odnaleziony. 
D’Laque skulił się. Błękitny pochylił się do przodu w taki sposób, że jego głowa  
znajdowała się na wyciągnięcie ręki. Mniejszy z jeźdźców, przerażony jego  
wielkością, zrobił  
krok do tyłu. Pomieszczenie nagle wypełnił zapach morza. 
- Złapanie Gryfa jest dla mnie tak samo ważne jak dla ciebie, człowieku. Jest  
winny  
śmierci co najmniej jednego z moich braci. 
D’Shay nareszcie pojął, jak wygląda rzeczywistość. Szybko skinął głową, po czym  

background image

skłonił się. 
- Wybacz mi, panie. Istnieją pewne... emocje... które normalnie trzymam na  
wodzy,  
ale ostatnio staje się to coraz trudniejsze. Wybacz, jeśli moja wypowiedź była  
niegrzeczna. 
Nikt nie uwierzył w szczerość przeprosin, a w najmniejszym stopniu sam smok, ale  
zaakceptował je kiwnięciem głowy, ponownie zbliżając przy tym paszczę do swoich  
„gości”. 
Po chwili Błękitny cofnął się i przymknął oczy, rozmyślając. Obaj jeźdźcy byli  
przyzwyczajeni do takiego zachowania, ponieważ obserwowali je nieskończoną  
liczbę razy.  
W ten sposób smok zbierał myśli, decydował, które sprawy są najważniejsze. Z  
zewnątrz  
wyglądało to trywialnie, a jednak Błękitny rządził najskuteczniej ze wszystkich  
braci, z  
jednym wyjątkiem. 
Właśnie ten wyjątek pochłaniał w tej chwili jego myśli. 
- Nie ma żadnych informacji z Pustkowi. Twój agent i moi przewodnicy przestali  
istnieć. 
D’Shay spojrzał na D’Laque’a, który oczyścił gardło i stwierdził: 
- - Gdyby D’Karin zginął, wiedzielibyśmy o rym. 
- - Hmm? - Smok uznał to chyba za lekko humorystyczne. - Aaaa, tak, wasze małe  
amulety. Nędzne podróbki magii w porównaniu do wspaniałości mego gatunku. 
Tym razem to D’Laque prawie stracił panowanie nad sobą. Był wyćwiczonym  
dozorcą i nosił Ząb Niszczyciela, który kontrolował każdego jeźdźca  
podlegającego jego  
przywódcy. Ktokolwiek został naznaczony, a wystarczyło drobne zadrapanie z  
kroplą krwi,  
już na zawsze należał do niego. Przywódcy Watah używali ich, by utrzymywać  
kontakty ze  
swoimi szpiegami. Wystarczyło, że pomyśleli o danej osobie. Dozorca, których  
specjalnie  
wyczulano przez ciągłe naznaczanie, byli strażnikami. Jeśli coś złego stało się  
komuś z  
Watahy, reagował tak, jakby utracił część swojej duszy. Nie trzeba chyba  
wspominać, że  
D’Laque i jemu podobni byli niezwykle czuli na punkcie swoich obowiązków. 
D’Shay położył rękę na ramieniu towarzysza. 
- Wyjaśnij, dlaczego nie możemy potwierdzić tego, co mówi. Drugi jeździec  
niechętnie pokiwał głową. 
- Śmierć D’Karina pozostawiłaby cień po jego duszy, uwięzionej w Zębie. Tę część  
każdy z nas jest winien Niszczycielowi i, umierając, chętnie mu ją odda. Kiedy  
myślę o  
D’Karinie, napotykam jedynie pustkę. Jest dla nas niewidzialny. Tak, z tym się  
zgodzę, ale  
nie poczułem, by się coś stało z tą częścią jego duszy. 
Błękitny spojrzał teraz z lekkim zainteresowaniem. 
- - Kiedyś chciałbym móc ujrzeć ten... ząb. Być może działa on na podobnej  
zasadzie jak Naczynie Demona, zaklęcie oplątujące dusze wrogów. 
- - To nie jest nic w tym rodzaju - krzyknął D’Laque. Nagły widok zdenerwowania  
na potężnej paszczy sprawił, że jeździec zadrżał i natychmiast zapomniał o  
gniewie. -  
Pochodzi od Niszczyciela. 
Nie interesując się już więcej tym, co uważał za oddawanie czci kawałkowi  
kamienia,  
smok powrócił do swego pierwotnego toku myślenia. 
- - Nieważne, czy wasz człowiek żyje, czy też jak Gryf został ukryty przed  
naszymi  
oczami, ale nie podoba mi się to. Zamykam północne wybrzeże mojego królestwa  
przed  
wszystkimi. Wysyłam emisariusza do brata. Minął czas zabawy. W chaosie wywołanym  

background image

pojawieniem się tego nowego Bedlama jest zbyt wiele niepokoju, zbyt wiele  
zdrady. Jeśli  
Północne Pustkowia stanowią teraz zagrożenie dla bezpieczeństwa mojego  
królestwa, muszę  
zająć się najpierw tym zagrożeniem i nie stać mnie, by was w tym samym czasie  
wspierać. 
- - Co?! - krzyknęli naraz mężczyźni. 
D’Laque odwrócił się do swego przełożonego. D’Shay potarł przystrzyżoną brodę. 
- Mieliśmy umowę. Smok zaśmiał się szyderczo. 
- - Jak narazie jedyne, co widziałem i słyszałem, to wasze żądania. Nie było w  
nich  
nic korzystnego dla mnie. Brat Czarny pomagał warn. Zobaczcie jak teraz wygląda  
jego  
kraina. Nie stać mnie na stratę czasu, jeśli mój chłodny brat stał się  
niebezpieczny. 
- - Gryf... - zaczął D’Shay. 
Gospodarz spojrzał na nich palącym wzrokiem. Jeźdźcy zamilkli. Zanim Błękitny  
się  
odezwał, przez dłuższy czas ich obserwował, zwłaszcza D’Shaya. Po chwili na jego  
pysku  
pojawił się wszechwiedzący uśmieszek. 
- Pozwólcie, że coś warn zaoferuję. Przyprowadź mi, człowieku, Gryfa, a rozważę  
waszą prośbę. Tak... Emisariusz, którego wysyłam do Północnych Pustkowi musi  
zanieść  
mojemu bratu jakiś prezent. Cóż może być lepszego, by otworzyć bramy, niż taki  
podarek jak  
lwioptak. 
D’Shay niemal odrzucił drugą szansę, ale się rozmyślił. Musiałby odpowiadać  
przed  
pewną osobą, gdyby jego misja się nie powiodła. A śmierć Gryfa, nieważne przez  
kogo  
spowodowana, niezwykle by tę osobę ucieszyła. 
- A więc dobrze, panie, dostarczymy ci Gryfa. Wiemy, że zmierza ku nam. Jedyne  
pytanie brzmi, kiedy i w jakim punkcie miasta się pojawi. Wkrótce będziesz miał  
jego głowę. 
Błękitny zachichotał, gdyż znał prawdziwe intencje D’Shaya. Smok wbił kolejną  
szpilę. 
- Nie, jeźdźcze. Chcę nie tylko jego głowy. Chcę go całego, żywego i  
oddychającego,  
w stanie mniej więcej nienaruszonym. 
Arystokratyczna twarz jeźdźca gwałtownie pociemniała. 
- To moja oferta - mówił dalej Smoczy Król. - Przyjmujecie ją, czy nie? 
Po chwili D’Shay kiwnął głową. Bez słowa obrócił się i wyszedł z jaskini.  
D’Laque  
szybko się skłonił i podążył za nim. 
Błękitny patrzył jak odchodzą. Na jego pysku pojawił się dziki, gadzi uśmiech,  
co do  
natury którego D’Shay nie miałby zbyt wiele wątpliwości. 
IX 
Patrzył na całkiem mocne mury miasta, które zdawały się być wyższe niż dorosłe  
smoki i niesamowicie gładkie. I rozumiał, że wspinaczki nie należy brać pod  
uwagę. Gryf  
poważnie zaczął myśleć o odwrocie i zamierzał poprosić smokowatego, aby  
zaprowadził go z  
powrotem do Penacles. 
Irillian zawsze miał mury i Gryf od dawna o tym wiedział. Nigdy nie zdawał sobie  
jednak sprawy, że są one aż tak wysokie, a ich gładkość można porównać do  
gładkości perły.  
Porównanie zresztą było dużo bardziej akuratne, niż by przypuszczał. Błękitny  
miał bowiem  
do dyspozycji wszystkie bogactwa Wschodnich Mórz. 

background image

- Rak spogląda na miejskie mury. Czy ptak, być może, naprawdę zamierza podjąć  
się  
szaleńczej wspinaczki? 
Nawet w ciemności Gryf widział, że kucający smokowaty śmieje się tak szeroko,  
jak  
tylko pozwalają mu na to szczęki. Zirytowało go to, ale zdołał się pohamować.  
Mimo  
wszystko stwór wypełnił swoją obietnicę. Gryf znajdował się u wrót miasta. Co  
więcej, dzięki  
drodze, której natury stworzenie nie chciało wyjaśnić, zaledwie w ciągu kilku  
godzin pokonał  
odcinek, który w normalnych okolicznościach zająłby mu wiele dni. 
- - Znasz inną drogę? 
- - Ptak musi stać się rybą. Czy, być może, jest na tyle odważny? 
- - Rybą? 
Smokowaty wskazał na kratę za nimi. Swoimi błoniastymi łapami usunął większość  
znajdujących się na niej śmieci. 
- Ptak jest wytrzymały. Czy, być może, ma taki sam żołądek? Nie trzeba było  
pytać, o  
co chodzi, gdyż usunięcie całych pokoleń gnijących roślin wyzwoliło jeszcze  
gorszy smród. 
- To część systemu ścieków, jak rozumiem. Smokowaty pokiwał głową, śmiejąc się. 
- Smokowaty dalej nie idzie. Czy ptak, być może, sądzi że sam zdoła znaleźć  
drogę? 
„Tchórz” - pomyślał ponuro Gryf. Smród był tak wielki, że niemal skłonił go do  
powrotu. Przez całe lata rozkładały się tutaj śmiecie. Wiele z nich to ryby.  
Powodowały  
potężny, niemożliwy do zniesienia odór. Nie miał jednak wyboru. Musiał iść  
dalej. 
- Smokowaty? - Stworzenie spojrzało na niego. - Dlaczego Poszukiwacze pomagają  
mi? Dlaczego Burzowy pozwolił mi przejść przez swoje terytorium? Przecież  
wiedział, że  
tam jestem. 
Potrząsając głowąjak ojciec, któremu małe dziecko zadaje głupie pytania,  
smokowaty  
spokojnie odpowiedział: 
- Burzowy zawsze robi to, co chce. Czy ptak, być może, myśli, że tak aroganckie  
stworzenia są posłuszne Pszukaczom? 
Choć niezwykle go to ciekawiło, Gryf nie miał czasu wypytywać o dokładny związek  
pomiędzy smokami a smokowatymi. 
Jego przewodnik uniósł rękę, jakby wskazywał coś ważnego. 
- Ludzie mają różne poglądy w wielu ważnych sprawach. Czy ptak sądzi, że  
Pszukacze są inni? 
Oznaczało to, że nie wszyscy Poszukiwacze chcieli mu pomóc w dalszej wędrówce.  
Gryf pokiwał głową na znak zrozumienia i uczyniwszy ostatni głęboki oddech,  
wszedł do  
tunelu. Tunel był wyższy od niego o dłoń i szeroki na około połowę jego wzrostu.  
Słona woda  
sięgała jego kostek. 
Gdy wszedł, brama się zamknęła. Odwrócił się, by zobaczyć jak smokowaty z  
ogromną skrupulatnością nakłada odgarnięte wcześniej śmieci, przywracając kracie  
wcześniejszy wygląd. Gryf pokiwał głową i zachichotał. Jakże byłby wściekły  
Błękitny,  
gdyby wiedział, że w każdej chwili jego zabezpieczenia mogą zostać pokonane  
przez takie  
stworzenie jak smokowaty, co wcale nie było określeniem pogardliwym. Tego na  
pewno nie  
mógł powiedzieć. 
Oczekiwał, że smokowaty pożegna się z nim. Oczekiwania takie wynikały jedynie z  
lat spędzonych w ludzkim towarzystwie. Jego przewodnik jednak po prostu zniknął.  
Być  

background image

może powrócił do domu. Gryf postanowił, że jeśli przeżyje, co wcale nie było  
takie pewne,  
musi sprawdzić dane na temat smokowatych i ich powiązań ze Smoczymi Królami w  
Bibliotekach Penacles. Może znajdzie coś więcej, niż wiedział dotychczas. 
Zastanowił się, czy niegdyś Smoczy Królowie także służyli Poszukiwaczom. Jeśli  
tak,  
to nic dziwnego, że rządzące smoki czerpały pełnymi garściami z ich osiągnięć. 
Odór ścieków przypomniał mu o chwili teraźniejszej i nagle zdał sobie sprawę, że  
mogą minąć cale godziny, nim się stąd wydostanie. Myśl ta sprawiła, że cały się  
zjeżył, po  
chwili jednak ruszył dalej, bez zbędnego już wahania. Był teraz mniej zatroskany  
o D’Shaya.  
Bardziej się martwił, jak odnajdzie bezpieczne wyjście z tego podziemnego  
świata. Im  
szybciej, tym lepiej. 
Zarówno przed nim, jak i za nim słychać było szmer wody. Jakby smrodu było za  
mało, to jeszcze na karku miał wodę. Już sam nie wiedział, kiedy ostatni raz był  
suchy, czy  
choćby tylko lekko wilgotny. 
Minęło kilkanaście minut, od kiedy zaczął się zagłębiać w system ścieków, kiedy  
nagle zdał sobie sprawę, że nie chroni go już zaklęcie smokowatego. Teraz  
zastanawiał się,  
czy go nie zdradzono. A może sam zachował się nierozsądnie. Nagle jego myśli  
ogarnął  
popłoch. Jeśli to pułapka, była z pewnością niezwykle skomplikowana. Takie  
szarady nie  
miałyby najmniejszego sensu. Mogli go przecież już dawno zabić. 
Gryf szedł dalej, ale przez cały czas nachodziły go wątpliwości, tym silniejsze,  
że  
nigdy nie potrafił zrozumieć zawiłości myślenia Poszukiwaczy. Z tego, co  
wiedział, taka  
skomplikowana, wielopiętrowa pułapka byłaby dla nich typowa. Z pewnością  
cechowała ich  
nieprzewidy walność. 
Dziwny szmer w wodzie zasygnalizował, że nagle przestał być w ściekach sam. 
Coś prześlizgnęło się bocznym tunelem, ale w bardzo słabym świetle  
przedostającym  
się przez rzadko występujące studzienki zdołał jedynie uchwycić zarys tylniej  
części ciała i  
ogona. Ogon wyglądał na niesamowicie długi i był prawdopodobnie grubszy niż ręka  
Gryfa.  
Jeśli stworzenie to nie składało się wyłącznie z ogona - a rzut oka na jego nogi  
zadawał kłam  
podobnemu twierdzeniu - to chwilowy towarzysz był co najmniej dwa razy większy  
od niego.  
Gryf miał tylko nadzieję, że stworzenie jest roślinożerne, a jeśli nie, to że  
zadowala się  
szczurami i innymi małymi mieszkańcami tych kanałów. Jakby nie było, nie  
zanosiło się na  
szybki powrót. Gryf odetchnął z ulgą, ale już uważniej rozglądał się dookoła na  
wypadek,  
gdyby stworzenie miało towarzysza albo rodzinę. 
Straszliwy odór zdawał się słabnąć wraz z upływem czasu, choć być może oznaczało  
to tylko, że zaczynał się do niego przyzwyczajać. Światło było bardzo słabe.  
Nieraz potknął  
się, na szczęście jednak ani razu nie upadł twarzą w bagno. W pewnym momencie  
obiekt,  
przy którym się zachwiał, okazał się być ciałem. Ciałem czegoś, co mogło być  
człowiekiem,  
smokiem, czy też czymkolwiek innym, czego Gryf nie zamierzał sprawdzać. Istniała  
możliwość, że to, co zabiło leżące stworzenie i uciekło z dolną częścią jego  

background image

ciała, nadal  
znajdowało się w pobliżu. 
Smokowaty nie udzielił mu żadnych wskazówek dotyczących kierunku marszu i Gryf  
uznał, że ma za zadanie odnaleźć bezpieczne wyjście tak szybko, jak to tylko  
będzie możliwe.  
Minął już dwa wyjścia, lecz oba były zmoknięte i zardzewiałe, a otwarcie ich  
uczyniłoby  
dużo więcej hałasu, niż mógł sobie na to pozwolić. Trzecie wyjście okazało się  
być w  
lepszym stanie, ale musiał je ominąć, ponieważ usłyszał nad nimi częste kroki  
czyichś nóg. 
Po ponad dwu godzinach odnalazł wreszcie wyjście. Zaglądnął przez dziurę i  
upewnił  
się, w jaki sposób może się wydostać na powierzchnię. Po przejściu tak długiej  
drogi nie miał  
najmniejszej ochoty zawracać i dalej błąkać się po ściekach. Wspomnienia, które  
zdążyły mu  
już zapaść w pamięci, były absolutnie wystarczające. 
Na zewnątrz powiewała lekka morska bryza, która go irytowała. Morze zawsze  
przypominało mu o jednym z dawnych dni, o którym chciał zapomnieć. Stał wtedy  
samotnie  
na plaży. Jego umysł nigdy nie wrócił po tym doświadczeniu do normalności. Całe  
szczęście,  
że nie wylądował wówczas na brzegu Irillianu, gdyż jego historia skończyłaby się  
jeszcze  
zanim zdążyłaby się zacząć. 
Znajdował się na niezbyt odległej od brzegu ulicy. W pewnej odległości od niego  
poruszało się kilka postaci. Przypadł do ściany, kiedy zrozumiał kim są. Straże.  
Być może  
patrol. 
To było szalone i Gryf zdawał sobie z tego sprawę. Szalone, ale dodawało odwagi.  
Zawsze lubił podążać do celu niezależnie od przeszkód. To właśnie był jeden z  
powodów  
ewentualnego pozostawienia Penacles Toosowi. 
Najpierw korciło go, by wrócić do ścieków i sprawdzić, czy tamtędy nie zdoła się  
dostać do miejsca wskazanego na mapie jako rezydencji namiestnika. Jeśli  
ktokolwiek  
wiedział, gdzie może znajdować się D’Shay, był nim ludzki odpowiednik Błękitnego  
Smoka.  
Gryf wątpił, czy przedostanie się do środka budynku mogło stanowić dla niego  
trudność.  
Ochrona była tu jeszcze bardziej dziurawa niż w jego mieście. 
Aby móc się bezpiecznie poruszać po powierzchni, musiał zmienić wygląd. Było to  
ryzykowne. Nawet gdyby przeobraził się w inną postać dzięki odziedziczonym  
umiejętnościom i dokonał tego w taki sam sposób, jak to czyniły smoki - a i on  
sam  
wielokrotnie - doszłoby do naruszenia linii magii lub jej widma, jeśli, rzecz  
jasna, ktoś  
wierzył w tę teorię. Istniało więc ryzyko, że Błękitny Smok będzie wystarczająco  
czujny, by  
je wychwycić. Było to jednak łatwiejsze niż próba przedostania się przez miasto,  
albo powrót  
do kanałów, by po raz kolejny spotkać się z uderzającym aromatem miejskiego  
życia. 
Gryf skręcił za róg i przeobraził się. 
Zrobił to w czasie krótszym niż minuta. Wyjrzał za mur, ale straży nie było już  
widać.  
Naciągając na siebie szczelniej płaszcz, wyszedł na otwartą przestrzeń. Ile miał  
czasu do  
świtu, pozostawało sprawą niejasną, ale z pewnością więcej niż trzeba było, by  
dotrzeć do  

background image

bezpiecznego miejsca. Mimo „obsesji”, pamiętał, by sprawdzić mapy w poszukiwaniu  
ewentualnych kryjówek i miejsc, które straże uważały za mało ważne i nie  
kontrolowały ich. 
Przez pierwszych parę minut minął jedynie kilku ludzi, póżnonocnych hulaków i  
tych,  
którzy w ciemnościach zarabiali pieniądze - nieważne w jaki sposób. Kilku było  
tak samo  
ukrytych pod płaszczami jak on. To nie była jedna z najlepszych dzielnic  
Irillianu, co zresztą  
prawdopodobnie działało na jego korzyść. 
Minął patrol, ale na szczęście z takiej odległości, że nikt nie zwrócił na niego  
uwagi.  
Najgorsza jednak chwila nadeszła, kiedy natknął się na raczej nie najciekawiej  
wyglądające  
stworzenie, które, jak sądził, było kobietą i zaoferowało mu sztuczki wymagające  
niesamowitej giętkości ciała i zwinności ruchów ich obojga. Odmówił, ale  
stworzenie nawet  
tego nie zauważyło. Dopiero, gdy dostało monetę, odeszło. Ku jego zaskoczeniu  
incydent ten  
nie zwrócił niczyjej uwagi, co oznaczało, że dzielnica była jeszcze bardziej  
podejrzana, niż  
sądził na początku. 
Jego decyzja, by uzyskać niezbędne informacje i odnaleźć dom namiestnika, nagle  
okazała się zupełnie niepotrzebna. Skręcił na następnym rogu ulicy. Tylko dzięki  
doświadczeniom jako król i praktykom najemnika, nie zatrzymał się i nie zaczął  
gapić z  
szeroko otwartymi ustami. Sześciu wilczych jeźdźców, którzy wychodzili z  
tawerny,  
zataczając się, zauważyłoby go bez najmniejszych problemów. 
Zataczając się, to może niezbyt odpowiednie słowo. Rzeczywiście byli nie całkiem  
trzeźwi, z pewnością jednak nie byli pijani i w każdej chwili mogli stanąć do  
walki. Ich  
mundury świeciły czystością, a oni sami lustrowali okolicę zupełnie trzeźwym  
wzrokiem. 
Jeden z nich wymruczał coś o pośpiechu. 
- Okręt przecież nie odpłynie przed świtem. Drugi, najwyraźniej dowódca,  
upomniał  
pierwszego. 
- - Gad jest zdenerwowany - poinformował towarzyszy. - Powiedział, że okręt  
wyruszy właśnie przed świtem. 
- - A co z Lisem? - Z formy pytania, jakie zadał jeździec, Gryf wywnioskował, że  
ostatnie słowo musiało oznaczać imię, a nie zwierzę. 
- - Spryciarz pozostanie tutaj razem z dozorcą. Coś się szykuje i myślę, że od  
tego  
zależy, czy nadal zostaniemy na straży, czy też z pustymi rękoma będziemy  
musieli  
zameldować się przed Mistrzem Watahy. 
Cała szóstka jak na rozkaz zadrżała. Żadnemu z nich nie spieszyło się specjalnie  
do  
spotkania z przełożonymi. Zamilkli. Postać zwana Lisem i stawienie czoła  
przełożonym  
zburzyły wilczym jeźdźcom pogodę ducha. Nagle wszyscy zapragnęli dostać się jak  
najszybciej na okręt. Należało się do tego przygotować. Gdyby wywarli dobre  
wrażenie na  
panu Irillianu, mogłoby to im dopomóc w założeniu tu stałego portu. Gryf  
zastanawiał się,  
czy ma zawrócić, czy też śledzić jeźdźców. W końcu zdecydował się na drugie  
rozwiązanie. 
Wilczy jeźdźcy bazowali na stałe w Irillianie. Myśl ta nie przypadła mu  
szczególnie  
do gustu. Wiedział już kim jest Lis, bez najmniejszej konieczności zgadywania.  

background image

Musiał tu  
dowodzić D’Shay, tak samo jak dowodził w Lochivarze podczas kontaktów z Czarnym  
Smokiem. 
W nastroju jeźdźców było coś, co zmuszało do czujności. Teraz, a także  
wcześniej,  
rozmawiali o powrocie do domu, jakby nie wszystko szło zgodnie z planem. Wróg,  
którego  
nie określali inaczej, niż wieloma interesującymi metaforami, nadal trzymał się  
nieźle.  
Wspominali też, że port w tym miejscu był ostatnią deską ratunku, gdyby Aramici  
- tak na  
siebie mówili - naprawdę mieli poważne kłopoty. 
Aramici? Imię to wyzwoliło u Gryfa wspomnienia. Znal ich; wiedział o nich wiele,  
ale  
to, co wiedział, w niewytłumaczalny sposób zniknęlo z jego pamięci. Zaklął w  
milczeniu i  
ruszył za szes’cioma postaciami. 
Kierowali się z powrotem do doków. Zwolnił i zaczął ich śledzić z większej  
odległos’ci, zarazem zmniejszając szansę na to, że go wy kryją. 
Usłyszał za sobą but uderzający o kamień. 
Nie obrócił się, nie dał żadnego znaku, że cokolwiek usłyszał. Dalej szedł za  
Aramitami, ale jeszcze bardziej zwolnił. Kiedy skręcili za róg, policzył do  
dwudziestu i  
posuwał się za nimi. 
Wilczy jeźdźcy znacznie już się oddalili. Gryf rozejrzał się wokół i uśmiechnął. 
Chwilę później ciemna postać także skręciła za rogiem i zatrzymała się. Aramici  
dawno już zniknęli w czerni nocy, ale władca Penacles nadal był widoczny.  
Tajemniczy  
nieznajomy szybko spojrzał do góry, ale jeśli oczekiwał, że ujrzy wiszącego na  
ścianie Gryfa,  
którego jeszcze przed chwilą miał na oku, to mocno się rozczarował. 
Otworzył dłoń i nagle pojawił się w niej nóż. Mężczyzna przylgnął do ściany, po  
czym zrobił krok do przodu. 
I wtedy błysnęła mu przed oczami dłuższa i znacznie ostrzejsza klinga niż ta,  
którą  
trzymał w dłoni. 
Gryf sięgnął zza pleców śledzącego i odebrał mu nóż. 
- - Jak przypuszczam - wyszeptał - szukałeś mnie. Widzę, że nie jesteś typowym  
rzezimieszkiem, więc być może pracujesz dla naszych sześciu przyjaciół. Masz coś  
do  
powiedzenia? 
- - Urk... 
- - Nie mów za głośno. Mam ostrzejsze zabawki, niż ta na twoim gardle. - Lekko  
zmniejszył nacisk noża. 
- - Wiedz...wiedza jest rzeczą niebez... niebezpieczną. 
- Co? - Gryf zakręcił swoim więźniem. - Gdzieś to usłyszał? Człowiek, który  
wyglądał  
i śmierdział jak rybak, nie otworzył ust. Gryf zrozumiał. Pokiwał głową. 
- Ale tylko wtedy, gdy zostanie błędnie wykorzystana. Na to czekasz, prawda? Na  
pewno na to, tak? Toos to wymyślił. 
- - Bez imion, durniu - syknął mężczyzna. - Czy nie nauczyli cię tego? 
- - Masz rację. - Gryf dokładnie obejrzał zatrzymanego. Najwyraźniej był to  
jeden z  
jego agentów. Nos Gryfa zmarszczył się na zapach ryb. Fakt, że tamten był  
szpiegiem,  
oznaczał, że nie musiał się za często kąpać, jeśli w ogóle to robił. - Dlaczego  
za mną szedłeś?  
- spytał. 
- - Nie szedłem za tobą, idioto. Szedłem za nimi. Miałem rozkaz. Zobaczyłem  
ciebie,  
a wiedziałem, że żaden zbój przy zdrowych zmysłach nie szedłby za takimi  

background image

sześcioma jak  
oni. Musiałeś więc być kimś takim jak ja. Jak ci się udało mnie podejść? Kto cię  
na nich  
nasłał? - Opinia mężczyzny na temat Gryfa stawała się z każdą ¦chwilą coraz  
gorsza. Gryf  
zastanawiał się, czy nie wyznać kim jest naprawdę, ale się rozmyślił. 
- - Mam swoje tajemnice - odezwał się z bladym uśmiechem. Z jego zwinnością kota  
wdrapanie się na ścianę budynku i zejście z niego po drugiej stronie, by  
zaskoczyć  
przeciwnika, nie sprawiało najmniejszego kłopotu. 
- - Co to za tajemnice? Dlaczego wykonujesz to samo zadanie, co ja? 
- - Mam własne zadanie. Muszę odnaleźć tego, którego zwą D’Shay. Oni mieli mnie  
tylko do niego doprowadzić. 
Oczy rybaka rozszerzyły się. 
- - Nie życzyłbym tego komukolwiek - powiedział i po chwili dodał: - Mylisz się,  
mój szybki przyjacielu, sądząc, że go tu spotkasz. Nikt go nie widział od dawna,  
naturalnie  
oprócz pana i władcy tego miasta. 
- - Ja... - Gryf przerwał. Zdał sobie sprawę, że może znaleźć interesujące go  
informacje na dole, na plaży. 
„Na dole, na plaży? - Potrząsnął głową. - Skąd się wzięła ta myśl?” 
Znajomy ból wypełnił mu głowę. Brudny rybak szpieg chwycił go za ramię. 
- Wszystko w porządku? - spytał. 
„Nie teraz - pomyślał z wściekłością Gryf. - Nie znowu!” Odkryli go dużo  
szybciej,  
niż się spodziewał. Być może, że jego wcześniejsza zmiana postaci została jednak  
zauważona. 
- Niech to diabli! - wyszeptał zaszokowany agent. - Ty... ty się w coś  
zmieniasz!? 
Gryf spojrzał na swoje ręce i spróbował otrząsnąć się z odurzenia. Tracił  
ludzkie  
kształty i to na oczach rodaka, co oznaczało, że siły rządzące Irillianem już go  
odkryły. 
„Teraz idź na plażę z własnej woli - coś odezwało się w jego głowie. - Nic ci  
się nie  
stanie. Doszedłeś tak daleko. Czy warto się cofać?” 
- Wynoś się - powiedział chrapliwym głosem. Jego bezimienny wspólnik uznał, że  
słowa te skierowane były do niego i wykonał polecenie. W innych okolicznościach  
Gryf  
poczułby się zawiedziony człowiekiem, który zniknął, ale tym razem nie miał do  
niego  
pretensji. 
„Idź na plażę. Na plażę przy jaskiniach”. 
Umysł znowu zaczął mu służyć. Spojrzał na swoje ręce, następnie dotknął twarzy.  
Transformacja była zakończona. Ponownie był tym samym stworzeniem, na widok  
którego  
uciekła w panice cała wioska, gdy po raz pierwszy spotkał się z ludźmi w  
Smoczych  
Królestwach. 
„Idę - skierował myśl do kontrolującej go istoty. - I lepiej by mój umysł  
pozostał w  
moim władaniu, bo...” - zagroził. 
Nie otrzymał żadnego potwierdzenia. 
Nie miał najmniejszego problemu z odnalezieniem brzegu morza, ani konkretnej  
plaży, ale zbyt szybko zbliżał się świt, co martwiło Gryfa. 
„Bez lodzi nie dam rady” - pomyślał i wzdrygnął się. Przez te wszystkie lata w  
mniejszym lub większym stopniu przyzwyczaił się do rzek i jezior, ale morze  
nadal go  
denerwowało. Zbyt dobrze przypominał sobie smak soli, przerażenie towarzyszące  
walce o  
każdy oddech, gdy cała woda świata zdawała się chcieć dostać do jego płuc. 

background image

Wspomnienia te nie należały do ulubionych. Nie przywoływał ich od lat. Teraz  
wraz  
ze wspomnieniami powróciło przerażenie. Jego pióra i sierść nastroszyły się. 
Bał się. Bał się, że tym razem Wschodnie Morza zabiją go. Obawiał się, że ku  
temu  
przez cały czas zmierzał D’Shay, choć mogło też być inaczej. Gdyby jego mentalny  
przeciwnik postanowił zaatakować w tej chwili, Gryf nie miałby szans, by go  
pokonać. 
Kończyła się noc. Gdy nadejdzie świt, zostanie uwięziony. Nie miał się gdzie  
schować, poza kanałami. A wątpił, czy zdąży do nich dotrzeć na czas. Na długo,  
zanim  
pierwsze promienie światła rozbłysną nad wodą, rybacy rozpoczną swój dzień. To  
była  
najlepsza pora na połów w tym regionie. Istniało na ten temat jakieś  
powiedzenie, ale Gryf  
zmusił się do usunięcia takich błahych myśli z głowy i zaczął się zastanawiać,  
czy naprawdę  
wszedł smokowi do paszczy z własnej woli, czy też nie. 
Spojrzał na zakotwiczone przy brzegu łodzie. Duże czarne kształty równie dobrze  
mogły być inwazją olbrzymich żółwi morskich, jak i małymi łódeczkami. Następnie  
przeniósł  
wzrok z powrotem na skąpaną w księżycowej poświacie wodę. 
- A więc? - cicho zadał pytanie. 
Niczym w odpowiedzi pojawiła się na morzu czarna kropka. Widniała daleko między  
poszarpanymi jaskiniami, a plażą na której w tej chwili siedział w kucki. Jak  
rozpoznał, była  
to łódź. Ale nie potrafił powiedzieć, kto się w niej znajdował. Samotna postać,  
tyle tylko  
zdołał zauważyć. 
Łódź urosła tylko odrobinę, stając się wystarczająco duża, by pomieścić sześciu,  
może  
siedmiu ludzi. Miała jeden żagiel, otwarty i podniesiony, mimo wiatru wiejącego  
w  
przeciwnym kierunku. Sternik nadal stanowił tajemnicę. 
Kiedy stało się oczywiste, że łódź nie podpłynie już bliżej, postać wysiadła i  
zaczęła ją  
ciągnąć, co dużo mówiło ojej sile. Przez cały czas patrzyła - przynajmniej  
Gryfowi tak się  
wydawało - na niego. Nareszcie dostrzegł, że stworzenie było owinięte od stóp po  
głowę  
czymś, co przypominało jednolitą szatę. Ukrywało nawet ręce i nogi. To nie był  
rybak. Być  
może nie był to nawet człowiek. 
Gryf wstał. 
- Czy to ty cały czas próbowałeś kierować mną, niczym marionetką? - spytał. 
Bezkształtna postać potrząsnęła głową i wskazała łódź; Gryf wykonał polecenie  
bez  
wahania. Wiedział, że każda inna reakcja w tej sytuacji będzie bez sensu. A poza  
tym, czyż  
nie tego właśnie oczekiwał przez cały czas? 
Kiedy znalazł się już na pokładzie, sternik, najwyraźniej nie odczuwając  
dodatkowego  
ciężaru, pociągnął łódź na głębszą wodę. Gryf usiadł i spojrzał przed siebie,  
nie myśląc o  
niczym konkretnym. Tajemnicza postać bez najmniejszego problemu kierowała  
łodzią. Raz  
jeszcze żagiel wypełnił się wiatrem, choć pojedynczy pasażer nie odczuł żadnego  
podmuchu. 
- Jak długo to potrwa? - spytał. 
Stworzenie nie odpowiedziało, lecz skierowało całą uwagę na łódź. Gryf przeniósł  
wzrok na morskie jaskinie, dokąd kierował się przewoźnik. Błękitny Smok zadał  

background image

sobie wiele  
trudu, by go tu sprowadzić, a sądząc po ostatniej próbie, potrzebował Gryfa.  
Rozpaczliwie  
potrzebował. 
Dlaczego? 
Zastanawianie się nad tym, co mogłoby zaniepokoić kogoś takiego jak Błękitny  
Smok,  
było niemal tak samo denerwujące jak myślenie o wejściu do samej paszczy  
Smoczego Króla. 
Zielony pojawił się bez ostrzeżenia. Nikt, nawet jego własny klan nie  
zorientował się  
w niczym, aż do momentu, kiedy przeniknął przez granicę zaklęcia ochronnego.  
Koło niego  
znajdował się Ssarekai, starający się wyglądać tak dumnie, jak to tylko było  
możliwe w tak  
zaszczytnym towarzystwie. Nie byli sami. Sądząc po zwieńczeniach hełmu,  
znajdowało się  
tam co najmniej sześć królewskich smoków z klanu Zielonego. Cabe zdołał zauważyć  
tylko  
jednego księcia, ale zorientował się, że przecież ktoś musiał dowodzić, kiedy  
nie było  
Zielonego. Pozostali mieli rangę zwykłych dowódców. 
Rozejrzał się, obserwując szybko zbierający się tłum. 
- Chciałeś mnie widzieć z jakiegoś niezwykle ważnego powodu - odezwał się  
władca.  
- Przypadkiem ja też chciałem z tobą omówić pewne kwestie, równie istotne. 
„Niezbyt zachęcający początek” - pomyślał Cabe. 
Kiedy pomniejsze smoki zbliżyły się, mieszkańcy Dworu dojrzeli przytwierdzony do  
grzbietu jednego z nich pakunek. Miał wielkość człowieka i nie było wątpliwości,  
co  
zawierał. Cabe i Gwen spojrzeli po sobie, a potem ostrożnie przenieśli wzrok na  
pakunek. 
„Zdecydowanie niezbyt zachęcające” - powtórzył w myśli Cabe. 
Zielony Smok zsiadł z konia i podał wodze Ssarekai, który skłonił się tak nisko  
jak to  
było tylko możliwe, zważywszy, że nadal siedział na gadzim rumaku. Smoczy władca  
ruszył  
dokładnie w kierunku dwojga magów, a jego krok wskazywał, że rzeczywiście był  
poruszony.  
Bardzo poruszony. 
- - A więc? - odezwał się, zanim jeszcze podszedł do nich. - Ja mam zacząć, czy  
wy? 
- - Kto... co to jest? - wreszcie wyrzuciła z siebie Gwen, patrząc na pakunek. 
- - Nie wiem. - Z tonu Zielonego dało się wnieść, że sama obecność ciała  
denerwowała go w większym stopniu niż zagadka dotycząca jego natury. - Czy  
pozwolicie, że  
do naszej grupy dołączy ktoś jeszcze? 
Cabe skinął głową. 
Strzelając palcami, Zielony Smok przywołał postać, której - jak dotąd - nikt nie  
zauważył. Wysoki, szczupły mężczyzna przypominał Cabe’owi człowieka, który przez  
wiele  
lat zastępował mu ojca. Był przyjacielem Nathana i posiadał domieszkę elfiej  
krwi. Naprawdę  
nazywał się Hadeen. Tak przynajmniej mówiła Gwert. I ten wyglądał podobnie, z  
tym, że był  
czystej krwi elfem. 
- To Haiden, jeden z moich... strażników na północy. 
Podobieństwo imion zaniepokoiło Cabe’a, ale nie widział większego związku  
pomiędzy elfem a Hadeenem, naturalnie poza krwią starszej rasy. 
Haiden skłonił się. Zarówno on jak i Hadeen stanowili kontrast dla mniejszych,  
bardziej irytujących leśnych elfów, z którymi Cabe spotkał się już kiedyś. Cabe  

background image

rozumiał, że  
elfy były bardzo wyczulone na punkcie rozróżniania obydwu ras. Tak jak i wielu  
ludzi, także  
uważały swoich pomniejszych kuzynów za irytujących. 
- - Pani z Bursztynu i Cabe Bedlam. - Elf pokiwał głową, z zachwytem rzucając  
spojrzenia na Gwen i z lekkim lękiem na Cabe’a, nie tylko dlatego, że był  
wnukiem Nathana  
Bedlama, ale i dlatego, że jego włosy dzisiaj były niemal zupełnie srebrne.  
Pozostawały takie  
od chwili spotkania z tym dziwnym białym stworzeniem. Czarodzieje uznali, że  
musi istnieć  
jakiś związek między niedawnymi wydarzeniami. 
- - To ludzi Haidena wysłałem, by przebadali pogranicze terenów mojego brata. 
- Północne Pustkowia - wyrzucił z siebie Cabe. Północne Pustkowia były rodzajem  
miejsca, którym straszono niegrzeczne dzieci. Nikt, może poza Smoczymi Królami,  
nie miał  
żadnych kontaktów z mieszkańcami tego przerażającego miejsca. 
- Tak, Północne Pustkowia. - Smok spojrzał na nich z niepokojem. - Tam właśnie  
to  
znaleźli - wskazał tajemniczą niespodziankę. 
Dwa smoki przywlokły pakunek do małej grupki. Jeden z nich zaczął go odwiązy  
wać,  
kiedy Gwen uniosła rękę. Zebrała się spora liczba sług, tak jak wtedy, kiedy ona  
i jej mąż  
odkryli dziwnego stwora. Spojrzała poza plecami Cabe’a na Smoczego Króla. 
Zielony z kolei skierował wzrok na pakunek, a potem prześlizgnął wzrokiem po  
gościach. 
- To wasza decyzja - oznajmił. - Według mnie wszyscy powinni mieć świadomość, co  
się stało. Ten nieszczęśnik wewnątrz pakunku, to tylko jeden z wielu. 
Cabe pokiwał głową na znak zgody, a Gwen pozwoliła smokowi kontynuować. 
Niemal pożałowali tej decyzji. Ciało zostało doskonale zachowane, a wyraz twarzy  
mężczyzny, czy też tego, co z niego zostało, wskazywał, że nie była to łatwa  
śmierć. Haiden,  
który niewątpliwie musiał widzieć już to ciało wiele razy, odwrócił się od niego  
po chwili.  
Wielu ze zgromadzonych cofnęło się. Narastały niespokojne szepty. Zielony i Gwen  
jednak  
przyglądali się ciału intensywnie. Gwen stwierdziła, że jej wzrok sam się  
odwraca i zmusiła  
się do spojrzenia raz jeszcze, by po sekundzie znów uciec spojrzeniem. Wreszcie  
odważyła  
się położyć rękę obok trupa. 
- To jest zimne. Zimniejsze, niż... niż śmierć - wyrzuciła z siebie. 
Cabe natychmiast zrozumiał, co miała na myśli, choć nie z powodu tonu jej głosu.  
Zrozumiał, ponieważ niemal tak samo, jak wtedy z tym stworzeniem, widział inny  
czas, inne  
miejsce i rzeczy podobne do martwego potwora. 
W pamięci jego dziadka zachowały się takie same ciała. Nie rozumiał wtedy, co  
się z  
nimi stało, ale teraz wiedział, że dotknęło je to samo nieszczęście, co całe  
rody z Ziem  
Jałowych. 
- - Nie dotykaj tego - wymamrotał wreszcie Cabe. Choć Gwen nie miała zamiaru  
tego czynić, spytała: 
- - Dlaczego? 
- Nie spodobało by ci się to. To jest jak całkowity brak życia. Jakby wszystko,  
co  
składa się na duszę, zostało wyrwane i zastąpione pustką. Absolutną pustką. 
Gwen cofnęła dłoń, lękając się, że przypadkowo może dotknąć ciała. 
- - Co się z nim stało, kim on jest? - spytała. 
- - To wilczy jeździec. Spójrz na jego hełm. - Cabe przypomniał sobie rozmowę z  

background image

Gryfem po ostatnim starciu z Azranem. Przypomniał sobie historię walki lwioptaka  
Gryfa z  
Czarnym Smokiem i mrocznymi wilczymi jeźdźcami, oraz to, jak Gryf czuł, że coś  
go z nimi  
łączy, pomimo morza oddzielającego ich wielkimi przestrzeniami. Opowiedział  
historię  
innym. 
Najbardziej zainteresował się nią Zielony. 
- - Słyszałem jedną czy dwie opowieści na ten temat - przyznał. 
- - Czym on był, nie jest teraz ważne... - przypomniał Cabe, klękając koło  
ciała.  
Coraz mniej przypominał siebie, a coraz bardziej upodabniał się do Nathana. -  
Ważne jest to,  
co się z nim stało. 
- - Jak mówiłem, został znaleziony na Północnych Pustkowiach. Haiden? 
- - Panie - elf skłonił się - był jednym z co najmniej trzech jeźdźców. Przed  
atakiem  
nie znaleźliśmy żadnych pozostawionych śladów, poza kilkoma odciskami na śniegu  
i  
kilkoma rozproszonymi obiektami. Cokolwiek go zabiło, zatarło po sobie dokładnie  
wszystkie ślady. Prawie dokładnie. Z jakiegoś powodu przeoczyło tylko to - elf  
wskazał  
zwłoki. - Być może dlatego, że zostały odrzucone na sporą odległość. 
- - Co? - Gwen zmusiła się, aby ponownie spojrzeć na ciało. Wilczy jeździec nie  
był  
mały. - Jak daleko? – spytała Haiden skrzywił się, przypominając sobie elfie  
rachunki. 
- Wystarczająco daleko. Sądzimy, że co najmniej jeden z... napastników musiał  
być...  
wyższy od drzew. 
Cabe nawet nie podniósł wzroku sponad ciała. 
- - Jak to? 
- - Kiedy jeden z nas wspiął się na czubek drzewa, aby zobaczyć czy nie ma  
więcej  
śladów, znalazł ślady futra. Kiedy wracał na dój, stwierdził, że ślady znajdują  
się na całym  
drzewie i po prostu wcześniej ich nie zauważył. 
- - Jakiego koloru było to futro? 
- - Białego. Śnieżnobiałego, jakby należało do jakiegoś ożywionego stworzenia. 
Gwen zbladła. Zerknęła do tyłu, gdzie znajdował się kopiec, pod którym  
pogrzebane  
zostało dziwne stworzenie. 
- A więc to samo. 
Jej mąż chciał odpowiedzieć: „Nie wiesz tego na pewno”, ale zdawał sobie sprawę  
z  
faktu, że miała rację. Był co do tego bardziej przekonany niż ona. 
- Ci trzej nie byli jedynymi ofiarami - niechętnie dodał elf. Magowie spojrzeli  
na  
niego z rozszerzonymi oczami. Haiden zwrócił wzrok na swego pana, który pokiwał  
głową. 
Wziął głęboki oddech, zmusił się do ponownego spojrzenia na żałosne szczątki  
wilczego jeźdźca i zaczął mówić: 
- W krainach leżących na północy jest teraz środek zimy... 
- - U nas nadal trwa lato - przerwała Gwen. 
- - Być może, pani, ale na terenach, na których klany Żelaznego próbują się  
pozbierać, krasnoludy mieszkające na wzgórzach zakopały się głębiej. Same smoki  
przeniosły  
się na południowy wschód, aby dołączyć do swoich braci w Esedi, gdzie nadal  
rządzą klany  
Spiżowego. Jest tam wielu, którzy nie przeżyli podróży, a niektórzy po prostu...  
zginęli, tak  

background image

jak ten. 
- - Zamieszanie powiększa fakt, że zabrakło władcy - dodał Zielony Smok. Smoczy  
Królowie w obu tych rejonach dopuścili się rzeczy nie do pomyślenia - otwartego  
buntu  
przeciwko swojemu cesarzowi. Niemal całe armie, włączając w to zdradzieckich  
królów,  
zginęły z rąk Złotego. 
- - A co z ludźmi? - spytał szybko Cabe. W takich wypadkach ludzie z reguły byli  
pomijani przez inne rasy, być może z powodu zazdrości. 
Haiden wzruszył ramionami. 
- - Na terenach Żelaznego i na wybrzeżu Mórz Andromacusa znajdują się ludzie -  
powiedział. Morzami Andromacusa nazywano Zachodnie Morza. Andromacus był  
demonem,  
który prawdopodobnie namówił bogów do stworzenia świata, ale dla jakich powodów,  
nikt  
tego nie rozumiał. Morza zostały tak nazwane, ponieważ były dużo bardziej  
burzliwe niż  
Wschodnie. - Trudno mi powiedzieć – ciągnął - co się stało z nimi i innymi na  
północnym  
wschodzie. Moi bracia i siostry twierdzą, że zimno już minęło Talak i stara się  
dotrzeć do  
Piekielnych Równin i terenów Irillianu. Mówią też, że coś podąża za zimnem, coś,  
do czego  
nie mogli się zbliżyć na tyle, by to rozpoznać. 
- - Talaku nie żałuję - powiedział pan Lasu Dagora. - Niech ludzki król Melicard  
z  
całą resztą zamarznie, ale Piekielne Równiny? Haiden, o tym mi wcześniej nie  
wspomniałeś. 
Elf wyglądał na zasmuconego. 
- - Wybacz mi, panie. Obawiam się, że brak snu zaczyna mieć na mnie zły wpływ. 
- - Kiedy ostatni raz spałeś? 
- - Od kiedy odkryliśmy tego tu - wskazał na zamarznięte ciało - nie spałem ani  
razu.  
Dwa wierne wierzchowce zajechałem na śmierć, by przynieść ci ciało, tak szybko  
jak się  
tylko dało. Wstyd mi. 
Smok potrząsnął głową. 
- Jesteś lojalny, Haiden. Kiedy tu skończymy, musisz odpocząć. Obawiam się, że  
wkrótce będę cię ponownie potrzebował. 
Widać było, że Haidenowi sprawiło to ogromną ulgę. Oczy Zielonego świeciły  
szkarłatem. 
- - Stworzenie. Futro. Tak, chcę zobaczyć wasze znalezisko. - Smokowi, który  
rozwiązywał okropny bagaż, polecił: - Zawiń to w coś. Niech nikt się do ciała  
nie zbliża,  
chyba że za moją zgodą. Być może dzięki niemu dowiemy się czegoś więcej. To nie  
znaczy,  
że musi leżeć na widoku, dodatkowo nas denerwując. Haiden, będziesz nam  
towarzyszył. 
- - Panie - odrzekł elf. Trudno było stwierdzić, czy dziwny kolor jego twarzy  
był  
naturalny, spowodowany wyczerpaniem, czy też może tym, co ostatnio musiał  
oglądać. 
Gwen już odchodziła. Nie miała najmniejszej ochoty wracać do zwłok potwora, ale  
chciała, by zobaczył je Smoczy Król i być może rozpoznał, kim jest i powiedział,  
co należy  
teraz robić. Cabe i Zielony szli z tyłu, pierwszy wspominając dawne wcielenia,  
drugi milcząc  
i rozmyślając. Haiden z powagą wlókł się za nimi. 
- Czy wiecie - syknął gad - że zimno, od którego ucierpiało moje królestwo, to  
dopiero  
początek. Wierzę, że ten mały wssstęp jessst tylko pierwszym znakiem, iż magia  

background image

dotrze  
jeszcze dalej na południe. - Po chwili, sycząc, dodał: - Próbowałem  
ssskontaktować się z  
moim bratem z północy. Nie odpowiedział. W jego oczach jessstem zdrajcą. 
Cabe wiedział, że najlepiej milczeć. 
Człowiek i smok pilnujący w tej chwili znaleziska stali na straży nieopodal.  
Różnice  
między nimi zanikały, ponieważ obu w takim samym stopniu pochłaniała ciekawość,  
czego  
właściwie pilnują. Smok usłyszał ich pierwszy i natychmiast stanął na baczność.  
Człowiek,  
który akurat coś mówił, poszedł za jego przykładem. 
Cabe pozwolił im spocząć. Zielony minął Gwen i udał się w kierunku dziury.  
Dostrzegł zarys stworzenia i zatrzymał się tuż przed ciałem. Przyklęknął i  
wyciągnął  
pazurzastą dłoń. 
- Nie! - krzyknął Cabe, przypuszczając, że Smoczy Król chce dotknąć stworzenia.  
Władca spojrzał na niego i uniósł rękę, dając do zrozumienia, że nie ma zamiaru  
niczego  
dotykać. 
Magowie dołączyli do niego. 
- To, jak sądzę, zapewne było niegdyś nieszkodliwym podziemnym ssstworzeniem -  
zasyczał. - Ten gatunek występował przed laty częściej, ale teraz stał się  
rzadki. 
Gwen nie mogła uwierzyć własnym uszom. 
- - To było kiedyś nieszkodliwym stworzeniem?! - zdziwiła się. 
- - Kiedyś. Ten stan z pewnością uległ zmianie jeszcze przed jego śmiercią.  
Wygląda, jak sami zresztą powiedzieliście, dość osobliwie. To mutant. Ktoś w  
okrutny  
sposób zmienił jego naturę. Przez samo przebywanie w jego pobliżu czuję, jakby  
próbował  
wyciągać ze mnie moją istotę... To prastara, naprawdę licząca wieki magia. Magia  
Poszukiwaczy, powiedziałbym, w najsilniejszym jej przejawie. Zdumiewające jak  
bardzo  
ostatnio się ujawnia. Można by pomyśleć, że ptaki znowu próbują podnieść się z  
upadku. -  
Ton głosu smoka wskazywał, że nie traktuje tego jedynie jako ewentualność. 
- - To było straszne - wymruczał Cabe. 
- - Hmmm? - Zielony spojrzał na niego. Młody wiedźmin, mrużąc oczy,  
wymamrotał: 
- - Nie, nic. 
Smok wstał i przyjrzał mu się dokładnie. 
- - Ziemie Jałowe. Przypominasz sobie Ziemie Jałowe? 
- - Ja... 
- - Powiedziałeś mi, Cabe, co się stało z tobą i Nathanem Bedlamem. Wiem, że  
przypominasz sobie rzeczy, które jemu się wydarzyły. Rzeczy takie jak Wojna  
Przełomowa i  
Ziemie Jałowe. 
- - Oni nie zdawali sobie sprawy, co wyzwolili. 
Smoczy Król górował nad Cabe’em. Postać w zbroi walczyła z sobą. W końcu smok  
wydał bardzo ludzkie westchnienie. 
- Niemało się wydarzyło podczas Wojny Przełomowej, której zarówno ludzie jak i  
smoki powinni się wstydzić. Przykro mi, zwłaszcza ze względu na to, co się  
dzieje na  
Północnych Pustkowiach. Cabe skinął głową. 
- Lodowy Smok zna to zaklęcie. To samo zaklęcie, którego użył mój dziadek. Tak  
sądzę. 
Gwen, która żyła w tamtych czasach, w przerażeniu podniosła do ust dłoń. 
- - Rheena! 
- - Leśna bogini niewiele nam teraz pomoże - skomentował sucho smok. - I obawiam  
się, Cabe, że mój brat na północy wie więcej, niż wiedzieli Smoczy Mistrzowie. 

background image

- - Jak to? 
- - To, co odkrył Nathan Bedlam, było tylko fragmentem większego zaklęcia. Być  
może dlatego udało im się to powstrzymać, choć i tak niemal za późno. Moja  
wiedza na temat  
naszych przodków, zwłaszcza Poszukiwaczy, jest większa niż wielu innych badaczy.  
Mogę to  
stwierdzić bez przechwałek. Nathan znał historię i wiedział, że nie jest to całe  
zaklęcie, ale to,  
co odkrył, wystarczyło dla jego potrzeb. 
Oczy Cabe’a rozszerzyły się. 
- Tak mówisz, jakbyś wiedział o tym wcześniej. Smok opuścił wzrok. 
- - Wiedziałem. Miałem nadzieję, że go nie użyje, ale zdaję sobie sprawę, że nie  
miał  
wtedy wielkiego wyboru. Przegrywali. Klany Brązowego były potężne, każdy smok  
walczył  
aż do śmierci. Nawet magia nie zdołała poradzić sobie z takim fanatyzmem. Kiedy  
odkryłem,  
że Nathan Bedlam użył zaklęcia, byłem dogłębnie poruszony, w równym stopniu  
własną  
bezczynnością, jak i użyciem zaklęcia, a także faktem, że Królowie zmusili go do  
tego.  
Można było zachować pokój, lecz Rada nie zgodziła się na to. Nie negocjowaliśmy  
z ludźmi,  
chcieliśmy nimi rządzić. 
- - A co z Lodowym? Jakie on zajmuje w tym miejsce? 
- - Wiesz o Północnych Pustkowiach. - Smoczy Król spojrzał na magów, upewniając  
się, czy rzeczywiście wiedzieli, zanim zaczął mówić. - Nie zdajecie sobie sprawy  
z faktu, że  
ze wszystkich ruin pozostawionych przez Poszukiwaczy - a pozostawili ich wiele,  
gdyż byli  
niegdyś niezwykle ekspansywną rasą - te, które znajdują się w górach położonych  
na  
Pustkowiach, są najstarsze. Region Północnych Pustkowi bowiem jest ich  
prawdziwym  
domem. 
Wzrok Gwen prześlizgnął się po drzewach, jakby sądziła, że jakiś Poszukiwacz  
może  
ich podsłuchiwać. Raki zawsze ją niepokoiły. 
- Mieszkali na tak zimnych terenach? - spytała. Zielony zachichotał, ale w jego  
głosie  
nie było nic wesołego. 
- Widzieliście, czym stały się Ziemie Jałowe. A to był jedynie fragment  
zaklęcia.  
Kiedyś, jak sądzę, Północne Pustkowia były tak samo bujne, być może nawet  
bardziej niż ten  
las. Aż do chwili, kiedy Poszukiwacze stworzyli to zaklęcie. Wtedy właśnie  
pojawiły się  
Pustkowia. 
Żaden z magów nie odezwał się. Obrazy w ich umysłach były zbyt przytłaczające,  
zbyt okropne, aby dały ująć się w słowa. 
- Najgorsze jednak jest to - powiedział Zielony Smok, a w jego głosie można było  
usłyszeć nutkę lęku - że Północne Pustkowia są także rezultatem niedokończonego  
zaklęcia.  
Nic mi nie wiadomo na temat przyczyn, ale wygląda na to, że Poszukiwacze woleli  
wybrać  
to, co zniszczyło ich samych, niż końcowy rezultat ich eksperymentu.  
Powstrzymali go, ale i  
tak dla wielu było już za późno. 
- A teraz, być może, Lodowy ma całe zaklęcie w ręku. Cabe zwrócił oczy ku  
północy,  
choć nie sądził, że ujrzy brzeg Lasu Dagora, czy też szczyty Gór Tybru, albo  

background image

rozciągające się  
dużo dalej Północne Pustkowia. Talak też gdzieś się tam znajdował. 
- Lodowy nie wiedział nic na temat tego zaklęcia, aż do chwili, kiedy odkrył je  
Nathan  
- powiedział wreszcie głosem pozbawionym emocji. 
Gwen i smok spojrzeli na niego, i smok pokiwał głową. 
- - Na to wygląda. 
- - A więc ja... my... on... był za to odpowiedzialny. 
- - W końcu i tak zostałoby to odkryte. 
- - Może tak, może nie. W tej sytuacji odpowiedzialność spoczywa na mojej  
rodzinie. 
Gwen pierwsza zrozumiała, co oznacza jego spojrzenie, gdyż było ono takie samo  
jak  
pierwszego mężczyzny, którego niegdyś kochała. Spojrzenie pełne determinacji, by  
wejść  
wreszcie w paszczę Lodowego Smoka, jeśli to konieczne i wszystko naprawić.  
Wiedziała, co  
zamierza zrobić. 
- - Cabe, to byłoby głupotą! Musimy wiedzieć więcej. 
- - Nie mamy czasu. Wiem to. Ta odrobina wspomnień, jaką posiadam, krzyczy mi  
prosto w twarz: „Lodowy jest gotów”. 
Teraz i Smoczy Król zrozumiał, co planuje Cabe. Jednak dla niego, w  
przeciwieństwie  
do Gwen, wydawało się to konieczne. 
- Haiden będzie twoim przewodnikiem. Mogę ci to zapewnić 
- powiedział. 
- Wystarczy, że zaprowadzi mnie na sam skraj. Dalej już pójdę sam. 
Elf skrzywił się, ale nic nie powiedział. 
- Ruszam z tobą - dodała nagle Gwen. A kiedy Cabe zaczął protestować, uniosła  
dłoń.  
- Są inni, którzy mogą się opiekować młodymi. I mam nadzieję, że Smoczy Król  
zapewni  
tutaj bezpieczeństwo moim ludziom. Wspomnienia, które odziedziczyłeś po  
Nathanie, nie są  
kompletne. Być może zdołam ci pomóc. Poza tym 
- dodała z bladym uśmiechem - nikt nas nie rozdzieli, jeśli tylko będę miała w  
tej  
sprawie coś do powiedzenia. 
Zielony pokiwał głową. 
- - Nie kłóć się, Bedlamie. Kiedy ciebie nie będzie, roześlę wieści do innych  
władców - ludzkich i smoczych. Nawet do Talaku, jeśli zajdzie potrzeba. To jest  
coś, co  
przekracza wszelkie różnice, jakie nas dzielą. Wydaje mi się, że brat Lodowy  
próbuje  
utworzyć własne państwo na terenie całych Smoczych Królestw, gdzie on i jego  
klany byłyby  
jedynymi władcami. Królowie nie zgodzą się na to. 
- - A więc ustalone - dodał Cabe, udając, że jest bardziej pewny siebie, niż  
rzeczywiście był. Mimo tego, co przeszedł, nadal było w nim trochę z chłopca z  
karczmy,  
który wolałby się odwrócić od niebezpieczeństwa i pozwolić, by inni to  
załatwili. Cabe  
wiedział, że to już przeszłość. Teraz to on musiał wszystko uczynić. 
Nie było bowiem nikogo innego. 
- Jutro wyruszamy ku Północnym Pustkowiom - powiedział. - I ku Lodowemu - dodał. 
Toma zakończył zaklęcie i czekał. 
Lodowa ściana przed nim lekko się nadkruszyła, jakby ktoś wylał na nią gorącą  
wodę,  
ale nic więcej. 
„Nadal mam swoją moc - pomyślał zimno. - Ale tu została ograniczona do minimum.  
Jestem więźniem tego szaleńca”. 

background image

Został oddzielony od swego ojca. Lodowy nie chciał powiedzieć, dlaczego tak się  
stało, ale Toma przypuszczał, że albo on, albo jego ojciec staną się wkrótce  
częścią tego  
wariactwa. Być może obaj. 
- Książę Toma. 
Ognisty odwrócił się i ujrzał jednego ze swych północnych kuzynów, stojącego z  
pochodnią w ręku, oczekującego na niego u wejścia do nowej „komnaty”. Gdy ujrzał  
to, co  
znajdowało się wewnątrz dołu, Toma próbował przekonać ich, że ich pan jest  
szaleńcem, i  
ostatecznie sprowadzi na nich zagładę. W ogóle nie zareagowali. Byli tak samo  
pozbawieni  
emocji jak ich władca. 
Nadal to widział. Rozległa... masa... białego futra, która ani na chwilę nie  
przestawała  
się ruszać. Nie miała żadnych pazurów, oczu, żadnych ostrych kłów, ani nawet  
nóg, a jednak  
przerażała jak nic, co do tej pory spotkał w swoim życiu. Toma zdał sobie  
sprawę, że sama  
bliskość potwora mu zagrażała. To coś wyczuwało jego obecność, jego istnienie, i  
tego  
właśnie chciało. Jego życia. Chciało wyssać duszę z jego ciała, niczym jajko, a  
pustą  
skorupkę odrzucić. 
Nawet tutaj czuł wysiłki potwora. 
Drugi smok nadal tam stał. Książę Toma w końcu spojrzał na niego i spytał: 
- O co chodzi? 
- - Oczekują na ciebie w komnacie tronowej - odparł smok. Zjawiły się trzy inne,  
jeden z nich z pochodnią. Toma nie miał wyboru. 
- - W porządku. 
Gdyby tylko magia działała! To było szaleństwo! Wieczna zima oznaczałaby także  
śmierć tych smoków. Czy one tego nie wiedziały? 
Z dwoma strażnikami z przodu i dwoma z tylu niewiele mógł zrobić. Pokryte  
szronem  
korytarze błyszczały, pochodnie oświetlały najgłębsze wnęki. Każdy krok odbijał  
się nie  
milknącym echem. Toma zdał sobie sprawę, że przez cały czas pobytu nie zauważył  
ani  
jednej samicy smoka, albo młodych. Tak naprawdę było tu tylko kilka pomniejszych  
smoków, których liczba zamykała się w liczbie palcy u jednej ręki. Dziwne, gdyż  
stworzenia  
te z reguły rozmnażały się niczym szalone, chyba że ich narodziny były dokładnie  
kontrolowane. 
Zaczął się zastanawiać na czym mogła polegać ta „kontrola”. 
Lodowy ponownie rozłożył swoje ciało nad dołem i zamknął oczy. W przeciwieństwie  
do Tomy, zdawał się czerpać siły z potwora w dole, z tego czegoś, co Smoczy Król  
uparcie  
nazywał swoją „królową”. 
Kiedy cała piątka podeszła do niego, smok uniósł głowę. Z każdej strony, niczym  
marmurowy posąg, stał smoczy strażnik. 
- - Aaaach, Toma. Dobrze, że się zjawiłeś tak szybko. 
- - Po prostu nie mogłem nie przyjść - odpowiedział rozzłoszczony smok. 
Jeden z pomniejszych lodowych smoków wyciągnął łapę, ale Król potrząsnął głową. 
- Zostaw go - mruknął. - Mimo, że warczy, z pewnością jest gotów poświecić się  
dla  
naszej rasy, jak każdy z nas. Nieprawdaż, bratanku? 
Toma chciał wykrzyknąć: „Moje szaleństwo w najmniejszym stopniu nie da się  
porównać do twojego”, ale rozmyślił się. Zamiast tego, lekko się skłonił i  
odparł: 
- - Panowanie Smoczych Królów, panie... zawsze było najważniejszym moim  
celem... 

background image

- - Też tak sądzę. Dlatego wierzę, że wybaczysz mi z upływem czasu. Wiem, że  
ostatecznie uznasz to, co robię, za dobre i jedyne wyjście, jeśli chodzi o naszą  
rasę. Ten  
błędny system powtarzających się cykli - jedna rasa zastępuje drugą - musi się  
kiedyś  
skończyć. Ludzie nigdy nie będą rządzili Smoczymi Królestwami. Nie przeżyją  
kolejnego  
roku. 
Oczy Lodowego zabłysły. Była to najwyraźniejsza oznaka życia, jaką - jak dotąd -  
ujrzał Toma w oczach olbrzyma. Władca odwrócił się do jednego z ożywionych z  
martwych  
sług i kiwnął głową. Sługa wraz z towarzyszem podeszli do małej grupki smoków i  
Toma  
nabrał pewności, że teraz nadejdzie jego kolej, by nakarmić... czymkolwiek by to  
nie było. W  
milczeniu przeklął wszystkich odpowiedzialnych za to, że teraz się tu znalazł:  
Cabe’a  
Bedlama, Panią z Bursztynu, Azrana Bedlama, Gryfa, tchórzliwych Smoczych Królów  
-  
wszystkich, tylko nie siebie. Stwierdził nawet, że obwinia swego ojca. 
Przeżył więc szok, kiedy słudzy przytrzymali go, zamiast zawlec do dołu. Nie  
musieli  
się aż tak bardzo nim kłopotać. Toma wiedział, że bez swej magii jest tutaj  
bezbronny. Nie  
mógł nawet zmienić postaci. 
Jeszcze bardziej go zaskoczyło, kiedy cztery smoki z klanu Lodowego ruszyły do  
przodu i zaczęły wchodzić na ruiny zniszczonej świątyni Poszukiwaczy. Kiedy  
podeszły  
bliżej szczytu, Lodowy odczołgał się od jamy. Smoki nie spojrzały na niego,  
kontynuowały  
marsz w kierunku dziury. 
Toma potrząsnął głową. To nie mogło się dziać naprawdę! One chyba nie  
zamierzają... 
- Na chwałę rasy - szepnął Lodowy, choć jego słowa dały się słyszeć w całej  
komnacie. 
Jeden po drugim, cztery smoki przekroczyły krawędź i zniknęły w głębi. Nie dało  
się  
nawet słyszeć żadnych krzyków, jak zauważył z niepokojem Toma. Zupełnie jakby  
uczyniły  
to, co pragnęły. 
Lodowy odezwał się: 
- - Istnieje lojalność, Toma. Istnieje zaufanie, dzięki któremu nadejdzie koniec  
naszych niedoszłych spadkobierców. Ostatnia czwórka oddała życie, aby moja moc  
mogła  
wzrosnąć. 
- - Ostatnia czwórka... - Oczy ognistego rozszerzyły się niczym dwa szkarłatne  
słońca. Otworzył usta, ukazując długie ostre zęby, przeznaczone do szarpania  
mięsa i  
rozwidlony język, który nerwowo wysuwał się do przodu. - Wszystkie twoje klany?  
Damy,  
wojownicy i młode? Wszyscy? 
- Ostatnie z pomniejszych smoków poszły nie więcej niż godzinę temu. To byli moi  
najbardziej zaufani wojownicy, ci czterej. Mieli być ostatni, by ujrzeć punkt  
kulminacyjny  
moich badań. Badań, które rozpocząłem jeszcze podczas Wojny Przełomowej. 
Przeraźliwie chłodne ręce mocniej chwyciły Tomę, choć nie wykonał żadnego ruchu. 
- Zdecydowałem, że nareszcie nadszedł czas, by wypuścić moje dzieci, cząstki  
mnie,  
aby dać im posmakować innych krain, bratanku. Będą karmić się nowym życiem i  
zwiększać  
moją moc. Już teraz moje zaklęcie rozpościera się ponad północnymi krainami, a  

background image

nawet  
dotyka lasu przeklętego Zielonego Smoka. Kiedy wszystkie moje dzieci zostaną  
uwolnione,  
sprowadzę zimę, jakiej nikt jeszcze dotąd nie widział... i nikt już nigdy nie  
ujrzy. Nikt! 
Toma nerwowo syknął. Nikt. Nawet klany Lodowego. To nie był szalony plan  
podboju. To była śmierć wszystkiego. Wszystkiego. Jeśli Smoczy Królowie nie  
mogli  
rządzić, to nikt inny także nie będzie mógł, jak stwierdził Lodowy Smok. 
Musiał uciec, musiał znaleźć pomoc. Wszystkie jego marzenia legły w gruzach i  
wiedział, że wkrótce sam do nich dołączy, jeśli nie znajdzie potężnych  
sojuszników, jak na  
przykład Cabe’a Bedlama. 
Musiał tylko uciec z mroźnych głębi jaskiń Smoczego Króla. 
Lodowy wybrał akurat tę chwilę, by wstać. Słudzy zmusili Tomę do skręcenia głowy  
w taki sposób, by musiał patrzeć wprost na pysk władcy, który wydawał się teraz  
istnym  
obrazem śmierci, jakby całkowicie pobawiony życia. 
Lodowy coś syknął, czego nawet przy jego potężnym głosie Toma nie zrozumiał. 
Stwór w dole zaczął się gwałtownie ruszać. Toma przez chwilę poczuł dotknięcie  
wysysającej życie siły, ale coś - jego wuj, zorientował się Toma - skierowało  
uwagę  
stworzenia w inne miejsce. 
Toma krzyknął, kiedy tysiące głodnych umysłów zaczęło wyć w szoku po uwolnieniu.  
Dwaj słudzy wzmocnili swój uchwyt. Na całe szczęście, gdyż omal nie zemdlał. 
„Już za późno - pomyślał. - Na wszystko za późno”. 
XI 
Gryfowi obiecywano wiele rzeczy, ale jak na razie otrzymywał jedynie jedzenie,  
wino  
i nie kończące się spojrzenia smoków służących Błękitnemu. Nie był nawet w głębi  
jaskiń.  
Sternik wysadził go w miejscu, które dało się jedynie określić jako poczekalnia. 
Poczekalnia. Z braku zajęcia zaczął się zastanawiać, na co ma czekać. 
Zostawiony na pastwę własnych myśli, zwrócił uwagę na inne sprawy. Możliwe, że  
smokowaty kłamał, a może sam został okłamany. Być może wodne stworzenie naprawdę  
wierzyło, że służy swoim panom, a być może jego panem był Błękitny. Podobne  
spekulacje  
wydawały się bezsensowne, ale pytania bez przerwy drażniły Gryfa. Niemal  
uwierzył w to, co  
mówiły. 
Ale z drugiej strony częścią tego wszystkiego naprawdę był Burzowy. Tyle Gryf  
wiedział. Poprzedni smok bawił się nim, pokazał mu, że w każdej chwili może go  
zabić, a  
jednak pozwolił przejść przez swoje królestwo. Gryf wątpił jednak, czy oba smoki  
mogły  
współpracować aż tak ściśle. Żaden z Królów nie ufał tak naprawdę pozostałym, w  
przeciwnym bowiem wypadku przynajmniej niektóre odpowiedziałyby na zew  
Srebrnego,  
aby się zjednoczyć. Poza tym Burzowy zawsze był jednym z najbardziej  
niezależnych. 
Jego otoczenie prezentowało się nieco dziwnie, nawet ekstrawagancko. Jaskinia  
udekorowana została przedmiotami, które - jak uznał - zostały odebrane morzu.  
Skarby na  
zawsze miały zostać zagrabione światu; starożytne pomniki, wspaniałe korale,  
nawet gobeliny  
i kilimy tak cudownego piękna, iż zdawało się, że zaraz wyskoczą z nich żywe  
postacie. Dla  
jego wygody dostarczono nawet krzesła i poduszki. 
Już niemal świtało, kiedy łódź dotarła do skalistego wybrzeża, stanowiącego  
część  
jaskini ponad poziomem morza. Gryf oczekiwał, że sternik wysadzi go na jednej z  

background image

poszarpanych raf, ale kiedy okrążyli jaskinię, przekonał się, że znajduje się  
tam mała plaża z  
osobną pieczarą, która na pewno nie powstała w sposób naturalny. Znajdowała się  
jakieś  
dziesięć metrów od linii morza. Sternik wysadził łódź na brzeg, raz jeszcze  
pokazując  
olbrzymią siłę, ale nawet na chwilę nie odsłonił rąbka swojej postaci. 
Wtedy dwa smoki przyprowadziły Gryfa do tego miejsca, gdzie się obecnie  
znajdował. Były smuklejsze niż ich kuzyni i prawdopodobnie wyższe, z odcieniem  
błękitu na  
skórze. 
- Wszystkie twoje potrzeby zostaną zaspokojone - powiedział jeden z nich lekko  
lekceważącym tonem. Tymczasem miał oczekiwać na wezwanie ich pana. Czekał już  
niemal  
cały dzień. 
W pewnej chwili usłyszał czyjeś kroki, lecz postanowił, że nie wstanie, jeśli  
nie  
będzie musiał. Już i tak wiele razy się rozczarował. 
To byli smoczy wojownicy. Ten, który znalazł się bliżej niego, trzymał  
haczykowatą  
włócznię skierowaną prosto w jego serce. 
- - Pójdziesz z nami - burknął. 
- - Jak rozumiem, wasz pan nareszcie chce mnie zobaczyć - ni to stwierdził, ni  
spytał. 
- - Tak, znalazł dla ciebie czasss - syknął wojownik. - Proszę, wssstań, byśmy  
byli  
pewni twoich dobrych zamiarów. 
Przeszukali go. Poddał się procedurze, byle dłużej nie tracić czasu. Odebrali mu  
broń i  
resztki wyposażenia, jakie mu pozostały. Przeszukali ubranie, ale nie zdjęli  
łańcuchów z szyi.  
Myśleli, być może, że są to religijne ozdoby, albo insygnia władzy. Gryf nie  
pokazał po sobie,  
jak wielką przyjemność mu to sprawiło. Pozostawili mu przecież najpotężniejszą  
broń. Nawet  
magia Błękitnego nie wystarczyła, by w pełni powstrzymać potęgę zamkniętą w tych  
ozdobach. Jeden taki amulet wystarczył, by powstrzymać pierwszy potężny atak  
smoków  
podczas krótkiego oblężenia Penacles. 
Kiedy strażnicy upewnili się, że nie zdołał ukryć żadnej broni podczas  
pierwszego  
przeszukania, poprowadzili go po schodach w głąb jaskini, które nagle skręcały,  
prowadząc w  
ciemność. Nie był to przyjemny widok, gdyż przypominał Drogę Mgieł, którą  
prowadził go  
smokowaty. Gryf z wyczekiwaniem spojrzał na smoki. Jeden wyciągnął pochodnię i  
podał  
mu ją. Spróbował wykrzesać ogień za pomocą magii, ale nie potrafił. Tak jak się  
spodziewał,  
jego moc została przytumiona. Smoczy Król nie chciał ryzykować. Kiedy lekcja  
została  
zakończona, pierwszy ze strażników wziął od niego pochodnię i dziwnym  
urządzeniem  
zapalił ją. Czegokolwiek Błękitny używał do przytłumienia mocy, najwyraźniej  
dotyczyło to  
nie tylko lwioptaka, ale i całego obszaru. 
Wodny gad niemal cisnął mu pochodnią w twarz. Błękitny odcień skóry smoków stał  
się teraz wyrazistszy. Ich zbroje okazały się gładsze, z mniejszą ilością łuskek  
niż u ich  
lądowych kuzynów. Poza tym jednak smoki nie różniły się specjalnie od  
pozostałych. 

background image

- - W dół. Cały czas w dół - usłyszał. To go zaskoczyło. 
- - Mam iść sam? - spytał. 
Jeden ze smoków wykrzywił szczękę w paskudnym uśmiechu. Na Gryfie, który stawał  
twarzą w twarz ze Smoczymi Królami, nie wywarło to większego wrażenia. Tak jak u  
wielu  
innych i u tego zęby były ostre, ale bardziej ludzkie niż te, należące do  
drapieżników. Jego  
lekko rozwidlony język wysunął się do przodu. 
Górę zaczynał chyba brać w nim uczony, ponieważ strażnik z włócznią szturchnął  
go  
tępym końcem i powiedział: 
- Boisz się czy nie i tak tam wejdziesz, nawet jeśli będziemy cię musieli  
wrzucić. 
Gryf spojrzał na nich i zaczął schodzić, ale umysł uczonego nadal analizował  
sposób  
wypowiedzi smoka. W Irillianie dochodziło do kontaktu między smokami a ludźmi na  
większą skalę niż gdziekolwiek w całych Smoczych Królestwach. W związku z tym,  
kiedy  
smoki mówiły, prawie nie było słychać ich syczenia, naturalnie poza momentami,  
gdy były  
wyjątkowo czymś rozemocjonowane. 
Schodził wciąż niżej i niżej, a schody okręcające w dół zdawały się nie mieć  
końca.  
Niechętnie zaczął się zastanawiać, czy to jakiś test, który miał sprawdzić, czy  
on, albo  
jakikolwiek inny gość idący tutaj, zmęczy się. Poza tym, zdecydowanie łatwiej  
poradzić sobie  
z kimś zmęczonym, niż wypoczętym i gotowym na każdą sztuczkę. 
Ku jego zaskoczeniu schody skończyły się kilka minut później. Gryf nie dał  
jednak  
Błękitnemu tej przyjemności i nie westchnął z ulgą, choć wiedział, że smok na to  
czekał.  
Dzięki badaniu jego emocjonalnego nastawienia, łatwiej mógł go kontrolować. 
- Stać! - usłyszał. 
Dwa smoki, identyczne pod każdym względem jak poprzednie, zablokowały mu  
przejście takimi samymi włóczniami jak ta, którą trzymał smok na górze. Gryf z  
pochodnią w  
ręku zatrzymał się. 
- Pozwólcie mu wejść. - Głos był niski i brzmiał, jakby mówiący nie zdążył  
przełknąć  
długiego łyku wody. 
Strażnicy odsunęli włócznie. Jeden z nich wyciągnął rękę po pochodnię. Gryfowi  
nie  
była już potrzebna, ponieważ przed nim płonęło inne światło. Oddał więc  
pochodnię i ruszył  
na spotkanie z Błękitnym. 
Mówiono, że istniało pokrewieństwo pomiędzy panem Irillianu a Smokiem z Głębin,  
który stanowił dla swego rodu coś w rodzaju boga. Było to naiwne i głupie, rzecz  
jasna. Inni  
Królowie z pewnością nie czciliby jednego z własnych braci, a legenda o Smoku z  
Głębin  
była dużo starsza, niż którykolwiek spośród Smoczych Królów. Jakkolwiek bardzo  
by temu  
zaprzeczali, w końcu byli śmiertelni. 
- Witaj lordzie Gryfie. Dziękuję ci, żeś z taką chęcią mnie odwiedził - radosnym  
głosem zagrzmiał smok. 
Szczere powitanie zmartwiło Gryfa. Tym bardziej, że nie istniały żadne powody,  
dla  
których Smoczy Król miałby być dla niego szczególnie grzeczny. 
- Witam cię, Panie Nadmorskiego Irillianu i otaczających go posiadłości. Chętnie  
omówię z tobą przyczyny mego niesamowitego pragnienia, by dotrzeć do ciebie, ale  

background image

najpierw  
z przyjemnością poznam twoje zamiary. 
Błękitny uśmiechnął się, ukazując ostre zęby. Nie było w nim tyle grozy, ile w  
uśmiechu Czarnego, jednak niewiele różniło te dwa smoki. Gryf był tylko nieco  
zaskoczony  
wężową formą Króla, ale nie do końca. Miało to sens, jeśli brało się pod uwagę  
jego  
królestwo. 
- - Aramita D’Shay będzie żałował, że przegapił twoją wizytę - dodał smoczy  
władca. 
- - A gdzie on jest? - Gryf oczekiwał, że arystokratyczny jeździec lada chwila  
wyjdzie z cienia, ale jedyną rzeczą, jaką nadal widział, był smok i świecące  
ściany. Ściany,  
które zostały przez kogoś wyrzeźbione. 
- Gdzieś poza Irillianem - odparł Błękitny. - Ale niedaleko, jak sądzę. Próbuje  
pewnie  
teraz rozpaczliwie wymyślić jakąś wymówkę, dzięki której mógłby cię zamordować,  
mimo,  
że nadal wypełnia moje polecenia, by cię dostarczyć żywego. 
Gryf poczuł się zmieszany, ale spokojnie odpowiedział: 
- - Przypuszczam, że powinienem być ci za to wdzięczny. 
- - Tak jessst - Błękitny Smok przerzucił się na bardziej gadzi sposób mówienia.  
-  
Prossstak D’Shay ma o sssobie zbyt wysssokie mniemanie. 
- - Tak samo jak i wielu innych. 
Smok zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem, zastanawiając się, czy powinien  
poczuć  
się urażony. Zignorował jednak tę uwagę. 
- - Wasze drogi, jak sądzę, już wielokrotnie się krzyżowały - kontynuował. -  
Mógłbym powiedzieć więcej, ale wtedy straciłbym jeden z moich argumentów  
przetargowych. - Smoczy Król zamknął oczy i zdawał się nad czymś zastanawiać. 
- - Argumentów przetargowych? - spytał wreszcie Gryf, aby przerwać milczenie. -  
Do jakiego przetargu? 
Oczy smoka otworzyły się. Zdawały się nie mieć żadnego konkretnego koloru, a  
jednak dokładnie pasowały do błękitno-zielonego blasku ścian. 
- Po pierwsze, udowodnię uczciwość moich zamiarów wobec ciebie. Proszę, usiądź.  
-  
Wskazał krzesło, którego jeszcze przed chwilą nie było. 
Gryf potrząsnął głową. 
- - Wolę postać. 
- - Łowca przygotowany do ataku. Doskonale. Musisz być ostrożny. 
- Wyjaśniałeś... Smok przytaknął. 
- Planowałem od tygodni. Mój plan został ulepszony przez nagłe pojawienie się  
Aramitów, którzy przestali się już czuć bezpieczni przy bracie Czarnym w  
Lochivarze. Jak  
dobrze wiesz, nie jest on w tej chwili zbyt spokojny. 
Gryf natychmiast pochylił głowę. Problemy Czarnego wynikały w dużym stopniu z  
rany na gardle, którą on sam mu zadał za pomocą jednego z demonicznych mieczy  
Azrana. 
- Ale kontynuując... - Błękitny rozprostował skrzydła, które zdawały się  
bardziej  
nadawać do pływania pod wodą, niż do latania -...wykryłem, że coś się dzieje na  
Północnych  
Pustkowiach. Brat Lodowy odmawiał kontaktu, a każdy szpieg, nie wyłączając  
aroganckiego  
wilczego jeźdźca wysłanego przez D’Shaya, aby negocjować z nim, znikał. Wiem  
nieco  
więcej niż przypuszczają Aramici, i obawiam się, że plany Lodowego, czegokolwiek  
by nie  
dotyczyły, oznaczają śmierć dla nas wszystkich... 
Smok przerwał, jakby oczekując na reakcję Gryfa. Gość wzruszył tylko ramionami. 

background image

- - Mówisz, że grozi nam niebezpieczeństwo ze strony władcy Północnych Pustkowi  
- rzekł. - Nic więcej. Przypuszczam, że możesz mieć rację, ale przydałoby mi się  
nieco więcej  
informacji, jeśli mam ci służyć pomocą, a jak przypuszczam, tego właśnie  
oczekujesz. 
- - Rozumujesz poprawnie - odparł smok. - Wiem niewiele, a ta drobna część mnie  
przeraża. Moja moc jest duża i wspieram się wieloma artefaktami pozostawionymi  
przez  
Poszukiwaczy, a przed nimi przez Quelow. Moje zaklęcie dokładnie chroni całą  
krainę i  
kryształ, który pozwala mi ujrzeć wszystko, co narusza obszar zaklęcia, a także  
daje  
możliwość kontaktowania się z innymi umysłami. W tym drugim wypadku mogę albo  
zdobywać informacje, albo zwiększać siłę emocji danej osoby. Jeśli chodzi o  
ciebie, to  
odkryłem, że pragniesz złapać D’Shaya i dowiedzieć się, co on wie o twojej  
przeszłości. Było  
to męczące zajęcie i nie potrafię zbyt długo tego czynić, zwłaszcza z tak silnym  
umysłem jak  
twój. Jednakże kiedy już wyruszyłeś, działałeś w przeświadczeniu, że czynisz tak  
z wolnej  
woli, co bardzo ułatwiło mi zadanie. 
- - A co ze smokowatym? 
Błękitny skrzywił się; wydał z siebie westchnienie niezadowolenia, jakby właśnie  
przed chwilą zjadł coś niesmacznego, albo ktoś się nie zgodził z jego opinią. 
- Smokowaty sądzi, że służy swoim panom i, być może, nawet tak jest, gdyż raz  
poczułem dotyk umysłu Poszukiwacza, który po chwili wycofał się z uczuciem  
zadowolenia.  
Kto wie? Być może mną też ktoś manipuluje. Stwierdziłem, że stworzenie to może  
mi się  
przydać, bowiem odkryłem, że potrafi tutaj ciebie w taki sposób przyprowadzić,  
by wilczy  
jeździec nic o tym nie wiedział. Powiedz mi, jak wygląda Droga Mgieł? 
Ignorując pytanie, Gryf zadał własne: 
- - A co z D’Shayem? Jaką on ma rolę do spełnienia? 
- - To chyba oczywiste. D’Shay stanowił przynętę. Z pewnością nie zjawiłbyś się  
tutaj, gdyby on był w Lochivarze. Z pewnością nie pojawiłbyś się tutaj, gdybym  
cię o to  
poprosił. Poza tym jego obecność dawała mi argument przetargowy przeciwko moim  
braciom, Czarnemu i Burzowemu. Burzowy chciał twojej głowy, ale zrezygnowałby,  
gdyby  
miało to oznaczać, że jeźdźcy założą tu bazę na stałe. Nigdy bym zresztą na to  
nie pozwolił, o  
czym jednak on niekoniecznie musiał wiedzieć. Czarny z kolei potrzebuje więźniów  
Aramitów do swoich armii. I jeśli ja im tutaj dam port, nie będą już chcieli  
układać się z nim.  
W zamian za obietnicę odtrącenia, Czarny obiecał, że nie będzie cię nękał, ani  
próbował  
jakiegokolwiek głupiego ataku na Penacles, który mógłby się powieść, zagrażając  
tym samym  
naszym interesom. 
Gryf ze zrozumieniem pokiwał głową. 
- - To brzmi, jakby tak naprawdę chodziło ci o Biblioteki - powiedział. 
- - Mam nadzieję, że nie czujesz się urażony. - Smoczy Król szeroko się  
uśmiechnął  
do swego gościa, ukazując zęby. - Ostatecznie chodzi mi o Biblioteki. Biblioteki  
są bowiem  
najstarszym artefaktem w królestwach. Tak naprawdę są starsze od Poszukiwaczy,  
Quelow i  
dwóch innych ras, o których wiem. Często podejrzewałem, że kiedyś nadejdzie  
koniec  

background image

wszystkiego i pozostaną jedynie Biblioteki. 
- - A więc chcesz zawrzeć pakt? 
- - Tak jessst. Jak na razie tymczasowy. 
Gryf, przechylając głowę, zmierzył smoka czujnym wzrokiem. 
- - Gdybyś poprosił o cokolwiek więcej, odmówiłbym bez wahania. 
- - Nadal mogę ci dać D’Shaya, jeśli tylko zechcesz. Nie jest mi potrzebny i nie  
mam  
specjalnej ochoty ujrzeć maszerujące koło Irillianu wilcze hełmy. 
- - Nareszcie mówisz konkretami. - Wymiana zdań dwóch śmiertelnych wrogów  
zmieniła się z rozmowę dwóch głów państwa. Gryf czuł wielki szacunek dla  
możliwości  
Błękitnego, nawet dlajego umiejętności przywódczych, gdyż mieszkańcy Irillianu  
byli niemal  
tak samo zadowoleni, jak ci pod rządami Zielonego, czyjego własnymi. Z pewnością  
trudno  
byłoby ich przekonać do buntu przeciwko smokowi, zwłaszcza, że to ich miasto  
stałoby się  
areną walk. 
- - Pozwól mi więc coś zaproponować - odparł pan Irillianu. - Wypędzę jeźdźców z  
mojego terytorium. Czy zdecydujesz się ich gonić, to już twój wybór. 
„Posunąłby się aż tak daleko?” - zastanawiał się Gryf. Nikogo poza Czarnym nie  
obchodzili obcy, a i on chciał jedynie powiększać swoje armie, podobnych do  
zombie  
fanatyków, niewolników Szarych Mgieł. 
- Zdaję się pod twoje dowództwo, Lordzie Gryfie. Nie znam planów Lodowego, ale  
jestem lojalny przede wszystkim wobec mego kraju, mimo twoich wątpliwości. 
Gryf zaczął się wahać. Biblioteki rzeczywiście mogły im pomóc, ale jeśli  
Błękitny  
miał rację, to najważniejszy stawał się teraz czas. Wraz z tą myślą naszły go  
podejrzenia.  
Zwęził oczy i spojrzał na olbrzyma. 
- A skąd mam wiedzieć, czy teraz nie próbujesz na mnie wpływać? 
Smok roześmiał się z całego serca. 
- Jesteś tak nieufny jak mówią... i pewnie dzięki temu nadal rządzisz. Poczekaj. 
Błękitny jeszcze bardziej urósł i ruszył w stronę środka komnaty, zmuszając  
gościa,  
by cofnął się na rozsądną odległość, po czym zamknął oczy. 
Komnata nagle nabrała ciepła. Źrenice Gryfa rozszerzyły się. Smoczy Król zaczął  
się  
topić na jego oczach... a ciało, które z niego spływało, znikało zanim dotknęło  
podłogi.  
Masywne skrzydła zwinęły się, a potem zmniejszyły i też znikły. Ciało wciągnęło  
w głąb  
siebie ogon, a nogi i wyprostowane łapy zesztywniały i zmalały, pazury zaś  
zostały  
zamienione na spiczasto zakończone ręce. Klatka piersiowa zapadła się, a potem  
zaczęła  
zmieniać, przybierając formę ludzkiej zbroi. 
Najbardziej niepokojące było oblicze. Szyi niemal zabrakło, a rysy twarzy  
przesunęły  
się ku górze, zostawiając puste wgłębienie, które zaczęło się przemieniać w  
zakrywający  
policzki hełm. Wyjrzało dwoje czujnych oczu i pojawiły się usta wypełnione  
ostrymi zębami.  
Rysy smoka, zmniejszone do dziesiątej swojej pierwotnej wielkości nadal  
wędrowały ku  
górze, tworząc zwieńczenie niby-hełmu. W ciągu krótkiej chwili skóra dostosowała  
się do  
potrzeb ciała i wyglądała teraz jak najprzedniejsza zbroja. 
Humanoidalny Król przyjrzał się swemu tymczasowemu sojusznikowi z odrobiną  
ciekawości. 

background image

- - Nigdy dotąd nie widziałeś jak zmieniamy postać? 
- - Nie z tak bliska - odparł Gryf. - Nie tak szczegółowo. W czasie bitwy nie ma  
zbyt  
wiele czasu na przyglądanie się. 
- - Jakże to prawdziwe. I jakże smutne. - W głosie smoka nie było szyderstwa. -  
Jeśli  
się teraz udasz ze mną, dam ci dowód, że masz wolną wolę i możesz wybierać. 
Błękitny poprowadził go poza miejsce, gdzie wcześniej sam leżał w smoczej  
postaci.  
Znajdowało się tam przejście, którego Gryf wcześniej nie dostrzegł. Tak samo  
tutaj, jak i w  
komnacie, z której właśnie wyszli, ściany świeciły, przez co nabierały jakby  
chorobliwego  
wyglądu. 
- Dlaczego ściany biją takim światłem? - spytał. 
Smok zatrzymał się, wyciągnął rękę i palcem przesunął po ścianie. Palec zaczął  
lekko  
świecić. Pokazał to swemu gościowi. 
- Morski mech z największych głębin. Światło stanowi część jego procesu  
życiowego,  
ale nie wiem, czemu ma dokładnie służyć. Wiem tylko, że jeżeli światło zanika,  
mech  
obumiera. Użyłem swojej mocy, by wykorzystać go dla własnych potrzeb. Jak długo  
spełnia  
tutaj swój cel, jestem zadowolony. To - uniósł palec pokryty mchem - jest  
naprawdę tylko  
najlichszym ze skarbów mórz. Piękno ziemi nie da się w żadnym stopniu porównać z  
pięknem świata podwodnego. 
Powiedziawszy to, delikatnie wytarł palec i ruszył dalej. Cały czas był  
odwrócony  
plecami do Gryfa, jakby ukazując w ten sposób swoje dobre intencje. Gryf  
uświadomił sobie,  
że nawet gdyby zdołał smoka zgładzić i tak musiałby wywalczyć sobie stąd odwrót,  
po czym  
dopłynąć do brzegu. Nie była to zbyt zachęcająca myśl. Jak na razie ufał  
smokowi. 
Weszli do drugiej komnaty, jeszcze większej od pierwszej i Gryf usłyszał dźwięk  
uderzających o skały fal. Rzecz szybko się wyjaśniła. Gryf zauważył, że koniec  
groty  
przylegał do morza, a komnata tak naprawdę stanowiła podwodną jaskinię. 
Ściany były zastawione półkami, artefaktami i najróżniejszego rodzaju  
wyposażeniem.  
Stąd właśnie Błękitny utrzymywał kontrolę nad swoją krainą. Tutaj pracował nad  
swoimi  
zaklęciami i obserwował Irillian. 
Wzrok Gryfa uchwycił duży kryształ leżący na środku drewnianego trójnogu, do  
którego właśnie prowadził go smoczy władca. Kiedy podeszli bliżej, kryształ  
zaświecił  
mocniej. 
- - To, co nazywam domem, to wszystko, co pozostało ze starego Irillianu. 
- - Starego Irillianu? - zdziwił się lwioptak. Z tego, co wiedział, Irillian był  
jednym z  
najstarszych miast w królestwach. Nigdy nie słyszał o jego poprzedniku. 
- - Dawno temu, jeszcze przed Poszukiwaczami i Quelami miasto należało do  
najwspanialszych w tych krainach. Ale padło ofiarą tak potężnego trzęsienia  
ziemi, że całe  
dzielnice zapadły się nietknięte. Mieszkańcy przypominali smokowate stworzenia,  
więc kiedy  
część z nich przeżyła, przystosowali się do nowych warunków. Nadal jednak  
zasadniczo byli  
stworzeniami lądowymi, więc zaczęli odbudowę Irillianu. Ale po tym jak zniknęli,  

background image

pojawili  
się Quelowie, którzy zignorowali miasto. Używali jaskiń, wykopali wiele tuneli.  
Po nich  
nadeszli Poszukiwacze. Większość artefaktów znajdujących się tutaj, należała do  
nich, część  
zaś do Quelow. Po kolejnej zmianie ras, pierwsze smoki odkryły te jaskinie.  
Przedkładały je  
nad miasto, które pozostawiły dla pierwszych ludzi. 
Błękitny położył dłoń na krysztale. 
- Tego użyłem, mój... wielmożny Gryfie. To jest moc, która nakłoniła cię do  
wykonania mojej woli, choćby tylko na chwilę - odsunął się. - Weź to. Wypróbuj.  
Pozwalam  
ci. 
Jeśli Błękitny uważał, że taka oferta spowoduje, iż Gryf zaufa mu całkowicie,  
gorzko  
się mylił. Władca Penacles wiedział jak niebezpieczne potrafi być nadmierne  
zaufanie. Z  
determinacją ruszył do przodu, cały czas spoglądając na swego gospodarza i  
ostrożnie dotknął  
kryształu. 
Był zimny. Poczuł jak otwierają się przed nim drzwi. Wyszukał Penacles i  
spojrzał w  
nie za pomocą swojego umysłu. Toos. Chciał zobaczyć Toosa. Generał kłócił się z  
dwoma  
doradcami, próbującymi wprowadzić niepotrzebny podatek, który - jak wiedział  
Gryfzawędrowałby raczej do ich własnych kieszeni, niż do kasy państwa. Toos  
wstał i  
wskazał na drzwi, mówiąc głosem spokojnym, ale władczym. Pokonani doradcy  
wyszli. 
„Dobry stary Toos - pomyślał Gryf. - Sam nigdy nie potrafiłem sprawić, by tak  
się  
ugięli. To ty powinieneś zostać królem”. 
Zwrócił uwagę na ważniejszą sprawę. Błękitny czekał. Nie mógł bawić się tym  
przez  
cały dzień. Jeden test powinien wystarczyć. 
Skupił umysł na smoku i skoncentrował się. 
Smoczy Król zaczął chodzić. Chwilę później chodzenie zmieniło się w nerwowe  
bicie  
pięścią w ścianę. W końcu smoczy władca dostał tak silnych drgawek, że niemal  
nie mógł  
ustać. 
Gryf pozwolił mu przez chwilę zatrzymać się w takim stanie, po czym przerwał  
kontrolę. 
Gadzi sojusznik ciężko oddychał, a on sam miał przyspieszony oddech. Błękitny na  
krótko gniewnie spojrzał na niego, po czym ochłonął. 
Do środka wbiegło kilkunastu strażników, najwyraźniej pragnąc poszatkować ciało  
Gryfa na części, a szczątki rozrzucić po całej okolicy. Król kazał im jednak  
natychmiast  
wyjść. Tak wielką miał władzę nad poddanymi, że spełnili rozkaz bez  
najmniejszego szmeru.  
Wtedy skupił uwagę na gościu. 
- Nie... nie musiałeś tego robić! My... myślałem... W głosie Gryfa nie było  
współczucia. 
- - Myślałeś, że będę na tyle szlachetny, by nie zrobić użytku z twojej zabawki?  
Prowadziłeś mnie jak na smyczy przez całe dnie, sprawiłeś, że zapomniałem o  
swoich  
obowiązkach, stworzyłeś obsesję, która mogła się stać przyczyną mojej śmierci! -  
Czy  
Smoczy Król uznał to tylko za prosty sprawdzian? - Teraz już wiesz, jak to jest!  
Teraz już  
wiesz, jak się czułem, kiedy ty rozgrywałeś tę swoją partyjkę. 

background image

- - Teraz już obaj wiemy na czym stoimy - odrzekł i pokiwał głową. Jego oddech  
wrócił do normy. - A więc jesteś przygotowany na zawarcie paktu - powiedział. 
- - Oczywiście. 
- - Tylko jako środka tymczasowego, rozumiesz? 
- - A co myślałeś? - odpowiedział niechętnie Gryf. 
XII 
Sen nie przyszedł szybko tej nocy do Dworu. Cabe bez przerwy wpatrywał się w  
sufit,  
a ze szmerów obok wnosił, że także Gwen nie mogła zasnąć. Nie odezwał się jednak  
i  
udawał, że śpi. Jeśli jego udawanie pozwoli jej choćby na chwilę odpoczynku,  
jest tego warte.  
Nie miał zamiaru wciągać jej w swoje niepokoje. 
Przedzieranie się przez książki, które zdołał zgromadzić w ciągu ostatnich kilku  
miesięcy, nie dało mu nic. Niektóre zostały napisane ponoć przez jednego czy  
dwóch ze  
Smoczych Mistrzów. Zwłaszcza Yalak uznał, że warto utrwalać na piśmie wszystko,  
co  
wiedział. Po wielogodzinnych próbach odczytania jego bazgrołów, Cabe doszedł do  
wniosku,  
że starożytny wiedźmin naprawdę desperacko potrzebował skryby i poddał się.  
Ponadto  
większość z tego, co napisał, zdawała się krążyć wokół jakichś niewyraźnych  
wskazówek i  
sugestii jak należy je interpretować. Najgorsze jednak było to, że sama pisanina  
Yalaka  
również wymagała interpretatora. 
Zastanawiał się, dlaczego magia musi być tak skomplikowana i pogmatwana.  
Dlaczego nie może być prosta i zrozumiała? 
Wszystko więc było w jego rękach. Większość z tych, którzy mogliby mu cokolwiek  
powiedzieć, zginęli w czasie Wojny Przełomowej albo wkrótce po niej. 
Poddał się bezsenności i wstał przed świtem tylko po to, by odkryć, że Gwen już  
na  
niego czeka. Także patrzyła w sufit. Kiedy usłyszała, że nadchodzi, odwróciła  
się, by na niego  
spojrzeć. 
- Witaj - powiedział smutno. Byłoby dziwne, gdyby przywitał ją słowami „dzień  
dobry”. Nie byli specjalnie zachwyceni czekającą ich wyprawą. 
Zanim się ubrali i usiedli do śniadania - na które nie mieli apetytu, co zresztą  
nie było  
niespodzianką - ich wierzchowce zostały osiodłane, a ekwipunek spakowany.  
Ssarekai i jego  
ludzki odpowiednik, Derek Żelazna Podkowa, oczekiwali już na nich. Ta dwójka  
zdawała się  
być miła dla Cabe’a. Tak miła jak to tylko o tej porze było możliwe. Cabe  
rozluźnił się, a  
Gwen, widząc jak się uśmiecha, także odpowiedziała uśmiechem. Nie było aż tak  
źle. 
Nikt inny poza nimi jeszcze nie wstał. Cabe i Gwen woleli zniknąć wcześniej, niż  
stać  
się częścią widowiska. Gwen zostawiła instrukcje jak wchodzić i wychodzić z  
Dworu, a  
Zielony obiecał dopilnować, by wszystko toczyło się zgodnie z planem. Magowie  
wzięli lejce  
z rąk sług i wsiedli na konie. Gwen skinęła głową w stronę Ssarekai, a smok się  
uśmiechnął,  
co Cabe’owi nie wydało się najmilszym widokiem, po czym spięła swojego  
wierzchowca. 
Kiedy ruszyli, zagrożenie wydawało się nierzeczywiste. Ptaki śpiewały, a las  
tętnił  
życiem. Cabe przypomniał sobie jak nudne było jego własne życie przed spotkaniem  

background image

z  
Brązowym Smokiem. Pozory mogły jednak mylić. 
Mimo, że lasy należały do Zielonego, jeźdźcy nie mogli się jednak beztrosko  
poruszać. Takie stworzenia jak bazyliszki nie rozróżniały przyjaciół Smoczego  
Króla od  
innych ludzi. Z reguły bywały zbyt głodne, by zastanawiać się, kto kim jest.  
Zajmowały się  
jedynie czyhaniem na obcych i cały wysiłek wkładały tylko w to, by w  
odpowiedniej chwili  
ofiarę zaatakować. Potem zamieniały swoją zdobycz w kamienny posąg i przez około  
pół  
godziny wysysały z niej pokarm. Po spożyciu posiłku ze skamieniałych ciał,  
ustawiały je w  
ogrodzie jako pomniki. Cabe’owi nie udało się nigdy zrozumieć bazyliszków. 
Po dziesięciu minutach podróży konie nagle się zatrzymały i za nic na świecie  
nie  
chciały ruszyć dalej. Cabe pomyślał, że natknęli się na kolejnego potwora z  
północy, tylko  
tym razem żywego. 
Tak jednak nie było. Spoza ścieżki pojawiła się wysoka, milcząca i odziana w  
zieleń -  
ulubiony kolor elfów - postać. 
- - Haiden! - magowie uspokoili się, szybko unieważniając zaklęcia. Haiden  
zadowolony, że zaskoczył wędrowców swoimi umiejętnościami, uśmiechał się, ale  
nagle zdał  
sobie sprawę, że właśnie cudem tylko uniknął zamiany w coś bardzo  
nieprzyjemnego. Wyraz  
jego twarzy rozbawił magów. 
- - Nie powinieneś tego robić - zbeształ go Cabe. - W każdym razie nie przy  
wiedźminach. 
- - Zapamiętam - obiecał Haiden. - Nie chciałbym się obudzić któregoś dnia,  
pełzając na brzuchu i szukając myszy. 
- - Nie zamieniłabym cię w węża... W coś innego, ale nie w węża. - skomentowała  
Gwen. 
- - Jakże pocieszające. 
- - Jesteś sam, czy mamy się liczyć z kolejnymi niespodziankami? - Cabe  
rozejrzał  
się. 
- - Nikogo nie ma ze mną poza jednym towarzyszem... 
Elf niósł na ramieniu długi łuk. Odłożył go na chwilę, po czym zniknął za  
drzewami.  
Wyprowadził stamtąd smukłego, bladego konia. Zwierzę nie było jednak podobne do  
zwykłego rumaka. Zostało wychowane przez elfy, aby im służyć. Różniło się od  
wierzchowców ludzi niemal tak samo jak ludzie od elfa. 
- - Nie musisz z nami jechać - powiedział Cabe. Haiden pogłaskał swego konia. 
- - Zdarzają się wypadki, kiedy może się przydać obecność elfa. Zresztą i tak  
muszę  
jechać na północ. Znajdują się tam moi towarzysze. Zdecydowali się, panie,  
pozostać na  
miejscu na wypadek, gdyby musieli o czymś jeszcze zameldować. Spotkają się z  
nami na  
granicy Pustkowi. 
Cabe chciał uniknąć kłótni, więc się zgodził. 
- Którą poleciłbyś drogę? - spytał. Haiden uśmiechnął się, nie kryjąc ironii. 
- Mamy cudowny wybór przejście przez całą szerokość Piekielnych Równin, albo  
drogą przez królestwa Spiżowego i Srebrnego, przy czym ten ostatni wydaje się  
nadal  
niezwykle aktywny. 
Piekielne Równiny stanowiły położony na południowy wschód od Gór Tybru rejon  
wulkanów, zamieszkiwany niegdyś zarówno przez Czerwonego Smoka, jak i przez  
Azrana.  

background image

Obaj już dawno nie żyli, choć niektóre klany Czerwonego nadal istniały. Nie była  
to  
bezpieczna droga, gdyż oznaczała podróżowanie niedaleko Wenslis, terenów  
Burzowego.  
Mogli się także natknąć na najemników, którzy zaatakowali ich w drodze do Dworu,  
albo  
nawet na szukających zemsty zdziesiątkowanych poddanych Czerwonego Smoka.  
Należało  
być także przygotowanym na niespodziewany wybuch jakiegoś wulkanu. 
Druga droga oznaczała walki z oddziałami Srebrnego, nie wspominając o resztkach  
trzech pozostałych klanów, między innymi należących do Złotego. 
Cabe westchnął. Tak czy inaczej szykowała się długa, ciężka podróż. 
- Pojedziemy przez Piekielne Równiny - zdecydował. Haiden pokiwał głową. 
- Sądziłem, że tak postąpisz. Nie mogę powiedzieć, by przypadła mi do gustu  
którakolwiek z dróg, ale lepszych nie ma. Chyba, że chcielibyście się wspinać na  
Tybr... -  
zaśmiał się na widok strapionych min. - Tak też sądziłem. 
To, co Cabe’a dręczyło od dawna, wreszcie mu się przypomniało. 
- Haiden, czy twój pan kiedykolwiek wspomniał o innych Smoczych Królach? -  
spytał. -> Przecież oni też nie mogą na to pozwolić. To, co robi Lodowy, musi  
przecież  
oddziaływać i na nich. 
Elf zarzucił luk na ramię i odpowiedział: 
- Pan Zielony nic mi o nich nie wspominał. Wiem, że poruszyła go ich  
bezczynność, a  
przynajmniej to, co uznajemy za bezczynność. Nikt z pozostałych Królów nie ufa  
już reszcie,  
przynajmniej od czasu, kiedy Żelazny i Spiżowy próbowali zapoczątkować bunt  
przeciwko  
swemu cesarzowi, a już z pewnością nie ufająnam, którzy się od nich odwróciliśmy  
i  
zawarliśmy pokój z Gryfem. 
Cabe nie miał pytań. Byli zdani na własne siły, chyba, że mieli sojuszników, o  
których  
nic nie wiedzieli. 
- Cóż... - Haiden uśmiechnął się, a wyraz jego twarzy znów przypomniał Cabe’owi  
półkrwi elfa Hadeena, którego przez tyle lat uważał za swego ojca, i który stał  
się jego  
prawdziwym ojcem. Azran był jego ojcem jedynie biologicznie. - Możemy ruszać -  
oznajmił.  
- Nie należy pozwalać, by smoki się niecierpliwiły. 
Przez większą część dnia droga nie obfitowała w żadne wydarzenia, a jedyne  
niepokojące chwile nadchodziły wtedy, kiedy przenikały ich nagłe zimne dreszcze.  
Nikt nie  
musiał mówić, skąd nadchodził wielki chłód; teraz już wiedzieli. Kiedy coraz  
bardziej mroził  
ich ciała, przytulali się mocno do siebie, choć niewiele to pomagało. Zimno  
tkwiło także w  
nich. 
- Idzie coraz większy mróz - powiedziała Gwen. - Ciągnie na południe. 
- Zaczęło się. - Cabe pokiwał głową. Haiden, najmniej zorientowany z całej  
trójki,  
zerknął niespokojnie na Cabe’a. 
- Czy jest już za późno? 
- Nie, jeszcze nie. Ale nie pozostało nam wiele czasu. Ruszyli szybciej. 
Wieczór zastał ich w pobliżu północno-wschodniego brzegu lasu. W powietrzu dawał  
się wyczuć lekko siarczany odór, a drzewa i krzewy były tu rzadsze, jakby gleba  
została  
skażona. Haiden z pogardą wciągnął nosem powietrze i stwierdził: 
- Do Piekielnych Równin powinniśmy dotrzeć jutro o świcie. Smocze Królestwa  
stanowiły mozaikę rożnych światów i niektórzy sądzili, że zostały w ten sposób  

background image

zaplanowane.  
Z pewnością każdy Król starał się jak mógł, aby swoje królestwo przekształcić  
według  
własnego gustu, ale nawet i oni nie mieli wystarczającej mocy do tak rozległych  
zmian.  
Niektórzy winili za ten stan rzeczy poprzednie rasy, inni twierdzili, że była to  
robota jakiegoś  
boga. Nikt nie znał odpowiedzi i wątpliwe było, by ktokolwiek kiedykolwiek ją  
poznał.  
Królestwa były tym, czym były, a pytanie o ich pochodzenie nie zmieniało w  
niczym faktu  
oznaczającego, że trójka śmiałków musiała przejść przez rejon pełen wulkanów. 
Sen tej nocy nadszedł szybciej, choćby tylko dlatego, że byli wyczerpani. Haiden  
chciał stanąć na warcie, ale Gwen stworzyła zaklęcie ochronne, które - jak go  
zapewniła -  
miało być skuteczniejsze. Poza tym potrzebowali snu. 
Niestety, okazało się to niemożliwe. Nie mogli spać dłużej niż dwie godziny,  
gdyż  
następujące bez przerwy potężne wybuchy groziły uszkodzeniem bębenków w uszach i  
trzęsły nimi niczym bezbronnymi niemowlakami. Wkrótce też stało się jasne, iż  
będzie się tak  
działo dalej. 
W pewnej chwili Cabe użył słów, które musiały pochodzić jeszcze z czasów jego  
dziadka, choć być może on sam nauczył się ich w karczmie i spytał gorzko: 
- Czy naprawdę musimy przebywać na tym terenie przez kolejnych kilka dni? 
Zaklęcia okazały się nieprzydatne. Chyba, że całkowicie odcięliby się od  
otoczenia.  
Cabe to właśnie zasugerował, ale Gwen wskazała, iż podobne zaklęcia poważnie by  
ich  
wyczerpały, zmuszając do znacznie wolniejszej podróży, a w rezultacie do  
dłuższego  
pozostawania na Piekielnych Równinach. 
W pewnym momencie Haiden poweselał. 
- - Czy którekolwiek z was umie się teleportować? - spytał. 
- - Oboje - odparła Gwen. 
- - Więc dlaczego tego nie robimy? Zaoszczędzilibyśmy całe dnie. 
Cabe żałował, że musi ostudzić jego entuzjazm. Gwen tłumaczyła to już wiele  
razy. 
- Żadne z nas nie zna tych terenów wystarczająco dobrze - odparł. - Jeśli  
będziemy się  
teleportować w stronę Piekielnych Równin, możemy wylądować na jakimś kraterze.  
Jeśli  
spróbujemy sięgnąć zbyt daleko, na przykład do Północnych Pustkowi, możemy  
natknąć się  
na potwory Lodowego. A gdyby jakimś cudem nam się udało, przez dłuższy czas  
bylibyśmy  
zbyt wyczerpani, by odeprzeć jakiekolwiek wrogie ataki. Nie możemy ryzykować.  
Musimy  
być w doskonałej kondycji i powinniśmy ją zachować aż do Północnych Pustkowi. 
Gwen zgodziła się z Cabe’em i, odgarniając z twarzy gęste włosy, skinęła głową. 
- Nie stać nas nawet na krótkie skoki. Szybko byśmy się zmęczyli. Zresztą może  
się  
zdarzyć, że teleportujemy się na przykład do wnętrza góry, albo w drzewo. Bywało  
i tak -  
rzekła Gwen. 
Haiden szybko porzucił temat. 
Zapadło milczenie. Mieli nadzieję, że przed kolejnym wybuchem, albo trzęsieniem  
ziemi trochę pośpią. 
Następnego ranka o świcie spostrzegli Piekielne Równiny. Nazwa okazała się dość  
myląca, jako że nie było w nich niczego tak naprawdę płaskiego. Ściśle mówiąc  
niektóre  

background image

tereny były równe, zwłaszcza w pobliżu jaskiń smoków, jednakże w dominującej  
części  
Piekielne Równiny okazały się terenem poprzecinanym przez wzgórza i grzbiety  
górskie, z  
czego większość stanowiły aktywne lub niedawno wygasłe wulkany. Jak to ujął  
Haiden, był  
to świat, w którym Smocze Królestwa ukazywały swój prawdziwy żal. Tutaj ziemia  
pokazywała swój ból. 
Konie protestowały, ale w końcu trójka śmiałków weszła na Piekielne Równiny.  
Ostatnie drzewa zniknęły dużo wcześniej, a trawa stała się niezwykle rzadka. Już  
bardziej  
gościnnie wyglądały Ziemie Jałowe, pomyślał Cabe. Potem zdał sobie sprawę, że  
gleba tutaj  
była najżyźniejsza, gdyż częste erupcje wulkanów wyrzucały wystarczająco dużo  
związków  
mineralnych, by zastąpić wcześniej utracone. Na terenach równinnych kwitło bujne  
życie  
roślinne, wspomagane przez smoki, które żywiły się dzikimi zwierzętami. Co  
dziwne, właśnie  
na Piekielnych Równinach smoki najbardziej pragnęły zdobyć pozycje rolników,  
mimo  
charakterystycznej dla nich dzikości. Trójka śmiałków miała szczęście. Te  
resztki klanów  
Czerwonego, które pozostały, mieszkały daleko na północy i istniała szansa, że  
wędrowcy  
przedostaną się przez te tereny, nie napotkawszy żadnego smoka. 
Było niezwykle gorąco, dzień mijał powoli. Cabe chciał zdjąć bluzę, lecz Haiden  
potrząsnął głową i rzekł: 
- - Nie spodobałoby ci się opadanie popiołu na plecy, a gdybyś próbował się  
chronić  
czarami przez całą drogę, twoje magiczne możliwości zostałby wyczerpane do zera. 
- - Poza tym - dodała z uśmiechem Gwen - to nie byłoby sprawiedliwe, ponieważ ja  
nie mogłabym uczynić tego samego. 
- - W lesie nimfy biegają bez żadnego okrycia - zasugerował Haiden. 
- - Jeśli moja żona spróbuje je naśladować, pierwsze co zrobię, to usunę  
wszystkie  
spoglądające na nią w najbliższej okolicy oczy. 
Haiden, słysząc tę przyjazną odpowiedź, uśmiechnął się, a potem skrzywił.  
Zauważył  
bowiem na północnym wschodzie jakieś tajemnicze, powiększające się punkty. 
- Najwyraźniej – powiedział - mimo czujności, zwróciliśmy na siebie uwagę  
smoków. 
Gwen i Cabe podążyli za jego wzrokiem i ujrzeli dużą grupę jeźdźców. Byli to  
jednak,  
jak się okazało, ludzie a nie smoki. Tamci jeszcze ich nie dostrzegli, gdyż  
dalej posuwali się  
obraną drogą, niemal równoległą do tej wybranej przez magów, ale na południe. 
- - Kto może tędy jechać? - zastanawiał się głośno Cabe. 
- - Może przybywają z Wenslis? A może z Talaku? - zasugerowała Gwen. 
Haiden potrząsnął głową. 
- - Gdyby byli z Talaku - rzekł - oznaczałoby, że jadą bardzo dziwną trasą. Dużo  
łatwiej byłoby im zmierzać dokładnie na południe. Nikt o zdrowych zmysłach nie  
jedzie  
przez Piekielne Równiny, jeśli nie musi. Być może z Wenslis, ale oni nie mają  
większych  
kontaktów ani z Zuu, ani z Penacles. Z nimi handlują Mito Pica i Irillian. 
- - Mito Pica... - wymruczał pod nosem Cabe. 
- - Co z nim? 
- - Nic. Wygląda na to, że wracają do domu. Być może to najemnicy. 
- - Samowolni smokobójcy? - Haiden chwycił lewą dłonią łuk. 
- - Ci sami. To miałoby sens. Mito Pica było ich domem, a także wystarczającym  

background image

powodem, by walczyć. To dziwne, że nikt na to nie wpadł wcześniej. 
- - Być może nikt nie chce o tym myśleć - zasugerowała Gwen, a po jej twarzy  
przemknął cień. - Toma zniszczył ich dom tylko dlatego, że ty się tam  
znajdowałeś. Myślę, że  
nawet niektórzy Królowie byli tym zdenerwowani. Mimo wszystko Mito Pica nie leży  
na  
terytorium Złotego. Choć był cesarzem, najazdu na teren innego smoka nie można  
uznać za  
najlepszy pomysł. 
Cabe pokiwał głową. 
- Ale to nie powstrzymałoby ich teraz przed zaatakowaniem ruin. Każdy Król  
wiedziałby, że w ruinach miasta mieszkają jedynie padlinożercy i renegaci. Smoki  
wolałyby  
się obejść bez jednych i drugich. Rzecz jasna nadal tylko zgaduję i może się  
mylę. 
Haiden popędził swego konia. 
- Lepiej, panie, jeźdźmy dalej - odezwał się. - Nie ma sensu zbytnio liczyć na  
szczęście. Mogą nas zobaczyć. Sami mówiliście, by się ukrywać tak długo, jak  
tylko się da. 
Wiedźminowie ruszyli za nim. Cabe z reguły trzymał się z tyłu. Jeźdźcy nadal go  
ciekawili, choć nie wiedział, co ma uczynić, by ich bliżej poznać. Myślał, że  
być może  
wracają do Dworu, ale po ostatnim spotkaniu wydawało się to bezsensowne.  
Przywódca  
najemników nie był głupcem. Wiedział, kiedy został pokonany. Być może chcieli  
szerokim  
łukiem ominąć Las Dagora. Jeśli Zielony przygotował się na ich ewentualny  
powrót, próba  
czynienia czegokolwiek innego byłoby czystym szaleństwem. 
Do późnego popołudnia jeźdźcy stali się odległym wspomnieniem. Cabe i Gwen nadal  
mieli spory kawałek drogi do przejechania i za mało czasu, by przejmować się  
niebezpieczeństwami, które mogły czyhać jedynie w ich umysłach. Cabe zapomniał o  
jeźdźcach, zwłaszcza, że natknęli się na pierwsze szkielety. 
Słyszał o czymś podobnym, ale to zdarzało się dużo dalej na południowy zachód,  
na  
terenach należących niegdyś do Brązowego. To tam Cabe został niemal poświęcony w  
ofierze, lecz ostatecznie to jego ukryta moc położyła kres Smoczemu Królowi.  
Gryf wyjaśnił  
później rezultaty tego czynu, gdyż prawie spełniła się żądza śmierci Brązowego.  
Ziemie  
Jałowe znów zakwitły, ale z zabójczym akcentem. Rośliny, które tam wyrosły,  
stały się  
wrogie wobec klanów Brązowego. Był to efekt wypaczonego czaru. Rośliny szukały  
smoków, nie czyniąc różnicy między smoczym władcą, a najniższym wężosmokiem z  
krwi  
Brązowego. Przeżyły tylko te, które zdołały uciec i ukryć się na terytorium  
Spiżowego albo  
Kryształowego, a dało się je policzyć na palcach jednej ręki. Tak przynajmniej  
głosiły  
późniejsze plotki. 
Zdali sobie sprawę, że tutaj także doszło do masakry. Pierwsze szkielety  
oczyszczone  
przez różnych padlinożerców zamieszkujących ten region prowadziły do kolejnych,  
a te do  
następnych, i tak aż po horyzont. 
Dotarli do wzniesienia i spojrzeli na jedno z niewielu płaskich miejsc na tych  
terenach. 
- Rheena - westchnęła Gwen. - To morze śmierci. 
Cabe pokiwał smutno głową. Wiedział do czego się zbliżali, choć było to ukryte  
przez  
dwa niedawno powstałe aktywne wulkany. Bez ochronnych zaklęć cała okolica w  

background image

krótkim  
czasie stałaby się niestabilna. Któregoś dnia cytadela, o którą tak desperacko  
walczyły smoki i  
inne stworzenia, zostanie rozdarta przez potężne siły ziemi. 
Musieli znaleźć inną drogę, gdyż ziemię dookoła pokrywały rozrzucone szczątki  
kolejnych olbrzymów. Czaszki spoglądały pustymi oczodołami w niebo. Niektóre  
stworzenia  
padły najwyraźniej razem ze swoimi wrogami, chyba że niespokojne ruchy pól  
zebrały w  
jakiś sposób ich kości w jeden stos. Szkielety smoków mieszały się z martwymi  
obrońcami i  
trudno było uwierzyć, że któreś ze stworów przeżyło tę masakrę. 
A jednak jednemu z nich się udało, choć na krótko. I to właśnie nieopodal stała  
jego  
opuszczona cytadela. Cabe nie chciał jej oglądać, ale czuł, że warto się tam  
zatrzymać,  
choćby po to, by konie odpoczęły, zanim ruszą dalej. Być może uda im się znaleźć  
jakąś  
księgę albo wskazówkę, która pomoże wyjść z opresji, ponieważ niegdyś władcą  
tego terenu  
był jeden z najpotężniejszych wiedźminów, jakich nosiła ziemia. Azran. 
Toma spróbował złamać lód, który przykuł go do ściany. Był wściekły, że dał się  
zapędzić z jednego pomieszczenia do drugiego, niczym jakiś pomniejszy smok. Był  
wściekły  
na Lodowego, który pozbawił go tronu, choć według prawa należał do niego... Zbyt  
wiele  
rzeczy podsycało jego gniew, by mógł je wyliczyć. Wiedział jednak, co  
denerwowało go  
najbardziej. 
Czuł się bezsilny. Nie mógł zmienić postaci. Nie mógł nawet rzucić zaklęcia, by  
zapalić świeczkę. A tego właśnie teraz potrzebował. Potrzebował ciepłego,  
oczyszczającego  
ognia, aby się uwolnić i zniszczyć ten przerośnięty sopel. Aby zemścić się na  
panu  
Północnych Pustkowi. 
Smok potrząsnął głową. Gniew nie prowadził do niczego dobrego, a tak łatwo było  
mu się poddać. Musiał uciec, by odzyskać część mocy. Konieczni byli też  
sojusznicy. Srebrny  
dołączyłby do niego, gdyby wiedział, że Król Królów został uwięziony. Błękitny  
być może  
także. Postawa innych budziła wątpliwości. Burzowy robił, co chciał, bez względu  
na to, czy  
dotyczyło to jego braci, czy też nie. Czarny był wyrzutkiem nie pasującym do  
nikogo.  
Kryształowy zaś... Na jego temat Toma nie wiedział nic. Kryształowy z początku  
pojawiał się  
na zebraniach Rady, mówił mało i szybko, bez pożegnania znikał. Stanowił dla  
Tomy  
zagadkę i czuł, że nie mógł mu ufać. Nie przeszkadzało to jednak Tomie w  
wykorzystaniu  
postaci Smoczego Króla do szpiegowania w trakcie posiedzeń Rady i zmuszenia  
wszystkich,  
którzy go normalnie ignorowali, do wysłuchiwania słów ognistego. 
Pozostawali Srebrny i Błękitny. Oni mogli stać się sojusznikami. Miał już zarysy  
planu, ale teraz musiał uciekać. Sfrustrowany syknął. Od tego zaczął. Jego myśli  
zataczały  
koła, być może dlatego, że jego mózg był już chyba w połowie zamarznięty. 
Rozległ się podobny do trzepotania odgłos, lecz Toma go zignorował. Lodowy, tak  
samo jak i inni władcy, miał sługi, które kryły się w cieniu. Były nie do  
zauważenia, latały i  
szwargotały, pełzały i syczały, a co najważniejsze, nic go nie obchodziły. 

background image

Książę spojrzał na samotną pochodnię wiszącą przed nim na ścianie. Jego  
„gospodarz” twierdził, że została tam powieszona, by ognisty nie musiał czekać w  
ciemnościach. Toma podejrzewał, że to ostatni błysk, ostatnia iskierka emocji  
żyjąca  
wewnątrz smoczego władcy i że pochodnia stanowiła swoistego rodzaju torturę.  
Gdyby tylko  
przez chwilę wziął ją do ręki, mógłby się uwolnić. Jednak ogień wisiał poza  
zasięgiem jego  
rąk. 
„Poświęcą mnie temu koszmarowi - pomyślał ze zgrozą - by ten smok mógł spełnić  
swoje marzenie o zagładzie...” Jeszcze nie zaczął mówić do siebie, ale już czuł,  
że niedługo  
oszaleje, jeśli - rzecz jasna - pierwsi nie przyjdą po niego słudzy Lodowego. 
Znowu coś zatrzepotało i tym razem w pobliżu prześlizgnął się jakiś cień. Toma  
zamrugał i rozejrzał się. Przed nim, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą  
nikogo nie było,  
stał Poszukiwacz. Patrzył na Tomę aroganckim wzrokiem, jakby zastanawiał się,  
czy smok  
wart jest tego wysiłku. W końcu sięgnął po pochodnię i podsunął pod głowę Tomy. 
Toma przez chwilę sądził, że zostanie spalony żywcem, gdyż nawet ogniste smoki  
miały ograniczoną wytrzymałość na otwarty ogień. Jednakże Poszukiwacz odsunął  
pochodnię  
i wyciągnął w stronę smoka pazur, po czym przyłożył go do jego głowy. 
Nagle pojawiły się obrazy Tomy uciekającego z cytadeli, szukającego pomocy na  
południu. Zanim zorientował się, co Poszukiwacz chce mu powiedzieć, zaczął  
krzyczeć, że  
się zgadza. 
Stworzenie wydawało się zadowolone; przysunęło pochodnię w pobliże prawego  
nadgarstka smoka. Lód zasyczał, a Toma szarpnął się, by uwolnić rękę. Czas  
płynął  
przeraźliwie wolno. Każda chwila powiększała niebezpieczeństwo odkrycia. W końcu  
Toma  
wyzwolił prawe ramię. Podczas gdy on walczył z bryłą lodu, Poszukiwacz uwolnił  
mu nogi. 
Kiedy uporał się już z lodem, ptak podał mu pochodnię i wskazał jedną ze ścian.  
Toma nic nie zobaczył. Zniecierpliwiony Poszukiwacz wskazał wzrokiem górę.  
Ognisty smok  
nareszcie zobaczył w suficie dziurę. To właśnie tędy ptak zakradł się do  
twierdzy Smoczego  
Króla. I tą drogą miał uciec Toma. 
Kiedy odwrócił się do Poszukiwacza, stworzenia już nie było, a pochodnia tkwiła  
na  
swoim miejscu. Toma cicho zaklął, przekonany, że śni, a kiedy się obudzi, nadal  
będzie  
przykuty do ściany. Wreszcie wzruszył ramionami. Jeśli to był sen, to  
przynajmniej w ten  
sposób uciekał przed Lodowym. Może potem znajdą go obłąkanego, tak samo jak jego  
ojca. 
Myśl o ojcu i przymierzu sprawiła, że Toma się zawahał. Zdał sobie jednak  
sprawę, że  
jeśli spróbuje uwolnić Złotego, żaden z nich nie ucieknie. Lepiej już powrócić z  
pomocą.  
Lodowy nie był jeszcze gotów poświęcić własnego cesarza; chwila najwyraźniej nie  
była  
odpowiednia. Król mimo wszystko nadal był tradycjonalistą. 
Kiedy Toma to zrozumiał, wdrapał się na ścianę. Opatrzone pazurami łapy niemal  
zamieniały się w lód. Żałował, że jego wybawiciel nie pomyślał o zabraniu go z  
sobą. Wtedy  
sprawy stałyby się znacznie łatwiejsze. Proces myślowy Poszukiwaczy był równie  
pokrętny  
jak cała ich rasa. 

background image

Dotarł do dziury i podciągnął się. Nie wątpił, że wkrótce przyjdą po niego  
słudzy, ale  
nagle zdał sobie sprawę z kolejnego niebezpieczeństwa; zbyt łatwo podąża wzdłuż  
tunelu. 
Kiedy znalazł się już w środku, odwrócił się, by sprawdzić, czy istnieje  
jakakolwiek  
możliwość zablokowania wejścia, ale zobaczył, że żadnego otworu już nie ma. Lita  
bryła lodu  
maskowała wszelkie ślady świadczące o istnieniu korytarza. 
Teraz Toma nie miał już odwrotu. Zaczął posuwać się do przodu, myśląc o wielu  
rzeczach naraz. O tym, jak tak potężna rasa Poszukiwaczy mogła kiedykolwiek  
upaść; w jaki  
sposób mógłby odzyskać własną moc i jakie istniały szansę, by ominąć rzesze  
niedawno  
wypuszczonych, pożerających dusze potworów. 
Najbardziej jednak chciał wiedzieć, ile jeszcze będzie musiał się dźwigać w  
górę,  
podciągając na ramionach, których mięśnie - wiedział to dobrze - długo tego  
trudu nie  
wytrzymają. 
XIII 
Błękitny Smok zdecydował się zadziałać błyskawicznie w sprawie Aramitów.  
Wkrótce większość wilczych jeźdźców została załadowana na łodzie. Operacja  
przebiegła  
szybko, ponieważ jeźdźcy byli przygotowani do natychmiastowej drogi. Nie mieli  
więc wiele  
czasu, by się naradzić i na nowo zorganizować. Znalezienie D’Shaya i jego  
towarzysza było  
nieco trudniejsze, ale ostatecznie grupa ośmiu smoczych strażników sprawnie  
doprowadziła  
ich do łodzi. D’Shay kłócił się całą drogę, zaklinając, że słowa Błękitnego mają  
mniejszą  
wartość niż piasek na plaży.Kiedy Królowi o tym doniesiono, bardzo się  
zdenerwował, ale  
jeźdźcy byli już daleko na morzu. 
- Powinienem go oddać tobie - skomentował krótko, zwracając się do Gryfa. 
Myśl ta pojawiała się w umyśle lwioptaka bez przerwy, ale zmuszał się tylko do  
pamiętania, że Aramici nie mieli w tej chwili żadnego znaczenia wobec  
niebezpieczeństwa  
grożącego ze strony Lodowego. 
- - Choć mogłoby to być niezwykle pożyteczne, nie mam dla niego czasu - uznał. -  
Kończy się też nam czas na rozwiązanie naszego głównego problemu. Myślałem o  
tym, by  
cię zachęcić do użycia kryształu przy badaniu Północnych Pustkowi. 
- - Beznadziejne zadanie, ptaku. Mój brat chroni swoje królestwo, a moja moc  
wydaje się być niewystarczająca, by przebić zasłony... 
Gryf zauważył wahanie. 
- Co się stało? - spytał. 
Smoczy władca zamknął oczy, a kiedy ponownie je otworzył, uśmiechnął się. 
- Gdybyś zechciał połączyć się ze mną - oznajmił - wspólna moc mogłaby  
wystarczyć... Podejrzewam, że razem posiadamy całkiem sporą potęgę. 
Nadal trudno było zaakceptować Gryfowi współpracę ze smokiem, a jeszcze mniej  
podobał mu się pomysł takiego eksperymentu, ale zdawał sobie sprawę z wagi tego,  
co  
proponował jego tymczasowy sojusznik. Jeśli mieli skorzystać z Bibliotek,  
niezwykle  
użyteczna byłaby jakakolwiek wiedza o tym, przeciwko czemu walczyli. Błękitny  
wyjaśnił  
wcześniej, że sądził, iż plany Lodowego mająjakiś związek ze zniszczeniem przez  
Nathana  
Bedlama Ziem Jałowych. Nie wiedział nic więcej. Lodowy zawszy był skryty, a na  

background image

zebraniach Rady pojawiał się tylko wtedy, kiedy widział w nich własny zysk. 
- Co mam robić? - Pióra i włosy Gryfa lekko się zjeżyły. Niespecjalnie się  
cieszył. 
Smoczy Król stał już po drugiej stronie kryształu. Połączone światło ścian i  
kryształu  
sprawiało, że wyglądał niczym powstały z umarłych stwór-cień. 
- - Zdaję sobie sprawę, że jest to dla ciebie nieprzyjemne - usłyszał. - Mnie  
się  
jeszcze mniej podoba. Być może, jeśli ci powiem, że właśnie na północy mego  
kraju  
wybuchła burza śnieżna, okażesz więcej chęci. A jeśli ci powiem, że coś idzie za  
śniegiem i  
zimnem, coś, co liczyć można w tysiącach, tym łatwiej pojmiesz, że musimy się  
spieszyć.  
Zginęło już wiele smoków, tak samo jak członków innych ras, włączając ludzi, na  
których tak  
ci zależy. 
- - Nie zamierzałem się wycofać - chłodno odparł Gryf. - Czy mi się to podoba,  
czy  
też nie, nie ma to związku z moimi obowiązkami. Dość tych bzdur. Co mam robić? 
- - Stań naprzeciwko mnie po drugiej stronie kryształu. 
Gryf wykonał polecenie. Błękitny uniósł ręce i odwrócił od siebie dłonie. 
- Weź moje ręce i stań tak jak ja. 
Kiedy obaj już stali na swoich miejscach, smok zamknął oczy. W komnacie zapadła  
śmiertelna cisza. Słychać było tylko lekko uderzające o skałę krople wody. Gryf  
nic nie czuł i  
zaczął się zastanawiać, czy Błękitnemu się powiodło. 
A potem doznał szoku. Wszystko się nagle zmieniło. Zacisnął oczy i spróbował  
opanować ból. Niegdyś słyszał historie o ludziach porażonych piorunem, którzy  
przeżyli.  
Nikt nie potrafił opisać, jakie to uczucie, gdy tak potężna, dzika energia  
przechodzi przez  
ludzkie ciało. Teraz Gryf rozumiał dlaczego. 
Kiedy obce ręce wyciągały z niego energię, poczuł w sobie jej ruchy. Nie  
przeszła  
jednak na Smoczego Króla, jak się spodziewał, lecz zdawała się gromadzić gdzieś  
pośrodku,  
między nimi. Zdał też sobie sprawę, mimo zamkniętych oczu, że to samo działo się  
ze  
smokiem. Błękitny tworzył pole mocy wokół kryształu, wzmacniając je do stopnia,  
który - jak  
wierzył - był niezbędny, by przedrzeć się przez barierę Lodowego. 
Kiedy pole zwiększało swą moc, Gryf czuł potężne ciepło. Odważył się otworzyć  
oczy i nagle stwierdził, że patrzy w zdumieniu na potężną poświatę wokół  
kryształu. Ból  
zniknął i pozostało już tylko uczucie wyczerpania. Wiedział, że nie potrwa to  
długo; ani on,  
ani smok nie zdołają przez dłuższy czas wytrzymać takiej straty energii i któryś  
z ich  
prawdopodobnie zemdleje. 
- Teraz - krzyknął smok. Gryf nie wiedział, czy jego towarzysz mówi do niego,  
ale  
pozwolił mu kontrolować sytuację; nie chciał niczego zepsuć. 
Pole zaczęło się zmniejszać. Nie, pomyślał Gryf, ono się nie zmniejsza. Raczej  
wchodzi do wnętrza kryształu, jakby przekazując swoją energię. Uniósł wzrok i  
zobaczył, że  
Błękitny patrzy teraz w centrum kryształu z wielkim napięciem. Podążył za jego  
spojrzeniem,  
ale nic nie zobaczył, poza mleczną bielą wewnątrz klejnotu. Ramiona lwioptaka  
lekko opadły.  
Nie udało się. 

background image

- Nie poddawaj się! 
W tej samej chwili, kiedy Smoczy Król wykrzyczał te słowa, Gryf zobaczył, jak  
wewnątrz bieli coś się formuje. Zdawało się mieć kształty, jakich dotąd żaden z  
nich nie  
widział, lecz trudno było rzec cokolwiek więcej, zważywszy na słabą jakość  
obrazu. Błękitny  
w odpowiedzi na postawione zadanie zwiększył koncentrację i zaczął coraz  
głośniej syczeć.  
To było najlepsze, co mógł zrobić - nie poddać się. Musiał wiedzieć, nawet jeśli  
ta wiedza  
była tylko jemu przydatna. 
Gryf czuł jak smok lekko się chwieje. Nacisk na Błękitnego powiększał się coraz  
bardziej, bowiem był on zarówno twórcą jak i ogniskiem zaklęcia. Gryf zacisnął  
dziób i do  
poprzedniego strumienia energii dodał więcej mocy. 
Kiedy władca zdał sobie sprawę, co czyni sojusznik, oczy mu się nagle  
rozszerzyły.  
Pokierował energią, używając nowej siły, by przeciąć zaklęcia brata, niczym  
gorący nóż  
przecinający masło. 
Mgły już nie było. W ciągu sekundy nagle znikła, odsłaniając... coś, co miało  
gigantyczne rozmiary i pazury tak wielkie jak oni sami. Błękitny na chwilę  
stracił kontrolę i  
obraz się zamazał. Z sykiem odepchnął znowu napierającą mgłę i wzmocnił  
połączenie. 
Przeszedł go dreszcz. Odczuli przeraźliwe, potężne zimno. Zdawało się być  
częścią  
stworzenia i poruszać razem z nim. Kiedy wędrowało przez okolicę, którą  
widzieli, kilka  
drzew pokryło się szronem, a gdy chłód się zwiększył, łamały się. To coś jednym  
uderzeniem  
wyrwało z korzeniami pięć potężnych buków, a kiedy obaj świadkowie tej sceny  
zobaczyli,  
że drzewa najpierw uschły, a potem stwardniały jak kamienie, ze strachu  
zadrżeli. Stwór  
odrzucił skamieniałe pnie na bok; wyglądały jak lodowe zwłoki. Nagle zdali sobie  
sprawę, że  
potwór pozostawiał za sobą tylko ślady śmierci. To, co niegdyś się w tej krainie  
znajdowało,  
spotkał ten sam los, co drzewa. 
Zanim pierwszy potwór zdołał zniknąć z pola widzenia, tuż obok, nieco na prawo,  
pojawił się drugi. Jeszcze większy i tak samo pełen żądzy niszczenia. Gryf mimo  
prób nie  
zdołał zauważyć, gdzie stwór ma pysk. Dostrzegł jedynie, że oczy stanowiły dwie  
malutkie  
czarne kropeczki. To nie były normalne zwierzęta. Musiały zostać stworzone przez  
Lodowego. Przeobrażały się w żyjącą śmierć i wysysały życie ze wszystkiego, co  
się im  
nawinęło pod nogi. Gryf nagle zobaczył oczyma wyobraźni zupełne spustoszenie  
Ziem  
Jałowych. Patrząc na zniszczony krajobraz, odczuwał coś znajomego, nie mógł  
jednak sobie  
przypomnieć, co to było. 
- Pokrywają cały kraj - szepnął smok, drżąc z przerażenia. 
Miał rację. Gryf zjeżył się. Były wszędzie i jeśli dobrze rozpoznawał okolicę,  
znajdowały się już niedaleko północnych granic królestwa Błękitnego, kierując  
się w głąb na  
południe. 
Ku pozostałym obszarom Smoczych Królestw. 
Z trudem zdołał się skoncentrować, ale poczuł, że smoczy władca też zaczyna się  
chwiać. Jeśli sam czuł wysiłek, to co musiało się dziać z Błękitnym? Patrzył jak  

background image

obraz znika i  
ponownie zastępuje go biel. Stracili obraz na dobre. 
Błękitny westchnął i pus’cił jego ręce. Obaj padli na podłogę komnaty. 
- Wy... wybacz, wielmożny Gryfie. Obawiam się, że moja koncentracja zbyt  
osłabła. -  
Smok ciężko walczył o oddech. 
- Całkowicie... to zrozumiałe... wielmożny Błękitny. Potem usiedli po dwóch  
przeciwnych stronach kryształu, który powrócił do pierwotnego, lekko  
świetlistego stanu.  
Żaden z nich nie chciał mówić o przerażających scenach, których właśnie byli  
świadkami,  
jakby przez milczenie można było te straszne obrazy odesłać w niebyt. 
- Wydaje się, że na wszystko jest już za późno - odezwał się w końcu Błękitny  
Smok.  
- Te stwory przeniknęły przez granice Pustkowi. Wkrótce dotrą do Gór Tybru na  
północy.  
Jeśli choć część z nich zawróci na wschód, znajdą się w centrum mego kraju i  
połączą z  
innymi grupami. Muszę przygotować obronę. 
Błękitny podniósł się z podłogi. Gryf poszedł w jego ślady. 
- Co możesz jeszcze zrobić? Jak przygotujesz obronę? - spytał. 
- Mam oddziały... Gryf potrząsnął głową. 
- - Odczułeś ich głód. Przecież wiesz, orientujesz się, co robią te stwory.  
Twoje  
legiony najwyżej zaostrzą ich apetyty. 
- - Będę rzucał zaklęcia. 
- - Jak długo potrwa, zanim się zmęczysz? Płyną niczym rzeka, wielmożny  
Błękitny.  
Muszą ich być tysiące. Lodowy miał czas, aby się przygotować. Nie sądzisz, że  
potrafi  
przewidzieć wiele ruchów do przodu? 
Błękitny zawahał się, po czym powoli pokiwał głową. 
- - Jest jak mówisz. Lodowy to przebiegła bestia. Z pewnością przygotował się na  
takie środki, jakich bym użył. Biblioteki stanowią naszą jedyną nadzieję.  
Przygotuję między  
wymiarowe przejście. 
- - To może być niebezpieczne. 
Między wymiarowym przejściem nazywali niektórzy tunel przez Pustkę; był  
przejściem poza ramami tego świata. Można go było użyć do błyskawicznego  
transportowania różnych obiektów, obojętnie jakie by miały wymiary w świecie  
realnym.  
Gryf przypomniał sobie Drogę Mgieł i zaczął się zastanawiać, czy istnieje między  
nimi jakiś  
związek. 
- - Azran wiedział - oznajmił Król - jak kontrolować portal. A część jego  
sekretów  
przeszła w moje ręce. - Widząc wyraz twarzy Gryfa, smok wyjaśnił: - Chyba nie  
sądziłeś, że  
zostawiłbym takie skarby w jego cytadeli? Była opuszczona, Gryfie, przez tych,  
do których  
według prawa należała. - Król wiedział, że to właśnie Gryf był odpowiedzialny za  
cios, który  
rozpłatał Azrana na pół, choć to Cabe walczył przez większą część bitwy. 
- - Czy naprawdę potrafisz stworzyć stabilne międzywymiarowe przejście? - spytał  
lwioptak. 
- - To łatwiejsze niż ci się wydaje. Dzięki nim będziemy mogli podróżować bez  
zwłoki z twojego królestwa do mojego - odrzekł Błękitny. 
- - Czy możemy być pewni, że nikt się nie dostanie przez nie bez naszej wiedzy?  
-  
spytał lwioptak, lecz nie powiedział na głos, że portal do pałacu byłby  
doskonałym sposobem,  

background image

by armia Błękitnego zaatakowała Penacles. Gryf potrząsnął głową. Stare nawyki  
długo nie  
umierają... 
- - Zadbam o moje wejście. Ale ty musisz sobie poradzić z wyjściem. - Smoczy  
Król  
uśmiechnął się, ukazując ostre zęby. - Czyżbyś mi nie ufał? 
- - To trudne. 
- - Daj mi czas, bym mógł wypocząć. I zdecyduj, gdzie ma się znajdować wyjście.  
Staraj się być tak precyzyjny jak to możliwe, ponieważ obraz tego miejsca  
wyciągnę z twego  
umysłu. 
Gryf pokiwał głową. Błękitny zgiął się w ukłonie i wyszedł, pozostawiając gościa  
samego. 
Drażniło go czekanie. Miał instynkt drapieżnika i bezproduktywne oczekiwanie  
tylko  
zwiększało jego frustrację. Biblioteki Penacles, jeśli nawet już coś ujawniały,  
to robiły to w  
straszliwie pogmatwany sposób. I nie miał pewności, czy będą mogły w jakikolwiek  
sposób  
mu pomóc. Nie miał także pewności, czy zdoła sobie zapewnić bezpieczeństwo wobec  
tak  
potężnego wroga. 
Ale nie było innego wyjścia. Dopóki nie wrócili do Penacles, sprawy leżały w  
gestii  
Błękitnego. Usiadł, aby wypocząć, wyobrażając sobie, że ma przed sobą długie,  
nudne  
oczekiwanie. A kilka chwil później zasnął. Widać zaklęcie wyczerpało go dużo  
bardziej, niż  
się spodziewał. 
Obudził go dźwięk maszerujących stóp. Nie potrafił stwierdzić dokładnie jak  
długo  
spał, ale poziom wody w głębi komnaty nieco się obniżył. Przypływy i odpływy w  
podwodnej  
grocie? Nie wiedział za wiele o morzu, i specjalnie nie chciał tego stanu swojej  
wiedzy  
zmieniać. Porzucił więc rozmyślania o wodzie. Mimo wszystko miał na głowie  
ważniejsze  
sprawy. 
Podniósł się na nogi akurat w chwili, gdy do komnaty wszedł Błękitny, a za nim  
dwa  
inne smoki. Prawdopodobnie byli to ci sami strażnicy, którzy wcześniej powitali  
Gryfa.  
Wszyscy wyglądali tak samo. 
- - Bardzo byłeś zajęty, Gryfie? - Z tonu smoka można było wnieść, że dokładnie  
wiedział, co Gryf robił. 
- - Która godzina? - spytał lwioptak. - W tych podziemnych komnatach straciłem  
orientację. Chętnie znowu zobaczę okolice Penacles. 
- - Te ziemie spalone na węgiel? - rzekł smok z wymuszonym uśmiechem. Choć  
wiele terenów Gryfa pozostawało w dobrym stanie, większość ziem na wschodzie  
nadal  
nosiła ślady oblężenia Czarnego. Nie był to, rzecz jasna, jedyny taki teren, ale  
najbardziej  
zniszczony. Bez wątpienia minie jeszcze wiele lat, zanim rany ziemi się  
zabliźnią. 
Pazury Gryfa same odruchowo się wysunęły. 
- - Nie wystawiaj na próbę trwałości naszej ugody, gadzie! - powiedział. -  
Możesz  
się bowiem przekonać, że moje pazury są równie ostre jak twoje. 
- - Spokojnie, wielmożny, spokojnie! To tylko odrobina czarnego humoru w tych  
trudnych chwilach. - Błękitny spoważniał. - Rzeczywiście w trudnych. Bowiem  
podczas, gdy  

background image

my... gdy ja spałem, stwory mojego brata postanowiły rozdzielić się na dwie  
grupy. Każda z  
nich obchodzi Góry Tybru z innej strony, dając przez to Talakowi, o ironio,  
chwilę zwłoki. 
- - Umieją kopać. Dlaczego więc omijają góry? 
- - Pomyśl, wielmożny Gryfie. To nie Tybr je interesuje. W tym czasie, kiedy  
zajęłyby się szukaniem zadawalającego pożywienia - jeśli taki głód w ogóle da  
się  
czymkolwiek zaspokoić - mogłyby na wschodzie zawładnąć Piekielnymi Równinami, a  
na  
zachodzie krainami krasnoludów! Irillian dawno byłby już ich. 
Gryf schował pazury. 
- - Zachowują się niezwykle inteligentnie jak na tak osobliwe stwory. Z  
pewnością  
same nie potrafiły wpaść na taki pomysł. 
- - Nie mogły. Jestem tego pewien. A to oznacza, że brat Lodowy kontroluje je  
całkowicie. One poruszają się niczym jego ręce. Można mieć wątpliwości, czy  
rzeczywiście  
posiadają jakąkolwiek wolę. 
- - Zaspokajanie głodu... 
Smoczy Król bystro spojrzał na sojusznika. 
- - Masz jakiś pomysł? 
- - Myślę o czymś, co już dawno powinno być dla nas oczywiste. Odczuliśmy ten  
głód, tę siłę, która popycha stwory do przodu. Choć są tak duże, ich głód  
powinien zostać już  
dawno zaspokojony. Żadne stworzenie nie może tyle zjeść - to nie byłoby  
opłacalne. Po co  
Lodowy zajmowałby się czymś takim. Z pewnością mógł wymyślić bardziej korzystne  
wyjście. To ten stały głód jest kluczem do rozwiązania zagadki. 
- - Sugerujesz, że pan Północnych Pustkowi czerpie energię z tych stworzeń? -  
wyrzucił smok, stojący po prawej stronie Błękitnego. Pierwszy raz zdarzyło się,  
by któryś z  
nich się odezwał. Gryf zdał sobie sprawę, że nie byli to strażnicy, a raczej  
książęta  
Błękitnego, być może nawet jego młode. 
- - To właśnie wielmożny Gryf sugeruje, Zzzerasie. W każdym razie lepiej byś  
wziął  
sobie to do serca - stwierdził sucho Król. 
Książę szybko pokiwał głową i ucichł, choć jego postawa zdawała się przypominać  
postawę dąsającego się dziecka. 
- - Z jakiego powodu, Gryfie? 
- - Choćby dla podtrzymania zaklęcia, ale mogę się mylić. Błękitny syknął. 
- - Jakby nie było, powinniśmy się pospieszyć. 
Strzelił palcami i dwa smoki się odsunęły. Zzzeras przez chwilę zdawał się  
wahać, ale  
po namyśle i on się cofnął. Król uniósł ręce i zaczął nimi rysować wzór. Gryf  
patrzył jak  
zahipnotyzowany; raz jeszcze wziął w nim górę uczony. 
Kiedy Smoczy Król zakończył rysowanie wzoru, pojawiło się coś, co dało się tylko  
określić jako dziura w osnowie rzeczywistości. Błękitny pokiwał głową i zaczął  
rysować  
drugi wzór. Kiedy go formował, dziura stawała się większa i przybierała kształt  
owalu, aż do  
chwili, kiedy stała się dłuższa i szersza od człowieka, a w tym wypadku od  
smoczego  
wojownika. 
Smok odwrócił się do swojego sojusznika. 
- Sądzę, że nie masz nic przeciwko temu - uniósł głowę - ale podczas gdy spałeś,  
Zzzeras wyciągnął z twojego umysłu obraz twojej osobistej komnaty. Nie martw się  
jednak,  
nie szukał niczego więcej. Jest na tyle mądry, że nie próbuje się sprzeciwiać, a  

background image

ja potrzebuję  
twojego zaufania. Można zresztą udowodnić to, co powiedziałem. 
Gryf nie odpowiedział, nie będąc pewny, czy zdoła się powstrzymać od  
niecenzuralnych sformułowań. Miał już dość ingerencji w swoje życie, dość  
wtrącania się w  
swój umysł. Gdyby nie to szaleństwo wywołane przez Lodowego... 
- - Zaczynajmy już. 
- - Kylin. - Na wezwanie Króla, drugi ze smoków wystąpił do przodu. - Te wrota  
mają pozostać otwarte tak długo, jak długo będzie to konieczne. Kiedy mnie nie  
będzie, mam  
nadzieję, że zdołasz wszystkim się zająć. 
- - Panie. 
- - Zzzerasie, ty będziesz nam tutaj pomagał. Będziemy potrzebowali kryształu i  
tamtych przedmiotów. - Błękitny wskazał na różne rzeczy, które zgromadził tutaj  
jakiś czas  
przed pojawieniem się Gryfa. To mówiło wiele o zaufaniu, jakim darzył Smoczy  
Król własną  
metodę postępowania. 
- - Każę to przenieść jednemu ze sług - odparł jego syn. 
- - Nie. Chcę, żebyś ty to zrobił. Im mniej osób o tym wie, tym lepiej. Być może  
jednak to wezmę sam. - Zdjął kryształ z podstawy. 
- Lordzie Gryfie, muszę cię poprosić, byś wyruszył pierwszy. Gdyby ktoś  
znajdował  
się w twoich komnatach lub w ich pobliżu... albo gdyby się okazało, że w moich  
obliczeniach  
tkwi błąd i pojawimy się w innym punkcie twojego miasta, ludziom nie spodoba się  
widok  
smoka. 
- - Jak sobie życzysz - zgodził się Gryf. 
- - Kylin, możesz odejść. - Błękitny spojrzał na drugiego syna. 
- A ty, Zzzerasie, pójdziesz z nami. 
Błękitny sięgnął na półkę i zdjął z niej małe pudełko. Podał je Gryfowi z  
ostrzeżeniem, aby na nie uważał. Nie wytłumaczył dlaczego, ale lwioptakowi  
wystarczyło  
jego słowo. 
Zzzeras, uderzając palcami w miejsce, gdzie przed chwilą znajdował się kryształ,  
stał  
gotów do działania. Wydawał się bardzo niecierpliwy. Gryf wątpił, by podobała mu  
się rola  
służącego. Tak jak wiele innych smoków i on był arogancki, skoncentrowany  
wyłącznie na  
sobie. Zastanowił się, czy Zzzeras urodził się z odpowiednim znamieniem na  
skorupce jaja.  
Lepiej jednak by tak nie było. To byłby niezwykle niecierpliwy, niebezpieczny  
Król. 
- Lordzie Gryfie. - Pan Irillianu z kryształem pod pachą oczekiwał przy portalu. 
Jego myśli znów wróciły do Drogi Mgieł wykorzystanej przez smokowatego i Gryf  
zrobił krok do przodu. Kiedy przechodził przez drzwi, poczuł słabe  
szturchnięcie. 
Świat zastąpiony przez nieskończenie puste pole nagle wyparował. Wielka biała  
nicość. Dokładnie pod swoimi stopami zobaczył coś, co przypominało ścieżkę;  
tylko, że pod  
nią też nic nie było. Jego włosy zjeżyły się. Za sobą usłyszał Błękitnego i  
wtedy... 
...ścieżka pod stopami zniknęła i poczuł jak unosi się nagle w pustce bez  
wyjścia. 
XIV 
Cytadela Azrana przedstawiała sobą majestatyczny widok. Wznosiła się niezwykle  
wysoko. Gdzieniegdzie strzelały w niebo umieszczone w dziwnych miejscach  
wieżyczki;  
wydawałoby się, iż bez najmniejszego powodu, chyba, że zamek niegdyś należał do  

background image

Poszukiwaczy. Cabe zadrżał na myśl, że w dawnych czasach ptaki panowały na tak  
rozległych terenach. Zaczął się zastanawiać, czy niektóre z nich pozostały  
jeszcze w ruinach.  
Nie chciał popełnić błędu, zatrzymując się w tym miejscu. 
- Świeże ślady podków - nagle stwierdził Haiden. 
Cabe spojrzał pod nogi. Jedyną rzeczą, jaką zobaczył, było więcej kości.  
Wydawało  
się niemożliwe, by je ominąć. Rzeczywiście znajdowały się tam ślady być może  
pozostawione przez podkowy, jednakże z drugiej strony trudno było je odróżnić od  
tropów  
pozostawionych przez niezliczonych padlinożerców, którzy oczyścili kości z mięsa  
wkrótce  
po bitwie. 
- Skąd ta pewność? - spytał Cabe. Elf spojrzał na niego poważnie. 
- To jedna z tych rzeczy, które potrafi mój lud - uśmiechnął się. - Tak naprawdę  
niektóre konie pozostawiły za sobą pewne pamiątki i nasze wierzchowce  
zdecydowały się w  
nie wdepnąć. 
Cabe wciągnął nosem powietrze i stwierdził, że Haiden ma rację. Założył, że  
smród  
pochodzi po prostu od padliny. 
- - Ale jak... - urwał. 
- - Pracowałem z końmi dość długo - stwierdził elf - aby umieć zauważać  
różnice...  
A żadne dzikie stada by się tu nie zapuściły. Jeśli pragniesz dalszych dowodów,  
to powiem ci,  
że minęliśmy trochę śmieci, które pozostawili za sobą jeźdźcy. 
- - Jeśli nie będziesz ostrożniejszy, Haidenie - przerwała Gwen - wydasz wkrótce  
wszystkie sekrety swojego ludu. 
- - Mała strata. Zbyt wielu pośród mojego ludu ma o sobie zbyt wysokie  
mniemanie. 
Im dłużej elf z nimi jechał, tym bardziej zaczynał przypominać człowieka.  
Wyjaśnił,  
że do jego obowiązków należała między innymi funkcja łącznika z miastem Zuu,  
które  
znajdowało się niedaleko południowo-wschodniej części Lasu Dagora. Cabe’owi  
przypomniał  
się wojownik Blane, którego kiedyś poznał, dowódca konnicy z Zuu; zginął  
dokładnie tak jak  
chciał, zabierając z sobą sadystę Kyrga. Teraz ku jego czci stał w Penacles  
pomnik. 
- Czy wejdziemy do środka? - spytała Gwen, nie wiadomo do kogo kierując te  
słowa,  
ale zarówno ona jak i Haiden spojrzeli na Cabe’a. 
To była świątynia jego ojca, zamek, w którym przez pewien czas go więziono.  
Jedyne  
wspomnienia z tego miejsca Cabe’a należały do wyjątkowo nieprzyjemnych... a  
jednak mogło  
się tu znajdować coś, co okazałoby się przydatne. Azran należał do grupy  
najpotężniejszych  
nekromantów; dowodem na to były ożywione z martwych stworzenia, które porwały  
Cabe’a z  
Penacles. Trójka śmiałków, mogąc czerpać informacje z całego świata umarłych,  
być może  
zdoła rozwiązać problem. 
Cytadela zamieniła się w koszmar, któremu Cabe musiał stawić czoło, jeśli  
kiedykolwiek miał wyzwolić się spod cienia Azrana, padającego na jego duszę. 
- Wejdziemy - powiedział. 
Gwen nie była zachwycona odpowiedzią, ale zgodziła się. Uśmiech elfa zgasł. 
- Nie musisz iść ze mną - zasugerował Cabe. Pokiwała głową, potrząsając rudymi  
włosami. 

background image

- - Nie, wydaje mi się, że to jednak może być dobry pomysł - odparła. 
- - A czy którekolwiek z was zastanowiło się nad tym, że wewnątrz może się ktoś  
jeszcze znajdować? - spytał Haiden. 
Cabe spojrzał mu w twarz. 
- Ty tu jesteś elfem. Ty nam to powiedz. 
Haiden skrzywił się i humory nieco się im poprawiły. Jedną z pierwszych rzeczy,  
jakie  
zrobił Cabe w drodze do cytadeli, było sprawdzenie czy wewnątrz nie ma jakichś  
mieszkańców. Nie wchodziło się do siedziby szalonego czarnoksiężnika bez pewnych  
środków ostrożności. Myśl, że wpadł na to przed innymi, sprawiła, że Cabe odczuł  
dumę.  
Pomimo całej wiedzy, jaką mógł czerpać z pamięci dziadka, nadal był w znacznym  
stopniu  
nowicjuszem jeśli chodziło o spryt. 
Elf wysunął się do przodu, aby wykonać polecenie, ale Cabe kiwnął głową, dając  
mu  
znak, że budynek jest pusty. Jednak dokładnie w tej samej sekundzie, kiedy to  
mówił,  
ogarnęły go drobne wątpliwości. Miał nadzieję, że się nie pomylił. 
Minęli bramę i pojawiły się pierwsze prawdziwe dowody na to, że ktoś używał tego  
miejsca jako bazy wypadowej; stajnie były czyste, a w nich świeże siano i woda  
dla koni. 
- - Teraz przynajmniej wiemy, skąd się wzięli ci jeźdźcy - wymamrotała Gwen.  
Wejście na teren cytadeli przygnębiło ją. 
- - Zostaniemy tu tylko na jedną noc, Gwen - powiedział Cabe. - Jeśli do rana  
nie  
znajdziemy nic pożytecznego, to znaczy, że albo tego tu nie ma, albo zostało tak  
głęboko  
ukryte, że za nic go nie znajdziemy. Poza tym, przez ostatnich kilka dni niemal  
na śmierć  
zajeździliśmy konie. Jeśli nie damy im odpocząć, padną zanim dotrzemy do  
Północnych  
Pustkowi. 
Zsiedli. Haiden zajął się wierzchowcami. Elf nie mógł się nacieszyć z - faktu,  
że  
znalazł się w stajniach - było to najnormalniejsze miejsce w całej cytadeli.  
Gwen i Cabe  
zabrali swoje rzeczy i przemaszerowali przez podwórze do masywnych żelaznych  
drzwi  
stanowiących wejście do właściwego budynku. 
- - Szkoda, że nie mogliśmy wybrać innej drogi - wymamrotała czarodziejka. -  
Takiej, która omijałaby to miejsce. 
- - To najszybsze i najbezpieczniejsze wyjście, a ja zapomniałem, że ta rzecz  
się tu  
znajduje. Mnie też specjalnie nie cieszy wchodzenie do budynku, który był domem  
Azrana i  
został, jeśli mi dobrze wiadomo, wybudowany przez Poszukiwaczy. - Cabe znowu  
spojrzał na  
żelazne wrota. 
Jeśli to naprawdę pozostałość po Poszukiwaczach, to po co im drzwi? Dlaczego  
cytadela nie była bardziej napowietrzna? Czy Poszukiwacze także przejęli to  
miejsce od  
jakiejś wcześniejszej rasy? Gdzie zaczynała się lista dominujących ras? Kiedy  
tereny zwane  
teraz Smoczymi Królestwami zostały po raz pierwszy zamieszkane i przez kogo? A  
może  
raczej przez co? 
Tak wiele pytań. Nathan wiedział o tym. Odpowiedziałby Cabe’owi, że zadaniem  
maga jest właśnie stawianie pytań, nawet jeśli życie okazywało się za krótkie,  
by na  
wszystkie odpowiedzieć. Z tego, co powszechnie było wiadomo, dom Azrana został  

background image

ogołocony z wszystkich przydatnych rzeczy. Podobno Błękitny pierwszy objął ten  
teren w  
posiadanie, choć inni wskazywali na Burzowego, a nawet na Kryształowego, mimo,  
że nie  
wydawało się to zbyt prawdopodobne, zwłaszcza biorąc pod uwagę skrytą naturę  
tego  
ostatniego i olbrzymią odległość pomiędzy Piekielnymi Równinami a Legar  
Peninsula, która  
rozciągała się na południowo-zachodniej części kontynentu. 
Kiedy wędrowali przez opustoszały budynek, obawy powoli znikały. Nie było tu  
teraz  
nic oprócz kurzu i pajęczyn. Najemnicy zostawili trochę rzeczy, ale stało się  
wkrótce  
oczywiste, że nie była to ich główna baza. Gdyby sprawy miały się inaczej, z  
pewnością nie  
zostawiliby jej bez nadzoru. 
Czuć był stęchliznę. Po tylu wiekach w cytadeli nie ostały się już żadne  
zaklęcia  
zachowujące czystość. Azran wyczerpał ich energię podczas pobytu w zamku,  
potrzebując jej  
najprawdopodobniej podczas rzezi oddziałów Czerwonego. 
Cabe zerknął na schody prowadzące w dół. Odwrócił się do Gwen, która akurat w  
tej  
samej chwili przeglądała kilka podniszczonych tomisk, pozostawionych przez  
łupieżców.  
Sądząc po jej wyrazie twarzy, który zresztą równie dobrze mógł zostać wywołany  
dużą  
ilością kurzu, nie stało się tak bez powodu. 
- Zajrzę tam - powiedział Cabe. - To nie powinno potrwać długo. Wygląda na  
magazyn. 
- Chcesz, żebym poszła z tobą? Pokiwał przecząco głową. 
- Poczekaj na Haidena. Kiedy wrócę na górę, zjemy coś. Jestem pewien, że co by  
to  
nie było, zostało z pewnością doszczętnie splądrowane. 
Kiedy schodził w dół, próbował porównać to, co wiedział o cytadeli, z tym, co  
widział  
w tej chwili. Przez większość czasu pozostawał wtedy w jednej sali i tylko przez  
chwilę  
znajdował się na zewnątrz. Z tego, co pamiętał, nigdy tędy nie schodził. 
Tak jak podejrzewał pomieszczenie okazało się swego rodzaju magazynem i zostało  
dokładnie splądrowane. Brakowało nawet półek, choć pozostały zawiasy. A jednak  
nadal coś  
mogło się tu znajdować... Cabe dotknął rękami ściany, myśląc, że jeśli miałoby  
tu naprawdę  
znajdować się jakieś tajne przejście, już dawno zostałoby przez kogoś odkryte. 
Dotknął przeciwległej ściany, ale nic nie poczuł. Jednakże następne dotknięcie  
sprawiło, że odczuł lekkie łaskotanie, zupełnie jakby ktoś próbował go  
zidentyfikować, ale  
nie wiedział dokładnie, jak się do tego zabrać. 
Cabe skoncentrował się, poszukując miejsca, z którego płynęły sygnały. Nie było  
to  
trudne; wiedział, że inni mieliby z tym większe problemy. Spróbował wpłynąć na  
to coś  
umysłem. 
Nagle ściana zniknęła. Upadł na twarz w pokoju, z którego uniósł się straszliwy  
smród. Zupełnie jakby wszystkie trupy z zewnątrz nadal gniły. Szybko chwycił się  
za nos i  
rozejrzał. 
Znajdowało się tam jeziorko, ale z pewnością nie wypełniała go woda, tylko jakiś  
płyn  
z pokrywającą go zieloną mazią. Wydostawały się z niego bąble i gazy. Cabe  

background image

wstał, cały czas  
zatykając nos, i zaczął zawracać. Przed nim ponownie wyrosła ściana. 
Z niechęcią zwrócił uwagę na mokradło. Azran nie kryłby go, gdyby nie było tu  
czegoś ważnego. Przypomniał sobie własne rozmyślania na temat powiązań swego  
ojca z  
martwymi. Ten pokój z pewnością byłby idealny do celów szalonego nekromanty. 
Powierzchnia mokradła zaczęła się gwałtownie burzyć, zupełnie jakby coś się z  
niej  
wynurzało. Cabe nie miał najmniejszej ochoty zobaczyć, co to może być. Spróbował  
odszukać miejsce, dzięki któremu wszedł do środka tego przeklętego pokoju, ale  
teraz nie  
mógł go nigdzie odnaleźć. Najwyraźniej nie było stąd wyjścia. 
Powierzchnia dziwnego jeziorka mocno się już burzyła, a Cabe poczuł, że odór  
staje  
się jeszcze mocniejszy. Ogarnęły go nudności. 
To - wygląd nieznanego umknął na chwilę uwadze Cabe’a - wynurzyło się ze szlamu  
i  
mazi. 
- Czego szukasz? - wycharczało. Jego głos bez przerwy się zmieniał, jakby  
usiłował  
przemówić więcej niż jeden mówca. 
Cabe próbował odwrócić wzrok od dziwnej mieszaniny kończyn, oczu, ust i innych  
nie do opisania wyrostków, aż wreszcie wykrztusił: 
- - Ni... czego. To po... pomyłka. 
- - Wezwanie było jasne - ciągnął stwór - choć nie wiem, czy to ty mnie  
wzywałeś,  
czy ktoś inny. - W głosie, czy raczej w głosach dało się wyczuć odrobinę  
zdumienia. 
Przez głowę Cabe’a przemknęła lawina myśli, nie wyłączając, rzecz jasna, Azrana,  
który... 
- Przyprowadzę go - rzekł stwór. 
Przyprowadzi go? Cabe zapomniał o odorze. Zapomniał o straszliwym wyglądzie  
strażnika i krzyknął: 
- Nie, tylko nie jego! Nie chcę go! 
Azran! O mały włos, a ujrzałby widmo ojca. Należało zachować ostrożność, bo  
jeszcze wezwie jajko następnego Brązowego, albo... Nie, szybko wymazał ostatnią  
myśl. Nie  
chciał rozmawiać z Brązowym Smokiem. 
Wpadł na kolejny pomysł. 
- Przyprowadź mi Nathana Bedlama - poprosił. Strażnik - to było najsensowniejsze  
określenie, jakie Cabe mógł mu nadać - zawahał się. 
- - To chwilowo... niemożliwe - odparł, po czym przez kilka sekund milczał, a  
następnie dodał: - Jest ktoś inny, kto cię widzi i chce z tobą porozmawiać. 
- - Nie Azran! 
- - Nie. Nazywa się... Tyr. 
Tyr! Jeden ze Smoczych Mistrzów. Jeden z dwóch ożywionych wiedźminów  
zmuszonych, aby porwać Cabe’a dla Azrana. 
- Tak. Daj go! - odparł. 
Strażnik powoli zanurzył się w jeziorze. Zniknął, a wraz z nim część smrodu, co  
nie  
oznaczało jednak, że Cabe mógł normalnie oddychać. 
Jeziorko znów się wzburzyło. Z mazi powoli wynurzała się głowa. Cabe patrzył jak  
wysoka postać zawisa nad powierzchnią. Okrywały ją resztki ciemnoniebieskiego  
płaszcza.  
W przeciwieństwie do strażnika nie ociekała szlamem. 
Miała suchą i pomarszczoną skórę, a całość sprawiała wrażenie człowieka, który  
zginął śmiercią gwałtowną. Tyr nie przeżył Wojny Przełomowej. Kiedyś mógł być  
uznawany  
nawet za przystojnego, lecz teraz po urodzie pozostały jedynie wspomnienia. 
Powieki nieżyjącego maga uniosły się, ukazując puste, białe źrenice. A jednak  
Tyr  

background image

obrócił głowę i spojrzał dokładnie na Cabe’a. Zmarli zdawali się widzieć w  
zupełnie inny  
sposób. 
- Cabe... Nathanie, przybyłeś tak jak sobie wyobraziłem. Kiedy odczułem twoją  
niedaleką obecność, próbowałem cię dosięgnąć, przyciągając tutaj. - Makabryczna  
postać  
złożyła ręce. - Cieszę się na twój widok. Cieszę się ze świadomością, że Azran  
przybył do  
nas, by zapłacić za swoje uczynki. 
Cabe poruszył się, czując się niezręcznie. Nie chciał nawet myśleć o Azranie.  
Tyr  
najwyraźniej zauważył grymas jego twarzy i uśmiechnął się. Nie poprawiło to  
nastroju  
Cabe’a. Część szczęki Tyra nie trzymała się reszty. 
- - Kiedy strażnik poczuł twoje dotknięcie na ścianie, zmieszał się. Byłeś  
bardzo  
podobny do Azrana, a jednak czegoś ci brakowało. Gdybyś był inny niż jesteś,  
gdybyś nie  
został sobą, zachowując równocześnie wewnętrzną dwoistość, zostałbyś rozpoznany  
jedynie  
jako krewny, a jednak obcy, a zatem nie zostałbyś wpuszczony do środka. Ale to,  
co zostało  
w tobie z Nathana, pomogło ci uzyskać klucz. 
- - To miejsce... - zdołał wreszcie wyrzucić Cabe. - To z tego miejsca was  
wezwał. 
- - I zmusił do złych rzeczy. Istnieją kary za naruszenie spokoju zmarłych, ale  
Azran  
myślał, że będzie żył wiecznie. Teraz, zanim zostanie mu wybaczone, trochę  
pocierpi. Ale to  
cię denerwuje. Pomówmy więc, dlaczego się tu zjawiłeś. Lodowy wypuścił Pustkę. 
- - Pustkę? 
- - Nie tę prawdziwą, lecz tę, o której można jedynie w ten sposób pomyśleć.  
Pustka  
jest brakiem wszelkiej materii. Kiedy otworzysz portal, kończy się materia.  
Widziałeś to  
miejsce. Widziałeś gruzy, które ją wypełniają? 
Cabe pokiwał głową, myśląc o stworzeniu podobnym do sowy - prawdopodobnie  
magu z jakiegoś innego świata, martwym z powodu własnej nieostrożności.  
Znajdowały się  
tam także fragmenty innych rzeczy. 
- Pamiętam - powiedział. 
- - Pustki nie da się zapełnić - rzekł duch. - Całe Smocze Królestwa nie  
zmniejszą jej  
głodu nawet o odrobinę. Tak samo jak tego głodu, który w tej chwili niesie w  
sobie Lodowy. 
- - W sobie? - spytał młody mag. 
Tyr pokiwał głową. Od twarzy oderwał mu się kawałek policzka i uderzył o ziemię,  
koło stóp. Cabe zbladł. 
- Musi istnieć jakiś punkt ogniskujący siłę zaklęcia. - Smoczy Mistrz spojrzał  
na  
niego. - Wiesz o tym. Nathan o tym wiedział. 
Nathan był ogniskiem tamtego zaklęcia. A jednak... Jakby odczytując myśl Cabe’a,  
Tyr dodał: 
- Wkrótce Lodowy zdoła uwolnić się od zaklęcia. Wtedy zacznie już je kontrolować  
całkowicie i nikt go nie powstrzyma. Tylko do chwili, dopóki opiera się na  
zaklęciu, da się go  
zranić, tak sądzę. Mój umysł niejestjuż taki jak kiedyś. Być może nie da się go  
w ogóle teraz  
powstrzymać, ale nie, to niemożliwe... 
Tyr znikał, blednąc i rozpadając się. Cabe wyciągnął rękę, ale po namyśle cofnął  
ją.  

background image

Zląkł się, że wpadnie do jeziorka. Mógł już się z niego nie wydostać. Jeszcze  
nie nadszedł  
czas, by przekroczyć granicę śmierci, przynajmniej taką miał nadzieję. Poza tym  
Tyr zdawał  
się nie przejmować utratą swego fizycznego ciała. Ponieważ nie żył, nic nie  
mogło mu już  
zaszkodzić. Być może nawet przybrał tę postać jedynie po to, by porozmawiać z  
Cabe’em. 
Martwy czarodziej otrząsnął się z bezładu. 
- To wszystko nie ma znaczenia - rzekł Tyr. - Powód, dla którego chciałem z tobą  
porozmawiać, dotyczy wyłącznie ciebie, Cabie Bedlamie. - Tyr stawał się  
przezroczysty,  
większość jego ciała już odpadła. Cabe starał się nie patrzeć na szkielet, ale  
zdawał sobie  
sprawę, że wiedźmin nie szukałby go, gdyby nie miał czegoś ważnego do  
przekazania. - Nie  
powinienem cię ostrzegać - powiedział - ale kiedy się dowiedziałem, że tu  
jesteś, być może  
dlatego, że tak bardzo chciałem byś przybył, zrozumiałem, że muszę złamać  
zasady... 
- - Zasady? - Cabe patrzył jak twarz Tyra zanika, a potem znowu pojawia się, już  
tylko jako mglisty zarys. - Jakie zasady, Tyr? O czym ty mówisz? 
- - To zrobili strażnicy. Chcieli, bym mówił o innych rzeczach, mniej ważnych,  
aż  
mój czas się skończy... Szkoda, że nie posiadasz wiedzy o zmarłych, jaką miał  
przeklęty  
Azran. Znowu mógłbym chodzić po ziemi i opowiedzieć ci... 
Tyr nagle zniknął. 
- - Tyr? - Cabe spojrzał w dół na jeziorko. Ponownie zaczęło bulgotać. 
- - Czekajcie! 
Siła głosu cisnęła młodym czarodziejem niemal pod ścianę. Z wysiłkiem  
straszliwym  
dla kogoś martwego Tyr zdołał przywrócić sobie pełne ciało. Cabe wiedział  
jednak, że nie  
potrwa to długo. Wysiłek prawdopodobnie był tak duży, że nie zdołałby go  
dźwignąć żaden  
żyjący, jeśli nie gorszy. 
- Przeklęte niech będą ich gry.’ I ich melodramatyczne zabawy! Przeklęci niech  
będą  
wszyscy żałosni bogowie i ci, którzy się za bogów uważają! Bedlamie! - Oczy Tyra  
wypalały  
dziurę w umyśle Cabe’a. - Twoje przeznaczenie to Północne Pustkowia, ale...  
jeśli się tam  
udasz, prawie na pewno umrzesz! Ja... 
Tyr zniknął. I Cabe wiedział, że tym razem na dobre. Jeziorko zabulgotało, ale  
nic  
więcej. Nie pojawił się nawet obrzydliwy strażnik. 
Miał umrzeć. 
Miał umrzeć, a martwy Smoczy Mistrz próbował go ostrzec, powstrzymać przed  
dalszą drogą. Ale nie! Powiedział, że przeznaczenie Cabe’a to Północne  
Pustkowia! Czy to  
oznaczało, że im się nie powiedzie? Nie! Tyr nic takiego nie powiedział! 
„Umrę” - pomyślał Cabe. 
„Cabe”. 
Usłyszał w umyśle własne imię. Pomyślał, że Tyr ponownie próbuje się z nim  
skontaktować i pragnie mu pomóc. 
„Cabe”. Tym razem po swoim imieniu usłyszał niski śmiech. Zdał sobie sprawę, że  
to  
nie Tyr. 
W jakiś sposób jego trzęsące się ręce odnalazły miejsce, w którym przekroczył  
próg  

background image

komnaty. Poleciał do przodu akurat w chwili, kiedy ponownie usłyszał śmiech.  
Dopiero kiedy  
minął ścianę, zasunęła się, przerywając drażniący dźwięk. 
Rozpoznał ten głos i dziękował niebiosom, że ani przez chwilę nie pomyślał o  
jego  
właścicielu. Gdyby pozostał moment dłużej w komnacie, mógłby zginąć; chyba że  
zdarzyłoby  
się jeszcze coś gorszego. 
Cabe wdrapał się na schody i padł w ramiona zaskoczonej Gwen. Mocno go  
uścisnęła,  
próbując uśmierzyć przerażenie, nie rozumiejąc jednak, co się stało. Haiden stał  
niedaleko,  
ale się nie zbliżał. 
Cabe miał umrzeć w Północnych Pustkowiach. Dlatego pojawił się ten głos i  
śmiech.  
Znał go, wiedział, kto był jego właścicielem. 
Azran. Drażnił go. 
Azran, wymawiając jego imię, poinformował go tym śmiechem, że czeka na swego  
syna. 
„Nareszcie! - pomyślał Toma. - Nareszcie znalazłem wyjście z tego cholernego  
labiryntu tuneli!” 
Mimo wdzięczności, jaką żywił do Poszukiwacza za pomoc, równocześnie przeklinał  
ptaka, że zmusił go do czołgania się przez nieskończone lodowe przejścia, trudno  
powiedzieć  
od jak dawna. Nie czuł rąk, ani całej przedniej części ciała. Czołgał się bez  
wypoczynku - nie  
miał odwagi odpocząć. Nie potrafił powiedzieć, kiedy Lodowy zdecyduje się  
sprawdzić, co  
się dzieje z więźniem. Nawet w tej chwili całe rzesze jego sług mogły  
przeszukiwać teren aż  
do obrzeża gór. Być może nawet czołgali się tunelami, niczym gigantyczne stado  
szczurów.  
Jak to się stało, że Lodowy nie odkrył tak skomplikowanego systemu tuneli  
wewnątrz  
własnego zamku? A może to była tylko pułapka? Gra dla zabawy Króla? 
Toma marzył o chwili, kiedy odzyska czarodziejską moc. Wtedy byłby gotów do  
walki. Wtedy mógłby Lodowego zniszczyć raz na zawsze. 
Zamknął oczy i cicho syknął. Najpierw musiał uciec. Wszystkie przysięgi na nic  
się  
zdadzą, jeśli zginie. Było zimno, dużo zimniej niż w chwili, gdy tutaj przybył.  
Miało to coś  
wspólnego z szalonym planem gospodarza. Najwyraźniej wszędzie musiała zapanować  
zima.  
Żadna kraina nie mogła być od niej wolna. 
Zadrżał, szczątki płaszcza nie chroniły go przed smagnięciami mrozu. Całkiem  
odruchowo próbował się nimi owinąć. Część umysłu powiedziała mu, że traci  
kontakt z  
rzeczywistością, ale inna dalej pracowała normalnie. W końcu miał podbić  
Pustkowia. 
Musiał się mocno wysilić, by ominąć dziurę i nie polecieć głową w dół ku śniegom  
i  
lodowi. Zastanowił się, jak to robili Poszukiwacze. Pewnie nie bez znaczenia był  
fakt, że  
umieli latać; nie ryzykowali upadku i skręcenia karku. Spadanie głową w dół było  
dla nich  
czymś normalnym. Musieli tak robić, aby chwytać prądy powietrzne i latać. 
Jak długo potrwa, zanim Lodowy ruszy jego śladem? Nie postrzegał teraz już tego  
jako gry. Lodowy nie lubił takich gier. 
Z największą trudnością zdołał zejść jakieś trzy czwarte wysokości urwiska. Był  
prawdziwie zdumiony, że w jego rękach w ogóle jeszcze pozostało czucie.  
Odwracając się,  

background image

spojrzał na bezmiar Północnych Pustkowi. Zmieniły się od czasu, kiedy widział je  
po raz  
ostatni. Nie był to już płaski, równinny teren. Lód, śnieg i ziemia zostały  
wyrzucone do góry,  
jakby po deszczu gigantyczne robaki wychodziły na powierzchnię. Wymamrotał  
przysięgę,  
która zdumiałaby nawet Lodowego Smoka. Teraz miało być jeszcze gorzej. Będzie  
zmuszony  
do wspinania się, wspinania i jeszcze raz wspinania. 
Nagle zdał sobie sprawę, że wizja wielkich robaków przekopujących drogę wcale  
nie  
odbiegała zbytnio od prawdy. Widział już przecież jednego z potworów Lodowego  
wynurzającego się z ziemi. Po chwili zorientował się, że teraz było ich po  
prostu znacznie  
więcej. 
O wiele więcej. 
Toma omiótł wzrokiem horyzont. Nawet kawałeczek ziemi na rozległych Północnych  
Pustkowiach nie ocalał od korytarzy kopiących w śniegu stworów. A smok widział  
na  
odległość wielu mil. Musiało ich być tysiące. 
I on miał się przedostać tą drogą bez magii? 
Zadrżał. Nie po raz pierwszy od przybycia do tej krainy i z pewnością nie z  
powodu  
zimna. 
XV 
- Portal! Ktoś zakłócił moje zaklęcie! 
Zarówno smok jak i Gryf unosili się bezsilni w Pustce. Smoczy Król przez kilka  
minut  
przeklinał wszystkich, którzy sprawili, że znalazł się w takich tarapatach, bez  
względu na to  
kim byli. Tak daleko nie posunął się jeszcze w przekleństwach, ale wyglądało na  
to, że wie,  
kto za tym stoi. 
Gryf próbował postępować bardziej praktycznie. Była to jego pierwsza prawdziwa  
wizyta w Pustce; miał okazję rzucać na nią okiem częściej niż raz, ale nigdy nie  
musiał przez  
nią podróżować dłużej niż ułamek sekundy. Byłby też znacznie szczęśliwszy, gdyby  
nigdy  
nie zaistniał powód, dla którego musiałby to uczynić. Jednakże nie zamierzał  
pozwolić, by  
Pustka spowodowała utratę kontroli nad emocjami. 
Powoli oddalali się od siebie, a ponieważ Gryf nie posiadał żadnej wiedzy na  
temat  
tego przejścia, zdecydował, że najkorzystniej dla niego będzie, jeśli pozostanie  
w pobliżu  
smoka. 
Magia, zdawało się, nie została przytłumiona. Wykorzystując odrobinę  
czarodziejskiej  
energii, lwioptak zdołał wyruszyć w kierunku swego towarzysza, którego  
przekleństwa  
powoli cichły. Na początku Gryf sądził, że po prostu zwolni i się zatrzyma, tak  
jakby  
obowiązywały go tutaj normalne prawa fizyczne, ale nie stracił ani odrobiny pędu  
i bardzo  
szybko zmierzał prostą drogą do kolizji. Zanim zdążył zareagować, Błękitny  
odskoczył na  
bok i wyciągnął łapę, aby złapać Gryfa. Bardziej doświadczony smok zdołał tego  
dokonać i  
obaj zakręcili się wokół własnych osi. 
- - Niebezpieczny manewr, wielmożny Gryfie - skomentował. - Powinieneś  
zaczekać. Nie zamierzałem cię zostawiać. 

background image

- - W tamtej chwili trudno mi było ocenić twoje zamiary. 
- - Przepraszam za ten nagły wybuch gniewu. Zawsze szczyciłem się precyzyjną  
analizą rzeczywistości. Nigdy jednak nie wpadło mi do głowy, że pośród moich  
klanów  
znajdą się tacy, którzy zechcą mnie zdradzić. Muszą się czuć niezwykle pewni  
siebie, skoro  
poważyli się na taki krok. 
Rewolta smoków przeciwko swemu władcy? Gryf słyszał o wypadkach, kiedy  
Królowie buntowali się przeciwko swemu cesarzowi, ale teraz dotyczyło to  
zupełnie innej  
skali wydarzeń. Klany nigdy nie zrzucały z tronów własnych przywódców, prawda? 
Błękitny ponuro się zaśmiał. 
- - Wiesz o nas mniej, niż ci się wydaje - powiedział. - W pewien sposób  
jesteśmy  
tak samo gwałtownym, niestabilnym gatunkiem jak ludzie. Jesteśmy jednak  
pragmatyczni.  
Dłuższe rewolucje skierowane przeciwko własnemu gatunkowi nie zdarzały się zbyt  
często.  
Kiedy przywódca zostaje zdetronizowany, klany nie walczą między sobą o władzę.  
Akceptują  
nowego księcia, albo nawet Króla bez szemrania. Rzecz jasna, z małymi wyjątkami.  
Z reguły  
wszyscy antagoniści mają królewskie pochodzenie. Nikt nie zaakceptuje rządów  
smoka  
urodzonego bez odpowiednich znamion, nawet jeśli byłby to ktoś taki jak Toma,  
albo  
Zzzeras. 
- - A więc to był Zzzeras? 
Smoczy Król nie odpowiedział, zastanawiając się, jak się wydostać z pułapki. 
- - Międzywymiarowe przejścia zawsze pozostawiają po sobie ślady. Nigdy jeszcze  
nie próbowałem znaleźć wyjścia ze środka, ale kiedyś musiał nadejść ten pierwszy  
raz. 
- - A co z kryształem? - spytał Gryf. - Bardzo nam pomógł w komnatach. 
Błękitny pokazał pustą dłoń. 
- Obawiam się - powiedział - że kryształ stał się tylko kolejnym artefaktem  
unoszącym  
się w Pustce. Wypadł mi z ręki, kiedy ścieżka zniknęła i nie mam pojęcia, w  
którym kierunku  
poleciał. Próby odnalezienia go zabrałyby nam zbyt wiele cennego czasu. Nie  
wiem, jak  
długo ślady pozostaną widoczne. 
Ponieważ zajęcie wymagało użycia obydwu rąk, Błękitny poprosił, by towarzysz  
chwycił go za pas. Przekazał też Gryfowi drobne ostrzeżenie. 
- Możliwe, że napotkamy jakieś niebezpieczeństwo. 
Nie wszystko w Pustce było martwe, a nawet nieożywione przedmioty mogły  
stanowić zagrożenie, jako że większe z nich potrafiły się poruszać z  
prędkościami setki razy  
większymi niż Gryf przed chwilą. Uderzenie gigantycznego kawałka ziemi  
pogruchotałoby  
im kości i pozostawiłoby jedynie dwie mokre plamy. 
Gryf w mgnieniu oka to pojął. 
Na początku było ciężko. Najdrobniejsze gesty miotały dwiema figurkami to w  
jedną,  
to w drugą stronę, niemal całkowicie uniemożliwiając koncentrację. W końcu  
Błękitny został  
zmuszony do wykonywania niezwykle wolnych ruchów, co upodobniło go do tancerza.  
Gryf  
powstrzymał się przez złośliwą uwagą, znając doskonale porywczy i nieobliczalny  
charakter  
smoków. 
- Cholera - zaklął w pewnej chwili Smoczy Król. - Ledwo je wyczuwam. Kończy się  

background image

nam czas. 
Sfrustrowany Gryf odezwał się: 
- - Może ja spróbuję. 
- - Nie znasz zaklęcia. 
- - Zdradzisz mi je. - Gryf wyczuł niechęć smoka, więc dodał: - Dobrze więc.  
Zachowaj swoje sekrety. Będziesz miał o czym myśleć przez wieczność, którą tu  
spędzimy,  
wirując niczym liście na wodzie. 
Smok syknął, po czym się zgodził. 
- Masz rację, przyjacielu - powiedział. - Spróbuj, może tobie się uda. To  
wygląda  
trochę jak próba podłączenia do jakiegoś źródła energii. 
Gryf pokiwał głową, po czym zamknął oczy i skoncentrował się. Przez dłuższą  
chwilę  
nie czuł nic i jego pewność siebie zaczęła słabnąć. Odczuwał jedynie czarną  
nicość wymiaru.  
To było prawie tak, jakby inna próżnia wypełniała jego wnętrze. Straszne  
przeżycie. 
Kiedy już był gotów się poddać, nagle poczuł jakieś słabe prądy. Błękitny  
powiedział,  
że będzie to niczym podłączanie do źródła energii. Tak właśnie teraz to  
wyglądało. Jego  
umysł podążył za nikłym śladem. To rzeczywiście był portal; wyczuwał ślady  
samego ich  
przejścia. 
- Mam je! 
Smoczy Król ponownie syknął, ale tym razem w jego głosie pobrzmiewała nutka  
triumfu. 
- Możesz otworzyć oczy - rzekł. - Wolę już sam to zrobić, niż ryzykować, że  
zgubisz  
trop. 
Puścił Gryfa tak lekko jak tylko to było możliwe, aby w pełni zminimalizować  
dryfowanie, a następnie zaczął powtarzać zaklęcie. Gryf patrzył, odwzorowując  
ruchy tak  
wiernie jak tylko potrafił. Zaczynali się od siebie oddalać, ale próbował  
ignorować ten fakt...  
liczyło się jedynie dokończenie zaklęcia. 
Nagle pojawił się opór z innej strony, jakby komuś bardzo zależało, by ich  
powstrzymać przed powrotem. Omal mu się to udało. Zajęty nowym problemem,  
lwioptak  
pomylił ruchy. W ostatniej chwili zdołał się jednak poprawić. 
- - Ktoś... ktoś ze mną... ktoś ze mną walczy - wystękał. 
- - Zignoruj go! Teraz już nie może cię powstrzymać. Może jedynie opóźnić  
powrót,  
albo sprawić, że się pomylisz. 
Błękitny wykonał ostatni gest. 
Gryf powtórzył. 
Ponownie stali na ścieżce. Smok nie tracił czasu. 
- Szybko! Wracajmy! 
W następnej chwili przeskoczyli przez wejście do normalnego świata. Smoczy Król  
zwalił się na podłogę, a Gryf, próbując go przeskoczyć, uderzył ramieniem o  
jedną ze ścian.  
Jęcząc, upadł na ziemię. Cały bok ciała palił go ognistym bólem. 
Przez załzawione oczy zobaczył dwa inne smoki. Jeden akurat padał na podłogę,  
otrzymawszy od drugiego potężne uderzenie, które przeorało mu gardło. Zwycięzca  
spojrzał  
na rannego, a w jego oczach paliła się żądza krwi. Dostrzegł jednak Błękitnego,  
który właśnie  
wstawał i przykląkł na jedno kolano. 
- - Panie! Dzięki niech będą Smokowi z Głębin za twój powrót. 
- - Kylinie... - Błękitny spojrzał na księcia, a potem na ciało. - Zzzerasie -  

background image

szepnął. 
- - Panie - Kylin wstał. Żądza krwi zniknęła w chwili, kiedy się zorientował, że  
patrzy na niego monarcha. - Powróciłem tutaj w ostatniej chwili, aby zamienić z  
nim słowo. I  
zobaczyłem jak się śmieje, wypełniony chełpliwością, przekonany, że zostanie  
władcą. Kiedy  
się zorientował, że ciebie nie ma, uwierzył w swój sukces i uznał, że się przed  
nim ugnę.  
Pomylił się jednak. 
- - Zzzeras marzył o władzy mimo braku znamion? - Błękitny spytał niskim i  
smutnym głosem. 
- - Znaliśmy jego ambicje, panie. Przed chaosem, który podzielił Radę, często  
spotykał się z Tomą. 
- - Pamiętam. Gdziekolwiek się Toma pojawi, zaraża ludzi szaleństwem. Gdyby nie  
chronił go cesarz, wyzwałbym go do walki bez względu na skutki. - Ponownie  
spojrzał na  
zwłoki. - Szkoda. Miałem nadzieję, że nie dojdzie do tego. 
Kylin wyciągał rękę by pomóc władcy wstać, lecz Błękitny wysunął pazury i  
chwycił  
go za gardło, rozcinając szyję dużo dokładniej niż Kylin zrobił to przed chwilą  
Zzzerasowi. 
Rażony ciosem nawet nie miał czasu, by spojrzeć zdziwionym wzrokiem; padł  
bowiem na podłogę, dołączając do brata. 
Błękitny popatrzył na powoli wstawającego Gryfa. 
- - Jak już mówiłem, wielmożny, wiesz mniej o mojej rasie, niż ci się wydaje. 
- - Ty... ty go zabiłeś. Rozciąłeś mu gardło, niczym szaleniec... za wierną  
służbę -  
wystękał. To było niesamowite. Niesłychane. 
Smok potrząsnął głową. 
- Zabiłem go za to, że mnie zdradził... i za zamordowanie Zzzerasa, którego  
jedyną  
winą było odegranie roli kozła ofiarnego. To Kylin chciał nas zgubić w Pustce. 
- - Kylin?! 
- - Czy to cię dziwi? - Błękitny drgnął. Jego głos był przepełniony  
obrzydzeniem. -  
Zzzeras nie posiadał niezbędnych umiejętności, by nas tak urządzić. Kylin nie  
wiedział, że  
Zzzeras spotykał się z Tomą tylko na mój rozkaz. Tomę zawsze należało  
obserwować. Biedny  
Kylin. Nigdy nie zdawał sobie sprawy, że używałem kryształu, by go szpiegować.  
By  
szpiegować ich wszystkich. Jakże inaczej mógłbym pozostać przy władzy w takich  
czasach? 
Niedużo czasu minęło od pierwszego spotkania z Błękitnym, a Gryf dowiedział się  
już  
wiele nowego o tej rasie. Znacznie więcej niż chciałby wiedzieć. Nie był  
przekonany, by  
zasadniczo się różniła od rasy ludzkiej, za członka której sam się zresztą  
uważał. Nie dała mu  
jednak żadnej satysfakcji wiedza, że smoki nie są o wiele lepsze. 
- Musiał uznać to za szansę swego życia - odezwał się smok. - Dałem się  
doskonale  
podejść, wyobrażając sobie, że jego marzenia o władzy pozostaną tylko marzeniami  
i nigdy  
nie uczyni czegoś podobnego. - Błękitny wzruszył ramionami. - Dość tego! Jestem  
pewien, że  
strażnicy, których Kylin odesłał, za chwilę tu wrócą. A my mamy nowe sprawy do  
rozważenia, między innymi utratę kryształu. Byłem przekonany, że gdybyśmy coś  
odkryli,  
kryształ pomógłby nam zogniskować całą energię. 
W tej chwili Gryf z całej mocy pragnął opuścić ten kraj i nigdy do niego nie  

background image

wracać.  
Ale wiedział, że to nie rozwiąże niczego, a Lodowy ciągle stanowi zbyt duże  
zagrożenie, by  
można je ignorować. 
- Naszą największą troską, wielmożny smoku, są same Biblioteki - oznajmił  
lwioptak  
- nie twój kryształ. Potem możemy się nim zająć, ale najpierw musimy się  
zastanowić, jakie  
mamy przedsięwziąć działania, by do nich dotrzeć. Być może w Bibliotekach nie  
będzie nic  
takiego, co stanie się dla nas ważne, a być może znajdują się tam tak  
szczegółowe informacje,  
że nie odnajdziemy ich na czas. Istnieje także możliwość, że będziemy musieli  
stanąć z  
Lodowym twarzą w twarz, choć nie za bardzo potrafię sobie wyobrazić, co  
moglibyśmy  
wtedy zrobić. Jedyną rzeczą, która mi w tej chwili przychodzi do głowy, jest  
skontaktowanie  
się z Cabe’em Bedlamem i twoim odpowiednikiem, który rządzi Lasem Dagora. 
Błękitny spojrzał na niego groźnie, a syk, który wydobył się zza jego  
skrzywionych  
warg, zdradzał, że nie żywi zbytniego entuzjazmu dla tego pomysłu. Nie przepadał  
za bratem  
- zdrajcą, a tym bardziej za kimkolwiek, kto nosiłby nazwisko Bedlam. Z jego  
punktu  
widzenia mogłoby to być słuszne, ale Gryf widział to w tej chwili zupełnie  
inaczej. 
Wskazał szponiastym palcem smoczego władcę. 
- - Posłuchaj - rzekł. - Nadszedł czas, by wrogowie sobie wybaczali, tak jak ty  
i ja  
uczyniliśmy to na twoje życzenie. Kwestia, czy wróg nosi nazwisko Bedlam jest  
niczym w  
porównaniu z tym, co nas zajmuje w tej chwili. Rozmawiałbym nawet z Azranem,  
gdyby  
miało to uratować Smocze Królestwa przed zimnym panem Pustkowi. Czy mówię jasno? 
- - Całkowicie - przyznał smok. - Jeśli pozwolisz, wyruszymy, kiedy tylko się z  
tym  
uporam - wskazał ręką dwa trupy na posadzce. 
- - Ależ oczywiście. 
- - To nie potrwa długo. Kiedy wszystko zostanie załatwione, otworzę nowy  
portal...  
chyba, że ty chciałbyś spróbować. 
Gryf potrząsnął głową. 
- - Nie mam najmniejszej ochoty ponownie na dłużej odwiedzać Pustki, a tak  
prawdopodobnie stałoby się, gdybym próbował wypowiedzieć zaklęcie. Byłem  
bardziej  
skoncentrowany na znalezieniu drogi powrotnej niż na zapamiętaniu zaklęcia. 
- - A więc ja otworzę wejście. Tym razem nie powinniśmy napotkać żadnych  
przeszkód. 
W chwili, gdy Błękitny skończył mówić, wpadło kilkunastu strażników i sług.  
Jeden z  
nich przepraszał z całych sił, że dał się oszukać Kylinowi i ofiarował władcy  
swoje życie.  
Król nie zaakceptował propozycji. 
Patrząc, co się dzieje, Gryf ponownie zaczął rozmyślać o Bibliotekach. Był  
pewien, że  
rzecz dotycząca sprawy, która ich zajmowała, musi znajdować się w Bibliotekach.  
Z tego, co  
wiedział, wszystko się w nich znajdowało. Pytanie brzmiało, czy odnajdą  
odpowiedź i zdołają  
ją zrozumieć, zanim będzie za późno. 

background image

Najważniejsze jednak było: czy w ogóle istnieje rozwiązanie? Czy to nie był ten  
jedyny wypadek, kiedy Poszukiwacze wymyślili zaklęcie, lecz nie zdołali stworzyć  
przeciwzaklęcia? 
Gryf wyobraził sobie jak sam wertuje tom po tomie w poszukiwaniu zjawy, która -  
być może - stała tuż przed nim. Zastanawiał się, czy twórcy Bibliotek wzięli to  
pod uwagę,  
kiedy je tworzyli. Czy zbudowali je, ot tak sobie? A może umyślnie wszystko  
zostało tak  
pogmatwane? Albo też istniał jakiś porządek, którego nie zdołał odkryć ani Gryf,  
ani jego  
poprzednik, Purpurowy? 
Sfrustrowany zaczął cicho przeklinać szaleńca, który zbudował Biblioteki.  
Zaprzestał,  
kiedy pomyślał, że te niesamowite budynki być może nawet w tej chwili go  
obserwują, a  
przeklinanie mogło tylko pogorszyć sytuację, kiedy już rozpoczną poszukiwania. 
- Zaraz otworzę nowe przejście - poinformował Król. W jakiś sposób zdołał  
podejść  
nie zauważony do Gryfa. - Tym razem wszystko będzie pod kontrolą - dodał. 
Grzywa lwioptaka niespokojnie się zjeżyła. Jeszcze nigdy nie słyszał bardziej  
idiotycznego stwierdzenia. 
Gwen spojrzała na Haidena i skinęła głową. 
- Nadal nie chce mi powiedzieć, na co się tam natknął. Znajdowali się w głównym  
holu cytadeli Azrana. W palenisku płonął mały ogień, a na odkurzonym przez elfa  
stole  
spoczywał posiłek. Od chwili, gdy Cabe, krzycząc, wypadł za ścianę, zrezygnowali  
z  
przeszukiwania budynku. Gwen szukała jakiegoś przejścia, ale nawet jej  
umiejętności nie  
pozwoliły wykryć niczego poza skalnymi blokami. A jednak Cabe gdzieś musiał być.  
Musiał  
pozostać jakiś ślad drzwi prowadzących do portalu. Niczego takiego jednak nie  
było;  
przynajmniej nic nie znalazła. Nie zaskoczyło to jej szczególnie. Cytadela była  
domem  
Azrana, którego aż za dobrze znała ze zwodniczych sztuczek. Przez moment nawet  
zdawało  
się jej, że słyszała drażniący, znajomy śmiech. 
Cabe był wyciszony, nawet za bardzo. Chwilami wydawał się całkowicie obojętny,  
choć mogło się to zmienić w każdej chwili. Sprawiał wrażenie, jakby składał się  
z dwóch  
osobowości; tak zresztą było, ale nie o to chodziło Gwen. Z jednej strony zdawał  
się  
akceptować wszystko, co zaplanowali jako nieuniknione, z drugiej zaś nie czynił  
nic, aby im  
pomóc. Haiden podszedł do schodów. 
- - Może mnie uda się coś odkryć - powiedział. 
- - Nie trudź się - wreszcie wymamrotał Cabe. - Tylko ja i Azran to umiemy... a  
ja  
nie powinienem. Jeśli nawet uda ci się przebić przez barierę, nie wątpię, że mój  
ojciec  
pozostawił po sobie jeszcze kilka innych niespodzianek, zanim odszedł. 
Sfrustrowany elf odwrócił się. 
- A więc, dlaczego nie powiesz nam, co tam jest? I gdzie jest to „tam”, na  
miłość  
Rheeny? 
Cabe wstał i otrząsnął się. 
- To nie ma znaczenia. Możemy zapomnieć o dalszych poszukiwaniach. Nic  
pożytecznego tutaj nie znajdziemy. Jutro wyruszymy z samego rana. Chcę, abyśmy  
następnego dnia znaleźli się na skraju Północnych Pustkowi, co, jak sądzę,  
będzie musiało  

background image

oznaczać teleportowanie. 
Elf gwizdnął, a Gwen spojrzała Cabe’owi głęboko w oczy. Nie spodobało się jej  
to, co  
w nich ujrzała, a może raczej to, czego nie zobaczyła. Wyglądało, jakby  
świadomie odcinał  
od niej część siebie; nigdy dotychczas tego nie robił. 
- - To będzie straszny wysiłek dla koni. Nie sądzę, abyśmy dojechali do Pustkowi  
-  
skomentował Haiden. 
- - Więc dostaniemy od twoich towarzyszy nowe. W najgorszym wypadku będziemy  
potrzebowali tylko jednego wierzchowca. - Nie rozwlekał się nad tym, co  
oznaczało to  
stwierdzenie. Być może Cabe ruszy dalej sam. 
- - Dwa - poprawiła Gwen. Cabe nie próbował się nawet z nią kłócić, co  
bynajmniej  
nie oznaczało zgody. Zdawała sobie sprawę, że im bliżej będą się znajdować celu,  
tym  
bardziej będzie musiała na niego uważać. Nie było wcale takie nieprawdopodobne,  
że  
spróbuje się wymknąć i popędzić sam. Naprawdę zaczynał ją przerażać. - Jeśli  
planujesz  
teleportowanie - odezwała się - będziesz potrzebował kogoś do pomocy. Takie  
zaklęcie zbyt  
cię zmęczy i pozostawi bezbronnego. 
Haiden westchnął. 
- Wielmożny panie, pani, jeśli mamy wstać jutro o świcie, lepiej zajmę się  
posiłkiem.  
Moglibyśmy to nazwać wczesną kolacją. - Omiótł wzrokiem hol, patrząc na  
cieniste, pokryte  
kurzem ściany i groteskowe płaskorzeźby. - Nie można nawet marzyć o bardziej  
przytulnym i  
przyjemnym miejscu do snu - dodał sucho. 
Przy posiłku niewiele się odzywali, apo nim jeszcze mniej. Gwen rzuciła czar  
ochronny, tak jak wiele razy wcześniej to robiła, ale tym razem Haiden nie był  
zadowolony.  
Dawna siedziba Azrana niepokoiła go. Zgłosił się na wartę, upewniając ich, że  
pozostanie na  
straży przez całą noc, jeśli okaże się to konieczne. 
Obudzili się wcześnie rano... ale tylko Cabe i Gwen. Haiden leżał na podłodze  
zwinięty w kłębek, nieświadom niczego. Z trudem dało się go obudzić, co wiele  
mówiło o  
legendarnej wytrzymałości elfów na zmęczenie. Haiden przysięgał, że czuwał przez  
większą  
część nocy i zasnął dopiero tuż przed świtem. Rumieńce wstydu nie zniknęły  
jednak z jego  
twarzy przez następne pół godziny. 
Było coraz zimniej - niezwykła zmiana klimatu jak na krainę trafnie zwaną  
Piekielnymi Równinami. Nawet tutaj czuli i słyszeli erupcje mniejszych wulkanów.  
Gwen  
pierwsza ujęła to słowami: 
- - Moc Lodowego rośnie. Jeśli potrafi na stałe utrzymać daleko na południe  
takie  
zimno, to jak muszą wyglądać Irillian i Talak?! 
- - To zwyczajne zimno - bez emocji skomentował Cabe. - To zimno, które drąży  
duszę, nie dotarło jeszcze tak daleko, a przynajmniej nie dotarło z należytą  
mocą. 
- - A kiedy dotrze? 
Cabe obdarzył Gwen spojrzeniem, któ(e przypomniało jej Nathana. 
- Dużo szybciej, niż moglibyśmy się spodziewać - odparł. Kilka minut później  
wyruszyli w drogę. Żadne z nich nie było niezadowolone, że opuszczają  
rozpadającą się  

background image

cytadelę Azrana. Sądzili, że im szybciej Piekielne Równiny pochłoną to miejsce,  
tym lepiej.  
Nie było w nim nic dobrego, a ktokolwiek, czy cokolwiek go zbudowało, już się  
nie liczyło.  
Azran skaził je swoją obecnością. 
Z wyjątkiem naprawdę rzadkich wypadków, kiedy byli zmuszeni do okrążenia  
niepewnego kawałka ziemi, przez większą część dnia nie napotkali trudności.  
Pogoda cały  
czas pozostawała chłodna, poza krótkimi okresami, gdy przejeżdżali wyjątkowo  
blisko  
aktywnych kraterów. Wtedy kraina pokazywała skąd pochodzi jej nazwa. Mimo, że  
znajdowały się tu niezwykle żyzne gleby, nikt nie widział powodu, by ktokolwiek,  
nawet  
smok chciałby tu zamieszkać. 
Jakby w odpowiedzi na tę myśl na horyzoncie pojawili się jeźdźcy. 
Tym razem nie byli to ludzie. Żaden człowiek nie dosiadłby pomniejszego smoka,  
chyba że od tego zależało jego życie... ale nawet i wtedy wielu by się zawahało. 
- - Haiden - szepnął Cabe - nie wspomniałeś nic o aktywności smoków. 
- - Ponieważ nie było żadnej aktywności, wiedźminie. Z tej odległos’ci nie  
potrafię  
ocenić, jaki to klan. Może Złoty, a może resztki Czerwonego. 
- - Za chwilę się dowiemy - dodała Gwen. - Wydają się jechać w naszym kierunku. 
Troje podróżników przygotowało się na najgorsze. Nie mogli uciec, gdyż na pewno  
zostali dostrzeżeni. Zresztą teren za nimi był zbyt niestabilny, by w panice  
uciekać. Jeźdźcy  
dogoniliby ich z dziecinną wręcz łatwością. 
Kiedy się zbliżyli, stało się oczywiste, że to resztki klanu Czerwonego. Prawdę  
mówiąc, był to niemal cały klan, gdyż znajdowały się w nim zarówno damy, młode,  
jak i  
służący, choćby tacy jak Ssarekai. 
- - Uciekinierzy - wymamrotał Cabe. 
- - Co nie znaczy, że gdy nas spostrzegą, nie napadną na nas i nie zabiją -  
dodał  
Haiden. 
Ku ich zdumieniu jeźdźcy zwolnili, a w momencie, gdy znaleźli się na odległość  
rzutu  
kamieniem, powoli zaczęli się zatrzymywać. - Musiało to ich wiele kosztować;  
pomniejsze  
smoki miały z reguły spore apetyty, a te na dodatek wyglądały, jakby od kilku  
ostatnich dni  
niewiele jadły. Spoglądały na konie z rosnącym apetytem. 
- Cabe - głos Gwen był pełen był napięcia. - Czy Czerwony nie zginął, walcząc z  
Azranem? 
Cabe pokiwał głową, domyślając się, dlaczego Gwen o to pyta. 
Szkarłatny smoczy wojownik uniósł rękę, zatrzymując oddział. Jego hełm był  
najbardziej skomplikowanym hełmem, jaki kiedykolwiek Cabe widział, wyjąwszy te,  
które  
należały do Smoczych Królów. I ten fakt bardziej niż nawet kolor skóry dowodził,  
kim w  
istocie był przywódca grupy. 
- - Najwyraźniej poprzedni Czerwony planował przyszłe zdarzenia. Miał  
spadkobiercę. 
- - Nowy Smoczy Król... - tylko tyle zdołał powiedzieć Haiden. Mieszanina  
obrzydzenia, nienawiści i trwogi w jego głosie była wystarczająca, by wstrząsnąć  
Cabe’em. 
Czerwony - nie było powodu odmawiać mu tytułu poprzednika - lekko ponaglił swego  
wierzchowca i wkrótce znalazł się wystarczająco blisko, by Cabe zobaczył jego  
błyszczące  
oczy. 
- - Elf. Elf i dwoje ludzi... - Nowy władca Piekielnych Równin spojrzał na nich  
uważnie. - Na dodatek dwoje ludzkich magów. 

background image

- - Wielmożny... - próbował dyplomatycznie Haiden, ale powstrzymało go ostre  
skinięcie dłoni smoka. 
- - Nie pozwoliłem ci mówić, roślinożerco. Poza tym to z ludźmi chcę rozmawiać. 
Cabe podjechał nieco bliżej, co nie było specjalnie łatwym zadaniem, jako że koń  
instynktownie starał się trzymać z daleka od smoków. Skłonił głowę i czekał, aż  
Król  
ponownie łaskawie się odezwie. 
- Nie sprawiasz wrażenia wędrującego zabójcy, ale wy, ludzie, jesteście  
zdradziecką  
rasą. Mógłbym zaatakować. Prawdopodobnie bym was zniszczył, ale nie chcę płacić  
wysokiej  
ceny za to zwycięstwo: utraty własnego życia, a może i części klanu. 
Te aroganckie słowa niemal wywołały uśmiech na twarzy Cabe’a, zanim sobie  
uświadomił, że mogła być w nich odrobina prawdy. To był Król z urodzenia, gdyż  
inaczej  
reszta by za nim nie poszła. A to oznaczało, że musiał kontrolować moce swego  
poprzednika,  
co rzeczywiście czyniło z niego godnego przeciwnika. Ostatni Czerwony byt  
zawzięty i  
bardzo skuteczny, przewyższał pod tym względem nawet swego brata, Brązowego. 
- Wiem człowieku, z kim rozmawiam. Masz wygląd kogoś ważnego, mimo że  
podróżujesz jedynie z kobietą o włosach czerwonych niczym ogień i nędznym  
mieszkańcem  
drzew. 
Haiden zakrztusił się, ale smoczy władca go zignorował. 
Cabe wziął głęboki oddech. Wszystkie troski spoczywały najego ramionach, a teraz  
na  
dodatek jeszcze dodano mu to ciężkie brzemię. Mógł kłamać, ale przeczuwał, że  
nowy  
władca szybko wykryłby kłamstwo. 
- Podróżuję z moją żoną, Gwendolyn, znaną jako Pani z Bursztynu i Haidenem,  
zaufanym sługą i przewodnikiem - odezwał się po chwili. - Moje nazwisko jest ci  
zapewne  
znane, być może tak jak i moje imię. Jestem Cabe Bedlam - przedstawił się. 
Smoczy Król głos’no syknął, przyprawiając swych poddanych o lęk. Przez ułamek  
sekundy Cabe’owi wydawało się, że ujrzał w jego oczach trwogę. Zrozumiał, co się  
stało;  
nowy władca nagle znalazł się przed osobą, której nazwisko było dla jego rasy  
synonimem  
najgorszego zła. 
Trzeba jednak przyznać smokowi, że szybko odzyskał panowanie nad sobą.  
Wyprostował się i spojrzał Cabe’owi prosto w oczy. 
- Czy przybyliście, by dokończyć dzieło zapoczątkowane przez twego przodka? By  
pomóc wykradającemu duszę zimnu z północy? 
Sługi Lodowego szybko się poruszały. Potworność, jakiej musiały stawić czoła  
klany  
Czerwonego, zdawała się sygnalizować, że ich zguba jest nieunikniona. I że czają  
się za nią  
jakieś wyższe moce. W momencie, kiedy wydawało się im, że zdołali się ukryć w  
bezpiecznym miejscu, napotkali stare zagrożenie, czarodzieja o nazwisku Bedlam. 
- Pragnę jedynie zapewnić Smoczym Królestwom pokój i współpracę łudzi ze  
smokami. Śmierć twego poprzednika została spowodowana szaleństwem jednego z  
moich  
rodaków - zdecydował, że bez sensu będzie wskazywanie, iż była to także wina  
Króla. -  
Zajmuje mnie tylko śmierć nadchodząca z północy, o której wspomniałeś. 
- - A dlaczegóż to? 
- - Mam nadzieję ją powstrzymać. 
Smok najpierw przez chwilę milczał, a potem parsknął niskim, chrapliwym  
śmiechem.  
Czuło się w nim pogardę dla kogoś, kogo w tej chwili z pewnością uważał za  

background image

szaleńca. 
- Czy widziałeś, co nadchodzi z Pustkowi? Czy widziałeś dar mego brata, pana  
Północnych Pustkowi? 
Cabe po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że wszyscy Smoczy Królowie od chwili,  
kiedy obejmowali tron, uważali się za braci. 
- - Widziałem - odparł. - Jeden dużo wcześniej od pozostałych powędrował na  
południe. 
- - Jeden? 
Cabe widział jak twarz smoka krzywi się w uśmiechu, odsłaniając niemalże ludzkie  
zęby. Dopiero teraz dotarło do niego, że smok miał znacznie bardziej ludzki  
wygląd niż inni. 
- Jeden? - powtórzył smok. - To nie widziałeś jeszcze nic. Prawdziwe przerażenie  
ogarnie cię dopiero wtedy, gdy ujrzysz ich setki, tysiące przekopujących się  
przez ziemię,  
próbujących zniszczyć nie tylko nasze ciała, ale esencję naszego życia, naszą  
duszę! Jeszcze  
nic nie widziałeś! 
Gwen odważyła się podjechać do Cabe’a. 
- Wiemy więcej niż ci się wydaje - powiedziała. - Wiemy, co tam się dzieje. Nie  
życzymy ci źle, wielmożny smoku. Jeśli masz jakieś informacje, które mogłyby być  
dla nas  
pomocne, będziemy ci za nie wdzięczni. Jeśli nie, nie chcemy z wami zwady i nie  
pragniemy  
niczego innego, niż tego, by obie grupy rozstały się w pokoju i zgodzie. 
Smoczy Król słuchał uważnie, choć ani na chwilę nie spuścił wzroku z Cabe’a. 
- Mam więcej informacji, niż mógłbyś sądzić, Bedlamie - oznajmił. - Większość  
moich klanów udała się do krainy Srebrnego. Jesteśmy ostatnim, najbardziej  
wysuniętym na  
północ z klanów i tylnią strażą powstrzymującą wroga, by innym dać szansę  
ucieczki.  
Wyruszyłem z grupą niemal trzy razy większą, ale te straszliwe pijawki zabijały  
wojowników  
jednego po drugim, nieraz po kilku naraz. Moi zwiadowcy donoszą, że przedostali  
się nawet  
dalej na południe królestwa Błękitnego, co zresztą nie jest niczym dziwnym,  
biorąc pod  
uwagę ogromną ilość pożywienia, jaka się znajduje w Irillianie. Jak zamierzacie  
powstrzymać  
białą falę, która pożera całe życie, jakie napotka? Czy zamierzacie wzywać  
demony z innego  
wymiaru? Czy możecie wypalić Pustkowia ogniem? 
- - Istnieje pewna szansa - odparł Cabe - ale muszę się przedostać w głąb  
Pustkowi.  
Będę musiał zmierzyć się tam z twoim odpowiednikiem. 
- - To szaleństwo! - Czerwony gwałtownie potrząsnął głową. 
- Ale nie widzę powodu, by dalej was zatrzymywać. Zbliża to nas tylko do tych  
bestii,  
a ciebie powstrzymuje przed szybszym wypełnieniem samobójczego zamiaru. 
Przy tym ostatnim stwierdzeniu Cabe zbladł, myśląc, że być może smok wie coś  
więcej. Ten jednak tylko kpił sobie z tego, co w jego oczach było skończoną  
głupotą. 
Raptem gadzi władca spoważniał. Zaczął zawracać swego wierzchowca, by dołączyć  
do pozostałych, a potem skręcił i raz jeszcze stanął przed Cabe’em. 
- Jeśli rzeczy wiście jest coś, co możecie uczynić - powiedział 
- życzę warn powodzenia. Nie kocham waszego gatunku, a już szczególnie twego  
rodu, ale nie chcę ujrzeć królestw pod lodowym pazurem tego, który rządzi  
północą. Lepiej,  
abyśmy wszyscy zginęli, niż znaleźli się pod jego rządami. 
Cabe lekko skłonił głowę, a Gwen i Haiden poszli w jego ślady. Czerwony odwrócił  
się i ruszył w kierunku grupy. Na jego sygnał smoki odsunęły się, pozwalając  
ludziom i  

background image

elfowi bezpiecznie przejechać. Cabe, żegnając się, z wdzięcznością skinął głową,  
ale smok  
jeszcze zawołał: 
- Dom najbardziej przeklętego z moich braci znajduje się na zachodzie, w  
okolicach  
gór. Jego słudzy upodabniają się do swego otoczenia. Unikajcie ścieżek elfów. 
Haiden zesztywniał i mimo nienawiści, która go paliła, chciał o coś zapytać  
smoka,  
jednak władca wraz całą grupą już się oddalał na południe. Elf odwrócił się  
szybko do dwojga  
ludzi, szukając pocieszenia. Cabe mógł tylko skinąć głową; nie miał pojęcia jak  
mogło się  
powodzić tamtejszym elfom. Gwen zwróciła uwagę na to, jak znakomicie potrafiły  
się kryć. 
Ta uwaga nie dodała elfowi otuchy. 
- Jesteśmy dobrzy, kiedy mamy gdzie się ukryć... Ale gdzie one się schowają,  
skoro  
ziemia i drzewa zostały rozdarte na strzępy? 
Żadne z magów nie mogło z przekonaniem odpowiedzieć na pytanie. Cabe opatulił  
się  
szczelniej płaszczem, zauważając, że robi się chłodniej. 
Coś białego, niczym śnieg i bardzo dużego uniosło się na horyzoncie w górę, ale  
zanim zdążyli mu się dokładniej przyjrzeć, zniknęło. 
- - Mamy kłopoty - rzekł elf. 
- - Jakie? - spytała Gwen. Wskazał horyzont. 
- Czerwony Smok mylił się, myśląc, że pomiędzy nim a potworami pozostała wciąż  
duża odległość. 
Haiden i Gwen spojrzeli w kierunku, który wskazywał elf. Najpierw nic nie  
ujrzeli,  
jednak po chwili kolejny biały punkt zmaterializował się na moment i zniknął. 
- Idą w naszą stronę - powiedziała Gwen. 
XVI 
- Są wszędzie. 
Cabe pokiwał głową. Jego nastrój pogarszał się z każdą minutą. Tyr  
przepowiedział,  
że zginie w Pustkowiach, jednak z tego, co sam sądził, każde miejsce, gdzie  
szalały stwory  
Lodowego, można było uznać za część jego kraju. 
- Cabe. 
Na dźwięk głosu Gwen na chwilę zniknął ponury humor wiedźmina. 
- - Tak? 
- - Musimy się teleportować! 
- - Dokąd? - spytał z wahaniem Haiden. - Te stwory są wszędzie, aż po horyzont. 
Nie dodał, że bez wątpienia zabiły już jego towarzyszy. Nikt nie chciał o tym  
wspominać. 
- Najlepiej udać się do centrum Pustkowi - odparł Cabe. - Istnieje duża szansa,  
że już  
wszystkie wydostały się poza obręb pierwotnych granic tej krainy! Wyminęlibyśmy  
ich linię. 
Mimo wszystko Cabe poczuł przypływ nadziei. To mogło oznaczać chwilę  
wytchnienia. Nathan pochwaliłby takie posunięcie i, sądząc z uczuć, jakie go  
przepełniały,  
dziadkowi rzeczywiście się to podobało. W takich właśnie chwilach młodszy Bedlam  
cieszył  
się z połączenia z nim. Byłoby mu dużo trudniej, gdyby nie miał do kogo się  
zwrócić. 
- Czy możecie teleportować inne obiekty? - Haiden wyglądał na zmartwionego.  
Oboje  
zorientowali się, że jedno z nich będzie musiało zająć się elfem. Poza tym  
pozostał jeszcze  
problem koni. Niezbędna moc, by przemieścić konia razem z jeźdźcem na takie  

background image

odległości  
musiałaby być ogromna. W najlepszym nawet wypadku przez dłuższy czas byliby  
niezdolni  
do obrony. 
Gwen wzięła głębszy oddech. 
- Pozwól mnie to zrobić, Cabe - poprosiła. - To będzie musiało być  
międzywymiarowe  
przejście. Nigdy nie miałam z nimi dużego doświadczenia, ale myślę, że próby  
wyjdą mi  
nieco lepiej niż tobie. Będę potrzebowała trochę czasu. Wy dwaj trzymajcie straż  
i módlcie  
się, by się udało. 
Zsiadła z konia, lejce oddając Cabe’owi. Wybrała odpowiednie miejsce za nimi.  
Zamknęła oczy i zaczęła rysować w powietrzu jakiś wzór. Haiden i Cabe zmierzyli  
odległość  
pomiędzy sobą a potworami i ocenili, że mają trochę czasu. Nagle przed Gwen  
zmaterializowało się coś małego. Cabe szybko zdał sobie sprawę, że i on posiadał  
konieczną  
wiedzę, by stworzyć taki portal, ale uznał, że przy obecnym stanie jego ducha,  
lepiej zrobi to  
żona. Jego przejście prawdopodobnie okazałoby się niestabilne. 
- Jak długo to potrwa? - spytał szeptem Haiden. 
Nagle przed nimi wybuchła ziemia. Wyłoniły się szpony, z których każdy był  
wielkości człowieka. Pojawił się jeden z potworów Lodowego. Sądząc po tym, jak  
daleko  
wyrwał się do przodu, był bardziej niecierpliwy od pozostałych. Gwen zadrżała,  
lecz  
kontynuowała zaklęcie. Potrzebowała jeszcze kilku sekund, by otworzyć drogę do  
ucieczki,  
jeśli, rzecz jasna, potwór da im tyle czasu. 
Oszalały ze strachu wierzchowiec Haidena zakręcił się w kółko, mimo, że jeździec  
usiłował go opanować. Cabe położył rękę na głowie swego konia, a potem na głowie  
wierzchowca Gwen i za pomocą czarów uspokoił zwierzęta. Dla nich teraz wszędzie  
panował  
spokój. Mogłyby tak stać aż do chwili, kiedy potwór wyssałby z nich życie. Cabe  
nie  
zamierzał jednak tak łatwo sprzedać własnej skóry. 
To był niemal odruch. W mgnieniu oka pojawił się przed nim błyszczący łuk i  
świecąca niczym słońce strzała. Musiał jedynie wybrać cel; łuk sam zajął się  
resztą. Z  
precyzją niemożliwą dla tak niedoświadczonego łucznika, jakim był Cabe, strzała  
znalazła  
najwrażliwszy punkt i wbiła się głęboko w białe futro. Cabe przez chwilę się  
bał, że potwór  
nie ma żadnego czułego punktu. 
Stwór unosił właśnie łapę. I wtedy drgnął. Poruszył się jeszcze odrobinkę do  
przodu,  
jakby próbując zaprzeczyć temu, co się stało. Nieco się przechylił na bok,  
niepewny dokąd  
ma iść. Coraz bardziej się przechylał, a po chwili padł martwy. 
Haiden nareszcie zdołał uspokoić konia. Odwrócił się, by spojrzeć na monstrualne  
zwłoki i potrząsnął głową. 
- Słyszałem historie o słonecznych łukach używanych przez czarodziejów - odezwał  
się - ale nigdy nie sądziłem, że zobaczę na własne oczy, jak użyje go Smoczy  
Mistrz. Jedna  
strzała! 
Cabe patrzył jak łuk znika. Miał nadzieję, że nie będzie go już więcej  
potrzebował. 
- To był tylko jeden potwór - powiedział. - Gdyby zaatakowało nas więcej, nawet  
łuk  
by nic nie zdziałał. Poza tym nie wiem, czy dałbym radę zrobić to raz jeszcze.  

background image

On pojawia się  
kiedy chce. 
- Gotowe! 
Obaj odwrócili się. Gwen spojrzała z dumą na otwarty portal, a potem z widocznym  
zmęczeniem powróciła do swojego konia. Kiedy z pomocą Cabe’a i Haidena dosiadła  
go,  
trójka bohaterów nie tracąc czasu, przejechała przez wrota. Cabe przez chwilę  
zastanawiał się,  
czy Lodowy zauważy stratę jednego ze swoich wampirycznych potworów i czy zda  
sobie  
sprawę, kto się do tego przyczynił. Jeśli się zorientuje, to na Pustkowiach może  
na nich  
czekać cała armia koszmarnych stworów. Albo i znacznie coś gorszego. 
Kiedy się wynurzyli z czeluści Pustki, poczuli straszliwe zimno. Haiden nazwał  
je  
obrzydliwym, a magowie nie zamierzali się z nim kłócić. Mróz nie tylko uderzył w  
ich ciała,  
ale także poraził umysły i dusze. Do tego właśnie zmierzał Lodowy. Jeśli pan  
Północnych  
Pustkowi nie zostanie powstrzymany, tak będą wyglądały wszystkie krainy. Nic nie  
pozostanie oprócz martwego, lodowego krajobrazu, w którym nawet góry zostaną  
starte przez  
straszliwy wiatr. 
Byli przygotowani na tę chwilę. I teraz cała trójka wyciągnęła futra, szczelnie  
się nimi  
owinęła, chroniąc przed fizycznym zimnem. Niestety, nie zdołali ukryć się przed  
mrozem  
oziębiającym duszę. Konie drżały. Fizyczne zimno potrafiły pojąć. To drugie  
jednak było  
czymś nowym i przerażającym. Tylko długotrwała praca z koniem i zaufanie do  
jeźdźców  
powstrzymywały je przed ucieczką. 
Przez chwilę Cabe rzucał na nie zaklęcia. Osłabiły one nieco zimno i lekko  
ogrzały  
bezpośrednie otoczenie. Wolałby jednak uniknąć rzucania zaklęć w pobliżu  
cytadeli  
Lodowego. Gwen jednakże potrzebowała pomocy. Jej początkowy entuzjazm po  
otworzeniu  
przejścia ustąpił wyczerpaniu. Jeśli zostaną zmuszeni do walki w ciągu  
najbliższej godziny,  
mały będzie pożytek z jej zdolności. Portal wydawał się ryzykowną sprawą. Gwen  
nigdy nie  
była na Północnych Pustkowiach, dlatego tak ją wyczerpał dodatkowy wysiłek  
włożony w  
zapewnienie jeźdźcom bezpieczeństwa. 
Było tak jak sądziła. Pustkowia roiły się od śladów potworów, ale ich samych nie  
zauważyli. Nikt głośno nie powiedział, że za pierwszą falą mrozu może podążać  
druga, ale  
każde z nich wiedziało, że pozostali myślą o tym samym. Takie myśli mogły  
sprowadzić  
nieszczęście. Należało być ostrożnym. 
Daleko z przodu Haiden widział zarysy gór. Wszystko wskazywało na to, że weszli  
już niemal na schody pałacu Lodowego Smoka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby  
władca miał także innych strażników niż tylko bezmózgie olbrzymy posuwające się  
na  
południe, dlatego każdy ich krok do przodu powiększał niebezpieczeństwo, że  
zostaną  
rozpoznani. Teraz już na pewno nie mogli sobie pozwolić na nieuwagę. 
Haiden wyszeptał coś, co poruszyło jakąś strunę w pamięci Cabe’a. 
- - Co to było? - spytał. 
- - Wyzwanie do walki na śmierć i życie przeciwko Lodowemu 

background image

- odparł Haiden. - Jeśli zajdzie konieczność, będę gotów poświęcić życie. 
Cabe zadrżał, wyobrażając sobie własną przyszłość. Nie chciał teraz o tym  
myśleć,  
obawiając się, że pociągnie za sobą Gwen i elfa. 
- - Mam nadzieję, że nie zajdzie taka potrzeba - powiedział. 
- - Są gorsze rodzaje śmierci - odrzekł i wzruszył ramionami. 
- Mógłbym zostać uwięziony w klatce z grupką leśnych elfów i umrzeć z  
szaleństwa. 
Haiden uśmiechnął się. Cabe był zdumiony, że elf potrafi nawet w takiej chwili  
żartować. Podniosło go to jednak na duchu. Gwen też się uśmiechnęła, ale nic nie  
powiedziała; teraz nawet rozmowa byłaby dla niej zbyt dużym wysiłkiem. 
Przez pierwszą godzinę pusty krajobraz przytłaczał ich, a potem stał się tylko  
kolejną  
dokuczliwą przeszkodą, jeszcze jedną na nie kończącej się liście niespodzianek.  
Zimno nadal  
mroziło ciała i dusze. Konie zaczęły się potykać i nawet zwiększone moce  
zaklęcia wokół  
nich niewiele dały. Wiedzieli, że działo się tak dlatego, ponieważ zbliżali się  
coraz bardziej  
do jaskiń Lodowego. Wiedzieli też, że z każdą godziną smoczy władca staje się  
coraz  
silniejszy. Wkrótce nic już nie zdoła go powstrzymać. 
Pojawiła się mgła, jeszcze bardziej opóźniając jazdę. Góry wyglądały niczym  
widma,  
a nie potężne łańcuchy skał z ostrymi szczytami. Ziemia rozdarta przez  
posuwające się do  
przodu bestie okazywała się zdradliwa. Mgła leżała nisko, więc musieli jechać  
niezwykle  
ostrożnie. Często zdarzało się, że nieoczekiwanie znajdowali się na jakimś’  
niestabilnym  
wzgórzu utworzonym przez potwory, co oznaczało, że musieli zawracać lub szukać  
nowej  
drogi. Raz ziemia nieomal zapadła się pod koniem Cabe’a, lecz zanim grunt runął  
w  
stumetrową przepaść, wiedźmin w ostatniej chwili zdołał się cofnąć. Nikt nawet  
nie chciał się  
zastanawiać nad rozmiarami zwierzęcia, które zdołało wyryć taki rów. 
Coś zaczęło drażnić umysł Cabe’a. Zupełnie jakby Nathan się uaktywniał,  
wyglądając  
czegoś, czego Cabe nawet nie rozumiał. Przez chwilę dawało mu to poczucie  
bezpieczeństwa.  
Potem jednak zdał sobie sprawę, że to, co zmusiło do obudzenia w nim dziadka,  
stanowiło  
najwyższego rodzaju zagrożenie. Jeśli miał umrzeć gdzieś’ na Pustkowiach, liczył  
przynajmniej na szybką i bezbolesną śmierć. Obawiał się jednak, że jego dziadek  
nie tego  
wygląda. 
Poczuł drgnienie umysłu. Najpierw sądził, że zostali zaatakowani. Zorientował  
się  
jednak, że to jego wewnętrzne moce - jeśli potrafił je odróżnić od mocy dziadka,  
a nie był to  
czas ani miejsce do rozważań - odczuwają dotknięcie innego umysłu. Bardzo  
blisko. I na  
pewno nie dotyczyło to jego towarzyszy. 
,3ardzo blisko - uznał. - Tuż koło mnie?” 
Napastnik bezszelestnie ściągnął Cabe’a z siodła. Cabe uchwycił wzrokiem smocze  
rysy twarzy, a potem już walczył na śmierć i życie. Umysł zmęczony ciągłym  
wystawianiem  
się na zaklęcie Lodowego, nie zdołał przygotować prawidłowej obrony. Cabe musiał  
stanąć  
do walki z gołymi rękoma. 

background image

- Bedlam - syknął smok. Głos był zastraszająco znajomy i młody czarodziej uznał,  
że  
właśnie nadchodzi śmierć. 
To był Toma. 
Jego ręka odruchowo uniosła się w geście ochronnego zaklęcia. Smok powinien je  
wychwycić, jakoś zareagować, lecz zamiast tego jedynie zaśmiał się i zaczął go  
dusić.  
Zaklęcie było jedynie w połowie skończone, kiedy nagle do walki włączyła się  
kolejna  
postać, oplątując smoka silnymi ramionami. 
Toma puścił Cabe’a i zaczął dziko kląć. Cabe zaskoczył sam siebie. Zamiast  
kontynuować zaklęcie, zwinął dłoń w pięść i z całej siły uderzył smoka.  
Wszystkie kosteczki  
dłoni zawyły z bólu mocniejszego pewnie od tego, który odczuł Toma. Udało się  
jednak  
zdławić smokowi oddech. Pomógł mu Haiden i jego niedźwiedzi uścisk. Smok padł na  
kolana, a zwykłe zaklęcie tak go osłabiło, że będąc nawet w pełni sił,  
potrzebował sporo  
czasu, by się uwolnić. Jednakże tego czasu nikt nie zamierzał mu dawać. 
Kiedy uznali, że mogą się bezpiecznie do niego zbliżyć, odwrócili go na plecy.  
Oczy  
potwora błyskały, a ostre, służące do rozdzierania mięsa kły wzbudzały strach.  
Musiał mocno  
odczuć skutki zaklęcia, ponieważ poruszał się jak pijany. Atak pochłonął resztki  
jego energii.  
Gołym okiem było widać, że wędruje przez Pustkowia od dłuższego czasu. 
- Toma - Cabe spróbował zwrócić jego uwagę na siebie. Oczy jeńca wędrowały  
ciągle  
ku koniom i było oczywiste, że nie myśli o nich, jako o wierzchowcach. 
Smok spojrzał spokojnie na mówiącego. Kiedy zorientował się, kim jest Cabe, oczy  
mu się zwęziły i splunął, co było dość trudne, jeśli się miało tak długi i  
rozdwojony język. 
- - Bedlam. 
- - Sporą drogę przeszedłeś. Współpracuj z nami, a potraktujemy cię uczciwie. 
- - Co ty mówisz!? - wtrąciła się Gwen; czuła się lepiej i w każdej chwili  
gotowa  
była zabić smoka. Nie zapomniała o czasach, kiedy ją więził i torturował tylko  
za to, że niebyt  
miło mu odpowiedziała albo próbowała uciec. 
Cabe rozumiał ją. Część jego umysłu pragnęła, by Toma powoli i boleśnie konał za  
wszystko, co kiedykolwiek złego uczynił. Jednak druga część mówiła mu, by  
najpierw zajął  
się ważniejszymi sprawami. Wojownik odpowiedzialny za masakrę w Mito Pica musiał  
wędrować przez Pustkowia nie bez powodu. Miało to z pewnością jakiś związek z  
Lodowym. 
- - A więc? 
- - Cabe... - nawet Haiden protestował. Cabe uciszył go spojrzeniem. Przed nim  
leżał  
smok odpowiedzialny za śmierć jego ojca, jedynego prawdziwego ojca, półkrwi elfa  
Hadeena. Obecność innego elfa w tej sytuacji nie ułatwiała mu decyzji. A jednak  
Lodowy był  
dużo większym zagrożeniem, ponieważ jego sukces oznaczał zniszczenie wszystkiego  
i  
wszystkich w całej krainie, w której rządziłyby tylko smocze klany, jeśli, rzecz  
jasna,  
przetrwałyby. 
Toma odzyskał na chwilę zdrowe zmysły. 
- Powstrzymałeś mnie czarami! - powiedział. - Twoja magia nie mogła zadziałać.  
Cóż  
za głupiec ze mnie! Powinienem was wszystkich pozabijać z odległości! 
Naturalnie w obecnym stanie smok niczego nie mógł dokonać, ale Cabe milczeniem  

background image

zbył jego uwagę, a następnie spytał: 
- Czy idziesz z cytadeli Lodowego? 
Toma nachwilę zmrużył oczy, jakby pragnąc ukryć wspomnienia, których nie chciał  
wyciągać na światło dzienne. Ludzie i elf wymienili między sobą zdumione  
spojrzenia. Jeśli  
to kontakt z władcą Północnych Pustkowi uczynił coś takiego z wroga tak  
niebezpiecznego i  
potężnego jak Toma, to czego oni sami mogli się spodziewać? 
- - On oszalał - rzekł cicho Toma. - Sądzicie pewnie, że to część planu podboju,  
który ma mu zapewnić panowanie nad Smoczymi Królestwami? 
- - A czy tak nie jest? - Gwen musiała wydusić z siebie te słowa. Wiedziała już,  
że  
nie spodoba się jej odpowiedź. 
- - Nie, ludzie, wszyscy byliśmy głupcami. Przybyłem do niego z prośbą o pomoc  
dla mojego ojca, Króla Królów. 
Cabe pamiętał. Toma został uwięziony przez Azrana, a jego ojciec zamieniony  
przez  
Cabe’a w bezmyślną, wegetującą roślinę. A kiedy on i Gryf pokonali już Azrana,  
obu  
smoków nie udało się odnaleźć. Teraz już wiedział, gdzie się wtedy udali. 
Toma wciąż mówił, a słowa płynęły jak strumyczki z jego ust. Choć trudno było  
cokolwiek odczytać z twarzy, zdawała się na niej rysować ulga. Od dawna chyba  
chciał to z  
siebie wyrzucić, opowiedzieć komukolwiek, co się wydarzyło. 
- Oddał mi komnatę, w której mogłem czekać na przygotowywane przez niego  
lekarstwo. Lodowy zawsze był największym tradycjonalistą ze wszystkich Królów,  
nawet  
jeśli bardziej obchodził go los naszej władczej rasy jako całości, niż samego  
tylko cesarza.  
Gdyby memu ojcu coś się stało, z pewnością pierwszy zaoferowałby pomoc, tak mi  
się  
przynajmniej zdawało. 
Czerwone oczy znowu zaczęły spoglądać na konie. Cabe dał znak Haidenowi, by  
przyniósł coś do jedzenia. Podczas gdy elf krzątał się przy bagażach, Cabe  
ponaglił więźnia. 
Ze wzrokiem zwróconym na Haidena, Toma ciągnął: 
- Czekałem... i czekałem. Zawsze działo się coś takiego, co mu nie pozwalało  
udzielić  
mi pomocy. Potem zaczął opowiadać o swoich wielkich planach, zawsze po  
kawałeczku. Tak  
jak i wy widziałem w nich zamiar podboju i martwiłem się, że popełni straszliwy  
błąd.  
Dostarczyłem mu ostatnią rzecz jakiej potrzebował: mojego ojca. Wyznaczył kilku  
wojowników, którzy by mi pomagali. Tak przynajmniej powiedział. W rzeczywistości  
stali na  
straży, bym nie uciekł. Zastanawiałem się, dlaczego są to jedyni członkowie jego  
klanu, z  
jakimi kiedykolwiek miałem kontakt. 
Haiden powrócił z odrobiną niemal zamarzniętego mięsa. Chciał je ogrzać, kiedy  
Toma, pozbywając się resztek godności, rzucił się desperacko do przodu, próbując  
sięgnąć po  
mięso zębami. Zdegustowany elf oderwał kawałek i ostrożnie przytrzymywał przed  
więźniem, lękając się, by smok nie poprzestał na mięsie i nie odgryzł mu też  
ręki. Kiedy  
Toma wyszarpnął kęs, Gwen odwróciła się, a Cabe powstrzymał Haidena przed  
dalszym  
karmieniem. 
- Mów dalej. Potem cię nakarmimy - rzekł. 
Cabe’owi nie podobała się rola, jaką musiał odgrywać, lecz całą winę zrzucił na  
smoka. Toma skinął głową. 
- Zgoda. Przejdźmy więc do sedna sprawy, abym mógł zaspokoić waszą żądzę  

background image

wiedzy, a jednocześnie swój głód. A więc było to tak: ta czwórka i kilku innych,  
to wszyscy,  
którzy pozostali z klanów Lodowego. Reszta została poświęcona, czy raczej sama  
się  
poświęciła dla wielkiego eksperymentu władcy. 
Cabe zadrżał. 
- - Jego klany zostały wykorzystane - spytał - by nakarmić źródło, z którego  
czerpie  
energię potrzebną do zaklęcia mającego zmienić całe królestwa w jedno wielkie  
pustkowie? 
- - Mniej więcej tak. Istnieje coś... bardzo podobnego do tych stworzeń, ale  
jeszcze  
gorsze. Ono czerpie energię z nich, a one z kolei z niego. Nazywa to swoją  
królową. O Smoku  
z Głębin! On rzeczywiście zamierza zmienić wszystko w wielkie pustkowie, ale nie  
po to, by  
nim rządzić! Nie pozostanie nikt, nawet Lodowy! W końcu uwolni znajdującą się w  
nim całą  
moc. To uderzenie zabije owego potwora, który tak naprawdę stał się jego częścią  
i zniszczy  
ryjące pod ziemią monstra, tworzące z nim jeden wspólny organizm. Ale do tego  
czasu wy,  
jak i cała reszta elfów, krasnoludów, Poszukiwaczy i wszelkich innych stworzeń z  
tych krain  
już dawno wyginie. 
Smok chciał powiedzieć coś więcej, ale wyczerpanie zmusiło go do odpoczynku.  
Cabe  
wstał i spojrzał na pozostałych. 
- To dużo gorsze, niż się spodziewałem - oznajmił. - Cokolwiek odkrył Nathan,  
było  
to tylko drobną częścią tego, co posiada Lodowy. Myślałem, że rozumiem o co  
chodzi, ale  
myliłem się. - Przez chwilę znowu stał się tym samym Cabe’em, który nie znał  
innego życia  
niż syna łowcy. - Nie... nie wiem, co teraz mamy robić. 
Usłyszał śmiech. Śmiech, który go drażnił; śmiech kogoś, kto nie do końca był  
przy  
zdrowych zmysłach. Spojrzał w dół i napotkał wzrok leżącego Tomy. 
- W końcu okazujesz się, Bedlamie, tak samo słaby jak cały wasz gatunek - rzekł  
pogardliwie potwór. - Zastanawiam się, na jakiej podstawie Lodowy twierdził, że  
opanujecie  
nasze królestwa. Gdybyśmy nie byli tak blisko śmierci, cieszyłbym się, że  
najgorszy nasz  
wróg spośród ludzi jest po prostu tchórzem i głupcem. 
Toma boleśnie zawył. To Gwen doprowadzona do granic cierpliwości, postanowiła  
oddać mu nieco bólu, którym kiedyś ją dręczył. Cabe podziałał na jej umysł i  
unieważnił  
zaklęcie. Gwałtownie się odwróciła. 
- Powiedział wszystko, co miał do powiedzenia! - odezwała się. - Wiesz, że jest  
zbyt  
niebezpieczny, by go pozostawić przy życiu. Gryf kazał go zabić, nawet ciosem w  
plecy, jeśli  
będzie to konieczne. Smoczym Królom nie będzie go brakowało! Żaden z nich nic  
nie chce  
mieć do czynienia z tym... oszustem! - Ostatnie słowo niemal wypluła, a Toma,  
doszedłszy do  
siebie, odsłonił zęby i syknął. Gdyby nie zimno i brak jedzenia, mógłby stanowić  
dla nich  
zagrożenie. W obecnej jednak sytuacji po chwili wściekłości nastąpiło załamanie.  
Prawie  
zemdlał. Jego oczy zamknęły się, po czym powoli otworzyły ponownie. 

background image

- Zawrzyjmy pakt, Bedlamie - powiedział. - Teraz to rozumiem. To jedyny sposób  
na  
powstrzymanie pana Północnych Pustkowi. Musimy... musimy działać razem. Znam te  
jaskinie. Wiem, gdzie znajduje się jego „oblubienica” i te maszkary, które udają  
jego sługi.  
Przysięgnę na Smoka z Głębin, jeśli tego zechcesz! 
Cabe nie spojrzał na Gwen, gdyż wiedział, jak by zareagowała. Czekał natomiast  
na  
opinię Haidena. Elf postawiony w niezręcznej sytuacji drgnął. Cokolwiek by nie  
powiedział,  
zdawał sobie sprawę, że ktoś z obecnych i tak by mu nie wybaczył; dobrze też  
odczytywał  
ludzkie twarze, więc wiedział, jaka będzie decyzja Cabe’a. A czarodziej chciał  
się tylko  
zorientować, jak elf zareaguje. 
Haiden skinął głową, unikając wzroku Pani z Bursztynu. 
- On ma rację, wielmożny panie, pani - odezwał się. - A jeśli przysięgnie na  
Smoka z  
Głębin, dotrzyma słowa. 
Gwen nic nie powiedziała, ale jej twarz zbladła. Zgodziła się, choć bardzo  
niechętnie. 
- Tylko niech najpierw przysięgnie - szepnęła. Czekali. Toma oczyścił gardło i  
powoli  
powiedział: 
- Przysięgam, jako jeden z linii Smoka z Głębin, który jest panem nas  
wszystkich, że  
dotrzymam naszego paktu, aż zagrożeniu nie zostanie położony kres. - Spojrzał na  
ich butnie.  
- To wszystko, co mogę obiecać. 
Nie było to wiele, ale Haiden z zadowoleniem pokiwał głową. Z lekką niechęcią  
usunął więzy krępujące smoka. Toma wstał i otrząsnął się. Jego nogi drżały i  
cała trójka  
widziała, że brakowało mu nawet sił, by iść, nie mówiąc już o walce, czy  
zmienianiu postaci.  
Był także pokryty plamami - być może były to odmrożenia, choć nikt z nich nie  
wiedział, czy  
smoki reagują takimi samymi objawami jak ludzie. Toma zmierzył wzrokiem mięso w  
rękach  
Haidena i zerknął na Cabe’a. Młody wiedźmin pokiwał głową i Toma sięgnął po wpół  
zamarznięte pożywienie. Haiden, starając się nie trzymać mięsa ani chwili  
dłużej, niż było to  
konieczne, podał je smokowi. Było to mądre posunięcie, jako że Toma wyszarpnął  
mu  
jedzenie z dłoni i zachłannie wbił zęby w mięso. Cabe kwaśno mu przypomniał, że  
po zbyt  
długiej głodówce nie powinien tak łapczywie jeść. Następnie odwrócił się,  
podszedł do koni i  
zaczął je głaskać. Kilka sekund później dołączyła do niego Gwen. 
- Coś cię dręczy. Co się stało? - spytała. 
Westchnął, patrząc nieobecnym wzrokiem na obłoczek pary, który wypłynął z jego  
ust. 
- - Wiele rzeczy mnie dręczy, Gwen - odparł. - Większości z nich nie potrafię  
nazwać. O niektórych nie chcę nawet wspominać. Dopiero wtedy zacząłbym  
rozmyślać. -  
Odwrócił się i wziął ją w ramiona. - Chcę, byś wiedziała... - urwał, ale po  
chwili ciągnął dalej:  
- Zawsze rozumiałem, że nadal istnieje taka cząstka w tobie, która nie przestała  
kochać  
Nathana. Próbuję być wszystkim, czym on był. Próbuję być taką samą podporą, jaką  
on był  
dla innych... 

background image

- - To nie tak... 
- - Chwileczkę, pozwól mi dokończyć. Nie zawsze jestem taki, ale obiecuję ci  
jedno,  
cokolwiek będzie konieczne, do czegokolwiek zostanę zmuszony, by powstrzymać  
Lodowego, uczynię to... choćby tylko po to, by uratować ciebie. 
- - Cabe... 
Nie pozwolił jej nic powiedzieć, a jedynie mocniej przytulił i pocałował.  
Odsunęli się  
od siebie w chwili, kiedy usłyszeli irytujący syk. 
- Jakże... jakże ciepłokrwiste... Będziecie mogli się pożegnać, gdy spotkamy  
mego  
najdroższego „wuja”. Zapewniam, że niewiele nam zostało czasu. 
Książę Toma odzyskał siły, by ruszyć, ale nie zdołał uczynić nic więcej. 
- Żałuję też, Bedlamie, że będę zmuszony polegać na twojej mocy, gdyż moja, jak  
widzisz, nadal zawodzi, mimo iż bardzo jej potrzebuję. Przydałoby mi się coś, co  
by mnie  
ogrzało. 
Cabe potrząsnął głową. 
- Żadnych zaklęć. Musimy zachować siły. 
Ściągnął z konia koc, jednocześnie czując do siebie niechęć, że zabiera  
zwierzęciu  
osłonę przed zimnem, by skorzystał z niej ktoś taki jak Toma. Nagle przyszła mu  
do głowy  
pewna myśl. 
- Choć bardzo mi się to nie podoba - powiedział Cabe - pozwolę ci wsiąść na  
swego  
konia. A ja z Haidenem na zmianę pojedziemy na jego wierzchowcu. Musisz  
zregenerować  
siły, byś mógł nam pomóc. 
Toma uśmiechnął się i sięgnął po lejce. 
- Jestem ci wdzięczny, Bedlamie. 
Kiedy wspinał się na wierzchowca, gniew opadł z ludzi. Wojownik, mimo  
przechwałek, z trudem wdrapywał się na siodło. Myśli Cabe’a ponownie powędrowały  
ku  
pieczarom Lodowego. Zastanawiał się, ile pozostało czasu zarówno Smoczym  
Królestwom  
jak i jemu samemu. 
XIV 
„Jak długo to jeszcze potrwa?” 
Generał Toos, siadając na krześle przyniesionym do sali audiencyjnej w pałacu  
Gryfa,  
przeczesał dłonią rzadziejące włosy. Kazał swoim ludziom ustawić siedzisko na  
prawo i nieco  
poniżej tronu, by goście, którzy wejdą do sali, zrozumieli, że działa w imieniu  
Gryfa, i nawet  
nie myśli o przejęciu władzy. 
Choć wciąż się kłócili, widział, że z nielicznymi wyjątkami ministrowie i wyżsi  
urzędnicy odczuli ulgę na wieść, że to on teraz będzie dowodził zamiast  
prawowitego władcy  
miasta. Generał był znany z prawego charakteru, a przede wszystkim ze szczerości  
i  
bezpośredniości; nigdy nikogo nie faworyzował, mimo że proponowano mu wysokie  
łapówki.  
Toos wyczuwał niuanse polityki, ale wykształcił w sobie tak kryształową  
uczciwość -  
twierdził, iż przejął ją od Gryfa - że nawet ci ministrowie, którzy z reguły  
stosowali chwyty  
poniżej pasa, grali z nim uczciwie. Odkryli po prostu, że im samym wychodziło to  
na korzyść. 
Sługa oznajmił nadejście kapitana straży, człowieka, który służył pod rozkazami  
generała prawie od siedmiu lat. Alyn Freynard pochodził z ludu zamieszkującego  

background image

wzgórza na  
zachodnim wybrzeżu. Lud ten trzymał się z daleka od większości dużych skupisk.  
Był  
niemalże samowystarczalny, dlatego też nie miał żadnych kłopotów z Żelaznym,  
który rządził  
regionem aż do fatalnej próby odebrania władzy Złotemu. 
Freynard okazał się nieco inny od swoich pobratymców. Jego ojciec był handlarzem  
z  
Zuu, wysokim, krzepkim mężczyzną podobnym do zmarłego księcia Blane, który  
postanowił  
spędzić resztę życia z jedną z miejscowych kobiet. Lud Freynarda miał bardzo  
otwarty  
stosunek do tego typu spraw, co spowodowało duże zamieszanie, kiedy ten sam  
uwiódł żonę  
jednego z najpoważniejszych kupców Talaku. Przez te lata, od kiedy zaciągnął się  
do straży,  
Freynard stał się niemalże młodszą kopią generała, a incydenty takie jak ten z  
Talaku odeszły  
w niepamięć. W przeciwieństwie do Toosa, znalazł sobie żonę, na co jego  
ziomkowie  
spojrzeliby chyba z taką samą zgrozą, jak ów kupiec na młodego blondyna ze swoją  
ponoć  
chorą oblubienicą. 
Kapitan gwałtownie zasalutował. Piaskowy kolor jego włosów zaczynał powoli  
ustępować siwiźnie, choć oficer był przecież wiele lat młodszy od Toosa. Jego  
twarz  
pozostała niemal niezmieniona od tamtych dni i nadal robiła wrażenie twarzy  
rekruta, mimo  
iż można było na niej znaleźć kilka blizn. Krążyły o nim plotki. Podobno żona  
była z niego  
bardzo zadowolona, natomiast żony innych mężczyzn zawiedzione tym, co się stało  
w  
Talaku. 
Toos powierzyłby mu swoje życie. Wiele razy miał okazję to uczynić. 
- Co się stało, kapitanie? - spytał generał. 
Freynard podszedł do przełożonego z szacunkiem. 
- Panie generale - odrzekł - otrzymałem raporty na temat dwóch mężczyzn z Listy.  
Być może jest ich więcej. Widziano ich wewnątrz miejskich murów. 
Generał się wyprostował. Lista, jak o niej mówiono, stanowiła spis ludzi i  
nieludzi,  
których Gryf oraz Toos uznali za szczególnie niebezpiecznych i na których  
należałoby  
zwracać szczególną uwagę. Większość z nich stanowili renegaci z jakiejś grupy  
najemników.  
Kilku innych było zdrajcami, którzy wprawdzie uciekli z Penacles, ale mogli  
powrócić. Było  
też kilku takich jak Toma i Azran. To właśnie z powodu Listy Gryf mianował  
kapitana swojej  
straży dowódcą tajnej policji. 
- - Kogo widziano? - spytał generał. 
- - Opis pasuje do jednego z obcych - odparł kapitan - którym zajmował się nasz  
władca. Przebywa w towarzystwie drugiego, który wygląda niemal tak samo jak ten,  
którego  
widziano w Irillianie. 
Toos chwycił za poręcz krzesła tak mocno, że drewno trzasnęło. Pochylił się do  
przodu i spytał: 
- - Czy dobrze zrozumiałem, Freynardzie? D’Shay jest w Penacles, a nie w  
Irillianie? 
- - Jeśli obserwatorzy mieli rację, a nie mam powodów by sądzić, że jest  
inaczej, to  
tak właśnie jest. 

background image

- - Rozumiem. - Umysł generała zaczął szaleńczo pracować. Z jakiegoś powodu  
wilczy jeździec, który tak zajął uwagę Gryfa, znajdował się teraz w mieście, co  
oznaczało, że  
przedostał się przez obręcz bardzo dobrze wyćwiczonego oddziału strażników. 
- - Gdzie ich widziano? 
- - W Srebrnym Jednorożcu. 
Srebrny Jednorożec był najdroższą gospodą w mieście; rozległy budynek  
przeznaczono głównie dla kupców i dyplomatów. Dziwne, że D’Shay wybrał tak  
wystawione  
na widok publiczny miejsce jako kryjówkę. 
- - Czy zostali aresztowani? - spytał Toos. 
- - Nie, generale. Rozkazałem moim ludziom, by ich obserwowali, a sam udałem się  
do pana po instrukcje. Wydaje mi się, że to szczególny przypadek. 
Toos pokiwał głową. Freynard miał rację. D’Shay był tak szczególnym przypadkiem  
jak tylko to było możliwe. Z informacji, jaką podał mu Gryf wynikało, że  
stanowił wyjątkowe  
niebezpieczeństwo. Toos odniósł wrażenie, iż wiele z tego, co opowiadał mu  
władca,  
pochodziło z jakiejś ukrytej części jego pamięci. Zupełnie, jakby Gryf wiedział  
więcej, ale nie  
potrafił dostać się do owych głęboko ukrytych pokładów pamięci. 
- - Obserwujcie ich dalej - powiedział. - Dowiedz się, czy jest ich tylko dwóch,  
czy  
też mamy całe gniazdo węży. Dowiedz się też, jak zdołali przejść przez miejskie  
bramy. 
- - Tak jest. - Kapitan zasalutował i odwrócił się, by odejść. 
- - Alyn... 
- - Tak, generale? 
Toos odwrócił głowę, pokazując Freynardowi swój lisi profil. 
- - Jeśli by wyglądało, że D’Shay próbuje nam się wymknąć, macie go schwytać lub  
zabić. Sam zdecydujesz. Sąd nie będzie konieczny. 
- - Tak jest. - Kapitan odszedł. Toos wiedział, że Freynard zrozumiał. Jeśli  
D’Shay  
zginie, sprawa zniknie. Obsesja Gryfa minie. Osiądzie i będzie rządził miastem,  
które uwolnił  
od tyranii Smoczych Królów. 
Tak właśnie miało być, zadecydował Toos. Zarówno on jak i Gryf dawno  
przekroczyli  
punkt, kiedy prowadzili jeszcze jakieś życie osobiste i miotały nimi obsesje.  
Teraz mieli jeden  
obowiązek: Penacles. 
Nic innego się nie liczyło. 
Portal otworzył się w jego osobistych komnatach. 
Gryf wysunął się do przodu szczęśliwy, że nareszcie wyszedł z Pustki. Rozejrzał  
się.  
Była noc. Od chwili, kiedy wyruszył z domu, nic nie uległo zmianie, poza  
oczywiście  
pozostawionymi drobiazgami, które służba posprzątała. Książki nadal znajdowały  
się na  
swoich miejscach, dwa żelazne golemy pilnowały drzwi, więc uznał, że również dwa  
pozostałe stoją na korytarzu. 
Odszedł na bok i czekał na Błękitnego. Jednakże trafienie do osobistych komnat  
władcy Penacles okazało się dla jego towarzysza trudniejsze niż się spodziewał.  
Przybyli  
dopiero po kilku nieudanych próbach, z których każda poprzedzona musiała być  
godzinami  
odpoczynku. W samą porę, uznał Gryf. Marnowali tylko cenny czas. 
A jednak te dni nie zostały zupełnie stracone. Zdobyli każdą rzecz, każdy  
artefakt,  
który mógł się im przydać. 
Smoczy Król, trzymając pod ręką sporą liczbę zwojów i innych rzeczy, przeszedł  

background image

przez próg. 
- No cóż, ja... 
Cokolwiek miał zamiar powiedzieć, raptem urwał, gdyż dwie ciężkie figury  
gwałtownie runęły na niego. Kiedy rzucił się do ucieczki, zwoje upadły na  
podłogę. Jeden z  
napastników chybił, drugi jednak zdołał chwycić smoczego władcę za nogę. 
Żelazne golemy spełniły powierzone im zadanie, broniły swego pana przed każdym  
wrogiem, który się pojawił, wliczając w to smoki. Gryf doznawszy ulgi, że  
znalazł się  
ponownie we własnych komnatach, zapomniał, że wróg wcale nie musiał go atakować;  
wystarczyła sama jego obecność. Uznał, że Błękitny jest teraz jego sojusznikiem,  
więc nic mu  
nie grozi. 
Zląkł się jednak, że sytuacja ulegnie pogorszeniu. Wiedział, że lada chwila  
Smoczy  
Król zacznie się bronić, a wtedy trudno będzie przewidzieć, co się stanie z  
pałacem, dlatego  
krzyknął: 
- Stójcie! 
Żelazne golemy zawahały się, ale nie zatrzymały. 
- - Gryfie! - krzyknął Błękitny. Jego ręka już wędrowała w górę. Gryf zdał sobie  
sprawę, że jeśli się nie pospieszy, sojusznik rzuci jakieś naprawdę nieprzyjemne  
zaklęcie. 
- - Rozkazuję! Zatrzymajcie się! - zawołał. 
Tym razem golemy wypełniły polecenie. Puściły nogę smoka. W końcu udało się  
Gryfowi rozkazać, by powróciły do swoich normalnych pozycji. 
- Wybacz, smoczy lordzie. Nie miałem pojęcia, że coś takiego się wydarzy. 
Błękitny oglądał nogę, sprawdzając, czy ma całe kości. 
- - Muszę pamiętać - skomentował - by nigdy cię nie atakować w twoich prywatnych  
komnatach. 
- - Albo na korytarzu. Gdyby to zamieszanie trwało odrobinę dłużej, pojawiłoby  
się  
jeszcze dwa golemy. 
- - Jestem pod wrażeniem. Trudno stworzyć żelazne golemy. Prawdę mówiąc, żaden  
golem nie jest łatwy do ukształtowania, a żelazo stanowi jeden z  
najodporniejszych do  
modelowania materiałów. 
- - Wysiłek, który się wkłada, całkowicie się opłaca, wziąwszy pod uwagę ich  
skuteczność. 
- - Zdążyłem zauważyć. 
Smok powolnymi ruchami ostrożnie podniósł zwoje. Następnie wyprostował się i  
wyczekująco spojrzał na Gryfa. 
- Najlepiej by było - powiedział - gdybyśmy wyruszyli do Bibliotek natychmiast.  
Czy  
daleko się stąd znajdują? 
Gryf nie mógł powstrzymać uśmiechu. Gobelin, stanowiący jedyne wejście do  
Bibliotek, wisiał na ścianie dokładnie za Błękitnym Smokiem. 
- Zupełnie blisko - odparł. - Chodź za mną. Zdumiony smok patrzył jak Gryf go  
wymija i zbliża się do gobelinu. 
Gobelin był najdoskonalszą kombinacją pracy ręcznej i magii, jaką kiedykolwiek  
Gryf  
widział. Znajdował się na niej każdy szczegół miasta. Wszystkie detale były  
aktualne. W  
dzielnicy kupców brakowało tylko małego sklepiku. Gryf przypuszczał, że jutro  
czy za dwa  
dni otrzyma raport o pożarze. 
Symbol Bibliotek - ostatnio otwarta czerwona książka - nie znajdowała się w  
żadnym  
ze zwykłych miejsc. Zawsze czekało go kilka niespodzianek. W końcu ją znalazł  
pod jedną ze  
szkół, które założył podczas pierwszych lat panowania w Penacles. Jak na tak  

background image

legendarne  
miasto słynne z kwitnącej nauki większa część ludności była zdumiewająco  
zacofana. Król,  
który tu wcześniej rządził, nie należał do głupców i wiedział, że wyedukowana  
społeczność  
oznaczała niebezpieczną społeczność. Była to jedna z pierwszych rzeczy, jakie po  
przejęciu  
nad miastem władzy Gryf zmienił. Penacles stało się nie tylko oazą wiedzy, ale i  
źródłem  
nowych idei. W mieście Gryfa wynaleziono więcej rzeczy niż we wszystkich  
pozostałych  
razem, może z wyjątkiem Mito Pica przed jego zniszczeniem. 
Odwrócił się ku Błękitnemu, który wciąż podziwiał gobelin, lecz także zaczynał  
się  
już niecierpliwić. Gryf położył palec na znaczku Bibliotek. 
- Zobacz jak się do tego ma twoje przejście w Pustkę - powiedział. 
Jego uwaga została przerwana przez głosy ludzi krzyczących na zewnątrz. Jeden z  
krzyków był szczególnie wyraźny. Stojący przy drzwiach golem nagle obwieścił: 
- - Generał Toos żąda posłuchania. 
- - Żąda... - Gryf spojrzał na swego towarzysza. Nie sądził, iż Toos przyjmie  
spokojnie widok smoka znajdującego się w królewskich komnatach, a zwłaszcza  
Smoczego  
Króla mającego właśnie wejść do cennych Bibliotek. - Jeśli mogę, smoczy lordzie,  
sugerowałbym, byś na chwilę przeszedł do pokoju obok. Chciałbym powiadomić  
zastępcę o  
twoim pobycie, by oszczędzić mu szoku. 
- - Jak sobie życzysz. - W głosie smoka pobrzmiewała nutka nagany. We własnym  
królestwie natychmiast zrobiłby porządek; po prostu uciszyłby wszelkie protesty,  
albo  
zwyczajnie zabiłby protestujących. 
Kiedy Błękitny zniknął, Gryf powiedział: 
- Toos może wejść. Sam. 
Golemy musiały powtórzyć jego słowa jota w jotę, gdyż na zewnątrz dało się  
słyszeć  
dyskusję. Chwilę później wszedł generał, bardzo zmartwiony i chyba nieco  
zdenerwowany.  
Za drzwiami stało kilkanaście innych postaci, próbujących zajrzeć do środka, by  
zaspokoić  
ciekawość. Drzwi jednak zamknęły się im przed nosami. 
Toos skłonił się. 
- - Wasza wysokość... Gryfie. Cieszę się, że znów cię widzę. 
- - Cieszysz się? Wyglądasz, Toos, jakbyś chciał mnie pożreć. Muszę przyznać, że  
przed wyjazdem nie zachowałem się normalnie, ale nie wynikło to z mojej woli.  
Przejdźmy  
jednak do porządku. 
- Nie z twojej woli? - Były najemnik uważniej mu się przyjrzał. - Kto był zatem  
odpowiedzialny? D’Shay? Ja go... 
Gryf niecierpliwie potrząsnął głową. Nie chciał, by zastępca niepotrzebnie się  
denerwował. Nie pomogłoby to w przedstawieniu nowego sojusznika. 
- Tamte sprawy za nami. A skoro mowa o D’Shay’u, to opuścił Irillian. Możesz  
spać  
spokojnie, przyjacielu. Na razie ani myślę się za nim uganiać. 
Oczekiwał, że te wieści poprawią humor Toosowi, ale generał jeszcze bardziej się  
zasępił. Najwyraźniej ostatnie dni mocno go wyczerpały. Najlepiej było teraz  
poruszyć  
kwestię smoka, zanim pojawią się jakieś nowe problemy. 
- Czy zdajesz sobie sprawę z kłopotów na północy? - spytał. A kiedy Toos pokiwał  
głową, Gryf ciągnął: - Lodowy zaczął działać. Jest szalony i nawet jego bracia  
nie chcą już  
mieć z nim nic wspólnego. Okazało się, że prawdziwy powód mojej wyprawy do  
Irillianu  

background image

pozostawał w związku z tymi wydarzeniami. 
Gryf zawsze polegał na wielkiej intuicji generała, który potrafił wychwytywać z  
rozmowy najważniejsze akcenty. Była to jedna z tych cech, którą z reguły  
posiadali  
czarodzieje. W końcu, mimo że brakowało mu innych zdolności, w jego włosach  
srebrzyło się  
szerokie pasmo. Toos i tym razem nie zwiódł jego zaufania. 
- - Błękitny chciał z tobą zawrzeć pakt - odezwał się. 
- - Zgadza się. 
Lisia twarz generała znów się zachmurzyła. 
- - Nie mówiłbyś o tym, gdybyś nie zastanawiał się nad jego przyjęciem... albo  
już to  
zrobiłeś. 
- - Zrobiłem. 
Generał obrócił się i rozejrzał po pokoju. 
- Ktoś opowiedział mi o jakichś hałasach. Moi ludzie sądzili, że usłyszeli twój  
głos.  
Mówili też, że usłyszeli jakąś obcą mowę. - Obrócił się wokół własnej osi i  
rzekł: - Jeśli mogę  
cię zapytać, Gryfie, to powiedz mi, w jaki sposób tu wróciłeś? Wiem, kiedy  
wyruszyłeś, to  
moja praca. Problem polega na tym, że nie wiem, kiedy powróciłeś. Wymagam  
niektórych  
rzeczy od Freynarda, ale czasami sam też coś robię i powinienem o tym słyszeć.  
Wiem, że  
umiesz się teleportować, ale nawet ty zastanowiłbyś się poważnie, czy warto to  
robić aż z  
Irillianu 
- - Przybyłem przez portal, tunel w Pustce. 
- - Rozumiem. - Toos potrząsnął głową. - Nie mogę powiedzieć nic, co zmieniłoby  
sytuację, Gryfie. Podjąłeś decyzję, a ja jako twój pomocnik i poddany muszę być  
jej  
posłuszny. Z tego, co mówisz, zakładam, że nie przybyłeś sam. Smoczy Król nie  
musi się  
chować. Nie jest to odpowiednie zachowanie dla kogoś takiego jak on. Nieważne  
czy jest  
naszym wrogiem, czy też sojusznikiem. 
Ciężkie kroki poinformowały Gryfa, że Błękitny Smok wyszedł z pokoju. 
- Dobrze powiedziane, człowieku - odezwał się Błękitny. - Cenię lojalność,  
zwłaszcza  
połączoną z rozsądkiem. Należy ci się szacunek. Moi szpiedzy nie pomylili się w  
ocenie  
twojej osoby. 
Ostatnie zdanie wypowiedział wesoło, lecz wszyscy trzej wiedzieli, że jest ono  
prawdziwe. Tak jak pan Irillianu miał pełne dane o swych wrogach na południu,  
tak samo  
Gryf wiedział niejedno o swoich przeciwnikach. Tylko kilku z nich, choćby takich  
jak  
Burzowy, a zwłaszcza Kryształowy stanowiło zupełną niewiadomą. Gryf odgadywał  
jak dużo  
wiedział o nim nowy sojusznik. W końcu byli „braćmi”, a nawet istniał jakiś  
kontakt  
pomiędzy Błękitnym a Burzowym, ale na dłuższą metę niewiele to oznaczało.  
Przykład  
Lodowego wymownie wskazywał na to, jak mało jedni Smoczy Królowie wiedzieli o  
innych. 
- Panie - Toos się skłonił. 
Gryf przeszedł przez salę i położył rękę na ramieniu generała. 
- - Toos, ufasz mi? - spytał. 
- - Tak... 
- - Zamierzam zabrać go do Bibliotek. 

background image

Generał zesztywniał. Uścisk na jego ramieniu wzmógł się, zanim Toos stracił  
panowanie nad sobą. 
- Powiedziałeś, przyjacielu, że będziesz posłuszny moim decyzjom - mówił Gryf. -  
Wysłuchaj mnie więc do końca. Smoczy Król jest mistrzem magii i wybitnym  
historykiem.  
To dwie niezwykle ważne cechy, kiedy mamy do czynienia z Bibliotekami. 
- Wybacz mi, panie - odezwał się generał. - To twój rozkaz i, jak powiedziałem,  
będę  
posłuszny. 
Gryf byłby bardziej zadowolony, gdyby generał nie miał tak ponurego wyrazu  
twarzy.  
Starał się jednak załagodzić napięcie. 
- - Dobrze wiec, Toos. Będziemy się pojawiać i znikać. Trudno powiedzieć, co się  
stanie. Chcę jednak, abyś cały czas miał oko na to, co się dzieje na północy.  
Informuj mnie na  
bieżąco. 
- - Tak, panie. 
Kilka piór Gryfa zjeżyło się, ale nie powiedział nic więcej. Puścił Toosa i  
powrócił do  
gobelinu z podążającym za nim smokiem. Władca Penacles położył palec na symbolu  
Bibliotek, po czym odwrócił się do Toosa i powiedział: 
- Skontaktuj się z Cabe’em i panią Gwen. Powiedz im, że muszę się z nimi spotkać  
tak  
szybko jak to będzie możliwe. 
Gryf i jego sojusznik rozmyli się w oczach generała. Toos odruchowo mrugnął,  
próbując przywrócić obrazowi ostrość. Wiedział, co się dzieje, ale i tak znowu  
dał się nabrać  
magii. W końcu obaj władcy zniknęli, pozostawiając człowieka samego w komnacie.  
Toos  
skinął zdegustowany głową i wyszedł. 
Już na niego czekali; wieść o powrocie monarchy postawiła wszystkich na nogi.  
Toos  
cierpliwie uniósł do góry ręce i poczekał, aż hałas ucichnie. 
- Jego wysokość, Gryf, nie będzie osiągalny w najbliższym czasie - oznajmił. -  
Zajmuje się wraz z sojusznikami sprawami niezwykłej wagi nie tylko dla nas, ale  
i dla innych  
królestw. Jeśli pojawią się jakieś problemy, których sam nie zdołam rozwiązać,  
skontaktuję  
się z nim. To wszystko. 
Zgromadzeni chcieli zadawać jeszcze jakieś pytania, ale generał miał już tego  
dość.  
Minął ministrów i zaaferowanych biurokratów, chcąc jak najszybciej znaleźć się z  
dala od  
królewskich komnat. 
Rzecz jasna wiedział, że musi Gryfowi dostarczyć informacje, na które ten  
czekał.  
Zaufał mu niczym bratu, a Toos teraz poczuł, że zdradza to zaufanie. Nie  
powiedział Gryfowi  
o nieoczekiwanym pojawieniu się w mieście D’Shaya, tym bardziej podejrzanym, że  
zbiegającym się z czasem powrotu władcy. Dopiero w tej chwili uświadomił sobie  
ten fakt.  
Zorientował się też, że nie powiadomił Gryfa o fali potworów nadchodzących z  
północy, a  
znajdujących się już na Piekielnych Równinach i co ważniejsze, w Irillianie. 
Toos wiedział, że zachowuje się nielojalnie, ale pragnął, by nowy  
sprzymierzeniec,  
Smoczy Król, stracił siłę, zanim się o czymś dowie. Jeśli Błękitny stanie się  
zdesperowany,  
będzie bardziej otwarty na sugestie Gryfa, co zwiększy wpływy Penacles. 
Zbliżał się już do komnat, kiedy pojawił się przed nim jeden z adiutantów  
Freynarda.  

background image

Brakowało mu tchu; musiał przeszukać niemal cały pałac, by go odnaleźć. Toos dał  
mu  
chwilę, by odpoczął. 
- Panie... kapitan Freynard wysłał mnie, bym przekazał, że wilczy jeździec i  
jego  
towarzysz ruszyli się. 
Wszystkie myśli dotyczące Gryfa zniknęły. 
- - Wyjaśnij! - rozkazał. 
- - Kilkanaście minut temu obaj akurat spożywali posiłek. Nagle wstali i szybko  
poszli na górę, prawdopodobnie do swoich pokojów. Jeden z naszych skradał się za  
nimi,  
chcąc zbadać”, co się dzieje, ale nie wrócił. Zaniepokojony kapitan Freynard sam  
udał się na  
górę, lecz wrócił po chwili i krzyknął, że uciekli. Odkryli naszego szpiega i  
ogłuszyli go.  
Kapitan wysłał kilka osób w pościg, a mnie posłał do ciebie, generale, bym  
przekazał, co się  
zdarzyło. 
- - Cholera! - Strażnik aż podskoczył na dźwięk wściekłego głosu generała. Były  
najemnik wiedział, że wyładowywanie się na posłańcu niczego nie zmieni, ale nie  
mógł się  
powstrzymać. - Wrócisz do kapitana Freynarda - syczał z gniewu - i przypomnisz  
mu o tym,  
co poleciłem wcześniej. Będzie wiedział, o co chodzi. Powiedz mu, aby upewnił  
się, że ci  
dwaj, albo ich wspólnicy, nie opuszczą miasta w jednym kawałku. Czy wyrażam się  
jasno? 
- - Tak, panie generale. - Żołnierz wyprężył się jak struna i stanął na  
baczność. 
Toos nabrał głęboko do płuc powietrza i policzył do dziesięciu, po czym  
spokojniejszym już nieco głosem dodał: 
- To wszystko. Idź. 
Adiutant biegł tak szybko, że niemal się za nim kurzyło. Toos mimo kłopotów  
uśmiechnął się. Teraz potrzebował snu. Ten dzień zdecydowanie mu nie sprzyjał,  
zwłaszcza  
ostatnich kilka godzin. Jeśli chciał być następnego dnia w pełni sprawny,  
potrzebował kilku  
godzin odpoczynku. Od kiedy zniknął Gryf, spał zaledwie dwie, trzy godziny na  
dobę.  
Większość z tych godzin to krótkie drzemki. 
Miał nadzieję, że następny dzień przyniesie jakieś uspokojenie, ale sądząc po  
ostatnich  
wydarzeniach, wiedział, że to tylko pobożne życzenia. 
- Panie generale! 
Najwyraźniej nie miał doczekać się upragnionego snu. Zastanowił się, czy czasem  
jakiś bóg nie uwziął się na niego. 
- Co znowu!? - warknął z niechęcią. 
Żołnierz, który cały czas stał na straży i nic nie wiedział o kłopotach  
generała, przez  
chwilę zbierał nagle rozproszone myśli. 
- - Na zewnątrz, panie generale... czeka... czeka elf... Posłaniec pana Lasu  
Dagora,  
tak przynajmniej twierdzi. 
- - Doprawdy? I czegóż chce ode mnie? 
- - Twierdzi, że to, co ma do powiedzenia, dotyczy tylko lorda Gryfa i nikomu  
innemu nie przekaże bez jego rozkazu. 
- - Sprawa się nieco komplikuje. Mimo że Gryf powrócił do Penacles... w tej  
chwili  
prowadzi ważne negocjacje z innym monarchą. 
- Panie? - Żołnierz nie zrozumiał. Toos machnął ręką. 
- - Nieważne - powiedział. - Przyprowadź go do mnie. Jeśli nie przekonam go, by  

background image

przekazał mi to, co ma do powiedzenia, będzie musiał po prostu poczekać do  
powrotu Gryfa.  
Idź po niego, chłopcze. 
- - Tak jest. 
Kiedy młody strażnik znikał w oddali, Toos próbował obliczyć, jak długo zajmie  
mu  
powrót z elfim posłańcem. Marzył choćby o chwilce odpoczynku, by zregenerować  
siły. 
- Manaya - wymruczał, myśląc o szczególnie mocnym winie, które lubił. - Manaya  
mnie rozbudzi, choć będę tego żałował następnego dnia. 
Miał nadzieję, że posłaniec Zielonego będzie umiał się zachować. Jeśli nie, to  
Smoczy  
Król prawdopodobnie straci dziś jednego ze swoich poddanych. 
Poszukiwacz odzyskał równowagę i zamknął oczy; jego ptasi mózg przeszukiwał  
umysły mieszkańców pałacu. Było to trudne zadanie; kontakt działał lepiej przy  
transmisji  
obcych myśli. Jednakże wzory myślowe prymitywnych umysłów były łatwe do  
namierzenia,  
gdy się je już raz przechwyciło. Dopiero dłuższe utrzymywanie kontaktu okazywało  
się  
ryzykowne. Wrażliwsze prymitywne umysły mogły wyczuć obcą obecność. 
Razem z hybrydą, która tu rządziła, znajdował się też jakiś arogancki typ.  
Poszukiwacz nie wyrobił sobie jeszcze zdania na temat hybrydy; jego ptasie cechy  
wyróżniały go, ale zupełnie niepotrzebnie plątał się w sprawy ludzi. Poszukiwacz  
nie potrafił  
go zrozumieć. Należało wykorzystywać niższe rasy. Jeśli dobrze spisywały się,  
były  
nagradzane, tak jak nagradza się inteligentne zwierzęta, ale gdy zawodziły, były  
surowo  
karane lub zapominano o nich. 
Zarówno arogancki osobnik jak i hybryda zniknęli. Mogli się ukryć tylko w  
Bibliotekach. Poszukiwacz nigdy nie widział Bibliotek. Tego zaszczytu dostąpili  
jedynie  
Najstarsi, a wiedział, że nawet oni odnosili się do Bibliotek z szacunkiem.  
Oznaczało to, że  
wszystko szło zgodnie z planem. Poszukiwacze potrzebowali teraz tylko czasu. 
Ptak rozprostował na chwilę skrzydła, pewien że jego kryjówka na dachu  
pozostanie  
nie wykryta przez rasę, która nie umie latać. 
Po wykonaniu wyznaczonego zadania, poczuł się zadowolony, a następnie  
przygotował się do nocnego czuwania. Wiedział, że jutro z samego rana miały  
rozpocząć się  
bardzo ważne wydarzenia. 
XVIII 
Niewiele mogło zaskoczyć i zadziwić Błękitnego Smoka. Jedną z takich rzeczy bez  
wątpienia były Biblioteki Penacles. Patrząc na nie kończące się korytarze pełne  
książek,  
Błękitny potrząsnął głową i wymruczał: 
- - Niesamowite! 
- - Nigdy ich dotąd nie widziałeś? - spytał Gryf. 
- - Nigdy. Brat Purpurowy chronił je przed nami. Nie ufał nam. Gryf krzywo się  
uśmiechnął i spytał: 
- - Ciekawe dlaczego? 
Teraz wszystko zależało od szczęścia. Zabrali się do szukania wskazówek.  
Bibliotekarz gnom - Gryf nigdy nie zdołał się zorientować, czy jest ich wielu,  
czy też zawsze  
jeden i ten sam - czekał gotowy do pomocy. Obecność smoka zdawała się nie robić  
na nim  
żadnego wrażenia, przyjmował jego rozkazy tak samo jak polecenia prawowitego  
władcy  
Bibliotek. 

background image

W przeciwieństwie do wcześniejszych wizyt Gryfa, bibliotekarz nie zaprowadził  
ich  
do konkretnych książek; przyniósł tylko stolik i dwa krzesła, co nigdy jeszcze  
nie przydarzyło  
się władcy Penacles. Obecność tych trzech mebli denerwowała go, gdyż wskazywała,  
że  
czekają ich długie i żmudne poszukiwania. Zanim jednak zdążyli cokolwiek  
konkretnego  
zamówić, mały człowieczek przyniósł stos grubych, wyglądających na niezwykle  
ważne  
książek. 
Po przejrzeniu pierwszej setki i odkryciu niektórych sztuczek stosowanych przez  
Biblioteki, takich choćby jak nonsensowne wiersze, czy zagadki bez odpowiedzi,  
Błękitny  
rzucił jednym z ciężkich tomów w półki. Gryf spojrzał na niego zirytowany. 
- To nie ma sensu. Co za szaleniec wpadł na taki pomysł? - burknął smok,  
wskazując  
wzrokiem sterty dzieł. 
Gryf westchnął i zamknął księgę, którą akurat przeglądał. 
- Z tego, co wiem - odparł - nawet Purpurowy, który długo w tych murach  
przebywał,  
nie zdołał tego odkryć. 
Smok wstał i zaczął się nerwowo przechadzać; był uczonym, ale był też  
wojownikiem. Bezczynność, a co gorsza niepotrzebna bezczynność bardzo go  
denerwowała.  
Zmierzył Gryfa surowym wzrokiem i spytał: 
- - Od dłuższego czasu ciekawi mnie pewna tajemnica. Czy mógłbyś mija zdradzić?  
Słyszałem różne sprzeczne relacje na temat śmierci Purpurowego. Niektórzy  
przypisują ją  
tobie, inni Nathanowi Bedlamowi. Jak było naprawdę? 
- - I jedno, i drugie jest prawdą - odparł lwioptak. - Nathan był osłabiony czym  
innym i znalazł się w sytuacji patowej. By stanąć na nogach, potrzebował dobrej  
okazji.  
Zupełnie przypadkowo stworzyłem mu ją. Udało mi się odnaleźć wejs’cie do  
Bibliotek, a  
Purpurowy, będąc tak przewrażliwionym na ich punkcie, skierował swoją uwagę na  
mnie.  
Najwyraźniej nie docenił mnie, ponieważ zbyt długo pozostał odsłonięty.  
Nathanowi udało  
się wezwać słoneczny łuk, zabrało mu to jednak resztkę sił i twój brat zdołał  
się obrócić na  
tyle szybko, by uniemożliwić celny strzał. Wtedy zaatakowałem go, zadając  
kolejny cios.  
Zrozumiał, że umiera, więc postanowił pociągnąć za sobą całe Penacles, między  
innymi  
bezcenne Biblioteki. Tylko szybka reakcja Nathana zdołała go powstrzymać. Moc,  
którą  
przechwycił, zabiła ich obu... 
- Zostawiając na gruzach ciebie... Gryf zerknął na nowego sojusznika. 
- - Ktoś musiał pomóc tym ludziom - powiedział. - Najwyraźniej ludzie wolą  
żywych bohaterów niż martwych, stąd tylu z nich uznało, że to ja uczyniłem.  
Niektórzy są  
zresztą przeciwnego zdania. Według mnie cała chwała powinna przypaść Nathanowi. 
- - Wielu z moich braci bardzo zainteresowałaby ta historia, choć nie sądzę, bym  
zamierzał ich pod tym względem oświecać. Nie chcę cię urazić, ale stało się tak  
jak sądziłem.  
Purpurowy okazał się zbyt arogancki i egoistyczny. Brakowało nam jego cennych  
rad, jednak  
z pewnością nie jego osoby. 
Gnom przynosił kolejne tomy. Nagle stanął zdumiony i przerażony, widząc rzucone  
przez smoka dzieło. Szybko je podniósł i obrzucił Błękitnego takim spojrzeniem,  

background image

jakiego nie  
powstydziłby się niejeden gad. 
- Dlaczego wciąż przynosisz nam te bezużyteczne księgi? - syknął Błękitny. 
Gnom, trzymając rzucone dzieło w objęciach, już zupełnie bez gniewu spojrzał na  
Smoczego Króla, nie rozumiejąc, o co pyta: 
- To moje zadanie - odparł. 
- Te księgi, to bełkot - warknął Błękitny. Bibliotekarz wzruszył ramionami. 
- - Dla tych, którzy nie posiadają wiedzy, to istotnie bełkot - powiedział  
bibliotekarz.  
- Muszę przyznać, że rzeczy, których szukacie, rzeczywiście nie ma w  
Bibliotekach, lecz  
niektóre tomy zawierają cenne wska... 
- - Dość - Gryf wstał i odwrócił się do gnoma plecami. Ale i to nie zrobiło na  
bibliotekarzu wrażenia. - Twierdzisz, że tracimy czas? - spytał Gryf. 
- - Nie, obecny władco Penacles. To, czego szukacie, da się wywnioskować ze  
źródeł, które warn przyniosłem. Konkretne informacje już nie istnieją. 
- Co się z nimi stało? Zdziwiony gnom odpowiedział: 
- Nie przypominasz sobie? Kilka miesięcy temu ponad dwa tuziny tomów uległo  
zniszczeniu, gdy potrzebowałeś informacji na temat wiatrów. 
Wiatry... 
Gryf przyjrzał się ścianie w całości wypełnionej książkami. Biblioteki w jakiś  
niepojęty sposób zostały zaatakowane i tak jak powiedział gnom, kilkanaście  
tomów ktoś’  
zniszczył, a inne poważnie uszkodził. Wtedy Gryf uznał, że to robota Czarnego,  
albo Azrana,  
a każdy z nich miałby wystarczający powód, by zniszczyć książki. Jakże był  
naiwny! 
Błękitny wreszcie zrozumiał, co starał się wytłumaczyć im gnom. 
- - A więc w tych księgach zawarte są jakieś informacje - skonstatował - a my po  
prostu nie zdołaliśmy ich odnaleźć. Powinniśmy wziąć księgi do pałacu i rozkazać  
twoim  
mędrcom... 
- - Nie możemy - przerwał Gryf. - Gdybyśmy je wynieśli, zamieniłyby się w puste  
stronice. Czasami pozostaje jakiś skrawek informacji, ale tylko wtedy, gdy  
wcześniej  
naprawdę już je zrozumieliśmy. Wydaje się, że istnieje wyłącznie jeden sposób,  
by cokolwiek  
stąd wynieść. Poza tym, im więcej zdradzą nam informacje, tym mniejsza będzie  
szansa, że  
zdołamy je zapamiętać po wykorzystaniu. 
- - Taki pokręcony sposób myślenia cechował jedynie Poszukiwaczy. 
- - Ani Poszukiwacze, ani Quelowie, którym udało się jakoś podtrzymać swoją  
cywilizację przez cały czas trwania rządów ptaków, a nawet przez wcześniejsze  
lata istnienia  
waszego gatunku, nie uzyskali żadnej wiedzy na temat prawdziwego przeznaczenia  
tych  
Bibliotek. Znam kilku władców, którzy co nieco tu dobudowali, zasadniczo jednak  
nowe  
księgi biorą się znikąd. Zupełnie jakby Biblioteki były nieskończone i ciągle  
się odradzały. 
Błękitny niespokojnie się rozejrzał. 
- To nieprzyjemna myśl, nawet jeśli - mam nadzieję - nieprawdopodobna. - Wskazał  
na gnoma. - Czy wiesz, skąd się wzięły Biblioteki? 
Bibliotekarz cierpliwym głosem sugerującym, że słyszał już to pytanie  
wielokrotnie,  
odpowiedział: 
- - Od zawsze pracowałem tylko w Bibliotekach. Pamiętam tylko Biblioteki. Nie  
interesuje mnie nic innego poza obowiązkami. 
- - Niewątpliwie. Sądzę - Gryf skinął głową i zwrócił się do smoka - że  
powinniśmy  
wrócić do pałacu. Są rzeczy, które chciałbym z tobą omówić. Czas tu spędzony  

background image

tylko  
powiększa moje pragnienie. 
- - Rozsądne spostrzeżenie, lordzie Gryfie - odrzekł smok. - Z trudem zdołałem  
się  
skoncentrować na kilku ostatnich tomach. - Zwrócił się do gnoma: - Zostaw tu te  
książki.  
Kiedy je przewertuję, wrócę do wcześniejszych. 
Bibliotekarz przyjął polecenie skinieniem głowy, szybko zabierając się do  
roboty.  
Gryf i jego gadzi sojusznik wyszli. 
Znaleźli się w prywatnych komnatach Gryfa. Golemy nie zaatakowały ich tym razem,  
ale jeden z nich odezwał się: 
- General Toos pozostawił wiadomość. Chce rozmawiać z waszą wysokością. 
Zaskoczony Gryf nie odpowiedział od razu. Wyjrzał przez okno i zobaczył światło  
dnia. 
- - Cóż za zbieg okoliczności - odezwał się po chwili. - Czy powiedział, gdzie  
mamy  
go szukać? 
- - Koniec wiadomości. 
Golem spoglądał znów prosto przed siebie. Powoli zbliżył się do nich Smoczy  
Król. 
- Nie mogę się im nadziwić - wskazał golemy. - Sposób na ich stworzenie pochodzi  
z  
Bibliotek... 
- Tak. I jest tam dobrze ukryty. Zaufaj mi. Smok odwrócił się i w us’miechu  
wyszczerzył zęby. 
- - Ty mnie też powinieneś zaufać - powiedział. - Zastanawiałem się Jakie inne  
skarby moglibyśmy odkryć, gdybyśmy tylko zrozumieli wszystkie informacje. 
- - Czasami zdarza się, że uzyskuję jasną odpowiedź, choć nie wiem dlaczego. To  
są,  
jak sądzę, tajemnice Bibliotek. 
To ostatnie stwierdzenie sprawiło, że Błękitny zjeżył się. 
- Wolałbym przestać mówić o nich w taki sposób - burknął 
- jakby miały umysł i własną wolę. Czuję się, jakbym się znalazł w żołądku  
jakiegoś  
potwora i nawet o tym nie wiedział. 
- Jak sobie życzysz. - Drzwi się otworzyły i Gryf ruszył w stronę wyjścia.  
Zatrzymał  
się jednak w połowie drogi. - Jeśli nie robi ci to różnicy - zwrócił się do  
sprzymierzeńca - to  
wolałbym, abyś poszedł ze mną, choć możesz spowodować zamieszanie wśród  
niektórych  
ludzi. W każdym razie chciałbym cię mieć przy sobie na wypadek, gdyby golemy  
zapomniały, że jesteś moim sojusznikiem. 
Obaj dobrze wiedzieli, że Gryf nie chciał pozostawić smoka samego przy wejściu  
do  
Bibliotek. Kiedy się to wszystko skończy 
- lwioptak założył, że przeżyją - upewni się, czy dobrze zabezpieczył gobelin.  
Na razie  
jednak brakowało mu na to czasu. 
- Całkowicie cię rozumiem - rzekł Błękitny, naśladując ton głosu Gryfa. Ponownie  
przeistoczyli się w dwu mężów stanu próbujących podejść się na zdradliwym  
gruncie  
dyplomacji. 
Golemy na zewnątrz lekko drgnęły, ale Gryf machnął ręką i zatrzymały się. W  
pobliżu  
nie było żadnych innych strażników. Nie oznaczało to jednak, że pozbawieni  
zostali ochrony.  
Nawet w tej chwili ich kroki dokładnie były śledzone przez kilkanaście par oczu.  
Gryf  
wiedział, że wszystkie wieści dotrą do Toosa przed nimi. Nie sądził też, by  

background image

musieli iść całą  
drogę do kwatery generała. 
Za rogiem nie napotkali Toosa, ale czuwał tam za to Freynard i jeden z jego  
ludzi.  
Kiedy zdali sobie sprawę, że mają przed sobą władcę, stanęli na baczność.  
Zarówno Freynard  
jak i żołnierz, który musiał być jego adiutantem, objęli smoka długim  
spojrzeniem. 
- - Smoczy Król - oznajmił Gryf - jest naszym sojusznikiem. Ufam Freynardzie, że  
zachowasz dyskrecję i nie będziesz tego rozgłaszał. 
- - Tak jest! 
Okazało się to łatwiejsze, niż Gryfowi się wydawało. Pokiwał z uznaniem głową. 
- - Czy widzieliście generała Toosa? - spytał. 
- - Ostatnio widziałem go, wasza wysokość, kiedy udawał się do swoich komnat -  
odrzekł Freynard. - Nareszcie próbował nieco odpocząć. Pozwolę sobie zauważyć,  
że miło  
znowu widzieć waszą wysokość - szeroko się uśmiechnął. 
- - Doceniam to. 
Obaj mężczyźni zasalutowali; towarzysz Freynarda uczynił to z wyraźną ulgą. Z  
trudem znosił napięcie spowodowane towarzystwem jednego z legendarnych Smoczych  
Królów. Matki w Penacles straszyły nim niegrzeczne dzieci. Lwioptak zastanowił  
się, jak  
zareagowałby na to smok, gdyby się o tym dowiedział. Z drugiej strony władca  
Irillianu  
pewnie dawno się już tego domyślał. 
Gryf z sojusznikiem musieli przejść jeszcze tylko kawałek drogi, zanim odnaleźli  
Toosa. Generał czekał. Był w mundurze i miał zdumiewająco równy oddech jak na  
kogoś, kto  
musiał biec. Chyba, że naprawdę tu na nich czekał. 
- - Wasza Wysokość. 
- - Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać, przyjacielu. Rozumiem, że chciałeś  
się ze  
mną widzieć. 
Były najemnik spojrzał przelotnie na Błękitnego. 
- - Wolałbym bardziej prywatną audiencję, panie. 
- - Jeśli nie jest to wielka tajemnica, której nasz przyjaciel naprawdę nie  
powinien  
słyszeć, możesz powiedzieć to nam obu. 
- - Jak sobie życzysz, panie. Prawdę mówiąc, może nawet lepiej będzie, jeśli  
także  
tego posłucha. Przybył posłaniec od Zielonego. 
- - Posłaniec? - Błękitny syknął. 
- - Elf. Ja... są kłopoty... duże kłopoty... we Dworze - Toos zawahał się, lecz  
dokończył: - Trzy królewskie młode... i pozostała czwórka... te inteligentne...  
są... zniknęły... -  
zaplątał się. 
- - Co?! - Smok schwycił generała za kołnierz i podniósł do góry. - Młode  
cesarza  
zniknęły?! Kiedy? Jak? 
- - Zostaw go! - Gryf stał spokojnie, a jego ręce nie wykonały żadnego ruchu,  
ale  
smok podświadomie spełnił polecenie. 
- - Wybacz... generale - uspokoił się. - Proszę, mów dalej - zwrócił się do  
niego. - Co  
się stało? 
Toos poprawił ubranie i wyjaśnił: 
- - Najemnicy. Grupa z Mito Pica. Zajęło mi to trochę czasu, ale wydobyłem z  
posłańca wiadomość, którą miał przekazać wyłącznie tobie, panie. - Spojrzał na  
władcę. 
- - Czy Zielony znajdował się na terenie Dworu? - spytał Gryf. 
- - Tak. Wprawiło go to w wielkie zakłopotanie. Chroniły ich potężne medaliony,  

background image

osłaniające przed wzrokiem strażników w lesie i pozwalające przeniknąć przez  
ochronne  
zaklęcia otaczające Dwór. 
- - Nie podoba mi się to - syknął Błękitny. - Jak na taką grupę są niezwykle  
dobrze  
wyposażeni i uzbrojeni. 
- - Prawdopodobnie zbroi ich Melicard. 
- - Zbroi w magię Poszukiwaczy? A więc stanowczo go nie docenialiśmy. Rozerwę  
go... 
Generał odważył się przerwać. 
- To nie wszystko... - powiedział. - To wasz gatunek jest częściowo  
odpowiedzialny za  
Melicarda. To przecież właśnie Kyrg doprowadził ojca Melicarda, Renneka IV, do  
szaleństwa. 
Błękitny syknął, jednak Toos go zignorował. 
- - Jak mówiłem, Gryfie - patrzył na władcę - udało im się niezauważenie  
przejść, ale  
potem nagle wszystko zaczęło się walić. Jeden z pomocniczych smoków, zdaje się  
Ssarekai,  
jak powiedział elf, zauważył któregoś. Natychmiast podniesiono alarm i doszło do  
prawdziwej bitwy. 
- - Z pewnością Zielony i jego klany potrafiły ich błyskawicznie pokonać! Magią,  
albo zwykłą przewagą liczebną... 
- - Zaklęcie ochronne, panie, najwyraźniej nie pozwala zmieniać postaci, a  
najemnicy także i tu byli chronieni. 
- - I co się stało, Toos? 
Lwioptak miał nadzieję, że jego gadzi towarzysz zdoła dotrwać w spokoju ducha do  
końca opowieści. 
- - Tu się zaczyna dość niejasna dla mnie część tej historii - kontynuował  
generał.- 
Kilku najemników przedostało się do Dworu, Jeden z nich, ten, którego pan Lasu  
Dagora  
uznał za przywódcę, włamał się do specjalnie przygotowanych dla młodych komnat i  
w tej  
samej chwili cały teren został pokryty... czymś, co Zielony potrafił tylko  
określić... przyznaję,  
że brzmi to głupio... jako eksplozję najczarniejszej ciemności. 
- - Ciemności? - tym razem to Gryf przerwał generałowi. 
- - Ciemności, w której najemnicy wydostali się z młodymi Złotego! - zakończył  
zdenerwowany Smoczy Król. 
- - Na tym właśnie polega cała zagadka. - Toos spojrzał krzywo na Błękitnego. -  
Eksplozja była przypadkowa - ciągnął. - Tak przynajmniej twierdził niefortunny  
podżegacz.  
Stracił ramię i cześć twarzy. Nigdy się już nie zagoi. Talak będzie miał  
wyjątkowo  
oszpeconego króla, jeśli - rzecz jasna - Melicard przeżyje. 
Gryf nie mógł uwierzyć. 
- - Melicard? Był z nimi Melicard? 
- - To miało być jego wielkie zwycięstwo. Chciał zjednoczyć swój lud z innymi  
ludami, które cierpiały pod... władzą smoków. - Kiedy Błękitny nie skomentował,  
stary  
żołnierz mówił dalej: - Melicard twierdził, że medalion miał oślepić tylko  
wrogów, a nie  
wszystkich. 
- - A młode? 
- - Najemników znaleziono martwych, a smoczyce pilnujące młodych w szoku.  
Jednego z tych, którzy zdołali się włamać, coś wyrzuciło przez okno. Już nic  
nikomu nie  
powie. Znajdowali się na wysokości trzeciego piętra. Co zaś się stało w  
zamieszaniu z  
młodymi smokami, nikt nie wie. 

background image

- - Co czyni mój brat, by je odnaleźć? - spytał Błękitny. 
- - Posłaniec nie wie. Rozmawiałem z nim o tym. Gryf z uznaniem pokiwał głową. 
- - Gdzie on się teraz znajduje? - zagadnął. 
- - Oczekuje na ciebie w komnatach straży. 
- Poślij kogoś po niego. Przepytam go sam i zobaczę, czy czegoś nie zataił, choć  
osobiście w to wątpię, znając twoje szczęście - zaczął się odwracać, ale Toos  
nadal stał w  
miejscu. - Czy coś jeszcze? - spytał. 
Gryf zdał sobie sprawę, że zawstydził Toosa, choć nie dało się odczytać tego z  
twarzy  
generała. 
- - Panie, obawiam się, że gdzieś w mieście znajduje się wilczy jeździec,  
D’Shay. 
- - Co? 
- Niemożliwe! - dodał smok. Toos kiwnął ze smutkiem głową. 
- - Widziano go tu kilka razy. W końcu kazałem Freynardowi wysłać za nim paru  
ludzi, ale on i jego towarzysz uciekli. Nikt ich od tego czasu nie zauważył. 
- - Freynard nie wspominał mi o tym, kiedy go przed chwilą spotkaliśmy, ale może  
to nie był odpowiedni moment na dłuższą rozmowę. Dlaczego nie powiedziałeś mi  
tego  
wcześniej, Toos? 
- To chyba oczywiste, Gryfie - stwierdził smok. Lwioptak spojrzał najpierw na  
jednego, potem na drugiego. Choć zdarzało się to rzadko, smok i człowiek  
zgadzali się ze  
sobą. 
- Bałeś się, że wyruszę za nim i zapomnę o wszystkim innym. Najstarszy i  
najwierniejszy towarzysz, jedyny człowiek jaki pozostał z dawnej grupy  
najemników, skłonił  
głowę. 
- Jestem gotów ponieść wszelkie konsekwencje, panie, włącznie z odwołaniem ze  
stanowiska - odrzekł. 
Był też szczery, zdał sobie sprawę Gryf. 
- - Nie mów głupot, przyjacielu - powiedział. - Nie mam nikogo, kto by mógł cię  
zastąpić. Jeśli chcesz odkupić swą winę, zachowaj stanowisko i odnajdź D’Shaya,  
choć  
pewnie będzie to teraz niemal niemożliwe. 
- - Musiał wiedzieć - zdał sobie sprawę Smoczy Król. - Musiał odkryć nasze  
przymierze. 
- - To wyjaśnia względny brak oporu i tempo, z jakim opuścili twoje miasto. 
- - Racja. Wygląda na to, że obaj popełniliśmy błędy, Gryfie. Oto kolejny powód,  
by  
się spieszyć. Szkoda, że nie mamy już kryształu. Byłby bardzo przydatny w  
naszych  
poszukiwaniach, nie mówiąc już o szpiegowaniu. 
- - Jest jeszcze... Jajo Yalaka! 
- - Proszę? 
Gryf potrząsnął głową. 
- - Zaraz ci wyjaśnię. Najlepiej jednak będzie, gdy wrócimy do moich komnat.  
Toos,  
bynajmniej nie próbuję cię odsunąć na boczny tor, ani nic takiego, ale kiedy  
będziesz wysyłał  
kogoś po posłańca, upewnij się też, czy dostarczono nam jedzenie... jedzenie dla  
nas obu.  
Pamiętaj, by przygotował je ktoś, komu bezgranicznie ufasz. Aha, i załatw  
jeszcze, by  
dostarczono nam coś mocnego do picia. 
- - Zrobione. A czy ty, panie... masz jakieś szczególne wymagania? - Toos  
grzecznie  
zwrócił się do smoka, lecz w jego oczach dało się odczytać odrobinę drwiny,  
jakby  
oczekiwał, że smok poprosi o surowe mięso. 

background image

- - Poproszę o ryby, jeśli nie masz nic przeciwko temu - odparł władca. - Dobrze  
posolone. I nie musisz usuwać ości. - Błękitny szeroko się uśmiechnął. 
Generał nie wyglądał na przejętego. Zasalutował Gryfowi, skłonił przed smokiem i  
wyszedł. Lwioptak odwrócił się i ruszył w kierunku komnat z depczącym mu po  
piętach  
zaciekawionym i poirytowanym smokiem. 
- Przed chwilą już byliśmy w twoich komnatach! Skąd więc ten pośpiech, by znowu  
tam wrócić? 
- - Jajo Yalaka. - Błękitny Smok spojrzał na niego, nic nie rozumiejąc. Gryf  
spytał: -  
Mam nadzieję, że słyszałeś o Yalaku? 
- - Smoczy Mistrz. Jeden z najgorszych... 
- - Zgadza się. Przypuszczam, że tak ich widzicie - mnie zresztą pewnie także.  
Jeśli  
chodzi o wizje, to Yalak miał talent. Przestudiował dokładnie proces ich  
wyłaniania się, a  
kiedy uznał, że zrozumiał najważniejsze ogniwa, stworzył Jajo. Znalazł sposób,  
by ogarniać  
obecne wydarzenia, widzieć przebłyski przyszłości, a także wspomnienia z  
przeszłości. 
- - I ty masz to Jajo? 
- - Poprosił mnie, bym się nim zaopiekował. Nie wiedział, że jego umiejętności  
zawiodą i będzie jednym z wielu, którzy zginą z rąk Azrana. 
Dotarli do drzwi, ale Gryf nie wszedł do środka. Sam w tej chwili wpatrywał się  
w  
przeszłość. 
- - Powinniście go uczynić, przyjacielu, honorowym smokiem. Azran zrobił  
znacznie  
więcej, niż ktokolwiek z waszego gatunku, by pokonać Smoczych Mistrzów. 
- - Wolałbym już, by zwyciężyli ludzie. Nie chciałbym mieć nic wspólnego z tym  
potworem. 
- - Hmmm... - Drzwi się otworzyły i Gryf wszedł do środka. Poczuł drgnienie  
umysłu. I zjeżyła mu się grzywa. Smok szedł za nim, najwyraźniej nic nie  
odczuwając. 
„Dziwne” - pomyślał Gryf. Obrzucił wzrokiem pokój, ale wszystko wydawało się w  
porządku. Drzwi się za nimi zamknęły. Zerknął na Jajo. 
- Tam... och! 
Niezwykle silne palce chwyciły go za szyję. Bezskutecznie próbował rzucić  
zaklęcie.  
Błękitny zdradził, pomyślał, lecz chwilę później usłyszał szamotaninę. I nagle  
zobaczył jak  
smoczy władca leci przez komnatę i z niesamowitą siłą uderza o ścianę, po czym  
bezwładnie  
opada na podłogę. Niemal w tym samym czasie drugi z golemów chwycił lewą rękę  
Gryfa, a  
pierwszy wciąż wzmacniał uścisk i odciągał jego głowę do tyłu. 
Z innego pokoju wszedł do komnaty ktoś nowy. Dały się słyszeć powolne, starannie  
odmierzane kroki. Jak się za moment okazało, nie jednej, lecz większej liczby  
osób. Nawet  
bez oglądania Gryf wiedział, kim będzie przynajmniej jeden z napastników. 
- Nie mogłoby się stać lepiej - zwrócił się D’Shay do swego towarzysza,  
najprawdopodobniej drugiego wilczego jeźdźcy, którego widziano razem z nim w  
mieście. -  
Mamy w swoich rękach Gryfa - ciągnął - Biblioteki Penacles, a także kogoś, kto  
wkrótce  
chętnie zostanie naszym sojusznikiem i da nam ową stałą bazę, której tak  
potrzebują nasi  
przywódcy. Całkiem nieźle, prawda, D’Laque? 
- Zgadza się, lordzie D’Shay - odparł. Ludzka ręka chwyciła Gryfa pod dziobem. 
- A teraz przystąpimy do skubania i wypychania naszego ptaszka, prawda? 
Sfrustrowany Zielony syknął. Nie zdołał stwierdzić, jaki związek z wyczerpaniem  

background image

organizmu miał opór, a w jakim z niechęcią tego, z którym próbował się  
skontaktować. Z  
pewnością nie po raz pierwszy nie chcieli ze sobą rozmawiać. Właściwie teraz  
było jeszcze  
gorzej. Wszyscy Smoczy Królowie byli gotowi skoczyć sobie nawzajem do gardła. 
Błękitnego nie dało się nigdzie odnaleźć. Z jakiegoś powodu opuścił własne  
królestwo. Nie był tchórzem, który łatwo się poddawał, tego Zielony był pewien.  
Musiał  
istnieć inny powód. 
Ku jego zaskoczeniu ktoś inny odpowiedział na wezwanie. Był to nowy Czerwony,  
następca tego, który naiwnie sądził, że zdoła pokonać Azrana. Jednak i nowy nie  
mógł mu  
pomóc. Te skrawki Piekielnych Równin, którymi władał, zostały już zniszczone  
przez  
potwory Lodowego, a pozostałości jego klanów uciekały na południowy zachód do  
Srebrnego. Jedyne wieści, jakie przekazał mu nowy Król, dotyczyły spotkania z  
Cabe’em,  
Panią z Bursztynu i elfem jadącymi na północ. Z tego, co jeszcze Zielony zdołał  
zrozumieć  
zanim Czerwony zerwał połączenie, trójka śmiałków jechała prosto na spotkanie  
dużej grupy  
potworów z Pustkowi. 
Srebrny z uczuciem czystej nienawiści odmówił odpowiedzi na wezwanie. Widział  
siebie w roli następcy Złotego, a swojego brata z południa uznawał za  
najgorszego ze  
zdrajców za zawarcie pokoju z ludzkimi czarodziejami. Zielonemu nie chciało się  
nawet  
wskazywać, że tamten pozwolił na przykład, by Talak pozostał wolnym miastem.  
Podejrzewał, że Srebrny nadal ma kłopoty z podporządkowaniem sobie terenów  
Żelaznego i  
Spiżowego, a teraz miał do czynienia jeszcze z potworami z Północnych Pustkowi.  
Ostatecznie tamten gwałtownie zerwał połączenie, pozostawiając Zielonego z bólem  
głowy. 
Burzowy chciał z nim rozmawiać, lecz krótko, oznajmiając tylko, że swojego  
królestwa będzie bronił jak twierdzy, a Zielony własne problemy musi rozwiązywać  
sam.  
Końcówka wypowiedzi została zaakcentowana w typowym dla tego Króla stylu - każde  
zdanie podkreślał błyskiem, lub grzmotem. On także przyprawił pana Lasu Dagora o  
ból  
głowy, tym razem bardziej jednak z powodu hałasu. 
Pozostawał jedynie Kryształowy. 
Ale z nim pragnął uniknąć kontaktu. To, czym był on niegdyś, nie dało się nawet  
porównać z aktualnym jego stanem. Teraz Kryształowy stał się tajemniczą,  
enigmatyczną  
postacią, której sama obecność na posiedzeniach Rady wzbudzała niepokój. Jednym  
z  
powodów był fakt, że książę Toma najwyraźniej używał postaci Kryształowego do  
szpiegowania swoich władców. Mimo to, zdarzały się wypadki, że w Radzie zasiadał  
prawdziwy władca Legar Peninsuli, krainy, która lśniła nawet wtedy, gdy patrzyło  
się na nią z  
odległości Lasu Dagora. 
Opór trwał dalej, ale Zielony nie zamierzał się łatwo poddawać. Podejrzewał, że  
Kryształowy na swój sposób był tak samo silny jak Lodowy. Legar był ostatnim  
bastionem  
rasy Quelow. Krążyły plotki, że wciąż żyło ich tam tylko kilku, a opowieści  
Cabe’a o  
tysiącach śpiących stworzeń smok uznawał za czystą fantazję, omam przerażonego  
umysłu  
młodego człowieka. Nigdy nie było ich zbyt wielu, lecz walczyli dziko i  
podstępnie,  
niewidzialni dla większości zwykłych zmysłów. Myśl o tysiącach śpiących stworzeń  

background image

była  
najgorszym koszmarem, jaki mógł mieć smok. - Tak?! Miał wrażenie jakby tamten  
stał tuż za  
nim. Zielony podskoczył, nie ze strachu jednak, tylko dlatego, że myślami był  
gdzie indziej.  
Stwierdził, że trudno mu sformułować jakąś odpowiedź. 
W przeciwieństwie do kontaktu z pozostałymi, nie potrafił ujrzeć wyraźnej  
postaci  
króla. Działo się tak z woli Kryształowego, co bynajmniej nie poprawiało stanu  
ducha  
Zielonego. Widział przed sobą jedynie gadzią sylwetkę otoczoną oślepiającym  
polem światła.  
Była to jedna z kryształowych jaskiń. Nawet groty Północnych Pustkowi Lodowego  
nie  
mogły równać się z eleganckim pięknem siedziby Kryształowego. Miały jednak coś  
wspólnego, obie były tak obce, że pan Lasu Dagora nigdy nie odważył się ich  
odwiedzać. 
- - A więc? - głos był głębszy niż większości smoków i wydawał się dźwięczeć  
zupełnie tak, jakby stanowił część kryształowej struktury, od której odbijał się  
echem. 
- - Wiesz o poczynaniach naszego brata na północy. 
- - Tak. 
- - Widziałeś, co wypuścił przeciwko nam? Co nawet w tej chwili idzie na  
południe  
poprzez Piekielne Równiny, przez tereny otaczające Irillian, a także przez  
ziemie Srebrnego? 
- - Widziałem. Wszystko widziałem. 
- - Obawiam się, że wkrótce będzie też miał trójkę młodych Złotego. 
Po raz pierwszy błyszcząca postać wydała się być poruszona. 
- - Jak to? - spytała. 
- - To bez wątpienia plan Poszukiwaczy, albo współpracujących z Lodowym, albo  
próbujących użyć młodych do wytargowania czegoś dla siebie. 
- - Niebezpieczne targi. 
- - Nie udało mi się uzyskać żadnej pomocy, żadnego połączenia sił. Zwracam się  
więc do ciebie, ponieważ ty i Lodowy jesteście najstarsi, prawdziwi bracia z  
jednego lęgu,  
podczas gdy większość z nas pochodzi z późniejszych, a niektórzy nawet dalszych  
o kilka  
ludzkich pokoleń i możemy nazywać was braćmi tylko tytularnie. 
Była to prawda. Ludzie wierzyli, że wszyscy Smoczy Królowie pochodzą z tego  
samego lęgu, od tych samych przodków. Jednak słowo „brat” tak naprawdę było  
raczej  
tytułem honorowym, wskazywało jedynie swoistą równość wszystkich Królów. Smoki  
nie  
chciały rozpraszać tych ludzkich złudzeń. 
Kryształowy milczał, a Zielony ujrzał jak niewyraźna postać patrzy nieco w bok.  
W  
końcu smok odezwał się: 
- - Rozważę tę ofertę. Być może podejmę jakieś działania, a być może nie uznam  
ich  
za konieczne. Na razie będę obserwował. 
- - Ale... 
Kontakt został przerwany. Tym razem smoczy władca odczuł pustkę, jakby cały jego  
świat przestał istnieć, co wcale nie było takie niemożliwe. Kryształowy odebrał  
mu ostatnią  
szansę współpracy i pozostawił bez nadziei. Mógł coś zrobić, albo w ogóle mógł  
nie  
zareagować. Wydawało się, że jeśli podejmie jakieś działania, z pewnością uczyni  
to dopiero  
wtedy, gdy jego królestwo zostanie zaatakowane. 
Oczy Zielonego błysnęły. Lodowy wydawał się być bez życia, jakby mu już na  

background image

niczym nie zależało. Pan Lasu Dagora nie zamierzał się jednak poddać bez walki.  
Mieszkańcy  
jego królestwa zostali uprzedzeni i przygotowani na wypadek, gdyby potwory  
zdołały dotrzeć  
tak daleko. Pozostawała jeszcze jedna nadzieja. Gryf. 
Lwioptak nie wyprze się go. Bedlam i Pani z Bursztynu nie uciekną. To byli jego  
prawdziwi sojusznicy, nawet bardziej niż niegdyś inni Królowie. Prawdę mówiąc,  
ta trójka  
nie była podobna do niczego, z czym kiedykolwiek by się spotkał wśród  
przedstawicieli  
swojego gatunku. 
Byli jego przyjaciółmi. 
A bracia zastanawiali się, dlaczego ich królestwa rozpadały się jak domki z  
kart.  
Uśmiechnął się blado, myśląc o ich nieświadomości. 
Najpierw wylądował pierwszy. Później drugi. A potem jeszcze cztery. Przylatywały  
grupami albo osobno. Bez względu na to, w jakim porządku się pojawiały, wkrótce  
zajęły  
całą cytadelę Azrana. 
Nie byli to, rzecz jasna, jedyni Poszukiwacze w Smoczych Królestwach.  
Reprezentowali jednak opinię większości. To właśnie wybór większości zadecydował  
o tym,  
że aktywnie zaangażowali się w sprawy smoków. To z powodu tej większości  
Poszukiwacze,  
ogólnie rzecz mówiąc, ryzykowali wszystko, co pozostało z ich cywilizacji. 
Pojawiła się kolejna, licząca ponad tuzin stworzeń grupa. Wylądowała w centrum  
dziedzińca, niosąc ze sobą siedem pakunków, a w każdym z nich coś się rzucało i  
piszczało.  
Przywódca grupy dotknął zwisającego z szyi medalionu i skoncentrował się. To, co  
było w  
pakunkach, ucichło. 
Między Poszukiwaczami trwała debata, co powinni dalej uczynić z zawartością  
pakunków. Kilku chciało je zniszczyć jako dowód potęgi ptaków. Zostali jednak  
uciszeni  
lodowatym spojrzeniem przez przywódcę ostatniej grupy. To był zbyt cenny  
ładunek, by go  
tak zmarnować, mówiło owo spojrzenie. Nic się w pierwotnych planach nie  
zmieniło. 
Obecnie Poszukiwacze nie mieli prawdziwego przywódcy. Ostatni zginął podczas  
bitwy o tę właśnie cytadelę. Tymczasowy komendant, a także inni szykowali się do  
objęcia  
tego stanowiska, a jeśli by plan się nie powiódł, wybór stanie się oczywisty.  
Był to jednak  
obosieczny nóż; niepowodzenie oznaczałoby śmierć ze szponów zgromadzonych. 
W geście próżności, nietypowym dla tego gatunku przejawie emocji, dowodzący  
Poszukiwacz rozkazał kilku ze swojej grupy otworzyć jeden z worków. Wskazał  
największy. 
Kiedy go rozwiązano, zebranym ukazał się młody smok, ale nie taki, jakiego  
zgromadzeni oczekiwali. Stworzenie, które wyjrzało z pakunku, uspokojone  
talizmanem  
Poszukiwacza, bardziej przypominało człowieka niż smoka. Nie nauczyło się  
jeszcze  
formować hełmu, którego starsi używali do maskowania dysproporcji w swoich  
ludzkich  
twarzach. Brakowało mu też przerażającego, agresywnego pierwiastka samców i  
nadludzkiej,  
zmysłowej piękności samic. Widać było jednak, że jeśli da mu się tylko dość  
czasu, w  
znacznie wyższym stopniu opanuje wszystkie metody przeobrażania, niż czynili to  
jego starsi  
bracia. 

background image

Młody smok wyciągnął ramię, ale Poszukiwacz uderzył go po łapie. Więzień poczuł  
ból i skulił się, jakby dzięki temu potwory wokół niego mogły zniknąć. 
Dowodzący Poszukiwaczami rozkazał ponownie zawiązać worek. Kiedy polecenie  
zostało wykonane, wybrał spośród zgromadzonych kilkanaście ptaków i rozkazał im  
dołączyć  
do grupy, która go otaczała. Żaden się nie zawahał. 
Zadowolony rozpostarł skrzydła i uniósł się w powietrze. Za nim dwójkami  
wzbijały  
się do lotu ptaki z pakunkami. Kiedy już były w przestworzach, startowały  
kolejne z grupy. 
A te, które zostały na ziemi, spoglądały w niebo do momentu, aż lecące znikały z  
widoku. Nie było żadnej dyskusji, żadnych komentarzy. Wciąż jeden po drugim  
ptaki  
startowały i powracały do swoich gniazd. Nadchodził czas zmian. Na razie  
nadszedł czas  
czekania. Czekania na sukces albo na początek końca. 
XIX 
Podczas gdy Gryf ślęczał nad linijkami starożytnych tekstów, Cabe i jego  
towarzysze  
powoli torowali sobie drogę przez pokryte śniegiem pustkowia, które normalnie  
omijaliby  
nawet najwytrwalsi weterani wędrówek przez niedostępne tereny. Teraz,  
zatrzymując się na  
chwilę, spojrzeli na odległy cel. 
Pokryta lodem góra wznosiła się na wprost przed nimi, mimo iż nadal oddzielała  
ich  
od niej spora odległość. Była zdecydowanie największa w tym łańcuchu; poszarpany  
gigant  
dorównywał niemal Kivan Grath, najwyższemu szczytowi Gór Tybru. 
Toma szyderczo się zaśmiał. 
- Nie dajcie się nabrać - powiedział. - Lodowy Smok sądzi, że jego cytadelę  
można  
porównać z tą należącą do mojego ojca, ale tak samo jak jego marzenia, zbudowana  
jest  
wyłącznie ze szkła, czy też raczej z lodu. 
Na Cabie robiła jednak wystarczająco duże wrażenie. 
- - Co to znaczy? - spytał. 
- - Znaczy tyle, że większa część siedziby tego szaleńca składa się tylko z  
lodu. Góra  
jest niezwykle mała i tak samo zamarznięta jak ziemia. Jestem tego pewien.  
Pozbawiona  
swego błyszczącego okrycia cytadela Lodowego w porównaniu z Górami Tybru byłaby  
tylko  
niczym nie znaczącym pagórkiem. 
- Co bynajmniej nie umniejsza jego potęgi - skomentował Haiden. - Wątpię, by  
złośliwe komentarze na temat domu władcy mogły go pokonać. Nie wygląda na  
wyjątkowo  
wrażliwego. 
Gwen kiwnęła głową i dodała: 
- - Czy nikogo nie uderza, że nie natrafiliśmy jak dotąd na żaden rodzaj straży,  
na  
żadną obronę, nie poczuliśmy nawet najmniejszej próby jego możliwości,  
naturalnie poza tym  
przeklętym chłodem? 
- - Zauważyłem też nieco śniegu i wiatru - złośliwie dodał elf. 
- - Nie bądź sarkastyczny, Haiden. Wiesz o co mi chodzi - odparła Gwen. 
Cabe rozejrzał się wokół. Wszędzie biel. Zimno i biel. Zaczynało budzić się w  
nim  
obrzydzenie. 
- - Zaryzykowałbym twierdzenie - odezwał się - że pogoda na południu musi być  
dużo gorsza. Pamiętajcie, że Lodowy wcale nie musi całkowicie pokrywać swojego  

background image

terenu,  
wystarczy tylko, że unieszkodliwił przeciwników. 
- - Jeśli to, co mówisz, jessst prawdą, być może znajdujemy się w jednym z  
najatrakcyjniejszych miejsc w całych Smoczych Królestwach, Bedlamie - rzekł  
smok. - A  
jednak czułbym się dużo lepiej bez tego zimna, które mrozi mnie zarówno od  
zewnątrz jak i  
od wewnątrz. 
Mróz docierał do wszystkich, ale najgorszy był chłód wewnętrzny. Przez długi  
czas  
nikomu nie chciało się odzywać ani słuchać innych. Czasami też działo się tak  
bez powodu,  
choć nie było to takie pewne w wypadku Tomy. 
Smok zaryzykował utworzenie małego płomyka na dłoni. 
- Nadal mam swoją moc - powiedział. - Czuję jak to jest, gdy on kogoś  
kontroluje.  
Wiedziałbym, gdyby nasss obserwował. 
Dopiero elf odkrył prawdopodobny powód. Cały czas przeczesywał Pustkowia,  
zarówno ziemię jak i niebo. Robił to nawet z pewną ciekawością, aż upór  
nareszcie się  
opłacił. 
- Spójrzcie! - krzyknął. 
Najpierw zobaczyli tylko niewyraźną figurkę lecącą z południa. Toma spojrzał na  
pozostałych. 
- Powinniśmy się gdzieś ukryć! - zaproponował. 
Cabe poczuł drgnienie w umyśle, które było raczej dziełem Nathana, niż jego  
samego.  
Potrząsnął głową. 
- - Nie ma powodu bać się. My ich nie obchodzimy. Prawdę mówiąc, odnoszę  
wrażenie, że pochwalają nasze działania. 
- - Oni - Gwen skoncentrowała się, a potem, gdy kształt zmienił się w kilka  
mniejszych punktów, westchnęła: - Poszukiwacze! 
Toma, pamiętając jak pomogły mu w ucieczce, skinął głową. Ptaki rzeczywiście coś  
planowały. Być może ucieczka Tomy miała być tylko manewrem opóźniającym Lodowego  
i  
właśnie dlatego niezbyt ich obchodziło, czy zdoła się przedostać przez  
Pustkowia. Z  
pewnością pasowało to do ich sposobu myślenia. 
Teraz mogli stwierdzić, że widzą już co najmniej dwa tuziny stworzeń, więcej niż  
którekolwiek kiedykolwiek z nich naraz tyle widziało, rzecz jasna, poza Cabe’em,  
wspominającym dzień, gdy poprzedni Czerwony zaatakował Azrana i gdy Poszuki  
wacze  
wznieśli się w powietrze z wściekłością, której tylko częściowym powodem była  
ich  
wymuszona służba u Azrana. Na terenach niedaleko zamku znajdowała się  
wylęgarnia, jedno  
z ich gniazd. 
Lodowy narobił sobie niebezpiecznych wrogów. 
Ptaki zdawały się nieść kilka pakunków, jednak co mogły one zawierać,  
pozostawało  
dla nich zagadką. Stworzenia leciały powoli, czasami opadając na dłużej w dół,  
by odpocząć.  
Cokolwiek niosły, musiało to być niezwykle cenne. 
Nic nie przerywało ich lotu. Ludzie, elf i smok patrzyli, jak ich mijają, nie  
pokazując  
po sobie, że cokolwiek zauważają. Cabe jednak wiedział, że zostali odkryci.  
Kilka razy  
poczuł dotknięcie czułego umysłu obcej istoty. Ptaki doskonale wiedziały, z  
jakich powodów  
wędrowcy tu się znaleźli i, jak podejrzewał, pochwalały to. Czuł też jednak - a  
ich arogancja  

background image

całkowicie zaskoczyła młodego czarodzieja - że mała grupka tak naprawdę do  
niczego nie  
była im potrzebna. Cabe’a i jego towarzyszy uznano jedynie za kolejny plus i tak  
korzystnej  
sytuacji. To mogłoby przekonać Lodowego, łatwiej zrozumiałby ich racje. 
- - Co się stało? - spytała Gwen. Ona także poczuła dotknięcie umysłów  
Poszukiwaczy, ale nie potrafiła odczytać, co komunikują. 
- - Nie wiem. Być może nic. Chciałbym tylko wiedzieć, co zamierzają. 
- - Wkrótce wszystkiego się dowiemy - powiedział Haiden. 
- - Jak to? - spytała. 
- - Coś idzie przez Pustkowia w naszym kierunku - rzekł Haiden. 
W ich umysłach pojawiły się obrazy olbrzymich białych potworów, pragnących im  
wykraść soki życia. Elf widząc zmienione twarze towarzyszy, potrząsnął głową. 
- - To nie te stworzenia. Te są mniejsze, podobne do ludzi. Nic więcej nie  
potrafię  
powiedzieć. 
- - Smoki - zasugerował Cabe. 
- - Nie ma tu już poza władcą tej krainy więcej smoków - przerwał mu Toma. -  
Nie,  
Bedlamie, sądzę, że to jego ożywione sługi. W pewien sposób równie okropne jak  
te, które  
idą na południe. 
- - Nie możemy na nie czekać. 
- - To oznacza, że będziemy musieli z nimi walczyć. Tak! - W głosie smoka dało  
się  
wyczuć podniecenie. Nareszcie pojawiła się przed nim szansa, by choć częściowo  
odpłacić  
swemu prześladowcy. 
- - Jeśli uda się nam tego uniknąć, uczynimy to. - Cabe tak długo patrzył na  
smoka,  
aż ten kiwnął głową, że się zgadza. - Trwanie w otwartym terenie byłoby równie  
bez sensu  
jak ukrywanie się. Tracimy tylko czas. - Cabe w głębi świadomości pragnął się  
ukryć.  
Wszystko byłoby dobre, co pozwoliłoby uniknąć tego, co przepowiedział Tyr.  
Wolałby już  
chyba nigdy nie usłyszeć słów nieżyjącego już Smoczego Mistrza. 
Jechali ostrożnie, unikając miejsc, gdzie Haiden widział oddziały Lodowego.  
Próbowali wyczuć umysłami obecność jakichś wrogich hord, ale otaczał ich jedynie  
przerażający chłód zaklęcia. Coraz trudniej było też namówić konie, by szły  
dalej. Marzły tak  
samo jak wędrowcy - od zewnątrz oraz od wewnątrz - i przerażało je straszne  
otoczenie. 
Minęła kolejna godzina. Lodowy dom monarchy Pustkowi wydawał się wznosić  
ponad chmury. Rzeczywiście składał się w większości z lodu, ale budził nawet  
większe  
przerażenie niż Kivan Grath. Wiał od niego chłód śmierci, tak tylko dało się to  
ująć. Góra  
Kivan Grath, siedziba Króla Królów emanowała przytłaczającym dostojeństwem, mimo  
trwożliwego lęku, jaki niektórzy obserwatorzy na jej widok odczuwali. Tutaj była  
tylko  
śmierć. Północne Pustkowia w równym stopniu odpowiadały za taki stan rzeczy jak  
ich  
ciemna moc. 
Cabe otrząsnął się nieco z melancholijnego nastroju i zaczął się zastanawiać, co  
pierwsze ich dopadnie - zmęczenie życiem, czy otaczające cienie. 
Czas mijał, góry znajdowały się już niemal na wyciągnięcie ręki, a nadal nikt  
ich nie  
atakował. Toma idący na własnych nogach przetestował swoją moc, wytapiając w  
śniegu  
dziurę. 

background image

- - To musi być jakaś gra. Lodowy nie przepuściłby nas tak łatwo, gdyby było  
inaczej - powiedział. 
- - Może jest zajęty innymi sprawami - zasugerował Haiden. 
- - To do niego niepodobne. Poza tym, jego słudzy obserwują każdy nasz ruch. 
Cabe rozejrzał się. 
- - Zaczynam się nad tym zastanawiać - powiedział. Gwen zrozumiała. 
- - Poszukiwacze? - wyszeptała. 
- - Biła od nich wielka pewność siebie - wyjaśnił Cabe. - Bardzo wielka. Nie  
sądzę,  
by takie stworzenia rzucały wszystko na jedną szalę. 
- - Sugerujesz, że obserwujące nas stwory należą do ptaków? - Toma potrząsnął  
głową. - Tak blisko siedziby Lodowego? 
- - A więc dlaczego Lodowy pozostawił nas w spokoju? Miałby ryzykować, że  
podejdziemy tak blisko i wszystko zniszczymy? 
- - Mówiłem warn, to zaklęcie, które tłumi... 
- - Zachowałeś jak na razie swoją moc, smoku. Ja zaś zostałem... przygotowany. -  
Cabe wiedział, że Nathan go ochrania. - Nic nie czuję. 
- - Ptaki muszą być już w środku - skomentował Haiden. - Być może to jednak one  
są za to odpowiedzialne? 
- - Chyba, że mamy sojusznika, o którym nic nie wiemy - cicho dodała Gwen. 
Nagle na zboczu góry pojawiły się dwa pokryte lodem stworzenia. Toma odskoczył  
do  
tyłu, a Cabe i Gwen zaczęli rzucać zaklęcia. Haiden trzymał w ręku napięty łuk. 
To były sługi Lodowego. Wędrowcy przyglądali się z obrzydzeniem, gdyż ich  
pochodzenie było dość oczywiste. W każdym z nich znajdowały się szczątki  
jakiegoś  
nieszczęsnego stworzenia. W jednym wypadku człowieka, w drugim elfa, lub też  
półkrwi elfa  
- nie dało się tego rozróżnić. Było to zresztą niepotrzebne. Obaj już dawno nie  
żyli, a teraz ich  
ciała nadawały tym potwornościom życie. Lodowe palce poruszały się. Puste gałki  
oczne  
widziały. 
Słudzy nie zaatakowali. Nie spojrzeli nawet w stronę grupy. Każdy z nich  
podszedł do  
ukrytego przejścia i stanął niemalże na baczność, zupełnie nie zwracając uwagi  
na  
znajdujących się blisko wrogów. 
Cabe odwrócił się do Tomy i szepnął: 
- - Rozumiesz, co się teraz dzieje? 
- - Albo wprowadzają nas w pułapkę - odrzekł Toma - niczym zwykłych  
szkodników, albo, jak wspomnieliście, mamy sojusznika o potężnej mocy. Czyżby to  
był...  
nie, niemożliwe... 
- - O czym mówisz? - spytał Cabe. 
- - On by się do tego nie mieszał... - odrzekł Toma. 
- - Kto? 
Podeszła do nich Gwen. 
- - Czy nie lepiej byłoby omówić to, kiedy będziemy już bezpieczni? - spytała. -  
Trudno powiedzieć, jak długo będą tak stali! 
- - Ona ma rację - niechętnie przyznał książę Toma. 
- - A co z końmi? - spytał Haiden. 
- - Zostawimy je. Co innego można zrobić? - wzruszyła ramionami Gwen. 
,Zwierzęta zostaną usunięte”. Cabe zamrugał. 
- Co to było? - spytał. 
„Oni mnie nie słyszą. Jeżeli chcecie pokonać władcę Północnych Pustkowi, podążaj  
za  
moimi radami”. 
Gwen, zmartwiona, położyła rękę na jego ramieniu. 
- Co się stało, Cabe? - spytała. 
„Nie trać mojego czasu i nic im nie mów. Im mniej wiedzą, tym lepiej dla nich”.  

background image

Potrząsnął głową. 
- Nie, nic takiego - odparł, parząc na Gwen. 
Minęli niczego nieświadome lodowe stwory tak szybko i ostrożnie jak się tylko  
dało.  
Kiedy przechodzili w pobliżu, Gwen przymknęła oczy, a Cabe przyspieszył kroku.  
Gdy już  
wyminęli koszmarne monstra, Cabe odwrócił się, by sprawdzić, czy dostrzegły ich.  
Stwierdził  
tylko, że konie zniknęły, a przecież gdyby nawet pędziły, ile sił w nogach, nie  
mogłyby  
rozpłynąć się w powietrzu. Prawdopodobnie któryś z jego towarzyszy rzucił  
maskujące  
zaklęcie. Ale kiedy? 
„Lodowy bawi się teraz ptakami. Wierzą, że ich podarek powstrzyma go od  
szaleństwa. Ja mam wszakże wątpliwości. Dzięki temu jednak traci z oczu pewne  
rzeczy”. 
„Kim jesteś?” - pomyślał Cabe. 
Odpowiedzi nie było. To nie Nathan, tego od początku Cabe był pewien, choćby z  
powodu uczucia obcości, jakie go owładnęło, w żaden sposób nie powiązanego z  
zaklęciem  
Lodowego. Nathan już kilkakrotnie odzywał się w jego umyśle, lecz dziadek zawsze  
promieniował... ludzkimi pierwiastkami, a ten... intruz był ich zupełnie  
pozbawiony. 
Toma, jedyny znający te tereny, wskazywał drogę. Ze spojrzeń, jakie rzucał na  
ściany,  
nietrudno było się zorientować, że najchętniej zmieniłby sporą cześć lodowej  
cytadeli w  
parującą kałużę. 
- - To niemożliwe - syknął cicho Toma. - Niemożliwe, by nie wiedział o naszej  
obecności! 
- - Być może... - odważył się odezwać Cabe, gdy dostrzegł przelotne spojrzenie  
Gwen, dające do zrozumienia, że wie dużo więcej niż smok. 
- To miejsce jest takie... martwe - szepnął Haiden. Dla elfa miejsce, gdzie  
istniały  
jedynie ciemne strony natury było po prostu straszne, tak samo obrzydliwe jak  
potwory  
wypuszczone przez Lodowego przeciwko reszcie Smoczych Królestw. 
Ten komentarz sprawił, że Cabe zatrzymał się. Słowa Tyra przez ostatnie kilka  
minut  
nie docierały do jego umysłu, lecz elf znów mu je przypomniał. Poczuł chęć  
powrotu. 
„I co by to dało?” 
Nie odpowiedział na pytanie i wiedział, że tamten nie oczekiwał odpowiedzi. Obaj  
zdawali sobie sprawę, że tak naprawdę Cabe nie myślał poważnie o powrocie. 
Wydawało się im, że przeszli niemal milę krętymi korytarzami. Toma zapewnił, że  
idą  
dobrą drogą. Głos w umyśle Cabe’a niczego nie dodał. 
Z bocznego korytarza wyłoniły się trzy postaci. Toma zastygł, inni także  
znieruchomieli. Dwaj ożywieni z martwych słudzy, wlokąc stopami po ziemi,  
ciągnęli kogoś  
za ramiona niczym szmacianą kukłę. 
Złoty. Król Królów. 
Jego umysł nadal odczuwał skutki pustki wywołanej wiele miesięcy temu desperacką  
walką z Cabe’em. Młody czarodziej spojrzał na wszechmocnego niegdyś smoczego  
władcę.  
Już lepiej byłoby umrzeć od razu... 
- Nie! 
Zanim ktokolwiek zdołał zareagować, Toma biegł już za róg z wyciągniętymi przed  
siebie rękoma, przygotowując jakieś zaklęcie. Tym razem nawet z potężną  
osłaniającą magią  
nie mogli pozostać nie zauważeni. Dwa straszydła odwróciły się ze zdumiewającą  

background image

prędkością  
i gracją, jak na tak niezgrabne i ciężkie stworzenia. Jedno uniosło nie  
dostrzeżoną wcześniej  
przez nikogo różdżkę, mającą co najmniej dwie stopy długości. 
Toma nie dał jednak żadnej szansy, by jej użyło. Smok wyciągnął przed siebie  
lewą  
rękę, a precyzyjnie wypuszczony strumień ognia otoczył potwora. Różdżka  
eksplodowała,  
rzucając Złotym i jego strażnikami jak liśćmi. Nieszczęsny przeciwnik Tomy po  
prostu zaczął  
się topić i szybko pozostało po nim jedynie sczerniałe ciało. 
„Głupiec! I on miałby nami rządzić!” 
To było wszystko, co głos miał do powiedzenia. Cabe poczuł, że połączenie  
zostało  
przerwane, a rozmówca znika, jakby dając do zrozumienia, że mała grupka do  
niczego już mu  
nie będzie przydatna. Cabe nie mógł go za to winić. 
Ale to nie był koniec. Ledwie Złoty zaskomlił, ajuż drugi strażnik skoczył do  
walki.  
Toma wskazał na niego palcem, lecz zanim zdołał cokolwiek uczynić, stwór zaczął  
pękać i  
błyskawicznie rozpadł się na kilkanaście kawałków. Smok odwrócił się i spojrzał  
Gwen  
prosto w oczy. 
- - Prawdopodobnie, książę Toma, spowodowałeś właśnie naszą śmierć. 
- - Ba! - gadzi wojownik podszedł do leżącego na ziemi rodzica. Jego zachowanie  
nagle zupełnie się zmieniło. Cabe i inni patrzyli ze zdumieniem jak Toma  
ostrożnie pomaga  
wstać ojcu z ziemi, uspokajając łagodnym głosem te szczątki smoka, które niegdyś  
rządziły  
całymi królestwami. 
Kiedy Toma spojrzał na Cabe’a, ten zrozumiał, że smok nie zapomniał, kto  
doprowadził Złotego do takiego stanu. Był to nieczysty manewr i Cabe użył go  
dopiero w  
chwili, kiedy już nic innego nie mogło go ocalić. Nie wiedział też, czy  
potrafiłby to  
powtórzyć. 
- Nie opieraj się - syknął Toma do drugiego smoka. 
Pod nimi zdała się topnieć podłoga. Zapadli się o kilka cali. Gwen wskazała  
wzrokiem  
korytarz. 
- Lód się przemieszcza! - jęknęła. 
Miedzy nogami smoczego księcia nagle pojawiła się szczelina. Toma wyciągnął  
rękę,  
chcąc roztopić zmarzlinę, zanim szczelina się powiększy. Nie udało się. 
- Znowu straciłem moc! - rzekł. 
Lód docierał już do kolan wojownika. Spróbował uwolnić nogi, ale nie udało się.  
Cabe rzucił się, by mu pomóc, ale stwierdził, że jego stopy przymarzły do  
podłoża... i... i...  
nagle... wydało mu się, czy poczuł lodowate palce chwytające go za nogi. 
Gwen i Haiden zaczęli krzyczeć. Cabe przywołał z pamięci proste zaklęcie, które  
powinno stopić lód. Nie podziałało. 
- Wiedziałem - krzyknął Toma. - To była pułapka! 
Gdyby okoliczności im sprzyjały, Cabe poprawiłby go. Zostali opuszczeni z  
konkretnego powodu. Ich sojusznik - a Cabe wiedział, że on, ona czy też ono, był  
z nimi  
jeszcze zanim dotarli do Pustkowi - po prostu ich zostawił, a wszystko z powodu  
Tomy. 
Złoty Smok został uwięziony, a Toma miał tylko jedną wolną rękę. Cabe nie mógł  
się  
już obrócić do Gwen, gdyż lód sięgał mu powyżej pasa. Zarówno jego żona jak i  

background image

elf milczeli.  
Martwi albo umierający, pomyślał. 
Tyr nie powiedział całej prawdy. Cabe nie miał umrzeć sam. Ponieważ nie  
zastanowił  
się nad tym, Gwen także miała utracić życie, ponownie zakuta w przezroczystym  
więzieniu,  
tym razem na zawsze. 
„Głupcy!” 
To była ostatnia rzecz, jaką usłyszał Cabe. Lód podniósł się i w błyskawicznym  
tempie pokrył jego głowę. Odcięty od powietrza, stracił przytomność. 
Powietrze. Cenne, wspaniałe powietrze. 
Światło. Światło palące w źrenice, wypalające przyjemną ciemność. 
Odważył się otworzyć oczy. 
Do życia wróciły koszmary z dzieciństwa. 
Cabe wisiał na ścianie w rozległej, pokrytej lodem komnacie. Jego ręce i stopy  
były  
zamrożone, jeśli oczywiście jeszcze istniały. Nic nie czuł. Z jęku dochodzącego  
z boku  
zorientował się, że jest tam też Gwen. Zaczął zastanawiać się, czy w takiej  
samej sytuacji  
znaleźli się Toma i Haiden. Nie mógł odwrócić głowy, gdyż jego szyję także  
ściskał lodowy  
pierścień. Mógł jedynie patrzeć na to, czego tak długo poszukiwał, by w  
ostatniej chwili ulec,  
na triumfującego władcę Północnych Pustkowi. 
Lodowy leżał nad dziurą w ziemi, znajdującą się pomiędzy czymś, co Toma określił  
jako resztki świątyni. Był to jeszcze bardziej przytłaczający widok, niż  
wynikało z opowieści  
Tomy. Rozmiary stwora były gigantyczne, ale ciało miał tak wychudzone, jak  
kościotrup.  
Mogło to zresztą być całkiem realne określenie. Gdy smok zauważył, że Cabe się  
ocknął się,  
zimne błękitne oczy spojrzały prosto na niego. Cabe przypomniał sobie wtedy  
kolor źrenic  
demona Czarnego Konia. Oczy tamtego miały taki sam kolor, ale tliła się w nich  
jeszcze  
przynajmniej jakaś iskierka życia, podczas gdy w tych nie było niczego poza  
straszniejszą od  
śmierci pustką. 
- Bedlam. Ostatni z rodu. Ostatni z przeklętych. Ostatni ze Smoczych Mistrzów. 
Lodowy powstał z ziemi i rozpostarł skrzydła. W powietrzu zaroiło się od szronu,  
który okrył więźniów. Gdzieś niedaleko zaklął Toma, ale niezbyt głośno. 
Po lewej stronie Lodowego Cabe usłyszał pisk. Wielki gad zwrócił uwagę w tamtą  
stronę. Poszukiwacze, pomyślał Cabe. Nadal z nim negocjowali. 
Wielki władca gwałtownie wciągnął powietrze. Temperatura w komnacie jeszcze  
bardziej opadła. Czy zamierzał spowodować tym ich śmierć? 
- Nareszcie mam was wszystkich razem - usłyszeli. - Idealnie. Znajduje się tu  
ostatni z  
Bedlamów razem z Panią z Bursztynu i nieudacznikiem, który chciał rządzić  
smokami jako  
Król Królów. Poszukiwacze i elf, jako reprezentanci ras, które już dawno  
przeminęły. I młode  
cesarza, które być może mogłyby zostać Królami, gdyby nie ludzka plaga. 
Nie wiadomo, co było gorsze - absolutna determinacja pobrzmiewająca w słowach  
smoka, czy też całkowity brak emocji, a jedynie fanatyzm. 
Raz jeszcze dało się słyszeć piśniecie. Tym razem domagające się uwagi; nawet  
Cabe  
potrafił to wyczuć. 
Lodowy odwrócił głowę właśnie w stronę Cabe’a i z fałszywą grzecznością  
oznajmił: 
- Wybacz, ale muszę coś załatwić. 

background image

Nikt inny, chyba że wisiał daleko na prawo od Cabe’a, nie mógł dostrzec, co się  
dzieje. Widzieli tylko jak olbrzymie cielsko smoka obraca się, by stanąć twarzą  
w twarz z  
Poszukiwaczami. Lodowy obdarzył ptasich gości najszerszym z możliwych uśmiechów;  
nie  
był to zbyt przyjemny widok, biorąc pod uwagę toporne rysy pyska giganta. 
- Znosiłem was tak długo, ponieważ byłem ciekaw na czym polega wasz plan. Teraz  
już to wiem. Wykorzystaliście artefakty, by otępić moje zmysły i osłabić moc.  
Wykorzystaliście młode cesarza, by mnie przekupić. Zainstalowaliście szajkę  
szpiegowską  
wewnątrz mojej siedziby i niewidzialnych magów w cytadeli. Interesujący zestaw  
sztuczek. I  
każda w innych okolicznościach okazałby się, być może, nawet skuteczna. Ale -  
Lodowy stał,  
przytłaczając wszystkich samym tylko swoim wzrostem - przeliczyliście się. Młode  
nie mają  
przyszłości. W każdym razie nie przy nawale tych szkodników, które pokrywają  
teraz  
Smocze Królestwa. Nasz czas minął. Czas Poszukiwaczy minął już dawno.. I łatwo  
to  
zauważyć po zepsuciu waszych umysłów. Wasze sztuczki wprawdzie nadal są  
użyteczne w  
potyczkach z moimi braćmi, tak samo jak z zarazą znaną jako rodzaj ludzki, ale  
cała wasza  
moc w końcu was zawiodła. 
Lodowy ponownie wciągnął powietrze, a Cabe’a poraziła wizja stwora czerpiącego  
czystą energię. Smoczy Król rósł w oczach, choć jednocześnie stawał się coraz  
bardziej  
posępny. 
- Nie zamierzam marnować więcej czasu - mruknął. 
W Lodowego Smoka uderzył piorun. Nic mu jednak nie zrobił; smok pogardliwie  
roześmiał się, szydząc z nieskutecznego ataku. Czarny, gęsty dym uniósł się  
ponad jego  
masywnymi łapami, owijając się wokół niego jak lód wokół Cabe’a i jego  
towarzyszy.  
Lodowy zdawał się patrzeć na zabójczy dym z lekką ciekawością. Kiedy uniósł się  
już na  
wysokość połowy ciała, lekko drgnął. 
Skrystalizowany dym rozprysnął się jak bańka mydlana. Kawałki opadły wokół  
olbrzyma. 
Cabe odczuł strach. Nie własny, lecz emanujący od stworzeń, których rzekoma  
przewaga właśnie została zdruzgotana. 
Lodowy szeroko się uśmiechnął, w fałszywym geście ukazując pokryte lodem kły  
długości ręki Cabe’a. 
- To była wasza ostatnia szansa. A teraz was zniszczę. 
Ściany poruszyły się, trzęsąc więźniami. Z sufitu zaczęły odpadać olbrzymie  
bryły  
lodu. Dały się słyszeć piski i skrzeczenie Poszukiwaczy. Z ogłuszającym szumem  
wznosiły  
się one coraz wyżej, po czym jeden po drugim gasły, aż do chwili, gdy zapadła  
cisza. 
Wszystko trwało mniej niż minutę. 
Masywna głowa Lodowego zwróciła się ku jednemu z ożywionych z martwych sług. 
- - Wiecie, co z nimi zrobić. Zaprowadźcie młode do mego cesarza - powiedział -  
by  
mogły się nacieszyć ostatnią chwilą razem. 
- - Zdziecinniałe ptaki - zwrócił się z kolei do Cabe’a. - Irillian został już  
połowicznie pokonany. Piekielne Równiny jutro będą już historią. Ziemie tego  
głupca,  
Srebrnego, zostały pokryte lodem, a moje dzieci atakują zarówno jego, jak i  
ludzkie miasto  

background image

Talak. W ciągu dwóch dni zdobędą Las Dagora i Penacles. Wkrótce Ostateczna Zima  
zawładnie całymi Smoczymi Królestwami. Szybko też zostaną oczyszczone z ludzkiej  
zarazy.  
Nie będzie już innego gatunku po smokach. Pozostaniemy ostatnią i najwspanialszą  
cywilizacją ze wszystkich, jakie kiedykolwiek się tu narodziły. Kiedy moje  
dzieci dotrą do  
południowych wybrzeży, moja wola zostanie wypełniona. 
Obdarzył Cabe’a uważnym spojrzeniem. 
- Ale zanim spocznę w spokoju - ciągnął - zanim dołączę do swoich klanów i  
pogrążę  
się w wiecznym śnie, sprawię jeszcze, że ostatni żyjący Bedlam stanie się  
ostatnim  
gwoździem do trumny własnej rasy. Przejmę twoją moc i wyciągnę z twojego gatunku  
całą  
energię życiową... ciepło... wszystko. Z całych Smoczych Królestw. Nie  
pozostanie nic prócz  
pustki. Na zewnątrz jak i wewnątrz - zakończył. 
XIX 
Podczas, gdy Lodowy triumfował na Pustkowiach, takie samo uniesienie ogarniało  
wilczego jeźdźca, D’Shaya. 
- Pokaż go! - rozkazał. 
Rozkaz nie został wydany żelaznemu golemowi Gryfa, lecz właśnie on go wykonał.  
Kiedy stalowy uścisk zelżał, były najemnik spojrzał na prześladowców. 
D’Shaya rozpoznał. Przystojne, brodate oblicze, trochę podobne do lisiego wyrazu  
twarzy Toosa. Kiedy patrzył na swoich więźniów, na jego twarzy rysowało się  
okrucieństwo,  
którego nie powstydziłby się żaden Smoczy Król. D’Shay miał na sobie znajomą  
hebanową  
zbroję, wilczy hełm na głowie i długi, spływający aż do ziemi płaszcz, który jak  
od razu  
domyślił się Gryf, był czymś więcej niż tylko częścią ubioru. Na chwilę  
przypomniał sobie  
obosieczny miecz, który nie wiadomo skąd wyciągnął wilczy jeździec. 
Drugi Aramita był nieco niższy od D’Shaya, ale wcale nie wyglądał przez to mniej  
groźnie. W tej chwili koncentrował się na błyszczącym elemencie, który zdawał  
się  
kontrolować golemy. 
„Potężna magia - zdał sobie sprawę władca Penacles - i to z gatunku, jakiego  
dotąd  
jeszcze nie spotkałem”. 
D’Shay uśmiechnął się, coraz bardziej upodabniając się do drapieżnika, którego  
wizerunek zdobił jego hełm. Po pierwszym spotkaniu z jeźdźcami, Gryf żywił  
obawy, że  
mogą oni posiadać takie same umiejętności jak Królowie: potrafią zmieniać  
kształty. Teraz  
jednak wiedział, że jego przypuszczenia okazały się błędne. Aramici byli ludźmi,  
co jednak  
wcale nie upodabniało ich zbytnio do zamieszkującego Smocze Królestwa rodzaju  
ludzkiego.  
Bynajmniej. 
Zdał sobie sprawę, że wie o nich więcej, niż by się spodziewał, ale z kolei oni  
wiedzieli o nim dużo więcej, niżby wolał. 
- Ostatni ze starego rodu, ostatni z plugawych. Wraz z twoją śmiercią głupcy w  
Sirvak  
Dragoth z pewnością poddadzą się i zaakceptują nieuniknioną przegraną. Królestwa  
staną się  
tylko wspomnieniem. Niszczyciel ponownie obejmie panowanie! 
Gryf nie potrafił już dłużej milczeć. 
- O czym mówicie? - spytał. 
Stojący obok niego drugi Aramita niemal nie wypuścił z ręki trzymanego  
talizmanu,  

background image

sprawiając, że żelazne golemy lekko poluzowały swój uścisk. Szybko odzyskał  
kontrolę, ale  
lwioptak od razu poczuł, że może oddychać odrobinę lżej. Udało mu się przelotnie  
zerknąć na  
Błękitnego. Smok wciąż nie odzyskał przytomności, całkowicie zaskoczony magią,  
której  
zarówno on, jak i Gryf zdecydowanie nie doceniali. 
- Nie wiesz? - na twarzy D’Shaya pojawił się niemal podziw, ale po chwili  
jeździec  
zmrużył oczy i zimno się uśmiechnął. - Nie pamiętasz?! D’Laque, on nie pamięta  
Smoczych  
Królestw, Sirvak Dragoth, i pewnie nawet nie wie, czym była straż. 
Gryf z’ trudem się opanował, nie okazując zbytnich emocji. Z każdym słowem  
jeźdźca przypominała mu się odrobinka własnej przeszłości, zupełnie jakby  
otwierały się  
przed nim kolejne drzwi. Nie rozumiał jeszcze całego obrazu, ale jeśli tylko  
będzie miał dość  
czasu, wszystko powróci. Choć prawdopodobnie właśnie czasu mu zabraknie. 
- To będzie niezła opowieść, co? - powiedział D’Shay. - Tyle lat wędrówek, tyle  
poszukiwań. Niewielu z nas pamięta tamte czasy, ale ci którzy pozostali,  
pamiętają dobrze,  
lwioptaku, zapewniam cię. Ja nic nie zapomniałem. I wszystko na nic! Budowałeś  
tu  
królestwo i nawet przez chwilę nie pomyślałeś o krainie, w której się urodziłeś!  
Cóż za ironia! 
Otworzyły się następne drzwi i nagle władcę Penacles ogarnęła taka nienawiść do  
arystokratycznego jeźdźca, że sam poczuł się tym wstrząśnięty. Słowa D’Shaya  
wyzwoliły  
wspomnienia z przeszłości, przypomniały sadystyczną brutalność, morderstwa i  
zdrady tego,  
komu ufał. 
Zanim zdał sobie sprawę, co czyni, powiedział: 
- Zapłacisz za wszystkich przyjaciół, których zdradziłeś, przeklęty D’Shay! 
Z twarzy Aramity zniknął dobry humor. 
- A jednak! - warknął. - Co nieco pamiętasz, odmieńcze! Być może wróciłyby  
wszystkie wspomnienia, nawet gdybyśmy się nigdy nie spotkali! To jeszcze jeden  
powód, byś  
zginął, ale nie za szybko. Tylko jedno w tej chwili powstrzymuje mnie przed  
zakończeniem  
tej historii - sekrety Bibliotek. Jestem pewien, że wejście znajduje się gdzieś  
tutaj, ale na razie  
nie udało nam się go odnaleźć. Gryf patrzył przed siebie bez emocji. 
- Nie chcesz mówić? Przypuszczam, że moglibyśmy wypytać Smoczego Króla, w  
końcu nie ma on nic do stracenia poza własnym życiem. Mimo pewnego drobnego  
incydentu  
i tak z pewnością zdołamy dalej prowadzić z nim interesy. Jednak bilans sił  
nieco się zmienił.  
Teraz to my pociągamy za sznurki. 
Nagle cały pokój wypełniło zimno. D’Laque omal nie wypuścił talizmanu z ręki, a  
D’Shay zbladł. Kiedy zimno dotknęło duszy Gryfa, ten skulił się. Czegoś takiego  
jeszcze nie  
doświadczył. 
Fala zimna po chwili zelżała. Nie zniknęła jednak całkowicie i Aramici musieli  
mocniej otulić się swoimi płaszczami. Szron pokrył okna i niższe partie komnaty. 
- Z radością powrócę do domu, odmieńcze. Nie tylko po to, by pokazać twoją  
głowę,  
ale także po to, by uciec od mrozu. Nie chciałbym tu mieszkać w zimie. 
Okazało się, że żaden z Aramitów nie znał prawdziwych powodów narastającego  
chłodu, a Gryf nie wątpił, że nawet gdyby im powiedział, nie uwierzyliby mu.  
Czuł, że czas  
się kończy nie tylko dla niego. Jeśli zimno docierało tak daleko na południe,  

background image

stwory  
Lodowego musiały już być blisko. Irillian prawdopodobnie został otoczony. Nie  
chciał nawet  
myśleć, co się musiało dziać na uprawnych terenach na północy. Toos mówił mu już  
zresztą o  
tysiącach uciekinierów, a ich liczba mogła się jeszcze zwielokrotnić,  
zakładając, że przeżyją  
tak długo. 
- Masz tylko jedną szansę, lwioptaku - powiedział D’Shay. - Obiecuję, że twoja  
śmierć będzie lekka i względnie bezbolesna, jeśli powiesz, gdzie znajduje się  
wejście do  
Bibliotek. Więc? 
Jeden z trzymających go golemów nagle stanął na baczność i odezwał się. D’Shay  
cofnął się, podejrzewając jakąś sztuczkę. Strażnik poinformował: 
- - Jedzenie zamówione przez wielmożnego Gryfa jest tutaj. Sługa prosi o  
pozwolenie na wejście. 
- - Co? - Minęło kilka chwil zanim Aramici zorientowali się w sytuacji. W końcu  
obaj roześmiali się z ulgą. D’Shay rzekł: - Powiedz mu, żeby zostawił jedzenie i  
odszedł.  
Wielmożny Gryf później je weźmie. 
Golem milczał, ale dało się wyczuć, że przekazuje wiadomość. 
- - Cóż, to by było na tyle. 
- - Sługa dalej domaga się wpuszczenia - przekazał żelazny strażnik. 
Jeźdźcy wymienili spojrzenia. 
- - Pułapka? - zasugerował D’Laque. D’Shay pokiwał głową i odwrócił się do  
golema. 
- - Opisz dokładnie, kto się tam znajduje. 
- - Człowiek w starszym wieku, szczupły, przeciętnego wzrostu. Twarz... 
- - Dość - D’Shay przyjrzał się uważnie Gryfowi. - Niezwykłe dzieła sztuki  
alchemicznej, ale nadal trzeba jeszcze nad nimi popracować. Twoi słudzy wykazują  
niepokojące skłonności do natręctwa. Uważaj na niego, D’Laque. Ja się zajmę  
naszym  
nadgorliwym przyjacielem. 
Drugi Aramita wyglądał na zmartwionego. ¦- Czy nie byłoby lepiej, gdyby go po  
prostu tak długo odsyłać, aż w końcu odejdzie? 
- - Być może, ale mógłby opowiedzieć innym o tej sytuacji i ostrzec ich. Lepiej  
więc  
zająć się nim i uciszyć do czasu, zanim nie opuścimy tego miejsca. 
- - Jak rozkażesz. 
D’Shay stanął przy drzwiach. Wyciągnął długi zakrzywiony sztylet, tak czarny jak  
jego zbroja. Gryf szarpnął się, na próżno. Nie odzywając się, D’Laque  
najwyraźniej rozkazał  
golemom uciszyć Gryfa, jako, że jeden z nich chwycił go mocniej za dziób. Teraz  
jedna z  
jego nóg była wolna, ale lwioptak czekał na sugestie, co powinien z nią zrobić.  
Aramita z  
artefaktem stał za daleko, a kopanie metalowych postaci mogłoby się skończyć  
złamaniem  
kości stopy. 
Patrząc na uwięzionego Gryfa, D’Shay szepnął: 
- Wpuście go. 
D’Laque spojrzał zdumiony, ale najwyraźniej nie musiał wydawać żadnego rozkazu,  
ponieważ drzwi same zaczęły się otwierać. 
D’Shay runął do przodu i uderzył o szaro-błękitne ramię. Próbował coś krzyknąć.  
Nie  
miał czasu. Arami ta został rzucony w tył z nieludzką wręcz siłą, tak samo jak  
wcześniej  
Błękitny. Również uderzył o ścianę. W przeciwieństwie jednak do gada, głośno  
jęknął. 
Dwa golemy z zewnątrz powoli weszły do środka. A za nimi przecisnęła się postać,  
prawdopodobnie służący. W sieni dały się słyszeć głosy kilkunastu uzbrojonych  

background image

wartowników biegnących w stronę otwartych drzwi. 
D’Laque otwierając usta, uniósł do góry świecący w rękach artefakt i spojrzał na  
golemy trzymające Gryfa. Jeden z nich puścił ramię i ruszył w kierunku intruzów.  
Drugi za to  
wzmocnił swój uchwyt i przygotował się do skręcenia karku władcy Penacles. Z  
podobnym  
przeciwnikiem Gryf miał takie same szansę jak kurczak z dorosłym smokiem. 
Znajomy głos wypowiedział słowo, które zrozumieli jedynie trzej spośród  
znajdujących się w komnacie. Golem zatrzymał się, ale nie zwolnił uścisku. Drugi  
z  
metalowych strażników, którego D’Laque wysłał na nowo przybyłych, także zamarł.  
Wilczy  
jeździec z otwartymi ustami przyglądał się przez chwilę, po czym sięgnął pod  
płaszcz. Było  
już jednak za późno. Jeden z pozostałych golemów biegł przez pokój prosto na  
niego.  
Aramita zdołał wyślizgnąć się z uchwytu masywnych ramion, ale uderzył o ścianę i  
wypuścił  
trzymany w ręku przedmiot. Artefakt upadł na ziemię i odtoczył się na bok. 
Sięgnął po niego D’Laque, jednak żelazna stopa naciskająca z siłą kilku setek  
funtów  
zgniotła i artefakt, i rękę jeźdźca. Opatulona w czerń postać głośno zawyła,  
patrząc na  
czerwone szczątki tego, co kiedyś było jej ręką i padła na podłogę, zwijając się  
z bólu. 
- Wybacz panie, że podjąłem takie ryzyko - powiedział sługa i, szeroko się  
uśmiechając, stanął przed Gryfem. Rozkazał golemom powrócić do normalnych zadań.  
Jakby  
przerażony tym, co niemal uczynił, żelazny strażnik wypuścił więźnia z rąk i  
odsunął się o  
kilkanaście kroków. Gryf zaczął pocierać obolałe w wielu miejscach ciało, po  
czym poklepał  
po ramionach człowieka, który go ocalił. 
- Niech mnie diabli! - zakrzyknął. - To byłeś ty, Toos! A ja zaczynałem się już  
zastanawiać, jak wiele osób tak naprawdę ma dostęp do moich komnat i władzę nad  
moimi  
sługami! 
Generał ponownie się uśmiechnął; wyglądał teraz jakby młodszy o dwadzieścia lat.  
Takie właśnie akcje sprawiły, że od samego początku stał się niezwykle  
wartościowym  
towarzyszem Gryfa. 
- - To twoje środki bezpieczeństwa pozwoliły nam odnieść zwycięstwo - odezwał  
się  
generał. 
- - To prawda - powiedział Gryf - ale nie ma zbyt wielu ludzi, którym zaufałbym  
na  
tyle, by zdradzić im to jedno jedyne słowo zdolne odwołać wszystkie wcześniej  
wydane  
rozkazy naszych metalowych przyjaciół. Tak naprawdę jest tylko jedna taka osoba. 
Dawno temu, kiedy został stworzony pierwszy z żelaznych golemów, Gryf zaczął się  
zastanawiać nad niebezpieczeństwem wystąpienia przeciwko niemu własnych tworów.  
Wymyślił więc swoisty zawór bezpieczeństwa. Wyłowił słowo - imię, jak sądził -¦  
z jakiegoś  
języka, który znajdował się ukryty gdzieś głęboko w jego umyśle, z języka, który  
- wiedział o  
tym - był w równym stopniu częścią jego przeszłości, jak D’Shay. Jak długo nikt  
nie zagłębił  
się w strukturę tworzącą golemy, system bezpieczeństwa pozostawał tajemnicą, a  
rozszyfrowanie struktury wymagało wielkich umiejętności i czasu, a tego  
jeźdźcowi  
zdecydowanie brakowało. Zaklęcia w zaklęciach, pułapki w pułapkach, piętrowe  

background image

niespodzianki. Tego nauczyły Gryfa lata bycia najemnikiem. 
Strażnicy nadal pomagali oszołomionemu smokowi podnieść się na nogi. Lekarz  
badał  
D’Laque’a, który przestał się ruszać. Inni zaś zakuwali ręce D’Shaya.  
Prześladowca Gryfa  
wciąż jeszcze nie otrząsnął się po ciosie golema i uderzeniu o ścianę. Lwioptak  
ponownie  
spojrzał na Toosa. Miał wielką ochotę uśmiechnąć się do niego, lecz dziób mu to  
uniemożliwiał. Zmienił wygląd, stając się na chwilę przystojnym mężczyzną o  
jastrzębich  
rysach twarzy. Teraz us’miechał się już szeroko. 
- A więc, cudotwórco, wyjaśnij mi teraz skąd się tak nagle tu wziąłeś i zdołałeś  
nas  
uratować w ostatniej chwili?! - poprosił. - Nie potrafiłbym sobie wyobrazić  
sprawniej  
przeprowadzonej akcji. 
Toos skromnie wzruszył ramionami. 
- - Zasługa, panie - powiedział - leży tylko po twojej stronie. Akurat nie  
pełniłem  
służby. Moje obowiązki powinien przejąć kapitan Freynard. Kiedy powiedziałeś, że  
spotkałeś  
jego i adiutanta w holu, błyskawicznie się zorientowałem, że nie powinien się  
tam znajdować,  
zwłaszcza podczas poszukiwań D’Shaya. Mogłem się spodziewać najgorszego i  
uznałem, że  
możesz mieć kłopoty. 
- - Twój niezawodny talent przy analizowaniu trudnych sytuacji ponownie nam się  
objawił - oznajmił Gryf. - Czy jesteś pewien, że nie masz czarodziejskich  
umiejętności? -  
Lwioptak zachichotał, a jego twarz powoli zaczęła przybierać pierwotny kształt. 
Były najemnik dawno już przyzwyczajony do tych zmian, obdarzył go tylko  
niewinnym spojrzeniem. 
- - Jeśli mam taką moc, panie - odrzekł - jest to dla mnie takim samym  
zaskoczeniem  
jak dla innych. Przyznam jednak, że się przydaje. 
- - Aby się upewnić, odwołałeś wszystkie rozkazy golemów i... 
- - Gryf przerwał na widok nadwornego lekarza, opatrującego wcześniej D’Laque’a,  
który podszedł w tej chwili do nich i czekał. 
- - Tak? - spytał władca. 
- - Wasza wysokość, proszę o wybaczenie, ale nie mogłem nic zrobić dla rannego.  
Nie żyje. 
- - Nie żyje? 
Lekarz brał udział w niejednej bitwie i jego opinia była niepodważalna. Pokiwał  
ponuro głową. 
- - Rękę opatrzyłem niemal od razu i nie była ona, przynajmniej bezpośrednio,  
przyczynąśmierci.WyglądałJakby doznał potężnego szoku. Jakby mu ktoś wyssał  
życiowe  
siły. I nie miało to nic wspólnego z odniesioną raną. 
- - To przez ten przedmiot w jego ręku. 
- - Panie? 
- - Nic, nic. Mógł nam wiele powiedzieć. Teraz będzie musiał wystarczyć D’Shay.  
-  
D’Laque zmarł, pomyślał Gryf, ponieważ jego artefakt - dlaczego przyszła mu do  
głowy  
nazwa Ząb Niszczyciela - został zniszczony. Podobne przedmioty tworzyły silną  
więź z  
dozorcami wilczych jeźdźców. 
W jego umyśle otworzyły się kolejne drzwi. 
Ktoś go powiadomił, że Błękitny powoli dochodzi do siebie. Gryf przeprosił Toosa  
i  
lekarza, po czym dołączył do swojego sojusznika, który pozbierał się już na  

background image

tyle, by zabić  
każdego w zasięgu wzroku. Spojrzał na władcę Penacles. 
- Czy te dranie mają jakieś flaki, bym mógł je z nich wyrwać? - wyburczał  
Błękitny. -  
Jeśli nie, chcę dostać w swoje ręce D’Shaya i obedrzeć go ze skóry! 
Tak, Smoczy Król zdecydowanie czuł się już dobrze. Gryf potrząsnął głową. 
- Tamten nie żyje - powiedział. - Ale D’Shay jest moim więźniem. To mój pałac  
zaatakował i na moje życie nastawał. 
Smok próbował podnieść się na nogi. 
- - Jak ci się udało - spytał - przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę? Ja  
zostałem powalony na ziemię przez jednego z twoich ponoć lojalnych metalowych  
ludzi. 
- - Generał Toos zdołał po raz kolejny udowodnić swój zawodowy kunszt. - Gryf  
nie  
zamierzał zdradzać przed smokiem sekretu związanego ze słowem, które mogło  
odwołać  
wszystkie poprzednie rozkazy golemów. Powiedział jednak, że jego zastępca zdołał  
przejąć  
kontrolę nad dwoma golemami na zewnątrz, zanim zareagowały na rozkazy. A  
ponieważ  
golemy sprzężone ze sobą mogły kontaktować się tylko wtedy, kiedy przekazywały  
informacje, powiadomił je, co mają czynić. Te niezbyt inteligentne znajdujące  
się wewnątrz  
sali niczego nie podejrzewały. Toos wiedział, że Aramici mogą się zacząć czegoś  
domyślać,  
ale nie mogą się zorientować, że ktoś już przejął kontrolę nad strażnikami.  
Wilczych  
jeźdźców zgubiła własna arogancja i zadufanie. 
- - W tym planie było za wiele ryzyka... 
Twarz Gryfa przyjęła ptasi wyraz, lecz nadal zdawała się być uśmiechnięta. 
- - Nie tam, gdzie w grę wchodzą umiejętności generała Toosa. Stwierdziłem, że  
jest  
on jedyną osobą, której mogę całkowicie zaufać. 
- - Czy próbujesz mi w ten sposób coś powiedzieć? - spytał smok. 
- - Nasz sojusz, jeśli o to ci chodzi, nadal istnieje - odparł lwioptak. 
Błękitny potrząsnął zdobną w hełm głową. Jego wzrok padł na D’Shaya, który w tym  
czasie zdołał już całkiem oprzytomnieć. Próbował właśnie bez większego  
powodzenia  
rozerwać więzy. W pobliżu stało czterech strażników, z których dwóch trzymało  
więźnia.  
Toos zaczynał go już wypytywać. Obserwując jednak wyraz jego twarzy, nie dawało  
to  
większych rezultatów. 
Gryf podszedł do więźnia z drepczącym mu po piętach Błękitnym. Wzrok D’Shaya  
przeniósł z Toosa na lwioptaka. Dało się w nim odczytać gniew, frustrację i inne  
niepokojące  
emocje, których Gryf nie potrafił nazwać. Nadal nie był pewien, czy jeździec  
jest całkowicie  
nieszkodliwy. 
- Mam nadzieję, że dokładnie go przeszukałeś, Toos - powiedział. - Ostatnim  
razem  
znikąd wyciągnął obosieczny miecz. 
Trudno ocenić, czy D’Shay posiada czarodziejskie umiejętności. To była jedyna  
sytuacja, w której wilczy jeździec uczynił coś, co wyglądało na namiastkę magii,  
ale Gryf  
sądził, że jego wiedza na temat Aramitów w najlepszym przypadku mogła okazać się  
skromna. Dwa spotkania twarzą w twarz. Ogromnie teraz żałował, że nie pamięta,  
jaką rolę  
odegrał w jego przeszłości D’Shay, ale pamiętał go jako człowieka, który  
zdradził swoich  
przyjaciół. 

background image

- Odmieńcze - arystokratyczny najemnik zimno się uśmiechnął - zawsze udawało ci  
się jakimś cudem przetrwać. 
Toos się zjeżył. 
- - Zamierzałem się dowiedzieć, co się stało z kapitanem Freynardem i tym drugim  
-  
powiedział. 
- - Nie opuścili gospody, prawda D’Shay? - spytał lwioptak. - Przynajmniej nie w  
normalny sposób. 
D’Shay nie odezwał się, ale jego wzrok skakał od Gryfa do Toosa. Generał  
poczerwieniał. Freynard - zdawał sobie z tego sprawę władca Penacles - był dla  
niego niemal  
synem. Obydwaj zdawali sobie z tego sprawę. Jeśli ktokolwiek miałby zastąpić  
kiedykolwiek  
generała, byłby to właśnie kapitan. Teraz stało się to już niemożliwe. 
Oczy żołnierza ściemniały, a wzrok, jakim obdarzył więźnia, doprowadziłyby  
niejednego do takiego przerażenia, że wyznania płynęłyby z niego niczym  
strumień. D’Shay  
przyjął to jak ktoś, kogo właśnie poinformowano, że chyba będzie padać. Toos  
powoli  
wyciągał nóż zza pasa. 
- Teraz, wasza wysokość, ja biorę za niego odpowiedzialność - powiedział. - Moi  
ludzie zaprowadzą go do celi, gdzie można go będzie dokładnie wypytać. Aha, każę  
też  
usunąć to drugie ścierwo, skoro już o tym mowa. - Wskazał na nieruchomą postać w  
hebanowej zbroi. 
To zwróciło uwagę D’Shaya. 
- D’Laque nie żyje? - spytał. 
Równie dobrze mógł pytać o godzinę, ale Gryf przechwycił odrobinę emocji,  
których  
Aramita nie zdołał zamaskować. Nie była to trwoga - D’Shay nigdy niczego się nie  
bał,  
przypomniał sobie nagle Gryf - ale gorzka wściekłość. Zupełnie jakby D’Laque  
stanowił  
ważny element gry, jaką rozgrywał wilczy jeździec. 
Toos zrozumiał to jednak inaczej. 
- Twój przyjaciel jest martwy - powiedział - a jego zabaweczka roztrzaskana na  
tysiąc  
odłamków. Niech to będzie dla ciebie ostrzeżeniem. 
Arystokratyczny jeździec potrząsnął głową. 
- Biedny D’Laque! - odezwał się. - Ostrzegał mnie przed tą akcją, ale zdołałem  
go  
przekonać, że wszystko się uda. Dozorcy nie powinni znajdować się tak blisko  
akcji, mimo że  
to lubią. Starszy dozorca D’Rak sam łamie własne zasady. Ach, D’Laque. Zaufał  
mi, a mam,  
jak wiecie, dobrą reputację. - D’Shay zimno się uśmiechnął, a chłód tego  
uśmiechu wydawał  
się tak porażający jak efekt zaklęcia Lodowego. - To kolejna rzecz, za którą  
zapłacisz,  
odmieńcze. Możesz na to liczyć. 
Toos upewnił się, że każdy ze strażników mocno trzyma wilczego jeźdźca. 
- Na pewno nie za twoją przyczyną, przyjacielu - oznajmił generał. - Zamkniemy  
cię  
tam, gdzie nie będą chciały odwiedzać cię nawet szczury. Wtedy może wyciągniemy  
coś od  
ciebie. 
D’Shay nie przestał się uśmiechać. Gryf miał ochotę usunąć ten uśmiech z jego  
twarzy  
pięścią, ale wiedział, że Aramita tylko odczułby z tego powodu satysfakcję. 
- - Mamy wiele do omówienia, D’Shay - oznajmił. - Pamiętam coraz więcej, a  
dzięki  

background image

twojej pomocy zdołam sobie przypomnieć wszystko. Wtedy może pójdę na spotkanie z  
twoimi przełożonymi. 
- - Rozumiem - odrzekł jeździec. 
Więzień omiótł komnatę długim spojrzeniem, przyglądając się dokładnie  
wszystkiemu, zwłaszcza obiciu ścian. Gryf poczuł w sobie napięcie, spodziewając  
się próby  
ucieczki, ale poirytowany D’Shay jedynie się uśmiechnął. 
- Była to lekcja, którą powinienem zapamiętać - odezwał się. - Nie doceniłem  
cię,  
odmieńcze, ale czegoś się także nauczyłem. Być może... 
Nadal uśmiechnięty D’Shay nagle zaczął się rzucać w konwulsjach. Zakaszlał, a  
trochę krwi skapnęło mu z ust. 
- Nie! - ktoś’ krzyknął, a władca Penacles zdał sobie sprawę, że krzyk wyszedł  
właśnie z jego ust. Dziwne, bowiem więzień nie został przez nikogo zraniony!  
Gryf zrozumiał  
nagle, co próbował uczynić D’Shay. Pojął, że jego prześladowca zamierza uciec  
tam, gdzie  
nie można go będzie już nigdy złapać. 
Gryf chwycił trzęsącą się postać, zanim Toos zdołał zawołać lekarza. Wilczy  
jeździec  
mocno zaciskał zęby, jakby się śmiał z próżnych wysiłków swego przeciwnika, a  
jego  
wykrzywione w złości wargi nadawały mu naprawdę dziki wygląd. Jego oczy patrzyły  
gdzieś  
w dal. 
Z przerażeniem graniczącym z fascynacją Gryf zdawał sobie sprawę, że traci  
jedyne  
źródło informacji dotyczące własnej przeszłości. D’Shay ostatecznie triumfował. 
- A niech cię, kundlu! - wściekle zakrzyknął lwioptak. - Nie możesz mi tego  
zrobić!  
Nie teraz! 
Kiedy dołączył do nich lekarz na wszystko już było za późno. Wilczy jeździec po  
raz  
ostatni szarpnął się i z westchnieniem ulgi niczym kukła upadł na podłogę. A  
kiedy badał go  
lekarz, wciąż nieufny Gryf kazał strażnikom trzymać go za ramiona i nogi. 
Po szczegółowych oględzinach lekarz wstał. 
- Nie mam wątpliwości, że ten człowiek nie żyje - oznajmił. - Sądzę, że w  
tajemniczy  
sposób przebił coś w swoim organizmie. Dowiem się, kiedy będę miał trochę czasu,  
by go  
pociąć. 
Patrząc na ciało, z którego nadal emanowała arogancja, Toos potrząsnął głową. 
- Za pozwoleniem, wasza wysokość - powiedział - wolałbym spalić to ścierwo.  
Myślę,  
że moglibyśmy wtedy spać spokojniej. 
Władca Penacles zgodził się. Nie był nekromantą. Nie potrafił wskrzeszać  
umarłych,  
ale podejrzewał, że nawet wtedy D’Shay znalazłby sposób, by go oszukać. Poza  
tym, jak  
powiedział Toos, dopiero gdyby był pewny, że D’Shay naprawdę zginął, odzyskałby  
spokój  
ducha. 
- Zrób to, Toos - rzekł - i tak rozsyp popioły, by nie zaszkodziły zwierzętom. 
Strażnicy wynosili właśnie drugie ciało. Gryf złapał zadowolone spojrzenie  
Smoczego  
Króla. 
- Nie jest to dokładnie to, na co liczyłem - odezwał się - ale wystarczy, by  
uznać  
zakończenie sceny za sukces. Aramita miał też swoje małe zwycięstwo, ale ja w  
jego sytuacji  

background image

wolałbym pozostać żywym i walczyć. 
Błękitny mógł być zadowolony, ale on sam wiedział, że te wydarzenia na zawsze  
pozostawią w nim uczucie niesmaku. 
- - Możemy świętować zwycięstwo - powiedział - ale chyba nie zapomniałeś, że  
nadal czeka nas wojna? 
- - Bynajmniej - odrzekł smok - ale zawsze przyjemniej popatrzeć na pokonanych,  
leżących bez tchnienia wrogów, niż na żywych. 
- - Ciesz się więc. - Gryf podniósł Jajo Yalaka, które przez cały ten czas  
wygodnie  
spoczywało na półce. Rzucił okiem na kryształ, zmuszając się do zapomnienia o  
D’Shayu i  
dodał: - Miejmy nadzieję, że będzie nas to podtrzymywać na duchu, jeśli nam się  
nie uda.  
Wtedy nie będziemy mieli niczego innego, z czego moglibyśmy się cieszyć, poza  
rozmyślaniami, ile minie czasu, zanim dotrą do nas potwory Lodowego. 
XXI 
Poszukiwacze zgromadzeni w wysoko położonych jaskiniach Piekielnych Równin  
dowiedzieli się o porażce swoich emisariuszy. Reprezentanci zarówno tych jak i  
wszelkich  
innych gniazd rozproszonych po całym kontynencie zaczęli się kłócić w cytadeli  
Azrana. Z  
ich dziobów nie wydobywał się żaden dźwięk poza przypadkowymi skrzeknięciami.  
Rozmawiali telepatycznie, czyli jedynym sposobem, z pomocą którego potrafili  
wyrażać  
prawdziwe uczucia. 
Kiedy tak siedzieli, nie zdołali wyczuć potężniejszego niebezpieczeństwa. A gdy  
dał  
się odczuć pierwszy wstrząs i cała budowa drgnęła, wielu z nich zesztywniało,  
nie mając  
pojęcia, co się dzieje. Dopiero kiedy pierwsze ciężkie elementy konstrukcji  
budynku zaczęły  
na nich spadać, zareagowali. W popłochu poczęli się wznosić w powietrze tak  
szybko jak  
tylko potrafili, lecz dla niektórych było już za późno. Pierwszy z potężnych  
potworów  
wynurzył się na podwórzu, łapiąc wiele przerażonych ptaków, zanim zdołały  
wydostać się z  
zasięgu jego wielkich łap. 
Poszukiwacze rozegrali swoje karty, ale okazało się to niewystarczające. Teraz  
Lodowy pokazywał, co tak naprawdę sądzi o ich niegdyś potężnej mocy. Wszyscy  
inni jego  
wrogowie byli niczym. Oznaczało to opóźnienie procesu Ostatecznej Zimy, gdyż  
musiał  
skierować swoje potwory do ataku na ptaki, ale władcy Północnych Pustkowi nie  
przeszkadzało to zbytnio. To nie mogło potrwać długo. Nic nie mogło powstrzymać  
koszmarnej fali. 
Niektóre z jego dzieci, stworzenia będące przedłużeniem jego własnego organizmu  
musiały umrzeć. Poszukiwacze, będąc tym, czym byli, nie poddawali się bez walki.  
Jednakże  
bestie były wielokrotnie silniejsze i każda z nich mogła stawić czoło kilku  
ptakom. 
Nawet aroganccy Poszukiwacze nie mieli wątpliwości, co do wyniku walki. 
W jaskiniach ku zaskoczeniu więźniów Lodowy się roześmiał. Z każdą mijającą  
minutą stawał się coraz większy i bardziej wychudzony. Przemieniał się w  
szkielet okryty  
jedynie cienką warstwą skóry. Zaklęcie Ostatecznej Zimy zmierzało ku punktowi,  
po  
przekroczeniu którego nie da się już jej zatrzymać. 
Dostrzegając nieobecnym wzrokiem zdumiony wyraz twarzy Cabe’a, olbrzym ukazał  
w uśmiechu zęby, tak jak potrafią to czynić tylko smoki. Młody wiedźmin spojrzał  
mu  

background image

odważnie w oczy. Nie wiedział jak długo już tu wisieli. Lodowy zdawał się  
oczekiwać na  
właściwą chwilę, by pozbyć się swoich „gości”. Najwyraźniej wolał, by jego moc  
była jak  
najpotężniejsza, kiedy - być może - będzie musiał ją wykorzystać. 
- Ptaki opanował chaos - odezwał się. - Ostatnia przeszkoda została pokonana.  
Przeznaczenie się spełnia. 
Ukazując w taki sposób emocje, smok ujawnił nową stronę swojej natury. Wszyscy  
byli wstrząśnięci. Fakt, że w tak ostentacyjny sposób wyrażał zadowolenie  
dowodził tylko,  
jak blisko znajdował się całkowitego zwycięstwa. 
- Bracie Lodowy. 
Głos odbił się w jaskiniach echem. Pobrzmiewały w nim dziwne nuty, jakby jego  
źródłem był otaczający ich lód. 
- Bracie Lodowy. 
Głowa Smoczego Króla uniosła się do góry, a błękitne oczy zimno zaświeciły. 
- - Dlaczego zjawiasz się nieproszony w moich komnatach, bracie? - rzekł. 
- - Czy część twego królestwa nie należy do mnie? Czy twoje komnaty nie lśnią  
słabszym odbiciem mojej potęgi? - pytał głos. 
- - Czego chcesz? - w głosie Lodowego dało się odczuć groźbę, wskazując, że  
pozostały w nim jakieś resztki emocji. 
- - Musisz to zatrzymać. 
- Zaoferowałem ci niegdyś współpracę, ale odmówiłeś. Toma chciał coś powiedzieć,  
jednak Gwen go powstrzymała. 
- - Rytualne samobójstwo do niczego nie prowadzi - powiedział przybyły. 
- - To prowadzi. - Lodowy coraz bardziej zapalał się do obrony swojej sprawy. -  
Nie  
będzie żadnego następcy naszego gatunku! Jesteśmy szczytem ewolucji, pomnikiem  
potęgi!  
Pozwolić ludzkim szkodnikom rządzić, oznaczałoby pozostawienie skazy na czystym  
wizerunku! Lepiej by było, gdyby po nas nie zostało już nic! 
- - Nie mogę się z tym zgodzić. 
- - I cóż uczynisz? - Okryty szronem smok rozejrzał się, jakby próbując odnaleźć  
intruza. 
- Ja nic nie będę musiał robić. Zgubią cię twoje czyny. Wszyscy czekali na  
dalszy  
ciąg, ale ściany milczały. W końcu Toma szepnął: 
- - Zginęliśmy. Nawet Kryształowy nie chce stanąć przeciwko niemu. 
- - To nie brzmiało jak kapitulacja - skomentowała Gwen, ale ton jej głosu  
wskazywał, że i ona już się poddała. 
Cabe chciał coś powiedzieć, ale poczuł w umyśle obecność kogoś obcego. Czuł  
także  
słabo pulsującą obecność tej jego części, która niegdyś należała do Nathana,  
jakby nadal  
próbowała go chronić przed strasznym losem, który najwyraźniej pomimo ochrony i  
tak miał  
mu przypaść w udziale. 
„Bedlam. Wierzę, że ty nie będziesz takim głupcem”. 
Nie wiedział, co sądzić o tym stwierdzeniu, nie miał też pojęcia dlaczego tamten  
powrócił. 
,$rat Lodowy czerpie moc skądinąd: pochodzi ona z dwóch źródeł. Jedno zostało  
już  
zniszczone. Drugim jesteś ty”. 
„Wiem” - odpowiedział w myślach Cabe. Zaczął się zastanawiać, czy to nie  
przypadkiem Kryształowy. I czy wcześniejsza rozmowa nie była tylko grą. Nagle  
gość w jego  
umyśle zirytował się, jakby nie była to odpowiednia chwila dla roztrząsania tak  
nieistotnych  
spraw. Nie mógł odmówić rozsądku takiemu tokowi myślenia. 
,.Nie jestem już dość silny, aby pomóc ci bezpośrednio, ale jeśli się zgodzisz,  
pożyczę  

background image

od ciebie sekrety, które wykradł Lodowy. Brakuje mi możliwości, by wziąć je  
siłą, tak jak on.  
Potrzebuję twojej zgody. Istnieją jeszcze tacy, którzy chcą ci pomóc, ale kończy  
im się czas”. 
W głosie czuło się niecierpliwość, której wcześniej Cabe nie zauważył, więc  
zaczął  
podejrzewać, że jego tajemniczy sojusznik miał już nóż na gardle i przytłaczała  
go siła tak  
gigantyczna jak głód. 
- Zrób to - wymruczał Cabe. 
Gryf i Błękitny zanurzeni w stosie ksiąg w Penacles nagle zesztywnieli, widząc  
jak  
Jajo Yalaka zaczęło zachodzić mgłą i drżeć. 
- - Czy to... normalne? - Błękitny, który tego dnia ucierpiał na skutek wielu  
ataków,  
patrzył teraz na wszystko, co okazywało się niezwykłe, jako na potencjalne  
zagrożenie. Gryf  
nie mógł go za to winić, sam bowiem odczuwał to samo. 
- - Nie, na pewno nie. - Władca Penacles ostrożnie uniósł kryształ. Kiedy nie  
wydarzyło się jednak nic nowego, zaczął go dokładnie oglądać. 
Chmura wewnątrz artefaktu przybrała postać chaotycznego kłębowiska. Do jej  
wnętrza zdawały się przypływać różne rzeczy. Więcej i więcej, ale jakby i to nie  
wystarczało,  
kłębowisko zaczęło się uginać i zwijać. Gryf zdał sobie sprawę, że obłok pożerał  
sam siebie.  
Patrzył tak długo, aż w krysztale pozostała pustka. 
„Głód staje się coraz silniejszy, aż w końcu pożre sam siebie. Życie go karmi,  
ale i  
życie go zabija. Źródło jest początkiem, ale jest także i końcem”. 
- - Co to było? - mruknął Gryf. 
- - Nic nie widziałem - odparł zdziwiony Smoczy Król - i nic nie słyszałem.  
Jedyne,  
co zauważyłem, to kłębiącą się w krysztale mgłę. 
- - Czy to ci coś przypomina? - Lwioptak szybko powtórzył usłyszane zdania i  
opisał  
zaprezentowaną mu przez kryształ scenę. 
- - Brzmi jak tekst jednej z tych przeklętych ksiąg - skomentował Błękitny. 
- - Brzmi jakby... To prawdopodobnie jest to! - Gryf zakręcił się wokół własnej  
osi. 
- - Tak, panie? - Gnom z potężną księgą w rękach stał już przed nim. 
Gryf zmierzył tomisko krytycznym wzrokiem i spytał: 
- - Czy to jest księga, o którą właśnie zamierzałem poprosić? 
- - Przypadkiem usłyszałem jak rozmawialiście, więc... - skierował twarz w  
stronę  
Błękitnego. 
- - I chciałeś oszczędzić mi czasu. 
- - Tak, panie. 
- - Wiedziałeś dokładnie, czego szukać. 
- - Te zdania znajdują się w księdze. Podobne można odnaleźć w innych dziełach. 
Gryf uważniej przyjrzał się bibliotekarzowi. 
- - Będziemy musieli porozmawiać - rzekł. - Jeśli, rzecz jasna, uda się nam to  
wszystko przeżyć. 
- - Skoro uważasz, że da to lepszy rezultat niż ostatnich dziewięć rozmów,  
obecny  
władco Penacies, powiem wszystko, co będę mógł. 
Lwioptak skrzywił się. Rozmawiał już wcześniej z gnomem i nie udało mu się nic  
dowiedzieć. Pozostawała jednak jeszcze jakaś nadzieja. 
- - Do czego służą te Biblioteki? - wymamrotał smok, słysząc wymianę słów z  
bibliotekarzem. Gryf nie miał czasu, by odpowiedzieć. Wziął z rąk gnoma księgę i  
przekopywał się przez nieskończoną liczbę pustych kartek. 
- - Tu nic nie ma, poza... - wstrzymał oddech. Zdania, które usłyszał,  

background image

znajdowały się  
na samej górze prawej strony. Pod nimi zaś... 
Ignorując protesty starego bibliotekarza, wydarł jedną z pustych kartek i użył  
jej jako  
zakładki. Zatrzaskując księgę, błyskawicznie wstał. Jego wzrok skierował się na  
Jajo Yalaka. 
Błękitny stał już na nogach. 
- Co się stało? Co tam jest napisane? - zawołał. 
Gryf, trzymając kryształ w rękach, wymruczał: 
- Napisane jest, że być może jest już za późno. Mogę mieć tylko nadzieję... 
- Na co on czeka? - szepnęła Gwen. - Dlaczego nic nie robi? Cabe przechylił  
głowę,  
aby ją zobaczyć. Wyglądała pięknie jak zawsze, mimo ciężkiej podróży przez  
Pustkowia i  
uwięzieniu przez Lodowego. Nie pasowało to do sytuacji, ale się uśmiechnął.  
Potem  
przypomniał sobie jej pytanie, ale odpowiedź nadeszła sama. Był zaskoczony, że  
wcześniej  
tego nie zauważył. 
- Czeka, aż Bliźnięta się zespolą. 
Zrozumiała. Kiedy dwa księżyce, Hestia i Styx, znajdowały się blisko siebie,  
wytwarzały potężne pole magiczne, dzięki któremu można było dużo łatwiej czerpać  
moc  
potrzebną do rzucania zaklęć. 
- - Wspominałeś, że Brązowy Smok robił to samo. Wzmacnia czułość na magię. 
- - To daje energię, jakiej potrzebuje. Lodowy nadal jest zagrożony przez własne  
zaklęcie. Byłby głupcem, gdyby nie zdawał sobie z tego sprawy. 
Gwen zamknęła oczy. Cabe, wiedząc, że żona nie może używać magicznej mocy,  
patrzył na nią zdumiony. Widział, że się koncentrowała, ale nie miał pojęcia, co  
zamierzała  
uczynić bez magii. 
Minęło trochę czasu. Lodowy ich ignorował, najwyraźniej przygotowując się do  
nadejścia wielkiej chwili. Jego przerażające, ożywione z martwych sługi zdawały  
się być  
nieświadome zabiegów czarodziejki. A jeśli nawet coś rozumiały, to wiedziały, że  
nie może  
ona korzystać z magii. 
Wreszcie wyczerpana westchnęła i otworzyła oczy. Na jej twarzy rysował się wyraz  
obrzydzenia. Obrzydzenia do siebie samej z powodu własnej porażki. 
- - Przykro mi, Cabe - odezwała się. - Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie  
to  
będzie trudne. 
- - Trudne? 
- - Próbowałam odnaleźć jakieś życie, jakieś stworzenie, które mogłoby nam  
pomóc. 
- Bez magii? 
Przerwała mu skinieniem głowy. Upewniając się, że Lodowy nadal jest zajęty  
własnymi sprawami, rzekła: 
- - Mam szczególny kontakt z naturą, który wykracza poza zwykłą magię. Dlatego,  
gdy byłam młodsza, Zielony pozwolił mi wejść do Lasu Dagora. Myślałam, że tu to  
też  
będzie działać, ale... ale tu nic nie ma, Cabe! Nic! Wszystko zostało zabite,  
albo uciekło! 
- - Zbliża się czas... - zagrzmiał nagle głos Lodowego odbity od ścian komnaty.  
Olbrzym kierował się w ich stronę. - Czas chwały. Czas Ostatecznej Zimy. 
- - Czy on nie mógłby przestać? - wymamrotał Haiden. 
- - Nikt nie zdoła mnie powstrzymać - mówił Lodowy. - Bliźnięta znajdują się już  
niemal na właściwej pozycji. Kiedy się maksymalnie zbliżą, nadejdzie wasz  
koniec. - Lodowy  
błękit jego oczu zmienił się w ową biel, którą widzieli wcześniej. Cabe zdał  
sobie sprawę, że  

background image

wkrótce pozostaną już takie na zawsze. Kolejny rezultat zaklęcia. 
Gdy Smoczy Król spoglądał na swoich więźniów, wokół niego tańczyły malutkie  
burze śnieżne. Jego wzrok prześlizgiwał się z jednego więźnia na drugiego, aż  
dotarł do  
Gwen. 
- - Myślę... tak, myślę, że ty będziesz pierwsza - ogłosił. Cabe bezsilnie  
szarpnął  
krępujące go więzy. 
- - Nie! - krzyknął. 
- Wydaje mi się, że rozumiem waszą rasssę. Niech ossstatni z Bedłamów patrzy jak  
jego żona pierwsza oddaje ssswoje życie. To będzie... tak, to będzie  
dosssskonałe - wysyczał. 
Jeden ze strażników wyprostował się. 
- - Hestia znajduje się już w odpowiedniej pozycji - rzekł. 
- - Doskonale. Weźcie kobietę Bedlama. 
Dwa stworzenia rzuciły się do przodu. Cabe w myślach zaczął krzyczeć, szukając  
swego sojusznika. 
„Słyszę cię. Nie mogę wiele obiecać. Potwory Lodowego znalazły się już w mojej  
krainie. Przygotuj się. Jeśli jego kontrola osłabnie, twoja moc może powrócić.  
Osłaniaj się,  
jeżeli chcesz ją zachować. Nie mogę ci zagwarantować nic więcej”. 
Głos zniknął. Cabe wstrzymał oddech i patrzył na żonę z niecierpliwością.  
Stworzenia  
były powolne, ale Gwen w najlepszym wypadku zostało najwyżej kilka minut życia. 
Jeden ze sług sięgnął do lodowych kajdan trzymających lewą rękę Gwen. Martwe  
stworzenie znajdujące się wewnątrz sługi zdawało się na nią patrzeć.  
Czarodziejka ze swojej  
strony starała się jak mogła, by nie wyglądać na przerażoną. 
Dał się słyszeć dźwięk przypominający grzmot, a sługa został zamieniony w drobne  
kawałeczki lodu, które rozprysły się, cudem omijając więźniów, za to w  
większości trafiając  
wprost w pysk Lodowego, który warknął, bardziej z irytacji, niż z bólu. 
„Nie wtrącaj się!” - usłyszał Cabe. 
Odezwał się kolejny huk i tym razem Cabe wiedział, że to naprawdę grzmot. Grzmot  
z  
błyskawicą. Piorun trafił w podłogę, wypalając dziurę i tworząc szczelinę mającą  
dobre  
dziesięć jardów. Jeden z ożywionych sług potknął się i wpadł do niej. Nikt nie  
usłyszał  
odgłosu uderzenia o dno. 
Młody wiedźmin zdał sobie sprawę, że się mylił. Jego sojusznikiem nie był  
Kryształowy, lecz zupełnie inny z Królów, Burzowy, władca bagiennych terenów  
wokół  
Wenslis. Burzowy był w równym stopniu władcą żywiołów, co ośnieżony olbrzym  
stojący  
przed nimi. 
Pioruny uderzały wszędzie, trafiając w oddziały Lodowego z zabójczą precyzją.  
Wydawały się jednak omijać samego smoka. Błyskawica za błyskawicą waliły wokół  
jego  
wielkiego cielska, niekiedy chybiając zaledwie o metr, ale nie trafiały.  
Fragmenty skał unosiły  
się w niewielkich trąbach powietrznych, które wyglądały jakby chciały porwać  
smoka. Co  
jednak dziwiło, władca Północnych Pustkowi zdawał się być jedynie... zirytowany. 
Jednak jego kontrola lekko zelżała. Cabe poczuł drgnienie mocy, która po chwili  
zniknęła. 
„Ja... kupuję... warn czas... Inni są już prawie gotowi”. 
Inni? Cabe nie miał pojęcia kim byli „inni”, ale czuł, że Burzowy męczy się.  
Pioruny  
uderzały coraz rzadziej, a ich celność stawała się coraz słabsza, nawet  
więźniowie kilka razy  

background image

cudem uniknęli śmierci. 
Co gorsze, Lodowy zaczął kontratakować. Czwórka więźniów jednak nie widziała  
skutków jego poczynań, poza tym, że pioruny stały się jeszcze rzadsze i tylko  
kilka z nich  
dotarło do celu. Miniaturowa burza śnieżna przygniotła błyskawice, zdawała się  
je pożerać. 
- Zdrajca! - powiedział Lodowy Smok do pustej przestrzeni. - Chciałeś pozwolić,  
by  
rządzili ludzie, więc teraz cierp razem z nimi. 
Cabe raczej poczuł, niż usłyszał krzyk Burzowego w swoim umyśle. Moment później  
pan Wenslis odezwał się słowami przepełnionymi bólem: 
.Jeszcze... chwi... chwila. Przygotuj się! Nie mogę...” 
Zostali oślepieni ostatnim potężnym atakiem na siedzibę Lodowego. Piorun za  
piorunem trafiały teren wokół bestii. Wszędzie w ziemi pojawiały się pęknięcia,  
a z  
częściowo roztopionych ścian ściekała woda. Cała góra drżała, pioruny niszczyły  
lód, który  
musiał tu leżeć jeszcze od epoki sprzed panowania smoków. Lodowy raz i drugi  
poślizgnął  
się. Potężny blok śniegu i lodu upadł kilka metrów od Cabe’a. W pewnej chwili  
szczęśliwie  
wycelowane uderzenie musnęło władcę Pustkowi. 
„Teraz... teraz wszystko w twoich... i ich... rękach”. 
Jaskinia wypełniła się dymem i parą. Lodowy oddychał ciężko i stało cię  
oczywiste,  
że ostatni atak wyczerpał go bardziej, niż chciałby się do tego przyznać. Cabe  
wiedział, że  
wiele z głodnych potworów Lodowego zginęło, zostały spalone przez olbrzymią  
ilość energii,  
którą zabrał im smok. To jednak nie wystarczało. Lodowy nadal miał dość siły, by  
dzieło  
dokończyć. 
Istniało małe prawdopodobieństwo, że Burzowy zginął. Cabe wiedział, że nie może  
już liczyć na jego pomoc. Wenslis wciąż atakowano, a sam władca piorunów  
niewątpliwie  
znacznie ucierpiał od kontruderzenia brata. 
Kto pozostał? Kim byli „inni”? I co najważniejsze, gdzie byli? Jeśli mieli  
walczyć ze  
smokiem, pozostało im jedynie kilka minut, zanim wszelkie dalsze ataki okażą się  
bezcelowe. 
Władca Północnych Pustkowi ponownie skierował uwagę na więźniów. 
- W najgorszym wypadku uznamy to za drobną niedogodność - odezwał się. - Podejdź  
tu, Pani z Bursztynu. 
Nie mając już służących, którzy by mogli wykonywać jego rozkazy, Lodowy został  
zmuszony do użycia własnej mocy. Ściana, przy której wisiała Gwen, skręciła się  
i zmieniła  
kształt, jakby ożywając na chwilę. Lód, który trzymał żonę Cabe’a, zamienił się  
w ruchome  
kajdany. Tajemnicza ręka, kontrolowana tak samo jak ściany i podłoga korytarza,  
gdzie  
zostali schwytani, pociągnęła ją ku oczekującemu Królowi. Gwen szarpała się,  
jednak bez  
najmniejszego rezultatu. 
- Pani z Bursztynu - powiedział smok - ty, która stałaś obok najgorszego ze  
Smoczych  
Mistrzów, teraz znajdujesz się koło jego wnuka, kolejnego wcielenia.  
Reprezentujesz rodzaj  
ludzki w takim samym stopniu jak Bedlamowie. Twoja ofiara stanie się symbolem i  
okaże się  
też niezwykle użyteczna. Jesteś silna, a twoja moc przysłuży się zaklęciu. 
Cabe nie mógł jej ocalić! Bez namysłu krzyknął: 

background image

- Jesteś głupcem, wielmożny Lodowy! Nie zdajesz sobie sprawy z własnych błędów! 
Gigantyczna głowa zwróciła się ku niemu, teraz już bez żadnego wyrazu  
rozbawienia,  
czy irytacji na pysku. Był zbyt blisko zwycięstwa. 
- - O czym mówisz, ostatni z Bedlamów? - spytał. - Nie popełniłem żadnego  
ważnego błędu. 
- - Czyżby? - z ust Cabe’a słowa wyrwały się same. Słuchał ich w zdumieniu. 
- - A więc zbaw mnie, ludzkie nasienie. Powiedz mi. 
Cabe uśmiechnął się, choć nie było mu do śmiechu. Czuł się zdenerwowany,  
ponieważ nie miał pojęcia, do czego zmierza Nathan. Bo to musiał być Nathan. Do  
czego on  
dąży? 
- - Coś podobnego zostało użyte do stworzenia Ziem Jałowych. 
- - Wiem o tym. - Lodowy patrzył na niego z uwagą, jakby zastanawiając się, z  
kim  
tak naprawdę rozmawia. 
- - Miało nastąpić całkowite i ostateczne zniszczenie dokonane przez Smoczych  
Mistrzów. 
Gwen zdawała sobie sprawę, kto mówi jego ustami. 
- - A jednak Brązowy zdołał przywrócić Ziemie Jałowe do dawnego stanu, choć  
kosztowało go to życie własne i niemal wszystkich jego klanów, poza kilkoma  
niedobitkami. 
- - Do czego zmierzasz? - syknął smok. Całkowita obojętność powoli przeobrażała  
się w gniew i zmieszanie. 
- - Czy sądzisz, że twoje zaklęcie będzie ostateczne? - nacierał Cabe. - Czy  
naprawdę sądzisz, że zima utrzyma się wiecznie? 
- - Tak. Posiadam wiedzę Bibliotek Penacles, a także czerpię informacje z  
twojego  
umysłu. Wiem o wszystkim, Bedlamie! 
- - I sądzisz, że z tego ostatniego źródła korzystasz niepostrzeżenie. Myślisz,  
że  
wszystko, czego się dowiedziałeś z mego umysłu, było prawdziwe i nie zostało w  
żaden  
sposób zafałszowane? 
Istnieje rodzaj zimna tak intensywnego, że aż pali. Oczy Lodowego płonęły  
właśnie  
takim zimnem. Cabe mimowolnie zadrżał, czując na sobie zaledwie jego przelotny  
dotyk. A  
myślał, że to zaklęcie było straszne! 
- - Nareszcie cię rozpoznałem! - ryknął smok z nagłą wściekłością. - Wielki  
oszust!  
Smoczy Mistrz we własnej osobie. Słyszałem opowieści, ale nie mogłem w nie  
uwierzyć. 
- - A więc wiesz, że to, co mówię, jest prawdą. 
Cabe zaczął się martwić, że Lodowy przejrzy blef, bo przecież to musiał być  
blef,  
czyż nie? To, co niegdyś było Nathanem, a po jego śmierci weszło w Cabe’a, teraz  
całkowicie  
przejęło nad nim kontrolę. Czy Nathan naprawdę był na to przygotowany? 
- Myślę, że kłamiesz - wymruczał Smoczy Król, ale jego pewność siebie zmalała.  
Zerknął na uwięzioną Gwen, a potem na dół koło niej. 
Potężny Król zawahał się. Jego kontrola na mgnienie oka gdzieś się rozpłynęła. 
Cabe chciał krzyczeć, lecz poczuł, że rzeczywistość wymyka mu się spod kontroli.  
Pełna jaskiń cytadela Lodowego zdawała się od niego uciekać, jakby zmniejszając  
się i  
zmniejszając, aż do chwili kiedy... zniknęła. Unosił się w... niczym. To nie  
przypominało  
nawet Pustki. Po prostu znajdował się... gdzie indziej. 
„Decyzja należy do ciebie” - zdawała się mówić część jego, umysłu. Nie dało się  
jednak stwierdzić, czy słowa te należały do niego, czy też do jego dziadka. 
Nie wahał się. Tam była Gwen. Jeśli nie liczyło sięjuż nic innego, to jej jednak  

background image

coś  
obiecał. Nawet gdyby to miało oznaczać jego śmierć, jak przepowiedział mu zmarły  
Tyr, to  
też nie zrezygnuje. 
- Tak. 
W następnej chwili znowu został przywrócony rzeczywistości. Tym razem krzyczał. 
XXII 
Zielony przygotowywał się do działań w Lesie Dagora. Mimo, że jego kraina  
znajdowała się daleko na południe od Piekielnych Równin, czy nawet Wenslis,  
pierwsze i  
najbardziej niecierpliwe potwory z potężnych stad Lodowego dotarły już do granic  
jego  
terytorium. Tryskały entuzjazmem, pomyślał gorzko. Zostały zniszczone, ale  
koszty tej  
operacji były dużo większe, niżby chciał. Z trudem wyobrażał sobie cierpienia  
tych, którzy  
znajdowali się na północy. Od szpiegów znajdujących się poza własnym terytorium  
i od  
różnych wędrowców dowiedział się, że wiele pól i lasów obumarło, a setki  
zwierząt i istot  
myślących - ludzi, smoków, wszystkich - zniknęło w paszczy głodu, przeraźliwego  
głodu, nie  
tylko fizycznego, ale i tego, który zaspakajany był energią życiową. 
Kolejne próby skontaktowania się z braćmi i prośby o współpracę niewiele dały.  
Burzowy nie odpowiedział, choć Zielony podejrzewał, że akurat ten brat sam  
planuje jakieś  
działanie, jeśli jeszcze żyje. Kraina Srebrnego została już zaatakowana, a jej  
pan nie miał  
czasu rozmawiać, choć zasugerował, że nie odrzuciłby pomocy. Władca Lochivaru  
milczał,  
tak samo jak tajemniczy pan Legar Peninsuli. Zielony nie mógł zrozumieć,  
dlaczego  
Kryształowy nadal pozostawał obojętny, choć z drugiej strony zawsze stanowił dla  
niego  
zagadkę. Co do Czarnego, najwyraźniej sądził, że jeśli ukryje się we własnym  
zamku i nic nie  
będzie robił, to Lodowy pozostawi go w spokoju, co było rzeczą mocno wątpliwą. 
Penacles okazało się jednak jeszcze bardziej tajemnicze niż Smoczy Królowie.  
Wykrył tam obecność Błękitnego z tymczasowym sojusznikiem Gryfem. Już sam ten  
fakt był  
zdumiewający, ale teraz zajmowali się czymś innym, czymś, co lwioptak określał  
jako  
olbrzymie niebezpieczeństwo i jedyną nadzieję. Nawet wieść, że grupa  
Poszukiwaczy została  
zauważona, gdy niosła na północ kilka dużych pakunków, nie zajęła więcej niż  
kilka sekund  
uwagi Gryfa. Młode Króla Królów nie miały teraz większego znaczenia; całe bowiem  
królestwa mogły ulec zagładzie. Mamrocząc pod nosem, pan Lasu Dagora poczuł jak  
Gryf nie  
dopuszcza do takiej możliwości. Toteż byłoby bezsensowne prosić go o dalsze  
wyjaśnienia. 
A gdzieś w Północnych Pustkowiach, w legowisku jego szalonego brata znajdowały  
się młode cesarza. Mogłyby dać smoczej rasie szansę koegzystencji z ludźmi,  
teraz jednak  
prawdopodobnie oddzielały je tylko sekundy od śmierci w łapach przedstawiciela  
ich  
własnego gatunku. 
Chodził w kółko po centralnej komnacie cytadeli, niezdolny uczynić nic poza  
walką z  
potworami i modlitwą, by grupie Bedlama i Gryfowi powiodło się. Składanie  
własnej  

background image

przyszłości i swego życia w ich ręce było czymś niezwykle denerwującym, choć  
przecież sam  
zrobił swego czasu coś bardzo podobnego, gdy zawarł pierwszy pakt z Gryfem. 
Tak jak liczne siedziby mówiły wiele o charakterze Smoczych Królów, tak cytadela  
Zielonego stanowiła syntezę natury z cywilizacją na jeszcze większą skalę niż  
Dwór. Wielki  
dąb, król dębów, większy i starszy od jakiegokolwiek drzewa w tym lesie, został  
wyrzeźbiony  
przez Poszukiwaczy. Przynajmniej Zielony sądził, że byli to Poszukiwacze.  
Znajdowały się w  
nim komnaty i korytarze, niektóre bardzo rozległe, a jednak całe drzewo było  
zdrowe i silne.  
Jeśli Zielony wierzył w jakieś przesądy, to tylko w ten, że jego królestwo  
padnie w dniu, w  
którym dąb się złamie. Nie było więc w tym nic dziwnego, że jeden z jego  
przodków uznał  
opiekę nad drzewem jako główny priorytet władcy. Nic się w tej kwestii nie  
zmieniło do dnia  
dzisiejszego. 
- Wielmożny Zielony - usłyszał glos. Smoczy Król zesztywnial. 
Mały punkt przed nim zaczął się rozrastać, szybko formując się w kształt bardzo  
ludzkiej postaci Cabe’a Bedlama. Smocze straże słysząc obcy głos, wbiegły do  
środka. Jeden  
ze strażników prowadził kilka pomniejszych smoków. Król odesłał ich szybkim  
ruchem ręki. 
Twarz Cabe’a była blada, a sam wojownik ciężko dyszał. Stanął w miejscu, jakby  
sam  
był zdumiony tym, co właśnie uczynił, po czym przypomniał sobie, w jakim  
właściwie celu tu  
przybył. Ignorując protokół, chwycił Zielonego za ramiona i szybko spytał: 
- - Mój panie! Prawda, że masz zgromadzone skarby Poszukiwaczy, Quelow i  
innych, wcześniejszych ras? 
- - Tak. - Dało się niemal fizycznie odczuć pulsującą w człowieku energię i była  
ona  
tak potężna, że smoczy władca nie mógł się powstrzymać przed okazaniem mu  
szacunku. 
- - Muszę je zobaczyć - powiedział Cabe. - Czy zezwolisz mi na to? 
- - Tak. Ja... 
- - Teleportuj nas tam! Ja... ja nie dam rady dłużej utrzymać tej równowagi! 
Porażony zarówno tonem wypowiedzi jak i samą sytuacją, w której człowiek wydawał  
rozkazy, Smoczy Król zawahał się tylko na moment. To był mimo wszystko Bedlam,  
który  
powinien znajdować się teraz na Północnych Pustkowiach. Jeśli więc Cabe był  
tutaj... 
Nie tracił więcej czasu na próżne słowa. Zniknęli zanim którykolwiek z nich  
zdołał  
wziąć głębszy oddech. 
- - To nie działa - wymamrotał Gryf. - Spóźniliśmy się! 
- - Hestia dopiero dotarła na właściwą pozycję. Oba księżyce muszą się tam  
znaleźć.  
Jeszcze nie jest za późno. - Głos Błękitnego był zmęczony tak samo jak Gryfa.  
Dali z siebie  
wszystko, a jedynym rezultatem było ich wyczerpanie. Z tego, co sądzili, Lodowy  
nawet nie  
poczuł ich ataku. 
- - Czegoś brakuje... 
- To chyba oczywiste! Ale czego? - syknął smok. Siedzieli na podłodze w komnacie  
Gryfa. Jajo Yalaka leżało między nimi. Błyszczało od nagromadzonej energii. Była  
to jedyna  
rzecz, jaką udało im się osiągnąć. Gryf nie mógł się opędzić od myśli, że czeka  
na jakieś ich  

background image

posunięcie. Nie miał jednak pojęcia na jakie. 
W książce można było znaleźć wiele wersów, które sugerowały inne możliwości. Czy  
którąś z nich przegapił? Gryf akurat sięgał po dzieło, kiedy usłyszał odgłos  
wciąganego przez  
smoka oddechu. Odwrócił się gwałtownie. 
Z kryształu spoglądała na nich twarz młodego Cabe’a. Nie była to wizja  
przyszłych  
wydarzeń. To była prawdziwa twarz młodego Bedlama. Jego oczy patrzyły na  
Błękitnego  
pytająco, po czym nabrały surowego wyrazu. 
- Gryfie, czy wykonałeś którąś z instrukcji z księgi? - spytał. Dwaj władcy  
znajdujący  
się w komnacie spojrzeli po sobie, po czym pan Penacles odpowiedział: 
- Tak. Skąd ty... 
Cabe uśmiechnął się, ale nie był to wesoły uśmiech, lecz zmęczony, wskazujący na  
olbrzymie wyczerpanie. 
- - Zgadłem, szczerze mówiąc. Udało mi się skontaktować także z kilkoma...  
odpowiednikami... twego... sojusznika. 
- - Czyżby? - w głosie smoka dało się słyszeć powściągliwą ciekawość, a nawet  
odrobinę instynktownej nieufności. Cabe zignorował pytanie. 
- - Nie udało się wam - ciągnął. - Nie pytajcie, skąd o tym wiem. Po prostu  
wiem.  
Nie zrozumieliście jak sadzę jednego wersetu. Nie martwcie się jednak. Wiem, co  
należy  
zrobić. Potrzebuję tylko was obu. Kontynuujcie to, co zaczęliście. Jak długo  
tylko będziecie  
mieli siłę woli i własną moc. Nie przerywajcie, aż zemdlejecie z wyczerpania. To  
jedyny  
sposób. 
Gdy to mówił, równocześnie zaczął znikać. Gryf zawołał: 
- Cabe! Co zamierzasz czynić? 
W jego niemalże smutnym głosie dało się słyszeć nutkę wahania: 
- To samo, co niegdyś próbował mi zrobić Brązowy. Mniej więcej to samo. 
Jajo Yalaka ponownie stało się tylko pełnym mgły, świecącym naczyniem. 
- O co chodziło Bedlamowi, gdy mówił o Brązowym? - spytał smok. - Przecież on  
zginął z rąk tego człowieka na Ziemiach Jałowych! 
Gryf wahał się. Miał przeczucie, że wie, o czym mówił Cabe. Nieobecnym głosem  
odparł: 
- - Brązowy sprowadził Cabe’a na Ziemie Jałowe. To on właśnie uwolnił jego moc.  
On... Musiał mieć rację. Przetrzymujący Cabe’a wróg chciał wówczas tylko  
jednego... A była  
to noc, kiedy bliźnięta się zespoliły. Dokładnie tak samo, jak ma to się stać  
teraz, za kilka  
minut. 
- - Chciał poświęcić życie chłopca, by odwrócić działanie zaklęcia. - Błękitny  
wreszcie zrozumiał. - Aż do dziś wątpiłem, by istota ludzka była zdolna do  
takiego czynu -  
powiedział. 
- - A więc musi się nam udać. Zrobimy to dla niego. - Gryf powrócił do  
poprzedniej  
pozycji. - My tylko użyjemy naszej mocy, a Cabe Bedlam zamierza oddać własne  
życie. 
Wściekłość Lodowego z powodu ucieczki Cabe’a - wywołanej zbytnią pewnością  
siebie - była w takim samym stopniu krótka, jak i potężna. Ściany komnaty  
poważnie już  
osłabione atakiem Burzowego, zaczęły się kruszyć. Sufit trzeszczał i groził  
zawaleniem.  
Wokół smoka pojawiały się śnieżne burze. Gwen, która znajdowała się najbliżej  
Lodowego,  
odwróciła się tak bardzo jak tylko mogła, podczas gdy jej ciało zostało niemal  
do połowy  

background image

zakopane w magicznie wytworzonym śniegu. 
Toma poczuł jak chwyt na jego prawej ręce rozluźnia się, a lód spada na podłogę.  
Nie  
dał jednak nic po sobie poznać. Lodowy odzyskał pełną kontrolę i jego więźniowie  
nie mogli  
użyć swoich umiejętności. Toma nie mógł nawet przybrać normalnej postaci. 
- Bedlam! - wykrzyknięte nazwisko wyplute wraz z mroźnym dymem kończyło  
straszliwy atak szału. Na oblicze smoka powróciła zimna, nie wyrażająca żadnych  
uczuć  
maska. - Nieważne - burknął. - Jeśli nawet ostatni z Bedlamów jest tylko  
tchórzem, to i tak  
mam jego żonę. 
Odwrócił wzrok ku Gwen, ciągle uwięzionej w lodzie. Czarodziejka odważnie  
odwzajemniła jego spojrzenie. 
- Ty, w przeciwieństwie do swego męża, pokazujesz przynajmniej zęby -  
powiedział. -  
Twoja moc i silny duch znacznie zwiększą moją siłę. Jeśli więc nikt więcej nie  
zamierza nam  
przerywać, możemy zacząć. 
Wychudzony olbrzym wstał na cztery łapy i odsunął się od dołu. To, co było w  
głębi,  
poruszyło się. Gwen zdołała wychwycić zarys postaci, co najmniej tak potężnej  
jak Smoczy  
Król. Jej buta i odwaga zmieniły się w niepewność, a także - choć próbowała to w  
sobie  
hamować - w strach. 
Na lewo od smoka dały się słyszeć piski i syki. Młode uwolniły się od strażników  
i  
poczęły ganiać wokół znieruchomiałego Złotego, próbując go nakłonić do  
uczynienia  
jakiegoś gestu. Ich syki wypełnione były gniewem i lękiem nie o siebie, ale o  
Panią z  
Bursztynu. Gwen zrozumiała, choć było już za późno, że usłyszały jej wezwanie i  
ruszyły na  
pomoc. Nie mogły jednak już niczego uczynić. 
Zniecierpliwiony władca zamarzniętej krainy westchnął. 
- - Być może - odezwał się - tak już zostały skażone obcowaniem z ludźmi, że  
powinienem je teraz oddać królowej. To by dużo szybciej zmyło z nich hańbę. 
- - Nie! - krzyknęła Gwen. - Przynajmniej im pozwól żyć! Należą do twojego  
gatunku! Są dziećmi twojego cesarza! 
- - I przyszłymi marionetkami ludzi. Nie wydaje mi się. Sądzę, że wkrótce do  
ciebie  
dołączą. Lepiej, by teraz oddały swoje życie dla chwały naszej rasy, niż potem  
musiały  
kłaniać się ciepłokrwistym szkodnikom. 
Nagle lodowa pustka pociągnęła Gwen w stronę otchłani. Z każdą stopą bliżej dołu  
jej  
rozpacz pogłębiała się, aż do chwili, kiedy już nie mogła z nią walczyć. 
I wtedy... 
I wtedy nagle cała rozpacz zniknęła. Strach zniknął. Zimno zaczęło się cofać.  
Bryły  
lodu wokół komnaty zmniejszyły się, a komnata została oświetlona jak nigdy  
dotąd. 
Cabe Bedlam stał z wyciągniętymi dłońmi, trzymając w lewej ręce jakiś mały  
przedmiot i wyglądał zupełnie tak samo jak jego dziadek. Potworna królowa  
Lodowego  
Smoka niespokojnie się poruszyła. Odcięto ją bowiem nagle od posiłku, przerwano  
połączenie ze źródłem, które ją wzmacniało. Źródłem, które teraz rozpostarło  
olbrzymie,  
pokryte szronem skrzydła i z płonącymi żądzą śmierci oczami spojrzało na  
maleńkiego  

background image

człowieczka. 
- Co zrobiłeś? 
Lodowy Smok zdawał się wypełniać komnatę. Wspaniały i potężny wznosił się ponad  
wszystkim. Dużo dłuższy niż jego bracia. Jego kości okrywała blada skóra. Płonął  
w nim tak  
potężny gniew, że nieruchomość jego oblicza była chyba bardziej przerażająca niż  
jego  
wcześniejsza całkowita obojętność. Światło i ciepło zaczęły zanikać. Pojawiły  
się kolejne  
burze śnieżne. 
- - Bedlam. 
- - Ostrzegałem cię, Smoczy Królu, że nie wiesz o wszystkim. Nie kłamałem. 
- - Niczego nie przegapiłem. Niczego. 
Cabe wzruszył ramionami. Częs’ć jego umysłu była całkowicie obojętna, druga zaś  
śmiertelnie przerażona, ale nie miał wyboru. Musiało się to tak rozegrać, nawet  
jeśli miało  
oznaczać jego koniec. 
- Jeśli tak sądzisz. Prawda jest dość oczywista - powiedział. Oszukany już  
wcześniej  
smok wzmocnił siły blokujące magię zaklęcia. Pozostali więźniowie nadal byli  
bezbronni i  
zakuci w lodowe kajdany, ale Cabejuż jaśniał potężną energią. W oczach smoka  
pojawiło się  
niedowierzanie. Potrzebował więcej mocy. 
Stwór w dole zaprotestował. Lodowy zignorował jednak jego irytację i ciągnął tę  
moc,  
skazując niezliczone potwory z jego gatunku na śmierć, zabierając im energię  
życia. Zaczął  
świecić, ale był to gorzki, martwy blask, poprzez który smok zdawał się wyglądać  
niczym  
jakiś potężny zwiastun śmierci, czym zresztą może i był. 
A jednak Bedlam nadal czekał. 
Z pyska Lodowego wydostał się drażniący śmiech, chropowaty dźwięk, który  
zatrząsł  
osłabioną strukturą sufitu. Lód ponad Cabe’em nagle ożył, przybrał żywą formę i  
wyciągnął  
się niczym gigantyczny pazur. Cabe zobaczył to i wzniósł się w powietrze. Z  
trudem uniknął  
drugiej lodowej ręki, która raptem wyrosła nad nim. Uniknąwszy ponownie obu  
ramion, na  
własny użytek przejął ich moce i tak silnie zderzył je z sobą, że roztrzaskały  
się w jednym  
głośnym huku. Ich odłamki uderzyły prosto w Smoczego Króla. 
- Bezsensowny wysiłek - stwierdził spokojnie Cabe, mając nadzieję, że smoczy  
władca nie zdawał sobie sprawy, jak niewiele brakowało mu do zwycięstwa. 
Cabe znajdował się teraz bliżej Lodowego, bliżej jamy w ziemi. Czuł niewidzialny  
atak smoka, bezustanne uderzenia w tarczę, która ochraniała słabiutkie  
połączenie młodego  
wiedźmina z jego mocą. A zużycie energii, jak wiedział Cabe, musiało być  
ogromne. Władca  
Północnych Pustkowi próbował podtrzymywać zaklęcie Ostatecznej Zimy,  
uniemożliwiał  
pozostałym więźniom odzyskanie mocy, kontrolował działania pozostałych potworów  
i na  
dodatek musiał sobie poradzić ze stojącym przed nim człowiekiem, zarówno za  
pomocą  
widzialnych, jak i niewidzialnych ataków. W sumie musiał do tego włączyć jeszcze  
potężne  
ilości energii, jakich użył, by pokonać Burzowego. Gdyby ten ostatni nie toczył  
walki na  
więcej niż jednym froncie naraz... 

background image

Teraz „gdybanie” jednak nie miało sensu. Liczył się tylko wynik. Wynik, który  
musiał  
się objawić w chwili, kiedy księżyce znajdą się w odpowiedniej pozycji. Hestia  
już tam była,  
Styx miał do niej dołączyć za kilka minut. Cabe’owi mogło zabraknąć czasu. 
Czego mógł się obawiać władca tej śnieżnej krainy? Ciepła, rzecz jasna. Ale samo  
ciepło nie wystarczało. 
„Nathanie - pomyślał Cabe - jeśli wiesz, co robić...” 
- Co... - zaczął Lodowy. Góra ponownie zadrżała. Z największych szczelin zaczęła  
się  
unosić para. Temperatura komnaty wyraźnie wzrosła. Z pęknięć w ziemi zaczęła się  
wylewać  
gęsta, rozpalona do czerwoności substancja. 
Smok syknął. Lawa wyciągana z głębin ziemi przez Cabe’a/Nathana wznosiła się  
coraz wyżej. Od potwora w dole emanował strach. Ogień był dla niego zabójczy.  
Powodował  
ból jego dzieci. 
Lodowy machnął potężnymi skrzydłami, nabrał gwałtownie powietrza i dmuchnął na  
zbliżającą się lawę. Cabe i jego towarzysze z przerażeniem patrzyli na żywioł,  
który  
zamarzając, zastygł w kilka sekund. Wzmocnione mocami smoka zimno ogarnęło chyba  
nawet głębiny ziemi. Jaskinia stała się jeszcze zimniejsza niż poprzednio. Cabe  
zadrżał i  
wiedział, że pozostali, nie chronieni żadną magią, musieli potwornie cierpieć. 
Fala zimna otoczyła Cabe’a, kiedy ten nadal unosił się w powietrzu. Może jakiś  
czas  
temu wystarczyłaby, aby powstrzymać człowieka, ale po wielu dniach działania  
zaklęcia  
Lodowego, uodporniła ona Cabe’a na tyle, by zareagował na nie kontratakując  
własnym  
ciepłem. Gdy Lodowy zbierał siły po uderzeniu gorącego powietrza, Cabe modlił  
się, by jego  
przeciwnik nie zauważył jak on sam był już wyczerpany. W przeciwieństwie do  
smoka, nie  
mógł się oprzeć na niczym poza własną mocą i tą odrobiną energii, którą odważył  
się skraść  
potworom. W niej właśnie pokładał nadzieję na zwycięstwo. 
Kiedy smok uderzył o jedną ze ścian, potężne bryły lodu posypały się na podłogę.  
Na  
nim też pozostawiło to ślad. Ile minie czasu, zanim jego kontrola nad sytuacją  
osłabnie?  
Chwila ta musiała nadejść szybko. W przeciwnym bowiem razie Cabe zdecydowanie  
przecenił swoje szansę. 
Podczas gdy dwaj przeciwnicy toczyli walkę na siłę woli, Gwen nagle została  
otoczona zmartwionymi, przerażonymi młodymi, które chciały ją stamtąd wyciągnąć.  
Tylko  
najstarsze z nich zrozumiało, że wymagało to czegoś więcej, niż szarpnięcia za  
ubranie i  
włosy, za co Gwen szybko zganiła jego rodzeństwo. Wtedy młody zaczął drapać  
pazurami  
podstawy lodu, który trzymał Gwen. Jego pazury były jednak tylko żałosnymi  
namiastkami.  
Mały nie nauczył się jeszcze całkowicie zmieniać postaci i nadal był w trzech  
czwartych  
człowiekiem, a tylko w jednej czwartej smokiem. Jego pazury były odrobinę  
dłuższe niż  
ludzkie i niewiele ostrzejsze. Syknął i wymamrotał coś, czego mógł się nauczyć  
jedynie od  
jakiegoś posługacza. 
Gwen spojrzała w górę. I nagle zakrył ją cień. Wydała westchnienie, które  
musiało  

background image

zwrócić uwagę Lodowego. Przed nią stał sam cesarz, lecz jego okrągłe oczy były  
puste.  
Znalazł się tu, ponieważ przyprowadziły go młode. Czuła jednak krążącą w nim  
moc.  
Lodowy nie zajął się, albo nie chciał się zająć zablokowaniem władcy. Tak jak  
wcześniej  
przypadkiem zrobiła to z młodymi, tak teraz próbowała sprawdzić, co pozostało z  
umysłu  
Króla Królów i uspokoić go. 
We wszystkich krainach nagła i niewyjaśniona śmierć tak wielu potworów dała  
nadzieję oblężonym. Burzowy zaczął nawet kontratakować, a w królestwach  
Srebrnego i  
Błękitnego obrońcom udawało się odpierać ataki nienasyconych hord. Wszyscy  
wiedzieli, że  
to nie ich dzieło, lecz wynik jakiegoś cudu. Zdawali też sobie sprawę, że nadal  
pozostało  
dosyć potworów, by ich zniszczyć, kiedy wreszcie się zmęczą, a musiało do tego  
dojść już  
wkrótce. 
Stwór w ziejącej dziurze był teraz bardzo aktywny, a jego głód stawał się  
silniejszy  
niż kiedykolwiek dotąd. Lodowy wciąż czerpał z niego energię i został teraz  
zmuszony  
skierować część tej mocy przeciwko jej źródłu, by nie stracić nad nim kontroli. 
Hestia, także głodna, czekała już na niebie. Jej brat Styx dopiero płynął, by  
się ustawić  
w odpowiedniej pozycji. Oba księżyce wzeszły na niebo tak wcześnie jak to zwykle  
o tej  
porze roku bywało, ale tym, którzy na nie oczekiwali, zdawało się, że drugi  
nigdy nie dotrze  
do celu. Cabe nie widział księżyców, lecz odczuwał ich zew tak samo, jak czuł  
rosnący głód  
królowej smoczego władcy. 
I wtedy znak, na który czekał, objawił się. Znak dowodzący, że Lodowy zaczyna  
się  
męczyć. 
Toma uwolnił się z kajdan i błyskawicznie powróciła też do niego moc. Ze  
znajdującej się za nim ściany wytrysnęły długie zielone wici zmierzające w  
kierunku jego  
„wuja”. Oczy ognistego płonęły chęcią zemsty. Pędy strzeliły w kierunku  
olbrzymiego  
białego cielska. Lodowy wreszcie osiągnął granicę swoich możliwości. Nie zdołał  
utrzymać  
wszystkiego naraz. 
Nie był też jednak jeszcze pod żadnym pozorem pokonany. 
Zanim bratanek zdołał się znaleźć dalej niż kilka kroków od ściany, fala  
intensywnego  
zimna spowiła jego ciało. Nieszczęsny smok z hukiem został ciśnięty o lód. Nie  
stracił  
wprawdzie przytomności, ale przewaga jaką miał jeszcze przed chwilą, całkowicie  
zniknęła.  
Pędy zwiędły i zniknęły w ciągu kilku sekund, nie pozostawiając po sobie nawet  
najmniejszego śladu. 
- Nie możesz mnie powstrzymać - krzyczał władca Pustkowi. - Znam swoje obowiązki  
i wiem, że postępuję właściwie! Rządy smoków zakończą wszelkie panowanie w tych  
krainach, nawet jeśli będę zmuszony poświęcić swoje życie! - Odwrócił się do  
młodego  
Bedlama. 
Nadeszła pora. Bliźnięta znalazły się na swoich pozycjach. 
Cabe zerknął przelotnie na przedmiot, który przez cały ten czas trzymał w  
rękach.  

background image

Szkarłatna zakrzywiona broń niezbyt pasowała do ludzkiej dłoni, jako że  
skonstruowana  
została przez Poszukiwaczy. Jednakże było to doskonałe narzędzie, którego Nathan  
zdecydował się jednak nie użyć na Ziemiach Jałowych, skazując je na niebyt, aż  
do szalonej  
próby Brązowego, próby poświęcenia Cabe’a. Nathan odmówił złożenia ofiary. I  
udało mu  
się wówczas powstrzymać zaklęcie. Teraz jednak nie zdołałby już tego uczynić.  
Teraz mógł  
tylko poświęcić własne życie, by odwrócić efekty działań Lodowego. Była to  
dokładnie taka  
sama ofiara, jaką zamierzał złożyć Brązowy Smok. 
Szepcząc ostatnie słowa do Gwen, których ona już nie usłyszała, niezręcznie wbił  
sztylet we własne serce. 
W Penacles Jajo Yalaka zadrżało, a zgromadzona wewnątrz energia została wyssana  
przez tak potężną siłę, iż doprowadziła Gryfa i Błękitnego niemal do stanu  
całkowitego  
wyczerpania. Obaj polecieli do tyłu, w ostatnich sekundach przytomności  
zastanawiając się,  
czy będą mieli szansę się obudzić. 
Raptownie nad Penacles przeleciała niespotykanych rozmiarów burza, rzucając  
przedmiotami, a nawet mieszkańcami, jakby byli liśćmi na wietrze. Wkrótce ciemne  
chmury  
przykryły niemal całe Smocze Królestwa, poza Legar Peninsula. Była to straszliwa  
burza,  
rozszalała i wściekła, lecz trwała nie więcej niż pół minuty. 
Kiedy nagle zniknęła i wszystko powróciło do normy, ci którzy ją przeżyli,  
szeroko  
otwierali oczy, sprawdzając, czy cokolwiek jeszcze pozostało z ich świata. 
Wichry ucichły. 
Lodowy Smok zrozumiał, co się stało. Jednak jedyną rzeczą, na jaką go było teraz  
stać, to straszliwe zdumienie. Ostateczna Zima została powstrzymana. Wiedział,  
że takiego  
niesamowitego czynu mógł dokonać tylko mistrz magii, który sam musiał złożyć  
ofiarę życia.  
A przecież i Lodowy pragnął tego dokonać, jednak ktoś go uprzedził i tak  
przemienił  
zaklęcie, że nic nie mogło go już teraz zmienić. Lodowy Smok zużył wszystkie  
siły na  
przygotowanie, tworzenie i rzucanie zaklęcia. Nie mógł już teraz zacząć  
wszystkiego od  
początku. 
Stworzenia zostały od niego odcięte, nie oderwały się jednak od swego  
prawdziwego  
źródła. Bez jego kontroli - bez Smoczego Króla, który działałby jako ogniskująca  
wszystko  
soczewka - królowa oszalała, wyciągając soki życiowe ze swoich dzieci i jego  
dzieci,  
sprawiając, iż ginęły setkami i tysiącami, aż w końcu nie pozostało żadne. Nie  
zdawała sobie  
nawet z tego sprawy, cały czas sądząc, że działa, by je ocalić. 
Co gorsza, szkody, jakie spowodowały, zostaną wkrótce naprawione. Dokładnie tak  
samo, jak uratowane zostały Ziemie Jałowe, po tym, gdy Brązowy stał się ofiarą  
własnego  
szaleństwa. Nawet Północne Pustkowia nie będą wyjątkiem. Nadal pozostaną zimne,  
lecz  
chłód osłabnie, a życie przesunie się dalej na północ, czego nie zdołano dokonać  
przez  
tysiąclecia. 
Zawiódł. Smok obracał masywną głową niczym obłąkany, aż wreszcie jego oczy  
odnalazły leżącą na drugim końcu komnaty na ziemi zwiniętą w kłębek postać. 

background image

- Bedlam - zawołał. 
Postać ani drgnęła. Smok wiedział, że jeśli człowiek wykonał dobrze swoje  
zadanie, to  
to, co po nim zostało, stanowiło jedynie pustą skorupę pozbawioną życia. Nie  
oznaczało  
wszakże, że nie mógł jej rozerwać na strzępy. 
- Cabe! 
Więźniowie, nie czując zaklęcia, zaczęli się uwalniać. Król zapomniał o  
nieruchomej  
postaci, zdając sobie sprawę, że nadal ma szansę zemścić się na delikatnych,  
żywych  
stworzeniach, a zwłaszcza na żonie wiedźmina Bedlama. 
- Niech cię, smoku, piekło pochłonie! - Czarodziejka uniosła się w powietrze.  
Pod nią  
młode zgromadziły się wokół Złotego, który patrzył pustymi oczami w kierunku  
swego  
mroźnego poddanego. Toma nareszcie wstawał i widząc, że Cabe leży na ziemi, a  
Gwen  
przygotowuje się do walki z Lodowym, zwrócił uwagę na swego ojca. Był czas walki  
i czas  
ucieczki z niezdolnym do obrony rodzicem. Toma uznał, że najlepszym wyjściem  
będzie  
szybka ucieczka. Kiedy cesarz znajdzie się w bezpiecznym miejscu, będzie mógł  
powrócić,  
by wyrównać rachunki z tymi, którzy przeżyją. 
Elf wymierzył cios i rąbnął go w kark. Toma potknął się i poleciał do przodu,  
padając  
na kolana. Z tyłu usłyszał głos Haidena: 
- Smoku, skoro uznajesz swój sojusz z Bedlamami za zakończony, nie widzę powodu,  
by nie potraktować cię jako kolejnego wroga, gorszego nawet od Lodowego. 
Toma odwrócił się, a jego twarz znalazła się naprzeciw oblicza elfa. Ten zbladł,  
ale  
stał w miejscu. 
- Powinieneś zostać na swoim drzewie, roślinożerco - syknął ognisty. Machnął  
ręką i  
Haiden został nagle osaczony bąblem jakiejś miękkiej substancji. Uderzył w nią,  
ale nic się  
nie stało. Ta odrobina magii, jaką w sobie posiadał, nie zrobiła niczego  
szczególnego poza  
małą dziurą w dziwnej materii. 
Ognisty patrzył jak elf stępił swój nóż na wewnętrznej powierzchni sfery.  
Zaśmiał się  
i odwrócił, by poszukać ojca. 
Nóż. 
Nathan wiedział, że znajduje się w kolekcji artefaktów Zielonego. To właśnie po  
stworzeniu Ziem Jałowych ukrył go tam, by smok nie mógł go odnaleźć. Bez  
właściwej  
wiedzy, do czego służy, stanowił tylko kolejny ciekawy przedmiot, nic więcej.  
Ci, którzy  
zajmowali się Poszukiwaczami zdawali sobie sprawę, że ptaki nie tworzyły żadnego  
zaklęcia,  
nie mając już przygotowanego kontrzaklęcia. Nóż pełnił funkcję soczewki  
ogniskującej takie  
kontrzaklęcie. I użycie czegokolwiek innego, co różniło się od niego, mogło  
wywołać  
katastrofalne efekty, choćby takie jak stworzenie mięsożernych roślin lubiących  
jedynie smak  
mięsa klanów Brązowego. 
Nathan nie potrafił się zmusić do zniszczenia tej broni. Nie dlatego, że sam  
przewidział zaistnienie kogoś takiego jak Lodowy, próbującego ponownie  
wykorzystać  

background image

zaklęcie, ale również dlatego, ponieważ był miłośnikiem historii. Szczęśliwy  
zbieg  
okoliczności. Cabe o tym wiedział. Dzięki Nathanowi rozumiał wszystko, włącznie  
z tym, że  
będzie musiał oddać własne życie, by ocalić Smocze Królestwa. 
Więc dlaczego nadal żył? 
Ktokolwiek by spojrzał na niego, nie uznałby go chyba za żywego. Był zmizerowany  
i  
wyglądał, jakby nagle postarzał się o trzydzieści lat. I czuł się słabo jak  
niemowlę. A jednak  
żył. Udało mu się. Ale jak? Jak? 
Nóż Poszukiwaczy leżał na podłodze, a na klindze nie dało się zauważyć nawet  
kropli  
krwi. Powoli przyłożył rękę do piersi, tak naprawdę nie chcąc poczuć ziejącej  
rany, lecz coś  
go ku niej ciągnęło, tak jak ludzi zawsze fascynowała śmierć. Ta rana musiała  
tam być. 
Nic. Żadnej rany, żadnej krwi. Nawet rozdarcia na koszuli. Mimo to czuł, że coś  
zostało z niego wyrwane. 
Dopiero wtedy się zorientował, że to wcale nie koniec. Ziemia zadrżała i znów  
upadł.  
Odwrócił się i zobaczył jak Gwen desperacko walczy z Lodowym, który - choć  
wyczerpany -  
nadal był Smoczym Królem. 
Otaczało go kilkanaście jasnych pierścieni. Wyglądały jakby próbowały się wokół  
niego zacisnąć, ale coś im nie pozwalało. Smok zaś likwidował jeden po drugim za  
pomocą  
oddechu. Dmuchał na taki pierścień, a ten bladł i znikał. Gwen kończyły się  
pierścienie, a jej  
twarz przypominała już kolorem śnieg. 
Cabe wstał, podniósł nóż i powlókł się w kierunku dołu. Smok, szukając zemsty,  
zostawił dół. To nie może być daleko, pomyślał znużony Cabe. Ale kiedy już  
dotarł na  
miejsce, znalazły się za nim fragmenty trasy, których za nic nie mógł sobie  
przypomnieć. 
Do komnaty wszedł jeden z nielicznych ocalałych sług Lodowego i Cabe, ciągle  
niezwykle osłabiony, postanowił bronić się nożem, tak skutecznie jak tylko mógł.  
Stworzenie  
jednak zdołało wykonać tylko kilka kroków, po czym błyskawicznie zaczęło się  
kruszyć.  
Cabe wyczuł obecność obcej istoty i szybko zdał sobie sprawę, że potwór w dole  
nadal  
próbuje zaspokoić swój głód, którego nie kontrolował już Lodowy, nawet teraz  
domagając się  
pożywienia. 
Cabe znalazł w sobie dość siły, by uniknąć szukającego go umysłu. Potwór był już  
tak  
zdesperowany, że czerpał energię nawet z ożywionych sług Lodowego, bez względu  
na  
ryzyko, jakie się za tym kryło. Cabe liczył na tę desperację, ponieważ w  
komnacie istniało już  
tylko jedno źródło energii. 
Zbierając siły, odwrócił się w stronę Lodowego i zawołał: 
- - Smoczy Królu! Władco Północnych Pustkowi! Czy zapomniałeś już o mnie? Czy  
tak bardzo obawiasz się Bedlama? 
- - Bedlam. - Smok wypowiedział imię cicho, spokojnie, ale z pewnością musiał w  
sobie stłumić gwałtowną reakcję. Kiedy ostatni z pierścieni zniknął, Lodowy  
odwrócił się,  
zapominając o przerażonej Gwen. - Bedlam? Czy nigdy nie przestaniesz mnie  
drażnić? 
Gigantyczny, wychudzony smok rzucił się ku niemu, z nozdrzy buchały mu kłęby  

background image

dymu. Cabe musiał w tym momencie wyglądać w jego oczach niczym zmartwychwstały.  
Z  
pewnością nie stanowił żadnego zagrożenia, ale stwarzał szansę zemsty za  
wszystkie  
cierpienia, jakich mu przysporzył. 
Dopiero gdy smok zbliżył się do dołu, zorientował się, że w pobliżu egzystuje  
jeszcze  
inne pragnienie, znacznie silniejsze niż żądza zemsty. Cabe cofnął się. Smok  
potrząsnął w  
zdumieniu głową i spokojnie spróbował odzyskać kontrolę. Spokój zmienił się  
nagle w  
niepewność, a potem w frustrację. Śnieżnobiały olbrzym zaczął się skręcać.  
Cierpiąc katusze,  
próbował obezwładnić obcy umysł, którego żądze aż za dobrze rozumiał. 
- Nieee! - syknął z wściekłością. - Jeszcze nie! Nie, zanim nie zniszczę tego  
Bedlama!  
Nie, zanim nie oczyszczę królestw z tej ludzkiej plagi! 
Lodowy zaczął się rzucać. Jego ogon był niemal tak samo długi jak wysoka była  
komnata, co oznaczało, że kiedy nim zamachnął w jedną i drugą stronę, nie było  
gdzie się  
ukryć. Gwen udało się uniknąć masywnego ciosu, ale Cabe nie zdołał stwierdzić,  
czy inni  
mieli tyle samo szczęścia. Otoczona ogniem czarodziejka wylądowała niedaleko  
męża i  
próbowała wytrzymać trzęsienie jaskini. Rzuciła się w ramiona Cabe’a zarówno  
zszokowana  
jego wyglądem jak i faktem, że przeżył. Kiedy smok zaatakował na oślep, potężne  
lodowe  
sople trafiały w ściany. Oboje musieli się pochylić. 
- Cabe... 
Tracił czucie w rękach i nogach. 
- - Pomóż mi dotrzeć tam, gdzie będzie bezpieczniej - zwrócił się do Gwen. 
- - Lodowy Smok... 
- - Sam to dokończy, mam nadzieję. - Wskazał wroga. 
Król zmalał do połowy dawnych rozmiarów i poruszał się coraz bardziej sztywno,  
przypominając Cabe’owi jednego ze sług. Kiedy zupełnie osłabł, jego wzrok  
zatrzymał się  
najakby ślepo idącej wśród zgliszczy postaci. Złoty Smok. Wokół niego tłoczyły  
się młode.  
Źrenice olbrzyma zwęziły się. 
- - Nie! - Poobijany Toma zdołał się podnieść spośród zwalonych na ziemię gruzów  
sufitu. Haiden chroniony przez bąbel mógł tylko patrzeć... 
- - Mój władco - głos Lodowego brzmiał słabo, cieniutko. - Mój panie, zawiodłem  
cię. Zawiodłem naszą rasę. 
Jakby czerpiąc energię z obecności drugiego smoka, pan Pustkowi uniósł się na  
całą  
wysokość i dodał: 
- Ale twoje młode nigdy nie będą musiały kłaniać się ludziom. Nigdy! 
Cabe poczuł strumień energii szalonego Smoczego Króla, który otoczony ponownie  
sinawą poświatą ryknął: 
- Oto twój ostatni posiłek, moja królowo! 
Otoczyła ich potężna burza śnieżna. Ostateczna Zima skupiona w jednej komnacie.  
Gwen rzuciła zaklęcie, osłaniając siebie i Cabe’a. Spadały na nich i uderzały  
poszarpane  
lodowe ostrza. Szczeliny w ziemi poszerzały się. Gdy lód zaczął się pod nimi  
zapadać, Gwen  
desperacko chwyciła się Cabe’a i oboje usłyszeli rozpaczliwy krzyk Tomy. Ale nie  
mieli  
pojęcia, co się dzieje z Haidenem, Złotym Smokiem ani jego młodymi. A nawet nie  
wiedzieli,  
jaki los spotkał Lodowego. Burza zdawała się trwać godzinami, choć nie minęło  

background image

więcej niż  
kilka minut. Jednak te minuty zdawały się być gorsze niż całe dni jazdy na  
północ, gdy  
nieustannie znajdowali się pod działaniem zaklęcia. 
A potem nastąpiła... pustka. 
XXIII 
Cabe był pierwszym, który zrozumiał, co oznacza cisza. Nie mógł w to jednak  
uwierzyć. Tak samo jak nie mógł uwierzyć, że jeszcze żyje, mimo ostrzeżenia Tyra  
i  
własnego czynu. Ale teraz zrodziły się w nim przerażające podejrzenia, co tak  
naprawdę  
znaczyły słowa martwego Smoczego Mistrza. 
- - Gwen. - Położył rękę na jej ramieniu. Otworzyła oczy. Nie była nieprzytomna,  
ale  
wysiłek włożony w ich ochronę okazał się na tyle wielki, że straciła kontakt z  
rzeczywistością. Przez jakiś czas patrzyła szklanym wzrokiem w nieokreślony  
punkt, po czym  
jej spojrzenie zogniskowało się na mężu. 
- - Żyjemy? - spytała. 
- - Tak. 
Coś... wiele rzeczy... się zmieniło. Nawet bez sprawdzania Cabe wiedział, że  
stwór w  
dole przestał istnieć. W końcu pożarł sam siebie. Nie był jednak do końca tego  
pewien. Ale  
przynajmniej oszczędziło im to dodatkowej walki. Co zaś do jego pana... 
Cabe poczuł jak wracają mu siły. Odważył się stworzyć kulę światła, sądząc, że  
Lodowy przesta} być zagrożeniem, a jednocześnie cały czas zastanawiał się, czy  
przypadkiem się nie myli. Rozkazał światłu unieść się w kierunku tego, co  
pozostało z sufitu i  
spojrzał na ruiny, przyglądając się szczególnie uważnie jamie. 
- Rheena nas ocaliła - wyszeptała z boku Gwen. 
Cabe zafascynowany i poruszony rozgrywającym się spektaklem pokiwał głową. 
Lodowy stał w pełnym blasku z rozpostartymi skrzydłami. Nie zdążył nawet upaść,  
a  
już każda drobina jego życia, energii, ciepła, czy czegokolwiek innego, co  
wyciągnął z  
żyjących istot, została mu odebrana. Tak jak ofiary jego „dzieci”, stał niczym  
pusta skorupa  
albo statua pozbawiona ducha. 
„Teraz - pomyślał Cabe. - Teraz naprawdę stał się Lodowym Smokiem”. 
Tak też było. Ostatni objaw furii okrył go drugą skórą-lodem. W świetle zaklęcia  
Cabe’a lśnił. Zamienił się w pomnik tego, czym był niegdyś. W pomnik obsesji. 
„Pomnik szaleństwa i zagłady” - gorzko uśmiechnął się Cabe. 
- Gdzie są inni... - Gwen wstała. - Gdzie młode i Haiden? Gdzie się podział  
Toma? 
Toma? Cabe szybko zlustrował spojrzeniem komnatę. Burza oderwała z sufitu i ze  
ścian niezliczone bryły lodu. Szczeliny stworzone podczas ataku Burzowego teraz  
jeszcze  
bardziej się poszerzyły i zapełniły spadającymi z góry odłamkami. 
Ani śladu żywej duszy. 
Z centrum komnaty dał się słyszeć słaby, przerażony syk smoka. Gwen ruszyła  
biegiem. Cabe za nią, czując brzemię czasu i lękając się, że jeśli się potknie,  
połamie sobie  
wszystkie kości. 
„Tyr miał rację, a zarazem jej nie miał - pomyślał. - Umarłem... a jednak...  
żyję”. 
Nathan - to co niegdyś było Nathanem - zdało sobie z tego sprawę już dawno temu.  
Nic dziwnego, że osobowość dziadka zaczęła się w nim uaktywniać, na nowo ożywać. 
Moc Cabe’a pozostała, lecz jego wspominania - wspomnienia Nathana - stały się  
tylko  
wyblakłymi cieniami. Kiedy Tyr powiedział, że wyprawa oznacza śmierć, miał na  

background image

myśli  
Nathana. Cabe był teraz sam we własnym umyśle i miało już tak pozostać na  
zawsze. Nathan  
zrozumiał słowa swego dawnego towarzysza, rozumiał jaką pułapkę szykowali władcy  
Innego Wymiaru i dlatego właśnie tak bardzo naciskał na złożenie tej ofiary. 
Wiedział, że to nie jego wnuk zostanie złożony w ofierze, lecz to, co można było  
nazwać esencją starego Smoczego Mistrza. Cabe nie potrzebo wał już tej...  
esencji... by dać  
sobie radę. 
Wszystko wyglądało zupełnie inaczej, kiedy po śmierci Azrana dziadek się z nim  
połączył. Niby nie było go, a jednak dawał odczuć swą uspokajającą obecność. Nic  
więcej.  
Nathan Bedlam zrezygnował z własnej mocy i życia dla dobra Cabe’a i całych  
Smoczych  
Królestw. Zdawał sobie sprawę, że wnuk przestał już być chorowitym dzieckiem,  
czy  
niedoświadczonym młodym chłopcem. 
Nie istniał już żaden powód, dla którego nadal miałby w nim pozostawać. 
Rozmyślania, mogące okazać się jedynie przypuszczeniami, zostały przerwane  
wołaniem Gwen. 
Młode były bezpieczne, choć ocalił je cud tak niezwykły jak ten, któremu swoje  
życie  
zawdzięczał Cabe. Niemal w ostatniej chwili, dzięki jakiemuś odruchowi albo  
uśpionym  
resztkom instynktu, Złoty Smok, Król Królów, osłonił swe młode przed szalejącą  
burzą.  
Śmierć zabrała go, gdy przeobraził się w bardziej ludzką niż smoczą postać, ale  
jego ciało  
utworzyło osłonę, pod którą schroniły się młode. Czy próbował w ten sposób  
ocalić siebie,  
czy też swoje dzieci, pozostawało w sferze domysłów. Małe smoczątka były całe i  
zdrowe,  
choć oszołomione i tak jak Cabe zdumione nową sytuacją. 
Pozostały dwie osoby. 
- - Haiden? - Cabe odwrócił się ku miejscu, gdzie ostatnio widział elfa i Tomę.  
-  
Haiden? - zawołał. 
- - Nie wyjdę, dopóki mnie nie przekonacie, że wszystko się skończyło. 
- - Nie ma się czym martwić - powiedział Cabe. 
Cabe i Gwen spojrzeli w kierunku korytarza prowadzącego do głównej komnaty.  
Haiden z rozwichrzonymi włosami, w strzępach ubrania, trzęsąc się, ostrożnie  
wszedł do  
jaskini. Jego twarz przybrała dziwnie błękitny jak na elfa kolor. 
- Więc? - spytał. 
Cabe wskazał Lodowego. Oczy Haidena rozszerzyły się, gwizdnął z podziwu. 
- - A jego... królowa? - spytał. 
- - Nie żyje. 
- - Chciałbym móc powiedzieć to samo o księciu Tomie. Przez twarz Gwen  
przebiegł cień gniewu. 
- Znowu? Kolejny raz udało mu się uciec? Czy nigdy nie uda się nam go pozbyć? 
Haiden skrzywił się. 
- - Prawdę mówiąc, muszę mu podziękować. Uratował mi życie. Uwięził w dziwnej  
kuli, która miała mnie zniewolić, a ocaliła przed ostatnim wybuchem...  
szaleństwa smoka.  
Tuż przed końcem wydarzeń pękła, dlatego tak właśnie wyglądam. - Elf wskazał na  
strzępy  
swego ubrania. - Nie jest aż tak źle jak to wygląda, choć przyznam, że odczuwam  
lekki chłód.  
- Spoważniał. - Widziałem jak wymknął się z komnaty, kiedy rozpętało się to  
piekło. W  
pierwszym odruchu po uwolnieniu chciałem go gonić, ale muszę z przykrością  

background image

przyznać, że  
znał te korytarze znacznie lepiej ode mnie. 
- - Miał też swoją moc - przypomniał mu Cabe. - Zabiłby cię bez najmniejszego  
problemu. Masz wielkie szczęście, że wcześniej cię oszczędził. 
- - Tak, to prawda. 
- - Co teraz? - spytała Gwen. Udało jej się spędzić młode smoki w małą grupkę. 
- - A teraz to zakończymy! - nagle odezwał się głos, odbijający się echem od  
ścian.  
Zdewastowana komnata zapłonęła nagle światłem, które przyćmiło drobny czar  
Cabe’a. 
Bedlamowie i elf utworzyli trójkąt wokół młodych. Ani magowie, ani Haiden nie  
potrafili się zorientować, kto mówi. W końcu Cabe rozpoznał głos. 
- - Ty... ty jesteś Kryształowym Smokiem? 
- - Jestem nim. 
Tam, gdzie widoczna była lustrzana powierzchnia, pojawił się niewyraźny obraz  
jaśniejącej smoczej postaci. Był piękny, przerażający, a zarazem tajemniczy.  
Sprawiał  
wrażenie, jakby przez postać patrzyły siatkowe oczy owada. W pierwszej chwili  
trzepotali  
tylko rzęsami. Wyczuwał moc zupełnie odmienną od wszystkich, jakie do tej pory  
napotkał  
na swojej drodze Cabe. Może nawet potężniejszą niż magia Lodowego. 
Czy i z tym przeciwnikiem mieli walczyć? 
Chichot rozbawienia przetoczył się przez komnatę, powodując oderwanie kilku  
kolejnych brył lodu. 
- Nie jestem waszym przeciwnikiem - poinformował. - Po prostu przybyłem tu, by  
zakończyć raz na zawsze szaleństwa mego brata. 
Odbicia w ścianach zdawały się kontemplować wznosząca się niemal do sufitu  
postać  
Lodowego. W końcu głos stwierdził: 
- Ostrzegałem go przed tym szaleństwem. Mówiłem, że nie uda mu się osiągnąć nic  
więcej poza zbliżeniem do siebie ludzi i smoków, nawet jeśli tylko na krótko.  
Nie pozwolił mi  
zrujnować swoich złudzeń. Teraz zrobię więc coś więcej. Z pewnością będzie to na  
miejscu.  
W pełni sobie na to zasłużył. 
Światło stało się oślepiające. Młode zaczęły syczeć, a dwoje ludzi i elf musiało  
osłonić  
oczy. Błyszcząca postać władcy Północnych Pustkowi zadrżała, jakby powracała do  
życia.  
Komnatę zalała powódź kolorów. Cabe zerknął na swoje dłonie i ujrzał jak  
zmieniają kolor z  
zieleni przez błękit do czerwieni. Włosy Gwen stały się czarne, pomarańczowe a  
potem  
fioletowe... To nie była jedynie zmiana koloru; czuł moc skoncentrowaną w każdym  
z  
odcieni, kiedy oświetlały małą grupkę. Tym właśnie chciał być Lodowy. Stał się  
jednak tylko  
niedoskonałą repliką Smoczego Króla. 
Nad wielką zamrożoną statuą zaczęła się rozwijać żywa tęcza. Lodowy zatrząsł się  
gwałtownie, od jego ciała zaczęły odpadać fragmenty śniegu i lodu. Kiedy  
wydawało się już,  
że wstrząsy spowodują zawalenie tego, co pozostało z jaskini, smok przestał  
drżeć. 
Cabe i Gwen zdali sobie sprawę, co się dzieje i padli na ziemię. Czarodziejka  
pociągnęła za sobą młode. Haiden leżał już na brzuchu, wiedząc że nie ma sensu  
ryzykować,  
kiedy działa magia Smoczego Króla. 
Lodowy rozpadł się. 
Odłamki poleciały we wszystkich kierunkach, a te, które znalazły się zbyt blisko  
przestraszonej grupki, topniały i zamieniały się w parę. 

background image

Kiedy ostatnie fragmenty opadły na ziemię, głos Kryształowego nieco mniej spięty  
niż  
poprzednio wyszeptał: 
- Wszystko dobiegło końca. Nie musieliście się obawiać, opiekowałem się wami. 
Ludzie, ich elfi towarzysz, a nawet młode rozglądali się dookoła siebie z pełnym  
szacunku wzrokiem. 
- Wkrótce nadlecą Poszukiwacze, by odebrać swoją starożytną siedzibę. Za wiele  
było  
tu zamieszania, a ja mam ważniejsze sprawy na głowie. Ponieważ jednak doskonale  
rozumiem wasz obecny stan, pozwolę byście w miarę możliwości odzyskali dawne  
siły.  
Kiedy odeślę was do domu, będziecie mieli na to dużo czasu. 
Skinął głową, dając do zrozumienia, że są wolni. 
Następne dni mijały szybko. Wciąż pozostawało jednak jeszcze wiele do zrobienia.  
Ich stan wprawdzie nie był już taki zły, jak zaraz po oblężeniu Penacles, ale  
Cabe czułby się  
dużo lepiej, gdyby tych dni nie było w ogóle. 
Jeden z poważniejszych problemów rozwiązał się na szczęście sam. Kiedy zaklęcie  
Lodowego zostało odwrócone, olbrzymie ciała potworów zaczęły się rozkładać w  
niesamowitym tempie. Nie dały nawet wystarczająco dużo czasu padlinożercom, by  
pochłonęły trupy, ale mówiono, że tylko najgorsi z nich ledwie powąchali  
resztki. Nikt nie  
chciał mieć nic wspólnego z dziełem Lodowego. 
Decyzja w sprawie Melicarda zajęła trzy dni. W końcu okaleczony monarcha został  
odstawiony do swego miasta w nadziei, że jego poddani coś zrozumieją i zawrą  
pokój. Jego  
najemnicy byli rozproszeni po całym kontynencie. Należało wątpić, czy nadal  
bezsensownie  
będą atakować smoki. Ich szeregi zostały przerzedzone, aPoszukiwacze ani  
Melicard nie  
zamierzali im więcej dawać magicznej ochrony. Poza tym większość ludzi w tej  
chwili wolała  
zająć się powrotem do normalnego życia, niż służyć jakiejś chorej sprawie. 
Gryf naradzał się z innymi władcami w sprawie podróży na kontynent po drugiej  
stronie wschodnich mórz, ale nie uzgodniono nic konkretnego. Wspomniał o tym  
wcześniej  
po pierwszym spotkaniu z D’Shayem w królestwie Czarnego. Toos, który właśnie  
przeżył  
koszmar władania i noszenia tytułu „tymczasowego króla”, z przerażeniem spojrzał  
na  
perspektywę kolejnych lat rządów i stanowczo zaprotestował. 
- - Cholera jasna, ptaku, jestem już za stary na taką zabawę - powiedział, a  
oczy mu  
rozbłysły, jednak w jego głosie dało się odczuć iskierki humoru. 
- - Za stary? Toos, ty oszuście, masz w sobie więcej magicznych umiejętności niż  
ktokolwiek, łącznie z tobą, mógłby się spodziewać - wykrzyknął Gryf. - Żyjesz  
znacznie  
dłużej niż większość ludzi, a nadal jesteś równie bystry i zwinny jak w  
młodości. Twierdzisz,  
że z powodu domieszki elfiej krwi cała twoja rodzina była długowieczna, ale to  
już przesada.  
Jeśli istnieje jeszcze ktoś, kto zna twoją przeszłość i nadal w to wierzy,  
tojestes nim chyba ty  
sam. Wyłącznie potężna magia może pozwolić człowiekowi żyć tak długo i tak  
aktywnie.  
Masz wyjątkowe zdolności i to tak subtelne, że trudno je zauważyć, chyba żeby  
dokładnie się  
im przyjrzeć. Myślę że twoja moc pozwoliłaby ci rządzić tym miastem przez  
następne parę  
dziesięcioleci i to rządzić dobrze, gdyby stało się to konieczne. Mógłbyś nawet  
znaleźć sobie  

background image

żonę i wychować kilkoro dzieci. 
Kiedy były najemnik się zaczerwienił, lwioptak uniósł rękę. 
- Nie protestuj - powiedział. - Widziałem jak niektóre dworki na ciebie patrzą,  
staruszku. - Gryf zaśmiał się, co wyglądało dziwnie, zważywszy na jego ptasi  
wygląd. - Nie  
przejmuj się tak! Nie powiedziałem przecież, że naprawdę mam zamiar jechać! 
Generał wymruczał coś, czego nikt nie dosłyszał. Władca Penacles niezauważalnie  
pokiwał głową. Udało mu się nieco osłabić ponury nastrój, który zapanował wśród  
jego  
towarzyszy. Po tym wszystkim, co przeszli i co udało im się osiągnąć,  
zasługiwali na  
odrobinę szczęścia. Przekształcił swój dziób w ludzką twarz i wypił łyk wina  
przyniesionego  
przez służącego. Teraz martwił go tylko Cabe. Patrzył jak Gwen bierze męża za  
ręce. Ta  
dwójka prawie w ogóle nie miała szansy przyzwyczaić się do normalnego życia  
wzłożonej  
grupie. Gryf liczył jednak, że teraz wszystko się nareszcie uspokoi. 
Miał nadzieję, ale nie spodziewał się, by szybko się tak stało. Marzenia w  
Smoczych  
Królestwach przejawiały dziwną tendencję do niespełnienia się. 
Wypił kolejny łyk wina. 
Cabe i Gwen w końcu odsunęli się od reszty. Gryf rozmawiał z Zielonym o  
rozszerzeniu sojuszu na jego brata w Irillianie. Haiden poproszony przez Bedlama  
rozmawiał  
z Toosem o miejscach, które obaj w swych długim życiu odwiedzili. Okazało się,  
że znają ten  
kraj na wylot i mają dużo więcej wspólnego, niż Cabe kiedykolwiek by  
przypuszczał. 
Kiedy znaleźli się już dostatecznie daleko, Gwen przyciągnęła męża do siebie i  
spytała: 
- Co się dzieje, Cabe? 
Jego twarz była blada, wyczerpana. 
- Nie ma go, Gwen - odparł. - Tym razem nic nie zostało z Nathana. Jestem  
zupełnie  
sam. Moc dalej znajduje się we mnie, ale teraz należy wyłącznie do mnie.  
Czymkolwiek był -  
duszą, esencją, nawet moją wyobraźnią - oddał to, bym ja mógł żyć. Trudno być  
samym,  
zwłaszcza kiedy przyzwyczaiłem się już do jego ciągłej obecności. 
Pani z Bursztynu nie odpowiedziała, ofiarowała mu za to długi pocałunek. Cabe  
wiedział, co chciała przez to powiedzieć i jego humor odrobinę się poprawił. 
- Nigdy nie będziesz sam, Cabe - odezwała się po chwili. - Jak długo mam coś do  
powiedzenia w tej sprawie. 
Poczuł ucisk żalu, że tak szybko oddala wspomnienia o dziadku, ale znając  
Nathana,  
wątpił czy w ogóle by go to obchodziło. Prawdopodobnie upomniałby go jeszcze za  
niepotrzebne jęki duszy, kiedy czekała na niego piękna kobieta, która na dodatek  
go kochała.  
Powinien wziąć ją w ramiona i odwzajemnić miłość. 
Cabe lekko się uśmiechnął i objął Gwen. Być może, pomyślał zanim pozwolił się  
unies’c chwili, Nathan Bedlam nie zniknął. 
Wokół nich tańczył lekki wiaterek, ale było ciepło i nawet go nie poczuli,  
zajęci dużo  
ważniejszymi sprawami.