background image

 

Adrienne Basso

Poślubić wicehrabiego

Prolog 

May fair Manor, Hampshire, Anglia 
Wiosna 1784 roku 

Z górnego piętra dobiegł stłumiony kobiecy krzyk. Dwaj dżentelmeni, 
ojciec i syn, czekający niecierpliwie w salonie aż się wzdrygnęli. Na to 
rozpaczliwe wołanie młodszy rzucił się ku schodom, lecz ojciec go 
powstrzymał. 
Syn przez chwilę napierał, chciał biec na ratunek. Wkrótce 
jednak zrezygnował, potarł zaczerwienione oczy, przesunął dłonią po 
twarzy i nie bardzo wiedząc, co czyni, opróżnił jednym haustem 
szklaneczkę whisky. 
Panowie wrócili na swoje miejsca, by znów czekać w milczeniu. 
Ciszę 
mąciło tylko tykanie zegara nad kominkiem. 

- To szaleństwo! Jak mogłem się zdecydować na coś takiego?! - 
mamrotał 
Fletcher Linden, pełen odrazy do samego siebie. - Moja żona nie jest 
już młoda... Nie zniesie tych męczarni. Obawiam się, że jeśli straci 
dziecko, 
pęknie jej serce. A jeżeli Dorothea umrze, umrę i ja. Z całą 
pewnością! 
- Wszystko jest w ręku Boga - odparł Montgomery Linden, baron 
Aston, i niezręcznie poklepał syna po ramieniu. - Pozostaje nam tylko 
modlitwa. 
Nagle drzwi salonu otworzyły się z impetem. Doktor, pamiętając o 
zaniepokojeniu 

background image

lorda Astona i jego syna, nie zwlekał ani chwili z ogłoszeniem dobrej 
nowiny. 
- Z wielką radością i z ogromną ulgą oznajmiam, że pani Linden 
szczęśliwie 
powiła córkę! Gratulacje, panie Linden. Służąca zaraz prześcieli 
łóżko i będzie pan mógł odwiedzić swoje obie damy. Pańska 
córeczka 
jest maleńka, ale zdrowa. Kiedy wychodziłem z pokoju, krzyczała 
wniebogłosy. 
To dobry znak! 
- Bogu niech będą dzięki! - wybełkotał Fletcher. Kolana ugięły się 
pod nim i opadł na krzesło. Emocje były tak silne, że niemal odczuwał 
ból. - Moja mała Faith!... postanowiliśmy z żoną, że jeśli Bóg 
pobłogosławi 
nas córeczką, nazwiemy ją Faith*. 
- Bardzo stosownie! - Lord Aston się rozpromienił. Wezwał całą 
służbę 
i z wielką pompą oznajmił o narodzinach wnuczki. Tak się przy tym 
puszył, 
jakby był pierwszym dziadkiem w dziejach ludzkości. 
Nowinę przyjęto gromkimi wiwatami i okrzykami podziwu. Do 
szczęśliwego 
ojca niewiele w tej chwili docierało. Jak w transie przyjmował 
gratulacje. Ściskano mu dłoń, kilku służących zapomniało się do tego 
stopnia, że poklepało go po ramieniu, a zarządzająca domem pani 
Craig 
objęła go serdecznie jak matka. 

Po dłuższej chwili doktor zezwolił, by Fletcher udał się na górę i po 
raz 
pierwszy ujrzał swoją córeczkę. Nie trzeba mu było tego powtarzać: 
popędził, 
przeskakując po dwa stopnie naraz, i wpadł do sypialni w chwili, 
gdy pokojówka wychodziła z naręczem zakrwawionej pościeli. 
Fletcher zamknął za sobą drzwi. Przez chwilę nie był w stanie zrobić 
kroku ani wymówić słowa. Wpatrywał się tylko w milczącą i 
nieruchomą 
postać na łóżku. Strach ścisnął mu serce. Doktor powiedziałby mu 
chyba, gdyby żonie groziły jakieś komplikacje? 
- Dorotheo... 

background image

Żona otworzyła oczy. Na widok męża uśmiechnęła się radośnie i 
uniosła nieco na poduszkach. 
- Podejdź bliżej, kochany, poznaj swoją córeczkę! - poprosiła, 
wskazując 
na spoczywające u jej boku zawiniątko. 
- Boże święty! - wykrztusił Fletcher przez ściśnięte gardło i powoli, 
z namaszczeniem podszedł bliżej. -Jesteś niezrównana, najdroższa! 
Stworzyć 
takie arcydzieło! Spójrz tylko na nią: jest cudowna. Więcej niż 
cudowna! 
- Moja malutka Faith... - szepnęła Dorothea, tuląc niemowlę do piersi. 
- Mamy wreszcie dziecko, najdroższy. Po piętnastu latach 
oczekiwania. To prawdziwy cud! 
- Nie mogę w to uwierzyć - wymamrotał - choć widzę ją na własne 
oczy! 
Uklęknął obok łóżka. Radość, miłość i podziw przepełniały mu serce. 
Skierował spojrzenie na pełne łez oczy żony. Podzielała jego 
zdumienie 
i ogromną radość. Wyciągnął drżącą rękę i musnął palcem policzek 
maleństwa. 
Potem schylił się i pocałował córkę w czoło. 
Dziecko wiercąc się i popiskując, otworzyło buzię i ziewnęło. Fletcher 
nigdy jeszcze nie widział nic równie pięknego. 
- Tylko na nią spojrzę i już chce mi się płakać ze szczęścia - wyznała 
Dorothea, pociągając nosem. 
Fletcher uśmiechnął się przez łzy do ukochanej żony. Powinien już 
odejść, by odpoczęła. Była wyczerpana fizycznie i psychicznie. 
Nawet 
mówienie ją męczyło. On jednak po prostu nie mógł się oderwać od 
niej 
i od swej cudownej nowo narodzonej córeczki. 
- Ależ będziemy ją rozpieszczać!... Prawda, najdroższa? - szepnął. -
Damy jej tyle miłości, poświęcimy tyle uwagi... Będziemy wyrozumiali 
dla jej słabostek i dumni z jej odwagi i ciekawości świata... 
Dorothea roześmiała się. 
- Wyrośnie na istne półdiablę! 
- Co też ty mówisz?! — Fletcher się obruszył. Spojrzał na dziecko i 
wezbrał 
w nim instynkt opiekuńczy. Nikt nie ośmieli się krytykować jego 
córki! Do końca życia będzie bronił małej Faith. 

background image

Znów powiódł palcem po gładziutkim policzku. Córeczka zamrugała, 
otworzyła szeroko oczy i spojrzała na niego, choć jej wzrok z 
pewnością 
nie nabrał jeszcze ostrości. Potem zakwiliła, niezdarnie wsadziła 
piąstkę 
do buzi i zaczęła ją hałaśliwie ssać. Fletchera znów zalała fala 
tkliwości. 
I nagle ogarnął go paniczny strach. Czy on w ogóle wie, co to znaczy 
być ojcem?! Ta maleńka niewinna istota jest całkowicie od niego 
zależna. 
Czy zdoła zapewnić jej wszystko, co niezbędne do szczęśliwego, 
beztroskiego życia? 
Poczuł nagły zawrót głowy na myśl o odpowiedzialności, która od 
dziś 
na nim spoczywa. Nie był bogaty. Oboje z Dorothea nie mieli 
skłonności 
do zbytku. Mieszkało im się przyjemnie i wygodnie w Mayfair Manor, 
rezydencji jego ojca, barona Aston, gdzie wiedli spokojne, niczym 
niezmącone życie. 
Należeli do ziemiaństwa, zajmującego w hierarchii społecznej drugie 
miejsce po arystokracji. W niewielkiej lokalnej społeczności byli 
szanowani, 
ale nie zajmowali uprzywilejowanej pozycji. Czy takie zwykłe, 
skromne życie wystarczy jego najmilszej córeczce? 
Znów zerknął na maleństwo. Już nie ssała paluszków. Spała. 
Ramionka 
przylegały do ciała, mina była niezwykle poważna. Jaka ona piękna! 
Prawdziwy skarb. Fletcher poczuł się spokojniejszy. 
Nie mógł zapewnić córce wielkich bogactw, najwyższej pozycji 
społecznej, 
imponującego tytułu. Miał jednak coś o wiele cenniejszego. Otoczy 
Faith nieskończoną miłością. Przysiągł sobie, że będzie ją kochał 
i chronił od złego do końca swoich dni. 

background image

Charleston/ Karolina Południowa 
Początek kwietnia 1809 roku 

Kapitan Griffin Sainthill opadł z satysfakcją na miękkie poduszki i 
zamknął 
oczy. Bezwstydne wargi i język kurtyzany mającej w Charlestonie 
największe wzięcie odbywały właśnie odkrywczą podróż, sunąc 
zmysłowo 
w dół po jego nagim ciele. Zuchwałe, wilgotne, namiętne pocałunki 
pieściły kapitańską pierś, przesuwały się po wypukłościach żeber, 
płaskim brzuchu, wędrując ku udom. 
Griffin jęknął głośno, zatracając się w zawierusze niezwykłych 
doznań. 
Przez większość dnia oddawał się wraz z Suzanne wszelkiego 
rodzaju 
igraszkom miłosnym. Teraz zapadał już zmrok, ale apetyt kapitana na 
tę 
bujną i soczystą kobiecość bynajmniej nie zmalał. 
Chcąc wywołać jeszcze większe podniecenie, Suzanne zaczęła 
kąsać 
go namiętnie. Griffin poruszył się niespokojnie, ale pozostawił 
inicjatywę 
w rękach dziewczyny; wykazywała taki entuzjazm i miała tyle 
doświadczenia, 
że z pewnością oboje osiągną bez trudu całkowite spełnienie. 
Suzanne była niezwykłą dziwką... a w dodatku niewątpliwie w jego 
typie. Kapitan lubił kobiety doświadczone i zręczne w łóżku. Była 
też niezaprzeczalnie piękna. Pełna wdzięku, egzotyczna, o gładkiej 
oliwkowej cerze, z czarnymi jak noc, prostymi włosami, sięgającymi 
pasa. 
Spędziwszy na morzu prawie cały miesiąc, kapitan uważał, że 
zasłużył 
na porządną rozrywkę. Morze było spokojne i wiał silny wiatr, więc 
rejs 
powrotny z wysp Bahama trwał krócej niż zwykle. A zyski 
przekraczały najśmielsze marzenia. 
Griffin był bardzo rad z tej wyprawy. Wiele lat upłynęło od czasu, gdy 

background image

zajmował się handlem na południowym szlaku. Najświeższy sukces 
skłonił 
go do rozważań, czy nie warto zorganizować na tej trasie regularnych 
rejsów. Zwłaszcza teraz, gdy towarzystwo przewozowe, w które 
włożył 
tyle trudu przez ostatnie dziesięć lat, zaczęło wreszcie przynosić 
godziwe zyski. 
- Bardzo mi smakujesz! - mruczała Suzanne niczym kotka, opierając 
głowę na jego płaskim brzuchu. Kapitan poczuł między udami ogień, 
rozpalony jej gorącym oddechem. Znowu zbudziło się w nim 
pożądanie. 
Zanurzył ręce w czarnych jedwabistych włosach dziewczyny i skłonił 
ją do pochylenia głowy. Domyśliła się od razu, czego sobie życzy. 
Wystarczyło 
jedno muśnięcie językiem, by zacisnął powieki i szarpnął biodrami. 
Suzanne zaśmiała się wesoło. 

- To coś w twoim guście! Prawda, milordzie? 
Mimo wielkiego podniecenia Griffin odsunął się od niej. 
- Mówiłem ci już, Suzanne, żebyś mnie nie tytułowała! - syknął. 
- Ale dlaczego?! - Uniosła głowę, odgarnęła opadające na twarz 
włosy 
i spojrzała na niego. - List z Anglii dotarł tu, zanim wypłynąłeś do 
Nassau. Wszyscy wiedzą, co było w tym liście. Nie cieszysz się z 
nowego 
zaszczytu? To bardzo smutne, że twój ojciec i brat nie żyją, ale dzięki 
temu odziedziczyłeś piękny tytuł. Jak to ładnie brzmi: wicehrabia 
Dewhurst! 
- Posługiwanie się tu, w koloniach, angielskimi tytułami jest śmieszne 
i pretensjonalne - upierał się Griffin. - Nie zamierzam korzystać z 
mego tytułu. 
Mina Suzanne wyrażała niedowierzanie. Wielokrotnie powtarzał jej, 
że nie życzy sobie, by zwracała się do niego per „wicehrabio" lub 
„milordzie". 
Te angielskie fanaberie były cząstką dawnego życia, z którym 
pożegnał się raz na zawsze. Nie liczyły się dla człowieka, jakim był 
teraz. 
- Uważam, że jesteś wyjątkowo głupi! - stwierdziła, przytuliwszy się 
do niego całym ciałem. Poczuł napór jędrnych piersi. Znów 
zamruczała 

background image

mu do ucha, a potem szepnęła: - . ..ale nie chcę się z tobą kłócić. 
- Ani ja z tobą. - Usłyszała. 
Błysnął zębami w zmysłowym uśmiechu. Położył swe wielkie ręce na 
jej biodrach i podniósł. Zaskoczona Suzanne krzyknęła, ale zaraz 
jęknęła 
rozkosznie, gdy posadził ją sobie na podbrzuszu. 
Ich oczy spotkały się. Griffin bez ostrzeżenia pociągnął ją gwałtownie 
w dół i wszedł w nią jednym szybkim ruchem. Jęknęła, ale nie z bólu: 
jej wilgotne ciało od razu zaakceptowało jego obecność. Natychmiast 
zaczęła to wznosić się, to opadać. Ścisnął mocniej jej biodra 
i wprawił ją w jeszcze szybszy, bardziej gwałtowny rytm. Poddała się 
z ochotą. 
Griffin nie czuł już gniewu. Nie mógł winić Suzanne za to, że 
nieoczekiwany 
dowód jego arystokratycznego pochodzenia zrobił na niej wrażenie. 
Od urodzenia mieszkała w Charlestonie i tu - zręcznością i sprytem 
zdobyła 
rozgłos. Wieść głosiła, że odwiedzało ją kilku dżentelmenów 
posiadających wielkie wpływy w Charlestonie... ale żaden z nich nie 
należał do angielskiej arystokracji! 
Griffin musiał przyznać, że nie tylko Suzanne, ale wszyscy w mieście 
zaczęli się teraz do niego inaczej odnosić. Nawet niektórzy 
członkowie 
jego załogi rzucali mu znaczące spojrzenia. Ale wcale mu to nie 
schlebiało. 
Wręcz odwrotnie: to, co z początku było jedynie niedogodnością, 
stawało 
się coraz bardziej irytujące. Wręcz nie do zniesienia. 

Griffin był młodszym synem i od początku wiedział, że musi sam 
sobie 
radzić w świecie. Jako dzieciak czuł się pokrzywdzony, że jego 
starszy 
brat Neville pewnego dnia odziedziczy wszystkie rodzinne tytuły i 
grunty, 
a jemu nie przypadnie nic. Kiedy jednak dorósł, zaczął doceniać 
wolność, 
która była najcenniejszym przywilejem młodszych synów. 

Ojciec Neville'a i Griffma miał nadzieję, że młodszy z jego synów 

background image

wybierze karierę wojskową, ale Griffin zbył ojcowski pomysł kpinami. 
Gdy zaś wicehrabia wspomniał o karierze duchownego, syn 
roześmiał 
mu się prosto w twarz. Nic dziwnego, że wicehrabia Dewhurst odczuł 
wyraźną ulgę, gdy zbuntowany potomek postanowił sam pokierować 
własnym 
losem. Poprosił tylko o niewielką sumę, bez której nie mógł założyć 
towarzystwa przewozowego. 
Samodzielne, niezależne życie bardzo Griffinowi odpowiadało. Przez 
ostatnie dziesięć lat utrzymywał stałą, choć niezbyt regularną, 
korespondencję 
z dwiema młodszymi siostrami, ale tylko do niej ograniczały się 
jego rodzinne kontakty. Zasmuciła go wieść o śmierci najpierw ojca, 
potem 
zaś brata. "Największym jednak szokiem była świadomość, że ich 
powinności i obowiązki spadły teraz na jego barki i wymagają 
powrotu do Anglii. 
Na samą myśl o pojawieniu się w domu ogarniała go irytacja. Dobrze 
wiedział, że gdy się tam znajdzie, całe jego życie ulegnie zmianie. 
Niekoniecznie na lepsze! 
- Mocniej! -ponagliła go szeptem Suzanne, wpijając się zębami w 
płatek 
ucha. -1 szybciej! - Uniosła biodra i poczuł, jak zaciska się wokół 
niego. 
O Boże!... Ależ z niej smakowity kąsek... - Odchylił się do tyłu i 
przymknął 
oczy. W pokoju panowała miła cisza, jeśli nie liczyć odgłosów ich 
miłosnych igraszek. 
Namiętny nastrój zmąciło nagle donośne dobijanie się do drzwi 
sypialni. 
Przekonany, że grozi im niebezpieczeństwo, Griffin wyzwolił się z 
uścisku 
Suzanne tak nagle, że spadła z łóżka. 
Wrzasnęła z oburzenia, lecz kapitan nie zwrócił na to uwagi. Sięgnął 
po nabity pistolet, który miał zawsze pod ręką, ilekroć szedł do łóżka, 
bez 
względu na to gdzie, kiedy i z kim. 
- Nie trza ruszać gnata, kapitanie - powstrzymał go ochrypły głos. To 
tylko ja! 
Drzwi sypialni były lekko uchylone. Śmiałek, który odważył się je 

background image

otworzyć, 
na wszelki wypadek schował się teraz za nimi. Ale Griffin poznał 
natręta po głosie. Był to Harry Dobbins, członek jego załogi. 
- Co się stało, Dobbins? Jakieś problemy ze statkiem? A może z 
załogą? 
- Nie powiem, że aż problemy, kapitanie - odparł Dobbins. - Po 
mojemu 
to będzie... można by rzec: nieporęczna sytuacja. Ale muszę z 
panem 
zamienić kilka słów, kapitanie. Jak najszybciej. 
- No to właź! -polecił Griffin. Wszystkie sprawy, dotyczące jego 
statku, 
były pierwszej ważności. 
Suzanne ponownie oburzyła się, słysząc te słowa. Zerwała się z 
podłogi 
i dała nurka pod kołdrę. Wynurzyła się stamtąd na chwilę, by cisnąć 
w kapitana poduszką. Griffin schwycił pocisk w locie i uśmiechnął się 
od ucha do ucha. 
Wciąż się uśmiechając, spojrzał na Dobbinsa. Ten nieustraszony wilk 
morski wetknął łysą głowę przez szparę w drzwiach i rozejrzał się po 
pokoju. 
- Mam tu kogoś, kogo powinien pan kapitan zobaczyć - wyjaśnił z 
niepokojem. 
Otworzył drzwi na oścież i ze zdumiewającą delikatnością wprowadził 
do pokoju młodą kobietę i małego chłopczyka. Sądząc z jej stroju, 
Mulatka 
była służącą. Natomiast uczepione kurczowo jej ręki dziecko miało 
na sobie ubranko ze znacznie lepszego materiału, choć 
podniszczone i nieco przymałe. 
Griffin spoglądał przez dłuższąchwilę na przybyłych. Był niemal 
pewny, 
że ani kobiety, ani dziecka nigdy przedtem nie widział na oczy. 
- Co to ma znaczyć, Dobbins? - spytał srogo. 
Majtek przestąpił z nogi na nogę. 
- Nie wiedziałem, co z tym fantem zrobić, kapitanie. Ta dziewuszka 
pcha się na statek i powiada, że musi się natychmiast zobaczyć z 
panem 
kapitanem. Wiedziałem, gdzie pan kapitan się zaszył, więc ją tu 
przyprowadziłem. 
- Nie mogłeś wstrzymać się z tym do rana? 

background image

- Chyba nie. 
- Wobec tego, moja panno... - zaczął Griffin i urwał. Rumieńce i 
spuszczony 
wzrok dziewczyny uświadomiły mu, że leży na łóżku całkiem nagi. 
Od niechcenia podciągnął nieco kołdrę. - Masz do mnie jakąś 
sprawę? 
Dziewczyna zerknęła na dziecko, potem przeniosła błagalny wzrok 
na 
Dobbinsa. Marynarz, o dziwo, zaczerwienił się po czubek łysej głowy. 
- Przyszła, bo szukała pana, kapitanie - wyjaśnił. - Zabrała ze sobą 
tego malca, no i list. - Sięgnął do kieszeni i wyjął złożony arkusz 
pergaminu. 
Griffin zauważył, że list nie był zapieczętowany. Z ponurą miną wziął 
go do ręki. 
- Zakładam, żeś to przeczytał? 
- Tak jakby. - Dobbins przygładził bujne bokobrody. - Nigdy żem nie 
miał głowy do czytania i pisania. Prawie cała załoga zeszła na ląd. 
Używają 
życia. Ci, co zostali, sąjeszcze mniej zdatni do czytania niż ja. No 
to co było robić? - Przysunął się bliżej i dodał burkliwym szeptem: A 
z tego, co żem przeczytał, widzę, że to bardzo osobista sprawa, 
kapitanie. 
No to pomyślałem: „lepiej, żeby tego nikt obcy nie podłapał!" Chodzi 
o chłopca. 
Obaj mężczyźni utkwili wzrok w dziecku, które nie puszczało ręki 
Mulatki. Przestraszony chłopczyk pisnął ze strachu i ukrył się za jej 
spódnicą. 
- Jesteś jego matką? - spytał Griffin. 
- Niańką. Jego matka umarła. 
Griffin zmarszczył brwi. Wydawało mu się, że dostrzegł w dziecku coś 
znajomego. Niepokojąco znajomego! 
Odwróciwszy się tyłem do całej trójki, zwiesił nogi z łóżka i zaczął 
czytać list. Czuł, że Suzanne wierci się niespokojnie obok niego. 
Bezwiednie 
odwrócił się do niej, ona zaś uśmiechnęła się z lubieżną miną 
i przeciągnęła wymownie językiem po przednich zębach. 
Jej beztroska zmysłowość na chwilę poprawiła Griffinowi humor. Nie 
na długo jednak. Gdy skończył czytać krótki list, poczuł, że szczęki 
same 
mu się zaciskają. Pochylił się jeszcze bardziej i z trudem zaczerpnął 

background image

powietrza. 
Potem sięgnął po leżące na podłodze spodnie. Wciągnął je i w tej 
samej chwili uświadomił sobie, że choć czytając 
list miał wrażenie, że nic z niego nie rozumie, każde słowo wypaliło 
się 
na zawsze w jego mózgu. 
Przysyłam Ci naszego syna, drogi Griffinie, w nadziei, że obudzi on 
w Twym sercu dość ciepłych uczuć, byś przyznał się do niego i 
przygarnął. 
W swym krótkim życiu zaznał niewiele szczęścia i bardzo potrzebuje 
ojcowskiej miłości, a przynajmniej opieki. Ponieważ sama już 
nie mogę mu jej zapewnić, błagam Cię: zajmij się nim! 
Ubrany w bryczesy i pośpiesznie wciągniętą koszulę Griffin ponownie 
zwrócił się do Mulatki. Podszedł bliżej i z wymuszonym, niewesołym 
uśmiechem spytał: 
- Znasz treść tego listu, prawda? 
- T.. .tak. - Zacisnęła drżące wargi. - Ona prosi, żeby się pan nim 
zaopiekował, bo to pana syn. 
- Kto cię tu przysłał? - Griffm chwycił służącą za ramię. - Muszę 
porozmawiać z tą osobą. Natychmiast! 
- To... To niemożliwe, proszę pana. - Przestraszona dziewczyna 
chciała 
się cofnąć, ale Griffin schwycił ją jeszcze mocniej. - Ten list napisała 
matka tego chłopca, Rosemary Morton. 
- Mówiłaś, że jego matka nie żyje! 
- Bo nie żyje, proszę pana. Bez mała od sześciu miesięcy. - Usta 
dziewczyny 
zacisnęły się mocno. Zdołała wyrwać rękę z uścisku kapitana. 
Zmogła 
ją choroba. Ostatkiem sił napisała ten list. I kazała mi przysiąc, 
że jeśli „Buntownik" zawinie znów do Charlestonu, zabiorę jej dziecko 
i ten list do kapitana Grifflna Sainthilla. 
Rosemary Morton... Griffm próbował znaleźć w pamięci jakiś obraz 
czy wydarzenie związane z tym nazwiskiem. Wydawało mu się 
znajome. 
W końcu przypomniał sobie drobną kobietkę o rudych włosach, 
niebieskich 
oczach i soczystych wargach, zawsze skorą do śmiechu. 
Poznali się na jakimś przyjęciu, w którym Griffin wziął udział, chcąc 
rozszerzyć swe kontakty handlowe. Ojciec Rosemary, bogaty kupiec, 

background image

był 
chętny do interesów z młodymi, przedsiębiorczymi kapitanami. 
Griffin uznał, że córka kupca to powabna dziewczyna. Oczarował go 
jej delikatny urok, a jeszcze bardziej gorąca zmysłowość, którą 
dostrzegł 
za niewinną fasadą. Rosemaiy tańczyła tego wieczoru z wieloma męż
czyznami, ale wyróżniała Griffina, z którym przekomarzała się i 
flirtowała. 
Z radością przekonał się, że nie była chowanym pod kloszem 
niewiniątkiem, 
jak początkowo sądził. W konsekwencji połączył ich krótki 
romans, który przyniósł obojgu wiele radości. Było to mniej więcej 
cztery 
lata temu, gdy po raz ostatni bawił w Charlestonie. 
- Ile lat ma chłopiec? - spytał Griffin. 
- W sierpniu skończył trzy. 
To by się zgadzało. Griffin nie był jednak aż tak łatwowierny. Odkąd 
dorósł, prowadził swobodne kawalerskie życie. Zmieniał kochanki jak 
rękawiczki i szukał rozkoszy wszędzie, gdzie tylko można ją było 
znaleźć. 
Z rozmysłem wybierał partnerki zręczne i doświadczone. Przez całe 
życie (a miał już trzydzieści trzy lata) żadnej z nich nie wpakował w 
kłopoty. 
- Gdzie mieszkacie? Kto zajmuje się dzieckiem teraz, gdy nie ma już 
matki? - dopytywał się Griffin. 
- Mieszkamy u jego dziadka, pana Joshuy Mortona, za miastem, na 
Plantacji Sommerville'ow. -Mulatka pogłaskała chłopca po rączce, a 
on 
przytulił się do niej jeszcze mocniej. - Opiekuję się nim, odkąd się 
urodził. 
Griffin zmarszczył brwi. Może to jednak pomyłka? 
- Joshua Morton, którego znałem, był kupcem, nie plantatorem czy 
farmerem. 
Służąca skrzywiła się. 
- Pan Morton kupił plantację i wywiózł moją panienkę z miasta, kiedy 
było już po niej widać... A gdy raz zamieszkała na plantacji, to nigdy 
się stamtąd nie ruszyła. Pan ją zakopał żywcem w tej głuszy. Nawet 
po 
śmierci nie pozwolił panienki pochować na miejskim cmentarzu, obok 
matki. 

background image

Griffin podrapał się w głowę. Musi mieć trochę czasu na przemyślenie 
sprawy, na rozeznanie się w tym wszystkim. 
- Jutro rano spotkam się z panem Mortonem. 
- Nie! - odważyła się sprzeciwić służąca. Opiekuńczym ruchem objęła 
dziecko. - Moja panienka nigdy nie zdradziła ojcu, że to pana syn, 
kapitanie. Wiem, że pan Morton czuje straszną nienawiść do 
człowieka, 
który zgubił jego córkę. I tego nieślubnego biedactwa też nienawidzi. 
Udało 
mi się tu przyjechać tylko dlatego, że pana Mortona akurat nie było 
na 
plantacji. Aż strach pomyśleć, co by zrobił i mnie, i dziecku, gdyby się 
dowiedział, że je tu przywiozłam do pana! 
Griffina przeszył nagły ból. Spojrzał na chłopca. Nawet w tej 
dziecinnej, 
niewinnej buzi podobieństwo było uderzające. Ta sama znajoma 
twarz, 
czarne włosy, szare oczy... Griffin zrozumiał, że nie może zaprzeczać 
prawdzie. 
To mój syn -przyznał w duchu. - Moje ciało i krew. „Niewiele zaznał 
szczęścia w swym krótkim życiu..." 
Poczuł wyrzuty sumienia. Może pierwsze lata życia tego chłopca nie 
byłyby takie ciężkie, gdyby on - ojciec - wiedział o jego istnieniu? Nie 
był jednak tego pewny. 
- Jak ci na imię? - spytał łagodnie. 
Dziecko zwiesiło głowę i wpatrywało się w milczeniu w swoje bury. 
- On się boi obcych - usprawiedliwiała go niańka. 
- Ale ja nie jestem obcy, prawda? Jestem jego ojcem. - Griffin 
powściągnął 
zniecierpliwienie i przykucnął obok dziecka. - Jak ci na imię? 
Chłopczyk podniósł głowę i przyjrzał się uważnie Griffinowi. - Neville 
- wyszeptał w końcu. 
Neville? Griffin poczuł napływające do oczu łzy. Tak przecież nazywa 
się jego brat! Niewiele osób wiedziało o tym, ale wyraźnie pamiętał, 
że 
zwierzył się Rosemary Morton. 
- Pod koniec miesiąca odpływam do Anglii - oznajmił szorstko Griffin. 
Teraz, gdy miał syna, powinności związane z tytułem wicehrabiego 
nabrały nagle znaczenia. - Będziecie gotowi do tego czasu? 
- Chce pan zabrać dziecko ze sobą? Na drugi koniec świata?! 

background image

Griffin dostrzegł, że oczy Mulatki zaszkliły się, i zrozumiał, że takiej 
możliwości nie przewidywała. Chłopiec wyczuł smutek niani i 
delikatnie pogłaskał ją po ręku. 
- Chyba lepiej go nie rozłączać z tobą - powiedział z namysłem 
Griffin. 
- Załatwię z Mortonem wszystkie niezbędne formalności, byś mogła 
nam towarzyszyć. Gdy przybędziemy do Anglii, wyzwolę cię - dodał 
impulsywnie. - Jako wolna kobieta będziesz mogła nadal się nim 
opiekować, 
nim pójdzie do szkoły. 
Młoda Mulatka odetchnęła głęboko i dumnie podniosła głowę. 
- Nie jestem niewolnicą, lecz wolną kobietą. Nie mam żadnych 
państwa 
i nie jestem związana z żadnym mężczyzną. Ale nie mogę opuścić 
na zawsze mojej matki i sióstr. Popłynę z panem i będę opiekować 
się 
dzieckiem w tej długiej podróży, ale musi mi pan opłacić powrotną 
podróż, 
żebym mogła wrócić do swoich. 
Griffin skinął głową na znak zgody. 
- Załatwię ci powrót na jednym z moich statków. - Wyciągnął rękę 
i lekko zmierzwił włosy syna. Były zdumiewająco miękkie i delikatne. 
Dziś 
wieczór Dobbins odwiezie was na Plantację Sullivanow. Kiedy wraca 
Morton? 
- Jutro wieczorem. 
- Doskonale! Przyjadę po ciebie i Neville'a jutro po południu. A kiedy 
będziecie już bezpieczni na pokładzie mego statku, pogadam sobie z 
Joshuą Mortonem. 
Oczy służącej rozszerzyły się ze strachu, ale nie sprzeciwiła się 
decyzji kapitana. 
- Jutro po południu - powtórzyła. - Będziemy gotowi. 
Zaległa niezręczna cisza. Siedzący dotąd w kucki Griffin wyprostował 
się powoli. - O, bardzo przepraszam! W tym zamęcie zapomniałem 
zapytać, jak ci na imię. 
Służąca zarumieniła się i z leciutkim uśmiechem szepnęła: 
- Mary. Mary Dawson, panie kapitanie. 
- Bardzo ci jestem wdzięczny, Mary, za to, że tak wspaniale 
opiekujesz 
się Neville'em. I mam nadzieję, że będziesz nadal dbała o niego, póki 

background image

całkiem nie przejdzie pod moją opiekę. 
- Pewnie, że będę o niego dbała! - zapewniła Mary z całą powagą. 
Dygnęła i poleciła chłopcu: - Powiedz panu kapitanowi „do widzenia". 
- Do widzenia! 
Słodki, ufny dziecięcy głosik zabrzmiał bardzo wyraźnie w ciszy. 
Griffin 
dwukrotnie musiał przełknąć ślinę, nim zdobył się na odpowiedź. 
- Do widzenia, Neville! Do jutra. 
Rzucił Dobbinsowi rozkazujące spojrzenie. 
- Tak jest, kapitanie. Będę ich pilnował jak oka w głowie! - zapewnił 
majtek. 
Gdy zamknęły się drzwi, Griffin wrócił do wielkiego łoża z 
baldachimem 
i usiadł na brzegu materaca. Był tak wzruszony, że prawie nie 
zauważył 
Suzanne, gdy przysunęła się bliżej i położyła mu rękę na ramieniu. 
- Śliczny chłopiec! - powiedziała cicho. 
Griffin skinął głową. Był wściekły na siebie za to, że jego dziecko 
musiało znieść tyle złego, tylko dlatego, że się o nic nie zatroszczył. 
Zdrowy 
rozsądek podpowiadał, że nie ponosi za to winy. Jak mógł troszczyć 
się o chłopca, jeśli nie miał pojęcia o jego istnieniu? 
Mimo to coś nadal ściskało go za gardło. Griffin zawsze reagował 
gwałtownie na wszelką niesprawiedliwość, ale okrucieństwo 
względem 
niewinnego dziecka było niewybaczalną zbrodnią. Zwłaszcza że tym 
dzieckiem był jego syn. 
Zamknął na chwilę oczy, starając się uspokoić. Ostatni miesiąc był 
naprawdę piekielny! W ciągu kilku tygodni został hrabią i ojcem - 
wraz 
ze wszelkimi powinnościami, jakie te zaszczyty ze sobą niosą. 

Hawthorne Castle, Hampshire, Anglia 
Koniec maja 1809 roku 

- Jak myślisz, Harriet, czy Griffin dziś przyjedzie? 
Harriet Sainthill podniosła głowę znad robótki - chusteczki z 
cieniutkiego 
lnu, na której starannie wyszywała kwietny ornament - i posłała 

background image

młodszej siostrze przelotny uśmiech. 
- To całkiem możliwe, Elizabeth! List od Griffina dotarł do nas dwa 
dni temu. A często się zdarza, że spodziewany gość zjawia się 
wcześniej 
niż list z zawiadomieniem o jego rychłej wizycie. 
- Ale Griffin nie przyjeżdża z wizytą! - zaoponowała Elizabeth. -
Wraca do domu na stałe. - Uniosła ramiona nad głową i zawirowała 
po 
pokoju w radosnym zapamiętaniu. - Nie mogę się wprost doczekać! 
Kiedy 
Griffin wróci, doprowadzi wszystko do porządku!... -Zatrzymała się 
raptownie. - O Boże! Właśnie sobie uświadomiłam, że nawet nie 
wiem, jak on wygląda! 
Harriet potrząsnęła głową i wyciągnęła z koszyczka 
jaskrawoczerwoną jedwabną nić. 
- Kiedy odjeżdżał, byłaś jeszcze dzieckiem. Miałaś siedem lat. Z 
pewnością 
Griffin bardzo się zmienił. Wszyscy się zmieniająz wiekiem, nawet 
starsi bracia. 
- O, to nie ma znaczenia! - upierała się Elizabeth. Wbiła się zgoła 
nieprzystojnie w podniszczony fotel i odwróciła do okna. - Z 
pewnością 
Griffin okaże się dzielny, przystojny i czarujący! Wzór dżentelmena. 
Pamiętasz 
te śliczne upominki, które przysłał nam w zeszłym roku na Boże 
Narodzenie? Ile razy powtarzałaś, że najpiękniejszy haft, jaki 
widziałaś 
w życiu, to ten z jedwabnego szala od Griffina? Najlepszy dowód, że 
ma doskonały gust! 
- Przysłał ten szal nie na ostatnie Boże Narodzenie, tylko dwa lata 
temu - sprostowała chłodno Harriet, ale widząc strapioną minę 
młodszej 
siostry szybko pożałowała swoich słów. 
Nie ulegało wątpliwości, że siedemnastoletnia Elizabeth była święcie 
przekonana, iż z chwilą powrotu brata skończą się wszelkie kłopoty. 
Harriet, 
starsza od niej o kilka lat i mądrzejsza dzięki gorzkim 
doświadczeniom, 
nie miała podobnych złudzeń. 
Powrót Griffina mógł rzeczywiście wybawić je z trudnego położenia, 

background image

ale równie dobrze pogrążyć je w czarnej rozpaczy. Życie w bolesny 
sposób 
nauczyło Harriet, by nie spieszyła się z wydawaniem sądów o 
mężczyznach, 
nawet gdy byli to członkowie rodziny. 
- Tak czy owak, cudownie, że Griffin znów będzie z nami - stwierdziła 
entuzjastycznie Elizabeth, ale Harriet zauważyła, że siostra nerwowo 
miętosi skrawek spódnicy. 
Nie powinna była dać po sobie poznać, że nie ufa bratu. Elizabeth i 
tak 
dozna rozczarowania... niech się przynajmniej cieszy nadzieją. 
Przedwczesne 
rozwiewanie jej złudzeń było okrucieństwem. 
- Jestem pewna, że gdy Griffin przejmie swe obowiązki związane z 
tytułem, 
wiele się zmieni - przyznała Harriet z nieco wymuszonym 
uśmiechem. 
- Ja również niecierpliwie oczekuję jego przyjazdu. 
Ściśle rzecz biorąc, nie było to kłamstwo. Zwłaszcza uwaga o 
zmianach, 
które nastąpią. Perspektywa przyjazdu Griffina budziła jednak 
w Harriet niepokój. Niewiele wiedziała o bracie, a to, co przez lata 
dotarło 
do niej ze strzępków rozmów, nie napawało nadzieją. 
Wszystko wskazywało na to, że Griffin był hulaką, kobieciarzem i 
ryzykantem 
zarówno w interesach, jak i w życiu prywatnym. Harriet mogła 
się tylko modlić, by brat nie okazał się zwykłym rozpustnikiem i 
utracjuszem. 
Jako niezamężne niewiasty obie z Elizabeth będą całkowicie zależne 
od brata, jego humorów i kaprysów. 
- Mam nadzieję, że Griffin po powrocie do domu okaże się równie 
hojny jak wówczas, gdy przysyłał nam prezenty. - Elizabeth 
rozmarzyła 
się. - Jakby to było cudownie sprawić sobie całą nową garderobę, 
gdy się 
skończy ta okropna żałoba! 
- Miejmy nadzieję, że Griffin ma głowę do interesów i pokaźne 
dochody 
- odparła Harriet. Tym razem nie udało jej się ukryć goryczy. Jaki 

background image

będzie ich los, jeśli brat okaże się równie skąpy jak ojciec? 
Wstrząsnęła 
się na samą myśl o tym. - Spłacenie długów ojca i Neville'a będzie go 
kosztowało fortunę! 
- Naprawdę jest aż tak źle? - spytała szeptem Elizabeth i powiodła 
palcem po starej, mocno już wytartej spódnicy. 
- Nie za dobrze - odparła Harriet, sięgając do koszyka po nożyczki. 
Związała supełek i odcięła koniec nitki. -Ale tym się zajmie Griffin. My 
nie musimy się o nic martwić. No, Elizabeth, dość tych czarnych 
myśli! 
Opowiedz mi, czego się dowiedziałaś podczas rannego spaceru do 
miasta. 
Na ustach Elizabeth, zgodnie z przewidywaniami starszej siostry, 
pojawił 
się uśmiech. Serce Harriet stopniało. Elizabeth to wciąż radosne, 
niewinne, ufne dziecko... Ktoś powinien jej bronić przed światem, 
okrutnym 
zwłaszcza dla tych, którzy kierują się sercem, a nie rozsądkiem! 
Harriet przyrzekła sobie, że jeśli Griffin nie zechce lub nie zdoła 
zapewnić 
Elizabeth opieki, ona sama się tym zajmie. Ostatecznie opiekowała 
się nią od śmierci matki, a Elizabeth miała wtedy zaledwie rok. 

- Do rzeźnika zleciał się dziś cały tłum! - zaczęła swą relację 
Elizabeth. 
- Z gratulacjami z racji narodzin szóstego dziecka. I wyobraź sobie, 
to znowu dziewczynka! Mimo to pan Jenkins z wielką dumą oznajmił 
mi tę nowinę. Pomyśleć tylko: sześć córek! - Elizabeth uśmiechnęła 
się jeszcze szerzej. - A w aptece spotkałam pannę Linden. Jej 
gospodynię 
okropnie rozbolał ząb. Panna Linden przyszła po lekarstwo dla tej 
biedaczki. Spytała, jak się miewasz, i prosiła, bym przekazała ci 
pozdrowienia. 
— Harriet zmrużyła oczy. Stanowczo nie miała ochoty słuchać 
o pannie Faith Linden. - Pytała też, kiedy spodziewamy się powrotu 
Griffina 
- dodała nieco ciszej Elizabeth. 
Harriet usiadła prosto, pośpiesznie odkładając robótkę. 
- Wypytywała cię o Griffina?! 
Na twarzy Elizabeth pojawiło się zdumienie. Harriet zorientowała się, 

background image

że gwałtowność, z jaką zadała to pytanie, zbiła z tropu jej siostrę. 
Sprawa 
jednak była zbyt poważna, by zmienić temat. Wobec tego Harriet 
sformułowała 
swoje pytanie nieco inaczej. 
- O co panna Linden cię wypytywała? 
- Chciała się tylko dowiedzieć, czy znamy już dokładny termin jego 
przyjazdu - odparła z namysłem Elizabeth. - Pomyślałam sobie: jak to 
miło, gdy sąsiedzi współczują nam w żałobie i cieszą się naszym 
szczęściem! 
... Panna Linden wydawała się rozczarowana, że nie znamy jeszcze 
dokładnego terminu. 
- Wyobrażam sobie, jaka była rozczarowana! - rzekła ponuro Harriet. 
-
Nie wątpię, że ta pannica liczy na to, że Griffin wybawi ją z tarapatów, 
w jakie wpadła przez ten idiotyczny testament. Ale będzie musiała 
szukać 
ratunku gdzie indziej! Wraz ze smierciaNeville'a rozwiały się 
wszystkie jej nadzieje na tytuł wicehrabiny. 
- Dlaczego tak bardzo nie znosisz panny Linden? - Elizabeth łagodnie 
upomniała siostrę. - Zawsze była niezwykle uprzejma dla mnie... i dla 
ciebie też. 
- Bo bywa uprzejma tylko dla kaprysu albo z wyrachowania - 
stwierdziła 
stanowczo Harriet. - Faith Linden jest zepsuta, samolubna i głupia. 
Nigdy nie mogłam zrozumieć, czemu ojcu tak zależało, by Neville 
ożenił 
się z nią. Jej rodzinie nic wprawdzie nie można zarzucić... ale daleko 
jej 
do naszej. Ojciec Faith był zaledwie baronem. 
- Nie sądzę, by nasz ojciec przywiązywał wielką wagę do tytułów 
odparła cicho Elizabeth. 
- Jeśli tak, to nie miał racji! - powiedziała spokojnie Harriet z 
cynicznym 
grymasem. - Przyznam, że ogromnie byłam rada z postawy Neville'a, 
zwlekał i zwlekał, a w końcu nie wywiązał się ze swego 
przyrzeczenia. 
No i, Bogu dzięki, panna Linden nie stała się członkiem naszej 
rodziny! 
- Ależ, Harriet! - Przez sekundę na ślicznej twarzy Elizabeth 

background image

malowało 
się przerażenie. - Jak możesz być taka okrutna?! Biedna panna 
Linden 
zmarnowała tyle lat, łudząc się, że Neville w końcu się z nią ożeni! 
Nie rozumiem twojego braku współczucia... zwłaszcza że sama masz 
podobne kłopoty z narzeczonym... 
- Moje „kłopoty z narzeczonym", jak to określasz, w niczym nie 
przypominają 
sytuacji panny Linden! - zaprotestowała gwałtownie Harriet. 
Czuła, jak wzbiera w niej gniew, ten okropny, bezsilny gniew i 
niepokój, 
który ogarniał ją, ilekroć myślała o swej niepewnej przyszłości. - 
Julian 
pełni ważną funkcję w sztabie księcia Wellingtona. Tylko jego 
poczucie 
obowiązku wobec króla i ojczyzny spowodowało naszą rozłąkę. 
Szlachetni 
oficerowie królewskiej armii kierują się zawsze lojalnością i honorem. 
Julianowi serce się rozdzierało, gdy musiał opuścić Anglię, ale uznał, 
że 
lepiej zaczekać ze ślubem do ostatecznego zwycięstwa. Dopiero 
wówczas 
złożymy wspólnie małżeńską przysięgę. Czuję się wyróżniona, że 
taki patriota zaszczycił mnie swym wyborem i darzy mnie 
szacunkiem. 
Czekać na powrót bohatera to prawdziwy przywilej! 
Ostatnie słowa Harriet wymówiła z religijnym niemal zapałem. Miała 
ogromną nadzieję, że powtarzając je bez końca, zarówno w myśli, 
jak i na głos, zdoła wreszcie uwierzyć w te wzniosłe sentymenty. 
Prawdę 
mówiąc, uwaga Elizabeth ugodziła ją w czułe miejsce. Największe 
przerażenie budziła w Harriet myśl, że może skończyć jak Faith 
Linden: 
opuszczona stara panna, zaręczona z kimś, kto ani myślał o 
poślubieniu jej. 
- Przypuszczam, że panna Linden zechce spotkać się z Griffinem 
powiedziała 
Elizabeth nieśmiało i bardzo cicho. 
Harriet gwałtownie wciągnęła powietrze. 
- Gdyby miała czelność zjawić się tu z wizytą, nie zastanie nikogo 

background image

w domu. Już ja się o to postaram. 
Sięgnęła znów do swego koszyczka po nici. Urwała kawałek i 
nawlokła 
igłę. Zaczęła wyszywać niemal z nienawiścią. Zacisnęła zęby, 
walcząc 
z bólem, który przeszywał ją, ilekroć stanęła jej przed oczami Faith 
Linden. 
Stopniowo gwałtowny gniew Harriet wygasał, gdy z jej delikatnych 
ściegów wyłaniał się kwiat. W głowie starszej panny Sainthill tkwiła 
jednak 
nadal niepokojąca myśl o kłopotach, na jakie Faith Linden mogłaby 
narazić jej rodzinę. 
Po śmierci starszego brata Harriet uznała za szczęśliwe zrządzenie 
losu 
fakt, że Neville nie zdążył ożenić się z tą okropną, rozpaskudzoną 
Linden. 
Teraz zaś postanowiła osobiście dopilnować, by Griffin nie popełnił 
podobnego głupstwa. 

Czy nic cię nie odwiedzie od tego zamiaru, Faith? - pytał błagalnie 
łagodny kobiecy głos. 
- Absolutnie nic! 
Panna Faith Linden z determinacją poprawiła czepek i skrzywiła się 
na widok swego, niestety, nieefektownego odbicia w lustrze. Trudno 
byłoby 
stwierdzić, czy czepek bardziej ją postarza, czy szpeci. Zapewne 
i jedno, i drugie. I to dokładnie w tym samym stopniu. 
- Szczerze mówiąc, nie przypuszczałam, że świeżo upieczony 
wicehrabia 
Dewhurst wytrzyma dłużej niż jedną dobę w rodzinnych dobrach. 
Sąw opłakanym stanie! Sądziłam, że wyjedzie natychmiast, a siostry 
sprowadzi 
do Londynu przy pierwszej nadarzającej się okazji. Tymczasem 
minął cały tydzień, a on nadal tu jest! Nie mogę dłużej zwlekać. 
- Ciągle nie pojmuję, czemu chcesz do niego iść - strofowała łagodnie 
przyjaciółkę lady Meredith Barrington, strzepując z ramion Faith 
niewidoczne 
gołym okiem pyłki. - Czy nie lepiej napisać do niego i poprosić, 
by odwiedził cię przy najbliższej sposobności? 
Faith westchnęła. Gdybyż sprawy układały się tak gładko!... 

background image

- Już do niego napisałam. I nie doczekałam się żadnej odpowiedzi. 
Jeśli jakimś sposobem nie wedrę się do jego domu, gotów wyjechać i 
przepadnie 
mi szansa osobistego przedstawienia całej sprawy. 
- Sądzisz, że wicehrabia wie o testamencie? 
- Na pewno! - Faith zacisnęła wargi. - Harrowby to istna wylęgarnia 
plotek! Dałabym głowę, że testament ojca od kilku miesięcy stanowi 
w tej 
dziurze główny temat rozmów przy rodzinnych obiadach... albo przy 
piwku 
w gospodzie Pod Różą i Ostem. Poza tym jestem pewna, że obie 
siostry 
wicehrabiego znają na pamięć ten koszmarny kodycyl. Jak mogłyby 
go nie znać?! Elizabeth być może nie wspomniała o nim bratu, ale 
Harriet 
na pewno nie odmówiła sobie tej przyjemności. Ani chybi, 
powiadomiła 
braciszka, w jakim znalazłam się kłopocie. 
- No, cóż... w takim razie wicehrabia istotnie musi wiedzieć o 
testamencie 
twego ojca - przyznała niechętnie Meredith i uścisnęła mocno 
rękę przyjaciółki na znak swego współczucia i poparcia. - Być może 
czeka 
na stosowny moment, by poruszyć z tobą ten problem. 
Faith wydała jakiś gardłowy pomruk. Kochana Merry, nieuleczalna 
optymistka!... Ilekroć była w kłopotach, Meny zawsze dodawała jej 
otuchy. 
Tym razem jednak Faith nie mogła w żaden sposób uwierzyć w 
pomyślne zakończenie. 

Matki obu kobiet były zaledwie ciotecznymi siostrami, ale Meredith 
stała się dla Faith siostrą, o której jedynaczka marzyła od wczesnego 
dzieciństwa. 
Każda z dziewcząt wychowywała się w innych warunkach, jednak 
coroczne długie letnie wizyty Meredith w Mayfair Manor zrodziły 
między przyjaciółkami więź, której nie mogły zniweczyć ani czas, ani 
odległość. 
Najpierw szkolne kłopoty, potem udręki dojrzewania, wreszcie wielkie 
marzenia i ambicje rozkwitającej kobiecości- wszystko to było 
tematem 

background image

ich dyskusji i zwierzeń w ciągu długich letnich dni i nocy. Potrafiły 
gadać godzinami, omawiając każdy drobiazg, który ich zdaniem miał 
wyjątkowe znaczenie, by przejść płynnie do pięknych marzeń oraz 
konkretnych 
planów związanych z przyszłością. 

Letaie wizyty Meredith ustały, gdy dziewczęta ostatecznie 
przekroczyły 
próg dorosłości. Wciąż jednak ze sobą korespondowały i odwiedzały 
się 
od czasu do czasu -więc serdeczne stosunki trwały. Faith była 
przekonana, 
że nie zniosłaby nieszczęść, które zwaliły się na nią w ciągu ostatnich 
kilku 
miesięcy, gdyby nie Meredith -powiernica i sojuszniczka. Najdroższa 
przyjaciółka 
była jedyną ostoją Faith w tych dniach pełnych lęku i rozpaczy. 
- No, jestem już gotowa! - Faith wzięła do ręki torebkę i odwracając 
się do Meredith spytała: - Jak wyglądam? 
- Czarująco, jak zawsze - odparła nieugięcie lojalna Merry. - Muszę 
jednak przyznać, że bardzo mnie niepokoi ta twoja wyprawa. Damy 
nie 
odwiedzają dżentelmenów... zwłaszcza bez zapowiedzi i bez 
zaproszenia. 
A ty na domiar złego wybierasz się bez przyzwoitki! 
- Moje fatalne położenie jest chyba wystarczającym 
usprawiedliwieniem 
niekonwencjonalnego, a choćby nawet niestosownego, zachowania 
- upierała się Faith, choć była pełna obaw. Szczerze mówiąc, nie 
przejmowała 
się tym, że łamie pewne reguły. Ale sam cel jej wyprawy, 
propozycja, z którą zamierzała wystąpić, była tak szokująca, 
dotyczyła 
spraw tak intymnych, że Faith była wręcz sparaliżowana strachem. 
Meredith zmarszczyła brwi, ale nie zamierzała polemizować z 
przyjaciółką. 
Powiedziała tylko: 
- Choć zastanawiałam się nad tym wiele razy, nadal nie pojmuję, co 
skłoniło twojego ojca do uzupełnienia testamentu tym... tym 
groteskowym kodycylem! 

background image

Faith przygryzła wargę. Ileż to razy sama zadawała sobie to pytanie? 
- Jestem pewna, że ojciec postąpił tak w najlepszej wierze, dla 
mojego 
dobra. Kiedy się rozchorował zeszłej zimy, przeczuwał, że już nie 
wróci do zdrowia. A czyż mógł odejść w pokoju, nie zapewniwszy mi 
bezpiecznej przyszłości? 
Jego stary przyjaciel wicehrabia Dewhurst kilka tygodni wcześniej 
zmarł 
na tę samą chorobę. A jego syn nie wykazywał najmniejszej ochoty 
do 
zawarcia małżeństwa, zaplanowanego przez rodziców przed wielu 
laty. 
Jakże zdołam ja, słaba kobieta, zmusić do ślubu Neville'a Sainthilla, a 
raczej 
nowego wicehrabiego Dewhursta, jeśli nie udało się tego dokonać 
obu ojcom -jego i mojemu? 
Faith przymknęła na chwilę oczy. 
- Uzupełnił więc swój testament kodycylem nakazującym mi 
najpóźniej 
w rok po jego śmierci wyjść za wicehrabiego Dewhursta, gdyż inaczej 
stracę May fair Manor. Ojciec sądził, że daje mi broń do ręki. 
Panaceum 
na opornego narzeczonego. 
Faith dobrze pamiętała, jak ojciec bolał nad obojętnością jej 
przyszłego 
męża. Drogi tata! Tylko on dostrzegał w niej coś więcej ponad 
nieciekawą 
powierzchowność i zadatki na sawantkę!... Dla niego nie była 
niepozorną 
niewiastą o nijakich włosach, pozbawionych blasku oczach 
i spiczastej bródce. Jego zdaniem zasługiwała na księcia z bajki, ale 
cieszył 
się, że zdołał jej zapewnić przynajmniej wicehrabiego. 
Faith otrząsnęła się ze wspomnień i ciągnęła dalej: 
- Posiadłość wicehrabiego Dewhursta była w opłakanym stanie, toteż 
z pewnością nęcił go pokaźny dochód z Mayfair Manor i wszelkie 
inne 
zasoby, jakich mogła dostarczyć ta posiadłość. Tatuś dobrze 
wiedział, że 
Neville nie pozwoli, by taka gratka przeszła mu koło nosa. Neville 

background image

mógł 
lekceważyć mnie, ale nie lekceważył dobrodziejstw mego 
posagowego majątku. 
- Nie rozumiem, czemu twój ojciec tak nalegał, byś wyszła za 
Dewhursta 
- zauważyła Meredith. - Zachowanie Neville'a było najlepszym 
dowodem, 
że niewiele będziesz miała z niego pożytku. 
- Pewnie łudził się, że po ślubie stosunek Neville'a do mnie ulegnie 
zmianie. A poza tym, był tylko baronem... i ogromnie się cieszył, że 
dzięki 
małżeństwu znajdę się nieco wyżej. 
Meredith zmrużyła oczy. 
- No, cóż... nie kwestionuję dobrych intencji twojego ojca, ale jego 
dziwaczny testament nie spełnił jego nadziei. Typowy przykład 
męskiego 
uporu i ograniczenia! Mężczyźnie nawet nie przyjdzie do głowy, że 
skutki jego planu mogą okazać się całkiem inne od tych, które sobie 
wymarzył. 
- Meredith potrząsnęła głową. Na jej ślicznej twarzy odmalowało 
się współczucie. - Po nieoczekiwanej śmierci Neville'a nie tylko 
straciłaś 
przyszłego męża, ale przez ten okropny kodycyl możesz stracić 
ukochany rodzinny dom! 
Faith zaśmiała się z przymusem. 
- Jeśli chodzi o przyszłego męża, to od dawna pogodziłam się z tym, 
że nigdy go nie będę miała. Nasze, pożal się Boże, narzeczeństwo z 
Nevillem 
ciągnęło się aż siedem lat. Nikt nie miał wątpliwości, że nie spieszno 
mu było zaprowadzić mnie do ołtarza. 
Meredith znów potrząsnęła głową. 

- Nadal uważam, że tylko sąd może cię wybawić z tej opresji. 
Słyszałam 
o testamentach, które uzależniały otrzymanie spadku od 
zamążpójścia 
czy ożenku... Nigdy jednak nie wymieniano przy tym osoby, którą 
trzeba poślubić! Słowo daję, Faith, mam poważne wątpliwości, czy 
ten 
kodycyl jest w ogóle zgodny z prawem! 

background image

- Czy nie rozumiesz, Meny, że właśnie wzmianka o przyszłym mężu 
może okazać się zbawienna dla mnie i Mayfair Manor? - Faith 
schwyciła 
przyjaciółkę za rękę. - W testamencie nie ma mowy o Neville'u, 
rozumiesz? 
Mam wyjść za wicehrabiego Dewhursta! W tej sytuacji śmierć 
Neville'a nie unieważnia kodycylu, raczej go wzmacnia! 
Ilekroć wspominam tę farsę z Neville'em, dochodzę do wniosku, że 
mam większe szanse dogadania się z jego bratem. Może Griffin 
zechce 
uszanować wolę rodziców, którym tak zależało na połączeniu 
naszych 
rodzin? Wtedy nie stracę Mayfair Manor. 

- Ale wyjdziesz za kogoś, o kim nic nie wiesz - zauważyła cierpko 
Meredith. 
Faith odkaszlnęła i odwróciła głowę. Nie mogła spojrzeć przyjaciółce 
w oczy. 
- Griffin Sainthill nie jest kimś całkiem obcym. Znaliśmy się od 
dzieciństwa. 
- Ja też go znałam, choć nie tak dobrze jak ty. Najlepiej wbiło mi się 
w pamięć to, że nigdy się nie zniżył do zabawy z „babami". I 
pamiętam, 
że w listach często skarżyłaś się na jego oburzające wybryki! - 
wykrzyknęła 
Meredith. Siedziała na brzegu łóżka z rękoma skromnie splecionymi 
na brzuchu. - Był krnąbrnym, nieobliczalnym i kompletnie 
rozwydrzonym 
chłopakiem! Bez wątpienia wyrósł na łotra spod ciemnej gwiazdy! 
Faith uśmiechnęła się skrycie. Jakże by się ucieszyła, gdyby to była 
prawda! Pojawienie się „łotra spod ciemnej gwiazdy" byłoby 
wymarzonym 
urozmaiceniem jej nudnego, statecznego życia. 
- Jakie to do ciebie niepodobne, Merry: krytykować kogoś, o kim nic 
właściwie nie wiesz - powiedziała z łagodną wymówką. 
- Rzeczywiście... Wybacz mi. - Meredith potarła mocno skronie. -
Tak się o ciebie boję, Faith! Gdybyś zaczekała do powrotu moich 
rodziców 
z Grecji!... Jestem pewna, że prawnicy mojego ojca pomogliby ci. 
Może nawet dowiedliby, że testament nie ma mocy prawnej? 

background image

Faith wyprostowała się i przybrała pewną siebie minę. Ale choć 
bardzo 
ceniła przyjaźń Merry, o czekaniu nie było mowy. Ojciec Meredith, 
hrabia Stafford, bardzo porządny i szlachetny człowiek, kochający 
mąż 
i ojciec, nie należał do spolegliwych. Prawdę mówiąc, bywał niekiedy 
nieobliczalny. 

Komuż innemu, oprócz tego ekscentrycznego wielbiciela antyku, 
przyszłoby 
do głowy włóczyć się z ukochaną żoną po Grecji, gdy ten szaleniec, 
Napoleon Bonaparte podbijał Europę?! Faith wiedziała, że minie 
dobrych parę miesięcy, nim hrabia i hrabina wrócą do Anglii. A 
ustalanie 
prawomocności testamentu mogło trwać całe lata. 
- Naprawdę nie mogę dłużej czekać - zapewniała Faith. - Mój daleki 
kuzyn Cyril był zachwycony, gdy odziedziczył po tacie tytuł barona, 
ale 
rozczarował się, bo z tym tytułem nie wiążą się korzyści materialne. 
Przypadnie mu jednak Mayfair Manor, jeśli mnie stamtąd wyrzucą. 
Do
brze wiem, że Cyrila łapy świerzbią, tak mu pilno zagarnąć mój dom. 
Nie 
mogę tracić ani chwili. Jeszcze dziś muszę się rozmówić z 
wicehrabią. 
- Nadal uważam, że powinnaś zaczekać, aż on się z tobą 
skontaktuje. 
Ale dobrze wiem, uparciuchu, co znaczy ta wysunięta do przodu 
broda! odparła 
Meredith z łagodnym uśmiechem. 
Faith zamrugała oczami, oślepiona nagłym blaskiem jej urody. 
Łagodny 
uśmiech sprawił, że delikatne rysy Meredith stały się uosobieniem 
piękna. Choć Faith kochała Merry jak siostrę, poczuła zazdrość. 
Podziwiając 
przyjaciółkę, uprzytomniła sobie boleśnie własny brak urody. 

Pogodziła się już jednak z faktem, że natura pozbawiła ją kobiecego 
wdzięku. Gdyby była choć trochę podobna do Meredith, jej szanse na 
pomyślny wynik rozmowy z Dewhurstem wzrosłyby niepomiernie. 

background image

No, dość tego! Po co wzdychać do gwiazdki z nieba, gdy i tak nie 
wpadnie 
nam w ręce? - przypomniała sobie frazę ojca. Najdroższy tata! Faith 
odetchnęła głęboko, próbując uspokoić nerwy. Jak bardzo jej go 
brakowało!... 
Strata matki, która zmarła przed pięcioma laty, była dla Faith 
bolesnym ciosem, ale miała wówczas oparcie w tacie. Teraz, gdy 
odszedł, 
nie było już nikogo... oprócz Meredith. 

Ojciec darzył ją taką miłością, jakiej Faith nie zaznała i nie zazna od 
nikogo innego. Pragnął umilić jej każdą chwilkę: rozpieszczał 
smakołykami 
na obiad... pięknym czepkiem, podarowanym tylko z tej racji, że 
akurat był wtorek... prawdziwym, żywym kucykiem, gdy jeszcze była 
zbyt mała, by dosiąść konia... 
Matka Faith często zwracała mężowi uwagę, że rozpieszcza córkę 
ponad 
miarę, ale ojciec kwitował to łobuzerskim uśmiechem i rozpraszał 
niepokój żony czułymi pocałunkami. 

Obserwując życie swoich rodziców, pełne miłości i tkliwości, Faith 
marzyła o tym, że pewnego dnia sama zawrze równie szczęśliwe 
małżeństwo. 
Teraz jednak straciła i oboje rodziców, i swoje złudzenia. Jedynym 
jej celem było zachowanie praw do Mayfair Manor, domu jej 
dzieciństwa, 
w którym otaczała ją miłość. 

- Nie pozwolę sobie odebrać Mayfair Manor! - powiedziała z 
determinacją 
Faith. - Będę walczyć do upadłego! 
- Ani przez chwilę nie sądziłam, że wyrzekniesz się go bez walki. -
Meredith zaśmiała się. - Ale jeśli już musisz narażać się na takie 
ryzyko, 
to pozwól przynajmniej, bym ci towarzyszyła. Co prawda, jestem tylko 
o rok od ciebie starsza, ale lepsza przyzwoitka zbyt młoda i 
niezamężna 
niż żadna! Mogę opóźnić swój wyjazd i wrócić do Londynu dopiero 

background image

jutro. 

background image

- Nie! - wykrzyknęła Faith z przerażeniem. Przy urodziwej Meredith 
wyglądała niczym... szary wróbel. Czego jak czego, ale akurat tego 
upokorzenia 
mogła uniknąć. - Jeśli mój plan zawiedzie, czeka mnie 
kompromitacja. 
.. Nie pozwolę, żebyś i ty ucierpiała. 
- Mój Boże, Faith! Chyba takim starym pannom jak my nie grożą już 
skandale. 
Meredith próbowała robić dobrą minę do złej gry, ale Faith 
spostrzegła, 
że jej słowa wywarły zamierzony efekt. Przyjaciółka nerwowo bawiła 
się złotym łańcuszkiem, który miała na szyi - a była to niewątpliwa 
oznaka zdenerwowania. 
Faith poczuła lekkie wyrzuty sumienia. Nie chciała niepokoić 
Meredith, 
tylko upewnić się, że wyruszy w drogę powrotną do Londynu. A nic 
tak nie przyspieszy jej wyjazdu, jak obawa skandalu. 
Doprawdy, zakrawało na ironię, że właśnie Meredith, której rodzina 
słynęła z nieodpowiedzialnych wybryków, będzie żyć w wiecznym 
strachu 
przed skandalem! Nieustannie starała się zatuszować dziwactwa 
rodziców 
albo spieszyła na ratunek ukochanym braciom, rozbestwionym 
bliźniakom, których wyciągała z różnych opresji. 
- Jeśli jesteś pewna, że nie chcesz mojej pomocy, chyba wrócę do 
Londynu. -Meredith opuściła ręce i przycisnęła je do boków, jakby 
chciała 
pokonać ich nerwowe drżenie. - Wyjechałam tylko na trzy dni, ale 
przez 
ten czas mili braciszkowie zdążyli się już zapewne wpakować w nie 
lada 
tarapaty! Kiedy wyjeżdżałam, Jason zamierzał właśnie kupić gniady 
zaprzęg, 
zupełnie nie wiem za co, do szykownego faetonu, który wygrał 
w karty. A Jasper wciąż wkładał na siebie surdut wywrócony na lewą 
stronę. 
Faith zmarszczyła czoło, usiłując zgłębić sens ostatniej uwagi. 
- Jason nosił surdut podszewką na wierzch?! 
- To stary zabobon hazardzistów. Podobno wywrócenie ubrania na 

background image

drugą stronę powoduje zmianę złej passy na dobrą. - Meredith 
westchnęła 
ze znużeniem. - Kocham moich braci nad życie, ale czasem trudno z 
nimi 
wytrzymać! Coraz częściej tęsknię do dawnych dni, gdy byli małymi 
chłopcami. Oczywiście i wówczas wpadali w tarapaty, ale łatwiej ich 
mogłam upilnować. 
Faith znała swą przyjaciółkę zbyt dobrze, by dziwić się tym 
matczynym 
wyrzekaniom. Meny była bowiem bardziej matką niż siostrą dla 
swych 
młodszych braci. I choć wielu rzeczy Faith mogła swej przyjaciółce 
zazdrościć 
- szlachetnego urodzenia, uroku, piękności czy dobroci serca 
odpowiedzialności 
za dwóch łotrzyków z pewnością nie było na tej liście! 
Zorientowawszy się, że nadszedł właściwy moment, Faith nie traciła 
ani chwili. 
- No to chodźmy! - powiedziała, biorąc Merry energicznie pod ramię. 
- Odprowadzę cię do powozu. 
Ruszyły spacerkiem, to przyjaźnie milcząc, to pogadując o 
błahostkach. 
Kiedy Meredith znalazła się w wygodnym wnętrzu ojcowskiego 
powozu, 
wychyliła się jeszcze z okna i mocno uścisnęła rękę przyjaciółki. 

- Nie pochwalam twego szalonego planu, ale widzę, że nie ustąpisz. 
Życzę ci więc, by wszystko poszło po twojej myśli. -1 nie patrząc 
przyjaciółce 
w oczy, dorzuciła: - Kto wie? Jeśli wyjdziesz za mąż, może nie 
tylko zachowasz Mayfair Manor, ale przełamiesz „klątwę 
staropanieństwa"? 
Widząc rozbawienie na twarzy przyjaciółki, odwzajemniła uśmiech. 
„Klątwa staropanieństwa" od kilku lat stanowiła ich prywatny żarcik. 
Konkretnie od osiemnastych urodzin Faith, która, zaręczywszy się rok 
wcześniej, nadal nie była mężatką. Sytuacja nie uległa zmianie, gdy 
minęło 
kolejnych dziewiętnaście miesięcy... Teraz też, mimo swych 
dwudziestu 
czterech lat, Faith pozostawała w panieńskim stanie. 

background image

Jej stosunki z narzeczonym, acz nie gorące, były przyjazne. Jednak 
lata 
mijały, a Neville nie zdradzał ochoty do małżeństwa. Faith bardzo 
pragnęła 
zostać żoną i matką, ale zaczynała powątpiewać, czy takie szczęście 
będzie kiedyś jej udziałem. 

Kiedy Meredith również nie wychodziła za mąż, obie przyjaciółki 
zaczęły 
używać żartobliwego powiedzonka „klątwa staropanieństwa" na 
określenie swej sytuacji. Własny stan panieński Faith przypisywała 
obojętności 
narzeczonego i specjalnie się mu nie dziwiła. W żaden jednak 
sposób nie mogła pogodzić się z faktem, że podczas debiutu 
towarzyskiego 
Merry, nie wspominając już o jej następnych sezonach, jakiś 
przystojny, 
dziarski arystokrata, nie zawrócił w głowie jej przyjaciółce i 
natychmiast jej nie poślubił. 
Wiedziała jednak, że nawet podczas wielkich łowów sytuacja 
Meredith 
była znacznie trudniejsza niż pozostałych debiutantek. Jej rodzice, 
zgodnie ze swymi niekonwencjonalnymi poglądami, otwarcie 
oznajmili, 
że musi sama zatroszczyć się o męża. Jeśli okaże się bogaty i 
dobrze urodzony, 
tym lepiej, ale nie był to warunek konieczny. 

Meredith nie czuła się zbyt dobrze w wielkim świecie, toteż gdy minął 
początkowy zapał, z jakim ruszyła na poszukiwanie swej drugiej 
połowy, 
przeżyła rozczarowanie ofertą owego wielkiego świata. Ogólnie 
rzecz biorąc, wszyscy panowie do wzięcia okazywali znacznie 
większe 
zainteresowanie jej posagiem niż nią. Albo, co uznała uważała za 
jeszcze 
gorsze, zachwycali się jej śliczną twarzyczką, a nie tym, co mówiła, 
myślała czy czuła. 
Choć określenie „klątwa staropanieństwa" miało charakter żartobliwy, 
nie było się z czego cieszyć. Jeśli obie panny nie pośpieszą się z 

background image

zamążpójściem, 
trafią niebawem jak niechodliwy towar na górną półkę, gdzie 
nikt już nie zagląda. 1 utkną tam na dobre. 

- Napiszę do ciebie zaraz, gdy wrócę do domu - obiecała Faith. 
Chwilę machała z uśmiechem do odjeżdżającej przyjaciółki, a potem 
odwróciła się, wyprostowała i ruszyła w drogę. Obeszła rodzinny 
dwór, 
minęła ogród kwiatowy i skręciła na łąkę wzdłuż wschodniej granicy 
posiadłości. Dzień był prześliczny. Faith, spoglądając do góry, 
musiała 
mrużyć oczy - tak oślepiający był błękit nieba. 

Rankiem padał deszcz i w powietrzu nadal było sporo wilgoci. Nad 
polami i lasami unosiły się ciepłe wiosenne mgły. Mleczne drobinki 
osiadały 
na liściach i skapywały z nich powoli, iskrząc się w promieniach 
złocistego popołudniowego słońca. 

Choć Faith szła żwawym krokiem, i w dodatku najkrótszą drogą, 
minęła 
godzina z okładem, nim dotarła do frontowych drzwi rezydencji 
wicehrabiego. 
Gdy stała pod nimi, wlepiając wzrok w zmatowiałą mosiężną 
kołatkę, ogarnął ją nagły strach. Nie mogła uwierzyć, że przed 
niespełna 
godziną uważała konfrontację z wicehrabią za najprostsze 
rozwiązanie 
nękającego ją problemu! 

Pragnienie ucieczki opanowało ją tak nagle, że omal mu się nie 
poddała. 
Jakimś cudem nogi odmówiły jej posłuszeństwa i pozostała na 
miejscu. 
Gdyby uciekła w tej chwili, być może następna okazja spotkania 
z wicehrabią w ogóle by się nie nadarzyła. Faith była pewna, że obu 
sióstr 
wicehrabiego, Elizabeth i Harriet, nie ma teraz w domu. Jak co 
tydzień 
udały się na plebanię, by wziąć udział w herbatce u pastorostwa. 

background image

Dlatego właśnie Faith postanowiła odwiedzić Hawthorne Castle o tej 
porze. 
Przede wszystkim zależało jej na rozmowie z wicehrabią bez 
świadków. 
Zebrawszy się na odwagę, ujęła kołatkę i energicznie zastukała. 
Drzwi 
otworzyły się i stanął w nich sztywny majordomus, którego nigdy 
dotąd nie widziała. 
- Czym mogę pani służyć? 
- Chcę się zobaczyć z wicehrabią. Proszę mu przekazać, że przyszła 
panna Faith Linden. 
Faith wypowiedziała te słowa z iście wielkopańską arogancją. W jej 
własnych uszach zabrzmiało to nad wyraz pretensjonalnie, ale na 
mąjor
domusa podziałało niczym zaklęcie. Z jego surowej twarzy zniknął 
pogardliwy grymas. 
Zaczekała, aż majordomus opuści frontowy hall, po czym uniosła 
spódnice, 
by nie szeleściły, i ukradkiem ruszyła za nim w bezpiecznej 
odległości. 
Kiedy otworzył jakieś drzwi - chyba do biblioteki - podbiegła 
spiesznie. 

- Nie musisz mnie anonsować - rzuciła słodko, wprawiając służącego 
w osłupienie, i wyminęła go bezczelnie. - Znamy się z wicehrabią od 
niepamiętnych czasów. 
- Ależ... proszę pani... jak można... - bełkotał służący. 
Było już jednak za późno. Faith weszła do pokoju. Majordomus mógł 
ją stamtąd wyciągnąć jedynie siłą. 
- To ty, Gregory? - rozległ się poirytowany męski głos. - O co znów 
chodzi?! 
Oczy Faith obiegły niespokojnie wielki, mroczny pokój, usiłując 
znaleźć 
źródło owego głosu. Bezskutecznie. 
- Przybyła panna Linden i pragnie się z panem zobaczyć, milordzie 
wyjaśnił 
zdławionym głosem majordomus. - W jakiejś sprawie niecierpiącej 
zwłoki, jak mniemam. 
- Powiedz jej, żeby przyszła innym razem. Jestem teraz zajęty. 

background image

Majordomus rzucił Faith pełen litości uśmiech i wyszedł bez słowa. 
Chyba i ja powinnam wyjść? -zastanawiała się Faith. Mogę wszystko 
popsuć, zwracając się do niego w nieodpowiednim momencie... 
Żałosny tchórzu! Dobrze wiesz, że drugiej takiej okazji nie będzie! 
- Milordzie? - Faith zerknęła na ozdobny sufit i od razu zauważyła, 
że piękne malowidło szpecił ogromny, ciemny zaciek. Miała wrażenie, 
że 
głos wicehrabiego dochodził z góry, ale nigdzie nie było go widać. 
Odchrząknęła 
więc i mówiła dalej. - Bardzo przepraszam, że zjawiam się 
w niestosownej chwili, ale muszę porozmawiać w niezwykle pilnej 
sprawie. 
Postaram się zająć panu jak najmniej czasu. 
Nie usłyszała jednak odpowiedzi. A niczym niezmącona cisza 
przyprawiła 
ją o drżenie. Sama już nie wiedziała, czy bardziej się boi, czy 
bardziej pragnie tego spotkania. 

I nagle wicehrabia wyłonił się zza długich do ziemi draperii; stała za 
nimi wysoka drabina, z której zapewne przed chwilą zszedł. Jego 
ciemne 
włosy były zmierzwione, a ubiór - bryczesy, czarne wysokie buty i 
biała 
koszula - kompletnie nie nadawały się do przyjmowania gości. 
Jednak 
nawet w tym niedbałym stroju wyglądał niezwykle męsko. Znakomita 
kondycja fizyczna, szerokie baiy, muskularne ręce i nogi, potężna 
klatka 
piersiowa... 
Niegdyś był uroczym chłopakiem, ale teraz, w dorosłym życiu, 
wyróżniał 
się nie tylko urodą. Przystojna, dojrzała, mocna twarz o wydatnych 
rysach i nienaganna sylwetka przywodziły na myśl urodzonego 
dowódcę, 
jak przystało na kapitana okrętu. 
W szaiych oczach Dewhursta Faith dostrzegła wyraźny błysk 
zniecierpliwienia. 
Najwidoczniej nie poznał jej. Ona jednak, choć nie widzieli 
się jedenaście lat, rozpoznała Griffma Sainthilla od pierwszego 
wejrzenia. 

background image

- Czy my się znamy? - warknął nieprzyjaźnie. 
- O, tak, milordzie! - Faith złożyła wdzięcznie głęboki ukłon. - Ale 
minęło wiele czasu od naszego ostatniego spotkania. 
Może sprawił to jej głos... A może ukłon? A może wicehrabia po 
prostu 
doznał olśnienia... 
- Faith! - Uśmiechnął się lekko. - To naprawdę ty?! 
- Oczywiście. - Poczuła ulgę tak nagłą, że zakręciło się jej w głowie. 
A więc ją pamiętał! - Wybacz, że przeszkadzam, ale musiałam 
zobaczyć się z tobą. 
- W sprawie testamentu? 
Osłupiała, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Od kilku dni ćwiczyła 
w myślach tę scenę, starając się przewidzieć każdą jego reakcję, 
każde 
pytanie, by mieć na wszystko gotową odpowiedź. Nie spodziewała 
się 
jednak takiej brutalnej szczerości! 
- No, taaak... W sprawie... testamentu. 
- Tak też myślałem! Dostałem twój list, ale nie miałem czasu, żeby 
odpisać. - Uniósł lekko brwi. Były wyraziste i piękne jak każdy 
szczegół 
jego przystojnej twarzy. -Nie miałem pojęcia, że to dla ciebie takie 
ważne, 
bo bym się pośpieszył z odpowiedzią. 
Faith poczuła na policzkach gorący rumieniec. Patrzyły na nią 
migoczące 
srebrem oczy, a ona czuła w głowie kompletną pustkę - nie pamiętała 
ani jednego słowa z ćwiczonego całymi dniami monologu. Ale 
musiała 
przecież coś powiedzieć! 

- Chyba zgorszyłam twego majordomusa swoim prostackim 
zachowaniem. 
Sądziłam jednak, że otworzy mi drzwi Chambers. Gdzież się on 
podziewa? 
- Odprawiłem go. Był już za staiy; należał mu się wypoczynek. 
Gregory'ego 
zabrałem z naszej miejskiej rezydencji. Sprzedałem ją przed 
przyjazdem do Hampshire. Przywiozłem tu z Londynu tyle służby, na 
ile 

background image

mogłem sobie pozwolić. Teraz - poniewczasie - ogarnęły mnie wątpii
wości. Po co zabrałem ze sobą tego sztywniaka. O wiele bardziej 
przydałby 
się tu ktoś, kto umie posługiwać się młotkiem. 
- Więc dlatego wszedłeś na drabinę? Chciałeś coś przybić? - spytała 
Faith. Griffin jej zaimponował. Dobrze pamiętała, że jej ojciec 
nadzorował 
pracujących robotników, ale ani razu nie widziała, by posłużył się 
własnymi rękoma. 
Wicehrabia uśmiechnął się lekko. 
- Sprawdzałem, w jakim stanie jest sufit. Drewno i gonty całkowicie 
zbutwiały. Nie wystarczy jednak mój amatorski zapał, by wszystko 
naprawić jak należy. 
- Wobec tego przyślę jutro grupę wykwalifikowanych robotników 
z Mayfair Manor. W mojej posiadłości nie brak fachowców, którzy 
chętnie przyjdą ci z pomocą. 
Faith obawiała się, że Griffin należy do tych ludzi, którzy nawet od 
starych znajomych nie przyjmą żadnej pomocy, uznając ją za rodzaj 
jałmużny. 
Ale ku jej zaskoczeniu wicehrabia zgodził się na propozycję i 
podziękował skinieniem głowy. 
Następnie wskazał dwa fotele wyściełane niebieską tkaniną, które 
stały 
przy wygaszonym kominku. 
- Może usiądziemy? 
Zagłębiła się ostrożnie w fotelu, sprawdzając, czy nie sterczą gdzieś 
sprężyny. Nie był aż tak niewygodny, jak się zdawało na pierwszy 
rzut oka. 
Zmierzyła bacznym wzrokiem wnętrze domu i z wolna zaczęła 
odzyskiwać 
wiarę w siebie. Frontowy holi, co prawda, pysznił się lśniącym 
parkietem, stały w nim piękne wazony pełne świeżych kwiatów i 
starannie 
odkurzone meble - ale tu, na tyłach, widok był zgoła odmienny. 
Spłowiałe dywany, zacieki na suficie i na ścianach, grube warstwy 
kurzu. 
Dom ten przypominał Faith piękny owoc, kształtny i apetyczny, który 
dopiero po rozkrojeniu obnażał swoje zgniłe wnętrze. 
Od wielu lat noga Faith nie postała w Hawthorne Castle. Krążące o 
tym 

background image

zamczysku wieści okazały się prawdziwe. Zaniedbana rezydencja 
wymagała 
gruntownego remontu. Faith uśmiechnęła się. Mogła zapewnić 
wicehrabiemu 
zarówno wykwalifikowanych robotników, jak i fundusze niezbędne 
do odrestaurowania domu. Uczyniłaby to z przyjemnością-jako 
żona właściciela Hawthorne Castle. 
Przełknęła ślinę, próbując sobie wyobrazić dzielenie małżeńskiego 
łoża 
z tak wspaniałym mężczyzną. Na samą myśl o tym poczuła, że drżą 
jej 
kolana. Nie była zamężna, to prawda, ale wiedziała co nieco o 
męsko-
damskich sprawach. 
Neville nigdy nie okazywał jej zainteresowania i zbytnio jej to nie 
martwiło. Jednak teraz kobiecy instynkt podpowiadał, że Griffin był 
znacznie 
bardziej skłonny do naturalnych męskich reakcji i równie naturalnych 
fizycznych uciech. 
Jakby czytając jej w myślach, Griffin odezwał się pewnym głosem. 
- Cóż ze mnie za nieokrzesany gbur! Nawet nie powitałem cię jak 
należy w moim domu! Pozwól, że od razu to naprawię. 
Sięgnął po jej rękę i ucałował ją z elegancją i pewnością siebie 
londyńskiego 
dandysa. Serce Faith zamarło na sekundę, gdy poczuła na 
obnażonej 
dłoni jego ciepły oddech i dotyk warg. 
I nagle ogarnął ją niezrozumiały paniczny strach. Zdołała się jednak 
opanować. Jeśli będzie miała dość odwagi, by zaproponować temu 
mężczyźnie 
małżeństwo, nie może jej zbić z tropu zwykły pocałunek! 

Z trudem zaczerpnęła powietrza, mówiąc sobie w duchu: „przestań 
zachowywać się jak głupia smarkula!" Była inteligentna, temu nie 
można 
zaprzeczyć, ale i niedoświadczona. Wychowała się na wsi, z dala od 
mężczyzn 
pokroju Griffina Sainthilla. Nie znała ich sztuczek, ale to wcale nie 
znaczyło, że w razie potrzeby nie potrafiło stawić im czoła! 

background image

- Powiedz mi, co wiesz o testamencie - powiedziała niemal bez tchu. 
Doszła do wniosku, że należy skierować rozmowę na właściwe tory. 
Przez chwilę wydawał się zbity z tropu, lecz szybko odzyskał 
pewność siebie. 
- O ile mi wiadomo, gdy narzeczony umiera przed ślubem, wybranka 
odsyła pierścionek jego rodzinie, zwłaszcza gdy należał do klejnotów 
rodowych. Jednakże Neville, sporządzając testament, zastrzegł 
specjalnie, 
byś go zachowała. Ze swej strony pragnę cię zapewnić, że nie 
zgłaszam żadnych obiekcji. 
- Neville sporządził testament? - Faith była zaszokowana. Nie miała 
o tym pojęcia. Co się zaś tyczy zaręczynowego pierścionka, od 
zawsze 
spoczywał w kasetce z biżuterią gdyż prawie go nie wkładała. —Źle 
mnie 
zrozumiałeś, milordzie. Mówiąc o testamencie, miałam na myśli 
ostatnią wolę mojego ojca. 
- Testament twojego ojca? Jakiż on może mieć związek z moją 
osobą? 
- Zgodnie z treścią testamentu muszę wyjść za mąż przed końcem 
roku. 
Gdybym tego nie uczyniła, stracę wszelkie prawa do Mayfair Manor. 
Miałam nadzieję, że zechcesz mi pomóc w rozwiązaniu tego 
problemu. 
Wicehrabia wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, potem 
wybuchnął 
serdecznym śmiechem. 
- Zawsze podziwiałem twoje oryginalne poczucie humoru, nawet 
kiedy 
byliśmy jeszcze dziećmi. Bardzo się cieszę, że nadal je posiadasz... 
i to w nadmiarze, jeśli wolno dodać. 
Faith poruszyła się niespokojnie w fotelu, ale nie rzekła ani słowa. 
Śmiech Griffina stawał się coraz cichszy, a w końcu zamarł. W pokoju 
zaległa osobliwa cisza. 
- To nie był wcale żart, prawda? - Wicehrabia przegarnął ręką ciemne 
włosy. - Naprawdę musisz wyjść za mąż w ciągu roku, żeby nie 
stracić Mayfair Manor? 
- Nie wystarczy samo zamąźpójście, milordzie. Żeby spełnić warunki 
ustalone przez mego ojca, muszę poślubić wicehrabiego Dewhursta. 
Wargi Griffina znów się wykrzywiły. 

background image

- Mnie?! Musisz wyjść za mnie? 
Z najwyższym wysiłkiem Faith zmusiła się do tego, by nadal patrzeć 
mu w oczy. 
- No, cóż... Wicehrabia Dewhurst to właśnie ty. 
-Z pewnością nie o mnie chodziło w testamencie! 
- Oczywiście, że nie o ciebie! - uniosła się Faith. Starała się nie 
zwracać 
uwagi na coraz to frywoJniejszy ton jego głosu i swobodniejsze 
zachowanie. 
Jak on śmie robić sobie kpiny z tak ważnej sprawy?! - Jesteś 
jednak wicehrabią Dewhurst i gdybyśmy się pobrali, Mayfair Manor 
pozostałoby 
moją własnością... a raczej naszą. 
- Mówisz poważnie? 
- Jak najbardziej. 
Jej stanowcza odpowiedź sprawiła, że uśmiech zniknął z twarzy 
Griffina. 
Błyskawicznie i bezpowrotnie. 
- Czy radziłaś się jakiegoś prawnika? Musi być przecież jakieś inne 
wyjście. 
- Nie mogę sobie pozwolić na długą sądową batalię. Jeśli stracę 
Mayfair 
Manor, otrzymam skromny dochód, w zupełności wystarczający na 
moje potrzeby. Nędza mi nie grozi. 
Faith próbowała nie zwracać uwagi na dziwną pustkę w żołądku. 
Starała 
się też zachować kamienną twarz, na której nie malował się choćby 
cień nadziei. 
- Jeśli mam wyznać całąprawdę, boleję nie tylko nad utratą 
rodzinnego 
domu, choć jestem do niego bardzo przywiązana. Drażni mnie 
również 
myśl o żonie mego kuzyna, Amelii. Nigdy jej nie lubiłam. Brak jej 
ogłady, 
rozumu, a nawet zwykłej przyzwoitości. To potwór. A odkąd jej mąż 
został baronem, stała się wręcz nie do wytrzymania. Ostatnim razem 
podczas 
spotkania zażądała, by zwracać się do niej per „lady Aston". Nie 
mam pojęcia, jak mi to przeszło przez gardło! Pewnie wydam ci się 
małostkowa, 

background image

ale zrobiłabym wszystko, by przeszkodzić tej koszmarnej babie 
w wydarciu mi tego, co zgodnie z prawem należy do mnie. 

- Zrobiłabyś wszystko? Włącznie z poślubieniem kogoś całkiem 
obcego? 
- powtórzył Griffin, unosząc brew. - To musi być doprawdy przerażaj 
ąca baba! 
Faith poczerwieniała. Znienawidzona Amelia nie była jedynym 
powodem, 
dla którego zdecydowała się na ten krok. Odezwało się w niej na 
nowo pragnienie posiadania rodziny- męża, dzieci... Straciła 
najpiękniejsze 
lata, czekając na to, że Neville raczy dotrzymać przyrzeczenia... 
A teraz było już za późno. Faith nie była dość bogata, dość ładna ani 
dość 
młoda, by w inny sposób zdobyć męża. 

- W tobie moja ostatnia nadzieja, milordzie. Moja jedyna nadzieja. 
Wypowiedziała te słowa. Wyjawiła swe największe obawy i 
najszczersze 
pragnienia. Okazało się to trudne, ale nie aż tak, jak przypuszczała. 
Poczuła dziwną ulgę, jakby zdjęto z niej ciężkie brzemię. Bez 
względu 
na powstałe okoliczności świadomość tego, że stać ją było na 
odważne 
wyznanie, będzie zawsze wprawiało ją w dumę. 

Oczy Griffma iskrzyły się jak klejnoty ze srebra. Trudno jednak było 
odgadnąć kryjące się w nich myśli. Czy jej wyznanie zaszokowało go 
kompletnie? A może jej propozycja wzbudziła w nim odrazę? Faith 
dzielnie 
powstrzymała się od ucieczki. Zdobyła się na odwagę i spojrzała 
pytająco na Griffma 
- To doprawdy kusząca propozycja... ale, niestety, muszę odmówić. 
- Odmówić? - powtórzyła szeptem, nie mogąc uwierzyć, że jej 
misterny plan spełzł na niczym. 
Szukała właściwych słów, by skłonić go do przemyślenia sprawy, do 
uznania słuszności jej argumentów, do zmiany decyzji... Ale nie 
znajdowała 
żadnych sensownych argumentów. 

background image

Uniosła głowę i wlepiła wzrok w przystojną męską twarz, starając się 
dostrzec na niej choćby cień emocji. Griffin odpowiedział jej 
spojrzeniem 
bez wyrazu. Nawet nie mrugnął. 
I nagle spróbowała ocenić sytuację jego oczyma. To było żałosne, 
wręcz 
nieprzyzwoite - brzydka, pospolita, podstarzała panna błaga 
urodziwego 
arystokratę, by się z nią ożenił! Któż by spełnił taką prośbę, nawet 
przez wzgląd na honor?! 
Nieoczekiwanie podniosła się z fotela. Czuła, jakby serce zamarło jej 
w piersiach, ale zewnętrznie wydawała się opanowana. 
- Bardzo mi przykro, że sprawiam ci zawód - powiedział miękko 
Griffin. 
„Sprawiam ci zawód"?! Zrobiło jej się niedobrze. Te subtelne 
przeprosiny 
były dla niej ostatecznym upokorzeniem. Zrobiła trzy roki do tyłu, 
modląc się, by nogi nie odmówiły jej posłuszeństwa. 
- Cała wina leży po mojej stronie, milordzie - powiedziała, choć drżały 
jej wargi. -Nie powinnam była zakładać nawet w myśli, że zechcesz 
spłacić moralne zobowiązania swego brata. Gdybym okazała więcej 
stanowczości 
i zmusiła Neville'a, by ożenił się ze mną, jak nakazywał 
honor, nie zrujnowałby mi życia i nie pozbawił wszelkich szans na 
przyszłość. 
- Zrujnował? Wszelkich szans? 
Wyraz zdumienia i współczucia na jego twarzy był przysłowiową 
ostatnią 
kroplą. Faith jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak podle. Nie 
zniesie 
widoku tego człowieka ani sekundy dłużej! 
- Sama trafię do wyjścia - wyszeptała. Odwróciła się i podbiegła do 
drzwi. - Jutro przyślę robotników, jak obiecałam! - zdołała jeszcze 
wykrztusić. 
„Jak obiecałam"... Co za koszmarne słowo... Boże, zmiłuj się! 
Choćbym 
miała dożyć stu lat, nigdy już, przenigdy nie dam się nabrać na żadne 
obietnice, nie zaufam niczyim przyrzeczeniom! 
Griffin patrzył za uciekającą Faith i czuł coraz większe wyrzuty 
sumienia. 

background image

Faith była zbyt dumna, zbyt uparta, by całkiem załamać się w jego 
obecności, ale na jej twarzy malowało się gorzkie rozczarowanie i 
bezgraniczna 
rozpacz. I to cierpienie- o dziwo- wzruszyło go do głębi. 
O wiele bardziej, niż mógłby przypuścić. 
Nie zamierzał odmówić jej tak brutalnie ani potraktować w tak 
bezlitosny 
sposób. Ale przyparła go do muru i to w najmniej odpowiedniej chwi
li. Miał zdecydowanie zły dzień! Ostatnio w ogóle miewał złe dni. 
Jeden gorszy od drugiego! 
Westchnął ciężko i postanowił zawrócić Faith. Gdy spiesznie schodził 
po schodach, z frontowego hollu dobiegł szelest lekkich kroków i 
gwar kobiecych głosów. 
Tylko tego brakowało! Jego siostry wróciły z herbatki u proboszcza. 
Griffin do reszty stracił humor. 
Przyspieszył jednak kroku i zdążył jeszcze dostrzec plecy Faith 
wymykającej 
się przez frontowe drzwi. Wyminął bez słowa młodszą siostrę 
i rzucił się w pogoń za odchodzącą. 
- Panno Linden, proszę zaczekać! Panno Linden! Faith! 
Nie zatrzymała się ani nie odwróciła głowy. Wręcz przeciwnie: 
podkasała 
spódnicę i przyspieszyła kroku. Mknęła jak strzała. Nagły poryw 
wiatru przekrzywił jej czepek. Przytrzymała go ręką, nie zwalniając 
kroku. 
Wyglądało na to, że gdyby nawet całkiem sfrunął jej z głowy, nie 
zatrzymałaby się, by go odzyskać. 
Griffin skrzywił usta z niesmakiem. Czuł się zobowiązany do 
załagodzenia 
sprawy, ale nie zamierzał uganiać się za Faith jak oszalały z miłości 
wielbiciel. Trapiące go przed chwilą wyrzuty sumienia zniknęły w 
poczuciu 
całkowitej bezsilności. Wszystko wskazywało na to, że będzie 
musiał złożyć Faith wizytę, by wyjaśnić nieporozumienie. 
Nagle ktoś energicznie chwycił go za ramię. Griffin obejrzał się i ujrzał 
stojącą obok siebie siostrę. 
- Co ją tu przyniosło? - zapytała natarczywie Harriet. Puściła ramię 
Griffma i wzięła się pod boki. - Nie miałam pojęcia, że wybiera się do 
nas z wizytą. Czemu ją przyjąłeś, gdy się zjawiła bez przyzwoitki? 
Griffin odwrócił się do siostry. 

background image

- Przypuszczam, że masz na myśli pannę Linden? - odparł równie 
szorstko, mierząc Harriet przenikliwym wzrokiem. Miał nadzieję, że 
siostra 
speszy się tym i spuści z tonu. 
- Naturalnie, że mówię o pannie Linden - Harriet obruszyła się, 
przestępując 
z nogi na nogę. - Czego ona chciała? 
Griffin odwzajemnił się groźnym spojrzeniem, który zbiłby z tropu 
najzacieklejszego przeciwnika. Ale Harriet nawet okiem nie mrugnęła! 
Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się napuszyła. 
- Panna Linden chciała ze mną porozmawiać - rzekł. 
- O czym? 
- O pewnej prywatnej sprawie. 
- A konkretnie? 
Griffin omal się nie roześmiał. Wytrwałość, z jaką Hani et drążyła 
sprawę, 
przekraczała najśmielsze oczekiwania! Mimo woli najego policzku 
pojawił się dołek. Siostra zmarszczyła nos i wówczas Griffin ryknął 
śmiechem. 
- To nie twój interes, siostrzyczko. Nie zaprzątaj sobie tym głowy. 
Uznał sprawę za zakończoną, obrócił się na pięcie i przeszedł do 
salonu. 
Ale odgłos lekkich kroków za plecami uświadomił mu, że będzie teraz 
musiał stawić czoło obydwu siostrom. 
Harriet najwyraźniej nie zadowoliła się jego odpowiedzią. Ledwie 
weszli do salonu, znów zaczęła swoje. 
- Chciałabym wiedzieć dokładnie, po co tu przyszła i o czym z tobą 
rozmawiała - oznajmiła dobitnie. 
Przez chwilę Griffin zachowywał się tak, jakby słowa siostry w ogóle 
do niego nie dotarły. Przeszedł na drugi koniec pokoju po spłowiałym 
dywanie i zatrzymał się przy kredensie, z którego wyciągnął dużą 
kryształową 
karafkę z whisky. 
Z otwartych okien wlatywało do salonu czyste i świeże powietrze. Ale 
Griffin zatęsknił nagle za cierpkim zapachem morskiej bryzy i słonej 
wody. 
Ależ mu tego brakowało! 
W tej przeklętej ruderze wszystko lepiło się od brudu, było przeżarte 
pleśnią i pokryte kurzem. 
Nalał sobie pełną szklaneczkę whisky i pociągnął zdrowy łyk, nim 

background image

odwrócił 
się do Harriet. Stała z bojową miną przy kominku, z młodszą siostrą u 
boku. 
Griffin był pełen podziwu. Nigdy dotąd nie zetknął się z kobietą, która 
dorównywałaby brawurą jego siostrze. No... może nie licząc Faith. Jej 
dzisiejsza wizyta i nieopatrzna propozycja wymagały nie lada odwagi! 
Raz jeszcze zawstydził się z powodu swej nieżyczliwej reakcji. 
Całe mnóstwo palących spraw wymagało natychmiastowego 
rozpatrzenia. 
Griffin zwrócił się do sióstr z wyjątkowo czarującym uśmiechem. 
Elizabeth zabłysły oczy, odczuła wyraźną ulgę. I podobnie jak brat 
uśmiechała 
się słodko. Usta Harriet nawet nie drgnęły. Spojrzała na Griffina 
wyczekująco. 
- Panna Linden chciała ze mną porozmawiać o testamencie swojego 
ojca. 
- Wiedziałam! - wykrzyknęła Harriet. - Podła intrygantka! Mam 
nadzieję, 
że uciekła, bo odprawiłeś ją z kwitkiem, Griffmie! Jestem pewna, 
że posunęłaby się do... do wszystkiego, byle postawić na swoim! Była 
rozpaskudzoną smarkulą i wyrosła na kompletną egoistkę. Mądrześ 
zrobił: 
lepiej nie mieć z nią do czynienia. 
Griffin zastanawiał się przez chwilę nad słowami siostry. Jej niechęć 
do Faith Linden była ogólnie znana, Harriet wcale się z nią nie kryła. 
Teraz jednak uczucie to ogromnie się nasiliło, przybierając formę 
wielkiej 
odrazy. Tak silne emocje zaintrygowały Griffina. 
- Czemu aż tak nie znosisz panny Linden? 
Elizabeth zaparło dech. Spojrzała z niepokojem na starszą siostrę. 
- Chyba pomówię z kucharką o dzisiejszej kolacji... Wysuszy pieczeń 
wołową na wiór, jeśli ktoś jej nie zwróci taktownie uwagi. Wybaczcie, 
że was opuszczę... 
I już jej nie było. 
Cała uwaga Griffina skupiła się teraz na Harriet. Dziwna sytuacja z 
minuty 
na minutę coraz bardziej go intrygowała. 
- Jak myślisz, co spłoszyło naszą małą siostrzyczkę? Nie wiesz 
przypadkiem, Harriet? 
~ Ona wszystkiego się boi - rzekła siostra i prychnęła lekceważąco. -

background image

Lepiej, że sobie poszła. Teraz możemy mówić otwarcie. 
- Nigdy nie żywiłem innych zamiarów - odparł gładko Griffin. 
Ale Harriet, unosząc groźnie brew, ani myślała się na to nabrać. 
Trzymała 
jednak język za zębami. Odsunęła się od kominka i usadowiła 
w ogromnym zakurzonym fotelu. 
Griffin zajął miejsce naprzeciwko i pochylił się ku niej, oparłszy łokcie 
na udach. 
- Słucham - oznajmiła zimnym głosem Harriet. 
Griffin mógłby przysiąc, że na jej ustach pojawił się nikły cień 
uśmiechu. 
- A ja nadal oczekuję odpowiedzi na moje pytanie. - Zrewanżował 
się, chcąc odkryć przyczynę gorzkiej nienawiści siostry. - Dlaczego 
tak 
bardzo nie znosisz panny Linden? 
Harriet poprawiła się niespokojnie w fotelu. 
- Ściśle mówiąc, nie chodzi o to, czy „znoszę" pannę Linden. Ja jej 
nie ufam. Ani trochę! Przez wiele lat była zaręczona z naszym 
bratem, 
Neville'em, a jednak nigdy się nie pobrali. Moim zdaniem po śmierci 
Neville'a powinny raz na zawsze ustać wszelkie kontakty tej pannicy 
z naszą rodziną. Obawiam się jednak, że panna Linden będzie się 
nam 
narzucać, wykorzystując dawną znajomość. Jej dzisiejsza wizyta i 
naleganie 
na rozmowę z tobą potwierdzają moje podejrzenia. 
- Czemu Neville i panna Linden nigdy się nie pobrali? 
Harriet westchnęła. 
- Nie wiem. Bóg świadkiem, że lord Aston i nasz ojciec robili 
wszystko, 
co w ich mocy, by do tego doszło. 
- Czy Neville miał jakieś specjalne obiekcje w stosunku do panny 
Linden? 
A może w ogóle chciał się wykręcić od małżeństwa? - spytał Griffin. 
Harriet wzruszyła ramionami. 
- Nie mam pojęcia. Nigdy nie wypowiadał się otwarcie przeciwko niej, 
ale całe jego postępowanie świadczyło dobitnie, co naprawdę myślał 
o małżeństwie. Gdyby istotnie chciał się z nią ożenić, to by się ożenił. 
Ale tego nie zrobił. 
Griffin pocierał w zamyśleniu brodę. 

background image

- Mimo że ojciec nalegał? 
Harriet kiwnęła głową. 
- Nalegał, i to jak! Nieustannie. I otwarcie. To był jedyny temat ich 
rozmów, a raczej ich kłótni, ilekroć Neville pojawiał się w domu. - 
Zrobiła 
kwaśną minę. - Gdyby nasz ojciec poświęcił choć trochę czasu i 
energii 
pozostałym dzieciom, że już nie wspomnę o zajęciu się 
gospodarstwem, 
nie bylibyśmy dziś w tak rozpaczliwej sytuacji. 
- I winą za to obarczasz pannę Linden? 
- Uważam, że miała swój udział w tej przykrej sprawie - stwierdziła 
nieustępliwie Harriet. 
- Rozumiem. 
Griffin odchylił się na oparcie fotela. W pewnym sensie poczuł ulgę, 
gdyż dzięki wyjaśnieniom Harriet dowiedział się więcej o tym, co tu 
się 
działo przez ostatnich kilka lat. Wydarzenia te tłumaczyły po części 
niechęć 
Harriet do niedoszłej bratowej i potwierdzały opinię Griffma o 
charakterze siostry. 
Harriet mogła być uparta, despotyczna i niezależna, ale kopanie pod 
kimś dołków bez powodu nie leżało w jej naturze. Była 
przeświadczona 
o słuszności swej niechęci do panny Linden. Ale Griffin nie podzielał 
jej odczuć. 
Harriet chrząknęła znacząco. 
- Nie wyjaśniłeś mi dokładnie, co panna Linden miała ci do 
powiedzenia dziś po południu. 
- Czy doprawdy muszę ci o tym mówić? 
- Chodziło o ten bzdurny testament? 
- O!... Widzę, że i ty słyszałaś o testamencie jej ojca. 
Harriet wyraźnie się najeżyła. 
- Cóż w tym dziwnego? Połowa miasta wie o tym groteskowym 
kodycylu. 
- Ale mnie na ten temat nic nie wiadomo. - Griffin jeszcze bardziej 
odchylił się do tyłu. - A ponieważ sprawa dotyczy mnie bezpośrednio, 
dziwię się, że moja droga, słodka, kochająca siostrzyczka Elizabeth 
nie 
poinformowała mnie o tym. 

background image

- Ona nigdy by nie poruszyła w rozmowie z tobą równie 
niestosownego 
tematu! - odparowała Harriet, unosząc głowę i spoglądając mu prosto 
w oczy. - Zresztą, cała sprawa dotyczy zmarłego wicehrabiego. 
Panna 
Linden była zaręczona z nim, a nie z tobą. Być może złamał jej życie, 
ale 
odszedł z tego świata i nie można go pociągnąć do 
odpowiedzialności. 
Neville złamał życie Faith?! Przed oczyma Griffma pojawił się bardzo 
wymowny obraz Neville'a i Faith złączonych w namiętnym uścisku. 
Bynajmniej 
niepruderyjny Griffin poczuł się wyraźnie nieswojo. 
- Czemu uważasz, że złamał jej życie? 
Harriet rzuciła mu spojrzenie, które mówiło bez ogródek: „Nie 
przypuszczałam, 
że jesteś taki tępy!" 
- Przecież nikt się z nią teraz nie ożeni. A ten idiotyczny testament 
przypieczętował jeszcze jej los. Jeśli zostanie bez pieniędzy i bez 
posiadłości, 
kto się nią zainteresuje?! Nie jest ani młoda, ani ładna, a na dodatek 
ma trudny charakter. Poza tym raz na zawsze przylgnęła do niej 
etykieta 
„wzgardzona narzeczona". Większość mężczyzn nie połakomi się 
na smutne resztki po innych, nieprawdaż? 
To określenie zaszokowało Griffina. „Smutne resztki po Neville'u"? 
Na jakie poufałości w stosunku do narzeczonej pozwolił sobie 
Neville? 
A może należało raczej zapytać, na co Faith się odważyła, próbując 
umocnić 
swą pozycję przyszłej wicehrabiny? Czyżby nieopatrznie przyznała 
Neville'owi małżeńskie prawa, nim jeszcze stanęli przed ołtarzem? 
Griffin powoli wypuścił powietrze z płuc. Jeśli jego siostra chciała w 
ten 
sposób osłabić jego zainteresowanie panną Linden, to bardzo się 
przeliczyła. 
Słowa Harriet wywarły odwrotny skutek. 
Spojrzała na niego z ukosa. 
- Może istotnie powinnam była powiedzieć ci o tym testamencie. 
Przepraszam 

background image

za to przeoczenie. Podejrzewałam, że panna Linden spróbuje 
skontaktować się z tobą i wzbudzić w tobie współczucie, ale nawet ja 
nie 
spodziewałam się takiej bezczelności! Na szczęście, możemy teraz 
zapomnieć 
o tym niemiłym incydencie. 
Griffin odpowiedział siostrze zdawkowym uśmieszkiem. Rozmowa 
z nią utwierdziła go w przekonaniu, że powinien szczerze 
porozmawiać 
z Faith na temat jej stosunków z Neville'em. Griffin nie był jednak 
naiwny 
i nie zamierzał powiadamiać Harriet o swych zamiarach. 
Od powrotu do Anglii dowiedział się wiele o swoim rodzeństwie, 
zwłaszcza o Harriet. Miała skomplikowany charakter, była posępna, 
gderliwa, 
konwencjonalna. Wszystko, co robiła i mówiła, musiało być 
„właściwe". 
Griffin myślał często całkiem serio, że męczy go sama jej obecność. 

Ale Harriet miała również swoje zalety. Była kompetentna, troskliwa 
i bezgranicznie oddana rodzinie. Powitała gorąco jego synka i 
pokochała 
serdecznie jak własne dziecko. No i powstrzymała się od 
niedyskretnych 
pytań, choć od razu odgadła, że jego syn jest bękartem. Griffin był jej 
wdzięczny za tę powściągliwość i za zrozumienie. Zdawał sobie 
sprawę, 
jak bardzo przyda mu się każdy sojusznik, gdy rozejdzie się wieść o 
nieślubnym 
pochodzeniu jego dziecka. 
- Czy panna Linden wspomniała o małym Neville'u? - spytała 
niespokojnie 
Harriet, jakby wyczuła, że myśli jej brata krążą wokół synka. 
- Nie. - Na samą wzmiankę o malcu i odziedziczonym przez niego 
imieniu Griffin poczuł ciarki na plecach. - To paskudne przeziębienie 
sprawiło, że od przyjazdu nie wytknął nosa z dziecinnego pokoju. 
Przebywał 
wyłącznie w towarzystwie swojej niani oraz ciebie, mnie i Elizabeth. 
A nasza służba widocznie nie miała okazji poplotkować na jego 
temat w miasteczku. 

background image

Harriet żywo skinęła głową. 
- Chyba masz słuszność. Panna Linden o nim nie wspomniała, więc 
pewnie nie wie o jego istnieniu. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby 
spróbowała 
odwołać się do twoich instynktów ojcowskich i zaoferować, że 
zastąpi matkę twemu osieroconemu synkowi. 
- Uważasz, że to jeszcze jedna rola nieodpowiednia dla niej? - rzucił 
żartobliwym tonem Griffin, nie mogąc się powstrzymać od drażnienia 
siostry. Ataki oburzenia i gniewu Harriet bywały bardzo zabawne... o 
ile 
nie zwracały się przeciw niemu. 
- Taka egoistka nie mogłaby okazać uczucia cudzemu dziecku, 
a zwłaszcza pasierbowi! - Harriet wstała i wygładziła fałdzistą 
spódnicę. 
- Możesz mi wierzyć, Griffinie, dobrze się stało, żeśmy się pozbyli 
panny Linden! 
Triumfalny uśmieszek na twarzy Harriet upewnił Griffina, że jego 
siostra 
uważa sprawę za zakończoną. Nie zamierzał wyprowadzać jej z 
błędu. 
W głębi serca wiedział, że musi szczerze rozmówić się z Faith. I to 
jak najszybciej! 

Faith słyszała, że Griffin ją woła. Mimo wiatru i szumu w głowie, niski 
głos Griffma docierał do niej wyraźnie. Na jego dźwięk ogarnęła ją 
panika. Myślała tylko o tym, by uciec. Jak najszybciej i jak najdalej. 
Strach paraliżował jej nogi, ale Faith siłą woli zmusiła się do biegu. 
Pochyliła nisko głowę, opierając się wichurze. Spłoszyła się jeszcze 
bardziej, 
gdy znów usłyszała swoje imię. 
Jeśli to ścigał ją wicehrabia, miała niewielkie szanse ucieczki. 
Musiała 
jednak spróbować. Gdyby znów stanęli twarzą w twarz, zapadłaby się 
pod ziemię. 

Faith pobiegła przez łąkę w stronę gościńca. Przynajmniej raz - 
myślała 
- spotkanie z tą okropną Harriet Sainthill okazało się 
błogosławieństwem! 
Zapewne oczernia go teraz przed bratem i mimo woli przeszkadza 

background image

mu w pościgu. 
Przy odrobinie szczęścia tak się rozgada, że Faith z łatwością 
ucieknie wicehrabiemu! 
Mózg Faith pracował na pełnych obrotach, podobnie jak jej nogi. 
Równocześnie 
zaś - mimo woli - przypominała sobie każdy szczegół spotkania 
z Dewhurstem. Jego piękna, zawzięta twarz, szorstkość, a potem 
coraz 
bardziej przyjazny ton... Przez chwilę miała wTażenie, że on 
naprawdę 
cieszy się z jej wizyty... póki nie dowiedział się o prawdziwej 
przyczynie odwiedzin. 
Faith poczuła, że pieką ją policzki. Spotkanie z wicehrabią rozbudziło 
w niej dawne tęsknoty - o tym, że któregoś dnia wyjdzie za mąż, 
zostanie 
matką, ktoś doceni jej zalety, może nawet pokocha... Cóż za głupie 
marzenia! 
Przybierający na sile, coraz donośniejszy stukot kopyt ostrzegł Faith 
o zbliżaniu się jakiegoś pojazdu. Czyżby to Griffin? Serce w niej na 
chwilę 
zamarło, ale zaraz skarciła się w duchu. Gdyby wicehrabia zamierzał 
ją 
gonić, z pewnością dosiadłby konia! 
A poza tym powóz zbliżał się z przeciwnej strony. Faith zeszła na 
skraj 
drogi. Pojazd był coraz bliżej i bliżej... Krew zaczęła szybciej 
pulsować 
jej w żyłach, gdy rozpoznała srebrno-błękitną liberię stangreta. 
Z okrzykiem ulgi Faith skoczyła w stronę karety. 
- Merry! - szepnęła załamującym się głosem. 
Powóz podjechał i zatrzymał się obok niej. Drzwiczki się otworzyły 
i Meredith omal nie wypadła, tak spieszno jej było objąć zrozpaczoną 
przyjaciółkę. Pomocnik stangreta zeskoczył z tyłu, by pomóc swej 
pani przy wysiadaniu. 

- Najpierw pomóż wysiąść pannie Hobbins - poleciła lady Meredith, 
a gdy życzenie zostało spełnione, dodała: - Dalej pojedzie na koźle 
obok 
stangreta. Śliczny dziś dzień, nie za chłodny. Jestem pewna, że 
świeże powietrze doda jej wigoru. 

background image

Faith zauważyła niechętne spojrzenie i męczeńską minę panny 
Hobbins, 
niezbyt młodej osobistej pokojówki Meny, gdy opuszczała przytulne 
wnętrze karety. Była jednak w tej chwili zbyt nieszczęśliwa, by 
przejmować się cudzymi smutkami. 
Niełatwo jej będzie przyznać się przyjaciółce do poniesionej klęski. 
Dzięki Bogu, że nie musiała relacjonować spotkania z Dewhurstem 
przy świadkach! 
Drzwiczki się zamknęły i Meredith dała znak stangretowi, by ruszał. 
Z westchnieniem ulgi Faith opadła na aksamitne poduszki. Była tu 
bezpieczna. 
Absolutnie, całkowicie bezpieczna! 
Powóz ruszył z turkotem po wiejskiej drodze, a serce Faith nareszcie 
się uspokoiło. Nadal czuła zawroty głowy i była lekko otumaniona, ale 
powoli odzyskiwała równowagę ducha. 
- Takie to było straszne? - spytała łagodnie Meredith. 
- Okropne! - przytaknęła Faith i z trudem zaczerpnęła powietrza. 
Zachowałam 
się jak ostatnia idiotka, zaczęłam paplać o testamencie ojca. 
Wicehrabia nie miał pojęcia, o czym mówię, i przyglądał mi się tak, 
jakby 
miał przed sobą zjawę. Kiedy wreszcie połapał się, o co chodzi i co 
mu proponuję, od razu dał mi kosza. 
- Zdumiewające, że nie wiedział o testamencie twojego ojca! — 
zauważyła Meny. 
- Jeśli ciebie to zdumiewa, to wyobraź sobie, jak ja się czułam! - Faith 
próbowała się roześmiać, ale wydała jedynie głuchy i bolesny dźwięk. 
Zrobiłam 
z siebie pośmiewisko, a w dodatku na nic się to nie zdało! 
- Nie był ani trochę zainteresowany twoją propozycją? - spytała ze 
współczuciem Meredith. 
- Zainteresowany?! Odtrącił mnie z miejsca, bezwarunkowo i 
ostatecznie. 
- Faith odetchnęła głęboko, starając się nie wpaść w rozpacz. Znieść 
odtrącenie nigdy nie jest łatwo, a to było wyjątkowo brutalne. W 
poczuciu 
ostatecznej klęski wpatrywała się tępo w swoje ręce, złożone na 
udach. - To była moja ostatnia nadzieja, Merry. Co się teraz ze rnną 
stanie? 
- Przeżyjesz! - stwierdziła stanowczo Meredith. Schwyciła 

background image

przyjaciółkę 
za ręce i uścisnęła je, pragnąc tym gestem dodać jej odwagi. - Nie 
tylko przeżyjesz, ale podźwigniesz się i rozkwitniesz! 
Jej słowa nie dodały jednak Faith siły. Może nie będzie przymierać 
głodem, ale utraciwszy May fair Manor na rzecz znienawidzonego 
kuzyna 
poniesie niepowetowaną stratę. Wypędzona z rodzinnego domu, 
jedynej 
ostoi, utraci swą tożsamość i sens życia. 
- Opowiedz mi dokładnie, jak to było - nalegała Meredith. 
Faith spełniła prośbę. Nie szło jej to łatwo, ale nie opuściła ani 
jednego 
upokarzającego szczegółu. 
- A gdy pędziłam korytarzem... - relacjonowała - .. .z początku 
myślałam, 
że to tylko złudzenie, ale później usłyszałam za sobą bardzo 
wyraźnie 
czyjeś kroki. Kiedy pojęłam, że to wicehrabia mnie ściga... o mały 
włos nie postradałam zmysłów. Nie mogłam znieść myśli, że znów 
spotkamy się oko w oko... i pognałam jeszcze szybciej. Dotarłam do 
drzwi 
frontowych w chwili, gdy jego siostry, Harriet i Elizabeth, wróciły do 
domu. 
Meredith aż pisnęła z przejęcia. 
- O Boże! I co było potem? 
- Omal ich nie staranowałam, tak mi było spieszno do wyjścia - Faith 
skrzywiła się. -Widziały mnie w chwili ostatecznego poniżenia. Dla 
Harriet 
była to z pewnością wielka frajda. Już w dzieciństwie nie mogła mnie 
znieść! 
Meredith nachmurzyła się. 
- Obawiam się, że do mnie Harriet czuje jeszcze większą odrazę. 
Jesteśmy 
rówieśniczkami i obie zadebiutowałyśmy w tym samym sezonie. 
Bynajmniej nie odniosłam wielkiego sukcesu, ale sądzę, że Harriet 
zrobiła 
jeszcze gorsze wrażenie. Sytuację popsuła do reszty niemiła historia 
z jej narzeczonym Julianem Wingate. Zdecydowanie wolał mnie... i 
nie 
sądzę, by Harriet mi to kiedykolwiek wybaczyła. 

background image

Faith zmarszczyła brwi. 
- Prawie o nim zapomniałam! To on ci się wiele razy oświadczał na 
długo przedtem, nim zaręczył się z Harriet? 
- Tak. — Meredith zaczerpnęła powietrza i głośno westchnęła. - 
Julian 
należał do moich najbardziej upartych adoratorów. Ciągle przysięgał, 
że nie może beze mnie żyć. W tamtym pierwszym sezonie 
oświadczył 
mi się co najmniej tuzin razy! W końcu zabroniłam mu wstępu do 
naszego domu. I wyobraź sobie, że nawet to go nie zniechęciło. 
Byłam 
kompletnie wyczerpana, bo na każdym przyjęciu musiałam chować 
się 
przed nim albo zręcznie wymykać... Pod koniec sezonu miałam już w 
tym sporo wprawy! 
Faith potrząsnęła głową, usiłując sobie wyobrazić opisywaną 
sytuację. 
- Nie wydawało ci się to ogromnie romantyczne, że przystojny 
młodzieniec 
przysięga ci miłość do grobowej deski? 
- Romantyczne?! O Boże, ani trochę! - Merry spojrzała na 
przyjaciółkę 
z lekką irytacją, ale zaraz zaczerwieniła się uroczo. - Ta jego 
nieokiełznana 
namiętność przyprawiała mnie o pokrzywkę! Jak mogłabym wyjść 
za człowieka, na widok którego dostawałam czerwonych placków na 
całym ciele?! 
- Och, biedna Merry! - Faith uśmiechnęła się, próbując przywołać 
w myślach obraz pięknej przyjaciółki w tak smutnym stanie. - Ale 
założę 
się, że nawet w czerwone plamy byłaś urzekająco piękna! 
- Piękna i swędząca! - żaliła się głośno nad sobą Meredith, 
przebierając 
lekko palcami po ramieniu Faith. - Chyba rozumiesz, że największy 
wielbiciel zniechęci się w końcu do kobiety, która w jego obecności 
bez ustanku się drapie. 
- No, no! Cóż to musiał być za widok! 
Tym razem Faith roześmiała się całkiem szczerze. Meredith 
zawtórowała jej. 
- Nareszcie zdołałam cię rozbawić - oznajmiła z triumfem. -Nie mogę 

background image

znieść, gdy jesteś taka nieszczęśliwa, Faith! 
- Serdeczne dzięki! Nie tylko za rozweselanie, ale i za wysłuchiwanie 
moich narzekań. Jestem pewna, że wieczorem znajdę się znów na 
dnie 
rozpaczy, ale liczy się nawet chwilowa ulga. 
- Nie gadaj mi tu o dnie rozpaczy! Jedziesz ze mną do Londynu 
oświadczyła 
pod wpływem nagłego impulsu Meny - Nie powinnaś zostawać 
tu sama i rozpamiętywać porażki. Zmiana klimatu z pewnością 
wyjdzie ci na dobre. 
- Do Londynu? -Faith zaczęła gorączkowo zbierać myśli. 
Rzeczywiście, 
dobrze by było wyjechać stąd na jakiś czas - parę dni albo tydzień. 
Uciec od wszystkiego! Pozostając w Mayfair Manor, i tak nic by nie 
zwojowała. 
Może z dystansu ujrzy wszystko we właściwym świetle? A kłopoty 
nie uciekną. - Ależ ja... nie jestem gotowa do podróży! Nie mam nic 
przy sobie. 
- Możemy wrócić na chwilę do domu - mówiła jak w transie Meny. -
Zabierzesz tylko to, co niezbędne. A po przyjeździe pójdziemy 
oglądać 
cuda Londynu... ze sklepami przy Bond Street włącznie. Ubawimy się 
przy tym znakomicie. No, Faith, zgódź się! Obiecaj, że pojedziesz ze 
mną do miasta! 
- Nie wiem, czy powinnam... - Oczy Faith zapłonęły z podniecenia, 
ale zaraz spochmurniała, spuszczając wzrok. - Sezon już się zaczął. 
Wiem, 
ile masz zobowiązań towarzyskich. Byłabym dla ciebie ciężarem... i 
miałabym 
wyrzuty sumienia, że pozbawiam cię wielkomiejskich rozrywek. 
- Boże święty! Kto jak kto, ale ty, Faith, powinnaś wiedzieć, jak nie 
znoszę obowiązków towarzyskich. Wszystkie te przyjęcia, rauty i bale 
to 
śmiertelne nudy. Wszystkie, bez wyjątku! -Nagle w niebieskich 
oczach 
Meredith zapłonęły szelmowskie błyski. - Wiesz... Niełatwo zdobyć 
dodatkowe zaproszenie, ale jeśli tylko zechcesz, obiecuję jakoś 
przemycić 
cię na jeden czy dwa bale. 
- Co ty mówisz, Meredith?! Jak mogłabym zgodzić się na coś 

background image

podobnego?! 
- Normalnie. Przeważnie bywa taki tłok, że pani domu nie ma 
zielonego 
pojęcia, kto bawi w jej salonach. Pod nieobecność moich rodziców 
zabieram wszędzie ze sobą cioteczną babcię Agathę. Przemiła 
starsza 
pani! Najpierw raczy się smakołykami, potem drzemie w kąciku... 
i budzi się, gdy już pora wracać. Z pewnością ucieszy się, że 
towarzyszyć 
mi będzie ktoś młodszy, kto roztoczy nade mną czujną opiekę na sali 
balowej. 
- No... właściwie, chyba bym mogła wyjechać do miasta- powiedziała 
z ociąganiem Faith - i pójść na jakiś bal czy przyjęcie. -N a widok 
rozpromienionej twarzy Merry dodała pośpiesznie: - Skromniejszy 
bal, 
oczywiście, bez zalewu śmietanki towarzyskiej! Wolę mieć do 
czynienia 
z normalnymi ludźmi. Wchodzi w grę najwyżej jakiś nieszkodliwy 
ekscentryk... 
I to od czasu do czasu. 
Meredith na znak zgody skinęła ochoczo głową. 
- Gdy tylko znajdziemy się w moim domu, przejrzymy wspólnie 
wszystkie zaproszenia! 1 jestem pewna, że uda mi się nakłonić moją 
modystkę, 
by w kilka dni wyczarowała dla ciebie modną kreację. A przez 
ten czas ty i ja ustalimy wspólnie, które imprezy nas interesują i co 
warto zobaczyć. 
Faith odchrząknęła, czując ściskanie w gardle. Znów odezwały się 
nerwy. 
A jeśli podjęła zbyt pochopną, nieprzemyślaną decyzję? Była to dla 
niej jedyna szansa, by przyjrzeć się życiu wytwornego londyńskiego 
towarzystwa. 
Choćby nawet trzymała się skromnie na uboczu, byłby to fascynujący 
spektakl! A biorąc pod uwagę śmiertelny strach Merry przed 
najmniejszym nawet skandalem, nic naprawdę ryzykownego nie 
mogło 
się im przydarzyć. 
- W porządku. Jadę z tobą! 
- Cudownie! - Meredith uśmiechnęła się z aprobatą. - Wobec tego 
zatrzymamy się na krótko w Mayfair Manor, spakujesz manatki i 

background image

powiadomisz 
służbę o swoim wyjeździe. Mój stangret to prawdziwy mistrz! 
Jeśli wyruszymy w drogę w ciągu godziny, zdołamy dotrzeć do 
Londynu przed nocą. 
- Wybornie! - odparła Faith, przyciskając rękę do piersi, by uspokoić 
nieco mocno bijące serce. 
- A podczas twego pobytu w Londynie złożymy wizytę adwokatowi 
mojego ojca - postanowiła Meredith. - Musi znaleźć jakiś sposób, byś 
pozostała właścicielką Mayfair Manor, i to bez łaski tego 
odrażającego Dewhursta! 
Faith skinęła głową w milczeniu. Zgodziła się na wizytę u adwokata 
przede wszystkim dlatego, że Meredith sobie tego życzyła. W głębi 
serca 
nie żywiła już nadziei, że ocali swój rodzinny dom. 
Było jeszcze coś, co sprawiało Faith ból i wielce ją niepokoiło: 
świadomość, 
że mimo niewątpliwej brutalności wicehrabia Dewhurst nie 
wydawał się jej odrażający. Ani trochę! 

Mówi mi pan takie miłe rzeczy, milordzie... - Smukłe, wypielęgnowane 
kobiece paluszki sunęły wymownie po ramieniu Griffina, by 
zatrzymać 
się na jego barku. - Ale niektórzy ostrzegają przed panem. Czy 
doprawdy jest pan taki niegrzeczny, jak powiadają? 
- W pełni zasłużyłem na taką opinię, lady Ashborrow. Nie będę się 
zarzekał. - Po wielekroć powtarzany frazes spłynął automatycznie z 
jego 
warg. Nie towarzyszył mu jednak wyuczony uśmiech. Wicehrabia 
przymrużył nieco oczy i z rozmysłem odsunął się od lgnącej do niego 
kobiety. 
Griffin był w fatalnym nastroju; świadczył o tym dobitnie sposób, w 
jaki 
potraktował tak ponętną kobietę jak lady Ashborrow. Przyczepiła się 
do 
niego niemal w tej samej chwili, gdy wkroczył na salę balową. 
Zręcznie 
skłoniła pewnego dżentelmena, który znał ich oboje w równie 
niewielkim 
stopniu, by oficjalnie przedstawił jej Dewhursta - i nie odstępowała go 
już ponad godzinę. 

background image

Ta urocza brunetka z imponującym biustem była pod każdym 
względem 
w jego typie: dojrzała, zamężna, bezpośrednia, doświadczona i 
wyjątkowo 
nadobna. A jednak nawet jej żywa atencja nie rozproszyła posępnej 
zadumy, która tego wieczoru spowijała Griffma jak wilgotna mgła. 

- Słyszę, że muzycy stroją już instrumenty - powiedziała z wyraźną 
przymówką lady Ashborrow. - Ciekawa jestem, czy zaczną od walca. 
- Sądzę, że tak. To już niemal tradycja. - Kąciki ust Griffma uniosły 
się ku górze i szybko opadły w przystępie wisielczego humoru. - 
Niestety, 
pewne wcześniejsze zobowiązania nie pozwalają mi dzisiejszego 
wieczoru 
spróbować sił na parkiecie. 
- Jeśli wolałby pan wymknąć się z sali balowej, możemy 
pospacerować 
po ogrodzie. Taki piękny wieczór! I księżyc w pełni... - Lady 
Ashborrow 
z rozmysłem pochyliła się ku niemu, szczodrze demonstrując 
powaby swego imponującego biustu. -Nocne kwiaty rozchylająjuż 
płatki... 
Ich woń zawsze mnie odurza. 
Starannie przygotowana kwestia spowodowała jedynie przelotne 
zainteresowanie 
Griffma. Jego spojrzenie poszybowało ponad głową stojącej 
przy nim kobiety na przeciwległy koniec wielkiej sali. Stał bez słowa, 
z roztargnionym wyrazem twarzy, podczas gdy jego bystre oczy 
szukały 
w tłumie gości tej jednej osoby, która -jak się obawiał - wcale się tu 
nie zjawi. 
Niech to wszyscy diabli! Gdzież ona się podziewa, do licha?! 
Przyznając się w duchu do kolejnej porażki, wicehrabia zwrócił się do 
towarzyszącej mu damy. 
- Jestem niepocieszony, lady Ashborrow, że muszę panią pożegnać. 
Obiecałem zjawić się na jeszcze jednym przyjęciu... i już jestem 
spóźniony. 
Zabawiłem tu znacznie dłużej, niż planowałem. 
Piękna brunetka skamieniała, ale jej starannie wypracowany uśmiech 
nie uległ zmianie. 

background image

- Cóż... może powetujemy to sobie innym razem? - oznajmiła z 
pozornym spokojem. 
- Bardzo na to liczę, milady - odparł gładko wicehrabia i pocałował 
ją w rękę. Ten przeciągły pocałunek stanowił dyskretne przeprosiny 
za nierycerskie zachowanie. 
Trzeba przyznać, że lady Ashborrow pokazała klasę. Nie objawiła ani 
gniewu, ani rozczarowania. Rzuciła Dewhurstowi ostatnie zalotne 
spoj
rżenie, rozłożyła wachlarz i odpłynęła z godnością na drugi koniec 
sali balowej. 
Griffin poniewczasie pożałował, że nie poświęcił jej więcej uwagi. Ale 
nie miał teraz czasu na flirty. Robiło się już późno. Najwyższa pora 
ruszać 
w dalszą drogę, by kontynuować poszukiwania! 
Po krótkim pożegnaniu z panem i panią domu wicehrabia zasiadł 
znów 
w swym powozie. Bębniąc palcami po kolanie, czekał niecierpliwie, 
kiedy 
stangret zdoła się przedrzeć przez tłumy zalegające londyńskie ulice. 
Od pięciu dni Griffin przemierzał Londyn wszerz i wzdłuż, szukając 
na próżno Faith. Był zdecydowany jak najprędzej i raz na zawsze 
ustalić 
charakter jej stosunków z Neville'em. 
O wyjeździe Faith do Londynu dowiedział się niemal cudem. Cała 
służba 
z Mayfair Manor nabrała wody w usta, gdy Griffin wypytywał, dokąd 
się udała. Nawet złoty suweren nie rozwiązał nikomu języka. 
Jedynie szczęśliwy traf sprawił, że stajenny wicehrabiego zabiegał 
właśnie o względy mleczarki z Mayfair Manor. Dzięki bujnie 
rozwijającemu 
się uczuciu tej pary Griffin zdołał się dowiedzieć, że Faith wyjechała 
nieoczekiwanie do Londynu ze swą przyjaciółką od serca, lady 
Meredith. 
Niestety, mleczarka nie znała nazwiska owej lady Meredith ani 
żadnych 
innych szczegółów. Griffin jak przez mgłę przypominał sobie 
serdeczną 
przyjaciółkę Faith z okresu dzieciństwa, długonogą blondyneczkę, 
która bardzo lubiła go strofować. Niestety, on również nie pamiętał 
jej nazwiska ani tytułu jej ojca. 

background image

Mimo to wyruszył do Londynu w naiwnym przekonaniu, że odnajdzie 
tam bez większego trudu obie damy. Niestety, mylił się całkowicie. 
Choć 
londyński wielki świat tworzył zwartą społeczność, była ona jednak 
bardzo 
liczna i odszukanie dwóch kobiet, o któiych niewiele wiedział, okazało 
się niełatwym zadaniem. 
Ponieważ Griffin spędził wiele lat z dala od Anglii, nie miał w 
Londynie 
przyjaciół ani bliskich znajomych, którzy mogliby mu pomóc w tych 
poszukiwaniach, bądź co bądź, bardzo delikatnej natury. Z 
konieczności 
działał więc na własną rękę, usiłując wytropić kryjówkę Faith Linden 
i tajemniczej lady Meredith. 
Pozbycie się rodzinnej rezydencji, które parę tygodni temu wydawało 
się Dewhurstowi bardzo rozsądnym i praktycznym posunięciem, teraz 
skomplikowało jeszcze sprawę. Nie posiadając już w Londynie 
własnego 
kąta, musiał wynająć elegancki apartament. Przekonał się, jak 
nieprawdopodobnie drogie są mieszkania - i w ogóle życie - w tym 
wielkim 
mieście. A nieprzewidzianych wydatków Griffin bał się jak ognia. 
Na szczęście, podczas poprzedniego pobytu w Londynie, 
związanego 
ze sprzedażą rezydencji, wicehrabia zamówił sobie wiele ubrań u 
znanego 
krawca. Dzięki temu nie musiał teraz szastać pieniędzmi na nowe 
stroje. 
Kiedy już miał dach nad głową i porządne ubranie, uznał, że 
stosunkowo 
najłatwiej będzie natknąć się na obie panny na gruncie towarzyskim. 
Zasypywano go zaproszeniami od chwili, gdy dyskretnie rozpuścił 
wieści 
o swym przyjeździe do Londynu. 
Wkrótce Griffin przekonał się, że i tym razem zbyt optymistycznie 
ocenił 
sytuację. Była pełnia londyńskiego sezonu i co wieczór odbywało się 
co 
najmniej pół tuzina przyjęć, rautów czy innych zebrań towarzyskich w 
rezydencjach 

background image

wybitnych osobistości z wyższych sfer. Ponieważ wicehrabia 
nie miał zielonego pojęcia, jakiego rodzaju spotkania preferują Faith 
i lady Meredith, musiał szukać po omacku, uczestnicząc niemal w 
każdej z imprez. 
Jako kawaler do wzięcia - w dodatku utytułowany - Griffin został 
przyjęty 
przez wielki świat z otwartymi ramionami, mimo swej nieco 
nadszarpniętej 
reputacji. Szybko jednak odkrył, jaka jest cena tej popularności. 
Taksujące spojrzenia drapieżnych mam i kokieteryjny chichot 
niezamężnych córek prześladowały go na każdym kroku. 
W takiej atmosferze Griffin czuł się wyraźnie nieswojo, tym bardziej 
że nie planował ożenku. Był koneserem i wielkim admiratorem płci 
pięknej, 
ale te małżeńskie łowy wydawały mu się sportem niesmacznym i 
niegodnym 
prawdziwego mężczyzny. 
Niebawem bezskuteczne poszukiwanie Faith zaczęło go nużyć. 
Zniechęcony 
brakiem najdrobniejszego choćby sukcesu, uznał podjęte zadanie 
za niewykonalne. Nie rezygnował jednak, gdyż zmuszał go do tego 
wrodzony upór i niespokojne sumienie. 
Niecierpliwie otworzył okno powozu i zawołał do stangreta: 
- Daleko jeszcze? 
- Blisko! Kilka kroków, milordzie, ale ulica jest zapchana powozami. 
Szpilki by nie wcisnął! Czy jaśnie pan życzy sobie, żebym poszukał 
innej drogi? 
- Dajże spokój! Przejdę ten kawałek na piechotę. 
Z pomrukiem zniecierpliwienia Griffin otworzył drzwi i wyskoczył lekko 
z powozu, zanim zbici z tropu pomocnicy stangreta zdążyli 
zaoferować 
mu swą pomoc. Wicehrabia już sobie wyobrażał zgorszoną minę 
majordomusa na widok gościa przybywającego na piechotę; był 
jednak 
w zbyt podłym nastroju, by przejmować się takimi błahostkami. 
Spędził ten piękny gwiaździsty wieczór, zaliczając pośpiesznie 
imprezę 
po imprezie. Miał już za sobą trzy przyjęcia. Rozpoczął od wyjątkowo 
nudnej kolacji u lorda Andersona, potem przyszła kolej na 
beznadziejny 

background image

raut w rezydencji hrabiego i hrabiny Shrewsbury. Wreszcie przyszła 
kolej 
na bal u księcia Harrowby, na którym goście cisnęli się jak śledzie w 
beczce. 

Ostatnim punktem opracowanego przez GrirYma planu miał być 
wieczór 
muzyczny u lady Dillard. Obiecała na nim wystąpić pewna diwa 
operowa, 
dopiero co przybyła z Italii i spragniona towarzystwa angielskiej 
arystokracji. 
Ze wszystkich atrakcji roztaczających się przed wicehrabią tego 
wieczoru, ta ostatnia budziła w nim największą grozę. Nigdy nie lubił 
operowych 
treli, a popisy śpiewaków kojarzyły mu się z donośnymi odgłosami 
marcowych kocich harców i bijatyk na śmierć i życie. 

Na szczęście, był to ostatni punkt wieczornego programu. Z 
westchnieniem 
rezygnacji Griffin wręczył swą kartę wizytową stojącemu w drzwiach 
mąjordomowi z wyjątkowo kwaśną miną. Podejrzliwe spojrzenie, 
jakim 
został obrzucony, wicehrabia skwitował tak piorunującym wzrokiem, 
że 
skruszony sługa bezzwłocznie zaprowadził gościa z należytą atencją 
do pokoju muzycznego. 
Prowizoryczną scenę wzniesiono na samym końcu pokoju. Stało 
przed 
nią w kilku równych rzędach wiele wyściełanych krzeseł. Przy 
fortepianie 
siedział chudy i blady młodzieniec, a obok instrumentu tkwiła 
biuściasta 
dama w fioletach. Z jej szeroko otwartych ust, tworzących idealną 
literę O, wydobywały się tak wysokie dźwięki, że konkurować mogło 
z nimi tylko wycie psów. 
Baczną uwagę Griffma przyciągnęło mimo woli fioletowe pióro na 
czubku głowy śpiewaczki, które kołysało się jak szalone za każdym 
razem, 
gdy diwa dramatycznym gestem wyciągała to jedno, to drugie ramię. 
Ponieważ czyniła to nader chętnie, wicehrabia zyskał widowisko, 

background image

które skutecznie odwracało jego uwagę od wydawanych przez 
śpiewaczkę dźwięków. 
Griffin nie skorzystał z krzesła. Podpierał ścianę po lewej stronie diwy 
i rozglądał się żywo po całej sali. Niestety, z tego punktu 
obserwacyjnego 
trudno było rozpoznać od tyłu kogokolwiek ze słuchaczy. 
Po finałowym crescendo gwiazda wyrzuciła w górę oba ramiona i 
wreszcie zamknęła usta. Nastąpiła chwila błogiej, niczym 
niezmąconej ciszy. 
Potem uprzejme audytorium zdobyło się na oklaski, które przerodziły 
się w owację na stojąco. Griffin mógłby przysiąc, że nie był to dowód 
uznania dla talentów diwy, lecz wyraz szczerej wdzięczności za to, że 
wreszcie zamilkła. 
Potem przyszła kolej na coś, co raduje serce każdego męczennika 
opery: antrakt. 
Griffin uśmiechnął się. Skoro diwa przestała już śpiewać, może jego 
zła passa też się niebawem skończy? W każdym razie trafił do sali w 
najlepszym 
momencie: niemal na koniec występu. Doskonała wróżba na 
przyszłość! 

- Jakże się cieszę, że zechciał pan przybyć na mój wieczorek, 
wicehrabio 
- odezwał się jakiś kobiecy głos. - Miałam nadzieję, że znajdzie pan 
trochę czasu. 
- Pani zaproszenie było dla mnie ogromnym zaszczytem, lady Dillard 
- odparł Griffin z czarującym uśmiechem. Intensywna, nawet zbyt 
intensywna woń gardenii owionęła go, gdy skłonił się nisko nad ręką 
starszej pani. - Żałuję tylko, że przybyłem zbyt późno, by podziwiać 
cały występ diwy. 
- Nigdy nie należy tracić nadziei, milordzie! Seniora DeStefanis 
uraczy 
nas jeszcze kilkakrotnie swoim śpiewem, nim wieczór muzyczny 
dobiegnie końca. 
- Doprawdy, brak mi słów... 
Lady Dillard zachichotała jak podlotek; zupełnie, jakby czytała w 
myślach 
wicehrabiego. Griffin ochoczo odwzajemnił jej uśmiech. Podczas 
tego dłużącego się tygodnia, pełnego imprez towarzyskich, spotkali 
się 

background image

kilkakrotnie i wicehrabia szczerze polubił starą damę. Wielka szkoda, 
że 
ma taki fatalny gust, jeśli chodzi o muzykę. 
Wymienili kilka żartobliwych uwag i lady Dillard odeszła, by zająć się 
innymi gośćmi. Griffin mierzył niechętnym okiem kłębiący się tłum. 
Nie 
miał większej nadziei, że wypatrzy interesującą go osobę. Był coraz 
bardziej 
przekonany, że powinien wrócić na wieś i czekać cierpliwie na powrót 
Faith do Mayfair Manor. Powoli dochodził do wniosku, że nie ma 
w świecie większej udręki niż życie towarzyskie w wielkim świecie. 
Przyjął podsunięty mu przez lokaja kielich schłodzonego szampana i 
po 
raz ostatni zmierzył wzrokiem modnie ubrane towarzystwo. Podnosił 
właśnie kielich do ust... gdy skamieniał. Zimny trunek spłynął 
bezwiednie do wyschniętego gardła. 
W przeciwległym kącie pokoju objawiła się oczom wicehrabiego 
cudowna 
istota- najpiękniejsza ze wszystkich kobiet, jakie spotkał w życiu. 
Co więcej, obróciła się nieco, jakby kogoś szukała, i spojrzała prosto 
na niego. Zmęczenie i posępna zaduma Griffma znikły w jednej 
chwili. 
Twarz nieznajomej była doskonale piękna. Przywodziła na myśl 
delikatną 
rzeźbę z kararyjskiego marmuru. Każdy, nawet najdrobniejszy lys, 
wydawał się dziełem geniuszu. Jasne, jedwabiste włosy były z 
wytworną 
prostotą uczesane w kok. Zamiast drogich kamieni ozdabiały jej 
głowę 
kwiaty, wpięte malowniczo w złote loki. 
Piękność miała na sobie lazurową suknię, była wysoka i smukła. 
Griffin 
po prostu nie mógł oderwać od niej oczu. Wysokie uczesanie 
podkreślało 
jeszcze subtelny wdzięk całej postaci. Nawet w mdłym blasku świec 
dostrzegł, że jej oczy mają rzadko spotykany odcień ciemnego błękitu 
przypominającego krystalicznie czystą toń Morza Karaibskiego. 
Nieznajoma nie odważyła się posłać mu uśmiechu. Skłoniła jednak 
leciutko 
głowę. Griffin nie zdawał sobie sprawy z tego, co czyni, gdy w 

background image

odpowiedzi 
na to nieme wezwanie pośpieszył w jej kierunku. Oprzytomniał 
w chwili, gdy stanął naprzeciw cudownej istoty. 
- Lord Dewhurst! 
Słów tych nie wypowiedziała jednak urzekająca blondynka. 
Wyszeptała 
je stojąca obok niej drobna kobieta. Z żalem Griffin oderwał wzrok 
od czarodziejki... i ujrzał przed sobą dziewczynę, której poszukiwał 
w Londynie przez pięć długich dni i tyleż niemających końca nocy. 
Faith Linden. 
Zamrugał z niedowierzaniem oczyma, ale zjawa nie znikła. Potem na 
jego twarzy odmalowała się ogromna radość, gdy dostrzegł reakcję 
Faith. 
Na jego widok wydała zdławiony dźwięk i z twarzą pełną trwogi 
zwróciła się do pięknej blondynki. 
W tym właśnie momencie wicehrabia uświadomił sobie, że 
tajemnicza 
piękność to z pewnością lady Meredith. Poczuł nagłe ukłucie żalu. 
Jaka 
szkoda! Od tej chwili będzie dla niego nieosiągalna. 
Urocza lady Meredith wiedziała już, kto przed nią stoi. Była jednak 
bardziej powściągliwa w zachowaniu od przyjaciółki. Zesztywniała, 
wyprostowała 
plecy i spojrzała na wicehrabiego z wielką pogardą. 
Niestety, nie osiągnęła zamierzonego efektu, gdyż niechcący 
upuściła 
wachlarz wprost na bolącą nogę asystującego jej dżentelmena, co 
wywołało małe zamieszanie. 
Wicehrabia rozpoznał poszkodowanego. Był to lord Dunstan, 
pompatyczny 
dandys, który uważał się za znawcę zasad towarzyskiej etykiety. 
Griffin nie darzył Dunstana szacunkiem, ale w tym wypadku mógł 
okazać 
się cennym sojusznikiem i pomóc w ułagodzeniu dam, gdyby obie z 
uporem go ignorowały. 
Sądząc z reakcji Faith, Griffm nie miał wątpliwości, że spłoszone 
kobiety 
będą chciały ratować się ucieczką. 
- Cóż za szczęśliwy traf! Znowu się spotykamy, panno Linden. - 
Starał 

background image

się mówić lekkim, zdawkowym tonem. -Nie miałem pojęcia, że i pani 
wybiera się do Londynu. 
Faith zarumieniła się. Nie był to delikatny, pastelowy rumieniec, ale 
szkarłatne wypieki. - Powiedziałeś „panno Linden", Dewhurst? - Lord 
Dunstan nastroszył 
się. Otrzepał z kurzu wachlarz lady Meredith i oddał właścicielce. 
Potem zwrócił się znów do Griffina. - Obawiam się, że jesteś w 
wielkim 
błędzie, milordzie! To panna Maxwell, daleka krewna lady Meredith. 
Mieszka na prowincji, a teraz przybyła z wizytą do stolicy. 
- Panna... Maxwell? 
- O, t.. .t.. .tak! - Faith dotknęła ręką rozpalonego policzka, potem 
szyi. 
Griffin oblizał zeschnięte wargi. Ładne rzeczy! 
- A można poznać pani imię? 
- Cóż za niestosowna poufałość! Zdumiewasz mnie, Dewhurst. 
Przecież 
dopiero przed chwilą poznałeś tę damę. -Zmarszczył czoło. -Prawdę 
mówiąc, nie zostałeś jej nawet oficjalnie przedstawiony! 
Griffm poczuł, jak prężą się muskuły jego rąk. Dunstan był doprawdy 
irytujący! Czyżby nie słyszał, jak Faith przerażonym szeptem 
wymówiła 
jego nazwisko? Każdy domyśliłby się, że coś tu nie gra. Ale Dunstan 
był 
widać do tego stopnia ograniczony, że nic do niego nie docierało. 
Mimo 
to Griffm doszedł do wniosku, że zadał sobie zbyt wiele trudu i 
znalazł 
się zbyt blisko celu, by nie skorzystać z nadarzającej się okazji. 

- Przepraszam najmocniej! Dunstan, może będziesz tak dobry i 
przedstawisz mnie paniom? 
Lord Dunstan jeszcze bardziej się napuszył, lecz spełnił prośbę. 
- Droga lady Meredith, panno Maxwell, pozwólcie sobie przedstawić 
wicehrabiego Dewhursta. Milordzie, oto córka hrabiego Stafforda, 
lady 
Meredith Barrington i jej urocza kuzynka, panna Maxwell. 
Uprzejme szepty, dyskretne ukłony. Griffina aż ręce swędziały, by 
chwycić 
Faith za rękę i pocałować ją na powitanie. Powstrzymał się jednak, 

background image

nie będąc pewnym jej reakcji. 
Z rozmysłem przysunął się jednak bliżej i uwięził ją w pułapce, 
między 
ścianą a swym atletycznym ciałem. Gdyby Faith odwróciła się, chcąc 
uciec, utknęłaby nosem w śnieżnobiałej chustce, zdobiącąjego szyję. 
Nie 
mogła umknąć... chyba że sam by jej na to pozwolił. 
Milczenie potęgowało jeszcze rosnące między nimi napięcie, ale 
Griffin 
doszedł do wniosku, że najrozsądniej będzie trzymać buzię na kłódkę 
i najpierw ocenić dokładnie sytuację, a dopiero potem zacząć działać. 
Z jakiegoś niezrozumiałego powodu Faith wystąpiła pod przybranym 
nazwiskiem. Póki się nie dowie, czemu tak postąpiła, lepiej 
dostosować się do jej gry. 
Skłonił się z przesadną pewnością siebie. 
- Przepraszam najmocniej za swą poprzednią omyłkę, panno 
Maxwell. 
W pierwszej chwili wydała mi się pani uderzająco podobna do pewnej 
osoby, którą znam od dzieciństwa. Teraz jednak, po głębszym 
zastanowieniu, 
dostrzegam, jak bardzo się myliłem. Dama, o której wspomniałem, 
jest od pani o wiele starsza. 
- Doprawdy? - prychnęła pogardliwie Faith i spojrzała mu prosto w 
oczy. 
- Z całą pewnością! A poza tym jest znacznie niższa. - Griffin 
leniwym, 
afektowanym ruchem zakołysał się na obcasach, ani na chwilę nie 
odrywając oczu od Faith. Rumieńce na jej policzkach pociemniały 
jeszcze 
bardziej. - Większość ludzi uważa ją za brzydulę, ale to nie brak 
urody, tylko paskudny charakter sprawia, że wszyscy członkowie 
naszej 
lokalnej społeczności opowiadają o niej niestworzone historie. 
- Pewnie jest trochę niezrównoważona, co? - spytał lord Dunstan z 
wyraźnym zainteresowaniem. 
- O, nie powiedziałbym, że tylko trochę! 
- Ohyda! To brzmi doprawdy niepokojąco! - Dunstan uśmiechnął się 
z przesadną elegancją. 
Griffinowi podejrzanie zadrżały wargi. 
- No, cóż... Nie należy osądzać bliźnich zbyt surowo... ale to 

background image

doprawdy 
okropna jędza. Większość wiejskich dzieci boi się jej jak ognia. 
Poza tym ubiera się cudacznie i wmawia wszystkim, że jest królową. 
- Królową? - powtórzyła Faith słabym głosem. 
- KrólowąAnglii, oczywiście. - Usta Griffina wykrzywiły się w 
uśmiechu. 
- Gdyby się podawała za królową Francji, z pewnością wylądowałaby 
w domu wariatów. 
- Przecież we Francji nie ma królowej - wymamrotała Faith. 
- No, właśnie! 
Faith rzuciła mu piorunujące spojrzenie i syknęła przez zaciśnięte 
zęby: 
- Czy nie zapomniał pan przypadkiem o kurzajkach, milordzie? Czy 
ta nieszczęsna kreatura nie jest obsypana kurzajkami? 
- Cóż za intuicja!... Teraz, gdy pani o tym wspomniała, przypominam 
sobie... 
- O Boże, ależ mi zaschło w gardle! - przerwała mu lady Meredith. 
Ona również rzuciła Griffmowi mrożące krew w żyłach spojrzenie, a 
potem 
ze znacznie łagodniejszym wyrazem twarzy zwróciła się do stojącego 
wiernie u jej boku dandysa. - Czy byłby pan tak dobry i przyniósł mi 
kieliszek szampana, milordzie? Zauważyłam, że lokaje otwierają 
mnóstwo 
butelek, ale żadna z nich nie zabłądziła do naszego ustronnego 
kącika. 
To byłoby cudowne orzeźwienie... tak tu gorąco! 
- Jestem uszczęśliwiony, że mogę pani usłużyć, lady Meredith. 
Przyniosę 
kieliszek również dla pani, panno Maxwell - Skłonił się nisko damom, 
spojrzał z wyższością na Griffina i oddalił się. 
- Dobra robota, lady Meredith! - pochwalił Griffin spokojnym, 
zrównoważonym 
tonem. - Teraz, gdy nie mamy już audytorium, nie musicie, 
drogie panie, podskakiwać jak oparzone, ilekroć otwieram usta. 
Faith przymrużyła oczy i przeszyła wicehrabiego morderczym 
wzrokiem. 
- Jak śmiesz tak się do nas odzywać?! Mimo tej wyjątkowo 
niesmacznej 
konwersacji mam nadzieję, że zachowałeś choć odrobinę 
przyzwoitości, 

background image

by zostawić nas w spokoju! Żegnam, milordzie! 
- Zechciej wstrzymać się ze swymi oskarżeniami, droga panno 
Maxwell! 
Podejrzewam, że Dunstan zaraz tu wróci z kielichami szampana w 
dłoniach. 
O ile nie zamierzasz przypuścić go do sekretu, radzę szybko wyjaśnić 
całą sprawę. Po co ta idiotyczna zmiana nazwiska? 
- Nie twoja sprawa, milordzie! - Faith spojrzała mu prosto w oczy, 
niemal wyzywająco. - Już powiedziałam, że nie życzymy sobie 
twojego towarzystwa! 
- Muszę się dowiedzieć prawdy. 1 to natychmiast. - Z gardła Griffina 
wydobył się dziwnie drapieżny pomruk. - Cóż to za nowa komedia?! 

Wprost niewiarygodne, jak szybko może prysnąć cudowny wieczorny 
nastrój. Wystarczy, że na przyjęciu pojawi się wicehrabia Dewhurst! 
Zadziwiające, ale propozycja zmiany nazwiska wyszła od Merry. To 
ona 
skłoniła Faith do odgrywania roli jej dalekiej kuzynki, panny Maxwell. 
Ponieważ Meredith była zawsze wzorem cnót i znajdowała się poza 
wszelkimi 
podejrzeniami, Faith doszła do wniosku, że pomysł jest bardzo dobry. 
Występowanie publicznie pod własnym nazwiskiem zdawało się ze 
wszech miar niewygodne - była przecież w żałobie po ojcu i po 
narzeczonym. 
To niewinne kłamstwo umożliwi jej wzięcie udziału w spotkaniu 
towarzyskim, o czym zawsze marzyła. Jeden krótki wieczór spędzony 
w wielkim świecie. Czy to takie wielkie przestępstwo? 
Po namyśle postanowiły, że udadzą się na wieczór muzyczny do lady 
Dillard. Doszły do wniosku, że tam będzie najmniej tłoczno. 
Kiedy Merry po raz pierwszy wspomniała o swoim pomyśle, Faith 
potraktowała to jako dobry żart. Ot, taka sobie komedia, której nigdy 
nie 
odegrają. Nie chciała nawet myśleć o urzeczywistnieniu tego 
zamiaru. 
Ale Meredith nalegała. Zaciągnęła Faith do krawcowej i pomogła 
wybrać 
odpowiednią suknię, racząc przyjaciółkę anegdotkami o ludziach, 
których mogła spotkać. 
I tak oto Faith zapaliła się do pomysłu Merry. Jakże upajające będzie 
poczucie wolności, pozbycie się - choćby tylko na jeden wieczór- 

background image

ciężaru 
swej tożsamości! Czyż może komuś zaszkodzić taka niewinna 
zachcianka? 

Była mała szansa, że spotka kogoś znajomego. Nikt z okolicznego 
ziemiaństwa 
nie wybierał się w tym sezonie do Londynu. Faith czuła się 
więc całkiem bezpiecznie - aż do chwili, gdy na przyjęciu pojawił się 
wicehrabia. 
- Czekam na wyjaśnienia, panno Maxwell. 
- Przestań, u licha, tak się do mnie zwracać! - syknęła Faith. Miała 
wrażenie, jakby zapadała się w otchłań. - A w ogóle, co ty tu robisz? 
Myślałam, że masz w domu mnóstwo pracy! 
Griffin zacisnął zęby, a jego oczy zwęziły się w wąską szparę. 
- Przyjechałem do Londynu, żeby cię odnaleźć. 
- I kto tu odgrywa głupie komedie?! - Faith zirytowała się, miętosząc 
jedwabny woreczek, który miała w ręku. 
W stalowoszarych oczach Griffina błysnął płomień gniewu. Atmosfera 
stała się tak napięta, że wprost trudno było ją znieść. Faith podniosła 
nerwowo głowę, wypatrując lorda Dunstana. Gdzie on się podziewa, 
do 
licha? Miał tylko przynieść dwa kieliszki szampana! 
Merry rozkasłała się za wachlarzem, ale nie odstępowała przyjaciółki 
na krok. Przez chwilę Faith niemal zapragnęła, by Griffin oderwał 
wzrok 
od niej i znów się zapatrzył na piękną Meredith. 
W pewnym sensie to właśnie niezwykła uroda Merry przyczyniła się 
do tej niezręcznej sytuacji. O, Faith dobrze widziała, jakim 
roziskrzonym 
wzrokiem wicehrabia spoglądał na Meny z drugiego końca pokoju! A 
potem 
mszył w jej kierunku, jak zahipnotyzowany. 
Faith poczuła ostry ból w piersi. Meredith i Griffin stanowili wyjątkowo 
urodziwą parę!... Ale na myśl o tym, że mogliby się ze sobą związać. 
Faith zrobiło się niedobrze. 
Ta nagła rozpacz skłoniła ją do przybrania lodowatej, pogardliwej 
miny, 
którą wyćwiczyła do doskonałości. 
W pierwszej chwili lord Dewhurst stracił trochę animuszu, co Faith 
dodało jeszcze więcej odwagi. Była już pewna, że wicehrabia się 

background image

podda. 
Jednak Griffin nie zszedł z pola. Wręcz przeciwnie: jego wargi wygię
ły się w szyderczym uśmiechu, a w oczach pojawiły się kpiące błyski. 
- Jeśli nie doczekam się żadnych wyjaśnień, będę musiał wyciągnąć 
własne wnioski. - Utkwił w Faith tak ostre spojrzenie, że omal się nie 
wzdrygnęła. - Czy ściga cię policja? 
- Co takiego?! - Faith odwróciła głowę tak raptownie, że pasmo 
włosów 
wysunęło się z upięcia i opadło na jej nagie ramię. - To już szczyt 
bezczelności! Co śmiesz sugerować, mój panie?! 
Griffin obdarzył ją zapierającym dech uśmiechem. 
- Wiem z doświadczenia, panno Maxwell, że fałszywych nazwisk 
używająosoby, 
pragnące ukryć swą tożsamość. Zazwyczaj z powodu jakichś 
niezgodnych z prawem czynów. 
- Wcale mnie nie dziwi, że znasz osobiście osoby, które są na bakier 
z prawem, milordzie! - zauważyła cierpko Faith. Nie miała 
najmniejszej 
ochoty spowiadać się przed nim ani tłumaczyć ze swych postępków. 
Był 
dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Z jakiej racji miałaby mu się 
opowiadać? 
Należało jednak zachować ostrożność. Dewhurst mógł w każdej 
chwili 
urządzić scenę i publicznie zakwestionować jej tożsamość. Faith 
uniosła 
dumnie głowę, chcąc okazać, że wcale się go nie boi. 
Gdy napotkała jego wzrok, początkowo nie odwróciła oczu. Ale 
wpatrywał 
się w niąw milczeniu tak długo, że zaczęły ją zawodzić nerwy. Ta 
jego obojętna mina, te jego bystre i czujne oczy... Mógłby ją 
zdemaskować, 
gdyby chciał. Ale czy naprawdę tego chciał? 
Odetchnęła ciężko. Serce jej się tłukło w piersi jak szalone. Czuła, że 
się czerwieni pod uporczywym wzrokiem Griffina. Niepewnym 
ruchem 
odgarnęła fry wolny kosmyk. 
- Możemy przejść się po ogrodzie - zaproponował Dewhurst. - To 
nam zapewni odrobinę prywatności. 
- Nie mam najmniejszego zamiaru opuszczać tej sali w pańskim 

background image

towarzystwie, 
wicehrabio - odparła stanowczo Faith. 
Z trudem opanowała drżenie rąk. Jednak na samą myśl o 
romantycznej 
przechadzce przy księżycu w towarzystwie Griffina znów przeraziła 
się nie na żarty. 
- Muszę dowiedzieć się prawdy - oświadczył spokojnie. - Jeśli nie 
dziś, to... powiedzmy, jutro po południu. Złożę paniom wizytę o 
trzeciej. 
I mam nadzieję, że zostanę przyjęty. 
W jego słowach słychać było wyraźnie groźbę. Zimny dreszcz 
przebiegł 
Faith po plecach. Nie wątpiła w jak najgorsze intencje wicehrabiego. 
Mimo elegancji i arystokratycznych manier Dewhurst był w gruncie 
rzeczy twardy i szorstki. Do jakiego stopnia? Tego jeszcze nie 
wiedziała. 
- Nie zamkniemy panu drzwi przed nosem, milordzie - odparła ponuro 
Meredith. - Rezydencja mojego ojca mieści się przy Grosvenor 
Square. 
Może pan już tam bywał? 
- Jeszcze nie, ale bez trudu znajdę drogę. A zatem do jutra, łaskawe 
panie. 
- Dobrej nocy, wicehrabio - odpowiedziała po chwili wahania Faith. 
Umyślnie ani drgnęła, gdy Griffin jej się skłonił, a następnie odwrócił 
się i odszedł. 
- Tak mi przykro, Faith! -rzekła Meredith, gdy tylko zostały same. -
To wszystko moja wina! Gdybym cię nie namówiła na ten muzyczny 
wieczór, 
lord Dewhurst nigdy by cię nie odnalazł. Nie wiem, jak mam cię 
przepraszać! 
- To niczyja wina. Po prostu prześladuje nas niesamowity pech. - 
Faith 
wzruszyła ramionami. - Griffin twierdzi, że przyjechał do Londynu, 
żeby 
mnie odnaleźć. Jak myślisz, czy to prawda? 
Meredith zrobiła niewyraźną minę. 
- Cóż innego mogło go tu ściągnąć? 
- Nie mam pojęcia. Pewnie dowiemy się jutro po południu - odparła 
Faith, siląc się na lekki, niedbały ton. 
Niegdyś sama myśl o odwiedzinach Griffina wprawiłaby ją w radosne 

background image

podniecenie. Teraz jednak - niestety - na wieść o jego rychłej wizycie 
dostawała gęsiej skórki. 

Faith uniosła ciężką, złotą draperię i wyjrzała na ulicę. Przejeżdżały 
tędy wolno powozy, kłusowali bystroocy jeźdźcy na lśniących 
wierzchowcach, 
uchylając kapelusza na powitanie modnie odzianych znajomków, 
którzy spacerowali po zalanych słońcem trotuarach. Od czasu do 
c^asu 
przebiegła guwernantka w pogoni za krnąbrnymi pupilami. Nigdzie 
jednak 
ani śladu lorda Dewhursta! 

Faith uniosła draperię jeszcze wyżej i przytknęła nos do szyby. To 
ona 
nalegała, by spotkanie z wicehrabią odbyło się małym saloniku na 
piętrze. 
Meredith łaskawie wyraziła zgodę. Było to pomieszczenie mniejsze 
od głównego salonu, bardziej intymne i przytulne. Stały tu lekkie 
złocone 
meble i kilka bezcennych antyków. Najważniejsze było jednak to, że 
salonik miał okna od frontu. 
- Przypomina mi się powiedzenie, które często powtarzała moja 
droga 
niania - zauważyła Meredith. - „Podglądany imbryk nigdy nie zakipi". 
Obawiam się, że oczekiwany gość nigdy się nie zjawi, jeśli będziesz 
go wypatrywać z takim napięciem. 
Faith pośpiesznie odsunęła się od zasłony, odwróciła i spojrzała 
przyjaciółce 
w twarz. Meredith siedziała spokojnie na kozetce, zasłonięta gazetą, 
którą właśnie czytała. 
Dama czytająca gazetę! To niemal skandal. Większość pań siedząc 
w salonie haftowała lub dziergała koroneczki, ale Meredith nie 
poddawała 
się konwenansom. Odwaga przyjaciółki równocześnie zdumiewała i 
fascynowała Faith. 
Meredith co prawda nie zarządzała osobiście swoim majątkiem, ale 
miała baczne oko na inwestycje, w których lokowano jej pieniądze, i 
wyrażała 
swą opinię na temat tego, w co chciałaby je zainwestować. Faith 

background image

niejednokrotnie zastanawiała się nad tą sprawą i zawsze dochodziła 
do 
wniosku, że gdyby młodsi bracia Merry brali przykład z siostry i 
poświęcali 
swoim sprawom majątkowym tyle czasu i uwagi co ona, a choćby 
nawet o połowę mniej, to nie popadaliby nieustannie w tarapaty, a 
teraz 
nie znaleźliby się w tak rozpaczliwym położeniu. 
„Kocioł garnkowi przygania, a sam smoli!" - pomyślała z goryczą 
Faith. Ona też znalazła się w rozpaczliwym położeniu. Z tą różnicą, 
że 
w jej przypadku nie chodziło o roztrwonione pieniądze, tylko o 
zmarnowane życie. 
Przez chwilę Faith pozwoliła sobie na gniew i użalanie się nad sobą. 
Czuła, że spotkała jąniesprawiedliwość! Gdyby nie była kobietą, nie 
spotkałaby 
jej taka krzywda! Odziedziczyłaby po ojcu tytuł i posiadłość, nikt 
by nie pytał o jej stan cywilny. Poddała się gwałtownej fali bezsilnego 
gniewu, przeświadczona o nieuchronności losu. 
Była jednak kobietą, a testament ojca, który chciał jej pomóc, okazał 
się dodatkową karą. Nieszczęście spotkało ją z powodu 
krótkowzroczności 
kochającego ojca, a nie klątwy, ciążącej na kobietach. 
Ponieważ Meredith bardzo nalegała, Faith już następnego dnia po 
przyjeździe 
do Londynu udała się po poradę do adwokata, ale jego opinia nie 
napawała 
nadzieją. Być może kiedyś i za duże pieniądze ktoś podjąłby się 
zakwestionowania 
ostatniej woli jej ojca i nawet doprowadził do jej unieważnienia. 
Ale, rzecz jasna, nikt nie mógł z góiy zagwarantować jej sukcesu. 

Na razie jednak Faith nie miała ani czasu, ani funduszy na zajęcie się 
tą 
sprawą. Podziękowała adwokatowi za radę i wyszła, czując się 
jeszcze bardziej bezradna. 
Faith zerknęła niepewnie na Meredith. Przyjaciółka nadal była 
pogrążona 
w lekturze. To, że nie musiały silić się na rozmowę, stanowiło 
ogromną 

background image

ulgę... choć konwersacja na byle jaki temat mogłaby odsunąć na 
chwilę 
dręczące Faith myśli. 
Ogarnięta na nowo niepokojem zaczęła krążyć po saloniku. W jej 
głowie 
kłębiło się tysiące myśli, których nie mogła się pozbyć. Nagle 
zatrzymała 
się i spojrzała na swoje ręce. Najpierw zauważyła, że obie lekko 
drżą, potem dostrzegła złamany paznokieć. Bezmyślnie podniosła 
rękę 
do ust i zaczęła go obgryzać. 
- Widzę, że zaczynasz podwieczorek od smacznej przekąski - rzekła 
cierpko Meredith. - A co będzie na deser? Koniuszki warkoczy? 
Zawstydzona Faith oblała się rumieńcem na wspomnienie 
dzieciństwa, 
gdy ssała końce warkoczyków, ilekroć coś ją zaniepokoiło. 
- Skąd wiesz, że obgryzam paznokcie? Czyżbyś obserwowała mnie 
przez dziurę w gazecie, którą niby tak zapamiętale czytasz? - rzuciła 
kpiącym 
tonem Faith i w sposób nieprzystający damie klapnęła na fotel. 
- Nie potrzebuję dziury. Papier jest bardzo cienki, niemal 
przezroczysty. 
- Meredith złożyła z szelestem gazetę. - A twoje zniecierpliwienie 
dosłownie iskrzy się w powietrzu! 
- Racz mi wybaczyć, łaskawa damo! - odcięła się Faith, zmieniając 
pozycję w fotelu. - Od wczorajszego koszmarnego spotkania prawie 
nie 
zmrużyłam oka. Że też ze wszystkich ludzi, których mogłyśmy tu 
spotkać, 
natknęłyśmy się akurat na Dewhursta! 
- Powiedziałaś wczoraj wieczorem, że to zwykły pech - odparła 
całkiem 
logicznie Meredith. - Jestem pewna, że nie ma powodu do niepokoju. 
Usta Faith zacisnęły się w posępnym grymasie. 
- No, cóż... dzisiaj nie wierzę ani w szczęśliwy traf, ani w pecha. 
Zresztą 
wicehrabia sam przyznał, że przybył do Londynu, by mnie odszukać. 
- Mogę się założyć, że zmyślił na poczekaniu. Mężczyźni często 
zmyślają, jeśli coś ich zaskoczy. 
- Doprawdy? 

background image

- Jak najbardziej! - zapewniła ją Meredith. 
Faith odetchnęła głęboko i znów opadła na fotel. Nieugięta 
determinacja 
w głosie Meredith także i jej dodała sił. Meny miała rację! Cóż złego 
mógł jej uczynić Dewhurst, choćby nawet chciał? 1 co go obchodzi, 
że 
podawała się za pannę Maxwell?! To nie jego sprawa! 
Mimo to serce podskoczyło jej do gardła, gdy rozległo się stukanie do 
drzwi salonu. Żywiąc złudną nadzieję, że nikt nie pozna po jej twarzy, 
co 
akurat przeżywa, Faith podniosła głowę i wyprostowała plecy. 
Wicehrabia wkroczył do pokoju z wielkim bukietem róż. Na widok tych 
cudownych kwiatów, świeżych, pachnących i różowych - czyli w jej 
ulubionym 
kolorze! - Faith tak się zdumiała, że bezwiednie zerwała się na równe 
nogi. 
- Dzień dobry, łaskawe panie. 
Griffin skłonił się grzecznie i uśmiechnął z całą swobodą. 
- Dzień dobry, milordzie - usłyszał. 
Głos Meredith nie był życzliwy, ale przynajmniej odwzajemniła 
powitanie. 
Natomiast Faith - ku swej konsternacji - odkryła, że nie jest w stanie 
wykrztusić z siebie nawet słowa. 
Griffin uniósł jedną brew, ale na szczęście nie skomentował jej 
milczenia. 
Co więcej, podszedł do Faith i wręczył jej kwiaty. Już gdy się zbliżał, 
Faith dostrzegła, że przyniósł niejeden, lecz trzy bukiety. Wszystkie 
równie piękne. 
Gdy wręczał jej kwiaty, ich palce zetknęły się, ognisty dreszcz 
przebiegł 
przez rękę Faith. Dotyk palców Griffina był ciepły i podniecający. 
Musiała zebrać wszystkie siły, by nie okazać radości, która uderzyła 
jej do głowy. 
Na Griffmie to przypadkowe zetknięcie rąk nie zrobiło żadnego 
wrażenia. 
Skłonił się lekko Faith i podszedł do Meredith. Przyjęła bukiet w 
milczeniu. 
- A gdzie wasza przyzwoitka, drogie panie? - spytał, unosząc nieco 
wyżej ostatni bukiet 
- Ciocia Agatha odbywa swą popołudniową drzemkę - odparła 

background image

Meredith. 
- Nie miała pojęcia, że oczekujemy dziś gości. 
Wicehrabia przechylił głowę. Spojrzał na trzymane w ręku kwiaty, 
potem 
na Meredith i Faith. Widać było z jego przystojnej twarzy, że stanął 
w obliczu nie lada problemu. Kogo obdarować dodatkową wiązanką? 
Kiedy wyciągnął rękę z bukietem do Meredith, oddech Faith uwiązł 
w gardle. Z całej siły ścisnęła w ręku łodyżki róż, które przed chwilą 
sprawiły 
jej taką radość. Prawie nie poczuła ukłucia, gdy kolec wbił się jej 
w rękę. Zresztą, najważniejsze było to, żeby Griffin nie dostrzegł 
drżenia 
jej rąk, kiedy znów na nią spojrzy. 
Jeśli znów na nią spojrzy. 
- Sądzę, lady Meredith, że gdyby pani ciocia otrzymała ten bukiet, 
musiałaby dowiedzieć się o mojej wizycie, prawda? - spytał lord 
Dewhurst. 
- Oczywiście, ale nie zamierzałyśmy robić z niej przed ciocią 
tajemnicy 
- odparła zgodnie z prawdą Merry. 
- Znakomicie! A zatem, czy mogę prosić, by pani łaskawie przekazała 
swej cioci, gdy się obudzi, tych kilka kwiatków ode mnie, wraz z 
wyrazami szacunku? 
- Bardzo dziękuję, milordzie. To niezwykle miły gest. - Wyraźnie 
zaskoczona 
Meredith wzięła bukiet. - Ciocia Agatha będzie z pewnością 
zachwycona. Od dawna nie otrzymała od nikogo kwiatów, a za 
różami przepada. 
Griffin w odpowiedzi znów się uśmiechnął, a potem odwrócił się do 
Faith i mrugnął do niej szelmowsko. Omal nie upuściła swego 
bukietu. 
Meredith, która właśnie zadzwoniła na lokaja, by podał herbatę, nie 
zauważyła 
tej wymiany spojrzeń - co dodało całej sytuacji jeszcze więcej uroku. 

Nie zważając na gwałtowne bicie serca, Faith zajęła miejsce obok 
wicehrabiego 
i zaczęła układać fałdy spódnicy. Kiedy uspokoiła się na tyle, 
by podnieść głowę i popatrzyć Griffina i Meredith, stwierdziła, że 
rozmawiają 

background image

z ożywieniem. Żadne z nich najwyraźniej nie pragnęło ani nie 
oczekiwało, by Faith włączyła się do konwersacji. Wobec tego przez 
chwilę 
w spokoju przyglądała się uważnie wicehrabiemu. 

Jego ciemnoniebieski, idealnie dopasowany surdut z pewnością był 
dziełem Westona. Tylko tam można było zamówić strój równie 
wytworny 
i podkreślający wszystkie zalety klienta - na przykład imponujące 
ramiona, 
jakie miał Griffin. Biała chustka na szyję była związana z prostotą, 
ale sama jej biel przyciągała uwagę, kontrastując z jego opaloną 
i tryskającą zdrowiem twarzą. Wysokie czarne buty lśniły jak lustra, a 
obcisłe 
beżowe bryczesy uwydatniały muskularne uda. 
Mimo wszelkich zalet tego eleganckiego stroju Faith zachwycała 
przede 
wszystkim dumna postawa i pewność siebie lorda. Widać było od 
razu, 
że to urodzony dowódca; ktoś, kto potrafi rządzić innymi i panować 
nad sobą. 
Obrócił nieco głowę, odpowiadając na jakieś pytanie Meredith, i Faith 
miała teraz przed oczyma jego profil - mocno zarysowany i doskonale 
kształtny. 
- Panna Linden z pewnością zgodzi się ze mną, nieprawdaż? - spytał 
głęboki męski głos. 
Wyrwana nagle z krainy marzeń Faith podniosła dumnie głowę. Ich 
spojrzenia skrzyżowały się i dostrzegła rozbawienie w szarych, 
nieprzeniknionych 
oczach Griffina; dobrze wiedział - lecz skąd, do licha?! - że 
Faith nie ma pojęcia, o co chodzi. 
- Nie, milordzie, wcale się nie zgadzam - odparła bezczelnie. 
Nie da mu satysfakcji, na którą on wyraźnie czeka. Nie poprosi o 
powtórzenie 
pytania! Dobrze, że mu nie przytaknęła. To było logiczne posunięcie. 
Ostatnio nie zgadzała się z Griffinem absolutnie w żadnej sprawie! 
Brwi wicehrabiego uniosły się ze zdumieniem. 
- Jakie to dziwne! Myślałem, że zdecydowana większość pan jest 
zdania, 
iż nasz Prinny, Jerzy IV, zachował się bardzo niegrzecznie w 

background image

stosunku 
do swej żony księżnej Karoliny*. 
- Nie wszystkie kobiety myślą tak samo! - odparła wyniośle Faith, 
aczkolwiek szczerze uważała, że zachowanie księcia w stosunku do 
nieszczęsnej 
żony jest skandaliczne i niegodne potomka szlachetnego rodu. 
Jednak prędzej połknęłaby swój piękny bukiet, niż przyznała się 
przed 
wicehrabią, że nie miała pojęcia, o czym przy niej rozmawiano. 
Wpatrywał się w nią przez chwilę, ale zaniechał dalszego drążenia 
sprawy. 
- Jeśli pani wyrazi zgodę, lady Meredith, chciałbym pomówić z panną 
Linden w cztery oczy. 
Faith omal nie krzyknęła ze zdumienia, ale na szczęście ugryzła się 
w język. 
- O tym powinna zadecydować moja przyjaciółka - odpowiedziała 
Merry. - Zgadzasz się, kochanie? 
Spojrzała nieufnie na wicehrabiego. 
- Nie mam przed Meredith żadnych tajemnic. 
- A ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Mimo to wolałbym 
porozmawiać bez świadków. 
Dodał do swej prośby uśmiech, dzięki któremu jego przystojna twarz 
stała się porywająco piękna. I Faith nie miała już siły się opierać. 
- Może tak będzie lepiej - odpowiedziała. 
Licho wie, o czym on zechce rozmawiać. Faith miała szczery zamiar 
powtórzyć każde słowo swej najdroższej przyjaciółce, ale może 
rozmowa 
bez świadków okaże się mniej krępująca. 
Poza tym Faith nie zapomniała, jakim pożerającym wzrokiem Griffin 
spoglądał wczoraj na Meredith. To wspomnienie, nie wiedzieć czemu, 
budziło w niej niepokój. Jeśli będą sami, cała uwaga Griffina skupi się 
tylko na niej! 
- Doskonale. Jeśli Faith sobie tego życzy, zostawię was samych. Na 
pewien czas. - Meredith podeszła do drzwi, zatrzymała się i 
uśmiechnęła 
chłodno do wicehrabiego. - Będę jednak na tyle blisko, by usłyszeć 
podniesione głosy. 
- Jest bardzo opiekuńcza w stosunku do ciebie - zauważył Griffin, gdy 
drzwi się zamknęły. -A może nie ma do mnie nawet odrobiny 
zaufania? 

background image

- Lady Meredith wyrobiła sobie opinię na temat mężczyzn i doskonale 
orientuje się w ich słabostkach - odparła Faith pewnym głosem. 
- Jeśli trafi na odpowiedniego mężczyznę, zacznie mówić zupełnie co 
innego. 
- Czyżbyś myślał o sobie, milordzie? 
Przyglądał się jej przez chwilę bardzo uważnie. Faith dygotała w 
środku. 
Już miał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili rozmyślił się i 
uśmiechnął 
od ucha do ucha.
 -Nie, absolutnie się nie nadaję na refomiatora lady Meredith. 
Uczucie ogromnej ulgi ogarnęło Faith. Czuła instynktownie, że nie 
byłaby w stanie znieść zalotów Griffina do Meredith. Ze swym 
urokiem 
i wdziękiem mógłby naprawdę podbić jej serce! 
Zrobiła zadumaną minę. 
- Pewnie chcesz się dowiedzieć, jak znalazłyśmy się na wczorajszym 
wieczorze muzycznym... - zaczęła, ale nie było jej dane skończyć. 
Do salonu weszło dwoje służących z zastawą do herbaty. Przez 
następnych 
kilka minut było mnóstwo krzątaniny, gdy lokaj i pokojówka nabywali 
stół. Faith nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie wyjdą. Chciała 
czym prędzej rozpocząć... i zakończyć dyskusję z Griffinem. Boże 
święty! 
Czy ta służba nigdy się nie wyniesie? 
- Herbaty? - zaproponowała gościowi od niechcenia, gdy w końcu 
zostali sami. 
- Dziękuję, nie w tej chwili - odparł. - Może później. 
Faith, zbyt spięta, by nalać herbaty sobie, odetchnęła głęboko. 
- Jak już mówiłam... 
Energiczne stukanie do drzwi rozbrzmiało gromkim echem. 
- Cóż tam znowu?! - wykrzyknęła zirytowana Faith, zrywając się 
z krzesła. W kilku susach znalazła się przy drzwiach i otworzyła je 
raptownie. 
- O co chodzi?! - warknęła wściekle. 
Całkiem zbita z tropu młoda pokojówka omal nie upuściła dzbanka. 
- Ja z...zapomniałam o ś...śmietance - wyjąkała. - S...strasznie 
panienkę przepraszam... 
Faith wzięła dzbanek z drżących rąk służącej. 
- Nie, to ja przepraszam. Nie zrobiłaś nic złego. Dziękuję za 

background image

śmietankę. Na pewno się przyda. 
Dziewczyna uśmiechnęła się z wdzięcznością, dygnęła i znikła. 
Faith postawiła dzbanek obok srebrnego imbryka i spojrzała 
bezradnie 
na Griffma. Bała się otworzyć usta, by znów jej ktoś nie przerwał. 
- Mówiłaś o wczorajszym wieczorze - podsunął Griffin. - Przyznam 
jednak, że gdy minął pierwszy szok, nie zastanawiałem się dłużej nad 
tą 
sprawą. Ale chętnie się dowiem, co cię skłoniło do wystąpienia pod 
cudzym nazwiskiem. 
Faith w zamyśleniu potarła brodę. Takie podejście do sprawy było 
diametralnie 
różne od wczorajszego, gdy wicehrabia usiłował je zastraszyć, 
domagając się wyjaśnień. 

- Z powodu różnych przykrości związanych z testamentem ojca 
uznałam 
za stosowne opuścić na jakiś czas Mayfair Manor. Wybrałam się 
więc do Londynu z Meredith - relacjonowała obojętnym tonem Faith. -
Merry uznała, że wieczór muzyczny u lady Dillard byłby dla mnie 
odpowiednią 
rozrywką. Jestem jednak w żałobie, więc nie wypada mi uczestniczyć 
w żadnych spotkaniach towarzyskich. 
Obie z Meredith doszłyśmy do wniosku, że nie wyrządzimy nikomu 
krzywdy, jeśli wystąpię jako jej daleka krewna, panna Maxwell. Nawet 
ciocia Agatha bez skrupułów zaaprobowała to niewinne kłamstwo. 
Były
śmy pewne, że nie natknę się na nikogo, kto zna moje prawdziwe 
nazwisko. 
- To brzmi całkiem logicznie - stwierdził Griffin ze szczerym 
podziwem 
i rozbawieniem jednocześnie. - Zasady obowiązujące w wielkim 
świecie niekiedy są zbyt sztywne, a czasem wręcz groteskowe. 
- No właśnie! - przytaknęła żywo Faith. 
- ... A ja nie należę do tych, którzy święcie tych zasad przestrzegają. 
Faith pochyliła głowę, by ukryć uśmiech. 
- Tak też myślałam. 
- Jednakowoż istniejąreguły, których złamanie może mieć bardzo 
przykre 
konsekwencje... zwłaszcza dla damy. 

background image

Griffin wypowiedział te słowa bardzo poważnym, niemal ponurym 
tonem. 
Faith raptownie podniosła głowę. 
- Co masz na myśli? 
- Pewne... nierozważne postępki, które można skwitować słowami 
„zbyt się zagalopowała". - Griffin mówiąc to przyglądał się własnym 
butom. - Mam nadzieję, że będziesz ze mną szczera, choćby się to 
okazało bolesne. 
Faith zmarszczyła brwi. O czym on mówi, do licha?! Spojrzała na 
niego, 
łudząc się, że wyczyta coś z jego miny. Ale nieprzenikniona twarz 
wicehrabiego niewiele jej powiedziała. On jednak wyraźnie wyczuł jej 
zmieszanie, gdyż dodał cicho: 
- Mam na myśli, rzecz jasna, wasze stosunki z Neville'em. 
- Ach, tak? - Policzki Faith poczerwieniały. Na wspomnienie zmarłego 
narzeczonego i prawie nieistniejących więzi pomiędzy nimi obudził 
się w niej zadawniony żal. Okazała się nie dość ładna, nie dość 
ponętna, 
nie dość kobieca, by Neville raczył pojąć ją za żonę. Wyraźne 
odtrącenie, 
jakie spotkało ją na oczach przedstawicieli jej małego świata - 
niewielkiej 
lokalnej społeczności - załamało Faith, odarło z godności i z wiary w 
siebie. 
- Nie określiłabym w ten sposób stosunków łączących mnie z twoim 
bratem. Był to raczej przypadek zdumiewającej naiwności i głupoty. 
Głos 
Faith ścichł do szeptu. -1 choć to prawda, że Neville zrujnował mi 
życie, wiem, że powinnam pogodzić się z nieuniknionym 
staropanieństwem 
i urządzić jak najlepiej w tych wąskich, ciasnych ramach. 
Nie zamierzała robić z siebie męczennicy, ale czasem trudno było 
tego 
uniknąć. Ilekroć ktoś wspomniał o Neville'u, ożywało w niej bolesne 
poczucie własnej niedoskonałości. 
Dostrzegła cień uśmiechu na przystojnej twarzy Griffina. Trochę jato 
zdziwiło - rozmawiali przecież na poważne tematy. Może to nie był 
praw
dziwy uśmiech, tylko grymas warg? 
Griffin odetchnął głęboko. Nadeszła chwila ostatecznego 

background image

rozrachunku. 
Miał nadzieję, że Faith obali jego podejrzenia, zaprzeczy, że istniał 
choćby cień skandalu. A jednak w głębi serca nie był zaskoczony. 
Narastało 
w nim podejrzenie, że Neville mógł nadużyć przywilejów przyszłego 
męża. Jego brat nie był wzorem moralności ani wielkoduszności. 
A więc to już wyjaśnione - myślał z posępną determinacją. Problem 
rozwiązany, wszystko jasne. Neville unieszczęśliwił swą narzeczoną i 
złamał 
jej życie, a teraz na jego, Griffina, barkach spoczywa obowiązek 
naprawienia 
krzywdy. To zupełnie jak z tym cholernym tytułem! Ani go nie 
pragnął, ani się nim nie ucieszył... Przyjął go, bo nie było innego 
wyjścia. 
Griffin przyglądał się Faith i taksował ją wzrokiem. Nie wyglądała na 
kobietę, która budzi nieposkromione żądze... ale dawno temu życie 
nauczyło 
go - bardzo boleśnie - że nie należy osądzać pochopnie żadnej 
kobiety. 
Zacisnął usta. Jeśli ma zamiar przez resztę życia zasypiać i budzić 
się 
przy jej boku, nie zaszkodzi upewnić się co do jeszcze jednej rzeczy. 
Podniósł się z ogromnego fotela i usiadł na kozetce obok Faith. 
Wyglądała 
na zdziwioną, ale wyraz jej twarzy zmienił się dopiero wówczas, 
gdy Griffin objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. 
Zrobiła wielkie oczy ze zdumienia, a wargi jej rozchyliły się, gdy 
skłonił 
głowę i pocałował ją w usta. Był to wspaniały pocałunek, namiętny 
i żarliwy. Wyczuł wahanie Faith. W pierwszej chwili zesztywniała, ale 
nie wyrwała mu się ani nie uciekła. 
Cofnął się nieco, dając jej możliwość odwrotu. Czuł ciepło ich 
zmieszanych 
oddechów, kiedy Faith podejmowała decyzję. Potem zaś uśmiechnął 
się z satysfakcją, gdy namiętnie poddała się pieszczocie. 
Pocałował japo raz drugi. Zuchwale pieścił jej wargi, sunąc po nich 
językiem. Otworzyła usta, gdy naparł na nie mocniej. Poznawał jej 
smak, 
kiedy ich języki splotły się ze sobą. 
Od dawna nie całował już tak zachłannie żadnej kobiety. Odezwał się 

background image

w nim nagi instynkt i Griffin puścił wodze namiętności, całując Faith 
aż do utraty tchu. 
Tuliła się do niego coraz mocniej, ich pocałunki stawały się coraz 
gorętsze, 
coraz bardziej naglące. Czuł, jak jego ciało pręży się z rozkoszy. 
Bezwstydne podniecenie Faith budziło w nim zapomniane pragnienia. 
Zdumiewało go to i w najwyższym stopniu radowało. 
W pocałunkach Faith nie było wahania, nieśmiałości czy ignorancji, 
których można by się spodziewać po niewinnej dziewczynie. Nie 
wydawała 
się również wyrachowana w grze miłosnej, toteż Griffin przypisał 
łatwość, z jaką go rozpaliła, nie tyle jej doświadczeniu, co wrodzonej 
kobiecej zmysłowości. 
W gardle Griffina wezbrał cichy pomruk. Faith wyciągnęła rękę i 
dotknęła 
jego twarzy, jakby obawiała się, że zaraz zniknie. Ten gest rozpalił go 
jeszcze bardziej. 
Zanurzył palce w jej jedwabistych włosach, burząc starannie upięty 
kok. Gęste loki spływały mu po rękach i opadały na plecy Faith -jakże 
ciepłe i miękkie! 
Ręka Griffina powędrowała niżej, zaciskając się na jej piersiach. Miał 
wrażenie, że dotknął ognistej lawy, gdy jego palce natrafiły na jędrną 
znacznie 
bujniejszą niż przypuszczał, wypukłość. Faith jęknęła cicho, 
gardłowo, 
i przywarła do niego jeszcze mocniej. Jej ręce uniosły się ku górze, 
przemknęły 
po wyłogach jego surduta i wplątały się we wspaniałe męskie włosy. 
Marzył o tym, by zsunąć stanik jej sukni, obiema rękami nakryć 
cudowne 
piersi i drażnić sutki, aż stwardnieją. Marzył o tym, by unieść jej 
spódnicę i halki, dotrzeć do najtajniejszych sekretów jej ciała, pieścić 
delikatnie i powoli, aż do końca, aż do spełnienia. 
Nie przypuszczał, by Faith mu się opierała. Nie wydawała się 
przestraszona 
jego wybuchem namiętności. Zdawało się nawet, że jego miłosne 
ataki wzmagają jej pożądanie. Cóż za upajające perspektywy!... 
Z ogromnym żalem Griffin oderwał się od Faith. Odetchnął głęboko 
raz i drugi, by oprzytomnieć. Ciężar, który czuł w sercu od chwili, gdy 
postanowił, że się z nią ożeni, wyraźnie zelżał. 

background image

Mogło się to wydawać zdumiewającym brakiem logiki, ale Griffin 
rasowy 
kobieciarz - naprawdę wierzył w instytucję małżeństwa. Zawsze 
powtarzał sobie, że nie poślubi kobiety, która budziłaby w nim 
wyraźną 
niechęć lub wstręt. Wybierze sobie żonę, którą z czasem mógłby 
pokochać 
i która odwzajemniłaby jego miłość. 
Pozbawione czułości małżeństwa, tak modne w eleganckim świecie, 
nie budziły w nim żadnego zainteresowania. Chciał znaleźć w żonie 
towarzyszkę 
życia, kogoś, kto zwiąże się z nim na dobre i na złe. Pragnął 
swą żonę szanować, podziwiać, a przede wszystkim darzyć 
zaufaniem. 
Faith Linden w niczym nie przypominała żony, jaką sam by sobie 
wybrał. 
Nie była wyrafinowana, nie budziła zachwytu. Okazywała natomiast 
niekiedy zbytnią pewność siebie i zbytnią niezależność. Obie te 
cechy wymagały 
ścisłej kontroli. Mimo to Griffin w głębi serca szczerze przyznawał, 
że mógł trafić znacznie gorzej. A teraz ku swej radości odkrył, że 
poślubienie 
kobiety, która tak umie całować, nie będzie żadnym poświęceniem! 
- Coś mi się zdaje, moja panno, że wziąwszy pod uwagę wszelkie 
okoliczności, najrozsądniej będzie, jeśli się pobierzemy. - Przejechał 
ręką 
po czuprynie, przygładzając włosy, które mu Faith rozwichrzyła. - 
Prawdę 
mówiąc, powinniśmy wziąć ślub przed powrotem do Hampshire. 
Jeszcze 
dziś zajmę się niezbędnymi przygotowaniami. 
Usłyszał stłumiony okrzyk Faith. Odwrócił się do niej i ujrzał na jej 
twarzy osłupienie. A także wyraźny błysk nadziei w brązowych 
oczach, 
które wpatrywały się w niego uporczywie. 
- Chyba źle usłyszałam... Czy mógłbyś to powtórzyć, milordzie? 
spytała szeptem. 
- Pragnę, byś została moją żoną. Wyjdź za mnie, Faith. 
- Mówisz poważnie? - Spoglądała na niego z dziwnym wyrazem 
twarzy, 

background image

jak zahipnotyzowana. - Nic nie rozumiem! Wyraziłeś całkiem jasno, 
co myślisz o małżeństwie ze mną, gdy wspomniałam o tym podczas 
wizyty 
w twoim domu. Skąd ta nagła zmiana? 
Delikatnie ujął ją pod brodę i przybliżył jej twarz do swojej. 
- Powinniśmy tak postąpić, Faith. I twój, i mój ojciec bardzo pragnęli 
związać w ten sposób nasze rodziny. Czemu nie uszanować ich 
życzeń? 
Nastąpiła chwila ciszy. Griffin czuł na twarzy gorący rumieniec; miał 
wrażenie, że Faith zaraz mu odmówi. Po tylu latach, po całych 
hordach 
kobiet, z których żadnej nie szepnął nawet „kocham cię", zdobył się 
ostatecznie 
na oświadczyny. I wszystko wskazywało na to, że zaraz dostanie 
kosza. Cóż za upokorzenie!... 
- Tak - odparła wreszcie stanowczym tonem Faith. - Wyjdę za ciebie, 
Griffinie. To dla mnie zaszczyt. 
Już dawno Faith nie śmiała się tak serdecznie, ale jak tu się nie 
cieszyć? 
Zaręczyła się! Niebawem wyjdzie za mąż. 1 to za kogo? Za Griffina 
Sainthilla, wicehrabiego Dewhurst. Za obiekt swych dziewczęcych 
westchnień! 

Zbliżająca się ceremonia ślubna nie tylko zwiąże ją na zawsze z 
mężczyzną, 
którego od dawna skrycie kochała, ale pozwoli jej zachować 
Mayfair Manor, rodzinny dom. W podnieceniu Faith chwyciła lok, 
który 
opadł jej na niesforne ramię, i zaczęła się nim bawić, owijając to 
wokół 
jednego, to znów drugiego palca. Kiedy przypomniała sobie, kto 
zburzył 
jej starannie upiętą fryzurę, uśmiech znowu wypełzł na jej obrzmiałe 
wargi, 
a policzki lekko się zaróżowiły. 

Pocałunki narzeczonego rozpaliły jej krew i wtargnęły do jej duszy. 
Griffin odkrył drzemiące w niej tęsknoty, o których istnieniu nie miała 
pojęcia. Rozbudził jej kobiece, zmysłowe , ja", które pragnęła jak 
najszybciej okiełznać i zgłębić. 

background image

Będzie miała po temu mnóstwo okazji, ponieważ wychodzi za mąż. 
Dobry Boże!... wychodzi za mąż! 
Faith zmusiła się do kilku głębokich wdechów i wydechów. 
Spróbowała 
stłumić swe burzliwe emocje. Było to jednak prawie niemożliwe, 
bo jej krew kipiała wprost z podniecenia. Pomyśleć tylko: ten wysoki, 
przystojny, imponujący mężczyzna będzie należał do niej! Na samą 
myśl 
o takim szczęściu dostawała zawrotu głowy. To był po prostu cud! 
Miała wrażenie, że unosi się w powietrzu, oderwana od realnego 
świata. 
Słyszała bicie własnego serca - donośne, dudniące w uszach. 
Szczęścia 
było po prostu za wiele. Uginała się pod jego ciężarem. 
Nieśmiało spojrzała na wicehrabiego. Opierał się plecami o poduszki, 
których nie brakowało na kozetce. Był całkowicie swobodny, 
zachowywał 
się naturalnie, prawie niedbale. Jakby zaręczyny były czymś 
zwykłym, 
codziennym. Przez chwilę pozazdrościła mu tej nonszalancji. 
A może zaręczyny nie były dla niego tak ważnym wydarzeniem jak 
dla niej? 
- Jest jeszcze coś, o czym muszę ci powiedzieć. 
Powaga, z jaką Griffin wymówił te słowa, rozproszyła na chwilę błogie 
szczęście Faith. 
Gardło się jej ścisnęło. Przełknęła ślinę i wykrztusiła: 
- Tak? 
- Mam synka. - Griffin spojrzał na nią, jakby chciał przenikliwym 
wzrokiem zbadać jej reakcję. - Przywiozłem go ze sobą do Anglii z 
kolonii 
na drugim końcu świata. 
Faith poczuła dziwną słabość w kolanach. Synek!... Dobry Boże, jak 
znieść tyle szczęścia? Za jednym zamachem jej dwa najgorętsze 
pragnienia 
urzeczywistniły się. Niebawem zostanie nie tylko żoną, ale i matką! 
Poczuła nagły ból w gardle. Ciężko było go przemóc i mówić 
spokojnie. 
- Nie wiedziałam, że byłeś już żonaty. 
W oczach Griffina pojawił się dziwny błysk. 
- Moje kontakty handlowe wymagały częstych podróży do odległych 

background image

portów. Czasem cały rok spędzałem na morzu. Nie mieszkałem stale 
z... moją żoną. 
- Ale wystarczająco długo, by postarać się o dziecko? - zażartowała. 
Gdy po tych słowach Griffin raptownie uniósł głowę, uśmiechnęła się 
jeszcze szerzej. Synek!... Będzie jego matką. Nic nie zdoła przyćmić 
tej radości! 
- Nie myślałam, że jesteś taki skryty, mój panie! Nie doszły do mnie 
żadne słuchy o twoim synie. Czy oddałeś go do jakiejś szkoły? 
- Jest na to za mały. Ma niecałe cztery latka. - Griffin zamyślił się. 
Zmarszczka pomiędzy brwiami prawie znikła. - Wolałabyś, żebym go 
odesłał z domu? 
- Na miłość boską, nie! - krzyknęła z przestrachem Faith. - 
Podziwiałam 
tylko twą umiejętność utrzymywania sekretów. Harrowby to mała 
mieścina. Nigdy nie umiałam ustrzec się plotek, a ty zdołałeś 
utrzymać 
w tajemnicy zarówno swoje pierwsze małżeństwo, jak syna i 
spadkobiercę! 
- Pochyliła się ku niemu i poprosiła skwapliwie: - Opowiedz mi więcej 
o twoim synku! 
Griffin uśmiechnął się z wyraźną ulgą. 
- Krzepki z niego chłopak i bystry, wszystko go ciekawi. Tylko jak na 
swój wiek zbyt zamknięty w sobie. Podróż morską zniósł bardzo 
dobrze, prawie nie chorował. 
- O, urodzony marynarz! Jak jego ojciec. 
Ojcowska duma brzmiąca w głosie Griffina ogromnie wzruszyła Faith. 
Było jasne, że wicehrabia ubóstwia to dziecko. Uznała to za dobry 
znak 
dla siebie i własnych dzieci, o ile opatrzność ją nimi obdarzy. 
- Przyjazd do Anglii i konieczność dostosowania się do całkiem 
innego 
życia nie były dla niego łatwe. - Griffin westchnął. - W dodatku jego 
niania wróciła do kolonii wkrótce po naszym przyjeździe do Anglii. 
Była 
dla niego kimś więcej niż nianią, prawie matką, bo jego prawdziwa 
matka 
zmarła przed rokiem. A ja, niestety, jestem dla niego prawie obcy. 
- Biedny chłopczyk! Pewno jest przestraszony i nic z tego nie 
rozumie. 
.. Czy znalazłeś mu nową nianię? 

background image

- Znalazłem, ale okazała się nieodpowiednia. Od tej pory moja siostra 
Harriet przeprowadza nieustanne rozmowy z wieloma kandydatkami, 
ale 
nie wybrała jeszcze żadnej... W każdym razie przed moim wyjazdem 
do 
Londynu nie podjęła takiej decyzji. 
Faith energicznie pokiwała głową. 
- To będzie moim pierwszym obowiązkiem, kiedy tylko wrócimy do 
domu. W końcu to matka, a nie ciotka, powinna troszczyć się o dobro 
dziecka i podejmować związane z nim decyzje! - Nieśmiało spuściła 
głowę. 
- Myślisz, że spodoba mu się nowa mama? 
- Mam przeczucie, że mały Neville będzie tobą zachwycony! 
- Neville? - powtórzyła Faith słabym głosem. - On ma na imię Neville? 
Z przystojnej twarzy Griffma zniknęło rozbawienie. 
- Byłem na morzu, kiedy się nasz syn urodził. Jego matka nadała mu 
imię mego starszego brata, w dowód szacunku dla mojej rodziny. 
- O Boże!... - Faith mocno poczerwieniała i odwróciła oczy. Co za 
pech! Że też ze wszystkich możliwych imion matka musiała wybrać 
akurat 
to!... Nie mogła dać synowi imienia po ojcu? Albo po dziadku?! 
Wszystko wskazywało na to, że Faith do końca życia będzie 
przypominać 
sobie o kimś, kogo chciała jak najszybciej zapomnieć. 
- Faith... 
Odruchowo podniosła głowę. Spoglądali na siebie przez długą, pełną 
napięcia chwilę. 
- To naprawdę okropne imię... - ośmieliła się szepnąć Faith. 
Kąciki ust Griffina zaczęły drgać coraz mocniej, aż wreszcie 
wybuchnął śmiechem. 
- Koszmarne! I zupełnie nieodpowiednie dla małego chłopca. 
Pamiętam, 
że mój brat też go nie znosił. Może wymyślimy jakieś nowe imię dla 
naszego małego Neville'a? 
- Wspaniały pomysł! Jestem pewna, że razem wymyślimy coś, co 
wszystkim przypadnie do gustu. 
- To będzie pierwsze wspólne zadanie po powrocie do domu: znaleźć 
nowe imię dla naszego syna. - Griffin ucieszył się. 
- O, tak, tak! - przytaknęła miękko Faith. Ogromnieją ujęło, że Griffin 
wyraził się o dziecku „nasz syn". A jeszcze bardziej spodobał jej się 

background image

pomysł, że mają wspólnie wybrać dla niego imię. Poczuła się tak, 
jakby już należała do rodziny. 
- Ponieważ jesteś pełnoletnia, nie muszę chyba nikogo prosić o 
pozwolenie 
na nasz ślub? - spytał Griffin. 
- Nie musisz - zapewniła go nieśmiało Faith. Pomyślała o ojcu. Jakże 
by się cieszył tym nieoczekiwanym obrotem sprawy! Poczuła ból w 
sercu. Chciałabym 
się jeszcze raz spotkać z adwokatem Meredith i upewnić, czy 
po naszym ślubie Mayfair Manor stanie się ostatecznie i 
nieodwołalnie 
moją... to znaczy naszą własnością. 
- Znakomity pomysł - podchwycił Griffin i wstał. - Będę ci towarzyszył. 
Było to stwierdzenie, a nie pytanie. Faith jednak zauważyła, że 
zaległa 
po nim króciutka cisza, jakby Griffin obawiał się odmowy. Ale 
przecież 
Faith nie miała nic przeciwko wspólnej wizycie u prawnika - dlatego 
się nie odezwała. 

- Wolałbym nie zwlekać ze ślubem - kontynuował Griffin. - Czy byłoby 
ci bardzo przykro, gdybyśmy wzięli cichy ślub? Specjalną licencję 
mogę zdobyć bez trudu i prawie od ręki. 
Wrócić do Harrowby jako mężatka?! Nic nie sprawiłoby Faith 
większej przyjemności. 
- Bardzo mi odpowiada cichy ślub! Chciałabym tylko, żeby byli na 
nim obecni Meredith, jej dwaj bracia i ciocia Agatha. 
- To da się załatwić. - Griffin wydobył złoty zegarek z kieszeni 
kamizelki 
i sprawdził, która godzina. - Mam jeszcze dziś mnóstwo czasu, a więc 
od razu zacznę przygotowania. Czy odpowiada ci ślub w czwartek 
rano? 
- Tak. - Faith przymknęła na chwilkę oczy, uświadamiając sobie, że 
od czwartku dzielą ją zaledwie trzy dni. - Mam wrażenie, że to sen... 
Powinnam chyba mocno się uszczypnąć. - Uśmiechnęła się 
łobuzersko. -
A może powinnam raczej uszczypnąć ciebie? 
- Tylko spróbuj, a zobaczysz, co cię czeka! - odparował Griffin, 
posyłając 
jej znajomy szelmowski uśmiech. 

background image

Faith zadrżała. Ten uśmiech przypomniał jej, jak wiele bezcennych 
zalet 
posiada jej przyszły mąż: wdzięk, witalność, zmysłowość... Ich 
spojrzenia 
złączyła na chwilę jakaś tajemna siła, jednocząca dusze. 

Griffin podniósł do ust rękę narzeczonej i złożył czuły, delikatny 
pocałunek 
na jej nadgarstku. Dotyk jego gorących ust sprawił, że znów obudziły 
się w Faith skrywane tęsknoty. 
Mimo woli znowu zadrżała. Jak też, na litość boską, uda jej się 
wytrzymać do czwartku? 

— Nadal nie rozumiem, czemu musimy wziąć udział w balu u lady 
Dillard! 
- oświadczyła gniewnym tonem Faith, sadowiąc się w powozie, tuż 
obok Meredith. 
Powóz turkotał po kocich łbach, kolebiąc się na boki, a zgromadzeni 
w jego wnętrzu ludzie wpadali na siebie. Faith próbowała piorunować 
wzrokiem siedzącego naprzeciw niej Griffma, ale gęstniejący za 
oknem 
mrok niweczył jej starania. 
- Czy nie wystarczy napisać do lady Dillard i wyjaśnić listownie całą 
sprawę? Albo złożyć jej prywatną wizytę? 
- Nie - odparł kategorycznym tonem Griffin. - Ponieważ po raz 
pierwszy 
zjawiłaś się w jej domu jako panna Maxwell, należy wyjaśnić całą 
sprawę również podczas przyjęcia w jej domu. Poza tym można 
założyć 
z dużą dozą prawdopodobieństwa, że większość gości, którzy wzięli 
udział 
w tamtym wieczorze muzycznym, zjawi się na dzisiejszym balu. 
Będzie 
znacznie prościej i o wiele łatwiej powiadomić ich, a za ich 
pośrednictwem całą resztę. 
Faith skrzyżowała ramiona pod biustem i zawołała głośno: 
- W chwili ślubu i tak zmienię nazwisko. Kto będzie pamiętał, że przez 
krótką chwilę byłam „panną Maxwell"? 
- Całkiem możliwe, że ktoś, kogo najmniej byś sobie życzyła - 
odpowiedział 

background image

filozoficznie Griffin. - Musisz mi zaufać, Faith. Będzie znacznie lepiej, 
jeśli od razu wszystko wyjaśnimy. 
- Wicehrabia Dewhurst ma całkowitą rację - przytaknęła ciocia 
Agatha, 
energicznie kiwając głową. - Najlepiej od razu wyjaśnić całe to 
zamieszanie. 
Faith wypuściła znów powietrze z płuc, usiłując tym razem porazić 
wzrokiem ciotkę swej przyjaciółki. 

Od chwili gdy przyjęła jego oświadczyny, czyli od dwóch dni, Griffin 
stał się zwykłym mieszkańcem rezydencji hrabiego Stafforda. 
Spożywał 
posiłki przy stole lady Meredith, wynajął elegancki powóz, by wozić 
panie 
do parku o właściwej porze; towarzyszył nawet wszystkim trzem 
damom, 
gdy wybrały się po sprawunki na Bond Street. I w tak krótkim czasie 
udało mu się całkowicie oczarować najstarszą z nich. 

Faith zdążyła już zauważyć tę prawidłowość, że każda istota płci 
żeńskiej, 
z którą Griffin nawiąże kontakt, bez względu na swe pochodzenie 
-z arystokracji, ziemiaństwa czy gminu - ulega bezzwłocznie urokowi 
wicehrabiego. 
Nawet wrogość Merry zaczęła wyraźnie topnieć. 
- A ja nadal uważam, że liścik do lady Dillard załatwiłby sprawę 
upierała 
się Faith tonem rozkapryszonej dziewczynki. 
Wykrzywiła się do Griffina w słabo oświetlonym wnętrzu powozu, a 
potem 
ostentacyjnie zacisnęła szczęki. Dobrze wiedziała, że bitwa jest już 
przegrana, ale za nic nie chciała ustąpić. Po pierwsze, dlatego że po 
prostu 
drżała na myśl o chwili, gdy trzeba będzie stawić czoło tej 
arystokratycznej 
zgrai i przyznać się do popełnionego oszustwa. A po drugie, dlatego, 
że nie mogła pogodzić się z myśla^ iż spełnia rozkazy Griffina. Tego 
aspektu ich narzeczeństwa jakoś nie przewidziała. 
Jeśli nawet jej narzeczonego zaniepokoił upór i wrogość oblubienicy, 
nie dał tego po sobie poznać. Odpowiedział jej z całym spokojem: 

background image

- Kiedy się pobierzemy, nie zamierzam spędzać zbyt wiele czasu 
w Londynie; ale okazałbym się bardzo złym mężem, gdybym nie 
wyjaśnił 
tej sprawy od ręki, zapobiegając dalszym nieporozumieniom. 
Rozumiem, 
Faith, że nie masz ochoty wracać do tego, ale czy naprawdę 
wolałabyś, 
żebym zarzucał ci na głowę pelerynę i zapędzał cię do kąta, ilekroć 
zjawi się ktoś, kto znał cię jako „pannę Maxwell"? 
- Może sama zabawię się w chowanego między kolumnami i 
krzakami? 
- podsunęła Faith z wymuszonym promiennym uśmiechem. - Wtedy 
nie będziesz musiał się fatygować i zarzucać mnie swą garderobą! 
Bystiy wzrok Griffina przedarł się przez mrok panujący we wnętrzu 
powozu i ogarnął Faith. 
- Chciałbym chwalić się przed całym światem swoją żoną, a nie 
chować ją pod korcem. 
Była to rycerska, bardzo pochlebna uwaga, ale wściekłość nie 
pozwoliła Faith należycie jej docenić. 
- Nie rozumiem, czemu przywiązujesz takie znaczenie do głupstw! 
burknęła. 
- Wielki świat potrafi być bezlitosny - odezwała się Meredith. - Skory 
do krytyki, a jeszcze bardziej do ferowania wyroków. Jeśli teraz 
wyjawimy 
prawdę, skończy się na niewielkim skandaliku. Gdybyśmy jednak 
próbowali zatuszować sprawę, a mimo to wyszłaby na jaw, 
rozpętałoby 
się piekło i ucierpiałaby cała rodzina. A w dodatku katastrofa mogłaby 
nastąpić w najmniej spodziewanym momencie. 
- Cóż za ponure wizje! - mruknęła pod nosem Faith, którą zabolało, 
że Meny sprzymierzyła się z Griffmem przeciwko niej. Czy nikt, po 
prostu 
nikt nie opowie się po jej stronie?! 
Griffin wyciągnął rękę i ujął dłoń narzeczonej. Był bez rękawiczek, bo 
uznał, że nie warto ich wkładać na krótką przejażdżkę do rezydencji 
lady 
Dillard. Faith znów sobie uświadomiła, jak silne są jego ręce; 
wyczuwała 
w nich moc - nie tylko fizyczną. Wnętrze dłoni było gdzieniegdzie 
szorstkie, 

background image

ale palce miał długie, a kształt ręki wytworny. 

- Boję się! - wypaliła wreszcie Faith bez ogródek. 
- Wiem - odparł Griffin, przechylając głowę na bok. - I obiecuję, że 
będę tkwił przy twoim boku przez cały wieczór, choć takie objawy 
przywiązania 
nie są modne. Możesz też liczyć na wsparcie lady Meredith 
i cioci Agathy. Nie jesteś sama, Faith. 
Poczuła gorący rumieniec na policzkach. Wszyscy starali się jej 
pomóc, 
a ona zachowywała się jak rozpuszczony bachor! Decyzja zapadła, 
musiała się dostosować. Należało znieść tę ciężką próbę z 
determinacją i z godnością. 
Faith postanowiła dać za wygraną i rozpoczęła błahą rozmowę o 
pogodzie. 
Ta lekka konwersacja trwała przez resztę drogi; pozornie uspokajając 
wszystkich. 
Nerwy Faith dały znów o sobie znać, gdy dziewczyna wstąpiła na 
wielkie 
schody, wiodące do sali balowej w rezydencji lady Dillard. Faith 
uniosła 
dumnie głowę, może trochę za wysoko, składając w duchu obietnice, 
że nie okaże strachu. 
Okazała go jednak, gdy tylko lokaj zaanonsował monotonnym, 
znudzonym głosem: 

- Wicehrabia Dewhurst, lady Agatha Hastings, lady Meredith 
Barrington, 
panna Faith Linden. 
Oddychając ciężko, Faith oczekiwała, że rozlegną się stłumione 
szepty 
i zwrócą się na nią ciekawskie spojrzenia. Może nawet ktoś wskaże 
ją 
oskarżycielskim palcem? Tymczasem wydawało się, że nikt z 
tłoczących 
się gości nie zwrócił uwagi na pojawienie się ich niewielkiej grupy. 
No, może z wyjątkiem kilku piękności. Ale ich spojrzenia kierowały 
się bezczelnie w stronę wicehrabiego Dewhursta. 

Kiedy ich czwórka zbliżyła się do „komitetu powitalnego", Faith z ulgą 

background image

stwierdziła, że w pobliżu nie ma innych gości; czeka ich rozmowa 
sam na 
sam z parą gospodarzy. Niezbyt pewnie trzymając się na nogach, 
wykonała 
ceremonialny dyg przed lordem i lady Dillard i przygotowała się na 
ciężkie chwile. A może jakiś cud, o który modliła się żarliwie przez 
całą 
drogę, wybawi ją od kompromitujących wyjaśnień? 
Nagle lady Dillard rzuciła jej zdumione spojrzenie i wszystkie nadzieje 
Faith spełzły na niczym. 
- Co takiego?! Kogo ten osioł zaanonsował? Stokrotnie przepraszam 
za tępotę mego lokaja, panno Maxwell! Nazwiska mu się pomyliły. - 
Lady 
Dillard odwróciła się do towarzyszącego jej dżentelmena i 
niecierpliwie 
postukała złożonym wachlarzem po jego rękawie. - Coś mi się zdaje, 
milordzie, 
że nasza służba znów się dobrała do piwniczki! Plączą im się na
zwiska gości. Przywołaj niezwłocznie majordoma, niech temu 
lokajowi 
zmyje głowę jak należy! 
- Czy nie można wstrzymać się z tym do końca balu? - spytał z 
wyraźnym 
znużeniem lord Dillard. 
- Nie ma mowy! - Lady Dillard tupnęła nogą. - Nie pozwolę, by służba 
obrażała moich gości! 
Griffin uniósł rękę w geście sprzeciwu. 
- Proszę się uspokoić, lady Dillard. Nie ma potrzeby wzywać lokaja. 
Nie popełnił żadnej pomyłki. Ta urocza młoda dama to naprawdę 
panna 
Faith Linden, choć w najbliższej przyszłości zostanie wicehrabiną 
Dewhurst. 
Oczy lady Dillard zwęziły się. 
- Byłam pewna, że nazywa się panna Maxwell. 
- Obawiam się, że to ja ponoszę winę za całe zamieszanie - odparł 
Griffin. Nachylił się do ucha starszej damy i szepnął: - 
Posprzeczaliśmy 
się o jakieś głupstwo, jak to zakochani, i Faith uciekła do Londynu, by 
ukryć się przede mną. Na szczęście, udało mi się ją wytropić i 
przygładzić 

background image

nastroszone piórka. Mam nadzieję, że zechce nam pani przebaczyć 
i pogratulować. Jutro bierzemy ślub. 
Lady Dillard znowu spojrzała na Faith, tym razem z nieukrywaną 
ciekawością. 
- No, cóż... jeśli pan ją wybrał, wicehrabio, niewątpliwie musi mieć 
mnóstwo zalet, które w pierwszej chwili nie rzucają się w oczy. 
- Nawet sobie pani nie wyobraża, jak wiele, lady Dillard - odparł 
Griffin. 
- Dzięki Faith przekonałem się, jak ważnym organem jest serce. Gdy 
ono się odezwie, zwykły śmiertelnik nie ma wyboru: musi pójść za 
jego głosem. 
Wybrał bezbłędnie najtrafniejszą odpowiedź. Sprytnie zaapelował do 
uczuć lady Dillard, która miała słabość do romantycznych opowieści. 
Uśmiechnęła się z aprobatą do zaręczonej pary. 
- Bardzo się cieszę, widząc na moim balu taką parę gołąbków - 
stwierdziła. 
- Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. 
Faith zorientowała się ze zdumieniem, że już po wszystkim. 
Pospiesznie 
dygnęła znów przed lordem i lady Dillard i oddaliła się od gospodarzy 
uwieszona na ramieniu narzeczonego. Dopiero w zatłoczonej sali 
balowej uświadomiła sobie, że nie wypowiedziała ani słowa do pani 
domu. 
Griffin zastąpił ją znakomicie, zagadał i oczarował lady Dillard. Może 
to 
i lepiej, że dała mu wolną rękę w tej okropnej sprawie? Tak zręcznie 
wszystkim pokierował. 
- Zatańczymy? - zaproponował Griffin, podając jej ramię. 
- Nie wiem, czy mi wypada tańczyć... zwłaszcza że to walc - 
protestowała 
Faith, gdy mocną ręką prowadził ją na parkiet. -Tylko tego brakuje, 
żebyśmy znów wywołali skandal! Myślałam, że zjawiliśmy się tu, 
by zapobiec jednemu, a nie spowodować drugi!* 
- O, ale tym razem byłby to nasz wspólny skandal! — Griffin obdarzył 
ją tak cudownym uśmiechem, że serce zaczęło jej mocniej bić. - A to 
dodaje całej sprawie pikanterii. 
Faith wywróciła oczami. Ot, męska logika! Nie opierała się jednak, 
gdy objął ją i zawirowali na parkiecie. 
Choć Faith bardzo lubiła tańczyć, rzadko oddawała się tej rozrywce 
publicznie. A już o walcu nie mogło być mowy! Jej ojciec 

background image

zaangażował 
jednak nauczyciela, by wtajemniczył córkę w arkana grzesznego 
tańca. 
Ów ekspert znakomicie wywiązał się z zadania i Faith pozwoliła się 
prowadzić 
Griffinowi, nie depcząc mu po palcach. 
Okrążyli dwukrotnie parkiet, zanim Faith oprzytomniała na tyle, by 
rozejrzeć się dokoła. Od razu zauważyła, że partnerzy innych dam 
nie 
obejmują ich tak mocno i zachowują większy dystans. Griffin ściskał 
ją 
w pasie silną ręką, a odległość między nimi wynosiła zaledwie parę 
centymetrów. 
- Mam wrażenie, że tańczymy zbyt blisko siebie, milordzie! - szepnęła 
do narzeczonego. 
- Masz coś przeciwko temu? 
Zadarła głowę do góry i patrząc mu prosto w oczy odpowiedziała: 
- Wręcz odwrotnie. Bardzo mi to odpowiada. 
Słysząc to, przyciągnął jąjeszcze bardziej. Faith odprężyła się i 
uśmiechnęła 
radośnie, czując siłę obejmujących ją muskularnych ramion, 
podziwiając 
potężnąpierś, tuż przed swoim nosem, i wdychając cudowną woń 
śnieżnobiałego fularu. 
- Jak tam twoje nerwy? - spytał Griffin. 
- Mniej się dają we znaki, ale jeszcze nie uspokoiłam się całkowicie. 
Mam nadzieję, że nie zabawimy tu zbyt długo. 
- Jeśli się nie pomyliłem w ocenie charakteru lady Dillard, wieść o 
naszym 
zbliżającym się małżeństwie oraz o naszej kłótni, twojej ucieczce 
i posłużeniu się obcym nazwiskiem, by mnie zmylić, szerzy się już 
wśród 
zebranych gości niczym pożar lasu! To nam ogromnie uprości 
sprawę. 
- Doskonale. 
- A otóż i lord Dunstan! - komentował dalej Griffin. -Nieznośny 
nudziarz, 
ale chyba lepiej pogadać z nim, jak tylko walc się skończy. 
Faith potknęła się, Griffm ją podtrzymał i zręcznie odwrócił tak, że 
wspomniany dżentelmen mógł podziwiać teraz jej plecy. Faith 

background image

odetchnęła 
z ulgą. Lady Dillard dała się tak łatwo udobruchać tylko dzięki 
niezwykłemu 
urokowi wicehrabiego. Bardzo jednak wątpliwe, by jego czar 
podziałał równie skutecznie na lorda Dunstana. 
Taniec skończył się zbyt wcześnie. Faith spojrzała tęsknym okiem na 
oddzielone od nich całą długością sali balowej drzwi, przez które 
można 
było wyjść na taras. Nie zrobiła jednak ani kroku w tamtą stronę. 
Jakby 
wyczuwając wahanie narzeczonej, Griffm pochylił się i szepnął jej do 
ucha: 
- Kiedy rozmówimy się z Dunstanem, zatańczysz ze mną jeszcze raz. 
Poczuła, jak ogarnia ją fala gorąca. Już miała na języku uwagę, że 
dwa 
wspólne tańce, jeden po drugim, zostaną uznane za całkowity brak 
taktu, 
gdy w ostatniej chwili powstrzymał ją uśmieszek na twarzy Grifflna. 
Miała 
wrażenie, że rzucił jej wyzwanie i oczekiwał protestu. 
- Już się nie mogę tego doczekać, milordzie - odparła i nagle 
zapragnęła, 
by ją pocałował. Czy zrobi to dziś wieczorem? A może później, gdy 
będą mówili sobie dobranoc? 
Od tamtego popołudnia, gdy się jej oświadczył, Griffin ograniczył się 
do przelotnych cmoknięć w rękę. Faith przyznawała w duchu, że 
marzy 
o czymś więcej. Marzy o pocałunkach, pod któiymi topniała, które 
rozpalały każdy nerw w jej ciele. 
Zatonęła we wspomnieniach do tego stopnia, że nie dostrzegła 
stojącego 
przed nią lorda Dunstana, dopóki jego natrętny głos nie wyrwał jej z 
marzeń. 
- O, panna Linden! Dobry wieczór. Nie pomyliłem nazwiska? A może 
postanowiła pani znów je zmienić? 
- Czyżby wieść o naszym szczęściu dotarła już do ciebie, Dunstan? 
wtrącił 
od niechcenia Griffin. - Od jutra będziesz musiał ją tytułować „lady 
Dewhurst". 
Dunstan uniósł brew, spoglądając na Faith, wycedził: 

background image

- Doprawdy? 
Zdobyła się na lekki uśmiech. 
- O, tak! Co prawda, posprzeczaliśmy się, ale Griffin pognał za inną 
do Londynu i szybko odnalazł, choć próbowałam się ukryć. 
- Z powodu jakiejś tam sprzeczki uciekać od narzeczonego? 
Zdumiewające! 
Lord Dunstan prychnął pogardliwie, a Faith zgrzytnęła zębami. 
- Byłem pewien, że ktoś z takim poczuciem humoru jak ty, Dunstan, 
uzna psotę panny Linden za bardzo zabawną- wtrącił Griffin. - Tylko 
wybrańcy obdarzeni błękitną krwią oraz wrodzoną inteligencją, 
potrafią 
docenić niezrównany smak ironii. - Mierzył przy tym lorda Dunstana 
spojrzeniem tak groźnym, że biedak musiał przytaknąć. Nie miał 
innego wyboru. 
Kiwnął więc głową niezbyt uprzejmie i odparł sucho: 
- No cóż! Życzę szczęścia. Dobraliście się jak w korcu maku! 
Z ust Faith wyrwało się głębokie westchnienie ulgi, gdy lord Dunstan 
odwrócił się i odszedł. Od razu poczuła się lepiej. O wiele 
spokojniejsza 
wsparła się na ramieniu Griffina i ruszyła z nim na spotkanie 
pozostałych gości. 
Po odniesieniu zwycięstwa nad lady Dillard i lordem Dunstanem 
uporanie 
się z resztą zebranych było dziecinnie proste. Faith kroczyła po 
prostu 
śladami Griifina, uśmiechała się w odpowiednich momentach i starała 
się taktownie milczeć. Bez wątpienia wszyscy uznali ją za straszną 
nudziarę, ale tym razem Faith miała to w nosie. 
Dla niej był to świat całkowicie obcy, w którym Griffin - mimo 
długoletniej 
nieobecności - czuł się jak ryba w wodzie. Nic dziwnego - tutaj 
się przecież wychowywał, a poza tym, jak lubił mawiać ojciec Faith, 
miał 
„błękitną krew, która zawsze da o sobie znać'1. 
Wierny swemu przyrzeczeniu Griffin tkwił przy jej boku przez cały 
niemal wieczór. Gawędził z każdą osobą, która poznała Faith jako 
„pannę 
Maxwell". I robił to z taką zniewalającą szczerością, opowiadając 
o wzlotach i upadkach ich burzliwego narzeczeństwa, że niebawem 
sama 

background image

Faith gotowa była uwierzyć w emocjonalną huśtawkę ich rzekomego 
związku, w śmieszne nieporozumienie, które doprowadziło do 
chwilowego 
rozstania, i ostateczny triumf miłości. 
Faith bawiła się tego wieczoru doskonale. Ponieważ jednak w sali 
balowej 
panował nieprawdopodobny ścisk - z prawdziwym entuzjazmem 
przyjęła propozycję Griffina, by przejść się po ogrodzie. 
Rozmawiając po cichu o jakichś błahostkach, zapuszczali się coraz 
bardziej w głąb pełnego słodkich woni ogrodu, pomiędzy modnie 
strzyżone 
krzewy i kwitnące zarośla. Ciepłe wieczorne powietrze tchnęło nie 
tylko zapachem kwiatów, ale i odurzającym aromatem zakazanych 
rozkoszy. 
Zatrzymali się wreszcie w ustronnym zakątku, spokojnym i ciemnym. 
Łagodną 
ciszę nocy mącił tylko szmer wody tryskającej z ozdobnej fontanny 
za ich plecami, melodyjny świergot nocnych ptaków i gwałtowne bicie 
serca Faith. 
Griffin odwrócił się i stanęli twarzą w twarz. W blasku księżyca 
widziała 
przede wszystkim jego oczy o barwie stali. Z nieukrywanym żarem 
błądziły po całej jej postaci, sprawiały, że czuła się kobietą. Jakąś 
potężną, silną istotą. 
Słabe echo czyjegoś śmiechu dotarło do nich i Faith uświadomiła 
sobie, 
na jakie ryzyko się narażają. Mimo że od ślubu dzielił ich zaledwie 
jeden dzień, źle by się to dla nich skończyło, gdyby zostali tu 
przyłapani. 
Sam na sam. O dziwo, myśl o niebezpieczeństwie jeszcze bardziej 
podnieciła Faith. 
Wkrótce jednak znów odezwały się nerwy, zaczęła mówić coś bez 
ładu, 
jak zawsze, gdy ogarniał ją niepokój. 
- Zauważyłeś dziś lorda Martina z małżonką? To przeurocza para. On 
jest członkiem Izby Lordów i bardzo aktywnie... 
Griffin przerwał jej w pół zdania ognistym, władczym pocałunkiem. 
W pierwszej chwili Faith skamieniała, ale wkrótce zaczęła rozpływać 
się 
w rozkoszy, kiedy jego wargi stopiły się z jej ustami, a gorące 

background image

muśnięcia 
języka roznieciły w jej wnętrzu ogień. 
- Przez cały wieczór czekałem na tę chwilę - szepnął Griffin. 
- Naprawdę? - spytała bez tchu, nie mogąc uwierzyć, że budzi takie 
pożądanie. 
- Przez cały wieczór - powtórzył. 
Objął delikatnie jej głowę, drażniąc kark koniuszkami ciepłych palców. 
Gdy poczuła rozkoszne dreszcze na plecach, stanowczym gestem 
przyciągnął ją do siebie i znów zaczął całować. Jeszcze namiętniej. 
Topniała w jego objęciach, upajając zmysły ciepłym, coraz bardziej 
znajomym, wnętrzem jego ust. Nogi miała jak z waty. Nie dochodziły 
już 
do niej żadne odgłosy nocy. Słyszała tylko stukot własnego serca, 
wypełniona 
po brzegi radosnym oczekiwaniem. Czuła nabrzmiewające coraz 
bardziej piersi i twardniejące sutki, próbujące przebić się przez cienki 
jedwab sukni. 
Jakby wyczuwając każdą jej zachciankę, ręce Griffina skierowały się 
ku piersiom, zanurzyły w obszernym dekolcie i objęły cudowne 
krągłości. 
Palce delikatnie, lecz uparcie drażniły sprężyste sutki, 
roznamiętniając 
jeszcze bardziej i tak już rozbudzone zmysły Faith. 
Jej ręce błądziły równie wytrwale po twardej muskularnej piersi, 
ześlizgiwały 
się w dół po kształtnych męskich ramionach. Griffin przylgnął twarzą 
do jej karku. 
Czuła na skórze jego gorący, przyspieszony oddech. 
Wciągnęła głęboko w płuca piżmowy zapach męskiego ciała. 
- Chyba powinniśmy wrócić do sali - powiedziała bez większego 
przekonania. 
- Merry i ciocia Agatha na pewno się już o nas niepokoją... 
- Za chwilę - szepnął, ocierając się czołem o jej skroń. 
Faith uniosła głowę, by dodać coś jeszcze, ale uciszył ją kolejnym 
czułym 
pocałunkiem. Nie miała już ochoty protestować. Pozwoliła, by do 
reszty zawładnęła nią namiętność. 
Zęby Griffina podszczypywały płatek jej ucha. Jego wilgotne usta 
błądziły 
leniwie po jej szyi. Z obrzmiałych warg Faith wyrwał się cichy jęk, 

background image

gdy przez jej ciało przetoczyła się fala gorącej rozkoszy. 
Dotarłszy do piersi, wargi Griffina zatrzymały się, a potem powoli i 
delikatnie 
zaczęły ssać sutek. Faith aż krzyknęła, przejęta nagłym dreszczem. 
Poczuła, że wilgotnieje. 
Czy wszystko z nią w porządku? Czy to normalna reakcja? Przez 
chwilę 
czuła wstyd, który minął, gdy tylko namiętne usta Griffina dosięgnęły 
drugiej piersi. Zwilżył sutek językiem, potem wziął do ust i ssał tak 
długo, aż stwardniał. 

- O Boże... - szepnęła Faith niemal bez tchu. - Nie mogę utrzymać 
się na nogach... Zaraz się przewrócę... Boję się Griffinie!... 
- Nie bój się, moja słodka. Nie upadniesz, trzymam cię mocno. 
Uścisk muskularnych ramion upewnił ją, że Griffin mówił prawdę. 
Faith 
uśmiechnęła się. On nie pozwoli jej upaść. Nie miało znaczenia, że to 
przez niego tak osłabła, że to jego pocałunki i pieszczoty 
doprowadzały ją do utraty zmysłów. 
Niech jej myśli i ciało czynią, co chcą... Wyczuwała szczerość w 
głosie 
Griffina. Wiedziała, że może mu ufać. Serce jej wypełniał dziwny, 
nieznany dotąd spokój.
A jednak omal nie upadła, gdy ręce Griffina dotknęły jej bioder. 
Zaczęła 
drżeć, czując jego palce pod spódnicą. Z jakąż wprawą odgarnął 
bieliznę 
- aż Faith zaparło dech. Spoglądała w niebo, jakby chciała wzywać 
stamtąd pomocy, by wyrwać się z matni namiętnych, zachłannych 
uczuć. 
Wiedziała, że Griffin zaprzestałby pieszczot, gdyby go o to poprosiła. 
Ale słowa zamarły jej na ustach. Te doznania były zbyt cudowne, zbyt 
podniecające, by je przeiywać. Zresztą jutro będą już mężem i żoną. 
Jakie 
to ma znaczenie, że ich współżycie małżeńskie rozpocznie się o 
jedną dobę wcześniej? 
Ręce Griffina stawały się coraz zuchwalsze. Jego smukłe, przekorne 
palce pieściły wewnętrzną stronę jej uda, poczuła, że znowu 
wilgotnieje. 
Rozkosz była tak wielka, że omal nie do wytrzymania. 

background image

- Griffin? - W jej głosie brzmiała cicha prośba. 
Nieświadomie lgnęła do niego, szukając ulgi, pragnąc uwolnić się od 
wewnętrznego napięcia, wywołanego pieszczotami. Poczuła, że 
Griffin 
pręży się; usłyszała, że coś do siebie mówi. 
- Mój Boże!... Przy tobie o wszystkim zapominam! - burknął szorstko 
do ucha Faith i cofnął nagle ręce. 
- Nie... Proszę... Griffin!... Nie przerywaj!... 
Niemal wpadła w rozpacz, szukając na oślep jego rąk. 
- Dżentelmen nigdy nie opuszcza damy w potrzebie - szepnął. 
Musnął 
wargami wrażliwą skórę pod jej uchem. - Ale to bardzo delikatny 
problem. Jak ugasić kobiecy żar? 
Kobiecy żar? Te wypowiedziane ochrypłym szeptem słowa sprawiły, 
że krew się w niej rozszalała, a serce wzbiło aż pod niebo. Nareszcie, 
po 
tylu latach niezaspokojonej ciekawości i skrywanych pragnień 
przekonała 
się, czego doświadcza roznamiętniona kobieta. 
Ujął jąpod kolana i bez uprzedzenia chwycił na ręce. Faith 
przymknęła 
oczy i oparła się o jego potężną pierś, wzdychając cichutko, gdy 
sadowił 
się z nią w objęciach na ławce pod wysokim drzewem. 
Posadził ją sobie na kolanach, jakoś dziwnie, w poprzek. Ledwie to 
spostrzegła, z trudem łapiąc oddech, gdy jego ręka zaczęła sunąć w 
dół, 
dokładnie tam, gdzie czuła największą rozkosz. Jego palce, dotykając 
delikatnie rozpalonego ciała, bez trudu odnalazły najczulsze miejsce. 
Po 
skórze Faith przebiegały ogniste deszcze... 
Uniosła ku niemu twarz. Odpowiedział na tę milczącą prośbę 
szorstkim 
pocałunkiem. Ich wargi stopiły się ze sobą. Rytm jego pieszczotliwych 
dotknięć ciągle się wzmagał. Niecierpliwie sięgnęła jego rąk, 
chwytając 
za mocne nadgarstki i sunąc w górę, ku ramieniu, pokrytego krótkimi, 
sprężystymi włoskami. 
Nigdy jeszcze nie zetknęła się z równie intymną pieszczotą, ale nie 
czuła skrępowania ani przerażenia. 

background image

- Rozluźnij się - szepnął, zbliżając twarz do jej twarzy, zanim 
pochwycił 
w zęby płatek jej ucha. - Zaufaj mi! 
Jak mogła mu nie zaufać? Siedziała półnaga na jego kolanach w 
zalanym 
księżycową poświatą ogrodzie, podczas gdy nieopodal grała 
orkiestra, 
a londyńska śmietanka towarzyska tłoczyła się w sali balowej lady 
Dillard, tańczyła i flirtowała. Faith uświadomiła sobie, jak dalece 
zaufała 
Griffinowi. I jak ważne miejsce zajął w jej sercu. 
Rytmiczne ruchy ręki przybrały na sile. Faith zaczęła pojękiwać. 
Uniosła 
się, bezwstydnie dopraszając dalszych pieszczot. 
Nagle schwyciły ją skurcze. Nie była zdolna do myślenia. Mogła tylko 
uczepić się Griffina, gdy przetaczały się przez nią fale rozkoszy. 
Krzyknęła 
ze zdumienia i z zachwytu, a wtedy Griffin zamknął jej usta 
pocałunkiem, 
pragnąc towarzyszyć jej w chwili ekstazy. 
Wstrząsały nią konwulsje, w uszach tętniła rozszalała krew. A 
równocześnie 
czuła się cudownie - jakby wskrzeszona na nowo - w idealnej 
zgodzie ze swym ciałem i ze swymi uczuciami. 
Potem powoli powróciła do realnego świata - świadoma miejsca, 
czasu 
i okoliczności, w jakich się znajduje. Czuła na swoim rozpalonym 
ciele 
łagodne podmuchy wietrzyka. Woń ogrodowych kwiatów mieszała się 
z ostrym zapachem zaspokojonej namiętności. 
A jednak, mimo dojmującej rozkoszy, której właśnie zaznała, 
pragnienie 
spełnienia wciąż jej nie opuszczało. Tęskniła za czymś pełniejszym, 
doskonałym. Za czymś, co mógł jej dać tylko Griffin. 
- Jeszcze, jeszcze... Chcę więcej! - Wierciła się na jego udach, czując 
wyraźnie pod sobą naprężony obiekt swoich pragnień. - Nie 
czekajmy! 
... Zróbmy to. Jutro nasz ślub!... Dziś, jutro... co za różnica? 
- Dobry Boże!... Jesteś niesamowita. Nie odmówiłby ci nawet anioł... 
Ależ miałby z tobą przeprawę!... - Griffin nerwowo zaciskał, to znów 

background image

rozwierał palce. Potem otarł czoło spocone jak w gorączce albo ataku 
bólu. - Zaczekamy do jutra, rozumiesz? Tak się po prostu godzi, 
Faith! 
Przysiągłem sobie, że okażę ci więcej szacunku niż mój starszy brat. 
Żebyś 
mnie nie wiem jak kusiła, nie wezmę cię, póki nie będziesz moją 
prawowitą żoną. 
Z pomrukiem niezadowolenia Griffin przeniósł swą słodką Faith na 
kolana. Zaczęła protestować, uczepiwszy się jego szyi. Przeklinając 
w duchu, 
wicehrabia delikatnie uwolnił się od uścisku i próbował nakłonić 
dziewczynę, by stanęła na własnych nogach. 
Był pobudzony aż do bólu, a wiercenie się Faith zadawało mu 
okrutne męki. 
- No chodź, trzeba doprowadzić do porządku suknię - burknął. - 
Rozpiąłem ci kilka guzików. 
Jego słowa wywarły pożądany efekt: Faith zesztywniała, a Griffin 
pośpiesznie 
wykorzystał sytuację. Zsadził dziewczynę ze swych kolan, postawił 
na nogi i stanął za jej plecami. Kiedy zapiął wszystkie guziki z tyłu 
sukni, odwrócił Faith twarzą ku sobie. 
- Ciągle mnie czymś zaskakujesz, milordzie! - powiedziała cicho. 
Jesteś 
niezwykle wprawny nie tylko w rozbieraniu dam, ale i w ich ubieraniu. 
- Uznałem za roztropne wyćwiczyć się i w jednym, i w drugim - 
zażartował, 
ale jego uroczy uśmiech zgasł na widok ponurej miny Faith. 
Ależ palnął głupstwo! Puszyć się przed przyszłą żoną z powodu 
przedmałżeńskich 
sukcesów?! Też coś! Był teraz pewien, że Faith zastanawia 
się, ilu to kobietom świadczył równie intymne usługi. A choć ich liczba 
była istotnie całkiem pokaźna, zmarszczka na czole Faith świadczyła 
o tym, że w jej wyobraźni przez jego łóżko przewalały się całe hordy 
amazonek! 
- Od jutra tylko tobie będę służył za pokojówkę - zapewnił z całą 
szczerością. 
- Doceniam ten zaszczyt, wicehrabio. - Faith zerwała listek z 
pobliskiego 
krzewu i zgniotła go w palcach. - Mam nadzieję, że taka 
powściągliwość 

background image

nie będzie dla ciebie zbyt wielkim ciężarem. 
Wziął ją za rękę. 
- Nie zamierzam łamać małżeńskiej przysięgi, Faith. I tego samego 
oczekuję od ciebie. 
Rozpogodziła się od razu na tę obietnicę wierności, a serce Griffina 
wezbrało czułością. Zdumiewające! W każdej sprawie mimo woli 
szukał jej aprobaty. 
Był całkowicie pewny, że jeśli spróbuje ją oczarować, dopnie swego. 
Faith różniła się od większości znanych mu kobiet. Na pierwszy rzut 
oka 
wydawała się bardziej prostolinijna, mniej skomplikowana. Griffin nie 
był jednak na tyle nierozsądny, by lekceważyć jej inteligencję. Nie, 
nie! 
Główna różnica między Faith a kobietami z jego przeszłości polegała 
na 
tym, że Faith pragnęła go naprawdę. 
Nagle zdjęła go ciekawość, jak to będzie - leżeć obok śpiącej żony 
i przyglądać się jej? Zerknął na Faith badawczo, ona zaś odpłaciła 
mu 
równie czujnym, nieulękłym spojrzeniem. Dotychczas uważał wpatry
wanie się bez słowa w kobietę za żenujące zachowanie; a jednak 
przy 
Faith wydawało mu się to naturalne, nie krępowało go. 
- Jestem rada, że wybraliśmy się na ten spacer przy księżycu - 
szepnęła 
miękko Faith. Jej ręka zabłądziła na pierś wicehrabiego, gdzie oddała 
się zabawie srebrnymi guzikami od kamizelki. - Bal u lady Dillard jest 
uroczy, ale tutaj, w bujnej zieleni ogrodu, kryją się prawdziwe czary! 
- To ty je tu przywołałaś, Faith! 
Gdy usłyszała ten komplement, oczy jej rozbłysły szczerą radością. 
Griffin poczuł miłe ukłucie w sercu. Przestąpił z nogi na nogę, 
zaniepokojony 
nagłym odkryciem: jego pragnienia nie ograniczały się do potrzeb 
fizycznych. 
Faith wkrótce miała zostać jego żoną, jego podopieczną i 
towarzyszką 
do końca życia. Nagle uświadomił sobie, że oczekuje od niej 
spełnienia 
także potrzeb emocjonalnych. Nigdy dotąd nic odczuwał podobnych 
tęsknot. 

background image

Miał w życiu wiele kobiet. Nigdy jednak ani w jego sercu, ani w 
umyśle 
nie było miejsca na miłosne sentymenty. Czyżby miłość była 
uczuciem 
realnym, mogącym przetrwać do końca życia? 
Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Mógł tylko przyznać, że jego 
serce zaczyna szybciej bić i że ogarniają go tkliwe uczucia do tej 
jednej 
jedynej kobiety, stojącej teraz obok niego. 
Czuł na sobie spojrzenie jej świetlistych brązowych oczu. Były 
utkwione 
w niego, podobnie jak jej słuch wychwytywał jego każde słowo, jakby 
było najważniejsze na świecie. Jakaż to ogromna, przejmująca rola - 
stanowić 
centrum czyjegoś życia!... Poczuł dla Faith niezwykłą tkliwość 
i zapragnął, by wszystkie jego słowa pozostawiły niezatarty ślad w jej 
pamięci. 
- Obawiam się, że nasze czarodziejskie chwile skończyły się... na 
razie. 
Musimy wrócić do sali balowej, zanim ktoś zauważy naszą zbyt długą 
nieobecność - powiedział. - Od razu wzięliby nas na języki! 
Faith skinęła głową potakująco, ale Griffin dostrzegł, że minę miała 
poważną, niemal smutną. Dotknął jej włosów; podniosła głowę i 
spojrzała na niego. 
- A więc tym razem boimy się plotkarzy, milordzie? - spytała, 
zacierając 
żywo ręce. - Dawniej nic nas to nie obchodziło! Tak przynajmniej 
zapewniałeś, zapraszając mnie do walca. Chociaż, o ile dobrze 
pamiętam, 
jeszcze wcześniej chciałeś uniknąć plotek i skandalu za wszelką 
cenę. 
Przecież z tego właśnie powodu znaleźliśmy się na tym balu. - Oczy 
się 
jej zwęziły. -Dobry Boże! Chyba muszę spisać to wszystko po kolei w 
moim 
karneciku... Inaczej nie nadążę za nieustannymi zmianami twoich 
poglądów w tej materii. 
- Obiecuję, że w przyszłości moje poglądy będą niezłomne jak stal. 
- Nie spiesz się tak ze składaniem obietnic - ostrzegła go Faith. - 
Mam 

background image

dobrą pamięć i wszystko ci wypomnę! 
- Ani przez chwilę nie wątpiłem, że tak właśnie postąpisz. 
Pochylił się i pocałował ją - pośpiesznie, lecz bardzo czule. 
Na jej twarzy pojawił się smętny uśmiech. 
- Widzę, że chcesz odwrócić moją uwagę. 
- Odwrócić twoją uwagę? Więc według ciebie moje pocałunki to fortel 
wojenny? -Na ustach GrifTina pojawił się znowu łobuzerski uśmiech. 
Najwyraźniej tracę formę! 
Roześmiała się. 
- Nigdy w to nie uwierzę! 
Uśmiechnął się zuchwale i wziął ją za rękę. Przyciągnął do ust i 
musnął 
gorącymi wargami nagie palce. Zaparło jej dech. Poczuli narastające 
między nimi napięcie. Oboje byli aż boleśnie świadomi wzajemnej 
bliskości, 
wiedzieli, że coś się między nimi zmieniło. Griffin nie umiał tego 
nazwać. Westchnął lekko. Jakież dziwne, odurzające czary spętały 
jego ciało i duszę! 
Skupił wzrok na twarzy Faith i wpatrywał się w nią przy blasku 
księżyca. 
Teraz, gdy nieco się zaróżowiła, była zupełnie ładna. Miała na sobie 
suknię z okrągłym, dość ryzykownym dekoltem i odsłoniętymi 
ramionami, 
idealnie skrojoną i dopasowaną do jej niezbyt doskonałej figury. 

Wydawała się teraz wyższa, bardziej hoża i kobieca. Prosty krój, 
pozbawiony 
koronek, kokard i wszelkich innych ozdób sprawiał, że soczysta 
zieleń sukni podkreślała to, co było największym urokiem Faith: jej 
prześliczną, delikatną, kremową karnację. 
Spojrzenie miała szczere i śmiałe. Nie znała się ani trochę na 
kobiecych 
sztuczkach, a jej skłonność do flirtu wydawała się naturalna. Griffin 
cenił sobie, że mógł jej bezwarunkowo ufać i że w jej towarzystwie 
wypoczywał. 
Jakaż męcząca i nie do zniesienia byłaby sytuacja, gdyby 
ustawicznie 
musiał mieć się na baczności u boku swej małżonki! 
Ustąpiła jego naleganiom i przybyła na dzisiejszy bal, choć nie 
widziała 

background image

takiej potrzeby. Griffin był uszczęśliwiony, że dostosowała się do jego 
życzeń. 
Ugięła się pod jego wolą, ale nie załamała, co go również ucieszyło. 
Jej twarz kryła się w cieniu, ale Griffin miał wrażenie, że widzi przed 
sobą wysuniętą zuchwale bródkę. Faith była pełna werwy i uporu, i 
nie 
wstydziła się demonstrować tych cech charakteru. Z pewnym 
rozbawieniem 
obserwował jej początkowy niepokój i podziwiał, jak szybko sobie z 
nim poradziła. 
Griffin musiał przyznać, że myśli o spełnieniu małżeńskiego 
obowiązku 
ze znacznie większym entuzjazmem, niż kiedykolwiek przypuszczał. 
Mała scenka ogrodowa dała mu przedsmak temperamentu i 
zmysłowości 
przyszłej żony. Padła w jego ramiona z żywiołową radością, jakiej 
większość 
kobiet nie chciałaby i nie umiała objawić. 
Nie będzie nieestetycznych problemów z błoną dziewiczą, które 
odarłyby 
z uroku ich noc poślubną, ani oporów wynikających z nieświadomości 
i niewinności. To również mu odpowiadało. 
Ten okropny lord Dunstan utrafił przypadkiem w sedno. Naprawdę 
dobrali się z Faith jak w korcu maku! 
Griffin zawsze uważał się za człowieka praktycznego. Jako młodszy 
syn wiedział doskonale, że musi sam zatroszczyć się o swój los, i 
zabrał 
się do tego konsekwentnie i z determinacją. Teraz, gdy odziedziczył 
tytuł, 
przyrzekł sobie, że równie mocno przyłoży się do związanych z tym 
zaszczytem powinności - między innymi obowiązków małżeńskich. 
Może nie znał swej przyszłej żony tak dobrze, jakby należało, ale 
wszystko, 
co wiedział o Faith, podobało mu się. Uzasadniona nadzieja na trwały 
związek i szczęśliwą przyszłość przyświecała mu jak światło latarni 
morskiej rozświetla żeglarzom mrok nocy. 
Wracali spiesznie po ogrodowej ścieżce, skąpanej w księżycowym 
blasku. 
Ciszy nie mąciło nic prócz odgłosu ich własnych kroków oraz 
przyciszonych 

background image

dźwięków muzyki i gwaru rozmów dobiegających z sali balowej. 
Niedawne napięcie i poczucie wzajemnej bliskości wzmagały jeszcze 
ich podniecenie. 
- Jak wrócimy na salę balową, by nikt nas nie zauważył? - szepnęła 
Faith, gdy dotarli już do tarasu. 
- Na paluszkach - odparł Griffin z uśmiechem, który zawsze miał na 
zawołanie. 
Faith zachichotała i ścisnęła go za ramię. Trzymała się go nadal, 
kiedy 
powolutku otwierał wychodzące na taras okno. Jednym zręcznym 
ruchem 
Griffin wślizgnął się do salonu, pociągając za sobą Faith. 

Znalazłszy się szczęśliwie wewnątrz, wicehrabia zamknął szczelnie 
drzwi i przybrał obojętny, niemal znudzony wyraz twarzy. Jego oczy 
przesunęły 
się leniwie po tłumie gości. Nikt nie zwrócił na nich uwagi. 
Obejrzał się na Faith; wymienili konspiracyjny uśmiech. Uniosła palec 
do ust, jakby chciała zapobiec jego ewentualnym przechwałkom. Gdy 
tylko rozległy się dźwięki następnego tańca, Griffin pochwycił ją w 
ramiona 
i znów zawirował z nią po parkiecie, ogromnie zadowolony z siebie. 

Nazajutrz świt wstał szary i dżdżysty, ale tuż przed południem 
wyjrzało 
zza chmur słońce. Faith denerwowała się i kaprysiła przez cafy 
ranek, 
usiłując rozpaczliwie zapanować nad emocjami. Kiedy przekonała 
się, 
że jest to niewykonalne, zabrała się do drobnych i niewiele 
znaczących 
prac; jednak i na nich nie mogła się skupić. 
Jej ślub miał się odbyć o trzeciej po południu, teraz zaś ledwie minęło 
południe. Faith biła się właśnie z myślami, jak zdoła przeżyć 
następne 
trzy godziny i nie zwariować, gdy nagle ktoś energicznie zastukał do 
drzwi jej sypialni. 
- Proszę wejść! - zawołała takim tonem, jakby wzywała ratunku. 
Drzwi powoli otworzyły się i na progu stanęła Meredith. 
- Może przyszłam nie w porę? 

background image

- Skądże znowu! - Faith niemal siłą wciągnęła przyjaciółkę do pokoju. 
- Siedzę tu sama i dostaję bzika! Dopilnowałam pakowania, wzięłam 
kąpiel, trzy razy zmieniałam fryzurę... Jest jeszcze za wcześnie, by 
przebrać 
się w ślubną suknię... a na lekturze czy robótce ani rusz nie mogę się 
skupić! 
- Wszystkie panniy młode okropnie się denerwują w dniu ślubu 
stwierdziła 
Meredith. - Przypuszczam, że z ich oblubieńcami jest tak samo. 
Faith roześmiała się. W żaden sposób nie mogła sobie wyobrazić 
Griffina 
złapanego w pułapkę własnych nerwów. 
- Może z niektórymi. Mój oblubieniec jest raczej nieustraszony. 
Meredith uśmiechnęła się leciutko. 
- Prawdę mówiąc, odwiedziłam cię w konkretnym celu. Przyszło mi 
do głowy, że chciałabyś może z kimś... podyskutować. Może trapią 
cię jakieś wątpliwości? 
- Wątpliwości? Na temat ceremonii ślubnej? 
- Nie. Nocy poślubnej. 
Faith spojrzała na przyjaciółkę ze zdumieniem. Potem spiesznie 
wskazała jej fotel. 
- Siadaj! - zakomenderowała. 
Meredith usiadła, a Faith zajęła miejsce naprzeciw niej. Nie 
powiedziała 
już ani słowa, tylko spoglądała na Meny z nieukrywaną ciekawością. 
Meredith wzięła głęboki wdech. 
- Ponieważ nie masz matki, która mogłaby wprowadzić cię w te 
sprawy, 
uznałam, że powinnam ci pomóc. Ciocia Agatha wyraziła gotowość 
odbycia z tobą tej rozmowy, ale wyglądała na strasznie 
zdenerwowaną. 
Wątpię, czy zdołałaby sklecić choćby dwa sensowne zdania. 
Faith zrobiła wielkie oczy. 
- Chcesz powiedzieć, że masz doświadczenie w tych sprawach i 
zamierzasz 
się nim podzielić? Kiedy to się stało? Z kim? I dlaczego nie 
pisnęłaś mi o tym ani słówka, Merry? 
Przyjaciółka uniosła delikatnie zarysowaną brew. 
- Nie bądź gąską, Faith! Nie mam żadnego osobistego 
doświadczenia 

background image

w tych sprawach. Posiadam jednak... pewną wiedzę. - Meredith 
wzięła 
do ręki srebrną szczotkę do włosów Faith i obracała ją nerwowo w 
palcach. 
- Wiesz, że moja matka jest bardzo postępowa i nie przepuści żadnej 
okazji, by tego dowieść. 
Faith kiwnęła głową z ożywieniem. 
- No więc... W dniu moich osiemnastych urodzin mama przyszła 
wieczorem 
do mojej sypialni, tak samo jak ja dziś do twojej, i zaczęła bardzo 
szczerą rozmowę na temat stosunków małżeńskich. Zwierzyła mi się, 
że 
w dziewiczy wieczór panieński jej matka uraczyła ją kilkoma 
półprawdami, 
podanymi w tak wyszukanym sosie, że nie wiedziała już, co o tym 
wszystkim myśleć. Była śmiertelnie przerażona, choć zakochana po 
uszy 
w moim ojcu. Chcąc mnie uchronić od podobnych lęków, moja mama 
wyjaśniła mi, bardzo obrazowo i ze wszystkimi szczegółami, na czym 
polegają sekrety małżeńskiego łoża. 
- Ależ ty się czerwienisz, Meredith! - stwierdziła ze zdumieniem Faith. 
- Istotnie, jestem zażenowana - przyznała Meredith. Jeszcze przez 
chwilę obracała szczotkę w palcach, potem upuściła ją na ziemię. 
- Zawsze byłyśmy przyjaciółkami - nalegała Faith, schylając się po 
szczotkę i odkładając ją na swoje miejsce w toaletce.
 - Dyskutowałyśmy dotąd o wszystkich sprawach pod słońcem! 
- To nie przypomina żadnej z naszych poprzednich konwersacji. 
- Czy to znaczy, że nareszcie jesteśmy dorosłe? 
- To znaczy, że się starzejemy. - Meny roześmiała się cichutko. - 
Mam 
wrażenie, że podczas tej rozmowy z każdą minutą starzeję się o rok! 
Faith uśmiechnęła się. 
- Twoja matka miała jak najlepsze intencje. Powinnaś być jej 
wdzięczna za taką szczerość. 
- Za co? Bardzo wątpię, czy kiedykolwiek wyjdę za mąż. W moim 
przypadku te informacje są zupełnie zbędne. 
- Trochę wiedzy nikomu jeszcze nie zaszkodziło - obstawała przy 
swoim Faith. 
Meredith mruknęła coś wymijająco. 
- Chętnie podzielę się tą wiedzą z tobą; przynajmniej będziesz mogła 

background image

ją wypróbować w praktyce. 
Faith spojrzała na podłogę i potarła noskiem pantofla o dywan. 
Pragnęła 
okazać w tej dyskusji swą dojrzałość i elokwencję, ale ni stąd, ni 
zowąd dostała nerwowych chichotek i nie mogła ich powstrzymać. 
Zmarnowanie 
takiej okazji byłoby jednak wprost grzechem. Należało zadać jakieś 
pytanie, i to niejedno! 
- Wychowałam się na wsi i przez całe życie miałam do czynienia ze 
zwierzętami -powiedziała. -Więc zdaję sobie oczywiście sprawę z 
pewnych. 
.. podstawowych mechanizmów. Ale wiele szczegółów bardzo bym 
chciała wyjaśnić... Na przykład, czy to się robi po ciemku? I co wtedy 
z koszulą? Zdejmuje sie ją, czy nie? 
- Nie ma żadnych obowiązujących reguł co do ubioru - odparła 
Meredith 
po kilku dłużących się w nieskończoność sekundach. - Mama 
wspomniała 
jednak, że choćby nawet mąż podziwiał cię w nocnej koszuli, każdy 
woli, by żona ją zdjęła. To podobno wzmaga przyjemność. Tak samo 
jak 
odpowiednie oświetlenie. I zmienna lokalizacja. No i... różne pozycje. 
- Pozycje?! Boże święty! 
Meny zaczęła powoli tracić stoicki spokój. 
- No, dobrze... Przyznam, że sama nie bardzo wiem, co matka 
chciała 
przez to powiedzieć. Byłam tak zaszokowana na myśl o znalezieniu 
się 
nago w jasno oświetlonym pokoju, że nie spytałam jej o to. - 
Zamyśliła 
się głęboko. - A ta lokalizacja, jeśli właściwie zrozumiałam, oznacza, 
że 
mąż i żona nie muszą się kochać wyłącznie w pokoju sypialnym... ani 
w łóżku. 
- Tylko na przykład w ogrodzie przy blasku księżyca? 
Meredith troszkę się zdziwiła. 
- No, tak... Chyba to całkiem możliwe. 
- Jestem tego absolutnie pewna! - odparła Faith ze znaczącym 
uśmieszkiem, 
przypominając sobie poprzedni wieczór. 

background image

Niegdyś obawiała się, że Griffin uzna jąza pozbawioną wdzięku, mało 
atrakcyjną. Ale zeszłej nocy w ogrodzie lady Dillard udowodnił, że jej 
pragnie. 
Wspominała z radością nasilający się żar, który ogarnął całe jej ciało, 
gdy ich wargi się zetknęły. Przypomniała sobie dreszcze, które 
wstrząsały 
nią pod czułym dotknięciem Oriffina. I swoje zuchwałe pragnienie, by 
przeć naprzód, by zakosztować wszelkich nowych, cudownych 
doznań. 
Było jak w raju! 
Nagle przypomniała sobie brzmienie niskiego, jedwabistego głosu, 
który 
zapowiadał, że wstrzyma się aż do ślubu, nim weźmie ją jak swoją. 
Okaże 
jej więcej szacunku niż jego starszy brat: poczeka aż zostaną 
oficjalnie 
zaślubieni.... Więcej szacunku niż brat... wstrzyma się do ślubu?! 
- O Boże miłosierny! - szepnęła Faith z przerażeniem, gdy zrozumiała 
właściwy sens tych słów. Griffin zaczeka... bo jego brat nie czekał. 
Jego brat doprowadził ją do upadku. Złamał jej życie. 
To nie może być prawda!... A jednak, gdy przypominała sobie słowa 
wypowiedziane przez Griffina wczoraj wieczorem, wiedziała, że tym 
razem 
nie tłumaczy ich sobie na opak. Ogarnięta namiętnością, podniecona 
jego pocałunkami i zmysłowymi pieszczotami, ubiegłej nocy nie 
pojmowała 
treści jego słów. Teraz, na trzeźwo, znaczenie tych słów nabierało 
zatrważającej jasności. 
Wicehrabia Dewhurst postanowił ją poślubić z jednego tylko powodu: 
był przekonany, że jego brat skompromitował ją i złamał jej życie. 
Czuł 
się w obowiązku naprawić wyrządzonąjej krzywdę. 
- O Boże!... Drogi Boże! - powtarzała Faith. - Jakie to straszne!... 
Meredith niezręcznie poklepała Faith po ręce. 
- Nie sądzę, byś musiała się niepokoić tymi aspektami małżeństwa. 
Mama zapewniła mnie, że fizyczne kontakty między mężczyzną i 
kobietą 
sprawiają bardzo wiele przyjemności i z czasem ta przyjemność się 
pogłębia. 
- Pogłębia? - zapiszczała nie swoim głosem Faith. 

background image

- O, tak! - Meredith zaczerwieniła się. - Lord Dewhurst niekiedy 
spogląda 
na ciebie takim... płomiennym wzrokiem. Od razu widać, że jest 
tobą zainteresowany. I... wybacz, że ci to mówię, ale... wydaje mi się, 
że 
ma w tych sprawach duże doświadczenie. Na pewno z przyjemnością 
nauczy cię tego, o czym jeszcze nie wiesz. 
On myśli, że jestem upadłą kobietą. 
Faith omal nie wykrzyknęła tych słów na cały głos... ale były zbyt 
krępujące, by mogła się na to zdobyć. Pomyśleć tylko: Neville, który 
prawie nie zwracał na nią uwagi, a o jego uczuciach nawet nie warto 
wspominać, miałby ją uwieść?! Śmiechu warte! Że też Griffin 
ubzdurał sobie coś takiego! 
- Masz jeszcze jakieś pytania? 
- Co takiego? - Faith otarła oczy wierzchem ręki. Pytania?
 - Nie, Merry. Nie mam więcej pytań. Bardzo ci jestem wdzięczna. 
Wiem, że to nie było dla ciebie łatwe. 
Meredith wstała. Na jej twarzy widać było ogromną ulgę. 
- Dopilnuję, żeby kucharka przygotowała dla ciebie lekką przegryzkę. 
Podobno nic dziś nie zjadłaś na śniadanie. Zapomnij o swoich 
nerwach 
i zjedz coś pożywnego. Nie możesz opaść z sił! Jakby to wyglądało, 
gdyby panna młoda zemdlała przed ołtarzem? 
Faith zdobyła się na drżący uśmiech. 
- Zemdlona narzeczona... To byłby bardzo niepomyślny omen, 
nieprawdaż? 

Elegancka kareta dowiozła pannę młodą, Meredith i ciocię Agathę 
kilka 
minut za wcześnie przed główne wejście do starego kościoła. 
- Bardzo się cieszę, że jeszcze nie pada - zauważyła Meredith. 
- To doprawdy szczęśliwy omen! -przytaknęła ciocia Agatha. 
Faith nawet nie próbowała przyłączyć się do konwersacji. Przez całą 
drogę do kościoła starała się okiełznać zbuntowane nerwy. W głowie 
miała 
kompletny chaos. Ostatnią godzinę przed wyjazdem do kościoła 
spędziła, 
krążąc po swoim pokoju. Tren ślubnej sukni zmiatał kurz z dywanu, 
a panna młoda usiłowała przekonać samą siebie, że istnieje prosty i 

background image

łatwy 
sposób rozwiązania dręczącego ją problemu. 
Gdyby tylko mogła znaleźć właściwe słowa i stosowne zwroty, za 
pomocą 
których wyjawiłaby prawdę Griffinowi w taki sposób, by nie zniechęcić 
go do małżeństwa z nią...! 
Bała się jednak ogromnie, że kiedy Griffin usłyszy, iż nie musi żenić 
się z nią dla ratowania honoru rodziny, powie jej: „Bywaj, dziewczę!" i 
wyjdzie z kościoła. 
Na samą myśl o tym ogarnął ją histeryczny strach. Była już tak bliska 
zrealizowania swych marzeń o małżeństwie i macierzyństwie! To zbyt 
okrutne szyderstwo losu: dać komuś przedsmak raju, a zaraz potem 
pozbawić go najdroższych złudzeń! 
Nie musisz tak się spieszyć z wyjaśnieniami - kusił ją natarczywie 
wewnętrzny głos. - Wstrzymaj się z tym do chwili, gdy będziecie już 
po ślubie. 
- Zamknij się wreszcie! -warknęła pod nosem Faith, upokorzona tym, 
że najgorsze cechy charakteru tak wyraźnie z niej teraz wychodzą. 
- Czy coś się stało. Faith? - dopytywała się Meredith. 
- Jestem po prostu trochę zdenerwowana - odpowiedziała. 
- Należało się tego spodziewać - wtrąciła się ciocia Agatha. - 
Większość 
panien młodych... O Boże miłosierny!... 
Wyraźnie od niechcenia Faith odwróciła się, by zobaczyć, co 
przeraziło 
ciocię Agathę i to do tego stopnia, że urwała w pół zdania. Zobaczyła 
przez okno powozu kilku krzepkich żałobników, którzy zstępowali po 
kościelnych schodach, niosąc na ramionach potężną trumnę. 
Jak w półśnie Faith spostrzegła również oczekujący na smutny 
ładunek 
karawan. Zaprzężone do niego konie, z wielkimi czarnymi 
pióropuszami 
na głowach, wyraźnie się niecierpliwiły. Widać było, że te 
temperamentne 
zwierzęta nie bardzo nadawały się do narzuconych im obowiązków. 
Gdy dzwony kościelne zaczęły wybijać podzwonne -jedno uderzenie 
ku czci jednego roku życia zmarłego - Meredith niecierpliwie 
zastukała 
w dach karety. Stangret natychmiast zrozumiał niemy rozkaz i powóz 
ruszył. 

background image

Faith dostrzegła jedynie w przelocie grupę odzianych w czerń osób; 
część z nich stanowili zapewne wynajęci żałobnicy, których obecność 
dodawała uroczystości splendoru. 

- Jakiż to straszliwy omen! - Ciocia Agatha aż sapała z wrażenia. 
Sięgnęła 
po swój woreczek, zapewne w poszukiwaniu soli trzeźwiących. 
- Z tego widoku można wyciągnąć tylko jeden wniosek: 
przyjechałyśmy 
zbyt wcześnie do kościoła - rzuciła niecierpliwie Meredith. - Zrobimy 
małe kółko. Jestem pewna, że gdy zjawimy się tu po raz drugi nie 
będzie już ani śladu innych powozów. 
Było tak, jak powiedziała Meredith. Kiedy wrócili pod kościół, 
karawana 
zniknęła. Nie ujrzeli też niczego innego, co mogło się kojarzyć z 
pogrzebem. 
Tyle że zaczęło mżyć. 
- Deszcz! —wykrzyknęła ciocia Agatha. -Trudno doprawdy o gorszy... 
- Co za bzdury! — Meredith rzuciła ciotce lodowate spojrzenie. - To 
dla nas radosny dzień i nic tego nie zmieni! Pospiesz się, ciociu. 
Wejdź 
do środka, bo zmokniesz! Ja będę towarzyszyć pannie młodej. 
Faith ze sztucznym uśmiechem wysiadła z karety. Kilka kropel 
deszczu 
spadło jej na twarz, ale prawie tego nie zauważyła. Czuła w sercu 
przytłaczający ciężar, który zaprzątał całą jej uwagę. Przytłaczający 
ją 
ciężar był tak wielki, że blokował wszelkie inne uczucia. 
W chwili gdy weszła do kościoła, wiedziała, że musi natychmiast 
przywołać 
Griffina i powiadomić go, że wie o powodach jego decyzji o ożenku. 
A potem wyjaśnić mu, jak bardzo się mylił w swych 
przypuszczeniach. 
Nie została uwiedziona ani przez jego brata, ani przez nikogo innego. 
To, co zamierzała uczynić, napełniało ją tak głęboką rozpaczą, że nie 
potrafiła zdobyć się nawet na święte oburzenie z tej racji, że Griffin 
tak 
nisko ocenił jej cnoty i charakter. 
Próbowała ułożyć w myśli, co mu powie, a równocześnie obawiała 
się, 

background image

że zabraknie jej odwagi, by się z nim rozmówić. Jak przez sen 
uświadamiała 
sobie obecność Meredith, poprawiającej fałdy jej spódnicy, 
wkładającej 
w jej drżące ręce odziedziczony po matce modlitewnik, obejmującej 
ją z siostrzaną miłością. 
- Merry, musisz przywołać wicehrabiego Dewhursta tu, do kruchty. 
Mam do niego sprawę - bardzo ważną i naglącą. 
Odpowiedziała jej cisza. Zaskoczona Faith uświadomiła sobie, że jest 
sama. Obawa, że utraci Griffina, sprawiła, że zwlekała z 
przywołaniem 
go, to zaś uniemożliwiło rozmowę w cztery oczy bez wywoływania 
niepotrzebnej sensacji. 
Ostrożnie Faith zerknęła do nawy głównej. Zobaczyła, że Meredith 
i ciocia Agatha zajęły już miejsca w pierwszych rzędach przed 
ołtarzem. 
Faith dostrzegła również trzy męskie postacie. Bez trudu odróżniła 
Griffina 
od dwóch braci Meredith, choć cała trójka stała obok siebie. 
Z twarzą oblaną gorącym rumieńcem Faith wyszła z kruchty. Pokusa, 
by odwrócić się i uciec, była niezwykle silna, ale zdołała ją pokonać. 
Po 
ślicznym witrażowym oknie spływały krople deszczu - znak, że na 
dworze 
rozpadało się na dobre. Na ołtarzu płonęły świece; ich migotliwy 
blask 
stwarzał intymny nastrój, przywołując do wnętrza. 
Oczy zgromadzonych zwróciły się w stronę Faith. Wszyscy na nią 
czekali. 
Zacisnęła ręce na modlitewniku i z bijącym na alarm sercem, pełnym 
wątpliwości i obaw, rozpoczęła niekończącą się wędrówkę wzdłuż 
głównej nawy. Zanim dotarła ćo ołtarza, serce jej łomotało tak mocno, 
że 
wszyscy, włącznie z sympatycznym proboszczem, zapewne je 
słyszeli. 
...Szepnę Griffinowi do ucha, gdy tylko znajdę się blisko niego, że 
muszę z nim niezwłocznie pomówić!... 
A jednak, gdy znalazła się u jego boku, serce jej podskoczyło z 
zachwytu 
na jego widok. Zapomniała, jaki był piękny - nie atrakcyjny, nie 

background image

przystojny, tylko właśnie piękny! 1 niepokojąco męski. Odziany w 
uroczysty 
ślubny strój - doskonale skrojony niebieski surdut i beżowe spodnie 
tuż za kolana - prezentował się bardzo wytwornie. Biała chusta pod 
szyją 
była związana o wiele wymyślniej niż zazwyczaj, a piękną haftowaną 
kamizelkę zdobiły złote guziki. 
Podziwiała go z profilu, napawając się widokiem szlachetnie 
zarysowanego 
czoła, prostego nosa, mocnej szczęki. Nogi o mało się pod nią 
nie ugięły, gdy dotarła do niej woń, która kojarzyła się jej z 
ukochanym: 
kompozycja zapachów dobrego mydła, krochmalu, garbowanej skóry 
i czystego męskiego ciała. 
Jak mogła wyrzec się Griffina bez walki? 
Za kilka minut zostanie jego żoną, towarzyszką życia. Ale jeśli 
zacznie 
teraz coś wyjaśniać, sytuacja może w jednej chwili ulec zmianie. 
Griffin 
będzie miał prawo wycofać się... i wszystko będzie stracone. Nie 
spełnią 
się jej marzenia o małżeństwie z Griffinem, o matkowaniu jego 
małemu 
synkowi, o własnych dzieciach, które mogły się pojawić pewnego 
dnia... 
Przepadnie jej także May fair Manor, przejdzie w ręce gogusiowatego 
kuzynka i jego wstrętnej żony. 
- Zimno ci? - spytał szeptem Griffin. 
- Co? 
- Cała drżysz. Czy ci zimno? 
- Nie, wcale mi nie jest zimno. 
Wpatrywała się bezwiednie w przestrzeń. Usiłowała znaleźć słowa, 
które skończą ten koszmarny sen. Starała się zebrać siły, by 
przerwać 
obrzęd i wyjaśnić sprawę Griffinowi. 
- Faith... 
- Tak? - Zaskoczona zwróciła się znów do Griffina. 
- Teraz twoja kolej. Musisz odpowiedzieć. Chcesz zostać moją żoną? 
Przez króciutką chwilę wydał jej się dziwnie bezradny, jakby nie był 
pewien jej odpowiedzi. Potem wyraz jego twarzy uległ zmianie. 

background image

Pojawił 
się na niej ciepły, łobuzerski uśmiech - i to zgubiło Faith. 
Stopniała pod wejrzeniem tych cudownych srebrzystych oczu, 
wpatrzonych 
w nią. Jakaż była głupia! Nie wzięła pod uwagę własnych uczuć. 
Ze wszystkich ludzi, jakich znała, on był zdecydowanie najbardziej 
pociągający, sympatyczny, uroczy. Kochała go. Nade wszystko w 
świecie 
pragnęła, by został jej mężem, towarzyszem jej życia, jej jedynym 
kochankiem. 
Ku swemu zdumieniu Faith uświadomiła sobie, że gotowa jest na 
wszystko, byle to się ziściło. 
Sumienie głośno ją ostrzegało, że popełnia straszny błąd, ale jej 
zbłąkane 
serce nie mogło pozwolić, by taka szansa wymknęła się jej z rąk. 
Wciągnęła powietrze w płuca i szepnęła: 
- Tak. 
Od razu jednak poczuła się, jakby popełniła straszliwy grzech. 
Chciała 
odwołać przysięgę, przerwać obrzęd, wyjaśnić, co się stało... Ale było 
już za późno. 
W ciągu kilku minut ceremonia ślubna dobiegła końca. Jak odurzona, 
Faith uniosła głowę i spojrzała na swego męża. Griffin obdarzył ją 
ciepłym 
uśmiechem, skutkiem czego poczuła się najpodlejszym stworem na 
świecie. 
A potem ich usta złączyły się w skromnym, niewinnym pocałunku. 
Meredith podbiegła do nich ze łzami w oczach. Zaraz potem reszta 
rodziny 
otoczyła nowożeńców, zasypując ich gratulacjami. 
Z sercem bijącym gwałtownie ze strachu i zmieszania, Faith 
przyjmowała 
najlepsze życzenia od trzymającej ją w objęciach cioci Agathy. 
...Chciała zawołać do Griffina: Stój! Zaczekaj! Muszę ci coś 
wyjaśnić!... 
Spoglądając ponad ramieniem starej damy pochwyciła spojrzenie 
męża. 
Jego szelmowski uśmiech zachwycił ją, ale równocześnie przeszyło 
ją dreszczem poczucie winy. 
Przymknęła oczy w nagłym przerażeniu. 

background image

.. .Boże miłosierny!... Co ja zrobiłam?!... 
Zanim goście weselni zasiedli do stołu, deszcz ustał. Gritfin zmierzył 
wzrokiem niezliczone dania, stojące przed nimi w całej okazałości; 
mimo 
woli pomyślał, jak niewiele zdołają uszczknąć z tego bogactwa 
smakołyków 
- mimo najszczerszych chęci. Wyglądało na to, że lady Meredith 
poleciła służbie przygotować bankiet na sześćdziesiąt osób zamiast 
spodziewanych sześciu. 
Nie ulegało wątpliwości, że nie szczędzono kosztów przy urządzaniu 
tego przyjęcia - najlepszy dowód głębokiej przyjaźni lady Meredith dla 
panny młodej. Na stole znalazły się najcenniejsze srebra, kryształy i 
porcelana 
oraz cieniutkie jak pajęczyna obrusy i serwetki, obrzeżone koronką. I 
woskowe świece. 
Lokaje w pełnej gali, w pudrowanych perukach i ciemnoniebieskiej 
liberii, 
szamerowanej złotem, krążyli bezszelestnie po pokoju, uprzedzając 
życzenia biesiadników. Woń świeżych kwiatów mieszała się ze 
smakowitymi 
zapachami wyszukanych potraw, a migotliwe płomyczki świec 
wzmagały baśniową atmosferę tej uczty. 

Choć przyjęcie weselne zgotowano na miarę księcia regenta, 
łakomczucha 
i smakosza, Griffin zauważył, że jego oblubienica prawie nic nie 
je. Na jej talerzu znalazł się tylko cieniutki plaster cielęciny w 
śmietanowym 
sosie i garstka szparagów. Faith grzebała tylko widelcem, udając, 
że je, gdy ktoś akurat spojrzał w jej kierunku. 
- Nie jesteś głodna? - spytał Griffin. 
- Nie bardzo. - Faith zacisnęła usta i odstawiła na stół kielich wina. -
Znajdziesz minutkę czasu dla swojej żony, milordzie? Muszę o czymś 
z tobą porozmawiać. 
Griffin spojrzał na nią znad brzegu swego kieliszka. 
- Tylko minutkę? Nie minęły jeszcze trzy godziny od chwili, gdy 
związałem 
się z tobą na całe życie, najdroższa. 
Na twarzy Faith odbiło się powątpiewanie. 
- Naprawdę, zajmę ci tylko chwilę - zapewniła go. 

background image

Griffin przyjrzał się uważnie swojej świeżo upieczonej żonie. 
Siedziała 
obok niego, wiercąc się ustawicznie na krześle, choć nie miała 
takiego 
zwyczaju. Widocznie nerwy nie pozwalały jej zachować spokoju. Aż 
dziw, 
że jedwab jej bladoniebieskiej sukni nie zmiął się jak bibuła - tak 
zapamiętale poprawiała coś przy spódnicy. 
Choć do stołu zasiadło niewiele osób, konwersacja była ożywiona 
śmiano 
się i opowiadano anegdotki z dzieciństwa. Faith prawie nie brała 
udziału w rozmowie; odzywała się tylko wówczas, gdy ktoś zwrócił się 
bezpośrednio do niej z pytaniem. Chwilami jej wesołość wydawała się 
Griffinowi wymuszona, a śmiech przesadny. 
Wyobrażał sobie, że w dniu ślubu Faith będzie szczęśliwa... ale od 
rana uśmiechnęła się zaledwie kilka razy. I nawet wówczas, gdy jej 
usta 
się uśmiechały, oczy pozostawały smutne. 
Griffin przypisywał te objawy zbyt wielkiemu podnieceniu i 
rozhuśtanym 
nerwom Faith. Spoglądał na żonę z ogromną dumą. Nigdy jeszcze 
nie wydawała mu się taka śliczna. Niebieska suknia podkreślała 
piękno 
jej nieskazitelnej mlecznej karnacji, a girlanda kwiatów na 
ciemnobrązowych 
lokach sprawiała, że Faith wyglądała niewinnie i świeżo, budząc 
w nim zarówno pożądanie, jak i instynkt opiekuńczy. 
Nerwowe postukiwanie paznokciem w nóżkę kryształowego kielicha 
sprawiło, że przyjrzał się uważnie ręce Faith i złotej obrączce 
wysadzanej 
rubinami, którą miała na palcu. To była jego żona. Niewiarygodne! 
- Czy nie moglibyśmy wstrzymać się z tą rozmową do końca 
bankietu? 
- spytał, pochylając się ku niej tak, by nikt więcej go nie słyszał. 
Służba 
lady Meredith zadała sobie bardzo wiele trudu, by przygotować 
dla nas taką ucztę. Zrywając się od stołu przed końcem kolacji, 
sprawilibyśmy im przykrość. 
- Nie byłoby nas tylko przez kilka minut - odparła Faith. - Obawiam 
się, że i tak zwlekałam zbyt długo. 

background image

Ostatnie słowa wymamrotała ledwie słyszalnym szeptem. Griffin 
poczuł 
nagłe ściśnięcie w żołądku. Co ona miała na myśli, u diabła?! Taka 
tajemniczość nie leży przecież w jej naturze!... A może jednak? Cóż 
on 
właściwie wiedział o swej dopiero co poślubionej żonie? Prawda, że 
znali 
się w dzieciństwie, ale to, co pamiętał z tamtych zamierzchłych 
czasów, 
może mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. 
Starając się nadać rozmowie lekki ton, zażartował: 
- Ależ, moja pani żono! Nie może to być sprawa tak wielkiej wagi, 
byśmy musieli rezygnować z naszej uczty weselnej! Za godzinę stąd 
wyjeżdżamy. Czy twój sekret nie mógłby poczekać do tego czasu? 
- Zbyt długie zwlekanie z wyjawieniem tajemnicy zazwyczaj źle się 
kończy - szepnęła. 
Wesołość znikła z twarzy Griffina. 
- Mówiłem żartem - wyjaśnił. -Ale ty, jak wnoszę z tonu i z nastroju, 
wcale nie żartujesz. 
- Nie chciałam cię niepokoić! - zapewniła go pośpiesznie Faith. 
Podniosła 
kielich do ust i wypiła spory łyk wina. - Odłóżmy tę rozmowę na 
potem! 
- Naprawdę tego chcesz? 
- Tak. - Policzki Faith lekko się zaczerwieniły. - Niemądrze się 
zachowałam. Wybacz mi! 
Poczuł ogromną ulgę i wzięła go nagle ochota, by podroczyć się z 
Faith, 
- No, no! Aleś mnie zaintrygowała. Spróbuję odgadnąć twoje czarne 
tajemnice. Pewnie mi wyznasz, że masz nieprzezwyciężony pociąg 
do 
madery i raczysz się nią codziennie, wraz z wybiciem południa? 
Przyznam, 
że to paskudny nawyk... ale może jakoś zdołasz się od niego uwolnić. 
- Przestań! - zaprotestowała, w jej głosie brzmiała nutka ostrzeżenia. 
Pogładził się w zamyśleniu po brodzie. 
- Wobec tego... pogrzebałaś już czterech mężów... I to w bardzo 
podejrzanych 
okolicznościach! Zgadłem? 
- Wielkie nieba! - Faith wywróciła oczyma, ale cień uśmiechu na jej 

background image

ustach zachęcił Griffina do dalszych zaczepek. 
- Już wiem: chrapiesz! Obrzydliwie głośno. 
- Griffin, uspokój się! 
Meredith podniosła głowę znad talerza i spojrzała w ich kierunku. 
Griffin 
obdarzył ją niezwykle czarownym uśmiechem i zwrócił się znów do 
żony. 
- Odkąd spadł na mnie ten cholerny tytuł, całe moje życie składa się 
ze śmiertelnie poważnych dyskusji. Myślałem, że przynajmniej w 
weselnym dniu trochę się rozerwę. 
W brązowych wyrazistych oczach Faith błysnęło współczucie. 
- Nasza rozmowa może poczekać. 
- Jestem szczerze rad, że nie należysz do kobiet, które muszą mieć 
ostatnie słowo - podsumował Griffin z pogodnym uśmiechem. 
-Dobrze nam to wróży na przyszłość. 
- Naprawdę? 
Faith zabrakło znów powietrza. 
- Jak najbardziej! - odparł. Nachylił się i pocałował ją w skroń z 
braterską 
czułością. - Bo ja należę do tych, którzy zawsze, ale to zawsze, mają 
rację! 
Faith uśmiechnęła się, zgodnie z jego przewidywaniami. Tym razem 
jej oczy były równie pogodne jak usta. 
Niebawem kolacja dobiegła końca, a nowożeńcy odjechali, raz 
jeszcze 
wyściskani i zasypani życzeniami wszelkiej pomyślności. Ponieważ 
Griffin 
nie miał już własnej rezydencji w Londynie, postanowił od razu udać 
się w drogę powrotną do FTawthorne Castle. Na noc mieli zatrzymać 
się 
w modnym, eleganckim zajeździe Pod Gołąbkiem, który słynął z 
komfortowych apartamentów. 
Upewniwszy się o zaletach oberży, wicehrabia doszedł do wniosku, 
że 
to urocze miejsce. Miał nadzieję, że jego oblubienica będzie nim 
zachwycona. 
W takich warunkach ich noc poślubna stanie się jeszcze bardziej 
rozkoszna. Pilna sprawa, którą Faith tak spieszno było omówić z nim 
podczas weselnej uczty, jakoś nie wypłynęła znów w trakcie jazdy 
powozem. 

background image

Griffin uznał, że jego domysły były słuszne. Napięcie nerwowe i 
podniecenie 
związane ze ślubem sprawiły, że w głowie Faith przybrała 
gigantyczne rozmiary jakaś drobnostka. 
W zajeździe wicehrabia i jego młoda żona zostali uroczyście powitani 
przez właściciela, który złożył im serdeczne gratulacje i osobiście 
odprowadził 
do zarezerwowanych dla nich pokoi. 
— Sypialnia jest tylko jedna, jak sobie wasza lordowska mość życzył 
wyjaśnił 
oberżysta. - Ale prócz niej jest jeszcze spory salon i gotowalnie. 
Otworzył wewnętrzne drzwi, a nowożeńcy posłusznie zajrzeli do 
środka. 
Griffin bacznie obserwował Faith. Był ciekaw jej reakcji na wieść 
o wspólnej sypialni. Jej twarz, i tak już blada, pobladła jeszcze 
bardziej, 
ale panna młoda zdobyła się na uprzejmą uwagę: 
- To śliczny pokój. Jestem pewna, że w zupełności nam wystarczy. 
Oberżysta rozpromienił się, choć pochwała była raczej skromna. 
Upewniwszy 
się, że gościom niczego już nie brakuje, w końcu oddalił się. 
Nareszcie zostali sami. 
Faith kręciła się po pokoju, udając całkowicie zaprzątniętą 
zdejmowaniem 
czepka i ściąganiem rękawiczek. Griffin zbliżył się do żony, a gdy 
był już dostatecznie blisko, objął ją ramieniem w talii i przyciągnął do 
swego boku. Zrobił to dokładnie tak, jak zaplanował - niby 
przypadkiem ale 
z samej postawy Faith, która dumnie zadarła główkę, zorientował się, 
że nie dała się oszukać. 
To słodkie, wszechwiedzące spojrzenie jej oczu sprawiło, że jeszcze 
bardziej zapragnął ją pocałować. Prawdę mówiąc, aż dziw bierze, 
lecz od 
sześciu godzin, jakie minęły od ich ślubu, niemal każdy nich czy gest 
żony sprawiał, że miał coraz większą ochotę na całowanie. 
I wreszcie ją pocałował. Spiesznie pochylił głowę i przycisnął usta do 
jej ust. Wargi Faith rozchyliły się, a on czym prędzej skorzystał z 
kuszącego 
zaproszenia. Poczuł na jej języku smak wypitego podczas weselnej 
uczty szampana, a także rozkoszne ciepło. 

background image

W podnieceniu Faith schwyciła za wyłogi jego surduta i przylgnęła do 
męża z cichutkim westchnieniem. Jej gotowość sprawiła, że w 
Griffinie 
zaczęło gwałtownie narastać pożądanie. Faith obsypywała twarz 
męża 
leciutkimi pocałunkami, pomrukując jak kotka. Poczuł nagły przypływ 
namiętności, połączonej z ogromną tkliwością. 
Ujął ją pod brodę i pocałował uniesioną ku niemu twarzyczkę, 
delikatnie 
i czule. Wiedział, że pot wystąpił mu na czoło i że jeśli nie zwolni 
tempa, za minutę czy dwie brutalnie zaciągnie Faith do łóżka i rzuci ją 
na 
wznak z odchyloną spódnicą. 
Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek przedtem tak pożądał jakiejś 
kobiety. A tymczasem niepozorna, zbyt mała i za szczupła Faith bez 
tru
du wzniecała w nim takie ognie, że krew - gęsta i rozpalona jak 
płonąca 
smoła - pulsowała w całym jego ciele. 

- Twoja pokojówka czeka na korytarzu, by pomóc ci przy wieczornej 
toalecie - szepnął z ustami tuż przy jej ustach. - Jeśli natychmiast nie 
przerwiemy tych pocałunków, biedactwo zaśnie na stojąco, nie 
doczekawszy się wezwania od ciebie. 
Faith odsunęła się od niego i spojrzała mu prosto w oczy. Przesunęła 
palcami po jego tworzy, jakby chciała utrwalić w pamięci 
najdrobniejszy 
szczegół. Biła jej z oczu taka tkliwość, że Griffin poczuł gwałtowną, 
potrzebę 
zawładnięcia nią natychmiast, naznaczenia jak swojej własności! 
Ona jednak wymknęła mu się z ramion. 
Otrząsnął się z tych osobliwych zachcianek i odwrócił od niej. Nagle 
jego ramiona wydały mu się dziwnie puste. By pozbyć się tego 
niemiłego 
wrażenia, wziął do ręki kieliszek i nalał sobie porto, choć wcale nie 
miał na nie ochoty. 
Zachowanie Griffina sprawiło, że Faith znów ogarnął niepokój. Kiedy 
wicehrabia ponownie spojrzał na żonę, zauważył, że splata i rozplata 
palce, 
i to tak gwałtownie, że aż strzelają stawy. 

background image

- Nie jesteś głodny? - spytała Faith. - Chcesz, żebym zadzwoniła na 
służbę, by przynieśli tacę zjedzeniem? 
Krążyła po pokoju i gdy tylko podeszła bliżej. Griffin schwycił ją za 
ramiona. Zamknął na chwilę oczy, by pokonać nieprzeparte 
pragnienie. 
To była ich noc poślubna. Pierwsza noc, którą mieli spędzić we 
dwoje. 
Griffin pragnął, by wszystko, co się teraz zdarzy, było dla Faith 
cudownym 
przeżyciem. Bez pośpiechu zapozna się z jej ciałem. Dowie się, co 
ją podnieca, co roznamiętnia, by ostateczne spełnienie było dla nich 
obojga równie rozkoszne. 
- Przejdę teraz do salonu. Niech pokojówka pomoże ci rozebrać się 
i położyć do łóżka, - Przesunął spojrzeniem po całej postaci żony. - 
Nie 
każ mi czekać zbyt długo, najdroższa, bo lada chwila eksploduję. 
Cofnął się do drzwi, ani na chwilę nie odrywając od niej oczu. Raz 
jeszcze dodał jej odwagi uśmiechem - i zniknął. 

Usłyszawszy trzask zamykanych drzwi, Faith zadrżała i skrzyżowała 
ręce na piersi. Choć próbowała zwrócić oczy w innym kierunku, jej 
spojrzenie 
biegło uparcie w stronę wielkiego łóżka, stojącego pośrodku pokoju. 
Jego staroświeckie zasłony pokryte były skomplikowanym haftem. 
Ten masywny mebel z rzeźbionego mahoniu był tak wysoki, że do 
łoża 
trzeba było wspiąć się po wyściełanym podnóżku. 
Narzuta z intensywnie niebieskiego jedwabiu została częściowo 
odgarnięta, 
toteż Faith ujrzała świeżo powleczoną pościel z mnóstwem 
poduszek. 
Był to bardzo zachęcający widok, ale nie odważyła się nawet 
przysiąść na skraju łoża. 
Panująca w sypialni cisza wzmagała jeszcze niepokój Faith. W 
bezsilnej 
rozpaczy przejechała obiema rękami po włosach, nie zwracając 
uwagi 
na szpilki, które posypały się na podłogę. 

Zbliżała się dla niej chwila ostatecznego rozrachunku. Próbowała 

background image

wyjawić 
Griffinowi prawdę podczas weselnego przyjęcia, zanim opuścili 
dom Merry. Jednak Griffin nie był w nastroju do poważnej rozmowy, 
ona 
zaś pozwoliła odwieść się od zamiaru i niczego mu w końcu nie 
wyznała. 

Jazda powozem trwała zdumiewająco krótko. Faith z początku łudziła 
się, że intymna atmosfera zamkniętej karety będzie sprzyjała 
poważnej 
dyskusji, ale od pierwszej chwili, gdy pojazd potoczył się z turkotem 
po 
ulicy, wyczuła, że Griffin pragnie podróżować w milczeniu. 

Chcąc spełnić jego niewypowiedziane życzenie, Faith przez 
większość 
drogi wpatrywała się w profil męża, podziwiając lekko falujące ciemne 
włosy i szlachetną twarz, której widok tak często przyprawiał ją o 
gwałtowne 
bicie serca. A kiedy wreszcie doszła do wniosku, że nie może już 
dłużej milczeć i że przyszła wreszcie pora na wyznanie, stanęli na 
dziedzińcu 
zajazdu. 

Podjęta przez Griffina decyzja o wspólnej sypialni całkiem zaskoczyła 
Faith; miała jednak wrażenie, że udało jej się ukryć szok. Sądziła, że 
wszystkie małżeństwa mająoddzielne sypialnie. Nawet jej rodzice - 
bardzo 
kochająca się para - sypiali w osobnych pokojach. 

Najwidoczniej jej małżonek miał na ten temat odmienne zdanie. Faith 
znowu zerknęła na łóżko, wzdrygnęła się i odwróciła oczy. Dyskretne 
stukanie do drzwi oznajmiło o przybyciu pokojówki. Faith ucieszyła 
się, 
że będzie mogła na chwilę oderwać się od swych myśli. 

Dziewczyna należała do służby Merry i została wypożyczona świeżo 
upieczonej wicehrabinie, by dbać o nią podczas podróży do jej 
nowego 
domu, Hawthorne Castle. Po tygodniu pokojówka miała wrócić do 

background image

Londynu, 
przyuczywszy jakąś miejscową szczęściarę, której przypadnie 
zaszczytna 
rola osobistej pokojowej pani wicehrabiny. 
O ile, rzecz jasna, Faith pod koniec tygodnia nadal będzie 
wicehrabiną Dewhurst. 
Faith z całej siły próbowała odsunąć od siebie przerażające myśli. 
Bądź 
co bądź, było to najrozsądniejsze wyjście. Nie warto tracić czasu na 
przypuszczenia, 
jak zachowa się Griffin, gdy odkryje prawdę. 
Faith znów zadrżała i podeszła bliżej do ognia. Pokojówka ruszyła za 
nią i wprawnie rozpięła maleńkie perłowe guziczki z tyłu sukni. Faith 
była wdzięczna losowi, że nie musi udzielać służącej żadnych 
instrukcji. 
Zdała sobie wyraźnie sprawę, że nie jest w stanie skupić się na 
czymkolwiek 
prócz czekającej ją wielkiej próby: nocy poślubnej. 
Posłusznie uniosła ręce i cienka, mięci utka, biała koszulka nocna z 
przejrzystego 
muślinu okryła ją aż do stóp. Potem pokojówka wyjęła Faith 
z włosów resztę szpilek i zaczęła szczotkować gęste brązowe pukle 
starannie 
i rytmicznie, aż opadły na plecy burzą loków. 
- Ma pani prześliczne włosy, milady - powiedziała. - Czy spleść je 
w warkocz, czy zostawić rozpuszczone? 
- Zostaw rozpuszczone - odezwał się cicho, ale stanowczo męski 
głos. - Chcę je ujrzeć rozsypane na poduszce. 
Faith obróciła się błyskawicznie i napotkała parę szarych oczu, 
obserwujących 
bacznie spod ciężkich powiek każdy jej ruch. 
- Jak sobie wasza lordowska mość życzy - odparła pokojówka i po 
raz ostatni przeciągnęła szczotką po włosach Faith. Potem dygnęła i 
z nieśmiałym 
uśmiechem opuściła spiesznie pokój. 
Faith mocowała się przez chwilę z peniuarem, nie mogąc go na 
siebie 
włożyć. Griffin pośpieszył żonie z pomocą, choć na jego ustach 
pojawił się cień uśmiechu. 
Natychmiast zrobiło się jej gorąco. Uniosła drżącą rękę do gardła. 

background image

Miała 
nadzieję, że w słabym blasku świec Griffin nie dostrzeże jej nagłego 
rumieńca. 
Zręcznym ruchem włożył jedwabny szafirowy szlafrok. W tym lekkim 
stroju wydawał się jeszcze bardziej barczysty niż zwykle. Okrycie 
było 
luźno związane w pasie, a rękawy podwinięte do łokci, toteż wyraźnie 
było widać silne przedramiona pokryte ciemnymi jedwabistymi 
włoskami. 
Stali tak blisko siebie, że Faith była pewna, iż narzucił szlafrok na 
gołe 
ciało. Świadomość tego rozpłomieniła jej krew i wyobraźnię. 
Pospiesznie, 
ale bardzo starannie związała pasek swego szlafroczka. 
Griffin ujął ją delikatnie pod brodę, skłaniając do podniesienia głowy. 
Faith stała bez ruchu. 
- Zdenerwowana? - spytał. 
- Przerażona - wyznała szeptem. 
- To tak jak ja. 
Jeden kącik jego ust uniósł się w lekkim uśmiechu. 
Faith odwróciła wzrok. Nigdy dotąd nie uświadamiała sobie tak 
wyraźnie, 
że brak jej kobiecych powabów. Była zbyt niska. Nie miała okazałego 
biustu. Jej twarz też pozostawiała wiele do życzenia. 
No i była dziewicą. 
- Nie kpij ze mnie, Griffinie - poprosiła. 
- Gdzież bym śmiał, najdroższa. - Delikatnie odgarnął jej z czoła 
nieposłuszne 
loczki, które wymknęły się z bujnej kędzierzawej grzywy, otaczającej 
twarz i opadającej na ramiona i plecy Faith. - Może się czasem 
z tobą przekomarzam, ale o kpinach nie ma mowy. 
Faith przestępowała niespokojnie z nogi na nogę. Jego łagodna 
wyrozumiałość rozczuliła ją prawie do łez! 
I wówczas popełniła niewybaczalny błąd: dotknęła męża. Leciutko, 
niby 
to niechcący, musnęła jego pierś. Przez jedwab szlafroka czuła żar 
męskiego ciała i siłę jego mięśni. 
- Chodź! -powiedział, wyciągając do niej rękę. -Najwyższy czas do 
łóżka, moja miła. 
Faith wpatrywała się w silne, męskie palce; fala niepewności zalała 

background image

jej 
serce. Jeśli ma powiedzieć mu prawdę, musi to zrobić teraz. 
Niezwłocznie. 
Dobrze wiedziała, że gdy znajdzie się w miękkiej pościeli, a Griffin 
pochyli się nad nią, nie będzie już mowy, by cokolwiek wyjaśniać. 
Ale jeśli wyzna mu prawdę, być może Griffin po prostu odtrąci ją i 
opuści. 
Bez trudu uzyska anulowanie małżeństwa, które nie zostało 
dopełnione. 
A ona... czy zdoła to znieść? 
- Faith? 
Wyrwana z zadumy spojrzała na niego. Serce waliło jej jak młotem. 
W blasku świec włosy Griffina były prawie czarne, a oczy połyskiwały 
srebrem. Poczuła, że w nich tonie. Wyczuwała bliskość męża i jego 
nagość 
każdą cząsteczką swego ciała. 
Powiedz mu! - ostrzegał jakiś głos. Ale słowa więzły Faith w gardle 
i niczym niezakłócone milczenie ciągnęło się w nieskończoność. 
Faith 
uniosła rękę i drżącymi palcami powiodła po brodzie męża; wyczuła 
szorstki, świeży zarostu. 
- Masz rację, milordzie. Już późno. Słyszałam, jak zegar bije 
dziesiątą, 
i zaraz potem stanąłeś w drzwiach. - Z najwyższym trudem skłoniła 
wargi do uśmiechu. - Chyba naprawdę pora do łóżka. 
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, moja pani żono - odparł 
gardłowym głosem i podał jej ramię. 
W tym momencie Faith nie była pewna, które z uczuć, wyraźnie 
sprzecznych, 
bierze w niej górę: strach czy radosne oczekiwanie. Jej oddech rwał 
się, uśmiech drżał na ustach, ale oparła rękę na ramieniu Griffina i 
skierowała 
się wraz z nim do ogromnego łoża. 

Griffin uśmiechnął się z zadowoleniem, gdy żona nie próbowała 
nawet 
gasić świec. Cóż za ulga, że nie ożenił się z nieśmiałą, 
niedoświadczoną 
dziewicą, którą musiałby przez długie godziny i z anielską 
cierpliwością 

background image

wprowadzać w tajemnice miłości fizycznej. Taka oblubienica 
zdobyłaby 
się najwyżej na milczące przyzwolenie i usztywniałaby się po każdej 
pieszczocie. 
A gdyby postanowił skonsumować ich związek, czułby pod sobą 
sprężone, przestraszone ciało. Taka żona czułaby się w obowiązku 
ukrywać 
wstręt do małżeńskich powinności. Zaciskałaby zęby, pozwalając 
mu robić, co chce. Byłaby przez cały czas spięta, bojąc się bólu - i 
skutkiem 
tego oczekiwania cierpiałaby podwójnie. A już z pewnością nie 
odkryłaby w ich kochaniu się żadnych rozkoszy. 
Tak, szczęście mu doprawdy dopisało przy wyborze żony! 
Griffin chwycił Faith w pasie i uniósłszy do góry złożył na wysokim 
łóżku. Zaparło jej dech. Uchwyciła się kurczowo jego ramion, by 
odzyskać równowagę. 
Spoglądała na męża szeroko otwartymi oczyma. Pochylił się nad nią 
i ucałował delikatnie kąciki jej ust. Jego palce zakradły się na tył 
głowy 
Faith i dotknęły wrażliwego na pieszczoty miejsca. Potem musnęły 
przypominające 
muszelkę ucho i przesunęły się leniwie po delikatnie zarysowanej linii 
szczęki. 
Leciutko gładził delikatny policzek, potem smukłą szyję, a wreszcie 
objął zaborczo krągłą pierś. Subtelnie drażnił sutek, aż wyprężył się 
i stwardniał pod dotknięciem jego kciuka. 
Faith zaparło dech. Próbowała wyślizgnąć się z jego ramion, ale 
trzymały 
ją mocno. Griffin obwiódł językiem kontur jej ust, by zaraz potem 
ucałować je namiętnie. Jego ręce błądziły po całym ciele Faith. Była 
taka 
ciepła, miękka i ponętna. Podniecenie rosło w nim aż do bólu; w 
napięciu 
oczekiwał chwili, gdy będzie mógł zanurzyć się w ciepłym wnętrzu jej 
smukłego ciała. 
Faith nie protestowała, nie wymówiła ani słowa, gdy łagodnie, lecz 
stanowczo popchnął ją na poduszki. Leżała na wznak. Nawzajem nie 
odrywali od siebie oczu. Ich milczenie było wprost gęste od 
rosnącego 
pożądania, pełne nadziei na rychłe i całkowite zaspokojenie. 

background image

Griffin znów zawładnął milczącymi ustami żony. Całował je namiętnie 
i żarliwie ssał język, który wysunęła ku niemu. Tempo ich pieszczot 
rosło, 
stawało się coraz bardziej naglące. Griffin był pobudzony do tego 
stopnia, że obawiał się, iż długo nie wytrzyma tego napięcia. Jedyna 
nadzieja 
w tym, że zdoła błyskawicznie roznamiętnić Faith!... 
- Ten nocny strój jest naprawdę bardzo twarzowy, ale w tej chwili 
całkiem zbędny, nieprawdaż? - powiedział gładko, ściągając z żony 
peniuar, 
a następnie zdejmując jej przez głowę nocną koszulę. 
Pospiesznie pozbył się szlafroka i ochoczo wskoczył do łóżka. 
Rozciągnął 
się wygodnie koło Faith i przygarnął żonę do siebie, rozkoszując się 
bliskością jej rozgrzanego ciała. 
- Strasznie tu gorąco - poskarżyła się. 
- Zaraz zrobi się jeszcze goręcej, najmilsza - odparł, drażniąc leciutko 
wargami jej szyję. Ujął jedną z jej piersi i wziął sutek do ust. 
Faith zamknęła oczy i pojękiwała cichutko, gdy ssał go zapamiętale. 
Czuł jej palce, w nerwowym podnieceniu przebiegające w górę i w dół 
po jego plecach. Nogi Faith, przytłoczone jego ciężarem, poruszały 
się równie niespokojnie. 
Raz i drugi zdał sobie sprawę z rosnącego w niej napięcia. Wydawało 
się, że jest pobudzona równie silnie jak on. Gdy pieścił jej delikatne 
ciało, 
kłębiły się w nim różne silne doznania. Faith była taka miękka, taka 
uległa w jego ramionach - i taka roznamiętniona. 
Zuchwale przesunął ręką po jej brzuchu, głaszcząc delikatne ciało. 
Jego 
druga ręka znów podkradła się do piersi i podrażniła nadal twardy 
sutek, 
jeszcze wilgotny od poprzednich pieszczot. 
Bez pośpiechu rozsunął uda Faith. Wpatrywała się w niego oczyma 
wielkimi 
i okrągłymi ze zdumienia i z podniecenia. Aż się zachłysnęła pod 
intymnąpieszczotą, 
drżąc w jego ramionach. Oddech jej stał się szybki i przyspieszony. 
Griffin wiedział, że jest już gotowa, ale ciągle jeszcze zwlekał, 
starając się wziąć w karby własną nieustannie rosnącą namiętność. 
- Griffin... proszę... 

background image

Jej natarczywe pojękiwania zniweczyły resztę jego oporów. 
- Starałem się nie spieszyć, żebyśmy mogli rozkoszować się każdą 
chwilą... ale pokonałaś mnie sromotnie, najdroższa. Chyba lepiej 
zaspokoić 
pierwszy głód, a potem bez pośpiechu, rozkosznie się leniuchować. 
Uniósł nieco jej nogi i rozsunął je szerzej. Pochylił się i dotknął 
językiem 
kępki ciemnych włosów. Odnalazł najwrażliwszą cząstkę jej ciała. 
Faith przywarła do niego, obejmując go za szyję, popłakując, ciężko 
dysząc i drżąc na całym ciele. 
- Spokojnie, najmilsza. Odpręż się... i nie przeszkadzaj w twórczej 
pracy! - szepnął kpiąco. Głaskał rozpalone ciało Faith, by ją uspokoić. 
Potem ponowił intymną pieszczotę. 
Faith sprężyła się w łuk i krzyknęła, unosząc się ku niemu. Chwyciły 
ją skurcze. Griffin tulił ją mocno do siebie, gdy dygotała w ekstazie. 
- Nie wiedziałam... - szeptała rwącym się głosem. - że jest... coś 
takiego... 
- Czeka cię wiele niespodzianek, kochaniutka. Bardzo wiele - odparł 
zdławionym głosem Griffin. 
Wsparł się wysoko na łokciach. Widział zaróżowioną, 
rozgorączkowaną 
szyję i piersi oraz ciemnoczerwone, nabrzmiałe sutki. Miała jakby 
senną, 
pogodną twarz zaspokojonej kobiety. 1 właśnie to ustokrotniło w nim 
żądzę zawładnięcia nią bez reszty, zanurzenia się w niej głęboko i na 
długo. 
Zjednoczenia się z nią. 
Objął mocno biodra Faith i zmagał się z gwałtowną pokusą 
brutalnego 
wdarcia w jej ciało. Nigdy przedtem nie doświadczał z żadną kobietą 
podobnego uczucia. Namiętność zatriumfowała wreszcie nad 
rozsądkiem. 
Sprężony jak cięciwa łuku wtargnął do jedwabistej ciasnej pochwy. 
Faith jęknęła i zacisnęła się jeszcze bardziej. Poczucie zespolenia z 
nią 
było czymś niewiarygodnie cudownym. Zapragnął znów tego 
doświadczyć. 
Wysunął się lekko i zagłębił ponownie, docierając jeszcze dalej. 
- O Boże!... 
Cichutki okrzyk bólu natychmiast przerwał jego błogostan. Zebrał 

background image

wszystkie siły i nakazał sobie bezruch. 
- Jesteś strasznie zaciśnięta. Sprawiłem ci ból? 
- Nie, nie!... Ani trochę! 
Uśmiechnęła się słodko. 
Pochylił znów głowę i zaczął lizać ja po szyi. Obsypywał ją 
drobniutkimi 
pocałunkami, starając się równocześnie odzyskać kontrolę nad 
własnym 
ciałem. Ale okazało się to ponad jego siły. Faith była taka wilgotna, 
taka rozpalona, taka rozkoszna... Jak nie zatracić się w tych 
czarodziejskich powabach? 
Jęknął, cofnął biodra i ponowił atak. Wdzierał się coraz mocniej i 
głębiej 
i nagle poczuł, że jakaś wewnętrzna bariera pęka. Błona dziewicza?! 
Całkowicie zbity z tropu próbował się wycofać. Ale mięśnie Faith 
zwarły 
się wokół niego i zamiast wyśliznąć się z wnętrza jej ciała, znów je 
zaatakował, znacznie gwałtowniej niż poprzednio. 
Był już tak roznamiętniony, że wystarczyło kilka głębokich pchnięć. 
Przetoczyły się przez niego fale niepowtarzalnych doznań. Drżąc na 
całym 
ciele wydał ochrypły krzyk - i odpłynął. 
Stopniowo powracał do rzeczywistości. Nie mógł się poruszyć. 
Słyszał 
łomotanie własnego serca. Przypomniał sobie coś niewiarygodnego. 
Niemożliwe... a jednak niezaprzeczalne. Faith była dziewicą. Do 
jasnej cholery, była dziewicą! 
- Griffin? 
Niespokojny kobiecy szept przedarł się przez mrok zalegający jego 
serce. 
Ich oczy spotkały się. Faith pośpiesznie odwróciła wzrok. Boi się! 
Poczuł 
skurcz w żołądku. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się, by kobieta, z 
którą 
się przed chwilą kochał, miała równie nieszczęśliwą minę. 
- Należy mi się wyjaśnienie, moja panno! - rzucił groźnym szeptem. 
Dyszał ciężko. Zdołał uwolnić się z jej objęć i przykucnął na piętach. -
Co to wszystko ma znaczyć?! 
Na szczęście nie starała się niczemu zaprzeczyć. 
- Próbowałam ci powiedzieć... W kościele. Przed rozpoczęciem 

background image

ceremonii. 
A potem podczas uczty weselnej. Nie chciałeś słuchać. 
- Twierdzisz, że to moja wina?! 
- Nie, nie! Skądże znowu! 
Z trudem przełknęła ślinę. 
- Wobec tego, co dokładnie masz mi do powiedzenia? 
- Chciałam ci wszystko wyjaśnić, gdy zrozumiałam, jak się mylisz. 
Sądziłeś, że Neville mnie uwiódł i że już nie jestem dziewicą... - 
Urwała, 
była blada i miała rozszerzone źrenice. Ale już nie odwracała oczu. 
-Tylko... zabrakło mi sił. 
- Cóż za wygodna wymówka! 
Spoglądał na nią przenikliwym, taksującym wzrokiem. 
Faith wyzywająco zadarła głowę. 
- Chyba większość nowożeńców ucieszyłaby się na wieść, że ich 
wybranka 
jest... nietknięta? Myślałam, że co jak co, ale moje dziewictwo nie 
będzie w twoich oczach taką wadą! 
Przyglądał się jej bacznie spod ciężkich powiek. 
- Dobrze wiesz, że skłoniło mnie do tego małżeństwa 
przeświadczenie, 
że mój brat wyrządził ci krzywdę nie do naprawienia. Gdybym 
wiedział, 
że twoje dziewictwo jest nienaruszone, a uczciwość bardzo 
podejrzana, 
nigdy bym ci się nie oświadczył... albo czym prędzej wycofał. 
Faith wzdrygnęła się, czując na policzkach piekący rumieniec. Nie 
wzruszyło to Griffma ani trochę. Przez głowę przemknęła mu myśl: 
„ciekawe, 
czego jeszcze się dowiem?" 
Czuł się zdradzony, był wściekły i wstrząśnięty. Został oszukany tak 
podle, tak ostatecznie... i to przez kogo?! Pomyśleć tylko, ile nadziei 
wiązał z tym małżeństwem! Wręcz gratulował sobie wyjątkowo 
udanego 
wyboru!... A teraz czuł się jak ostatni głupiec. Zalała go fala goryczy. 
Podszedł do drzwi oddzielających pokoje i otworzył je jednym 
szarpnięciem. 
Ujrzał różne części swej garderoby, porzucone w saloniku, gdy 
przebierał się w szlafrok przed wejściem do sypialni. Ależ był 
szczęśliwy... 

background image

Biedny, zaślepiony dureń!... Wsunął na siebie spodnie, podniósł 
koszulę i buty. 
- Dokąd idziesz? Co chcesz zrobić? 
Odwrócił się raptownie na dźwięk głosu Faith. Stała na progu, drżąc 
w narzuconym naprędce peniuarze. Wyglądała rozkosznie - 
roznamiętniona, 
z obrzmiałymi od pocałunków wargami i włosami w nieładzie. Co 
prawda, jej oczy były pełne łez, ale tym razem wcale go to nie 
wzruszyło. 
- Dokąd idziesz? - powtórzyła. 
- Jak najdalej stąd! - burknął z irytacją. 
- Jak najdalej? W środku nocy?! 
- Wszystko jedno. Muszę mieć trochę czasu i spokoju. Zastanowić się 
i podjąć decyzję. - Spojrzał na nią z wyraźnym obrzydzeniem. - Chcę 
być sam. Nie widzieć cię. Rozumiesz? 
Rzuciwszy tę zjadliwą uwagę, podszedł do drzwi, otworzył je i zniknął 
w mrokach nocy. 
Faith spędziła resztę nocy targana rozpaczą. Łzy niewiele pomagały, 
choć wylewała je bez opamiętania, póki ich nie zabrakło. Świt nie 
przyniósł 
jej wiele pociechy. Leżała w szarości poranka, sama, w ogromnym 
łożu, zziębnięta i zbolała. 
Choć wytężała słuch, z sąsiedniego pokoju nie dolatywały żadne 
odgłosy. 
Jej serce wzbierało nieskończonym smutkiem, kiedy usiłowała 
odgadnąć, gdzie Griffin spędził resztę nocy. 
Gdy poranne słońce zalało już cały pokój, zjawiła się wreszcie 
pokojówka. 
- Dzień dobry, milady! - Służąca podeszła do łóżka i dygnęła. 
-Przyniosłam 
gorącą wodę, pachnące mydło i świeże ręczniki. Czy możemy zabrać 
się do porannej toalety? 
Pogodny ton głosu pokojówki zdawał się świadczyć o tym, że nie 
dostrzega 
nic szczególnego w zastanej sytuacji. Faith wiedziała jednak, że 
to inteligentna dziewczyna. Z pewnością zastanawia się, gdzie 
podział 
się pan młody i z jakiego powodu zniknął. A może widziała go już w 
piwiarni na dole? 
Na samą myśl o tym Faith przebiegł zimny dreszcz. Nie byłoby to 

background image

zresztą 
najgorsze rozwiązanie. Griffin równie dobrze mógł opuścić zajazd i 
wrócić 
do Londynu albo do Hawthorne Castle. Bez niej. 
Faith ostrożnie siadła na łóżku. Pokonując fałszywy wstyd, spytała 
otwarcie: 
- Czy widziałaś dziś rano lorda Dewhursta? 
Pokojówka była bardzo zakłopotana. 
- Nie, milady. Nie widziałam go ani ja, ani jego lokaj. Czy jaśnie pani 
chce coś przekazać jego lordowskiej mości? 
- Nie, nie! Dziękuję. 
Czując się jeszcze bardziej głupio, Faith opadła znów na poduszki. 
Pragnęła 
zwinąć się w kłębek, zaszyć pod kołdrą, zniknąć na zawsze... 
- Nie mają tu odpowiedniej wanny, bo przygotowałabym jaśnie pani 
gorącąkąpiel - poinformowała ją pokojówka. - Mam nadzieję, że 
obmycie całego ciała ciepłą wodą wystarczy. 
- W zupełności - odparła Faith, trochę się krzywiąc. Nie bez trudu 
wstała się z łóżka. Chyba to lepiej, że nie musi wchodzić do wanny 
pełnej 
gorącej wody. Mogłoby jej strzelić do głowy, że najprościej będzie się 
utopić. 
Pozwoliła pokojówce, by wyszorowała ją od stóp do głów i 
energicznie 
osuszyła ręcznikiem. W zwykłych warunkach byłaby skrępowana 
równie 
intymną usługą, ale teraz, gdy całe jej życie tak się zagmatwało, tego 
rodzaju drobne upokorzenie nie miało większego znaczenia. 
- Czy jaśnie pani włoży znowu strój podróżny, czy mam wyjąć z kufra 
inną suknię i ją odprasować? 
- Wszystko mi jedno - odparła Faith apatycznie. - Zdecyduj sama. 
Pokojówka skinęła głową. Oczyściła szczotką ubranie, które Faith 
miała 
na sobie poprzedniego dnia, wydobyła z kufra czystą bieliznę i 
pomogła wicehrabinie ubrać się. 
- Może nakryć do śniadania w saloniku? - spytała, upiąwszy gęste 
włosy swej pani w kok. 
Na samą myśl o jedzeniu Faith zbierało się na mdłości. Któż w takiej 
sytuacji miałby ochotę jeść?! Zerknęła do lustra, przyglądając się, jak 
pokojówka umacniała jej kok dodatkowymi szpilkami. 

background image

Faith znowu westchnęła. Przypomniało się jej, jak ubiegłej nocy 
Griffin 
nalegał, by miała rozpuszczone włosy. Chyba mu się podobały, bo 
gładził z upodobaniem jedwabiste loki, albo brał garść włosów i 
przyglądał 
się, jak wymykają mu się z palców niczym przesypywany piasek. 
- Gdzie podać śniadanie, milady? — spytała ponownie pokojówka. 
- Niech będzie w saloniku - odparła Faith. 
Bardzo wątpliwe, by mogła przełknąć choć jeden kęs, ale wyrwie się 
przynajmniej 
z tej sypialni. Wiązało się z nią tyle wspomnień... Chwile złudnej 
radości i ekstazy. A potem strachu i spóźnionych wyrzutów sumienia. 
Zanim się obejrzała, siedziała już przy stole w przytulnym saloniku. 
Przygotowano dla niej prawdziwą ucztę. Uparła się, że poradzi sobie 
sama, 
i pozbyła się służby. Tylko po to, by zająć czymś ręce, nalała sobie 
gorącej 
czekolady i pozostawiła na stole nietkniętą filiżankę tak długo, że 
czekolada całkiem wystygła. 
Gdzież on może być?! - Faith bezmyślnie obracała na palcu złotą, 
wysadzaną rubinami obrączkę. Czy w ogóle wróci? A może zostawił 
ją tu na pastwę losu? 
Zaczęła się zastanawiać, ile ma przy sobie pieniędzy. Nie orientowała 
się, ile kosztuje wynajęcie luksusowego apartamentu, obawiała się 
jednak, 
że niewielka sumka, którą ma przy sobie, nie wystarczy. Oczywiście 
całkiem możliwe, że Griffin uregulował już rachunek. Ale i tak nie 
miała 
dość gotówki na wynajęcie powozu, by wrócić do Mayfair Manor. 
Być może starczyłoby jej na przejazd dyliżansem, ale na samą myśl 
o tłoczeniu się przez wiele godzin w dusznym wnętrzu z grupą 
zupełnie 
obcych osób zrobiło się jej niedobrze. W ostateczności mogła się 
zwrócić 
o pomoc do Merry. Było stąd niezbyt daleko do Londynu. 
Faith wzdrygnęła się na myśl o takim upokorzeniu, o przyznaniu się 
do 
całkowitej klęski. Nie ma mowy!... Przynajmniej na razie. 
Skrzypienie otwieranych drzwi przerwało jej posępne rozmyślania. 
Gdy 

background image

otworzyły się, Faith, która nie odważyła się podnieść głowy, 
skamieniała 
ujrzawszy na progu elegancki, wypucowany do połysku but. 
Griffin Sainthill, wicehrabia Dewhurst zamaszystym krokiern wszedł 
do saloniku, z miną pana i władcy. Był świeżo ogolony i ubrany 
niezwykle 
wytwornie. Tego ciemnoniebieskiego surduta, który z pewnością 
kosztował 
mnóstwo pieniędzy, Faith nigdy dotąd nie widziała. 
Od starannie związanego białego krawata do lśniących jak lustra 
wysokich 
butów Griffin wyglądał jak model z eleganckiego żurnala. Ale ten 
strój dandysa pozostawał w wyraźnej sprzeczności z męską siłą i 
energią, 
widoczną w postawie i w każdym mchu Dewhursta. 
Faith zaparło dech. Wrócił! Może na krótko, może tylko po to, by 
oświadczyć, że opuszcza ją na zawsze... Mimo to na widok męża 
Faith 
poczuła ulgę. Przynajmniej nie pozostawił jej całkiem na łasce losu! A 
poza 
tym dowie się wreszcie, co ją czeka. 
Odetchnęła głęboko. Tyle było do powiedzenia, do wyjaśnienia... Od 
czego tu zacząć? Zwilżyła językiem wargi i zebrała się na odwagę. 
Ale 
wystarczyło jej jedno spojrzenie na zaciętą, obojętną twarz męża, by 
poczuć dławiący strach. 
Milczenie przedłużało się, przytłaczało, budziło przerażenie. Griffin 
przeszedł przez pokój i stanął obok stołu. Faith podniosła głowę, 
spojrzała 
na męża i bohatersko próbowała przezwyciężyć ściskanie w gardle. 
- Widzę, że podali już śniadanie - zauważył z szerokim uśmiechem. 
Z półmiska stojącego pośrodku stołu zwędził kawałek chrupiącego 
bekonu 
i wetknął do ust. - Mam nadzieję, że zostawiłaś dla mnie trochę 
przysmaków. 
A może spałaszowałaś wszystkie, łakomczuchu? 
Faith uśmiechnęła się blado. Nie wiedziała, co sądzić o jego dziwnym 
zachowaniu. Przekomarzał się z niązuchwale i po łobuzersku, niemal 
flirtował. 
Ale nie dostrzegła szczerej wesołości w jego oczach ani rozbawienia 

background image

na jego pięknej twarzy. 
Uporawszy się z bekonem Griffin usiadł naprzeciw żony. Nałożył 
sobie 
na talerz całą górę frykasów i raczył się teraz obfitym śniadaniem. Po 
raz pierwszy w życiu Faith nie mogła wydobyć z siebie nawet słowa. 
Zaległa przytłaczająca cisza, która Griffmowi jakoś nie 
przeszkadzała. 

Faith spostrzegła z pewną zazdrością, że sięgał do kilku półmisków 
po 
dokładkę. Kiedy się w końcu nasycił, westchnął z nieukrywaną 
satysfakcją 
i opadł na tylne oparcie fotela. 
- Czy mam zadzwonić, by podali więcej? - spytała Faith. - Bez 
wątpienia 
właściciel zajazdu bardzo się ucieszy, że oddałeś w pełni 
sprawiedliwość talentom kucharza. 
- Sprawiedliwość? - Griffin uniósł brew. -1 któż to mówi o 
sprawiedliwości?! No, no!... 
Faith natychmiast zrozumiała swój błąd. Jej niepewny uśmiech 
zniknął 
bez śladu. Okłamywała samą siebie, łudząc się, że apetyt Griffina to 
sprawa jego dobrego humoru. W swym zdenerwowaniu nie 
uświadamiała 
sobie, do jakiego stopnia był rozwścieczony jej mąż. 
Dopiero teraz, choć rozdzielał ich potężny stół, czuła jak w Griffinie 
wzbiera gniew. Nerwowym ruchem podniosła do ust filiżankę 
czekolady, 
ale mocny zapach przyprawił ją o mdłości. Czym prędzej odstawiła 
naczynie na stół. 
- Czy masz mi coś do powiedzenia, Griffinie? - spytała w końcu, nie 
mogąc już znieść wzmagającego się napięcia. 
- O tak, i to wiele! - Jego szare jak dym oczy nagle zapłonęły.
 -Ale przedtem należy mi się wyjaśnienie od ciebie. 
Faith przejął nagły dreszcz. Nawet ciepłe olśniewające światło 
słoneczne, 
w którym tonął cały pokój, nie sprawiło jej ulgi. Czuła straszliwe 
zimno, przenikające do szpiku kości. Nie pochodziło jednak z 
zewnątrz. 
Zrodziło się w niej. 

background image

Wpatrywała się w męża bez słowa. Początkowo była tak przerażona, 
że nie mogła nawet myśleć, a co dopiero mówić! Po raz pierwszy 
dostrzegła, 
jak zimne są jego srebrne oczy, jak zawzięte usta, jak nieubłagany 
ton głosu. 
Zacisnęła powieki na króciutką chwilę, a następnie spojrzała mu 
prosto w twarz. 
- Naprawdę chciałam wyznać ci prawdę, odkąd uświadomiłam sobie, 
że wierzysz, iż Neville mnie uwiódł. 
- Doprawdy? 
W jego głosie było tyle pogardy, że Faith wzdrygnęła się. Piękna, 
surowa 
twarz Griffina zamazała się jej przed oczami. Poczuła, że napływają 
do nich piekące łzy. Musi je powstrzymać! Wiedziała, że Griffin nie 
znosił 
kobiecych łez. Za wszelką cenę musi mu oszczędzić tego widoku! 
- Tak, próbowałam ci to powiedzieć - wypaliła bez ogródek. Griffin 
zareagował na ten wybuch uniesieniem brwi. Faith raz jeszcze 
odetchnęła 
głęboko. - Dopiero na kilka godzin przed ślubem - kontynuowała - 
zorientowałam 
się, dlaczego postanowiłeś się ze mną ożenić. Byłam zszokowana, 
zdezorientowana, nie miałam pojęcia, co robić. W końcu 
postanowiłam 
rozmówić się z tobą na osobności zaraz po przyjściu do kościoła. 
- Ale się rozmyśliłaś - zauważył sucho. - Można wiedzieć, czemu? 
Faith zwiesiła głowę. 
- W ostatniej chwili zabrakło mi odwagi, a kiedy znów się 
pozbierałam, 
ceremonia była już w toku. Czułam się kompletnie zagubiona, jak 
w koszmarnym śnie. Nim uświadomiłam sobie w pełni, co się dzieje, 
było 
już po przysiędze ślubnej. Związałam się z tobą. Stało się. A tyś 
uśmiechał 
się do mnie, wydawałeś się taki zadowolony... Wszyscy ściskali nas 
i gratulowali... Potem było przyjęcie weselne. Tyle śmiechu i 
wesołości!... 
Nie mogłam znieść myśli, że wszystko to nagle zniknie... 
- Rzeczywiście, mówiłaś podczas kolacji, że musisz ze mną o czymś 
pomówić -przyznał niechętnie Griffin. W zamyśleniu gładził się po 

background image

brodzie. 
- Właśnie o tym? 
- Tak. -Faith wiedziała, jakim szaleństwem było wstrzymanie się z 
wyjaśnieniami. 
Ale tak marzyła o tym małżeństwie!... - Chciałam porozmawiać 
z tobą w powozie, kiedy zeszłej nocy jechaliśmy tutaj. Tylko że znowu 
nie byłam w stanie wymówić słowa... 
Oczy Griffina zwęziły się. 
- Chcesz powiedzieć, że nie ukartowałaś tego z góry? Że nie 
oszukałaś 
mnie z rozmysłem, gdy przybyłem za tobą do Londynu? 
- Więc aż tak źle o mnie myślisz? 
- A jak mam myśleć?! - Wzruszył ramionami. - Byłaś w wielkim 
kłopocie. 
Gdyby ci się nie udało wyjść za mnie, straciłabyś Mayfair Manor. 
Nie dziwię ci się, że uległaś pokusie i wystrychnęłaś mnie na dudka, 
kiedy 
się nadarzyła okazja. Ale twoje zdradzieckie metody budzą we mnie 
wstręt. 
Faith obronnym ruchem skrzyżowała ramiona na piersi. To prawda, 
popełniła błąd. Gotowa była wziąć na siebie odpowiedzialność i 
ponieść 
wszelkie konsekwencje. Ale Griffin uważał ją za istotę zepsutą do 
cna, 
kompletnie zdemoralizowaną. To był twardy wyrok. I niesprawiedliwy! 
- Nie zastawiłam na ciebie pułapki ani nie okłamałam cię z 
rozmysłem. 
- Przykro mi, ale jestem innego zdania. 
- Krzywdzisz mnie takim posądzeniem. 
- Dobre sobie! To ja zostałem skrzywdzony - syknął przez zaciśnięte 
zęby. 
Serce w niej zamarło. Sytuacja przedstawiała się znacznie gorzej, niż 
sądziła. Spojrzenie męża było mroczne i bezlitosne. Faith podniosła 
filiżankę 
do ust i wypiła łyk wystygłej czekolady. Poczuła w ustach gorzki 
posmak. 
- Co chcesz zrobić? - ośmieliła się w końcu spytać. 
Spoglądał w przestrzeń ponad jej głową, jakby wypatrywał czegoś w 
dali 
za oknem. Po dłużącej się w nieskończoność chwili powiedział: 

background image

- Nie mam wielkiego wyboru. O unieważnieniu małżeństwa nie może 
być mowy po tym, jak sobie pobrykaliśmy ostatniej nocy. 
Faith zaparło dech. Dopiero po chwili odzyskała głos, 
- Wobec tego... rozwód- powiedziała z namysłem. - Ty wniesiesz 
petycję, czyja? 
- Rozwód?! - odwrócił się raptownie do niej. 
- Nie widzę innego wyjścia. Nie chcę żyć pod jednym dachem z 
człowiekiem, który aż tak mną gardzi! 
- To bolesna rana i jeszcze świeża. Jestem nadal na ciebie wściekły, 
Faith! - Griffin przesunął ręką po ustach. - Z czasem może zdołam ci 
wybaczyć. 
- A jeśli nie zdołasz, to co? Pozbędziesz się mnie czym prędzej i raz 
na zawsze? 
Zaczął niecierpliwie bębnić palcami po stole. 
- Nie mogę nic obiecywać ani przyrzekać, jeśli chodzi o naszą 
wspólną przyszłość. 
- Nie takiego małżeństwa pragnęłam. 
- No, cóż... Szkoda, że nie pomyślałaś o tym, zanim mnie cynicznie 
oszukałaś! - odparował Griffin, a w jego szarych oczach błysnął 
gniew. 
- Przyznaję, że jestem najbardziej winna- powiedziała Faith. - Ale 
nie tylko ja popełniłam błąd. Jeśli miałeś tak niskie mniemanie o 
moim 
charakterze, nie powinieneś oświadczać się komuś takiemu! 
Griffin wyprostował się w krześle, a potem pochylił do niej przez stół. 
- Spytałem cię bez ogródek, czy mój brat zrujnował ci życie. A ty to 
potwierdziłaś, moja panno! 
- I powiedziałam prawdę! Zniszczył moje szanse na zawarcie 
małżeństwa 
i uczynił mnie pośmiewiskiem! - Na jej twarzy pojawił się gorzki, 
krzywy uśmiech. - Po tylu latach groteskowego narzeczeństwa z 
kimś, 
kto najwyraźniej nie miał zamiaru mnie poślubić, stałam się 
przedmiotem 
drwin i dziwacznych domysłów. Każdy był ciekaw, co jest we mnie 
tak odrażającego, że Neville'a nie można zaciągnąć do ołtarza?! A 
kiedy 
umarł, wiedziałam, że nikt inny nie poprosi mnie o rękę. Nie mam 
złudzeń 
co do moich kobiecych uroków, Griffmie. Z pewnością nie zwróciłby 

background image

na mnie uwagi żaden kawaler do wzięcia. 
Spoglądali sobie prosto w twarz. Widziała wyraźnie zarys jego 
wysuniętej 
szczęki, świadczącej o uporze. 
- Co za bzdury! Mogłem'ci się oświadczyć z poczucia obowiązku, ale 
to wcale nie znaczy, że nie jesteś ponętna. Jeszcze jak! Z pewnością 
inni mężczyźni też są tego zdania. 
- Uważasz, że jestem ponętna? - W oczach Faith błysnęło 
podniecenie. 
To nieoczekiwane wyznanie Griffina przesłoniło wszystkie inne 
poruszone 
w dyskusji tematy. - Naprawdę? 
- To doprawdy nieistotne. - Griffin spojrzał na nią z typowo męską 
wyższością. -1 nie ma nic wspólnego z tematem naszej dyskusji. 
Faith nerwowo kruszyła w palcach kawałek grzanki. Dokonawszy 
dzieła 
zniszczenia, strzepnęła okruchy. Griffin znów coś mówi, ałe jego 
słowa 
już nie sprawiały Faith bólu. Jego zdaniem była ponętna! Przez całe 
życie 
pragnęła usłyszeć coś podobnego z męskich ust. I pomyśleć tylko, że 
powiedział 
to mężczyzna, w którym tak bardzo była zakochana, który był 
jej mężem... Jeszcze był. 
To proste wyznanie sprawiło, że Faith spojrzała teraz na wszystko 
innymi 
oczyma. Ocknęła się w niej nadzieja. Zarysowała się realna szansa 
utrzymania tego małżeństwa. Griffin powiedział, że prawdopodobnie 
z czasem zdoła jej wybaczyć. Jeszcze jeden powód do optymizmu! 
W głowie 
Faith kłębiły się wspomnienia z ich nocy poślubnej. Zapierały jej 
dech, rozpłomieniały ją. Pamiętała wyraźnie wzajemne pieszczoty, 
swą 
gwałtowną reakcję na jego dotyk, chwilę, gdy zatraciła się kompletnie 
w jego objęciach. 
Żaden mężczyzna nie mógł być taki łagodny, taki czuły, gdyby nie 
kochał 
choć troszkę kobiety, którą tulił w ramionach. Jeszcze jeden powód 
do nadziei! 
- Faith? Faith! Ty mnie w ogóle nie słuchasz! 

background image

Poczuła na ramieniu ręce męża. W nowym przypływie determinacji 
uniosła dumnie głowę i spojrzała mu w oczy. 
- Próbowałam wyjaśnić ci moje postępowanie, Griffinie. Przeprosiłam, 
i to nie raz, za swoje winy. Nie wiem, co mogłabym zrobić więcej. 
Wspomniałeś, że być może kiedyś mi wybaczysz. To bardzo 
wspaniałomyślnie 
z twojej strony, ale ja nie mam dość hartu, by odprawiać do końca 
życia pokutę za popełniony błąd. - Trzymając się krawędzi stołu 
wstała, 
choć czuła się niepewnie na nogach i była w strachu, że załamią się 
pod jej ciężarem. 
Uświadamiała sobie w pełni, jakie podejmuje ryzyko, ale postanowiła 
bezczelnie obstawać przy swoim. Jeśli w ogóle istniała jakaś szansa 
wspólnego 
życia, musi odzyskać swą godność osobistą i szacunek dla samej 
siebie. W przeciwnym wypadku Griffin zawsze będzie w niej widział 
oszustkę. 
- Jak tylko uda mi się wynająć powóz, wracam do Mayfair Manor. 
Jeśli dojdziesz do wniosku, że zależy ci na naszym małżeństwie, 
odnajdziesz mnie bez trudu. 
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. 
- Wymagasz ode mnie, bym uznał sprawę za zamkniętą i nigdy do 
niej nie wracał?! 
- Właśnie! - Odwróciła się od niego i podeszła do drzwi. - Nie 
pozostanę 
tam, gdzie mnie nie chcą. Nie zamierzam nieustannie żebrać o twoje 
przebaczenie. Pragnę być twoją żoną, Griffinie, ale nie chcę być 
twoim chłopcem do bicia! 
Zrobiła pięć kroków najdłuższych w całym jej życiu i jakoś zdołała 
otworzyć drzwi do sypialni. Żadne z nich nie odezwało się ani 
słowem. 
W kompletnej ciszy Griffin gapił się ze zdumieniem na zamknięte 
drzwi. 
Nadal nie mógł uwierzyć, że Faith z całym spokojem postawiła swe 
ultimatum 
i po prostu odeszła. Był pewien, że zaraz zakipi w nim gniew, ogarnie 
go wściekłość... ale nic takiego się nie wydarzyło. Być może cały jego 
gniew wypalił się ubiegłej nocy, gdy opuścił sypialnię i nowo 
poślubioną 
żonę. Wtedy to przez kilka godzin krążył bez celu wokół stodoły i 

background image

stajni. 
Skoro świt wezwał właściciela zajazdu i opowiedział mu jakąś 
niedorzeczną 
bajeczkę o lokaju, którego musi koniecznie ulokować w większym 
pomieszczeniu. Na szczęście był akurat wolny pokój, ale zamiast 
lokaja spędził tam resztę nocy sam Griffin, rzucając się niespokojnie 
na 
łóżku i bijąc z myślami. Usiłował zgłębić własne uczucia i znaleźć 
jakieś 
rozwiązanie swych małżeńskich problemów. 
Czy ta kobieta nigdy nie przestanie go zaskakiwać? Jego, który od lat 
uchodził za wytrawnego znawcę kobiecej psychiki? Który przez te 
wszystkie 
lata cieszył się względami kobiet najróżniejszego typu? 
Był zawsze dumny z tego, jak łatwo nawiązuje i zrywa niezliczone 
znajomości. Obywało się bez awantur, zbędnych wybuchów emocji 
czy 
prób zemsty, na które uskarżali się inni mężczyźni, opowiadając o 
swoich 
żonach, utrzymankach, a nawet przygodnych kochankach. Griffin 
nigdy nie miewał podobnych kłopotów. 
Teraz jednak wziął sobie na kark żonę, która wciąż zaskakiwała go 
swym postępowaniem, a na dodatek miała upodobanie do 
dramatycznych 
scen. Skutkiem tego życie Griffina w krótkim czasie stało się 
niewiarygodnie wprost skomplikowane. 
Prawdę mówiąc, problem nie ograniczał się do kłopotów z 
nieprzewidywalnymi 
reakcjami żony. Griffinowi niełatwo było wyznać, że czuł się 
dotknięty dwulicowością żony i zraniony jej oszustwem. Przyznałby 
się 
tym samym, że naprawdę zależy mu na tej tryskającej życiem 
kobiecie 
i że w kontaktach z nią kieruje się sercem, a nie rozumem. 
Griffin uważał się zawsze za odpornego na wszelkie rany, jakie 
potrafi 
zadać kobieta. Był więc niemile zaskoczony, gdy uświadomił sobie, 
że 
wcale nie jest taki odporny. I miał żal do Faith, gdyż z jej powodu 
dokonał tego niepokojącego odkrycia. 

background image

Griffin odetchnął głęboko i pomasował się po brzuchu. Obfite 
śniadanie, 
którym się uraczył, by pokazać Faith, jaki jest spokojny i jak panuje 
nad sytuacją, ciążyło mu w żołądku. Pożałował nagle, że jego 
zraniona 
duma wymagała takich poświęceń. 
Ale co teraz począć? Trwać ze stoickim spokojem w tym 
niedobranym 
małżeństwie czy w jakiś godny sposób uwolnić się od złożonej tak 
niedawno przysięgi? 
Może naprawdę wina leżała nie tylko po stronie Faith? Może zawarł 
to 
małżeństwo, nie mając pojęcia, w co się pakuje? Łudził się, że będzie 
to 
dyskretny, beznamiętny, szacowny związek. Coś na kształt 
małżeństwa jego rodziców. 
W swej naiwności Griffin założył, że oboje - on i Faith - wdrożą się 
z czasem do wspólnego życia, opierającego się na wzajemnym 
szacunku, 
wspólnych poglądach i ciepłej - broń Boże za gorącej! - przyjaźni. 
Teraz wiedział już, że była to utopia. Uświadomił to sobie ubiegłej 
nocy, gdy uczynił Faith swoją żoną w pełnym znaczeniu tego słowa. 
Zrozumiał, 
że jego małżeńskie plany są absolutnie nierealne. I nie dlatego, 
że Faith okazała się dziewicą, ale dlatego, że jej namiętna, żarliwa 
reakcja 
tak go rozpłomieniła, iż nie był już zdolny do racjonalnego myślenia. 
Z tego właśnie powodu, że oboje tak emocjonalnie reagowali na 
wzajemną 
bliskość, Griffin ubiegłej nocy po prostu uciekł od żony. Nigdy 
w życiu nie skrzywdził kobiety z rozmysłem. Okrucieństwo wobec 
istot 
słabszych i bezbronnych było sprzeczne z jego naturą. 
Zeszłej nocy widział wyraźnie ból na twarzy Faith i łzy w jej oczach. 
Słyszał w jej głosie szczery żal. A mimo to wypadł z sypialni, nie 
mogąc 
ani zapomnieć, ani wybaczyć jej, że złapała go w pułapkę, 
kłamstwem zmusiła do małżeństwa. 
Czy wymaganie od żony zwykłej uczciwości jest zbyt wygórowanym 
żądaniem?! 

background image

Bębniąc palcami po stole, Griffin rozważał te kwestie i musiał 
przyznać, 
że i on nie był całkiem uczciwy wobec Faith; nie wyjawił jej prawdy 
o swoim synku. Wierzyła, że malec jest owocem poprzedniego 
małżeństwa, 
on zaś nie sprostował jej omyłki, gdyż wyjawienie prawdy przyszłoby 
mu z trudem. 
Czyjego przemilczenie było równie karygodne jak błąd żony? Griffin 
niecierpliwie walnął rękaw blat stołu i błyskawicznie odpędził od 
siebie 
tę myśl. W tej chwili nie chodzi o jego uczynki, tylko o postępowanie 
Faith! 
Może z czasem jakoś się ułoży między nimi. Griffin nie był tego 
pewny, 
ale już się zorientował, że separacja nie jest odpowiednim 
lekarstwem na takie kłopoty. 
Podjąwszy decyzję podkradł się po cichu do drzwi sypialni i otworzył 
je mocnym szarpnięciem. Faith, która akurat wkładała płaszcz 
podróżny, 
odwróciła się i wydała okrzyk zdumienia. Nerwowym gestem 
odprawiła 
służącą i stawiła czoła mężowi. 
- Nie wypada, by wicehrabina Dewhurst podróżowała wynajętym 
powozem 
- oświadczył Griffin wyniosłym tonem. - Mój powóz i stangret są do 
twojej dyspozycji. 
- A ty jak wrócisz do domu? - Spytała zatroskanym głosem. - Czyżbyś 
chciał zostać w Londynie? 
- Ja też jadę na wieś. A dzień mamy piękny. W sam raz na długą 
konną 
wyprawę. - Mimo woli na jego twarzy pojawił się grymas. - Mój 
żołądek 
nie znosi wielogodzinnych podróży w zamkniętym powozie. 
Na twarzy Faith po raz pierwszy tego ranka pojawił się szczery 
uśmiech. 
Griffin zdumiał się, że ten widok aż tak go uradował. 
- Przez tyle lat byłeś kapitanem okrętu - dziwiła się Faith - a 
chybotanie 
powozu przyprawia cię o mdłości?! 
- Potężny statek to całkiem innego niż powozik na kiepskich 

background image

resorach! 
-burknął. 
- Bez wątpienia! - Dostrzegł szeroki uśmiech, choć starała się go 
ukryć 
za rozpostartą dłonią. - Doceniam twą wielkoduszność, milordzie! 
- Nie jestem wcale wielkoduszny. Tylko praktyczny. 
- Masz słuszność, milordzie. - Uśmiech znikł błyskawicznie. Faith 
zmarszczyła brwi, zaczerwieniła się i spuściła oczy. 
- Chciałbym cię o coś prosić. 
- Naprawdę? 
Znów podniosła na niego oczy. Zauważył, że jest całkiem zbita z 
tropu. 
- Nie mogę znieść tego milordowania. 
- Ach, tak? Bardzo mi przykro. 
Była niemal potulna. Wcale niepodobna do kobiety, przez którą czuł 
niedawno taki gniew. 
- Na przyszłość bądź tak dobra i zwracaj się do mnie po imieniu. 
- Jak sobie życzysz... - Zawahała się i dodała z lekkim 
uśmiechem ...Griffinie. 
Skinął głową na znak aprobaty. 
- W myśl przysięgi zapewniam ci ochronę mego nazwiska, godność 
mego tytułu i zabezpieczenie mego majątku. 
Ostatni frazes wymówił z ironicznym uśmieszkiem. Nie zapomniał, że 
to dzięki fortunie Faith można będzie przeprowadzić generalny 
remont ich rodowej siedziby. 
- Jestem w pełni świadoma przywilejów, jakich dostąpiłam w wyniku 
naszego małżeństwa. I wdzięczna za nie. - Energicznie pociągnęła 
za sznurki 
peleryny i związałaje pod szyją na wielką kokardę. Wzięła rękawiczki 
i torebkę. 
- Dziękuję również za pożyczenie powozu. Zadbam o to, by zaraz 
po moim przyjeździe do Mayfair Manor został zwrócony komu trzeba. 
- Nie musisz się tym zajmować. 
Jego surowy głos sprawił, że zatrzymała się w drodze do drzwi. 
- Chcesz, żebym zatrzymała twój powóz w Mayfair Manor? 
- Nie. 
Przez chwilę spoglądała na niego zdezorientowana. 
- Wobec tego co mam polecić mojej służbie? 
- Nic. Mój powóz zawiezie cię do Hawthorne Castle, gdzie bez twoich 
poleceń odstawią go do wozowni. - Na twarzy Griffina pojawił się 

background image

wyraz stanowczości, prawie uporu. - Bez względu na dzielące nas 
nieporozumienia, 
nie zamierzam wyrzekać się żony. Jej miejsce jest pod moim 
dachem. 
Wygłosiwszy to oświadczenie, tym razem on wykręcił się na pięcie 
i z całym spokojem ruszył ku drzwiom, pozostawiając za sobą 
oszołomioną Faith. 

To nie był triumfalny wjazd, o jakim Faith zawsze marzyła. Nie witali 
jej wierni słudzy zgromadzeni po obu stronach podjazdu, nie życzyli 
szczęścia 
z rozradowanymi twarzami i z uśmiechami - witała ją pustka i 
kompletna 
cisza. Nie było też przy niej czułego męża, dodającego odwagi 
uściskiem ręki. Towarzyszyły Faith wyłącznie jej własne nerwy. 
Griffin całą drogę spędził na końskim grzbiecie. Nie rozstał się z 
wierzchowcem 
nawet wtedy, gdy zaczęło mżyć. Z początku Faith była rada, że 
nie musi znosić jego uporczywego gapienia się ani oskarżycielskich 
spojrzeń, 
ale potem z każdym przebytym kilometrem czuła się coraz bardziej 
smutna i samotna. 
Wspominała tęsknie dni przed ślubem, kiedy Griffin przychodził do 
domu Meny i starał się rozweselić i rozerwać obie damy. Jego 
chłopięcy 
urok i złośliwy niekiedy dowcip rozjaśniał im każde popołudnie. Czy 
jeszcze 
kiedyś zobaczy go w równie beztroskim nastroju? 
Powóz zatrzymał się. Przez sekundę Faith żywiła nadzieję, że Griffin 
pomoże jej wysiąść, ale wyciągnęła się do niej jedynie odziana w 
białą 
rękawiczkę ręka lokaja. Udzieliwszy sobie w duchu ostrej 
reprymendy, 
że oczekuje zbyt wiele i za szybko od nowo poślubionego męża, 
wicehrabina 
Dewhurst wyłoniła się z wnętrza powozu jak motyl z kokonu. 
Stwierdziła z ulgą, że Griffin nie zapomniał jednak o dobrych 
manierach. 
Z nieodgadnionym wyrazem twarzy czekał na nią przed zamkniętymi 
frontowymi drzwiami. Kosztowało jato więcej odwagi, niż 

background image

przypuszczała, 
ale uniosła wysoko głowę i podeszła do niego, zachowując pozory 
godności. 
- Spodziewam się, że miałaś przyjemną podróż - odezwał się 
sztywno, gdy stanęła u jego boku. 
- O dziwo, podróż wcale mnie nie zmęczyła - odparła Faith, marząc 
o tym, by wesprzeć się na jego ramieniu. Nogi jej zesztywniały, 
kolana 
były jak z waty. - Oznajmiam z dumą, że nie rozstałam się ze 
śniadaniem nawet na najgorszych wybojach. 
- Zazdroszczę ci wytrzymałego żołądka - zauważył z lekkim 
uśmiechem. 
- Powinnaś być wdzięczna losowi, że obdarzył cię taką żelazną 
konstrukcją. 
- Masz na myśli moje organy trawienne czy zakutą głowę? - 
zażartowała. 
Twarz Griffina znów zajaśniała uśmiechem, a Faith zrobiło się ciepło 
na sercu. Osłabły jej wątpliwości, zmniejszył się niepokój. Póki 
starcza 
jej odwagi, by się z nim przekomarzać, a on na to reaguje, to jest 
jeszcze dla nich nadzieja! 
Mimo to Faith z trudem powstrzymała jęk rozpaczy, gdy drzwi 
frontowe 
otworzyły się i ujrzała tego samego majordomusa, którego nie tak 
dawno oszukała, by wtargnąć do wnętrza domu. Był to wysoki, 
kościsty 
mężczyzna z jedynym siwym pasmem włosów na ciemnej czuprynie. 
Gdy 
tylko Faith weszła do domu, dostrzegła w jego oku błysk rozbawienia. 
Szybko jednak zniknął, gdy majordomus zorientował się, jaką pozycję 
zajmuje obecnie przybyły gość. 
- W imieniu własnym i całej służby pragnę złożyć najszczersze 
gratulacje - zdołał wykrztusić. 
- Dziękuję - odparła łaskawym tonem Faith. - Chciałabym jak 
najszybciej 
spotkać się z całym personelem i poznać wszystkich razem i każdego 
z osobna. 
Najwyraźniej ta uwaga wywarła złe wrażenie. Majordomus wydawał 
się zgorszony jej słowami. Ale trwało to tylko ułamek sekundy i zaraz 
jego twarz stała się znów beznamiętną maską. 

background image

- Jak sobie jej lordowska mość życzy. 
- Czy moje siostry są w domu? - spytał Griffin, wręczając swój 
kapelusz 
i rękawiczki czekającemu na nie lokajowi. 
- Tak jest, milordzie - odparł majordomus, któremu wyraźnie ulżyło, 
gdy usłyszał właściwą kwestię, na którą miał gotową odpowiedź. - 
Obie 
są w pokoju muzycznym; uczą panicza Neville'a grać na fortepianie. 
- Zechciej je powiadomić, że wróciłem z Londynu. I poproś, by zeszły 
do salonu. Mam ważne nowiny, które chcę im przekazać osobiście. 
- Rozumiem, milordzie. - Majordomus ukłonił się. - Czy mam podać 
jakieś trunki? 
- Wystarczy nam herbata. 
Słysząc odpowiedź Griffina, Faith zmarszczyła brwi. A więc ich ślub 
nie był wystarczającą okazją do toastów? Ani kropli szampana, by 
wypić 
zdrowie nowożeńców i życzyć im wszelkiej pomyślności! W zasadzie 
pochwalała prostolinijność Griffina i jego niechęć do udawania... ale 
w głębi duszy czuła się zawiedziona. 
Idąc obok siebie do salonu, ani razu nawet nie musnęli się 
ramionami; 
korytarz był wystarczająco szeroki, by zachować dystans. Faith 
zatrzymała 
się w progu. Serce jej biło jak szalone, nad ustami ukazały się 
kropelki potu. 
Nie liczyła na serdeczne powitanie ze strony sióstr Griffina. Harriet 
nigdy jej nie lubiła, a Elizabeth zwykle szła za przykładem 
despotycznej 
starszej siostry. Faith mówiła sobie w duchu, że opinia szwagierek 
ma 
dla niej niewielkie znaczenie. Zależało jej za to ogromnie na 
pozyskaniu sympatii małego pasierba. 
Trudno jednak zaprzeczyć, że jej nowe życie układałoby się znacznie 
łatwiej, gdyby szwagierki przyjęły ją życzliwie. Ze zmarszczką 
niepokoju 
na czole Faith usadowiła się w stojącym w rogu pokoju fotelu, 
podczas 
gdy Griffin krążył w tę i z powrotem po dywanie rozłożonym na 
wprost kominka. Nie zamienili ze sobą ani słowa. 
Kiedy znów otworzyły się drzwi salonu, stały w nich tylko dwie 

background image

kobiety. 
Widocznie chłopca odesłano z powrotem do pokoju dziecinnego. 
- Griffin! Wróciłeś nareszcie! 
Elizabeth podbiegła do starszego brata, on zaś objął ją serdecznie. 
Ucałował 
w czoło najpierw ją, a potem Harriet. Faith zauważyła, że ten dowód 
braterskiego przywiązania sprawił, iż niewzruszona panna Sainthill 
nieco 
odtajała. Żadna z sióstr nie spostrzegła milczącej, ukrytej w cieniu 
Faith. 
- Spójrzcie, kogo przywiozłem ze sobą. 
Słowom Griffina towarzyszył gest ręki - i trzy pary oczu zwróciły się 
w stronę Faith. Ze ściśniętym sercem obdarzyła swą nową rodzinę 
bla
dym uśmiechem. Cała trójka stała razem w przeciwległym końcu 
pokoju. 
Nie ulegało wątpliwości, że stanowią zwarty front. 
- Jak to miło, że przywiozłeś nam gościa! - odezwała się pogodnym 
tonem Elizabeth. - Ogromnie się cieszę, że znów panią widzę, panno 
Linden. 
- To już nie jest panna Linden - oznajmił beznamiętnym tonem Griffin 
- tylko nowa wicehrabina Dewhurst. Pobraliśmy się z Faith wczoraj. 
Harriet raptownie odsunęła się od brata i wyraźnie zbladła. 
- Czyś ty zwariował? - syknęła. - Ożeniłeś się z nią?! Jeśli to ma być 
żart, to doprawdy w najgorszym guście! 
- Widzę, że siostry dobrze znają twoje przewrotne poczucie humoru 
odezwała 
się Faith. Splotła mocno ręce, próbując nie okazać lęku ani słabości 
i dodała: - Ale tym razem to nie żart, Harriet. Wczoraj po południu 
wzięliśmy z Griffinem ślub w jednym z londyńskich kościołów. 
Jesteśmy 
mężem i żoną w całym tego słowa znaczeniu. 
Harriet zaparło dech, gdy usłyszała tę niestosowną uwagę. Elizabeth 
zrobiła tylko zdziwioną minę. Faith poczuła na twarzy gorący 
rumieniec. 
Zawstydziła się z powodu swej gafy. 
- Czy muszę przypominać, że jest z nami panienka? - prychnęła 
pogardliwie 
Harriet. Wyjęła z kieszeni sukni pięknie haftowaną chusteczkę 
i przytknęła ją do nosa. - Nie wiem, jakie zasady dobrego 

background image

wychowania 
obowiązują w Mayfair Manor, ale w tym domu nie jesteśmy 
przyzwyczajeni 
do poruszania takich... osobistych tematów. 
Faith ogarnął nagły gniew. Jej niestosowna uwaga nie była 
prowokacją, 
wynikała raczej z nerwowego napięcia. Komentarz Harriet zaś był 
zwyczajnie okrutny. Faith zbierała myśli, by odpowiedzieć na złośliwą 
zaczepkę, ale nie przychodziło jej do głowy nic równie zjadliwego. 
- Dość tego, Harriet! - W głosie Griffina brzmiało wyraźne 
ostrzeżenie, 
ale jego siostra była zbyt podminowana, by na to zważać. 
- Cóż cię opętało, że ożeniłeś się z kimś takim?! - wybuchnęła 
Harriet, 
zwracając się znów do brata. - I skąd ten pośpiech? Wyjechałeś do 
Londynu zaledwie dwa tygodnie temu! Nie mogłeś wstrzymać się z 
tym 
ślubem i wziąć go w stosownym terminie?! 
- Rozumiem, że ta nagła wieść zdumiała cię i zaszokowała, Harriet, 
ale licz się ze słowami! Faith jest teraz moją żoną i twoją siostrą. 
Griffin mówił z pozornym spokojem, ale Faith zauważyła, że mąż 
zaciska szczęki. 
Harriet z rozmysłem obrzuciła bratową pogardliwym spojrzeniem. 
- To nie szok, tylko koszmar senny! - burknęła. 
- Dość tego, powiedziałem! Przekroczyłaś wszelkie granice, siostro. 
Przeproś natychmiast moją żonę! 
Twarz Griffina była spięta i surowa. Jedno spojrzenie wystarczyło, by 
ukrócić wszelkie protesty Harriet. 
- To niepotrzebne... - odezwała się Faith. 
- Proszę, zamilcz! - ofuknął ją Griffin i przeszył ostrym wzrokiem. 
Przez chwilę Harriet stała w milczeniu, z zaciśniętymi zębami. 
Elizabeth 
przysunęła się do niej i schwyciła siostrę za rękę, chcąc ją w ten 
sposób wesprzeć w trudnej chwili. Z ust Harriet wydobyło się 
stłumione 
westchnienie. Skinęła głową Faith i powiedziała „przepraszam". Nie 
dodała 
ani słowa więcej, ale pałające wściekłym gniewem oczy zdradzały jej 
prawdziwe uczucia. 
Podano herbatę. Harriet zrobiła taki ruch, jakby chciała wyjść z 

background image

pokoju, 
ale wystarczyło jedno groźne spojrzenie brata, by pozostała w 
salonie. 
Z widoczną niechęcią usiadła na samym brzeżku wyściełanego 
krzesła, dokładnie na wprost Faith. 
Gdy służba nakrywała do herbaty, w salonie panowało kompletne 
milczenie. 
- Kucharka kazała przeprosić jej lordowską mość za taki skromny 
podwieczorek- odezwał się nieśmiało młody lokaj. - Ma nadzieję, że 
obiad okaże się godny jaśnie pani i wyrazi naszą radość, że możemy 
znów 
powitać wicehrabinę Dewhurst w Hawthorne Castle. 
- Wszystko wygląda bardzo apetycznie - zapewniła go Faith. - Jestem 
pełna podziwu dla kucharki. W tak krótkim czasie zdołała to wszystko 
wyczarować! Proszę jej powtórzyć, że bardzo dziękuję, iż zadała 
sobie dla mnie tyle trudu. 
Lokaj uśmiechnął się, skłonił i wyszedł. Faith i Harriet równocześnie 
sięgnęły po srebrny imbryk. Ich ręce zderzyły się, imbryk zakołysał 
się 
niebezpiecznie, ale się nie przewrócił. 
- Przepraszam! -wymamrotała Faith, cofając gwałtownie rękę. 
Harriet zmierzyła ją przeciągłym, badawczym spojrzeniem. 
- To ja przepraszam. Znowu się zapomniałam. Nalewanie herbaty 
jest oczywiście przywilejem pani domu. 
- Ale to przecież zwykły rodzinny podwieczorek! - odpowiedziała 
Faith.
 - Zupełnie naturalne, że to ty czynisz honory domu. 
- Nie ma mowy. Nigdy już nie zapomnę, kto jest panią tego domu 
odparła 
sztywno Harriet i wymownym gestem splotła ręce na podbrzuszu. 
- Ależ bardzo proszę! 
- Za nic tego nie zrobię. 
- Griffinie! - Faith zwróciła się do męża błagalnym tonem. 
- Nalej nam wreszcie herbaty i niech się skończy to idiotyczne 
zamieszanie! 
Wicehrabia zmierzył gniewnym wzrokiem obie damy i opadł na fotel. 
Faith walczyła z dławiącymi ją łzami. Przed chwilą Griffin ujął się za 
nią, ale teraz opowiedział się po stronie siostry. Odczuła to boleśnie. 
Zdała 
sobie jednak sprawę z tego, że pozyskanie życzliwości Harriet będzie 

background image

wyjątkowo trudne, prawie niemożliwe, jeśli na każdy pojednawczy 
gest 
szwagierka będzie odpowiadać jawną wrogością. 
Faith z wielkim trudem zaczerpnęła raz i drugi powietrza, by się 
uspokoić. 
Powtarzała sobie w duchu, że nie warto się denerwować z byle 
powodu. 
Wyraźna nieżyczliwość, jaką okazywała jej Harriet, była w tej 
chwili najmniej ważnym z problemów, którym musiała stawić czoło. 
Uparte łzy nadal napływały jej do oczu, choć robiła, co mogła, by je 
powstrzymać. Pochyliła więc głowę w ten sposób, by nikt nie widział 
wyraźnie jej twarzy, i zabrała się do nalewania herbaty. 
- Dla mnie z cukrem -podpowiedziała jej życzliwie Elizabeth. Kiedy 
spojrzała na starszą siostrę, w oczach jej błysnął niepokój. - Dla 
Harriet tak samo. 
Harriet skwitowała uwagę siostry pogardliwym prychnięciem. Faith 
w milczeniu włożyła do filiżanki dużą kostkę cukru i podała herbatę 
naburmuszonej 
szwagierce. Ta podziękowała ledwie dostrzegalnym skinieniem 
głowy i odstawiła filiżankę na stół, nawet nie spróbowawszy. 
- Chyba się napiję whisky - powiedział Griffin, gdy żona podała mu 
herbatę. 
Faith żałowała, że nie starczy jej odwagi poprosić go, by jej również 
nalał whisky. Co prawda, nigdy nie piła żadnych mocniejszych 
trunków, 
ale w tej chwili myśl o beztroskiej wesołości, jaką wywołuje podobno 
ten napitek, wydawała się jej niezwykle kusząca. 
Wypiła jednak łyk herbaty, na którą wcale nie miała ochoty, czekała, 
jak potoczy się rozmowa w rodzinnym gronie. Ale jakoś nikt się nie 
odzywał. 
- Czy podróż z Londynu była przyjemna? - rzuciła wreszcie Elizabeth. 
- Niezła - odparł Griffin. 
- Nie padało? 
- Trochę. 
- O!... - Elizabeth wypiła łyk herbaty. Spojrzała na brata niepewnym 
wzrokiem. -1 co? Rozmyło drogi? 
- Naturalnie. 
- Okropność! 
Faith westchnęła. Choć w pełni doceniała wysiłki Elizabeth, by 
podtrzymać 

background image

konwersację, czuła się fatalnie pod względem fizycznym i duchowym 
i nie stać jej było na włączenie się do dialogu. W dodatku ta 
pasjonująca dyskusja działała na nią tak kojąco, że omal nie usnęła. 
Harriet, zdaje się, miała podobne kłopoty. W słabym blasku świec 
oczy 
szwagierki były dziwnie szkliste. Harriet nigdy nie uchodziła za 
piękność, 
toteż Faith ze zdumieniem uświadomiła sobie, jak atrakcyjna jest 
jej szwagierka, gdy żaden brzydki grymas nie zniekształca jej rysów. 
- Nawet nie zapytałeś o swego syna - odezwała się nagle Harriet, 
przerywając 
konwersację o pogodzie. - Mam nadzieję, że ten żałosny ożenek 
nie osłabi twego przywiązania do małego Neville'a. 
Uwaga ta zaskoczyła Griffina, który właśnie dolewał sobie whisky. 
Zmierzył siostrę wściekłym spojrzeniem. 
- Radzę ci, nie wystawiaj dłużej na próbę mej cierpliwości, bo już jest 
na ukończeniu! 
Harriet zrobiła wojowniczą minę. 
- Dziecko stęskniło się za tobą. Codziennie się dopytywało, kiedy 
tatuś wróci! 
Twarz Griffina złagodniała. 
- Słyszałem, że obie z Elizabeth uczycie go gry na fortepianie. Jest 
choć trochę muzykalny? 
- To jeszcze nic pewnego - odparła Harriet. - Za wcześnie na 
wydawanie 
wyroku. To była dopiero druga lekcja. 
Elizabeth zachichotała. 
- Jedno jest pewne: bardzo lubi walić z całej siły w klawisze! 
Harriet również uśmiechnęła się pobłażliwie. 
- To bardzo żywy chłopczyk, a teraz ze względu na pogodę musi 
siedzieć 
w domu, więc energia go rozpiera. 
- Chciałabym jak najszybciej go poznać! - wtrąciła żywo Faith. Nie 
mogła się doczekać chwili, gdy zacznie matkować temu urwisowi. 
Może 
dzięki niemu osiągnie wreszcie upragniony cel: stanie się cząstką 
rodziny? 
- Je teraz kolację w dziecinnym pokoju. Nie trzeba mu przeszkadzać 
oświadczyła 
kategorycznie Harriet. -A poza tym boi się obcych. Wstrzymajmy 

background image

się z zawieraniem nowych znajomości do jutra. 
- Miałam nadzieję, że zobaczę go jeszcze dziś... 
- Jutro - orzekła stanowczo Harriet i wstała. - A teraz wybaczcie, mam 
jeszcze mnóstwo obowiązków. Spotkamy się przy obiedzie. 
Punktualnie 
o siódmej. Na wsi trzymamy się twardo ustalonych godzin. Idziemy, 
Elizabeth! 
Elizabeth na sekundę zamarła. Potem odłożyła niedojedzone ciastko 
na talerzyk. Wzruszyła ramionami, chcąc zapewne okazać Faith, że 
wolałaby 
zostać. Strzepnęła jednak z palców okruszki i wyszła z pokoju w ślad 
za siostrą. 
W głowie Faith panował straszny zamęt. Miała ochotę wrzeszczeć z 
bezsilnego 
gniewu, ale zamiast tego zwróciła się do męża, licząc, że jakoś ją 
wesprze. Griffin odgarnął do tyłu swe ciemne włosy i łyknął spory 
haust 
whisky. Miał wypisane na twarzy, że nie zamierza ingerować w 
kolejną 
sprzeczkę pomiędzy żoną a siostrą. 
Faith odetchnęła ciężko. Gardziła sobą, że czuje się rozczarowana, 
słaba, bezsilna i bezradna. 
Nie oczekiwała entuzjastycznego powitania ze strony rodziny 
GrifFina. 
Dobrze wiedziała, że Harriet jej nie znosi. Ale ta jawna wrogość była 
dla niej zbyt silnym ciosem. Dostrzegła w oczach Harriet błysk 
oburzenia 
i domyśliła się bez trudu, że szwagierka uważa jej małżeństwo z 
Griffinem za osobistą zniewagę. 
1 nagle Faith zapragnęła znaleźć się znowu w pustym wnętrzu 
powozu 
i wyruszyć samotnie w podróż... ale już nie w poszukiwaniu nowego 
domu. Chciała się po prostu wyrwać z tego miejsca pełnego napięcia 
i nieustannych waśni. 
- Dziś wieczorem włożę tę zieloną, jedwabną - oznajmiła Faith 
służącej, 
która awansowała na jej osobistą pokojówkę. - Postaraj się, żeby 
była odprasowana i gotowa, gdy przyjdzie pora przebrać się do 
obiadu. 
- Tak jest, milady. - Służąca ostrożnie wyjęła suknię z ciężkiego 

background image

podróżnego 
kufra. -To piękna toaleta. Jakie klejnoty jaśnie pani do niej włoży? 
- Obejdzie się bez klejnotów. To przecież zwykły obiad w rodzinnym 
gronie. Po co miałabym się tak stroić? To byłoby wulgarne. 
Faith czuła na policzkach piekący rumieniec. Wstydziła się swego 
kłamstwa. Po prostu nie miała klejnotów godnych tej wspaniałej 
sukni. 
Posiadała zaledwie kilka sztuk biżuterii po matce. Żadna z tych 
błyskotek 
nie pasowała do stroju, w którym mogłaby wystąpić nawet na 
królewskim dworze. 
Służąca spoglądała na nią chytrze. Nie była młoda, służyła w 
Hawthorne Castle od wielu lat. 
- Wiem, gdzie są schowane rodzinne klejnoty. Mogę poprosić lokaja 
jego lordowskiej mości, to mi da klucz od schowka. Jest tam 
brylantowy 
naszyjnik, który należał do matki naszego jaśnie pana. Pasowałby w 
sam raz do tej sukni. 
Faith poczuła nagłą pokusę, by pójść za radą pokojówki, ale trwało to 
tylko chwilę. Może warto byłoby narazić się na gniew męża, byle 
zobaczyć 
minę Harriet na widok brylantowego naszyjnika? To subtelne 
przypomnienie, 
kto jest obecnie panią domu, z pewnością rozwścieczyłoby złośliwą 
szwagierkę! 
- Wystarczy sama suknia - oświadczyła jednak Faith, z pewnym 
żalem 
rezygnując z niezwykłej okazji. Utarcie nosa szwagierce nie było 
najlepszym sposobem umocnienia swej pozycji w nowym domu. Nie 
miała 
jeszcze pojęcia, jak tego dokonać, ale postanowiła dążyć uparcie do 
nawiązania 
przynajmniej poprawnych stosunków z Harriet. Na skutek wiecznej 
wojny ucierpieliby wszyscy mieszkańcy Hawthorne Castle. 
Prawdę mówiąc, nawet włożenie przez Faith nowej, kosztownej i 
modnej 
sukni mogło zostać uznane za swoistą demonstrację wyższości. 
Nietrudno 
było zauważyć, że stroje obu szwagierek były podniszczone i 
niemodne. 

background image

Jednak Faith zdecydowała się na tę właśnie suknię nie po to, by 
dokuczyć 
Harriet. Postanowiła ją włożyć, by dodać sobie odwagi. Ostatnim 
razem miała ją na sobie podczas balu u lady Dillard, tej nocy, gdy 
pozwolili 
sobie z Griffinem na skandaliczne zachowanie w ogrodzie. Może 
zielona 
suknia przypomni jej mężowi tamte miłe chwile? 
Pokojówka dygnęła i z bardzo rozczarowaną miną wyszła z sypialni. 
Gdy 
tylko Faith została sama, podbiegła do otwartego kufra. Uklękła przy 
nim 
i spod całych pokładów halek i innej równie ozdobnej bielizny 
wydobyła 
ostrożnie dużą, niekształtną paczkę owiniętą w gruby szary papier. 
Podniosła skarb do oczu i obejrzała ze wszystkich stron, by 
sprawdzić, 
czy nie został uszkodzony podczas transportu. Upewniwszy się, że 
wszystko 
jest w porządku, wetknęła paczkę pod pachę, podniosła się z klęczek 
i skierowała ku drzwiom. 
Wyjrzała tylko na korytarz. Był pusty. Z tajemniczą paczką w ręku 
wymknęła się więc po cichutku ze swej sypialni. 
Skamieniała usłyszawszy czyjeś zbliżające się kroki, ale na szczęście 
ten ktoś skręcił w inną stronę. Wydychając uwięzione w płucach 
powietrze, 
spojrzała na tarczę stojącego na korytarzu szafkowego zegara i 
upewniła 
się, że ma jeszcze prawie godzinę do chwili, gdy pokojówka wróci do 
jej sypialni z odprasowaną suknią. 
Kierując się wspomnieniami z dzieciństwa, Faith wspięła się na 
trzecie 
piętro. Kiedy była mała, nieraz odwiedzała tutejszy pokój dziecinny. 
Zdrowy rozsądek podpowiadał jej teraz, że właśnie tam znajdzie 
synka Griffma. 
Gdy weszła do obszernego, słonecznego pokoju, na jej widok 
podniosła 
się młoda służąca w luźnej sukni i czystym fartuchu. 
- Jestem lady Dewhurst - oznajmiła wyniośle Faith. - Przyszłam z 
wizytą do mego pasierba. 

background image

Młoda kobieta zawahała się. Faith była pewna, że wieść o 
nieoczekiwanym 
małżeństwie wicehrabiego i o przyjeździe młodej paiy do Hawthorne 
Castle dotarła już do wszystkich domowników. Prawdopodobnie 
służba dowiedziała się również o niechętnym nastawieniu Harriet do 
bratowej. 
Nie po to jednak Faith wdrapała się tak wysoko, by odejść z kwitkiem! 
Zebrała wszystkie siły, wyprostowała się i spojrzała na służącąz taką 
wyższością i pewnością siebie, że od razu było widać, kto tu wydaje 
rozkazy. 
- Panicz właśnie zjadł kolację - oświadczyła oficjalnym tonem niańka 
i odsunęła się na bok, by przepuścić dostojnego gościa. 
Faith spojrzała w głąb pokoju i zobaczyła chłopczyka, który spokojnie 
bawił się klockami w pobliżu zamkniętego okna. Służąca już miała go 
przywołać, ale Faith gestem nakazała jej milczenie. 
Podchodziła do chłopca powoli i ostrożnie, jak do płochliwej 
zwierzyny. 
Widocznie usłyszał jednak, że ktoś się zbliża, gdyż nagle odwrócił się 
i spojrzał Faith prosto w twarz. 
Serce jej podskoczyło i omal nie upuściła cennej paczki. Jaki 
podobny 
do Griffina!... Zdumiało jato, bo zupełnie bez sensu imię skojarzyło 
się 
jej z wyglądem i spodziewała się, że chłopczyk będzie podobny do 
dawnego 
narzeczonego. Nie ulegało wątpliwości, że to syn Griffina. 
Nieodrodny syn! 
- Dobry wieczór, Neville - powiedziała miękko Faith. 
Wyraz jego twarzy zmienił się. Nie był przestraszony, ale miał się na 
baczności. 
Faith wyciągnęła do niego rękę z pakunkiem. 
- To dla ciebie. Mam nadzieję, że ci się spodoba. 
- A co to jest? - spytało dziecko, biorąc prezent w obie rączki. Faith 
uśmiechnęła się. 
- Otwórz, to sam zobaczysz! 
Ale chłopczyk zawahał się. Spojrzał na paczkę, potem znów na Faith. 
Kiwnęła głową potakująco i dopiero wtedy zaczął odwijać papier. 
Faith była zdumiona jego powściągliwością. Większość dzieci, a 
nawet 
dorosłych, rzuciłaby się na prezent i w mgnieniu oka go rozpakowała. 

background image

A tymczasem syn Griffina skrupulatnie odwijal warstwę po warstwie, 
aż wreszcie jego oczom ukazał się podarek. 
- To statek! -zawołał zachwycony chłopiec. Podniósł zabawkę 
wysoko, 
by i niania mogła podziwiać prezent. - Taki sam jak tatusia! 
- Naprawdę podobny do statku tatusia? - spytała Faith z ożywieniem, 
podchodząc bliżej do dziecka. - Nigdy nie widziałam jego okrętu, aie 
bardzo uprzejmy pan, od którego kupiłam ten statek, zapewnił mnie, 
że to piękny model szkunera. 
- Czy on pływa? - spytał chłopiec, wodząc koniuszkiem palca po 
grotżaglu. 
- Nie jestem pewna... - Faith przygryzła dolną wargę. Była wściekła 
na własną głupotę. Jak mogła kupując tę zabawkę, nie upewnić się, 
że 
będzie pływała?! - Wiesz co? Jutro to sprawdzimy! Niedaleko, na 
skraju 
lasu jest staw, który się w sam raz nadaje do puszczania statków na 
wodę. 
Chcesz, żebyśmy tam poszli jutro rano, Neville? 
Dziecko skrzywiło się. 
- Nie lubię, jak na mnie mówią Neville. 
- Naprawdę? Nie wiedziałam o tym. A jak mam cię nazywać? 
- Georgie. 
Służąca pośpiesznie wyjaśniła. 
- Panicz ma na drugie imię George. Jakoś tydzień temu zaczął się 
napraszać, 
żeby go wołać Georgie. Panna Harriet i panna Elizabeth ustąpiły, 
bo one całkowicie panicza rozpuszczają. Ale jak jaśnie pani sobie 
życzy, to będziemy go wołali Neville. 
- Wcale sobie tego nie życzę! - Faith uśmiechnęła się od ucha do 
ucha. - Georgie to śliczne imię. Sama bym lepszego nie wymyśliła! 
Przyklękła na podłodze obok chłopca. Miała ogromną ochotę 
uściskać 
go z całej siły, ale się powstrzymała. Nie wyglądał na dziecko, które 
chętnie 
pozwala, by wszyscy, nawet obcy, czulili się do niego. Zdobycie 
zaufania 
tego dziecka było sprawą zbyt ważną, by niewczesnym pośpiechem 
zepsuć sprawę. 
- No to jak, Georgie? Sprawdzimy jutro rano, czy twój statek pływa? - 

background image

spytała Faith. 
Dziecko położyło statek na kolanach i z całą powagą rozważyło 
kwestię. 
Podjąwszy decyzję uśmiechnęło się promiennie i odpowiedziało: 
- Tak, bardzo dziękuję! 
Faith odwzajemniła uśmiech. 
- Znakomicie! Wobec tego spotkamy się jutro rano, panie Georgie! 
Wstała z podłogi. Żal jej było rozstawać się z nowym synkiem, ale nie 
chciała go zamęczyć ani zanudzić. 
Chłopczyk przyglądał się jej uważnie. Potem zmarszczył czoło, jakby 
nad czymś dumał. 
- Kto ty jesteś? - spytał z właściwą dzieciom bezpośredniością. 
- Mam na imię Faith - powiedziała miękko. - Jestem twoją nową 
mamą. 
- A tatuś o tym wie? 
- Tak. 
Chłopiec znów się zastanowił. W zadumie zaczął obgryzać 
paznokieć. 
Po chwili oświadczył z zadowoleniem. 
- Jak tatuś wie, to wszystko w porządku. 
Tym razem nie mogła się oprzeć. Pochyliła się i pocałowała go w 
policzek. 
Mężnie zniósł tę napaść i przyjaźnie pomachał do Faith, kiedy 
wychodziła. 
Była taka szczęśliwa, że niemal unosiła się w powietrzu. Sprawy 
układały się lepiej, niż przypuszczała! 
Udane spotkanie z małym Georgiem dodało Faith pewności siebie. 
Wpłynęła do jadalni w swojej ślicznej zielonej sukni niczym szkuner 
pod pełnymi żaglami. Czuła się jak nowo narodzona. Ani milczenie 
Griffina, ani z lekka zawoalowane przycinki Harriet nie zepsuły jej 
dobrego humoru. 
Młodsza szwagierka, Elizabeth, starała się okazać bratowej 
życzliwość. 
To szlachetne postępowanie naraziło ją na groźne miny i wyraźną 
dezaprobatę 
ze strony starszej siostry. Ale Faith nie przejmowała się wrogą 
postawą Harriet. Wciągnęła Elizabeth do ogólnej rozmowy. Nawet 
Griffin 
od czasu do czasu dorzucał słówko, ku jej wielkiej radości. 
Kiedy jednak przenieśli się z jadalni do salonu, zaczęło znów 

background image

wzrastać 
napięcie. Faith była coraz bardziej roztargniona. Głowiła się nad 
problemem: gdzie Griffin spędzi tę noc - w swoim pokoju, czy w jej 
sypialni? 
- Robi się późno - stwierdził nagle wicehrabia i przeszedłszy na drugą 
stronę pokoju, stanął obok żony. - Pora spać. 
Podał ramię Faith. Podniosła się lekko i wdzięcznie. Na myśl o sam 
na 
sam z Griffmem przebiegł ją nerwowy dreszcz. Ale zdecydowanie 
wolała 
odejść w jego towarzystwie, niż zostać na dole, by Harriet mogła się 
nad nią pastwić. 
Pożegnała się więc ze szwagierkami, życząc im dobrej nocy, i 
wsparta 
na ramieniu męża opuściła salon. 
Weszli po schodach na najwyższe piętro i skręcili w biegnący przez 
całą długość domu korytarz. Oświetlony był świecami w zmatowiałych 
mosiężnych kinkietach, które dopraszały się solidnego oczyszczenia i 
wypolerowania. 
Faith zauważyła w przelocie, że gruby chodnik pod ich nogami 
również należałoby solidnie wytrzepać. 
Dotarli wreszcie do drzwi jej sypialni. Faith spojrzała na Griffina i 
kolana 
zaczęły się jej trząść. Czy wejdzie razem z nią? Czy ona sobie życzy, 
żeby wszedł? 
Griffin ziewnął i potarł twarz rękami. 
- To był długi, wyczerpujący dzień. Myślę, że nam obojgu dobrze 
zrobi niczym niezakłócony sen. 
- Oczywiście -potaknęła automatycznie. Szczerze mówiąc, wcale nie 
pragnęła znaleźć się sama w tym wielkim łożu i bezskutecznie 
przywoływać 
ów sen. Żałowała, że nie ma dość odwagi, by wyciągnąć ręce do 
Griffina, objąć go i wyznać prawdę: pragnie zasnąć, ale w jego 
ramionach, 
zaspokojona i rozkosznie znużona po miłosnych igraszkach. 
Zamiast tego wbiła wzrok w chodnik i oboje stali tak przez chwilę w 
pełnej napięcia ciszy. 
- Dobranoc. 
Faith podniosła głowę i zobaczyła, że Griffin stoi przy drzwiach swego 
pokoju z ręką na klamce. Nie chcąc zostać sama na korytarzu, 

background image

sięgnęła 
również do klamki i zacisnęła na niej dłoń, żeby nie upaść. 
- Dobranoc, milordzie - szepnęła z lekką goryczą w głosie. - Miłych 
snów! 
Odpowiedział jej trzask zamykanych drzwi. 
T o było pożądanie. Nie ulega wątpliwości! Widział je wyraźnie 
w oczach Faith. A jednak odwrócił się od niej. Sam prawie nie mógł w 
to 
uwierzyć. On, Griffin Sainthill, odrzucił takie urzekająco bezwstydne 
zaproszenie?! I to ze strony jedynej w świecie kobiety, z którą mógł 
zażywać 
tych rozkoszy, nie łamiąc żadnego z praw boskich i ludzkich własnej 
żony! 
Świat najwidoczniej zwariował! Nic, ale to dosłownie nic, nie szło tak, 
jak sobie zaplanował. Przez cały wieczór, a właściwie przez cały 
dzień. 
Domyślał się, że jego małżeństwo nie przypadnie do gustu Harriet: 
dobrze wiedział, że nie przepada za Faith. Ale nie zdawał sobie 
sprawy 
z ogromu wrogich uczuć swej siostry. 
Atak Harriet zaskoczył także Faith, ona jednak błyskawicznie się 
ocknęła, 
odwzajemniając cios. Po raz drugi pomylił się w ocenie charakteru 
swojej żony. W pierwszej chwili zwróciła się do niego z prośbą o 
pomoc. 
Udzielił jej, ale tylko raz. A potem Faith - zdana tylko na własne siły 
sama rozprawiła się z przeciwnikiem. 
Owa ukryta siła Faith napełniła Griffma podziwem i ciekawością, ale 
zarazem sprawiła, że miał się odtąd na baczności. Przekonał się na 
własnej 
skórze, iż nie wszystkie niespodzianki, któiych żona mu nie skąpiła, 
bywają przyjemne. 
- Czy coś jest nie w porządku, milordzie? 
Wyrwany nagle z zamyślenia Griffin podniósł wzrok i ujrzał stojącego 
przy drzwiach lokaja. Widocznie tak był pochłonięty myślami, że nie 
zauważył jego wejścia. 
- Nie w porządku? Skądże znowu! Czemu o to pytasz? 
- Błagam o wybaczenie... ale jaśnie pan ma taką gniewną minę, jakby 
się stało coś strasznego. 
Griffinowi zrobiło się trochę głupio. Przez chwilę wpatrywał się w 

background image

służącego 
bez słowa. Widać nie ukrywał tak dobrze, jak mu się zdawało, 
swych burzliwych emocji związanych z Faith. Nawet jeśli żony nie 
było 
w pobliżu, nie przestawał o niej myśleć. 
W pierwszym odruchu Griffin usiłował przybrać obojętną minę, ale 
zaraz potem pomyślał sobie, że nie będzie się kryć przed służbą. I 
tak 
stanie się tematem ich rozmów. 
Lokaj zmarszczył czoło, zbierając myśli. 
- Czy mam pomóc jaśnie panu przy rozbieraniu się? 
- Nie. 
Służący skinął głową i podszedł do wielkiego łóżka. Zdjął narzutę i 
odwinął róg kołdry. 
- Może przynieść szkandelę? Dzień był co prawda ciepły, ale pod 
wieczór 
ochłodziło się, więc samotnemu mężowi przyda się zapewne 
mosiężna ogrzewaczka do pościeli. 
Griffin skrzywił się. Jego lokaj pozwolił sobie na subtelną aluzję. Nic 
dziwnego. Służba z pewnością obserwowała bacznie parę 
nowożeńców, 
a zwłaszcza scenę przed sypialnią. 
- Obejdzie się bez szkandeli - stwierdził stanowczym tonem. 
Lokaj znów skinął głową i zaczął czyścić szczotką podróżny strój 
swego 
pana. Griffin wbił wzrok w służącego, a gdy ten podniósł głowę, 
odprawił 
go nieznacznym gestem. 
Lokaj zawahał się, ale zaraz skłonił i opuścił pokój. 
Wicehrabia podszedł do okna. Wybrał to, które było najbardziej 
oddalone 
od wewnętrznych drzwi, wiodących do sypialni żony. Z 
westchnieniem 
rozsunął ciężkie kotary i zapatrzył się w mrok za oknem. Noc była 
pogodna, ale srebrzysta księżycowa poświata nie podniosła 
Dewhursta 
na duchu. W ten osobliwy, niepokojący wieczór nawet gwiazdy 
wydawały się zimne, odległe i nieprzyjazne. 
Griffin potrząsnął głową. Skąd mu się wzięły takie dziwaczne myśli?! 
Pospiesznie zasłonił okno i bez większego entuzjazmu zaczął się 

background image

rozbierać. 
Zdjął żakiet, rozluźnił węzeł krawatki, pozbył się kamizelki i koszuli. 
Zamiast schować wszystko do ozdobnej szafy, rzucił niedbale całe 
ubranie na oparcie fotela. Lokaj będzie miał przynajmniej coś do 
roboty, 
gdy zjawi się tu następnego dnia rankiem. 
Griffin wyprostował się i odetchnął głęboko raz i drugi. Nic nie 
pomogło. 
Nadal był niespokojny i rozdrażniony. O krok od wybuchu. Zerknął 
na wewnętrzne drzwi i z rozmysłem odwrócił wzrok. 
Po drugiej stronie tych drzwi czekały nań tylko kłopoty. 
Choć wicehrabia sporo wypił podczas obiadu, doszedł do wniosku, że 
w tej chwili dobrze by mu zrobiło coś mocniejszego. Na szczęście w 
sypialni 
znajdowała się karafka koniaku. Gdyby nie to, musiałby wzywać 
znów lokaja, co mu się wcale nie uśmiechało. Podobnie jak 
poszukiwanie 
trunków na własną rękę po całym domu o tak późnej porze. 
Griffin zacisnął wargi, nalał sobie szczodrze koniaku i zaczął obracać 
kieliszek w palcach, aż znajdujący się w nim złoty płyn zawirował. 
Myśli 
Dewhursta, choć starał się temu zapobiec, pobiegły znów do żony. 
Ciekawe, czy szykuje się dopiero do łóżka, czy spoczywa już w 
świeżo 
wypranej i wyprasowanej pościeli? Może ma na sobie tę 
przezroczystą 
koszulkę? Albo jeszcze lepiej: leży kusząco naga? Wyobraźnia i 
pamięć 
podsuwały mu podniecające obrazy. Wystarczyło kilka kroków, by 
znaleźć 
się obok niej. Oczy Faith i całe jej zachowanie mówiły wyraźnie, że 
nie 
wyrzuci męża ze swej sypialni. Nie odmówi mu miejsca w swoim 
łóżku. 
Gdyby się na to zdecydował, być może zelżałby uporczywy ból w 
pachwinie. 
Ale czy pozbyłby się w ten sposób wątpliwości ze swego umysłu? 
Po raz pierwszy w życiu Griffin poprzysiągł sobie, że będzie myślał 
głową, a nie inną częścią ciała. 
Noc spędzona z Faith niczego by nie rozwiązała; wręcz przeciwnie, 

background image

wszystko by się jeszcze bardziej zagmatwało. Powinni częściej się 
widywać, 
ale w dzień. Jeśli oboje nie poznają się lepiej, ustawicznie będzie 
między nimi dochodziło do nieporozumień. 
Musiał jednak szczerze przyznać w duchu, że nie pozbył się dotąd 
gniewnej urazy do Faith. Nawet się o to specjalnie nie starał. I w 
dalszym 
ciągu nie miał do niej zaufania. Ani trochę! 
Dlatego właśnie siedział tu sam jak palec. Cóż za żałosna sytuacja! 
Małżeństwo - filozofował Griffin, popijając koniak - to wyjątkowo 
irytujący wynalazek! 

- Widzisz, jak szybko płynie? - zawołała podniecona Faith. Podkasała 
spódnicę i biegła po nierównym gruncie nad stawem. - Chyba 
wreszcie 
ustawiliśmy te nieznośne żagle jak trzeba, Georgie! Statek już się nie 
przechyla na bok. I płynie tak szybko, że ani się obejrzymy, a dobije 
do przeciwnego brzegu! 
- Szybciej, szybciej! -poganiał ją zachwycony Georgie. Złapał Faith 
za rękę i ciągnął z całej siły. - Musimy go złapać, bo się rozbije o 
brzeg! 
Zasapana i roześmiana od ucha do ucha Faith pędziła z malcem 
przez 
wysoką trawę, plątała się w jakimś zielsku, brnęła po błocie. Musieli 
koniecznie 
prześcignąć płynący po stawie okręcik. Udzieliła się jej dziecięca 
radość Georgiego i ten zapał okazał się najlepszym lekarstwem na jej 
zbolałe serce. Faith zapomniała o troskach, odprężyła się... Nawet 
jeśli 
to tylko chwilowa ulga, dzięki Bogu i za nią! 
Przychodzili tu codziennie z Georgiem od tygodnia. Było to jedyne 
światełko w szarym tunelu monotonnych dni. 
Był to również codzienny rytuał... w dodatku okryty tajemnicą. O ich 
porannych wyprawach wiedziała tylko służąca, która opiekowała się 
chłopczykiem. 
Faith zazdrośnie ukrywała przed resztą rodziny krótkie chwile, 
spędzone wyłącznie z dzieckiem. 
- Widzisz? Pływa! - zapiszczał z radości Georgie. Przykucnął na 
samym 
brzegu i wyciągnął okręt z wody. Było tu bardzo płytko. 

background image

Chłopiec tulił zabawkę do piersi, a strużki brudnej wody spływały na 
czyściutką przed chwilą koszulę i krótkie spodenki. 
- Spuścimy twój okręt jeszcze raz na wodę? - spytała Faith, ostrożnie 
wyjmując zabawkę z rąk dziecka. 
Wyciągnęła z kieszeni koronkową chusteczkę i próbowała nią 
wytrzeć 
pobrudzone ubranko Georgiego. Bez powodzenia. Chłopczyk 
poddawał 
się cierpliwie jej zabiegom, ale błotniste plamy coraz bardziej się 
rozmazywały. 
Wreszcie Faith westchnęła z rezygnacją i schowała chusteczkę. 
Georgie ukląkł na błotnistym brzegu i próbował spuścić statek na 
wodę. 
Zabawka oddaliła się nieco od brzegu, ale zaraz cofnęła na 
poprzednie miejsce. 
- Dlaczego nie chce pływać? Zepsuł się? 
Faith odgarnęła włosy z czoła i zmierzyła wzrokiem niewielki staw. 
- Nie może płynąć pod wiatr, dlatego się cofa. Musimy wrócić tam, 
skąd twój statek wyruszył w rejs i jeszcze raz spuścimy go na wodę! 
- Tak chodzić i chodzić? O, tu jest duża łódka! Popłyniemy łódką, 
dobrze? 
Faith odwróciła się w kierunku wskazanym przez chłopca i ujrzała 
starą 
łódź wiosłową, wyciągniętą na brzeg i ukrytą w krzakach. 
- Ojej! - Faith pojęła od razu, jaką pokusę stanowiła dla Georgiego 
rozklekotana łódź. Dla małego dziecka była uosobieniem 
podniecającej 
przygody. Faith, niestety, na widok tego wraka pomyślała przede 
wszystkim 
o niebezpieczeństwach takiej eskapady. - Chyba nie powinniśmy 
korzystać z tej łodzi, Georgie. Ona nie jest nasza, rozumiesz? 
Dziecko nie zważało jednak na jej słabe protesty. Podbiegło do łódki 
z entuzjazmem psiaka, który wyrwał się z budy na swobodę. Nim 
Faith 
go dogoniła, Georgie siedział już w łodzi i usiłował podnieść jedno z 
dość ciężkich wioseł. 
- Tu są ławeczki! Jedna dla ciebie, jedna dla mnie - obwieścił z 
entuzjazmem. 
— Widzisz? Umiem wiosłować! - Uporał się z nieporęcznym 
wiosłem i z triumfem uniósł je do góry, o mały włos nie uderzając 

background image

Faith 
w głowę. Georgie był tak podniecony, że w ogóle tego nie zauważył. 
Popłyniemy? 
Ja bardzo proszę! 
- Ale to nie nasza łódź - powtórzyła bez większego przekonania Faith. 
-Nie wolno ruszać cudzych rzeczy! 
- Ciocia Harriet mówiła, że tu są... dobra rodowe mego tatusia. To 
chyba i łódka jest tatusia. 
Faith bardzo kusiło, żeby skłamać. To było najprostsze rozwiązanie. 
Obeszłoby się bez długiego tłumaczenia. 
- To rzeczywiście jest część rodowych dóbr twego taty. Wobec tego 
i łódka chyba do niego należy. Ale tylko do taty! Nie do ciebie i nie do 
mnie. 
- Ale mój tatuś bardzo mnie kocha! Ciągle mi to mówi. Na pewno się 
nie pogniewa, jak popływam w jego łódce! - Zmarszczył czoło i oparł 
bródkę na splecionych rączkach. - A ciebie tatuś nie kocha? 
Faith na chwilę zaniemówiła. Tylko dziecko mogło tak być tak 
prostolinijne i tak konkretne. 
- Nie chodzi o to, kogo tata kocha- powiedziała. - Nie wystarczy 
powiedzieć sobie: „na pewno się nie pogniewa". Musimy poprosić o 
pozwolenie, 
jeśli chcemy coś od taty wypożyczyć. 
Faith widziała, że chłopiec usiłuje zrozumieć wszystkie te zawiłości. 
- Ja wiem, że tatuś by nam pozwolił - powiedział cichutko. Na jego 
buzi odmalowało się takie rozczarowanie, że Faith nie mogła się 
dłużej opierać. 
Przygryzając dolną wargę, zaczęła analizować dokładnie sytuację. 
Ani 
śladu wiatru; powierzchnia stawu jest zupełnie gładka. Przepłynięcie 
na 
przeciwległy brzeg nie powinno być trudne, nawet jeśli Georgie 
będzie 
jej nieustannie „pomagał". Problem polegał na tym, że Faith nie 
umiała 
pływać. W ogóle nie przepadała za wodą, może z wyjątkiem tej w 
kąpieli. 
Może lepiej namówić go do pływania „na niby"? Ostrożnie wsiadła do 
łódki. Georgie uśmiechnął się od ucha do ucha i od razu zabrał do 
pomagania. 
Chcąc zapewnicjej więcej miejsca, machnął wiosłem w bok i omal 

background image

nie skosił niewielkiego drzewka. Faith roześmiała się i ustawiła wiosło 
we właściwej pozycji. 
- Jeśli chcesz popłynąć na drugą stronę stawu, musisz najpierw 
poćwiczyć! -oświadczyła. 
Z początku Georgie uznał taką zaprawę na sucho za doskonały 
pomysł. 
Jednak poruszanie ciężkimi wiosłami sprawiało mu wiele trudu, tym 
bardziej 
że co chwila grzęzły w wysokiej trawie. Po upływie kilku minut 
nawet Faith doszła do wniosku, że nie jest to zbyt zabawne. 
- Już sobie poćwiczyłem - stwierdził chłopiec, wygramolił się z łodzi 
i chwycił za koniec linki przywiązanej na dziobie. - Teraz możemy 
spuścić łódkę na wodę! 
Faith zmierzyła linkę bystrym wzrokiem. Nie zamierzała oczywiście 
pozwolić dziecku na wiosłowanie po stawie. To byłoby zbyt 
ryzykowne! 
Znajdowali się w najbardziej odludnej części majątku; bardzo rzadko 
ktoś 
tędy przechodził. Gdyby więc wpadli w jakieś tarapaty, nie byłoby 
nikogo, kto usłyszałby ich wołanie. 
Wymyśliła jednak sposób, dzięki któremu Georgie mógł zakosztować 
wielkiej morskiej przygody. Jeśli ona sama zostanie na brzegu, a 
koniec 
linki omota sobie mocno wokół ręki, łódka będzie unosić się na 
płytkiej 
wodzie w niewielkiej odległości od brzegu. Faith wiedziała, że dziecko 
wykona najwyżej jeden czy dwa ruchy ciężkimi wiosłami. Kiedy się 
zmęczy albo zgubi wiosło, ona ostrożnie zacznie ciągnąć za linkę i w 
krótkim 
czasie łódka znów przybije do brzegu. 
Może nie będzie to wielka przygoda, której Georgie tak łaknął, ale z 
pewnością 
lepsza zabawa niż wiosłowanie na sucho w gęstej trawie. 
Bardzo zadowolona ze swego planu Faith wysiadła bez pośpiechu z 
łódki 
i zeszła na ląd. Omal się przy tym nie przewróciła. 
- Wszystko gotowe, kapitanie! - Zasalutowała zamaszyście, a 
Georgie 
całkiem zręcznie odwzajemnił powitanie. - A teraz wodujemy statek! 
Dziecko posłusznie stanęło obok niej. Faith zatarła ręce i 

background image

uśmiechnęła 
się, gdy Georgie powtórzył jej ruch. Pochyliła się nisko i popchnęła 
łódź. 
Nogi jej się poślizgnęły na błocie i znów o mały włos nie upadła. 
Georgie zachichotał. Faith uśmiechnęła się i spróbowała jeszcze raz. 
Tym razem udało się jej popchnąć nieco łódź. Każdy mięsień w jej 
plecach 
gwałtownie protestował przeciwko niezwykłym akrobacjom, ale 
Faith przyrzekła przecież dziecku, że spuszczą łódź na wodę. 
Choćby to 
miało trwać nie wiadomo jak długo, na co się zresztą zanosiło, 
zepchnie 
tę przeklętą łódkę na wodę, i już! 
Za czwartym podejściem zdołała wydobyć łódkę z piaszczystego 
dołka, 
w którym się wyraźnie zaklinowała. Dalej po łagodnej pochyłości 
pchało się łódź znacznie łatwiej. Po błocie i mokrej trawie dno ślizgało 
się jak po smarze. 
Wreszcie Faith, zdyszana i spocona, popchnęła po raz ostatni - i łódź 
znalazła się na wodzie. 
Georgie podskakiwał z zachwytu, gdy łódka kołysała się z boku na 
bok. 
- Ostrożnie! - upominała go zaniepokojona Faith, gdy dziecko zaczęło 
gramolić się do środka. - I nie przemocz sobie bucików! 
- Ty usiądź tutaj. -Zdecydował Georgie, poklepując miejsce obok 
siebie. - Ale ja będę wiosłował! 
Faith pochwyciła koniec linki i starannie owinęła ją wokół ramienia, 
szarpnąwszy kilkakrotnie, by sprawdzić jej wytrzymałość. 
Kiedy podniosła głowę, Georgie uśmiechnął się do niej i znów 
poklepał 
ławkę, na której miała usiąść. Rozczuliło ją ogromnie, że wyznaczył 
jej tak honorowe miejsce: obok kapitana! Przynajmniej jeden męski 
przedstawiciel 
tej rodziny pragnie mieć ją koło siebie. 
Potrząsnęła jednak głową. 
- Zostanę tu, na brzegu, kiedy będziesz wiosłował. A potem 
przyciągnę cię do siebie, raz-dwa! 
Żeby to udowodnić, pociągnęła mocno za linkę. Łódź posłusznie 
ruszyła we właściwym kierunku. 
Georgie zapiszczał z radości i zacisnął ręce na burcie. Kiedy łódka 

background image

uspokoiła 
się, zabrał się z zapałem do wiosłowania. W najwyższym skupieniu, 
ze zmarszczonym czołem, zanurzył oba wiosła w płytkiej wodzie i 
próbował nadać im właściwy ruch. 
Faith nie spuszczała dziecka z oczu, póki odległy jeszcze, ale 
doskonale 
słyszalny tętent końskich kopyt nie przyciągnął jej uwagi. Podniosła 
rękę i osłoniwszy oczy od słońca zmierzyła horyzont niespokojnym 
wzrokiem. 
Ujrzała w dali dwóch jeźdźców, którzy właśnie dotarli na szczyt 
wzgórza 
i nieoczekiwanie skręcili w kierunku stawu. Zaskoczona Faith 
zorientowała 
się, że musieli zobaczyć ją i Georgiego, gdyż zmierzali prosto ku nim. 
Gdy podjechali bliżej, zorientowała się, że jednym z jeźdźców jest jej 
mąż. Wydał się jej niezwykle wysoki i władczy, gdy na pięknej karej 
klaczy 
wysforował się do przodu. Drugi jeździec, dosiadający siwego 
wałacha, 
był sztywno wyprostowany, ale mimo to zdecydowanie niższy od 
Griffma. 
Gdy zjeżdżali ze wzgórza, Faith dostrzegła coś jeszcze: drugi 
jeździec 
siedział w damskim siodle. Harriet! Serce Faith zaczęło walić jak 
młotem. 
Błyskawicznie pociągnęła za linkę i łódź wraz z Georgiem podpłynęła 
znów do brzegu. Ale chłopiec oswoił się już z wiosłami i nadal nimi 
wymachiwał; 
jego niezręczne ruchy utrudniały Faith zadanie. Woda chlapała 
obficie i przód sukni Faith oraz czupryna chłopca były już całkiem 
mokre. 
- Co wy tam wyrabiacie, do diabła?! - huknął Griffin, podjeżdżając 
bliżej. 
- Rozkoszujemy się porannym słońcem - odparła z wymuszonym 
uśmiechem Faith. - Zapowiada się piękny dzień. 
- Czemu dziecko siedzi w tej rozklekotanej starej łodzi? - spytała 
Harriet, zrównawszy się z bratem. Nagle oczy jej rozszerzyły się z 
przerażenia. 
- Chyba nie pływało samodzielnie po stawie?! 
- Oczywiście, że nie! - odrzekła wojowniczym tonem Faith. Uniosła 

background image

dumnie głowę i przybrała minę osoby całkowicie panującej nad 
sytuacją. -
Georgie chciał po prostu posiedzieć w łodzi. Nie widziałam w tym nic 
złego, bo łódź przecież stoi bezpiecznie na brzegu, a ja w dodatku 
trzymam mocno za linkę. 
Uniosła ramię z linką na potwierdzenie swoich słów. Z wyrazu twarzy 
szwagierki i z jej spojrzenia domyśliła się jednak bez trudu, co Harriet 
myśli o zorganizowanej przez nią zabawie. 
- Wszyscy popłyniemy! - wykrzyknął z entuzjazmem Georgie. - To 
duża łódka. I ty wejdziesz, tatusiu, i ciocia Harriet też! 
- Innym razem, synku. Wyłaź z łódki, raz-dwa! 
Na widok strapionej minki chłopca Faith ścisnęło się serce. Podeszła 
do malca i pomagając mu wysiąść, szepnęła: 
- Głowa do góry, Georgie! Jutro urządzimy sobie jeszcze lepszą 
zabawę. Zobaczysz! 
Odpowiedział dzielnym, choć nieco łzawym uśmiechem. 
- Mój Boże! Co się stało z jego ubrankiem?! - spytała ze zgrozą 
Harriet. 
- Całe mokre i brudne. Wygląda jak łobuziak z rynsztoka! 
Faith poczuła się dotknięta słowami szwagierki i jej tonem. 
- Wygląda jak każde szczęśliwe i zdrowe dziecko po dobrej zabawie. 
Ale odnoszę wrażenie, droga siostro, że nie masz pojęcia, co to 
znaczy „dobra zabawa". 
Harriet wyprostowała się w siodle i z tych wyżyn rzuciła bratowej 
mordercze spojrzenie. 
- Nie dziwię się, że ktoś od dzieciństwa psuty i rozpieszczany nie ma 
pojęcia, co znaczy słowo „odpowiedzialność". Życie to nie tylko dobra 
zabawa, droga siostro! 
Ponieważ Faith nie raczyła odpowiedzieć, Harriet mówiła dalej tym 
samym karcącym tonem. 
- Chłopcu należy wpoić jak najwcześniej zasady dobrego 
wychowania. 
Z krnąbrnych małych postrzeleńców wyrastają nieodpowiedzialni, 
niepoprawni ludzie. Byłabym niepocieszona, gdyby podobny los 
spotkał to dziecko! 
- Georgie nie jest ani krnąbrny, ani postrzelony! - Faith obronnym 
ruchem objęła ramionka pasierba. - Wygaduj na mnie co chcesz, 
Harriet, 
ale nie pozwolę krytykować tego kochanego dziecka! - powiedziała 
cicho, ale stanowczo. Przypominała lwicę broniącą zagrożonego 

background image

lwiątka. 
- Nie doszukuję się żadnych wad w moim bratanku. Dziecko nie 
ponosi 
winy za ten wybryk. Odpowiedzialna za to, a raczej z gruntu 
nieodpowiedzialna, jest pewna osoba dorosła! 
Faith sprężyła się jak do skoku. Otwierała już usta, by rzucić jakąś 
miażdżącą uwagę... i nagle zobaczyła wyraz twarzy Georgiego. 
Chłopiec 
nie rozumiał niuansów tego dialogu, ale z całą pewnością 
uświadamiał 
sobie, że obie damy się kłócą. I był tym bardzo zaniepokojony. 
Faith dotknęła ręką skroni, w głowie jej huczało. 
- Tatuś ma rację: dość przygód na jeden dzień! Pora wracać do 
domu, Georgie. Idziemy! 
- Dziecko miałoby wracać spacerkiem w mokrym ubraniu?! - Harriet 
najeżyła się. - Przeziębi się z całą pewnością! 
- Dzień jest ciepły. Na słońcu ubranie Georgiego zaraz wyschnie. 
Obstawała 
przy swoim Faith. Nie było sensu zwracać uwagi na to, że 
sama jest równie mokra jak chłopiec, może nawet bardziej. - Spacer 
dobrze mu zrobi. 
- Wykluczone! 
Faith podniosła wzrok na męża i zauważyła, że Harriet również 
spogląda 
na niego, oczekując wsparcia. Ale wicehrabia zainteresował się 
uprzężą- najwyraźniej nic go nie obchodziło poza utrzymaniem w 
posłuchu 
klaczy. Faith skrzywiła się ironicznie. Zauważyła od razu, że Griffin 
zajmuje się głupstwami, by wymigać się od roli arbitra w ich sporze. 
- Doskonale! W takim razie Georgie pojedzie do domu konno! 
Wzięła chłopca za rękę i stanęła z nim przy koniu Griffina. 
- Pojedzie, ale ze mną! - Harriet pokierowała swym wałachem tak, że 
zagrodził drogę karej wierzchowce. - Griffin wybrał się na objazd 
całego 
gospodarstwa, a ja zabiorę Georgiego jak najprędzej do domu. 
Trzeba 
natychmiast ściągnąć z niego to mokre ubranie! Potem gorąca kąpiel 
i łóżko. 
Ale obawiam się, że i tak pod wieczór dopadnie go przeziębienie. 
Skórzane siodło zaskrzypiało, gdy się na nim poprawiała. 

background image

- Bądź tak dobry, Griffinie, podsadź go tutaj! 
Z nieco sceptycznym wyrazem twarzy wicehrabia zsiadł z konia i 
wziął 
dziecko na ręce. Faith pochyliła głowę, by ukryć gniewne błyski w 
oczach. 
Nie sprawi Harriet tej przyjemności, nie da po sobie poznać, jak złości 
ją wygrana szwagierki! 
- Ja chcę jechać z tatusiem! - oświadczył z całą powagą Georgie. 
- Tatuś musi odwiedzić swoich dzierżawców - odparła Harriet. -Nie 
wraca od razu do domu tak jak ja. 
- O... - Zasmucone dziecko zwiesiło główkę. 
- Jak nasz panicz Georgie wspaniale wygląda na koniu! - wtrąciła 
Faith. - Coś mi się zdaje, że niebawem dostanie własnego kucyka! 
Chłopiec apatycznie skinął głową. Nie okazał entuzjazmu, jak się 
tego spodziewała Faith. 
- Musi mi ktoś pomóc w odprowadzeniu konia do stajni - odezwała 
się chytrze Harriet. - Co ty na to, Georgie? Chcesz potrzymać cugle? 
Georgie natychmiast się ożywił. 
- Tak!!! 
- Tylko „tak"? - upomniały go zgodnym chórem Harriet i Faith. 
Georgie zrobił wielkie oczy. Spojrzał na Faith, potem na Harriet. I 
zachichotał. 
- Tak, bardzo proszę! 
- No to w drogę! - Harriet końcem szpicruty dotknęła swego cylindra. 
- Do zobaczenia przy obiedzie! 
- Pa, pa! - pomachał im ręką całkiem rozpogodzony Georgie. 
Faith odwzajemniła pożegnalny gest. 
- Nierozumna, uparta kobieta! -mruknął pod nosem Griffin, gdy siwy 
wałach oddalił się galopem. 
Faith spojrzała na męża. 
- Może z czasem Harriet nauczy się panować nad swymi słabościami 
- powiedziała ze sztuczną słodyczą. - Nie należy tracić nadziei. 
- Miałem na myśli ciebie! 
- Ach, tak? 
Faith trąciła noskiem buta niewielki kamyk, który jej się zaplątał pod 
nogi, i podeszła na sam brzeg stawu. Schyliła się i podniosła 
porzuconą 
przez Georgiego zabawkę. Wygładziła miniaturowe żagle. 
- Miałaś zamiar puścić go na wodę w tej łodzi, prawda? 
Faith westchnęła. 

background image

- Chciałam mu pozwolić, by posiedział w łodzi na płyciźnie, tuż przy 
brzegu. Uparł się, że sam będzie wiosłował. Wiedziałam, że oddali 
się 
najwyżej o pół metra. Linka przy łodzi była nowa i mocna. Okręciłam 
ją 
sobie kilka razy wokół ręki. Nigdy bym nie naraziła Georgiego na 
niebezpieczeństwo! 
- Harriet miała na ten temat odmienne zdanie. 
Faith wywróciła oczami bardzo wymownie. 
- Harriet byłaby odmiennego zdania nawet wtedy, gdybym 
powiedziała, 
że niebo jest niebieskie, a trawa zielona! 
Ku jej zdumieniu Griffin się roześmiał. 
- I mnie się tak wydaje! - Przyjrzał się uważnie Faith. - Wiem, że bywa 
nieznośna, ale musisz się z niąjakoś dogadać. 
Faith znów uniosła dumnie głowę. 
- Co ty powiesz? Chyba raczej Harriet przydałaby się taka rada! 
Ostatecznie 
jestem twoją żoną. Panią tego domu. 
- A Harriet jest moją siostrą - odparł Griffin, odwracając od niej wzrok. 
- O tym wiem, aż za dobrze! - mruknęła pod nosem Faith. 
Nie miała już wątpliwości, po czyjej stronie leżą sympatie Griffma. Z 
pewnością nie po stronie żony! 
Zapadła przytłaczająca cisza, która ciążyła im coraz bardziej. Kara 
wierzchówka szła prawie luzem. Zbliżyła się do stawu i napiła wody. 
Wicehrabia czekał cierpliwie. Faith przez chwilę słuchała końskiego 
chłeptania, 
potem odwróciła się do męża. 
Popołudniowe słońce oświetlało go z lewej strony, podkreślając 
mocno 
i pięknie zarysowany profil. Jak zawsze uroda męża zaparła Faith 
dech. 
W głębi duszy marzyła o tym, by wyciągnąć rękę, dotknąć jego 
policzka, 
przesunąć palcami po wydatnej szczęce... Ale nie odważyła się na to. 
Wszelki fizyczny kontakt był wyraźnie niepożądany. 
- Byłoby znacznie łatwiej wszystkim domownikom, z wami włącznie, 
gdybyście się pogodziły. - Stwierdził stanowczym tonem Griffin. -
Obawiam się, że utarczki słowne zmienią się niebawem w rękoczyny, 
a mnie przypadnie rola nie do pozazdroszczenia: rozdzielanie dwóch 

background image

rozwścieczonych kocic! 
- Cóż za czarujące wizje roztaczasz, milordzie! 
- Nie wiem, czy czarujące, ale obawiam się, że bliskie prawdy. - 
Odwrócił 
się tak, że widziała teraz całą twarz, pełną napięcia, i ściągnięte 
mięśnie wokół ust. - Mówię poważnie, Faith. Bez przerwy sprzeczacie 
się o chłopca. Przecież go nie rozetnę na połówki! 
- I bez tego wiem, która połówka mnie by przypadła. - Faith rzuciła 
mu nienawistne spojrzenie. - Z pewnością nie ta, którą co wieczór 
całuję na dobranoc. 
- Czyżbym był aż tak niesprawiedliwy? 
- Jesteś! - odpowiedziała Faith. Rzucając to oskarżenie, zdawała 
sobie 
sprawę, że nie jest całkiem prawdziwe. Griffin czasami stawał po jej 
stronie. Uściśliła więc. - Harriet zdobyła u ciebie znacznie więcej 
punktów niż ja! 
Griffin odetchnął ciężko. 
- Może gdybyście mniej myślały o współzawodnictwie, a więcej o 
dobru 
dziecka, nie byłoby takie ważne, ile która ma punktów! 
- Harriet i ja nie kłócimy się o drobiazgi, jeśli chodzi o Georgiego! 
odcięła 
się Faith. -Mamy całkowicie odmienne zdanie co do samej istoty 
wychowania. Harriet ma mi za złe, że jestem zbyt spontaniczna. A ja 
nie mogę znieść niezłomnego rygoru, który ona wprowadza. Georgie 
to 
mały chłopiec, a nie żołnierz z armii Wellingtona. Harriet chce, żeby 
chodził 
jak w zegarku do tego stopnia, że nawet siusiu ma robić o 
wyznaczonej godzinie! 
Griffin roześmiał się i potrząsnął głową. Zachęcona tym Faith mówiła 
dalej. 
- Georgie nie może mieć dwóch opiekunek, z których każda inaczej 
kieruje jego życiem. I choć doceniam pozycję Harriet w twoim domu, 
jest dla Georgiego tylko ciotką. Matką jestem ja! 
- Jesteś jego macochą- poprawił ją Griffin. - Pomyśl, co stanie się 
z chłopcem, jeśli nasze małżeństwo ostatecznie się rozpadnie? Ty 
wrócisz 
do Mayfair Manor, a kto weźmie na siebie odpowiedzialność za 
Georgiego? 

background image

Był to całkiem rozsądny argument. Ich małżeństwo trwało zaledwie 
tydzień, a już chwiało się w posadach z powodu wzajemnych 
pretensji i braku zaufania. 
Ale Faith ani myślała się poddać. Jak mogła wytłumaczyć Griffinowi, 
ile znaczy dla niej ten malec? Tylko dzięki Georgiemu jej życie w tym 
zrujnowanym zamczysku, tak niechętnie witającym swą nową panią, 
miało jakiś sens. 
Dzięki Georgiemu Faith nie czuła się już opuszczona, jej dni nie były 
puste, wróciła jej ochota do życia, do zmagania się z losem. Nie 
pozwoli 
zerwać więzi, która łączyła ją z chłopcem! 
Faith usiłowała zapomnieć o bólu, jaki zadał jej Griffin, wyrażając swe 
wątpliwości co do ich związku. 
- Nie zamierzam tak łatwo jak ty przekreślić naszego małżeństwa, 
Griffinie! Może przetrwa ono właśnie dzięki Georgiemu? 
Wicehrabia uniósł sceptycznie brew. 
- Czy to nie za ciężkie brzemię na barki małego dziecka? 
Faith uśmiechnęła się, udając, że nie dostrzega zniechęcenia w 
głosie męża. 
- Zapominasz o bardzo ważnej rzeczy, milordzie. Georgie to nie 
pierwsze 
lepsze dziecko. To nieodrodny syn swego ojca! 
Griffin wstawał wcześnie i zazwyczaj jadał śniadanie sam. Na jego 
wyraźne życzenie podawano ten posiłek nie w ponurej jadalni, lecz w 
przytulnym 
pokoju śniadaniowym. Było to jedno z nielicznych pomieszczeń 
we dworze, które nie wymagały generalnego remontu. Stojące w nim 
meble z wiśniowego drewna lśniły jak lustra. Tapeta w kwiaty i owoce 
nie wyblakła, czyniąc w sali pogodną atmosferę. 
Na suficie nie było zacieków, a białe koronkowe firanki jakimś cudem 
nie podarły się i nie cuchnęły stęchlizną. I choć Griffin nie zachował 
wielu 
wspomnień o matce, pamiętał wyraźnie, że właśnie w tym pokoju 
najchętniej przesiadywała. 
Mijały lata, a pokój śniadaniowy zachował się w dawnej postaci, co 
bardzo cieszyło Griffina. Siedząc tu, wyraźnie odczuwał więzi łączące 
go z przeszłością. 
Tym razem jednak wicehrabia wszedłszy ze zwykłym pośpiechem do 
wspomnianego wyżej pokoju stanął jak wryty. Przy stole siedziały 
jego 

background image

żona i starsza siostra. Obie miały wbity wzrok w stojące przed nimi 
talerze. 

- Dzień dobry, Faith! Dzień dobry, Harriet! 
- Dzień dobry, GrifFinie! -odpowiedziały zgodnym chórem jak 
grzeczne pensjonarki. 
Wicehrabia uniósł brew, uśmiechnął się cynicznie i zajął miejsce przy 
stole, starając się nie zwracać uwagi na swe towarzyszki. Był 
przygotowany 
na wymianę zjadliwych spojrzeń, oskarżeń i docinków. 
Przysiągł sobie, że zniesie to wszystko ze spokojem. Zaczął się 
zastanawiać 
nad jakimś nieszkodliwym tematem do ogólnej rozmowy. 1 nagle 
stwierdził ze zdumieniem, że w pokoju panuje błoga cisza, 
przerywana 
tylko brzękiem sztućców i szelestem mocno wykrochmalonych 
serwetek. 
Po raz pierwszy od czterech tygodni, czyli od dnia ślubu, siedział w 
jednym 
pokoju z żoną i siostrą, które się nie kłóciły! Nie dogiyzały sobie 
nawzajem. Nie skarżyły się jedna na drugą. 
Przez chwilę myślał, że zwariował. Już miał otworzyć usta i 
skomentować 
tę nieoczekiwaną zmianę na lepsze, ale rozmyślił się w ostatniej 
chwili. Lepiej nie kusić losu. 
Chciał zadzwonić na służbę, ale lokaj zjawił się sam. 
- Czy podać na śniadanie to samo co zwykle, milordzie? 
- Tak. I przynieś mi kawę. 
- Mam jej aż za dużo. Chętnie się z tobą podzielę - oznajmiła Faith, 
podnosząc srebrny imbryk stojący obok niej. Nalała ciemnobrązowej 
cieczy do czystej filiżanki. 
- Ja dziś piję czekoladę - wyjaśniła Harriet, gdy Faith wstała, by 
podać 
mężowi parujący napój. - Może i ty jej skosztujesz? Po kawie, 
oczywiście. 
Wicehrabia gapił się na siostrę w najwyższym zdumieniu. Na 
szczęście 
powtórne wejście lokaja wybawiło go od odpowiedzi. Kiedy służący 
zdejmował srebrne pokiywy z półmisków, Griffin kiwał głową na znak 
aprobaty, zlustrowawszy ich zawartość. Minę miał taką, jakby nigdy w 

background image

życiu 
nie widział podobnych frykasów. 
Napełnił swój talerz różnymi smakołykami i zabrał się do jedzenia. Od 
czasu do czasu spoglądał dyskretnie na współbiesiadniczki. To na 
żonę, 
która pochyliła się ku niemu przez stół, wyraźnie chętna do 
konwersacji, 
to na zamknięta w sobie siostrę, siedzącą sztywno jak na koncercie. 
Obie kobiety przestały udawać, że jedzą, i bacznie obserwowały 
Griffma. 
Z determinacją skruszył zębami grzankę i omal się nie udławił jednym 
z okruchów. 
- Nic ci się nie stało? - zaniepokoiła się Faith. 
- Może ci podać wody? - zawtórowała jej Harriet. - Albo piwa? 
Załzawionymi po ataku kaszlu oczyma Griffin dostrzegł, że obie damy 
suną ku niemu. 
- Dajcie spokój! - wysapał, pokasłując i z trudem chwytając powietrze. 
Odpędził je niecierpliwym gestem. - Nie trzeba mi pomocy! 
Z wyraźnym żalem wróciły na dawne miejsca. Griffin poczuł się nieco 
lepiej i zmierzył podejrzliwym okiem nienagannie zachowującą się 
parę 
gołąbeczek. Dziwnie mu przypominały sępy, niecierpliwie 
oczekujące, 
kiedy upatrzona zdobycz wyda ostatnie tchnienie i rozpocznie się 
decydująca bitwa nad ścierwem. 
Co też wymyśliły tym razem?! Ta podejrzana troskliwość o niego była 
najlepszym dowodem, że każda z nich chce usposobić go życzliwie 
do 
siebie i wykorzystać zdobytą przewagę. Griffin zaczął się naprawdę 
obawiać 
nadciągającej konfrontacji. 
Musiał przyznać, że ostatnimi czasy nastąpiła nieznaczna poprawa 
we 
wzajemnych stosunkach obu pań. Wyglądało na to, że starają się 
dogadać, 
nie okazując już sobie jawnej wrogości przy świadkach. Co się działo 
poza jego oczami, tego Griffin nie wiedział. 
Przypominało to trochę ciszę przed burzą. A z jakiego powodu burza 
mogła najprędzej wybuchnąć? Oczywiście z powodu Georgiego! 
Każda 

background image

z kobiet była święcie przekonana, że ona i tylko ona ma na sercu 
dobro dziecka! 
W ciągu czterech tygodni małżeństwa Griffin zdążył nieźle poznać 
charakter swej żony i przekonał się, że Faith ma jedną cechę 
wspólną 
z jego siostrą: też nie lubi przegrywać. 
- No, mówcie już, o co chodzi! - Griffin odsunął się z krzesłem od 
stołu i zmierzył posępnym wzrokiem nadskakujące mu kobiety. - Jaki 
macie znów problem? Całkiem zepsułyście mi apetyt tym podejrzanie 
grzecznym zachowaniem i troskliwością o moje zdrowie! 
- Bo Harriet upiera się, że Georgie powinien mieć guwernera! - 
odparła 
pośpiesznie Faith. - Według mnie to po prostu śmieszne: guwerner 
dla takiego małego dziecka?! Może za kilka tygodni zacznę się 
rozglądać 
za odpowiednią guwernantką, która nauczy go literek i cyfr. 
- Georgie zna je od dawna! - Harriet z impetem cisnęła serwetkę na 
stół. - Nie jest tuzinkowym dzieckiem. Ma bystry i dociekliwy umysł. 
Powinien zająć się nim doświadczony nauczyciel, a nie byle 
guwernantka, 
która zaprzepaści wrodzone talenty naszego chłopca! 
- On jest za mały na guwernera - upierała się Faith. - Potrzebuje 
silnej, ale łagodnej, kobiecej ręki. 
- Strata czasu! Cennego czasu! - odparowała Harriet. - Należy 
wykorzystać każdą minutę! 
- Georgie jest za mały na takie rygory! - powtórzyła Faith. - Dopiero 
co skończył cztery latka. 
Obie kobiety zwróciły się do Griffina. Żadna nie zażądała otwarcie, 
żeby ją poparł. Odpowiedział na ich rozgorączkowane spojrzenia 
obojętnym wzrokiem. 
- Przyznaję, że dotąd nie zastanawiałem się poważnie nad edukacją 
mojego syna. Przemyślę tę sprawę bez pośpiechu i dokładnie. Kiedy 
podejmę 
decyzję, niezwłocznie was o niej powiadomię - oświadczył Griffin 
i gestem dał im wyraźnie do zrozumienia, że dyskusja dobiegła 
końca. 
O dziwo, żadna z kobiet nie sprzeciwiła się jego decyzji. Harriet 
wypiła 
łyk czekolady, Faith wgryzła się w grzankę. Czyżby uznały wreszcie, 
że on i tylko on tu rządzi? 

background image

Ta myśl wydała się wicehrabiemu tak nieprawdopodobna, że aż się 
uśmiechnął. Obie panie były zbyt uparte, by poddać się tak łatwo 
czyjejś 
woli. Pewnie każda z nich mówi sobie w duchu, że jej pozycja jest 
znacznie 
silniejsza i że bez trudu zdoła przeciągnąć Griffina na swojąstronę. W 
takiej 
sytuacji wszelkie dalsze spory nie miałyby istotnie sensu. 
Griffin zabrał się właśnie do jajecznicy, gdy odezwało się w nim 
sumienie. 
W tym wypadku różnica poglądów między obiema paniami była 
logicznie usprawiedliwiona. Jego siostra wiedziała, że Georgie jest 
nieślubnym 
dzieckiem, któremu należało zapewnić wszelkie dodatkowe atuty, 
z jak najlepszym wykształceniem włącznie- bo tylko to da mu szansę 
odnaleźć się w okrutnym, pełnym uprzedzeń świecie. 
Jego żona była przekonana, że dziecko jest legalnym synem, który 
odziedziczy 
po nim tytuł i majątek. Nie widziała więc potrzeby męczenia chłopca 
zbyt wczesną i zbyt intensywną nauką. 
- Poranna poczta, milady. 
Do pokoju wszedł majordomus, skłonił się z szacunkiem i postawił 
przed Faith srebrną tackę. 
Wicehrabina uśmiechnęła się z zadowoleniem i zaczęła przeglądać 
stosik 
korespondencji. Griffin wyczuł, że atmosfera nagle się zagęściła. 
- Czy jest coś dla mnie? - spytała Harriet z napięciem w głosie. 
- Dzisiaj nie - odparła lekkim tonem Faith. - Wszystkie trzy listy są do 
mnie. 
Harriet odetchnęła głęboko, niemal z wysiłkiem. Griffina zdziwiła 
reakcja 
siostry. Od jego powrotu do domu ani razu nie zauważył, by Harriet 
dostała jakiś list. Dlaczego akurat dziś brak korespondencji tak ją 
zabolał? 
- Od kogo dostałaś listy, Faith? - spytał Griffin. Powstrzymał się od 
wyciągnięcia po nie ręki, choć jako mąż miał pełne prawo do czytania 
jej korespondencji. 
- Dwa od Merry i krótki liścik od lady Granville. 
Zauważył, że Harriet spogląda na Faith ze złością. Ponieważ siostra 
nigdy nie wyrzekła złego słowa o lady Granville, założył, że to 

background image

wzmianka 
o lady Meredith zepsuła jej humor. 
- Lady Granville pisze o najbliższych wydarzeniach towarzyskich 
„w naszym czarującym małym światku", jak to określa. Daje wyraźnie 
do zrozumienia, że właśnie mnie, świeżo upieczonej wicehrabinie, 
powinien 
przypaść honor urządzenia tradycyjnego balu dożynkowego w 
Hawthorne 
Castle - relacjonowała dalej Faith. 
Griffin spodziewał się ostrego sprzeciwu ze strony Harriet. 
Przewidywał, 
że siostra zaprotestuje ze względu na związane z balem koszty. Ona 
jednak milczała. 
Wszedł lokaj, niosąc kolejne danie na półmisku z pokrywą. Griffin 
szybko 
zapomniał o mięsie na zimno, mając przed sobą coś bardziej smako
witego, i to na gorąco. Ponieważ Faith była nadal zajęta 
korespondencją, 
lokaj obsłużywszy wicehrabiego zwrócił się do Harriet. 
- Czy mogę podać rybę w cieście? - spytał raz, potem drugi i trzeci. 
Griffin podniósł oczy znad talerza. Harriet siedziała ze wzrokiem 
utkwionym w przestrzeń, z wyrazem niezwykłego skupienia na 
twarzy. 
Lokaj skamieniał obok jej krzesła z półmiskiem w wyciągniętej ręce. 
Raz jeszcze powtórzył pytanie i nie doczekał się odpowiedzi. 
- Harriet! - huknął Griffin. 
- Słucham? - Odwróciła raptownie głowę. 
- Rogers pyta cię od kwadransa, czy chcesz rybę w cieście. 
Zdawało się, że nadal błądzi gdzieś w myślach. Lecz nagle ocknęła 
się. 
- Przepraszam - powiedziała, czerwieniąc się po uszy i wzięła z 
półmiska niewielką porcję ryby. 
Griffin głaszcząc brodę, mierzył siostrę bacznym spojrzeniem. 
- Czy dobrze spałaś tej nocy, Harriet? 
- Doskonale - odparła z nutą zniecierpliwienia. - Ale apetyt jakoś mi 
nie 
dopisuje. Wybaczcie, że was opuszczę. Ponieważ nie dostałam 
żadnych listów, 
które wymagałyby odpowiedzi, wybiorę się na konną przejażdżkę. 
Odsunęła krzesło od stołu i energicznym krokiem wymaszerowała z 

background image

pokoju. 
- Harriet jest czymś wyraźnie zmartwiona - zauważył głośno Griffin. 
Faith podniosła wzrok znad listu, który uważnie czytała, i wzruszyła 
ramionami. 
- Nie dostrzegłam żadnej różnicy w jej zachowaniu. I wróciła do swej 
korespondencji. 
Griffin potrząsnął głową. 
- Widocznie oczekiwała jakiegoś listu. Ciekawe, od kogo? 
- Pewnie od narzeczonego - odpowiedziała z roztargnieniem Faith. -
O ile wiem, nie ma przyjaciół ani znajomych, z którymi utrzymywałaby 
stałą korespondencję. 
- Nie wiedziałem, że otrzymuje listy od narzeczonego. Bardzo rzadko 
o nim wspomina. 
- Pewnie dlatego, że nie ma wiele do powiedzenia. - Faith 
zmarszczyła 
nosek. - Podobno przez ostatni miesiąc nie dostała ani jednego listu, 
choć sama pisuje do niego codziennie. 
Griffin zajmował miejsce u szczytu stołu, tuż obok okna. Wyjrzał 
przez 
nie i zobaczył Harriet. Wlokła się po ogrodowej ścieżce przygarbiona, 
ze 
zwieszoną głową, powłócząc nogami. Gdyby Griffin nie znał tak 
dobrze siostry, przysiągłby, że płakała. 
Dostrzegł, że Harriet chwyta wiszący na szyi złoty medalion i zaciska 
go w ręku. Podarek od opieszałego narzeczonego? Nigdy jej o to nie 
spytał. 
- Powiedz mi coś więcej o tym mężczyźnie, za którego Harriet ma 
wyjść. Jak się nazywa... Jonathan Winthrope? 
Faith bez pośpiechu odłożyła list. 

- Harriet jest zaręczona z Julianem Wingate'em. Nie ma żadnego 
tytułu, 
ale jest blisko spokrewniony z księciem Shrewsbury i rodziną 
Dorringtonów. 
Cieszą się oni, jak wiesz, niezwykłym szacunkiem i podziwem 
londyńskiej elity. 
- Nie obchodzą mnie jego krewni - odparł ze zniecierpliwieniem. 
-Opowiedz o nim samym! 
- Osobiście nigdy go nie spotkałam - odpowiedziała z wahaniem 
Faith. 

background image

Strzepnęła jakieś okruszki z koperty. - Krążyły rozmaite plotki na jego 
temat, ale chyba nie warto powtarzać takich bzdur. 
Griffin zacisnął wargi. Faith lojalna... ba, nawet opiekuńcza w 
stosunku 
do Harriet? Świat się kończy! 
- Czy z tego Wingate'a naprawdę taki gagatek? 
Faith spojrzała na męża, ale zaraz odwróciła wzrok. Odchrząknęła, 
zanim zaczęła mówić. 
- Słyszałam na własne uszy, jak o nim plotkowano. Nieraz 
przedstawiano 
go w bardzo niepochlebnym świetle jako hulakę i egoistę myślącego 
wyłącznie o własnych uciechach. - Faith urwała i po chwili dodała 
ze spuszczoną głową. - Prawdę mówiąc, opinia o nim bardzo 
przypomina 
opinię o tobie... oczywiście z czasów kawalerskich, zanim zmieniłeś 
obyczaje i wstąpiłeś w święty związek małżeński. 
- I zostałem wicehrabią - uzupełnił Griffin z szyderczym uśmiechem. -
Nie zapominaj o moim tytule! Wingate może i pochodzi ze 
znamienitego 
rodu, ale na odziedziczenie tytułu nie ma żadnych szans. 1 na tym 
polega 
cały jego problem. Ładny tytulik, na przykład wicehrabii, od razu 
zapewnia 
poważanie i sympatię eleganckiego świata, czy to w Londynie, czy w 
Hampshire. 
- Masz całkowitą słuszność, milordzie. To był zresztą jedyny powód, 
dla którego wyszłam za ciebie - odparowała bez namysłu Faith. 
Zmarszczyła 
brwi, złożyła buzię w ciup i wypiła odrobinę gorącej kawy z 
porcelanowej 
filiżanki. - Zawsze chciałam być wicehrabiną. 
Choć na twarzy Faith malowało się wyraźnie znużenie, mówiła lekkim 
tonem, żartobliwie. Griffin omal nie ryknął śmiechem, ale jakoś 
powstrzymał się od tego. 
- Nisko się cenisz, moja droga - odpowiedział, uśmiechając się od 
ucha do ucha. - Gdybyś miała więcej cierpliwości, złowiłabyś 
hrabiego. Może nawet księcia! 
Faith wybuchnęła śmiechem. 
- Księcia?! Musiałby mieć bardzo krótkie nóżki i ani śladu skrzydełek, 
żeby wpaść do mojej siatki na motyle! 

background image

Mimo woli Griffin zawtórował jej śmiechem. Po raz nie wiedzieć który 
zdumiał się, że jego duże doświadczenie w stosunkach z kobietami 
nie 
przydaje mu się wcale w kontaktach z żoną. Zaskakiwała go na 
każdym 
kroku. Stacją było na autoironię, na jawne kpiny na temat łapania 
męża i 
to w rozmowie z własnym mężem, który oskarżał ją o dwulicowość 
i zmuszenie go podstępem do małżeństwa. 
Dotychczas Griffin zawsze wpadał w gniew, ilekroć wspomniał o 
kłamstwach 
Faith. Teraz jednak atak wściekłości nie nastąpił, a jego oburzenie 
znacznie osłabło. Czyżby w głębi serca przebaczył już Faith? 
Zerknął na żonę. Nic dziwnego, że kilka tygodni małżeńskiego życia... 
w celibacie nie zmniejszyło powabów Faith w jego oczach! Coraz 
trudniej 
było mu wyrzucić ją z myśli - i we śnie, i na jawie. 
Faith fascynowała go, ale z uporem trzymał się na dystans. 
Dlaczego? 
Bo gdyby choć raz uległ, pociągnęłoby to za sobą mnóstwo 
konsekwencji. 
A przysiągł sobie, że - bez względu na wszystko, co by między nimi 
zaszło - nie stanie się niewolnikiem własnych zmysłów. 
- Opowiedz mi dokładnie, co słyszałaś na temat tego Wingate'a! 
nalegał 
Griffin, wiedząc doskonale, że powinien raczej zatroszczyć się 
o przyszłość własnego małżeństwa niż martwić nieodpowiednimi 
znajomościami 
siostry. Ale rozważanie cudzych problemów było znacznie łatwiejsze 
i przyjemniejsze. - Jeśli ożeni się z Harriet, wejdzie do naszej rodziny. 
Faith natychmiast spoważniała. 
- Jeśli? Wątpisz w szczerość jego intencji? 
- Wątpię. 
Oczy Faith zachmurzyły się. 
- Większość tego, co o nim wiem, pochodzi od Merry. Pan Wingate 
oświadczył się jej podczas pierwszego sezonu, ale dostał kosza. 
Meredith 
opowiadała mi, że miał zwyczaj wpatrywać się w nią takim wzrokiem, 
że była okropnie zażenowana. 
- Trudno się dziwić mężczyźnie, który gapi się na lady Meredith. Jest 

background image

oszołamiająco piękna. 
Faith spuściła oczy, ale Griffin zdążył dostrzec w nich ból i gniew. 
Odstawiła filiżankę na spodek z takim impetem, że porcelana 
zagrzechotała. 
- Tak, Meredith to wcielenie kobiecej doskonałości. Jest piękna, 
mądra 
i godna najwyższego uwielbienia ze strony wszystkich mężczyzn. Z 
tobą włącznie. 
- Czyżbyś była zazdrosna? 
Otworzyła usta ze zdumienia i natychmiast je zamknęła. Griffin 
jednym 
haustem opróżnił filiżankę kawy. Faith coś tam mamrotała pod nosem 
- być może powstrzymywała cisnącą się jej na usta ripostę. 
Skorzystał 
z chwili, gdy żona nie zwracała na niego uwagi, i przyjrzał się jej 
dokładnie. 
Miała na sobie skromnąjasnożółtą suknię z obcisłym stanikiem. 
Włosy 
upięte w wysoki kok, na policzkach śliczne rumieńce. Może poeci nie 
opiewali jej piękności w swoich sonetach, a malarze nie błagali o 
zaszczyt 
uwiecznienia jej na płótnie. Ale Griffin reagował na bliskość tej 
kobiety 
- swojej żony - każdą cząsteczką ciała, choć dzieliła ich cała długość 
stołu. 
- Cóżeś tak zaniemówiła, Faith? - Wicehrabia przekomarzał się, ale 
nie doczekał odpowiedzi. 
- Nie zamierzam wbijać cię w jeszcze większą pychę, odpowiadając 
na twe idiotyczne pytanie na temat zazdrości - odparła wyniośle 
Faith. 
Jej nos powędrował w górę, broda wysunęła się do przodu. 
- Tchórz! 
- Samochwał! 
Rozmowa wyraźnie się ożywiła, a Griffin poczuł, jak rośnie w nim 
pożądanie. Żartując z żoną, nie tylko jej słuchał, ale i przyglądał się 
jej 
bacznie. Podobały mu się gesty jej rąk, kreślących w powietrzu 
wdzięczne 
esy-floresy dla podkreślenia jakiegoś zwrotu czy zdania. Gdy 
pochylała 

background image

się ku niemu, Griffin czuł świeży zapach jej włosów. Lawenda. 
Mięśnie 
jego brzucha sprężyły się gwałtownie, kiedy wyobraził sobie, że 
wyjmuje szpilki i zanurza palce w jej gęstych jedwabistych splotach. 
Przymknął na chwilkę oczy, przypominając sobie miękkość jej 
nagiego 
ciała, krągłość piersi, które pieścił i tulił w dłoniach, sprężystość 
ciemnych 
sutków, sterczących lubieżnie... 
Tak się pogrążył w myślach, że konwersacja nagle się urwała. Faith 
spojrzała na niego z wyrozumiałym, niemal czułym uśmiechem. 
Wicehrabia pośpiesznie wstał od stołu. 
Śniadanie było skończone. W gabinecie czekało na Griffina mnóstwo 
papierów. A jednak nie mógł się zdobyć na wyjście z pokoju. Nie miał 
tu nic do roboty - oprócz patrzenia na Faith i radowania się jej 
bliskością. 
- Obowiązki mnie wzywają- stwierdził wreszcie i odszedł od stołu. 
Życzę 
ci miłego dnia. Do zobaczenia wieczorem, przy obiedzie. Po południu 
muszę wyjechać w interesach. Postaraj się nie kłócić z Harriet! 
Skłonił się sztywno i choć miał ochotę czmychnąć jak zając, opuścił 
pokój dostojnym krokiem. Zmusił się do tego, by udowodnić sobie 
samemu, 
że stać go na taką powściągliwość. 
Faith wymknęła się z domu tylnym wyjściem. Z premedytacją udała 
się w przeciwnym kierunku niż Harriet. Słońce stało już wysoko na 
horyzoncie, 
ale w powietrzu unosiła się jeszcze poranna mgła. Faith zerknęła 
na niebo i ujrzała, że po błękicie sunie nisko karawana chmur. Po 
południu 
pewnie się znów rozpada. Zmartwiła się, że Griffin zmoknie; dobrze 
wiedziała, że pojedzie konno, a nie w powozie. 
Dotarłszy do ogrodu kwiatowego, Faith siadła na kamiennej ławce, 
wpatrując się w ostatnie barwne kwiaty. Zrobiło się już chłodniej. Lato 
nieuchronnie zbliżało się do końca. Wkrótce zawita jesień. A z nią 
dożynki. 
Ogarnął ją nagły smutek, gdy spojrzała na więdnące kwiaty. Ich 
piękno 
zanikało, barwne płatki brązowiały i kruszyły się w palcach. Wkrótce 
pozostanie już tylko kompost użyźniający ziemię dla 

background image

przyszłorocznych kiełków i pączków. 
Padające na ramiona Faith słońce nieźle jeszcze przygrzewało. 
Przymknęła 
na chwilę oczy. Niełatwo jej było zerwać się tego ranka o tak 
wczesnej godzinie! Niedostatek snu dawał się już we znaki. 
Faith zdrzemnęła się. Zbudził ją wysoki ptasi świergot. Zaciekawiona 
uniosła głowę i ujrzała ptaszka z krótkim ciemnym dziobkiem. 
Przybysz 
przycupnął na pobliskiej gałęzi. Wydawał się Faith dziwnie znajomy. 
Siedziała 
bez ruchu, więc nabrał odwagi i jednym susem zbliżył się do niej. 
Uśmiechnęła się i sięgnęła do kieszeni po kromkę chleba, którą 
odchodząc 
od stołu zabrała na taką właśnie okazję. 
— Jesteś z pewnością tym ślicznym ptaszkiem, którego Georgie 
podkarmia 
- przemawiała czule, pokazując, jakie wspaniałości dla niego 
przyniosła. Skrzydlata kruszynka przekrzywiła główkę, błysnęła 
czarnymi 
oczkami i przyskoczyła jeszcze bliżej. Faith roześmiała się mimo woli 
i ptaszek cofnął się w trwodze. 
- Bardzo przepraszam! - wyszeptała skruszona. - Nie chciałam cię 
przestraszyć! Dobrze wiem, co to lęk i bezradność... To było 
niechcący, naprawdę! 
Zostawiła kromkę chleba na brzegu kamiennej ławki i odeszła na 
paluszkach, 
żeby nie spłoszyć ptaszka. Niech w spokoju cieszy się jej szczodrym 
darem! 
Kilka innych ptaków krążyło nad jej głową. Jeden czy drugi już 
sfrunął, 
żeby wziąć udział w uczcie. Faith po cichutku opuściła tę część 
ogrodu 
i skierowała się w stronę ozdobnej fontanny, w której Georgie z 
upodobaniem 
maczał rączki. O ile, oczywiście, nie było w pobliżu cioci Harriet, 
która go za to strofowała. 
Cóż za idylliczny zakątek! Tak tu cicho i spokojnie... Lekki wietrzyk 
przyniósł ze sobą woń ostatnich róż tego lata. Faith wchłaniała z 
upodobaniem 
ich słodki zapach. Idąc ogrodową ścieżką, starała się nie myśleć o 

background image

wydarzeniach tego ranka. 
Nie będzie się zastanawiać nad dziwnym zachowaniem Griffina 
podczas 
śniadania! Do tej pory mąż znosił, niezbyt chętnie, jej obecność 
w Hawthorne Castle. Pozostawiał ją przeważnie samej sobie. Wtrącał 
się 
do jej spraw tylko wówczas, gdy musiał rozstrzygnąć kolejny spór 
pomiędzy 
nią a Harriet. Faith szybko zorientowała się, że jej mąż nie znosi tej 
roli rozjemcy. 
Niemal codziennie spotykali się wieczorem przy obiedzie i od czasu 
do czasu przy herbacie. Prowadzili wówczas uprzejmą rozmowę o 
wydarzeniach 
bieżącego dnia we dworze i na terenie całej posiadłości. 
Dzielili się też ploteczkami zasłyszanymi w pobliskim miasteczku. I 
choć 
Faith nie znosiła Harriet, musiała przyznać, że gdyby nie obecność 
obu 
sióstr Griffina, czułaby się w Hawthorne Castle jak w rodzinnym 
grobowcu! 
Odgłos zbliżających się kroków sprawił, że Faith przystanęła i 
obejrzała 
się, któż to ją ściga. Zobaczyła zbliżającego się do niej stanowczym 
krokiem Griffina. 
- Czy coś się stało? - spytała z niepokojem, gdy mąż zrównał się z 
nią. 
Nie minęło nawet dziesięć minut od chwili, gdy opuścił ją, wychodząc 
nagle z pokoju. Widocznie nie mógł znieść jej towarzystwa ani chwili 
dłużej. - A może zapomniałeś mnie o czymś powiadomić? 
- O niczym nie zapomniałem. Po prostu rozłożyłem sobie tę 
przyjemność 
na raty - odparł Griffin. -Ale już w pokoju śniadaniowym miałem 
wielką ochotę to zrobić. 
Bez ostrzeżenia pochylił się i ucałował jej lekko rozchylone usta. 
W pierwszej chwili Faith przeżyła wielki szok. Potem zamknęła oczy 
i całe jej ciało rozluźniło się w jego objęciu. Ogarnął ją rozkoszny 
zawrót 
głowy. W uszach rozbrzmiewał potężny szum - jak łoskot fal bijących 
o brzeg. 
Griffin coraz gwałtowniej nacierał na jej usta, a one z każdą sekundą 

background image

stawały się bardziej posłuszne. W szczelinę między rozchylonymi 
wargami 
wtargnął język. Faith poczuła na nim gorzki smak kawy, którą Griffin 
niedawno pił. Uniosła rękę, by dotknąć twarzy męża. Z jej gardła 
wydobył się jakiś koci zmysłowy pomruk. 
Griffin zamknął ją w swoich ramionach. Nie miała nic przeciw temu. 
Przez gąszcz roztrzepotanych liści w koronach wysokich drzew 
prześwitywało 
słońce. Faith czuła jego ciepło na twarzy i ramionach. Ale nawet 
słoneczny żar nie mógł się równać z ogniem, jaki rozniecił w niej 
Griffin. 
Jedna z jego rąk objęła przez suknię krągłą pierś. Zuchwały palec 
zapuścił 
się pod stanik i zaczął łagodnie pieścić sutek. 
Faith wyczuła rosnące podniecenie męża i wyzywająco przylgnęła do 
niego całym ciałem. Nagle ręka Griffina znieruchomiała na jej piersi. 
Mąż oderwał się od jej ust, odsunął się. Faith czuła, jak jej ciało 
usiłuje 
się zbuntować, jeszcze mocniej przysunąć się do niego, uczepić z 
całych sił, nie pozwolić na rozłąkę. 
Nie, nie odchodź! Pocałuj mnie jeszcze raz! 
- Griffin... ja... - próbowała mówić, ale słowa grzęzły jej w gardle. 
Drżała na całym ciele, dygotała od stóp do głów. Tak bardzo chciała 
znaleźć 
się znów w jego ramionach, czuć jego usta na swoich, rozkoszować 
się jego siłą. 
Udawał, że nie dostrzega jej podniecenia. 
- Postanowiłem, że wydamy bal dożynkowy zgodnie z sugestią lady 
Granville. - Przerwał na chwilę i pochylił głowę, starając się wyrównać 
oddech. - Bądź tak dobra, zajmij się wszystkimi przygotowaniami. 
Jestem 
pewien, że Harriet i Elizabeth z przyjemnością ci pomogą. 
- Bal? - wykrztusiła Faith. 
- Tak. 
Faith była do tego stopnia oszołomiona, że zdołała tylko skinąć 
potulnie 
głową. Czuła się taka spięta, taka obolała od niezaspokojonego 
pożądania - a jemu zebrało się na dyskusje o balu?! Cóż za 
absurdalna 
sytuacja!... tylko nie była akurat w stanie docenić należycie tego 

background image

czarnego humoru. 
- Czy są osoby, na których ci najbardziej zależy? Może powinnam je 
zaprosić w pierwszej kolejności? - spytała słabym głosem, nie bardzo 
wiedząc, co mówi. 
- Na nikim nie zależy mi do tego stopnia. Jestem pewien, że lepiej 
ode 
mnie orientujesz się, kogo należy zaprosić. - Wicehrabia skinął lekko 
głową. - Wobec tego zostawiam wszystko w twoich kompetentnych 
rękach. 
Faith przysiadła na brzegu krawędzi fontanny i nabrała do płuc jak 
najwięcej 
powietrza. Spoglądała za odchodzącym mężem pełna obaw, nękana 
burzą emocji. 
Czy tamto, sprzed kilku minut... wydarzyło się naprawdę? 
Potrząsając głową, znów zaczęła głęboko oddychać. Wciąż jeszcze 
czuła 
ulotny, subtelny, męski zapach. Zapach Griffina. Ta woń przylgnęła 
do 
jej skóry. Była niczym potężny afrodyzjak: kusiła ją i wystawiała na 
próbę. 
Przez chwilę Faith siedziała bez ruchu, napawając się wspomnieniem 
jego warg, napierających na jej wargi, i uczuć, które zawładnęły nią, 
gdy przez 
jedną krótką chwilę - łudziła się, że jest godna pożądania, czułej 
opieki, a nawet miłości. 
Zamknęła oczy i próbowała odzyskać przytomność umysłu. Nie miała 
pojęcia, co spowodowało tę nieoczekiwaną eksplozję namiętności. 
Ale 
w tej właśnie chwili motywy postępowania Griffina zeszły na dalszy 
plan. 
Umysł Faith zaczął rozważać znacznie ważniejszy problem: w jaki 
sposób 
skłonić wicehrabiego do następnego romantycznego uniesienia? 
Musi 
to zrobić jak najprędzej! 

Naprawdę chcesz włożyć te rękawiczki do tej sukni?! - W pokoju 
rozległ się pięknie modulowany kobiecy głos, z nutą udanego 
przeraże
Faith odwróciła się energicznie w stronę, skąd dobiegł ten gwałtowny 

background image

protest, i parsknęła śmiechem. 
- Merry! Oczywiście, że Merry! Któż inny śmiałby skrytykować moją 
najnowszą kreację?! - Faith ogarnęły nagle wątpliwości; zaczęła przy
glądać się niepewnym wzrokiem mankietom jednej z długich, 
sięgających 
powyżej łokcia rękawiczek.
 - Naprawdę nie podobają ci się? Rękawicznik zapewniał, że to w 
Paryżu ostatni krzyk mody! 
- Może Napoleonowi podobają się damy okutane w bandaże jak 
ofiary 
wojny - Lady Meredith cmoknęła pogardliwie językiem. -Ale w tych 
długaśnych rękawicach twoje ramiona wydają się krótkie i grube... 
Poza 
tym nie pasują do szlachetnej prostoty twojej toalety. A na dodatek 
zasłaniają 
mnóstwo wspaniałej mlecznej skóry, którą powinnaś eksponować 
przy każdej okazji! 
Meredith zwróciła się do pokojówki, która z rozszerzonymi oczyma 
i zapartym tchem przysłuchiwała się tej interesującej wymianie zdań. 
- Przynieś pudło z rękawiczkami pani wicehrabiny. Muszę dla niej 
wybrać inną, stosowniejsząi gustowniejszą parę. 
- Słucham, milady. 
Pokojówka dygnęła i pobiegła po żądane pudło. Wróciła 
błyskawicznie. 
Faith przyglądała się z rosnącym rozbawieniem, jak Meredith 
starannie 
przegląda całą zawartość pudła przed dokonaniem wyboru. Jak to 
dobrze mieć pod ręką nieocenioną przyjaciółkę!... Gdy Faith 
powiadomiła 
Griffina, że zamierza zaprosić Meredith na bal dożynkowy, uniósł 
brew i wyraził powątpiewanie, czy lady Meredith zechce wziąć udział 
w takim prowincjonalnym baliku. Na tle wyrafinowanych rozkoszy 
londyńskiego 
sezonu tego rodzaju impreza musi wypaść blado. 
Faith jednak dobrze wiedziała, że imponujące przyjęcia w wielkim 
świecie nie robią wcale wrażenia na Meny. A poza tym, choćby ze 
względu 
na nią, przyjaciółka z pewnością nie odrzuci zaproszenia. I 
rzeczywiście, 
Meredith nie zawiodła. Przybyła do Hawthorne Castle na kilka dni 

background image

przed 
balem i już sama jej obecność podziałała jak balsam na stargane 
nerwy Faith. 
- Te będą w sam raz - orzekła Meredith, wybierając parę miękkich 
białych rękawiczek. 
Faith włożyła je, choć wcale nie była pewna trafności wyboru. 
Rękawiczki 
wydawały się jej za mało ozdobne, zbyt pospolite, by mogły pasować 
do jej eleganckiej jedwabnej sukni. Jedno spojrzenie na pokojówkę 
upewniło wicehrabinę, że jej służąca ma te same obawy. 
- Pasują idealnie - stwierdziła Meredith. - O całe niebo lepiej niż tamto 
szkaradzieństwo! 
Faith poczuła, że się rozluźnia. Głębokie przekonanie w głosie Meny 
udzieliło się także jej. Wystarczyło zresztą zerknąć do lustra, by 
stwierdzić, 
że gust Meredith znów okazał się niezawodny. 
Krótkie rękawiczki prezentowały się znacznie lepiej niż długie. Palce 
Faith były w nich smukłe i wytworne, dłonie maleńkie i kształtne. 
Meny 
mogła z pogardą odrzucać najbardziej dziwaczne kaprysy mody. 
Miała 
wrodzone wyczucie barw i kształtów i znakomity gust. Nikt temu nie 
mógł zaprzeczyć. 
Najlepszym zresztą dowodem tych talentów był fakt, że niezależnie 
od 
okazji Meredith ubierała się zawsze bez zarzutu i bardzo twarzowo. 
Co prawda, gdy jest się niezrównaną pięknością, można sobie 
pozwolić 
na ekstrawagancję. W nagłym przypływie zazdrości Faith pomyślała, 
że jej przyjaciółka wyglądałaby urzekająco nawet w łachmanach. 
- Te rękawiczki rzeczywiście lepiej pasują- przyznała Faith, biorąc 
do ręki wachlarz. Spojrzała przy tym niepewnie na Merry. Może 
przyjaciółka 
będzie miała jakieś obiekcje co do wachlarza? 
- Dosłownie promieniejesz, Faith - orzekła Meredith. -Zdrowe wiejskie 
powietrze dodało jeszcze blasku twojej wspaniałej karnacji! 
- Spędziłam prawie całe życie na wsi - roześmiała się Faith, słysząc 
tę pochwałę. - Czyżby kilka tygodni w Londynie mogło tak fatalnie 
podziałać na moją cerę? 
- Skądże znowu! Zwłaszcza że kilka następnych miesięcy na wsi 

background image

opromieniło 
ją jeszcze większym blaskiem... Chyba że ta promienność ma 
coś wspólnego z małżeńskim stanem? Przyznaj się! 
Faith poczerwieniała. Choć były sobie zawsze bliskie, nie paliła się do 
rozprawiania z Meredith o swym małżeństwie. Przecież sama nie 
umiała 
rozwikłać tej niepojętej zagadki. Jak więc mogłaby opisać komuś 
postronnemu 
swoje rozczarowanie, żal i wciąż niegasnącą nadzieję, że pewnego 
dnia wszystko zmieni się na lepsze? 
- Czekam niecierpliwie dnia, kiedy i ty wyjdziesz za mąż - 
odpowiedziała 
z chytrym błyskiem w oku. - Wtedy będziemy mogły porozmawiać 
o instytucji małżeństwa i podzielić się naszymi doświadczeniami! 
Merry wyraźnie zesztywniała. 
- Pilnuj swego języka, Faith! Od dawna wiem, że małżeństwo nie jest 
mi sądzone. Nie chcę wychodzić za mąż. Taka postawa jest 
niepopularna 
w moim środowisku, może nawet sprzeczna z naturą... Sama dobrze 
o tym 
wiesz. Święcie dotąd wierzyłam, że podjąwszy tę niekonwencjonalną 
decyzję mogę zawsze liczyć na twoje wsparcie, a tymczasem słyszę 
namowy, 
bym podała się konwenansom i postąpiła „jak wypada"! 
- Ja przecież tylko żartowałam - odparła cichym głosem Faith. 
Gwałtowna 
reakcja przyjaciółki zaskoczyła ją. 
- Aleja nie! - oświadczyła z uporem lady Meredith. 
Faith niegdyś sądziła, że podziela stanowisko Merry w sprawie 
małżeństwa, 
ale usłyszawszy tę żarliwą deklarację, poczuła, że jest inaczej. 
Meredith nie powinna z góry wyrzekać się zamążpójścia. Gdyby 
spotkała 
właściwego mężczyznę, na pewno okazałaby się idealną 
towarzyszką życia. 
Mimo wszelkich niedoskonałości własnego małżeństwa Faith była bar
dzo rada, że zdecydowała się na ten krok. A jeszcze bardziej, że jej 
mężem jest nie kto inny tylko Griffin. 
Przez chwilę Faith zaniepokoiła się, że Meredith obserwując ich od 
kilku dni usłyszała lub zobaczyła coś, co świadczyło o zgoła 

background image

nietypowych 
dla tak młodego małżeństwa układach. Faith zastanawiała się, czym 
się mogli zdradzić, ale nie przypominała sobie żadnej ujawnionej 
oznaki konfliktu. 
Od przybycia Merry do Hawthorne Castle Griffin był wzorowym 
mężem: 
uprzejmym, troskliwym, zainteresowanym opinią żony i jej 
upodobaniami. 
Nie zaniedbywał jednak swych obowiązków gospodarskich i nie 
stronił od czysto męskich rozrywek - co oczywiście ograniczało chwile 
spędzane w towarzystwie żony i jej gościa. 
Jeśli jednak Meredith dostrzegła coś dziwnego w zachowaniu 
Griffina, 
postanowiła milczeć, nie robiąc na ten temat żadnych uwag. 
- Nim zejdziemy na dół, muszę wstąpić do pokoju dziecinnego i 
powiedzieć 
Georgiemu dobranoc - wyjaśniła przyjaciółce Faith, gdy opuściły 
sypialnię. - Tylko ja potrafię otulić go kołderką dokładnie tak jak 
lubi. Z pewnością by nie zasnął, gdybym o nim zapomniała. 
Meredith przechyliła głowę na bok. 
- Ten malec naprawdę przypadł ci do serca. 
- Istotnie! - Faith uśmiechnęła się szeroko. - Możesz mi wierzyć albo 
nie, ale tylko dzięki Georgiemu jeszcze nie oszalałam! 
Usłyszawszy tę uwagę, lady Meredith uniosła z zaciekawieniem 
jedną 
brew, ale nie powiedziała ani słowa. Syn Griffma leżał już w łóżeczku 
i oczka same mu się zamykały, kiedy weszły obie kobiety. Po 
rytualnych 
uściskach, łaskotaniu i pocałunkach był gotów do snu. Mimo 
zapewniania, 
że wcale nie jest śpiący, Georgie ziewał na potęgę, a jego młoda 
niania czyhała w pobliżu, gdy Faith i Meredith wychodziły na 
paluszkach z pokoju. 
- Ciekawa jestem, czy już ktoś przyjechał - mówiła Faith, idąc 
spiesznie 
korytarzem. - Wysłałam tyle zaproszeń i wyobraź sobie, nikt się nie 
wymówił! Powinniśmy mieć dziś w domu pełno gości! 
- Jestem pewna, że zjadą się tłumnie, a bal okaże się wielkim 
sukcesem 
- odpowiedziała Meredith. - W końcu każdy chce czym prędzej 

background image

poznać nową wicehrabinę Dewhurst! 
- Większość zaproszonych zna mnie od dzieciństwa - odparła Faith, 
potrząsając głową. - Nie zmieniłam się aż tak przez kilka miesięcy 
małżeństwa! 
Oczy Meredith iskrzyły się wesołością. 
- O, wiele osób będzie odmiennego zdania, Faith! Podobnie jak ja 
jestem. 
Faith była tak zaskoczona tym stwierdzeniem, że nie zdobyła się na 
odpowiedź. Czyżby naprawdę się zmieniła? I to na lepsze? Trudno w 
to 
uwierzyć! Ale różnie to bywało. Czasem sama miała wrażenie, że nie 
zmieniła się nic a nic, a kiedy indziej była przekonana, że przeszła 
prawdziwą metamorfozę. 
Gdy Merry gestem poprosiła ją, by szła przodem, Faith pośpiesznie 
spełniła życzenie. To zrozumiałe, że przyjaciółka miałaby kłopoty z 
trafieniem 
do sali balowej z pokoju dziecinnego na najwyższym piętrze! 
Nie znajdowały się przecież w May fair Manor, gdzie Merry znała 
wszystkie 
zakamarki równie dobrze jak we własnym domu. O dziwo, Faith 
uświadomiła 
to sobie dopiero teraz... jakby zapomniała, że miała kiedyś inny 
dom, inny niż Hawthorne Castle... 
Nerwy, nad którymi Faith zdołała jakoś zapanować, znów się 
odezwały, 
gdy obie dotarły do drzwi sali balowej. Dziś Faith miała po raz 
pierwszy 
wystąpić oficjalnie w roli pani domu przed miejscową elitą. W ciągu 
ostatnich kilku miesięcy prawie z nikim nie utrzymywała kontaktów. 
Bez 
skrupułów wykorzystywała uprzywilejowaną pozycję młodej mężatki, 
by 
wymigiwać się od obowiązków towarzyskich. I unikać wszelkich 
kłopotliwych pytań. 
Dziś to jej nie ominie. Musi stanąć na czele komitetu powitalnego. 
Będzie jedną z dwóch osób, na których skoncentrują się spojrzenia 
miejscowego 
eleganckiego świata. Drugim bohaterem wieczoru będzie Griffin. 
Faith nie miała wątpliwości, że jej męża wszyscy ocenią pochlebnie. 
Jakże pragnęła, żeby i do niej odnieśli się z aprobatą! Żeby 

background image

zaakceptowali 
ją ci, którzy w przeszłości raczyli niegrzecznymi spojrzeniami lub 
kompletnie ignorowali. Ci, którzy krytykowali ją otwarcie, i ci, którzy 
obgadywali ją szeptem za jej plecami. 
Faith była wściekła na własną słabość. Czuła się bezbronna i lękała 
o wynik tej konfrontacji. 1 choć jej nowy dom, Hawthorne Castle, nie 
przyjął jej z otwartymi ramionami, gdy doń przybyła, stanowił jednak 
coś w rodzaju ochronnego kokonu; nie miała wcale ochoty wytykać 
nosa 
ze swego pokoju i stawiać czoła miejscowej elicie. 
Gdy zmierzały w stronę sali balowej, Meredith gawędziła o wszystkim 
i o niczym, by pomóc przyjaciółce w opanowaniu tremy. Faith 
wiedziała 
o tym i była jej wdzięczna, ale nawet błaha paplanina Merry nie 
podziałała 
zbawiennie na jej nerwy, które co chwila dawały o sobie znać. 
Nie pojawił się jeszcze nikt z zaproszonych, wyraźnie jednak było 
słychać 
turkot kół i rżenie koni. Lada chwila powozy zatrzymają się na 
podjeździe 
i goście zacznąz nich wysiadać. U wejścia na salę balową czekał 
już na nich Griffin w towarzystwie obu sióstr. 
Byli tak zagłębieni w ożywionej dyskusji, że nie od razu spostrzegli 
Faith i Meredith. Ta krótka chwila pomogła Faith pozbierać myśli; po 
raz 
ostatni zmierzyła wzrokiem salę, przekonując się, że zastosowano się 
do 
jej starannie opracowanych wskazówek. 
Orkiestra gotowa do występu zebrała się na górnej galerii. 
Umieszczono 
ją tam, by na sali było jak najwięcej miejsca do tańca. Pęki jesiennych 
kwiatów, umiejętnie rozmieszczone w wielu punktach sali, ożywiały ją 
kolorami i potęgowały świąteczny nastrój. Migotliwy blask świec z 
najlepszego 
wosku dodawał sali balowej romantycznego uroku i zachęcał do 
wejścia. 
W tej chwili trudno byłoby uwierzyć, że posiadłość Dewhurstów 
ogromnie 
ucierpiała z powodu braku funduszów. Tego wieczoru wszystkie 
pokoje 

background image

dostępne dla gości czarowały świeżością niedawno odmalowanych 
ścian i połyskiem naprawionych mebli. Udało się to osiągnąć dzięki 
oszczędności i rozwadze, z jaką Griffin operował pieniędzmi z 
posagu 
Faith i z dochodów doskonale prosperującego gospodarstwa May fair 
Manor. 
Po obrzeżu sali balowej krążyła dyskretnie służba, czekając na gości, 
których miała obsługiwać. 
Faith postanowiła zrezygnować z pretensjonalnej choć modnej liberii 
i poleciła wszystkim lokajom ubrać się w proste czarne surduty. 
Zdumiała 
się więc na widok przechodzącego w pobliżu wystrojonego lokaja. 
Wyglądał groteskowo w pudrowanej peruce, jedwabnych spodniach 
do 
kolan i skrzącej się od srebrnych haftów kamizeli. 
Lokaj usadowił się przed drzwiami sali balowej. Faith pojęła, że 
zamierzał 
stamtąd donośnie i z wielką pompą - czego Faith nie znosiła 
zapowiadać wchodzących na salę. 
Nietrudno było się domyślić, kto mu wydał taki rozkaz - wbrew 
wyraźnym 
życzeniom pani domu. Wystarczyło jedno spojrzenie na bardzo 
z siebie zadowoloną Harriet, by domysły stały się pewnością. 
Z przykrym uczuciem, że doszło do nieuniknionej konfrontacji, Faith 
ruszyła w stronę lokaja. Niestety, stał tuż obok wicehrabiego i jego 
sióstr. 
Podchodząc do tej grupy, Faith oddychała głęboko i miarowo, 
próbując 
tym oddechem utrzymać spokój i opanowanie. 
W czarnym wieczorowym stroju Griffin był zdumiewająco przystojny, 
a Elizabeth, odziana w białą muślinową suknię, jak przystało na 
panienkę 
w jej wieku - młodziutka, świeża i prześliczna. Faith musiała 
niechętnie 
przyznać, że i Harriet prezentowała się tego wieczoru bardzo dobrze. 
Jej jedwabna suknia w kolorze lawendy nie była co prawda ostatnim 
krzykiem 
mody, ale jej fason z podwyższoną talią dodawał miękkości szczupłej 
sylwetce, a delikatna barwa sukni podkreślała ładną cerę. 
Faith wiedziała jednak, że pod pastelowym jedwabiem kryje się 

background image

twarda 
kobieta. Z hartowanej, nieugiętej stali. 
Postanowiła po raz ostatni nie dopuścić do jawnej konfrontacji z 
nieprzyjaznąjej 
szwagierką, zwracając się z naganą bezpośrednio do lokaja. 
- Jestem zdumiona, widząc cię tutaj, Harper - oświadczyła. - W 
dodatku 
w takim stroju! Moje polecenia co do waszego wyglądu dziś 
wieczorem 
były jasne i zwięzłe: żadnych liberii czy peruk i żadnego anonsowania 
przybywających. Powiedz mi, jeśli łaska, co sprawiło, że nie 
dostosowałeś się do moich wskazówek? 
Lokaj zerknął z niepokojem na Harriet, ta zaś natychmiast podeszła 
do bratowej. 
- Nie denerwuj służby, Faith. Goście już się schodzą. - Harriet 
zręcznie 
wślizgnęła się między wicehrabinę i lokaja. - Harper stoi tu na moje 
polecenie. W Hawthorne Castle goście byli zawsze zapowiadani 
podczas 
balu. Jest to dobry zwyczaj przyjęty przez całe tutejsze ziemiaństwo. 
Wszyscy nasi goście oczekują, że się do tego dostosujemy. 
Założyłam 
więc, że to po prostu niedopatrzenie z twojej strony, ponieważ nie 
masz 
doświadczenia w urządzaniu podobnych imprez. 
- Było to zgoła niesłuszne założenie. Kiedy będę potrzebowała twojej 
rady, Han'iet, sama o niąpoproszę. Aod tej pory bądź tak dobra i 
oszczędź 
mi swoich uwag, przemyśleń i pomocy. - Następnie zwróciła się do 
lokaja, 
któiy przysłuchiwał się jej słowom z ogromną uwagą. - Wracaj do 
kuchni i sprawdź, czy nie przydasz się przy urządzaniu bufetu. I na 
litość 
boską zdejmij z siebie ten błazeński strój! To nie królewski pałac w 
Wersalu! 
- Tak jest, milady. - Lokaj skłonił się. Faith dostrzegła w jego oczach 
podziw i szacunek. 
Harriet wyprostowała się sztywno. 
- Popełniasz karygodny błąd. To ogromnie ważne... 
- Daj spokój, Harriet- przerwała jej Faith.- Podjęłam już decyzję. 

background image

A chyba nawet ty nie zaprzeczysz, że tylko ja - pani domu - mam 
prawo 
tę decyzję podejmować. Goście już się zjeżdżają. Jeśli zechcesz 
obstawać 
przy swoim i zionąć ogniem niczym smok, zrobi się tu okropnie 
gorąco i nikt nie będzie miał ochoty do tańca. 
Harriet wprost zamurowało. Faith skinęła głową z zadowoleniem i 
zwróciła 
się w stronę nadchodzących gości. Przez kilka ostatnich dni trwały 
gorączkowe przygotowania do balu, nic więc dziwnego, że stała się 
drażliwa 
i pobudliwa. Zwycięstwo w ostatniej sprzeczce z Harriet było 
dokładnie 
tym, czego w tej chwili potrzebowała. Odzyskała wiarę w siebie i 
mogła już stawić czoło lokalnej elicie. 
- Wszystko w porządku, moje panie? - spytał Griffin. 
Harriet zacisnęła usta i odwróciła się. 
- Faith? - tym razem zwrócił się do żony. 
Wysunęła bródkę i zmierzyła męża wzrokiem. 
- Był pewien problem, ale sobie z nim poradziłam. Nie będzie 
żadnych 
żenujących scen, które dałyby powód do plotek. - Odetchnęła 
głęboko. 
- Uważam za swój życiowy triumf, że wysłuchawszy mej tyrady 
Harriet zaniemówiła. Nareszcie! 
Wyglądało na to, że osiągnięcie Faith wywarło podobny skutek na jej 
mężu. Griffin nie odrzekł ani słowa. Uśmiechnął się tylko do żony i 
zajął -jak należało - miejsce u jej boku. 
Kącikiem oka Faith dostrzegła, że Meredith dyskretnie się odsuwa. 
Chwyciła więc przyjaciółkę za nadgarstek i przyciągnęła bliżej, 
czyniąc 
Meredith członkiem komitetu powitalnego. 
Faith zaczęła się stopniowo uspokajać. Oczy wchodzących gości 
błyszczały 
ciekawością. Rozlegały się szepty pełne uznania dla dekoracji sali 
i znakomitej orkiestry. Gratulacje i serdeczne życzenia dla niedawno 
zaślubionej 
pary nie miały końca. Niektóre z nich wydawały się całkiem szczere. 
Faith czuła się trochę niezręcznie, odbierając tyle ukłonów. Kłaniały 
się jej nisko nawet starsze od niej damy, gdyż takie honory należały 

background image

się jej z racji tytułu. 
Jak przystało, Faith odwzajemniała się podobnym ukłonem damom 
o równie wysokiej lub wyższej pozycji, choć ze zdziwieniem 
stwierdziła, 
że nie było ich wiele. Lady Granville należała do tego grona i Faith 
podnosząc 
się wdzięcznie z głębokiego ukłonu, którym ją powitała, poczuła, że 
coś ześlizguje się jej po dekolcie. 
Zaskoczona zerknęła na szyję i odkryła, że odziedziczony po matce 
naszyjnik z pereł i brylantów zsunął jej się wprost do stanika balowej 
sukni. 
- Meny! - syknęła Faith, gdy lady Granville oddaliła się od nich. -
Musisz mi pomóc. Zapnij ten przeklęty naszyjnik! 
Odwróciła się na chwilę i dyskretnie wyjęła klejnot zza dekoltu, po 
czym wręczyła go przyjaciółce. Meredith nie mogła sobie z nim 
poradzić; 
trudno jej było w rękawiczkach odpiąć i zapiąć misterny zamek. 
- Panie pozwolą - rozległ się głęboki męski głos. 
Faith podniosła głowę. Stał przed nią Griffin z nieodgadnionym 
wyrazem 
twarzy. Przebiegł ją dreszcz, gdy z wielką wprawą zapinał naszyjnik. 
Dotyk jego palców był ciepły i znajomy. 
Nie licząc uprzejmego podania żonie ramienia, gdy przechodzili z 
pokoju 
do pokoju, był to najbardziej intymny kontakt fizyczny od pamiętnego 
popołudnia, gdy w ogrodzie całował ją tak, że omal nie zemdlała. 
- To piękny klejnocik. Odziedziczyłaś go po matce? - spytał 
uprzejmie, 
gdy naszyjnik znalazł się znów na jej szyi, tym razem porządnie 
zapięty. 
Nie, to prezent od byłego kochanka! - pomyślała. 
Omal nie wypowiedziała na głos tej złośliwej uwagi. Szkoda, że 
zabrakło 
jej śmiałości, by tak mu się odciąć! Może to szokujące stwierdzenie 
wyrwałby go z uprzejmej obojętności, która stawała się nie do 
zniesienia? 
- Tata ofiarował go mamie w pierwszą rocznicę ślubu - 
odpowiedziała. 
Ostrożnie przesunęła dłoniąpo brylantach i perłach naszyjnika, 
upewniając 

background image

się, że wszystko jest w porządku. - Mama zawsze powtarzała, że to 
jej ulubiony klejnot. 
- Nieraz słyszałem, że dla obdarowanych intencje obdarowującego 
mają największe znaczenie. - Griffin spojrzał znów na naszyjnik. -Ale 
z doświadczenia wiem, że liczy się przede wszystkim liczba drogich 
kamieni, ich jakość i szlif. 
- Widocznie miałeś pecha, milordzie, obsypując klejnotami kobiety 
niewarte takich względów. 
Faith odwróciła wzrok i zmagała się z pożerającą ją zazdrością. 
Nigdy 
nie interesowała się specjalnie biżuterią, ale myśl, że Griffin 
obdarowywał klejnotami inne kobiety, zabolała ją. 
Griffin nigdy nie próbował wybielić swej hulaszczej przeszłości, a jego 
szczerość w tym względzie nie pomagała Faith pogodzić się z 
faktem, że 
jej mąż utrzymywał intymne stosunki z innymi kobietami. 
I w dodatku obdarowywać je biżuterią, bez wątpienia kunsztowną i 
drogą. 
Jej dał tylko obrączkę. Tak, ale czy ślubna obrączka nie jest więcej 
warta od wspaniałych brylantów, szmaragdów i szafirów, 
ofiarowywanych 
pewnym damom za pewne usługi? 
Na samą myśl o tej profesji Faith westchnęła i odwróciła wzrok. Miała 
nadzieję, że orkiestra nie będzie zbyt długo zwlekać i tony 
pierwszego 
tańca przerwą jej posępne rozmyślania. 
Muzyka istotnie zagrzmiała i tancerze ochoczo ruszyli ku upatrzonym 
tancerkom. Griffin otworzył bal, prosząc do tańca lady Granville, 
damę 
o najwyższej pozycji wśród zebranych, z wyjątkiem jego żony. Lord 
Granville 
skłonił się przed panią domu. Faith uśmiechała się promiennie, gdy 
starszy pan deptał jej po nogach, przepraszając najmocniej, ilekroć 
sprawił jej ból. 
Na szczęście taniec dobiegł końca, a wraz z nim męczarnie Faith. Na 
parkiecie zrobiło się ciasno: pary ustawiały się już do następnego 
tańca. 
Griffin nagle znikł, ale na szczęście była pod ręką Merry. Wzięła 
przyjaciółkę za rękę i wciągnęła do wnętrza otaczającego ją kręgu. 
Stanowili 

background image

go niemal wyłącznie wielbiciele, którzy obstąpili Merry ze wszystkich 
stron, zorientowawszy się, że zamierza od razu włączyć się do tańca. 
Meredith z przyjemnością darowała sobie pierwszy taniec. Faith 
bynajmniej 
nie zdziwiło, że przez ten czas wokół jej przyjaciółki zgromadził 
się cały zastęp adoratorów. Dostrzegała i wyraźnie wyczuwała 
zazdrosne 
spojrzenia, jakimi inne damy obrzucały ich rozbawione grono 
i z trudem powstrzymywała się od śmiechu. Żadna z tych kobiet 
pewnie 
by nie uwierzyła w zapewnienia, że prześliczna i pełna życia lady 
Meredith 
szczerze nie znosi ostentacyjnych męskich hołdów. 
- Czy znajdzie się dla mnie miejsce w pani karneciku, milady? 
Faith spojrzała ze szczeiym rozbawieniem na zgiętego przed nią w 
ukłonie 
młodzieńca. Spiczaste końce jego kołnierzyka były tak 
wykrochmalone 
i sięgały tak wysoko, że nie był w stanie oglądać się na boki. Ze 
zdumieniem uświadomiła sobie, że ten imponujący dandys to nie kto 
inny 
jak Geoffrey, młodszy syn Bartona, właściciela pobliskiego majątku. 
Byli z Geoffreyem w tym samym wieku i brali udział w wielu lokalnych 
spotkaniach towarzyskich. Ale dopiero dziś Geoffrey poprosił ją do 
tańca. 
- Z przyjemnością zatańczę z panem - powiedziała łaskawym tonem 
Faith - choć dziwi mnie, że chce pan zapisać się do mego karnecika, 
kiedy wokoło jest tyle ślicznych panien! 
- Pani jest w naszym gronie pierwszą damą, wicehrabino - odparł 
szczerze Geoffrey. - To dla mnie wielki zaszczyt być pani partnerem. 
Kilka męskich głów zwróciło się w ich kierunku. Widocznie 
zainteresowanie, 
jakie jej okazywał Geoffrey, udzielił się innym. Wkrótce Faith 
miała już w karneciku szereg nazwisk, między innymi ognistorudego 
młodzieńca, najstarszego syna bogatego dzierżawcy, oraz 
dystyngowanego 
barona Harndona, tęgiego dżentelmena w wyniosłym obejściu. 
W nastroju przyjaznej rywalizacji mężczyźni prześcigali się w 
umizgach 
do obu dam. Faith nie mogła wprost uwierzyć, że niektórzy z nich 

background image

wydawali się równie zainteresowani nią jak Merry. 
Dosłownie rozkwitła pod wpływem nieoczekiwanego powodzenia. 
Wszelkie umizgi pod swoim adresem traktowała jak niewinne żarty. 
Uśmiechała się i flirtowała, to klepiąc kogoś wachlarzem po ramieniu, 
to 
znów dotykając leciutko czyjegoś surduta. Bawiła się jak nigdy! 
Chętnie 
by wymieniła spojrzenia z Merry na znak, że podziela jej rozbawienie, 
ale ani rusz nie mogła przyciągnąć jej wzroku. 
Dostrzegła jednak stopę przyjaciółki, niecierpliwie uderzającą o 
podłogę, 
choć twarz pięknej panny wyrażała zainteresowanie anegdotką, którą 
raczył ją jeden z wielbicieli. Faith doceniła w pełni poświęcenie Merry, 
któremu zawdzięczała swój sukces. Zwykle Meredith nie okazywała 
takiej 
pobłażliwości gromadzie gogusiów. Faith pojęła, że przyjaciółka 
postąpiła wbrew swym zasadom i gustom jedynie dla niej, chcąc 
zapewnić 
sukces całej imprezie i samej pani domu. 
Pan Huxtable przebił się przez ciżbę do tłoku Faith, uśmiechnął się i 
skłonił. 
- To mój taniec, jeśli się nie mylę. 
Faith zerknęła do karnetu, który był już prawie zapełniony. 
- Ma pan rację — przyznała, kładąc rękę na jego ramieniu. 
Układ tańca nie ułatwiał konwersacji, ale przy byle okazji pan 
Huxtable 
pochlebiał jej bezwstydnie, a Faith odwzajemniała się po swojemu, 
ciesząc się każdą chwilą tej beztroskiej zabawy. 
Wśród przemykających obok nich par Faith dostrzegła swego męża 
tańczącego z Elizabeth. Młodziutka szwagiera uśmiechała się 
radośnie 
i wyglądała tak słodko i niewinnie, że Faith aż zabiło mocniej serce. 
Gdy taniec dobiegł końca, pan Huxtable odprowadził Faith na 
miejsce, 
gdzie od razu otoczył ją rój wielbicieli. Ich liczba w jakiś cudowny spo
sób wzrosła w dwójnasób. Niebawem zjawił się następny partner i 
porwał 
ją do tańca. A potem jeden taniec następował po drugim w tak 
szybkim 
tempie, że wkrótce zabrakło jej tchu. 

background image

Rozpoczął się wreszcie jedyny wolny taniec, ale Faith nie miała 
czasu 
odpocząć i złapać tchu, śmiejąc się i flirtując zamknęła się w kręgu 
wiernie 
towarzyszących jej wielbicieli. 
Nagle silny męski głos przerwał huczny śmiech całej gromadki. Faith 
podniosła głowę i ujrzała swego męża. Z wyraźnym 
zainteresowaniem 
obserwował tłoczących się wokół jego żony mężczyzn. Potem 
zlustrował 
wzrokiem każdego z osobna, jakby brał z nich miarę. Wreszcie 
spojrzał wprost na nią. 
Faith z niedowierzaniem stwierdziła, że oczy wicehrabiego płonęły 
gniewem, jakby złościły go okazywane jej względy. 
- Poproszę o karnecik, madame -powiedział Griffin, wyciągając rękę. 
Faith zaczerwieniła się i bez słowa podała mu karnet. Rada była, że 
w blasku świec jej rumieńce nie były zbyt widoczne. 
- Ależ, milordzie! Chcesz mi poświęcić aż trzy tańce? - wykrzyknęła 
zauważywszy po odebraniu karnecika, że mąż wykreślił dwa 
nazwiska 
i wpisał zamiast nich swoje. - Czuję się zaszczycona! 
- Trzy tańce! -jęknął starszawy, szpakowaty jegomość. - Słowo daję, 
Dewhurst, nie godzi się tak zawłaszczać królową balu! Dajże i innym 
szanse! 
Twarz Griffina miała obojętny, niemal znudzony wyraz, ale spojrzenie 
było przenikliwe i czujne. 
- Nie życzę sobie, by plotkowano, że zaniedbuję żonę - odparł. -1 że 
nie szanuję, nie cenię, i nie bronię tego, co należy do mnie. 
Zawarte w podtekście ostrzeżenie dotarło najwyraźniej do 
otaczających 
Faith dżentelmenów. Kilku z nich wycofało się dyskretnie, inni okazali 
nadzwyczajne zainteresowanie trunkami na tacy przechodzącego 
w pobliżu lokaja. Krwisty rumieniec pokrywał już całą twarz i rozlewał 
się plamami na szyi Faith. 
Mimo to zuchwałe i władcze spojrzenie, jakie rzucił jej mąż, wyraźnie 
zaintrygowało wicehrabinę. Z bijącym sercem, ochoczo przyjęła 
mężowskie ramię. 
Griffm poprowadził ją na sam środek sali balowej, objął mocno w talii 
i wziął za rękę. Orkiestra zaczęła grać i Faith z trudem powstrzymała 
westchnienie. 

background image

Zdążyła już tego wieczoru przetańczyć walca z sir Perrym i mimo woli 
porównywała obu swoich partnerów. Sir Perry tańczył poprawnie, ale 
brakowało mu wdzięku i szyku, które u jej męża były czymś 
wrodzonym i naturalnym. 
Jakby czytając w myślach żony, Griffin pokierował nią tak sprawnie, 
że zawirowała jak płatek śniegu i oboje znaleźli się na obrzeżu 
parkietu, 
dokładnie tam, gdzie sobie życzył. 
- Widzę, że doskonale się bawisz - stwierdził nieco sztucznym tonem. 
-
I dorobiłaś się całego orszaku wielbicieli! 
Faith bez słowa wpatrywała się w męża. Gdyby nie znała go tak 
dobrze, 
mogłaby przysiąc, że przemawia przez niego zazdrość. Ale to było 
przecież niemożliwe! 
- Bawię się znakomicie - odparła w końcu. - Na żadnym balu tyle się 
nie natańczyłam! A ci panowie są ogromnie szarmanccy. 
- Bądź ostrożna, Faith! Nie masz doświadczenia w tych sprawach... 
Chyba nie chcesz, by ktoś wyciągnął niewłaściwe wnioski z twojego 
zachowania? 
Faith zbyła te przestrogi machnięciem ręki. 
- Dosyć się napatrzyłam, jak Meny poskramia tych gogusiów! Umiem 
zachować się przyjaźnie, nie budząc fałszywych nadziei. I słuchać z 
zainteresowaniem 
każdego, nie wyróżniając nikogo. 
Zarumieniła się, schyliła lekko głowę i niewinnie spojrzała na męża 
spod rzęs. 
- Musisz przyznać, że nie najgorzej sobie radzę w tych sprawach. 
Jakże 
inaczej skłoniłabym wytwornego wicehrabiego Dewhursta, by 
zarezerwował 
sobie u mnie aż trzy tańce? Przecież żelazna zasada, obowiązująca 
w wyższych sferach, wyraźnie głosi: „Nie więcej niż dwa tańce z tym 
samym partnerem!" 
- Mnie te zasady nie dotyczą, jestem twoim mężem. 
- Cóż za arogancja, mój panie! 
- Zauważyłem, że w moim charakterze to ci się najbardziej podoba. 
- To tylko twoje pobożne życzenia! - Odcięła się Faith, choć jego 
uroczy 
uśmiech całkowicie podbił jej serce. 

background image

- Nie bez powodu zagarnąłem dla siebie pozostałe walce w twym 
karneciku. 
- Griffin odetchnął głęboko. - Może nie jesteś przesadnie wysoka, 
ale mogę przynajmniej tańczyć z tobą walca bez zginania się w pół 
i schylania karku tak, że aż trzeszczy! 
- Jakiż to dla mnie zaszczyt, że mogę ci ulżyć w tak wielkiej niedoli! 
- odparła Faith z afektowanym westchnieniem. 
- Mnie również to cieszy. 
Faith podniosła raptownie głowę. Wesołe błyski w oczach męża 
zdradziły, 
że pokpiwa sobie z niej. Miała ogromną ochotę nastąpić mu na nogę, 
ale zapanowała nad pokusą. 
Poddała się bez reszty urokowi tańca i radości, że Griffin znowu 
trzyma 
ją w ramionach. Intymność walca i żar bijący od Griffma sprawiły, że 
znów zawładnęła nią chęć przytulenia się do niego jeszcze mocniej. 
Pragnęła zapomnieć choć na chwilę, że znajdują się na sali 
wypełnionej 
po brzegi przyjaciółmi i sąsiadami... Jakże byliby oni zaszokowani 
i zgorszeni, gdyby poznali jej nieprzystojne myśli i pragnienia. 
Jej nieopanowaną namiętność... I to do kogo? Do własnego męża! 
Podniosła głowę i spojrzała na niego. Zmysłowe błyski w oczach 
wicehrabiego 
zdradzały, że i on odczuwa łączące ich pożądanie. 
Twarz Griffma przybrała dziwny wyraz. Przez chwilę Faith myślała 
z przerażeniem, że Griffin wypowie na głos swoje pragnienia. 
Potem uświadomiła sobie, że muzyka umilkła, a oni nadal trzymają 
się 
w ramionach. Doleciały do niej zdziwione szepty. Instynktownie 
wyślizgnęła 
się z ramion Griffma i cofnęła na przyzwoitą odległość. 
W oczach męża błysnął gniew. Ich spojrzenia spotkały się i zwarły ze 
sobą. 
— Wrócę upomnieć się o następne tańce - powiedział cicho. - Nie 
zapomnij o tym! 
Z galanterią pocałował Faith w rękę i ukłonił się. A potem odszedł, 
a wraz z nim znikła cząstka radości, jaką sprawiał jej ten bal. 
To był cudowny wieczór, pełen tańca i muzyki, w przyjaznej 
atmosferze. 
Faith ku swej wielkiej radości przekonała się, że miejscowa 

background image

śmietanka 
towarzyska, która przez ostatnie dziesięć lat spoglądała na nią kosym 
okiem, stała się w stosunku do niej bardziej życzliwa i tolerancyjna. 
Bo też Faith nie była już rozpuszczoną jedynaczką barona Astona, 
której 
narzeczony Neville Sainthill nie zamierzał poślubić. 
Została wicehrabinąDewhurst, damą, o której względy należało 
zabiegać. 
Zwyczajne złote kółko - obrączka ślubna - zmieniło Faith w osobę, 
z którą trzeba się liczyć, której nie wolno ignorować. 

- Pewnie jaśnie pani pada z nóg - zauważyła pokojówka ze 
współczującym 
uśmiechem. - Taniec po tańcu... a tu już dobrze po północy! 
Nie pamiętam balu, który przeciągnąłby się tak długo w noc... A 
chyba 
lepiej by powiedzieć: trwał prawie do rana. 
- To był cudowny bal! - orzekła Faith. Ziewnęła szeroko i nagle 
poczuła, 
że ogarnia ją znużenie. - Przez cały czas nie czułam się ani trochę 
zmęczona. Dopiero teraz uprzytomniłaś mi, jak jest późno. 
Faith śmiała się, a pokojówka wprawnie wyjmowała jej szpilki z 
włosów. 
Kiedy nic już ich nie krępowało, wicehrabina wstrząsnęła głową 
i loki rozsypały się po plecach. Służąca wzięła szczotkę i zaczęła 
rozczesywać gęste, brunatne włosy. 
Faith odchyliła głowę i odprężyła się. Nie zamknęła jednak oczu. Z 
całą 
uwagą przyglądała się swemu odbiciu w lustrze. Mimo znużenia oczy 
jej błyszczały, a twarz była zaróżowiona po miłych emocjach tego 
wieczoru. 
Chwyciła w rękę garść gęstych, wijących się włosów i podniósłszy do 
twarzy przyjrzała się im z bliska. Wydawały się takie pospolite. 
Właściwie 
były brunatne, ale gdzieniegdzie trafiały się pasemka rude, a nawet 
złociste. Faith pochyliła się do przodu, przekrzywiła głowę na bok i 
zaczęła dumać. 
Jak też by wyglądała z jasnymi włosami? Czy w aureoli wdzięcznie 
ułożonych złotych loków byłaby równie piękna jak Merry? 
Omal się głośno nie roześmiała. Co za myśl? Przecież to 

background image

niepodobieństwo! 
Nikt nie był tak piękny jak Meredith! Wszyscy mężczyźni w sali 
balowej zwrócili na nią uwagę. A nieliczni, którzy mieli zaszczyt 
zamienić 
z nią kilka słów lub przetańczyć parę taktów, nie posiadali się ze 
szczęścia. 
Griffin również tańczył z lady Meredith i Faith ogarnęła straszliwa 
zazdrość, 
gdy wdzięcznie sunęli po parkiecie; poczuła się taka niepozorna, 
nieładna... Jaką cudowną stanowili parę: Griffin ciemnowłosy, Merry 
złotowłosa, a oboje tacy piękni... Słyszała szepty pełne podziwu. 
Jak trudno jej było ukryć męki zazdrości - nagły, ostry ból w sercu 
i nieznośną pustkę w dole brzucha! A przecież Faith nie miała 
prawdziwego 
powodu do zazdrości. Jej również tego wieczoru nie brakło wielbicieli. 
Przynajmniej raz nie była zapomnianym przez wszystkich 
kopciuszkiem, 
nie podpierała ścian, zdana na towarzystwo siwowłosych matron. 
W ciągu dwudziestu minut w jej karneciku nie pozostał ani jeden 
wolny 
taniec. I wcale nie prosili jej sami starsi, żonaci dżentelmeni. O 
względy 
Faith ubiegało się również kilku młodych elegantów z Harrowby. 
Jednak ukoronowaniem balu były dla Faith walce z Griffinem. Gdy 
objął ją lekko w talii, przebiegły ją ciarki, a kiedy znalazła się znowu 
w jego ramionach, dreszcz przeszył ją od stóp do głów. 
Miała nadzieję, że Griffin ją pocałuje. Wystarczyłby pośpieszny całus 
skradziony po zakończeniu tańca. A może w zalanym księżycową 
poświatą 
ogrodzie odnaleźliby dawny czar, który związał ich ze sobą, zanim 
zostali mężem i żoną? 
A ściślej mówiąc, zanim zwabiła go w pułapkę i skłoniła oszustwem 
do ślubu! 
- Gotowe! - obwieściła wesoło pokojówka. Odłożyła szczotkę do 
włosów 
na toaletkę, pomogła wicehrabinie włożyć nocną koszulę i wyszła. 
Z głębokim westchnieniem Faith położyła się do łóżka. Przez kilka 
minut leżała spokojnie, potem obróciła się na bok i poprawiła 
poduszki. 
Przewracała się z boku na bok i wierciła coraz bardziej niecierpliwie. 

background image

W końcu dała za wygraną. Pojęła, że mimo zmęczenia nie zazna 
snu. Jest zbyt podekscytowana. 
Wstała z łóżka i machinalnie rozcierając kark przeszła przez cały 
pokój. 
Zatrzymała się w pobliżu okna. Z westchnieniem przycupnęła na 
niskiej 
ławce w okiennej wnęce, podciągnęła kolana pod brodę i zapatrzyła 
się w czyste nocne niebo. 
Noc była jasna, rozświetlona księżycową pełnią i miriadami gwiazd 
migoczących na niebieskim sklepieniu. Czarodziejska. Pełna obietnic. 
Stworzona dla kochanków. 
Tylko że Faith nie miała kochanka, a jedynie obojętnego męża, który 
prawdopodobnie uważał ją wyłącznie za kulę u nogi. Zerknęła w 
stronę 
drzwi łączących jej pokój z sypialnią Griffina. Były szczelnie 
zamknięte, jak zawsze. 
Cicha łza spłynęła jej po policzku i kapnęła na nadgarstek. Faith 
otarła 
twarz i jeszcze mocniej objęła ramionami kolana. 
To tylko zwykła reakcja po balu! - tłumaczyła sobie. Jest po prostu 
zmęczona i trochę jej smutno, że cudowny wieczór dobiegł końca. 
Mimo 
to miała ochotę rozpłakać się w głos, dać upust kłębiącym się w niej 
emocjom. 
Opanowała się jednak. Żeby była nie wiem jak załamana, nie będzie 
siedzieć tu bezradnie i użalać się nad sobą jak zaniedbywana żona!... 
Przystąpi do działania! 
Gryząc dolną wargę, jeszcze raz spojrzała na wewnętrzne drzwi 
między 
sypialniami. Pragnęła, by ich małżeństwo stało się znowu normalne. 
Nie tylko dlatego, że chciała urodzić Griffmowi dziecko, ale również 
po 
to, by do niego należeć. W pełni i na zawsze. 
Stosunki między nimi uległy wyraźnej poprawie w porównaniu z 
tamtym 
koszmarnym porankiem po nocy poślubnej. W tym jednak momencie 
Faith wydawało się, że poprawa jest minimalna. Serce i rozum 
podpowiadały 
jej, że wiele jeszcze wody upłynie, zanim Griffin powróci do 
niej jako mąż. Kochający mąż. 

background image

Ileż to godzin strawiła na marzeniach o tej przełomowej chwili. W 
głębi 
serca wiedziała, że tego właśnie pragnie najbardziej: miłości Griffina. 
Zdaniem Faith, odnowienie fizycznych stosunków będzie pierwszym 
znaczącym krokiem na drodze do upragnionego celu. Z wyjątkiem 
spotkania 
w ogrodzie przed kilkoma tygodniami, kiedy oficjalnie oznajmił 
jej, że chce wydać bal dożynkowy, Griffin unikał wszelkiego 
fizycznego 
kontaktu, nie licząc oczywiście grzecznościowych gestów, takich jak 
podanie ramienia czy ręki. 
Po raz trzeci wzrok Faith pobiegł w stronę zamkniętych drzwi. Serce 
jej ścisnęło się boleśnie, gdy uświadomiła sobie, co oznaczają. 
Odtrącenie. Rozłąkę. Niechęć. 
Zebrawszy całą odwagę, Faith zerwała się z ławki i pod oknem i na 
bosaka podbiegła do drzwi. Przytknęła ucho do masywnego drewna, 
ale 
nic nie usłyszała. Prawdę mówiąc, w całym domu panowała 
niezwykła 
cisza. W pierwszej chwili chciała zastukać, ale szybko się rozmyśliła. 
Może Griffin nie odpowie na stukanie. Co wtedy? Czy będzie musiała 
wycofać się w poczuciu klęski? 
Lekko dotknęła klamki, a potem nacisnęła ją. Na sekundę ogarnął ją 
paniczny strach - a nuż zamknął się na klucz? Drzwi otworzły się 
jednak cicho i bez trudu. 
Kotary były częściowo rozsunięte i sypialnia Griffina tonęła w 
księżycowym 
blasku. Było, co prawda, dość ciemno, ale kontury większych 
mebli, także łóżka, rysowały się wyraźnie. Nocne powietrze 
przyjemnie 
chłodziło, bo na kominku nie rozpalono ognia. Okno było uchylone, 
lekki 
wietrzyk poruszył fałdami koszuli Faith. 
Pełna napięcia i lęku oczekiwała jakiejś reakcji na swoje przybycie. 
Upłynęła minuta, dwie, trzy... Nic się nie poruszyło. Może Griffin spał? 
Wytężyła słuch, by odgadnąć to z jego oddechu. Niestety, zagłuszały 
go 
dobiegające z zewnątrz dobrze jej znane odgłosy nocy. 
Faith postąpiła o krok, niemal pragnąc, by któraś z desek 
podłogowych 

background image

skrzypnęła i zwróciła uwagę Griffina. Serce tak jej waliło, że nie 
mogła 
pojąć, jak to się dzieje, że mąż nie słyszy ani tego łoskotu, ani jej 
zbliżających się kroków. 
- Faith? 
Dźwięk niskiego, gardłowego głosu zaskoczył ją tak, że omal nie 
wrzasnęła. 
W ustach jej zaschło. Wymówienie choćby słowa okazało się 
wyczynem 
ponad siły. Westchnęła tylko ciężko i wynurzyła się z ciemności. 
Usłyszała szelest pościeli i zobaczyła, że Griffin bez pośpiechu siada 
na łóżku. Prześcieradło, którym był okryty, ześlizgnęło się trochę 
niżej, 
osłaniając go teraz od bioder do stóp. Pierś miał nagą i wszystko 
wskazywało 
na to, że w ogóle nie ma na sobie bielizny. 
Faith z trudem przełknęła ślinę. Wpatrywała się w jego ciemną głowę, 
szerokie ramiona, potężną klatkę piersiową. Na widok męskiej urody 
męża 
zbudziły się w niej tęsknota i pożądanie. 
Zbliżyła się do okna, z rozmysłem stając w smudze księżycowego 
blasku, 
który wpadał przez rozsunięte zasłony. 
- Faith? 
W głosie Griffina brzmiało zdumienie, jakby jej mąż nie wierzył 
własnym 
oczom. Odwrócił się usłyszała szczęknięcie krzesiwa. Zapalił stojącą 
obok łóżka świecę. W jej blasku Faith ujrzała wyraźnie jego twarz, 
skąpaną w złocistym świetle. Surowe piękno jego rysów sprawiło, że 
oddech Faith stał się szybszy, a serce zaczęło walić jak młotem. Był 
taki 
męski: silny, podniecający, niezwyciężony. Przez ułamek sekundy 
miała 
jednak wrażenie, że Griffin czuje się równie samotny jak ona. 
Nieoczekiwane pojawienie się żony było dla Griffina całkowitym 
zaskoczeniem. 
Otworzył szeroko swe srebrzyste oczy, by zaraz je przymrużyć. 
- Czy coś się stało? 
Faith tak się zaczerwieniła, że jej rumieniec był zapewne widoczny 
nawet w migotliwym blasku świecy. Twarz jej płonęła, tym bardziej że 

background image

nagle uświadomiła sobie swoją nagość. Cieniutka nocna koszula nie 
stanowiła 
prawie żadnej osłony. 
Mimo straszliwego zażenowania Faith nie cofnęła się. Z uniesioną 
dumnie 
głową spoglądała mężowi prosto w oczy, z trudem łapiąc oddech. 
Griffin nie odrywał od niej oczu, mierzył ją wzrokiem od bosych stóp 
do rozwianych włosów. 
Faith jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego płonące oczy. Nie 
mogła znieść intensywności jego spojrzenia, ale nie mogła też 
oderwać 
od nich wzroku. W pewnej chwili wydało się jej, że srebrne oczy 
męża 
pociemniały od kryjących się w ich głębi zmysłowych sekretów. Jakże 
pragnęła dzielić z nim te sekrety! 
- Czy coś się stało? - spytał ponownie. 
Faith poczuła znów, że się czerwieni. Każdy, nawet ślepiec, 
zorientowałby 
się, po co tu przyszła. Gdyby miała choć odrobinę dumy, wykręciłaby 
się na pięcie i odeszła. Ale czuła w sobie tak rozpaczliwą pustkę, że 
przemogła się i zbliżyła jeszcze bardziej. Ośmieliła się wyciągnąć do 
niego 
ręce, narażając się na niemal pewne odtrącenie. 
- Jestem taka samotna, Griffinie - szepnęła. - I tak mi źle w pustym 
łóżku... Mogę położyć się obok ciebie? 
Nie odpowiedział ani słowem, ani gestem. Podeszła jeszcze bliżej. 
Nadal 
milczał. Czuła nerwowe ściskanie w żołądku, ale nie zawahała się. 
Wyglądało 
na to, żejej ciało wyrwało się spod kontroli umysłu powodowane 
jakąś tajemną potrzebą, której sama Faith nie potrafiła do końca 
zgłębić. 
Czuła, jakby ktoś inny kierował jej ruchami. Wyciągnęła ręce i 
zarzuciła 
je na szyję męża. Griffin nie odwzajemnił uścisku, ale nie usiłował 
się od niego uwolnić. Wpatrywał się tylko w żonę swymi srebrnymi 
nieodgadnionymi oczyma. 
Faith nachyliła się i przycisnęła usta do gwałtownie bijącego pulsu u 
nasady 
jego szyi. Stamtąd jej wargi powędrowały w górę, całując lekko 

background image

podbródek, ucho i policzek. Kiedy dotarła do jego ust, wargi rozchyliły 
się na powitanie. Omal nie krzyknęła z radości. Teraz jej język mógł 
bez 
przeszkód wślizgnąć się do gorącego wnętrza. 
Splotła ręce na karku Griffina, chcąc zachować równowagę. 
Przyciągnęła 
go ku sobie. Nie stawiał oporu. Zadrżała z radości, gdy ich nagie 
piersi otarły się o siebie. 
Wplątała palce we włosy męża, próbując dotykiem zapamiętać na 
zawsze 
kształt jego czaszki, karku, ucha... 
Nocna koszula zsuwała się jej z ramion i Faith jak przez sen 
uświadamiała 
sobie, żejej piersi nie tylko zetknęły się, ale zderzyły boleśnie z 
potężną męską klatką piersiową. 
Przed oczyma stawały jej cudowne, podniecające obrazy, które 
pragnęła 
zamienić w rzeczywistość. Jej palce zuchwale pieściły piersi Griffina. 
W ślad za nimi poszły wargi. Odnalazła wśród kędzierzawych 
włosków 
brodawki i zaczęła lizać je językiem, póki nie stwardniały. Potem 
przygryzła lekko zębami. 
W nocnej ciszy usłyszała wyraźnie, że jęknął z rozkoszy. Idąc dalej 
za 
podszeptem zmysłowych instynktów, o których istnieniu nie miała 
dotąd 
pojęcia, wsunęła rękę pomiędzy ich stykające się ciała. Chciała 
sprawić 
Griffinowi taką radość, jakiej sama od niego doznała. Chciała, by 
poczuł 
ten sam zniewalający, przejmujący do głębi dreszcz... 
Przesunęła ręką po płaskim brzuchu męża i sięgnęła niżej. Oczy 
Griffina 
zabłysły. Zerwał się z łóżka i stanął obok Faith. Sięgnął na oślep, 
schwycił 
brzeg nocnej koszuli i bezceremonialnie ściągnął ją z żony. Faith w 
całym 
uroku swej nagości znalazła się w jego ramionach, a bijący od niego 
żar udzielił się także jej ciału. 
Pocałował ją gwałtownie w usta i przyciągnął do siebie tak, że 

background image

opierała 
się o niego plecami. Zadrżała i przylgnęła do niego, jakby chciała się 
wtopić na zawsze. Objął ją czule i pochyliwszy głowę musnął 
delikatnie 
ustami jej ramię. Przesuwał dłońmi po jej piersiach, brzuchu, 
rozchylonych udach. 
Gdy zabrakło jej tchu, zaśmiał się gardłowo. Poczuła, jak trzęsie się 
ze 
śmiechu całe jego ciało, o które opierała się plecami. Drugą ręką 
Griffin 
gładził jej policzek, brodę, szyję... Faith odchyliła głowę do tyłu i 
odwzajemniała 
każdą pieszczotę, ocierając się zmysłowo o jego ramię. Gdy 
ręka męża zbliżyła się do jej obolałych z pragnienia piersi, Faith 
zamknęła oczy. 
Bawił się jej sutkami, sunął wargami po wrażliwym karku. Witała 
nowe 
doznania cichutkim pojękiwaniem i coraz mocniej napierała plecami 
na 
jego pierś. Gdy dotknął najwrażliwszego miejsca w jej ciele, 
przeniknął ją gwałtowny dreszcz. 
- Naprawdę mnie chcesz? - szepnął jej do ucha. 
- O, tak! - zapewniła go, drżąc jeszcze bardziej. 
Spodziewała się, że Griffin rzuci ją na łóżko i czym prędzej zanurzy 
się w jej rozgorączkowanym ciele. Tymczasem obrócił się wraz z nią 
tak, 
że Faith przylgnęła brzuchem do pościeli. Zdezorientowana 
próbowała 
się podnieść, ale ręce Griffina przytrzymały ją w tej pozycji. 
- Zaufaj mi — szepnął. - To nie będzie bolało. 
- Tylko... nie wiem, co robić... — wyjąkała. 
- Pochyl się do przodu i schwyć mocno za wezgłowie - polecił 
zmienionym głosem. 
Zamiast posłuchać rozkazu, Faith wstała, odwróciła się i spojrzała na 
męża. Nawet w świetle jednej świecy widziała go wyraźnie. Szeroki w 
barach, 
smukły w pasie, muskularna sylwetka, potężna pierś pokryta 
ciemnym włosem. 
Dyszał ciężko i choć ramiona zwisały luźno po bokach, z całej siły 
zaciskał 

background image

pięści. Był taki męski, silny, podniecający... taki jej. Faith poczuła 
niezwykły ucisk w gardle. Stał dumnie wyprostowany i nie odrywał od 
niej wzroku. 
I nagle uśmiechnął się. Tym swoim nieodpartym, łobuzerskim 
uśmiechem. 
.. Faith aż zakłuło z zachwytu. Zanurzyła ręce w jego gęstych, 
ciemnych 
włosach, stanęła na palcach i pocałowała go w usta. Potem odwróciła 
się. 
Całkowicie oddana i pozbawiona wstydu przyjęła dokładnie taką 
pozycję, 
jakiej sobie życzył mąż. Oparła się policzkiem o jeden z wysokich, 
rzeźbionych słupków baldachimu. Poczuła ręce Griffina na swoich 
udach 
i pośladkach i nagle ogarnął ją strach. 
- Odpręż się - szepnął Griffin, dotykając wargami jej ucha i szczypiąc 
je zębami. 
Faith poczuła dotyk owłosionej piersi na swoich plecach i zadrżała. 
Doświadczone ręce błądziły pieszczotliwie po całym jej ciele, w 
którym 
wzbierało coraz większe pożądanie. Spostrzegła radośnie, że oddech 
rwie 
się Griffinowi tak samo jak jej - i nie czuła już wahania. Poddała się 
namiętności, nadstawiając nabrzmiałe wilgotne wnętrze, w którym 
zanurzyły 
się miękko i wysunęły po chwili dwa smukłe palce Griffina. 
- Widzę, że jesteś gotowa, kochanie - szepnął. 
Wyprężyła się w łuk na jego przyjęcie. 
Gdy wszedł, zapłonął w niej ogień, ogarnął ją huragan emocji i 
doznań. 
W centrum tej zawieruchy był jej ukochany Griffin. To on, wyłącznie 
on miał prawo rozniecać w niej nieustannie potęgujące się 
szaleństwo. 
Tylko on mógł zaspokoić pragnienia, które dręczyły ją od tygodni. 
Poczuła lekki dotyk zębów Griffina na swojej szyi, a potem jego 
dłonie 
na biodrach, które raptownie do siebie przyciągnął. Z jękiem i 
drżeniem 
poddała się oszołamiającej rozkoszy. Gdy kochała się z nim, 
wszystko wydawało się takie naturalne... 

background image

Niemal od razu znalazła się - cała rozedrgana - na krawędzi 
orgazmu. 
Skurcze nasilały się, aż zaczęła czuć je w całym ciele. Przestała się 
już 
kontrolować. Straszliwe pragnienie, od tak dawna niezaspokojone, 
ogarnęło 
ją bez reszty i unosiło coraz wyżej i wyżej - aż do raju. 
Zapomniała o wszystkim, co zdarzyło się dawniej. Istniała tylko chwila 
obecna, moment najdoskonalszego zjednoczenia. Usłyszała krzyk 
Griffina, 
który również osiągnął szczyt. Całym jego ciałem wstrząsały 
dreszcze. 
Faith opadła na poduszki całkowicie zaspokojona, półprzytomna. 
Griffin 
nadal ją obejmował. Przytuliła mocniej zlane potem plecy do piersi 
męża, 
a on odgarnął jej wilgotne włosy, odsłaniając kark i plecy, by mogła 
na 
nich poczuć rześkie nocne powietrze. 
Faith uśmiechnęła się, gdy przycisnął usta do odsłoniętego karku i 
przebiegł końcami palców po jej szyi. 
Podłożył jedną rękę pod nagie plecy, drugą pod kolana żony i 
przyciągnął 
ją do siebie. Zręcznie i bez wysiłku obrócił ją twarzą ku sobie i 
przytulił 
do piersi. Instynktownie objęła go za szyję i mocno przylgnęła do 
ciepłego ciała. Czuła kołysanie, gdy Griffin trzymając ją w objęciach 
przemieszczał 
się na drugi koniec ogromnego łoża z baldachimem. 
- Co robisz? Dokąd mnie niesiesz? 
- Jak to dokąd? Do łóżka - szepnął, całując ją delikatnie w czoło. -
Ale ostrzegam, moja żono: nie licz na to, że wyśpisz się tej nocy! 
Świt zakradł się niepostrzeżenie jak złodziej i wyparł z nieba 
gwiezdne 
czary. Leżąc na pomiętej pościeli, Griffin obserwował triumfalny 
pochód 
nowego dnia, żałując z całego serca, że nie może go powstrzymać. 
W ciągu tej jednej zbyt krótkiej nocy cały jego świat wywrócił się do 
góry nogami. Stateczne małżeństwo, na które zdecydował się z 
niewielkim 

background image

entuzjazmem, przeistoczyło się w spełnienie erotycznych marzeń, 
mogące zadowolić najbardziej wyrafinowane gusta. 
Niepozorna panienka z prowincji, która podstępem zaciągnęła go do 
ołtarza, okazała się partnerką pełną nieposkromionego 
temperamentu. 
Nie myślała tylko o własnej przyjemności; pragnęła darzyć rozkoszą 
kochanka. Niezwykle śmiała i ciekawa, nie wzbraniała się spróbować 
czegoś, na co większość kobiet z ich świata nigdy by nie przystała. I 
miała 
do męża dość zaufania, by uznać go za przewodnika po tej nieznanej 
krainie. 
Spała teraz w jego ramionach, z policzkiem ufnie przytulonym do jego 
serca. On jednak - mimo zmęczenia - nie mógł zasnąć. 
Wobec tego zamiast spać, pieścił swoją żonę. Gdy była blisko, w 
żaden 
sposób nie mógł utrzymać rąk przy sobie. Ot, choćby teraz jego palce 
sunęły po ręce Faith - od barku przez ramię do łokcia i nadgarstka. 
Nieprzeparta potrzeba dotykania Faith, muskania jej twarzy, 
gładzenia 
ramion, wypisywania sennym palcem zawijasów na jej biodrach, była 
dla wicehrabiego upajającą zagadką, której wcale nie miał zamiaru 
rozwiązywać. 
Ręka Griffma dotarła do talii Fati i nie ruszała się stamtąd przez 
dłuższą 
chwilę. Jakby wyczuwając fcdwiadomie mężowskie zakusy, Faith 
westchnęła i zmieniła pozycję, kryjąc twarz w zgięciu jego ramienia. 
Griffin poczuł niepokojący przypływ tkliwości. Próbował z nią walczyć, 
ale gdy uderzyła w niego kolejna fala czułości, dał za wygraną. 
Wczoraj wieczorem usiłował oprzć się swojej urzekającej żonie. Gdy 
pojawiła się w sali balowej, naiwnie podekscytowana, wmawiał sobie, 
że ani trochę mu się nie podoba. 
Kiedy razem tańczyli walca, gdy śmiała się i flirtowała, tuląc się do 
niego w pozornie niewinny sposób, czuł w przeróżnych częściach 
swego 
ciała gwałtowny ogień, wzniecony jej kobiecością. Mimo to zdołał 
jakoś 
zapanować nad sobą i z uporem powtarzał sobie, że nie czuje do 
Faith żadnej, ale to żadnej namiętność. 
Przepełniała go jednak tęsknota. I żądza. Potężny, natarczywy głód 
zmysłów, który ani rusz nie chciała osłabnąć tylko dlatego, że 

background image

Griffinowi 
na tym zależało! Pozwolił więc by żona go uwiodła - ku bezbrzeżnej 
radości ich obojga. 
I oto teraz, w ciszy rodzącego się dnia Griffin musiał przyznać, że 
obcowanie 
z Faith było czymś więcej niż zaspokojeniem zmysłów. Połączyła 
ich ze sobą tej nocy więź, która nie miała nic wspólnego ani z 
małżeństwem, 
ani z głodem seksualnym. Po prostu oboje zrozumieli, że należą do 
siebie. Na zawsze i bez reszty. 
Szczerze mówiąc, Griffin sam nie wiedział, co myśleć o zachowaniu 
Faith tej nocy. Nie był nawet pewien, czy je akceptuje, choć 
dezaprobata 
z jego strony byłaby szczytem niekonsekwencji i hipokryzji. Jeśli ktoś 
odniósł korzyści z powodu jej lubieżności, to przede wszystkim on. I 
kto 
jak nie on radował się jej żywiłową .reakcją na pieszczoty? Nie 
udawał 
jednak nawet przed sobą, że rozumoe motywy, które przywiodły Faith 
tej nocy do jego pokoju. 
Nie mógł oprzeć się spekulacjom że wpłynie na stosunki między nimi 
fakt, że Faith spędziła tę noc w jego łóżku. Było to wielkie, wygodne 
łoże - ale gdy tylko przygarnął Faith do siebie, ani rusz nie mógł jej 
wypuścić 
z objęć. Ta nagła potrzeba jej fizycznej bliskości zdumiewała go. 
Wicehrabia ostrożnie zmienił pozycję. Wsparty na łokciu wpatrywał 
się w kobietę, którą tulił w ramionach. Poczuła widocznie jego 
badawczy 
wzrok, powoli otwierając oczy. 
- Zasnęłam? 
- Tylko na kilka minut. 
- Naprawdę? - Opuściła głowę i poprawiła kołdrę, otulając nią 
szczelniej 
siebie i męża. - Ty też spałeś? 
- Nie byłem w stanie zmrużyć oka. -Nie mogąc się powstrzymać 
Griffin 
odgarnął jej z policzka kosmyk włosów i ucałował ją w czubek nosa. 
Chrapałaś, aż szyby dzwoniły! 
- Kłamczuch! - Faith wyciągnęła szyję i obdarzyła męża sennym, 
pełnym 

background image

zadowolenia uśmiechem. - Nie ma mowy o żadnym chrapaniu! Śpię 
cichutko, jak przystało na wicehrabinę. 
- Chrapiesz tak, że nawet zahartowany w szkwałach i huraganach 
wilk 
morski nie zdrzemnąłby się przy tobie na dziesięć minut! - oznajmił 
kpiącym 
tonem. - Gdybym cię zabrał na swój statek, cała załoga zbuntowałaby 
się i żądała, bym wrzucił cię do morza. 
- Oszczerca! 
Faith sięgnęła ręką za głowę i wyszarpnęła poduszkę. Griffin zbyt 
późno 
połapał się w zamiarach żony. Jego łokieć, będący podpórką pod 
brodę, 
nie wytrzymał natarcia i wicehrabia walnął głową w materac. Nogi 
miał tak splątane z nogami żony, że o ucieczce nie było mowy. 
Pierzasty 
pocisk trafił Griffma prosto w szczękę. 
Faith odczołgała się jak najdalej od niego, zamierzyła się i zadała 
kolejny 
cios. Griffin rzucił się do przodu i udaremnił trzecie natarcie. 
Chichotała, 
szamocąc się i usiłując odzyskać poduszkę. 
- Dość tego! - rozkazał ze złowróżbnym uśmiechem. W odpowiedzi 
szarpnęła jeszcze mocniej. - Nie mam pojęcia, jak mógłbym wyjaśnić 
memu lokajowi, skąd w moim łóżku fruwa tyle pierza! 
- Powiesz, że odwiedził cię twój anioł stróż - odparła z bezczelnym 
uśmieszkiem. - A o tej porze roku anioły linieją. 
Griffin roześmiał się. Otoczył żonę ramieniem i znienacka wyrwał jej 
poduszkę. Faith wrzeszczała, gdy przetoczył ją na plecy i 
przygwoździł do materaca. 
W mgnieniu oka leżeli stykając się ciałami, zmęczeni i zdyszani. Faith 
westchnęła z satysfakcją i uśmiechnęła się wymownie. 
- Dlaczego wyszłaś za mnie? - spytał znienacka. 
Zamknęła oczy. Poczuł, że całe jej ciało tężeje. Uśmiech znikł z jej 
ust. 
Milczenie tak się przeciągało, że Griffin myślał już, iż zasnęła. 
- Wyszłam za ciebie, bo cię kochałam - odpowiedziała w końcu 
bardzo 
cicho. Otworzyła oczy i wpatrywała się w niego z napięciem. 
Zobaczył, że mięśnie na jej szyi zaciskają się, jakby usiłowała coś 

background image

przełknąć. 
- A ty dlaczego ożeniłeś się ze mną? - zdołała w końcu spytać. 
- Bo nie miałem innego wyjścia - odparł szczerze. 
Faith zamknęła oczy i Griffin pojął, że zrozumiała go opacznie. A 
przecież 
nie ożenił się z nią dlatego, że honor tego wymagał. Ożenił się, gdyż 
podświadomie zdał sobie sprawę, że jest jego przeznaczeniem. Jego 
dragą polową. 
Muskularnymi udami objął ją tak, że ich ciała stykały się ze sobą na 
całej niemal powierzchni. Faith otworzyła oczy, jak się tego 
spodziewał. 
Próbował znaleźć słowa należycie wyrażające jego uczucia. Pochylił 
ku 
niej głowę. W szarości przedświtu ledwie mógł rozróżnić jej delikatne 
rysy. 
- Wszystko jedno. Nie żałuję, że cię pokochałam - oświadczyła 
uroczyście, 
nim zdążył się odezwać. I pocałowała go. 
Oddech zaczął mu się rwać i słowa, których nie potrafił wymówić, 
rozpłynęły 
się w pocałunku Faith. Splotła nogi z jego nogami i nim się obejrzał, 
miała go już na sobie. 
Griffin objął ją mocno ramionami i oddał się bez reszty gorącej 
namiętności. 
Na wyjaśnienia będzie zawsze czas. 
W tej chwili znacznie bardziej palące sprawy wymagały jego 
niepodzielnej uwagi... 
Następnego ranka Faith straszliwie zaspała. Obudziwszy się tuż 
przed 
południem we własnym łóżku nie miała pojęcia, jakim sposobem 
znów 
się w nim znalazła. Pośpiesznie rozejrzała się po pokoju i stwierdziła, 
że 
jest sama; dotrzymywało jej towarzystwa tylko słońce, zalewając 
sypialnię 
potokami oślepiającego światła. 
Faith odetchnęła głęboko i lekko się uśmiechnęła. Na poduszce, w 
którą 
wtuliła twarz, musiał leżeć niedawno Griffin; wyczuła jego 
charakterystyczny zapach. 

background image

Przewróciła się na wznak razem z poduszką, przyciśniętą mocno do 
serca. Widocznie wczesnym rankiem Griffin przeniósł ją ze swojej 
sypialni 
do tego pokoju. Ale poduszka, przesiąknięta jego zapachem, 
świadczyła 
dobitnie, że przez dłuższy czas pozostał w jej sypialni, leżąc u jej 
boku. Trudno o wspanialszą nowinę. 
Chcąc jak najprędzej rozpocząć nowy dzień, Faith wezwała 
pokojówkę. 
Gdy tylko ubrała się porządnie, zeszła na dół, ale nie spotkała tam 
nikogo. Majordomus poinformował ją, że panna Harriet i panienka 
Elizabeth 
jeszcze śpią, lady Meredith tak samo, a jego lordowska mość zabrał 
panicza na konną przejażdżkę. 
Faith nie czuła się samotna, jedząc spóźnione obfite śniadanie, które 
podano w przytulnym saloniku. Większość popołudnia zajęły jej 
sprawy 
gospodarskie, toteż nie zetknęła się z nikim z rodziny ani z Merry aż 
do 
piątej, gdy wszystkie damy zebrały się w salonie przy herbacie. Tylko 
Griffin jeszcze się nie zjawił. 
- Cudownie się bawiłam na wczorajszym balu! Po prostu słów mi 
brak- mówiła Elizabeth, a oczy jej błyszczały z podniecenia. - 
Wspaniale 
go przygotowałaś, Faith! Muzyka, kwiaty, dania... wszystko w 
najlepszym 
guście. To był najpiękniejszy bal, jaki widziałam! 
- Nic dziwnego, bo pierwszy, w którym brałaś udział - dodała Harriet z 
niewesołym uśmiechem. 
Faith uśmiechnęła się do obu szwagierek i potrząsnęła w zadumie 
głową. 
Jak to możliwe, by siostry różniły się do tego stopnia? Czasem nie 
mogła oprzeć się przypuszczeniom, że jedna ze szwagierek została 
podmieniona. 
- Dla mnie z pewnością nie był to pierwszy bal, ale całkowicie 
zgadzam 
się z opinią Elizabeth. - Byłam nim oczarowana! - wtrąciła lojalna 
jak zawsze Meredith. - Dobra robota, Faith. Należą ci się wielkie 
brawa! 
- To nie tylko moja zasługa - odparła skromnie wicehrabi na. - Miałam 

background image

wielu pomocników. 
- Właśnie! - przytaknęła Harriet i podniosła dumnie głowę, bardzo z 
siebie zadowolona. 
- Faith jest zbyt skromna. - Meredith obstawała przy swoim. - 
Wszyscy 
wiedzą, że brzemię odpowiedzialności spoczywa na pani domu. 
Miała 
okazję ujawnić swe talenty. I odniosła prawdziwy triumf! 
- Triumf? - cmoknęła z powątpiewaniem Harriet. - Czy to nie 
przesada, 
lady Meredith? Nazywać triumfem udany prowincjonalny balik... 
- A cóż, pani zdaniem, bardziej by zasługiwało na to określenie, 
panno 
Sainthill? - spytała Merry, mierząc ją lodowatym spojrzeniem. 
Faith wtrąciła się, nim Harriet zdążyła odpowiedzieć. 
- Bardzo się cieszę, że tak dobrze się bawiłaś, Elizabeth! - mówiła 
z pośpiechem, chcąc czym prędzej skierować rozmowę na inne tory i 
nie 
dopuścić do ostrej wymiany zdań między Harriet i Meredith. 
Pewną pociechę sprawiała jej myśl, że nie tylko ona nie może dojść 
do 
ładu z Harriet, ale przytulny salon nie był odpowiednim miejscem na 
ostre konflikty. 
Faith zmarszczyła brwi i rzuciła przyjaciółce ostrzegawcze spojrzenie. 
Potem z delikatnego porcelanowego imbryczka nalała Elizabeth 
filiżankę świeżutkiej herbaty. 
- Zauważyłam, że nie brakowało ci partnerów do tańca - odezwała się 
przyjaźnie. - A przy kolacji asystował ci nasz sąsiad, pan Jordan. 
Bardzo przystojny młodzieniec! 
Elizabeth wzięła filiżankę z rąk bratowej, zarumieniła się i 
odpowiedziała nieśmiało: 
- Był dla mnie niezwykle uprzejmy. Zauważył moje zdenerwowanie i 
uspokajał, jak mógł. 
- To bardzo inteligentny młodzieniec - stwierdziła Meredith - i 
obdarzony 
dobrym gustem, jeśli docenił twoje czyste serce i prawy charakter, 
panieneczko. 
Elizabeth spuściła oczy i zaczerwieniła się jeszcze bardziej. 
- Jaka pani dobra, lady Meredith! Mówi mi pani takie miłe rzeczy... 
- Mówi ci prawdę, i tyle - wtrąciła Harriet. Nie miała już tak 

background image

wojowniczej 
miny. - Szczerą prawdę, nic więcej. 
- Właśnie! - przytaknęła Meredith i skinęła głową z łaskawością 
monarchini. 
Filiżanka w ręku Faith sięgnęła stołu i zagrzechotała niepokojąco 
o spodek. Czy jej słuch nie myli?! - Wicehrabina zdumiała się. - 
Harriet 
i Merry są tego samego zdania?! Zerknęła na obie damy z 
najwyższym zdumieniem. 
- Nie ulega wątpliwości, że Elizabeth zaćmiewała urodą wszystkie 
obecne na balu panienki - dodała pośpiesznie Faith, pragnąc z 
całego 
serca, by atmosfera niespodziewanej życzliwości towarzyszyła im jak 
najdłużej. - Bardzo się cieszę, że tylu dżentelmenów nie tylko 
dostrzegło 
twoją uroczą buzię, ale potrafiło ocenić twoją inteligencję. 
- Nie wszyscy panowie uważają inteligencję za cenną zaletę u kobiet 
- zauważyła z gorzkim grymasem Harriet. 
- Twoja siostra ma całkowitą słuszność, Elizabeth! -potwierdziła lady 
Meredith. -A ty, moje dziecko, wystrzegaj się mężczyzn, których 
wprawiają 
w popłoch inteligentne kobiety. Większość tych wrogów kobiet to po 
prostu durnie! 
- Albo despoci - uzupełniła Harriet. Sięgnęła do półmiska i przełożyła 
na 
swój talerz różne kanapki i ciastka. -Widziałyśmy wczoraj na własne 
oczy, 
że bardzo wielu dżentelmenów zwróciło na ciebie uwagę, Elizabeth. 
Nie 
pozwól, by ten sukces uderzył ci do głowy. Nie taka to znów sztuka 
zaćmić 
panienki z sąsiedztwa! Córkom państwa Renford do piękności 
daleko, a to 
biedactwo Wildingów jest uderzająco podobne do psa gończego! 
- Ależ, Harriet! Jesteś doprawdy bez litości... Jaka szkoda, że twoja 
opinia... - Faith przerwała w pół słowa, unosząc porcelanowy 
imbiyczek 
i napełniając następną filiżankę. Z posępną miną podała ją 
szwagierce 
i dokończyła: - ...że jest absolutnie trafna! 

background image

Wargi Harriet podejrzanie drgnęły. Raczyła się właśnie jakimś 
smakołykiem. 
Połknęła go i uśmiechnęła się naturalnie i szczerze. 
- Te biedne pannice nie mają żadnych zalet, którymi mogłyby 
zastąpić 
brak urody... Ale jakich cnót można się nauczyć, pozostając pod 
wpływem pani Renford?! Widziałyście jej suknię? Jak może kobieta w 
tym 
wieku i takich rozmiarów sprawić sobie jaskrawo czerwone odzienie. 
- Wyglądała jak gigantyczna przejrzała porzeczka, która zaraz 
pęknie! 
- podsumowała z radosnym uśmiechem Meredith i wytwornie 
skubnęła 
ciastko z gruszką. - Trzymałam się od niej z daleka, bo w razie 
eksplozji 
wszystkie jej guziki wystrzeliłyby w powietrze... Jeszcze by komuś 
wybiły oko! 
Nastąpiła krótka przerwa w konwersacji. Elizabeth zaczęła nerwowo 
chichotać, zarażając śmiechem pozostałe damy. 
- Mnie osobiście najbardziej przypadła do gustu pani Hormsbee 
wyznała 
Faith, powstrzymując śmiech. - Zebrała te swoje czarne kudły 
w dwie spirale nad uszami. Wyglądała zupełnie jak stary baran! 
- Albo jurny cap! - podsunęła ze śmiechem Harriet. 
- Dość już o niej, bardzo proszę! - Meredith udawała rozsierdzoną. 
Musiałam 
słuchać ględzenia tej przeklętej baby przez całe dwadzieścia 
minut! Uraczyła mnie oracją na temat swej koafiury. Dowiedziała się 
o tym osiągnięciu sztuki fryzjerskiej od swej pokojówki, której siostra 
służy u jej wysokości księżnej Portsmouth. Otóż ta siostra 
zapewniała, że 
fryzura wzbudziła sensację w wielkim świecie i teraz cały Londyn 
tylko tak się czesze! 
- To w stylu pani Hormsbee! - stwierdziła Harriet. - Jest gotowa 
wielbić 
wszystko, co pochodzi z Londynu. Niewolniczo naśladuje każdy 
kaprys 
mody, choćby nie wiem jak groteskowy! 
- Wobec tego zasługuje w pełni na to, by wyglądać na idiotkę - 
orzekła 

background image

Meredith. - A jednak, to wczorajsze szkaradzieństwo... Aż dziw 
bierze! 
Czy ta kobieta nie ma w domu ani jednego lustra?! 
Komentarz Meny spowodował nowe wybuchy śmiechu. 
Faith spoglądała to na jedną, to na drugą roześmianą kobietę, 
uszczęśliwiona ich szczerą wesołością. 
- Jak to dobrze, że chociaż nasza czwórka może poszczycić się 
urodą! Nieprawdaż, moje panie? 
Meredith przygryzła dolną wargę, próbując przybrać poważną minę. 
- Faith ma rację... To paskudnie z naszej strony tak się wyśmiewać 
z innych. Ale... mimo wszystko... 
- Tak przyjemnie jest plotkować! - dokończyła za nią cichym 
głosikiem 
Elizabeth i spłoniła się rumieńcem. 
Harriet z przesadną skromnością splotła ręce na podbrzuszu. 
- Poczekaj, aż zetkniesz się z londyńską elitą, Elizabeth. Tam się 
dopiero 
plotkuje i oczernia! Aż dziw, że im ozory nie poodpadają od tego 
mielenia! 
- Albo nogi od hasania - westchnęła Meredith, potrząsając głową. -
To istny kołowrót! Tańce, bale, rauty, spotkania, wieczory w operze, 
proszone 
obiady, spacery albo przejażdżki po parku, konno lub w powozie, 
popołudniowe wizyty, przymiarki u krawcowej... Bardzo ważne i 
niekończące 
się zajęcie - trzeba przecież mieć toalety na każdą okazję! 
- Nie obawiaj się, Elizabeth - pocieszała szwagierkę Faith. - Już my 
o to zadbamy, żebyś miała wszystko, co trzeba i to w znacznie 
lepszym 
guście niż ten, który reprezentuje pani Renford! 
- Ta cała ogromna odzieżowa kolekcja -podjęła znów Meredith z 
wymownym 
gestem - to najgłupszy ze wszystkich sposobów trwonienia pieniędzy! 
Niestety, nie da się tego uniknąć. Elegancka dama potrzebuje 
nieskończonej liczby kreacji, by nie skompromitować się na 
nieustannych 
imprezach. Ale wkrótce sama się o tym przekonasz, gdy przyjdzie 
pora na twój debiut. Pewnie w przyszłym sezonie? 
Oczy Elizabeth zaokrągliły się jak talerzyk, który trzymała właśnie w 
ręku. 

background image

- Nic jeszcze nie zostało ustalone, a w każdym razie ja o tym nie 
wiem. 
Czy nas w ogóle stać na takie ogromne wydatki? - zwróciła się do 
siostry. Harriet najeżyła się. 
- Nie zawracaj sobie głowy takimi drobiazgami, Elizabeth! Już my 
z Griffmem zadbamy o to, żeby wszystko było jak należy. Jakże 
inaczej 
znalazłabyś odpowiedniego męża? 
- No, tak... - Elizabeth przygiyzła wargę. Nie wyglądała wcale na 
zachwyconą perspektywami, które się przed nią roztaczały. A jednak 
większość 
jej rówieśniczek byłaby w siódmym niebie. 
- Także i tu, w Hampshire, mamy lokalną elitę, swój wielki światek 
i całkiem udane imprezy towarzyskie - dodała pośpiesznie Faith, 
widząc 
niepokój na twarzy Elizabeth. Młodziutka panna wydawała się 
śmiertelnie 
wystraszona. - Chyba wczorajszy bal był wystarczającym dowodem, 
że nie brakuje nam wytwornych dżentelmenów. 
- Elizabeth jest córką wicehrabiego - oznajmiła Harriet zjadliwym, 
pełnym wyższości tonem, któiy każdemu działał na nerwy. - Może z 
pewnością 
zrobić lepszą partię, niż wydać się za jakiegoś prowincjonalnego 
bawidamka! 
- Dziewczyna o tak słonecznej naturze i tak subtelnym uroku 
zasługuje 
na to, by wyjść za mąż z miłości. - Faith obstawała przy swoim, 
dodając z lekkim westchnieniem: - Nieważne, czy za księcia, czy za 
zwykłego dziedzica! 
- Ma wyjść za mąż z miłości? - Harriet odstawiła filiżankę i zacisnęła 
wargi. - Tak jak ty?! 
- Harriet! - zawołała z wyrzutem Elizabeth, spoglądając na Faith z 
taką 
skruchą, jakby sama popełniła okropny nietakt. -Małżeństwo Faith i 
Griffina 
to ich prywatna sprawa. Nie mamy prawa mieszać się do tego, 
kwestionować 
ich motywów ani ferować wyroków! 
Faith odstawiła spodek tak raptownie, że porcelana brzęknęła. 
Zamrugała 

background image

powiekami i spojrzała Harriet prosto w oczy. 
- Z całego serca życzę Elizabeth, by od samego początku miała 
więcej 
szans na szczęśliwe małżeństwo niż ja... Tobie też życzę 
prawdziwego 
szczęścia, Harriet. 
Harriet podniosła głowę i spojrzała na bratową. 
- To bardzo... wspaniałomyślne. - Spoglądała na Faith tak, jakby 
chciała 
przejrzeć ją na wylot. - Palnęłam głupstwo bez zastanowienia. Nie 
chciałam cię obrazić. 
Faith jakimś cudem zdobyła się na wzruszenie ramion. 
- Nie obraziłaś mnie - powiedziała z pewnym wysiłkiem. Słowa Harriet 
zraniły ją do żywego, ale przeprosiny wydawały się szczere. - To 
zrozumiałe, że nasze nagłe małżeństwo wielu osobom mogło się 
wydać 
podejrzane. Ale nie zamierzam z nikim o tym dyskutować, nawet z 
członkami rodziny 
Na chwilę zapadło krępujące milczenie. Elizabeth ze wzrokiem 
wbitym 
w podłogę kreśliła jakieś bliżej nieokreślone kształty noskiem 
pantofla. 
Meredith też spuściła oczy, a Harriet udawała, że pije herbatę. 
- Komu dolać? - Faith podniosła imbryczek i prześlizgnęła się 
wzrokiem 
po twarzach siedzących kobiet. 
Dolanie herbaty do trzech filiżanek, które natychmiast jej 
podstawiono, 
nie zajęło wiele czasu, bo wszystkie były prawie pełne. 
- Nie martw się z góry o swój pierwszy sezon, Elizabeth. Jestem 
pewna, 
że znajdzie się w Londynie wspaniały młody człowiek, który tylko 
czeka, by się w tobie zakochać do szaleństwa. - Meredith mrugnęła 
porozumiewawczo 
do młodziutkiej dziewczyny. — Kto wie? Może nawet trafi ci się jakiś 
książę? 
- Ach, ci wszyscy arystokraci! - Elizabeth uśmiechnęła się niepewnie. 
- Boję się, że zrobię jakieś głupstwo i skompromituję się przed nimi... 
- To przecież tylko ludzie, tacy sami jak wszyscy! - Meredith 
zmarszczyła 

background image

brwi. - A mówiąc szczerze, niektórzy z nich są znacznie gorsi od 
zwykłych prostaczków, dobrych i uczciwych. Zbyt wielu 
przedstawicieli 
wielkiego świata rozpiera pycha i samouwielbienie. Trudno z nimi 
wytrzymać! 
- Bardzo słuszna uwaga, lady Meredith - odezwała się Harriet ze 
spokojną 
godnością. - Kontakty z takimi pyszałkami bywają męczące. Ale 
jestem pewna, że Elizabeth jakoś zniesie i to, i inne niedogodności. 
Zwłaszcza 
jeśli ktoś nią odpowiednio pokieruje. 
Suknia Elizabeth zaszeleściła, gdy dziewczyna poruszyła się 
niespokojnie na krześle. 
- Teraz, kiedy już wiem, jakie ofiary gotowa jest ponieść moja 
rodzina, 
by umożliwić mi debiut w wielkim świecie, nie mogę sprawić jej 
zawodu. 
Postaram się znaleźć jak najlepszą partię. 
- Naprawdę, przestań się tym zamartwiać - perswadowała jej Faith. 
- A poza tym, nie każda kobieta musi wyjść za mąż! - oznajmiła z 
przekonaniem Merry. 
- Nie musi wyjść za mąż? A cóż innego może uczynić? - Elizabeth 
zmarszczyła brwi. - Zostać guwernantką czy damą do towarzystwa 
jakiejś 
staruszki? Nigdy! A jeśli nie zarobię na własne potrzeby, będę 
musiała 
żyć z łaski krewnych. - Spojrzała przepraszająco na Harriet i Faith. -
I w krótkim czasie stanę się nędznym popychadłem. 
Faith roześmiała się. 
- Jakoś nie mogę sobie wyobrazić ciebie w roli popychadła! 
- Jestem pewna, że wyjdziesz za prawdziwego dżentelmena. Ale bez 
względu na to, jak potoczą się twoje losy, mój dom będzie zawsze 
twoim 
domem - oświadczyła wielkodusznie Harriet. - Choć zgadzam się z 
Faith: 
to zupełnie nieprawdopodobne, byś nie znalazła sobie męża. 
- Złamiesz więcej męskich serc, niż sobie wyobrażasz - prorokowała 
Faith z krzepiącym uśmiechem. 
- Tylko uważaj na własne, żeby się przypadkiem nie złamało! - 
ostrzegała Harriet. 

background image

- Nie straszcie biednej dziewczyny! - upomniała Meredith. - Życie 
kobiety to nie tylko małżeństwo. Ani dola guwernantki, damy do 
towarzystwa 
czy popychadła. - Uśmiechnęła się szeroko. - Mam zamiar 
zamieszkać 
we własnym domu i żyć tak, jak chcę. Nie opowiadać się przed 
nikim. Ani przed mężem, ani przed chlebodawcą. 
- Wywołasz straszny skandal w wielkim świecie - zauważyła Harriet 
nie bez podziwu. 
Meredith zesztywniała. 
- Zapewniam, że dołożę wszelkich starań, by w moim zachowaniu 
nikt 
nie mógł się dopatrzyć niczego skandalicznego. Zawsze o to dbałam. 
Faith rozpoznała ten nieugięty ton. Każda wzmianka o skandalu 
działała 
na Meredith niczym płachta na byka. 
- Ale jak sobie pani poradzi bez męża, lady Meredith? Kto się będzie 
panią opiekował i doradzał? - spytała Elizabeth, rozważając głęboko 
nową, zaskakującą możliwość. - Kto będzie pokrywał pani wydatki? 
Ojciec? 
- Jestem finansowo niezależna - odparła z pewnością siebie 
Meredith. 
- Dzięki spadkowi po ciotecznej babce. Codziennie wspominam ją 
z najwyższą wdzięcznością za wspaniałą szansę, jaką mi dała. Z 
biegiem 
Lat nauczyłam się właściwie zarządzać swoim majątkiem i roztropnie 
inwestować 
kapitał. Nie jestem zdana na pomoc żadnego mężczyzny, choć 
nie mam nic przeciwko przyjmowaniu męskich rad, o ile są mądre. 
Harriet westchnęła. 
- Tylko przed bogatą kobietą roztaczają się wyjątkowe szanse. 
Obawiam 
się, że ty, Elizabeth, nie masz innej alternatywy. Małżeństwo... albo 
nędza. 
- Czy naprawdę tak ważką decyzję musimy podejmować z takim... 
takim... zimnym wyrachowaniem? - spytała Elizabeth. 
- Z jakim znów zimnym wyrachowaniem? - zaciekawił się Griffin, 
który wszedł właśnie do pokoju i usłyszał ostatnią kwestię. 
Faith uniosła rękę do gardła. Nie spodziewała się ujrzeć męża przed 
obiadem. Ubranie wicehrabiego było troszkę pomięte, ale czyste. 

background image

Wyglądało 
na to, że po powrocie z konnej przejażdżki zdążył się tylko otrzepać. 
Omal nie zerwała się z miejsca, tak gorąco pragnęła podbiec do 
niego, 
wyciągnąć ramiona, objąć za szyję. Zabrakło jej jednak odwagi, 
zwłaszcza 
że nigdy nie obejmowali się przy ludziach. Gdyby nagle zaczęli się 
czulić, wyglądałoby to podejrzanie. 
Przez chwilę Faith mogłaby przysiąc, że widzi na twarzy męża 
serdeczną 
radość na jej widok. Ale trwał tak krótko, że uznała ją za wytwór 
własnej wyobraźni podsycanej wielkim pragnieniem. 
Mały Georgie stał przy boku Griffina, nie puszczając jego ręki. Mocno 
zaróżowiona buzia świadczyła o pośpiesznym i energicznym myciu 
przed 
wejściem do salonu. Na jednym z bucików ostała się grudka błota, na 
spodenkach ciemna smuga. Chłopczyk uśmiechnął się promiennie do 
Faith, której od razu zaczęło mocniej bić serce! 
- O czyim wyrachowaniu mówicie? - spytał znowu wicehrabia. 
- Mówimy o matrymonialnym targowisku - odparła sucho Harriet. 
- O targowisku? - wmieszał się do rozmowy cienki głosik. Georgie 
był wyraźnie zainteresowany. - To taki jarmark, prawda? Ja też chcę 
zobaczyć 
targowisko... bardzo proszę! Lubię oglądać różne zwierzątka. A 
najbardziej świnki! 
Wszyscy dorośli wybuchnę]] śmiechem. 
- O, na matrymonialnym targowisku nierogacizny nie brakuje - 
odpowiedziała 
chłopcu Meredith. - Ale takie świnki wcale by cię nie ubawiły, 
Georgie. 
Dziecko było wyraźnie zbite z tropu, ale na widok imponującej sterty 
ciastek zapomniało z miejsca o targowiskach, jarmarkach i świnkach. 
Faith 
specjalnie zamówiła u kucharki nadziewane kremem ptysie, za 
którymi 
Georgie przepadał. Miała zamiar przemycić kilka z nich na górę do 
pokoju 
dziecinnego, kiedy dorośli wstaną od stołu po podwieczorku. 
A teraz na własne oczy będzie mogła podziwiać, w jakim tempie jej 
chłopczyk pożera ptysie. Tyle, ile mu się zamarzy... Chyba że Harriet 

background image

przyłapie bratanka na łakomstwie, a bratową na przekarmianiu 
dziecka słodyczami. 
Faith zadzwoniła na służbę i poprosiła o świeżą herbatę i dwie czyste 
filiżanki. Nalegała, by Georgie zjadł podwieczorek z dorosłymi. 
Przygotowała 
się w duchu na kolejną sprzeczkę z Harriet na temat dziwacznych 
nowomodnych metod wychowywania dzieci. Ale szwagierka, o dziwo, 
nie protestowała. 
Wicehrabia usiadł jak najbliżej żony, a synek obok taty. Faith odkryła 
z przerażeniem, że będąc tak blisko Griffina nie umie kontrolować 
swych 
reakcji: drżała na całym ciele i ogarniało ją cudowne gorąco. 
Bez słowa podała mężowi wypełnioną po brzegi filiżankę. Herbata z 
cukrem, 
bez mleka- dokładnie taka, jaką lubił. Gdy wicehrabia odbierał 
filiżankę z rąk żony, musnął ramieniem jej pierś. Sutek Faith wyprężył 
się pod dotknięciem, a przez jej głowę przeleciał rój cudownych 
wspomnień z ubiegłej nocy. 
- Czy ja też mogę dostać herbaty? - upomniał się Georgie. - Zamiast 
mleczka! 
- Oczywiście, mój skarbie - odparła Faith. Była bardzo dumna ze 
swego opanowanego, niefrasobliwego głosu. 
Nalała dziecku pół filiżanki herbaty i dodała szczodrze cukru i 
śmietanki. 
Zadbała o to, by nie nalać do pełna. Podczas popołudniowych 
herbatek 
w pokoju dziecinnym nauczyła się niejednego. Między innymi 
wiedziała 
już, że Georgie ma „maślane rączki", zwłaszcza gdy trzyma pełną 
szklankę lub filiżankę. 
Griffin zapewne też posiadł tę wiedzę, gdyż wyciągnął rękę, by 
przytrzymać filiżankę syna. 
Przy okazji palce wicehrabiego musnęły znowu pierś żony. Twardy 
sutek wyprężył się jeszcze bardziej, a Faith przygryzła dolną wargę, 
by 
zdusić w sobie krzyk. Pospiesznie odsunęła się razem z krzesłem i 
skrzyżowała 
ręce na piersiach. Może ktoś zauważył muśnięcia Griffina i jej 
reakcję? Przyjrzawszy się jednak obecnym w jadalni kobietom, 
doszła 

background image

do przekonania, że niczego nie dostrzegły. 
Spojrzała więc na Griffina. Rozsiadł się wygodnie, wyciągając przed 
siebie nogi. Obdarzył żonę leniwym, porozumiewawczym i bardzo 
zmysłowym 
uśmiechem. Faith poczuła ucisk w gardle. 
Z wesołym, łobuzerskim błyskiem w oku Griffin spytał: 
- Znajdzie się więcej kanapek? Jestem dziś głodny jak wilk! 
Faith nie była w stanie mówić, więc po prostu podsunęła mu 
półmisek. 
Mąż nachylił się do niej i powiedział tak cicho, że tylko ona mogła go 
usłyszeć: 
- No, cóż... Te z ogórkiem muszą wystarczyć... Choć wiem, że nie 
zaspokoją mego głodu. 
- Naprawdę? - Faith poczuła, że znów się czerwieni, i próbowała 
ukiyć 
rumieniec. - Może poślę Harpera do kuchni po jakieś solidniejsze 
danie dla ciebie? 
- W kuchni nie znajdą tego, na co mam ochotę. 
- Doprawdy? 
Faith była już czerwona po uszy, ale w tej chwili wcale jej to nie 
obchodziło. 
Wpatrywała się jak urzeczona w zmysłowe błyski w oczach męża. 
- Czy ja też mogę kanapkę? - zaszczebiotał Georgie. - Bardzo 
proszę!... 
Dziecięcy głosik sprawił, że namiętność prysła. Faith poczuła nagłe 
rozczarowanie. Rozumiała jednak, że nie była to odpowiednia pora 
na 
zmysłowe zabawy z mężem. 
Dorośli znów zaczęli rozmawiać o wczorajszym balu, choć w 
obecności 
Georgiego bardziej pilnowali języka. Po pewnym czasie Faith 
zauważyła, 
że chłopcu zamykają się oczy, nie spieszyła się jednak z sugestią, by 
położył się do łóżka. Ostatnimi czasy tego rodzaju napomnienia 
wywoływały 
w nim gwałtowny protest. 
- Chyba Grace nie może się już doczekać twego powrotu do 
dziecinnego 
pokoju - napomknęła znacząco Harriet. - Może zadzwonię na nią, 
żeby po ciebie przyszła? 

background image

Georgie natychmiast podniósł senną główkę. 
- Wcale mi się nie chce spać! - stwierdził z uporem. 
Griffin odstawił filiżankę na stół i nachylił się nad synem. Chłopiec 
opierał 
się jeszcze przez chwilę, ale wkrótce wyciągnął ręce do ojca. Griffin 
wziął 
go w ramiona i szepnął malcowi coś do ucha. Georgie rozchichotał 
się. 
Serce Faith podskoczyło z radości na widok takiej komitywy ojca i 
syna, 
bo cieszyło ją, że Griffin zdolny jest do uczuć rodzinnych. Ubóstwiał 
swego synka i był bardzo przywiązany do swoich sióstr. Nawet do 
kąśliwej Harriet! 
Faith podniosła filiżankę i w zamyśleniu popijała herbatę. Jasno 
widziała 
drogę, po której powinna kroczyć. Czekało ją jeszcze jedno, ostatnie 
zadanie: sprawić, by wicehrabia się w niej zakochał. Ba! Tylko jak to 
zrobić? 
Wieczorny posiłek upłynął w miłej, spokojnej atmosferze. Zasiedli do 
obiadu tylko dorośli. Merry zażartowała, że wicehrabia czuje się jak 
sułtan 
w haremie, a Dewhurst obdarzył ją w odpowiedzi swym nieodpartym, 
bardzo męskim uśmiechem. 
Faith podniosła kieliszek do ust i pociągnęła duży haust wina. No, no! 
Podczas tygodniowej wizyty Meredith w Hawthorne Castle Griffin 
oczarował 
bez reszty jej przyjaciółkę. Najlepszy dowód - rozmyślała Faith — 
że w odpowiednich okolicznościach odpowiedni mężczyzna mógłby 
uleczyć 
Merry z niemądrej odrazy do małżeństwa. 
Po obiedzie wszyscy przeszli do salonu. Elizabeth grała na 
fortepianie, 
Harriet śpiewała. Faith była zdumiona odkryciem, że jej szwagierka 
ma 
taki cudowny głos - głęboki, piękny alt. Nigdy dotąd nie słyszała 
śpiewu 
Harriet. Co za wspaniała niespodzianka! 
Po erotycznych zabawach w czasie podwieczorku Faith przygotowała 
się duchowo na podobne zaczepki podczas obiadu. Prawdę mówiąc, 
miała 

background image

nadzieję, że Griffin przyłapie ją gdzieś na osobności i spędzą sam na 
sam przynajmniej kilka minut. Chcąc mu w tym dopomóc, przez cały 
kwadrans przechadzała się wolnym krokiem po ogrodowej ścieżce, 
pod 
samym oknem gabinetu wicehrabiego w nadziei, że przyciągnie w ten 
sposób jego uwagę. 
Jej grubymi nićmi szyta intryga na nic się nie zdała. Griffin albo był 
nieświadomy prowokacji, albo nie chciał jej ulec. Pomyślała ze 
smutkiem, 
że zapewne jej wczorajsze wyznanie ochłodziło jego zapały. Podczas 
obiadu był uprzejmy i uważający dla wszystkich pań. Ale choć 
zachowywał 
się czarująco, Faith dostrzegła, że mąż był jakby nieobecny duchem. 
Najbardziej rozczarowałjącałkowity brak jego zmysłowych, gorących, 
absolutnie niestosownych spojrzeń. Zastanawiała się, czy nie uraziła 
go 
czymś niechcący - i to tak boleśnie, że się rozzłościł... 
O właściwej porze rodzinny wieczór zakończył się w serdecznej 
atmosferze 
i wszyscy udali się do łóżek. Zwykle Faith nie przepadała za 
gadulstwem i krzątaniną swej służby. Tego jednak wieczoru łaknęła 
każdego 
towarzystwa. Z przyjemnością poddawała się zabiegom pokojówki, 
która pomogła jej zdjąć suknię i szczotkowała włosy tak długo, aż 
wreszcie wicehrabina odprężyła się. Na koniec służąca upewniła się, 
że 
na kominku nie wygasł ogień, dzięki któremu w sypialni było ciepło. 
- Dobranoc, milady - szepnęła i wyszła, zamykając za sobą drzwi. 
Faith chciała odpowiedzieć równie uprzejmie, ale zamiast tego 
ziewnęła, 
zbyt szeroko i głośno jak na wicehrabinę. Potem wślizgnęła się pod 
ciepłą kołdrę. Zaczęła zapadać już w sen, gdy drzwi sypialni znów się 
otworzyły. 
- Jeśli są jakieś problemy, to musząpoczekać do jutra! - wymamrotała 
w dziwnym zawieszeniu między snem a jawą. Sądziła, że to 
pokojówka 
wróciła po dalsze instrukcje. 
- Ten problem domaga się niezwłocznego rozpatrzenia - odezwał się 
głęboki męski głos. - Nawiasem mówiąc, wolałbym nie być dla ciebie 
tylko problemem... w dodatku odłożonym do jutra. 

background image

- Griffin? 
- Czyżby całe zastępy mężczyzn defilowały po twej sypialni o tak 
późnej porze, że musisz się upewnić, czy to twój mąż? 
Faith siadła raptownie na łóżku. Świece były już pogaszone, ale w 
blasku 
płonącego na kominku ognia widziała wszystko wystarczająco 
wyraźnie. 
Griffin miał na sobie ciemnoniebieski szlafrok, który rozchylał 
się zuchwale przy każdym kroku, gdy mąż podchodził do łóżka. W 
oczach 
wicehrabiego płonęło gwałtowne pożądanie, które - sądząc z miny - 
napawało go wyraźną dumą. 
- Mylisz się, mój panie! Nikt nie ma wstępu do mojej sypialni. Ty 
jesteś pierwszy. 
- Mężczyzna lubi wiedzieć, że jest pierwszy. I ostatni. 
Faith wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc. Cóż to miało znaczyć? 
Czy Griffin w ten sposób chce jej dać do zrozumienia, że wybaczył jej 
wreszcie, jego zdaniem, matrymonialne oszustwo? 
Spojrzała mu w oczy, rozpaczliwie pragnąc wyczytać z nich 
odpowiedź. 
- Jesteś jedynym mężczyzną w moim życiu. 1 pozostaniesz nim do 
śmierci. 
Ujrzała na jego twarzy błysk zdumienia, a zaraz potem radość. 
- Wspomnienie tego, jak zeszłej nocy przyszłaś do mojej sypialni, 
paliło mnie żywym ogniem i nie odstępowało przez cały dzień. 
Pomyślałem 
więc, że odwdzięczę ci się, przychodząc do twojego łóżka. - Zniżył 
głos i dodał gardłowym, pieszczotliwym szeptem: - Czy jestem tu mile 
widziany? 
Na te słowa całe ciało Faith ożyło; trawiące ją pragnienie stało się nie 
do zniesienia. Bez słowa odrzuciła kołdrę i przesunęła się na brzeg 
łóżka, 
zapewniając mężowi należne mu miejsce. 
A gdy podszedł całkiem blisko, objęła go za szyję i przyciągnęła do 
siebie. Oboje byli zdyszani i do bólu świadomi wzajemnej bliskości. 
Objęli 
się mocno, bez wczorajszego pośpiechu, ale z równym zapałem i 
podnieceniem. 
Czując na sobie ciało Griffina, Faith miała wrażenie doskonałej 
jedności. 

background image

Tuliła go mocno i bez pamięci, gdy wnikał w nią głęboko. To, że 
miała go w sobie, nie było już czymś dziwnym, zaskakującym, lecz 
najnaturalniejszą w świecie rzeczą. 
Z całkowitą swobodą i uniesieniem Faith oddawała się miłości. 
Wkładała 
całe serce i całą duszę w ich miłosne uściski. Prężnym łukiem 
wznosiła 
się ku ukochanemu, upajała się rozkoszą przekraczającą wszelkie 
dotychczasowe doznania. 
Ogarnęła ją nagła euforia. Wiła się w skurczach i pojękiwała. Jej 
ciało, 
wymknąwszy się spod kontroli, przybierało cudowne pozy, namiętne i 
zmysłowe. 
- Rozluźnij się! - usłyszała męski głos i poczuła w ustach zachłanny 
język. 
Ogarnęła ją namiętność tak gwałtowna, że ledwie się powstrzymała 
od 
głośnego krzyku. A jednak czegoś jeszcze jej brakowało... 
- Chcę przeżyć to z tobą - szepnęła chrapliwie. - Oboje... razem! 
Zacisnęła się gwałtownie wokół niego. Jeden raz... Drugi... 
- Faith... 
Głos Griffma był zdławionym szeptem, ostatnim przebłyskiem 
świadomości, 
którą tracił w szaleńczym tempie. Zespolona z nim Faith słyszała 
każdy dźwięk kochanka, wyczuwała każde jego drżenie. 
Powoli oddechy obojga uspokajały się. Przytłaczający Faith ciężar 
poruszył się i zmienił pozycję. Czuła, jak Griffin ostrożnie wyślizguje 
się 
z niej i kładzie obok na łóżku. Specjalnie pozostawiła mu większą z 
puchowych 
poduszek, potem zaś przytuliła się z satysfakcją do jego potężnej 
piersi. W ciągu kilku minut zapadła w rozkoszny sen, jaki następuje 
po całkowitym spełnieniu. 
To były wspaniałe żniwa, milady - stwierdził Joshua Chambers, 
rządca 
z Mayfair Manor, z wyraźną dumą w głosie. Zdjął z nosa binokle 
w cienkiej złotej oprawce i położył je na biurku. - Jeśli ten kupiec z 
Bristolu 
zgłosi się po naszą wełnę z ostatniej wiosennej strzyży i zapłaci 
za nią po cenie rynkowej, zyski przewyższą nasze najśmielsze 

background image

oczekiwania! 
- Naprawdę? - Faith sięgnęła żywo po księgę rachunkową i 
przebiegła 
wzrokiem szereg starannie odnotowanych pozycji. -Byłam już w 
strachu, 
czy nie rujnuję Mayfair Manor, wykorzystując większość zysków 
z letnich miesięcy na potrzeby Hawthorne Castle. Musiałam 
podeprzeć 
tamtejszą podupadłą gospodarkę, ale ogromnie się cieszę, że mimo 
to Mayfair trzyma się mocno na nogach! 
Pierś rządcy wezbrała dumą. 
- Hawthorne nawet do pięt nie dorasta naszemu Mayfair Manor! Ani 
w produkcji, ani w zyskach. 
- Jestem pewna, że Mayfair wszystkich bije na głowę. - Faith znów 
zajrzała do księgi rachunkowej. - Mam jednak nadzieję, że w 
przyszłości 
oba majątki znajdą się w równie kwitnącym stanie. Cóż to będzie dla 
nas za triumf! 
- Pewnie z czasem i do tego dojdziemy. - Pulchny podbródek pana 
Chambersa jakby nieco oklapł, a na pyzatej twarzy pojawiło się 
zatroskana. 
- Wiem, że nie mam prawa krytykować, ale Hawthorne od lat nie 
miało dobrego zarządcy. Było zdane na łaskę losu. Poprzedni 
wicehrabia 
w ciągu ostatnich dziesięciu lat aż cztery razy zmieniał rządcę! I 
żaden 
z nich nie wkładał w pracę ani serca, ani trudu. 
Żyzne grunty leżały odłogiem, a mniej urodzajne wyjałowiono do cna. 
Zdrowe bydło krzyżowano z cherlakami. Nawet na gospodarce 
mlecznej 
nikt się tam nie znał. Dużo wody upłynie, zanim się to zmieni na 
lepsze. 
- Zdaję sobie sprawę z tego wszystkiego - odpowiedziała spokojnie 
Faith. - Mój mąż również. Każdy problem musi być - i będzie! 
-rozwiązany. 
- Wstała na znak, że spotkanie dobiegło końca i naciągnęła 
rękawiczki 
do konnej jazdy. -A teraz pragnę wyrazić -jak zawsze - ogromne 
uznanie dla pana, panie Chambers. Pańskie wysiłki nie poszły na 
marne i nie pozostaną bez nagrody. 

background image

Twarz rządcy znów zajaśniała entuzjazmem. 
- Pracować dla pani, milady, to prawdziwy zaszczyt. Nie trzeba mi 
specjalnych podziękowań ani pochwał. 
- Taka skromność tym bardziej zasługuje na nagrodę - odparła 
całkiem 
szczerze Faith. Wyciągnęła z kieszeni płaszcza skórzaną pękatą 
sakiewkę i wetknęła ją rządcy do ręki. 
- To za wiele! - Pan Chambers wzdragał się, ważąc sakiewkę w dłoni. 
- Zasłużył pan na to całkowicie - Faith obstawała przy swoim, rada, 
że stacją na należytą gratyfikację dla rządcy. 
Pan Chambers wykonywał swe zadania doskonale i była mu 
szczerze 
wdzięczna za ciężką i gorliwą pracę. Dzięki zyskom z Mayfair Manor 
przywrócenie Hawthorne do dawnej świetności stało się całkiem 
realne. 
Przynajmniej w sprawie płynących z małżeństwa korzyści 
materialnych nie oszukała wicehrabiego! 
Ojciec tłumaczył jej, że powinna doceniać i wynagradzać swych 
pracowników 
za gorliwość i lojalność. Faith wzięła sobie tę radę do serca. 
Wiedziała, że doświadczenie i oddanie rządcy jest niezbędnym 
elementem 
prawidłowej gospodarki w Mayfair Manor, zwłaszcza że sama nie 
mogła rozwiązywać wszystkich problemów na bieżąco. 
Na dziedzińcu żwawy chłopak stajenny pomógł jej dosiąść konia. 
Faith 
nagle pomyślała: Jakie to dziwne! Jestem teraz gościem we własnym 
domu!... Tak, Mayfair Manor było jej domem przez te wszystkie lata; 
nadal czuła się uczuciowo związana z tą posiadłością i ze wszystkimi 
jej 
mieszkańcami. Ale życie pod ojcowskim dachem należało do 
przeszłości, 
a cała uwaga Faith skupiała się na przyszłości. 
Wiał chłodny jesienny wiatr i konna przejażdżka w tych warunkach 
dodawała sił i animuszu. W drodze powrotnej Faith z rozmysłem 
zwolniła, 
chcąc nacieszyć się piękną jesienną scenerią. Mijała wiele dobrze 
utrzymanych gospodarstw i zagród pełnych sytego, zdrowego bydła. 
Rżyska, 
koło których przejeżdżała, przywodziły na myśl niedawne bujne łany 

background image

pszenicy i żyta. 
Podziwiała też schludne domki z kamienia, kryte strzechą; przed 
każdym 
z nich był niewielki ogródeczek, a w nim późno kwitnące krzewy 
lub ozdobne pnącza. Wydobywające się z kominów spirale dymu 
unosiły 
się w niebo, naznaczone intensywnym błękitem. Faith wyobrażała 
sobie, 
jak we wnętrzu chat wieśniaczki zebrane wokół kuchennego pieca 
przyrządzają południowy posiłek. 
Bez trudu zauważyła różnicę w wyglądzie farm, gdy z gruntów 
należących 
do May fair Manor przejechała na tereny będące własnością 
Dewhurstów. 
Domy nie wyglądały tu malowniczo: dachy dziurawe, zawiasy 
przy bramie wjazdowej przeżarte rdzą, płoty koślawe i szczerbate. 
Zresztą, nie tylko zabudowania były w opłakanym stanie. Do Faith 
docierały 
też wieści o niezadowoleniu większości dzierżawców. Przez długie 
lata znosili szykany w postaci zawyżonych czynszów i zaniżonych 
płac; nic więc dziwnego, że czuli się oszukani przez swych 
utytułowanych dziedziców. 
Gdy Griffin powrócił do ojczyzny, by objąć swe dziedzictwo, niewiele 
brakowało do otwartego buntu. Dzierżawcy podejrzliwym okiem 
spoglądali 
na jego poczynania. Czy nowy wicelii'abia okaże się taki sam jak 
poprzednicy? Farmerzy nie spieszyli się z wypowiadaniem swych 
opinii; 
przyjdzie na to czas, gdy konieczność zmusi ich do jawnego 
sprzeciwu. 
Faith wiedziała, że taka sytuacja ogromnie martwi Griffina. Powtarzał 
wielokrotnie, że był dotąd marynarzem i nie ma pojęcia o pracy 
rolnika. 
Zdobył się jednak na niebagatelny wysiłek, chcąc poprawić warunki 
życia 
swoich dzierżawców -najuboższym redukował czynsze do minimum, 
najbardziej zapalonym rolnikom dostarczał narzędzi i ziarna 
siewnego. 
Był to jakiś początek, aczkolwiek ubogi. Nieufność okolicznej ludności 
dawała o sobie znać nawet w nieistotnych drobiazgach. Faith 

background image

zauważyła, 
że dzierżawcy Griffina zachowywali się przy spotkaniu z nim zgoła 
odmiennie niż jej starzy przyjaciele z Mayfair Manor wobec niej. Ci 
z Hawthorne zwieszali głowy, nie patrzyli prosto w oczy i jeśli musieli 
się odezwać, mamrotali coś z ogromnym skrępowaniem. Byli nieufni, 
gdyż 
nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać po Griffinie. Albo po niej, 
jego żonie. 
Mimo to Faith nie traciła ducha. Uśmiechała się ciepło i zachęcająco 
do każdego, na kogo się natknęła. Była ogromnie dumna, że zna z 
imienia 
i nazwiska wszystkich mieszkańców Hawthorne. Miała nadzieję, że 
niebawem ci poczciwi ludzie zaznają podobnych wygód i będą mieli 
takie 
samo poczucie bezpieczeństwa jak pracowici mieszkańcy Mayfair 
Manor. Przysięgła sobie, że zrobi wszystko, by ta szczęśliwa godzina 
wybiła jak najprędzej. 
Wracając teraz konno do domu, tak się zadumała nad niedolą 
dzierżawców 
z Hawthorne Castle, że zupełnie nie zwracała uwagi na grube, 
sterczące korzenie, których nie brakowało na jej drodze, póki dzielna 
klacz 
nie potknęła się na jednym z nich i nie uwięzła kopytem w głębokiej 
koleinie. 

Faith pośpiesznie ześlizgnęła się z siodła. Przemawiając czule do 
konia, 
pochyliła się nad uwięzioną kończyną i zaczęła ją masować. 
Widać niechcący uraziła bolące miejsce, gdyż klacz stanęła dęba. 
Faith 
z całej siły przytrzymała za cugle i znów próbowała uspokoić 
przerażone 
zwierzę cichym, melodyjnym szeptem. 
- Naprawdę nie chciałam... Bardzo boli? Moje ty biedactwo... - Faith 
pieszczotliwie poklepywała klacz. - Już lepiej, prawda? 
Westchnęła z niepokojem i obie ruszyły powolutku w drogę powrotną. 
Uważnie obserwując ruchy zwierzęcia, Faith zauważyła od razu, że 
klacz trochę kuleje. 
Westchnęła raz jeszcze. Do dworu było z pięć kilometrów po 
odludnym 

background image

terenie. No, cóż... wrócą do domu późnym popołudniem. Może 
upłynąć 
nawet kilka godzin, zanim ktoś się zorientuje, że wicehrabina nie 
wróciła z przejażdżki. Wtedy, oczywiście, w niewielkich grupkach 
wyruszą 
na poszukiwanie zaginionej. 
Wiedząc, że nie ma innego wyjścia, Faith lekko potrząsnęła cuglami 
i ruszyła w drogę. Zamierzała wolnym krokiem doprowadzić konia do 
domu. Miała nadzieję, że jej miła i łagodna klacz szybko wyzdrowieje. 
Na szczęście, gdy po godzinie dotarły do polany, koń już nie utykał, 
ale 
Faith miała obolałe nogi, była spocona i rozgorączkowana. Bała się 
jednak 
dosiąść swego wierzchowca. Uznała, że to zbyt wielkie ryzyko. 
Dotarły jakoś na szczyt pagórka, u którego podnóża leżał ulubiony 
staw 
Georgiego. Cichy zakątek wyglądał niezwykle zachęcająco. 
Dosłownie 
prosił, by zatrzymać się i odpocząć. Faith postanowiła zrobić kilkumi
nutowy postój nad wodą. 1 nagle kątem oka spostrzegła jakąś 
dziecięcą 
postać biegnącą po zboczu. 

- Faith! Faith! -wrzeszczał Georgie, wymachując w podnieceniu 
uniesionymi w górę rączkami. 
Faith uśmiechnęła się i też do niego pomachała. Dziecko biegło 
prosto 
do niej, więc przykucnęła, by je objąć. Chłopiec uściskał ją z całej 
siły, 
jak miś swoją mamę niedźwiedzicę. Faith radowała się tym uściskiem 
i cudownym zapachem dziecinnego ciałka, rozgrzanego słońcem i 
owianego świeżym wiatrem. 
- Co za miła niespodzianka! Ale skąd się tu wziąłeś, Georgie? Nie 
przyszedłeś chyba sam. To kawał drogi! 
- Przyszliśmy z tatusiem. 
Faith podniosła głowę i ujrzała męża. Wicehrabia zbliżał się do nich 
bez pośpiechu, niedbałym krokiem. Miał na sobie brunatną kurtkę i 
płowe 
bryczesy, a na nogach wysokie czarne buty. Wydawał się wypoczęty, 
uradowany... i bosko piękny. 

background image

Faith zacisnęła lekko usta. Sama świadomość, że Griffin jest w 
pobliżu, 
przyprawiła ją o kołatanie serca. Jego męska uroda poraziła ją 
niczym 
piorun. Zmysły natychmiast dały o sobie znać. Wiedziała,, co prawda, 
że 
jest to nieosiągalne marzenie, ale myślała tęsknie: jak by to było 
cudownie, 
gdyby mąż powitał ją z takim samym entuzjazmem jak jego syn... 
- Czemu nie jedziesz na koniu, tylko go prowadzisz? - spytał Griffin, 
podchodząc bliżej. - Czy coś się stało? 
- Klacz się potknęła na wielkich sterczących korzeniach. Obawiałam 
się, że to jakieś poważne obrażenie. I doszłam do wniosku, że lepiej 
biedaczki 
nie obciążać moim ciężarem. 
- Nie zauważyłem, żebyś jadła zbyt dużo wypieków naszej kucharki 
— 
odrzekł Griffin, błyskając zębami w szerokim uśmiechu. - Chyba że 
zakradasz 
się do kuchni w mroku nocy, by nurzać się w cieście. 
- Każdą noc spędzam przykładnie we własnym łóżku - odparła Faith 
z miną niewiniątka. - Jak sam dobrze wiesz. 
- Istotnie wiem i bardzo mnie to cieszy - odparł i dorzucił gardłowym 
szeptem: -. . .bo nade wszystko lubię sypiać w twoim łóżku. 
Uśmiechał się coraz szerzej, a policzki Faith znów poczerwieniały. 
W jednej chwili wybaczyła mu, że nie uściskał jej na powitanie. 
- Oddaliliście się bardzo od domu - zauważyła. - Mieliście coś do 
załatwienia w tej okolicy, czy wybraliście się po prostu na spacer? 
Uśmiech Griffma sięgał już od ucha do ucha. 
- Wyruszyliśmy z Georgiem szlakiem męskiej przygody. Machnęliśmy 
ręką na wszystkie obowiązki i wypuściliśmy się na ryby. - Wicehrabia 
stuknął palcem w dwa wędziska, które miał na ramieniu. Mniejszą 
wędkę wręczył synowi. -Wykop z ziemijak najwięcej dżdżownic. 
Wiesz, 
tych długich robaków, co się tak wiją. Wsadź je do wiaderka... i 
możemy zaczynać połów! 
Chłopiec schylił się i podniósł z ziemi wiaderko, które upuścił, gdy 
wpadł w ramiona Faith. 
- Czy mam ich poszukać i dla ciebie, tatusiu? - spytał z błyszczącymi 
oczami. 

background image

Wicehrabia udał, że rozważa głęboko ten problem. 
- Dobry rybak zawsze sam się stara o przynętę... Ale w rodzinie 
współpraca 
jest dopuszczalna, więc... możesz nakopać i dla mnie. 
- Hurrra! - wykrzyknął Georgie i energicznie potrząsając głową, dodał: 
- A potem ja zrobię dopuszczenie i pozwolę zdjąć moją rybę z 
haczyka, jak ją złapię! 
Rozradowane dziecko odbiegło w podskokach. Pochylając się do 
żony, 
Griffin szepnął jej do ucha: 
- Georgie za żadne skarby nie przyzna się do tego, ale nie może 
znieść 
widoku ryby szarpiącej się na haczyku. Chyba ma wtedy wyrzuty 
sumienia, 
że ją złapał. Zawsze mi wmawia, że to za mała rybka, nie nadaje się 
do niczego, i trzeba ją wrzucić z powrotem do stawu. 
- To wrażliwy chłopiec! - odpowiedziała równie cicho Faith. - Ma 
zbyt miękkie serce na takie zabawy. Nie lubi patrzeć, jak giną 
bezbronne 
stworzenia... ani oglądać ich potem na talerzu. Już sobie wyobrażam, 
co 
to będzie za tragedia, kiedy się zorientuje, że boczek to kawałek 
zabitej 
świnki. Przepada za boczkiem! 
- Z pewnością czeka nas niełatwa dyskusja - zgodził się Griffin. 
Rozmowa zeszła na wierzchowca Faith. Griffin wręczył żonie większą 
wędkę, schylił się i starannie obejrzał nogę klaczy. Słońce padało 
prosto 
na jego lśniące włosy, dodając im jeszcze więcej blasku. Ten widok 
spowodował 
u Faith niewytłumaczalną burzę emocji. Wicehrabina gorzko 
żałowała, że nie ma dość odwagi, by zanurzyć palce w ciemnych 
włosach 
męża i bawić się jego lokami. 
- Myślisz, że to coś poważnego? - spytała, gdy Griffin skończył 
oględziny końskiej nogi. 
Wicehrabia potrząsnął głową i odebrał od żony wędkę. 
- Nie wygląda na nic poważnego, ale rad jestem, że się poświęciłaś 
i nie wsiadłaś na nią. Jak tylko wrócimy do domu, każę Higginsowi, 
żeby 

background image

od razu obejrzał tę nogę. Radzi sobie doskonale ze zwierzętami i 
jego diagnoza jest zawsze trafna. 
Faith skinęła głową potakująco. Ulżyło jej, że Griffin nie odkrył 
żadnych 
poważnejszych obrażeń. Wicehrabia wziął od żony lejce i ostrożnie 
sprowadzi klacz po łagodnym stoku. Faith pośpieszyła za mężem. 
Położyła mi łagodnie rękę na ramieniu, gdy zbliżali się do stawu. 
- Chyba mojej biednej kobyłce chce się pić - powiedziała. - Na drodze 
było tyle kurzu, że całkiem zaschło mi w gardle... Jestem pewna, że z 
niąjest tak samo. 
Wicehrabia podprowadził klacz nad wodę, którą zaczęła od razu 
hałaśliwie 
chłeptał Gdy napiła się do syta, Griffin zaprowadził ją w cień 
drzewa i owinął cugle wokół mocnego pnia. 
Potem odwrócił się do żony i wyjął z kieszeni kurtki dwie małe płaskie 
flaszki. 
- Masz dzsiaj szczęście, moja pani żono! Zabrałem ze sobą coś do 
picia. Trochę jabłecznika dla Georgiego i coś mocniejszego dla 
siebie. Uniósł 
w górę obie piersiówki. - Co wolisz? 
- Jabłecznk będzie w sam raz - odparła Faith. Ściągnęła rękawiczki 
do konnej jazdy i sięgnęła po flaszkę. 
Griffin wręczając ją, zrobił skruszoną minę. 
- Obawiam się, że będziesz musiała łyknąć prosto z butelki. Georgie 
upierał się, że tak będzie najbardziej przygodowo i aż się skrzywił, 
kiedy 
kucharka chciała dla nas przygotować piknikowy kosz z talerzami, 
filiżankami i servetkami. 
- Doskonae rozumiem Georgiego! Pikniki z obrusem i lnianymi 
serwetkami 
są dobre dla pań. Nawet szklanki to zbytek cywilizacji dla dwóch 
rasowych rybików, synów natury - odparła Faith, zdejmując kapelusik. 
Odgarnęła opadający na oko wilgotny kosmyk, przytknęła szyjkę 
butelki do ust i wypiła duży łyk. 
Zwracając laszkę, dostrzegła uśmiech na twarzy Griffina. 
- Co cię tak śmieszy? - Uniosła rękę do ust, potem spiesznie zerknęła 
na stanik sukni i spódnicę. - Jabłecznik mi spływa po brodzie? A 
może pobrudziłam sobie amazonkę? 
- Nic podobnego, Faith! Obserwowałem tylko rwoje zachowanie. -
Griffin przysunął się bliżej. Poczuła zapach jego ciała i jeszcze 

background image

bardziej 
zapragnęła znaleźć się w jego ramionach. - Popijałaś z butelki z 
takim 
apetytem! To doprawdy niecodzienny widok. 
- Taki niekobiecy, prawda? Damy przeważnie nie mają apetytu! -Faith 
wdzięczyła się przed mężem. - Bardzo się zgorszyłeś, milordzie? 
- Wręcz przeciwnie. Ten widok dodał mi animuszu. Łakome i 
zachłanne damy są w moim guście. 
Serce Faith zamarło na sekundę. A więc stała się jedną z dam w jego 
guście? Spojrzała w oczy z roztopionego srebra i poczuła, że topnieje 
w niej serce. Czyżby wreszcie upodobniali się do siebie? 
- Widzicie, ile mam robaków? - Georgie pojawił się nagle u boku Faith 
z wiaderkiem pełnym żywej przynęty. - Jest ich ze sto! 
Trzymając w obu rękach chłopiec podniósł z trudem wyżej wiaderko, 
by mieli lepszy widok. Zajrzeli posłusznie do wnętrza, omal nie 
zderzając się głowami. 
Griffin odchrząknął i stwierdził: 
- Znakomity początek, synu! 
Georgie wysypał całą zawartość wiaderka na trawę i przykucnął, by 
przyjrzeć się z bliska swej zdobyczy. 
- Najbardziej podobają mi się te duże. - Podniósł jakiś patyk i zaczął 
rozdzielać nim dwie splątane ze sobą dżdżownice. -Ale tych nie 
starczy. 
Muszę dziś złapać straszne mnóstwo ryb! 
Z wyrazem determinacji na twarzy chłopiec pobiegł znów na brzeg 
stawu, by ponowić polowanie na dżdżownice. 
Griffin uśmiechnął się. 
- Podejrzewam, że Georgie woli grzebać w ziemi w poszukiwaniu 
robaków, niż łowić ryby. 
Faith odpowiedziała mężowi uśmiechem, po czym odwróciła się, by 
spojrzeć na dziecko. 
- Chyba każdy mały chłopiec ma podobne gusta! Kiedy łowisz ryby, 
musisz stać bez ruchu i nawet nie możesz się odezwać... To ciężka 
próba 
dla malucha, którego rozpiera energia. A poza tym szukanie przynęty 
to 
najlepszy pretekst dla zwykłego taplania się w błocie. Można się 
bezkarnie 
ubrudzić od stóp do głów. Co za frajda! 
- Sądząc z wyglądu mego syna pod koniec prawie każdego dnia, 

background image

skłonny 
jestem przyznać, że błoto ma dla niego pewien urok - podsumował 
Griffin. 
Podał żonie ramię i oboje wyruszyli na poszukiwanie cienia. 
Znalazłszy 
odpowiednie miejsce, Faith ostrożnie usiadła na trawie i oparła się 
plecami o pień drzewa. Jej spojrzenie co chwila biegło w stronę 
Georgiego. 
Chłopiec klęczał na błotnistym brzegu stawu i radośnie wyrzucał w 
powietrze grudy błota. 
Szczerze mówiąc, nie wiedziała sama, jak mogłaby pomóc temu 
malcowi, 
gdyby wpadł do wody. Przecież nie miała pojęcia o pływaniu!... 
A mimo to nie spuszczała oczu z dziecka. 
Po krótkim wahaniu Griffin rozciągnął się na trawie obok żony. Choć 
Faith nie odrywała oczu od chłopca, wszystkie inne zmysły 
uświadamiały 
jej w całej pełni bliskość leżącego obok mężczyzny. 
- Georgie potrafi ubrudzić się od stóp do głów, gdziekolwiek by był 
i cokolwiek by robił - zauważył Griffin pobłażliwym tonem, w którym 
dźwięczała jednak nutka dumy. 
- Odziedziczył to po swoim szlachetnie urodzonym ojcu - odparowała 
Faith. 
Oczy Griffina natychmiast zwróciły się ku niej. 
- Też coś! Wypraszam sobie! 
Faith wyciągnęła rękę i wodziła nią w tę i z powrotem, gładząc 
delikatnie trawę. 
- Dajże spokój, Griffinie! Siebie chcesz okłamać? Kiedy oboje byliśmy 
dziećmi, pół dnia spędzałeś w błocie, a przez drugą połowę uciekałeś 
przed nianią, która chciała cię wpakować do wanny! 
- W porównaniu z tobą musiałem rzeczywiście wyglądać na brudasa. 
Uciekłabyś z płaczem do domu, gdybyś znalazła choć tycią plamkę 
na 
swoich wymuskanych sukieneczkach! 
Ręka Faith zamarła w pół ruchu. 
- Naprawdę była ze mnie taka porządnicka?! 
Griffin wywrócił oczyma. 
- Nie do wytrzymania! Wiecznie chciałaś się bawić razem z nami, ale 
od razu biadoliłaś, jeśli przegrałaś albo nie mogłaś dotrzymać nam 
kroku. 

background image

A ilekroć ubrudziłaś sobie ręce, buzię, albo - nie daj Boże - sukienkę, 
to płakałaś jak bóbr. 
- Nie mogłam być aż taka okropna! 
- Właśnie że byłaś. Na szczęście, z czasem się zmieniłaś. Troszkę, 
bo 
troszkę, ale zawsze. - W jego oczach pojawiły się szelmowskie błyski. 
-Ale szarogęsić się lubisz do dziś! 
- Ty wstręciuchu! 
Faith zerwała garść trawy i rzuciła w męża. Uskoczył zwinnie, nim 
zielsko wylądowało na jego głowie. 
- No właśnie: jesteś rozpaskudzona i nie potrafisz znieść słowa 
krytyki. 
Niewiele się zmieniłaś od czasów dzieciństwa. 
Faith próbowała nadać swym rysom groźny wygląd, ale wbrew woli 
rozchichotała się. 
- No, tak... Tata czasem pobłażał moim kaprysom. 
- Czasem?! Zawsze! Wystarczyło jedno twoje słówko. - Griffin 
potrząsnął 
głową. - Nieraz zastanawialiśmy się z Neville'em, jak ty to robisz. 
Z początku myślałem, że tata cię tak rozpieszcza, bo jesteś 
dziewczynką... 
ale Harriet też nią była, a nasz ojciec nie miał dla niej ani chwili 
czasu. Musiał więc być jakiś inny powód. 
- Byłam jedynaczką-wyjaśniła Faith. - Moi rodzice nie mieli nikogo 
innego, kto łaknąłby ich miłości i opieki. Wszystko więc 
koncentrowało 
się na mnie, a ja wykorzystywałam to skwapliwie! 
- Twoi rodzice ubóstwiali cię, Faith - odparł cicho Griffin. - Chyba 
wszyscy zazdrościliśmy ci, że jesteś ich oczkiem w głowie. 
Faith podciągnęła kolana do brody i otoczyła je ramionami. 
- Wszyscy mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo. 
Griffin skinął głową. 
- Tak, to były beztroskie dni! Mój Boże, jak to dawno... Wydaje się, 
że upłynęły całe wieki... - Twarz wicehrabiego przybrała tęskny, a 
równocześnie 
pobłażliwy wyraz. Był w tej chwili zdumiewająco podobny do 
swego synka. - Gdybym wówczas wiedział, że pewnego dnia będę 
miał 
na głowie wszystkie te grunty i dzierżawców, bardziej bym sobie cenił 
ówczesną swobodę. 

background image

W Faith obudziło się sumienie. Proste słowa Griffina uprzytomniły jej, 
jakie brzemię obowiązków spoczywa teraz na jego barkach. Między 
innymi 
zgoła nieoczekiwany ciężar odpowiedzialności za żonę. I to taką, 
jakiej sam nigdy by nie wybrał. 
Westchnęła i oparła policzek na kolanach. 
- Ale przecież dorosłe życie to nie tylko kłopoty! 
Wicehrabia podniósł głowę. Czuła, jak jego spojrzenie przesuwa się 
po jej postaci. Najdłużej zatrzymało się na biuście. 
- Owszem, ma swoje dobre strony. 
Faith odruchowo się wyprostowała się. Przechyliła głowę i zerknęła 
na męża. Jego leniwy uśmiech i spojrzenie spod powiek mówiły 
wyraźnie, 
o czym Griffin teraz myśli. O uwiedzeniu własnej żony, oczywiście! 
Wyraz jego twarzy i rozpłomienionych oczu świadczył dobitnie o 
pożądaniu, 
które go trawiło. Faith zadrżała leciutko na samą myśl o czekających 
ją rozkoszach. 
Od dożynkowego balu, który odbył się w zeszłym miesiącu, Griffin 
odwiedzał ją noc w noc. Ponieważ za dnia bardzo rzadko okazywał 
jej 
czułość, te nocne potajemne spotkania miały dla Faith podwójny 
urok. 
Teraz jednak nie zapomniała, że nie są sami w tym rozkosznym 
ustroniu. 
Zwróciła twarz do słońca, przymknęła oczy i udawała, że zapada 
w drzemkę. Miała nadzieję, że mąż, któremu zebrało się na amory, 
odczyta 
właściwie jej intencje i poniecha swych zakusów. 
Nie poniechał. Choć Faith miała nadal zamknięte oczy, wszystkimi 
zmysłami czuła, że mąż przysuwa się coraz bliżej. Serce jej 
podskoczyło, 
policzki i szyja oblekły się rumieńcem. 
A potem palce Griffina zaczęły - niby to od niechcenia - kreślić jakieś 
kształty na jej dłoni. Faith westchnęła cichutko pod pieszczotliwym 
dotknięciem. 
Griffin siadł bardzo blisko żony. Nadal nie patrzyła na niego, ale w 
żaden 
sposób nie potrafiła go zignorować lub zniechęcić. Z każdym 
oddechem 

background image

Faith wchłaniała jego męski zapach i czuła, jak odżywa w niej 
namiętność. 
Wicehrabia pochylił się tak nisko, że jego oddech łaskotał ją w ucho. 
- Zawsze myślałem, że byłoby miło kochać się pod gołym niebem, 
nad uroczym stawem w jesienny dzień, w gorących jeszcze 
promieniach 
słońca. A ty nie masz ochoty sprawdzić, jakby to było, kochanie? 
Faith zaparło dech. Wyobraźnia stawiała jej przed oczyma kuszące, 
odurzające obrazy. Powróciło żywe wspomnienie nocy: twarde, 
rozpalone 
ciało Griffina na jej ciele, przytulone do siebie, złączone 
najintymniejszym uściskiem. 
- Sądzę, że byłoby to... bardzo niewygodne - zdołała wykrztusić 
piskliwym 
głosem. - Leżeć na twardej ziemi, w mokrej trawie? 
- O, miłości, jakże mnie ranisz! - wydeklamował Griffin i ujmując 
brodę żony obrócił ją twarzą ku sobie. Otworzyła oczy, a on 
uśmiechnął 
się uwodzicielsko. - Jak możesz uważać mnie za takiego brutala?! 
Nigdy 
nie naraziłbym twej delikatnej skórki na takie niewygody! To ja będę 
leżał na wznak na twardej ziemi, a ty siądziesz na mnie jak na siodle 
i opleciesz nogami moją kamizelkę!... Albo będziemy razem stać na 
słońcu, 
będę cię całował w szyję i będę coraz mocniej tulił do siebie, aż twoje 
plecy całkiem przywrą do mej piersi... I będę nalegał szeptem, byś 
objęła 
ramionami pień wysokiego dębu i pochyliła się do przodu. A potem 
powoli, ostrożnie... zanurzę się w cieple twego ciała. 
Policzki Faith okryły się palącym rumieńcem. Przed jej oczyma 
popłynęły 
znów obrazy, jeszcze bardziej lubieżne. Oni oboje złączeni w 
miłosnym 
niemal zwierzęcym uścisku. W tej chwili wydawało się to jej całkiem 
naturalne. Wszelkie hamulce zniknęły pod wpływem otaczającego 
ich piękna i wzajemnego głębokiego zaufania. 
- Chcesz mnie całkiem zdemoralizować, milordzie? - szepnęła. 
- Myślisz, że zdołałbym tego dokonać? 
Pewnie, że tak! - miała ochotę krzyknąć. Wystarczy, żebyś spojrzał 
na 

background image

mnie pożądliwym okiem i już cała topnieję! 
Ale odetchnęła tylko głęboko i powiedziała niepewnym głosem: 
- Obawiam się, że nie zaspokoisz dziś swej ciekawości. Nasz syn jest 
o kilka kroków stąd. Nie pora na takie nieprzystojne zaloty! 
- Wobec tego musimy się tym zająć w stosowniejszej porze. Może 
przy księżycu? Jest akurat w pełni - szepnął gardłowo. 
Faith zadrżała na samą myśl o miłosnych uściskach pod 
gwiaździstym 
niebem. Jakież to... pogańskie! 
- Ale księżyc, nawet w pełni, nie ogrzeje nas tak jak słońce - 
wykręcała się. 
- Czy księżycowa poświata nie jest bardziej czarowna? Bardziej 
tajemnicza i zakazana? 
- Przyznam, że myśl o błądzeniu w mrokach nocy pociąga mnie... Ale 
jestem zawsze praktyczna. Czy nie będzie nam za zimno? 
- W moim towarzystwie zimno ci nie grozi. - Obiema rękami objął 
głowę Faith, przyciągnął ją do siebie i przytulił usta do jej ust. Ich 
języki 
spotkały się w gorącym, spokojnym pocałunku. 
Gdy zabrakło im tchu, Griffin odsunął się od niej powoli, jakby 
rozkoszował 
się każdą sekundą tego uścisku. Popatrzyli na siebie, równie 
zdyszani. 
Faith na przymknęła na chwilę oczy, zmagając się z dreszczem 
nagłego pożądania, piekącego niczym żywy ogień. 
Griffin odkaszlnął. 
- Z przykrością muszę przyznać, że masz całkowitą rację, moja miła. 
To nie pora na folgowanie naszym słabościom. Tylko... Obiecałem ci, 
że 
będziemy się kochali w słońcu, że poczujesz je na swym nagim ciele. 
Wiem, że to nieładnie wymigiwać się od obietnicy, ale... Obawiam 
się, 
że jeśli będziemy czekali z miłościąw plenerze, póki nie uporam się z 
tymi 
cholernymi rachunkami, to szron zdąży pokryć trawę i nawet moje 
bezgraniczne pożądanie nie zdoła przemóc sił przyrody. 
Faith uśmiechnęła się. 
- Mogłabym ci pomóc. 
- Doprawdy? - łypnął na nią tak lubieżnie, że aż się zaczerwieniła. 
- W rachunkach. 

background image

- Ty?! 
- Ja. 
Zmarszczył brwi. 
- Nie spotkałem jeszcze kobiety, która znałaby się na interesach. 
- Meny zna się na inwestycjach - odparła Faith z wyzwaniem w 
głosie. 
- Zarządza swym majątkiem prawie bez pomocy i znacznie go 
powiększyła. 
- Zdumiewające! - Griffin gładził w zamyśleniu podbródek. - Choć 
może nie powinienem się dziwić. Ciągle się przekonuję, że lady 
Meredith to wyjątkowa kobieta! 
Słysząc tę pochwałę pod adresem przyjaciółki, Faith wróciła nagle i 
boleśnie 
do rzeczywistości. Zmagała się z zazdrością i urazą- i ostatecznie 
je pokonała. Ale zabrakło jej wiary w siebie, więc nie zaproponowała 
Griffinowi swojej pomocy. 
Zapadła niezręczna cisza. Faith uniosła ręce do głowy, chcąc 
poprawić 
fryzurę, gdyż wiatr rozwiewał jej włosy i pojedyncze pasma opadały 
na 
ramiona. Skrzywiła się odkrywszy, że kok nie jest już właściwie 
kokiem, 
a szpilki przepadły w trawie. Bez wątpienia wtedy, gdy Griffin objął ją 
za 
głowę i całowali się tak zapamiętale. 
- Co się stało, Faith? 
- Absolutnie nic. - Zacisnęła ręce na ramionach i zaczęła je 
energicznie 
pocierać. - A może wszystko? 
Griffin zrobił zdziwioną minę, ale czekał cierpliwie na wyjaśnienie. 
- Kilka tygodni temu we trzy, z Harriet i Meredith, podczas 
podwieczorku 
wbijałyśmy Elizabeth do głowy, że musi wyjść za kogoś, kto 
dostrzeże 
w niej nie tylko śliczną buzię i ustępliwy charakter, ale żywą 
inteligencję. 
Za mężczyznę, który nie bałby się zapytać żonę o zdanie 
w różnych istotnych sprawach, i wysłuchać jej opinii. 
Griffin skrzyżował ręce na piersi. 
- To raczej nietypowa rada dla młodej panienki z towarzystwa, 

background image

nieprawdaż? 
- Owszem - odparła po namyśle Faith. - Ale mądra i pożyteczna, jeśli 
chce się znaleźć odpowiedniego towarzysza na resztę życia. Nie 
zgadzasz się ze mną? 
- Nie jestem tego pewien. 
Faith wypuściła powietrze z płuc. 
- A ja tak! I mimo to siedzę teraz, zalękniona i niespokojna; nie mam 
odwagi zaoferować ci pomocy w gospodarskich rachunkach. Nawet 
teraz, gdy jest ci bardzo potrzebna. 
- Myślałem, że żartujesz. - Na twarzy Griffina odmalowało się żywe 
zainteresowanie. -Naprawdę lubisz zajmować się rachunkami? 
- Niespecjalnie - odrzekła szczerze Faith. - Ale mam wyjątkowo dobrą 
pamięć, zwłaszcza do liczb. Przekonałam się, że bez wysiłku potrafię 
dodawać w pamięci całe długie kolumny. Tatuś zdumiewał się tym 
moim talentem, bo uważał wszystkie rachunki i rozliczenia za dopust 
boży. 
Griffm zmarszczył czoło. Faith zorientowała się, że mąż nie wie, co 
odpowiedzieć. Przyglądał się jej uważnie przez długą chwilę. 
Zaniepokoiło 
to Faith tak bardzo, że doszły znów do głosu nerwy i pożałowała 
swojej niezwykłej oferty. 
I nagle wicehrabia uśmiechnął się od ucha do ucha. 
- Masz się stawić jutro rano, zaraz po śniadaniu, w moim gabinecie. 
Jeśli jesteś choćby w połowie tak dobra w rachunkach, jak się 
przechwalasz, 
droga żono, wnioskuję, że zdołamy się z nimi szybko uwinąć. Nie 
przepadnie nam zatem jutrzejsza randka tu pod drzewami, gdy tylko 
coś 
przekąsimy w południe! 
W ciągu następnych dwóch tygodni Griffin odkrył, że jego gabinet 
nie jest już izbą tortur, do której wchodził z przymusem i w której 
wbrew 
swej naturze i upodobaniom uczył się zarządzać gospodarstwem 
wiejskim, 
co zawsze nudziło go śmiertelnie. Teraz towarzyszyła mu w tej pracy 
żona i dzięki niej poranna harówka stawała się znacznie łatwiejsza do 
zniesienia. 
Wkrótce Griffin przekonał się - ku swej radości - że Faith nie 
przesadzała, 
opowiadając o zdolnościach rachunkowych. Były doprawdy 

background image

imponujące, 
choć zawsze zapewniała skromnie, iż to jedynie dar niebios. 
Wprawdzie męska duma Griffina ucierpiała nieco, gdy dotarło do 
niego, 
że problem, z którym biedził się przez tydzień, jego żona 
rozwiązywała 
w ciągu kilku godzin. Jednakże wicehrabiemu nie brakowało 
zdrowego 
rozsądku i wkrótce pojął, że sprawna pomoc żony ogromnie ułatwia 
mu życie. 
Poza tym, że doskonale sobie radziła z rachunkami, Faith znała się 
na 
gospodarstwie i potrafiła odpowiedzieć na niekończące się pytania 
Griffina 
na temat zarządzania majątkiem ziemskim. Wicehrabia zdumiewał 
się jej rozległą wiedzą na temat płodozmianu, cen zboża, hodowli 
bydła 
i innych aspektów rolnictwa. Czyli zagadnień, którymi nigdy się nie 
interesował, póki nie spadła na niego odpowiedzialność za rodowe 
dobra. 
Początkowo Dewhurst przeznaczył dla żony niewielki, słoneczny 
kącik 
w swym gabinecie, jednak teren zajmowany przez Faith stopniowo 
się powiększał, a ona każdego ranka poświęcała coraz więcej czasu 
na 
rozszyfrowywanie zapisów w księgach rachunkowych. Niebawem w 
gabinecie 
Griffina pojawiło się wytworne biureczko z czasów królowej Anny, 
które poprzednio stało na poddaszu, a wraz z tym meblem inne 
oznaki 
kobiecej obecności - obce do tej pory typowo męskiemu charakterowi 
tego wnętrza. 
Znalazł się w nim wazon świeżych kwiatów, stanęło eleganckie 
krzesełko 
z czarująco wygiętymi poręczami, zagościł subtelny zapach wody 
lawendowej... Wszystkie te kobiece drobiazgi budziły niepokój 
Griffina, 
drażniły jego zmysły i odrywały uwagę od rachunków. 
Coraz częściej wicehrabia przyłapywał się na marzeniach o 
wykorzystaniu 

background image

gładkiego blatu swego ogromnego, płaskiego biurka do celów zgoła 
niezwiązanych z rachunkowością, chyba że weźmie się pod uwagę 
czasownik „mnożyć się". 
Przeważnie sprawy układały się tak, że gdy Griffinowi najwyższym 
wysiłkiem woli udawało się wreszcie na kilka chwil zapomnieć o 
obecności 
Faith, ona sama bezwiednie przyciągała znów jego uwagę, cmokając 
i potrząsając rozkosznie głową, gdy natrafiła na kolejne, rozbieżności 
w zapisach. 
- Prawie tysiąc funtów przepadło jak kamień w wodę! - wykrzykiwała 
zdegustowana, odrzucając gęsie pióro. - To, jak dotąd, największa 
malwersacja, jaką odkryłam. Ale obawiam się, że jeszcze przed 
południem 
pobijemy ten rekord. Cóż to był za pazerny rządca! Całąjego 
działalność 
można skwitować jednym słowem: przestępstwo. Tacy jak on 
okrywają hańbą całą profesję, a przecież wielu rządców to ludzie 
pracowici i uczciwi. 
- A który to okazał się tak sprytny? 
Faith zaczęła przerzucać leżące na jej biurku dokumenty, szukając 
nazwiska. 

- Niejaki White. Przybył do Hawthorne Castle siedem lat temu, a 
kiedy 
wyniósł się stąd po trzyletniej działalności, zabrał ze sobą znacznie 
więcej, niż mu się należało zgodnie z umową. 
Faith westchnęła i poruszyła głową, bo szyja jej zdrętwiała. Griffin z 
trudem 
pokonał pokusę i nie podszedł, by ją wymasować. Bardzo wątpliwe, 
czy skończyłoby się na dotykaniu szyi! 
- Ten White opracował całkiem sprytną metodę wymuszania 
pieniędzy 
dzięki manipulacjom z czynszem dzierżawnym - kontynuowała Faith. 
-
Pewnie czuł się bezkarny, widząc, że nikt mu nie patrzy na ręce. Do 
tego stopnia przestał się pilnować, że pewnego razu wpisał do księgi 
rachunkowej rzeczywistą-zamiast zaniżonej -kwotę ściągniętą od 
dzierżawców. 
Zauważył potem swój błąd i skreślił zapis, ale nie wymazał go 
całkowicie. Wystarczyło mi pogadać chwilę z dzierżawcą z którego 

background image

White 
wydusił tę sumkę, by upewnić się co do fałszerstw tego typka. 

- Wziąłem na spytki kilku zamożniejszych dzierżawców. To, co od 
nich usłyszałem, pokrywa się z twoimi spostrzeżeniami - powiedział 
Griffin. - Dobrze pamiętają, jak ciężko im się żyło pod rządami pana 
White'a i jak trudno było dogadać się z nim. - Wicehrabia zmarszczył 
ciemne brwi. - Jak myślisz, może by im dać jakąś rekompensatę za te 
wszystkie krzywdy? 
Faith zmarszczyła czoło w zamyśleniu i znów sprawdziła coś w 
papierach. 

- To bardzo uczciwe i honorowe podejście do sprawy. Na razie 
jednak 
lepiej ograniczyć się do obniżki czynszu, a poniesione przez nich 
straty 
rekompensować stopniowo. Dzierżawcy z pewnością docenią ten 
dodatkowy 
przychód, a nasze rezerwy finansowe nie zostaną zagrożone. 
Dewhurst przytaknął z całą powagą. 
- Kiedy uporasz się ostatecznie z tym galimatiasem i będzie 
wiadomo, 
na czym stoimy, powiadomię dzierżawców o miłej niespodziance, 
jaka ich czeka. 
- Ten łajdak White horrendalnie ich wyzyskiwał, a swych 
pracodawców 
bezczelnie okradał - gorączkowała się Faith. - Słowo daję, ktoś 
powinien zastrzelić tego łotra! 
Griffina, który porządkował dokumenty na swym biurku, po prostu 
zamurowało. Po chwili odezwał się. 
- Nie pochwalam, rzecz jasna, postępków White'a, ale czy nie jesteś 
zbyt surowa? Za nadużycia finansowe śmierć? Nie wystarczyłoby 
karne zesłanie do kolonii? 
- Nie! - odparła stanowczo, ale okrasiła to bladym uśmiechem. - 
Doprowadził 
posiadłość do ruiny, terroryzował dzierżawców, fałszował dokumenty 
i, okradając chlebodawców, napychał sobie kieszenie. Wyjątkowo 
chytry i pozbawiony wszelkich skrupułów łajdak! 
~ I za to należy mu się kulka w łeb? 
~ Tak! Albo stryczek. - Faith oparła brodę na splecionych dłoniach. -

background image

Nie rób takiej oburzonej miny, milordzie! Założę się, że dawniej, jako 
kapitan i właściciel statku handlowego, nieraz miałeś do czynienia z 
podejrzanymi 
typkami. Nie wierzę, że dawałeś się oszukiwać i pozwalałeś, by 
kradzież uszła im bezkarnie! 
- Jasne, że nie! Każdy przyłapany na moim statku złodziej musiał 
przespacerować się po desce*. 
Griffin rozparł się w swoim fotelu i z wielką satysfakcją przyglądał 
żonie, która zrobiła wielkie oczy i zerkała na niego z przerażeniem i 
niedowierzaniem. 
- Żarty sobie stroisz... - powiedziała po chwili wahania. 
- Czyżby? 
- Na pewno! - Policzki jej leciuteńko poróżowiały. - Tylko piraci 
zmuszają swoje ofiary do wejścia na deskę! Żaden wilk morski, 
posiadający 
choć szczyptę honoru, nie zdobyłby się na podobne barbarzyństwo! 
Griffin wybuchnął śmiechem. 
- Nie znałem żadnego pirata, który traciłby czas na takie wygłupy z 
deską. 
Mógł znacznie szybciej pozbawić biedaka życia, przebijając ostrym 
żelastwem. I wyrzucić trupa za burtę. 
Faith aż dech zaparło. 
- Znałeś osobiście piratów? Prawdziwych piratów?! 
Griffin znów się roześmiał. 
- A fe, wicehrabino! Prawdziwa angielska dama powinna być 
zaszokowana 
i przerażona na samą myśl o tym, że jej mąż mógłby zamienić 
słowo z takim potworem, a co dopiero zawrzeć z nim znajomość! 
Uniosła wysoko brwi. 
- Nie tak łatwo mnie zaszokować, milordzie! - Skupiła całą uwagę na 
leżących na jej biurku dokumentach i przez dłuższą chwilę udawała 
ogromne 
zainteresowanie tymi papierzyskami. W końcu dała spokój tej 
komedii, 
odwróciła się razem z krzesłem, pochyliła w stronę męża i spytała 
żywo: 
- No to jakich piratów znałeś? 
Griffin poczuł nagłe rozbawienie. Faith miała minę ciekawskiego 
dziecka. 
Gdzież się podziała stateczna, dobrze wychowana dama, z którą 

background image

niegdyś 
zamierzał się ożenić? Żona, którą zadowalałaby pozycja pani domu, 
która prowadziłaby mu gospodarstwo i wychowywała jego dzieci, a w 
wolnych 
chwilach wyżywałaby się artystycznie haftując, malując akwarele 
albo zajmując się ogrodem? 
Zamiast tego znalazł sobie żonę, która znała się doskonale na 
rachunkowości 
i prowadzeniu gospodarstwa. W dodatku nie była to wiedza 
teoretyczna, ale płynąca z doświadczenia i rokująca sukces oraz 
konkretne 
zyski, znacznie pewniejsze od tych, które sam mógł zabezpieczyć. 
No 
i wreszcie jego połowica miała wyraźną słabość do nie liczących się z 
konwenansami, 
niebezpiecznych mężczyzn! 
Sporo wody upłynęło, nim do Griffina dotarła niezbita prawda, że 
Faith 
różni się zasadniczo od dobrze wychowanych dam, z którymi miał do 
czynienia. I ta właśnie różnica nieustannie go fascynowała. 
- Ci, z którymi się zetknąłem, to paskudne typki, gotowe okraść 
każdego, 
nawet własną matkę - odparł Griffin. -1 nie mam na myśli tylko 
korsarzy. 
Miewałem kłopoty z niejednym angielskim kapitanem, który zaklinał 
się, że ten czy ów członek mojej załogi to dezerter z Królewskiej 
Floty. 
- Naprawdę byli dezerterami? 
Griffin prychnął pogardliwie. 
- Jasne, że nie! Większość mojej załogi stanowili ludzie różnorakiego 
pochodzenia, z wielu krajów. Od lat pływali pod moją banderą. Ale to, 
rzecz jasna, nie miało znaczenia dla Angoli! Wcielanie do floty siłą to 
tradycyjny, dopuszczalny prawnie i odrażający zwyczaj Brytyjczyków. 
- I jak sobie z nimi radziłeś? 
- Szybko się zorientowałem, jak omijać angielskie okręty albo 
wymykać 
się im, jeśli nas namierzyły. - Griffin skrzywił się na to wspomnienie. 
- Jeżeli rokowania odbywały się na pokładzie naszego statku, 
przeważnie 
znalazła się skrzynka wina lub koniaku, którą można było skłonić 

background image

poczciwego kapitana, by gdzie indziej szukał zbiegów. Jeśli to 
zawiodło, 
sięgałem po argument ostateczny: złoto. 
Faith zamrugała oczami. 
- Brrr! Co za typki! Chyba gorsze niż prawdziwi piraci! 
Griffin uśmiechnął się. 
- Czasem trudno ich rozróżnić. Ale pamiętaj, że ten, kto pierwszy 
wymyślił te wszystkie dyrdymały o pirackich splendorach i pirackim 
honorze, 
z pewnością nie widział nigdy prawdziwego pirata. Na handlowych 
szlakach całego świata natknąłem się na wielu obrzydliwców, obok 
których pazerny rządca w rodzaju pana White'a robiłby wrażenie 
niemrawego fuszera. 
- Naprawdę? - Faith wzdrygnęła się. - Ale mimo wszystko to musi 
być cudowna przygoda: pływać od portu do portu, zwiedzać 
niezwykłe, 
egzotyczne kraje... 
- Owszem, takie życie ma swoje zalety. 
Faith wyciągnęła do niego rękę. 
- Bardzo ci tego brak? - spytała cicho. 
- Czasami - odparł szczerze. Nakrył dłońmi jej ręce i zaczął od 
niechcenia 
gładzić smukłe palce. - Mimo wielu niebezpieczeństw to dobre 
życie. A poza tym sam je wybrałem i odniosłem sukces. 
- To całkiem co innego niż zarządzanie majątkiem ziemskim, 
prawda? 
- zauważyła Faith, wyrażając jego niewypowiedziane myśli. 
Wicehrabia odwrócił wzrok. 
- Byłem bardzo dumny z sukcesu, jaki odniosło moje 
przedsiębiorstwo 
okrętowe. Wyrobiliśmy sobie reputację uczciwej firmy, na której 
można polegać. Ludzie z mojej załogi ciężko pracowali, ale opłaciły 
się 
im te wysiłki: zawsze mieliśmy zysk. 
- Z gospodarstwem rolnym może być dokładnie tak samo! - Faith 
ścisnęła 
rękę męża. - Nie bądź dla siebie taki surowy. Wlazłeś w gniazdo 
szerszeni i zdołałeś wydostać się prawie bez szwanku. Moim 
zdaniem to godne podziwu. 
- Być może - przytaknął Griffin i przeczesując włosy ręką odgarnął 

background image

je z czoła. Wyjrzał przez okno. 
Przy ozdobnej fontannie grupka ogrodników troskliwie 
przygotowywała 
klomby do bliskiej zimy. Większe drzewa potraciły już prawie 
wszystkie 
liście, które przykryły teraz ziemię brunatną kołderką. Nieliczne, które 
utrzymały 
się jeszcze na gałęziach, wydawały się dziwnie samotne i 
opuszczone, 
gdy trzepotały na wietrze, oczekując bezradnie swojego kresu. 
- Brak ci nie tylko życia na statku i tego twojego przedsiębiorstwa... 
Prawda, Griffmie? 
Ciężko westchnął i z wysiłkiem podjął znów konwersację. Wzdragał 
się przed opisywaniem swych uczuć, gdyż jego słowa mogły sprawić 
Faith 
ból. A jednak w głębi serca wiedział, że pragnie podzielić się tym 
wszystkim właśnie z żoną. 
- Morze zawsze mnie fascynowało. Już jako chłopiec marzyłem o 
podróżach, 
chciałem zawędrować daleko od tej zabitej deskami wsi. Rzadko 
się zdarza, by rzeczywistość przewyższyła czyjeś marzenia, ale wierz 
mi, 
Faith, tak właśnie było, gdy żeglowałem na moim statku. 
Dostrzegł, że rozważając jego słowa, żona coraz bardziej smutnieje. 
- Nie miałam pojęcia, że musiałeś wyrzec się własnego ja, by wrócić 
do Anglii. By wrócić do Hawthorne Castle. 
Wpatrywała się w niego wielkimi oczyma. Griffin przesunął palcem 
po jej policzku i poczuł, że przebiegł ją dreszcz. 
- Wróciłem tu z własnej woli i nie zamierzam stąd odchodzić - 
powiedział 
miękko. -1 szczerze mówiąc, nie żałuję, że sprawy ułożyły się właśnie 
tak. 
Zapadła krótka cisza. Potem delikatne usta Faith wygięły się w lekkim 
uśmiechu. 
- Ja również, milordzie. 
Padał drobny deszcz. Ot, tylko taki, który wystarczał, by poczernić 
ogołocone 
z kwiatów klomby. Griffin siedział wygodnie za biurkiem w swym 
gabinecie i przez okno spoglądał na deszcz, słuchał miarowego, 
usypiającego 

background image

bębnienia kropel o szyby i rozmyślał. 
Po chwili z roztargnieniem wrócił do piętrzących się na biurku 
dokumentów, 
ale nie mógł wykrzesać z siebie ani odrobiny zainteresowania. 
Tego popołudnia biedził się sam nad rozmaitymi problemami 
dotyczącymi 
gospodarstwa i rachunków i odkrył, jak bardzo mu brak towarzystwa 
żony. 
Zdumiewające! Dwa tygodnie wspólnej pracy i wspólnego 
podejmowania 
niezbędnych decyzji zbliżyły ich i związały ze sobą mocniej niż 
ceremonia ślubna. A on przypuszczał, że tylko intymny związek 
fizyczny może tego dokonać! 
W wyjątkowo krótkim czasie Griffin, nie zdając sobie z tego sprawy, 
nabrał zaufania do żony, polegał na jej radach i liczył się z jej 
zdaniem. 
Ku własnemu zdumieniu chętnie dyskutował z nią o wszelkich 
problemach, 
nawet tych najbardziej przyziemnych. Nie mógł zrozumieć rosnącej 
potrzeby dzielenia są ze wszystkim z Faith. Czy to oznaka słabości? 
A może szaleństwa? 
Odpowiedź na te wszystkie wątpliwości była całkiem prosta. Griffin 
oswoił się ze swym nowym życiem, przed którym bronił się tak 
zażarcie, 
i odkrywał w nim coraz więcej zalet. Od dzieciństwa wiedział, że jego 
starszy brat zagarnie całą schedę, włącznie z tytułem i 
odpowiedzialnością 
za losy rodziny. I niemal od początku był z takiego układu bardzo 
zadowolony. 
Griffin nie przypominał sobie, by kiedykolwiek czuł się pokrzywdzony 
lub zazdrosny z tego powodu, że cały majątek rodzinny przejdzie w 
ręce 
Neville'a, a on sam -jako młodszy syn - dostanie symboliczny grosik. 
Pierwszy i ostatni raz Griffina nękała taka zazdrość w dniu jego 
dziesiątych 
urodzin, kiedy dostał w prezencie starego kucyka Neville'a, dla 
którego 
właśnie kupiono konia myśliwskiego, o jakim Griffin od dawna marzył. 
Pokłócili się z bratem o tego konia, a od sprzeczki doszło do bójki. Po 
niej jednak solidne lanie dostał tylko Neville. Duma i nadzieja rodu 

background image

chodziła 
z obolałym tyłkiem, a Griffin musiał jedynie wysłuchać surowego 
kazania. I przekonał się niezbicie, że na barkach przyszłego 
wicehrabiego 
spoczywa o wiele cięższe brzemię niż na młodszym synu. 
Aż do pełnoletności Griffin cieszył się taką swobodą, o jakiej jego brat 
mógł najwyżej pomarzyć. A że Griffin był bystrym chłopcem, 
wcześnie 
sobie wykalkulował, że wolność jest więcej warta niż tuzin rasowych 
koni. 
A tu masz! Wylądował ostatecznie w Anglii, wiedzie żywot właściciela 
ziemskiego, ożenił się z niedoszłą bratową, haruje jak wół, by ocalić 
podupadający majątek. A w dodatku, psiakrew, zaczyna w tym 
znajdować 
nie tylko przyjemność, ale sens życia! 
Z ciężkim westchnieniem Griffin odsunął się od biurka, wyciągnął 
długie 
nogi przed siebie i zadumał się nad dziwnym zbiegiem okoliczności, 
skutkiem którego znalazł się w obecnej sytuacji. 

Odgłos kroków na korytarzu przerwał wicehrabiemu filozoficzne 
rozważania. 
Griffin wyprostował się w fotelu i spojrzał w stronę drzwi. Klamka 
poruszyła się: ktoś nacisnął ją z wahaniem. Ponieważ nie usłyszał 
przedtem 
pukania, nie mógł to być nikt ze służby. Wobec tego ktoś z rodziny 
wydedukował 
wicehrabia. Zapewne jedna z jego sióstr. 
Kiedy jednak ciężkie drzwi otworzyły się, stanął w nich Georgie z 
bardzo 
niepewną miną. Wicehrabia uśmiechnął się do syna, ale dziecko było 
dziwnie niespokojne. Griffin wiedział, że to typowo męskie 
pomieszczenie 
budzi w dziecku ogromne zainteresowanie. Georgie niejednokrotnie 
mówił swemu tacie, że to jest „naj-najważniejszy pokój w całym 
domu!" 
W dalszej rozmowie na temat gabinetu wyszło na jaw, że chłopca 
szczególnie 
fascynują szklane oczy dzików, których wypchane głowy spoglądały 
na Georgiego ze wszystkich ścian. Wyznanie syna zaskoczyło 

background image

wicehrabiego i wprawiło w podziw. 
Griffin był bardzo dumny z odwagi swojego dziecka. Dobrze pamiętał, 
jakim strachem napawały go te wypchane głowy, gdy był w wieku 
Georgiego. 
Może dziecko nie zdaje sobie sprawy, że te trofea były kiedyś częścią 
żywej, potężnej, groźnej bestii? 
- Szukałem cię, tato - wykrztusił wreszcie Georgie. 
- Naprawdę? A ja nie miałem pojęcia, że się gdzieś zawieruszyłem! 
Georgiemu ciągle powtarzano, żeby nie przeszkadzał swemu ojcu 
podczas 
pracy. Toteż mina chłopca świadczyła niezbicie o tym, że zdaje sobie 
sprawę z ogromu własnej winy. 
Griffin uśmiechnął się szeroko do syna. Domyślał się, że dziecko 
może 
nie zrozumieć słownego dowcipu, ale miał nadzieję, że chociaż się 
uśmiechnie. 
Ale chłopiec nie uśmiechnął się. Wpatrywał się we własne buciki i 
noskiem 
jednego z nich wiercił dziurę w dywanie. Potem podniósł głowę 
i rzucił ojcu niespokojne spojrzenie. 
Zaskoczony tym wicehrabia wstał i skinął na syna. Ze zdławionym 
okrzykiem Georgie podbiegł do niego. Griffin schwycił go w objęcia i 
podrzucił 
dziecko do góry. Taka zabawa wywoływała zawsze salwy śmiechu, 
ale dziś chłopcu wcale nie chciało się śmiać. 
Griffin czuł, jak drży drobne ciałko, które tulił do piersi. Przeszył go 
nagły lęk i pozwolił Georgiemu ześlizgnąć się na podłogę. 
Chłopiec spoglądał na niego wielkimi, przerażonymi oczyma. Obawy 
Griffina potwierdziły się. Nie była to wizyta u taty pod wpływem 
nagłego 
impulsu, by obejrzeć z bliska imponującą kuszę, zamkniętą w 
szklanej 
gablocie lub pistolety do pojedynku, schowane w lśniącym 
mahoniowym 
pudle. To było coś znacznie poważniejszego. 
- Musisz iść do salonu, tatusiu! 1 to już! - stwierdził z całą powagą 
Georgie. Schwycił ojca za rękę i mocno zacisnął palce. - Tam jest zły 
pan i paskudna pani! Przyszli na herbatę i Faith przez nich płacze! 
- Co takiego? Nie wiedziałem, że będziemy mieli gości. Jesteś tego 
pewien, synku? 

background image

- Tak, tak! - Georgie energicznie kiwnął głową. - Faith zaraz wytarła 
buzię, ale zobaczyłem, że płacze. Taka była smutna! Ten zły pan 
mówił 
tak głośno, że uszy mnie rozbolały... i machał rękami na wszystkie 
strony! O, tak! 
I Georgie zaczął wymachiwać rączkami jak szalony. 
- A ta paskudna pani powiedziała „grzeczne dzieci nie siedzą z 
dorosłymi 
w salonie" i kazała mi wyjść. - Georgie przekrzywił główkę. - Czy ja 
jestem niegrzeczne dziecko, tatusiu? 
Griffin przysunął się jeszcze bliżej do chłopca i wziął go za ramię. 
- Jesteś najgrzeczniejszy ze wszystkich dzieci, mój najukochańszy 
synku! 
Georgie odetchnął głęboko. 
- Wyrzuć tych złych ludzi, tatusiu! Ja ich nie znoszę! 
Griffin pochylił się i przyjrzał się uważnie smutnej buzi. Georgie nigdy 
jeszcze nie był tak zgnębiony. Nawet po odjeździe ukochanej niani, 
która wróciła do Ameryki. Kimkolwiek byli ci tajemniczy goście, 
wywarli 
niesłychanie silne wrażenie na jego synie! 
- Nie pamiętasz, jak się ci państwo nazywają? - spytał Griffin. 
Georgie bezradnie wzruszył ramionami. 
- Czy w salonie jest z nimi jeszcze ktoś prócz Faith? Może ciocia 
Harriet? A może ciocia Elizabeth? - pytał dalej Griffin. 
- Nie. - Georgie wolną ręką schwycił połę ojcowskiego surduta i 
nerwowo 
miął ją w palcach. - Pójdziesz tam zaraz i wyrzucisz ich, tatusiu? 
- Jeśli naprawdę zachowują się tak brzydko, jak mówisz, znajdą się 
za 
drzwiami, nim powtórzysz trzy razy „Napoleon wredny drań!" 
Ostatnia uwaga sprawiła, że chłopiec wreszcie się uśmiechnął. Jego 
relacja z dziwnych wydarzeń w salonie była niewątpliwie szczera, ale 
brzmiała tak niewiarygodnie, że Griffin pomyślał, iż Georgie mimo 
woli 
przeinaczył i wyolbrzymił fakty. A jednak... chłopiec nigdy nie 
przejawiał 
skłonności do koloryzowania. 
Griffin opuścił swój gabinet i mszył żwawo korytarzem. Georgie 
deptał 
mu po piętach. Wicehrabia nie zwracał uwagi na stukanie, szuranie 

background image

i bębnienie, nieodłącznie związane z pracą robotników, któiych mijał 
po 
drodze. Choć remont parteru został ukończony pod koniec lata, 
pozostało 
mnóstwo do zrobienia na innych kondygnacjach i robotnicy, którym 
powierzono 
to zadanie, uwijali się jak mrówki. 
Kiedy dotarli do zamkniętych drzwi salonu, Griffin dał znak synowi, 
by zaczekał na korytarzu. Georgie zrozumiał polecenie, skinął głową i 
zajął 
stanowisko obok wielkiej donicy z palmą. 
Griffin otworzył drzwi z impetem, wszedł bez zapowiedzi i 
rzeczywiście 
zastał w salonie dwoje nieznanych mu ludzi, popijających herbatę z 
jego żoną. 
Wejście wicehrabiego przerwało rozmowę. Trzy pary oczu zwróciły 
się w stronę Griffma, który przede wszystkim spojrzał na swoją żonę. 
W szarawym świetle dżdżystego popołudnia twarz Faith jaśniała 
wewnętrznym 
blaskiem. Zauważył jednak, że jego żona jest zdenerwowana. 
Trzymała się niezwykle prosto, usta zacisnęła w ponurą kreskę. Mimo 
to 
nadal była uosobieniem wdzięku i szlachetności. Niczym młody 
żołnierz 
pod ostrzałem... - pomyślał Griffin. 
Atmosfera w salonie była aż gęsta od napięcia i niepokoju; 
potwierdzało 
to podejrzenia wicehrabiego. 
- A, tu jesteś, moja droga! - powiedział, podchodząc do żony i 
natychmiast stanął u jej boku. 
Ujął rękę Faith leżącą bezwładnie na podbrzuszu i ucałował 
ceremonialnie. 
Jej palce były zimne jak lód. Griffin poczuł lekkie zniecierpliwienie. 
Jeśli aż tak się przejęła tą wizytą, czemu od razu go nie zawołała? 
Albo 
nie wyrzuciła sama tych intruzów? 
- Nie wiedziałem, że mamy gości - mówił dalej z pozornym spokojem. 
- Powinnaś była mnie powiadomić. 
Faith odwróciła się do męża i obdarzyła go lekkim uśmiechem. - Nie 
chciałam ci przeszkadzać w pracy - odparła cicho. - Moi kuzynostwo 

background image

nieoczekiwanie złożyli mi wizytę. Przyjechali z Londynu, by omówić 
pewne sprawy rodzinne. 
- Właśnie, sprawy rodzinne - wymamrotał pośpiesznie nieznajomy, 
jego oczy były dziwnie rozbiegane. 
- Sprawy rodzinne? Wobec tego przyszedłem w samą porę - 
podchwycił 
zręcznie Griffm, stwierdziwszy w duchu, że kuzyn Faith jest 
zdecydowanie 
antypatyczny. - Nie miałem dotąd przyjemności poznać twoich 
krewnych, Faith. Może zechcesz dokonać prezentacji? 
Zawahała się przez chwilę, przygryzła wargę i prawie 
niedostrzegalnie skinęła głową. 
- To mój kuzyn Cyril i jego żona Amelia, baronostwo Aston. Po 
śmierci mego ojca Cyril odziedziczył jego tytuł. 
No, wreszcie wszystko nabierało sensu! Griffin przypomniał sobie, że 
jednym z powodów, dla których Faith tak zależało na małżeństwie, 
była 
obawa, że jej ukochany dom, Mayfair Manor, wpadnie w szpony tego 
kuzyna. 
Faith odkaszlnęła i wyjaśniała dalej. 
- Lord Aston wyraził swoje obiekcje co do naszego małżeństwa. 
Uważa, 
że nie jest ono zgodne z testamentem mojego ojca. 
- Doprawdy? - To była najbardziej powściągliwa z replik, które 
Griffinowi 
cisnęły się na usta. - Czemu w takim razie nie zwróciłeś się 
bezpośrednio 
do mnie, baronie? - syknął przez zaciśnięte zęby. 
- Mój adwokat nie radził mi kontaktować się z tobą, wicehrabio odparł 
lord Aston. - Jednakże uznałem za właściwe poinformować Faith, 
że będziemy zabiegać o unieważnienie testamentu jej ojca. W 
końcu... 
jesteśmy przecież rodziną. 
- Cóż za wielkoduszność! - Usta Griffina wygięły się w uśmiechu, 
który raczej uosabiał ponury grymas. - A co konkretnie w naszym 
małżeństwie 
budzi twoje obiekcje, baronie? 
- Wszyscy wiedzą, że nie jesteś tym wicehrabią, o którym była mowa 
w testamencie. Ojciec Faith życzył sobie, by wyszła za twego 
starszego 

background image

brata, nie za ciebie, milordzie. 
- No, cóż... Moim zdaniem jedyną osobą, która miałaby prawo 
sprzeciwić 
się naszemu małżeństwu, był mój świętej pamięci brat. Ale ponieważ 
nie ma go już wśród nas, doprawdy nie pojmuję, po co ktoś 
postronny, 
na przykład ty, baronie, miałby wysuwać jakieś obiekcje... - Griffin 
uniósł brwi z miną najwyższego zdumienia, a potem udał, że nagle go 
olśniło. - ...Chyba że miałby nadzieję zagarnąć Mayfair Manor po 
pozbyciu 
się prawowitej właścicielki. 
- Do diaska! Czy ty tego nie rozumiesz, milordzie?! - Lord Aston 
prychnął pogardliwie. - Tytuł bez majątku nic nie daje! Mam rachunki 
do zapłacenia i rodzinę do wykarmienia! Nie mówiąc już o tym, że 
odkąd 
zostałem baronem, muszę żyć bardziej wystawnie, bo wszyscy 
spodziewają 
się tego po mnie. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest przejęcie 
tego, co i tak należy mi się zgodnie z prawem: Mayfair Manor! 
- O, tak! Mamy wszelkie prawo do Mayfair Manor - zawtórowała mu 
żona. Przesunęła się na sam brzeg obitego lawendowym atłasem 
krzesła, 
jakby zamierzała rzucić się na rozmówcę. 
Griffin zauważył, że niebieskawy fiolet obicia gryzie się okropnie z 
jaskrawożółtą 
wizytową suknią baronowej; w dodatku na tym tle jej rysy 
.wydawały się jeszcze ostrzejsze, a cera bardziej ziemista. Usta 
zaciśnięte 
w grymasie uporu i zmarszczone czoło też nie dodawały jej urody. 
Griffin od pierwszego wejrzenia poczuł do lady Aston jeszcze 
silniejszą awersję niż do jej męża. 
- Widzę, że umknął wam pewien drobny fakt: moja żona wypełniła co 
do joty życzenia ojca zawarte w jego testamencie. 
- Wasze małżeństwo to zwykła farsa! - rzucił szyderczo lord Aston. 
Ktoś 
ze służby w zajeździe Pod Gołąbkami, gdzie spędziliście noc 
poślubną, 
gotów jest zeznać pod przysięgą, że nie przebywaliście w jednej 
sypialni dłużej niż godzinę! 
- O, słuchamy kuchennych plotek? I to ma być kluczowy dowód, na 

background image

którym opierają się wasze nadzieje? - Griffin wymownie wzruszył 
ramionami. 
- Ośmieszycie się na resztę życia tym procesem... O ile w ogóle 
dojdzie do procesu. 
Griffin spojrzał na żonę. Faith zamarła z filiżanką w dłoni. 
Zaczerpnęła 
powietrza, odstawiła filiżankę na spodek i sięgnęła po imbryk. 
Napełniła 
jeszcze jedną filiżankę i wrzuciła do niej kostkę cukru. 
Gdy podawała herbatę mężowi, wziął ją czym prędzej, by goście nie 
zwrócili uwagi na jej drżące ręce. Niech piekło pochłonie tego drania! 
Faith była najwyraźniej przerażona - zapewne tym, że baron natknął 
się 
na okruch upokarzającej prawdy. 
Griffin natychmiast odstawił delikatną porcelanę na stół. Chciał mieć 
wolne ręce na wypadek, gdyby poczuł nieprzepartą pokusę 
chwycenia 
Astona za kołnierz i wyrzucenia za drzwi. 
- Owszem, w wielkim świecie zdarzają się dość osobliwe 
małżeństwa, 
ale ręczę, że kiedy wszystkie szczegóły waszej nocy poślubnej wyjdą 
na 
jaw, cały Londyn ubawi się do łez - prorokował posępnym głosem 
baron. 
-Jestem pewien, że Faith wolałaby uniknąć rozgłosu i upokorzenia... 
- Radzę uważać, milordzie! - przerwał mu w pół zdania Griffin ze 
złowróżbnym 
spokojem. - Mówisz o mojej żonie. Wszystko, co jej dotyczy, 
dotyczy również mnie. A tego, co moje, potrafię bronić w razie 
potrzeby wszelkimi sposobami! 
Mówiąc te słowa, zbliżał się coraz bardziej do barona. Czuł już woń 
baraniny i podłego wina, które Cyril skonsumował w południe. 
Aston wytrzymał jego wzrok i wzruszył ramionami, jakby niewiele go 
to obchodziło. Griffin dostrzegł jednak w postawie barona rosnące 
napięcie. 
- Mam wrażenie - kontynuował wicehrabia ironicznym tonem - że 
osobnik tak zafascynowany tym, co dzieje się w cudzych sypialniach, 
musi bardzo nudzić się we własnej, bo inaczej nie miałby czasu na 
podglądanie. 
Z ust lady Aston wydobył się okrzyk oburzenia. Jej mąż, czerwony na 

background image

twarzy, z drgającymi nozdrzami, usiłował coś wykrztusić, ale ubiegła 
go Faith. 
- Mój kuzyn przywiózł ze sobą dokument, który radzi mi podpisać 
powiedziała 
z wahaniem. - Twierdzi, że to mnie ocali od skandalu. 
- Istotnie! - wydukał lord Aston, szperając w wewnętrznej kieszeni 
surduta, z której wyciągnął pognieciony papier. - Mój adwokat 
przygotował 
dla ciebie oświadczenie, że nie opowiesz się przeciwko mnie, gdy 
wystąpię o unieważnienie testamentu twojego ojca. 
Griffin głośno wciągnął powietrze. 
- Jeśli myślisz, baronku, że możesz bezkarnie wtargnąć do mego 
domu 
i nękać moją żonę, zmuszając ją do wyrzeczenia się na twoją korzyść 
swej niepodważalnej własności, to jeszcze większy z ciebie dureń, 
niż 
sądziłem! - oświadczył. 
- Tego to już... - wybełkotał lord Aston. 
Ale Griffin nie dał mu skończyć. 
- Masz cholerne szczęście, mój panie, że jestem dziś wyjątkowo 
powściągliwy! 
-stwierdził. -W pierwszej chwili, gdy zobaczyłem,
 jak przeraziłeś moją żonę i syna, chciałem wyrżnąć cię z całej siły w 
pysk. I to nie jeden raz! 
- Barbarzyńca! - obruszyła się lady Aston. 
Griffin zignorował jej uwagę. Podszedł niedbałym krokiem do drzwi 
salonu i ujął błyszczącą mosiężną klamkę. 
- Każę powiadomić waszego stangreta, by natychmiast po was 
zajechał. 
Szczęśliwej podróży! 
Lord Aston otworzył już usta, by zaprotestować, ale Griffin 
powstrzymał 
go rozkazującym gestem ręki i spojrzał z najwyższą pogardą na 
nieproszonych gości. 
- Nie radzę mnie prowokować - dodał. - Mogę zapewnić bez fałszywej 
skromności, że moja opinia doskonałego szermierza i strzelca jest 
rzetelna i w pełni wiarygodna. 
Lord Aston nieco przybladł, ale wypiął pierś, przybierając urażoną 
pozę. 
Podał ramię swojej skwaszonej żonie i oboje sztywnym krokiem 

background image

ruszyli 
ku drzwiom. Na progu przystanęli, by obrzucić Griffina morderczym 
wzrokiem. 
- To jeszcze nie koniec, Dewhurst! 
- Ależ koniec, zapewniam cię, Aston. - Wicehrabia zmierzył wzrokiem 
swego oponenta. - Szczerze ci radzę: ciesz się nowym tytułem i 
wyższą 
pozycją, i nie ostrz sobie zębów na to, co nie twoje! Uprzedzam cię 
lojalnie, choć na to nie zasługujesz. Jeżeli będziesz nadal nękał 
mojążonę, 
z prawdziwą przyjemnością obedrę cię ze wszelkich luksusów, 
którymi 
cieszysz się obecnie i zrobię wszystko, co w mej mocy, byś zaznał 
prawdziwej nędzy! 
Oczy lorda Astona rozszerzyły się ze zdumienia. Oburzenie wprost 
go 
rozsadzało. A jednak wyniósł się wraz ze swążonąz pokoju. Bez 
zwłoki. I bez słowa. 
Gdy goście wyszli, Griffin zamknął po cichu drzwi, choć miał ochotę 
trzasnąć nimi z całej siły, by jakoś wyładować swą wściekłość. Ale 
okazując gniew, sprawiłby satysfakcję Astonowi. 1 jeszcze bardziej 
zatrwożył Faith. 
Ogromna ulga odmalowała się na jej twarzy, gdy drzwi zamknęły się 
za 
nieproszonymi gośćmi. Griffin poczuł skurcz w żołądku. Pojął, że 
Faith 
przejęła się tym spotkaniem znacznie bardziej, niż przypuszczał. 
- Jestem ci taka wdzięczna, Griffinie! Już myślałam, że się ich nigdy 
stąd nie pozbędę - powiedziała cicho. - Tobie pewnie się to wyda 
niewiarygodne... 
ale gdy tylko Cyril zaczął mówić o naszym małżeństwie, odebrało mi 
mowę i rozum... 
- Masz rację, to dla mnie niewiarygodne, że moja żona zapomniała 
języka w buzi! - przekomarzał się z nią dobrodusznie Griffin. Ale Faith 
nie odpowiedziała na to uśmiechem, jak się spodziewał. 
- Mów, co chcesz! I tak jestem ci ogromnie wdzięczna, że ująłeś się 
za mną z taką determinacją. Aż miło było patrzeć, jak z kuzyna Cyrila 
uchodzi powietrze niczym z przekłutego balonu! 
- Wyjątkowy obrzydliwiec! - Griffin potrząsnął głową. - Ale wróćmy 
do ciebie. Zauważyłem, że się zdziwiłaś, gdy przyszedłem ci z 

background image

pomocą. 
Czy aż tak ci się dałem we znaki, że uznałaś mnie za potwora, który 
pozwala obrażać własną żonę we własnym domu? 1 to jeszcze 
takiemu 
mięczakowi jak twój kuzynek?! 
- Byłam pewna, że stanąłbyś w mojej obronie - zapewniła go. Griffin 
zauważył jednak, że mówiła bez większego przekonania, i sam nie 
wiedział, 
czy to odkrycie pochlebia mu, czy raczej go oburza. 
Zapadła długa cisza. Griffin szukał odpowiednich słów, by wyrazić 
nimi swoje uczucia. 
- Uwierz mi, Faith, nikomu nie pozwolę wedrzeć się do mego domu 
i znieważać mojej żony - słowem lub czynem! 
- Naprawdę? 
- Naprawdę! - Mrugnął na nią wymownie. - To wyłącznie mój przywilej 

Jedynie błyskawiczny unik uchronił wicehrabiego od ciosu prosto 
w pierś ogromną poduchą, którą rzuciła w niego jej lordowska mość. 
Jesienne dni mijały niepostrzeżenie jeden po drugim. Nie było 
żadnych 
wieści od kuzyna Cyrila ani od jego adwokata i Faith powoli zaczęła 
się 
uspokajać. Już nie rzucała się gorączkowo na pocztę, wyczekując ze 
strachem 
złych wieści, które mogły nadejść w każdej chwili. Zadrżała na 
samą myśl o pozwie sądowym albo innej niecnej sztuczce, 
podważającej 
jej prawa do Mayfair Manor, domu jej dzieciństwa. 
Widocznie stanowcza postawa Griffina skutecznie ostudziła zapędy 
Cyrila. Faith była wdzięczna mężowi za interwencję, ale wstydziła się, 
że 
nie umiała poradzić sobie sama. Wstyd jej było również za kuzyna, że 
też 
ktoś zjej rodziny okazał się taki pazerny!... A jednak w jego zarzutach 
było nieco prawdy... I to właśnie budziło w Faith wyrzuty sumienia. 
Wielką pociechą była dla niej świadomość, że mąż pośpieszył jej z 
pomocą. 
Ale zdążyła go poznać na tyle, by uznać, że postąpiłby tak samo 
również wtedy, gdyby nie chodziło o nią. Kierował się naturalnym 
odruchem 

background image

pomagania ludziom w potrzebie. 
Była jego żoną, jego podopieczną, krótko mówiąc: jego własnością. 
Póki mu starczało sił, po prostu musiał jej bronić. Faith była pewna, 
że 
poświęciłby nawet życie, gdyby to było konieczne. 
Ale to poświęcenie nie było wcale dowodem jego miłości do niej. 
Ich wzajemne stosunki znacznie się poprawiły w ciągu ostatnich paru 
miesięcy. Faith dziękowała za to losowi. Radowała ją przede 
wszystkim 
naturalność, z jaką zachowywali się wobec siebie, wykazując 
zrozumienie 
i podobieństwo sądów. Ich partnerstwo, dojrzałe i godne podziwu, 
rozwijało się nadzwyczajnie. 
A jednak nigdy nie mówili o miłości. Faith tylko raz otworzyła serce 
przed mężem, on zaś zignorował to wyznanie. Kompletnie! Uznała 
więc, 
że wprawiła go w zakłopotanie, mówiąc o uczuciach, których nie 
podzielał, 
i o których wolał nie wiedzieć. 
Toteż nigdy więcej nie wspomniała mężowi, że go kocha. 
Bombardowanie 
Griffina wyznaniami, o które nie zabiegał, byłoby szczytem nietaktu i 
egoizmu. 
Mimo to miłość rosła w sercu Faith, ona zaś nie próbowała nawet z 
nią 
walczyć. Dała się porwać emocjom i cieszyła się nowym 
doświadczeniem. 
Wiedziała już, co to znaczy być zakochaną. Zachowywała się typowo 
dla tego stanu ducha, z jednym wyjątkiem: nigdy nie ubierała swych 
uczuć w słowa. 
Największy niepokój budziła w niej myśl, że zbytnio uzależni się od 
Griffina, będzie wiecznie spragniona jego obecności, zacznie się go 
czepiać 
niczym rzep. Ceniła sobie jak skarb przyjaźń i tkliwość, które jej 
okazywał. Wiedziała, że trudno by jej było żyć bez nich. Nieustannie 
więc miała się na baczności, by nie przebrać miary, nie przekroczyć 
granicy, 
którą oboje wytyczyli w milczącym porozumieniu. 
- Jak myślicie, czy będziemy mieli dziś po południu gości? - spytała 
Elizabeth, gdy rodzina zebrała się przy śniadaniu w jadalni zalanej 

background image

słońcem, 
choć była już późna jesień. 
Faith zmierzyła wzrokiem półmisek z sadzonymi jajkami, który 
podsuwał 
jej majordomus, i nabrała sporą porcję na talerz. 
- Przypuszczam, że zjawią się ci sami co zawsze: Geoffrey Barton, 
pan Huxtable, baron Harndon i nasz lokalny krezus, pan Jordan. 
Gazeta zaszeleściła nagle w dłoniach Griffina, który rzucił badawcze 
spojrzenie na swą młodszą siostrę. 
- Ten Jordan coś mi się za często tu pokazuje! Nie ma innych 
zaprzyjaźnionych 
domów, gdzie mógłby spędzić popołudnie? 
- Bardzo nam pochlebia, że właściciel największego dworu w okolicy 
tak chętnie nas odwiedza. To bardzo sympatyczny człowiek! 
-włączyła się 
do rozmowy Faith, dostrzegłszy silny rumieniec na policzkach 
Elizabeth, — 
W każdym razie ja tak uważam i bardzo sobie cenię jego 
towarzystwo. 
- Ja też - zawtórowała jej Harriet. 
Griffin spojrzał spod oka na trzy kobiece twarze, tak niewinnie 
uśmiechające 
się do niego, z wielkim szelestem rozłożył gazetę i znów się za 
nią ukrył. Wyłonił się dopiero wówczas, gdy obie siostry skończyły 
jeść i opuściły jadalnię. 
- Doprawdy nie pojmuję, jak wszyscy ci panowie mogą spędzać tyle 
czasu z dala od swego domu i majątku. Powinni częściej zajmować 
się 
gospodarstwem, zamiast każdego popołudnia zalecać się do 
podfruwajki! 
- burknął do żony. - Elizabeth ma zaledwie siedemnaście lat, a 
tymczasem 
wielki dziedzic Jordan wpatruje się w nią jak w obraz! Huxtable 
traci mowę, ilekroć znajdzie się koło niej. Żałosne! A baron Harndon 
mógłby być jej ojcem! 
Faith nie odrywała oczu od gorącej czekolady, którą właśnie sobie 
nalewała. 
- Mam wrażenie, że barona interesują... bardziej dojrzałe kobiety. 
Jest 
zawsze uważający i grzeczny w stosunku do Elizabeth, ale nie ona 

background image

jest powodem jego częstych wizyt. 
Griffin omal nie zakrztusił się kawą, którą właśnie pił duszkiem. 
- Bardziej dojrzałe? Chcesz powiedzieć, że on tu przychodzi dla 
ciebie?! 
Faith uniosła brwi i spojrzała na męża z konsternacją. 
- Dla mnie?! Czemu baron Harndon miałby składać wizyty ze 
względu na mnie? 
- Bardzo ci asystował na dożynkowym balu. Okazywał zbyt wiele 
zainteresowania 
twoimi ślicznymi ramionami i przepastnym dekoltem! -
Griffin starannie złożył gazetę i umieścił ją obok talerza. - O ile mnie 
pamięć nie myli, brał udział prawie we wszystkich przyjęciach, które 
zaszczyciliśmy 
swą obecnością w ciągu ostatnich kilku tygodni. Czy nie sądzisz, że 
czynił to ze względu na ciebie? 
Faith wzięła do ust kawałek jajka i wyraźnie delektowała się jego 
smakiem. 
Wyraz podejrzliwości i oburzenia na twarzy męża zachwycił ją 
jeszcze 
bardziej niż wyśmienita kuchnia w Hawthorne Castle. Pragnęła 
nacieszyć się nim do woli. 
- Gdybyś zwracał więcej uwagi na swe otoczenie, przekonałbyś się, 
że spotykamy wszędzie te same osoby, niezależnie od charakteru 
imprezy 
- powiedziała z uśmieszkiem wyższości. Nadziała na widelec 
plasterek 
szynki i położyła na swym talerzu. - To bardzo charakterystyczne dla 
prowincji. Widuje się ciągle te same twarze. I przeważnie te same 
stroje. 
Zbity z tropu Griffin zmarszczył czoło i po namyśle spytał: 
- Jeśli nie ze względu na ciebie, to dla kogo Harndon tu przychodzi? 
Faith wywróciła oczyma. 
- Żeby zobaczyć Harriet, oczywiście! Obawiam się, że całkiem stracił 
dla niej głowę. 
- Dla Harriet? - Griffin uśmiechnął się łagodnie. - Biedaczysko! Nie 
dorówna jej ani temperamentem, ani ciętym językiem! 
- To prawda, ale właśnie żywość charakteru Harriet działa na barona 
jak magnes. 
- A co z nią? Przyjaźnie patrzy na jego zaloty? 
- Skądże znowu! - Faith obruszyła się. - Przecież jest zaręczona! 

background image

- I dużo jej z tego przyszło! - Griffin zmarszczył brwi i odsunął od 
siebie prawie pusty talerz. - Nie zmartwiłbym się, gdyby Harriet 
znalazła 
sobie kogoś z miejscowego ziemiaństwa. Nie Harndona, bo on wcale 
do 
niej nie pasuje. Może poszukamy dla niej kogoś z odpowiednim 
temperamentem? 
Faith spoglądała na męża ze zdumieniem. 
- Harriet jest zaręczona - powtórzyła. 
- Nic na to nie wskazuje poza smętnym błyskiem w jej oku, kiedy 
wspomni 
o tym typku! - warknął Griffin. - Nieczęsto zresztą się to zdarza. 
Specjalnie 
mnie to nie dziwi, gdyż narzeczony wyraźnie o niej zapomniał. O ile 
wiem, nie otrzymała od niego ani jednego listu, odkąd tu jestem. 
- To przecież żołnierz! Walczy na wojnie. Wątpię, by miał czas na 
pisanie listów - odpowiedziała Faith tonem pewności, której wcale nie 
czuła. 
- Inni żołnierze znajdują chwile, by napisać do swoich bliskich. 
- No cóż... Może pan Wingate po prostu nie lubi pisać listów? 
Wicehrabia nie raczył odpowiedzieć i Faith uświadomiła sobie, jak 
bardzo mąż się tym martwi. Wspomniał jej kilkakrotnie, że niepokoi 
się 
o przyszłość Harriet. Widocznie nadal się tym dręczył. 
- Udało ci się dowiedzieć czegoś o narzeczonym Harriet? - spytała. 
Griffin zacisnął szczęki. 
- Nic, czym Harriet mogłaby się przejmować. 
Faith westchnęła. 
- Zawsze robisz takie miny, Griffinie, kiedy jesteś zakłopotany. Od 
razu widzę, że coś przede mną ukrywasz. 
Wicehrabia skrzywił się. 
- Zdobyłem o nim trochę informacji. Podobno Wingate potrafi dużo 
wypić, zranił kogoś w pojedynku, a gdy przebywa gdzieś dłużej, 
wynajduje 
sobie efektowną... i kosztowną kochankę. 
- Griffinie! 
- Harriet naprawdę nie powinna się przejmować takimi drobiazgami. 
Wygląda na to, że Wingate zachowuje się dokładnie tak, jak każdy 
gorącokrwisty 
młodzieniec, który ma zbyt wiele wolnego czasu. Może to i lepiej, 

background image

że służy w armii. Przynajmniej nie obija się od rana do nocy. 
- Moim zdaniem Harriet uznałaby informację o kochankach swego 
narzeczonego za coś, czym warto się przejmować! - Faith obruszyła 
się, 
koncentrując uwagę na jedynym aspekcie sprawy, który ją naprawdę 
zaniepokoił. 
- Jak myślisz, czy on po ślubie z Harriet zerwie znajomości z tymi 
kobietami? 
Griffin wzruszył ramionami. 
- Jeśli go kiedykolwiek spotkam, wspomnę mu oczywiście o tym. Ale 
nie mam wielkiej nadziei, że zastosuje się do mego życzenia. Sądząc 
z tego, 
co o nim mówią, Wingate to egoista, któiy folguje sobie we 
wszystkim. 
A jeśli w dodatku zrezygnuje ze służby w armii... nie mogę sobie 
wyobrazić, 
by Harriet zadowoliła się taką pozbawioną sensu egzystencją. 
- Do mnie też dotarły różne plotki, ale Harriet sama go wybrała - 
przypomniała 
mężowi Faith. - Jest wystarczająco dorosła, by wiedzieć, czego chce. 
- Dorosła czy nie, dobro mojej siostry leży mi na sercu i nie pozwolę, 
by uwikłała się w bezsensowne małżeństwo! - Szare oczy Griffina 
były 
bardzo poważne. - Zrobię wszystko, żeby była szczęśliwa. 
Dla siebie też zrobiłeś wszystko? - miała ochotę wykrzyczeć Faith. 
Jak jest naprawdę z tobą? Czy czujesz się szczęśliwy? A może nadal 
żałujesz, 
że się pobraliśmy? 
Po raz pierwszy ujrzała na twarzy Griffina bezradność i niepewność. 
Serce się jej ścisnęło. Powinna pomóc mężowi, wesprzeć go, a nie 
obciążać 
dodatkowo własnymi wątpliwościami. Nawet jeśli oddała swe serce, 
została jej jeszcze duma i zdrowy rozsądek. 
Mogłaby przyprawić męża o jeszcze większy niepokój i zażenowanie, 
gdyby mu teraz zaczęła wiercić dziurę w brzuchu obawą o losy 
swojego 
małżeństwa. Faith powiedziała więc sobie, że dla dobra ich obojga 
nie 
będzie poruszać tej sprawy, ale w głębi serca miała do siebie 
pretensję 

background image

o tchórzostwo. Nie odważyła się ani zapytać Griffina, ani wysłuchać 
jego odpowiedzi. 
W ciągu następnych kilku tygodni nie rozmawiali więcej o 
narzeczonym 
Harriet, ale Faith wiedziała, że Griffin nadal się tą sprawą martwi. 
Zresztą i ona sama zaczęła przeglądać pocztę, bezskutecznie 
szukając 
w niej listów do Harriet. Przypatrywała się również miejscowym 
dżentelmenom 
pod innym niż dotąd kątem. Który z nich nadawałby się na męża dla 
jej szwagierki? 
Faith urodziła się i wychowała w Harrowby, była więc przyzwyczajona 
do monotonnego trybu życia na prowincji. Czasami podejrzewała, że 
jej mąż jest znudzony i zirytowany codzienną rutyną, egzystencją, 
jakże 
inną od barwnego życia wilka morskiego! 
Jednakże wicehrabia zadał sobie nieco trudu i starał się włączyć w 
nurt 
lokalnego życia towarzyskiego. Nalegał, by organizować w 
Hawthorne 
Castle spotkania towarzyskie i uczestniczyć w podobnych imprezach 
urządzanych 
przez okolicznych ziemian. Wkrótce oboje z Faith stali się parą 
najmilej witanych gości i żadne przyjęcie nie mogło stać się 
sukcesem, 
jeśli zabrakło na nim Dewhurstów. 
Dni w Hawthorne Castle toczyły się utartym trybem. Ich spokojny 
rytm 
sprawiał, że życie Faith płynęło wygodnie i harmonijnie, nawet jeśli 
nie 
była to pełnia szczęścia. Wicehrabina najbardziej lubiła wieczory 
spędzane 
w domu w towarzystwie męża, gdy Harriet i Elizabeth udawały się na 
spoczynek. 
Siedzieli wówczas z Griffmem w salonie i gawędzili o wydarzeniach 
dnia lub snuli plany na resztę tygodnia. Niekiedy mąż czytał jej na 
głos, 
a jego głęboki baryton sprawiał, że w Faith coś wrzało i kipiało jak w 
czarodziejskim kotle. 
Gdy zegar wybijał jedenastą, Griffin wstawał jak na komendę i z 

background image

łobuzerskim 
błyskiem w oku podawał żonie ramię. Eskortował Faith uroczyście na 
górę, do drzwi jej sypialni. 
Potem całował ją lekko w rękę i życzył dobrej nocy. Faith niemal 
pędem 
wpadała do pokoju, popędzając pokojówkę, by pomogła się jej jak 
najszybciej rozebrać. Gdy tylko miała na sobie przezroczystą nocną 
koszulę, 
odprawiała służącą, polecając jej wyczyścić zdjętą garderobę i 
przygotować ubranie na jutro. 
Potem zaczynało się dla Faith oczekiwanie, pełne nadziei i obaw. 
Czy 
mąż zastuka do drzwi, przy których stała? A może tej właśnie nocy 
wszystko się skończy? 
W ogromnym napięciu, wytężając słuch, czekała niespokojnie na 
znajome 
stukanie. Kiedy się rozlegało, oddychała z ulgą. Potem wchodził do 
sypialni Griffin, zabójczo przystojny, z leciutkim uśmiechem na 
wargach. 
Faith zawsze odpowiadała na ten jego uśmiech długim, gorącym 
pocałunkiem. 
Tuliła się przy tym do męża tak, że ich ciała stykały się od piersi po 
uda. 
- Może jesteś zmęczona? - pytał zawsze Griffin. 
- Troszeczkę - odpowiadała z ustami przy jego uchu. 
- Wobec tego okażę się dziś troskliwym małżonkiem i pozwolę ci 
pospać godzinkę, nim dzień zaświta. 
- Czuję się zaszczycona: rozpieszczasz mnie, milordzie! 
Potem brał ją na ręce, zanosił do łóżka i kładł na samym jego środku. 
Pospiesznie zrzucał czamy atłasowy szlafrok, kładł się obok niej i 
całował namiętnie w usta. 
Czasami ich uściski były naglące i zaborcze, kiedy indziej leniwe i 
wyrafinowane. 
Faith zdumiewała się, że po tylu godzinach intymnego obcowania 
znajdowali coraz to nowe sposoby sprawiania sobie rozkoszy. 
Nieomylne ręce Griffina odgadywały nastroje i pragnienia Faith, 
zawsze 
dając jej doskonałe zaspokojenie. Uczył ją także, w jaki sposób 
mogła 
mu dać największą rozkosz. Faith odkryła, że jej własne doznania 

background image

stają 
się dzięki temu jeszcze potężniejsze, jeszcze wspanialsze. 
Rankiem, gdy Faith budziła się, była zawsze sama w swoim łóżku. 
Tylko 
intensywny zapach męskiego ciała przypominał o tym, że nie 
spędziła tej 
nocy sama. I tak oto rozpoczynał się nowy dzień. 
W każdą niedzielę chodzili całą rodziną do kościoła i zasiadali 
dostojnie 
w rodzinnej ławce. Jedynym odstępstwem od zbożnej powagi było 
wiercenie się Georgiego, który nie mógł usiedzieć spokojnie podczas 
kazania. 
Potem, o ile pogoda dopisywała, wracali spacerkiem do domu. 
Georgie wybiegał ochoczo naprzód, Faith i Griffin szli ramię w ramię, 
a Elizabeth i Harriet taktownie pozostawały nieco z tyłu. 
Życie rodzinne nie było, rzecz jasna, idyllą. Wybuchały między nimi 
sprzeczki - choćby z powodu szwagierki, skłonnej do wygłaszania 
autorytatywnych 
sądów i udzielania nieproszonych rad. Albo z powodu starszawego 
dżentelmena, którego Griffin zatrudnił w charakterze guwernera 
dla Georgiego, choć Faith wyraźnie życzyła sobie dla chłopca 
łagodniejszej, kobiecej opieki - czyli guwernantki. 
Co się tyczy guwernera, pana Cabota, Faith musiała przyznać, że się 
myliła. Nauczyciel był bardzo cierpliwy, umiał docenić bystry umysł 
Georgiego i nie zamierzał łamać w nim ducha surową tresurą. 
Gdyby ktoś spytał Faith, jak się czuje w nowym otoczeniu, 
odpowiedziałaby, 
że jest zadowolona. Nauczyła się osiągać kompromis, być 
elastyczną, 
dokonywać wyborów i walczyć tylko w słusznej sprawie. Zrozumiała 
również, że w małżeńskim pożyciu bywają wzloty i upadki. 
Namiętność, jaką budził w niej mąż, nadal zapierała jej dech. Czasem 
jednojego spojrzenie czy dźwięk głosu wzniecały w niej ogień. Ale 
choć 
radowało jąi pochlebiało jej, że mąż spędzał wszystkie noce w jej 
łóżku, 
Faith zależało na tym, by ich małżeństwo nie ograniczało się do 
fizycznych kontaktów. 
W głębi serca jednak obawiała się żądać od losu zbyt wiele, by nie 
stracić tego, co dotychczas zyskała. 

background image

Minęła jesień, przyszła zima, a z nią Boże Narodzenie -ulubione 
święta 
Faith. W tym roku były one w Hawthorne Castle szczególnie radosne 
dzięki obecności Georgiego. Chłopiec zachwycał się wszystkim - od 
zawieszonych 
nad kominkiem świerkowych gałęzi, ozdobionych barwnymi 
wstążkami i kokardkami, poprzez obfitość obsypanych jagodami 
pęków 
jemioły i ostrokrzewii, po smakowite wonie dolatujące z kuchni, gdzie 
przyrządzano świąteczne frykasy. 
W dzień Bożego Narodzenia* Georgie jakimś cudem wysiedział 
spokojnie 
przez całe nabożeństwo, ale tak był podniecony perspektywą 
upominków, 
że nie docenił należycie wystawnej uczty świątecznej. A uczta 
była wyborna. Składała się z pieczonej gęsi, łososia, potrawki z 
królika, 
różnych jarzyn - rzepy, pora i marchewki - oraz pasztecików 
korzenno-
bakaliowych, piernika i kandyzowanych owoców. Barwnie opakowane 
paczki, ułożone w wielki stos na kredensie w salonie, do tego stopnia 
zaprzątały uwagę chłopca, że nie mogły z nimi rywalizować nawet 
ulubione 
dania Georgiego - zapiekanka z nerek i krem waniliowy. 
Wreszcie nadszedł upragniony moment: rozdawanie prezentów. 
Wszyscy 
zgromadzili się w salonie wokół kominka, na którym płonęło 
bożonarodzeniowe polano**. 
Dorośli popijali grzane wino, a wszyscy obdarowywali się nawzajem i 
składali sobie życzenia. 
Najbardziej imponujący stos podarków czekał na Georgiego, 
najmłodszego 
członka rodziny. Przy otwieraniu każdej paczki chłopiec okazywał 
ogromny entuzjazm. Wykrzykiwał za każdym razem, że to właśnie 
jest 
naj-najpiękniejszy prezent, a dorośli śmiali się do rozpuku, zanim 
jeszcze 
otworzył pakunek i wygłosił żarliwie niezmienną formułkę. 
Faith ogromnie ucieszyła się z prześlicznie wyhaftowanej chusteczki 
od Elizabeth i zaniemówiła na widok kaszmirowego szala od Harriet. 

background image

Ale 
prawdziwego szoku doznała dopiero wówczas, gdy otworzyła 
niewielkie, płaskie pudełko od męża. 
- Och, Griffinie! Nie powinieneś trwonić na mnie tyle pieniędzy! Co 
za wspaniałości! -wykrzyknęła, podnosząc z atłasowej wyściółki 
olśniewający 
naszyjnik. Brylanty i złoto skrzyły się radośnie w blasku ognia. 
- Oto skutki nierozważnego wtajemniczania żony w rodzinne finanse! 
- skomentował Griffin z szelmowskim uśmiechem. 
Wyjął naszyjnik z drżących rąk Faith, włożył go na jej szyję i zapiął 
zamek. 
- Wygląda prześlicznie! - pochwaliła szczerze Elizabeth. 
- Bardzo ładny! - zawtórowała jej Harriet. 
- Wielki Boże... - Faith dotknęła naszyjnika; był taki chłodny i gładki 
pod jej palcami. - Słów mi brak!... 
Wicehrabia nachylił się tak, by tylko Faith mogła go usłyszeć. 
- Chciałem ci podarować coś niezwykłego. Takiego, byś zapamiętała 
ten wieczór na zawsze. Przecież to nasza pierwsza wspólna 
Gwiazdka! 
Oczy Faith napełniły się łzami wzmszenia. Odwróciła się, by nikt ich 
nie dostrzegł. 
- Popatrzcie: śnieżek! 
Dziecięce okrzyki radości i podniecenia zwróciły ogólną uwagę. 
Wszyscy 
- niemal na wyścigi - biegli do okien, by wyjrzeć na dwór. 
- Wszędzie biało! -zauważyła Harriet. -Widocznie pada już od 
dłuższego czasu. 
- Chcę wyjść i wziąć śnieżek do ręki! - oznajmił gromko Georgie. 
- Znakomity pomysł - orzekł Griffin. - Jeszcze się nie ściemniło. Jeżeli 
się pośpieszymy, zdążymy przed nocą przejechać się sankami. Co 
wy na to? Kto ma ochotę na sannę? 
Odpowiedział mu ogłuszający zgodny okrzyk! Wszyscy popędzili po 
grube płaszcze, czapki i rękawiczki. Wybuchł żartobliwy spór o to, kto 
pojedzie pierwszy, a kto musi poczekać na drugą turę. 
Georgie i Faith wyszli z walki zwycięsko. Przytulili się do siebie pod 
futrzaną derką. Griffin zręcznie kierował saniami na cienkiej warstwie 
świeżego śniegu. Gdy po niedługiej przejażdżce przyszła kolej na 
zmianę 
pasażerów i miejsce w sankach zajęły ciocie Harriet i Elizabeth, Faith 
i Georgie pomachali wesoło do odjeżdżających. A kiedy sanie 

background image

przebyły 
łąkę i znikły im z oczu, mama z synkiem zabrali się do lepienia 
bałwana. 
Nagle ciszę zmąciły jakieś dziwne piski. 
- Co to? - dopytywał się Georgie. 
Faith przechyliła głowę i pilnie nadsłuchiwała. 
- Chyba ptaki. Bardzo hałaśliwe ptaki! 
- Poszukamy ich? - spytał przejęty chłopiec. - A jak znajdziemy, to 
pobiegnę i przyniosę im dużo, dużo okruszków, żeby i one miały 
święto! 
- No, dobrze. Poszukamy gniazda. - Faith otrzepała rękawiczki ze 
śniegu i wzięła Georgiego za rączkę. -Ale musisz być bardzo cicho, 
bo 
ptaszki się wystraszą i odlecą. 
Szli ręka w rękę w stronę, skąd dochodziły te dziwne odgłosy. 
Przeszli 
przez zagajnik i dotarli do końca ogrodzenia, otaczającego łąkę ze 
wszystkich 
stron. Faith spoglądała w górę na bezlistne gałęzie, szukając gniazd, 
ale nie dostrzegła żadnego. 
Stanęli obok siebie na śniegu i wytężyli słuch. Ich oddechy zmieniały 
się na zimnym powietrzu w kłęby pary. 
- Znowu słyszałem! - wykrzyknął Georgie. - Tam! 
Puścił rękę Faith i popędził we wskazanym kierunku. 
- Zaczekaj na mnie! -zawołała Faith biegnąc za chłopcem, któiy 
zniknął 
już za ogrodzeniem. 
Przyspieszyła kroku, ale nie było jej łatwo brnąć w ciężkich butach po 
kostki w śniegu. 
Sapiąc z wysiłku i ze strachu, przedostała się w końcu i ona na drugą 
stronę ogrodzenia. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła Georgiego. Stał 
cichutko 
i bez ruchu, wpatrzony w kępę niskich iglaków. Faith pośpieszyła do 
jego boku. 
- To nie ptaszki! - powiedział. 
Spojrzała w kierunku wskazanym przez dziecko i dostrzegła kłębek 
szarego, białego i czarnego futra. 
- To kocięta! - wykrzyknęła zdumiona. 
Georgie błyskawicznie odwrócił głowę. 
- Naprawdę? 

background image

Już po nie sięgał, ale Faith go powstrzymała. 
- Pozwól, że ja to zrobię. 
Delikatnie ujęła w dłonie futrzany kłębek, który rozdzielił się na trzy 
malusieńkie i bardzo wrzaskliwe zwierzątka. 
- Czemu one tak krzyczą? - spytał Georgie. 
- Pewnie są głodne - domyśliła się Faith. 
Głaskała delikatnie to jedno, to drugie kociątko, które tuliła do siebie, 
podczas gdy Georgie starał się utrzymać w objęciach trzeciego kotka, 
najbardziej hałaśliwego. 
- Im się chyba przykrzy leżeć na śniegu - orzekł Georgie. - 
Zaniesiemy 
je do domu. Mogą spać w pudełeczku koło mego łóżka. Będzie im 
tam ciepło! 
- Nie, Georgie. Nie powinniśmy ich stąd ruszać. Kocia mama na 
pewno 
wróci do swoich dzieci. Będzie bardzo zmartwiona, jak ich tu nie 
znajdzie. 
Georgie zwiesił głowę ze smutkiem. Faith przeszukiwała wzrokiem 
całą 
okolicę, ale nie dostrzegła ani śladu kotki. Zdumiewające, że kocica 
pozostawiła takie maleństwa... 
Głowiła się przez chwilę, jak skłonić Georgiego do powrotu, gdy nagle 
przybyli Griffin, Harriet i Elizabeth. Obie panie zaczęły od razu 
rozczulać się nad kociętami. 
- Szary będzie dla cioci Harriet, białasek dla Faith, a ja sobie wezmę 
czarnego - oświadczył wspaniałomyślnie Georgie. Potem zwrócił się 
z ujmującym 
uśmiechem do ojca: - Dobrze, tatusiu? 
- Usiłowałam mu wytłumaczyć, że nie możemy zabrać stąd kociąt 
powiedziała 
słabym głosem Faith, a trzymane przez nią kociątko przytuliło 
łebek do jej szyi i cichutko zamruczało. 
- Ależ nie możemy ich tu zostawić! - zaprotestowała Elizabeth. - 
Zamarzną na śmierć! 
Wywiązała się na ten temat gorąca dyskusja. Griffin oznajmił, że 
zabierze 
jedno z kociąt do Higginsa, nadzorcy stajni, który zna się na 
zwierzętach. Poprosi go o radę. 
Faith z żalem oddała mężowi swego kotka. Wicehrabia umieścił 
zwierzątko 

background image

w sankach i odjechał. Wrócił niebawem. 
- Higgins znalazł wczoraj po południu ich matkę w stajni na strychu 
wyjaśnił 
szeptem żonie. - Wdała się w krwawą bójkę z jakimś innym 
zwierzęciem. 
- To wyjaśnia, czemu nie wróciła po dzieci. - Faith odebrała kotka 
z dużych rąk Griffina i przytuliła zwierzątko do piersi. - Czy jest 
bardzo poraniona? 
- Niestety, nie żyje. 
- O mój Boże! -jęknęła Faith. - Co się teraz stanie z jej maleństwami?! 
- Higgins uważa, że najlepiej je utopić. 
- Boże święty! - Faith przygarnęła kotka jeszcze mocniej. - Jak mógł 
radzić coś podobnego?! 
Griffin wzruszył ramionami. 
- Chciał im tylko oszczędzić cierpień. Są za małe. Nie wyżyją bez 
matki. 
- Musimy je uratować! - protestowała Faith. 
- Jestem tego samego zdania co Higgins - odparł Griffin. - One i tak 
zginą. 
- Przecież to Boże Narodzenie! - powiedziała Faith łagodnie. - Jak 
moglibyśmy... nawet nie spróbować? 
Wiedziała, że walczy o przegraną sprawę, ale nagle wydało się jej, że 
ocalenie bezbronnych kociąt ma jakąś głębszą, bardzo istotną 
wymowę. 
Griffin niechętnie zgodził się na zabranie ich do domu. Tego wieczoru 
w ogóle nie można było zagonić Georgiego do łóżka. A jeszcze 
trudniej 
przekonać chłopca, że kotki są bezpieczne w stajni i jest im ciepło 
w skrzynce, w której Higgins wymościł im posłanie. 
Przez całą noc Faith spała niespokojnie. Zerwała się o świcie, gdy 
Griffin, 
zgodnie ze zwyczajem, opuścił już łóżko żony. Ubrała się szybko bez 
pomocy pokojówki, narzuciła gruby płaszcz na ramiona i pobiegła do 
stajni. 
Kiedy dotarła do ciepłego kąta, gdzie umieszczono kocięta, ujrzała 
swojego męża pochylającego się z posępną miną nad skrzynką. 
Poczuła dreszcz niepokoju. 
- Co się stało? 
- W nocy zdechło czarne kociątko. 
- Och, Griffinie! - Oczy Faith napełniły się łzami. Podbiegła do męża 

background image

i popatrzyła na bezwładne ciałko na jego dłoni. - Biedne maleństwo! 
- Uprzedzałem cię, że tak się stanie. - Zadrgał mu mięsień w 
policzku. 
- One są zbyt młode. Nie uchowają się bez matki. 
- Wiem... - Faith pociągnęła nosem. -Ni e mogłam znieść myśli, że 
zostawimy je na pewną śmierć... ale to jest jeszcze gorsze! 
Georgiemu 
serduszko pęknie z żalu... A co z dwoma innymi kotkami? Pewnie z 
nimi stanie się to samo... 
- Wszystko na to wskazuje. - Wicehrabia zacisnął wargi. - Czarny 
był największy i najsilniejszy. Nie wyobrażam sobie, by jego 
rodzeństwo 
wyżyło, gdy on nie wytrzymał. 
- Higgins nie mógłby coś poradzić? 
- Poradził. Ale nie posłuchałem jego rady. I teraz uważa mnie za 
wariata. 
Faith zwiesiła głowę. Dwa pozostałe kotki przytuliły się do siebie i 
zwinęły 
w kłębuszek. Były takie bezbronne i wzruszające... 
- Co my teraz zrobimy? 
Griffin nie odpowiedział. Stał przez dłuższą chwilę bez słowa, 
wpatrując 
się w skrzynkę. Potem odwrócił się, wyciągnął kawałek czystego 
płótna 
z pojemnika na opatrunki i delikatnie owinął zdechłego kotka. 
Odgłos butów uderzających o twardą podłogę uświadomił Faith, że jej 
mąż wychodzi. 
- Dokąd idziesz? - zawołała za nim. 
- Szukać wiatru w polu! - odparł i wyszedł ze stajni. 
Faith przygarbiła się i posępnym wzrokiem wpatrywała w okno. 
Spostrzegła, 
że zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Z ciężkim westchnieniem 
przysiadła obok skrzynki i czekała zrezygnowana na przybycie 
Georgiego. 
W stajni było chłodno, ale Faith miała na sobie ciepły płaszcz. Oczy 
same się jej zamknęły i zapadła w lekką drzemkę, z której wyrwał ją 
odgłos 
otwieranych drzwi. Spojrzała w ich stronę, zbierając siły do 
wyjawienia 
Georgiemu smutnej prawdy. Ale na progu nie stał wcale Georgie. 

background image

- Jak one się miewają? - spytał przybysz. 
- Chyba tak samo jak przedtem - odpowiedziała Faith. Nutka 
niepokoju 
w głosie rozmówcy sprawiła, że poczuła się jeszcze gorzej. To z jej 
winy cała rodzina będzie świadkiem śmierci tych maleństw. Faith 
dręczyły 
równocześnie smutek i wyrzuty sumienia. 
- No cóż... Może to załatwi sprawę. 
Wicehrabia sięgnął pod płaszcz i wyciągnął potężne kocisko, bure i 
pręgowane. 
- A to kto? 
- Nowa matka dla naszych kociąt. 
Faith zerwała się na równe nogi. Wielka pręgowana kocica 
przeciągała 
się właśnie, prostując przednie łapy. Była w dobrej formie. Podróż 
pod 
lordowskim płaszczem bardzo przypadła jej do gustu. 
- Skąd ją masz? 
- Z majątku Jordana. Poleciłem Higginsowi, żeby popytał 
dzierżawców 
i naszych sąsiadów, czy u kogoś nie ma kotki, która się niedawno 
okociła. Masz pojęcie, ile jest w naszej okolicy kotów?! Świeżo 
okoconych 
też się znalazło kilka, ale ta biedaczka straciła większość swego 
potomstwa; uchował się tylko jeden kociak. Miejmy nadzieję, że 
zechce 
zaadoptować naszą parkę. 
- A co będzie z jej własnym kociątkiem? 
Griffin uśmiechnął się i sięgnąwszy do kieszeni wydobył 
rozwrzeszczany 
kłębek futra, który z oburzeniem wystawiał maleńkie pazurki. 
- On jest cały czarny! 
Uśmiech wicehrabiego stał się jeszcze szerszy. 
- No, prawie... Ma białe łatki na łapkach i brzuszku, ale chyba uda się 
nam przekonać Georgiego, że wczoraj po prostu ich nie zauważył. W 
ten 
sposób nigdy się nie dowie o smutnym losie swego czarnego kotka. 
- To cud - wyszeptała z podziwem Faith. 
- Możliwe. Ale nie ciesz się przedwcześnie, moja miła. Higgins 
uprzedził 

background image

mnie, że kocice nie zawsze przygarniają znajdy. Musimy się 
przekonać, 
jak ta buraska ustosunkuje się do naszych głodnych sierotek. 
Wicehrabia ostrożnie umieścił wielkiego kota wewnątrz skrzynki. Dwa 
osierocone kocięta obudziły się i miauczały przeraźliwie. Ale ucichły 
natychmiast, kiedy duża kotka do nich podeszła. Obejrzała je nieufnie 
ze 
wszystkich stron, trąciła każde nosem i zaczęła lizać im pyszczki. 
- No, jedna sprawa rozwiązana! - stwierdził Griffin z cichą dumą. 
- W ostatniej chwili! - szepnęła Faith. - Otóż i Georgie. 
Chłopiec wbiegł do stajni i skierował się prosto do skrzynki. Otworzył 
oczy ze zdumienia na widok dorosłego kota. 
- Skąd się tu wziął ten duży kot? 
- Tatuś przyniósł go od pana Jordana. To kocica, będzie nową mamą 
dla naszych kociąt. 
Georgie żwawo sięgnął do skrzyni. Kotka syknęła groźnie i pacnęła 
go 
łapą. Przerażony, cofnął rękę. 
- Ona mnie udrapała! -poskarżył się głośno. 
- Nie powinieneś jej straszyć - doradziła Faith, sięgając po skarconą 
rękę dziecka. Przyjrzała się jej dokładnie i z radością stwierdziła, że 
nic 
się nie stało. Kocie pazurki nawet nie rozdarły skóry. 
- Czemu ona to zrobiła? - spytał Georgie z wielkim oburzeniem. 
- Broniła swoich dzieci - wyjaśnił mu Griffin. 
- Ja bym nie skrzywdził kociątek! Chciałem się z nimi pobawić! -
Georgie skrzywił się. - Zabierz tę dużą kicię do pana Jordana. Ona 
jest paskudna! 
Faith przykucnęła obok dziecka. 
- Mylisz się, Georgie! Mamy wielkie szczęście, że znaleźliśmy dla 
kociąt taką wspaniałą mamę. Małe kotki potrzebują mamusi, żeby 
wyrosnąć na duże i silne koty. 
- Ale ona mnie podrapała! - Georgie skrzyżował ręce na piersi i 
spoglądał 
morderczym wzrokiem na wielką buraskę. -1 na co im nowa 
mamusia?! 
- Żeby je karmiła, myła swoim językiem i nauczyła wszystkiego, co 
powinny umieć dorosłe koty - wyjaśnił wesoło Griffin. 
Georgie jeszcze bardziej zmarszczył czoło, rozważając słowa ojca. 
Potem ukląkł obok skrzyni i ostrożnie wyciągnął ku niej rękę. 

background image

Pręgowana 
kotka obwąchała ją, a potem pozwoliła pogłaskać się po głowie. 
Georgiemu rozjaśniła się buzia. 
- To tak samo jak z Faith! - orzekł. 
Wicehrabia z wicehrabiną wymienili zdumione spojrzenia. 
- Tak jak ze mną? Co masz na myśli? 
- Ja już nie mam mamy, więc ty się mną opiekujesz, prawda? I ja się 
bardzo cieszę. - Raz jeszcze pogłaskał kotkę. Potem wstał, podszedł 
do 
Faith i wsunął jej w dłoń swą podrapaną rękę. Uścisnęła ją mocno. 
-Będę do ciebie mówił mamusiu, dobrze? 
- Dobrze! - odparła szeptem Faith. - Wspaniale. - Poczuła, że coś ją 
ściska w piersi, a po policzku spływa łza. Ale uśmiech, jakim 
obdarzyła 
przybranego syna, był pełen niezmiernej radości. 
Było mroźne lutowe popołudnie, ale ostry wiatr nie dokuczał ani Faith, 
ani Georgiemu, kiedy w targowy dzień wybrali się do miasteczka. 
Siedzieli 
przytuleni do siebie w powozie wicehrabiego - wielkim, staroświeckim 
pudle o wysłużonych resorach i starych kołach, które trzęsło się i 
podskakiwało 
na wyboistej drodze. 
Okrycie, którym szczelnie owinęli sobie nogi, dobrze chroniło od 
zimna, 
a skórzane poduszki, którymi wyłożone było wnętrze powozu, choć 
stare i podniszczone, nadal zapewniały jadącym wygodę. Dwójka 
podróżnych, 
siedząc głowa przy głowie, z ożywieniem układała plany na 
popołudniowy pobyt w mieście. 
Uzgodnili, że najpierw odwiedzą pana Whiteheada, zegarmistrza, i 
spytają 
go, czy może zreperować kieszonkowy zegarek, który niegdyś 
należał 
do ojca Faith. Stary mechanizm popsuł się i nie odmierzał dokładnie, 
czasu. 
Faith powiedziała Georgiemu, że naprawiony zegarek będzie 
prezentem 
dla Griffina. W rzeczywistości jednak chciała nim obdarować 
przybranego 
syna. Chłopiec robił duże postępy pod kierunkiem guwernera 

background image

i właśnie z wielkim zapałem uczył się odczytywać godziny na 
zegarze. 
Faith uznała, że malec zasługuje na specjalną nagrodę za pilność. 
Po wizycie u zegarmistrza wybiorą się do bednarza. Faith zamierzała 
wyjaśnić mu dokładnie, jakiego rodzaju beczek potrzeba w dworskiej 
spiżarni do przechowywania mąki i kaszy. 
Następnie udadzą się do szewca obstalować nowe buciki dla 
Georgiego. 
Ukoronowaniem zaś wyprawy będzie wizyta w gospodzie Pod Różą 
i Ostem. Kupią tam gorące paszteciki z mięsem i zjedzą je w 
powozie, 
w drodze do domu. 
Faith znała dobrze te frykasy od dzieciństwa. Teraz też na myśl o 
pulchnych, 
nadziewanych mięsem pasztecikach ślinka ciekła jej do ust, podobnie 
jak Georgiemu. 
Jak zawsze w targowy dzień, w całym miasteczku było rojno i 
gwarno, 
toteż załatwianie sprawunków trwało dłużej niż zwykle. Bardzo z 
siebie 
dumni i radzi Faith i Georgie zmierzali wreszcie do gospody. Nie szło 
im 
zbyt szybko, bo tu i ówdzie zatrzymali się, by przywitać ze 
znajomymi. 
Tuż za zakrętem natknęli się na panią Hinkle. 
- Już po zakupach, milady? - zagadnęła na powitanie. 
- Prawie - odparła Faith. 
Na dworski ukłon pani Hinkle wicehrabina odpowiedziała skinieniem 
głowy. Miała nadzieję, że uczyniła to z należytym dostojeństwem. 
Ciągle 
jeszcze nie mogła się przyzwyczaić do takich objawów szacunku ze 
strony 
ludzi, którzy znali ją od dziecka. 
- Obiecałam Georgiemu coś pysznego z gospody Pod Różą i Ostem. 
- Pewnie paszteciki z mięsem? 
- A cóż by innego? - Faith uśmiechnęła się. - A pani jak się udał 
popołudniowy 
spacer? Na ulicach mnóstwo ludzi! Jakoś nie odstraszyła ich mroźna 
pogoda. 
- Na szczęście świeci słońce i pomaga znieść ten ziąb... ale mnie i 

background image

tak 
łamie w kościach. Wystarczy jeden zimny podmuch i cierpię istne 
męki! zwierzyła 
się pani Higgins i westchnęła dramatycznie. 
Faith kiwnęła głową. Pani Hinkle była krzepką pięćdziesięciolatką, 
wyglądała jak uosobienie zdrowia. A jednak uważała się za słabą 
istotę, 
którą dopadają wszelkiego rodzaju dolegliwości, przeważnie 
wyimaginowane. 
I dawało jej to mnóstwo satysfakcji. 
- Przy słonecznej pogodzie zimno naprawdę mniej dokucza - odparła 
Faith. Wiedziała już z doświadczenia, że nie należy pytać pani Hinkle 
o zdrowie, gdyż wówczas konwersacja - a raczej monolog tej matrony 
ciągnęłaby 
się do wieczora. Ponieważ jednak Faith nigdzie się nie spieszyło, 
uważała za swój obowiązek zamienić z poczciwą kobietą kilka słów. 
- Słyszałam, że nasz proboszcz strasznie się przeziębił - opowiadała 
z przejęciem pani Hinkle. - Więc posłałam służącą ze specjalnym 
okładem, 
bardzo pomocnym na płuca; dodałam do tego wszystkie potrzebne 
zioła. Nie mogłam, niestety, przy moim słabym zdrowiu zanieść tego 
sama na plebanię. 
- O, tak! Trzeba zachować wszelkie środki ostrożności, by się nie 
zarazić 
- przytaknęła Faith. Poczuła, że ktoś ją mocno ciągnie za rękaw. 
Spojrzała na Georgiego i wyczytała w jego oczach nieme błaganie. 
Rozumiejąc chłopca, zaczęła dyskretnie rozglądać się dokoła w 
poszukiwaniu 
kolejnej ofiary gadatliwej pani Hinkle. Niestety, w pobliżu nie było 
nikogo. 
- A pani Renford nadal się stroi w koronki i falbanki - podsumowała 
pani Hinkle damę, która wsiadała właśnie do powozu. - Nie bardzo to 
pasuje osobie w jej wieku! 
Faith mruknęła coś wymijająco. Potem pochyliła się i szepnęła 
Georgiemu do ucha: 
- Dobrze, że pani Renford wsiadła do powozu. To zielone piórko na 
jej kapeluszu kołysało się jak statek na wzburzonym morzu... Omal 
nie dostałam morskiej choroby! 
Chłopiec zasłonił ręką usta, ale pani Hinkle usłyszała dziecięcy 
śmiech 

background image

i skierowała na Georgiego całą uwagę. 
- No, kawalerze, o cóż ci tam chodzi? 
Zbity z tropu Georgie spojrzał na Faith, która położyła mu rękę na 
ramieniu i rzekła: 
- Georgie obawia się, że zabraknie dla nas pasztecików, jeśli się nie 
pośpieszymy do gospody. 
- I słusznie! - przytaknęła pani Hinkle. - Niech go pani pośle samego, 
przecież to bliziutko, po drugiej stronie ulicy. 
Faith zawahała się przez chwilę, ale pełna radosnego podniecenia 
mina 
Georgiego przesądziła sprawę. Wicehrabina wyjęła z woreczka 
monetę 
i wciskając ją chłopcu do ręki upomniała go: 
- Ale przedtem ukłoń się ładnie na pożegnanie pani Hinkle! 
Z iście matczyną dumą przyglądała się, jak Georgie kłania się w pas, 
z jedną ręką przytkniętą do piersi, a drugą założoną za plecy. 
- No, no! Co za elegancki kawaler! - zachichotała pani Hinkle. - Czuję 
się jak księżniczka! Skąd umiesz tak ładnie się kłaniać? 
- Pan Cabot mnie nauczył - odparł z powagą Georgie. 
- To jego guwerner - wyjaśniła Faith. - Z początku nawet byłam temu 
przeciwna, chciałam, żeby Georgie miał guwernantkę. Wie pani: 
łagodna 
kobieca ręka, lecz mój mąż obstawał przy panu Cabocie. Nie lubię 
przyznawać 
się do pomyłek, ale wicehrabia miał słuszność. 
Pani Hinkle energicznie przytaknęła. 
- Pani mąż, milady, miał absolutną rację! To bardzo mądry pomysł 
dać dziecku wykształcenie i wszelkie możliwe szanse. Ułatwi mu to 
życie 
jak dorośnie, biedne maleństwo! 
- No, tak... - Uwaga ta wydała się Faith dość zagadkowa, ale nie 
miała 
czasu zastanowić się teraz nad nią, gdyż Georgie znowu pociągnął ją 
za rękaw. 
- To ja już idę po paszteciki, mamusiu! 
- Tylko bądź ostrożny! - zawołała Faith za dzieckiem przebiegającym 
na drugą stronę ulicy. Uśmiechnęła się, gdy Georgie pomachał do 
niej ręką, nie zwalniając kroku. 
Nadal uśmiechnięta Faith zwróciła się do pani Hinkle. 
- Tyle razy mu powtarzałam, żeby nie przebiegał... Mój Boże! Co się 

background image

stało, pani Hinkle? Słabo pani? - Zaniepokojona Faith wyciągnęła 
rękę, 
by podtrzymać rozmówczynię, która nagle zbladła. 
- On... on do pani mówi mamusiu?! - zdumiała się pani Hinkle. 
- O, tak! - odpowiedziała Faith dumnym głosem. - Strasznie się z tego 
cieszę. Z początku, kiedy wyszłam za jego ojca, Georgie zwracał się 
do mnie bezosobowo... Potem zaczął mówić Faith. Wiem, że nie 
pamięta 
dobrze swojej prawdziwej matki; gdy umarła, był jeszcze malutki... 
Ale 
nie chciałam go zmuszać, żeby mi mówił mamo. Ogromnie chciałam 
być 
dla niego prawdziwą matką i jestem bardzo szczęśliwa, że mnie 
zaakceptował. 
Georgie sam zaczął mnie nazywać mamą. Tym bardziej się cieszę! 
- Wiedziałam, że jest pani bardzo... postępowa, milady, ale żeby aż 
do tego stopnia? Słowo daję, to dla mnie prawdziwy szok! - Pani 
Hinkle 
zamrugała oczyma ze zdumienia. 
- Przecież to nic nadzwyczajnego - odparła Faith, również zdziwiona 
osobliwą reakcją rozmówczyni. - Z pewnością mnóstwo dzieci zwraca 
się do macochy czy ojczyma mamo i tato! 
Pani Hinkle osłupiała z wrażenia. 
- Ależ on nie jest pani pasierbem! 
- Słucham? 
- No... prawowitym pasierbem. Przecież to bękart! 
- C...co takiego?! 
- Z... nieprawego łoża, rozumie pani? 
- Dobrze wiem, co to słowo znaczy! - Faith zmierzyła panią Hinkle 
spojrzeniem, przed którym nieraz drżała służba. - Jestem po prostu 
zdumiona 
pani bezczelnością! Powtarzać takie ohydne kłamstwa... i to mnie?! 
Skąd w ogóle podobne przypuszczenie? Cóż za podłość!... Zawsze 
uważałam 
panią za dobrą chrześcijankę. Ogromnie się zawiodłam. Jest pani 
zwykłą złośliwą plotkarką, która wymyśla odrażające historyjki, byle 
tylko zwrócić na siebie uwagę! 
Faith odwróciła się na pięcie i oddaliła szybkim krokiem. Serce biło jej 
gwałtownie, w głowie huczało. Słyszała za sobą pośpieszne kroki; 
pani Hinkle usiłowała ją dogonić. 

background image

- Proszę zaczekać!... Lady Dewhurst!... Faith, moje dziecko, 
zaczekaj!... 
Faith nieco zwolniła tempo. Próbowała się opanować. Zrobiła jeszcze 
jeden krok, zatrzymała się i odwróciła raptownie. Zasapana pani 
Hinkle 
ostrożnie dotknęła ręką jej ramienia. Jej oczy pełne były niepokoju i 
szczerości. 
Zimny dreszcz trwogi przebiegł Faith po grzbiecie. 
- Słucham? 
- Myślałam, że pani wie... Błagam, niech mnie pani wysłucha! - Pani 
Hinkle kilkakrotnie zaczerpnęła powietrza. - Nie kłamię i nie 
opowiadam 
zmyślonych bajek. Mój brat jest właścicielem małego klipra 
handlowego. 
To łupina w porównaniu ze statkami lorda Dewhursta, ale pływają 
po tych samych szlakach. Kilka miesięcy temu mój brat udał się do 
Portsmouth, 
by razem z kapitanem zwerbować nową załogę. 
Jeden z tych nowych majtków pływał przedtem z pani mężem, 
milady. 
Bardzo chwalił swego dawnego kapitana i jego małego synka. O tym 
malcu 
wicehrabia Dewhurst do niedawna nic nie wiedział. Ale jak się już 
dowiedział, 
uznał dzieciaka i zabrał go ze sobą do Anglii. 
- Jak to nic nie wiedział? Nie rozumiem, o czym pani mówi! 
Pani Hinkle zarumieniła się. 
- Podobno wicehrabia w ogóle nie wiedział, że ma syna, dopóki 
piastunka 
nie przyprowadziła dziecka na statek, by je powierzyć ojcu, gdy 
matka umarła. 
- Wiem, że mój mąż był kapitanem jednego ze swoich statków i 
całymi 
miesiącami pływał po morzu. Georgie urodził się, gdy ojciec był w 
długim 
rejsie. Możliwe, że nie wiedział nawet o ciąży. Kiedyś mi powie
dział, że z matką Georgiego nie mieli tradycyjnego wspólnego 
domu... 
ale to jeszcze nie znaczy, że dziecko jest nieślubne! - odparła 
lodowatym tonem Faith. 

background image

Pani Hinkle potrząsnęła smętnie głową. 
- Lord Dewhurst nie miał pojęcia o dziecku, bo nigdy nie brał ślubu z 
jego matką. 
- To tylko plotki powtarzane przez marynarzy! - powiedziała bardzo 
cicho, lecz dobitnie Faith, siląc się na obojętność, choć serce ściskało 
się 
jej z bólu. To nie mogło być prawdą! Nie mogło! 
- Czy wicehrabia opowiadał pani kiedyś o matce chłopca? 
- Nie. 
- Albo o swym poprzednim małżeństwie? 
Głos pani Hinkle był łagodny, pełen współczucia. A Faith poczuła, że 
ze strachu ściska jej się żołądek. 
- Jestem pewna, że pani się myli - usłyszała swój własny głos. Był 
głuchy i stłumiony, jakby dochodził z bardzo daleka. 
Pani Hinkle znów potrząsnęła głową. 
- Nie będę się bawić w morały, choć większość ludzi powie, że 
nieślubne 
dzieci to wstyd i hańba. Moim zdaniem lord Dewhurst postąpił 
słusznie, przyznając się do dziecka i biorąc je pod opiekę. Z 
pewnością 
dzięki pozycji ojca i jego wpływom chłopiec jakoś sobie poradzi w 
życiu. 
Może łatwiej mu to przyjdzie za granicą, na przykład w Ameryce? 
Faith choć przez chwilę spróbowała logicznie myśleć. Zebrała się w 
sobie 
i wyobraziła, że Georgie udaje się bez niej na drugi koniec świata... 
Mieszka gdzieś daleko, za oceanem, nigdy się z nią nie widuje. To 
było 
nie do pomyślenia! Dobry Boże... Faith poczuła, że musi uwolnić się 
od pani Hinkle! Natychmiast! 
- Nie zamierzam o tym dłużej dyskutować - powiedziała martwym 
głosem. - Do widzenia, pani Hinkle. 
Przebiegła przez ulicę, ani razu nie oglądając się za siebie. Omal nie 
popłakała się na widok Georgiego wychodzącego z gospody z 
pasztecikami 
owiniętymi w kawałki czystego płótna -p o jednym w każdej rączce. 
Pochyliła się i objąwszy synka przytuliła go do piersi z całej siły, 
pragnąc 
osłonić przed przerażającą prawdą. Chciała instynktownie ukryć 
dziecko, 

background image

by nigdy nie dosięgnęło go nieszczęście, które czyha na nie w 
przyszłości. 
- Uważaj, mamusiu! -powiedział Georgie, usiłując się wydostać z jej 
uścisku. - Paszteciki są gorące, poparzysz się! 
- Chodźmy stąd! - zdołała wykrztusić Faith. - Musimy wracać do 
domu. 
Nie czekając na odpowiedź, pociągnęła chłopca w stronę powozu. 
Ich 
nagłe, wcześniejsze przybycie zaskoczyło stangreta i jego 
pomocnika. 
- Jedziemy do domu! - zawołała Faith. -Natychmiast! 
Podsadziła dziecko do wnętrza i wsiadła pośpiesznie. Kiedy usłyszała 
trzask zamykanych drzwiczek, ukryła rozpaloną twarz w rękach. 
Potem 
spojrzała na siedzącego naprzeciw niej zdumionego chłopca. 
- Tobie też przyniosłem pasztecik - powiedział Georgie z pewnym 
wahaniem, podsuwając jej przysmak. 
Oczy Faith zamgliły się od łez. Ta słodka, niewinna twarzyczka... Jej 
serce było pełne bezdennej rozpaczy. 
- Nie płacz, mamusiu! - Georgie wyciągnął rączkę i niezgrabnie 
poklepał 
ją po ramieniu. - Dam ci ten cały, ładny pasztecik. Ja zjem ten gorszy. 
Nie szkodzi, że się pokruszył! 

- Gdzie jest pan wicehrabia, Gregory? - spytała Faith majordomusa, 
ściągając rękawiczki i rzucając je lokajowi, który stał obok. 
- W bibliotece, milady - odparł majordomus. - Czy mam tam panią 
zaprowadzić? 
- Nie bądź głupi! - warknęła. Jedyną reakcją sztywnego majordomusa 
było lekkie uniesienie brwi. Lokaj nie był aż tak dobrze wyszkolony, 
nie 
umiał przybierać na zawołanie obojętnej miny. - Czy mój mąż jest 
sam? 
- Tak mi się zdaje. Czy propozycja, że pójdę tam i sprawdzę, będzie 
kolejnym dowodem mojej głupoty? 
Faith zmarszczyła brwi. 
- Jeszcze jedna bezczelna uwaga i wylecisz stąd jak z procy, bez 
referencji. 
Czy wyraziłam się dość głupio, byś mnie zrozumiał, Gregory? 
Rzuciła majordomusowi swój płaszcz, nie zwracając uwagi na lokaja, 

background image

wyraźnie zszokowanego jej dziwacznym zachowaniem. Targało nią 
wiele 
uczuć, zmieniających się jak w kalejdoskopie: rozpacz, nieutulony 
żal. 
upokorzenie, a teraz jeszcze gniew. Jeśli ktoś sprowokuje ją w tej 
chwili, 
wszystko skrupi się na nim. Ktokolwiek by to był - ze służbą włącznie! 
Faith wkroczyła do biblioteki, zionąc ogniem. Szybko przekonała się, 
że Griffin jest sam. Siedział wygodnie przy kominku i czytał książkę. 
- Tak szybko wróciłaś, moja droga? 
Faith zatrzasnęła drzwi z imponującym hukiem. 
- Opowiedz mi o matce Georgiego! - zażądała. 
Griffin bez pośpiechu zamknął książkę i podniósł się z fotela. Miał 
czujne 
spojrzenie i nieprzenikniony wyraz twarzy. 
- Skąd to nagłe zainteresowanie jej osobą? - spytał. 
Faith przez chwilę mierzyła wzrokiem swego wysokiego, 
imponującego 
męża. Potem podeszła bliżej i stanęła naprzeciw niego. 
- Odpowiedz! 
Griffin zmrużył lekko oczy. 
- Matka Georgiego była Amerykanką z Karoliny Południowej. Córką 
bogatego kupca, z którym przez kilka lat prowadziłem interesy. 
- Jak się nazywała? 
- Rosemary. 
Faith oblała się ognistoczerwonym rumieńcem. 
- A nazwisko? Nie rodowe, ale to, które nosiła w chwili śmierci. 
Założę się, że nie Sainthill! 
Griffin przesunął się i chciał ją wziąć za ramię. Odepchnęła go. 
- Siadaj! - polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu. 
Faith zawahała się, ale usiadła. Wysunęła jednak swój uparty 
podbródek i zmierzyła męża nienawistnym wzrokiem. 
- Rosemary Morton i ja spotykaliśmy się potajemnie przez wiele 
miesięcy, 
a potem rozstaliśmy się po przyjacielsku. Nawał interesów sprawił, 
że wróciłem do Karoliny Południowej dopiero po kilku latach... 
Dowiedziałem 
się wówczas, że Rosemary zmarła. 
- Byłeś w niej zakochany? 
- Nie. - Oczy Griffina pociemniały. - Nie łączyły nas więzi tego 

background image

rodzaju. 
- Ale postaraliście się o dziecko! - odparowała Faith. 
Uniesieniem brwi dał wyraźnie do zrozumienia, jak niemądra była jej 
uwaga. 
- Nie wiedziałem, że Rosemary jest w ciąży. Gdybym wiedział, być 
może sprawy ułożyłyby się inaczej. 
- Oczywiście nie była twoją żoną? 
- Nie. 
- A więc to prawda! - Cała zadziorność Faith znikła. - Georgie to 
bękart, skazany na życie bez szans, na ciągłe upokorzenia. Nigdy nie 
zostanie 
zaakceptowany przez nasze środowisko. Będzie zawsze na 
marginesie. 
- Lodowa skorupa zacieśniała się coraz bardziej wokół serca Faith. — 
Mój Boże, jaki los go czeka? 
- Zapewnię mu wykształcenie. Wyznaczę hojną roczną rentę, gdy 
dorośnie. 
Pomogę mu w interesach, jeśli tego właśnie będzie pragnął. Jest 
moim synem i nic tego nie zmieni, bez względu na okoliczności, w 
jakich się urodził. 
Niezwykle trudno było Faith ignorować pełne bólu spojrzenie Griffina. 
Ale nie będzie mu współczuć. Nie ma mowy! 
- Nic więcej nie możesz dla niego zrobić? Może mógłbyś go 
adoptować? 
- spytała z rozpaczą w głosie. 
Griffin westchnął. 
- Skonsultowałem się już w tej sprawie z adwokatem. Zajmie to wiele 
czasu i pochłonie wiele pieniędzy, ale mogę zaadoptować Georgiego. 
Będzie miał prawo do mego nazwiska, zostanie Sainthillem. Ale w 
żadnym 
wypadku nie może odziedziczyć po mnie tytułu. 
Faith wzdrygnęła się. Zaległa między nimi cisza pełna napięcia. Faith 
czuła, że coś zimnego i mrocznego rośnie w jej piersi, wypełniając 
nieznośnie po same brzegi. 
- Niech cię wszyscy diabli! - zaklęła na cały głos i walnęła pięścią 
w wyściełane siedzenie krzesła. - Czemuś mi nie powiedział?! 
Powinieneś mieć do mnie choć trochę zaufania! 
Griffin odwrócił się podszedł do okna. 
- Z początku myślałem wyłącznie o tym, by chronić chłopca. Biorąc 
pod uwagę niezwykłe okoliczności naszego małżeństwa, uznałem, że 

background image

lepiej 
będzie nie mówić na ten temat. Obawiałem się, że prawda tak czy 
owak wyjdzie na jaw. I rzeczywiście wyszła! 
- O, tak, wszyscy wiedzą, jak się rzeczy mają! - Oczy Faith błyszczały 
oburzeniem. -A co to kogo obchodzi, że ja dowiaduję się prawdy nie 
od mojego męża, ojca dziecka, ale od znajomej... na ulicy, w targowy 
dzień? Czy ty w ogóle możesz sobie wyobrazić, jaki to był dla mnie 
szok?! 
Griffin wzruszył bezradnie ramionami. Spojrzał jej w oczy, ale zaraz 
zmieszał się i odwrócił wzrok. 
- Myślałem, że jeszcze zdążę ci o tym powiedzieć. Nie sądziłem, że 
ktoś odkryje prawdę. Harriet... 
- To Harriet o tym wie? - wrzasnęła Faith, zrywając się z miejsca. 
- Nigdy nie rozmawialiśmy otwarcie na ten temat, ale wyraźnie wątpi 
w mój ożenek za granicą. 
- Pewnie i Elizabeth zna prawdę, co? 
Griffin skinął głową, a Faith wyrzuciła w górę ręce w teatralnym 
geście rozpaczy. 
- Okazuje się, że w tym domu jest tylko jedna naiwna kobieta! 
-Zanadto się tym przejmujesz, Faith - powiedział Griffin. - Wybacz 
mi, że cię nie wtajemniczyłem, ale myślałem, że tak będzie lepiej dla 
dziecka. 
Faith powoli osunęła się na fotel. Czuła, jak oblewa ją rumieniec 
upokorzenia, 
ale to już nie miało znaczenia. Nic już nie miało znaczenia! Jak 
mogła mylić się do tego stopnia? Jak mogła być taka łatwowierna?! 
Atmosfera wzajemnego zaufania, którą z takim wysiłkiem starała się 
stworzyć, była jedynie złudzeniem. Marzenie o tym, że kiedyś, w 
przyszłości, 
ich związek stanie się trwałym, opartym na zdrowych fundamentach 
małżeństwem, było absolutną bzdurą! Od samego początku nie miała 
żadnych szans. Od chwili gdy uświadomiła sobie, że Griffin żeni się 
z nią tylko dlatego, że -jego zdaniem - wymaga tego honor rodziny. 
- Musisz doprawdy uważać mnie za żałosne indywiduum: tak długo 
pozwoliłam się oszukiwać - powiedziała cicho. 
Piekące łzy tak bardzo cisnęły jej się do oczu, że ledwie je 
powstrzymała. 
Nie rozpłacze się! Teraz już była pewna, jakie uczucia żywi do niej 
Griffin. Nie wyleje ani jednej łzy więcej z jego powodu! 
Wstała bez słowa. Duma nakazywała jej unieść wysoko głowę, ale 

background image

serce 
tak boleśnie jej ciążyło, że wszystko inne nie miało już znaczenia. 
- Czy i Georgie dowiedział się dziś prawdy? - spytał z niepokojem 
Griffin. 
- Dzięki Bogu, nie! Choć i tak nie zrozumiałby, o co chodzi. „Bękart" 
to dla niego po prostu nowe słowo. Ale obawiam się, że niebawem 
pozna 
jego znaczenie. - Roześmiała się ironicznie. - Spostrzegł, że coś 
mnie 
bardzo zmartwiło, ale myślał, że płaczę z powodu pokruszonych 
pasztecików. 
Griffin zdobył się na blady uśmiech. 
- Gdzie on teraz jest? 
- W stajni z Higginsem. Chciał koniecznie pomagać przy czyszczeniu 
koni, a potem złożyć wizytę kotkom. Tak już wyrosły, że niełatwo mu 
je 
złapać, - Faith przyłożyła dłoń do czoła, uświadamiając sobie, że cała 
drży. - Muszę zabrać trochę osobistych rzeczy z mego pokoju. Tam 
się z nim pożegnam. 
- Pożegnasz się? 
Faith przełknęła ślinę, ale mdlące uczucie w żołądku nie znikło. 
- Muszę na jakiś czas wyjechać stąd i być sama. Wrócę do mego 
domu, do Mayfair Manor. 
Wicehrabia wyciągnął rękę. Wziął żonę pod brodę i zmusił, by 
spojrzała na niego. 
- Czy to naprawdę konieczne? 
- Nie wiem, jak inaczej mogłabym postąpić - odparła szeptem. 
Srebrne oczy Griffma zapłonęły, ale jego palce były nadal łagodne, 
gdy pogłaskał japo policzku. Potem cofnął rękę. 
- Może istotnie tak będzie najlepiej. 
Faith zamknęła oczy na sekundę, gdy zalała ją nowa fala bólu. Nagle 
wszystko stało się takie realne, takie... ostateczne. 
- Pozwolisz, żeby Georgie odwiedzał mnie codziennie. 
Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie faktu. 
Griffin potwierdził poważnym ruchem głowy. 
- Nie zamierzam ci go odbierać. 
- Dziękuję. 
Nie zostało już nic do powiedzenia. Z bezosobową uprzejmością 
wicehrabia 
odprowadził żonę z biblioteki do głównych schodów. 

background image

Złożył jej głęboki, elegancki ukłon i był przy tym tak podobny do 
Georgiego, 
że Faith musiała przygryźć mocno wargę, by nie wybuchnąć 
płaczem. 
Spoglądała potem za odchodzącym mężem pustym wzrokiem, 
próbując 
bohatersko przemóc coraz silniejsze ściskanie w gardle. Potem 
odwróciła się i zaczęła wchodzić po schodach z takim trudem, jakby 
była staruszką. 

Pierwsze dni nieobecności Faith bardzo się dłużyły. Griffin z 
rozmysłem 
harował od rana do nocy, chcąc się zatracić w pracy, ale nie wiedzieć 
czemu wszystko, czego się tknął, przywodziło mu na myśl żonę. 
Jej delikatny zapach był nadal wyczuwalny w sypialni, jej ostatni haft 
leżał w koszyku do robótek w salonie. Starannie ułożone w 
porcelanowym 
wazonie w głównym holu żółte liliowce były jej ulubionymi kwiatami. 
Nowe zasłony w jadalni miały cudowny błękitny kolor, który sama 
wybrała. 
Nawet odkrycie kolejnych niezgodności w księgach rachunkowych 
sprzed dwóch lat przypomniało Griffinowi o żonie. Czy byłaby równie 
oburzona jak wówczas, gdy odkryli matactwa White'a? - zastanawiał 
się 
wicehrabia. A może wcale jej nie obchodził los posiadłości, którą 
opuściła? 
Na pozór w Hawthorne Castle nic się nie zmieniło. Służba bez 
zastrzeżeń 
wykonywała swe obowiązki. Posiłki były przygotowywane i poda
wane na czas, bielizna zmieniana, pościel wietrzona w każdą środę, 
a srebra czyszczone w każdy czwartek. 
Po długim, męczącym dniu Griffin zasiadał z siostrami w salonie przy 
kominku, na którym wesoło trzaskał ogień. Czasem Elizabeth grała 
na 
fortepianie, to znów Harriet czytała na głos fragmenty swych 
ulubionych 
książek, i tak trójka rodzeństwa spokojnie spędzała wieczór. 
Bardzo podobnie wyglądały zimowe wieczory przed odejściem Faith, 
a mimo to Griffinowi brakowało dawnej atmosfery przytulności, 
odpoczynku, zadowolenia. 

background image

Siedział więc w fotelu, sączył koniak i starał się odgonić czarne myśli. 
W chwilach cichej zadumy ogarniało go poczucie niewyobrażalnej 
straty 
i musiał przyznać, że po odejściu Faith Hawthorne Castle przestał 
być 
domem rodzinnym. Stał się po prostu miejscem zamieszkania, jak 
hotel czy pensjonat. 
Początkowo wicehrabia zakładał z właściwą sobie arogancją, że 
Faith 
wróci za dzień lub dwa. Rozumiał jej rozdrażnienie. Pojmował, że 
została 
boleśnie zraniona, choć nie bardzo wiedział, czemu musiała go 
opuścić, 
by uporać się ze swym nieszczęściem. 
Kiedy nieobecność żony przeciągnęła się do tygodnia, Griffm zaczął 
podejrzewać, że to on coś popsuł. Wyglądało na to, że im dłużej jego 
żona pozostawała z dala od niego, tym mniejszą miała ochotę 
wracać. 
Wicehrabia dotrzymał słowa i zorganizował wszystko tak, by Georgie 
każdego popołudnia mógł odwiedzać Faith w May fair Manor. Ku 
zdumieniu 
wicehrabiego Harriet i Elizabeth -jego rodzone siostry - z własnej 
nieprzymuszonej woli postanowiły towarzyszyć Georgiemu w 
codziennych przejażdżkach. 
Przeważnie zostawali w Mayfair Manor na podwieczorek, niekiedy 
nawet do zmierzchu. Co gorsza, po powrocie do Hawthorne Castle 
żadne 
z nich nie wspominało o Faith, z wyjątkiem lakonicznej wzmianki, że 
jest 
zdrowa i wydaje się zadowolona. Spragniony wieści o marnotrawnej 
żonie 
Griffin miał ochotę pociągnąć za język swego syna i bezczelnie 
wymusić 
z niego informacje. Ostatecznie jednak sumienie nie pozwoliło mu 
posłużyć się dzieckiem. 
- Już jestem, tatusiu! - ożywiony głosik Georgiego rozległ się echem 
we frontowym holu. 
Usta Griffina wykrzywiły się w cierpkim uśmiechu. Choćby nawet nie 
wyglądał przez frontowe okno na podjazd, uszy powiadomiłyby go o 
powrocie 

background image

syna. Chłopak robił tyle hałasu co dziesięcioro innych dzieci. 
Georgie wpadł do pokoju, a za nim pojawiła się Elizabeth. Griffin nie 
był tak głupi, by pytać otwarcie o Faith, otrzymałby zwykłą zdawkową 
odpowiedź. Ktoś bardziej podejrzliwy niż on doszedłby pewnie do 
wniosku, 
że ma wokół siebie samych niewdzięczników i zdrajców! 
- Właśnie się zastanawiałem, gdzieście się podziali - zauważył lekkim 
tonem po powitalnych uściskach. - Już prawie noc. Założę się, że 
kolacja Georgiego całkiem wystygła. 
- Bardzo mi przykro... - Elizabeth nerwowo splatała palce. -N a 
drodze 
jest mnóstwo błota po ostatnim deszczu. Musieliśmy jechać 
powolutku 
i bardzo uważać, żeby nie utknąć na wybojach. 
Wicehrabia zacisnął usta, by się nie wyrwać z jakimś grubiaństwem. 
Pierś wznosiła mu się i opadała w niespokojnym oddechu. Czy 
siostry 
również wyczuwały dziwną obcość, która wkradła się w ich wzajemne 
stosunki? - zastanawiał się w duchu. 
- Nie muszę jeść kolacji. Wcale nie jestem głodny- oznajmił Georgie. 
- Zjadłem trzy ciastka i bułeczkę z jabłkiem. Kucharka mamusi mówi, 
że jeszcze nie spotkała chłopczyka z takim apetytem! 
- Taka pochwała uradowałaby każde ojcowskie serce - stwierdził 
wicehrabia. 
Georgie z dumą skinął głową. Jego buzia przybrała bardzo poważny 
wyraz. 
- Lubię jeździć do mamusi i lubię przysmaki jej kucharki. Ale jeszcze 
bardziej lubiłem, jak mamusia była z nami przez cały czas. Czemu 
teraz mieszka w innym domu? 
Griffin potrząsnął głową. Nie potrafił tego wyjaśnić synowi. 
- Może pogniewała się na mnie, bo byłem niegrzeczny? - spytał 
Georgie 
z niepokojem. - Wpuściłem kotki do salonu, a one zrobiły siusiu... a 
Jemiołka jeszcze bardziej napaskudziła. 
Wicehrabiego ogarnęły wyrzuty sumienia, kiedy ujrzał ból w oczach 
syna. Nie zdawał sobie dotąd sprawy, jakim szokiem była dla dziecka 
ich rozłąka. 
- Jestem pewien, że mamusia dawno o tym zapomniała - powiedział 
z przekonaniem Griffin. 
Georgie zmarszczył brwi, a potem i nos. 

background image

- Ale to strasznie śmierdziało... 
- Pani Hodges bardzo porządnie wyczyściła dywan - zapewnił Griffin, 
ale widział, że ta odpowiedź nie zadowoliła dziecka. - Mamusia 
bardzo 
cię kocha, Georgie. Nigdy o tym nie zapominaj! 
Zapadło krótkie milczenie. 
- Chcę, żeby znów była w domu... 
- Ja też - wymamrotał Griffin. 
- Może byś sam odwiedził Faith... - podsunęła nieśmiało Elizabeth. 
Griffin spojrzał na nią ostro. 
- Po co? Żeby zatrzasnęła mi drzwi przed nosem? Albo wpuściła do 
środka, ale nie chciała ze mną rozmawiać? 
- O, jestem pewna, że Faith nigdy by tak nie postąpiła! - zapewniła go 
z przejęciem Elizabeth. 
Griffin wyprostował się nagle. 
- Rozmawiała z tobą na mój temat? Kazała ci coś powtórzyć? 
- No... niezupełnie... - wykręcała się Elizabeth. 
- Mamusia powiedziała, że z tatusia skończony dupek - pisnął 
Georgie 
uradowany, że może w czymś pomóc. - Słyszałem, jak to szepnęła 
cioci Harriet! 
Elizabeth spojrzała z niepokojem na brata i zwróciła się do dziecka: 
- Z pewnością przesłyszałeś się, kochanie! 
- Wcale nie! Dokładnie tak powiedziała - zapewnił ją z całą powagą 
Georgie. 
Usta wicehrabiego wygięły się w uśmiechu. Dowiedział się 
przynajmniej, 
że Faith nadal jest na niego wściekła. Z dwojga złego lepsze to niż 
całkowita obojętność! Może istotnie pora na jakiś krok z jego strony? 
- Chyba ciocia Elizabeth ma rację. Pojadę do Mayfair Manor i 
rozmówię się z Faith. 
- Przywieziesz mamusię do domu? Na zawsze, tatusiu? Będę bardzo 
grzeczny! 
Rozjaśniona nadzieją buzia Georgiego odebrała Griffinowi nieco 
pewności 
siebie. Poczuł się upokorzony. Wyobrażał sobie, że zapewniając 
synowi dach nad głową, ubranie i jedzenie spełnia wszystkie jego 
potrzeby. 
Tymczasem dziecko przede wszystkim potrzebowało matki. 
- Zrobię co w mojej mocy, żeby wróciła do domu z własnej woli 

background image

oświadczył 
uroczyście. -A jeśli to nie wystarczy, przerzucę ją przez ramię i 
przywlokę tu siłą! 
Ostatnie słowa wymówił żartobliwym tonem, chcąc rozśmieszyć 
Georgiego. 
Chłopiec istotnie zachichotał. Ale Griffin dobrze znał swoją upartą 
żonę. Kto wie, czy przemoc fizyczna nie okaże się jedynym środkiem 
do osiągnięcia celu? 
Księżyc w pełni właśnie wschodził, gdy Griffin przybył do Mayfair 
Manor. Zatrzymał konia przed portykiem i przez chwilę podziwiał 
proste, 
czyste linie frontowej części budynku. Zsunął się z siodła i czekał. 
Niebawem z wnętrza domu wyszedł młody lokaj. 
- Dobry wieczór, sir - odezwał się do wicehrabiego. - Czym mogę 
służyć? 
Griffin odwrócił się i stwierdził ze zdziwieniem, że służący nie ma 
pojęcia, do kogo się zwraca. Było to dla wicehrabiego trochę 
upokarzające 
i wzbudziło w nim lekki niepokój. Postanowił nie zdradzać swej 
tożsamości. 
Rzucił lokajowi cugle. 
- Zajmij się moim koniem. A obchodź się z nim ostrożnie! - pouczył 
młodzieńca. - Po pełnym galopie często bryka: musi ochłonąć przez 
kilka minut. 
- Tak jest, sir. 
Młody człowiek posłusznie odsunął się poza zasięg tańczących 
podków. 
Potem z wyraźną rezerwą poprowadził parskającego konia w stronę 
stajni na tyłach domu. 
Griffin zaczekał, aż lokaj z koniem znikną mu z oczu i dopiero 
wówczas 
po kilku stopniach dotarł do drzwi frontowych. Nie życzył sobie 
zbiegowiska. Sam fakt, że przybył do żony, która go opuściła, w 
nadziei 
skłonienia jej do powrotu, był dostatecznie irytujący. Nie samu do 
tego potrzebni świadkowie! 
Pokojówka, która otworzyła Griffinowi drzwi, wpatrywała się w jego 
bilet wizytowy tak długo, że zaczął podejrzewać, iż jest niepiśmienna. 
Kiedy 
jednak poprosiwszy go, by zechciał chwilę zaczekać, wzięła nogi za 

background image

pas, wicehrabia domyślił się, że dobrze wiedziała, z kim ma do 
czynienia. 
Czekał więc, zdawać się mogło, bez końca we frontowym holu, 
wpatrując 
się w malowidło na suficie. Była to jakaś wymyślna scena z udziałem 
rozmaitych rzymskich bóstw, przedstawionych w całym majestacie 
na tle szafirowego nieba. Wicehrabia bez trudu zidentyfikował wiele 
postaci, 
ale jego oczy wciąż powracały do Wenus, Amora i Psyche. 
Griffin zaczął już podejrzewać, że zapomniano o jego istnieniu, gdy 
z drugiego końca holu dotarły do niego stłumione głosy. Starszawa, 
tęga 
jejmość wyłoniła się zza masywnych drewnianych drzwi i pośpieszyła 
ku niemu. 
Griffin rozpoznał gospodynię, panią Craig, która odmówiła mu 
udzielenia 
informacji o miejscu pobytu Faith, gdy przed kilkoma miesiącami 
wyruszył za swą obecną żoną do Londynu. 
Uśmiechnął się więc czarująco i przygotował w duchu do 
nieuchronnej konfrontacji. 
- Dobry wieczór, milordzie. - Jejmość spiesznie dygnęła. - Z 
przykrością 
muszę powiadomić waszą lordowską mość, że pani wicehrabiny nie 
ma w domu. 
- Nie ma w domu? - Wicehrabia pozwolił sobie na nutkę 
sceptycyzmu. 
— Jest pani tego pewna? 
- O, tak! Absolutnie pewna. - Gospodyni zaczerwieniła się. - Bardzo 
mi przykro, milordzie, że nadaremno przejechał pan taki szmat drogi, 
i to po nocy. 
Ręce Griffma zacisnęły się w pięści. 
- Nie chce się ze mną widzieć? - Wpatrywał się w coraz ciemniejszy 
rumieniec na twarzy gospodyni. - Ale oczywiście jest w domu, 
prawda? 
- Słucham? 
- Pytam o moją żonę! Czy jest tu, w domu, czy gdzieś się wybrała po 
nocy? 
Nie wrzeszczał, nie wymyślał ani nie groził, choć miał na to wszystko 
ochotę. Po prostu zadał pytanie. A jednak gospodyni cofnęła się o 
krok. 

background image

W poczuciu winy spuściła oczy i załamała pulchne ręce. 
Starczyło to Griffmowi za odpowiedź. 
- Zechce mnie pani zaprowadzić do salonu? Wolałbym tam zaczekać. 
I proszę zawiadomić lady Dewhurst, że będę tu tkwił, póki się z nią 
nie 
zobaczę. Choćby przez całą noc. 
Nastąpiła chwila ciszy. Gospodyni wyraźnie zadrżała. Zerknęła na 
chowającą 
się za jej plecami pokojówkę, ale dziewczyna wzruszyła tylko 
ramionami. 
- Tędy, milordzie. 
Gospodyni ruszyła przodem. Idąc za nią, Griffin mimo woli podziwiał 
starannie wypolerowane meble, puszyste perskie dywany, cenne 
obrazy, kosztowne antyki. 
Pewność siebie na chwilę go opuściła. Rodzinny dom Faith był 
wspanialszy 
od Hawthorne Castle. I zdecydowanie lepiej utrzymany. A w dodatku 
posiadał tę ulotną właściwość, której Griffin nie mógł się doszukać 
we własnym domu po odejściu Faith. Mayfair Manor był rodzinnym 
domem 
w całym tego słowa znaczeniu. 
Salon robił imponujące wrażenie. Wnętrze, utrzymane w różnych 
odcieniach 
złota, było gustowne, bez przesadnego zbytku. Wicehrabia zdjął 
płaszcz, od którego pani Craig zapomniała go uwolnić, i rzucił 
niedbale 
na krzesło. Potem przez kilka minut z zainteresowaniem oglądał całe 
pomieszczenie. 
Ściany pokrywała tapeta w złote cętki, dokładnie tej samej barwy co 
obicia mebli. Na marmurowym gzymsie kominka stały figurki z 
porcelany 
oraz zegar, prześliczne cacko z porcelany i złota. 
Przed odejściem pani Craig niechętnie zapaliła kilka świec, a ich 
pogodny, 
migotliwy blask rozjaśnił pokój. Griffin usadowił się na sofie obitej 
złocistym brokatem, założył nogę na nogę i zaczął bębnić palcami po 
kolanie. 
Zastanawiał się, jak długo Faith każe mu na siebie czekać, i zdał 
sobie 
sprawę, że nie ma to dla niego znaczenia. Udało mu się wziąć 

background image

szturmem 
drzwi frontowe, a teraz okopał się - i to całkiem wygodnie - w salonie 
swojej żony. Nikt go stąd nie wykurzy; potrzebna byłaby do tego cała 
armia zwalistych lokajów. 
Griffin przysiągł sobie być cierpliwym, ale po półgodzinnym czekaniu 
zaczął się denerwować. Aż za dobrze znał charakter swojej żony. Jak 
się 
uprze, gotowa przetrzymać go tu przez całą noc! 
Wicehrabia właśnie się zastanawiał, jak długo jeszcze tu wytrzyma i 
kiedy 
zabierze do przeszukiwania całego domu -pokój po pokoju - gdy 
drzwi salonu otworzyły się. 
Uniósł głowę i spojrzał na stojącą w drzwiach kobietę. Faith! Na jej 
widok serce od razu mu zmiękło. 
Miała na sobie prostą suknię w kolorze kości słoniowej. Chyba nową, 
bo jeszcze jej nie widział. Była to suknia z podwyższonym stanem, 
przewiązana 
pod biustem długą niebieską szarfą. Zarówno krój, jak i barwa 
sukni podkreślały piękno mlecznej karnacji Faith. 
Włosy były odgarnięte do tyłu i upięte w kok, z którego opadała na 
plecy kaskada brązowych loków. Na długiej, wdzięcznej, królewskiej 
szyi nie zauważył żadnych ozdób. 
Twarz Faith była szczupła i zmęczona. Cienie pod oczami świadczyły 
o nieprzespanych nocach. 
Griffinowi żona wydała się piękniejsza niż kiedykolwiek. Mięśnie jego 
ciała sprężyły się boleśnie, uprzytamniając mu, ile nocy spędził 
ostatnio samotnie. 
- Dobry wieczór! 
Wstał, łudząc się, że wygląda na pewnego siebie, choć wcale taki nie 
był. 
Zamiast odwzajemnić powitanie, zmierzyła go wzrokiem. Griffin 
poczuł, że dłonie mu potnieją. 
- Pani Craig z mego polecenia powiadomiła cię, że nie masz tu czego 
szukać. Wtedy zmusiłeś ją, by zaprowadziła cię do salonu. Dlaczego 
to zrobiłeś? 
- Bo chciałem... bo musiałem się z tobą zobaczyć. 
Faith spuściła wzrok i zaczęła oglądać swoje dłonie. 
- Przecież uzgodniliśmy, że przez jakiś czas powinnam być sama. Z 
dala od ciebie. 
- No i byłaś! 

background image

- Zaledwie tydzień. 
- Mnie się to dłużyło jak wieczność! 
- Dajże spokój! - Oparła rękę na biodrze i rzuciła mężowi ironiczne 
spojrzenie. - Nie musisz się wysilać. 
Wicehrabia aż zamrugał oczami. Od momentu, gdy wyjechał z 
Hawthorne 
Castle obiecawszy synowi, że przywiezie Faith do domu, zastanawiał 
się, co jej powie i jak ona przyjmie jego czułe słowa. Wyobrażał 
sobie, jak twarz żony łagodnieje, a oczy promienieją radością. Jak 
zarzuca 
mu ręce na szyję i tuli się do niego, oczekując pocałunków. 
Nigdy, nawet w najgorszych chwilach, nie spodziewał się takiego 
chłodu, 
takiej obojętności... No, obojętnością trudno to było nazwać! 
Wyglądało 
na to, że przy najlżejszej prowokacji Faith zacznie rzucać w niego 
czym popadnie. 
Po chwili milczenia Griffin odchrząknął i przemówił. 
- Chcę, żebyś wróciła ze mną do domu, Faith. Jeszcze dziś! 
- Nie! - Wyraz jej twarzy nie uległ zmianie. - Dziś z pewnością nie. 
- No to kiedy? - spytał bliski desperacji. 
- Sama jeszcze nie wiem. 
Jej chłodny spokój zaczął go irytować. Faith wydawała się taka 
niewzruszona, 
taka nieosiągalna... Zmieniła się nie do poznania. Kiedy Griffin 
uświadomił sobie, że wolałby uchylać się od pocisków żony, niż 
spoglądać 
w jej zimne oczy, pojął, że utracił kontrolę nad sytuacją. 
No, cóż... W dramatycznej sytuacji należy użyć dramatycznych 
metod! 
- Kocham cię, Faith. 
Ze zdumienia zrobiła wielkie oczy i stała się trochę mniej sztywna. 
Z uczuciem triumfu wicehrabia czekał na pełną metamorfozę: wargi 
rozchylą 
się miękko, oczy zajaśnieją radością i podnieceniem... Ledwie się 
powstrzymał od otwarcia ramion, by Faith mogła się w nie wsunąć. 
Delikatny porcelanowy zegar na kominku pracowicie odmierzał czas. 
Prócz jego tykania oraz oddechu Faith i Griffina nic nie mąciło ciszy. 
Faith albo nie uświadamiała sobie, że niezręczne milczenie przedłuża 
się 

background image

w nieskończoność, albo nic jej nie obchodziła wyznana miłość. 
Griffin przysunął się bliżej i wziął żonę za ręce. 
- Powiedziałem, że cię kocham - powtórzył. 
- Słyszałam - odparła, usiłując wyrwać dłonie z jego uścisku. 
Nie puścił. Szarpnęła mocniej, ale i to nic nie dało. 
Na jej twarzy pojawiła się irytacja. 
- Jak śmiesz wdzierać się do mego domu, nakazywać mi, żebym go 
opuściła, a potem bezczelnie oznajmiać, że mnie kochasz?! Myślisz, 
że 
taki jeden gest wszystko zmieni? Że jak mi powiesz „kocham cię", to 
masz już prawo mnie krzywdzić? Ukrywać przede mnąprawdę o 
naszym dziecku? O, co to, to nie, milordzie! 
Griffin wypuścił z uścisku ręce żony. Przyrzekł sobie, że nie wpadnie 
we wściekłość, nie straci panowania nad sobą... ale zachowanie 
Faith 
budziło w nim gniew i poczucie bezsilności. 
- Wyjaśniłem ci przecież, czemu zataiłem prawdę o pochodzeniu 
Georgiego! 
- Griffin spojrzał na żonę bezradnym wzrokiem. - Przeprosiłem cię. 
Ja... ja... 
Klnąc pod nosem, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Faith wcale go nie 
słuchała, tylko ferowała wyroki. Była zraniona, rozgniewana, 
zdezorientowana... 
A on - co za ironia losu! - doskonale rozumiał jej uczucia. 
Przyznawał nawet, psiakrew, że miała prawo żywić do niego urazę. 
Ale żeby aż tak wielką? 
Nocne powietrze było zimne i ostre. Wicehrabia musiał czekać na 
schodach 
przed frontowymi drzwiami, póki nie przyprowadzą jego konia ze 
stajni. Ta zwłoka okazała się jednak dobroczynna: rozjaśniło mu się 
w głowie, 
a kipiący w nim gniew przygasł. 
Dewhurst dosiadł konia bez niczyjej pomocy i odjechał, zapominając 
wynagrodzić lokaja. Zostawiwszy za sobą żwirowany podjazd, 
popędził 
konia i pogalopował na skróty, przez pola. 
Jasny księżyc i usiane gwiazdami niebo oświetlały Griffmowi drogę 
powrotną do Hawthorne Castle. Podczas jazdy przemyślał sobie 
wszystko, 
co powinien był powiedzieć żonie. Należało podkreślić głębię 

background image

własnych 
uczuć, a nie wymagać od Faith takich czy innych reakcji. 
Co się zaś tyczy uczuć, miał wrażenie, że Faith oczekiwała - choć nie 
wspomniała o tym słowem- że mąż w jakiś sposób dowiedzie miłości, 
o której ją zapewniał. 
Ale jak tego dowieść? Griffin nie wiedział. Jaki mężczyzna zgłębi 
zawiłości 
kobiecego umysłu?! Kobiece emocje to kolejna trudna zagadka... 
Nagle Griffin uśmiechnął się, przypominając sobie, że przez tyle lat 
uważał się za znawcę kobiet. Co za bzdura! Zmuszony przez 
okoliczności 
do zdobywania na nowo własnej żony zdał sobie sprawę, że 
wszystkie 
jego osławione metody uwodzenia to zwykłe amatorstwo. Oby choć 
raz 
udała mu się ta sztuka naprawdę! 
Mając przed oczyma wyraźny cel, wicehrabia przystąpił do 
planowania 
najważniejszej w swoim życiu kampanii. 
Faith siedziała sama w salonie długo po odjeździe Grifflna. Ogarnęła 
jąprawdziwa zawierucha emocji. Nie spodziewała się, że mąż 
przyjedzie 
do Mayfair Manor. Przecież prawie nie protestował, gdy opuszczała 
Hawthorne 
Castle, pozwolił jej odejść. 
Nie napisał do niej, nie przekazywał żadnych pozdrowień ani 
wiadomości 
przez swoje siostry, które przyjeżdżały z Georgiem dzień w dzień. 
Przy herbacie Faith zadawała szwagierkom jedno czy drugie 
zdawkowe 
pytanie na temat męża; zazwyczaj pytała grzecznie o jego zdrowie. 
Elizabeth i Harriet odpowiadały jej, że brat miewa się dobrze, haruje 
jak zwykle, ma dobiy apetyt i wysypia się jak należy. Zupełnie, jakby 
Faith od niego nie odeszła... a raczej jakby nigdy nie stanowiła 
cząstki jego życia. 
I nagle Griffin zjawia się osobiście! W chwili gdy Faith znów go 
zobaczyła, 
nie wiedziała, czy wybuchnąć płaczem, a potem wykrzyczeć swoje 
żale, czy też zarzucić mu ręce na szyję i nigdy już nie wypuścić z 
objęć... 

background image

Przecież nie chciała go widzieć! A kiedy go w końcu ujrzała, pragnęła 
czym prędzej stracić z oczu. Odwrócić głowę i udawać, że wcale go 
tu 
nie ma, gdyż w obecności Griffma odżywało w niej to, co z takim 
trudem usiłowała zdusić. 
To było dla Faith tak bolesne, że ostatkiem woli zdołała się 
opanować. 
Wyznanie Griffina przyprawiło ją o szok. Nawet w najskrytszych 
marzeniach 
nie spodziewała się takiej deklaracji z jego strony. A jednak 
wypowiedziane 
„kocham cię" nie sprawiło jej wiele radości. 
Wiedziała, że Griffin wyznał jej miłość szczerze; wierzył w to, co 
mówi. 
Ale jego olśnienie było zbyt nagłe. Uznała, że miłość zrodziła się z 
poczucia winy. 
A nie takiej miłości pragnęła. Marzyła o tym, by Gnilm kochał ją 
ponad 
wszystko na świecie. Żeby wszelkie swe plany i nadzieje łączył z jej 
osobą. By pragnął tylko jej. 
Zmusiła się więc do obojętności, prawie nie zareagowała na słowa 
męża. 
Przeszła najcięższą w życiu próbę. Bo przecież - mimo wszystko - 
była 
bezgranicznie, rozpaczliwie zakochana w swoim mężu. 
Griffin zjawił się znów w Mayfair Manor dwa dni później. Nie 
wmaszerował 
frontowymi drzwiami, nie zażądał widzenia z własną żoną, jak 
to zrobił poprzednio. Przybył konno, ale nie zsiadł ze swego 
wierzchowca 
i czekał prawie dwie godziny w zagajniku, wśród bezlistnych drzew, 
aż Faith wyjdzie z domu. Musiała przecież - od czasu do czasu - 
opuszczać Mayfair Manor! 
W dodatku był czwartek, a we czwartki Faith zawsze składała wizytę 
na probostwie. Gnffin domyślił się, że mimo powrotu do Mayfair 
Manor 
jego żona nie zmieni swych przyzwyczajeń. 
Tak więc z sercem pełnym nadziei i z czarującym uśmiechem na 
ustach 
Gnffin zastąpił żonie drogę, gdy tylko powóz Faith zjechał ze 

background image

żwirowanego 
podjazdu na ogólny trakt. 
Nietrudno było zmusić stangreta do zatrzymania koni. Zanim Faith 
wysunęła głowę z okna, by spytać o przyczynę zwłoki, Griffin 
przywiązał już konia z tyłu powozu. 
- Dzień dobry, Faith! 
- Griffin?! - Tak nagle uniosła głowę, że omal nie uderzyła o górną 
ramę okna. - Czy coś się stało? 
- Nie, nic. 
Wolnym krokiem podszedł do drzwiczek powozu i oparł się o nie z 
nonszalancją. 
Faith zrobiła wielkie oczy. 
- Właśnie wybieram się z wizytą- wyjaśniła zgoła bez potrzeby. 
- Do proboszcza i jego żony? 
Faith zesztywniała ze zdumienia i zamrugała oczyma. 
- Skąd wiesz? 
Uśmiech Griffina stał się jeszcze bardziej zniewalający. 
- Mam swój wywiad, moja droga. - Oparł się pokusie pogłaskania 
Faith palcem po nosku. - Z chęcią wybiorę się na plebanię razem z 
tobą. 
Chyba nie masz nic przeciwko temu? 
Oczy Faith spochmurniały. 
- Myślałam, że jazda w krytym powozie przyprawia cię o mdłości. 
- Chyba taka krótka przejażdżka mi nie zaszkodzi. O ile twój stangret 
będzie omijał największe wyboje. 
- Postaram się, milordzie - obiecał zwalisty woźnica. 
- No więc, Faith? 
Skinęła głową i odparła z rezygnacją w głosie: 
- Jak sobie życzysz. 
Dewhurst wsiadł do powozu i bez pytania zajął miejsce obok żony. 
Powóz ruszył, a stangret, próbując stanąć na wysokości zadania, 
zręcznie omijał większe wyboje. 
Faith siedziała w milczeniu. Griffin był więcej niż świadom bliskości 
żony. Serce waliło mu jak szalone. Przez dłuższy czas słychać było 
tylko 
stukot końskich kopyt i turkot kół. 
Faith nie odrywała oczu od widoków za oknem. Ciekawe, co ją tak 
fascynuje? - głowił się wicehrabia. Czyż nie przejeżdżała tą wiejską 
drogą setki razy?! 
Po kilku minutach Griffin uświadomił sobie ze zdumieniem, że 

background image

panująca 
cisza wcale go nie krępuje. Nie była przytłaczająca i pełna napięcia. 
Wręcz przeciwnie - niemal kojąca i lepsza od rozmowy, jeśli wymiana 
zdań miałaby wyglądać podobnie jak podczas kilku ostatnich spotkań 
z Faith. 
Pod wpływem nagłego impulsu wicehrabia wziął żonę za rękę. Faith 
wydała cichutki gardłowy jęk. Poruszyła ręką, którą ściskał, ale nie 
wyrwała jej w popłochu. 
Griffin przesunął kciukiem po wnętrzu jej dłoni, raz i drugi. Faith 
przymknęła 
oczy i zadrżała. 
Wicehrabia uśmiechnął się od ucha do ucha. 
Herbatka na probostwie była miła, choć niezbyt urozmaicona. Obie 
pary małżeńskie gawędziły o lokalnych wydarzeniach i o wspólnych 
znajomych, 
o pięknej pogodzie i nadchodzącej wiośnie. 
Gdy goście już wychodzili, proboszcz obdarzył ich uśmiechem 
pełnym 
niemal ojcowskiej aprobaty. Griffin od razu się domyślił, że plotki 
dotarły także na plebanię. Cała okolica wiedziała, że Faith uciekła od 
męża do Mayfair Manor. 
No to teraz dowiedzą się, że wicehrabia i wicehrabina już się pogodzi
li. Griffin miał nadzieję, że był to pierwszy krok na drodze do 
całkowitego pojednania. 
Gdy powóz dowiózł ich z powrotem do Mayfair Manor, Dewhurst 
odprowadził 
żonę do samych drzwi frontowych. 
- Jordan dał mi prawo pierwokupu swoich łoszaków - powiedział 
Griffin niby to od niechcenia. - Wybieram się jutro do jego stajni, 
obejrzeć 
wszystkie źrebaki i dokonać wyboru. Byłbym rad, gdybyś zechciała 
mi towarzyszyć. 
Faith spojrzała na męża ze zdziwieniem. 
- Nie znam się na koniach. Powinieneś zabrać ze sobą Higginsa. 
- Nie potrzebuję doradcy przy wyborze koni, tylko kogoś z głową do 
rachunków, gdy przyjdzie się targować o cenę! 
I obdarzył ją leniwym, przekornym uśmiechem. 
Faith odetchnęła głęboko. 
- Będę gotowa koło południa. 
Uchylił grzecznie kapelusza. I odszedł. 

background image

Trwało tak przez sześć dni. Wycieczki do pobliskiego miasteczka po 
paszteciki z gospody Pod Różą i Ostem. Przechadzki po zimowym 
ogrodzie 
w Mayfair Manor. Nawet wyprawa na targ; Griffin pokpiwał 
dobrodusznie 
z żony, że ogląda wszystko i niczego nie kupuje. 
Gawędzili, śmiali się, nawet trochę sprzeczali. Mówili z rezerwąo 
przeszłości 
i z optymizmem o przyszłości. Ale nadal każde z nich mieszkało w 
innym domu. 
Siódmy z kolei dzień okazał się jasny, pogodny i zdumiewająco 
ciepły. 
Griffin przybył do Mayfair Manor o pierwszej po południu, zgodnie z 
umową, 
by zabrać żonę na konną przejażdżkę. Faith była modnie ubrana 
w amazonkę z zielonego aksamitu i niewielki zielony kapelusik, w 
którym 
wyglądała - zdaniem Griffma - wyjątkowo ponętnie. 
Ale serce wezbrało w nim jeszcze bardziej, gdy uśmiechnęła się do 
niego na powitanie. 
Ruszyli truchtem po dobrze udeptanej ścieżce, stanowiącej na 
odcinku 
mniej więcej dwóch kilometrów granicę między ich posiadłościami. 
Kiedy 
jednak wyjechali na otwartą przestrzeń, Faith spięła konia obcasami 
i pogalopowała przez pole. Zdumiony Griffin roześmiał się i podjął 
wyzwanie. 
Dzięki zaskoczeniu męża Faith uzyskała przewagę i dogonienie 
jej nie przyszło wicehrabiemu łatwo. 
Cwałowali łeb w łeb, każde z nich starało się zyskać pierwszeństwo. 
Griffin zebrał wszystkie siły i zdołał wyprzedzić żonę. Wówczas Faith 
roześmiała się, a jej śmiech rozproszył uwagę wicehrabiego na kilka 
cennych 
sekund. Wystarczająco długo, by żona zdążyła go wyminąć. I wygrać 
wyścig. 
Oczy błyszczały jej podnieceniem, gdy przeszli w stępa, żeby konie 
mogły ochłonąć. W chwili zwycięstwa okazała jednak względy 
pokonanemu i nie przechwalała się zbytnio. 
Dotarli niebawem do niewielkiej budowli. 
- Dobry Boże! Nie miałam pojęcia, że ten dziwoląg jeszcze tu stoi! 

background image

wykrzyknęła Faith. 
Griffin zmierzył wzrokiem niezwykłą budowlę. Była to pseudogrecka 
świątynia z białą kolumnadą, wzniesiona przez któregoś z 
poprzednich 
Dewhurstów. Wicehrabia przypomniał sobie z miłym wzruszeniem, że 
w dzieciństwie biegał wśród tych pokrytych bluszczem kolumn i bawił 
się w chowanego w licznych niszach. 
- Może sprawdzimy, czy kamienne posągi jeszcze stoją? - 
zaproponował. 
Faith skinęła głową potakująco. Wicehrabia przywiązał konie do 
niewielkiego 
drzewka i oboje z Faith wspięli się po kamiennych stopniach. 
Wnętrze świątyni zachowało się w zadziwiająco dobrym stanie, choć 
z powodu 
braku ścian bocznych wystawione było na niszczycielskie działanie 
żywiołów. Wysokie posągi greckich bogów i bogiń stały nadal, ale 
nogi kamiennej ławki popękały i nie nadawała się do siedzenia. 
Nie wzięli ze sobą pledu, więc Griffin zdjął płaszcz i rozpostarł go na 
podłodze. 
- Cóż za rycerski gest! - mruknęła Faith, siadając z przesadną 
skromnością 
na samym brzegu płaszcza. 
- To tylko szczegół mojego wielkiego planu. - Griffin usiadł obok żony 
i spojrzał jej prosto w twarz. - Pewien jestem, że do tej pory 
domyśliłaś 
się, co to wszystko znaczy. Próbuję odzyskać twoje względy, 
najdroższa. 
Wyraźnie zainteresowana Faith uniosła lewą brew. 
- Zamierzasz mnie obsypać klejnotami? Może masz w kieszeni 
pudełko od jubilera? 
- Klejnoty są bronią mężczyzn, którym brak wiary w siebie. 
- Więc może kwiatami? 
- Róża dla róży? - Potrząsnął głową. - To zbyt pospolite i banalne. 
- No to może słodyczami? Wiesz, jak lubię czekoladki! 
- Słodyczami obdarza się dzieci. Dawno już dorosłem, a i ty nie jesteś 
małą dziewczynką, tylko kobietą w pełnym znaczeniu tego słowa. 
Pochyliła nisko głowę, ale zdążył zauważyć, że się uśmiecha. 
- Nie mnie podpowiadać takiemu uwodzicielowi, jak zdobywa się 
kobiety, mój panie! Ale muszę przyznać, że dziś po południu niezbyt 
mi zaimponowałeś. 

background image

Spojrzał na nią z niewinną miną. 
- Pozwoliłem ci wygrać. 
Rzuciła się na niego z udaną wściekłością. Wicehrabia wybuchnął 
śmiechem. 
Obrócił żonę twarzą do siebie i objął jej głowę obiema rękami. 
- Mam powiedzieć, że cię kocham? Już ci to wyznałem i nie zrobiło to 
na tobie wrażenia. Więc może pozachwycam się, jaka jesteś piękna? 
Nie 
krzyw się tak, najmilsza. Wcale ci z tym nie do twarzy! 
Faith niechętnie zrezygnowała z paskudnego grymasu. 
- Stworzyłem dla ciebie poemat - oświadczył z dumą Griffin. 
- Doprawdy? 
Przygryzła dolną wargę, by nie roześmiać mu się w nos. 
Odchrząknął uroczyście. 
- Na górze róże, 
Na dole fiołki, 
Nie zwlekaj dłużej, 
Wróć, mój aniołku! 
- Sam to wymyśliłeś? Nikt ci nie pomagał?! 
- Zupełnie sam! To piękny poemat, prawdziwe arcydzieło literatury. 
Nieprawdaż? 
- Mam wrażenie, że Georgie ułożył to za ciebie. Ale chyba dręczył go 
wtedy ból zębów albo inne okropne choróbsko! - Oczy Faith iskrzyły 
się 
wesołością. - Lord Byron może spać spokojnie. Nie skradniesz mu 
jego laurów. 
- No to daruję sobie poezje i powiem ci coś od serca. 
Pochylił się ku żonie i sunął delikatnie wargami po jej policzku, aż 
dotarł do ucha i przygryzł je leciutko zębami. 
- Nic nie mówisz - poskarżyła się Faith nieco zdyszanym głosem — 
tylko mnie obgryzasz! 
- Usiłuję stworzyć odpowiedni nastrój - odparł, gładząc ją leciutko po 
policzku. 
Potem odwrócił głowę i spojrzał żonie głęboko w oczy. 
- Kocham cię, Faith - powiedział ze spokojem i z powagą. - Długo 
trwało, nim zdałem sobie z tego sprawę. A jeszcze dłużej, nim 
zdołałem 
to wykrztusić. Ale to prawda. Zbyt cenna, by ją zaprzepaścić. 
Faith z trudem przełknęła ślinę i skinęła głową bez słowa. Ale jej oczy 
rozświetliły się czułością i pełnym zrozumieniem. Na ten widok serce 

background image

Griffma podskoczyło z radości. 
- Nie pobraliśmy się z miłości ani nawet z sympatii - kontynuował 
Griffin. -N a skutek nieporozumienia i tego przeklętego testamentu w 
bły
skawicznym tempie zostaliśmy mężem i żoną. Przez długi czas 
byłem 
przeświadczony, że nie pragnę tego małżeństwa. Że nie pragnę 
ciebie. Zrobił krótką pauzę. 
- Ale myliłem się. Jesteś dla mnie stworzona, Faith. Zupełnie sobie 
nie wyobrażamjak mógłbym ożenić się z inną kobietą. Wzbraniałem 
się 
przed tym małżeństwem, ale widać moje serce rozstrzygnęło za 
mnie, 
a ja musiałem się podporządkować jego decyzji. 
W ubiegłym tygodniu odkryłem, że miłość to niełatwa sprawa. Ale 
zakochać się w tobie jest niezwykle łatwo. I wiem teraz, że pragnę 
dzielić 
z tobą moje życie, z tobą stworzyć rodzinny dom, z tobą mieć dzieci. 
Tylko z tobą. 
Usta Griffina zawisły tuż nad ustami żony. Po sekundzie wahania ich 
wargi zetknęły się. Miękko, delikatnie, czule. Nie był to objaw 
namiętności, 
ale potwierdzenie łączącej ich więzi, zapewnienie o miłości. 
Samotna łza spłynęła po policzku Faith, znacząc wilgotny ślad. Jej 
serce 
i dusza odgadły wymowę tego pocałunku. 
- Poproś mnie - szepnęła mężowi do ucha rwącym się głosem. - 
Proszę, poproś mnie jeszcze raz... 
Griffin odsunął się nieco od niej. Na mgnienie oka zapadła cisza. 
- Wrócisz ze mną do domu? Jeszcze dziś? Chcesz przez następne 
pięćdziesiąt 
lat, czy ile ich tam będzie, budzić się co rano u mego boku? 
- Z największą radością! - Spojrzała mu badawczo w twarz. Ich oczy 
spotkały się i nawzajem zapewniły o miłości. - Bo i ja odkryłam, że 
bardzo 
cię kocham. I choć wiem, że zawsze będziesz mnie doprowadzał do 
szału, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie! 

background image

Epilog 

Hawthorne Castle 
Trzy miesiące później 

Tatusiu! Chodź tu, zaraz! Jemiołka utknęła na drzewie, a ciocia 
Elizabeth nie pozwala mi wdrapać się po nią! 
Griffin uniósł leniwie głowę, spoczywającą na udach żony. Oboje 
rozłożyli 
się wygodnie w cieniu wielkiego dębu na kocu, którego znaczną 
część zajmował kosz piknikowy. 
Po olśniewającym błękicie nieba płynęły z łagodnym wiosennym 
wiatrem 
puszyste białe obłoczki. Wokół panowała cisza, jeśli nie liczyć 
cykania 
koników polnych i bzyczenia awanturniczej pszczoły, która zapędziła 
się zbyt daleko. A także energicznych pokrzykiwań Georgiego. 
Griffin odwrócił się i spojrzał na syna. Chłopiec skakał w podnieceniu 
wokół wysokiego drzewa, choć obie ciotki usiłowały odciągnąć jego 
uwagę od kota. Akurat im się to uda! Griffin uśmiechnął się. 
- Kot bez trudu zejdzie z drzewa, kiedy będzie miał na to ochotę! 
zawołał wicehrabia do syna. 
Faith zachichotała. 
- Mam wrażenie, że biedny kotek zmyka, jak tylko może, przed 
wylewnymi pieszczotami Georgiego. 
- Bardzo prawdopodobne. 
- Ale ona się skaleczy! - zawodził Georgie. 
Griffin wsparł się na łokciu. 
- Jeśli się skaleczy, będziesz pomagał Higginsowi przy opatrunkach 
i doglądał Jemiołki. Na czas choroby postawimy jej skrzynkę koło 
twego łóżka. 
Nastąpiła długa cisza. 
- Naprawdę?! Jemiołka może spać w moim pokoju?! 
- Jeśli to będzie konieczne. 
- Och, Griffinie! Nie obiecuj dziecku takich rzeczy! Teraz wiecznie 
będzie nam wmawiał, że kot jest chory, żeby go pielęgnować! 
Wicehrabia usiadł prosto. 
- Nim się zabierze do pielęgnowania, musi kota złapać! Na szczęście 
Jemiołka jest zwinna i szybka. 

background image

Faith znów się roześmiała. 
- Jesteś okropny. Jak zawsze! - skarciła go czule. 
Wicehrabia wzruszył ramionami. Przeciągnął się leniwie, rozmarzony 
pogodną ciszą popołudnia. Z mniejszego koszyczka, których było 
kilka 
w wielkim koszu, wyjął garść niewielkich, czerwonych truskawek. 
- Masz ochotę na truskawki? - zapytał żonę, układając się znów obok 
niej na kocu. - A może brzuszek znowu ci dokucza? 
- Nie przypominaj mi o tym! - Faith zwiesiła głowę i poczerwieniała ze 
wstydu. 
To było okropnie upokarzające! Tego ranka mdłości schwyciły ją tak 
nagle, że ledwie zdążyła odsunąć pościel, wychylić się z łóżka i 
sięgnąć po nocnik. 
Ponieważ nic jeszcze nie jadła, nie bardzo miała czym wymiotować. 
Ale torsje dręczyły ją bez końca. 
Między jedną a drugą falą mdłości jęczała, popłakiwała i błagała 
męża, 
żeby wyszedł z pokoju. Ale wicehrabia nie pozwolił jej cierpieć w 
samotności. 
Spokojnie i bezceremonialnie odgarnął żonie włosy do tyłu, za uszy. 
Potem usiadł obok na łóżku. W jednej ręce trzymał nocnik, drugą 
gładził 
żonę po plecach. Kiedy wreszcie torsje ustały, ułożył Faith na 
spiętrzonych 
poduszkach, wylał zawartość nocnika i powróciwszy do żony otarł jej 
twarz, 
a zwłaszcza spocone czoło, czystym wilgotnym ręcznikiem. 
Faith była zbyt wyczerpana, by protestować. Na jej prośbę Griffin 
otworzył 
okno, wpuszczając do sypialni rześkie, świeże powietrze. A na koniec 
podał żonie szklankę wody, by mogła wypłukać usta. 
I po tym wszystkim miał czelność oświadczyć jej szczerze i 
serdecznie, 
że jest najbardziej niezwykłą najwspanialszą najpiękniejszą kobietą 
na świecie! I że kochają do szaleństwa. 
W odpowiedzi Faith rzuciła w niego mokrym ręcznikiem. 
- Właśnie nadeszła poczta, milady - oznajmił uprzedzająco grzeczny 
głos. - Ponieważ zawiera sporo listów, pomyślałem, że jaśnie pani 
mogłaby 
je odczytać na świeżym powietrzu. 

background image

Faith usiadła z niejakim trudem i wzięła stosik listów, podsuniętych jej 
na srebrnej tacy. 
- Dziękuję, Gregory. To bardzo ładnie, że pofatygowałeś się z nimi ai 
tutaj. 
- Drobnostka, milady. 
Majordomus skłonił się nisko i wyruszył w dość długą drogę 
powrotną. 
Griffin włożył do ust truskawkę i przewrócił się na wznak. 
- Coś ty zadała Gregory'emu, że jest taki miły?! Przecież to 
największy 
sztywniak w całym Londynie! 
Faith uśmiechnęła się tajemniczo. Przypomniała sobie, jak zagroziła 
Gregory'emu wydaleniem bez referencji. Rzuciła tę groźbę w 
przystępie 
gniewu, nie całkiem serio, ale - o dziwo! - wywarło to wrażenie na 
majordomusie. 
Od tamtej chwili Gregory okazywał jej więcej szacunku niż ktokolwiek 
inny ze służby. 
Faith oparła się o pień drzewa i zabrała się do listów. Z 
westchnieniem 
zadowolenia wyciągnęła nogi przed siebie, skrzyżowała je w 
kostkach 
i zaczęła przerzucać leżący na jej udach stos kopert. 
- O mój Boże! 
Zaparło jej dech ze zdumienia. Wyciągnęła jeden z listów i obracała 
go w ręku. - To do Harriet! 
Przez dłuższą chwilę małżonkowie spoglądali na siebie. 
- Zaraz ją tu sprowadzę. 
Griffin zerwał się na równe nogi i ruszył w stronę domu. 
- Zdejmiesz wreszcie Jemiołkę z drzewa, tatusiu? 
Faith usłyszała tylko pytanie Georgiego, odpowiedź męża nie dotarła 
do niej. Była zbyt zbita z tropu niezwykłym listem, który miała przed 
oczyma, by zajmować się czymś innym. 
Griffin i jego siostra zjawili się błyskawicznie. Faith bez słowa 
wręczyła 
list szwagierce. Harriet zarumieniła się jak wiśnia i ostrożnie 
skruszyła pieczątkę. 
- To od Juliana - obwieściła bez tchu. 
Griffin wciągnął raptownie powietrze. 
- Domyśliliśmy się tego, Harriet. Co pisze twój narzeczony? 

background image

Nie było odpowiedzi. Griffin delikatnie potrząsnął siostrą. 
- Co on pisze? 
- Pisze o powrocie do domu - wyszeptała ze zdumieniem Harriet. I 
nagle 
podniosła dumnie głowę, a na jej ustach pojawił się promienny 
uśmiech. 
- Julian wraca do Anglii! Powinien tu być mniej więcej za miesiąc. 
- To wspaniała nowina! - Faith ucieszyła się szczerze. - Nareszcie go 
poznamy. Czas zacząć przygotowania do twojego wesela! 
- Mojego wesela... - Harriet zwróciła ku niej pełne zdumienia oczy 
i odezwała się miękkim, prawie nieśmiałym głosem: - Myślisz, że 
można by je urządzić tutaj? 
- Przecież to twój dom! Z największą radością wyprawimy wam 
weselisko. Prawda, Griffinie? 
- Naturalnie! - Wicehrabia uśmiechnął się do siostry. - Naprawdę 
myślałaś, Harriet, że przepuszczę taką okazję?! Któż inny 
przekazałby cię z takim szykiem panu młodemu?! 
Wszyscy się roześmiali. Potem, zupełnie nieoczekiwanie, Harriet 
rzuciła 
się Griffinowi na szyję i uścisnęła go tak, że omal nie udusiła. 
- Dziękuję, braciszku! - szepnęła. 
Serdecznie odwzajemnił jej uścisk. 
- Pragnę tylko jednego, żebyś była szczęśliwa. Taka szczęśliwa jak 
ja. 
- Postaram się. - Harriet głośno pociągnęła nosem. - Tyle rzeczy 
trzeba 
będzie załatwić... Muszę natychmiast odpisać Julianowi. Podał mi 
swój 
nowy adres. - Wysunęła się z objęć brata i z podniesioną głową, 
dumnie 
wyprostowana pomaszerowała do domu. 
- No cóż... Wygląda na to, że poznamy wreszcie nieuchwytnego pana 
Wingate'a - zauważył Griffin. - Muszę uważać, żeby nie powiedzieć 
temu 
gagatkowi, co o nim myślę! Nie byłem zachwycony tym, czego... 
Griffin nagle zamilkł i ukląkł obok żony. 
- Boże święty! Faith! Co się stało? Jesteś taka... zaszokowana! Boli 
cię coś? A może dziecko... 
Panika w głosie męża wyrwała Faith z otępienia. 
- Nie, nie! Nic mi nie jest. Wszystko w porządku. - Podała mężowi 

background image

poj ednynczy arkusik welinu, na którym widniało zaledwie parę zdań. 
Faith 
właśnie je odczytała. - To od Merry! 
Griffin wyjął pośpiesznie liścik ze zdrętwiałych palców żony i szybko 
zapoznał się z jego treścią. Uśmiechnął się przelotnie. No, no!... Nic 
dziwnego, że Faith tak się przejęła! 
- Teraz już rozumiem, czemu tak nagle zbladłaś. Zaskakujące wieści! 
- Gwizdnął głośno. - Nasza droga lady Meredith wyszła za mąż! 
Nagle i niespodziewanie. Ciekawe, skąd ten pośpiech? 
- Znasz tego człowieka? - spytała Faith, nadal nie mogąc w to 
uwierzyć. 
Merry wyszła za mąż! A taka była przeciwna instytucji małżeństwa!... 
Niewiaiygodne! 
- Szczęśliwego oblubieńca? Osobiście nie miałem przyjemności, ale 
słyszałem o nim sporo. - Griffin odetchnął głęboko. - Nigdy bym nie 
przypuszczał, że lady Meredith wybierze kogoś takiego. 
- A ja nigdy nie przypuszczałam, że w ogóle zdecyduje się na 
małżeństwo! 
- Faith energicznie potarła skronie. - Ale się nam trafiły dzisiaj 
nowiny... Przypomnij mi, żebym nie czytała listów na stojąco. 
Mogłabym 
upaść zemdlona i potłuc się porządnie. 
Griffin nie wypuszczał listu z ręki. 
- Merry podała nam londyński adres swojego męża. Wyraziła 
nadzieję, 
że odwiedzimy ich zaraz po przyjeździe do stolicy. Najwidoczniej 
zakłada, 
że będziemy towarzyszyć Elizabeth podczas jej towarzyskiego 
debiutu w tym sezonie. 
- Napiszę do Merry pod koniec tygodnia i wyjaśnię, dlaczego 
zostajemy 
w domu - oświadczyła Faith i dodała z odrobinką ironii: - Mój Boże! 
Zapowiada się sezon pełen sensacji! Niemal żałuję, że ominie mnie 
taka okazja! 
- Nie marudź, kochanie! Przed tobą jeszcze wiele sezonów! -Z 
szelmowskim 
błyskiem w oku wicehrabia pogładził lekko wypukły brzuch 
żony. -A w Hawthorne Castle też nam nie zabraknie sensacji! 
Faith uśmiechnęła się i pocałowała męża czule i gorąco. 
- Ależ z nas spryciarze. Zgarniamy to, co najlepsze! 

background image

Griffin objął ją i mocno przytulił. Poczuła, że mąż trzęsie się ze 
śmiechu. 
I rzeczywiście roześmiał się z wielkiej radości. 
- Tak, kochanie, jesteśmy bardzo sprytni... Ale jeszcze bardziej 
szczęśliwi, prawda? 

background image