background image

Abe Kōbō

 

 

 

 

Czwarta epoka 

(PrzełoŜył Mikołaj Melanowicz) 

background image

 

Preludium 

 

Na głębokości pięciu tysięcy  metrów nagle podniosła  się równina pokryta  grubą, podziurawioną  warstwą 

błota  niby  sierścią  jakiegoś  wymarłego  zwierzęcia.  I  natychmiast  rozsypała  się  -  zmieniła  się  w  ciemną  chmurę, 

zabulgotała i wygasiła gwiazdki planktonu przepływające ławicą przed czarną przezroczystą ścianą. 

ObnaŜyła się popękana skalna płyta. Z jej szczelin wypłynęła brązowa, iskrząca się galaretowata masa. Na 

obszarze  kilku  kilometrów  nabrzmiewała  ogromnymi  bąblami  powietrza,  a  następnie  rozpostarła  gałęzie  jak 

korzenie  starej  sosny.  Jaśniejąca  w  mroku  magma  znikała  z  pola  widzenia.  Pozostał  po  niej  ogromny  słup  pary, 

który  przebił  warstwę  marine  snow,  zamienił  się  w  wir  i  rozpadając  się  bezgłośnie  parł  do  góry.  Słup  pary  takŜe 

zniknął pośród cząsteczek wielkiej wody i nigdy nie dotarł do odległej powierzchni morza. 

 

Właśnie  w  tym  samym  momencie,  dwie  mile  morskie  dalej,  statek  frachtowo-pasaŜerski  “Nanchô-maru" 

płynął  w  stronę  Jokohamy.  Niespodziewane  drŜenie  i  skrzypienie  statku,  trwające  krótką  chwilę,  przestraszyło 

pasaŜerów i załogę. Stojący na mostku drugi oficer równieŜ zaniepokoił się stadem bezładnie wyskakujących w górę 

delfinów i nagłą zmianą barwy  morza, nie uznał jednak za stosowne zanotować tego faktu  w  księdze pokładowej. 

Na niebie świeciło lipcowe słońce podobne do roztopionej rtęci. 

Niewidoczne  pulsowanie  morza  przekształciło  się  juŜ  w  długie  fale  tsunami,  które  z  niewiarygodną 

szybkością siedmiuset dwudziestu kilometrów na godzinę zmierzały w stronę lądu... 

 

 

KARTA PROGRAMOWA NR 1 

 

Elektroniczna  maszyna  licząca  jest  po  prostu  swego  rodzaju  maszyną  myślącą.  Zatem  jest  to 

urządzenie, które nie potrafi formułować problemów, ale moŜe myśleć. NaleŜy jednak wyposaŜyć je w kartę 

programową, czyli zestaw pytań zapisanych w zrozumiałym dla niej języku. 

 

 

1 

 

Gdy wszedłem, asystent Tanomogi zwrócił się do mnie i zapytał: 

- Co tam w komisji? 

Właśnie regulował maszynę, więc wciąŜ zerkał w monitor. Widocznie dopiero teraz zauwaŜył moją ponurą 

minę, dlatego nie czekając na odpowiedź westchnął i upuścił śrubokręt, który uderzył o podłogę. 

- Nie rzucaj! 

Tanomogi niechętnie schylił się i podniósł narzędzie, a następnie zwiesił bezwładnie ręce i uniósł brodę. 

- Kiedy w końcu przystąpimy do pracy? 

- A skąd ja mam wiedzieć? 

background image

Byłem  wściekły,  więc  tym  bardziej  draŜniło  mnie  czyjekolwiek  niezadowolenie.  Zdjąłem  marynarkę  i 

rzuciłem  ją  na  pulpit  sterowniczy.  Zdawało  mi  się,  Ŝe  w  tym  momencie  włączyła  się  maszyna.  Oczywiście  nic 

takiego nie mogło się zdarzyć, uznałem więc to za złudzenie. Jednocześnie przyszło mi do głowy coś wspaniałego. 

Chciałem tę myśl zapamiętać, lecz mi się nie udało. Psia krew... Jak tu gorąco... 

- Czy zaproponowali inny plan? 

- A mogli coś zaproponować? 

Po chwili Tanomogi dodał cicho: 

- Na chwilę zejdę na dół. 

- Oczywiście, i tak nie ma co tu robić. 

Usiadłem  i  zamknąłem  oczy.  Usłyszałem  oddalające  się  stukanie  drewnianych  sandałów  Tanomogiego. 

Dlaczego młodzi naukowcy w Japonii - niemal bez wyjątku - tak chętnie chodzą w drewniakach? Co to za dziwny 

zwyczaj? Cichnące kroki stawały się coraz szybsze. Widocznie podjął decyzję i to dodawało mu energii. 

Gdy uniosłem powieki, stojące na półce cztery  teczki z dokumentami  wydały  mi się teraz bardzo waŜne. 

Zawierały  wycinki  artykułów  poświęconych  maszynie  prognostycznej,  poczynając  od  ukończenia  “Moskwy  1" 

przed  trzema  laty.  Przedstawiały  teŜ  drogę,  jaką  ja  przeszedłem.  Na  ostatniej  stronicy  nawet  ta  jedyna  dla  mnie 

droga zaczęła znikać. 

background image

 

2 

 

Jak  na  ironię,  pierwsza  stronica  w  teczce  rozpoczynała  się  od  artykułu  pewnego  publicysty,  który 

radykalnie zmienił swe poglądy. “Specjaliści, otwórzcie oczy! - zwracał się na początku tekstu w taki sposób, jakby 

sam był wynalazcą maszyny prognostycznej. - Wehikuł czasu Wellsa, mimo Ŝe jakoby pozwalał odbywać podróŜe 

w czasie, był po prostu dziecięcą zabawką, poniewaŜ  nie przedstawiał  niczego  więcej poza przełoŜeniem ruchu  w 

czasie  na  przemieszczenie  się  w  przestrzeni.  Człowiek  widzi  bakterie  tylko  dzięki  mikroskopom.  Byłoby  jednak 

błędem  twierdzić,  iŜ  bakterie  w  ogóle  nie  istnieją,  tylko  dlatego,  Ŝe  są  niewidoczne  gołym  okiem.  Analogicznie 

ludzkość uzyskała moŜliwość widzenia przyszłości dzięki maszynie prognostycznej »Moskwa 1«. Istnieje więc juŜ 

wehikuł czasu! Znów stoimy na skrzyŜowaniu dróg historii i cywilizacji!" 

Rzeczywiście,  moŜna  i  tak  określić.  Mimo  wszystko  to  zbyt  duŜa  przesada.  Gdybym  ja  miał  się 

wypowiedzieć, uznałbym, Ŝe dzięki “Moskwie 1" ujrzano jedynie kilka kadrów z krótkiego filmu, a nie przyszłość. 

Wspomniany  film  zaczynał  się  następująco.  Najpierw  zegar  pokazywał  południe  i  wielką  otwartą  dłoń. 

Obok stał telewizor z tą samą sceną odbitą na ekranie. Następnie padł rozkaz zaciśnięcia dłoni. Wraz z  wybiciem 

godziny pierwszej inŜynier nakręcił tarczę na pulpicie, a po godzinie dłoń widoczna na ekranie zacisnęła się mocno. 

Przedstawiono jeszcze inne doświadczenia. Oto na sygnał “przestraszyłem się" na ekranie poderwał się do 

lotu śpiący dotąd ptaszek, a na sygnał “wypuścić z ręki" na ekranie spadła szklanka i rozbiła się na drobne kawałki... 

Na pewno mogły dziwić takie eksperymenty. Początkowo nawet mnie zaskoczyły. Lecz chodzi mi tu o coś 

innego. Oto trzy lata później pojawia się ten sam człowiek, ale piszący coś odmiennego, zupełnie inną historię. W 

czwartej  teczce  znalazłem  taki  oto  wycinek:  “W  istocie  rzeczy  prognozowanie  nie  jest  moŜliwe  na  tym  świecie. 

ZałóŜmy - ciągnął wywód publicysta - Ŝe wedle prognozy pewien męŜczyzna ma wpaść do dołu w ciągu godziny. 

No  dobrze,  ale  gdzie  znajdziecie  takiego  głupca,  który  wiedząc  co  go  czeka,  nie  powstrzyma  biegu  wydarzeń. 

Jeśliby nawet znalazł się taki osobnik, to musiałby to być człowiek podatny na wszelkie sugestie. Mielibyśmy wtedy 

do czynienia z sugestią, a nie z prognozowaniem. Tak  więc skończmy juŜ z tym pięknym  kłamstwem o  maszynie 

prognostycznej, a po prostu zmieńmy jej nazwę na maszynę sugestywną, za pomocą której wykorzystuje się ludzkie 

słabości". 

Ładna  historia;  niech  sobie  zmienia  nazwę,  na  jaką  chce!  Kto  kradnie  igłę,  ten  moŜe  ukraść  wszystko, 

zresztą  nie  tylko  on  jeden.  Nagle  wszyscy  zaczęli  reprezentować  odmienny  punkt  widzenia,  a  ja  stałem  się  odtąd 

elementem niebezpiecznym. 

Na zdjęciu znajdującym się na drugiej stronie w pierwszej teczce jeszcze się uśmiecham. PoniŜej fotografii 

figuruje moja wypowiedź na temat “Moskwy 1". 

“Oczywiście,  nie  uwaŜam  tego  za  trik.  Teoretycznie  jest  to  całkowicie  moŜliwe.  Nie  sądzę  teŜ,  Ŝeby 

urządzenie  to  róŜniło  się  czymkolwiek  istotnym  od  dotychczasowych  maszyn  liczących".  To  powiedział  doktor 

Katsumi  z  Centralnego  Instytutu  Techniki  Obliczeniowej  ze  spokojem  pewnego  siebie  specjalisty.  Było  to 

kłamstwo. Po prostu bardzo im zazdrościłem. A poniewaŜ mówiłem bez przekonania, jeden z dziennikarzy zapytał 

nie  kryjąc  gniewu:  “Czy  chce  pan  powiedzieć,  Ŝe  mógłby  pan  coś  takiego  wkrótce  skonstruować?"  “No  cóŜ, jeśli 

miałbym czas i pieniądze"... Do pewnego stopnia byłem szczery. “W zasadzie elektroniczne maszyny liczące mają 

pewnego  rodzaju  zdolności  prognozowania.  Problem  nie  tyle  w  maszynie,  co  w  jej  wykorzystaniu.  W 

programowaniu...  To  znaczy  w  działaniu  polegającym  na  przedstawieniu  problemu  w  języku  zrozumiałym  dla 

background image

maszyny,  co  wcale  nie  jest  łatwe.  Dotychczas  musiał  to  robić  człowiek.  »Moskwa  1«  do  pewnego  stopnia 

prognozuje  sama".  “Czy  wobec  tego  mógłby  pan  nam  opowiedzieć  swój  sen  o  przyszłości  wyobraŜonej  dzięki 

maszynie? " 

“Hm, w ogóle efektywność przewidywania jest odwrotnie proporcjonalna do wielkości czasu i wytraca się 

wraz  z  przyspieszeniem.  Jak  mogliście  się  przekonać  z  doniesień  prasowych,  zakres  prognozowania  jest 

zaskakująco  ograniczony,  prawda?  śeby  się  przekonać  o  tym,  iŜ  szklanka  się  rozbije,  kiedy  spadnie,  nie  trzeba 

korzystać z maszyny liczącej. Wie o tym nawet uczeń szkoły podstawowej. MoŜna brać pod uwagę róŜne sposoby 

zastosowania  maszyny  jako  pomocy  w  nauczaniu,  lecz  wydaje  mi  się,  iŜ  naleŜałoby  powstrzymać  się  od  zbyt 

fantastycznych oczekiwań". 

Szczerze  mówiąc, czułem zupełnie co innego, po prostu nie  mogłem pohamować palącej mnie zazdrości. 

Gdybym  siedział  z  załoŜonymi  rękami,  zostałbym  w  ogóle  wyeliminowany  z  gry  i  nie  mógłbym  im  dorównać. 

Zresztą  nie  zaznałbym  spokoju,  gdybym  mimo  wszystko  nie  podjął  wyzwania.  Poszedłem  więc  do  dyrektora 

instytutu,  następnie  rozmawiałem  z  kilkoma  znajomymi.  Nikt  jednak  po  zaspokojeniu  zwykłej  ciekawości  nie 

przejawiał  powaŜniejszego  zainteresowania  moją  propozycją.  A  juŜ  najbardziej  zdenerwowała  mnie  umieszczona 

obok  wypowiedź pewnego pisarza, który podzielał mój pogląd. (Oczywiście, on  nie  wiedział, o czym  mówił, lecz 

nic nie wydaje się bardziej prawdopodobne niŜ własna ignorancja...) 

“Być moŜe to całkiem naturalne, Ŝe komuniści, wtłaczający wszystko w ramy konieczności, nie mają innej 

przyszłości jak tylko taką, którą moŜna przewidzieć za pomocą maszyny. Nam, budującym przyszłość na podstawie 

wolnej  woli,  tego  rodzaju  maszyna  chyba  do  niczego  się  nie  przyda.  Nawet  jeśliby  ktoś  wbrew  rozsądkowi 

spróbował przedstawić naszą przyszłość, okazałaby się przezroczysta jak szkło. Najbardziej jednak obawiam się, Ŝe 

wiara w prognozę sparaliŜuje wraŜliwość moralną". 

W  końcu  nadarzyła  się  okazja.  Otwórzmy  drugą  teczkę.  “Moskwa  1"  zaczęła  demonstrować  szersze 

moŜliwości,  czego  zresztą  się  obawiałem.  To  nie  był  juŜ  sen,  lecz  rzeczywistość  -  jedną  po  drugiej  publikowano 

suche  i  praktyczne  prognozy.  Najpierw  bardzo  trafne  prognozy  pogody,  później  przewidywania  w  zakresie 

przemysłu i ekonomiki... 

Zmartwień  owych  dni  nie  mogę  potraktować  jednym  zdaniem.  Oto  nagle  Japonia  uzyskała  rachubę 

urodzaju ryŜu na bieŜący rok. Odniesiono się do niej dość nieufnie, mówiąc: “No dobrze, zobaczymy, co będzie za 

pół roku"... Wkrótce potem nadeszły kolejne dane: 

- ogólnokrajowe rozliczenia bankowe za pierwsze dwa kwartały; 

- przewidywana liczba nie spłaconych weksli w następnym miesiącu; 

- przewidywana sprzedaŜ w jednym z domów towarowych; 

- indeks cen w detalicznej sprzedaŜy w mieście Nagoya; 

- przewidywany stopień wypełnienia magazynów w porcie tokijskim. 

Te  prognozy  zaczęły  zaskakiwać  dokładnością,  procent  błędów  spadł  nawet  do  zera.  Na  końcu 

poszczególnych analiz publikowano wyjątkowo aroganckie oświadczenia: 

“»Moskwa  1«  potrafi  takŜe  przedstawić  prognozę  indeksu  cen  i  akcji  w  waszym  kraju,  moŜe  teŜ  podać 

stosunek  zasobów  produkcji  do  zapotrzebowania.  Powstrzymujemy  się  od  tego,  poniewaŜ  te  dane  mogłyby 

wywołać destabilizację ekonomiczną. Zawsze będziemy się kierować zasadami uczciwego współzawodnictwa"... 

Nasze zakłopotanie było tak duŜe, Ŝe nawet prasa wstrzymała się od szerszych komentarzy. RównieŜ inne 

wolne  kraje  otrzymały  podobne  przewidywania  i  teŜ  zareagowały  milczeniem,  które  trwało  dosyć  długo.  Rządy 

background image

wielu krajów nie poprzestały jednak na milczeniu. Pod naciskiem kręgów finansjery równieŜ i nasze władze zaczęły 

przygotowywać się do podjęcia jakiś kroków. 

Najpierw  w  Centralnym  Instytucie  Techniki  Obliczeniowej  załoŜono  odrębny  Dział  Rozwoju  Maszyny 

Prognostycznej.  Mnie  powołano  na  kierownika  tego  działu  -  trudno  się  zresztą  dziwić  tej  nominacji,  skoro  byłem 

jedynym  specjalistą  w  tej  dziedzinie  w  Japonii.  Mogłem  więc  poświęcić  się  wyłącznie  studiom  nad  maszyną 

prognostyczną. 

background image

 

Teczka trzecia 

 

Zgodnie  z  obietnicą  “Moskwa  1"  zachowała  odtąd  milczenie.  W  tym  czasie  Tanomogi,  człowiek  trochę 

gruboskórny,  ale  bardzo  zdolny,  był  moim  asystentem.  Praca  postępowała  zgodnie  z  planem  i  w  następnym  roku 

jesienią dobiegła końca. Mogłem więc zademonstrować przyszłość w telewizorze, pokazując rozbijanie się szklanki 

itp.  (Prognozowanie  zjawisk  jest  stosunkowo  łatwe).  Za  kaŜdym  razem  gdy  przedstawiałem  kilka  prostych 

eksperymentów,  rosła  moja  sława  i  rozgłos  maszyny,  spełniała  się  teŜ  nadzieja.  Wiem,  Ŝe  niektórych  ludzi 

napawałem  lękiem.  Kiedy  na  przykład  zająłem  się  przewidywaniem  wyników  wyścigów  konnych,  zainteresowani 

zaŜądali zaprzestania tego rodzaju analiz. W owym czasie z dumą myślałem o tym, Ŝe ten przypadek stanowi dowód 

potęgi maszyny. Dzisiaj wydaje mi się, Ŝe ten incydent był pierwszą złowieszczą oznaką przyszłego stosunku do nas 

jako  niebezpiecznych  dla  społeczeństwa.  (Nie  mam  pojęcia,  na  ilu  filarach  opiera  się  świat,  w  kaŜdym  razie  co 

najmniej  trzy  z  nich  to  na  pewno  ciemnota,  niewiedza  i  głupota).  Wówczas  znajdowaliśmy  się  na  grzbiecie  fali. 

Wtedy jeszcze przepełniała nas nadzieja. Nie  wiem dlaczego, ale szczególnym powodzeniem cieszyłem  się  wśród 

dzieci: często pojawiałem się w barwnych komiksach, gdy w blasku chwały wychodziłem z Wydzielonej Pracowni 

Instytutu  Techniki  Obliczeniowej  w  otoczeniu  własnych  robotów  (w  rzeczywistości  maszyna  wygląda  jak  rząd 

wielkich  metalowych  kontenerów  ułoŜonych  w  kształcie  litery  E  na  przestrzeni  około  siedemdziesięciu  metrów 

kwadratowych). Widocznie w komiksach musiały występować roboty, dlatego pojawiałem się w ich towarzystwie 

w  rozmaitych  sytuacjach  w  przyszłości  i  pokonywałem  złoczyńców.  W  końcu  gdy  uznałem,  Ŝe  wyposaŜenie 

maszyny jest wystarczające, skoncentrowałem się na ćwiczeniach i kształceniu. Mózg na nic by się ludziom nie zdał 

bez wiedzy i doświadczenia. PoŜywieniem dla mózgu jest przede wszystkim doświadczenie. A poniewaŜ maszyna 

nie  mogła  wychodzić  z  budynku,  musieliśmy  więc  być  jej  rękami  i  nogami,  biegać  wokół  i  zbierać  dla  niej 

informacje. Była to praca trudna, pochłaniająca pieniądze i siły. 

(Gromadziliśmy  głównie  dane  z  dziedziny  ekonomii,  czemu  trudno  było  się  dziwić,  biorąc  pod  uwagę 

profil naszego instytutu, a takŜe efekt psychologiczny prognoz “Moskwy 1"). 

Maszyna posiadała niemal nieograniczone zdolności przyswajania informacji. Nakarmiona przez człowieka 

potrafiła  je  przetrawiać,  jak  równieŜ  magazynować.  Jeśli  jakikolwiek  element  z  jej  systemów  ulegał  nasyceniu, 

otrzymywaliśmy  odpowiedni  sygnał.  Dzięki  temu  wiedzieliśmy,  Ŝe  od  tej  pory  dana  część  systemu  ma  zdolność 

budowania własnego programu. 

Pewnego  dnia  pojawił  się  pierwszy  sygnał.  Oznaczał  on,  Ŝe  maszyna  przyswoiła  wszystkie  funkcjonalne 

zaleŜności  między  zjawiskami  przyrody  wyraŜonymi  w  postaci  linii  krzywych.  Mogłem  więc  od  razu  wykonać 

próbę  mocy.  Dałem  jej  zadanie  przedstawienia  na  ekranie  rozwoju  fasolki  sojowej  w  ciągu  czterech  dni  od 

zamoczenia  w  wodzie.  Maszyna  wywiązała  się  wspaniale,  ukazując  proces  wzrostu  kiełka  do  wielkości  siedmiu 

centymetrów. Na pamiątkę tego dnia ogłosiłem oficjalną nazwę maszyny: “KEIGI-1". 

Tutaj kończy się  historia zawarta  w trzeciej teczce, naleŜy  przystąpić do otwarcia czwartej. Tam sytuacja 

ulega nagłej zmianie. 

 

 

Teczka czwarta 

 

background image

Mieliśmy  zamiar  uroczyście  świętować  narodziny  maszyny  prognostycznej.  Rozesłaliśmy  ankietę  z 

pytaniem  o  to,  co  maszyna  powinna  przewidywać.  Odbyliśmy  teŜ  wiele  narad.  Powstała  specjalna  Komisja  do 

Spraw  Prognozy.  Dziennikarze  niecierpliwie  czekali  na  decyzje.  Wtedy  nadeszła  wiadomość  o  skonstruowaniu 

“Moskwy 2". 

Informacji  towarzyszył  złośliwy  podarunek.  Dowiedziałem  się  o  tym  wcześnie  rano  dzięki  telefonowi  z 

redakcji jednej z gazet: 

-  Czy  słyszał  pan  prognozę  “Moskwy  2"?  Donoszą,  Ŝe  w  ciągu  trzydziestu  dwu  lat  powstanie  pierwsze 

społeczeństwo komunistyczne, a w roku 2018 upadnie ostatnie społeczeństwo kapitalistyczne. Co pan o tym sądzi, 

doktorze? 

Mimo woli się roześmiałem. Po namyśle zrozumiałem, Ŝe nie jest to wcale śmieszne. Co więcej, chciało mi 

się raczej płakać. PrzecieŜ nie tak znowu często docierały do mnie wieści, od których dostawałem niestrawności. 

Wszyscy  w  instytucie  rozmawiali  tylko  o  tym.  Przeczuwając,  Ŝe  coś  nieprzyjemnego  się  wydarzy, 

popadłem w depresję. 

Młodzi pracownicy instytutu rozmawiali w takim oto stylu: 

- Mimo Ŝe jest to maszyna, mówi takie banalne rzeczy. 

- Dlaczego? MoŜe to prawda? 

- Tę prognozę chyba sztucznie skonstruowano. 

- TeŜ tak myślę. Byłoby śmieszne, gdyby przyszłość dała się podporządkować jakimś “izmom". 

- To raczej ty jesteś śmieszny, nazywając to “izmem". 

- To całkiem proste przejście od stanu prywatnych środków produkcji do innego stanu... 

- Czy inny stan musi koniecznie oznaczać komunizm? 

- Ale jesteś głupi! To przecieŜ ten inny stan nazywają komunizmem. 

- Dlaczego twierdzą, Ŝe to jest banalne? 

- Niczego nie zrozumiałeś... 

-  PrzecieŜ  są  inne  sposoby  przejawiania  się  naszej  świadomości,  prawda?  Formy  świadomości  a 

rzeczywistość to dwie róŜne rzeczy. 

-  Co?  Co  w  tej  myśli  jest  takie  znowu  oryginalne?  Po  tej  wymianie  zdań  wszyscy  zebrali  się  w  moim 

gabinecie. Zapytali mnie, czy w tej kwestii moŜe nam pomóc maszyna. 

- A moŜe określimy, który z zębów Chruszczowa wypadnie najpierw, i w ten sposób utrzemy im nosa? 

Niestety nikt się nie roześmiał. 

Następnego  dnia  ukazało  się  oświadczenie  władz  amerykańskich.  “Istnieje  zasadnicza  róŜnica  między 

prognozą  a  przepowiednią.  Na  miano  prognozy  zasługuje  coś  dopiero  wtedy,  gdy  jest  oparte  na  załoŜeniach 

moralnych. Powierzenie tego zadania maszynie równoznaczne jest z negacją człowieczeństwa. RównieŜ w naszym 

kraju wcześniej ukończyliśmy prace nad maszyną prognostyczną, lecz słuchając głosu sumienia zrezygnowaliśmy z 

politycznego  jej  wykorzystania.  Postępowanie  ZSRR  tym  razem  jest  krokiem  zdradzieckim,  szkodliwym  dla 

pokojowego współistnienia, i z pewnością zagrozi teŜ międzynarodowej przyjaźni i wolności człowieka. UwaŜamy, 

Ŝ

e  prognozy  »Moskwy  2«  są  gwałtem  wobec  ducha  człowieczeństwa,  dlatego  ZSRR  powinien  jak  najszybciej 

odwołać swe oświadczenie i zrezygnować z wykorzystywania tego rodzaju maszyn. Jeśli tego nie uczyni, będziemy 

zmuszeni do wystąpienia w tej sprawie na forum ONZ" (wypowiedź sekretarza stanu Stroma). 

background image

Tak ostra reakcja naszego sojusznika, Ameryki, nie mogła nie wywrzeć wpływu na naszą pracę. To, czego 

się  bałem,  w  końcu  nadeszło.  Około  trzeciej  z  biura  dyrektora  otrzymaliśmy  zawiadomienie  o  nowym  składzie 

Komisji Programowej i jej nadzwyczajnym posiedzeniu. Urząd Statystyki zachował się jeszcze bardziej arbitralnie. 

Dokonał zmiany zespołu, zostawiając  w  nim tylko dyrektora i  mnie, usunął ekspertów technicznych i zredukował 

liczbę pracowników. 

Zebranie  odbyło  się  jak  zwykle  na  piętrze  głównego  budynku.  Nastrojem  róŜniło  się  od  dawniejszych 

narad,  podczas  których  opowiadaliśmy  sobie  błahe  dowcipy,  na  przykład  co  by  się  stało,  gdybyśmy  przewidzieli 

czas rozwodu nowoŜeńców. Tym razem rolę organizatora wziął na siebie Tomoyasu, pracownik Urzędu Statystyki, 

który powiedział najpierw tak: 

-  Komisja  zachowuje  dotychczasową  nazwę,  proszę  jednak  przyjąć  do  wiadomości,  Ŝe  jest  odtąd  czymś 

zupełnie innym. To znaczy, Ŝe określone kręgi uznały, iŜ w zasadzie skończył się okres studiów podstawowych. O 

programie  działania  będzie  decydować  komisja,  i  to  do  niej  naleŜy  decyzja  o  zgodzie  na  wykorzystanie  maszyny 

prognostycznej.  Oczywiście,  autonomia  nauki  w  okresie  badań  będzie  respektowana,  ale  skoro  juŜ  weszliśmy  w 

etap praktycznego zastosowania wyników badań, naleŜy teraz jasno określić zakres odpowiedzialności. O to właśnie 

chodzi. Ponadto odtąd obowiązuje zasada zamkniętych posiedzeń, proszę o tym pamiętać. 

Następnie  wstał  jakiś  nieznajomy  o  pociągłej  twarzy.  Przedstawił  się  wyliczając  długo  funkcje  i 

stanowiska,  lecz  nie  zrozumiałem  go  dobrze.  Był  chyba  jakimś  sekretarzem  ministra.  Nerwowo  zginając  długie 

cienkie palce mówił: 

- W ostatnim działaniu “Moskwy 2" nietrudno dopatrzyć się politycznego celu, na co zwrócono uwagę w 

oświadczeniu amerykańskim. Moim zdaniem sprawa wygląda następująco. Najpierw rozbudzili naszą ciekawość za 

pomocą  “Moskwy  1"  i  doprowadzili  nas  do  sytuacji,  w  której  nie  mogliśmy  nie  podjąć  własnych  badań  nad 

maszyną  prognostyczną.  I  tak  właśnie  uczyniliśmy.  (PrzecieŜ  nie  musi  patrzeć  teraz  akurat  na  mnie!)  Z  kolei  gdy 

uznaliśmy,  Ŝe  doszliśmy  do  etapu  praktycznego  zastosowania,  Rosjanie  uŜyli  maszyny  do  celów  politycznych, 

poniewaŜ liczą, Ŝe my równieŜ nie powstrzymamy się od podobnego kroku. W rezultacie wygląda to tak, jakbyśmy 

sami wprowadzili do naszego kraju szpiega w postaci maszyny prognostycznej. Zwłaszcza ten aspekt proszę wziąć 

pod rozwagę. Nie moŜemy dać się wmanewrować w określoną sytuację. Proszę to dobrze sobie uświadomić... 

Poprosiłem o głos. Zaniepokojony dyrektor spojrzał na mnie kątem oka. 

- Co wobec tego stanie się z programem opracowanym przez dotychczasową komisję? Sądzę, Ŝe będziemy 

mogli go zatwierdzić w tej postaci? 

- Z jakim programem?... - Gość zajrzał w papiery Tomoyasu. 

- Były trzy projekty... - Tomoyasu pospiesznie przejrzał dokumenty. 

-  Skąd  znowu  trzy?  -  wtrąciłem.  -  Na  pewno  opracowano  i  zatwierdzono  jeden.  Jest  to  problem 

mechanizacji  i  współzaleŜności  między  płacami  a  wartością  handlową  produktu.  Nie  zdecydowano  tylko,  którą 

fabrykę wziąć jako modelową... 

-  Proszę  poczekać  -  przerwał  Tomoyasu.  -  Prawo  podejmowania  decyzji  komisja  otrzymała  dopiero  od 

dzisiejszego posiedzenia. 

Utraciły więc waŜność wszystkie wcześniejsze programy. W przeciwnym razie... 

- PrzecieŜ wszystko zostało przygotowane! 

-  To  źle.  -  Drągal  roześmiał  się  przez  zaciśnięte  usta.  -  Ten  projekt  nie  wydaje  się  dobry.  Niesie  duŜe 

ryzyko powiązań z polityką. Rozumie pan? 

background image

Pozostali  członkowie  Komisji  równieŜ  się  roześmiali.  Co  ich  tak  bawi?  Nie  miałem  pojęcia.  Było  mi 

bardzo nieprzyjemnie. 

- Nie rozumiem. To znaczy, Ŝe akceptujemy zwycięstwo “Moskwy 2"? 

- No no, oni chcą, Ŝebyśmy tak myśleli. Proszę więc uwaŜać. Naprawdę... 

Znów  wszyscy  się  roześmiali.  Co  to  za  komisja  głupców!  Odechciało  mi  się  im  sprzeciwiać.  Polityka  za 

bardzo mnie nie obchodzi. Skoro pierwszy projekt nie ma szans, naleŜy przyjąć następny. 

- Wobec tego moŜe zatwierdzimy drugi projekt? A mianowicie, prognozę stanu zatrudnienia za pięć lat w 

warunkach finansowych ograniczeń, z jakimi obecnie mamy do czynienia. 

-  Ten  teŜ  chyba  nie  jest  odpowiedni.  -  Drągal  rozejrzał  się  po  sali,  jakby  szukał  poparcia  u  członków 

komisji. 

- Myśląc w ten sposób, nie znajdziemy Ŝadnych tematów nie związanych z polityką. 

- Tak pan myśli? 

- A pan? 

- Chcielibyśmy, Ŝeby to pan profesor to rozwaŜył... Pan jest specjalistą. 

- No dobrze, weźmy trzeci projekt, a mianowicie prognozę wyników następnych wyborów powszechnych 

do parlamentu... 

- To absurdalne! To jest najmniej odpowiedni projekt spośród przedstawionych. 

- Jest pewna sprawa, której nie rozumiem - wtrącił się milczący dotąd członek komisji. - Chodzi mi o to, co 

się dzieje, gdy pozna... Naturalnie, kaŜdy człowiek postępuje chyba inaczej. Czy jednak po ogłoszeniu prognozy nie 

następuje zmiana w zachowaniu? 

-  JuŜ  wielokrotnie  objaśniałem  tę  sprawę  poprzedniej  komisji...  Widocznie  powiedziałem  to  niezbyt 

uprzejmie, poniewaŜ Tomoyasu szybko wziął na siebie rolę wyjaśnienia problemu. 

-  W  tym  wypadku  bierze  się  pod  uwagę  wszczęcie  działań  po  ogłoszeniu  pierwszej  prognozy,  a  potem 

powtarza  się  prognozowanie...  Chodzi  tu  juŜ  o  prognozę  drugiego  stopnia...  Z  kolei  po  jej  ogłoszeniu  następuje 

trzeci  stopień  prognozowania.  Postępując  w  ten  sposób  moŜna  powtarzać  procedurę  wiele  razy,  nawet  w 

nieskończoność. Dzięki temu osiągamy prognozę maksymalnej wartości, to znaczy otrzymujemy wartość pośrednią 

w stosunku do pierwszej prognozy. Tak mogliby to panowie rozumieć. 

- Rzeczywiście, nieźle to pomyślano. - Jakiś bałwan z komisji kiwnął głową w moją stronę, jakby wyraŜał 

podziw. 

-  Słuchaj,  Katsumi-kun  -  szepnął  do  mnie  dyrektor  instytutu.  -  Czy  nie  znalazłby  się  jakiś  bardziej 

odpowiedni problem, na przykład zjawisko przyrodnicze? 

- Prognozę pogody robi Instytut Meteorologiczny. MoŜna połączyć go z naszą maszyną, byłoby to bardzo 

proste. 

- A moŜe coś bardziej złoŜonego... 

Milczałem.  Nie  mogłem  pójść  na  tak  duŜy  kompromis.  Jak  wytłumaczyłbym  się  przed  Tanomogim  i 

innymi  współpracownikami? Miałbym im powiedzieć, Ŝe przez pół roku zbieraliśmy dane na darmo? Problem nie 

polega  na  tym,  czy  przewidywać  zjawisko  naturalne  czy  społeczne.  Chodzi  o  to,  jak  wykorzystać  zdolności 

zaprogramowanej przez nas maszyny... 

Posiedzenie  zakończyło  się  wnioskiem  zobowiązującym  mnie  do  opracowania  nowego  projektu, 

uwzględniającego poglądy wyraŜone w toku dyskusji. Od tamtego dnia zebrania komisji odbywały się co tydzień, 

background image

ale za kaŜdym razem gromadziły coraz mniej osób, a na czwarte przyszedł tylko Tomoyasu, ów drągal i ja. Była to 

łatwa  do  przewidzenia  konsekwencja  nudnych  spotkań  przypominających  raczej  przesłuchania.  Tylko  wariaci 

mogliby nie zanudzić się na śmierć. 

Tanomogi od początku otwarcie wyraŜał sprzeciw wobec takiego zachowania członków komisji. UwaŜał, 

Ŝ

e  wynikało  ono  jedynie  z  chęci  uniknięcia  podejmowania  jakiejkolwiek  decyzji.  Narzekaliśmy,  lecz  nie 

szczędziliśmy  wysiłku,  mieliśmy  swą  zawodową  dumę  techników  i  specjalistów.  Staraliśmy  się  bowiem  ze 

wszystkich  sił  wykorzystać  naszą  wiedzę,  aby  stworzyć  program,  który  spodobałby  się  członkom  komisji.  Przed 

posiedzeniem nieraz spędzaliśmy bezsenną noc. 

Im cięŜej pracowaliśmy, tym bardziej byliśmy przekonani, Ŝe nie ma takiego problemu, który nie wiązałby 

się  z  polityką.  Na  przykład  chcąc  opracować  prognozę  rozwoju  terenów  uprawnych,  nie  mogliśmy  pominąć 

problemu rozwarstwienia klasowego rolników. Chcąc zbadać sieć dróg asfaltowych za ileś tam lat, wkraczaliśmy w 

sferę  budŜetu  państwa.  Nie  mogę  tu  omówić  wszystkich  przykładów,  wspomnę  tylko  o  tym,  Ŝe  przedstawiliśmy 

dwanaście projektów, które zostały odrzucone na kolejnych posiedzeniach komisji. 

W końcu odechciało mi się wszystkiego. Okazuje się, Ŝe polityka to coś takiego jak sieć pajęcza - oplątuje 

nas  tym  mocniej,  im  usilniej  staramy  się  z  niej  wydostać.  Nie  mam  zamiaru  wtórować  Tanomogiemu,  lecz  tutaj 

muszę chyba zgodzić się z nim i zająć bardziej zdecydowane stanowisko. 

Tym  razem  udałem  się  na  posiedzenie  komisji  demonstracyjnie  przyjmując  postawę  obronną.  Nie 

zapomniałem jednak dociąć Tanomogiemu: 

- Nie zapominaj, Ŝe w przeciwieństwie do ciebie, mnie polityka w ogóle nie interesuje. 

A jednak z posiedzenia wróciłem głęboko rozczarowany. 

 

 

5 

 

Zadzwonił telefon. 

-  Profesorze,  przepraszam,  trochę  przesadziłem...  Po  tym  wszystkim  omówiłem  wiele  spraw  z 

dyrektorem...  -  (Kłamie,  przecieŜ  nie  minęło  jeszcze  trzydzieści  minut  od  posiedzenia).  Był  to  członek  komisji, 

Tomoyasu.  -  Chodzi  o  to,  Ŝeby  pan  do  jutra  po  południu  przedstawił  nowy  projekt,  bo  inaczej  będziemy  mieli 

kłopoty... 

- Kłopoty? 

- Tak, musimy jutro złoŜyć raport na nadzwyczajnym posiedzeniu rządu. 

- MoŜecie to zrobić. Tak jak mówiłem... 

- Sensei, to nie tak. Nie wiem, czy panu wiadomo, ale jest propozycja, Ŝeby pracę maszyny przerwać... 

Oto  jak  daleko  zaszły  sprawy.  Czy  nadal  miałem  wałkować  co  tydzień  nikomu  niepotrzebne  projekty  z 

pochyloną głową? Nie, juŜ i to by nie pomogło. Czy powinienem moŜe wymazać pamięć maszyny i przywrócić ją 

do pierwotnego stanu niewiedzy, a następnie odstąpić ją komuś obcemu?... 

Jeszcze  raz  spojrzałem  na  teczki  leŜące  na  półce,  wstałem  i  popatrzyłem  na  maszynę.  Puste  kartki  aŜ  się 

prosiły o zapełnienie, a maszyna nie wiedziała - jak mi się zdaje - co zrobić ze swoimi umiejętnościami. “Moskwa 

2"  nie  płatała  juŜ  złośliwych  figli  nowymi  prognozami  dotyczącymi  róŜnych  obcych  krajów,  lecz  w  sprawach 

wewnętrznych osiągała dobre rezultaty. Zresztą, nikt do końca nie wiedział, jak było naprawdę i czy prognozy są tak 

background image

niebezpieczne  dla  wolności...  Czy  ta  wątpliwość  zrodziła  się  dlatego,  Ŝe  zostaliśmy  juŜ  poddani  oddziaływaniom 

taktyki psychologicznej. 

Gorąco...  strasznie  gorąco.  Nie  mogłem  usiedzieć  w  miejscu,  udałem  się  więc  na  dół  do  pracowni 

informacji. Gdy wszedłem do pokoju, zamarły oŜywione rozmowy. Na twarzy zmieszanego Tanomogiego pojawiły 

się czerwone plamki. Na pewno jak zwykle mnie krytykował. 

- Nie przeszkadzajcie sobie - rzekłem i usiadłem na wolnym krześle. Mimo Ŝe nie miałem takiego zamiaru, 

powiedziałem: - Zamykamy... Otrzymałem telefon... 

- Co to znaczy, o co chodzi? Jak przebiegło dzisiejsze posiedzenie komisji? 

- Nic szczególnego. Nic nie moŜna juŜ zrobić... Jak zwykle, po prostu rozmawialiśmy. I to wszystko. 

- Nie rozumiem... 

- Nie pojmuję... Ostatecznie przyznał im pan rację, twierdząc, Ŝe polityczne prognozy nas nie interesują? 

- Nic podobnego. Pewności nie mam. 

- Wobec tego nie ufa pan maszynie? 

-  To  im  powiedziałem.  Wtedy  uznali,  Ŝe  nie  ma  co  ufać  lub  nie  ufać  czemuś,  czego  działania  nie 

sprawdzono. 

- No więc mógłby pan chyba spróbować. 

- To nie takie proste jak się im wydaje. Ty teŜ myślisz tak, jak gdyby politykę moŜna było prognozować. 

Ten sposób myślenia juŜ jest polityką. 

Ku mojemu zaskoczeniu nawet zwykle wygadany Tanomogi milczał. Dlaczego? PrzecieŜ przytoczyłem nie 

moją  opinię.  Chciałem,  Ŝeby  mi  się  wręcz  przeciwstawił.  Ale  on  milczał,  natomiast  ja  -  zamiast  się  uspokoić  - 

poddawałem się opanowującej mnie wściekłości. 

-  Najogólniej  rzecz  biorąc,  prognozowanie  przyszłości  moŜe  w  ogóle  nie  mieć  sensu.  Skoro  wiemy,  Ŝe 

człowiek i tak kiedyś umrze? Czemu mogłaby słuŜyć prognoza? 

-  Chcielibyśmy  przynajmniej  uniknąć  śmierci  przypadkowej,  nie  związanej  ze  starością  -  powiedziała 

Wada  Katsuko.  Ta  zupełnie  przeciętna  dziewczyna  potrafiła  niekiedy  być  wyjątkowo  czarująca.  Skazą  na  urodzie 

był pieprzyk nad górną wargą, który w zaleŜności od oświetlenia wyglądał czasem jak smark z nosa. 

-  Czy  byłabyś  szczęśliwa,  gdybyś  wiedziała,  Ŝe  śmierć  jest  nieunikniona?  Czy  pracowałabyś  z  takim 

wysiłkiem nad budową maszyny prognostycznej wiedząc, Ŝe nie będziemy jej uŜywać? 

- Sensei, czy oni naprawdę to zrobią? - zapytał Tanomogi. 

- Nie przejmujmy  się tym, puśćmy  maszynę  w ruch  na pełną  moc i prognozujmy, a potem przedstawimy 

im rezultaty - zabrał głos Aiba, jak zawsze popierając Tanomogiego. 

- A jeśli rezultaty będą takie same, jakie ogłosili Sowieci? 

- NiemoŜliwe! - wykrzyknęła Wada. 

- A jeśli nawet, czy to cokolwiek by zmieniło? - zauwaŜył Aiba. 

- W porządku, dosyć. Sądzę, Ŝe pośród nas nie ma komunistów. 

-  Proszę  pana,  co  pan  chce  przez  to  powiedzieć?  -  Nagle  wszystko  stało  się  jeszcze  bardziej 

skomplikowane. 

- Mówią o tym. Ja sam w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. 

- A.... to dobrze. 

- Oni nie dorównaliby panu. 

background image

Wszyscy roześmiali się, jakby w poczuciu ulgi. A ja znienawidziłem siebie samego. 

- Czy to oznacza, Ŝe przerwanie naszych badań jest Ŝartem? 

Uśmiechnąłem  się  niepewnie  i  wstałem.  Gdy  Tanomogi  potarł  zapałkę  i  uniósł  w  moją  stronę, 

uświadomiłem sobie, Ŝe w ustach trzymam papierosa. Powiedziałem tak, Ŝeby tylko on to usłyszał: 

- Przyjdź potem na drugie piętro. 

Tanomogi spojrzał na mnie zdziwiony. Widocznie zrozumiał, o co mi chodzi. 

 

 

6 

 

- To prawda. Gdy rozmawiałem z wami, nagle zrozumiałem, co powinniśmy zrobić. 

Szum wentylatora był nieznośny. 

- Zastanawiałem się nad tym. Jakoś przyszło mi to na myśl w tym samym czasie. 

-  No  to  bardzo  dobrze,  wobec  tego  pomoŜesz  mi,  prawda?  Czeka  nas  wiele  bezsennych  nocy.  Nie  chcę, 

Ŝ

eby inni się o tym dowiedzieli. 

- Oczywiście. 

Zdjęliśmy  więc  od  razu  notatniki  z  półki,  rozszyliśmy  je  i  zaczęliśmy  tak  zestawiać,  Ŝeby  były  łatwo 

zrozumiałe dla maszyny. Ich treść winna jak najszybciej znaleźć się w jej pamięci. 

- Przejrzałem je pobieŜnie kilka razy. I odniosłem wraŜenie, Ŝe ta nasza maszyna wciąŜ próbowała coś mi 

powiedzieć... 

- Czy wchodzi w grę jej samoświadomość? 

-  Tak  przypuszczam.  W  kaŜdym  razie  jeśli  uda  mi  się  sprawić,  Ŝeby  maszyna  zrozumiała  własną  rolę,  z 

pewnością wymyśli sposób na przezwycięŜenie tego kryzysu. 

- Czy jednak będzie w stanie zajść tak daleko z obecnym zasobem danych? 

- Dalsze wyjaśnienia będą niezbędne, to prawda. Zarejestrujemy je na taśmie później. 

Wada przyniosła kilka kanapek i piwo na kolację. 

- Czy jeszcze coś jest potrzebne? - zapytała. 

- Dziękuję, to wystarczy. 

W pracy czas płynie szybko. Nim się obejrzałem, zrobiła się dziewiąta, a potem dziesiąta. Oczy musiałem 

chłodzić okładami z lodu. 

- Czy wprowadzimy do pamięci równieŜ prognozy “Moskwy 2"? 

- Oczywiście, to niezbędne... To waŜny punkt zwrotny dla przejścia od teczki trzeciej do teczki czwartej. 

- Na jaki adres wprowadzimy? 

- Na adres pośredni, z włączeniem wszystkich informacji z Rosji, dobrze? 

Rezultat  okazał  się  bardzo  interesujący.  Po  pierwsze,  stwierdzono  bardzo  duŜą  aktywność  maszyny 

prognostycznej  w  ZSRR  -  zresztą  wiedziałem  o  tym  w  punkcie  wyjścia  -  lecz  zaskoczyło  mnie  to,  Ŝe  nasze 

urządzenie  zareagowało  pozytywnie  na  prognozę  “Moskwy  2",  stwierdzającą,  iŜ  przyszłość  naleŜy  do  świata 

komunistycznego. 

- To dziwne... Jak ta maszyna wyobraŜa sobie komunizm? 

- Hm, ma chyba jakieś ogólne pojęcie. 

background image

- Spróbuj poszukać pod innym adresem reagującym na prognozy “Moskwy 2". 

Okazało się, Ŝe maszyna wyposaŜona w podstawowe dane rozumie komunizm w następujący sposób: 

Polityka - prognozowanie - nieskończoność

Komunizm  to  prognoza  o  maksymalnej  wartości,  a  mianowicie  jest  to  prognoza  polityczna 

nieskończonego wymiaru, ujawniająca się wtedy, gdy znane są wcześniej wszelkie inne prognozy. 

Doznałem dziwnego uczucia, jakbym stał się węŜem zjadającym własny ogon, lecz poniewaŜ definicja nie 

miała znaczenia, nic by nie dało doszukiwanie się błędu w rozumowaniu maszyny. Postanowiłem pójść dalej i kiedy 

wprowadziłem  wszystkie  dane,  jakimi  dysponowałem  w  tym  momencie,  minęła  dawno  trzecia.  Zjadłem 

przyniesione kanapki i poczułem się lepiej. 

- No dobrze, pod jakim kątem chcemy budować program? 

-  Co  to  znaczy  “pod  jakim  kątem"?  Jeszcze  nie  zaszliśmy  tak  daleko.  Zanim  do  tego  przystąpimy, 

chciałbym najpierw uzyskać odpowiedź na pytanie, jakich danych brakuje maszynie dla oceny sytuacji. 

Praca  okazała  się  nuŜąca  i  czasochłonna.  Nie  było  innego  wyjścia,  jak  tylko  uzbroić  się  w  cierpliwość  i 

posłuŜyć się swego rodzaju metodą prób i błędów, działać na wyczucie i po omacku. W końcu w oknie ukazał się 

słaby  odcień  błękitu.  To  czas  najgłębszego  znuŜenia.  Siedząc  bez  ruchu,  zacząłem  usypiać,  zastąpił  mnie  więc 

Tanomogi. Gdy po chwili obejrzałem się, Tanomogi równieŜ zapadał w sen. 

Nagle  w  tym  właśnie  momencie  dostrzegłem  wątłą  reakcję  na  moje  pytania.  Początkowo  nie  mogłem 

zrozumieć  jej  znaczenia.  Gdy  przeanalizowałem  adres  reagujący,  zrozumiałem,  Ŝe  z  jednej  strony  byłem  ja,  a  z 

drugiej inny męŜczyzna. W istocie mną była maszyna prognostyczna. Maszyna prognostyczna i człowiek? Co ona w 

ogóle pragnie powiedzieć? Chwileczkę, wieloznaczność tej reakcji zaleŜy być moŜe od wzajemnego znoszenia się 

danych?  Wobec  tego  pozostawiam  punkt  reagujący,  a  inne  miejsce  próbuję  skasować.  Kiedy  ja  kasuję,  wzrasta 

intensywność reagowania pozostałej części adresu. Nie tylko zresztą tam, gdzie kasowałem, ale wszędzie wzrastała 

reakcja. Niczego jednak nie mogłem zrozumieć. Co teŜ chce mi powiedzieć? 

W  tej  wieloznacznej  reakcji  nagle  dostrzegłem  coś,  co  mogłoby  być  odpowiedzią  na  moje  pytanie.  Na 

pytanie,  jakie  postawiłem,  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego...  No  właśnie,  jaki  jest  temat  programu,  który 

wprowadziłem  nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy?...  O  co,  u  licha,  chciałem  zapytać?  To  oczywiste.  O  to,  czy  jest 

moŜliwość  złamania  oporu  komisji...  Jeśli  istniałaby  taka  moŜliwość,  to  trzeba  by  wiedzieć,  jaki  projekt  byłby 

właściwy. 

I  to  pewnie  była  odpowiedź  maszyny.  Jeśli  przyjąłbym  ją  za  odpowiedź,  okazałoby  się  proste...  Tak, 

powinniśmy opracować prognozę dla jakiegoś przeciętnego człowieka, dla jego prywatnego Ŝycia składającego się z 

danych wykluczających się z danymi pochodzącymi z innego społeczeństwa. Chodzi mianowicie o jak najbardziej 

prywatne Ŝycie jednostki i jej przyszłość! 

Tak,  prawdopodobnie  o  to  chodzi.  Chyba  zbyt  lekcewaŜąco  podchodziłem  do  tej  maszyny.  Widocznie 

kryją  się  w  niej  większe  moŜliwości,  niŜ  sobie  wyobraŜałem.  Nie  ma  w  tym  nic  specjalnie  dziwnego,  Ŝe  dziecko 

przerasta i zaskakuje rodziców, a uczeń przechytrza nauczyciela. 

Natychmiast  obudziłem  Tanomogiego.  Początkowo  ogarnęły  go  wątpliwości,  nie  mógł  uwierzyć  w  moje 

przypuszczenia, ale w końcu dał się przekonać. 

-  Z  pewnością  zgadza  się  to  z  teorią.  Prognoza  polityczna  wydaje  się  czymś  przeciwnym  pod  kaŜdym 

względem w zestawieniu z przewidywaniem prywatnego, jednostkowego losu. A przynajmniej moŜemy załoŜyć, Ŝe 

tak jest. 

background image

- Kto moŜe być dobrym modelem? 

- Zapytajmy ją. 

Lecz maszyna najwyraźniej nie miała zamiaru typować modelu. W zasadzie kaŜdy moŜe być modelem. 

- Chyba musimy sami wybrać. 

- Dla prognozy pierwszego stopnia konieczne jest, Ŝeby obiekt nie wiedział, iŜ jest badany. 

- CzyŜ nie jest to wspaniałe zajęcie! 

- Naturalnie, masz rację. 

Rozpierała  mnie  radość.  Dotąd  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  o  ile  bardziej  od  prognoz  liczbowych  i 

graficznych  interesujący  jest  Ŝywy  człowiek.  To  zrozumiałe,  wręcz  nieuniknione,  Ŝe  w  tym  momencie  nawet  nie 

myśleliśmy o człowieku, którego w końcu wybierzemy i będziemy obserwować. 

Zdrzemnąłem się na sofie i przespałem chyba z pięć godzin. Od razu zadzwoniłem do Tomoyasu. 

O trzeciej nadeszła odpowiedź. 

-  Udało  się!  Na  decyzję  trzeba  poczekać  do  następnego  posiedzenia  komisji,  tym  razem  nawet  dyrektor 

biura jest nastawiony bardzo pozytywnie... 

Przestaliśmy  się  martwić,  poniewaŜ  wierzyliśmy  w  zdolności  maszyny,  a  ponadto  ogarnęło  nas 

niezrozumiałe  poczucie  pewności  siebie.  Mimo  to  odetchnęliśmy  z  ulgą  dopiero  wtedy,  gdy  usłyszeliśmy 

pozbawiony napięcia głos Tomoyasu. 

 

 

7 

 

O  czwartej  wyruszyliśmy  na  poszukiwanie  męŜczyzny.  Początkowo  nie  mieliśmy,  oczywiście,  pewności, 

Ŝ

e  ma  to  być  męŜczyzna.  Dlatego  dwukrotnie  rzuciliśmy  kartkę  z  napisem  po  jednej  stronie  “męŜczyzna",  a  po 

drugiej “kobieta" i dwa razy wyszło nam, Ŝe jednak ma to być “męŜczyzna". Postanowiliśmy poddać się wyrokowi 

losu. 

- MęŜczyzn jest całe mnóstwo. Kogo mamy szukać? 

- Czuję się zupełnie tak, jak wilk w stadzie owiec. 

- Nie wiadomo, kogo wybrać. Szkoda, Ŝe nie szukamy kobiety. 

- Ale będzie i kobieta. 

Najpierw  skłonni  do  Ŝartów  przemierzaliśmy  kilometry  w  radosnym  nastroju.  Jeździliśmy  metrem, 

pociągami, dotarliśmy do dzielnicy Shinjuku. W końcu poczuliśmy zmęczenie. 

- Nic z tego. Najpierw musimy ustalić jakiś typ. 

- Czy ma być to człowiek wyglądający na długowiecznego? 

- A moŜe taki, o którym z wyglądu niewiele moŜna powiedzieć? 

- To znaczy, Ŝe musi to być ktoś bardzo pospolity. 

Typów  pospolitych  równieŜ  jest  bardzo  duŜo.  Istnieje  ogromne  prawdopodobieństwo  pomyłki.  W  końcu 

około siódmej zmęczeni poszukiwaniami  weszliśmy do  kawiarni i zajęliśmy  miejsca przy oknie  wychodzącym na 

ulicę. 

I tak spotkaliśmy naszego męŜczyznę. 

background image

Siedział bez ruchu przy sąsiednim stoliku przed kubeczkiem lodów, z oczami utkwionymi  w jeden punkt 

ponad  drzwiami,  na  których  widniała  nazwa  kawiarni  wypisana  złotymi  znakami.  Lody  się  roztopiły  i  wypełniły 

naczynie po brzegi. Zamówił je, mimo Ŝe nie miał na nie ochoty. Dlatego pozwolił, Ŝeby stopniały. 

Gdy  obejrzałem  się,  spostrzegłem,  Ŝe  Tanomogi  teŜ  patrzył  uwaŜnie  w  jego  stronę.  Nie  wiem,  ile  trzeba 

czasu, Ŝeby lody się rozpuściły, lecz jeśli chodzi o mnie, ich  widok  wydał  mi się bardzo niepokojący. MęŜczyzna 

jakby  zwyczajny,  lecz  mimo  to  zdawał  się  mieć  coś  waŜnego  do  powiedzenia...  MoŜe  była  to  ocena  zbyt 

subiektywna, lecz fakt, iŜ jedynie nieznacznie się wyróŜniał, chyba idealnie odpowiadał naszym celom. 

Tanomogi  trącił  mnie  w  łokieć  i  mrugnął.  Kiwnąłem  głową  na  potwierdzenie.  Przyszedł  kelner  przyjąć 

zamówienie. Tanomogi początkowo poprosił o jakiś sok, podczas gdy ja zdecydowałem się na kawę. Ostatecznie on 

teŜ  wybrał  to  samo  co  ja.  W ciszy  czekaliśmy  więc  na  kawę.  Z  powodu  zmęczenia,  a  moŜe  pod  cięŜarem  rychłej 

decyzji,  zacisnęliśmy  usta  i  milczeliśmy.  Tak  czy  owak,  to  niewaŜne,  kim  jest  ten  męŜczyzna.  Wystarczy,  Ŝe  jest 

najzwyklejszy,  a  przy  tym  spotkany  najzupełniej  przypadkowo,  w  dodatku  ma  pewne  cechy  szczególne.  Nie 

moŜemy  podjąć  ostatecznej  decyzji,  dopóki  nie  przeprowadzimy  próby.  W  dodatku  jesteśmy  juŜ  zmęczeni 

szukaniem.  Moglibyśmy  bez  końca  wahać  się  i  zastanawiać.  Czuliśmy  jednak,  Ŝe  i  tak  skończyłoby  się  na  tym 

męŜczyźnie, który pozwolił, Ŝeby lody się roztopiły. 

Mimo  upału  miał  on  na  sobie  flanelową  marynarkę,  nieco  zniszczoną,  lecz  dobrze  uszytą.  Siedział 

wyprostowany i sztywny. Od czasu do czasu zmieniał tylko pozycję nóg. W leŜącej na stole ręce nerwowo zaciskał 

zapalonego papierosa. 

Nagle  rozległa  się  hałaśliwa  muzyka.  To  osiemnastoletnia  dziewczyna  w  czarnej  spódniczce  do  kolan  i 

czerwonych  sandałach  włoŜyła  dziesięciojenową  monetę  do  szafy  grającej.  MęŜczyzna  drgnął  i  obejrzał  się, 

mogłem  więc  zobaczyć  jego  twarz,  jakŜe  znerwicowaną  i  zbolałą,  znieruchomiałą  nad  czarną  muszką,  jakby 

przyśrubowaną.  Wyglądał  na  pięćdziesiąt  lat,  lecz  trochę  przypominał  mi  dziecko.  Być  moŜe  dlatego,  Ŝe  miał 

ufarbowane włosy. 

Muzyka  wydała  mi  się  wyjątkowo  wulgarna.  Tanomogiemu  chyba  jednak  wcale  nie  przeszkadzała,  bo 

zaczął  wybijać  palcami  jej  rytm  i  jakby  uspokojony,  wypił  łyk  kawy.  Naraz  przechylił  się  w  moją  stronę  i 

powiedział: 

- Proszę pana, im więcej mu się przyglądam, tym bardziej jestem pewny, iŜ jest on tym męŜczyzną, którego 

szukamy. Zdecydujmy się więc na niego... 

Ja  po  prostu  przechyliłem  głowę  w  bok.  Nie  chciałem  mu  dokuczać.  Ni  stąd,  ni  zowąd  opanował  mnie 

nieznośnie  przykry,  przygnębiający  nastrój.  Gdy  myślałem  o  moŜliwości  przewidywania  przyszłości  jednostki, 

wydało mi się to pomysłem wspaniałym, lecz gdy miałem przed oczyma konkretnego człowieka, straciłem wiarę w 

znaczenie tego przedsięwzięcia, wręcz opanowały mnie głębokie wątpliwości. Wczoraj w nocy byłem przemęczony. 

I  być  moŜe  źle  odczytałem  komunikat  maszyny  prognostycznej.  Mogło  zdarzyć  się  i  tak,  Ŝe  zinterpretowałem 

komunikat  tak,  jak  mi  było  wygodnie,  przy  świadomości  braku  jakiegokolwiek  wyjścia  z  sytuacji,  w  nastroju 

frustracji wywołanym przez bezowocne posiedzenia komisji. 

-  Co  pan  powiedział?  Teraz  mielibyśmy  się  wycofywać?  -  Zaskoczony  Tanomogi  podejrzliwie  zmruŜył 

oczy.  - PrzecieŜ było to polecenie  maszyny...  A  w dodatku pan specjalnie starał  się o zatwierdzenie tego projektu 

przez Tomoyasu... 

- Na razie mamy zgodę nieformalną. Nie wiadomo, co powie komisja. 

background image

- Byłoby to głupotą... - Zacisnął wargi. - W kaŜdym razie skoro dyrektor jest nastawiony pozytywnie, nie 

powinno być specjalnego problemu. 

-  Czy  to  wiadomo?  Do  kolejnego  posiedzenia  moŜe  całkowicie  zmienić  zdanie.  Nawet  gdybyśmy 

przekonywali,  Ŝe  całe  przedsięwzięcie  nie  ma  związku  z  polityką,  to  i  tak  mogą  powiedzieć,  Ŝe  nie  ma  powodu 

wydawać  pieniędzy  na  próŜno.  Od  tego,  czy  komisja  wyrazi  zgodę,  zaleŜy,  czy  będziemy  mieli  pieniądze  na  te 

badania, czy nie. To nie jest prosta sprawa, uzaleŜniona jedynie od mojego widzimisię. 

- PrzecieŜ ostatecznie maszyna zleciła nam to zadanie. 

- Byliśmy wtedy śpiący. MoŜe po prostu źle ją odczytaliśmy. 

- Nie sądzę - zdecydowanie zaprzeczył Tanomogi i rozlał jednocześnie wodę ze szklanki. Wyjął chusteczkę 

i  wycierając  spodnie,  mówił  dalej:  -  Przepraszam.  Ja  jednak  wierzę  w  maszynę.  Wszyscy,  włącznie  z  członkami 

komisji,  pozostawaliśmy  pod  wpływem  “Moskwy  2".  Staraliśmy  się  stworzyć  program  oparty  tylko  na  danych 

socjologicznych.  Bazując  jedynie  na  materiale  obiektywnym,  dochodzi  się  być  moŜe  do  najwyŜszej  wartości  w 

prognozowaniu,  czyli  do  komunizmu.  Innymi  słowy,  skoro  wykorzystywaliśmy  maszynę  jednostronnie  do  celów 

praktycznych, to rezultat nie mógł być inny. W tym sensie ocena przedstawiona przez maszynę, Ŝe komunizm jest 

maksymalną wartością prognostyczną, wydaje się bardzo interesująca. Dla człowieka najwaŜniejszy jest człowiek, a 

nie  zbiorowisko  ludzkie.  Jeśli  społeczeństwo  nie  jest  dla  niego  dobre,  to  nic  mu  nie  pomoŜe  nawet  najlepsza 

organizacja. 

- A więc...? 

- Chodzi mi o to, Ŝe pomysł maszyny, aby przewidzieć przyszłość pewnej jednostki, jest naprawdę godny 

uwagi. Jeśli go zrealizujemy, osiągniemy chyba wynik całkowicie odmienny od wniosków “Moskwy 2". 

- Maszyna tego nie sugerowała. 

- Oczywiście, Ŝe nie. Nawet nie muszę koniecznie w to wierzyć. Po prostu chcę powiedzieć tylko tyle, Ŝe 

jeśli  twierdzę,  iŜ  uda  się  to  zrobić,  to  wyobraŜam  sobie  tylko  to,  Ŝe  uda  się  jakoś  przekonać  komisję.  Wówczas 

uzyskalibyśmy  szybko  wiele  konkretnych  korzyści.  Jeśli  eksperyment  się  powiedzie,  a  maszyna  wykryje  zasadę, 

wedle której moŜna będzie przewidywać los człowieka... Na przykład odtworzy przeszłość i przedstawi przyszłość 

przestępcy... Jeśli pozwoli to na wydanie wyroku absolutnego, to moŜna by teŜ u zarania zapobiec przestępstwom. 

Przy  tym  moŜna  by  posługiwać  się  tą  metodą  w  waŜnych  sytuacjach  Ŝyciowych,  jak  na  przykład  uzyskać  poradę 

małŜeńską,  ustalić  miejsce  pracy,  postawić  diagnozę  w  chorobie,  a  jeśli  zaszłaby  potrzeba,  to  nawet  przewidzieć 

czas śmierci... 

- Czemu miałoby to słuŜyć? 

-  Ot,  na  przykład,  zakłady  ubezpieczeń  bardzo  by  się  ucieszyły.  -  Tanomogi  roześmiał  się,  jakby  z 

triumfem, i dodał złośliwie: - Idąc tym tropem dojdziemy do wniosku, Ŝe maszyna ma nieograniczone moŜliwości, 

prawda? Myślę, Ŝe jest to bardzo interesujący plan... 

- Prawdopodobnie masz rację. Ja teŜ właściwie nie wątpię w mądrość maszyny. 

- To dlaczego pan powiedział, Ŝe moŜe źle odczytaliśmy jej komunikat? 

-  Po  prostu  tak  sobie,  na  wszelki  wypadek.  Zastanawiam  się,  jak  byś  się  czuł,  gdybyś  został  materiałem 

doświadczalnym? Chyba nie najlepiej? 

- Nie mógłbym zostać. Wiem wszystko o maszynie, nie spełniałbym podstawowych warunków. 

- Przypuśćmy, Ŝe nic o niej nie wiesz. Mówię czysto hipotetycznie. 

- W takim razie byłoby mi to obojętne. 

background image

- Czy naprawdę? 

- Całkiem obojętne. Profesorze, pan jest znuŜony. 

Być  moŜe  jestem  znuŜony,  ale  teŜ  jestem  odłączony  od  maszyny.  Jak  mogłem  dopuścić  do 

wyeliminowania mnie przez maszynę i odsunięcia przez Tanomogiego. Czy muszę na to się godzić? 

background image

 

8 

 

Skończyliśmy pić kawę. Upłynęło jeszcze około dwudziestu minut. W końcu męŜczyzna wstał z miejsca. 

Widocznie  nie  przyszła  osoba,  na  którą  czekał.  Opuściliśmy  kawiarnię  chwilę  później. W  mieście  powoli  zapadał 

zmierzch.  Spieszący  się  drobnymi  krokami  tłum,  skrupulatnie  zbierając  cząsteczki  sztucznego  światła,  tworzył 

ś

cianę - zdawałoby się - mającą z całych sił odepchnąć atakującą noc. 

MęŜczyzna,  jakby  nigdy  nic  się  nie  zdarzyło,  wyszedł  z  kawiarni  i  ruszył  wąskim  zaułkiem  w  stronę 

głównej  ulicy.  Szedł  równym  krokiem.  Po  drugiej  stronie  jezdni,  u  wejść  do  małych  barów  i  knajpek  ściśniętych 

jedna przy drugiej, stali jacyś przebierańcy w dziwnych strojach, i ochrypłym głosem przywoływali gości. SpręŜyste 

kroki męŜczyzny nie pasowały do tego tła, więc tym większe robiły wraŜenie. 

Gdy doszedł do głównej ulicy, po której jeździł tramwaj, nagle odwrócił się zdecydowanie. Zaniepokojony 

stanąłem w miejscu, a wtedy Tanomogi trącił mnie w ramię i szepnął: 

- Proszę się nie zatrzymywać, bo nas zauwaŜy. 

Za  nami  rozległy  się  głosy  dziewcząt  zapraszających  do  barów.  Nie  było  innego  wyjścia,  musieliśmy  iść 

dalej,  prosto  ku  męŜczyźnie,  który  stał  i  patrzył  w  naszą  stronę.  Nie  zwracał  jednak  na  nas  uwagi,  wydawał  się 

zamyślony.  Spojrzał  na  zegarek  i  od  razu  skierował  się  tam,  skąd  przyszedł.  Znów  rozległy  się  głosy  dziewcząt, 

które chyba uznały, Ŝe męŜczyzna uległ ich namowom. Poczułem, jak napinają mi się mięśnie twarzy. 

MęŜczyzna wrócił, aby jeszcze raz wejść do kawiarni. Widocznie wewnątrz nie dostrzegł osoby, na którą 

czekał,  bo  znów  wyszedł  na  ulicę  i  ruszył  w  tę  samą  stronę  co  poprzednio.  Teraz  juŜ  nikt  go  nie  wołał.  Kiedy 

przechodziłem  obok  jednego  z  barów,  jakiś  gość  splunął  na  mój  widok.  Pewnie  zauwaŜył,  Ŝe  kogoś  śledzę. 

Inwigilacji nikt nie traktuje jako zajęcia szczególnie godnego pochwały. 

- W końcu ten męŜczyzna sam wpadnie do jakiejś pułapki, nie zdając sobie z tego sprawy. 

- Prawdę mówiąc, wszyscy tkwimy w pułapkach. 

- Dlaczego? 

- A czy tak nie jest? 

MęŜczyzna szedł prosto na południe główną ulicą. Obok znajdował się teren budowy ogrodzony płotem z 

desek,  ulica  tonęła  w  ciemności.  Przeszedłszy  około  dwustu  metrów  męŜczyzna  ruszył  na  drugą  stronę,  po  chwili 

zawrócił, minął uliczkę, z której wszedł na główną drogę, i skręcił w prawo, w ulicę oświetloną lampami łukowymi, 

prowadzącą do sal kinowych. Dotarł do końca i znów zawrócił. 

- Wygląda na to, Ŝe nie wie, gdzie się znajduje. 

- Jest zdenerwowany, poniewaŜ nie przyszedł ktoś, na kogo czekał. 

- Mimo to krąŜy jakoś zupełnie bez sensu. Ciekawe, jaki jest jego zawód? 

-  Hm,  właśnie,  ja  teŜ  o  tym  samym  pomyślałem.  Najwyraźniej  przywykł,  Ŝe  go  obserwują.  Chyba  od 

dawna pracuje w miejscu, w którym musi wciąŜ zwracać uwagę na to, jak wygląda w oczach innych ludzi. 

- Ciekawe, czym się zajmuje? Czy mamy prawo do tego, co teraz robimy? 

- Prawo? 

Odwróciłem się sądząc, Ŝe Tanomogi Ŝartuje, lecz nawet się nie uśmiechnął. 

-  Tak,  prawo...  Nawet  lekarz  nie  ma  prawa  eksperymentować  na  człowieku  bez  zachowania  dostatecznej 

ostroŜności i rozwagi. Jeśli nie będziemy uwaŜni, nasze działania staną się czymś w rodzaju wiwisekcji. 

background image

- Przesadza pan. Jeśli zachowamy je w tajemnicy, nie przyniesiemy mu Ŝadnej szkody. 

- MoŜe... Gdybym był na jego miejscu, na pewno szlag by mnie trafił. 

Tanomogi milczał, lecz nie wyglądał na szczególnie zmartwionego. Pracowałem z nim przez pięć lat, więc 

miałem  okazję  przejrzeć  go  na  wylot.  Tak  jest,  nie  ma  zamiaru  się  tłumaczyć,  nie  zrezygnuje  teŜ  z  obserwacji 

niezaleŜnie od tego, co mu powiem. Nawet jeśli maszyna wyda polecenie popełnienia morderstwa, chyba nie potrafi 

jej odmówić. Uczyni to, chociaŜ niechętnie. Ten wyglądający tak zwyczajnie męŜczyzna w średnim wieku, którego 

obserwowaliśmy,  krył  w  sobie  -  jak  mi  się  zdawało  -  jakąś  tajemnicę.  W  końcu  zostanie  całkowicie  obnaŜony  - 

odsłoni  się  nie  tylko  jego  przeszłość,  ale  takŜe  przyszłość.  Gdy  o  tym  myślałem,  czułem  taki  ból,  jakby  to  mnie 

miano obnaŜyć. Zrezygnowanie z maszyny prognostycznej przeraŜało mnie jednak znacznie bardziej. 

 

background image

 

9 

 

Przez  cały  wieczór  nie  spuszczaliśmy  męŜczyzny  z  oczu.  Szliśmy  jego  śladem  wąskimi  uliczkami  niby 

korytarzami jakiegoś biura w czasie roznoszenia papierów. Widzieliśmy, jak raz gdzieś zadzwonił, zajrzał do salonu 

gry  w  pachinko,  po  raz  pierwszy  na  piętnaście  minut,  a  za  drugim  razem  na  dwadzieścia.  Nigdzie  więcej  juŜ  nie 

wstąpił,  tylko  nieustannie  krąŜył.  WyobraŜaliśmy  sobie,  Ŝe  kobieta  nie  przyszła  na  umówione  spotkanie.  A  kiedy 

męŜczyzna osiąga pewien wiek - ja teŜ zbliŜam się do tych samych lat... - nie spodziewa się czegokolwiek dobrego 

od przypadku. Niczemu w świecie nie moŜe juŜ się dziwić. Nie odczuwa potrzeby włóczenia się po ulicach bez celu 

po  to,  aby  dać  upust  impulsom.  Tylko  kobieta  mogłaby  załamać  jego  wewnętrzną  równowagę  i  doprowadzić  do 

stanu, w jakim się teraz znajdował: do niemal groteskowego, wprost zwierzęcego przeraŜenia. 

Nasze  przypuszczenia  okazały  się  słuszne.  Nie  było  to  zresztą  tak  zaskakujące.  ZbliŜała  się  jedenasta, 

kiedy  znów  gdzieś  zadzwonił  z  telefonu  publicznego,  znajdującego  się  u  wejścia  do  sklepu,  i  z  kimś  rozmawiał. 

(Tanomogi  odwaŜnie  zbliŜył  się  i  zdołał  zanotować  numer  telefonu).  Następnie  męŜczyzna  wsiadł  do  tramwaju, 

wysiadł  na  piątym  przystanku,  po  czym  wspiął  się  stromą  uliczką  kilkadziesiąt  metrów  i  dotarł  do  niewielkiego 

budynku mieszkalnego, na tyłach ulicy handlowej. 

Przy  bramie  męŜczyzna  rozejrzał  się  na  boki  i  zawahał.  W  tym  czasie  w  głębi  za  rogiem  kupowaliśmy 

papierosy. (Musiałem kupić ponad dziesięć paczek). Gdy w końcu męŜczyzna wszedł do domu, Tanomogi wśliznął 

się  za  nim.  Jeśli  wszystko  dobrze  pójdzie,  zbliŜy  się  do  mieszkania  i  odczyta  nazwisko  na  drzwiach.  Gdyby 

zatrzymał go gospodarz domu, wtedy wepchnie mu pieniądze do ręki i wykorzysta okazję na zdobycie niezbędnych 

informacji.  Ja  natomiast  obserwowałem  dom  od  strony  bramy.  Na  parterze  były  trzy  okna  zasłonięte  firankami, 

wewnątrz paliło się światło. Na piętrze znajdowały się cztery okna; w co drugim światła były wygaszone. 

Po chwili w najdalszym oknie zapaliło się światło i zakołysał się powiększony cień człowieka. Nagle znów 

zapadła ciemność. Tanomogi wybiegł z domu w skarpetkach, z butami w rękach. 

-  Widziałem!  Wizytówkę  na  drzwiach...  Faktycznie,  figurowało  tam  nazwisko  kobiety:  Kondo  Chikako, 

imię  zapisane  fonetycznie...  -  Ukryty  w  cieniu  bramy  pochylił  się  i  cięŜko  dysząc  wkładał  buty.  -  Ale  miałem 

przeŜycia! Naprawdę... po raz pierwszy robiłem coś takiego. 

- Chwileczkę, czy światło się paliło? 

- Tak, zapaliło się. Poza tym usłyszałem uderzenie, jakby coś upadło... 

- W pokoju w głębi, prawda? 

- ZauwaŜył pan to? 

- To bardzo dziwne. Światło paliło się, a potem zgasło i zapanowała ciemność. 

- Ach, a moŜe oboje tak namiętnie ze sobą się... 

- Byłoby dobrze, gdyby o to chodziło. Mam nadzieję, iŜ on nie zauwaŜył, Ŝe go śledziliśmy. 

- Naturalnie, Ŝe nie. Gdyby coś spostrzegł, starałby się wcześniej nas zgubić. 

Mimo  tych  uspokajających  słów  miałem  złe  przeczucia.  Nasz  pierwotny  plan  ograniczał  się  do  zdobycia 

nazwiska  i  adresu  męŜczyzny.  Nie  zakładaliśmy  konieczności  śledzenia  go  przez  dłuŜszy  czas,  na  przykład  przez 

całą noc. Obaj prawie nie spaliśmy od wczoraj, a poza tym nie zdecydowaliśmy się jeszcze, czy posłuŜymy się tym 

męŜczyzną  jako  królikiem  doświadczalnym.  Braliśmy  teŜ  pod  uwagę  moŜliwość  zainteresowania  się  kobietą 

background image

najpierw  jako  postacią  drugoplanową,  a  następnie,  w  miejsce  męŜczyzny,  jako  głównym  obiektem  w  naszych 

badaniach. Tanomogi teŜ skłaniał się ku takiemu rozumowaniu. 

- Tak jak pan powiedział, bez wątpienia kobieta równieŜ jest uwikłana w sprawę, prawda? 

- Zresztą wszystko jedno, męŜczyzna czy kobieta, chodzi o pojedynczego człowieka. 

Postanowiliśmy  wycofać  się  na  pewien  czas.  Wyszliśmy  na  ulicę,  gdzie  rozstałem  się  z  Tanomogim  i 

skierowałem  się  do  domu.  Idąc  trzymałem  się  ręką  za  bolącą  głowę.  Słuchając  opowiadania  Ŝony  o  tym,  jak  to 

dzieci pokłóciły się  w szkole,  wielokrotnie próbowałem opanować senność, lecz  w końcu  wpadłem  w otchłań snu 

tak wielką, Ŝe mogła mnie całego pochłonąć. 

 

 

10 

 

Następnego dnia rano spałem dłuŜej niŜ zwykle. Dopiero po dziesiątej przybyłem do instytutu. Początkowo 

-  sam  nie  potrafiłem  tego  wyjaśnić  -  myślałem,  Ŝe  poinformuję  członków  instytutu  o  planie  działania  dopiero  po 

opracowaniu  go  i  po  zaakceptowaniu  przez  komisję.  Dlatego  nie  powiedzieliśmy  nikomu  nawet  o  naszej 

wczorajszej  przygodzie.  MęŜczyzna,  którego  śledziliśmy,  był  dla  nas  nikim;  nie  zachodziła  więc  potrzeba 

prowadzenia  wielostronnych  uzupełniających  badań,  jak  to  zwykliśmy  czynić  dotąd.  Miało  to  więc  swoje  dobre 

strony. 

Gdy  jednak  przystąpiliśmy  do  badań,  zrozumiałem,  Ŝe  nie  moŜna  lekcewaŜyć  trudności  w  odsłonięciu 

prywatnego  Ŝycia  człowieka.  Sprawa  ta  byłaby  do  pokonania,  jeśli  mielibyśmy  dość  czasu  na  zrobienie  zarysu 

planu. Sęk w tym, Ŝe do następnego posiedzenia komisji pozostało zaledwie pięć dni. Jeśli komisja nie zatwierdzi 

tego projektu, warunki dziś dobre ulegną pogorszeniu, a pracownia zostanie zamknięta przynajmniej na jakiś czas - 

co do tego nie miałem wątpliwości. 

W drodze do instytutu zdecydowałem się zmienić taktykę, a mianowicie postanowiłem przedstawić projekt 

członkom  instytutu  i  przyjąć  postawę  gotowości  do  współpracy.  Jeśli  w  zaufaniu  zobrazuję  im  całą  sytuację,  na 

pewno  dochowają  tajemnicy.  Pracę  poprowadzę  rutynowo,  podzielę  ludzi  na  dwie  grupy:  jedną,  która  zajmie  się 

wyjaśnieniem, kim jest kobieta, i drugą badającą wątek męŜczyzny. Ustalę teŜ dokładnie zadania grup. W ciągu dwu 

dni zbiorę tyle danych, ile się da, i na tej podstawie wyciągnę wnioski co do kierunku dalszych działań, a takŜe ich 

moŜliwości i perspektyw. Tak czy owak, najpierw naleŜy uzyskać aprobatę komisji. 

Zanim  wszedłem  do  swego  biura,  zajrzałem  do  pracowni  na  dole  w  poszukiwaniu  Tanomogiego. 

Usłyszałem, Ŝe on juŜ czeka na  mnie  w pokoju obliczeniowym  na piętrze. Poleciłem, Ŝeby  wszyscy  się zebrali na 

pierwszym piętrze, poniewaŜ mam coś do przekazania i od razu poszedłem do Tanomogiego. 

Siedział  z  łokciami  na  stole  obok  pulpitu  aparatu  kontrolnego.  Nawet  się  ze  mną  nie  przywitał,  tylko 

spojrzał chłodno. To było do niego niepodobne. 

- Co robimy, Sensei? - zapytał nagle, nie zmieniając pozycji. 

- Niby z czym? 

-  Stało  się  coś  nieprzewidzianego.  -  RozłoŜył  gazetę,  wyprostował  ją  i  wycelował  we  mnie  palec,  jakby 

mnie o coś obwiniał. 

- O co chodzi? 

Tanomogi, zaskoczony moim zachowaniem, uniósł brodę, odsłaniając swą długą szyję. 

background image

- Sensei, nie czytał pan jeszcze gazety? 

W tym  momencie postukujący drewnianymi sandałami ludzie z pracowni  gromadzenia  danych  wchodzili 

po schodach. Tanomogi z niepokojem wpatrywał się we mnie, następnie wstał i zapytał: 

- Co to wszystko znaczy? 

- To ja ich zwołałem, zamierzałem rozdzielić pracę. 

-  To  nie  są  Ŝarty,  proszę  spojrzeć!  -  Wcisnął  mi  do  ręki  gazetę,  głośno  otworzył  drzwi  i  zwrócił  się  do 

grupki, która juŜ zdąŜyła się zebrać. - Później, proszę przyjść później! Gdy skończymy, zawołam was... 

Usłyszałem  jakąś  złośliwość  wypowiedzianą  przez  Wadę  wysokim,  niezadowolonym  tonem,  lecz  nie 

zrozumiałem słów.  Zresztą było to najmniejsze zmartwienie. Wpatrywałem się  w zakreślony  na czerwono tekst  w 

rogu szpalty i nagle wydało mi się, Ŝe powietrze wokół mnie stało się kleiste i oblepiło mnie niczym miód. 

 

GŁÓWNY  KSIĘGOWY  POWIESZONY  PRZEZ  KOCHANKĘ  Jedenastego  około  północy  w  dzielnicy 

Shinjuku, Tsuchida Susumu (lat 56), główny księgowy przedsiębiorstwa Yoshiba, który odwiedził dom Midori pod nr 

6 w tej samej dzielnicy, został pobity i powieszony przez Kondo Chikako (lat 26), mieszkankę tego budynku. Kobieta 

od razu zgłosiła się na najbliŜszy posterunek policji i stwierdzila, Ŝe działała w obronie własnej, poniewaŜ Tsuchida 

potraktował ją brutalnie z powodu jakoby jej zbyt późnego powrotu. Jak powiedzieli koledzy z pracy, Tsuchida był 

człowiekiem powaŜnym, przepracował w tej samej firmie 30 lat, wszyscy zgodnie uznali, Ŝe wydarzenie to mocno ich 

zaskoczyło. 

 

Tanomogi  czekał  cierpliwie,  gdy  po  raz  piąty  albo  szósty  uwaŜnie  przebiegałem  wzrokiem  informację 

zamieszczoną w gazecie. 

- O to właśnie chodzi. 

- A inne pisma? - Kropla potu z czoła stoczyła się, spadła i wsiąkła w gazetowy papier. 

- Kupiłem pięć róŜnych tytułów, ale ta podaje chyba najwięcej informacji. 

- ...Szkoda, Ŝe tak się stało. Miesiąc wcześniej moglibyśmy przewidzieć to wydarzenie. No cóŜ, umarł, nic 

na to nie poradzimy. 

- Byłoby dobrze, gdyby na tym się skończyło. 

- Co to znaczy? A cóŜ by nam przyszło z zajmowania się przyszłością zmarłych. Nie mamy na to czasu. 

- Ja się martwię... 

- Czy jest jakiś istotny powód? To przypadek zbyt szczególny, nie nadaje się na materiał do naszych badań. 

-  Pan  chyba  Ŝartuje.  Niech  pan  spróbuje  to  rozumieć.  PrzecieŜ  są  ludzie,  którzy  widzieli,  jak  śledziliśmy 

męŜczyznę o nazwisku Tsuchida. Zwłaszcza ten staruszek, u którego kupowaliśmy papierosy. 

- Och, sądzę, Ŝe nie mamy się czym martwić. Zwłaszcza Ŝe przestępczyni przyznała się do winy... 

-  Czy  rzeczywiście?  -  Poirytowany  Tanomogi  oblizał  wargi  i  zaczął  mówić  szybko:  -  Mam  na  ten  temat 

inne  zdanie.  Choćby  tylko  z  tego  artykułu  widać,  Ŝe  nie  wszystko  jest  tak  oczywiste.  Czy  nie  uwaŜa  pan,  Ŝe 

zachowała  się  nazbyt  metodycznie?  Zabiła  go,  a  potem  jeszcze  powiesiła?  I  uczyniła  to  młoda  kobieta,  której 

zarzucono jedynie, Ŝe wróciła zbyt późno do domu... 

- Mogła go uderzyć, on się rozgniewał, a wtedy ze strachu mogła go zabić... 

- To niemoŜliwe... Czy młoda kobieta dałaby radę powiesić rozwścieczonego męŜczyznę? Powiedzmy, Ŝe 

to ona zabiła. Pamięta pan? Gdy  męŜczyzna  wszedł do środka, na  ułamek  sekundy  w  pokoju zapaliło się  światło, 

background image

wtedy  rozległ  się  odgłos  uderzenia  i  światło  od  razu  zgasło.  A  poza  tym  powiedział  pan,  Ŝe  w  oknie  przemknęła 

niewyraźna sylwetka. Prawdę mówiąc, ja teŜ wtedy widziałem za szybą w drzwiach cień człowieka. Wystarczy się 

chwilę zastanowić, by pojawiły się wątpliwości. Jak to moŜliwe, Ŝeby cień padł jednocześnie na drzwi i okno, skoro 

znajdują się one po przeciwnych stronach. To niewykonalne. W takim razie musieli tam być dwaj osobnicy. 

- No więc byli, męŜczyzna i kobieta. 

- Ale w artykule podają, Ŝe kobieta przyszła później od męŜczyzny. 

- Niekoniecznie. To stwierdzenie jest wieloznaczne. Te słowa moŜna rozumieć dwojako... 

- Widziałem wyraźnie, jak męŜczyzna otwierał drzwi kluczem. Przy tym sprawdziłem u telefonistki numer, 

pod który dzwonił, i okazało się, Ŝe telefonował do tego mieszkania. Chciał się dowiedzieć, czy kobieta wróciła. Z 

jego późniejszego zachowania naleŜy wywnioskować, Ŝe nie było jej w domu. 

- Przypuśćmy, Ŝe wróciła od razu po jego telefonie. 

- Wobec tego dlaczego w pokoju było ciemno? A co oznacza odgłos upadku? I zgaśniecie światła zaraz po 

tym? 

- Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. W kaŜdym razie z własnej woli zgłosiła się na policję... 

- Nie, nie, nawet policja nie jest tak tępa. Być moŜe ludzie, którzy mieszkają na dole, pamiętają moment, 

kiedy usłyszeli uderzenie. Sąsiedzi potwierdzą, Ŝe światło nie paliło się przez cały czas. A ze śladów ucisku na szyi 

powieszonego  policja  wysnuje  wniosek,  Ŝe  tej  zbrodni  nie  mogła  popełnić  kobieta.  JeŜeli  raz  pojawią  się 

najdrobniejsze wątpliwości, będzie przeprowadzone skrupulatne śledztwo. Wtedy zostaną wykryte ślady skarpetek 

na podłodze korytarza, odciski palców na ścianie przy drzwiach... a następnie  wyjdzie na jaw, Ŝe jacyś podejrzani 

osobnicy śledzili męŜczyznę. 

- Słuchaj, czy zostawiłeś tam odciski? 

- Prawdopodobnie... Skąd mogłem wiedzieć, Ŝe do tego dojdzie, nawet mi się nie śniło, Ŝe sytuacja tak się 

rozwinie. 

- Rzeczywiście policja moŜe je wykryć, jeśli dokładnie zbada całe otoczenie. Ale to głupstwo! Nie miałeś 

motywów. Będą cię podejrzewać, ale nie znajdą ani cienia dowodu. 

- To prawda. Jednak będą mieć wątpliwości, dopóki nie poinformujemy ich o charakterze naszej pracy. 

- To nierozsądne! 

-  Tak  pan  sądzi?  A  jeśli  dziennikarze  wywąchają,  czym  się  zajmujemy?  Przestaną  interesować  się 

zabójstwem, a zaczną pisać o naszej pracy, o koszmarze epoki maszyn uwłaczających godności człowieka itp... 

I  wtedy  nagle  urwał, jakby coś  mu się przypomniało.  Chyba przestraszył się, Ŝe  mógłby  mnie podwójnie 

zranić. Tego było juŜ za wiele. Nie miałem czasu na zabawę w psychoanalizę. 

-  Masz  całkowitą  rację.  W  tego  rodzaju  przedsięwzięciach  rzeczywiście  moŜna  dostrzec  pewne 

niebezpieczeństwa...  Przy  najmniejszym  zagroŜeniu  tajemnicy  komisja,  która  zawsze  była  tchórzliwa,  znajdzie 

pretekst, aby jak najszybciej wziąć nogi za pas... Jesteś niezwykle przewidujący. Mógłbyś zostać detektywem albo 

adwokatem. 

-  Jeszcze  nie  przemyślałem  sprawy  do  końca.  Po  prostu  gdy  stałem  wtedy  przed  drzwiami,  odniosłem 

nieprzeparte  wraŜenie,  Ŝe  dzieje  się  coś  niesamowitego.  Po  przeczytaniu  tego  artykułu  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe 

zbrodniarzem nie była kobieta, lecz ktoś inny. Skoro tak, to  my jesteśmy pierwszymi podejrzanymi. Jeśli chcemy 

kontynuować nasz eksperyment, musimy odnieść się do tej zbrodni. 

- To znaczy? 

background image

- To znaczy, Ŝe nie mamy innego wyjścia, jak tylko przejąć inicjatywę i popchnąć sprawę jak najszybciej 

do przodu. 

- Popchnąć do przodu? Rzeczywiście. 

- Dogadajmy się więc z policją, nim nas róŜni ludzie wezmą w obroty. 

- MoŜe byłoby to moŜliwe, gdyby  w naszym imieniu wystąpił Tomoyasu. Błędem byłoby udawać, Ŝe nic 

nie  wiemy.  Powinniśmy  opracować  plan  i  wykazać  się  zdecydowaniem.  Na  szczęście  nie  brak  nam  argumentów. 

Pamiętaj, Ŝe ciało Tsuchidy jest jeszcze ciepłe, zmarł nie tak dawno. 

- Ciało Tsuchidy? 

-  To  tylko  materialny  fakt,  który  pozwoli  wyciągnąć  wnioski  na  temat  przyszłości.  Jeśli  metoda 

przechowywania  jest  dobra,  to  ciało  moŜna  podobno  utrzymać  przy  Ŝyciu  około  trzech  dni.  Nawet  po  obumarciu 

nerwów. 

Nagle rozjaśniło mi się w głowie, jakby pootwierały się okna, a szare komórki zaczęły Ŝywiej się poruszać. 

I  jeszcze  raz  Tanomogi  wystrychnął  mnie  na  dudka.  Nie  byłem  jednak  zły  na  nikogo.  W  końcu  jest  on  moim 

zastępcą. 

-  Czy  to  nie  znakomity  plan?  To  nie  tylko  fantazja,  to  konkretny  pomysł,  warto  spróbować.  To  chyba 

doskonała myśl, Ŝeby zacząć od trupa. 

- Dobrze, rozpoczniemy od matematycznej metody indukcyjnej. Po drugie, jest teŜ sprawa kobiety. Nawet 

jeśli trafiliśmy na nich przypadkowo, to i tak udało się nam zdobyć doskonały materiał do prowadzenia badań. 

- A poza tym jeśli dobrze pójdzie, trzecim obiektem będzie prawdziwy przestępca... 

-  Tak,  przystępujemy  więc  do  praktycznego  zastosowania  metody.  Będzie  to  doskonały  argument  dla 

komisji. 

 

 

11 

 

Skoro  juŜ  określiliśmy  kierunek  działania,  nie  mogłem  się  wahać.  Zostało  jeszcze  trochę  czasu,  zanim 

policja  wyciągnie  w  naszą  stronę  swoje  macki.  NaleŜało  więc  wymyślić  coś  przed  przekazaniem  rodzinie  ciała 

zamordowanego.  Nie  mogłem,  oczywiście,  pominąć  współpracowników  czekających  na  dole.  Tanomogi 

powiedział, Ŝe poradzi sobie z nimi, jeśli powierzę mu kierownictwo. Podzieliliśmy ich według umiejętności na trzy 

zespoły:  jeden  odpowiedzialny  za  zmarłego  męŜczyznę,  drugi  za  kobietę,  a  trzeci  za  wykrycie  potencjalnego 

przestępcy.  Natomiast  Tanomogi  postanowił  zająć  się  całością  badań  dotyczących  denata.  Zdecydowaliśmy,  Ŝe 

podczas gdy ja będę pertraktować z Tomoyasu, Tanomogi dokończy podziału na grupy i poinformuje ich członków 

o kierunkach prac. Następnie mieliśmy czuwać, czekając na właściwy moment, w którym moŜna będzie przystąpić 

do działania. Sprawdziłem, czy Tomoyasu jest w biurze, i od razu się do niego udałem. 

Okazał  się  bardzo  sympatyczny.  Nie  przestawał  się  uśmiechać,  podczas  gdy  ja  rozwaŜałem  głośno 

korzyści,  jakie  przyniesie  urzeczywistnienie  prognoz  indywidualnych.  W  końcu  okazał  się  tak  wyrozumiały,  Ŝe 

zgodził  się  pośredniczyć  między  mną  a  dyrektorem.  Początkowo  nie  zdradziłem  nawet  słówkiem  o  obecnych 

kłopotach,  podkreślałem  natomiast,  jak  duŜo  mamy  szczęścia.  Lecz  gdy  w  końcu  rozmowa  zeszła  na  temat 

zabójstwa  -  czego  się  spodziewałem  -  uśmiech  zniknął  z  jego  twarzy,  a  na  jego  miejsce  powróciła  zwykła  mina, 

obojętna  i  sucha,  jakby  przepuszczona  przez  wyŜymaczkę.  Nadal  trzymałem  ster  i  kierowałem  rozmową.  Nie 

background image

ujawniłem ani krzty obaw przed policją, skoncentrowałem się na  kwestii  uŜyteczności  maszyny prognostycznej  w 

zapobieganiu przestępstwom i po godzinnej walce udało mi się uzyskać zgodę. 

Oczywiście, nie oznacza to, Ŝe nakłoniłem go do prowadzenia bezpośrednich pertraktacji z biurem. To nie 

leŜało w jego kompetencjach. Po prostu przekonałem go, Ŝe to on powinien przedstawić całą sprawę dyrektorowi. 

Następnie  musiałem  stracić  kolejną  godzinę  na  równie  gorącą  dyskusję  z  dyrektorem  biura.  W  odróŜnieniu  od 

Tomoyasu ani przez chwilę nie dał nam poznać, co o tym sądzi. Kazał nam czekać, a sam gdzieś poszedł. 

Tymczasem otrzymałem telefon od Tanomogiego, który zawiadomił, Ŝe policja prawdopodobnie wpadła na 

nasz  trop,  byłem  więc  bardzo  niespokojny.  Tymczasem  Tomoyasu  odzyskał  dobry  humor.  Przekazawszy  sprawę 

dyrektorowi, poczuł chyba ulgę. Z entuzjazmem rozprawiał o korzyściach działania maszyny prognostycznej, lecz ja 

nie zdobyłem się na podtrzymywanie rozmowy. 

Minęła następna godzina. Gdy juŜ zaczynałem tracić nadzieję, powrócił dyrektor biura i oficjalnym tonem 

oznajmił: 

- Myślę, Ŝe to dobry pomysł. Jakoś udało mi się załatwić sprawę. Nie dam wam tego na piśmie, lecz jeśli 

okaŜe się to konieczne, proszę zwracać się do mnie. NajwaŜniejsze, Ŝe działania zostały podjęte... 

Mówił  to  głosem  obojętnym,  dlatego  nie  od  razu  zorientowałem  się,  Ŝe  jest  to  odpowiedź  pozytywna,  z 

której naleŜy się cieszyć.  Gdy  wyszedłem  z  gmachu biura, odzyskałem dobre samopoczucie i pośpiesznie  udałem 

się do automatu. W głosie Tanomogiego - nawet przez telefon - wyczuwałem napięcie. Udało mi się teŜ nawiązać 

kontakt  z  Ośrodkiem  Obliczeniowym  Centralnego  Szpitala  Ubezpieczeń  (było  to  pomieszczenie,  w  którym 

znajdował  się  komputer  słuŜący  do  badań  i  diagnoz  lekarskich)  i  dowiedziałem  się,  Ŝe  właśnie  ukończono 

przygotowania  i  czekają  na  ciało  denata.  Od  razu  wysłałem  Aibę  do  komendy  policji  z  rozkazem 

przetransportowania  trupa  i  na  tym  przerwałem  rozmowę...  Nagle  oblałem  się  potem,  odniosłem  wraŜenie,  Ŝe 

rozpadam  się  na  części  rozsypujące  się  na  wszystkie  strony  i  czułem  silny  ból...  Nie,  to  tylko  wzburzenie...  Po 

długim okresie rozpaczliwego oczekiwania i wykazywania maksimum cierpliwości w tej beznadziejnej pracy, teraz, 

gdy się do niej przyzwyczaiłem, tak Ŝe mogłem uznać, iŜ cierpliwość jest normą, rozpoczęła się prawdziwa robota. 

A moŜe po prostu uległem euforii? 

 

12 

 

Przygotowania  zakończono.  Gdy  wszedłem,  buczała  klimatyzacja,  chłodne  powietrze  przyjemnie  owiało 

moje  nogi.  Mieliśmy  juŜ  połączenie  za  pomocą  specjalnego  telefonu  z  pokojem  komputerowym  Centralnego 

Szpitala Ubezpieczeń, a pracownicy instytutu, podzieleni na trzy grupy, zaopatrzeni w przenośne radiotelefony, stali 

gotowi juŜ do wyjścia. (Taki jest Tanomogi, moŜna na nim polegać). 

W  końcu  wszyscy  wyszli,  a  ja  pozostałem  sam.  Stałem  bez  ruchu  przed  monitorem  i  trzema 

radiotelefonami  w  pokoju  komputerowym,  w  którym  rozlegało  się  tylko  monotonne  pomrukiwanie  maszyny 

prognostycznej.  Teraz  byłem  jej  częścią.  Wszystkie  przysłane  informacje  zostaną  bezpośrednio  do  niej 

wprowadzone, automatycznie sklasyfikowane i zapamiętane, więc moja rola polegać będzie tylko na reagowaniu na 

sygnały maszyny i udzielaniu prostych wskazówek zgodnie z instrukcją. Mimo to mogłem być z siebie dumny. Bo 

przecieŜ to nikt inny, lecz ja wyposaŜyłem maszynę w jej umiejętności... 

- Jesteś wyolbrzymioną częścią mnie! - zawołałem z satysfakcją do maszyny. 

background image

3.50. Dokładnie dwadzieścia pięć minut po wyjściu Tanomogiego i innych pracowników. Pierwszy kontakt 

nadszedł od Tsudy, kierującego zespołem odpowiedzialnym za wykrycie przestępcy. Treści jego komunikatu nie ma 

chyba  potrzeby  powtarzać.  Poczułem  się  nieswojo,  poniewaŜ  przewidywania  Tanomogiego  okazały  się  aŜ  nazbyt 

trafne. Po pierwsze, świadkowie potwierdzili, Ŝe kobieta wróciła do domu tuŜ przed dwunastą. Po drugie, rany z tyłu 

głowy  męŜczyzny,  których  nie  mógł  sam  sobie  zadać,  świadczą  o  tym,  Ŝe  najprawdopodobniej  stoczył  walkę.  W 

wyniku obdukcji ciała, a takŜe wnosząc z innych okoliczności, nie moŜna było bez zastrzeŜeń uznać przyznania się 

kobiety  do  zbrodni.  Pojawiły  się  powaŜne  podstawy  do  przypuszczenia,  Ŝe  istnieje  wspólnik,  a  biorąc  pod  uwagę 

fakt niechęci kobiety do zmiany zeznań moŜna przyjąć, Ŝe jest szantaŜowana. Zdaniem policji, rozwiązanie zagadki 

jest  tylko  kwestią  czasu.  Trudno  schwytać  początkującego  przestępcę,  wcześniej  nigdzie  nie  notowanego,  lecz  z 

drugiej strony moŜna powiedzieć, Ŝe im lepiej jest zaplanowane przestępstwo, tym łatwiej je ujawnić. (Początkowo 

nie wiedziałem, co począć: czy powinienem się zgłosić na policję i opowiedzieć o tym, co wcześniej widzieliśmy. 

Nie  mogłem  od  razu  się  zdecydować.  Istniała  jednak  niewielka  szansa,  by  podejrzenie  padło  na  nas,  zupełnie 

niewinnych,  przypadkowych  przechodniów.  Gdybyśmy  mieli  pewność,  Ŝe  sami  potrafimy  wykryć  prawdziwego 

przestępcę, to w zasadzie naleŜałoby milczeć i czekać na rozwój wypadków). 

Następnie nadszedł szczegółowy raport na temat Kondo Chikako od Kimury, odpowiedzialnego za sprawę 

kobiety.  Zawierał  wszystkie  potrzebne,  dające  się  wprowadzić  informacje,  takie  jak  wiek,  adres  stałego 

zamieszkania,  zawód,  przebieg  kariery  zawodowej,  cechy  charakteru,  wzrost,  waga  itp.  Przynajmniej  na  razie 

zrezygnuję  z  przedstawiania  ich  tutaj.  Po  rozpoczęciu  analizy  ciała  denata  okazało  się  jasne,  jak  dalece 

niewystarczające jest opisywanie człowieka na podstawie tego typu danych. Stało się więc konieczne przystąpienie 

do  pracy  od  nowa  przy  uŜyciu  zupełnie  innej  metody.  Co  więcej,  takich  danych  moŜe  nam  w  kaŜdej  chwili 

dostarczyć  policja,  ale  jeśli  chcemy  zachować  niezaleŜność  wobec  niej,  musimy  trochę  się  potrudzić  i  zebrać  je 

samodzielnie. 

Analizę ciała denata rozpoczęto dopiero o ósmej. Na dobrą sprawę przydałoby się lepsze przygotowanie. 

PoniewaŜ  obawialiśmy  się,  Ŝe  moŜemy  się  spóźnić  i  nie  zdołamy  juŜ  oŜywić  mózgu,  zdecydowaliśmy 

przeprowadzić  próbę  jak  najszybciej,  zdając  sobie  sprawę  z  pewnych  niedogodności.  W  tym  czasie  od  grupy 

zajmującej  się  przestępcą,  a  takŜe  od  grupy  odpowiedzialnej  za  kobietę  dotarło  kilka  uzupełniających  informacji. 

Zdecydowałem się je pominąć, poniewaŜ odpowiedzi na większość kwestii uzyskamy dopiero na podstawie analizy 

ciała  denata.  Na  godzinę  przed  rozpoczęciem  badań  przeprowadziłem  telekonferencję  z  odpowiedzialnym  za 

eksperyment  doktorem  Yamamoto.  Doktor  powiedział,  Ŝe  za  pomocą  szpitalnego  komputera  mogliby  w 

przybliŜeniu  odtworzyć  reakcje  fizjologiczne  i  zanalizować  je,  lecz  nie  potrafiliby  rozszyfrować  reakcji  kory 

mózgowej.  To  oczywiste.  Nawet  nasz  komputer,  który  sam  siebie  moŜe  programować,  nie  poznał  jeszcze  świata, 

jakim  jest  mózg  ludzki.  W  kaŜdym  razie  doktor  Yamamoto  zgodził  się  wywołać  impulsy  za  pomocą  rozmaitych 

bodźców i przesłać reakcje komórek kory mózgowej do zarejestrowania w maszynie prognostycznej w celu podjęcia 

próby ich odczytania. Być moŜe zajdzie potrzeba wprowadzenia do naszej maszyny - w charakterze przykładu - fal 

mózgowych Ŝywego człowieka. Potrzebna teŜ będzie szczegółowa mapa fal mózgowych - dotychczas znane ogólne 

zarysy  na  pewno  nie  wystarczą.  Mając  do  czynienia  z  martwym  ciałem,  naleŜy  korę  podzielić  przynajmniej  na 

osiemdziesiąt stref. (Jednak w  wypadku Ŝywego człowieka nie uzyska się tak wyrazistych fal jak u nieŜyjącego, a 

jedynie  przybliŜone,  i  jeśli  prosta  próbka  wystarczy  dla  naszych  celów,  doktor  Yamamoto  obiecał  chętnie  taką 

dostarczyć). 

background image

Dziesięć  minut  wcześniej  dowieziono  ciało.  Było  zamknięte  hermetycznie  w  wielkiej  szklanej  skrzyni 

wypełnionej  specjalnym  gazem,  więc  technicy  musieli  pracować  z  odległości  za  pomocą  mechanicznych  rąk. 

Doktor  Yamamoto  stał  obok  i  objaśniał,  co  się  dzieje.  (Oczywiście  słuchałem  go  i  oglądałem  przez  telewizję). 

Promieniowanie szło od lewej strony pokoju, przechodziło przez ciało i rzucało na przeciwległą ścianę rodzaj atlasu 

anatomicznego denata. W istocie tego odbicia nie widziałem, lecz metalowe igły mechanicznych rąk, tak delikatne 

jak  czubki  włókien  włosów,  kierowane  były  bardzo  precyzyjnie  za  pomocą  niewidzialnej  siły  do  określonych 

punktów włókien nerwowych. Metalowy hełm, z którego zamiast włosów sterczały wiązki miedzianych drucików, 

przylegał dokładnie do mózgu w miejsce zdjętej czaszki i pełnił funkcję urządzenia pomiarowego. 

 

 

13 

 

Nagle  zapaliło  się  silne  światło  i  rozjaśniło  wnętrze  pokoju.  Gdy  kamera  przesunęła  się  w  stronę  głowy, 

ukazała  się  postać  Tanomogiego  uśmiechającego  się  w  stronę  obiektywu.  Nieco  dalej  niespokojne  twarze  Aiby  i 

Wady Katsuko uwaŜnie wpatrywały się od dołu w twarz trupa. Pod tym kątem nie widać było pieprzyka nad górną 

wargą  Wady,  wyglądała  więc  nieco  korzystniej  niŜ  zwykle.  Kamera  wykonała  obrót  i  zbliŜenie:  cały  ekran 

wypełniło nagie, białe i błyszczące ciało trupa. Na jego szyi widniał szereg brązowych plamek, najprawdopodobniej 

był  to  ślad  duszenia,  broda  sterczała,  widoczne  były  lekko  rozchylone  wargi  i  mocno  zamknięte  oczy.  Na  jego 

skórze, jakby posypanej pyłem, z rzadka sterczały włosy... Czy był to cięŜko pracujący, porządny księgowy mający 

rodzinę, a przy tym i kochankę? Czy teŜ męŜczyzna, który tak dalece stracił głowę dla kobiety, Ŝe dał się wciągnąć 

w jakieś nieczyste sprawki i w końcu zamordować? Teraz wyglądał nawet groźniej niŜ wczoraj wieczorem, gdy we 

flanelowym ubraniu, sztywno wyprostowany siedział w kawiarni przy roztapiających się lodach, ten widok, zarazem 

godny pozazdroszczenia, jak i komiczny, napawał mnie wtedy głębokim niepokojem. 

W  końcu  rozpoczęła  się  analiza.  Najpierw  odczytano  wagę  i  wzrost  -  pięćdziesiąt  cztery  kilogramy  i  sto 

sześćdziesiąt jeden centymetrów. Następnie  w ciągu  sekundy zaczęły  ukazywać się cechy szczególne części ciała, 

wyraŜone w postaci ilościowej i relatywnej. Poruszyły się mechaniczne ręce. Kilka igiełek wbiło się w poszczególne 

części ciała. Rząd połączonych z igłami lamp umieszczonych w ścianie wciąŜ migotał, zmieniając swe ustawienie w 

pionie  i  poziomie.  Znajdujące  się  w  szklanej  trumnie  ciało  zaczęło  się  poruszać,  zupełnie  jakby  oŜyło.  Ruchy  od 

stóp  przenoszą  się  powoli  ku  górnej  połowie  ciała,  w  końcu  reagują  usta,  otwierają  się  i  zamykają  oczy,  a  nawet 

drgają rysy twarzy. Wada omal nie krzyknęła, nawet Tanomogiemu zadrŜały wargi, a twarz pokryła się potem. 

- W ten sposób ustali się funkcje motoryczne - powiedział doktor Yamamoto. - Ruch nie jest cechą czysto 

fizjologiczną. Jest teŜ związany z historią Ŝycia, stanowiącą jego jednostkowe tło. 

Teraz  nastąpiła  analiza  organów  wewnętrznych.  Po  jej  zakończeniu  przystąpiono  do  badania  fal 

mózgowych.  Wzrosła  liczba  igieł  w  magicznych  rękach,  siedem  albo  osiem  skoncentrowano  na  policzkach. 

Stymulowały one czucie organów takich jak oczy i uszy. Słuchawki opuszczono do uszu, a parę wielkich okularów - 

do  poziomu  oczu.  Zaczęły  napływać  dźwięki  i  obrazy,  gdy  tymczasem  osiemdziesiąt  delikatnych  fal  na  ekranie 

drgnęło naraz gwałtownie i się zakołysało. 

- Najpierw  -  mówił doktor Yamamoto  kontynuując  wyjaśnienia  -  spróbujemy zacząć od bodźców bardzo 

zwyczajnych,  od  codziennych  zjawisk.  PosłuŜymy  się  pięcioma  tysiącami  przeciętnych  zwykłych  reakcji 

spreparowanych  w  naszej  pracowni.  Odpowiadają  im  grupy  prostych  rzeczowników,  czasowników  i 

background image

przymiotników.  Następnie  posłuŜymy  się  kolejnymi  pięcioma  tysiącami  bardziej  skomplikowanych  reakcji 

uwzględniających  równieŜ  kombinację  z  poprzednimi.  Zazwyczaj  pozwala  to  na  odczytanie  reakcji  na  bodźce  i 

prowadzenie  niezbędnej  analizy  patologicznej.  Dzisiaj,  tytułem  eksperymentu,  zdecydowaliśmy  się  pójść  trochę 

dalej.  Ciekaw  jestem,  co  się  stanie,  gdy  jako  bodźców  uŜyjemy  słów,  które  pojawiły  się  w  ostatnim  tygodniu  w 

kronice filmowej lub w artykułach prasowych. 

-  To  doskonały  pomysł  -  zacząłem  z  entuzjazmem,  a  Tanomogi  od  razu  zdecydowanie  kiwnął  głową. 

Widziałem  go  w  telewizorze.  Z  pewnością,  znakomity  pomysł.  Niezbyt  często  się  zdarza,  by  większe  słuŜyło 

mniejszemu. Gęsto  utkane  sieci rybackie łowią zarówno  małe ryby, jak i duŜe.  A jeśli chodzi o sieci  myślowe, to 

wiadomo, Ŝe im precyzyjniejsze, tym lepsze. 

Zmarszczki  fal  nadal  niezmiennie  drgały  jak  gorące  powietrze  nad  rozpaloną  drogą.  Nie  mogłem  się 

doczekać włączenia mechanizmu prognostycznego i rozpoczęcia stukotania drukarki. Zastanawiałem się, o czym teŜ 

zacznie mówić martwe ciało?... 

 

 

14 

 

Doktor Yamamoto wyłączył mechanizm analizy fal mózgowych i kiwnął głową na ekranie. 

- Na tym na razie skończymy zaplanowaną analizę... 

Podziękowałem  i  wyłączyłem  telewizor  w  nastroju  pewnego  zaniepokojenia.  W  gasnących  liniach 

dostrzegłem  wyzywająco  wpatrzone  we  mnie  oczy  Tanomogiego.  Rzeczywiście,  moje  zachowanie  mogło  być 

trochę zaskakujące i nie dość grzeczne. Wszyscy czekali, bo chcieli się dowiedzieć, co zmarły księgowy Tsuchida 

Susumu  miał  do  powiedzenia  za  pomocą  tej  maszyny.  Ja  uwaŜałem,  Ŝe  rezultat  analizy  nie  powinien  zostać 

udostępniony,  dopóki  policja  nie  rozwiąŜe  zagadki  zabójstwa.  Za  wszelką  cenę  musimy  uniknąć  rozgniewania 

tchórzliwej  komisji  sensacyjnymi  pogłoskami.  Gdybyśmy  zostali  wplątani  w  coś  tak  powaŜnego  jak  morderstwo, 

komisja byłaby zmuszona do wycofania poparcia dla nas. Jeśli chodzi o mnie, to bardziej mi zaleŜało na śledztwie w 

sprawie tej dziwacznej zbrodni niŜ na testowaniu zdolności maszyny. (Porozmawiam o tym z Tanomogim zaraz po 

jego powrocie). 

W  chwili  gdy  zamierzałem  przekroczyć  źródło  energii,  rozległ  się  dzwonek  telefonu.  Podniosłem 

słuchawkę i usłyszałem odległy, nieco ochrypły głos: 

- Halo, halo, doktor Katsumi? 

Wydawało mi się, Ŝe skądś znam ten głos, lecz nie byłem tego pewien. Z miejskiego szumu w tle mogłem 

domyślać się, Ŝe ktoś dzwonił z budki telefonicznej. 

- Dzwonię, Ŝeby ostrzec - mówił nieznajomy. - Lepiej Ŝebyś nie wchodził nam w drogę. 

- Nam? To znaczy komu? 

- Nie musisz wiedzieć. Policja juŜ podejrzewa dwu osobników, którzy śledzili zmarłego Romeo. 

- Słuchaj, kim jesteś? 

- Przyjacielem, profesorze, przyjacielem. 

Głos umilkł. Zapaliłem papierosa i czekałem, aŜ się uspokoję. Następnie wróciłem do pulpitu. Włączyłem, 

odczytałem  sygnały.  Wywołałem  kilka  adresów  związanych  z  analizą  zmarłego,  połączyłem  je  ze  sobą  i 

przełączyłem na indukcję. MęŜczyzna nie Ŝył, lecz w tej maszynie powinny zostać odtworzone szczegółowe reakcje 

background image

z  ostatniego  okresu  jego  Ŝycia.  Oczywiście,  nie  będą  juŜ  ściśle  takie,  jakby  męŜczyzna  Ŝył.  Wystąpią  wyraźne 

róŜnice między jego rzeczywistym ciałem a postacią projektowaną. Byłoby ciekawe zastanowić się nad tą róŜnicą, 

lecz nie miałem na to czasu. 

- Czy moŜesz odpowiadać na pytania? - zapytałem maszynę wprost, hamując podniecenie. 

Po krótkim czasie nadeszła odpowiedź, słaba, ale wyraźna. 

- Sądzę, Ŝe mogę, jeśli pytania będą konkretne. 

Zdumiał mnie całkiem ludzki ton tej odpowiedzi. Przez chwilę odniosłem wraŜenie, Ŝe w maszynie kryje 

się człowiek. Zaraz jednak uznałem to za zwykłą reakcję, a nie przejaw świadomości czy woli. 

- Ciekaw jestem, czy masz świadomość, Ŝe nie Ŝyjesz? 

- Nie Ŝyję. - Formuła wytworzona w maszynie jakby zakrztusiła się ze zdumienia. - Mówisz, Ŝe nie Ŝyję? 

Było to zbyt realne, Ŝeby od razu uwierzyć. 

- Tak, oczywiście - odrzekłem z wahaniem. 

- Naprawdę? Więc zostałem zabity? Naprawdę? 

- Nie wiesz, kto to mógł zrobić? 

Nagle głos wyostrzył się i zazgrzytał. 

- A kim jesteś ty, który zadajesz takie pytania? 

- Ja? 

- Nie, raczej to, co tu się znajduje. Czy to nie dziwne, Ŝe mówię i myślę, mimo Ŝe umarłem? - odpowiedział 

skrzeczący głos nerwowo. - Ach, kpisz sobie ze mnie, prawda? Rozumiem, chcesz mnie schwytać w pułapkę? 

-  Wcale  nie.  Prawdę  mówiąc,  nie  jesteś  ludzką  istotą.  Jesteś  równaniem  osobowym  Tsuchidy  Susumu, 

utrwalonym w pamięci maszyny diagnostycznej. 

-  Nie  rozśmieszaj  mnie.  Przestań  mnie  tak  zabawnie  nabierać.  A,  do  licha.  Straciłem  chyba  wszystkie 

zmysły. A gdzie jest Chikako? Słuchaj, moŜe zapalimy światło? 

- Ty umarłeś. 

- Mówię, Ŝe mam dość tego. JuŜ przestałem się bać. 

Ocierając pot zalewający kąciki oczu, zebrałem siły i zapytałem: 

- Powiedz mi, kto cię zabił? 

Maszyna wydała obraźliwy kpiący odgłos. 

-  To  raczej  ja  chciałbym  wiedzieć,  kim  ty  jesteś.  Jeśli  zostałem  zabity,  to  na  pewno  przez  ciebie. 

Odpowiedz, zapal światło i pokaŜ Chikako. Wtedy moŜe dojdziemy do porozumienia. 

On  widocznie  myśli,  Ŝe  ja  jestem  zabójcą.  To  dowód,  Ŝe  zachował  świadomość  z  chwili  poprzedzającej 

zabójstwo. 

- A jak myślisz, kim ja jestem? 

-  Skąd  mam  wiedzieć?  -  odpowiedział  głos  z  maszyny,  piskliwy  jak  chłopca  przechodzącego  właśnie 

mutację. - MoŜe tak wyglądam, ale nie jestem na tyle tępy, Ŝeby uwierzyć takim kłamstwom. 

- Kłamstwom? Jakim kłamstwom? 

- Dość juŜ tego! 

Chrapliwy głos przybliŜył się i zatrzymał tuŜ przy mojej twarzy. Zdałem sobie sprawę, Ŝe to przecieŜ tylko 

maszyna,  lecz  mimo  to  czułem  się  niesamowicie.  Zachodziła  zbyt  duŜa  niezgodność  między  absolutną  ścisłością, 

background image

jakiej oczekiwałem, a tym co mówił. MoŜliwe, Ŝe pomyliłem się  w operacji. Chyba nie powinienem był tak nagle 

przystępować do konfrontacji. NaleŜało raczej postąpić bardziej obiektywnie, zachowując strefę bezpieczeństwa. 

Wyłączyłem  maszynę. Głos  natychmiast rozpuścił się  w  elektroniczne cząsteczki. Jego  byt był tak Ŝywy, 

Ŝ

e  miałem  niemal  poczucie  winy,  kiedy  go  wymazałem  z  głośnika.  Szybko  cofnąłem  skalę,  nastawioną  na  czas 

nieokreślony, o dwadzieścia cztery godziny, do momentu, w którym męŜczyzna wciąŜ jeszcze czekał na dziewczynę 

w kawiarni w Shinjuku. Połączyłem maszynę z monitorem i uruchomiłem ponownie. 

Zadzwonił telefon. To Tsuda odpowiedzialny za grupę zajmującą się przestępcą. 

- Jak idzie? Czy są jakieś rezultaty analizy ciała? 

-  Jeszcze  nie  -  zacząłem  niezdecydowanie,  lecz  drgnąłem  ze  zdumienia,  gdy  zdałem  sobie  sprawę,  Ŝe 

otrzymałem  waŜny  szczegół  dowodowy  dzięki  maszynie.  W  naszej  rozmowie  z  Tanomogim  przewidzieliśmy 

najgorszą  moŜliwą  sytuację,  w  której  przestępcą  nie  była  Kondo,  lecz  całkowicie  inna  osoba.  Było  to 

przypuszczenie  nie  mające  Ŝadnej  realnej  podstawy.  Teraz  okazało  się  jasne,  Ŝe  męŜczyzna  czekał  na  kogoś,  na 

jakiegoś męŜczyznę, którego interesy były sprzeczne z jego własnymi. 

- A co u was? Czy zebraliście jakieś nowe informacje? 

-  śadnych.  Najwyraźniej  dwaj  męŜczyźni  śledzili  go  aŜ  do  samego  domu.  Potwierdził  to  sprzedawca 

papierosów, lecz tak czy owak kobieta podpisała zeznanie. Opinie wśród detektywów są podzielone i nikt specjalnie 

nie jest zainteresowany tymi dwoma osobnikami. 

- A jakie jest twoje zdanie? 

-  Przed  chwilą  skontaktowałem  się  z  Kimurą,  który  bada  sprawę  kobiety.  Dopóki  się  nie  wyjaśni 

stosunków  łączących  tych  dwoje,  niewielkie  będą  podstawy  do  przypuszczenia,  Ŝe  przestępcą  był  ktoś  inny  niŜ 

kobieta. A nawet gdybyśmy załoŜyli istnienie kogoś trzeciego, to czy badanie takiego wypadku byłoby tak waŜne? 

- Nie będziemy tego wiedzieli, dopóki sprawa się nie wyjaśni - odparłem, po czym dodałem poirytowanym 

tonem:  -  Nie  martw  się  konkluzją.  Skoncentruj  się  raczej  na  danych.  Myślę,  Ŝe  przydałby  się  nam  dokładny  plan 

pokoju kobiety. 

- Tego nie rozumiem. W jaki sposób pomoŜe to w prognozowaniu? 

-  Powiedziałem  juŜ.  Nie  będziemy  wiedzieli,  dopóki  nie  spróbujemy.  -  Od  razu  poŜałowałem  wybuchu 

gniewu.  -  Omówimy  to  razem  nieco  później,  kiedy  nie  będziemy  tak  zajęci.  Jestem  niecierpliwy,  poniewaŜ  nie 

mamy czasu. Przypominam jeszcze raz: StrzeŜ się dziennikarzy. Bo jeśli nie, będzie to ostatnia posługa dla komisji. 

Istotnie, sprawy się komplikowały. Zamiast tworzyć plan, który przekonałby komisję, muszę zająć się tym, 

jak mam się wybronić. Mam wraŜenie, Ŝe im bardziej się staram, tym głębiej się pogrąŜam. 

 

 

15 

 

Gdy  odłoŜyłem  słuchawkę  i  obejrzałem  się,  na  ekranie  spostrzegłem  postać  Ŝywego  Tsuchidy  Susumu 

sprzed dwudziestu czterech godzin. Znów poczułem się dumny z precyzji działania maszyny. Gdy pokręciłem tarczą 

współrzędnych,  męŜczyzna zwrócił  się  w  moją stronę  wraz z całym tłem. Mogłem teraz zobaczyć  takŜe  to, co on 

wtedy  widział.  Reszta  obrazu  była  nieregularna,  pokrzywiona  i  zamazana,  a  miejsca,  w  których  powinienem  być 

widoczny razem z Tanomogim, pozostawały ciemne, jakby tam nic nie istniało. Lody na stole zupełnie się roztopiły. 

background image

MęŜczyzna  włoŜył  łyŜeczkę  w  roztopione  lody  i  siorbał  je  przez  zaokrąglone,  na  wpół  otwarte  usta. 

Jednocześnie nie odrywał wzroku od drzwi. Tak, to się stało w tym momencie - przypomniałem sobie wytęŜywszy 

pamięć. JuŜ za chwilę rozlegnie się głos szafy grającej i męŜczyzna zwróci się w tamtą stronę. Poczekam i zobaczę. 

W końcu, tak jak się spodziewałem, zabrzmiała muzyka i męŜczyzna się odwrócił. Aby sprawdzić, w jaki 

sposób  odzwierciedliliśmy  się  w  jego  oczach,  obróciłem  tarczą  współrzędnych  o  sto  osiemdziesiąt  stopni.  Szafa 

grająca i dziewczyna w minispódniczce ukazały się z niezwykłą wyrazistością, natomiast nasze sylwetki, znajdujące 

się przed nimi, przypominały cienie. (A zatem nie ma obawy, by ktokolwiek nas oskarŜał). 

Następnie przesunąłem czas o dwie godziny do przodu. 

MęŜczyzna szedł ulicą. 

Przesunąłem o następne dwie godziny. 

MęŜczyzna stał przed telefonem publicznym. 

Teraz postarałem się skondensować bieg czasu do jednej dziesiątej. 

Jak na przyspieszonym filmie, męŜczyzna nagle wskoczył do tramwaju, potem wyskoczył, pobiegł w górę 

ulicy i znalazł się przed domem, w którym mieszkała kobieta. Tu przestawiłem na normalny bieg czasu. 

Odtąd zaczęła się część mi nie znana. Jeśli się uda, to nie tylko wykryję prawdziwego przestępcę, ale takŜe 

zbiorę  cenne  dane,  które  będę  mógł  przedstawić  komisji  i  od  razu  sprawy  wezmą  dobry  obrót.  Niespokojnie 

ś

ledziłem ruchy męŜczyzny. 

Wszedł na ciemne schody, zatrzymał się i popatrzył uwaŜnie na koniec korytarza na piętrze. Opuścił nieco 

głowę i z wahaniem zaczął iść. Wolnym krokiem zbliŜał się do przeznaczonej mu śmierci... Tanomogiego nie było 

widać na ekranie, musiał więc przypatrywać się mu spoza schodów. MęŜczyzna wyjął klucz z wewnętrznej kieszeni, 

wierzchem  dłoni  otarł  pot  z  czoła,  pochylił  się  i  otworzył  zamek.  Zgrzyt  klucza  był  nienaturalnie  ostry,  jakby 

sugerował  stan  ducha  męŜczyzny,  który  zdecydowanie  pchnął  drzwi,  a  następnie  drugą  ręką  zamknął  je  za  sobą. 

ChociaŜ wydało mi się, Ŝe ich nie domknął. W głębi ciemnego pokoju ukazało się szarzejące okno i jakieś odległe 

ś

wiatło.  MęŜczyzna  zdjął  buty,  lewą  rękę  wyciągnął  w  stronę  ściany,  przesunął  nią  i  nacisnął  włącznik.  (No, 

nadchodzi śmierć!) 

Obraz się rozjaśnił, ukazał się mały pokój wielkości sześciu mat. Na pewno naleŜał do kobiety. Jeden kąt 

zasłaniał  jakiś  przedmiot.  Nikogo  nie  było.  Panowała  przejmująca  cisza.  Spojrzenie  męŜczyzny  przesunęło  się  z 

prawa  na  lewo...  I  wtedy  z  tyłu  rozległ  się  szmer.  ZbliŜyło  się  lekkie  skrzypnięcie  z  nieokreślonego  kierunku. 

MęŜczyzna zwrócił wzrok w tamtą stronę i w tym momencie pochylił się bezwładnie. Wyglądało to, jakby podłoga 

uniosła  się  ukośnie  i  uderzyła  go  w  twarz.  Wielki  cień,  zagięty  niczym  hak,  schylił  się  nad  nim  i  opadł  miękko, 

gasząc jednocześnie światło. Ekran pokrył się nieprzeniknioną ciemnością. Był to moment śmierci męŜczyzny. 

Nawet  się  nie  poruszyłem,  przez  jakiś  czas  wpatrywałem  się  jeszcze  w  ciemny  obraz.  Nie  widział 

zbrodniarza. A skoro nie widział, mógł stać się aktywnym, fałszywym świadkiem. Kobiety w pokoju nie było. To 

zgadzało  się  z  jej  oświadczeniem.  PrzecieŜ  twierdziła,  Ŝe  to  z  powodu  późnego  powrotu  wybuchła  awantura  i  w 

końcu dlatego go zabiła. Naturalnie, to zeznanie jest oczywistym kłamstwem. Nie tylko o to chodzi. Przypuśćmy, Ŝe 

szmer  z  tyłu  policja  wzięłaby  za  skrzypnięcie  drzwi.  Z  drugiej  strony  stał  przecieŜ  Tanomogi.  Tak  więc  analiza 

dokonana za pomocą maszyny prognostycznej stawiała nas w coraz mniej korzystnym świetle. Zaczyna to wyglądać 

tak, jakbyśmy własnymi rękami zakładali sobie stryczek na szyję. 

Widocznie długo pozostawałem zatopiony w myślach. Nagle odwróciłem głowę, mając wraŜenie, Ŝe ktoś 

za mną stoi, i wtedy ujrzałem w drzwiach Tanomogiego, który nie wiadomo kiedy tam się znalazł. (Przeszedł mnie 

background image

dreszcz,  poniewaŜ  odniosłem  wraŜenie,  Ŝe  oŜyła  scena,  którą  przed  chwilą  odtwarzałem,  a  ja  znalazłem  się  w 

podobnej sytuacji jak zabity męŜczyzna). 

Tanomogi przeciągnął palcami przez włosy i podrapał się, kilkakrotnie pokręcił głową i się roześmiał. 

- Jednak mamy kłopoty. 

- Widziałeś? 

- Tak, tylko ostatnią część. 

- A co z innymi? 

- Aibie i Wadzie kazałem zaczekać na zewnątrz. Sądziłem, Ŝe będą potrzebne dodatkowe analizy... 

- Spodziewałem się twojego telefonu... 

Tanomogi chwycił palcami przepoconą koszulę, oderwał ją od ciała i powoli oblizał wargi. Odwróciłem się 

wraz z krzesłem w jego stronę i dokończyłem nie zmieniając złośliwego tonu, który mnie samego zdziwił. 

- W zamian zatelefonował jakiś podejrzany typ z pogróŜkami. 

- Co takiego? - zapytał i jakby w obawie przed upadkiem chwycił się oparcia krzesła, na którym zamierzał 

usiąść. 

-  Ostrzegał,  Ŝeby  nie  zajmować  się  tą  sprawą.  I  Ŝe  policja  wie  juŜ,  iŜ  męŜczyznę  śledzili  jacyś  dwaj 

osobnicy. MoŜe mówił prawdę. Tsuda poinformował o czymś podobnym... 

- Więc?... 

- Rzecz w tym, Ŝe facet, który dzwonił, wiedział o tych, którzy szli śladem męŜczyzny. 

- Rozumiem... - powiedział Tanomogi, zginając długie palce. - To znaczy, Ŝe tam był jeszcze ktoś inny. 

- To my chcielibyśmy, Ŝeby policja w to uwierzyła. 

- Tak... - Przygryzł dolną  wargę i opuścił  wzrok  na  moją pierś. - Ten  telefonujący  męŜczyzna jest chyba 

rzeczywistym zabójcą... Ale tylko pan z nim rozmawiał. I tak się składa, Ŝe pan jest moim wspólnikiem. Jeśli policja 

zacznie szukać dwu męŜczyzn, którzy śledzili ofiarę, wpadniemy w pułapkę. 

- Zastanawiałem się nad związkiem pomiędzy rozkładem pokoju a cieniem w oknie. Ten cień z pewnością 

pojawił się wtedy, gdy Tsuhida padał. Lecz był jeszcze cień, który ty widziałeś. Tylko ty i nikt inny. 

- JeŜeli policja uznałaby, Ŝe to był mój cień, trudno byłoby mi udowodnić, Ŝe nie mój. - Uśmiechnął się z 

goryczą  i  mlasnął  językiem.  -  Fatalnie  się  składa,  Ŝe  nasz  obiekt  badań  nie  widział  zabójcy.  Tyle  nas  kosztowało 

zorganizowanie analizy jego ciała, a teraz on okazuje się naszym wrogiem. Doszło do tego, Ŝe gdyby okazało się, Ŝe 

miałem jakikolwiek powód, nawet pan mógłby mnie podejrzewać, a ja nie potrafiłbym się obronić. 

- Przyczyna tej zbrodni to odrębna i trudna sprawa. CięŜko będzie namówić go do wyznań... 

Wyjaśniłem, Ŝe męŜczyzna okazał się trudnym partnerem, mimo Ŝe jest tylko wytworem maszyny, a jego 

reakcje właściwie są reakcjami maszyny, ale zdecydowanie nie chce potwierdzić, Ŝe jest umarły. Tanomogi słuchał 

w milczeniu. Następnie rzekł spokojnie: 

- Nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko go oszukać. 

- To znaczy? 

- Pozwolić mu myśleć, Ŝe jeszcze Ŝyje... 

 

 

16 

 

background image

W  zasadzie  mogę  chyba  powiedzieć,  Ŝe  odnieśliśmy  sukces.  Oto  wmówiliśmy  męŜczyźnie  -  nie,  raczej 

maszynie  -  Ŝe  leŜy  na  łóŜku  szpitalnym,  a  niemoŜność  widzenia  i  czucia  jest  rezultatem  szoku;  wmówiliśmy  mu 

równieŜ, Ŝe wkrótce powinien wyzdrowieć, a kiedy rozbudziliśmy w nim uczucie zemsty, ku naszemu zaskoczeniu 

zaczął chętnie o sobie opowiadać. Tak więc udało się nam nakłonić go do zwierzeń. W jakim stopniu przyczyniło 

się to do zmiany sytuacji na naszą korzyść, to odrębny problem. 

(Mimo Ŝe nie minęła szósta, zrobiło się ciemno i zaczął padać deszcz. DuŜe krople rozbijały się i spływały 

po  szybach.  Słuchałem  opowieści  maszyny  niespokojnie,  jakbym  siedział  na  krześle  o  dwu  nogach.  PoniŜej 

przedstawiam w dosłownym brzmieniu to, co opowiedziała maszyna): 

 

Tak,  juŜ  lepiej  było  umrzeć!  Wstyd  mi...  Rozumiesz?  śeby  w  tym  wieku  uganiać  się  za  kobietami!  To 

Ŝ

ałosne. Co Ŝona na to?... Nie, juŜ chyba mi nie wybaczy... Nigdy nie miałem powodu do niezadowolenia z Ŝony. 

Prawdę mówiąc... (skrót) 

Ta  dziewczyna,  Kondo  Chikako,  śpiewa  piosenki  w  kabarecie,  ale  jest  bardzo  miła  i  spokojna,  zupełnie 

inna  niŜ  moŜna  się  spodziewać  po  takich.  Wydaje  się  raczej  chuda,  koścista,  co  do  mnie  -  moŜecie  spytać 

kogokolwiek  -  jestem  raczej  facetem  z  zasadami,  nigdy  nie  chodziłem  do  takich  miejsc,  a  tamtego  wieczoru 

musiałem towarzyszyć prezesowi firmy, i stało się (skrót)... 

Zupełnie  tego  nie  rozumiem.  Dziewczyna,  która  prowadzi  tak  barwne  i  dostatnie  Ŝycie,  nagle  zaczyna 

okazywać  zainteresowanie  takiemu  jak  ja  pięćdziesięcioletniemu  męŜczyźnie,  łysiejącemu  i  nie  robiącemu 

najlepszego wraŜenia... Nic dziwnego, Ŝe tak mnie poruszyła. Gdy gładziła mnie po brodzie miękkimi koniuszkami 

drobnych palców... Byłem jej wdzięczny... Trudno to wyrazić słowami, w kaŜdym razie po prostu zgłupiałem. Tak 

się  cieszyłem.  To  nie  ma  z  wami  Ŝadnego  związku,  lecz  jedno  muszę  powiedzieć,  a  mianowicie,  Ŝe  jej  wcale  nie 

chodziło o pieniądze, chcę Ŝebyście to zrozumieli. MoŜe nie uwierzycie, ale to prawda. Oczywiście, pomagałem jej 

trochę finansowo. Mówiła, Ŝe jest zadowolona. Miała co prawda dość szorstką cerę, ale była naprawdę miłą, dobrą 

dziewczyną. Nie zakochała się we mnie, to prawda, lecz mnie polubiła. Nie kryła tego. To rzadkość w tych czasach 

(skrót)... 

Stopniowo  budziło  się  we  mnie  podejrzenie.  Przez  trzydzieści  lat  pracy  jako  księgowy  zdąŜyłem  się 

uczulić na nadmierne wydatki. Cały czas Ŝyłem w strachu, Ŝe zacznie w końcu wyłudzać pieniądze, chociaŜ ona nie 

prosiła  o  więcej.  Zaniepokoiło  mnie,  Ŝe  była  taka  stała.  Nie  miałem  pewności  co  do  tego  i  czułem  się  jakiś 

bezradny... I tak biegły dni, aŜ wydarzył się drobny wypadek. Nie, trudno to nazwać wypadkiem. Oto pewnego dnia, 

gdy wszedłem do jej pokoju, zobaczyłem bardzo drogi dywan. Czy pan go widział? Biorąc pod uwagę jej sytuację 

finansową,  mogę  powiedzieć,  Ŝe  to  był  luksus.  Kiedy  zapytałem  o  powód  zakupu,  zaskoczyła  mnie  dwukrotnie. 

Najpierw powiedziała, Ŝe zaszła w ciąŜę. Naturalnie, mogła kupić dywan dla uczczenia tej radosnej chwili, zresztą 

ja mając juŜ swoje lata, poczułem się tak wzruszony, Ŝe o mało się nie rozpłakałem. Z Ŝoną nie miałem dzieci. Było 

to  uczucie  mi  nie  znane.  Nie,  moŜe  nie  powinienem  tak  mówić,  w  kaŜdym  razie  było  w  tym  coś  niewątpliwie 

romantycznego, chciałem się wręcz chwalić się tym wydarzeniem, byłem w podniosłym nastroju, wydawało mi się 

nawet, Ŝe moja Ŝona się ucieszy, kiedy jej o tym powiem. 

Co? Pada deszcz? Słyszę. Jeszcze chwileczkę. Właśnie dochodzę do głównego punktu całej historii (napad 

kaszlu)...  Oto  przychodzi  otrzeźwienie.  Zaszła  w  ciąŜę,  to  prawda.  Ponownie  mnie  zaskakuje.  Tego  dnia  powiada 

mi, Ŝe pozbyła się ciąŜy. No trudno, moŜna to zrozumieć. Ja teŜ nie miałem specjalnie pewności, Ŝe stać nas na to. 

Na  jedno  nie  mogłem  się  zgodzić,  a  mianowicie  na  to,  by  mnie  tak  potraktowała,  przecieŜ  nawet  się  ze  mną  nie 

background image

porozumiała  w tej sprawie. Po prostu ogarnęła  mnie  wściekłość. I zwymyślałem ją tak jak tylko potrafiłem:  - Nie 

wiedziałaś, czyje to dziecko, prawda? Byłaś przeraŜona, Ŝe ci powiem, iŜ masz je urodzić? Tak? Jasne! Zaszłaś w 

ciąŜę z kimś bogatym i chciałaś wymusić pieniądze? Jeśli nie, to skąd pochodzą pieniądze na zakup dywanu? 

Ach, jeszcze jedno. Czy przypadkiem nie posłuŜyła się moją osobą, by wyłudzić pieniądze? Chciałbym to 

wiedzieć.  Potrząsnęła  głową  i  rozpłakała  się.  Nie,  to  nie  miało  nic  wspólnego  z  tym,  co  się  wydarzyło  wczoraj  w 

nocy.  Wczoraj  w  ogóle  się  nie  widzieliśmy.  To  się  zdarzyło  dwa  miesiące  temu.  No  dobrze,  dotarłem  juŜ  do 

momentu,  w  którym ją przycisnąłem do  muru. Płakała. Ja  dobrze wiedziałem, Ŝe  nie naleŜała do dziewcząt,  które 

zajmowałyby się szantaŜem, lecz nie miałem Ŝadnego innego punktu zaczepienia. 

Jej tłumaczenie nie trzymało się kupy... Powiedziała mi, Ŝe jest szpital, który daje siedem tysięcy jenów za 

aborcję przeprowadzoną w ciągu trzech tygodni od zajścia w ciąŜę. Uznała, Ŝe to nie jest normalne, więc poszła do 

szpitala, Ŝeby sprawdzić. Powiedziano jej, Ŝe od trzech tygodni jest w ciąŜy. Dlatego od razu wykonano zabieg. Czy 

ktoś w to uwierzy? To chyba jakiś potworny Ŝart, a Ŝart teŜ musi mieć swoje granice. Prosiłem, Ŝeby podała adres 

tego szpitala. Wtedy okazało się, Ŝe nie  moŜe zdradzić adresu, poniewaŜ obiecała zachować go  w  tajemnicy. Jeśli 

komuś powie, moŜe ją spotkać nieszczęście. Zwymyślałem ją od najgorszych i uderzyłem w twarz. Czytałem o tym 

w  ksiąŜkach,  lecz  tak  naprawdę  to  kobietę  uderzyłem  po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu.  Nieprzyjemne  to  uczucie.  Nie 

mogłem się opanować i tego dnia postanowiłem odejść bez słowa. 

Nie  potrafiłem  przyjąć  jej  wytłumaczenia  za  dobrą  monetę.  Od  tego  dnia  męczyło  mnie  podejrzenie. 

Pragnąłem  przycisnąć  ją  tak,  Ŝeby  nie  mogła  zbyć  mnie  byle  czym.  Na  szczęście,  miała  bankową  ksiąŜeczkę 

oszczędnościową. A co dziwniejsze, przechowywała nawet stare ksiąŜeczki bankowe, juŜ do niczego niepotrzebne. 

To było waŜne źródło. Rozumie pan? W czasie jej nieobecności wszedłem do mieszkania i dokładnie sprawdziłem. 

Jeśli ktoś umie czytać, to liczby mogą być bardzo interesującą lekturą. Tak, dzięki nim wiele zrozumiałem. Okazało 

się, Ŝe  miała jakieś nadzwyczajne  wpływy, trudne do  wyjaśnienia,  najczęściej dwa razy  w  tygodniu, a najrzadziej 

dwa lub trzy razy w miesiącu. Nic nie zmyli moich oczu. 

Zebrałem  dowody  i  zaatakowałem  ją.  Zdarzyło  się  to  ostatnio  trzy  dni  temu.  I  znów  rozpłakała  się,  lecz 

tym  razem  nic  nie  wskórała.  Miałem  w  ręku  niepodwaŜalne  dowody.  Znów  przedstawiła  mi  mało  wiarygodne 

wyjaśnienie.  Opowiedziała  bowiem  o  szpitalu,  który  skupuje  ludzkie  płody  i  płaci  po  dwa  tysiące  jenów  za 

przyprowadzenie lub wskazanie dawcy, to znaczy kobiety z trzytygodniową ciąŜą. Stwierdziła, Ŝe pracuje dla tego 

szpitala  jako  pośredniczka.  To  jakaś  niesamowita  historia!  Zacząłem  się  teraz  powaŜnie  martwić  o  Kondo.  MoŜe 

postradała  zmysły?  Kiedy  o  tym  myślałem,  nie  mogłem  całkowicie  wykluczyć  tej  moŜliwości.  Jak  na  młodą 

kobietę, przejawiała zbyt mało namiętności. Kiedy dalej nieustępliwie wypytywałem ją, drŜała ze strachu. Bała się, 

Ŝ

e  mogą jej nie  wiadomo co  zrobić, jeśli  w szpitalu dowiedzą się, Ŝe powiedziała  mi prawdę. Kupione przez nich 

płody nie umierają. Są karmione i pielęgnowane w specjalnym urządzeniu, stają się znacznie bliŜsze ideału niŜ te, 

które  rozwijają  się  w  brzuchu  kobiety.  Nasze  dziecko  naprawdę  Ŝyje...  I  co  pan  na  to?  Czy  nie  ogarnia  pana 

przeraŜenie?  Jeśli  byłaby  to  prawda,  powinna  znaleźć  się  na  pierwszej  stronie  gazet,  a  jeśli  kłamstwo,  to  było 

dowodem niezwykłej, wprost bezczelnej wyobraźni tej kobiety. Nie chciałem być pokonany, więc odpowiedziałem 

jej:  -  No  więc  zaprowadź  mnie  do  tego  szpitala!  I  kiedy  wydało  mi  się,  Ŝe  ją  pokonałem,  oświadczyła,  Ŝe  musi 

zapytać o zgodę w szpitalu. 

I  tak  wczoraj  wkrótce  po południu  otrzymałem  odpowiedź.  Zadzwoniła  do  mojej  firmy  i  powiedziała,  Ŝe 

wieczorem przyjdzie na spotkanie razem z kimś ze szpitala. Prosi więc, Ŝebym stawił się w kawiarni w Shinjuku o 

siódmej.  Tego  nie  oczekiwałem,  nie  sądziłem,  Ŝe  tak  daleko  się  posunie.  PoniewaŜ  nie  spodziewałem  się  Ŝadnej 

background image

pułapki,  pomyślałem,  Ŝe  po  prostu  zwariowała.  Długo  i  niecierpliwie  czekałem  na  nią  w  kawiarni.  Byłem 

zdenerwowany, myślałem o tym, Ŝe następnego dnia muszę zaprowadzić ją do jakiegoś szpitala psychiatrycznego, 

niczego więc nie przeczuwałem. A resztę juŜ znacie. Sprytnie mnie załatwiła. Nie, nie mówię o ludziach ze szpitala. 

Innymi  słowy,  to  był  męŜczyzna.  Znudziłem  się  jej,  a  ze  wstydu  nie  potrafiła  tego  powiedzieć  wprost...  A  swoją 

drogą, nieźle to sobie obmyśliła - ten szpital  skupujący ledwie poczęte Ŝycie... Jeśli  mnie tak bardzo nie lubiła, to 

dlaczego nie powiedziała mi o tym choćby słowem?... Nie chciałbym, Ŝeby mówiono o mnie, iŜ jestem człowiekiem 

nierozsądnym  (mógłbym  się  pogodzić  z  brutalną  prawdą).  Nie  mogę  wprost  uwierzyć,  Ŝe  zrobiłaby  coś  tak 

potwornego, jak nasłanie na mnie męŜczyzny, Ŝeby mnie pobił... Nie, prawdę mówiąc, bardzo mnie zraniła.  

 

 

17 

 

- To kobieta... - zacząłem i szybko ugryzłem się w język, Ŝeby nie powiedzieć, Ŝe właśnie kobieta bardzo 

skomplikuje nam sprawy. 

- Przyznała się do zbrodni i chyba nie ma zamiaru odwoływać zeznań. 

- I to jest dziwne. Jeśli wierzyć słowom zamordowanego, była to osoba trochę niezrównowaŜona. 

- Bała się czegoś, prawda? 

- MoŜliwe, Ŝe z natury była bojaźliwa - albo teŜ kryła mordercę. A moŜe rzeczywiście jej groŜono. 

-  Realnie  rzecz  biorąc,  dwie  pierwsze  moŜliwości  są  bardziej  prawdopodobne,  ale  jeśli  weźmie  się  pod 

uwagę ostatnie pogróŜki telefoniczne, nie wykluczałbym teraz i tej trzeciej... 

- No właśnie, ten telefon... - Tanomogi przybrał wyraz skupienia, jakby chciał zmobilizować umysł. - Jeśli 

tak, to sprawcą nie mógł być jej kochanek. Mam rację? Od początku byłem przeciwny “hipotezie kochanka". Nie, 

zamordować takiego dobrodusznego, ale i skąpego męŜczyznę tylko z powodu kobiety? To zbyt błahy powód. 

- Chcesz przez to powiedzieć, Ŝe powinniśmy wziąć pod uwagę hipotezę o handlu embrionami? 

Lekkie skinienie głowy Tanomogiego zmroziło uśmiech rodzący się na moich wargach. 

- Nie ma potrzeby brać tak dosłownie tego, co powiedziałem. Jeśli nie zaakceptujemy hipotezy kochanka, 

to nie ma innego wyjścia, jak przypuszczać, Ŝe zarówno w zachowaniu, jak i w świadomości męŜczyzny kryło się 

coś,  co  było  tak  niekorzystne  dla  sprawcy,  Ŝe  musiał  go  zabić.  Idąc  tym  tropem,  moŜemy  wyciągnąć  wniosek,  Ŝe 

nowa  hipoteza  o  istnieniu  handlu  trzytygodniowymi  płodami  równieŜ  zasługuje  na  uwagę,  mimo  Ŝe  jest  tak 

niezwykła. 

- Tylko jako przedmiot dyskusji. 

-  Oczywiście,  tylko  dyskusji.  “Okres  trzytygodniowy"  i  “płód"  to  mogą  być  określenia  naleŜące  do 

jakiegoś  szczególnego,  tajnego  języka.  A  moŜe  naleŜałoby  sprawdzić  kobietę  za  pomocą  maszyny?  Myślę,  Ŝe  to 

pierwszy ruch, jaki naleŜy uczynić. 

- No, no, zostaliśmy wplątani w niezłą aferę - rzekłem, wzdychając mimo woli. 

- Zaszliśmy tak daleko, Ŝe nie moŜemy się wycofać. Nie mamy innego wyjścia, jak zdecydowanie iść do 

przodu. 

- Nie wiem, czy powinniśmy. Nasi przeciwnicy mogą od razu donieść na nas policji, gdy się dowiedzą, Ŝe 

zainteresowaliśmy się kobietą. Nie zawahają się zamordować kaŜdego, kto wejdzie im w drogę. 

background image

- Nawet jeśli będziemy siedzieć spokojnie, sięgną po nas macki podejrzenia. To tylko kwestia czasu. Nie 

wygramy,  jeśli  nie  uderzymy  pierwsi.  Zresztą  nie  musimy  się  z  nią  spotykać  twarzą  w  twarz.  Komisja  mogłaby 

wysłać po nią samochód i potajemnie wywieźć z gmachu policji tylnym wyjściem do szpitala. Byłoby interesujące 

poznać przyszłość takiej kobiety... 

Straciłem  punkt  oparcia  i  zdolność  przewidywania,  byłem  bliski  rozpaczy.  Niczym  początkujący 

rowerzysta  nie  mogłem  przestać  pedałować,  Ŝeby  się  nie  przewrócić,  na  wszelki  wypadek  zadzwoniłem  do 

Tomoyasu.  Był  w  dobrym  humorze,  zadowolony,  Ŝe  waŜne  osobistości  interesują  się  projektem.  Stwierdził,  Ŝe 

skoro  wydano  pozwolenie  na  poszerzoną  analizę  ciała  denata,  nie  powinno  być  trudności  ze  zgodą  na  badania 

kobiety. Od razu przystąpił do załatwiania i nawet szybko uzyskał aprobatę dyrektora. Na pytanie, jak sprawy idą, 

odpowiedziałem: - Uzyskaliśmy ciekawe rezultaty. Zdecydowałem, Ŝe naleŜy przetransportować kobietę z komendy 

policji  do  doktora  Yamamoto  w  Centralnym  Szpitalu  Ubezpieczeń,  nie  posługując  się  nazwą:  Wydzielona 

Pracownia  Instytutu  Techniki  Obliczeniowej.  Byłem  zadowolony,  Ŝe  transfer  odbył  się  bez  zakłóceń,  czułem  się 

jednak  niespokojny  z  powodu  tempa,  w  jakim  toczyły  się  sprawy.  Miałem  wraŜenie,  Ŝe  zapadam  się  w  jakieś 

głębiny. 

Zdecydowałem  się  na  jeszcze  jedno  badanie,  nim  kobieta  zostanie  dowieziona  do  doktora  Yamamoto. 

Dałem  rozkaz  maszynie,  by  ponownie  rozpatrzyła  wyniki  analiz  zmarłego  męŜczyzny,  dzieląc  informacje  na 

współczynniki ogólne i specyficzne, to znaczy na części wspólne wszystkim ludziom i części właściwe tylko temu 

męŜczyźnie.  Wniosek  wypływający  z  tych  badań  powinien  być  bardzo  pouczający.  Następnie  przeanalizuję 

czynniki  specyficzne,  po  czym  zestawię  je  z  obliczeniami  ogólnymi,  a  tym  samym  uzyskam  pełne  dane  o  jego 

osobowości.  Ku  mojemu  zaskoczeniu,  mimo  niepełnych  danych,  bardzo  szybko  uzyskałem  odpowiedź. 

Współczynniki  specyficzne  -  zmienne  części  równania  osobowości  -  są  widocznie  prostsze,  niŜ  myślałem. 

Zrozumiałem,  Ŝe  prawie  wszystko  w  całym  równaniu  prawdopodobieństwa  da  się  zredukować  do  kilku  cech 

szczególnych,  a  jeśli  chodzi  o  fale  mózgowe,  wystarczy  zbadać  tysiąc  modelowych  reakcji  na  podniety  w 

dwudziestu  strefach  mózgu.  Będzie  to  doskonały  materiał  do  przedstawienia  komisji.  Spróbowałem  spisać  w 

punktach  potrzebne  do  analizy  współczynniki  specyficzne.  Udało  mi  się  je  zmieścić  na  jednej  kartce  papieru 

maszynowego. Powstał zestaw zwykłych terminów medycznych i podstawowych słów języka japońskiego... Coś, z 

czego moŜna wnioskować o indywidualności człowieka. 

-  Spójrz,  Tanomogi-  kun,  jeśli  nas  przycisną,  będziemy  mogli  dołączyć  do  tego  zestawu  przykład 

zastosowania go i okpić członków komisji choćby podczas następnego posiedzenia. Co ty o tym sądzisz? 

- Komisja to Ŝaden problem. W kaŜdym razie idea przewidywania przyszłości człowieka została przyjęta. 

- Nie została. Ma tylko nieformalne poparcie. 

- Na jedno wychodzi. W porównaniu z dotychczasową postawą komisji... 

- To prawda. 

Wywołałem telefonicznie doktora Yamamoto. Widocznie kobieta jeszcze nie dojechała. Powiadomiłem go 

o przygotowaniu listy specyficznych współczynników niezbędnych do wykonania badań. Wyraźnie się ucieszył, nie 

mógł  ukryć  podniecenia.  Zamieniłem  się  miejscami  z  Wadą  Katsuko  i  poleciłem  jej  wprowadzić  do  szpitalnego 

komputera  przygotowany  przeze  mnie  zestaw.  Tanomogi  przyrządził  kawę.  Słodką  kawą  nieco  złagodziłem 

nadmiernie  podraŜnione  paleniem  gardło.  Oczekiwanie  urozmaicałem  rozmową  o  szerzących  się  pogłoskach 

dotyczących szybkiej budowy ogromnej maszyny prognostycznej “Moskwa 3". Podobno dzięki niej będzie moŜna 

przewidywać  ogólny  rozwój  gospodarczy  w  krajach  komunistycznych  i  neutralnych,  zajmujących  połowę  świata. 

background image

Na samą myśl o tym zrobiło mi się przykro. Tam w Rosji maszyna prognostyczna jawi się niczym wielki pomnik 

epoki, a tu jest tylko nędzną pułapką, słuŜącą schwytaniu zabójcy. A przy tym okazuje się, Ŝe jej twórca, inŜynier, 

cierpi, poniewaŜ dał  się  schwytać zwykłej  myszy. Powoli  ogarniał  mnie niepokój. Oczekiwanie  się przedłuŜało, a 

wciąŜ  nie  nadchodziła  wiadomość  na  temat  przybycia  kobiety  do  szpitala.  Zdecydowałem  się  sprawdzić,  co  się 

dzieje, prosząc o pomoc Tomoyasu. 

-  AleŜ,  Sensei,  ja  bardzo  liczę  na  ten  pomysł.  Bez  względu  na  to,  co  pan  mówi,  przecieŜ  był  to  wybór 

maszyny, prawda? Tak czy owak maszyna posługuje się logiką. 

- Wcale nie mam zamiaru rezygnować. 

Wkrótce  potem  otrzymałem  wiadomość,  Ŝe  kobieta  wcześniej  opuściła  komendę  policji.  Skoro  dotąd  nie 

dotarła  do  szpitala...  jest  powód  do  zmartwienia.  Tanomogi  równieŜ  był  podenerwowany,  wciąŜ  spoglądał  w 

monitory i jednocześnie mówił: 

- UłoŜenie programu to pewien problem... Zwłaszcza jeśli dane socjologiczne są zakazane. Myślę, Ŝe z tego 

powodu  znaleźliśmy  się  w  ślepym  zaułku.  Jeśli  zakres  naszych  badań  byłby  większy,  niewątpliwie  moglibyśmy 

nawet  na  podstawie  danych  z  zakresu  zjawisk  naturalnych  przedstawić  wspaniałą  fundamentalną  prognozę,  nie 

gorszą niŜ “Moskwa 2". Istotna jest bowiem praca i wytrwałość... 

Zadzwonił  telefon.  Tanomogi  chwycił  słuchawkę  i  przycisnął  do  ucha.  Uniósł  podbródek  i  skupił 

spojrzenie w jednym miejscu. Chyba jakaś niedobra wiadomość. 

- Co się stało? 

- Nie Ŝyje. - Poruszył lekko głową w bok. 

- Nie Ŝyje? Dlaczego? 

- Nie wiem, prawdopodobnie popełniła samobójstwo. 

- Czy na pewno? 

- Mówią, Ŝe zmarła, poniewaŜ połknęła truciznę. 

- Proszę natychmiast podłączyć ją do maszyny Yamamoto. Jeśli postąpimy podobnie jak z męŜczyzną, to 

szybko poznamy przyczynę zamordowania męŜczyzny oraz dowiemy się, jak zdobyła truciznę. 

- Podobno to niemoŜliwe - odpowiedział, wciąŜ trzymając rękę na aparacie telefonicznym. - Została jakoby 

uśmiercona  bardzo  silną  trucizną  działającą  na  system  nerwowy,  który  jest  całkowicie  zniszczony.  Nie  ma  chyba 

nadziei na normalną reakcję. 

-  To  potworne!  -  Zgniotłem  palącego  się  papierosa,  parząc  sobie  przy  okazji  palce,  lecz  nie  poczułem 

bólu... Wydawało mi się, Ŝe byłem opanowany, a przecieŜ ku mojemu zaskoczeniu drŜały mi kolana. 

Rozmowa  potwierdziła  beznadziejność  sytuacji.  Rzadko  się  zdarza,  Ŝeby  zmarły  miał  tak  całkowicie 

zniszczony  system  nerwowy.  Jeśli  idzie  o  trucizny,  które  się  połyka,  istnieją  dawki  optymalne.  Gdy  samobójca  je 

przekroczy,  wydala  truciznę  wraz  z  wymiotami,  zanim  przedostanie  się  ona  do  krwiobiegu.  W  takiej  sytuacji 

organizm wchłania dawkę mniejszą od optymalnej. Tymczasem w ciele tej kobiety znajdowało się tak duŜo trucizny 

przyswojonej  przez  organizm,  Ŝe  naleŜało  brać  pod  uwagę  jedynie  zastrzyk.  Nigdzie  jednak  nie  znaleziono  na  jej 

ciele śladu nakłucia. W areszcie cały czas była pod ścisłą kontrolą, nie miała moŜliwości zrobienia sobie zastrzyku. 

Chyba Ŝe wcześniej zaŜyła preparat opiumopochodny i spowodowała poraŜenie ośrodka powodującego wymioty, a 

dopiero potem połknęła duŜą dawkę trucizny. Jest to jednak sposób zbyt skomplikowany. 

Poszukując  racjonalnej  przyczyny  tego  stanu  rzeczy  doszliśmy  do  wniosku,  Ŝe  to  było  morderstwo. 

Zrozumiałem,  Ŝe  w  ten  sposób  doktor  Yamamoto  starał  się  skierować  moją  uwagę  w  innym  kierunku,  lecz  nie 

background image

dałem się zwieść. Nie mogłem zdradzić się, Ŝe wiem o czymś, o czym inni jeszcze nie wiedzieli. Dopóki nie ustalę, 

kim są moi przeciwnicy, muszę udawać, Ŝe nie orientuję się, o co chodzi. 

Znów zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę, z której dobiegł stłumiony a zarazem twardy głos: 

-  Katsumi-  sensei?  To  nieładnie,  a  przecieŜ  specjalnie  pana  ostrzegałem.  Zaszedł  pan  za  daleko.  Znów 

musiała jedna osoba... 

Podałem słuchawkę Tanomogiemu. 

- To ten szantaŜysta. 

- Oj, kim jesteś? Podaj nazwisko! - krzyknął Tanomogi, lecz połączenie zostało przerwane. 

- Co powiedział? 

- śe policja wszczęła właściwe postępowanie. 

- Czy nie wydało ci się, Ŝe gdzieś juŜ słyszałeś ten głos? 

- Hm... 

-  NiewaŜne,  to  nie  głos,  tylko  akcent.  -  W  mojej  pamięci  pojawił  się  błysk  przypomnienia  i  natychmiast 

zniknął. 

- Gdy jeszcze raz zadzwoni, moŜe skojarzę... 

- Z pewnością, moŜe nie jest on nam całkowicie nie znany. Za szybko otrzymuje wiadomości. Orientuje się 

w naszych wewnętrznych sprawach. 

- Co robimy? 

Tanomogi nerwowo wyginał palce, rozglądając się dokoła, jakby szukał wieszaka na kapelusz. 

- Wygląda na to, Ŝe sieć wokół nas się zacisnęła. Trzeba znaleźć w niej dziurę. 

- A moŜe zawiadomimy policję i zeznamy, jak było? 

-  Zeznamy?  -  Tanomogi  wykrzywił  wargi  i  wzruszył  ramionami.  -  Czy  mamy  w  ręku  wystarczające 

dowody? 

-  Czy  zabójstwo  kobiety  nie  świadczy,  Ŝe  prócz  nas jeszcze  ktoś  inny  jest  zamieszany  w  całą  sprawę?  A 

jeśli to zbrodniarz? 

-  To  nic  nie  da.  Nawet  jeśli  załoŜymy,  Ŝe  kobieta  została  zamordowana,  nie  zapominajmy,  Ŝe  Tsuda  i 

Kimura mieli wolny wstęp na posterunek policji i przy jakiejś okazji mogli się zbliŜyć do kobiety. ChociaŜ popierają 

nas  waŜne  osobistości  i  jesteśmy  wyłączeni  ze  śledztwa,  to  jednak  gdyby  padł  na  nas  choćby  cień  podejrzenia  o 

zamordowanie  głównego  księgowego,  równieŜ  Tsuda  i  Kimura  byliby  natychmiast  objęci  śledztwem.  Stalibyśmy 

się instytutem zabójstw... Niezły tytuł dla prasy. Nasz zabójczy zapał badawczy byłby głośny w całym świecie. 

- Ale to tylko domysł. Wszystko co mówisz... 

- Tak, domysł. 

-  Policję  interesują  teraz  materialne  dowody,  a  nie  przypuszczenia,  skąd  kobieta  wzięła  truciznę,  którą 

wypiła... 

-  Sensei,  komisja  jest  pozytywnie  nastawiona,  gdyŜ  sądzi,  Ŝe  nasza  maszyna  pomoŜe  wyjaśnić  ten 

przypadek. Nie  mam racji? Mieliśmy przecieŜ taki zamiar, wychodziliśmy z tego samego załoŜenia, a  moŜliwości 

maszyny  są  dostatecznie  duŜe.  Przeciwnik  okazał  się  jednak  groźniejszy.  Czy  pan  uwaŜa,  iŜ  policja  z  łatwością 

poradzi sobie z wrogiem, któremu nie dała rady maszyna? 

- Wrogiem? 

- Tak, to na pewno wróg. 

background image

Zamknąłem oczy  i  wstrzymałem oddech. Nie  mogłem poddawać się emocjom. Nie  ma  przecieŜ powodu, 

Ŝ

eby nie dać posłuchu hipotezie Tanomogiego. Jeśli rzeczywiście nie mamy do czynienia ze splotem przypadków i 

jeśli istnieje wróg... 

Otrzymaliśmy wiadomość od Tsudy. Aresztowano jakiegoś podejrzanego, lecz natychmiast go zwolniono. 

To  była  pomyłka,  poniewaŜ  sprzedawca  papierosów  nie  rozpoznał  go  podczas  konfrontacji.  Wedle  jego 

oświadczenia, jeden z przestępców był męŜczyzną drobnej budowy, miał małe błyszczące okrucieństwem oczy. Nie 

mogłem opanować gorzkiego uśmiechu, zrezygnowałem teŜ z poinformowania o tym Tanomogiego. 

- Słuchaj, jak sobie wyobraŜasz tego wroga? 

- Stopniowo skłaniam się ku przypuszczeniu, Ŝe nie jest to jednostka, lecz organizacja. 

- Dlaczego? 

- Nie potrafię sprecyzować dlaczego, po prostu mam takie odczucie. 

Deszcz przestał padać i nastała noc. 

- Minęła siódma. Czy nie powinni juŜ wszyscy wrócić? 

- Porozumieć się z nimi? 

Przypadkowo  spojrzałem  w  okno  i  przy  bramie  frontowej  zobaczyłem  niewyraźną  sylwetkę  męŜczyzny. 

Było  juŜ  ciemno,  nie  dostrzegłem  więc  rysów  twarzy,  natomiast  zauwaŜyłem,  Ŝe  pali  papierosa.  Nagle  podniósł 

głowę i ujrzawszy mnie odszedł szybkim krokiem. 

- Sądzisz, Ŝe to jest ta sama organizacja, która skupuje trzytygodniowe płody? 

- Bo ja wiem... - Tanomogi był wyraźnie zakłopotany. - ChociaŜ znane są w świecie badania nad rozwojem 

ssaków poza macicą, prawda? 

- Rozwój poza macicą? 

- Tak. 

- Rozumiem... Czy dopiero teraz o tym sobie przypomniałeś? A moŜe czekałeś na sposobność, Ŝeby o tym 

mi powiedzieć? 

- Nie, wiedziałem o tym wcześniej, ale rzeczywiście nie miałem okazji wspomnieć. 

-  Tak  myślałem.  Gdyby  pójść  tym  tropem,  to  rzeczywiście  naleŜałoby  brać  pod  uwagę  organizację. 

Twierdzę jednak, Ŝe jest to zwykły wymysł. Lepiej Ŝebyś o tym zapomniał. 

- Dlaczego? 

- PoniewaŜ przysłania fakty. 

- CzyŜby? 

- No dobrze, proszę zatelefonować. 

Tanomogi nawet nie zwrócił się w stronę telefonu. 

- Ale ja widziałem szczury z oskrzelami, Ŝyły w wodzie nadal pozostając ssakami. 

- Co ty wygadujesz! 

-  Naprawdę!  Podobno  hodując  płód  poza  macicą  odcina  się  indywidualny  rozwój  osobnika  od  jego 

filogenetycznych  podstaw,  innymi  słowy,  wyrywa  z  nurtu  normalnego  rozwoju,  właściwego  poszczególnym 

rodzajom...  Nigdy  nie  widziałem  psa  wodnego,  lecz  takie  stworzenia  istnieją.  W  ten  sposób  trudno  hodować 

zwierzęta trawoŜerne, natomiast znacznie łatwiej przystosowują się do wody ssaki mięsoŜerne i wszystkoŜerne... 

- Gdzie to się znajduje? 

- W pobliŜu Tokio. W laboratorium, które naleŜy do brata kogoś, kogo pan zna. 

background image

- Kogo? 

- Doktora Yamamoto z Centralnego Szpitala Ubezpieczeń... to jego starszy brat. Nie wiedział pan? Dziś juŜ 

za późno, ale jutro tam pana zaprowadzę. MoŜe tam znajdziemy jakąś  wskazówkę. Wygląda to na drogę okręŜną, 

ale skoro odcięto nam inne moŜliwości... 

-  Dosyć.  Mam  dość  tej  zabawy  w  detektywa.  Na  zewnątrz  obserwuje  nas  jakiś  podejrzany  typ.  Jeśli  nie 

policjant, to pewnie zabójca. 

- Naprawdę? 

- Idź i sam się przekonaj. 

- Zadzwonię do straŜników, niech go sprawdzą. 

- Jednocześnie mógłbyś zadzwonić na policję. 

- Mam powiedzieć, Ŝe jakiś podejrzany osobnik czai się na pana? 

- Wszystko jedno... - Wstałem, zmieniłem obuwie i wziąłem teczkę. - Wychodzę. Kiedy skontaktujesz się 

ze wszystkimi, moŜesz równieŜ iść do domu. 

 

 

18 

 

Byłem wściekły. Choć wiedziałem dokładnie, na kogo. Na jakiegoś nieokreślonego przeciwnika, to pewne, 

ale nawet jeśli chciałbym  uporządkować sytuację, i tak nie miałbym pojęcia, od czego zacząć. Co nie oznacza, Ŝe 

nie  miałem  punktu  zaczepienia,  przeciwnie,  było  ich  zbyt  wiele.  Przy  tym  wzajemnie  sobie  przeczyły,  więc  po 

prostu nie  wiedziałem,  którym tropem powinienem pójść. W drodze do domu nie odniosłem  wraŜenia, Ŝeby  mnie 

ktoś śledził. Kiedy Ŝona usłyszała trzask otwieranej bramy, wyszła od razu i otworzyła mi drzwi. Z jakiegoś powodu 

czekała na mój powrót. Jeszcze nie zdąŜyłem zdjąć butów, gdy zapytała mnie cichym, ale oschłym tonem: 

- Co się zdarzyło dziś w szpitalu? 

Miała  na  sobie  strój  wyjściowy  -  albo  właśnie  wróciła,  albo  miała  zamiar  gdzieś  wyjść.  Wyglądała  na 

wzburzoną.  Pod  światło  widziałem  jej  rozjaśnione  włosy.  Nie  zrozumiałem  jej  pytania.  Jeśli  chodzi  o  szpital, 

pomyślałem  tylko  o  jednym,  a  mianowicie  o  Centralnym  Szpitalu  Ubezpieczeń,  w  którym  znajdowało  się 

Laboratorium  Diagnoz  Elektronicznych.  Ale  skąd  mogłaby  się  o  tym  dowiedzieć?  Jeśli  nawet  się  dowiedziała,  to 

dlaczego tak się przejęła? 

- Co masz na myśli? 

- No wiesz... 

Odpowiedziała tak słabym głosem i z takim bolesnym wyrzutem, Ŝe zatrzymałem się w miejscu. W głębi 

mieszkania syn Yoshio pośpiewywał irytująco do wtóru telewizji. Czekałem na następne słowa Ŝony. Kto wie, moŜe 

przez nieuwagę popełniłem jakiś błąd i do Ŝony dotarły jakieś informacje o Laboratorium Diagnoz Elektronicznych 

doktora Yamamoto. Ona jednak milczała, chyba równieŜ czekała na wyjaśnienia z mojej strony. 

Po krótkiej nienaturalnej ciszy zaczęła mówić. 

- Zrobiłam tak, jak chciałeś. Jesteś jednak nieodpowiedzialny. Jak mogłeś zapomnieć o tym, Ŝe dzwoniłeś?! 

Nie mówiąc o tym, Ŝe po tym wszystkim nie przyszedłeś po mnie, to niedopuszczalne. 

- Ja telefonowałem? 

- Jednak dzwoniłeś do mnie, prawda? - zdziwiona uniosła twarz. 

background image

- Właśnie pytam, o czym ty mówisz? 

Jej szczupła cienka szyja w oczach grubiała. 

- Powiedzieli mi w szpitalu, Ŝe dzwoniłeś. Dzwoniłeś do mnie, prawda? 

Wyglądała  na  zupełnie  roztrzęsioną.  To  naturalne,  była  czymś  przejęta  i  rozgniewana  bardziej,  niŜ 

przypuszczałem,  a  na  dodatek  nie  mogła  mieć  do  mnie  pretensji,  gdy  okazało  się,  Ŝe  ja  nie  mam  pojęcia,  co  ją 

zbulwersowało. Gdy połączyłem w całość jej rwące się słowa, zrozumiałem w końcu, o co tu chodzi. 

Około trzeciej, wkrótce po powrocie Yoshio ze szkoły, telefonowano z ośrodka, w którym Ŝona się leczyła. 

Był to niewielki ogólny szpital połoŜony około pięciu minut drogi autobusem od domu, a dyrektorem tego szpitala 

był  mój  przyjaciel.  (Gdy  o  tym  mówiła,  przypomniałem  go  sobie.  Przed  kilku  dniami  Ŝona  była  na  badaniach  w 

związku  z  ciąŜą  -  byliśmy  niespokojni,  poniewaŜ  juŜ  raz  miała  ciąŜę  pozamaciczną,  zasięgała  więc  teraz  porady 

lekarskiej  w  sprawie  ewentualnej  aborcji.  Ja  ze  swej  strony  nie  wypowiedziałem  się  zdecydowanie.  Akurat 

przeŜywałem  kryzys  w  związku  z  problemami  maszyny  prognostycznej).  Wracając  do  telefonu,  przekazano  jej 

wiadomość,  Ŝe  ja  nakazałem,  aby  Ŝona  bez  zwłoki,  jeszcze  tego  samego  dnia  poddała  się  zabiegowi.  śona  się 

wahała. Zadzwoniła więc do mnie, lecz mnie nie zastała. (Po trzeciej byłem chyba u Tomoyasu z komisji w sprawie 

ciała  zmarłej.  A  osoba,  która  odebrała  telefon  od  Ŝony,  w  natłoku  spraw  musiała  zapomnieć  mnie  zawiadomić). 

Pełna obaw udała się więc do szpitala. 

- I co, usunęłaś? - zapytałem z wyrzutem, chcąc jednocześnie ukryć swój niepokój. 

-  Oczywiście,  przecieŜ  nie  miałam  innego  wyjścia...  -  odparła  usprawiedliwiająco  i  poszła  za  mną  do 

pracowni na piętrze. “Witaj w domu", z kąta korytarza dobiegło obojętne pozdrowienie Yoshio. - W kaŜdym razie 

miałam zamiar naradzić  się z  moim  lekarzem, ale go nie zastałam.  A przecieŜ  mnie  wezwał i  gdzieś  wyszedł. To 

mnie rozgniewało, więc chciałam wrócić do domu. JuŜ w drzwiach podbiegła do mnie kobieta z duŜym pieprzykiem 

na  brodzie  z  prawej  strony,  wyglądająca  na  pielęgniarkę,  i  powiedziała,  Ŝe  doktor  zaraz  wróci.  -  Proszę  wypić  to 

lekarstwo  i  chwilę  zaczekać  -  rzekła,  powtarzając,  Ŝe  doktor  zaraz  będzie...  Był  to  gorzki  proszek  w  czerwonym 

papierku...  W  czerwony  papierek  zawijają  chyba  truciznę?  W  kaŜdym  razie  był  to  chyba  bardzo  silny  środek. 

Wkrótce  całe  moje  ciało  -  prócz  oczu  i  uszu  -  ogarnęła  senność...  Następnie...  pamiętam  to,  ale  czułam  się  tak, 

jakbym  nie  widziała  na  oczy  -  wszystko  było  bardzo  niewyraźne...  na  pewno  podtrzymywano  mnie  z  obu  stron  i 

niesiono  do  samochodu,  którym  przewieziono  do  innego  szpitala...  do  szpitala  o  ciemnych  długich  korytarzach... 

Tam  był  inny  lekarz,  który  powiedział,  Ŝe  wszystko  jest  uzgodnione  z  moim  lekarzem,  więc  od  razu  wykonają 

operację. Nawet nie miałam czasu się zastanowić. Na dodatek - nie wiem, co to miało znaczyć - przed powrotem do 

domu wydano mi dość duŜą resztę... 

- Resztę? 

- Tak, bo chyba zapłaciłeś z góry za operację? 

- Ile dostałaś? - Zerwałem się na równe nogi. 

- Siedem tysięcy jenów... nie wiem, co to za rozliczenie... 

- Nie upłynęły jeszcze trzy tygodnie? - Sięgając nerwowo po papierosa wylałem wodę ze szklanki stojącej 

tu od wczoraj. 

- Tak... Myślę, Ŝe tyle upłynęło. 

Rozlana woda popłynęła pod stos ksiąŜek. 

- Wytrzyj. 

background image

Siedem tysięcy jenów, niecałe trzy tygodnie... Czułem mrowienie rozchodzące się po całym ciele od karku 

po  plecy,  jakbym  wspinał  się  na  górę  z  pięćdziesięciokilogramowym  plecakiem.  Unikałem  wzroku  Ŝony, 

spoglądającej na mnie podejrzliwie. 

- A jak nazywał się ten szpital? 

- Nie wiem, wsiadłam do prywatnego samochodu i wróciłam prosto do domu. 

- MoŜe chociaŜ pamiętasz dzielnicę? 

- Nie pamiętam, ale wydało mi się dość daleko... gdzieś zupełnie na południe, zdaje się, Ŝe blisko morza. 

Do  tego  stopnia  daleko,  Ŝe  po  drodze  usnęłam...  -  Następnie,  jakby  starała  się  coś  sobie  przypomnieć,  dodała:  - 

Jednak ty z pewnością domyślasz się, gdzie to moŜe być? 

Ani nie potwierdziłem, ani nie zaprzeczyłem. Przeczuwałem, ale zupełnie co innego niŜ Ŝona. Gdybym się 

zaczął  rozwodzić,  pobudziłbym  Ŝonę  do  dalszych  pytań  i  długi  czas  musiałbym  na  nie  odpowiadać.  Kiedy  się  w 

końcu  opanowałem,  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  jeszcze  nie  pojąłem  całej  tej  sytuacji.  Czułem  się  raczej  zagubiony  i 

niczego nie mogłem do końca zrozumieć. W pułapce, w jaką zostałem schwytany, znalazła się nagle równieŜ moja 

Ŝ

ona. To niewybaczalna złośliwość losu - ogarnął mnie taki gniew, Ŝe pociemniało mi w oczach. 

 

 

19 

 

Zszedłem na dół do telefonu. śona próbowała oderwać Yoshio od telewizora, lecz ja celowo pozwoliłem 

mu dalej oglądać. Nie mogę pozwolić wciągnąć równieŜ Ŝony w tę nieprawdopodobną historię. To byłoby straszne. 

Najpierw zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego szpitala i zapytałem o miejsce pobytu ginekologa mojej Ŝony. 

Otrzymałem  numer  telefonu.  Zastałem  go  w  domu.  Gdy  poprosiłem  o  wyjaśnienia,  wyraźnie  się  zmieszał. 

Oczywiście,  nic  nie  wiedział  o  mojej  prośbie  ani  nie  wzywał  mojej  Ŝony.  Przede  wszystkim  w  tym  czasie  miał 

umówioną  od  wczoraj  wizytę  domową.  Przy  okazji  zapytałem,  czy  nie  zna  pielęgniarki,  która  podała  Ŝonie 

lekarstwo.  Odparł,  Ŝe  u  niego  nie  pracuje  pielęgniarka  z  pieprzykiem  na  brodzie. Prawdopodobnie  zdarzyło  się  to 

najgorsze, czego w skrytości ducha się obawiałem. 

Następnie nakręciłem numer instytutu, czując silny, zapierający dech ból w piersi. Zdawało mi się, Ŝe serce 

wpadło  mi do Ŝołądka. Krótko mówiąc, przyczyną bólu był ciąg  wydarzeń,  w  które zostałem uwikłany,  wydarzeń 

rozwijających się - jak się wydawało - wbrew ogólnym zasadom prawdopodobieństwa. 

Siedem  tysięcy  jenów...  płód  trzytygodniowy...  hodowla  pozamaciczna...  szczur  ze  skrzelami...  wodne 

ssaki... 

Przypadek  jest  dlatego  “przypadkowy",  poniewaŜ  zwykle  zdarza  się  bez  jakiejkolwiek  przyczyny,  poza 

serialem  telewizyjnym.  Śmierć  męŜczyzny...  podejrzenia...  śmierć  kobiety...  dziwne  telefony,  sprzedaŜ  i  kupno 

płodów  ludzkich...  pułapka,  w  którą  wpadła  Ŝona...  Ciąg  wydarzeń,  które  zaczęły  się  od  czystego  przypadku  i 

splotły  się,  stając  się  całym  ciągiem,  jednym  łańcuchem,  nie  potwierdzającym  ani  nie  negującym  niczego,  ale 

owijającym  się  wokół  mojej  szyi  niczym  stryczek.  Czułem  się  tak,  jakby  gonił  mnie  szaleniec,  w  dodatku  bez 

istotnej przyczyny. Dla mojego racjonalnego umysłu było to trudne do zniesienia. 

Zadzwoniłem  do  dyŜurnego  straŜnika.  Spytałem,  czy  palą  się  światła  w  pokoju  komputerowym.  StraŜnik 

zakasłał,  odchrząknął  i  odpowiedział  ochrypłym  głosem,  Ŝe  światła  są  wygaszone  i  Ŝe  nikogo  nie  ma.  Zrobiłem 

kanapkę z serem, popiłem piwem i przygotowałem się znów do wyjścia. 

background image

ś

ona  sądziła,  Ŝe  byłem  zły  z  powodu  fatalnej  pomyłki  popełnionej  przez  szpital,  niewątpliwie  czuła  się 

winna z powodu okazanego mi rozdraŜnienia. 

- Nie trzeba... Jesteś juŜ zmęczony... 

- Czy siedem tysięcy jenów znajdowały się w jakiejś kopercie? 

-  Nie,  wręczono  mi  je  luzem...  -  Chciała  pójść  i  przynieść  otrzymane  pieniądze,  ale  ją  powstrzymałem  i 

włoŜyłem buty. 

- Kiedy będziesz  miał trochę  czasu? Chciałabym się poradzić  w sprawie Yoshio. Zdarza się, Ŝe opuszcza 

lekcje w szkole. Nauczyciel mnie ostrzegł... 

- To nic, jest jeszcze dzieckiem. 

- Czy moglibyśmy pojechać nad morze pojutrze, w niedzielę? 

- Jeśli zapadną decyzję na jutrzejszym posiedzeniu komisji... 

- Yoshio juŜ się z tego cieszy. 

W duchu ściskam palcami i miaŜdŜę coś, co przypomina cienkie skorupki od jajka przenikające do serca, 

kruszę  jedna  po  drugiej.  W milczeniu  wychodzę  z  domu.  W  kaŜdym  razie  to  tylko  cienkie  skorupki.  I  tak  ktoś  je 

pokruszy, jeśli ja tego nie uczynię. Zamiast się martwić tym, Ŝe się kiedyś połamią, to juŜ lepiej będę się czuł, jeśli 

sam je pokruszę. 

Gdy wyszedłem z domu, usłyszałem odgłos kroków przed bramą - ktoś przeszedł przez ulicę i zniknął w 

alejce naprzeciwko. Wybrałem tę samą co zwykle trasę  w stronę głównej ulicy, i znowu ktoś szedł za  mną, jakby 

zupełnie  przypadkowo.  Pewnie  to  ten  sam  typ,  który  się  kręcił  poprzednio  przed  instytutem.  Nagle  zawróciłem  i 

ruszyłem  w  przeciwnym  kierunku,  prosto  w  stronę  swego  opiekuna,  który  całkowicie  zdezorientowany  uciekł  w 

boczną uliczkę. Porównałem go z agentami, o których czytałem, uznałem, Ŝe był nieudolny, zachował się jak amator 

bez Ŝadnego doświadczenia albo teŜ starał się zwrócić na siebie moją uwagę. Natychmiast pobiegłem za nim. 

Byłem  od  niego  trochę  szybszy.  Nie  biegałem  przez  dłuŜszy  czas,  ale  zachowałem  niezłą  kondycję.  Na 

następnym  skrzyŜowaniu  męŜczyzna  się  zawahał,  nie  wiedząc,  w  którą  stronę  biec,  dlatego  mogłem  się  do  niego 

zbliŜyć. Dzieliło nas ze sto metrów. Dopędziłem go i chwyciłem za lewą rękę. MęŜczyzna chciał się wymknąć, lecz 

się zachwiał i upadł na jedno kolano. Ja teŜ z trudem utrzymałem równowagę, ale go nie wypuściłem. Obaj cięŜko 

dyszeliśmy, nic do siebie nie  mówiliśmy, tylko się  szarpaliśmy, aby nie pozwolić uciec  przeciwnikowi. Byłem od 

niego szybszy, ale pod względem siły fizycznej nie mogłem się z nim równać. MęŜczyzna skręcił ciało w bok, nagle 

się rozluźnił i uderzył mnie głową prosto w Ŝołądek. Zachwiałem się, straciłem oddech i upadłem, jakby przywaliła 

mnie ołowiana płyta. 

Gdy  oprzytomniałem,  usłyszałem  w  dali  pospieszne  kroki  męŜczyzny.  Widocznie  świadomość  straciłem 

tylko na chwilę. Nie miałem jednak dość sił, by go ścigać - nie opuszczał mnie omdlewający zapach jego pomady. 

Gdy wstałem, poczułem ból pod Ŝebrami, jakbym miał jedno z nich złamane. Usiadłem i zwymiotowałem piwem i 

kwasami Ŝołądkowymi. 

Oczyściłem  się  z  błota,  wyszedłem  na  główną  ulicę  i  wsiadłem  do  taksówki.  Kazałem  się  zawieźć  pod 

wskazany  adres  w  Takada-nobaba.  To  tu  mieszkał  Tanomogi,  lecz  nie  było  go  w  domu.  Dowiedziałem  się  od 

gospodarzy, Ŝe jeszcze nie wrócił. Podałem taksówkarzowi adres instytutu. 

StraŜnik  bardzo  się  zdenerwował,  kiedy  mnie  zobaczył.  Zastałem  go  bowiem  do  połowy  nagiego  z 

ręcznikiem zarzuconym na szyję. 

- Widzisz? A jednak światło się pali. 

background image

- Rzeczywiście, zatelefonuję. MoŜe ktoś wszedł wtedy, gdy się kąpałem. Proszę chwilę poczekać. 

Nie zwracając na niego uwagi, wszedłem do budynku. Osaczyła mnie ciemność, a kaŜdy krok pobrzmiewał 

w  zalegającej  ciszy,  jakbym  stąpał  po  cienkiej  blasze  pokrytej  sadzą.  W  końcu  prześwitujące  w  drzwiach  światło 

zdradziło  obecność  człowieka.  Oprócz  mnie  klucze  miał  tylko  Tanomogi,  zapasowe  znajdują  się  w  portierni.  Czy 

został  i  w  ogóle  nie  wychodził?  (W  takim  razie  straŜnik  skłamał  z  jakiegoś  powodu).  A  jeśli  wychodził,  to  moŜe 

wrócił,  poniewaŜ  czegoś  zapomniał...  W  kaŜdym  razie  znów  natrafiłem  na  kolejny  przypadek.  Sam  nie  wiem, 

dlaczego spodziewałem się na pewno go zastać. Nie potrafię tego jasno wytłumaczyć, miałem takie przeczucie. Być 

moŜe usłyszę, Ŝe on teŜ liczył, Ŝe mnie spotka, jeśli tu przyjdzie. Wyjawi prawdę czy skłamie - tego nie wiedziałem, 

w  kaŜdym  razie  powie  to  i  uśmiechnie  się  radośnie...  Nie  powinienem  odpłacać  mu  podobnym  uśmiechem.  Nie 

chciałbym  pochopnie  go  osądzać,  ale  jednak  wydaje  mi  się,  Ŝe  juŜ  nie  mogę  traktować  go  tak  ufnie  jak  dotąd. 

ChociaŜ nie ma powodu sądzić, Ŝe współdziała on z moim wrogiem. PrzecieŜ zupełnie przypadkowo wybraliśmy na 

potrzeby  testu  prognostycznego  księgowego,  który  następnie  został  zabity.  Jednak  to  niepojęte,  Ŝe  od  początku 

traktowałem ten ciąg przypadków, podobny do nieudolnie skleconej historyjki, jako niewątpliwą rzeczywistość. On 

wiedział  ode  mnie  więcej  i  o  krok  wcześniej  przewidywał.  (To  on  wprowadził  tak  niezwykły  temat  jak  istnienie 

ssaków  wodnych,  który  podbudował  hipotezę  o  płodach  rozwijających  się  poza  macicą,  którą  początkowo 

traktowaliśmy jak szalony wymysł tego dobrotliwego księgowego). Chciał mi powiedzieć coś więcej, uznając to, co 

mówi,  za  bzdury,  nie  spytałem  go  o  szczegóły,  szedłem  do  domu...  Lecz  nie  czas  teraz  na  puste  rozwaŜania, 

chciałem dowiedzieć się czegoś więcej, co mogłoby stać się jakąś wskazówką. 

background image

 

20 

 

Drzwi nie były zamknięte na klucz. Zmagając się z bólem Ŝeber przekręciłem gałkę i gwałtownie pchnąłem 

drzwi.  Zdumiony  poczułem  na  policzkach  chłodne  powietrze.  Jeszcze  bardziej  zaskoczyła  mnie  obecność  osoby 

opierającej  się  ręką  o  krzesło  przed  maszyną  i  patrzącej  na  mnie  z  wymuszonym  uśmiechem.  Była  to  Wada 

Katsuko. Uśmiechnęła się, lecz po chwili na jej twarzy pojawiły się oznaki zdziwienia. Widocznie spodziewała się 

kogoś innego. 

- Ty tutaj? 

- AleŜ mnie pan przestraszył! 

- Jestem zaskoczony. Co robisz tu o tej porze? 

Wada wzięła głęboki oddech, odwróciła się na pięcie i lekko przysiadła na krześle. Nie wiem, czy była tego 

ś

wiadoma, ale usiłowała zachowywać się tak, jakby nic się nie stało, chociaŜ wyraz jej twarzy ją zdradzał. 

- Przepraszam, umówiłam się z Tanomogim. 

- Nie ma co przepraszać, ale czy na pewno tutaj się umówiłaś? 

-  To  było  nieporozumienie  -  stwierdziła  odwracając  wzrok  i  potrząsając  lekko  głową  to  w  prawo,  to  w 

lewo. - Mieliśmy zamiar powiedzieć panu o tym wcześniej. 

Zatem taka była prawda. Straszliwa prawda. Gorzki uśmiech mimo woli pojawił się na mojej twarzy. 

- No juŜ dobrze. Nie martw się. To znaczy, Ŝe tutaj przyjdzie? 

-  Nie,  miał  tu  na  mnie  czekać.  Kiedy  przyszłam,  nikogo  nie  zastałam.  Wróciłam  więc  do  domu,  potem 

poszłam do jego mieszkania, ale tam teŜ go nie było. 

Nagle ogarnął mnie przejmujący strach. 

- Odebrałaś telefon od straŜnika? 

-  Tak,  ale...  -  Chyba  nie  zrozumiała  intonacji  w  moim  pytaniu,  bo  uśmiechnęła  się  z  zakłopotaniem  - 

...powiedział, Ŝe przyszedł sensei, więc uznałam, Ŝe mówił o Tanomogim. 

No tak. Z punktu widzenia straŜnika Tanomogi i ja to sensei

Było bardzo chłodno, działała klimatyzacja, jakby jeszcze przed chwilą pracowała maszyna diagnostyczna. 

Wada przymruŜyła oczy, jakby oślepiło ją światło, i wcisnęła głowę w ramiona. 

- No właśnie, myślałam, Ŝe wkrótce wróci, więc postanowiłam zaczekać. 

To miało sens. Trudno ją o coś podejrzewać. Stałem się zbyt nerwowy. Nawet zmieszanie straŜnika da się 

wytłumaczyć. Po prostu pomagał spotykać się potajemnie kochankom. Miłość... Jeśli to miłość, to nie ma się czym 

martwić. Zwykły przypadek. Nie było niczego bardziej pewnego niŜ to realne codzienne poczucie ciągłości. 

- Nie chciałam przerywać pracy w instytucie. 

- Móc pracować razem, we dwoje, to dobre rozwiązanie. 

- Jednak z róŜnych powodów skomplikowane. 

- Rozumiem. - Jakie znowu “rozumiem"? Sam nie wiem dlaczego, ale poczułem się swobodniej i zebrało 

mi się na śmiech. 

-  Przy  okazji,  ciekawa  jestem,  czy  nie  mogłabym  wziąć  udziału  w  doświadczeniu,  by  poznać  moją 

przyszłość? 

background image

-  To  byłoby  interesujące.  -  Tak,  gdyby  ona  została  naszym  królikiem  doświadczalnym,  nie  mielibyśmy 

tych wszystkich kłopotów. 

-  Mówię  powaŜnie.  -  Przesuwając  powoli  długimi  paznokciami  po  krawędzi  pulpitu  maszyny  ciągnęła:  - 

Nie rozumiem, dlaczego ludzie muszą Ŝyć. 

- Co? Zobaczysz, kiedy będziecie razem, wszystko spowszednieje. 

- Co znaczy razem? Czy chodzi o małŜeństwo? 

-  NiewaŜne.  śyjemy  nie  dlatego,  Ŝe  moŜemy  sobie  wszystko  wytłumaczyć.  Pragniemy  czasem  o  tym 

pomyśleć, poniewaŜ Ŝyjemy. 

- Wszyscy tak mówią. Jednak czy nadal zechcą Ŝyć, kiedy poznają własną przyszłość? 

- Czy dlatego chcesz znać prognozę, by tego doświadczyć? To niebezpieczna rozmowa. 

- A moŜe pan by się poddał? 

- Ja? 

- Nie moŜe pan znaleźć spokoju, dopóki nie pozna pan przyszłości. Jeśli Ŝycie jest tak cenne, to dlaczego 

dopuszczalna jest aborcja, a więc pozbawianie Ŝycia dzieci, które winny się urodzić? 

Wstrzymałem oddech i skurczyłem się. Wydało mi się, Ŝe usłyszałem dziwny dźwięk. 

Wada powiedziała to niewinnym tonem. Przyjąłem, Ŝe to tylko wyjątkowy zbieg okoliczności. 

- Nie ma powodu, by coś, co nie ma jeszcze świadomości, uznać za człowieka. 

-  Tak,  z  punktu  widzenia  prawa  -  mówiła  dalej  tonem  niewinnym  i  czystym  -  Ale  to  oportunizm,  to 

sprzeczność sama w sobie, gdy się twierdzi, Ŝe nie wolno zabić przedwcześnie urodzonego dziecka, a jednocześnie 

zezwala  się  na  zabijanie.  Czy  moŜna  przyjąć  za  właściwe  pańskie  tłumaczenie?  A  moŜe  to  ja  czegoś  tu  nie 

rozumiem? 

- Jeśli zaczniesz tak myśleć, nigdy nie dojdziesz do rozsądnego wniosku... Zgodnie z tym rozumowaniem 

moŜna  przyjąć,  Ŝe  kobieta,  która  miała  okazję  zajść  w  ciąŜę  i  z  tego  nie  skorzystała,  albo  męŜczyzna,  który  mógł 

zapłodnić  i  tego  nie  zrealizował,  są  równieŜ  pośrednio  mordercami...  -  Przesadnie  głośno  się  roześmiałem  i 

dodałem: - Teraz teŜ kiedy tak rozmawiamy bez sensu, popełniamy zabójstwo. 

- To moŜliwe. - Wada poruszyła się i spojrzała prosto na mnie. 

- To znaczy, Ŝe mamy obowiązek ratować te dzieci? 

- Tak, to moŜliwe - odparła bez śladu uśmiechu. 

Nie  wiedząc co powiedzieć,  podszedłem do okna i  włoŜyłem papierosa do ust. Czułem  się jakoś dziwnie 

rozgorączkowany, a zarazem skrępowany. 

- Wiesz, jesteś niebezpieczną kobietą. 

Usłyszałem,  jak  Wada  wstaje.  Czekałem  nie  ruszając  się  z  miejsca.  Następnie,  nie  mogąc  dłuŜej  znieść 

ciszy, odwróciłem się i rozejrzałem. Stała wyprostowana z zaciętą miną, jakiej nigdy u niej nie widziałem. Chciałem 

coś powiedzieć, cokolwiek dodać, i gdy szukałem właściwych słów, Wada odezwała się pierwsza. 

- Proszę dać jasną odpowiedź, a ja pana osądzę.  

Roześmiałem się. Śmiałem się zupełnie bez sensu. Wtedy ona teŜ się uśmiechnęła. 

- Naprawdę jesteś dziwną dziewczyną. 

- To jest sąd - mówiła z powaŜną miną. - Rozumiem, Ŝe pan nie uwaŜa zabijania płodu za przestępstwo. 

- Myśląc w ten sposób, nigdy nie dojdziemy do ostatecznych rozstrzygnięć. 

- Wobec tego pan chyba nie ma odwagi wprowadzić własnej przyszłości do maszyny. 

background image

- Co przez to rozumiesz? 

- O, nic takiego. To wystarczy. 

Nagle  jakby  włączyły  się  hamulce  i  z  rozpędu  serce  o  mało  nie  wyskoczyło  z  ciała  wskutek  wstrząsu. 

Wada spojrzała w sufit szeroko otwartymi oczami i skinęła potwierdzająco. Gdyby nie zrobiła tak niewinnej miny, 

na pewno zacząłbym krzyczeć. 

Wada spojrzała na zegarek, jakby nic się nie zdarzyło, i westchnęła. Za jej przykładem rzuciłem okiem na 

własny. Było pięć po dziewiątej. 

- JuŜ późno. Chyba lepiej pójdę do domu. 

Uniosła  wzrok  i  uśmiechnęła  się,  a  następnie  szybko  odwróciła  takim  ruchem,  jakby  coś  chwytała  w 

powietrzu, i nagle opuściła pokój. Zaskoczony nie wiedziałem, co robić. Mogłem tylko na nią patrzeć przez okno: 

coś powiedziała do straŜnika, a następnie bez wahania skierowała się w stronę bramy. 

Z duŜym wysiłkiem wyprostowałem nogi. Chciałem chyba pokazać, Ŝe nie pozwolę więcej kpić ze mnie. 

AŜ  trudno  uwierzyć,  Ŝe  Wada  była  tak  źle  do  mnie  nastawiona,  i  mogła  sobie  pozwolić  na  tak  dziwaczne 

zachowanie w mojej obecności. Być moŜe, gdybym potraktował jej zachowanie dosłownie, nie dopatrzył bym się w 

nim  nic  szczególnego.  MoŜe  problem  tkwił  we  mnie,  poniewaŜ  to  ja  uznałem,  Ŝe  postępuje  dziwacznie  i 

niepotrzebnie  straciłem  panowanie  nad  sobą.  Muszę  się  uspokoić  i  widzieć  rzeczy  takimi,  jakimi  są.  Muszę  jasno 

rozdzielić to, co waŜne, od tego, co nie jest waŜne, i ustalić priorytety, by wiedzieć, co robić najpierw. 

PołoŜyłem kartkę papieru na biurku, zakreśliłem wielkie koło i chciałem właśnie wpisać weń jeszcze jedno 

mniejsze, gdy złamał się grafit i nie mogłem dokończyć rysunku. 

 

 

21 

 

Kilkakrotnie  zamierzałem  wyjść  z  pracowni,  lecz  nagle  zmieniałem  zdanie  i  nadal  czekałem.  Gdyby 

Tanomogi  wiedział,  Ŝe  tu  jestem,  to  niewątpliwie  by  przyszedł...  JuŜ  wkrótce  powinien  nadejść.  Czy  to  moŜliwe, 

Ŝ

eby mnie celowo chciał w ten sposób denerwować? Nie, muszę przestać niepotrzebnie się zadręczać. 

Dwadzieścia minut... czterdzieści minut... pięćdziesiąt minut... W końcu telefon zadzwonił dziesięć minut 

po dziesiątej. 

-  To  pan?  Właśnie  widziałem  się  z  Wadą.  -  W  głosie  Tanomogiego  nie  brzmiała  skrucha,  wręcz 

podniecenie. - Tak, chciałbym coś panu koniecznie przekazać. Mnie jest obojętne, mógłbym nawet odwiedzić pana 

w domu. Ach, tak? To zaraz tam przyjadę. 

Patrzyłem w okno i czekałem, przygotowując się w duchu na to spotkanie. Wielokrotnie powtarzałem sobie 

pierwsze słowa, jakie miałem zamiar powiedzieć, gdy tylko zjawi się Tanomogi. Wpatrywałem się w odległy pejzaŜ 

nocy.  Wydawało  mi  się,  Ŝe  między  niebem  a  dachami  była  rozpięta  cienka  biała  błona.  U  dołu  znajdował  się 

dworzec  kolei  miejskiej.  Zderzały  się  tam  ze  sobą  i  falowały  niezliczone  doznania  ludzkie  i  przejawy  Ŝycia.  To 

zupełnie tak samo jak z morzem, które wygląda na płaskie, gdy patrzy się na nie z góry. W pejzaŜu zawsze panuje 

porządek. Nawet najdziwniejsze zdarzenia nie mogą odstawać od porządku, jakim rządzi się daleki widok... 

Zatrzymała  się  taksówka,  wysiadł  Tanomogi.  Spojrzał  w  górę  w  okno  i  pomachał  ręką.  Upłynęło  równo 

pięć minut. 

- Przez cały czas się rozmijaliśmy. 

background image

-  Siadaj  -  wskazałem  mu  krzesło,  które  poprzednio  zajmowała  Wada.  Ja  pozostałem  na  tym  samym 

miejscu, mając światło z tyłu. - Od dawna na ciebie czekałem. 

- Cały czas byłem poza domem. Musiałem długo pozostać tam, gdzie byłem... 

-  No,  dobrze...  -  Starałem  się  nie  zdradzić,  Ŝe  jestem  zdenerwowany.  -  Zostawmy  to.  Chciałbym  odtąd 

rejestrować naszą rozmowę. Co o tym sądzisz? 

- To znaczy... - Przechylił głowę jakby nie zrozumiał, lecz nie był specjalnie zmieszany. 

- Chciałbym jeszcze raz przeanalizować wszystkie zdarzenia, poczynając od dzisiejszego ranka. 

- To niezły pomysł... - potwierdził i energicznie poprawił się na krześle. - Dobrze się składa, poniewaŜ ja 

teŜ  o  tym  myślałem.  Sądziłem,  Ŝe  panu  nie  będzie  to  odpowiadać,  nawet  trochę  się  z  tego  powodu  martwiłem. 

Pamięta pan, jaki rozgniewany był pan przed powrotem do domu? 

- Tak... O czym właściwie wtedy rozmawialiśmy? 

- Pan powiedział, Ŝe ma dosyć zabawy w detektywa. 

- Tak, tak, wobec tego teraz zajmijmy się ciągiem dalszym. Proszę nacisnąć włącznik. 

Tanomogi pochylił się nad pulpitem i krzyknął ze zdumienia. 

- Cały czas był włączony! Lampa  włącznika widocznie się przepaliła. Dlatego przedtem nie zauwaŜyłem. 

Dziwne... 

- A połączenie z nagrywaniem? 

- Nastawione na czuły mikrofon. 

- To znaczy, Ŝe zostaliśmy nagrani. I to od początku. 

-  Najwidoczniej  -  odrzekł  i  z  wprawą  otworzył  przykrywę  aparatury,  uwaŜnie  przejrzał  przyciski  i 

połączenia gęsto splątanych włókien układu. - Faktycznie, coś podobnego... Wada twierdziła, Ŝe ja byłem tuŜ przed 

nią  i  nie  chciała  dać  wiary,  gdy  zaprzeczyłem.  Pomyślałem,  Ŝe  mówi  od  rzeczy,  lecz  teraz  rozumiem,  o  co  jej 

chodziło. 

Byłem  rozczarowany  i  rozdraŜniony.  Bardziej  tym,  Ŝe  tak  łatwo  mnie  przejrzał,  aniŜeli  tym,  Ŝe  mógł  to 

wszystko zaplanować. Gdy utrzymywał, Ŝe cały czas przebywał poza domem, w duchu nawet się trochę ucieszyłem, 

licząc na to, Ŝe  wytknę  mu  sprzeczności  w odpowiedziach, na przykład  wspominając fakt  włączonej klimatyzacji. 

Skoro on uderzył pierwszy, nic juŜ nie mogłem zrobić. PoniewaŜ nie sprzyjało mi szczęście, na nic nie zdałyby się 

skargi. 

- Wobec tego moŜe rozpoczniemy od rekapitulacji zarysu wydarzeń? 

- Proszę... 

- Najpierw wybraliśmy pewnego męŜczyznę. Miał posłuŜyć do badań komisji programowej. Wybór nie był 

planowany,  co  więcej,  zupełnie  przypadkowy...  MęŜczyzna  został  nagle  przez  kogoś  zabity...  PoniewaŜ 

znajdowaliśmy się blisko niego, moŜna nas włączyć do kręgu podejrzanych... 

- Zwłaszcza mnie, bo byłem najbliŜej. 

- W zasadzie jego kochankę uznano za przestępczynię i policja chyba nie była usatysfakcjonowana takim 

rozwiązaniem.  Co  więcej,  istnieje  domniemanie,  Ŝe  ktoś  z  grupy  przestępczej  zasiał  wątpliwości,  Ŝeby  nas 

utrzymywać w niepokoju. Wszystko to wydało mi się mocno podejrzane. 

- Zgadzam się. 

-  Tak  czy  owak  znaleźliśmy  się  w  ślepym  zaułku.  Gdybyśmy  nic  nie  uczynili,  wcześniej  czy  później  ich 

macki  sięgnęłyby  po  nas.  Zdecydowaliśmy  się  więc  podjąć  próbę  analizy  ciała  zmarłego  męŜczyzny,  aby  rzucić 

background image

wyzwanie  prawdziwemu  przestępcy.  Gdyby  próba  się  powiodła,  otrzymalibyśmy  wspaniałe  rezultaty  jak  na  nasz 

pierwszy  eksperyment.  Ale  analiza  potwierdziła  jedynie,  Ŝe  przestępcą  jest  ktoś  inny  niŜ  kobieta,  a  poza  tym 

usłyszeliśmy bajeczkę o handlarzach ludzkimi embrionami. Na dodatek odebrałem telefon z pogróŜkami. 

- NaleŜy zwłaszcza zwrócić uwagę na szybkość zdobywania informacji na nasz temat... 

- Poza tym, głos telefonującego wydał mi się znajomy... 

- Jeszcze pan sobie nie przypomniał, czyj to głos? 

-  Jeszcze  nie.  Ale  juŜ  niewiele  brakowało.  Nie  mam  jednak  wątpliwości,  Ŝe  jest  to  człowiek  związany  z 

naszym środowiskiem. 

- Sądzę, Ŝe on sporo wie na temat maszyny prognostycznej. Kiedy chcieliśmy poddać badaniu kobietę, od 

razu  wyczuł  niebezpieczeństwo  i  zabił  ją,  zanim  dostała  się  w  nasze  ręce...  Mimo  to  nie  rozumiem,  jak  to  jest 

moŜliwe,  Ŝeby  śmierć  męŜczyzny,  którego  wybraliśmy  zupełnie  przypadkowo,  była  powiązana  z  kimś  z  naszego 

instytutu. 

- Oczywiście, nie moŜemy wykluczyć i takiej moŜliwości, Ŝe przestępca broni się, wskazując nas. Ale jeśli 

gdzieś jeszcze kryje się ogniwo, którego istnienia nie przeczuwamy, to sytuacja robi się powaŜna. 

- Co masz na myśli? 

- Zdyskredytowanie maszyny prognostycznej. 

- Nie rozumiem... 

- No dobrze, idźmy dalej... Tak czy owak zgubiliśmy wszystkie ślady. 

- Tak, z punktu widzenia zewnętrznego. 

-  Lecz  oni  nie  ustali  w  wysiłkach...  Stale  powtarzają  się  telefony  z  pogróŜkami,  jesteśmy  śledzeni.  Nie 

moŜna  teŜ  zapominać  o  fantastycznej  historyjce  na  temat  nowego  gatunku  ssaków  wodnych.  Z  tych  powodów 

popadłem w taki podły nastrój, Ŝe byłem bliski rezygnacji. 

- Właśnie o to pewnie im chodzi... 

-  Nie,  pozwól,  Ŝe  będę  kontynuować...  Kiedy  wróciłem  do  domu,  dowiedziałem  się,  Ŝe  podczas  mojej 

nieobecności  zabrano  Ŝonę  do  jakiegoś  szpitala  połoŜniczego  i  bez  jej  ani  mojej  zgody  zmuszono  ją  do  usunięcia 

ciąŜy. 

- Naprawdę? 

-  śona  była  w  ciąŜy  od  trzech  tygodni.  W  dodatku  gdy  opuszczała  szpital,  wręczono  jej  siedem  tysięcy 

jenów... Chwileczkę... Nie myśl, Ŝe z tego powodu jestem gotów uznać teorię o handlu embrionami ludzkimi. MoŜe 

raczej  chodzi  tu  o  to,  Ŝe  ktoś  nie  był  pewien,  czy  telefon  z  pogróŜkami  wystarczy,  więc  wymyślił  bardziej 

efektywny  sposób  słuŜący  zastraszeniu.  Aby  ukryć  jedno  wielkie  kłamstwo,  sprytny  złoczyńca  rozsiewa  wiele 

drobnych kłamstewek. Podejrzewam nawet, Ŝe tymi siedmioma tysiącami jenów próbował odwrócić moją uwagę i 

skierować  ją  w  stronę  najbardziej  bezsensownych  informacji  ujawnionych  podczas  analizy  ciała  zmarłego 

męŜczyzny... No dobrze, pozwól, Ŝe powiem do końca... Jego celem jest chyba doprowadzenie do zaniechania całej 

sprawy.  Ktoś,  kto  wymyślił  ten  ohydny  handel,  poznał  równieŜ  wyniki  analizy.  Nie  mam  racji?  Gdybyśmy  z 

wyznań zmarłego nie poznali historii o handlu embrionami, to nawet opłata w wysokości siedmiu tysięcy jenów czy 

wzmianka  o  trzytygodniowym  embrionie  nie  dałyby  nam  do  myślenia,  a  tym  samym  nie  stałaby  się  dla  nich 

bezpośrednim zagroŜeniem. Oni o tym wiedzieli. Czy nie mam racji? OtóŜ tylko dwóch ludzi na świecie zna treść 

tej analizy. Tylko ty i ja. Nie moŜesz temu zaprzeczyć, prawda? 

- Tak, to prawda. - Tanomogi zbladł. Spuścił oczy i chwilę siedział bez ruchu. 

background image

- Oczywiście, Ŝe nie moŜesz zaprzeczyć. To jest fakt. 

- Jaki fakt? 

Powoli  zwróciłem  się  w  stronę  Tanomogiego  i  wyprostowanym  palcem  dotknąłem  jego  czoła,  następnie 

akcentując kaŜde słowo, jakbym je wyciskał z siebie, rzuciłem mu w twarz oskarŜenie: 

- To ty jesteś przestępcą! To jest ten fakt! 

Wbrew oczekiwaniom on ani nie zachwiał się z wraŜenia, ani się nie zdenerwował. Nie mógł jednak ukryć 

napięcia; patrząc mi prosto w oczy powiedział niespodziewanie spokojnie: 

- Czy ja miałem powód? 

- Jeśli załoŜymy, Ŝe jesteś przestępcą, powód szybko się znajdzie. A moŜe odbyło się to tak: spotkaliśmy 

tego męŜczyznę całkiem przypadkowo, lecz ty mogłeś wcześniej go namierzyć. Tego dnia nie mieliśmy specjalnego 

celu,  poza  tym  byliśmy  juŜ  zmęczeni.  Nic  łatwiejszego  niŜ  zaprowadzić  mnie  do  tej  kawiarni  i  skierować  moją 

uwagę na męŜczyznę, którego wcześniej tam zwabiłeś przy współpracy z Kondo. Świetnie ci to poszło. Schwytałeś 

mnie  w  pułapkę  po  to,  Ŝebym  bał  się  policji,  a  jednocześnie  udałeś,  Ŝe  współpracujesz  ze  mną  w  poszukiwaniu 

przestępcy,  by  uniknąć  moich  podejrzeń.  Sprytnie  to  sobie  obmyśliłeś,  ale  sam  się  zdradziłeś  w  najmniej 

spodziewanym miejscu. Zbytnio liczyłeś na brak motywu. 

- A, jak sądzisz, co by się zdarzyło gdyby mi się udało i nie zostałbym wykryty? 

- To oczywiste, nie wiesz? Gdy znalazłem się w sytuacji bez wyjścia, czekałeś tylko na okazję, Ŝeby ode 

mnie usłyszeć, Ŝe winna była kobieta, która popełniła samobójstwo, i wtedy ogłosić fałszywą prognozę. 

-  Interesujące  przypuszczenie.  No  więc  co  pan  profesor  zamierza  zrobić,  skoro  doszedł  juŜ  do  takiej 

konkluzji? 

- Pozostaje mi przekazać moje spostrzeŜenia i wnioski. 

- MoŜe pan? Bez wskazania motywu? 

- Motywu? 

- Motywu zbrodni, jak dotąd, nie wyjaśniono, jak myślę. 

-  A  ja  myślę,  Ŝe  powinieneś  raczej  spotkać  się  z  adwokatem.  W  kaŜdym  razie  musimy  podjąć  kroki 

prawne,  w  końcu  poddadzą  cię  badaniu  za  pomocą  tej  maszyny.  OkaŜe  się,  Ŝe  wywołałeś  nie  byle  jaką  aferę.  - 

Nagle  opuściły  mnie  siły,  opanowało  uczucie  bezradności,  jakbym  po  sam  nos  został  zanurzony  w  parze.  -  I 

pomyśleć, Ŝe ty mogłeś coś takiego zrobić. Tyle nadziei w tobie pokładałem. To niepojęte, Ŝe uczyniłeś coś takiego. 

- Co Wada powiedziała, kiedy tutaj była? 

-  Wada?  Nic  szczególnego.  Tak,  wydawało  mi  się,  Ŝe  była  bardzo  zaniepokojona.  Niestety,  ją  równieŜ 

unieszczęśliwiłeś. Co się stało, to się nie odstanie. 

Tanomogi westchnął i potrząsnął zdecydowanie głową. 

- To był interesujący wywód, taki racjonalny. Tyle Ŝe popełnił pan błąd, jakŜe typowy dla pana. 

- Błąd? 

- MoŜe błąd to niewłaściwe słowo, nazwijmy to raczej słabym punktem... 

- Nie wykręcaj się. PrzecieŜ i tak maszyna dokładnie wszystko zarejestrowała. 

- To prawda. KaŜmy więc wydać werdykt, dobrze? - Tanomogi odwrócił się w stronę maszyny i naciskając 

guzik powiedział do mikrofonu: 

- Przygotować się do wydania werdyktu. 

Zapaliło się zielone światło. To znak, Ŝe przygotowania zostały zakończone. 

background image

- Czy przedstawiony przed chwilą wywód jest błędny?  

Zapaliło się czerwone światło sygnalizujące błąd. Tanomogi włączył głośnik i polecił: 

- Podać błąd. 

W oka mgnieniu maszyna odpowiedziała przez głośnik: 

-  Jest  błąd  w  ustanowieniu  pierwszej  hipotezy.  “KaŜdy,  kto  posiada  informacje  o  kupowaniu  i 

sprzedawaniu ludzkich embrionów, przewidziałby, Ŝe sprawa wyjdzie na jaw podczas analizy ciała zmarłego". 

- AleŜ to głos z telefonu! - krzyknąłem i niechcący chwyciłem Tanomogiego za ramię. 

- PrzecieŜ to pański głos. 

-  Tak,  rzeczywiście.  Gdy  wyposaŜaliśmy  maszynę  w  głos,  posłuŜyliśmy  się  po  prostu  moim  nagraniem. 

Nie było wątpliwości, to ten sam głos, który słyszałem przez telefon. To oczywiste, Ŝe powinienem pamiętać o tym, 

Ŝ

e słyszałem swój głos. Ktoś wykorzystał maszynę i skopiował mój głos. Krzyknąłem tryumfalnie, gdy chwyciłem 

za ramię Tanomogiego. Ostatecznie to ja zdemaskowałem oszustwo. Tak, jesteś chytrym człowiekiem, Tanomogi. 

Naprawdę  chytrym.  Ale  nikt  jeszcze  nie  wygrał,  posługując  się  takimi  sztuczkami.  Przestępstwo  zawsze  jest 

ukarane. 

Tanomogi nie próbował oponować, odwrócił wzrok i w ogóle się nie poruszył. Stłumił oddech, czekał, a w 

końcu rzekł cicho, jakby przepraszająco: 

- Ale to nie jest dowód, prawda? Głos nie ma takich cech indywidualnych jak twarz człowieka... 

Coś mi stanęło w gardle, popłynęły łzy. Wyciągnąłem rękę, Ŝeby je wytrzeć, wtedy Tanomogi zrobił dwa 

lub trzy kroki, przechodząc na drugą stronę krzesła, jakby chciał oddalić się ode mnie. 

- I jak maszyna stwierdziła, całe pańskie rozumowanie oparte jest na jednym słabym punkcie, a mianowicie 

na  przekonaniu,  Ŝe  kupowanie  i  sprzedaŜ  embrionów  to  wymysł  męŜczyzny.  Nawet  bezbłędnie  wywiedzione 

rozumowanie  doktora  upada,  gdy  się  postawi  znak  zapytania  przy  tym  słabym  punkcie.  Oczywiście,  ja  teŜ  nie 

muszę  znać  szczegółów  dotyczących  handlu  płodami.  PoniewaŜ  nie  mógłbym  szukać  rozwiązania  w  pobliŜu 

miejsca  zbrodni,  pod  nosem  policji,  nie  miałbym  innego  wyjścia,  jak  tylko  pójść  okręŜną  drogą  i  posłuŜyć  się  tą 

jedyną wskazówką. Oczywiście, to tylko hipoteza. Jeśli przyjmiemy, Ŝe handel embrionami naprawdę się odbywa, 

moŜemy  uzyskać  interesujące  rezultaty,  ale  to  by  oznaczało  załoŜenie,  Ŝe  ja  jestem  mordercą,  nie  sądzi  pan? 

Zgodnie  z  biuletynem  wydanym  przez  Ministerstwo  Opieki  Społecznej  ostatnio  liczba  zabiegów  jest  prawie  taka 

sama  jak  liczba  dzieci  urodzonych,  to  znaczy  ponad  dwa  miliony  rocznie.  Gdybyśmy  uznali,  Ŝe  kupowanie  i 

sprzedawanie  embrionów  jest  prawdopodobne,  to  jest  moŜliwe,  Ŝe  proceder  ten  uprawia  duŜa  organizacja.  A  jeśli 

tak, to jest teŜ moŜliwe, Ŝe człowiek, którego wybraliśmy do badań prognostycznych, był związany z tą organizacją. 

- To śmieszne. Historyjka, którą mógłby wymyślić z nudów ktoś nie mający nic do roboty. 

Tanomogi przygryzł wargi i skinął potwierdzająco głową, wyjął z kieszeni fotografię o rozmiarach karty do 

gry i cicho połoŜył na krześle. 

-  Proszę  tylko  spojrzeć  na  to.  Jest  to  zdjęcie  psa  wodnego.  Prawdę  mówiąc,  byłem  niedawno  w 

laboratorium  brata  Yamamoto.  Wybrałem  się  po  zezwolenie  na  zwiedzenie  ich  ośrodka  i  wtedy  otrzymałem  to 

zdjęcie jako materiał informacyjny. 

Na fotografii rzeczywiście znajdował się pies pływający  w  wodzie. Głowę  miał zanurzoną, przednie łapy 

podgięte, tylne wyciągnięte, a od szyi do grzbietu wznosił się strumyk bąbelków powietrza. 

-  Kundel.  Widać  kilka  ciemnych  linii  w  okolicy  zgrubienia  szyi.  Chyba  tam  są  gruczoły.  Jego  uszy 

wyglądają jakoś dziwnie, moŜe dlatego, Ŝe to takie zdjęcie. NaleŜy wspomnieć, Ŝe po urodzeniu podobno je trochę 

background image

przerabiają,  jednak  kształt  pozostaje  taki  sam.  Natomiast  oczy  uległy  przekształceniu.  Wraz  z  modyfikacją  płuc 

zaszły  zmiany  w  wielu  róŜnych  gruczołach.  Podobno  transformacja  oczu  jest  nieunikniona  z  powodu  atrofii 

gruczołów łzowych. 

- PrzecieŜ to jest potworek operacyjnie powołany do Ŝycia! 

- Wcale nie. Jeśli chodzi o zwierzęta, które mają skrzela tego samego kształtu, to przychodzi mi na myśl, 

powiedzmy  rekin.  Czy  moŜe  pan  wyobrazić  sobie  krzyŜówkę  rekina  i  psa?  Ten  pies  powstał  dzięki  najnowszej 

technologii  planowej  ewolucji  przy  pomocy  embrionu  umieszczonego  poza  macicą.  Gdyby  pan  choćby  raz  to 

zobaczył na własne oczy! 

-  Rozumiem.  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  Ŝe  handel  embrionami  jest  prowadzony  w  celu 

wyhodowania wodnych ludzi? 

-  Trzytygodniowy  embrion  nie  ma  nawet  trzech  centymetrów  długości.  Nie  byłoby  więc  najmniejszego 

sensu płacić siedem tysięcy jenów za coś takiego, a potem uŜyć to jako poŜywienie. 

Odniosłem wraŜenie, Ŝe to jakiś koszmar. Przez chwilę przyglądałem się fotografii i wtedy wydało mi się, 

Ŝ

e ta utrwalona rzeczywistość po prostu nie jest rzeczywistością. Fałszem  wydało  mi się nawet to, iŜ  na zewnątrz 

mieszkają zwykli ludzie. 

- ...I mówisz, Ŝe pozwolą mi zwiedzić? 

- Tak, nie było to takie łatwe - odrzekł, pochylając się nieco do przodu. - Zgodzili się pod warunkiem, Ŝe 

nikomu pan o tym nie powie. 

-  Ale  to  się  nie  trzyma  kupy...  Jeśli  załoŜymy,  Ŝe  handel  embrionami  jest  faktem,  to  pewnie  główny 

księgowy został zamordowany dlatego, iŜ chciał się czegoś na ten temat dowiedzieć. Jak to  więc  moŜliwe, by tak 

potęŜna organizacja mogła tak po prostu pozwolić nam na zbliŜenie. 

- Właśnie, musi mieć własne powody. 

- Powody? Tak, powody. Jeśli chcesz znać moje zdanie, to na pewno nie uzyskalibyśmy zgody, gdybyśmy 

mogli trafić tam na jakiś trop. Nawet nie warto tam iść, to po prostu próŜny trud... 

- Proszę pana... - zaczął niepewnie Tanomogi, przełykając ślinę - przeciwnie, sądzę, Ŝe byłaby to ostatnia 

szansa. 

- Chcesz powiedzieć, Ŝe laboratorium zostanie zamknięte? 

- Nie mówię o zwiedzaniu, a o ostatniej szansie, jaka stoi przed panem. 

- Co to znaczy? 

- No dobrze, jeśli taka jest pana postawa, to zrezygnuję z całej tej sprawy, jednak... 

Co  to  było?  Pamiętam,  Ŝe  juŜ  przedtem  słyszałem  identyczny  dialog.  No  tak,  przecieŜ  to  są  takie  same 

słowa, jakie nie tak dawno wypowiedziała Wada Katsuko... 

- Ten pies... czy ten pies potrafi łowić ryby? 

W oczach Tanomogiego pojawił się błysk. 

-  Tak,  łowi  róŜnego  rodzaju.  Trenują  go  w  tym  celu.  Gdybyśmy  tam  pojechali,  mogliby  pozwolić  nam 

obejrzeć taki trening. 

- To dziwne, Ŝe na samą myśl o tym jesteś taki zadowolony. PrzecieŜ wybieramy się na terytorium wroga. 

- Ja? Jeśli wszystko pójdzie dobrze, moŜe oczyszczę się z wszelkich podejrzeń. 

- Czy pomyślałeś o tym, Ŝe moŜemy juŜ nigdy tu nie wrócić?  

Tanomogi roześmiał się. 

background image

- Rzeczywiście, wobec tego moŜe powinniśmy zostawić listy poŜegnalne... 

 

 

22 

 

- Tak czy owak, na dziś wystarczy... Jestem wystarczająco zmęczony - powiedziałem znuŜonym głosem i 

uniosłem przyciśnięte do stołu palce, których czubki przez jakiś czas pozostały spłaszczone i blade. 

- Ale... - Tanomogi zaczął swym charakterystycznym, upartym tonem - pewnie jestem natrętny, ale moŜe 

jednak byłoby lepiej zakończyć tę sprawę dziś w nocy, skoro i tak to trzeba zrobić? 

- Jaką sprawę? 

- To oczywiste, obejrzenie wodnych zwierząt. 

- Nie Ŝartuj, dochodzi jedenasta. 

- Wiem. Czy jednak w tym wypadku czas nie odgrywa waŜnej roli? Do posiedzenia komisji programowej 

pozostały  tylko  trzy  dni,  a  przecieŜ  powinniśmy  jeszcze  wcześniej  przedstawić  Tomoyasu  porządek  obrad.  W  tej 

sytuacji mamy do dyspozycji tylko jutrzejszy dzień... 

-  Nie  ma  co  się  o  tym  rozwodzić,  to  oczywiste.  Czy  jednak  nie  sądzisz,  Ŝe  o  tej  godzinie  sprawimy  im 

kłopot? A poza tym tam juŜ nikogo nie ma. 

- Są. Dyrektor, profesor Yamamoto specjalnie przełoŜył swój nocny dyŜur na dziś. 

- Dyrektor na nocnym dyŜurze? 

- Tak, podobnie jak w szpitalu. Zajmują się tam istotami Ŝywymi. Zrozumie pan, gdy zobaczy, Ŝe to raczej 

nocą mają najwięcej pracy. 

- Słuchaj... - Zapaliłem papierosa, choć nie miałem na to wcale ochoty i oparłem się niedbale o obrotowe 

krzesło.  Chciałem  chyba  w  ten  sposób  udowodnić  Tanomogiemu,  ale  pewnie  teŜ  i  sobie,  Ŝe  jestem  jeszcze  dość 

spokojny. - Prawdę mówiąc, myślę, Ŝe nie jesteś ze mną szczery. 

Tanomogi  wysunął  nieco  górną  wargę  i  cofnął  podbródek.  Najwyraźniej  chciał  mi  coś  powiedzieć,  ale 

zachował milczenie. 

-  Jest  wiele  spraw,  o  których  chciałbym  porozmawiać.  Nie  jestem  zadowolony  z  rozwoju  wypadków  nie 

tylko  z  punktu  widzenia  logiki,  ale  takŜe  i  uczuć.  Wybacz  mi,  ale  muszę  to  powiedzieć:  jest  mi  bardzo 

nieprzyjemnie. 

- Hm, chyba pana rozumiem. 

- W takim razie pomówmy raczej o tym, co  wiemy, i przestańmy  się  wzajemnie sprawdzać. Znaleźliśmy 

się w ślepym zaułku i w dodatku jesteśmy związani czymś, o czym nie mamy pojęcia. PoniewaŜ nie wiemy, co chce 

osiągnąć nasz przeciwnik, nie moŜemy mu się przeciwstawić. Ktoś, kto mnie zniszczy, odniesie korzyść. 

- Oczywiście, to dlatego, Ŝe ci ludzie obawiają się maszyny prognostycznej. 

- Czy to moŜliwe? PrzecieŜ chyba niczego o mnie nie wiedzieli? Zabili kobietę i nie pozostawili Ŝadnego 

ś

ladu. Nie mają juŜ czego się bać. 

- Jeśli nawet tak jest, nie moŜemy się wycofać. Po pierwsze, nie zgodzi się na to komisja, która oczekuje 

ujawnienia prawdziwego przestępcy. 

-  Moglibyśmy  spróbować  ich  oszukać  przedstawiając  analizę  czynników  osobowości  zmarłego 

księgowego. 

background image

-  Nie  jestem  przekonany.  Policja  juŜ  wie,  Ŝe  działamy  w  tej  sprawie.  Przyjęła  taktykę  oczekiwania, 

spodziewając się, Ŝe nie uda się nam odnaleźć prawdziwego przestępcy. Co wtedy? Nasza sytuacja stanie się jeszcze 

trudniejsza, gdy na przykład podejrzenie padnie na nas... Jest niedobrze, bardzo niedobrze... 

-  Przypuśćmy,  Ŝe  rzeczywiście  jest  tak,  jak  mówisz.  Ale  moŜna  teŜ  rozwaŜyć  rzecz  następującą.  Oto 

organizacja, załóŜmy, Ŝe  taka istnieje, będzie nas szantaŜować, a likwidując świadka postara się  skierować  na  nas 

uwagę policji. W takiej sytuacji podejrzenie na pewno padnie na nas. Chyba nie moŜna tego wykluczyć... 

- To nie są Ŝarty. Właśnie tego rodzaju sposób rozumowania jest im na rękę. Tchórzliwi zawsze wpadają w 

podobne pułapki. Słyszą, Ŝe na zewnątrz są wilki, i nie robią nic, mimo Ŝe wiedzą, iŜ pozostając na miejscu umrą z 

głodu. I ostatecznie kończą jako zapomniani więźniowie w jaskini. Nie, przepraszam, ta cała sytuacja okropnie mnie 

denerwuje. 

-  To  i  tak  niczego  nie  zmieni.  Dobrze  wiem,  czym  jest  tchórzostwo.  Twoje  słowa  przywiodły  mi  coś  na 

myśl... Rzeczywiście, moŜe poczulibyśmy się lepiej. A gdybyśmy sami poszli na policję i opowiedzieli absolutnie 

wszystko? 

Tanomogi podniósł wzrok i popatrzył na mnie w milczeniu, przygryzając wargę. Nie wiedziałem, czy był 

zdumiony, czy zaskoczony. 

-  Śmiem  twierdzić,  Ŝe  ktoś  byłby  tym  zachwycony.  Wielu  naszych  kolegów  nie  miałoby  nic  przeciwko 

temu,  Ŝeby  nas  stąd  wygonili  i  zamienili  to  miejsce  w  zwykły  ośrodek  zajmujący  się  mózgiem  elektronicznym 

wykonującym  proste  zlecenia.  PoniewaŜ  pan  nie  akceptuje  faktu  istnienia  handlu  embrionami,  więc  myśli  pan,  Ŝe 

nawet  schwytanie  w  pułapkę  pańskiej  Ŝony  miało  słuŜyć  odwróceniu  uwagi.  W  rzeczywistości  oni  nie  tylko  nie 

ukrywają swego istnienia, ale podkreślają je. - Lekko uderzając palcami o krawędź maszyny, nagle ściszył głos. - To 

właśnie moŜna traktować jako ostrzeŜenie, Ŝe są gotowi uŜyć siły przeciw panu w kaŜdym momencie... JuŜ zabito 

męŜczyznę, zmarła teŜ kobieta... 

- Jak sądzisz - co powinniśmy zrobić? 

W  pewnym  momencie,  nie  spostrzegłem  w  którym,  zacząłem  krąŜyć  w  wąskiej  przestrzeni  między 

maszynami. 

- Nie pozostało nam nic, jak dowiedzieć się, na czym polega ta pułapka. - Gdy nie odpowiadałem, naciskał 

mnie dalej. - A gdybyśmy tak powierzyli maszynie uporządkowanie naszej sytuacji? 

- Tego juŜ za wiele! - Nie byłem w stanie ukryć zaskoczenia, co mnie tym bardziej zdenerwowało. Gdy się 

zastanowiłem, doszedłem do wniosku, Ŝe od pewnego czasu spodziewałem się po nim tej propozycji. Spodziewałem 

się i jednocześnie chyba obawiałem. 

- Dlaczego? Chyba nie chce pan przez to powiedzieć, Ŝe nie ufa maszynie? 

- Maszyna działa zgodnie z programem i nie ma tu nic do rzeczy, czy jej ufam czy teŜ nie... 

- To znaczy? 

- To znaczy, Ŝe nie jest to tego rzędu sprawa, Ŝeby posługiwać się maszyną. 

- To dziwne... Czy to znaczy, Ŝe pan przyznaje mi rację? 

- Nie ma w tym nic dziwnego. 

- Ale pan się waha. Czy moŜe pan ufać maszynie, a jednocześnie nie ufać prognozie? 

- Myśl, co chcesz. 

-  Tak  nie  moŜna.  W  ten  sposób  otwarcie  pan  przyznał,  Ŝe  przywiązuje  pan  raczej  wagę  do  moŜliwości 

maszyny, a nie interesuje się treścią prognozy. 

background image

- Kto to powiedział?! 

- Czy tak nie jest? Pan nie moŜe się zdecydować nie dlatego, Ŝe nie wierzy, a raczej dlatego, Ŝe nie chce 

wierzyć. W efekcie potwierdził pan to, co mają zwykle do powiedzenia przeciwnicy maszyny prognostycznej, czyli 

ludzie, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości przewidywań na przyszłość. Okazuje się więc pan nieodpowiednim 

człowiekiem na stanowisko kierownika odpowiedzialnego za laboratorium. 

Nagle  poczułem  się  śmiertelnie  zmęczony,  a  mój  gniew  zmienił  się  w  Ŝal.  Ze  zmęczenia  poczerwieniała 

twarz. 

- Tak, chyba jest tak, jak twierdzisz... Ludzie w twoim wieku bez wahania mówią tak okrutne rzeczy... 

-  Dziwię  się,  Ŝe  pan  tak  to  odbiera.  -  Nagle  ton  jego  głosu  się  zmienił,  stał  się  ciepły  i  przyjazny.  -  Pan 

powinien  wiedzieć  lepiej  niŜ  kto  inny,  Ŝe  jestem  bardzo  szczery.  Wiem,  Ŝe  to  nieprzyjemne.  Mam  niewyparzoną 

gębę. 

- Nie chcę stąd odchodzić. Człowiek taki jak ja nie moŜe funkcjonować z dala od tego, co stworzył. Mimo 

to, jeśli sprawy wymkną się spod kontroli, zrezygnuję ze wszystkiego i skryję się w jakimś zakątku. PrzecieŜ nie ma 

chyba innego wyjścia, czyŜ nie? To zabawne, Ŝe inŜynier prognostyk nie chce znać prognozy. Ale ja nie chcę radzić 

się maszyny i pytać jej, jak mam postępować. 

- Pan jest zmęczony. 

- Jesteś chytry, wiesz o tym. 

- Dlaczego? 

- A dlatego, Ŝe nie jesteś do końca szczery. 

- Jeśli nie powie pan konkretnie, w jakim punkcie, to... - zaczął Tanomogi zaczepnie. 

- Masz w zasadzie rację, Ŝe trzeba zebrać wszystkie siły, by wykryć pułapkę. Ciekaw jestem, czy oglądanie 

wodnych  ssaków  jest  tak  pilnie  potrzebne...  Och,  nie,  bez  pytania  dobrze  wiem,  Ŝe  tak  myślisz.  PrzecieŜ 

zmarnowałeś pół dnia w tym laboratorium, a teraz, o tak późnej porze, chcesz za wszelką cenę mnie tam zaciągnąć... 

To  rozumiem...  Nawet  nie  starasz  się  wyjaśnić  powodu  tego  działania.  Twierdzisz,  Ŝe  handel  embrionami  jest 

faktem  i  Ŝe  w  laboratorium,  prowadząc  badania  nad  rozwojem  embrionów  poza  macicą  matki,  moŜemy  znaleźć 

pewne  dane  pozwalające  rozwiązać  problem,  ale  ja  nie  mogę  w  to  uwierzyć.  Jak  mówisz,  do  posiedzenia  komisji 

pozostały tylko trzy dni. Nie mam pewności, czy jeŜdŜenie i oglądanie wodnych psów lub myszy nie byłoby zwykłą 

stratą cennego czasu. Natomiast wiem na pewno, Ŝe nadal coś ukrywasz. 

-  Za  wiele  pan  sobie  wyobraŜa.  -  Tanomogi  uśmiechnął  się  z  lekka  zawstydzony,  moŜe  dlatego,  Ŝe  ton 

mego głosu był łagodny. 

-  Po  prostu  uwaŜam,  Ŝe  aby  ustalić  jasny  plan  działania,  musimy  koniecznie  zacząć  od  stwierdzenia,  czy 

rzeczywiście istnieje handel embrionami. Nie mam jednak odwagi pana do tego zmuszać. Zdaję sobie sprawę, Ŝe to 

szalony pomysł. Wiem, Ŝe nikt nie lubi wyobraŜać sobie czegoś, co przekracza granice jego wyobraźni. Ale gdyby 

pan  rzeczywiście  choć  raz  obejrzał  laboratorium,  to  niewątpliwie  uwierzyłby  pan  w  moŜliwość  istnienia  handlu 

embrionami. Jestem o tym przekonany i dlatego mogę uznać to za niezbity fakt. 

-  Mam  wątpliwości  co  do  tego,  czy  warto  tam  jechać  jedynie  w  tej  sprawie.  Skoro  uwaŜasz,  Ŝe  moŜna 

przyjąć  linię  postępowania,  posługując  się  tą  hipotezą,  to  dlaczego  nie  mielibyśmy  zacząć  działać  bez  składania 

wizyty w laboratorium? 

- Ale czy moŜe pan potraktować sprawę powaŜnie, mimo Ŝe nawet w to pan nie wierzy? 

- Postaram się uwierzyć. 

background image

- Nie, wciąŜ pan nie daje wiary. Nie moŜna tak łatwo uwierzyć. 

-  Powstrzymałem  wymuszony  mimo  woli  uśmiech.  -  O,  pan  się  śmieje,  a  jest  to  dowód,  Ŝe  pan  nie 

przyjmuje tego do wiadomości. 

- To głupota. 

-  Gdyby  pan  choć  trochę  uwierzył,  nie  mógłby  się  śmiać.  Proszę  tylko  pomyśleć  o  moŜliwości 

wyhodowania kilku milionów wodnych ludzi rok po roku. 

- W tym, co mówisz, jest zbyt wiele niejasności. 

-  W  tej  sytuacji  kaŜda  moŜliwość  wydaje  się  nierealna.  W  takich  warunkach  w  ogóle  nie  moŜna  ustalić 

Ŝ

adnej taktyki. 

- Wiem, wiem. Wobec tego niech tak będzie. Przyjmijmy, Ŝe co roku powołuje się do Ŝycia kilka milionów 

wodnych ludzi... 

- A wśród nich znajduje się pański syn... 

Roześmiałem  się.  Wydałem  z  siebie  suchy,  chrypiący  głos,  ale  jednak  był  to  śmiech.  Rzeczywiście,  czy 

mogłem  zareagować  inaczej,  niŜ  tylko  się  roześmiać...  Z  głębi  mojej  świadomości  -  jakby  trzepocąc  nogami  i 

rękami -  wypłynęła  na powierzchnię rozmowa, którą odbyłem z Ŝoną przed kilku dniami i do której  wówczas nie 

przywiązywałem  prawie  Ŝadnej  wagi.  Tak,  to  było  chyba  nocą  w  czasie  poprzednich  obrad  komisji.  Po  powrocie 

siedziałem na poduszce ze skrzyŜowanymi nogami, mieszając w szklance whisky z wodą, a Ŝona stała obok mnie i 

za  wszelką cenę  starała się zwrócić na siebie  moją uwagę. Mówiła coś. Nie  wiadomo dlaczego, ale zrobiło mi się 

jakoś bardzo nieprzyjemnie. Nie tylko z powodu trudności, jakie czyniła komisja. Byłem poirytowany i zmęczony i 

nawet bym nie spojrzał na Ŝonę, gdyby ona nie starała się z takim uporem ze mną rozmawiać. DraŜniła mnie sama 

obecność  Ŝony,  czułem  się  tak,  jakby  mnie  za  coś  atakowała.  Dlaczego  nie  pójdziesz  i  nie  kupisz?  - 

odpowiedziałem.  Spojrzałem  z  ukosa  na  katalog  urządzeń  elektrycznych,  który  wygładzała  palcami  w  miejscu 

zagięcia,  i  znów  zwróciłem  usta  w  stronę  szklanki.  -  Kupić,  co  kupić?  -  Chyba  chodzi  ci  o  urządzenie 

klimatyzacyjne do pokoju? - No nie, jesteś niemoŜliwy... To prawda, nie słuchałem uwaŜnie tego, o czym mówiła. 

W  świetle  wyraźnie  bielały  jej  cienkie  włosy  spadające  na  czoło  i  tak  wiele  zdawały  się  mówić  o  upływie  czasu. 

Chwilę przedtem opowiadała o dziecku. 

Była  to  kontynuacja  tematu  z  poprzedniej  nocy.  śona  wybrała  się  w  sprawie  ciąŜy  do  lekarza,  potem 

rozmawialiśmy o tym, czy ciąŜę naleŜy usunąć, czy nie. Gdyby nawet nie o to chodziło, to i tak mówiłaby o ciąŜy, 

poniewaŜ  kobiety  podobno  lubią  ten  temat.  Niedawno,  przypadkowo,  wspomniała  coś  o  tym  równieŜ  Wada 

Katsuko.  Oczywiście,  gdy  teraz  o  tym  pomyślałem,  zacząłem  mieć  powaŜne  wątpliwości,  czy  był  to  czysty 

przypadek,  czy  teŜ  nie...  Tak  czy  owak  nie  było  powodu,  Ŝebym  mógł  inaczej  odpowiedzieć  na  jej  wątpliwości. 

Chodziło o fizyczną budowę Ŝony, a mianowicie o naturalną skłonność do ciąŜy pozamacicznej. Nie mieliśmy więc 

innego  wyjścia,  jak  tylko  sprawę  powierzyć  lekarzom  i  dlatego  nasza  dyskusja  na  ten  temat  prowadziła  donikąd. 

ś

ona chciała jednak o tym rozmawiać, nie wiedząc, Ŝe zastanawianie się nad tym nie ma sensu. Nie powiem, Ŝebym 

nie rozumiał jej uczuć, jednak wydawało mi się głupotą dostosowywanie się do jej nastrojów. Nie myślałem o tym, 

Ŝ

e chciałbym mieć jeszcze jedno dziecko, ani teŜ, Ŝe nie chciałbym. UwaŜałem, Ŝe nie rodzimy dzieci, a po prostu, 

Ŝ

e dzieci się rodzą. 

Lekarz powiedział, Ŝe tym razem jest nadzieja na normalną ciąŜę, ale i tak byłoby bezpieczniej ją usunąć. 

Posługiwanie się w tej sytuacji moralną oceną przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji byłoby fikcją. Trudno jest 

oddzielić aborcję od dzieciobójstwa, ale czy łatwo znaleźć róŜnice między aborcją a antykoncepcją? Prawdą jest, Ŝe 

background image

człowiek  Ŝyje  dla  przyszłości,  a  zabójstwo  jest  złem,  poniewaŜ  odbiera  człowiekowi  przyszłość.  Przyszłość  jest 

niczym  innym  niŜ projekcją czasu teraźniejszego. Kto  mógłby przyjąć odpowiedzialność za przyszłość czegoś, co 

nie ma nawet teraźniejszości. Czy mógłby odwrócić się od rzeczywistości w imię odpowiedzialności? 

- Mówisz, Ŝebym się pozbyła? 

- Nikt tego nie mówi. PrzecieŜ tłumaczę, Ŝe decyzję pozostawiam tobie. 

- A ja pytam o twoje zdanie. 

-  Nie  mam  zdania.  Jest  mi  wszystko  jedno.  -  Jeśli  taka  kłótnia  wydaje  mi  się  idiotyczna,  to  równieŜ 

unikanie  sprzeczki  jest  niemądre.  Bliscy  sobie  ludzie  to  po  prostu  tacy,  którzy  bezsensownie  zadają  sobie  rany. 

Wierzyłem jednak we własną logikę i lekcewaŜyłem sprawę, uwaŜając Ŝe jest mi ona obojętna, niezaleŜnie od tego, 

co  zrobi  Ŝona.  Nie  ruszyłem  się  z  miejsca,  podczas  gdy  Ŝona  nagle  wyszła,  zgniatając  w  dłoni  katalog;  po  prostu 

powoli wypiłem drugą whisky, a juŜ w następnej chwili byłem w stanie zapomnieć o wszystkim. 

Wystarczyło  to  jedno  zdanie  Tanomogiego  mówiące  o  tym,  Ŝe  moje  dziecko  moŜe  teraz  stawać  się 

wodnym  stworzeniem,  i  od  razu  cała  moja  pewność  siebie  wzięła  w  łeb.  Moje  dziecko,  które  nie  powinno  się 

urodzić,  wpatruje  się  teraz  we  mnie  z  mrocznych  głębin  wody...  Te  ciemne  pęknięcie  u  nasady  brody  to  będą 

skrzela... uszy pozostaną normalne, lecz w powiekach pojawią się pewne zniekształcenia... białe kończyny pląsające 

w  ciemnej  wodzie...  moje  dziecko,  które  nie  powinno  się  urodzić...  moje  dziecko  przekształcone  w  chwili,  gdy 

siedziałem  w  kucki  na  łóŜku  odczuwając  satysfakcję  z  tego,  Ŝe  zraniłem  Ŝonę  i  siebie  podczas  kłótni...  Leniwe 

samozakłamanie i to głupie zadufanie teraz obróciło się przeciwko mnie... W ten sposób wzajemne zadawanie sobie 

ran okazało się całkowicie jednostronne. śona okrutnie mnie biczowała za pomocą tego potworka, którym się staje 

nasze dziecko, urodzone wbrew naszej woli. Im mocniej chciałem się przed ciosami chronić, tym bardziej czułem 

się poraniony, im bardziej chciałem uciec, tym wyraźniej widziałem otwarte szeroko oczy głębin wody czekające na 

mnie po drugiej stronie. 

Poczułem się nieswojo i przestałem się śmiać. 

- To nic nie pomoŜe... - powiedział Tanomogi, jakby ogłaszał wyrok. - Nadal chciałbym, Ŝeby pan obejrzał 

laboratorium, bo inaczej... 

- JuŜ dobrze. Dzięki tobie w zasadzie wiem, co naleŜy robić... 

- Co więc chce pan robić? 

- Powiem po tym, jak obejrzymy to, co jest do oglądania.  

Tanomogi odetchnął z ulgą, poszukał po omacku ołówka wetkniętego do kieszeni na piersi i przystąpił do 

wyłączenia maszyny. 

- Zobacz, maszyna chyba wszystko to nagrywała? 

- Nie powiedział pan, Ŝeby wyłączyć... - Otworzył okienko, pokazał licznik rejestrujący czas i powiedział 

Ŝ

artobliwie: - Zostawimy to zamiast naszego testamentu, na wszelki wypadek. 

Pokój wypełnił cichy łagodny pomruk. Maszyna wydała mi się inna niŜ zawsze. Miałem wraŜenie, Ŝe tuŜ 

za  nią  droga  do  przyszłości  otwarła  przede  mną  swą  złowieszczą  paszczę.  I  nagle  przyszłość  przestała  być  tylko 

odbitką światłodrukową, a stała się rozszalałą bestią, mającą własną wolę niezaleŜną od współczesności. 

 

KARTA PROGRAMOWA NR 2 

Programowanie jest po prostu operacją redukcji rzeczywistości jakościowej w ilościową

 

background image

 

23 

 

Na  zewnątrz  panowała  cisza  i  duchota.  Pot  wypływał  spomiędzy  palców,  jakbym  przed  chwilą  miał  na 

rękach  wyparzone rękawice.  Nie było  widać  gwiazd, tylko księŜyc okolony czerwoną zorzą ukazywał podbrzusze 

przez chmury. Schodząc na dół, zatrzymaliśmy się w pokoju straŜy, skąd Tanomogi gdzieś zatelefonował. StraŜnik 

zachowywał  się  tak,  jakby  nas  oczekiwał.  Chętnie  przyniósł  nam  po  puszce  soku.  Udawanie,  Ŝe  niczego  nie 

zauwaŜam, nie sprawiło mi przyjemności. 

- Skontaktowałeś się? - zapytałem zgadując, do kogo dzwonił. 

- Tak, skontaktowałem się - odpowiedział z uśmiechem na twarzy i szybko wyszedł, a ja za nim. 

Milczeliśmy.  Nie  zauwaŜyłem,  Ŝeby  ktoś  nas  śledził.  Wyszliśmy  na  główną  ulicę  i  wzięliśmy  taksówkę. 

Wyjąłem chusteczkę, lecz nie zdąŜyłem wytrzeć kropli potu, która w końcu spadła z nosa. 

-  Od  Tsukiji,  przez  Harumi,  potem  na  most  prowadzący  na  teren  dwunastej  działki  zasypanej  zatoki... 

Rozumie pan? Most nazywa się chyba Yoroi... Stamtąd juŜ niedaleko... - Tanomagi objaśnił taksówkarzowi trasę. 

Kierowca, męŜczyzna w średnim wieku, pod słuŜbową czapką miał zawiązany ręczniczek chroniący twarz 

przed  spływającym  potem.  Odwrócił  głowę  do  tyłu  i  spojrzał  na  nas  podejrzliwie,  lecz  nic  nie  powiedział,  tylko 

nacisnął pedał gazu. Mijaliśmy drewniane domy, zastygłe i skulone w upale, widoczne przez szyby taksówki. Było 

coraz  duszniej,  po  godzinie  jazdy  minęliśmy  Harumi,  przed  nami  roztoczył  się  zdziczały  i  ziejący  grozą  widok, 

obok przy szerokiej drodze ciągnęły się betonowe  mury.  W tym czasie  wymienialiśmy poglądy bez ładu i składu, 

narzekaliśmy teŜ na powtarzające się od kilku lat anomalie pogody, na wysokie przypływy bez wiadomej przyczyny 

lub zbyt częste lekkie trzęsienia ziemi. Wydało mi się teŜ, Ŝe zdrzemnąłem się na kilkanaście minut. 

W  końcu  w  lepkim  wietrze  od  morza  ukazał  się  błyszczący  zielenią  most  Yoroi.  W  przesadnym 

przytłaczającym  pejzaŜ  oświetleniu,  wyczuwałem  coś  mocno  niepokojącego.  W  momencie,  w  którym  minęliśmy 

most, rozległ się cichy i krótki odgłos syreny. Był to chyba sygnał ogłaszający godzinę zero. 

Przy drodze stał samochód w kształcie pudła. Pochylony nad silnikiem męŜczyzna naprawiał w nim coś w 

ś

wietle latarki. Tanomogi zatrzymał taksówkę i zapłacił. 

- To tam - powiedział i podszedł do samochodu przy drodze.  

MęŜczyzna z latarką od razu wyprostował się i ukłonił grzecznie. 

Przesiedliśmy  się  do  czekającego  na  nas  samochodu,  jechaliśmy  jeszcze  ze  dwadzieścia  minut  szeroką 

drogą, ale wyjątkowo krętą i niebezpieczną. W końcu straciłem poczucie kierunku, poniewaŜ minęliśmy trzy mosty 

i być  moŜe  nie jechaliśmy juŜ  w stronę dwunastego kwartału zasypanego  morza. Nie próbowałem  nawet zapytać, 

poniewaŜ zakładałem, Ŝe i tak nie uzyskam odpowiedzi. Zresztą, pomyślałem, potem mogą mi wskazać to miejsce 

na mapie. 

Zupełnie  niespodziewanie  dotarliśmy  do  celu.  Ukazało  się  jakieś  opustoszałe  miasteczko,  w  którym 

znajdowały się same magazyny. Zatrzymaliśmy się pod parterowym budynkiem, otoczonym zwykłym betonowym 

murem,  w  miejscu,  w  którym  droga  opadała  ku  morzu.  Przy  wejściu  z  boku  wisiała  ledwie  widoczna  drewniana 

tabliczka  z  napisem  “Instytut  Yamamoto".  Na  podwórku  stały  puste,  wypłowiałe  od  słońca  i  deszczu  metalowe 

pojemniki.  Szybko  podniosłem  głowę,  lecz  niestety  nic  nie  dostrzegłem,  poniewaŜ  księŜyc  skrył  się  za  chmurą. 

Nawet gdyby się pokazał, nie ułatwiałoby to rozpoznania terenu. Tutaj morskie wybrzeŜe otwarte było na wszystkie 

strony świata z wyjątkiem północy. 

background image

Powitał  nas  sam  Yamamoto.  Okazał  się  masywnie  zbudowanym  męŜczyzną  o  bladej  i  jakby  brudnej 

twarzy.  Trzymając  wizytówkę  między  tłustymi  palcami  o  głęboko  wyciętych,  krótkich  paznokciach,  powiedział 

dobrze modulowanym, mocnym głosem: - Mój młodszy brat wiele panu zawdzięcza. Słuchając go, przypomniałem 

sobie,  Ŝe  jego  brat  jest  odpowiedzialny  za  diagnostykę  elektroniczną  w  Centralnym  Szpitalu  Ubezpieczeń,  i  nie 

mogłem  oprzeć  się  wraŜeniu,  Ŝe  to  powiązanie  jest  dającym  do  myślenia  sygnałem.  Poczułem  się  jak  człowiek 

cierpiący  na  amnezję,  który  został  pozbawiony  punktu  odniesienia.  Wyobraziłem  sobie,  Ŝe  odtąd  wszystko  jest 

niepewne, enigmatyczne. Starając się ukryć swój niepokój, odpowiedziałem na jego pozdrowienie nieco obcesowo. 

- Faktycznie, bardzo pan podobny. 

- Nie, choć mówi się Ŝe jesteśmy braćmi, ale naprawdę on jest tylko szwagrem. 

Yamamoto roześmiał się  wesoło i ruszył przodem. Tutaj obowiązywały białe płaszcze i  sandały, ale jego 

płaszcz  był  juŜ  mocno  pobrudzony,  poniewaŜ  Yamamoto  pracował  z  Ŝywymi  stworzeniami.  Ręce  zwisały  mu 

ocięŜale po bokach. W odróŜnieniu od nas, zajmujących się niewidocznymi abstrakcyjnymi sprawami, on miał tutaj 

do czynienia z Ŝywymi, delikatnymi istotami.  Zastanawiałem  się, czy jego grube palce  nadają się do tego rodzaju 

pracy. MoŜe wbrew pozorom takie końce palców są naprawdę zręczne. 

Wnętrze  budynku  wyglądało  Ŝałośnie,  odrapane  ściany  przypominały  starą  szkołę.  W  końcu  korytarza 

znajdowała  się  jednak  winda.  Wsiedliśmy,  a  kiedy  Yamamoto  nacisnął  guzik,  nagle  ruszyła  w  dół.  Gdybym  się 

wcześniej  zastanowił,  to  przecieŜ  bym  wiedział,  Ŝe  w  parterowym  budynku  winda  moŜe  jechać  tylko  w  dół.  Z 

przyzwyczajenia oczekiwałem ruchu w górę, więc zdziwiłem się, gdy stało się inaczej, i krzyknąłem ze zdumienia. 

Yamamoto roześmiał się, jakby tylko na efekt czekał. Śmiał się jakoś tak niewinnie, jakby zapomniał, Ŝe znalazłem 

się tutaj w sytuacji nadzwyczajnej, a nie mówiąc o tym, Ŝe był środek nocy. Zupełnie nie wyglądał na osobę, która 

mogłaby brać udział  w  konspiracji. Mój gniew  i zdecydowana  wola  ujawnienia  tajemnic laboratorium przerodziła 

się w oczekiwanie na coś niewiadomego. Stałem więc pochylony, o nic nie pytając. 

Winda opuszczała się powoli, ale zeszła chyba na głębokość jakichś trzech zwykłych pięter. Na dole obok 

windy  ciągnął  się  długi  korytarz  z  kilkoma  parami  drzwi.  Gdyby  nie  panująca  tu  chłodna  wilgoć,  korytarz  nie 

róŜniłby  się  wyglądem  od  innych  instytutów  badawczych.  Skręciliśmy  w  prawo  i  zostaliśmy  wprowadzeni  do 

pomieszczenia znajdującego się naprzeciw. 

Ujrzeliśmy  zaskakujący  widok.  Stały  tam  akwaria  i  układanki  z  brudnych  brył  lodu.  Połączone  ze  sobą 

małe  i  duŜe  kadzie  były  poprzedzielane  wymyślnie  splątanymi  rurami,  bańkami  i  licznikami.  Metalowe  pomosty 

słuŜące pracującym tam ludziom do przechodzenia, ciągnęły się we wszystkich kierunkach, w niektórych miejscach 

nawet  na poziomie trzech pięter. Przypominało to  maszynownię  na  statku. Wilgotne, pokryte zieloną farbą ściany 

wypełniał oŜywiony, niemal oblepiający szum przerywany trzaskiem. W nozdrza biła woń na wpół wyschłej plaŜy 

sąsiadującej z morską płycizną... Często śniło mi się coś podobnego przed zachorowaniem na grypę. 

Stojący na pomoście męŜczyzna w białym fartuchu odczytał kolejno dane z liczników, zapisał je w notesie 

i  odszedł,  głośno  stukając  sandałami.  Gdy  weszliśmy,  nawet  nie  obejrzał  się  w  naszą  stronę.  Dopiero  gdy 

Yamamoto  zwrócił  się  do  niego  po  nazwisku  mówiąc  “Harada-  kun",  ujrzałem,  ku  mojemu  zaskoczeniu,  miłą, 

uśmiechniętą twarz. 

-  Harada-  kun,  moŜe  byś  potem  otworzył  trzecią  wylęgarnię.  -  Głęboki  głos  Yamamoto  rozniósł  się 

pobrzmiewającym echem. 

- JuŜ przygotowałem. 

Yamamoto skinął głową i rozejrzał się. 

background image

- Wobec tego pójdziemy. Najpierw moŜe do mojego pokoju... - Ruszył w stronę środkowego pomostu. 

-  Proszę  spojrzeć.  -  Tanomogi  trącił  mnie  łokciem,  kierując  moją  uwagę  na  stojące  po  obu  stronach 

pojemniki z wodą. Nie musiał nic mówić; gdy tylko tu weszliśmy, wpatrywałem się w nie ze zdumieniem. 

W  pierwszym  pojemniku  znajdowała  się  parka  duŜych  szczurów  wodnych.  Gdyby  nie  jasne, 

brzoskwiniowe  szparki  w  grubej  sierści  przy  karku,  otwierające  się  i  zamykające,  gdyby  nie  mała  pierś  i 

beczułkowaty  korpus,  to  niczym  by  się  nie  róŜniły  od  zwykłych  szczurów.  W  wodzie  poruszały  się  wyjątkowo 

zwinnie, nie tylko przebierały łapkami jak pływające psy, lecz takŜe potrafiły posługiwać się całym ciałem, spręŜać 

się  i  rozpręŜać,  krąŜyć  Ŝywo  i  gwałtownie  się  obracając,  zupełnie  jak  krewetki.  Nie  straciły  jednak  chyba  cech 

gryzoni - gdy jeden wypłynął na powierzchnię wody, od razu chwycił pływający tam kawałek drewna, rozgryzł na 

strzępy i powoli zanurzył się na dno. 

Następny szczur nagle ruszył  w  moją stronę, lecz nim  uderzył o ściankę pojemnika, z  wdziękiem obrócił 

się  i  wpatrywał  się  we  mnie  bez  zmruŜenia  duŜych  okrągłych  oczu,  trzepocząc  czerwonym  językiem  w  na  wpół 

otwartym pyszczku. 

W następnych zbiornikach równieŜ znajdowały się szczury. W czwartym natomiast króliki. W odróŜnieniu 

od  szczurów,  króliki  wyglądały  bardzo  źle,  wprost  Ŝałośnie,  nie  miały  sił  się  ruszać,  zwinięte  niemal  w  kłębki  z 

sierścią przylepioną do skóry unosiły się blisko dna pojemnika jak worki. 

-  TrawoŜerne  nie  przystosowują  się  dobrze.  Przypuszczam,  Ŝe  ich  sposób  asymilacji  energii  jest  zbyt 

odmienny.  Pierwszemu  pokoleniu  jakoś  udaje  się  przeŜyć,  lecz  następnym  nie  -  powiedział  Yamamoto,  uderzając 

palcami o zbiornik. 

Poprowadził nas na metalowe schody w prawo do pokoju podobnego do pudełka wiszącego pod sufitem. 

TuŜ  przed  wejściem  mimo  woli  obejrzałem  się  i  zobaczyłem  wielkie  zwierzę  połyskujące  czernią  w  pojemniku 

wielkości  samochodu  cięŜarowego,  znajdującym  się  daleko  na  końcu  sali.  Nagle  zwierzę  wypłynęło  na 

powierzchnię wody, rozkołysanej niczym galareta, i ryknęło smętnym, chrypiącym głosem. Była to krowa. 

- Zdumiewające, prawda? - Yamamoto uśmiechając się zamknął drzwi. - Jeśli się nie poŜałuje paszy, nawet 

trawoŜerne  jakoś  dają  się  tu  wyhodować.  Krowa  daje  mięso  i  mleko,  moŜna  mieć  nawet  niezłe  zyski,  jeśli 

wyprodukuje  się  dostatecznie  duŜo  paszy.  śyje  w  wodzie,  trudno  więc  posługiwać  się  dojarkami.  Jak  na  razie 

uŜywamy  małych  pompek  próŜniowych,  lecz  nie  powiem,  Ŝeby  to  było  idealne  rozwiązanie.  -  Wziął  do  ręki 

ceramiczny  dzbanek  i  nalał  do  kubka.  Było  to  mleko.  -  Proszę  spróbować.  ŚwieŜo  wydojone,  prosto  od  krowy. 

Prawie w ogóle nie róŜni się od lądowego. Po analizie okazało się, Ŝe trochę nieco więcej w nim soli. Po prostu w 

czasie dojenia dostaje się do mleka trochę wody morskiej. No, w kaŜdym razie jego zaletą jest to, Ŝe jest świeŜe. 

Szybko  wypiłem,  Ŝeby  go  nie  urazić,  Wydało  mi  się  nawet  smaczniejsze  od  tego,  które  piję  w  domu. 

Zachęcony,  usiadłem  na  krześle.  Tak,  poczęstunek  miał  wywołać  wraŜenie,  Ŝe  to  spotkanie  towarzyskie.  Jeśli  to 

było wyreŜyserowane, znaczyłoby, Ŝe mój gospodarz jest twardą sztuką. 

-  Pan  na  pewno  jest  zmęczony  o  tej  porze...  My  jesteśmy  przyzwyczajeni  -  powiedział  Yamamoto, 

splatając  swe  grube  palce  na  piersi.  Siedział  plecami  do  ściany,  przy  której  stały  obok  siebie  mikroskopy  i  inne 

instrumenty  słuŜące  do  eksperymentów  chemicznych.  Na  kaŜdym  palcu  Yamamoto  rosło  po  dziesięć  sterczących 

włosów, przypominających zgrzebła do czyszczenia zwierząt. Z tyłu za nim było widać wysoki regał i część łóŜka 

ukrytego za parawanem. 

- Nie, my teŜ często siedzimy w pracy do późna. 

background image

- WyobraŜam sobie, Ŝe pan pracuje nawet do rana... Jeśli chodzi o mnie, to nie tyle jestem zajęty, co raczej 

uwiązany  charakterem  pracy,  dla  której  nie  ma  róŜnicy  między  dniem  i  nocą.  To  jest  przeznaczenie.  Stworzenia 

mięsoŜerne  są  aktywne  nocą,  jeŜeli  udaje  się  je  oszukać  sztucznym  światłem.  To  bardzo  dobrze,  ale  na  przykład 

tresura psów winna odbywać się na zewnątrz, lecz nie moŜna tego robić w południe. Po prostu boimy się niezdrowej 

ciekawości. 

- Boi się pan? 

-  Oczywiście  -  ciepło  zaśmiał  się  Yamamoto.  -  Jeśli  wystarczy  czasu,  to  pokaŜemy  panu  później... 

Tymczasem moŜe jeszcze mleka? A moŜe ty teŜ się napijesz, Tanomogi-kun? 

Zaskoczony  spojrzałem  na  Tanomogiego.  Nawet  przy  całej  sympatyczności  Yamamoto,  ta  poufałość 

byłaby nie do przyjęcia dla ludzi, którzy się spotkali kilka razy. Lecz on nawet nie próbował ukryć, Ŝe czuł się tu jak 

u siebie w domu. Teraz, jakby kontynuując, powiedział: 

- Słusznie, nie ma powodu martwić się pasteryzacją. Nawet w tej części Zatoki Tokijskiej woda jest czysta. 

Jest dokładnie przefiltrowana i sztucznie przetworzona. 

- Dobrze. Teraz pokaŜę panu  model budynku.  -  Yamamoto  wstał i zdjął pokrywę ze  stolika obok regału. 

Od  razu  wzniósł  się  tuman  kurzu.  -  Przepraszam,  ale  tu  nie  jest  zbyt  czysto.  Proszę  spojrzeć.  To  przekrój  części 

instytutu.  Nad  nim,  aŜ  dotąd,  jest  wszędzie  morze,  do  powierzchni  pozostaje  około  dziesięciu  metrów.  Wodę 

dostarcza się tu rurociągiem. W urządzeniu filtrującym wykorzystano naturalne ciśnienie. Wydajność wynosi osiem 

tysięcy  kilolitrów  na  minutę;  ponadto  są  dwa  filtry  zapasowe  na  dwa  tysiące  kilolitrów,  dlatego  słodkiej  wody 

mamy  dosyć.  Lecz  zbyt  doskonałe  filtrowanie  burzy  naturalną  równowagę  i  moŜe  dlatego  nie  słuŜy  dobrze 

rozwojowi  hodowli.  Następuje  zwłaszcza  zmniejszenie  zdolności  trawiennych  i  wzrost  chorób  alergicznych. 

Dlatego  w  tym  zbiorniku  mieszamy  wodę  z  materią  organiczną  i  nieorganiczną,  aby  otrzymać  wodę  zbliŜoną 

jakościowo  do  morskiej.  MoŜemy  wytworzyć  tu  kaŜdą  odmianę:  wodę  Morza  Czerwonego,  z  Antarktydy  lub  z 

głębin  Morza  Japońskiego.  Teraz  prowadzimy  badania  dotyczące  najodpowiedniejszego  składu  wody  morskiej  do 

hodowli świń. 

- Dlatego moŜna tutaj spokojnie zjeść saskimi z wieprzowiny. 

- To prawda. To nasza specjalność. Osoby nie przyzwyczajone jednak nie przepadają za tym... Gdy ktoś się 

przyzwyczai, nie moŜe obejść się bez tego przysmaku. Jest smaczniejsza od wołowiny. 

- A pan? Spróbuje pan? 

-  Nie,  na  razie  dziękuję  -  odrzekłem  ze  złością,  poniewaŜ  potraktował  mnie,  jakbym  był  kumplem 

Tanomogiego.  -  Wolałbym,  Ŝebyśmy  przystąpili  do  głównego  tematu...  -  Zdałem  sobie  sprawę,  Ŝe  wyraziłem  się 

niezbyt zręcznie, ale nie mogłem się wycofać, więc kontynuowałem, nawet nie przeczuwając, jakie będą rezultaty. - 

Tak, przykro mi, Ŝe nagle wtargnęliśmy tutaj. Pan wie od Tanomogiego, po co tu jesteśmy, prawda? 

- Nie bardzo, słyszałem Ŝe w celach badawczych... Ale proszę się nie martwić. Gdy się prowadzi Ŝycie w 

separacji  od  normalnego,  zewnętrznego  świata,  jest  bardzo  przyjemnie  porozmawiać  z  kimś  takim  jak  pan...  W 

kaŜdym razie bardzo trudno dostać pozwolenie, rzadko więc mam okazję spotykać się z ludźmi, chociaŜ właściwie 

znajdujemy się w samym środku Tokio. 

- Mówiąc “pozwolenie" ma pan na myśli zgodę na wyjście stąd? 

- Nie, chodzi o pozwolenie na przyjęcie gości z zewnątrz. 

- Czy to znaczy, Ŝe ten instytut naleŜy do jakiegoś urzędu państwowego? 

background image

- Nic podobnego! Z urzędami to tak jak u pana, trudno byłoby dochować tego rodzaju tajemnic, a poza tym 

wszystko stałoby się bardziej kłopotliwe. - Wzniósł rękę, jakby chciał mnie powstrzymać od dalszych słów. 

- Nie,  na to  nie  mogę odpowiedzieć. Prawdę  mówiąc, dla  mnie równieŜ  nie jest jasne,  kto sprawuje tutaj 

kierownictwo,  nie znam teŜ jego charakteru...  Ale niewątpliwie, dysponuje ono duŜą siłą... Przeczuwam, Ŝe  ma  w 

swoim władaniu całą Japonię. Nie przyszło mi do głowy sprawdzanie tego, poniewaŜ ufam mu bezgranicznie. 

- A ty coś o tym wiesz? - znienacka zapytałem Tanomogiego z wielką siłą w głosie. 

-  Kto,  ja?  To  absurd!  -  Tanomogi  potrząsnął  głową  i  uniósł  brwi  ze  zdziwieniem,  lecz  w  jego  głosie  nie 

wyczułem najmniejszego wahania. 

- W jaki sposób uzyskałeś pozwolenie na moją wizytę? 

-  Za  moim  pośrednictwem,  oczywiście.  -  Yamamoto  jakby  się  cieszył,  Ŝe  rozmowa  potoczyła  się  w  tym 

kierunku. Śmiał się, szczerząc zepsute zęby. - Jestem tu zarządzającym, ale ja teŜ tego nie rozumiem, trudno więc 

wymagać, Ŝeby ktoś z zewnątrz pojął decyzję kierownictwa. Tylko ja znam sposób kontaktowania się z nim, dlatego 

mogłem w pańskim imieniu przekazać mu prośbę. 

- Rozumiem. - Skorzystałem z okazji, czując, Ŝe teraz miałem w ręku kartę atutową. 

- Oznaczałoby to, Ŝe kolega Tanomogi teŜ kiedyś po raz pierwszy dowiedział się o istnieniu tego instytutu, 

musiał  więc  otrzymać  pozwolenie  odwiedzenia  go  na  czyjś  wniosek,  prawda?...  W  przeciwnym  razie  pańskie 

wyjaśnienie nie miałoby sensu... 

-  Oczywiście  -  wtrącił  Yamamoto,  powstrzymując  Tanomogiego  przed  wypowiedzeniem  czegoś 

niewłaściwego. - Proszę pozwolić, Ŝe objaśnię tę kwestię w kilku słowach. Powiem tyle, ile trzeba wiedzieć. Dobro 

tego instytutu wymaga zachowania tajemnicy, o tym juŜ panu mówiłem; ta zasada obowiązuje zarówno gościa, jak i 

pracownika,  kaŜdy  musi  dotrzymać  absolutnej  tajemnicy.  Oczywiście,  nie  ma  tutaj  ustaleń  prawnych  ani  teŜ  nie 

składa  się  pisemnej  przysięgi  potwierdzonej  pieczęcią  i  nie  ma  teŜ  formalnych  ograniczeń.  Tym  ściślejsza  jest 

kontrola. Pokazujemy tylko tym, którzy na pewno tajemnicy dotrzymają. I mamy szczęście - prawie nikt dotąd nie 

złamał przyrzeczenia. 

- Prawie nikt? To znaczy, iŜ ktoś okazał się niegodny zaufania? 

-  Hm,  kto  to  mógł  być...  Biorąc  pod  uwagę  fakt,  Ŝe  praca  tego  instytutu  ani  razu  nawet  nie  stała  się 

przedmiotem plotek, moŜe naleŜałoby raczej powiedzieć, Ŝe nikt nie zdradził tajemnicy. Obiło mi się o uszy jedynie, 

Ŝ

e  któryś  z  pracowników,  człowiek  niskiej  kultury,  mógł  po  pijanemu  coś  niepotrzebnie  powiedzieć.  Został  za  to 

bardzo surowo ukarany... 

- Zlikwidowany? 

- Nic podobnego. Nauka poczyniła postępy, nie trzeba zabijać. Jest wiele innych metod, moŜna na przykład 

spowodować utratę pamięci. 

Zagrałem właściwą kartą. Yamamoto nie zmienił dotychczasowego łagodnego wyrazu twarzy, a jego głos 

zachował  słuŜbowy  ton,  natomiast  Tanomogi  nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy,  nerwowo  stukał  palcami  o  krawędź 

stołu. Ten przyspieszony rytm świadczył, Ŝe w naszej rozmowie zbliŜamy się do sedna całej sprawy. 

- Jednak nie moŜna mieć całkowitej pewności, Ŝe ciała zmarłych nic nie powiedzą, dopóki nie poćwiartuje 

się ich na drobne kawałki... 

Wyraźnie rozbawiony Yamamoto wybuchnął śmiechem, aŜ ramiona mu się zatrzęsły. 

- To moŜliwe. Byłoby to dla nas bardzo kłopotliwe, gdyby do tego doszło. 

background image

-  Ale  ja  tu  czegoś  nie  rozumiem.  Skoro  tak  się  boicie,  Ŝeby  świat  się  o  was  nie  dowiedział,  to  nie 

powinniście w ogóle dawać mi pozwolenia. MoŜna jeszcze zrozumieć, gdy ktoś bardzo gorąco o to prosi, ale w tym 

wypadku?  Czy  jednak  nie  zastawiacie  na  mnie  pułapki,  wmuszając  we  mnie  pozwolenie  bez  mojej  woli,  i 

sugerujecie,  Ŝe  mogę  zginąć,  jeśli  coś  powiem  -  Przy  tym  do  niczego  nie  słuŜy  taka  wiedza,  której  nie  moŜna 

nikomu przekazać. Czy nie chodzi tu o to, Ŝeby mnie w ten sposób dręczyć? 

-  To  przesada,  nie  ma  Ŝadnych  przeszkód,  Ŝeby  znający  tajemnicę  dyskutowali  ze  sobą  tyle,  ile  chcą  - 

powiedział Tanomogi. 

-  Tak  jest  -  podjął  temat  Yamamoto.  -  W  zasadzie  prośbę  o  pozwolenie  na  zwiedzanie  załatwia  jakaś 

trzecia  osoba,  dzięki  temu  poszerzamy  krąg  ludzi  wykazujących  zrozumienie  dla  naszych  idei,  a  zachowanie 

tajemnicy nie jest z tym sprzeczne. Pogłoski czy tak zwana opinia publiczna, czyli głosy anonimowej większości są 

czymś zupełnie innym niŜ oceny indywidualnych specjalistów rozumiejących istotę rzeczy. 

- Co rozumiejących? 

-  To  właśnie  powód,  dla  którego  teraz  chcę  panu  coś  pokazać.  Yamamoto  energicznie  powstał,  radośnie 

przymruŜył opuchnięte powieki i powtórzył ruch wycierania dłoni o kołnierzyk. 

-  Pragnąłbym,  Ŝeby  pan  się  zainteresował  tym  z  punktu  widzenia  intelektualnego  a  nie  faktograficznego. 

Rozpoczniemy więc od sali wczesnego rozwoju, ale przedtem przedstawię krótką historię, by wyjaśnić, co stało się 

punktem wyjścia naszych badań... 

- Proszę poczekać. Przedtem chciałbym coś wyjaśnić! - RównieŜ wstałem z krzesła, cofnąłem się o krok i 

powoli opuszczając uniesioną rękę nad stół, mówiłem: - Kolego Tanomogi, rozumiem, dlaczego złoŜyłeś prośbę w 

moim imieniu, ale dotąd nie wiem, kto taką prośbę złoŜył w twoim imieniu. Jeśli uznamy, Ŝe zwiedzający stają się 

swego  rodzaju  towarzyszami,  to  znaczy,  Ŝe  ja  mam  prawo  o  tobie  wiedzieć  równieŜ  to  samo  co  ty  o  Hanie,  nie 

sądzisz? Wobec tego kto i z jakiego powodu wyróŜnił cię swoim wyborem? 

- Dobrze, powiem. - Tanomogi wstał z miejsca z wątłym uśmiechem na twarzy. - Powiem, bo w tej sytuacji 

juŜ  mogę  to  zrobić,  ale  byłoby  mi  bardzo  przykro,  gdyby  się  pan  rozgniewał  za  to,  Ŝe  dotąd  pana  nie 

poinformowałem. 

- Nikt się nie będzie złościł. Chcę znać fakty. Yamamoto wtrącił się, jakby w niczym się nie orientował. 

- Rzeczywiście, fakty to coś takiego, co zawsze fascynuje. - W końcu w ten sposób zdjęto cięŜar z barków 

Tanomogiego. 

- Co do faktów, była to Wada-kun - wyjawił Tanomagi oblizując wargi, jakby się zawstydził. 

- Wada? 

-  Tak,  zanim  zgłosiła  się  do  pana,  przez  pewien  czas  pracowała  tutaj...  -  Yamamoto  machał  ręką,  jakby 

chciał wystąpić w roli pośrednika. - Była bardzo zdolną asystentką o zdecydowanych poglądach, co rzadko zdarza 

się u kobiet... Nie lubiła jednak patrzeć na krew, a to duŜa wada u pracownika tego instytutu. Dlatego zrezygnowała 

i przeniosła się do pana; wtedy rekomendował ją mój młodszy brat z Centralnego Szpitala Ubezpieczeń. 

- Tak, tak było, przypominam sobie. 

Rozsypane  ogniwa  łańcucha  nagle  zaskakująco  szybko  i  z  łoskotem  połączyły  się  w  całość.  Choć  moje 

podejrzenia  się  rozwiały,  to  jednak  problem  wcale  nie  przestał  istnieć.  Wyczułem  jakiś  podstęp.  NajwaŜniejszy 

sztukmistrz,  który  tak  się  popisał,  wcale  się  nie  ujawnił.  Mimo  podejrzeń  poczułem  się  zafascynowany  sposobem 

połączenia ogniw  tego łańcucha. Nagle przypadkowe, zdawałoby się,  wątpliwości i powiązania  między  głównymi 

postaciami, okazały się wyraziste i mocne. Skoro tak, to juŜ do pewnego stopnia mogłem zrozumieć, dlaczego mnie 

background image

tutaj przyprowadzono. Naturalnie, pozostaje sprawa zaufania do Tanomogiego... No, moŜe nie do tego stopnia, co 

kiedyś,  ale  zaczęło  mi  się  wydawać,  Ŝe  pojawiła  się  znów  moŜliwość  obdarzenia  go  zaufaniem,  wziąłem  więc 

głęboki oddech, aŜ uniosły mi się ramiona, a następnie wypuściłem powietrze powoli, Ŝeby nie zauwaŜyli. 

 

 

24 

 

- Pierwszym naszym tematem badawczym była metamorfoza insektów. Ma pan pewną wiedzę z genetyki, 

prawda? 

-  Nie,  jestem  w  tej  dziedzinie  zupełnym  amatorem.  Do  tego  stopnia,  Ŝe  zapomniałem,  która  warstwa 

zarodkowa powstaje jako pierwsza, wewnętrzna czy zewnętrzna. 

-  NiewaŜne.  Nawet  łatwiej  będzie  mi  wyjaśnić  prostym  językiem.  -  Yamamoto  trzymał  w  palcach  nie 

zapalonego  papierosa  i  uderzał  nim  o  stół.  Mówił  skandując  słowo  po  słowie,  jakby  się  upewniając,  czy  go 

rozumiem.  -  Oczywiście,  nie  zamierzaliśmy  dokonywać  metamorfozy  insektów.  Naszym  celem,  mówiąc 

najprościej,  była  planowa  przebudowa  istot  Ŝywych.  Tego  rodzaju  działania  dąŜące  do  poprawy  gatunku  juŜ 

prowadzono  w  ograniczonym  zakresie.  Byliśmy  w  stanie  -  zwłaszcza  w  odniesieniu  do  roślin  -  podwoić  liczbę 

chromosomów.  To  było  moŜliwe.  Natomiast  w  wypadku  zwierząt  nasze  wysiłki  nie  doprowadziły  dalej  niŜ  do 

czysto  eksperymentalnego  etapu  amelioracji  gatunku.  Chcieliśmy,  aby  amelioracja  gatunków  istot  Ŝywych  była 

naszą fundamentalną i dobrze zaplanowaną działalnością. Był to ambitny projekt. Usiłujemy pokierować sztucznie 

ewolucją,  przyspieszyć  ją  i  nadać  jej  określony  kierunek.  Jak  pan  wie,  rozwój  jednostki  powtarza  rozwój  linii 

systemowej.  Mówiąc  ściślej,  nie  powtarza  identycznej  formy,  zachowuje  jednak  ścisły  związek.  Na  wczesnym 

etapie  rozwoju,  dzięki  odpowiedniemu  wysiłkowi,  moŜna  wyrwać  danego  osobnika  z  właściwego  mu  systemu 

genetycznego i  wprowadzić  w  nowy. Jak dotąd, przy bardzo skromnych nakładach,  stworzyliśmy rozmaite,  wręcz 

groteskowe odmiany, np. płotkę o dwu głowach, Ŝabę o pyszczku jaszczurki, lecz nie oznacza to, Ŝe nam się udało 

poprawić  gatunek.  Dziecko  potrafi  zepsuć  zegarek,  lecz  do  zrobienia  nowego  konieczny  jest  wyspecjalizowany 

technik.  Rozwój  u  zwierząt  kierowany  jest  dwu  opozycyjnymi  hormonami  stymulującymi.  Z  jednej  strony 

pozytywna  stymulacja  pobudza  dezintegrację,  z  drugiej  zaś  negatywna  -  hamuje  rozpad.  Gdy  plus  jest  silny, 

powstaje duŜa liczba małych, złączonych ze sobą komórek. Gdy minusy zwycięŜają, komórki powiększają się bez 

dyferencjacji.  ZłoŜony  proces  wzajemnego  oddziaływania  staje  się  inherentnym  prawem  wzrostu  w  Ŝywej  istocie. 

Jeśli byłoby to konieczne, mógłbym to wyrazić całką ogólną równania róŜniczkowego... 

- Nazwalibyśmy to w naszym języku feedback, prawda? 

-  Tak,  tak,  chodzi  o  złoŜone  sprzęŜenie  zwrotne.  Aby  wyjaśnić  szczegółowo  jego  działanie,  zwróciliśmy 

uwagę  na  metamorfozę  owadów.  Od  dawna  było  wiadomo,  Ŝe  przeobraŜaniem  insektów  rządzą  hormony 

dyferencjacji,  wydzielone  z  komórek  nerwowych,  a  takŜe  hormon  larwowy,  pochodzący  z  corpus  allatum.  I 

rzeczywiście, udało się nam zobaczyć to, co powstaje w wyniku eliminacji jednego lub drugiego. Kontrola wzrostu 

za  pomocą  szczegółowych  i  ilościowych  regulacji  jest  technicznie  trudna.  Dziewięć  lat  temu  udało  się  jednak 

dokonać eksperymentalnej kontroli prawie jednocześnie w USA i w Rosji. Następnego roku nasza grupa badawcza, 

działająca niezaleŜnie, takŜe odkryła tę technikę. Dzięki temu stworzyliśmy bardzo dziwne insekty. Proszę spojrzeć 

tutaj. 

background image

Yamamoto  spoza  zasłony  wyjął  coś,  co  przypominało  wielką  klatkę  dla  ptaków.  Wewnątrz  pełzały  dwa 

płaskie szare Ŝyjątka wielkości dłoni. Ich ciała całkowicie pokrywała kleista błona, z której sterczały na boki twarde 

włosy równie szare jak skóra. Na ich widok zrobiło mi się niedobrze. 

- Jak pan myśli, co to jest? Ma wyraźnie sześć nóg i jest regularnym insektem. To mucha. Dziwi się pan? 

Po prostu larwy wyhodowano, nie dopuszczając do przemiany. Proszę spojrzeć. Mają pyszczki jak u muchy. Mogą 

się  reprodukować.  To  jest  samiec,  a  to  samiczka.  Są  trochę  dziwaczne,  ale  to  nie  ma  szczególnego  znaczenia; 

utrzymujemy je w tym stadium rozwoju dla upamiętnienia pierwszego sukcesu. Są dzikie: jeśli włoŜy pan rękę, to 

natychmiast ją ugryzie. W okresie godowym wydają dziwne odgłosy, a takŜe popiskują... 

-  Pewnie  dają  znać,  Ŝe  moŜna  je  zjeść  po  upieczeniu.  -  Chyba  Tanomogi  chciał  pokazać,  Ŝe  świetnie  się 

czuje, dlatego wymyślił ten wątpliwy Ŝart. 

- A moŜe mówią, Ŝe jeśli je zjesz, moŜesz być długo syty. - Ya mamoto nawet się specjalnie nie skrzywił z 

obrzydzenia. - Zaprowadzę pana do sali inkubacji. 

Zeszliśmy  pomostem  do  sali  hodowlanej,  minęliśmy  jeszcze  jedne  drzwi  i  znów  znaleźliśmy  się  w 

mrocznym korytarzu. Yamamoto szedł przodem z pochyloną głową i kontynuował: 

-  W  pewnym  momencie  urwała  się  międzynarodowa  wymiana  informacji  na  ten  temat.  Nie,  moŜe  nie 

całkowicie,  jeszcze  trochę  publikowano,  ale  raczej  niemiarodajne  dane  na  temat  techniki  hodowania  ssaków  poza 

naturalną  macicą.  Prawdziwe  informacje  zostały  ukryte  za  ścianą  milczenia.  Wystarczy  trochę  pomyśleć,  by 

zrozumieć,  Ŝe  było  to  naturalne.  Dla  takich  ludzi  jak  my,  prowadzących  badania,  sens  milczenia  był  aŜ  nadto 

oczywisty. W kaŜdym razie  to, co nastąpiło potem, juŜ nie dotyczyło techniki czy  nauki, lecz niosło coś znacznie 

powaŜniejszego i zarazem groźnego. Na samą myśl, Ŝe jest to teoretycznie moŜliwe, a przy tym pewnie równieŜ i 

technicznie, narastał niepokój... Proszę spojrzeć na tę salę. 

Ujrzałem  metalowe drzwi z  wymalowanym numerem 3. Po otwarciu zobaczyłem oszklony z trzech stron 

pojemnik  wysoki  na  ponad  trzy  metry.  Kilkadziesiąt  konwejerów,  umieszczonych  na  kilku  poziomach,  powoli 

przesuwało się  w lewo i w prawo. Obok nich setki maszyn, podobnych do szlifierek szkła, poruszało się wolno w 

górę i w dół. Na dole czterech ludzi w białych fartuchach przy metalowym stole zajmowało się jakąś operacją. 

- Nie mogę was tam wprowadzić. Wnętrze jest sterylizowane. Polecenia wydaję zazwyczaj z tego miejsca. 

Proszę patrzeć. Tylko w tej sali w ciągu dnia moŜna wykonać operacje na tysiąc trzystu embrionach. Oddzielamy je 

od naturalnej linii rozwojowej zgodnie z ustalonym programem. To, co pan widzi tuŜ przed sobą, to embriony krów 

wodnych. Tak... mówię prawdę... Początkowo my teŜ drŜeliśmy na samą myśl o czymś takim... - Yamamoto zajrzał 

mi  w  twarz  i  zmarszczył  brwi.  -  W  końcu  jestem  badaczem  natury.  Na  co  dzień  wysłuchuję  wielu  róŜnych 

oszczerstw w rodzaju takich, Ŝe bezcześcimy przyrodę, My jednak nigdy nie wątpimy w słuszność naszych badań. 

Gdy tylko wyobraŜę sobie laboratorium, w którym dokonuje się metamorfoza embrionów... 

- Ten widok teŜ jest raczej przeraŜający. 

- To jasne, przyszłość odcięta od dnia dzisiejszego sprawia niesamowite, wręcz groteskowe wraŜenie. Jakiś 

pierwotny  Afrykanin,  gdy pojechał po raz pierwszy do  wielkiego  miasta  i  ujrzał  wieŜowce, pomyślał, Ŝe znajduje 

się w rzeźni dla ludzi. Przepraszam, proszę nie traktować tego co mówię zbyt dosłownie. Chodzi mi o to, Ŝe budzi w 

nas strach to, co jest niepojęte w ludzkim Ŝyciu. Jest to coś, co nie ma sensu, ale jest silniejsze od nas... 

-  Więc  chce  pan  powiedzieć,  Ŝe  istnieją  przyczyny,  dla  których  tego  rodzaju  fantastyczne  badania  nie 

napawają pana wstrętem? 

background image

Yamamoto  kiwnął  głową  potwierdzająco.  Z  pewnością  i  przekonaniem,  ale  bez  emocji,  jak  lekarz 

zapewniający pacjenta, Ŝe  wszystko jest  w porządku. Nie od razu się odezwał, najpierw otworzył  metalowe pudło 

stojące obok, ustawił włącznik i zwrócił się do pracownika znajdującego się za szybą: 

- Harada-kun, mógłbyś pokazać jedno nasienie, to, które właśnie pan przygotowuje? Tutaj mamy zwyczaj 

nazywać “nasieniem" nie poddany operacji embrion świeŜo wyjęty z łoŜyska. 

Jeden z pracowników  kiwnął  głową twierdząco i zdjął ze stołu płaski szklany pojemnik,  po czym  wszedł 

po  Ŝelaznych  schodkach  i  przybliŜył  się  do  nas.  Stanął  przed  nami  z  nieco  kpiarskim  spojrzeniem  i  prawie 

niedostrzegalnym  uśmieszkiem  na  ustach.  To  nieco  złagodziło  moje  napięcie.  Wtedy  Tanomogi  cicho  chrząknął 

niemal w samo moje ucho. 

- To świnka z Yorkshire - wyjaśnił przez słuchawkę męŜczyzna za szybą. 

- Jest na miejscu? - zapytał Yamamoto. 

-  Tak,  wszystko  się  udało  -  odpowiedział  męŜczyzna  i  obrócił  szklane  naczynie  w  naszą  stronę.  W 

ciemnoczerwonej  Ŝelatynowej  substancji  unosiła  się  niczym  iskierki  wonnych  ogni  sztucznych  wiązka  naczyń 

krwionośnych, które wychodziły z czegoś, co przypominało insekt. Yamamoto objaśniał: 

-  Na  początku  najtrudniejszą  rzeczą  jest  przystosowanie  nasienia  do  sztucznego  łoŜyska.  Jest  to  sprawa 

techniki szczepienia. A raczej chodzi tu o problemy związane z pozyskiwaniem nasienia i jego przechowywaniem... 

zanim zostanie dostarczone do nas. To powaŜny problem. Oczywiście, w tym celu musimy nawiązywać kontakty z 

ludźmi z zewnątrz, ale naraŜa nas to na dekonspirację. 

- Procent udanych inplantacji u świń odmiany Yorkshire wynosi dziś czterdzieści siedem. 

Na głos ze słuchawki Yamamoto kiwnął głową potakująco. 

- O, na tym stole widać, jak robi się selekcję. To trzeba wykonać ręcznie. Pozostałe czynności, jak moŜna 

zauwaŜyć,  są  całkowicie  zautomatyzowane.  Maszyna  podaje  konwejerem  tylko  dobrze  przyswojone  nasienie, 

kolejno, jedno po drugim wraz z otwarciem kaŜdego łoŜyska. Przejście od początku do końca konwejera trwa około 

dziesięciu  dni.  Proszę  spojrzeć  na  te  ruchome  kurki,  niby  kogutki  potrząsające  głową.  To  one  wstrzykują 

embrionom  określoną  dawkę  zróŜnicowanych  hormonów.  W  łonie  naturalnej  macicy  zachodzi  proces  interakcji 

między  hormonami  pochodzącymi  z  embriona  a  hormonami  z  ciała  matki.  Powoduje  on  określone  zmiany.  Tutaj 

jednak  -  po  dokonaniu  analizy  pod  względem  ilościowym  i  czasowym  -  odpowiednio  wpływamy  na  zmiany. 

Gdybyśmy pozwolili rozwijać się tak samo jak w naturalnej macicy, wyrosłyby lądowe ssaki, takie jak matka. Tutaj, 

oczywiście,  stymulujemy  ten  proces  w  nieco  zmienionych  warunkach...  Tę  modyfikację  wyraŜamy  za  pomocą 

formuły wydzielania alfa, lecz oszczędzę panu bardziej szczegółowych objaśnień... 

- Nasienie róŜni się czasem liczbą godzin i dni od chwili poczęcia. Jak to równowaŜycie? 

- Bardzo dobre pytanie. W przypadku świń z zasady dobieramy embriony w odstępach dwutygodniowych. 

Naturalnie,  mimo  to  zachodzą  pewne  róŜnice.  Jednak  najwaŜniejsze  jest  stworzenie  warunków,  w  których 

modyfikacja  przebiega  w  zgodzie  z  funkcją  alfa  do  momentu  najistotniejszego,  w  którym  embrion  stanie  się 

zwierzęciem wodnym lub wodno-lądowym. Potem juŜ nie trzeba specjalnie zajmować się stopą wzrostu. Nawet w 

naturalnym  łonie  są  róŜnice,  jedne  macice  są  młodsze,  inne  starsze.  Właśnie  chodzi  o  ten  najwaŜniejszy  moment, 

który naleŜy wyraźnie wyodrębnić. Z tego miejsca dobrze tego nie widać. Powstają zmiany w ubarwieniu łoŜyska. 

O, widzi pan? Tamto trochę się zazieleniło. Gdy oczy się przyzwyczają, łatwo jest dostrzec... 

Młody  pracownik  nazwany  Haradą  zawrócił,  Ŝeby  przynieść  i  pokazać  nam  wskazany  przez  Yamamoto 

pojemnik. Gdy czekaliśmy na jego powrót, Yamamoto pozwolił mi zapalić papierosa, on teŜ wyciągnął z kieszeni 

background image

białego fartucha niedopałek, włoŜył go do ust i przypalił. Wpatrywał się w unoszący się dym jak w coś niezwykłego 

i powiedział: 

- Tak, człowiek nabawił się dziwacznych zwyczajów, dlatego Ŝe wdycha powietrze... 

- Do tego  miejsca były to pracownie Trzeciego Laboratorium  Genetycznego - zauwaŜył  Tanomogi swym 

zwykłym tonem, jakby zwracając się do mnie. Chyba się juŜ niecierpliwił. 

Mimo napięcia byłem  w  takim nastroju, jakbym zrobił coś, za co powinien przepraszać; poczułem  wręcz 

ciarki na skórze. Lecz niczym nie zraŜony Yamamoto mówił dalej: 

-  Tak...  Mają  one  następującą  numerację:  sala  1  -  usuwanie  nieczystości,  sala  2  -  transplantacja  do 

sztucznego  łoŜyska,  następnie  ta  sala,  do  której  przyszliśmy.  Gdy  barwa  w  łoŜysku  ulegnie  zmianie,  wtedy 

przenosimy je do sali 4, gdzie rozpoczyna się proces przemiany w ssaki wodne. O, widocznie znalazł. 

Młody człowiek, którego widzieliśmy przed chwilą, szedł niosąc inny szklany pojemnik; spieszył się, jakby 

chciał go podarować. Istotnie, wokół rozszerzonej wiązki naczyń krwionośnych rysował się niewyraźny cień. 

- To znak, Ŝe w embrionie rozpoczął się nowy proces wewnętrznego wydzielania. Gdy stwierdzimy, Ŝe coś 

takiego  następuje,  od  razu  przenosimy  go  do  sali  numer  4,  ale...  Harada-kun,  pokaŜ  frontową  stronę,  dobrze?  O, 

rozwijają  się  szybko.  Cechą  charakterystyczną  tego  okresu  jest  niemal  pełne  wykształcenie  się  tułowia,  nerek  i 

skrzeli, które są juŜ bardzo aktywne. DuŜe fałdy u nasady głowy to skrzela. Mniejsza juŜ o Ŝebra, ale dlaczego na 

tym etapie jest tak aktywna pierwsza nerka i skrzela, skoro i tak muszą zaniknąć? Przykro mi, Ŝe muszę panu robić 

niemal cały wykład z biologii, ale juŜ dochodzimy do sprawy najwaŜniejszej... 

Streszczając wyjaśnienia Yamamoto, rzecz ma się następująco: W teorii ewolucji bardzo waŜna jest zasada 

interakcji, to znaczy zasada, zgodnie z którą zmiany jednego narządu istoty Ŝywej pociągają za sobą zmiany innego 

narządu. To bardzo waŜne. W procesie rozwoju osobnika powtarza się wzorzec gatunkowy, a nam chodzi nie tyle o 

to,  Ŝeby  po  prostu  powtarzać  przeszłość,  ale  o  przyspieszenie  procesu  rozwojowego.  Naturalnie,  nie  wszystko 

podlega zmianie. Na przykład krew od początku jest taka sama jak u dorosłego osobnika. Bez zmian pozostają teŜ te 

narządy, które są niezbędne w następnym stadium rozwoju. Nawet u świni jest takie stadium, w którym działa tylko 

jedna  nerka.  Tylko  dorosła  minoga  ma  jedną  nerkę.  Pierwsza  nerka  po  pięciu  dniach  nie  spełnia  swych  funkcji  i 

podlega atrofii. Potem wykształca się druga nerka. Na pierwszy rzut oka wygląda to na proces zbędny, zwłaszcza Ŝe 

druga  nerka  nie  powstaje  wraz  z  zanikiem  pierwszej.  Ta  ostatnia  spełnia  rolę  swego  rodzaju  organu  wydzielania 

prowadzącego do powstania drugiej nerki. Z kolei druga nerka zmienia się w wewnętrzny organ wydzielania, który 

ostatecznie staje się rzeczywistą nerką końcowego etapu. 

W  wypadku  skrzeli  jest  podobnie  -  połowa  bliŜsza  głowy  spełnia  specyficzne  funkcje  jako  wewnętrzny 

gruczoł wydzielania i słuŜy pobudzaniu ewolucji drugiej połowy skrzeli. Te organy, które powodują przekształcanie 

się skrzeli, nazywane są gruczołami grasicowymi i tarczycowymi. 

Powstaje  więc  pytanie,  co  by  się  stało,  gdyby  proces  zmian  zakończył  się,  zanim  skrzela  ulegną 

przekształceniu  w  wewnętrzne  gruczoły  wydzielania.  Właśnie  na  tym  etapie  zatrzymała  się  ewolucja  ryb. 

Wstrzymanie rozwoju embrionu ssaka  w tym  momencie  nie spowoduje przekształcenia  się  w rybę. W najlepszym 

razie powstanie jakiś potworek, jak np. bezwolny ślimak. A to dlatego, Ŝe nie wszystko ulega powtórzeniu, niektóre 

części organizmu, niezbędne rybom ulegają wcześniej atrofii. 

W tym miejscu objaśnień Yamamoto uśmiechnął się opuchniętymi wargami i spojrzał na mnie pytająco. 

- Czy wyraziłem się dostatecznie jasno? 

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę drzwi: 

background image

- Zgodnie z porządkiem to jest sala 4, którą powinniśmy teraz pokazać, lecz tutaj znajdują się obracające 

się w ciemności szklane kule, pominę więc ją i zaprowadzę pana do ostatniej sali 5. 

- Tak, tak. - Tanomogi zrobił mu przejście i rzucił przez ramię: - Po raz pierwszy mnie teŜ oprowadzano w 

tej samej kolejności. 

- Jeśli sobie pan Ŝyczy, mogę pokazać film nakręcony w podczerwieni. 

- Nie, nie interesują mnie zbyt specjalistyczne szczegóły. 

-  Rozumiem,  jeśli  pan  nie  interesuje  się  sprawami  technicznymi,  to  chyba  nie  potrzeba...  Dobrze  byłoby 

obejrzeć przynajmniej salę numer 5. Znajduje się tam coś specjalnego. 

Znów zeszliśmy w dół po długiej pochylni korytarza. 

- W okresie powstania skrzeli trzeba podjąć decyzję, czy je pozostawić bez zmian, czy teŜ przekształcić w 

wewnętrzny gruczoł wydzielania, a więc trzeba określić, w którą stronę skierować proces ewolucji - objaśniał wolno 

Yamamoto  słowo  po  słowie,  jakby  obawiając  się  nakładania  się  echa  odbijającego  się  od  ścian.  -  Taka  decyzja 

zaleŜy  od  jakości  hormonów  wydzielanych  przez  komórki  nerwowe,  podobnie  jak  w  przeobraŜaniu  się  owadów. 

Układ nerwowy to naprawdę dziwna rzecz. Nie tylko jest niezbędny do podtrzymania Ŝycia, lecz jest takŜe źródłem 

energii  dla  ewolucji.  Jeśli  się  powstrzyma  dopływ  hormonów,  dyferencja  ulegnie  nagle  zahamowaniu.  Tą  metodą 

stworzyliśmy ową świnkę-ślimaka o długości siedemdziesięciu centymetrów. 

- Czy moŜna to jeść? - wtrącił Tanomogi drwiąco. Chyba specjalnie chciał się popisać cyniczną postawą, 

ale mnie zrobiło się nieprzyjemnie. 

-  Hm,  nie  widzę  powodów,  Ŝeby  nie  było  moŜna  -  odparł Yamamoto,  który  wcale  nie  okazał  zdziwienia 

drwiącym  tonem.  -  Wraz  z  zahamowaniem  dyferencjacji  równieŜ  system  nerwowy  zatrzymał  się  na  niskim 

poziomie rozwoju. W rezultacie ewolucja mięśni, a tym samym proteiny, na pewno się opóźnia. Myślę więc, Ŝe nie 

jest to smaczne... 

MęŜczyzna  i  kobieta  w  bieli  pochylili  głowy,  gdy  nas  mijali.  Korytarz  obniŜył  się  o  kolejny  stopień.  Od 

tego  miejsca  sufit  miał  kształt  łukowaty.  Nachylenie  stawało  się  coraz  bardziej  strome.  Wydało  mi  się,  Ŝe  słyszę 

odgłos morza. MoŜe mi tak w uszach szumiało. 

-  Jeśli  wystarczyłoby  osiągnięcie  stopnia  rozwoju  nie  przekraczającego  poziomu  świni-ślimaka  - 

Yamamoto odwrócił się i wykonując takie ruchy rękami, jakby podtrzymywał niewidoczne pudełko, mówił dalej - 

operacja  utrzymania  skrzeli  u  embriona  ssaków  byłaby  naprawdę  łatwa.  Zachowanie  organu  oddechowego  na 

poziomie  skrzeli,  przy  jednoczesnym  rozwoju  reszty  ciała  nastręcza  niemałe  trudności.  Nie  wystarcza  tutaj 

znajomość  i  zastosowanie  ogólnej  teorii  pozytywnej  i  negatywnej  funkcji  hormonów.  MoŜemy  więc  być  dumni  z 

rezultatów naszych studiów. 

- Jaki długi korytarz... 

-  JuŜ  niedaleko,  skręcimy  za  rogiem  i  pójdziemy  na  wprost.  Pomieszczenie  pozbawione  było  drzwi. 

WzdłuŜ ścian ciągnął się podest o szerokości około dwu metrów, natomiast na środku znajdował się rodzaj krytego 

basenu. RóŜnił się od zwyczajnego tym, Ŝe wewnątrz zbiornika paliło się światło, pozwalające widzieć wnętrze jak 

na dłoni. Z jednej strony wyglądał na bardzo głęboki, a z drugiej na płytki, pewnie w wyniku załamania się światła. 

W okienkach  w  ścianie po lewej stronie znajdowały  się jakieś przyrządy pomiarowe,  na prawo  w  ścianie równieŜ 

były  okna,  tylko  trochę  większe.  Zanurzeni  w  wodzie  dwaj  męŜczyźni  w  akwalungach  pracowali  przy  jednym  z 

przyrządów pomiarowych, obok nich wznosiły się w górę słupki oślepiająco jasnych bąbelków powietrza. 

background image

- To weterynarze i hodowcy - powiedział Yamamoto, tłumiąc śmiech, po czym wzdłuŜ basenu wprowadził 

mnie  do  sali  po  prawej  stronie.  JakŜe  koszmarne  wraŜenie  zrobiło  na  mnie  to  pomieszczenie!  Było  zawalone 

bezładnie  ułoŜonymi  lekami,  instrumentami  chirurgicznymi,  akwalungami  i  róŜnymi  dziwnymi  przyrządami 

elektronicznymi.  Głucho  brzęczała  instalacja  wentylacyjna,  lecz  nie  zdołała  rozproszyć  świdrującej  nozdrza  woni. 

Niewielki  wzrostem  męŜczyzna  o  niskim  czole,  kreślący  coś  na  kratkowanym  papierze,  wstał  z  pośpiechem  i 

zaproponował mi krzesło. Rozejrzałem się i zobaczyłem tylko dwa krzesła, więc odmówiłem. Zresztą nie chciałem 

tu długo przebywać. 

- Panowie przyszli zwiedzić, proszę więc polecić, Ŝeby pracujący ustawili się tak, aby moŜna było łatwiej 

ich obserwować. 

Usiedliśmy  na  brzegu  basenu  za  przykładem  męŜczyzny,  który  przyszedł  tu,  ciągnąc  za  sobą  kabel 

mikrofonu, przez który zwrócił się do pracowników znajdujących się w wodzie. Unieśli twarze i odpowiedzieli na 

pozdrowienie, machając rękami. 

- Za jakieś dwie minuty wyjdzie nowy - powiedział męŜczyzna, odwracając głowę w stronę Yamamoto. I 

rzeczywiście, pracownik znajdujący się w wodzie sygnalizował coś dwoma wyprostowanymi palcami. 

-  Teraz  będą  się  rodzić  co  pięć,  osiem  minut.  -  Yamamoto  dał  męŜczyznom  znak  wzrokiem.  -  Do  tego 

czasu  embriony,  które  pan  widział  w  sali  3  w  okresie  powstawania  skrzeli,  zmieniły  się  gatunkowo.  Na  przykład 

ś

winie ponad sześć miesięcy są przechowywane w sali 4. Choć “przechowywanie" to niewłaściwe określenie... 

-  Coś  podobnego!  -  krzyknąłem  mimo  woli.  -  Czy  częstotliwość  ta  nie  daje  w  ciągu  sześciu  miesięcy 

ogromnej liczby? 

-  Oczywiście,  Ŝe  tak.  Na  pięciu  poziomach,  z  których  kaŜdy  dostarcza  szesnaście  tysięcy  sztuk,  mamy 

osiemdziesiąt  tysięcy  -  powiedział  niewysoki  męŜczyzna,  unosząc  brodę.  Przytknął  jednocześnie  czubek  palca, 

wąchając nikotynę. 

- Gdyby pan był specjalistą w tym zakresie... - ciągnął zaglądając do zbiornika z  wodą - zainteresowałby 

się  pan  na  pewno  urządzeniami  sali  numer  4...  Dostarczanie  poŜywienia,  likwidacja  odpadów,  a  takŜe  regulacja 

temperatury,  ciśnienia...  Zwłaszcza  problem  temperatury,  którą  nieco  obniŜamy  w  stosunku  do  temperatury  łona 

ludzkiego, jest skomplikowany. Kontrolując przemianę skrzeli, zajmujemy się substancjami sztucznych gruczołów 

wydzielania... MoŜna to porównać do sytuacji, w której truciznę kontroluje się za pomocą trucizny... Nie, chodzi o 

to,  co  trzeba  zrobić,  aby  nie  rozpuścić  kryształków  soli  znajdujących  się  w  wodzie.  Posługujemy  się  oczywiście 

przesyconym  koncentratem.  No,  w  kaŜdym razie  udało się nam zatrzymać rozwój samych skrzeli bez  wywierania 

wpływu na inne narządy. 

W basenie czerwone lampki oświetlały urządzenia pomiarowe przy okienkach. 

- Idzie! - krzyknął męŜczyzna, drapiąc się po głowie. 

- To sztuczny poród. - Tanomogi oparł się o brzeg basenu i wychylił do przodu. 

MęŜczyźni w wodzie dali znak rękoma, przesunęli się na boki, aby piana nie przesłaniała widoku i stanęli 

przodem  do  okienka.  Nagle  coś  je  wypełniło:  czarne,  metalowe  pudełko  wyśliznęło  się  z  niego  i  zatrzymało 

pięćdziesiąt centymetrów przed nimi. MęŜczyźni natychmiast przystąpili do działania. 

- Usuwają sztuczne łoŜysko. 

MęŜczyźni  otworzyli  pudełko  i  wyjęli  plastykową  torebkę.  W  oczach  torebka  zamieniła  się  w  duŜą  kulę. 

Wnętrze kuli  wypełnił  mętny czerwony płyn. Jeden z  męŜczyzn  wbił  w  kulę  gumowy  wąŜ  wystający z przyrządu 

pomiarowego i przekręcił kurek. 

background image

-  Wysysa  płyn  z  wnętrza.  Po  oddzieleniu  od  łoŜyska  natychmiast,  wprost  odruchowo,  rozpocznie  się 

oddychanie skrzelami, dlatego tę operację trzeba przeprowadzać bardzo szybko. 

Kula się skurczyła, powłoka przylgnęła do tego, co znajdowało się wewnątrz, i wtedy zarysował się kształt 

prosięcia. Zwierzę potrząsnęło nóŜkami i zaczęło się konwulsyjnie poruszać. Drugi męŜczyzna wbił nóŜ w torebkę i 

zdjął  powłokę  sprawnie  jak  koszulkę.  Nie  zauwaŜyłem,  kiedy  męŜczyzna  wziął  drąŜek,  wyłowił  niepotrzebną  juŜ 

powłokę i wprawnym ruchem wrzucił ją do bańki stojącej w kącie. Rozeszła się nieznośna woń. To stąd pochodził 

ten zapach, który tak mocno czułem od samego początku. 

Prosię niepewnie stanęło na przednie nogi, a nad nim uniosła się róŜowiejąca mgła. Asystujący męŜczyzna 

przyczepił  do  węŜa  szczotkę,  oczyścił  ją  z  brudu,  a  następnie  włączył  odkurzacz.  Gdyby  tego  nie  zrobił,  basen 

szybko  wypełniłby  się  brudem.  Za  pomocą  metalowej  strzykawki  wpuścił  coś  do  uszu  prosięcia,  a  wtedy  ono 

podskoczyło. 

-  Tak  czy  owak  błona  bębenkowa  jest  zbędna,  poza  tym  podatna  jest  na  stany  zapalne,  dlatego  ucho 

pokrywamy od razu plastykiem, jak pan widział. 

-  A  kiedy  dorośnie...  -  zaczął  mówić  Tanomogi,  lecz  natychmiast  zamilkł,  jakby  uświadomił  sobie,  Ŝe 

przeszkodził mi zadać pytanie. 

- Proszę, mów pierwszy. 

-  Moje  pytanie  jest  bardzo  proste.  Chodzi  o  to,  czy  ta  pokrywka  plastykowa  nie  poluzuje  się  wraz  z 

dorastaniem... 

- UŜyty przez nas plastyk ma interesujące właściwości. Wbrew prawom grawitacji przepływa stopniowo w 

stronę wysokiej temperatury i rozciąga się. A pan o co chce zapytać? 

- Jeśli chodzi o mnie, to moje pytanie ma związek z umiejętnością słyszenia w wodzie. Jak rozstrzygnięto 

tę sprawę? 

-  W  tej  kwestii  jeszcze  wiele  pozostało  do  zrobienia...  Tylko  w  wypadku  ryb  nie  ma  trudności,  słyszą 

dobrze, mając przykryte uszy. 

- To znaczy, Ŝe zwierzęta wodne nie są głuche? 

- Oczywiście, szczególnie pies morski jest wraŜliwy nawet na bardzo ciche dźwięki. 

- Często morze nazywa się światem milczenia, jednak głębiny morskie nie są wcale ciche - rzekł Tanomogi 

z miną znawcy. 

- To absurd! - krzyknął niewysoki męŜczyzna i wcisnął się między nas. - Nie ma mniej hałaśliwego miejsca 

niŜ morze dla tych, którzy mają uszy po to, Ŝeby słuchać. Ryby krąŜą podśpiewując. Zupełnie jak ptaki w lesie. 

-  Problemem  -  wtrącił  Yamamoto,  pocierając  nos  z  góry  na  dół  swym  grubym  palcem  -  jest  raczej 

wydawanie  głosu,  a  nie  słyszenie.  Mieliśmy  z  tym  duŜo  kłopotu,  badając  moŜliwość  uŜycia  strun  głosowych  w 

stadium oddychania skrzelami. Pies nie umiejący szczekać nie moŜe nawet pilnować domu. Tylko psa udało się nam 

jakoś nauczyć. 

- Nauczyć? Szczekania? 

- AleŜ nic podobnego... Nauczyliśmy go zgrzytać zębami zamiast szczekać. Pomysł wzięliśmy od pewnego 

gatunku ryb. To było odkrycie, które moŜe być powodem do dumy. 

MęŜczyzna,  który  skończył czyszczenie, podskoczył i podpłynął pod powierzchnię  wody, pokazując nam 

prosię.  Zwierzę  pokryte  białą  szczeciną  na  róŜowawej  skórze  otwierało  i  zamykało  skrzela  przypominające  fałdę 

tłuszczu, i patrzyło na nas z wody wytrzeszczonymi oczami. 

background image

- Oczy ma juŜ otwarte? 

- ZauwaŜył pan? - Yamamoto uśmiechnął się zadowolony. - Powiedziałem, Ŝe poza organem oddychania 

wszystkie inne organy pozostają bez zmian, ale w niektórych przypadkach są jednak drobne róŜnice. Tu nie chodzi 

o to, Ŝe otwiera oczy, ale o to, Ŝe zanikły powieki. 

MęŜczyzna  w  wodzie  wziął  prosię  pod  pachę,  poprawił  wyblakły  niebieski  kombinezon,  obrócił  się, 

jednym  ruchem  przeciął  basen  i  zniknął  w  otworze  okiennym  po  przeciwnej  stronie.  Pozostał  za  nim  biały  pas 

rozbitych srebrnych bąbelków. 

- Gdzie popłynął? 

- Do farmy hodowlanej osesków. Okulary! - Zwrócił się w stronę męŜczyzny stojącego obok i podszedł do 

okien.  -  Później  pokaŜę  panu  na  karcie  anatomicznej,  a  tymczasem  musi  pan  przyjąć  na  wiarę,  Ŝe  hormony 

pochodzące  z  zanikłych  skrzeli  wywierają  jeszcze  pewien  wpływ  na  kilka  organów.  Do  najbardziej 

charakterystycznych  cech  nowego  osobnika  naleŜy  brak  gruczołu  łzowego,  ślinowego  i  potowego.  Poza  tym 

nastąpił zanik powiek, degeneracja strun głosowych itp... Tak, jeśli zaś chodzi o płuca ssaków wodnych, to muszę 

stwierdzić,  Ŝe  nieoczekiwanie  utraciły  tylko  tchawice,  przewody  powietrzne  pozostały,  oskrzelowe  kanały 

pootwierały się  w  ściankach  przewodu pokarmowego. Właściwie to nie są płuca, lecz rozwinięty i przekształcony 

pęcherzyk  rybi.  Tak,  to  tajemnica  natury,  lecz  brak  gruczołów  łzawych  czy  ślinowych  nie  stanowi  Ŝadnego 

utrudnienia dla mieszkańców wód... 

- W takim razie nie moŜe ani płakać, ani się śmiać. 

- Bez Ŝartów! Czy zwierzęta w ogóle płaczą lub się śmieją?! 

Drugi męŜczyzna, który przebywał w wodzie, wspiął się na metalową drabinkę, chyba po to, by wymienić 

się z niskim męŜczyzną przebywającym dotąd na górze. 

Niski  męŜczyzna  przyniósł  około  dwumetrową  cienką  rurkę  pomalowaną  białym  lakierem,  następnie 

odszedł  i  zaczął  przebierać  się  w  granatowy  kombinezon.  Yamamoto  zanurzył  rurkę  w  wodę  zagiętą  stroną, 

natomiast koniec zakończony soczewką przystawił do okienka i spojrzał przez wystający nad wodą wziernik. Tak, 

był to odwrócony peryskop. 

- Proszę, widać. 

Chcąc  nie  chcąc,  wziąłem  rurkę  w  obie  dłonie  i  przytknąłem  oko  do  soczewki.  Nie  zobaczyłem  niczego 

prócz jaśniejącego mleczną barwą mroku. Pomyślałem, Ŝe soczewka pewnie jest zaparowana, i gdy chciałem wyjąć 

chusteczkę, Ŝeby ją przetrzeć, usłyszałem: 

- Nie, tak jest dobrze. Proszę tylko cierpliwie chwilę poczekać. Po prostu woda jest mętna. - Posłuchałem 

rady i wydało mi się, Ŝe coś widzę. Jak się okazało, były to sztuczne piersi. 

- Nie moŜna ustrzec się rozlewania mleka podczas karmienia, dlatego woda jest mętna. 

- A dlaczego mętna woda nie przepływa tutaj? Nie ma chyba dodatkowej przegrody? 

-  Oddziela  je  kurtyna  w  postaci  strumienia  wody.  Sala  karmienia  podzielona  jest  takimi  kurtynami  na 

cztery  części,  a  w  kaŜdej  z  nich  temperatura  waha  się  od  trzech  dziesiątych  stopnia  do  osiemnastu.  Świnki  mogą 

swobodnie  przemieszczać  się  przez  te  kurtyny.  Miejsce  przebywania  zmieniają  w  zaleŜności  od  tego,  w  której 

części otwierają się sztuczne sutki. W ten sposób zwierzęta, chcąc nie chcąc, przyzwyczajają się do nagłych zmian 

temperatury  wody.  To  wywiera  korzystny  wpływ  na  rozwój  gruczołów  łojowych  i  tłuszczu  pod  skórą,  a  takŜe  na 

sierść. 

background image

Stopniowo  moje  oczy  przyzwyczaiły  się  do  ciemności.  Ukazało  się  kilkadziesiąt  prosiąt  uczepionych 

pyszczkami  do  obłych  przedmiotów  pokrytych  licznymi  wypustkami  podobnymi  do  białych  sutek.  Przypominały 

kiście  winogron  zwisające  z  półek  pokrytych  białą  pleśnią.  Od  czasu  do  czasu  między  nimi  ukazywali  się  ludzie 

poruszający się płynnie jak powiewające flagi. Byli to chyba hodowcy w akwalungach. 

- Świnki przebywają tu około miesiąca, do czasu odstawienia od piersi, a potem stopniowo są odsyłane na 

podwodne pastwisko. 

background image

 

25 

 

 

KARTA ZAMÓWIENIA NR 112 

Do Instytutu Yamamoto

Proszę natychmiast przesłać lądową pocztą ekspresową 

1. Nasienie Yorkshire 

2 szt.

2. Psy strzegące przed rekinami 

2 szt.

3. Długowłose psy myśliwskie 

5 szt.

4. Krowy mleczne, ulepszenie nr 3 

8 szt.

5. Szczepionki przeciw chorobie marine snow 

200 szt.

Podmorska Farma nr 3

Niigata

 

- Czy określenie “nasienne Yorkshire" oznacza, Ŝe uzyskano odmiany o cechach dziedzicznych? 

Przepłynęliśmy podmorską farmę wielkości małego jeziora łódką wyposaŜoną w reflektory. Powietrze było 

tak cięŜkie, Ŝe z trudem oddychaliśmy. 

-  Nie,  w  pierwszej  generacji  okazało  się  to  niemoŜliwe.  Ssaki  podwodne  pierwszej  generacji  udaje  się 

ledwo  utrzymać.  Nie  mają  one  zdolności  rozrodczych.  Drugie  pokolenie  powstaje  więc  dzięki  sztucznemu 

procesowi  poza  macicą  i  dopiero  ono  jest  wyposaŜone  w  zdolności  rozrodcze.  I  tak  stworzone  drugie  pokolenie 

nazywamy na przykład nasiennymi świniami lub nasiennymi krowami. Pochłania to duŜo wysiłku i czasu, nasienia 

są  więc  drogie  i  dlatego  nie  tak  bardzo  powszechne.  Wkrótce  nie  będą  naleŜały  do  rzadkości  zwierzęta  wodne 

zdolne same się rozmnaŜać. 

- Co to za Podmorska Farma w Niigata? 

- Zgodnie z nazwą to podmorska farma. 

- To znaczy, Ŝe produkuje na rynek? 

-  Tego  nie  wiem.  Od  końca  ubiegłego  roku  wzrasta  liczba  podobnych  zamówień.  Najpierw  z  pewnością 

pojawiła  się  Farma  nr  1  w  Boso.  Poza  tym  istnieje  Farma  Głębinowa  Pacyfik  KL  i  inne,  których  nazwy  trudno 

spamiętać... Liczba zwierząt wyprodukowanych w ten sposób włącznie ze świniami i krowami wynosi około dwustu 

tysięcy sztuk, to jest około pięciu procent liczby zwierząt hodowanych w kraju na lądzie. Te farmy naleŜą do jednej 

organizacji, muszą być dochodowym przedsięwzięciem. 

- Trudno w to uwierzyć. 

- Ach, ja teŜ tego nie rozumiem. Proszę jednak popatrzeć na te zwały na dnie głębin morskich: to marine 

snow. Podobno są świetną paszą dla świń. Skoro tak, to są tam niewyczerpane zapasy. Świnie moŜna paść jak owce 

na pastwiskach. Istnieją więc dostateczne przesłanki, by uznać, Ŝe inwestycja moŜe być dochodowa. 

- O, na dole właśnie doją krowy dojarkami automatycznymi. 

- AŜ trudno uwierzyć, Ŝeby działalność na tak duŜą skalę nie znalazła odzwierciedlenia w prasie. 

background image

-  Tak,  to  musi  być  bardzo  sprawna  organizacja...  -  szybko  wtrącił  Tanomogi,  jakby  chciał  mnie  do  tej 

organizacji zaagitować. Jeszcze nie mogłem się zdecydować, czy Tanomogi jest moim wrogiem, czy sojusznikiem, 

nie potrafiłem więc od razu ocenić, do którego z nas skierował tę uwagę. 

Znalazłem  się  w  kłopotliwej  sytuacji.  Niewątpliwie,  pod  wpływem  wizyty  w  tym  niezwykłym  miejscu 

nastąpiła  całkowita  zmiana  w  moim  myśleniu.  Stało  się  tak,  jak  przewidywał  Tanomogi.  Informacja  o  handlu 

embrionami wydała mi się niemal całkowicie prawdopodobna. Zatem powinienem ponownie rozwaŜyć zdarzenia z 

ostatnich kilku dni. Zabójstwo księgowego moŜe się okazać mniej istotne, niŜ przypuszczałem. 

Nawet  nie  spostrzegłem,  kiedy  osłabło  we  mnie  pragnienie  odnalezienia  prawdziwego  przestępcy  i 

pojawiła  się refleksja o skradzionym dziecku. W  kwestii przestępcy byłem bliski kompromisu, tym bardziej Ŝe za 

zbrodniarkę  uznano  kobietę.  W  ostateczności,  gdyby  sprawy  się  skomplikowały  i  maszyna  prognostyczna  była 

zagroŜona,  sfałszowałbym  czynnik  analizy.  Dzięki  wizycie  złoŜonej  w  instytucie  przybliŜyłem  się  o  krok  do 

prawdy, lecz jednocześnie wydało mi się, Ŝe oddaliłem się od rozwiązania problemu. Jeśli się oddaliłem, to trudno, 

nic  na  to  nie  poradzę.  JuŜ  mam  dość  zajmowania  się  takimi  sprawami.  Tanomogi  sugeruje,  Ŝe  policja  coś 

podejrzewa, a przecieŜ policja ceni swój honor. Jeśli kłamstwo byłoby przekłamaniem maszyny prognostycznej, to 

niewątpliwie naleŜałoby zachować tajemnicę. Teraz chciałbym jak najszybciej stąd odejść i spokojnie zasiąść przy 

maszynie. 

Przedtem jednak powinienem koniecznie coś zrobić, a mianowicie odszukać odebrane mi dziecko i - nim 

cokolwiek  z  nim  uczynią  -  spowodować  jego  śmierć.  Dopiero  po  tym  od  wszystkiego  umyję  ręce.  Następnie 

poszukam naprawdę zwyczajnego człowieka i zacznę wszystko od początku. Zresztą to chyba Wada wspomniała, Ŝe 

chciałaby  poznać  własną  przyszłość.  Byłaby  na  pewno  sympatycznym  królikiem  doświadczalnym...  Gdy  się 

zestarzeje,  nawet  ona  przestanie  być  sympatyczna.  Teraz  powinienem  odkryć  przyszłość  spokojną,  uplecioną  z 

drobnych  radości  i  nielicznych  cierpień.  Nie  ma  w  niej  nic  interesującego,  ale  jako  materiał  eksperymentalny 

gwarantuje przynajmniej pewny wynik... 

- Dlaczego mamy wszystko utrzymywać w tajemnicy? 

Tanomogi  przerwał  milczenie  jakby  dłuŜej  nie  mógł  wytrzymać.  W  tym  momencie  łódź  przybiła  na 

przeciwległy brzeg. Yamamoto z niezwykłą lekkością jak na męŜczyznę tej tuszy wskoczył na ląd i podał mi rękę. 

Odpowiedział Tanomogiemu spokojnym tonem, nie okazując zakłopotania. 

- Dlatego, Ŝe jest to praca nazbyt rewolucyjna. Wywołałaby niewątpliwie  wielkie reperkusje  w  kraju i za 

granicą. Do czego dojdziemy, jeśli będzie się tę pracę konsekwentnie prowadzić - tego chyba nikt nie wie... 

- Jaki zatem ma to sens? 

- Zniknęły z mapy kraje zacofane, z którymi moŜna było prowadzić korzystny handel, lepiej więc tworzyć 

sztuczne  kolonie  i  korzystnie  w  nie  inwestować,  aniŜeli  prowadzić  niepewną  grę.  Gdyby  pańska  maszyna 

prognostyczna  nie  dostała  się  na  łamy  prasy,  to  na  pewno  szefowie  organizacji  zgłosiliby  się  natychmiast,  aby 

dowiedzieć  się  przyszłości  tych  podwodnych  kolonii.  JuŜ  sama  myśl  o  tym,  jaki  mógłby  być  wynik  tych  działań, 

sprawia przyjemność. Podobno “Moskwa 2" przewidziała, Ŝe przyszłość naleŜy do komunizmu. Pewnie dlatego, Ŝe 

nie wpadła na trop kolonii podwodnych. 

- Zdecydowaliśmy się nie prowadzić prognoz politycznych. 

- Oczywiście, byłoby to ograniczenie wolności poprzez przedstawianie społeczeństwu jego przyszłości. 

background image

Wysoki  betonowy  mur  ciągnął  się  wzdłuŜ  farmy  podwodnej.  Były  w  nim  drzwi,  a  w  głębi  kryty  basen. 

Trochę  większy  niŜ  ten,  który  juŜ  widziałem.  Po  czterech  stronach  miał  okratowane  okna.  Właśnie  trener  w 

akwalungu trenował lśniącego czernią psa. 

- To jest właśnie myśliwski pies długowłosy, o którym wspominało zamówienie. Długą sierść utwardza się 

za  pomocą  specjalnej  pomady  i  dzięki  temu  chroni  się  skórę.  Takie  przygotowanie  jest  konieczne,  poniewaŜ  pies 

musi pływać w róŜnych miejscach i warunkach. O, proszę zobaczyć, ma gumowe płetwy przyczepione do łap. Gdy 

nauczy  się  nimi  posługiwać,  stanie  się  osobnikiem  dojrzałym.  Jutro  rano  odjeŜdŜa,  przechodzi  więc  ostatnie 

ć

wiczenia. Nagle pies wyciągnął szyję, zanurzył głowę, zrobił obrót, wyprostował się jak strzała i przywarł do kraty, 

odbił się od niej i w następnej chwili pochwycił rybę. 

- Rzecz w tym, aby złapał rybę i nie zagryzł jej - wtrącił Tanomogi. 

Yamamoto mówił dalej: 

-  Gdy  ma  coś  w  zębach,  nie  moŜe  oddychać  pyskiem,  musi  to  robić  przez  nos,  a  wodę  wydalać  przez 

skrzela. Tylko wytrenowany pies potrafi tego dokonać. 

Pies włoŜył pysk do torby trzymanej przez trenera i czekał na zamkniecie otworu, a następnie rybę puścił. 

Rzeczywiście, ryba poruszyła się i zaczęła pływać. 

-  Proszę  pana  -  odezwał  się  Tanomogi,  jakby  coś  sobie  przypomniał  -  czy  wie  pan,  w  jaki  sposób  te 

zwierzęta są przewoŜone lądem? To bardzo ciekawe. Zna pan cysterny, którymi transportuje się benzynę, prawda? 

OtóŜ podobno w takich samych zbiornikach połączonych łańcuchami odbywają podróŜ zwierzęta. Świetny pomysł. 

Zawsze patrzę ze zdziwieniem, gdy widzę pięć albo sześć takich cystern połączonych ze sobą. 

- Mówisz tak, jakbyś wiedział juŜ wszystko - zauwaŜył Yamamoto nieco drwiąco. 

-  Absolutnie  nie  wiem!  - szybko odpowiedział Tanomogi  podniesionym  głosem, a  wtedy obaj roześmiali 

się wesoło. 

Nie  dostrzegłem  w  tym  nic  śmiesznego.  Nie  znalazłem  dość  siły,  aby  zmusić  się  do  uśmiechu.  Miałem 

wraŜenie, Ŝe wraz z ich śmiechem moje zmęczone oczy zapadały się stopniowo coraz głębiej. 

 

 

26 

 

Wracaliśmy  samochodem  naleŜącym  do  instytutu,  więc  w  obawie  przed  kierowcą  w  ogóle  ze  sobą  nie 

rozmawialiśmy.  Chciałem  powiedzieć  Tanomogiemu  tylko  jedną  rzecz,  ale  nie  miałem  juŜ  ochoty  dyskutować  z 

nim  na  jakiekolwiek  tematy.  Tanomogi  był  chyba  zmęczony  i  dlatego  milczał.  W  końcu  usnąłem.  Zostałem 

zbudzony, gdy znaleźliśmy się przed moim domem. Straszliwie bolała mnie głowa. 

- Jutro będę spać do południa. 

- Jutro? PrzecieŜ jest czwarta rano. 

Uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. ZauwaŜyłem kątem oka, jak machał do mnie ręką, gdy  wchodziłem 

do domu. Ledwie trzymałem się na nogach. śona nie powiedziała nawet słowa, lecz to mnie wcale nie zmartwiło. 

Sięgnąłem po szklaneczkę whisky stojącą przy poduszce i nim wziąłem ją do ręki, zasnąłem. 

 

background image

 

 

Ś

niło mi się, Ŝe wielokrotnie byłem wprowadzany do Instytutu Yamamoto. Oto wsiadam do samochodu i 

ruszamy,  i  zaraz  znów  dojeŜdŜam  do  innego  instytutu.  Mam  wraŜenie,  Ŝe  stoję  w  pokoju  lustrzanym,  w  którym 

wszystkie  drogi  prowadzą  do  tego  instytutu.  W  bramie  mieszka  coś  strasznego,  tak  groźnego,  Ŝe  trudno  mi  to 

wyjaśnić. PoniewaŜ nie zdąŜam na dzwonek, a więc spóźniam się do pracy, dlatego chcą mnie ukarać. Za tą bramą 

rozpoczyna  się proces.  Z  kaŜdym  uderzeniem  serca  narasta oskarŜenie. Muszę  się  spieszyć i  muszę uciekać.  Lecz 

nie mogę zrozumieć, czy uciekam i czy posuwam się do przodu. I znów przede mną brama do Instytutu Yamamoto, 

czekająca na mnie... 

Po dziesiątej ocknąłem się i zrozumiałem, Ŝe spałem w domu, więc odetchnąłem z ulgą. Wydało mi się to 

zabawne,  więc  mimo  woli  roześmiałem  się.  Podobne  sny  miewałem  w  młodości,  gdy  wracałem  na  przykład  nocą 

pijany do domu. Próbowałem się jeszcze zdrzemnąć, lecz coś nagle zaczęło mnie niepokoić - tym razem naprawdę 

nie mogłem zasnąć. 

Wstałem, by ustalić, skąd dochodził odgłos odkurzacza. Okazało się, Ŝe z mojej pracowni. 

- Przeszkadza? - spytała Ŝona, nie podnosząc głowy ani nie przerywając pracy. 

- Niespecjalnie... Chcę cię o coś zapytać. 

- Co się z tobą wczoraj działo? 

- Pracowałem. 

- Zrobiło się późno, więc zadzwoniłam do twego instytutu. 

-  Pracowałem  gdzie  indziej!  -  wykrzyknąłem  coraz  bardziej  poirytowany  i  wydało  mi  się,  Ŝe  naprawdę 

mam  powód  do  gniewu.  Kiedy  juŜ  nie  mogłem  opanować  złości,  zadzwonił  telefon.  Odetchnąłem  z  ulgą,  gdy 

zaprzestał dzwonić. 

Telefonowano z redakcji gazety. “Moskwa 2" przewidziała aktywizację grup wysp wulkanicznych na dnie 

Pacyfiku, a poniewaŜ zespół chciałby zająć się badaniem związku tego zjawiska z podwyŜszaniem się temperatury 

w  atmosferze,  szuka  kompetentnego  partnera  w  Japonii.  Redakcja  jest  zainteresowana,  czy  Instytut  Techniki 

Obliczeniowej  ze  swą  maszyną  prognostyczną  nie  ma  zamiaru  przyjąć  tej  propozycji.  Jak  zwykle  odmówiłem 

odpowiedzi,  przypominając,  Ŝe  wszelkich  informacji  prasie  udziela  wyłącznie  Komisja  Programowa  lub 

Departament  Statystki.  Uczucie  poniŜenia,  jakiego  doznawałem  za  kaŜdym  razem,  gdy  otrzymywałem  takie 

telefony, było dziś silniejsze i miało jakieś szczególne znaczenie. 

background image

...Za  oknem  jasne,  wprost  oślepiające  kłębiaste  chmury  zmieniały  kształty  w  oczach  i  rozpływały  się  w 

dali.  NiŜej  wisiały  gałęzie  okryte  liśćmi,  a  w  sąsiedztwie  rysował  się  dach,  a  takŜe  ogród.  Jeszcze  do  wczoraj 

wierzyłem,  Ŝe  poczucie  codziennej  ciągłości  jest  czymś  poŜądanym.  Lecz  dziś  myślałem  juŜ  inaczej.  Jeśli  to,  co 

wczoraj widziałem, było rzeczywiste, to czyŜ nie naleŜałoby powiedzieć, Ŝe moje poczucie ciągłości było fałszem, 

tak bardzo podobnym do rzeczywistości. Wszystko się odwróciło. 

GŁUPOTĄ  Z  MOJEJ  STRONY  BYŁO  PRZEKONANIE,  śE  POSIADANIE  MASZYNY 

PROGNOSTYCZNEJ  SPRAWI,  Iś  ŚWIAT  STANIE  SIĘ  CORAZ  WIĘKSZYM  CONTTNUUM,  śE  BĘDZIE 

SPOKOJNIEJSZY  I  TAK  BARDZO  PRZEZROCZYSTY  JAK  KRYSZTAŁ  MINERAŁU.  CZY  WIĘC 

WŁAŚCIWE ZNACZENIE SŁOWA “WIEDZIEĆ" NIE JEST RACZEJ POSTRZEGANIEM CHAOSU, ANIśELI 

WIDZENIEM ŁADU I ZASAD? 

- To naprawdę waŜna sprawa. Chodzi o szpital połoŜniczy, do którego cię siłą zawieziono. Powiedz, jak on 

wyglądał? Chciałbym, abyś dokładnie sobie przypomniała, co to za miejsce. 

ś

ona  spojrzała na  mnie podejrzliwie  i nie odpowiedziała. Oczywiście, nie  mogłem oczekiwać od niej, Ŝe 

zdawała  sobie  sprawę  z  powagi  sytuacji.  Nie  wiedziała  takŜe,  Ŝe  mam  pewne  podejrzenia.  PoniewaŜ  nie  mogłem 

Ŝ

onie  niczego  wyjaśnić,  denerwowałem  się  jeszcze  bardziej.  ChociaŜ  nie  zostałem  zobowiązany  do  ścisłego 

przestrzegania  tajemnicy,  to  jednak  ujawnienie  Ŝonie  całej  prawdy  mogło  tylko  wszystko  niepotrzebnie 

skomplikować.  Czułem  się  wprost  zdruzgotany,  gdy  wyobraziłem  sobie  reakcję  Ŝony  na  wieść  o  tym,  gdzie 

mogłoby znajdować się nasze dziecko. Wyrwane z jej łona i sprzedane. 

Jakoś musiałem z niej to wydobyć. MoŜe znajdę jakieś sprytne kłamstwo. 

- Czy sądzisz, Ŝe był to szpital połoŜniczy? 

- Dlaczego? - zawahała się nieco. 

- Mówiąc szczerze, uwaŜam, Ŝe była to czyjaś złośliwość. 

- Czyja? 

- Kolega z dawnych czasów, ginekolog, dostał pomieszania zmysłów i on mógł to zrobić. 

W normalnej sytuacji nie potrafiłbym powiedzieć takiego głupstwa, nie wybuchając śmiechem, a poniewaŜ 

zachowałem całkowicie powaŜną minę, odniosłem natychmiastowy efekt. Jej twarz od razu spowaŜniała. Na pewno 

dla kobiety nie ma nic bardziej obraźliwego. Jeśli byłaby to prawda, oznaczałoby, Ŝe wziął ją pół Ŝartem, pół serio 

do łóŜka i wyrwał z niej płód. 

- Rzeczywiście, chyba nie był to szpital. 

- Więc jak to miejsce wyglądało? 

- Hm... - zmruŜyła oczy i lekko potrząsając odchyloną do tyłu głową powiedziała: - ...było zupełnie pusto i 

strasznie ciemno... 

- Czy w pobliŜu znajdowało się morze? 

- Hm... 

- Piętrowy czy parterowy budynek? 

- Tak, niski... 

- Na podwórku leŜało duŜo blaszanych baniek? 

- Hm... 

- Jak wyglądał lekarz? Był wielkim męŜczyzną? 

- Tak, chyba tak. 

background image

- Co? W ogóle nic nie pamiętasz? 

-  PrzecieŜ  dostałam  jakieś  dziwne  lekarstwo.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  coś  sobie  przypominam,  ale  bardzo 

niejasno, jakbym straciła pamięć. Natomiast dobrze pamiętam to, co działo się przed zaŜyciem leku. Tę pielęgniarkę 

z pieprzykiem na twarzy poznałabym na ulicy. 

Niestety,  w  Instytucie  Yamamoto  nie  natrafiłem  na  kobietę  z  pieprzykiem  na  twarzy.  Pozostał  mi  chyba 

tylko jeden sposób, to znaczy poddanie Ŝony analizie za pomocą maszyny prognostycznej i odtworzenie jej pamięci. 

Wiedziałem, Ŝe moŜe to się okazać niebezpieczne. Tak jak dla kobiety Kondo Chikako. Czy warto naraŜać Ŝonę na 

takie niebezpieczeństwo? 

Moja decyzja nie wynikała z przemyśleń. Prawdopodobnie była rezultatem narastającego niepokoju. Samo 

przypuszczenie, co  mogło stać się z synem, było  wystarczającym powodem, by sytuacja stała się dla  mnie  nie do 

zniesienia. 

Wszystko byłoby w porządku, gdybym był ostroŜny i nie spuścił Ŝony z oka. ChociaŜ chyba i tak byłaby 

naraŜona na niebezpieczeństwo. Na samą myśl o tym czułem się zniewaŜony. 

Poleciłem Ŝonie: 

- Przygotuj się, szybko. 

 

 

27 

 

ś

ona  popatrzyła  na  mnie  podejrzliwie,  ale  o  nic  nie  zapytała.  Chyba  dlatego,  Ŝe  zwróciłem  się  do  niej 

zdecydowanym tonem i nie dałem jej moŜliwości zapytać o cokolwiek. Bywają przecieŜ takie sytuacje, gdy musi się 

obejść bez wyjaśnień. 

Jednak  gdy  patrzyłem  za  nią,  jak  schodziła  na  dół  się  przebrać,  a  potem  na  jej  zdenerwowaną  minę,  nie 

mogłem  powstrzymać  chęci  usprawiedliwienia  się.  Chciałem  sam  siebie  zrozumieć,  czy  naprawdę  próbowałem  ją 

chronić przed niebezpieczeństwem, czy po prostu postanowiłem posłuŜyć się nią jako narzędziem.  Zastanawiałem 

się  nad  tym,  pochyliwszy  głowę  pełen  winy  i  wątpliwości.  Dlaczego  jednak  poddałem  się  temu  nastrojowi  -  nie 

potrafiłem  tego  wyjaśnić.  MoŜliwe,  Ŝe  w  głębi  ducha  spodziewałem  się  jakiegoś  przeraŜającego  rezultatu, 

czyhającego  na  nas  jakiegoś  nieszczęścia?  To  prawda,  Ŝe  całkowicie  straciłem  pewność  siebie.  Nie  udało  mi  się 

dokonać oceny sytuacji, oceny w całym tego słowa znaczeniu. Po prostu bezsensownie ulegałem coraz większemu 

niepokojowi.  Przepełniało  mnie  zniechęcenie  i  wola  ucieczki  za  wszelką  cenę.  Moje  dziecko  -  nie  wiem  czy  syn, 

czy córka - urodzi się jako stworzenie wodne ze skrzelami, w końcu dorośnie i co wtedy będzie sądzić o rodzicach? 

Na samą tylko myśl o tym ogarniało mnie przeraŜenie. CzyŜ w porównaniu z tym, co go czeka, dzieciobójstwo nie 

jest humanitarnym czynem? 

Kropla potu spadła mi z czubka nosa. Ocknąłem się. JuŜ prawie dziesięć minut stałem zamyślony, jeszcze 

nawet się nie umyłem. Zszedłem na dół, a gdy włoŜyłem szczoteczkę do ust, poczułem mdłości, jakbym miał kaca. 

Zadzwonił telefon. Czy to znów szantaŜysta? A moŜe to jeden z tych nieprzyjemnych telefonów od kogoś, 

kto  zna  na  wylot  wszystkie  moje  sprawy?  Nie  wypłukawszy  ust  podbiegłem  do  telefonu.  Dzwonił  Tomoyasu  z 

Komisji Programowej. JuŜ nie denerwował mnie jego natarczywy ton, odparłem więc obojętnie pytaniem: 

- Co znowu niemoŜliwe? 

- Nie, nie, nie chodzi o to, Ŝe jest niemoŜliwe. Jak na razie postanowiliśmy zachować spokój i zaczekać. 

background image

Jak zwykle. I znów gazety nas nie zauwaŜą. Czekanie i spokój nie interesują prasy. Nie mówiąc o tym, Ŝe 

ostatnio  zainteresowanie  mediów  znacznie  zmalało  prawdopodobnie  dlatego,  Ŝe  rozpowszechnił  się  pogląd,  iŜ 

maszyna prognostyczna działa przeciwko człowiekowi. Lecz teraz było mi to całkowicie obojętne. Nie miałem ani 

czasu, ani chęci zajmować się takimi sprawami. Gdyby ten tchórz Tomoyasu, który myśli, Ŝe chwycił przyszłość za 

gardło, dowiedział się choć jedną setną tego, co ja... Milczałem, więc Tomoyasu kontynuował: 

- A przy okazji, jak idzie praca? Z góry cieszę się na spotkanie komisji pojutrze... 

-  Hm,  myślę  Ŝe  będę  mógł  przedstawić  interesujący  raport,  wykorzystując  dane  podstawowe,  jak  na 

przykład współczynniki ogólne charakteru. 

- A co ze sprawą mordercy? 

Biała nitka śliny wypłynęła z kącika ust i spadła na zewnętrzną stronę dłoni. 

- W ciągu dnia podsumuję sprawozdanie i poproszę Tanomogiego, Ŝeby je panu przedstawił... - odparłem, 

odkładając słuchawkę, by uniknąć dalszych pytań. 

W  tym  momencie  znów  odezwał  się  dzwonek.  Tym  razem  nie  miałem  wątpliwości,  Ŝe  był  to  telefon  od 

szantaŜysty, mówiącego głosem podobnym do mojego. 

-  Czy  profesor  Katsumi?  Tak  szybko  pan  się  zgłosił,  jakby  spodziewał  się  pan  mojego  telefonu...  - 

powiedział śmiejąc się. Nie czekając na odpowiedź spowaŜniał i dodał: - Nie, nie “jakby spodziewał się pan", pan 

po  prostu  na  mnie  czekał...  Prawda?...  W  kaŜdym  razie  pan  coś  knuje,  coś  takiego,  przed  czym  chciałbym  pana 

ostrzec... 

W pewnym sensie oczekiwałem tego szantaŜysty. Za kaŜdym razem gdy chciałem przystąpić do działania, 

stawał  mi  na  drodze.  ChociaŜ  się  go  spodziewałem,  to  jednocześnie  byłem  w  kłopocie,  nie  wiedziałem  co  z  tym 

fantem  zrobić.  Jeśli  jeszcze  nie  załoŜono  podsłuchu  u  mnie  w  domu,  to  trudno  sobie  wyobrazić,  Ŝeby  ktoś  poza 

Tanomogim,  mógł  poznać  pomysł  poddania  Ŝony  analizie  za  pomocą  maszyny  prognostycznej.  Jednak  byłoby 

wręcz nienaturalne, Ŝeby Tanomogi, który dotąd był niezwykle przebiegły, teraz zdradził się, Ŝe to on właśnie kryje 

się za tym wszystkim... ZadrŜałem, czując w pobliŜu niewidzialnego obserwatora. 

- Myślisz, Ŝe czekałem? To zupełny przypadek! 

- Ja wiem. Właśnie rozmawiałeś, nim ja zadzwoniłem, prawda? 

Zmieszałem się.  Zgodnie z  moim przypuszczeniem  mogła to być jedynie taśma  maszyny prognostycznej, 

która  przemawiała  moim  głosem.  Wypowiadała  jednak  słowa  odpowiednie  do  danej  sytuacji,  Ŝe  trudno  mi 

przychodziło sobie wyobrazić, Ŝe mogłaby tak precyzyjnie reagować na moje wypowiedzi. 

- Ha ha ha, zaskoczony pan? - Widocznie wyczuł moje zakłopotanie. - Lecz teraz juŜ chyba pan rozpoznał, 

kim jestem? 

- Kim pan jest? 

- Kim? Jeszcze pan nie zrozumiał? Dam więc jeszcze jedną wskazówkę. Telefon, który pan przed chwilą 

odebrał, pochodził od Tomoyasu. 

-  Ach,  jesteś  Tanomogim!  Nie,  ty  jesteś  maszyną.  Jesteś  tylko  głosem.  Tobą  manipuluje  Tanomogi,  na 

pewno. Chyba tam jesteś. Odpowiedz szybko! 

-  Mówi  pan  bez  sensu.  Jeśli  jestem  tym,  który  mówi,  to  jestem  równieŜ  i  tym,  który  słucha. 

Zatelefonowałem  z  własnej  woli.  Czy  sądzisz,  Ŝe  maszyna,  manipulowana  przez  kogoś,  mogłaby  tak  dobrze 

reagować  na  twoje  zachowania?  Mówisz  mając  coś  w  ustach.  Nie  zdąŜyłeś  chyba  wypłukać  ust  i  podszedłeś  do 

background image

telefonu,  prawda?  Jeśli  chcesz,  mogę  poczekać,  aŜ  skończysz  płukać.  Och,  przepraszam!  Wcale  nie  chciałem  cię 

ośmieszać. Ale faktem jest, Ŝe mówię z własnej woli. 

- I dlatego powinieneś powiedzieć, kim jesteś! 

- MoŜliwe. Czy naprawdę jeszcze nie zgadłeś? Tak, chyba nie. Profesorze, zauwaŜył pan przynajmniej, jak 

bardzo  mój  głos  przypomina  pański.  MoŜe  to  jest  przypadkowe  podobieństwo  -  na  pewno  tak  myślisz.  Nie?  To 

trudno.  Nie  starasz  się  uczyć,  nie  skłaniasz  się  do  wysiłku  i  nie  próbujesz  wykryć,  kim  jestem  naprawdę. 

Tymczasem  ja  jestem  po  prostu  drugą  stroną  tej  samej  monety.  Więc  ostatecznie  dzielę  się  z  tobą  przynajmniej 

częścią tej waŜnej sprawy... 

- Dlaczego więc nie przyjdziesz tutaj i nie spotkasz się ze mną? Wtedy byłoby łatwiej z tobą rozmawiać. 

- Tak myślisz? To, niestety, jest niemoŜliwe. Rozmowa przez telefon jest mniej skomplikowana... 

- Proszę zatem przystąpić do sedna sprawy. 

- Dobrze - odpowiedział raczej zdecydowanie. - Podjąłeś groźną w skutkach decyzję. 

Zrozumiałem,  Ŝe  muszę  być  ostroŜny.  Mój  przeciwnik  z  całkowitą  swobodą  posługiwał  się  słownictwem 

gangstera, a jednocześnie zachowywał się jak urzędnik państwowy, dając do zrozumienia, Ŝe nie jest kimś całkiem 

zwyczajnym.  Gdyby  przyszło  mi  określić  jego  zawód,  to  skłaniałbym  się  do  opinii,  Ŝe  jest  on  detektywem 

szantaŜystą.  Udaje,  Ŝe  potrafi  przejrzeć  moje  myśli,  i  w  ten  sposób  próbuje  poddać  mnie  przesłuchaniu,  zadając 

naprowadzające pytania. 

-  Zrozumiałe.  -  Zareagował  na  moje  milczenie  lekko  pokasłując.  -  Nic  dziwnego,  Ŝe  pan  mi  nie  ufa. 

Przyjmuję  to.  Teraz  pan  zamierza  wyjść  z  domu  razem  z  Ŝoną.  Prawda?  Proszę jednak  nie  myśleć,  Ŝe  podpatruję 

pana  przez  lornetkę  z  naprzeciwka.  Faktem  jest,  Ŝe  w  tym  momencie  ktoś  prowadzi  obserwację  przed  pańskim 

domem. Proszę spojrzeć przez okno na końcu korytarza. Szybko! 

Przynaglony  odłoŜyłem  słuchawkę  i  uczyniłem,  co  mi  kazał.  Przed  bramą  ujrzałem  znanego  mi  juŜ 

męŜczyznę  przechadzającego  się  ze  znudzoną  miną.  Wróciłem  i  wziąłem  do  ręki  słuchawkę,  jednak  się  nie 

odezwałem. 

-  I  co  pan  na  to?  -  Mimo  mojego  milczenia,  on  wiedział,  Ŝe  juŜ  wróciłem.  -  To  ten  sam  młodzieniec,  z 

którym pan stoczył walkę. Bardzo zdolny specjalista od skrytobójstwa. 

- Skąd, u licha, dzwonisz? 

Za wszelką cenę starałem się wypatrzeć, z którego okna mógłby mnie podglądać, mimo Ŝe zdrętwiała mi 

dłoń i całe ramię. Słuchając go przejrzałem utrwalony w głowie plan osiedla. 

- PrzecieŜ powiedziałem, Ŝe nie dzwonię z bliska. Akurat dobrze się składa, obok przejeŜdŜa wóz straŜacki. 

Gdy otworzę okno, będziesz chyba mógł usłyszeć... Ale koło domu nic nie słyszysz... 

- Taką sztuczkę moŜna zrobić za pomocą magnetofonu. 

- Naturalnie... Więc moŜe podam mój numer telefonu. Gdy usłyszysz numer kierunkowy, wtedy opuszczą 

cię wątpliwości. Proszę powiesić słuchawkę i nakręcić ten numer, dobrze? 

- Mam tego dosyć. JuŜ wszystko mi jedno. 

-  Nie,  nie  moŜe  być  wszystko  jedno  -  powiedział  ostrzegawczym  tonem.  -  To  bardzo  powaŜna  sprawa. 

Widzę to wszystko. 

- O co chodzi? 

background image

- Nie pojmujesz? - SzantaŜysta nagłe westchnął i zmienił ton. Było coś tak przejmującego w jego głosie, Ŝe 

nawet  mnie  nie  uraziła  zbytnia  bezpośredniość.  -  Powiedziałem  ci  juŜ  tyle,  a  dotąd  się  nie  zorientowałeś?  To  nie 

jestem ja. To jesteś ty. To znaczy, ja jestem tobą. 

 

 

28 

 

Przez  dłuŜszy  czas  nawet  się  nie  poruszyłem.  Nie  tylko  moje  ciało,  lecz  równieŜ  myśli  zamarły  w 

bezruchu. To nie było zwykłe zdumienie, lecz jakieś niesamowite pomieszanie spokoju  i  wzburzenia, prowadzące 

niemal do szaleństwa. Przez cały czas myślałem, Ŝe chodzi tu o faceta, którego znam; a teraz zdałem sobie sprawę z 

tego,  Ŝe  faktycznie  jest  moim  lustrzanym  odbiciem.  Pojąłem  całą  głupotę  i  śmieszność  tej  sytuacji...  Moje 

wzburzenie mogłem porównać do nieprzyjemnie gorzkiego poczucia rozpaczy, jakby we śnie stał się duchem i spod 

sufitu patrzył na własne martwe ciało... 

Z trudem znalazłem właściwe słowa i złoŜyłem je w całość. 

- Wobec tego ty jesteś ciałem złoŜonym ze mnie, jesteś swego rodzaju syntezą zbudowaną przez maszynę 

prognostyczną. 

-  MoŜna  i  tak  powiedzieć,  ale  to  nie  takie  proste.  Sztuczny  twór  nie  potrafi  rozmawiać  -  odpowiadać  i 

pytać, prawda? 

Nie zastanawiając się, kiwnąłem twierdząco w stronę niewidzialnego rozmówcy. 

- PrzecieŜ chyba nie jesteś obdarzony świadomością? 

- SkądŜe... - odpowiedział głos, siąkając cicho nosem. - Ja nie mam ciała. Tak jak przypuszczałeś, jestem 

zwyczajną nagraną wcześniej taśmą... Oczywiście, nie mogę sobie pozwolić jeszcze na takie luksusy, jak posiadanie 

ś

wiadomości.  Jestem  wyposaŜony  w  coś  waŜniejszego  niŜ  świadomość,  a  mianowicie  w  konieczność  i  pewność. 

Wiem dokładnie, co się dzieje w twoich myślach, i to z duŜym wyprzedzeniem. Nie jest istotne, jak bardzo starasz 

się zachować niezaleŜność, po prostu nie zrobisz nawet jednego kroku poza wcześniej ustalonym programem. 

- Kto więc zaprojektował ci słowa, które wypowiadasz? 

- Nikt. Rodzą się w sposób nieuchronny z ciebie samego. 

- To znaczy... 

- To znaczy, Ŝe jestem wartością prognozy drugiego stopnia, która poznała twą przyszłość dzięki prognozie 

pierwszego stopnia. Jednym słowem, ja jestem tobą. Jestem tobą, który pozna ciebie. 

Nagle  zdałem  sobie  sprawę,  Ŝe  jestem  jakimś  małym,  odległym  obiektem  w  imponująco  rozległym 

miejscu,  w  którym  dotąd  istniałem.  Przemieszczający  się  ból  wciąŜ  krąŜył  z  irytującą  szybkością,  niczym  sygnał 

ś

wietlny przed japońskim salonem fryzjerskim. 

- Zapewne ktoś taki jak Tanomogi spowodował, Ŝe zadzwoniłeś do mnie. 

-  WciąŜ  jeszcze  mówisz  od  rzeczy.  Widocznie  nie  oceniłeś  sytuacji  dostatecznie  jasno.  Moja  wola  jest 

twoją wolą. Tylko Ŝe jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy. Czynię tylko to, co ty byś prawdopodobnie uczynił, 

jakbyś poznał swą przyszłość. 

- A jak uruchamiasz magnetofon? 

-  Pytasz  o  takie  bzdury!  Oczywiście,  proszę  kogoś  o  to.  Teraz  pomaga  mi  -  zgodnie  z  twoim 

przypuszczeniem - kolega Tanomogi. Ale nie wolno ci myśleć, Ŝe jest to spisek uknuty przez niego przeciw tobie. 

background image

Jego dotychczasowe zachowanie zaleŜało ode mnie. Fakt, Ŝe zaleŜało od mojej woli, oznacza, Ŝe zaleŜało od twojej 

woli. Jeśli o coś podejrzewasz Tanomogiego, to lepiej Ŝebyś podejrzewał siebie... 

-  W  porządku,  poprzestańmy  na  tym...  Dlaczego  dzwonisz  do  mnie  z  pogróŜkami  i  wywołujesz 

zamieszanie w głowie? 

- To nie zamieszanie, to ostrzeŜenie. 

-  Nie  ma  potrzeby  mówić  tak  oględnie.  PoniewaŜ  znasz  moją  przyszłość,  musiałeś  teŜ  poznać  naszych 

wrogów, prawda? Czy nie moŜna było działać bardziej bezpośrednio? 

- Wrogów? Nadal uŜywasz tego słowa... Skoro tak, to wróg znajduje się wewnątrz. Taki sposób myślenia 

staje  się  naszym  wrogiem.  Ja  staram  się  tylko  uratować  cię  od  katastrofy.  Ach,  prawda,  dobrze  się  składa.  Tam 

czeka Sadako... nie, przepraszam, to jednak chyba nie jest zbyt miłe, gdy w ten sposób mówię o twojej Ŝonie, mimo 

Ŝ

e  ja  jestem  tobą.  No,  w  kaŜdym  razie  mogę  mówić  o  niej  “małŜonka",  no  więc  małŜonka  czeka  za  drzwiami. 

Najwyraźniej przysłuchuje się tej dziwnej rozmowie... Chciałbym ją o coś zapytać. MoŜesz zawołać ją do telefonu? 

- Z pewnością nie. 

- Spodziewałem się, Ŝe tak zareagujesz. Jeśli chcemy ją wtajemniczyć, to trzeba będzie wyznać wszystko. 

A ty nie masz na to dość odwagi. Nawet nie wyjaśniłeś jej powodu wyjścia z domu, prawda? Zwłaszcza Ŝe teraz nie 

ma najmniejszej potrzeby wychodzić... 

- Dlaczego? Nie zamierzam przemilczeć takiej obrazy. 

-  No  dobrze.  Jeśli  nie  chcesz  poprosić  Ŝony  do  telefonu,  moŜesz  jej  to  sam  powiedzieć.  Chodzi  o  tę 

fałszywą pielęgniarkę z pieprzykiem, która uprowadziła twoją Ŝonę. Na pewno mówiła, Ŝe pieprzyk znajdował się 

na brodzie, czy moŜe raczej był z boku nad górną wargą? 

 

 

29 

 

Dyszałem cięŜko, jakbym zapomniał przez jakiś czas oddychać. W bezkresnej dali zaświtał wątły promyk i 

wtedy  widok  wokół  mnie  całkowicie  się  odmienił.  Kobieta  miała  pieprzyk  nie  na  brodzie,  lecz  nad  górną  wargą. 

MoŜe pamięć jest tak zawodna albo teŜ Ŝona uległa złudzeniu. Jeśli tak, to czyŜ tą pielęgniarką nie była faktycznie 

moja asystentka Wada? Ona ma pieprzyk nad górną wargą. Wada wstydziła się tego defektu urody, dlatego zwykle 

opuszczała głowę, aby nie był on nazbyt widoczny. Naówczas pieprzyk wydawał się znajdować u dołu twarzy, a w 

zamglonej pamięci mógł się przesunąć na brodę. 

-  Sadako!  -  Wstrząśnięty  tą  myślą  krzyknąłem,  aŜ  zagrzmiało  w  całym  domu.  -  Chodzi  o  ten  pieprzyk  u 

pielęgniarki. 

Natychmiast drzwi się uchyliły i ukazała się w nich skrzywiona ze zdziwienia twarz Ŝony. 

- Co się stało? Przestraszyłeś mnie. 

- Chodzi mi o ten pieprzyk, czy moŜe znajdował się w tym miejscu, a nie na brodzie? 

- Hm, teraz gdy o tym wspomniałeś, wydaje mi się, Ŝe w tym. 

- Tak, dokładnie tak... - wtrącił się mój telefoniczny rozmówca. 

Z  pośpiechem  machnąłem  ręką,  jakbym  chciał  odpędzić  od  siebie  Ŝonę.  Ona  jednak  nie  odchodziła, 

przyglądając mi się uparcie chłodnym wzrokiem. Dobrze rozumiałem, dlaczego miała taką minę. Zwrócony do niej 

tyłem milczałem, przyciskając słuchawkę do ucha. On, czyli ja, mówił dalej: 

background image

- Pielęgniarką istotnie była koleŜanka Wada. W tym roku akurat w pierwszy dzień stycznia przeziębiła się i 

nie  przyszła,  gdy  współpracownicy  instytutu  odwiedzili  cię  w  domu  z  Ŝyczeniami.  Dlatego  twoja  Ŝona  jej  nie 

poznała.  Jeśli  to  sobie  uświadomisz,  to  nie  będziesz  miał  wątpliwości,  Ŝe  nie  ma  Ŝadnego  znaczenia,  czy  ona  jest 

wrogiem, czy przyjacielem, prawda? 

- Oznaczałoby to, Ŝe zrobiła to na moją prośbę, a faktycznie ty ją o to poprosiłeś. 

- Z czego znowu jesteś niezadowolony? 

Powoli się odwróciłem, lecz Ŝony za mną juŜ nie było. 

- ...dlatego właśnie wszystko wydaje się wrogie. 

-  Tak  to  wygląda...  -  odpowiedziała  maszyna  spokojnie,  jakby  ze  skruchą,  a  moŜe  tylko  tak  mi  się 

wydawało. - Uczyniliśmy dla ciebie tyle, ile mogliśmy. 

- Wiem, mam tego dość! - Nagle ogarnął mnie wielki gniew. - Proszę przedstawić wniosek. JuŜ mam dość 

chodzenia w kółko. Do licha, co chcesz, Ŝebym zrobił? 

- To dziwne. PrzecieŜ mówiłem, Ŝe konkluzja jest oczywista. Nie rób zamieszania i nie wyprowadzaj Ŝony 

z domu. 

- Dlaczego to ma spowodować zamieszanie? 

-  Czy  sądziłeś,  Ŝe  Ŝona  bez  uprzednich  wyjaśnień  zgodzi  się  posłusznie  poddać  badaniu  maszyny 

prognostycznej? Jeśli  tak  myślałeś,  to  musisz  być  nie  lada  prostakiem.  Chyba  pochlebiałeś  sobie,  uwaŜając  się  za 

zimnego  faceta, gdy tymczasem byłeś po prostu znudzonym, konserwatywnym  męŜczyzną. I to byłaby cała twoja 

historia. Teraz nawet Ŝona się nie zgodzi na to, Ŝebyś zaglądał jej do duszy. Nie, nie martw się, nie podejrzewaj jej o 

niewierność czy zazdrość. To coś jeszcze gorszego... To jest pogarda i rezygnacja. 

- Głupstwa opowiadasz... 

- Tak, zasadzka, jak wiesz, pojawia się zwykle tam, gdzie człowiek się jej najmniej spodziewa. Przeszkoda 

pojawia się więc nieoczekiwanie i staje się punktem zwrotnym losu... To znaczy, musisz uchylić rąbka tajemnicy, 

aby nakłonić Ŝonę do zgody na badania. Wtedy mimo woli złamiesz przyrzeczenie dane w Instytucie Yamamoto. 

- Jeśli przyjmujesz takie załoŜenie... 

- Nie, to nie Ŝadne załoŜenie, to juŜ jest decyzja. To tak, jakbyśmy doszli do konkluzji. Gdybym teraz nie 

zatelefonował,  na  pewno  uczyniłbyś  to.  PrzecieŜ  miałeś  drogę  wyjścia.  Na  przykład  mogłeś  poprosić  pana 

Yamamoto  i  załatwić  Ŝonie  pozwolenie  na  zwiedzenie  jego  instytutu.  Ale  nic  takiego  nie  przyszło  ci  do  głowy. 

Zwiedziwszy  instytut  przyjąłeś,  Ŝe  znana  ci  dotąd  codzienność  stała  się  odwrotnością  rzeczywistości,  a  mimo  to 

teraz myślisz o tym, aby zabić swoje dziecko i w ten sposób przeciąć związki z przyszłością i ukryć się w świecie 

odwróconym do góry nogami... Czy pamiętasz, Ŝe wczoraj w nocy Wada rozmawiając z tobą powiedziała, Ŝe to jest 

sąd?  I  tak  było,  to  naprawdę  był  sąd.  To,  co  ci  komunikuję,  zapewne  jest  juŜ  wyrokiem.  Okazuje  się,  Ŝe  jesteś 

zaprzysięgłym konserwatystą, co nie pasuje do obrazu wytwórcy na wskroś nowoczesnej maszyny prognostycznej. 

To zdumiewające, Ŝe jesteś kimś tak szalenie konserwatywnym. 

- Czy zadzwoniłeś po to, Ŝeby głosić kazania? 

-  Mówisz,  jakby  to  dotyczyło  kogoś  innego,  a  przecieŜ  ja  jestem  tobą...  No  dobrze,  w  kaŜdym  razie 

chciałbym  maksymalnie  ograniczyć  liczbę  ofiar.  Skoro  wiesz,  Ŝe  pielęgniarką  była  Wada,  to  nie  ma  potrzeby 

poddawać  Ŝony  analizie  maszyny  prognostycznej.  Jeśli  to,  co  mówię,  trafia  do  twego  przekonania,  to  juŜ  jest 

dobrze. 

- Czy moje dziecko zostało umieszczone w sztucznej macicy, by wyrosło na istotę wodną? 

background image

- Tak jest. 

- Dlaczego? Dlaczego musiano to zrobić? 

- Rozumiem twój niepokój. To, Ŝe pragniesz poznać przyczyny... Yamamoto spodziewał się, Ŝe zadasz to 

pytanie, zechcesz się czegoś dowiedzieć na temat ludzi hodowanych poza naturalnym łonem matki, i dlatego śmiał 

się  z  powodu  twojego  tchórzostwa.  Wystąpiłem  więc  z  wnioskiem  o  wydanie  dla  ciebie  zgody  na  zwiedzanie 

miejsca, w którym tworzy się ludzi-akwanów - ludzi Ŝyjących w wodzie. Myślę, Ŝe juŜ zakończono rozpatrywanie 

wniosku i moŜesz się zgłosić po odpowiedź bezpośrednio. Chyba po piątej ktoś się tu zjawi... 

- Jeszcze tylko jedno... Kim faktycznie jest zabójca księgowego? 

- Oczywiście Tanomogi... Ale nie wyciągaj wniosków pochopnie. Pamiętaj, Ŝe to ja wydałem rozkaz, czyli 

ty wydałeś rozkaz. 

- Nic o tym nie wiem. 

- Nawet jeśli tak jest, to juŜ nic nie poradzę na to, co się stało. 

- Czy jest z tobą Tanomogi? O, teraz pokasłuje. 

- Nie, to Wada. 

- Wszystko jedno kto, daj mi ją do telefonu. 

-  Czy  chcesz  podejść?  -  spytała  maszyna,  jakby  odwracając  się  do  tyłu.  Wkrótce  odpowiedział  nosowy  i 

wesoły głosik Wady. 

- AleŜ, profesorze, pan rozmawia sam ze sobą. 

Tak, miała rację. Byłem po tamtej stronie; gdybym zjawił się osobiście, musiałoby to wyglądać zabawnie, 

niezaleŜnie  od  punktu  widzenia  na  tę  sprawę.  Zdrętwiały  mi  palce  i  omal  nie  wypadła  mi  z  ręki  lepka  od  potu 

słuchawka.  I  w  tym  samym  momencie,  gdy  chciałem  ją  mocniej  chwycić,  połączenie  zostało  przerwane.  Kiedy 

spróbowałem oddzwonić, w odpowiedzi usłyszałem tylko głuche buczenie. 

Zresztą tak chyba było lepiej. Jeśli on był drugim mną i wszystko o mnie wiedział, to niewątpliwie z góry 

przewidział mój błąd. Ja miałem wciąŜ wiele pytań. Zakładając, Ŝe to on wydał rozkaz zamordowania księgowego, 

to  musiał  jakiś  czas  przedtem  istnieć.  A  to  oznacza,  Ŝe  on  istniał,  zanim  jeszcze  zdecydowałem  się  zająć 

przewidywaniem przyszłości poszczególnych ludzi. Wobec tego kiedy się narodził? W jakim dokładnie momencie 

to się stało? A poza tym, kto go stworzył? 

Spróbowałem  zadzwonić  do  Tanomogiego.  Nie  zastałem  go  jednak  w  domu.  Oczywiście  Wady  teŜ  nie 

było. 

- JuŜ jestem gotowa - zawołała Ŝona zza drzwi. 

- JuŜ nie trzeba. 

- Czego nie trzeba? 

- JuŜ nie musisz ze mną wychodzić. 

Otworzyłem drzwi i zatrzymałem się w rogu sypialni. śona odwróciła wzrok, rozwiązała tasiemkę z pasa 

obi i rzuciła ją przed lustro. 

- Słuchaj, powiedz, czy ty mną gardzisz? 

ś

ona uniosła głowę, jakby zdziwiona tym pytaniem, a następnie zaśmiała się jakoś z przymusem, jakby na 

przekór sobie. 

- Masz na ustach proszek do czyszczenia zębów. 

background image

Opadły mi ręce, poczułem się nikim. Chciałem jeszcze coś powiedzieć, lecz faktycznie byłem nikim. Nie 

mogłem  wiedzieć,  Ŝe  nasze  własne  oblicza,  na  które  teraz  patrzyliśmy  -  beznadziejnie  uśmiechającej  się  Ŝony  i 

moje, ubrudzone proszkiem do zębów - oglądamy po raz ostatni. Cofnąłem się, zamknąłem za sobą drzwi łazienki i 

odwróciłem się w stronę umywalki. Wypłukałem usta i zacząłem się golić. 

 

 

30 

 

Dzwoniłem  do  pracowni  co  trzydzieści  minut,  poniewaŜ  chciałem  się  dowiedzieć,  gdzie  poszedł 

Tanomogi.  Czas  oczekiwania  skróciłem  sobie  czytaniem  gazety.  Jak  zwykle  to  samo:  Międzynarodowe  umowy, 

problemy  terytorialne  na  morzach,  szpiegostwo  gospodarcze,  niezwykłe  upały,  podnoszenie  się  poziomu  wód, 

trzęsienia ziemi, a następnie piękne kobiety, zabójstwa, poŜary i opowieści o dumnej duszy. Zadziwiające było to, 

Ŝ

e  tak  okropne  zlepki  zjawisk  wprawiały  mnie  w  sentymentalny  nastrój.  Mnie,  człowiekowi,  który  mając 

czterdzieści  sześć  lat  wejrzał  w  skrawek  przyszłości,  wszystkie  sprawy  codzienne  wydały  się  juŜ  odległą 

przeszłością. Poczułem się wyczerpany i pozostawiony sam sobie. 

Znów  się  zdrzemnąłem.  Na  gazecie,  która  leŜała  pod  moją  głową,  pojawiła  się  mokra  plama  wielkości 

twarzy. Yoshio  wrócił ze szkoły, rzucił tornister i  gdy znów  chciał  gdzieś  wybiec, rozległ  się  gniewny  głos Ŝony. 

Mimo woli zerwałem się na nogi. Chciałem go zawołać i porozmawiać, lecz w następnej chwili słyszałem juŜ tylko 

oddalające się i cichnące kroki syna na ulicy. 

Zszedłem na dół. śona zawołała z kuchni. 

- Czy chcesz coś jeść? 

- Nie, moŜe później. 

WłoŜyłem  drewniaki  geta  na  nogi  i  postanowiłem  się  trochę  przejść  wokół  domu,  Ŝeby  przy  okazji 

wysuszyć mokrą od potu koszulę. 

Ledwie  wyszedłem  z  domu,  od  razu  ujrzałem  znajomego  szpicla.  ZbliŜał  się  powoli  w  moją  stronę  z 

wyrazem nudy na twarzy, a co parę kroków kopał to w prawo to w lewo kamyki leŜące na chodniku. Spostrzegłszy 

mnie, zatrzymał się przestraszony. Gdy podszedłem, uśmiechnął się zakłopotany, spuścił głowę i zaczął się oddalać 

przyspieszając kroku. Zatrzymałem go pytaniem. 

- Co tu robisz?! 

- Och... 

Chciałem go zlekcewaŜyć i obejść, ale on odwrócił się i postanowił iść razem ze mną. Niech robi, co chce. 

Nie jest chyba tak głupi, Ŝeby napaść na mnie w tym miejscu. Cały czas dochodził hałas bawiących się w pobliŜu 

dzieci,  a  wokół  mijali  nas  przechodnie.  Szliśmy  jakiś  czas  razem.  Po  chwili  przerwałem  milczenie,  chcąc  go 

rozdraŜnić: 

- Jak pięknie zmykałeś tamtego dnia, pamiętasz? - On uśmiechnął się tylko niewinnie jak dziecko. 

- Ach, zrobiłem to, co mi kazano. 

- Oczywiście. Podobno jesteś znakomitym specjalistą od mordowania? 

- Co? Robię tylko to, co mi kaŜą. 

- A teraz jakie masz rozkazy? 

- Hm - męŜczyzna nagle spuścił oczy, jakby był zakłopotany. - Kazano mi po prostu pana śledzić. 

background image

- A kto kazał to robić? 

- Jak to kto? PrzecieŜ pan kazał. 

Ach, to  tak się rzeczy  mają.  Ten drugi ja jest  widocznie  gotów podejmować  się  nawet  realizacji róŜnych 

zamówień,  włącznie  z  zabijaniem.  Nie  miałem  najmniejszego  pojęcia,  skąd  pojawiła  się  u  mnie  taka  skłonność. 

Gdybym  nie  znajdował  się  przytłoczony  presją  i  skulony  w  kłębek,  to  moje  cierpienie  zapłonęłoby  goręcej  od 

rozgrzanego grubą warstwą tłuszczu na brzuchu. 

- Ilu ludzi juŜ zabiłeś? 

- Och, nie ma o czym mówić, jeszcze nikogo nie zabiłem, od czasu gdy śledzę pana. 

Odetchnąłem z ulgą. 

- A przedtem? 

-  Jedenaście  osób.  Specjalizuję  się  w  metodach,  które  nie  zostawiają  Ŝadnych  śladów.  Powoduję  utratę 

ś

wiadomości,  zaciskam  nos  i  usta,  w  ten  sposób  następuje  uduszenie  się.  To  trochę  kłopotliwe,  ale  na  pewno  dla 

mnie bezpieczne. Gdy pozoruję utonięcie, wprowadzam wodę przez nos. Wtłaczam ją do płuc, jak przy sztucznym 

oddychaniu, i tak zostawiam ofiarę - wygląda to na śmierć przez utonięcie. Mam teŜ sposób na duszenie. Obejmuję 

gardło  całą  szerokością  dłoni.  To  wymaga  trochę  czasu,  ale  w  ten  sposób  moŜna  uniknąć  zostawiania  śladów. 

Naturalnie,  natrafiam  niekiedy  na  dość  duŜy  opór,  i  muszę  zastosować  śmiertelny  cios;  waŜne  aby  nie  zostawić 

widocznych  śladów  i  jednocześnie  zablokować  siłę  przeciwnika.  Tak,  zdarza  się  i  łamanie  palców  w  stawach, 

wbijanie paznokci w oczy... Tak jest, w Ŝadnym wypadku nie uŜywam narzędzi. Zostawiają ślady. Unieszkodliwiam 

przeciwnika gołymi rękami. ...Mogę się pochwalić, Ŝe na pierwszy rzut oka oceniam, jaki sposób naleŜy zastosować 

w danym przypadku. To chyba rodzaj hipnozy. Uciskam czułe miejsce i powoduję utratę świadomości, jak podczas 

ś

mierci.  Jeśli  idzie  o  pana,  wiem,  co  naleŜy  wybrać,  ale  nie  mogę  o  tym  powiedzieć.  PrzecieŜ  nie  powinno  się 

uprzedzać wroga, bo wtedy efekt będzie słabszy. No, moŜe panu mógłbym uchylić rąbka tajemnicy... Tak, chyba nic 

by nie szkodziło, gdybym powiedział... No więc jeśli chodzi o pana, to naleŜałoby znaleźć takie miejsce gdzieś na 

twarzy, albo w tym miejscu, z boku brzucha. 

Co  zamierzał  uczynić  ten  drugi  “ja"  wynajmując  takiego  typa?  Zatrudnił  go,  ale  nie  zlecił  mu  Ŝadnego 

konkretnego zadania. MoŜna więc sądzić, Ŝe występuje w charakterze mojej osobistej ochrony, roztoczył nade mną 

specjalny  nadzór.  W  kaŜdym  razie  wygląda  to  teraz  zabawnie.  Nie  ma  Ŝadnego  powodu,  Ŝebym  tak  bezwstydnie 

spacerował z tym męŜczyzną. 

- Słuchaj, moŜesz juŜ iść do domu. 

- Nie dam się nabrać na ten numer - odpowiedział, chichocząc i spoglądając na mnie kątem oka. - PrzecieŜ 

sam pan uprzedzał, Ŝebym nie słuchał Ŝadnych rozkazów, jeśli nie są one przedstawione na piśmie. Nie, nie dam się 

nabrać. Jeśli pan ma czas, to moŜe by pan poszedł ze mną coś zjeść? Gdy wychodziłem rano, zapomniałem wziąć ze 

sobą  coś  do  jedzenia.  JuŜ  nawet  zrezygnowałem  z  obiadu,  ale  nie  będzie  to  chyba  sprzeczne  z  rozkazami,  jeśli 

będzie mi pan towarzyszył... Bardzo proszę... choćby był to tylko makaron gryczany soba albo pszenny udon

W rezultacie uznałem, Ŝe odmowa byłaby zbyt kłopotliwa, a poza tym liczyłem, Ŝe w ten sposób moŜe go 

trochę oswoję. Postawiłem więc mu porcję makaronu w sąsiedniej knajpce. Przypomniałem sobie, Ŝe ja równieŜ od 

rana  nic  nie  jadłem.  Nie  miałem  apetytu,  więc  zamówiłem  tylko  zarusoba,  czyli  makaron  gryczany  podawany  na 

bambusowym  talerzyku.  Mimo  Ŝe  panował  straszny  upał,  zamówił  rosół  z  makaronem,  posypał  papryką,  aŜ  rosół 

poczerwieniał,  i  nie  spiesząc  się,  jakby  chciał  wszystko  sprawdzić,  jadł  powoli  łyŜka  po  łyŜce.  Był  tak 

background image

skoncentrowany  na jedzeniu,  Ŝe nawet  nie spostrzegł  muchy łaŜącej  mu po twarzy. Wyglądał ohydniej niŜ  wtedy, 

gdy opowiadał o mordowaniu. 

W  telewizji  skończyło  się  jakieś  widowisko  i  wybiła  godzina  piąta.  MęŜczyzna  zerwał  się  z  miejsca, 

rozejrzał i powiedział: 

-  O  piątej  miałem  zadzwonić  i  dowiedzieć  się,  dokąd  pana  dziś  wieczór  zaprowadzić.  -  Z  wyraźnym 

niepokojem pośpieszył do telefonu i zaczął wystukiwać numer. Po kilku słowach kiwnął głową, zakończył rozmowę 

i wrócił ze spokojniejszą miną. - Wszyscy juŜ się podobno zebrali i chcą, Ŝeby pan przyszedł. 

- Dokąd? 

- Dokąd? PrzecieŜ pan obiecał. O piątej miałem pójść po pana do domu. 

To  był  męŜczyzna,  którego  wysłał  po  mnie  ten  drugi  ja  na  zlecenie  komisji  reprezentującej  pracownię 

hodowli  ludzi  podwodnych.  Wszystko  było  takie  proste,  a  wydawało  się  jakoś  straszliwie  pokrętne,  i  choć  było 

pokrętne, okazało się bardzo proste. 

- A teraz do kogo pan dzwonił? 

- Do pana Tanomogiego. 

- Tanomogi? Co z nim? Czy on ma coś wspólnego z komisją? 

- Hm. 

- Czy wiesz, gdzie to jest? 

- Tak. 

Z pośpiechem pierwszy wybiegł z restauracji i od razu zatrzymał taksówkę. Stopniowo koło się zamknęło, 

a  myśliwy,  tropiący  zwierzynę  pokazał  teraz  twarz.  Spoza  poplątanych  gałęzi  i  pni  drzewa  ukazała  się  jego 

prawdziwa postać. Płać to, co się naleŜy, zwracaj to, co jesteś winien, a jaki ostatecznie będzie wynik odejmowania? 

Trzeba jeszcze dokładnie to wyjaśnić. Nie przejąłem się tym, Ŝe byłem w pogniecionej koszuli i w drewniakach geta 

na gołych stopach. 

Po  uregulowaniu  rachunku  otrzymałem  trzydzieści  jenów  reszty.  Tym  teŜ  się  nie  zmartwiłem.  Tanomogi 

zapłaci za taksówkę. 

Jak  naleŜało  się  spodziewać  mój  przewodnik  dobrze  znał  ulice  miasta.  Kazał  taksówkarzowi  celowo 

kluczyć  to  w  prawo,  to  w  lewo  wąskimi  zaułkami.  Kierunek  jazdy  wydawał  mi  się  inny  od  tego,  który  sobie 

wyobraziłem: nie jechaliśmy chyba w stronę ziemi wydartej morzu, dlatego czułem się coraz bardziej niespokojny. 

Po chwili znaleźliśmy się na znajomej ulicy. Na drodze, którą uczęszczałem rano i wieczorem... I wtedy męŜczyzna 

powiedział do kierowcy: 

- Proszę skręcić w prawo zaraz za rogiem, przy kiosku papierosowym, przed tym białym parkanem. 

- Nie Ŝartuj! -  krzyknąłem  mimo  woli i zmieszany połoŜyłem ręce na oparciu za  kierowcą. - To przecieŜ 

budynek Instytutu Techniki Obliczeniowej. To mój instytut. 

-  Jasne  -  odrzekł  mój  towarzysz,  przesuwając  się  w  kąt.  -  Tanomogi  powiedział,  Ŝe  to  tutaj,  dlatego  tu 

jesteśmy. 

Nie  miałem  powodu  twierdzić,  Ŝe  się  mylił.  W  kaŜdym  razie  zdecydowałem  się  wysiąść  i  zapytać 

straŜnika. Odparł, Ŝe faktycznie odbywa się zebranie, i dodał, Ŝe polecono mu zawiadomić, jak tylko przyjadę. Nie 

moŜe  być  pomyłki.  Mój  przewodnik  odetchnął  z  ulgą  i  kiwnął  głową  potwierdzająco,  starannie  gładząc  się  po 

brodzie. 

- Który pokój? 

background image

- Hm, myślę, Ŝe sala maszyny prognostycznej na pierwszym piętrze. 

Okna  odbijające  ciemniejące  chmury  błyszczały  bielą,  nic  więc  nie  było  widać.  Poleciłem  straŜnikowi, 

Ŝ

eby zapłacił za taksówkę i ruszyłem przed siebie. Kiedy odwróciłem się i spojrzałem przez ramię, ujrzałem, jak się 

przyglądał ze zdziwieniem moim drewniakom. Zabójca stał obok niego z opuszczonymi długimi rękami i śmiał się. 

Przy wejściu do budynku zmieniłem obuwie na słomiane sandały przeznaczone dla odwiedzających. 

Po  drodze  zajrzałem  do  sali  dokumentacji  na  dole.  Pracowity  Kimura  wraz  z  czterema  młodszymi 

pracownikami  zajmował  się  klasyfikowaniem  i  znakowaniem  całej  masy  materiałów  i  danych,  mimo  Ŝe  nie 

wiedział,  w  jakim  celu  i  kiedy  zostaną  uŜyte.  To  była  kuchnia,  która  dostarczała  poŜywienia  dla  maszyny 

prognostycznej. PogrąŜeni  w  monotonnej, ale potrzebnej pracy, byli zadowoleni, dopóki  mogli  wierzyć  w  fakty. I 

chyba nie obchodziło ich, czy maszyna się poŜywi, czy teŜ będzie cierpieć na niestrawność. Prawdę mówiąc, ja teŜ 

lubię taką robotę. Pokój studiów był pusty. 

Korytarz na pierwszym piętrze, mający tylko jedno okno na końcu, zasnuła juŜ ciemność. NatęŜyłem słuch, 

lecz nie usłyszałem niczego podejrzanego poza odgłosami ulicy. Szedłem cicho, dotarłem do sali i zajrzałem przez 

dziurkę od klucza, ale nic nie dostrzegłem. 

Gdy  połoŜyłem  rękę  na  klamce,  powtórzyłem  w  duchu  to,  co  planowałem  powiedzieć  zebranym:  O  co 

wam chodzi? Jaka komisja zatwierdziła to zebranie? Kto zezwolił na wykorzystanie tego pomieszczenia? Maszyna 

prognostyczna znajduje się pod bardzo ścisłym nadzorem czynników rządowych, dlatego nawet ja muszę dokładnie 

informować  zwierzchników  o  kaŜdym  jej  uruchomieniu.  Teraz  Ŝądam  wyjaśnień.  Nie  mogę  pozwolić,  Ŝebyście 

robili, co  wam się Ŝywnie podoba. Nie  wiem, jakie  macie  upowaŜnienie, lecz jedno jest pewne: ja jestem tutaj za 

wszystko odpowiedzialny, a nikt mnie o nic nie pytał... 

Kalkulując  efekty,  jednym  pchnięciem  otworzyłem  drzwi.  Moją  twarz  owiał  chłodny  wiatr.  Nim  jeszcze 

zdąŜyłem wypowiedzieć pierwsze słowa, stanąłem jak wryty. Byłem całkowicie zaskoczony. Nie spodziewałem się 

tego, co zastałem. 

Od lewej strony  na dwóch krzesłach przed biurkiem siedzieli Yamamoto z  Zakładu Rozwoju  śycia Poza 

Łonem  Matki  i  Wada  Katsuko.  We  wgłębieniu  na  wprost  maszyny  stał  Tanomogi,  a  w  kącie  ulokował  się  jego 

ulubieniec  Aiba...  Gdy  z  prawej,  przy  ekranie  telewizyjnym,  ujrzałem  Tomoyasu  z  Komisji  Programowej, 

uśmiechającego się jakby z zaŜenowaniem, doznałem niemal  wstrząsu.  Czułem się zdegustowany  własną  głupotą, 

dzięki której traktowałem dotąd Tomoyasu jak podrzędnego urzędnika. 

Nawet jeśli powiem, Ŝe przestępca ukrył się w mroku, to i tak nie mogę pogodzić się z faktem, Ŝe go nie 

zauwaŜyłem. PrzecieŜ cały czas Ŝył blisko mnie. Nie wiedziałem więc teraz, co począć i jak zareagować na tę nową 

sytuację.  Nagle  coś  zaświtało  mi  w  głowie.  Najgroźniejszym  potworem  jest  ten  odmieniec,  który  był  bliskim  i 

zaufanym człowiekiem - pomyślałem. 

-  Czekaliśmy  na pana  - powiedział Tanomogi,  występując pół kroku do przodu. Zaproponował  mi  wolne 

krzesło  stojące  w  środku.  Pozostali  poruszyli  się,  kaŜdy  na  swój  sposób,  aby  mnie  powitać.  Dzięki  temu  opuściło 

mnie napięcie. 

-  Po  co  zwołano  to  zebranie?  -  zapytałem,  zająwszy  wskazane  krzesło  i  wyraziwszy  uszanowanie  dla 

Yamamoto, a następnie obrzuciłem wszystkich władczym wzrokiem. 

- Dowiedział pan się juŜ trochę z rozmowy telefonicznej, rozwaŜaliśmy pański wniosek o udzielenie zgody 

na  odwiedzenie  zakładu  hodowli  akwanów,  czyli  ludzi  Ŝyjących  w  wodzie...  -  powiedziała  szybko  Wada, 

właściwym sobie powaŜnym tonem, a następnie włączył się Yamomoto: 

background image

- Tak, dyskutowaliśmy o tym - potwierdził, a na jego wielkiej, wyraŜającej coś na kształt rezygnacji twarzy 

pojawił się sympatyczny uśmiech. 

Nagle znów  się zachmurzyło. Coś było nie  w porządku. Nie  mogłem  nadąŜyć za zbyt  nagłymi zmianami 

uczuć. Starałem się nie dać po sobie poznać, lecz serce we mnie zamarło. 

-  Oficjalna  nazwa  tego  zebrania  -  zabrał  głos  Tanomogi  ugodowym  tonem  -  mogłaby  być  następująca: 

Posiedzenie  Zwyczajne  Oddziału  Instytutu  Techniki  Obliczeniowej  i  Komisji  Administracyjnej  Eksploatacji  Dna 

Morskiego.  Lecz  jest  zbyt  długa,  a  poza  tym  nie  wyraŜa  dostatecznie  celnie  istoty  naszej  pracy,  dlatego 

zdecydowaliśmy się określić to gremium po prostu Komisją Oddziałową. 

- Co wcale nie umniejsza naszego znaczenia - dodał Aiba. 

-  Tak,  jestem  jednocześnie  członkiem  Komisji  Głównej  -  rzekł  Yamamoto,  wciąŜ  kiwając  się  w  tył  i  w 

przód. - Zalecono mi brać udział w zebraniach w charakterze specjalnego obserwatora.. 

- Kto pozwolił  wam na  wykorzystanie tego  miejsca? - zapytałem bezsilnym  głosem, spuszczając  wzrok i 

patrząc w okolice kolan Tanomogiego. 

Usłyszałem głos maszyny prognostycznej. 

- Ja pozwoliłem. 

- To pański sobowtór, odpowiadający pańskiej prognozie drugiego stopnia - wyjaśnił Tomoyasu i spojrzał 

na głośnik, jakby oczekiwał stamtąd akceptacji. 

- Jednak to ty jesteś prawdziwym zabójcą! - krzyknąłem piskliwym starczym głosem, który mnie samego 

zaskoczył. 

-  Jeśli  wyjmie  pan  z  kontekstu  sprawę  zabójstwa,  nie  obejdzie  się  bez  kłopotów.  Trzeba  spojrzeć  na 

motywy w relacji do całości... 

- Czy nie powinniśmy - Wada potrząsnęła głową poirytowana - rozpocząć od sprawy, która budzi najwięcej 

wątpliwości  pana  Katsumi?  Na  przykład  od  wyjaśnienia  powodu  i  czasu,  w  którym  została  skonstruowana  jego 

wartość prognozy drugiego stopnia. 

Tak, na pewno, to najbardziej chciałem wiedzieć. Ale jakŜe draŜniło mnie, Ŝe poznali mnie na wylot. Nie 

potrafiłem  nad  sobą  zapanować,  gdy  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  dotąd  traktowali  mnie  jak  jakiegoś  tępaka.  Nawet 

Wada. 

-  Chwileczkę  -  krzyknąłem  nie  dopuszczając  jej  do  głosu.  -  Chcę  wiedzieć,  czego  dotyczy  punkt,  od 

którego chcecie rozpocząć. 

- A, o to chodzi... 

Tanomogi  rozejrzał  się,  jakby  zakłopotany.  Pozostali  milczeli  i  wpatrywali  się  we  własne  paznokcie. 

Wreszcie biorąc tę ciszę za wyraz aprobaty, niechętnie zabrał głos: 

- Prawdę mówiąc, konkluzja jest następująca: Pan musi umrzeć. 

- Umrzeć? Co za głupstwa... 

Bez namysłu spróbowałem podnieść się z krzesła, lecz nie czując nadmiernego niepokoju, roześmiałem się 

cynicznie. 

- A teraz zamierzamy porozmawiać o powodach... - kontynuował Tanomagi. 

- Nie, dziękuję, dość tego! 

background image

Powinienem teraz wstać i wyjść stąd, ignorując wszystko, co do mnie mówili. Co mogą mi zrobić? Nic nie 

powinno  się  zdarzyć.  Kiedy  jednak  popatrzyłem  na  niewzruszone  miny  i  ich  złowieszcze  twarze,  obleciał  mnie 

nagle strach. 

- Ale, proszę pana - wtrąciła się Wada - a moŜe nie powinniśmy jeszcze rezygnować? Proszę wytrwać do 

końca. 

Wszyscy pokiwali powaŜnie głowami, a Tanomogi odezwał się takim głosem, jakby chciał mnie podnieść 

na duchu: 

-  No  właśnie,  konkluzja  jest  logiczna,  a  w  logice  wiele  zaleŜy  od  przyjętej  hipotezy.  Chcemy  uŜyć 

wszelkich  dostępnych  nam  środków,  aby  pana  uratować.  Proszę  nie  tracić  nadziei.  Wierzymy,  Ŝe  poznawszy  tę 

konkluzję pan sam moŜe znaleźć przesłanki, które pozwolą ją zmienić. A teraz proszę posłuchać. 

 

 

31 

 

PrzecieŜ logika nie zabija człowieka!  A przynajmniej “logika" skazująca  mnie na śmierć nie  ma Ŝadnego 

sensu. Ci ludzie popełniają straszliwy błąd! Nie zostanę tu po to, Ŝeby walczyć z tego rodzaju logiką, ale dlatego, Ŝe 

powaŜnie  potraktowałem  ich  słowa.  W  kaŜdym  razie  dwie  osoby  zostały  zamordowane,  wydarto  płód  z  łona 

kobiety, a ponadto zatrudniono mistrza skrytobójców. W sytuacji, z jaką miałem do czynienia, nie było waŜne, czy 

coś jest logiczne czy nielogiczne. JeŜeli podjęli określoną decyzję, to ją zrealizują. Naprawdę, nawet słuchanie ich 

było  poniŜające.  Nie  mogłem  jednak  kopnąć  krzesła  i  odejść.  Wydało  mi  się,  Ŝe  czas  się  zatrzymał,  gdy  ja 

pozostawałem w bezruchu. 

- Zacznijmy moŜe wyjaśniać wszystko po kolei... - Tanomogi mówił z pośpiechem, jakby bojąc się, Ŝe mu 

przerwę. - O istnieniu tej organizacji dowiedziałem się we wrześniu ubiegłego roku. Tak, akurat skończono budowę 

maszyny  prognostycznej  i  mogliśmy  juŜ  pokazywać  na  ekranie  rozbijanie  szklanki  w  przyszłości.  Pamięta  pan? 

Dzięki  poparciu  pana  Yamamoto  z  Centralnego  Szpitala  Ubezpieczeń  przyszła  do  pracy  u  nas  koleŜanka  Wada... 

Najpierw podaję konkluzję. Wydaje mi się bowiem, Ŝe wszystkiego dowiedziałem się od Wady... 

Wada musnęła mnie wzrokiem, jakby chciała mnie wybadać. 

- Nie powiedziałam o tym od razu. Najpierw przeprowadziłam bardzo trudny test - rzekła. 

-  Tak,  wiem  -  potwierdził  Tanomogi,  spoglądając  kątem  oka.  -To  był  trudny  test.  Tak  trudny,  Ŝe 

początkowo  odniosłem  wraŜenie,  iŜ  wcale  jej  na  mnie  nie  zaleŜy.  W  kaŜdym  razie  opowiedziała  mi  punkt  po 

punkcie  fantastycznie  romantyczną  opowieść  o  naszej  przyszłości,  którą  moŜe  nam  pokazać  maszyna 

prognostyczna. Byłem przekonany, Ŝe Wada jest poetką. No tak, traktowałem ją dość ceremonialnie, podczas gdy 

poddawała mnie strasznemu testowi. 

- Był to test słuŜący stwierdzeniu, do jakiego stopnia jest on w stanie przyjąć przyszłość całkowicie odciętą 

od  przeszłości.  Staraliśmy  się  bowiem  wykryć,  czym  się  bardziej  interesuje,  programowaniem  czy  maszyną 

prognostyczną. Oczywiście, przeprowadziliśmy równieŜ pobieŜny test pańskiej osoby, profesorze. Pamięta pan? 

Słuchając  jej  odniosłem  wraŜenie,  Ŝe  istotnie  tak  było.  Nic  konkretnego  nie  mogłem  sobie  przypomnieć, 

ale  pamiętałem,  jak  bawiły  mnie  nonsensy,  które  opowiadała  ta  dziewczyna.  Chciałem  jej  teraz  na  nie 

odpowiedzieć, ale mimo wysiłku nie byłem w stanie wypowiedzieć choćby jednego słowa. 

background image

-  Przegrał  pan,  profesorze.  Pan  nawet  nie  próbował  rozwaŜyć  moŜliwości,  w  której  przyszłość  zdradza  i 

odrzuca  teraźniejszość.  To  znaczy...  zaraz,  jak  mam  to  powiedzieć...  to  znaczy  maszyna  prognostyczna  nie  moŜe 

odpowiedzieć,  jeŜeli  nie  zada  się  jej  poprawnie  sformułowanego  pytania.  Sama  nie  potrafi  stawiać  sobie  pytań. 

Dlatego  bardzo  istotne  stają  się  kwalifikacje  pytającego.  Pan  nie  ma  wystarczających  kwalifikacji  do  zadawania 

pytań. 

-  Nie  masz  racji.  NajwaŜniejsze  są  fakty!  -  zawołałem  ochrypłym  głosem.  -  Prognozowanie  to  nie  jest 

opowiadanie  bajek.  To  logiczna  konkluzja,  która  wynika  z  faktów,  zawsze  z  faktów!  Wygadujecie  nonsensy,  o 

których nawet wspominać nie warto... 

- CzyŜby? CzyŜby maszyna mogła reagować tylko na fakty? Czy nie jest potrzebna zamiana tych faktów na 

problemy? 

- Dość tego. Uprzedzam, Ŝe jestem inŜynierem, a nie filozofem. 

- Tak. Pański wybór tematów ma zawsze określony charakter, ograniczony pewnym wzorem. 

-  O  co  wam  chodzi?  -  Pochyliłem  się,  rękę  połoŜyłem  na  oparciu  krzesła  i  starałem  się  mówić 

zdecydowanie  i  głośno,  lecz  z  trudem  wydobywałem  słowa  z  gardła.  -  Nie  interesuje  mnie,  co  wygadujesz, 

Tanomogi,  bo  to  ty  jesteś  mordercą!  A  ty,  Wada-kun,  jesteś  prowodyrem  grupy,  która  porwała  mi  dziecko! 

UwaŜam, Ŝe jesteś szalona. Zdumiewa mnie pańska dwulicowość, panie Tomoyasu. śeby tak mnie oszukiwać bez 

najmniejszych skrupułów? Nawet nie wiem, jak mam na to zareagować. 

-  PrzecieŜ  ja...  -  Tomoyasu  szukając  ratunku  spuścił  wzrok  i  wpatrywał  się  w  podłogę.  -  Starałem  się  w 

miarę moŜliwości nie dopuszczać do pogorszenia sytuacji. 

-  To  prawda  -  rzeki  Yamamoto,  próbując  mnie  powstrzymać  otwartą  dłonią.  -  Tomoyasu  znalazł  się  w 

bardzo  trudnej  sytuacji.  W  kaŜdym  razie  próbował  nie  dopuścić,  by  dwuwarstwowość  organizacji  stała  się  zbyt 

widoczna. Przyjął więc postawę na pierwszy rzut oka dwuznaczną. 

- Dwuwarstwowa, podwójna organizacja... 

-  Nie,  proszę  poczekać,  wróćmy  do  początku.  -  Tanomogi  podszedł  bliŜej,  przed  drzwiami  odwrócił  się, 

stanął  i  zgiętymi  palcami  oparł  się  o  brzeg  biurka.  -  Profesorze,  myślę,  Ŝe  z  grubsza  wie  pan,  o  co  chodzi.  Od 

jakiegoś  czasu  w  tajemnicy  posługujemy  się  maszyną  prognostyczną  dla  potrzeb  Towarzystwa  Eksploatacji 

Terenów  Podwodnych.  Nie,  licznik  nie  jest  precyzyjny.  Udawało  się  nam  cofać  czas  i  ustawiać  go  zgodnie  z 

potrzebami za pomocą specjalnego aparatu. 

- Kto dał pozwolenie na tego rodzaju działanie? 

- Hm, to ja zostałem kierownikiem tej organizacji... Oczywiście, dlatego najpierw się sprzeciwiłem. Mimo 

zapewnień, Ŝe Towarzystwo Eksploatacji Terenów Podwodnych ma tu większe uprawnienia niŜ rząd, ubolewałem 

jednak nad tym, Ŝe zostałem kierownikiem bez pańskiej wiedzy i zgody. Towarzystwo tego zaŜądało. Chyba im się 

bardzo  spieszyło...  Mimo  Ŝe  rozwój  kolonii  podwodnych  stał  się  juŜ  procesem  nieodwracalnym,  byłem  bardzo 

niespokojny.  Gdy  tylko  usłyszeli  o  ukończeniu  maszyny  prognostycznej,  natychmiast  tu  przybiegli.  Nie  mogli 

jednak wystąpić z oficjalną propozycją współpracy. Chodzi bowiem o organizację, której istnienie jest utrzymywane 

w  absolutnej  tajemnicy...  Właśnie  wtedy  przysłali  koleŜankę  Wadę,  aby  mnie  wybadała.  Gdy  stwierdziła,  Ŝe  się 

nadaję, zostałem wytypowany na kierownika... Jednak odmówiłem. Chciałem pana namówić, Ŝeby pan odpowiadał 

za tę tajną organizację. Znalazłem się w niezręcznej sytuacji, poniewaŜ razem pracowaliśmy. Naprawdę martwiłem 

się  tym,  Ŝe  pan  wcześniej  czy  później  odkryje  informacje,  które  wprowadziliśmy  do  maszyny.  Oczywiście,  przy 

background image

pańskim  poczuciu  obowiązku,  nie  moŜna  było  się  spodziewać,  Ŝeby  pan  uruchomił  maszynę  bez  pozwolenia 

Komisji Programowej. 

-  I  widzi  pan  -  wtrąciła  Wada  poirytowanym  tonem  -  pan  był  bardziej  zainteresowany  samą  maszyną 

aniŜeli przyszłością. 

-  Czy  to  waŜne?  Mogłabyś  tego  nie  mówić  -  zdecydowanie  przerwał  jej  Tanomogi.  -  Przewidując  taką 

postawę, towarzystwo działające za pośrednictwem Tomoyasu  wymyśliło  mechanizm pozwalający  wprowadzać  w 

stan  zamroŜenia  działalność  Komisji  Programowej.  Taka  nienaturalna  sytuacja  nie  mogła  jednak  trwać  długo. 

Trzeba było sprawę jakoś rozstrzygnąć... 

- Rozumiem, więc postanowiliście mnie zabić. 

-  Nic  podobnego,  zrozumiano  to  znacznie  później.  Nawet  koleŜanka  Wada  bardzo  o  pana  się  martwiła. 

Towarzystwo  stale  przedstawiało  plan  pozbycia  się  pana  w  sposób  legalny,  ale  nie  wyraŜaliśmy  na  to  zgody.  Nie 

mogliśmy  zrobić  czegoś  tak  okrutnego.  Wiedzieliśmy,  jak  waŜna  była  dla  pana  ta  maszyna.  To  właśnie  Wada 

zaproponowała,  Ŝeby  poddać  pana  analizie  i  spróbować  przewidzieć  przyszłość.  Nie  uzyskaliśmy  zbyt  dobrych 

rezultatów.  Uznaliśmy,  Ŝe  trochę  nieodpowiedzialnie  byłoby  wyciągać  wnioski  na  podstawie  nieprecyzyjnego 

przybliŜenia.  Zdecydowaliśmy  więc  wykorzystać  maszynę  do  bardzo  dokładnego  określenia  kroków,  jakie 

naleŜałoby  podjąć.  Chcieliśmy  wiedzieć,  jak  zacząłby  pan  postępować,  gdyby  pan  uzyskał  konkretną  wiedzę  na 

temat rozwoju kolonii podmorskich. 

- Jaki więc był wynik? 

- Ach! - Tanomogi zaczął mówić przez zaciśnięte usta, rysując na rogu biurka kwadraty jeden przy drugim. 

- Trzęsienie ziemi?! - wykrzyknął nagle Aiba, spoglądając na sufit. W tym momencie uświadomiłem sobie, 

Ŝ

e moje nogi od stóp do kolan zataczają koła. Trwało to około czterech sekund i ustało. 

- Więc... - przynaglałem, a on potwierdzająco skinął głową. 

- Tak, więc zrozumieliśmy, Ŝe jednak rezultaty są złe. 

- Co to znaczy “złe"? 

- To znaczy, Ŝe nie wytrzymał pan próby. To znaczy, Ŝe nie mógł pan wyobrazić sobie przyszłości inaczej 

niŜ  jako  continuum  aktualnej  codzienności.  Mimo  Ŝe  pan  pokładał  duŜe  nadzieje  w  maszynie  prognostycznej,  nie 

był  pan  w  stanie  zaakceptować  i  nadąŜyć  za  szybko  zmieniającą  się,  oderwaną  od  teraźniejszości,  przyszłością, 

która  moŜe  zanegować  rzeczywistość  i  nawet  ją  zniszczyć.  Co  do  programowania,  to  pan  jest  chyba  najlepszym 

specjalistą,  jakiego  posiadamy,  lecz  programowanie  jest  prostą  operacją  polegającą  na  redukowaniu  danych 

jakościowych  do  ilościowych.  Jeśli  ponownie  nie  dokona  się  syntezy  zamieniając  dane  ilościowe  w  jakościowe, 

nigdy nie pozna się przyszłości. To jest oczywiste, Ŝe pan pozostał optymistą pod tym względem. Nie potrafił pan 

wyobrazić sobie przyszłości inaczej jak tylko mechaniczne przedłuŜenie ilościowej rzeczywistości. W rezultacie był 

pan  w  stanie  konceptualnie  zainteresować  się  przewidywaniem  przyszłości,  ale  zupełnie  nie  potrafił  znieść 

przyszłości rzeczywistej. 

- Nic nie rozumiem. Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. 

- Proszę poczekać, wyjaśnię konkretnie, a później pokaŜę na ekranie. Chodzi o to, Ŝe przyjął pan postawę 

zdecydowanej negacji przyszłości, a w końcu zaczął pan wątpić w moŜliwości prognostyczne maszyny. 

- Nic o tym nie wiem. Dlaczego pan posługuje się formą czasu przeszłego? 

- Nic na to nie poradzę. Taką prognozę przedstawiła maszyna. A pan złamał obietnicę po to, aby sprzeciwić 

się materializacji przyszłości, bo na przykład kilka godzin temu był pan bliski ujawnienia tajemnic organizacji. 

background image

- Co to ma za znaczenie? Co w tym złego, Ŝe nie zgadzam się na kolonie podwodnych ludzi? PrzecieŜ mój 

sprzeciw  jest  częścią  moŜliwej,  wspaniałej  przyszłości  jako  prognozy  drugiego  stopnia  w  nowych  warunkach, 

prawda? Wierzę, Ŝe warto wykorzystać maszynę prognostyczną po to, aby zapobiec tak nonsensownej przyszłości. 

- Czy chce pan powiedzieć, Ŝe celem działania maszyny prognostycznej nie jest tworzenie przyszłości, lecz 

tylko konserwowanie teraźniejszości? 

- No, chyba tak... -  wtrąciła się Wada pokasłując. - Oto podstawy  myślenia pana Katsumi. Nie  warto juŜ 

mówić na ten temat, nic to nie pomoŜe... 

-  To  jednostronne  stanowisko  -  odparłem,  z  trudem  opanowując  wzbierający  gniew.  -  Chyba  to 

niemoŜliwe,  by  kolonie  podwodne  były  jedyną  przyszłością.  Nie  ma  nic  groźniejszego  od  monopolizowania 

prognoz.  CzyŜ  nie  przestrzegałem  was  przed  tym  aŜ  do  znudzenia?  To  faszyzm.  To  jest  równoznaczne  z  daniem 

politykowi  mocy boskiej. Dlaczego  więc  nie staracie się przewidzieć przyszłości,  która  nastąpiłaby po ujawnieniu 

tajemnicy? 

- Robiliśmy takie przewidywania - odparł Tanomogi bezbarwnym głosem. - Otrzymaliśmy informację, Ŝe 

pan zostanie zabity. 

- Przez kogo? 

- Przez tego skrytobójcę, który czeka na zewnątrz. 

 

 

32 

 

Chcą  więc  mnie  zabić?  W  tym  celu  posługują  się  zdumiewająco  pokrętną  teorią.  Mógłbym  zrozumieć, 

gdyby - znając prognozę - chcieli przeciwdziałać, ale oni starają się do niej dostosować, a mnie zabić. Nie mogłem 

pojąć, po co przygotowano prognozę. Być moŜe właśnie po to, aby mnie zabić. 

-  To  nieprawda  -  nagle  z  głośnika  odezwało  się  moje  drugie  ja,  czyli  owa  wartość  prognozy  drugiego 

stopnia. Poczułem się tak, jakby moje ubranie stało się przezroczyste. Nie mogłem ukryć zaŜenowania. 

- Co jest nieprawdą? 

- To, o czym teraz mówiłeś. 

Spojrzenia Tanomogiego i innych zebranych osób przeszywały mnie na wylot. 

- W kaŜdym razie  - dochodził głos  maszyny  -  nastąpiło jakieś  nieporozumienie. Kolega Tanomogi  wcale 

nie  przyjął  prognozy  z  zadowoleniem.  Przeciwnie,  z  całą  powagą  zaczął  myśleć  o  tym,  jak  cię  uratować.  I  wtedy 

zwrócił się o radę do mnie. 

- To druga pańska osobowość, to wartość prognozy drugiego stopnia - wtrącił z pośpiechem Tanomogi. - 

KtóŜ ma powaŜniej myśleć o swoim losie jak nie sam zainteresowany. Poza tym ja znam pana lepiej niŜ pan siebie. 

-  Słusznie,  masz  rację.  Wszystko  to,  co  następuje,  wynika  z  moich  planów.  Ja  jestem  twoim  idealnym 

odbiciem i dlatego, mówiąc innymi słowami, stało się to z twojej woli, której sam sobie nie uświadamiałeś. 

- A morderstwo? A pułapka zastawiona na Ŝonę? 

- No tak, za to nikt nie odpowiada. To zrobiłeś sam, dla siebie. 

-  Przestań  ze  mnie  kpić!  -  odparłem  i  utkwiłem  wzrok  w  twarzy  Tanomogiego,  który  zamknął  oczy  i 

uciskał skronie opuszkami palców. 

background image

-  W  istocie  rzeczy  to  był  czysto  teoretyczny  plan  -  mówił  łagodnym  głosem,  mocno  akcentując  słowa, 

jakby włoŜył mi rękę we wnętrzności, mieszał w nich i gładził. - Chyba tak, proszę spróbować pomyśleć. Wszystko 

przeprowadzono mając na uwadze tylko jeden cel. A mianowicie, co zrobić, Ŝebyś poznał przyszłość i znalazł się w 

warunkach uniemoŜliwiających wyjawienie prawdy o tajnej organizacji. Dlatego nawet pierwsze morderstwo miało 

dwa cele. Po pierwsze, chodziło o to, Ŝeby rzucić podejrzenie na ciebie i sprawić, byś zaczął  wątpić i uświadomił 

sobie,  Ŝe  juŜ  nie  moŜesz  polegać  na  świecie  zewnętrznym.  Następnie  chodziło  o  to,  aby  przygotować  cię  do 

następnych sytuacji przez ogłoszenie wiadomości o handlu embrionami... 

-  Ale  czy  to  nie  dziwne?  PrzecieŜ  to  ja  wpadłem  na  pomysł,  Ŝeby  przedstawić  prognozę  Ŝycia  jakiegoś 

pojedynczego  człowieka,  a  męŜczyznę,  który  został  potem  zamordowany,  spotkałem  całkowicie  przypadkowo  na 

ulicy... 

- To nieprawda. Pomysł podsunęła ci maszyna. Zresztą plan został skonstruowany wcześniej i zakładał taką 

sytuację.  Gdybyś  jej  nie  zaakceptował,  Tanomogi  by  się  tym  zajął  i  zwrócił  twoją  uwagę  na  tego  konkretnego 

męŜczyznę.  Uczynił  to  zresztą  bardzo  zręcznie.  Podejrzliwy  księgowy  sprawdził  ksiąŜeczkę  oszczędnościową  i 

ostatecznie zapędził kobietę w kozi róg, zmusił ją w końcu do mówienia. Bezmyślnie wspomniała o handlu płodami 

ludzkimi i dzięki temu męŜczyzna poznał tajemnicę. Zgodnie z zasadami organizacji, oboje musieli zostać uciszeni. 

Pod pretekstem spotkania z kimś ze szpitala męŜczyzna udał się na umówione miejsce, do którego zaprowadził cię 

Tanomogi. Wiesz juŜ, co się stało potem. Tanomogi zabił męŜczyznę, a ja zatelefonowałem do ciebie z pogróŜkami. 

Kobieta zaŜyła lekarstwo dostarczone jej przez Aibę i bez sprzeciwu popełniła samobójstwo. 

- To zbyt okrutne. 

- Tak, być moŜe okrutne. Trudno przecieŜ racjonalnie usprawiedliwiać zabójstwo, niezaleŜnie od tego, na 

jaką sprawiedliwość by się powoływano. 

- Nie moŜna teŜ rozwaŜać sprawy zabójstwa w ramach jakiejś ogólnej teorii. Morderstwo jest z gruntu złe, 

poniewaŜ odbiera człowiekowi przyszłość. Planowałeś pozbawić Ŝycia dziecko, prawda? 

- To zupełnie inna sprawa... 

-  Dlaczego?  Wcale  nie  inna.  Nie  potrafiłeś  zaakceptować  przyszłości  dziecka  i  dlatego  z  zimną  krwią 

zignorowałeś  jego  Ŝycie.  W  tych  zmiennych  czasach,  gdy  nie  ma  jednej  formy  przyszłości,  w  czasach,  w  których 

trzeba  poświęcić  jedną  przyszłość,  by  uratować  inną,  morderstwa  są  nieuniknione.  Czy  nie  mam  racji?  Co  byś 

zrobił,  gdyby  ona  nie  umarła?  Poddałbyś  ją  analizie  za  pomocą  maszyny  i  dowiedział  o  istnieniu  akwanów.  Na 

pewno narobiłbyś duŜo hałasu. 

- Naturalnie. 

-  Jesteś  szczery.  To  trzeba  ci  przyznać.  Opinia  publiczna  byłaby  oburzona,  tłum  zaatakowałby  farmę 

hodowli akwanów i tym samym pogrzebał całą przyszłość... 

- Skąd o tym wiesz? 

- Powiedziała nam to maszyna, którą ty zbudowałeś. 

-  Nawet  jeśli  tak  się  stało,  nic  nie  upowaŜnia  cię  do  osądzania  teraźniejszości  na  podstawie  przyszłości, 

która jeszcze się nie zaczęła. 

- Nie chodzi tu o prawo, lecz o wolę. 

- Jeśli o wolę, to tym bardziej nie. 

background image

-  I  ty  to  mówisz?!  PrzecieŜ  to  ty  rozbudziłeś  śpiącą  przyszłość.  Widocznie  nadal  nie  rozumiesz  tego,  co 

sam wywołałeś. Kiedy kogoś ugryzie pies, zwykle odpowiada jego właściciel. Nie powinieneś chyba uskarŜać się na 

to, Ŝe ciebie pozostawiono przy Ŝyciu, zamiast tej kobiety. 

- Tak - wtrącił się Tanomogi. - Niektórzy podzielali tę opinię. 

-  Mimo  to  nie  zrezygnowałeś  do  ostatniego  momentu.  Staraliśmy  się  zrobić  wszystko  co  moŜliwe,  a 

Tanomogi usłuchał mojej rady i wziął na siebie bardzo trudne zadanie zabicia księgowego. 

- Lecz ja tylko... 

-  Nie,  to  dzięki  Tanomogiemu  skończyło  się  bez  straszliwego  przeŜycia,  jakim  jest  niespodziewane 

skazanie na karę. Podglądając przyszłość, choćby tylko przez chwilę, otrzymałeś szansę uniknięcia przestępstwa... 

Tak,  przy  tym  masz  syna.  Ach,  ty  jeszcze  nie  wiesz...  To  jest  syn.  Nie,  to  nie  był  mój  pomysł,  najwięcej 

zawdzięczamy Wadzie... 

Nasze  oczy  się  spotkały.  Wada  nie  odwróciła  wzroku.  Zbladła  po  czubek  nosa,  tylko  jej oczy  błyszczały 

jak  u  ptaka.  Nagle  przypomniałem  sobie  rozmowę  z  wczorajszego  wieczora,  podczas  której  powiedziała  mi,  Ŝe 

jestem  sądzony.  Patrzyła  na  mnie  z  potępiającą  miną  i  najwyraźniej  nie  czuła  się  nawet  odrobinę  nieswojo.  Nie 

przestraszysz  zjawy  robiąc  do  niej  groźną  minę.  Mój  gniew  zduszony  zdumieniem  utknął  w  gardle  usztywniając 

szyję jak deską. 

-  ...Dzięki  Wadzie  mogłeś  połączyć  się  z  przyszłością.  Zachowując  twojego  syna  i  przeznaczając  mu  los 

akwana,  daliśmy  wyraz  naszej  wdzięczności.  Uhonorowaliśmy  cię  jako  twórcę  maszyny  prognostycznej. 

Rozumiesz?  Oznacza  to,  Ŝe  mogłeś  uniknąć  przestępstwa  wobec  przyszłości.  To  bardzo  duŜo.  Zbrodnia  przeciw 

przyszłości róŜni się od zbrodni przeciw przeszłości i teraźniejszości tym, Ŝe jest podstawowa i rozstrzygająca. 

-  Nie  Ŝartuj.  Mój  syn  został  kalekim  niewolnikiem.  Za  co  więc  mam  być  wdzięczny?  Jestem  tak 

zaskoczony, Ŝe trudno mi cokolwiek powiedzieć. 

-  Poczekaj  chwilę.  To  tylko  nieporozumienie  wynikające  z  nieznajomości  rzeczy.  Ale  to  wyjaśnimy 

później... W kaŜdym razie zaprowadziłem cię do Instytutu Yamamoto dopiero wtedy, gdy to wszystko zrobiliśmy. 

Najpierw  ta  wizyta  wydała  ci  się  bez  sensu.  Według  ciebie  nie  miała  Ŝadnego  związku  z  sytuacją,  w  jakiej  się 

znajdowaliśmy. Gdy się nad tym zastanowisz, to zrozumiesz, Ŝe nawet w idealnym sądzie nie potraktowano by cię 

tak  sprawiedliwie.  UmoŜliwiono  ci  wniknięcie  w  część  tajemnic  przyszłości,  która  cię  głęboko  interesowała,  a  o 

której  wcześniej  nic  nie  potrafiłeś  powiedzieć.  To  wszystko,  co  mogłem  dotąd  dla  ciebie  zrobić,  juŜ  nie  mam 

wyboru, czas na twoją decyzję. Pokładałem  w tobie  wielkie nadzieje. Czy  wkroczysz odwaŜnie  w przyszłość, czy 

teŜ się wycofasz. 

- Zatem? 

- Nie ma potrzeby wyjaśniać, to przecieŜ dotyczy ciebie, powinieneś wszystko wiedzieć... Mimo naszego 

wysiłku,  nie  zmieniłeś  się.  Swoją  nieudolnością  doprowadziłeś  do  sytuacji,  z  której  nie  ma  wyjścia,  musisz 

wszystko  opowiedzieć  Ŝonie.  Powiedzieliśmy  ci  to  trochę  okręŜną  drogą,  lecz  ostatecznie  nic  się  nie  zmieniło  w 

kwestii pierwszej prognozy. Gdybyśmy cię zostawili w spokoju, na pewno wyjawiłbyś światu nasz sekret, prawda? 

Dlatego ściągnęliśmy cię tutaj, by ostatecznie rozwiązać problem... 

- Pan Yamamoto mówił wczoraj, Ŝe nie zawsze zabijacie, Ŝe stosujecie inne, łagodniejsze metody... 

-  Tak  jest,  zwykle  obiera  się  sposób,  który  nie  zwraca  uwagi.  Tak  czy  owak,  towarzystwo  potrzebuje 

codziennie  ośmiuset  embrionów.  WyobraŜasz  sobie,  Ŝe  co  najmniej  osiemset  cięŜarnych  kobiet  dowiaduje  się 

codziennie o skupowaniu ludzkich embrionów, nie wspominając o lekarzach i pośrednikach? W ciągu roku daje to 

background image

dwieście  dziewięćdziesiąt  tysięcy  osób.  Najciekawsze,  Ŝe  mimo  to  udaje  się  nam  zachować  tajemnicę.  Aby  nie 

wzbudzić zbytniej ciekawości, posługujemy się niezbyt uczciwym chwytem mówiąc kobietom, Ŝe są wspólniczkami 

cięŜkiego  przestępstwa.  Lęk  wywołany  oddaniem  płodu  za  siedem  tysięcy  jenów  wystarcza,  by  zamknąć  im  usta. 

Nie udałoby się to, gdyby zabieg był bezpłatny... Istotnie, pewnie myślisz, Ŝe to niepotrzebny wydatek. Ale biorąc 

pod uwagę rozmiar podmorskiej kolonii, której organizacja powinna być ostatecznie ukończona, roczna inwestycja 

w wysokości trzech miliardów jenów to niewiele. Nie sądzisz, Ŝe siedem tysięcy jenów za ludzkie Ŝycie to niezbyt 

wiele? Tę cenę podobno ustalił psycholog. Z punktu widzenia obecnego wskaźnika cen jest to suma jak najbardziej 

właściwa, odpowiednia do ceny duszy... To naprawdę ciekawe... Nie, oczywiście, przekazanie twojej Ŝonie siedmiu 

tysięcy jenów znaczyło coś innego. Była to demonstracja uzasadniona określonym celem. Nie ma jednolitej ceny za 

dusze.  W  kaŜdym  razie  jeśli  weźmiesz  pod  uwagę  duŜą  liczbę  osób  związanych  z  tą  sprawą,  to  zrozumiesz,  Ŝe 

niewykluczone  są  przecieki.  Zresztą  nie  jest  waŜne,  jak  szeroko  rozchodzą  się  pogłoski,  dopóki  nie  wydostają  się 

poza  krąg  zainteresowanych.  Kończą  się  najwyŜej  chorobą  Ŝołądka  lub  jakąś  przypadłością  u  osoby,  której 

doskwiera  świadomość  uczestniczenia  w  tym  procederze.  MoŜna  nawet  powiedzieć,  Ŝe  owe  pogłoski  są  nawet 

korzystne.  Ale  jeśli  tajemnica  przedostaje  się  na  zewnątrz,  sytuacja  przedstawia  się  inaczej.  Wtedy  pogłoski 

wykraczają  poza  jednostkowe  indywidualne  przypadki,  stają  się  opinią  publiczną  i  rozprzestrzeniają  w  szalonym 

tempie jak epidemia grypy. Naturalnie, musimy natychmiast podejmować odpowiednie kroki, tak jak w wypadku tej 

kobiety. Właściwie pomyłkę popełnił pośrednik, ale w stosunku do niej zastosowano najwyŜszy wymiar kary w celu 

ostrzeŜenia innych. Przysparza nam to kłopotów. Nie, nie chodzi tu o najwyŜszy wymiar kary, którego wykonanie 

nie jest szczególnie trudne, lecz o pozbycie się ciała. Dlatego uŜywamy sposobów, które nie pozostawiają śladów. 

Na  przykład  moŜna  doprowadzić  do  śmiertelnego  strachu  lub  -  jeśli  to  nie  poskutkuje  -  wywołać  sztuczne 

szaleństwo. Nie myślisz chyba, Ŝe lepiej jest zwariować niŜ umrzeć. 

- Trudno coś pewnego powiedzieć, jeśli dotyczy to kogoś obcego. 

-  Kogoś  obcego?  Mówisz  głupstwa.  Twoja  śmierć  jest  jednocześnie  moją  śmiercią.  Ale  nie  bądźmy 

sentymentalni.  PrzecieŜ  gdybyś  potrafił  myśleć  nie  poddając  się  uczuciom,  to  oczywiście  doszedłbyś  do  tego 

samego  wniosku.  Zdecydowanie  lepiej  jest  umrzeć,  aniŜeli  Ŝyć  jak  szmata,  zwłaszcza  Ŝe  nasze  towarzystwo  dla 

osamotnionej rodziny oferuje pewne ubezpieczenie. 

- Ubezpieczenie? To bardzo uprzejme... Lecz jeśli twoja wola jest moją wolą, to byłoby to swego rodzaju 

samobójstwo. Nie wypłacają ubezpieczeń samobójcom. 

-  Nie  powinieneś  się  tym  martwić.  Będzie  to  wyglądało  na  śmierć  przypadkową.  Wiadomo  juŜ,  Ŝe 

dotkniesz linii wysokiego napięcia i zginiesz od wstrząsu. 

 

 

33 

 

Ile  czasu  upłynęło  -  nie  wiem,  lecz  na  dworze  zrobiło  się  juŜ  ciemno.  Nikt  się  nie  poruszył:  w  tej  ciszy 

uparcie trzymałem się tylko swego czasu, jak we śnie. Czułem się tak, jakbym budził się i zdumiony znów zapadał 

w sen. Gdybym tylko mógł pozostać w tym stanie, a milczenie trwało wiecznie, być moŜe następna chwila nigdy by 

nie nadeszła. 

Czy  myślałem  o  czymś  w  ciągu  tego  czasu?  Chyba  tak,  lecz  naprawdę  tylko  o  mało  waŜnych  sprawach. 

Czy  Tanomogiemu  spodnie  prasowała  gospodyni  domu,  czy  teŜ  moŜe  koleŜanka  Wada?  Chyba  blankiet 

background image

ubezpieczenia  znów  wepchnąłem  do  kieszeni  i  zapomniałem  o  nim...  I  tak  błądziłem  w  labiryncie  niespokojnych 

myśli, lecz nawet nie drgnąłem. Tylko moje uczucia, gdyby miały skrzydła, na pewno by uleciały. Czekałem wiec 

na szansę z napiętymi mięśniami, jak kot wpatrujący się w dziurę, gotowy do skoku. Ach, kot nie jest tu zwykłym 

porównaniem. W tym momencie ciągłość codzienności, w postaci symetrycznej do zerwanej ciągłości, ukazała mi 

się  w  postaci  werandy  obmytej  promieniami  słońca,  wpadającymi  przez  szpaler  wistarii...  Dopóki  istnieje  ta 

krawędź werandy - myślałem - dopóty mam szansę przetrwać. Muszę jakoś przetrwać i uratować się. 

Nagle zaskrzypiało krzesło i Aiba wstał z miejsca. 

- MoŜe powoli zaczniemy? Chyba juŜ czas. 

- Chcecie mnie zabić?! - krzyknąłem i mimo woli zerwałem się z miejsca, przewracając krzesło. 

- Nie o to chodzi - wybąkał zaskoczony Tanomogi. Wada poparła go. 

-  Mamy  jeszcze  ponad  dwie  godziny.  Korzystając  z  tego,  musimy  pokazać  farmę  hodowli  akwanów. 

Chcielibyśmy  takŜe  koniecznie  przedstawić  obraz  prognostyczny  podmorskiej  kolonii,  jeśli  pan  nie  ma  nic 

przeciwko temu... 

- Nie ma tu miejsca na Ŝadne “jeśli". To oczywiste, Ŝe chce obejrzeć - brutalnie wtrąciła się maszyna. - To 

było od początku przewidziane, więc przedłuŜono czas dany nam do dyspozycji do dziewiątej. NiezaleŜnie od siły 

twoich argumentów, on nie jest jeszcze przekonany. Na pewno będzie stawiać opór. 

- Więc moŜna rozpocząć? - zapytał Aiba, wyciągając rękę w stronę maszyny ponad ramieniem Tomoyasu. 

-  Czy  mógłbym  przedtem  dostać  trochę  wody?  -  zapytał  Tomoyasu,  z  wahaniem  spoglądając  na  Wadę  i 

jednocześnie odwracając wzrok od Aiby. 

- MoŜe puszkę soku? 

- Przepraszam, ale bardzo chce mi się pić. 

- Nie  szkodzi. I tak trzeba Kimurze i pracującym  na dole powiedzieć, Ŝe dziś zostaniemy  tutaj do późna, 

więc oni mogą iść wcześniej do domu. 

-  To  znaczy,  Ŝe  Kimura  i  jego  ludzie  takŜe  wiedzą  o  tej  organizacji?!  -  wykrzyknąłem,  zwracając  się  w 

stronę Wady, która nagle poderwała się z miejsca i ruszyła do wyjścia, jakby ślizgała się na łyŜwach. 

-  Nie,  nie  wiedzą  -  odpowiedział  Tanomogi,  a  ja  pochyliłem  się  ku  drzwiom  i  skoczyłem,  z  całej  siły 

odbijając  się  od  podłogi.  Ale  nim  ręce  dosięgnęły  klamki,  drzwi  otworzyły  się  z  drugiej  strony.  Z  trudem 

zachowałem  równowagę,  gdy  drogę  zablokował  mi  ów  samozwańczy  mistrz  skrytobójstwa,  ten  sam  młody 

męŜczyzna, który mnie śledził. Uśmiechnął się z zaŜenowaniem, opuścił ręce, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. 

- Mimo wszystko próbuje pan stawiać opór. To niedobrze, profesorze. 

W odpowiedzi rzuciłem się na niego. Nie miałem innego wyjścia - musiałem o całej sytuacji opowiedzieć 

Kimurze  i  prosić  go  o  ratunek.  Ci  ludzie  na  pewno  oszaleli.  Mierząc  lewym  barkiem  w  pierś  zabójcy  i 

wykorzystując jego nieuwagę, chciałem wyminąć go z prawej strony. Przynajmniej zamierzałem tak zrobić. Widać 

ź

le  skalkulowałem,  bo  poczułem  silne  uderzenie  w  lewy  bok  i  gdy  wydało  mi  się,  Ŝe  juŜ  zostałem  w  tę  stronę 

obrócony, w następnym momencie - ku mojemu zaskoczeniu - rzuciło mną o przeciwległą ścianę. Wydało mi się, Ŝe 

dolna  część  ciała  spadła  gdzieś  w  nieznaną  głębię.  Z  krocza,  spomiędzy  palców  i  z  uszu  spoglądało  na  mnie 

mnóstwo oczu. W końcu, gdy wróciło juŜ normalne poczucie przestrzeni, pod sercem pozostał narastający ból. 

Podtrzymywany z obu stron przez Tanomogiego i Tomoyasu znalazłem się na poprzednim miejscu. 

- Proszę wytrzeć pot... - szepnęła Wada i delikatnie połoŜyła mi na dłoni równo złoŜoną chusteczkę. Obok 

stał  Yamamoto,  kiwając  głową  do  tyłu  i  do  przodu,  jakby  chciał  dać  do  zrozumienia,  Ŝe  to  bardzo  naganne 

background image

zachowanie.  Spostrzegłem,  Ŝe  męŜczyzna  nie  zmieniając  postawy  rozchylił  cienkie  wargi  i  jakby  trochę 

zawstydzony powiedział: 

- Tak, profesor nakazał mi tak postępować w podobnych sytuacjach. Początkowo myślałem, Ŝe pan Ŝartuje. 

Przykro mi, ale co miałem zrobić... 

- JuŜ wystarczy. Odejdź stąd i poczekaj. - To powiedziała maszyna, ale męŜczyzna nie odróŜnił chyba jej 

głosu  od  mojego,  gdyŜ  nie  zwracając  na  mnie  uwagi  kiwnął  zamaszyście  głową  na  potwierdzenie  i  odszedł. 

Skrzypienie butów sprawiało wraŜenie, jakby kleiły się do podłogi. 

- Proszę rozpoczynać, mimo wszystko - rzekła Wada i takŜe opuściła pokój. 

-  To  co  robisz  i  co  mówisz  jest  zgodne  z  przewidywaniem  -  powiedziała  maszyna  karcąco,  podkreślając 

kaŜde słowo.  

Tanomogi zgasił światło. Aiba włączył telewizor. 

Nagle, jakby sprowokowany przez ciemność, zacząłem krzyczeć. Lecz w gardle mi zaschło, a głos okazał 

się słabszy, niŜ się spodziewałem. 

- Dlaczego musicie robić takie rzeczy? Jeśli zamierzacie mnie zabić, dlaczego nie uczynicie tego od razu? 

-  Nam  to  nie  przeszkadza.  JeŜeli  pan  powie,  Ŝe  naprawdę  nie  chce  pan  oglądać  tych  obrazków...  -  z 

pewnym wahaniem odpowiedział Tanomogi, widoczny w niebieskawym świetle lampy kineskopowej. 

Milczałem, siedziałem bez ruchu, z trudem znosząc dotkliwy ból w boku... 

 

 

Interludium 

 

TELEWIZYJNY OBRAZ FARMY HODOWLANEJ AKWANÓW 

 

KOMENTARZ YAMAMOTO 

 

Na ekranie pojawiają się metalowe drzwi, na których widnieje wymalowany białą farbą numer 3. 

Wchodzi młody męŜczyzna w bieli. Odwraca się w stronę kamery i patrzy mruŜąc oczy, jakby oślepiały go 

lampy. 

- Najpierw pokój porodowy. Proszę teraz popatrzeć na swoje dziecko. (Zwraca się do chłopca) Gotowy? 

- Tak, proszę pana. Sala nr 3 jest to pomieszczenie... 

- Nie, wyjaśnienia są niepotrzebne. PokaŜ tylko, jak wygląda syn profesora... 

 

(Chłopiec  kiwa  głową  i  otwiera  drzwi.  Wnętrze  identyczne  jak  w  pomieszczeniu  rozwojowym  świń... 

Chłopiec wchodzi po Ŝelaznych schodkach i znika w głębi). 

 

-  Tym  korytarzem  na  prawo  moŜna  wyjść  na  tyły  budynku,  który  widzieliśmy  wczoraj...  Pamięta  pan? 

Basen,  w  którym  trenowano  psa... Przejście piechotą tunelem podziemnym zajmuje ponad trzydzieści  minut,  więc 

planujemy zbudować kolejkę. 

 

(Chłopiec wraca, trzymając w rękach szklane naczynie). 

background image

 

- Czy wszystko w porządku? Przyjęło się? 

- Tak, proszę pana. 

 

(ZbliŜenie  szklanego  pojemnika.  Na  planie  pokazuje  się  zwinięty  embrion  w  kształcie  rybki  medaka

Przezroczyste  serce  pulsuje  jak  mgiełka  rozgrzanego  powietrza.  Naczynia  krwionośne,  niby  tryskające  iskry  ogni 

sztucznych w mroku, zanurzone są w galaretowatej substancji). 

 

-  To  pański  syn.  Jak  się  podoba?  Wygląda  bardzo  zdrowo.  MoŜemy  juŜ  pójść  dalej.  (Ściemnienie)  Ach, 

proszę  chwilę  poczekać.  Muszą  przygotować.  Ta  farma  hodowli  akwanów  z  grubsza  dzieli  się  na  trzy  działy: 

narodziny  i  rozwój,  pielęgnacja  niemowląt  i  szkolenie.  Dział  pierwszy  niczym  się  nie  róŜni  od  odpowiedniego 

działu  zwierzęcego,  dlatego  teraz  go  pominę.  RóŜnica  między  działem  pielęgnacji  niemowląt  a  działem  szkolenia 

polega  na  tym,  Ŝe  w  jednym  zajmujemy  się  akwariami  od  urodzenia  do  piątego  roku  Ŝycia,  w  dziale  szkolenia 

natomiast  -  dziećmi  od  szóstego  roku  wzwyŜ.  Jednak  dzieci  powyŜej  sześciu  lat  pochodzą  z  okresu,  w  którym 

zaledwie  rozpoczęliśmy  eksperymenty,  tak  więc  ten  dział  jest  niewielki,  znajduje  się  w  nim  jedno  ośmioletnie  i 

ośmioro  siedmioletnich  dzieci.  Mamy  natomiast  sto  osiemdziesiąt  jeden  sześciolatków  i  czterdzieści  tysięcy 

pięciolatków.  Liczba  dzieci  do  czwartego  roku  Ŝycia  powiększa  się.  z  roku  na  rok  od  dziewięćdziesięciu  do  stu. 

Dlatego teŜ od przyszłego roku dział szkoleniowy będzie miał juŜ odpowiedni wymiar. Obecnie w kilku miejscach 

na  dnie  morza  trwają  przyspieszone  prace  budowlane.  W  jednym  obozie  szkoleniowym  zmieści  się  od  trzech  do 

dziesięciu tysięcy osobników, a w dwudziestu jeden miejscach... 

- Przepraszam, Ŝe kazałem czekać... 

 (Głos  przerwał  wyjaśnienia,  pojawiło  się  światło  na  ekranie.  Oto  widok  ogromnego  basenu.  Jak  okiem 

sięgnąć, długie półki podzielone na mniejsze przedziały. Stoją obok siebie w wielu szeregach i na wielu poziomach. 

W kaŜdym przedziale pływają niemowlęta akwanów w najrozmaitszych pozycjach). 

 

- To jest dział pielęgnacji niemowląt jeszcze ssących mleko. Zostają tutaj przeniesione bezpośrednio z sali 

porodowej.  W  ciągu  dnia  przybywa  od  pięciuset  do  ponad  tysiąca  noworodków.  Idealnie  byłoby  chować  je  tutaj 

przez pięć miesięcy, ale wówczas naleŜałoby przygotować sto dwadzieścia tysięcy łóŜeczek. A to jest niemoŜliwe. 

Dlatego pozostają w tym pomieszczeniu przez dwa miesiące. Spośród pozostałych co miesiąc wybieramy po trzysta, 

czyli razem dziewięćset, w celu testowania i zatrzymujemy w tym dziale. Pozostałe po ukończeniu dwu miesięcy są 

wysyłane do oddziałów dziecięcych związanych z określonymi miejscami planowanej eksploatacji dna morskiego. 

Instruktorów jest  wciąŜ za  mało, to prawdziwy powód do zmartwienia, a i tak  śmiertelność jest niska. No  więc  w 

tym  basenie  znajduje  się  trzynaście  tysięcy  maluchów,  a  podobnych  jest  pięć,  ponadto  jest  basen  modelowy  dla 

dzieci  mających  od  trzech  do  pięciu  miesięcy,  są  teŜ  oddziały  szkoleniowe  dla  tych,  które  juŜ  wyszły  z  basenu 

dziecięcego. PokaŜę teraz w kolejności, proszę najpierw popatrzeć na te karmiące urządzenia... 

 

(Kamera  najeŜdŜa  na  jeden  z  przedziałów.  Jest  to  boks  zrobiony  z  bakelitu.  Wewnątrz  bieleje  niemowlę 

akwana,  pomarszczone,  z  duŜą  głową  opuszczoną  do  dołu,  a  nogami  w  górze;  śpi  w  tej  dziwacznej  pozycji 

poruszając  skrzelami.  W  górnej  części  boksu  znajduje  się  szereg  wystających  guzów,  połączonych  cienkimi 

background image

przewodami z grubą rurą biegnącą w górę. W dole teŜ jest podobna rura, lecz w kaŜdym boksie zainstalowano tylko 

jedno odprowadzenie). 

 

- Górna rura to przewód mleczny, dolna jest odprowadzeniem nieczystości... 

 

(Podpłynął  inŜynier  w  akwalungu,  kiwnął  potwierdzająco  i  lekko  postukał  palcem  w  boks.  Niemowlę 

przebudziło się i Ŝywo ruszając skrzelami powoli się obróciło, podniosło głowę i przyssało się do jednej z “sutek" 

pod  sufitem.  Wyglądało  jak  zwyczajne  ludzkie  niemowlę.  Dziwne  było  tylko  to,  Ŝe  z  kaŜdym  łykiem  mleko 

przelewało się przez skrzela. Całe wnętrze boksu zasnuło się bielą; przez dolną rurę musi się wylewać zuŜyta woda, 

a wpływać świeŜa). 

 

...ale najtrudniejsze jest utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała, a nie wyŜywienie. Wraz z powstaniem 

skrzeli  zachodzi  szereg  zmian  w  gruczołach  wydzielania  zewnętrznego,  zgodnie  z  zasadą  wzajemnego 

oddziaływania  narządów.  Spodziewaliśmy  się  zmian  w  skórze  i  gromadzenia  się  pod  nią  tłuszczu,  ale  nie 

wiedzieliśmy dokładnie, jak powaŜne będą to zmiany.  Mieliśmy teŜ duŜe  kłopoty z czynnościami  fizjologicznymi 

skóry, a równieŜ z jej odpornością na ciśnienie. Gdybyśmy poubierali dorastające dzieci w koszulki z plastyku, nie 

moglibyśmy  zachować  stałej  temperatury  ciała,  poniewaŜ  woda  jest  złym  przewodnikiem  ciepła.  Odnieśliśmy 

jednak dość duŜy sukces... Problem w tym, jaką temperaturę powinna mieć woda w czasie karmienia niemowląt. Jak 

panu  wiadomo,  zwierzęta  ciepłokrwiste  mają  temperaturę  ciała  niezaleŜną  od  otoczenia,  są  więc  w  stanie  zuŜyć 

znacznie  więcej  energii.  W  wypadku  akwanów  zdolność  dostosowania  się  do  środowiska  uległa  znacznej 

aktywizacji, co przy braku dostatecznej uwagi mogło doprowadzić do nadmiernego obniŜenia temperatury ciała. Na 

przykład  róŜnica  między  ciepłotą  ciała  ryb  a  temperaturą  wody  wynosi  dwa  lub  trzy  stopnie.  Gdyby  przez  jakieś 

niedopatrzenie  stało  się  tak  z  nowym  rodzajem  ludzkim,  nad  którym  tyle  pracowaliśmy,  człowiek  wody 

przemieniłby  się  w  bezwartościowy  twór  niskiego  rzędu.  Wobec  tego  postawiliśmy  pytanie,  czy  akwanów  naleŜy 

chować  w  wodzie  o  temperaturze  trzydziestu  pięciu  stopni  ciepła  czy  teŜ  w  innej?  Niełatwo  było  na  to 

odpowiedzieć. Musieliśmy brać pod uwagę zarówno sprawę wzmocnienia skóry, jak i narastania tkanki tłuszczowej. 

Jednak  udało  się  problem  rozwiązać.  Oto  górna  rura  -  tego  stąd  nie  widać  -  podzielona  jest  na  dwie  warstwy.  Z 

jednej  warstwy  płynie  mleko,  z  drugiej  -  morska  woda  o  temperaturze  sześciu  stopni.  Przewód  mleczny  jest 

połączony  z  sutkami,  lecz  moŜna  nim  dowolnie  sterować  z  pokoju  operacyjnego  i  dzięki  temu  trzy  razy  dziennie 

wykorzystać  po  sześć  obrotów  co  dziesięć  i  osiem  sekund.  Wtedy  z  trzydziestu  sutek  tryska  zimna  woda.  Innymi 

słowy, stosuje się  masaŜ za pomocą zimnej  wody pod ciśnieniem. Dzięki temu osiągnięto nieoczekiwany rezultat. 

Niestety, nie będzie pan mógł zobaczyć, jak niemowlęta szaleją (chichocząc pomachał ręką). 

Myślę, Ŝe tyle wystarczy w tym miejscu. Chodźmy dalej. W kolejności przed nami znajduje się modelowy 

basen,  a  nieco  dalej  odrębne  baseny  dla  poszczególnych  roczników.  Nie  mamy  zbyt  wiele  czasu,  ominiemy 

pośrednie etapy i obejrzymy tylko ostatni - pięciolatków. Zobaczymy, jak one sobie Ŝyją. 

 

(Wyciemnienie, pojawia się  nowa scena. Basen  wielkości  klasy  w  szkole podstawowej. Na  mniej  więcej 

trzydzieścioro  dzieci  połowę  stanowią  chłopcy;  dzieci  zabawiają  się  pływając  swobodnie  wokoło,  z  gumowymi 

płetwami  na  stopach,  to  znów  odpoczywając  w  najróŜniejszych  pozycjach.  Te  wodne  dzieci  mają  twarze  bez 

background image

wątpienia  japońskie,  lecz  oczy  są  dziwnie  szeroko  otwarte  i  nie  mrugają.  Włosy  sterczą  niczym  wodorosty,  przy 

gardle widać szczeliny dla skrzeli, a takŜe płaskie zapadnięte piersi. 

Przestrzeń wypełnia szczęk przypominający pocieranie zardzewiałego metalu. Plątanina rur spuszczonych 

z sufitu. DuŜe i małe kawałki drewna pływające w wodzie. Pętle do przeskakiwania, na róŜnej wysokości wystają ze 

ś

ciany kołki rozmaitych kształtów). 

 

- Ten odgłos to zgrzytanie zębów dzieci. To  właśnie  sposób na prowadzenie rozmowy.  Akwanom  struny 

głosowe zanikły, ale nawet gdyby się zachowały, nie moŜna by ich uŜyć w wodzie. Akwanowie posługują się więc 

rodzajem  alfabetu  Morse'a,  opartego  na  gramatyce  języka  japońskiego,  moŜna  więc  ich  mowę  tłumaczyć.  Zaletą 

tego języka jest  moŜliwość porozumiewania  się za pomocą róŜnych przedmiotów,  w  ogóle bez uŜycia  ust. Dwoje 

ludzi  moŜe  prowadzić  dialog  uderzając  jednym  palcem  o  drugi  i  jednocześnie  jeść,  moŜna  teŜ  wygłaszać 

przemówienie pocierając stopami o podłogę. Połączono pismo pionowe z poziomym. Obecnie dysponujemy około 

osiemdziesięcioma byłymi inŜynierami łączności bezprzewodowej, którzy władają językiem akwanów. Zaczęła teŜ 

pracę  specjalna  maszyna  tłumacząca,  w  której  zainstalowano  mózg  elektroniczny,  moŜemy  więc  prowadzić 

kształcenie na zaawansowanym poziomie. O, widzi pan? Z jakim skupieniem słuchają rozkazu z nadajnika? 

 

(Dzieci pilnie wpatrują się w kierunku, z którego widocznie dochodzą sygnały, lecz nagle rzucają się przed 

siebie w stronę wyjścia z lewej strony. Kamera podąŜa za nimi. Pojawiają się dwie kobiety w akwalungach. Jedna 

stoi obok duŜego pudełka, a druga pociera jedną pałką o drugą - widocznie wydaje jakieś polecenia. Dzieci najpierw 

ustawiają  się  w  szeregu.  Jedna  z  kobiet  wyjmuje  z  pudełka  jakieś  przedmioty  wielkości  ksiąŜeczek  w  wydaniu 

kieszonkowym i podaje kolejno dzieciom. Jedno dziecko natychmiast wbija zęby w swoją porcję). 

 

- To czas posiłku. 

 

(Kobieta z pałkami bije dziecko, które zaczęło juŜ jeść. Wszystkie inne rozbiegają się zgrzytając zębami). 

 

-  PoniewaŜ  źle  się  zachowało,  zostało  ukarane.  Bardzo  tu  dbamy  o  dyscyplinę.  Nie  wolno  im  jeść  przed 

powrotem do pokoi. 

- Czy to dziecko teraz się uśmiechało? 

- Hm, w ich ekspresji uczuć zaszła zmiana, więc to nie był uśmiech ludzki. Wraz z płucami atrofii uległa 

równieŜ diafragma, więc właściwie nie mogą się śmiać. A co ciekawe, te dzieciaki nie płaczą. Po prostu nie mogą. 

Gruczoły łzowe zniknęły wraz z innymi gruczołami wydzielania zewnętrznego. 

- ChociaŜ nie ronią łez, to jednak chyba płaczą w jakiś inny sposób? 

-  Jak  powiedział  James,  człowiek  nie  dlatego  płacze,  Ŝe  jest  smutny,  lecz  jest  smutny,  poniewaŜ  płacze. 

One nie mają gruczołów łzowych, więc być moŜe nie znają uczucia smutku. 

- To okrutne! 

- Co takiego? 

- To jednak zbyt bolesne... 

-  Niepotrzebnie  pan  im  współczuje.  (Śmieje  się).  To  strata  czasu.  Chodźmy  dalej.  Tu  jest  wzorcowa 

szkółka dla sześciolatków i starszych. 

background image

- (Z tv): Proszę o przerwę, jeśli moŜna. 

- Tak, naturalnie. Muszą przetransportować kamerę łodzią podwodną, poniewaŜ odległość jest dość duŜa. 

W tym czasie proszę zapalić światło. 

 

WAśNE  SPRAWOZDANIE  PRZEDSTAWIONE  PRZEZ  TOMOYASU  W  CZASIE  PRZERWY, 

DOTYCZĄCE HIPOTEZY ZWIĄZANEJ Z KOŃCEM CZWARTEJ EPOKI MIĘDZYLODOWCOWEJ 

 

- Jestem tylko funkcjonariuszem, będę mówić krótko, jak najprościej. Profesor Katsumi juŜ wie o tym, lecz 

dziś rano znowu telefonowano z redakcji gazety. Chodzi mianowicie o radziecką propozycję w sprawie wspólnych 

badań aktywizacji  wysp  wulkanicznych znajdujących się na dnie Pacyfiku. Prawdę  mówiąc, dzięki Tanomogiemu 

my dosyć dawno skończyliśmy badania. Prawdopodobnie Rosjanie mają równieŜ pewne wyobraŜenie o tym, co my 

juŜ wiemy ale wykorzystują je do gry politycznej, tak dla nich typowej... 

- Proszę się skracać - ostrzegł Tanomogi. 

- Rozumiem... Jestem laikiem  w tych sprawach,  mógłbym  rzecz zbyt uprościć. W kaŜdym razie chodzi o 

to, Ŝe w rzeczywistości na dnie całego Pacyfiku następuje aktywizacja podwodnych wulkanów. Prawdopodobnie ma 

to równieŜ związek z ostatnimi anomaliami pogody, takimi jak podniesienie się temperatury na półkuli północnej. 

JuŜ od dawna istniały na ten temat rozmaite teorie. UwaŜano na przykład, Ŝe jest to skutek czarnych plam na słońcu 

lub wzrostu stęŜenia dwutlenku węgla w atmosferze wskutek nadmiernego zuŜycia energii przez człowieka. Ale te 

hipotezy nie wyjaśniają zjawiska do końca. 

Wiemy,  Ŝe  lodowiec,  jako  pozostałość  po  Czwartej  Epoce  Lodowcowej,  i  czapa  lodowa  na  biegunie 

południowym  topnieją,  więc  naturalnie  poziom  wody  musi  się  podnieść.  Stwierdziliśmy  równieŜ,  Ŝe  stopień 

podnoszenia  się  poziomu  wód  nie  odpowiada  naszym  obliczeniom.  Doszliśmy  do  wniosku,  Ŝe  podobnie  jak  w 

poprzedniej  -  Trzeciej  Epoce  Międzylodowcowej,  kiedy  to  lód  całkowicie  stopniał  w  ciągu  tysiąca  lat,  równieŜ  i 

teraz poziom morza podniesie się o sto metrów. Zresztą w związku z tym wiele krajów przeniosło miasta i fabryki 

na wyŜyny. Przykro mi, Ŝe nasz rząd, powołując się na brak płaskowyŜu, uznał, iŜ lepiej zostawić sprawy własnemu 

biegowi. Dostrzegł problem, lecz udaje, Ŝe on nie istnieje... 

Okazało  się  jednak,  Ŝe  od  ostatniego  Roku  Geodezyjnego  poziom  wód  wzrósł  znacznie  bardziej,  niŜ 

wynikałoby  to  z  topnienia  lodowców.  Jeśli  wierzyć  obliczeniom,  przybyło  trzykrotnie  więcej  wody,  niŜ  się 

spodziewano. Niektórzy naukowcy mówią nawet, Ŝe trzy i pół razy więcej. Nie sposób teŜ wyjaśnić obniŜania się w 

wielu  miejscach  poziomu  gruntu  zwykłym  odpływem  wód  podskórnych.  Istnieje  prawdopodobieństwo,  Ŝe  woda 

morska jest gdzieś odtwarzana. Być moŜe rzecz w zwiększonej aktywności podwodnych wulkanów. Trzeba teŜ brać 

pod  uwagę  fakt,  Ŝe  gazy  wulkaniczne  to  w  większości  para.  Kto  wie,  moŜe  prawdziwe  jest  załoŜenie,  iŜ  obecna 

woda morska zrodziła się z tego gazu. Ja tego nie rozumiem, ale coś w tym musi być. 

Biorąc  pod  uwagę  stopień  podnoszenia  się  poziomu  wód  w  morzach,  najprawdopodobniej  zaczyna  się 

dziać  coś  niepojętego,  wprost  absurdalnego.  Na  przykład  zgodnie  z  nową  teorią  -  oczywiście  powtarzam  za 

uczonymi  -  to,  co  nazywamy  Ziemią,  powstało  pierwotnie  z  nabrzmienia  i  uniesienia  się  w  górę,  pod  wpływem 

wysokiej temperatury, materii promieniotwórczej znajdującej się w skorupie ziemskiej. Nic dziwnego, Ŝe kryje się 

w  niej  mnóstwo  magmy.  Z  biegiem  lat  ta  substancja  nabrzmiewa,  w  niezbyt  częstych  interwałach  przejawia 

aktywność  wulkaniczną  i  w  kaŜdej  chwili  moŜe  wybuchnąć.  Lecz  i  to  rozumowanie  nie  wyjaśnienia  zjawiska 

dostatecznie.  Co  więcej,  z  powodu  nawarstwiającej  się  lawy  skorupa  grubieje,  rośnie  jej  cięŜar,  w  końcu  nie 

background image

wytrzymuje parcia i pęka jak rozdeptana purchawka, z której unosi się zawartość. W którym miejscu wybuchnie i 

strzeli swą zawartością? Na pewno na styku dna morskiego i lądu. 

Podobno  zdarzało  się  to  co  pięćdziesiąt  do  dziewięćdziesięciu  milionów  lat,  bez  wyjątku.  W  obszarach 

wokół  pasa  brzegowego  Pacyfiku  pojawiły  się  podejrzane  ruchy.  Zachodzą  one  właśnie  w  pasie  trzęsień  znanym 

jako  Ognisty  Pierścień  Pacyfiku.  Przepraszam,  ale  prawdę  mówiąc,  nie  rozumiem  tego.  Jeśli  jest  tak,  jak 

powiedziałem,  to  wzrost  temperatury  i  podnoszenie  się  poziomu  morza  nie  oznacza  zjawisk  typowych  dla  okresu 

międzylodowcowego,  lecz  najprawdopodobniej jest  rezultatem  zapowiadającej  się jednej  z  największych  katastrof 

zdarzających  się  co  pięćdziesiąt  milionów  lat.  Opieram  się  tutaj  na  hipotezie  końca  Czwartej  Epoki 

Międzylodowcowej. 

Nie wiem, gdzie tę teorię najpierw ogłoszono, ale wywołała ona panikę w wielu krajach i doprowadziła do 

rezygnacji  z  zaleceń  Międzynarodowego  Roku  Geodezyjnego.  Przyjęto  bowiem  załoŜenie,  Ŝe  w  niezbyt  odległej 

przyszłości  wybuchnie  naraz  kilkaset  podwodnych  wulkanów,  woda  będzie  podnosić  się  co  roku  o  trzydzieści 

metrów,  a  po  czterdziestu  latach  jej  poziom  podniesie  się  ponad  tysiąc  metrów.  Gdyby  wiadomość  o  tym  została 

opublikowana,  wybuchłoby  nieprawdopodobne  zamieszanie.  Porządek  publiczny  zostałby  całkowicie  zburzony. 

Pomijając  tak  rozległy  kraj  jak  ZSRR,  na  pewno  całkowicie  zostałaby  zniszczona  Europa,  podobnie  stałoby  się  z 

Ameryką  z  wyjątkiem  szczytów  Gór  Skalistych.  Z  Japonii,  profesorze,  pozostałoby  pięć  albo  sześć  punkcików  - 

najwyŜsze  wzniesienia.  Aby  podjąć  odpowiednie  działania  strategiczne,  rząd  musi  mieć  całkowitą  pewność,  Ŝe 

Ŝ

adna wiadomość na ten temat nie przedostanie się do szerszych kręgów społecznych. 

Rząd  zdecydował  się  nie  mieszać  w  to  innych  krajów  w  zamian  za  niewtrącanie  się  ich  w  nasze  sprawy 

wewnętrzne,  ale  poniewaŜ  w  składzie  rządu  wciąŜ  zachodzą  zmiany,  nie  ma  więc  pewności,  czy  moŜna  jego 

członkom  zaufać.  I  dlatego  postanowiono  powołać  swego  rodzaju  Komisję  Ocalenia,  wspieraną  przez  kręgi 

finansjery. Komisja się rozwiązała, a w jej miejsce powstało Towarzystwo Rozwoju Kolonii Podmorskich. 

- To nieuczciwe działanie! 

Poczułem pieczenie na końcu języka, jakby wlano mi do gardła Ŝrący kwas. Czy naprawdę rozgniewałem 

się, czy tylko pomyślałem, Ŝe powinienem się gniewać, albo teŜ udawałem gniew? Nie wiedziałem, lecz czułem, Ŝe 

w tym momencie naleŜałoby krzyczeć. 

-  Jeśli  o  tym  wszystkim  wiedziałeś...  -  zacząłem,  lecz  zdrętwiałe  szczęki  odmawiały  posłuszeństwa  - 

dlaczego od razu nie powiedziałeś? Gdybym wiedział od początku, na pewno inaczej bym się zachował. 

- Czy naprawdę? - zapytał ostro Tanomogi, podnosząc wzrok. 

-  Oczywiście,  Ŝe  tak!  -  zawołałem,  choć  był  to  raczej  jęk.  -  Jak  moŜna  było  ukrywać  tak  bardzo 

niepokojącą wiadomość?! 

- UwaŜam, Ŝe nie moŜna było inaczej. Gdybym wcześniej uchylił rąbka tajemnicy, pan profesor na pewno 

jeszcze usilniej starałby się uchwycić aktualnej rzeczywistości i toczył bezsensowne boje. 

- Dlaczego? 

- PoniewaŜ upadek Ziemi napawałby pana trwogą. 

- Na pewno! 

- Czy istnienie akwanów mogłoby uwolnić pana od tej trwogi? 

Próbowałem odpowiedzieć, lecz nie mogłem. Zacząłem chrypieć, jakbym się przeziębił. Wydałem z siebie 

pisk  bezradnego  zwierzątka.  Górna  część  ciała  była  rozgrzana,  lecz  od  kolan  czułem  dziwny  chłód.  Jakby  śmierć 

wpełzała we mnie od dołu. 

background image

- Ja - Tanomogi mówił powoli - traktuję podwodne wulkany jako zjawisko drugorzędne. 

- Dlaczego? - zapytałem coraz bardziej niespokojny. 

-  Współczesność  to  nie  jest  Epoka  Międzylodowcowa,  to  po  prostu  kres  Czwartej  Epoki 

Międzylodowcowej. Nie, to być moŜe początek nowych ruchów geologicznych. 

- No dobrze, niezaleŜnie od tego, czy  nastąpi  katastrofa, czy nie, załoŜenie  kolonii podwodnych  ma i tak 

ogromne znaczenie. Nie dlatego, Ŝe jest nieuniknione, lecz po prostu w pozytywnym sensie, poniewaŜ jest kreacją 

nowego świata. Osobiście uwaŜam problem podnoszenia się poziomu wód w morzach za dobrą okazję do skłonienia 

decydentów, by jasno określili poczynania, które muszą być podjęte. 

- To herezja! Tanomogi-san, to herezja. 

- Niech będzie i herezja, widocznie róŜnimy się z Tomoyasu postawami. Oczywiście, profesorze, chociaŜ 

wspólnie  działamy,  to  jednak  niekoniecznie  wyznajemy  tę  samą  filozofię.  Prawda,  Tomoyasu-san?  Mówiąc 

szczerze, to kręgi finansjery zamierzały potajemnie trochę na tym zarobić. Zresztą, czy moŜna uznać, Ŝe na darmo 

wyrzucają własne pieniądze na rzecz przyszłości? 

-  Przesadzasz  -  rzekł  Tomoyasu  z  gniewną  miną,  podnosząc  brodę.  -  Czy  to  jest  rzecz  drugorzędna,  czy 

trzeciorzędna, to i tak miasta i pola, i wszystko inne na pewno zatonie. Tylko to jest pewne. 

Znów  pojawia  się  obraz  telewizyjny,  tym  razem  z  widokiem  szkoły  ćwiczeń  dla  modelowych  akwanów, 

komentuje Yamamoto: 

 

(...na  tle  nieboskłonu  czerniejącego  morza  w  rozkołysanej  wodzie  unosi  się  bielejący  i  błyszczący 

przedmiot w kształcie tulipana wspartego na jednej łodydze). 

 

-  To  jest  budynek  modelowej  szkoły.  Ciekawy  architektonicznie,  prawda?  Wykonany  całkowicie  z 

plastyku,  ściany  mają  przestrzeń  wypełnioną  gazem.  Dzięki  temu  unosi  się  w  wodzie.  W  ten  sposób  róŜni  się  od 

struktury naziemnej, uzaleŜnionej od przyciągania ziemskiego. Wewnątrz mieszkają akwany. Mogą swobodnie się 

poruszać,  nie  zwracając  uwagi  ani  na  sufit,  ani  na  podłogę.  Nie  muszą  być  skazane  na  jeden  poziom.  Wyjścia  i 

wejścia u góry są stale otwarte. Widzi pan, jaka to prosta kombinacja? Przy tym cokolwiek o niej powiedzieć, jedno 

jest  pewne:  jest  wygodna.  Wewnątrz  nie  potrzeba  powietrza,  nie  trzeba  teŜ  przejmować  się  przeciekami  ani 

ciśnieniem wody. Morze w głębi jest spokojne i ciche... 

 

(Budynek się przybliŜa). 

 

- Jest duŜy, prawda? 

- Aktualnie przebywa w nim tylko dwustu czterdziestu mieszkańców, ale gdy przybędzie dzieci, będzie tu 

mogło  zamieszkać  nawet  tysiąc.  Mieści  się  tu  szkoła  i  internat.  Niezły  budynek.  W  przyszłości  stanie  tutaj 

dwadzieścia jeden takich samych budowli. Co roku po trzysta osób, od piątego do dziesiątego roku Ŝycia, łącznie 

dwadzieścia  jeden  tysięcy.  Łatwo  je  budować.  Wkrótce  przystąpimy  do  masowej  produkcji.  Przywozi  się  cztery 

naraz, kaŜdy złoŜony, mieszczący się na jednej cięŜarówce, wystarczy na miejscu połączyć części, wpuścić gaz, i to 

wszystko. MoŜe jedynie umocowanie fundamentu na dnie morza jest pracochłonne. 

 

background image

(Kamera  pełznie  po  ścianie  w  górę.  Pojawiają  się  kolejne  pasma  łagodnego  światła.  Źródło  światła  jest 

chyba wbudowane w ściany. Przez ekran przepływa ławica ryb). 

 

-  Proszę  patrzeć  uwaŜnie.  Światła  lekko  się  rozjaśniają,  to  znów  ściemniają.  Ten  rytm  róŜni  się  nieco  na 

kolejnych poziomach. W ten sposób światło pełni rolę wabika dla ryb. Rozmaite gatunki róŜnie reagują na natęŜenie 

ś

wiatła, schodzą więc w dół. A tam czeka na nie szeroko otwarte wejście. To rodzaj technicznie nowoczesnej sieci. 

Myślę, Ŝe ta metoda łowienia ryb upowszechni się w przyszłości. Jest bardzo efektywna. Co więcej, rybacy, którzy 

tu przybywają... 

- Co to znaczy “tu"? 

- Chyba w połowie drogi między Urayasu i Kisarazu. 

- Jak zdołaliście dotąd utrzymać tajemnicę? 

- Akurat w tym miejscu jest pięćdziesiąt do sześćdziesięciu metrów głębokości. Poza tym wybraliśmy stąd 

muł  na  jakieś  dwadzieścia  metrów,  to  znaczy  na  wysokość  budynku.  Na  tę  głębokość  nie  moŜna  dopłynąć  bez 

odpowiedniego sprzętu do nurkowania. A na naszych uczniów zwracamy baczną uwagę... 

- Co tu robią trenerzy? 

- Teraz wydłuŜają wsporniki, by dach znajdował się dwadzieścia metrów od powierzchni wody. 

 

(Kamera  dochodzi  do  górnej  części  konstrukcji.  Ukazuje  się  duŜa  okrągła  dziura  w  środku  wypukłej 

powierzchni.  A  w  niej  unosi  się  w  wodzie  chłopiec  opierający  się  nogą  o  brzeg  otworu.  Przy  jego  plecach  pływa 

ryba wielkości dłoni). 

 

-  Przypłynął  nam  na  spotkanie.  To  jest  akwan  numer  jeden.  Najstarszy.  Ma  osiem  lat,  lecz  wygląda  na 

dwanaście  lub  nawet  więcej.  W  morzu  wszystko  dojrzewa  zaskakująco  szybko.  Czytałem  w  jakiejś  publikacji 

Akademii  Nauk  ZSRR,  Ŝe  oceaniczne  rośliny  wykazują  prawie  stuprocentową  biologiczną  aktywność  w 

porównaniu z pięcioprocentową roślin lądowych.  A co do zwierząt, to  wystarczy przypomnieć, Ŝe słoń potrzebuje 

około czterdziestu lat do osiągnięcia dorosłości, podczas gdy dwu- lub trzyletni wieloryb jest zdolny do wydania na 

ś

wiat potomstwa. 

 

 (Chłopiec otwiera usta, zgrzyta zębami i opuszcza głowę. Lekko odpycha rybę, która chce się otrzeć o jego 

wargi.  Wygląda,  jakby  się  uśmiechał.  Być  moŜe  chodzi  tu  o  coś  innego.  Jego  ciało  okrywa  szara  kurtka  i 

kombinezon,  na  stopach  ma  płetwy.  Jasne  włosy  unoszą  się  w  wodzie.  Gdyby  nie  ostrość  spojrzenia  dziwnie 

szeroko  otwartych  owalnych  oczu,  jego  z  wyglądu  delikatne,  pełne  wdzięku  ciało  niczym  nie  róŜniłoby  się  od 

dziewczęcego,  prawdopodobnie  z  powodu  ciśnienia  wody.  Tylko  te  skrzela  i  zapadła  klatka  piersiowa  sprawiają 

niesamowite wraŜenie). 

 

-  Ryba  jest  oswojona.  Chłopiec  lubi  zwierzęta.  Jego  imię  przełoŜone  na  język  mówiony  brzmi  Iriri.  To 

tylko symbol. Proszę jeszcze popatrzeć tam, na górę... 

 

(ZbliŜenie powierzchni dachu. Pod chyba plastykowym pokryciem coś bujnie rośnie). 

 

background image

- To się nazywa Scenedesmus quadricanda, typ chlorelli, lecz od samego początku tę słodkowodną roślinę 

zaaklimatyzowaliśmy do rozwoju w morskiej wodzie. Jest idealnym źródłem poŜywienia, zawiera ponad dwanaście 

rodzajów waŜnych kwasów aminowych. Ciastka zrobione z tego są ulubionym pokarmem dzieci. 

 

(Chłopiec  zgina  lekko  nogi  w  kolanach  i  w  tej  pozycji  spokojnie  zanurza  się  w  otworze.  Zgrzyta  zębami 

wzywając rybę. Kamera prowadzi go od tyłu. Chłopiec wykonuje obrót i rzutem głowy w dół przyspiesza. Stopy z 

płetwami poruszają się delikatnym rytmem. W dali czeka wiele dzieci uczepionych poręczy biegnącej w dół otworu 

w ścianie, to znów przepływających prostopadle przed kamerą. Hałasują jak rój owadów...) 

 

- Dobrze oswojona ryba. Trenując w ten sposób moglibyśmy chować ryby jak zwierzęta domowe. - Zwraca 

się w stronę mikrofonu: - Mógłbyś w tym miejscu zatrzymać? 

(Głucha odpowiedź w głośniku): 

- Chciałby pan zobaczyć salę robót? 

- Tak, na moment. 

 

(Kamera zatrzymuje się. Widok na ścianę i długi rząd owalnych drzwi w równym szeregu przypomina ule). 

 

- Na razie pokoje stoją puste, lecz tutaj znajduje się większość sal ćwiczeniowych. 

 

(ZbliŜa  się  do  jednego  z  wejść.  Chłopiec  złapał  rybkę  i  wpycha  swoje  włosy  do  jej  pyszczka,  lecz  nagle 

rusza dalej i znika w głębi). 

 

-  Nazywamy  je  klasami,  ale  później  będą  tu  małe  fabryki,  w  których  będzie  moŜna  prowadzić 

doświadczenia fizyczne i produkować Ŝywność. Za pięć lat, gdy najstarsza klasa stanie się załogą pracowniczą, będą 

samowystarczalni pod kaŜdym względem. 

- Co będą robić po zakończeniu nauki? 

-  Buduje  się  juŜ  podmorskie  fabryki,  więc  tam  znajdą  zatrudnienie.  Inni  będą  pracować  w  podwodnych 

kopalniach, na polach naftowych... Mamy teraz problem z brakiem rąk do pracy na podwodnych pastwiskach. Tam 

teŜ  będą  mile  widziani.  Najzdolniejsi  zostaną  skierowani  do  wydziałów  specjalnych,  by  kształcić  się  na  lekarzy, 

inŜynierów, techników. Będą pomagać ludziom i w przyszłości nas zastąpią. 

(Tomoyasu ostrzegająco:) 

- Istnieje całkowicie odmienny pogląd na temat tego specjalnego kształcenia. 

- To Ŝaden problem. Są granice tego, co mogą zrobić ludzie lądowi, a poza tym ich liczba jest absolutnie 

niewystarczająca. 

 

(Ukazuje się wnętrze pokoju. Nie ma tu jakichś specjalnych stołów do pracy, tylko zewsząd - z podłogi, ze 

ś

cian, z sufitu - wystają kołki i haki, wiszą róŜne półki. Niektóre narzędzia są nawet uczepione do balonów, chłopiec 

spogląda dumnie w kamerę, to znów na narzędzia, porównuje je). 

 

- Proszę zobaczyć, to są wynalazki Iriri. - (Do mikrofonu:) - Czy mógłbyś któregoś uŜyć? 

background image

 

(Odgłos skrzypienia... Chłopiec kiwa głową, bierze narzędzia, łączy je z rurą wystającą w rogu pokoju). 

 

- SpręŜone powietrze. To główna energia pod wodą. Dysponują teŜ prochem zgazyfikowanym i płynnym 

gazem. 

 

(Chłopiec przekręca kurek. Narzędzie zaczyna drgać i wypuszczać bąble. Ulatują pod sufit, gdzie łączą się 

w  duŜą  kulę,  która  zostaje  wessana  przez  otwór  w  suficie.  Ryba  płynie  za  tą  kulą  i  próbuje  chwycić  w  pyszczek. 

Potem chłopiec przykłada drgający kołek do winylowej deski i natychmiast ją przecina). 

 

- To jest automatyczna piła. Niezwykłe, prawda? Sam to wymyślił. I wszystko wykonał ręcznie. Sala robót 

wyposaŜona  jest  w  rozmaite  narzędzia.  Tutaj  plastyk  zastępuje  metal,  moŜna  więc  powiedzieć,  Ŝe  opanowanie 

wykorzystania  plastyku  jest  podstawą  podwodnego  Ŝycia.  To  trochę  dziwne...  To  dziecko  ma  zaledwie  osiem  lat. 

Pod wodą dojrzewa bardzo szybko, nie tylko fizycznie. 

-  A  skąd  czerpiecie  energię?  Do  produkcji  plastyku  potrzebne  są  dość  wysokie  temperatury,  a  przy  tym 

ś

wiatło w tym pokoju... 

- Oczywiście, elektryczne. Wraz z rozwojem techniki izolacyjnej udało się stosunkowo łatwo wprowadzić 

tu energię elektryczną. Zresztą to jeden z najtrudniejszych problemów. W kaŜdym razie nie sposób sobie poradzić 

tutaj bez elektryczności. 

- Nie? 

- Absolutnie nie. Nawet gdyby wykorzystać do ogrzewania i wytwarzania mocy dynamicznej inne źródło. 

Na  przykład  jeśli  idzie  o  łączność,  fale  elektryczne  są  bezuŜyteczne  w  wodzie.  NaleŜy,  oczywiście,  posłuŜyć  się 

falami  ultradźwiękowymi,  ale  do  ich  wysłania  i  przyjęcia  potrzebna  jest  elektryczność.  Ponadto  w  odpowiednim 

czasie chcielibyśmy posłuŜyć się spręŜonym powietrzem dla zachowania samowystarczalności i uniezaleŜnienia się 

od lądu. Teraz jesteśmy połączeni kablem. W przyszłości będą w uŜyciu miniaturowe generatory atomowe, albo teŜ 

wytworzymy  efektywny  generator  na  cięŜkie  oleje  lub  generator  gazowy,  funkcjonujący  dzięki  sile  nośnej  wody. 

Tak czy  inaczej  musimy  się  uniezaleŜnić. Wtedy  moŜna by podwodny instytut załoŜyć  daleko od lądu, czy  nawet 

zbudować ogromne miasto. To nie sen... Och, znów wynalazek? 

 

(Tym  razem  na  jednej  trzeciej  wysokości  chłopiec  wyciągnął  prosty  drąŜek  z  pedałami.  Gdy  postawił  go 

pionowo, oparł się o niego, nacisnął pedał i uniósł się w górę, a następnie pochylił i wtedy popłynął w bok. Było to 

moŜliwe dzięki obracającej się śrubie na końcu drąŜka). 

 

- To podwodny rower. Chłopiec jest zadowolony, wręcz dumny, gdy oglądamy, jak na nim jeździ. 

- Zaskakująco towarzyski. 

- Tak, Iriri jest wyjątkowo towarzyski. On pierwszy był poddany eksperymentowi, na pewno popełniliśmy 

szereg  błędów  w  procesie  jego  rozwoju.  Na  przykład  nie  zniknęły  mu  całkowicie  gruczoły  wydzielania 

zewnętrznego. MoŜe pan zauwaŜył, Ŝe jego oczy są owalne. Pozostały jeszcze nieznaczne ślady gruczołów łzowych 

z lewej strony. To pewnie przyczyna niedoskonałego spalania. 

- Niedoskonałego spalania? 

background image

-  Czy  pan  wie,  Ŝe  ludzkie  emocje  w  duŜym  stopniu  zaleŜą  od  wraŜliwości  skóry  i  błony  śluzowej?  Na 

przykład  “czuć  się  przyjemnie",  “czuć  szorstkość,  lepkie  swędzenie"  -  to  tylko  kilka  przykładów  określeń 

wyraŜających metaforycznie wewnętrzny nastrój lub zewnętrzną atmosferę. Te zewnętrzne odczucia ciała, mówiąc 

krótko, są wyrazem instynktownego pragnienia zachowania morza w nas samych. MoŜe wydawać się, Ŝe zbaczam z 

tematu, proszę jednak o chwilę cierpliwości, bo to chyba jest istotne. Jak pan  wie, ludzie są  wysoce rozwiniętymi 

stworzeniami  lądowymi,  zbudowanymi  prawie  wyłącznie  ze  składników  morza,  z  krwi,  kości  i  plazmy.  Nie  tylko 

początki  Ŝycia  były  wynikiem  krystalizacji  morza,  lecz  takŜe  później  Ŝycie  cały  czas  zaleŜy  od  morza.  Nawet  po 

wyjściu z morza zachowała się jego cząstka na skórze. Człowiek jest do tego stopnia związany z morzem, Ŝe kiedy 

zachoruje,  musi  się  leczyć  solankowymi  zastrzykami.  Skóra  jest  niczym  innym  jak  tylko  transformatą  morza. 

ChociaŜ jej odporność jest duŜa, to jednak od czasu do czasu musi sięgać po pomoc morza. Gruczoły wydzielania 

zewnętrznego  wzmacniają  zmęczoną  skórę.  Łzy  są  morzem  oczu.  Dlatego  teŜ  nasze  odczucia,  tzn.  stymulacja  i 

kontrola gruczołów wydzielania zewnętrznego, są wyrazem walki morza z zagroŜeniem ze strony lądu. 

- Bez tego nie byłoby uczuć? 

-  Nie,  tego  nie  powiedziałem,  lecz  twierdzę,  Ŝe  mają  one  całkowicie  inną  jakość,  niŜ  to  sobie  dotąd 

wyobraŜaliśmy.  Teraz  akwani  są  w  wodzie  i  na  razie  muszą  walczyć  z  atmosferą.  Chodzi  o  to,  Ŝe  ryba  nie  zna 

strachu przed ogniem. 

 

(Chłopiec zręcznie manipuluje rowerem wodnym i rozpoczyna grę w berka z oswojoną rybą). 

 

- Gdy patrzę na inne dzieci i porównuję je z Iririm, czasem ogarnia mnie niepokój. Zastanawiam się, czy 

nie są pozbawione uczuć lub czy nie mają innych serc. 

- To znaczy, Ŝe tylko ten chłopiec przypomina człowieka? 

-  Tak,  moŜna  zrozumieć,  co  robi.  -  (Stawał  się  coraz  bardziej  sentymentalny).  -  MoŜna  jednak  postawić 

pytanie, czy lądowe serce nie jest w morzu tylko sprawą niecałkowitego spalania? 

 

(Goniąc za rybą chłopiec przepływa obok kamery i znika). 

 

- Czy nie jest to źródłem jego inteligencji? 

-  Nie,  inne  dzieci  nie  są  wcale  mniej  zdolne  od  niego.  Na  przykład  dziecko  o  trzy  miesiące  młodsze 

skonstruowało  zegarek  oparty  na  zasadzie  alternacji  bąbelków  wodnych.  Nazywamy  to  zegarem,  lecz  jego 

wskazówki obracają się co piętnaście minut. 

 

(Kamera przesuwa się w ślad za chłopcem w stronę jego kolegów). 

 

(Odzyskał spokój, teraz znów mówił jasno, tonem urzędowym). 

-  Ten  środkowy  pokład  jest  przeznaczony  na  mieszkania,  poniŜej  znajdują  się  odrębne  klasy  dla 

poszczególnych roczników. Podobnie jak u nas, ich nauka równieŜ rozpoczyna się od pisania, czytania i arytmetyki. 

Nie  jesteśmy  pewni,  co  robić  dalej,  na  razie  przyjęliśmy  program  dostosowany  do  ich  warunków  Ŝycia,  a  więc 

połoŜyliśmy nacisk na fizykę ciała płynnego i chemię molekularną. Nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć ich 

background image

potrzeb.  Dopiero  gdy  wykształcą  własnych  nauczycieli,  będą  mogli  ustalić  właściwy  program  nauki.  W  końcu 

powietrze i woda zbyt się róŜnią z punktu widzenia zmysłowego. 

 

(Szereg balkonów, jeden nad drugim... bawiące się dzieci... jedne wykazują nie skrywaną ciekawość, inne 

są prawie obojętne). 

 

- MoŜe nie ma nawet potrzeby o tym wspominać, ale tutaj nie uczą się ani historii, ani geografii czy nauk 

społecznych. Nie mogliśmy się zdecydować, jak im przyswoić wiedzę na temat stosunków międzyludzkich, a takŜe 

stosunków między akwanami. 

(Tomoyasu pociągnął nosem). 

- To oczywiste. Byłoby błędem zaszczepiać w nich wieczny Ŝal... 

- Nie... - (Lekko potrząsnął głową). - Mówiąc to przeceniasz ludzi lądowych. 

 

(Zarówno  pełne  ciekawości,  jak  i  wykazujące  obojętność  dzieci  charakteryzuje  niezwykły  chłód,  z  jakim 

patrzą  na  ciebie.  Odnosi  się  wraŜenie,  Ŝe  stałeś  się  przedmiotem.  MoŜna  zrozumieć  słowa  Yamamoto,  który 

wspomniał, Ŝe wydają się nie mieć uczuć. 

Jakiś figlarz podbiega do kamery i próbuje zasłonić obiektyw rękami... Dziewczynka zachłannie obserwuje 

robaka  pełzającego  po  ścianie...  Grupa  chłopców  otacza  Iririego  i  wnikliwie  ogląda  jego  rower...  Dziewczynka 

chwyta zabłąkaną rybkę i wpycha ją sobie do ust, a wtedy stojący obok chłopiec wkłada jej palec do nosa, potrząsa 

nią  i  zmusza  do  wyplucia...  Inna  dziewczynka  unosząca  się  na  plecach  pozwala  chłopcu  lizać  się  pod  pachami... 

Mieszana  Ŝeńsko-męska  grupa,  chyba  dyŜurnych,  krąŜy  wycierając  ściany  za  pomocą  odkurzacza  poruszanego 

spręŜonym gazem. Jakiś chłopiec głaszcze po pysku psa wodnego, który wtulił ogon między nogi...) 

 

- To byłoby tyle w duŜym skrócie. Aiba, proszę juŜ wyłączyć... 

 

(Ktoś  mimo  woli  westchnął  głośno... Obraz na ekranie zadrŜał, skurczył  się do jednego punktu i zniknął, 

pozostawiając po sobie cień...) 

 

ODBITKA ŚWIATŁODRUKOWA 

 

 

34 

 

Nikt  się  nie  poruszył,  gdy  w  monitorze  zniknął  drgający,  malejący  obraz.  Nikt  teŜ  nie  zapalił  w  pokoju 

ś

wiatła  ani  się  o  to  nie  upomniał.  MoŜe  jeszcze  będzie  jakiś  ciąg  dalszy  -  pomyślałem,  odetchnąwszy  z  ulgą. 

Przynajmniej przez ten czas pozostanę przy Ŝyciu. 

Gdy  cisza  się  przedłuŜała,  szybko  narastał  strach.  Dziwne,  Ŝe  tak  bardzo  przytłoczyło  mnie  to,  co 

zobaczyłem na ekranie, i chociaŜ buntowałem się wewnętrznie, obudziło się we mnie zainteresowanie. Mimo woli 

zastanawiałem  się nad stosunkiem liczby chłopców do dziewcząt  -  wydało  mi  się, Ŝe  w przybliŜeniu było ich tyle 

samo.  To  znów  myślałem  o  przyszłych  ślubach,  poddawałem  się  więc  całkiem  ludzkiemu,  jak  mi  się  wydawało, 

background image

nastrojowi panującemu w sali ćwiczeń. Znów powróciłem do ciemności, oprzytomniałem i pomyślałem, Ŝe to moŜe 

ja  jestem  poddany  eksperymentowi.  I  czekam  na  śmierć...  FiliŜanka  współczucia  podana  skazańcowi... 

Zastanawiałem się, czy mi powiedzą, iŜ zaszła jakaś zmiana w sposobie zadania mi śmiertelnego ciosu. 

Paznokcie wbijały mi się w dłonie. Miałem wraŜenie, Ŝe zostałem unieruchomiony w gipsie, i tak trwałem 

uczepiwszy  się  tej  chwili.  A  moŜe  po  prostu  zostałem  zmuszony  przez  swoje  alter  ego,  ową  wartość  prognozy 

drugiego stopnia, do myślenia, Ŝe to ja sam pragnę śmierci? Co zasiało we mnie zwątpienie w moŜliwości maszyny 

prognostycznej?  OtóŜ  zgoda  na  dyktowane  przez  nią  wyroki  losu  i  mimowolne  poddanie  się  biegowi  rzeczy 

zamknęło  mnie  w  bezsensownym  kręgu  teorii  cyklu,  która  przypomina  jedynie  wróŜenie  za  pomocą  medalu  o 

jednakowych obu stronach. A przecieŜ Ŝeby odrzucić bezsensowną śmierć, chyba nie wystarczy przeświadczenie, Ŝe 

nie chcę umierać. 

Pomyślałem, Ŝe juŜ dłuŜej nie wytrzymam. Lecz myśl nie jest równoznaczna z działaniem. Oczywiście, nie 

chodzi  o  to,  Ŝe  nie  zdawałem  sobie  sprawy  z  własnej  sytuacji.  Ta  martwa  cisza  nie  pozwalała  mi  oderwać  się 

poprzez  natęŜenie  uczuć,  pewną  szansę  dawało  mi  raczej  złagodzenie  napięcia.  Napięcie  przenikało  mnie  do  tego 

stopnia, Ŝe mięśnie w całym ciele zesztywniały niczym stara skóra, więc zwykłe poruszenie głową mogło wywołać 

zgrzyt. 

Wreszcie  Aiba  podniósł  głowę  i  wstał  z  miejsca;  widocznie  chciał  o  coś  zapytać.  Korzystając  z  okazji 

obróciłem  się  gwałtownie,  jakbym  chciał  wyrwać  się  z  więzów.  Struny  głosowe  stwardniały,  jakby  usztywnione 

parafiną, i wydały Ŝałosny dźwięk. W tym momencie całkowicie straciłem szacunek dla samego siebie. 

- Na pewno trudniej Ŝyć na lądzie niŜ w morzu. Właśnie z powodu tych trudności istoty Ŝywe rozwinęły się 

i przekształciły w ludzi. Mimo wszystko nie mogę zaakceptować niczego z tego planu... 

- Tak przypuszczałam - mruknęła Wada. 

- To uprzedzenie. - Yamamoto odzyskał równowagę i przybrał optymistyczny ton. - To pewne, Ŝe walka z 

przyrodą doprowadziła do ewolucji Ŝywych stworzeń. Faktem jest równieŜ, Ŝe cztery epoki lodowcowe i trzy epoki 

międzylodowcowe  spowodowały  rozwój  od  Australopiteka  do  współczesnego  człowieka.  Nie  pamiętam,  kto  tak 

ładnie powiedział, Ŝe to stworzenie, które nazywamy człowiekiem, jest po prostu uczniem zrodzonym z chusteczki 

czarnoksięŜnika,  któremu  na  imię  Lodowiec.  Rodzaj  ludzki  ostatecznie  podbił  przyrodę.  Prawie  wszystkie  twory 

natury poddał melioracji, z dzikich stworzeń uczynił sztuczne. To znaczy człowiek posiadł siłę pozwalającą zmienić 

ewolucję  z  czegoś  przypadkowego  w  coś  świadomego.  CzyŜ  więc  nie  moŜna  uwaŜać,  Ŝe  cel,  do  którego  Ŝywe 

stworzenia dąŜyły wypełzając z morza na ląd, juŜ nie istnieje? Dawniej musieliśmy wciąŜ polerować stare soczewki, 

teraz soczewki ze sztucznego tworzywa od początku są gładkie i błyszczące. 

JuŜ minęła epoka, w której obowiązywała prawda, Ŝe cierpienie uszlachetnia. Człowiek sam wyzwolił się z 

dzikości.  CzyŜ  nie  nadszedł  właściwy  czas,  by  wreszcie  zrekonstruował  siebie  zgodnie  z  racjonalnymi  zasadami? 

Gdyby  to  uczynił,  koło  walki  i  ewolucji  by  się  zamknęło.  Myślę,  Ŝe  nadszedł  czas  powrotu  do  morza,  które  jest 

pierwotnym domem człowieka nie jako niewolnika, lecz pana i władcy. 

I chociaŜ nie wiadomo dlaczego westchnąłem, odzyskałem siłę i powiedziałem: 

-  Lecz niewolnik pozostaje niewolnikiem. PrzecieŜ są ludem  kolonialnym,  nie  mają ani  swego rządu, ani 

swoich polityków. 

-  Teraz  tak  -  wtrącił  się  zniecierpliwiony  Tanomogi.  -  Lecz  w  kaŜdej  epoce  nowe  rodziło  się  zwykle  z 

niewolnictwa. 

background image

- Ale czy akceptacja akwanów nie oznacza jednocześnie negacji nas samych? Ludzie na lądzie staną się za 

Ŝ

ycia reliktem przeszłości. 

-  Trzeba  to  znieść,  wytrwać  mimo  zerwania  ciągłości,  bo  jest  to  równoznaczne  ze  zwróceniem  się  ku 

przyszłości... 

- Ale jeśli ja jestem zdrajcą dla akwanów, to czyŜ wy nie jesteście zdrajcami ludzi Ŝyjących na lądzie?! 

- Profesorze, a moŜe jednak naleŜałoby pomyśleć nieco inaczej? - Tomoyasu potrząsnął głową, pokazując 

jak jemu łatwo przychodzi zrozumieć to wszystko. - Z jednej strony ulice wypełniają się bezrobotnymi i pogarsza 

się wciąŜ sytuacja na rynku... 

-  Oczywiście,  oczywiście,  zawsze  moŜna  uzasadniać  tak  czy  siak...  Ale  nie  macie  Ŝadnego  prawa 

utrzymywać w tajemnicy tak straszliwych planów. Absolutnie nie macie prawa! 

-  Jednak  mamy.  To  prawo  dane  akwanom  przez  maszynę  prognostyczną.  Poza  tym,  gdy  nadejdzie 

właściwy czas, ogłosimy je publicznie. 

- Kiedy? 

-  Gdy  większość  matek  będzie  miała  chociaŜ  jedno  dziecko  Ŝyjące  w  wodzie.  Kiedy  uprzedzenia  do 

akwanów znikną, gdy minie lęk, który zniekształca rzeczywistość... Do tego czasu strach przed potopem stanie się 

realny i ludzie będą musieli wybierać między wojną o resztki lądu a akwanami jako przedstawicielami przyszłości. 

Oczywiście, lud - dodał, odsuwając hałaśliwie krzesło - lud wybierze akwanów. 

Gdy  skończył  mówić,  odwrócił  się,  rozejrzał  i  dał  jakiś  znak  Aibie.  Ten  gest  wydał  mi  się  okropnie 

bezlitosny, przestraszyłem się go tak, jakbym w ciemności uderzył się o róg budynku. Aiba w mgnieniu oka zerwał 

się z miejsca i włoŜył do maszyny wcześniej przygotowaną kartę z programem. Poruszył kilka przycisków, patrząc 

przez okienko kontrolne. 

Nagle  w  lewym  boku  poczułem  ból,  jakby  mnie  ktoś  ukłuł  igłą.  To  nie  była  igła,  lecz  prawa  ręka 

Tanomogiego. Nie zauwaŜyłem, kiedy stanął obok mnie, pochylił się i cicho powiedział: 

-  Profesorze,  to  prognoza  przyszłości...  To  blue  print  prawdziwej  przyszłości...  WyobraŜam  sobie,  jak 

bardzo chciał pan ją poznać. 

 

 

35 

 

Maszyna opowiedziała następującą historię: 

 

Na  głębokości  pięciu  tysięcy  metrów  nagle  uniosła  się  równina  pokryta  grubą,  podziurawioną  warstwą 

błota, niby sierścią wymarłego zwierzęcia. I natychmiast rozsypała się, zmieniła się w ciemną chmurę, zabulgotała i 

wygasiła gwiazdki planktonu przepływającego ławicą przy czarnej przezroczystej ścianie. 

ObnaŜyła się popękana skalna płyta. Ze szczelin wypłynęła iskrząca się brązowa, galaretowata masa, która 

plując ogromnymi bąblami powietrza  nabrzmiewała  na obszarze kilku  metrów, a  następnie rozpostarła gałęzie jak 

korzenie  starej  sosny.  Jaśniejąca  w  mroku  magma  znikała  z  pola  widzenia.  Po  niej  pozostał  ogromny  słup  pary, 

który przebił warstwę marine snow, zamienił się w wir i rozpadając się bezgłośnie parł do góry. Lecz ten słup teŜ 

zniknął pośród cząsteczek wielkiej wody i nigdy nie dotarł do odległej powierzchni morza. 

background image

Właśnie w tym momencie, dwie mile morskie dalej, statek frachtowo-pasaŜerski “Nanchô-maru" płynął w 

stronę  Jokohamy.  Niespodziewane  drŜenie  i  skrzypienie  statku,  trwające  krótką  chwilę,  zaniepokoiło  pasaŜerów  i 

załogę. Nawet stojący na mostku drugi oficer zwrócił uwagę na stado wyskakujących bezładnie w górę delfinów i 

nagłą zmianą barwy morza. Nie uznał jednak za stosowne zanotować tego w księdze pokładowej. Na niebie świeciło 

lipcowe słońce podobne do roztopionej rtęci. 

W  tym  czasie  niewidoczne  pulsowanie  morza  juŜ  przekształciło  się  w  długie  fale  tsunami,  które  z 

niewiarygodną szybkością siedmiuset dwudziestu kilometrów na godzinę zmierzały w stronę lądu... 

Tsunami przeszły jak powiew wiatru ponad kilku pastwiskami podwodnymi, nad polami naftowymi i lasem 

“tulipanów". Wielu akwanów pochłoniętych poszukiwaniem rybiej ikry nawet nie zauwaŜyło jakiejkolwiek zmiany. 

Następnego  ranka  fale  tsunami  zalały  wybrzeŜe  od  Shizuoki  po  Bôsô.  Statek  “Nanchô-maru"  otrzymał 

wiadomość, Ŝe Jokohama nie istnieje, zatrzymał się więc na otwartym morzu. 

Kapitan  statku  całkowicie  zdezorientowany  wyraŜeniem  “Jokohama  nie  istnieje" jeszcze  bardziej  zdziwił 

się postawą pasaŜerów. Co oznacza ich spokój? - zastanawiał się. To dziwne zachowanie charakteryzowało ich od 

początku. PasaŜerowie, którzy wynajęli ten statek, załadowali nań ogromną maszynę i gdy przybyli do celu, nawet 

nie zamierzali jej wyładować. Kazali zawrócić statek, a podczas podróŜy wciąŜ wchodzili i wychodzili z ładowni, 

zamienionej przez nich na jakąś pracownię, i coś robili przy tej  maszynie. Kim jest ten  Tanomogi i jego ludzie? - 

rozmyślał kapitan. 

- Ach, to ty jesteś? 

- Oczywiście. 

- Milczałeś wiedząc, Ŝe port w Jokohamie zostanie zniszczony. 

- Nie, nie milczałem. Większość się uratowała, poniewaŜ ostrzeŜono ich wcześniej. 

- Więc ja teŜ znalazłem się na tym statku? 

- Nie, profesorze, pan juŜ dawno... 

 

Fala  powodzi  się  nie  cofała.  Chłopiec  i  dziewczynka  chodzili  podnieceni  wzdłuŜ  brzegu  morza  w 

poszukiwaniu zdobyczy. Podnieśli coś myśląc, Ŝe to bransoletka, ale były to sztuczne zęby. Niczego wartościowego 

nie  znaleźli.  Wtedy  dziewczynka  zobaczyła  topielca.  PrzeraŜona  chciała  zawrócić,  lecz  chłopiec  uparł  się,  Ŝeby 

odwrócić  ciało  twarzą  do  góry.  Nagle  topielec  sam  się  odwrócił,  szczerząc  zęby  i  wysuwając  język,  po  czym 

odpłynął w morze. Faktycznie był to akwan-zwiadowca. Nie wiedząc o tym, dziewczynka dostała histerii i straciła 

przytomność. 

 

Woda  nie  ustąpiła,  a  nieustające  trzęsienia  ziemi  i  pogłoski  o  dziwacznych  topielcach  napawały  ludzi 

dodatkowym  niepokojem.  Najbardziej  przeraŜała  wprost  niewiarygodna  wiadomość,  Ŝe  rząd  zniknął.  Oczywiście, 

była to tylko plotka, ale nie całkiem bezpodstawna. Po prostu rząd juŜ się przeniósł na morze. 

Budynki  rządowe  stały  na  podmorskim  wzniesieniu,  otoczone  skalną  pustynią  i  lasem  wodorostów.  Z 

drugiej  strony  pod  łagodnym  zboczem,  za  dwudziestometrowym  rowem  stały  trzy  fabryki  w  kształcie 

pomarańczowych  tulipanów,  produkujące  głównie  magnezjum  i  plastyk.  Patrzący  na  ten  dziwny  krajobraz 

urzędnicy, znajdujący się w budynku w kształcie cylindrycznej tuby wypełnionej powietrzem i wspartym na trzech 

nogach, byli bardzo zajęci przygotowaniem ogłoszenia. 

background image

Po  pewnym  czasie  z  anteny  wystawionej  nad  powierzchnię  morza  popłynęło  w  świat  następujące 

oświadczenie: 

 

Ostatecznie  doszliśmy  do  końca  Czwartej  Epoki  Międzylodowcowej  i  wstąpiliśmy  w  nową 

erę geologiczną, musimy jednak uniknąć nieprzemyślanego działania i paniki. 

Rząd,  działając  w  ścisłej  tajemnicy,  stworzył  człowieka  Ŝyjącego  w  wodzie,  rozwijał  teŜ 

podwodne  kolonie,  aby  odtąd  móc  utrzymywać  międzynarodowe  stosunki  na  korzystnych 

warunkach.  Dziś  istnieje  juŜ  osiem  podmorskich  miast  zamieszkanych  przez  ponad  trzysta  tysięcy 

akwanów. 

Akwani są szczęśliwi i posłuszni, przyrzekli teŜ nieść wszelką pomoc w związku z katastrofą

Wkrótce dotrą do was środki ratunkowe, prawie wszystkie będą wysłane z dna morza. 

Japonia zgłosiła prawa do obszarów morskich określonych w odrębnym piśmie. 

Na  zakończenie  oświadczamy,  Ŝe  w  stosunku  do  matek  mających  dzieci  akwanów 

przewiduje się specjalną dostawę środków zaopatrzenia. Proszę czekać na odrębne ogłoszenie, które 

wkrótce nastąpi.

 

 

(Część audycji dotycząca specjalnych racji cieszyła się duŜym zainteresowaniem, poniewaŜ zdecydowana 

większość matek nabyła juŜ ten przywilej). 

 

Za  budynkiem  rządowym  stały  obok  siebie  jeszcze  trzy  trochę  mniejsze  budowle  o  podobnym  kształcie. 

Były  to  bardzo  pomysłowo  skonstruowane  domy  mieszkalne  wyposaŜone  nawet  w  helikoptery  umieszczone  na 

dachach.  W  rozległym  ogrodzie  otoczonym  kolczastym  drutem,  który  miał  za  zadanie  nie  dopuścić  na  teren 

akwariów,  znajdowały  się  doliny,  rafy  koralowe,  róŜnobarwne  gaje  roślin  wodnych.  Mieszkali  tu  ludzie 

oddychający  powietrzem,  którzy  w  pogodne  dni,  jeśli  nie  zajmowali  się  chwytaniem  owadów,  to  zakładali 

akwalungi  i  wpatrywali  się  w  pulsujące  przez  fale  promienie  słońca,  jakby  przez  szczeliny  w  matowym  szkle. 

Niektóre  rodziny  wychodziły  na  wycieczki  z  automatycznymi  harpunami.  Wynajęcie  pokoju  było  bardzo 

kosztowne, więc bez rządowej pomocy nie sposób było dostać mieszkanie. Oznacza to więc, Ŝe nie kaŜdy, kto tylko 

wyraził Ŝyczenie, mógł tutaj zamieszkać. 

Poza tym na lądzie moŜna było jakoś przeŜyć. Pracowały jeszcze elektrownie, fabryki, funkcjonowały ulice 

handlowe.  Mimo  wciąŜ  zbliŜającej  się  linii  brzegowej  i  postępującej  inflacji,  zwykli  ludzie  mieszkali  na  lądzie. 

Naturalnie, było coraz trudniej Ŝyć, więc wielu pracowało jako brygadierzy na farmach podwodnych i dzięki temu 

mogło  jakoś  związać  koniec  z  końcem.  Dziwny  ruch  zrodził  się  wśród  matek  na  lądzie,  a  jego  celem  było 

utrzymywanie bliskich kontaktów z własnymi dziećmi. Akwani jednak nie byli w stanie zrozumieć takich pragnień, 

więc  nawet  nie  starali  się  odpowiedzieć  na  Ŝyczenia  matek.  Rząd  udawał,  Ŝe  nie  dostrzega  problemu.  Powstały 

jednak prywatne przedsiębiorstwa organizujące zbiorowe wycieczki pod morze i czerpały z tego niemałe zyski. 

 

Zdarzył się wypadek: jakieś dziecko w akwalungu wystrzeliło z harpuna przez płot i zabiło akwana. Rząd 

oświadczył,  Ŝe  nie  ma  podstaw  prawnych  do  rozstrzygnięcia  tego  wypadku,  co  rozgniewało  akwanów.  Część 

zareagowała strajkiem. Chcąc nie chcąc, rząd musiał przyznać równość wobec prawa akwanom. W ten sposób spór 

background image

został  rozstrzygnięty,  ale  odtąd  stosunki  między  obu  stronami  zmieniły  się  radykalnie.  Po  kilku  latach  do  rządu 

dopuszczono takŜe rekrutujących się spośród akwanów specjalistów z dziedziny prawa, handlu i inŜynierii. 

 

Wraz  z  upływem  lat  wzmogło  się  tempo  podnoszenia  się  poziomu  wody.  Ludzie  nadal  przenosili  się  na 

wyŜej połoŜone tereny i w ten sposób wyzbyli się nawyku Ŝycia osiadłego. Nie było juŜ kolei ani elektrowni. Ludzie 

Ŝ

yli bez celu, z jałmuŜny dawanej przez akwanów. Na niektórych brzegach ktoś przedsiębiorczy zainstalował wodne 

teleskopy,  umoŜliwiające  oglądanie  Ŝycia  w  morzu.  To  był  pomysł.  Znudzeni  ludzie  zuŜywali  nędzne  zarobki  na 

oglądanie swych dzieci i wnuków. 

Kilka lat później nawet teleskopy pordzewiały na dnie morza. 

 

- Co więc się stało z innymi? Z tymi, do których za ogrodzenie nie wolno było wchodzić akwanom? 

- Mieszkali tam cały czas. 

- Bezpiecznie? 

-  Tak,  bezpiecznie,  lecz  straŜnicy  z  harpunami  nie  nosili  juŜ  akwalungów.  Zresztą  zastąpiono  ich 

straŜnikami  wywodzącymi  się  spośród  akwanów.  Po  prostu  akwani  zdecydowali  się  zachować  oddychających 

powietrzem jako cennych potomków rodzaju ludzkiego. 

- Czy to juŜ wystarczy, Tomoyasu-san? 

- Taak, tak czy owak w tym czasie ja teŜ juŜ umrę. 

 

W  końcu  akwani  wyłonili  własny  rząd,  który  został  uznany  przez  opinię  międzynarodową.  Co  więcej,  w 

wielu krajach zdecydowano się pójść ich śladem i obrać drogę akwanów. 

Lecz jedna rzecz martwiła akwanów. A mianowicie, pojawiła się dziwna choroba. Zdarzał się, co prawda, 

tylko jeden przypadek na kilkadziesiąt tysięcy osobników. Najprawdopodobniej choroba była dziedziczna. MoŜliwe, 

Ŝ

e wywodziła się z funkcjonowania gruczołów wydzielania zewnętrznego pierwszego pokolenia Iririego. Urzędowo 

nazwano ją chorobą lądową. Kiedy wykrywano ją u kogokolwiek, zalecano leczenie operacyjne. 

 

 

36 

 

- PrzecieŜ mówiłem! - krzyknąłem ze złośliwym tryumfem. 

- Co takiego? 

- Teraz na nich kolej, niech cierpią z powodu lądu! 

Nikt  nie  odpowiedział.  Bez  rozglądania  się  wokół  siebie,  mogłem  odczytać  jak  na  dłoni  miny  zebranych 

przy  mnie.  Nawet  podniecona  Wada  ściągnęła  wargi  w  trąbkę,  udając,  Ŝe  tym  razem  juŜ  przekroczyła  granicę 

miłości i nienawiści. I prawdę mówiąc, na nic by teraz się nie zdały moje złośliwości. 

-  Jest  to  tak  odległe  i  niepojęte,  Ŝe  moŜna  stracić  zmysły...  -  powiedział  szeptem  ktoś  stojący  za  mną. 

Chyba  Yamamoto.  Naprawdę  daleko...  Ta  przyszłość  jest  tak  odległa,  jak  zamierzchła  staroŜytność...  Nagle 

zadrŜałem.  Powietrze,  które  wypuszczałem,  cofnęło  się  i  utknęło  w  gardle,  wywołując  pisk  podobny  do  dźwięku 

pękniętego fletu. 

background image

Widocznie  wszystkie  materiały  zostały  zebrane  i  przedstawione  mi.  Ale  co  miałem  z  nimi  zrobić?  Czy 

powinienem  udawać,  Ŝe  godzę  się  na  taką  przyszłość,  czekając  na  okazję  ucieczki  i  moŜliwość  rozgłoszenia 

wszystkiego publicznie? Jeśli w sprawiedliwości była jakaś moralna wartość, naleŜało tak postąpić. W przeciwnym 

wypadku  moŜe  powinienem  odwaŜnie  przyznać,  Ŝe  jestem  wrogiem  przyszłości  i  szykować  się  na  śmierć?  Tak 

powinienem  chyba  zrobić,  jeśli  honor  jeszcze  coś  znaczy.  Jeśli  nie  wierzyłem  w  przyszłość,  powinienem 

zaakceptować pierwszą alternatywę, jeśli wierzyłem, to tę drugą... 

Gdybym  powiedział,  Ŝe  się  wahałem,  nie  byłbym  ścisły.  MoŜliwe,  Ŝe  tylko  wmawiałem  sobie,  iŜ 

powinienem się wahać. Prawdopodobnie nie podejmę Ŝadnej decyzji i bez wątpienia zostanę zabity i wyrzucony na 

ś

mietnik. Najgorsze, Ŝe nie potrafiłem juŜ w nic  wierzyć. Wydało mi się, Ŝe stałem się zupełnie bezwartościowy i 

zasługuję na nazwę śmiecia. Prawdopodobnie maszyna naprawdę dokładnie wszystko przewidziała... 

Miałem wraŜenie, Ŝe w duszy rozmawiam sam ze sobą, lecz nagle myśl moja zmieniła się w słowa. 

- Czy moŜna tak całkowicie wierzyć w nieomylność maszyny? 

-  Jednak  w  dalszym  ciągu  pan  myśli  tak  jak  przedtem,  prawda?  -  W  glosie  Tanomogiego  zdumienie 

mieszało się ze współczuciem. 

- Słuchaj, istnieje chyba moŜliwość błędu, prawda? Im przyszłość jest bardziej odległa, tym błąd moŜe być 

większy...  Gdyby  tylko  jeszcze  chodziło  o  błąd...  A  kto  zagwarantuje,  Ŝe  to  wszystko  nie  jest  fantazją  maszyny? 

Mogła wszystko wymyślić, zmieniając to, co okazało się dla niej niezrozumiałe, a inne dane upraszczając po to, by 

rezultat okazał się prawdopodobny. W końcu gdyby pojawił się jakiś twór z trojgiem oczu, maszyna automatycznie 

poprawiłaby na dwoje... 

-  To  jest  zgodne  z  prognozą.  Gdy  pan  w  pewnym  momencie  zacznie  wątpić  w  zdolność  maszyny, 

wówczas... - Dalszy ciąg zdania zagłuszył kaszel. 

-  Wcale  nie  twierdzę,  Ŝe  wątpię.  Czy  powątpiewanie  i  absolutna  akceptacja  to  jedyne  moŜliwe  postawy? 

Chodzi mi tylko o to, Ŝe jakaś inna przyszłość... 

- Inna przyszłość? 

-  Zachowujecie  się  tak,  jakbyście  byli  dobroczyńcami  dla  akwanów,  ale  czy  rzeczywiście  ludzie-ryby  w 

przyszłości podziękują wam, jak się spodziewacie? Raczej śmiertelnie was znienawidzą. 

- Świnia się nie rozgniewa, gdy nazwie się ją świnią. 

Nagle  w  całym  ciele  poczułem  znuŜenie  i  odrętwienie,  więc  zamilkłem.  Miałem  wraŜenie,  Ŝe  patrząc  na 

gwiazdy, widzę bezkresną przestrzeń wszechświata i zbiera mi się na płacz. Nie była to ani rozpacz, ani przeczucie, 

a raczej równowaga między ograniczonością myśli i bezsilnością ciała. 

- Ale - odezwałem się, szukając na ślepo słów - co się stało z moim dzieckiem? 

- Jest bezpieczne - odpowiedziała łagodnie Wada, jakby z daleka. - To nasz prezent dla pana, profesorze. 

To wszystko, co mogliśmy zrobić. 

 

 

37 

 

Po tym wszystkim maszyna opowiedziała następującą historię: 

 

background image

Pewien  chłopiec  pracował  jako  uczeń  na  podwodnych  polach  naftowych.  Pewnego  razu,  gdy  pomagał 

reperować wieŜę radiową naleŜącą do przedsiębiorstwa naftowego, która unosiła się na morzu w plastykowej łodzi, 

bez  większego  zastanowienia  wyskoczył  na  powierzchnię.  A  trzeba  dodać,  Ŝe  nie  miał  na  sobie  kombinezonu 

nadwodnego. (Jest to ubranie uŜywane przez akwanów do pracy nad  wodą, zaopatrzone w aparat doprowadzający 

ś

wieŜą  wodę  morską  do  skrzeli).  Od  tego  czasu  nie  mógł  zapomnieć  cudownego  wraŜenia,  jakiego  wtedy  doznał. 

Opuszczanie  wody  było  ściśle  zabronione  przez  administrację  urzędu  zdrowia.  Jeśli  wykryto  tego  rodzaju 

wykroczenie, surowo za nie karano. Dlatego chłopiec nikomu nic nie powiedział, zachował wszystko w tajemnicy. 

Wiatr  widocznie  porwał  coś  z  jego  skóry,  gdyŜ  chłopiec  nie  mógł  zapomnieć  owego  uczucia  niepokoju. 

Ulegał ustawicznej pokusie, oddalał się od swego miasta i odpływał daleko, gdy tylko nadarzała się okazja. Zawsze 

udawał  się  w  tę  samą  stronę,  a  mianowicie  ku  wyŜynie,  która  dawno  temu  była  ponoć  lądem.  W  tym  miejscu  w 

czasie  przypływu  i  odpływu  pojawiał  się  szybki  strumień  wody.  Tworzyły  się  wiry,  unosiły  z  dna  morza  w  górę 

masy  mułu,  które  mąciły  wodę,  to  znów  ukazywały  się  jakby  ruchome  skały,  zmieniające  się  w  ściany  mgły. 

Widząc to wszystko, chłopiec wyobraŜał sobie chmury nad lądem. Oczywiście, nawet teraz są chmury na niebie: w 

czasie zajęć szkolnych z przyrody oglądał je na filmie. Lecz obecnie chmury są monotonne. Dawniej, gdy wielkie 

lądy pokrywały Ziemię, chmury przybierały najrozmaitsze kształty pod wpływem bogatej konfiguracji lądów. Niebo 

kryło  się  za  bajecznymi,  jakby  wziętymi  ze  snów,  zwałami  chmur.  Ciekawe,  z  jakimi  uczuciami  patrzyli  na  nie 

dawni mieszkańcy Ziemi? 

Oczywiście,  mieszkańcy lądów  nie  wydawali  się chłopcu  niezwykli.  Zawsze kiedy chciał,  mógł pójść do 

muzeum  i  obejrzeć  komorę  powietrzną,  a  w  niej,  pośród  mebli  domowych,  które  -  jak  mówiono  -  pochodziły  z 

dawnych czasów, zobaczyć ludzi poruszających się nieporadnie i pełzających po podłodze, przypominających raczej 

otępiałe i pozbawione Ŝycia zwierzęta. Mieli oni  wypiętą,  nie dopasowaną do reszty,  górną część ciała, z powodu 

powietrznego  pojemnika  zwanego  płucami.  Były  to  ułomne  stworzenia,  które  muszą  posługiwać  się  dziwacznymi 

sprzętami,  zwanymi  krzesłami,  po  to,  aby  utrzymać  zwykłą  postawę.  Nie  potrafił  nawet  wyobrazić  sobie  takiego 

Ŝ

ycia.  Podczas  zajęć  ze  sztuki  uczono  go,  Ŝe  dawna  sztuka  ludzi  lądowych  -  terranów  -  była  niedojrzała, 

prymitywna. 

Na przykład muzyka to - zgodnie z definicją - sztuka drgań. Drgania fal wodnych o róŜnej długości otulają 

skórę całego ciała. W  wypadku terranów  w  grę  wchodzą tylko  wibracje powietrza. Przy tym drgania te  mogą być 

rozpoznawane tylko przez bardzo mały, szczególny organ, zwany błoną bębenkową. Dlatego - jak mówiono - była 

to muzyka monotonna, o niewielkim zróŜnicowaniu... 

Gdy patrzyło się na terranów w muzeum, moŜna było odnieść takie wraŜenie. Lecz nikt nie potrafił sobie 

wyobrazić  jedynie  na  podstawie  przypuszczeń,  czym  w  rzeczywistości  była  ich  muzyka.  A  moŜe  istniał  tam 

specjalny  świat,  zupełnie  odmienny  od  tego,  jaki  wyobraŜano  sobie  z  pozycji  podwodnej?  Łatwo  zmieniające  się, 

lekkie  powietrze...  Tańczące  po  niebie  chmury  o  wszelkich  moŜliwych  kształtach...  świat  bajecznych  snów,  świat 

nierealny... 

W  ksiąŜkach  historycznych  pisano  o  tym,  jak  to  na  tej  wyniszczonej  i  przepełnionej  cierpieniami  Ziemi 

pokryci  ranami  przodkowie  akwanów  dzielnie  walczyli  do  końca.  Z  perspektywy  czasu  moŜna  uznać,  Ŝe  ich 

równieŜ cechował frontier spirit. Mimo konserwatyzmu mieli odwagę wbić skalpel we własne ciało, by zamienić się 

w akwanów. NiezaleŜnie od motywów, jakimi się kierowali; naleŜy im się wdzięczność i szacunek za odwagę, która 

zrodziła nasze istnienie. 

background image

CzyŜ moŜna wyczuć taką odwagę i rozmach, patrząc dziś na terranów znajdujących się w muzeum? Uczeni 

orzekli,  Ŝe  ich  niski  stopień  rozwoju  jest  raczej  atrofią,  która  nastąpiła  wskutek  utraty  podmiotowej  roli.  ChociaŜ 

myślę, Ŝe tak mogło być, uwaŜamy Ŝe nie moŜna wykluczyć, iŜ ukryło się w nich coś niepojętego równieŜ dla nich 

samych.  Co  więcej,  czy  to  moŜliwe,  by  nic  innego  nie  posiadali  prócz  frontier  spirit?  Chłopiec  nie  analizował 

problemu precyzyjnie, ale odkąd owiał go wiatr, czuł się wprost oczarowany tym światem przeszłości, który jeszcze 

funkcjonował za ścianą powietrza. Studia nad formami Ŝycia epoki lądowej osiągnęły dość wysoki poziom. Nawet 

w  podręcznikach  dla  szkół  podstawowych  poświęcano  dość  duŜo  miejsca  epoce  lądowej.  Natomiast  o  Ŝyciu 

wewnętrznym ludzi nie moŜna było wywnioskować przez zwykłą analogię, poniewaŜ zachodziła duŜa rozbieŜność 

w Ŝyciu  umysłowym  akwanów  i terranów. NaleŜy teŜ  wziąć pod uwagę  szczególnie  niekorzystny  wpływ choroby 

lądowej, która mogła być tylko rodzajem wrodzonej choroby umysłowej. Historia Ŝycia wodnego była jednak krótka 

i w kierowaniu społecznością akwanów nadal występowały elementy działania opartego na zasadzie prób i błędów, 

dlatego teŜ choroba ta miała wciąŜ zdolność szerzenia się i zaraŜania umysłów. Właśnie ta obawa powodowała, Ŝe 

niezbyt  entuzjastycznie  zajmowano  się  tą  gałęzią  nauki.  Pokusa  złamania  tabu  tym  bardziej  rozbudzała  uczucia 

młodzieŜy. 

Nim  chłopiec  zdał  sobie  z  tego  sprawę,  codziennie,  po  skończonej  pracy,  odbywał  dalekie,  potajemne 

wycieczki.  Jeździł  na  skuterze  wodnym,  poszukując  śladów  lądowego  Ŝycia  ludzi  tak  daleko,  jak  tylko  czas  mu 

pozwalał,  musiał  bowiem  zdąŜyć  przed  zamknięciem  internatu,  w  którym  mieszkał.  PrzejeŜdŜał  nad  podwodnym 

pastwiskiem rozciągającym się na dnie pod błękitnymi promieniami, mając nad sobą połyskujące mętne fale, jakby 

oglądane od wewnętrznej strony przez pofalowane szkło, albo teŜ obok obserwatorium atmosfery podtrzymywanego 

na niezliczonych bojach, albo teŜ przecinał pianę bąbelków wypuszczanych przez fabrykę, niczym dym z czynnego 

wulkanu. 

Dysponując ograniczonym czasem, nie mógł dotrzeć do szczytu dostatecznie wysokiego, by móc wydostać 

się ponad wodę. W najbliŜszej okolicy nie było juŜ lądu. 

Pewnego  dnia  chłopiec  podszedł  do  nauczyciela  muzyki  i  zdecydował  się  go  zapytać  o  to,  czy  muzykę 

lądową naprawdę moŜna było słyszeć jedynie uszami, czy moŜe raczej przypominała wiatr, a więc dało się równieŜ 

wyczuć na skórze. Nauczyciel zdecydowanie potrząsnął głową i zaprzeczył. 

- Widzisz, wiatr jest tylko ruchem powietrza, a nie wibracją. 

- CzyŜ nie mówiono, Ŝe pieśń płynie z wiatrem? 

-  Woda  przenosi  muzykę,  ale  nie  jest  muzyką.  Nadawanie  powietrzu  innego  znaczenia,  niŜ  posiada  ono 

jako surowiec przemysłowy jest niedopuszczalnym mistycyzmem. 

Lecz  chłopiec  usłyszał  w  powietrzu  o  wiele  więcej,  niŜ  dopuszczał  nauczyciel.  Trudno  więc  było  mu 

uwierzyć w to, co on mówił. Postanowił upewnić się jeszcze raz samodzielnie, czy wiatr jest, czy nie jest muzyką. 

Wkrótce  potem  rozpoczęły  się  trzydniowe  święta.  Chłopiec  wykorzystał  je  na  wycieczkę  statkiem  z 

kolegami, którzy chcieli obejrzeć ruiny. Ich szybka łódź w ciągu zaledwie pół dnia zawiozła ich do wielkich ruin w 

miejscu,  które  kiedyś  nosiło  nazwę  Tokio.  Znajdował  się  tam  dobrze  wyposaŜony  obóz  wraz  z  kioskami 

sprzedającymi  piękne  pamiątki,  a  nawet  zoo  zwierząt  lądowych,  które  cieszyły  się  międzynarodowym  rozgłosem. 

Niewątpliwie był to bardzo interesujący ośrodek rozrywki. W kaŜdym razie rozganianie ławic ryb pośród szczelin i 

korytarzy  w labiryncie ponurego rumowiska, przypominającego ułoŜone  warstwami liczne pudełka, było ciekawą, 

wprost sensacyjną zabawą. Kiedy patrzyło się z góry na miasto, ukazywały się takie dziwne rzeczy, jak pasy zwane 

ulicami, wyglądające niczym rozciągnięta sieć. MoŜna by je nazwać tunelami bez dachu, słuŜącymi do chodzenia. 

background image

Terranie  nie  mogli  rozstawać  się  z  ziemią,  musieli  uŜywać  powierzchni  ziemi  do  chodzenia,  więc  widocznie  tego 

rodzaju środki były im niezbędne. CóŜ to za bezsensowne zuŜycie przestrzeni! Na pierwszy rzut oka wyglądało to 

zabawnie, ale po zastanowieniu  się, ten  krajobraz przyprawiał o  wzruszenie. Ślady  walki ich przodków ze ścianą, 

jaką była powierzchnia ziemi... Wysiłek i róŜnego rodzaju pomysły słuŜące choćby częściowemu zmniejszeniu wagi 

ciała  i  przeciwstawienie  się  przyciąganiu  ziemskiemu...  Tam  nawet  plastykowe  pudełko  wypełnione  powietrzem 

spadało z góry na dół... Podział ziemi, rozdrapywanie jej między siebie... W tym to okresie ludzie podpierając się na 

dwu  cienkich  nogach,  wprawiali  ciała  w  ruch  po  ziemi..  Susza,  wiatr...  gdzie  nawet  woda,  zamieniona  w  krople 

zwane deszczem, spadała z góry na dół... Pusta przestrzeń... 

Chłopiec  nie  miał jednak czasu  na podziwianie takich cudów. Podziwianie i ciekawość  pozostawił  swym 

naiwnym jeszcze kolegom i zgodnie z planem zaczął płynąć samotnie, kierując się w głąb lądu. Gdyby płynął cały 

dzień  w  stronę  północno-zachodnią,  powinien  dotrzeć  do  pozostałości  owego  lądu,  o  którym  uczył  się  na  lekcji 

geografii. Stopniowo słońce chyliło się ku horyzontowi i nastąpił moment, w którym fale błyszczały najpiękniej. Im 

dalej,  tym  krajobraz  stawał  się  ciemniejszy  i  bardziej  monotonny.  W  tym  pasie,  świeŜo  przyłączonym  do  morza, 

cienie śmierci wydawały się czaić wszędzie. 

Oglądając  się  do  tyłu,  mógł  jeszcze  zobaczyć  nad  ruinami  “Tokio"  światła  teleskopowych  iluminacji, 

unoszące  się  niby  fluoryzujące  ryby.  Nagle  ogarnął  go  lęk,  przez  chwilę  się  zastanowił,  czy  nie  powinien  wrócić, 

lecz wbrew rozsądkowi nogi same kierowały go w przeciwną stronę. 

Chłopiec płynął i płynął. Mijał coraz ostrzejsze nierówności, wystające skały i głębokie parowy, szkielety 

lądowych  roślin  sterczące  niby  kolce  i  wątłe  białe  plamy  skupione  na  szczycie  wzgórza...  MoŜe  to  kości  zwierząt 

lądowych, które pomarły stłoczone w jednym miejscu, zapędzone tu przez podchodzące morze. 

Chłopiec  płynął  całą  noc.  Trzykrotnie  odpoczywał,  posilał  się  słodką  galaretką,  którą  zabrał  ze  sobą,  i 

schwytanymi rybami. PoniewaŜ dotychczas nigdy nie pływał dłuŜej niŜ piętnaście minut bez skutera, był teraz tak 

zmęczony,  Ŝe  prawie  stracił  czucie  w  nogach  i  rękach.  Mimo  to  płynął,  a  gdy  w  końcu  nadszedł  świt,  dotarł  do 

upragnionego  celu:  tu  ziemia  uniosła  się  i  przecięła  powierzchnię  morza.  Była  to  tylko  wysepka  o  zaledwie 

półkilometrowym obwodzie, wystająca tylko nieznacznie nad powierzchnię wody... 

Resztkami  sil  chłopiec  wpełzł  na  ląd.  WyobraŜał  sobie,  Ŝe  aby  usłyszeć  muzykę  wiatru,  powinien 

wyprostować  się  i  stanąć  na  lądzie,  lecz  nie  był  w  stanie  się  poruszyć,  leŜał  bezwładnie  na  ziemi,  jak  gdyby  jego 

ciało  nagle  wchłonęło  cięŜar  świata.  Mógł  jedynie  poruszać  jednym  palcem.  Poza  tym  oddychanie  sprawiało  mu 

ból,  czuł  się  tak,  jakby  w  czasie  zapasów  dostał  nieregulaminowy  cios  w  skrzela.  Zakładając,  Ŝe  równieŜ  w 

powietrzu znajdował się tlen, nie przejmował się tym specjalnie. 

Wiał upragniony wiatr. Obmywał mu zwłaszcza oczy i jakby w odpowiedzi coś z oczu zaczęło płynąć. Był 

szczęśliwy. MoŜe to były łzy, pomyślał, i zdał sobie sprawę z tego, Ŝe to jest lądowa choroba. JuŜ nie próbował się 

poruszyć. 

Wkrótce przestał oddychać. 

Upłynęło jeszcze wiele dni i nocy, gdy morze pochłonęło równieŜ i tę wysepkę, a martwe ciało porwał prąd 

morski i uniósł w nieznane. 

 

Teraz ja pomyślałem, czy jeszcze  mogę  unieść palec. Nie, przypuszczalnie nie  mogę. Podobnie jak palec 

tego akwana, który wypełznął na ląd, mój równieŜ był cięŜki jak ołów. 

 

background image

W  dali  rozległ  się  gwizd  pociągu.  Z  dudnieniem  przejechał  samochód  cięŜarowy.  Ktoś  cicho  zakasłał. 

Kilka razy zadrŜały ramy okienne, zadźwięczały szyby. To chyba zerwał się wiatr. I wtedy za drzwiami rozległy się 

zbliŜające  się  kroki  owego  mistrzowskiego  skrytobójcy,  którego  jakby  przyssane  do  podłogi  buty  na  gumowych 

podeszwach powodowały charakterystyczny szelest. Jeszcze nie mogę w to uwierzyć... A poza tym czy człowiek - 

tylko  dlatego,  Ŝe  istnieje  -  juŜ  musi  brać  na  siebie  jakieś  obowiązki?  Myślę,  Ŝe  w  zasadzie  tak  jest.  W  kłótniach 

między  rodzicami  a  dziećmi  zwykle  sądzą  dzieci...  NiezaleŜnie  od  intencji,  to  chyba  twórca  jest  sądzony  przez 

stworzonego - takie są reguły tej rzeczywistości. 

 

Kroki zatrzymują się przed drzwiami. 

 

 

Postscriptum 

 

Spór  o  to,  czy  przyszłość  jest  pozytywna,  czy  negatywna,  jest  znany  od  dawna.  Wiele  dzieł  literatury 

wyraŜało w postaci przyszłości zarówno pozytywny, jak i negatywny obraz świata. 

Lecz ja nie przyjąłem ani jednej, ani drugiej postawy. Nękały mnie powaŜne wątpliwości, czy ktokolwiek 

ma  prawo  osądzać  przyszłość  i  ją  wartościować.  Uznałem,  Ŝe  jeśli  ktoś  nie  ma  prawa  zanegować  określonej 

przyszłości, to tym bardziej nie ma prawa jej afirmować. 

Prawdziwa  przyszłość  pojawi  się  jako  “rzecz"  po  drugiej  stronie  przepaści,  która  dzieli  ją  od 

współczesnego systemu ocen. Na przykład co pomyślałby człowiek z okresu Muromachi, gdyby nagle oŜył i ujrzał 

teraźniejszość? Czy współczesność jest piekłem, czy teŜ rajem? Cokolwiek by pomyślał, tylko jedno byłoby pewne, 

Ŝ

e on nie ma juŜ Ŝadnego prawa do wydawania jakichkolwiek ocen. To współczesność, a nie on, ocenia i decyduje. 

Dlatego ja teŜ uznałem, Ŝe przedmiotem mojego osądu nie powinna być przyszłość, lecz przeciwnie, musi 

być  teraźniejszość.  Zatem  taka  przyszłość  nie  jest  utopią  ani  piekłem,  nie  moŜe  teŜ  być  obiektem  snobistycznej 

ciekawości.  Krótko  mówiąc,  jest  chyba  po  prostu  niczym  innym  jak  pewnym  społeczeństwem  przyszłości,  które 

prawdopodobnie  osiągnie  znacznie  wyŜszy  poziom  niŜ  współczesne.  Nie  ma  zresztą  większego  znaczenia,  poza 

odrobiną  goryczy  w  oczach  tych,  którzy  są  pogrąŜeni  w  przeŜywaniu  mikroskopijnej  ciągłości,  zwanej 

codziennością czasu współczesnego. 

Przyszłość  wydaje  werdykt  “winny"  na  to  poczucie  ciągłości  zwyczajnego  Ŝycia.  Właśnie  ten  problem 

traktuję  jako  szczególnie  waŜny  w  tych  krytycznych  czasach  i  decyduję  się  uchwycić  tę  postać  przyszłości,  która 

wtargnęła  we  współczesność  jako  strona  sądząca.  Nasze  poczucie  ciągłości  musi  umrzeć  w  momencie,  gdy  ujrzy 

przyszłość.  Aby  zrozumieć  przyszłość,  nie  wystarczy  po  prostu  Ŝyć  w  teraźniejszości.  Musimy  jasno  sobie 

uświadomić, Ŝe największa wina kryje się właśnie w tym zwyczajnym porządku, który nazywamy codziennością. 

Prawdopodobnie  nie  istnieje  coś  takiego  jak  okrutna  przyszłość.  Jest  okrutna  dlatego,  Ŝe  właśnie  jest 

przyszłością.  Odpowiedzialność  za  okrucieństwo  spoczywa  jednak  na  teraźniejszości,  niezdolnej  zaakceptować 

przepaści dzielącej od przyszłości. 

Ta  powieść  ukazywała  się  w  dziewięciu  odcinkach  na  łamach  miesięcznika  “Sekai".  W  ciągu  tych 

dziewięciu miesięcy zadręczałem się świadomością okrucieństwa tej przepaści rozumianej jako zerwanie ciągłości. I 

zrozumiałem, Ŝe nie moŜna całkowicie uciec od okrucieństwa. 

background image

Czytelnik  ma  swobodę  wyboru.  MoŜe  w  powieści  odnaleźć  zarówno  nadzieję,  jak  i  rozczarowanie. 

Jakiegokolwiek wyboru dokona, i tak chyba nie będzie mógł uniknął konfrontacji z okrucieństwem przyszłości. Jeśli 

ktoś uniknie tej bolesnej próby, na przykład wyznając filozofię nadziei i wiary w przyszłość, to i tak jego nadzieja 

pozostanie poboŜnym Ŝyczeniem. 

Zastanówmy  się,  czy  nie  toniemy  zbyt  głęboko  w  powodzi  nadziei  i  rozczarowań,  ocen  subiektywnych, 

podejmowanych ze względu na poczucie codziennej ciągłości? 

Powieść  kończy  się  śmiercią  tego  poczucia  ciągłości,  lecz  nie  przynosi  zrozumienia  istoty  rzeczy  ani 

Ŝ

adnego rozwiązania. Na pewno pogrąŜy czytelnika w tysiącu kłębiących się wątpliwości. 

Jest  wiele  spraw,  których  ja  teŜ  jeszcze  nie  rozumiem.  Na  przykład:  jaką  właściwie  postawę  zajmuje 

asystent Tanomogi? Czy jest po prostu reprezentantem jakiegoś kapitalisty? Czy teŜ rewolucjonistą działającym na 

rozkaz  społeczności  akwanów,  przekazywanym  za  pomocą  maszyny  prognostycznej?  Albo  moŜe  jest  reformistą, 

któremu  przyświeca  intencja  manipulowania  kapitalistami,  czyniącymi  dobro,  choć  chcą  czynić  zło?  Niepewność 

towarzyszyła mi przez cały czas, gdy pisałem. Zresztą nadal nie mam wyrobionego zdania. Nie mogę się pozbyć tej 

jednej wątpliwości. 

W  zasadzie  zrealizowałem  cel  napisania  tej  powieści,  jeśli  tylko  udało  mi  się  przybliŜyć  czytelnikowi 

konfrontację  z  okrucieństwem  przyszłości,  jeśli  wywołałem  ból  i  napięcie  i  w  ten  sposób  doprowadziłem  do 

wewnętrznego dialogu. 

Zatem  gdy podniesiesz oczy  znad tej ksiąŜki, będziesz  miał przed sobą własną rzeczywistość i być  moŜe 

poczujesz  się  zaskoczony...  Parafrazując  doktora  Katsumiego,  najstraszniejszą  bowiem  rzeczą  na  świecie  jest 

odkrycie stanu wyjątkowego objawiającego się pośród najbliŜszych sobie spraw i rzeczy. 

 

Abe Kôbô 

Czerwiec 1959