background image

 

David Ferring  

Konrad  

Część pierwsza trylogii 

Konrad  

background image

 

* * * 

Dom Konrada został  zniszczony, jego ukochana zabita przez wysłanników Chaosu. 

Jedyne, co mu pozostało, to wyruszyć w świat w poszukiwaniu zemsty i prawdy o swoim 
pochodzeniu  oraz  przeznaczeniu.  Tropem  chłopca  wyrusza  tajemniczy  rycerz, 
dosiadający demonicznego rumaka, a na jego drodze stają przeciwnicy, zarówno z tego 
świata, jak i najgłębszych otchłani Chaosu…  

* * *  

background image

 

Spis treści  

Rozdział pierwszy ................................................................................................ 4 

Rozdział drugi ................................................................................................... 18 

Rozdział trzeci ................................................................................................... 31 

Rozdział czwarty ............................................................................................... 43 

Rozdział piąty ................................................................................................... 57 

Rozdział szósty ................................................................................................. 71 

Rozdział siódmy ................................................................................................ 85 

Rozdział ósmy ................................................................................................... 97 

Rozdział dziewiąty ........................................................................................... 110 

Rozdział dziesiąty ............................................................................................ 127 

Rozdział jedenasty .......................................................................................... 140 

Rozdział dwunasty .......................................................................................... 158 

Rozdział trzynasty ........................................................................................... 173 

Rozdział czternasty ......................................................................................... 180 

background image

Rozdział pierwszy 

Przybywali z zachodu i ze wschodu, z południa i z północy. Przybywali ze wszystkich 

zakątków Imperium, z każdej krainy Starego Świata i spoza jego granic. 

Wielu z nich było ludźmi, albo było nimi kiedyś; wielu nigdy ludźmi nie było. 
Niemal  wszyscy  byli  śmiertelnymi  wrogami.  W  każdych  innych  okolicznościach 

spotkanie  takie  przemieniłoby  się  natychmiast  w  krwawą  rzeź,  każdy  wojownik 
instynktownie  skoczyłby  do  gardła  swoim  odwiecznym  nieprzyjaciołom  i  zapiekłym 
rywalom. 

Lecz  nie  ściągali  tu  bynajmniej w pokojowych zamiarach. Nikt tu nie znal takiego 

pojęcia. 

Zanim  noc  zapadnie,  zaspokoją  swoją  żądzę  krwi.  Ale  to  nie  wśród  tych,  którzy 

łączyli  się  teraz  w  tak  nienaturalnym  przymierzu,  śmierć  i  zniszczenie  będzie  zbierać 
żniwo. Przynajmniej do czasu. To oni staną się wkrótce siewcami śmierci, krzewicielami 
destrukcji. 

Łączyło ich jedno: Wszyscy, i każdy z osobna, byli sługami Chaosu. Swoich czcicieli 

miała  wśród  nich  każda  siła  Chaosu:  Khorne  i  Slaanesh,  Nurgle  i  Tzeentch,  i  wszelkie 
inne demoniczne bóstwa. 

Zjednoczyli  się  dla  tej  jednej  bezecnej  misji.  Misji  grabieży  i  mordu,  destrukcji  i 

masakry… 

* * * 

Nie  świtało  jeszcze  nawet,  kiedy  wstępował  na  drewniany  most  przerzucony  nad 

rzeką.  Wielki  księżyc  Mannslieb  już  zaszedł.  Jego  mniejszy  towarzysz  Morrslieb  był  w 
nowiu, i światła dawał jeszcze mniej niż zwykle. 

Zatrzymał się w połowie i oparł o barierkę, żeby odczekać kilka minut. Dopiero kiedy 

zaczęło  szarzeć  niebo  na  wschodzie,  odważył  się  ruszyć  dalej.  Piął  się  pod  górę,  w 
stronę boru, z takim samym ociąganiem, z jakim zza horyzontu dźwigało się słońce. A 
było to słońce zimowe, pełznące nisko przy ziemi i blade. 

Przy każdym oddechu z ust buchały mu obłoczki pary, ciało raz  po raz przebiegał 

mimowolny  dreszcz.  Łachmany,  w  które  się  okutał,  prawie  wcale  nie  chroniły  przed 

background image

zimnem.  Stare  buty  wymoszczone  miał  szmatami,  między  innymi  dlatego,  że  były  dla 
niego  za  duże,  z  zewnątrz  zaś  obwiązane  pasami  zgrzebnego  materiału,  żeby  nie 
przemakały,  lecz  niewiele  to  pomagało.  Trawa  przesycona  była  poranną  rosą,  a 
przemoczone poprzedniego dnia i buty nie zdążyły wyschnąć. 

Nie przeszkadzało mu to. Przywykł; tak było odkąd pamiętał. Miał wrażenie, że od 

kiedy  nauczył  się  chodzić,  co  dnia  przemierza  samotnie  tę  drogę,  brnąc  na  bosaka  w 
kurzu albo człapiąc przez klaskające błocko. 

Zresztą  nie  było  jeszcze  tak  źle.  Lód  i  śnieg,  których  należało  się  spodziewać  za 

najdalej dwa miesiące, jeszcze bardziej utrudnią mu tę codzienną powinność. 

Wlepiał oczy w ścianę boru, usiłując przebić wzrokiem splątane chaszcze,  wyczuć, 

co  się  czai  w  ich  gęstwie.  Nawet  w  najjaśniejszy  letni  dzień  w  lesie  było  mroczno  i 
wilgotno, słoneczne światło z rzadka tam się przedzierało. 

Większość drzew zrzuciła już liście, ale to czyniło knieję jakby jeszcze straszniejszą. 

Bo  chociaż  można  było  teraz  sięgnąć  wzrokiem  dalej,  to  większą  grozę  wzbudzały 
bezlistne  drzewa,  których  grube  pnie  i  nagie  konary  przywodziły  na  myśl  żywe  istoty 
gotujące się do skoku. 

Wokół panowała niczym nie zmącona cisza, ale on nie dał się zwieść. Bór roił się od 

wszelkiej maści  istot.  Owadów,  ptaków  i  zwierząt,  normalnych  leśnych  stworzeń.  Ale 
pienił się tu też inny rodzaj stworów, stworów, których żadną miarą normalnymi nazwać 
się nie dało. 

Bał  się.  Zawsze  wchodził  tu  z  duszą  na  ramieniu.  Kiedy  był  młodszy,  myślał,  że  z 

wiekiem minie mu ten strach. Ale stało się  coś wręcz  przeciwnego. Wówczas lękał się 
nieznanego. Teraz już wiedział, na co może się tu natknąć - a co za tym idzie, bardziej 
się bał. 

I  prawdopodobnie  tylko  dzięki  temu  jeszcze  żył.  Gdyby  nie  wzmożona  czujność  i 

ostrożność, dawno już by zginął; uśmiercony przez którąś z bestii czyhających w głębi 
tej zwyrodniałej kniei. 

Nikt z wieśniaków nie zapuszczał się tu nigdy w pojedynkę. Jeśli odważyli się wejść 

do lasu, to tylko w grupie, dobrze uzbrojeni. Drwale wycinający drzewa, by wyrwać kniei 
jeszcze jeden spłacheć terenu, pracowali zawsze pod silną strażą. 

background image

Ale  nawet  te  środki  ostrożności  nie  wystarczały.  Przed  rokiem  grupa  sześciu 

leśników z wioski wybrała się pewnego poranka do boru. Nie wrócili do wieczora. Nikt 
ich  już  nigdy  nie  widział.  Sąsiedzi  wszczęli  poszukiwania,  ale  natrafili  tylko  na  kilka 
strzępów zbroczonego krwią odzienia. 

Pochuchał w zziębnięte dłonie i zacierał je przez chwilę. Potem zza pazuchy kubraka 

wyjął  sztylet.  Z  nożem  w  prawym  ręku  i  ze  zwojem  postronka  do  przewiązania  wiązki 
chrustu w lewej, wkroczył między drzewa. 

Codziennie  wchodził  do  lasu  w  tym  samym  miejscu  i  poruszał  się  w  nim  tą  samą 

trasą. Znał na niej każde drzewo i korzeń, każdy wykrot i krzak. Gdyby coś było nie w 
porządku,  wiedziałby  to  od  razu.  Ale  z  każdym  dniem  musiał  coraz  bardziej  zbaczać  z 
utartego szlaku, w poszukiwaniu drewna na opał, po które tu przychodził. 

Właśnie,  w  poszukiwaniu.  Odłamywanie  gałęzi  nie  miało  sensu,  bo  nawet  o  tej 

porze  roku,  kiedy  wyglądały  na  uschnięte,  były  zbyt  wilgotne,  by  się  palić.  Był  takim 
samym  myśliwym,  jak  ci,  którzy  z  łukiem  i  strzałami  podchodzą  dzikiego  zwierza  i  dla 
mięsa zabijają łosia czy niedźwiedzia, z tym że on polował na chrust. 

Na skraju lasu drzewa rosły rzadko. Im głębiej się zapuszczał, tym bardziej gęstniał 

starodawny  bór.  Można  by  pomyśleć,  że  drzewa  zwierają  szeregi  dla  ochrony  przed 
istotami zamieszkującymi jego ostępy. 

Ale ta metoda obrony była chyba równie mało skuteczna dla drzew, jak i dla drwali, 

bo co kilka kroków drogę przegradzał obalony gnijący pień, przywodzący na myśl ofiarę 
nieznanych leśnych drapieżców. 

Nieraz  już  widywał  te  stwory,  ale  o  wiele  częściej  zdarzało  mu  się  wyczuwać  ich 

złowrogą obecność. Nie miał pojęcia, czym są ani jak się zwą, i nie chciał tego wiedzieć. 
Dla niego były potworami i wolał trzymać się od nich z dala. 

Nie były ani ludźmi, ani zwierzętami, stanowiły ich ohydną krzyżówkę spłodzoną w 

jakimś  odrażającym  akcie  kopulacji.  Pokryte  futrem,  nagie  lub  pierzaste  kreatury  z 
rękami,  kopytami  i  rogami.  Ale  bezmyślne.  Ich  mutacje  zdawały  się  być  pozbawione 
wszelkich  naturalnych  zmysłów.  Nie  miały  ani  ludzkiego  rozumu,  ani  właściwego 
zwierzętom instynktu. 

Nieraz  zdarzało  mu  się  obserwować  taką  przerażającą  poczwarę  z  odległości  kilku 

background image

jardów, kiedy za jedyną osłonę miał pień wątłego drzewka. Na szczęście żadna go jak 
dotąd nie dostrzegła, nie usłyszała ani nie zwęszyła, inaczej już by nie żył. 

Takie sytuacje sprawiały, że stawał się coraz ostrożniejszy. Zdawał sobie sprawę, że 

szczęście może go kiedyś opuścić. 

Z walącym sercem zapuszczał się w las, coraz mocniej ściskając  w spoconej dłoni 

rękojeść noża. Zapomniał o chłodzie. Szedł wolno, rozglądając się na boki, nastawiając 
ucha, strzelając wokół oczami szybciej, niż nadążała obracać się głowa. 

Nic nie słyszał, niczego nie dostrzegał - coś jednak wyczuwał. 
Gdzieś niedaleko, jakieś pięćdziesiąt jardów przed nim czaił się któryś z mutantów. 

Może zasadził się na niego, wiedząc, że chodzi tędy co dnia o świcie. A może całkiem 
przypadkowo zapuścił się w te partie lasu. 

Widok  przesłaniała  ściana  drzew,  wyobrażał  go  sobie  jednak,  przycupniętego  w 

sękatych korzeniach rozszczepionego pnia. 

Zatrzymał się i czekał. Nauczył się cierpliwości. Ona również po wielokroć ocaliła mu 

życie. 

Zastygł  w  bezruchu.  Nie  śmiał  nawet  odetchnąć,  w  obawie,  że  zdradzi  go 

wydobywająca się z nozdrzy para. Serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi, w ustach 
miał sucho, choć cały spływał potem. 

Stwory żerowały głównie po zmroku. Pod osłoną ciemności podkradały się do wsi i 

porywały zostawiony bez opieki inwentarz. Przed świtem wycofywały się do lasu. Ale i za 
dnia, i w nocy były równie niebezpieczne. 

Po  zeszłorocznych  wydarzeniach,  postanowiono  oczyścić  las  z  tej  plagi. 

Sprowadzono żołnierzy. 

Nigdy  nie  widział  czegoś  tak  wspaniałego.  Wjechali  do  wsi  konno,  słońce  odbijało 

się  w  lśniących  pancerzach,  w  górze  powiewały  barwne  proporce.  Nie  zastanawiał  się 
wcześniej, co się znajduje poza granicami wioski. Teraz zapragnął zostać żołnierzem. 

Część żołnierzy zakwaterowała się w karczmie, ku niezadowoleniu jego pana, który 

miał ich żywić. 

Ale  on  był  zachwycony,  bo  mógł  słuchać  z  zapartym  tchem  opowieści  żołnierzy  o 

życiu poza doliną, o cudach, których istnienia dotąd nawet nie podejrzewał. Z zapałem 

background image

pucował im hełmy, rychtował zbroje, oporządzał konie. 

Ten  i  ów  cisnął  mu  czasem  pensa  za  fatygę.  Były  to  pierwsze  pieniądze,  jakie 

zarobił.  Po  kryjomu  zakopywał  miedziaki  w  oborze,  obok  barłogu,  na  którym  sypiał. 
Gdyby  jego  pan  dowiedział  się,  że  je  ma,  odebrałby  mu  pieniądze,  a  na  dokładkę 
wychłostał. Chłosty i tak nie uniknął, ale pieniądze zachował. 

Zachował  też  sztylet  skradziony  kapitanowi,  od  którego,  za  posługi,  jakie  mu 

świadczył, nie dość że nic nigdy nie dostał, to nie usłyszał nawet słowa podzięki. Chciał 
mieć  coś,  co  pochodzi  z  szerokiego  świata  -  a takiego  osobliwego  noża  ani  wcześniej, 
ani potem nie widział. 

Rzeźbiona rękojeść wykonana z jakiejś białej kości miała kształt łba węża, jednak to 

nie  ona,  lecz  ostrze,  którego  krawędzie,  zamiast  prostych  były  faliste,  decydowało  o 
oryginalności broni. 

Żołnierze przeczesywali mozolnie knieje, oczyszczając je z krwiożerczych bestii. Ale 

bór rozciągał się w nieskończoność i mutanty wkrótce powracały. 

Jeden z nich czaił się teraz gdzieś w pobliżu. 
Usłyszał  jakiś  odgłos  za  plecami  i  obrócił  się  na  pięcie.  Od  strony  wioski  dobiegał 

stukot podkutych końskich kopyt na drewnianym, odległym o kilkaset jardów moście. 

Mrużąc oczy, przyjrzał się jeźdźcowi. Bardzo rzadko się zdarzało, żeby ktoś poza nim 

wstał  skoro  świt.  Zanim  ktokolwiek  wychylił  nos  z  chałupy,  on  zazwyczaj  był  już  z 
chrustem z powrotem we wsi. Tylko w zimie więcej się trafiało takich rannych ptaszków, 
bo wtedy dzień był krótszy i ludzie zaczynali pracę o brzasku. 

Rozpoznał  dosiadającą  konia  dziewczynę.  Ze  wszystkich  mieszkańców  wioski,  ją 

najmniej spodziewałby się ujrzeć o tak wczesnej porze. 

Mogła wszak wylegiwać się do późna w piernatach, bo we wszystkim ją wyręczali, i 

spełniali każdy jej kaprys, słudzy ojca. Mieszkała we dworze u wylotu doliny. Dwór i cała 
dolina wraz ze wsią i wszystkimi jej mieszkańcami należały do jej ojca; nawet karczmarz 
płacił mu dziesięcinę od utargu. 

Galopowała  przez  wąski  most  opatulona  w  białe  futra.  W  pewnej  chwili  osadziła 

wierzchowca  w  miejscu,  obejrzała  się,  a  potem  szarpnęła  wodze  z  taką  siłą,  że  koń 
parsknął i wykręcił szyję, ale zamiast zawrócić do wioski, ruszyła w stronę boru. 

background image

I czającego się w nim stwora! 

* * * 

Obserwował  bacznie  dziewczynę,  ale  ani  na  chwilę  nie  zapominał  o  ukrytej  wśród 

drzew  kreaturze.  Przez  cały  czas  był  w  pełni  świadom  bliskości  poczwary,  chociaż  nie 
wiedział, gdzie się ukrywa. Jednak stwór też już usłyszał konia i zaczął się przemykać ku 
skrajowi lasu. 

Granica boru cofnęła  się z upływem lat i teraz pierwsze drzewa oddzielał  od rzeki 

szeroki pas łysego stoku wzgórza. 

Dziewczyna  mogła  wybrać  szlak  biegnący  brzegiem  rzeki.  Nie  uczyniła  tego.  Nie 

wiedzieć czemu ruszyła pod górę, równolegle do ściany lasu. 

Chłopiec  nadal  nie  widział  potwora,  ale  słyszał,  jak  ten  przedziera  się  między 

drzewami, by przeciąć drogę nadjeżdżającej. 

Dziewczyna prowadziła  konia  szybko,  pewnie.  Obserwował  ją  z  nadzieją,  że 

zorientuje  się,  co  jej  grozi,  że  zawróci  i  oddali  się  galopem.  Ale  ona  jechała  dalej, 
nieświadoma niebezpieczeństwa. 

Co ją tu sprowadza? Dlaczego jest sama? 
Spróbował ocenić sytuację. Stwór był już bardzo blisko. Jeśli ona zaraz nie zawróci, 

to za chwilę będzie na to za późno. 

I  nagle  zaświtała  mu  w  głowie  przerażająca  prawda:  ona  nic  nie  wie!  Nie  zdaje 

sobie sprawy, co się zaraz wydarzy. 

Ale on wiedział. Wiedział bardzo  dobrze, czego za chwilę będzie świadkiem. Tylko 

patrzeć, jak odczłowieczony napastnik wypryśnie z chaszczy i ściągnie z konia bezbronną 
ofiarę. 

Nie było chwili do stracenia. Rzucił postronek na ziemię, wypadł spomiędzy drzew 

na otwartą przestrzeń i puścił się biegiem ku dziewczynie, wrzeszcząc co sił w płucach, 
żeby się zatrzymała, żeby zawróciła, bo widział już, że nie zdąży dobiec do niej na czas. 

Musiała  go  usłyszeć,  gdyż  wstrzymała  konia.  Ale  było  już  za  późno,  o  wiele  za 

późno. 

Kiedy  od  dziewczyny  dzieliło  go  drugie  tyle,  ile  już  przebiegł,  potwór  wyprysnął  z 

lasu. Zobaczył go, jak szybuje w powietrzu. 

background image

Był  odpychającą  krzyżówką  człowieka  i  zwierzęcia:  ogromne  cielsko  pokryte 

skołtunioną,  ciemnoszarą  sierścią;  pysk  jak  u  psa,  lecz  z  rogami  i  długachnymi  kłami; 
krótkie łapy zakończone szponami, a w jednej z nich pordzewiały miecz. 

Stwór ryknął, dopadając swej ofiary. Dziewczyna uchyliła się instynktownie, szarpiąc 

jednocześnie wodze, i napastnik, zamiast ściągnąć nieszczęsną z siodła, tylko ją z niego 
zepchnął. Spadła na ziemię, a przerażony koń stanął dęba i rzucił się do ucieczki. 

Potwór również wylądował na miękkiej ziemi, ale zanim zdążył się pozbierać i rzucić 

na dziewczynę, chłopiec był już przy nim. 

Skoczył mutantowi na grzbiet, otoczył lewą ręką szyję, odciągnął w tył łeb i zatopił 

sztylet w gardle. Poczwara wrzasnęła i szarpnęła się, z rany siknęła fontanna krwi. 

Chłopak  zadawał  cios  za  ciosem,  ostrze  z  trudem  przebijało  grubą  skórę.  Potwór 

miotał się, skrzecząc z wściekłości i bólu, i w końcu zrzucił go z siebie. 

Był od niego większy. Nawet gdyby nie miał miecza, mógłby go zmiażdżyć jednym 

uderzeniem potężnego łapska. 

Chłopiec odturlał się w bok i z trudem podźwignął na nogi. Stwór poderwał rękę do 

poderżniętego gardła, daremnie próbując zatamować krwotok. Jego posoka była równie 
nienaturalna, jak on sam; miała odrażającą, żółtawozieloną barwę. 

Mutant  popatrzył  bezmyślnie  na  juchę  zlepiającą  mu  sierść  na  łapie,  wyraźnie  nie 

pojmował,  skąd  się  wzięła.  Rozdziawił  paszczę,  żeby  wyryczeć  swoją  wściekłość,  i 
strumyczek ohydnej posoki pociekł mu spomiędzy psich szczęk. Łypnął przymrużonymi 
ślepiami na tego, który zadał mu tyle bólu, i runął do ataku. 

Chłopca  owionął  smród  gorącego  oddechu.  Żołądek  podszedł  mu  do  gardła.  Był 

mniejszy, ale szybszy. W porę uskoczył w bok przed spadającym mieczem. 

Nie zdołał już jednak wykonać uniku przed długim, cienkim ogonem, który śmignął 

błyskawicznie, oplótł mu kostkę i ściął z nóg. Runął jak długi. Chciał się odtoczyć, ale nie 
mógł. Wężowy ogon stwora trzymał mocno. 

Poczwara znieruchomiała nad leżącym, wlepiając weń pałającej nienawiścią ślepia. 

Jej krew skapywała chłopcu na kubrak i niczym, kwas wżerała się z sykiem w wytarty 
materiał. Rzucał się i wyrywał, ale nadaremnie. 

Bezimienny drapieżca pochylił się, przesłaniając swoim cielskiem słońce. Jego cień 

background image

padł  na  chłopca  i  temu  zrobiło  się  zimno,  zimniej  niż  kiedykolwiek  było  mu  w  życiu, 
zimniej niż kiedykolwiek mu będzie, bo oto za chwilę umrze. 

Wszystko pociemniało. Nie widział nic, prócz pochylonej nad sobą sylwetki potwora. 
Ale nie podda się bez walki. Poniechał beznadziejnych prób wyszarpnięcia kostki z 

pętli  ogona.  Zginając  w  kolanie  uwięzioną  nogę,  przesunął  się  po  śliskim  błocku  bliżej 
stwora, ucapił ogon lewą ręką i ciął go nożem, który dzierżył w prawej. 

Jedno cięcie, drugie, trzecie. Trzy, następujące jeden po drugim, wrzaski cierpienia, 

każdy głośniejszy od poprzedniego. Koniec ogona został mu w dłoni, tryskająca z rany 
krew zbroczyła ręce, ale nie zważał na pieczenie skóry, w którą zaczęła się natychmiast 
wgryzać cuchnąca posoka. 

Oszalały  z  bólu  potwór  runął  na  niego,  wywijając  wściekle  mieczem.  Chłopiec, 

zamiast wykonać unik, zerwał się na nogi i przyjął atak na trzymany oburącz sztylet. 

Szarżujący mutant nadział się na ostrze. Nóż przebił grubą skórę i wszedł w cielsko 

po rękojeść. Stwór wydał z siebie jeszcze straszniejszy niż poprzednie wrzask cierpienia. 
Wypuścił z łapy miecz i na oślep sięgnął po chłopca ostrymi jak brzytwy pazurami. 

Ten uchylił się zręcznie przed szponiastą łapą i mutant, tracąc równowagę, runął w 

błoto z takim impetem, że zadrżała ziemia. 

Znieruchomiał, leżąc na boku. 
Chłopiec  przyglądał  mu  się  z  odległości  kilku  kroków,  gotów  odskoczyć,  gdyby 

potworowi  drgnął  choć  jeden  mięsień.  Mutant  wlepiał  w  niego  wybałuszone,  szkliste 
ślepia, które po chwili zaczęły zachodzić mgłą. 

Chłopak  wytarł  o  kubrak  piekące  dłonie,  chcąc  się  pozbyć  płynnego,  wżerającego 

się w ciało ognia. 

Nie wiedział, co dalej robić. Rozejrzał się lękliwie wokół. Jeśli w okolicy krążyły inne 

takie  gadziny,  wkrótce  zwęszą  krew.  Nie  było  między  nimi  solidarności,  a  tu  czekała 
uczta. 

Nóż tkwił w piersi stwora. Wiedział, że musi go odzyskać, ale nadal bał się podejść 

bliżej. 

* * * 

Usłyszał szmer za plecami i odwrócił się jak pchnięty sprężyną, gotów rzucić się do 

background image

ucieczki. Z ulgą stwierdził, że to tylko gramoląca się z błota dziewczyna. 

- Jak ja wyglądam! - jęknęła, siadając. - Wszystko do wyrzucenia! 
Odziana  była  w  rzadko  spotykane  białe  futra.  Opończę,  spodnie  i  buty  miała 

utaplane w błotnistej mazi. Wolałaby, żeby to była krew? Jej własna? 

- Pomóż mi wstać! 
Dopiero  teraz  zaczął  się  zastanawiać,  dlaczego  właściwie  to  zrobił,  dlaczego  z 

narażeniem życia śpieszył jej na ratunek? Zachował się jak ostatni głupiec. Nie myślał - 
oto  odpowiedź.  Działał  odruchowo,  jego  postępowaniem  nie  kierował  rozsądek,  lecz 
instynkt. 

- Słyszysz, co do ciebie mówię? Pomóż mi się podnieść! 
Była człowiekiem. Oto druga część odpowiedzi na nurtujące go pytanie. Ludzie byli 

sprzymierzeńcami w walce z wszelkimi innymi formami życia zamieszkującymi świat. 

- Gdzie mój koń? 
Pominął  to  pytanie  milczeniem  i  zrobił  krok  w  kierunku  martwej  kreatury.  Musi 

odzyskać sztylet. To wszystko, co ma. 

Naraz dziewczyna pisnęła, i chłopiec jak oparzony odskoczył w tył, pewien, że stwór 

się poruszył i ona to dostrzegła. 

- Nie żyje? 
Wpatrywała się szeroko rozwartymi oczami w ścierwo mutanta, jakby dopiero teraz 

je zauważyła. 

Chłopak  podniósł  z  ziemi  patyk,  zbliżył  się  nieznacznie  do  leżącego  i  szturchnął 

nieruchome cielsko. Żadnej reakcji. Poczwara nie żyła. Była za głupia, żeby udawać. 

- Co tu się stało? 
Upadek  musiał  dziewczynę  oszołomić  Nie  tylko  nie  widziała  walki,  ale  i  nie 

pamiętała, że stwór zepchnął ją z konia. 

Usłyszał  cmoknięcie,  z  jakim  dźwigała  się  z  grząskiego  błota,  a  potem  kląskanie 

zbliżających  się  kroków.  Wstrzymując  oddech,  żeby  nie  wciągać  nosem 
przyprawiającego  o  mdłości  smrodu,  pochylił  się  nad  mutantem.  Chwycił  oburącz 
rękojeść sztyletu i pociągnął z całych sił. Nóż ani drgnął. 

Odwrócił  głowę,  żeby  zaczerpnąć  świeżego  powietrza,  zaparł  się  stopą  o  tors 

background image

martwego potwora i spróbował jeszcze raz. 

-  Co robisz? -  Była  już  na  tyle  blisko,  że  sama  mogła  sobie  odpowiedzieć  na  to 

pytanie. 

Nóż lekko się poruszył. Chłopiec szarpnął ponownie. I naraz poczuł, jak czyjeś ręce 

obejmują go w pasie i ciągną do tyłu. Klinga noża zaczęła się wysuwać, zrazu powoli, 
opornie, by po chwili  wyskoczyć z rany. Nie przygotowani na  to  zatoczyli siej oboje w 
tył. 

Chłopcu udało się odzyskać równowagę, dzięki czemu niej upadł. Za to dziewczyna, 

puściwszy go, rymsnęła z powrotem w grząską maź. Nie zwracał na nią uwagi. Oglądał 
nóż. 

Sztylet  wyglądał  na  nie  uszkodzony.  Nigdy  go  jeszcze  nie  użył,  a  co  dopiero  do 

takiego,  jak  przed  chwilą,  celu.  Do  tej  pory  tylko  się  nim  bawił,  markował  walkę, 
obierając  sobie  drzewa  za  wyimaginowanych  przeciwników.  Ale  nawet  patyka  nie 
zastrugał, w obawie, że stępi faliste ostrze. 

Spojrzał  na  martwego  stwora  i  przepełniło  go  poczucie  tryumfu.  Stoczył  walkę  z 

istotą o wiele od siebie większą, i zwyciężył. Schylił się i wytarł starannie klingę o ciemną 
sierść potwora. Oczyszczony sztylet zatknął sobie za pas. 

Czubkiem  buta  trącił  miecz.  Był  wyszczerbiony  i  zardzewiały.  Ani  go  potrzebował, 

ani chciał. 

Odwrócił  się  do  dziewczyny.  Miała  około  dwunastu  lat,  czyli  tyle  co  on,  tak 

przynajmniej  oceniał  jej  wiek.  Krótkie,  kruczoczarne  włosy,  ciemne  oczy,  biała  skóra 
przezierająca spod warstwy błota. 

Tym razem pomógł jej wstać, podając rękę. Skrzywił się z bólu, kiedy obleczoną w 

rękawiczkę dłonią ścisnęła mu poparzone palce. 

- Oj! - zafrasowała się, kiedy jej wzrok padł na świeże rany. 
Chciał  się  cofnąć,  ale  przytrzymała  go  i  spojrzała  mu  w  oczy.  Odwrócił  głowę, 

unikając jej wzroku. 

- Tyś jest ten chłopak z karczmy. Powiadają, żeś niemowa, ale przecież krzyczałeś 

do mnie. Próbowałeś mnie ostrzec, tak? 

Nie odpowiedział. Znowu spróbował uwolnić z jej uścisku rękę, ale chwyciła go za 

background image

nadgarstek. 

- Tak? - powtórzyła. 
Kiwnął bez słowa głową. 
- Jestem ci dozgonnie wdzięczna - powiedziała. - Ocaliłeś mi życie. 
Wyrwał  jej  się  wreszcie.  Musiał  już  iść.  Musiał  nazbierać  chrustu.  Nie  powinien  tu 

stać, i to z nią. Gdyby jego pan się dowiedział, wychłostałby go, wychłostał za wszystkie 
czasy. 

- Daj mi ręce! 
Powiedziała to rozkazującym tonem, któremu od dziecka nawykł dawać posłuch. I 

teraz też posłuchał. 

Ściągnęła zębami rękawiczki z miękko wyprawionej białej skórki i ujęła w obie ręce 

jego prawą dłoń. Dziewczyna była niemal tego samego wzrostu co on, ale dłonie miała 
drobniejsze - i cieplejsze. 

Uniosła  ją  do  ust  i,  zamykając  oczy,  podmuchała  na  oparzenia.  Konrad  miał 

wrażenie,  że  jej  dłonie  stają  się  jeszcze  cieplejsze  i  ogrzewają  mu  rękę  tak,  jakby 
trzymał ją nad ogniskiem. 

Wypowiedziała  kilka  słów,  ale  tak  cicho,  że  ich  nie  dosłyszał.  Po  chwili  otworzyła 

oczy i puściła jego dłoń. Ciepło przytępiło ból od oparzeń spowodowanych żrącą posoką 
potwora. Dziewczyna ujęła teraz lewą rękę chłopca i powtórzyła zabieg. 

Popatrzył na swoje dłonie i aż stęknął ze zdumienia. Rany zasklepiały się, zarastały 

nową tkanką; goiły się! 

Cofnął  się  chwiejnie  kilka  kroków.  Ta  dziewczyna  wzbudzała  w  nim  większą  grozę 

niż potwór. Była tak samo nienaturalna jak on: była czarownicą… 

-  Nie mów nikomu -  uprzedziła  go  i  znacząco  położyła  palec  na  ustach.  Potem 

uśmiechnęła  się.  -  To  znaczy,  gdybyś  przypadkiem  umiał  mówić.  Krzyczeć  potrafisz, 
sama  słyszałam,  a  mówić  normalnie?  A  może  to  był  tylko  taki  nieartykułowany, 
zwierzęcy krzyk? No, chłopcze, potrafisz mówić? 

- Po… potrafię - wyszeptał. 
- Co? 
- Potrafię - mruknął głośniej, wyzywająco. 

background image

Kiedy był w lesie, gdzie nikt nie mógł go słyszeć, rozmawiał sam ze sobą, ale teraz 

po  raz  pierwszy  zdradził  się  przed  kimś,  że  potrafi  mówić.  Do  tej  pory  jedynymi 
dźwiękami, jakie wyrywały mu się z ust, były krzyki, kiedy go chłostano. Właściwie to z 
biciem tak się już oswoił, że nie sprawiało mu bólu, a krzyczał z przyzwyczajenia. 

- Mój ojciec cię wynagrodzi - powiedziała dziewczyna. 
- Nie! Nic mu nie mów, panienko! 
- A to czemu? 
Potrząsnął tylko głową. Nie chciało mu się tego wyjaśniać, zresztą nie wiedział, jak. 

Nikt nie może się dowiedzieć, co tu zaszło, To by dopiero było, gdyby do pana dotarło, 
że ma nóż i że potrafi mówić. Obejrzał się na ścierwo potwora. 

- To zwierzołak - powiedziała dziewczyna. 
Zwierzołak. Teraz mu się przypomniało. Słyszał to słowo z ust żołnierzy polujących 

na stwory, które wymordowały leśników. 

- Półczłowiek, półzwierzę - ciągnęła. - Słyszałam, że w Lesie Cieni żyje mnóstwo ich 

odmian. - Zerknęła lękliwie na ciemną ścianę boru. - Mam nadzieję, że nie ma tu takich 
więcej. 

- W pobliżu nie ma - uspokoił ją. 
-  Kto wie -  mruknęła,  a  potem  popatrzyła  na  niego  uważnie.  -  Ale ty to wiesz, 

prawda? Wiesz na pewno. Wiedziałeś, gdzie jest ten, tutaj, zanim go zobaczyłeś. Skąd? 

- Widziałem go. 
Tak, on go widział - a ona nie. To dlatego stworowi udało się tak ją podejść. 
I dlatego zginęło tamtych sześciu drwali. Nie widzieli zwierzołaków skradających się 

za nimi pod osłoną zarośli. Tak samo musiało być ze wszystkimi innymi, których dopadły 
i zamordowały podobne kreatury. 

Znowu patrzyła mu w oczy. Odwrócił wzrok i ona po chwili uczyniła to samo. 
- Gdzie mój koń? - spytała. 
Rozejrzał się. 
- Tam, nad rzeką - burknął, pokazując palcem. 
-  Całe  szczęście  -  odetchnęła.  -  Miałabym  się  z  pyszna,  gdybym  go  straciła.  - 

Spojrzała na swoje futra oblepione schnącym błotem. - Nie wolno mi się tu zapuszczać, 

background image

a więc lepiej oboje trzymajmy języki za zębami. Tylko, co z nim? - Wskazała na trupa 
zwierzołaka. 

- Długo tu nie poleży - zapewnił ją chłopiec. 
Stwór  był  teraz  padliną.  Za  parę  godzin  ścierwojady  ogryzą  go  do  kości.  A  zanim 

minie kolejnych kilka godzin, to i na kości znajdą się amatorzy. 

- Zejdziesz ze mną do konia? 
Było  to  coś  pośredniego  między  pytaniem  a  rozkazem.  Kiwnął  potakująco  głową. 

Dziewczyna podniosła z ziemi futrzaną czapkę i ruszyła przodem ku rzece. 

Chłopiec jeszcze raz spojrzał na miecz. Wzdragał się go dotykać, ale zostawiać tutaj 

też nie chciał. Mógłby go znaleźć i używać dalej jakiś inny zwierzołak. Naciągnął rękaw 
kubraka na dłoń i podniósł oręż przez materiał. 

Zszedł za dziewczyną nad brzeg rzeki i cisnął miecz daleko w wodę. 
Kiedy  dotarli  do  skubiącego  trawę  konia,  chłopak  splótł  dłonie  w  koszyczek i 

podstawił dziewczynie, żeby mogła oprzeć na nich stopę i wspiąć się na siodło. Kiedy nie 
kwapiła  się  skorzystać  z  jego  usługi,  zerknął  na  nią  spode  łba  i  stwierdził,  że  znowu 
patrzy mu w  oczy,  to  w lewe, to  w prawe.  Speszony spuścił wzrok i czekał  cierpliwie, 
kiedy  raczy  postawić  stopę  na  jego  dłoniach.  Zrobiła  to  w  końcu  i  zgrabnie  dosiadła 
wierzchowca. 

Ubłocone ręce otarł o rajtuzy i jeszcze raz popatrzył z podziwem na zabliźniające się 

rany  na  dłoniach.  Kiedy  spojrzał  na  i  dziewczynę,  ta  znowu  położyła  palec  na  ustach, 
przypominając, że ma milczeć. 

Jakby trzeba mu było o tym przypominać. No, przynajmniej do tego poranka. 
Dziewczyna, choć brudna i utytłana w błocie, prezentowała się na koniu dostojnie i 

elegancko. Wyglądał przy niej na niechlujnego oberwańca - ale czyż takim w istocie nie 
był? 

- Nie zapomnę ci tego - powiedziała. - Ojciec cię nie wynagrodzi, bo się nie dowie, 

ale ja to uczynię. Potrzebne ci coś, pragniesz czegoś? 

Wzruszył ramionami. Nic nie przychodziło mu do głowy. Nie miał nic, i niczego nigdy 

nie pragnął. Ale zaraz, ma przecież sztylet. Ta myśl podsunęła mu życzenie. 

- Strzały - bąknął. - I łuk. 

background image

Skinęła głową i na jej bladej, ubłoconej twarzy pojawił się zagadkowy uśmieszek. 
- Będziesz je miał - obiecała. - Na imię mi Elyssa. A tobie? 

background image

Rozdział drugi 

Zjednoczyli  się  dla  tej  jednej  bezecnej  misji.  Misji  grabieży  i  mordu,  destrukcji  i 

masakry. 

Po  raz  pierwszy  w  dziejach  sprzymierzeni…  wypadki  tego  dnia  powinny  znaleźć 

swoje odzwierciedlenie w annałach historii - gdyby tylko żyw pozostał ktoś, kto mógłby 
je spisać. 

Kiedy nad podłościami tego dnia zajdzie w końcu słońce, słońce czerwone jak krew 

plamiąca pola i uprawy, gumna i chaty we wsi, i kiedy długie cienie nocy wpełzną na 
zwęgloną ziemię i dymiące ruiny, w dolinie nie pozostanie ślad życia. 

Będzie  tak,  jakby  to  miejsce  nigdy  nie  istniało,  a  jego  mieszkańcy  nigdy  się  nie 

narodzili i nigdy nie żyli. Pokonani nigdy nie rozpowiedzą, co tu się wydarzyło, zwycięzcy 
również tego nie uczynią - bowiem nawet oni nie dotrwają świtu. 

Po  wycięciu  w  pień  wspólnego  wroga,  wiedzeni  zaciekłą  nienawiścią  nieuchronnie 

zwrócą  się  przeciwko  sobie.  A  wtedy  krew  popłynie  jeszcze  większą  rzeką,  jeszcze 
bardziej szkarłatną, kładąc się mrocznym cieniem na nocny krajobraz, oni zaś będą się 
wyrzynać i poświęcać jeden drugiego, każdy swojemu panu Chaosu. 

I  tak  prawda  o  tym,  co  tu  się  stanie,  nigdy  nie  wyjdzie  na  jaw,  wiedza  o 

wydarzeniach tego dnia zostanie wytarta z powierzchni ziemi tak skrupulatnie, jak ta 
wioska. 

Nikt się nigdy nie dowie, co zaszło - ani co mogło zajść… 

* * * 

Nie miał nic. Nawet imienia. 
Odkąd  pamiętał  wołano  na  niego  zawsze  albo  „chłopcze!”,  albo  „ty!”,  albo  „hej!”, 

albo  „bękarcie!”,  albo  „szczurku!”,  tych  obelżywych  pohukiwań  było  bez  liku.  Imiona 
były dla ludzi, którzy  mają  prawdziwy dom, prawdziwą rodzinę, przyzwoite miejsce do 
spania.  Dla  tych,  którzy  nie  mieszkają  z  trzodą  w  chlewie,  dla  tych,  którzy  nie  muszą 
walczyć z psami o skrawki mięsa z obgryzionych kości - kości przeznaczonych dla psów. 
Jego pan traktował psy lepiej niż swojego „chłopca”. 

Imiona  nadawali  rodzice,  ale  rodziców  też  nie  miał.  Karczmarz,  Adolf 

background image

Brandenheimer, był jego panem, ale na pewno nie ojcem. Żaden ojciec nie traktowałby 
w  ten  sposób  własnego  syna.  Z  tego  samego  powodu  nie  mogła  być  jego  matką  Eva 
Brandenheimer. 

Ona,  jeśli  to  w  ogóle  możliwe,  traktowała  go  jeszcze  gorzej  niż  jej  mąż.  To  ona 

przykuwała go łańcuchem do świńskiego koryta w chlewie, kiedy był jeszcze dzieckiem. 
Do dziś pamiętał, jak zwykła okładać go rzemieniem. A im głośniej płakał, tym mocniej 
biła. Nauczył się nie płakać, a z czasem uodpornił się na wymierzane mu kary. 

Wiedział, że dzieci są podobne do rodziców, i rad był, że w niczym nie przypomina 

spasionych  Brandenheimerów  ani  ich  sześciorga  tłustych  bachorów.  Nawet  gdyby  go 
przyzwoicie karmiono,  nie  wykazywałby  żadnych  cech  podobieństwa  do  rodziny 
karczmarza. Był pewien, że nie jest z nimi w żaden sposób spokrewniony. 

Kim więc byli jego rodzice? I dlaczego jest teraz z Brandenheimerami? 
Dręczyły go te pytania, ale stracił już nadzieję, że pozna na nie odpowiedzi. Nikt mu 

tego nigdy nie powiedział, a pytać ani myślał. Z Brandenheimerami nie było sensu o tym 
rozmawiać,  toteż  nie  rozmawiał.  Dla  nich  był  tylko  jeszcze  jednym  hodowlanym 
zwierzęciem, sztuką bydła. 

Zwierzęta nie mówią; on nie mówił. 
Zwierzęta nie mają imion; on nie miał imienia. 

* * * 

Minęło wiele tygodni, wystarczająco wiele, by pogodził się z myślą, że Elyssa o nim 

zapomniała.  Minęli  się  kilka  razy  w  wiosce,  ale  ona,  jak  dawniej,  nawet  na  niego  nie 
spojrzała. Myślał, że tak już zostanie, dopóki pewnego zimnego, mroźnego poranka nie 
usłyszał stukotu kopyt konia na drewnianym moście. 

Przywykł do tego, że wszyscy w wiosce pogardzają nim i traktują jak powietrze. On 

był najnikczemniejszym z nikczemnych, ona wręcz przeciwnie - jedyną córką Wilhelma 
Kastringa, najmożniejszego i najpotężniejszego człowieka w całej dolinie. 

Minęła  połowa  zimy,  nadszedł  drugi  tydzień  miesiąca  Nachexen.  Słońce  przestało 

odsuwać się na południe i powoli, niemal niezauważalnie, zaczęły się wydłużać dnie. 

Każdy  z  tych  dni  wydawał  mu  się  jednaki.  Zaczynał  każdy  od  zbierania  w  lesie 

drewna  na  podpałkę  i  rozniecania  ognia;  kończył  na  zalewaniu  wodą  żaru  pod 

background image

paleniskami. Tak było odkąd pamiętał - i tak będzie zawsze. 

Czasami  jednak  odnosił  wrażenie,  że  żyje  jak  we  śnie.  Wydawało  mu  się,  że  jego 

wspomnienia należą do kogoś innego, że to wszystko jest opowieścią, że nie dzieje się 
naprawdę. 

Elyssa zatrzymała wierzchowca zaraz za mostem i rozglądała się wokoło. Być może, 

łamiąc zakaz ojca, wybrała się na konną przejażdżkę o świtaniu, tak jak w dniu, kiedy po 
raz pierwszy się spotkali. 

Wyszedł na otwartą przestrzeń, choć nie uzbierał jeszcze dzisiaj wystarczającej ilości 

drewna na podpałkę. Nie zawołał. Jeśli jego szuka, to go zobaczy. 

Trąciła  piętami  boki  wierzchowca  i  ruszyła  w  kierunku  chłopca.  W  chwilę  później 

zatrzymała się obok niego. 

- Dobrze, że tu jesteś - powiedziała. 
- Zawsze tu jestem - odparł. - O świcie. 
- Dopiero dzisiaj udało mi się wymknąć z domu. - Do siodła miała przytroczony jakiś 

pakunek; odwiązała go i podała chłopakowi. - To dla ciebie. 

Odwinął  płótno  i  jego  oczom  ukazały  się  łuk  i  kołczan  z  dziesięcioma  strzałami. 

Dech mu zaparło z wrażenia. Była to broń wojownika, nie myśliwego. Przeznaczona do 
walki, do zabijania nieprzyjaciół, a nie do napychania spiżarni dziczyzną. 

Zarówno  broń,  jak  i  strzały  były  czarne.  Łuk  wykonano  z  gładkiego  czarnego 

drewna, chwyt, zwany majdanem, owinięto miękką czarną skórą. Na obu szczytach, tuż 
przy  zaczepach  cięciwy,  osadzono  w  drewnie  złote  godła.  Przedstawiały  dwie 
skrzyżowane  strzały  i  zaciśniętą  pięść  w  kolczej  rękawicy  między  ich  grotami.  Czarna 
była nawet cięciwa. Ten sam symbol dwóch skrzyżowanych strzał i pięści powtarzał się 
na kołczanie wykonanym z marszczonej czarnej skóry. 

Oglądał  wszystkie  strzały  po  kolei,  żeby  zyskać  na  czasie,  bo  nie  wiedział,  co 

powiedzieć.  Były  identyczne.  Ebonitowoczarne  brzechwy,  czarne  jak  węgiel  pierzyska, 
groty z czarnego niczym noc metalu. Każdą brzechwę okalał w połowie długości wąski 
pasek złota, przy którym wytłoczono w czarnym drewnie motyw skrzyżowanych strzał i 
zaciśniętej pieści. 

Podniósł wzrok na Elyssę i pokręcił z zachwytem głową. Chciał coś powiedzieć, ale 

background image

nie znajdował słów. 

Dziewczyna przypatrywała mu się z uśmiechem. Zauważył, że spogląda to w jedno, 

to w drugie jego oko. Spuścił szybko wzrok, udając, że podziwia idealnie dobrane piórka 
pierzysk. 

Czemu ona tak na niego patrzy? Czyżby wiedziała o jego oczach? Nie, tego nikt nie 

wie,  skąd  zatem  mogłaby  wiedzieć  Elyssa?  I  naraz  przypomniał  sobie:  wszak  jest 
czarownicą… 

- To własność mojego ojca - powiedziała, zsiadając z konia. - Ale on nigdy ich nie 

używał, pewnie nawet zapomniał, że je ma. Spójrz, ile na tym kurzu. 

Przeciągnęła  palcami  po  miękkiej  skórce  kołczanu  i  pokazała  zabrudzoną 

rękawiczkę. Poszedł za jej przykładem i spojrzał na zebrany palcami kurz. 

- Co z twoimi dłońmi? - zapytała. 
Pokazał  jej.  Na  skórze  nie  pozostał  nawet  ślad  po  poparzeniach  żrącą  juchą 

zwierzołaka.  Rany  nie  były  dla  niego  pierwszyzną,  ale  nawet  po  o  wiele  mniej 
poważnych już na zawsze pozostały mu blizny. 

Elyssa  ściągnęła  zębami  rękawiczkę  i  dotknęła  ciepłymi  palcami  grzbietów  jego 

dłoni.  Oczy  zrobiły  jej  się  wielkie  ze  zdumienia,  jakby  sama  nie  dawała  wiary,  że  go 
uzdrowiła. Ale nic nie powiedziała, a on nie pytał. Wolał o tym nie myśleć. 

- Jak masz na imię? - spytała. 
Kiedy zagadnęła go o to przy ich pierwszym spotkaniu, nie odpowiedział. 
- Nie mam imienia - przyznał teraz. 
- Musisz jakieś mieć. Każdy ma imię. 
- Ale nie ja. 
- A jak sam siebie nazywasz? 
-  Sobą  -  odparł  i  roześmiał  się.  Dziwnie  zabrzmiał  mu  w  uszach  własny  śmiech. 

Dziwnie, bo nigdy dotąd nie śmiał się na głos. Nie było z czego. 

Elyssa mu zawtórowała. 
- Trzeba cię jakoś nazwać - zadecydowała. - Chcesz mieć imię? 
Wzruszył  ramionami.  Do  tej  pory  jakoś  się  bez  niego  obywał.  Że  nie  ma  imienia, 

uświadomił sobie dopiero przed paroma tygodniami, kiedy go o nie spytała. 

background image

- Nadać ci jakieś? 
Spojrzał  na  łuk,  kołczan  i  strzały.  Po  raz  pierwszy  coś  od  kogoś  dostał  i  był  tym 

darem  zachwycony.  Skoro  Elyssa  chce  mu  dać  jeszcze  imię,  to  chyba  nie  wypada  się 
wzbraniać. Kiwnął głową. 

Tymczasem koń pochylił łeb i zaczął skubać rachityczną trawę. 
- Kiedy byłam mała, miałam przyjaciela - zaczęła, gładząc szyję zwierzęcia. - Ale nie 

takiego z krwi i kości, prawdziwego przyjaciela nigdy nie miałam. Był to chłopiec, który 
zjawiał  się  zawsze  wtedy,  kiedy  go  potrzebowałam.  Ale  on  istniał  tylko  w  mojej 
wyobraźni. Wymyśliłam go sobie. Od dawna już go nie widuję. - Urwała i popatrzyła na 
chłopca. - Chcesz być moim przyjacielem? 

Wytrzymał  spojrzenie  jej  ciemnych  oczu.  Był  Elyssa oczarowany. Stanowili swoje 

przeciwieństwa. Ona miała wszystko, on nic. Odwdzięczyła mu się już za ocalenie życia. 
Dlaczego nadal chce się z nim zadawać? I dlaczego się do niej odezwał, po raz pierwszy 
przerywając milczenie? 

Była  czarownicą.  Oto,  dlaczego.  Rzuciła  na  niego  urok.  Zaczarowała  go  i  tylko 

jednej odpowiedzi mógł jej udzielić. 

- Chcę - wykrztusił. 
- A zatem nadam ci imię mojego przyjaciela z dzieciństwa - oznajmiła. - Będziesz się 

nazywał Konrad. 

-  Konrad  -  wyszeptał  powoli,  wymawiając  te  dwie obce sylaby po raz pierwszy. - 

Konrad - powtórzył już głośniej. Podobało mu się to imię. 

Nigdy dotąd go nie słyszał,  ale znał je od  zawsze. Było  to  jego imię, jego własne 

imię, które czekało nań od dnia narodzin. 

- Konrad! - krzyknął, wyrzucając w górę obie ręce; w jednej trzymał łuk, w drugiej 

kołczan pełen strzał. - Konrad! 

Trudniej było ukryć łuk i strzały niż sztylet. Miejsce na łuk i cześć strzał znalazł pod 

mostem, wciskając je w szparę nad belkami nośnymi. Pozostałe pięć ukrył w oborze za 
karczmą, gdzie nie zaszkodzą im kaprysy pogody. 

Nawet  Elyssie  nie  powiedział  o  tych  schowkach.  Wolał  zachować  ostrożność,  nie 

wiedział  jeszcze,  czego  może  się  po  niej  spodziewać.  Nigdy  w  życiu  nikomu  nie  ufał  i 

background image

teraz  też  się  lękał,  że dziewczyna  go  zdradzi.  Mogła  wszak  powiedzieć  ojcu,  że  ukradł 
łuk, kołczan i strzały. 

Do  Wilhelma  Kastringa  należała  cała  wioska.  W  jego  rękach  spoczywał  los 

wszystkich mieszkańców doliny. Był tu panem życia i śmierci. 

Elyssie  nie  wolno  było  opuszczać  dworu  samej,  bez  zbrojnej  eskorty. Tylko on 

wiedział,  że  łamała  ów  zakaz.  Gdyby  zaszła  taka  potrzeba,  mogła  zmusić  go  do 
milczenia groźbą wyjawienia, że jest w posiadaniu czarnej broni. 

Ale taka potrzeba nie zajdzie. On odzywał się tylko do niej. Elyssa powiedziała, że 

będą „przyjaciółmi” - i z biegiem tygodni, miesięcy, lat rzeczywiście się nimi stali. 

A on stał się Konradem. 
Rzecz jasna, tylko Elyssa nazywała go tym imieniem, bo nikt inny nie wiedział, że je 

nosi. Ale on też tak o sobie myślał. Jego życie rozpoczęło się naprawdę dopiero wtedy, 
gdy dzięki niej przestał być bezimiennym. 

Elyssa również się odrodziła, bo bez niego - bez Konrada - już by nie żyła. Gdyby 

nie zadźgał zwierzołaka, stwór by ją rozszarpał. Zawdzięczali sobie nawzajem, że urodzili 
się na nowo. 

* * * 

Konrad z czasem  dorósł  do  łuku,  który  z  początku  był  dlań  za  duży.  Tydzień  po 

tygodniu, miesiąc po miesiącu ćwiczył co rano pięcioma strzałami, obierając sobie za cel 
drzewa, aż w końcu stał się niezrównanym łucznikiem. 

Zimno i wilgoć wypaczyły brzechwy pierwszych pięciu strzał, ich groty stępiły się od 

zbyt częstego używania, połamały się pióra pierzysk. Ale kilka strzał oszczędził, schował 
je  i  w  ogóle  ich  nie  używał.  Wodząc  delikatnie  palcami  po  brzechwach,  grotach  i 
pierzyskach, sprawdzał regularnie ich stan i podziwiał kunszt rzemieślnika, który cały ten 
komplet sporządził. 

Nacierał kołczan łojem, żeby skóra zachowała elastyczność. A była to skóra jakiegoś 

osobliwego  zwierzęcia,  kto  wie,  czy  nie  któregoś  z  tych  na  wpółmitycznych,  żyjących 
ponoć na końcu świata. A może nawet w sąsiedniej dolinie. Dla Konrada odległości te 
były  równie  niewyobrażalne.  Zachodził  też  w  głowę,  co  mogą  oznaczać  skrzyżowane 
strzały i pięść na kołczanie, na brzechwach strzał i na wierzchołkach samego łuku. Nie 

background image

był to bowiem herb Kastringa. 

Podobnie jak dziwny nóż, czarna skóra i nieznany herb były symbolem obcych krain, 

leżących  za  puszczą,  za  rzeką,  za  wzgórzami.  Świadomość  istnienia  takich  cudów 
fascynowała go, a zarazem napełniała niepokojem. 

Wprawianie się w łucznictwie zaczynał od strzelania do pni drzew. Ale drzewa stały 

w  miejscu.  Po  pewnym  czasie  doszedł  do  wniosku,  że  musi  znaleźć  sobie  żywy  cel, 
wypróbować swe umiejętności na którymś z mieszkańców lasu. 

Najlepszy  byłby  zwierzołak,  ale  wolał  z  takim  bez  potrzeby  nie  zadzierać.  Zdawał 

sobie sprawę, jak wielkie szczęście miał tamtego dnia, dawno temu, kiedy udało mu się 
położyć  trupem  jednego  z  tych  mocarnych  potworów,  za  jedyną  broń  mając  tylko 
sztylet. Lepiej nie kusić losu. Skoro one dawały mu spokój, on też nie będzie wchodził 
im w drogę. 

Kiedy  nie  miał  jeszcze  łuku,  uzupełniał  głodowe  racje  żywności,  wydzielane  mu  w 

karczmie,  zastawiając  sidła  na  króliki.  I  teraz  króliki  padły  pierwszymi  ofiarami  jego 
łuczniczych  umiejętności.  Nabrawszy  wprawy,  potrafił  zestrzelić  ptaka  siedzącego  na 
gałęzi, a nawet trafić do tak szybko poruszających się celów, jak wiewiórki. 

W ten właśnie sposób stracił pierwszą ze swoich strzał; zniknęła gdzieś wysoko w 

koronie drzewa i nie odnalazł jej, choć wspiął się na sam czubek. 

Dochodził  do  wniosku,  że  potrafiłby  już  przeżyć  w  lesie.  Jeśli  wiedziało  się,  gdzie 

szukać, pożywienia było tu w bród. Jadalne rośliny, ptasie jaja, korzonki. Nawet gdyby 
nie miał łuku, mógłby łapać w sidła małe zwierzęta i łowić ryby w rzece. 

Na  razie  jego  ofiarami  padały  tylko  mniejsze  zwierzątka  -  ale  żeby  przetrwać  w 

dziczy,  musiałby  mierzyć  się  również  z  większymi  bestiami,  zamieszkującymi  mroczne 
mateczniki puszczy. 

Ubił odyńca, największe stworzenie, do jakiego kiedykolwiek mierzył z łuku. Położył 

go dwiema celnie posłanymi strzałami. Ale zanim zdążył podejść do zdobyczy, opadła ją 
wataha wilków. Rozerwały odyńca na strzępy, pożerając na miejscu ile mogły, a to co 
zostało, odciągnęły na swoje leża. 

I tak stracił dwie kolejne strzały. Mógł tylko stać i patrzeć. Wzdragał się poruszyć, w 

obawie, że któryś z wilków go dostrzeże i uzna za smaczniejszy kąsek. Nie zdawał sobie 

background image

nawet sprawy, że są w pobliżu. Czyżby tak go pochłonęło podchodzenie odyńca, że nie 
wyczuł ich obecności? 

W  ciągu  kilku  lat  parę  razy  pękła  mu  cięciwa.  Naprawiał  ją,  ale  straciła 

nieodwracalnie swoją czarną barwę. Łuk też w końcu najpierw pękł, po czym się złamał. 
Wtedy  to  Konrad  zobaczył,  że  drewno  w  środku  również  jest  czarne,  czyli  był  to  jego 
naturalny  kolor,  a  nie  efekt  nasączenia  jakimś  ciemnym  barwnikiem,  jak  z  początku 
przypuszczał.  Stratę  łuku  bardzo  przeżył.  Wykopał  grób  i  pogrzebał  go  w  pobliżu 
miejsca, gdzie po raz pierwszy spotkał Elyssę i zwierzołaka. 

Następnego  dnia  o  świcie  stwierdził,  że  jakieś  nocne  leśne  stworzenie,  szukając 

zapewne padliny, wykopało złamany łuk z czarnego drewna i gdzieś go zawlokło. 

Sporządził  sobie  nowy  łuk,  ale  odtworzenie  cennych  strzał  przerastało  jego 

umiejętności. Czwarta się złamała i została mu już tylko jedna - oraz tych pięć z kryjówki 
w oborze. 

Nie  potrafił  odtworzyć  strzał,  ale  potrafiła  to  Elyssa.  Chociaż  nie  umywały  się  do 

oryginalnych,  to,  mając  je,  mógł  przynajmniej  oszczędzać  tamte  pięć.  Nie  bardzo 
wiedział, po co je trzyma, ale przeczucie mówiło mu, że pewnego dnia znajdzie dla nich 
cel. 

Mijały  pory  roku,  płynęły  lata.  Niewiele  się  zmieniało.  Elyssa  przychodziła  co  jakiś 

czas spotkać się z nim o świcie. Zdarzało się to może co kilka dni, może co tydzień, a 
może  co  miesiąc.  Mówiła  mu,  że  jest  jej  jedynym  przyjacielem;  on  wiedział,  że  za 
jedynego przyjaciela ma ją. 

Spotkań  tych  wyglądał  zawsze  z  niecierpliwością.  Był  zawiedziony,  kiedy  się  nie 

zjawiała, przygnębiony, kiedy przychodziła pora rozstania. 

Pewnego  razu  wspomniała  o  uczcie  wydanej  we  dworze  na  cześć  dziedzica 

sąsiedniego majątku. Kiedy Konrad opowiedział jej, co sam w tym czasie jadł, przeraziła 
się i nie kryła obrzydzenia. 

Od  tamtej  pory  często  przynosiła  mu  na  spotkania  paczkę  z  żywnością  -  słodkie 

delicje,  jakich  nigdy  dotąd  nie  kosztował,  smakowicie  przyprawione  mięsa  i  pyszne 
pasztety. 

- Czasem wydaje mi się, że nad moje towarzystwo przedkładasz posiłek - żartowała 

background image

często. 

- To prawda - przyznał. 
Przez  kilka  pierwszych  minut  każdego  spotkania  niewiele  się  odzywał;  zbyt  był 

pochłonięty jedzeniem. 

Rozmawiali  ze  sobą,  bo  żadne  nie  miało  nikogo  innego,  z  kim  mogłoby  szczerze 

pogawędzić, a poza tym znali się prawie od dziecka. Konrad z każdym miesiącem stawał 
się wyższy, wyrastał z chłopca na mężczyznę. 

Elyssa była jak na dziewczynę wysoka, lecz wzrostem nie dorównywała Konradowi. 

Zachowała  dziewczęcą  smukłość,  ale  zaokrągliła  się  tu  i  ówdzie,  przeistaczając  w 
kobietę. 

Ilekroć się spotykali, Konrad odwlekał swój powrót z uzbieranym drewnem do wsi. 

Ryzykował narażenie się na gniew swego pana, byleby tylko pobyć z nią dłużej. Czasami 
zdarzało mu się nawet wracać z pustymi rękami. 

Pewnego poranka, kiedy karczmarz, złorzecząc, łoił mu skórę za to, że nie przyniósł 

ani  jednego  patyka,  Konrada  zdumiał  wyraz  jego  twarzy.  Myślał  zawsze,  że  pan  go 
nienawidzi, ale to, co ujrzał wtedy w jego oczach, nie było nienawiścią - to był strach. 

Od  tamtego  dnia  Konrad  przestał  się  bać  karczmarza.  Szersze,  silniejsze  plecy 

chłopaka  lepiej  znosiły  razy  bykowca  Brandenheimera,  i  regularna  chłosta  stawała  się 
rutynowym, nic nie znaczącym obrządkiem. 

Konrad wiedział, że jego życie nie zawsze będzie takie. Że w przyszłości się odmieni. 

Nie był w stanie przewidzieć, co do tego doprowadzi, ale nie miał wątpliwości, że coś się 
wydarzy. Może nie tak szybko, jeszcze nie w tym roku, może nawet nie w przyszłym, ale 
był przekonany, że wszystko się zmieni. 

- Pytałam o ciebie ojca - oznajmiła Elyssa. 
Bez względu na porę roku Elyssa zawsze przyjeżdżała w opończy. Rozpościerała ją 

na ziemi, żeby nie pobrudzić ziemią i nie zaplamić trawą odzienia. Łachmanom Konrada 
brud i plamy nie były straszne. 

Ale był Vorgeheim, środek lata, i oboje nic na sobie nie mieli. Przed chwilą kąpali się 

w rzece, a teraz suszyli nagie ciała w porannym słońcu. 

Konrad położył łuk obok siebie. Sięgnięcie po niego, nałożenie strzały na cięciwę i 

background image

napięcie  nie  zajęłoby  mu  więcej  jak  dwie  sekundy.  Ale  latem  wałęsało  się  mniej 
zwierzołaków i od kilku miesięcy żadnego w okolicy nie wyczuł. 

Konrad wlepił wzrok w Elyssę, która rozczesywała długie, czarne włosy. 
- O co go pytałaś? - wykrztusił z napięciem w głosie. 
- Kim jesteś - odparła. 
Serce  zabiło  mu  żywiej,  zupełnie  jakby  wyczuł  krwiożerczego  drapieżcę, 

skradającego  się  wśród  gęstwiny.  Chwycił  odruchowo  za  rękojeść  noża  i  ścisnął  ją 
mocno. 

Zerknęła  na  niego  z  uśmiechem.  Był  to  uśmiech  przekorny.  Elyssa  miała  już  taką 

wadę. Potrafiła być bardzo kapryśna, nastroje zmieniały jej się bez żadnego widocznego 
powodu.  Bywało,  że  przejechawszy  już  przez  most,  zawracała  konia  i  oddalała  się  z 
powrotem do wsi, nawet nie spojrzawszy na Konrada; bywało, że nie przywiozła ze sobą 
prowiantu i nie raczyła nawet wyjaśnić dlaczego; bywało, że nie odezwała się słowem, 
kiedy byli razem. 

- Nie znasz swojej przeszłości - powiedziała. - Ale pomyślałam sobie, że mój ojciec 

powinien coś wiedzieć. On wie o wszystkim, co dzieje się w tej dolinie. - Przyglądała się 
przez chwilę Konradowi, po czym dorzuciła: - No, może z małymi wyjątkami. 

Serce waliło mu jak młotem, krew pulsowała w żyłach. Biły na niego siódme poty. 

Oddałby  wszystko,  żeby  się  dowiedzieć,  co  odkryła  Elyssa,  a  zarazem  nie  chciał  tego 
słyszeć. 

Rozmawiali  już  o  tym  kilkakrotnie,  i  za  każdym  razem  dochodzili  do  wniosku,  że 

Konrad  żadną  miarą  nie  może  być  krewnym  karczmarza.  Kim  więc  jest?  Nie  było  w 
wiosce  drugiego  tak  źle  jak  on  traktowanego,  traktowanego  jak  niewolnik.  Nawet 
Wilhelm Kastring, najmożniejszy człowiek w okolicy, zatrudniał swoich służących i płacił 
im; nie był ich właścicielem. 

Konrad  nie  odzywał  się,  czekał  z  zapartym  tchem,  co  powie  Elyssa.  Ale  ona  się  z 

nim droczyła, chciała, żeby wyciągał z niej informacje. 

- No i co? - zniecierpliwił się w końcu. - Co powiedział? 
- Zapytał, skąd  o tobie wiem. Powiedziałam, że cię widziałam w  wiosce, że jesteś 

traktowany jak pies. I że zaciekawiło mnie, dlaczego tak się dzieje i coś ty za jeden. 

background image

- I co on na to? 
- Powiedział, żebym omijała cię z daleka, że nie wolno mi z tobą rozmawiać. Ja na 

to, że i tak jesteś niemową. Kiedy spytał, skąd to wiem, odparłam, że wszyscy wiedzą, 
żeś kiep i półgłówek. - W jej oczach migotały iskierki rozbawienia. 

- I co jeszcze? 
Elyssa ściągnęła brwi i spoważniała. 
-  To dziwne,  ale  kiedy  dalej  naciskałam,  bardzo  się  stropił.  Zupełnie  jakby  się… 

przestraszył.  Nie  chciał  mi  nic  więcej  powiedzieć.  Jeszcze  raz  przykazał  mi,  żebym  cię 
unikała.  -  Roześmiała  się nieszczerze.  -  Zawsze  słucham  ojca.  I  dlatego  mnie  tu  teraz 
nie ma. 

Konrad gniewnie wbił sztylet w ziemię. Niepotrzebnie pytała ojca, niepotrzebnie mu 

się  z  tego  zwierzyła,  ale  chyba  nie  powiedziała  mu  wszystkiego,  a  świadomość  tego 
jeszcze pogarszała sprawę. Sądząc po reakcji Wilhelma Kastringa, dziedzic coś wiedział. 

Kiedy Elyssa powiedziała „przestraszył się”, natychmiast przypomniał mu się wyraz 

twarzy Adolfa Brandenheimera. Ludzie z wioski zawsze go unikali. Czyżby robili to nie z 
pogardy, lecz ze strachu? 

A jeśli tak, to czego się bali? 
Elyssa położyła mu dłoń na ramieniu, ale chłopak strącił ją gniewnym poruszeniem 

barku. 

-  Nie  złość  się  -  powiedziała.  -  Nie  spodziewałam  się,  że  on  tak  zareaguje.  Za 

drugim razem lepiej to rozegram. Potrafię wziąć ojca pod włos; jestem jego ukochaną 
córeczką. 

Elyssa była jedyną córką Kastringa. Prócz niej miał jeszcze trzech synów. 
- To jeszcze nie wszystko - podjęła. - Na drugi dzień zapytał mnie o łuk, kołczan i 

strzały, które ci dałam. 

- Co? To on wie? 
- Ależ skąd! - Elyssa potrząsnęła energicznie główką. - Nie wie, że je masz. Pewnie 

zszedł po nie do loszku i stwierdził, że zniknęły. Często się tam bawiłam. Były schowane 
w  małej  piwniczce,  niczego  prócz  nich  w  niej  nie  było.  Dostałam  się  tam,  bo  kłódka 
przerdzewiała. 

background image

- I co powiedział? 
- Zarzekałam się, że nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Że nic nie wiem o żadnym 

łuku ani o strzałach, i poradziłam mu, żeby zapytał braci. - Wzruszyła ramionami. - To 
zwyczajny zbieg okoliczności. 

Konrad  spojrzał  na  ostatnią  czarną  strzałę,  jaka  mu  została,  na  maleńki  herb 

wytłoczony przy złotej obwódce. 

- Nie przejmuj się tak - ciągnęła Elyssa. - On o niczym nie wie. Nie pamiętał nawet, 

że je w ogóle ma. 

-  Ale  przypomniał  sobie,  kiedy  wspomniałaś  mu  o  mnie.  -  Wzdrygnął  się,  ale 

bynajmniej nie z zimna. 

Zamilkła  i  znowu  zaczęła  rozczesywać  włosy.  Konrad  starał  się  wyrzucić  z  myśli 

czarną broń i przypomnieć sobie, kiedy po raz pierwszy widział czeszącą się Elyssę. 

Było  to  zaraz  po  pierwszej  wspólnej  kąpieli  w  rzece,  niemal  dokładnie  w  tym 

samym, co teraz, niewidocznym z wioski miejscu. W lecie tego samego roku, kiedy ocalił 
ją przed zwierzołakiem. 

Konrad  od  dziecka  bał  się  wody  i  stronił  od  niej,  ale  wtedy  Elyssie  udało  się 

namówić go do zrzucenia ubrania i zanurzenia się w rzecznym nurcie. Zawsze potrafiła 
postawić na swoim. I to ona nauczyła go pływać. 

- Nie widziałam cię jeszcze czystego. Całkiem nieźle się prezentujesz - powiedziała 

mu, kiedy wyszli z wody. A potem ze śmiechem dodała: - Jak na wieśniaka. - Oglądała 
jego ciało, wodząc palcami po jasnych bliznach na grzbiecie i udach. - To karczmarz? On 
ci to zrobił? 

- On, jego żona albo dzieci. 
- Te są za stare, bym zdołała je usunąć - powiedziała. - Nie potrafię tego… jeszcze. 
Spojrzał na dziewczynę pytająco, ale ona uśmiechnęła się tylko i położyła palec na 

ustach, a potem sięgnęła po grzebień. 

Przeciągnęła nim po mokrych włosach. Wtedy po raz pierwszy widział, jak Elyssa się 

czesze. Uświadomił sobie, że traktuje go jak lalkę, jak swojego wymyślonego Konrada. 
Ale  jemu  to  nie  przeszkadzało.  Rozkoszował  się  każdą  spędzoną  w  jej  towarzystwie 
chwilą.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  nie  był  sam,  i  każdy  nowy  dzień  witał  z  nadzieją,  że 

background image

znowu się z nią spotka. 

Kiedy się tamtego dnia rozstali, wytarzał się w pyle, zmierzwił sobie włosy, pobrudził 

twarz. Nie chciał, żeby pan zorientował się, że zaszło coś niezwykłego. 

Teraz jednak, choć nadal odziany w łachmany, wracał do karczmy czysty i schludny. 

Już się nie bał. Brandenheimer nie mógł mu zrobić nic, czego by nie zniósł. 

Tamtego dnia nad rzeką Elyssa po raz pierwszy wspomniała też o jego oczach. Już 

wcześniej zauważył, że często się im przygląda, i za każdym razem odwracał głowę. 

-  Masz niesamowite oczy, Konradzie -  powiedziała.  Natychmiast  zasłonił  je  sobie 

dłońmi, choć był to gest daremny. 

Było za późno - a zresztą dla wzroku takiej jak ona czarownicy dłonie nie stanowiły 

żadnej przeszkody. 

- Niepotrzebnie je zakrywasz - powiedziała, odciągając mu ręce od twarzy. 
-  Co wiesz o moich oczach? -  spytał,  przysuwając  się  bliżej  niż  kiedykolwiek  i 

spoglądając jej głęboko w ciemne źrenice; źrenice niemal tak czarne jak włosy, czarne 
jak strzały, które mu podarowała. - Co widzisz? 

- A co ty widzisz? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. 
-  Nic!  -  wyrzucił  z  siebie,  zaciskając  mocno  powieki.  -  Wszystko  -  wyszeptał  po 

chwili. 

Już nigdy więcej nie wspomniała o jego oczach. 
Aż  do  dzisiaj.  Wszystko  było  dokładnie  tak  samo.  Prawie.  Ta  sama  pora  dnia,  to 

samo  miejsce.  Zmienili  się  tylko  oni.  Oboje  wydorośleli  zarówno  fizycznie,  jak  i 
emocjonalnie. Byli sobie teraz bliżsi niż kiedykolwiek dotąd, jedno znało drugie lepiej niż 
siebie.  Ale  jednocześnie  byli  sobie  bardziej  dalecy,  rozumieli,  że  dzieli  ich  praktycznie 
wszystko, a jedyne, co łączy, to przyjaźń. 

- Masz niesamowite oczy, Konradzie - powiedziała znowu Elyssa. 
Wypowiadając te słowa, złamała ich niepisaną umowę. On nigdy nie wspominał o 

jej magicznym darze, o drobnych czarodziejskich sztuczkach, które z taką łatwością jej 
przychodziły, ona zaś nigdy nie mówiła o jego oczach - a zwłaszcza o lewym. 

Tym ślepym. 

background image

Rozdział trzeci 

Nikt się nigdy nie dowie, co zaszło - ani co mogło zajść. 
Przyszłość  całego  świata  to  kombinacja  mało  znaczących  składników,  z  których 

wszystkie, jeśli porównać je z całością, wydają się jeszcze bardziej trywialne. Ale każdy z 
tych  drobnych  elementów  wnosi  swój  niewielki  wkład  w  kształtowanie  ogólnej  kolei 
rzeczy, a trudno przewidzieć, który z nich w nadchodzących stuleciach okaże się bardziej 
od innych znaczący. 

Kiedy  w  przeszłość  odejdzie  ten  dzień,  świat  podążać  będzie  dalej  wytyczoną  mu 

drogą, ku ostatecznemu tryumfowi Chaosu. Kolejna przeszkoda na tym chlubnym szlaku 
usunięta zostanie tak samo skrupulatnie, jak skrupulatnie starta zostanie z powierzchni 
ziemi wioska. 

Większość napastników ani nie zdawała sobie sprawy, jakie będą konsekwencje ich 

najazdu i czemu ma on służyć, ani ich to obchodziło. Dla ogromnej większości liczył się 
tylko sam udział w konflikcie - nadciągająca bitwa. 

Nie robiło im różnicy, że nie miała to być bitwa w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz 

coś bardziej przypominającego krwawą robotę rzeźnika w ubojni. Wszak sprowadzało się 
to do tego samego:  do  orgii  bólu  i  cierpienia,  męki  i  śmierci.  Śmierć  wrogów, 
sprzymierzeńców, własna, wszystko to były aspekty tej samej odwiecznej wojny. 

Jedynym pewnikiem życia jest śmierć, i tu brutalni najeźdźcy się nie zawiodą. Żyli, 

by umrzeć - i muszą umrzeć… 

* * * 

Konrad  nie  mógł  zobaczyć  tego,  co  widziała  Elyssa,  co  widzieli  wszyscy  inni.  Nie 

mógł zobaczyć własnej twarzy, własnych oczu. 

Ale  niezupełnie  to  miała  na  myśli  Elyssa,  mówiąc  mu,  że  ma  niesamowite  oczy. 

Owszem,  o  ich  wygląd  też  jej  chodziło,  ale  nie  tylko.  Ciemne  oczy  Elyssy  były  jak 
głębokie  wiry,  widziała  nimi  o  wiele  więcej,  niż  mu  mówiła  -  tak  samo  jak  on  widział 
swoimi o wiele więcej, niż skłonny był jej powiedzieć. 

Następnego  ranka  Elyssa  wróciła  z  lusterkiem.  Nadjechała  jak  zawsze,  zaraz  po 

brzasku.  O  tak  wczesnej  porze  rzadko  można  było  kogoś  napotkać,  zwłaszcza  w  tej 

background image

okolicy. 

Miejsce,  w  którym  Konrad  zabił  zwierzołaka,  znajdowało  się  teraz  na  otwartej 

przestrzeni.  Bór,  karczowany  przez  drwali  i  leśników,  cofnął  się  przez  tych  kilka  lat 
jeszcze  bardziej.  Konrad  czekał  na  Elyssę  dalej  od  mostu  niż  kiedyś,  tam  gdzie 
prawdopodobieństwo, że dostrzeże ich ktoś z wioski było minimalne. 

- Ty chyba nigdy nie widziałeś samego siebie, prawda? - zapytała, przeglądając się 

w lusterku. Odgarnęła za lewe ucho pukiel kruczoczarnych włosów, który opadł jej na 
czoło. - Trzymaj. - Podała mu lusterko. - Ale ostrożnie, wolałabym, żeby twoja szpetna 
gęba go nie uszkodziła! 

Nie słuchał jej. Całą uwagę skupił na przedmiocie, który trzymała w wyciągniętej ku 

niemu  ręce.  Był  owalnego  kształtu,  oprawiony  w  srebro.  Nawet  rączka  i  tylna  ścianka 
były ze srebra wysadzanego skrzącymi się czerwienią i żółcią szkiełkami. Zobaczył niebo 
odbite w gładkiej szklanej tafli. 

- Że jak? - bąknął, nie kwapiąc się do wzięcia od niej dziwnego przedmiotu. 
- To był żart. - Nie cofała ręki. 
- Jaki żart? - Zrobił krok do tyłu i potrząsnął głową. 
- Że od szpetnej gęby popęka szkło. 
To lusterko musiało być warte fortunę. Zdobiące je czerwone i żółte okruchy, które 

wziął  początkowo  za  szkło,  to  chyba  jakieś  drogie  kamienie.  Srebro  i  klejnoty  -  i to 
wszystko tylko po to, żeby Elyssa mogła się przejrzeć. 

- Tchórz cię obleciał, co? Tchórz, tchórz, tchórz! 
Elyssa miała właściwie rację, ale Konrad ani myślał jej w tym utwierdzać. Chwycił za 

rączkę i nie wiedząc, czego ma się spodziewać, powoli uniósł lusterko do twarzy. 

Swoje  odbicie  ujrzał  po  raz  pierwszy  w  rzece.  Było  jednak  za  mało  wyraźne,  by 

mógł  wyrobić  sobie  właściwe  pojęcie  o  własnym  wyglądzie  -  a  co  ważniejsze  -  o 
wyglądzie swoich oczu. Wydawało mu się, że są takie same, ale pewności nie miał, bo 
tak naprawdę widział tylko na prawe. 

Niewiele  więcej  powiedziała  mu  wypolerowana  powierzchnia  tarczy  jednego  z 

żołnierzy, w której przejrzał się kilka lat temu. Bardziej zniekształcała jego rysy, niż je 
oddawała. 

background image

Szkło należało do rzadkości. W karczmie nie było żadnego zwierciadła, nie było też 

chyba takiego w całej wsi, nie licząc dworu. Słyszał tylko o istnieniu czegoś takiego od 
Elyssy, a pewnie jej lusterko zostało wykonane w jakiejś dalekiej krainie. 

Zobaczył siebie po raz pierwszy. 
Aż  stęknął  z  wrażenia.  Mrugając,  spoglądał  na  jakiegoś  obcego  młodziana,  który, 

również  mrugając,  patrzył  zdumiony  na  niego.  Pierwsze,  co  rzuciło  mu  się  w  oczy,  to 
szopa  skołtunionych  kudłów,  ni  to  blond,  ni  rudych.  Obcinał  je  sobie  co  jakiś  czas 
nożem,  kiedy  były  za  długie,  ale  nigdy  jeszcze  nie  widział  u  nikogo  włosów  takiego 
koloru. 

Zerknął ponad lusterkiem na uśmiechniętą Elyssę. Uniósł je wyżej, żeby się zasłonić, 

i przybliżył do twarzy - do oczu. 

Wyglądały  identycznie,  nie  dostrzegał  żadnej  różnicy.  Obie  źrenice  były 

bladozielone. Ale czerwone promienie słońca wstającego za plecami Konrada, odbijane 
przez lusterko, raziły go w oczy: Zmienił pozycję, żeby go nie oślepiały. 

I teraz zauważył, że jedna ze źrenic, rozszerzając się, ciemnieje, staje się bardziej 

zielona, za to druga jaśnieje, żółknie - przybiera złotą barwę… 

Jego oczy były różnego koloru. 
Jedno  złote,  drugie  zielone.  To  pewnie  miała  na  myśli  Elyssa,  mówiąc  mu,  że  ma 

niesamowite oczy. 

Ale na jedno widział. A na drugie nie. 
Trzymając  lusterko  w  prawej  ręce,  lewą  podniósł  do  oczu.  To  samo  uczyniło  jego 

odbicie. Dotknął palcami skóry pod lewym okiem. Ale odbicie nie powtórzyło tego ruchu 
- ono dotknęło skóry pod okiem prawym. Zafrapowany ściągnął brwi. 

Obserwująca  go  Elyssa  parsknęła  śmiechem.  Zobaczył  w  lusterku,  jak  podchodzi 

doń od tyłu. Wspięła się na palce, wyjrzała znad prawego barku Konrada, a on zobaczył 
jej twarz przy swojej. 

Wydała mu się jakaś inna. Jakby widział jej bliźniaczkę, której włosy są zaczesane 

do tyłu nad prawym, a nie nad lewym uchem. 

I chociaż stalą po jego prawej stronie, odbicie dziewczyny znajdowało się po lewej 

stronie jego odbicia… 

background image

Zobaczył  w  lusterku  jej  uśmiech  i  patrzył  zdębiały,  jak  porusza  ustami, 

wypowiadając słowa, które słyszał prawym uchem: 

- To lustrzane odbicie, Konradzie. Prawa strona nie jest prawą, lewa nie jest lewą. 

Ja niezupełnie tak wyglądam i ty również niezupełnie tak. Spójrz. 

Przesunęła  się  i  wyjrzała  sponad  lewego  ramienia  chłopaka.  Ale  w  lustrze  postać 

Elyssy ukazała się obok prawego ramienia Konrada. 

- To, co w lusterku jest twoją lewą stroną - wyjaśniła - w rzeczywistości jest twoją 

stroną  prawą.  -  Spojrzała  mu  w  oczy.  -  A to, co widzisz w nim po prawej, w 
rzeczywistości znajduje się po lewej. 

Jedno  oko  miał  zdrowe.  Drugie  ślepe.  Jedno  było  złote.  Drugie  zielone.  Ale  które 

jest które? Skoncentrował wzrok na własnym odbiciu i zaczął analizować, co właściwie 
widzi. 

Widział  młodego  mężczyznę  w  wieku  około  dwudziestu  lat,  który  wydawał  mu  się 

nie tyle przestraszony, co zakłopotany, i którego oczy różniły się barwą. 

Konrad widział dobrze tylko na prawe oko, zamknął więc powoli lewe. Jego odbicie 

zamknęło swoje prawe oko, to złote. 

Wiedział  już,  że  to  oszustwo  lusterka.  Lusterku  nie  można  było  ufać,  ale  ufał 

swojemu prawemu oku, zielonemu. 

Mając otwarte tylko jedno oko, widział w lusterku dokładnie to samo, co obydwoma. 

Nie  zaskoczyło  go  to.  Prawe  oko  było  zdrowe.  Na  lewe  nie  widział,  bo  kiedy  zamykał 
prawe, było tak, jakby zamknął obydwa. Prawie. 

- Widzisz? - spytała Elyssa. 
Widział ją. Widział siebie. Kiwnął głową i jego odbicie również to zrobiło. Otworzył 

drugie oko. Zabłysło złotem. 

Wiedział  już  wcześniej,  że  jego  jedno  oko  różni  się  od  drugiego,  ale  nie 

przypuszczał, że w ten sposób. Z tym że ta różnica stawała się zauważalna dopiero przy 
bliższym przyjrzeniu. 

Elyssa  zwróciła  na  nią  uwagę,  i  nie  było  w  tym  nic  dziwnego.  Tylko  ona  z  nim 

rozmawiała, tylko ona patrzyła na niego wystarczająco długo, by tę różnicę zauważyć. 

Zamknął teraz prawe oko. I jak zawsze efekt był taki, jakby zaniknął obydwa. Nie 

background image

widział niczego, niczego, co działo się w teraźniejszości… 

W  mroku  majaczyło  słabe,  odległe  światełko.  Kiedy  się  skoncentrował  i  wytężył 

lewe oko, to złote, ślepe, odróżnił kontur. Był to owalny kształt lusterka, które trzymał 
wciąż w ręku. A w lusterku odbijała się jakaś twarz. 

Domyślił  się,  że  widzi  obraz  przechowywany  nadal  przez  jego  mózg.  To  była 

ostatnia  rzecz,  na  jaką  patrzył  przed  zamknięciem  oka.  Lusterko.  A  w  nim  twarz  z 
otwartymi oczami. Oczami różnej barwy, jednym zielonym, drugim złotym. 

Ale ta twarz należała do kogoś innego! 
Był  to  starszy  mężczyzna  o  pooranym  zmarszczkami,  naznaczonymi  bliznami 

smagłym  i  brodatym  obliczu.  Konrad  nigdy  tej  twarzy  nie  widział,  a  przecież  ją 
rozpoznawał. 

To była jego twarz. Patrzył na siebie, takiego jakim będzie za wiele lat. 
Patrzył w przyszłość. 
-  Nie!  -  krzyknął,  zaciskając  mocno  powieki,  by  pozbyć  się  tego  obrazu.  Po  chwili 

szeroko  otworzył  oczy  i  zerknąwszy  jeszcze  raz  na  swoje  obecne  odbicie,  odrzucił 
lusterko najdalej, jak potrafił. 

Usłyszał trzask pękającego szkła. Zdumiona Elyssa krzyknęła gniewnie i z całych sił 

uderzyła  go  otwartą  dłonią  w  bok  głowy.  Podbiegła  do  miejsca,  w  którym  upadło 
lusterko i rugając go, jęła zbierać z ziemi odłamki pokruszonego szkła. 

Konrad  był  świadomy  wszystkiego,  co  się  dzieje,  ale  czuł  się  całkowicie  od  tego 

odseparowany,  jakby  odbywało  się  to  w  jakimś  innym  czasie  -  a on to sobie tylko 
przypominał. 

Przypominał sobie, co się kiedyś wydarzyło. 
Albo co się dopiero miało wydarzyć. 

* * * 

Siedzieli  nad  rzeką  ramię  w  ramię,  ale  nie  tak  blisko  siebie,  jak  zwykli  siadywać. 

Elyssa trzymała na kolanach srebrne lusterko. Było całe. 

Zupełnie  jakby  przybyła  przed  chwilą  i  zamierzała  mu  je  dopiero  pokazać,  jakby 

wydarzenia sprzed kilku minut nie miały w ogóle miejsca - jeszcze nie miały. 

Był  skołowany,  wszystko  mu  się  mieszało.  Przeszłość,  teraźniejszość  i  przyszłość 

background image

zdawały się przeplatać ze sobą i nie mógł się połapać, co jest czym. 

Wiedział dokładnie, co stanie się za chwilę. A wiedział stąd, że to się już wydarzyło. 

To działo się teraz. To nie będzie powtórka. Elyssa pokaże mu lusterko, a on je odrzuci. 

Wolał nie wnikać, co zaszło w międzyczasie, kiedy patrzył w lusterko i widział w nim 

swoje odbicie - obraz siebie z przyszłości. 

Lusterko się stłukło. Ale Elyssa pozbierała co do jednego wszystkie okruchy, ułożyła 

je na powrót w srebrnej oprawce, a potem, kalecząc sobie palce i szepcząc zaklęcia, jęła 
wygładzać spękaną powierzchnię. 

Obserwował z roztargnieniem jej zabiegi, ale myślał o czym innym. Myślał o swoim 

lewym oku: tym złotym, ślepym. O ślepym oku, które widziało, które pokazywało mu, co 
się wydarzy - i które robiło to od dawna. 

Z  biegiem  minut  oddech  mu  się  uspokajał,  serce  biło  coraz  wolniej.  Dochodził  do 

siebie. 

Elyssa, zbesztawszy go za rzucenie lusterkiem,  już  się  do  niego  nie  odzywała. 

Pewnie domyślała się, że musiało zajść coś poważnego, skoro Konrad tak się zachował. 

Przejrzała  się  w  lusterku,  a  może  sprawdzała  tylko,  czy  zniknęły  wszystkie  ślady 

uszkodzenia, po czym przeniosła wzrok na Konrada. Ich oczy się spotkały. 

- Ja naprawdę żartowałam, mówiąc, że od twojej szpetnej gęby lusterko popęka - 

powiedziała. - Nie musiałeś brać moich słów na poważnie. Tak tobą wstrząsnął własny 
wizerunek? - dorzuciła z ironicznym uśmiechem. 

Powoli pokręcił głową i zaczął przecierać kułakami oczy, szukając słów. 
- Co zobaczyłeś? - spytała Elyssa. 
Spojrzał na nią. Nie pytała o odbicie w lustrze. Skąd wie, że zobaczył coś dziwnego? 

Po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że Elyssa tylko zgaduje. 

Nie rozmawiali dotąd  o  jego  wzroku.  Unikał  tego  tematu,  bo  sam  nie  rozumiał  w 

czym  rzecz,  a  poza  tym  nie  chciał,  żeby  Elyssa  wiedziała.  Miał  po  prostu  taki  dar, 
którego  nikt  poza  nim,  nawet  ona,  nie  posiadał.  W  pewnym  sensie  tylko  to  miał  na 
własność. Nie chciał się tym z nią dzielić, choć nie bardzo wiedział dlaczego. 

Była  jego  jedyną  przyjaciółką,  nie  powinni  mieć  przed  sobą  żadnych  tajemnic.  Co 

prawda, o jej magii też nie rozmawiali, ale ona przynajmniej nie kryła przed nim swoich 

background image

zdolności. 

Spojrzał  na  opuszki  palców  dziewczyny.  Skaleczyła  się  szkłem  niechcący  czy  też 

upuszczenie  krwi  stanowiło  cenę,  jaką  musiała  zapłacić,  by  wykrzesać  z  siebie  moc 
potrzebną do magicznego sklejenia lusterka? 

Skoro ona nie mówi wszystkiego o swoich umiejętnościach, on też przemilczy swoje. 
I  skłaniało  go  do  tego  coś  jeszcze:  mimo  że  znali  się  już  tak  długo,  nadal  nie  do 

końca ufał Elyssie. Sam nie wiedział dlaczego. Tylko ją jedną znał, wierzył jej, zrobiłby 
dla niej wszystko - a jednak jakiś wewnętrzny głos ostrzegał go, że powinien się mieć na 
baczności. 

Nie chciał się przed nią całkiem otwierać, bo wtedy powiedziałby o sobie wszystko, 

przez  co  Elyssa  zyskałaby  nad  nim  przewagę.  Zdawał  sobie  sprawę  z  bezsensowności 
takiego rozumowania, ale przecież do przeczuć nie można przykładać racjonalnej miary. 

A wszystko to miało związek z jego oczami, a właściwie z jednym z nich. Lewe było 

na pozór ślepe, a mimo to widział nim. Widział nie to, co się aktualnie dzieje, lecz to, co 
się dopiero wydarzy… 

Rozbieżność  w  czasie  zazwyczaj  nie  była  wielka,  lewe  oko  zaledwie  o  ułamek 

sekundy wybiegało w przyszłość przed prawe. 

Pozwalało  mu  to  w  porę  uskakiwać  przed  buciorem,  albo  bykowcem 

Brandenheimera.  Wiedział  na  moment  wcześniej,  gdzie  wyląduje  kopniak  karczmarza, 
albo gdzie spadnie jego cios. 

Zauważył, że Elyssa znowu przegląda się w lusterku, niespiesznie zlizując sobie krew 

z palców. 

Zaczynały  go  ogarniać  wątpliwości,  czy  rzeczywiście  widział  w  lusterku  swoją 

postarzałą  twarz.  To  pewnie  jakaś  gra  światła.  No  dobrze,  ale  skąd  światło,  skoro 
powieki miał zaciśnięte? W takim razie oczy musiały mu spłatać jakiegoś figla. 

Niemożliwe,  żeby  zobaczył  siebie  w  przyszłości;  nigdy  nie  potrafił  niczego 

przewidzieć na więcej niż minutę naprzód. 

Postanowił  nie  wyjawiać  Elyssie  prawdy  o  tym,  co  mu  się  przywidziało;  ale  coś 

powiedzieć musiał. 

- Pierwszy raz zobaczyłem swoje oczy - odezwał się. - Nie wiedziałem, że różnią się 

background image

kolorem.  Właśnie  to  mnie  tak  zaskoczyło.  Nie  chciałem  potłuc  ci  lusterka.  Nie 
wiedziałem, że szkło jest takie kruche. 

Przyglądała mu się uważnie, i czytał z jej miny, że nie daje wiary tym wyjaśnieniom. 

Jeśli chce ją przekonać, to najlepiej powiedzieć prawdę. Ale nie całą. 

-  Kiedy zamykam prawe oko -  wyjaśnił  -  nie  widzę  nic  na  lewe.  Kiedy  prawe  oko 

mam otwarte, widzę lewym - ale niezupełnie to samo, co prawym. Widzę nim nie to, co 
się akurat dzieje, lecz co się będzie działo za chwile. 

- Masz dar jasnowidzenia? Widzisz przyszłość? 
Konrad wzruszył ramionami. 
- Chyba tak, ale to nic specjalnego. W najlepszym wypadku wiem, co wydarzy się za 

kilka sekund, góra za minutę, dzięki czemu mogę podjąć odpowiednie działania. 

- I wykorzystałeś ten dar, kiedy się poznaliśmy? Zobaczyłeś zwierzołaka? 
- Wiedziałem już wcześniej, że czai się w lesie. Kiedy nadjechałaś, zrozumiałem, że 

się go nie spodziewasz. Ja go widziałem, a ty nie. Widziałem, jak wyskoczył z zarośli i 
strącił cię z konia. Kilka chwil potem zobaczyłem to wszystko ponownie. Na szczęście nie 
zabił cię od razu. 

- Tylko dzięki temu, że mnie ostrzegłeś. 
- Może i tak. - Konrad wzruszył ramionami. 
- A teraz coś widzisz? 
- Nic. - Pokręcił głową. - To znaczy nie widzę żadnej różnicy. Widzę ciebie, jak tu 

siedzisz, i tyle. -  Ponad  głową  dziewczyny  spojrzał  na  las.  -  Nie  ma  żadnego 
niebezpieczeństwa. 

-  Czyli  ty  wyczuwasz  zagrożenie?  Potrafisz  przewidzieć,  że  stanie  się  coś  złego,  i 

możesz temu zapobiegać? 

- Zapobiec nie potrafię. Widzę, co się za chwilę ma stać, i mogę co najwyżej uczynić 

wszystko, by tę wiedzę wykorzystać. Jeśli w pobliżu jest jakieś dzikie zwierzę, mogę je 
ominąć. Wiem, którędy będzie szło, i wybieram inną drogę. 

Elyssa miała rację: widział nadciągające zagrożenie. Czasami zupełnie trywialne, na 

przykład,  pod  jakim  kątem  spadnie  na  niego  kij  Adolfa  Brandenheimera.  A  czasem  o 
wiele poważniejsze. Właśnie ta zdolność tyle razy ocaliła mu w puszczy życie. 

background image

I czasami omal nie zabiła. 
Nie mógł całkowicie polegać na swoim darze, bo dwukrotnie już go zawiódł, i to w 

krytycznej  sytuacji.  Po  raz  pierwszy  podczas  walki  ze  zwierzołakiem,  który  napadł  na 
Elyssę.  Było  wtedy  tak,  jakby  oślepł,  bo  nie  wiedział,  co  za  chwilę  zrobi  stwór,  jak 
uderzy. 

Prawym okiem śledził bieg wydarzeń, ale lewe nie podpowiadało mu nic. Wszystko 

było  czarne,  przyszłość  jawiła  się  jako  pusta  otchłań  -  zupełnie  jakby  pisana  mu  była 
śmierć. Pomyślał nawet przez ułamek sekundy, że nie widzi przyszłości, bo już jej przed 
sobą nie ma. 

Nie zginął. Mało tego, zabił zwierzołaka. Ale najstraszniejsze w tej walce było owo 

nagłe oślepnięcie, niemożność ujrzenia tego, co się ma wydarzyć. 

Po  raz  drugi  przytrafiło  mu  się  to,  kiedy  z  łuku  ustrzelił  odyńca.  Martwe  zwierzę 

opadła  wataha  wilków,  o  których  bliskiej  obecności  nie  miał  pojęcia.  Omal  nie  padł 
ofiarą drapieżników. 

Owszem,  niebezpieczeństwo  powiększało  zasięg  jego  wzroku.  Ale  zbyt  wielkie 

przeciążenie  zmysłów  zdawało  się  odbierać  mu  ten  dar  i  stawał  się  wtedy  tak  samo 
bezradny jak wszyscy. 

Do dzisiejszego dnia potrafił wybiec w przyszłość najwyżej na kilka sekund. Dzisiaj 

zobaczył, co będzie za wiele lat. 

Elyssa nie spuszczała zeń wzroku, chciała usłyszeć, co zobaczył w lusterku. 
Był  oszołomiony,  podniecony,  gdyż  po  raz  pierwszy  zobaczył  swoją  twarz.  I  to 

wszystko. Niczego więcej nie widział, bo niby co miał widzieć? 

- Jeśli widzisz tylko zagrożenie - powiedziała Elyssa - to nie wiesz, co się za chwilę 

stanie… 

Spojrzał  na  nią,  nie  bardzo  rozumiejąc,  co  ma  na  myśli.  Z  nieprzeniknioną  miną 

odłożyła lusterko na trawę za sobą. 

Pochyliła  się,  odpięła  bez  pośpiechu  sprzączkę  jednego  ze  skórzanych  sandałów  i 

strząsnęła go ze stopy. Wylądował obok Konrada. Potem w ten sam sposób pozbyła się 
drugiego.  Poszybował  w  powietrzu  i  byłby  uderzył  chłopaka  w  pierś,  gdyby  ten  go 
zręcznie nie przechwycił w locie. 

background image

Miała  na  sobie  jedwabną  bladoniebieską  bluzkę  i  długą,  aksamitną  spódnice. 

Zaczęła  rozwiązywać  powoli,  jedną  po  drugiej,  na  przemian  to  lewą,  to  prawą  ręką, 
wstążki, którymi bluzka była związana z przodu, od szyi po talię. 

Skończywszy, wstała z ziemi i między zwisającymi teraz luźno połami bluzki mignęły 

Konradowi piersi dziewczyny. Jej talię okalał wąziutki srebrny pasek, ale służył on tylko 
do ozdoby, bo turkusową spódnicę podtrzymywała tasiemka. Elyssa ją rozwiązała. 

Spódnica uszyta była z pojedynczego pasa materiału, owiniętego dwukrotnie wokół 

bioder  dziewczyny.  Stając  przodem  do  Konrada,  Elyssa  zaczęła  ją  odwijać,  dopóki  nie 
obnażyła ciała od biodra po kostkę lewej nogi. Przytrzymywała przez chwilę oba końce 
spódnicy  lewą  dłonią  przyłożoną  do  biodra,  potem  uniosła  rękę  i,  kiedy  spódnica 
opadała na ziemię, ona odwróciła się plecami do Konrada. 

Obejrzała  się  na  niego  przez  ramię.  Miała  teraz  na  sobie  tylko  niebieską  bluzkę. 

Ściągnęła ją powoli i upuściła. 

Nieraz  już  widywał  ją  nagą,  ale  to  było  dlań  coś  nowego.  Zazwyczaj  zrzucała  z 

siebie ubranie pośpiesznie, nigdy nie robiła tego tak wyzywająco. 

Obróciła  się  bardzo  powoli  przodem  do  Konrada.  Nie  licząc  srebrnego  naszyjnika, 

paska i bransolet na przegubach i kostkach nóg, była zupełnie naga. 

Stała na rozstawionych nogach, ręce oparła na biodrach. Konrad nigdy nie mógł się 

nadziwić  bieli  smukłego  ciała  Elyssy.  Tę  biel  podkreślały  jeszcze  bardziej  krucza  czerń 
włosów i róż sutek. 

Oblizał suche wargi i zbaraniały gapił się na dziewczynę. 
- Idziemy się kąpać? - bąknął. 
Pokręciła głową. Uniosła prawą rękę i przywołała go skinieniem palca wskazującego. 
Posłuchał. Wstał i podszedł do niej. 
Elyssa  uniosła  drugą  rękę  i  zaczęła  ściągać  Konradowi  z  grzbietu  obszarpaną 

koszulę.  Rękaw  zaczepił  się  na  jego  prawej  dłoni,  w  której  trzymał  skórzany  sandał. 
Elyssa wyjęła mu sandał z ręki, odrzuciła go, ściągnęła do końca koszulę i sięgnęła do 
postronka podtrzymującego stare portki. 

Stali  naprzeciwko  siebie,  patrząc  jedno  drugiemu  w  oczy.  Oczy  Elyssy  były  tak 

ciemne, że nie dało się odróżnić tęczówek od źrenic. 

background image

Konradowi portki opadły do kostek. Był bardziej nagi od Elyssy; nie miał na sobie 

ozdób. 

- Naprawdę nie chcesz się kąpać? - wykrztusił. 
Przez nieprzeniknioną dotąd twarz Elyssy przemknął przełomy uśmiech. 
- Czego innego chcę - powiedziała i przysunęła się do niego. 
Konradowi dech zaparło w piersiach, ze zdumienia i błogości. Często się dotykali, ale 

tylko przez przypadek albo podczas zabawy. Teraz było zupełnie inaczej. Objęła go, a on 
położył dłonie na piersiach dziewczyny i jął je delikatnie gładzić. Przypomniało mu się, 
jak pierwszy raz dotknął niewieściego ciała. 

Przed  kilku  laty  Elyssa  poprosiła  go,  żeby  nauczył  ją  strzelać  z  łuku.  Stał  za  nią  i 

pokazywał,  jak  trzymać  łuk  i  strzałę,  a  pączkujące  piersi  dziewczyny  napierały  mu  na 
przedramię.  Otarł  się  o  nią,  żywiąc  nadzieję,  że  tego  nie  zauważy.  Ale  zauważyła  -  i 
kiedy  chciał  się  odsunąć,  przywarła  do  niego,  dając  tym  do  zrozumienia,  że  ma  ją 
przytulić mocniej. 

Potem  często  dochodziło  między  nimi  do  fizycznego  kontaktu,  czy  to  poprzez 

ubranie czy kiedy byli nadzy. Z początku nie przywiązywali do tego większej wagi, ale z 
czasem to się zmieniło. 

Pocałowali się. 
Całowali  się  już  wcześniej,  ale  nigdy  w  taki  sposób.  Do  tej  pory  muskali  się  tylko 

wargami na pożegnanie. Teraz ich usta zwarły się ze sobą zachłannie. 

Elyssa rozchyliła wargi i Konrad poczuł jej wilgotny język. Otworzył usta i wybiegł 

mu na spotkanie swoim. 

W  ślad  za  ustami  złączyły  się  ich  ciała.  Przywierali  do  siebie  z  całych  sił,  a  i  tego 

było im mało. Nagie ciało Elyssy wydawało się Konradowi gorętsze od słonecznego żaru 
i nie wiedział, czy to bicie jej serca czuje czy też jemu serce tak wali. 

Oderwali  się  od  siebie  zdyszani.  Przez  chwilę  patrzyli  jedno  na  drugie  bez  słowa. 

Potem uśmiechnęli się i osunęli na ziemię. 

Elyssa legła na swojej satynowej opończy, Konrad położył się na niej. 
Stali się jednością. 
Konrad leżał na wznak, wpatrzony w czyste, błękitne niebo; Elyssa przyglądała się 

background image

mu, wsparta na łokciu. Żuł źdźbło trawy i starał się powstrzymać uśmiech. 

Elyssa  sięgnęła  po  lusterko,  złowiła  w  nie  promień  słońca  i  puściła  Konradowi  w 

oczy zajączka. 

Dłonią  osłonił  twarz  przed  oślepiającym  światłem,  po  czym  przekręcił  się  na  bok. 

Porażony blaskiem lusterka nie widział jej dobrze, ale wydało mu się, że Elyssa patrzy na 
niego z wyrazem twarzy, którego nie potrafił nazwać. 

Potem zauważył, że nie tylko ten wyraz twarzy jest mu nie znany. 
Niedawno  widział  w  lusterku  swoją  twarz  z  przyszłości,  teraz  wydało  mu  się,  że 

patrzy  na  inną  Elyssę.  Już  nie  dziewczynę,  lecz  dojrzałą  kobietę.  Twarz  miała 
wykrzywioną, spojrzenie wrogie. 

I zobaczył coś jeszcze. Coś gorszego… 
Odwrócił natychmiast głowę i zacisnął mocno powieki, ale było już za późno. 
Płomienna miłość przerodziła się w ślepą nienawiść. 
Raj teraźniejszości przerodził się w jutrzejsze piekło. 
Konrad  nie  potrzebował  swoich  oczu,  żeby  wejrzeć  w  przyszłość,  nie  potrzebował 

posrebrzanego  lusterka,  żeby  przewidzieć,  co  będzie.  I  bez  nich  wiedział  już,  że 
pewnego dnia jego jedyna przyjaciółka zdradzi go i doprowadzi do zguby. 

background image

Rozdział czwarty 

Jedynym pewnikiem życia jest śmierć, i tu brutalni najeźdźcy się nie zawiodą. Żyli, 

by umrzeć - i muszą umrzeć. 

Dzisiaj  umrzeć  musi  każdy  i  wszystko.  Sprzymierzeniec  obróci  się  przeciwko 

sprzymierzeńcowi, i zwycięzcy staną się ofiarami. 

Nie  wolno  dopuścić  do  błędu,  który  został  popełniony  dwa  i  pól  tysiąca  lat 

wcześniej. 

Tamtego  dnia  ostał  się  jeden  niedobitek,  i  przeoczenie  owo  opóźniło  nastanie 

zbliżającego się nieuchronnie Chaosu. 

Ten jedyny, który uszedł wówczas z życiem, zwal się Sigmar - Sigmar Młotodzierżca, 

późniejszy założyciel Imperium… 

* * * 

Zimą  Konrad  wstawał  zwykle  przed  świtem,  bo  roboty  miał  huk  i  żeby  się  z  nią 

uwinąć, musiał wykorzystać każdą chwilę dziennego światła. Latem, kiedy słońce dłużej 
wędruje po niebie, wstawał trochę później. 

Sypiał  nadal  w  oborze  za  karczmą,  na  słomie  przeznaczonej  na  paszę  dla  bydła. 

Dobrze chociaż, że nie musiał się żywić trawą i sianem; wszystko inne, z dachem nad 
głową włącznie, dzielił ze zwierzętami. 

Obudził  się  przed  chwilą  i  leżał  na  plecach,  przez  dziury  w  dachu  patrząc  na 

jaśniejące niebo. Myślał o tym, co w zeszłym roku usłyszał od Elyssy. O dziwnej reakcji 
jej ojca, kiedy wyszło na jaw, że czarny łuk i strzały zniknęły. Czemu się przestraszył? 
Nie rozmawiali o tym więcej i sam nie wiedział, dlaczego mu się to teraz przypomniało. 

Ziewnął, usiadł i spojrzał w drugi kąt obory, gdzie ukrył kołczan ze strzałami. Już od 

kilku tygodni tam  nie  zaglądał.  Zlazł  ze  stryszku,  przestawił  drabinę  pod  przeciwległą 
ścianę i wspiął się po niej aż po kryty krokwiami dach. Podciągnął się na jedną z belek i 
podczołgał się po niej w stronę spony, za którą schował kołczan. 

Do tej pory, przez wszystkie te lata, po każdym sprawdzeniu owijał broń w ten sam 

kawałek płótna, w którym dostał ją od Elyssy. Usiadł na belce i wyciągnął zawiniątko ze 
schowka. 

background image

Zabierał  się  już  do  rozsupływania  ostatniego  węzła,  kiedy  naraz  znieruchomiał  i 

nastawił ucha, wytężył wzrok… 

Zbliżał się jakiś jeździec. 
Elyssa? 
Ją również ujrzał, lecz w oddali. Tym pierwszym jeźdźcem był ktoś inny, ktoś obcy. 

Niebezpieczny obcy… 

Zagrożenie  musiało  być  poważne,  skoro  Konrad  nie  tylko  wyczuł  obecność 

przybysza, ale i widział, co robi teraz Elyssa. 

Wyjeżdżała właśnie ze dworu, żeby spotkać się z Konradem za rzeką. Jeśli wybierze 

drogę koło karczmy, a na pewno to zrobi, natknie się na nieznajomego. 

Nie  było  czasu  do  stracenia.  Zbiegł  na  łeb  na  szyję  po  drabinie  i  wypadł  boczną 

furtką z obory. Nie musiał się rozglądać, wiedział, że jeździec jest już nie dalej jak sto 
jardów od karczmy, przy studni na majdanie pośrodku wsi. 

Konrad  puścił  się  pędem  po  kocich  łbach  gościńca,  który  przez  wyludnioną  wieś 

prowadził do dworu. 

W  swojej  wizji  nie  widział  momentu,  w  którym  jeździec  przecina  Elyssie  drogę, 

przypuszczał  tylko,  że  tak  się  stanie.  Ale  teraz,  kiedy  znajdował  się  już  między  nimi, 
będzie mógł zawczasu ostrzec dziewczynę i do spotkania nie dojdzie. 

Usłyszał  przed  sobą  stukot  kopyt  po  kocich  łbach.  Koń  Elyssy.  Wierzchowca 

przybysza nie słyszał. Zbyt duża dzieliła go odeń odległość. Nie widział go nawet swym 
normalnym prawym okiem. 

Elyssa  była  już  blisko,  przy  pierwszych  chatach  na  stoku  za  zakrętem.  Pokonał 

pędem ten zakręt i zobaczył ją, zobaczył zwyczajnie. 

Na jego widok ściągnęła cugle. 
- Wracaj! - zawołał z daleka, ale niezbyt głośno, żeby nie dotarło to do uszu intruza. 
- Co się stało? 
Dopadł  konia,  chwycił  go  lewą  ręką  za  uzdę  i  dopiero  teraz  uświadomił  sobie,  że 

trzyma pod pachą zawiniątko z kołczanem i pięcioma czarnymi strzałami. Szarpnął  łeb 
zwierzęcia, usiłując je zawrócić. 

-  Musisz  się  ukryć  -  wysapał  zdyszany.  Obejrzał  się  przez  ramię  i…  niczego  nie 

background image

zobaczył. 

Widział  zakręt  gościńca  i  chaty  po  obu  jego  stronach.  Jeźdźca  nie  było  jeszcze  w 

zasięgu wzroku i nie powinien się pojawić wcześniej niż za parę sekund, ale Konrad nie 
umiał przewidzieć, skąd się go spodziewać. 

Zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Nie zapadł się, rzecz jasna, takie cuda się nie 

zdarzają, ale stanowiło to jeszcze jeden dowód, że jest bardzo groźny - tak samo było 
ze zwierzołakiem, tak samo z watahą wilków, wtedy również Konrada zawiódł jego dar. 

- Chodź! 
Elyssa  o  nic  więcej  nie  pytała,  nie  oponowała.  W  jego  twarzy  wyczytała  niepokój. 

Podała mu rękę. Konrad skorzystał z oferowanej przez dziewczynę pomocy i wskoczył na 
konia,  sadowiąc  się  za  jej  plecami.  Zawróciła  wierzchowca  i  wbiła  pięty  w  boki 
zwierzęcia. Ruszyli galopem pod górę, ku murom dworu. Tętent podkutych kopyt niósł 
się daleko w porannej ciszy. 

Konrad oglądał się co chwila za siebie, ale nadal nic nie widział, nic nie słyszał, nic 

nie wskazywało, że dzieje się coś złego. 

Spróbował przypomnieć sobie wizję, którą miał w oborze. Samotny jeździec, zakuty 

od stóp do głów w brązową zbroję, w której odbijało się wschodzące słońce. Podobny 
pancerz równie szczelnie okrywał konia. 

Dotarli do dworu. Most zwodzony był opuszczony, drewniane wrota stały otworem, 

wjechali  na  dziedziniec.  Dwór  nie  był  fortecą.  Most  zwodzony  stanowił  właściwie 
dekorację.  Chociaż  można  go  było  podnosić,  to  sforsowanie  wąskiej  fosy  nie 
nastręczyłoby  zdeterminowanym  napastnikom  większych  trudności.  Wrota  szybko 
padłyby pod razami tarana, wyrąbanie wyłomu w murach też nie zajęłoby wiele czasu. 

Konrad nigdy jeszcze  nie był w obrębie murów posiadłości. Większość wieśniaków 

nie miała tu wstępu. W tej chwili wolał przebywać tu niż na zewnątrz. 

Zeskoczył  z  konia  i  skrył  się  za  jednym  ze  skrzydeł  wrót.  Tymczasem  Elyssa 

odprowadziła wierzchowca w głąb dziedzińca, żeby tam go uwiązać. 

Jeździec  pojawił  się  wreszcie  w  polu  widzenia  i  zmierzał  niespiesznie  środkiem 

wąskiego  gościńca  ku  dworowi.  Jego  wierzchowiec  stąpał  bezgłośnie  po  kocich  łbach. 
Zbliżał  się  w  kompletnej  ciszy.  Można  by  pomyśleć,  że  wytłumieniu  uległ  cały  świat 

background image

dźwięków. Wioska również przypominała wymarłą. Nie zaszczekał tam pies, nie ryknęła 
krowa,  nie  skrzypnęły  wrota  stodoły.  Nie  doleciał  ich  krzyk  ptaka  od  strony  rzeki,  ryk 
dzikiego zwierza z odległego boru. 

- Kto to? - szepnęła Elyssa, stając u boku Konrada. 
- Nie wiem. - On również zniżył głos. Rycerz był za daleko, żeby  ich usłyszeć, ale 

Konrad bał się mącić tę niesamowitą ciszę. 

- Zupełnie jak duch. 
Konrad  wzdrygnął  się.  Utrafiła  w  sedno.  Jeździec  i  jego  koń  byli  jak  widma,  bo 

przecież żadne żyjące stworzenie nie potrafi się poruszać bezgłośnie. 

Miał przy sobie pięć strzał, ale bez łuku były bezużyteczne, A zresztą, gdyby nawet 

miał  łuk,  to  i  tak  nie  odważyłby  się  strzelać  do  tego  jeźdźca.  Wyczuwał 
niebezpieczeństwo, ale cóż można zwojować strzałą przeciwko nadprzyrodzonej istocie? 

- Zawołać ojca? Wezwać straże? 
Konrad pokręcił głową. Nic by to nie dało. 
W miarę jak przybysz się zbliżał, Konrad rozróżniał coraz więcej szczegółów. Jeźdźca 

i konia okrywały stanowiące komplet pancerze z polerowanych brązowych blach. Zbroja 
była  misternie  kuta,  hełm  zdobiły  skomplikowane  wzory.  Przyłbica  miała  wąziutką 
szczelinę, przez którą patrzyły na świat ukryte za nią oczy - o ile były tam jakieś oczy. 

Można by pomyśleć, że jeździec dosiada jakiegoś fantastycznego zwierza o cielsku z 

lśniącego metalu. Łeb konia, jeśli to w ogóle był koń - bo czy jakikolwiek koń zdołałby 
udźwignąć  taką  masę  metalu,  a  do  tego  jeszcze  zakutego  w  zbroję  jeźdźca?  -  chronił 
hełm, z którego, tuż znad otworów na oczy, sterczały dwa długie szpikulce. 

Podobna  para  szpikulców  wieńczyła  hełm  jeźdźca,  upodabniając  nieznajomego  do 

rogatej  bestii.  Kolce  wyrastały  również  z  kłykci  rękawic,  z  nakolanek,  trzewików  i 
nałokcic. Zbroja była w kilku miejscach poobijana, tu wgięta, tam wybrzuszona, nosiła 
ślady stoczonych walk. 

Jeździec  trzymał  okrągłą  tarczę  z  brązu,  z  masywnym  grotem  pośrodku.  U  boku 

zwisał  mu  miecz  z  brązową  rękojeścią,  która  wystawała  z  pochwy  z  brązu.  W  dłoni 
obleczonej w najeżoną szpikulcami rękawicę dzierżył pionowo długą bojową kopię, też z 
brązu. 

background image

- Czego on tu chce? - spytała szeptem Elyssa. 
Głowa zbliżającego się jeźdźca obracała się wolno na boki. Nie z czujności, bo widać 

było,  że  nie  ma  się  czego  obawiać.  Rozglądał  się,  chłonąc  każdy  szczegół  okolicy. 
Zatrzymał się przed mostem zwodzonym i spojrzał na kryjówkę Konrada i Elyssy. 

Nie  mógł  ich  widzieć,  ale  mimo  to  Konrad  poczuł  na  sobie  jego  wzrok  -  i  odniósł 

wrażenie, że obcy przybył tu po niego, że on jest jedyną przyczyną tego najścia. 

-  Nie  boję  się  go  -  powiedziała  Elyssa.  W  jej  głosie  nie  było  buńczuczności. 

Naprawdę się nie bała, i to napawało Konrada jeszcze większym lękiem. 

Zrobiła krok naprzód. Chwycił ją w ostatniej chwili i wciągnął za drewniane skrzydło 

wiekowych wrót. 

- Chcę z nim porozmawiać! - zaprotestowała. 
Zatkał jej dłonią usta. 
- Ale on nie chce rozmawiać z nami - wysyczał. - Nie po to tu przybył. 
Szarpnęła głową, żeby uwolnić usta spod jego dłoni. 
- Skąd wiesz? Co ty w ogóle wiesz?! Co może wiedzieć taki ciemny kmiotek?! 
Wlepił w nią zdumione spojrzenie, ale nie dlatego, że uraziły go jej słowa. Te puścił 

mimo  uszu.  Zrobił  to,  bo  przez  moment  w  jej  ciemnych  oczach  zamigotał  mu  jakiś 
rozbłysk. Nie był to rozbłysk gniewu, nie miał nic wspólnego z tą chwilą. 

Zobaczył… 
Zobaczył tam śmierć. Prawdziwą śmierć. Śmierć Elyssy. 
Na  moment,  na  mgnienie  oka,  stał  się  świadkiem  agonii  Elyssy,  ograbiania  jej  z 

istoty  istnienia.  Było  to  coś  o  wiele  gorszego  niż  śmierć,  była  to  zapaść  w  najgłębszą 
otchłań skrajnej rozpaczy i deprawacji. 

Bezwiednie rozluźnił uchwyt. Zupełnie jakby nie chciał dotykać Elyssy, z obawy, że 

się pobrudzi, że jego również to spotka. 

Zamknął  oczy,  w  nadziei,  że  wymaże  w  ten  sposób  z  pamięci  ową  przelotną,  lecz 

przerażającą wizję - ale wiedział już, że mu się to nigdy nie uda. Być może wspomnienie 
tego,  co  ujrzał,  zblaknie  z  czasem,  ale  pozostanie  już  z  nim  na  zawsze.  Będzie  żyło, 
nawet po śmierci Elyssy. 

Wyrwała mu się i wybiegła przed wrota. Usłyszał, jak woła: 

background image

- Czego tu chcesz? Kogo szukasz? 
Wyskoczył za nią, dobywając noża, by zasłonić dziewczyny własną piersią. Zdawał 

sobie  sprawę,  że  to  pusty  gest.  Walka  w  obronie  Elyssy,  z  rycerzem  nie  będzie  tak 
łatwa, jak przed laty ze zwierzołakiem. 

Ale okazało się, że do starcia nie dojdzie. Obcy zawrócił już konia i zjeżdżał powoli 

ze wzgórza. Zbroja klekotała na nim i poskrzypywała, podkowy konia stukały na kocich 
łbach. W miejscu, gdzie przed chwilą stał, dymiła kupka końskiego łajna. 

A więc nie byli duchami, pomyślał Konrad, obserwując konia i jeźdźca, znikających 

między domami wyludnionej wioski. Odwrócił się do Elyssy. 

Przybysz nie był martwy, za to ona już długo nie pożyje. 

* * * 

Odjedzie. Nie miał pojęcia, dokąd pójdzie, ale nie mógł pozostać w wiosce ani chwili 

dłużej. 

Nosił  się  z  tą  myślą  już  od  jakiegoś  czasu.  Powodów  miał  po  temu  kilka,  ale 

zadecydowały wydarzenia dzisiejszego dnia. 

Bardzo rzadko do wioski przybywał ktoś obcy. Nie leżała na szlaku handlowym ani 

przy głównym trakcie; rzeka, wąska i zdradliwa, nie była spławna. Nikt tędy nigdy nie 
przejeżdżał.  Czasem  do  wioski  zachodzili  ludzie,  którzy  mieli  tu  do  załatwienia  jakiś 
konkretny interes, ale i tych nie było wielu. 

Dzisiaj  wszystko  się  zmieniło.  Rycerz  nie  był  gościem,  nie  został.  Przejechał  przez 

wioskę i wrócił po własnych śladach, tak jakby przybył na przeszpiegi. 

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  jego  wizyta  przeszła  zupełnie  nie  zauważona,  że 

wiedzą  o  niej  tylko  Konrad  i  Elyssa.  Konrad  sądził,  że  ludzie  z  wioski  kryją  się  przed 
obcym, i po odjeździe brązowego rycerza wychyną z chat. Ale nic takiego nie nastąpiło. 
Ten poranek niczym nie różnił się od innych. 

Nie różnił się dla mieszkańców wioski - ale dla Konrada owszem, i to bardzo. Po raz 

pierwszy, odkąd pamiętał, nie poszedł do lasu po drewno na opal dla karczmy - bo nie 
zamierzał już do niej wracać. 

Kołczan  z  pięcioma  strzałami  zabrał  ze  sobą  przez  przypadek.  Czy  aby  na  pewno 

przez przypadek? To przybycie obcego sprawiło, że nie odłożył płóciennego zawiniątka 

background image

na miejsce; to przybycie obcego skłoniło go ostatecznie do opuszczenia wioski. 

Kołczan ze strzałami był właściwie wszystkim, co posiadał, czego potrzebował. Tych 

parę  monet,  które  przez  lata  zarobił  albo  znalazł,  już  dawno  wykopał  z  kryjówki  przy 
karczmie i przeniósł do innego schowka, pod drewniany most, gdzie trzymał łuk i strzały 
podarowane mu przez Elyssę. 

- Nie wolno ci tu przebywać - odezwała się Elyssa, kiedy rycerz zniknął im z oczu. 
Obejrzał się lękliwie na dwór. Ani żywego ducha. Zupełnie inaczej wyobrażał sobie 

to miejsce. Myślał, że na murach i u bramy stoją zbrojne straże, że Elyssa, kiedy chce 
się z nim spotkać, wymyka się za mury jakimś sekretnym przejściem. 

A może wartownicy tylko dzisiaj opuścili posterunki? Może, podobnie jak mieszkańcy 

wsi, ukryli się ze strachu przed niesamowitym jeźdźcem? 

Trudno powiedzieć. Konrad niewiele wiedział o Wilhelmie Kastringu i jego siedzibie, 

a Elyssa rzadko opowiadała mu o swoim ojcu i domu. Ale przypuszczał, że Kastring, jako 
najważniejsza osobistość w całej wiosce, mieszka w fortecy. Aż do dzisiaj mury i dwór za 
nimi oglądał tylko z daleka. 

Była  to  największa  budowla,  jaką  kiedykolwiek  widział,  wzniesiona  całkowicie  z 

kamienia. Nawet  dach  kryty  był  dachówką,  a  nie  gontem  jak  większość  domostw  we 
wsi.  W  obrębie  murów  stało  jeszcze  kilka  mniejszych  budynków  i  nawet 
najniepozorniejszy z nich był murowany, o wiele solidniejszy od wiejskich chałup. 

- Już sobie idę - burknął Konrad. 
Przed kilkoma minutami, podczas szamotaniny z Elyssa, upuścił kołczan na ziemię. 

Schylając się teraz po płócienne zawiniątko, zauważył, że dziewczyna go obserwuje. 

- Pamiętasz to? - spytał. 
Skinęła głową. 
- Ojciec cię zabije, kiedy się dowie, że to masz. 
- A skąd się dowie? 
Zmierzył ją wzrokiem. Wydała mu się taka sama jak zawsze. No, prawie taka sama. 

W  swojej  wizji  sprzed  kilku  minut  ujrzał  ją  martwą,  a  nawet  gorzej  niż  martwą. 
Przypomniało mu się, że w zeszłym roku miał widzenie, w którym zobaczył, jak będzie 
wyglądała w przyszłości - kiedy go zdradzi. 

background image

Te  dwa  obrazy  wykluczały  się  wzajemnie.  Elyssa  nie  mogła  przecież  umrzeć,  a 

jednocześnie się postarzeć. Tak czy owak zdradzić go mogła, ale nie byłaby to zdrada 
tak  trywialna,  jak  oskarżenie  go  przed  ojcem  o  kradzież  zdobionego  dziwnym  godłem 
kołczanu z kilkoma strzałami. 

Konrad nie mógł ufać nikomu ani niczemu, nawet własnym przeczuciom. I dlatego 

musiał odejść, chociaż nie ucieknie w ten sposób przed swoimi zmysłami. 

Nie  doczekał  się  odpowiedzi  Elyssy.  Odwrócił  się,  wyszedł  za  drewnianą  bramę, 

minął most zwodzony i zaczął schodzić do leżącej w dole wioski. Dotrze gościńcem do 
mostu na rzece. Za mostem zaczynała się droga biegnąca przez las. Była gruntowa, ale 
gdzieś musiała prowadzić. 

Nie patrzył za siebie. Po kilku sekundach usłyszał tętent konia podążającej za nim 

Elyssy.  Zachowywała  spory  dystans,  pewnie  dlatego,  żeby  nikt  nie  pomyślał,  że  są 
razem. Czy jednak byli razem? 

Wioska zaczynała się wreszcie budzić do życia. Otwierano drzwi i okna, w obejściach 

krzątali  się  ludzie.  Przez  stojące  otworem  wrota  obór  wypędzali  na  pastwiska  stada 
bydła. Słońce stało wysoko, i zagrożenie ze strony leśnych drapieżników nie było już tak 
wielkie.  Bydło  i  owce  mogły  się  paść  stosunkowo  bezpiecznie  pod  czujnym  okiem 
pasterzy. 

Konrad  minął  cichą  jeszcze  karczmę.  Tam  najpóźniej  we  wsi  kładziono  się  spać, 

najpóźniej zdmuchiwano świece i olejowe lampki, i najpóźniej wstawano. 

Znalazłszy  się  nad  rzeką,  zszedł  pod  most  i  zabrał  ze  schowka  łuk,  strzały  i 

pieniądze. 

Kiedy dotarli do  miejsca,  w  którym  się  zwykle  spotykali,  Elyssa  zsiadła  z  konia  i 

rozpostarła na ziemi opończę. 

Konrad  usiadł  nieopodal.  Tylko  w  jednym  celu  zwykł  dzielić  opończę  z  Elyssa.  A 

dzisiejszy dzień nie był po temu odpowiedni. 

- Nie mam dla ciebie nic do jedzenia - odezwała się. - Kucharz gdzieś przepadł. Od 

wczoraj nikt go nie widział. Ojciec jest bardzo zły i wybrzydza na wszystkie posiłki, jakie 
mu podają. 

Konrad  często  widywał  kucharza  kupującego  prowiant  we  wsi.  Był  to  człowiek  o 

background image

osobliwej powierzchowności, bardzo niski i krąglutki. Konrad  dopiero niedawno odkrył, 
skąd ten dziwny wygląd: kucharz był halflingiem, jedynym nie człowiekiem w wiosce. 

-  Kim  on  był?  -  spytała  po  chwili  Elyssa,  i  nie  ulegało  wątpliwości,  że  nie  ma  na 

myśli dworskiego kucharza. 

- Sam miałem cię o to zapytać. 
- Może byśmy się dowiedzieli, gdybyś pozwolił mi z nim porozmawiać. 
- Myślisz, że by ci się przedstawił? 
Elyssa wzruszyła ramionami. 
-  Przepraszam  za  to,  co  powiedziałam.  Wcale  tak  nie  myślę.  Nie  jesteś  ciemnym 

kmiotkiem. 

Zerknął na nią z ukosa i napotkał jej wzrok. Oczy miała ciemne i enigmatyczne jak 

zawsze, ale pełne życia, nie śmierci. 

- Chyba żebyś był! 
Chwycił ją za stopę i pociągnął. Upadła na wznak. Roześmieli się oboje i w jednej 

chwili runął wyrosły między nimi mur. Znowu byli przyjaciółmi, takimi jak zawsze. 

- Wychodzę za mąż - oznajmiła Elyssa, siadając. 
- Co? 
- Dobrze słyszałeś. Wychodzę za mąż. Postanowiono o tym już jakiś czas temu, ale 

nie mówiłam ci, bo sama nie chciałam o tym myśleć. 

- Za kogo? 
- Za znajomego mojego ojca. Z Ferlangen. Za pana Ferlangen. 
Konrad  słyszał  tę  nazwę.  Ferlangen,  o  ile  się  orientował,  było  najbliższym 

miasteczkiem, ale nie wiedział jak daleko, ani w jakim kierunku leży. 

- Wygląda więc na to - ciągnęła Elyssa - że zobaczę w końcu kawałek świata. 
Był przekonany, że Elyssa wie o jego zamiarze odejścia, bo często o tym rozmawiali. 

Sama  go  do  tego  namawiała,  mówiąc,  że  na  jego  miejscu  bez  wahania  opuściłaby 
wioskę. 

Nie ma rodziny, argumentowała, nic go tutaj nie trzyma. Nic nikomu nie jest winien. 

Co tu jeszcze robi? Gdyby ona była mężczyzną, dawno już ruszyłaby w świat. Jeśli tego 
dotąd nie zrobiła, to tylko dlatego, że jest dziewczyną i że jest kim jest. 

background image

Teraz,  kiedy  postanowił  nieodwołalnie  pójść  za  radą  Elyssy,  nie  mógł  się 

zdecydować,  czy  powiedzieć  jej  o  swojej  decyzji.  Bał  się,  że  zacznie  mu  to  odradzać. 
Podsunęła  mu  ten  pomysł,  kiedy  wiadomo  było,  że  nie  ma  szans  na  jego  realizacje. 
Podejrzewał, że chciała przelać na niego własne ambicje. Ale znał jej zmienność - i siłę 
perswazji. 

- Widziałaś go już? - spytał. 
Pokręciła głową. 
- Wiesz coś o nim? 
-  Jest  stary,  ma  prawie  czterdzieści  lat.  Ale  bogaty,  bardzo  bogaty.  -  Wzruszyła 

ramionami. - Dziewczyna nie może mieć wszystkiego. - Odwróciła głowę i trochę ciszej 
powtórzyła: - Dziewczyna nie może mieć wszystkiego. 

- Musisz go poślubić? 
Spojrzała na Konrada. 
- Czy słońce musi wstawać co rano? Wstaje i już. Nie ma wyboru. Musze poślubić 

Otto Krieshmiera. Nie mam wyboru. 

- A chcesz? 
- To, czy chce, nie ma żadnego znaczenia. 
- To niesprawiedliwe. 
Elyssa najpierw się uśmiechnęła, a potem roześmiała w głos i zanosiła się śmiechem 

prawie przez minutę. W końcu się opanowała. Jedwabną chusteczką otarła łzy z kącików 
oczu. Trudno było stwierdzić, czy płakała ze śmiechu czy ze smutku. 

- Niesprawiedliwe? - prychnęła. - I ty mówisz o sprawiedliwości? Weź swoje życie. 

Czy  los  sprawiedliwie  cię  potraktował?  No?  Nie  ma  na  tym  świecie  sprawiedliwości, 
Konradzie.  Ona  nie  istnieje.  Myślałam,  że  już  to  odkryłeś.  Ile  lat  upłynęło  od  dnia,  w 
którym ocaliłeś mi życie. Pięć? Sześć? Może pisane mi było wtedy umrzeć. Każdy dzień 
od  tamtego  czasu  traktowałam  jako  dany  mi  w  prezencie.  Nie  uskarżam  się.  Nawet 
gdybym jutro umarła, byłabym wdzięczna za te darowane mi dzięki tobie dni. 

Mówiąc te słowa, ujęła Konrada za rękę. Po raz pierwszy, odkąd się poznali, palce 

miała zimne, lodowato zimne. Jakby już nie żyła… 

- Co się stało? - spytała, spoglądając na niego. 

background image

- Nic - mruknął, ściskając jej zimną dłoń. 
Kłamał, i oboje to wiedzieli. 
Przemknęło mu przez myśl, żeby ją poprosić, by z nim poszła. Lżej by mu było na 

duszy,  gdyby  uciekli  razem,  gdyby  miał  przy  sobie  tę  jedyną  osobę,  na  której  mu 
zależało, jedyną osobę, z którą nie chciał się rozstawać. 

Ale paradoksalnie to ona była główną przyczyną jego odejścia. Bowiem nie uciekał z 

wioski, uciekał od Elyssy. 

Nie mógł przymykać oczu na wizję, której doświadczył. Zabierając Elyssę ze sobą, 

nie zmieniłby tego, czego był świadkiem, nie zdołałby jej ocalić. 

Może  Elyssa  miała  rację.  Śmierć  była  jej  pisana.  Ratując  dziewczynę  przed 

zwierzołakiem, odsunął tylko trochę w czasie to, co nieuchronne. Przed przeznaczeniem 
nie ma ucieczki. 

- Nie wiem, dlaczego, ale mam dziwne uczucie, że jeździec, którego widzieliśmy, to 

mój  przyszły  małżonek  -  powiedziała  nagle  Elyssa.  -  Chyba  dlatego  chciałam  z  nim 
porozmawiać. Wydało mi się, że go znam albo wkrótce poznam. Wyobraziłam sobie, że 
przybył porwać mnie przed ślubem. 

- Przecież sama powiedziałaś, że jest jak duch. 
-  No  tak,  ale  komuś,  kto  ma  prawie  czterdzieści  lat,  niewiele  już  zostało  życia.  - 

Roześmiała się z przymusem. 

Konrad  myślał  o  jeźdźcu.  Elyssa  miała  rację.  Z  początku  przybysz  przypominał 

ducha,  sunącego  w  ciszy  przez  wieś  na  widmowym  koniu  -  i  było  tak  dopóty,  dopóki 
jego wierzchowiec nie dowiódł, że jest istotą z krwi i kości. 

Musiało  im  się  coś  przywidzieć,  to  ich  wyobraźnia  obdarzyła  brązowego  rycerza 

szczególnymi  cechami.  I  ta  cisza,  w  jakiej  jechał,  też  była  złudzeniem,  po  prostu  z 
przerażenia stracili słuch. 

W  każdym  razie  Konrad  wolał  przyjąć  takie  wytłumaczenie.  Rzadko  się  zdarzało, 

żeby do wioski zawitał jeździec ze świata zewnętrznego, świata, do którego on wkrótce 
wy  wędruje.  Wolał  nie  ruszać  w  drogę  z  przeświadczeniem,  że  ten  zewnętrzny  świat 
różni  się  tak  dramatycznie  od  jego  zacisznej,  bezpiecznej  doliny,  że  życie  tam  nie  jest 
wcale takie proste i zwyczajne jak tutaj. 

background image

- A zatem kim on był? - spytała Elyssa. 
- Kto go tam wie? Może zabłądził. Nikt tu nie zagląda bez powodu. Dla niego takim 

powodem mogło być zmylenie drogi. 

Elyssa nie wyglądała na przekonaną. 
- Dojechał do dworu - ciągnął Konrad - zorientował się, że tamtędy nie przejedzie, i 

zawrócił. 

Konrad sam w to nie wierzył, wątpił więc, że Elyssa uzna jego rozumowanie. 
Spojrzała  na  słońce.  Wzeszło  dopiero  przed  godziną,  ale  stało  już  wysoko  na 

bezchmurnym niebie i mocno przygrzewało. Rozpięła kilka górnych guziczków bluzki. 

- Wiesz, co jest jutro? - spytała. 
Znali  się  już  tyle  lat,  a  on  jeszcze  nie  przywykł  do  łatwości,  z  jaką  Elyssa 

przeskakuje z tematu na temat. 

Dla niego kolejne dni niewiele się od siebie różniły. Bywało, że nie wiedział nawet, 

jaki aktualnie jest miesiąc. 

- Festag - bąknął niepewnie. 
-  Nie  chodziło  mi  o  dzień  tygodnia.  Zresztą  się  pomyliłeś.  Jutro  będzie  Backertag. 

Osiemnasty Sigmarzeita, pierwszy dzień lata! 

- Aha. 
- Widzę, że ani cię to ziębi, ani grzeje. Mam rację? 
Konrad rozrzucił szeroko ramiona, jakby chciał objąć cały świat. 
- Przecież mamy już lato - powiedział. - Od paru tygodni żar leje się z nieba. 
Jakże  można  poznać  początek  lata?  Przecież  lato  nie  zaczyna  się  każdego  roku 

dokładnie tego samego dnia. Ludzie usiłowali narzucić porom roku swoją wolę, ale jakoś 
nigdy im to nie wychodziło. Czasami wiosną było upalniej niż latem, a jesienią chłodniej 
niż zimą. Natura nie dawała się ujarzmić. Klimatu nie sposób ująć w sztywne ramki, to 
nie odmiany zbóż, które można uprawiać na osobnych poletkach. 

Elyssa potrząsnęła z politowaniem głową, dochodząc do wniosku, że z Konradem nie 

warto dyskutować. 

- A co ważniejsze - podjęła - jutro przypada Święto Sigmara. 
- Aha - mruknął znowu. 

background image

Wiele razy słyszał imię Sigmara. Z początku było to tylko imię, na które zaklinali się 

ludzie w karczmie. „Na Sigmara!”, przysięgali. Nic ono Konradowi nie mówiło. 

Później dowiedział się, że dziwna budowla w samym sercu wsi to świątynia Sigmara. 

Jeszcze  później  wpadło  mu  w  ucho,  że  Sigmar  położył  podobno  podwaliny  pod 
Imperium,  ale  Konrad  nie  przywiązywał  do  tego  wielkiej  wagi.  Nie  słyszał  o  żadnym 
Imperium, nie wiedział, gdzie ono jest. Dopiero od Elyssy dowiedział się, że wioska leży 
w granicach Imperium - Elyssa była źródłem większości informacji, jakie posiadał. 

- Cała wioska zbiera się jutro w świątyni - powiedziała Elyssa. - Biedni i bogaci będą 

się  ramię  w  ramię  modlić  i  oddawać  mu  cześć.  Wszyscy,  tylko  nie  ty,  Konradzie. 
Dlaczego? Nie wierzysz, że Sigmar jest bogiem? 

Konrad  wzruszył  ramionami.  Nie  jego  sprawa,  co  robią  wieśniacy. 

Brandenheimerowie ani razu nie zabrali go ze sobą do świątyni, kiedy był mały, i nigdy 
się nie zastanawiał nad ich wierzeniami. 

- A może ty czcisz kogoś innego? - ciągnęła Elyssa. - Na przykład Ulryka? 
Znowu obojętnie wzruszył ramionami. Pierwszy raz słyszał to imię. 
- Albo może oddajesz cześć innym bogom, mrocznym bogom? 
- Komu? - zniecierpliwił się Konrad. - O czym ty mówisz? 
-  Sama nie wiem -  przyznała.  -  Słyszę  czasami,  jak  ojciec  wspomina  o  innych 

bogach. Nie pamiętam ich imion. Ale widać, że niechętnie je wymawia, zupełnie jakby 
się  bał.  Tak  przestraszonego  widziałam  go  tylko  wtedy,  kiedy  rozpytywał,  gdzie  jest 
broń, którą ci dałam. - Na to wspomnienie przygryzła dolną wargę. - Myślałam, że może 
tobie coś wiadomo o mrocznych bogach. 

- Skąd ci to przyszło do głowy, skoro ja nawet nie wiem, kto to jest Sigmar. Ciemny 

kmiotek ze mnie, zapomniałaś? 

Tym  razem  to  Elyssa  pociągnęła  Konrada  za  nogę  i  przewróciła.  Kiedy  usiadł, 

wstała. 

- A więc nie będzie cię jutro w świątyni? - spytała. 
- Nie - odparł, również podnosząc się z ziemi. 
Elyssa podeszła do konia. Podstawił jej koszyczek z dłoni. Patrzyli przez chwile na 

siebie. Wzrok Elyssy przesuwał się z jednego oka Konrada na drugie. Od dawna tego nie 

background image

robiła.  Potem  postawiła  stopę  na  jego  splecionych  palcach  i  wspięła  się  na  siodło. 
Znowu  spojrzeli  sobie  w  oczy.  Nie  odzywali  się,  bo  nie  było  o  czym  mówić.  Wiedzieli 
oboje,  że  widzą  się  po  raz  ostatni.  Elyssa  sądziła,  że  to  ich  ostatnie  spotkanie,  bo  on 
odchodzi i już nie wróci; ale Konrad wiedział, że nie zobaczą się więcej, bo ona wkrótce 
umrze. 

Patrzyli na siebie w milczeniu. Słowa by tu nie wystarczyły. Elyssa uśmiechnęła się 

przełomie; Konrad skinął głową. To było ich całe pożegnanie. 

Odprowadzał  ją  wzrokiem,  dopóki  nie  przejechała  przez  most  i  nie  zniknęła  mu  z 

oczu miedzy zabudowaniami wioski. 

Nie obejrzała się ani razu. 

background image

Rozdział piąty 

Ten  jedyny,  który  uszedł  wówczas  z  życiem,  zwał  się  Sigmar  -  Sigmar 

Młotodzierżca, późniejszy założyciel Imperium. 

Pod koniec tego dnia pole bitwy również opuści tylko jeden jedyny pozostały przy 

życiu, nawet nie draśnięty jej uczestnik. 

I tym razem stanie się tak, jak stać się powinno. 
Owym  jedynym  ocalałym  będzie  ten,  który  kontemplował  teraz  scenerię 

nadciągającej  rzezi,  ten  który  intrygował  i  knuł,  by  doprowadzić  do  nadejścia  tego 
prześwietnego dnia, ten którego krecia robota skończy się dopiero wówczas, kiedy jego 
dotychczasowi  sprzymierzeńcy  co  do  jednego  legną  trupem  na  krwawym  pobojowisku 
pośród swoich niedawnych przeciwników, których pokonali i wyrżnęli w pień. 

Nie był już człowiekiem, ale nie stal się jeszcze Demonem - choć przewodził jednym 

i drugim -  a  po  dzisiejszym  nieuchronnym  tryumfie  nagrodzony  zostanie  najwyższą 
godnością w panteonie Chaosu. 

Delektując się myślą o absolutnym zwycięstwie i całkowitym unicestwieniu, patrzył 

na wioskę, rozpostartą u jego stóp niczym gotowa do złożenia ofiara, i uśmiechał się. 

W uśmiechu tym nie było śladu zatraconego dawno człowieczeństwa. 
Ludzie z wioski w dolinie czcili Sigmara jak boga i w tym dniu obchodzili jego święto. 
Mogą zanosić modły do swojego Sigmara. On ich nie ocali. Nic ich nie ocali… 

* * * 

Ale  Konrad  nie  odszedł.  Nie  potrafił.  Nie  bardzo  wiedział,  jak.  Gruntowa  droga 

prowadziła na południe. Stanowiła główne połączenie wioski ze światem zewnętrznym, 
ale on nią nie pomaszerował. 

Przez całe swoje życie ani razu nie wychylił nosa z doliny. Nie oddalił się od wioski 

dalej  niż  na  dwie  mile.  Teraz  stwierdzał,  że  nie  tak  łatwo  zrobić  ten  pierwszy  krok  w 
nieznane. 

Gdyby Elyssa poprosiła go, żeby z nią wrócił, uczyniłby to z ochotą. Nie poprosiła. 

Miał wrażenie, że rada była z jego odejścia, że chciała się go pozbyć. 

Łudził  się  jeszcze,  że  przyjdzie  po  niego,  i  zawlecze  za  kark  do  karczmy, 

background image

zniecierpliwiony Adolf Brandenheimer albo któreś z jego spasionych bachorów, ale nikt 
się nie zjawiał. 

Siedział  już  tak  parę  godzin  i  patrzył  na  wioskę,  gdzie  życie  toczyło  się  utartym 

torem. Nikt tam nie zauważył nawet jego nieobecności. Nie był nikomu potrzebny, nikt 
za nim nie tęsknił. 

Za  to  on  tęsknił  już  za  wioską,  tęsknił  za  karczmą.  Każdy  dzień  życia  upływał  mu 

dotąd jednako, na wciąż tych samych powtarzanych w kółko zajęciach. Tak przywykł do 
swojskiej  monotonii  tego  kieratu,  że  bez  niej  czuł  się  zagubiony  i  bardziej  niż  zwykle 
samotny. 

Wielkim  wysiłkiem  woli  zrywał  teraz  z  tą  rutyną.  Udało  mu  się  stłumić  jakiś 

wewnętrzny nakaz, który kazał mu nazbierać w lesie chrustu i wracać z nim do karczmy. 

Z jednej strony korciło go, żeby zachowywać się dalej tak, jakby ten dzień niczym 

nie  różnił  się  od  innych,  z  drugiej  pragnął  stąd  odejść,  ruszyć  w  drogę,  tak  jak 
postanowił. Rozdarty między tymi dwoma przeciwstawnymi impulsami nie robił nic. 

Siedział  nieruchomo  i  tylko  jego  cień  przesuwał  się  w  miarę  upływu  dnia.  Kiedy 

poczuł pragnienie, napił się wody z rzeki. Kiedy zgłodniał, zignorował to. Od urodzenia 
częściej był głodny niż syty. 

Czekał,  choć  sam  nie  wiedział  na  co.  Chyba  na  jakąś  motywacje,  na  jakaś 

zewnętrzną silę, która zmusi go do podjęcia męskiej decyzji. 

Całe życie upływało mu na czekaniu, bo wiedział, że pewnego dnia wydarzy się coś 

szczególnego,  coś  co  całkowicie  zmieni  jego  dotychczasową  beznadziejną  egzystencję. 
Teraz ten dzień nadszedł, a on bał się wyjść naprzeciw nieznanej przyszłości. 

Im  dłużej  pozostawał  poza  wioską,  tym  bardziej  malało  prawdopodobieństwo,  że 

tam wróci. Siedział niezdecydowany, a tymczasem czas płynął, ubywało dnia. Powinien 
ruszać, póki była jeszcze szansa, że dotrze do sąsiedniej wsi przed zmierzchem. 

Nie miał pojęcia, jak daleko jest do najbliższej osady - ale na pewno dzielił go od 

niej bór, mroczny bór i wszelkie czające się w nim niebezpieczeństwa. Miał do pokonania 
wiele mil, całe godziny marszu w mrokach kniei. A on wciąż nie ruszał, odwlekał to, co 
nieuchronne, o jeszcze jedną minutę, jeszcze jedną godzinę… 

Jeśli zmitręży kolejną godzinę, będzie za późno. Słońce chyliło się już ku zachodowi, 

background image

wkrótce  zacznie  szarzeć.  Ciemności  oznaczały  niebezpieczeństwo.  W  ciemnościach  dar 
jasnowidzenia  nie  zapewni  mu  tych  kilku  dodatkowych  sekund,  sekund  na  wagę 
przetrwania. 

Nie  widząc  celu,  nie  będzie  mógł  wystrzelić  z  łuku.  Po  zapadnięciu  zmroku  bór 

ożywa, a nocne stworzenia widzą w nocy jak w dzień. Ciemność to ich sprzymierzeniec, 
a dla niego wróg. 

Teraz  albo  nigdy.  A  „nigdy”  nie  wchodzi  w  rachubę,  bo  takie  jest  jego 

przeznaczenie.  Tak  samo,  jak  widział  przyszłość,  tak  wiedział  już  teraz,  że  pisane  mu 
inne życie. 

Wstał  i  po  raz  ostatni  spojrzał  na  wioskę.  Ogarnął  jeszcze  raz  wzrokiem  strzechy 

chałup  ciągnących  się  szpalerem  wzdłuż  gościńca,  młyn  wodny  w  górze  rzeki,  pola 
uprawne,  pastwiska  z  pasącymi  się  na  nich  zwierzętami,  stodoły  i  obejścia,  świątynię 
Sigmara, nawet karczmę, a na koniec mury dworu, za którymi przebywała teraz Elyssa. 

Odwrócił  się  na  pięcie  i  wydłużonym  krokiem  ruszył  przed  siebie.  Zamiast  wybrać 

gruntową drogę, od razu wszedł do lasu. Lepiej czuł się wśród drzew niż na wyboistym, 
pełnym dziur szlaku. 

W  lesie  było  o  wiele  ciemniej  niż  na  otwartej  przestrzeni,  ale  on  znał  tu  każdy 

korzeń, każdy krzak, każdą gałąź i każdy pień drzewa. Na pamięć przedzierał się przez 
gęstniejące zarośla, zdając się na instynkty. 

Im  głębiej  się  szło  w  las,  tym  więcej  można  było  napotkać  chorych  drzew 

atakowanych przez grzyb i trujące rośliny. Z roku na rok infekcja  rozprzestrzeniała się 
coraz szybciej, ogarniając wielkie połacie kniei. 

Nie uszedł daleko. Do zmroku pozostała tylko godzina, a kiedy zapadnie noc, dalszy 

marsz  stanie  się  niebezpieczny.  Zatrzymał  się  pod  ogromnym  drzewem,  które  dobrze 
znał.  Z  jego  pnia,  piętnaście  stóp  nad  ziemią,  ziała  wąska  szczelina.  Wspiął  się  tam 
kiedyś i, zajrzawszy w nią, odkrył dużą dziuplę nadającą się idealnie na kryjówkę. 

Nie on pierwszy doszedł do takiego wniosku. Na dnie dziupli leżało pierze i resztki 

szkieletu.  Jakiś  ptak  musiał  tu  sobie  kiedyś  urządzić  gniazdo.  I  nie  był  to  bynajmniej 
mały drapieżnik, bo niektóre kości miały ponad stopę długości. Co to za ptak, ani czyje 
to kości, wolał nie dochodzić. 

background image

Wrzucił  przez  szczelinę  kamyk,  żeby  się  upewnić,  czy  czasem  nie  zadomowiło  się 

tam jakieś inne stworzenie. Nie odpowiedział mu żaden pisk, skrzek, warkot ani syk. 

Trzymając  w  zębach  nóż,  zaczął  piąć  się  w  górę.  Brak  gałęzi,  które  mogłyby  mu 

ułatwić wspinaczkę, podwyższał walory kryjówki. Objął pień jedną ręką i, biorąc nóż w 
drugą, zajrzał do dziupli. Niczego nie zobaczył. A co ważniejsze, chyba nic wewnątrz nie 
zobaczyło jego. Wsunął w szczelinę rękę i kilkakrotnie dźgnął nożem na oślep, ale ostrze 
nie napotkało żadnego oporu. 

Ześliznął  się  po  pniu  na  dół,  zabrał  z  ziemi  łuk,  strzały  i  płócienne  zawiniątko,  po 

czym wspiął się z powrotem na drzewo i przecisnął przez szczelinę do dziupli. Przyszło 
mu to z większym trudem niż za pierwszym razem; zmężniał od tamtego czasu. 

Kości  i  pierze  nadal  zaścielały  dno,  ale  nie  śmierdziało  tu  gorzej  niż  w  oborze,  w 

której do tej pory sypiał. Spędzi tutaj noc. 

Stracił  ten  dzień,  ale  postanowił  sobie,  że  następnego  już  tak  nie  zmarnuje.  Jutro 

skoro świt na dobre rozpocznie swoją wędrówkę. Nigdy jeszcze nie przepróżniaczył tak 
całego dnia, a przecież czuł się bardziej niż zwykle wyczerpany. 

Przez  wąską  szczelinę  patrzył,  jak  zapada  zmrok.  W  kniei  nawet  za  dnia  było 

niesamowicie, a teraz, w gęstniejących ciemnościach, drzewa zdawały się poruszać - ich 
gałęzie przywodziły na myśl kończyny, a każdy pień przypominał tułów. 

Elyssa nazwała kiedyś bór Lasem Cieni. Ciekaw był, jak daleko ciągną się te drzewa 

i ten cień. Nigdy nie zapuścił się dalej niż na szczyt stromego wzgórza. 

Ziewnął.  Kto  wie,  może  w  nocy  drzewa  rzeczywiście  budzą  się  do  życia.  Może 

ciemności są czymś w rodzaju magicznego zaklęcia, które opada na cały bór i go ożywia. 
Może najstraszniejsze nocne stworzenia są właśnie ożywionymi drzewami. 

Może, nieświadomy niebezpieczeństwa, wszedł w pułapkę, którą jest to drzewo. A 

dziupla  to  żołądek  mięsożernej  rośliny.  Zaścielające  ją  kości  i  pióra  to  niestrawione 
resztki dawnych posiłków, wszystko co pozostało  ze stworzeń, które jak on szukały tu 
schronienia. 

Uśmiechnął  się.  To  tylko  urojenia  spowodowane  wyczerpaniem.  A  choćby  tak  w 

istocie było, czuł się zbyt zmęczony, by uciekać. 

Dygotał z zimna. W oborze, w której dotąd sypiał, mógłby się zagrzebać w słomę. 

background image

Tutaj  tego  nie  miał.  Nie  było  nawet  gdzie  rozprostować  nóg.  Siedział  z  kolanami  pod 
brodą. Mimo tych niewygód, sen szybko go zmorzył. 

Nie był to spokojny sen. Dręczyły go koszmary straszniejsze niż kiedykolwiek dotąd. 

Śniło  mu  się,  że  w  lesie  roi  się  od  dziwacznych,  odrażających  stworów,  istot  tak 
pokracznych,  że  najbardziej  zdeformowany  i  obrzydliwy  zwierzołak  był  przy  nich  jak 
nowo narodzone jagnię. 

Ocknąwszy się, stwierdził, że nie był to tylko koszmarny sen. 
Śniła mu się rzeczywistość… 

* * * 

Obudziły  go  jakieś  głosy.  Ten  pierwszy  pojedynczy,  odległy.  Po  paru  sekundach 

usłyszał  następny,  bliższy.  I  jeszcze  jeden,  jeszcze  bliższy.  Kroki,  tupot  setek  nóg 
tratujących zarośla. Było ich coraz więcej, cały las rozbrzmiewał już odgłosami ciężkich 
kroków. 

Trwała jeszcze noc. Na zewnątrz było tak samo ciemno jak w dziupli, w której się 

schronił, i nic nie widział. Ale przypominało to przemarsz całej armii. Ziemia drżała, a jej 
wibracje przenosiły się na drzewa. Szli powoli, gęsto rosnące drzewa spowalniały marsz. 

Słychać było poskrzypywanie pancerzy, szczęk oręża, parskanie zwierząt oraz głosy. 

Słowa  wypowiadane  w  języku,  którego  nie  rozumiał,  a  więc  przez  mieszkańców 
odległych krain. 

I sądząc po tych dźwiękach, po brzmieniu obcego języka, istoty, które słyszał, nie 

mogły być ludźmi. 

Co się dzieje? Nie ulegało wątpliwości, że te nieludzkie legiony zmierzają do wioski. 
Nie śmiał się poruszyć, z obawy, że zdradzi go najmniejszy ruch. Siedział więc jak 

skamieniały, czekając aż przeciągną owe obce kohorty. 

Miał  wrażenie,  że  upłynęła  wieczność,  zanim  ostatni  maruder  przeszedł  pod 

drzewem. I nie tylko pod drzewem. Kiedy światło brzasku zaczęło się przesączać przez 
listowie  koron  drzew,  Konradowi  wydało  się,  że  coś  mu  mignęło przed oczami na 
wysokości dziupli - około piętnastu stóp nad ziemią! 

Uznał to jednak za omam spowodowany grą światła. Żadna żywa istota nie mogła 

być tak wysoka. Jeśli rzeczywiście coś zobaczył, to pewnie był to grot włóczni albo lancy. 

background image

Choć  dziwna  armia  już  przeszła,  cisza  nie  powróciła,  ani  nie  opustoszał  las. 

Wyczuwał  obecność  przybyszów  w  odległości  kilkuset  jardów.  Zatrzymali  się  na  skraju 
boru, chroniąc się w cieniach przed promieniami wschodzącego słońca. 

Niczego  nie  widział,  niczego  poza  tamtym  wyimaginowanym  mignięciem  czegoś  w 

otworze  dziupli,  ale  w  istotach,  które  tędy  przed  chwilą  przechodziły,  było  coś,  co 
Konradowi przypominało zwierzołaki. Może sprawiła to roztaczająca się wokół nich woń, 
ohydny smród, charakterystyczny dla tych kreatur. 

Ale bór nie mógł chyba być pełen zwierzołaków, całej ich armii - armii w dosłownym 

znaczeniu,  z  orężem  i  w  zbrojach?  Jednak  nic  innego  nie  przychodziło  mu  do  głowy. 
Tylko takie wyjaśnienie miało sens. 

W tym momencie setki dzikich ślepi patrzą pewnie pożądliwie na dolinę i pogrążoną 

we śnie wioskę. Samotny zwierzołak o brzasku czmychał przeważnie do lasu i zaszywał 
się  głęboko  w  leśnych  ostępach.  Ale  w  gromadzie  nie  bali  się  światła.  Skrzyknęli  się 
pewnie,  żeby  napaść  na  wioskę.  To  było  jedyne  w  miarę  rozsądne  wytłumaczenie  tak 
licznej ich tutaj obecności. 

W  pierwszej  chwili  Konradowi  przemknęło  przez  myśl,  żeby  ostrzec  mieszkańców 

wsi.  Ale  zaraz  uświadomił  sobie,  że  nie  sposób  się  tam  przedrzeć.  Drogę  zagradzał 
kordon wynaturzonych kreatur. 

Zresztą„  dlaczego  miałby  ich  ostrzegać?  Czy  któryś  z  wieśniaków  coś  kiedyś  dla 

niego zrobił? Jego los nigdy ich nie obchodził, czemu więc on miałby się przejmować ich 
losem? 

Wyjątek uczynił kiedyś dla Elyssy. 
Ale,  ratując  przed  laty  życie  dziewczynie,  działał  instynktownie.  Pośpieszył  jej  z 

pomocą jak człowiek człowiekowi, solidarnie stawili czoło stworowi, który ją zaatakował. 
Tę  samą  solidarność  odczuwał  teraz  wobec  mieszkańców  wsi.  Byli  mu  bliżsi  od  istot 
gotujących się do szturmu na ich obejścia. 

Lecz  tym  razem  ani  myślał  działać  bez  zastanowienia.  Nie  miał  do  czynienia  z 

jednym  zwierzołakiem,  nie  było  tu  miejsca  na  brawurę.  Wtedy  nie  miał  czasu  do 
namysłu, za to miał pewną szansę. 

Teraz  szans  nie  miał  żadnych.  A  nie  było  sensu  dać  się  zabić  dla  beznadziejnej 

background image

sprawy. Co tam beznadziejnej, dla jakiejkolwiek sprawy. 

Poświęciłby  się  tylko  dla  Elyssy.  Już  raz  ocalił  jej  życie,  ale  nie  zdoła  zrobić  tego 

ponownie. Widział ją martwą. I ta wizja skłoniła go ostatecznie do opuszczenia wioski. 
Dzięki temu znajdował się teraz poza pierścieniem żądnych krwi zwierzołaków - czy kim 
tam były te istoty. 

Nie mógł nic zrobić. Dla nikogo z wyjątkiem siebie. 
Siedział w dziupli, dopóki zupełnie się nie rozwidniło, zachodząc w głowę, jakby tu 

się chyłkiem oddalić. Na razie czuł się w dziupli bezpieczny. Nie został zauważony, kiedy 
obok  przeciągały  kohorty  stworów.  Kiedy  będą  wracały,  może  mieć  mniej  szczęścia. 
Wykryty, znalazłby się w potrzasku. Teraz, kiedy miał bestie za plecami, nadarzała się 
wymarzona i być może jedyna sposobność do ucieczki. 

Wyjrzał ostrożnie z dziupli. Wokół tylko drzewa. Ani śladu czyjejś obecności, nawet 

od strony wioski - gęsto rosnące drzewa zasłaniały przyczajone tam zwierzołaki. 

Przez  szparę  w  pniu  drzewa  wysunął  najpierw  łuk,  a  potem  owinięty  w  płótno 

kołczan  z  pięcioma  czarnymi  strzałami.  Pozostałe  strzały,  te  które  Elyssa  dała  mu 
później, nosił zawsze luzem. 

Wspinanie się na drzewo z krępującą ruchy bronią było trudne, złażenie z nią na dół 

wcale  nie  łatwiejsze.  Mógł  zrzucić  łuk  i  strzały,  bał  się  jednak,  że  zdradzi  go  hałas, 
jakiego narobią, spadając. 

W końcu dotknął stopą ziemi. Przez dłuższą chwilę przywierał do pnia, upewniając 

się,  że  nie  został  zauważony.  Musi  być  podwójnie  czujny.  Bliskość  nieludzkich  istot  i 
perspektywa wędrówki przez rejony lasu, w które dotąd się nie zapuszczał, sprawiały, że 
nerwy miał napięte jak postronki. 

Odwinął  z  płótna  kołczan  i  wsunął  weń  resztę  strzał.  Przyzwyczaił  się  już  do  tych 

nowszych, ale porównawszy je teraz z pięcioma oryginalnymi, zuważył kolosalną różnicę. 
Czarne strzały stanowiły dzieła sztuki wypracowane przez mistrza w swoim rzemiośle. Te 
drugie były tylko strzałami. 

Wepchnąwszy  płótno  za  pazuchę  kubraka,  żeby  nie  pozostawić  po  sobie  żadnych 

śladów, Konrad przewiesił czarny kołczan na skos przez plecy. Nie przymierzał go dotąd, 
okazało się jednak, że pasuje jak ulał i pierzyska strzał wystają mu tyle ile trzeba znad 

background image

lewego ramienia. 

Nagiął twardy łuk i nałożył cięciwę na nacięte po obu końcach rowki. W porównaniu 

ze  strzałami,  łuk  jest  urządzeniem  prostym  i  Konrad  bez  trudu  go  sobie  zmajstrował, 
mając  do  dyspozycji  tylko  nóż,  który  kiedyś  był  wszystkim,  co  posiadał,  jego  jedyną 
bronią. Teraz, uzbrojony dodatkowo w łuk, czuł się wojownikiem. 

Łuk i strzały stanowią nierozerwalną całość, jedno nie może się obejść bez drugiego 

-  a  jedno  i  drugie  bez  łucznika.  Łuk  jest  bezużyteczny  bez  strzały,  Konrad  wyciągnął 
więc jedną z kołczana i nałożył ją luźno na cięciwę. 

Tak uzbrojony ruszył powoli przez las, podejmując przerwaną podróż i oddalając się 

od wioski. Nie warto było się oglądać, zastanawiać, co dzieje się za nim. I tak niczego by 
nie zobaczył. 

Był teraz sam. Nie wspominał Elyssy. Bo i po co? Była jego jedyną przyjaciółką, ale 

ich wieloletnia znajomość niewiele zmieniła. Nadal był sam. 

Spojrzał na strzałę nałożoną na cięciwę i stwierdził,  że przypadkowo nawinęła mu 

się pod rękę jedna z czarnych. 

Kiedy,  podniósłszy  wzrok,  ujrzał  kilka  jardów  przed  sobą  odrażającego  stwora, 

wiedział już, że szczęście go opuściło. 

* * * 

Drogę  zastępował  mu  zwierzołak,  bo  czymże  innym  mogła  być  ta  poczwara. 

Zwierzę,  które  chodzi  jak  człowiek,  a  zbrojne  w  oręż  staje  się  groźniejsze  od 
jakiejkolwiek  dzikiej  bestii.  Ale  takiego  zwierzołaka  Konrad  widział  po  raz  pierwszy. 
Stwór był tak zdeformowany, że nie przypominał żadnego zwierzęcia. 

Z człowiekiem miał jednak jeszcze mniej wspólnego. 
Wzrostem nie przewyższał zbytnio Konrada, ale z racji tuszy wydawał się od niego o 

wiele  większy.  Był  porośnięty  gęstą,  rudawą  sierścią  i  odziany  w  pancerz  z 
pordzewiałych  blach,  dobranych  na  pozór  zupełnie  przypadkowo;  wielki  kałdun  ściskał 
mu pas, u którego dyndał cały arsenał noży, pił, toporów - narzędzi rzeźnika. 

Uwagę  Konrada  natychmiast  przyciągnęła  morda  potwora.  Zrazu  przemknęło  mu 

przez  myśl,  że  to  jakaś  maska  parodiująca  rysy  ludzkiej  twarzy.  Ale  łeb  poczwary 
naprawdę był taki - karmazynowy, mięsisty, pozbawiony sierści. Były w nim nos, usta i 

background image

dwoje oczu - ale te oczy znajdowały się w miejscu ust, a otwór gębowy miał na czole! 

Ogromne  uszy  stwór  kładł  po  sobie  jak  pies,  łysy  łeb  miał  pokryty  wrzodami  i 

obwieszony luźnymi fałdami ciała, co upodabniało go do gada. Różowy śluz ściekał mu z 
gęby i z nozdrzy. 

Jego pojawienie się zaskoczyło i sparaliżowało Konrada, który nie wyczuł wcześniej 

bliskości potwora i nie był na to spotkanie przygotowany. Dar jasnowidzenia znowu go 
zawiódł, być może dlatego, że zmysły miał zbyt zaabsorbowane koncentrowaniem się na 
zagrożeniu ze strony zezwierzęconych klanów za plecami. 

Stwór wydawał się tak samo zaskoczony spotkaniem, jak Konrad. Zamarli obaj na 

chwilę,  wpatrzeni  w  siebie.  Ślepia  potwora  były  zupełnie  białe,  bez  źrenic.  Ta  chwila 
zdawała się przeciągać w nieskończoność. Stwór otrząsnął się z oszołomienia pierwszy. 
Zamachnął  się  prawą  łapą,  w  której  dzierżył  ogromny  topór,  wydał  mrożący  krew  w 
żyłach ryk bojowy i runął na Konrada. 

I dopiero teraz Konrad zauważył  z przerażeniem, że potwór nie trzyma topora, że 

ten  topór  stanowi  przedłużenie  kości  jego  przedramienia,  która,  rozszerzając  się  na 
końcu, przechodzi w płaskie białe kościane ostrze zastępujące dłoń. 

Dokonując  w  ułamku  sekundy  wszystkich  tych  obserwacji,  uniósł  łuk,  naciągnął 

cięciwę i posłał strzałę w tors zwierzołaka. 

Bestia nie zatrzymała się od razu, choć jej ryk urwał się jak nożem uciął. Zwolniła, 

spuszczając  zaszłe  bielmem  ślepia  na  brzechwę  sterczącą  spomiędzy  dwóch  zżartych 
przez rdzę płyt pancerza na piersi. Zrobiła jeszcze parę niepewnych kroków,  zatoczyła 
się, jak pijana, w tył i oparła o drzewo. 

Konrad wypuścił drugą strzałę, która przebiła stworowi gardło, przeszyła porośnięty 

sierścią kark i wbiła się w pień, przyszpilając poczwarę do drzewa. Trysnęła krew. 

Zwierzołak poderwał do szyi obie łapy - jedną uzbrojoną w szponiaste pazury, drugą 

z  toporem  zamiast  dłoni  -  żeby  wyrwać  sobie  strzałę  z  gardła.  Cielskiem  targnęły 
konwulsje,  z  gardzieli  dobył  się  bulgotliwy  charkot.  Z  krtani  trysnął  ostatni  strumień 
krwi, ramiona stwora opadły bezwładnie, po czym znieruchomiał. 

Konrad miał już na cięciwie trzecią, gotową do wypuszczenia strzałę. Ale zwierzołak 

nie  dawał  oznak  życia.  Tylko  krew  leniwie  ściekała  mu  z  dwóch  ran.  Była  to  krew 

background image

czerwona, czerwona jak gęba potwora, jak  jego matowa sierść, jak rdza na pancerzu. 
Nie żył. 

Wyglądało to tak, jakby stanowił część drzewa, do którego był przyszpilony. Drzewo 

było powykręcane i usychające, stwór zdeformowany i sparszywiały. 

Konrad, chociaż tego tutaj stwora wcześniej nie wyczuł, teraz widział wokół siebie 

więcej  takich  drapieżców.  Byli  nie  tylko  za  nim,  las  roił  się  od  nich  -  właśnie  szedł  na 
niego drugi, był nie dalej, jak dwadzieścia kroków. 

Konrad  słyszał,  jak  stwór  się  porusza.  Przecież  taka  ociężała  bestia  nie  mogła  się 

przedzierać przez las bezszelestnie. 

Skryć  mógł  się  tylko  za  drzewem,  o  które  opierał  się  przygwożdżony  do  pnia, 

martwy  zwierzołak.  Dopadła  go  paroma  susami  i  schował  się  za  pniem,  w  momencie, 
gdy na polankę wtaczał się następny potwór. 

Były  to  dwa  stwory  w  jednym,  bliźniaki  zrośnięte  od  urodzenia,  Jeden  ogromny, 

wsparty  na  czterech  nogach  tułów  z  dwiema  maleńkimi  główkami  i  z  czterema 
ramionami,  z  których  każde  trzymało  inny  rodzaj  oręża  -  miecz,  maczugę,  topór i 
włócznię. 

Bezwłose, czarne cielsko pokryte żółtymi liszajami kroczyło, kolebiąc się na boki, na 

czterech krzywych nogach. Potwór nie szedł ani jak człowiek, ani jak koń czy podobne 
mu  zwierzę.  Olbrzym  przebierał  nogami  bez  żadnej  koordynacji,  zupełnie jakby 
próbował iść w dwie strony naraz, a w rezultacie poruszał się w kierunku pośrednim. 

Konrad wyjrzał ostrożnie zza pnia. Nie mógł się zdecydować, w którą z dwóch głów 

potwora posłać pierwszą strzałę, w które z czterech ślepi mierzyć. 

Bliższy  z  dwóch  czarnych  łbów  kluczącej  między  drzewami  gadziny  odwrócił  się  i 

spojrzał  na  martwego  zwierzołaka.  Usta  otworzyły  się  i  wyskrzeczały  coś 
niezrozumiałego, dwa bliższe ramiona zamachały bronią. 

Konrad  zadecydował,  że  w  ten  łeb  strzeli  najpierw.  Ale  bestia  nie  zatrzymała  się, 

szła  dalej  i  niebawem  zniknęła  mu  z  oczu,  choć  nadal  słychać  było,  jak  z  trzaskiem 
łamanych gałązek przedziera się przez zarośla. 

Uznał  pewnie,  że  martwy  stwór  żyje,  domyślił  się  Konrad,  opuszczając  łuk. 

Następnym razem mogę nie mieć tyle szczęścia - a sądząc z aktywności potworów, tych 

background image

następnych razy będzie sporo. 

Wyszedł  zza  drzewa  i  spojrzał  na  zwierzołaka,  którego  przed  chwilą  uśmiercił. 

Stwór,  nawet  martwy  i  nieruchomy,  przedstawiał  sobą  przerażający  widok.  Konrad 
wstrzymał oddech, żeby nie wdychać smrodu śmierci i odpychającego odoru, jaki bił od 
cielska i stanowił coś w rodzaju jego tarczy. 

Takiej ochrony trzeba było Konradowi. Dziś w kniei bezpieczny był tylko zwierzołak. 

Człowiek nie miał żadnych szans na przetrwanie. 

Będzie więc musiał przedzierzgnąć się w zwierzołaka. 
Dobył noża. 

* * * 

Konrad  nie  raz  już  oprawiał  zwierzę,  nigdy  jednak  takiego  jak  ten  stwór.  Smród 

przyprawiał  o  mdłości.  Gdyby  jadł  coś  ostatnio,  dawno  już  by  zwymiotował.  Ale  i  tak 
żołądek podchodził mu do gardła, i ściskała się krtań. 

Nie było czasu na wyrywanie strzał z cielska. Złamał brzechwę sterczącą potworowi 

z piersi, a potem tę, która przeszyła szyję, i cielsko osunęło się na ziemię. 

Zerwał  zeń  blachy  pancerza,  przebił  nożem  twardą  skórę  i  jął  rozcinać  trupa. 

Ściągnął  z  niego  skórę  w  jednym  kawałku.  Od  środka  była  tak  samo  czerwona,  jak  z 
zewnątrz. Zdając sobie sprawę, że zapach mięsa przyciągnie wkrótce innych drapieżców, 
ze swoją makabryczną zdobyczą oddalił się od ścierwa poza zasięg wzroku. 

Choć  śpieszył  się  bardzo,  robotę  wykonał  po  mistrzowsku.  Udało  mu  się  ściągnąć 

skórę  z  kończyn,  prawie  jej  nie  uszkadzając.  Obciął  tylko  szponiaste  stopy,  szponiastą 
dłoń i dłoń uformowaną w kościany topór. 

Teraz  wskoczył  szybko  w  pokrytą  sierścią  skórę  z  nóg  zwierzełaka  i  naciągnął  na 

ręce  futro  z  jego  górnych  kończyn.  Skóra  zachodziła  mu  na  dłonie  i  stopy,  ponieważ 
nogi  i  ręce  miał  krótsze  niż  stwór.  Owinął  sobie  nią  tułów.  Zwierzołak  był  od  niego  o 
wiele tęższy, więc nadmiar skóry ściągnął w talii obwieszonym bronią pasem potwora. 
Ślad rozcięcia zamaskował blachami pordzewiałego pancerza. 

Ciepła, lepka posoka ofiary przesiąkła mu przez ubranie. Był w niej tak umazany, że 

sam czuł się jak trup. Jeśli nie przejdzie tej próby, wrażenie to wkrótce się urzeczywistni. 
Ciekawe, czy zauważy jakąś różnicę? 

background image

Przerzucił  sobie  kołczan  przez  ramię  i  wziął  łuk  w  lewą  rękę.  W  prawej  wciąż 

trzymał zbroczony, ociekający krwią sztylet. 

Płat skóry z łba zwierzołaka opadał mu na plecy niczym kaptur. Kiedy naciągnął go 

na  głowę,  niemal  zakrył  mu  twarz.  Myślał,  że  smród  nie  może  być  już  gorszy,  ale  się 
mylił.  Żołądek  ścisnął  mu  się  konwulsyjnie,  ale  do  ust  napłynęła  tylko  ślina,  która 
ściekała na brodę. Zupełnie jak śluz z gęby zwierzołaka, przemknęło mu przez myśl, ale 
on ma przynajmniej usta na swoim miejscu. 

Splunął,  żeby  pozbyć  się  wstrętnego  posmaku  i  otarł  usta  rękawem.  Nie,  nie 

rękawem,  lecz  sierścią  z  przedramienia  pokonanego  przeciwnika  -  i posmak w ustach 
stał się jeszcze wstrętniejszy. 

Konrad wyglądał jak zwierzołak, cuchnął jak zwierzołak. Ale czy ujdzie za takiego? 

Zaraz się okaże, pomyślał, bo w tym momencie wyczuł bliskość kolejnej nadchodzącej 
lasem kreatury. 

Odwrócił się przodem w tamtym kierunku. Stwór miał tylko jedną głowę, dwie nogi, 

dwoje  ramion  oraz  ślepia  i  gębę  na  właściwych  miejscach.  Ale  jego  sierść  była  jasna, 
prawie biała, a czaszkę pokrywał las rogów, tworzący niemal hełm. 

Miał  na  sobie  pancerz  z  płyt  tego  samego  koloru,  co  sierść.  Dopiero  po  chwili 

Konrad  zorientował  się,  że  ta  sierść  i  ten  pancerz  to  jedno  i  to  samo,  że  stanowią 
naturalną  powłokę  przygarbionego  cielska.  Stwór  uzbrojony  był  w  dwa  wielkie 
zakrzywione miecze, które ściskał w zakończonych szczypcami rękach. 

Poczwara  zatrzymała  się  i  poprzez  plątaninę  rogów  popatrzyła  na  Konrada 

ogromnymi, zielonymi ślepiami. 

Konrad  machnął  sztyletem  w  przyjaznym,  tak  mu  się  wydawało,  geście.  Gadzina 

uniosła  oba  zbrojne  w  miecze  ramiona  w  przyjaznym,  taką  Konrad  miał  nadzieję, 
geście… 

Zwierzołak  wydał  z  siebie  głęboki  suchy  grzechot,  który  mógł,  ale  nie  musiał 

oznaczać  pozdrowienia.  Dla  Konrada  był  to  pozbawiony  sensu  bełkot.  Odpowiedział 
serią nieartykułowanych, równie pozbawionych sensu ryków. 

Ale stwór, widocznie usatysfakcjonowany, ruszył dalej przez las ku wiosce. 
Konrad  pomaszerował  w  przeciwną  stronę,  starając  się  zapomnieć  o  dwóch 

background image

napotkanych  zwierzołakach.  Choć  nieludzcy,  byli  czymś  więcej  niż  zwierzętami.  Byli 
uzbrojeni - i chyba potrafili też mówić. 

Nie  uszedł  daleko,  kiedy  znowu  zastąpiono  mu  drogę.  Tym  razem  były  to  trzy 

wstrętne, podobne do siebie poczwary. Większość zwierzołaków, które widział w swoim 
życiu, bardzo się od siebie różniła i przeważnie trudno było orzec, jaki rodzaj zwierzęcia 
przypominają,  kim  mogli  być  ich  przodkowie.  Ale  co  do  tej  trójki  nie  było  żadnych 
wątpliwości. 

To były szczury, gigantyczne szczury. Konrad wiedział, że nazywano je skavenami. 
Skaveni nie dorównywali mu wzrostem i miałby szansę na zwycięstwo, potykając się 

z  jednym.  Ale  nie  z  trzema  naraz,  a  widać  było,  że  wzbudził  w  nich  podejrzliwość. 
Obwąchiwali go, marszcząc nosy. 

Stali  na  zadnich  łapach,  proporcjonalnie  o  wiele  dłuższych  od  łap  zwyczajnej 

wielkości szczura. Zdecydowanie dłuższe były również ich zęby. 

Na brązowe futra zarzucone mieli sztukowane z kawałków kolczugi części garderoby 

i skóry innych zwierząt. Szczury były notorycznymi obdzieraczami trupów, a skaveni nie 
różnili się pod tym względem od swoich pobratymców. 

Ich ciemny oręż zdobiły emblematy w kształcie zygzaka. Jeden miał taki sam wzór 

wypalony na piersi, a drugi wymalował go sobie na pysku. 

Dwaj byli uzbrojeni w krótkie miecze o ząbkowanych ostrzach; trzeci miał podobną 

broń,  ale  osadzoną  na  sztorc  na  drzewcu.  Każdy  niósł  tarcze  z  tym  samym 
zygzakowatym godłem. 

Jeden  zaszwargotał  coś  niezrozumiale  i  groźnie  uniósł  ząbkowany  miecz.  Dwaj 

pozostali zawtórowali mu, wskazując ostrzami w kierunku wioski. 

Konrad nie rozumiał, co mówią, ale nie musiał być lingwistą, by pojąć znaczenie tej 

gestykulacji. Informowali go, że zmierza w złą stronę. 

Patrzył na futrzaste stwory, a one groźnie na niego, bijąc o ziemie łysymi ogonami. 

Nie było wątpliwości, że nie przepuszczą go dalej i że go tu nie zostawią. Jeśli zrobi choć 
krok naprzód, rzucą się na niego. Podejrzewały, że jest dezerterem. 

Zabił w życiu masę szczurów, ale tych o naturalnych rozmiarach, małych. W starciu 

z tymi trzema olbrzymami nie miał żadnych szans. 

background image

Pozostawało mu jedynie zawrócić i ruszyć tam, skąd przyszedł, w miarę możliwości 

z  daleka  omijając  odarte  ze  skóry  ścierwo  zwierzołaka,  którego  zabił.  Słyszał  tuż  za 
plecami szwargocących ze sobą piskliwie skavenów. 

Nerwy  miał  napięte  jak  postronki,  spodziewał  się,  że  teraz,  kiedy  jest  do  nich 

odwrócony tyłem, lada chwila go zaatakują. Szczury to zdradliwe, podstępne zwierzęta - 
i te zapewne właśnie takie były. 

Nie widział, co się za chwilę wydarzy, ale w tych okolicznościach nie była to żadna 

pociecha. Wiedział już, że w sytuacjach, kiedy najbardziej potrzebuje ostrzeżenia przed 
zbliżającym się niebezpieczeństwem, nie może polegać na swoim darze jasnowidzenia. 

Odwrotu nie było. Gdyby spróbował zawrócić i gdyby nawet udało mu się zmylić te 

uzbrojone  stwory,  to  przecież  las  roił  się  od  innych  niesamowitych  poczwar.  Prędko 
zostałby zidentyfikowany jako nie swój - i z pewnością by zginął. 

Pozostawało mu tylko wtopić się w tłum, w tej chwili bezpieczny będzie tylko między 

zwierzołakami, udając jednego z nich. 

Przez labirynt drzew przed nim przesączało się światło dnia. Robiło się coraz jaśniej. 

Zbliżali się do skraju lasu. 

W  półmroku  jego  kamuflaż  spełniał  swoje  zadanie  przy  pobieżnej  inspekcji.  Ale  w 

blasku dnia szybko wyjdzie  na  jaw,  że  jest  przebierańcem,  człowiekiem  wśród 
nieludzkiego mrowia. 

Zwolnił kroku i któryś ze skavenów syknął ostrzegawczo. Dźgnięty czubkiem miecza 

w siedzenie Konrad skoczył do przodu, słysząc za sobą rechot stwora. 

I  wtem  szczurzy  śmiech  utonął  w  przerażającym  ryku  tysięcy  złowróżbnych 

okrzyków bojowych, który wzbił się pod czyste, poranne niebo, burząc brutalnie spokój 
doliny. 

Dzikie  hordy  wyprysły  z  boru  i  z  nieludzkim  wrzaskiem,  wywijając  orężem,  runęły 

kaskadami w dolinę. 

Zaczął się śmiertelny szturm na bezbronną wioskę. 

background image

Rozdział szósty 

Zdjęty grozą Konrad jak zahipnotyzowany patrzył na diaboliczne hordy, szarżujące 

ze wzgórza na ciche domostwa. 

Do  szturmu  runęli  nie  tylko  ci,  którzy  czaili  się  w  borze  wokół  niego.  Wioska 

zaatakowana została, jak na komendę, ze wszystkich stron naraz. Okazało się, że dolina 
otoczona była pierścieniem, który zaciskał się teraz jak pętla na szyi skazańca. 

W  szturmie  brały  udział  wszelkiego  rodzaju  stwory.  Oprócz  zwierzołaków,  tego 

pomiotu  zrodzonego  ze  związku  człowieka  ze  zwierzęciem,  było  tu  wiele  innych 
wstrętnych  mutacji:  kreatur,  które  biegły,  kreatur,  które  się  czołgały,  kreatur,  które 
pełzły, kreatur, które frunęły, kreatur, które dosiadały innych jeszcze bestii - jak również 
takich,  które  zdawały  się  stanowić  integralną  jedność  ze  stworzeniami,  na  których 
jechały. Do tych ostatnich zaliczały się na przykład konie, którym z grzbietów wyrastały 
ludzkie korpusy z głowami, które ludzkie z pewnością nie były. 

I całe to mrowie było, bez wyjątku, tak obmierzłe, jak odpychające istoty, na które 

Konrad natknął się w lesie. 

Stał  jak  wrośnięty  w  ziemię,  sparaliżowany  tym  niesamowitym  widowiskiem. 

Napastników  było  po  wielokroć  więcej  niż  wieśniaków.  Nikt  z  mieszkańców  doliny  nie 
miał najmniejszych szans na przeżycie. 

Choć  słońce  wstało  już  dosyć  dawno,  wioska  była  jak  wymarła.  Dopiero  po  chwili 

Konrad przypomniał sobie, co powiedziała mu poprzedniego dnia, a w jego odczuciu o 
wiele dawniej, Elyssa. 

Dziś  wypadał  pierwszy  dzień  lata,  Święto  Sigmara,  i  wszyscy  zgromadzili  się  w 

świątyni. Dostrzegał pośrodku wsi jej pozłacaną kopułę. Uwięzieni tam mieszkańcy będą 
łatwym łupem dla tych degeneratów. 

Ale  ich  los  byłby  przesądzony  również  w  każdych  innych  okolicznościach.  Nie  byli 

żołnierzami,  tylko  garstka  posiadała  broń,  no  i  wróg  miał  nad  nimi  przytłaczającą 
przewagę liczebną. 

Ze  zboczy,  niczym  rozbestwione  sfory  zdziczałych  psów,  zbiegały  w  dolinę 

koszmarne poczwary wszelkiej maści, kształtu i wielkości. 

background image

Tym,  którzy  wyprysnęli  z  tej  części  lasu,  gdzie  stał  Konrad,  drogę  do  wsi 

przegrodziła rzeka. Most był zbyt wąski, by dało się po nim przebiec szeroką ławą, tak 
wiec większość stworów od razu rzuciła się wpław. O tej porze roku rzeka była płytka i 
nie stanowiła specjalnej przeszkody - przynajmniej dla człowieka. 

Napastnicy wpadali  do  niej  hurmem,  napierając  jeden  na  drugiego,  przepychając 

się,  w  ferworze  przewracając  sprzymierzeńców,  depcząc  po  nich,  tratując,  i  po  chwili 
przez rzekę przerzucony został drugi most  - most z ciał, sierści, łusek, piór, pancerzy, 
kolczug, wszelkiego rodzaju oręża i sprzętu bojowego. 

I nadal nic nie wskazywało na to, by ktoś we wsi zauważył zagrożenie. 
Konrad nie mógł się poruszyć, nie potrafił zebrać myśli. To, co oglądały jego oczy, 

nie mieściło się w głowie. Co się dzieje, rozumiał… ale dlaczego? Co to za stwory? Skąd 
się tu wzięły? Dlaczego chcą obrócić wieś w perzynę? 

Poczuł  żgniecie  czubkiem  miecza  tak  silne,  że  ostrze  przebiło  skórę  zwierzołaka, 

którą  miał  na  sobie,  i  skaleczyło  go  w  plecy.  Odwrócił  się  błyskawicznie,  unosząc 
odruchowo nóż do ciosu. Krzepnąca posoka zabitej bestii zlepiła mu dłoń z rękojeścią i 
sztylet wyglądał jak przyrośnięty do ręki. 

Trzej skaveni nadal stali tuż za nim. Nie potrafił odczytać wyrazów ich pysków, ale 

wrogie  błyski  w  czarnych  ślepiach  mówiły  same  za  siebie.  Stwory  próbowały  go 
sprowokować. Chciały go zabić, ale chyba potrzebowały do tego jakiegoś pretekstu. 

Gniew,  nienawiść  i  frustracja  przesłoniły  mu  świat.  Niczego  tak  teraz  nie  pragnął, 

jak rzucić się na potwory i je  zarżnąć. Jednego by  zabił, może nawet dwóch, ale sam 
również by zginął - zginąłby, jak wszyscy we wsi. 

Byłaby to śmierć bezsensowna. Wszak dlatego odszedł wczoraj z wioski, by żyć. Co 

prawda już tu wrócił, ale przecież nie po to, by umierać. 

To skaveni uniemożliwili mu ucieczkę, to oni zmusili go do powrotu. Zapłacą mu za 

to. Nie da im pretekstu, którego szukają, nie podejmie walki wręcz, ale ich zabije. 

Gdyby tylko zdołał oddalić się od nich na stosowną odległość, sytuacja od razu by 

się zmieniła: trzej skaveni, trzy strzały, trzy trupy. 

Konrad patrzył  przez  chwilę  na  wynaturzone  szczury,  po  kolei  w  każdą 

znienawidzoną parę przekrwionych ślepi, a potem odwrócił się na pięcie i puścił biegiem 

background image

w dół zbocza. 

Wiedział,  że  jest  szybszy  od  tych  przerośniętych  szkodników.  Ich  nogi,  choć 

podobne do ludzkich, nie były przystosowane do biegania. On przemierzał tę trasę tam i 
z powrotem niezliczone tysiące razy. W odróżnieniu od nich był tutejszy, i ich obecność 
na tym terenie odbierał jako obelgę. 

Nigdy nie uważał się za wieśniaka, nigdy nie czuł się w dolinie jak u siebie. Mieszkał 

tu  przez  całe  życie,  ale  to  nie  był  jego  dom.  On  nie  miał  domu,  był  znikąd.  Jednak, 
zbiegając teraz zboczem, czuł, że jest na swoim terytorium. 

Bór  stanowił  zawsze  linię  podziału  między  ludźmi  i  nieludźmi.  Zwierzołaki  miały 

swoje miejsce, swój czas, ale teraz złamały tę niepisaną zasadę, to nienaruszalne prawo 
natury. Nie powinno ich tu być. 

Ubliżyły  całej  ludzkości,  pokazując  tutaj  swoje  wstrętne  pyski  i  odrażające  ciała, 

zatruwając  powietrze  swym  zatęchłym  smrodem,  wyjąc  i  wrzeszcząc  w  swojej 
prymitywnej mowie, jakby starały się naśladować ludzi, którymi tak chciały być. 

Bestii było bez liku, a ze wzgórz spływały wciąż następne. Niektóre wygląd miały tak 

groteskowy, że nie chciało się wierzyć, iż przeżyły własne narodziny. Być może wcale się 
nie rodziły. Czyż takie wynaturzone formy życia mogły przychodzić na świat w normalny 
sposób? 

Niejeden  wyglądał  tak,  jakby  składał  się  z  dwóch  różnych  stworzeń  złączonych  ze 

sobą  przez  jakiegoś  czarownika  o  wisielczym  poczuciu  humoru.  Może  wykluwały  się  z 
jaj,  jak  ptaki,  albo  były  jakimś  pośrednim  ogniwem  transformacji  jednego  gatunku  w 
inny - dajmy na to ryb w płazy, kijanek w żaby. Może lęgły się z zepsutej żywności albo 
z łajna, na śmietnisku jak muchy. 

Wygląd  wielu  tych  widmowych  postaci  z  jednej  strony  fascynował  Konrada,  z 

drugiej wzbudzał w nim obrzydzenie. Starał się na nie nie patrzeć, w obawie, że ściągnie 
na siebie ich uwagę. Pozostawało mu tylko naśladować poczwary, udawać dalej, że jest 
jednym z nich. Inaczej czekała go śmierć. 

Przypomniał sobie, jak, będąc chłopcem, zobaczył w wiosce pierwszych żołnierzy i 

jak bardzo chciał wówczas zostać takim jak oni. No i był teraz członkiem ogromnej armii 
- ale po stronie sił, które tamci żołnierze przybyli wtedy wyplenić. 

background image

Czyżby właśnie to było powodem napaści? Czy to odwet za bezwzględność, z jaką 

żołnierze trzebili przed laty wałęsające się po lesie zwierzołaki? 

Konrad  ani  myślał  naśladować  we  wszystkim  napastników.  Zbiegł  w  ślad  za  nimi 

nad rzekę, a tam skręcił ostro w lewo, oddalając się od obu mostów - tego drewnianego 
i tego z ciał bestii. 

Większość  koszmarnych  wojsk  uzbrojona  była  w  maczugi  i  włócznie,  miecze  i 

buzdygany, cepy i topory, sztylety i piki, w oręż znajdujący się w powszechnym użyciu. 
Ale niektóre narzędzia walki nie miały chyba swoich odpowiedników wśród broni ludzi, a 
przynajmniej Konradowi z niczym się nie kojarzyły. 

Mrowie kreatur wywijało takim mrowiem odmian broni, że nikt nie zwrócił uwagi na 

Konrada,  kiedy  ten,  zatknąwszy  nóż  za  pas,  wyciągnął  z  kołczana  jedną  z  trzech 
czarnych strzał, które mu zostały, nałożył ją na cięciwę i jął napinać łuk. 

W jego zachowaniu podejrzane mogło się wydać jedynie to, że stał plecami do rzeki 

i mierzył w kierunku lasu, spod którego przed chwilą zbiegł… 

Był przekonany, że skaveni podążają za nim, ale teraz nigdzie ich nie widział. Omiótł 

wzrokiem zbocze na wysokości, do której powinna już dotrzeć trójka stworów, lecz ich 
tam nie było; rozpłynęli się gdzieś w panującym zamęcie. 

Odwrócił się z powrotem. Żadna z bestii nie zwracała na niego uwagi, pomimo że 

stał  na  widoku,  daleko  od  najgęstszej  ciżby.  Co  innego  absorbowało  teraz  ich  myśli  - 
jeśli  w  ogóle  potrafili  myśleć.  Doszedł  do  wniosku,  że  ogólny  amok  musiał  się udzielić 
skavenom i, zapominając o nim, dołączyły do szturmujących. 

Przyglądał  się  przez  chwilę  kotłowaninie  trwającej  w  rzecznym  nurcie,  przez  który 

przeprawiały się wciąż rzesze kreatur. Łuk miał nadal napięty. Musiał rozładować jakoś 
frustrację,  wziąć  choć  namiastkę  odwetu.  Wybór  celu  nie  miał  znaczenia.  Wszyscy  oni 
byli jednacy. Niemożliwe,  żeby  chybił,  wypuszczając  strzałę  w  kłębiącą  się  w  wodzie 
zbitą masę potwornych ciał. 

Ale miał na cięciwie jedną z czarnych strzał, a tak kunsztowne dzieło zasługiwało na 

coś lepszego niż wystrzelenie na oślep. 

Przeniósł wzrok na drugi brzeg, gdzie dzikie hordy wpadały już między zabudowania 

wioski.  I  w  tym  momencie  usłyszał  wybijający  się  ponad  wrzawę  krzyk,  który  mógł 

background image

pochodzić tylko z ludzkiej krtani. 

Takiego krzyku nie był w stanie wydać żaden z napastników, choćby do złudzenia 

przypominał  człowieka.  Był  to  krzyk  któregoś  z  wieśniaków,  krzyk  cierpienia,  męki, 
rozpaczy… śmierci. 

I Konrad ujrzał swój cel. Skavena. Nie mógł to być żaden z tamtych trzech, którzy 

uniemożliwili mu ucieczkę, ale to nie robiło różnicy. Stwór znajdował się daleko, niemal 
na granicy zasięgu łuku, i przemykał chyżo między chatami. 

Konrad  napiął  cięciwę  do  ostatnich  granic,  uniósł  łuk  wysoko,  skoncentrował  się, 

prześledził  w  wyobraźni  tor  lotu  strzały,  przewidział,  gdzie  znajdzie  się  skaven  w 
momencie, kiedy pocisk zacznie opadać. 

Wypuścił strzałę i powtórnie obserwował, jak ta wzbija się w niebo, a potem opada 

za rzeką i wraża się w grzbiet stwora. Skaven padł martwy, po brązowej sierści pociekł 
strumyk czerwieni. 

Konrad miał już na cięciwie następną strzałę. Rozejrzał się czujnie, czy go kto aby 

nie obserwował i nie widział, co przed chwilą zrobił, ale nikt na niego nie patrzył. 

Tym  razem  nie  wybrał  czarnej  strzały  ze  złotą  obwódką,  których  zostały  mu  już 

tylko dwie, lecz jeden z nikczemniejszych pocisków. Nie chciał marnować tego, co miał 
najcenniejsze,  na  ustrzelenie  następnego  celu,  czymkolwiek  by  ten  był.  Trzeba 
oszczędzać ostatnie dwie oryginalne strzały. 

Uderzyła go ta ostatnia myśl. Skąd mu przyszła do głowy? Do czego mu potrzebne 

dwie ostatnie czarne strzały? Przymrużył oczy i usiłował się skoncentrować, co nie było 
łatwe pośród dolatujących od wioski odgłosów śmierci i zniszczenia. 

W  umyśle  nie  zrodziła  się  żadna  wizja.  Nigdy  nie  powstawała,  kiedy  próbował 

wywołać ją na silę, skupił więc wzrok na czymś innym - na zwierzołaku, którego ubije 
jako następnego. 

* * * 

Cel,  który  sobie  teraz  obrał,  walił  opancerzonym  łbem,  jak  taranem,  we  wrota 

obory, w której do ostatniej nocy sypiał Konrad. Tylko nogi miał ludzkie, resztę stanowił 
ciemny odwłok owada z czterema odnóżami zamiast rąk. 

Strzała przebiła pokrywającą tułów stwora skorupę, która nie mogła być tak twarda 

background image

jak  pancerz  chroniący  głowę.  Ale  nie  uśmierciła  go  na  miejscu.  Bestia  zatoczyła  się, 
próbując bezskutecznie sięgnąć sterczącej z grzbietu brzechwy. 

Do owadoluda dopadł inny z napastników. Była to istota szczególnie wstrętna; przez 

to,  że  miała  ludzką  postać,  bardziej  rzucały  się  w  oczy  deformacje  -  między  innymi 
zielonkawy odcień skóry. 

Konrad  myślał,  że  uzbrojony  po  zęby  i  silnie  opancerzony  zielony  niby-człowiek 

śpieszy na pomoc rannemu kamratowi, ale ten, nie zwalniając nawet kroku, machnął w 
biegu  wielkim  mieczem  i  jednym  cięciem  odrąbał  miotającemu  się  owadoludowi  łeb. 
Uczynił to jakby od niechcenia i pokłusował dalej przez wieś. 

Ale i teraz ranna poczwara nie padła.  Zataczając  się  i  kręcąc  w  kółko,  nadal 

próbowała bezskutecznie wyrwać sobie strzałę z grzbietu, jakby  nieświadoma tego, że 
nie ma już głowy. 

W chwilę potem bezgłowego owadoluda powalił wreszcie nabijaną kolcami maczugą 

inny mutant, stwór z dziobem i jelenimi rogami. Czarny pancerz rozłupał się i pokruszył 
pod lawiną potężnych ciosów. 

Konrad  już  na  to  nie  patrzył.  Założył  na  cięciwę  następną  strzałę.  Kolejna  strzała, 

kolejny cel, kolejna ofiara -  tym  razem  gadzina  z  grzebieniastym  łbem,  błoniastymi 
skrzydłami, szponiastymi mackami, w których dzierżyła dwa topory. 

Poszło  łatwo,  aż  za  łatwo.  Wypatrując  następnej  ofiary,  Konrad  zbliżył  się  jeszcze 

bardziej do brzegu rzeki. 

Największa ciżba poczwar kłębiła się pośrodku wioski, lecz było to poza zasięgiem 

strzału  z  łuku.  Zwabiła  je  tam  świątynia,  w  której  zabarykadowali  się  wszyscy 
mieszkańcy. 

A wśród nich Elyssa. 
Nie! Elyssa nie żyła. Nie żyła, albo umierała; pisana jej była rychła śmierć. Nie mógł 

nic na to poradzić, przeznaczenia nie można zmienić. 

Dlatego właśnie odszedł z wioski, ale teraz - wbrew własnej woli - wrócił. Być może 

jemu też było pisane, że zostanie siłą zawrócony z drogi. 

Był  tak  blisko  świątyni,  a  zarazem  tak  daleko.  Musi  się  przekonać,  czy  Elyssa  jest 

jeszcze wśród żywych. A jeśli przy tym zginie, to widocznie tak być musi. 

background image

Wszedł  do  wody,  trzymając  łuk  wysoko  nad  głową,  żeby  nie  zamoczyć  cięciwy  i 

założonej już na nią strzały. Wszyscy napastnicy, którym dane było dotrzeć do drugiego 
brzegu,  już  się  tam  znaleźli.  Setkom  stworów,  które  wbiegły  do rzeki przed nim, nie 
udało się przeżyć tej przeprawy. 

Wiele się potopiło i ich ścierwa przepływały teraz obok niego. Po śmierci wyglądały 

jeszcze bardziej odrażająco i groteskowo niż za życia - jeśli w ogóle można nazwać to 
życiem. 

Rzeka  spłynęła  krwią,  ale  nie  tylko  czerwoną.  Powierzchnia  wody  mieniła  się 

tęczowymi zaciekami czarnej i zielonej, niebieskiej i żółtej juchy. Nie mogła to być krew 
topielców, pochodziła zapewne z ran odniesionych w walce. 

Napastnicy, forsując rzekę, musieli wyrzynać się nawzajem. Te barbarzyńskie armie 

opętał  taki  morderczy  amok,  że  zabijały  nawet  swoich  -  zresztą  Konrad  był  już 
świadkiem tego, jak dwie poczwary dobiły ranionego przezeń owadoluda. 

W  powietrzu  unosił  się  duszący  odór  choroby  i  rozkładających  się  ciał, 

przyprawiający  o  mdłości  smród  cielsk  napastników,  z  których  niejeden  cuchnął  tak, 
jakby już od dawna nie żył i gnił. 

Może to była odpowiedź: do niedawna byli wszyscy trupami, a teraz nadszedł dzień 

odwetu  martwych  na  żyjących.  Wszystkie  zwierzołaki,  które  przez  wieki  zginęły  z 
ludzkiej ręki, wróciły, by się zemścić. 

Wychodząc z rzeki na przeciwległy brzeg, Konrad wyczuł nową woń. Swąd palącego 

się drewna - i spalonego ciała. Ludzkiego ciała! 

Dzikie  watahy  podłożyły  ogień  pod  świątynię  Sigmara,  żeby  wykurzyć  dymem 

zabarykadowanych tam ludzi - albo spalić ich żywcem. 

Wrzawa wzniecana przez wynaturzone stwory -  ta  kakofonia  powarkiwań,  ryków, 

wycia, wrzasków, pisków, skrzeku - przytępiła Konradowi słuch, ale teraz nastawił lepiej 
ucha i wyłowił z niej nowe głosy: krzyki ludzi, którzy padali ofiarą dzikich hord. 

Nie  miał  na  to  ochoty,  ale  nie  mógł  zachować  się  inaczej.  Ruszył  więc  drogą 

prowadzącą  od  rzeki  do  świątyni.  Wioska  była  mała,  znał  tu  każdy  kamień,  każdą 
chałupę.  Masy  nieludzkich  napastników  przelewały  się  wśród  zabudowań,  oblegały 
każde  obejście.  Chmara  bestii  szturmowała  zaciekle  chaty,  choć  wiadomo  było,  że 

background image

wszystkie są puste. 

Ponieważ  było  to  Święto  Sigmara,  nie  wypędzono  jeszcze  na  pastwiska  ani  bydła, 

ani owiec, ani innego inwentarza. Zwierzęta zostały dziś dłużej w stajniach, kurnikach i 
oborach. Teraz szlachtowane i wyrzynane, swym rozpaczliwym muczeniem i kwikiem, 
patetycznym bekiem, potęgowały horror przerażających odgłosów masakry. 

A  świątynia  pośrodku  wioski  przypominała  gorejący  i  czerniejący  w  płomieniach 

piec. Bijący od niej żar i zbita masa potwornych ciał nie pozwalały Konradowi podejść 
bliżej,  zresztą  wcale  nie  chciał  tam  podchodzić.  Słyszał  więcej,  niż  było  mu  trzeba, 
widział więcej, niż chciał. 

Słyszał  krzyki  umierających  w  mękach  wieśniaków,  widział,  co  spotykało  tych, 

którzy próbowali wydostać się z płomieni. 

Ci, których usieczono od razu, mieli szczęście. Tych mniej szczęśliwych torturowano, 

dręczono,  rozrywano  na  strzępy.  A  i  to  było  lepsze  od  losu  pechowców,  których 
łapczywie pożerano, jedzono żywcem… 

Dla  nikogo  z  przebywających  w  świątyni  nie  było  ratunku.  Nie  mogli  przeżyć, 

pozostając w środku, a umykając przed pożogą, szli na pewną śmierć. 

Pozostawało  mieć  tylko  nadzieję,  że  Elyssa  nie  przyszła  dzisiaj  do  świątyni.  Co 

prawda zarzekała  się  wczoraj,  że  tam  będzie,  ale  mogła  zmienić  zdanie.  Ileż  to  razy 
obiecywała Konradowi, że następnego dnia przybędzie na spotkanie, a nie zjawiała się 
przez kilka tygodni. 

Niewielka była to szansa, ale jednak. 
Konrad wycofał się z ciżby, która tłoczyła się wokół ognistego piekła i starała wziąć 

czynny  udział  w  mordowaniu  i  katowaniu.  Omijając  z  dala  zgraje  wrogich  kreatur, 
plądrujące chaty i wyrzucające z nich wszystko na podwórka, ruszył drogą prowadzącą 
do dwora. 

Banda  zielonych  humanoidów  grała  na  drodze  w  piłkę.  Widywał  często  wiejskich 

chłopców bawiących się w ten sposób, ale sam nigdy w czymś takim nie uczestniczył. 

Gracze przypominali stwora, który obciął głowę owadoludowi. Byli wysocy, potężnie 

zbudowani, mieli nieproporcjonalnie szerokie bary i  za  duże  głowy,  spiczaste  uszy, 
cofnięte  czoła,  i  kły  sterczące  z  masywnych  szczęk,  i  grali  według  innych  niż  wiejscy 

background image

chłopcy zasad. 

Piłkę  nie  tylko kopali,  ale  też  nią  rzucali.  Odbijała  się  co  chwila  od  ścian  domów  i 

wracała na drogę. W grze brały udział dziesiątki tych odmieńców. Drużyny - jeśli można 
je tak było nazwać - walczyły o piłkę zażarcie, gryząc, okładając się pięściami i kopiąc. 

Jednak największa różnica polegała na tym, że za piłkę służyła im ludzka głowa. 
Konrad  obszedł  grających  szerokim  łukiem,  ale  kiedy  myślał  już,  że  udało  mu  się 

niepostrzeżenie ich ominąć, głowa, odbiwszy się od ściany pobliskiej chaty, potoczyła się 
po kocich łbach i znieruchomiała mu pod nogami. 

Spojrzał  na  nią  i  rozpoznał  twarz  Adolfa  Brandenheimera,  karczmarza,  swojego 

pana. Swojego byłego pana… 

Patrzył  na  tę  twarz  zmartwiały  ze  zgrozy.  Głowa,  choć  poobijana  i  zakrwawiona, 

oczy  miała  wciąż  otwarte,  i  te  oczy  zdawały  się  spozierać  oskarżycielsko  na  Konrada, 
jakby obarczając go winą za wszystkie nieszczęścia, które spadły dzisiaj na wioskę. 

Z odrętwienia wyrwały go ryki, wrzaski i ciężki tupot stóp po kocich łbach. Podniósł 

wzrok i zobaczył zbliżającą się hałastrę humanoidów. 

* * * 

Strzałę miał na cięciwie, nałożył ją, zanim jeszcze przeprawił się przez rzekę. Ale nie 

zdążył podnieść łuku. 

Zdołał  się  cofnąć  o  krok  od  głowy  karczmarza.  A  potem,  odepchnięty  brutalnie, 

przewrócił się. Napastnicy rzucili się hurmem na głowę, przykryli ją stosem ciał, walcząc 
na pięści, zęby i pazury o krwawe trofeum. 

To do niej tu biegli, nie do  Konrada.  Korzystając  z  zamieszania,  odczołgał  się  od 

kłębowiska. Znalazł łuk, ale strzała gdzieś się zawieruszyła. Powoli, ostrożnie, żeby nie 
prowokować  bestii,  zaczął  się  wycofywać.  Jednak  gracze  w  ogóle  się  nim  nie 
interesowali, zbyt byli pochłonięci swoją parodią gry. 

Nie  spuszczając  ich  z  oka,  Konrad  pozbierał  się  z  ziemi,  wyciągnął  z  kołczana 

następną strzałę, nałożył ją na cięciwę… i zauważył, że wybrał jedną z ostatnich dwóch 
czarnych. 

Wrzawa i kotłowanina wśród walczących o głowę byłego karczmarza przybierała na 

sile. Ale po chwili najwstrętniejsi z humanoidów zaczęli się wyplątywać z podrygującego 

background image

stosu ciał. Tumult przygasał. 

Konrad  uniósł  łuk.  Jeśli  ruszą  na  niego,  zabierze  ze  sobą  przynajmniej  jednego 

stwora. 

Potwory  jeden  po  drugim  dźwigały  się  z  ziemi  i  rozstępowały,  na  drodze  została 

głowa Brandenheimera rozłupana na równe połówki, zupełnie jak przerąbana toporem. 
Stąd to chwilowe uspokojenie - gracze stracili swoją piłkę… 

Do  tej  pory  walczyli  o  głowę.  Po  krótkiej  przerwie  na  zmianę  taktyki  walka 

rozgorzała  na  nowo.  Tylko  że  nie  była  to  już  zabawa.  Walczyli  teraz  na  poważnie,  na 
śmierć i życie. 

Zamiast rąk i nóg w ruch poszła broń - noże, miecze i topory. Ostrza, zderzając się 

ze  sobą  i  spadając  na  zbroje,  krzesały  skry,  w  powietrze  wzbijał  się  co  i  rusz  wrzask 
usieczonego. 

Po chwili w bitwie brali już udział wszyscy niedawni gracze. Włączali się też do niej 

inni,  kreatury,  które  dotąd  przyglądały  się  biernie  płonącej  świątyni  albo  podkładały 
ogień pod chaty. Zabiwszy wszystkich ludzi, zwracali się przeciwko sobie. Wokół płonęły 
obejścia, pośrodku wsi dopalała się świątynia. 

Do tej pory zdarzały się, co prawda, sporadyczne bratobójcze potyczki, ale to było 

coś innego. 

Przebranie dotąd chroniło Konrada. Mając je na sobie, był jednym ze zwierzołaków, 

swoim. Teraz nie chroniło go już przed niczym. Wycofał się czym prędzej aż za ostatnią 
płonącą chałupę. 

Pośród  walczących  ze  sobą  niedawnych  sprzymierzeńców  dostrzegł  glistowatą 

poczwarę pełzającą po ziemi w gąszczu kończyn. Przypominała ogromnego węża, ale z 
jej wijącego się cielska, w żółte i błękitne pasy, wyrastała ludzka głowa. 

Lawirowała  zwinnie  pomiędzy  plątaniną  nóg,  szponów  i  kopyt,  w  kierunku 

rozłupanego  czerepu  Adolfa  Brandenheimera.  Kiedy  tam  dotarła,  z  jej  ludzkich  ust  ku 
rozpryskom mózgu martwego karczmarza strzelił długi, rozdwojony gadzi język. 

Konrad wydał z siebie tłumiony od dawna okrzyk obrzydzenia i gniewu. 
Nie  żałował  Brandenheimera.  Karczmarz  nic  dla  niego  nie  znaczył.  Widok  jego 

pękniętej  głowy  wzbudzał  w  nim  wstręt,  ale  reagowałby  podobnie,  gdyby  ta  głowa 

background image

należała  do  kogokolwiek  innego.  Jednak  wąż  chłepczący  łapczywie  ludzki  mózg?  Tego 
było mu już za wiele. 

Wykrzykując  swoją  nienawiść,  wściekłość  i  odrazę  wypuścił  strzałę.  Wraziła  się  w 

lewe oko potwora, tak ludzkie oko w tak odrażająco nieludzkim kształcie. 

Stwór zaskrzeczał z bólu. Miotając się w konwulsjach, swoim długim cielskiem zbił z 

nóg  kilku  walczących,  tych  zaś  opadła  natychmiast  i  zatłukła  chmara  niedawnych 
sprzymierzeńców. 

Nałożywszy  na  cięciwę  ostatnią  czarną  strzałę,  Konrad  odwrócił  się  na  pięcie,  by 

pobiec  w  kierunku  dworu,  i  zamarł.  Opuściły  go  resztki  nadziei.  Nad  murami  siedziby 
Wilhelma Kastringa snuł się czarny dym. Dwór stał w ogniu, tak samo jak reszta wsi. 

W  wiosce  nie  ocalał  nikt  z  mieszkańców.  Teraz  napastnicy,  opętani  morderczym 

szałem, tam walczyli ze sobą na śmierć i życie. 

Miecze  odcinały  kończyny,  topory  odrąbywały  macki,  w  uścisku  wielkich  łapsk 

pękały kości, w sierść i w ciało wgryzały się zębiska. Bitwa toczyła się na tle płonącej 
wsi. Żar bijący od szalejących pożarów był niemal nie do zniesienia. Dryfujący wszędzie 
dym gęstniał z każdą chwilą, ograniczając widoczność. Kocie łby były śliskie od posoki 
wszelkich barw. Swąd krwi i spalonych ciał i wszelkie inne odory przywleczone tu przez 
wraże armie zwalały z nóg. 

Konrad  zdał  sobie  sprawę,  że  odwrót  przez  wieś  nie  wchodzi  w  rachubę.  Wrogów 

było tam tylu, że nawet w tym dymie nie przemknąłby się między nimi nie zauważony. 

Gryzący dym wyciskał mu łzy z oczu, pobudzał do kaszlu. Uciekać mógł przed nim 

tylko pod górę, w stronę dworu. Ale czyniąc to, nie ucieknie przed napastnikami, którzy 
najwyraźniej  już  tam  byli.  Nie  miał  jednak  innego  wyjścia.  Gdyby  tu  został,  albo 
próbował przedrzeć się do rzeki, zginąłby. 

Ruszył pod górę. Raz po raz oglądał się czujnie przez ramię, wiedziony obawą, że 

jakiś degenerat może upatrzyć go sobie na ofiarę i puścić się w pościg. 

W  pewnej  chwili  uświadomił  sobie,  że  nie  musi  wcale  kierować  się  do  dworu. 

Zostawił już daleko za sobą pole bitwy i dym, i może teraz skręcić w którą chce stronę. 

Szedł  jednak  dalej,  niemal  wbrew  własnej  woli.  Wbrew  temu,  co  podpowiadał 

rozsądek, nadal miał nadzieję, że we dworze zastanie Elyssę. Żywą. Widział płomienie, 

background image

czuł swąd spalenizny, szedł jednak dalej. 

Znalazł się na zwodzonym moście i przekroczył bramę dworu. Ostatni i jedyny raz 

był tu z Elyssą. Wydawało mu się, że całe wieki temu, a przecież było to wczoraj rano. 

Za murami nie napotkał żadnych śladów życia, ani ludzi, ani nieludzi, czy to żywych 

czy  martwych.  Dom  stał  w  ogniu,  języki  czerwonożółtych  płomieni  strzelały  z  drzwi  i 
okien, w niebo wznosiły się kłęby czarnego dymu. 

Jednak  w  porównaniu  ze  scenami  rozgrywającymi  się  na  dole,  w  wiosce,  pożar 

trawiący dwór przypominał ogień buzujący wesoło na kominku zimą. Nozdrzy nie drażnił 
tu  swąd  smażącego  się  ciała.  Zmysłów  nie  szokowały  niewypowiedziane  okropieństwa 
popełniane na mężczyznach, kobietach, dzieciach i zwierzętach. 

Na  tle  pożogi  nie  przemykały,  nie  pełzały  i  nie  grasowały  żadne  zwyrodniałe 

kreatury.  Żadne  dzikie  humanoidy  nie  zwracały  się  nagle  przeciwko  sobie,  ogarnięte 
nieprzepartą  żądzą  krwi.  Nie  było  tu  śladu  po  odrażających  istotach,  które  musiały 
podłożyć ogień pod dwór. 

Konrad,  przyciągany  do ognia przez jakąś niewytłumaczalną siłę,  podchodził coraz 

bliżej.  Naraz  dostrzegł  w  płonącym  domu  poruszenie.  Zrazu  myślał,  że  mu  się 
przywidziało, ale w środku znowu coś się poruszyło. 

Gdyby to była noc, powiedziałby, że widział cień. Jednak w szalejącym tam piekle o 

takim czymś jak cień nie mogło być mowy. Był to jakiś ciemny zarys w korytarzu, zarys 
ludzkiej postaci. Ktoś próbował się stamtąd wydostać! 

Zbliżywszy  się  do  domu  na  dwadzieścia  kroków,  ujrzał  postać  zmierzającą  do 

płonących drzwi. Zboczył za rząd krzewów, by poszukać za nimi osłony przed gorącem 
bijącym od ognia. 

Postać  wyszła  na  dziedziniec.  Był  to  człowiek,  zwykły  człowiek.  Konradowi 

przemknęło przez myśl, że spaliło się na nim ubranie, ale nie dostrzegał śladów ran ani 
poparzeń. Postać, jak gdyby nigdy nic, oddalała się od dworu. 

Był to mężczyzna, wysoki szczupły mężczyzna, nagi od pasa w górę, o nienaturalnie 

pociągłej  twarzy.  Był  całkiem  łysy,  miał  zapadnięte  policzki  i  głęboko  osadzone  oczy. 
Jego głowa przypominała trupią czaszkę. 

Konrad  nie  rozpoznawał  w  nim  nikogo  z  mieszkańców  wsi,  a  to  oznaczało,  że  ma 

background image

przed sobą jednego z napastników. 

Ale osobnik żadnego z nich nie przypominał. Był zbyt ludzki. Nie miał broni, nie miał 

pancerza,  nie  dzierżył  trofeów  w  rodzaju  piszczeli  albo  skalpów,  jego  ciało  nie  nosiło 
śladów walki ani rytualnych okaleczeń. 

W Konradzie, choć tylu strasznych rzeczy był już dzisiaj naocznym świadkiem, widok 

tego samotnego mężczyzny wzbudzał strach, jakiego jeszcze w życiu nie doświadczył. 

Nieznajomy  szedł  przez  morze  płomieni,  jakby  te  nie  czyniły  mu  żadnej  krzywdy. 

Odnosiło  się  wrażenie,  że  ogień  jest  jego  naturalnym  środowiskiem.  Teraz  też  bez 
pośpiechu oddalał się od pożaru. A przecież w pobliżu płonącego dworu było goręcej niż 
w palenisku wioskowej kuźni. 

Konrad  przypomniał  sobie  zakutego  w  brązową  zbroję  rycerza,  który  wczoraj 

podjechał pod dwór. Przestraszył się go, ale ta postać wzbudzała w nim jeszcze większą 
zgrozę. 

Klęcząc  za  krzewami,  patrzył,  jak  czaszkolicy  mężczyzna  rozgląda  się  spokojnie 

dookoła. Odnosiło się wrażenie, że ma na sobie jakąś niewidzialną zbroję, która chroni 
go zarówno przed żarem, jak i przed płomieniami. 

Istota z piekła rodem, nic dodać, nic ująć. 
Konrad napiął łuk, mierząc w serce piekielnej postaci. Z takiej odległości nie mógł 

chybić. 

I nie chybił. Ostatnia czarna strzała utkwiła głęboko w piersi Czaszkolicego. 
Ale ten ani drgnął! 
Nie upadł, nie zrobił nawet kroku w tył pod wpływem siły uderzenia. Spuścił tylko 

wzrok  na  sterczącą  z  serca  strzałę,  jakby  ta  nie  wyrządziła  mu  szkody  większej  niż 
użądlenie osy. 

Potem ujął strzałę prawą ręką i wyciągnął ją zdecydowanym szarpnięciem. Na jego 

piersi nie pozostał ślad rany, nie pojawiła się tam ani kropelka krwi. 

Obracając  strzałę  w  dłoniach,  mężczyzna  oglądał  ją  przez  chwilę,  a  zauważywszy 

herb wytłoczony przy złotej obwódce, podniósł wzrok. 

Patrzył na kryjówkę Konrada. 
Konrad chciał  już  sięgnąć  po  następną  strzałę,  ale  zrezygnował,  zdając  sobie 

background image

sprawę, że to nie ma sensu. 

Czaszkolicy, patrząc wciąż w jego kierunku, złamał strzałę na pół. Pękła jak sucha 

gałązka.  Ten  trzask  Konrad  słyszał  często  w  lesie,  ostrzegał  go  zawsze  przed 
niebezpieczeństwem. Mobilizował do działania. Zerwał się teraz na równe nogi, odwrócił 
i rzucił do ucieczki. 

Uciekał co sił w nogach, nie oglądając się za siebie. 

background image

Rozdział siódmy 

Konrad  niewiele  pamiętał  ze  swojej  panicznej  ucieczki  z  dworu  przed  nieludzkim 

człowiekiem, którego śmierć się nie imała. 

Wiedział  tylko,  że  biegł  i  biegł,  aż  dobiegł  do  rzeki.  Udało  mu  się  jakoś  ominąć 

wioskę  i  buszujące  tam  w  pogorzeliskach  stwory,  które  niszczyły  wszystko,  co  zostało 
jeszcze do zniszczenia, oraz siebie nawzajem. 

Pamiętał, jak rzucił się w zimny nurt i dał się ponieść prądowi. Skóra zwierzołaka, w 

którą był przebrany, szybko nasiąkła wodą, zrobiła się ciężka, zaczęła go ciągnąć w dół 
i, uwalniając się od niej, o mało nie utonął. 

Na  wpół  płynąc,  na  wpół  dryfując,  oddalał  się  od  wioski  i  trwającej  tam  krwawej 

rzezi.  Ani  na  chwilę  nie  opuszczała  go  obawa,  że  jakaś  grupka  maruderów  pojawi  się 
nagle na brzegu, wywlecze go z wody i zaszlachtuje tak samo jak tych wszystkich, 
których śmierć niedawno widział. 

Obijał się raz po raz o skały wystające tu i ówdzie ponad powierzchnię, zahaczał o 

długie korzenie drzew rosnących nad rzeką, wpadał na zwisające konary, zderzał się z 
towarzyszącymi mu w tym spływie trupami, i tracił z wolna poczucie czasu. Wydawało 
mu się, że pędzi tak z wartkim nurtem od wielu godzin. Całe ciało miał już posiniaczone, 
poobcierane i poranione. Nie zwracał na to uwagi. 

Rzeka, lodowato zimna, choć była to pełnia lata, wysysała zeń wszystkie ciepło. Nie 

bolało go nic, bo zamarzał. 

W końcu osiadł na mieliźnie. Podźwignął się na nogi i, brodząc po kostki w wodzie, 

dowlókł do brzegu. Z położenia słońca na niebie wynikało, że minęło już południe, czyli 
rzeczywiście musiał przebywać w wodzie od dobrych kilku godzin. 

Granica boru przebiegała tutaj nad samym brzegiem, znalazł jednak małą polankę i 

wstrząsany dreszczami położył się w słońcu, żeby wyschnąć i ogrzać wyziębione członki. 
Był zmordowany, przemarznięty do szpiku kości, głodny i obolały - ale nie mógł uleżeć 
bez ruchu. Wyczerpane było jego ciało, ale nie umysł. Rozdygotane nerwy nie pozwalały 
na bezczynność. 

Stwierdził,  że  zgubił  pieniądze;  w  którymś  momencie  tych  kilka  marnych  monet 

background image

musiało  mu  wylecieć  z  kieszeni.  Zza  pazuchy  kubraka  zniknął  też  kawałek  płótna,  w 
które owinięty był czarny łuk, gdy dostał go od Elyssy. 

Zgubił  również  łuk  własnej  roboty,  licho  wie  kiedy  i  gdzie,  ale  ostał  mu  się 

przynajmniej  kołczan.  Dyndał  u  szyi,  jakimś  cudem  nie  ściągnął  go  razem  ze  skórą 
zwierzołaka. Ale strzał nie było, chlupotała w nim tylko woda. 

Obwieszony bronią pas zwierzołaka utopił w rzece, ale został sztylet. Płynąc, Konrad 

ściskał go w dłoni tak kurczowo, że do tej pory miał zdrętwiałe palce. 

Wbił ostrze w ziemię i zaczął rozmasowywać prawą dłoń. Potem zdjął kołczan z szyi, 

wylał z niego wodę i ściągnął przemoczone odzienie, żeby szybciej się rozgrzać. 

Woda nie zdołała wywabić plam krwi ubitego zwierzołaka z wystrzępionego kubraka 

i  znoszonych  portek,  ale  przynajmniej  zmyła  mu  zakrzepłą  posokę  potwora  z  ciała  i 
włosów. 

Na wspomnienie bestii zerknął w kierunku lasu. Nie wyczuwał stamtąd zagrożenia, 

ale  wiedział  już,  że  nie  zawsze  może  polegać  na  swym  darze  jasnowidzenia.  Tak  czy 
owak nie obawiał się zwyczajnego zwierzołaka. Po tym, na co napatrzył się przez cały 
ranek,  takie  wzbudzające  kiedyś  strach  stwory  wydawały  mu  się  teraz  stosunkowo 
nieszkodliwe. 

Starał się nie wracać myślami do masakry, której był świadkiem, ale bezskutecznie. 
Wiedział od dawna, że świat pełen jest niesamowitych, przerażających istot. Chłonął 

z  zapartym  tchem  dziwne  opowieści,  snute  przez  podróżnych,  którzy  zatrzymywali  się 
czasami w karczmie; zasłyszane od ojca opowieści o krainach leżących poza granicami 
doliny powtarzała mu też Elyssa. 

Elyssa… 
Elyssa  nie  żyje.  Nie  miał  już  co  do  tego  żadnych  wątpliwości  Zginęła,  tak  jak  to 

przewidział. Ale fakt, że był przygotowany na jej śmierć, nie łagodził bynajmniej żalu po 
stracie. 

Zginęła,  a  z  nią  wszyscy.  Nie  wiedział,  że  czekają  taki  straszny  koniec,  wiedział 

tylko, że pisana jej śmierć. Jednak sądził, że umrze tylko ona, nie przewidział, że jej los 
podzielą wszyscy mieszkańcy doliny. 

Prócz niego. Dlaczego on jeden przetrwał? Czyżby dlatego, że tak naprawdę nie był 

background image

stąd? Bez sensu, ale czy cokolwiek z tego, co się wydarzyło, miało jakiś sens. Spróbował 
wyrzucić z głowy wszystkie myśli. 

Ale przed oczyma stał mu wciąż Czaszkolicy, ten niesamowity mężczyzna, który jak 

gdyby nigdy nic wyszedł z płonącego dworu i nie padł trupem ugodzony strzałą w serce. 
Było  to  coś  nieprawdopodobnego  i  Konrad  zaczynał  już  podejrzewać,  że  uległ 
halucynacji. 

Wszystko inne,  co  widział,  nawet  te  najbardziej  fantastyczne  widoki,  gotów  był 

zaakceptować - być może dlatego, że większość przekraczała jego zdolność pojmowania 
i nie miała żadnego oparcia w racjonalności. Ale wiedział przecież, co to ogień, wiedział, 
co to strzała. Żaden człowiek nie wyszedłby bez szwanku z takiego gorejącego piekła, 
żaden  człowiek  nie  przeżyłby  śmiertelnego  trafienia  strzałą.  Żaden  człowiek.  A  zatem 
Czaszkolicy nie mógł być człowiekiem. 

No  dobrze,  ale  przecież  żaden  z  napastników  nie  był  w  pełni  człowiekiem  - 

większość wręcz przeciwnie - dlaczego wiec w pamięć wrył mu się tak bardzo właśnie 
Czaszkolicy? 

Pora oderwać się od tych myśli, zająć się czymś i nie snuć dalej jałowych rozważań. 

Konrad pozbierał z ziemi odzienie i wrócił nad rzekę. 

Jak na urągowisko, obok przepływał akurat trup jednej z kreatur, które napadły na 

wioskę. 

Potwór  miał  płetwiaste  stopy,  ale  widocznie  na  nic  mu  się  one  zdały  w  walce  z 

wodnym żywiołem. Konradowi przeniknęło przez myśl, że ścierwo spływa dopiero teraz, 
bo zaczepiło się na jakiś czas o kamień albo korzeń w górze rzeki. Ale nie. Ten osobnik 
nie mógł mieć nic wspólnego z masakrą w wiosce. 

Najwyraźniej  nie  żył  od  paru  dni,  bo  rozkład  jego  wzdętego  cielska  nie  posunąłby 

się tak daleko po kilku godzinach pławienia w wodzie. 

Nie mógł się lepiej przyjrzeć padlinie, bo płynęła twarzą do dołu i nad powierzchnię 

wystawały  ledwie  plecy.  Ale  i  tak  zobaczył  więcej,  niżby  chciał.  Ciało  stwora  było 
wielobarwne, zielono-żółto-brązowe.  Z  grzbietu  i  potylicy  sterczały  mu  długie  kolce. 
Podobnie jak Konrad, nie wypuścił swojej broni - z tym że był to jeszcze jeden z tych 
potworów, którym kończyny w procesie mutacji przekształciły się w ostrza. Jedna jego 

background image

przednia łapa zakończona była zakrzywionym mieczem, druga potężnymi szczypcami. 

Konrad  odczekał,  aż  wzdęty  trup  zniknie  mu  z  oczu,  po  czym  zabrał  się  do 

czyszczenia ubrania z pozostałości juchy zwierzołaka. Gdyby tego nie zrobił, stanowiłby 
przynętę.  Zresztą  i  tak  wżarta  w  materiał  woń  krwi  przyciągać  będzie  drapieżniki 
buszujące po kniei. 

Zapamiętale tarł tkaninę w rękach, walił nią o kamienie, wyżymał z całych sił, i to 

też trochę go rozgrzało. Kiedy skończył, nie dygotał już i mokre miał jeszcze tylko ręce i 
włosy.  Rozpostarł  części  garderoby  na  wielkim  głazie,  żeby  wyschły,  i  usiadł  obok,  by 
zastanowić się, co dalej. 

Co robić, jak teraz żyć? 
Był  zmęczony,  ale  nic  to.  Był  zziębnięty,  ale  już  się  rozgrzał.  Był  obolały,  ale  to 

przejdzie. Był głodny. No właśnie. To najważniejsze. Kiedy zaspokoi głód, minie również 
zmęczenie. 

W rzece powinny być ryby, ale łowienie ich bez sieci to żmudne zajęcie. Zresztą nie 

miał jakoś ochoty wchodzić teraz do rzeki. 

W lesie, jeśli tylko miało się wprawę, zawsze można było znaleźć coś do zjedzenia. 

Życie nauczyło Konrada zaradności. Na głodowych racjach wydzielanych mu w karczmie, 
nawet  dokarmiany  przez  Elyssę,  nie  pociągnąłby  długo,  gdyby  nie  dożywiał  się  i  nie 
polował w lesie. Właśnie się do tego rano zabierał, kiedy przeszkodził mu zwierzołak z 
toporem wyrastającym z łapy. 

Bór w miejscu, gdzie Konrad wyszedł z rzeki, różnił się trochę od tego, po którym 

przywykł  buszować.  Może  tylko  mu  się  wydawało,  ale  drzewa  były  tu  jakby  wyższe  i 
bardziej  proste,  mniej  przegniłe  i  powykręcane.  Znaczyło  to,  że  zdobycie  pożywienia 
będzie  łatwiejsze,  że  mniej  tu  trujących  i  skażonych  roślin  upodabniających  się  do 
jadalnych. 

Zostawił schnące odzienie na kamieniu, wziął nóż i wszedł do lasu w poszukiwaniu 

jadalnych  grzybów,  soczystych  młodych  korzonków,  jagód,  orzechów  -  czegokolwiek, 
byle tylko zapchać pusty żołądek. 

Zanim zaspokoił  pierwszy  głód,  ubranie  wyschło.  Po  praniu  było  jeszcze  bardziej 

postrzępione i wytarte, stare plamy nie zeszły, ale zniknęły ślady posoki zwierzołaka. 

background image

Ubrał się i już miał ruszać, kiedy jego wzrok padł na czarny kołczan. Bez strzał był 

bezużyteczny, ale żal mu go było zostawiać. Przewiesił go sobie przez ramię. 

Nigdy dotąd nie zapuszczał się w te partie kniei, nie znał tu terenu i istniało ryzyko, 

że pobłądziwszy w gęstwinie, wróci do wioski. Pozostawało mu więc jedno wyjście. 

Z nożem w ręku ruszył brzegiem rzeki zgodnie z jej prądem. 

* * * 

Noc przespał spokojnie, nic mu się nie śniło. 
Ponieważ znajdował się na nie znanym sobie terytorium, na szukaniu bezpiecznego 

miejsca,  w  którym  mógłby  odpocząć,  zeszło  mu  kilka  godzin.  Nie  znalazł  drzewa  z 
odpowiednio dużą dziuplą, ale natrafił na takie, którego pień rozwidlił się na troje, a w 
rozwidleniu  powstało  zagłębienie  wystarczająco  duże,  by  lec  w  nim,  zwinąwszy  się  w 
kłębek. 

Obudził się, jak zawsze, przed świtem. Był zmarznięty i zesztywniały. Przeciągnął się 

i roztarł zdrętwiałe członki. Obejrzał swoje rany. Wszystkie już się zasklepiały. Kiedy się 
wygoją, pozostanie mu po nich na ciele kilka dodatkowych blizn. 

Zaczekał,  aż  dobrze  się  rozwidni  i  dopiero  wtedy  zlazł  z  drzewa.  Napił  się  wody  z 

rzeki i wrócił do lasu poszukać czegoś do zjedzenia. 

Po godzinie buszowania w zaroślach zaspokoił na jakiś czas głód leśnym runem, ale 

wkrótce  żołądek  zacznie  się  domagać  konkretniejszego  jadła.  A  we  wsi  mógłby  się 
najeść do syta zwierzęcą padliną. 

Uśmiechnął  się.  Po  raz  pierwszy  tego  ranka  pomyślał  o  wiosce,  lecz  zamiast 

rozpamiętywać jej tragedię, w głowie mu było jedzenie. 

I  chyba  słusznie.  Wieś  od  zawsze  kojarzyła  mu  się  z  jedzeniem  i  schronieniem. 

Niczego poza tym nigdy mu nie dała. Mało go obchodziło, że została napadnięta, mało 
go obchodziło, że wymordowani zostali wszyscy jej mieszkańcy. 

Z jednym wyjątkiem… 
Odpędził obraz Elyssy, który pamięć zaczynała już podsuwać mu przed oczy, i siłą 

woli  skupił  się  na  tym,  jak  zdobyć  następny  posiłek.  Nie  mógł  polować,  bo  nie  miał 
strzał,  pozostawało  mu  wiec  brodzić  po  płyciznach  rzeki  i  chwytać  rękami  ryby  albo 
zacząć zastawiać sidła. 

background image

Zebrał z  ziemi kilka suchych patyków nadających się na kołki. Nad brzegiem rzeki 

rosły zagony wysokiej cienkiej trawy. Z jej wiechci splótł prowizoryczny postronek. 

Drzewa rosnące gęsto nad samym brzegiem, tak jak poprzedniego dnia utrudniały 

marsz. Starał się trzymać blisko rzeki, bo ta musiała go gdzieś doprowadzić. Dopóki wie, 
gdzie jest rzeka, nie zabłądzi. 

Krajobraz  przypominał  dolinę,  chociaż  nie  było  tu  takich  stromizn  i  las  nie  się 

przerzedzał, tak jak w sąsiedztwie wioski, ale musiały go zamieszkiwać podobne gatunki 
dzikiej zwierzyny. 

Kiedy  wyszedł  wreszcie  na  otwartą  przestrzeń,  gdzie  nie  rosło  ani  jedno  drzewo, 

obudziła się w nim podejrzliwość. Po chwili jednak zauważył, że podłoże jest skaliste, a 
warstwa gleby nie dość gruba, by drzewo zapuściło w niej korzenie. Za to mnóstwo tu 
było trawy, na której paść mogły się dzikie króliki - a znakiem tego powinno tu być dużo 
królików, którymi z kolei on będzie się mógł najeść. 

Z  wbitym  w  ziemię  wzrokiem  spenetrował  teren,  wypatrując  na  ziemi  odchodów, 

które świadczyłyby o zamieszkiwaniu okolicy przez króliczą brać. W końcu dostrzegł to, 
czego szukał. 

Króliki  chadzają  zwykle  tymi  samymi  utartymi  ścieżkami,  podobnie  jak  ludzie 

drogami, wystarczyło więc zastawić sidła na ścieżkach, które wydeptały, a na pewno w 
nie wpadną. 

Plecionek z trawy wystarczyło na cztery pułapki. Przywiązał prowizoryczne postronki 

do kołków, te z kolei wepchnął głęboko w ziemię, podparł gałązkami pętle ze splecionej 
trawy, po czym się oddalił. 

Czekanie,  jak  się  wkrótce  przekonał,  nie  należało  do  jego  najmocniejszych  stron. 

Nigdy nie był zmuszony czekać, w każdym razie nie dłużej niż kilka minut. W karczmie 
nie  miał  czasu,  by  przysiąść,  nawet  na  chwile.  Czekać  przychodziło  mu  tylko  wtedy, 
kiedy  był  w  lesie  i  wyczuł  w  pobliżu  zwierzołaka.  Krył  się  wtedy  i  czekał,  aż  stwór 
odejdzie. 

Długo  czekał  chyba  tylko  na  Elysse.  Czasami  nawet  kilka  tygodni,  ale  to  było  coś 

innego niż siedzenie w lesie i czekanie, aż królik złoży mu z siebie ofiarę na obiad. 

Płynął  czas.  Konrad  obserwował  słońce  na  nieboskłonie,  dopóki  nie  zakończyło 

background image

swojej  długiej,  mozolnej  wspinaczki  ku  zenitowi.  Minęła  połowa  dnia,  została  jeszcze 
połowa. Zadecydował, że nie będzie czekał na królika całe życie. Jeśli do tej pory żaden 
nie  złapał  się  w  sidła,  ruszy  dalej  brzegiem  rzeki.  Jednak,  podszedłszy  do  pułapek, 
stwierdził, że siedzą w nich aż dwa króliki. 

Jeden  już  nie  żył,  udusił  się.  Drugiego  pętla  ze  splecionego  z  trawy postronka 

ścisnęła za tylną łapkę. Konrad szybkim ruchem nadgarstka skręcił mu kark. 

Rad  z  siebie  wrócił  nad  rzekę,  żeby  wypatroszyć  zdobycz.  Wnętrzności  wrzucił  do 

rzeki, żeby zapach krwi nie przyciągnął drapieżników. 

Rozniecenie ognia trwało chyba tyle samo, co złowienie królików. Ale nie był jeszcze 

aż  tak  głodny,  żeby  pożerać  je  na  surowo.  Ognisko  zdecydował  się  rozpalić  pośrodku 
polany,  skąd  w  porę  dostrzeże  niebezpieczeństwo,  gdyby  smakowita  woń  przywabiła 
jakieś stworzenia. 

Nazbierał  naręcze  suchych  gałązek  i  patyków.  W  tym  był  dobry.  Potem  położył 

przed sobą kawałek drewna, przytknął do niego czubek zaostrzonego patyka i zaczął go 
szybko wałkować między dłońmi. 

Po  jakimś  czasie  drewno  rozgrzało  się  pod  wpływem  tarcia  i  uniosła  się  z  niego 

smużka dymu, a zaraz potem strzelił maleńki płomyczek. Udało mu się podpalić wiązkę 
suchych  ździebeł  trawy,  które  wsunął  szybko  pod  przygotowany  chrust.  Kiedy  ogień 
buzował już na dobre, zawiesił nad nim pierwszego obdartego ze skóry królika. 

I znowu przyszło mu czekać. 
Mięso poczerniało i przypaliło się z wierzchu, od wewnątrz pozostało niemal surowe, 

ale smakowało Konradowi. 

Czekając,  aż  królik  się  upiecze,  oskrobał  do  czysta  jego  skórę.  Mogła  się  jeszcze 

przydać.  Ruszając  w  dalszą  drogę,  zatknął  sobie  oprawioną  skórkę  za  pas.  Drugiego 
królika przytroczył do pasa za związane skoki. Sidła schował do kołczana. 

Wkrótce  po  opuszczeniu  polany  natknął  się  na  most,  od  którego  w  obie  strony 

odbiegała  droga.  Most  w  niczym  nie  przypominał  tego  z  wioski.  Był  wyższy,  szerszy  i 
zbudowany  z  kamienia.  Droga  również  była  o  wiele  szersza  niż  gruntowy  szlak 
odbiegający od drewnianego wioskowego mostka. 

Konrad  wspiął  się  po  skarpie,  wszedł  na  most  i  zatrzymał  się  na  jego  środku. 

background image

Wiedział, że rzeka musi go gdzieś doprowadzić, no i doprowadziła. Znalazł most i teraz 
musi podjąć jakąś decyzję. 

Do tej pory pragnął tylko uciec jak najdalej od nieszczęsnej wioski. Udało mu się to, 

ale co teraz? 

Nie  będzie  przecież  do  końca  życia  wałęsał  się  po  lasach.  Za  dużo  tam 

niebezpiecznych istot. Jednak  osiedlać  się  w  innej  wiosce  też  nie  miał  szczególnej 
ochoty, pomny traktowania, jakiego doświadczył w poprzedniej. Nie miał żadnego fachu 
w  ręku,  nic  nie  umiał,  najprawdopodobniej  skończyłby  jako  popychadło  w  kolejnej 
karczmie. Ale w tej może by mu przynajmniej płacono. 

I naraz uświadomił sobie, że jednak coś potrafi. Był myśliwym. Mógł łowić w sidła 

małe  zwierzęta,  mógł  polować  z  łukiem  na  większe  -  gdyby  tylko  miał  łuk  i  strzały.  A 
może  by  tak  nałapać  więcej  królików  i  wymienić  je  na  strzały.  Łuk  sam  sobie potrafi 
sporządzić. 

Wcale nie musiał wybierać między życiem w lesie a życiem we wsi. Mógł żyć i tu, i 

tu. 

Spojrzał w lewo, spojrzał w prawo. Trakt w obu kierunkach wyglądał tak samo, i w 

jednym,  i  w  drugim  musiał  dokądś  prowadzić.  Obojętne,  w  którą  stronę  się  zwróci;  w 
efekcie ruszył w wybranym na chybił trafił kierunku. 

* * * 

Był  niemal  pewien,  że  bardzo  szybko  dotrze  do  jakiejś  wioski,  że  leży  ona  gdzieś 

niedaleko  mostu,  w  pobliżu  rzeki.  Kiedy  po  półgodzinnym  marszu  nie  natknął  się  na 
żaden ślad ludzkich siedzib, zaczęło się w nim rodzić podejrzenie, że obrał zły kierunek, i 
chciał już zawracać. Ale potem uświadomił sobie, że przecież nigdzie mu się nie śpieszy, 
i szedł dalej. 

Trakt był bity, a wzdłuż niego biegł rów służący zapewne do odprowadzania wody, 

żeby nawierzchnia nie rozmakała podczas roztopów i nie zmieniała się w błotnistą breję. 
Droga prowadziła środkiem szerokiej przesieki wyciętej w lesie. Duża odległość od drzew 
miała  utrudniać  zastawianie  zasadzek  na  podróżnych,  ale  on  wolał  mimo  wszystko 
zachować ostrożność i nie wypuszczał noża z ręki. 

Usłyszawszy za plecami jakiś odgłos, odwrócił się na pięcie. Nie rozpoznawał tego 

background image

dźwięku. Hałas przybierał na sile i szybko się zbliżał. 

Konrad nie widział jeszcze, co go powodowało, i nie był wcale ciekaw tego widoku. 

Zbiegł  z  drogi,  przeskoczył  rów  i  skrył  się  za  szerokim  pniem  najbliższego  drzewa. 
Nastawiając ucha, zaczął obserwować drogę. 

Po pewnym czasie, z jego kryjówką, wśród poskrzypywania, sapania, trzeszczenia i 

stukotu kopyt, zrównał się wóz ciągniony przez cztery konie. Wóz był kryty, jechali nim 
ludzie, a zaprzęgiem powoziło dwóch mężczyzn siedzących na koźle. 

W jego wiosce też były wozy, ale służyły do zwózki plonów z pól i ściętych drzew z 

lasu. Wozu, którym podróżowaliby sami ludzie, Konrad jeszcze nie widział. 

Odczekał,  aż  wóz  się  oddali,  po  czym  wybiegł  na  drogę,  żeby  odprowadzić  go 

wzrokiem, ale widok przesłaniały tumany kurzu wzbijane przez koła. 

Konrad, ręką odpędzając sprzed twarzy unoszący się w powietrzu pył, ruszył w ślad 

za wozem. 

I naraz dostrzegł przed sobą dwóch mężczyzn, którzy wzięli się nie wiadomo skąd i 

szli mu naprzeciw. 

Zatrzymał się jak wryty i znieruchomiał. Przemknęło mu przez myśl, żeby uciekać, 

ale obaj mężczyźni nieśli łuki. Chociaż nie mieli strzał na cięciwach, to zapewne dobrze 
znali te lasy i, gdyby rzucił się do ucieczki, szybko by go dopędzili i ustrzelili. 

Musieli być mieszkańcami jakiejś pobliskiej wsi. Albo zbójcami. Ale jego nie mieli z 

czego ograbić. 

Zresztą nie może się wiecznie kryć przed każdym, kogo napotka. Skoro trafił już w 

zamieszkane  przez  ludzi  strony,  musi  się  ujawnić.  Z  tym  postanowieniem  ruszył 
mężczyznom na spotkanie. Zakładał przynajmniej, że to ludzie. Na takich mu wyglądali, 
chociaż  po  tym,  na  co  się  napatrzył  poprzedniego  dnia,  niczego  nie  mógł  być  już 
pewien. 

Na  jego  widok  mężczyźni  zwolnili  kroku.  Obaj  byli  starsi  od  Konrada,  brodaci, 

odziani jak drwale z jego wioski, ale siekier nie nieśli. Zatrzymali się kilka kroków przed 
nim. Konrad też przystanął. 

- Witaj, chłopcze - powiedział jeden z nich. 
- Witaj - burknął drugi. 

background image

Konrad, oblizując zaschnięte wargi, przenosił wzrok z jednego na drugiego. 
- Nie znam ciebie - podjął pierwszy mężczyzna. 
- Nietutejszyś? - dorzucił drugi. 
Konrad kiwnął głową. 
- Dokąd to wędrujesz? 
- Pobłądziłeś? 
Konrad gapił się, niezdolny wykrztusić słowa. 
- Cóż to z nim? - spytał pierwszy drugiego. 
- Niemota jakaś? - podsunął drugi pierwszemu. 
- Tak, chłopcze? 
Konrad  otworzył  usta,  ale  nadal  się  nie  odzywał.  Rozmawiał  dotąd  z  jedną  tylko 

osobą, z Elyssą. Z innymi ludźmi rozmawiać nie potrafił. 

Pokręcił głową. 
- Niedorobiony - orzekł pierwszy, zwracając się do towarzysza. 
- Jako żywo - zgodził się z nim tamten. 
Pierwszy wskazał kierunek, z którego nadeszli. 
- Idziesz tam? - spytał głośno i wyraźnie. 
Konradowi przemknęło przez myśl, że jeśli ktoś tu jest niedorobiony, to nie on, bo 

przecież widać było, w którą stronę zmierza. 

- Tak - bąknął. 
- A… - zaczął drugi wyraźnie i głośno - …dokąd się udajesz? - dokończył już nie tak 

wyraźnie, i ciszej. 

Konrad wzruszył ramionami. 
- To chodź z nami. - zaproponował pierwszy. - Zawrócimy i wskażemy ci drogę. 
- Drogę, dokąd? - spytał Konrad. 
- Tam, dokąd podążasz. 
- Sam nie wiem, dokąd podążam. 
- Toś szczęściarz, że nas spotkałeś, bo my ci pokażemy, dokąd. 
- Czyli dokąd? 
- A gdzież by, jak nie do miasta? 

background image

Uczynność  nieznajomych  zaczynała  wydawać  się  Konradowi  podejrzana.  Ale  może 

tacy właśnie byli inni ludzie. Może tylko ci z jego wioski tak źle go traktowali. 

-  Króle  łapałeś,  chłopcze?  -  spytał  pierwszy.  -  Piękną  masz  tu  sztukę.  W  mieście 

dadzą ci za niego dobrą cenę. Ze trzy szylingi utargujesz. 

- Trzy! - wykrztusił Konrad. 
-  Więcej  -  wtrącił  szybko  drugi,  wnioskując  błędnie  z  reakcji  Konrada,  że  to  dla 

niego za mało. - Więcej jak trzy. Cztery. Pięć! 

Pięć szylingów stanowiło fortunę. Nawet trzy przekraczały znacznie to, co przez całe 

życie uciułał - a potem w jednej chwili stracił. Żałował teraz, że zjadł drugiego królika. 

- Słusznie powiadasz, Carl - przytaknął pierwszy nieznajomy, zerkając ponownie na 

martwego królika. - Pięć szylingów. Co ty na to, chłopcze? Zaprowadzimy cię do miasta i 
pokażemy, gdzie dostaniesz najlepszą cenę. 

- Złapałeś go gdzieś tutaj? - spytał drugi mężczyzna, ten imieniem Carl. 
Konrad kiwnął głową, wolał nie zdradzać, gdzie. Carl roześmiał się. 
- Nad rzeką, co? Koło mostu? 
- Tak. 
- Znamy wszystkie najlepsze miejsca, w których można coś upolować - powiedział 

Carl, i zwracając się do towarzysza, dorzucił: - On myśli, że chcemy mu odebrać królika, 
Heinz. Tak myśli. 

- Nie obawiaj się, chłopcze - powiedział Heinz. - My polujemy na grubszego zwierza. 
Konrad znowu kiwnął głową. Tym razem wolniej, bez przekonania. 
-  Chcemy  ci  tylko  pomóc,  chłopcze  -  ciągnął  Heinz.  -  Widać,  że  przydałby  ci  się 

dobry posiłek, dobre odzienie. W mieście znajdziesz wszystko, czego ci trzeba. Chcemy 
tylko  pomóc.  Nie  znasz  nas,  to  i  może  nam  nie  ufasz.  Chcesz,  to  chodź  za  nami,  nie 
chcesz, nie idź. Twoja wola. 

Carl spojrzał na towarzysza. 
- Nie wiem jak ty, Heinz, ale ja napiłbym się piwa. Stawiam. 
Odwrócili  się  obaj  i  ruszyli  z  powrotem  tam,  skąd  nadeszli. Po paru krokach Carl 

obejrzał się przez ramię. 

- Tobie też postawię - rzucił. 

background image

Konrad zaczekał, aż odejdą na dwadzieścia kroków, i ruszył za nimi. 

background image

Rozdział ósmy 

Drogę prowadzącą do miasta przegradzała drewniana furta, ustawiona w niewielkiej 

odległości od pierwszych budynków. Zrazu Konrad myślał, że służy do celów obronnych, 
ale  kiedy  podeszli  bliżej,  okazało  się,  że  ma  zbyt  wątłą  konstrukcję,  by  spełniać  takie 
zadanie. 

Przy  furcie  stał  zbrojny  strażnik  i  zbierał  pieniądze  od  ludzi,  którzy  wchodzili do 

miasta albo je opuszczali. 

Konrad, nie dochodząc do furty, zatrzymał się i patrzył, jak Carl z Heinzem płacą, a 

następnie  przechodzą  na  drugą  stronę.  Za  furtą  Carl  odwrócił  się  i  skinął  na  niego. 
Ośmielony  tym  gestem  Konrad  zbliżył  się  do  opartego  o  słupek  furty  strażnika,  który 
mierzył go znudzonym wzrokiem. 

- Trzy pensy - burknął strażnik. 
- Za samo wejście do miasta? 
- Nie - odparł strażnik, poziewując. - Za korzystanie z drogi. 
- Ale ja nie mam trzech pensów. 
-  Trudno.  Nie  wpuszczę  cię  zatem.  Nikt  nie  może  przejść  bez  płacenia,  prócz 

barona… bo to jego droga. 

-  Masz tu -  powiedział  Carl,  podchodząc  i  sięgając  do  kieszeni.  -  Trzy pensy. - 

Wcisnął strażnikowi monety w garść. 

- Dzięki - bąknął Konrad zmieszany. - Wielkie dzięki. Zwrócę ci. Naprawdę zwrócę. 
- Wiem - odparł Carl, odwrócił się i podszedł do czekającego Heinza. Ruszyli dalej 

drogą. 

- Dobrego dnia życzę - powiedział strażnik, przepuszczając Konrada przez furtę. 
Miasto  było  ogromne,  o  wiele  większe  od  wioski.  Po  brukowanych  kocimi  łbami 

ulicach przewalały się tłumy. Wszystko było tu większe i wszystkiego było więcej. 

Konrad, idąc główną ulicą za Carlem i Heinzem, rozglądał się wkoło oniemiały. 
Nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Gdyby to do wioski zawitał jakiś obcy, 

wszyscy by od razu o tym wiedzieli i gapili się na przybysza. Tutaj podróżni byli, widać, 
czymś zwyczajnym. W takiej masie narodu trudno było stwierdzić, kto jest stąd, a kto 

background image

obcy.  Ba,  ludzie  mieszkający  w  jednym  końcu  miasta  nie  znali  pewnie  tych,  którzy 
mieszkali na jego drugim końcu. 

Zauważył  kryty  wagon,  który  widział  przed  godziną  na  drodze.  Na  burcie  widniał 

herb przedstawiający wieżę, która chyba symbolizowała zamek. Konie już wyprzęgnięto, 
a  budynek,  przed  którym  stał  czterokołowy  wehikuł,  mógł  być  tylko  gospodą.  Była 
okazalsza i o wiele szykowniejsza od karczmy Adolfa Brandenheimera. 

Po tylu latach spędzonych w karczmie Konrad rozpoznałby tego rodzaju przybytek 

wszędzie; tutaj na potwierdzenie miał jeszcze ogromny drewniany szyld, który wisiał nad 
wejściem.  Chyba  dla  rozwiania  wszelkich  wątpliwości,  wymalowano  na  nim  wezbrany 
pianą kufel piwa. 

Konrad  zdążył  już  zauważyć,  że  na  wielu  budynkach  wiszą  podobne  znaki, 

informujące, jakiego rzemieślnika można tam znaleźć - piekarz, rzeźnik, cyrulik, kowal… 

W  małej  wiosce  wszyscy  wiedzieli,  w  których  chałupach  siedzą  kramarze  i  czym 

każdy handluje. Miasto było tak wielkie, że ludzie pobłądziliby pewnie w labiryncie ulic, 
gdyby nie takie wywieszki, podpowiadające im, gdzie mogą znaleźć to, czego szukają. 

Konrad myślał, że jego nowi znajomi skręcą do gospody, ale oni tego nie uczynili. 

Mijając  kolejne  składy  kupieckie,  zagłębiali  się  dalej  w  miasto,  aż  wyszli  na  duży  plac, 
chyba targowy. W jego rogu stała jeszcze jedna gospoda, choć nie tak duża, jak tamta 
pierwsza. 

Konrad nie mógł zrazu pojąć, po co komu dwie piwiarnie. I nagle rozjaśniło mu się 

w głowie: jedna nie pomieściłaby tutaj wszystkich spragnionych. 

Miasto było o wiele większe, niż z początku  myślał. Rozglądając się, stwierdził, że 

otaczające  je  błonia  znajdują  się  tak  daleko  od  centralnego  placu,  że  ledwie  je  widać 
poprzez gąszcz budynków. 

- Hej, ty! - doleciało go wołanie - Chcesz przepłukać gardło? 
Był  tak  pochłonięty  podziwianiem  nie  znanego  sobie  otoczenia,  że  nie  zwracał 

większej  uwagi  na  dwóch  mężczyzn,  za  którymi  przywędrował  tu  z  lasu.  Heinz  gdzieś 
zniknął; pewnie wszedł już do gospody. Carl stał w drzwiach; to on do niego wołał. 

Konrad kiwnął głową i podszedł do mężczyzny. 
- Schowaj lepiej ten nóż - poradził mu Carl. - Po co drażnić ludzi. 

background image

Konrad dopiero teraz  zdał  sobie  sprawę,  że  w  prawej  dłoni  wciąż  ściska  sztylet. 

Zatknął go za pas i przekroczył za Carlem próg gospody. 

Jakoś  niezręcznie  mu  było  wchodzić  tu  od  frontu.  W  karczmie  Brandenheimera 

korzystał  zawsze  z  tylnych  drzwi.  Rozejrzał  się niepewnie  po  izbie.  Stały  tu  drewniane 
grubo ciosane stoły i stołki, w powietrzu unosiły się znajome wonie rozchlapanego piwa i 
świeżej słomy zaścielającej podłogę. Z zaplecza dolatywał aromat pieczonego mięsiwa i 
warzonego piwa. 

Heinz stał już przy wysokim szynkwasie, za którym spoczywały na podpórkach trzy 

ogromne  beczki.  Szynkarz  podstawiał  pod  kurek  jednej  z  nich  cynowy  kufel.  Po  chwili 
podał go Heinzowi i dostrzegłszy Carla, odwrócił się, by napełnić drugi kufel. 

Carl powiedział coś do Heinza i obejrzeli się obaj na Konrada, który stał w drzwiach i 

rozglądał się po izbie. Carl odebrał swoje piwo i machnął na Konrada. 

-  Chodź!  -  zawołał,  stawiając  kufel  na  szynkwasie  między  sobą  a  Heinzem.  -  I 

jeszcze raz -  zwrócił  się  do  szynkarza.  Rzucił  na  blat  kilka  monet  i  szynkarz  z trzecim 
kuflem w dłoni odwrócił się do beczki. 

Konrad  ruszył  niepewnie  przez  izbę.  Paru  z  siedzących  tu  już  mężczyzn  na  chwilę 

oderwało  wzrok  od  swoich  kufli,  by  obrzucić  go  przelotnym  spojrzeniem.  Konrad 
zatrzymał się obok Heinza i Carla i spojrzał na kufel. Swój kufel. 

Brandenheimer nie pozwalał mu pić piwa, co nie powstrzymywało go od pociągania 

tego specjału ukradkiem, kiedy tylko karczmarz nie patrzył. Brandenheimer nawet wody 
Konradowi żałował. 

-  Kto zacz ten wasz przyjaciel, Carl? -  zapytał  szynkarz,  stawiając  na  blacie  trzeci 

cynowy kufel i zgarniając na dłoń monety z mokrego szynkwasu. 

- Spotkaliśmy go w lesie - odparł Carl i pociągnął spory haust piwa. 
Konrad oblizał wyschnięte wargi, ujął oburącz kufel i uniósł go do ust. 
-  Ale  żaden  tam  z  niego przyjaciel -  wtrącił  Heinz,  stawiając  swój  kufel  na 

szynkwasie i odwracając się do Konrada. 

-  Prawda,  żaden  -  podchwycił  Carl  i  odstawiwszy  kufel,  również  odwrócił  się  do 

Konrada. 

Konrad, nie umoczywszy jeszcze ust w piwie, już zobaczył, co się za chwilę wydarzy. 

background image

I wiedział, że jest za późno, by temu zapobiec. 

Ale mimo to spróbował. 
Chlusnął Carlowi prosto w twarz piwem ze swojego kufla i odskoczył od szynkwasu, 

sięgając po sztylet. 

Nie  zdążył.  Heinz  złapał  go  za  nadgarstek,  a  w  chwilę  potem  Konrad  oberwał  od 

Carla pięścią w żołądek. Zgiął się wpół z bólu i zaskoczenia. 

Heinz  ucapił  go  pełną  garścią  za  czuprynę  i  szarpnął  mu  głowę  do  góry.  Carl 

przystawił Konradowi nóż do gardła, napierając czubkiem na miękkie ciało podbródka. 

- Tak - warknął Carl, ocierając piwo z twarzy - żaden z niego przyjaciel. 
- To kłusownik… - dorzucił Heinz. 

* * * 

Konrad  leżał  na  kamiennej  posadzce  i,  wpatrzony  w  smugi  porannego  światła 

wdzierającego się przez szpary w ścianach wysoko w górze, znowu zastanawiał się, co 
też go czeka. 

Słusznie Carl z Heinzem od początku wzbudzali w nim podejrzliwość. Powinien był 

posłuchać instynktu. Nie poszedł za jego głosem i wylądował w piwnicy gospody. 

Tłumaczył się, że nie wiedział, zastawianie sideł na króliki jest przestępstwem, pytał, 

co chcą zrobić i co się z nim stanie. Zdrajcy nie byli w nastroju do rozmowy. Powiedzieli 
tylko, że decyzja o jego losie zapadnie nazajutrz. Podsłuchał również, jak jeden z nich 
obiecuje  szynkarzowi  udział  w  nagrodzie,  jeżeli  ten  użyczy  loszku  do  przetrzymania 
jeńca przez noc w gospodzie. 

W wiosce prawo stanowił Wilhelm Kastring. Przed jego obliczem stawał każdy, kto 

dopuścił  się  jakiegokolwiek  wykroczenia.  Skazywał  delikwentów  na  grzywny,  chłostę, 
pracę  bez  wynagrodzenia  przez  określony  czas,  zakucie  w  dyby,  albo  na kombinacje 
tych kar, zależnie od ciężaru winy. 

Czym karzą w tym mieście za schwytanie w sidła królika? Nie, dwóch królików. Jeśli 

grzywną,  to  nie  będzie  miał  z  czego  zapłacić.  Mógłby,  co  najwyżej,  odpracować 
zasądzoną sumę. A może skażą go na chłostę? Ta nie była mu straszna. Przywykł. 

Zazgrzytał klucz w zamku, do ciemnej piwnicy wlało się nieco więcej światła. 
- Wstawaj! 

background image

Posłuchał. Podniósł się z posadzki, podszedł do schodków w kącie i wdrapał się po 

nich na górę. Czekali tam na niego z nożami w rękach Carl i Heinz. W nożu trzymanym 
przez Carla rozpoznał swoją własność. 

-  Dobra  broń  -  powiedział  Carl,  przechwytując  jego  spojrzenie.  -  Za dobry dla 

kłusownika. 

- Odwróć się! - zakomenderował Heinz. - Ręce na plecy! Konrad zastosował się do 

polecenia i poczuł, jak krępują mu postronkiem nadgarstki. 

- Co to znaczy? - zapytał. - Co chcecie ze mną zrobić? 
- My nic, chłopcze - odparł Heinz. 
- Tak - dorzucił Carl. - Kto inny nas wyręczy! - Zarechotał. 
Wsunął  nóż,  nóż  Konrada,  do  pochwy,  chwycił  chłopaka  za  ramię,  pchnął  go 

bezceremonialnie  naprzód  i  ruszyli  przez  izbę.  Po  drodze  Heinz  zabrał  jeszcze  jego 
kołczan i martwego królika z jednego ze stołów, po czym wyszli na ulicę. 

Mimo  wczesnej  pory  na  placu  kręciło  się  już  sporo  osób.  Nie  było  ich  tyle,  co 

poprzedniego  dnia,  ale  Konrad  w  charakterze  więźnia  od  razu  wzbudził  większe  niż 
wtedy zainteresowanie. 

- Kogo tam macie? - zawołał ktoś. 
- Co przeskrobał? - krzyknął inny. 
- Nie odchodźcie, to się dowiecie! - odkrzyknął Carl. 
Uśmiechali się obaj. Popatrywali w głąb jednej z uliczek, w kierunku wschodzącego 

słońca. Wyglądali kogoś i Konrad domyślał się kogo - tego, który będzie go sądził… 

Po kilku minutach dał się słyszeć klekot podków w oddali. Dolatywał od wschodu; 

do placu zbliżało się kilku jeźdźców. 

Carl pociągnął Konrada na środek ulicy, Heinz popychał go od tyłu. 
Niebawem  zza  rogu  wynurzył  się  pierwszy  z  konnych,  zaraz  potem  pięciu 

następnych. Za nimi szedł oddział piechurów. Było ich dwunastu, w tym dwóch z psami 
na łańcuchach. 

Spośród  jeźdźców,  czterech  było  żołnierzami.  Mieli  niebieskie  hełmy  ozdobione 

pióropuszami,  lśniące  napierśniki,  miecze  u  bioder,  każdy  trzymał  tarczę  z  jednakim 
herbem - niebieskim smokiem. 

background image

Piątym jeźdźcem była niewiasta w bogatych, barwnych szatach. Siedziała na siodle 

bokiem, i parasolką na długiej rączce osłaniała przed słońcem twarz, choć tę i tak ledwie 
było widać spod jedwabnej chusty. 

Na  czele  orszaku  jechał  mężczyzna,  na  którego  czekali  zapewne  Heinz  z  Carlem. 

Świetnością stroju przyćmiewał kobietę. Od stóp do głów odziany był w satynę i zamsz, 
wszystko  to  wykończone  koronką,  wszystko  w  różnych  odcieniach  niebieskiego  -  od 
butów z granatowej skóry poczynając, a na bladobłękitnej czapce i jeszcze jaśniejszym 
błękitnym  piórze  zatkniętym  za  otok  kończąc.  Niebieski  nie  był  jedynie  sokół,  który 
siedział mu na lewym nadgarstku, ale kaptur nałożony na łeb ptaka owszem. 

Coraz więcej ludzi wylęgało na ulice, wznosząc radosne okrzyki na cześć jeźdźca i 

kłaniając mu się w pas, kiedy ich mijał. Lecz ten nie zwracał na gawiedź uwagi. Z nadętą 
miną jechał wprost na Konrada i przytrzymujących go mężczyzn. 

- Baronie! - wykrzyknął Heinz. 
- Baronie! - powtórzył za nim jak echo Carl. 
Obaj,  pociągając  za  sobą  Konrada,  padli  na  kolana.  Jeździec  szarpnął  lewą  ręką 

cugle i koń zmienił nieco kierunek, by ominąć klęczącą mu na drodze trójkę. 

- Czego? - burknął, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem. 
- Przestępca, baronie! - krzyknął Carl. 
-  Aha!  -  Baron  po  raz  pierwszy  zerknął  w  dół.  Osadził  w  miejscu  wierzchowca,  i 

podążający za nim orszak również się zatrzymał. 

Konrad podniósł na barona wzrok. Trudno było dokładnie określić jego wiek, bo był 

to mężczyzna tak pokaźnej tuszy, że koń, choć wielki, uginał się pod jego ciężarem, ale 
czwarty krzyżyk chyba mu jeszcze nie stuknął. Tłuste policzki miał gładko wygolone. 

Konrad  nie  mógł  przyjrzeć  się  lepiej  jeźdźcowi,  bo  Carl  natychmiast  przydusił  mu 

głowę do ziemi z taką zapamiętałością, że chłopak zamiótł włosami po brudnych kocich 
łbach.  Dotykając  bruku  ciemieniem,  dostrzegł  jeszcze  jednego  konia,  który  pojawił  się 
na placu po przeciwnej stronie. 

Był  to  biały  wierzchowiec  prowadzony  przez  idącego  pieszo  mężczyznę.  Za  nimi 

szedł koń juczny. Mężczyzna zatrzymał się przed gospodą, uwiązał oba konie i wszedł do 
środka. Konrad patrzył na to z bardzo niewygodnej pozycji i nie był pewien, ale chyba 

background image

dostrzegł, że przybysz miał na głowie czarny hełm, który całkowicie zasłaniał mu twarz. 

Baron tymczasem przepytywał Carla i Heinza. 
- Co zrobił? 
-  To  kłusownik,  baronie.  Schwytał  dwa  twoje  króliki.  Proszę  łaskawie  spojrzeć. 

Jednego obdarł ze skóry i zjadł, a tu jest ten drugi. Oto jego wnyki. 

- A na dodatek to złodziej, baronie. Widzicie, wasza miłość, ten kołczan? Musiał go 

ukraść. 

-  Szynkarzu!  -  doleciał  z  gospody  donośny  głos.  Przybysz  w  czarnym  hełmie  nie 

zastał nikogo w środku. Zamieszanie wywabiło stamtąd wszystkich na plac. 

- Co masz na swoje usprawiedliwienie, złodzieju? - spytał baron. 
Szarpnięty za włosy Konrad poderwał głowę i napotkał wzrok barona. 
-  Byłem  głodny  -  wybąkał.  -  Tylko  tyle.  Złowiłem  królika,  bo  byłem  głodny.  Nie 

wiedziałem, że to przestępstwo. Jestem tu obcy. Zapłacę za niego. 

- On nie ma pieniędzy, wasza miłość - podpowiedział usłużnie Heinz. 
- Zamilcz! - huknął na niego baron. Przeniósł wzrok z powrotem na Konrada. - Tyś 

tu obcy, co sporo tłumaczy. Może tam, skąd przybywasz, prawo jest inne. Ale skoro już 
tutaj zawitałeś, musisz się stosować do miejscowego prawa. Okradłeś mnie. 

- Nieświadomie! 
-  Zamilcz!  Głodny  byłeś,  powiadasz.  Rozumiem  to.  Wszyscy  głodniejemy,  jeśli  nie 

jemy przez parę godzin. Nie miałbym ci za złe, gdybyś schwytał i zjadł jednego królika. 
Ale ty schwytałeś dwa. Jak to wytłumaczysz? 

Konrad otworzył usta, ale żadne usprawiedliwienie nie przychodziło mu do głowy. 
- Przepraszam - wybąkał tylko. 
-  Za  późno  na  przeprosiny  -  oznajmił  baron. -  Wybieram  się  teraz  na  łowy.  Kiedy 

wrócę, zadyndasz na stryczku. 

Konrad,  nie  wierząc  własnym  uszom,  wybałuszył  na  barona  oczy.  Czyżby  przeżył 

masakrę w wiosce po tylko, żeby iść teraz na szubienicę za schwytanie dwóch królików? 

Tamte piekielne istoty nie  zdołały  go  zabić,  ale  one  były  tylko  dzikimi  bestiami, 

bezrozumnymi  siepaczami.  W  okrucieństwie  i  zdradzieckości  nie  mogły  się  równać  z 
najniebezpieczniejszymi ze stworzeń - ludźmi. 

background image

- Nie możecie go powiesić - doleciało od drzwi gospody. 
Głos nie był donośny, ale w ciszy, jaka zaległa na placu po słowach barona, wszyscy 

go usłyszeli i wszyscy się odwrócili, by spojrzeć na przybysza. 

Rzeczywiście  był  w  czarnym  hełmie.  Przyłbicę  miał  uniesioną  i  popijał  piwo  z 

cynowego  kufla,  jego  twarz  pozostawała  jednak  w  cieniu.  Cały  był  w  czerni;  miał  na 
sobie  kolczugę  z  czarnych  pierścieni  narzuconą  na  kaftan  z  czarnej  skóry.  U  czarnego 
pasa  zwisała  mu  czarna  pochwa,  nawet  rękojeść  miecza  była  czarna  -  tak samo 
wełniane bryczesy i krótkie skórzane ciżmy. 

- A to czemu!? - zagrzmiał baron. - Coś ty za jeden? Kto ci dał prawo się wtrącać? 
Baron obejrzał się na swoich czterech konnych żołnierzy, jakby chciał się upewnić, 

czy wciąż za nim stoją i czy są gotowi wesprzeć czynem jego słowa. 

- To nie twoja sprawa - podjął - kimkolwiek jesteś. 
- On ma prawo do obrony - powiedział mężczyzna w czerni. 
- Do obrony? Do obrony! Toż to przestępca. Kto by go bronił? 
- Sam może się bronić. 
- Już próbował. Z mizernym skutkiem! 
Baron potoczył wzrokiem po twarzach gawiedzi. Kilkoro mieszczan zrozumiało aluzję 

i zarechotało nieszczerze. Baron wciąż patrzył na tłum. Coraz więcej osób dołączało do 
chóru  pochlebców  i  wkrótce  cały  plac  pokładał  się  ze  śmiechu.  Przybysz  sączył  piwo  i 
czekał aż skończą. 

- Ma prawo do próby walki - podjął, kiedy zapadła cisza. 
Baron spojrzał na niego zaskoczony. 
- Do próby walki? - powtórzył z niedowierzaniem. - Wszak to… wieśniak! 
-  To nie przeszkoda. W kodeksie rycerskim ustanowionym z woli Imperatora 

Magnusa w roku 2325. przeczytasz, że prawo do próby walki przysługuje każdemu, kto 
posiada własną białą broń. - Mężczyzna w czerni pociągnął łyk piwa, po czym zwrócił się 
do Konrada. - Masz własną białą broń, chłopcze? - spytał. 

Konrad  nie  bardzo  rozumiał,  co  się  wokół  niego  dzieje.  Był  wciąż  ogłuszony 

wydanym przez barona wyrokiem śmierci. 

- Tak - odparł automatycznie. 

background image

- Nie - zawołał Heinz. 
- Nie - podchwycił Carl. 
-  No?  -  powiedział  baron.  -  Komu  dać  wiarę?  Dwójce  moich  najzacniejszych 

poddanych czy kłusownikowi i złodziejowi? Dla mnie to jasne. 

- Skoro nie miał białej broni - nie ustępował mężczyzna - to czym oprawił królika? 

Zębami? 

- Miał białą broń? - spytał baron. 
- Eeee… - zająknął się Heinz. 
- Nooo… - stropił się Carl i pokazał nóż Konrada - …miał. 
- No tak. No tak - wymruczał baron. Wpatrywał się w dziwne ostrze noża. - Ale skąd 

u wieśniaka taki nóż? Musiał go ukraść. 

W samej rzeczy, pomyślał Konrad. 
- Posiada białą broń - powiedział mężczyzna w czarnym hełmie - a zatem ma prawo 

do próby walki. 

- Nie! - zaprotestował baron. - Kodeks rycerski określa zasady staczania pojedynków 

pomiędzy  ludźmi  honoru,  rycerzami,  szlachetnie  urodzonymi.  Nie  stosuje  się  do 
chłopstwa. A biała broń to miecz, nie nóż! 

- Biała  broń to biała broń - powiedział  przybysz. - Oskarżony ma  prawo do próby 

walki.  Albo  puścisz  go  wolno,  albo  pozwolisz  skorzystać  z  przysługującego  mu  prawa. 
Innego wyjścia nie ma. Nie wolno ci go powiesić. 

- Nie ty mi będziesz mówił, co mi wolno, a czego nie! - krzyknął gniewnie baron. 
Sięgnął  po  miecz,  strącając  przy  tym  sokoła  z  nadgarstka.  Ptak,  piszcząc  i 

trzepocząc  rozpaczliwie  skrzydłami,  zwisł  łebkiem  do  dołu  na  łańcuszku,  którym  był 
przykuty za łapkę do rękawicy barona. Podbiegł jeden z piechurów z orszaku i posadził 
go sobie na nadgarstku zabezpieczonym skórkowym ochraniaczem; baron pozwolił mu 
odpiąć łańcuszek od swojej rękawicy. 

- Radziłem ci tylko, żebyś trzymał się ściśle litery prawa - powiedział mężczyzna w 

czerni. - Ale jeśli się boisz… 

- Boję się? Ja?! - Baron parsknął wymuszonym śmiechem. - A czegóż to miałbym się 

bać?  -  Wyprostował  się  w  siodle  i  powiódł  wyniosłym  spojrzeniem  po  twarzach 

background image

mieszkańców miasta, swojego miasta. 

-  Imperator  mianował  cię  swoim  przedstawicielem  na  ten  region,  a  więc  twoim 

obowiązkiem  jest  pilnowanie,  by  prawo  było  tu  ściśle  respektowane.  Oskarżony  ma 
prawo do próby walki, a zatem musisz przyjąć wyzwanie. 

-  Ja?  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  mam  walczyć…  z  nim?  -  Baron pogardliwym 

gestem wskazał na Konrada. 

-  Nie musisz -  odparł  mężczyzna  w  czerni.  -  Możesz  wyznaczyć  przeciwnika  z 

urzędu.  Ale  jestem  przekonany,  że  będziesz  wolał  sprawować  swoje  sędziowskie 
powinności  osobiście.  Wybór  broni  należy,  rzecz  jasna,  do  ciebie.  Twoja  sława  sięga 
daleko,  baronie,  zdaje  się,  że  byłeś  swego  czasu  niepokonanym  pojedynkowiczem. 
Zabiłeś piętnastu ludzi, o ile się nie mylę? 

- Szesnastu - poprawił go baron. 
- Naturalnie byłeś wtedy młodszy i nie tak… - Mężczyzna nie musiał kończyć; aluzja 

do tuszy barona była oczywista. 

- Każdemu dotrzymam pola! - nastroszył się baron. - A co dopiero wieśniakowi, ha! 

- Machnął pogardliwie ręką. 

- A zatem przyjmujesz wyzwanie? 
-  Tak,  tak,  tak!  Załatwmy  to  od  razu.  Zabiję  tego  złodzieja  i  zdążę  jeszcze 

zapolować przed obiadem. - Skinął na najbliższego żołnierza. - Daj temu łotrzykowi swój 
miecz. 

Konrada  podniesiono  z  klęczek  i  rozcięto  mu  wieży  na  rękach.  Żołnierz  podał  mu 

swój miecz. 

Baron z trudem zsunął się z konia. Dobył miecza i ruszył wolno na Konrada. 
- Jeśli czcisz jakiegoś boga, to się do niego pomódl. 
-  Chwileczkę,  baronie,  jeśli  łaska  -  odezwał  się  przybysz.  -  Ty  zrezygnowałeś  z 

wyznaczenia swojego zastępcy,  ale  oskarżonemu  również  przysługuje  prawo  do 
wskazania takiego. 

Baron nachmurzył się i pokręcił głową. 
-  Mam  po  dziurki  w  nosie  twojego  wtrącania  się  do  nie  swoich  spraw.  Próbujesz 

odwlekać  wymierzenie  sprawiedliwości.  Nie  ma  tu  takiego,  który  zgodziłby  się  go 

background image

zastąpić. Daj mi go wreszcie zabić, bo szkoda czasu. 

- A co ty na to, chłopcze? - zwrócił się mężczyzna do Konrada. 
- Chcesz walczyć, czy wolałbyś wyznaczyć zastępcę? 
Konrad  spojrzał  na  miecz,  który  trzymał  w  ręku,  spojrzał  na  barona,  spojrzał  na 

nieznajomego w czerni i nagle dotarło doń, co ten mu sugeruje. 

- Wyznaczam ciebie - powiedział. 
- Zgadzam się. 
- Hej, zaraz - zaperzył się baron, odwracając się do mężczyzny. - A coś ty w ogóle 

za jeden? 

W  odpowiedzi  przybysz  zdjął  z  głowy  czarny  hełm.  Miał  krótko  przycięte 

śnieżnobiałe  włosy  i  śnieżnobiałą  gęstą  brodę.  Całą  jego  twarz,  poczynając  od  linii 
brody,  pokrywał  tatuaż,  czarne  linie  wryte  trwale  w  skórę  i  nadające  mu  wygląd 
zwierzęcia - psa, a może lisa. Nie - wilka… 

- To ty! - krzyknął baron, robiąc kilka kroków w tył. 
- A ja - przytaknął wytatuowany mężczyzna. - Rad jestem, że nie zapomniałeś, Otto. 

Powiedziałem,  że  się  jeszcze  spotkamy,  i  wiem,  jak  byłbyś  zawiedziony,  gdybym  nie 
dotrzymał obietnicy. W odróżnieniu od ciebie dotrzymuję danego raz słowa. 

Baron rozejrzał się dookoła szybko, niespokojnie, jakby wypatrywał drogi ucieczki. 

Zatrzymał  wzrok  na  swoich  żołnierzach.  Widać  było,  że  najchętniej  wezwałby  ich  na 
pomoc,  a  nie  czyni  tego  tylko  z  obawy,  że  mieszkańcy  miasta  uznają  to  za  oznakę 
słabości. 

-  Wilk  -  powiedział,  chowając  miecz  do  pochwy  i  podchodząc  do  siwobrodego 

mężczyzny - cóż za radość ujrzeć cię znowu po tylu latach. Dochodziło między nami w 
przeszłości do nieporozumień i, proszę, historia się powtarza! - Roześmiał się nerwowo. 

Wilk położył swój hełm na ziemi i dobył miecza. Głownia wykuta była z metalu tak 

samo  czarnego  jak  reszta  jego  rynsztunku.  Pociągnął  łyk  piwa  z  trzymanego  wciąż  w 
lewym ręku kufla. 

- Chodźmy gdzieś i dogadajmy się - zaproponował baron. Zniżył głos, żeby ciżba go 

nie słyszała, ale Konrad stał najbliżej i nie umknęło mu ani jedno słowo. 

-  Spłacę  cię  -  ciągnął  baron.  -  Spłacę  z  nawiązką,  z  dużą  nawiązką.  Wszystko  ci 

background image

wytłumaczę, obiecuję. Chyba nie mówisz poważnie? Nie zamierzasz ze mną walczyć w 
imieniu jakiegoś kłusownika! 

- Nie. 
Baron odprężył się nieco. 
- Wiedziałem, żeś rozsądny, Wilku. 
- Będę z tobą walczył we własnym imieniu. Pomódl się do Ulryka, jeśli to ci coś da. 
- Nie ujdzie ci to płazem! - wysyczał baron. - Nawet jeśli zginę z twojej ręki, zatłuką 

cię moi ludzie! 

Wilk  spojrzał  ponad  ramieniem  barona  na  żołnierzy,  a  potem  na  kobietę,  która 

przyglądała się temu wszystkiemu w milczeniu, i pokręcił głową. 

- Nie wydaje mi się - powiedział. 
- O co ci chodzi, Wilku? 
- O sprawiedliwość. Przyjąłeś wyzwanie, Otto. Chcesz się teraz wycofać jak załgany, 

podstępny tchórz, którym zresztą jesteś? 

Baron obejrzał się przez ramię. Wszyscy obecni na placu wlepiali w niego wzrok. 
- Czego ty chcesz, Wilku? 
- Twojej śmierci, Otto, twojej śmierci. 
- Zabiłem w pojedynkach szesnastu ludzi, Wilku! Ty będziesz siedemnasty! 
Mówiąc  to,  baron  cofnął  się  o  krok,  dobył  ponownie  miecza  i  runął  jak  burza  na 

Wilka,  by  przebić  mu  ostrzem  brzuch.  Jak  na  takiego  grubasa,  poruszał  się  z 
zadziwiającą szybkością, która świadczyła o jego niegdysiejszym mistrzostwie. 

Mężczyzna  w  czerni  odstąpił  spokojnie  w  bok  i  kiedy  klinga  barona  przeszywała 

powietrze w miejscu, w którym przed chwilą stał, upił łyk piwa. 

Baron  ciął  na  odlew,  mierząc  w  głowę  przeciwnika.  Miecz  Wilka  śmignął  w  górę  i 

zablokował  cios.  Ostrza  skrzyżowały  się nad  głowami  walczących,  a  oni  znieruchomieli 
na chwile, patrząc sobie z bliska w oczy. Po twarzy Wilka po raz pierwszy przemknął ślad 
jakiejś emocji. Wyszczerzył w uśmiechu zęby - spiczaste zęby…! 

- Nie przybyłem tu z tobą walczyć, Otto - warknął. - Przybyłem wykonać na tobie 

egzekucję. 

Naparł  ostrzem  na  miecz  barona,  zmuszając  go  do  zrobienia  kroku  w  tył.  W 

background image

następnej chwili czarna klinga opadła błyskawicznie w dół i zatonęła w piersi grubasa. 
Baron spuścił wzrok na przód swojej błękitnej satynowej koszuli, po której rozlewała się 
plama czerwieni. 

Wilk  wyciągnął  miecz  z  rany  i  baron  osunął  się  na  bruk.  Uderzając  głową  o  kocie 

łby, już nie żył. 

Wilk rozejrzał się szybko, oceniając wzrokiem sytuację. Kobieta na koniu, żołnierze, 

świta  barona,  gawiedź,  Konrad,  wszyscy  zamarli.  Uniósł  kufel  do  ust  i  wychylił  go  do 
dna. 

- Podnieście go - odezwała się po raz pierwszy kobieta. - I zarzućcie na konia. 
Przyglądała się, jak ludzie z orszaku przewieszają ciało barona przez siodło. 
- Odwieźcie go do fortu - zakomenderowała. - I ruszajmy wreszcie na to polowanie. 

- Przeniosła wzrok na wytatuowanego nieznajomego. - Zjesz dzisiaj ze mną wieczerze, 
Wilku?  Może  zdołam  choć  po  części  spłacić  dług,  jaki  miał  wobec  ciebie  mój  brat.  - 
Zerknęła  na  ciało  barona.  -  Teraz  i  ja  jestem  ci  coś  dłużna.  Przyjmiesz  moje 
zaproszenie? 

- Być może - odparł Wilk. 
Ta odpowiedź chyba zadowoliła kobietę. Koń z trupem barona zawrócił, zaś reszta 

świry ruszyła dalej w kierunku, w którym początkowo zmierzała. 

- Oddajcie mu jego rzeczy - rzucił rozkazująco Wilk. Konrad zwrócił już żołnierzowi 

miecz  i  teraz  wciśnięto  mu  do  rąk  jego  kołczan,  jego  nóż,  jego  sidła,  zdjętą  z  królika 
skórę oraz martwego królika, którego ze skóry jeszcze nie obdarł. 

Wilk oparł o ścianę swój zbroczony krwią miecz. 
- Oczyść go - powiedział do Konrada. 
Odwrócił się, podniósł z ziemi hełm i wszedł z powrotem do gospody. 
- Jeszcze jedno piwo! - krzyknął od progu. 

background image

Rozdział dziewiąty 

Nie  było  już  nic  do  oglądania  i  tłum  się  rozproszył.  Carl  z  Heinzem  jakby  się  pod 

ziemie zapadli. 

Konrad  króliczą  skórką  wytarł  z  krwi  miecz  Wilka.  Skończywszy,  cisnął  upaćkaną 

skórę na środek ulicy, dźwignął czarny oręż i wszedł z nim do gospody. Miecz był bardzo 
długi i szeroki, cięższy od wszelkiej broni, jaką chłopak do tej pory trzymał w dłoniach. 

Wilk stał przy szynkwasie naprzeciwko beczek i pił piwo. Zdążył już zdjąć kolczugę, i 

był  w  samym  kaftanie  z  czarnej  skóry.  Na  obu  nadgarstkach  miał  opaski  z  czarnego 
futra,  chyba  jakieś  amulety.  Szyję  ciasno  opinał  mu  czarny  łańcuch  -  nie  łańcuszek, 
łańcuch z grubych ogniw. 

Czarny  hełm  leżał  obok.  Z  opuszczoną  przyłbicą  przypominał  do  złudzenia  wilczy 

łeb. Przyłbica miała kształt pyska i wyrastały z niej metalowe kły, a w miejscach, gdzie 
wilk miałby oczy, ziały otwory, przez które mógł patrzeć na świat właściciel hełmu. 

Konrad  podał  mężczyźnie  oręż  zwrócony  rękojeścią  do  przodu.  Wilk  spojrzał  na 

klingę i nie dostrzegłszy na niej śladu posoki, odebrał miecz od Konrada i wsunął go do 
pochwy. 

- Dziękuję, panie - powiedział Konrad. 
- Za co? - mruknął Wilk, nawet na niego nie spoglądając. 
- Za ocalenie życia. 
- Zwyczajny przypadek. 
- Nie dla mnie. 
Wilk odwrócił się i po raz pierwszy zmierzył go wzrokiem. Ich oczy się spotkały. 
- Wierzę - powiedział Wilk. - Twoje życie nie ma dla mnie, ba, dla nikogo, żadnej 

wartości, ale dla ciebie jest bezcenne. 

- Miałem szczęście, że się zjawiłeś, panie. 
-  Szczęście?  -  prychnął  Wilk.  Uśmiechnął  się,  szczerząc  spiczaste  zęby.  -  Nie ma 

czegoś takiego jak szczęście. 

Konrad,  choć  wcześniej  widział  już  z  daleka  te  zaostrzone  zęby,  cofnął  się  teraz 

mimowolnie. Wilk parsknął śmiechem. Był wyższy od Konrada, mierzył sobie blisko dwa 

background image

metry wzrostu, członki miał potężnie umięśnione. Jego siwe włosy wprowadzały w błąd; 
nie był wcale starszy od barona. 

-  Jeszcze  jedno piwo! -  zawołał  do  karczmarza,  który  stał  za  szynkwasem 

zalękniony, wciśnięty w najdalszy kąt. - I drugie dla mojego przyjaciela. 

Słowa  Wilka  przypomniały  Konradowi,  jak  ten  sam  szynkarz,  który  ich  dzisiaj 

obsługiwał,  poprzedniego  dnia  pytał  Carla  i  Heinza, kim jest ich przyjaciel, a potem 
pozwolił im zamknąć go w swojej piwnicy. Teraz jednak było inaczej, zupełnie inaczej. 
Tamci dwaj wzbudzali w Konradzie podejrzliwość, Wilk jak dotąd nie. Ale, przyjaciel…? 

-  Czy  to  prawda,  panie,  co  powiedziałeś  tam  na placu? -  spytał  Konrad.  -  Że 

każdemu, kto ma przy sobie białą broń przysługuje prawo do próby walki? 

- Śmiem wątpić. Dla możnych prawo jest inne. Zawsze tak było i zawsze będzie. - 

Wilk wzruszył ramionami. - Pokaż mi swój nóż. 

Konrad podał mu sztylet i Wilk z zainteresowaniem obejrzał faliste ostrze. 
-  Nazywa  się  kris  -  powiedział.  -  Wykonany  został  tysiące  mil  stąd,  za  Kitajem.  - 

Oddał nóż Konradowi. - Ale ty pewnie nie stamtąd go masz. - Pociągnął łyk piwa z kufla. 
- Jak cię zwą, chłopcze. 

- Konrad. 
- To wszystko? Tylko Konrad? Nie masz innych imion? 
Konrad pokręcił głową. 
-  Prawda,  zbyt  biednyś,  żeby  mieć  więcej  imion.  Trzymaj.  -  Podał  mu  napełniony 

przez szynkarza kufel, do którego spragniony Konrad przywarł zachłannie ustami. 

- Picie może być niebezpieczne, Konradzie. Patrz, co ze mnie zrobiło. - Wskazał na 

swoją twarz i usta. - Pewnego dnia upiłem się i wpadło mi do głowy, żeby dopasować 
wygląd  do  imienia.  Kazałem  więc  wytatuować  sobie  twarz  i  spiłować  zęby.  Pomysł 
wydawał  mi  się  wyborny,  póki  nie  wytrzeźwiałem.  Niech  ci  to  będzie  przestrogą, 
chłopcze. 

Konrad  kiwnął  tylko  głową;  ani  myślał  zrobić  coś  takiego.  Wilk  żałował  być  może 

tego, co ze sobą uczynił, ale z tym tatuażem było mu nawet do twarzy. U kogo innego 
wyglądałoby to komicznie. Lecz u Wilka czarne linie podkreślały rysy, i nawet zaostrzone 
zęby zdawały się oddawać jego charakter: był wojownikiem. 

background image

- Pokaż mi jeszcze swój kołczan. 
Konrad  podał  mu  kołczan  i  patrzył,  jak  Wilk  przygląda  się  pozłacanemu, 

wytłoczonemu w czarnej skórze symbolowi; pięści w kolczej rękawicy pomiędzy grotami 
dwóch skrzyżowanych strzał. 

- Skąd go masz? 
- Dostałem. 
- Od kogo? 
-  Od  Elyssy  Kastring.  Jest  córką…  była  córką  dziedzica  naszej  wioski.  Kołczan 

należał do niego. 

- Była? 
Konrad zawahał się. 
- Ona już nie żyje - wyrzucił z siebie. 
Wilk patrzył na niego wyczekująco. 
- Rozpoznajesz, panie, ten herb? - spytał Konrad, usiłując zmienić temat. 
- Nie. Daleko stąd do tej twojej wioski? 
- Nie tak znowu, panie. 
- Jak się nazywa? 
- No, wioska. 
Wilk przewrócił oczami. Były błękitne jak lód. 
- Musi mieć jakąś nazwę. Co prawda miejscowi też mówią na swoje miasto „miasto”, 

ale ono ma nazwę, Ferlangen. No, jak nazywa się twoja wioska? 

- Ferlangen? - powtórzył za nim Konrad. - To jest Ferlangen? 
- Tak. 
- A ten człowiek, którego zabiłeś, panie? Ten baron? Mówiłeś do niego Otto. 
- Otto Kreishmier, baron Ferlangen. Słyszałeś o nim? 
- Miał pojąć za żonę Elyssę. 
Wilk łyknął znowu piwa. 
- Tę, która dała ci kołczan? Patrz, jaki ten świat mały, tak przynajmniej powiadają. - 

Otarł usta grzbietem dłoni. - Ale z tego, co ja się nań napatrzyłem, wynika, że dalekie to 
od prawdy. 

background image

Konrad  myślał  o  odpychającym  baronie  Kreishmierze  i  próbował  sobie  wyobrazić, 

jak Elyssie, gdyby żyła, układałoby się w małżeństwie z tym człowiekiem. Nie miałaby 
dziewczyna lekkiego życia, ale lepsze już to niż śmierć. 

- Dlaczego chciałeś go zabić, panie? - spytał Wilka. 
- Bo przed kilku laty okpił mnie na pewną sumę pieniędzy. Powinien był mnie wtedy 

od  razu  zabić,  ale  jemu  zebrało  się  na  litość.  Litość  jest  dla  tchórzy,  Konradzie, 
zapamiętaj to sobie. 

- I dlatego teraz wróciłeś, panie? Żeby się zemścić? 
-  Nie.  Północ  zgubił  podkowę,  a  tu  miałem  najbliżej  do  kowala.  Rzekłby  kto,  że 

szczęśliwym zrządzeniem losu spotkałem Kreishmiera, ja jednak nie dopatrywałbym się 
w tym szczęścia. I on też pewnie nie. Powiedziałem mu, że wróciłem, by go zabić, ale to 
nie  była  prawda.  Spotkaliśmy  się,  nadarzyła  się  sposobność  do  wzięcia  odwetu,  i 
wykorzystałem ją. Nic dodać, nic ująć. 

Konrad sam nie wiedział, czy wierzyć Wilkowi czy nie. 
- A w jaki sposób baron cię okpił, panie? 
-  Bardzoś  ciekaw,  chłopcze.  Życie  mnie  nauczyło,  że  najlepiej  nic  nie  mówić,  ale 

wszystko słyszeć. 

- Jak można coś usłyszeć, nie pytając? 
Wilk uśmiechnął się przelotnie. 
-  Czas  jakiś  temu  wspomogłem  Otta  w  pewnym  sporze terytorialnym o ziemie 

leżące  pomiędzy  tym  a  sąsiednim  miastem.  Dzięki  mojej  interwencji  rozstrzygnięcie 
zapadło na jego korzyść, ale on ociągał się z wypłatą umówionego honorarium za moje 
fachowe usługi. 

- Jesteś najemnikiem! 
-  Osobiście  wolę,  kiedy  nazywają  mnie  kondotierem.  -  Przyglądał  się  Konradowi, 

mierząc  go  wzrokiem  od  stóp  do  głów.  -  Mam  dla  ciebie  propozycję,  Konradzie.  Czy 
oddałbyś mi pięć lat z życia, które ci przed chwilą ocaliłem. 

- Jak to? 
- Potrzebuję nowego giermka. Ty byś się nadał. 
Konrad patrzył na niego, ale długo się nie odzywał. 

background image

- A jeśli odmówię? - spytał w końcu. 
- Twoja wola, chłopcze. Możesz powędrować do następnego miasta, potem jeszcze 

do  innego,  ale  wcześniej  czy  później  znowu  popadniesz  w  tarapaty  i  zadyndasz  na 
sznurze. 

Konrad wzruszył ramionami i, żeby zyskać na czasie, uniósł kufel do ust. 
- No, co ty na to? Pięć lat, pięć lat przygód w najdalszych zakątkach świata, pięć lat 

ryzykowania życiem i brania się za bary z niebezpieczeństwem. 

- A będę dostawał zapłatę? 
- Zapłatę? To dobre dla kramarzy i kupców, sklepikarzy i kmieci. Ty będziesz dzielił 

ze mną wszystko, chłopcze. Skarby, nagrody, okupy, we  wszystkim tym będziesz miał 
swój udział. Zdobywałem już fortuny, o jakich ci się nawet nie śniło, i znowu tak będzie. 

Konrad  nigdy  dotąd  nie  otrzymywał  regularnej  zapłaty,  a  wiec  nie  robiło  mu 

specjalnej różnicy, że w służbie u Wilka też nie ma co na nią liczyć. 

- Musiałeś mieć już jakiegoś giermka, panie - powiedział. - Co się z nim stało? 
-  Wdał  się  w  sprzeczkę  w  jakimś  ciemnym zaułku,  w  ruch  poszły  noże  i  przegrał. 

Własna głupota go zabiła. Ale ty mi nie wyglądasz na głupca, Konradzie. No, jaka jest 
twoja  odpowiedź?  Ale  z  góry  uprzedzam,  jeśli  się  zgodzisz,  nie  będzie  już  odwrotu. 
Staniesz  się  na  pięć  lat  moją  własnością,  na  pięć  lat,  co  do  dnia.  Będziesz  należał  do 
mnie tak samo jak mój koń, jak mój miecz. Ale jestem dobrym panem, zapewniam cię. 
No więc jak? 

Cóż innego mógł odpowiedzieć? 
- Zgoda. 
- Wspaniale! - Wilk wyrwał Konradowi z dłoni kufel z nie dopitym piwem. - Od tej 

chwili koniec z piwem, chłopcze. Z nas dwóch od picia jestem ja. Nazywam się Wolfgang 
von  Neuwald,  ale  możesz  się  do  mnie  zwracać  „panie”.  Zapłać  teraz  szynkarzowi,  a 
potem zaprowadź Północ do podkucia. 

- Ale ja nie mam pieniędzy - wybąkał Konrad, zerkając na szynkarza. 
- Piwo jest już zapłacone - mruknął karczmarz, unikając wzroku Konrada. - Na koszt 

zakładu. 

- To lubię! - huknął Wilk. - Skoro tak, to lej jeszcze jedno! 

background image

Konrad  wyszedł  przed  gospodę,  zastanawiając  się,  co  też  go  podkusiło,  żeby  się 

zgodzić.  Obejrzał  się  przez  ramię.  Chyba  nic  nie  stało  na  przeszkodzie,  by  się  teraz 
chyłkiem oddalić. Pięć lat. Toż to cała wieczność! 

Ale czy miał jakiś wybór? Nie ma nic innego do roboty, nie ma dokąd pójść, a poza 

tym  nie  musi  przecież  pozostawać  przy  Wilku  tak  długo.  Co  mu  przeszkodzi  odejść, 
choćby jutro, jeśli tak mu się spodoba? 

Podszedł  do  uwiązanego  do  żerdzi  ogromnego,  białego  rumaka.  Z  daleka  koń 

prezentował  się  okazale  i  wyglądał  na  dobrze  utrzymanego.  Jednak,  zbliżywszy  się, 
Konrad zauważył, że zwierzę skórę ma pokiereszowaną i brakuje mu jednego ucha. 

Sięgnął do uzdy. Rumak parsknął, wyszczerzył zęby, a potem cofnął się, stanął dęba 

i  runął  na  niego.  Konrad  odskoczył  błyskawicznie  i  wierzgające  w  powietrzu  kopyta  o 
włos minęły jego głowę. 

-  Północ!  -  doleciał  od  drzwi  gospody  krzyk.  -  Wszystko dobrze. On jest teraz z 

nami. 

Koń uspokoił się natychmiast. Konrad spojrzał za siebie. Wilk stał oparty o framugę i 

sączył piwo. 

Konrad  zbliżył  się  ostrożnie  do  wierzchowca  i  odwiązał  uzdę  od  żerdzi.  Delikatnie 

pogładził zwierzę po silnej szyi. 

- Dobry konik - wymruczał. - Dobry. 
Wiedział,  gdzie  mieści  się  kuźnia,  zauważył  ją,  wchodząc  poprzedniego  dnia  do 

miasta. Poprowadził konia powoli w tamtym kierunku. Zwierzę utykało lekko na prawą 
zadnią nogę, tę bez podkowy. 

Zostawił  konia  w  kuźni  i  przeszedł  do  sąsiedniej  części  budynku.  Wolał  nie 

przebywać w pobliżu zwierzęcia, gdyby temu nie spodobały się zabiegi kowala. Znalazł 
się  w  jakimś  zagraconym  składzie.  Zaczął  go  obchodzić,  oglądając  stare,  pordzewiałe 
narzędzia  kowalskie,  porozwieszane  na  ścianach  i  walające  się  po  brudnej  podłodze 
żelastwo. 

I nagle coś wyczuł… 
- Co to za smród? - spytał ktoś. 
- Cuchnie mi tu kłusownikiem - odparł ktoś inny. 

background image

W szerokich drzwiach stanęli Carl i Heinz. Widząc, że obaj trzymają w rękach noże, 

Konrad sięgnął po swój - po kris… 

- A nie mówiłem?! - powiedział Carl. 
- Witaj, chłopcze! - powiedział Heinz. 
- Czego chcecie? - spytał Konrad. 
Carl  wyciągnął  przed  siebie  lewą  rękę,  którą  dotąd  chował  za  plecami.  Trzymał  w 

niej powróz. 

- Chcemy wykonać wyrok barona - odparł. - Powiesimy cię! 
- Był nam łaskawym panem, chłopcze, był naszym baronem. A przez ciebie zginął. 

Źle się stało. 

Wsunęli się obaj do mrocznego składu. 
- Nie powiesicie mnie! - krzyknął Konrad, robiąc krok do tyłu. 
- No to posiekamy na kawałeczki. 
- Tym razem twój przyjaciel nie przyjdzie ci w sukurs, chłopcze. 
Konrad,  stojąc  w  głębi  ciemnego  pomieszczenia,  widział  mężczyzn  lepiej  niż  oni 

jego. 

Wrzeszcząc co sił w płucach, zaszarżował  z  opuszczoną głową na  Heinza, wyrżnął 

go bykiem w klatkę piersiową, a kiedy mężczyzna się zatoczył, pchnął go sztyletem raz i 
drugi w brzuch. 

Padającego Heinza przygniótł do ziemi, dźgnął go jeszcze raz i odtoczył się szybko 

w bok. 

Heinz pozostał tam, gdzie padł, z ran płynęła mu krew. 
Zanim Konrad zdążył poderwać się z ziemi, Carl był już przy nim. Uderzył, ale nie 

nożem,  lecz  ręką,  w  której  trzymał  powróz.  Sczepili  się  i  jęli  tarzać  po  klepisku.  Carl 
porzucił  powróz  i  ścisnął  Konrada  lewą  ręką  za  gardło.  Konrad  swoją  lewą  odpychał 
prawą, zbrojną w nóż rękę przeciwnika. 

Carl był większy i cięższy, miał nad Konradem przewagę. Udało mu się wziąć go pod 

siebie. Usiadł mu okrakiem na brzuchu i pochylając się, przycisnął  obie ręce do ziemi. 
Konradowi sztylet wyślizgnął się z dłoni. 

- Mam cię! - wysapał Carl. - Będziesz umierał powoli, bardzo powoli. 

background image

Konrad  próbował  się  wyrywać,  ale  bez  powodzenia.  Poderwał  oba  kolana,  waląc 

nimi przeciwnika w plecy, ale nie zdołał zrzucić z siebie Carla. 

- Mam pieniądze - jęknął. 
- Nie masz miedziaka przy duszy. 
- Nie ja. Ten mężczyzna z wytatuowaną twarzą. Wiem, gdzie je trzyma. Ale sam nie 

dam rady mu ich podebrać. Ktoś musi mi pomóc. 

- Łżesz! 
- Nie! Uwierz mi. Razem możemy zdobyć te pieniądze. Jeśli kłamię, będziesz mógł 

mnie zabić. 

-  Ukatrup go teraz, Carl! -  zawołał  Heinz,  któremu  udało  się  unieść  na  łokcie  i 

próbował teraz zatamować dłońmi krwotok z brzucha. 

- Jeśli mnie zabijesz, pieniądze przejdą ci koło nosa. 
- A co trzeba zrobić, żeby je zdobyć? 
- Nie, Carl! 
-  Cicho  bądź!  -  krzyknął  Carl,  oglądając  się  na  rannego  towarzysza.  Czyniąc  to, 

rozluźnił  na  moment  uda,  którymi  uciskał  Konradowi  boki.  Tylko  na  moment,  ale  to 
wystarczyło. 

Mobilizując wszystkie siły, jakie mu pozostały, Konrad wyrzucił w górę biodra wraz z 

siedzącym na nich Carlem, a kiedy ten stracił równowagę i przewrócił się na klepisko, 
wywinął się spod niego. 

Ułamek  sekundy  później,  porwawszy  leżący  nieopodal  kirs,  rzucał  się  już 

szczupakiem  na  rozciągniętego  na  ziemi  przeciwnika,  opuszczając  w  locie  nóż.  Ostrze 
przebiło pierś Carla, przeszło między żebrami i wraziło się w serce. Trysnęła krew. Carl 
stęknął, drgnął konwulsyjnie i znieruchomiał. 

- Coś długo to trwało - usłyszał za sobą Konrad. 
Zerwał  się  na  równe nogi  i  odwrócił  błyskawicznie  z  nożem  gotowym  do  odparcia 

ataku. W drzwiach składu stał Wilk. 

- Od dawna tu jesteś, panie? 
- Jakiś czas. Nieźle się zapowiadasz, chłopcze, trzeba ci to przyznać. Ale pod moim 

okiem  staniesz  się  wkrótce  lepszy,  o  wiele  lepszy.  No,  dobij  teraz  tego  drugiego  i 

background image

idziemy. 

- Nie, błagam! - zaskamlał Heinz. 
- Dobić go? - Konrad zawahał się. 
- Chciał cię zabić - powiedział Wilk. - Nigdy nie zostawiaj przy życiu rannego wroga. 

Powiem więcej, żadnego wroga. Ten błąd popełnił Kreishmier, pamiętasz? 

Konrad  spojrzał  na  Heinza,  który  próbował  się  odczołgać.  Przed  chwilą  zadźgałby 

tego człowieka bez skrupułów, ale to było w ferworze walki. 

Zerknął  na  Carla  i  nie  poczuł  zupełnie  nic,  choć  Carl  był  pierwszym  człowiekiem, 

jakiego zabił. Wróg, czy to zwierzołak czy człowiek, musiał zginąć. Ale patetyczna postać 
Heinza wydawała się niegroźna. 

- Nie mogę - powiedział Konrad. - To by było morderstwo z zimną krwią. 
-  Wyobraź  sobie,  że  to  królik.  -  Wilk  uniósł  w  górę  martwego  królika  i  potrząsnął 

nim. W drugim ręku trzymał czarny kołczan, który Konrad również zostawił w gospodzie. 
- No, dalej! 

- Nie mogę - powtórzył Konrad. 
Wilk westchnął ciężko. 
- No dobrze. To chyba twój pierwszy dzień. Wyręczę cię. - Oddał Konradowi kołczan 

i  dobył  miecza.  -  Pokażę  ci,  jak  najlepiej  to  robić.  Sposób  jest  szybki  i  skuteczny. 
Przystawiasz czubek miecza, o tutaj… 

- Nie - pisnął Heinz. 
- …a potem zwyczajnie… 
Konrad  zacisnął  mocno  powieki,  ale  zapomniał  zatkać  uszy,  które  w  chwilę  potem 

poraził przejmujący śmiertelny krzyk dobijanej ofiary. 

- Oczyść go - powiedział Wilk, wręczając Konradowi miecz. 
Konrad  przykląkł  przy  trupie  Heinza,  by  otrzeć  miecz  Wilka  i  swój  nóż  o  kubrak 

martwego mężczyzny. 

- A co byś zrobił, panie, gdybym nie zdołał go z siebie zrzucić? - spytał, wskazując 

ruchem głowy na ciało Carla. - Pomógłbyś mi? 

Wilk wzruszył szerokimi barami. 
-  Lepiej,  żeby  ratowanie  ci  skóry  nie  weszło  mi  w  nawyk,  chłopcze  -  odparł 

background image

wymijająco. - Mam nadzieję, że nie będziesz dla mnie ciężarem. 

Konradowi przemknęło przez myśl, że to raczej jemu wejdzie w nawyk czyszczenie 

czarnej klingi. Ciekaw był, jakie inne ciężary przyjdzie mu jeszcze dźwigać. 

-  Przeszukaj ich -  polecił  Wilk,  chowając  wyczyszczony  miecz  do  pochwy.  -  Może 

mają przy sobie jakieś pieniądze. 

- Jedenaście pensów - oznajmił Konrad, przetrząsnąwszy obu trupom kieszenie. 
- Tylko tyle? Z zabijaniem takich gołodupców więcej kłopotu niż to warte. Cały trud 

na marne. - Rozczarowany Wilk pokręcił głową. 

Konrad nic nie powiedział, chociaż był zdania, że jeśli ktoś tu się natrudził, to tylko 

on. To on walczył. Cały udział Wilka ograniczył się do dobicia rannego. 

-  Mam  nadzieję  -  ciągnął  Wilk  -  że  ta  propozycja  obrabowanie  mojej  osoby  była 

tylko grą na zwłokę. Tak czy owak mijałeś się z prawdą, mówiąc, co mówiłeś. Aktualnie 
znajduję się w nieco kłopotliwej sytuacji finansowej. 

- Słucham? 
- Nie mam  pieniędzy.  - Wilk potrząsnął trzymanym za skoki królikiem. - Pozostaje 

żywić nadzieję, że kowal przyjmie go w charakterze zapłaty za podkucie Północy. Jeśli 
nie, to jego strata. 

Wskazał na dwa trupy. 
- Jeśli coś z ich przyodziewku na ciebie pasuje, weź to sobie. Dobierz buty. Nie godzi 

się,  żeby  mój  giermek  chadzał  na  bosaka.  To  robi  złe  wrażenie.  Obedrzyj  ich  ze 
wszystkiego,  co  mieli,  może  uda  się  coś  z  tego  sprzedać.  Będzie  parę  dodatkowych 
pensów. Potem ukryj ciała pod tamtymi workami. 

Konrad zrobił, co mu kazano. 
-  A ta kobieta?  -  zapytał.  -  Siostra  Kreishmiera?  Powiedziała,  że  cię  wynagrodzi, 

panie. 

Wilk pokręcił głową. 
- Marlenie ufam jeszcze mniej niż jej bratu. Zaprosiła mnie, co prawda, na kolację, 

ale  na  pierwsze  danie  podano  by  truciznę.  Współczuję  mężczyźnie,  którego  poślubi 
teraz, kiedy Otto nie żyje. - Uśmiechnął się jakby do wspomnień. - No, w drogę. 

- A dokąd? 

background image

- Do twojej wioski. 
- Ależ po niej nic nie zostało - powiedział Konrad. 
Choć Wilk nie okazał po sobie specjalnych emocji, oglądając po raz pierwszy kołczan 

chłopaka,  przyczyna,  dla  której  chciał  odwiedzić  wioskę  Konrada,  musiała  mieć  jakiś 
związek z tym przedmiotem. 

Kiedy  jednak  Konrad  opowiedział  mu  pokrótce,  co  się  tam  przed  dwoma  dniami 

wydarzyło, Wilk jeszcze bardziej zapalił się do odwiedzenia pobojowiska. 

Za  zdobyte  pieniądze  i  noże  zabitych  mężczyzn  kupił  na  drogę  trochę  prowiantu, 

chleb  i  gotowany  drób.  Zdarte  z  trupów  ubrania  Konrad  zawinął  w  tobołek,  który 
umocował na grzbiecie jucznego konia. 

Wilk dosiadł swojego rumaka. Konrad prowadził za uzdę szarego konia jucznego. 
Ten ostatni uginał się pod ciężarem dobytku Wilka, składającego się głównie z oręża 

i  zbroi.  Heinz  i  Carl,  napadając  na  Konrada,  nie  mieli  ze  sobą  łuków  i  strzał,  a  więc 
Konrad nie mógł się ich kosztem dozbroić.  Na grzbiecie obładowanego konia jucznego 
nie było dość miejsca, by zmieścił się tam jeszcze jeździec. Zresztą Wilk nie proponował 
mu, by dosiadł zwierzęcia, a Konrad się tego nie dopraszał. 

Zaledwie parę razy w życiu siedział na końskim grzbiecie, a to dzięki Elyssie, która 

przymusiła  go  do  kilku  lekcji  jazdy,  użyczając  swego  wierzchowca.  Opierał  się,  ale 
dziewczyna nie ustępowała. Jak zwykle, postawiła na swoim. 

Konrad  trafiłby  z  powrotem  do  wioski  tylko  brzegiem  rzeki.  Ale  Wilk  zagadnął  o 

drogę  woźnicę  dziwnego  wozu,  który  minął  Konrada  poprzedniego  dnia.  Chłopak 
podsłuchał, że wóz taki zwą dyliżansem. 

Choć podobne wehikuły nigdy nie przejeżdżały przez wioskę, a Konrad nie potrafił 

nawet  podać  jej  nazwy,  woźnica  domyślił  się  chyba  na  podstawie  jego  opisu,  o  jaką 
miejscowość chodzi, i wskazał najdogodniejszą trasę. 

Opuścili  miasto  traktem,  którym  przybył  do  niego  Wilk.  Widocznie  na  każdej 

prowadzącej do miasta drodze ustawiona była furta, bo i tutaj się na taką natknęli. Na 
widok  zbliżającego  się  Wilka  strażnik  rozwarł  ją  gorliwie  na  oścież  i  z  przymilnym 
uśmiechem usunął się z drogi, a kiedy go omijali, zasalutował sprężyście jeźdźcowi. 

- A teraz opowiadaj, co ci się przytrafiło - odezwał się Wilk, kiedy kilka minut później 

background image

skręcili w inną drogę i wjeżdżali w las. - Od samego początku. 

Konrad zaczął swoją relację od tego, jak ostatecznie postanowił odejść z wioski, ale 

wyruszył  w  drogę  zbyt  późno,  by  daleko  zawędrować  przed  zapadnięciem  zmroku. 
Opowiedział  o  nocy  spędzonej  w  dziupli  drzewa  i  o  tym,  jak  obudziły  go  hordy 
niesamowitych kreatur przeciągające obok jego kryjówki. 

Opisał wszystko, niczego nie pomijając, aż do momentu, kiedy, posławszy ostatnią 

czarną strzałę w serce Czaszkolicego, czmychnął z dworu i znalazł się nad rzeką. 

Wilk przerywał mu z rzadka, by poprosić o powtórzenie tego czy innego fragmentu 

opowieści, albo zażądać bliższych szczegółów na temat jakiegoś konkretnego zajścia, ale 
w zasadzie słuchał w całkowitym milczeniu i z nieprzeniknioną miną. 

Konradowi,  kiedy  wreszcie  skończył  powtórne  przeżywanie  swojej epopei, serce 

omal nie wyskoczyło z piersi i cały zlany był potem. 

Czekał na jakąś reakcję Wilka, ale minęło kilka minut, a ten wciąż milczał. 
- Wierzysz mi, panie? - spytał wreszcie, zniecierpliwiony. 
- To, co mi tutaj opowiadasz, nie mogło się żadną miarą wydarzyć - odparł Wilk po 

chwili milczenia - chociaż poszczególne momenty noszą cechy prawdopodobieństwa. Na 
przykład to co mi mówiłaś o skavenach. Mało kto wierzy  w ich istnienie, mało kto ich 
widział - a już na palcach jednej ręki można policzyć tych, co przeżyli takie spotkanie i 
zdali z niego relację. Z plastyczności i dokładności wszystkich twoich opisów wnoszę, że 
mówisz prawdę - a prędzej, żeś przekonany o realności tego, co mówisz. 

- Myślisz, panie, że to był rodzaj… snu? 
- Halucynacja? Być może. 
- A co powiesz na to? - Konrad pokazał mu swoje rany. - To też halucynacja? 
- One mogą mieć podłoże psychomatyczne. 
- A co to? 
Wilk uśmiechnął się. 
- To najdłuższe słowo, jakie znam, chłopcze. Nieważne, wkrótce poznamy prawdę. 

A więc powiadasz, że wydarzyło się to przed dwoma dniami, w Święto Sigmara? 

- Tak. Cała wioska oddaje cześć Sigmarowi… chciałem powiedzieć, oddawała. 
-  Miło  mi  to  słyszeć.  Sam  jestem  wyznawcą  Kultu  Sigmara.  Za  młodu  nosiłem  się 

background image

nawet  z  zamiarem  wstąpienia  do  Zakonu  Kowadła.  Dasz  wiarę?!  -  Roześmiał  się,  ale 
zaraz spoważniał. 

Konrad nie miał pojęcia, o czym on mówi. 
- Ja mnichem! - podjął Wilk. - Założę się, że pomyślałeś sobie, iż chciałem zostać 

Templariuszem, Rycerzem Gorejącego Serca. 

Konrad uznał, że lepiej się nie odzywać, ale Wilk i tak nie czekał na jego odpowiedź. 
- Powiadasz więc, że wszyscy mieszkańcy wioski czcili Sigmara? 
- Tak, chyba tak. 
- To tutaj niespotykane. Wielu, bardzo wielu wyznawców ma w tych stronach Ulryk. 

Głównym ośrodkiem jego Kultu jest Middenheim - największe miasto w okolicy, co nie 
znaczy, rzecz jasna, że leży niedaleko. 

- Rzecz jasna - bąknął Konrad zupełnie skofundowany. 
-  Mnie  też  mogłeś  wziąć  za  wyznawcę  Ulryka.  Mimo  wszystko  to  bóg  bitwy,  jak 

również patron wilków. Jego godłem jest wilczy łeb. Ale ja nie noszę na tarczy żadnych 
emblematów, wolę pozostać… samotnym wilkiem. - Wilk wyszczerzył w uśmiechu ostre 
zęby. 

Poprzedniego  dnia  Konrad  słyszał  imię  Ulryka  z  ust  Wilka,  zanim  ten  zabił  barona 

Krieshmiera. Ale po raz pierwszy o Ulryku usłyszał od Elyssy. Przypuszczał, że to jeszcze 
jeden bóg. 

- To nie zbieg okoliczności, że wszystkie wydarzenia, które mi opisujesz - dodał Wilk 

- jeśli rzeczywiście się wydarzyły, miały miejsce w Święto Sigmara - bo coś takiego, jak 
zbieg okoliczności, nie istnieje. 

Wilk zamilkł i Konrad czekał, aż odezwie się znowu. Ale on się nie odzywał. 
- A ten Sigmar? - zaczął Konrad po kilku minutach. 
- Co Sigmar? 
- Czy to jakiś bóg? 
- Tak. 
- To on założył Imperium? 
- Tak. 
Konrad zwilżył językiem spierzchnięte wargi i spytał niepewnie: 

background image

- A… a kim był ten Sigmar i co to jest Imperium? 
Wilk ściągnął cugle i spojrzał na Konrada z bezbrzeżnym zdumieniem. 
- Żarty sobie stroisz, chłopcze? - zagrzmiał gniewnie. - Bo jeśli tak…! 
- Nie, nie - zapewnił go szybko Konrad. - Ja naprawdę nie wiem. Znaczy się… nie 

wiem nic o Sigmarze. Przysięgam, że nie wiem. 

- Gdyby wmawiał mi to ktoś inny, nie ty - powiedział Wilk - pomyślałbym, że łże. 

Ale… 

Przejechał dłonią po siwych włosach i westchnął. Zsiadł z konia, odwiązał od siodła 

bukłak z wodą i wskazał na spłachetek trawy przy drodze. 

- Siądźmy tam. Pora uzupełnić twoją wiedzę. 
Usiedli jard od siebie. Wilk upił wody ze skórzanego bukłaka i podał go Konradowi. 

Ten, pociągnąwszy długi łyk, oddał Wilkowi bukłak. 

- Sigmar -  zaczął Wilk - żył  dwa i pół tysiąca lat temu. W  tamtych czasach ludzie 

zamieszkujący  tę  część  świata  byli  bardziej  prymitywni  i  barbarzyńscy  niż  dzisiaj  - 
chociaż, odwiedzając kilka miejsc, w które ja zawędrowałem, stwierdziłbyś, że trudno w 
to  uwierzyć.  O  ziemie  te  ludzie  toczyli  boje z goblinoidami: goblinami, hobgoblinami, 
orkami.  Z  twojego  opisu  wynika,  że  ci,  których  widziałeś  grających  w  piłkę,  byli 
prawdopodobnie  orkami.  Goblinoidy  były  odwiecznymi  wrogami  krasnoludów,  które 
podobnie  jak  gobliny  są  rasą  o  wiele  starszą  od  ludzkiej.  Sigmar  był  synem  wodza 
plemienia, przywódcy Unberogenów. Legenda mówi, że w dzień jego urodzin na niebie 
pojawiła  się  ognista  kula  z  podwójnym  warkoczem,  a  towarzyszyły  temu  gwałtowne 
burze, jakich najstarsi nie pamiętali. Ta właśnie ognista kula,  zwana kometą, stała się 
jednym z symboli Sigmara. Mając zaledwie piętnaście lat, Sigmar w pojedynkę rozgromił 
bandę goblinów i uwolnił grupę krasnoludów, które tamci uprowadzili. Wśród odbitych 
jeńców  był  Kargan  Żelazobrody,  król  jednego  z  krasnoludowych  klanów. Kargan w 
dowód  wdzięczności  podarował  Sigmarowi  swój  bojowy  dwugłowy  młot.  W  języku 
krasnoludów  nazywał  się  on  „Ghal-maraz”,  co  po  naszemu  znaczy  „Rozłupywacz 
Czerepów”.  Ta  magiczna  broń  pomogła  Sigmarowi  stać  się  największym  i 
najsłynniejszym  z  wojowników  ludzkiej  rasy  i  zbudować  ogromną,  potężną  armię.  Po 
śmierci ojca Sigmar został wodzem i w tytanicznym pojedynku zabił swojego głównego 

background image

rywala, przywódcę Teutognenów. Po tym zwycięstwie Sigmar mógł wreszcie zjednoczyć 
wszystkie osiem podzielonych plemion ludzkich -  i  stąd  inny  symbol  Sigmara: 
ośmioramienna  gwiazda  z  dwóch  nałożonych  na  siebie  kwadratów,  symbolizująca  tych 
osiem  ludzkich  plemion.  Sigmar  poprowadził  następnie  swoich  żołnierzy  na  totalną 
wojnę z hordami goblinów, z zamiarem oczyszczenia z nich tych ziem i zajęcia ich dla 
ludzkości. Co mu się udało. 

O ostatecznym zwycięstwie zadecydowała wielka bitwa pod Stirland. To daleko na 

południe stąd, chłopcze, ale lekcję geografii odłóżmy sobie na później. Jednak okazało 
się,  że  goblinoidy  nie  zostały  całkowicie  pokonane,  bo  po  jakimś  czasie  ich  armie 
zwróciły się przeciwko krasnoludom - i tym razem zwycięstwo im przypadło w udziale. 
Krasnoludy  zmuszone  zostały  do  wycofania  się  na  swoje  dawne  ziemie,  pozostawiając 
zaledwie  kilkuset  swoich  w  straży  tylnej.  Kiedy  posłaniec  przyniósł  owe  wieści 
Sigmarowi, ten stanął na czele swych legionów i powiódł je w Góry Czarne. Doszło do 
bitwy  na  Przełęczy  Czarnego  Ognia,  gdzie  gobliny  i  orki  wzięte  zostały  w  dwa  ognie 
przez  wojska  ludzi  i  tylną  straż  krasnoludów.  Wywijając  swoim  potężnym  młotem 
bojowym,  rozłupując  nim  czerepy,  kroczył  Sigmar  na  czele  swych  żołnierzy,  wybijając 
wrogów niemal w pień. Po tym właśnie dniu do Sigmara przylgnął przydomek „Młot na 
Gobeliny”  -  Sigmar  Młotodzierżca.  Dzięki  interwencji  Sigmara  kresu  dobiegła  wreszcie 
odwieczna wojna pomiędzy goblinami a krasnoludami. Sigmar mógł położyć podwaliny 
pod  swoje  Imperium  i  data  jego  założenia  wyznacza  początek  pierwszego  roku  nowej 
ery,  od  niej  rozpoczyna  się  obecny  kalendarz.  Sigmara  koronowano  na Imperatora w 
Reikdorf,  które  teraz  nazywa  się  Altdorf.  Jest  stolicą  i  moim  rodzinnym  miastem.  Pół 
wieku  po  koronacji  Sigmar  zniknął.  Wybrał  się  do  krasnoludów,  by  zwrócić  im  Ghal-
maraz, młot bojowy, którym wywalczył Imperium. Na Przełęczy Czarnego Ognia odłączył 
się  od  swojej  świty  i  dalej  poszedł  sam.  Nigdy  więcej  go  nie  widziano,  to  znaczy  nie 
widział go więcej żaden człowiek. Krasnoludy nie wyjawiły, co się z nim stało - jeśli w 
ogóle to wiedziały. Oto, chłopcze, kim był Sigmar. 

Wilk uniósł bukłak do ust i przyssał się do szyjki. 
Konradowi  wirowało  w  głowie  od  tego,  co  przed  chwilą  usłyszał:  gobliny,  orki, 

krasnoludy - legendarne wydarzenia - mityczni herosi - bitwy starożytności… 

background image

- Nic nie wiedziałem - wykrztusił. 
- To gdzieś ty się chował całe życie? 
Konrad wzruszył tylko ramionami, bo nie miał na to zbornej odpowiedzi. 
- Rodzice ci nie mówili? 
- Nie mam rodziców… znaczy się, nie wiem, kim byli. Odkąd pamiętam, aż do dnia, 

kiedy odszedłem z wioski, pracowałem w karczmie. 

- Bywają gorsze zajęcia. - Wilk uniósł do ust wyimaginowany kufel piwa. 
- No, ja nie wiem. 
- No nic - uciął Wilk - brnijmy dalej. To była lekcja historii, teraz geografia. Wiesz, 

gdzie się znajdujemy? 

-  Między  Ferlangen  a  wioską  -  odparł  Konrad.  Tego  był  pewien  -  naturalnie przy 

założeniu, że woźnica dyliżansu wskazał im właściwą drogę. - I w Imperium. 

- Na pewno? 
Konrad kiwnął głową. 
- Na pewno. 
- Przynieś mi patyk. 
- Patyk? 
- Tak, wiesz, co to patyk? 
To akurat Konrad wiedział. Wstał, wszedł do lasu i wkrótce wrócił z prostym, długim 

na dwie stopy kijkiem. Wilk wziął go od niego i zaczął kreślić coś na zapylonej drodze. 

-  Nie  trzyma,  rozumiesz,  skali,  ale  to  można  sobie  chyba  darować.  Żyjemy  na 

świecie, zgoda? - Narysował wielki kwadrat. 

- Zgoda - przytaknął Konrad. 
-  A  Stary  Świat  jest  małą  cząstką  tego  świata.  -  W  wielki  kwadrat  wrysował 

mniejszy. - Zgoda? 

- Zgoda 
- A Imperium to mała cząstka Starego Świata. - W mały kwadrat wrysował jeszcze 

mniejszy. - Zgoda? 

- Zgoda. 
Wilk zatarł to, co narysował, podeszwą buta i nakreślił teraz koło. 

background image

- Imperium - powiedział, pokazując na koło patykiem. - Otóż, od zachodu, południa 

i wschodu Imperium otaczają góry. Na północny wschód leży kraina Kislev, a na północy 
mamy ocean -  Morze Szponów. Altdorf, stolica, jest tutaj, na zachodzie. Middenheim 
będzie gdzieś tu. 

- Powiedziałeś, że to blisko? 
-  Jedno  blisko  nierówne  drugiemu.  Powiedzmy,  że  nie  tak  blisko,  jak  do  twojej 

wioski.  Middenheim  to  jedyne  miejsce,  w  którym  zatrzymałem  się  dłużej  niż  na  jedną 
noc. Przyznać muszę, że mi się tam podobało - może dlatego, że nazywają je Miastem 
Białego  Wilka!  Middenheim  jest  największym  miastem  w  tej  części  Imperium,  chociaż 
nie leży w prowincji, w której się teraz znajdujemy. Czyli w Ostland, to tutaj. 

Wilk  wskazał  na  północny  wschód,  w  okolice  miejsca,  w  którym,  jak  powiedział 

wcześniej, znajduje się Kislev. 

- A stolicą Wielkiego Księstwa Ostland - ciągnął - jest Wolfenburg. Dobra nazwa dla 

miasta, nie? Wolfenburg jest mniejszy od Middenheim i prawdopodobnie dalej stąd do 
niego. Ale Middenheim to miasto-państwo, nie stolica prowincji. 

Konrad patrzył na rysunek na ziemi, na figury, które Wilk nakreślił w pyle drogi, i 

starał się doszukać jakiegoś sensu w tych liniach i krzyżykach oraz w tym, co usłyszał - 
ale bez powodzenia. 

- Teraz jesteśmy tutaj - dorzucił Wilk, dźgając patykiem w ziemię - między Górami 

Środkowymi a wybrzeżem, w Lesie Cieni. Rozumiesz? 

- Tak - bąknął Konrad, chociaż nie rozumiał. 
- Dobrze. - Wilk odrzucił patyk za siebie. - To by było wszystko. Przekąśmy coś. 

background image

Rozdział dziesiąty 

Konrad nie mógł się nadziwić, że tak szybko dotarli do wioski - a raczej do miejsca, 

w którym wioska się kiedyś znajdowała… 

Nic po niej nie zostało. Najeźdźcy spalili wszystko, ale sam ogień nie byłby w stanie 

dokonać  tak  gruntownych  zniszczeń.  Tam,  gdzie  jeszcze  niedawno  stały  drewniane 
chaty, murowane domy, zabudowania gospodarskie, nic teraz nie było. 

Ogień mógł strawić drewno i słomę, ale przecież nie kamień ani cegłę. A kamień i 

cegła zniknęły, nie pozostał również ślad po brukowanym kocimi łbami gościńcu, który 
prowadził do dworu. 

Wszystko zostało całkowicie starte z powierzchni ziemi. Pozostał tylko kurz i popiół, 

ciemne blizny na krajobrazie, w miejscu, gdzie żyły kiedyś i gdzie zginęły setki ludzi. 

Nie było też śladu po najeźdźcach ani po ich ofiarach, ani jednego ciała. Padło tu 

setki  ludzi  i  tysiące  nieludzkich  stworów.  Gdzie  podziały  się  ich  szczątki?  Leśne 
drapieżniki  nie  zdążyłyby  ich  tak  szybko  pożreć.  Tego  rodzaju  makabryczna  uczta 
trwałaby tygodniami. 

Ale  czymże  jest  pozbycie  się  ciała  i  kości  dla  nadprzyrodzonej  siły,  która  potrafi 

rozbijać i unicestwiać litą skałę i kamień, uświadomił sobie Konrad. 

Drewniany most na rzece, o dziwo, ostał się. Był nietknięty, zupełnie jakby uniknął 

zniszczenia, bo uznano, że znajduje się poza granicami wioski. 

Wilk  wjechał  pierwszy  na  most,  Konrad  szedł  za  nim,  prowadząc  za  uzdę  konia 

jucznego. Przeprawiwszy się przez rzekę, zatrzymali się. Wilk potoczył wzrokiem po tym 
krajobrazie totalnej zagłady. 

- Teraz ci wierzę - mruknął po chwili. 
Ale Konrad nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jak wszystko mogło tak bez śladu 

zniknąć? 

Zostały tylko cienie pogorzelisk. Gdyby nie te nienaturalne piętna wypalone w ziemi, 

można by pomyśleć, że nie było tu nigdy żadnej wioski. 

Konrad potrząsnął z niedowierzaniem głową. 
- Jak to… ? - zdołał tylko wykrztusić. 

background image

-  Widziałeś  napaść  zwierzołaków,  chłopcze,  zwierzołaków  i  ich  diabelskich 

sprzymierzeńców.  Ale  za  nimi  stały  daleko  bardziej  złowrogie  siły.  Ci  siepacze  mieli 
wymordować  ludzi  i  inwentarz.  Kiedy  zrobili  swoje,  stali  się  niepotrzebni.  Po 
wytrzebieniu  wszelkiego  życia,  przyszedł  czas  na  zatarcie  wszystkich  śladów  ludzkiej 
tutaj obecności. Do wykonania tego zadania wezwano potężniejsze i o wiele ohydniejsze 
moce. 

Większość  z  tego,  co  mówił  Wilk,  od  kiedy  się  poznali,  była  dla  Konrada 

niezrozumiała głównie dlatego, że tak mało wiedział o świecie. Ale tutaj był na swoim 
terenie: znał tę wioskę od dziecka. Mieszkał w niej całe życie. Był tu, kiedy rozpoczął się 
szturm. A mimo to słowa Wilka nadal nic mu nie mówiły. 

- O jakich siłach mówisz, panie? - spytał, nie odrywając oczu od spustoszenia. 
- Trudno to wyjaśnić - odparł Wilk - i wolę nawet nie próbować, bo obawiam się, że 

sam nie bardzo wiem. 

Jednak  Wilk  wiedział  o  wiele  więcej  od  Konrada.  Podróżował  po  świecie,  był 

nieporównywalnie bardziej doświadczony. 

- Czym są zwierzołaki? - spytał Konrad. - Skąd przychodzą? 
-  Zwierzołaki  to  esencja  absolutnego  zła.  Są  nim  do  cna  przeżarci.  Ci,  którzy  się 

tutaj wałęsają, to pozostałość po siłach, które przed dwustu laty napadły na Imperium i 
zostały  odparte  przez  Magnusa  Pobożnego.  Pomiot  niedobitków  i  barbarzyńskie 
kreatury,  które  z  czasem  zasiliły  ich  szeregi.  Od  lat  zamieszkują  odcięte  od  cywilizacji 
tereny, takie jak Las Cieni. Ostatnio coś hardzieją, coraz częściej napadają na ludzi. Ale 
czegoś  takiego  jeszcze  nie  widziałem.  A  zapewniam  cię,  że  sporo  się  już  w  życiu 
napatrzyłem. 

Wilk przepłukał gardło łykiem wody i obejrzał się za siebie. 
-  Imperium  znowu  jest  atakowane,  i  to  zarówno  z  zewnątrz,  jak  i  od  środka.  Ci, 

którzy podkopują cywilizację od wewnątrz, czynią to subtelnie i chytrze. To w pewnym 
sensie najniebezpieczniejsi z wrogów - ale ich nie można pokonać w otwartej bitwie, nie 
można z nimi walczyć zwykłą bronią, zimną stalą i gorącą krwią. Wojownik, który chce 
odegrać  w  tym  konflikcie  jakąś  rolę,  musi  prowadzić  walkę  poza  granicami  Imperium. 
Właśnie tam zmierzałem, kiedy się rano spotkaliśmy. 

background image

Mówiąc to, Wilk ścisnął rękojeść czarnego miecza, a potem wskazał ruchem głowy 

na miejsce, w którym stała kiedyś wioska. 

- Jednym z powodów, dla których postanowiłem opuścić Imperium, była nieznośna 

nuda. Mało się tu ostatnio działo - dodał i uśmiechnął się ponuro, obnażając zaostrzone 
zęby. - Gdzie mieszkała ta dziewczyna, ta, od której dostałeś kołczan? 

- Na zboczu tamtego wzgórza na wprost nas. - Konrad wskazał je palcem. 
Wilk  trącił  piętami  boki  Północy  i  ruszyli  przez  pogorzelisko.  Po  zabudowaniach 

pozostały  tylko  ślady  na  ziemi,  niemal  tak  samo  nietrwałe,  jak  rysunki,  które  przed 
kilkoma godzinami kreślił patykiem Wilk. 

I, tak jak tamte, szybko ulegną zatarciu. Na skutek działania wiatru, deszczu, mrozu 

i  śniegu  wkrótce  nie  będzie  tu  śladu  po  ludzkiej  osadzie.  Powoli  powrócą  drzewa,  las 
porośnie ten odizolowany przyczółek ludzkości, odbierze sobie ziemie, które niegdyś do 
niego należały. 

Konrad spojrzał na puste miejsce, w którym stała kiedyś gospoda z przylegającą do 

niej  oborą.  Wydało  mu  się,  że  wraz  z  budynkami,  w  których  spędził  tyle  czasu, 
wymazane zostało całe jego dotychczasowe życie. 

I wcale go to nie martwiło. 
Odchodził z wioski, by zacząć nowe życie. Przedtem nie żył, lecz wegetował. Teraz 

wraz  z  wioską  zniknęła  również  jego  przeszłość  -  i  rzeczywiście  rozpoczynał  życie  od 
nowa. 

Z  dworu  pozostało  tyle  samo,  co  z  wioski,  czyli  niewiele.  Miejsce  po  nim 

upamiętniały  zwęglone  drzazgi  wystające  z  ziemi,  zupełnie  jakby  ktoś  zaznaczył  nimi 
zarysy murów i budynków wznoszących się niegdyś w ich obrębie. 

- Opowiedz mi jeszcze raz - powiedział Wilk. 
-  Dziedzic,  który  mieszkał  we  dworze,  nazywał  się  Wilhelm  Kastring.  Jego  córka 

miała na imię Elyssa. W starej piwnicy znalazła łuk i kołczan ze strzałami. Podarowała mi 
je  w  dowód  wdzięczności  za  ocalenie  z  łap  zwierzołaka.  Łuk  się  złamał,  zużyłem 
wszystkie strzały i został mi tylko kołczan. A co, panie? 

Zamiast  odpowiedzieć,  Wilk  wyciągnął  rękę.  Konrad  podał  mu  kołczan  i Wilk 

obejrzał go bardzo uważnie: dziwna tekstura skóry, złoty herb przedstawiający pięść w 

background image

kolczej rękawicy i dwie skrzyżowane strzały. 

- Prawdę mówisz? - spytał. 
- Tak. 
Wilk rzucił kołczan na ziemię i ten, upadając, wzbił pokrywające ją warstwy popiołu. 

Stali w miejscu, gdzie znajdowały się kiedyś drzwi wejściowe do dworu. W tym samym 
miejscu stał niedawno Czaszkolicy, w tym miejscu czarna strzała przeszyła mu serce, w 
tym  miejscu,  z  niemal  takim  samym  zainteresowaniem  jak  Wilk,  Konrad  oglądał  złoty 
symbol. 

Chłopak schylił się po kołczan. 
- Zostaw! - warknął rozkazująco Wilk. - Stąd pochodzi, niech tu zostanie. 
Konrad zamarł. 
- Ale… - zaczął. 
Wilk machnął niecierpliwie ręką. 
- Chłopska broń - prychnął. 
Konrad  patrzył  na  szary  teraz  od  popiołu  kołczan.  Był  jego  jedyną  pamiątką  po 

Elyssie. Ale dopóki ma dziewczynę w pamięci, niepotrzebne mu żadne pamiątki po niej, 
zadecydował. Dopóki ją pamięta, ona żyje. 

Tak jak ocalał most na rzece, ocalał również most zwodzony nad fosą. Kiedy przez 

niego przejeżdżali, kierując się ku wsi, Konradowi coś się przypomniało. 

- Jeszcze jedno, panie - powiedział. 
- Co? 
- W przeddzień napaści, w wiosce zjawił się jakiś obcy. Rycerz w zbroi z brązu. 
Wilk  zatrzymał  konia,  obrócił  go  i  spojrzał  na  Konrada.  Nic  nie  mówił,  czekał  na 

dalszy ciąg. 

- Przejechał o świcie przez wioskę i wszystko jakby na ten czas ucichło. Trudno to 

teraz wyjaśnić. Chyba tylko ja i Elyssa go widzieliśmy, chociaż świadków powinno być o 
wiele więcej. Kiedy był w wiosce, czas jakby się zatrzymał. 

- Co zrobił? 
- Nic. Dojechał gościńcem, który tu był, aż tutaj, do dworu, a potem zawrócił konia i 

odjechał. 

background image

- Czy koń też miał na sobie brązową zbroję? 
- Tak. 
- Pancerz najeżony kolcami w każdym punkcie zgięcia - w łokciach, w kolanach, na 

kłykciach? 

- Tak. 
- Dwa szpikulce na hełmie jeźdźca i takie same na hełmie konia? 
- Tak. 
- Jego ekwipunku nie zdobił żaden herb, żadne symbole, nic, po czym można by go 

było zidentyfikować? 

- Nic. 
Wilk zacisnął dłonie na cuglach i zamilkł. 
- Kto to był? - spytał Konrad. 
Wilk  rozejrzał  się  dookoła,  spojrzał  na  niebo,  spojrzał  na  ziemię,  i  w  końcu,  kiedy 

wyczerpał już wszystkie kierunki, w jakie można było spojrzeć, mruknął: 

- Mój brat. Jest moim bliźniakiem… to znaczy, był… 
Konradowi przypomniało się, jak Elyssa porównała brązowego rycerza do ducha. 
- Nie żyje? - spytał. 
- Gorzej - burknął Wilk. Patrzył na Konrada, ale chyba go nie widział, myślami był w 

jakimś innym miejscu, innym czasie. 

Konrad się nie odzywał. Jeśli Wilk ma coś do dodania, sam to powie. 
W końcu Wilk pogładził konia po szyi i powiedział: 
- Północ też ma bliźniaka, kruczoczarnego ogiera. Kiedy osiągnęliśmy z bratem wiek 

dojrzały,  ojciec  każdemu  z  nas  dał  konia.  On  jeździ  teraz  na  swoim,  zakuty  w  te 
wszystkie blachy. On? Nie wiem, czy nie należałoby raczej powiedzieć „to coś”. 

Upił łyk wody i otarł usta grzbietem dłoni. 
- Rodzina, Konradzie, rodzina - podjął, kręcąc powoli głową. - Szczęściarz z ciebie, 

że jej nie masz i nie miałeś. Dzięki temu nie zdradzi cię nigdy najbliższa ci osoba. 

Konrada  przeszył  nagle  lodowaty  dreszcz,  bo  słowa  Wilka  poruszyły  w  nim  czułą 

strunę - przeczuwał kiedyś, że też zostanie zdradzony przez kogoś najbliższego. 

Ale teraz już do tego nie dojdzie. Elyssa nie żyje. 

background image

I naraz coś odciągnęło uwagę Konrada. Odwrócił głowę i spojrzał na las. Nie było 

tam nic, ale on widział… 

- Zwierzołaki! - Rzucił ostrzegawczo, bo tylko tym słowem potrafił opisać trzy stwory 

z piekła rodem, które za chwilę miały na nich runąć. 

Wilk dobył błyskawicznie miecza i omiótł wzrokiem zbocze wzgórza, nad miejscem, 

gdzie kiedyś stał dwór, oraz skraj rosnącego na szczycie lasu. 

Północ  parsknął  i  przestąpił  niespokojnie  z  nogi  na  nogę.  Jego  wyczulone  zmysły 

również wykryły niewidoczne zagrożenie czające się między drzewami. W chwilę potem 
wyprysnęła  stamtąd  śmiertelna  trójka  i  z  niewiarygodną  szybkością  pomknęła  w  dół 
zbocza! 

W  odróżnieniu  od  większości  zwierzołaków,  potworów  rozlazłych  i  powolnych,  te 

stwory były smukłe i muskularne, odziane w lekkie pancerze, uzbrojone w błyszczące, 
zakrzywione miecze i lśniące owalne tarcze. Ich ciała przypominały ludzkie i były pokryte 
sierścią w czerwono-żółte wzory; miały zęby, a na głowach rogi. 

Z taką szybkością mogły poruszać się dlatego, że… frunęły! 
Z  grzbietów  wyrastały  im  wielkie  skrzydła,  dzięki  którym  pokonywały  stromiznę 

szybciej niż jakiekolwiek stworzenie biegiem. Skrzydła przypominały ptasie; ale zamiast 
piórami, pokryte były łuskami, z których każda połyskiwała w promieniach słońca. 

-  Chyba  mamy  kłopot  -  zauważył  Wilk,  sięgając  szybko  po  hełm.  Zorientował  się 

jednak, że nie zdąży wdziać nakrycia głowy i zamiast za hełm, chwycił za tarczę. 

W chwilę później jeden z trzech latających stworów zanurkował w stronę Konrada. 

Chłopiec padł na ziemię i odtaczając się w bok, poczuł na twarzy zimny prąd powietrza 
przecinanego przez głownię miecza, która o włos minęła jego policzek. 

Nie miał czasu tego rozpamiętywać, bo ku niemu pikowała już druga bestia, i tym 

razem oberwał - jednak tylko stopą w ramię. Ale ostre szpony wyrastające z paluchów 
tej stopy rozpruły mu kubrak i rozorały ciało. Turlał się po ziemi dalej, umykając przed 
trzecim mutantem, który spadał na Konrada lotem nurkowym. 

Wilk  spiął  konia  i  wpadł  między  nich,  by  zablokować  atak.  Pochylając  głowę, 

poderwał  w  górę  miecz  i  jednocześnie  wbił  pięty  w  boki  Północy.  Koń  stanął  dęba  i 
czarna głownia uniosła się jeszcze wyżej. Z napastnika, ślizgającego się po nastawionym 

background image

na sztorc ostrzu i rozpruwanego od gardła po pas, bluznęła czerwona jucha. 

Zwalił  się  na  ziemię  i  leżał,  skrzecząc  wstrętnie,  póki  nie  uciszyły  go  wierzgające 

kopyta Północy. 

Tymczasem dwa pierwsze stwory zdążyły już zatoczyć krąg i wracały, by przypuścić 

kolejny  atak.  Tak  jak  poprzednio,  oba  zanurkowały  ku  Konradowi.  Ten  stał  już  na 
nogach, ale znowu musiał rzucić się na ziemię, by uniknąć rozpłatania mieczem. 

Tym razem padł na plecy i machnąwszy na oślep nożem, poczuł, jak ostrze natrafiło 

na  przelatujące  nad  nim  cielsko.  Stwór  upuścił  miecz  i  z  jego  rozciętego  ramienia 
trysnęła krew. 

Ale na Konrada, położywszy po sobie karmazynowo-żółte skrzydła, pikował już drugi 

zwierzołak. 

I znowu z odsieczą pośpieszył mu Wilk, wpadając na Północy między stwora a cel, 

który ten sobie obrał, i dźgając ostrzem w górę. Napastnik odparował pchnięcie tarczą i 
odleciał w bok. 

-  Chyba  cię  nie  lubią,  chłopcze!  -  krzyknął  Wilk,  kiedy  dwa  czerwono-żółte  diabły, 

zatoczywszy krąg, zanurkowały znowu. 

Konrad zerwał się z ziemi i skoczył po upuszczony przez stwora miecz. 
- Nie! - dobiegł go ostrzegawczy wrzask Wilka, kiedy się po niego schylał. 
Ale  on  zamykał  już  dłoń  na  rękojeści  i  czuł  falę  energii  rwącą  ramieniem, 

rozpływającą się po całym ciele. Zdezorientowany zerknął na Wilka. 

Uniósł oręż. Miecz wyglądał na ciężki, ale wcale taki nie był. Konrad ujął go jednak 

oburącz, instynktownie wyczuwając, że dzięki temu emanująca z broni energia szybciej 
przez niego przepłynie, wzmacniając każdy mięsień i nerw, każdą kość i ścięgno. 

Z  nieba  spadał  już  nań  drugi  latający  potwór,  ten,  który  wciąż  był  uzbrojony. 

Pikował  z  uniesionym  mieczem,  plując  i  szczerząc  kły.  Konrad  nie  odskoczył.  Również 
uniósł miecz i czekał, trzymając go pewnie obiema rękami. Zobaczył, co zamierza stwór, 
wiedział już, że dla niepoznaki machnie najpierw mieczem w lewo, cofnie go i odlatując, 
wyprowadzi właściwe ciecie w prawo… 

Nie  drgnął  nawet,  kiedy  spadał  pierwszy  cios.  Potem,  kiedy miecz napastnika, jak 

ujrzał  to  w  swojej  wizji,  cofał  się,  Konrad  podskoczył  i  ciął  na  odlew.  Stwór  próbował 

background image

zasłonić  się  tarczą,  ale  na  próżno.  Miecz  chłopaka  odrąbał  mu  połowę  skrzydła. 
Napastnik, jak kamień runął na ziemię. 

Coś  śmignęło  w  powietrzu,  ocierając  się  niemal  Konradowi  o  głowę.  Nóż.  Trzeci 

stwór,  choć  zgubił  miecz,  nie  rezygnował.  Spadał  na  Konrada,  wyszarpując  zza  tarczy 
następny nóż. 

Cisnął  nim  w  Konrada  i  odbił  w  bok.  Ostrze  świsnęło  obok  szyi  chłopaka,  a 

napastnik,  bijąc  wściekle  skrzydłami,  wzniósł  się  i  odleciał  poza  zasięg  miecza, 
dobywając zza tarczy trzeciego noża. 

W tym momencie Wilk rzucił w stwora swoją okrągłą tarczą. Wirując, poszybowała 

w niebo i trafiła potwora w brzuch. Gadzina przestała machać skrzydłami, straciła impet 
i runęła na ziemię. 

Wilk  zeskoczył  z  konia,  podbiegł  do  niej,  zatopił  szybko  czarny  miecz  w  cielsku 

ofiary i cofnął zakrwawioną głownię. 

Tymczasem  Konrad  zwrócił  się  przeciwko  rannej  bestii,  która  dźwignęła  się  już  z 

ziemi na szponiaste nogi i plując jadem, skrzecząc w nieludzkiej furii, zaszarżowała na 
niego. 

Ze szczękiem starły się dwa miecze, trysnęły skry. 
Przeciwnik  był  od  Konrada  wyższy,  silniejszy  i  cięższy.  Konrad  powinien  ulec  jego 

przewadze,  ale  chłopak  znalazł  głęboko  w  sobie  nowe  źródło  siły,  uaktywnione przez 
broń, którą trzymał. 

Zadana  szponami  rana,  choć  niezbyt  poważna,  ale  jednak  głęboka,  powinna 

sprawiać  mu  ból.  On  jednak  nic  nie  czuł.  Energia  płynąca  z  miecza  była  jak  kojący 
balsam. 

Kiedy, napierając jeden na drugiego ostrzami, testowali swoją fizyczną sprawność, 

Konrad  spojrzał  w  oczy  wroga  i  stwierdził,  że  są  dokładnie  takie  same  jak  ślepia 
zwierzołaka, którego zabił przed dwoma dniami i w którego skórę później się przyodział. 
Były tak samo białe, jakby nie miały źrenic. Jednak stwór widział. 

Odskoczyli od siebie i rozpoczął się pojedynek. 
Konrad  nie  walczył  nigdy  mieczem,  ale  bez  trudu  parował  ciosy,  przewidując  za 

każdym  razem,  gdzie  spadnie  ostrze.  Jednak  bronił  się  tylko,  uskakując  przed 

background image

pchnięciami, niezdolny samemu je zadawać. 

Stwór zorientował się, że ma przewagę i natarł ze zdwojoną energią. Ciął mieczem 

to  z  góry,  to  od  dołu,  to  z  lewa,  to  z  prawa.  Szczerzył  kły  i  powarkiwał,  przy  każdym 
ciosie kłapiąc wściekle szczękami. 

W pewnej chwili ostrza znowu się sczepiły, i Konrad, cofając się, poczuł na twarzy 

cuchnący  oddech  napastnika,  zobaczył  jego  rozedrgane  nozdrza,  wietrzące  rychłe 
zwycięstwo. 

Do  tej  pory  trzymał  miecz  oburącz,  teraz  jednak  oderwał  od  rękojeści  lewą  dłoń  i 

powstrzymując  napór  przeciwnika  tylko  prawą  ręką,  sięgnął  po  zatknięty  za  pas  nóż. 
Stwór  zamachnął  się  tarczą.  Konrad  uchylił  się  przed  uderzeniem  i  chwytając  za 
kościaną rękojeść krisa odskoczył, by w następnej chwili runąć naprzód i wyprowadzić 
pchnięcie  od  dołu.  Ostrze  weszło  w  podbródek  potwora,  przebiło  szczękę  i  język,  po 
czym wraziło się w mózg. 

Bestia, nie przyjmując do wiadomości swojej klęski, nadal spychała Konrada w tył. 

Dopiero  kiedy  ten  odstąpił  w  bok,  runęła  na  pysk,  machając  wściekle  trzymanymi  w 
rękach  mieczem  i  tarczą,  ryjąc  nimi  ziemię,  jakby  próbowała  kopać  sobie  grób.  Ale  z 
umierającego  szybko  uchodziły  siły.  Skrzydlata  bestia  znieruchomiała  w  końcu,  jej 
posoka wsiąkała w wysuszoną ziemię. 

-  Jestem  pod  wrażeniem  -  powiedział  Wilk,  który,  wspierając  się  na  mieczu, 

obserwował walkę. 

Konrad, wciąż trzymając w górze zdobyczny miecz, spojrzał na swego pana. 
- Rzuć go - powiedział Wilk. 
Konrad, wbrew własnej woli, zrobił krok w jego kierunku. 
- Rzuć go! 
Posłuchał. Z trudem rozwarł zaciśnięte palce i wypuścił miecz z dłoni. Popatrzył na 

ścierwo stwora, którego przed chwilą zabił, i schylił się, by wyszarpnąć mu z gardła swój 
nóż. 

-  Aj!  -  krzyknął  pod  wpływem  bólu,  jaki  przeszył  mu  lewy  bark.  Po  rozoranych 

szponami plecach ściekały leniwie strumyczki krwi. 

- Ściągaj kubrak - powiedział Wilk, podchodząc do konia jucznego i drąc na pasma 

background image

szmatę,  którą  wyciągnął  z  jednego  z  umocowanych  na  grzbiecie  zwierzęcia  tobołków. 
Polał ranę Konrada wodą i przystąpił do jej opatrywania. 

- Czemu tak się na ciebie uwzięły? - spytał. 
- Na mnie? 
- A tak. Wyglądało na to, że tylko o ciebie im chodzi. Na mnie nie zwracały uwagi. 
Konrad nie odpowiedział. 
-  I  skąd  wiedziałeś,  że  będziemy  mieli  z  nimi  do  czynienia,  zanim  się  jeszcze 

pojawiły? - spytał Wilk, skończywszy. 

Konrad  spuścił  wzrok,  unikając  spojrzenia  Wilka,  który  patrzył  mu  w  oczy  -  w te 

różniące się kolorem oczy… 

-  Trzymaj  -  powiedział  Wilk,  wręczając  mu  swój  miecz.  -  Chyba  nie  muszę  ci  już 

mówić, co masz z nim zrobić? 

Konrad wziął od niego oręż i obejrzał się na trzy martwe potwory. 
- Co to za jedni? 
- Zwierzołaki. 
- Mam je obedrzeć z ekwipunku? 
-  Ani  mi  się  waż!  Nawet  ich  nie  dotykaj.  Oczyść  mój  miecz  jakimś  gałganem  po 

tamtych dwóch mieszczuchach. 

Konrad  dopiero  teraz  zauważył,  że  prowizoryczny  opatrunek  Wilk  sporządził  z 

koszuli  Carla.  Zabrał  się  za  czyszczenie  miecza,  Wilk  tymczasem  poszedł  po  swoją 
tarczę. 

Potem opuścili spopieloną wioskę, zostawiając trupy trzech martwych napastników 

tam, gdzie padły w walce. 

* * * 

- Czy to bezpieczne? - spytał niespokojnie Konrad, kiedy w końcu rozbili biwak na 

noc. 

Większą  część  dnia  przewędrowali  w  milczeniu.  Wilk  nie  powiedział  nic  więcej  na 

temat  swojego  brata  i  nie  kwapił  się  rozmawiać  o  bestiach,  które  ich  zaatakowały,  a 
więc Konrad nie próbował nawet pytać o tak banalną rzecz, jak cel ich podróży. 

Nie podobało mu się, że spędzają noc w lesie, ale innego wyjścia chyba nie było. 

background image

Mogli co najwyżej brnąć dalej przez ciemną knieję. 

Wilk wzruszył tylko ramionami. 
- Czy któryś z nas będzie czuwał? 
- Chcesz, to czuwaj, tylko co to da? Zresztą śmierć we śnie to moje marzenie. 
Wokół  zapadał  zmierzch.  Konrad  spojrzał  na  swego  pana.  Trudno  było  stwierdzić, 

kiedy  Wilk  żartuje,  a  kiedy  mówi  poważnie.  Z  tym  że  on  chyba  nigdy  nie  potrafił  zbyt 
długo zachować powagi. 

Konrad  chętnie  rozpaliłby  ognisko,  ale  zdawał  sobie  sprawę,  że  ogień,  choć 

trzymałby  na  dystans  leśne  zwierzęta,  to  nie  odstraszałby  innych,  o  wiele  bardziej 
niebezpiecznych stworzeń. Wręcz by je przywabiał. 

- Aleś miał dzionek - zauważył Wilk. 
Konrad kiwnął głową i dotknął ostrożnie kontuzjowanego barku. Nadal pulsował, ale 

już tak nie bolał. 

Potem przypomniało mu się, jak o mało co nie zawisł dzisiaj na szubienicy, i dotknął 

szyi. Przed rokiem synowi wiejskiego młynarza udowodniono morderstwo. Pokłócił się z 
jednym  z  rolników  o  wagę  worka  z  mąką  i  doszło  do  bójki,  w  której  tamten  poniósł 
śmierć.  Wilhelm  Kastring  skazał  chłopaka  na  śmieć  przez  powieszenie,  i  wyrok  został 
wykonany. 

Ale  między  powieszeniem  za  morderstwo,  a  skazaniem  na  tę  samą  karę  za 

schwytanie królików była wielka różnica. 

- Naprawdę by mnie powiesili? 
- Słyszałeś, co powiedział Krieshmier. 
- Za dwa króliki? 
- A co mieli z tobą zrobić? Wsadzić do więzienia? Musieliby cię wtedy karmić, płacić 

komuś za pilnowanie. Wygodniej było cię zgładzić, i o wiele taniej. 

Wilk ziewnął i ciągnął: 
- Ale pociesz się, chłopcze, że dopiero człowiek skazany na śmierć wie, że żyje. Nie 

zliczę,  ile  razy  mnie  się  to  przytrafiało.  Straciłem  już  rachubę.  Do tej  pory  tu  i  ówdzie 
krążą za mną listy gończe i wyznaczona jest nagroda za moją głowę. I wierz mi, lepiej 
zostać skazanym na śmierć niż wtrąconym do lochu. 

background image

Wilk  rozpiął  skórzany  kaftan  i  rozchylił  poły.  Chociaż  było  już  ciemno,  Konrad 

zauważył, że cały tors ma poznaczony szramami po starych okaleczeniach. Było ich tyle, 
że trudno było się dopatrzyć kawałka nienaruszonej skóry. W porównaniu z tym blizny 
Konrada przypominały zadrapania. 

-  Jedni  tacy,  u  których  siedziałem  kiedyś  w  niewoli,  zrobili  mi  to  dla  zabawy,  ale 

mnie nie było wcale do śmiechu. - Wilk dotknął łańcucha na szyi. - To obroża, na której 
mnie trzymano. Noszę ją na pamiątkę, co nie znaczy, że bez niej bym zapomniał. Nigdy, 
przenigdy nie dam się już wziąć żywcem. 

Popatrzył na Konrada. 
- Gdybyś znalazł się kiedyś w sytuacji bez wyjścia i groziło ci, że zostaniesz jeńcem, 

lepiej od razu poderżnij sobie gardło. Póki życia, poty nadziei, mawiają. To nieprawda. 

-  Ty  przeżyłeś  -  zauważył  Konrad.  -  Wiele  wycierpiałeś,  ale  w  końcu  uciekłeś, 

przetrwałeś. 

- Czasami wydaje mi się, że wcale nie. 
Była  to  jeszcze  jedna  z  enigmatycznych  uwag  Wilka.  Konrad  wiedział,  że  nie 

doczeka się jej rozwinięcia, spytał więc: 

- A kto miałby mnie pojmać? 
Wilk puścił łańcuch i zapiął z powrotem kaftan. 
- Pojmają cię, jeśli nie będą cię mogli zabić, a dzisiaj dwa razy im się to nie udało. 

Nie,  trzy.  Najpierw  próbowali  cię  powiesić,  potem  skrycie  zamordować,  a  na koniec 
napadły na ciebie zwierzołaki. Od dawna prowadzisz takie urozmaicone życie? 

- Może tych trzech napadło na mnie, bo ocalałem z pogromu w wiosce - powiedział 

Konrad. - Ale nie widziałem żadnego z nich podczas ataku. 

-  Istnieje wiele odmian zwierzołaków,  chłopcze,  i  z  każdą  porą  roku  jakby  ich 

przybywało.  Jedni  wyglądają  jak  zwierzęta,  ale  inteligencję  mają  ludzką;  inni 
przypominają wyglądem ludzi, a móżdżki mają ptasie. 

- I myślisz, panie, że istnieje jakiś związek między dzisiejszą napaścią zwierzołaków i 

tym, co przydarzyło mi się w Ferlangen? 

Ale Wilk spojrzał na drzewa i w tym samym momencie Konrad dostrzegł, że coś się 

między  nimi  poruszyło.  Chwycił  za  nóż,  ale  Wilk,  który  w  międzyczasie  podniósł  się  z 

background image

ziemi, nie dobywał miecza z pochwy. 

- Mamy towarzystwo - powiedział ruszając w kierunku milczącego intruza. 
Konrad zauważył teraz, że jest ich więcej i też wstał. W ciemnościach zalegających 

między drzewami przemykało kilka jeszcze ciemniejszych cieni. Tu mignęło jakieś futro, 
tam błysnęły groźne ślepia. 

Wilk wtopił się w mrok i zrównał ze zwierzętami. 
Wilk, przemknęło przez myśl Konradowi, wilki… 
Nocne  stworzenia  były  wilkami,  ale  Wilk  się  ich  nie  lękał,  bo  musiał  być  z  nimi  w 

jakiś sposób spowinowacony. Widać, nie tylko nazwisko i twarz miał wilcze. 

Konrad bał się podejść bliżej, ale wytężywszy wzrok, rozróżnił w ciemnościach Wilka 

siedzącego w kucki i głaszczącego jedno ze zwierząt po łbie. Wyglądało to tak, jakby coś 
do niego mówił. 

Po paru minutach Wilk wrócił. 
-  No  to  mamy  sprzymierzeńców  -  oznajmił.  -  Możesz  spać  spokojnie,  chłopcze, 

nasze pieski wartownicze postróżują. 

Konradowi cisnęło się na usta mnóstwo pytań, ale wiedział, że Wilk mu na nie nie 

odpowie. 

Usiadł i wzdrygnął się. 
- Zimno ci? 
-  Tak  -  powiedział,  chociaż  sam  nie  był  pewien,  czy  drży  z  zimna  czy  ze  strachu 

przed wilkami. 

- Jak tam bark? 
Konrad poruszył ręką. 
- Boli. 
- To dobrze. Znaczy, że się goi. Lepiej zacznij się ciepło ubierać i nosić te buty. 
- Przecież mamy lato. 
- Tam, dokąd zmierzamy, nie wiedzą, co to lato. 
- A dokąd zmierzamy? 
- Do Kisleva - odparł Wilk. - I jeszcze dalej. 

background image

Rozdział jedenasty 

Wędrowali wiele dni, Konrad przez cały czas na piechotę. 
O  brzasku  wilki  gdzieś  znikały,  ale  wracały  z  nadejściem  nocy.  Konrad  nie  był 

pewien, czy to wciąż te same zwierzęta, które za dnia suną niepostrzeżenie ich tropem, 
czy też każdego wieczoru inna wataha. Nie był nawet pewien, czy to prawdziwe wilki czy 
jakieś  widmowe  zwierzęta,  które  Wilk  wyczarował,  by  czuwały  nad  ich 
bezpieczeństwem. 

Nie pytał. Wilk nic nie mówił. 
Każdego  wieczoru  o  zmierzchu  Wilk  znikał  między  otaczającymi  obozowisko 

drzewami,  by  bratać  się  tam  ze  stadem,  które,  ubezpieczając  rycerza  i  jego  giermka, 
przeczesywało mroczne knieje. 

Konrad mógł podejść bliżej, mógł podjąć próbę zorientowania się, w czym rzecz; ale 

jeśli Wilk naprawdę rozmawiał ze zwierzętami, których imię nosił, to on wolał nic o tym 
nie wiedzieć. 

Początkowo  bliskość  takich  wzbudzających  grozę  stworzeń  napawała  go 

niepokojem.  Ale  przemęczywszy  się  przez  kilka  pierwszych  nocy,  przywykł  do  ich 
obecności i sypiał już dobrze, kojony świadomością, że przed innymi leśnymi stworami 
chroni ich krąg niewidzialnych obrońców. Dzięki nim lepiej znosił trudy podróży. 

Z czasem porzucił pierwotny zamiar opuszczenia Wilka przy pierwszej nadarzającej 

się  okazji.  Wiedział  już,  że  na  wiosce  świat  się  nie  kończy,  że  może  rozpocząć  nowe 
życie i żyć inaczej. Pierwszym krokiem na tej drodze była służba u Wilka w charakterze 
giermka. 

Nie bardzo wiedział, na czym polegają obowiązki giermka. Jak dotąd ograniczały się 

do  czyszczenia  miecza  Wilka.  W  ich  zakres  musiało  jednak  wchodzić  coś  więcej,  ale 
podejrzewał, że o tym, co konkretnie ma robić, dowie się dopiero po dotarciu do Kisleva. 

Na razie wystarczało mu, że wciąż idą i że każdy krok oddala go od wioski. 
Po drodze mijali inne wsie i miasteczka. Nigdy nie zatrzymywali się tam na nocleg, 

ale w pakunkach dźwiganych przez jucznego konia Wilk znalazł zawsze coś, co dało się 
wymienić na prowiant. Ani razu nie zaszedł do gospody; pił tylko wodę. 

background image

- Nic ci już chyba nie grozi - powiedział pewnego wieczoru. 
- A groziło? - spytał Konrad. 
- Twoja rana. 
Konrad prawie już zapomniał o odniesionej ranie. Pozostały mu po niej trzy długie 

szramy na barku i nie nosił już opatrunku. 

- Draśnięcie - prychnął lekceważąco Konrad. 
- Fakt, wygląda jak draśnięcie - powiedział Wilk. - Ale o wiele banalniejsze obrażenia 

mogą  się  okazać  śmiertelne.  Zwierzołaki,  atakując  swoją  ofiarę,  wydzielają  jad,  który 
dostaje się do ran. Z początku nie boli i czasami ludzie nie wiedzą nawet, że ich krew 
została  zakażona.  Potem  przychodzi  ból,  który  nasila  się  i  nasila,  aż  w  końcu 
nieszczęśnik  kona  w  męczarniach.  Widziałem  takich,  którzy  w  przypływie  szaleństwa 
odrąbywali  sobie  kontuzjowane  kończyny,  by  położyć  kres  cierpieniu.  Ale  to  nigdy  nie 
pomagało. 

Od tej rozmowy  Konrad  kilka  razy  dziennie  oglądał  sobie  bark,  wypatrując 

jakichkolwiek  oznak  zakażenia.  Nie  dostrzegał  takich,  a  nawet  gdyby  się  pojawiły, 
byłoby już za późno… 

Trakt, którym podążali, niewiele był szerszy od tego, który prowadził do Ferlangen, i 

znajdował  się  w  o  wiele  gorszym  stanie,  ale  Wilk  twierdził,  że  to  jeden  z  głównych 
szlaków na terenie Imperium. Konrad wiedział już, że Kislev graniczy z Imperium, lecz 
wyjaśnienia  Wilka  wydawały  mu  się  mętne,  dopóki  nie  odkrył,  że  zarówno  kraj,  jak  i 
jego stolica noszą tę samą nazwę. 

Szli na wschód do Erengardu, grodu na kislevskim wybrzeżu. Ten sam trakt, gdyby 

posuwali  się  nim  w  przeciwnym  kierunku,  doprowadziłby  ich  do  Middenheim. 
Middenheim  leżało  na  skrzyżowaniu  szlaków  Imperium.  Skręcając  w  Middenheim  na 
południe,  doszliby  do  Altdorfu,  stolicy.  Ale  podążając  dalej  na  zachód,  dotarliby  do 
wybrzeża, do portu Marienburg. 

Linia brzegowa pomiędzy Erengardem a Marienburgiem wytyczała północną granice 

Imperium. Dalej rozciągało się Morze Szponów. Oba porty również leżały poza granicami 
Imperium.  Studiując  mapy,  które  Wilk  rysował  na  piasku,  Konrad  zaczynał  powoli 
kojarzyć wszystkie nazwy i miejsca, o których słyszał. 

background image

Z Erengardu do leżącego na zachodzie Marienburga prowadziła droga, ale z Kisleva 

do Marienburga można było również dotrzeć rzeką. Płynęła ona przez stolicę Kislev na 
zachód  do  Altdorf,  gdzie  wpadała  do  rzeki  Reik  i  wraz  z  nią  spływała  na  północ  do 
morza. 

- Wszystko jest połączone - powiedział Wilk, spoglądając na kolejną z mapek, którą 

wyrysował  na  ziemi,  i  przeciągnął  linię  wzdłuż  drogi  łączącej  Marienburg  poprzez 
Middenheim z Erengardem, a potem drugą, wzdłuż rzeki, od Kisleva poprzez Altdorf do 
Marienburga.  -  Dopiero  przed  kilkoma  laty  pokazano  mi  taką  mapę.  Prawdziwą, 
narysowaną  na  pergaminie.  Wcześniej  nie  wiedziałem  nawet,  co  to  mapa.  I  w  jednej 
chwili wszystko stało się jasne. Byłem we wszystkich tych miejscach i wreszcie mogłem 
spojrzeć  na  ich  ogólny  układ,  zobaczyć  połączenia  między  nimi.  To,  co  dzieje  się  w 
jednej  części  Imperium,  ma  wpływ  na  wydarzenia  w  innych,  nawet  jeśli  odległość 
wynosi tysiące mil. Podobnie na Imperium ma wpływ wszystko, co dzieje się gdzieś tam 
w Starym Świecie. 

Konrad  nie  był  pewien,  czy  w  pełni  to  pojmuje,  ale  przywykł  już  do  takich 

wątpliwości. 

Co jakiś czas natykali się na ustawioną w poprzek drogi furtę podobną do tych na 

podejściu do Ferlangen. 

Przy  każdej  stali  uzbrojeni  żołnierze  i  pobierali  myto,  ale  od  Wilka  ani  razu  nie 

zażądali  opłaty.  Zamieniał  kilka  słów  z  wartownikami,  po  czym  ci  otwierali  furtę  albo 
unosili szlaban i przepuszczali ich. 

Strażnik  pobierający  myto  w  Ferlangen  wypuścił  ich  z  miasta,  ponieważ  się  bał,  o 

tym Konrad był przekonany; ale na trakcie z Middenheim do Erengardu powód był inny. 
Zaprawieni w bojach weterani patrolujący szlak nie wyglądali na tchórzy. 

Kryterium ich doboru były zapewne siła i odwaga, bo lasy, przez które biegła droga, 

roiły się od zwierzołaków. A im dalej na wschód się zapuszczali, tym więcej wyczuwał 
Konrad tych kreatur czających się w zakazanych leśnych ostępach. 

- Czy oni przepuszczają nas dlatego, że idziesz do Kisleva walczyć ze zwierzołakami, 

panie? - spytał Konrad, kiedy minęli kolejną taką furtę. 

- Nie - odparł Wilk - ale dobrze rozumujesz. Żołnierze śpieszący z pomocą obrońcom 

background image

Kisleva  nie  muszą,  oczywiście,  płacić  myta.  A  niezależni  rycerze  mogą  się  również 
wystarać o kwit podróżny. Ale ja niczego takiego nie potrzebuję. 

- Dlaczego? 
- Bo pracowałem w najbezwzględniejszej, siejącej największy postrach instytucji w 

całym  Imperium.  Gdziekolwiek  się  pojawialiśmy,  najdzielniejsi  robili  w  portki.  Nikt  się 
przed nami nie uchował. Nikt nam nigdy nie umknął. 

- Kim ty byłeś, panie? 
- Imperialnym poborcą podatków! - Wilk wybuchnął śmiechem. - A to, rzecz jasna, 

oznacza,  że  sam  nigdy  nie  musiałem  płacić  podatków  i  byłem  zwolniony  z wszelkich 
opłat na terenie całego Imperium. Chłopaki pobierający myto na furtach są z pokrewnej 
branży, należą do tego samego bractwa, a ja znam hasło i nie muszę płacić. Ty również 
nie musisz. 

- Dzięki. 
- Nie ma o czym gadać. 
Konrad  posłuchał  i  więcej  już  do  tego  nie  wracał.  Podążali  dalej  niestrudzenie, 

zatrzymując  się  tylko  na  popas,  posiłek,  nocleg,  uzupełnienie  zapasów,  albo  kiedy 
zaskoczył ich ulewny letni deszcz. I w końcu dotarli do Kisleva. 

* * * 

Wyraźnej granicy nie było, żaden znak nie informował, gdzie kończy się Imperium i 

zaczyna nowy kraj. Konrad zorientował się, że są już w Kislevie, dopiero wtedy, kiedy 
puszcza urwała się nagle jak nożem uciął i Wilk wskazał na leżące przed nimi miasto. 

- Erengard - powiedział. 
Była  to  twierdza  otoczona  wysoką  palisadą.  Ponad  nią  wyrastało  kilka  wież,  i  to 

wszystko.  Puszczę  w  szerokim  pasie  przedpola  wykarczowano  do  cna.  Dzięki  temu 
strażnicy  na  wieżach  mogli  zawczasu  ostrzec  mieszkańców  o  każdym  szturmie, 
zawierano  bramy,  i  wróg,  żeby  wedrzeć  się  do  miasta,  musiałby  wyrąbywać  wyłom  w 
ścianie z grubych bali. 

Uwagę  Konrada,  choć  fascynowała  go  palisada  ciągnąca  się  daleko  jak  okiem 

sięgnąć, przyciągnął widok na północy - morze. 

Trasa,  którą  podróżowali,  przywiodła  ich  na  wybrzeże.  Teraz,  kiedy  widoku  nie 

background image

przesłaniał las, Konrad po raz pierwszy zobaczył ocean. 

I nie uwierzył własnym oczom. 
Dzielił ich od niego szeroki na milę pas lądu, który sam w sobie mógł wprawiać w 

zadziwienie. Konrad nigdy nie widział  tak  ogromnej połaci  ziemi bez jednego drzewa i 
ludzkiej  siedziby.  Całe  dotychczasowe  życie  upłynęło  mu  wśród  gęstwy  listowia,  nie 
sięgnął nigdy wzrokiem dalej niż na kilkaset jardów w kierunku szczytu wzgórza, albo ze 
wzgórza w dolinę. 

A tu, za równiną, u stóp opadającego łagodnie ku brzegowi zbocza, falowało morze. 

Ten  absolutny  bezkres,  ta  zupełna  pustka  ciągnąca  się  aż  po  horyzont  dosłownie 
zapierała mu dech w piersiach. 

Dzień  był  bezchmurny  i  pomarszczona  powierzchnia  błękitnego  oceanu  lśniła  w 

promieniach słońca. Hen, w dali bieliły się żagle statków wychodzących z portu, bądź do 
niego wpływających. 

Konrad stał jak skamieniały i chłonął ten widok, a chłodny wiatr od oceanu owiewał 

mu twarz i wichrzył włosy. 

- To tylko woda - burknął Wilk. 
- Tak, ale… tyle jej… 
- A pod spodem jeszcze więcej! 
- Gdzie się kończy? 
- Nigdzie. Rozciąga się w nieskończoność. Wody omywające to wybrzeże, są takie 

same jak fale, które biją o brzegi Arabii i Lustrii, Kitaju i Nipponu. To wszystko elementy 
tej samej układanki, Konradzie. My również. Jesteśmy wszyscy pionkami w kosmicznej 
grze. 

Od patrzenia na tę nieskończoność Konradowi zaczynało się kręcić w głowie i musiał 

się odwrócić, spojrzeć za siebie i skupić wzrok na tym, co znał i z czym był za pan brat - 
na Lesie Cieni. Puszcza również zdawała się nie mieć kresu, ale wiedział już od Wilka, że 
to tylko jeden z lasów porastających większość terytorium Imperium. Oprócz niego były 
jeszcze Las Reikwald, Las Laurelorn, Las Drakwald, Wielki Las… 

- Idziemy - ponaglił go Wilk. - Do Erengardu co prawda dotarliśmy, ale to dopiero 

połowa drogi. 

background image

- Połowa drogi dokąd? 
Ale Wilk jak zwykle nie odpowiedział. 
Ruszyli w stronę miasta. Trakt, którym przyszli tu z Imperium, doprowadził ich do 

wrót o wierzejach z brązu. Choć wielkie, wydawały się małe wobec ogromu palisady, w 
której je osadzono. Nie otwarto ich przed Wilkiem tak ochoczo, jak wcześniej otwierano 
furty na trakcie, którym tu przybyli. 

Strażnicy przy miejskiej bramie na zbroje narzucone mieli futra, a większość z nich 

nosiła  sumiaste,  obwisłe  wąsy.  Zerkali  podejrzliwie  na  zsiadającego z konia Wilka. 
Powierzywszy Północ pieczy Konrada, Wilk skierował się do wartowni. 

Konrad obserwował z zaciekawieniem dyskusję, jaka się tam wywiązała i obfitowała 

w  żywiołową  gestykulację  oraz  pokazywanie  palcami.  Z  wartowni  wywołano  oficera,  i 
debata, poparta gestykulowaniem, rozgorzała na nowo z wzmożoną żywiołowością. Po 
jakimś czasie wrota uchyliły się nieco i wysunęła się przez nie jakaś urzędowa osoba, by 
podjąć się arbitrażu na wyższym szczeblu. 

Jeden  ze  strażników  zbliżył  się  wyciągniętym  krokiem  do  Konrada,  obejrzał  go  ze 

wszystkich  stron,  a  potem  podszedł  do  Północy,  by  odskoczyć  natychmiast  przed 
kopytami białego ogiera, który, parsknąwszy, stanął dęba. Strażnik dał mu spokój i zajął 
się sprawdzaniem ładunku dźwiganego przez konia jucznego. Najwyraźniej zadowolony 
z wyniku inspekcji wrócił pod bramę, gdzie nadal trwały ożywione negocjacje. W chwilę 
potem, wśród uśmiechów i ukłonów, strony podały sobie ręce i wymieniły saluty. 

Wilk wrócił. 
- Przeklęci cudzoziemcy! - prychnął gniewnie, sadowiąc się w siodle. - Toć śpieszę 

im z pomocą. - Pokręcił głową i z westchnieniem dorzucił: - Wjeżdżamy. 

Jedno  z  brązowych  wierzei  uchyliło  się  trochę  szerzej,  żeby  ich  przepuścić.  Wilk 

przejechał pierwszy, Konrad przecisnął się przez szparę tuż za nim, prowadząc za uzdę 
konia jucznego. 

Już Ferlangen, sporo większe od wioski, oszołomiło Konrada. Ale Erengard był dużo, 

dużo  większy  od  Ferlangen.  Konrad  czuł  się  przytłoczony  wszystkimi  tymi  widokami  i 
odgłosami ogromnego miasta. 

Od  Wilka  wiedział,  że  Erengard  leży  u  ujścia  rzeki.  Jedyną  znaną  mu  do  tej  pory 

background image

rzeką była ta przepływająca przez wioskę, ale kudy jej tam było do rzeki Linsk. Jak rosie 
do burzy. 

Linsk  był  tak  szeroki,  że  pośrodku  jego  nurtu  mieściła  się  nawet  wyspa,  wyspa  o 

wiele  większa  od  całego  Ferlangen,  które  aż  do  dnia  dzisiejszego  Konrad  uważał  za 
największe miasto na świecie. 

To  tutaj  zawijały  wszystkie  statki  z  Imperium  i  reszty  świata,  tutaj  ładowano  i 

rozładowywano  śródlądowe  tratwy,  które  kursowały  z  towarami  tam  i  z  powrotem 
rzecznymi szlakami całego Kisleva. 

Jednak do samego miasta Kislev, co Konrad wiedział z wykładów Wilka, nie można 

było  z  Erengardu  dopłynąć  rzeką.  Leżało  ono  na  południe  od  górnego  odcinka  biegu 
rzeki  Linsk,  i  łączyła  je  z  nią  droga.  Duże  wrażenie  zrobił  na  Konradzie  most pod 
Ferlangen, który w odróżnieniu od skromnego, drewnianego mostka we wsi, zbudowany 
był z kamienia. 

Most, który trzeba było przebyć, by dostać się do dzielnicy portowej Erengardu, miał 

co prawda drewnianą konstrukcję, ale cóż to był za most! Podtrzymywały go drewniane 
pale  wbite  w  dno  rzeki,  a  pomost  środkowego  przęsła  można  było  unosić  jak  most 
zwodzony, by do znajdującej się dalej laguny przepuścić statki o najwyższych masztach. 

Wilk zostawił konie pod opieką Konrada, a sam wybrał się na poszukiwanie… czegoś 

tam. Jak zwykle nie powiedział czego. 

Pod jego nieobecność Konrad rozglądał się wokół z rozdziawioną gębą. Gapił się na 

statki, które były większe od domów; na żeglarzy z tuzina obcych krain, w dziwacznych 
przyodziewkach,  mówiących  jeszcze  dziwaczniejszymi  językami;  na  robotników 
portowych ładujących i rozładowujących jakieś towary, których przeznaczenia nawet się 
nie domyślał. 

W  pewnej  chwili  zatrzymało  się  przy  nim  dwóch  mężczyzn.  Obaj  byli  niscy,  bosi, 

odziani  w  luźne  białe  koszule  i  workowate  portki.  Oczy  mieli  wąskie  jak  szparki,  cerę 
żółtawą,  włosy  gęste,  czarne  i  proste.  Pewnie  byli  marynarzami  z  jakiegoś  dalekiego 
kraju. 

Jeden z nich zagadał do Konrada w języku, którego ten nie rozumiał. Bardzo szybko 

wyrzucał z siebie obce słowa, ledwie przypominało to ludzką mowę. 

background image

Konrad pokręcił głową na znak, że nic z tego nie rozumie. Ciekawe, czego od niego 

chcą? Może pytają o drogę, albo próbują mu coś sprzedać? 

Mężczyźni spojrzeli po sobie i gestykulując gwałtownie, zaszwargotali znowu. 
Rozdrażniony  Północ  parsknął  i  potrząsnął  łbem.  Konrad  odwrócił  się  od 

nieznajomych i pociągnął za uzdę, by uspokoić konia. 

Ale  mimo  jego  wysiłków  ogier  stanął  dęba,  wysoko  zadzierając  podkute 

błyszczącymi podkowami kopyta. 

I w tym momencie dwaj marynarze równocześnie dobyli długich, wąskich, ostrych 

jak brzytwy noży. 

Konrad,  choć  zwrócony  do  nich  plecami,  nie  musiał  się  oglądać.  Wiedział,  co  się 

szykuje. Puścił uzdę i sięgnął błyskawicznie po sztylet. Nie miał już wątpliwości, kim są 
ci dwaj - to śmiertelni wrogowie. 

Północ  wierzgał  przednimi  nogami,  jego  kopyta  biły  powietrze  niczym  pięści 

boksera. Jeden z napastników cofnął się szybko i uchylił, żeby uniknąć kopnięć. 

Ale  drugi  z  niezrozumiałym  okrzykiem  wojennym  na  ustach  rzucił  się  na  Konrada. 

Konrad również wrzasnął z gniewu. 

Zbliżyli się do siebie na odległość ciosu i dwa ostrza przecięły powietrze. Oba o włos 

minęły uskakującego przeciwnika. 

Zwarli się, chwytając jeden drugiego lewą ręką za przegub prawej. 
Szansę  były  wyrównane;  napastnik,  choć  niższy  od  Konrada,  nadrabiał  ten 

mankament większą wagą ciała. 

Rozpaczliwy, mrożący krew w żyłach wrzask, który w tym momencie dobiegł gdzieś 

z  boku,  mógł  wydobyć  się  tylko  z  krtani  konającego.  To  krzyczał  drugi  żeglarz.  Padł 
ofiarą śmiercionośnych kopyt Północy i leżał teraz na nabrzeżu tratowany przez białego 
ogiera. 

Konrad i jego przeciwnik zapomnieli na moment o pojedynku i spojrzeli na trupa. Po 

chwili ich oczy znowu się spotkały - i Konrad się uśmiechnął. 

- Teraz twoja kolej - wysyczał. 
Żeglarz  nie  rozumiał  słów  chłopaka,  ale  na  pewno  domyślił  się  ich  znaczenia. 

Odpysknął coś w odpowiedzi i jeszcze mocniej ścisnął Konradowi nadgarstek, by zmusić 

background image

go  do  wypuszczenia  noża  z  ręki,  a  jednocześnie  przysunął  swoje  ostrze  do  gardła 
przeciwnika. 

Z minimalnym wyprzedzeniem Konrad  zobaczył,  że  za  chwilę  mężczyzna, 

rozluźniając nieco uścisk, będzie udawał, że słabnie. Kiedy to nastąpiło, Konrad zaczął 
nań mocniej napierać, by stworzyć wrażenie, że dał się oszukać - ale zanim zdążył się 
cofnąć, szybował już w powietrzu… 

Spadł na plecy z takim impetem, że na chwilę zaparło mu dech w piersiach. Nie było 

czasu na analizę tego, co się stało, bo nieprzyjaciel rzucał się już na niego. Nie było też 
czasu na szukanie sztyletu, który Konrad wypuścił z ręki podczas nieoczekiwanego lotu. 

Odtoczył się w bok, unikając pchnięcia spadającym nań nożem, ale żeglarzowi mimo 

wszystko udało się przygnieść Konrada swym ciałem i uniemożliwić mu dalszą ucieczkę. 
Spleceni ze sobą tarzali się po ziemi, walcząc zaciekle o nóż. 

Konrad  dostrzegł  kątem  oka  las  nóg  otaczających  kręgiem  miejsce  bójki.  Mieli 

widownię. Mały z początku tłumek marynarzy i robotników portowych gęstniał. Słychać 
było  śmiechy  i  zagrzewające  do  walki  pohukiwania.  Zupełnie  jakby  Konrad  i  jego 
przeciwnik nie walczyli na śmierć i życie, lecz ku uciesze gawiedzi. 

Tarzając się tak w śmiertelnych zapasach, dotoczyli się na skraj nabrzeża i runęli w 

dół. 

Razem wpadli  do  zimnej wody i nie zaprzestając walki, zniknęli pod powierzchnią. 

Dopiero  tam  się  rozdzielili.  Przebijając  wzrokiem  mroki  mętnej  toni,  Konrad  dostrzegł 
napastnika zamierzającego się nań nożem. 

Ruchy wroga były ospałe, jak w sennym koszmarze, ale woda spowalniała również 

reakcje Konrada. Zdołał jednak odtrącić i wykręcić rękę przeciwnika. Mężczyzna wypuścił 
nóż, który zaczął opadać leniwie na dno. 

Marynarz próbował chwycić broń, a Konrad marynarza. 
Powiodło się tylko Konradowi. Złapał mężczyznę obiema dłońmi za gardło i ścisnął. 

Z ust żeglarza trysnął strumień pęcherzyków powietrza. 

Konrad,  przebierając  rozpaczliwie  nogami  i  holując  mężczyznę  za  sobą,  podpłynął 

kawałek w przód i wyrżnął głową napastnika w drewniane oszalowanie nabrzeża. 

Powtórzył  to  znowu,  i  jeszcze  raz.  Z  ust  mężczyzny  przestały  wydobywać  się 

background image

bąbelki.  Za  to  wodę  zabarwiła  na  czerwono  krew  z  rozłupanej  czaszki.  Nieszczęśnik 
szamotał się rozpaczliwie, ale Konrad nie puszczał. 

Kolejne  uderzenie  głową  o  wbity  w  dno  pal  i  mężczyzna,  zaprzestając  walki, 

zwiotczał. Jeszcze jedno silne uderzenie o wiekowe drewno, jeszcze jeden strumień krwi 
i dopiero teraz Konrad oderwał dłonie od gardła przeciwnika. 

Trup poszedł na dno,  a Konrad wyprysnął w górę. Wypłynąwszy na powierzchnię, 

jął  chwytać  łapczywie  powietrze  w  rozrywane  bólem  płuca.  Nad  sobą  słyszał  głosy  - 
wiwaty i drwiny. 

Zadarł głowę. Z nabrzeża przyglądał mu się z tuzin ludzi. Wśród nich Wilk. 
W odległości dwudziestu jardów dostrzegł drewniane schodki prowadzące do wody. 

Podpłynął tam i wgramolił się na pierwszy stopień. 

Spojrzał na mroczną toń. Tylko Elyssie zawdzięczał, że nie spoczywa teraz na dnie. 

To ona nauczyła go pływać. 

Zzuł buty, wylał z nich wodę i dopiero teraz wspiął się po schodkach na nabrzeże. 
U  ich  szczytu  czekał  na  niego  jakiś  mężczyzna.  W  ręku  trzymał  jego  nóż.  Konrad 

znieruchomiał. Nieznajomy roześmiał się i powiedział coś w jakimś obcym języku. Podał 
Konradowi sztylet rękojeścią do przodu. W drugiej dłoni trzymał garść monet. 

Kiedy  Konrad  odebrał  od  niego  nóż,  mężczyzna  zamknął  dłoń  na  monetach, 

roześmiał się znowu, odwrócił i odszedł. Wyglądało na to, że sporo wygrał, stawiając na 
zwycięstwo Konrada. 

Konrad  rozejrzał  się  za  Wilkiem.  Dostrzegł  go  obok  chuderlawego,  jasnowłosego 

osobnika, który zaglądał  w zęby koniowi jucznemu. Ociekając wodą,  z przemoczonymi 
butami w ręku, poczłapał boso w ich stronę. 

Nie trzeba było specjalnie wysilać umysłu, by odgadnąć, że Wilk próbuje sprzedać 

szarego  konia.  Zachwalał  zwierzę  żarliwie,  uwypuklał  jego  zalety,  podczas  gdy  tamten 
kręcił głową i wytykał wady. 

- No, ja nie wiem - wahał się mężczyzna. 
- Ale ja wiem - zapewnił go Wilk. - To dobry koń. Długo ci jeszcze posłuży. Solidny, 

niezawodny, zdrowy. Czego jeszcze chcesz? 

- Czego ja jeszcze chcę? Uczciwej ceny, Wilku. 

background image

- Znam takich, którzy z pocałowaniem ręki zapłaciliby więcej, niż żądam od ciebie. 
- To czemu im go nie sprzedajesz? 
-  Bo  mnie  nie  chodzi  o  pieniądze,  przecież  wiesz.  Płace  nim  za  przewóz  łodzią. 

Niczego więcej nie żądam. Ciebie to nic nie kosztuje. Zupełnie jakbym ci darował tego 
konia. 

- Jeśli wezmę na pokład ciebie, to nie będę mógł wziąć kogoś innego. 
- Dobrze wiesz, że na tym tracę, Stephan. Muszę się dostać w górę rzeki, a płynę 

tam, by bronić Kisleva. 

- Ha! Teraz próbujesz grać na moim patriotyzmie? 
- Owszem. 
Stephan  cofnął  się  i  jeszcze  raz  obrzucił  jucznego  konia  krytycznym  spojrzeniem. 

Nadal kręcił głową, ale już wolniej. 

- Czyli ty, twój koń i twój sługa, do Bolgasgardu? 
- Do Praag. 
- Niech będzie - westchnął Stephan. Splunęli w dłonie, przyklepali, dobili targu. 
- Przyprowadź tego konia na krypę - powiedział Stephan. - Odbijamy z przypływem. 

- Odwrócił się i odszedł. 

Wilk spojrzał na Konrada, a potem na martwego żeglarza leżącego na nabrzeżu. 
- Na chwilę nie można cię spuścić z oka - burknął. 
- To nie moja wina. Napadli na mnie. 
- Nie wzbudzasz sympatii, chłopcze. Nie lubią cię, co? 
- Kto? - spytał Konrad, wiedząc, że Wilk nie ma na myśli dwóch obcych marynarzy. 
- Byłeś kiedy na łodzi? - zmienił temat Wilk. 
Konrad pokręcił głową. Nie był i wcale mu się do tego nie paliło. 
- Płyniemy rzeką do Praag. Przekonasz się, że to lepsze od wleczenia się piechotą. - 

Wilk zmierzył Konrada wzrokiem od stóp do głów. - I od zażywania kąpieli w ubraniu. 
No, chodźmy poszukać tej krypy, zanim Stephanowi coś się odwidzi. - Wdrapał się na 
grzbiet Północy. 

Znaleźli  łódź  przycumowaną  do  molo.  Wilk  zsiadł  z  Północy  i  wprowadził  go  na 

pokład, nie oglądając się na Konrada, któremu przypadło w udziale wciąganie po trapie 

background image

opierającego  się  konia  jucznego.  Przypatrująca  się  temu  załoga  zrywała  ze  śmiechu 
boki, ale nikt nie pośpieszył mu z pomocą. 

- Wysusz ubranie - powiedział Wilk, kiedy uwiązali konie na pokładzie. 
Konrad  poszedł  za  jego  radą.  Zrzucił  z  siebie  przemoczone  ciuchy  i  owinął  się 

starym kocem. 

- Po co płyniemy do Praag, panie? - spytał, siadając. - Walczyć ze zwierzołakami? 
Po drodze do Erengardu Wilk przybliżał mu historię Imperium i opowiadał o nowym 

zagrożeniu granic ze strony odczłowieczonych hord. Kislev był przedmurzem Imperium 
w walce z najeźdźcami - zwierzołakami i ich pobratymcami. 

Gdyby padł Kislev, wszystkie te nieludzkie kohorty runęłyby na Imperium i zalały je. 

Tego właśnie obawiał  się Magnus Pobożny jakieś dwa wieki temu. Kislev był wówczas 
zagrożony,  jeźdźcy  śmierci  z  północy  wzięli  szturmem  Praag.  Z  pomocą  przyszły 
sąsiadowi  siły  Imperium  i  w  końcu  odparto  wraże  legiony.  Car  Alexis  i  Imperator 
Magnus, podbudowani tą wiktorią, zawarli pakt przyjaźni między swoimi krajami. 

Postanowienia  owego  paktu  zostały  wystawione  na  najcięższą  próbę.  Agresywne 

hordy  urosły  znowu  w  siłę,  znowu  łupiły  miasta  Kisleva,  puszczały  z  dymem  wioski, 
napadały  na  faktorie,  równały  z  ziemią  obozy  wojskowe.  Gdyby  udało  im  się  podbić 
Kislev,  następnym  celem  stałoby  się  Imperium.  Wilk  napomykał  już  o  istnieniu  wroga 
wewnętrznego,  a  renegaci  oblegający  Kislev  stanowili  dla  Imperium  dodatkowe 
zagrożenie z zewnątrz. 

- Mówiłeś, panie, że Imperator wysłał swoje wojska, by broniły Kislev - powiedział 

Konrad, kiedy stali na rufie krypy i obserwowali krzątaninę w porcie. 

- Bo to prawda. 
- I dlatego tu jesteś? Ze mną? 
- W pewnym sensie. 
- W jakim sensie? 
Wilk wzruszył ramionami. 
-  Mogłem  zaoferować  swe  usługi  Imperium,  zaciągnąć  się  do  regularnej  armii i 

pomaszerować  z  nią  na  wojnę  przeciwko  najeźdźcom.  Tak  czyniłem,  kiedy  byłem 
młodszy i bardziej wierzyłem w ideały. Teraz jednak pora pomyśleć o zabezpieczeniu na 

background image

starość.  Jeśli  mam  już  ryzykować  życiem,  a  nawet  więcej  niż  życiem,  to  chce  mieć 
pewność, że mi się to opłaci. Jestem zawodowym żołnierzem, i to jednym z najlepszych. 
Ludzie sowicie wynagradzają moje usługi. Pracuję gdzie chcę i kiedy chcę. 

Konrad ściągnął brwi. Nie bardzo rozumiał, do czego Wilk zmierza. 
- A więc nie przybyłeś tu walczyć ze zwierzołakami? 
- Ależ tak! Widzisz, Kislev już dawno byłby krainą mlekiem i miodem płynącą, gdyby 

tylko  mógł  spokojnie  eksploatować  swoje  bogactwa.  A  tu  masz,  jego  terytorium 
pustoszą raz po raz wszystkie te bestie z piekła rodem. To nie sprzyja robieniu interesów 
i  harmonijnemu  rozwojowi.  Przybyłem,  żeby  raz  na  zawsze  położyć  temu  kres.  Ty 
również  po  to  tu  jesteś,  Konradzie.  Będziemy  pomagali  w  walce  z  najeźdźcą  -  a 
jednocześnie wypracujemy sobie skromną rekompensatę. Na wojnach ludzie się bogacą, 
chłopcze, tyle że  zazwyczaj nie ci, co  trzeba. Ale na tej wojnie my się wzbogacimy. A 
przy  okazji  powalczymy  w  słusznej  sprawie.  -  Uśmiechnął  się,  błyskając  spiłowanymi 
zębami. - Bywa, że przyjemne da się połączyć z pożytecznym. 

* * * 

Zostali  strażnikami  w  kopalni  złota.  Kopalnia  znajdowała  się  w  Górach  Krańca 

Świata, niedaleko Przełęczy Belyevorta. W rzece przepływającej przez ten rejon gór od 
wieków znajdowano ślady kruszcu, ale żyłę odkryto dopiero przed pięćdziesięcioma laty. 

Chociaż  było  to  pogranicze  ludzkiego  osadnictwa,  kopalnia  kwitła  -  dopóki z 

Północnych  Pustkowi  nie  nadciągnęli  znowu  najeźdźcy,  których  z  roku  na  rok 
przybywało.  Pochodzili  z  krain  lodu  i  śniegu,  zupełnie  jakby  piekło,  które  ich  zrodziło, 
było skutą mrozem dziczą. 

Najazdy powodowały poważne ograniczenie wydobycia w kopalni, i właściciele, do 

których zaliczał się również car, stworzyli własną, prywatną armię. 

Wilk  pracował  tu  już  kiedyś  jako  najemnik, ale  ani  myślał  zadowalać  się  teraz  tak 

niską  pozycją.  Znał  dowódcę  garnizonu  i  po  niecałych  dwóch  miesiącach  zajął  jego 
miejsce. 

Nie  musiał  przy  tym  uciekać  się  do  użycia  siły;  wystarczyły  słowa  perswazji.  W 

rozmowie  w  cztery  oczy  Wilk  przedstawił  temu  człowiekowi  długą  listę  przypadków 
zagarnięcia  mienia  i  defraudacji,  jakich  dopuścił  się  podczas lat przepracowanych w 

background image

kopalni.  Jako  alternatywę  dla  katowskiego  topora  zaproponował  mu  dobrowolne 
odejście  w  stan  spoczynku  po  wcześniejszym  zarekomendowaniu  jego,  Wilka,  na 
swojego następcę. 

Kompleksowa  ochrona  obiektu  nie  ograniczała  się  do  obrony  wyrobisk przed 

atakami  zwierzołaków.  Ci  stanowili  tylko  jedno  z  zagrożeń.  Powodowała  nimi  jedynie 
żądza mordu i niszczenia, nie chodziło im o złoto. 

Na kopalnię i na transporty złota napadali również najprzeróżniejszej maści bandyci, 

zbóje i złodzieje. Na nich też trzeba było mieć oko. Tudzież na samych górników. Bo to 
oni  właśnie  mieli  najlepsze  warunki  do  okradania  kopalni.  Pracowali  w  ciasnych 
sztolniach  i  drążąc  złotodajną  skałę,  natrafiali  od  czasu  do  czasu  na  warte  grzechu 
samorodki, które z łatwością mogli ukryć i wynieść. 

Z takimi kradzieżami trzeba było walczyć, uszczuplały bowiem dochody Wilka, który 

był  na  procencie  od  urobku  i  jego  wynagrodzenie  zależało  od  ilości  złota  wysyłanego 
danym transportem do Kisleva. 

Właściciele  kopalni  zdawali  sobie  doskonale  sprawę,  że  strażnicy  to  też  ludzie,  i 

znajdowało to swoje odbicie w skromnym żołdzie, jaki im wypłacali. Ale póki pazerność 
prywatnej armii utrzymywała się w rozsądnych granicach, jej pracodawcy patrzyli na to 
przez palce. Wliczali te straty w koszty wydobycia,  które  i  tak  nie  były  wielkie,  a 
wszystko, co po ich odtrąceniu wycisnęli z kopalni, stanowiło czysty zysk. 

Górnicy  byli  w  większości  niewolnikami,  skazańcami,  którzy  odpracowywali  tutaj 

wyroki - przeważnie wieloletnich ciężkich robót, a tym samym śmierci, bo tylko nieliczni 
dożywali końca kary. 

Co do armii najemników, to niejeden z jej żołnierzy mało co się różnił od więźniów, 

których  pilnował.  Przeważnie  byli  to  uciekinierzy,  ludzie  będący  na  bakier  z  prawem. 
Tylko  kierując  się  na  północ,  ku  krańcom  cywilizowanego  świata,  mogli  uniknąć 
pojmania i kary. Jako żołnierze byli słabo wyszkoleni, a od życia wymagali jeszcze mniej 
niż górnicy. 

Ale  w  kopalnianej  straży  służyli  też  najtwardsi,  najlepiej  zaprawieni  w  bojach 

wojownicy Starego Świata. Do Kisleva zwabiła ich nieustająca wojna, niebezpieczeństwo 
oraz nadzieja na hojne wynagrodzenie - jeśli ujdą z życiem, by się nim cieszyć. W straży 

background image

kopalni spotkać można było żołnierzy z każdego zakątka Imperium i nie tylko. 

Każdy  z  tych  weteranów  był  ekspertem  w  zabijaniu  i  Konrad  wiele  się  od  nich 

nauczył. 

Pewien obalony książę z jednego z tileańskich miast-państw nauczył go szermierki. 

W  walce  na  miecze  liczyła  się  nie  tylko  siła,  lecz  również  zręczność,  szybkość  i 
przebiegłość.  Konrad  potrafił  się  teraz  pojedynkować  jak  szlachetnie  urodzony,  z 
zachowaniem  wszystkich  zasad  rycerskości,  których  trzeba  przestrzegać  w  sprawach 
honorowych. 

Zaś  pewien  uliczny  zabijaka  z  Bretonii,  który  nigdy  nie  słyszał  słowa  „honor”, 

pokazał mu jak walczyć nieczysto, jak wykorzystywać w charakterze broni wszystko, co 
się  nawinie  pod  rękę,  jak  gryźć,  kopać,  drapać,  wyłupiać  oczy  i  mordować  gołymi 
rękami, jeśli już nie ma czym. 

Umiejętności Konrada  wzbogaciły się znacznie, kiedy pewien niepozorny osobnik z 

Nipponu zademonstrował mu, jak zabijać samymi rękami albo stopami. Nauczył go, jak, 
nie  mając  broni,  walczyć  z  uzbrojonym  przeciwnikiem  i  zwyciężać.  Była  to  starodawna 
sztuka  walki  z  Dalekiego  Wschodu,  gdzie  chyba  każda  kraina  ma  swoją  własną  jej 
odmianę. Konrad do tej pory pamiętał, jak cisnął nim o ziemię jeden z żeglarzy, którzy 
napadli nań w Erengardzie - ale tamten człowiek nie był profesjonalistą i zginął w końcu 
od jego krisa. 

Wilk nie uznawał łuku za broń godną szanującego się wojownika, co innego kusza. 

Pewien najemnik z Królestw Estalianu nauczył Konrada strzelać z tej broni; wojownik z 
Arabii wyszlifował umiejętności Konrada w posługiwaniu się nożem, wprowadzając go w 
arkana rzucania najrozmaitszymi odmianami tej broni; olbrzym z Norsca pokazał mu, jak 
walczyć włócznią i jak ciskać oszczepem; rycerz z Albionu wyszkolił go w jeździe konnej; 
i takich nauczycieli było więcej, o wiele więcej. 

Kopalnia  zatrudniała  nie  tylko  ludzi.  Pracowało  w  niej  w  charakterze  specjalistów 

sporo krasnoludów. To oni ryli nowe sztolnie, oni wysadzali prochem skały w biegnących 
głęboko pod ziemią chodnikach. I właśnie jeden z nich został instruktorem Konrada od 
posługiwania się toporem. Nauczył go, jak walczyć każdym rodzajem tej broni, od małej 
siekierki bojowej po ogromny topór obosieczny, nauczył wszystkich technik walki wręcz 

background image

z toporem w każdej dłoni i najlepszego sposobu robienia halabardą. 

Kiedy  pewnego  razu  podczas  ataku  renegatów  Konrad  został  poważnie  raniony  w 

prawą rękę, Wilk skomentował to następująco: 

- Co jest wart praworęczny człowiek bez sprawnej prawej ręki? - zapytał. - Chcę cię 

widzieć w każdej bitwie osłaniającego mnie od prawej. 

Chociaż  Wilk  najął  Konrada  na  giermka,  ten  nigdy  nie  stał  się  jego  sługą  w 

dosłownym sensie. Szybko zostali towarzyszami broni, ale Wilk dopiero teraz powiedział 
to oficjalnie. 

-  A  kto  będzie  osłaniał  od  prawej  mnie?  -  spytał  Konrad,  zerkając  na  swoje 

obandażowane, sztywne ramię. Opatrzył je elf, który posiadał zdolności uzdrowicielskie. 
Wilk  nie  cierpiał  czarów  i  czarowników  i  w  swoim  kopalnianym  obozie  tolerował  tylko 
tego jednego uzdrowiciela. Konrad wspomniał Elyssę, wspomniał, jak zaleczyła mu rany, 
kiedy  się  pierwszy  raz  spotkali  -  ale  niewiele  było  trzeba,  żeby  przypominała  mu  się 
Elyssa… 

Wilk roześmiał się. 
- Walczyć potrafi każdy głupi - powiedział. - Do zabijania nie trzeba rozumu. Może 

on wręcz zawadzać. Ale to inteligencja odróżnia nas od zwierząt - i od zwierzołaków. W 
księgach zawarta jest cała wiedza świata i dzięki tej wiedzy się rozwijamy. Wykorzystasz 
z pożytkiem czas potrzebny na wygojenie się twojej ręki. Nauczysz się czytać i pisać. 

Konrad,  choć  bez  przekonania,  wyszukał  sobie  nauczyciela.  Człowiek  ten  nazywał 

się Matthew i był studentem Uniwersytetu w Praag, a do kopalni przypętał się podczas 
letnich wakacji, żeby zarobić na czesne na następny rok. 

Matthew rozpoczął swoją podróż łodzią, ale załoga ograbiła go po drodze i wyrzuciła 

za burtę. Dalej wędrował pieszo i udało mu się szczęśliwie dotrzeć do celu. Wieść o jego 
perypetiach, kiedy przedzierał się przez dzicz uzbrojony jedynie w marszpikel* [przyp.: 
Stalowy  rożek  o  długości  ok.  30  cm  używany  do  wykonywania  splotów  na  linach 
stalowych  i  przy  innych  robotach  bosmańskich  -  przyp.  tłum.],  szybko  rozeszła  się  po 
kopalni i przyniosła mu kilkudniową sławę. 

Konrad  nazwał  go  „Matthew  Marszpikel”.  Następnego  lata  Matthew  zjawił  się 

znowu,  tym  razem  zabrał  się  z  konwojem  wiozącym  zaopatrzenie.  W  trzecim  roku 

background image

Konrad czytał już i pisał biegle, a Matthew zdał ostatnie egzaminy i został prawnikiem. 
Przywiózł  swojemu  uczniowi  paradny  zwój  promocyjny,  w  którym  stwierdzano,  że 
Konrad jest „uczony w piśmie”. 

Równocześnie  ze  zgłębianiem  alfabetu  Konrad  wprawiał  się  również  w 

wykorzystywaniu  lewej  ręki  do  walki  mieczem  i  maczugą  oraz  do  rzucania  włócznią  i 
sztyletem. 

- Istnieją dwa sposoby walki z dzikimi, nie zorganizowanymi prymitywami, jakimi są 

zwierzołaki - powiedział kiedyś Wilk. - Można wystawić przeciwko nim wyszkoloną, karną 
armię,  taką  jaką  wysłał  z  Altdorfu  Imperator,  jaką  z  Middenheim  wysłał  Graf.  Albo 
wystawić przeciwko nim siłę jeszcze dzikszą, jeszcze bardziej nie zorganizowaną - legion 
indywidualistów. 

I  taki  właśnie  był  batalion  sformowany  przez  Wilka:  armia  indywidualistów,  którzy 

walczyli  ramię  w  ramię  z  napierającym  z  północy  robactwem.  Ale  na  miejsce  jednego 
usieczonego wroga, pojawiało się wciąż kilku następnych. 

- Zupełnie jakby odradzali się poprzez śmierć - zauważył kiedyś Konrad. 
-  Wreszcie  zaczyna  to  do  ciebie  docierać  -  odparł  Wilk  i  chyba  po  raz  pierwszy 

Konrad nie miał wątpliwości, że nie żartuje. 

Konrad nauczył się zabijać, zabijać szybko i skutecznie. Ale nie musiał się obawiać, 

że zabraknie mu zajęcia. Bez względu na to, jak był szybki, ilu zgładził, nieprzyjaciół nie 
ubywało. 

Zdarzały  się  długie  okresy  bezczynności,  nieznośnej  nudy,  kiedy  prócz  pucowania 

zbroi i czyszczenia  oręża  -  własnych  i  Wilka -  nie  miał  nic innego do  roboty.  A  potem 
zwiadowcy meldowali, że idzie na nich zgraja maruderów, nuda pryskała i nie wiadomo 
było, w co ręce włożyć. 

Jednak Konrad nie widział dotąd szturmu, który choćby w przybliżeniu przypominał 

atak na wioskę. Nigdy więcej nie był świadkiem takiej wspólnoty celu, takiej zaciekłości, 
takiej  miażdżącej  potęgi,  nie  widział  tylu  różnych  odmian  kreatur  zjednoczonych  dla 
wypełnienia jednej misji. 

Wiele  razy,  tak  jak  to  nastąpiło  w  wiosce  po  wybiciu do nogi wszystkich jej 

mieszkańców, stwory zwracały się przeciwko sobie - ale teraz zdarzało się to jeszcze w 

background image

trakcie walki z ludźmi. 

Często atakowały kamrata tylko dlatego, że stanowił łatwiejszy cel. Albo też rzucały 

się  na  ranionego  sprzymierzeńca,  po  czym  go  pożerały.  Wydawały  się  być 
bezrozumnymi maszynami do zabijania. Stały na niższym poziomie od zwierząt, bo nie 
miały  instynktu  samozachowawczego,  dawały  się  wyrzynać  setkami  tylko  po  to,  by 
uśmiercić jednego upatrzonego człowieka. 

Ale  często  były  to  tylko  pozory,  istniał  bowiem  powód  tego  bitewnego 

zacietrzewienia  -  choć  niełatwo  było  go  przejrzeć.  Otóż  owe  rzesze  wojowników 
poświęcano dla odwrócenia uwagi albo dla rozpoznania nowych fortyfikacji wzniesionych 
wokół kopalni. 

Wilk  nazwał  je  dzikimi  i  nie  zorganizowanymi.  Miał  rację,  że  są  dzikie,  ale  co  do 

braku  organizacji  sprawa  nie  była  już  tak  jasna.  Konrad  nieraz  widział,  że  niektóre 
kreatury  trzymają  się  podczas  szturmu  na  uboczu,  śledzą  zmagania  z  jakiegoś  punktu 
obserwacyjnego,  jakby  kierowały  nacierającymi  hordami.  Zwierzołaki  miały  swoją 
własną armię i miały swoich generałów. 

Konrad  nauczył  się  rozpoznawać  rozmaite  odmiany  śmiertelnych  przeciwników, 

poznał ich zwyczaje. Tych odmian i gatunków było tyle, że dla mnóstwa nie znaleziono 
jeszcze nazw; i wciąż ich przybywało. 

Kiedy zwracały się przeciwko sobie, odnosiło się wrażenie, że muszą zabijać, że nie 

jest dla nich ważne, kogo ani co zabijają. Ale o wiele częściej nie ulegało wątpliwości, że 
jedynym powodem ich istnienia jest niszczenie ludzkiego życia. 

Konrad umiał je wszystkie zabijać. 

* * * 

Minęło pięć długich zim. Pięć mroźnych, surowych zim. 
Konrad okrzepł, stał się bardziej chłodny, twardszy, bezwzględniejszy. 

background image

Rozdział dwunasty 

Nadeszła wiosna, a z nią roztopy. Wraz z poprawą pogody napady z północy nasiliły 

się i przybrały na zaciekłości. 

Konrad  już  od  pięciu  lat  służył  u  boku  Wilka,  a  widoków  na  obiecywaną  fortunę 

wciąż nie było. Jako dowódca armii najemników Wilk nie zarabiał wiele. Elyssa nauczyła 
Konrada rachować, a kiedy Wilk zaczął mu zlecać wypłaty żołdu dla żołnierzy, zmuszony 
był jeszcze bardziej podciągnąć się w arytmetyce. 

Wilk wszystko, co wpływało do jego kieszeni z, procentu od urobku, przeznaczał na 

zaciąg  nowych  żołnierzy  do  swojej  armii.  Od  dwóch  lat  żaden  atak  nie  dotknął 
bezpośrednio wyrobisk, od więcej niż dwóch lat z ręki wroga nie zginął żaden górnik. 

Od  kiedy  Wilk  objął  komendę,  ilość  złota  docierająca  do  Kisleva  wzrosła  ponad 

dwukrotnie, lecz w tym czasie on zwerbował do swojej armii drugie tyle ludzi i miał ich 
teraz  pod  sobą  o  wiele  więcej,  niż  trzeba  było  do  odpierania  ataków  wroga  i  ochrony 
transportów kruszcu. 

Taktyka  Wilka  zaczęła  w  końcu  przynosić  efekty.  Jego  armia  była  coraz  lepiej 

wyszkolona,  zadawała  wrogowi  o  wiele  większe  straty  niż  na  początku  -  a nawet 
przeprowadzała kontrataki na północną zarazę. Nie ograniczała się już tylko do obrony, 
wypierała  zwierzołaki.  A  dopóki  najeźdźcy  nie  posuwali  się  w  głąb  Kisleva,  bezpieczne 
było Imperium. 

Górnicza  osada,  która  wyrosła  przy  kopalni  była  większa  od  rodzinnej wioski 

Konrada.  To  małe  miasteczko  musiało  zaspokajać  wszelkie  potrzeby  mieszkańców. 
Górnicy byli właściwie niewolnikami, ale nie zakuwano ich w łańcuchy. Jeśli któryś chciał 
uciec, musiał się liczyć z tym, że wpadnie w łapy oblegających kopalnię zwierzołaków. 
Zdarzali  się  ryzykanci,  ale  przedrzeć  przez  kordon  udawało  się  tylko  nielicznym  - 
przepadali nawet ci, którzy próbowali wykupić sobie drogę szmuglowanym złotem. 

Najemnicy  pragnęli  rozrywki,  po  służbie  chcieli  się  zabawić.  Wilk  wyrozumiale 

traktował  głód  uciech  swoich  żołnierzy,  a  wszystko  kosztowało.  Przepijając  zarobione 
pieniądze,  trwoniąc  je  na  ladacznice  i  hazard,  wciąż  nie  mogli  uzbierać  sumy,  z  którą 
mogliby spokojnie odejść. 

background image

To  samo  tyczyło  się  Wilka.  On  również  nie  mógł  odejść,  ze  względu  na  brak 

funduszy.  Na  początku  mówił,  że  zamierza  zbić  na  tej  wojnie  fortunę.  Ale  jak  dotąd 
zdołał  uciułać  ledwie  garść  koron.  Ilekroć  trafiała  mu  się  choć  jedna  złota  moneta, 
zwykle przepuszczał ją w gospodzie. 

A skoro nie zanosiło się, że Wilk w najbliższym czasie opuści teren kopalni, to tym 

bardziej nie groziło to Konradowi. Miał, co prawda, konia, przyodziewek, zbroję, oręż - 
ale nic z tego nie należało do niego. O wszystko, czego mu było trzeba, musiał prosić 
Wilka. 

Ilekroć  Wilk  był  w  dobrym  nastroju  po  jakimś  walnym  zwycięstwie  nad 

zwierzołakami, stawiał Konradowi piwo. Tylko jedno. 

Jednak  pewnego  dnia  umówił  się  z  Konradem  w  gospodzie,  chociaż  od  ostatniej 

potyczki ze zwierzołakami upłynęło dobrych kilka tygodni. Pora była późna, lecz w izbie 
falował  gęsty  tłum  i  zaraz  za  progiem  Konrad  wpadł  na  jakiegoś  krasnoluda.  Połowa 
piwa z trzymanego przez krasnoluda kufla zachlapała Konradowi ubranie. 

- Uważaj, durniu! - warknął krasnolud. 
Krasnoludy  znane  były  z  krewkości  i  ten  nie  stanowił  wyjątku.  Pewnie  należał  do 

brygady  obsługującej  kopalnię.  Miał  nie  więcej  jak  pięć  stóp  wzrostu,  rude  włosy  w 
nieładzie, twarz umazaną ziemią. Specjaliści nigdy nie zmywali z siebie ziemi, w której 
ryli. 

W  odróżnieniu  od  większości  krasnoludów,  ten  nie  był  brodaty.  Skórzane ubranie, 

które  miał  na  sobie,  przetarte  było  na  łokciach  i  kolanach  od  czołgania  się  wąskimi 
chodnikami. Większość ludzi chodziła z nożem za pasem, lecz ten krasnolud miał za nim 
młot  i  całą  kolekcję  dłut.  Na  ramieniu  oparł  oskard,  jakby  się  wybierał  drążyć  nowy 
tunel. 

Jego wieku nie dało się określić, bo krasnoludy żyją z reguły o wiele dłużej od ludzi. 

Z tym że w otoczonej przez wrogów kopalni trudno nastawiać się na dłuższy żywot. 

Konrad  na  wpół  przepraszająco  wzruszył  ramionami.  Myślał,  że  to  wystarczy. Do 

zderzenia doszło z winy obu stron. 

- Rozlałeś mi piwo! - zauważył krasnolud. - Odkupuj! 
Jako  prawa  ręka  Wilka  Konrad  często  musiał  zażegnywać  rozmaite  waśnie 

background image

wybuchające  w  obozie.  Ani  w  głowie  mu  postało,  by  wszczynać  teraz  awanturę.  Bez 
szemrania  odkupiłby  krasnoludowi  piwo,  gdyby  nie  jeden  szkopuł:  jak  zwykle  nie  miał 
pensa przy duszy. 

Zrobił kilka kroków, rozglądając się po gospodzie za Wilkiem. Krasnolud myślał, że 

chłopak  odchodzi  i  chwycił  go  za  rękę.  Konrad  odwrócił  się  błyskawicznie,  sięgając 
odruchowo do rękojeści zatkniętego za pas krisa. Ale powstrzymał się od wyciągnięcia 
broni.  Wywarczał  tylko  pewne  krasnoludowe  przekleństwo,  którego  nauczył  się  od 
swojego instruktora walki na topory. 

Krasnolud chlusnął na Konrada resztką piwa i cisnąwszy weń pustym kuflem, rzucił 

się na chłopaka. 

Konrad  stracił  równowagę,  zatoczył  się  w  tył,  potknął  o  jakiś  stołek  i  runął  na 

wznak. Chciał wstać, ale krasnolud przystawiał mu już oskard do szyi. 

To  tylko  piwo,  pomyślał  Konrad,  tylko  rozlane  piwo.  Wielu  zeszło  z  tego  świata 

przedwcześnie z równie błahych powodów, ale on nie miał zamiaru tak głupio kończyć. 
Mógł  się  uwolnić  w  ciągu  dwóch  uderzeń  serca  -  a  to  drugie  odmierzyłoby  ostatnią 
chwilę życia napastnika. Leżał jednak nieruchomo, patrząc krasnoludowi prosto w oczy. 

Po paru sekundach krasnolud mruknął coś pod nosem, cofnął oskard i odwrócił się 

plecami do przeciwnika. Konrad pozbierał się z ziemi i znowu poszukał wzrokiem Wilka. 
Przepychanka zwabiła grupkę gapiów, ale Wilka wśród nich nie było. Obok posiwiałego 
starego  wiarusa  stał  przystojny,  dobrze  zbudowany,  niewiele  starszy  od  Konrada 
młodzieniec.  Przy  nich  kislevski  szlachcic  -  chyba  jakiś  poseł.  Kilku  innych  piwoszy 
wyrażało pomrukami swoje rozczarowanie, że zatarg nie przerodził się w krwawą bójkę 
z  prawdziwego  zdarzenia,  ale  młody  wojownik  i  jego  zaprawiony  w  bojach  towarzysz 
uśmiechali  się  do  Konrada  porozumiewawczo,  jakby  pochwalali  jego  powściągliwość. 
Wymijając ich, Konrad obrzucił mężczyzn zaciekawionym spojrzeniem. 

Wilk,  jak  to  było  do  przewidzenia,  zaszył  się  w  kącie.  Popatrzył  na  oblane  piwem 

odzienie  podchodzącego  doń  Konrada,  ale  nic  nie  powiedział.  Na  Konrada  czekała  już 
pinta piwa. Kiedy po nią sięgał, do Wilka przysiadł się niski, krępy osobnik. 

- To Anvila - mruknął Wilk. - A to Konrad. 
Konrad  spojrzał  na  krasnoluda,  który  przed  chwilą  obalił  go  na  podłogę.  Tamten, 

background image

sącząc nowe piwo, przypatrywał mu się w milczeniu. Konrad pociągnął łyk ze swojego 
kufla. 

-  Gdybyś  tego  jeszcze  nie  zauważył  -  podjął  Wilk  -  Anvila jest krasnoludem. Dasz 

wiarę, że  przed  tysiącami lat wszędzie tutaj żyły krasnoludy? Góry Krańca Świata były 
ich ojczyzną, ale dalej na północ już się nie posunęli. Dobrze mówię? 

Anvila wzruszył tylko ramionami i uniósł do ust kufel. 
- Czym zajmują się krasnoludy, Konradzie? - spytał Wilk. 
Teraz Konrad podniósł kufel. 
-  Ryją  w  ziemi  dziury,  tunele,  chodniki  -  podjął  Wilk,  sam  sobie  odpowiadając  na 

pytanie. - Trudnią się tym od zawsze. Robili to tysiące lat temu i robią do dziś. Wydrążyli 
całą sieć tuneli wiodących na południe. Wiele nadal nadaje się do użytku. Można stąd 
dotrzeć  aż  do  Karaz-a-Karak,  nie  oglądając  światła  dziennego.  Kiedy  służyłem  tu  jako 
najemnik  za  pierwszym  razem,  usłyszałem  o  świątyni  krasnoludów.  Wiesz,  co  w  niej 
jest? 

- Nie - odparł Konrad. 
- Skarb. Właśnie to mnie tutaj teraz sprowadziło. Wiedziałem, że w tych legendach 

musi  tkwić  ziarenko  prawdy,  no  i  tkwi.  W  tych  górach  czeka  na  nas  fortuna.  Została 
pogrzebana,  kiedy  podczas  trzęsień  ziemi  większość  podziemnych  chodników  zawaliła 
się  albo  została  zalana  przez  wulkaniczną  lawę.  I  jest  to  fortuna,  do  wydobycia  której 
nie trzeba setek górników. Idziemy po nią - ty, ja i Anvila. 

- Aha - mruknął Konrad. 
-  Powściągnij  swój  entuzjazm,  chłopcze  -  powiedział  Wilk.  -  Tutaj  wystarczająco 

dużo już zdziałaliśmy - dla kopalni, dla Kisleva, dla Imperium - więcej, niż z tego mamy. 
Pora pomyśleć o sobie. Trzeba się będzie przemykać przez wrogie terytorium. Można by 
wyrąbać sobie drogę siłą, ale w ten sposób ściągnęlibyśmy na siebie uwagę, no i musieli 
się dzielić zdobyczą z wieloma ludźmi - gdyby ktoś z nas przeżył. Nie jest to na szczęście 
konieczne,  bo  mała  grupka  nie  powinna  mieć  trudności  z  przemknięciem  się  bez 
rzucania się w oczy. Wyruszamy jutro o północy. 

- Mam jakiś wybór? 
Wilk uśmiechnął się i Konrad już wiedział, że nie ma. 

background image

- Czy pominąłem coś, co on powinien jeszcze wiedzieć? - spytał Wilk, zwracając się 

do krasnoluda. 

-  Nie  -  burknął  Anvila,  odzywając  się  po  raz  pierwszy,  od  kiedy  usiadł  przy  stole. 

Dopił piwo, odstawił kufel i wstał. 

- To do jutra do północy - powiedział Wilk, unosząc w toaście swój kufel. 
Anvila odwrócił się i wyszedł z zatłoczonej gospody. 
-  Na  to  właśnie  czekałem,  to  przez  cały  czas  planowałem  -  powiedział  Wilk.  - 

Przyznaję, z początku nie wszystko szło, jak trzeba. Za dużo czasu poświęciłem tępieniu 
najeźdźców,  zamiast  myśleć  o  sobie.  Ale  teraz  zaczyna  to  owocować.  Nie  tak  łatwo 
wejść w komitywę z krasnoludami i nie od razu zdobyłem zaufanie Anvili. W końcu się 
udało.  Połączyliśmy  naszą  wiedzę,  wydedukowaliśmy,  gdzie  musi  znajdować  się 
świątynia, i kiedy już tam dotrzemy, ona bez trudu ją zlokalizuje. 

- Ona? - zdumiał się Konrad. 
-  A tak -  ona.  Żeby  utrzymać  posadę  w  kopalni,  musiała  być  dwa  razy  lepsza  w 

robocie od każdego krasnoluda płci męskiej, dwa razy od każdego twardsza. 

- Ale… ale jest niewiastą. 
-  I  co  z  tego?  Krasnolud  jesteś,  żeby  ci  to  robiło  różnicę?  Poza  tym  Anvila  jest 

wykształcona. Pobierała nauki na jakimś ichnim uniwersytecie, który krasnoludy mają w 
Karaz-a-Karak,  i  studiowała  tam  wiele  historycznych  dokumentów  traktujących  o 
tunelach. 

Skoro jest taka mądra, pomyślał Konrad, to czemu pracuje w kopalni? Ale nie zadał 

głośno tego pytania. 

* * * 

Ulec krasnoludowi to jeszcze nie taka znowu plama na honorze - ale krasnoludzicy… 

Konrad  wciąż  nie  mógł  się  z  tym  pogodzić,  kiedy  następnego  wieczoru  leżał  obok 
Krysten. 

Z  początku  nie  rozumiał,  skąd  ta  gwałtowna  reakcja  krasnoluda  na  jego 

przekleństwo.  Ale  wtedy  myślał,  że  ma  do  czynienia  z  osobnikiem  płci  męskiej.  Teraz, 
kiedy  wiedział  już,  że  Anvila  jest  kobietą,  głupio  mu  było,  że  użył  takiego wulgarnego 
słowa. 

background image

Było już ciemno, izbę oświetlało kilka świec. Wkrótce ruszają. Już tu nie wrócą - i 

głupio mu było również wobec Krysten. 

Dawała  sobie  bez  niego  radę  wcześniej,  da  sobie  i  teraz.  Nie  z  nim  jednym  się 

zadawała. Byli tylko przyjaciółmi. 

Wyślizgnął się z łóżka ostrożnie, żeby jej nie obudzić, i dostrzegł odbicie dziewczyny 

w  zwierciadle  wiszącym  na  ścianie.  Przywiózł  jej  to  zwierciadło  w  podarunku  z  Praag. 
Będzie  je  mogła  sprzedać,  jeśli  zechce;  tutaj  było  dużo  warte.  Popatrzył  na  jej nagie 
ciało, na grzywę blond włosów rozsypanych na poduszce. Da sobie dziewczyna radę. 

Zawsze żałował, że przywiózł to zwierciadło. Za bardzo przypominało mu Elyssę i jej 

lusterko - podobnie jak Krysten, choć tak inna, przypominała mu zawsze jego pierwszą 
miłość, jedyną miłość. 

Od  śmierci  Elyssy  upłynęło  blisko  pięć  lat.  Konrad  miał  nadzieję,  że  czas  zatrze 

wspomnienia, ale tak się nie stało. Nie było prawie dnia, żeby o niej nie pomyślał. 

Ilekroć był z inną kobietą, jej oczy stawały się tak samo hipnotyzujące czarne, jak 

oczy Elyssy, ciało tak samo gładkie i białe. Śniła mu się często, choć nie widział jej w 
tych snach taką, jaką była, lecz jaka by była, gdyby nadal żyła. 

Te  sny  nie  zawsze  były  przyjemne.  Czasami  Elyssa  torturowała  go  w  nich,  albo 

usiłowała zamordować, i Konrad przypominał sobie, jak przeczuł kiedyś, że dziewczyna 
sprowadzi na niego zagładę. 

Budził  się  zawsze  z  takiego  snu  z  przekonaniem,  że  ona  wciąż  żyje.  Kiedy  jednak 

zupełnie się rozbudził, uświadamiał sobie, że sny i rzeczywistość niewiele mają ze sobą 
wspólnego. 

Po  tym,  co  wydarzyło  się  przed  pięcioma  laty,  Elyssa  żyła  tylko  w  jego 

wspomnieniach.  Na  zawsze  stała  się  jego  cząstką.  Zniszczyć  mogła  go  tylko  w  ten 
sposób, że targnąłby się na własne życie, a tego nie zamierzał robić. 

Mijając oświetlone blaskiem świec zwierciadło, Konrad dostrzegł w nim swe odbicie. 

Starał się zawsze unikać spoglądania w lustro, w obawie, że pewnego dnia dostrzeże w 
nim  siebie  młodszego.  Ale  tamten  incydent  miał  miejsce  wieki  temu  i  Konrad  odnosił 
wrażenie, że nie jemu się to przytrafiło. Nie był już tą samą osobą, co niegdyś. Nie był 
już  młodzieńcem,  był  dojrzałym  mężczyzną.  Podobnie  jak  w  swoich  młodzieńczych 

background image

latach, był wysoki i szczupły; ale teraz pod skórą jego rąk i nóg grały sploty potężnych 
mięśni,  a  całe  ciało  pokryte  miał  bliznami  po  ranach  odniesionych  w  niezliczonych 
bitwach. 

Nasunął  na  czoło  przepaskę  z  białej  skóry,  obciągnął  dwa  splecione  na  wysokości 

skroni  warkoczyki  i  zaczął  się  ubierać.  Było  lato  i  nie  potrzebował  grubych  futer.  Nie 
zabierał  też  paru  sztuk  biżuterii  i  świecidełek,  które  zdobył  przez  lata.  Napierśnik  i 
kolczuga, hełm i rękawice, tarcza i miecz, topór i wierny kris - wojownikowi więcej nie 
potrzeba. 

Jego wzrok padł na zwój, który dostał kiedyś od Matthew Marszpikla. Wtedy nic nie 

był wart, a z czasem wystrzępił się i poplamił winem, ale Konrad wepchnął go sobie za 
cholewę buta. 

Z jednej strony chciał, żeby Krysten się obudziła, z drugiej miał nadzieję, że tego nie 

zrobi.  Pocałował  ją  w  policzek  i  stwierdził,  że  jest  mokry  od  łez.  A  więc  wiedziała,  że 
odchodzi i wiedziała, że już nie wróci. 

* * * 

Wędrowali  nocami,  kierując  się  na  północ.  Drogę  wskazywały  im  Mannslieb  i 

Morrslieb, one też stanowiły ich jedyne źródło światła. Ze względu na ciemności i trudny 
teren posuwali się powoli, a im dalej się zapuszczali, tym bardziej zwalniali kroku. 

Przez  góry  nie  wiodły  żadne  szlaki,  musieli  więc  iść  pieszo,  prowadząc  za  sobą 

wierzchowce  i  trzy  konie  juczne.  Anvila  zazwyczaj  szła  na  czele,  bo  lepiej  widziała  w 
nocy.  Krasnoludy,  przywykłe  do  pracy  przy  marnym  oświetleniu,  głęboko  pod  ziemią, 
oczy, w porównaniu z ludzkimi, miały ogromne. 

Za  Anvilą  szedł  Wilk,  a  pochód  zamykał  Konrad.  Ani  na  moment  nie  zaniedbywał 

czujności,  wszędzie  wietrzył  niebezpieczeństwo.  Pamiętał,  że  w  wiosce,  w  której 
mieszkał, zwierzołaki grasowały pod osłoną ciemności. Tutaj jednak niebezpiecznie było 
zarówno w nocy, jak i za dnia. Stwory mogły zaatakować w każdej chwili bez względu 
na porę. Zresztą szturm na wioskę również przypuściły o świcie. 

Blisko  pięć  lat…  Za  kilka  dni,  według  kalendarza  Imperium,  przypada  Święto 

Sigmara - pierwszy dzień lata, które zresztą według każdego kalendarza zaczyna się tak 
samo. Przed pięciu laty tego dnia zgładzeni zostali mieszkańcy wioski. Dwa dni później 

background image

Konrad przyjął propozycję Wilka i zgodził się mu służyć przez pięć lat. 

Wilk nie wspominał słowem o zbliżającej się rocznicy i Konrad bardzo był ciekaw, co 

się też tego dnia wydarzy. Czy będzie mu musiał przypomnieć tę datę? A co potem…? 

Każdego  dnia  o  pierwszym  brzasku  rozbijali  biwak  pod  osłoną  skał.  Każdej  nocy 

posuwali się o kilka następnych mil. Droga, którą szli, stawała się coraz bardziej stroma, 
coraz węższa i coraz zdradliwsza. 

Prościej  byłoby  zostawić  konie,  ale  Wilk  obawiał  się,  że  ktoś  znajdzie  zwierzęta. 

Argumentował  również,  że  trzeba  będzie  przecież  załadować  na  coś  skarby,  a  zresztą 
kto by dźwigał sprzęt Anvili: kilofy, łopaty, szufle, dziwne przyrządy pomiarowe i baryłki 
z czarnym prochem. 

Bliskość tego ostatniego sprawiała, że Konrad czuł się nieswojo. Podobne piorunom 

wybuchy uważał za coś nienaturalnego. Chociaż proch przeznaczony był w zasadzie do 
robót  minerskich  w  kopalni,  Wilk  próbował  go  wykorzystywać  w  charakterze  broni, 
dokonując eksperymentalnych detonacji w miejscach, z których atakowały zwierzołaki. 

Anvila należała  chyba  do  tych  krasnoludów,  które  wspierały  Wilka  w  jego 

innowacjach,  ale  miała  na  tyle  rozsądku,  by  nie  podsuwać  mu  własnych  wynalazków. 
Eksperymenty  z  prochem  przypłaciło  życiem  kilku  najemników,  z  tym  że  Wilk  do 
testowania tych nowoczesnych środków walki wybierał zawsze ludzi najmniej dla niego 
przydatnych. 

Sporo żołnierzy posiadało różnego rodzaju broń palną, ale u Konrada tego rodzaju 

urządzenia nigdy nie wzbudzały entuzjazmu. Jak w wielu innych sprawach, i tutaj dawał 
chyba  o  sobie  znać  wpływ  Wilka.  Samopały  i  garłacze  były  jedyną  bronią,  w 
posługiwaniu  się  którą  Konrad  nie  nabył  biegłości.  Miały  niewielką  siłę  rażenia  i  były 
równie niebezpieczne dla tego, który z nich strzelał, co dla wroga. Nie sprawdziła się też 
jak dotąd w boju broń palna większych rozmiarów, taka jak armaty. 

O wyprawie w głąb starożytnych gór Konrad wiedział tylko tyle, ile powiedział mu w 

gospodzie  Wilk.  Po  drodze  niewiele  rozmawiali,  bo  każdy  dźwięk  zwielokrotniały  skały. 
Nawet koniom poowijali szmatami podkowy, żeby wytłumić ich stukot. 

Krasnoludy,  będąc  nawet  w  najlepszym  humorze,  są  małomówne,  a  więc  Anvila 

przez całą drogę prawie się nie odzywała. Konrad był ciekaw, co ona myśli, czy wierzy w 

background image

powodzenie  wyprawy  Wilka,  czy  też  idzie  z  nimi  z  sobie  tylko  znanych  powodów.  Nie 
dowierzał  jej  i  miał  świadomość,  że  krasnoludzica  go  nie  lubi  -  czym  się  zbytnio  nie 
przejmował. 

Sam nie wiedział, co myśleć o tej ekspedycji. Ukryty, pogrzebany przed tysiącami lat 

skarb?  Być  może,  ale  mało  to  prawdopodobne.  Z  tym  że  nie  do  niego  należało  tutaj 
myślenie.  On  miał  tylko  słuchać,  wykonywać  polecenia  Wilka  -  przynajmniej jeszcze 
przez tych kilka dni. 

Na  początku  Wilk  obawiał  się,  że  ich  śladem  mogą  pociągnąć  jacyś  żołnierze  z 

kopalni. Po jego zniknięciu najemnicy z pewnością powzięli podejrzenie, że ich dowódca 
coś knuje. Ale nic nie wskazywało na to, że są śledzeni. 

Najeźdźcy też jakby się pod ziemię zapadli. Z początku byli temu radzi. Napotkanie 

bandy maruderów oznaczałoby dla nich pewną śmierć. Nie daliby im rady we trójkę. 

Jednak z czasem  Konrad  zaczynał  dochodzić  do  wniosku,  że  coś  jest  nie  w 

porządku. W okolicy roiło się wszak od zwierzołaków i do tej pory powinni choćby z dala 
zauważyć przynajmniej jednego. Zakładał, że nie stało się tak ze względu na dzikość i 
nagość gór. Czego mieli tu szukać ci renegaci? 

Tylko ich troje… 
Dar  zaglądania  w  przyszłość  nie  opuścił  Konrada.  Dodatkowe  zmysły  wciąż 

ostrzegały  go  przed  nadciągającym  niebezpieczeństwem  -  czasami. Lewe oko nadal 
potrafiło z minimalnym wyprzedzeniem objawiać mu, co się za chwilę wydarzy, i przez 
ostatnie  lata  wiele  razy  ocaliło  mu  to  życie,  bo  był  w  stanie  unikać  spodziewanych 
ciosów, które, dochodząc celu, byłyby śmiertelne. 

Był  przekonany,  że  Wilk  wie  o  jego  darze,  o  tym  swego  rodzaju  drugim  wzroku. 

Musiał podejrzewać, że Konrad posiada ten dar, od dnia, kiedy ten przewidział napaść 
trzech skrzydlatych zwierzołaków, nigdy jednak nie poruszał wprost tego tematu. 

Konrad  miał  tylko  nadzieję,  że  kapryśny  dar  nie  zawiedzie  go  w  krytycznej  chwili. 

Podczas wspinaczki, za dnia i w nocy, miał się bez przerwy na baczności. 

Droga stała się w końcu zbyt niebezpieczna, by podążać nią w ciemnościach, dalej 

szli więc w blasku dnia. Ale i to niewiele zmieniało sytuację. 

- Będziemy jednak musieli zostawić tu konie - zadecydował Wilk. - Tylko Północ jest 

background image

w stanie tędy przejść. Zostaniesz przy nich, Konradzie. My z Anvilą pójdziemy dalej sami. 
Jesteśmy prawie na miejscu. 

Konrad  był  ciekaw,  skąd  Wilk  to  wie.  Dla  niego  wszystkie  te  skały,  głazy,  turnie 

wyglądały  tak  samo.  Jednak  rad  zastosował  się  do  polecenia  Wilka.  Góry  nie  były  dla 
ludzi, były dla orłów - no, może jeszcze dla krasnoludów. 

Nie  podobało  mu  się  tylko,  że  Wilk  zostanie  sam  na  sam  z  Anvilą,  ale  mimo  to 

powinien dać sobie radę. 

- Długo mam czekać? - spytał. 
- Ile będzie trzeba - odparł Wilk. 
- A jak nie wrócicie? Mam iść za wami? 
Wilk wzruszył tylko ramionami i odwrócił się. 
Anvila i Konrad popatrzyli na siebie, a potem ona też odwróciła się bez słowa. Na 

Północ  załadowano  tyle  ekwipunku,  ile  koń  był  w  stanie  udźwignąć.  Wilk  z  Anvilą 
również wyglądali jak juczne zwierzęta, obładowani ciężkimi tobołami, które przytroczyli 
sobie do grzbietów. 

Ruszyli  dalej  pod  górę  i  wkrótce  zniknęli  Konradowi  z  oczu  za  skalnym  załomem. 

Jeszcze długo wypatrywał ich sylwetek w wyższych partiach góry, ale już do końca dnia 
ich nie zobaczył. Kiedy zapadła noc, położył się i zapatrzył  w gwiazdy. Zasypiając, nie 
wiedzieć czemu pomyślał o komecie z dwoma warkoczami, która pojawiła się na niebie 
w dniu przyjścia na świat Sigmara. 

* * * 

Obudził  się  jeszcze  przed  brzaskiem  z  dłonią  zaciśniętą  mocno  na  rzeźbionej 

rękojeści wiernego sztyletu. Ostrożnie, powoli sięgnął do boku po miecz. 

Nadciągało niebezpieczeństwo, widział je… 
Ale  po  chwili,  wciąż  nie  otwierając  oczu,  uświadomił  sobie,  że  widzi 

niebezpieczeństwo,  które  nie  zagraża  jemu,  lecz  Wilkowi  i  Anvili.  Dwójka  śmiałków 
znajdowała się w śmiertelnych opałach. 

Usiadł  i  nastawiając  ucha  oraz  wytężając  wzrok,  rozejrzał  się  po  otaczających  go 

ciemnościach, by upewnić się, czy i jemu coś aby nie grozi. Ale konie stały spokojnie, a 
one zwietrzyłyby swoimi wrażliwymi zmysłami obcy zapach zwierzołaka. 

background image

Wizja już się rozmyła, jednak przed oczami nadal stał mu obraz Wilka i Anvili. Tam, 

gdzie  się  teraz  znajdowali,  również  była  noc,  a  podkradało  się  do  nich  cicho  kilka 
ciemnych, złowrogich sylwetek. 

Do  podstępnej  napaści  jeszcze  nie  doszło,  ale  wkrótce  się  to  stanie.  I  Konrad  w 

żaden sposób nie mógł temu zapobiec. 

Wiedział, że to daremne, że nic to nie da, zbyt duża dzieliła ich odległość, ale mimo 

wszystko zaczerpnął powietrza w płuca i zawył na całe gardło: 

- Wiiiilk…! 
Krzyk poniósł się po górach i wrócił doń echem, wzmocniony, zniekształcony. 
- Wilk! - wrzasnął znowu. 
- WilkWilkWilk - przedrzeźniało go echo. - Wilk… Wilk… Wilk… 
- WILK! - ryknął. 
Nie  bacząc  na  panujące  ciemności,  zerwał  się  i  ruszył  pod  górę  śladem  dwójki 

towarzyszy.  Nie  tracił  czasu  na  przywdziewanie  pancerza.  Zresztą  ten  był  za  ciężki, 
zawadzałby  mu,  spowalniał  marsz,  a  tu  liczyła  się  przede  wszystkim  szybkość.  Zabrał 
tylko miecz i obosieczny topór bojowy, który zarzucił sobie na ramię. 

Ledwie widział, gdzie stawia kroki, ale nie czyniło to wielkiej różnicy, bo i tak szedł 

na wyczucie. Parł przed siebie, pod górę, wierząc, że instynkt zaprowadzi go do miejsca, 
które ujrzał w swojej wizji. 

Wzeszło  słońce,  rozwidniało  się,  ale  on  tego  nie  dostrzegał  -  dopiero po chwili 

dotarło doń, że świt oznacza, iż jest już za późno. Atak już nastąpił. Konrad zawahał się, 
ale  trwało  to  tylko  sekundę.  Ruszył  dalej,  pnąc  się  w  górę  z  jeszcze  większą 
determinacją. 

Cały spływał potem. Zrzucił futrzany kubrak i ciepłe getry, które nosił na spodniach. 

Palce i dłonie poranione ostrymi kamieniami były śliskie od krwi, trudno się było na nich 
podciągać. 

Po  trzech  godzinach  morderczego  wysiłku  dobrnął  wreszcie  do  pobojowiska. 

Obrzucił  spojrzeniem  trupy  zwierzołaków  i  wśród  nich  dostrzegł  leżącego  na  boku, 
martwego  Północ.  Ogier  nie  był  już  biały,  prawie  całe  jego  ciało  pokrywał  czerwony 
kożuch krzepnącej krwi. 

background image

Konrad  szedł  wolno  między  ogromnymi,  szarymi  skałami.  Za  każdą  mógł  z 

powodzeniem  czaić  się  tuzin  wrogów.  Ale  jak  dotąd  natykał  się  tylko  na  ścierwa 
najeźdźców. 

Zauważył, że wszyscy bez wyjątku są goblinami. Gobliny były marnymi wojownikami 

i  dlatego  tyle  ich  padło  w  trakcie  walki.  Wydawały  mu  się  jakby  mniejsze  i  bardziej 
zdeformowane,  niż  zazwyczaj  bywają  gobliny.  Były  pokłute,  pocięte,  porąbane  i 
stratowane kopytami Północy, a w czaszce jednego tkwił kilof Anvili. 

Wśród dziesiątków trupów nie dostrzegał ani Wilka, ani Anvili. Czyżby udało im się 

ujść z życiem? A może to sprawka Anvili, może to ona wciągnęła Wilka w zasadzkę? 

Wtem  jego  uszu  doleciał  z  pobliża  jakiś  chrobot.  Z  mieczem  w  prawej  dłoni  i  z 

nożem w lewej przykucnął natychmiast na ugiętych nogach, gotów odeprzeć atak. 

Chrobot  powtórzył  się.  Dochodził  chyba  zza  odległej  o  kilka  kroków  krawędzi 

pionowego  urwiska.  Zbliżył  się  tam  ostrożnie.  W  skalnym  podłożu,  tuż  przed  samą 
krawędzią, ziała głęboka szczelina - to z niej dochodziło chrobotanie. Zajrzał. 

- No, czego się gapisz, durniu, pomóż mi! 
To była Anvila. Wpadła do rozpadliny i nie mogła się z niej wygramolić. W stercie 

zwalonego  na  noc  ekwipunku  Konrad  znalazł  zwój  liny.  Przywiązał  jeden  koniec  do 
dużego  głazu,  drugi  wrzucił  do  rozpadliny  i  pomógł  krasnoludzicy  wydostać  się  na 
powierzchnię. 

Popatrzyli na siebie. Anvila ani  myślała  dziękować;  Konrad  nie  pytał,  czy  nie  jest 

ranna. 

Krasnoludzica rozejrzała się po zasłanym trupami pobojowisku. 
- Gdzie Wilk? 
- Sam chciałem cię o to zapytać. 
-  Napadli  na  nas  pod  osłoną  ciemności.  Podjęliśmy  walkę.  Po»  ślizgnęłam  się  i 

upadłam.  Ostatnie,  co  widziałam,  to  Wilka  w  księżycowej  poświacie  otoczonego  przez 
gobliny. - Kopnęła jednego z trupów. - Nienawidzę goblinów! - Kopnęła następnego. 

- Co się z nim stało? 
- A skąd mam wiedzieć? Może go zabili, może strącili w przepaść… 
- Albo - wpadł jej w słowo Konrad - wzięli do niewoli. 

background image

Tego  Wilk  zawsze  obawiał  się  najbardziej.  Po  niewypowiedzianych  torturach  i 

upokorzeniach,  jakich  doświadczył  w  poprzedniej  niewoli,  wolał  umrzeć,  niż  stać  się 
znowu jeńcem. Nigdy nie powiedział, w czyje ręce wtedy wpadł, kiedy to było ani gdzie, 
ale dawał wyraźnie do zrozumienia, że po raz drugi żywcem wziąć się nie da. 

Wszystko jednak wskazywało na to, że nie miał czasu popełnić samobójstwa. 
-  Musimy  go  odnaleźć  -  zadecydował  Konrad.  -  Gdzie  go  zabiorą?  Dokąd  się 

kierowaliście? 

- Świątynia powinna być gdzieś tutaj. Wczoraj pod wieczór znaleźliśmy jeden tunel, 

ale zawalony. 

- Tunele… w nich pewnie gnieżdżą się gobliny - powiedział Konrad. - Tam musieli 

zabrać Wilka. Gdzie jest do nich wejście? 

- Zaczekaj - mruknęła Anvila. - Przyznaję, że lubię Wilka. Porządny z niego chłop, 

jak na człowieka. Ale nas jest tylko dwoje, Konradzie, a goblinów setki, kto wie, czy nie 
tysiące. Nie wiemy, gdzie go szukać, nie wiemy nawet, czy jeszcze żyje. Nie damy rady. 
Rozsądniej będzie się wycofać. 

- A co tu ma do rzeczy rozsądek? 
Krasnoludzica westchnęła. 
- Chyba masz rację. 
- Jak zejść pod ziemię? Gdzie ta świątynia? 
- Pozbierajmy moje narzędzia. 
Anvila  wybrała,  co  jej  było  potrzebne,  z  tobołków  rozrzuconych  po  pobojowisku,  i 

sprawiedliwie  rozdzielili  ładunek  między  siebie  -  z  tym  że  Konrad  odmówił  stanowczo 
dźwigania choćby jednej z małych, drewnianych baryłek z prochem. 

Anvila  ruszyła  przodem  i  zaczęli  się  piąć  wyżej.  Na  skałach,  które  mijali,  Konrad 

dostrzegał gdzieniegdzie kropelki krwi, ale nic nie mówił. 

Krasnoludzica zatrzymywała się co jakiś czas, wyciągała z plecaka dziwne patyki z 

podziałką, układała je na ziemi i wodziła po nich tam i z powrotem jakimiś metalowymi 
elementami. 

Wrogość  między  człowiekiem  a  krasnoludzicą  poszła  w  niepamięć.  Byli  teraz 

sprzymierzeńcami  -  takimi  jak  przed  dwudziestoma  pięcioma  wiekami  byli  Sigmar 

background image

Młotodzierżca i krasnoludy, gdy wspólnie walczyli z goblinami. 

- Szybciej, szybciej - ponaglał Konrad. - Może go właśnie mordują! 
Wypowiadając te słowa, zdawał sobie sprawę, że wkrótce może się to stać faktem… 
- To tu - oznajmiła w końcu Anvila, przystając. 
- Gdzie? - spytał Konrad, rozglądając się dookoła. 
Okolica  niczym  szczególnym  się  nie  wyróżniała:  wokół  szczyty,  teren  usiany 

kamieniami,  karłowata  roślinność,  tu  i  ówdzie  kępka  trawy,  omszałe  głazy.  Typowy 
górski  krajobraz.  Ani  śladu  żadnej  świątyni,  żadnej  budowli  będącej  dziełem  sił  innych 
niż naturalne. 

- Tam. - Pokazała palcem. 
Popatrzył  w  tamtą  stronę  i  zobaczył  rozstęp  w  górskiej  ścianie.  Podszedł  bliżej  i 

zajrzał. Nieprzenikniony mrok powiedział mu, że w głąb góry prowadzi długi korytarz. 

U jego wylotu widniał na skale krwawy odcisk dłoni. Ludzkiej dłoni. Tylko Wilk mógł 

go pozostawić. 

- Wchodzę - powiedział Konrad. 
- Zaczekaj! 
- Szkoda czasu. 
- Tam jest za ciemno dla człowieka - powiedziała Anvila. - Weź pochodnię. 
- A skąd…? 
Nie dokończył, bo krasnoludzicą otworzyła już plecak i wyciągała z niego nasączoną 

olejem  żagiew,  taką  samą,  jakich  używano  w  kopalni.  Przypaliła  ją  za  pomocą  hubki  i 
krzesiwa i wręczyła Konradowi. 

- A ty? - spytał. 
- Sam go znajdziesz. Ja mam co innego do zrobienia. - Wskazała ruchem głowy na 

jedną z baryłek prochu, nad którymi stała. 

Konrad nawet nie próbował odgadnąć, co przez to rozumiała. Miał teraz na głowie 

inne zmartwienia. Odwrócił się, by wejść do tunelu. 

- Konradzie! 
Obejrzał się. 
Anvila  bluznęła  najbardziej  obscenicznym  przekleństwem,  jakie  znała  -  o wiele 

background image

gorszym od tego, które wyrwało się jemu, kiedy po raz pierwszy się spotkali. 

- Zrób to goblinom! - Roześmiała się mściwie. 

background image

Rozdział trzynasty 

Dosadne przekleństwo, które na  pożegnanie zadedykowała goblinom Anvila, wciąż 

dźwięczało  Konradowi  w  uszach,  przypominając  mu  o  odwiecznej  wrogości  pomiędzy 
krasnoludami a goblinoidami. Wśród nielicznych ksiąg, jakie, posiadłszy sztukę czytania, 
przestudiował  od  deski  do  deski,  był  stary,  wystrzępiony  tom  pod  tytułem  „Życie 
Sigmara Młotodzierżcy”. Przeczytał to dzieło z zapartym tchem i teraz go zainspirowało. 
Myśl  o  potężnym  Sigmarze,  który,  wywijając  ociekającym  posoką,  ogromnym  młotem 
bojowym, sieje spustoszenie w nieprzeliczonych szeregach goblinów, dodawała mu sił i 
odwagi, kiedy zagłębiał się w mroczny rozstęp w zboczu góry. 

Z  mieczem  w  prawej  i  płonącą  żagwią  w  lewej  ręce,  zapuszczał  się  w  otchłań, 

przeciskając wąskim skalnym korytarzem, który prowadził ku korzeniom góry. 

Nigdy  dotąd  nie  był  w  takim  miejscu  i  styksowe  ciemności  przyprawiały  go  o 

dreszcz.  Śmierdziało  tu,  cuchnęło  goblinami.  Blask  płonącej  żagwi  rzucał  niesamowite 
chybotliwe cienie, które tańczyły na ścianach. 

Po kilku minutach drogi skończyło się ciasne, naturalne pęknięcie w licu góry. Dalej 

wiódł  szerszy  korytarz  obudowany  ciosanymi  kamiennymi  blokami,  które  były  pokryte 
starożytnymi symbolami, na wpół zatartymi runami. 

Nie  znał  starego  języka  krasnoludów,  rozpoznawał  jednak  kształty  niektórych 

runów,  pokazywał  mu  je  przed  kilkoma  laty  jego  nauczyciel,  Matthew  Marszpikel. 
Obecność  tych  tajemnych  znaków  świadczyła,  że  to  rzeczywiście  miejsce,  do  którego 
pragnął dotrzeć Wilk - starożytna świątynia krasnoludów. Wilk znalazł to, czego szukał, 
ale zawleczony tu został jako jeniec. 

Konrad zobaczył przed sobą stopnie i zaczął schodzić długimi krętymi schodami. Po 

chwili stracił poczucie kierunku. 

Żagiew  dawała  niewiele  światła.  Rozpraszała  mrok  na  co  najwyżej  kilka kroków 

naprzód.  Jej  blask  bardziej  chyba  przeszkadzał,  niż  pomagał.  Ostrzegał  czające  się  w 
ciemnościach gobliny; mogły zobaczyć Konrada wcześniej niż on je. 

Korytarz rozdął się niespodziewanie w przestronniejszą komorę i Konrad nastąpił na 

coś, co ze szczękiem usunęło mu się spod stopy. Spojrzał pod nogi. Był to zniszczony, 

background image

pordzewiały  i  wyszczerbiony  miecz.  Rozejrzał  się  wokół.  Leżało  tu  więcej  takiego 
wiekowego oręża: maczugi i buzdygany, włócznie, sztylety, tarcze i wszelkiego rodzaju 
pancerze - a pośród nich jeden łuk. 

Zatrzymał  się  zaintrygowany.  Łuk  był  krótki,  mocno  wygięty,  z  jednego  zaczepu 

zwisała luźno cięciwa. Ale łuk był bezużyteczny bez strzał. Miał już ruszyć dalej, kiedy 
nagle zauważył jedną… 

Wilk  ostrzegał  go  przed  braniem  do  ręki  wrażej  broni.  Wszystko,  czego  dotykał 

kiedyś  zwierzołak,  mogło  być  zainfekowane.  Pancerze  i  oręż  utłuczonych  dewiantów 
zawsze  niszczono  albo  pozostawiano  na  gnijących  trupach  obmierzłych  właścicieli,  by 
wraz z nimi rozsypały się w proch. 

Jednak  gobliny,  choć  służyły  tym  samym  mrocznym  mocom,  nie  były  przecież 

zwierzołakami. Pokonując obrzydzenie, Konrad schylił się po strzałę przygotowany na to, 
że ta rozkruszy mu się w palcach. 

Nie rozkruszyła się. Drewno pod warstwą kurzu było nadal zdrowe, a grot pewnie 

tkwił na brzechwie. Ząb czasu nie naruszył też pierzyska. Jednak zbutwieć musiała sama 
cięciwa. 

Nie, nie zbutwiała. Ale zerwie się pewnie podczas naciągania na drugi zaczep. 
Nie zerwała się. Konrad wsunął strzałę za pas, miecz przełożył do lewej ręki, tej, w 

której trzymał już łuk, a w prawą wziął płonącą żagiew. Łuk i strzała nie mogły być tak 
stare jak świątynia; jakiś goblin musiał je niedawno na kimś zdobyć. 

Komora,  w  której  się  znajdował  Konrad,  miała  trzy  wyjścia  prowadzące  do  trzech 

ciemnych,  nie  wyglądających  zachęcająco  tuneli.  Obejrzał  wszystkie  wyloty,  ale  przy 
żadnym nie znalazł krwawego odcisku dłoni, który wskazałby mu drogę. 

Zdał się na instynkt i wkroczył do przypadkowo wybranego korytarza. Zapuszczając 

się w niesamowitą czerń i dzwoniącą w uszach ciszę, zauważył, że ściany znowu się tu 
zbiegają. 

Ale  cisza  nie  trwała  długo.  Z  głębin  tunelu  doleciał  nagle  przerażający, 

zwielokrotniony echem krzyk. Krzyk człowieka. Krzyk Wilka. 

Konrad,  który  do  tej  pory  posuwał  się  poprzez  ciemności  niepewnie,  krok  za 

krokiem, przyśpieszył teraz, prawie biegł. Raz po raz obijał sobie boleśnie boki, ale nie 

background image

zważając na nic, parł dalej świadom tylko tego, że Wilk bardzo go potrzebuje. Napotykał 
rozgałęzienia i rozwidlenia korytarza, ale ani razu się nie zawahał. Przewodnikiem były 
mu umęczone wrzaski Wilka. Wrzaski coraz głośniejsze… 

I  nagle  tunel  się  skończył.  Odgłos  kroków  nie  dudnił  już  za  nim  głucho,  a  blask 

żagwi utonął w ogromie podziemnej pieczary, w której się znalazł. 

Ujrzał  przed  sobą  morze  ciemnych,  przygarbionych  sylwetek,  a  w  głębi  jeszcze 

jeden  zarys,  blady  i  prosty,  odcinający  się  wyraźnie  od  tła  przeciwległej  ściany.  Zarys 
składanej ofiary, kogoś, kto miał umierać powoli i w męczarniach. Tym kimś, tą ofiarą 
był Wilk. 

Setki szpetnych twarzy zwróciło się ku Konradowi, płomień jego żagwi odbił się w 

setkach błyszczących kaprawych ślepi. Wpadł w sam środek ogromnego zgromadzenia 
uzbrojonych goblinów, zielonoskórych upiornych mieszkańców podziemnego świata. 

Ołtarz wyniesiony był ponad podłogę pieczary. Stał na nim nieludzki oprawca Wilka. 

Szatański  kapłan  spowity  w  ciemne  szaty  był  wyższy  i  mniej  pokręcony  od  reszty 
troglodytów. W jednej ręce dzierżył ceremonialną laskę obwieszoną kośćmi i zwieńczoną 
ludzką czaszką. W drugiej trzymał zakrzywiony nóż, z którego czubka skapywały krople 
krwi. 

- Wilku! - wrzasnął Konrad. 
-  Konrad!  -  odpowiedział  mu  cichy,  słaby  okrzyk.  A  potem  rozpaczliwe:  -  Zabij 

mnie…! 

Konrad bez zastanowienia wziął szeroki zamach prawą ręką i cisnął płonącą żagiew 

najwyżej  i  najdalej,  jak  potrafił,  w  serce  świątyni.  Kiedy,  koziołkując,  szybowała  przez 
powietrze  i  jej  migotliwy  blask  oświetlał  przepastną  grotę,  on  wyszarpnął  zza  pasa 
strzałę, wypuścił z lewej ręki miecz i uniósł łuk. 

Od pięciu lat nie strzelał z łuku, ale stare odruchy pozostały. Miał je we krwi. Strzała 

na  cięciwę,  odciągnąć  cięciwę,  unieść  łuk,  wymierzyć  -  i  zobaczyć,  gdzie  strzała 
zakończy swój lot. 

Wypuścił strzałę i nie czekając, aż osiągnie cel, rzucił łuk i rozejrzał się za mieczem. 

Ale  ten  zawieruszył  się  gdzieś  w  ciemnościach  pomiędzy  walającym  się  po  posadzce 
gruzem. 

background image

Sięgnął  po  przewieszony  przez  plecy  obosieczny  topór  bojowy  i  runął  naprzód. 

Drogę  wskazywał  mu  poblask  płonącej  pochodni.  Machał  ciężkim  toporem,  niczym 
żniwiarz kosą - ale pod jego ostrzem słały się pokotem nie łany dojrzałego zboża, lecz 
gobliny, które odważyły się zastąpić mu drogę. 

Kilka  pierwszych  ściął,  zanim  jeszcze  strzała  wraziła  się  w  prawe  ślepie  kapłana. 

Śmiertelny krzyk rannego utonął we  wrzaskach tych, którzy padali pod  ciosami topora 
zemsty. 

Konrad,  dzierżąc  swój  oręż  oburącz,  machał  nim  w  prawo  i  w  lewo,  tam  i  z 

powrotem,  w  górę  i  w  dół.  Ostrze  zagłębiało  się  w  ciała;  fruwały  odrąbane  kończyny; 
pękały  kości;  kruszyły  się  ohydne  łby.  Stopy  ślizgały  się  na  goblinowej  posoce 
zalewającej  posadzkę.  Udało  mu  się  zaskoczyć  stwory,  ale  ich  szeregi  z  każdą  chwilą 
gęstniały  i  robiło  się  coraz  ciemniej.  Światło  rzucane  przez  żagiew  było  za  daleko, 
szybko przygasało i naraz zupełnie zgasło. 

Konrad  po  raz  pierwszy  zmuszony  był  się  cofnąć.  Jego  przeciwnicy  byli  uzbrojeni, 

liczniejsi - i widzieli w ciemnościach. Ale potężny topór nadal siał wśród nich straszliwe 
spustoszenie. Gobliny napierały taką zbitą masą, że niepodobna było nie trafić któregoś. 
Była  to  znojna  harówka,  lecz  Konrada  rozpierała  niemal  radosna  energia,  a  śmierć 
każdego kolejnego wroga zdawała się dodawać mu sił. 

Ale  przy  braku  światła  lewe  oko  nie  było  w  stanie  ostrzegać  go  zawczasu  przed 

sztychami dziesiątków mieczy, które zaczynały dosięgać celu, i zdawał sobie sprawę, że 
lada chwila któryś z nich okaże się śmiertelny. Sama siła tu nie wystarczy. Desperacja 
zaczynała  go  popychać  do  samobójczej  brawury.  Wszystko  skończy  się  tutaj,  w 
trzewiach ziemi, głęboko pod zimnymi rubieżami Kisleva. 

Naraz bardziej wyczuł, niż usłyszał, odległy grzmot, podłoga pod podeszwami butów 

zawibrowała. W chwilę później zadrżała cała świątynia. Z góry posypały się głazy, jeden 
spadł o metr od wywijającego toporem Konrada, przygniatając trzy gobliny. Uniosły się 
tumany oślepiającego, duszącego kurzu. Walka straciła impet. Konrad potrząsnął głową, 
by  pozbyć  się  strużki  krwi  zalewającej  mu  oczy.  W  oddali  kołatały  się  wciąż  echa 
grzmotu. Czyżby trzęsienie ziemi? 

Zygzak błyskawicy poraził mu lewe oko, potem prawe - oba obrazy zlały się w wizję 

background image

dwóch świetlistych smug. 

I nagle  wszystko  pojaśniało!  Można  było  pomyśleć,  że  świątynia  stanęła  w  ogniu, 

ale to nie był pożar. 

Gobliny,  wyjąc  i  skrzecząc,  zakrywając  szponiastymi  łapami  oczy,  pierzchały  przed 

powodzią oślepiającego blasku. 

Konrad nie tracił czasu na roztrząsanie, skąd wzięło się to światło. Miał pełne ręce 

roboty. Teraz dopiero zaczęła się prawdziwa rzeź. 

Kroczył poprzez rzesze zdezorientowanych stworów, a każde cięcie ciężkiego topora 

sprowadzało śmierć na jeszcze jedną garbatą pokrakę. Krew tryskała i rozlewała się po 
brudnych kamieniach, które od tysięcy lat nie oglądały światła. 

Czuł  w  członkach  nowy  przypływ  sił,  przypominający  energię  emanującą  z, 

będącego własnością zwierzołaka miecza, którego zdarzyło mu się użyć przed wieloma 
laty.  Ale  teraz  było  inaczej,  bo  tę  moc  czerpał  z  głębi  siebie.  Nie  było  to  żadne 
zewnętrzne, pasożytnicze źródło siły, które w końcu wyssie z niego życie. 

Odradzał  się.  Niczym  bohaterski  Sigmar  z  przeszłości  stawał  się  niepokonanym 

wojownikiem  niszczącym  nikczemnych  wrogów.  Topór  wznosił  się  i  opadał,  a  jego 
śmigające  ostrza  zdawały  się  jarzyć,  niczym  nasączone  magią.  Lejąca  się  wokół  krew 
wprawiała Konrada w euforię. Czuł się w swoim żywiole; zupełnie jakby narodził się po 
to, by toczyć tu dzisiaj ten bój. Zabijał jak w transie. 

Pod ciosami dwugłowego  miota  padały  gobliny.  Nic  dziwnego,  że  krasnoludy 

nazywały  go  „Ghal-maraz”  -  „Rozłupywacz  czerepów”.  Była  to  bitwa  na  Przełęczy 
Czarnego  Ognia,  gdzie  gobliny  i  orki  wzięte  zostały  w  dwa  ognie  przez  wojska  ludzi  i 
tylną straż krasnoludów. Wywijając swoim potężnym miotem bojowym, rozłupując nim 
czerepy, kroczył Sigmar na czele swych żołnierzy, wybijając wrogów niemal w pień. Po 
tym  właśnie  dniu  do  Sigmara  przylgnął  przydomek  „Młot  na  Gobeliny”  -  Sigmar 
Młotodzierżca! 

Masakra skończyła się dopiero wtedy, kiedy ostatniemu z goblinów, które pozostały 

jeszcze  przy  życiu  i  nie  dogorywały  na  placu  boju,  udało  się  w  panice  odpełznąć  pod 
osłonę  ciemności.  Otrząsnąwszy  się  wreszcie  z  transu,  Konrad  wsparł  się  ciężko  na 
toporze.  Zaczynała  go  opuszczać  magiczna  energia.  Ale  zmęczenie  nie  przyćmiewało 

background image

dumy z wyniku bitwy. Sto -  może  nawet  dwieście  -  goblinów zaszlachtowanych przez 
jednego człowieka! 

Zbryzgany od stóp do głów posoką podszedł do skrępowanego Wilka. Torturowany 

wcześniej wojownik wisiał uwiązany za przeguby. Był nagi, jeszcze bardziej od Konrada 
zakrwawiony  -  ale  była  to  krew  czerwona,  nie  zielona,  jego  własna  krew,  krew 
człowieka. Wpatrywał się w Konrada z odrobiną lęku w oczach. 

Wyglądał jakoś inaczej, miał zdeformowane ciało. Może wił się z bólu i dlatego jego 

członki wydawały się takie powykręcane. Jednak w jego twarzy też było coś dziwnego, 
jakby szczęka mu się wydłużyła; i chociaż cały zalany był krwią, to spod niej wyraźnie 
przezierała gęsta szczecina włosów. 

-  Nie  słyszałeś,  co  ci  kazałem  zrobić?  -  spytał  Wilk  łamiącym  się  głosem.  -  Mnie 

miałeś  zabić,  nie  jego.  -  Splunął  w  stronę  leżącego  nieruchomo  na  wznak,  kapłana 
goblinów. Zmieszana z krwią ślina wylądowała na rytualnie okaleczonej twarzy trupa. 

- Nie można polegać na łuku - to chłopska broń - odparł Konrad, opierając o ścianę 

swój  potężny  młot  bojowy.  Znieruchomiał  wpatrzony  w  topór,  który  przed  chwilą 
odstawił. Dlaczego nazwał go w myślach młotem bojowym? Otarł krew z oczu i dobył 
kris, by przeciąć krępujące Wilka więzy. 

Kiedy pod ostrzem ustąpiło ostatnie włókno sznura, klinga noża rozprysła się nagle 

na sto kawałków. Konrad patrzył przez chwilę oniemiały na rękojeść, która została mu w 
dłoni, a potem ją wypuścił. 

- Słyszałem, że prędzej sam poderżniesz sobie gardło, niż dasz się wziąć żywcem - 

powiedział. 

Wilk skrzywił się, siadając przy jego pomocy. 
- Uznałem, że pożyteczniej będzie poderżnąć kilka gardeł im - wymamrotał. 
Z  oddali  dobiegał  odgłos  ciężkich  kroków.  Spojrzeli  obaj  na  wylot  tunelu  w 

przeciwległym końcu groty. 

Konrad pomógł Wilkowi wstać i podtrzymał go, obejmując ręką w pasie. Sięgnął po 

zbroczony  goblinową  posoką  topór.  Patrzyli  i  czekali,  zastanawiając  się,  jacyż  to  nowi 
wrogowie wychyną z mrocznego korytarza. 

Kroki  się  zbliżały,  stawały  coraz  głośniejsze,  odbijały  się  echem, jakby do ataku 

background image

maszerowała  cała  armia.  W  końcu  w  wylocie  tunelu  pojawiła  się  drobna,  samotna 
figurka. 

-  No, gdzie te wszystkie skarby? -  spytała  Anvila,  spoglądając  na  nagie  ściany 

starożytnej świątyni. 

background image

Rozdział czternasty 

I  znowu  nadszedł  czas.  Przed  pięcioma  laty  człowiek  ten  uniknął  karzącej  ręki 

chaosu, ale to się już nie powtórzy. 

Zamiast się ukryć, uchodzić, byle dalej od Mocy, które sprzysięgły się, by usunąć go 

z drogi, on pozostał w samym centrum konfliktu. 

Zupełnie jakby wiedział - a to przecież niemożliwe. 
Został  w  końcu  zlokalizowany  i  wzięty  pod  obserwację  do  czasu,  kiedy 

najkorzystniejszego kształtu nabiorą omeny wieszczące jego śmierć. 

Hordy  ciemności  za  długo  występowały  przeciwko  sobie,  za  długo  marnotrawiły 

energię na bezcelową rywalizację. To sprawiło, że ich powaśnione armie zostały rozbite i 
wyparte przez siły człowieka. 

Jednak  ostatnio  stało  się  to  zamierzoną  taktyką.  Im  dalej  się  wycofywały,  tym 

więcej ludzkich żołnierzy zwabionych zostanie w pułapkę - na spotkanie śmierci. 

Zwycięstwo będzie wspaniałe i prawdziwym bogom złożona zostanie hojna danina 

krwi. 

Będzie  to  rozstrzygająca  bitwa  w  Kislevie.  Wszelki  opór  zostanie  złamany,  kraina 

spustoszona, po śmiertelnym życiu nie pozostanie żaden ślad. 

A wtedy nastąpi zwrot w dziejach Imperium. 
Ten czas znowu nadszedł. 

* * * 

Konrad  był  kompletnie  wyczerpany.  Najchętniej  zamknąłby  oczy  i  odpłynął  w  sen. 

Wilk leżał bez czucia na posadzce i Konrad mu zazdrościł. 

Rany  odniesione  przez  Wilka  okazały  się  nie  takie  straszne,  jak  się  z  początku 

wydawało. Wygoją się z czasem, choć na jego ciele przybędzie szram. I wyglądał już tak 
jak  dawniej.  Zmiany,  które  w  powierzchowności  przyjaciela  zauważył  Konrad,  musiały 
być  następstwem  tortur,  jakim  go  poddano,  a  może  w  ogóle  były  tylko  dziełem  jego 
wyobraźni.  Po  stoczonym  boju  Konrada  zawsze  zawodziły  zmysły.  Podczas  walki  górę 
brały  instynkt  i  refleks,  nie  było  wtedy  miejsca  na  trzeźwe  myślenie  -  bo  niby  skąd 
wzięło się to złudzenie, że zamiast topora trzyma młot? 

background image

Nacięcia  na  skórze  Wilka  miały  zadać  ból,  nie  śmierć  -  przynajmniej nie 

natychmiastową. Gobliny chciały, by umierał powoli i w jak największych mękach. 

Konrad wodził wzrokiem po trupach zaścielających posadzkę. Świątynia przywodziła 

teraz na myśl kostnicę. 

Z  początku  obawiał  się,  że  zielone  hordy  wrócą,  ale  potem  uświadomił  sobie,  że 

odstrasza je światło. 

Światło… 
Ogromna grota oświetlona została przez genialną krasnoludzicę, Anvilę. Ta jasność 

lała  się  z  jednego  miejsca  w  połowie  wysokości  ściany,  i  zdawała  się  emanować  z 
czegoś,  co  na  pierwszy  rzut  oka  wyglądało  na  wylot  tunelu  -  z  tym  że  jasnego,  nie 
ciemnego, przesłoniętego kolistą taflą szkła, przypominającą szybę w oknie. 

-  Do  oświetlania  swoich  podziemnych  świątyń  krasnoludy  stosowały  szereg 

soczewek, które z powierzchni na dół sprowadzały słoneczne światło - wyjaśniła Anvila. 
- Odszukałam na górze te soczewki, ale były przysypane zwałami kamieni - wysadziłam 
te kamienie prochem. 

- A nie mówiłem, że cwana z niej sztuka - wymruczał Wilk i zemdlał. 
Anvila wyruszyła na obchód świątyni. Konrad wątpił, by celem jej rekonesansu były 

skarby, które spodziewał się tu zastać Wilk. Jeśli nawet znajdowało się tu kiedyś złoto i 
klejnoty, to z pewnością rozszabrowano je wieki temu. 

I rzeczywiście, krasnoludzicę interesowały tylko kamienie oraz inskrypcje, które na 

nich wyryto. Ze szczególną uwagą badała wejścia do tuneli odbiegających we wszystkie 
strony od centralnej pieczary. 

Pieczarę  wykuto  w  litej  skale,  a  podłogę  i  ściany  wyłożono  kamiennymi  blokami. 

Podłoga  miała  kształt  koła  o  średnicy  jakichś  dwustu  stóp,  ściany  zaś  wyginały  się 
łukowato ku wierzchołkowi i zbiegały na wysokości stu stóp, tworząc ogromną kopułę. 

Anvila wróciła w końcu i przyklękła przy Wilku. Spojrzała na ścianę, pod którą leżał, 

i na liny, którymi był przywiązany. 

- To pradawna świątynia krasnoludów - orzekła - a teraz gobliny wykorzystują ją do 

swych  niecnych  rytuałów.  Musieliśmy  trafić  na  ceremonię  mającą  jakiś  związek  z 
ostatnim dniem wiosny, który mamy dzisiaj. 

background image

-  To  na  jutro  przypada  pierwszy  dzień  lata?  -  spytał  cicho  Konrad.  Pamiętał,  co 

wydarzyło  się  tego  dnia  przed  pięcioma  laty,  choć  starał  się  bardzo  wymazać  tamte 
wydarzenia z pamięci. 

Popatrzył  na  ciało  goblinowego  kapłana,  na  strzałę  sterczącą  z  oczodołu  trupa. 

Przypomniała  mu  strzałę,  którą  wypuścił  z  łuku,  mierząc  w  serce tajemniczego 
Czaszkolicego. Potrząsnął głową. O tym też nie chciał myśleć. 

Starał się oczyścić z krwi i posoki, ale bezskutecznie, wciąż cały się lepił. Zostawił 

Anvilę przy Wilku i ruszył na poszukiwanie wody. Nie znalazł jej, a poza granicę światła 
nie uśmiechało mu się wykraczać. 

Zadarł  głowę  i  spojrzał  na  wielką  szklaną  taflę  osadzoną  w  połowie  wysokości 

ściany.  Była  okrągła  i  składała  się  ze  współosiowych  pierścieni  rozmaitej  grubości  i 
średnicy. Przypominała zwierciadło. 

Już  miał  się  odwrócić,  kiedy  naraz  dostrzegł,  że  w  soczewce  coś  się  poruszyło. 

Niczym obraz wynurzający się z mgły, formował się w niej zarys jakiejś postaci. Był to 
jeździec, człowiek na koniu. Człowiek, którego rozpoznałby zawsze i wszędzie. 

Brązowy wojownik! Ten sam, którego Wilk nazwał swoim bratem bliźniakiem… 
Konrad  patrzył  na  to  ze  zgrozą,  nie  wierząc  własnym  oczom.  To  nie  mogła  być 

prawda. 

Wilk  tylko  raz  wspomniał  o  swoim  bracie.  Było  to  w  dniu,  w  którym  się  poznali. 

Powiedział wtedy, że jego brat nie żyje. Upłynęło pięć lat od dnia, kiedy brązowy rycerz 
pojawił  się  w  wiosce,  dokładnie  pięć  lat.  Wydał  się  wówczas  Konradowi  istotą 
nadprzyrodzoną. 

Gorzej niż martwy - mniej więcej tak wyraził się kiedyś o swoim bracie Wilk. 
Ugodzony strzałą w serce Czaszkolicy też nie wyzionął ducha. 
Czyżby dlatego, że nie miał serca, że i tak już nie żył? Nie umarł, bo już był martwy? 
Czyżby  brązowy  wojownik  wracał  teraz  po  niego,  Konrada?  A  może  to  tylko  jakiś 

omam wzrokowy? 

- Anvila! - krzyknął, wskazując palcem na okrągłą szybę. - Widzisz to? 
- Widzę! - odkrzyknęła. 
- Co to? 

background image

-  To  obraz  ściągany  z  oddali  i  powiększany  przez  soczewki.  Ta  na  powierzchni 

musiała popękać, a pęknięcia tak się ułożyły, że przekazują rozproszony obraz okolicy. 

- Rzeczywisty? 
- Tak. 
- On też jest rzeczywisty? 
- Tak. Prawdopodobnie znajduje się teraz kilka mil stąd, u podnóża gór. 
W tym momencie widmowa zjawa rozpłynęła się we mgle i zniknęła. 
- Muszę tam iść - krzyknął Konrad, podbiegając do Anvili i Wilka. 
Krasnoludzica spojrzała na niego, ale nic nie powiedziała. 
- Muszę. To… to mi przeznaczone… 
Anvila wzruszyła ramionami. 
- Idź, skoro to dla ciebie takie ważne. 
- A co z Wilkiem? Zajmiesz się nim, pomożesz mu stąd wyjść? 
- Tak. 
- A gobliny? 
-  Jestem  krasnoludem.  To  terytorium  moich  przodków.  Wiem,  jak  sobie  radzić  z 

goblinami. 

Konrad popatrzył na Wilka. Ten zamrugał powiekami i otworzył oczy. 
Spoglądając na Konrada, oblizał spierzchnięte wargi i otworzył usta. Wydobyło się z 

nich  jedno  niewyraźne  słowo,  jedno  chrapliwe,  ledwie  dosłyszalne  westchnienie.  Wilk 
wziął płytki oddech i już głośniej powtórzył to samo słowo. Potem, jakby był to dla niego 
zbyt wielki wysiłek, znowu odpłynął w niebyt. 

Konrad  słyszał  już  to  słowo,  często  powtarzano  je  na  pograniczu,  często  sam  je 

wypowiadał - ale tak naprawdę nie wiedział, co znaczy. Zerknął na Anvilę, która ani nie 
okazywała żadnych emocji, ani się nie odzywała. 

- Muszę iść - powiedział. 
- Już mówiłeś. Musisz - idź! 
Konrad  kiwnął  głową  i  wycofał  się  powoli  do  wylotu  tunelu,  którym  weszła  do 

świątyni Anvila. 

Musiał odejść, a jednocześnie coś go tu trzymało. Nie chciał zostawiać Anvili i Wilka 

background image

samych. Ale co tu po nim? Krasnoludzica zapewniła, że zajmie się Wilkiem. 

Od  Wilka,  swojego  drugiego  nauczyciela,  wiele  już  się  nie  nauczy.  Pierwszą  jego 

instruktorką  była  Elyssa,  a  ona  zginęła  przed  pięcioma  laty.  Przed  pięcioma  laty  bez 
jednego dnia. 

A teraz, tego samego dnia roku, co wtedy, kiedy ujrzeli go z Elyssa po raz pierwszy, 

zjawiał się znowu brązowy wojownik. 

To nie mógł być zwyczajny zbieg okoliczności - to przeznaczenie. 
Musi odszukać rycerza. Tylko w ten sposób dojdzie prawdy o sobie. 
Elyssa i Wilk wiele mu dali, ale tylko sam może się dowiedzieć kim był - kim jest - i 

kim się stanie… 

Spojrzał  jeszcze  raz  na  Anvilę,  spojrzał  na  Wilka,  a  potem  odwrócił  się  i 

zdecydowanym krokiem wszedł do tunelu, który wyprowadzi go na powierzchnię. 

Szedł  starodawnym  chodnikiem,  a  w  uszach  dźwięczało  mu  wciąż  słowo 

wypowiedziane przez Wilka. 

- Chaos - wyszeptał Wilk. 

Chaos! - ostrzegał Wilk. 


Document Outline