background image

M

ERY

 BALOGH

SEKRETNE MAŁŻEŃSTWO

Przekład

Anna Palmowska

background image

PROLOG

Tuluza, Francja 10 kwietnia 1814

Patrzył na scenę znaną mu aż za dobrze. Wieloletnie doświadczenie nauczyło go, że 

pola bitew niewiele się od siebie różnią, zwłaszcza gdy walka jest już skończona.

Dym artylerii i niezliczonych muszkietów przerzedził się na tyle, by ukazać armię 

brytyjską   i   wojska   sprzymierzone,   umacniające   świeżo   wywalczone   pozycje   wzdłuż 

przełęczy Calvinet na wschód od miasta. Ciężkie działa zostały skierowane wprost na Tuluzę, 

do której niedawno wycofały się francuskie siły Soulta. Gryzący zapach prochu ciągle wisiał 

w   powietrzu,   mieszając   się   z   kurzem,   wonią   błota,   koni   i   krwi.   Pomimo   nieustającego 

zgiełku, głosów wykrzykujących komendy, rżenia koni, szczęku broni i turkotu kół, teraz, 

kiedy umilkła ogłuszająca kanonada dział, wokół zapanowała dziwna, dzwoniąca w uszach 

cisza. Ziemia była usłana ciałami zabitych i rannych.

Lord pułkownik Aidan Bedwyn ciągle jeszcze nie uodpornił się na ten widok. Wysoki, 

dobrze zbudowany, o smagłej, kamiennej twarzy i orlim nosie, budził strach wśród żołnierzy. 

Jednak zawsze po bitwie przemierzał pole walki, by pożegnać zabitych ze swego oddziału i 

ulżyć cierpieniom rannych, gdzie tylko mógł to uczynić.

Z posępną miną spojrzał ciemnymi, nieprzeniknionymi oczami na leżącego człowieka 

i zacisnął ręce za plecami. Naga, zakrwawiona po bitwie szabla zakołysała się u jego boku.

- To oficer - rzekł, wskazując głową czerwoną szarfę. Przepasany nią mężczyzna leżał 

twarzą do ziemi po upadku z konia. - Kto to?

Adiutant schylił się i odwrócił go na plecy.

Martwy zdawałoby się człowiek otworzył oczy.

-   To   kapitan   Morris   -   powiedział   pułkownik   Bedwyn.   -   Rawlings,   we   zwij 

sanitariuszy. Natychmiast.

-   Nie   -   powiedział   kapitan   słabym   głosem.   -   Ja   umieram,   sir.   Pułkownik   ledwie 

dostrzegalnym  gestem powstrzymał  adiutanta. Patrzył  na umierającego człowieka, którego 

czerwony mundur był przesiąknięty szkarłatną krwią. Rannemu zostało nie więcej niż kilka 

minut życia.

- Co mogę dla pana zrobić? - spytał pułkownik. - Może podać wody?

- Proszę o przysługę. - Morris opuścił na gasnące oczy blade powieki. Pułkownik 

przez chwilę myślał, że kapitan już nie żyje. Ukląkł przy nim na jedno kolano, odsuwając na 

bok   szablę.   Powieki   rannego   nagle   zatrzepotały   i   uniosły   się.   -   Pański   dług,   sir. 

Powiedziałem, że nigdy nie zażądam jego spłaty.

background image

- A ja przysiągłem, że mimo wszystko go spłacę. - Pułkownik Bedwyn pochylił się 

nad rannym, by lepiej słyszeć. - Proszę powiedzieć, co mam zrobić.

Dwa lata temu kapitan Morris, wtedy jeszcze porucznik, uratował mu życie podczas 

bitwy o Salamankę. Pułkownik stracił konia i pieszo walczył z konnym przeciwnikiem, gdy 

został   zaatakowany   od   tyłu.   Porucznik   zabił   drugiego   napastnika   i   zsiadłszy   z   konia, 

ofiarował go swemu dowódcy. W walce, która się potem wywiązała, Morris został ciężko 

ranny.   W   nagrodę   awansował   jednak   do   stopnia   kapitana.   Na   kupienie   tego   patentu   nie 

mógłby sobie pozwolić. Morris upierał się, że pułkownik Bedwyn nie jest mu nic winien, że 

w   bitwie   obowiązkiem   żołnierza   jest   osłaniać   towarzyszy   walki,   a   zwłaszcza   swoich 

dowódców.   Oczywiście   miał   rację,   ale   pułkownik   nigdy   nie   zapomniał   o   tym   długu 

wdzięczności.

- Moja siostra... - wyjąkał teraz kapitan, ponownie zamykając oczy. - Niech pan jej 

przekaże wiadomość o mnie.

- Zrobię to osobiście - zapewnił pułkownik. - Powiem jej, że w ostatnich chwilach 

myślami był pan przy niej.

- Niech po mnie nie płacze. - Kapitan z wysiłkiem chwytał powietrze. - Dość już miała 

smutku. - Proszę powiedzieć, że nie wolno jej nosić żałoby. To moje ostatnie życzenie.

- Powiem jej to.

-   Niech   mi   pan   obieca...   -   Głos   rannego   zamarł.   Ale   śmierć   jeszcze   nie   zabrała 

kapitana. Nagle otworzył szeroko oczy i nie wiadomo, skąd znalazł siłę, by unieść rękę i 

dotknąć   dłoni   pułkownika   lodowatymi   palcami.   Z   natarczywością   którą   można   było 

usprawiedliwić jedynie świadomością bliskiej śmierci, poprosił:

-   Proszę   obiecać,   że   się   pan   nią   zaopiekuje!   Niech   pan   obieca!   Bez   względu   na 

wszystko!

- Obiecuję. Daję panu słowo honoru.

Gdy   wymawiał   te   słowa,   kapitan   wydał   z   siebie   ostatnie   tchnienie.   Pułkownik 

wyciągnął rękę, by zamknąć Morrisowi oczy. Przez chwilę klęczał przy nim, jakby się modlił. 

W   rzeczywistości   jednak   rozważał   obietnicę   złożoną   kapitanowi.   Przyrzekł,   że   osobiście 

zaniesie pannie Morris wiadomość o śmierci brata, chociaż nie wiedział, kim ona jest ani 

gdzie mieszka. Obiecał przekazać jej ostatnie życzenie Morrisa, by nie nosiła po nim żałoby.

I dał słowo honoru, że się nią zaopiekuje. W jaki sposób i po co - nie miał pojęcia.

„Bez względu na wszystko!”

Echo tych ostatnich słów umierającego człowieka zabrzmiało mu w uszach. Co mogły 

oznaczać? Co on właściwie obiecał?

background image

„Bez względu na wszystko!”

background image

1

Anglia, 1814

Lasek w zachodniej części parku Ringwood Manor w Oxfordshire przecinała cienista 

dolina.   Płynął   nią   strumyk,   wpadający   do   rzeczki   w   pobliżu   wioski   Heybridge.   Dolina, 

zawsze zaciszna i urocza, tego majowego poranka była szczególnie piękna, aż zapierała dech 

w   piersiach.   Dzwonki,   które   zwykle   kwitły   dopiero   w   czerwcu,   pojawiły   się   wyjątkowo 

wcześnie, zachęcone ciepłą wiosną. Również różaneczniki otworzyły pąki, okrywając zbocza 

niebiesko - różowym dywanem. Promienie słońca ukośnie przedzierające się przez ciemne 

liście i gałęzie  wysokich  cyprysów  tworzyły  na ziemi  jasne plamy światła  i odbijały się 

połyskliwie w spienionej wodzie strumyka.

Eve Morris stała po kolana w dzwonkach. Pomyślała, że ranek jest zbyt piękny, by 

spędzać go na zwykłych pracach w gospodarstwie. Dzwonki kwitły tak krótko, a zrywanie ich 

było zawsze jednym z jej ulubionych zajęć na wiosnę. Namówiła Thelmę Rice, guwernantkę, 

by na kilka godzin przerwała lekcje i zabrała dwójkę uczniów oraz swego maleńkiego synka 

na zbieranie kwiatów. Wybrała się z nimi nawet ciocia Mari, mimo artretyzmu w kolanach i 

męczącej   ją   zadyszki.   Właściwie   to   był   jej   pomysł,   by   tę   wyprawę   zamienić   w   piknik. 

Siedziała teraz na solidnym krześle, które przyniósł dla niej Charlie, i robiła na drutach. Obok 

stał duży kosz z prowiantem.

Eve wyprostowała plecy i przeciągnęła się. W koszu zawieszonym na ramieniu miała 

pęk kwiatów. Wolną ręką mocniej wcisnęła na głowę stary, sfatygowany słomiany kapelusz z 

szarą   tasiemką   zawiązaną   pod   brodą.   Wstążka   była   odpowiednio   dobrana   do   jej   prostej, 

bawełnianej sukni z wysokim stanem i krótkimi rękawami, idealnej na poranek na dworze, 

gdy nie należało się spodziewać żadnego gościa. Eve czuła się szczęśliwa. Miała przed sobą 

całe lato i po raz pierwszy od dawna pozbyła się swoich lęków. Chociaż niepokoiła się trochę, 

co zatrzymywało Johna. Przewidywał przecież, że wróci w marcu, najpóźniej kwietniu.

Ciocia   Mari,   machinalnie   poruszając   drutami,   przyglądała   się   dzieciom   z   ciepłym 

uśmiechem na pooranej zmarszczkami twarzy. Przez czterdzieści lat ciotka ciągnęła wózki z 

węglem chodnikami kopalni. Po śmierci jej męża ojciec Eve wyznaczył jej niewielką rentę. 

Rok   temu,   gdy   ojciec   był   już   bardzo   chory,   Eve   namówiła   swą   cioteczną   babkę,   by 

sprowadziła się do Ringwood.

Siedmioletni Davy zrywał kwiaty w wielkim skupieniu, jakby powierzono mu zadanie 

najwyższej wagi. Tuż za nim jego siostra, pięcioletnia Becky, zbierała kwiatki z widoczną 

beztroską,   fałszywie   przy   tym   podśpiewując.   Wyglądało   na   to,   że   czuje   się   dobrze   w 

background image

otaczającym ją świecie. Żadne z dzieci nie należało do Eve, chociaż mieszkały z nią od ponad 

siedmiu miesięcy. Oprócz niej nie miały nikogo na świecie.

Burek stał w strumieniu, z trzema łapami oparty niepewnie na kamieniach. Czwartą 

skulił pod brzuchem. Nos trzymał tuż nad płytką wodą. Czatował na ryby, choć nigdy nie 

udało mu się złapać nawet kijanki. Głupie psisko!

Mały Benjamin Rice podszedł do matki chwiejnym krokiem, ściskając w wyciągniętej 

piąstce pęczek dzwonków i kwiatów różanecznika. Thelma schyliła się, by wziąć je od niego, 

jakby był to największy skarb na świecie.

Eve przez chwilę poczuła się zazdrosna o tę matczyną miłość. Nie, nie powinna tak o 

tym myśleć. Była jedną z najszczęśliwszych osób na ziemi. Samotne dzieciństwo to odległa 

przeszłość.   Mieszkała   w   cudownym   miejscu,   otaczali   ją   ludzie,   których   kochała,   którzy 

odwzajemniali jej miłość. Za tydzień, w pierwszą rocznicę śmierci papy, w końcu zrzuci 

żałobę i znowu zacznie nosić kolorowe stroje. Już nie mogła się doczekać. Lada dzień wróci 

John i Eve wreszcie obwieści światu, że jest zakochana. Zakochana! Na samą myśl o tym 

miała ochotę zawirować dookoła, jak rozradowana dziewczynka, ale tylko się uśmiechnęła.

Do pełni szczęścia brakowało jej tylko, by Percy wrócił do domu. W ostatnim liście 

napisał, że przy pierwszej okazji weźmie urlop. Teraz chyba wreszcie będzie to możliwe. 

Tydzień   temu   usłyszała,   że   Napoleon   Bonaparte   poddał   się   we   Francji   siłom 

sprzymierzonym. Długa wojna wreszcie dobiegła końca. Jej sąsiad, James Robson, jak tylko o 

tym się dowiedział, osobiście przyniósł jej tę wiadomość, wiedząc, że dla niej będzie to ozna-

czało koniec wieloletnich obaw o życie Percy'ego.

Eve zatrzymała się, by zerwać więcej dzwonków. Chciała napełnić nimi każdy wazon 

we wszystkich pokojach. Żeby uczcić w ten sposób wiosnę, zwycięstwo i koniec żałoby. 

Gdyby jeszcze wrócił John...

-   Kto   ma   ochotę   coś   przekąsić?!   -   zawołała   ciotka   Mari   z   wyraźnym   walijskim 

akcentem. - Zmęczyłam się od samego patrzenia na was.

- Ja - odpowiedziała Becky.  Podskakując  radośnie, podbiegła do kosza i położyła 

kwiatki koło cioci Mari. - Jestem głodna.

Davy   wyprostował   się,   ale   tkwił   niepewnie   w   miejscu,   jakby   podejrzewał,   że 

propozycja   posiłku   zostanie   cofnięta,   gdy   tylko   się   poruszy.   Burek   przydreptał   znad 

strumienia i posapując, postawił uszy.

- Davy, chyba też jesteś głodny. - Eve podeszła do niego, objęła za chude ramiona i 

pociągnęła za sobą. - Wspaniale się sprawiłeś. Uzbierałeś więcej niż my wszyscy razem.

- Dziękuję, ciociu Eve - rzekł z powagą. Nadal wymawiał jej imię z lekkim oporem, 

background image

jakby uważał to za zbyt poufałą formę. On i Becky byli z nią bardzo słabo spokrewnieni, ale 

jakże mogłaby pozwolić, by dzieci mieszkające pod jej dachem zwracały się do niej „panno 

Morris”, a do cioci Mari „pani Pritchard”?

Thelma roześmiała się. Z pękiem kwiatów w jednej ręce i Benjaminem na drugiej, nie 

mogła powstrzymać synka przed ściągnięciem kapelusza z jej głowy.

Ciocia   Mari   otworzyła   koszyk,   odwinęła   serwetkę   i   zaczęła   wyjmować   świeże 

bułeczki. Zapach pieczywa i smażonego kurczaka uświadomił Eve jak bardzo była głodna. 

Przyklęknęła na kocu rozłożonym na trawie przez Davy'ego i Becky i zajęła się otwieraniem 

dużej butelki z lemoniadą.

A potem nastąpiło dziesięć minut prawie zupełnej ciszy, która świadczyła o talencie 

kulinarnym kucharki Eve, pani Rowe. Eve, wycierając palce w lnianą serwetkę po zjedzeniu 

drugiego   kawałka   kurczaka,   zastanawiała   się,   dlaczego   wszystko   najlepiej   smakuje   na 

świeżym powietrzu.

-   Chyba   spakujemy   się   teraz   i   zaniesiemy   te   kwiaty   do   domu,   zanim   zwiędną   - 

zaproponowała ciocia Mari. - Włożę tylko druty i wełnę do torby. No i niech mi ktoś poda 

laskę, bo inaczej nie zdołam ruszyć z miejsca moich starych kości.

- Czy musimy już iść? - spytała Eve z westchnieniem, podczas gdy Davy poderwał się, 

aby podać laskę.

Nagle usłyszała wołanie:

- Panno Morris! Panno Morris!

-   Jesteśmy   tutaj,   Charlie.   -   Odwróciła   się   i   spojrzała   na   krępego   młodzieńca   o 

poczciwej twarzy, biegnącego od strony domu. Właśnie zaczął się niezgrabnie zsuwać ze 

skarpy. - Nie śpiesz się, bo się pośliźniesz i zrobisz sobie krzywdę.

Zatrudniła go kilka miesięcy temu do drobnych prac w domu, stajni i parku, mimo że 

w Ringwood było dość służby. Po śmierci jego ojca, wioskowego kowala, nikt nie chciał 

przyjąć Charliego do pracy, ponieważ powszechnie uważano go za głupka. Ale Eve nigdy nie 

spotkała dotąd człowieka bardziej chętnego do pracy i spełniania wszystkich poleceń.

- Panno Morris - powiedział zadyszany, poczerwieniały na twarzy Charlie. Ilekroć go 

gdzieś posyłano, zawsze zachowywał  się tak, jakby miał  ogłosić koniec świata czy inną, 

równie ważną wiadomość. - Przysłała... mnie... pani... Fuller. Ma... pani... wracać... do domu.

- Czy powiedziała, dlaczego? - Eve wstała z ociąganiem i otrzepała spódnicę. - I tak 

mieliśmy już wracać do domu.

- Ktoś przyjechał - oznajmił Charlie. Stanął nieruchomo, szeroko rozstawiając nogi. 

Zmarszczył czoło w wyraźnym wysiłku, by przypomnieć sobie coś więcej. - Zapomniałem, 

background image

jak się nazywa.

Eve poczuła rosnące podniecenie. John? Przez ostatnie dwa miesiące już tyle  razy 

przeżyła rozczarowanie, że wolała nie brać tej ewentualności pod uwagę. Zaczynała się nawet 

zastanawiać, czy on w ogóle zamierzał wrócić. Nie była jednak jeszcze gotowa przyjąć do 

wiadomości takiej brutalnej prawdy.

- Nie szkodzi - powiedziała wesoło. - Wkrótce się dowiemy, kto to. Dziękuję za tę 

wiadomość, Charlie. Czy mógłbyś zanieść do domu krzesło pani Pritchard, a potem wrócić po 

koszyk?

Ucieszył się, że może się na coś przydać. Nachylił się, by chwycić krzesło, jak tylko 

ciocia Mari wstanie. A potem odwrócił się do Eve z triumfalnym uśmiechem.

- To jakiś wojskowy - dodał. - Miał na sobie czerwony mundur.

- Och, Eve, kochanie - powiedziała ciocia Mari, ale Eve już jej nie słyszała.

- Percy! - krzyknęła radośnie. Zapomniała o kwiatach, koszu i całym towarzystwie. 

Obiema rękami chwyciła spódnicę i pobiegła w górę skarpy.

Do domu nie było daleko, ale prawie cały czas pod górę. Eve nie zwracała na to 

uwagi.   Nie   zauważyła   też,   że   Burek,   ciężko   dysząc,   dzielnie   dotrzymuje   jej   kroku.   W 

mgnieniu oka znalazła się na skraju doliny i przebiegła między drzewami, wokół stawu i dalej 

przez trawnik, w kierunku stajni, przez kamienny taras aż do drzwi frontowych. Gdy wpadła 

do   holu   zarumieniona   i   zdyszana,   była   zapewne   okropnie   potargana,   a   może   nawet   i 

umorusana. Wcale się tym nie przejęła. Percy też pewnie nie zwróci na to uwagi.

A to hultaj! Nie uprzedził ani słówkiem, że przyjeżdża. Teraz nie miało to już żadnego 

znaczenia. Zawsze lubiła niespodzianki, a zwłaszcza tak miłe. Wrócił do domu!

- Gdzie on jest? - spytała Agnes Fuller, swoją gospodynię, dużą, krepą kobietę, która 

czekała na nią w holu z posępną miną.

Ach, ten Percy. Trzymać ją w niepewności, zamiast wybiec jej na spotkanie, chwycić 

w ramiona i zgnieść w niedźwiedzim uścisku.

- W salonie - powiedziała Agnes, wskazując kciukiem na prawo. - Wynocha stąd, 

psisko, dopóki ci łap nie wytrę! Idź najpierw na górę, moja duszko, i umyj się...

Ale Eve już jej nie słuchała. Ruszyła, otworzyła szeroko drzwi saloniku dla gości i 

wbiegła do środka.

- Ty łobuzie! - krzyknęła, rozwiązując wstążkę kapelusza. A potem speszona zamarła 

w pół kroku. To nie był Percy, tylko jakiś obcy człowiek.

Stał twarzą do drzwi na tle kominka. Miała wrażenie, że wypełnia sobą pokój. Miał 

chyba ponad dwa metry wzrostu. W pułkowych barwach, w szkarłatnym mundurze ze złotym 

background image

szamerunkiem, nieskazitelnych białych pantalonach, czarnych, wyczyszczonych na wysoki 

połysk butach, z błyszczącą szablą przy boku. Był szeroki w ramionach, mocno zbudowany, 

potężny i groźny. Miał surową, ogorzałą twarz, ze srogimi, prawie czarnymi oczami, dużym 

orlim nosem i wąskimi, ostro zarysowanymi  ustami. Jego opaleniznę podkreślały jeszcze 

czarne włosy i brwi.

- Och, proszę mi wybaczyć - wykrztusiła, nagle boleśnie uświadamiając sobie własny 

niedbały wygląd. Zdjęła stary, bezkształtny kapelusz i trzy mała go w ręce. Włosy ma pewnie 

potargane. Wszędzie źdźbła trawy, płatki kwiatów. A na twarzy smugi brudu. Dlaczego nie 

zapytała  Agnes, kim jest wojskowy, który złożył im wizytę?  I po co on tu przyjechał? - 

Pomyliłam pana z kimś innym.

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, zanim się ukłonił.

- Panna Morris, jak mniemam? - spytał. Skinęła głową.

- Obawiam się, że ma pan nade mną przewagę, sir - rzekła. - Służący, który mnie tu 

sprowadził, zapomniał pańskiego nazwiska.

- Pułkownik Bedwyn, do usług, madame - przedstawił się.

Znała   to   nazwisko.   Lord   pułkownik   Aidan   Bedwyn.   Dowódca   Percy'ego.   O   ile 

przedtem czuła głęboki wstyd, to teraz pragnęła tylko, by ziemia rozstąpiła się pod jej stopami 

i pochłonęła ją.

Jednak już  po chwili uświadomiła  sobie, co tak naprawdę się stało. Był dowódcą 

Percy'ego   i   stał   tu   teraz,   w   gościnnym   saloniku   Ringwood,   w   galowym   mundurze.   Nie 

musiała pytać, dlaczego. Poczuła chłód na twarzy, jakby cała krew odpłynęła jej do nóg. 

Nawet powietrze, którym oddychała, zrobiło się lodowate. Bezwiednie upuściła kapelusz na 

podłogę,   obiema   rękami   zatrzasnęła   drzwi   za   sobą,   odszukała   klamkę   i   uczepiła   się   jej 

kurczowo.

- Czym mogę panu służyć, pułkowniku? - usłyszała własny głos, jakby dochodził z 

bardzo daleka.

Spojrzał na nią ponuro, z twarzą pozbawioną wszelkiego wyrazu.

- Przynoszę złe wieści - powiedział. - Czy chce pani kogoś wezwać?

- Percy? - ledwie zdołała wyszeptać jego imię. Nagle wyobraziła sobie tego człowieka, 

jak wymachuje ciężką, wiszącą mu teraz u boku szablą z zimnej stali, jak nią zabija. - Ale 

przecież wojna się skończyła. Napoleon Bonaparte został pokonany i poddał się.

-   Kapitan   Percival   Morris   poległ   w   bitwie   pod   Tuluzą   na   południu   Francji   dnia 

dziesiątego   kwietnia   -   powiedział.   -   Zginął   śmiercią   bohatera,   madame.   Niezmiernie   mi 

przykro, że sprawiam pani ból.

background image

Percy. Jej jedyny brat, którego uwielbiała jako dziecko, podziwiała jako dziewczynka. 

Niepokorny buntownik, ciągle skłócony z papą. Niezmiennie kochała go przez te wszystkie 

lata po jego wyjeździe, gdy dzięki nieoczekiwanemu spadkowi po ciotecznym dziadku kupił 

upragniony patent oficerski w pułku kawalerii. A on odwzajemniał jej miłość. Zaledwie dwa 

tygodnie temu dostała od niego list z Francji.

„Kapitan Morris poległ w bitwie...”

- Może pani spocznie? - Pułkownik przysunął się bliżej, ale nawet jej nie dotknął. 

Pochylał się nad nią wielki, ponury i groźny. - Pani jest taka blada. Czy mam kogoś zawołać, 

madame?

- Nie żyje? - Nie żył od prawie miesiąca, a ona nic o tym nie wiedziała. Nawet tego 

nie   przeczuwała.   Gdy   czytała   list   od   niego,   gdy   James   przyniósł   wieści   o   zwycięstwie, 

poczuła taką ogromną ulgę, Percy nie żył już od dwóch tygodni. - Czy on cierpiał?

Cóż za niedorzeczne pytanie.

- Chyba  nie, madame  - powiedział pułkownik. Na koniu, z szablą w ręce, musiał 

wyglądać naprawdę przerażająco. - Umierający są często w szoku, który sprawia, że nie czują 

bólu. Wydaje mi się, że kapitan Morris był właśnie w takim stanie. Nie wyglądało na to, żeby 

cierpiał, a przynajmniej nic o tym nie wspominał.

- Wspominał? - Spojrzała na niego ostro. - Coś mówił? Do pana?

- Ostatnie słowa i myśli skierował ku pani - rzekł, pochylając głowę. - Prosił, bym to 

ja przekazał pani wiadomość.

- To bardzo uprzejme z pana strony, że spełnił pan tę prośbę - stwierdziła, nagle sobie 

uświadamiając, że to dziwne, iż dowódca Percy'ego osobiście pofatygował się aż z południa 

Francji, by poinformować ją o śmierci brata.

- Zawdzięczam kapitanowi Morrisowi życie - wyjaśnił. - Uratował mnie dwa lata temu 

w bitwie pod Salamanką narażając się na niebezpieczeństwo.

- Powiedział coś jeszcze?

- Prosił, by pani nie nosiła po nim żałoby. Dodał, że zbyt długo była pani na nią 

skazana.

Obrzucił spojrzeniem jej szarą suknię, z którą już za tydzień zamierzała się rozstać. Jej 

brat odszedł na zawsze. Cała była pogrążona w bólu, ogłuszona i oślepiona nieznośną udręką.

- Madame? - Pułkownik postąpił pół kroku i wyciągnął rękę, jakby chciał ją ująć za 

ramię.

Wzdrygnęła się.

- Coś jeszcze?

background image

- Prosił, bym się panią zaopiekował.

-   Zaopiekował?   -   Szybko   spojrzała   mu   w   twarz,   która   wyglądała   jak   wykuta   z 

kamienia. Pozbawiona ciepła, wyrazu, jakichkolwiek uczuć. Jeśli za tą twardą obojętną maską 

krył się człowiek, to był zupełnie niewidoczny. Może jednak była niesprawiedliwa. Podszedł 

do niej bliżej, jakby chciał jej pomóc, wyciągnął rękę, by ją podtrzymać. I przecież przebył 

całą drogę z południa Francji, by spłacić dług wobec Percy'ego.

- Wynająłem pokój w gospodzie Pod Trzema Piórami w Heybridge - powiedział. - 

Zatrzymam się tam do jutra, madame. Złożę pani wizytę jeszcze raz i wówczas powie mi 

pani, jak mogę jej pomóc. W tej chwili potrzebuje pani wsparcia bliskich osób. Wiadomość o 

śmierci brata na pewno panią wstrząsnęła.

Odsunął się na bok i pociągnął taśmę dzwonka przy drzwiach. Wstrząsnęła nią? Była 

w pełni władz umysłowych. Zastanawiała się nawet, czy dzwonek działa, bo nie pamiętała, 

kiedy ostatni raz był w ogóle używany. Uświadomiła sobie też, że jeśli rzeczywiście działa i 

Agnes przyjdzie na wezwanie, ona musi się odsunąć. Ciągle stała oparta plecami o drzwi, 

uczepiona klamki, jakby od tego zależało jej życie. Miała wrażenie, że nie zdoła uczynić 

kroku, a świat zaraz rozpadnie się na milion kawałków. Może jednak nie do końca panowała 

nad sobą.

Percy nie żył.

Agnes   zjawiła   się   niemal   natychmiast.   Pułkownik   mocno   chwycił   Eve   za   ramię   i 

odciągnął ją na bok akurat w tym momencie, gdy drzwi zaczęły się otwierać.

- Czy można by kogoś wezwać, żeby pomógł pannie Morris? - spytał, a jego słowa 

zabrzmiały bardziej jak komenda niż grzeczna prośba. - Jeśli tak, proszę go tu niezwłocznie 

sprowadzić.

Agnes odwróciła głowę i zawołała:

- Charlie?! Charlie, słyszysz mnie?! Odstaw to krzesło i biegnij po panią Pritchard. 

Powiedz jej, żeby się pospieszyła. Panna Morris jej potrzebuje. Natychmiast!

- Proszę usiąść, bo zaraz pani zemdleje - powiedział pułkownik. - Nawet wargi ma 

pani zupełnie blade.

Eve posłusznie opadła na najbliższe krzesło i siedziała na nim sztywno wyprostowana, 

nie dotykając plecami oparcia, mocno, do bólu splatając dłonie. Jak biedna ciocia Mari ma się 

pospieszyć? Potem dotarło do niej echo słów, które pułkownik wypowiedział przed chwilą: 

„Powie mi pani, jak mogę jej pomóc”.

- Nic nie może pan dla mnie zrobić, pułkowniku - odrzekła. - Nie ma sensu, żeby 

narażał się pan na niewygody noclegu w wiejskiej gospodzie. Ale dziękuję za dobre chęci. I 

background image

za pofatygowanie się aż tutaj. To bardzo uprzejme z pana strony.

Eve obserwowała, jak Agnes podnosi jej kapelusz i przyciska do piersi, rozglądając się 

dookoła. Zastanawiała się, jak można mówić takie banalne uprzejmości, skoro Percy nie żyje. 

Poczuła ostry ból, gdy paznokcie wbiły się jej w dłonie.

- Madame, nawet najskromniejsza wiejska gospoda zda się luksusem dla człowieka, 

który niedawno wrócił z wojny - odparł. - Proszę się o mnie nie martwić.

Zapadła cisza. Eva pomyślała, że nie zaproponowała mu nic do picia. Agnes gapiła się 

na nią, a pułkownik Bedwyn unikał jej wzroku. Wrócił na swoje poprzednie miejsce przy 

kominku i stanął zwrócony do niego plecami. Nie poprosiła go, żeby usiadł.

W   tym   momencie   do   pokoju,   utykając,   weszła   ciocia   Mari.   Nawet   nie   zdjęła 

kapelusza. Popatrzyła dookoła przerażonym wzrokiem, jakby już zrozumiała o co chodzi. Eve 

niepewnie wstała.

- Panna Morris potrzebuje pani, madame - rzekł pułkownik, nie czekając, aż zostaną 

sobie przedstawieni. - Niestety przyniosłem złe wieści, dotyczące jej brata, kapitana Morrisa.

- Och, moje kochane biedactwo.

Ciocia Mari podeszła do niej i objęła ją, upuszczając laskę na podłogę. Eve, nagle 

poczuwszy śmiertelne zmęczenie, oparła czoło na kościstym ramieniu tej tak bliskiej sobie 

osoby,   która   ją   kochała,   która   chętnie   ulżyłaby   jej   w   cierpieniu.   Jednak   bólu   tego   nie 

uśmierzy. Nikt nie zwróci jej Percy'ego. Czarna rozpacz zalała Eve.

Gdy   znów   podniosła   głowę,   oczy   ciotki   były   pełne   łez,   a   jej   usta   drżały,   gdy 

próbowała   opanować   emocje.   U   jej   nóg   stał   Burek   z   żałosną   miną,   machając   uciętym 

ogonem. Agnes ciągle ściskała kapelusz Eve. Wyglądała tak, że nawet smok nie miałby teraz 

żadnych szans, gdyby tylko nawinął się jej pod rękę. Była też przy niej zrozpaczona Thelma. 

Eve nigdzie nie widziała dzieci. Niania Johnson zabrała je pewnie na górę. Lord pułkownik 

Aidan Bedwyn już wyszedł.

background image

2

W gospodzie Pod Trzema Piórami łóżko było twarde, poduszka źle wypchana, piwo 

mdłe, jedzenie niesmaczne, obsługa leniwa, a cały przybytek, choć w miarę czysty, wydawał 

się   zapuszczony.   W   Anglii   Aidan   niemal   podświadomie   wymagał   pewnych   standardów. 

Gdyby przebywał w jakimkolwiek innym kraju, uznałby, że pławi się w luksusie. A tak był 

bardzo niezadowolony i żałował z całego serca, że nie może jechać prosto do domu, do 

Lindsey   Hall   w   Hampshire,   wiejskiej   rezydencji   swego   brata,   księcia   Bewcastle,   gdzie 

dogadzano by mu przez resztę jego urlopu.

Najpierw jednak musiał zakończyć sprawy z siostrą kapitana Morrisa, choć nadal nie 

bardzo   wiedział,   jak   długo   to   potrwa   ani   czego   to   będzie   od   niego   wymagać   poza 

zaofiarowaniem jej jakiejś pociechy podczas kolejnych wizyt. Powiedziała, że niczego nie 

chce, ale oczywiście była wtedy w głębokim szoku. On sam czuł się wstrząśnięty widokiem 

zmian,   jakie   nastąpiły   w   niej   w   ciągu   tych   kilku   minut.   Z   pełnej   życia,   zarumienionej, 

promiennej   młodej   kobiety,   całkiem   ładnej   mimo   prostej,   podniszczonej   sukni   stała   się 

bladym, apatycznym cieniem człowieka. I to on był tego sprawcą. Och, jak wielką siłę miały 

słowa! Nigdy nie był biegły w sztuce posługiwania się nimi.

Następnego ranka wybrał się do Ringwood pieszo, widząc już, że ma do przebycia 

drogę   nie   dłuższą   niż   dwa   kilometry.   Tym   razem   bardziej   zwracał   uwagę   na   okolicę, 

ponieważ najtrudniejszą część swojej misji miał już za sobą. Przekazywanie wieści o czyjejś 

śmierci to chyba najbardziej niewdzięczne zadanie, jakiego można się podjąć. Wielokrotnie 

czynił to listownie, nigdy dotąd jednak nie musiał tego robić osobiście.

Ringwood wydawało się uroczym miejscem. Rezydencja była stara, pokryta patyną 

czasu.  Otaczał   ją  spory,   malowniczo  położony  park.  Wyglądało   na  to,  że   majątek   dosyć 

dobrze prosperuje, ale czy nie jest to tylko złudzenie? Kapitan Morris wprawdzie nie trwonił 

pieniędzy na hazard czy pijaństwo, nie był jednak w stanie kupić sobie awansu, jak to robili 

inni oficerowie. Ringwood mogło być beznadziejnie zadłużone. Czy właśnie na tym polegały 

kłopoty siostry kapitana?

Czy w ogóle majątek był jej własnością? Do kogo teraz należał? Aidan dowiedział się 

wczoraj, że jej ojciec już nie żyje. Czy więc majątek przypadł kapitanowi Morrisowi? Czy 

podlegał majoratowi?

Aidan   szedł   długim   podjazdem,   a   żwir   zgrzytał   mu   pod   butami.   Przed   domem 

zobaczył grupę ludzi. Troje dzieci siedzących na trawie i trzy kobiety, z których dwie stały, a 

jedna siedziała na krześle. Ta ostatnia trzymała w rękach otwartą książkę. Albo czytała z niej 

background image

dzieciom, albo czegoś je uczyła. Wywnioskował, że chyba jest guwernantką. Przypomniał 

sobie, że minął ją wczoraj w holu, gdy wychodził. Panna Morris i starsza pani, która zjawiła 

się wczoraj, by ją pocieszyć, stały obok i przyglądały się. Jedno z dzieci podniosło głowę i 

wskazało na niego palcem. Obie damy odwróciły się, by spojrzeć w jego kierunku.

Przez chwilę wydawało się, że panna Morris go nie rozpoznała. Dzisiaj miał na sobie 

cywilne ubranie. Zszedł ze żwirowej ścieżki, by przeciąć trawnik, a obie panie wyszły mu na 

spotkanie. Zauważył, że panna Morris jest blada jak ściana, oczy ma podkrążone jakby nie 

spała całą noc, ale panuje nad sobą.

- Dzień dobry, pułkowniku. - Uśmiechnęła się do niego słabo. Była wysoka, szczupła. 

Miała brązowe włosy i szare oczy. Dzisiaj wydawała się krucha i raczej przeciętnej urody. - 

Jak   to   miło,   że   znów   nas   pan   odwiedził.   Nie   jestem   pewna,   czy   wczoraj   należycie 

podziękowałam za to, że osobiście przekazał pan wiadomość o Percym. Byłoby mi o wiele 

trudniej, gdybym przeczytała o tym w liście.

Mówiła ze śpiewnym akcentem, który sprawiał, że jej słowa brzmiały jak muzyka.

- Dzień dobry pani. - Aidan ukłonił się. - Cieszę się, że pani już wstała i wybrała się na 

spacer.

Mimo że dzień był ciepły, obiema rękami przytrzymywała szal na ramionach.

- Pozwoli pan, że przedstawię moją cioteczną babkę. Pułkowniku, to pani Pritchard. 

Ciociu Mari, to jest lord pułkownik Aidan Bedwyn.

A więc znała go z imienia i nazwiska. Ukłonił się ponownie.

- Miło mi pana poznać, pułkowniku - powiedziała ciotka. - Żałuję, że okoliczności 

naszego spotkania są takie smutne. - Mówiła z tak silnym walijskim akcentem, że musiał się 

bardzo skupić, by ją zrozumieć.

- Ja również, madame - odparł.

- Czy podać panu coś do picia? - spytała panna Morris, wskazując ręką w stronę 

domu. - Chyba wczoraj zaniedbałam obowiązki gospodyni.

- Wolałbym z panią pospacerować - odrzekł.

- A ja wracam do domu. Muszę trochę odpocząć - oświadczyła pani Pritchard.

Pułkownik z panną Morris przeszli przez trawnik, kierując się w stronę malowniczego 

stawu, za którym rósł las. Już po kilkunastu krokach usłyszeli donośne szczekanie. Brązowy 

pies   nieokreślonej   rasy,   chyba   mieszaniec   z   terierem,   nadbiegł   pędem   z   miejsca,   gdzie 

siedziały dzieci. Podskakiwał na trzech nogach, czwartą trzymając podkuloną pod brzuchem. 

Miał  zmierzwioną  sierść,  jedno   oko  i  brakowało   mu  pół  ucha.   Dobiegłszy  do  nich,   pies 

zatrzymał się i przywitał z panną Morris, obwąchując jej rękę, a potem podniósł łeb do góry. 

background image

Gdy pochyliła się, by podrapać go pod brodą, zaczął sapać z zadowolenia.

- Co, Burek, omal nie ominął cię spacer? - Spojrzała na Aidana przepraszająco. - 

Raczej   nie   zdobyłby   nagrody   na  żadnej   wystawie   psów,   prawda?   A   mimo   to   bardzo   go 

kocham.

Aidan nie odezwał się ani słowem. Pies wyglądał tak, jakby przegrał pojedynek z 

niedźwiedziem. Łypnął na niego jedynym okiem i szczeknął. Zaznaczywszy w ten sposób 

swoją obecność, pokuśtykał obok nich, gdy ruszyli dalej.

Aidan nie tracił czasu na zbędną pogawędkę. Byłoby nietaktem rozmawiać o pogodzie 

czy innych równie banalnych rzeczach z kobietą opłakującą bliskiego jej zmarłego.

- Pani brat bardzo nalegał, madame, bym obiecał, że się panią zaopiekuję - rzekł. - Nie 

zdążył   wszystkiego   wyjaśnić,   ale   była   to   dla   niego   sprawa   niezwykłej   wagi.   Proszę   mi 

powiedzieć, w jaki sposób mogę pani pomóc.

-   Już   mi   pan   pomógł.   Wypełnił   pan   zobowiązanie,   pułkowniku,   i   bardzo   za   to 

dziękuję. Jestem panu szczególnie wdzięczna za wiadomość, że przed śmiercią mój brat nie 

cierpiał.

Było nietaktem dopytywać się dalej, skoro tak stanowczo próbowała się go pozbyć. 

Jednak Morris ostatkiem sił tak go błagał, wiedząc, że nie złamie on danego słowa, dotrzyma 

go, nie szukając wymówek...

- Czy Ringwood należało do pani brata? - zapytał.

- Nie - odparła szybko. - Do mnie. Ojciec zostawił je mnie. Majątek nie podlega 

majoratowi, a ojciec i Percy byli skłóceni już na kilka lat przed śmiercią papy. Ojciec chciał, 

by   Percy   został   w   Ringwood   i   nauczył   się   żyć   jak   prawdziwy   ziemianin.   Mojego   brata 

pociągała   jednak   kariera   w   wojsku.   Gdy   odziedziczył   trochę   pieniędzy   po   ciotecznym 

dziadku, kupił za nie patent oficerski.

A więc nie było tak źle, jak się Aidan obawiał. Nie musiał szukać dla panny Morris 

nowego miejsca zamieszkania.

-   Wydaje   się,   że   posiadłość   jest   całkiem   w   dobrym   stanie   -  stwierdził,   ryzykując 

posądzenie o wścibstwo.

- Owszem. - Zatrzymała  się i odebrała psu kij trzymany w pysku. Rzuciła go, by 

zaaportował. Nie podjęła tematu. - Czy Percy został pochowany tam, pod Tuluzą?

- Tak - odparł. - Razem z dwoma innymi oficerami. Nabożeństwo żałobne odprawił 

nasz pułkowy kapelan. To była bardzo podniosła uroczystość. Uczestniczyłem w niej. Grób 

jest dobrze oznakowany. Zadbałem o to, by się nim opiekowano.

- Dziękuję panu.

background image

Chyba wszystko zostało już powiedziane. Nie wyglądało na to, żeby potrzebowała od 

niego jakiejś materialnej pomocy. A jeśli nawet, to nigdy się do tego nie przyzna. W tych 

ciężkich chwilach będzie ją pocieszać ciotka. Miała też przy sobie tę młodą guwernantkę i 

dzieci,   mniejsza   o   to,   czyje.   Zapewne   nie   zabraknie   też   przyjaciół   i   sąsiadów,   którzy   ją 

wesprą. Nie potrzebowała pociechy od obcego człowieka. Zresztą nie umiał jej pocieszyć. Był 

oficerem od ponad dwunastu lat, od swoich osiemnastych urodzin. Wszystkie delikatniejsze 

uczucia dawno w nim umarły.

Ale przecież złożył uroczystą obietnicę, która zawierała te cztery niepokojące słowa: 

„bez względu na wszystko”. Wiedział, że będzie miał do końca życia wyrzuty sumienia, jeśli 

ograniczy się do przekazania jej wiadomości o śmierci brata.

- Pułkowniku, czy ma pan w Anglii rodzinę? - spytała.

- Książe Bewcastle to mój brat. Poza nim mam jeszcze dwóch braci i dwie siostry, i 

licznych innych krewnych.

- A ma pan siostrzenice i bratanków? Pokręcił głową.

- Żadne z nas nie zawarło jeszcze małżeństwa.

Freyja była o krok od tego. A chodziło tu o dwóch braci. Jeden ją zostawił, umierając, 

drugi - poślubiając inną.

-   Na   pewno   nie   może   się   pan   doczekać,   by   się   z   nimi   wszystkimi   zobaczyć   - 

powiedziała panna Morris. - I oni stęsknili się za panem. Jak długi dostał pan urlop?

- Dwa miesiące.

- To tak niewiele czasu - stwierdziła. - Nie powinien go pan tutaj tracić. I tak jestem 

wielce zobowiązana, że poświęcił mi pan aż dwa dni.

Zostało to powiedziane bardzo grzecznie, ale stanowczo. Zbyt łatwo udało mu się 

spłacić dług wdzięczności. Nie mógł jednak zrobić nic więcej.

Gdy okrążyli staw, panna Morris skierowała się z powrotem w stronę domu. Wszystko 

zostało   powiedziane.   Oczekiwała,   że   on   wyjedzie.   W   sumie   był   chyba   nawet   z   tego 

zadowolony. Ale czuł też niepewność.

Jeśli  wróci  zaraz  do gospody, zdąży wyruszyć  w  drogę i przebyć spory  kawałek, 

zanim zapadnie zmrok. Nie mógł się doczekać, kiedy znajdzie się już w domu. Ale może 

wszyscy członkowie rodziny udali się do Londynu na sezon towarzyski? Bewcastle na pewno 

pojechał tam ze względu na trwające obrady parlamentu. Z całego serca pragnął już być w 

domu. Od jego ostatniego urlopu upłynęły trzy lata, a i wtedy nie pobył w domu zbyt długo.

- Do widzenia, pułkowniku. - Zatrzymała się, gdy dotarli do tarasu przed domem. 

Wyciągnęła do niego szczupłą rękę. - Życzę bezpiecznej drogi i miłego urlopu. Ciężko pan na 

background image

niego zapracował. Wczorajszy dzień na pewno nie był dla pana łatwy. Jestem panu ogromnie 

wdzięczna.

Ujął jej dłoń i pochylił się nad nią.

- Do widzenia, madame - powiedział. - Kapitan Morris był prawdziwym bohaterem. 

Niech to będzie dla pani pociechą, gdy minie żal po jego stracie.

Uśmiechnęła się bladymi ustami i smutnymi oczami. Pies warknął bez przekonania, 

gdy uścisnęli sobie dłonie. Aidan odwrócił się i odszedł podjazdem, mijając po drodze dzieci i 

ich guwernantkę. W końcu mógł zacząć się cieszyć urlopem.

Chyba jednak na zawsze pozostanie mu dręczące poczucie, że nie do końca wypełnił 

złożoną obietnicę. Prośba kapitana Morrisa była taka natarczywa.

„Proszę   obiecać,   że   się   pan   nią   zaopiekuje!   Proszę   obiecać!   Bez   względu   na 

wszystko!”

Z pewnością musiał mieć coś konkretnego na myśli.

William Andrews, ordynans Aidana, służył u niego od ośmiu lat. Towarzyszył mu w 

dolach i niedolach licznych kampanii, w męczących marszach i odwrotach w Hiszpanii, w 

deszczu i błocie, śniegu i zimnie, słońcu i spiekocie, w zawszonych gospodach, na biwakach 

pod   gołym   niebem.   I   przez   cały   ten   czas   nigdy   nie   był   chory.   Teraz,   po   powrocie   do 

umiarkowanego klimatu Anglii, i, można by rzec, pławiąc się w luksusach, przeziębił się.

Gdy Aidan wrócił do gospody Pod Trzema Piórami i wezwał Andrewsa, by spakował 

bagaże i w ciągu godziny przygotował mu konia do drogi, ordynans pojawił się przed nim z 

czerwonym nosem, zapuchniętymi powiekami i załzawionymi oczami. Ledwo mógł mówić i 

z trudem powłóczył nogami. Próbował jednak odgrywać bohatera.

- Co ci jest, do diabła? - spytał Aidan.

-   Przeziębiłem   się   -   wyjaśnił.   Pociągnął   smętnie   nosem   i   kichnął.   Aidan   zaklął 

siarczyście i odesłał ordynansa do łóżka ze stanowczym rozkazem, by zażył coś, co pozwoli 

mu do rana wypocić całą gorączkę. Andrews spojrzał na niego z cichym wyrzutem i już 

otwierał usta, by zaprotestować, ale po namyśle zrezygnował z dyskusji i z żałosną miną po-

wlókł się do drzwi, ciągle kichając.

Aidan zastanawiał się, co teraz robić. Było dopiero południe. Miał przed sobą całą 

resztę dnia, ziejącą perspektywą nudy. Posiedzieć przy barze, bratając się z miejscowymi? 

Zwiedzić Heybridge? Przejść się tam i z powrotem wiejskimi uliczkami? Zabierze mu to 

raptem dziesięć minut. Przejechać się konno po okolicy? Leżeć na łóżku i gapić się w sufit, 

wymyślając, co wyobrażają plamy na suficie?

Nagle uświadomił sobie, że jest głodny. Od śniadania minęło już pięć godzin, a w 

background image

Ringwood Manor odmówił poczęstunku. W gospodzie Pod Trzema Piórami jadalnia była 

połączona z barem. Nie można było wynająć osobnej sali. Zszedł więc na dół, zamówił placek 

z wołowiną i cynaderkami oraz kufel piwa i zaczął rozmawiać z szynkarzem i miejscowymi 

ludźmi. O czymkolwiek, byle uciec przed śmiertelną nudą.

Cała wieś poruszona była śmiercią Percivala Morrisa. Wszyscy wiedzieli, że to Aidan 

przyniósł tę wiadomość, i próbowali wyciągnąć z niego więcej szczegółów. Mieli dziwny 

zwyczaj zadawania pytań sobie nawzajem albo rzucania ich w przestrzeń i czekania, aż on na 

nie odpowie.

-  Zastanawiam   się,  jak   właściwie   zginął  młody  pan   Percival   -  rzekł   jeden  z   nich 

poprzez dym z fajki, unoszący się mu nad głową.

- Ciekawe, jak wyglądają te wszystkie wielkie bitwy z żabojadami - dumał inny nad 

swoim kuflem piwa.

- Znaliście kapitana Morrisa? - spytał Aidan, zaspokoiwszy ich ciekawość kilkoma 

odpowiednio krwawymi epizodami bitwy pod Tuluzą.

O tak, wszyscy go znali, choć od dawna już nie bywał w domu.

- Złamał ojcu serce, gdy tak uciekł, by zaciągnąć się na królewski żołd - powiedział 

jeden z nich, okazując całkowitą niewiedzę, jak zostaje się oficerem kawalerii.

Nastąpiła   ożywiona   dyskusja,   czy   stary   pan   Morris   w   ogóle   miał   serce,   które   by 

można mu było złamać.

- Patrzcie tylko, co zrobił własnej córci, która skakała wokół niego jak jakaś święta 

przez te wszystkie lata, kiedy był chory - rzucił ktoś.

- Zrobił? - powtórzył zaciekawiony Aidan.

-   E   tam   -   powiedział   tamten,   potrząsając   głową   i   wzdychając   ponuro   nad   swoim 

piwem.

Rozmowa zeszła na samą pannę Morris. Pielęgnowała przez cztery czy pięć lat przed 

śmiercią   niedomagającego   ojca.   Prócz   tego   panna   Morris   zorganizowała   i   utrzymywała 

wiejską szkołę. Sprowadziła do wsi akuszerkę i płaciła jej stałą pensję. Przygarnęła też dwie 

sieroty i zatrudniała całą rzeszę podejrzanych typów, których inni omijaliby z daleka. Tak 

przynajmniej oświadczył jeden z siedzących przy barze i nikt nie zaprotestował. Najwyraźniej 

panna Morris, realizując ideę chrześcijańskiego miłosierdzia, popadała w przesadę. Aidan 

doszedł też do wniosku, że musiała być bardzo majętna.

-   Ale   zbyt   łatwo   daje   się   nabierać   -   wtrącił   się   szynkarz,   odsuwając   krzesło,   by 

usadowić swe potężne cielsko przy pustym stole. - Ma nie po kolei w głowie, ot co. - Popukał 

się w czoło, by dobitniej wyrazić swoje zdanie. - Wystarczy przynieść jej pensa i opowiedzieć 

background image

jakąś odpowiednio łzawą historyjkę, a ona go kupi za całą gwineę.

- No właśnie. - Jeden ze słuchaczy pokiwał smętnie głową.

- Jakby mnie kto pytał - mruknął szynkarz, mimo że nikt nie zadał mu żadnego pytania 

- powiedziałbym, że stary Morris dobrze wszystko urządził, zanim wyciągnął kopyta. Kobiety 

mają zbyt miękkie serca, żeby rządzić tak wielkim majątkiem jak Ringwood i dysponować 

takimi pieniędzmi.

- Odniosłem wrażenie, że pan Morris zostawił Ringwood córce - rzucił Aidan, starając 

się nie okazać zbyt wielkiego zainteresowania.

- No tak - przyznał szynkarz. - Ale po roku miał je dostać pan Percival. A teraz dał się 

zabić i wszystko przypadnie panu Cecilowi Morrisowi. Nie sądzę, żeby bardzo rozpaczał po 

stracie kuzyna.

A więc Morris senior zostawił majątek córce tylko na rok? I teraz, skoro jej brat nie 

żył,  odziedziczy go jakiś inny krewny? Aidan pomyślał, że może to być  dla niej bardzo 

przykre.   Dobrze  przynajmniej,  że  nowy  właściciel  jest  jej  krewnym.   Niewątpliwie   panna 

Morris wkrótce przywyknie do nowych porządków.

Mimo wszystko wyglądało na to, że go okłamała. Mogła mu przynajmniej powiedzieć, 

że lada dzień straci dom. No tak, ale nie miała obowiązku go o tym informować. Nie była mu 

nic winna. To on miał dług do spłacenia.

Kapitan Morris użył słowa „opieka”. Aidan pamiętał, jak kapitan resztką sił szarpał go 

za rękaw.

„Proszę   obiecać,   że   się   pan   nią   zaopiekuje.   Niech   pan   obieca!   Bez   względu   na 

wszystko”.

Do kroćset! Czy w tej sprawie było coś, o czym jeszcze nie wiedział? Mężczyźni 

wokół pochłonięci byli rozmową o panu Cecilu Morrisie, jednak Aidan ich nie słuchał.

-   Jaki   był   pan   Morris?   -   zapytał.   Nie   lubił   wypytywać   obcych,   ale   chciał   się 

dowiedzieć jak najwięcej. - Mam na myśli ojca kapitana Morrisa.

- A, ten... - odezwał się jeden z pijących. - Nie był lepszy od nas, ale zadzierał nosa 

jakby urodził się królem angielskim. Pracował w Walii jako górnik. Potem zdobył pieniądze, 

żeniąc się z córką właściciela kopalni. Gdy jego teść zmarł, Morris sprzedał kopalnię kupił tu 

majątek i zaczął strugać jaśniepana. Syna wychowywał na dżentelmena, a córkę na damę ale 

srodze się na nich zawiódł. I dobrze mu tak. Pan Percival uciekł na wojenkę, a panna Morris 

nie chciała poślubić żadnego z tych paniczyków, co to ich jej podsuwał.

Teraz Aidan już wiedział, skąd ten walijski akcent u jej ciotki.

- No, ale gdy Morris chciał ją wydać za syna hrabiego Luffa, wtedy hrabia się nie 

background image

zgodził   -   wtrącił   się   jakiś   mężczyzna,   wskazując   szynkarzowi   swój   pusty   kufel.   -   Temu 

gościowi nie odmówiłaby.

- Odmówiłaby - odparł szynkarz, podnosząc się z wysiłkiem. - Panna Morris nigdy nie 

zadzierała nosa.

Aidan wstał także, kiwnął głową szynkarzowi i siedzącym przy barze i poszedł na 

górę   do   swojego   pokoju.   Postanowił   wybrać   się   na   dłuższą   przejażdżkę.   Musiał   się 

zastanowić, co powinien zrobić. Byłoby wielkim nietaktem wrócić do Ringwood i zacząć 

znów wścibiać nos w sprawy panny Morris. Nie mógł jednak tak po prostu jutro rano stąd 

wyjechać.

background image

3

Po południu Eve wybrała się samotnie do wsi. Gdyby pojechała powozem, pewnie 

towarzyszyłaby   jej   ciotka   Mari.   Jednak   bardziej   niż   towarzystwa   potrzebowała   świeżego 

powietrza i fizycznego wysiłku. I może jeszcze czasu, by wszystko przemyśleć i zaplanować.

Co teraz z nimi będzie? Czuła, jak ogarnia ją przerażenie. Od wczorajszego ranka 

usiłowała się skupić na jedynej rzeczy, która miała teraz znaczenie - na śmierci Percy'ego. 

Bardzo go kochała i chciała go należycie opłakiwać. Ale...

Ale umarł zbyt wcześnie.

Percy zostawił testament, w którym zapisał Ringwood Eve. Nie zdążył jednak zostać 

właścicielem Ringwood, nie mógł więc nim rozporządzać.

Aż do pierwszej rocznicy śmierci ich ojca majątek należał do Eve. I teraz, jak na ironię 

losu, w tę  właśnie rocznicę miał  przejść w ręce kuzyna  Cecila. Testament Percy'ego  był 

bezwartościowy. Jej brat zginął za wcześnie. Pomyślała z goryczą, że wszystko byłoby w 

zupełnym porządku, gdyby zmarł nieco później.

Za pięć dni nie będą mieli domu. Żołądek jej się ścisnął w przypływie paniki. Gdyby 

chodziło   tylko   o   nią,   na   pewno   znalazłaby   wyjście   z   tej   trudnej   sytuacji,   na   przykład 

podejmując jakąś pracę. Ale musiała też myśleć o innych.

Weszła na kamienny mostek, przerzucony łukiem nad rzeką oddzielającą Ringwood 

od  Heybridge,   i   przystanęła   na   chwilę,   by  popatrzyć   na   spokojnie   płynącą   wodę.   Potem 

ruszyła   do   wsi,   kierując   się   na   plebanię.   Zostało   jej   tylko   pięć   dni,   by   coś   zaplanować. 

Dzisiejszy dzień powinna jednak poświęcić Percy'emu.

Wielebny   Thomas   Puddle   sam   otworzył   drzwi,   gdy   zapukała.   Niestety,   jego 

gospodyni była nieobecna, a pastor skrupulatnie przestrzegał zasad etykiety. Nie zaprosił więc 

Eve do środka, tylko zaproponował, żeby przespacerowali się wokół kościoła. Puddle, chudy 

młodzieniec   o   chłopięcej   twarzy   i   kasztanowatych   włosach,   zawsze   się   czerwienił   w 

towarzystwie   Eve.   I   wszystkich   innych   młodych   parafianek,   z   których   wiele   darzyło   go 

sympatią.

Powiedział, że usłyszał o tragicznej śmierci jej brata, jak tylko wrócił do domu po 

dwudniowej nieobecności. Właśnie wybierał się do Ringwood. Złożył wyrazy współczucia, a 

potem zaczęli rozmawiać o nabożeństwie żałobnym za zmarłego, bo właśnie w tym celu tu 

przyszła.

-   Może   być   jutro   -   zapewniła,   gdy   okazało   się,   że   pastor   pojutrze   musiał   znowu 

wyjechać w ważnych sprawach. - Dopilnuję, by wszyscy zostali zawiadomieni. A szczegóły 

background image

ceremonii mogę pozostawić panu, prawda?

-   Tak,   oczywiście   -   zapewnił.   -   Czy   jest   ktoś,   kogo   chciałaby   pani   poprosić   o 

wygłoszenie wspomnienia o bracie, panno Morris? Nie znałem go osobiście, więc mogę o 

nim mówić tylko bardzo ogólnie.

Zastanawiała się przez chwilę, stojąc z nim w cieniu buka.

-   Chyba   James   Robson   mógłby   to   zrobić   -   zdecydowała.   -   Jest   rówieśnikiem 

Percy'ego, razem dorastali i przyjaźnili się. Napiszę do niego, jak tylko wrócę do domu.

W tym momencie ich uwagę zwrócił stukot kopyt na moście. Eve ze zdziwieniem 

ujrzała pułkownika Bedwyna jadącego w ich kierunku, zapewne zmierzającego do gospody, 

znajdującej się po drugiej stronie wsi. Dlaczego został w Heybridge? Myślała, że już od kilku 

godzin jest w drodze do domu.

Zauważył ich i z szacunkiem dotknął szpicrutą kapelusza. Tak jak się spodziewała, na 

koniu   wydawał   się   jeszcze   potężniejszy,   mimo   że   dzisiaj   nie   miał   na   sobie   munduru. 

Pomyślała, że nie chciałaby mieć z nim na pieńku. Wyglądał surowo, ponuro. Chyba nigdy 

się nie uśmiechał. Jednak nie powinna myśleć o nim źle. Odwiedził ją dwukrotnie i ofiarował 

wszelką możliwą pomoc.

Pułkownik zawahał się, a potem zawrócił w stronę plebanii. Zsiadł, uwiązał konia do 

ogrodzenia i wszedł na dziedziniec kościoła. Eve była zdziwiona i zmieszana. Nie chciała 

mieć już z nim do czynienia. Czuła do niego niechęć, ponieważ to właśnie on przyniósł jej tę 

okropną wiadomość.

Przedstawiła sobie nawzajem obu mężczyzn.

- To pułkownik Bedwyn przyniósł wczoraj wiadomość o śmierci Percy'ego. Był jego 

dowódcą - wyjaśniła pastorowi.

- Jego śmierć to ogromna strata dla panny Morris i całej okolicy - powiedział wielebny 

Puddle. - Na jutrzejsze popołudnie zaplanowaliśmy nabożeństwo żałobne. Jak długo pan tu 

pozostanie?

- Choroba mojego ordynansa, który zaziębił się po powrocie do Anglii, opóźnia mój 

wyjazd - wyjaśnił pułkownik. - Właściwie nie wiem, kiedy ruszymy w drogę.

Pastor mruknął coś współczująco. Pułkownik spojrzał na Eve tak, że omal się nie 

cofnęła. Miał ostry, bardzo przenikliwy wzrok. Współczuła jego żołnierzom. Dobrze chociaż, 

że Percy, służąc pod jego komendą, był oficerem.

- Nabożeństwo żałobne? - powtórzył. Przytaknęła.

- Mój brat wychował się tutaj. Większość sąsiadów dobrze go pamięta. Należy mu się 

uroczyste pożegnanie.

background image

Pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Zastanawialiśmy się, kogo poprosić, by wygłosił wspomnienie o zmarłym - wyjaśnił 

pastor. - Przybyłem do parafii już po wyjeździe kapitana Morrisa i nie mógłbym tego zrobić 

w należyty sposób.

Pułkownik nadal ponuro wpatrywał się w Eve.

- Może byłoby dobrze, gdybym to ja powiedział kilka słów, madame - odezwał się. - 

Pani sąsiedzi powinni się dowiedzieć, jakim dzielnym oficerem kawalerii stał się Percival 

Morris, którego znali jako chłopca. Jak odważnie walczył za swój kraj.

- To nad wyraz wspaniałomyślna propozycja, sir - powiedział wielebny Puddle.

- Musiałby pan zostać jeden dzień dłużej - zatroskała się Eve. - Zrobiłby pan to dla 

mnie, pułkowniku?

Skłonił głowę.

- Oczywiście, madame.

Dał słowo honoru, że się nią zaopiekuje. Ostatniej nocy Eve nie mogła zasnąć, gdy z 

bólem uświadomiła sobie, że Percy do ostatniej chwili dręczył się tym, co jego śmierć będzie 

dla niej oznaczać. Ale co jego zdaniem mógł dla niej zrobić pułkownik Bedwyn?

Dziękuję   -   powiedziała.   -   To   byłoby   bardzo   miłe   z   pana   strony.   Skinął   głową   i 

wreszcie odwrócił od niej wzrok, by pożegnać się z wielebnym Puddle'em. Chwilę później 

odszedł i dosiadł konia.

- Cóż za onieśmielający dżentelmen - zauważył pastor.

- Tak - zgodziła się Eve.

Bedwyn   był   też   najwyraźniej   człowiekiem,   który   dotrzymuje   słowa.   Uświadomiła 

sobie, że pomoc ofiarowana jej dzisiejszego ranka oraz jego obecna propozycja, by zostać 

dzień dłużej i wygłosić jutro podczas nabożeństwa wspomnienie o Percym, nie była zwykłą 

uprzejmością. Percy uratował mu życie i pułkownik czuł się jego dłużnikiem. Dał słowo, że 

się nią zaopiekuje. Ponieważ nie mógł jej inaczej pomóc, postanowił zostać, opowiedzieć 

sąsiadom o Percym.

Była mu za to wdzięczna.

Aidan nie uważał się za człowieka elokwentnego. Nigdy nie wygłaszał wspomnień o 

zmarłych. Uczestniczył w tylu pogrzebach swoich żołnierzy i oficerów, że gdy zaczynał o 

nich myśleć, ogarniało go przygnębienie. Zawsze jednak to, co należało powiedzieć, mówił 

kapelan pułkowy.

-   Kapitan   Morris   pewnego   razu,   nie   zważając   na   niebezpieczeństwo,   uratował   mi 

życie.   Został   przy   tym   poważnie   ranny.   -   Pułkownik   mówił   to,   stojąc   przed   licznie 

background image

zgromadzonymi parafianami w uroczym, typowo angielskim wiejskim kościele.

Panna Morris ubrana na szaro siedziała w pierwszej ławce. Towarzyszyła jej ciotka w 

żałobnej sukni i welonie. Była tu też młoda blondynka, która uczyła dzieci na trawniku w 

Ringwood. I gospodyni, z której, zdaniem Aidana, byłby doskonały sierżant, gdyby nie jej 

płeć. Większość zgromadzonych ze względu na okazję przywdziała czarne ubiory. Zapewne 

część z nich zastanawiała się, dlaczego panna Morris nie jest w żałobie.

- Byłem przy kapitanie Morrisie w chwili jego śmierci - powiedział pułkownik na 

koniec przygotowanego kilkuminutowego przemówienia. - W ostatniej chwili myślami był 

przy siostrze. Prosił, bym osobiście prze kazał jej wiadomość o jego odejściu. I prosił też, 

żebym powtórzył, by nie nosiła po nim żałoby. Zgodnie z jego życzeniem jest dzisiaj w szarej 

sukni. Mieliśmy zaszczyt  znać dzielnego człowieka, który nie żałował  swojego życia  dla 

ojczyzny. Okażmy mu nasz szacunek, składając hołd jego siostrze, którą kochał do ostatniej 

chwili życia.

Aidan złożył jej wojskowy ukłon i wrócił na swoje miejsce. Zauważył, że siedziała 

sztywno wyprostowana, blada jak zjawa. Nie płakała. Pani Pritchard i kilka innych parafianek 

łkało w chusteczki.

Żałobnie zadzwonił dzwon kościelny.

Pułkownik uścisnął rękę wielebnego Puddle'a i podziękował mu za podniosłą, piękną 

uroczystość. Zastanawiał się, czy to był dobry moment, by zamienić słowo z panną Morris, 

czy też powinien dla przyzwoitości poczekać jeszcze jeden dzień. Jednak ona sama przejęła 

inicjatywę, zbliżyła się do niego i wyciągnęła dłoń.

- Dziękuję, pułkowniku - powiedziała. - Na zawsze zachowam w pamięci to, co pan 

powiedział   o   Percym.   Większość   z   przytoczonych   faktów   była   mi   dotąd   nieznana.   Nie 

zapomnę też, że był pan tak uprzejmy i ze względu na mnie został jeden dzień dłużej.

- Cała przyjemność po mojej stronie, madame - odpowiedział, ujmując jej szczupłą, 

ciepłą dłoń.

- Jak się ma dzisiaj pański ordynansa? - zaskoczyła go pytaniem.

- Dziękuję, madame, dużo lepiej.

- Miło mi to słyszeć. - Skinęła głową. - Zaprosiliśmy kilkoro przyjaciół i sąsiadów na 

podwieczorek. Przyjdzie pan?

Właśnie   na   taką   okazję   czekał.   Może   uda   mu   się   zamienić   z   nią   kilku   słów   na 

osobności. Nadal jednak nie wiedział, co jej powie, o co zapyta, jak daleko może się posunąć 

w dociekaniu prawdy.

Zanim   zdążył   odpowiedzieć,   podszedł   do   nich   jakiś   mężczyzna.   Ukłonił   się   i 

background image

uśmiechnął. Od stóp do głów ubrany był w głęboką czerń, nawet rękawiczki i trzymana w 

dłoni chusteczka były czarne.

- To było bardzo wzruszające przemówienie, milordzie - zwrócił się do zaskoczonego 

Aidana. - Z trudem powstrzymywałem łzy. Mamie się to nie udało. Jakąż pociechą musiało 

być dla biednego Percy'ego, że w chwili śmierci miał przy sobie oficera z tak znamienitego 

rodu.   Pański   zmarły   ojciec   był   przecież   księciem   Bewcastle,   a   tytuł   obecnie   należy   do 

pańskiego brata, czyż nie? Dziękuję panu z całego serca, milordzie, że zniżył się pan do tego, 

by zaszczycić nas swoją obecnością.

-   Pułkowniku,   pozwoli   pan,   że   przedstawię   mu   mojego   kuzyna,   Cecila   Morrisa   - 

powiedziała panna Morris z gniewną miną, zaciskając usta.

- To doprawdy wielki zaszczyt, milordzie - rzekł mężczyzna, kłaniając się i wdzięcząc. 

- Czy mógłbym również przedstawić moją mamę? Gdzież ona jest? - Odwrócił głowę, by 

rozejrzeć się po dziedzińcu kościoła. - No, gdzież ona się podziała? O, tam jest, rozmawia z 

panią Philpot i panną Drabble. - Podniósł rękę i pomachał chusteczką.

Aidan przyjrzał mu się uważniej. Więc to ten człowiek miał odziedziczyć Ringwood? 

Niski,   pulchny,   z   wypiętą   do   przodu   piersią,   udający   bardzo   ważnego   i   zaaferowanego. 

Zachowywał  się przesadnie służalczo. Kuzyn  panny Morris. Aidan nie zauważył  u niego 

nawet   śladu   walijskiego   akcentu.   Wręcz   przeciwnie,   przy   nim   nawet   książę   Bewcastle 

mógłby uchodzić za prowincjusza.

- Cecilu, pułkownik spotka się z ciocią w Ringwood - przypomniała panna Morris. - 

Przyjdzie   na   podwieczorek.   A   przynajmniej   tak   mi   się   wydaje.   -   Spojrzała   pytająco   na 

Aidana.

- Ależ koniecznie musi pan przyjść, milordzie - wtrącił się Cecil Morris, przestając 

przywoływać   matkę.   -   Nalegam,   by   zaszczycił   nas   pan   swoją   obecnością   w   progach 

Ringwood Manor, niewątpliwie skromnych  w porównaniu z siedzibą księcia, zdaje się w 

Lindsey Hall, prawda? Mama bardzo się ucieszy.

- Dziękuję, madame - Aidan ukłonił się pannie Morris, ignorując jej kuzyna. - Przyjdę.

Odszedł w kierunku gospody. Każe osiodłać konia i przyjedzie wierzchem. Niech Bóg 

ma w opiece tę biedną kobietę, jeśli będzie zmuszona mieszkać przez resztę życia u kuzyna i 

jego matki.

Czy właśnie to tak niepokoiło kapitana Morrisa?

* * *

Po nabożeństwie Eve była życzliwie usposobiona wobec lorda pułkownika Aidana 

background image

Bedwyna. Gdy jednak opuszczał Ringwood po podwieczorku, gardziła nim i z całego serca 

cieszyła się, że już go nigdy więcej nie zobaczy.

Sąsiedzi byli bardzo serdeczni. Przyszli prawie wszyscy i uprzejmie, ze współczuciem 

rozmawiali z nią o Percym i nabożeństwie. Serena Robson, żona Jamesa, siedziała przy Eve 

prawie godzinę, trzymała ją za rękę, zapewniając, że chociaż dzisiejszy dzień był dla Eve 

bardzo trudnym doświadczeniem, już wkrótce poczuje się lepiej.

- I wiedz też - dodała z powagą, gdy tylko znalazły się sam na sam - że serdecznie cię 

zapraszamy, byś zamieszkała z nami. Oboje z Jamesem zgadzamy się, że tylko tego potrzeba 

nam do szczęścia.

Eve spojrzała na Jamesa. Biedak na pewno byłby okropnie niezadowolony. Wzruszyła 

ją   jednak   dobroć   Sereny.   Były   przyjaciółkami   od   pięciu   lat,   od   kiedy   Serena   wyszła   za 

Jamesa. Przyjaźń miała jednak swoje granice.

- Nie chcę myśleć  dalej niż o jutrzejszym  dniu, Sereno - powiedziała  Eve. - Ale 

dziękuję ci, to bardzo miłe z twojej strony.

Szczerze mówiąc, przez cały dzień na niczym nie mogła się skupić. Nawet podczas 

nabożeństwa, mimo że bardzo się starała.

Czas uciekał.

Mogła uchronić siebie i wszystkich, których miała pod opieką, gdyby jeszcze w tym 

roku wyszła za mąż. Otrzymała kilka propozycji, jednak żadnej z nich nie brała poważnie. 

Czekała na Johna. Ach, wcale już nie była pewna, czy John w ogóle kiedykolwiek wróci. A 

nawet jeśli wróci, będzie już za późno, by ocalić jej przyjaciół i służbę.

Jak mogła zwątpić w Johna? Wbrew rozsądkowi kochała go i ufała mu w milczeniu 

przez piętnaście długich miesięcy.

Nikt   nie  wiedział   o  Johnie,   nawet  ciocia   Mari.  John,   wicehrabia  Denson,   którego 

ojciec,   hrabia   Luff,   kategorycznie   sprzeciwił   się   ich   małżeństwu,   przebywał   z   misją 

dyplomatyczną w Rosji. Może właśnie teraz był w drodze powrotnej do Anglii. Obiecał, że 

jak tylko w marcu wróci do kraju, uda się prosto do domu i ujawni ich sekretne zaręczyny. 

Powiedział, że wtedy będzie już uznanym dyplomatą, tak ważną osobistością, iż ojciec nie 

zdoła   powstrzymać   go   przed   poślubieniem   kobiety,   którą   sobie   upodobał.   I   pobiorą   się 

jeszcze w lecie.

Eve   uśmiechnęła   się   blado   do   kolejnego   sąsiada,   który   składał   jej   kondolencje. 

Wszyscy byli tacy mili. Jak dobrze mieć przyjaciół wspierających w potrzebie.

Gdzie był teraz John? Nie mogła się tego w żaden sposób dowiedzieć. Nie napisali do 

siebie ani razu przez piętnaście miesięcy jego nieobecności. No bo przecież nie uchodziło, by 

background image

mężczyzna i kobieta korespondowali ze sobą, jeżeli nie byli małżeństwem albo przynajmniej 

oficjalnie zaręczeni. Właśnie to powtarzała sobie przez pierwsze długie miesiące, gdy nie 

odezwał się ani słowem. Sama nie mogła do niego napisać, ponieważ nie podał jej adresu. 

Ostatnio   prześladowała   ją   myśl,   że   przecież   mógł   znaleźć   jakiś   sposób,   by   się   z   nią 

skontaktować, nie narażając na szwank jej reputacji. Gdyby tylko wrócił! Och, gdyby mogła 

teraz   podnieść   wzrok   i   zobaczyć   go   stojącego   w   progu,   przystojnego,   jasnowłosego,   jak 

zawsze   pewnego   siebie.   Gdy   jednak   podniosła   oczy,   zobaczyła   pułkownika   Bedwyna   i 

Cecila.

Co dziwne, pułkownik nie starał się uwolnić od jego towarzystwa, chociaż tak utarł 

mu nosa przed kościołem. Eve była rozczarowana, że pułkownik poświęca teraz Cecilowi 

całą swoją uwagę, co tylko utwierdzi kuzyna w jego pysze.

Wyszła na taras, by pożegnać Jamesa i Serenę Robsonów. Pomachała do nich, gdy 

odjeżdżali i, nagle poczuła się bardzo samotna i zmęczona. Zamierzała wrócić do domu, ale 

właśnie   wychodził   z   niego   Cecil   i   ciotka   Jemima.   Towarzyszył   im   pułkownik   Bedwyn. 

Ciotka   Jemima   rzuciła   Eve   tylko   nerwowy,   nikły   uśmieszek,   po   czym   zupełnie   ją 

zignorowała.

-   To   jest   siedziba   zupełnie   nieodpowiednia   dla   dżentelmena   -   powiedział   Cecil, 

obejmując szerokim gestem zarówno budynek, jak i park. - Nędzna wiejska chałupa. Mam w 

planach marmurowy portyk z greckimi rzeźbami, kolumnami i stopniami. To dopiero zrobi 

wrażenie, prawda, milordzie?

Eve spojrzała z niedowierzaniem na porośnięty bluszczem urokliwy fronton domu. 

Spodziewała się, że pułkownik ostro skrytykuje takie nietaktowne uwagi wygłaszane w jej 

obecności.

-   Wzbudzi   zachwyt   i   oszołomi   -   zgodził   się   pułkownik.   -   Taka   przebudowa 

niewątpliwie jeszcze podniesie pańską pozycję wśród okolicznej szlachty, sir.

Cecil rozejrzał się dookoła.

- A podjazd należałoby poszerzyć i wybrukować - dodał. - Nie ma tu miejsca, by 

mogły się minąć dwa duże powozy. Trzeba będzie wyciąć część drzew.

Eve słuchała ze zgrozą, jaki los czeka jej ukochane, stare drzewa.

- Godny podziwu pomysł  - zgodził się pułkownik Bedwyn. - Najważniejsze, żeby 

powóz dżentelmena miał wygodny przejazd.

Cecil rozglądał się dookoła z niezwykle zadowoloną miną, dopóki widoku nie zasłonił 

mu zatrzymujący się przed nim powóz.

- Była to dla mnie doprawdy ogromna przyjemność móc pana poznać, milordzie - 

background image

oświadczył. - I dla mamy. Przyjemność i zaszczyt. Może odwiedzi nas pan, gdy będzie mi 

dane uczynić z Ringwood posiadłość godną syna księcia? Może przyjedzie pan do mnie na 

polowanie? A może i książę, pański brat... - Zawiesił głos.

Pułkownik pochylił głowę i wyciągnął rękę do ciotki Jemimy, która przez chwilę była 

tak oszołomiona, że chyba nie zdawała sobie sprawy, iż chciał jej pomóc wsiąść do powozu. 

Gdy już zrozumiała, o co chodzi, schwyciła wyciągniętą dłoń i pospiesznie wspięła się po 

schodkach.

- Eve! - Cecil, zanim wsiadł do powozu, w końcu łaskawie ją zauważył. - Wrócę za 

cztery dni, by się tu wprowadzić. Spodziewam się, że oszczędzisz nam scen. Wiesz, jak łatwo 

zdenerwować mamę.

-   Do   widzenia,   Cecilu   -   powiedziała   Eve.   -   Do   widzenia,   ciociu.   Dziękuję,   że 

przyjechaliście.

Ciotka uśmiechnęła się do niej z łzawą czułością i uniosła do oczu czarną chusteczkę.

Tuż po przyjeździe ciotka Jemima zapytała szeptem: „Jak się mają Becky i Davy?” i 

trwożliwie rozejrzała się dookoła. Jednak źle wybrała moment, bo właśnie zbliżył się do nich 

Cecil. Ciotka uśmiechnęła się i niepewnie kiwnęła głową, po czym wymamrotała, że musi 

spytać kucharkę Eve o przepis na ciasto biszkoptowe.

Powóz   odjechał,   zostawiając   Eve   na   tarasie   sam   na   sam   z   lordem   pułkownikiem 

Aidanem Bedwynem.

- Madame, czy mógłbym... - zaczął.

Nie czekała, aż skończy zdanie. Zjeżyła się z oburzenia na sam dźwięk jego głosu. 

Odwróciła się i weszła do domu, nie oglądając się za siebie.

background image

4

- Już mi lepiej, sir - powiedział Andrews. - Możemy ruszać jutro rano.

Aidan stanął w pokoju w gospodzie odwrócony plecami do ordynansa i zamknął oczy. 

Och, cóż za pokusa! A potem zaklął głośno, używając najgorszych słów ze swego bogatego 

repertuaru.

Andrews pociągnął nosem.

- Wysmarkaj się wreszcie - rozkazał mu Aidan.

Andrews wykonał polecenie, wydając przy tym dźwięki niczym pęknięta trąbka.

- Moje cywilne ubranie - rozkazał Aidan, zaczynając rozpinać guziki szkarłatnego 

munduru.

- Strój do jazdy konnej? - spytał Andrews.

- Nie, nie do jazdy konnej - warknął Aidan, zdejmując kurtkę mundurową i rzucając ją 

na krzesło, by ordynans zajął się nią później. - Czy mówiłem coś o nim?

-  Nie,   sir  -  przyznał   służący.  -  Pomyślałem,   że  może   zdecydował   się  pan  jednak 

wyjechać wieczorem.

Mówił przez nos tak niewyraźnie, że trudno go było zrozumieć.

- To źle pomyślałeś - skwitował krótko Aidan. - Dam ci znać, kiedy zdecyduję się 

opuścić tę piekielną gospodę.

Niecałe pół godziny później był już starannie ogolony i w cywilnym ubraniu - w białej 

koszuli   z   krawatem,   w   dopasowanym   żakiecie   z   najprzedniejszego   niebieskiego   sukna, 

kremowej kamizelce, płowych pantalonach i butach z cholewami z białą lamówką. Nastrój 

miał jednak równie podły jak przedtem, a może jeszcze gorszy.

Wciąż jeszcze nie mógł do końca uwierzyć  w to, czego się dowiedział od Cecila 

Morrisa.   Wyciągnął   z   niego   informacje   z   niezwykłą   łatwością.   Wystarczyło,   że   raczył 

poświęcić   mu   swą   uwagę,   i   z   bezkrytyczną   aprobatą   słuchał   jego   głupich   wypowiedzi. 

Szczerze mówiąc, nąjchętniej udusiłby tego obrzydliwego lizusa.

A ze starego Morrisa musiało być niezłe ziółko, pomyślał Aidan z pogardą, zasiadając 

do kolacji w swoim pokoju. Nie miał nastroju, by schodzić na dół do baru. Gdy Morrisowi nie 

udało się skłonić córki do poślubienia któregoś z podsuwanych jej paniczów, jeszcze zza 

grobu próbował wywierać na nią wpływ.

Zgodnie z testamentem spisanym krótko przed śmiercią, Morris rzeczywiście zostawił 

cały majątek córce tylko na rok, po upływie którego wszystko miało przejść na jej brata. A w 

wypadku jego przedwczesnej śmierci - na jej kuzyna. Ale zostawił też kuszącą przynętę. 

background image

Mogła zatrzymać całą schedę do końca życia, jeśli w ciągu tego roku wyszłaby za mąż.

Do pierwszej rocznicy śmierci starego Morrisa zostały cztery dni.

Cecil   Morris   miał   lada   moment   przejąć   majątek.   Mimo   że   wcześniej   zasypywał 

zapewne kuzynkę propozycjami małżeństwa, bo mógł na tym skorzystać, teraz gdy już jej nie 

potrzebował, przestał przejmować się jej losem. Za cztery dni miała zostać wyrzucona ze 

swego domu. Cecila Morrisa zupełnie nie obchodziło, co się z nią stanie.

Wiadomość o zgonie brata była więc dla panny Morris podwójnym ciosem. Miała to 

wypisane na twarzy. Kapitan Morris w swoim testamencie zapisał majątek siostrze, z góry 

zrzekając się wszystkich praw do Ringwood. Niestety, jego wspaniałomyślność nie zdała się 

na nic. Zginął, zanim nabył prawa do Ringwood, a zatem nie mógł dysponować nim zgodnie 

ze swoim życzeniem.

Za cztery dni panna Morris będzie bezdomna, bez żadnych środków do życia. Ojciec 

nie zostawił jej nawet posagu ani żadnej renty, z której mogłaby się utrzymać.

Po skończonym posiłku Aidan odprawił ordynansa, a potem cztery ściany pustego 

pokoju uraczył wiązanką wymyślnych przekleństw. Wyładowawszy złość, wcale nie poczuł 

ulgi.

Cztery dni.

Kapitan Morris miał więc powód do niepokoju o siostrę. Faktycznie potrzebowała 

opieki. A on uroczyście przysiągł, że jej udzieli - bez względu na wszystko. W drodze z 

Ringwood   do   gospody   ciągle   zastanawiał   się,   co   mógłby   dla   niej   zrobić.   I   doszedł   do 

wniosku, że jest tylko jedno wyjście, które wcale mu się nie podobało. Zostały tylko cztery 

dni.

Mimo   że   panna   Morris   potraktowała   go   z   wyraźną   pogardą,   gdy   dzisiejszego 

popołudnia   opuszczał   Ringwood   -   któż   mógłby   ją   o   to   winić,   skoro   była   świadkiem   tej 

idiotycznej  rozmowy z Cecilem Morrisem? - musiał ją przekonać, by się z nim spotkała 

jeszcze raz, wysłuchała go i zrobiła to, co jej zaproponuje.

„Bez   względu   na   wszystko”   -   te   cztery   słowa   ciążyły   mu   niczym   kula   u   nogi. 

Skazywały go na dożywocie właśnie wówczas, gdy zaczął snuć inne plany. Był tylko jeden 

sposób, by zapewnić jej opiekę.

Niech to piekło pochłonie, tylko jeden sposób.

Wcisnął kapelusz na głowę i chwycił laskę.

* * *

Po pożegnaniu ostatniego gościa Eve zebrała wszystkich domowników, z wyjątkiem 

background image

niani Johnson, doglądającej dzieci w ich pokoju. Cała reszta zgromadziła się w salonie, z 

którego uprzątnięto resztki podwieczorku.

Nie było sensu odwlekać dłużej tego spotkania. Nic już się nie zmieni. Nic ich już nie 

uratuje. Eve chciała to teraz powiedzieć głośno, chociaż sytuacja była i tak dla wszystkich 

jasna.

- Wątpię, czy mój kuzyn  zatrzyma  kogokolwiek z was - zaczęła w otaczającej ją 

napiętej ciszy. Poprosiła, by wszyscy usiedli, ale sama nadal stała. - Może ewentualnie ciebie, 

Sam, ponieważ byłeś kiedyś stajennym w Didcote, a na Cecilu takie rzeczy robią wrażenie.

- Odprawiono mnie za kłusownictwo, panienko - przypomniał jej Sam bez ogródek. - 

Nikt inny nie chciał mi potem zaufać, tylko pani. Nie pracowałbym u niego, nawet gdyby 

mnie o to poprosił.

- A pani cieszy się sławą najlepszej kucharki w Oxfordshire. - Eve uśmiechnęła się do 

pani Rowe.

-   Ale   w   okolicy   wiedzą,   że   gotowałam   dla   dziewcząt   i   ich   bogatych   klientów   w 

londyńskim burdelu - przypomniała kucharka. - Pani jako jedyna zaproponowała mi pracę. 

Jak bym miała gotować dla tego jaśniepana, to bym mu chyba zatruła jedzenie.

- Ned. - Eve zwróciła się do rządcy, który na wojnie stracił rękę. - Tak mi przykro. 

Musimy porzucić nasze piękne plany i marzenia.  Nie będziesz nawet mógł tutaj zostać i 

zapracować na utrzymanie.

Zamierzali za zgodą Percy'ego kupić grunty przyległe do Ringwood, na których Ned 

by gospodarzył. Miało to być miejsce, gdzie kalecy weterani bez środków do życia mogliby 

mieszkać, pracować i być jako tako samowystarczalni w swego rodzaju wspólnocie. Z czasem 

ziemia zostałaby spłacona i naprawdę stałaby się własnością Neda, choć Eve nigdy nie zamie-

rzała wprowadzać do umowy klauzuli o konieczności spłaty.

- W porządku, panno Morris - powiedział. - Przeżyję to. Niech się pani o mnie nie 

martwi.

- Charlie, mój drogi Charlie! - Eve spojrzała na niego serdecznie. - Pomówię z panem 

Robsonem, może on da ci pracę.

- Czy zrobiłem coś nie tak, panno Morris? - spytał z okropnie nieszczęśliwą miną.

Sam   Patchett   położył   rękę   na   ramieniu   Charliego   i   obiecał,   że   wytłumaczy   mu 

wszystko później.

-   Thelmo.   -   Eve   nie   miała   jednak   siły,   by   dalej   mówić,   czy   nawet   spojrzeć   na 

dziewczynę. Zamknęła oczy i przycisnęła dłoń do ust. W gardle i w piersiach dławił ją ostry 

ból. Gdzie się podzieje Thelma? Co się z nią stanie? Kto ją zatrudni? Jak zdoła utrzymać 

background image

Benjamina?

- Eve, nie musisz się o mnie martwić - stwierdziła Thelma. - Naprawdę nie trzeba. 

Byłaś dla mnie niewiarygodnie dobra. Teraz musisz zadbać o siebie. Ja jakoś sobie poradzę. 

Coś znajdę. Dawałam sobie radę, zanim mnie przygarnęłaś.

Eve   otworzyła   oczy   i   spojrzała   na   ciocię   Mari.   Jej   mały   domek   w   Walii   został 

sprzedany.   Renta,   którą   wyznaczył   jej   ojciec   Eve,   nie   została   uwzględniona   w   jego 

testamencie.   Ciocia   była   stara,   chora,   zniedołężniała.   Sprowadzenie   jej   do   Ringwood   i 

otoczenie luksusem, którego nigdy przedtem nie zaznała, sprawiło Eve ogromną satysfakcję.

- Nie martw się o mnie, kochanie - powiedziała stanowczo ciocia Mari. - Wrócę w 

rodzinne strony, gdzie jest moje miejsce i gdzie mam przyjaciół, którzy się mną zaopiekują. 

Będę użyteczna i zapracuję na swoje utrzymanie. Ale co ty poczniesz? Twój ojciec wychował 

cię na damę, a teraz zostawił cię bez grosza. I wszystko dlatego, że nie mógł postawić na 

swoim. Gdyby żył i mnie słyszał, powiedziałabym mu to i owo do słuchu. O tak, wierz mi!

Ale Eve myślała już o Davym i Becky. Byli sierotami. Ich rodzice umarli w krótkim 

czasie   jedno   po   drugim   na   jakąś   zakaźną   gorączkę,   a   dzieci   wysłano   w   niekończącą   się 

tułaczkę po całej Anglii od jednych krewnych do drugich, z których nikt nie chciał przyjąć ich 

pod swój dach. Ostatnią z rodziny była ich cioteczna babka, Jemima Morris. Eve była pewna, 

że gdyby decyzja zależała tylko od ciotki Jemimy, otworzyłaby ona przed dziećmi na oścież 

drzwi domu. Jednak Cecil przekonał matkę, że jeśli je przyjmie do siebie, to zszarpią jej 

nerwy i zrujnują zdrowie.

Wówczas ciotka Jemima przybiegła do Ringwood i poprosiła, by Eve wzięła dzieci do 

siebie, mimo że nie była ich krewną. Jej ojciec niedawno zmarł, Percy był gdzieś daleko na 

wojnie,   oczekiwanie   na   powrót   Johna   dłużyło   się   jej   w   nieskończoność.   Eve   czuła   się 

osamotniona mimo obecności cioci Mari i nie mogła znieść żałosnego płaczu ciotki Jemimy.

Pani Johnson, wdowa z Heybridge, mająca opinię dobrej opiekunki dzieci, zgodziła 

się przyjechać do Ringwood i zająć rodzeństwem, a Eve zaczęła szukać dla nich guwernantki. 

Zamężna   przyjaciółka,   mieszkająca   pięćdziesiąt   kilometrów   od   niej,   opowiedziała   jej   o 

nieszczęsnej guwernantce z jej okolicy, którą odprawiono z poprzedniej posady, gdy wyszło 

na   jaw,   że   spodziewa   się   dziecka   swego   chlebodawcy.   Od   tamtej   pory   zarabiała   nędzne 

grosze jako praczka. Tydzień później Thelma Rice i jej mały synek zamieszkali w Ringwood 

Manor.

Co się stanie z Becky i Davym? Czy uda się namówić Cecila, by pozwolił im zostać, 

skoro   teraz   będzie   miał   większy   dom   i   fortunę,   która   pozwoli   mu   na   hojność?   Czy 

zatrzymałby   też   nianię   Johnson,   aby  zmiana   nie   była   dla   dzieci   zbyt   dotkliwa?   A   może 

background image

pozwoli zostać Thelmie i Benjaminowi? Nie! To na pewno nie wchodziło w grę.

- Agnes... - zaczęła.

- Nie musisz mi już nic mówić, moja duszko - rzekła gospodyni. - Byłam w więzieniu 

i to nieraz. Przeżyłam swoje. Porzuciłam Londyn, szukając lepszego życia, i zamknęli mnie 

za włóczęgostwo. A potem ty wzięłaś mnie do siebie. Nigdy tego nie zapomnę i będę cię 

błogosławić aż do śmierci. Nie będę dla ciebie ciężarem. Sama zadbam o siebie. Ale jeśli 

chcesz, zaopiekuję się tobą, gdy cię stąd wyrzucą. Świat potrafi być okrutny dla takich jak ty.

- Och, Agnes! - Eve nie mogła już dłużej powstrzymać łez.

Po tej rozmowie wszyscy, z wyjątkiem cioci Mari, wychodzili z salonu na palcach, 

jakby opuszczali pokój ciężko chorej.

* * *

Dla Eve wieczory po kolacji były najprzyjemniejszą porą dnia. Spędzała je, bawiąc się 

z dziećmi albo czytając im. W tym czasie Thelma zajmowała się Benjaminem i śpiewała mu 

kołysanki, gdy przyszła pora jego usypiania. Niania Johnson mogła wówczas odpocząć.

Tego wieczoru Eve czytała bajki. Davy siedział u jej boku, ale nie przytulił się do niej. 

Po śmierci rodziców zdążył się już nauczyć, że świat dorosłych jest nieprzyjazny i należy 

zachować wobec niego nieufność. Bardzo powoli, z trudem zapominał  tę okrutną lekcję. 

Becky zwinęła się w kłębek z drugiej strony Eve. Pogodna i łagodna z natury, pozornie mniej 

przeżywała doświadczenia z przeszłości. Jednak wedle relacji niani, czasami budziła się w 

nocy z krzykiem lub żałosnym płaczem.

Thelma   stała   w   drzwiach   pokoju   Benjamina,   przysłuchując   się   bajce.   Jej   synek 

najwidoczniej już zasnął. Zwinięty u nóg Eve Burek drzemał z pyskiem opartym na łapach.

Wszystko wyglądało przerażająco normalnie.

Eve z całej siły próbowała się skupić na przygodach dwojga dzieci, które, gdy tylko 

wyrwały się ze szponów złej czarownicy w ciemnym lesie, napotkały lwa z cierniem w łapie. 

Rozpaczliwie usiłowała nie myśleć o przyszłości. Walczyła z odruchem, by objąć dzieci i 

mocno je przytulić, ponieważ bała się, że mogłyby wyczuć jej własny lęk. To, co zjadła na 

kolację, leżało jej kamieniem w żołądku.

Gdzie jest John? Ale przecież i tak nie był w stanie ich ocalić, nawet gdyby przyjechał 

dziś   wieczorem.   Za   późno   dawać   na   zapowiedzi.   Myślenie   tylko   o   własnym   szczęściu   i 

spokoju   wydawało   się   samolubne.   Ale   gdzież   on   się   podziewał?   Gdyby   tylko   mogła   go 

zobaczyć, znaleźć się znów w jego ramionach i wyżalić mu się z wszystkich trosk, poczułaby 

wreszcie ogromną ulgę. Może on zdołałby coś wymyślić.

background image

Ale przecież nic już nie można było wymyślić.

Jest głupia, że czeka na niego. On nie wróci. Nie napisał ani razu przez cały rok, który 

planował spędzić za granicą. Ani w ciągu kolejnych miesięcy, kiedy już powinien był wrócić 

do kraju. Okazała się naiwna, ufając jego zapewnieniom o dozgonnej miłości. Nagła utrata 

wiary w niego przeraziła ją Trzymała się jej kurczowo tak długo. I kochała go. Kochała z ca-

łego serca.

Czy była najbardziej łatwowierną idiotką na świecie? Gdyby w ciągu ostatniego roku 

przyjęła któregoś ze starających się o jej rękę, wszyscy, za których czuła się odpowiedzialna, 

nie znaleźliby się teraz w takich tarapatach.

Jakże jednak mogłaby poślubić mężczyznę innego niż John?

Rozbiegane myśli Eve przerwało pukanie. Podniosła głowę znad książki. Drzwi się 

otworzyły i stanęła w nich Agnes Fuller z miną jeszcze bardziej skwaszoną niż zwykle.

- To ten wojskowy - powiedziała. Eve gapiła się na nią bez słowa.

-  Ten  z  ponurą miną   i  nazwiskiem  dłuższym   niż  moja  ręka  -  wyjaśniła   Agnes.   - 

Przyszedł z wizytą. O tej porze!

- Powiedz mu, że wyszłam. Albo że już się położyłam spać - odrzekła oburzona Eve.

Jak on śmiał! Lord pułkownik Aidan Bedwyn był ostatnią osobą jaką miałaby ochotę 

teraz   oglądać.   Jego   obcesowość   i   to,   co   powiedział   w   rozmowie   z   Cecilem   dzisiaj   po 

południu, wymazało z jej pamięci wszelką wdzięczność, jaką mogłaby do niego czuć.

- Powiedział, że nie uwierzy w żadne wymówki - oświadczyła Agnes.

- I nie chciał poczekać w holu, jak mu kazałam. Wszedł do salonu bez pytania. Jeśli 

chcesz, moja duszko, spróbuję go wyrzucić. Zapewne nie będę w stanie przesunąć go nawet o 

milimetr, choć daję radę większości mężczyzn, ale chętnie dam mu po głowie za tę jego 

arogancję. Jak mógł potraktować mnie tak z góry?

- Coś podobnego! - Eve wstała i oddała Thelmie książkę. Burek zerwał się na nogi, 

poszczekując.   -   Jeszcze   zobaczymy!   W   dodatku   miał   czelność   dzisiejszego   popołudnia 

powiedzieć   Cecilowi,   że   swymi   niedorzecznymi   planami   przebudowy   Ringwood   zyska 

uznanie wyższych sfer. A mnie zupełnie zignorował.

- Och, co za okropne maniery! - wykrzyknęła Thelma.

- Dobra! - Agnes odwróciła się bojowo nastawiona. - Dostanie ode mnie, co mu się 

należy. Jak Bozię kocham, skrzywię mu ten jego nos jeszcze bardziej.

-   Nie,   nie   rób   tego.   -   Eve   westchnęła   ciężko.   -   Thelmo,   skończ   dzieciom   bajkę, 

dobrze? Zobaczę się z nim. Może pragnie paść przede mną na kolana i błagać o przebaczenie?

Pochyliła się, by pocałować dzieci i życzyć im dobrej nocy. Nakazała Burkowi, aby 

background image

został, więc z powrotem usiadł, spoglądając na nią ponuro jedynym okiem.

- Może chcesz, bym tam z tobą weszła? - spytała Agnes na schodach. - A może wolisz, 

żebym sprowadziła panią Pritchard?

Ciotka Mari zwykle po kolacji spędzała godzinę w zaciszu swojego pokoju, a potem 

przed snem przychodziła do Eve na filiżankę herbaty.

- Ani jedno, ani drugie. Zobaczę się z pułkownikiem Bedwynem sama - zdecydowała 

Eve. - Ale jeśli chcesz, możesz zostać w holu. Zawołam cię, jeśli będę potrzebować pomocy.

Wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwi do salonu.

background image

5

Stał przed kominkiem, tak jak wtedy, gdy go zobaczyła pierwszy raz. Teraz nie miał 

na sobie munduru, ale nadal wydawał się potężny i groźny. Pozwolił sobie zapalić świece w 

świeczniku stojącym na kominku, ponieważ na dworze zrobiło się już ciemno.

- Witam pana - powiedziała Eve, zamykając za sobą drzwi. Nie wysilała się, by się 

uśmiechnąć, zachować pozory grzeczności. - Czym mogę służyć?

- Wprowadziła mnie pani w błąd. Może nie z rozmysłem, ale taki był skutek zatajenia 

prawdy   -   oświadczył.   -   Ojciec   rzeczywiście   zostawił   pani   Ringwood,   ale   pod   jednym 

warunkiem, który nie został spełniony. Lada moment straci pani wszystko. Za cztery dni.

Przez chwilę była tak wściekła, że tylko stała bez słowa, zaciskając pięści. Czy ten 

człowiek naprawdę uważa, iż ma prawo przychodzić tam, gdzie go nie proszono, wścibiać 

nos w nie swoje sprawy i mówić do niej tak bezczelnie?

- Czy po to pan tu przyszedł? - zapytała. - By oskarżyć mnie o kłamstwo? Jest pan 

impertynentem, pułkowniku Bedwyn. Proszę natychmiast opuścić mój dom. Dobranoc.

Odsunęła   się   od   drzwi,   a   serce   tłukło   się   w   niej   niespokojnie.   Rzadko   traciła 

panowanie nad sobą.

- Niech się pani cieszy, że może pani jeszcze wydawać mi takie rozkazy - powiedział, 

nie ruszając się z miejsca. - Już wkrótce straci pani ten przywilej, czyż nie?

-   Gdy   przyjedzie   pan   tu   za   rok   albo   dwa,   by   podziwiać   marmurowy   portyk   i 

brukowany, pozbawiony drzew podjazd, zapewne powie pan coś równie impertynenckiego 

Cecilowi i tym razem to on będzie miał przyjemność wyrzucić pana za drzwi. Dzisiaj jednak 

jeszcze ja jestem tutaj panią. Precz! - Czuła się jak mysz usiłująca zmierzyć się ze słoniem.

- Niezły z niego osioł, co?

Nie była pewna, czy się nie przesłyszała. Spojrzała mu prosto w oczy, ale ich wyraz 

się nie zmienił.

- A jak inaczej miałem się dowiedzieć prawdy o pani? Właśnie dlatego pozwalałem 

mu pleść takie androny.

Zmarszczyła brwi.

- Prawda o mnie to nie pańska sprawa - odparła.

- Ośmielę się zaprotestować. Pani bezpieczeństwo, spokój i szczęście były sprawą pani 

brata. Przed śmiercią złożył ten obowiązek w moje ręce. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie 

miał na myśli, gdy kazał mi przysiąc, że zapewnię pani opiekę. Wiedział, co jego śmierć 

oznacza dla pani. Ukrywając prawdę, uniemożliwiła mi pani spełnienie złożonej przysięgi.

background image

Dopiero teraz przekonała się, o co mu chodzi. Ale nadal nie chciała przyjąć od niego 

pomocy. Był dla niej obcym człowiekiem. W dodatku pochodził z innego świata, stał o niebo 

wyżej   od   niej   w   hierarchii   społecznej.   Nie   mogła   z   nim   rozmawiać   tak,   jak   ze   swoimi 

sąsiadami czy przyjaciółmi.

Był lordem Aidanem Bedwynem, synem księcia. Podeszła do najbliższego krzesła i 

usiadła.

- Nie jest mi pan nic winien, pułkowniku - oświadczyła. - Pan mnie nawet nie zna.

- Ale wiem jedno. Jestem za panią odpowiedzialny - odparł. - Dałem słowo honoru. 

Nigdy nie złamałem danego słowa i nie zamierzam tego robić tym razem.

- Zwalniam pana z danego słowa - powiedziała.

- Nie ma pani takiej władzy. Co pani zamierza? Jakie ma pani plany? Otworzyła usta, 

by odpowiedzieć, ale zabrakło jej tchu. Czuła się jak po długim biegu. Wzruszyła ramionami.

- Coś wymyślę - rzekła wymijająco.

- Czy ma pani do kogo się udać?

Nadal irytowały ją jego obcesowe, wścibskie pytania o jej prywatne sprawy. Teraz 

jednak zrozumiała, że dla niego musi to być równie nieprzyjemne jak dla niej. Na pewno 

żałuje, że znalazł Percy'ego, zanim on skonał. Nie może pewnie przeboleć, że jego ordynans 

się przeziębił, uniemożliwiając mu wyjazd wczoraj, zgodnie z planem. Potrząsnęła głową.

- Raczej nie.

Oczywiście nie mogła zamieszkać u Jamesa i Sereny, nawet na krótki czas. Jedynymi 

jej krewnymi byli Cecil i ciotka Jemima, ciocia Mari i kuzyn Joshua, za którego chciała nawet 

kiedyś wyjść za mąż, ale ojciec jej tego zabronił, ponieważ Joshua, mimo że bogaty, był tylko 

kupcem, a nie ziemianinem, dżentelmenem. Joshua zdążył się już ożenić z inną i miał trójkę 

małych dzieci.

- Zamierza więc pani szukać pracy?

- Chyba tak. - Wygładziła suknię na kolanach. Nie zmieniała jej od rana i czuła, że 

wygląda nieświeżo. - Potrafię robić różne rzeczy i nie boję się ciężkiej pracy. Ale byłoby 

okrucieństwem i tchórzostwem tak po prostu wyjechać i zająć się tylko własnymi sprawami. 

Zostało mi jeszcze kilka dni, żeby coś zrobić. Powinnam była wcześniej pomyśleć o przyszło-

ści, mieć coś w zanadrzu na wypadek takiego obrotu spraw, prawda? Przez cały czas istniało 

ryzyko, że Percy zginie.

-   Dlaczego   więc   pani   nic   nie   zrobiła?   -   zapytał.   -   Przecież   znała   pani   warunki 

testamentu ojca. Wiedziała pani, że jej brat może zginąć w każdej chwili.

- Chyba nie chciałam przyjąć tego do wiadomości - odparła. - Wolałam zaprzeczać 

background image

rzeczywistości.   Był   moim   jedynym   bratem.   Miałam   już   tylko   jego.   A   jeśli   chodzi   o 

małżeństwo, wydawało mi się to niesmaczne i wyrachowane wychodzić za mąż tylko po to, 

by zatrzymać majątek. Zawsze wyobrażałam sobie, że wyjdę za mąż z miłości.

Nie   wspomniała   o   Johnie.   Czy   poślubiłaby   w   ciągu   ostatniego   roku   innego 

mężczyznę, gdyby nie kochała Johna? Nie była już pewna odpowiedzi.

- Percy mówił, że nie chce majątku i był zdecydowany przekazać go mnie, jak tylko 

stanie się jego właścicielem - dodała. - Zamążpójście nie wydawało mi się aż takie pilne. Nie 

miałabym nawet nic przeciwko, gdy by Percy jednak zatrzymał majątek. Kochał mnie równie 

mocno jak ja jego. To było bardzo nierozsądne z mojej strony liczyć na to, że przeżyje wojnę, 

prawda?

Nie odezwał się, tylko przez dłuższą chwilę patrzył na nią przenikliwie, z nieruchomą 

twarzą.

- Okrucieństwem i tchórzostwem? - spytał w końcu.

- Słucham? - Spojrzała na niego, nie rozumiejąc, co ma na myśli.

- To, że znalazłaby pani pracę, byłoby okrucieństwem wobec kogo? - zapytał. - Przed 

chwilą   tak   to   pani   określiła.   Wobec   uczniów   wiejskiej   szkółki?   Matek,   które   potrzebują 

pomocy akuszerki?

Patrzył jej bacznie w oczy, przygważdżąjąc ją wzrokiem. Działał na nią paraliżująco. 

Pragnęła, żeby sobie po prostu poszedł. On jednak nie zamierzał zostawić jej w spokoju, 

dopóki nie dowie się wszystkiego.

-   Wobec   nich   wszystkich.   -  Westchnęła.   -   Gdy   Cecil   się  tu   wprowadzi,   zapewne 

zostaną zmuszeni do odejścia. Chodzi nie tylko o mnie.

- Pani ciotka nie ma własnych środków? - spytał, unosząc brwi. Pokręciła głową.

-   Thelma   też   nie.   To   niezamężna   kobieta,   którą   wykorzystał   chlebodawca.   Gdy 

dowiedział się, że spodziewa się jego dziecka, zwolnił ją z posady. Dwójka mieszkających 

tutaj dzieci, sierot,  które przyjęłam  pod swój  dach, też jest bez grosza. Moja gospodyni, 

Agnes Fuller, to była więźniarka. Charliego Handricha, który z wielką gorliwością wykonuje 

w majątku różne prace, nikt inny nie zatrudni, bo wszyscy uważają go za półgłówka. A co z 

Edith, moją pokojówką albo z nianią Johnson? Żadne z nich nie ma własnych środków. Ani 

nawet nadziei na znalezienie pracy gdzie indziej. - Z przerażeniem usłyszała we własnym 

głosie gorycz, gdy opowiadała mu szczegóły, które nie powinny go obchodzić. - Absolutnie 

żadnej nadziei.

- Pani ma miękkie serce - powiedział po chwili milczenia. Nie wiedziała, czy był to 

zarzut, czy tylko stwierdzenie faktu. - Otoczyła się pani różnymi ofiarami losu, a teraz czuje 

background image

się pani za nie odpowiedzialna.

- To nie są ofiary losu. - Spiorunowała go wzrokiem. Gniew znów zaczął w niej 

narastać. - To ludzie, z którymi okrutnie obeszło się życie. To dobrzy ludzie, w boskim planie 

nie mniej ważni niż pan czy ja. Jest jeszcze Burek, pies, nad którym znęcał się poprzedni 

właściciel.   Życie   ich   wszystkich   ma   ogromną   wartość.   Co   powinnam   robić,   gdy   widzę 

cierpienie? Odwrócić się plecami?

- To pytanie retoryczne - mruknął.

- A teraz już nie jestem w stanie im pomagać. Teraz, gdy dałam im dom i nadzieję na 

godne życie, znów zostaną wyrzuceni na bruk. Żadnemu z dzieci nikt nie udzieli schronienia. 

Jeśli   będą   miały   szczęście,   trafią   do   sierocińca.   Nikt   nie   zatrudni   dorosłych,   nawet   moi 

sąsiedzi, choć jutro odwiedzę ich i będę o to prosić. Wszyscy drodzy mi przyjaciele staną się 

włóczęgami i żebrakami, może skończą jeszcze gorzej. A społeczeństwo tylko pokiwa głową, 

że od początku należało się tego po nich spodziewać, i pogratuluje sobie, że było bardziej 

przewidujące ode mnie.

Spojrzenie pułkownika było pozbawione wszelkiego wyrazu. Zapewne serce miał tak 

samo kamienne jak twarz. Niewątpliwie przyczyniło się do tego zarówno jego pochodzenie, 

jak i służba w wojsku. Ale czy miało to jakieś znaczenie? Nie powinna niczego od niego 

oczekiwać, nawet jeśli uważał, że jest coś winien Percy'emu.

- Proszę mi wybaczyć - powiedziała. - Z pewnością wszystko to wydaj e się panu 

sentymentalnym   bełkotem.   Powie   mi   pan,   jak   nieraz   już   to   słyszałam,   że   nie   jestem 

opiekunem wdów ani sierot. Moi podopieczni też to mówią. Ale widzi pan, chyba jednak 

jestem. Mój ojciec był biedny, dopóki nie wzbogacił się dzięki małżeństwu z moją matką. Był 

zwykłym   górnikiem   i   ożenił   się   z   córką   właściciela   kopalni.   Wiedział   pan   o   tym, 

pułkowniku?   Widzi   pan,  wcale   nie   jestem   damą   z  urodzenia,   po  prostu   zostałam   na   nią 

wychowana i otrzymałam odpowiednią edukację. Jak mogę nie oddać choćby części tego, co 

otrzymałam, a na co niczym sobie nie zasłużyłam?

-   To   bardzo   drobnomieszczańskie   podejście,   choć   może   nie   dotyczy   burżuazji. 

Większość z nich przez całe życie odcina się od swej przeszłości i usiłuje upodobnić się do 

tych, którzy stoją wyżej w hierarchii towarzyskiej .

To  właśnie  robił  jej   ojciec.   Eve  spojrzała  na  pułkownika,  a  on zmierzył   ją  takim 

wzrokiem, że aż poczuła się nieswojo.

- Niech pan wraca do domu, do swojej rodziny, pułkowniku - oświadczyła. - Nie jest 

pan w stanie zapewnić opieki ani mnie, ani tym, za których czuję się odpowiedzialna. Dam 

sobie radę. Przeżyję. Wszyscy jakoś przeżyjemy.

background image

- Jest sposób, by uratować wszystko, co jest pani tak drogie - odezwał się szorstko.

- Nie. Gdyby był, to bym go znalazła, pułkowniku. Niech mi pan wierzy, rozważyłam 

każdą możliwość.

- Jedną pani pominęła - odparł zimnym tonem.

- Jaką?

Nie odpowiedział od razu. Zauważyła, że przebiera nerwowo palcami założonych do 

tyłu rąk.

- Małżeństwo ze mną - powiedział.

- Co?

- Jeśli wyjdzie pani za mąż, zanim upłynie rok od śmierci jej ojca, zachowa pani dom i 

majątek. I uratuje swoje ofiary losu - dodał.

- Jeśli wyjdę za mąż? Nawet gdyby nie był to najbardziej niedorzeczny pomysł, o 

jakim   kiedykolwiek   słyszałam,   to   i   tak   zostało   tylko   cztery   dni.   Zanim   pastor   skończy 

odczytywać zapowiedzi, Cecil już wybuduje swój portyk.

- Czasu jest dosyć, jeśli weźmiemy ślub za dyspensą - wyjaśnił. - Wyjedziemy do 

Londynu   jutro   wczesnym   rankiem,   pojutrze   weźmiemy   ślub   i   wrócimy   następnego   dnia. 

Zdąży pani jeszcze zagrać swemu kuzynowi na nosie, gdy zjawi się tutaj, by objąć majątek. 

Przynajmniej to sprawi mi trochę satysfakcji.

Uświadomiła sobie, że on mówi śmiertelnie poważnie. Z pewnością siebie wysokiego 

rangą oficera, przywykłego do wydawania rozkazów swoim podkomendnym.

- Ale ja nie mam zamiaru mieszkać w koszarach. Spojrzał na nią ponuro przez ramię.

- Oczywiście, nie będzie pani do tego zmuszona.

- Pan chyba też nie chce zamieszkać tutaj ?

-   Żadną   miarą.   Pani   nie   chce   zrozumieć,   panno   Morris,   że   będzie   to  małżeństwo 

czysto formalne. Nie jest już pani młodą dziewczyną. Musiała mieć pani pewnie niejedną 

okazję,   by   zdobyć   serce   wybranego   mężczyzny,   jeżeli   tylko   by   pani   tego   chciała.   Ale 

najwyraźniej nie miała pani na to ochoty. Ja też nie chcę się żenić. Służba w wojsku nie 

sprzyja małżeństwu i rodzinie. Małżeństwo niewiele zmieni w naszym życiu. Po spędzeniu 

reszty urlopu w Lindsey Hall wrócę do pułku. Pani pozostanie w Ringwood. Gdy za trzy dni 

przywiozę panią z Londynu do domu, nie musimy się już potem więcej widywać.

- Pan jest synem księcia - stwierdziła.

-   A   pani   córką   górnika.   Nie   wydaje   mi   się,   by   taka   różnica   pozycji   społecznej 

wykluczała nasze małżeństwo, madame.

- Pański brat, książę Bewcastle, będzie przerażony.

background image

- Nie musi o tym nic wiedzieć - odparł, nie zaprzeczając. - Poza tym mam trzydzieści 

lat   i   już   od   dawna   odpowiadam   sam   za   siebie.   Różnice   między   nami   nie   będą   nam 

przeszkadzać. Przecież nie zamieszkamy razem.

Dlaczego w ogóle podejmowała z nim dyskusję na ten temat? Był przecież jeszcze 

John,   mimo   że   zawiódł   ją,   nie   wrócił   na   czas.   Na   ostatnim   spotkaniu,   tuż   przed   jego 

wyjazdem do Rosji, przysięgli sobie wzajemną miłość...

- Nigdy nie słyszałam, że można brać ślub za dyspensą.

- Nie?

Czy to naprawdę było takie proste?

A jeśli John jest w drodze do domu? Czy jednak w tym momencie mogła sobie jeszcze 

pozwolić na to, by nadal się łudzić? Tak długo nie wracał... A nawet jeśliby wrócił, to jak 

mógłby jej teraz pomóc? Wszystko było stracone. Chyba że...

- Więc? - Pułkownik Bedwyn wydawał się zniecierpliwiony. Przesunęła wyschniętym 

językiem po spieczonych wargach.

- Na pewno jest milion kontrargumentów. Muszę to przemyśleć. Potrzebuję czasu.

- Czasu, którego pani nie ma, panno Morris. Niekiedy najlepiej jest nie myśleć, tylko 

po prostu działać. Proszę iść na górę i kazać pokojówce spakować dla pani torbę podróżną. 

Wyruszymy wczesnym rankiem. Przyzwoitość nakazuje, by pojechała z panią ciotka, jeśli 

tylko jest w stanie podróżować. Czy ma pani powóz i konie?

Przytaknęła.   Miała   stary   powóz,   który   dla   jej   ojca   był   symbolem   bogactwa   i 

wysokiego statusu.

- A więc zanim wrócę do Heybridge, zajdę do stajni i wydam stosowne polecenia. Nie 

będę   już   pani   zatrzymywał.   Niewątpliwie   jest   wiele   spraw,   których   należy   dopilnować, 

podczas pani trzydniowej nieobecności.

Ukłonił się jej sztywno i wyszedł szybkim krokiem, zanim zdążyła unieść rękę, by go 

zatrzymać. Usłyszała, jak coś mówi, zapewne do Agnes. Potem drzwi frontowe otworzyły się 

i zamknęły.

Poszedł. Nie zatrzymała go, gdy jeszcze miała na to szansę.

Nie przyjęła jego propozycji, ale też nie odrzuciła.

Powinna teraz pobiec za nim. Powiedział, że idzie do stajni. Powinna mu wyznać całą 

prawdę. Ale jaka była ta prawda? Że Percy zginął za wcześnie, a John nie dochował jej 

wiary? Miała cztery dni, by znaleźć wyjście z rozpaczliwej sytuacji... albo nie robić nic.

Wyjść za mąż za pułkownika Bedwyna? Nagle wybuchnęła spazmatycznym, gorzkim 

śmiechem. I po chwili przycisnęła do ust obie dłonie, żeby Agnes nie pomyślała sobie o niej, 

background image

że oszalała.

Musiała   zastanowić   się.   Potrzebowała   czasu.   Ale   czasu   już   nie   miała,   jak   jej   to 

brutalnie uświadomił pułkownik.

Wstała i zaczęła chodzić po pokoju tam i z powrotem.

Gdy następnego dnia wczesnym rankiem Aidan podjechał pod Ringwood Manor wraz 

z   Williamem   Andrewsem,   towarzyszącym   mu   z   tyłu   w   dyskretnej   odległości,   zobaczył 

stojący przed domem stary, kapiący od złota powóz. A więc jednak zdecydowała się przyjąć 

jego propozycję.

Jeśli   miał   jeszcze   jakieś   wątpliwości,   to   pierzchły   one,   gdy  podjechał   pod   taras   i 

zobaczył otwarte drzwi frontowe, które do tej pory zasłaniał powóz. Panna Morris, ubrana w 

strój   podróżny,   jak   zwykle   na   szaro,   schodziła   z   ganku,   wkładając   po   drodze   czarne 

rękawiczki. Przy jej nodze kuśtykał wyliniały pies. Była blada jak zjawa. Towarzyszyła jej 

ciotka, wspierana przez chudą pokojówkę. W drzwiach stanęła gospodyni, z rękami opartymi 

na obfitych biodrach, jakby szukała okazji do zwady, i młoda guwernantka, ta z nieślubnym 

dzieckiem.

Wszyscy   wyglądali   tak,   jakby   mieli   dzisiaj   uczestniczyć   w   kolejnym   pogrzebie. 

Zsiadając z konia, Aidan pomyślał, że sam czuje się podobnie. Młody pucołowaty stajenny 

podbiegł, by przytrzymać wodze. Uśmiechał się z nieobecnym wyrazem twarzy. Widać było, 

że nie grzeszy rozumem.

- Jest pani gotowa? - spytał Aidan, skinąwszy głową na powitanie. Podświadomie miał 

nadzieję, iż ona się rozmyśli. Przecież wczoraj nie dała mu żadnej konkretnej odpowiedzi.

- Tak - odpowiedziała zdawkowo.

-   Pani   pozwoli,   madame.   -   Wyciągnął   rękę,   by   pomóc   pani   Pritchard   wsiąść   do 

powozu.

- Nie rób tego, duszko! - zawołała gospodyni,  przygważdżając  Aidana złowrogim 

spojrzeniem, jakby miał zamiar porwać jej panią w jakimś niecnym celu. - Nie poświęcaj się 

dla nas. Damy sobie radę.

-   Agnes   -   rzekła   pani   Pritchard,   usiadłszy   z   westchnieniem.   -   Jeśli   będziesz   to 

powtarzać, tylko namieszasz Eve w głowie. Ale Eve, kochanie, muszę przyznać, że to ostatnia 

chwila, by podziękować pułkownikowi za jego uprzejmą propozycję, pożegnać się z nim i 

pozwolić mu odjechać swoją drogą, jeśli nie jesteś absolutnie, ale to absolutnie pewna, że 

właśnie tego chcesz.

Aidan niecierpliwie uderzał szpicrutą o but. Nie cierpiał melodramatów, zwłaszcza w 

damskim wykonaniu. Guwernantka kuliła się w poczuciu winy, a pokojówka pochlipywała.

background image

-   Oczywiście,   że   właśnie   tego   chcę   -   powiedziała   panna   Morris   z   tak   sztucznym 

entuzjazmem, że gdyby działo się to na scenie, na pewno zostałaby wygwizdana. - Ciocia 

Mari i ja wrócimy za dwa dni i wszystko będzie jak dawniej. Z tą różnicą, że Cecil nie zagrozi 

już naszemu bezpieczeństwu. Pamiętajcie, nikomu ani słowa, dopóki nie wrócimy. Burek, 

zostań!

Wsiadła do powozu, opierając dłoń na wyciągniętej ręce Aidana. Nie spojrzała mu w 

oczy. Jej twarz wyglądała jak wykuta z marmuru. Na końcu do powozu pospiesznie wspięła 

się pokojówka, udając, że nie zauważa pomocnej ręki Aidana. Wyglądała tak, jakby zaraz 

miała zemdleć. Aidan zamknął starannie drzwi i skinął woźnicy. Dosiadł konia i rzuciwszy 

monetę  stajennemu, ruszył za powozem. Najpierw  podjazdem, potem przez most i drogą 

przez wieś. Andrews jechał za nim.

Na podróż do Londynu takim wielkim powozem należało przeznaczyć cały dzień. Na 

szczęście pogoda im sprzyjała, a drogi były suche. Kilka razy zmieniano konie, a panie, 

korzystając z okazji, odpoczywały i posilały się. Panna Morris nie jadła wiele. Za to pani 

Pritchard miała apetyt. Starała się być miła dla Aidana, rozmawiając z nim wesoło i głośno z 

tym swoim trudnym do zrozumienia walijskim akcentem. Przynajmniej uniknęli niezręcznej 

ciszy. Aidan cieszył się, że jedzie konno, a nie powozem.

Za każdym razem gdy na nią patrzył, panna Morris wyglądała jak pomnik wykuty z 

marmuru. Nie zamierzał jej współczuć. Czy miał jakieś inne wyjście? A kto będzie współczuł 

jemu? Na myśl o jutrzejszych wydarzeniach nie podskakiwał z radości. Wręcz przeciwnie. W 

marzeniach całkiem inaczej wyobrażał sobie swoją przyszłość.

Pod wieczór dotarli do przedmieścia Londynu. Aidan i Andrews cały dzień spędzili w 

siodle, ale nie było  to dla nich niczym  nowym. Aidan nie czuł zmęczenia, był jednak w 

bardzo   ponurym   nastroju.   Małżeństwo   z   obcą   kobietą   miało   spłacić   honorowy   dług. 

Małżeństwo,   choć   formalne,   było   jednak   dożywotnim   wyrokiem.   Małżeństwo,   które 

napełniłoby księcia Bewcastle zgrozą, gdyby kiedykolwiek się o nim dowiedział. Ni mniej, ni 

więcej , tylko z córką prostego górnika. Poza tym wczoraj wieczorem skłamał. To prawda, że 

do niedawna uważał, że kariery w wojsku nie da się pogodzić z małżeństwem. Jednak od 

kilku miesięcy zadawał sobie pytanie: a jeśli istnieje kobieta, która od dziecka zna tylko życie 

w armii? Na przykład córka generała, który zawsze lubił mieć rodzinę przy sobie, niezależnie 

od tego, dokąd się udawał. Wcale nie było to pytanie retoryczne. Aidan spotkał taką kobietę.

Nie był z nią zaręczony. Z jego ust nie padło ani jedno słowo, które mogłoby zostać 

uznane   za   wiążącą   go   deklarację.   Z   jej   strony   również.   Było   jednak   wyraźne,   milczące 

porozumienie,   że   wkrótce   te   słowa   zostaną   wypowiedziane   przez   nich   oboje.   I   milcząca 

background image

sugestia, że generał Knapp udzieli swojego błogosławieństwa, gdy zostanie o nie poproszony. 

Aidan czuł się szczęśliwy, mając nadzieję na małżeństwo z kobietą, którą sobie wybierze.

A jednak tak się nie stanie. Nie było jednak sensu rozmyślać nad czymś, czego nie 

można już było zmienić. Żadne z nich nie wypowie spodziewanych słów. Nie zwiążą ich 

żadne obietnice. Będą znosić w milczeniu ból serca.

Aidan   udzielił   wskazówek   woźnicy   i   pojechał   przodem   do   Pulteneya   na   placu 

Piccadilly, najlepszego hotelu w Londynie. Zarezerwował dwa pokoje i salonik na dwie noce. 

Dopiero żegnając się z paniami, zauważył, jak bardzo skrępowane musiały się czuć w tak 

eleganckim otoczeniu. Uświadomił sobie, że należało umieścić je w skromniejszym hotelu, 

teraz jednak było już za późno, by zmieniać plany.

- Ktoś odprowadzi panie do pokojów - zapewnił je. - Będą panie miały salonik do 

wyłącznego   użytku,   żeby   zjeść   w   nim   kolację   i   spędzić   wieczór.   Wrócę   rano,   jak   tylko 

poczynię wszelkie stosowne kroki.

-   Gdzie   się   pan   zatrzyma?   -   spytała   panna   Morris.   Wpatrywała   się   w   niego   tak 

uporczywie,   że   miał   wrażenie,   jakby   bała   się   rozejrzeć   dookoła   po   pełnym   przepychu 

hotelowym holu.

- W Clarendonie, jeśli tylko  będą mieli  wolny pokój - powiedział. - Nie wypada, 

żebym się tu zatrzymał w przeddzień naszego ślubu.

Kiwnęła głową.

- Będziemy gotowe - odparła.

Wychodząc z hotelu, Aidan zastanawiał się, gdzie jest najlepsze miejsce, by się upić. 

Wybór był olbrzymi, znajdował się przecież w Londynie.

Ale czy rzeczywiście chciał powitać jutrzejszy dzień na kacu?

„Proszę   obiecać,   że   się   pan   nią   zaopiekuje.   Niech   pan   obieca!   Bez   względu   na 

wszystko!”

Uroczysta   przysięga,   którą   złożył,   była   podzwonnym   dla   jego   marzeń.   Musiał   z 

obowiązku poślubić obcą kobietę, a nie pannę Knapp, z którą zamierzał spędzić spokojnie 

resztę swoich dni, we wzajemnym poszanowaniu i dobrobycie.

background image

6

- No i co o tym sądzisz, kochanie? - W głosie ciotki Mari wyczuwało się triumf.

Drzwi jej pokoju w hotelu Pulteney wreszcie się otworzyły i podpierając się laską, 

weszła do saloniku. Przebywała w pokoju od śniadania, zapewne odpoczywając po trudach 

wczorajszej długiej podróży i przygotowując się do ślubu.

Eve czekała na jej pojawienie się z niecierpliwością. Już dawno temu skończyła się 

ubierać, ponieważ nie miała pojęcia, o której godzinie przyjdzie pułkownik Bedwyn. Czuła, 

że   w   swej   najlepszej   szarej   sukni   wygląda   całkiem   nieźle,   choć   nieco   skromnie.   Edith 

zręcznie upięła jej włosy w kok, zostawiając kilka loczków na skroniach i szyi. Na stoliku 

przy drzwiach leżały czarne rękawiczki, które zamierzała włożyć tuż przed wyjściem. Obok 

nich czepek, który miała na sobie wczoraj. Tego najładniejszego nie mogła znaleźć, choć była 

pewna,  że   widziała,   jak   Edith   wynosiła   go   z   domu  w   pudle   i   podawała   stangretowi,   by 

umieścił go na dachu powozu. Edith z płaczem zapewniała, że naprawdę go zabrała. Pewnie 

spadł z powozu do rowu i teraz będą go dziobać ptaki, i targać lisy, a w końcu znajdzie go 

jakiś włóczęga.

- Ach, znalazł się mój czepek - powiedziała z ulgą, widząc go w ręce ciotki.

A   potem   przyjrzała   mu   się   bliżej.   To   był   ten   sam   czepek,   który   włożyła   na 

nabożeństwo   żałobne   w   Heybridge   dwa   dni   temu,   zmieniony   jednak   nie   do   poznania. 

Ozdabiała   go   jedwabna   wstęga   koloru   lawendy,   zgrabnie   namarszczona.   Po   bokach 

przymocowano kokardy i węższe wstążki w takim samym kolorze.

- Przechowywałam  tę wstążkę w pudełku  - wyjaśniła ciocia Mari, chichocząc jak 

psotne dziecko. - Trzymałam ją na specjalną okazję. Zdecydowałam, że twój ślub jest właśnie 

takim   dniem,   kochanie,   kiedy   powinnam   ją   wykorzystać.   Kolor   lawendowy   też   oznacza 

żałobę, ale jest dużo żywszy niż szary.

- Ale to przecież nie będzie prawdziwy ślub. - Eve przeszła przez pokój, by wziąć 

czepek od ciotki.

- Więc jak byś nazwała tę uroczystość? - spytała ciotka. - To ceremonia, która zwiąże 

cię z pułkownikiem Bedwynem na resztę życia. Gdybym  wiedziała, że robisz to tylko ze 

względu na mnie, odradzałabym ci ze wszystkich sił. Ale tak, cóż mam powiedzieć?

- Nic.  - Eve nałożyła  czepek  ostrożnie,  by nie  zepsuć fryzury.  - Robię to  przede 

wszystkim dla siebie, ciociu Mari. Nie mogę znieść myśli o utracie Ringwood.

- Chciałabym dożyć takiego dnia, gdy będziesz myśleć tylko o sobie - rzekła ciocia 

Mari, kręcąc głową. - Jesteś najmniej samolubną osobą, jaką znam, i robisz to dla wszystkich 

background image

innych, nie myśląc o sobie. Ale może jeszcze spotka cię za to nagroda. To dobry człowiek, 

kochanie.   -   Mimo   reumatyzmu,   który   nieco   wykrzywił   jej   palce,   ciotka   sama   zawiązała 

wstążki pod podbródkiem bratanicy. - Za pierwszym razem, gdy go zobaczyłam, wydaj mi się 

ponurakiem, ale wczoraj był bardzo miły. Gdyby podróżował sam dotarłby tutaj kilka godzin 

wcześniej, nie mitrężąc z nami czasu. Czy zauważyłaś, że nie próbował mnie popędzać przy 

wysiadaniu i wsiadaniu do powozu? Starał się też zabawiać mnie rozmową podczas każdego 

postoje choć pewnie łatwiej mu się rozmawia o koniach i broni z mężczyznami. Poza tym nie 

jestem damą według jego standardów. Pułkownik to dżentelmen, prawdziwy dżentelmen.

- Oczywiście że tak - zgodziła się Eve. - Papa byłby bardzo zadowolony.

- Żałuje tylko, że upierasz się, by tak szybko zakończyć znajomość z pułkownikiem - 

powiedziała ciocia Mari. Cofnęła się o krok, spojrzała na kokardę i nieco ją poprawiła. - 

Chciałabym,  żebyście  spędzili ze sobą trochę czasu, zobaczyli,  czy nie ma między wami 

jakiejś nici porozumienia. Przecież nie szkodzi spróbować, skoro i tak się pobieracie. Ma dwa 

miesiące urlopu. Sam mi to powiedział, gdy go wczoraj zapytałam.

-   Absolutnie   nie   możemy   być   ze   sobą   dłużej   niż   jeden   dzień,   ciociu   Mari.   Nie 

zniosłabym tego.

- Ale ja tak bardzo chcę, żebyś była szczęśliwa, kochanie - upierała się ciotka. - Jesteś 

szczodra dla wszystkich oprócz siebie. Wiem, że to nie jest porywający romans. Ale czy wasz 

związek nie mógłby się przerodzić w małżeństwo z miłości? Nie jesteś przecież zakochana w 

żadnym   innym   mężczyźnie,   mimo   moich   wysiłków   przez   ostatni   rok,   by   cię   z   kimś 

wyswatać.

Eve uśmiechnęła się i podeszła do lustra nad kominkiem. Nogi miała jak z ołowiu, z 

trudem się poruszała.

-   No,   no!  -   powiedziała.   Czepek   z   nowym   przybraniem   dodał   jej   twarzy  urody  i 

blasku. Wyglądała młodziej. Po roku już prawie zapomniała, jak się nosi barwne stroje. Jej 

oczy zrobiły się większe, bardziej niebieskie, świetliste. - Ciociu Mari, masz wielki talent w 

rękach. Dziękuję ci, moja droga. - Odwróciła się, by uściskać uszczęśliwioną ciotkę.

Eve przypomniała sobie, że jest przecież panną młodą. Wkrótce odbędzie się ślub. Na 

tę   myśl   żołądek   podszedł   jej   do   gardła.   Miała   wyjść   za   obcego   człowieka   z   czysto 

materialnych powodów, nie mając zamiaru w pełni dotrzymać przysięgi małżeńskiej. Miała 

poślubić innego mężczyznę, nie Johna. Aż do tej chwili powtarzała sobie, że uda się jej 

znaleźć jakieś wyjście, że na pewno stanie się cud, który sprawi, że to się nie wydarzy. Teraz 

jednak dotarło do niej, że klamka zapadła.

Chyba że on się nie pojawi...

background image

W tym momencie rozległo się energiczne pukanie do drzwi saloniku. Obie z ciotką 

odwróciły się w kierunku wejścia, a Edith wybiegła z sypialni Eve i rzuciwszy im spojrzenie 

pełne przerażenia, wpuściła gościa.

Lord pułkownik Aidan Bedwyn wkroczył do saloniku, wypełniając go całą swą osobą. 

Pułkownik był ogromny, potężny i bardzo męski, mimo że nie miał na sobie munduru, jak 

spodziewała się Eve. Ukłonił się obu paniom.

Eve dygnęła. I wtedy stała się rzecz dziwna, przerażająca, zupełnie nieoczekiwana. 

Patrząc na jego elegancką sylwetkę, myśląc o nim jako swoim oblubieńcu, poczuła przypływ 

czysto   fizycznego   podniecenia,   przeszywającego   piersi   i   brzuch,   spływającego   wzdłuż 

wnętrza   ud.   Wcale   nie   uważała   go   za   przystojnego,   ale   jego   niezaprzeczalna   męskość 

wywarła   na   niej   wrażenie.   W   innych   okolicznościach   dzisiejsza   noc   byłaby   ich   nocą 

poślubną.

Próbowała przywołać na myśl wizerunek Johna, ale natychmiast z tego zrezygnowała. 

Było już za późno. Wkrótce, już za chwilę, nawet myślenie o nim będzie zdradą. Przez chwilę 

gapiła się na pułkownika w panice.

- Gotowe panie? - spytał, na moment zatrzymując spojrzenie na czep ku Eve, a potem 

przenosząc je na ciocię Mari.

Eve przytaknęła i sięgnęła po rękawiczki.

- Edith, może przyniosłabyś mi kapelusz z sypialni - powiedziała ciocia Mari i wyszła 

za pokojówką.

Zostawszy sami, spojrzeli na siebie. Chwila była nadzwyczaj krępująca.

- Uzyskałem dyspensę i poczyniłem stosowne przygotowania - oświadczył pułkownik 

bez cienia emocji. - Powinniśmy być w kościele za pół godziny.

- Czy jest pan absolutnie pewien? - spytała cicho.

Nigdy nie robię niczego, czego nie jestem do końca pewien, panno Morris. A pani 

też jest zdecydowana, prawda? Proszę pamiętać o swoich ofiarach losu.

Gdyby to był ktoś inny, mogłaby podejrzewać, że żartuje. Ale nie zauważyła nawet 

cienia uśmiechu  w jego oczach. Do pokoju weszła ciocia Mari w kapeluszu na głowie i 

napięcie nieco opadło.

- Chodźmy. - Pułkownik otworzył drzwi.

* * *

Aidan przekonał się, że zdobycie specjalnego pozwolenia było zadziwiająco łatwe. 

Oczywiście z pewnością pomogło to, że miał na sobie mundur, choć stary i sfatygowany. 

background image

Cały Londyn był teraz szaleńczo, bez pamięci zakochany w oficerach. Pewnie nawet w tych, 

którzy nigdy nawet na krok nie ruszyli się poza bezpieczne granice Anglii. Służba w hotelu 

Clarendon, która wczorajszego wieczoru potraktowała go z grzeczną rezerwą, dzisiejszego 

ranka nadskakiwała mu i kłaniała się w pas. Zaś inni goście przyglądali mu się z podziwem i 

kiwali głowami z aprobatą. A jeden z ich grona, którego nigdy nie widział na oczy, uparł się, 

by uścisnąć mu prawicę, i gratulował, jakby to Aidan osobiście zmusił cesarza Napoleona 

Bonaparte do abdykacji.

Właśnie   ta   reakcja   skłoniła   go   do   przebrania   się   na   ślub   z   powrotem   w   cywilne 

ubranie, mimo że wcześniej zamierzał włożyć galowy mundur. Nie chciał, by go zauważono. 

Co więcej, miał nadzieję, że pozostanie nierozpoznany. Chciał przeprowadzić całą sprawę 

szybko i w tajemnicy. Dla wszystkich zainteresowanych będzie dużo lepiej, jeżeli Bewcastle 

nie dowie się o tym małżeństwie. Liczył, że nie natknie się dzisiaj na nikogo z rodziny.

Aidan zasiadł naprzeciwko swej oblubienicy i jej ciotki w eleganckim powoziku, który 

wynajął na tę okazję. Za nimi na koniu jechał Andrews.

Dzisiejszego ranka panna Morris wyglądała nadzwyczaj atrakcyjnie. Przypuszczał, że 

sprawiły to falbanki i kokardy przy jej czepku, a także bardziej kolorowy strój. I jeszcze te 

loczki na szyi i skroniach. Po raz pierwszy i, miał gorącą nadzieję, ostatni spojrzał na nią z 

pożądaniem. Już miał ją porównać z panną Knapp, gdy uświadomił sobie, że nie powinien już 

w ogóle myśleć o innej kobiecie niż jego przyszła żona.

Pani   Pritchard   wygłaszała   niekończący   się   monolog,   podziwiając   głośno   mijane 

budynki, ruchliwe ulice i szykowny pojazd, który ich wyprzedzał. Zapewne próbowała w ten 

sposób rozładować napięcie. Gdy dojechali do kościoła, który wybrał ze względu na mało 

uczęszczaną   okolicę,   pomógł   wysiąść   obu   paniom.   Proboszcz   zapewnił   go,   że   nie   będą 

musieli czekać, a sama ceremonia potrwa tylko kilka minut.

Panna Morris oparła dłoń na ręce, którą jej podał. Poprowadził ją do kościoła. Za nimi 

weszła ciotka wspierana silnym ramieniem Andrewsa. Było tylko ich czworo, państwo młodzi 

i dwoje świadków. Aidan zawierał małżeństwo jako pierwszy z rodzeństwa. Na pewno w 

innych okolicznościach byłaby to wspaniała uroczystość, z wielką pompą, w obecności całego 

towarzystwa.

Odgłos jego kroków odbijał się głuchym echem na kamiennej posadzce kościoła. W 

porównaniu   z  jasnym   światłem   dnia   wnętrze   było   ciemne,   zimne   i   ponure.  W   bocznych 

drzwiach obok ołtarza pojawił się proboszcz i pospieszył w ich kierunku, uśmiechając się na 

powitanie.  Miał na sobie ornat. W ręce trzymał  Biblię. Ukłonił się i poprowadził ich do 

ołtarza, podtrzymując panią Pritchard. Pouczył, jak powinni się ustawić, i gestem przywołał 

background image

ociągającego się Andrewsa. Wszystko całkiem bezosobowo. A potem zaczęła się ceremonia 

zaślubin.

-   Drodzy   bracia   i   siostry.   Zebraliśmy   się   tutaj   w   obliczu   Boga...   -   po   wiedział 

proboszcz z dostojną powagą, jakby przemawiał do rzeszy wiernych.

Zaledwie kilka minut później zakończył w ten sam sposób:

- ...Ogłaszam was mężem i żoną, w imię Ojca i Syna, i Ducha Święte go. Amen.

Prawą ręką uroczyście uczynił znak krzyża.

Wszystko  skończyło  się, zanim Aidan zdołał skupić  uwagę na tym,  co się dzieje. 

Machinalnie   wypowiedział   słowa   przysięgi.   Ona   powtórzyła   przysięgę   cicho,   ale   bez 

wahania. Wziął żonę za rękę i wsunął jej na palec kupioną tego dnia złotą obrączkę. W trakcie 

tej czynności powtórzył za pastorem jakieś słowa. Zrobił to wszystko jakby we śnie. Ale to 

działo się naprawdę. Stało się coś ważnego, nieodwołalnego i nieodwracalnego.

Byli małżeństwem. Dopóki śmierć ich nie rozłączy.

Przez chwilę kościół wydał mu się ciemny i zimny jak grób.

Potem pani Pritchard z uśmiechem, ale i ze łzami w oczach, uściskała bratanicę. A po 

chwili   wahania   także   Aidana.   Andrews   uścisnął   mu   rękę,   czego   nigdy   dotąd   nie   robił. 

Proboszcz z uśmiechem złożył im gratulacje. Podpisali się w rejestrze kościelnym, nawet nie 

spojrzawszy   sobie   w   oczy.   Ona   zgrabnym,   pochyłym   pismem,   on   śmiało   i   zamaszyście. 

Ciotka i Andrews poświadczyli ich podpisy, ciotka stawiając krzyżyk, co z zaskoczeniem 

zauważył  Aidan. Podał żonie ramię i wyprowadził ją na zewnątrz, gdzie czekał wynajęty 

powóz, by zabrać ich z powrotem do hotelu Pulteney.

Mieli to już za sobą. Wszystko skończone. Spłacił swój dług, a jej dom został ocalony. 

Został zakuty w kajdany. Przez szczelinę w chmurach świeciło słońce, jakby spoglądając na 

nich z ironią.

-   Jakie   piękne   nabożeństwo   -   powiedziała   pani   Pritchard,   gdy   wsiadła   z   pomocą 

Aidana do powozu. Pieczołowicie rozłożyła spódnicę wokół siebie i oparła laskę o siedzenie 

obok. Jej bratanica musiała usiąść naprzeciwko. - Było krótkie, ale pastor mówił z takim 

zapałem. Dobrze go pan wybrał, pułkowniku.

Aidan usiadł koło swojej żony, która odsunęła się najdalej, jak tylko mogła. Ciotka 

uśmiechnęła się do nich promiennie.

- Stanowicie piękną parę - oznajmiła.

- Ciociu Mari - odezwała się panna Morris z cichym wyrzutem.

W tym momencie Aidan uświadomił sobie, że jego żona nie jest już panną Morris. 

Właśnie przyjęła jego nazwisko.

background image

- Na pewno panie chętnie by coś zjadły - rzekł. - Wydałem polecenie, by zawieziono 

nas do hotelu Pulteney. Już za późno ruszać dzisiaj w powrotną drogę do Ringwood. Jeśli 

panie sobie życzą, pokażę im nieco Londyn.

Nie planował tego wcześniej, ale nagle pomyślał, że nie wypada zostawić ich samych 

w   hotelu   na   całe   popołudnie   i   wieczór.   Przecież   nie   znały   miasta.   Istniało   pewne 

niebezpieczeństwo,   że   zostanie   zauważony   i   rozpoznany,   czego   wolałby   uniknąć.   Teraz 

jednak nie miało to już takiego znaczenia jak dziś rano. Poza tym żadna z napotkanych osób - 

chyba że miałby pecha natknąć się na brata lub siostrę - nie musi wiedzieć, iż towarzysząca 

mu młoda kobieta jest jego żoną.

-   Jeśli   nie   sprawiłoby   to   panu   zbyt   wiele   kłopotu,   byłybyśmy   zachwycone   - 

powiedziała jego żona z nieudawanym zachwytem w głosie. - Chciałabym zobaczyć Tower, 

pałac St. James i Hyde Park. W ogóle każde miejsce, które uważa pan za warte zwiedzenia. A 

ty, ciociu? Jesteśmy przecież w Londynie.

- I sprzyja nam pogoda - dodał zachęcająco.

-   Muszę   przyznać,   że   te   wszystkie   przygotowania   zmęczyły   mnie   -   odparła   pani 

Pritchard. - A jutro czeka nas kolejna długa podróż. Koniecznie muszę odpocząć w hotelu. 

Trzeba wykorzystać tak wspaniały pokój i wygodne łóżko. Ale niech to nie powstrzymuje 

was przed wybraniem się na przejażdżkę.

- Ciociu Mari...

- W końcu - stwierdziła ciotka, uśmiechając się niewinnie - już nie potrzebujesz mnie 

jako przyzwoitki, prawda, kochanie? Będziesz w towarzystwie swojego męża.

Aidan zastanawiał się, czy pani Pritchard, zostawiając ich samych, miała nadzieję, że 

wyniknie z tego płomienny romans. Sądząc po tym, jak głęboko jego żona wcisnęła się w kąt 

powozu, domyślił się, że ona również żywi podobne podejrzenia.

Tylko tego mu brakowało do szczęścia - cholernej swatki! Pani Pritchard patrzyła na 

niego figlarnie, taksując go spojrzeniem niczym stary, pomarszczony wróbelek.

* * *

Pułkownik Bedwyn zjawił się w hotelu Pulteney punktualnie o wpół do drugiej, by 

zabrać Eve na przejażdżkę po Londynie. Nie udało się jej namówić ciotki, by zmieniła zdanie 

i jednak im towarzyszyła. Gdy wyszła z mężem z hotelu, pomyślała, że w gruncie rzeczy 

dobrze się stało. Zamiast powozu, którym jechali rano, wynajął kariolkę. Ciocia Mari nie da-

łaby rady wspiąć się na wysokie wąskie siedzenie.

- Nigdy nie jechałam kariolką - przyznała Eve. - Jest strasznie wysoka.

background image

- Boi się pani? - spytał, pomagając jej wsiąść.

Nie, Eve wcale się nie bała. Była wręcz zachwycona. Stąd zobaczą o wiele więcej i 

będą mogli swobodnie oddychać  ciepłym,  letnim powietrzem.  Przebrała  się w jasnoszarą 

muślinową suknię z wysokim stanem. Włożyła ten sam czepek z przybraniem. Tuż przed jej 

wyjściem ciocia Mari wyciągnęła kolejną szeroką wstążkę lawendowego koloru i przewiązała 

Eve w pasie, zamiast szarej szarfy.

- Przypuszczam, że świetnie pan powozi powiedziała.

Uniósł tylko brwi i obszedł powozik, by zająć miejsce obok niej.

Sama   nie   wiedziała,   dlaczego   czuje   się   taka   beztroska.   Jakby   zapomniała,   co   się 

wydarzyło dzisiejszego ranka i z czego zrezygnowała. Miała jednak wrażenie, jakby ogromny 

ciężar został zdjęty z jej ramion. Stało się. Nie ma sensu zastanawiać się nad tym. Znajdowała 

się teraz w Londynie, pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w życiu, świeciło słońce i to-

warzyszył jej dżentelmen, który ją oprowadzi i pokaże wszystkie najsłynniejsze zabytki. Po 

powrocie do Ringwood czeka ją monotonne, smutne życie. Ale na razie może się cieszyć 

dniem dzisiejszym. Choć z początku była przerażona, w głębi serca cieszyła się, że ciocia 

Mari zdecydowała się jednak zostać w hotelu.

- Może najpierw pojedziemy do katedry Świętego Pawła? - zasugerował pułkownik. - 

To mój ulubiony kościół w Londynie.

-   Dla   mnie   wszystko   jest   nowe   -   przyznała.   Zdaję   się   na   pana.   Przyjrzał   się   jej 

uważnie, zanim popuścił cugli i konie ruszyły.

- Ładnie pani w lawendowym kolorze - stwierdził. Zadziwił ją tymi słowami.

Gdy jechali ulicami Londynu, zauważyła, że powozi naprawdę świetnie, choć nie znał 

ani tych koni, ani tego powozu. Nic dziwnego, przecież był oficerem kawalerii. Mimo iż 

kurczowo   trzymała   się   poręczy,   kilka   razy   na   zakrętach   przechyliła   się   w   jego   stronę. 

Pachniał skórą i piżmem.

Na   widok   katedry   Świętego   Pawła   zaparło   jej   dech   w   piersiach.   Była   ogromna   i 

piękna. Nigdy nie widziała czegoś takiego.

-   Nie   mogę   wprost   uwierzyć,   że   na   własne   oczy   widzę   tę   słynną   budowlę   - 

powiedziała.

-   Jak   się   pani   podoba   portyk   z   kolumnami?   -   spytał,   wskazując   go   batem.   - 

Pomyślałem,   że   może   chciałaby   pani   zbudować   coś   podobnego   na   frontonie   Ringwood 

Manor, oczywiście bez wieżyczek po bokach. Przy rezydencji tej wielkości wyglądałyby one 

nieco pretensjonalnie. Spojrzała na niego zdziwiona. Minę miał jak zwykle poważną, ale nie-

wątpliwie żartował. Roześmiała się.

background image

- Nie powinnam kraść pomysłu  Cecilowi  - odparła.  - Może zamiast  tego zbuduję 

kopułę.

Spojrzał na nią z ukosa. Jego ponurych rysów  nie rozjaśnił  nawet cień uśmiechu. 

Czyżby jednak nie znał się na żartach?

- Zajrzymy do środka? - zaproponował i wskazał w górę. - Można wejść na najwyższą 

galeryjkę, by podziwiać kopułę zarówno wewnątrz, jak i z zewnątrz. Muszę panią jednak 

ostrzec, że o ile mnie pamięć nie myli, trzeba wspiąć się po pięciuset trzydziestu czterech 

stopniach. Łatwy jest tylko początek drogi.

- A jednak chodźmy tam - zdecydowała. - Na pewno roztacza się stamtąd wspaniały 

widok.

I rzeczywiście tak było, choć przez pierwsze kilka minut po wyjściu na zewnętrzną, 

okalającą   kopułę   galeryjkę,   nie   mogła   go   podziwiać.   Była   zdyszana,   przerażona   trudami 

wspinaczki i ciemnościami panującymi przez większą część drogi. Ale nie zatrzymała się w 

pół   kroku,   nie   poprosiła,   by   sprowadził   ją   na   dół.   Ze   strachem   myślała   teraz   o   drodze 

powrotnej, zawsze trudniejszej niż wchodzenie na górę.

- O Boże! - wykrzyknęła bez tchu. - Widać stąd nawet najdalsze okolice.

- Przez chwilę bałem się, że pani tego nie przeżyje.

Szli galeryjką, a pułkownik pokazywał jej charakterystyczne punkty panoramy. Stał 

tuż obok niej, żeby mogła patrzeć wzdłuż jego ramienia na to, co wskazywał jego palec. Pod 

nimi przepływała Tamiza. Podawał jej nazwy kolejnych mostów. Łodzie i statki na rzece 

wyglądały jak zabawki. Wskazał jej Tower, opactwo Abbey i kilka innych kościołów, ze 

smukłymi  wieżami, miniaturowymi  w porównaniu z kopułą Świętego Pawła i różne inne 

warte   obejrzenia   budynki.   Dalej,   po   obu   stronach   rzeki   był   już   sielski   krajobraz.   Na   tej 

wysokości wiał silny wiatr. Pułkownik podniósł rękę, by mocniej przytrzymać kapelusz na 

głowie.

-   Nigdy   w   życiu   nie   czułam   takiej   radości   -   powiedziała.   Ten   wysoki,   postawny 

mężczyzna   był   od   kilku   godzin   jej   mężem.   Ciekawe,   co   by   teraz   czuła,   gdyby   zawarli 

prawdziwe małżeństwo? Znów poczuła dreszcz podniecenia.

-   Doprawdy?   -   Spojrzał   na   nią   ze   zdziwieniem.   -   Więc   pani   życie   było   aż   tak 

monotonne?

- Tak, nic się w nim nie działo - przyznała z żalem. - Zawsze marzyłam, by pojechać 

do Londynu, by zobaczyć odległe miejsca, mieszkających tam ludzi. Mężczyźni mają o wiele 

więcej swobody niż my.

- Czyżby? - Patrzył na nią długo i posępnie, a potem odwrócił głowę bez słowa i 

background image

zapatrzył się w przestrzeń.

Wiedziała, że zawsze będzie pamiętać ten dzień. Skoro klamka już zapadła, cieszyła 

się,   że   nie   skończyło   się   tylko   na   niezręcznej,   krótkiej   ceremonii   z   dzisiejszego   ranka. 

Ukradkiem przez rękawiczkę dotknęła obrączki. Czuła ją na palcu, symbol związania na całe 

życie z tym mężczyzną, którego nie zobaczy już nigdy więcej, gdy minie jutrzejszy dzień. Ile 

czasu upłynie, zanim zapomni, jak on wygląda? Odwróciła głowę, by mu się przyjrzeć, wyryć 

w pamięci tę surową, kanciastą twarz, wydatny nos, wąskie usta, ciemne włosy i piwne oczy.

Patrzył na nią bacznie, jakby też próbował zapamiętać jej wygląd.

- Jest pani gotowa znów stawić czoło schodom? - spytał. Roześmiała się niepewnie.

- Wolałabym spędzić tutaj resztę dnia. A może nawet całe życie.

- Więc jest aż tak źle? Proszę trzymać mnie za rękę. Nie pozwolę pani upaść. Słowo 

honoru. - Wyciągnął do niej lewą dłoń, a prawą uniósł jak do przysięgi.

Mimo rękawiczek kurczowe trzymanie go za rękę przez tak długi czas wydało się jej 

bardzo intymne. Jednak dopóki nie znaleźli się na samym dole, nie mogła zrezygnować z jego 

pomocy. Był dostatecznie silny, by się na nim wesprzeć. A przecież przez całe lata polegała 

tylko na sobie. To ona była podporą dla innych.

Potem  zabrał  ją  do  opactwa  Abbey,  nie  tak  ładnego   jak  katedra  Świętego   Pawła. 

Dziedzictwo wieków wprost tam przytłaczało.

- Trudno uwierzyć,  że był  tu koronowany każdy władca, począwszy od Wilhelma 

Zdobywcy - powiedziała, stojąc pośrodku głównej nawy i rozglądając się wokół z pewną 

bojaźnią.

- Z wyjątkiem Edwarda V - odparł. - Większość z nich jest tu także pochowana.

- Często przyjeżdżał pan do Londynu? - spytała.

-   Nie   za   bardzo.   -   Poprowadził   ją   w   stronę   ołtarza.   -   Rodzice   woleli,   żebyśmy 

przebywali w Lindsey Hall. Nam też się tam bardziej podobało.

- Czy jest pan najstarszy z rodzeństwa? - Uświadomiła sobie, że prawie nic o nim nie 

wie. A przecież był jej mężem.

- Tylko książę Bewcastle jest ode mnie starszy - wyjaśnił. - Po mnie jest Rannulf, 

Freyja, Alleyne i Morgan. Nasza matka uwielbiała czytać książki, zwłaszcza historyczne. To 

ona wybrała nam te rzadko spotykane imiona.

- Czy jesteście ze sobą blisko związani? - spytała. Wzruszył ramionami.

- Od trzech lat nie byłem w domu - rzekł. - Podczas ostatniej bytności pokłóciłem się z 

Bewcastle'em i nawet wyjechałem wcześniej, niż zamierzałem. Ale w stosunkach między 

nami to nic nowego.

background image

Nie chciał więcej mówić na ten temat. Eve pomyślała, że to dziwne być poślubioną 

mężczyźnie, który na zawsze pozostanie obcy.

Przejechali  koło pałacu St. James i Carlton  House, gdzie rezydował  książę  Walii. 

Potem przez Hyde Park, który był o wiele większy, niż się spodziewała. Przypominał raczej 

wieś niż park w centrum największego miasta na świecie. Pułkownik trzymał się z dala od 

ruchliwych dróg.

- Jeśli pani chce, możemy pojechać do Tower - zaproponował, gdy dotarli na skraj 

Hyde  Parku. - Jest tam menażeria,  która pewnie się pani spodoba, bo przecież lubi pani 

zwierzęta. Albo możemy pójść na lody.

- Nie wiem, czy chciałabym oglądać zwierzęta zamknięte w klatkach - odrzekła. - 

Chybabym je wszystkie uwolniła.

- Obywateli Londynu na pewno by zachwyciła możliwość spotkania się na ulicy oko 

w oko z lwem albo tygrysem.

Roześmiała się.

-   Lody?   -   zapytała,   dopiero   teraz   uświadamiając   sobie,   co   jej   dał   do   wyboru.   - 

Słyszałam o nich, ale nigdy nie próbowałam. Dobrze, chodźmy na lody.

Zabrał ją więc do Guntera, gdzie po raz pierwszy w życiu spróbowała tego przysmaku.

- Czy Londyn spełnił pani oczekiwania? - spytał.

- O tak - zapewniła. - Żałuję, że nie mogę tu spędzić całego tygodnia.

- Zarumieniła się i zagryzła wargę, gdy uświadomiła sobie, że zachowuje się niczym 

podekscytowane, naiwne dziecko. - Ale oczywiście tęsknię też za domem.

Bała   się,   ze   popołudnie   upłynie   im   w   całkowitym   milczeniu,   w   skrępowaniu   i 

ponurym  nastroju. A nie było  tak źle. Pułkownik, na pierwszy rzut oka niezbyt miły ani 

rozmowny,   miał   jednak   nienaganne   maniery   i,   podobnie   jak   ona,   robił   wszystko,   by 

podtrzymać konwersację.

- Gdzie znajdę sklep, w którym mogłabym kupić upominki dla dzieci?

- spytała, gdy skończyli lody. - Uradują ich podarki z Londynu.

- Dla tych sierot?

- Dla Becky i Davy'ego - poprawiła go. - Dla moich dzieci. I dla Benjamina, synka 

Thelmy.

Spodziewała się, że spyta: „Dla tego bękarta?” Ale on tylko wstał i powiedział:

- Pojedziemy na Oxford Street. Tam będzie pani miała duży wybór. Dla Benjamina 

wypatrzyła kolorowego drewnianego bąka, a dla Becky porcelanową lalkę, która do złudzenia 

przypominała   prawdziwego   dzidziusia.   Pułkownik   gdzieś   się   oddalił,   a   po   jakimś   czasie 

background image

pojawił się z powrotem, niosąc dwa kije do krykieta, piłkę i drewniane bramki.

- To się chyba spodoba chłopcu, jeśli jeszcze tego nie ma.

- Nie, nie ma. - Uśmiechnęła się do niego. - Dziękuję panu. Nie miałam pojęcia, co dla 

niego wybrać.

- Chłopcy lubią grać w krykieta - powiedział.

Wybrała jeszcze koronkowe chusteczki dla Thelmy i cioci Mari i sama zapłaciła za 

wszystko. Pułkownik wyniósł paczki ze sklepu i umieścił je na podłodze kariolki, po czym 

pomógł   Eve   wsiąść.   Była   zmęczona.   Gdy   jednak   w   końcu   znaleźli   się   przed   hotelem   i 

uświadomiła sobie, że spędzony razem czas dobiegł końca, poczuła rozczarowanie.

Wiedziała, że wkrótce będzie musiała wrócić do szarej rzeczywistości, ale nie była 

jeszcze na to gotowa.

- Zje pan z nami kolację? - spytała.

- Dziękuję, nie - odparł, nie podając powodu. - Przyjadę po panie rano. I tym razem 

wyruszymy bardzo wcześnie.

Odprowadził ją do holu i polecił służącemu, by zaniósł jej pakunki na górę. Właśnie 

miał się z nią pożegnać, gdy niespodziewanie zatrzymał się przy nich starszy, dystyngowany 

dżentelmen w wojskowym mundurze i uniósł monokl do oka.

- Bedwyn - powitał go serdecznie. - Tak mi się wydawało, że to pan. Przyjechał pan 

do Anglii na obchody zwycięstwa?

Był to generał Naughton.

- Witam pana, generale - rzekł pułkownik.

Eve cofnęła się o krok, świadoma tego, że znalazła się w obcym środowisku. Generał 

jednak zwrócił się w jej stronę i spojrzał przez monokl, unosząc brwi. Pułkownik Bedwyn 

ujął Eve pod łokieć i pociągnął do przodu.

- Mam zaszczyt przedstawić panu moją żonę, sir oznajmił.

- To pańska żona? Nie wiedziałem, że pan jest żonaty - odparł generał. - Jak się pani 

miewa, lady Bedwyn? Podoba się pani w Londynie?

- O tak, bardzo - odrzekła. - Zwiedzaliśmy miasto przez całe popołudnie.

- Świetnie, świetnie. Jeszcze się pewnie spotkamy na jakichś uroczystościach. Skinął 

im lekko głową na pożegnanie i poszedł w swoją stronę.

Eve była oszołomiona. Lady Bedwyn! Nie była już Eve Morris, ale lady Bedwyn.

- A  zatem do jutra  rana  - powiedział  jej  mąż.  Ukłonił  się i odszedł.  Ogarnęło  ją 

poczucie   okropnej   pustki.   Stanęła   i   patrzyła   w   ślad   za   nim,   widząc   swą   przyszłość 

niezmiennie w szarych barwach.

background image

7

Aidan stał przy oknie salonu w Ringwood Manor. Po raz pierwszy od jego powrotu do 

Anglii   popsuła   się  pogoda.   Ciemne   chmury   wisiały  nisko   i  zbierało   się   na   deszcz.   Miał 

nadzieję, że uda mu się ruszyć w drogę do Hampshire, zanim zapadnie zmierzch. Niestety, 

ostatni etap podróży powrotnej z Londynu wydłużył się. Przyjął więc zaproszenie, by chwilę 

odpocząć i posilić się. Uniósł filiżankę i dopił herbatę.

Jego żona, pani Pritchard i guwernantka, którą przedstawiono mu jako pannę Rice, 

siedziały obok siebie. Wydało mu się niestosowne, że guwernantka towarzyszy im podczas 

herbaty, ale nie była to pierwsza dziwna rzecz, którą tu zauważył. Gdy podjechali pod dom, 

na  ich  powitanie  zebrała  się  cała służba  i  dzieci.  Stali   jednak  nie  w  pełnym   milczącego 

szacunku szeregu, ale hałaśliwą gromadą, śmiejąc się i mówiąc jednocześnie. A ten piekielny 

pies szczekał jak opętany i nikt nie zwrócił mu uwagi. Zapewne mieszczańskie pochodzenie 

jego  żony  sprawiało,   że  nie  potrafiła  zapanować  nad  swymi  podwładnymi.   I to  dla  nich 

poślubiła zupełnie obcego człowieka.

Musiał jednak przyznać, że w tym domu panowała ciepła atmosfera, której nie spotkał 

nigdzie indziej. Jaka inna kobieta zostawiłaby wszystkich, by osobiście zaprowadzić dzieci do 

pokoju,   zamiast   oddać   je   pod   opiekę   niani?   A   potem   jeszcze   spędziła   tam   z   nimi   całe 

piętnaście minut, gdy rozwijały prezenty. Przecież nie była ich matką. Czy nie pragnęła mieć 

własnych dzieci?

- Eve, pułkowniku Bedwyn, muszę wam to powiedzieć - odezwała się panna Rice, gdy 

na chwilę zapadła cisza. Chciałabym wam obojgu z całego serca podziękować. Dziękuję wam 

w  imieniu  dzieci,  które  były   nie  przytomne   z przerażenia,   nie  rozumiejąc,  co  się  dzieje. 

Wczoraj znów pojawił się tu pan Morris. Agnes powiedziała mu, że wyjechałaś na cały dzień 

z panią  Pritchard.  Przeszedł  się po wszystkich  pokojach  i zajrzał  do każdego  kredensu i 

szuflady. Przyprowadził ze sobą dwóch służących, by przeliczyli srebra, porcelanę, kryształy i 

lniane   obrusy.   Zamierza   rozliczyć   cię   ze   wszystkiego   przed   twoim   wyjazdem.   Zanim 

wyszedł, kazał Agnes zebrać nas w holu. Ustawić w dwuszeregu niczym żołnierzy na apelu. 

Powiedział   nam,   że   do   jutra   musimy   się   stąd   wynieść.   W   innym   wypadku   każe   nas 

aresztować za włóczęgostwo. Był z siebie bardzo zadowolony.

Aidan bez trudu mógł sobie wyobrazić tę scenę.

- Och, to straszne! - wykrzyknęła Eve ze zgrozą. - Chodzili po wszystkich pokojach? 

Jak on śmiał! Zaglądali do każdego kredensu i szuflady?

- Tak - odparła panna Rice. - Powiedział, że daje nam czas do jutra, do południa.

background image

- Natychmiast do niego napiszę. - Eve wstała i odwróciła się, by spojrzeć na Aidana. 

Wydawała   się   dzisiaj   bledsza   niż   wczoraj.   Znów   była   ubrana   na   szaro.   -   Ale   najpierw 

pożegnam pana, pułkowniku. Mam nadzieję, że ominie pana ulewa.

- Zamierza pani pisać, zamiast osobiście stawić mu czoło i zobaczyć jego minę, gdy 

dowie się prawdy?

Uśmiechnęła się lekko.

-  Dobrze  byłoby   zobaczyć  tę   scenę.  Chyba  nie   oprę  się  tej  pokusie.   Aidan  nagle 

postanowił doprowadzić całą sprawę do końca. Podszedł do stolika i odstawił filiżankę.

- Ja też nie mogę odmówić sobie przyjemności, żeby być świadkiem, jak pan Cecil 

Morris dostaje za swoje. Może nawet wezmę w tym udział.

- Zamierza pan zostać? - spytała Eve, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia.

- Tak. Zostanę do jutra, do południa. Bardzo bym się zdziwił, gdyby ten dżentelmen 

się spóźnił.

Pomyślał, że Lindsey Hall może poczekać. Był jej winien chociaż tyle wsparcia. Jeden 

dzień z życia nie znaczył wiele.

- To wspaniale, pułkowniku. - Pani Pritchard wstała z wysiłkiem. - Pójdę i powiem 

pani Rowe, że będziemy mieć o jedną osobę więcej na obiedzie. Z pewnością przygotuje 

bankiet weselny jak dla rodziny królewskiej.

Aidan usłyszał, jak za jego plecami deszcz zaczyna bębnić o szyby.

* * *

Dla   Eve   cała   sytuacja   wydawała   się   niezręczna.   Pułkownik   zatrzymał   się   w 

najlepszym pokoju gościnnym. Oczywiście nie było w tym nic niestosownego. Był przecież 

jej   mężem.   Jego   obecność   wprowadziła   jednak   dziwny   niepokój.   Konwersacja   podczas 

przydługiego obiadu, na który pani Rowe przygotowała o wiele więcej dań niż zwykle, i 

potem, w salonie, była dość wymuszona. A mimo to cieszyła się, że został.

Gdy   pułkownik   wyjedzie,   życie   będzie   płynąć   dawnym   trybem,   monotonnie,   bez 

nadziei na jakąkolwiek szczęśliwą odmianę. John po powrocie odkryje, że nie dochowała mu 

wiary.  I taki będzie koniec wszystkich  ich marzeń i planów na przyszłość. Potrzebowała 

czasu, by przyzwyczaić się do myśli o swoim życiu w nowym wymiarze. Potrzebowała pobyć 

z pułkownikiem jeszcze przez pewien czas, choćby przez jeden dzień, by upewnić się, że 

wszystko to po prostu jej się nie przyśniło.

Eve haftowała w salonie. Po obiedzie spędziła trochę czasu z dziećmi, choć mniej niż 

zwykle. Stęskniła się za nimi. Tak dobrze było wrócić do domu i ze świadomością, że nic im 

background image

już nie zagraża. Ich bezpieczeństwo warte było każdego poświęcenia. Ciocia Mari, niech ją 

Bóg błogosławi, podtrzymywała konwersację, opisując pułkownikowi park. Jednak gdy za-

sugerowała, żeby jej bratanica pokazała mu go jutro przed południem, Eve spojrzała na nią z 

wyrzutem.   Najwyraźniej   nawet   teraz   ciocia   Mari   nie   porzuciła   nadziei,   że   uda   się   jej 

przekonać ich, by jednak pogłębili znajomość.

- Jutro rano w parku będzie zbyt mokro, ciociu Mari. Nie wygląda na to, by miało 

przestać padać - stwierdziła Eve.

Pułkownik   siedział   rozparty   w   głębokim   fotelu,   splótłszy   dłonie.   Eve   czuła,   że 

obserwuje ją, pochyloną nad robótką. Jakby między nimi przebiegała napięta struna, którą co 

jakiś czas delikatnie potrącał niewidzialny palec. Odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała pukanie do 

drzwi. Agnes uchyliła je tylko tyle, by wetknąć w nie głowę.

-   Potrzebujemy   cię   w   pokoju   dziecinnym,   moja   duszko   -   powiedziała,   zerkając 

jadowicie na Aidana, który pouczył ją przed obiadem, że teraz powinna się zwracać do swej 

pani „milady”.

- Zaraz tam będę - odpowiedziała Eve, wpinając igłę w materiał. Zwinęła robótkę i 

wstała.

- Czy dzieci nie mają niani? - spytał pułkownik.

- Zwykle o tej porze już śpią - wyjaśniła Eve. - Musiało się coś stać.

- Eve spędza z nimi bardzo dużo czasu - oznajmiła ciotka Mari. - Byłaby cudowną 

matką dla własnych dzieci.

Eve wzruszyła tylko ramionami i poszła na górę. Niania Johnson ani Thelma nigdy jej 

nie przeszkadzały, gdy przyjmowała gości, chyba że znalazły się w sytuacji bez wyjścia.

Otwierając drzwi pokoju dziecinnego, usłyszała łkanie. Niania Johnson siedziała na 

krześle, trzymając na kolanach skuloną Becky, która szlochała rozpaczliwie. Davy w koszuli 

nocnej   stał   na   środku   pokoju.   Thelma   kołysała   Benjamina.   Pomrukiwał   przez   sen, 

zaniepokojony hałasem.

- Ona mi nie wierzy, kiedy mówię, że pani nie wyjedzie - tłumaczyła niania. - I że pan 

Morris nie wróci, by nas wszystkich wypędzić. Panno Eve, on kazał dzieciom ustawić się 

razem ze służbą, gdy do nas przemawiał.

Eve przebiegła przez pokój i chwyciła Becky w ramiona.

- Och, moje kochanie - powiedziała, przytulając policzek do główki dziecka. - Nigdzie 

nie   wyjadę.   Pojechałam   tylko   po   to,   żebyście   były   bezpieczne.   Nic   już   wam   nie   grozi. 

Ringwood jest moje i możecie tu mieszkać z Davym. Zawsze będę was kochać. Zawsze, bez 

względu na wszystko. Chodź, coś ci pokażę.

background image

Stopniowo   łkanie   dziewczynki   ucichło.   Usiadły   na   krześle.   Becky   lubiła   nianię   i 

Thelmę, ale teraz potrzebna jej była Eve. Wczoraj w najokrutniejszy sposób uświadomiono 

temu dziecku, że może wszystko stracić. Jak Cecil śmiał tak poniżyć i przestraszyć dzieci, 

które przecież były jego krewnymi!

- Spójrz. - Eve wyciągnęła przed siebie lewą rękę i rozpostarła palce. - Widzisz? To 

jest obrączka ślubna. A to znaczy, że jestem zamężna. Mogę zostać w Ringwood do końca 

życia. I ty także.

- A Davy?

- Davy też. - Eve pocałowała ją w główkę. Jesteście przecież moimi dziećmi. Kocham 

was i zawsze będę kochać.

Gdyby  nie   wyszła  za  mąż,   sama   miłość  nie  uchroniłaby  ich  przed  nieszczęściem. 

Trudno, poniesie wszystkie konsekwencje tej trudnej decyzji.

Uniosła   twarz,   by  uśmiechem   dodać   Davy'emu   otuchy,   ale   on,   cały   spięty,   jakby 

szykował się do skoku, spoglądał w stronę drzwi, w których stanął pułkownik.

- Spokojnie, chłopcze - powiedział cicho. - Nie zrobię ci krzywdy. Ani twojej siostrze. 

Broniłbyś   jej   nawet   za   cenę   swego   życia,   prawda?   Słusznie.   Mężczyźni   powinni   bronić 

swoich kobiet.

- Idź sobie! - zawołał Davy drżącym głosem.

-  Davy...  -  zaczęła  Eve,  ale  pułkownik  uciszył  ją  gestem,  nie  odrywając  oczu  od 

chłopca.

- Panna Morris pojechała ze mną dwa dni temu do Londynu. Wczoraj wzięliśmy ślub - 

tłumaczył. - Jest teraz lady Bedwyn. Ożeniłem się z nią, by zapewnić jej opiekę, żeby mogła 

tutaj   zostać.   Teraz   macie   tu   zapewniony   dach   nad   głową,   dopóki   nie   urośniecie   i   nie 

pójdziecie w świat. Ożeniłem się z nią, bo jestem człowiekiem honoru i bronię kobiet, jeśli 

tylko jest to w mojej mocy. Jestem oficerem i wkrótce muszę wrócić do swojego regimentu. 

Zadbałem o to, by lady Bedwyn była tu bezpieczna. Będę jednak spokojniejszy, wiedząc, że 

jest przy niej mężczyzna, który zaopiekuje się nią i resztą kobiet w majątku. Myślę, że można 

na tobie polegać, prawda?

Eve widziała, jak Davy stopniowo się rozluźnia.

- Tak - powiedział.

- Tak, sir - poprawił go Aidan.

- Tak, sir.

- Doskonale. Która sypialnia należy do ciebie?

-   Tamta   -   wskazał   Davy.   -   Usłyszałem,   że   Becky   płacze.   Myślałem,   że   ten   zły 

background image

człowiek przyszedł po nią.

- Możesz być pewien, że nigdy się tak nie stanie - oświadczył Aidan. - A teraz połóż 

się do łóżka i niech niania okryje cię kołderką. Nic wam nie grozi.

Eve kołysała Becky w ramionach i rozmyślała. Aidan nie był delikatny w obejściu. 

Zmusił Davy'ego, by mówił do niego „sir”. Nie uśmiechał się, wyglądał wręcz groźnie. Czuła, 

że w ogóle go nie zna. I nigdy nie pozna. Ten obcy mężczyzna, który jest jej mężem, już jutro 

wyjedzie.

Napotkali swoje spojrzenia i przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy. Nie odezwali 

się ani słowem, bo Becky właśnie zasypiała, Thelma, odwrócona do nich plecami, kołysała 

Benjamina w ramionach, a niania szeptała do Davy'ego w jego sypialni.

W tej jednej chwili coś ich połączyło. Coś intymnego, czułego, niewypowiedzianego i 

bolesnego.

Po chwili Aidan odwrócił się i odszedł. Eve odchyliła  głowę na oparcie  krzesła i 

zamknęła oczy. To, co się wczoraj zdarzyło, nieodwracalnie zmieniło jej życie.

Następnego ranka Aidana obudził Andrews, przynosząc mu wodę do golenia. Padała 

drobna mżawka. Aidan miał nadzieję, że drogi nie będą zbyt błotniste, by po południu ruszyć 

w podróż. Chociaż był przyzwyczajony do jazdy w każdych warunkach.

Po   śniadaniu   przez   ponad   godzinę   spacerował   samotnie   po   okolicy.   Jego   żona 

postanowiła spędzić poranek z dziećmi w ich pokoju. Pani Pritchard pojechała do Heybridge. 

Park rzeczywiście ładnie rozplanowano. Koło domu urządzono ogród różany. Dalej widać 

było   zagajnik,   wzgórza,   groty   i   proste   ławeczki.   Z   każdego   punktu   musiał   roztaczać   się 

malowniczy widok, jeśli  tylko  dopisywała  pogoda. Z tyłu  domu znajdowały się rabaty z 

kwiatami   i   warzywnik.   Za   stawem,   na   który   zwrócił   uwagę   już   wcześniej,   ciągnęła   się 

porośnięta   drzewami   dolina,   pełna   teraz   azalii   i   dzwonków.   Przed   domem   był   dobrze 

utrzymany trawnik.

O mały włos Eve tego wszystkiego nie straciła. Gdyby Andrews nie przeziębił się, 

dzisiaj musiałaby na zawsze opuścić swój dom. Albo gdyby on odnalazł kapitana Morrisa 

kilka minut później. No i gdyby kapitan nie uratował mu życia pod Salamanką. Jak dziwną 

rolę w życiu człowieka odgrywa przypadek.

Wrócił   do   domu   przed   dwunastą.   Nie   można   wykluczyć,   że   Cecil   Morris   zechce 

przyjechać wcześniej.

Przebrał się w suche rzeczyZastał swoją żonę w salonie, znów zajętą haftowaniem, 

choć   miał   wrażenie,   że   wyjęła   robótkę   dopiero   wówczas,   gdy   usłyszała,   że   nadchodzi. 

Zapewne czuła się skrępowana, będąc z nim sam na sam. Stał i obserwował ją przez kilka 

background image

minut, dopóki nie zauważył, że zaróżowiły się jej policzki. Podszedł do okna i zaczął przez 

nie wyglądać.

Powóz Cecila Morrisa pojawił się na podjeździe za dziesięć dwunasta.

- Oto i on - oznajmił Aidan.

- Agnes go wprowadzi - odparła.

- Dobrze.

Odwrócił się i patrzył jak pewną ręką wbij a igłę w materiał, zwij a płótno i chowa je 

do torby na robótki. Usunął się trochę na bok, w cień draperii zawieszonych przy oknie. 

Usłyszeli   odgłos   kopyt   i   zgrzyt   kół   na   żwirze.   Stuknęły   drzwi   powozu,   a   potem   głośno 

załomotała kołatka na drzwiach wejściowych. Temu gościowi Agnes nigdy nie otworzyłaby 

drzwi z własnej woli.

Eve odwróciła głowę i spojrzała na męża. Potem wstała, by przywitać gościa. Chwilę 

później, bez choćby symbolicznego pukania, drzwi otworzyły się z impetem, uderzając w 

stojący za nimi okrągły stolik.

- O, to ty, Cecilu - powiedziała Eve. - Dzień dobry. Ponury dziś dzień, prawda?

Aidan usłyszał, że kolejne powozy zbliżają się do domu, ale nie odwrócił głowy, by na 

nie spojrzeć. Nawet nie drgnął.

- Dziwię się, że jeszcze tutaj jesteś, Eve - oświadczył Cecil, zdejmując kapelusz i 

płaszcz. Strząsnął z nich krople deszczu i rzucił je na najbliższe krzesło. - Spodziewałem się, 

że zachowasz resztkę godności i odejdziesz stąd przed południem. Nie masz chyba zamiaru 

błagać mnie, bym pozwolił ci zostać, prawda? Wiesz, że nie chcę o tym nawet słyszeć i nie 

cierpię scen.

- Mam nadzieję, że ciotka Jemima jest w dobrym zdrowiu? - spytała grzecznie.

- Spodziewam się, że wszyscy inni już sobie poszli, a ta kobieta, która uważa się za 

gospodynię, hańbiąc progi tego domu, zbiera się właśnie do drogi - powiedział. Wyciągnął z 

kieszeni zegarek i sprawdził godzinę. - Tej hołocie zostały dwie minuty z wyznaczonego im 

czasu. I tobie też, I we. Z łaski dam ci jeszcze godzinę. O pierwszej zjawią się tu ludzie pod 

wodzą   miejscowego   konstabla,   którzy   zabiorą   maruderów   do   magistratu.   Nie   możemy 

pozwolić,   by   ci   włóczędzy   byli   ciężarem   dla   parafii.   A   teraz   zechciej   mi   wybaczyć.   - 

Roześmiał się z własnego dowcipu. - Albo jak tam wolisz, kuzynko. Przyjechały wozy me-

blowe i muszę zejść na dół, by nadzorować ich rozładunek.

- Cecilu, naprawdę muszę cię prosić, byś sobie poszedł. Lada chwila siądziemy do 

obiadu, a ty nie zachowałeś się wystarczająco uprzejmie, by zasłużyć na zaproszenie do stołu. 

Nie życzę sobie, by jakieś twoje rzeczy wyładowywano w moim domu. Stanowczo ci tego 

background image

zakazuję. Zejdź natychmiast na dół i dopilnuj, by do tego nie doszło.

- Słuchaj no, Eve - rzekł, wypinając pierś i czerwieniejąc na twarzy. - Nie myśl sobie, 

że będę znosił twoje błazeństwa, bo jesteś moją bliską kuzynką. Nigdy cię nie lubiłem i 

dzisiaj mogę ci to otwarcie powiedzieć. Natychmiast, w tej chwili, opuść ten dom. Miałaś 

szansę zabrać swoje rzeczy osobiste, ale właśnie ją straciłaś. Czy pójdziesz stąd z własnej 

woli, czy też mam cię popędzić batem?

W głosie Cecila zabrzmiał teraz wyraźny walijski akcent. Aidan odchrząknął i Morris 

odwrócił szybko głowę, by zerknąć w półmrok przy oknie. Na jego twarzy pojawił się wyraz 

uniżonej uprzejmości.

-   Milordzie!   -   wykrzyknął.   -   Znów   nas   pan   odwiedził?   Eve,   powinnaś   mi   była 

powiedzieć, jak tylko przyjechałem, a dałbym  ci jeszcze kilka godzin, byś mogła przyjąć 

swego gościa. Powiedziałbym nawet: naszego gościa. Cóż znaczy kilka godzin dla bliskich 

krewnych? To moja matka niecierpliwie czeka, by się wprowadzić tutaj, do swojego nowego 

domu. Ja chętnie dałbym Eve czas do końca tygodnia.

- Zdaje się, wspominał pan coś o bacie? - Aidan wyszedł z cienia. Morris roześmiał się 

głośno.

- To taki żart między kuzynami - powiedział.

-   Aha.   -   Aidan   zrobił   jeszcze   kilka   kroków,   aż   znalazł   się   tuż   przy   Morrisie, 

spoglądając na niego z góry. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a Morris nie więcej niż 

metr sześćdziesiąt. - Nieraz zarzucano mi brak poczucia humoru i teraz widzę, że nie bez 

powodu. Odnoszę wrażenie, że mówił pan całkiem poważnie.

Śmiech Morrisa był tym razem nieco wymuszony.

- Nie mogę pozwolić na to, żeby nawet w żartach popędzał pan batem moją żonę.

Zapadła krótka, napięta cisza.

- Pana żonę? - Morrisowi ze zdziwienia opadła szczęka.

- Moją żonę. Morris roześmiał się.

- Oj, żartowniś z pana - oświadczył, puszczając oko. - Przez chwilę mnie pan nabrał, 

milordzie. Brak poczucia humoru, co? Muszę przyznać, że to najlepszy dowcip, jaki w życiu 

słyszałem. A kiedy zostały odczytane zapowiedzi? Zapomniał pan o tym, co?

-   Panna   Eve   Morris   uczyniła   mi   zaszczyt   i   zgodziła   się   zostać   moją   żoną. 

Przedwczoraj w Londynie  wzięliśmy ślub za specjalnym  pozwoleniem - odparł lodowato 

Aidan. - Jest teraz lady Bedwyn i panią Ringwood Manor. I zdaje się, że przed chwilą kazała 

się panu wynosić.

- Co takiego?

background image

- Może pan wyjść o własnych siłach, ale mogę też panu w tym pomóc, choć nie użyję 

bata. Tylko tchórz i skończony bydlak grozi w ten sposób słabszym od siebie. Zanim pan 

jednak pójdzie...

- Pan się ożenił z Eve? - Morris poczerwieniał na twarzy jak burak. W kącikach ust 

zebrała mu się ślina, którą pryskał przy każdym  słowie. Pewnie dopiero teraz zaczęła do 

niego docierać prawda.

- Wyszłam za mąż za tego dżentelmena, Cecilu - powiedziała Eve. - Zatem to ja 

jestem od dzisiaj pełnoprawną właścicielką Ringwood Manor, a nie ty.

- Nie! - Okręcił się na pięcie i spiorunował ją wzrokiem. - Niemożliwe. Kto słyszałaby 

brać ślub za specjalnym  pozwoleniem? To są jakieś kłamstwa, bzdury.  Zdemaskuję cię i 

srogo ukarzę. A jeśli spodziewasz się po mnie litości albo miłosierdzia...

- Zamilcz, człowieku! - Aidan podświadomie użył tonu, którym mówił do ludzi na tyle 

niemądrych, by kwestionować jego rozkazy na polu bitwy lub podczas musztry. Nie musiał 

podnosić głosu ani czynić żadnych groźnych gestów. I tak poskutkowało. Morris odwrócił się 

do Aidana z oczami wybałuszonymi ze strachu i pobladłą nagle twarzą.

- Chociaż jest pan kuzynem mojej żony, w pańskich słowach i zachowaniu wobec niej 

nie było nawet śladu rodzinnego sentymentu - rzekł Aidan, podchodząc krok bliżej, tak że 

Morris musiał zadrzeć głowę, by patrzyć mu w twarz. - Nie jest pan tu mile widziany. Proszę 

stąd odejść  i nigdy już  tu nie  wracać.  Nigdy! Nie  ma pan wstępu nawet  do parku. Czy 

wyrażam się jasno?

Cecil Morris gapił się na niego bez słowa. Aidan ściszył głos.

- Czy wyrażam się zrozumiale? Cecil odchrząknął.

- Tak.

- Wkrótce wracam do mojego pułku. Moja żona zostanie tutaj - ciągnął Aidan. - Mam 

jednak długie ręce, Morris, i potężnych  przyjaciół w Anglii, choćby takich jak mój brat, 

książę Bewcastle. Jeśli dojdzie do mnie najmniejsza pogłoska, sugerująca, że nęka pan lady 

Bedwyn, nie daruję tego. Rozumiesz mnie pan?

- Tak. - Głos Morrisa przypominał skrzek żaby.

- To dobrze. - Aidan założył ręce do tyłu i jeszcze przez chwilę patrzył na niego z 

góry. Wiedział, że przedłużająca się cisza jest skuteczną bronią, wprawiającą w dygot kolana 

nawet najbardziej krnąbrnych żołnierzy. - Niech pan już idzie.

Morris odwrócił się i zerknął na Eve. Strasznie go korciło, by jeszcze coś powiedzieć. 

Otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Na swoje szczęście, bo Aidan wprost marzył o tym, aby 

schwycić go za kołnierz, znieść po schodach z dyndającymi nogami i wrzucić do powozu. 

background image

Morris, potykając się, ruszył do drzwi, zabrał płaszcz i kapelusz i zniknął. Aidan zamknął 

drzwi i zwrócił się do swojej żony, unosząc brwi.

Patrzyła na niego ubawiona.

- Cieszę się, że pan został i nie ominęło mnie to widowisko. Był pan wspaniały.

Mówiąc te słowa, pospieszyła  do niego z wyciągniętymi  rękami. Ujął jej dłonie i 

mocno ścisnął.

- Przyznam, że sam nieźle się bawiłem.

-   Dziękuję!   -   zawołała,   odwzajemniając   jego   uścisk.   -   Bardzo   panu   za   wszystko 

dziękuję. Nawet pan nie wie, jak bardzo jestem mu wdzięczna.

Była zarumieniona, ożywiona i znów pełna uroku, tak jak dwa dni temu w Londynie. 

Uniosła ku niemu twarz, a on bez zastanowienia pochylił się ku niej. Ich usta się spotkały. A 

potem oboje cofnęli ręce i odskoczyli od siebie jak oparzeni.

O,   do   diabła!   To   z   pewnością   był   jeden   z   najbardziej   krępujących,   niezręcznych 

momentów   w   życiu   Aidana.   Eve   stała   z   oczami   pełnymi   przerażenia   i   rumieńcem 

zalewającym jej policzki.

- Proszę o wybaczenie... - wykrztusił.

- Naprawdę, proszę mi wybaczyć... - wyjąkała.

Odezwali się jednocześnie, niczym grecki chór w antycznej sztuce.

- Proszę o wybaczenie - powtórzył. - Pójdę na górę i sprawdzę, czy Andrews skończył 

pakować moje bagaże.

- Zostanie pan na obiad?

Nie. Był już najwyższy czas, żeby wyjechać. Zaczynał ją postrzegać jako serdeczną, 

lojalną, godną uwagi kobietę. Burzyła jego spokój. Co gorsza, przyłapał się na tym, że myśli 

o niej z pożądaniem. Zwłaszcza ostatniej nocy, gdy położył się do łóżka i uświadomił sobie, 

że po raz pierwszy w życiu śpi pod jednym dachem ze swoją żoną. Te myśli były niepokoją-

ce, niestosowne.

- Chyba nie... - odparł.

Drzwi salonu za jego plecami otworzyły się. Odwrócił się szybko, zastanawiając, czy 

to Morris miał czelność wrócić. Ale była to pani Pritchard, w płaszczu przemoczonym na 

ramionach.

-   Och,   świetnie,   że   was   tu   zastałam   -   powiedziała.   -   Musicie   mi   wszystko 

opowiedzieć. Dojechałam powozem tylko do stajni i musiałam stamtąd iść pieszo do domu. 

Wozy Cecila blokują podjazd do ganku. A on sam nawet na mnie nie spojrzał, gdy bardzo 

serdecznie życzyłam  mu miłego popołudnia. No, opowiadajcie. Jej oczy aż się iskrzyły z 

background image

podniecenia.

Oparła obie ręce na lasce.

Och, ciociu Mari! - powiedziała Eve, przyciskając ręce do piersi. - Szkoda, że nie 

słyszałaś   pułkownika   Bedwyna.   Nie   podniósł   głosu,   ale   mówił   tak,   że   nawet   ja   cała   się 

trzęsłam. Biedny Cecil - zażartowała.

Popełnił błąd, grożąc mojej żonie, że popędzi ją z tego domu batem.

To było bardzo głupie z jego strony - stwierdziła ciotka. - Że też odważył się na coś 

takiego w pana obecności, pułkowniku.

- . Nie zauważył pułkownika, który stał w cieniu przy oknie - wyjaśniła Eve.

Pani Pritchard roześmiała się i zdjęła kapelusz, strząsając z niego krople deszczu.

Odwiedziłam   wielu   sąsiadów   -   powiedziała.   -   Pomyślałam,   że   to   ważne,   aby 

dowiedzieli się, co się wydarzyło. Bardzo się martwili, co się stanie z Eve. Na szczęście z 

powodu deszczu zastałam ich wszystkich w do mu.

Aidan mimo woli poczuł niepokój. Ta kobieta znów patrzyła na niego z błyskiem w 

oku, jak sprytna swatka.

-   Eve,   kochanie,   wszyscy   są   zachwyceni,   że   wyszłaś   za   pułkownika   Bedwyna   i 

pozostaniesz panią Ringwood. Uznali, że trzeba jakoś uczcić tę okazję. Tłumaczyłam im, że 

pułkownikowi wkrótce kończy się urlop, ale nikogo to nie zniechęciło. Właśnie w tej chwili 

przygotowują uroczysty wieczorek w sali na piętrze gospody.

- Ciociu Mari... - W głosie Eve brzmiało przerażenie.

- Chyba może pan zostać jeszcze na jedną noc, pułkowniku? - spytała pani Pritchard, 

patrząc na Aidana błagalnie.

- Ciociu Mari...

Aidan uciszył ją gestem ręki. Uznał, że ten pomysł nie jest całkiem pozbawiony sensu.

-   Cecil   Morris   nie   chciał   uwierzyć,   że   możliwe   jest   małżeństwo   za   specjalnym 

zezwoleniem - przypomniał. - Przypuszczam, że więcej osób w okolicy może w to wątpić. 

Mój pospieszny wyjazd zrodzi tylko plotki, które przysporzą nam kłopotów. Gdy pokażemy 

się   razem   publicznie   i   weźmiemy   udział   w   zabawie   z   okazji   naszego   ślubu,   skutecznie 

rozwiejemy wszelkie wątpliwości.

Pani Pritchard rozpromieniła się.

- Co pani o tym sądzi? - spytał Aidan swoją żonę.

-   Myślę,   że   sprawiamy   panu   o   wiele   więcej   kłopotu,   niż   się   pan   spodziewał, 

pułkowniku - rzekła, marszcząc brwi.

Miała rację. A wszystko wydawało się takie proste, gdy po raz pierwszy przyszła mu 

background image

do głowy myśl, że żeniąc się z nią, spełni daną obietnicę.

- Poza tym znowu leje - dodał.

Wszyscy odwrócili się do okna, by popatrzeć na deszcz spływający po szybach.

background image

8

Eve przejrzała garderobę, szukając sukni odpowiedniej na wieczór. Wszystko było 

żałośnie niemodne. Przez ostatni rok nosiła żałobę, a i kilka lat wcześniej większość czasu 

spędzała w domu z ojcem. Jego pogarszające się zdrowie uniemożliwiało prowadzenie życia 

towarzyskiego, do którego przywiązywał taką wagę. Po krótkim namyśle wybrała w końcu 

suknię z szarego jedwabiu przetykanego srebrem. Wydawało się jej, że okaże brak szacunku 

wobec pamięci Percy'ego, nie nosząc po nim nawet najlżejszej żałoby, mimo że takie było 

jego wyraźne życzenie. Edith ułożyła Eve włosy i poradziła jej, by włożyła srebrny łańcuszek 

i kolczyki dla podkreślenia uroczystości okazji.

Eve, schodząc do salonu, czuła zdenerwowanie niczym dziewczyna stojąca u progu 

debiutu   towarzyskiego.   Miała   pretensje   do   cioci   i   sąsiadów,   że   uknuli   spisek   mający 

zatrzymać  pułkownika na dłużej. Zapewne liczyli  na to, że ich związek stanie się czymś 

więcej   niż   zamierzone   od   początku   formalne   małżeństwo.   Zdziwiła   się,   gdy   pułkownik 

zgodził się zostać, ale domyśliła się, że skłoniło go do tego poczucie obowiązku. Chyba nie 

spodziewał się towarzystwa, do jakiego był przyzwyczajony w swoich sferach.

Czekał na nią w salonie. Ciocia Mari i Thelma pojechały wcześniej, żeby pomóc w 

przygotowaniach w gospodzie. A przynajmniej taki powód podała ciocia Mari.

- Przepraszam za to wszystko - powiedziała Eve. - Już od dawna po winien pan być w 

drodze do domu.

Ukłonił się i spojrzał na nią taksującym wzrokiem. Ubrany był w galowy mundur, ale 

zamiast długich butów miał na nogach lekkie półbuty do tańca.

- Zostałem tu z własnego wyboru - stwierdził. - Mogę stąd wyjechać choćby jutro i 

żyć dalej tak, jak do tej pory, jakby nic się nie wydarzyło. Ale dla pani to nie będzie takie 

łatwe.   Nie   chcę,   żeby   sąsiedzi   uważali,   że   między   nami   nie   ma   życzliwości,   nie   ma... 

szacunku. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony, gdy pani Pritchard przedstawiła dzisiaj 

swój   plan.   Ale   już   po   chwili   uświadomiłem   sobie,   że   właśnie   takiej   uroczystości   nam 

potrzeba.

Mówił to sztywno, oficjalnie. Eve zastanawiała się, czy kieruje nim życzliwość, czy 

obowiązek. Kilkakrotnie wykazał nawet poczucie humoru, ale nigdy się nie uśmiechał. Wziął 

od niej szal, otulił ją i podał jej ramię.

Deszcz ustał niecałą godzinę temu. Ganek były nadal mokry, a powietrze chłodne. Eve 

zadrżała, wsiadając do powozu. Zastanawiała się, czy pułkownik zajmie miejsce przy niej, 

czy naprzeciwko. Usiadł obok. Czuła ciepło jego ciała na ramieniu i udzie.

background image

-   Będą   tańce   przy   muzyce   granej   przez   miejscowych   muzykantów,   gra   w   karty, 

rozmowy i poczęstunek z bufetu - wyjaśniła. - Pewnie wyda się to panu bardzo nudne, zbyt 

pospolite.

- Nie musi pani przepraszać za coś, co zapewne okaże się przyjemną, wiejską zabawą 

- odparł.

Przypomniała   sobie,   jak   kiedyś   opowiedziała   Johnowi   o   wieczorku,   na   którym 

niedawno świetnie się bawiła. Wzdrygnął się i powiedział, że wolałby być wrzuconym do 

piwnicy pełnej szczurów, niż uczestniczyć w takim wulgarnym zbiegowisku. Roześmiała się 

wówczas, a on szybko zmienił temat. Czy John postąpiłby tak samo na miejscu pułkownika, 

żeby tylko sąsiedzi darzyli ją szacunkiem i nie litowali się nad nią?

- Nie potrafię zapomnieć, że jest pan synem i bratem księcia - powiedziała. - Jest pan 

lordem Aidanem Bedwynem.

- A pani jest lady Bedwyn - przypomniał jej, gdy stary powóz ruszył z szarpnięciem.

- Tylko ją udaję.

- Nie. - Odwrócił głowę, by spojrzeć na nią. - Jest pani moją żoną. Znów zadrżała. 

Jeszcze nie zdążyła oswoić się z rzeczywistością. Była ni to zamężna, ni to niezamężna. Niby 

miała męża, a jednak go nie miała. Za tydzień o tej porze on będzie gdzieś daleko. Ona jednak 

pozostanie jego żoną. Póki śmierć ich nie rozłączy.

- Ciągle jeszcze nosi pani żałobę - zauważył. - Mimo że pani ojciec zmarł ponad rok 

temu.

- Czy to takie niewłaściwe?  Nie potrafię zapomnieć,  że zaledwie cztery dni temu 

wszyscy moi sąsiedzi i przyjaciele uczestniczyli w nabożeństwie żałobnym za Percy'ego. A 

dzisiaj wieczorem przyjdą, by świętować moje małżeństwo.

- Takie jest życie - odparł. - Toczy się dalej, nawet po najstraszniejszych tragediach.

-  Domyślam   się,  że  mówi to  pan  na  podstawie   własnego doświadczenia  - rzekła, 

marszcząc lekko brwi.

Spojrzał na nią ciemnymi  oczami, w których  nie było żadnego wyrazu. Wolałaby 

zobaczyć w nich cokolwiek, nawet najgorsze emocje. Poczuła wewnętrzny chłód. Na kilka 

chwil zapadło między nimi milczenie.

- Teraz nosi pani żałobę po bracie? Mimo że prosił, by pani tego nie robiła?

- Jak mogę tego nie zrobić? - Westchnęła. - Miałam tylko jego. Zawsze byliśmy sobie 

bliscy, nawet po tym, jak pokłócił się z papą i zamieszkał u stryjecznego dziadka. A potem 

on... Nie, nie chcę pana zanudzać. - Odwróciła głowę, spoglądając na drzewa w zapadającym 

zmierzchu.

background image

- Proszę mi opowiedzieć.

- Mój stryjeczny dziadek był bogatym kupcem - zaczęła. - Choć był niemal tak bogaty 

jak papa, nie miał jednak ambicji, by piąć się po szczeblach drabiny społecznej i stać się 

ziemianinem.   Zadowalało   go   to,   jak   żył   i   co   osiągnął.   Gdy   umarł,   cały   jego   majątek 

odziedziczył syn, z wyjątkiem sumy przeznaczonej dla Percy'ego, która wystarczała memu 

bratu na zakup wymarzonego patentu oficera kawalerii. Papa był wściekły, ale nie mógł nic 

na to poradzić. Zmienił jednak testament.

- A syn nie miał nic przeciwko takiemu podziałowi majątku? - spytał pułkownik.

- Joshua? Nie. Przyjaźnił się z Percym. I nawet chciał się ze mną ożenić.

- Ożenić?

Odwróciła się do niego z nieco zawstydzonym uśmiechem.

-   Miałam   wtedy   dziewiętnaście   lat,   a   on   dwadzieścia   osiem   -   powiedziała.   -   Był 

zamożny, pewny siebie, przystojny. A ja czułam się tutaj bardzo samotna. Chciałam wrócić 

do Walii, znaleźć się bliżej ludzi, spośród których się wywodzę. Choć rodzina mojej matki 

pochodziła z Anglii.

- Pani ojciec nie zgodził się na to małżeństwo?

- Joshua jest mieszczaninem dumnym ze swego pochodzenia i walijskiego akcentu. 

Nie, ojciec nie wyraził zgody na nasze małżeństwo. Byłam niepocieszona, ale zapomniałam o 

nim już po miesiącu. Ożenił się pół roku po tym, jak mu odmówiłam. Ma teraz troje dzieci. 

Nadal dobrze mu się powodzi.

- Ale nie jest pani w nim nadal zakochana?

- Nie. - Roześmiała się cicho. - Byłam głupia, myśląc, że mogę wrócić do Walii i być 

tam szczęśliwa. Zbyt długo, właściwie przez całe życie, mieszkałam tutaj. Teraz to widzę. 

Wolę swoje życie takim, jakie jest.

- A jakie miejsce w tej rodzinnej scenerii zajmuje Cecil Morris? - spytał.

- Nasi ojcowie byli braćmi. Gdy papa opuścił Walię i kupił Ringwood, stryj też tu 

przyjechał i wydzierżawił od niego największe gospodarstwo.

Ciężko   pracował,   więc   wzbogacił   się   i   w   końcu   je   kupił.   Cecil   zawsze   głupio 

zazdrościł Percy'emu i mnie. Rozpaczliwie pragnął odciąć się od swych korzeni i stać się 

bogatym, próżnującym dżentelmenem. Dla niego i papy próżnowanie to cecha prawdziwego 

dżentelmena. Nieraz myślałam, że to on powinien być synem papy. I niewiele brakowało, a 

odziedziczyłby jego majątek. Tylko dzięki panu tak się nie stało.

Chyba za bardzo się rozgadałam, pomyślała, gdy powóz z turkotem przejechał przez 

most i potoczył się główną ulicą Heybridge w kierunku gospody Pod Trzema Piórami. Czy 

background image

moja rodzina mogła go w ogóle interesować?

- Nie wiem, czy powinnam dziś tańczyć. Jestem przecież nadal w żałobie.

- Ale wbrew życzeniu pani brata - przypomniał jej. - Moim zdaniem taniec to główna 

atrakcja wiejskich zabaw, a ten wieczorek został zorganizowany na pani cześć. Sprawi pani 

wszystkim zawód, siedząc wśród przyzwoitek. Czy właśnie tego pani chce?

Oczywiście miał rację. Ciocia Mari byłaby rozczarowana. Wszyscy inni też, łącznie z 

nią   samą.   Nagle   ogarnęło   ją   podobnie   jak   dwa   dni   temu   w   Londynie,   uczucie   euforii, 

pragnienie, by chwytać każdą chwilę szczęścia, zanim zostanie sama i zacznie rozmyślać o 

tym, z czego świadomie zrezygnowała.

- Potrafi pan tańczyć? - spytała, nie mogąc go sobie wyobrazić w tej roli.

- Madame - powiedział, gdy powóz zatrzymał się i czekali na wystawienie schodków - 

dżentelmen,  zanim  się  nauczy  recytować  abecadło  bez  zająknienia,  podryguje  już  w  takt 

muzyki.

Eve   roześmiała   się.   Znów   wykazał   przebłysk   prawdziwego   poczucia   humoru. 

Przyznała w końcu w duchu, że cieszy się na ten wieczorek.

* * *

Wieczorek okazał się w istocie niezbyt ciekawym wydarzeniem. Bewcastle nazwałby 

go   nudnym.   Uczestniczyły   w   nim   licznie   bardzo   młode   panny,   które   na   pewno   nie 

debiutowały jeszcze w towarzystwie, a jednak tańczyły, chichotały i zerkały na młodzieńców, 

którzy, czerwieniąc się, usiłowali wyglądać na bywałych w świecie, a jedynie okazywali brak 

ogłady.   Zjawiło   się   wiele   starszych   dam,   które   śmiały   się   i   rozmawiały   zbyt   głośno.   I 

starszych   dżentelmenów,   długo   i   nudno   dyskutujących   na   temat   wojny,   by   sprawić 

przyjemność Aidanowi, oraz na temat rolnictwa i polowania, czym sami byli zainteresowani. 

Muzykanci - dwoje skrzypiec, kontrabas i flet - grali z entuzjazmem, choć nie zawsze czysto. 

Stoły uginały się od przysmaków. Było dosyć trunków, by zwalić z nóg zaprawiony w boju 

batalion.

Aidan   nigdy   nie   przepadał   za   spotkaniami   towarzyskimi,   nawet   najbardziej 

eleganckimi. Rozumiał jednak, jak ważne jest jego uczestnictwo w tym wieczorku. Zauważył 

też, ile serca włożono w przygotowanie zabawy. Sąsiedzi lubili Eve, nie miał co do tego 

żadnych wątpliwości. Jej los naprawdę nie był im obojętny. Wiadomość o tym, że wyszła za 

mąż, pozostanie panią Ringwood i będzie mogła nadal mieszkać wśród nich, najwyraźniej 

sprawiła im ogromną ulgę. Ale chcieli dla niej czegoś więcej. Chcieli zobaczyć ją z mężem, 

upewnić się, że to jest prawdziwe małżeństwo, jeśli nawet zostało zawarte w takim pośpiechu 

background image

i nie z miłości, a okoliczności zmuszały jej męża do wyjazdu już następnego dnia.

Skupił się na tym, by dobrze odegrać swoją rolę i dać im to, czego potrzebowali.

Wraz z żoną poprowadzili pierwsze tańce, stając naprzeciw siebie w dwóch długich 

szeregach dam i dżentelmenów. Tańce były bardzo skoczne i wkrótce rumieniec pojawił się 

na policzkach Eve, a oczy jej rozbłysły. Pomyślał, że nie tańczyła przynajmniej od roku, a 

jednak czyniła to teraz wprawnie, z wdziękiem i widoczną radością. Nie odrywał od niej 

wzroku. Po części z rozmysłem, na użytek jej przyjaciół i sąsiadów, którzy życzliwie im się 

przyglądali. Ale i dlatego, że przyjemnie było na nią patrzeć - wysoką, smukłą, uroczą, kiedy 

była tak ożywiona. W przyszłości będzie próbował przypomnieć sobie jej wygląd, niekiedy 

bezskutecznie. A jednak ona na zawsze pozostanie jego żoną.

Później   zatańczył   z   nią   jeszcze   trzy   razy.   To   była   wiejska   zabawa,   więc   nie 

przestrzegano   ściśle   zasad   etykiety.   Między   tańcami   stał   przy   niej,   trzymając   za   rękę. 

Rozmawiali kolejno z prawie wszystkimi gośćmi. Gdy tańczyła z innymi mężczyznami, stał i 

przyglądał  się jej. Sam zatańczył  kilka  razy z innymi  kobietami,  między innymi  z panią 

Robson i panną Rice.

Gdyby Bewcastle zobaczył go tańczącego i rozmawiającego z guwernantką, chyba 

dostałby ataku apopleksji, zwłaszcza jeśli poznałby historię tej kobiety. Aidan omal się nie 

roześmiał, ale natychmiast otrzeźwiła go następna myśl. A gdyby go teraz zobaczyła panna 

Knapp?

O wpół do dwunastej zasiedli w drugiej sali do kolacji. Aidan nie mógł pojąć, jak 

udało   się   w   ciągu   zaledwie   pół   dnia   przygotować   taki   bankiet.   Po   jedzeniu   nastąpiły 

przemowy i toasty,  pierwszy wygłoszony przez Jamesa Robsona, drugi przez wielebnego 

Thomasa Puddle'a. Również Aidana zmuszono do zabrania głosu.

-   Chcielibyśmy   z   żoną   podziękować   wszystkim   za   waszą   wspaniałomyślność   i 

życzliwość, okazaną poprzez przygotowanie tego wieczorku na naszą cześć. - Właściwie nie 

miał nic więcej do powiedzenia. Spojrzał jednak na Eve i ciągnął dalej: - Kapitan Percival 

Morris   był   moim   przyjacielem.   A   zatem   i   jego   siostra   była   mi   bliska,   zanim   ją   jeszcze 

poznałem   osobiście.   Małżeństwo   z   nią   i   uratowanie   jej   z   kłopotów   to   dla   mnie   wielki 

zaszczyt. Okoliczności podyktowały pośpiech w zawarciu naszego ślubu. I tak pobralibyśmy 

się   w   przyszłości,   może   z   większą   pompą,   w   obecności   rodzin   i   przyjaciół,   ale   nasze 

wspomnienia wcale nie byłyby piękniejsze niż z tego skromnego ślubu w Londynie.

Rozległy się gromkie brawa i jeden nieśmiały okrzyk na ich cześć. Eve zacisnęła w 

pięść dłoń leżącą na stole.

-   Muszę   jutro   wyjechać   -   rzekł   Aidan.   -   Przed   powrotem   do   pułku   powinienem 

background image

dopilnować pewnych spraw. Niechętnie opuszczam żonę. Wiem jednak, że zostawiam ją pod 

opieką ciotki, przyjaciół i sąsiadów.

Oklaski stały się jeszcze gorętsze, a niektóre damy, w tym pani Pritchard, uroniły kilka 

łez. Aidan ujął dłoń żony i uniósł ją do ust. Spotkali się wzrokiem i przez dłuższą chwilę 

patrzyli sobie w oczy. Naprawdę nie wszystko, co powiedział - było kłamstwem. Cztery dni 

temu nie zdawał sobie sprawy, że angażuje się w coś tak poważnego.

- Wypijmy toast na cześć lady Bedwyn, mojej żony.

Wkrótce potem wielu gości, w tym prawie cała młodzież, przeszło do drugiej sali, 

gdzie znów zaczęła grać muzyka. Głośny tupot wskazywał na to, że tańce rozpoczęły się na 

nowo. Goście po drodze do wyjścia zatrzymywali się, by uścisnąć rękę Aidanowi i zamienić 

kilka słów z Eve. Po kilku minutach wokół nich zrobiło się na tyle pusto, że mogli swobodnie 

porozmawiać.

- Dziękuję - powiedziała. - Tak wiele pan dla mnie zrobił. Nigdy tego nie zapomnę. 

Przypuszczam  jednak,  że nie  może  się pan już  doczekać, by jutro  rano ruszyć w  drogę, 

znaleźć się w domu i zobaczyć z rodziną. Wreszcie będzie pan wolny.

W głębi serca przeczuwał, że to nie będzie takie proste, ale nic nie powiedział.

- Nie wzdychała pani po kuzynie dłużej niż miesiąc - odezwał się, zmieniając temat. - 

Co   więc   aż   do   przedwczoraj   powstrzymywało   panią   przed   małżeństwem   z   kimś   innym? 

Wiem, że celowo postanowiła pani przeczekać okres wyznaczony przez ojca w testamencie. 

Ale przedtem? Ile ma pani teraz lat? Dwadzieścia cztery? Dwadzieścia pięć?

- Dwadzieścia pięć - odparła. - Przez wiele lat papa usilnie się starał wydać mnie 

dobrze za mąż. A mnie  brzydziła  niekończąca się parada dobrze urodzonych  kawalerów, 

których zapraszał do Ringwood.

- Zdaje się, że pani bardzo lubi dzieci. Nigdy nie chciała pani mieć własnych?

- Ja mam dzieci - odparła. - Nie rozumie pan tego, pułkowniku? Dla pana Becky i 

Davy to tylko sieroty, które przygarnęłam pod swój dach. Mnie są one tak drogie, jakby 

wyszły z mojego łona. - Zarumieniła się na własne słowa.

Trudno to było pojąć. Miała w sobie tyle miłości i czułości. Dlaczego nie obdarzyła 

nimi jakiegoś mężczyzny? Albo dzieci, które sama by urodziła?

- Może popełniłem błąd, zakładając, że pani w ogóle nie chce wyjść za mąż i założyć 

własnej rodziny - powiedział.

-   Nie!   -   zaprotestowała   tak   stanowczo,   że   starsza   pani   siedząca   przy   stole   obok 

spojrzała na nich oboje. - Niech się pan tym nie zadręcza. Wybrałam samotność. Po tym, co 

się wydarzyło z Joshua, wiedziałam, że nigdy nie wyjdę za mąż, jeśli nie będzie to naprawdę 

background image

małżeństwo z miłości. Wydawało mi się, że mam jakiś wybór.

-   I   nigdy   nie   spotkała   pani   mężczyzny,   którego   by   pani   naprawdę   pokochała?   - 

zapytał.

- Nie! - Jej odpowiedź była jeszcze bardziej stanowcza. - Nigdy. Może to znaczy, 

pułkowniku, że coś takiego jak miłość nie istnieje? Może tęskniłam za mrzonką? Co pan o 

tym sądzi?

- O prawdziwej miłości? To zależy, jak ją pani zdefiniuje. Nie wierzę w romantyczną 

miłość. To zwykły eufemizm dla cielesnego pożądania u mężczyzny i pragnienia domu i 

bezpieczeństwa   u   kobiety.   Wierzę   jednak,   że   istnieje   coś   takiego   jak   lojalność   i   więzi 

rodzinne.

-   Ja   też   w   to   wierzę.   Mam   ciotkę,   przyjaciół   i   moje   ukochane   dzieci.   Dlaczego 

miałabym pragnąć czegoś więcej? Mam wszystko, czego potrzebuję. Jestem szczęśliwa tu, w 

tym miejscu. Czytałam, że często przez całe życie szukamy czegoś, co już mamy. Ja jestem 

szczęściarą, potrafię docenić to, co dostałam od życia. Tym bardziej że omal tego dzisiaj nie 

straciłam. Będę panu dozgonnie wdzięczna, że zapewnił mi pan to szczęście.

Uwierzył  w jej  słowa. A  może  po prostu  wolał  jej  uwierzyć,  nie  martwić  się, że 

zburzył wszystkie jej nadzieje na szczęście małżeńskie? Wydawało mu się, że była w swych 

deklaracjach   trochę   zbyt  stanowcza.  Ale  czy  mógł  zrobić  coś  innego,   żeby  ją   uratować? 

Absolutnie   nic.   Nie   należało   zatem   żałować   teraz,   że   wybrał   takie   rozwiązanie.   Innego 

wyjścia nie było.

- Zatańczymy? - spytała Eve. Wstał i wyciągnął do niej rękę.

- Tak, zatańczymy - zgodził się. - Jeszcze jeden raz.

Jej ciotka, siedząca niedaleko nich z dwiema starszymi paniami, kiwnęła im głową z 

zadowoleniem. „Jeszcze jeden raz”. W tych słowach była jakaś ostateczność.

Rano znów mżyło. Eve wstała bardzo wcześnie, mimo że późno położyła się spać. 

Poszła do stajni, by pożegnać się z pułkownikiem Bedwynem przed jego wyjazdem, chociaż 

ostrzegł ją, że zmoknie, radził zostać w domu. Owinęła się peleryną i naciągnęła na głowę 

obszerny kaptur.

Miał na sobie mundur polowy. Znoszony, nieco spłowiały, który leżał na nim jak ulał. 

Pułkownik był w nim jeszcze bardziej pociągający. Jeszcze bardziej potężny i męski.

Sam   Patchett   wyprowadził   jego   konia   ze   stajni.   Charlie   kręcił   się   przy   koniu 

ordynansa w nadziei, że będzie mógł się na coś przydać.

Aidan   spojrzał   na   nią.   Zdążył   już   zmoknąć.   Patrzyli   na   siebie,   nie   wiedząc,   jak 

wypowiedzieć proste słowa pożegnania.

background image

- A zatem to koniec - powiedział sztywno. Cieszę się, że miałem zaszczyt być pani w 

jakiejś mierze pomocny, madame.

Uśmiechnęła się z wysiłkiem.

- To ja czuję się zaszczycona - odparła.

Nie mogli zachować się wobec siebie bardziej oficjalnie.

Stuknął obcasami, ukłonił się i odwrócił, by wziąć uzdę z rąk Sama. Nagle spojrzał na 

Eve i wyciągnął do niej rękę. Podała mu swoją i uścisnęli je mocno, niemal do bólu.

- Życzę pani szczęścia - rzekł.

- Ja panu również. - Ból dławił ją w gardle i w piersiach.

A   potem   cofnął   rękę,   wskoczył   na   konia   jednym   zgrabnym   ruchem,   zerknął,   by 

upewnić się, czy jego ordynans jest gotów, i ruszył. Kopyta konia zastukały na mokrych 

kamieniach dziedzińca.

Eve uniosła dłoń na pożegnanie, ale on już się nie obejrzał. Wkrótce przesłonił go mur 

stajni, tak że musiała pobiec do bramy, by zobaczyć, jak cwałuje na podjeździe. Potem skrył 

się za drzewami. Nie obejrzał się ani razu.

Czuła deszcz spływający jej po twarzy.  Głębiej nasunęła na głowę kaptur. Gdyby 

mogła   pozwolić   sobie   na   taki   luksus,   płakałaby   i   szlochała,   aż   zabrakłoby   jej   łez. 

Opłakiwałaby utratę szlachetnego człowieka, którego nie zobaczy już nigdy więcej, mimo że 

na zawsze pozostanie jej mężem. A także miłość do mężczyzny, który nie wrócił do domu w 

porę. I brata, którego nie zdążyła należycie pożegnać. I przyszłość, która wydawała się jej 

przerażająco pusta.

Odliczała wstecz na palcach. Wczoraj stawili czoło Cecilowi i tańczyli na zabawie w 

gospodzie. Przedwczoraj wrócili z Londynu. Dzień wcześniej wzięli ślub. Dzień przedtem 

wyruszyli   do   Londynu.   Jeszcze   dzień   wcześniej   odbyło   się   nabożeństwo   żałobne   za 

Percy'ego.   Dzień   przedtem   pułkownik   zgodził   się   wygłosić   wspomnienie   o   zmarłym.   A 

jeszcze dzień wcześniej przywiózł jej wiadomość z Francji. Siedem dni. Tydzień. Tydzień 

temu jeszcze nie wiedziała, że Percy nie żyje. Tydzień  temu nie znała lorda pułkownika 

Aidana Bedwyna.

A teraz ich obu już nie było. Odeszli na zawsze.

Dlaczego musiała rozstać się z pułkownikiem? Cóż, od początku była taka umowa.

Nie chciała jeszcze wracać do domu. Mimo deszczu i mokrej trawy ruszyła w stronę 

stawu, tą samą drogą, którą szli z pułkownikiem sześć dni temu. Już po chwili dogonił ją 

Burek, wyglądający niczym zmokły szczur.

-   No,   Burek,   może   ty   mi   wytłumaczysz,   kogo   chcę   teraz   opłakiwać?   Percy'ego? 

background image

Johna? A może pułkownika Bedwyna?

Burek   podskakiwał   na   trzech   łapach   i   obwąchiwał   trawę,   niewiele   mając   jej   do 

powiedzenia. Nie patrzył na nią, za co była mu ogromnie wdzięczna, ponieważ nie mogła już 

dłużej udawać, że to, co spływa jej po twarzy, to tylko gorący, słony deszcz.

background image

9

Niepogoda   i   błoto   zmusiły   Aidana   do   zatrzymania   się   na   noc   w   przydrożnej 

gospodzie. Dopiero po południu następnego dnia wjechał w długą, szeroką aleję, prowadzącą 

do Lindsey Hall. Wiązy rosnące po obu jej stronach zdawały się stać na baczność niczym 

żołnierze podczas parady. Nareszcie w domu!

Przynaglił konia ostrogami do szybszego biegu. Nie był pewien, czy zastanie tu kogoś 

z rodzeństwa. Mogli pojechać do Londynu, choć w zasadzie nie przepadali za uciechami 

towarzyskimi. Bewcastle zapewne wyjechał ze względu na swoje obowiązki w Izbie Lordów. 

Aidan miał jednak nadzieję, że przynajmniej jeden z braci lub któraś z sióstr będzie w domu. 

Potrzebował kogoś bliskiego, by rozproszył jego ponury nastrój.

W oddali zobaczył dom i poczuł, jak ogarnia go przypływ gorącej miłości do niego. 

Kamienna   bryła   Lindsey   Hall,   mimo   że   była   mieszaniną   różnych   stylów,   zawsze 

prezentowała się tak wspaniale, że aż zapierała dech w piersiach. Od samego początku, od 

czasu   gdy   jeszcze   w   średniowieczu   wybudowano   niewielki   dom,   tu   było   ich   gniazdo 

rodzinne. Kolejni baronowie, a potem hrabiowie i książęta rozbudowywali rezydencję, nie 

burząc   tego,   co   już   istniało.   Nikt   jednak   nie   zadał   sobie   trudu,   by   połączyć   style 

architektoniczne różnych epok i nadać im jednolity kształt.

W   pewnej   odległości   od   domu   aleja   rozwidlała   się,   biegnąc   wokół   bajecznie 

kolorowego ogrodu, zaprojektowanego jeszcze przez pradziadka za czasów króla Jerzego. W 

samym jego środku stała marmurowa fontanna, z której woda tryskała na dziesięć metrów w 

górę i spadała koliście, tworząc wielki, tęczowy parasol.

Zaledwie zdążył skręcić  w lewo, gdy w  oddali, w pobliżu  stajni,  zauważył  trójkę 

jeźdźców - dwóch mężczyzn  i kobietę. Na jego widok wstrzymali konie, a potem Freyja 

pogalopowała w jego kierunku.

- Aidan! - zawołała. - Ty łotrze! Nie dałeś znać, że przyjeżdżasz! Zatrzymał się, gdy 

podjechała bliżej i po męsku wyciągnęła do niego rękę na przywitanie. Siedziała w damskim 

siodle,   ale   nie   zawsze   tak   jeździła.   Na   głowie   miała   zawadiacki   kapelusz   z   piórem. 

Rozpuszczone włosy burzą potarganych loków spadały jej niemal do talii. Zawsze ta sama 

Freyja!

- Na tym właśnie polega niespodzianka - powiedział, ściskając jej rękę.

- Jak się masz, Free?

Była   opalona,   rozpromieniona,   tryskająca   zdrowiem.   Jak   zwykle   zupełnie   nie 

przypominała damy, czym przez lata doprowadzała do rozpaczy kolejne guwernantki.

background image

- Wspaniale. Cieszę się, że jesteś cały i zdrowy. Czy Wulf wie, że wróciłeś do Anglii? 

To do niego całkiem podobne, że nie raczył nas o tym poinformować.

- Nie napisałem do Bewcastle'a.

I w tym momencie, znacznie wolniej, podjechali do nich jego dwaj bracia. Rannulf, 

jasnowłosy olbrzym, uśmiechnął się szeroko i wyciągnął do niego wielką dłoń.

- Dobrze cię widzieć, Aidanie - powiedział. - Ile masz urlopu? Alleyne, młodszy i 

drobniejszy brunet, uśmiechnął się wesoło.

- Oto triumfalnie powracający wojownik rzekł. - Aidanie, czy w kawalerii nie dają 

wam już papieru i pióra?

- Witajcie! - Aidan po kolei uścisnął im dłonie. - Mam dwa miesiące urlopu, z czego 

tydzień już minął. Musiałem się zająć pewną pilną sprawą. A po co marnować pióro i papier, 

jeśli mogę się zjawić osobiście? Czy Morgan jest w domu?

- Tak. I Wulf też - odparł Ralf. Skierowali konie do stajni. - Wrócił do domu tydzień 

temu na pogrzeb hrabiny wdowy Redfield i jeszcze nie zdążył wyjechać. Gdy wyruszaliśmy, 

akurat   przeglądał   jakieś   rachunki,   a   Morgan   siedziała   rozzłoszczona   w   pokoju   do   nauki. 

Siedemnaście   lat   to   paskudny,   okropnie   buntowniczy   wiek,   zwłaszcza   w   wypadku 

Bedwynów.

- Siedemnaście? To już z niej młoda dama.

-   I   straszna   złośnica   -   dodał   Alleyne   ze   śmiechem.   -   Będzie   najgorsza   z   nas 

wszystkich. Współczuję tym wszystkim młodym dandysom, którzy będą się do niej za rok 

zalecać, gdy Wulf zaciągnie ją w końcu do Londynu, by przedstawić królowej.

- A więc w domu już wiedzą, że przyjechałeś. - Rannulf skinął głową w kierunku 

drzwi wejściowych. - Oto pan i władca we własnej osobie.

Aidan   zsiadł   z   konia   i   oddał   wodze   Andrewsowi.   Bewcastle   zbliżył   się   do  niego 

wolnym krokiem. Nigdy się nie spieszył i nigdy nie podnosił głosu, a mimo to każdy służący 

natychmiast spełniał jego najdrobniejsze polecenia. Doskonale też udawało mu się ukrócić 

wybryki swych braci i sióstr, z których większość się go trochę bała. Choć nikt z rodzeństwa 

nie przyznałby się do tego, nawet gdyby łamano go kołem. Imię Wulfric dobrze do niego 

pasowało. Stanowczo miał w sobie coś z wilka.

- Witaj, Wulf. - Aidan podszedł do niego z pewnym ociąganiem.

Stosunki między nimi nie układały się najlepiej. Gdy widzieli się ostatnim razem trzy 

lata temu, omal się nie pobili, a Aidan wyjechał przed końcem urlopu.

- Witaj, Aidanie. - Bewcastle zatrzymał się na tyle daleko, że jakiekolwiek rzucanie 

się sobie na szyję czy nawet uścisk ręki były wykluczone. Mówił charakterystycznym dla 

background image

niego, zwodniczo miłym tonem. - No, chyba będę musiał zbesztać pocztyliona. Twój list, 

zawiadamiający o powrocie do Anglii, jeszcze do nas nie dotarł.

- Po co pisać, skoro mogę dotrzeć tutaj równie szybko jak list? Jak się masz?

- Całkiem nieźle - odparł Bewcastle, uniósł monokl do oka i obrzucił brata od stóp do 

głów. - Nie stać cię na nowy mundur, Aidanie?

Aidan wzruszył ramionami.

- Człowiek przyzwyczaja się do pewnych rzeczy. Chciałbym zobaczyć Morgan. Czy 

wyrosła   na   taką   piękność,   na   jaką   się   zapowiadała,   gdy   widziałem   ją   ostatnim   razem? 

Słyszałem, że jest najbardziej uparta z nas wszystkich.

- Doprawdy? - Książę uniósł brwi. Jego szczupła twarz z wydatnym nosem i wąskimi 

ustami przybrała jeszcze bardziej wyniosły wyraz. - Nie zauważyłem. Ale też na mnie nie 

próbowałaby chyba wyładować swojej złości. Chodź do salonu, napijemy się razem herbaty. - 

Spojrzał na braci i siostrę, obejmując ich zaproszeniem, które w gruncie rzeczy było rozka-

zem. - Powiem pani Cowper, by przyprowadziła Morgan.

Aidan   pomyślał,   że   naprawdę   wspaniale   było   wrócić   do   domu.   Mimo   że   był   tu 

Wulfric. Trzy lata temu Wulf nie pozwolił Freyji na małżeństwo z mężczyzną, którego sobie 

wybrała; z ich sąsiadem i przyjacielem z dzieciństwa, Kitem Butlerem, ponieważ był dopiero 

drugim synem hrabiego Redfielda. Bewcastle zmusił ją, by przyjęła oświadczyny starszego 

syna.  Doszło do strasznej  awantury. Kit wpadł do nich  i do krwi pobił  się z Ralfem na 

trawniku.   Kita,   który   był   wtedy   oficerem   i   przebywał   w   domu   na   urlopie,   pospiesznie 

odesłano z powrotem do oddziału.

Kilka dni później Aidan przyjechał do domu i próbował przywołać Bewcastle'a do 

porządku, każąc mu wytłumaczyć się, dlaczego tyranizuje siostrę. Problem jednak polegał na 

tym, że z Wulfem nigdy nie można się było należycie pokłócić. Im bardziej Aidan unosił się 

gniewem, tym bardziej oschle, wręcz lodowato zachowywał się Wulf. A gdy Aidan zapro-

ponował, by rozstrzygnęli spór w walce na pięści, zareagował tylko uniesieniem monokla i 

brwi. Dzień później Aidan wyjechał, o cały tydzień wcześniej, niż planował.

Jak na ironię narzeczony Freyji zmarł przed ślubem, a Kit stał się dziedzicem hrabiego 

Redfielda.   Gdy   w   zeszłym   roku   wystąpił   z   wojska   i   miał   wrócić   do   Anglii,   Redfield   i 

Bewcastle   zaaranżowali   małżeństwo   między   nim   i   Freyja.   Zaczęto   przygotowania   do 

uroczystych zaręczyn, które miały się odbyć zaraz po jego powrocie. Okazało się jednak, że 

przywiózł ze sobą narzeczoną. Teraz już się chyba nawet pobrał i. Ralf opisał to wszystko 

Aidanowi w liście. Jego zdaniem serce Freyji znów zostało złamane. Ale Freyja na samą taką 

sugestię uderzyła Ralfa pięścią w twarz.

background image

Weszli do pieczołowicie zachowanego średniowiecznego holu z belkowanym sufitem 

i   misternie   rzeźbioną   galerią   dla   minstreli.   Białe   ściany   udekorowane   były   herbami, 

sztandarami i bronią. Na samym środku ustawiono masywny dębowy stół. W tym momencie 

ze schodów zbiegła wysoka, szczupła dziewczyna, wyciągając do niego ręce. Miała ciemne 

włosy i oczy. Była piękna. Ona jedyna nie została obdarzona charakterystycznym dla rodziny 

wielkim nosem.

- Aidan! - zawołała. - Aidan!

Rzuciła się mu w ramiona i mocno objęła za szyję. Chwycił ją w talii, podniósł do 

góry i zakręcił się wkoło.

- Pod moją nieobecność bardzo wypiękniałaś, Morgan - oświadczył, gdy postawił ją 

na ziemi i odsunął się, by móc się jej lepiej przyjrzeć.

- Morgan, nie przypominam sobie, bym pozwolił ci przerwać lekcje - powiedział cicho 

Bewcastle.

Panna   Cowper,   guwernantka   Morgan,   zaczęła   nerwowo   przepraszać.   Zawsze 

zachowywała się tak, jakby spodziewała się, że Bewcastle zaraz każe lokajom zaciągnąć ją do 

lochu i ściąć jej głowę.

Odwrócony plecami do Bewcastle'a Aidan mrugnął do młodszej siostry.

Dopiero po powrocie do domu Aidan uświadomił sobie, jak bardzo jest zmęczony. Po 

miesiącach i latach ciężkich kampanii całkiem opadł z sił. Teraz razem z braćmi i siostrami 

jeździł konno, chodził na spacery i łowił ryby. Odwiedzał też niektórych sąsiadów. Któregoś 

popołudnia pojechał nawet z Ralfem do Alvesley, rezydencji hrabiego Redfielda, by złożyć 

kondolencje z powodu śmierci hrabiny. Poznał wtedy żonę Kita, która była zupełnie inna niż 

Freyja. Głównie jednak spał.

Właśnie   w   tym   wielogodzinnym   spaniu   upatrywał   przyczyn   swego   głębokiego 

przygnębienia. Cieszył się, że jest z powrotem w domu, wśród rodziny, a jednak nie potrafił 

się otrząsnąć ze smutku. I nie mógł też nic poradzić na to, że spał dziewięć, dziesięć, nawet 

jedenaście godzin na dobę. Śnił o Eve w nocy i myślał o niej za dnia, mimo że to, co się 

wydarzyło, wydawało mu się snem. Zaczął się nawet zastanawiać, czy to wszystko naprawdę 

miało  miejsce. A  może tylko  wyobraził sobie cały ten dziwny tydzień?  Rozmyślał  też o 

pannie Knapp, o dawnych marzeniach, by pogodzić karierę wojskową i małżeństwo z kobietą, 

która  dzieliłaby  z  nim  życie,   zapewniła  mu  wygodę,  towarzystwo   i...  zaspokajałaby  jego 

cielesne potrzeby. Od czasu do czasu miewał kochanki, ale takie przypadkowe związki nigdy 

mu nie odpowiadały.

Ze starszym bratem spędzał niewiele czasu. Jako dzieci byli nierozłączni, jednak w 

background image

wieku   dwunastu   lat   Wulfric   całkowicie   się   zmienił.   Właśnie   wtedy   ojciec   oznajmił,   że 

nadszedł czas, by najstarszy syn został przygotowany do obowiązków, które przyjdzie mu 

pełnić w przyszłości. Przez następne lata pobierał nauki u prywatnych nauczycieli, podczas 

gdy Aidan i jego młodsi bracia zostali wysłani do Eton. Obowiązki głowy rodu spadły na 

Wulfa zresztą dosyć szybko,  w  wieku siedemnastu lat,  wraz ze śmiercią  ich  ojca. Aidan 

zastanawiał się nieraz, czy Bewcastle'owi nie doskwierała samotność. A może stał się tak 

zimnym, obojętnym człowiekiem, że wolał własne towarzystwo?

Zdawało się, że reszta urlopu Aidana upłynie w spokoju i bez napięć. Ta nadzieja 

prysła jednak pewnego ranka, jakiś tydzień po jego przyjeździe do domu. Właśnie razem z 

Alleynem   wrócili   po   szaleńczej   galopadzie   przez   pola.   Jedli   śniadanie,   gdy   lokaj 

poinformował Aidana, że jego wysokość prosi go do biblioteki.

Aidan   zabrał   ze   sobą   filiżankę   z   kawą.   Przywitał   się   z   Bewcastle'em   i   zasiadł   w 

głębokim skórzanym fotelu, stojącym przy kominku. Zastanawiał się, o co chodzi, ale wolał 

nie pytać.

- Ten okres ciepłej pogody, którym cieszyliśmy się od mojego przyjazdu do Anglii, 

mamy już chyba za sobą - odezwał się Aidan. - Od rana wieje silny, zimny wiatr.

Wulf nigdy nie tracił czasu na pogawędkę.

- Wygląda  na to, że książę  Walii jest zdecydowany urządzić wielką  fetę z okazji 

zwycięstwa   wojsk   sprzymierzonych.   Monarchowie,   książęta   i   generałowie   z   niemal   całej 

Europy,   włącznie   z   carem   Rosji,   królem   Prus   i   generałem   Blucherem,   mają   przybyć   do 

naszego kraju.

- Słyszałem pogłoski na ten temat - powiedział Aidan. - Cała Anglia zakochała się w 

tych, którzy noszą mundury. To oczywiste, że książę chce pławić się w chwale zwycięstwa.

- Tak - zgodził się z nim brat - ja też nie pierwszy raz o tym słyszę. Muszę wkrótce 

wracać   do   Londynu,   na   obrady   parlamentu.   Poranna   poczta   przyniosła   zaproszenie   na 

uroczystą kolację na cześć zagranicznych gości w Carlton House. Zapewne odbędą się też 

inne podobne imprezy. Każdy będzie się starał przyćmić innych swą gościnnością.

Aidan skrzywił się.

- Wolałbym, żebyś ty poszedł.

-   Ale   akurat   to   jest   imienne   zaproszenie.   -   Ze   stosu   listów   wyciągnął   kartonik 

kunsztownie  zdobiony złotem.  - „Mamy przyjemność”...  i tak dalej, i tak dalej. O,  tutaj. 

„Pułkownik Aidan Bedwyn”. Ktoś z dworu księcia Walii musiał wiedzieć, że jesteś w domu 

na urlopie.

- Jakoś się wyłgam - rzekł Aidan pospiesznie. Bewcastle znów spojrzał na kartę i 

background image

uniósł monokl.

- Jest tu wymieniony ktoś jeszcze - dodał, podnosząc głowę, by spojrzeć Aidanowi w 

oczy. - Lady Bedwyn.

Generał   Naughton!   Podczas   tamtego   przypadkowego   spotkania   w   hotelu   Pulteney 

Aidan przedstawił swoją żonę generałowi. To nie mógł być nikt inny. Przez cały tamten dzień 

szczęśliwie   udało  mu się  uniknąć   spotkania  ze  znajomymi,  aż  na  sam  koniec  musiał  się 

natknąć na generała Naughtona.

- Zadziwiające! - stwierdził z wystudiowaną obojętnością.

-   Muszę   przyznać,   że   gdy   to   po   raz   pierwszy   przeczytałem,   byłem   rozbawiony   - 

powiedział Bewcastle. Umilkł na chwilę, a słowa te zawisły między nimi. Aidan zacisnął usta. 

- Czy istnieje jakaś lady Bedwyn? - padło w końcu ciche pytanie.

- Tak.

- O! - Bewcastle położył zaproszenie na wierzchu stosu korespondencji i obserwował 

brata szarymi, wilczymi oczami. - Wolno zapytać, kiedy miałem być o tym poinformowany?

- Nie miałeś być.

Bewcastle, podobnie jak Aidan, wiedział, jak deprymująco działa przedłużająca się 

cisza. Jednak Aidan zniósł spokojnie przenikliwe spojrzenie brata. Niech go diabli porwą! To 

nie jego interes!

-  Może  teraz,   gdy  twoja  tajemnica  wyszła   na  jaw,  zaspokoisz   moją  ciekawość?  - 

zaproponował w końcu Wulf.

-   Złożyłem   obietnicę   konającemu   kapitanowi   z   mojego   pułku,   że   osobiście 

zawiadomię o jego śmierci siostrę i że zapewnię jej opiekę - wyjaśnił Aidan. - Okazało się, że 

aby jej pomóc, musiałem ją poślubić.

- Zatem twoje małżeństwo zostało zawarte całkiem niedawno?

- Dwa tygodnie temu.

- Za specjalnym pozwoleniem?

- Tak.

- Kto to jest? - spytał Bewcastle.

- To panna Eve Morris, właścicielka majątku Ringwood Manor w Oxfordshire - odparł 

Aidan. - Jest córką bogatego górnika.

- Górnika?

- Tak, z południowej Walii. Ożenił się z córką właściciela kopalni i w ten sposób 

zyskał fortunę.

- Nie żyje? - Tak.

background image

Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę w milczeniu.

- A teraz ją porzuciłeś? - spytał Bewcastle. - Na zawsze?

-   Tak,   na   zawsze   -   przyznał   Aidan.   -   Ale   nie   porzuciłem   jej.   W   Ringwood   żyje 

otoczona   ludźmi,   których   chciała   ocalić.   Tylko   pospieszne   małżeństwo   mogło   jej   to 

zapewnić. Obydwoje  uzgodniliśmy się, że będzie to małżeństwo czysto  formalne.  Nikt z 

rodziny nie musi o tym wiedzieć.

Brat wpatrywał się w niego przez długą chwilę.

-   To   niedopuszczalne   -   rzekł   w   końcu.   -   Ta   córka   walijskiego   górnika   jest   teraz 

członkiem rodziny Bedwynów. Moją bratową. I wiedzą o niej na dworze księcia Walii. To 

małżeństwo musi zostać oficjalnie uznane przez rodzinę jej męża.

- Nie - odparł stanowczo Aidan. Książę uniósł brwi.

- Lady Bedwyn musi zostać przedstawiona w towarzystwie - oświadczył. - Chyba się 

nie mylę, że nigdy nie dostąpiła tego zaszczytu? Musi też zostać oficjalnie zaprezentowana 

królowej.   Wprowadzi   ją   tam   ciotka   Rochester.   Wyprawimy   bal   na   jej   cześć   w   Bedwyn 

House.   Małżeństwo   zostało   zawarte   w   dosyć   tajemniczych   okolicznościach,   co   będziesz 

musiał wyjaśnić w sposób, który zadowoli plotkarskie języki. Jednak od tej chwili wszystko 

musi się odbywać zgodnie z etykietą. Aidanie, twoja żona powinna przyjechać do Londynu i 

nabrać należytej ogłady, choć to ostatnie może okazać się trudne.

- Nic z tego - zaprotestował Aidan. - Czy myślisz, że choć trochę mnie obchodzi, o 

czym plotkuje się w salonach Londynu? Muszą o czymś gadać. Niech więc sobie gadają, że 

ożeniłem   się   z   kimś   stojącym   niżej   ode   mnie   i   przyniosłem   wstyd   rodzinie,   a   potem 

bezlitośnie   porzuciłem   swoją   drobnomieszczańską   żonę.   Wkrótce   pojawi   się   jakaś   nowa 

sensacja, która przyćmi tę żałosną historyjkę. Jakaś dziedziczka ucieknie z przystojnym loka-

jem albo jakaś panna na wydaniu powie brzydkie słowo w obecności matrony.

- Żaden z Bedwynów, jeśli nawet jest z nami skoligacony tylko przez małżeństwo, nie 

może być obiektem plotek - rzekł Bewcastle. - Ta córka górnika jest teraz żoną dziedzica 

tytułu książęcego. Nie możemy dopuścić, by uznano, że ukryliśmy ją na wsi, bo wstydziliśmy 

się   jej   niskiego   pochodzenia.   Bedwynowie   na   ogół   późno   zawierają   małżeństwa,   ale   nie 

porzucają   swoich   współmałżonków   i   nie   narażają   ich   na   ośmieszenie,   na   wzgardę 

towarzystwa.

- W tym wypadku nie masz racji, Wulf - zaoponował Aidan. - Po pierwsze, moja żona 

dzięki temu małżeństwu ma dokładnie to, czego chciała - wolność i niezależność. Może żyć 

własnym życiem. Po drugie, ona w ogóle nie bywa w towarzystwie, więc nie będzie narażona 

na plotki. Nawet jeżeli jakieś się pojawią w co szczerze wątpię, nie będzie o nich wiedzieć. Po 

background image

trzecie, moje małżeństwo to moja sprawa, to ja zdecydowałem, by pozostawić ją w spokoju, z 

dala   od   świata,   na   prowincji,   gdzie   jest   jej   miejsce   i   gdzie   chce   żyć.   Pojadę   z   tobą   do 

Londynu, jeśli muszę być obecny na tej cholernej kolacji i na wszystkich uroczystościach. 

Jeśli ktoś będzie na tyle impertynencki, by wypytywać mnie o moje małżeństwo, odpowiem 

mu stosownie do okazji i wrażliwości uszu słuchaczy.

- Okryjesz hańbą zarówno swoją żonę, jak i naszą rodzinę - powiedział książę cicho. - 

Wstydzisz się jej, Aidanie?

Aidan zaklął siarczyście.

-  Lady  Bedwyn  została   zaproszona  do  Carlton  House  -  przypomniał   Bewcastle.  - 

Będzie   niewybaczalnym   afrontem,   jeśli   pojawisz   się   tam   bez   niej   albo   w   ogóle   nie 

przyjdziesz.   Masz   na   tyle   wysoką   rangę   w   kawalerii,   że   nie   możesz   nie   przyjść,   jeśli 

wiadomo,   że   przyjechałeś   do   kraju   na   urlop.   I   musisz   pojawić   się   tam   z   żoną   u   boku. 

Przygotowanie jej na tę okazję będzie dla ciotki prawdziwym wyzwaniem.

Aidan   odstawił   filiżankę   i   wstał.   Był   od   brata   wyższy,   szerszy   w   ramionach   i 

potężniejszy.

- Moja żona nie pojawi się ani w salonie królowej, ani na balu na jej cześć, ani na 

żadnej kolacji w Carlton House. W ogóle nie przyjedzie do Londynu - wycedził lodowato. - 

Nawet   ty,   Wulf,   nie   masz   prawa   wtrącać   się   w   sprawy  między   mężem   i   żoną.   Na   tym 

kończymy dyskusję.

Każdy człowiek przestraszyłby się groźby w twarzy i głosie Aidana. Ale Bewcastle 

uniósł tylko monokl do oka i w zamyśleniu obserwował brata.

-   Oczywiście   -   powiedział   cichym,   spokojnym   tonem.   -   Gdy  będziesz   wychodził, 

zamknij za sobą drzwi.

Aidan poszedł na górę. Obiecał towarzyszyć Morgan podczas lekcji rysunku z natury. 

Tylko pod tym warunkiem panna Cowper zgodziła się zostawić ich samych.

- Ona wprost mnie zadręcza - poskarżyła się Morgan bratu. - Ciągle czuję jej oddech 

na karku. Komentuje każde pociągnięcie pędzla, tłumacząc, co by zrobiła na moim miejscu. A 

potem przeprasza, że przeszkadza mi w koncentracji. Ale czy pozwoli mi wybrać się samej i 

malować w spokoju? Nie, oczywiście, że nie. Zapewne obawia się, że porzucę sztalugi i będę 

pływać nago w jeziorze na oczach ogrodników. Albo zrobię coś równie szokującego, a Wulf 

każe   ją   za   karę   przykuć   łańcuchami   do   ściany   w   wilgotnym,   zatęchłym   lochu.   Aidanie, 

przysięgam ci, ona chyba nawet nie zauważyła, że w Lindsey Hall w ogóle nie ma lochów.

Aidan był poważnie zaniepokojony. Wyszło szydło z worka. Zastanawiał się, kiedy o 

jego małżeństwie dowie się reszta rodzeństwa. Może powinien przejąć inicjatywę i sam im o 

background image

tym powiedzieć? Nie wstydził się tego, co zrobił. Nie wstydził się swojej żony. Pomyśleć 

tylko! Ale nie chciał jej niepokoić. Obiecał, że małżeństwo będzie czysto formalne. Przyrzekł 

nie wtrącać się w jej życie i nie zamierzał tego zmieniać.

Nie   miał   jednak   wątpliwości,   że   wiadomość   o   jego   ślubie   głęboko   wstrząsnęła 

Bewcastle'em. Pół dnia spędził na pływaniu, podczas gdy Morgan w tym czasie malowała. 

Kiedy wrócili do domu, przed powozownią stała kareta ozdobiona z obu stron książęcym 

herbem, czyściutka i lśniąca jak nowa. Nie zaprzęgnięto jeszcze koni, ale wokół kręcili się 

lokaje w liberiach, przygotowując ją do drogi.

- Wulf chyba gdzieś się wybiera - powiedziała Morgan. - Ale nie używa tego powozu, 

gdy jedzie z wizytą do sąsiadów.

-   Zamierzał   wrócić   do   Londynu   -   odpowiedział   Aidan.   Ale   dlaczego   tak   nagle? 

Mocniej chwycił nieporęczne sztalugi Morgan i przyspieszył kroku.

- Fleming, dokąd się wybiera książę? - zagadnął lokaja, gdy weszli do holu.

- Jego wysokość nie zwierza mi się, milordzie - odpowiedział służący, z szacunkiem 

skłaniając głowę.

-   Więc   komu   się,   do   diabła,   zwierza?   -   spytał   Aidan.   Ale   oto   pojawił   się   i   sam 

Bewcastle w stroju podróżnym. - Dokąd się wybierasz, Wulf?

Brat spojrzał na niego z wyższością.

- Do Londynu - odparł. - Zostając tak długo w domu, zaniedbałem swoje obowiązki. 

Ty, Freyja i Alleyne macie przyjechać jutro. Wszystko zostało już przygotowane.

Aidan pomyślał, że jednak będzie musiał pojechać. To, że jest synem księcia, wiązało 

się z pewnymi obowiązkami. I tak prysły jego nadzieje na spokojny odpoczynek w Lindsey 

Hall.

- Fleming,  czy mnie oczy mylą?  - spytał  uprzejmie Bewcastle. - Czy mój powóz 

rzeczywiście nie jest jeszcze gotowy?

background image

10

Pewnie zaproszą cię w tym roku - powiedziała ciocia Mari z nadzieją. - Zrzuciłaś już 

żałobę po papie i jesteś teraz lady Bedwyn, a nie tylko zwykłą panną Morris.

- Nie pójdę sama - powiedziała Eve. - Ale chętnie bym się wybrała razem z tobą.

- Wiesz dobrze, że nie chcę zaproszenia dla siebie. Wolę zostać tutaj. Czas jednak, by 

cię uznano za prawdziwą damę. Bo przecież nią jesteś, nawet jeśli twój papa i ciotka ciężko 

pracowali na życie w kopalni. Miałam nadzieję, że zaproszenie na podwieczorek w ogrodzie 

poprawi ci humor.

Wracały   właśnie   dwukółką   z   popołudniowej   wizyty   u   Sereny   Robson.   Rozmowa 

toczyła się wokół dorocznego przyjęcia w Didcote Park. Mimo że hrabiostwo Luffowie, żeby 

mieć   komplet   gości,   zapraszali   wszystkich   sąsiadów,   zawsze   ostentacyjnie   pomijali 

Morrisów. Serena zapowiedziała, że jeśli Eve w tym roku nie zostanie zaproszona, ona też nie 

pójdzie.

-  Nie  jestem  w  złym   humorze  -  zaprzeczyła  Eve,  uśmiechając   się z  wysiłkiem.   - 

Ciociu Mari, czy mam się śmiać przez cały dzień tylko po to, by ci udowodnić, że nie czuję 

się opuszczona i odrzucona?

Wcale się tak nie czuła. Zawarła z pułkownikiem Bedwynem umowę korzystną dla 

nich obojga. Mogła zatrzymać Ringwood i co ważniejsze dzieci, a on dotrzymał słowa danego 

Percy'emu. Teraz oboje byli wolni, mogli robić to, na co mieli ochotę. Dlaczego miałaby czuć 

smutek?

A jednak była bardzo przygnębiona. Mimo tego, co zyskała, mimo bezpieczeństwa i 

szczęścia, jakie dawał jej dom i bliscy, czuła ogarniającą ją ogromną, przerażającą pustkę. 

Ani słowa od Johna. I oczywiście żadnych wieści od pułkownika. Dziwne, ale to też źle 

wpływało na jej nastrój. Świadomość, że nigdy nie dowie się niczego więcej o mężczyźnie, 

który   był   jej   mężem,   może   z   wyjątkiem   wiadomości   o   jego   śmierci,   napełniała   ją 

niewytłumaczalną paniką.

Powóz minął staw. Widok Thelmy i dzieci stojących na skarpie rozproszył jej ponure 

myśli. Był też z nimi wielebny Thomas Puddle. Niósł na barana Benjamina, a Becky trzymał 

za rękę. Eve pomachała do nich. - No, no - powiedziała ciocia Mari, przeczuwając, co się 

święci.   Podczas   wieczorku   weselnego   pastor   dwa   razy   zatańczył   z   Thelma.   W   ciągu 

minionych   dziesięciu   dni   kilkakrotnie   odwiedził   Eve   i   dowiadywał   się   o   zdrowie   pani 

Pritchard. Za każdym razem pytał, czy nie będzie jej przeszkadzało, jeśli poprzygląda się 

lekcjom  dzieci.  Bez  trudu  dało  się zauważyć   rodzące  się  uczucie  między  nim  i  Thelma. 

background image

Najwyraźniej nie uważał jej za upadłą kobietę. Pastor był łagodny i spokojny z natury, co 

sprawiało, że dzieci garnęły się do niego.

- Chyba szykuje nam się tutaj szczęśliwe zakończenie - stwierdziła.

Chwilę   później   zdziwiła   się,   że   nie   zauważyła   od   razu   powozu,   stojącego   przed 

wejściem   do   domu.   Był   większy   i   bardziej   okazały   niż   wszystkie,   które   dotąd   widziała, 

włącznie z powozem hrabiego Luffa. Miał drzwiczki ozdobione nieznanym jej herbem, ale 

też nie bardzo znała się na heraldyce.

- Mamy gościa - oznajmiła, skinąwszy głową w kierunku domu. - Ciekawe, kto to 

może być? - Ze ściśniętym sercem zastanawiała się, czy to może nie John. Agnes czekała na 

nich w holu. Była w gorszym humorze niż zwykle.

Cała aż kipiała z oburzenia.

- Agnes, kto przyjechał? - spytała Eve, ściszając głos, ponieważ zauważyła otwarte 

drzwi do saloniku.

- Chciałam go tam posadzić - powiedziała Agnes, wskazując kciukiem salonik. - Ale 

to nie było wystarczająco dobre miejsce dla jego wielmożności. „Zaczekam w salonie na 

górze”,   powiedział,   zadzierając  nosa,  i   ruszył  ku  schodom,  zanim  zdążyłam   mu  pokazać 

drogę. Co się na tym świecie wyprawia! Włażą tacy do cudzych domów i zachowują się, 

jakby byli u siebie.

- Kto to? - spytała Eve, marszcząc brwi.

- Jakiś książę.

Nogi ugięły się pod Eve. Książę?

- Eve, kochanie - powiedziała ciocia Mari. - Czy to możliwe, że przy jechał brat 

pułkownika? Agnes, czy jest z nim pułkownik?

Eve odwróciła się i nie czekając na odpowiedź Agnes, poszła na górę. Jaki inny książę 

mógłby jej  składać  wizytę?  Ale dlaczego?  Otworzyła  szeroko drzwi salonu i wbiegła do 

środka.

Stał przy oknie, w drugim końcu pokoju, zwrócony twarzą w jej stronę. Ubrany w 

ciemnozielony   żakiet   z   najprzedniejszego   sukna,   płowe   pantalony   i   kamizelkę,   w   białą 

koszulę i wysokie lśniące buty. Ten ponury, groźnie wyglądający dżentelmen był tak podobny 

do pułkownika, że w Eve aż drgnęło serce. Zamknęła za sobą drzwi i podeszła do niego.

- Co pana tu sprowadza? - spytała wysokim, drżącym głosem. - Czy coś mu się stało? 

Czy zdarzył się jakiś wypadek?

Wszystko przez to błoto na drogach!

Pochylił lekko głowę w ukłonie, bawiąc się uchwytem monokla.

background image

- Miło mi panią poznać, lady Bedwyn - powiedział. - Książę Bewcastle, do usług.

Mówił   cichym,   łagodnym   głosem,   ale   Eve   aż   ciarki   przeszły   po   plecach.   Miała 

wrażenie, że jego słowa nie były szczere.

Poniewczasie dygnęła.

Zaczęła dostrzegać różnice między braćmi. Książę Bewcastle był smuklejszy i nie tak 

wysoki jak pułkownik. Szczupła twarz z wydatnym nosem i wąskimi ustami wydawała się 

raczej zimna, arogancka i cyniczna, a nie surowa i posępna jak u Aidana. I oczy miał takie 

jasnoszare, niemal srebrne.

- Z radością mogę pani zakomunikować, że wczoraj zostawiłem brata w Lindsey Hall 

w pełni sił i zdrowia - rzekł książę.

- Miło mi to słyszeć - odparła.

-  Pewnie   zastanawia   się  pani,   po  co  tu  przyjechałem,  skoro  wiadomo   już,  że   nie 

została pani wdową - odezwał się książę. - Przyjechałem poznać swoją bratową.

Eve z wysiłkiem przełknęła ślinę. Wciąż była w czepeczku i rękawiczkach.

-   Witam   pana   serdecznie,   wasza   miłość   -   powiedziała,   nie   będąc   pewna,   czy   to 

właściwa forma zwracania się do księcia.

- Szczerze w to wątpię - odparł chłodno, nieco unosząc monokl. Wyglądał przy tym 

niewiarygodnie wyniośle. - Ale może uda się pani skłonić tę jej zapalczywą gospodynię, by 

przyniosła nam herbaty. Omówimy przy niej pani przyszłość w roli lady Bedwyn.

- Tak, oczywiście - mruknęła, przechodząc przez pokój, by pociągnąć taśmę dzwonka. 

- Zechce pan usiąść, wasza miłość.

Siedzieli w napiętej ciszy aż do przyjścia Agnes. Eve oddała jej czepek i rękawiczki i 

poprosiła o herbatę. Gdzie była ciocia Mari? Oczy miał naprawdę srebrzyste i zdawał się nimi 

przewiercać ją na wylot.

- Moją przyszłość? - spytała, gdy za Agnes zamknęły się drzwi i nie mogła już znieść 

przedłużającego się milczenia.

-   Zastanawiam   się,   madame,   czy   pani   rozumie,   kogo   poślubiła.   Nie   wypełniłem 

jeszcze   swojego   obowiązku   wobec   potomności.   Nie   mam   żony   ani   dzieci.   Moim 

potencjalnym dziedzicem jest Aidan. Jeśli odejdę z tego świata, on zostanie księciem, a pani 

księżną. Czuła, że policzki zalewa jej rumieniec.

- Sądzi pan, że wyszłam za pułkownika Bedwyna właśnie z tego powodu? - spytała. - 

Podejrzewa mnie pan o taką przebiegłość? To niedorzeczne.

-   Och,   oczywiście!   -   Nadal   trzymał   monokl   w   ręce.   -   Poślubienie   człowieka   z 

arystokracji   wiąże   się   z   pewnymi   oczekiwaniami   i   zobowiązaniami   -   ciągnął   książę.   - 

background image

Poślubienie dziedzica tytułu tym bardziej. Żona lorda Aidana Bedwyna i ewentualna przyszła 

księżna Bewcastle musi być przedstawiona w towarzystwie, jeśli jeszcze to nie nastąpiło. 

Musi zaprezentować się królowej. I nauczyć się swobodnie obracać w świecie swojego męża.

Eve szerzej otworzyła oczy ze zdumienia.

- Ależ ja nie mam zamiaru obracać się w świecie pułkownika Bedwyna - oświadczyła. 

-   Aidan   na   pewno   wyjaśnił   panu   charakter   naszego   małżeństwa.   Uzgodniliśmy,   że 

rozstaniemy się natychmiast po ślubie i pozostaniemy w separacji przez resztę życia. Pewnie 

pan tego nie pochwala, ale...

- Nie myli się pani - przerwał jej swym zwodniczo łagodnym, uprzejmym tonem. - Nie 

pochwalam   tego,   madame.   Powiem   więcej:   nie   podoba   mi   się   wybór   mojego   brata,   ten 

pośpiech, z jakim zostało zawarte potajemne małżeństwo, ani jego charakter. Niewiele mogę 

zrobić   z   dwoma   pierwszymi   zastrzeżeniami,   jest   pani   i   zawsze   będzie   córką   walijskiego 

górnika,   a   także   jest   pani   i   pozostanie   żoną   mojego   brata.   Jednak   charakter   waszego 

małżeństwa musi ulec zmianie.

-   Jest   pewne   przysłowie,   wasza   miłość   -   rzekła   Eve,   mocno   zaciskając   leżące   na 

kolanach ręce w pięści, w nadziei, że uda się jej opanować gniew. - Nie wywołuj wilka z lasu. 

Niepotrzebnie przyjechał pan tu straszyć mnie. Absolutnie nie mam zamiaru przynosić panu 

wstydu, pokazując uwalane sadzą palce w towarzystwie i narażać pańskich znajomych na 

męki słuchania mojego walijskiego akcentu. Do końca życia nie ruszę się dalej niż piętnaście 

kilometrów od Ringwood. Może pan spokojnie zapomnieć o moim istnieniu. - Wstała. - Do 

widzenia panu.

Jej przemowa nie wywarła żadnego wrażenia na księciu.

- Niech mi pani oszczędzi przedstawienia, madame, i usiądzie - polecił. - I niechże 

pani uwierzy, że nie brak mi zdrowego rozsądku. Nie fatygowałbym się aż tutaj z Hampshire 

tylko po to, by poinstruować panią, że należy robić to, co już i tak pani robi. Źle mnie pani 

zrozumiała. Jutro pojedzie pani ze mną do Londynu.

Wstrząśnięta, otworzyła szeroko oczy i usiadła. Zanim zdążyła się odezwać, do salonu 

wkroczyła   Agnes   z   herbatą.   Postawiwszy   ją   z   hałasem   przy   Eve,   rzuciła   księciu   groźne 

spojrzenie. Jakby tylko czekała na pretekst, by zepchnąć go ze schodów i wyrzucić przez 

drzwi, nawet ich nie otwierając. A książę, jakby w ogóle jej nie zauważył. Agnes prychnęła i 

wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Eve nalała herbaty lekko drżącą ręką.

- Aidan jest nie tylko dziedzicem tytułu książęcego - ciągnął książę Bewcastle, biorąc 

z jej rąk filiżankę. - Jest też wysokiej rangi oficerem, madame. W stolicy przez całe lato będą 

się odbywać uroczystości z okazji zwycięstwa. Aidan otrzymał już pierwsze zaproszenie na 

background image

oficjalną kolację w Carlton House z księciem regentem i licznymi  głowami  państwa. To 

zaproszenie   obejmuje   również   panią,   lady   Bedwyn.   Widzi   pani,   madame,   w   niektórych 

kręgach naszego towarzystwa już wiedzą o pani istnieniu.

- . Zostałam zaproszona do Carlton House? - Roześmiała się, myśląc o Kopciuszku, 

złotych pantofelkach i dyni. - Może pan zatem w moim imieniu odmówić, wasza miłość. A 

gdybym   tam   przybyła   w   pogniecionej   bawełnianej   sukience,   z   papilotami   we   włosach, 

gdybym opowiadała naokoło wulgarne historyjki, a po kilku kieliszkach zaczęła tańczyć na 

stole? - Głos jej drżał z napięcia.

Uniósł monokl trochę wyżej.

- Pani szyderstwo jest nie na miejscu, madame - powiedział bardzo łagodnym głosem, 

który brzmiał wręcz jak groźba. - Jeśli nie zjawi się pani na tej kolacji, przyniesie pani wstyd 

naszej rodzinie. Zaczną się plotki, że z panią albo z nami coś jest nie w porządku, skoro 

ukryliśmy panią na prowincji zaledwie kilka tygodni po waszym potajemnym ślubie. Pewnie 

nie żywi pani wielkiego szacunku dla mojej rodziny, ale zwracam uwagę, że teraz i pani do 

niej   należy.   Nawet   córka   górnika   powinna   okazać   trochę   względów   mężczyźnie,   który 

poświęcił dla niej wolność.

- Czy właśnie to panu powiedział? - spytała.

- Czyżbym mijał się z prawdą? - Nie doczekawszy się odpowiedzi, ciągnął dalej: - 

Niech pani trochę pomyśli, madame. Wydaje mi się, że nie brakuje pani zdrowego rozsądku. 

Aidan ma trzydzieści lat. Według tradycji rodzinnej powinien dożyć siedemdziesiątki, z tego 

czterdzieści lat w małżeństwie z kobietą, z którą przysiągł rozstać się na zawsze. To chyba 

oczywiste, że dla pani zrezygnował z własnej wolności.

Zaczerpnęła   tchu,   by   zaprotestować,   ale   uświadomiła   sobie,   że   nie   ma   nic   do 

powiedzenia. Jakich argumentów mogłaby użyć, by zakwestionować prawdę, poza jednym, 

że pojawiając się ponownie w życiu pułkownika, jeszcze bardziej ograniczy jego wolność?

-   Czy   pułkownik   Bedwyn   wie,   że   pan   tu   jest?   -   spytała.   -   Czy   on   chce,   żebym 

przyjechała do Londynu?

- Aidan zawsze robi, co do niego należy - odpowiedział. - Zawsze tak było.

- Dlaczego zatem nie przyjechał z panem? - zapytała. - Dlaczego nawet nie przekazał 

przez pana listu?

- Myślę, że mój brat czuje się związany słowem honoru, by nie wtrącać się więcej w 

pani życie - odparł. - Ja nie mam takich skrupułów.

Więc pułkownik chciał, żeby przyjechała? Był jednak zbyt honorowy, by ją zmuszać 

czy nawet poprosić?

background image

- Aidan nie wie, że tu przyjechałem - dodał książę.

- On mnie nie potrzebuje - odparła. - Nie chciałby, żebym przyjechała z panem do 

Londynu. Czy tam jest teraz?

-   Nie   mam   prawa   wtrącać   się   w   sprawy   małżeńskie,   jeśli   nawet   dotyczą   mojego 

rodzonego brata - rzekł książę Bewcastle. - Jeśli zdecydujecie nie dzielić ze sobą życia, nie 

skonsumować waszego małżeństwa, nie spłodzić potomka, to niech tak będzie. Jestem jednak 

głową rodziny i zrobię wszystko, co w mojej mocy, by uchronić nasze nazwisko przed hańbą, 

która   mogłaby   nań   spaść.   Lady   Bedwyn,   jeśli   nie   pojawi   się   pani   u   boku   męża   na 

uroczystościach   z   okazji   zwycięstwa,   zhańbi   pani   mojego   brata,   a   przez   to   całą   rodzinę 

Bedwynów.

Eve oblizała wyschnięte wargi. Czy to prawda? Tak niewiele wiedziała o arystokracji, 

o ich honorze i etykiecie. Ale przecież książę, mimo  że najwyraźniej pogardzał nią i jej 

pochodzeniem, nie przebyłby takiej drogi, gdyby jej obecność w Londynie nie była sprawą 

najwyższej wagi. Czy więc powinna tam pojechać? Nie, to nie do pomyślenia. Roześmiała się 

nerwowo.

- Wasza miłość, gdybym  pojechała z panem, zhańbiłabym  pańską rodzinę o wiele 

bardziej - powiedziała. - Zostałam wychowana na damę i otrzymałam odpowiednią edukację, 

ale nic z mojej przeszłości nie przygotowało mnie na obracanie się w tak wysokich kręgach 

towarzyskich.   Niech   pan   poda   jakąkolwiek   wymówkę:   że   jestem   niedysponowana,   że 

zatrzymały mnie inne sprawy niecierpiące zwłoki, że jestem prowincjonalną gęsią, co pan 

chce. Nie zaprzeczę pańskim słowom.

- Madame, więc w ten sposób okaże pani wdzięczność mojemu bratu? - spytał.

Patrzyła na niego z zaciśniętymi ustami.

- Wkrótce, najpóźniej za dwa lata, Aidan zostanie generałem. Osiągnie szczyt kariery 

wojskowej. Jeśli będzie mądrze postępował i nadal wyróżniał się w służbie, tak jak to robił do 

tej pory, otrzyma zaszczytne tytuły i własny majątek ziemski. Czy powstrzyma go pani w 

drodze na szczyty, lady Bedwyn? Czy pozwoli pani, by padł na niego cień, czy pozbawi go 

pani tego, co zawsze cenił nad życie - honoru?

Pułkownik nic jej o tym nie mówił. Może dlatego, że to nie była prawda? A może nie 

chciał, by wiedziała, że to małżeństwo zniweczy jego nadzieje na przyszłość?

- To idiotyczne - stwierdziła. - Nie do pomyślenia. Gdybym zrobiła to, o co pan prosi, 

okropnie bym się ośmieszyła, a w rezultacie ośmieszyła również pułkownika Bedwyna.

-   Jest   jeszcze   dość   czasu,   by   panią   do   wszystkiego   przygotować,   lady   Bedwyn. 

Miejmy nadzieję, że jest pani pojętną uczennicą. Moja ciotka, markiza Rochester, wprowadzi 

background image

panią   na   dwór   i   przedstawi   królowej.   Pomoże   pani   wybrać   odpowiednią   garderobę   na 

rozmaite okazje, włącznie z suknią dworską na prezentację przed królową. Pouczy panią o 

tych   wszystkich  aspektach   etykiety,   których   nie  poznała  pani  w  ramach  swojej  edukacji. 

Zdążymy przedstawić panią na dworze, wyprawić bal w Bedwyn House i wprowadzić panią 

do towarzystwa jeszcze przed kolacją w Carlton House i innymi uroczystościami z okazji 

zwycięstwa, na których powinna się pani pojawić u boku Aidana. Pozostaje jedno pytanie. A 

właściwie dwa. Czy czuje pani wdzięczność wobec męża, jeżeli nawet nie oczekuje on tego 

od pani? I czy ma pani w sobie dość odwagi?

Zapadła długa cisza, której nie kwapił się przerywać.

- Gdybym tylko znała jego życzenia w tej kwestii - powiedziała. Nadal milczał.

- Dobrze - szepnęła w końcu. Zwilżyła usta językiem i dodała głośniej: - Zawdzięczam 

pułkownikowi dom, majątek i bezpieczeństwo wielu ludzi, za których jestem odpowiedzialna. 

A   przede   wszystkim   zawdzięczam   mu   dzieci,   które   sami   droższe   nad   życie.   Jeśli   kilka 

tygodni spędzonych przeze mnie w Londynie uchroni go przed obmową ze strony towarzy-

stwa, to niech tak będzie. Ale zrobię to dla niego, nie dla pana. Nie pozwolę się poniżać i 

besztać za każdym razem, gdy powinie mi się noga.

- Tylko tyle od pani oczekuję. Przypuszczam, że gospoda, którą minąłem, jadąc przez 

wieś, to najlepsze lokum, jakie może zaoferować tutejsza okolica?

- Tak.

Dopił herbatę, odstawił filiżankę i wstał.

- Lady Bedwyn, niech będzie pani gotowa do drogi, gdy zjawię się tu, rano.

To był po prostu rozkaz. Eve z całego serca żałowała, że w gospodzie Pod Trzema 

Piórami, znanej z kiepskiego jedzenia, nie ma pcheł i szczurów.

Aidan wrócił  z popołudniowej  konnej przejażdżki z Freyja  i Alleyne'em po Hyde 

Parku   w   niezłym   nastroju.   Spotkał   tam   wielu   starych   znajomych,   wśród   nich   również 

kompanów z wojska. Rozmawiał z nimi na rozmaite tematy, lecz żaden z nich nie wspomniał 

o jego małżeństwie. Zatem Wulf się mylił. Fakt jego ożenku nie był powszechnie znany. Nie 

będzie krępujących sytuacji, a tym bardziej żadnego skandalu. Dobrze, że nic nie powiedział 

siostrom i reszcie braci.

Rozpierała go energia. Ponieważ jego rodzeństwo zawsze lubiło szybką jazdę konną, 

kilkakrotnie   przegalopowali   najdłuższą   aleją,   Rotten   Row,   nie   zatrzymując   się   ani   na 

moment. Jak to określiła Freyja, nie mieli ochoty truchtać jak większość jeźdźców, którym 

przede wszystkim zależało na tym, by zrobić wrażenie na pieszych.

Gdy weszli do domu, Fleming, lokaj Bewcastle'a, który poprzedniego dnia przyjechał 

background image

z Lindsey Hall wraz kilkorgiem służby i górą bagażu, czekał na nich w holu.

- Czy Bewcastle już tu jest? - spytała Freyja, zdejmując kapelusz i potrząsając lokami. 

Gdy zjechali wczoraj do miasta, bardzo się zdziwili nie zastawszy Wulfa w domu. Freyja bez 

żadnego   skrępowania   wyraziła   przypuszczenie,   że   brat   natychmiast   po   przyjeździe   do 

Londynu udał się do kochanki.

- Tak, milady - odparł Fleming ze swoim zwykłym, dziwnie sztywnym ukłonem. - 

Życzy sobie, by pułkownik Bedwyn niezwłocznie stawił się w bibliotece. Pani i lord Alleyne 

proszeni są towarzyszyć mu podczas podwieczorku w salonie za pół godziny.

- Życzy sobie! - powtórzył Alleyne, chichocząc. - Niezwłocznie! Aidanie, z jakiegoś 

powodu zostałeś wezwany na dywanik. Freyja i ja mamy przynajmniej czas umyć ręce, zanim 

dostąpimy zaszczytu towarzyszenia jego prześwietnej osobie.

Lokaj zaprowadził Aidana do biblioteki, zapukał lekko, otworzył drzwi i odsunął się 

na bok, by go przepuścić.

Siedziała przy kominku, w szarej sukni, z włosami upiętymi w ciasny kok na karku. 

Twarz miała bladą, niemal ziemistą. Gdy wstała, odniósł wrażenie, że schudła. Patrzyła na 

niego szeroko otwartymi oczami, zaciskając usta, a on gapił się na nią bez słowa. Kątem oka 

zauważył ruch i uświadomił sobie, że nie są sami. Bewcastle wstał z sofy. Aidan odwrócił się 

do brata.

- Co to takiego? - zażądał wyjaśnień.

- To? - spytał Wulf nieco urażony. - Aidanie, czy lady Bedwyn jest przedmiotem? 

Przywiozłem ci twoją żonę.

- Więc to tam byłeś? - spytał Aidan, czując jak w piersi wzbiera mu nieopanowana 

furia. - W Ringwood? Mimo że ci tego wyraźnie zakazałem?

Książę uniósł brwi.

-   Też   coś!   -   odparł.   -   Od   kiedy   to   słucham   rozkazów   młodszego   brata?   Chyba 

pomyliłeś mnie z jednym ze swoich żołnierzy, Aidanie.

- Mam prawo, by rozkazywać swojej własnej żonie - oświadczył Aidan, robiąc groźnie 

krok w kierunku brata. - Powiedziałem ci, że ma zostać w Ringwood. Mówiłem ci, że nie 

chcę jej tutaj. I że nie zmienię mojej decyzji.

-   Bądź   uprzejmy   pamiętać,   Aidanie   -   powiedział   cicho   Bewcastle   -   że   ani   lady 

Bedwyn, ani ja nie jesteśmy głusi. Oszczędzaj głos, żeby ci go nie zabrakło na polu bitwy. Już 

ci  tłumaczyłem,  jak   ważna  jest   obecność  żony przy  twym   boku  w   ciągu  nadchodzących 

tygodni. Nie zamierzam się powtarzać. Za wszystko, co dotyczy naszej rodziny, odpowiadam 

ja.

background image

-   Masz   ją   z   powrotem   odwieźć   do   domu   -   polecił   Aidan   lodowatym   głosem.   - 

Natychmiast. Albo, jeszcze lepiej, sam to zrobię. - Odwrócił się na pięcie, by wyjść z pokoju. 

Dawno nie był tak rozzłoszczony, chyba od czasu swojego ostatniego urlopu, gdy starł się z 

Bewcastle'em.

Kątem oka zauważył ruch. Odwrócił głowę i zobaczył, że jego żona siada na krześle. 

Plecy miała sztywno wyprostowane, spojrzenie wbite w podłogę, twarz bez wyrazu, bladą jak 

kreda. Niech to diabli porwą. Co on powiedział w jej obecności? Był tak rozwścieczony... 

Zatrzymał się i spojrzał na nią.

- Dopiero pani przyjechała? - spytał niezręcznie. - Podróżowała pani cały dzisiejszy 

dzień?

Powoli   podniosła   wzrok   i   popatrzyła   mu   w   oczy.   Jej   spojrzenie   było   martwe, 

nieprzeniknione.

- Jeśli łaska, niech któryś z was, obojętnie który, dowie się, skąd odjeżdża najbliższy 

dyliżans do Oxfordshire - powiedziała stanowczym, lodowatym tonem. Potrzebuję dorożki, 

by mnie tam zawiozła. Może będziecie uprzejmi natychmiast ją dla mnie wezwać.

- Madame - odezwał się Aidan. - Proszę o wybaczenie. Nie...

- Natychmiast - ucięła, znów wstając.

- Może powinniśmy ochłonąć i wszystko omówić?

- Jeśli jeszcze bardziej ochłonę, umrę z zimna. Wyjeżdżam. Idę na górę zabrać torbę. 

Gdy zejdę na dół, spodziewam się zastać dorożkę czekającą przed drzwiami. W innym razie, 

po prostu pójdę pieszo.

Szerokim   łukiem   ominęła   Aidana   i   wyszła,   zamykając   za   sobą   drzwi.   Bewcastle 

spojrzał w ślad za nią.

- Służę swoim powozem - rzekł.

- Niech cię szlag trafi, Wulf - warknął Aidan z wściekłością. - Najchętniej wybiłbym 

ci wszystkie zęby. Ona chce cholernej dorożki. No to będzie ją miała.

Odwrócił się i wyszedł z pokoju, nie czekając na odpowiedź.

background image

11

Eve nie od razu zeszła na dół. Chciała dać im czas na wezwanie dorożki. Nie miała 

ochoty czekać na nią w holu. Chodziła tam i z powrotem po eleganckim apartamencie, do 

którego po przyjeździe zaprowadziła ją gospodyni.

Czuła bardziej złość niż upokorzenie. Złość na niego. I wściekłość na siebie.

„Powiedziałem ci, że ma zostać w Ringwood”.

Jakby była niechcianym, porzuconym pakunkiem.

„Mówiłem ci, że nie chcę jej tutaj”.

Brutalna wręcz szczerość, biorąc pod uwagę fakt, że działo się to w jej obecności. Ale 

przecież i tak już o tym wiedziała. Nigdy nie udawali, że pragną siebie nawzajem. Och, byłą 

na siebie taka zła.

„Mam prawo, by rozkazywać swojej własnej żonie”.

Jak on mógł? Była na niego wściekła.

I jeszcze ten książę Bewcastle. Przez cały dzień siedział naprzeciwko niej w powozie, 

milcząc wyniośle. Dziwne, że nie kazał jej siąść tyłem do kierunku jazdy. A gdy już w końcu 

raczył z nią rozmawiać, mówił tylko o swojej rodzinie, jej wspaniałej przeszłości, jakby była 

głupią,   nieokrzesaną   kobietą,   którą   trzeba   pouczyć,   co   jest   najważniejsze   w   życiu.   Nie 

zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że w jego żyłach płynie lodowata woda, a nie krew. Był 

okropnym, odrażającym typem.

Nie mogła się doczekać powrotu do Ringwood. Po co w ogóle stamtąd wyjeżdżała? 

Rozstanie z dziećmi było męką. Becky bez słowa ściskała ją za szyję, niepocieszona nawet 

obietnicą prezentów. Davy patrzył na nią z niemym wyrzutem, jakby od początku wiedział, iż 

Eve   wybierze   rozrywki   w   Londynie   zamiast   dzieci,   których   nikt   nie   chciał   od   śmierci 

rodziców.

W końcu, gdy uznała, że minęło już dość czasu, podniosła torbę - książę polecił jej, by 

zabrała tylko kilka rzeczy na zmianę - i z determinacją zeszła na dół. Nie było to łatwe. 

Spodziewała się, że zobaczy ich obu, stojących ramię w ramię w holu, posępnych, groźnych, 

że   rozkażą   jej,   by   spełniła   swój   obowiązek.   Jednak   na   dole   zastała   tylko   sztywnego, 

majestatycznego lokaja i dwóch służących, z których jeden natychmiast wziął od niej torbę.

- Czy dorożka już czeka? - spytała.

- Tak, milady. - Lokaj ukłonił się i otworzył drzwi.

- A woźnica wie, do której gospody ma mnie zawieźć?

- Tak, milady.

background image

Z uniesioną głową wyszła na ulicę. A więc nawet nie przyszedł się pożegnać. A potem 

zobaczyła go. Stał przy drzwiczkach dorożki. Gdy podeszła, otworzył je przed nią. Wsiadła, 

nie   patrząc   na   niego,   nawet   nie   dotknąwszy   jego   pomocnej   ręki.   Rozczarował   ją.   Tak, 

naprawdę ją rozczarował. A zaczynała go już lubić. Jednocześnie czuła się winna i upoko-

rzona. Przyjeżdżając tu nieproszona, znów skomplikowała mu życie, gdy już myślał, że się na 

zawsze od niej uwolnił.

A potem on też wsiadł, zamknął drzwiczki i usiadł obok niej na wąskim siedzeniu. 

Dotykał jej ramienia i uda, sprawiając, że jej gniew rozpalił się pełnym ogniem.

- Pańska galanteria jest zbędna, pułkowniku Bedwyn - oświadczyła. - Nie potrzebuję 

pańskiej eskorty.

- Niemniej jednak będę pani towarzyszył  - odparł. - Odwiozę panią do gospody i 

pomogę się ulokować.

Demonstracyjnie odwróciła głowę i patrzyła na ruchliwe ulice Londynu, które tak ją 

zachwycały niecałe trzy tygodnie temu. Czy to naprawdę było tak niedawno? Miała wrażenie, 

że działo się to wieki temu, jakby upłynęło całe życie. Żadne z nich nie odezwało się słowem.

Zamierzała go stanowczo odprawić, skoro tylko dojadą do celu, powiedzieć mu, by 

został w dorożce i wracał do Bedwyn House. Jednak gospoda Pod Żółtodziobem i Kotłem 

była tak duża, a jej brukowane podwórko tak hałaśliwe i ruchliwe, że poczuła oszołomienie. 

Nie zaprotestowała, gdy pułkownik wysiadł, wyjął jej torbę i pomógł jej wysiąść, a potem 

skierował się w stronę drzwi, przez które wychodziło i wchodziło najwięcej ludzi. Dorożka 

odjechała. Pewnie zapłacił za przejazd z góry.

Weszła za nim do gospody i stała przy drzwiach, podczas gdy pułkownik rozmawiał z 

mężczyzną  za kontuarem. Gospoda była o wiele bardziej zatłoczona i hałaśliwa niż hotel 

Pulteney i działała na nią równie onieśmielająco. Czuła się jak przerażona, prowincjonalna 

myszka.

- Wynająłem dla pani pokój - oznajmił pułkownik, podchodząc do niej. - Na drugim 

piętrze, okna wychodzą na ulicę. Powinno być w nim ciszej niż od strony podwórza.

- Czy pan za niego zapłacił? - spytała.

- Oczywiście - odparł.

- Ile? - Otworzyła torebkę. Zapadła chwila ciszy.

- Nie ma potrzeby - powiedział.

- Wręcz przeciwnie. - Spojrzała na niego. - Ile jestem panu winna? To dzięki panu nie 

jestem przecież biedna.

Zacisnął zęby. Wyglądał jeszcze bardziej posępnie niż zwykle.

background image

- Dbam o potrzeby mojej żony, gdy jest w moim towarzystwie, madame - odparł.

- Czy także o to, by traktowano ją z szacunkiem? - spytała, zatrzaskując torebkę i 

schylając się po sakwojaż.

Zacisnął dłoń na jej nadgarstku.

- Jeszcze chwila, a zaczniemy zwracać na siebie uwagę - powiedział. - Jeśli musimy 

się kłócić, przynajmniej zróbmy to w zaciszu pani pokoju.

- Doskonale potrafię znaleźć drogę do mojego pokoju, jeśli tylko poda mi pan jego 

numer - odparła. - Nie będę już marnować ani chwili pańskiego cennego czasu, pułkowniku 

Bedwyn.

On jednak chwycił jej torbę i poszedł w stronę szerokich drewnianych schodów. Eve 

pospieszyła  za nim drobnym  krokiem, z trudem unikając potrącania przez gości i służbę. 

Wspięli się na drugie piętro i długim korytarzem dotarli do drzwi na samym końcu. Otworzył 

je i przepuścił Eve.

Pokój był niewielki i skromny. W niczym nie dorównywał apartamentowi w hotelu 

Pulteney. Znajdowało się tu tylko duże łóżko, komoda, umywalka i krzesło. Na szczęście były 

czyste. Wszedł za nią do pokoju i zamknął drzwi. Hałas częściowo ucichł.

Eve   zdjęła   czepek   i   rękawiczki   i   rzuciła   je   na   komodę,   odwracając   się   do   niego 

plecami.

- Po co pani przyjechała? - spytał. - No tak, wiem, to Bewcastle postanowił panią tu 

przywieźć. Mało kto potrafi oprzeć się jego woli. Jak panią przekonał?

- To nie ma znaczenia - odparła. - Jutro wrócę do Ringwood i nigdy mnie pan już nie 

zobaczy. Ani ja pana. Nie będę pana już więcej kosztować.

-   Kłopot   w   tym,   że   nie   pamiętam   dokładnie,   co   powiedziałem   Wulfowi,   gdy 

zobaczyłem panią w bibliotece. Chyba kazałem mu zostawić panią tam, gdzie była.

Podeszła do okna i oparła obie dłonie na parapecie. Na ulicy powóz ciągnięty przez 

czwórkę koni zwolnił i skręcił na podwórze gospody.

-   Powiedział   pan,   że   nie   chce   mnie   pan   tutaj   -   przypomniała   mu.   -   To   całkiem 

zrozumiałe. Ja też nie chcę tutaj przyjeżdżać. Zgodnie z naszą umową mieliśmy przebywać ze 

sobą tylko wtedy, gdy będzie to absolutnie konieczne.

Usłyszała, że postawił jej torbę na podłodze. Nie chciała patrzeć na niego. Wyglądał 

zbyt groźnie, by mogła stawić mu czoło w tak małym pomieszczeniu.

- Użyłem niewłaściwych słów - tłumaczył się. - Nie chciałem, by tak zabrzmiały.

- I powiedział pan też, że ma pan prawo, by rozkazywać  swojej  żonie - ciągnęła 

nieubłaganie,   odwracając   się   w   końcu,   by   spojrzeć   na   niego   oskarżycielsko.   -   To   było 

background image

wstrętne, pułkowniku. Pobraliśmy się za obopólną zgodą. Rozstaliśmy z intencją, by więcej 

się ze sobą nie kontaktować. Nigdy nie poruszaliśmy kwestii pańskiej władzy nade mną, 

ponieważ faktycznie nie jestem pana żoną. Pułkownik zacisnął szczęki i zmrużył oczy.

- Może właśnie na tym polegał nasz błąd, madame - powiedział.

- Jaki błąd?

-   Że   zdecydowaliśmy   się   na   tylko   formalne   małżeństwo   -   odparł.   -   Nawet   jeżeli 

przyjdzie  nam spędzić resztę  życia  w  separacji, dopóki jesteśmy razem, powinniśmy być 

prawdziwym   małżeństwem.   Wtedy   nie   toczylibyśmy   tej   idiotycznej   dyskusji,   czy   pani 

rzeczywiście jest moją żoną, czy nie, czy powinienem płacić pani rachunki, czy mam prawo 

rozkazywać swojemu bratu, by zostawił panią w spokoju. Może powinniśmy byli doprowa-

dzić do tego, by dzień naszego ślubu skończył się tak, jak zwykle to bywa?

Patrzyła   na   niego   z   pałającymi   policzkami.   Nie   mogła   znaleźć   słów,   by   wyrazić 

oburzenie. Brakło jej tchu, krew boleśnie pulsowała w jej wnętrzu, czuła miękkość kolan.

- To byłoby niewłaściwe - odpowiedziała. - Żadne z nas tego nie chciało.

- Niewłaściwe? Pani jest kobietą, a ja mężczyzną - rzekł szorstko. - Kilka tygodni 

temu   wzięliśmy   ślub.   Kobieta   i   mężczyzna,   zwłaszcza   jeśli   są   małżeństwem,   nawzajem 

zaspokajają swoje potrzeby. Nigdy pani nie czuła takich potrzeb?

Przesunęła   językiem   po  wargach   i   przełknęła   ślinę.   Miała   wrażenie,   że   w   pokoju 

zabrakło powietrza.

Westchnął   zniecierpliwiony   i   podszedł   do   niej,   omijając   łóżko.   Oparła   się   mocno 

plecami o parapet i chwyciła go obiema rękami. Stanął przed nią w rozkroku i ujął jej głowę 

swymi dużymi dłońmi. Zamknęła oczy, gdy mocno, boleśnie przycisnął twarde wargi do jej 

ust. Jednak niemal natychmiast ucisk zelżał, gdy otworzył usta i przesunął językiem wzdłuż 

jej warg, wywołując ich mrowienie, a także pulsowanie niżej, między jej udami. Pieszczotą 

zachęcał ją do odpowiedzi.

Gdy   rozchyliła   wargi,   wsunął   głęboko   język   i   badał   czubkiem   wnętrze   jej   ust. 

Przesunął rękę, by przytrzymać jej głowę od tyłu.

Pierwszą   jej   myślą   było,   że   dopuszcza   się   zdrady.   Ale   wobec   kogo?   Pułkownik 

Bedwyn był jej mężem, a ona jego żoną. Jeśli teraz nie zrobi tego z nim, to już nigdy z nikim. 

Wraz z tą myślą pojawiło się rozpaczliwe pragnienie. Przesunęła dłońmi po jego ramionach. 

Były bardzo szerokie i dobrze umięśnione. Czuła to mimo grubego munduru. Odwzajemniła 

pocałunek,   przechylając   głowę,   szerzej   otwierając   usta   i   dotykając   jego   języka   swoim. 

Przyznała się w końcu przed sobą, że go pożąda.

Ogarnęła   ich   namiętność.   Zsunął   dłonie,   jedną   ręką   obejmując   ją   w   talii.   Drugą 

background image

rozpostarł na jej pośladkach i przyciągnął ją mocno do siebie. Brakło jej tchu. Czuła dotyk 

jego   skórzanych   butów,   twardych,   umięśnionych   ud   i   męskości.   Objęła   go   za   szyję   i 

przywarła do niego całym ciałem, rozpaczliwie pragnąc znaleźć się jeszcze bliżej...

Gdy uniósł głowę, by spojrzeć jej w oczy, jego twarz z orlim nosem była jak zwykle 

posępna.   Powinna   wywołać   w   niej   przerażenie,   może   nawet   lekką   odrazę.   A   Eve   czuła 

jedynie silne podniecenie, zwłaszcza gdy w jego oczach pod ciężkimi powiekami dostrzegła 

namiętność równie wielką jak jej własna.

- Skonsumujemy nasze małżeństwo w tym pokoju - oznajmił. - Jeśli tego nie chcesz, 

powiedz mi zaraz. Nie zamierzam ci niczego rozkazywać.

Tego nie było w umowie. Gdy zawierali ślub, było dla nich jasne, że to małżeństwo 

jedynie z nazwy i rozstaną się natychmiast po ceremonii. W tej chwili nie pamiętała, jakie 

mieli ku temu powody. Przypomni je sobie później, gdy zacznie myśleć bardziej racjonalnie. I 

znienawidzi   siebie,   jeśli   teraz   ulegnie   pożądaniu.   Ale   właściwie   dlaczego   miałaby   siebie 

nienawidzić?   Jeśli   istniał   jakiś   powód,   to   absolutnie   nie   mogła   go   sobie   przypomnieć. 

Przecież byli mężem i żoną.

- Chcę tego - powiedziała, zdziwiona, jak gardłowo zabrzmiał jej głos. Jednak prawie 

natychmiast powstrzymała go gestem. - Ale najpierw muszę ci coś wyznać.

Uniósł pytająco brwi.

- Nie jestem dziewicą.

Znieruchomiał   i   przez   dłuższą   chwilę   patrzył   jej   w   oczy,   a   ona   z   przerażeniem 

wsłuchiwała się w echo własnych słów. Nigdy nie przypuszczała, że będzie musiała mu to 

powiedzieć.

- Cóż - odezwał się w końcu cicho. - Może to i dobrze. Dla mnie to też nie jest 

pierwszy raz.

A potem zapomnieli o wszystkim, ogarnęło ich szaleństwo.

Obrócił   się,   nie   wypuszczając   jej   z   objęć,   i   jedną   ręką   ściągnął   narzutę   z   łóżka. 

Rozpiął guziki jej płaszcza i odrzucił go na bok. Pociągnął ją na łóżko, zdjął jej pantofle i 

pończochy i podwinął jej suknię do góry, powyżej bioder, gdy uniosła je z materaca. Usiadł 

na chwilę na łóżku, by ściągnąć buty. Zdarł z siebie kurtkę munduru, wywracając ją na drugą 

stronę. Rozpiął bryczesy i opadł na nią.

Leżał na niej całym ciałem. Był tak ciężki, że pozbawiał ją tchu. Wsunął pod nią ręce i 

uniósł ją lekko do góry, a potem wszedł w nią jednym mocnym, płynnym ruchem. Z trudem 

złapała oddech. Był wielki i bardzo twardy. Wypełniał ją aż do bólu.

Objęła go ciasno rękami i uniosła nogi, by otoczyć nimi jego biodra. Usłyszała własny 

background image

jęk.

Przeniósł ciężar ciała, opierając się na łokciach, i niemal natychmiast zaczął się w niej 

poruszać,   wsuwając   się   i   wysuwając   raz   po   raz,   mocno,   w   szybkim   rytmie.   Zupełnie 

odruchowo podążyła za nim, w tym samym tempie rozluźniając i zaciskając mięśnie głęboko 

w swym wnętrzu. Słyszała ciężkie, zdyszane oddechy ich obojga, czuła śliską wilgoć tam, 

gdzie łączyły się ich ciała. Czuła zapach jego wody kolońskiej, męskości i czegoś jeszcze, co 

było takie podniecające, trudne do określenia.

Przejmujące napięcie, które czuła od samego początku, skupiło się właśnie tam, gdzie 

poruszali się w tak rozkosznym zapamiętaniu. Wkrótce przerodziło się w pragnienie i ból, 

który, mimo wszystko, był przyjemny. Powoli ogarniał całe jej ciało, promieniując falami z 

jej wnętrza, z punktu, w którym się złączyli. Stawał się nie do zniesienia. Ale właśnie w 

chwili, gdy to pomyślała gdy krzyknęła wszystko w niej pękło, jakby gdzieś głęboko w niej 

coś wybuchło. Zamiast bólu pojawił się cudowny, wszechogarniający spokój.

Wydał z siebie chrapliwy pomruk i znów opadł na nią całym ciężarem. Poczuła jak 

wytryskuje w niej strumieniem żaru. Skórę miał gorącą i wilgotną od potu. Podobnie jak ona.

Zsunął się z niej, ale nie rozluźnił uścisku. Leżeli twarzą w twarz, patrząc sobie w 

oczy.

To   pułkownik   Bedwyn,   pomyślała   bez   sensu.   Stanął   jej   przed   oczami   taki,   jakim 

zobaczyła go po raz pierwszy w saloniku w Ringwood - wysoki, potężny i groźny. Była 

jednak zbyt zmęczona, by pojąć to, co się właśnie stało. By zrozumieć, dlaczego było to takie 

rozkoszne. Nigdy dotąd nie czuła takiego zmęczenia. Powieki jej opadły.

Zasypiając, zastanawiała się, czy będzie tego wszystkiego żałować, gdy się obudzi. 

Albo czy on będzie żałował. Na pewno oboje tego pożałują.

* * *

Na dziedzińcu gospody Pod Żółtodziobem i Kotłem trwał nieustanny ruch dyliżansów 

i powozów. Pasażerowie, gościć i służący wchodzili i wychodzili z gospody energicznie, z 

wielkim   hałasem.   Ciągle   ktoś   do   kogoś   krzyczał,   zamiast   podejść   bliżej   i   normalnie 

rozmawiać. Ten radosny zgiełk Aidanowi zawsze kojarzył się z Anglią. Tęsknił za nim, gdy 

przebywał na kontynencie.

Siedział razem z żoną w jadalni przy kolacji. Wrzawa wokół sprawiała, że inni goście 

nie słyszeli ich rozmowy. Zachowywali się wobec siebie uprzejmie, jak dobrze wychowani 

nieznajomi.   Niezbyt   wnikliwemu   obserwatorowi   mogło   się   wydawać,   że   nie   spotkali   się 

nigdy przedtem.  Bedwyn zastanawiał  się jednak,  czy lekki  rumieniec  na  policzkach jego 

background image

żony, nabrzmiałe usta i lekko opuchnięte powieki nie wskazują na to, że niedawno wstali z 

łóżka, gdzie kochali się bez pamięci. Ciągle nie mógł uwierzyć, że to się stało. Że oboje tego 

pragnęli.

- Jak dzieci zareagowały na pani wyjazd? - spytał. - Nie bała się pani ich zostawić?

- Nie - odparła. - Ale niechętnie wyjeżdżałam. Przewidywałam, że nie będzie mnie 

kilka tygodni. Dzieci są bezpieczne i pod dobrą opieką. Chyba nie bały się tak jak poprzednim 

razem. Ciocia Mari lubi się nimi zajmować. Właśnie zaczęła uczyć Becky robić na drutach. 

Niania Johnson i Thelma są dla nich bardzo dobre. Często przychodzi wielebny Puddle, a one 

za nim wprost przepadają.

Bedwyn od początku był wzruszony jej przywiązaniem do sierot, którymi wcale nie 

miała obowiązku się zaopiekować. Jednak dopiero gdy się z nią ożenił, w pełni zrozumiał, że 

te dzieci są dla niej całym światem, że gdyby ich nie było, zapewne inaczej zareagowałaby na 

jego propozycję.

- A pani ciotka ma się dobrze? - spytał.

- Tak, dziękuję. Ucieszyła się, że zdecydowałam się pojechać do Londynu. Mimo że, 

słysząc jej walijski akcent, książę krytycznie zlustrował ją przez monokl. - Roześmiała się.

- Dlaczego postanowiła pani przyjechać? - zapytał ponownie. - Wiem, że Bewcastle 

potrafi być bardzo przekonujący, ale nie wygląda pani na kobietę łatwo ulegającą czyjejś 

woli.

Bawiła się łyżeczką.

- Przekonał mnie, że jeśli nie przyjadę, zostanie pan potępiony przez towarzystwo - 

wyznała.

- Nie dbam o opinię towarzystwa.

- Nieprawda. - Zmarszczyła brwi. - Pan zawsze robi to, co należy, nawet kosztem 

samego siebie. Nasze małżeństwo jest tego dowodem. Gdyby w towarzystwie uznano, że 

poślubił  mnie  pan   pod  wpływem   impulsu,   a  teraz   się  mnie  wstydzi,  uznano   by  pana  za 

człowieka bez honoru. Takie plotki wyrządziłyby panu wielką krzywdę.

Przyznał w duchu, że ona chyba ma rację.

- Więc przyjechała pani, by mnie uratować - powiedział. - Stałem się dla pani kolejną 

ofiarą losu, wymagającą pomocy.

Podniosła na niego wzrok i lekko zacisnęła usta w budzącym się na nowo gniewie.

- Przyjechałam, by zrobić dla pana to, co pan zrobił dla mnie - odparła. - Ze względu 

na   mnie   został   pan   w   Ringwood   i   na   nudnej   wiejskiej   zabawie,   ponieważ   uznał   pan   za 

konieczne,   by   moi   sąsiedzi   widzieli   nas   razem,   okazujących   sobie   wzajemny   szacunek. 

background image

Zgodnie z naszą umową nie był mi pan nic winien, a jednak pan to zrobił. Przyjechałam, by 

się odwdzięczyć.

- Ale dla pani będzie to oznaczało zmianę trybu życia na dłużej.

- Spodziewałam się, że potrwa to kilka tygodni  - odparła. - Może nawet miesiąc. 

Według  słów  księcia  miałam  się poddać  starannym  przygotowaniom  pod okiem  pańskiej 

ciotki.

- Ciotki Rochester?

- Tak. - Nadal bawiła się łyżeczką. - Nie jestem damą z urodzenia, a tylko dzięki 

odpowiedniej edukacji. Urodziłam się i większą część życia spędziłam na prowincji, wśród 

ludzi wywodzących się ze szlachty, ale nie aspirujących do wyższych sfer. Nie znam się na 

najnowszej   modzie   i   wielkopańskich   obyczajach.   Nie   potrafię   się   obracać   w   lepszym 

towarzystwie. I nie wiem, czego oczekuje się po żonie dziedzica książęcego tytułu. Miałam 

się   nauczyć,   jak   zaprezentować   się   przed   królową,   nie   ośmieszając   się   przy   tym,   i   jak 

wystąpić na balu w Bedwyn House, nie tracąc zimnej krwi i nie popełniając przy tym jakiejś 

okropnej gafy. A potem miałam towarzyszyć panu na wszystkich uroczystościach z okazji 

zwycięstwa, zachowując się jak na lady Bedwyn przystało.

Nie zdziwiła go nuta goryczy w jej głosie.

- I przypuszczam, że wszystko to Wulf powiedział pani, nie przebierając w słowach - 

odezwał się.

- Nie lubię go - odparła. - Moje  uczucie wobec niego to więcej niż niechęć. Ale 

doceniam jego szczerość. Mówi to, co myśli.

- Jeśli chodzi o to, co stało się na górze... Potrząsnęła głową.

- To nieistotne. Może faktycznie powinniśmy byli to zrobić, żeby przy pieczętować 

nasz związek. I nie mogę przecież udawać, że nie było mi przyjemnie. Nie wracajmy już do 

tego.

Od dawna nie miał kobiety. Poprzednim razem było to gdzieś w Hiszpanii, przed 

zimową przeprawą armii Wellingtona przez Pireneje, zanim jeszcze jego znajomość z panną 

Knapp rozwinęła się w coś, co dawało mu nadzieję na wspólną przyszłość. Nie mógł jednak 

udawać, że posiadł swoją żonę tylko dlatego, by zaspokoić wściekły głód kobiety. Tak jak 

powiedziała,   było   to   przypieczętowanie   ich   związku.   I   najwyraźniej   miało   się   na   tym 

wszystko skończyć.

- Pani dyliżans odjeżdża o siódmej rano - przypomniał.

- Tak. - Zdjęła serwetkę z kolan i położyła na stole obok talerza. - Powinnam się 

wcześnie położyć spać. To był bardzo długi dzień.

background image

- Proszę mi pozwolić, bym odwiózł panią do domu - odezwał się. - Wynajmę dla pani 

osobny powóz. Będzie pani o wiele wygodniej niż w dyliżansie.

- Nie, dziękuję.

- To będę pani towarzyszył w podróży dyliżansem. Potrząsnęła głową.

Patrzył na nią poirytowany. Jak mógł jej pozwolić podróżować samej? Do diabła, 

przyjechała tu ze względu niego. Niech piekło pochłonie tego przeklętego Bewcastle'a.

- Nie spodobałoby się tu pani - rzekł. - Życie w Bedwyn House, sezon towarzyski i 

cała reszta...

- Nie oczekiwałam, że będzie mi się podobało - odparła. - Nie przyjechałam, żeby się 

bawić.

- Nie zdołałaby pani znieść Bewcastle'a, ciotki Rochester, nawet Freyji i Alleyne'a. 

Nigdy by sobie pani z nimi nie poradziła, nie sprostałaby ich oczekiwaniom.

- Nie? - Spojrzała na niego, marszcząc brwi. - Nigdy?

- Przepraszam za fatygę, na którą została pani narażona. I za to, że czeka panią kolejny 

dzień męczącej podróży. W domu, w Ringwood, będzie pani szczęśliwsza. Tutaj nigdy nie 

zdołałaby pani opanować wszystkich zasad życia towarzyskiego.

- Nie?

- Przynajmniej nie na tyle, by zadowolić Bewcastle'a. Albo ciotkę Rochester. Mają 

niezwykle wygórowane wymagania.

- A pan nie, pułkowniku? Pochylił się ku niej lekko.

- Chyba już dawno uświadomiliśmy sobie, że pochodzimy z dwóch różnych światów - 

powiedział. - Żaden z nich nie musi być lepszy od drugiego. Po prostu są inne. Skłaniając 

panią do przyjazdu, Bewcastle mylił się. Zostając tutaj, czułaby się pani nieszczęśliwa. To, co 

z łatwością przychodzi mnie, Bewcastle'owi albo mojej siostrze, dla pani może być bardzo 

trudne. To nie...

Ale ona już go nie słuchała. Wstała, odsuwając krzesło. On również wstał, unosząc 

pytająco brwi.

- Pułkowniku Bedwyn, niech pan wezwie dorożkę - poleciła. - Natychmiast wracam 

do Bedwyn House. Nie ma czasu do stracenia. Muszę się przygotować na prezentację przed 

królową, na bal i liczne obowiązki towarzyskie, takie jak oficjalna kolacja w Carlton House.

Patrzył na nią przez długą chwilę. Mimo że odezwała się cichym tonem i wyglądała na 

zupełnie  spokojną,  by niepotrzebnie  nie  zwracać   na  siebie  uwagi  reszty  gości  w   jadalni, 

widział, że jest okropnie zła.

- To chyba nie najmądrzejszy wybór, madame.

background image

- Więc będzie pan musiał użyć swojej mężowskiej władzy, pułkowniku, i kazać mi 

wrócić do domu - odparła z uporem i cichą groźbą, unosząc do góry podbródek. - Proszę, 

niech pan to zrobi, a wtedy ja z przyjemnością otwarcie się panu sprzeciwię. Wezwie pan 

dorożkę czy ja mam to zrobić?

Do diabła, czy to, co zaczęli trzy tygodnie temu, nigdy się nie skończy? Aidan odszedł 

bez słowa, w duchu odpowiadając sobie na zadane pytanie. Nie, nigdy. Dopóki żyją.

Przypuszczał,   że   poszła   na   górę,   żeby   zabrać   torbę,   podczas   gdy   on   zajmie   się 

wezwaniem dorożki. Nie obejrzał się jednak, by to sprawdzić.

background image

12

Jeden z lokajów stojących w holu Bedwyn House poinformował pułkownika, że jego 

rodzina nie wstała jeszcze od kolacji. Aidan oznajmił mu, że w takim razie poczekają w 

salonie. Ujął Eve pod rękę i skierował się z nią ku schodom. Służący dyskretnie odkaszlnął.

- Zdaje się, że jego książęca mość planuje spędzić wieczór poza domem, milordzie. - 

A lady Freyja i lord Alleyne wybierają się do teatru.

- W takim razie przeszkodzimy im w kolacji - oświadczył pułkownik ostrym tonem. - 

Niech Fleming nas zapowie.

Lokaj nieco uniósł brwi, ale był to jedyny znak, że ma własne zdanie w tej sprawie. 

Odwrócił się i poprowadził ich za sobą. Eve, trzymana przez pułkownika pod rękę, starała się 

oddychać   głęboko,   miarowo,   by   się   uspokoić.   Gniew   i   determinacja,   które   niecałe   pół 

godziny temu skłoniły ją do wyjścia z gospody Pod Żółtodziobem i Kotłem i do tego, by 

wsiadła do czekającej dorożki, stopniowo ją opuszczały. Zaczynało  jej brakować odwagi. 

Pułkownik przez całą drogę nie wypowiedział ani słowa i miał strasznie ponurą minę.

Służący zapukał do drzwi jadalni. Otworzył starszy lokaj, któremu szepnął słówko i 

zawrócił w kierunku holu. Tamten tylko uniósł brwi i zaanonsował:

- Lord Aidan Bedwyn i lady Bedwyn. - Po czym odsunął się, by prze puścić ich w 

drzwiach.

Jadalnia   była   długa   i   wysoka.   Większą   jej   część   zajmował   stół.   Eve   poraziła 

wspaniałość  tego miejsca. Zauważyła  złocenia i kryształowy żyrandol, zwisający  z sufitu 

ozdobionego malowidłami, porcelanę, kryształowe kieliszki i srebrne nakrycia, połyskujące 

na stole w blasku świec. Ale, szczerze mówiąc, jej uwagę przyciągnęła przede wszystkim 

trójka ludzi siedzących przy stole. Księcia Bewcastle już poznała. Przystojny człowiek po 

lewej stronie był najwyraźniej jego młodszym bratem. Dama po prawej ręce księcia miała 

burzę   jasnych   loków,   kontrastujące   z   nimi   bardzo   ciemne   brwi,   opaloną   cerę   i 

charakterystyczny, rodzinny nos. Wszyscy troje ubrani byli w stroje wieczorowe i wyglądali 

dokładnie tak, jak Eve wyobrażała sobie arystokrację - dumni i wyniośli. Obaj dżentelmeni 

wstali.

- O! - zdziwił się książę, sięgając po monokl.

- Lady Bedwyn? - spytał młody człowiek. Dama tylko patrzyła na nią z uniesionymi 

brwiami.

-   Mam   zaszczyt   przedstawić   lady   Bedwyn,   moją   żonę   -   powiedział   pułkownik.   - 

Madame, oto lady Freyja Bedwyn, starsza z moich sióstr i lord Alleyne Bedwyn, najmłodszy 

background image

brat.

Lady Freyja uniosła brwi jeszcze wyżej i obejrzała Eve od stóp do głów, boleśnie jej 

uświadamiając,   że  strój   podróżny,   który  miała   na  sobie,  choć   schludny  i  czysty,   nie  był 

modny ani uszyty z odpowiedniego materiału. I na pewno nie nadawał się na wieczór.

-   Aidan,   ty   diable!   -   zawołał   lord   Alleyne.  Zaśmiał   się   i   wydał   się   Eve   jeszcze 

przystojniejszy   niż   na   początku.   Obrzucił   ją   spojrzeniem   z   góry   na   dół,   równie 

bezceremonialnie jak jego siostra, ale z uśmiechem w oczach.

- Czy to się stało dzisiaj ?

- Szczerze mówiąc, prawie trzy tygodnie temu - odparł pułkownik. - Za specjalnym 

pozwoleniem.

Lord Alleyne podszedł do nich.

- A więc zanim jeszcze przyjechałeś do Lindsey Hall - powiedział, patrząc na Eve. - I 

nie   pisnąłeś   nam   o   tym   nawet   słowem.   Zachodzę   w   głowę,   dlaczego.   -   Roześmiał   się 

ponownie i wykonał przed Eve przepisowy ukłon. - Sługa uniżony, lady Bedwyn.

- Lordzie Alleyne - szepnęła Eve, dygając.

- Och, możesz darować sobie tego lorda. Mów do mnie Alleyne. Jak mamy się do 

ciebie zwracać? Aidanie, chyba nie będziesz się upierał, by traktować twoją żonę z przesadną 

formalnością, skoro jest naszą bratową, co?

- Mów do mnie Eve - powiedziała.

- Eve. - Uśmiechnął się szeroko. - Czy skusiłaś go jabłkiem? Dlaczego nasz brat 

ukrywał cię przed nami?

Jego uśmiech z bliska wydawał się niejednoznaczny. Czy lord Alleyne starał się być 

wobec niej przyjazny i braterski, czy też z niej szydził? Na pewno zadawał trudne pytania.

- Spóźniłeś się na kolację, Aidanie - zauważył  książę ze swego miejsca u szczytu 

stołu.

- Zdążyliśmy już zjeść.

- Aha - powiedział książę. - Ale napijecie się z nami wina. Alleyne,  posadź lady 

Bedwyn obok siebie.

A więc nie zamierzał komentować faktu, że wróciła. Eve oparła rękę na ramieniu lorda 

Alleyne'a. Usiadła na wskazanym miejscu przy stole, czując, jak ogarnia ją panika. Pułkownik 

powiedział   wcześniej,   że   pochodzą   z   dwóch   różnych   światów.   Chyba   raczej   z   różnych 

wszechświatów.

- Jak widzę, dla Wulfa nie jest to niespodzianką - rzekł lord Alleyne, gdy Eve usiadła, 

a on przysunął jej krzesło bliżej stołu. Dostaliśmy po nosie, Free. Nie dopuszczono nas do 

background image

tajemnicy. Zatajono przed nami najsmakowitszą rodzinną plotkę.

- Lady Bedwyn, czy wolno spytać, kogo właściwie Aidan poślubił - odezwała się lady 

Freyja z chłodną wyniosłością, gdy pułkownik usiadł obok niej. - Nie wydaje mi się, byśmy 

się już spotkały. Czy nasze rodziny się znają? A może znamy pani nazwisko ze słyszenia?

- Jestem pewna, że nie - odparła Eve, patrząc w pełne pogardy oczy szwagierki.

- Moja żona to panna Morris z Ringwood Manor w Oxfordshire - wyjaśnił pułkownik. 

-   Od   śmierci   ojca   jest   właścicielką   posiadłości   ziemskiej.   Kapitan   Morris,   jej   brat,   był 

oficerem w moim pułku, służył razem ze mną w Hiszpanii. Przypadł mi przykry obowiązek 

zawiadomienia jego bliskich, że poległ w bitwie.

- Och, Eve, przyjmij wyrazy współczucia! - powiedział lord Alleyne.

- I zakochaliście się w sobie od pierwszego wejrzenia - skomentowała jego siostra, 

spoglądając szyderczo na Eve. - Jakie to romantyczne. Morris? Chyba nigdy nie słyszałam 

tego nazwiska.

- Zdziwiłabym się, gdyby je pani już słyszała. - Eve uśmiechnęła się. - Mój ojciec, 

zanim ożenił się z córką właściciela kopalni, był górnikiem.

A zatem linia frontu została wyznaczona, pomyślała Eve, gdy szwagierka bez żadnego 

komentarza   odwzajemniła   jej   uśmiech.   Cóż,   pułkownik   Bedwyn   ostrzegał   ją   przed   tym. 

Mogła mieć pretensje wyłącznie do siebie.

- Córka górnika. - Lord Alleyne zachichotał. - Musiała to być wielka miłość. Aidan 

zawsze skrupulatnie przestrzegał konwenansów. Nie potrzebuje też cudzego majątku, bo sam 

ma wystarczająco wielki. Wiedziałaś o tym, Eve?

Eve nie była pewna, czy polubi Alleyne'a. Nie wiedziała, jak traktować jego dobry 

humor, tak różny od chłodu całego rodzeństwa.

- Lady Bedwyn - rzekł książę, gdy lokaj nalał czerwonego wina do stojącego przy niej 

kryształowego   kieliszka   -   jutro   po   śniadaniu   będzie   pani   towarzyszyć   Aidanowi   i   mnie 

podczas wizyty, którą złożymy markizie Rochester.

- Dobrze, wasza miłość - odpowiedziała. Podjęła decyzję. Musi się jej trzymać.

- Ciotka Rochester? - Lord Alleyne skrzywił się teatralnie. - Chcesz rzucić Eve lwu na 

pożarcie, Wulf?

- Lady Bedwyn, czy to ciotce Rochester zostanie powierzone zadanie odpowiedniego 

przygotowania pani? - spytała lady Freyja.

- Zdaje się, że ma wprowadzić mnie na dwór i przedstawić królowej - odparła Eve. - A 

także udzielić mi rad i wskazówek, jak mam się zachowywać w świecie pułkownika Bedwyna 

przez najbliższych kilka tygodni, zanim nie wrócę do domu, by żyć własnym życiem.

background image

-   Ciotka   Rochester   jest   w   stanie   sprostać   każdemu   wyzwaniu   -   oświadczyła   lady 

Freyja. - Nawet najtrudniejszemu.

-   Co   do   tego   wszyscy   się   z   tobą   zgadzamy,   Free   -   powiedział   Alleyne,   unosząc 

kieliszek w toaście na cześć siostry. - W końcu przygotowała twój debiut w towarzystwie, 

prawda? A świat się nie zawalił.

Spojrzała na niego z gniewną pogardą.

- Musisz przyznać, Freyjo, że to celny strzał - rzucił książę od niechcenia. Wstał z 

kieliszkiem   w   ręce.   -  Wznieśmy   toast   na   cześć   lady   Eve   Bedwyn,   najnowszego   członka 

rodziny Bedwynów.

W jego oczach ani głosie nie było ciepła. Pozostali również powstali, unieśli kieliszki 

w górę i wypili, ale tylko Alleyne patrzył na Eve. Tylko on się uśmiechnął i... mrugnął do 

niej.

Pułkownik stał sztywno, z surową, kamienną twarzą. Mimo woli Eve przypomniała 

sobie   dzisiejsze   popołudnie,   tę   godzinę,   którą   spędzili   razem   w   łóżku   w   gospodzie   Pod 

Żółtodziobem i Kotłem. Czy to naprawdę się wydarzyło? Zdawało się, że to był tylko dziwny, 

niesamowity sen. Czy ten człowiek naprawdę mógł być tamtym mężczyzną? Żołądek ścisnął 

się jej z niepokoju.

* * *

Gdy następnego ranka przybyli do markizy Rochester, jeszcze nie opuściła buduaru. 

Tak poinformował Bewcastle'a jej lokaj. Zrobił to z należnym księciu szacunkiem, ale też z 

pewnym wyrzutem. Nie była to odpowiednia pora, by nawet tak wysoko postawiona osoba 

jak książę Bewcastle składała wizyty towarzyskie.

- Zechce pan poczekać w różowym salonie, wasza miłość? Milordzie? - spytał lokaj 

tonem sugerującym, żeby jednak wynieśli się stąd i wrócili dopiero o bardziej przyzwoitej 

godzinie. Zerknął na Eve i najwyraźniej uznał ją za niegodną uwagi.

Bewcastle już kierował się szybkim krokiem w stronę salonu.

- Przynieś nam coś do picia - rozkazał.

Aidan   posadził   żonę   na   sofie   i   stanął   za   jej   plecami.   Wulf   podszedł   do   okna   i 

obserwował, co się dzieje na ulicy. Mniej więcej po dziesięciu minutach, w ciągu których bez 

słowa popijali przyniesione napoje, podwójne drzwi salonu otworzyły się na oścież. Lokaj 

odsunął się na bok i do środka wkroczyła markiza, ubrana i uczesana na poranną wizytę. W 

prawej   ręce   trzymała   lorgnon   na   długiej   rączce.   Używała   tego   przedmiotu,   odkąd   Aidan 

pamiętał, choć zapewne podobnie jak Wulf cieszyła się doskonałym wzrokiem. Na każdym 

background image

palcu miała pierścienie z drogimi kamieniami.

-   Bewcastle!   -   zawołała.   -   Tylko   ty   masz   czelność   przychodzić   z   wizy   tą   o   tak 

barbarzyńskiej godzinie. To nieładnie z twojej strony. Wybieram się właśnie na spotkanie 

jednego z komitetów dobroczynnych, a wiesz jak ściśle przestrzegam punktualności. O, coś 

takiego! - Uniosła lorgnon do oczu. - Przyprowadziłeś ze sobą Aidana. Gdzie twój mundur, 

chłopcze? Jeśli chcesz się ze mną pokazywać na mieście, będziesz musiał go włożyć. To 

najlepszy  moment,   żeby  pochwalić   się  bratankiem   w   szkarłatnym   mundurze   pułkownika. 

Muszę przyznać, że z każdym rokiem wyglądasz coraz bardziej dystyngowanie. Ile to już lat 

minęło od chwili, gdy widzieliśmy się ostatni raz? Dwa? Trzy? Cztery? W moim wieku czas 

upływa tak szybko, że rok wydaje się nie dłuższy niż tydzień. Kim jest ta kobieta?

- Ciociu - Aidan ukłonił się jej - mam przyjemność przedstawić ci moją żonę, lady Eve 

Bedwyn. Moja...

Nie dane mu było dokończyć prezentacji.

- A to ci dopiero! - krzyknęła ciotka, taksując Eve przez lorgnon od stóp do głów. - Z 

czyjego to pokoju do nauki ją wykradłeś? Czyją była guwernantką?

-   Moja   żona   mieszka   w   Ringwood   Manor   w   Oxfordshire.   W   należącej   do   niej 

posiadłości.

- Gdzieś ty ją do licha znalazł? - spytała.

Ciotka Rochester była znana z tego, że mówi bez ogródek. To, co u każdej innej osoby 

zostałoby uznane za niewybaczalne grubiaństwo, w przypadku córki księcia i żony markiza 

uchodziło za ekscentryczność.

- Przyjechałem do Ringwood Manor z wiadomością o śmierci w bitwie pod Tuluzą 

kapitana Morrisa, jej brata - wyjaśnił.

- A ona, jak mniemam, rozpłakała się żałośnie na tej twojej szerokiej piersi, zaczęła się 

użalać, jak będzie teraz samotna - dodała ciotka zjadliwie. - Jak tylko przekroczyłeś jej próg, 

z miejsca zwąchała fortunę, której właściciel jest na dodatek durniem.

- Ależ ciociu! - Aidan zacisnął ręce za plecami i spiorunował ją wzrokiem. Na Boga, 

gdyby była mężczyzną, już by leżała na wznak na perskim dywanie i liczyła gwiazdy na 

suficie. - Naprawdę nie mogę ci pozwolić, byś...

Ale i tym razem nie dane mu było dokończyć.

- Nie jestem ani głucha, ani niema - powiedziała cicho jego żona i wstała. - Ani 

umysłowo niedorozwinięta. Nie podoba mi się, że mówicie o mnie w trzeciej osobie. Nie 

znoszę też, gdy się mi ubliża. Zechce pani przyjąć do wiadomości, madame, że mam spory 

majątek. Może to uspokoi pani obawy, że jej bratanek padł ofiarą kobiety, której chodziło 

background image

tylko o jego bogactwo. Mój ojciec ciężko pracował jako górnik, ożenił się z córką właściciela 

kopalni, odziedziczył po niej kopalnię i dzięki usilnym staraniom jeszcze po mnożył fortunę. 

Jestem dumna z niego i z mojego dziedzictwa.

Celowo mówiła z wyraźniejszym niż zwykle śpiewnym akcentem.

- Jesteś Walijka! - krzyknęła ciotka, jakby oskarżała Eve o jakąś straszną zbrodnię.

-   Ciociu,   jesteś   winna   mojej   żonie   przeprosiny   -   rzekł   Aidan   sztywno.   Ciotka   w 

odpowiedzi wybuchnęła śmiechem.

- Zuchwały szczeniak!

- Nie przyprowadziłem jej tutaj, by ją obrażano.

- Usiądź - rozkazała nagle ciotka. - Siadajcie oboje! Ty też, Bewcastle, i opuść ten 

monokl. Twoje sztuczki nie działają na mnie.

Nikt z nich nawet nie drgnął.

-   A   więc   przez   was   opuszczę   spotkanie   mojego   komitetu   -   powiedziała   ciotka 

Rochester. - Chociaż nigdy nie zaniedbuję swoich obowiązków wobec tych, którzy w życiu 

mieli mniej szczęścia ode mnie. Usiądźcie i powiedzcie, czemu zawdzięczam ten zaszczyt. 

Podejrzewam, że nie przyszlibyście tutaj we dwóch, gdyby chodziło tylko o przedstawienie 

mi lady Eve Bedwyn.

Eve usiadła. Aidan zajął miejsce obok niej. Bewcastle pozostał przy oknie.

-   Lady   Bedwyn   musi   być   przedstawiona   na   dworze   i   należycie   wprowadzona   do 

towarzystwa   - wyjaśnił książę.   - Poza  tym   otrzymała  zaproszenie  na  oficjalną  kolację  w 

Carlton House z udziałem dygnitarzy z całej Europy. Ty ją do tego przygotujesz, ciociu.

- O, doprawdy? - spytała wyniośle. - Jesteś bardzo pewny swego, Wulfricu.

- Tak - odparł. - Lady Bedwyn musi nabrać ogłady, a nikt w rodzinie nie poradzi sobie 

lepiej niż ty.

Ciotka Rochester przyglądała mu się przez lorgnon.

- Trzeba ją będzie zabrać do dobrej krawcowej - ciągnął Wulf. - Potrzebuje całej 

nowej garderoby. Stanowczo musi zrzucić żałobę. W szarym nie jest jej do twarzy.

- Dlaczego nie jest w czerni? - spytała ciotka. - Przecież jej brat poległ niedawno.

- Przekazał przez Aidana, żeby nie nosiła po nim żałoby. Ale nawet gdyby tego nie 

zrobił, wymagałbym, żeby porzuciła ją na czas debiutu w towarzystwie - wyjaśnił Bewcastle. 

- Weźmiesz ją pod swoje skrzydła, ciociu?

- Wygląda na to, że nie mam wyboru. - Ciotka Rochester westchnęła. - To będzie 

ciekawe   wyzwanie.   Nigdy   dotąd   nie   zdarzyło   mi   się   wprowadzać   do   towarzystwa   córki 

walijskiego górnika. - Zwróciła lorgnon na Eve, która w trakcie oględzin siedziała spokojnie, 

background image

choć Aidan obawiał się, że lada moment zerwie się na nogi i zażąda, by ją stąd zabrać. - 

Przynajmniej ma niezłą figurę i ładną buzię. Ale oczywiście trzeba będzie coś zrobić z jej 

włosami.

Bewcastle i ciotka Rochester znów rozmawiali o niej w trzeciej osobie, trochę tak, 

jakby była przedmiotem. Aidan może by jej i współczuł, gdyby sama nie była sobie winna. 

Niech przekona się, do czego popchnęła ją urażona duma. Po raz kolejny uświadomił sobie, 

jak niewiele wie o kobiecie, z którą się ożenił. Czy już dziś każe mu zawieźć się do gospody 

Pod Żółtodziobem i Kotłem?

Ku ich zdziwieniu Eve przerwała monolog ciotki.

- Jeśli spodoba mi się to, co zostanie zaproponowane, madame, pozwolę zmienić sobie 

fryzurę - powiedziała. - Jeśli chodzi o moje stroje i sposób zachowania, będę pani wdzięczna 

za pomoc i rady, madame, dopóki nie nauczę się decydować sama, co jest właściwe, a co nie. 

Może jednak powinnam uspokoić pani najgorsze obawy i zapewnić ją, że pułkownik Bedwyn 

nie wyciągnął mnie prosto z kopalni. Otrzymałam wychowanie i edukację odpowiednią dla 

damy.

- No, no - rzekła ciotka. - Aidanie, ożeniłeś się z kobietą, która ma pazurki.

- Tak, ciociu - przyznał.

- Niech lepiej nie pokazuje ich przy mnie. Musi też pamiętać, że po angielsku należy 

mówić, a nie śpiewać. Nie dotyczy to oczywiście chórzystek, ale damy raczej nie śpiewają w 

chórze.

- To walijski akcent, ciociu - odparł.

Akcent, który bardzo mu się podobał, jeśli nawet Eve używała go z rozmysłem, żeby 

rozdrażnić jego krewnych.

Bewcastle  odezwał  się  charakterystycznym  dla  siebie   łagodnym   tonem,   zanim  ich 

rozmowa zdołała przerodzić się w kłótnię.

-  Lady  Bedwyn,  zgadza   się  pani  zatem  oddać  w  ręce  lady Rochester?   - spytał.  - 

Zapewniam panią, że to najlepsze rozwiązanie.

- Dziękuję, wasza miłość - odparła chłodno Eve. - Zgadzam się. Dziękuję, madame.

Aidan w linii jej podbródka dostrzegł upór, na co wcześniej nie zwrócił uwagi.

- Jeśli to wszystko cię przerasta, powiedz mi, a ja natychmiast zabiorę cię do domu, do 

Ringwood  -  zaproponował.   -  Nie  będę  cię  do  niczego  zmuszał.  Tego   nie  było   w  naszej 

umowie. Nie pozwolę też, by ktoś inny cię zmuszał.

- Nigdzie nie pojadę - odparła, patrząc mu spokojnie w oczy.

- Ależ oczywiście, że pojedziesz, moja mała - zaprotestowała ciotka, znów z lorgnon 

background image

przy oczach.  - Niezwłocznie  pojedziesz  ze mną  do mojej krawcowej.  Wulfricu, Aidanie, 

możecie już iść. No, idźcie sobie! Kto jest twoją krawcową, dziewczyno? Przypuszczam, że 

jakaś prowincjonalna nieznana szwaczka.

- Tak - zgodziła się Eve. - Moja ciotka, a ja jej pomagam.

Aidan   wstał   i   spojrzał   na   Bewcastle'a,   który   ukłonił   się   z   rezerwą   obu   damom   i 

wyszedł przed nim z pokoju.

* * *

Pomysł, że panna Benning, znana krawcowa, u której ubierała się lady Rochester, 

odwoła wszystkie spotkania z klientkami umówione na następnych kilka dni, wydał się Eve 

niedorzeczny. Cóż z tego, że chciała zamówić dla niej stroje na prezentację na dworze i inne 

towarzyskie okazje na resztę sezonu?

Wkrótce jasno uświadomiła sobie, że markiza Rochester była naprawdę bardzo ważną 

personą. Dzisiaj dodatkowo miała  jeszcze poparcie księcia Bewcastle'a. A Eve była  żoną 

dziedzica   jego   tytułu.   Była   też   rzadką   klientką,   o   jakiej   marzą   wszystkie   krawcowe, 

potrzebującą całej garderoby. Ani jeden ubiór z tych, które przywiozła ze sobą do Londynu, 

nie nadawał się na debiut w wyższych sferach. Panna Benning rzuciła jedno spojrzenie na 

suknię podróżną, którą Eve miała na sobie, i zgodziła się z markizą.

We   trzy   oglądały   żurnale,   wybierając   modele   sukni   porannych,   popołudniowych, 

wieczorowych, balowych, podróżnych, spacerowych i do jazdy konnej, płaszczy, pelis... Lista 

robiła się coraz dłuższa ku rosnącemu przerażeniu Eve. Gdy próbowała protestować, markiza 

zwróciła jej uwagę, że jeśli nawet zamierza przebywać w mieście tylko przez trzy czy cztery 

tygodnie,   nie   może   się   pokazać   dwa   razy   w   tym   samym   stroju.   Takie   skąpstwo   źle   by 

świadczyło o Aidanie.

Kolejną,   niezwykle   ważną   kwestią   była   jej   suknia   dworska   na   prezentację   przed 

królową. Eve dowiedziała się, że królowa Charlotte ma dosyć surowe poglądy, jeśli chodzi o 

to,  co jest  właściwym  strojem   dla  damy  na  jej  salonach.  Modne  obecnie luźne   suknie   z 

wysokim   stanem   nie   były   dozwolone.   Suknia   galowa   musiała   mieć   szeroką   spódnicę   z 

krynoliną i gorset. Obowiązywały do niej strusie pióra i wstążki, a całość była w stylu, który 

wyszedł z mody jakieś dwadzieścia lat temu. Suknia musiała też mieć obfity tren długości 

dokładnie trzech metrów. Eve zastanawiała się, czy ktoś na dworze czołga się od damy do 

damy z miarką w ręce. I jaki los czekał tę biedną istotę, której tren okazał się o centymetr za 

długi albo za krótki? Banicja z dworu i towarzyski ostracyzm do końca życia?

Należało   wybrać   materiały,   kolory   i   dodatki.   Konieczne   było   zdjęcie   miary, 

background image

niekończącej się miary, z każdego niemal fragmentu jej ciała.

Z początku wszystko to było zadziwiające, podniecające i wręcz oszałamiające. Potem 

stopniowo stało się nudne i męczące. Na każdym etapie odbywały się długie dyskusje. Na 

szczęście panna Benning zgodziła się ze zdaniem Eve w kwestii koloru. Jak powiedziała lady 

Rochester, jasne pastelowe odcienie podkreślą delikatną cerę, ładne oczy i lśniące włosy lady 

Bedwyn.   Ale   też   zgodziła   się   z   markizą,   że   suknia   dworska   powinna   mieć   bardziej 

zdecydowany kolor, gdyż na dworze suknia była o wiele ważniejsza niż ubrana w nią osoba. 

W   większości   przypadków   Eve   udało   się   przekonać   obie   panie   w   kwestii   dotyczącej 

materiałów. Wolała lekkie, gładkie tkaniny zamiast wzorzystych aksamitów. Została jednak 

prawie całkowicie zlekceważona przy wyborze kroju. Kreacje przylegające do figury albo 

odsłaniające dekolt czy kostki napełniały ją przerażeniem. Będzie się w tym czuła półnaga! 

Powiedziano jej jednak, że właśnie taki styl jest ostatnim krzykiem mody. A dla wyższych 

sfer moda była czymś świętym.

Na żadnym z materiałów i modeli nie było ceny, ale łatwo zgadnąć, ile to wszystko 

może kosztować. Była naprawdę bardzo bogata, jednak jej ojciec mimo ogromnych aspiracji, 

by wejść  w  wyższe  sfery, nigdy nie  tolerował  ekstrawagancji.  Ona też  nie. Zawsze  żyła 

skromnie. A teraz na zaledwie kilka tygodni tyle strojów!

Czy   Percy   zdawał   sobie   sprawę,   jakie   będą   konsekwencje   jego   ostatnich   słów 

skierowanych do dowódcy? Przypomniała sobie, jak arogancko i bezlitośnie książę Bewcastle 

potraktował jej pragnienie, by ze względu na pamięć brata ubierać się w stonowane kolory. 

Książę powiedział, że gdyby nawet Percy nie wyraził takiego życzenia, on żądałby od niej 

zrzucenia żałoby na kilka następnych tygodni. Dla niego Percy był nikim. Ona też w ogóle się 

nie liczyła.

- Jak na kogoś, kto będzie miał całą garderobę uszytą przez rozchwytywaną pannę 

Benning,   nie   wygląda   pani   zbyt   radośnie,   lady   Bedwyn   -   zauważyła   markiza   późnym 

popołudniem, gdy wychodziły z pracowni.

-   Czuję   po   prostu   zmęczenie,   madame   -   powiedziała   Eve.   -   Nie   jestem   do   tego 

wszystkiego przyzwyczajona.

- Powinnaś była o tym pomyśleć, zanim zdecydowałaś się wyjść za mąż za dziedzica 

księcia Bewcastle'a - rzekła lady Rochester, wsiadając do powozu.

To była kropla, która przepełniła czarę. Stojąca w progu Eve zawahała się, a potem 

odwróciła się do panny Benning.

- Jeśli chodzi o moją suknię dworską... - zaczęła. Panna Benning zamieniła się w 

słuch.

background image

13

Po obiedzie Aidan poszedł na górę do złotego apartamentu, który zajmowali z żoną, 

Eve siedziała w salonie przy sekretarzyku. Uniosła głowę i wyjaśniła, że pisze do rodziny w 

Ringwood. Domyślił się, że ma na myśli ciotkę, dwójkę osieroconych dzieci... zapewne też 

guwernantkę i jej dziecko, zapalczywą gospodynię, przygłupiego stajennego oraz całą resztę 

osobliwych   domowników,   których   zgromadziła   wokół   siebie.   Nie   zdziwiłby   się,   gdyby 

przesyłała serdeczne pozdrowienia nawet temu parszywemu kundlowi.

Usiadł w głębokim fotelu i przyglądał się jej, zastanawiając, czy nie wrócić na dół po 

jakąś książkę. Nie był przyzwyczajony do bezczynności. Freyja wyszła na proszoną kolację. 

Eve po obiedzie zostawiła go w towarzystwie braci, by mogli się napić porto. Alleyne jednak 

wkrótce potem poszedł do klubu White'a, by spotkać się z przyjaciółmi i razem z nimi wybrać 

na bal. Wulf wychodził w sobie tylko znanym celu. Aidan podejrzewał, że brat zamierzał 

odwiedzić kochankę. On też mógł pójść z Alleyne'em do klubu. Na pewno spotkałby tam 

licznych znajomych, z którymi przyjemnie spędziłby kilka godzin.

Jego żona ze względu na niego zdecydowała się zostać w Londynie. Oczywiście nie 

mogła   nigdzie   wychodzić,   dopóki   nie   zostanie   oficjalnie   przedstawiona   w   towarzystwie. 

Aidan bębnił palcami po oparciu fotela.

Obserwował, jak osuszyła i złożyła list, odłożyła go na bok, przeszła przez pokój, 

usiadła na sofie i wyjęła robótkę. Nie spojrzała na niego ani razu.

- Pan mnie peszy - odezwała się po kilku minutach wyszywania.

-   Tak?   -   Przestał   bębnić   palcami   i   spojrzał   chmurnie   na   jej   pochyloną   głowę.   - 

Dlaczego?

- Pan jest taki milczący - powiedziała. - I cały czas mnie obserwuje. Milczący? A ona 

nie?   Gdy   wszedł   do   pokoju,   pisała   przy   biurku,   odwrócona   do   niego   plecami.   Czy 

spodziewała się, że będzie ją zabawiał rozmową? A odkąd skończyła pisać, nie odezwała się 

ani słowem... aż do tej chwili.

- Proszę mi wybaczyć - rzekł. Uniosła głowę.

- Czy pan się w ogóle uśmiecha? - spytała.

Co, do diabła? Oczywiście, że się uśmiechał. Ale czy miał nieustannie szczerzyć zęby, 

chichotać bez powodu?

- Nigdy nie widziałam, jak pan się uśmiecha. Ani razu.

- Nie mam zbyt wielu powodów do radości - odparł.

- Przykro mi - powiedziała, pochylając się znów nad robótką.

background image

Do diabła! Ona pewnie uzna, że miał na myśli ich małżeństwo i jej towarzystwo. Ale 

przecież został z nią w domu. Zarówno wczorajszego wieczoru, jak i dziś.

- Jestem zabójcą - oznajmił gniewnie. - Zabijanie to mój zawód. Nie ma w tym nic 

wesołego.

Spojrzała na niego, z igłą uniesioną w powietrzu. Skrzywił się. Do licha, dlaczego to 

powiedział? Nie myślał tak o sobie już od lat. Nigdy nikomu nie zwierzał się z tych myśli. 

Zwłaszcza kobietom.

- Czy właśnie w ten sposób pan na siebie patrzy? - spytała. - Jak na zabójcę?

Chciał ją zaszokować. Wytrącić ze spokoju, typowego dla tylu ludzi w Anglii, którym 

rzeczywistość wojenna wydawała się zbyt odległa.

-  Mówi   się,  że   za  mundurem  panny sznurem   -  powiedział.  -  W   tej  chwili  chyba 

wszyscy   w   Anglii,   nie   tylko   kobiety,   także   mężczyźni,   uwielbiają   mundury   -   brytyjskie, 

pruskie lub rosyjskie. Wszyscy uwielbiają noszących je zabójców.

- Ale przecież walczył pan, by uwolnić kraje i ich obywateli od okrutnego tyrana. Jest 

to szlachetny cel, jeśli nawet w trakcie wojny zabił pan iluś tam żołnierzy wrogiej armii.

- Za rok albo dwa zapewne Rosja stanie się wrogiem. Albo Prusy, Austria, Ameryka. 

A Francja będzie naszym sojusznikiem. Wielka Brytania oczywiście zawsze walczy o słuszną 

sprawę. I zawsze ma po swojej stronie Boga. Wie pani, że Bóg mówi z angielskim akcentem? 

A ściślej, z wytwornym akcentem, właściwym angielskim wyższym sferom. Opuściła igłę, ale 

nadal nie spuszczała z niego wzroku.

- Jestem zabójcą - powtórzył. - Wielką zaletą bycia żołnierzem jest to, że nigdy nie 

zostanę   powieszony   za   moje   zbrodnie.   Przeciwnie,   będę   fetowany   i   wychwalany   pod 

niebiosa. Damy będą się we mnie kochać, mimo że jestem już żonaty. I mimo że się nie 

uśmiecham.

Co on, do diabła, wygaduje? Był pełen złości... i zatrważająco bliski łez. Żałował, że 

nie może zerwać się na nogi i wybiec z pokoju. Wyszedłby przy tym na idiotę. Chciał, żeby 

ona wreszcie spuściła wzrok i na powrót zajęła się robótką. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak 

się otworzył przed ludźmi. Chyba był wtedy jeszcze chłopcem.

- Tak mi przykro - powiedziała w końcu. - Nie miałam pojęcia. Uznałam, że ponieważ 

wygląda pan tak... Czy celowo nie dopuszczamy do siebie myśli, jak wygląda rzeczywistość, 

co się dzieje, gdy jedna armia broni wolności, walcząc z inną? Dlaczego zapominamy, że 

wojsko składa się żywych ludzi, którzy mogą mieć wyrzuty sumienia? Czy Percy też przeży-

wał podobne rozterki? Nigdy o tym nie wspominał.

- Proszę mi wybaczyć. - Wstał i odwrócił się do niej plecami, patrząc na przygotowane 

background image

do rozpalenia drwa w kominku. - Udzieliłem głupiej odpowiedzi na proste pytanie. Chyba 

jednak czasem się uśmiecham, madame. A czy widziała pani, by Bewcastle kiedykolwiek się 

uśmiechał?

Kiedyś się jednak uśmiechał. Dawno, dawno temu. Gdy byli obaj mali, świat wokół 

nich wydawał im się jednym wielkim, cudownym, magicznym  placem niekończących  się 

zabaw. Byli wtedy najlepszymi przyjaciółmi, nierozłącznymi.

Nie pozwoliła mu jednak zmienić tematu.

- Dlaczego pan wstąpił do wojska? - spytała. Westchnął.

- Takie jest przeznaczenie drugiego z kolei syna w arystokratycznej rodzinie - odparł. - 

Nie  wiedziała   pani  o  tym?  Pierwszy  syn  jest  dziedzicem   majątku,  drugi  oficerem,   trzeci 

duchownym.

Tyle że Ralfowi udało się uniknąć przeznaczonego mu losu.

- I mimo tego, co pan czuje, spędził pan w wojsku tyle lat. Dlaczego? Przecież nie dla 

pieniędzy.

- Z obowiązku, madame - odparł. - Poza tym, nie powiedziałem, że zabijanie mi się 

nie podoba. Stwierdziłem tylko, że zabijanie na co dzień sprawiło, iż nie uśmiecham się z 

powodu byle błahostki.

Ponieważ   nie   odpowiedziała,   odwrócił   się,   by   na   nią   spojrzeć.   Znów   haftowała, 

chociaż wydawało mu się, że ręka drży jej nieco.

- Jak się udała dzisiejsza wizyta u krawcowej ? - spytał.

Tym razem, ku jego uldze, zgodziła się zmienić temat rozmowy.

-   Zamówiłam   mnóstwo   strojów   -   odparła.   -   Chyba   nie   zdążę   wszystkich   włożyć 

podczas mojego krótkiego pobytu w mieście. Jednak zarówno lady Rochester, jak i panna 

Benning   zapewniały,   że   to   absolutne   minimum   potrzebnych   ubiorów.   Boję   się   nawet 

pomyśleć, ile wyniesie rachunek, zwłaszcza jeżeli doliczy się wszystkie dodatki: buty, pióra, 

wachlarze, kapelusze, torebki, chusteczki i tak dalej, i tak dalej.

- Tym nie musi się pani martwić - powiedział. - Jak już pani zauważyła, mam dość 

pieniędzy.

Uniosła wysoko brwi.

- Sama zapłacę rachunki - oświadczyła.

- Jak długo przebywa pani w moim towarzystwie, ja będę panią ubierał i pokrywał 

wszystkie pani wydatki.

- Nie, nie zgadzam się. - Wkłuła igłę w płótno i odłożyła  je na bok. Na policzki 

wystąpiły jej rumieńce. - W żadnym wypadku, pułkowniku. Jestem w stanie sama płacić za 

background image

siebie. Nie chcę nawet słyszeć...

- Madame, ta sprawa nie podlega dyskusji - powiedział, mrużąc oczy. - Jest pani moją 

żoną.

- Nie jestem. - Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. - Jeśli ma pan ochotę, 

może się pan zwracać w ten sposób do swoich żołnierzy. Ale nie do mnie. Nie pozwolę się do 

niczego   zmusić,   ani   panu,   ani   księciu   Bewcastle'owi,   ani   markizie   Rochester.   Nikomu. 

Przyjechałam do Londynu z własnej, nieprzymuszonej woli. I zostałam na własne życzenie, 

wbrew   panu.   Sama   zgodziłam   się,   by   lady   Rochester   została   moim   mentorem   w 

towarzystwie. Przyjechałam tu nie jako ktoś gorszy od pana, kogo trzeba pilnować, żeby nie 

zhańbił   świetnego   imienia   Bedwynów,   ale   jako   ktoś   panu   równy,   kto   odpłaca   się   za 

przysługę, którą wyświadczył mi pan kilka tygodni temu. Sama zapłacę za swoje stroje.

- Nie jest pani moją żoną? - zapytał, ignorując całą resztę jej wywodu. - W księdze 

parafialnej pewnego kościoła znajduje się zapis, który przeczy pani słowom w tej kwestii, 

madame. Ma pani na palcu moją obrączkę. Wczorajszego popołudnia współżyliśmy ze sobą. 

Być może nasz syn lub córka rozwija się już w pani łonie. Czy twierdzi pani, że to dziecko 

byłoby bękartem?

Pobladła. Nie przyszło jej do głowy, że mogli począć dziecko. Szczerze mówiąc, jemu 

też nie, dopóki nie pomyślał o tym ostatniej nocy, gdy próbował bezskutecznie zasnąć, sam 

we własnym łóżku.

- To mało prawdopodobne - powiedziała.

- Ale możliwe.

Był   głupcem,   ulęgając   pożądaniu.   Jeśli   pojawiłoby   się   dziecko,   byliby   na   zawsze 

związani   czymś   o   wiele   poważniejszym,   bardziej   zobowiązującym   niż   zwykły   kontrakt 

małżeński. Nie dopuściłby, żeby jego dziecko rosło bez ojca.

-   Nie   powinnam   była   przyjeżdżać   -   stwierdziła.   -   Należało   oprzeć   się   perswazji 

księcia. Czy towarzystwo potępiłoby pana, nie widząc mnie przy pańskim boku?

Wzruszył ramionami.

- Kto wie? - odparł. - Wiele osób uważa Bedwynów za bezdusznych, wręcz okrutnych. 

Choć   każdy,   kto   choć   trochę   zna   historię   naszej   rodziny,   wie   również,   że   Bedwynowie 

traktują swoje żony z szacunkiem i kurtuazją. Pewnie dlatego większość z nas żeni się późno 

albo wcale.

- Czy zostałby pan w domu, gdyby mnie tutaj nie było? - spytała.

- Prawdopodobnie nie.

- Na pewno nie - rzekła, wstając. - Pójdę się położyć, pułkowniku. Jestem zmęczona. 

background image

Niech pan spędzi wieczór w towarzystwie braci i siostry albo wśród znajomych. Nie musi pan 

zostawać w domu tylko ze względu na mnie:

- Jest pani moją żoną.

Roześmiała się cicho, niewesoło i odwróciła się.

- Eve - powiedział. Spojrzała w jego kierunku.

-   Jeśli   mamy   razem   spędzić   kilka   tygodni,   chyba   musimy   zrezygnować   z   tego 

oficjalnego „madame” i „pułkowniku”. Mów mi po imieniu - za proponował.

Kiwnęła głową, że się zgadza.

- I może przez ten czas powinniśmy żyć ze sobą jak mąż i żona. Wczoraj było nam 

dobrze ze sobą. A już wkrótce czeka nas wiele lat wstrzemięźliwości.

Spuściła wzrok, najwyraźniej rozważając to, co zasugerował. Przez cały dzień nie 

dawało mu to spokoju, że są małżeństwem,  że przez następne kilka tygodni  będą razem 

mieszkać w tym apartamencie, że współżyli ze sobą jeden jedyny raz i już nigdy nie będą. Nie 

wiedział jeszcze, jak się upora z kolejną zasadą Bedwynów - że mężczyźni, jeśli się ożenią, 

bezwzględnie dochowują wierności swoim żonom. Na razie jednak miał przed sobą tych kilka 

tygodni.

- Oczywiście wtedy szanse poczęcia dziecka wzrosną. - Czuł się w obowiązku jej 

przypomnieć, choć pewnie sama rozważała teraz tę kwestię.

Podniosła wzrok. To, co zobaczył w jej oczach, wstrząsnęło nim. Patrzyła na niego z 

takim smutkiem...

- Chyba chciałabym, żeby tak się stało - odparła.

Chciała   dziecka?   Więc   mylił   się   w   swoich   przypuszczeniach,   gdy   składał   jej 

propozycję małżeństwa? Nie porzuciła więc jeszcze nadziei, że znajdzie mężczyznę, którego 

pokocha i poślubi? Pragnęła normalnego życia rodzinnego i dzieci? Przez chwilę zastanawiał 

się,   kim   był   jej   kochanek   z   przeszłości.   Nadal   dziwiło   go,   że   w   ogóle   miała   kochanka. 

Odsunął jednak ciekawość na bok. Jeśli chciała wyjść za tamtego mężczyznę, straciła swoją 

szansę. Kimkolwiek był, nie pospieszył jej na ratunek, gdy tak rozpaczliwie potrzebowała 

męża.

- Przyjdę zatem dziś do ciebie - powiedział. - Za pół godziny?

- Dobrze - przytaknęła i odwróciła się.

* * *

Mogła być w ciąży. Ta myśl uporczywie dźwięczała jej w głowie jak refren. A jeśli 

nawet jeszcze w tej chwili nie była, to bardzo prawdopodobne, że w nią zajdzie w ciągu tych 

background image

kilku tygodni, zanim wróci samotnie do Ringwood. Gdy trzy tygodnie temu zgodziła się na 

pospieszne małżeństwo, zamiast czekać na powrót Johna, świadomie zrezygnowała z marzeń 

o długim, szczęśliwym, rodzinnym życiu. Może teraz spełni się inne jej marzenie.

Zawsze z całego serca pragnęła  dzieci. Przypuszczalnie  właśnie z tego powodu w 

wieku dziewiętnastu lat była gotowa przyjąć oświadczyny Joshui, mimo że nie darzyła go 

romantyczną   miłością.   Z   tego   samego   powodu,   gdy   skończyła   dwadzieścia   jeden   lat, 

zasugerowała Johnowi, by ujawnił ich potajemny, trwający już wtedy rok związek i ożenił się 

z nią ryzykując gniew rodziców. Przez cztery lata, które upłynęły od tamtej chwili - ostatni 

rok w  całkowitej   separacji  z Johnem,  przebywającym  w  Rosji  -  trapiła  ją  myśl,   że  traci 

najlepsze lata, kiedy mogłaby rodzić dzieci.

-   Nie,   zostaw   rozpuszczone,   Edith   -   powiedziała   do   pokojówki,   która   zamierzała 

spleść na noc jej wyszczotkowane włosy. - Czepek nie będzie mi potrzebny.

Spotkały się spojrzeniem w lustrze toaletki. Obie się zarumieniły. Edith odwróciła się, 

by powiesić w szafie szarą jedwabną suknię, którą Eve przed chwilą zdjęła.

Eve pomyślała że pojawienie się w jej życiu Becky i Davy'ego było najszczęśliwszym 

zrządzeniem losu. Wzięła je do siebie, nie mogąc znieść myśli, że dzieci nie mają domu i nikt 

ich nie chce. Wkrótce jednak zaczęła je traktować jak swoje własne. Nadal tak je traktowała. 

To były jej dzieci. Gdy po wizycie u panny Benning zaczęły objeżdżać sklepy i kupować 

wszelkie potrzebne dodatki, zirytowała markizę, poświęcając wiele czasu na to, by znaleźć 

ładny kapelusik dla Becky i porządne buty dla Davy'ego, a potem oczywiście musiała jeszcze 

kupić marynarską czapeczkę dla Benjamina.

Stawiając świecę na stoliku przy łóżku, Eve pomyślała, że okropnie za nimi tęskni. 

Dni   spędzone   bez   dzieci   wydawały   się   jej   wiecznością.   Ale   może   najbliższe   tygodnie 

obdarzają następnym dzieckiem, niemowlęciem, dzieckiem z jej własnego łona, które będzie 

ssać jej pierś, które co kilka godzin będzie tulić w ramionach i karmić, by przestało płakać. 

Ale mają dla siebie tylko tych kilka tygodni. Nie należy zbyt wiele oczekiwać.

Rozległo się pukanie do drzwi. Natychmiast przestała o tym wszystkim myśleć, gdy 

Aidan, w ciemnoniebieskim brokatowym szlafroku, wszedł do jej sypialni. Był jak zwykle 

ogromny, ponury i groźny, ale wyglądał też niesamowicie pociągająco. Z pewnością nie był 

mężczyzną klasycznej urody. Nie mogła się już jednak doczekać, kiedy znów jej dotknie, 

znów będzie się z nią kochał.

Teraz już wiedziała, co kryło się pod maską tego człowieka. Jego posępność skrywała 

cierpienie.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, poczuła przypływ czułości do niego.

background image

* * *

- Nie daj się namówić ciotce Rochester do obcięcia włosów - powiedział, podchodząc 

bliżej i ujmując w palce pasmo jej włosów. - Są piękne właśnie takie.

Miały brązowy kolor, który nie od razu zwracał uwagę tak jak włosy blond, rude czy 

czarne. Ale były gęste i lśniące, a teraz, gdy zostały rozpuszczone, widział połyskujące w nich 

miodowe   i   złote   odcienie.   Włosy   spływały   falami   na   jej   ramiona   i   dalej,   aż   do   połowy 

pleców. Wyglądała niezwykle ponętnie w skromnej, białej koszuli nocnej otulającej jej dłu-

gie, zgrabne nogi. Chciał o niej myśleć z zaangażowaniem nie większym niż to, które czułby 

w stosunku do kochanki. Jednak idąc do jej sypialni, nie mógł zapomnieć, że jest ona jego 

żoną. Że to, co miało się między nimi wydarzyć,  nie było tylko seksem, ale małżeńskim 

współżyciem.

Pochylił głowę i pocałował ją. Pachniała różem i mydłem. Jednak zanim zdołał ją 

mocniej objąć, oparła mu ręce na ramionach i odsunęła się nieco od niego.

- Powiedziałam już wcześniejsze nie pozwolę, by ktokolwiek mnie do czegoś zmuszał, 

nawet w kwestii włosów - oświadczyła.

- Chyba nie wracamy znów do rachunków za twoje ubrania?

Eve  nawet  nie  zdawała   sobie  sprawy  z  tego,  jak  go dotknęła,  chcąc  sama  za  nie 

zapłacić. Westchnęła i pokręciła głową.

- Będziemy się oto spierać jutro.

- To i dobrze - odparł. - Dzisiejszej nocy będziemy się kochać. Powiedz mi, Eve, czy 

należysz do kobiet, które wstydzą się nagości? Czy zemdlejesz, jeśli cię rozbiorę? I jeśli sam 

zdejmę szlafrok, zanim zgaszę świece?

Był pod spodem nagi, ale nie chciał jej zmuszać, by na niego patrzyła. Może wolałaby, 

żeby wszystko odbyło się w ciemności, pod kołdrą? Wczoraj, gdy doszło do ich zbliżenia, 

byli prawie kompletnie ubrani.

Potrząsnęła głową.

Rozpiął   guziczki   z   przodu   jej   koszuli   nocnej   i   od   razu   ją   zdjął.   Nie   gustował   w 

szczupłych kobietach, ale ona wydała mu się niezwykle piękna. Smukła i gibka, o skórze 

jasnej   i   gładkiej   jak   porcelana.   Ładnie   zaokrąglona   tam,   gdzie   należało,   piersi   miała 

niewielkie, ale jędrne, uniesione ku górze, a sutki różowe, napięte z zimna, a może wskutek 

skrępowania czy pożądania.

Rozwiązał  pasek  jedwabnego  szlafroka  i  zsunął  go  z ramion   na  podłogę.  Był  tak 

potężny, że zawsze musiał uważać, by nie zrobić krzywdy kobiecie. Miał na ciele blizny po 

background image

licznych ranach, co mogło nie spodobać się Eve. Przyznała jednak, że było jej wczoraj z nim 

dobrze. Nie będzie się teraz przed nią zasłaniał.

Dotknął jej ramion i znów pocałował, trzymając w niewielkiej odległości od siebie. 

Zadrżała. Uniósł głowę i przyglądał się swoim dłoniom, jak zsuwają się w dół i zakrywają jej 

piersi, ujmują je. Ciemna skóra dłoni i alabastrowe kobiece ciało.

- Są za małe - powiedziała, obserwując jego twarz. Ach tak, więc nie była pewna 

swojego powabu!

- Za małe? - spytał. - By wykarmić dziecko? Wątpię. By podobać się mężczyźnie? 

Nie. Zobacz, doskonale mieszczą mi się w dłoniach.

Patrzyła, jak unosi jej piersi do góry, dotyka kciukami nabrzmiałych sutków i lekko, 

rytmicznie naciska. A potem pochylił głowę, wziął sutek do ust i zaczął ssać, pocierając go 

językiem. Poczuł jak twardnieje i napina się pożądaniem.

- Och! - krzyknęła, wplatając mu palce we włosy. Wygięła się w łuk i przytuliła do 

niego.

- Lepiej się połóżmy - zaproponował. - Czy nie będzie ci przeszkadzać, jeśli zostawię 

zapalone   świece?   Lubię   patrzeć   na   to,   co   się   dzieje.   Zgaszę   je   jednak,   jeśli   ci   to   nie 

odpowiada.

Zawahała się i z wyrazu jej oczu poznał, że wolałaby ciemność.

- Niech się palą - zdecydowała.

Położyła się na łóżku. On jednak nie opadł na nią od razu, tak jak wczoraj , gdy oboje 

byli rozpaleni namiętnością. Nie położył się też obok. Przysiadł na materacu, rękami szeroko 

rozsunął jej uda i uklęknął między nimi. Zagryzła wargę i rozłożyła szeroko ręce, kładąc 

dłonie płasko na prześcieradle. Ujął ją pod kolanami i uniósł jej nogi do góry. Pochylił się nad 

nią   pożerając   ją   wzrokiem.   Przesuwał   po   niej   rękami   powoli,   dokładnie,   z   całym 

doświadczeniem, jakie zyskał przez lata. Podniecał ją ulotnymi dotknięciami i delikatnym 

głaskaniem.   Łaskotał,   drapał,   podszczypywał   w   miejscach,   o   których   wiedział,   że   są 

szczególnie wrażliwe i rozpalą jej pożądanie. Leżała nieruchomo z rozrzuconymi na boki 

rękami,   przymkniętymi   oczami   i   rozchylonymi   ustami.   Odpowiadała   żarem,   zdyszanym 

oddechem i  cichymi  jękami  rozkoszy,  ale  pozostała   bierna.  Pieścił  ją   ustami,  językiem  i 

zębami,   nie   tylko   rękami.   Przynajmniej   jedno   nie   ulegało   wątpliwości.   Miała   bardzo 

niewielkie doświadczenie.

Przesunął dłońmi wzdłuż jej smukłych, gładkich nóg, odnajdując na jej stopach czułe 

miejsca. Głaskał  je, by jeszcze  bardziej ją  podniecić. I gdy wsunął  ręce  między  jej  uda, 

poczuł,   że   jest   gorąca   i   wilgotna.   Dotykał   jej   opuszkami   palców   i   delikatnie   pieścił, 

background image

rozdzielając fałdki jej ciała badając wnętrze. Wsunął w nią palec, przyglądając się temu, co 

robi. Wiedział, że nie może już dłużej czekać. Poczuł, jak zaciska się wokół jego palca i 

cofnął rękę.

- Jesteś gotowa? - spytał, patrząc jej w oczy. Nie chciał w nią wchodzić bez jej zgody.

- Tak - odparła niskim, zmysłowym głosem, który pozbawił go tchu. Wsunął pod nią 

ręce i ujął pośladki, unosząc je do góry. Wszedł w nią jednym mocnym pchnięciem. Przywitał 

go żar, wilgoć i obejmujące go ciasno wnętrze. Zamknął oczy, powoli odetchnął i zmusił się 

do opanowania. Chciał opaść na nią całym  ciężarem, rozładować napięcie własnego ciała 

kilkoma   szybkimi   ruchami.   Ale   przecież   rozbudził   jej   pożądanie,   więc   najpierw   musi   ją 

zaspokoić. Klęczał dalej między jej udami, przytrzymywał ją rękami za pośladki. Wsuwał się 

w nią i wysuwał raz po raz tak, by czuła całą jego długość w szybkim, mocnym rytmie. 

Zapominając o potrzebach własnego ciała, czekał na jej odpowiedź.

Była piękna i bardzo kobieca w tym cielesnym akcie. Słyszał wilgotny rytm tego, co 

się między nimi działo, czuł pierwotny zapach namiętności, zmieszany z wonią różu i mydła. 

Przesunęła ręce i ścisnęła go za kolana.

Zaczęła   jęczeć,   zaciskając   się   wokół   niego,   prężąc   się   w   zbliżającym   się 

szczytowaniu. Utrzymał rytm; wbijając się mocno w ciasne, wilgotne wnętrze, aż rozluźniła 

się i otworzyła jak kwiat do słońca. Wszedł w nią głęboko ostatni raz i zatrzymał się, czekając 

aż ona opadnie cała omdlała i zaspokojona, i dopiero wtedy wytrysnął w niej nasieniem.

Już prawie spała, gdy chwilę później wysunął się z niej i wstał, by zdmuchnąć świece. 

Położył się z powrotem obok i przykrył ich oboje kołdrą, wsuwając jej ramię pod głowę. Nie 

planował  spędzić  w   jej  łóżku  całej  nocy;  nigdy  nie  czynił   tak  z żadną   kobietą. Ale  ona 

zasnęła, on też był zmęczony, a wiedział, że znów jej zapragnie, nim wstanie dzień. W końcu 

mieli dla siebie tylko kilka tygodni. Powinni w pełni wykorzystać czas, który był im dany.

Już   prawie   zasypiał,   gdy   odwróciła   się   na   bok,   wtuliła   głowę   w   jego   ramię   i 

westchnęła przez sen.

* * *

Aidan przyglądał się Eve, zawiązując pasek szlafroka. Obudziła się, gdy zsuwał ją z 

siebie na łóżko. Zasnęła na nim, gdy skończyli się kochać po raz trzeci. Żałowała, że już ją 

opuszcza.

- Która godzina? - spytała.

- Około szóstej - odparł. - Zawsze wstaję wcześnie. Obiecałem Freyji i Alleyne'owi, że 

wybiorę się z nimi do Hyde Parku na konną przejażdżkę. Śpij.

background image

Konna przejażdżka wczesnym rankiem! Czy jest coś wspanialszego? Wybierał się z 

bratem i siostrą, nie pomyślawszy nawet, że może i ona chciałaby pojechać. Ale nie miała 

przecież stroju do jazdy konnej.

- Później chciałbym pójść z Alleyne'em do klubu White'a i na aukcję koni u Tattersalla 

- powiedział. - Jeśli jednak będziesz mnie potrzebować...

- Nie będę - odparła. - Do prezentacji przed królową zostało tylko cztery dni. Zaraz po 

śniadaniu zjawi się tu lady Rochester. Jej zdaniem cztery dni to stanowczo za mało czasu, 

bym nabrała ogłady i nauczyła się poprawnie kłaniać.

Zmarszczył brwi.

- Czy to takie trudne?

- Najwyraźniej tak. Poza tym jest tysiąc innych rzeczy, których muszę się nauczyć. 

Spędzaj więc czas, jak ci się podoba, Aidanie. Nie czuj się zobowiązany siedzieć w domu ze 

mną, tak jak wczoraj.

Zobaczyła ulgę na jego twarzy.

- Gdy już zostaniesz wprowadzona do towarzystwa, będziesz wszędzie zapraszana - 

powiedział. - Wiesz przecież, że właśnie trwa sezon towarzyski, więc dni wypełnią ci wizyty, 

wyprawy   na   zakupy,   podwieczorki,   proszone   śniadania,   spacery   i   przejażdżki   w   parku, 

pikniki. A każdego wieczoru będziesz chodzić do teatru, na przyjęcia, bale, rauty, koncerty. 

Ciotka Rochester opowie ci o tym ze szczegółami.

- Tak, ale niepotrzebnie się tym martwisz, Aidanie. Nie będziesz mu siał wszędzie mi 

towarzyszyć.   Widzisz,   przynajmniej   tyle   już   wiem   o   małżeństwach   z   wyższych   sfer. 

Wystarczy, żebym się pokazywała i była znana jako twoja żona. Już wkrótce oboje uwolnimy 

się od tej... tej farsy i będziemy mogli żyć dalej własnym życiem.

Zastanowił się nad jej słowami, a potem przytaknął energicznie.

- No to słuchaj poleceń ciotki, a wszystko potoczy się gładko - rzekł. - I słuchaj też rad 

Wulfa. Zacznij nosić kolorowe stroje, jak tylko twoja nowa garderoba zostanie dostarczona 

od krawcowej. On ma w sumie rację, w szarym rzeczywiście nie jest ci do twarzy.

Odwróciła się na bok plecami do niego, naciągnęła kołdrę aż na uszy i leżała bez 

ruchu. Na kilka chwil zapadła ciszą potem usłyszała, jak drzwi gotowalni cicho się otwierają i 

zamykają.

Dlaczego miała nadzieję, że ta noc coś między nimi zmieni? Głupi, typowo kobiecy 

punkt widzenia. To, co się działo między nimi ostatniej nocy, nie było nawet miłością. Eve 

zdawała sobie sprawę, że kobiety często popełniają błąd, myśląc, że czułość w łóżku wynika z 

miłości.   To   było   tylko   fizyczne   zbliżenie,   zresztą   niezwykle   przyjemne   dla   nich   obojga. 

background image

Wiedziała,   że  wykorzystał   całe swe  doświadczenie,   by odczuła  rozkosz.  Wybierał   się na 

przejażdżkę z Alleyne'em i Freyja, zamiast zostać z nią. Cały dzień spędzi w klubie White'a i 

na   aukcji   koni   u   Tattersalla.   Gdy   powiedziała   mu,   że   może   wychodzić   wieczorami, 

najwyraźniej poczuł ulgę. Polecił jej słuchać się lady Rochester. I księcia Bewcastle'a.

Czuła, że zaraz się rozpłacze i będzie płakać tak długo, aż zabraknie jej łez.

Zamiast tego chwyciła poduszkę, na której ciągle jeszcze był odciśnięty ślad jego 

głowy i z całej siły rzuciła nią w drzwi gotowalni.

background image

14

Po prezentacji na dworze, jeszcze tego samego dnia, miał się odbyć bal w Bedwyn 

House, na którym Eve zostanie oficjalnie przedstawiona towarzystwu jako lady Bedwyn. To 

książę Bewcastle zdecydował, by wydać bal jak najszybciej. Nie pytając nikogo o zdanie, a 

już na pewno nie Eve, rozesłał zaproszenia, zarządził przygotowania i z właściwą sobie aro-

gancją oczekiwał, że wszyscy przyjdą, mimo że zostali zawiadomieni w ostatniej chwili, a 

tego samego wieczora miało miejsce kilkanaście innych ważnych spotkań towarzyskich.

Eve okropnie nie lubiła księcia. Za lady Freyja też nie przepadała. Szwagierka unikała 

jej,   a   gdy   już   znalazła   się   w   jej   towarzystwie,   traktowała   ją   z   wymownym,   chłodnym 

lekceważeniem. Aidan większość dni spędzał poza domem, wracając wieczorem, by zjeść 

kolację i spędzić z nią noc. Eve gardziła sobą za to, że z takim utęsknieniem czeka na ich 

wspólne noce i że czerpie z nich tyle przyjemności. Małżeństwo nie powinno się sprowadzać 

tylko do współżycia.

Alleyne   wydawał   się   jedyną   ludzką   istotą   w   tej   rodzinie.   To   właśnie   z   nim   Eve 

nauczyła   się   tańczyć   walca.   Książę   wynajął   nauczyciela   tańca,   zakładając   zapewne,   że 

wychowana na prowincji córka górnika nie potrafi nawet odróżnić prawej nogi od lewej. Eve 

była jednak naprawdę wdzięczna za naukę menueta i walca, których nie tańczyła nigdy dotąd. 

Gdy któregoś ranka przy śniadaniu wspomniała o lekcjach, Alleyne zaofiarował się, że będzie 

jej   partnerem.   Z   godną   podziwu   cierpliwością   i   niezmąconym   humorem   ćwiczył   z   nią 

wszystkie kroki. Eve doszła do wniosku, że naprawdę jest miły, chociaż nieco płytki.

Markiza Rochester była wymagającą nauczycielką. Czasami Eve czuła do niej urazę, 

jak   chociażby   tego   ranka,   gdy   do   Bedwyn   House   przybył   osobisty   fryzjer   markizy   z 

poleceniem, by obciąć włosy lady Bedwyn krótko, wedle najnowszej mody. Och, jakże oni 

uwielbiali rozkazywać! A przecież mogli spytać ją o zdanie, zadowolić się udzielaniem rad. 

Ostatecznie Eve doszła do porozumienia z fryzjerem i pozwoliła sobie obciąć włosy na tyle 

tylko, by poprawić ich wygląd, bez radykalnych zmian.

Eve   miała   dość   rozsądku,   by   zgodzić   się,   że   potrzebuje   wskazówek   w   pewnych 

sprawach. Na przykład dotyczących ukłonów. Wbrew przekonaniu Aidana nie była to prosta 

sprawa. Należało kłaniać się w różny sposób, zależnie od pozycji towarzyskiej osoby i jej 

wieku. Szczególnie głęboki ukłon składało się przed królową. Nauczenie się tego dygnięcia 

tak, by zadowolić lady Rochester, zabrało Eve wiele czasu. A potem należało ją nauczyć, jak 

ma zbliżyć się do tronu i zachować się w obecności królowej. Jeszcze trudniej było oddalić 

się po zakończeniu audiencji. Trzymetrowego trenu niestety nie można było przewiesić przez 

background image

rękę. Nie można też było odwrócić się plecami do Jej Wysokości. Cofanie się z wdziękiem i 

godnością, bez nadeptywania na własny tren, nie było prostą sprawą.

W pewnej chwili wydawało się to wręcz niemożliwe. Eve śmiała się do rozpuku, gdy 

przy pierwszych próbach lądowała sromotnie na siedzeniu. Ciotka Aidana nie widziała w tym 

nic śmiesznego i demonstrowała swoje niezadowolenie.

Eve musiała się nauczyć nazwisk i pozycji towarzyskich wielu osób z wyższych sfer. 

Trzeba było zapamiętać całą tę piramidę hierarchii. Musiała poznać etykietę pierwszego balu 

z okazji debiutu w towarzystwie. Zapamiętać, z którym dżentelmenem wolno jej zatańczyć, 

jeśli poprosi ją o taniec, a z którym nie. Nauczyć się odpowiadać na zaproszenia, jakie zaczną 

nadchodzić,   skoro   tylko   zostanie   przedstawiona   w   towarzystwie.   Dzielić   je   na   te,   które 

należało  bezwzględnie  przyjąć,   przyjąć  ewentualnie,  zależnie  od innych  jej   zobowiązań  i 

osobistych   upodobań,   i   te,   które   należało   stanowczo   odrzucić.   I   jeszcze...   Och,   jak 

powiedziała Aidanowi, były tysiące rzeczy, których musiała się nauczyć.

Eve doszła do wniosku, że cały ten świat arystokracji, z jego regułami i wymaganiami, 

jest   strasznie   głupi.   Ale   z   drugiej   strony,   te   wszystkie   przygotowania   były   też   dla   niej 

ekscytującym wyzwaniem. Czasami myślała, że gdyby papa mógł ją teraz zobaczyć, uznałby, 

że spełnia się marzenie jego życia.

Bardzo jednak tęskniła za domem. Codziennie pisała do Thelmy, jedynej poza Nedem 

Batemanem   dorosłej   osoby   w   majątku,   która   umiała   czytać   i   pisać.   Ale   jej   listy   były 

skierowane do wszystkich. Eve wiedziała, że Thelma odczytuje je na głos najpierw cioci 

Mari, potem niani Johnson i dzieciom, a wreszcie całej służbie. Listy od Thelmy zawierały 

pozdrowienia od wszystkich, czasem kilka zdań nagryzmolonych przez Davy'ego i Becky, co 

nieodmiennie przyprawiało Eve o łzy. Najwyraźniej brakowało im jej, choć ciocia Mari za 

pośrednictwem Thelmy zawsze nalegała, by Eve została w Londynie z pułkownikiem tak 

długo, jak zechce, gdyż na razie nieźle sobie bez niej radzą. W wielu listach był wymieniany 

wielebny Puddle i Eve  domyśliła  się,  że jest  on częstym  gościem  w domu.  Ned pisał  o 

gospodarstwie, robotnikach rolnych i wiejskiej szkole. W żadnym z listów nie było wzmianki 

o Didcote Park i powrocie Johna z Rosji. Eve wolałaby, żeby John wrócił do domu pod jej 

nieobecność,  dowiedział  się, że  nie  dochowała  mu  wierności, i wyjechał  na zawsze. Nie 

mogła znieść myśli, że będzie musiała stanąć z nim twarzą w twarz.

Czekała na swoją prezentację z podnieceniem, ale przede wszystkim z obawą. Prawie 

cała jej nowa garderoba została już dostarczona. Suknię dworską od razu zabrała na górę i nie 

otwierając pudła, schowała w szafie w gotowalni. Za każdym razem, gdy o niej myślała, czuła 

mdłości.

background image

Ale była też z siebie naprawdę bardzo dumna.

W tym najważniejszym z wszystkich dniu prezentacji przed królową Aidan został rano 

w domu. Wiedział, że Eve jest zdenerwowana. Nie powiedziała mu tego, ale gdy w nocy 

obudził się w pewnym momencie, zobaczył, że cała dygocze i szczękając zębami, tuli się do 

jego ramienia. Powiedziała, że było jej zimno, chociaż nie wyglądała na zmarzniętą. Całował 

ją, dopóki się nie uspokoiła, po czym odwrócił ją na plecy i kochał się z nią. Trzymał ją 

potem   mocno   w   ramionach,   dopóki   znów   nie   zasnęła.   Czasami   myślał,   że   będzie   mu 

brakowało   wspólnie   spędzanych   nocy.   Nie   chciał   jednak   teraz   się   nad   tym   zastanawiać. 

Jeszcze przyjdzie na to pora. Podejrzewał, że nie dochowa wierności swojej żonie, choć nad 

tą   nieprzyjemną   perspektywą   również   nie   chciał   się   zastanawiać.   Było   to   sprzeczne   z 

kodeksem   rodzinnym.   Jak   jednak   mógł   pozostać   wierny   kobiecie,   z   którą   ożenił   się   z 

obowiązku?

Chodził tam i z powrotem po salonie w ich apartamencie, czekając, aż Eve się ubierze. 

Od   prawie   dwóch   godzin   siedziała   zamknięta   w   gotowalni   razem   z   Edith,   tą   nie   śmiałą 

pokojówką z Ringwood, jedną z jej ofiar losu. Aidan ze zdziwieniem stwierdził, że sam też 

jest trochę zdenerwowany. Kobiety z jego sfery były do takich okazji przygotowywane od ko-

łyski. Eve miała na to niecały tydzień. To wszystko oczywiście była jej wina. Mogła przecież 

przeciwstawić się Wulfowi i zostać na prowincji. Stanowczo powinna była posłuchać jego 

rady tamtego dnia w gospodzie Pod Żółtodziobem i Kotłem i wrócić do domu, jak pierwotnie 

zamierzała. Ale nie. Jego żona była upartą kobietą i chciała wszystko robić po swojemu. 

Kwestię   zapłacenia   rachunków   za   jej   stroje   załatwił,   składając   osobiście   wizytę   pannie 

Benning w jej pracowni i regulując z góry wszystkie należności, ku wielkiemu zdziwieniu 

krawcowej. Wątpił, by Eve już się o tym dowiedziała. W końcu drzwi gotowalni otworzyły 

się i Aidan ujrzał Eve. Połyskliwa satynowa spódnica i przykrywająca ją krótsza, koronkowa, 

zostały   starannie   udrapowane   na   obręczy.   Sztywny   gorset   odsłaniający   dekolt   i   ramiona 

mienił się misternym haftem. Satynowy tren spływał jej z ramion na podłogę. Włosy miała 

zaczesane   do   tyłu,   na   czole   przepaskę   wysadzaną   drogimi   kamieniami.   Z   tyłu   przepaski 

spływały długie wstęgi z koronki. W upięte wysoko włosy zostały wsunięte strusie pióra, 

które chwiały się przy każdym ruchu głowy. Rękaw długiej rękawiczce przytrzymywała tren.

Z dumnie uniesioną głową wyglądała jak królowa. Oczy jej lśniły buntowniczo.

Od strusich piór aż po czubki lekkich pantofelków była spowita w głęboką czerń.

- No i co? - spytała, widząc jego spojrzenie.

- Rubinowa czerwień? - Aidan ze zdziwieniem uniósł brwi. Tak powiedziała ciotka 

Rochester,   gdy   Bewcastle   spytał   ją   o   kolor   sukni   dworskiej   .   -   Czyżbym   nagle   przestał 

background image

rozróżniać kolory?

- Nie. - Przerzuciła tren przez rękę i weszła do salonu.

- Czy ciotka Rochester wie o tym?  - Właściwie nie musiał pytać.  Sama jej mina 

starczyła za odpowiedź. - Bewcastle?

- Nie potrzebuję ich zgody. - Oczy jej zalśniły, jakby szykowała się do batalii, która na 

pewno ją czeka, skoro tylko zejdą na dół. - Nie, nie wiedzą. Może twoja ciotka zmieni zdanie 

i nie zechce mnie wprowadzić do towarzystwa. W ten sposób spełni się twoje życzenie, by się 

mnie wreszcie pozbyć.

Aidan wydął wargi i przyglądał się, jak w świetle słońca wpadającym przez okno 

połyskuje jedwabny haft na jej gorsecie.

- I co o tym sądzisz? - spytała.

- A czy to ważne? - Obejrzał ją powoli od stóp do głów. - Przypuszczam, że moje 

zdanie ma jednak znaczenie. Zrobiłaś to, by nas wszystkich zirytować, prawda? By zagrać 

nam na nosie? By zemścić się za to, że tak arogancko cię potraktowaliśmy? A może, by 

przypomnieć nam, że twoja fortuna została zbudowana na węglu? Takie gesty nie robią na 

mnie wrażenia. Mogłaś po prostu pojechać do domu. Jeśli chcesz, zaraz cię tam zawiozę. Ale 

szkoda by było zmarnować taką okazję. Zechcesz podać mi ramię?

Pomyślał,   że   wygląda   wspaniale.   Po   raz   pierwszy   od   niepamiętnych   czasów   miał 

ochotę szczerze, z całego serca roześmiać się. Przyznał w duchu, że spłatała im wszystkim 

niezłego psikusa.

Oparła prawą rękę na jego ramieniu, nawet na niego nie spojrzawszy.

Oczywiście wszyscy czekali w holu na dole. Ciotka Rochester, wyglądająca groźnie w 

purpurowej sukni, Bewcastle, Freyja i Alleyne. Na widok Eve, prowadzonej przez Aidana po 

schodach, odebrało im mowę.

Ciotka odezwała się pierwsza. Zapomniała nawet użyć lorgnon, co świadczyło, jak 

głęboko była wstrząśnięta.

-   Co   to   ma   znaczyć?   -   zapytała,   a   jej   pierś   uniosła   się   oburzeniem   pod   okrytym 

purpurą gorsetem.

- Spóźniłam się? Bardzo przepraszam, jestem gotowa, madame.

- A gdzie jest suknia dworska, którą zamówiłyśmy u panny Benning?

- To właśnie ta suknia, madame - powiedziała Eve, szeroko otwierając oczy i robiąc 

niewinną minę. - Jeśli się pani dobrze przyjrzy, z pewnością zauważy pani, że to prawie 

dokładnie to samo, co zamówiłyśmy.

Prawie.   Aidan   ze   zdziwieniem   stwierdził,   że   świetnie   się   bawi.   Przechytrzyła   ich 

background image

wszystkich. Nie docenili tej prowincjonalnej myszki.

- Ta suknia jest czarna! - zagrzmiała ciotka, stwierdzając to, co i tak wszyscy widzieli.

- Tak, madame. Poleciłam pannie Benning zmienić jej kolor.

- Niewątpliwie lady Bedwyn zaraz nam wyjaśni, dlaczego tak zrobiła, ciociu - rzekł 

Bewcastle bardzo cichym, uprzejmym tonem, który nie wróżył nic dobrego.

Eve zdjęła rękę z ramienia Aidana. Zorientował się, że przygotowała się na tę chwilę. 

Nic dziwnego, że ostatniej nocy tak się rzucała na łóżku!

- Wasza miłość, kapitan Percival Morris, mój brat, był mi tak samo drogi, jak drodzy 

są panu pańscy bracia - powiedziała głosem równie cichym jak Wulfa, choć dało się w nim 

teraz słyszeć wyraźne drżenie. - A może nawet droższy, bo ja go kochałam. Nawet jeśli prosił 

mnie, bym nie nosiła po nim żałoby, nie mogę ubierać się w kolorowe stroje. Przy tej okazji 

chcę uczcić pamięć brata i dlatego wystąpię w czerni podczas najważniejszej, jak mi to pan 

wielokrotnie   powtarzał,   ceremonii   w   moim   życiu.   Dzisiaj   stanę   przed   królową,   a   moje 

małżeństwo   zyska   aprobatę   towarzystwa   i   rodziny   Bedwynów.   Dzisiaj   składam   też   hołd 

mojej rodzinie, Morrisom.

- Brawo! - szepnął Alleyne, z wesołym błyskiem w oku. Bewcastle uniósł monokl do 

oka i obejrzał Eve od stóp do głów.

- Należy mieć nadzieję, lady Bedwyn, że ta przemowa nie opóźni zbytnio pani odjazdu 

- stwierdził w końcu. - Jej Wysokość nie znosi, gdy każe się jej czekać. - Odwrócił się i 

odszedł w kierunku biblioteki.

Ciotka Rochester, kipiąc oburzeniem, skierowała się do drzwi, nie odezwawszy się 

nawet słowem. Aidan ponownie podał żonie ramię.

Sporo czasu zajęło im usadowienie Eve w powozie tak, by nie zgnieść jej krynoliny i 

strusich piór i nie podeptać trenu. Gdy powóz wreszcie odjechał, Aidan wszedł do domu. 

Zauważył, że drzwi do biblioteki pozostały uchylone. Zatem Wulf go oczekiwał. Świetnie! 

Przeszedł przez hol energicznym krokiem i wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi.

Bewcastle siedział za biurkiem. Nic nie pisał, tylko bawił się gęsim piórem.

- Słuchaj, Wulf, nie pozwolę byś beształ Eve - oświadczył Aidan. - Przyjechała tu 

wbrew sobie,  ponieważ przekonałeś  ją,  że jej  obecność  jest niezbędna,  by uratować mój 

honor. Została, ponieważ nie chciała uchodzić za tchórza. W milczeniu znosiła to, jak nasza 

rodzina   demonstruje   wyższość   nad   córkami   prostych   górników.   Ciężko   pracowała   nad 

uzupełnieniem   luk   w   swojej   edukacji,  by  móc   się   swobodnie   obracać   w   towarzystwie.   I 

zrobiła   to   wszystko   kosztem   samej   siebie,   rezygnując   z   opłakiwania   brata,   którego 

niewątpliwie kochała. Jej dzisiejsze zachowanie jest przejawem buntu. Ale też wyraża szczery 

background image

smutek.   Nie   będę   jej   tego   zabraniał.   Nie   potępiam   jej,   bez   względu   na   to,   jak   fatalnie 

wypadnie jej prezentacja na dworze. I nie pozwolę, żebyś ty ją potępił. Absolutnie nie po-

zwolę, Wulf. Bewcastle nie poruszył się, tylko dalej głaskał pióro.

- Czy ja rzeczywiście nikogo z was nie kocham? - spytał w końcu, wpatrując się w 

pióro, jakby nie usłyszał nawet jednego słowa z wygłoszonej przez brata tyrady.

- Co? - Aidan spojrzał na niego zdziwiony.

-   Powiedziała,   że   jej   brat   był   jej   równie   drogi,   jak   mnie   drodzy   są   moi   bracia   - 

powtórzył Bewcastle. - A może nawet droższy, bo go kochała. Aidanie, czy ja żadnego z was 

nie   kocham?   -   Podniósł   w   końcu   wzrok,   w   którym   widać   było   niezwykłą   u   niego 

konsternację. - Ani swoich sióstr?

Jeśli nawet Bewcastle  kiedykolwiek  wątpił  w siebie, to stanowczo nigdy tego nie 

okazywał. Od chwili, gdy skończył dwanaście lat.

- Czy nie kochałem cię, upierając się, by kupić ci patent oficerski, gdy skończyłeś 

osiemnaście lat, chociaż błagałeś mnie bym tego nie robił? - spytał Bewcastle. - Czy nie 

kochałem   Freyji,   zabraniając   jej   zaręczyć   się   z   Kitem   Butlerem,   gdyż   był   tylko   drugim 

synem, a nie dziedzicem? Czy nie kocham Morgan, upierając się, by pozostała w domu, 

dopóki nie skon czy osiemnastu lat i nalegając, by za rok przyjechała tu na cały sezon i za 

debiutowała w towarzystwie, mimo że ona tego nie chce? Czymże jest miłość? Nie pamiętam, 

czy kiedykolwiek ją czułem. Człowiek o mojej pozycji nie może sobie na nią pozwolić.

Aidana ogarnęło ogromne zakłopotanie. Jako chłopcy byli najbliższymi przyjaciółmi, 

ale potem to się zmieniło. Z tego, co Aidan wiedział, Bewcastle nie miał bliskich przyjaciół. 

A przecież byli braćmi.

- Sądzę, że robisz to, co twoim zdaniem jest dla nas najlepsze - powie dział Aidan.

Niestety im samym nie zawsze to odpowiadało. Miłość? Sam też niewiele wiedział o 

miłości. Znał tylko obowiązek.

- Miałem nadzieję, że twoje małżeństwo będzie udane - odezwał się Bewcastle. Jego 

głos brzmiał już tak jak zwykle.

- To nie jest złe małżeństwo - odparł Aidan.

- Nie? - Brat spojrzał na niego. - Sypiasz z nią? Aidan powstrzymał go gestem.

- Nie twoja sprawa, Wulf.

- Chyba jednak tak - zaoponował Bewcastle. - Aidanie, jesteś moim dziedzicem, a 

skoro ja nie planuję się ożenić, miałem nadzieję, że obowiązek spłodzenia potomka spadnie 

na ciebie.

- Nawet gdyby Eve urodziła dziecko, w dodatku chłopca, byłby to nie tylko mój syn, 

background image

ale   także   jej.   Dziedziczyłby   zatem  zarówno   Ringwood,   jak   i,   w   drugiej   kolejności,   tytuł 

księcia Bewcastle'a - odparł Aidan. - Jestem przekonany, że dla Eve to pierwsze dziedzictwo 

byłoby ważniejsze. Poza tym to ona wychowywałaby dziecko, a nie ty.

- Ani ty - dodał Wulf. Uciął gestem dalszą dyskusję, zanim Aidan zdążył zareagować. 

- Nie będę komentował czarnej sukni. Szczerze mówiąc, w czerni jest jej o wiele bardziej do 

twarzy  niż  w  szarym.  Dzisiaj  wieczorem  musi  jednak   zrezygnować   z  obu tych  kolorów, 

Aidanie. Ufam, że tego dopilnujesz. Ożeniłeś się z upartą kobietą.

Aidan powstrzymał się od odpowiedzi.

- Muszę zająć się pewnymi sprawami w sali balowej - rzekł Bewcastle, wstając. - 

Zbierzemy się w salonie na powrót lady Bedwyn.

I wszyscy posłusznie spełnią życzenia księcia. Aidan pomyślał, że właśnie Eve udało 

się zrobić szczelinę w pancerzu Bewcastle'a, sprawić, że na krótką chwilę stał się bezbronnym 

człowiekiem.   Więc  nawet  Wulf   czasami  wątpił  w   sens   swego  życia,  w   wybory,   których 

dokonał?

* * *

Gdy   Eve   wróciła   z   pałacu   St.   James,   czuła   się   tak   wyczerpana,   że   najchętniej 

natychmiast zamknęłaby się w swoim apartamencie, zwłaszcza że wieczorem czekał ją bal. 

Niestety, markiza Rochester wysiadła razem z nią z powozu i Eve musiała jej towarzyszyć do 

salonu, gdzie, jak poinformował je lokaj, czekano na nie z podwieczorkiem.

Z dala od nierealnej atmosfery pałacu, gdzie wszyscy byli ubrani podobnie do niej, 

Eve znów miała wrażenie, jakby brała udział w jakiejś maskaradzie. Przewiesiła długi tren 

przez lewą rękę i ruszyła w kierunku schodów. Aidan zszedł im na spotkanie.

- A więc jednak jakoś to przeżyłyście? - zapytał, podchodząc. Spoglądał to na ciotkę, 

to na Eve i trudno było stwierdzić, czy jest zły, czy nie. Gdyby Eve kilka razy nie przekonała 

się, że jest on wrażliwym człowiekiem, mogłaby uznać tę obojętną maskę za jego prawdziwą 

twarz.

- A dlaczego nie miałybyśmy przeżyć? - spytała ciotka, gdy podał im obu ramię.

Powoli weszli po schodach, a potem skierowali się do salonu. Eve bardzo się cieszyła, 

że moda na krynoliny dawno minęła.

-   No,   Bewcastle,   sprawa   załatwiona   -   oświadczyła   ciotka   Rochester,   energicznie 

wchodząc do salonu. - Nie ma nic bardziej męczącego niż oficjalna prezentacja na dworze. 

Ścisk   był   okropny,  czekałyśmy   w   nieskończoność.   Dziękuję   Bogu,   że   do   przedstawienia 

została   mi   jeszcze   tylko  Morgan.  Gdy   ona  i  Freyja  wyjdą za   mąż,   niech  ten  obowiązek 

background image

przypadnie ich teściowym.

- Możliwe, ciociu, że lady Bedwyn oszczędzi ci kłopotu i za rok sama zaprezentuje 

Morgan królowej - rzekł książę i spojrzał na Eve, podnosząc monokl do oka.

Ze względu na krynolinę i tren Eve trudno było usiąść. Aidan pochylił się więc nad 

nią, by jej pomóc. Spotkali się spojrzeniem.

- Wygląda na to, że królowa nie kazała zaciągnąć pani do Tower i ściąć za wystąpienie 

w czarnej sukni, lady Bedwyn - odezwała się lady Freyja.

- Eve, czy ktoś z tego powodu zrobił awanturę? - spytał Alleyne.

- Nie. - Eve zauważyła, że wszyscy patrzą na nią wyczekująco. - Nikt.

- No, możesz spokojnie opowiedzieć im całą historię - zaproponowała markiza.

-   Czekałyśmy   wraz   z   innymi   damami   w   długiej   galerii   przez   całą   wieczność   - 

powiedziała Eve. - W końcu zostałyśmy wezwane. Jeden z dworzan poprawił mi tren, drugi 

wziął ode mnie wizytówkę i oznajmił moje nazwisko Jej Wysokości, siedzącej z wielkim 

dostojeństwem na tronie. Podeszłam, dygnęłam, pocałowałam ją w rękę i wycofałam się bez 

żadne go potknięcia.

Teraz to wszystko wyglądało jak historyjka z książki dla grzecznych dziewczynek. 

Oto ona, Eve Morris, córka górnika, dygnęła przed królową siedzącą na tronie i pocałowała ją 

w rękę! Już sobie wyobrażała zachwyt cioci Mari i jej prośby, by wciąż na nowo o tym 

opowiadać. Na pewno przejdzie to do rodzinnej legendy. Będzie miała jutro o czym pisać w 

liście do domu.

Książę   Bewcastle   patrzył   na   nią   wyniośle.   Aidan   stał   przy   jej   krześle   z   rękami 

założonymi za plecy. Twarz miał jak zwykle bez wyrazu. Alleyne wydawał się rozbawiony, a 

lady Freyja nieco zawiedziona.

Markiza Rochester cmoknęła zniecierpliwiona.

- Gdyby to było wszystko, nie namawiałabym cię, byś o tym opowiadała - stwierdziła. 

-   Tyle   to   i   Freyja   zrobiła.   I   każda   inna   młoda   dama   z   wyższych   sfer   po   skończeniu 

siedemnastu   czy  osiemnastu  lat.  Jak  wiadomo,   królowa  prawie  nigdy  nie  odzywa  się   do 

damy, która jest jej przedstawiana.

- Odezwała się ? - Freyja uniosła brwi.

Eve nie wiedziała, że jest to tak niespotykane.

- Jej Wysokość pochyliła się do mnie i spytała, po kim noszę żałobę - wyjaśniła. - 

Odpowiedziałam, że po bracie, który zginął w bitwie pod Tuluzą. Uśmiechnęła się do mnie 

bardzo życzliwie i pochwaliła, że miłość do brata była dla mnie ważniejsza niż pokusa, by 

wystąpić w pięknym stroju w obecności królowej.

background image

-  I  wspomniała,  że   cały  kraj  okrył się   żałobą  po  śmierci   jej   brata   zaledwie  kilka 

miesięcy wcześniej - dodała lady Rochester.

Alleyne zaśmiał się.

- Na Jowisza, mistrzowskie posunięcie - oświadczył. - Eve, będziesz podziwiana w 

całym towarzystwie.

- Wygląda na to, że dobrze się pani spisała, lady Bedwyn - przemówił książę. - I 

jednocześnie uczciła pani pamięć kapitana Morrisa. A teraz, Freyjo, czy w końcu nalejesz 

nam herbaty? Czy też pozwolisz, by ostygła w imbryku?

Eve popatrzyła na Aidana, który odwzajemnił spojrzenie. Nie odezwał się ani słowem, 

tylko odwrócił się i odszedł, by przynieść jej herbaty. Zastanawiała się, czy zgadza się on z 

chłodną i z pewnością skąpą pochwałą, wygłoszoną przez jego brata. Czy go rozgniewała? 

Upokorzyła? Zraniła? I czy miało to dla niej jakiekolwiek znaczenie?

Tak. Chyba jednak miało.

Piła herbatę, podczas gdy wszyscy wokół niej rozmawiali. Potem za sugestią księcia 

wstała, by udać się do swoich pokoi i odpocząć przed wieczornymi obowiązkami. Miał ją 

odprowadzić Aidan, ale lady Freyja odezwała się pierwsza:

- Pójdę z panią na górę, lady Bedwyn.

Eve spojrzała na nią zaskoczona. Przez ostatni tydzień szwagierka nie uczyniła nic, by 

się do niej zbliżyć. Zanim Eve opuściła salon, dygnęła przed lady Rochester. Oczywiście nie 

tak głęboko jak przed królową, ale stosownie do jej wieku i wysokiej pozycji w towarzystwie.

- Dziękuję pani, madame, za to, co pani dziś dla mnie zrobiła - powie działa.

Markiza spojrzała na nią przez lorgnon.

- Lady Bedwyn, myślę, że już czas, by zwracała się pani do mnie „ciociu” - odparła.

-   Dziękuję,   ciociu   Rochester.   -   Eve   uśmiechnęła   się   do   niej.   Gdy   wchodziły   po 

schodach, Freyja niosła tren Eve.

- To wszystko jest wstrętne - stwierdziła. - Cały ten idiotyczny rytuał kłaniania się 

królewskiej mumii, z upodobaniem ubierającej się w stylu, który wyszedł z mody w ubiegłym 

stuleciu.

Wstrętne? Idiotyczny rytuał? Mumia? No, no.

- Ale za to będę miała tyle ciekawych rzeczy do opowiadania, gdy wrócę do domu - 

odparła Eve.

- To był wspaniały żart - dodała lady Freyja. - Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy 

ujrzeliśmy panią dziś rano. Widziała pani ciotkę Rochester? A Wulfa? Nawet mnie opadła 

szczęka. A Aidan miał jeszcze bardziej niż zwykle kamienną twarz. Przyznaję, to był strzał w 

background image

dziesiątkę. Gratuluje.

- Zrobiłam to dla mojego brata - powiedziała Eve, gdy Freyja puściła jej tren i obie 

ruszyły szerokim korytarzem w stronę złotego apartamentu.

- Naprawdę? - spytała lady Freyja. - Ale to chyba nie jedyny powód. Myślę, że równie 

istotna   była   chęć   utarcia   nam   nosa.   Zrobiła   to   pani   w   szczególnie   efektowny   sposób   i 

szczęśliwym   zrządzeniem   losu   wyszła   pani   z   tego   zwycięsko.   Wykazała   się   pani   wielką 

odwagą. Gdyby kilka miesięcy temu królowej nie zmarł brat, pewnie nie spojrzałaby na panią 

tak łaskawym okiem.

Eve zatrzymała się przed drzwiami apartamentu z ręką na klamce.

- Szanuję każdego, kto potrafi stawić nam czoło - wyznała Freyja. - Nie jest to chyba 

łatwe. Nie wejdę z panią. Wulf nakazał, by pani odpoczywała. I faktycznie potrzebuje pani 

odpoczynku. Zobaczymy się później . Czy mogę do pani mówić po imieniu?

- Tak, proszę - odparła Eve.

-   Mów   do   mnie   Freyja.   Wyciągnęła   rękę   i   mocno   uścisnęła   dłoń   Eve,   po   czym 

odwróciła się na pięcie i pomaszerowała z powrotem. Była niewysoką, zgrabną kobietą, ale 

chodziła jak mężczyzna.

Wchodząc do okazałego, złoto - kremowego salonu, który dzieliła z Aidanem, Eve 

uświadomiła sobie, że pierwsze lody zostały przełamane. Książę powiedział, że dobrze się 

spisała. Markiza pozwoliła zwracać się do niej „ciociu”.

Poczyniła wyraźny postęp. Wszystko dlatego, że się im sprzeciwiła. Czy w tym tkwił 

sekret przetrwania wśród Bedwynów?

Ale co z Aidanem? Czy przyniosła mu wstyd? Czy oni wszyscy pomyślą, że Aidan nie 

potrafi zapanować nad swoją żoną i będą z niego szydzić?

Chciała czym prędzej uwolnić się z tej ciasnej, okropnej sukni i położyć na wznak na 

łóżku. Skąd weźmie siły, by wystąpić dziś wieczorem na balu? Balu z okazji jej własnego 

debiutu w towarzystwie? Na samą myśl o tym ściskało ją w dołku.

Och, jak bardzo tęskniła za Ringwood!

background image

15

Całą historię, a raczej ciotka Rochester dopowiedziała najważniejszą jej część, Aidan 

uświadomił sobie, jak bardzo przez cały czas obawiał się, że coś pójdzie źle i Eve zostanie 

okropnie upokorzona. Trzymał się od niej z dala przez cały tydzień, przynajmniej w ciągu 

dnia. Wiedział, jak wiele rzeczy musiała się nauczyć, nie chciał jej rozpraszać.

Cieszył   się,   że   nie   przestraszyła   się   jego   wyniosłej   rodziny.   Chyba   właśnie   tego 

najbardziej  się obawiał, gdy wtedy Pod Żółtodziobem i Kotłem uparła się, by wrócić do 

Bedwyn House, zamiast następnego dnia pojechać dyliżansem do domu. Już w Ringwood 

zaczął ją podziwiać, mimo jej osobliwej skłonności do sierot, włóczęgów i innych wyrzutków 

społeczeństwa.

Dzisiaj czekała ją jeszcze jedna próba, być może trudniejsza niż prezentacja przed 

królową.   Tego   wieczoru   miała   stawić   czoło   wyższym   sferom,   konwersować   i   tańczyć   z 

wybranymi osobami. Przez cały czas będzie poddana obserwacji i ocenie. Aidan nie wątpił, 

że wieści o jej niskim pochodzeniu zdążyły się już rozejść w towarzystwie.

Aidan ubrany był w galowy mundur i buty do tańca, tak jak kilka tygodni temu na 

zabawie w gospodzie Pod Trzema Piórami. Jak odległy wydawał mu się tamten czas! Czekał, 

by sprowadzić Eve na dół do sali balowej. Nie kazała na siebie długo czekać. W chwili gdy 

spojrzał na zegar nad kominkiem i zauważył, że zostało im jeszcze piętnaście minut, zanim 

zgodnie z oczekiwaniami Bewcastle'a będą musieli stanąć w holu i zacząć witać gości, drzwi 

jej gotowalni otworzyły się.

Wyglądała  zupełnie inaczej niż zwykle. Była  tak olśniewająco piękna, że aż dech 

zapierało w  piersiach.  Codzienna  skromna  szarość  i surowa  wspaniałość  głębokiej czerni 

znikły. Miała na sobie wąską jasnożółtą suknię z wysokim stanem, wykwintną i powabną w 

swej prostocie. Haftowane pierwiosnki ozdabiały wycięty w muszelki rąbek sukni i krótkie 

bufiaste rękawki. Pantofelki były w kolorze sukni, a wachlarz i rękawiczki kremowe. We 

włosy miała wsunięte jasnożółte i kremowe strusie pióra. Upięta w kok fryzura wyglądała 

ładniej niż zwykle dzięki luźnym loczkom na skroniach i karku. Z przyjemnością popatrzył na 

jej piersi w głębokim dekolcie sukni.

-   Domyślam   się,   że   przyglądasz   mi   się   z   większą   aprobatą   niż   dzisiaj   rano   - 

powiedziała. - Z tobą jednak nigdy do końca nie wiadomo. Zawsze masz taką ponurą minę.

Takie uwagi zaczynały go już irytować. Uświadomił sobie jednak, że ona zapewne 

dlatego tak mówi, bo jest zdenerwowana. Podszedł bez słowa i podał jej podłużne etui, które 

przyniósł ze swojej gotowalni.

background image

- Co to takiego? - spytała, zerkając na nie.

- Prezent ślubny - odparł. - Nie dałem ci nic w dniu ślubu. Zmarszczyła brwi.

- Ale przecież my nie jesteśmy...

- Daj już temu pokój. Jesteśmy małżeństwem, Eve. W całym tego słowa znaczeniu. To 

dla ciebie.

Nadal się wahała. Patrzyła mu w oczy, marszcząc brwi. Westchnął i sam otworzył 

pudełko.   Wyjął   złoty   łańcuszek   i   odłożył   etui   na   bok.   Podszedł   do   Eve   od   tyłu,   a   ona 

pochyliła głowę, by mógł zapiąć zameczek. Dotknęła palcami klejnotu na łańcuszku. Był to 

piękny, czysty brylant. Aidan zdecydował, że należy mu dać jak najbardziej prostą oprawę. 

Gdy   Eve   puści   trzymany   teraz   w   dłoni   klejnot,   ułoży   się   on   tuż   nad   rowkiem   między 

piersiami.

Nie odezwała się ani słowem, tylko stała z pochyloną głową. Aidan usłyszał, jak Eve 

przełyka spazmatycznie ślinę. Zrozumiał, że próbowała opanować łzy. Co do diabła? Założył 

ręce do tyłu, czując się niezręcznie.

- Dziękuję - powiedziała w końcu. - Jest przepiękny. Ale ja nie mam nic dla ciebie.

Zbył ją mruknięciem.

- Aidanie - zaczęła, podnosząc na niego wzrok - wszystkie moje nowe stroje zostały 

już dostarczone od panny Benning, ale dotąd nie otrzyma łam rachunku.

Aidan milczał.

- Czy to ty za nie zapłaciłeś?

- Oczywiście - odparł szorstko.

Zacisnęła mocno usta i przez chwilę myślał, że znów czeka go trudna przeprawa.

-   Nie   przypuszczałam,   że   to   się   tak   ułoży   -   powiedziała.   -   Nic   nie   jest   tak,   jak 

przewidywałam. Nie... Miało nas nic nie łączyć. Tak mi przykro.

-   Lepiej   zejdźmy   na   dół   -   odezwał   się,   podając   jej   ramię.   -   Wulf   nie   będzie 

zadowolony, jeśli się spóźnimy.

- A czy on w ogóle bywa zadowolony? - spytała, opierając dłoń w rękawiczce na jego 

ramieniu. - Aidanie, czy on jest nieszczęśliwy? Czy po prostu zimny z natury?

- Nikt tego nie wie na pewno. Nikogo nie dopuszcza do siebie na tyle blisko, by mu 

się zwierzać.

A jednak dzisiejszego ranka Eve udało się przebić jego pancerz. Może tam w środku 

był jeszcze człowiek.

Eve denerwowała się przez cały ranek. Jednak wyzwanie rzucone Aidanowi, księciu 

Bewcastle'owi, markizie Rochester, a nawet królowej, pomagało jej ukryć wszelkie obawy. 

background image

Wieczorem już nic nie broniło jej przed lękiem. Dziwiła się, że jeszcze trzyma się na nogach, 

idzie korytarzem, schodzi po schodach. Ze wszystkich sił starała się nie opierać zbyt mocno 

na ramieniu Aidana.

Jak to się stało, że w ogóle znalazła się w tej sytuacji? Zdawało jej się, że zaledwie 

wczoraj siedziała w Ringwood, otoczona najbliższymi jej osobami, i zbierała dzwonki. A oto 

teraz miała wystąpić na balu w Bedwyn House w Londynie z udziałem najświetniejszego 

towarzystwa. Na balu wyprawionym na jej cześć.

W końcu znaleźli się na dole i skierowali do sali balowej. Eve zobaczyła księcia i 

Alleyne'a, ubranych w eleganckie, czarne fraki. Książę był w szarych spodniach zapiętych 

pod kolanami i srebrnej kamizelce, Alleyne w płowych spodniach i złotej kamizelce, obaj w 

śnieżnobiałych koszulach, z koronkami przy mankietach i szyi. Nieco z tyłu za nimi stała 

Freyja,   zaskakująco   piękna   w   sukni   i   piórach   w   różnych   odcieniach   turkusu,   ciemnej   i 

morskiej zieleni. Od razu widać było, że są najprawdziwszymi arystokratami. I do tego był tu 

jeszcze Aidan w galowym mundurze.

A ona jest jak Kopciuszek, który zjawia się na balu. Eve ze smutkiem uśmiechnęła się 

w duchu.

-   Czarująca   -   oświadczył   Alleyne,   wykonując   przed   nią   dworski   ukłon.   - 

Przypuszczam, że Aidan zarezerwował już u ciebie pierwszą turę tańców i pierwszego walca. 

Czy możesz mi przyrzec drugiego walca?

- Walca? - Eve zerknęła na Aidana i zobaczyła, że się nachmurzył. - Czy dzisiejszego 

wieczoru będziemy tańczyć walca?

-   Ciotka   Rochester   zapewniła   mnie,   że   jest   on   absolutnie  de   rigeur  na   każdym 

eleganckim balu - rzekł książę, unosząc monokl wysadzany drogimi kamieniami i mierząc 

Eve wzrokiem od stóp do głów. - Lady Bedwyn jest mężatką, może więc tańczyć walca nawet 

bez przyzwalającego kiwnięcia głową matron z salonu Almack.

-   Phi   -   prychnęła   Freyja.   -   A   kto   by   się   przejmował   tymi   starymi   plotkarkami? 

Aidanie, umiesz tańczyć walca?

- Tańczyłem walca w Hiszpanii - odparł. - Ale czy Eve umie go tańczyć? Umiesz? - 

Spojrzał na żonę.

- Nauczyłam się tańczyć walca w tym tygodniu i ćwiczyłam z Alleyne'em.

- O, doprawdy? - Chmurna mina Aidana stała się prawie gniewna. - To miło z jego 

strony.

-   Tak.   -   Eve   uśmiechnęła   się   promiennie.   Czy   to   możliwe,   że   był   zazdrosny?   O 

własnego brata? Wspaniale!

background image

- Chodź i zobacz - rzekła Freyja, biorąc Eve pod rękę i ciągnąc w stronę drzwi sali 

balowej.

Eve spojrzała na salę i aż jej dech zaparło. W trzech kryształowych żyrandolach i 

ściennych kinkietach płonęły setki świec, a ich płomyki odbijały się w złoceniach na suficie i 

ścianach. W pozłacanych wazach i flakonach stało mnóstwo białych i żółtych kwiatów. W 

powietrzu   unosił   się   ich   zapach.   Wszystkie   okna   wychodzące   na   taras   stały   otworem, 

ukazując rzędy kolorowych latarni, przywieszonych do balustrady. Na podwyższeniu, ukryta 

za kwiatami, elegancko ubrana orkiestra stroiła instrumenty.

- Ciotka Rochester zdradziła Wulfowi kolor twojej sukni balowej - powiedziała Freyja 

i roześmiała się. - Dobrze, że nie wpadłaś na pomysł, by i tym razem inaczej się ubrać.

- To wszystko mnie onieśmiela - przyznała Eve.

- Nie powinno - odparła Freyja. - Wieść o tym, co wydarzyło się dziś rano, szeroko się 

rozniesie. Nie ma co do tego wątpliwości. Wszyscy będą wiedzieć, że pojawiłaś się przed 

królową   w   czarnej   sukni,   a   ona   cię   za   to   pochwaliła.   Trudno   o   lepszą   rekomendację. 

Towarzystwo   zwróciło   na   ciebie   uwagę,   zanim   jeszcze   zostałaś   oficjalnie   przedstawiona. 

Oho, Wulf uniósł brwi. Oczekuje, że natychmiast do niego podbiegniesz.

Eve stanęła w szeregu osób witających gości. Serce ciągle tłukło się jej w piersi, teraz 

już nie tylko z obawy, ale i z podniecenia. Próbowała się uspokoić, myśląc o liście, który jutro 

napisze do domu.

Mimo że zaproszenia zostały rozesłane w ostatniej chwili, a sezon towarzyski był w 

pełni i z każdą pocztą do każdego szanującego się domu przychodziły dziesiątki zaproszeń, 

do Bedwyn House przybyło tyle gości, że Eve zastanawiała się nawet, czy starczy dla nich 

miejsca w sali balowej. Stała pomiędzy Aidanem i księciem Bewcastle'em i dygnęła chyba 

setki razy, zanim wszystkich  przywitała.  Nigdy tak długo nie musiała  się uśmiechać.  Aż 

rozbolały ją mięśnie twarzy. Księciu i Aidanowi było o wiele łatwiej, bo wystarczyło, że stali 

z wyniosłą, arystokratyczną miną.

- Przejdziemy teraz do sali balowej i zaczniemy tańce - oznajmił książę, gdy goście nie 

pojawiali się przez dłuższy czas.

Wejście do sali balowej było dla Eve straszne, a równocześnie ekscytujące. Eve była 

Aidanowi wdzięczna za to, że dodawał jej otuchy, trzymając ją pod rękę. Uśmiechnęła się do 

niego.

Pierwszą turę zaczęto wiązanką tańców ludowych, które Eve dobrze znała. Tańczyli je 

z Aidanem na wieczorku weselnym w Heybridge. Jednak podrygiwanie na wiejskiej zabawie 

było   czymś   zupełnie   innym   niż   tańce   na   balu   w   Londynie,   w   samym   środku   sezonu 

background image

towarzyskiego.

-   O   Boże!   -   zawołała,   gdy   stawali   u   szczytu   dwóch   długich   szeregów   dam   i 

dżentelmenów. - Czy po pierwszych figurach będziemy musieli, wirując, przeciskać się aż na 

sam koniec?

- Tak - odparł. - Mam nadzieję, że nie zakręci mi się w głowie i nie wpadniemy na 

innych tancerzy.

Uśmiechnęła się do niego. Znów ten przebłysk humoru zza kamiennej maski.

- Oczywiście, że do tego nie dojdzie - powiedziała. - Jesteś doskonałym tancerzem. 

Dziś wolno nam ze sobą zatańczyć  zaledwie dwa razy.  To jedna z podstawowych  zasad 

etykiety, do której towarzystwo przywiązuje tyle wagi. Twoja ciotka włożyła wiele wysiłku, 

by mi to uświadomić. Zatańczysz ze mną walca?

- Muszę - odparł. - Choćby po to, by przekonać się, jak dobrym nauczycielem jest 

Alleyne.

-   Uczył   mnie   nauczyciel   tańca   -   zaprotestowała.   -   Alleyne   wykazał   się   tylko 

nieskończoną cierpliwością, gdy ze mną ćwiczył.

- Hmm - mruknął Aidan.

Eve   pomyślała   niespodziewanie,   że   chyba   zaczyna   się   troszeczkę   zakochiwać   w 

swoim mężu. Na szczęście nie było już czasu roztrząsać tej sprawy. Orkiestra zagrała skoczną 

melodię   i   Eve   z   biciem   serca   ruszyła   do   tańca   na   swym   pierwszym   wielkim   balu. 

Wspaniałość tego wszystkiego niemal ją przytłaczała. Znów miała wrażenie, jakby znalazła 

się w świecie bajek dla dzieci. Ale widoki, dźwięki i zapachy wokół niej były rzeczywiste, 

podobnie   jak   uczucie   najwyższego   uniesienia.   Gdy   nadeszła   ich   kolej,   by   zawirować 

środkiem   długiego   szpaleru   tancerzy,   aż   do   samego   jego   końca,   roześmiała   się   głośno. 

Oczywiście było to surowo zabronione. Lady Rochester wyjaśniła jej, że dobrze urodzone 

damy   nigdy   otwarcie   nie   okazują   entuzjazmu,   starając   się   sprawiać   wrażenie   lekko 

znudzonych. Eve nie dbała o to, chociaż wiedziała, że oczy większości obecnych na sali są 

skierowane na nią.

I wtedy zdarzyła  się naprawdę przedziwna rzecz. Twarz jej męża,  z początku jak 

zwykle posępna i surowa, stopniowo rozjaśniła się. Twarz i usta pozostały nieruchome, ale 

oczy się uśmiechały.

Eve poczuła się tak, jakby uśmiechnął się do niej cały świat.

Patrzyła tylko na Aidana, choć jednocześnie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, 

gdzie się znajduje. Jednakże to miejsce już jej nie onieśmielało. Niech ludzie patrzą na nią. 

Niech ją krytykują. Nie miało to dla niej znaczenia. Aidan uśmiechał się do niej.

background image

Tańczyła, śmiejąc się, rozmawiając z Aidanem i czasami z najbliższymi tancerzami. 

Bawiła   się   tak   wspaniale,   jak   nigdy   dotąd.   Chciała   zapomnieć   o   rzeczywistości.   Dzisiaj 

pragnęła bawić się jak Kopciuszek na swoim pierwszym balu.

* * *

Eve przetańczyła  kolejne dwie tury, najpierw  z Alleyne'em, a potem z wicehrabią 

Kimble 'em. Aidan w tym czasie prawił komplementy przyzwoitkom. Matki i babki spełniały 

swój obowiązek, pilnując młodych panien oddanych im pod opiekę, mimo że wiele z nich, 

czego Aidan był pewien, najchętniej zasiadłoby przy stolikach do gry w karty. Przechodził od 

grupy do grupy, zawsze jednak ustawiał się tak, by móc obserwować żonę.

Było   wielce   prawdopodobne,  że   ciotka   Rochester   uzna,   iż   jej   wysiłek   poszedł   na 

marne. Wulf zapewne też tak pomyśli. Eve z pewnością bardzo się różniła od wszystkich 

obecnych na balu dam. Nie ukrywała, że dobrze się bawi, uśmiechała się i śmiała, tańczyła 

nie tylko z wdziękiem, ale i z entuzjazmem. Cała promieniała. Najwyraźniej jednak nikt nie 

patrzył na nią z dezaprobatą. Wręcz przeciwnie.

-   Ładne   dziewczę   -  powiedziała   do  niego   owdowiała   lady  Harvingdean.   -   Tryska 

radością jak każda szczęśliwa młoda małżonka. Z pewnością jest pan dla niej bardzo dobry, 

pułkowniku.

Aidan był zauroczony swoją żoną. Wydawała się obietnicą wiosny w niekończącej się 

zimie jego życia. No, może jednak nie obietnicą. Nie mieli przed sobą wspólnej przyszłości. 

Ale   nie   chciał   dzisiaj   roztrząsać   tej   kwestii.   Dzisiejszego   wieczoru   będzie   się   po   prostu 

cieszył   jej   widokiem   i   czekał   niecierpliwie   na   walca,   którego   jeszcze   mają   przed   sobą. 

Odsunął od siebie myśl, że będzie okropnie tęsknił za Eve, gdy wróci ona do Ringwood.

Orkiestra zagrała walca i wreszcie mógł znów poprowadzić Eve na parkiet.

- Aidanie, czy znasz inny równie boski taniec? - spytała.

- Nie - odparł stanowczo. - Jestem przekonany, że tańczą go aniołowie w niebie.

Roześmiała się.

- Podoba mi się, gdy mówisz w ten sposób - oświadczyła. - Z całkowicie poważną 

miną wygłaszasz coś zupełnie absurdalnego. Jesteś szczęśliwy?

- A czego mi brak do szczęścia? - odpowiedział pytaniem. - Jestem na wspaniałym, 

eleganckim   balu,   wydanym   z   powodu   kaprysu   Bewcastle'a,   który   niewątpliwie   zostanie 

uznany za największe wydarzenie sezonu. Wpatrują się we mnie wszystkie oczy. Oczywiście 

oprócz tych, które kierowane są na ciebie. Jestem tu z żoną która uparcie twierdzi, że nie jest 

moją żoną. Kto w mojej sytuacji nie kręciłby z radości piruetów?

background image

Roześmiała się jeszcze raz, a potem oboje zamilkli. Walc zawsze wydawał mu się 

dosyć męczący, a nawet krępujący. Zazwyczaj tańczył go z obowiązku, z damami, z którymi 

wypadało   zatańczyć.   Nie   uważał   za   najlepszą   rozrywkę   przebywanie   przez   pół   godziny 

twarzą w twarz z kobietą, która mu się nie podobała, albo, co gorsza, była czyjąś żoną.

Ten walc go oczarował. Eve była smukła i wysoka, sięgała mu do ramienia. Poruszała 

się lekko i z gracją. Odchylona wdzięcznie do tyłu uprzedzała każdy jego ruch. Wirowali po 

sali, a wokół nich, jak w cudownym kalejdoskopie, migały różnokolorowe suknie, pióra i 

fraki. Klejnoty połyskiwały w świetle świec. Aidan uświadomił sobie, że pragnie, by ten ta-

niec trwał bez końca. Ale oczywiście musiał się niestety skończyć.

- Ach, to było cudowne! - powiedziała Eve, zdyszana, zarumieniona, z roziskrzonymi 

oczami. - Aidanie, jesteś doskonałym tancerzem. Żałuję, że nie możemy zatańczyć jeszcze 

raz.

Aidan   zauważył   Bewcastle'a,   stojącego   przy   drzwiach,   który   patrzył   na   niego 

wyczekująco. Zorientował się, że wzywają ich obowiązki.

- Przybyli następni goście - odezwał się, podając ramię Eve. - Są bardzo spóźnieni, ale 

powinniśmy pójść, by ich przywitać.

- Jeśli zjawią się kolejni goście, będą chyba musieli tańczyć na tarasie - stwierdziła. - 

Czy kiedykolwiek widziałeś taką masę ludzi zgromadzonych w jednym miejscu? Bo ja nie...

Urwała w pół zdania. Uśmiech zastygł jej na twarzy. Wpatrywała się w grupę osób 

zbliżających się od wejścia.

- Madame - zwrócił się do niej Bewcastle. - Pozwoli pani, że jej przed stawię sir 

Charlesa   Overly'ego,   brytyjskiego   ambasadora   w   Rosji,   oraz   lady   Overly.   A   także 

wicehrabiego Densona, pracownika ambasady. Lady Bedwyn i pułkownik Bedwyn, mój brat.

Eve dygnęła, lady Overly również. Panowie wymienili ukłony i przywitali się.

- Przyjechali państwo do Anglii na uroczystości z okazji zwycięstwa? - zapytał Aidan 

sir Charlesa.

- Wróciliśmy dwa miesiące temu, gdy zwycięstwo armii sprzymierzonych było już 

przesądzone. Teraz z niecierpliwością czekamy na przyjazd cara.

-   Pozwoli   pani,   że   pogratuluję   jej   małżeństwa,   lady   Bedwyn.   -   Lady   Overly 

zachichotała. - Dokonała pani wielkiej rzeczy.  Bedwynowie jak dotąd nie kwapili  się do 

ożenku.

Eve   uśmiechnęła   się.   Gdy   jednak   Aidan   dobrze   się   jej   przyjrzał,   zauważył,   że 

pobladła, jakby cała krew odpłynęła jej z twarzy. Było dla niego całkiem jasne, że znała 

któregoś z nowo przybyłych, zapewne jasnowłosego, uśmiechniętego, bardzo przystojnego 

background image

Densona, który właśnie jej się kłaniał.

- Widzę, że ustawiają się pary do następnego tańca - powiedział. - Lady Bedwyn, 

uczyni mi pani ten zaszczyt? Oczywiście za pańskim pozwoleniem, pułkowniku.

Aidan skinął głową i Eve bez słowa skierowała się z powrotem do sali balowej.

Tańczyli  przez jakiś czas. Denson uśmiechał się czarująco do wszystkich naokoło, 

Eve, ze spuszczonym wzrokiem, poruszała się sztywno jak automat. Cały jej urok znikł. Gdy 

orkiestra na chwilę zamilkła, Denson pochylił głowę i coś jej szepnął. Ujął ją pod rękę i 

wyprowadził na taras.

Aidan przyglądał się temu, zaciskając pięści.

* * *

- Czy jest tu jakieś ustronne miejsce, gdzie moglibyśmy pójść? - spytał. Na tarasie 

były jeszcze dwie inne pary. Nieco dalej stała spora hałaśliwa grupa.

- Nie - odparła.

On jednak zauważył schodki wiodące do ogrodu, więc ponownie ujął ją pod rękę, by 

pomóc jej zejść. Żwirowe ścieżki rozchodziły się w różne strony. Stały przy nich ławeczki. W 

samym   środku   ogrodu   znajdowała   się   ozdobna   sadzawka   z   fontanną.   Na   drzewach 

porozwieszano lampiony. Przechadzało się tutaj kilkoro gości. Wieczór był ciepły.

Wrócił do Anglii dwa miesiące temu. Miesiąc przed jej ślubem. Może nawet zanim 

jeszcze zginął Percy. Przez cały ten czas był w Anglii.

- Eve - odezwał się, gdy zeszli na dół. - Nie miałem pojęcia, że to właśnie z tobą 

ożenił się brat Bewcastle'a. Nieomal do chwili, gdy was zobaczyłem, nie wiedziałem o tym.

- Jesteś w Anglii od dwóch miesięcy - powiedziała.

- Byłem bardzo zajęty - odparł. - Nie miałem ani jednej wolnej chwili. Codziennie 

myślałem o tym, żeby pojechać do Oxfordshire, spotkać się z tobą. Nie potrafię wyrazić, jak 

bardzo za tobą tęskniłem.

- Dwa miesiące - powtórzyła.

Czekał dwa miesiące. A przecież przysiągł, że pospieszy do niej, jak tylko jego stopa 

znów dotknie ojczystej ziemi.

- Jak mogłaś to zrobić, Eve? - spytał. - Byliśmy po słowie. My...

- Percy zginął - poinformowała go. - Poległ w bitwie pod Tuluzą. Poprowadził ją do 

ławeczki stojącej w cieniu wierzby płaczącej, nieco oddalonej od ścieżki. Opadła na nią i 

spojrzała na niego. Światło lampionu, wiszącego na pobliskim drzewie, oświetliło jego twarz. 

Wydawał się jeszcze bardziej przystojny niż przedtem.

background image

-   Bardzo   ci   współczuję   -   powiedział.   -   Ale   dlaczego   to   zrobiłaś,   Eve?   Dlaczego 

wyszłaś za Bedwyna?

- Papa zmarł po twoim wyjeździe - odparła. - Pewnie nie słyszałeś, jaka była jego 

ostatnia wola. Mogłam zatrzymać majątek tylko pod warunkiem, że wyjdę za mąż w ciągu 

roku od jego śmierci.

- Powinnaś więc była o tym do mnie napisać. Ja bym...

- Co? - spytała. - Wróciłbyś natychmiast do mnie? Jak miałabym  napisać? Dokąd 

miałabym wysłać ten list? Przecież nie znałam twojego londyńskiego adresu.

-   Eve,   musisz   zrozumieć.   Dla   człowieka   o   mojej   pozycji   jest   bardzo   ważne,   by 

pokazywać się w trakcie sezonu towarzyskiego. By zapraszać i być zapraszanym. Miałem 

wrócić do domu w lecie. Wtedy moglibyśmy się pobrać.

-   Naprawdę?   -  Łuski   spadły   jej   z   oczu.   Piętnaście   miesięcy   temu   od   ślubu  z   nią 

ważniejszy był wyjazd do Rosji. W tym roku ważniejsze były wizyty i rewizyty. - Po upływie 

tego   roku   Percy   przepisałby   cały   majątek   na   mnie.   Ale   zginął   za   wcześnie.   Wszystko 

odziedziczyłby Cecil.

- Powinnaś była dać mi znać. - Pochylił się nad nią. - Do diabła, Eve, powinnaś była 

mnie zawiadomić.

- Miałam tydzień  na to, by spełnić warunki testamentu papy - powiedziała. - Nie 

miałam   pojęcia,   że   jesteś   w   Anglii.   To   ty   powinieneś   był   znaleźć   sposób,   by   mnie 

zawiadomić.

Teraz już wiedziała bez cienia wątpliwości, że on nie zamierzał się z nią ożenić. Może 

nawet był w niej zakochany, ale nigdy by się z nią nie ożenił. Gdyby nie była tak naiwna, 

zrozumiałaby to już dawno temu. Gdyby okoliczności się nie zmieniły, tego lata znalazłby 

inną wymówkę, by odłożyć rozmowę z ojcem na później.

- Dlaczego akurat Bedwyn? - spytał. - Zdaje się, że ma dość pieniędzy i nie musiał się 

tak nagle żenić z zamożną dziedziczką. . - To on przyniósł mi wiadomość o śmierci Percy'ego 

-   wyjaśniła.   -   Gdy   zorientował   się,   w   jak   trudnym   jestem   położeniu,   zaproponował   mi 

małżeństwo. - I tak łatwo o mnie zapomniałaś? - zapytał, siadając obok niej.

- Jak mogłabym o tobie zapomnieć? Po wszystkim, co było między nami?

Poznali się, gdy miała zaledwie dwadzieścia lat. Jej ojciec od pewnego czasu zabiegał 

o przychylność hrabiego Luffa w nadziei, że uda mu się doprowadzić do małżeństwa ich 

dzieci. Spotkali się na wiejskiej drodze, w trakcie konnej przejażdżki. Przywitali się i chwilę 

rozmawiali, a potem on zawrócił konia i pojechał za nią. Potem już spotykali się często, 

zawsze w umówionym miejscu i w wielkiej tajemnicy, ponieważ hrabia stanowczo odrzucił 

background image

propozycję ojca Eve. John najpierw studiował na uniwersytecie, a potem w Londynie stawiał 

pierwsze kroki w karierze dyplomatycznej . Ilekroć jednak był w domu, zawsze się spotykali. 

Ich przyjaźń z czasem przerodziła się w miłość. John obiecywał, że pobiorą się, jak tylko 

skończy uniwersytet i osiągnie pełnoletność. Później zapewniał, że wezmą ślub, gdy stanie się 

dyplomatą. Aż wreszcie wyjechał do Rosji.

Miał być nieobecny przez rok. Powiedział, że ożeni się z nią natychmiast po swoim 

powrocie.   Rozpaczliwie   pragnęła,   by   wzięli   ślub   jeszcze   przed   jego   wyjazdem.   Albo 

przynajmniej   ogłosili   swoje   zaręczyny,   by   mogła   do   niego   pisać,   gdy   będzie   w   Rosji. 

Rozpłakała się w jego ramionach, a on objął ją mocno i sam uronił kilka łez. A potem... 

potem posunęli się dalej niż tylko pocałunki i wzajemne deklaracje dozgonnej miłości.

Nigdy tego nie żałowała. Aż do tej chwili. Myślała, że to była miłość. Jednak tylko 

ona zaangażowała się w ich związek. I to ona go zniszczyła.

- Jak mogłabym o tobie zapomnieć? - powtórzyła. - Zbyt wiele miałam jednak do 

stracenia, John. Los zbyt wielu ludzi, również dzieci, zależy ode mnie. Ach, ty nawet nie 

wiesz o dzieciach. Pułkownik dał mi szansa by je uratować. Okazał mi tyle dobroci.

- Dobroci?! - zawołał, chwytając jej rękę i przyciskając ją do serca. - Wystarczyła ci 

dobroć, Eve? A między nami było tyle uczucia...

Próbowała   wysunąć   rękę   z   jego   uścisku.   Podniosła   głowę   i   zobaczyła   Aidana, 

stojącego na ścieżce o kilka kroków od nich. Zerwała się na nogi.

- Po tej turze tańców jest kolacja - powiedział Aidan. - Nie chcesz się chyba na nią 

spóźnić, Eve. Wybaczy pan mojej żonie, Denson?

Eve oparła rękę na ramieniu Aidana. Jego mięśnie były twarde jak skała.

- Może zanim znajdziemy się z powrotem w sali balowej, postarasz się przywołać na 

twarz uśmiech.

- Aidanie...

- Nie teraz - rzekł cicho. - Nie czas i nie miejsce na to, madame.

Odłożyła wachlarz na oparcie sofy w saloniku i zdjęła rękawiczki. Potem wyciągnęła 

strusie pióra wpięte we włosy. Promienny uśmiech, który utrzymywała na twarzy przez cały 

wieczór i pół nocy zostawiła za drzwiami. Była blada, wyglądała na bardzo zmęczoną. Nie 

spojrzała na niego ani razu. Ale też nie uciekła pospiesznie, by skryć się w zaciszu swej 

gotowalni.

- Omal nie popełniłaś faux - pas - powiedział.

- Niewiele brakowało, to prawda - przyznała, sięgając do brylantu na piersi. - Ale nic 

się nie stało. To chyba nic złego spacerować z gościem po oświetlonym lampionami ogrodzie.

background image

- I siedzieć z nim w ciemności, z dala od ścieżki? - spytał. - I podawać mu rękę, by ją 

przycisnął do serca?

„Jak mogłabym o tobie zapomnieć? Okazał mi tyle dobroci”. Te słowa kołatały mu się 

w   głowie   od   chwili,   gdy   je   usłyszał   trzy   czy   cztery   godziny   temu.   Dlaczego   tak   nim 

wstrząsnęły, rozgniewały go i... zraniły.

- Nie podałam mu ręki - odparła. - To on wziął mnie za rękę, a ja próbowałam ją 

cofnąć.

- Och, proszę mi  wybaczyć.  - Stanął  przed kominkiem  i założył  ręce  na plecy.  - 

Domyślam się, że do wszystkiego została pani zmuszona. Do tańca, wymknięcia się na taras i 

dalej do ogrodu, do siedzenia w ciemności i oczywiście do trzymania się za ręce.

- Aidanie... - spojrzała na niego. Oczy jej pociemniały z bólu.

- Kim on jest? - spytał. - Przyznam, że jego nazwisko nic mi nie mówi.

- Wicehrabia Denson jest synem hrabiego Luffa. Mieszkają w Didcote Park, niecałe 

dziesięć kilometrów od Ringwood.

- Ach tak.,.

Uświadomił sobie, że zachowuje się jak typowy zazdrosny mąż, jednak nie mógł się 

powstrzymać. Przez pierwsze godziny balu był nią oczarowany. Chyba zaczynał się w niej 

trochę   zakochiwać.   Może   to   i   dobrze,   że   wydarzyło   się   coś,   co   przywołało   go   do 

rzeczywistości. Nadal jednak czuł gniew i ból.

Próbowała   jeszcze   coś   dodać,   ale   w   końcu   tylko   potrząsnęła   głową   i   przesunęła 

palcami po strusich piórach leżących na rękawiczkach.

- Okłamałaś mnie - odezwał się. - Powiedziałaś, że nie ma nikogo. Że nie chcesz 

wyjść za mąż.

- Nie - odparła. - Pozwoliłam tylko, byś tak sądził.

- A więc wprowadziłaś mnie w błąd tym niedomówieniem. Tak czy inaczej, było to 

kłamstwo. W tej wzruszającej scenie w ogrodzie wyszedłem na łajdaka.

-  Zatem  nie  słyszałeś   tego,  co  powiedziałam.  -  Puściła   pióra  i  zacisnęła  palce na 

brylantowym wisiorku. - Powiedziałam, że ocaliłeś mnie i wszystkich, których los zależy ode 

mnie. Powiedziałam, jak wiele dobroci mi okazałeś.

- Dobroci! Madame, nie mam nic wspólnego z dobrocią. Nikt nigdy mi nie zarzucił, że 

jestem   dobrym   człowiekiem.   Ożeniłem   się   z   tobą,   by   spłacić   dług   wdzięczności   wobec 

zmarłego.

- Więc dlaczego jesteś, taki wściekły? - spytała. Pytanie było kłopotliwe i nie potrafił 

na nie odpowiedzieć.

background image

- To spotkanie na osobności już się nie  powtórzy - zapewniła go. - Czy tego się 

obawiasz? Że przyniosę ci wstyd i zhańbię twoją rodzinę? Tak się nie stanie. Świadomie 

dokonałam wyboru, by nie czekać na wicehrabiego Densona i wyjść za ciebie. Nie było w 

tym   żadnego   oszustwa,   Aidanie.   Nasze   małżeństwo   od   początku   miało   być   czystą 

formalnością. Nie planowaliśmy, że spędzimy ze sobą więcej niż dwa lub trzy dni, prawda? 

Zgodziłam się ponieść wszelkie konsekwencje swojego kroku. Nadal się na nie zgadzam.

Stawiała sprawę jasno i uczciwie.

- Przypuszczam, że to on był twoim kochankiem.

-   Aidanie,   zostawmy   tę   sprawę   -   powiedziała.   -   To   już   przeszłość.   Wszystko 

skończone. Było, minęło. - Głos jej lekko drżał.

-   Czyżby?   -   spytał.   Nie  mógł   znieść   tego,   że   jej   kochanek   nie   był   już   dla   niego 

bezimiennym mężczyzną bez twarzy. - On jest synem twojego sąsiada. A ja, gdy już odwiozę 

cię z powrotem do Ringwood, na zawsze zniknę z twojego życia.

- Aidanie! - Zacisnęła palce na brylancie, aż zbielały. - Nie rób tego.

Patrzył na nią ponuro. Nie przywiązywał wagi do tego, że nie była dziewicą, gdy się z 

nią żenił. Choć trzeba przyznać, że trochę go to zdziwiło. Teraz jednak przekonał się, że ona 

nadal kochała tamtego mężczyznę i że konieczność poślubienia jego, Aidana, odebrała jej 

wszelką nadzieję na przyszłe szczęście. Czuł się jak łotr, chociaż wiedział, że Eve go za takie-

go   nie   uważa.   Do   diabła,   był   głupcem!   Czyżby   się   naprawdę   w   niej   zakochał?   Teraz 

przekonał się, że jej serce należy do innego. Ale przecież od początku wiedział, że musi 

dotrzymać danego słowa, wyjechać za kilka tygodni i już nigdy nie wrócić. Czy nie nauczył 

się dawno, dawno temu, że wszystkie uczucia należy trzymać na uwięzi, głęboko ukryte na 

dnie serca, by móc sobie wmówić, że ich po prostu nie ma? Opinii człowieka o kamiennym 

sercu nie zdobywa się tak łatwo.

- Masz rację - powiedział. - Absolutną rację. Nie warto więcej o tym mówić. Madame, 

jeśli Denson będzie próbował zaaranżować kolejne tete - a - tete, odmówi mu pani.

Zacisnęła zęby i spojrzała na niego twardo.

- Nie musiałeś tego mówić, Aidanie. Nie pozwolę, byś odgrywał przede mną pana i 

władcę.   Miałam  do  wyboru:   myśleć   tylko  o  własnym szczęściu  i   czekać  na  miłość  albo 

myśleć o szczęściu innych i poślubić ciebie. Wybrałam ciebie. Jeśli mogłabym cofnąć czas, 

postąpiłabym   tak   samo.   Dokonałam   wyboru   i   będę   mu   wierna   do   końca   życia.   Nie   ze 

względu na Bedwynów, ale z szacunku dla samej siebie.

- Zatem nie będziemy więcej mówić o tej sprawie - zadecydował. - Życzę dobrej nocy.

Ciągle wpatrywała się w niego - blada, z zaciśniętymi ustami - gdy odwrócił się na 

background image

pięcie i odszedł w kierunku swojej sypialni.

Aidan, proponując jej małżeństwo, sądził, że niczego nie zmieni w jej życiu, poza tym, 

że   pozwoli   jej   zachować   dom   i   majątek   i   uratować   ukochane   ofiary   losu.   Teraz   jednak 

dowiedział się, że zrujnował jej marzenia o miłości. Spał z nią przez ostatni tydzień i było mu 

z nią dobrze. Nie wątpił, że ich wspólne noce również jej dały wiele rozkoszy. Ale dla niej 

musiało to być odczucie czysto fizyczne. Przez cały czas tęskniła do kochanka, który nie 

wrócił na czas.

Świadomość tego niepokoiła go i upokarzała. Sprawiała mu cholerny ból.

Zamknął za sobą drzwi i zorientował się, że nie jest sam.

- Zdawało mi się, że poleciłem ci, byś na mnie nie czekał - rzekł Aidan, marszcząc 

brwi   z   irytacji.   -   Doskonale   potrafię   rozebrać   się   i   położyć   spać   bez   niczyjej   pomocy, 

Andrews.

- Wiem - zgodził się z nim ordynans. - Ale na pewno rzuci pan rzeczy na podłogę jak 

jakieś   szmaty,   a   ja   stracę   potem   dużo   czasu,   by   je   doprowadzić   do   ładu,   wyprasować 

wszystkie zagniecenia. Wolę raczej nie spać tej nocy.

- Masz piekielnie niewyparzony język - stwierdził Aidan. - Nie wiem, dlaczego cię 

jeszcze trzymam. No, nie stój tam, jak jakiś męczennik. Pomóż mi zdjąć mundur. Ktokolwiek 

projektuje   te   mundury,   powinien   sam   w   nich   stanąć   na   pierwszej   linii   podczas   bitwy. 

Przekonałby się, jakie są wygodne, jeśli w ogóle by przeżył tę lekcję.

Postanowił, że będzie spać we własnym łóżku. Dzisiaj i każdej kolejnej nocy, aż do 

końca życia. Więcej do niej nie pójdzie. Nie chciał już jej dotykać. Czuł, że w duszy otwiera 

mu się najczarniejsza otchłań.

background image

16

Eve   siedziała   w   saloniku   i   jak   co   dzień   pisała   list   do   domu.   Tyle   było   do 

opowiedzenia, że właściwie nie wiedziała, od czego zacząć. Wczoraj wyobrażała sobie, że 

będzie go dzisiaj pisać we wspaniałym nastroju. A teraz czuła tylko przygnębienie. Zbierało 

się jej na płacz. Gdy jednak położyła się samotnie do łóżka, przez resztę nocy nie uroniła ani 

jednej łzy.

John był w Anglii od dwóch miesięcy. Od dwóch miesięcy! Przez cały ten czas nie 

znalazł ani jednej chwili, by przyjechać do Oxfordshire i się z nią zobaczyć. Był zbyt zajęty 

życiem towarzyskim. Przez wszystkie te lata żarliwie kochała mężczyznę, który nigdy nie 

miał   zamiaru   się   z   nią   ożenić.   Teraz   już   znała   prawdę.   Nie   wiedziała   jeszcze,   jak   ta 

świadomość wpłynie na jej uczucia. Było za wcześnie, by mogła to ocenić.

Rozważania o Johnie mieszały się z myślami o Aidanie. Dlaczego był taki wściekły? 

Dlaczego zachowywał się jak zazdrosny, władczy mąż, którego oszukała? I dlaczego sama 

nie mogła się na niego porządnie rozgniewać? Dlaczego tak bardzo zabolało ją, gdy znów 

zaczął się do niej zwracać „madame”? Dlaczego łóżko bez niego wydało się jej takie zimne i 

puste?  I dlaczego,  skoro tak  kochała Johna, na początku balu  czuła, że zakochuje  się w 

Aidanie? Czy można kochać dwóch mężczyzn jednocześnie?

Eve roześmiała się i zaczęła ostrzyć pióro po napisaniu jednego zdania. Jednak wcale 

nie było jej do śmiechu. Kochała dwóch mężczyzn. Jeden z nich nigdy nie miał zamiaru się z 

nią ożenić. Drugi ożenił się i zamierzał ją na zawsze opuścić, zgodnie z ich umową i jej 

wyraźnym życzeniem.

Gdy skończyła pierwszy akapit listu, w którym drobiazgowo opisała swoje wczorajsze 

wystąpienie w pałacu St. James, drzwi nagle się otworzyły.

- Ach, więc tutaj jesteś - powiedziała Freyja. - Myślałam, że jeszcze leżysz w łóżku. 

Zaspałam i ominęła mnie codzienna poranna przejażdżka z Aidanem i Alleyne'em. A ty chyba 

nie jeździsz konno?

- Dlaczego nie? Przecież wychowałam się na wsi.

- Nigdy się z nami nie wybrałaś.

- Nigdy mnie nie zaprosiliście.

- Phi - prychnęła Freyja, podchodząc bliżej. - Jeśli będziesz czekać, aż Bedwynowie 

cię poproszą, to zanim się doczekasz, zwiędniesz jak ta lilia. Zresztą za taką cię uważałam aż 

do wczoraj rana. Dawno się tak nie ubawiłam jak wtedy, gdy zobaczyłam cię na schodach w 

czarnej sukni dworskiej, zadzierającą nosa jakbyś była co najmniej księżną. A wczorajszego 

background image

wieczoru podziwiałam cię za odwagą. Bo jestem pewna, że ciotka Rochester poinstruowała 

cię, że nie powinnaś się promiennie uśmiechać  jak idiotka, a jedynie  od czasu do czasu 

zaszczycać któregoś z gości nieobecnym, łaskawym uśmiechem.

- Ojej, czy ja rzeczywiście promiennie się uśmiechałam?

- Aidan był najwyraźniej zauroczony. Śmiem twierdzić, że oboje będziecie dzisiaj na 

ustach wszystkich w każdym wytwornym salonie. Mąż i żona, którzy mają czelność patrzeć 

na siebie publicznie tak, jakby chcieli się nawzajem zjeść. Jestem z ciebie dumna. Oczywiście 

wszyscy wiedzieliśmy, że gdy Aidan się zakocha, to na całego, aż po uszy. Przypuszczam, że 

to dotyczy wszystkich Bedwynów.

- Och, ale... - zaczęła Eve.

Jednak jej szwagierka niecierpliwie machnęła ręką.

- Idź  się przebrać  w suknię  do konnej  jazdy.  Przejedziemy  się trochę  po parku - 

zaproponowała. - Masz chyba taką suknię?

- Owszem, i to całkiem nową - odparła Eve. - Ale nie mam konia.

- Wulf ma ich całą stajnię. I wszystkie wspaniałe. Każę któregoś osiodłać dla ciebie. 

Mam nadzieję, że nie musi to być stara chabeta.

- Nie. - Eve roześmiała się i odłożyła pióro. Dokończy list później. Świeże powietrze 

na pewno dobrze jej zrobi.

- To świetnie - powiedziała Freyja. - Nie cierpię kobiet piszczących ze strachu za 

każdym  razem, gdy koń próbuje biec szybciej. Cały czas rozglądają się tylko  dookoła w 

poszukiwaniu mężczyzny, który przygalopuje im na ratunek.

Niecałe pół godziny później obie jechały obok siebie ulicami Londynu w kierunku 

Hyde Parku. Eve dobrze się czuła na koniu, zwłaszcza tak wspaniałym jak ten, którego dla 

niej przyprowadzono. Ale jazda wśród powozów, furgonów, przechodniów i zamiataczy ulic 

nie była łatwa.

Wszyscy patrzyli na nie. A właściwie na Freyję. Ubrana w ciemnozieloną suknię do 

konnej   jazdy,   w   zawadiackim   kapeluszu   z   piórami   na   rozpuszczonych   włosach,   które 

spływały jej złocistą falą niemal do talii, wyglądała niesamowicie atrakcyjnie, choć nikt nie 

powiedziałby o niej, że jest piękna. Eve, w niebieskiej sukni i kapeluszu, z włosami gładko 

zaczesanymi do góry, czuła, że przy szwagierce wygląda bardzo skromnie.

- Przyjedziesz na lato do Lindsey Hall? - spytała Freyja. - Wiem, że Aidanowi został 

tylko miesiąc urlopu, ale ty mogłabyś zostać dłużej i po znać Ralfa, czyli Rannulfa, oraz 

Morgan. Czy też pojedziesz z nim do Hiszpanii?

- Wkrótce po oficjalnym obiedzie w Carlton House wrócę do domu, do Ringwood. 

background image

Czy książę i Aidan nie wyjaśnili ci, na czym polega nasze małżeństwo?

- Och, wiem! - zawołała Freyja. - Ale chyba nie zamierzasz trzymać się tej waszej 

idiotycznej umowy, co? Po roku umrzesz z nudów. Ja na twoim miejscu domagałabym się 

należnego mi miejsca u boku męża.

- Ale ja nie... - zaczęła Eve.

- Aidan jest moim ukochanym bratem - przerwała jej Freyja. - Bardzo mi na tym 

zależy, żeby był  szczęśliwy.  To nie  znaczy, że nie lubię  pozostałych  braci. Lubię  nawet 

Wulfa. Ale Aidan jest... wyjątkowy.

Eve skręciła śladem szwagierki do parku i od razu przypomniała sobie, jak się czuła, 

gdy Aidan przywiózł ją tutaj w dniu ślubu. Miała wrażenie, że znalazła się na wsi. To, co 

powiedziała Freyja, zaintrygowało ją.

- Dlaczego wyjątkowy? - spytała.

- On jeden tak naprawdę ujął się za mną trzy lata temu - wyznała Freyja. - Wspominał 

ci o tym?

- Nie. Ale powiedział, że trzy lata temu pokłócił się z księciem i skrócił swój urlop. 

Czy poszło o ciebie?

- To było zaraz po moich zaręczynach z wicehrabią Ravensbergiem, naszym sąsiadem, 

najstarszym synem hrabiego Redfielda - powiedziała Freyja. - Doszło do okropnej awantury, 

ponieważ chciałam wyjść za Kita, jego młodszego brata. Kiedy Kit usłyszał o zaręczynach, 

przygalopował do Lindsey Hall, dysząc gniewem i zemstą. Tak długo walił do drzwi, aż w 

końcu wyszedł do niego Ralf. Walczyli ze sobą do upadłego w ciemnościach na trawniku 

przed domem. A potem Kit wrócił do domu i złamał Ravensbergowi nos. To była naprawdę 

wspaniała bijatyka, godna Bedwynów. Kilka dni później przyjechał na urlop Aidan.

- I próbował ująć się za tobą? To okropne, że nikt poza nim tego nie zrobił. Ale jak 

książę mógł zignorować twoje uczucia?

- Najwyraźniej jeszcze nie znasz Wulfa - odpowiedziała Freyja. - Zgodziłam się na 

zaręczyny. Ravensberg był przecież najstarszym synem, a ja znam swój obowiązek wobec 

rodziny.

Pojechały nie ścieżką, ale przez trawę. Dzień był pochmurny, ale ciepły i bezwietrzny. 

Śpiewały ptaki. W parku byli także inni jeźdźcy i spacerowicze.

- I co się stało? - spytała Eve. - Czy po trzech latach nadal jesteś z nim zaręczona?

- On umarł - rzekła Freyja, wzruszając ramionami. - A Kit odziedziczył tytuł. Ironia 

losu, nie uważasz? Wulf próbował nas zeswatać w ostatnie lato, gdy Kit miał wrócić do domu 

z   wojny   w   Hiszpanii.   Jednak   kiedy   w   końcu   przyjechał,   przywiózł   ze   sobą   narzeczoną, 

background image

wyfiokowaną, ugrzecznioną, nudną pannę. Wkrótce potem ożenił się z nią. Życzę im, by żyli 

ze sobą długo i nudno. A mnie uwolniło to od spełnienia obowiązku. Znacznie lepsza jest 

wolność niż małżeństwo z byłym wielbicielem.

Eve przyjrzała się jej uważnie. Wrogość Freyji wobec wybranki Kita sugerowała, że ta 

sprawa nadal ją obchodzi.

- Dlaczego jeszcze Aidan jest wyjątkowy? - spytała Eve. Chciała się o nim dowiedzieć 

jak najwięcej. Freyja wskazała przed siebie szpicrutą.

- Pojedźmy Rotten Row. Tam będziemy mogły popuścić koniom cugli. Aidan był 

zawsze najbardziej uczuciowy z nas wszystkich. Uwielbiał naszego ojca i najbardziej przeżył 

jego   śmierć.   Chodził   za   nim   krok   w   krok,   gdy   ojciec   doglądał   gospodarstwa.   Chętnie 

pracował w polu razem z robotnikami. Był radosnym z natury chłopcem, zawsze wesołym i 

uśmiechniętym.

- Aidan?

- A potem nagle ojciec zmarł i zaczęły się okropne kłótnie z Wulfem - ciągnęła Freyja. 

- Wulf nie kłóci się nigdy z nikim w obecności innych. Zabiera delikwenta do biblioteki, a 

potem słychać stamtąd krzyki przerywane ciszą. Ta cisza to odpowiedzi Wulfa. Nigdy nie 

podnosi głosu. Nie musi. - Freyja westchnęła. - Ma naprawdę ogromną władzę.

- Nie lubię go - rzuciła Eve i od razu ugryzła się język. Freyja tylko się roześmiała.

- Nie zawsze był taki. Oni obaj się zmienili. Ale Aidan nie przestał być dla nas dobry. 

Gdy byłam bardzo młoda i nigdzie się nie mogłam ruszyć bez przyzwoitki, zawsze chętnie mi 

towarzyszył, nawet jeśli musiał prze rwać to, co akurat robił. Często chodził na ryby z Ralfem 

i Alleyne'em.

I zawsze znalazł czas, by spędzić go w pokoju dziecinnym z Morgan. Łzy, których 

Eve nie mogła wypłakać ostatniej nocy, zaczęły ją dławić w gardle. Czuła ból w piersiach. 

Wolałaby zapamiętać Aidana jako zimnego, ponurego człowieka.

- Dlaczego oni ciągle się kłócili? - spytała.

- Kto wie? Ach, wreszcie Rotten Row. I dzięki Bogu niezbyt zatłoczona. Dlaczego 

sama nie spytasz o to Aidana? Jesteś przecież jego żoną. Nigdy ze sobą nie rozmawiacie?

Eve z ulgą przekonała się, że pytanie było czysto retoryczne. Freyja ponagliła konia 

do cwału, a Eve poszła w jej ślady. Rotten Row była długą, szeroką aleją, przeznaczoną 

wyłącznie dla jeźdźców. Spacerowicze przechadzali się za barierkami po obu jej stronach.

- Ścigajmy się aż do samego końca! - zawołała Freyja i z radosnym okrzykiem puściła 

się galopem, pochylona nisko nad końskim karkiem.

Eve popędziła za nią. Śmiały się obie, gdy niemal łeb w łeb dotarły do końca Rotten 

background image

Row.

- Wygrałam - oznajmiła Freyja.

- Zaledwie o włos. I tylko dlatego, że na początku wyprzedziłaś mnie o jedną długość.

- No, no - odezwał się męski głos. - A więc mamy w rodzinie dwie łobuzice. A gdy za 

rok dołączy do nich Morgan, będą już trzy.

Powiedział to Alleyne, który właśnie wjechał do parku. Towarzyszył mu Aidan. Eve 

nie widziała go od ostatniej nocy, gdy zniknął za drzwiami swojej gotowalni. Patrzył na nią 

teraz z uniesionymi brwiami.

- Nie wiedziałem, że jeździsz konno - rzekł.

- Nigdy mnie o to nie zapytałeś. - Przestała się śmiać i dumnie podniosła głowę.

-   O,   wyczuwam   wiszącą   w   powietrzu   kłótnię  małżeńską.   Pościgamy   się   na   drugi 

koniec, Free? Czy też jesteś kompletnie wyczerpana po zwycięstwie wywalczonym z takim 

trudem?

W odpowiedzi Freyja zawróciła konia i puściła się galopem, a Alleyne tuż za nią.

Aidan miał na sobie swój stary mundur. Wyglądało na to, że najlepiej się w nim czuje, 

tak jak w siodle wielkiego wierzchowca, tego samego, na którym przyjechał do Londynu na 

ich ślub. Był jeszcze bardziej ponury niż zwykle.

-   Każdego   ranka,   gdy   wychodziłem   od   ciebie,   mówiąc,   że   wybieram   się   na 

przejażdżkę z bratem i siostrą, powinnaś była  dać mi znać, że chcesz pojechać z nami - 

powiedział.

- Przez pierwszych kilka dni nie miałam odpowiedniej sukni - odparła.

-   Można   było   temu   łatwo   zaradzić.   Wystarczyłoby,   żebym   szepnął   słowo   pannie 

Benning, dostarczyłaby ją w ciągu kilku godzin.

- Więc twoje słowo liczy się tak samo, jak głos twojego brata czy ciotki?

- Oczywiście - odpowiedział lekko zdziwiony. - Jedźmy.

Ruszyli wolno ramię w ramię wzdłuż Rotten Row. Nie odzywali się przez dłuższy 

czas. Pozdrawiali skinieniem głowy innych jeźdźców i przechodniów, z których kilku Eve 

pamiętała z balu.

- Freyja opowiadała mi o tym,  co wydarzyło  się trzy lata temu i zeszłe go lata - 

zagadnęła.

-   O   Kicie?   -   Pozdrowił   mijającego   ich   jeźdźca.   -   Rannulf   twierdzi,   że   ta   sprawa 

głęboko ją zraniła. Freyja  jednak nigdy się do tego nie przyzna, nawet gdyby ją łamano 

kołem.

- Więc go kochała? - spytała.

background image

- Jedno da się powiedzieć o Bedwynach: nie zakochują się łatwo, ale jeśli już, to 

naprawdę bardzo mocno. Patrząc na nas, nie domyśliłabyś się tego, prawda? Oczywiście w 

naszym   pokoleniu   na   razie   tylko   Freyja   zna   to   uczucie   z   własnego   doświadczenia. 

Podejrzewam, że dużo czasu upłynie, zanim dojdzie do siebie. Możliwe, że już nigdy nie 

odzyska spokoju.

„Tylko Freyja zna to uczucie z własnego doświadczenia”.

Te słowa dziwnie ją raniły. I z pewnością przeczyły temu, co twierdziła Freyja. Jednak 

Freyja użyła prawie tych samych słów, by opisać jak kochają Bedwynowie. Jakie to smutne, 

że straciła mężczyznę, którego kochała. I że honor zmusił Aidana do małżeństwa bez miłości. 

Radość z ostatniego wieczoru wydawała się jej mglistą, odległą przeszłością.

- Będziesz z nami jeździć każdego ranka - oznajmił. - Każę twojej pokojówce, by cię 

odpowiednio wcześnie budziła.

Więc nie obudzi jej sam? Więc nie wróci do jej łóżka?

- Dziękuję - odrzekła.

- Jeśli jest coś jeszcze, co chciałabyś robić, powiedz mi, a ja postaram się tak ułożyć 

sprawy, bym mógł ci towarzyszyć.

Chłodna, oficjalna propozycja. Sumienny, troskliwy małżonek.

- Dziękuję  - odparła.  - Zdaje mi  się jednak,  że  poradzę sobie  całkiem nieźle  bez 

pańskiej pomocy, pułkowniku. Pańska ciotka przyjęła już w moim imieniu kilka zaproszeń i 

wybierze się ze mną. Nie musi się pan kłopotać.

-   Niech   cię   diabli,   Eve   -   szepnął   po   kilku   minutach   napiętego,   pełnego   wrogości 

milczenia. - Niech cię diabli porwą.

Drgnęła zaskoczona. Za co ją potępiał? I to w tak szokujących, mocnych słowach? 

Odwróciła od niego głowę i podjechała bliżej barierki, by wymienić uprzejmości z młodą 

damą i jej matką, które wczoraj stały przed nią i lady Rochester w kolejce w pałacu St. James.

background image

17

W   ciągu   następnego   tygodnia   Aidan   spędził   trochę   czasu   w   towarzystwie   żony, 

głównie wczesnym rankiem podczas wspólnych konnych przejażdżek w parku, w których 

zawsze uczestniczyła. Byli razem na dwóch balach, raz na kameralnym koncercie i raz w 

teatrze, gdzie siedzieli w loży Bewcastle'a. Ale nawet przy tych okazjach zwykle udawało im 

się uniknąć przebywania ze sobą sam na sam. Większość czasu Aidan spędzał z Alleyne'em 

albo z kompanami z wojska, których wielu przybyło do Londynu na uroczystości z okazji 

zwycięstwa. Rano chodził do White'a albo na aukcje koni u Tattersalla, popołudniami bywał 

na walkach bokserskich u Jacksona albo na wyścigach konnych, a wolne wieczory po kolacji 

w Bedwyn House spędzał w którymś z klubów. Noce przesypiał samotnie we własnym łóżku.

O ile wiedział, Eve nie spotkała się więcej z Densonem. Jeśli nie towarzyszyła jemu, 

zostawała   w   domu   albo   wychodziła   z   ciotką   lub   Freyja.   Powiedziała,   że   w   małżeństwie 

dochowa   mu   wierności,   i   wierzył   jej.   Nie   mógł   jednak   znieść   myśli,   że   ona   pewnie 

rozpaczliwie   pragnie   choćby   krótkiego   spotkania   ze   swoim   ukochanym.   Nie   potrafił 

opanować zazdrości.

Nie mógł się doczekać przyjazdu do Anglii dygnitarzy z całej Europy, liczył dni do 

oficjalnego obiadu w Carlton House. Potem pewnie też będą jakieś uroczystości, ale Eve 

wróci już do domu. Nie wątpił, że bardzo tego pragnie. Chciał, żeby wreszcie wyjechała z 

Bedwyn House i znikła z jego życia. A równocześnie na samą myśl  o tym  ogarniała go 

panika.

Jakże nienawidził tych wszystkich duchowych rozterek.

Wreszcie   nadszedł   oczekiwany   dzień   przyjazdu   gości   z   Europy.   Wszyscy,   nawet 

Wulf, który nie udał się dzisiaj do Izby Lordów, siedzieli razem przy śniadaniu.

- Czy widzieliście kiedyś takie tłumy na ulicach Londynu? - rzuciła Freyja. - Z trudem 

udało nam się dotrzeć do parku, a powrót był jeszcze gorszy. Wychodziłeś już, Wulf?

- Jeszcze nie - odparł.  - I zapewne w ogóle zostanę w domu. Wolałbym  uniknąć 

tłoczącego się pospólstwa Londynu. Zdaje się, że tym razem wiadomość o przybyciu gości na 

angielską ziemię nie jest tylko zwykłą plotką. Książę Clarence przywiózł ich na pokładzie 

swej „Niezatapialnej”. Są dzisiaj spodziewani w Londynie.

-   Wszyscy   tak   myślą   -   powiedział   Alleyne.   -   I   wszyscy   koniecznie   muszą   ich 

zobaczyć. Co tu się będzie działo! Trzeba jak najszybciej uciec do Lindsey Hall.

-   Ale   przecież   przyjechaliśmy   tu   właśnie   na   tę   uroczystość   -   przypomniała   mu   z 

westchnieniem   Freyja.   -   Oczywiście   na   rozkaz   Wulfa.   Uczczenie   ostatecznej   klęski 

background image

Napoleona Bonaparte to wielka, historyczna chwila.

- Czy wiadomo, kto dzisiaj przyjedzie, wasza miłość? - spytała Eve, pochylając się do 

Bewcastle'a.

-   Car   Rosji,   król   Prus   oraz   między   innymi   książę   Metternich   z   Austrii   oraz 

feldmarszałek von Blucher.

- A książę Wellington?

- Nie, Wellingtona nie będzie.

-   Och,   jaka   szkoda   -   stwierdziła.   -   Jakie   to   pasjonujące   zobaczyć   przyjazd   tych 

wszystkich znamienitych osób. Nie dziwię się ludziom, że tak się tłoczą na ulicach.

Aidan zauważył rumieniec na jej policzkach i błysk w oku. Wyglądała szczególnie 

ładnie.

- Spotka ich pani wszystkich jutro wieczorem, madame - przypomniał jej Bewcastle. - 

I to w znacznie bardziej cywilizowanych okolicznościach, w Carlton House. Zobaczy też pani 

księcia Walii i jeszcze raz królową.

-   To   będzie   wspaniałe   -   przyznała   Eve.   -   Ale   dzień   dzisiejszy   jest   szczególnego 

rodzaju. W tym święcie mogą uczestniczyć zarówno nisko, jak i wysoko urodzeni. Szczęście 

jednoczy dziś łudzi wszystkich stanów, a także obywateli innych państw. Nie czułaś tego 

dzisiaj rano, Freyja? A ty, Alleyne?

Alleyne zaśmiał się.

- Przypuszczam, że chętnie byś tam wróciła, Eve, zmieszała się z tłumem,  by się 

popychali i poszturchiwali. Słuchałabyś hałasu, od którego pękają bębenki w uszach, wąchała 

te wszystkie spocone ciała - powiedział.

- Och, tak - przyznała. - Z wielką chęcią. A wy nie?

-   Nie   wątpię,   że   w   naszej   sferze   są   ludzie,   którzy   nie   mogą   się   oprzeć   pokusie 

obejrzenia   publicznego   widowiska,   lady   Bedwyn,   ale   nie   uchodzi   brać   udziału   w   takim 

wybuchu zbiorowej histerii.

-   Histerii?   -   Eve   zmarszczyła   brwi.   -   Ja   bym   to   nazwała   euforią.   Aidan   odłożył 

serwetkę na stół.

- Jeśli chcesz się tam wybrać, Eve, będę ci towarzyszył.

- Och, naprawdę? - Ostatnio rzadko patrzyła mu prosto w oczy. Teraz jednak spojrzała 

na niego zachwyconym wzrokiem dziecka, które za chwilę dostanie obiecaną nagrodę. - Czy 

nie będziesz się zbytnio do tego zmuszać?

Mieszanie się z rozentuzjazmowanym tłumem na ulicach Londynu brzydziło go. Ale 

przecież Eve bardzo chciała tam pójść, a przez tydzień, który upłynął od balu, o nic go nie 

background image

poprosiła.

- Pojedziemy na London Bridge - powiedział. - Stamtąd zobaczymy ich zbliżających 

się od strony Dover.

- Jeśli w ogóle uda się wam tam dotrzeć - wtrącił się Alleyne.

- Jakoś dotrzemy - skwitował Aidan.

- Och, dziękuję ci - powiedziała Eve, wstając. - Pójdę się przygotować. Zechcecie mi 

wybaczyć. Freyja, idziesz z nami? A ty, Alleyne?

Aidan spodziewał się, że jego siostra odmówi z pogardą. Ona jednak wyglądała na 

ubawioną tą sytuacją.

- Nie przestajesz mnie zadziwiać, Eve - rzekła. - Pomieszałaś szyki zarówno Wulfowi, 

jak i ciotce Rochester, wchodząc przebojem na salony, i wytrwale opierasz się ich wysiłkom, 

by zrobić z ciebie dystyngowaną, śmiertelnie nudną przyszłą księżnę.

- Wiele nauczyłam się od twojej ciotki - oświadczyła z powagą Eve. - Za wszystko 

jestem jej ogromnie wdzięczna.

Bewcastle uniósł brwi.

- No, dzieci! - zawołał. - Lepiej już idźcie, bo ominie was całe przed stawienie.

Stolica była ogarnięta szaleństwem. Udało im się jakoś dotrzeć odkrytym powozem do 

Londyn Bridge, zapewne dzięki temu, że Aidan ubrał się w mundur. W tłumie znalazło się 

dość chętnych, by na jego widok wiwatować, klepać go po plecach, ściskać mu prawicę i 

torować drogę dla jego powozu. Wzdłuż drogi od mostu do pałacu St. James ustawiły się 

powozy i szpalery pokrzykujących,  rozentuzjazmowanych  widzów. W oknach wszystkich 

budynków na trasie przejazdu tłoczyły się głowy niezliczonych gapiów. Uliczni straganiarze, 

sprzedający   jedzenie   i   napoje,   mieli   pełne   ręce   roboty.   Podobnie   zresztą   jak   złodzieje 

kieszonkowi. Tłum kołysał się, ożywiony podnieceniem, gdy na horyzoncie pojawiał się jakiś 

jeździec albo powóz. Za każdym jednak razem alarm okazywał się fałszywy.

- Krąży tyle różnych pogłosek, że nie wiadomo już, co jest prawdą - powiedział Aidan 

około południa. - Może wszyscy ci dygnitarze, których się spodziewamy, odpoczywają sobie 

jeszcze w rodzinnych krajach?

Ale   jeśli   tak   rzeczywiście   było,   to   udało   im   się   nabrać   nawet   rodzinę   królewską. 

Forysie księcia regenta w swoich charakterystycznych złoto - szkarłatnych liberiach czekali 

przy moście, by eskortować powozy gości, skoro tylko się pojawią. Gapie drażnili się z nimi, 

wołali, że wyprzęgną konie i własnymi rękami triumfalnie pociągną powozy do pałacu.

- Czy moglibyśmy poczekać jeszcze troszkę? - Eve oparła dłoń na ramieniu Aidana i 

spojrzała na niego błagalnie.

background image

Boże,   jak   mógł   się   oprzeć   jej   prośbie?   Nie   chciał,   żeby   myślała   o   nim   źle,   gdy 

rozstaną się na zawsze.

- Dobrze, jeszcze chwilę - rzekł, nakrywając jej rękę swoją. Uśmiechnęła się do niego, 

a on zerknął na Freyję, siedzącą naprzeciw niego w powozie.

Zobaczył, że przygląda im się w zamyśleniu, ze smutkiem. Nieczęsto widywał siostrę 

w takim stanie.

Freyja   miała   licznych   wielbicieli,   chętnych   do   ożenku.   Wszystkich   traktowała 

beztrosko i po koleżeńsku, co skutecznie odbierało im nadzieję, że mogliby zabiegać o jej 

względy. Może Freyja nadal kocha Kita Butlera? Nie było jak się tego dowiedzieć. Freyja 

nigdy nie chciała mówić o sobie.

Niecałe pięć minut później ulicę obiegła kolejna wieść, Ludzie wołali, że car podobno 

już przyjechał i jest w hotelu Pulteney, wraz ze swoją siostrą, wielką księżną Katarzyną. 

Wybrał inną trasę.

-   Prawdopodobnie   po   to,   by   uniknąć   motłochu   -   skomentował   Alleyne,   gdy   tłum 

ruszył pospiesznie w kierunku hotelu.

- Jeśli ta pogłoska jest prawdziwa, to czuję się wystrychnięta na dudka - stwierdziła 

Freyja.   - Znajdźmy  sobie  jakieś  cichsze,   bardziej  cywilizowane  miejsce.  Co powiecie   na 

Akademię Królewską? Lubisz oglądać obrazy, Eve?

Aidan zerknął na nią.

- Na co masz ochotę? - spytał.

- Nie warto tkwić tu cały dzień, żeby w końcu dowiedzieć się, iż goście pojechali inną 

drogą.

- A uważam to za całkiem prawdopodobne - powiedział. - Bardzo jesteś zawiedziona?

- Nie. - Uśmiechnęła się do niego. - Tak czy inaczej uczestniczyłam w historycznym 

wydarzeniu. Doświadczyłam tego wszystkiego. Dzisiejszy dzień na długo pozostanie w mojej 

pamięci.

- Zobaczysz ich wszystkich jutro wieczorem.

- Tak. - Ujęła go znów pod ramię. - Dziękuję, że ze mną przyjechałeś, Aidanie. Wiem, 

że musiało być to dla ciebie okropnie nudne. - Odwróciła głowę, by spojrzeć na Freyję. - Z 

przyjemnością zwiedzę Akademię. Czy to daleko?

- W Somerset House - odparła Freyja. - Całkiem blisko.

Aidan nie żałował nudnego poranka. W jakiś sposób przywrócił on harmonię między 

nim i Eve.

Spędzili w Somerset House godzinę, oglądając wystawiane tam obrazy. Eve otwarcie 

background image

okazywała zachwyt. Freyja, która zwykle zaczynała się niecierpliwić, gdy zbyt długo musiała 

pozostać w jednym miejscu, teraz, w towarzystwie Eve, z ciekawością oglądała każdy obraz. 

Alleyne, mogący uchodzić za konesera sztuki, dzielił się z nimi swoimi uwagami.

Aidan,   obszedłszy   salę,   stanął   nieco   z   boku   i   obserwował   ich.   Pomyślał,   że   Eve 

zdobyła ich szacunek w jedyny możliwy sposób, po prostu o niego nie zabiegając. Słuchała 

się   ciotki   Rochester   we   wszystkim,   czego   nie   wiedziała,   nie   robiła   jednak   nic,   by   się 

komukolwiek przypodobać. Mimo niskiego pochodzenia była urodzoną damą.

Nagle   przed   jego   oczami   pojawiła   się   znajoma   twarz.   Okrągła,   rumiana, 

pomarszczona. Usłyszał znajomy, jowialny głos.

- Bedwyn? Ciągle jeszcze na urlopie? Uciekł pan od dzisiejszego szaleństwa? My też, 

choć przyznam, że oglądanie powieszonych rzędem obrazów niezbyt mnie bawi.

Ten człowiek był  chyba ostatnią osobą, którą Aidan chciałby zobaczyć  w obecnej 

chwili.

- Generał Knapp...

-   Jednakże   lady   Knapp   i   Louisa   chciały   tu   przyjść   -   ciągnął   generał,   śmiejąc   się 

głośno. - Cóż więc miałem  robić?  One miały przewagę  liczebną. A pan tu się znalazł z 

jakiego powodu?

Zanim Aidan zdołał odpowiedzieć, pojawiły się obie damy, uśmiechając się do niego 

promiennie.

- Pułkownik Bedwyn! - zawołała lady Knapp. - Cóż za miła niespodzianka!

- Madame. - Aidan ukłonił się obu paniom. - Witam panią, panno Knapp. Louisa była 

ciemnowłosą, silnie zbudowaną kobietą, całkiem miłą dla oka, choć niezbyt ładną. Byłaby 

idealną żoną dla oficera, ponieważ znała życie  w armii od dziecka i mogła znieść wiele 

niewygód.

- Miałam nadzieję, że spotkamy pana tu, w Londynie, pułkowniku - powiedziała i 

dygnęła.

- Zaciągnęły mnie do Anglii na całe lato - rzekł generał, znów się śmiejąc. - Dwie na 

jednego. To nie fair, prawda, Bedwyn? A teraz ciągną mnie wszędzie, chcąc ukulturalnić. 

Dostaję od tego migreny. No, a pan co tu robi?

- Oczywiście ogląda obrazy, Richardzie - odezwała się lady Knapp. - I należy go za to 

bardzo   pochwalić.   Pułkowniku   Bedwyn,   świetnie   się   składa,   że   się   spotkaliśmy. 

Przyjechaliśmy do Londynu zaledwie dwa dni temu, a dzisiaj wieczorem urządzamy małą 

kolacyjkę.   Niestety,   ciągle   brakuje   nam   do   kompletu   jednego   dżentelmena.   Zechce   pan 

przyjść?

background image

- Proszę, niech pan przyjdzie, pułkowniku - dodała panna Knapp. Właśnie w tym 

momencie zauważyła ich Eve. Ruszyła w tym kierunku, wiedząc już, że nie zdoła uniknąć 

wzajemnej prezentacji.

- Niestety, nie będę mógł przyjąć pani zaproszenia, madame - powie dział, gdy Eve 

podeszła do nich, spoglądając pytająco. - Pozwolą państwo, że przedstawię im moją żonę. 

Eve, to generał Knapp, lady Knapp i panna Knapp.

Eve uśmiechnęła się i dygnęła. Na twarzach całej trójki odmalowało się zdziwienie i 

zaskoczenie.

- Pańska żona, pułkowniku? - spytała lady Knapp.

- Cóż za niespodzianka - wykrztusił generał. Odkaszlnął i zdawało się, że odzyskał 

panowanie nad sobą. - Prawdziwa niespodzianka, Bedwyn. W Hiszpanii nie puścił pan pary z 

ust o swoich zaręczynach.

- Spotkałem Eve dopiero po powrocie - wyjaśnił Aidan, ujmując jej dłoń. Miał ochotę 

zapaść się pod ziemię.

- Cóż, lady Bedwyn, życzę pani szczęścia - oświadczyła lady Knapp. - Mam nadzieję, 

że  jest   pani  przygotowana  na  trudy  związane  z  przenoszeniem  się  z   armią  z  miejsca   na 

miejsce.

- Nie będę podróżować z mężem, madame - odparła Eve. - Gdy Aidan wyjedzie, 

zostanę w domu.

-   Proszę   mi   wybaczyć   -   przeprosiła   panna   Knapp.   -   Właśnie   zobaczyłam   kogoś 

znajomego. Muszę tam pójść i przywitać się.

- Pójdę z tobą, Louiso - powiedziała lady Knapp.

- W trakcie kampanii oficer powinien mieć żonę przy swym boku - rzekł generał, 

patrząc surowo na Aidana. - Jeśli jednak ożeni się z kobietą, która woli zostać w domu, no to 

trudno. Do widzenia państwu. - Odszedł w ślad za żoną i córką.

Eve spojrzała na Aidana.

- O co w tym wszystkim chodziło? - zapytała.

- W czym? - odpowiedział głupio.

-   Byli   speszeni   mym   pojawieniem   się.   Na   pewno   nie   wiedzieli   o   moim   niskim 

pochodzeniu, a więc o co tu chodzi, Aidanie?

- Jak wyjaśnił generał, uważają, że oficer powinien się ożenić z kobietą, która będzie 

wszędzie towarzyszyć mężowi - odparł.

- Może wręcz z kobietą, która już podróżuje z armią i wie, jak wygląda takie życie? - 

spytała cicho.

background image

- Może - zgodził się.

Zacisnęła zęby i jeszcze bardziej ściszyła głos.

- Byłeś z nią zaręczony?

- Nie, oczywiście, że nie.

- Ale oni oczekiwali tego? Może nawet istniało jakieś porozumienie, jak między mną i 

Johnem... wicehrabią Densonem?

- Nie było żadnego porozumienia - oświadczył. Patrzyła na niego w milczeniu.

- Nie padło żadne słowo - dodał. - Nigdy o niczym takim nie mówiliśmy z panną 

Knapp. Ani słowem nie wspomniałem o tym generałowi. Istniały jednak pewne...

- Nadzieje - dokończyła.

- Chyba tak.

- A ty śmiałeś oskarżyć mnie o kłamstwo, gdy nie powiedziałam ci o wicehrabim 

Densonie?

- Ja nie spałem z panną Knapp - zaoponował.

Drgnęła, jakby ją uderzył w twarz. Złe to zabrzmiało. Chciał jedynie zasugerować, że 

tajemnica,   którą   przed   nim   ukryła,   była   większej   wagi   niż   jego   sekret,   bo   ona   tamtego 

mężczyznę kochała, oddała mu się cała.

-   Eve...   -   zaczął,   ale   ona   odwróciła   się   już   na   pięcie   i   poszła   w   stronę   Freyji   i 

Alleyne'a, którzy rozmawiali ze spotkanymi znajomymi.

Boże!   Czy   między   nimi   nigdy   nie   będzie   zgody?!   Czy   to   zresztą   miało   jakieś 

znaczenie, skoro za kilka dni nie będą już razem? A jednak miało.

* * *

Następnego dnia Eve postanowiła oznajmić wszystkim, że wkrótce wraca do domu. 

Tamto   okropne   spotkanie   w   Akademii   Królewskiej   uświadomiło   jej,   że   gdy   Aidan 

zaproponował   jej   małżeństwo,   był   związany   uczuciowo   z   inną   kobietą,   a   jej   rodzina 

najwyraźniej lada moment oczekiwała deklaracji z jego strony. Kobieta, o którą chodziło, 

była córką generała i wraz z matką podróżowała z armią. Z Aidanem doskonale do siebie pa-

sowali.

Eve od tej chwili strasznie, aż do bólu, tęskniła za wszystkimi, którzy zostali w domu. 

Pragnęła chwycić w ramiona dzieci. Tęskniła za samym Ringwood. Denerwowała się przed 

oficjalną kolacją. Czuła się przygnębiona odkryciem sprzed czterech dni, że nie jest w ciąży. 

Równocześnie cieszyła się, że ominie ją przynajmniej ta życiowa komplikacja. Była zmę-

czona niekończącymi się obowiązkami towarzyskimi, które w innych okolicznościach byłyby 

background image

może nawet ekscytujące. Męczyło ją unikanie Johna, który ciągle próbował spotkać się z nią 

na osobności.

Ale   najbardziej   przygnębiała   ją   świadomość,   że   kocha   Aidana.   Ze   wszystkich   sił 

pragnęła wrócić do domu, mieć już wreszcie za sobą nieuniknione rozstanie. Chciała wrócić 

do swojego dawnego życia i spróbować zapomnieć o Aidanie, w skrytości ducha lizać rany i 

całą miłość przelać na dzieci.

Jutro,   gdy   wreszcie   będzie   już   miała   za   sobą   kolację   w   Carlton   House,   powie 

Aidanowi   i   księciu,   że   wraca   do   domu.   Pojedzie   dyliżansem   następnego   dnia.   Książę 

oczywiście  zacznie protestować,  a raczej będzie próbował  jej rozkazywać,  ale pozostanie 

nieugięta. Poza tym Aidan chyba chce się wreszcie od niej uwolnić.

-   Pożegnam   cię,   Bewcastle   -   oświadczyła   ciotka   Rochester,   wstając.   -   Byłoby 

niewybaczalne spóźnić się na kolację w Carlton House.

Siedzieli wszyscy przy podwieczorku w salonie w Bedwyn House. Ciotka wróciła tu z 

Eve i Freyja po wyprawie na zakupy. Potrzebowały na wieczór paru drobiazgów, a Eve kupiła 

dla   dzieci   książki.   Przez   cały   dzień   rozmowy   koncentrowały   się   wokół   nadchodzącego 

wieczoru. Zagraniczni dygnitarze przyjechali już poprzedniego dnia. Gdyby poczekali przy 

moście   dłużej,   zamiast   iść   do   Somerset   House,   zobaczyliby   feldmarszałka   Bluchera 

porwanego przez tłum, który wyprzągł konie z jego powozu, pociągnął pojazd do Carlton 

House i tam wniósł marszałka na rękach do środka.

- Nikt z nas się nie spóźni - rzekł książę Bewcastle, wstając wraz z brać mi. - Freyja i 

lady Bedwyn zapewne zechcą wyjść z tobą, ciociu, i udać się do swoich pokoi, żeby odpocząć 

przed wieczorem.

Freyja jak zwykle zaśmiała się ironicznie, ale Eve z ulgą wstała.

- Chyba tak zrobię - powiedziała. Nadal czuła się słabo, zapewne tym razem na skutek 

zdenerwowania. Za kilka godzin przestąpi próg Carlton House. Zobaczy królową i księcia 

regenta, a także głowy państw z połowy Europy. Zasiądzie z nimi do kolacji. Czy zdoła 

utrzymać się na nogach, nie paść zemdlona na ziemię?

- Ach, Eve! - zawołał Alleyne, gdy Aidan otwierał drzwi przed nią i ciotką. - Właśnie 

sobie przypomniałem, że już pół dnia noszę w kieszeni list do ciebie. Wziąłem go rano od 

Fleminga, ale nie spotkaliśmy się przy śniadaniu. Proszę, oto on.

- Dziękuję. - Uśmiechnęła się, biorąc od niego list. - Myślałam, że dzisiaj nie będę 

miała żadnej korespondencji. - Zerkając na kopertę, rozpoznała charakter pisma Thelmy.

Jak   tylko   weszła   do   złotego   apartamentu,   zrzuciła   pantofle   i   rozpuściła   włosy. 

Potrząsnęła   głową   i   westchnęła.   Będzie   się   musiała   jednak   trochę   przespać   przed 

background image

przygotowaniami na wieczór. Chciałaby mieć już to wszystko za sobą. Ale, z drugiej strony, 

będzie co potem opowiadać w domu. Czy książę regent rzeczywiście  jest taki otyły,  jak 

opowiadano? Czy wypowiedzi królowej rzeczywiście są takie nudne, jak twierdziła Freyja? 

Czy zagraniczni dygnitarze potrafią dobrze mówić po angielsku?

Opadła na sofę, by przeczytać list, zanim położy się w sypialni. Złamawszy pieczęć, 

zauważyła zawiedziona, że był krótszy niż zwykle. Nieważne. Za kilka dni będzie z nimi w 

domu. Zaczęła czytać.

Chwilę   później   zerwała   się   na   nogi,   wpatrując   z   przerażeniem   w   list.   Czy   źle 

zrozumiała jego treść? Wiedziała jednak, że nie. Odwróciła się i potykając, ruszyła do drzwi, 

chwilę szarpała się z klamką, a potem pędem pobiegła korytarzem i w dół po schodach, prosto 

do salonu, nieświadoma tego, co robi ani jak wygląda. Nacisnęła klamkę, zanim zdążył to 

zrobić stojący przy drzwiach lokaj i wpadła do środka.

- Aidanie! - krzyknęła, wiedząc, że nikt nie może jej pomóc. - Muszę jechać. Muszę 

natychmiast jechać.

Objął ją silnymi ramionami, na chwilę dając złudzenie spokoju. Ale tylko na chwilę. 

Znów ogarnęła ją panika.

- Co się stało? - zapytał. - O co chodzi? Co się dzieje?

- Dzie.. .dzie.. .dzie... - Nie mogła opanować szczękania zębami.

- Spokojnie - powiedział. Objął ją mocniej jedną ręką, a drugą ujął ją pod brodę i 

spojrzał jej w oczy. - Spokojnie, kochanie. Powiedz tylko, co się stało, a ja ci pomogę.

Cóż za niemądre słowa. Ach, jak niemądre.

- On je zabrał - wykrztusiła. - On je zabrał i nie mogę ich o...o...odebrać.

- Kto? - spytał nienaturalnie spokojnym głosem. - Kto kogo zabrał?

- Ce...Ce...Cecil - odparła. - Zabrał dzie...dzie...dzieci i nie mogę ich odebrać. On jest 

ich krewnym, a ja nie. Ja je po...po...porzuciłam. Muszę jechać. Muszę natychmiast po nie 

jechać. Na pewno są przerażone.

- Ach, więc znalazł sposób, by się na tobie odegrać - stwierdził Aidan. - Jeszcze 

zobaczymy. Będzie musiał je oddać. Ostrzegałem go, czego może się spodziewać, jeśli jego 

noga postanie w twoim majątku.

- Nie, nic nie rozumiesz! - zawołała, wymachując pomiętym listem. - On przysłał po 

nie policję. Uzyskał od sędziego prawo opieki nad nimi. Nie odda ich. Ja go znam. Muszę 

jechać.

- Tak, rozumiem - powiedział Aidan. - Odetchnij głęboko. Panika nic tu nie pomoże.

- Aidanie, czy mógłbyś zabrać lady Bedwyn do jej sypialni, aby odpoczęła? - spytał 

background image

książę   chłodnym,   wyniosłym   tonem.   -   Powinna   odzyskać   panowanie   nad   sobą   przed 

dzisiejszym wieczorem.

- Ależ ja muszę jechać. - Eve odwróciła głowę, by spojrzeć na księcia. Spróbowała 

wyrwać się z uścisku Aidana. - Teraz, zaraz. Muszę niezwłocznie wyruszać do Ringwood. 

Dzieci oszaleją z przerażenia.

- Łady Bedwyn, to wykluczone, żeby opuściła pani kolację w Carlton House, skoro 

przyjęliśmy zaproszenie, a nasza obecność została potwierdzona - rzekł książę. - Poza tym 

ruszanie w długą podróż o tak późnej porze nie jest rzeczą rozsądną. Jeśli czuje pani, że jej 

obecność w Oxfordshire zmieni coś, co wydaje się nieodwracalne, Aidan odwiezie tam panią 

jutro moim powozem. Proponuję, by teraz pani odpoczęła.

- Nie... - zaprotestowała Eve, ale Aidan przerwał jej.

- Eve już teraz chce wrócić do domu. A więc tam pojedzie. Ja sam ją zawiozę.

- Zrobisz to, co ci każę - odezwał się książę.

- Nie - odparł Aidan ostro. - Nie tym razem, Wulf. Żona jest dla mnie ważniejsza niż 

lojalność   wobec   rodziny.   Wytłumaczysz   naszą   nieobecność   dzisiejszego   wieczoru,   jeśli 

zajdzie taka potrzeba.

Nikt nie odezwał się słowem, gdy Aidan wyprowadzał Eve z salonu. Pół godziny 

później wynajętym powozem jechali do Ringwood Manor.

background image

18

Gwałtowna burza z piorunami zatrzymała ich na kilka godzin w gospodzie, ale nie 

położyli się spać. Eve chodziła tam i z powrotem po pokoju. Nie chciała nic jeść ani nawet 

rozmawiać. Dojechali do Ringwood o świcie. Ranek był chłodny i wilgotny.

Wszyscy już wstali i wybiegli teraz z domu i stajni na powitanie przybyłych, wołając 

jedni przez drugich. Nawet pies przykuśtykal i szczekał bez opamiętania. W końcu znaleźli 

się w saloniku na dole, gdzie rozpalono ogień w kominku, by rozproszyć wilgotny chłód 

poranka. Gospodyni z ponurą miną przyniosła herbatę. Rozdała filiżanki, po czym z rękami 

skrzyżowanymi na piersiach stanęła przy zamkniętych drzwiach. Nikt nie zwrócił jej uwagi, 

żeby wyszła.

Aidan odstawił herbatę na stolik i podszedł do okna. Pani Pritchard płakała, a Eve 

próbowała ją uspokoić. Guwernantka obwiniała siebie, że pozwoliła zabrać dzieci, mimo że 

ciotka łkając, mówiła, iż nie miała przecież wyboru, nikt z nich nie mógł nic zrobić. Pies 

oparł pysk na kolanach Eve i skomlał, ciężko dysząc.

Ten   podły   Cecil   Morris   dobrze   zaplanował   swoją   zemstę.   Jako   człowiek   mikrej 

postury doskonale wiedział, że nie ma szans w starciu z mężczyznami broniącymi Eve, nawet 

nie poradzi sobie z jej gospodynią. Udał się więc do sędziego i uzyskał prawo opieki nad 

osieroconymi dziećmi, spokrewnionymi z nim ze strony matki. A potem wysłał miejscowego 

posterunkowego z czterema rosłymi pomocnikami, by zabrali je z Ringwood.

- Agnes pięścią złamała nos Willowi Perkinsowi - powiedziała panna Rice. - Wszędzie 

było  pełno krwi, Eve. Gdyby nie wrzeszczał tak głośno, pomyślelibyśmy,  że nie żyje.  A 

Charlie uderzył posterunkowego bykiem. Ale widzisz, pan Biddle miał papiery podpisane 

przez hrabiego Luffa, a z tym już nie ma dyskusji. Poza tym Becky i Davy przestraszyliby się 

jeszcze bardziej, gdyby zobaczyli bójkę. Pani Pritchard przekonała nas wszystkich, żebyśmy 

się uspokoili, zanim je przyprowadzono. Pan Biddle odesłał Willa Perkinsa do domu.

- A ja powycierałam krew, zanim dzieci zeszły na dół - odezwała się gospodyni. - 

Choć wolałabym im wszystkim rozkwasić nosy i porozbijać głowy, moja duszko. Tchórzliwe 

kundle, przyszli w pięciu, żeby zabrać dwójkę małych dzieci.

- Zostałabyś aresztowana, Agnes - stwierdziła pani Pritchard i wydmuchała nos w 

chusteczkę. - Zabraliby cię do więzienia.

- Eee, dla mnie to nie pierwszyzna, proszę pani - powiedziała niespeszona gospodyni.

Aidan zerknął na nią przez ramię z mimowolnym podziwem. Byłby z niej naprawdę 

doskonały sierżant. Niestety urodziła się kobietą.

background image

- Jak dzieci to zniosły? - spytała Eve drżącym głosem. Nie płakała. Po graniczącym z 

histerią wybuchu w salonie Wulfa była zamknięta w sobie, napięta i małomówna. - W jakim 

były stanie, gdy je za...za...zabierano?

- Powiedziałam im, że jadą na krótkie wakacje do ciotki, która bardzo się za nimi 

stęskniła - wyjaśniła panna Puce. - I że zostaną tam tylko do czasu, dopóki nie wrócisz, Eve.

- Ale one wiedziały - dodała smutno pani Pritchard, ze swym śpiewnym walijskim 

akcentem. - Ani przez chwilę nie dały się Thelmie oszukać. Davy był cały blady, a Becky 

miała oczy wielkie na pół twarzy. I to nie ze strachu, że w okolicy grasują źli ludzie. Tak 

właśnie   niania   Johnson   wytłumaczyła   im,   dlaczego   pan   Biddle   i   jego   ludzie   będą   ich 

eskortować do domu ciotki. Och, na samo wspomnienie serce mi krwawi.

- Moje dzieci! Och, moje biedne maleństwa!

Chyba po raz pierwszy Aidan w pełni uświadomił sobie przywiązanie Eve do sierot, 

które wzięła do siebie. Dla niej nie były tylko ofiarami losu, ale prawdziwą rodziną.

Nagle Eve zerwała się na równe nogi.

- Dlaczego ja tu siedzę, piję herbatę i grzeję się przy ogniu?! - zawołała. - Muszę do 

nich pojechać. Muszę je zaraz przywieźć do domu. Na pewno są przerażone.

- Jadę z tobą, moja duszko - zaofiarowała się gospodyni. - Złapię tego łotra Morrisa za 

szyję i zawiążę mu ją na supeł.

Agnes, moja droga - rzekła pani Pritchard z wyrzutem. Aidan odwrócił się od okna i 

odchrząknął. Natychmiast znalazł się w centrum uwagi.

- Hrabia Luff jest miejscowym sędzią? - spytał. Ojciec Densona.

- Tak, pułkowniku - odparła pani Pritchard.

- Więc to do niego powinniśmy się zwrócić. Eve, nie ma sensu jechać do twojego 

kuzyna  i apelować do jego sumienia którego zresztą zapewne nie ma. Nic też nie dadzą 

kłótnie i bójki. On ma za sobą prawo. Tylko pogorszycie swoją sytuację, jeśli zaczniecie się z 

nim bić.

- Słuchaj no, pan... - zaczęła gospodyni. Aidan spojrzał na nią chłodno i wyniośle.

- Panie skończyły pić herbatę - zauważył. - Możesz zabrać filiżanki i wrócić do swoich 

codziennych porannych obowiązków.

Patrzyła  na niego z wściekłością. Przez  chwilę myślał,  że okaże  się silniejsza  niż 

wszyscy żołnierze, których miał dotąd pod swoją komendą, i nie posłucha jego rozkazu. W 

końcu jednak przemaszerowała przez pokój, z wielkim hałasem zebrała filiżanki, chwyciła 

tacę i opuściła pokój bez jednego słowa.

- Biedna Agnes - powiedziała Eve. - Ona chce pomóc.

background image

-   Pomoże,   wykonując   swoje   obowiązki   i   pilnując,   by   całe   gospodarstwo 

funkcjonowało   bez   problemów.   Eve,   odwiedzimy   we   dwoje   hrabiego   Luffa.   Pozwól,   że 

odprowadzę cię do twojego pokoju, byś mogła się odświeżyć i zmienić suknię.

- Och, wiedziałam, że jak tylko pan się tu zjawi, pułkowniku, wszystko pan załatwi. - 

Pani Pritchard westchnęła.

Aidan zaprowadził Eve na górę i zatrzymał się z nią na chwilę przed drzwiami jej 

sypialni.

- Jest jeszcze dosyć wcześnie - stwierdził. - Chciałabyś może trochę się zdrzemnąć, 

zanim ruszymy w drogę?

Potrząsnęła głową.

- I tak nie mogłabym zasnąć - odparła. - Nie spocznę, dopóki nie odzyskam dzieci. Nie 

powinieneś jednak tak angażować się w moje sprawy, Aidanie. Zostało ci już tak niewiele 

urlopu, a dotąd nie miałeś okazji, by spędzić go tak, jak byś chciał. Wracaj do Londynu. Nie 

martw się o mnie!

Położył jej palec na ustach.

- Doprowadzę tę sprawę do końca - postanowił. - Wyjadę dopiero wtedy, gdy będziesz 

się czuła bezpieczna, wolna od trosk i szczęśliwa.

- Dlatego że złożyłeś obietnicę Percy'emu? - spytała.

- Dlatego że jesteś moją żoną.

Otworzyła   usta   i   przez   chwilę   myślał,   że   zaprotestuje,   używając   tych   samych 

argumentów, co zwykle. Ona jednak tylko kiwnęła głową i odwróciła się, by wejść do swego 

pokoju.

Już wkrótce, za dzień lub dwa, gdy dzieci wrócą do domu, tu, gdzie jest ich miejsce, 

pojedzie do Londynu, by spędzić tam resztę swego dwumiesięcznego urlopu. Wreszcie nic 

nie   będzie   go   krępować.   Wróci   do   dawnego   życia.   Najpierw   jednak   musi   stawić   czoło 

hrabiemu Luffowi. Zadzwonił po gorącą wodę do mycia i golenia.

* * *

Eve nigdy w życiu nie była w Didcote Park, wiejskiej siedzibie hrabiego Luffa, mimo 

że znajdowała się ona niedaleko od Ringwood. Jej ojciec, z całym swym bogactwem, nie 

został uznany za człowieka godnego zaproszenia na spotkania towarzyskie osób z wyższych 

sfer.

Elegancką rezydencję o doskonałych proporcjach zbudowano w stylu Jerzego V. Był 

to dom Johna, tutaj dorastał. Eve jednak nie chciała teraz o nim myśleć.

background image

- A jeśli hrabia nas nie przyjmie? - spytała.

- Nie przyjmie? - Aidan spojrzał na nią z wyraźnym zdziwieniem. - Dlaczego miałby 

nie przyjąć?

- Jestem córką walijskiego górnika - przypomniała mu.

- I żoną Bedwyna - dodał.

Jak inaczej postrzegali świat. On był synem i bratem księcia Bewcastle i nawet nie 

przyszłoby mu do głowy, że odmówią mu wstępu do jakiegoś domu w Anglii.

- A jeśli nas nie wysłucha?

- Dlaczego nie? - odpowiedział pytaniem. - Jako sędzia ma obowiązek nas wysłuchać.

Pochodził z uprzywilejowanej, arystokratycznej sfery, nie rozumiał, co to znaczy nie 

mieć władzy ani wpływów,  przesądzających  o wyniku wizyty  takiej jak ta. Dla hrabiego 

Luffa Eva była tylko kobietą, której ojciec miał czelność sugerować skoligacenie ich rodzin 

przez małżeństwo.

- A jeśli on nie zechce zmienić decyzji? - spytała.

- Postaramy się, żeby tak się nie stało. Jeśli nie wierzysz w sukces, Eve, przegrasz. No, 

jesteśmy na miejscu.

Pomógł jej wysiąść, podczas gdy Sam Patchett zakołatał do drzwi. Kolana się pod nią 

uginały, czuła mdłości, mimo że nie jadła śniadania, a dla dodania sobie odwagi włożyła 

jedną z nowych, szykownych sukni. Aidan miał na sobie galowy mundur.

-   Pułkownik   Aidan   Bedwyn   i   lady   Bedwyn   do   hrabiego   Luffa   -   powie   dział 

odźwiernemu, który otworzył drzwi. Ujął Eve pod rękę i bez wahania wszedł do środka.

Eve zawsze ceniła swoją niezależność. W normalnych okolicznościach miałaby mu za 

złe pewność siebie, z jaką wszystkim pokierował. Dzisiejszego ranka była mu jednak za to 

wdzięczna. Gdyby przyszła tu sama, zapewne drzwi Didcote Park zatrzaśnięto by jej przed 

nosem i w tej chwili wracałaby już do domu. Jego pewność siebie nie była bezpodstawna. Po 

zaledwie dwóch lub trzech minutach czekania w holu lokaj zaprowadził ich do pokoju na 

dole, który okazał się biblioteką, i z ukłonem wpuścił do środka.

Hrabia Luff wstał zza wielkiego, dębowego biurka. Wyglądał zupełnie jak John, tylko 

był trochę starszy. Jasne włosy zaczęły mu już siwieć i przerzedzać się na czubku głowy.

- Pułkownik Bedwyn! Lady Bedwyn! - odezwał się. - Cóż za miła niespodzianka. 

Zechcą   państwo   spocząć.   Czy   mogę   zaoferować   państwu   coś   do   picia?   Może   herbaty, 

madame? - Spojrzał na nią z grzeczną obojętnością.

- Nie, dziękuję, milordzie - odparła Eve.

- A pan, pułkowniku? Brandy? Czerwone wino? Może coś innego? - dopytywał się.

background image

- Nic, dziękuję. - Aidan powstrzymał go gestem, wskazał Eve fotel i usiadł obok niej. 

Z nerwów i zmęczenia kręciło się jej w głowie.

-   A   zatem   -   hrabia   usiadł   w   skórzanym   fotelu   i   założył   nogę   na   nogę   -   czemu 

zawdzięczam ten zaszczyt?

On przecież musi wiedzieć. Mógł być tylko jeden powód ich wizyty.

- Chcę odzyskać moje dzieci - powiedziała Eve, z przerażeniem słysząc swój cienki i 

drżący głos. - Pozwolił pan Cecilowi Morrisowi, by mi je odebrał. A one należą do mnie. Ich 

dom jest w Ringwood. Tam były szczęśliwe. Chcę je odzyskać.

Hrabia uniósł brwi wyraźnie zdziwiony.

- Chodzi pani o kuzynów Morrisa? - spytał. - O te dzieci, którym pani domownicy nie 

chcieli pozwolić, by wróciły do swego domu? Musiał jakoś poradzić sobie z tą kwestią pod 

pani nieobecność.

- Do swego domu? One mieszkają ze mną. Nikt nie prosił moich domowników o 

wydanie dzieci. Pan Biddle zabrał je siłą. Miejsce Davy'ego i Becky jest w Ringwood.

- Pani wybaczy, madame, ale czy jest pani w jakikolwiek sposób spokrewniona z 

rzeczonymi dziećmi? - spytał.

Eve poczuła ukłucie strachu.

- Nie - przyznała. - Jestem tylko kuzynką Cecila ze strony ojca. Ale to ze mną one 

mieszkają.

- Jak rozumiem, są sierotami - powiedział hrabia. - I zostały wysłane do kuzyna, pana 

Cecila Morrisa. Wyjaśnił mi, że pani się nimi łaskawie zajęła podczas choroby pani Morris, 

jego matki. I zostawiła je bez opieki, a sama pojechała do Londynu, by ze swoim świeżo 

poślubionym mężem zażywać rozrywek sezonu towarzyskiego.

- Nie zostawiłam ich bez opieki! - zawołała Eve. - Ja...

- Sir, ze względu na to, że powstał spór co do tego, kto ma się zaopiekować tymi 

sierotami, może powinien pan ponownie rozpatrzyć  sprawę i wysłuchać racji obu stron - 

zaproponował Aidan.

- Wygląda na to, że wszystkie racje są po stronie pana Morrisa - odparł hrabia.

- Nie! - krzyknęła Eve. - On tych dzieci wcale nie chce.

- Zatem okazuje to w przedziwny sposób, madame - rzekł hrabia, marszcząc brwi.

- Czy przynajmniej wysłucha pan argumentów mojej żony? - spytał Aidan głosem 

niezwykle spokojnym, niemal znudzonym. - Te dzieci są dla niej bardzo ważne. Opiekowała 

się nimi prawie przez rok i traktuje je jak swoje własne.

- Przez rok! - Hrabia nachmurzył się. - Niedyspozycja pani Morris trwała tak długo?

background image

- Ona wcale nie była chora! - zawołała Eve.

- Proszę, by nas pan wysłuchał - powtórzył Aidan. - W obecności Morrisa i jego 

matki, jeśli będą sobie tego życzyć.

- Och, nie!

Aidan uciszył Eve gestem.

- I wszystkich świadków, których zechce wezwać. A także w obecności świadków, 

których przyprowadzi moja żona.

Eve czuła, jak ściska się jej żołądek. Chciała, żeby hrabia od razu rozsądził sprawę. 

Chciała   z   Didcote   Park   pojechać   prosto   do   domu   Cecila,   by   zabrać   dzieci.   Nie   chciała 

przesłuchania,   podczas   którego   Cecil   będzie   znów   opowiadał   brednie   i   zmuszał   ciotkę 

Jemimę, by dla niego kłamała.

Hrabia Luff westchnął.

- Wydawało mi się, że jest to prosta sprawa - stwierdził. - I nadal tak uważam. Nie 

będę   się   bawił   w   urządzanie   oficjalnego   przesłuchania,   ze   sprytnymi   adwokatami, 

naginającymi  argumenty.  Zgodzę się jednak na nieformalne przesłuchanie, które musi się 

odbyć   dzisiaj,   bo   mam   inne   plany   na   resztę   tygodnia.   O   drugiej,   w   sali   zgromadzeń   w 

Heybridge, jeśli to państwu odpowiada. Zawiadomię Morrisa. Aidan wstał.

- Dziękujemy, sir - powiedział. - Stawimy się.

- Ale ja chciałam, żeby sprawa została rozstrzygnięta już teraz, zaraz - zaprotestowała 

Eve. - Nie mogę czekać tyle godzin.

- W takim razie musi się pani, madame, zadowolić rozstrzygnięciem jej na korzyść 

Morrisa - odparł hrabia szorstko. - Ja z pewnością nie będę nalegał.

A zatem spotkamy się dziś po południu - rzekła zrezygnowana. Kilka minut później 

siedzieli w powozie i jechali do domu. Prawo najwyraźniej było po stronie Cecila. Miłość nie 

będzie żadnym argumentem.

- Eve, po powrocie do domu od razu kładziesz się do łóżka - polecił Aidan. - Musisz 

się przespać.

- Nie mogę spać - zaoponowała.

-  Musisz  - powtórzył surowo,  z  kamienną   twarzą.  -  Jeśli  chcesz   odzyskać  dzieci, 

musisz się przespać, odzyskać siły. I pozwól, żebym to ja mówił podczas tej konfrontacji. A 

jeśli sama zabierzesz głos, nie daj się ponieść emocjom.

- Jak mogę mówić o tym bez emocji?! - zawołała.

- Jeśli im ulegniesz, on wygra - odparł. - Wierz mi.

Patrzyła na jego zimną surową twarz i nagle poczuła się tak samotna, że nie mogła już 

background image

tego   znieść.   Odwróciła   się   od  niego   gwałtownie,   ukryła   twarz   w   dłoniach   i   zaszlochała. 

Rzadko płakała, teraz jednak nie była w stanie powstrzymać  łez, choć bardzo się starała. 

Czuła, że za chwilę pęknie jej serce.

Potem poczuła dłoń na plecach, gładzącą ją lekko w uspokajającym rytmie. Gdy jej 

łkania   w   końcu   ucichły,   w   jej   ręce  pojawiła   się   duża   chusteczka.   Eve   otarła   twarz   i 

wydmuchała nos.

Nigdy w życiu nie była tak zmęczona.

Zdawało się, że Aidan czyta jej w myślach. Pochylił się nad nią objął ją podniósł i 

posadził sobie na kolanach. Zanim uświadomiła sobie, co zrobił, przytulił ją do siebie tak, że 

jej głowa spoczęła wygodnie na jego ramieniu. Nie wiedziała, kiedy zdjął jej kapelusz.

- Kochanie, wszystko będzie dobrze - wyszeptał jej do ucha.

- Naprawdę?

Nie potrzebowała jego zapewnień. W tej chwili ufała mu bezgranicznie. Jak dobrze 

pozwolić czasem komuś, by zdjął ciężar trosk z ramion.

- Obiecuję - rzekł.

Obudziła się dopiero wtedy, gdy powóz zatrzymał się przed Ringwood.

* * *

Cecil Morris wyglądał na pewnego siebie, a jego matka na zdenerwowaną. Eve była 

blada, mimo że spała w powozie w drodze powrotnej z Didcote Park i potem w domu. Pani 

Pritchard wyraźnie się niepokoiła, a panna Rice była cała spięta. Wielebny Puddle siedział 

między nimi i troskliwie je pocieszał. Miejscowy posterunkowy i czterech jego pomocników, 

z których jeden miał spuchnięty, czerwony nos i podbite na fioletowo oczy, kręcili się w 

pobliżu, jakby się spodziewając, że lada moment wybuchnie awantura. Zjawiło się sporo 

gapiów, którzy, nie wiadomo w jaki sposób, dowiedzieli się o przesłuchaniu.

Hrabia Luff spóźnił się i był wyraźnie w złym humorze.

- Rozstrzygnijmy tę sprawę bez dalszych ceregieli - powiedział, siadając za stołem 

ustawionym  w największej sali zgromadzeń i spiorunował wzrokiem wszystkich  dookoła, 

jakby to jemu kazano czekać.

Cecil   Morris   został   wezwany   jako   pierwszy,   by   przy   stole   sędziego   powtórzył, 

dlaczego uważa, że opieka nad sierotami Davidem i Rebeccą powinna być przyznana jemu. 

Przysiągł na Biblię, że będzie mówił prawdę i tylko prawdę, po czym łgał każdym słowem. 

Wedle   jego   wersji   niezmiernie   lubił   swoich   małych   kuzynów,   tak   jak   i   ich   biednych, 

zmarłych rodziców, a jego mama wprost za nimi przepadała. Wbrew złym przeczuciom dał 

background image

się   nakłonić   i   pozwolił   kuzynce,   wówczas   jeszcze   pannie   Eve   Morris,   by   zaofiarowała 

dzieciom gościnę na czas, gdy jego matka dochodziła do siebie po długiej niedyspozycji. 

Ostatnio dotarły do niego jednak niepokojące wieści, że kuzynka opuściła dzieci, rzucając się 

w wir rozrywek towarzyskich w Londynie.

Gdy   Eve   otworzyła   usta,   żeby   coś   powiedzieć,   Aidan   dotknął   jej   ramienia   i 

powstrzymał ją.

Morris  wyjaśnił,   że  zwrócił   się  do sędziego  o  przyznanie   mu  prawnej   opieki  nad 

dziećmi, po czym wysłał po nie posterunkowego, ponieważ poprzednim razem, gdy pojechał 

je odwiedzić i zapewnić, że już wkrótce będą w domu ze swoją drogą cioteczką, niedawno 

poślubiony   mąż   jego   kuzynki   groził   mu   użyciem   siły.   Morris   obawiał   się   też,   że   inni 

domownicy, wśród których byli skazańcy i przestępcy, zrobią krzywdę jemu, albo, co gorsza, 

dzieciom, gdyby osobiście pojechał i żądał ich wydania.

- I jak pan widzi, milordzie, moje obawy były uzasadnione - powie dział, wskazując 

dramatycznym   gestem   pomocnika   posterunkowego   ze   spuchniętym   nosem   i   podbitymi 

oczami.

Aidan, czując ciągły niepokój Eve, wziął ją za rękę i mocno ścisnął.

- Kto to zrobił? - spytał hrabia, patrząc chmurnie na policjanta.

- Ja, czcigodny panie - odezwała się gospodyni Eve gdzieś z końca sali. - I zrobiłabym 

to jeszcze raz każdemu, kto wszedłby bez pytania do domu mojej pani i chciałby zabrać 

stamtąd   biedne   niewinne   dzieciątka,   tylko   dlatego   że   ten...   ten   łajdak   chce   się   zemścić. 

Szkoda, że to nie jego nos znalazł się pod moją pięścią.

- Usiądź, kobieto - rozkazał hrabia.

- Sam pan pytał - odpowiedziała Agnes.

-   Tak,   ale   teraz   proszę   siadać.   Lady   Bedwyn,   czy   chciałaby   pani   zadać   panu 

Morrisowi jakieś pytania?

Aidan ponownie ścisnął ją za rękę. Ona jednak zignorowała to, że chciał mówić w jej 

imieniu, i wstała.

- Tak - odparła. - Becky i Davy przyjechali do Heybridge dyliżansem piątego sierpnia 

zeszłego roku. Łatwo będzie potwierdzić tę datę w księgach przewozów. Zechcesz, Cecilu, 

powiedzieć  hrabiemu,  jak   długo  byli   w   twoim  domu,   zanim  domniemana  choroba   ciotki 

zmusiła cię do oddania ich pod moją opiekę?

- Skąd mam to pamiętać? - spytał. - Miesiąc, dwa, może dłużej.

- Księgi mojego majątku wykazują, że szóstego sierpnia zatrudniłam panią Johnson 

jako nianię do dzieci - powiedziała Eve. - Ze wspomnianych ksiąg wynika też, że w tym 

background image

samym tygodniu kupiono dla nich ubrania i różne drobiazgi. Jeśli trzeba, pani Johnson będzie 

zeznawać.

- Moja droga mama była chora... - zaczął Morris.

- I opowiedz hrabiemu o swojej  wizycie  w Ringwood na dwa dni przed rocznicą 

śmierci   mojego   ojca   -   ciągnęła   Eve.   -   Jeśli   chcesz,   odświeżę   ci   pamięć.   Byłeś   wtedy 

przekonany,   że   wkrótce   odziedziczysz   mój   majątek.   Pod   moją   nieobecność   kazałeś 

wszystkim  domownikom ustawić  się w  szeregu w holu, żebyś mógł do nich przemówić. 

Wszyscy moi służący zaświadczą, że dzieci też zostały ustawione w tym szeregu. Powtórzysz 

nam, co do nich powiedziałeś?

- Nie pamiętam - odparł. - To było jakiś czas temu.

- A wiele osób pamięta - powiedziała. - Oznajmiłeś, że wszyscy, absolutnie wszyscy 

mieli się wynieść, zanim obejmiesz majątek w posiadanie, albo każesz ich aresztować za 

włóczęgostwo.

- Eve! Nie miałem na myśli moich biednych małych kuzynów. Byli w holu, bo mieli 

wrócić ze mną do domu. - Jednak ta kobieta - wskazał na gospodynię - groziła mi rzeźniczym 

nożem, więc ze względu na dzieci wycofałem się. Za plecami Eve rozległo się parsknięcie.

- Gdybym miała pod ręką rzeźniczy nóż, to bym ci nim oberżnęła uszy, ty kłamliwy 

szczurze, i od razu lepiej byś wyglądał - skomentowała gospodyni.

- Kobieto, milcz albo każę cię wyprowadzić - rzekł surowo hrabia. - Proszę wrócić na 

miejsce, panie Morris. Wysłuchamy teraz lady Bedwyn. Zechce pani podejść, madame, i 

usiąść.   Proszę   powiedzieć,   dlaczego   powinienem   przyznać   pani   opiekę   nad   Davidem   i 

Rebecca Aislie, skoro nie jest pani ich krewną.

Aidan wpatrywał się w Eve, która złożyła przysięgę na Biblię i usiadła. Oby tylko 

zachowała spokój i nie uległa panice, jak to się stało dzisiaj rano w bibliotece hrabiego.

Eve wyjaśniła, jak po śmierci rodziców dzieci były odsyłane od jednych krewnych do 

drugich,   aż   w   końcu   przyjechały   do   Heybridge,   gdzie   też   zostały   odrzucone.   Czekał   je 

sierociniec. Jednak ciotka Jemima  w tajemnicy przed swoim synem  przybiegła  do niej z 

płaczem i błagała ją, by wzięła dzieci do siebie. Tak też zrobiła. Wynajęła dla nich nianię i 

guwernantkę i sama spędzała z nimi jak najwięcej czasu. Wkrótce pokochała je, jakby były jej 

własnymi dziećmi.

- Jak więc wytłumaczy pani zachowanie pana Morrisa w ostatnim tygodniu, jeśli nie 

zależało mu na dzieciach? - spytał hrabia. - Najwyraźniej zaniepokoił się, że porzuciła je pani. 

Zadał sobie sporo trudu, by zabrać dzieci do siebie.

- Chciał się na mnie zemścić - odparła Eve.

background image

Opowiedziała,   jak   udało   się   jej   zachować   majątek   dzięki   wyjściu   za   mąż   przed 

upływem roku od śmierci ojca. Powtórzyła groźbę Morrisa skierowaną do nich wszystkich na 

dwa dni przed rocznicą śmierci jej ojca. Opisała zachowanie Cecila w dzień tej rocznicy, 

dopóki jej mąż nie kazał mu opuścić Ringwood i nigdy więcej tu nie wracać.

- Groził pani przemocą? - Hrabia zmarszczył brwi.

-   To   był   żart,   milordzie   -   zaprotestował   Cecil   Morris,   zrywając   się   na   nogi.   - 

Dlaczegóż miałbym grozić mojej drogiej kuzyneczce? To był...

- Proszę usiąść, panie Morris - nakazał hrabia.

-   On   wie,   że   kocham   te   dzieci   -   ciągnęła   Eve.   -   Został   upokorzony,   gdy 

pokrzyżowałam mu plany. Teraz zobaczył, że ma okazję, by wykorzystując dzieci, odegrać 

się na mnie.

-   Panie   Morris,   czy   ma   pan   do   lady   Bedwyn   jakieś   pytania?   -   rzekł   hrabia   z 

westchnieniem, którego nie próbował ukryć.

- Tak! - zawołał Morris, zrywając się z miejsca. - Gdzie byłaś przez ostatnie dwa 

tygodnie, Eve, podczas gdy dzieci usychały z tęsknoty w Ringwood?

- Byłam w Londynie - przyznała Eve, patrząc na hrabiego. - Na zaproszenie księcia 

Bewcastle'a. Miałam zostać przedstawiona królowej i towarzystwu jako świeżo poślubiona 

małżonka lorda pułkownika Aidana Bedwyna. Ostatniego wieczoru miałam też uczestniczyć 

w oficjalnej kolacji w Carlton House. Jednak zrezygnowałam z udziału w niej, by pospieszyć 

z powrotem do domu, gdy doszły mnie wieści, co się tu dzieje. Zostawiłam dzieci pod opieką 

ciotki, pani Pritchard, ich niani i guwernantki. Pisałam do nich codziennie. Straszliwie za nimi 

tęskniłam. Tęskniłam za nimi całym sercem. - Dotknęła dłonią piersi.

- Jakie to wzruszające - skomentował Morris sarkastycznie. - A powiedz mi, Eve, kto 

będzie   dla   Davy'ego   ojcem?   Przecież   dorastający   chłopiec   powinien   mieć   wzór   do 

naśladowania. Twój dom jest pełen kobiet. Zdaje się, że twój mąż lada dzień wyjedzie, by już 

nigdy nie wrócić. Wszyscy wiedzą, że wyszłaś za niego tylko po to, by zatrzymać Ringwood.

Wśród zebranych rozległ się szmer oburzenia. Aidan wstał.

- Za pozwoleniem, ja odpowiem na to pytanie. Luff machnął przyzwalająco ręką.

-   Proszę   bardzo,   posłuchajmy   i   pana,   pułkowniku   Bedwyn   -   rzekł.   -   Nigdy   nie 

słyszałem, żeby robiono tyle szumu wokół dwójki sierot.

- Przez ostatnich kilka lat walczyłem w Hiszpanii i na południu Francji pod wodzą 

Wellingtona - zaczął Aidan, ciesząc się w duchu, że jednak zdecydował się włożyć galowy 

mundur, mimo że był taki niewygodny, zwłaszcza w parny dzień. - I kto wie, czy wojna 

naprawdę   się   skończyła.   Europę   należy   zbudować   na   nowo   po   łatach   walk   i   grabieży. 

background image

Obowiązek wzywa mnie z powrotem do armii. Ale mój dom jest w Ringwood Manor, gdzie 

mieszka moja żona. Gdy wyjadę, tu zostawię serce. Tu osiądę, jak tylko będę mógł. Krewni i 

przyjaciele mojej żony są również moimi przyjaciółmi. Podobnie jak jej służba. Jej przybrane 

dzieci są moimi dziećmi. Przez następnych kilka lat, choćby tylko na odległość, będę ojcem 

dla Davy'ego i Becky.

Pobladła  Eve patrzyła  na niego  szeroko otwartymi  oczami.  Aidan siadł na swoim 

miejscu. Cecil Morris również.

- A pani, madame? - spytał hrabia panią Morris. - Co pani ma do powiedzenia w tej 

sprawie? Czy chce pani mieć te dzieci u siebie? Czy zależy pani na nich? Kocha je pani?

- Tak, milordzie - powiedziała ciotka Jemima głosem niewiele głośniejszym od szeptu. 

- Bardzo je kocham, ale...

Wszyscy   czekali,   żeby   dokończyła   zdanie.   Jej   syn   odwrócił   się   i   spiorunował   ją 

wzrokiem.

- A zatem - rzekł hrabia Luff, gdy stało się jasne, że pani Morris nie ma nic więcej do 

powiedzenia   -   muszę   rozważyć   roszczenia   tego   oto   mężczyzny   i   jego   matki,   którzy   są 

krewnymi   i   prawnymi   opiekunami   dzieci   i   twierdzą   że   je   kochają,   przeciw   żądaniom 

mężczyzny, który zapewne wkrótce wróci do swojego regimentu na nie wiadomo jak długi 

czas, i kobiety, której nie łączą z dziećmi żadne więzy krwi, która nie ma prawa do opieki nad 

nimi i która samotnie nie jest w stanie stworzyć im pełnej rodziny.

Aidan z niejakim zaskoczeniem pomyślał, że jednak przegrają.

- W tej ostatniej kwestii absolutnie nie ma pan racji - odezwał się cichy, dobitny głos z 

końca sali.

Aidan obejrzał się szybko za siebie. Tuż przy wejściu stał Wulf w stroju podróżnym. 

Wyglądał   tak   nieskazitelnie,   jakby   właśnie   wyszedł   spod   troskliwych   rąk   swojego 

kamerdynera, jak zwykle z monoklem uniesionym w pół drogi do oka.

- Kto do pioruna... - zaczął hrabia i przyjrzał się uważniej. - To pan, Bewcastle?

Eve, nadal siedząca przy stole sędziego, uchwyciła się oparcia krzesła.

- Tak jest - rzekł Bewcastle, podchodząc wolnym krokiem. Wydawał się tak wyniosły 

i   znudzony   jak   zawsze.   -   Lady   Bedwyn   bez   rodziny,   która   zapewni   opiekę   jej   i   jej 

przybranym dzieciom, podczas gdy pułkownik Bedwyn będzie w dalekich stronach walczył 

za króla i ojczyznę? To całkowita bzdura, Luff. Ona ma ostoję w całej rodzinie Bedwynów.

- Chce pan przyjąć tę dwójkę bezdomnych dzieci pod skrzydła Bedwynów? - spytał 

hrabia.

Wulf uniósł brwi do góry.

background image

- A czy już pod nimi nie są? - odpowiedział pytaniem. - Czy nie są pod opieką mojej 

bratowej, jeśli nawet w tej chwili tylko symbolicznie? A czy lady Bedwyn nie należy do 

rodziny Bedwynów?

Hrabia Luff pokiwał głową.

- Pański nagły afekt ku dzieciom rzeczywiście wydaje się nieco podejrzany, panie 

Morris - powiedział. - Troska o nie stanowczo zdaje się wynikać  ze złośliwości. A pani 

Morris tym małym „ale” poddała w wątpliwość swoje zapewnienia, że kocha dzieci. Należy 

się   zastanowić,   czy   nie   będą   szczęśliwsze   w   domu   lady   Bedwyn,   nawet   w   wypadku 

długotrwałej   nieobecności   pułkownika.   Mając   zapewnienie   o   wsparciu   ze   strony   księcia 

Bewcastle, ogłaszam, że Davida i Rebeccę Aislie powierza się opiece lady Bedwyn, która 

otworzyła przed nimi dom i serce, gdy nikt inny ich nie chciał. Takie jest moje ostateczne 

postanowienie.

Przez   chwilę   Aidan   myślał,   że   Eve   zemdleje.   Ale   trzymała   się   sztywno   § 

wyprostowana, z całej siły zaciskając palce na oparciu krzesła. A potem spojrzała mu w oczy.

Uśmiechnął się do niej.

background image

19

Eve siedziała w powozie, mając po bokach Becky i Davy'ego i tuląc ich do siebie. Nie 

mogła się od nich oderwać. Becky pokazała jej koronkową chusteczkę pełną skarbów, które 

dostała od ciotki Jemimy: broszkę ze sztucznymi brylantami, z których jeden wypadł, srebrny 

kolczyk bez pary, bransoletkę z zepsutym zapięciem. Davy milczał.

Wyglądało na to, że były pod dobrą opieką. Ciotka Jemima najwyraźniej troszczyła się 

o nie, dobrzeje karmiła, zwłaszcza ciastkami. Co wieczór układała Becky do snu, całowała ją 

i śpiewała kołysanki.

- Ale brakowało mi twoich bajek, ciociu Eve - wyznała Becky. - Tęskniłam za tobą. I 

za Benjaminem, za ciocią Thelma i ciocią Mari. I za nianią.

- A my wszyscy tęskniliśmy za wami - powiedziała Eve, ściskając mocno oboje. - 

Okropnie mi was brakowało przez cały czas, gdy byłam daleko. Już nigdzie więcej bez was 

nie wyjadę. Zostanę z moją rodziną. Z moimi dziećmi. I nikt was więcej nie zabierze na 

wakacje bez waszej zgody. To było bardzo nierozsądne ze strony kuzyna Cecila, że wysłał po 

was pana Biddle'a tylko dlatego, że mu się wydawało, iż w okolicy grasują źli ludzie. Mógł 

was przestraszyć. Ale ciotka Jemima naprawdę bardzo chciała was zobaczyć.

- On  powiedział, że  nie pozwolą  nam  wrócić  do Ringwood - odezwał  się po raz 

pierwszy Davy.

- Mylił się - stwierdziła Eve. - Ale ciotka Jemima chyba tego nie mówiła, prawda? 

Hrabia Luff, który jest tutaj sędzią, właśnie oświadczył, że Ringwood będzie waszym domem 

już na stałe, a ja mam być waszą mamą.  Właściwie  zastępczą mamą - dodała ostrożnie. 

Zawsze starała się, by dzieci pamiętały swoich rodziców i ich wspominały.

Becky popatrzyła na Aidana, który siedział naprzeciwko, kolanami dotykając nóg Eve.

- Czy ty jesteś naszym nowym papą? - spytała.

Nie odpowiedział od razu, więc Eve mimo woli spojrzała na niego. Z pewnością jutro 

wyjedzie, tym bardziej że jego brat będzie wracał do Londynu i może go zabrać wygodnym 

powozem. Nie  miał powodu,  by zostawać  dłużej. Uświadomiła  to sobie  już w  pierwszej 

chwili po zwycięstwie, które przyniosło jej taką ulgę. Wśród głośnych okrzyków radości, 

rozbrzmiewających po ogłoszeniu werdyktu, czuła ogarniające ją szczęście. Ale była w nim 

też kropla goryczy, bo on jutro wyjedzie.

A jednak uśmiechnął się do niej.

Inaczej   niż   podczas   balu   w   Bedwyn   House   -   szerokim,   promiennym   uśmiechem, 

rozchylającym   usta,   marszczącym   oczy   w   kącikach,   rozjaśniającym   całą   twarz.   Znikła 

background image

ponura, groźna surowość i na jej miejscu pojawiło się ciepło.

Dziwne, ale ten uśmiech wydał się jej bardziej intymny niż wszystkie ich zbliżenia 

cielesne. Coś z jego głębi, radość jaśniejsza niż słońce ogarnęła ją mocniej niż ramiona.

Aidan uśmiechał się do niej. Przez całą wieczność. Zanim Cecil z wściekłością wypadł 

z sali, a ciotka, łkając żałośnie, pospieszyła do Eve, by ją uściskać i powiedzieć, że naprawdę 

kocha drogie dzieciaczki, naprawdę, ale jest zbyt stara i zmęczona, by zapewnić im dobrą 

opiekę na stałe. Eve odwzajemniła uścisk i zapewniła ją, że może je odwiedzać, kiedy tylko 

zechce. Gdy ponownie spojrzała na Aidana, rozmawiał już z księciem Bewcastle'em i hrabią 

Luffem. Znów wydawał się daleki i posępny w tym swoim mundurze.

Nie traciła czasu. Dowiedziała się od ciotki Jemimy, że dzieci są na dole w bufecie, 

pod   opieką   dwóch   służących   z   gospody   Pod   Trzema   Piórami.   Popędziła   po   schodach, 

przeskakując po dwa stopnie w bardzo nieprzystojny damie sposób. Wpadła do bufetu, by po 

kolei chwycić je w ramiona, śmiejąc się i tańcząc z nimi wkoło. Nigdy w życiu nie była tak 

szczęśliwa.

- Przypuszczam, że pamiętasz swojego papę, prawda? - powiedział Aidan do Becky. - 

On zawsze będzie twoim papą, nawet jeśli już go przy tobie nie ma. Ja mam go zastąpić i 

sprawić, żebyś była zawsze bezpieczna, miała ciepły dom, opiekę i odpowiednią edukację, 

żebyś mogła wyrosnąć na damę, a Davy na dżentelmena.

- To jak mam do ciebie mówić? - spytała Becky.

Eve zauważyła, że był zaskoczony tym pytaniem. Uniósł brwi.

- Hmm - mruknął. - Zastanówmy się. Twoja ciocia Eve jest moją żoną. No więc w 

takim razie chyba jestem dla ciebie wujkiem Aidanem.

Zabrzmiało to tak absurdalnie, że Eve wybuchnęła śmiechem. Kto by pomyślał? Lord 

pułkownik Aidan Bedwyn proponujący dwóm bezdomnym  sierotom, by mówiły do niego 

„wujku”. Och, jak bardzo go kochała! Ta myśl była jednak dla niej w tej chwili zbyt bolesna. 

Uśmiechnęła się do Becky.

On jutro wyjedzie.

Książę Bewcastle zgodził się zatrzymać na jedną noc w Ringwood Manor. Cichym, 

wyniosłym jak zawsze tonem powiedział, że każde lokum jest lepsze niż ponowny nocleg Pod 

Trzema Piórami. I dodał, że właściciel gospody też zapewne wolałby, żeby książę zatrzymał 

się gdzie indziej.

Eve intrygowało, dlaczego książę przyjechał tutaj. Gdy weszła do salonu tuż przed 

obiadem, zastała go samego.

Nie lubiła księcia.  Jak wszyscy z jego otoczenia trochę się też go obawiała. Tym 

background image

razem jednak energicznie przeszła przez pokój, wyciągając do księcia obie ręce. Nie miał 

wyjścia   i   ujął   jej   dłonie.   Wydawał   się   przy   tym   lekko   zdziwiony   i   chyba   również 

zaniepokojony.

-   Dziękuję   -   powiedziała.   -   Dziękuję   z   całego   serca.   -   Uścisnęła   jego   dłonie, 

smuklejsze niż Aidana, z długimi, upierścienionymi palcami.

- Nie wydaje mi się, bym wyświadczył pani jakąś wielką przysługę, lady Bedwyn.

- Nie wiem, jak długo stał pan tam przy drzwiach, ale na pewno zdawał pan sobie 

sprawę, że werdykt wcale nie był przesądzony - odparła. - Że hrabia mógł równie dobrze 

podtrzymać   decyzję   o   przyznaniu   opieki   Cecilowi,   zamiast   oddać   dzieci   mnie.   Na   jego 

postanowienie wpłynęło to, co pan powiedział. A chyba jeszcze bardziej pańska obecność.

- Cieszę się zatem, że mogłem być pomocny - rzekł.

-   Dlaczego   pan   przyjechał?   -   Te   jego   srebrzyste,   patrzące   prosto   na   nią   oczy 

zazwyczaj  wprawiały ją w zakłopotanie. Ale tym  razem nie ruszyła  się z miejsca, stojąc 

zaledwie metr od niego. - Przecież nie ze względu na dzieci. Wobec sierot po sklepikarzu 

może pan czuć jedynie obojętność. I nie ze względu na mnie. Mnie pan najwyżej toleruje. A 

w dodatku nie poszłam teraz na kolację w Carlton House. Więc chyba  zrobił pan to dla 

Aidana.

- Przyjemnie  jest natrafić na kogoś, kto zna mnie tak dobrze, że może sam sobie 

odpowiadać na własne pytania - odparł.

Zaczerwieniła się na tę wyniosłą reprymendę.

- Dlaczego pan przyjechał? - spytała.

- Przyjechałem, madame, bo jestem głową rodziny Bedwynów i zawsze uważałem za 

swój obowiązek troszczyć się o jej członków - odparł. - Pani należy teraz do rodziny i tak 

pozostanie, bez względu na to, jak bardzo będzie pani demonstrować swoją niezależność, jeśli 

nawet drogi pani i Aidana na zawsze się rozejdą, gdy jego urlop dobiegnie końca. Wydawało 

mi się, że może pani potrzebować moich wpływów, które, jak sama pani była świadkiem, są 

znaczne. Dlatego przyjechałem.

- Więc przyjechał pan ze względu na mnie? - Zmarszczyła brwi. Wy dawał się zbyt 

zimnym człowiekiem, by mógł działać pod wpływem sympatii. Kierowało nim co innego. 

Sam przed chwilą powiedział, że zrobił to z obowiązku. Tak jak Aidanem, powodował nim 

przede wszystkim obowiązek. Ci dwaj bracia byli pod wieloma względami bardzo do siebie 

podobni. A jednak nie przyjaźnili się.

Książę skłonił lekko głowę.

- Co dzieli pana i Aidana? - wyrwało się jej pytanie. - Obaj ponad wszystko cenicie 

background image

honor i obowiązek. Dlaczego nie jesteście sobie bliscy?

Uniósł monokl do oka i zmroził ją spojrzeniem. Jakby ukrył się za nieprzeniknioną 

maską.

- Madame, czy bracia muszą okazywać wzajemne uczucia na wzór Walijczyków? - 

spytał.   - Rzucać   się  sobie  w   ramiona, ronić  łzy przy każ  dym  rozstaniu,  każdej  kłótni i 

pojednaniu, wyznawać sobie nawzajem miłość w kwiecistych, pełnych namiętności słowach? 

A jeśli zachowują się z bardziej angielską rezerwą, to czy od razu coś musi ich dzielić?

Wytrąciła go z równowagi. Chłostał ją lodowatymi słowami, z otwartą pogardą dla jej 

krajanów.

- Więc kocha go pan? - spytała.

- Lady Bedwyn, mówi pani jak kobieta - odparł. - Miłość... Czymże jest miłość, jeśli 

nie abstrakcją, którą można wyrazić tylko w czynach? Aidan jest Bedwynem. To mój brat i 

dopóki nie spłodzę syna, także mój spadkobierca. Jego życie jest dla mnie bardzo ważne, tak 

jak   jego   szczęście.   Oddałbym   za   niego   życie,   gdyby   tak   skrajnie   dramatyczny   gest   był 

potrzebny. Czy to jest miłość? Niech pani sama osądzi.

Nim skończył mówić, otworzyły się drzwi i weszła ciocia Mari wsparta na lasce, a za 

nią Thelma. Eve nalegała, by guwernantka jak zwykle zasiadła z nimi do kolacji. Ciocia Mari 

natychmiast z wielkim entuzjazmem zaczęła mówić o procesie, jak z upodobaniem nazywała 

popołudniowe przesłuchanie. W miarę jak książę słuchał jej silnego walijskiego akcentu, jego 

mina robiła się coraz bardziej cierpka.

Aidan zjawił się pięć minut później, już nie w mundurze, ale ubrany w elegancki 

niebieskoszary strój wieczorowy ze śnieżnobiałą koszulą.

- Andrews przyjechał dziś tak późno, że nie zdążył mi na czas wyprasować koszuli - 

wyjaśnił.  - Nie chciał słyszeć,  bym  włożył  nieuprasowaną, choć nie zauważyłem  na niej 

żadnego zagniecenia.

Eve, patrząc na niego, czuła ból. Przyjechał tu, ryzykując gniew brata. Walczył dzisiaj 

w sprawie jej dzieci, które nic dla niego nie znaczyły. Uśmiechnął się do niej.

A jutro wyjedzie.

- Aidanie, przecież nigdy nie dbałeś o swój wygląd - zauważył książę.

- Kolacja gotowa - powiedziała Eve. - Przejdziemy do jadalni? Poniewczasie, gdy 

Aidan podał ramię cioci Mari, a książę Bewcastle podszedł do niej, Eve uświadomiła sobie, 

że powinna była kazać Agnes przynieść do salonu napoje. Pewnie uznają, że brak jej ogłady.

Bewcastle przyjechał na wieś powozem z jego herbem, któremu towarzyszył drugi 

powóz, wiozący bagaż. Zabrał ze sobą kamerdynera, dwóch woźniców, dwóch lokajów do 

background image

obsługi powozu i sześciu jeźdźców eskorty, wszystkich w przepięknych liberiach.

Następnego ranka Aidan, stojąc z Eve na tarasie, by pomachać mu na pożegnanie, 

poczuł ukłucie żalu. Jak się zmienił Wulf. Z radosnego, żywego, figlarnego chłopca, jakim go 

pamiętał, stał się zimnym, samotnym arystokratą z ogromną władzą. Wystarczyło, że uniósł 

brew, powiedział cicho jedno słowo, a już robiono to, co chciał. Przez chwilę Aidan czuł 

dławienie w gardle. Zwykle nie przejmował się pożegnaniami, zwłaszcza że mieli się przecież 

zobaczyć za kilka dni.

Dlaczego Wulf przyjechał? To pytanie intrygowało go od wczorajszego popołudnia. 

Ciągle jeszcze nie mógł zaakceptować oczywistego wytłumaczenia, że jego brat przyjechał po 

prostu dlatego, by pomóc jednemu z Bedwynów, który znalazł się w potrzebie. Dlaczego 

Wulf miałby się przejmować tym, co czuła Eve? Czy to możliwe, że przyjechał, ponieważ 

wiedział,   że   Aidan   kocha   Eve,   a   jemu   zależało   na   Aidanie?   Więc   zrobił   to   nie   tylko   z 

obowiązku,   ale  też...  z  braterskiej  miłości?  Nie  było   sensu   go o  to  pytać.   Spojrzałby na 

Aidana tymi swoimi srebrzystymi oczami, uniósłby brwi, robiąc minę, jakby nigdy w życiu 

nie słyszał podobnych bzdur.

Powozy zniknęły za zakrętem podjazdu.

- Mam nadzieję, że nie sprawiam ci zbyt wiele kłopotu, zostając jeszcze jeden dzień - 

powiedział Aidan.

- To żaden kłopot.

Zauważył jednak, że zmarszczyła lekko czoło ze zdziwienia. Oczywiście spodziewała 

się,   że   Aidan   wyjedzie   razem   z   Wulfem   dziś   rano.   Sam   to   zapowiedział   poprzedniego 

wieczoru. Gdy jednak obudził się przed świtem i leżał w łóżku, nie mogąc zasnąć, w jego 

głowie raz po raz odgrywała się scena z sali zgromadzeń.

„Mój   dom   jest   w   Ringwood   Manor,   gdzie   mieszka   moja   żona.   Gdy   wyjadę,   tu 

zostawię serce”.

Powiedział to całkiem szczerze, choć jego słowa brzmiały żenująco teatralnie.

„Gdy wyjadę, tu zostawię serce”.

„Jej przybrane dzieci są moimi dziećmi”.

Nie były jego. Nie wzbudzały w nim żadnego zainteresowania, może poza naturalną 

troską o małe sieroty, niechciane i odrzucone przez wszystkich krewnych.

Słowa Cecila Morrisa wciąż dźwięczały mu w głowie. Wstał, ubrał się, nie wzywając 

Andrewsa, i poszedł do stajni, by osiodłać konia i ruszyć na przejażdżkę o wschodzie słońca.

„Powiedz  mi,  Eve,   kto będzie  dla  Davy'ego  ojcem?  Przecież  dorastający  chłopiec 

powinien mieć wzór do naśladowania”.

background image

Z   tymi   słowami   napłynęło   wspomnienie   chłopca,   chudego,   zdezorientowanego, 

najeżonego wrogością w pokoju dziecinnym  tamtego wieczoru i milczącego, apatycznego 

wczoraj w powozie.

„Kto będzie dla Davy'ego ojcem? Przecież dorastający chłopiec powinien mieć wzór 

do naśladowania...”

„Gdy wyjadę, tu zostawię serce”.

Becky i Davy byli dziećmi Eve. A Eve była jego żoną. Jak idiotyczne wydawało mu 

się teraz wspomnienie decyzji, by się z nią ożenić. Zabrać ją do Londynu na ślub, przywieźć z 

powrotem do domu i zostawić. To nie taktyczny manewr na polu walki, o którym natychmiast 

się zapomina. Powinien był pamiętać, że jest Bedwynem, a Bedwynowie  zawsze kochali 

swoje   towarzyszki   życia.   To   była   tradycja,   z   której   on   i   jego   bracia   wyśmiewali   się   w 

dzieciństwie. Bedwynowie kochali i troszczyli się o swoje dzieci, nawet jeśli zbyt gorliwie 

wpajali im poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Jednak Aidan nie przypominał sobie, by 

którykolwiek z Bedwynów miał do czynienia z przybranymi dziećmi.

- Taki dzisiaj ładny dzień - odezwał się. - Pomyślałem, że można zabrać chłopca na 

ryby. - Zmieszał się okropnie, jak tylko wypowiedział te słowa.

- Davy'ego?

- Wydaje mi się, że to dobry pomysł - ciągnął. - Po naszym ślubie zapewniłem go, że 

jest bezpieczny, i zachęcałem, by uważał się za obrońcę siostry i pozostałych kobiet w domu. 

Gdy przyszło co do czego, oczywiście okazało się, że wcale nie jest bezpieczny i nie może 

nikogo obronić, nawet siebie samego. Powinienem był pamiętać, że to jeszcze dziecko, które 

potrzebuje dorosłych, żeby byli przy nim i chronili go. Spędzę z nim dzisiejszy dzień.

Zmarszczyła brwi jeszcze bardziej i przez chwilę myślał, że popełnił błąd, zostając i 

narzucając jej swoje towarzystwo, jakby kwestionował jej zdolność do zaopiekowania się 

chłopcem. Gdy się odezwała, zrozumiał, że źle odczytał wyraz jej twarzy.

- Naprawdę jesteś dobrym człowiekiem - powiedziała cicho. - Choć czasami w to 

wątpię. Aż do wczoraj nie zdawałam sobie nawet sprawy, że i ty, i książę, ukrywacie się za 

niemal nieprzeniknionymi maskami.

- Oceniasz mnie tak dobrze tylko dlatego, że postanowiłem poświęcić jeden dzień na 

wędkowanie? - Jeśli chodzi o maski, on sam nie nosił żadnej. A Wulf? Tak, on ją nosił. Eve 

słusznie   to   zauważyła.   -   Nie   znasz   mężczyzn,   Eve,   jeśli   wydaje   ci   się   ogromnym 

poświęceniem z mojej strony to, że zostanę jeden dzień dłużej i przyjemnie spędzę czas.

- Ojciec Davy'ego był sklepikarzem - odrzekła. - I to niezbyt bogatym. A jednak dla 

lorda pułkownika Aidana Bedwyna nie jest poświęceniem zrezygnowanie z kolejnego dnia 

background image

urlopu, by pójść z nim na ryby?

- Dzień jest taki piękny. Eve, wybierz się z nami i zabierz też małą. Niedobrze byłoby 

ich   dzisiaj   rozdzielać,   zwłaszcza   że   dla   chłopca   jestem   obcym   człowiekiem.   Pojedziemy 

dwukółką, zabierzemy koszyk z podwieczorkiem i urządzimy sobie piknik.

Przechyliła głowę na bok i wpatrywała się w niego pięknymi, świetlistymi oczami.

- Idź i poproś nianię, żeby przygotowała dzieci - rzekł zakłopotany. - I poinformuj 

pannę Rice, że nie będzie dzisiaj miała z nimi lekcji. A potem przypilnuj pakowania koszyka 

na piknik. Ja w tym czasie zajmę się przygotowaniem dwukółki do drogi.

Uśmiechnęła się do niego, ujęła spódnicę w dłonie i wbiegła na ganek. Nagle poczuł 

beztroskę, jak chłopiec, który uciekł z lekcji. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz myślał o sobie, o 

własnych   przyjemnościach.   Czyżby   miało   być   dla   niego   przyjemnością   spędzenie   dnia   z 

dwójką małych dzieci, potomstwem sklepikarza, jak mu właśnie przypomniała? Uczyć chłop-

ca łowić ryby? Urządzić sobie z nimi i z Eve piknik?

Czy zostałby, gdyby nie dzieci? Czy siedziałby teraz w powozie razem z Wulfem, 

pogrążony w dyskusji o polityce i tym podobnych rzeczach? Czy też może wynalazłby inny 

powód, żeby zostać?

Nie chciał roztrząsać tej kwestii. Ruszył w kierunku stajni.

„Gdy wyjadę, tu zostawię serce”.

Po dwóch tygodniach nieobecności zebrało się mnóstwo spraw, którymi powinna się 

zająć.   Jako   właścicielka   majątku   Eve   zawsze   pilnie   wypełniała   swoje   obowiązki.   Także 

towarzyskie   -   składała   wizyty   sąsiadom,   przyjmowała   ich   rewizyty,   odwiedzała   chorych. 

Postanowiła jednak, że ten dzień będzie należał tylko do niej. W końcu robiła to także dla 

dzieci. Jej dzieci. Doświadczenia ostatnich tygodni nauczyły ją, że właśnie poświęcenie im 

czasu, otoczenie opieką i miłością jest najważniejszą rzeczą w jej życiu.

Znaleźli w granicach majątku spokojny odcinek rzeki, z dala od domu i wioski. Na 

pięknej łące pełnej polnych kwiatów, pod błękitnym niebem rozświetlonym słońcem urządzili 

sobie piknik. Zostawili dwukółkę przy ogrodzeniu, puściwszy konia wolno, by pasł się na 

trawie.

Przez pewien czas wszyscy byli zajęci wędkowaniem. Aidan z Davym, a Eve z Becky. 

Próbowała sobie przypomnieć to, czego wiele lat temu nauczył ją Percy. Od czasu do czasu 

podchodził do nich Aidan. Pokazywał Becky, jak zarzucać wędkę i trzymać ją bez ruchu tak, 

by się za szybko nie zmęczyć. W którymś momencie Becky odchyliła głowę do tyłu i spoj-

rzała na Aidana. Uśmiechnęła się do niego promiennym,  beztroskim uśmiechem dziecka. 

Aidan mrugnął do niej.

background image

Dla Eve ta chwila była bezcenna. Skąd miała wiedzieć, że ten srogi, potężny oficer 

kawalerii, który stał w jej gościnnym salonie i mówił o śmierci Percy'ego w bitwie, okaże się 

taki łagodny wobec dzieci?

Becky wkrótce znudziła się zabawa w wędkowanie. Ku uciesze Burka, który leżał 

dotąd na brzegu rzeki, a teraz kuśtykając, pobiegł przed nimi, Eve poszła z Becky na spacer 

po łące. Pokazywała jej różne kwiaty i łapała z nią motyle. Udało im się złapać tylko jednego, 

ale wypuściły go, obejrzawszy z podziwem jego piękne kolorowe skrzydła. Bawiły się w 

berka, niedługo jednak, bo dzień był zbyt gorący. W końcu usiadły przy koszyku zjedzeniem i 

zaczęły robić wianki ze stokrotek. Eve uplotła jeden większy, który zawiesiła Becky na szyi, i 

drugi   mniejszy,   który   włożyła   jej   na   głowę.   Malutki,   upleciony   przez   Becky,   stał   się 

bransoletką dla Eve.

Przez cały czas, gdy się bawiły, a dziewczynka szczebiotała o błahostkach, a czasem 

nawet cicho podśpiewywała, Eve ukradkiem przyglądała się Aidanowi i Davy'emu. Zajęci 

byli łowieniem ryb. Widziała, jak Aidan tłumaczy mu, co ma robić. W końcu usiedli obok 

siebie na brzegu rzeki. Niewiele rozmawiali, ale wyglądało na to, że doskonale się ze sobą 

dogadują.

Jak ojciec z synem.

Dlaczego Aidan został? Nie spała przez większą część nocy, przygotowując się na 

czekające ją rano rozstanie. Nawet nie próbowała się oszukiwać, że jest jej to obojętne. Nie 

chciała, żeby wyjeżdżał. Nie była na to gotowa. I nigdy nie będzie. A potem nastał ranek i 

dowiedziała się, że to jeszcze nie teraz. Spędzi z nim kolejny dzień. A dzisiejszej nocy i jutro 

rano czeka jata sama udręka.

- Idź, powiedz Davy'emu i wujkowi Aidanowi, że już czas coś zjeść - poleciła Becky, 

otwierając koszyk.

Patrzyła jak Becky idzie do Aidana, a on odwraca się i obejmuje ją w talii. Becky 

zarzuciła mu pulchne rączki na szyję i oparła się na jego szerokim ramieniu. Davy pokazał jej 

rybkę, którą właśnie złapał na wędkę.

Eve objęła kolana rękami i wpatrywała się w tę scenę, by utrwalić ją w pamięci. 

Jutro... Nie chciała myśleć o jutrze.

Wkrótce okazało się, że oprócz świeżego chleba, masła i sera, mieli także jeść świeżo 

upieczone ryby.

- Jak ci się wydaje, dlaczego cały ranek łowiliśmy z Davym ryby? - spytał Aidan, gdy 

Eve  wyraziła  zdziwienie.   - Harowaliśmy,  żeby jak  praw  dziwi  mężczyźni  móc  nakarmić 

nasze kobiety. Prawda, Davy?

background image

Twarz miał poważną, ale w głosie wyczuwało się śmiech. Wysłał Becky, by poszukała 

dużych,   płaskich   liści,   a   sam   z   Davym   zaczął   zbierać   patyki   i   gałęzie   na   ognisko.   Eve 

pomyślała,   że   sam   zrobiłby   to   pewnie   dwa   razy   szybciej.   Podrapała   Burka   po   brzuchu. 

Leniuchowała,   skoro   nie   dali   jej   nic   do   roboty.   Aidan   pozwolił   dzieciom   zrobić   prawie 

wszystko, włącznie z ułożeniem i rozpaleniem ogniska za pomocą krzesiwa, które wyjął ż 

surduta. Pokazał im, jak oczyścić i przygotować ryby. A potem pomógł ułożyć je na liściach i 

zawinąć. Sam włożył ryby do ognia.

Eve burczało w brzuchu z głodu. Nie protestowała jednak, że tak długo musi czekać 

na posiłek. Dzieci zaabsorbowane pracą były zachwycone jak nigdy dotąd.

- Tata rozpalił kiedyś dla nas ogień - powiedział Davy. - Piekliśmy w nim kasztany. A 

mama go skrzyczała, że nas nie dopilnował i poparzyliśmy sobie palce.

- A mama pozwalała mi czesać jej włosy - przypomniała sobie Becky. Słysząc tę 

krótką wymianę zdań, Eve poczuła, jak łzy napływają jej do oczu i robi jej się ciepło na sercu. 

Zawsze starała się, by dzieci pamiętały swoich rodziców, nigdy jednak nie wspomniały ich 

przy niej.

- Zdaje się, że ryby są już gotowe - odezwał się Aidan. - Wyjmę je z ogniska i obiorę z 

liści, a ciocia Eve oceni, czy nadają się do jedzenia. Nie chcę, żebyście przeze mnie poparzyli 

sobie palce i języki.

Spałaszowali ryby, które pachniały dymem, ale były pyszne. Zjedli chleb z masłem i 

ser, babeczki z marmoladą i herbatniki z rodzynkami i popili wszystko lemoniadą. A potem 

Aidan z westchnieniem wyciągnął się na kocu. Ręką z podwiniętym aż do łokcia rękawem 

koszuli zasłonił oczy przed słońcem.

- Tak właśnie wygląda szczęście - powiedział.

Dzieci pobiegły za Burkiem na łąkę. Eve spakowała do kosza resztki jedzenia. Aidan 

spał,   oddychając   równo   i   głęboko.   Przyglądała   mu   się,   zachowując   wszystkie   obrazy   w 

pamięci. Czuła senność, ale nie zmrużyła oka. Ktoś musiał pilnować dzieci. Nie chciała też 

uronić ani chwili z dzisiejszego dnia.

„Tak właśnie wygląda szczęście”.

Tak, miał rację. Jednak dzień ten był też pełen okropnej udręki.

Wszystko przypominało prawdziwe życie rodzinne, o którym kiedyś marzyła. Z tym, 

że były to cudze dzieci, a mąż miał jutro na zawsze wyjechać. Dzisiaj jednak razem stanowili 

rodzinę. Może liczył się tylko dzisiejszy dzień i niczego więcej nie należało oczekiwać?

- Skoro Davy wychował się w mieście, wśród kupców i sklepikarzy, pewnie nie zna 

życia  na wsi - odezwał się Aidan, przerywając  jej rozmyślania. - Należy pokazywać  mu 

background image

folwark, pozwolić, by zżył się z ziemią.

- Dotąd tego nie robiłam - odparła. - Wolałam trzymać dzieci blisko domu. Gdy tu 

przyjechały, były takie chude, blade i niespokojne, Aidanie. Gdybyś je wówczas zobaczył, 

pękłoby ci serce.

- Trzeba go przygotować do jakiejś pracy - ciągnął. - Ziemia daje wiele możliwości. 

Mógłby zostać rządcą twego majątku. Mógłby też pracować na gospodarstwie czy wręcz je 

dzierżawić.

-   Mój   majątek   nie   podlega   majoratowi   i   przejdzie   kiedyś   na   niego.   Uniósł   rękę 

przykrywającą oczy i odwrócił głowę, by na nią spojrzeć.

- Może jeszcze będziesz miała własne dziecko - powiedział.

- Nie. - Odwróciła szybko głowę, zdziwiona, że obraz łąki nagle zamazał się jej przed 

oczami.

Nie, nie będzie dziecka. Mogła zajść w ciążę podczas spędzonego z nim tygodnia, ale 

tak się nie stało. Nigdy nie urodzi własnego dziecka.

- Ach - westchnął cicho, po krótkim milczeniu - tak mi przykro, Eve.

- To by tylko skomplikowało sprawy. Czułbyś się zobowiązany składać mi wizyty za 

każdym  razem, kiedy przyjeżdżałbyś do Anglii na urlop. A ja czułabym  się zobowiązana 

pozwolić ci na przyjazd.

Znów zapadła cisza.

- Tak, to chyba nie byłoby wskazane - odezwał się.

- Właśnie.

Na niebie była tylko jedna chmurka. Ale na kilka chwil zakryła całe słońce. Eve nagle 

zadrżała, czując chłód.

- Porozmawiam  o Davym  z Nedem Batemanem,  moim  rządcą  - powiedziała, gdy 

obłok odpłynął.

- Może ja bym zabrał jutro Davy'ego, żeby obejrzał folwark? Sam chętnie bym go 

zobaczył. Znam się trochę na gospodarstwie.

- Jutro?

Znów zapadła cisza.

- Londyn to w tej chwili miejsce, które wolałbym omijać - rzekł. - Gdy Wulf opisywał 

obiad w Carlton House, na który nie poszliśmy, aż się wzdrygnałem. Wszyscy z uporem 

rozmawiali w różnych językach, nikt nikogo nie rozumiał. Wielka księżna, jedyna osoba, 

która mogłaby tłumaczyć,  nie chciała tego robić na złość księciu Walii, żeby zepsuć mu 

zabawę. Królowa zanudzała innych rozmową, a potem do reszty zepsuła wszystkim wieczór, 

background image

po obiedzie zmuszając gości, by złożyli jej hołd w salonie. Car Rosji bez umiaru flirtował z 

damami i dąsał się, że nie jest w centrum uwagi. Jeśli wrócę do Londynu, będę musiał znosić 

podobne rzeczy. Wolałbym zostać tutaj.

Tylko jutro? A może kilka dni? Do końca urlopu?

- Masz coś przeciwko temu? - spytał.

- Nie.

Wróciły dzieci, które od jakiegoś czasu bawiły się na brzegu rzeki. Burek ułożył się 

przy boku Eve i podsunął jej mokry nos pod rękę. Becky podeszła do Aidana.

- Wujku Aidanie, coś ci przyniosłam - powiedziała.

Usiadł, a wtedy ona położyła mu na dłoni gładki, jeszcze mokry kamyk z dna rzeki.

-   To   dla   mnie?   -   zapytał.   Obejrzał   go   uważnie   i   spojrzał   na   nią.   -   To   chyba 

najcenniejszy prezent, jaki w życiu dostałem. Dziękuję ci, kocha nie.

Eve była zaskoczona tym czułym słowem. Ale Becky obiegła koc i znalazła się już 

przy niej.

- I dla ciebie, ciociu Eve.

Eve, ściskając dziewczynkę, uświadomiła sobie, że ten kamyk będzie jej najdroższym 

skarbem, pamiątką dzisiejszego dnia, jednego z najszczęśliwszych w jej życiu.

- Chyba powinniśmy zabrać konia z powrotem do stajni, żeby nie pękł z przejedzenia - 

stwierdził Aidan.

Becky ziewnęła szeroko. Aidan pochylił się, podnosząc ją do góry jedną ręką. Drugą 

ujął koszyk.

- Weź wędki i całą resztę, chłopcze - powiedział do Davy'ego. - Pozwólmy cioci Eve 

poudawać damę. Becky wtuliła głowę w jego ramię i natychmiast zasnęła.

background image

20

Aidan nie miał pojęcia, jak długo zamierza zostać. Celowo nie zadawał sobie tego 

pytania. Wiedział jedynie, że nie chce spędzać reszty urlopu w Londynie, gdzie życie będzie 

się toczyć w szaleńczym tempie i obracać wokół spraw wojskowych, jakby wrócił już do 

swojego regimentu. A Lindsey Hall straciło nieco ze swego uroku. Nawet Ralf pojechał do 

Londynu, więc bez braci i sióstr dom będzie pusty i przygnębiający.

I bez Eve.

Musiał odpocząć. Anglię nawiedziła fala upałów. Dzień po dniu była piękna pogoda, 

niebieskie niebo, słońce i ciepło, które wsączało  się przez  skórę, koiło ciało i kładło  się 

balsamem na duszę.

Dzieciom,   które   z   początku   były   tylko   pretekstem   do   pozostania   dłużej,   wkrótce 

zaczął poświęcać coraz więcej uwagi. Może dlatego że nie będą mieli z Eve własnych. Gdy 

już stąd wyjedzie, nie będzie miał po co wracać. Dała mu to jasno do zrozumienia tam nad 

rzeką. Gdyby urodziło im się dziecko, pozwalałaby mu przyjeżdżać w czasie urlopów, jednak 

nie zaszła w ciążę w ciągu tamtego tygodnia, gdy ze sobą współżyli.

A więc pozostało  mu tylko  tych  kilka dni, które spędzi  ze swoją żoną i dziećmi. 

Przyszła mu do głowy dziwna myśl, że to też jego dzieci. Ich obojga.

Aidan kilka razy zabrał ze sobą Davy'ego na obchód gospodarstwa. Wkrótce chłopiec 

towarzyszył mu wszędzie jak cień, nawet jeżeli była to tylko wizyta w stajni czy spacer do 

wsi.

Obejrzeli folwark, za pierwszym razem z rządcą Eve, potem już sami. Aidan pokazał 

chłopcu różne zasiewy na polach. Wchodził z nim w środek łanu, kucał, dotykał roślin i uczył 

je rozpoznawać. Oglądali na pastwiskach krowy i owce. Włóczyli się po obejściu i pomagali 

karmić   świnie   i   kury.   Zaglądali   do   stodoły   wypełnionej   jeszcze   w   części   zeszłorocznym 

sianem. W oborze znaleźli przeżuwającą z zadowoleniem krowę, a obok niej słabowitego 

cielaka, leżącego na słomie. Gdy okazało się, że cielę nie umie ssać i trzeba je karmić, Aidan 

pokazał Davy'emu, jak się doi krowę. Napili się obaj świeżego, ciepłego mleka. Przyglądali 

się kowalowi przy pracy. Aidan wdychał znajome zapachy folwarku, czując odwieczny zew 

ziemi.

Za którymś razem wybrały się z nimi Eve i Becky. Pies też pokuśtykał na trzech 

łapach. Eve z Becky zajrzały do domów dzierżawców, by odwiedzić ich żony. I już wkrótce 

Becky na podwórku bawiła się z wiejskimi dziećmi. Gdy chodzili po obejściu, dziewczynka 

usiadła na sianie i zaczęła się bawić z najłagodniejszym z żyjących w stodole kotów. Burek, 

background image

który najwyraźniej się ich bał, schował się za spódnicę Eve.

Aidan zauważył, że dzieci się opaliły. Eve też, mimo że zawsze zakładała miękki, 

szeroki kapelusz. Jeśli dobrze pamiętał, ten sam kapelusz miała na głowie tamtego dnia, gdy 

spotkali się po raz pierwszy. Teraz jednak był ozdobiony różowymi wstążkami, a nie szarymi. 

Miała na sobie niezbyt modną bladoróżową muślinową sukienkę. Doskonale wtopiła się w 

sielski krajobraz. Gdyby ją teraz zobaczyła ciotka Rochester, byłaby zdruzgotana.

Tym razem przyszli piechotą, zamiast wziąć dwukółkę. Dzień był wyjątkowo gorący. 

W drodze powrotnej Aidan posadził sobie Becky na ramionach. Mogła go trzymać za włosy, 

bo nie miał na głowie kapelusza. Pomyślał z żalem, że oto minął kolejny dzień. Nie mógł już 

dłużej odkładać swojego odjazdu.

Po prawej stronie ukazała im się rzeka.

- Gdy byłem chłopcem, bardzo lubiłem się kąpać w taki upał - powiedział.

- My z Percym też. Ale ojciec nam nie pozwalał, bał się wody. Chodziliśmy tam, 

gdzie mogliśmy się ukryć  za drzewami. - Wskazała na odcinek  rzeki nieco dalej. - Gdy 

wracaliśmy do domu, chyłkiem przekradałam się do swego pokoju, by nikt nie zauważył 

moich mokrych włosów. A potem udawałam, że właśnie je umyłam.

Aidan spojrzał na Davy'ego.

- Umiesz pływać, chłopcze?

- Nie, sir.

- Co? - Aidan zmarszczył brwi. - Nie umiesz pływać? To niedopuszczalne! Musimy 

temu natychmiast zaradzić. Teraz jest najlepszy moment.

- Aidanie! - zawołała Eve ze śmiechem. - Nie możesz teraz uczyć Davy'ego pływać. 

Nie mamy ręczników.

- A na co nam ręczniki przy takiej pogodzie? - spytał. - Becky, czy potrzebujemy 

ręczników?

Chwyciła go mocniej za włosy.

- Nie, wujku Aidanie.

- Ależ sir, ja nie potrafię! - zawołał Davy. - Utopię się, pójdę na dno!

- Nauczę cię, co masz robić, żeby nie utonąć.

Pies pobiegł pierwszy, żeby się napić. Gdy zbliżyli się do rzeki, Eve powiedziała, że 

nie będzie się kąpać, bo nie ma odpowiedniego stroju. Zdjęła jednak buty i pończochy, a z 

Becky sukienkę, żeby dziewczynka mogła się taplać w wodzie w koszulce. Aidan ściągnął 

buty, skarpetki i koszulę, zostając w pantalonach. Davy na polecenie Aidana rozebrał się aż 

do majtek. Wcale nie wyglądał na zachwyconego pomysłem, by nauczyć się pływać.

background image

Aidan wszedł do wody, która okazała się cudownie chłodna. Sięgała mu do kolan, ale 

na środku rzeki mogła być całkiem głęboka. Wyciągnął rękę do Eve.

- Zamoczysz sobie sukienkę - powiedział, patrząc z przyjemnością na jej zgrabne nogi, 

gdy podciągnęła spódnicę wyżej. - Lepiej ją zdejmij. Przecież widziałem cię nawet bez halki.

Spojrzała na niego wymownie, sprawdzając palcem temperaturę wody. Wstawiła do 

niej najpierw jedną, a potem drugą nogę. Trzymała suknię na wysokości kolan, ale gdy w 

końcu zdała sobie sprawę, że nie uniknie jej zamoczenia, wypuściła ją z rąk. Aidan podał jej 

Becky, która pisnęła zaskoczona, że woda jest taka zimna. Davy też się wyraźnie wzdrygnął. 

Był taki chudy, blady, żałosny.

Eve bawiła się z najwyraźniej uszczęśliwioną, rozkrzyczaną Becky,  a Aidan uczył 

Davy'ego, jak ma oddychać, zanurzając twarz w wodzie. Eve przytrzymywała Becky, leżącą 

na plecach na wodzie. Aidan robił to samo z Davym, który z wielką niechęcią odrywał nogi 

od dna.

- To kwestia zaufania, chłopcze - powiedział. - Musisz mi zaufać, że cię przytrzymam 

i nie pozwolę utonąć.

- Tak, sir.

Zaczął się unosić na wodzie, mocno podtrzymywany przez Aidana, który poczuł, jak 

chłopiec stopniowo się rozluźnia, zaczyna wierzyć, że woda go utrzyma. Aidan zabrał jedną 

rękę, ale nadal podpierał Davy'ego drugą, żeby dodać mu odwagi. Spojrzał na Eve, która 

powoli  ciągnęła  Becky w  kółko po wodzie.  Przemoczona  suknia ściśle  przylegała  do jej 

szczupłego ciała. Nawet włosy miała mokre.

Nagle Davy krzyknął przerażony i pospiesznie stanął na nogi.

- Moje majtki!

Majtki Davy'ego odpływały z prądem rzeki, będąc już poza zasięgiem jego rąk.

Aidan wszedł głębiej do wody. Mógłby do nich dotrzeć w jednej chwili, ale zwolnił, 

gdy uświadomił sobie, że chłopiec idzie za nim, chichocząc z zakłopotaniem.

Aidan schwycił majtki, zanim odpłynęły na głębszą wodę. Pomachał nimi nad głową.

- Chodź tu po nie - powiedział.

Davy podszedł,  ciągle się śmiejąc, jedną  ręką zasłaniając się pod wodą, drugą na 

próżno próbując złapać majtki.

- Nie mogę ich dosięgnąć, sir! - zawołał.

-   Może   powinieneś   po   nie   popłynąć?   -   powiedział   Aidan,   udając,   że   rzuca   je   na 

głębszą wodę.

- Nnnie, sir. Proszę mi je oddać.

background image

Aidana kusiło, by podrażnić się z Davym jeszcze dłużej, ale nie chciał peszyć chłopca. 

Ciągle   się   śmiejąc,   pomachał   majtkami   w   zasięgu   jego   rąk.   Gdy   Davy   je   złapał,   Aidan 

chwycił go jedną ręką i wciągnął głębiej do wody. Mocował się z nim na niby, by w końcu 

postawić go na nogi w wodzie sięgającej mu do piersi, żeby Davy mógł spokojnie się ubrać.

Podniósł głowę i napotkał spojrzenie Eve, która znieruchomiała w wodzie, trzymając 

Becky w ramionach. Na twarzy malował jej się wyraz zdziwienia. Dopiero wtedy Aidan 

uświadomił sobie, że się śmieje i zachowuje niezbyt poważnie.

Davy ciągle chichotał, ubrany już w majtki.

- No, chłopcze, ruszamy na głębszą wodę? - spytał Aidan. - Popływasz ze mną, jeśli 

obiecam, że cię nie wypuszczę z rąk?

- Tak, sir - odparł chłopiec. Tym razem nie była to grzecznościowa formułka. Oczy 

błyszczały mu ożywieniem. Zapomniał o strachu i doskonale się bawił.

Aidan objął go ramieniem i popłynął na plecach, poruszając nogami. Czuł na piersi 

ciepłe promienie słońca. Zobaczył, że Eve i Becky wyszły już z wody i siedziały na brzegu w 

pełnym słońcu, mając przy sobie psa. Eve wkładała dziewczynce przez głowę sukienkę. Sama 

nie miała nic na zmianę. Mokra suknia przylepiła się jej do ciała i wyglądała prawie jak druga 

skóra. Nie wyglądałaby bardziej nieskromnie, pływając w halce.

Zastanawiał   się,   czy   to   wszystko   nie   wyda   mu   się   snem,   gdy   wróci   do   swego 

regimentu. Czy można tylko śnić przez resztę życia? Każdy człowiek musi o czymś marzyć, 

by ufnie patrzeć w przyszłość. Przez ostatnich kilka lat jego marzenia były skromne - dom, 

żona, rodzina po wystąpieniu z wojska. Wszystko to związane było  z panną Knapp. Nie 

kochał jej i nie spodziewał się, że ją pokocha. Pragnął tylko stabilizacji. Czy może się jeszcze 

pojawić jakieś inne marzenie?

Nagle słońce wydało mu się mniej gorące, a woda zimniejsza.

Tego wieczoru na kolację przyszedł wielebny Thomas Puddle. Zaprosiła go ciocia 

Mari, zapewniając, że Eve będzie zachwycona jego obecnością.

Eve rzeczywiście się ucieszyła. Podczas gdy ona spędzała czas z Becky, Davym i 

Aidanem,   pastor   nieraz   dotrzymywał   towarzystwa   Thelmie   i   Benjaminowi.   Właśnie   tego 

popołudnia zdecydował się poprosić Thelmę o rękę.

- Błagałam go, żeby się jeszcze zastanowił - powiedziała Thelma do Eve. - Żeby 

rozważył, co to może oznaczać dla jego pozycji w parafii. On jednak odparł, że pogodzi się z 

moją odmową tylko w tym przypadku, jeśli go nie kocham i nie chcę wyjść za niego za mąż. 

Nie mogłam go okłamywać. Kocham go z całego serca. Benjamin także.

Eve w odpowiedzi uściskała ją serdecznie.

background image

Zgodziłam się, ale pod pewnym warunkiem. - Thelma odsunęła się od Eve i spojrzała 

na nią z niepokojem. - Przyjęłaś mnie pod swój dach, gdy wszyscy inni traktowali mnie jak 

trędowatą.   Dałaś   mi   pracę   i   schronienie.   Becky   i   Davy   nadal   muszą   się   uczyć.   Nie 

chciałabym...

Eve uciszyła ją gestem.

-   Znajdę   inną   guwernantkę.   A   jeśli   i   ją   stracę,   bo   zwiąże   się   z   jakimś   dobrym 

człowiekiem, to poszukam następnej. Miło mi będzie odwiedzać cię na plebanii.

Roześmiały się obie.

- Życzę ci, byś była tak szczęśliwa jak ja - rzekła Thelma.

-   Jestem   szczęśliwa   -   powiedziała   Eve.   -   Mam   dom,   rodzinę,   dzieci.   A   także 

przyjaciół, sąsiadów.

- A co z pułkownikiem Bedwynem? - spytała Thelma.

- Zdaje się, że za kilka dni wyjedzie. Na pewno będzie chciał się jeszcze przed końcem 

urlopu zobaczyć z rodziną.

To   była   radosna,   uroczysta   kolacja.   Thelma   i   wielebny   Puddle   uśmiechali   się   i 

rumienili co chwila. Ciocia Mari trajkotała uszczęśliwiona o ślubie i weselu, które trzeba 

zaplanować. Była ożywiona i pełna energii, jakby ubyło jej lat.

Eve jak zwykle spędziła godzinę na czytaniu dzieciom bajek. Ułożyła je potem do snu 

i pocałowała na dobranoc. Gdy zeszła z powrotem do salonu, ciotka ziewała szeroko. Thelma 

ułożyła   Benjamina   do   snu   i   wyszła,   żeby   odprowadzić   wielebnego   Puddle'a   do   domu. 

Oczywiście potem on będzie musiał odprowadzić ją z powrotem. Ciocia Mari siedziała sama 

z Aidanem.

- Ten dzisiejszy upał i sprawy związane ze ślubem Thelmy zupełnie mnie wyczerpały 

- poskarżyła się ciotka. - Położę się dzisiaj spać wcześniej. Nie musi pan więc dłużej mnie 

zabawiać, pułkowniku. Eve właśnie wróciła od dzieci. Może wybralibyście się na spacer? 

Wieczór jest taki piękny.

Eve pomyślała, że ciotka niestrudzenie popycha ich ku sobie. Aidan wstał, pomógł się 

podnieść cioci i podał jej laskę.

- Doskonały pomysł, madame - stwierdził. - Wybierzemy się, jeśli Eve nie jest zbyt 

zmęczona.

Ciocia Mari uśmiechnęła się wesoło i nadstawiła policzek, by Eve pocałowała ją na 

dobranoc.

Burek, który jeszcze przed chwilą wydawał się pogrążony w głębokim śnie przed 

kominkiem, zerwał się na nogi i pomachał ochoczo ogonem, reagując na słowo „spacer”.

background image

Poszli   przez   trawnik   w   stronę   dolinki,   zatrzymując   się   przy   sadzawce   z   liliami 

wodnymi, by popatrzeć na kwiaty i zanurzyć ręce w chłodnej wodzie. Potem przeszli między 

drzewami i w dół skarpy aż do strumienia. Burek cały czas im towarzyszył, to wybiegając 

naprzód, to wracając do Eve, by obwąchać jej spódnicę.

- Skąd masz tego psa? - spytał Aidan.

- Należał do jednego z moich dzierżawców - odparła. - Nie przedłużyłam mu umowy, 

bo   brutalnie   traktował   swoich   robotników.   Odchodząc,   zostawił   Burka   skatowanego, 

okropnie okaleczonego. Wszyscy uważali, że najlepiej będzie go zastrzelić, ale ja się nie 

zgodziłam. Chciałam, żeby doświadczył dobroci i miłości, jeżeli nawet potem trzeba będzie 

skrócić mu cierpienia. Jednak wydobrzał na tyle, na ile było to możliwe. I nie kuli się już, nie 

skowyczy, gdy podchodzi do niego ktoś obcy.

- Jedna z twoich ofiar losu - stwierdził Aidan, siadając na niskim murku.

-   Tak   -   przyznała.   -   Jedna   z   drogich   memu   sercu   ofiar   losu.   -   Pochyliła   się,   by 

podrapać Burka za uchem.

Ciągle miała przed oczami Aidana śmiejącego się, bawiącego się z Davym w rzece. I 

samego Davy'ego, roześmianego, beztroskiego. Dwaj mężczyźni jej życia!

- A Ned Bateman jest kolejną? - spytał.

- Ned? Więc wszystko ci opowiedział?

- Tak. Chcesz kupić ziemię dla niego i innych rannych, okaleczonych, zwolnionych z 

armii żołnierzy. Założą tu własne gospodarstwo, a może i jakieś warsztaty, i będą cię spłacać 

w ratach.

- Oddadzą mi pieniądze i będą niezależni. Żałuję tylko, że nie mogę zrobić więcej. 

Teraz, gdy wojna się skończyła, wrócą tysiące podobnych im mężczyzn.

- Czy dobrze to przemyślałaś? - spytał. - Czy poradziłaś się jakiegoś prawnika?

- Mam zaufanie do Neda - odparła.

- Wiem, że tak jest. A on z pewnością ma zaufanie do ciebie. Ale lepiej by było, 

gdyby cała sprawa została należycie przygotowana od strony prawnej . Pozwól, że poszukam 

ci dobrego prawnika.

- Nie. - Zmarszczyła brwi.

- Pozwól, że poproszę Wulfa, by znalazł ci prawnika - nalegał. - Wierz mi, Eve, 

wszyscy   zaangażowani   w   tę   sprawę   będą   się   czuli   bezpieczniej,   mając   dokumenty 

potwierdzające stan rzeczy.

- Naprawdę? - spytała z powątpiewaniem.

- Tak, możesz mi wierzyć. Poproszę Wulfa, dobrze?

background image

Kiwnęła głową. Niewiele wiedziała o tym, jak należy załatwiać tego rodzaju sprawy. 

Nie zaszkodzi, jeśli zwróci się po radę do ludzi, którzy lepiej się na tym znają, zwłaszcza że 

są jej rodziną jeden jej mężem, a drugi szwagrem.

- Eve - odezwał się Aidan - często mówiłem ironicznie, z pogardą o tych twoich 

ofiarach losu. Przepraszam cię. Podziwiam twoją wspaniałomyślność, to, jak traktujesz żywe 

stworzenia. Przy tobie nauczyłem się pokory. Dziękuję ci.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Stała tylko bez ruchu i przez dłuższy czas patrzyła na 

niego. Kiedy stał się jej taki drogi? Czy potrafiłaby wskazać konkretną chwilę? Chyba nie. Ta 

miłość zmieszana z bólem przyszła stopniowo, niezauważalnie. Eve odwróciła się bez słowa i 

poprowadziła go do dolinki.

Gdy byli w połowie stoku, odezwała się:

- Właśnie tutaj byłam tamtego ranka, gdy Charlie przybiegł z domu, by powiedzieć, że 

mam gościa w wojskowym mundurze. Pomyślałam, że to na pewno Percy. Wraz z Thelma i 

dziećmi zbierałam wtedy dzwonki, a ciocia Mari pilnowała koszyka z prowiantem.

Dzwonki już przekwitły, różaneczniki też. Dolinka była jednak piękna o każdej porze 

roku, także i teraz, ciemnozielona w świetle wczesnego zmierzchu. Niebo ponad gałęziami 

drzew   robiło   się   coraz   bardziej   granatowe,   a   potok   lśnił   złociście   w   promieniach 

zachodzącego słońca.

- I pobiegłaś, nie wiedząc, co cię czeka - powiedział.

- Tak.

Usiadła prawie w rym samym miejscu, gdzie wówczas. Objęła kolana rękami. Aidan 

przysiadł obok niej, a Burek pokuśtykał do strumienia i zaczął obwąchiwać kamienie.

- Tak wspaniale radzisz sobie z dziećmi - zauważyła. - Aż do dzisiaj nie zdarzyło się, 

żeby Davy się śmiał. Musiałeś mieć szczęśliwe dzieciństwo, prawda?

- O tak! Rodzice kochali nas wszystkich bezgranicznie. A my byliśmy bandą diabłów 

wcielonych.

Wciąż   tak   niewiele   o   nim   wiedziała.   Chciała   się   dowiedzieć   jak   najwięcej,   póki 

jeszcze nie było za późno.

- Książę też? - spytała. - Bawiłeś się z nim?

- Z Wulfem? - Aidan oparł rękę na kolanie i popatrzył w kierunku strumienia. - Tak, 

jako chłopcy byliśmy sobie bardzo bliscy. Prawie nierozłączni. Uwielbiałem go. Lubił różne 

figle. Pakowałem się z nim we wszelkie możliwe tarapaty.

Nie potrafiła sobie tego nawet wyobrazić.

- A co się stało potem? - spytała.

background image

Potrząsnął lekko głową, jakby chciał się uwolnić od jakichś wspomnień.

- Po prostu takie jest życie. Powiedziałem, że ojciec kochał nas bezgranicznie. No tak, 

ale był księciem Bewcastle. Ponieważ chorował, Wulf, jako najstarszy syn, musiał już od 

dwunastego  roku  życia   zacząć  się przygotowywać  do  przejęcia  jego  obowiązków.  Został 

zupełnie odłączony od nas i oddany pod kuratelę dwóch nauczycieli. Biedny Wulf.

- Dlaczego? - spytała cicho.

- On nienawidził tego, że jest dziedzicem - odparł Aidan. - Nienawidził ziemi, myśli, 

że jest do niej uwiązany, że jest głową rodziny. Nienawidził tego, że nie może niczego w 

życiu   wybierać.   Pragnął   przygód   i   wolności.   Chciał   wstąpić   do   wojska.   Prosił   i   błagał 

naszego ojca, aż w końcu musiał się pogodzić z rzeczywistością.

Więc takim człowiekiem był książę Bewcastle? Czy to mogła być prawda? Chyba 

jednak tak.

- Czyli że obaj chcieliście robić karierę w wojsku?

- Nie. - Milczał przez dłuższy czas i Eve słyszała tylko świergot ptaków, ukrytych 

wśród gałęzi. - Nie, na tym właśnie polegała ironia losu. Przeznaczono mnie do wojska, bo 

byłem drugim synem, ale ja brzydziłem się przemocą. Kochałem ziemię i Lindsey Hall. Gdy 

byliśmy   jeszcze   bardzo   młodzi,   Wulf   i   ja   uknuliśmy   spisek.   Chcieliśmy   się   zamienić 

ubraniami i tożsamością, zamienić się życiem. Myśleliśmy,  że jesteśmy do siebie na tyle 

podobni, że uda nam się wszystkich oszukać.

Eve przypomniała sobie nagle, jak dzisiejszego ranka mijali leżące odłogiem pole i 

Aidan wyjaśniał Davy'emu, dlaczego pozostawiono je nieobsiane. Przykucnął, wziął garść 

świeżo   zaoranej   ziemi   i   pokazał   ją   Davy'emu.   „To   jest   życie,   chłopcze   -   powiedział.   - 

Wszystko bierze stąd swój początek”. Zacisnął ziemię w dłoni i na długą chwilę przymknął 

oczy.

- A twój ojciec nalegał, żebyś jednak wstąpił do wojska, choć było to wbrew twoim 

pragnieniom? - spytała.

- Myślę, że byłem jego ulubieńcem - odparł. - Chodziłem za nim wszędzie jak piesek, 

tak   jak   teraz   Davy   za   mną.   Ojciec   bardzo   się   angażował   w   pracę   gospodarstw   rolnych. 

Uczyłem się od niego, chłonąłem wszystko, co się wokół mnie działo. Chciałem robić w 

życiu to, co on. Wydaje mi się, że zaczynał rozumieć, że kariera, do której mnie przeznaczył, 

nie będzie dla mnie najszczęśliwszym wyborem. Ale zmarł.

- I co zdarzyło się potem? - Zmarszczyła brwi.

- Gdy ojciec zmarł, miałem piętnaście lat, Wulf siedemnaście - odparł. - Upłynęło 

jeszcze   kilka   lat,   zanim   skończyłem   edukację.   Potem   wróciłem   do   domu   i   zająłem   się 

background image

gospodarstwem.   Uważałem,   że   rządcy   Wulfa   są   pozbawieni   wyobraźni,   niekompetentni. 

Zaproponowałem... - Urwał nagle i Eve pomyślała, że już nie dokończy. - Byłem na tyle 

głupi, by sądzić, że jeśli wszystko Wulfowi wytłumaczę, pokażę, co jest nie tak w majątku, i 

zaproponuję, iż sam zostanę u niego rządcą, będzie mi wdzięczny. Tydzień później wezwał 

mnie do biblioteki i oznajmił, że kupił mi patent oficerski, zgodnie z intencją ojca.

- Och, cóż za niewymowne okrucieństwo! - zawołała Eve.

- Okrucieństwo? - powtórzył. - Chyba nie. W ten sposób Wulf chciał mi powiedzieć 

to, że dla nas dwóch nie ma miejsca w Lindsey Hall. Gdybym został, przez resztę życia 

nieustannie byśmy się kłócili. Wiesz, on miał absolutną rację. W majątku może być tylko 

jeden pan.

- Ale przecież nie chciałeś iść do wojska! Dlaczego nie odmówiłeś przyjęcia patentu?

- Czy miałem jakiś wybór? Musiałem odejść z Lindsey Hall. To było oczywiste. A 

poza tym jestem przecież Bedwynem. Zostałem wychowany w silnym poczuciu obowiązku. 

Obowiązywało mnie posłuszeństwo wobec woli głowy rodziny. Nie zapominaj, że Wulf był 

księciem Bewcastle.

- Więc poszedłeś do wojska...

- Tak.

Nagle   wszystko   stało   się   dla   niej   jasne.   Dwóch   braci,   tak   sobie   bliskich   w 

dzieciństwie,   rozdzielonych   przez   okoliczności,   które   jednemu   z   nich   dały   władzę   nad 

drugim.   Każdy   chciał   żyć   życiem   drugiego,   zamiana   była   jednak   niemożliwa.   I   tak   los 

nieodwołalnie  ich  rozdzielił,   niszcząc miłość,   którą  kiedyś  do siebie   czuli. Obaj   stali  się 

niewolnikami obowiązku.

Arystokraci mieli chyba jeszcze mniej wolności niż inni ludzie. Dziwnie było sobie to 

uświadomić.

- Ale pogodziłeś się z losem? - spytała.

Odwrócił głowę i spojrzał jej prosto w oczy. Zapadał zmierzch, jednak ciągle jeszcze 

widziała całkiem wyraźnie surowe rysy jego twarzy.

- O tak - odparł zdecydowanie. - Mam za sobą świetną karierę. Sądzę, że kiedyś 

zostanę generałem.

- Pewnie nie możesz się już doczekać, żeby wrócić do swego oddziału? - spytała.

- Tak, oczywiście. Miło jest przyjechać na urlop, zobaczyć Anglię, rodzinę. Ale też 

zawsze chętnie wracam do pułku. Gdy zbyt długo nie mam zajęcia, robię się niespokojny.

Poczuła   się   okropnie,   głęboko   zraniona.   Chciał   wracać.   Robił   się   niespokojny.   A 

czego oczekiwała?

background image

Czego się spodziewała?

Wstała i zeszła do strumienia, który teraz nabrał srebrzystego koloru. Burek biegał 

wokół niej, po czym znów zaczął obwąchiwać kamienie. Aidan podszedł i stanął obok niej.

- Bardzo tutaj pięknie - powiedział.

- Tak.

Na dnie dolinki było już ciemno, gdy jednak spojrzała w górę, zobaczyła, że niebo jest 

jeszcze niebieskie.

- Co teraz będzie, Eve? - spytał. - Czy życie tutaj po moim wyjeździe wystarczy ci?

Pochyliła się, by poklepać Burka po łbie, mimo że nie domagał się pieszczot.

- O tak - odparła. - Będę bardzo szczęśliwa. Mam dzieci, które teraz są już naprawdę 

moje. Ringwood też niezaprzeczalnie należy do mnie. Jest przy mnie ciotka, przyjaciele i 

sąsiedzi.   A  wszystko   to  dzięki  tobie,  Aidanie.  Zawsze  będę   cię   wspominać  z   najgłębszą 

wdzięcznością.

- Z wdzięcznością - powtórzył cicho. - Cóż, zatem moje wysiłki zostały należycie 

nagrodzone.

Powiedział to głosem tak beznamiętnym jak tamtego pierwszego dnia. Trudno było 

sobie wyobrazić, że to ten sam człowiek, który śmiał się i drażnił z Davym dzisiejszego 

popołudnia, mówił tak czule do Becky.

Przełknęła z trudem ślinę. Łzy dławiły ją w gardle. W piersi czuła ból. Co by się stało, 

gdyby nagle wyrzuciła z siebie prawdę? „Kocham cię. Nie odchodź. Zostań ze mną. Chcę 

mieć z tobą dzieci. Spędzić z tobą resztę życia”. Zagryzła wargi, by nie ulec tej przerażającej 

pokusie.

Odetchnęła głęboko, chcąc się uspokoić.

-   Byłeś   dla   mnie   bardzo   dobry   -   powiedziała.   Zabrzmiało   to   jak   ostateczne 

pożegnanie.

- Zimno ci - odezwał się, gdy zadrżała. - Lepiej wracajmy do domu.

- Dobrze.

Zawahał  się,  zanim w końcu  podał jej  ramię.  Jakby zamierzał  jeszcze  coś dodać, 

chociaż oczywiście wszystko zostało już powiedziane.

background image

21

Następnego   ranka   nadeszło   zaproszenie   dla   pułkownika   Aidana   Bedwyna   i   lady 

Bedwyn na przyjęcie w ogrodzie u hrabiny Luff, które odbędzie się za dwa dni.

-   Nie   pójdę   -   powiedziała   Eve,   przeczytawszy   je   na   głos   przy   śniadaniu   ciotce   i 

Aidanowi.

-   Ależ   musisz!   -   zawołała   ciotka,   przyciskając   ręce   do   serca.   -   Pierwszy   raz   cię 

zaprosili. Serena będzie zachwycona. Mówiła, że nie pójdzie, jeżeli ciebie tam nie będzie, 

kochanie.

Aidan spojrzał na Eve i uniósł brwi.

-   To   doroczne   wydarzenie   -   wyjaśniła   Eve.   -   Zaproszenia   są   wysyłane   tylko   do 

najlepszych rodzin. Momsowie nigdy się wśród nich nie znaleźli. Teraz należę do rodziny 

Bedwynów, dlatego inaczej mnie potraktowano.

- Zostałaś przedstawiona królowej - dodała ciotka.

- Tak, to też ma znaczenie. W zeszłym roku nie byłam godna tego zaszczytu, a w tym 

roku i owszem. Nie pójdę.

- O, za pozwoleniem - rzekł Aidan. - Czy to zaproszenie nie jest także dla mnie? A 

jeśli ja zechcę pójść? Eve skrzywiła się.

- Naprawdę chcesz?

- Widzisz, Eve, problem w tym, że będziesz mieszkać w Ringwood do końca życia. 

Wszyscy sąsiedzi są twoimi przyjaciółmi. Wszyscy z wyjątkiem hrabiego i hrabiny Luffów. 

Dlaczego nie chcesz być w dobrych stosunkach również z nimi, skoro teraz jest to możliwe?

- Zaproszenie nadeszło nieprzyzwoicie późno - odparła. - Inni otrzymali je już dawno. 

Przestałam być pariasem, kiedy złożyłeś wizytę w Didcote Park, a potem książę Bewcastle 

zjawił się w sali zebrań we wsi.

- Czyżbyś była taka rozgoryczona? - spytał.

- Nie, oczywiście, że nie.

- Więc udowodnij to i przyjmij zaproszenie - powiedział. - W imieniu nas obojga.

Pani Pritchard znów przycisnęła ręce do serca.

- Słusznie, pułkowniku! - zawołała. - Niech jej pan przemówi do rozsądku. Eve, gdy 

wrócisz,   chcę   żebyś   mi   o   wszystkim   opowiedziała   w   najdrobniejszych   szczegółach.   A 

przyjęcia w ogrodzie są takie romantyczne. Pary mogą się zaszyć w alejkach i grotach, żeby 

spędzić kilka chwil sam na sam.

-   A   po   cóż   my   mielibyśmy   to   robić?   -   spytała   Eve.   Aidan   zauważył,   że   się 

background image

zarumieniła. - Przecież to tylko oficjalne spotkanie towarzyskie, na które moglibyśmy pójść.

- Na które pójdziemy - poprawił ją Aidan.

Obiecał Davy'emu, że jeśli utrzyma  się ładna pogoda, spróbują pograć w krykieta. 

Ustawią bramki na trawniku przed domem. Potem miał zacząć uczyć go jazdy konnej na 

padoku za stajnią.

Aidan miał za sobą niespokojną noc. Zbyt długo tu przebywał. Ale pomógł dzieciom 

dojść   do   siebie   po   tym   okropnym   doświadczeniu,   gdy   zostały   zabrane   z   domu   przez 

posterunkowego. Mile spędzili razem czas. Miał nadzieję, że poprawił swój wizerunek w 

oczach Eve, że teraz będzie go lepiej wspominała.

Zakochał się w niej po uszy i wiedział, że po wyjeździe stąd długo jeszcze będzie 

cierpiał.   A   ona   wczoraj,   gdy   spacerowali   w   dolince,   powiedziała,   że   zawsze   będzie   go 

wspominać z wdzięcznością.

Wdzięcznością! Dotknęła go tym słowem do żywego, jakby wypowiedziała najgorsze 

przekleństwo. Zresztą przekleństwa świadczyłyby chociaż o jakichś emocjach.

Gdy   ostatniej   nocy   przewracał   się   z   boku   na   bok   na   łóżku,   postanowił,   że   musi 

zachować się honorowo i wreszcie przestać odwlekać wyjazd. Jednak teraz znów znalazł 

pretekst, by zostać kolejne trzy dni. A może był to całkiem istotny powód? Przecież Eve 

zyskałaby pełne uznanie okolicznych wyższych sfer.

Ale teraz musiał się zająć przygotowaniami do gry w krykieta.

Powiedział, że wyjedzie nazajutrz po przyjęciu w Didcote Park.

Freyja   napisała   do   Eve   dowcipny   list,   pełen   błyskotliwych,   kąśliwych   uwag   o 

ludziach,   których   spotkała,   i   wydarzeniach   z   okazji   obchodów   zwycięstwa,   w   których 

uczestniczyła. Powiadamiała ją również, że zamierza wyjechać z miasta i wrócić do Lindsey 

Hall. Pytała, czy Eve chciałaby może przyjechać tam do niej na lato. Eve zdecydowanie 

wolała pozostać w domu, ale Aidan postanowił pojechać i spędzić resztę urlopu ze swymi 

siostrami.

- Już czas, żebym zniknął z twojego życia, Eve - powiedział.

- Tak.

- I wrócił do swego dawnego życia. - Tak.

Nie była w stanie wypowiedzieć żadnych innych słów. Tylko uśmiechała się do niego 

z życzliwym zrozumieniem. Tak, był już najwyższy czas. Jeśli on zostanie jeszcze trochę 

dłużej, ona z pewnością nie będzie w stanie w ogóle go puścić. Narobi sobie tylko wstydu, 

czepiając się go, błagając, by jej nie porzucał.

Jeden dzień minął im na grze w krykieta. Wzięły w niej udział także Eve i Becky oraz 

background image

wielebny Puddle, który zjawił się w Ringwood pod jakimś błahym pretekstem i okazał się 

całkiem   niezłym   miotaczem.   Thelma,   Benjamin   i   ciocia   Mari   utworzyli   entuzjastyczną 

widownię, która oklaskiwała obie strony bez różnicy. Gdy Aidan powiedział jej, że wyjeżdża, 

zostało im właściwie tylko półtora dnia. Potem będzie przyjęcie w ogrodzie u hrabiny. A 

potem...

Eve starała się w pełni wykorzystać czas, który im pozostał. Żyła chwilą bieżącą, nie 

myśląc o przyszłości, która i tak nadejdzie zbyt szybko.

Obie z Becky przyglądały się, jak Aidan na padoku uczył Davy'ego jazdy konnej. Gdy 

chłopiec pewniej poczuł się w siodle, Eve zaproponowała, żeby wszyscy razem wybrali się na 

przejażdżkę. Aidan posadził Becky w siodle przed sobą i prowadził kucyka Davy'ego na 

lonży. Eve jechała obok nich. Potem poszli na spacer do lasu i bawili się z dziećmi w chowa-

nego wśród drzew i krzewów. Krzyki rozbawionych dzieci i wybuchy śmiechu niemal zawsze 

zdradzały ich kryjówkę.

Następnego dnia też zagrali w krykieta i wybrali się na konną przejażdżkę. Potem 

poszli do dolinki na popołudniowy piknik z ciocią Mari, Thelma, pastorem i Benjaminem. 

Zanim zasiedli do jedzenia, wszyscy z wyjątkiem cioci Mari przespacerowali  się gęsiego 

wzdłuż strumienia, stąpając po kamieniach z rozłożonymi rękami, by zachować równowagę. 

Benjamin siedział pastorowi na ramionach.  Nawet Burek odważył  się zejść z brzegu, by 

szukać ryb. Co jakiś czas rozlegał się krzyk, gdy czyjaś noga lądowała w wodzie, co pozostali 

witali wybuchem śmiechu. Po podwieczorku zaczęły się śpiewy, którym przewodziła Eve. Jej 

miłemu sopranowi wtórowała głębokim kontraltem ciocia Mari. Aidan najpierw stwierdził z 

przekąsem, że powinien był wiedzieć, iż dwie walijskie damy prędzej czy później zaczną 

śpiewać, po czym dołączył do nich, nucąc całkiem przyjemnym barytonem. Pozostali również 

podśpiewywali, jak kto umiał.

Rankiem w dniu, w którym miało się odbyć przyjęcie u hrabiny, zabrali ciocię Mari na 

przejażdżkę po okolicy. Zatrzymywali się po drodze, a Eve i dzieci zrywali dla niej polne 

kwiaty. Dzieci śmiały się i paplały bez ustanku. Przez ostatni tydzień Davy stał się miłym, 

wesołym chłopczykiem. Jak na niego wpłynie wyjazd Aidana? Eve nie chciała o tym dzisiaj 

myśleć. O tej porze jutro...

Przez chwilę miała wrażenie, że ziemia usuwa się jej spod nóg.

* * *

Eve   mimo   woli   była   podekscytowana   udziałem   w   popołudniowym   przyjęciu   w 

Didcote Park. A w tym roku pogoda dopisała wyśmienicie. Dzień był słoneczny i niezbyt 

background image

gorący,   bo   wiał   lekki   wiaterek.   Eve   włożyła   ładną   sukienkę   z   prążkowanego   muślinu   i 

słomkowy kapelusik przybrany kwiatami. Nabyła ten strój niedawno i nigdy jeszcze nie miała 

go na sobie. Aidan ubrał się elegancko po cywilnemu.

Taras przed domem w Didcote Park udekorowano mnóstwem kwiatów w wielkich 

donicach. W cieniu stały stoły przykryte śnieżnobiałymi obrusami. Uginały się pod dzbanami 

z lemoniadą i mocniejszymi trunkami oraz tacami z pysznymi potrawami. Za stołami stali 

lokaje w eleganckich liberiach, usługujący gościom. Na świeżo przystrzyżonych trawnikach 

ustawiono   wielkie   wazy   z   kwiatami,   a   mniejsze   zawieszono   na   gałęziach.   Naokoło 

rozstawiono stoły i krzesła, część w cieniu, część w słońcu, pod parasolami. Dla tych, którzy 

woleli leżeć swobodnie na trawie, rozłożono kolorowe koce.

Gdy Eve i Aidan przyjechali, zebrało się już sporo gości, którzy siedzieli przy stołach, 

spacerowali albo stali w grupach i rozmawiali. Kilku bardziej energicznych mężczyzn grało w 

kręgle na trawniku. Dwie pary grały nieopodal w tenisa. Hrabia i hrabina Luffowie stali na 

tarasie, witając nowo przybyłych.

Obok nich stał John.

- Och, nie! - wyrwało się Eve, gdy zauważyła go z okna powozu. Aidan poszedł za jej 

spojrzeniem.

- Przypuszczam, że utrzymując kontakty towarzyskie z sąsiadami w Didcote Park, 

będziesz też od czasu do czasu miała do czynienia z Densonem - stwierdził. - Nie uda ci się 

tego unikać w nieskończoność.

- To był twój pomysł, żeby tu przyjechać, Aidanie - wypomniała mu. - Ja wolałam 

zostać w domu.

- Nie można się wiecznie chować, uciekać przed życiem - rzekł. - Najlepiej po prostu 

stawić czoło temu, co nas czeka.

Nie miała czasu na odpowiedź. Powóz zatrzymał się, Sam Patchett zeskoczył z kozła, 

otworzył drzwiczki i opuścił schodki. Chwilę później Eve dygała z uśmiechem, gdy hrabia 

Luff przedstawiał ją hrabinie i synowi.

- Winszuję  z  okazji  niedawno zawartego  małżeństwa,  lady Bedwyn - powiedziała 

łaskawie hrabina. - Gratuluję koneksji z księciem Bewcastle'em i rodziną Bedwynów. A pan 

jest zapewne na dłuższym urlopie, pułkowniku Bedwyn?

- Na dwumiesięcznym urlopie, który niestety szybko zbliża się ku końcowi - odparł.

- Mamo, miałem zaszczyt uczestniczyć w balu z okazji przedstawienia lady Bedwyn w 

towarzystwie  -  powiedział  John,   uśmiechając  się  do Eve.  -  Trzeba  przyznać,   że  podczas 

swego krótkiego pobytu w Londynie lady Bedwyn znalazła się w centrum uwagi.

background image

Podeszła Serena Robson, wyciągając do Eve obie ręce.

- Przyjechałaś - ucieszyła się, całując ją w policzek. - Chodź, usiądziesz ze mną i 

Jamesem tam pod bukiem. I pan też, pułkowniku. Prawie was nie widuję od waszego powrotu 

z Londynu. Chcę o wszystkim się dowiedzieć, z wszystkimi pikantnymi szczegółami.

Usiedli pod drzewem. Sącząc orzeźwiające napoje, Eve przez pół godziny opisywała 

im swoją prezentację przed królową, Aidan zaś z właściwym sobie cierpkim humorem dodał 

szczegóły o czarnej sukni dworskiej i reakcji swojej rodziny na jej widok. Potem panowie 

odeszli, by poprzyglądać się grze w kręgle. Serena, spoglądając za nimi, westchnęła.

- Jest taki dystyngowany. Doprawdy świetnie się prezentuje. Jak to dobrze, że jednak 

spędzacie ze sobą czas, zarówno w mieście, jak i tutaj. Wrócił, by pomóc ci odzyskać dzieci. 

Podobno od tamtej pory często zabiera je ze sobą i nawet bawi się z nimi. Czy można mieć 

nadzieję...

-   Jutro   wyjeżdża   -   powiedziała   szybko   Eve.   -   Chciałby   spędzić   resztę   urlopu   ze 

swoimi siostrami w Lindsey Hall.

Serena pochyliła się przez stół, chcąc coś powiedzieć, ale nie zdążyła.

- Mogę się do pań przyłączyć? - spytał John, podchodząc do nich.

- Ależ oczywiście - odparła Serena, wskazując puste krzesła. - Bardzo proszę.

- Żaden  kraj  nie dorównuje  urodą Anglii - oświadczył.  - A  zwłaszcza  angielskiej 

prowincji w ciepły, letni dzień. Trzeba spędzić rok na obcej ziemi, żeby to w pełni docenić.

- Był pan w Rosji - odezwała się Serena. - Musi się pan z nami podzielić swoimi 

wrażeniami z tamtej szych wyższych sfer.

Eve słyszała jego łagodny, miły głos, widziała jego przystojną twarz o regularnych 

rysach, z białymi zębami i drobnymi zmarszczkami, tworzącymi się w kącikach oczu, gdy się 

śmiał.   Przyglądała   się   jego   szczupłym,   wypielęgnowanym,   gestykulującym   dłoniom. 

Wiedział, jak być miłym, jak oczarować słuchaczy. Jego jasne włosy lśniły nawet w cieniu.

Czy można się dziwić, że będąc tak niedoświadczoną, zakochała się w nim? Ile jednak 

warta była jej miłość, skoro tak łatwo zakochała się w Aidanie? A może o miłość trzeba się 

troszczyć, pielęgnować ją, żeby się rozwinęła, rozkwitła?

Jutro Aidana już tu nie będzie. Czy więc jego też przestanie kochać?

Podeszła   do   nich   pani   Rutledge   i   zaczęła   z   Serena   rozmawiać   o   jakiejś   sprawie 

dotyczącej parafii. John wstał.

- Przejdziemy się, lady Bedwyn? - spytał.

Zerknęła na Aidana, który zdjąwszy surdut, grał w tenisa.

- Dobrze - zgodziła się, wstając. Zignorowała podane jej ramię i założyła ręce do tyłu.

background image

- Eve - odezwał się John, gdy ruszyli przez trawnik. - Eve, moja droga, jak to się 

dzieje, że wyglądasz jeszcze piękniej niż zwykle?

Jak odpowiedzieć na takie pytanie?

-   Nie   spodziewałam   się,   że   cię   dzisiaj   zobaczę   -   powiedziała.   -   Myślą   łam,   że 

pochłaniają cię uroczystości z okazji zwycięstwa.

Wzruszył ramionami.

- Przestały mnie bawić - odparł. - Chciałem zobaczyć ciebie. Myślałem, że do tego 

czasu Bedwyn już wyjedzie. Ale podobno wyjeżdża jutro? Usłyszałem, jak mówiłaś to pani 

Robson.

- Tak - przytaknęła.

- Biedna Eve - rzekł cicho, zmierzając w stronę wysadzanej drzewami alei, na końcu 

której stała ośmiokątna altana. - Zmuszona do małżeństwa z Bedwynem z obowiązku. Cała ta 

rodzina jest taka ponura, surowa i zimna, prawda? Ale to nie ma znaczenia. On wkrótce 

wyjedzie. A ja zostanę tu na resztę lata, żeby cię pocieszać.

- Nie możesz ofiarować mi żadnej pociechy, John - odparła.

- Och, Eve - powiedział, patrząc na nią. - Zawsze byliśmy przyjaciółmi, prawda?

- Tak - przyznała.

Zawsze   dobrze   im   się   rozmawiało.   Polubiła   go   na   długo   przed   tym,   zanim   go 

pokochała.

-   I  znów   będziemy   przyjaciółmi.   Znów  będziemy   się   spotykać   jak   wówczas,   gdy 

przyjeżdżałem do domu. Będziemy ze sobą przez całe łato.

-   Nie,   John   -   odparła.   -   Nawet   gdyby   nie   łączyło   nas   coś   więcej   niż   przyjaźń, 

uważałabym, że kontynuowanie naszej znajomości jest niemożliwe.

Uśmiechnęli się i skinęli głowami napotkanej parze. John zamienił z nimi kilka słów.

- Jesteś trochę wytrącona z równowagi, bo wyszłaś za mąż pod przy musem. W tej 

chwili wydaje ci się, że między nami wszystko skończone - zaczął, gdy ruszyli dalej. - Ale tak 

nie   jest.   Znów   będziemy   przyjaciółmi,   przecież   nigdy   nie   przestaliśmy   się   przyjaźnić, 

prawda? I będziemy kochankami, Eve.

Spojrzała na niego ostro.

- Chcę ci zadać pewne pytanie,  chociaż sądzę, że znam odpowiedź. Czy w ogóle 

miałeś zamiar się ze mną ożenić?

-   Tak   -  odparł   bez   wahania.   -  Zawsze   tego   pragnąłem,   Eve.   Bardzo   cię   kocham. 

Uwierz mi, proszę. Nie wolno ci w to wątpić, ani przez chwilę. Myślami jestem przy tobie tak 

często, że burzy to mój spokój. Zawsze będę cię kochał, nawet wtedy, gdy już się ożenię i 

background image

spłodzę potomków, aby zadowolić mojego ojca. Ale tak naprawdę nasze małżeństwo nigdy 

nie było możliwe, choć jesteś miłością mego życia. Wiedziałaś o tym równie dobrze jak ja.

Czy rzeczywiście wiedziała? Czy miłość do niego sprawiła, że nie przyjmowała do 

wiadomości oczywistej prawdy? Nie, nie wiedziała. Jakże była naiwna i urna. Zdała sobie 

jednak sprawę, że właściwie John jej nie oszukiwał. Bawił się z nią w marzenia, to była tylko 

gra. Założył, że Eve, tak jak on, zna jej reguły i bierze w niej udział świadomie. Nie był 

łajdakiem. Po prostu nie był taki, jakim go kochała. Ale on też pomylił się co do niej.

A więc wszystko to było tylko iluzją.

- To tylko miłostka, a nie miłość - oświadczyła. - Wróciłeś do Anglii dwa miesiące 

temu i nawet mnie nie zawiadomiłeś. Idąc na bal do Bedwyn House, nie miałeś pojęcia, że to 

ja jestem żoną Aidana.

-   Gdy   się   zorientowałem,   przez   resztę   nocy   jak   nieprzytomny   włóczyłem   się   po 

ulicach Londynu, odchodziłem od zmysłów.

- Dlaczego? Przecież i tak nie miałeś zamiaru się ze mną ożenić.

-   Nienawidzę   myśli,   że   ktoś   inny   cię   dotyka   -   wyznał.   -   Czy   pozwoliłaś   mu   się 

dotknąć, Eve? Jest twoim mężem, ale wasze małżeństwo jest tylko formalne. Proszę, powiedz 

mi...

- John! - Eve zatrzymała się, mimo że nie doszli jeszcze do altany. - Moje małżeństwo 

to   nie   twoja   sprawa.   Byliśmy   przyjaciółmi   i   kochankami.   Ale   to   już   przeszłość.   Nawet 

przyjaźń się skończyła. Między nami nic więcej nie będzie. Nic, nigdy.

- On wyjedzie, Eve - zaprotestował, marszcząc twarz. - Zapomni o tobie już po kilku 

dniach. Prawdopodobnie nigdy więcej go nie zobaczysz. Zmienisz zdanie.

- Nie zmienię. John, jestem jego żoną. Na dobre i na złe, póki śmierć nas nie rozłączy. 

Dokonałam wyboru i będę mu wierna pod każdym względem.

- Po jakimś czasie zmienisz zdanie. Eve, kochanie, przypomnij sobie, co nas łączyło 

przez tyle lat. Pamiętasz, gdy spotkaliśmy się ostatni raz przed moim wyjazdem do Rosji? 

Było nam ze sobą tak dobrze, tak rozkosznie.

Wcale nie, ona nie doznała rozkoszy. Ale to nie miało już teraz znaczenia.

- Wracam na taras - postanowiła. - I wolałabym tam wrócić sama. Żegnaj, John. Życzę 

ci, abyś był szczęśliwy.

- Będę szczęśliwy - zapewnił ją, znów uśmiechając się do niej. - Szczęśliwy z tobą. 

Poczekam tydzień lub dwa.

Nie poszedł za nią, gdy wracała długą aleją. Zobaczyła, że Aidan skończył  grać i 

wkłada z powrotem surdut. Podeszła do niego.

background image

- Wygrałeś? - spytała.

- Zawsze wygrywam - odparł, przyglądając się jej przenikliwie. - Weź my coś do 

jedzenia i gdzieś usiądźmy.

Usiedli obok siebie na kutej żelaznej ławeczce przy sadzawce z rybkami.

- Spacerowałam z wicehrabią Densonem - powiedziała.

- Wiem.

Ugryzła   kawałek   pasztecika   z   homarem,   ale   nie   mogła   go   już   przełknąć.   Aidan 

milczał.

- Nie chcesz wiedzieć, o czym rozmawialiśmy? - spytała.

- Zdaje się,  że sama  chcesz mi  to powiedzieć.  Pozwól,  że ułatwię  ci  sprawę.  On 

pragnie kontynuować waszą znajomość, odnowić romans. Chce, żebyś była jego kochanką. 

Zawsze cię kochał i zawsze będzie kochać.

Była zaskoczona, że Aidan tak trafnie to odgadł.

- Powiedziałam „nie” - odparła. - Absolutnie odmówiłam.

- To także mogłem przewidzieć. Jesteś kobietą honorową, uczciwą, Eve. Jutro wyjadę 

i nigdy więcej mnie nie zobaczysz. A jednak będziesz mi wierna, prowadząc cnotliwe życie, 

prawda?

Zadała sobie nagle pytanie, czy naprawdę człowiekowi może z żalu pęknąć serce.

- Czy dotknęłoby cię, gdybym cię zdradziła? - spytała.

Odwrócił   głowę,   by   na   nią   spojrzeć.   Oczy   miał   prawie   czarne,   kompletnie 

nieprzeniknione.

- Mnie tu nie będzie, nie będę się przejmował twoją wiernością lub zdradą - odparł. - 

Możesz układać sobie życie, jak chcesz. Nie będę twoim sumieniem.

Odstawiła talerz na ławkę. Wiedziała, że nie zdoła przełknąć już ani kęsa. Ręce jej 

lekko drżały. Podniosła na niego oczy bliska łez. Nie prosiła go o miłość. Pragnęła jedynie 

drobnego gestu, że zależy mu chociaż na tym, by dochowała mu wierności.

- Przepraszam cię na chwilę - wykrztusiła i wstała pospiesznie, kierując się w stronę 

wielkiego wazonu z kwiatami. Stała tam, udając, że się im przygląda, dopóki nie była pewna, 

że oczy ma na tyle suche, by wmieszać się w tłum, nie zwracając na siebie uwagi.

O tak, serce naprawdę może pęknąć z żalu.

background image

22

Zawsze wygrywam.

Tak jej powiedział po skończonym meczu, ale nie o grę w tenisa mu chodziło. Czy 

rzeczywiście zawsze wygrywał? Gdy w Lindsey Hall w wieku osiemnastu lat wydawało mu 

się, że będzie zarządzać majątkiem w imieniu Bewcastle'a, a potem uświadomił sobie swój 

błąd, bardzo się zawstydził. Zrozumiał też, że sprawił przykrość Wulfowi, który niewątpliwie 

o zarządzaniu majątkiem wiedział wtedy o wiele mniej niż Aidan. Mógł nie zgodzić się z 

decyzją Wulfa, gdy ten kupił mu patent oficerski. Aidan miał własny majątek, nie był na 

utrzymaniu starszego brata. Postąpił jednak honorowo i poszedł do wojska, chociaż sama 

myśl o nim napełniała go zgrozą.

Od tamtej pory honor był mu drogowskazem w życiu, co tego lata doprowadziło go do 

małżeństwa z Eve. Tak, zawsze wygrywał walkę z wszelkimi rozterkami, wybierając honor. 

Ale czy to czyniło go zwycięzcą? Czy dzięki temu zdobył szczęście? Czy szczęście w ogóle 

było możliwe?

Zostali z Eve do końca przyjęcia. Rozmawiali z gośćmi, jednak od tamtej chwili przy 

sadzawce nie zbliżali się do siebie. Uśmiechnięta, ożywiona Eve nagle znalazła się w centrum 

zainteresowania, podobnie jak w Londynie. Aidan pomyślał, że może ona naprawdę dobrze 

się bawi. Może wręcz cieszy się, że on jutro wyjedzie i już nigdy nie wróci.

Ale przecież tam przy sadzawce Eve podniosła na niego oczy pełne łez. A potem 

pospiesznie odeszła do najbliższego wazonu z kwiatami i udawała, że je ogląda. Miała łzy w 

oczach.

Jutro   wygra   kolejną   potyczkę   z   własnym   sumieniem,   zachowa   się   honorowo   i 

wyjedzie stąd na zawsze.

Ale co przez to zyska?

Oczywiście honor.

Ale czy szczęście?

A jej szczęście? Czy był tak zapatrzony we własny honor, że nie zauważył czegoś, co 

miał tuż przed oczami? A jeśli się mylił? Co mogły znaczyć jej łzy?

Wracali   do   domu   w   milczeniu,   obserwując   mijany   krajobraz.   Zamierzał   jutro 

wyjechać. Czy nie miała mu nic więcej do powiedzenia? Czy on nie miał jej nic więcej do 

powiedzenia?

Co mogły znaczyć jej łzy?

Przez chwilę myślał, że wypowiedział to pytanie na głos. Ale usta miał zamknięte, a 

background image

ona nie odezwała się.

Aidan poczuł ogromną ulgę, gdy powóz minął bramę Ringwood i skierował się ku 

domowi. Ostateczną ulgę poczuje dopiero jutro, gdy wreszcie stąd odjedzie i wszystko będzie 

miał już za sobą.

Zastanawiał się, czy odważy się zaryzykować swój honor. Czy ośmieli się sięgnąć po 

szczęście?

Po kolacji oboje poszli na górę do dzieci. Aidan posadził sobie Becky na kolanach i 

słuchał z nią bajki na dobranoc, którą czytała Eve. A potem powiedział dzieciom, że nazajutrz 

wyjedzie. Obiecał, że będzie do nich pisał i przysyłał prezenty z każdego nowego miejsca. 

Muszą się opiekować ciocią Eve i pilnie się uczyć. Pocałował oboje. Becky uczepiła się jego 

szyi i nawet uroniła kilka łez. Davy znów zamknął się w sobie, ale pozwolił, by Aidan okrył 

go kołdrą i pogłaskał po głowie.

- Nie zapomnę cię, chłopcze - powiedział. - Zawsze... będę cię kochał. A tutaj zostanie 

ciocia Eve. I ciocia Mari, i Becky, i niania. Będę pisał, Davy. Obiecuję.

Chłopiec odwrócił się na bok i naciągnął kołdrę na głowę. Eve siedziała jeszcze przy 

Becky. Aidan zszedł na dół do salonu. Przy drzwiach stała gospodyni, jak zawsze z ponurą 

miną.

- Mam panu przekazać od pani Pritchard, że położyła się do łóżka, bo była zmęczona, 

i nie musicie się na nią oglądać - oznajmiła.

Aidan spojrzał w zamyśleniu na gospodynię. Nagle podjął decyzję.

- Agnes, przynieś mi kilka ręczników, dobrze? I jakiś koc.

- A po co? - Spojrzała na niego podejrzliwie.

Aidan nie znał drugiej służącej, która na wyraźne  polecenie  zareagowałaby w  ten 

sposób.

- Nie twój interes, Agnes - odparł, starając się, by zabrzmiało to surowo. - Idź i jak 

najszybciej przynieś to, o co prosiłem.

Skrzyżowała ręce na piersiach.

- Proszę ją oszczędzać, bo i tak ma już złamane serce - odezwała się. - Nie boję się 

stawić panu czoło, choć wiem, że nie dałabym panu rady, nawet uzbrojona po zęby.

Aidan uśmiechnął się.

- Agnes, chętnie bym cię uściskał, ale nie sądzę, żebyś była tym za chwycona - rzekł. - 

Ma złamane serce? Przeze mnie? Idź po te ręczniki i koc. Pamiętaj, że za niesubordynację 

mogę cię oddać pod sąd polowy.

Zmrużyła   oczy  i   zacisnęła  usta.  A  potem  kiwnęła   głową,  obróciła  się   na  pięcie  i 

background image

zniknęła. Kilka minut później zjawiła się z powrotem, niosąc ręczniki i dwa koce.

- Nawet teraz  noce są chłodne,  zwłaszcza  po północy. A spodziewam  się, że  nie 

wrócicie przed północą.

- Taką mam nadzieję, Agnes - odparł, gdy składała rzeczy na sofie.

- Całkiem nieźle pan wygląda, gdy się pan uśmiecha - zauważyła  na odchodnym, 

czym wprawiła go w osłupienie. - Ale niech pan już nie marnuje uśmiechów dla mnie, niech 

je pan podaruje mojej pani.

Uśmiechnął się do zamkniętych drzwi, ale natychmiast oprzytomniał. Dlaczego czuje 

się tak beztrosko? Przecież stawia na szali swój honor.

Drzwi otworzyły się i weszła Eve, uśmiechnięta, ale blada jak zjawa. Rozejrzała się w 

poszukiwaniu ciotki.

- Położyła się już spać - powiedział. - A my wybierzemy się na spacer we dwoje. 

Pójdziemy popływać.

- Popływać? - Spojrzała na niego zmieszana.

- W rzece - odparł. - Tym razem nie będziesz się mogła wymówić brakiem ręczników. 

- Wskazał głową stos na sofie.

- Aż tyle?

- Są tam też dwa koce - dodał.

- Koce?

- Jeden, żeby go rozłożyć na ziemi - wyjaśnił. - A drugi może nam się przydać do 

przykrycia   się,   zwłaszcza   jeśli   nie   wrócimy   przed   północą.   Będziemy   pływać,   a   potem 

będziemy się kochać. Chyba że stanowczo tego nie chcesz. A potem... - nagle zabrakło mu 

odwagi - a potem zobaczymy.

-   Aidanie!   -   Na   chwilę   policzki   się   jej   zarumieniły,   ale   zaraz   znów   pobladła. 

Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale tylko potrząsnęła głową.

Podszedł do sofy, wziął ręczniki i koce i włożył pod pachę. Wyciągnął do niej rękę.

- Chodź - powiedział.

Przez chwilę myślał, że odmówi. Zawahała się, a potem zacisnęła palce na jego dłoni.

- Nasza ostatnia noc? - spytała.

- Ostatnie marzenie.

* * *

Zapamiętał wskazane przez nią ustronne miejsce, gdzie czasami pływała z bratem. 

Pewnie zmierzał w tamtym kierunku. Księżyc w pełni świecił jasno z nieba pełnego gwiazd. 

background image

Nie rozmawiali po drodze. Kurczowo trzymała się jego ręki, zapamiętując jej dotyk, ciepło i 

siłę.

Co miał na myśli mówiąc: „ostatnie marzenie”?

Gdy wchodziła do salonu, serce jej pękało od niewylanych łez. Z trudem zmusiła się 

do uśmiechu.

- Tutaj - powiedział, gdy weszli między drzewa i ogarnęła ich głęboka ciemność. 

Rzeka połyskiwała niedaleko szeroką srebrną smugą.

Puścił jej rękę i rzucił rzeczy na ziemię. Rozłożył na ziemi koc. Popływają, a potem 

będą się kochać. Czy jednak nie zaprotestuje?

- Chodź do mnie - rzekł, biorąc ją znów za rękę i przyciągając bliżej. Sięgnął do 

guzików na jej plecach i rozpiął je po kolei. Zsunął jej suknię z ramion, aż opadła na trawę. 

Była to nowa suknia, którą specjalnie włożyła na ostatni wieczór z nim. Podciągnął jej do 

góry koszulkę.

- Podnieś ręce - powiedział.

- Aidanie - zaprotestowała nieco zaskoczona.

- Sama mówiłaś, że nawet za dnia to miejsce jest niewidoczne. Najprzyjemniej pływa 

się nago.

Prawie nie poznawała jego głosu. Było w nim coś... chłopięcego. Coś, co nie pasowało 

do lorda pułkownika Aidana Bedwyna.

A właściwie dlaczego nie miałaby się rozebrać?

Kilka minut później była naga. Aidan zdjął z siebie ubranie i rzucił je bezładnie obok 

koca.

A potem chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę rzeki. W ostatniej chwili nabrała 

powietrza, wstrzymała oddech, zamknęła oczy i skoczyła.

Zetknięcie z zimną wodą było szokujące. I było tu głębiej niż tam, gdzie kąpali się z 

dziećmi.

- Wolałabym zanurzyć się stopniowo - powiedziała.

- Bzdura! - Roześmiał się. - Zabijanie na raty jest o wiele gorsze niż szybka śmierć. 

Spójrz, Eve. Spójrz na rzekę skąpaną w świetle księżyca. Popatrz na gwiazdy. Poczuj chłód 

wody. Wcale nie jest taka zimna, jak już się do niej przyzwyczaimy, prawda? I powietrze jest 

ciepłe. Czujesz zapach drzew i polnych kwiatów? Czyż nie cudownie jest żyć?

- Tak. - Rozejrzała się dookoła i odetchnęła głęboko.

- I mieć przy sobie kogoś, z kim można podzielić się swoim zachwytem - dodał.

- Tak.

background image

Poddała się nastrojowi chwili. Wolno popłynęła środkiem rzeki, a on towarzyszył jej 

w tym samym tempie. Szmer ich oddechów, plusk wody i nawoływania ptaków wśród nocy 

stopniowo   napełniły   ją   spokojem.   W   pewnym   momencie   Aidan   odwrócił   się   na   plecy   i 

popłynął z powrotem. Eve poszła w jego ślady. Nie pracowali rękami, tylko powoli poruszali 

nogami.

- Jak myślisz, ile ich tam jest? - spytał.

- Gwiazd? Tysiące. Miliony. Czy to w ogóle ma gdzieś kres? Chyba tak. Wszystko 

musi się kiedyś skończyć.

- A może wszechświat jednak nie ma końca - odparł. - Umysł ludzki nie jest w stanie 

tego pojąć. Eve, powiedziałaś, że wszystko musi się kiedyś skończyć. Ale jeśli wszechświat 

jest nieskończony, to może jest coś jeszcze, co nie ma końca? To by dowodziło istnienia 

rzeczy boskich, prawda?

Pomyślała nagle, że to absurdalne, by dwójka dorosłych, poważnych ludzi pływała 

nago w ciemnościach, snując rozważania o nieskończoności wszechświata. Próbując pojąć 

istnienie czegoś, co nie ma końca. Miłości? Czy właśnie to miał na myśli? Trudno było sobie 

wyobrazić Aidana mówiącego tak o miłości, ale dzisiejszego wieczoru był doprawdy w dziw-

nym nastroju.

Pływali ponad godzinę, szybko i energicznie, a potem dając się unosić wodzie. Raz 

niespodzianie   zanurkował   pod   nią   i   wciągnął   ją   pod   wodę.   Wypłynęła,   prychając,   i 

odwzajemniła mu się, opryskując go wodą, zalewając mu oczy. Śmiali się rozbawieni niczym 

beztroskie   dzieci.   A   potem   chwycił   ją   i   przyciągnął   do   siebie.   Przytrzymał   jej   ręce   i 

pocałował ją.

- Chyba już czas, byśmy wyszli z wody i wytarli się, bo ta gęsia skórka zostanie nam 

na całe życie - stwierdził. - A potem będziemy się kochać. Chyba że tego nie chcesz.

Nie wahała się ani przez chwilę, choć wiedziała, że później ból rozstania stanie się 

jeszcze większy.

- Chcą - powiedziała.

Znów ją pocałował. Potem wziął ją na ręce, wyniósł z wody i drżącą z zimna postawił 

na ziemi.

- Brrr - wzdrygnęła się i pobiegła do ręczników, a on za nią.

* * *

Sypiał z wieloma kobietami, do niektórych z nich czuł nawet pewien sentyment, ale 

żadnej nie kochał.

background image

Był przerażony.

Nigdy do końca nikomu się nie oddał od czasów dzieciństwa. Ostatni raz zdarzyło się 

to wówczas, gdy w wieku osiemnastu lat poszedł do Wulfa pełen dobrych chęci i braterskiej 

miłości, by przedstawić mu swoje plany dotyczące Lindsey Hall. Oddał mu się wtedy do 

dyspozycji, ofiarowując, że sam wprowadzi je w życie. Od tamtej pory wypełniał tylko swój 

obowiązek. Skrupulatnie i obojętnie.

Był przerażony.

A jeśli wprawi ją w zakłopotanie, a może nawet unieszczęśliwi, ofiarując jej siebie, 

swoją miłość? Z pewnością tego nie było w ich umowie. Ale też nic z tego, co wydarzyło się 

po  ślubie,  nie   było  przewidziane   w   umowie.  Dzisiejszego  popołudnia   spojrzała  na  niego 

oczami pełnymi łez, a potem odeszła pospiesznie, by je ukryć. Pamiętał dokładnie własne 

słowa, które tak ją zraniły.

Położył się obok niej na kocu, objął i przyciągnął do siebie. Tak jak on ciało miała 

chłodne po kąpieli. Ale jej usta, gdy je odnalazł i rozchylił pocałunkiem, wsuwając w nie 

język, były gorące. Oparła mu dłoń na piersi, drugą ręką objęła go w talii i mocno do niego 

przylgnęła. Niemal natychmiast rozpalił się w nich żar. Zrozumiał, że jest tak spragniona jak 

on. Nie musiał dłużej czekać.

- Połóż się na mnie - powiedział. - Ziemia jest twarda, a ja jestem ciężki.

- Nie. - Przekręciła się na plecy i wciągnęła go na siebie. - Chcę właśnie tak.

Rozsunęła nogi, jak tylko znalazł się na niej i mocno go nimi oplotła.

- Eve - rzekł cicho tuż przy jej ustach, opierając się na łokciach i ujmując jej twarz w 

dłonie. - Jesteś gotowa?

- Tak. Chodź do mnie - wyszeptała. - Chodź do mnie, Aidanie. Wsunął się w nią z 

ulgą i radością. Była gorąca i wilgotna. Zacisnęła się mocno wokół niego.

- Spokojnie - powiedział półgłosem. - Nacieszmy się sobą. Kochajmy się. Odpręż się, 

jeśli możesz.

W   głębokim   mroku   nie   widział   jej   twarzy.   Poczuł   jednak,   że   go   zrozumiała. 

Rozluźniła mięśnie i rozplotła nogi, opierając je na ziemi przy jego biodrach.

Poruszył się w niej.

Kochał się z nią. W każdym ruchu obdarowywał ją czułością, ofiarowywał jej siebie. 

Z każdym pchnięciem czuł narastające pożądanie, wiedział, że w każdej chwili może ich 

oboje doprowadzić do najwyższej rozkoszy, do zaspokojenia. Miał jednak świadomość, że 

tym   razem   towarzyszy   temu   głębokie,   potężne,   wszechogarniające   i   zespalające   uczucie. 

Kochał się z nią powoli, do końca. Odczuwał ją całym sobą chłonął wszystkimi zmysłami 

background image

dotyk jedwabistej skóry, zapach jej mokrych włosów. Czuł jej wnętrze, gdzie go zaprosiła i z 

radością przywitała. Słyszał jej oddech i ciche dźwięki, które od czasu do czasu rodziły się 

głęboko w jej gardle. Nie widział jej, ale wiedział, że to jest Eve, jego dusza i serce, jego 

miłość. Wreszcie zaryzykował i otworzył się przed nią, oddając jej wszystko - swój honor, 

uczucia i całego siebie.

- Eve - szepnął z ustami przy jej ustach. - Moja ukochana. Moja najdroższa miłości. 

Kocham cię. Teraz i na zawsze, do skończenia świata. Ofiarowuję ci dzisiaj całą moją miłość.

- Ach - westchnęła głęboko.

Nagle zabrakło mu odwagi. Przestraszył się tego, co ona może mu odpowiedzieć. 

Zamknął jej usta pocałunkiem, wsuwając w nie głęboko język. Jednocześnie zaczął się w niej 

coraz szybciej, mocniej poruszać. Uwolnił jej usta dopiero wówczas, gdy zacisnęła się mocno 

wokół   niego,   gdy   wyczuł,   że   zbliżyła   się   do   szczytu.   Odchylił   głowę,   zamknął   oczy   i 

podpierając się na rękach, wytrysnął w niej nasieniem. Był z nią, słyszał jej cichy jęk, czuł, 

jak drży w spazmach rozkoszy, stopniowo się rozluźnia i opada omdlała, gorąca, wilgotna od 

potu, zaspokojona. Zsunął się z niej i położył obok, ciągle obejmując ją ramieniem. Chwycił 

drugi koc i rozłożywszy jedną ręką, przykrył ich oboje. Westchnęła i obróciła się na bok. 

Oparła mu głowę na ramieniu i wtuliła się w niego całym ciałem. Zdawało mu się, że usnęła, 

ale po chwili usłyszał jej szept:

- Spójrz na gwiazdy. Świecą jaśniej niż zwykle.

Popatrzył w niebo i pogłaskał ją po wilgotnych jeszcze włosach.

- Eve - odezwał się. - Przykro mi z powodu Densona. Naprawdę bardzo mi przykro. 

Ale...

- Niepotrzebnie. Aidanie, ja go naprawdę kochałam. Nie był jednak człowiekiem, za 

którego go uważałam. Gdybyśmy się pobrali, być może nigdy nie poznałabym słabości jego 

charakteru. On nie jest mężczyzną, którego mogłabym kochać przez całe życie.

Nie pozwoliła mu dokończyć starannie przygotowanej przemowy. Będzie więc musiał 

inaczej przekazać jej to, co chciał powiedzieć.

- A jakiego mężczyznę mogłabyś kochać przez całe życie? - spytał ostrożnie.

Milczała przez pewien czas. Domyślił się, że zastanawia się nad odpowiedzią.

-   Dobrego   człowieka   -   odparła.   -   Gdy   jesteśmy   młodzi   i   lekkomyślni,   nie 

uświadamiamy sobie, jak ważne jest, by ukochany mężczyzna był dobry. Człowieka honoru, 

który robi to, co należy, bez względu na wszystko.

Serce w nim zamarło.

- Na tyle silnego, odważnego, żeby nie bał się ryzyka narażenia się na śmieszność. 

background image

Ktoś, kto zdobędzie się na odwagę, by oddać mi się do końca, może liczyć na to, że ja zrobię 

dla niego to samo. Mężczyzna na tyle śmiały, by wyznać mi miłość, jeśli nawet ukrywałam 

przed nim, że ja też go kocham.

- Eve... - zaczął.

- Musi być wysoki, szeroki w ramionach, posępny, z orlim nosem - ciągnęła. - Taki, 

co chmurzy się przez prawie cały czas i udaje, że jest twardy i obojętny na wszelkie uczucia. 

A potem nagle uśmiecha się, by rozjaśnić mi życie i ogrzać serce.

Dobry Boże!

- To musisz być ty - powiedziała. - Ty i tylko ty. W dodatku tak się świetnie składa, że 

jesteś moim mężem. Nie obawiaj się, że nie dochowam ci wierności, Aidanie, nawet jeśli 

jutro wyjedziesz i nigdy nie wrócisz.

Przytulił twarz do jej ramienia i westchnął głęboko.

-   Mówiłeś   szczerze,   prawda?   -   spytała.   -   To   nie   były   tylko   słowa   rzucone   w 

namiętnym uniesieniu. To było szczere wyznanie.

- Tak - szepnął jej do ucha.

- Mój wspaniały, dzielny, wojowniku, masz więcej odwagi niż ja. Ja nie ośmieliłam 

się odsłonić, narazić na twoją pogardę czy litość. Ale kocham cię całym sercem. Kocham cię 

aż do bólu. Gdyby nie dzieci, poszłabym za tobą wszędzie, nawet na koniec świata. Ale nie 

mogę.   Muszę   się   nimi   zaopiekować.   Będę   jednak   do   ciebie   codziennie   pisać.   I   ilekroć 

przyjedziesz na urlop, przywitam cię w domu z otwartymi ramionami. Będę...

-   Cśś,   kochanie   -   wyszeptał.   -   Zamierzam   wystąpić   z   wojska.   Chciałem   ci   to 

powiedzieć, ale mi przerwałaś. Wystąpię z wojska i zamieszkam tutaj z tobą.

- Och, Aidanie! - Odwróciła się pospiesznie, by spojrzeć mu w oczy. Dotknęła jego 

policzka. - Nie wolno mi tego od ciebie wymagać. Zostaniesz generałem. Czekają cię honory 

i zaszczyty...

- A nie chciałabyś być żoną byłego pułkownika? - spytał. - Jedynym zaszczytem, jaki 

by mi przypadł, byłby tytuł twojego małżonka.

- Och, Aidanie. - Musnęła wargami jego usta.

- Jestem tu potrzebny - powiedział. - Potrzebujesz kogoś, by zarządzał majątkiem, gdy 

twój obecny rządca obejmie nowe gospodarstwo zgodnie z tym, co oboje wykoncypowaliście. 

I dzieci mnie potrzebują. Rozpaczliwie pragną mieć nie tylko matkę, ale i ojca. Muszę spełnić 

nadzieje ciotki Mari. Muszę tu być, żeby Agnes miała z kim toczyć regularne boje. Eve, moja 

ukochana, potrzebuję cię. Potrzebuję wszystkiego, co tu mam, ale ciebie przede wszystkim, 

całej ciebie. - Pocałował ją mocno w usta.

background image

- Wystąpisz z wojska? - spytała zachwycona. - Teraz?

- Może niezupełnie w tej chwili - odparł. - Agnes dała nam na drogę dwa koce, więc 

myślę, że powinniśmy z nich w pełni skorzystać. Będziemy się kochać pod gwiazdami przez 

całą noc. Ale już jutro pojadę do Londynu i sprzedam patent oficerski. A przy okazji poproszę 

Wulfa, by znalazł prawnika, który zajmie się sprawą zakupu ziemi. A potem wrócę do domu, 

do ciebie.

- Do domu - powtórzyła cicho.

- Jeśli mnie tu chcesz - dodał.

- Jeśli...

Roześmiała się, a on zawtórował jej śmiechem. Śmiali się, tulili do siebie, całowali i 

szeptali czułe głupstwa.

- Książę Bewcastle będzie wściekły - powiedziała w końcu.

- Wcale nie jestem tego taki pewny - odparł. - Bedwynowie zawsze bardzo poważnie 

podchodzili do małżeństwa. Ten, kto bierze z nami ślub, musi się przygotować na to, że 

będzie kochany i uwielbiany do końca życia.

- Chyba nie będzie to dla mnie takie uciążliwe - stwierdziła.

Znów   oboje   się   roześmiali.   A   potem   zaczęła   się   ich   wspólna,   upojna   noc   pod 

gwiazdami.

background image

23

Nie   było   go   przez   tydzień.   Cały   nieskończenie   długi   tydzień.   Wyjechał   nazajutrz 

wczesnym rankiem. Po powrocie znad rzeki, gdzie kochali się całą noc, tylko się przebrał, 

osiodłał konia, podczas gdy jego ordynans zajął się własnym, pocałował Eve i wyruszył.

Nie   powiedziała   nikomu,   że   Aidan   zamierza   wrócić,   mimo   że   ciocia   Mari   była 

smutna, a dzieci nadzwyczaj ciche i osowiałe. Nie śmiała im powiedzieć. Nie mogła pozbyć 

się obaw, że zdarzy się coś, co uniemożliwi mu powrót. Lepiej żeby nikt nie wiedział oprócz 

niej.

Ze  zdwojoną  energią  podjęła  codzienne obowiązki.  Spędzała  z ciotką i  z dziećmi 

więcej czasu niż dotąd. Dwa dni po wyjeździe Aidana zostały odczytane pierwsze zapowiedzi 

Thelmy i pastora, i Eve z entuzjazmem zajęła się planowaniem wspaniałego wesela. Serena, 

ciocia Mari i panna Drabble utworzyły komitet organizacyjny uroczystości weselnych. Dołą-

czyła do nich ciotka Jemima, której Eve złożyła wizytę. Ned Bateman sprowadził pierwszych 

dwóch inwalidów, chętnych do wspólnego gospodarowania. Obaj niedawno wrócili z Europy 

bez grosza przy duszy. Jeden nie miał oka i ręki, drugiemu amputowano nogę poniżej kolana.

Nie   było   chwili,   by   Eve   nie   myślała   o   Aidanie.   Ale   zachowywała   wszystko   w 

tajemnicy. Bała się zapeszyć własne szczęście.

Zabierała dzieci na przejażdżki. Davy postanowił opanować umiejętność jazdy konnej, 

co było bardzo pożądane. Sam udzielił mu kilku lekcji na padoku. Pomagał mu Charlie, 

zajmując   się   kucykiem   Davy'ego.   Według   słów   Samą   cackał   się   z   nim,   jakby   to   był 

najcenniejszy koń wyścigowy w całej Anglii.

Któregoś dnia Eve zabrała dzieci na przejażdżkę konną. Davy po raz pierwszy jechał 

sam, bez lonży. Becky siedziała przed nią na koniu. Eve pomyślała że wkrótce powinna chyba 

również Becky sprawić kucyka i zacząć ją uczyć jeździć wierzchem.

Wrócili   do   domu   już   po  południu.   Sam   zdjął   Becky   z   konia.   Davy  sam   zsiadł   z 

kucyka, którym Charlie natychmiast troskliwie się zajął, sprawdzając, czy nic mu się nie 

stało. Eve ześliznęła się z siodła i schyliła, by podrapać po głowie Burka, który przykuśtykał 

jej na spotkanie. Spojrzała w niebo na chmury. Zdawały się wróżyć koniec pięknej, ciepłej 

pogody. Właściwie przyda się chłodniejszy dzień, by mogli odpocząć od upałów. Sam zaczął 

nagle nasłuchiwać.

- Ktoś jedzie, milady - powiedział.

Aidan! Eve podeszła wraz z dziećmi do bramy. Zobaczyła kilku jeźdźców. Dwóch 

jechało przodem, trzeci trzymał się nieco z tyłu.

background image

- Wujek Aidan! - wyrwało się Davy'emu,  który pobiegł im na spotkanie. Jeden z 

konnych pojechał na skróty przez trawnik. Gdy był już blisko, zeskoczył z konia i śmiejąc się, 

otworzył szeroko ramiona, chwycił w nie Davy'ego i uniósł wysoko do góry.

- Wujku Aidanie! - zawołał Davy. - Wróciłeś! Wróciłeś!

Eve mocniej chwyciła Becky za rękę i pospieszyła ku nim. Miała wrażenie, iż serce jej 

pęknie ze szczęścia.

- Wróciłem, chłopcze - rzekł Aidan i mocno przytulił Davy'ego do siebie, a potem 

postawił go na ziemi. - Jak mogłem nie wrócić? Nareszcie jestem w domu i zostanę tutaj.

- Papa - szepnęła Becky. Wyrwała rękę z dłoni Eve i wesoło podskakując, pobiegła w 

kierunku   Aidana,   wyciągając   do   niego   ramiona.   Podniósł   ją   do   góry   i   uścisnął.   -   Papo, 

zobacz, ząb mi się rusza.

„Papo”.

Skupił   na   małej   całą   uwagę,   patrząc   ze   zmarszczonymi   brwiami,   jak   paluszkiem 

porusza ząbek w buzi.

- Rzeczywiście się rusza. Czyżby moja mała dziewczynka już traciła mleczne ząbki? 

Zanim się obejrzymy, będziesz zupełnie dorosła. Dasz mi buziaczka?

Becky ściągnęła usteczka i przysunęła je do twarzy Aidana. Pocałował ją, a potem 

odwrócił się do Eve i wyciągnął do niej rękę. Spojrzał na nią tak, że serce w niej stopniało.

- Eve - szepnął, obejmując ją. Poczuła pod dłonią ciepło jego muskularnej piersi, a 

potem przytuliła się do niego całym ciałem. - Moja najdroższa ukochana. Wróciłem do domu.

- Tak - potwierdziła, unosząc ku niemu twarz. Uśmiechnęła się, a Burek kręcił się 

wokół nich i poszczekiwał. Aidan pocałował ją w usta na oczach wszystkich.

Dopiero wtedy przypomniała sobie, że Aidan przyjechał ze swoim ordynansem i z 

jeszcze jednym mężczyzną. Odsunęła się o krok i zagryzła wargi, czując, że się rumieni. 

Aidan roześmiał się i postawił Becky na ziemi.

- Przywiozłem ze sobą brata - oznajmił. - Jeszcze  go nie poznałaś. Ralf,  chodź i 

przywitaj się z Eve. - Objął ją w talii i przyciągnął do siebie.

- Naprawdę on ma na imię Rannulf, ale mówimy do niego Ralf.

Lord Rannulf Bedwyn zsiadł z konia i podszedł do nich przez trawnik. Był prawie tak 

wysoki   jak   Aidan   i   równie   potężny.   I   miał   charakterystyczny,   rodzinny   nos.   Gdy   zdjął 

kapelusz, Eve zobaczyła, że ma włosy jasne i kręcące się jak u Freyji. Zbyt długie jak na 

obecną modę. Mimo woli przyszli jej namyśl wikingowie.

- Eve - odezwał się, wyciągając do niej dłoń - tak się cieszę, że mogę cię poznać. 

Mocno uścisnął jej rękę.

background image

- To nasze dzieci - powiedział Aidan. - Becky, Davy, oto wasz drugi wujek. Wujek 

Ralf.   O,   widzę   ciotkę   Mari   schodzącą   po   schodach   z   tarasu.   Pewnie   zobaczyła   nas,   jak 

nadjeżdżamy. Przepraszam was na chwilę.

Puścił   Eve   i   poszedł   w   kierunku   tarasu.   Uściskał   ciotkę   Mari,   która   z   wrażenia 

upuściła laskę.

-   Myślałem,   że   Aidan   oszaleje   w   Bedwyn   House   -   odezwał   się   lord   Rannulf..   - 

Chodził tam i z powrotem, niecierpliwie czekając na powrót. Czas płynął  dla niego zbyt 

wolno.

- Dla mnie też - przyznała Eve, uśmiechając się. - Cieszę się, że przyjechaliście razem. 

Każę przygotować dla ciebie pokój.

- Tylko na jedną noc - rzekł. Przyglądali się dzieciom, które poszły za Aidanem na 

taras. - Jestem w drodze na północ, ale nie mogłem się oprzeć pokusie zatrzymania tu na 

chwilę, by poznać moją bratową. Jadę na wezwanie babki ze strony matki. Znalazła dla mnie 

idealną kandydatkę na żonę, chyba już czwarty czy piąty raz. Nie ulegnę, tak jak nie uległem 

do tej pory, bo tu chodzi o moją wolność i może nawet zdrowy rozsądek. Nie mogę jednak tak 

po prostu zignorować wezwania babki. Uczyniła mnie swym dziedzicem i właściwie ją lubię, 

mimo że czasami potrafi być irytująca. Więc jadę, a moja wolność po raz kolejny jest zagro-

żona.

Uśmiechnął się do niej szeroko, ukazując równe, białe zęby. Niebieskie oczy zabłysły 

mu figlarnie.

- Może tym razem wybrała właściwie.

- Oczywiście zawsze istnieje taka możliwość - zgodził się. - Ja jednak czuję dziwną 

awersję do tego, że ktoś wybiera za mnie moją przyszłą żonę. Tym bardziej, że nie zamierzam 

się żenić w ciągu najbliższych pięciu czy sześciu lat.

-   Jednak   na   pewno   chętnie   się   czegoś   napijesz   i   odpoczniesz   -   powiedziała   Eve, 

prowadząc go do domu.

- Nie zaprzeczę - odparł, idąc u jej boku. - To bardzo męczące jechać z oficerem 

kawalerii,   który   ostatnie   dwanaście   lat   spędził   w   siodle,   a   teraz   śpieszy   się   do   swojej 

ukochanej. Mam szczerą nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiał tego doświadczyć.

Eve roześmiała się.

Aidan odwrócił się od ciotki Mari, z którą rozmawiał, i patrzył na Eve oczami pełnymi 

zachwytu i miłości. Gdy podeszła bliżej, wyciągnął do niej rękę. Podała mu dłoń i poczuła 

mocny uścisk jego palców.

- Ciociu Mari, poznaj mojego brata, lorda Rannulfa Bedwyna - powiedział. - Ralf, to 

background image

pani Pritchard. Gdy zacznie mówić, może ci się z początku wydać, że śpiewa, bo, jak się 

pewnie domyślasz, jest Walijka.

- I jestem z tego dumna - dodała ciotka Mari. - Młody człowieku, po daj mi łaskawie 

swe silne ramię i pomóż wejść do domu, bo Agnes zabrała już moją laskę. Dzieci, chodźcie z 

nami.

Chwilę później Eve i Aidan zostali na tarasie sami. Uśmiechnął się do niej.

- Poprosiłem ją, żeby tak zrobiła - przyznał się. - Zdałem sobie sprawę, że po ślubie 

nie   przeniosłem   cię   przez   próg.   Czy   jest   lepszy   próg   niż   ten   w   naszym   domu?   Odtąd 

będziemy żyli długo i szczęśliwie, więc czy jest lepsza chwila niż teraz?

-   Nie   ma   -   zgodziła   się.   -   Ale,   Aidanie,   czy   rzeczywiście   będziemy   żyli   długo   i 

szczęśliwie? Czy to w ogóle jest możliwe?

- Czeka nas szczęście, nad którym musimy pracować do końca naszego wspólnego 

życia. To o wiele ciekawsza perspektywa niż banalne „żyli długo i szczęśliwie”. Nie sądzisz?

- Tak - potwierdziła. A potem roześmiała się, obejmując go mocno za szyję,  gdy 

chwycił ją na ręce i okręcił się dookoła. Trzymając Eve w ramionach, wniósł ją do domu.

Do ich wspólnego domu.

Na   spotkanie   z   nowymi   marzeniami.   Czyż   bowiem   jest   coś   piękniejszego   niż 

marzenia?  Na spotkanie z żywą,  zmienną,  fascynującą  rzeczywistością, którą będą razem 

budować każdego dnia aż do końca życia.