background image

   

 
 

background image

Ivo Andrić 

 

Przeklęte podwórze 

 

Przekład Jan Wierzbicki 

 

background image

Zima.  Śnieg  zawiał  wszystko  aż  po  drzwi  domu, 

odebrał  światu  rzeczywisty  kształt,  nadał  jedną  barwę  i 
jedno oblicze. Pod tą bielą zniknął też mały cmentarz, na 
którym  tylko  najwyższe  krzyże  wyglądają  spod 
głębokiego  śniegu.  Widać  jedynie  ślad  wąskiej  ścieżki 
przez puszysty śnieg; ścieżkę wydeptano wczoraj podczas 
pogrzebu brata Piotra. Dalej wąska dróżka rozszerza się w 
nieprawidłowy  krąg,  a  śnieg  wokoło  ma  rdzawy  kolor 
rozmokłej  gliny,  wygląda  to  jak  świeża  rana  w  bieli 
rozpościerającej 

się 

nieskończenie 

ginącej 

niedostrzegalnie  w  szarej  pustyni  nieba,  wciąż  jeszcze 
pełnego śniegu. 

Wszystko  to  widać  z  okna  celi  brata  Piotra.  Biel 

zewnętrznego świata miesza się z sennym cieniem celi, a 
cisza  przyjaźnie  towarzyszy  szmerowi  jego  licznych, 
idących jeszcze zegarów. Inne, nie nakręcone, już stanęły. 
Ciszę  mąci  jedynie  przytłumiona  sprzeczka  dwóch 
zakonników  sporządzających  w  sąsiedniej  celi  inwentarz 
rzeczy pozostawionych przez zmarłego. 

Stary zakonnik Mijo  Josić burczy coś niezrozumiale. 

Jest  to  echo  jego  dawnych  sprzeczek  z  bratem  Piotrem, 
który  jako  „słynny  zegarmistrz,  rusznikarz  i  mechanik” 
zapamiętale  zbierał  wszelkiego  rodzaju  narzędzia, 
wydając  na  nie  klasztorne  pieniądze  i  chowając 
zazdrośnie  przed  wszystkimi.  Potem  już  głośno  strofuje 
młodego brata Rościsława, który chciałby napalić w piecu 
i nie robić spisu w zimnym pokoju. 

– Dopiero ci młodość! Wszyscy wy młodzi jesteście 

background image

tacy,  zmarzluchy  jak  tureckie  niewiasty.  Zachciało  ci  się 
ciepłego pokoju. Tak jakby mało było palenia w piecach i 
wydatków tej zimy. 

Tutaj starzec przypomniał sobie chyba, że robi w ten 

sposób  wyrzuty  nieboszczykowi,  nad  którym  jeszcze 
ziemia  nie  stwardniała,  i  zamilkł,  ale  zaraz  znów  zaczął 
łajać młodzieńca. 

– Powiadam ci zawsze: nie jesteś ty Rościsław, tylko 

Trwonisław!  Nawet  imię  ci  nic  dobrego  nie  wróży. 
Dopóki bracia nazywali się: Marko, Mijo, Ivo i czasy były 
dobre, a wy teraz bierzecie imiona z powieści czy bóg wie 
skąd,  to  brat  Rościsław,  to  Wojisław,  to  Branimir.  Takie 
też i czasy przyszły. 

Młody  braciszek  macha  ręką  na  te  koncepty  i 

wyrzuty,  które  słyszał  już  ze  sto  razy  i  których  będzie 
musiał  wysłuchiwać  bóg  wie  jak  długo.  Obaj  zakonnicy 
wracają do swojej pracy. 

Ludzie  spisujący  spuściznę  zmarłego,  który  przed 

dwoma  dniami  był  tutaj  żywy,  jak  oni  teraz,  mają  jakiś 
szczególny  wygląd.  Są  przedstawicielami  zwycięskiego 
życia,  które  idzie  swoją  drogą,  zmierzając  do  jakichś 
swoich  celów.  Nie  są  to  piękni  zwycięzcy.  Cała  ich 
zasługa jest w tym, że przeżyli nieboszczyka. I kiedy się 
patrzy  z  boku,  przypominają  trochę  rabusiów,  rabusiów 
pewnych  swojej  bezkarności,  świadomych,  że  właściciel 
nie może wrócić i zaskoczyć ich przy robocie. Może tacy 
nie są, ale tak wyglądają. 

– Pisz dalej – słychać cierpki głos starego zakonnika 

background image

– pisz: „Jedne duże obcęgi kreszewskie

[1]

. Jedne...” 

Na końcu każdego zdania zapisany przedmiot pada z 

głuchym  jękiem  na  stos  brutalnie  porozrzucanych 
narzędzi na małym dębowym stole zmarłego brata Piotra. 

Kiedy  człowiek  tak  na  nich  patrzy  i  słucha,  mimo 

woli odwraca się od życia do śmierci, od tych, którzy liczą 
i przywłaszczają, do tego, który stracił wszystko i któremu 
nic więcej nie trzeba, bo go po prostu nie ma. 

 
Jeszcze 

przed 

trzema 

dniami 

na 

szerokim 

minderluku

[2]

, z którego już zniknęły materace i pościel i 

pozostały tylko gołe deski, leżał albo siedział brat Piotr i – 
opowiadał.  Patrząc  teraz  na  jego  grób  w  śniegu, 
młodzieniec myśli właśnie o tym. Bez przerwy zastanawia 
się,  jak  wyrazić  piękno  tych  jego  opowieści.  Daremnie 
szuka słów. 

W  ostatnich  tygodniach  często  i  wiele  opowiadał  o 

swym pobycie w Stambule. Było to dawno. W związku z 
jakimiś swoimi zawiłymi i trudnymi sprawami zakonnicy 
wysłali do Stambułu brata Tadiję Ostojicia, eksdefinitora, 
eksgwardiana  („On  tył  cały  w  jakichś  tam  eksach”), 
człowieka  powolnego  i  dostojnego,  zakochanego  w  tej 
swojej  powolności  i  dostojeństwie.  Umiał  on  mówić  po 
turecku (powoli i dostojnie), ale nie potrafił pisać i czytać. 
Dlatego  za  towarzysza  dano  mu  brata  Piotra,  człowieka 
biegłego w tureckim piśmie. 

Pozostali  w  Stambule  prawie  cały  rok,  wydali  co  do 

grosza zabrane z sobą pieniądze, zadłużyli się jeszcze i nie 

background image

załatwili  nic.  Wszystko  przez  przypadek,  który  przytrafił 
się bogu ducha winnemu bratu Piotrowi, przez głupi zbieg 
okoliczności  w  tych  mętnych  czasach,  kiedy  władze 
przestają odróżniać winnych od niewinnych. 

Jakoś niedługo po ich przyjeździe policja przejęła list 

skierowany  do  austriackiego  internuncjusza  w  Stambule. 
Była  to  obszerna  suplika  o  położeniu  kościoła 
katolickiego  w  Albanii,  o  prześladowaniu  księży  i 
wiernych.  Posłaniec  zdołał  uciec.  Jako  że  w  tym  czasie 
nie było w Stambule innych zakonników, którzy przybyli 
z  tych  stron,  policja  turecka  według  jakiejś  swojej  logiki 
zaaresztowała  brata  Piotra.  Dwa  miesiące  przesiedział  w 
areszcie śledczym, a nikt go właściwie nie przesłuchał. 

O  tych  dwu  miesiącach  spędzonych  w  stambulskim 

więzieniu  brat  Piotr  opowiadał  więcej  i  piękniej  niż  o 
czymkolwiek  innym.  Mówił  z  przerwami,  nie  kończąc 
niekiedy tego, co zaczął, jak to zwykle robią ludzie ciężko 
chorzy,  kiedy  starają  się  nie  pokazywać  rozmówcy  bólu 
fizycznego i częstej myśli o bliskiej śmierci. Poszczególne 
fragmenty jego historii nie zawsze następowały porządnie 
i  dokładnie  jedne  po  drugich.  Często  kontynuując 
opowieść powtarzał to, o czym już raz mówił, czasami zaś 
wybiegał  daleko  naprzód,  przeskakując  dłuższe  okresy 
czasu.  Opowiadał  jak  człowiek,  dla  którego  czas  nie  ma 
już znaczenia i który dlatego nie dostrzega jego ważności 
nawet  w  życiu  innych.  Jego  opowieść  przerywała  się  i 
ciągnęła  dalej,  powtarzał  się,  mówił  o  rzeczach,  które 
miały  nastąpić,  wracał  do  spraw,  o  których  już 

background image

wspomniał, po zakończeniu uzupełniał jeszcze, wyjaśniał 
i  rozszerzał  swoją  historię  nie  licząc  się  z  miejscem, 
czasem  i  rzeczywistym,  realnie  i  na  zawsze  ustalonym 
tokiem wypadków. 

Rzecz  jasna,  przy  takim  sposobie  opowiadania 

pozostawało 

wiele 

niedomówień 

miejsc 

niewyjaśnionych,  a  młodemu  braciszkowi  niezręcznie 
było  przerywać  starcowi  lub  wracać  do  tych  miejsc  i 
stawiać  pytania.  Najlepiej  jednak  jest  dać  człowiekowi 
mówić tak, jak mu się podoba. 

 

background image

 
Jest to całe miasteczko zamieszkałe przez więźniów i 

strażników,  które  Lewantyńczycy  i  marynarze  różnych 
narodowości  nazywają  Deposito,  bardziej  znane  jako 
Przeklęte  Podwórze,  jak  je  nazywa  lud  i  wszyscy  ci, 
którzy mają z nim jakikolwiek kontakt. Przewija się przez 
nie  codziennie  cały  tłum  ludzi  aresztowanych  w  tym 
rozległym  i  ludnym  mieście,  winnych  i  podejrzanych  o 
winę,  a  jest  tu  naprawdę  wiele  różnych  przewinień,  zaś 
podejrzenia  idą  daleko  i  sięgają  głęboko  i  szeroko. 
Stambulska  policja  bowiem  trzyma  się  wypróbowanej 
zasady,  że  łatwiej  jest  wypuścić  z  Przeklętego  Podwórza 
człowieka niewinnego, niż szukać winnego po mrocznych 
zakątkach  miasta.  Tu  się  dokonuje  wielkie  i  powolne 
selekcjonowanie  aresztowanych.  Jedni  mają  być 
postawieni  przed  sąd,  inni  tutaj  odsiadują  swoją 
krótkotrwałą  karę  lub  jeśli  się  okaże,  że  są  niewinni, 
wychodzą  na  wolność,  inni  wreszcie  idą  na  wygnanie  w 
dalekie  strony.  Jest  to  jednocześnie  wielki  rezerwuar,  z 
którego policja wybiera fałszywych świadków, szpiclów i 
prowokatorów  na  swoje  potrzeby.  –  Podwórze 
bezustannie 

przesiewa 

pstrokaty 

tłum 

swoich 

mieszkańców  i,  zawsze  pełne,  stale  się  zapełnia  i 
opróżnia. 

Są tutaj drobni i wielcy przestępcy, od chłopca, który 

ukradł  winogrono  lub  figę  ze  straganu,  do  światowych 

background image

oszustów  i  niebezpiecznych  włamywaczy;  są  niewinni  i 
spotwarzeni,  głupkowaci  i  zagubieni  lub  po  prostu 
omyłkowo  sprowadzeni  ludzie  ze  Stambułu  i  całego 
państwa.  Przeważającą  większość  stanowią  aresztanci 
stambulscy,  prawdziwy  wybór  najgorszych  mętów 
pełzających  po  miejskich  placach  i  przystaniach  lub 
skrywających się w norach na peryferiach. Włamywacze, 
kieszonkowcy,  zawodowi  szulerzy;  wielcy  oszuści  i 
szantażyści;  biedota,  która  kradnie  i  oszukuje,  aby  żyć; 
pijacy,  weseli  towarzysze,  zapominający  o  zapłaceniu  za 
to,  co  wypili,  lub  karczemni  awanturnicy  i  zawadiacy; 
bladzi  i  pokurczeni  nieszczęśnicy,  którzy  w  narkotykach 
szukają  tego,  czego  nie  mogli  znaleźć  w  życiu,  dlatego 
palą  haszysz  lub  opium  i  robią  wszystko,  aby  zdobyć 
swoją  truciznę;  niepoprawni,  występni  starcy  i 
niepoprawnie  zniszczeni  występkiem  młodzieńcy;  ludzie 
o wypaczonych instynktach i przyzwyczajeniach, których 
nie skrywają i nie upiększają, lecz często pokazują światu, 
a  kiedy  próbują  ukryć,  nie  udaje  im  się,  bo  widać  to  na 
każdym kroku w ich czynach. 

Bywają wielokrotni zabójcy i tacy, którzy już nie raz 

uciekali z więzienia i dlatego teraz, jeszcze przed sądem i 
wyrokiem,  zakuci  są  w  kajdany.  Dzwonią  nimi 
wyzywająco,  klnąc  wściekle  żelazo  i  tego,  kto  wymyślił 
łańcuchy. 

Przybywają  tu  również  zesłańcy  z  zachodnich 

prowincji  państwa  i  tu  rozstrzyga  się  ich  los:  albo  przy 
pomocy  swoich  stambulskich  stosunków  i  opiekunów 

background image

odzyskują  wolność  i  wracają  do  domu,  albo  zostają 
wysłani na osiedlenie do Malej Azji czy Afryki. Są to tzw. 
„przejściowi”  –  zazwyczaj  starsi,  znaczniejsi  w  swej 
prowincji  ludzie,  przedstawiciele  poszczególnych  religii, 
czy też grup ludności, zamieszani w obrachunki i zatargi 
gdzieś  tam  w  swoim  kraju,  oczernieni  przez  swoich 
przeciwników lub oskarżeni przez władze o bunt, czy też 
inne  przestępstwa  polityczne.  Przywożą  z  sobą  pełne 
kufry  i  torby  podróżne  wszelkiego  dobytku  i  z  trudem 
bronią  się  przed  stambulskimi  szlifibrukami,  z  którymi 
muszą  dzielić  celę.  Zatroskani  i  zasklepieni  w  sobie, 
trzymają się na stronie, o ile tylko mogą. 

Piętnaście 

parterowych 

lub 

jednopiętrowych 

budynków,  wznoszonych  i  przerabianych  w  ciągu  wielu 
lat,  powiązanych  wysokim  murem,  zamyka  ogromne, 
wydłużone 

pochyłe 

podwórze 

zupełnie 

nieprawidłowym  kształcie.  Tylko  przed  budynkiem,,  w 
którym  znajdują  się  pomieszczenia  dla  strażników  i 
kancelaria  zarządu,  jest  trochę  bruku;  reszta  –  to  siwa  i 
twarda,  wydeptana  ziemia,  na  której  trawa  nie  może 
rosnąć, tyle ludzi ją depcze od rana do zmroku. Dwa czy 
trzy  bezkrwiste  drzewa  na  środku  podwórza,  zawsze 
poranione  i  obdarte  z  kory,  wiodą  męczenniczy  żywot 
jakby  obojętne  na  pory  roku.  Wyboiste  i  rozległe 
podwórze w ciągu dnia podobne jest do jarmarku różnych 
ras i narodów. Na noc cały ten tłum zagania się do cel, po 
piętnastu, dwudziestu czy trzydziestu do każdej. I tu trwa 
dalej gwarne i pstrokate życie. Spokojne noce są rzadkie. 

background image

Stambulskie ulicznice, które nie boją się strażników i 

nie  mają  szacunku  dla  nikogo,  wyśpiewują  bezwstydne 
piosenki  i  przez  mury  celi  wykrzykują  bezecne  oferty. 
Niewidoczni  ludzie  kłócą  się  o  miejsce  i  legowisko, 
okradzieni wołają o pomoc. Niektórzy zgrzytają zębami i 
wzdychają przez sen, inni chrapią i charczą jak zarzynani. 
Wielka  cela  przepełniona  jest  dźwiękiem,  jak  dżungla  w 
ciemnościach. 

To  słychać  dziwne  kwilenie,  to 

westchnienia, 

to, 

jak 

recytatyw, 

parę  przeciągle 

wypowiedzianych  słów  piosenki  –  smutną  i  jałową 
namiastkę  wszelakich  pragnień  zmysłowych,  to  znów 
niezrozumiale dźwięki, gardłowe i ciężkie. 

I  z  zewnątrz  dociera  hałas,  bowiem  podwójna, 

starodawna brama, która otwiera się i zamyka skrzypiąc i 
dudniąc,  nocą  przyjmuje  albo  wyrzuca  gromadki  ludzi. 
Nocą bowiem wyprowadza się skazanych na zesłanie lub 
więzienie.  Często  zaś  po  jakiejś  wielkiej  bójce  na 
przystani przyprowadzają zapienionych, rozczochranych i 
zakrwawionych  jej  uczestników,  jeszcze  gorących  od 
gniewu,  alkoholu,  przyjętych  i  wymierzonych  uderzeń. 
Wściekli,  wygrażają  sobie  wzajemnie  i  starają  się  raz 
jeszcze uderzyć przeciwnika, o  ile nie przeszkodzą im w 
tym  uwijający  się  strażnicy.  A  kiedy  ich  rozdzielą  i 
pozamykają,  nie  uspokoją  się  długo  jeszcze  i  z  dwu 
różnych cel wykrzykują ciężkie groźby i przekleństwa. 

Kiedy  zaświta  dzień,  zdrowemu  i  czystemu 

człowiekowi  jest  nieco  lżej.  Tylko  trochę  lżej.  Tłum 
wylewa  się  z  dusznych  cel  na  rozległe  podwórze, 

background image

wygrzewa  się  na  słońcu,  oczyszcza  z  robactwa,  przewija 
rany. I tak jak zawsze zaczynają się prostackie żarty albo 
nie  kończące  się  ostre  kłótnie  i  mroczne  porachunki. 
Tworzą  się  ciche  lub  gwarne  grupki.  Ludzie  skupiają  się 
wokół kilku szulerów albo żartownisiów, niekiedy wokół 
jednego  człowieka,  który  cicho  śpiewa  lub  recytuje 
sprośne  i  śmieszne  wierszyki.  Czasami  jest  to  jakiś 
naiwny  gaduła  albo  natchniony  maniak,  służący 
słuchaczom  za  przedmiot  pospolitych  i  nachalnych 
żartów. 

Brat  Piotr  podchodzi  to  do  jednej,  to  do  drugiej 

grupki,  słucha  i  patrzy  z  pewnego  oddalenia.  („Całe 
szczęście, że jestem tutaj po cywilnemu i nikt nie wie, kim 
jestem”). 

Obok  jego  celi,  w  cieniu  budynku,  wąski  krąg 

słuchaczy  otacza  każdego  ranka  jakiegoś  Zaima.  Jest  to 
drobny  i  pochylony  człowiek  o  bojaźliwej  twarzy, 
mówiący cicho, lecz pewnie i z zapałem, a mówi zawsze o 
sobie  i  przedstawia  wszystko  tylko  w  wielkich 
rozmiarach.  Opowiada  wciąż  o  tej  samej  rzeczy  i  tak  ją 
wyolbrzymia, że trzeba by przynajmniej stu pięćdziesięciu 
lat, żeby to wszystko przeżyć. 

Słońce ledwo wyjrzało, a ci już zaczęli rozmowę. 
– Oj, napatrzyłeś ty się świata, Zaimago! 
–  Napatrzyłem  się,  ale  cóż  mi  z  tego,  kiedy  teraz 

cierpię i kiedy ludzie są podli i nie dają żyć porządnemu 
człowiekowi.  A  byłem  w  wielu  miastach  i  ludzie  minie 
szanowali  i  chętnie  widzieli  w  swoim  towarzystwie,  a  ja 

background image

zachowywałem się tak, jak trzeba, i z każdym potrafiłem 
postępować ładnie i uczciwie. 

Patrzy  chwilę  przed  siebie  w  milczeniu,  tak  jakby 

przeglądał  jakiś  notatnik,  i  zaczyna  w  tym  miejscu,  w 
którym przerwał. 

–  Zatrzymałem  się  w  Adapazarze  i  ożeniłem  się. 

Miałem dobrą i mądrą żonę. Ludzie mnie szanowali i mój 
sklep farbiarski był pierwszy w mieście. 

– To czemuś tam nie został? 
– Ech, cóż! Diabeł mnie namówił, żebym wziął sobie 

jeszcze jedną żonę. I od tego dnia wszystko zaczęło mi się 
walić  na  głowę.  Prawda,  zadowoliła  mnie  w  pierwszych 
dniach.  To  muszę  przyznać.  Ale  jaką  miała  naturę!  Nie 
wystarczyło  jej,  że  pokłóciła  się  z  pierwszą  moją  żoną  i 
zrobiła mi w domu piekło. Wyjdzie ci ona na miasto i, jak 
to mówią, w jednej ręce słoma, a w drugiej ogień. Gdzie 
tylko  zajdzie,  wznieca  kłótnię  i  nienawiść.  Dwoje  oczu, 
jak  to  mówią,  w  głowie  by  pokłóciła.  Bracia  mojej 
pierwszej  żony  zaczęli  mnie  prześladować.  Ludzie  mnie 
znienawidzili.  Patrzę,  jak  tracę  poważanie  i  klientów,  i 
widzę,  że  głowę  też  mogę  stracić,  jak  tak  dalej  pójdzie. 
Sprzedam  za  byle  co  towar  i  narzędzia  i  ruszę  znowu  w 
świat. 

–  Ech,  bracie!  Szkoda!  –  mówi  ktoś  zatroskanym 

głosem. 

Zaim  smutno  kiwa  głową,  tak  jakby  on  tylko 

wiedział, jaka to szkoda. 

– Oj, ty mój uciekinierze, dlaczegoś nie przepędził tej 

background image

swojej  trucizny  zamiast  sam  uciekać  od  takiego 
dobrobytu!  –  mówi  zachrypłym  głosem  atletycznie 
zbudowany człowiek. 

– „Przepędził, przepędził!” Nie takie to łatwe. Żebyś 

wiedział,  jaka  to  była  kobieta.  Widzisz,  że  giniesz,  a  nie 
możesz się od niej odlepić. 

–  Ach,  co  tam!  Przepędziłbym  ją,  choćby  miała 

słońce między nogami i księżyc na brzuchu. 

To  znowu  mówi  ów  atleta  i  odchodzi  gniewnie 

machając ręką. 

– Kobiety, kobiety! Kiedy zgasisz świecę, każda jest 

taka sama. 

A  mały  człowieczek  opowiada  dalej,  jak  to 

zawędrował  aż  do  Trapezuntu  i  tam  ożenił  się  z  majętną 
wdową. 

–  Obchodziła  się  ze  mną,  że  lepiej  nie  można. 

Przeżyłem tak cztery lata w prawdziwym dobrobycie. Ale 
cóż, takie już moje szczęście, rozchorowała się i umarła, a 
ja  nie  wytrzymałem  z  żalu,  sprzedałem,  co  się  dało,  i 
ruszyłem  w  świat.  Nie  ma  miasta,  gdziebym  nie  był  i 
wszędzie  mnie  lubili  i  cenili  za  moje  złote  ręce. 
Zawędrowałem do Salonik. I tam się ożeniłem... 

– Znów! 
–  Znam  cztery  rzemiosła  i  żeniłem  się  jedenaście 

razy. 

– Ho, ho... To ci dopiero... No i co dalej? – pytają ci 

wokół niego. 

–  Co  dalej!  Oszukali  mnie  Żydzi,  jej  krewniacy. 

background image

Gdybym  miał  dziś  tylko  połowę  tego,  co  mi  są  winni, 
byłbym  bogatym  człowiekiem  i  nikt  nie  ośmieliłby  się 
rzucić na mnie oszczerstwa. 

„Oszczerstwo”  polega  na  tym,  że  oskarżono  go  o 

rozpowszechnianie fałszywych pieniędzy. Co najgorsze – 
nie  po  raz  pierwszy.  Jest  to,  widać,  u  niego  jakiś  nałóg. 
Jak  tylko  odsiedzi  jedną karę,  czy  też przy  pewnej dozie 
szczęścia uda mu się od niej wykręcić, zabiera się od razu 
do  podrabiania  pieniędzy  albo  dokonuje  jakiegoś  innego 
fałszerstwa, a robi to tak niezdarnie, że go od razu na tym 
przyłapią.  Nie  przestaje  przy  tym  marzyć  (i  kłamać)  o 
szczęśliwym  ożenku  i  o  swoich  „czterech  pięknych 
rzemiosłach”.  Teraz  obawia  się  ciężkiej  kary,  jeśli 
dowiodą  mu  przestępstwa,  upaja  się  i  oszukuje 
kłamstwami, półkłamstwami i półprawdami, opowiadając 
je nieustannie próżniakom, zawsze skłonnym do płaskich 
żartów.  Kiedy  rozejdzie  się  jedna  grupka,  wałęsa  się  po 
podwórzu  jak  wyklęta  dusza,  podchodzi  do  innej.  Z 
jakimś  żałobnym,  płaczliwym  wyrazem  twarzy  słucha 
żartów,  z  których  inni  śmieją  się  głośno  i  nieodparcie. 
Słucha wszystkiego; długo, skromnie i cierpliwie czeka na 
okazję.  Kiedy  chwila  wyda  mu  się  odpowiednią,  bez 
słowa  wstępu  zaczyna  swoje.  Ktoś,  powiedzmy, 
wspomina  jakiś  kraj,  na  przykład  Egipt.  Zaim  przerywa 
mu gotowym opowiadaniem: 

– Miałem ja żonę, Egipcjankę. Była starsza ode mnie. 

Dbała o mnie, rodzona matka nie mogłaby lepiej. Żyliśmy 
szczęśliwie  przez  dwa  lata.  Ludzie  mnie  szanowali.  Ale 

background image

cóż... Pewnego dnia... 

I znów następuje historia o jakimś wymyślonym kraju 

i  o  małżeńskich  tarapatach,  której  jedni  wysłuchują  nie 
szczędząc biednemu Zaimowi szyderczych uwag, zaś inni 
odchodzą machając ręką: 

– To już osiemnasta. 
– Do widzenia! Zawołajcie mnie, kiedy skończy. 
Opowiadanie  maniaka  i  nieuleczalnego  fałszerza, 

który  marzy  o  spokojnym  życiu  i  idealnej  żonie,  szybko 
ginie  w  ogłuszającej  wrzawie.  To  w  sąsiedniej  grupce 
wybuchła  kłótnia  i  posypały  się  przekleństwa,  jakich  nie 
ma wśród ludzi w świecie poza Podwórzem. 

Położenie  Przeklętego  Podwórza  było  dziwne, 

wybrane jakby z myślą o zwiększeniu cierpienia i udręki 
więźniów. (I brat Piotr często wracał do tego, starając się 
dokładnie  je  opisać).  Nie  widać  stamtąd  ani  miasta,  ani 
przystani,  ani  opuszczonego  arsenału  na  brzegu  morza, 
tuż obok Podwórza. Tylko niebo, wielkie i niemiłosierne 
w swoim pięknie, w dali kawałek zielonego azjatyckiego 
brzegu  z  drugiej  strony  niewidocznego  morza,  i  parę 
wierzchołków  nieznanych  meczetów  i  olbrzymich 
cyprysów  za murem.  Wszystko  nieokreślone,  bezimienne 
i obce. Przybysz ma stale uczucie, że jest gdzieś na jakiejś 
diabelskiej  wyspie,  poza  obrębem  wszystkiego,  co 
oznacza dla niego życie, bez nadziei, że je prędko będzie 
mógł  ujrzeć.  Zaś  więźniowie  ze  Stambułu  ciężej  niż 
wszelkie inne udręki znoszą to, że są w swoim mieście, a 
wydaje  się,  że  są  o  tysiące  mil  od  niego.  Ta  pozorna 

background image

odległość męczy ich tak samo, jak nietutejszych. Dlatego 
Podwórze  szybko  i  niedostrzegalnie  łamie  człowieka  i 
podporządkowuje  sobie,  czyni  go  bezradnym.  Zapomina 
się o tym, co było, i coraz mniej myśli o tym, co będzie; 
przeszłość i przyszłość stapiają się w jedną teraźniejszość, 
w niezwykłe i straszne życie Przeklętego Podwórza. 

A kiedy zdarzy się, że niebo się zachmurzy i zacznie 

wiać  niezdrowy  i  ciepły  wiatr  południowy,  przynoszący 
zapach morskiej zgnilizny, miejskich nieczystości i smród 
z  niewidocznej  przystani,  wtedy  życie  w  celach  i  na 
podwórzu  staje  się  naprawdę  nieznośne.  Ciężki  zaduch 
dochodzi  nie  tylko  z  przystani,  lecz  bije  ze  wszystkich 
budynków  i  przedmiotów;  wydaje  się,  że  cała  ziemia, 
którą  przyciska  Przeklęte  Podwórze,  powoli  gnije  i 
wydziela  jakiś  odór  trujący  człowieka,  tak  że  gorzknieje 
mu  każdy  kęs  i  życie  staje  się  nienawistne. Wyje wiatr  i 
jak  niewidoczna  choroba  pada  na  wszystkich.  Nawet 
ludzie  spokojni  ulegają  podnieceniu  i  w  niezrozumiałym 
rozdrażnieniu gniewnie krążą, szukając zwady. Nieznośni 
dla  samych  siebie,  aresztanci  zachowują  się  wyzywająco 
wobec  współtowarzyszy  i  strażników,  którzy  w  tych 
dniach  są  i  tak  rozdrażnieni  i  wściekli  na  wszystkich. 
Nerwy napinają się do bólu, słabną i rwą się. Wybuchają 
ostre, nie mające powodu kłótnie, zdarzają się niezwykłe 
nawet na Podwórzu wybryki. A podczas gdy jedni szaleją 
i  napadają  na  każdego,  inni,  ludzie  starsi  i  bardziej 
powściągliwi,  godzinami  siedzą  w  kucki  i  bezgłośnym 
szeptem,  lub  tylko  grymasami  i  słabymi  ruchami  rąk  i 

background image

głowy,  wypowiadają  jakieś  swoje  racje  w  sporze  z 
niewidocznym przeciwnikiem. Wyglądają jak widma. 

W  tych  godzinach  ogólnego  podniecenia  szaleństwo 

jak  zaraza  i  szybki  płomień  idzie  od  celi  do  celi,  od 
człowieka do człowieka i przenosi się z ludzi na zwierzęta 
i  przedmioty  martwe.  Zaniepokojenie  ogarnia  psy  i  koty. 
Wielkie  szczury  w  gorączkowym  pośpiechu  przebiegają 
od  muru  do  muru.  Ludzie  trzaskają  drzwiami  i  walą 
łyżkami w blaszane naczynia. Przedmioty same wypadają 
z rąk. Chwilami wszystko cichnie ogarnięte chorobliwym 
wyczerpaniem.  A  o  zmroku  w  niektórych  zamkniętych 
celach  podnosi  się  taki  krzyk,  że  całe  Podwórze  drży  i 
oddzwania.  Zazwyczaj  odzywają  się  potem  także  inne 
cele.  Wydaje  się  wtedy,  że  kto  tylko  ma  głos,  wyje  i 
krzyczy,  jakby  wierzył,  że  gdzieś  na  wierzchołku  tej 
wrzawy  wszystko  to  mogłoby  rozprysnąć  się,  rozpaść  i 
skończyć w jakiś sposób raz na zawsze. 

W  takich  chwilach  Przeklęte  Podwórze  jęczy  i 

trzeszczy  jak  ogromna  grzechotka  w  ręku  olbrzyma,  a 
ludzie podskakują, kurczą się, zderzają i tłuką o mury jak 
kuleczki wewnątrz tej grzechotki. 

Nadzorca  i  jego  ludzie  znają  dobrze  działanie 

zgniłego  i  niebezpiecznego  wiatru,  unikają  starć,  o  ile  to 
jest możliwe, bo sami są zarażeni i zdenerwowani; pilnują 
bramy,  wzmacniają  straże  i  czekają  na  zmianę  pogody. 
Wiedzą  dobrze,  że  każda  próba  „zaprowadzenia 
porządku” byłaby niebezpieczna i niemożliwa; nie miałby 
kto  tego  przeprowadzić  i  nikt  by  zresztą  nie  usłuchał.  A 

background image

kiedy  zdrowe  północne  wiatry  rozpędzą  chmury,  wyjrzy 
słońce  i  powietrze  oczyści  się,  więźniowie  grupkami 
wysypują  się  wesoło  na  podwórze,  będą  się  opalać, 
żartować  i  śmiać  jak  ozdrowieńcy  albo  uratowani 
rozbitkowie, a wszystko to, co się działo przez te dwa czy 
trzy  szalone  dni,  odda  się  łatwo  zapomnieniu.  Nikt  nie 
będzie  mógł  sobie  niczego  przypomnieć,  nawet  gdyby 
chciał. 

Zarządcą  tego  dziwnego  i  strasznego  zakładu  jest 

Latif-aga  zwany  Karadziozem.  To  przezwisko  już  dawno 
stało  się  jedynym  właściwym  jego  imieniem,  znanym 
także  daleko  za  murami  Przeklętego  Podwórza.  A  jego 
postać  jest  niejako  uosobieniem  tego  stambulskiego 
więzienia. 

Jego  ojciec  był  wykładowcą  w  jakiejś  szkole 

wojskowej; człowiek cichy, miłośnik książek i rozmyślań, 
ożenił  się  późno  i  miał  zaledwie  jedno  dziecko  –  syna. 
Chłopiec  był  żywy  i  bystry,  lubił  książki,  muzykę, 
zabawę.  Do  czternastego  roku  życia  uczył  się  dobrze  i 
wydawało  się,  że  pójdzie  śladami  ojca.  A  wtedy  nagle 
zmienił się. Żywość przerodziła się w swawolę, a bystrość 
rozwinęła  się  w  zupełnie  niespodziewanym  kierunku. 
Rozrósł się i nienaturalnie pogrubiał. Jego mądre brązowe 
oczy  straciły  swój  wyraz.  Rzucił  szkołę  i  zaczął  się 
przyjaźnić  z  karczemnymi  muzykantami  i  magikami,  z 
szulerami,  pijakami  i  palaczami  opium.  Sam  nie  miał 
szczególnego  daru  do  muzyki  i  sztuk  magicznych,  nie 
porywała go ani szulerka, ani picie, ale przyciągał go ten 

background image

świat i wszystko,  co  się wokół niego kręci, tak  samo  jak 
go  odpychał  świat  spokojnych,  zwykłych  losów, 
uświęconych zwyczajów i stałych obowiązków. 

Porywczy i jeszcze niedoświadczony chłopak szybko 

wplątał  się  w  podejrzane  awantury  i  zuchwałe  wyczyny 
swego  towarzystwa.  Parę  razy  wpadł  w  ręce  policji. 
Ojciec  kilkakrotnie  wydobywał  go  z  więzienia, 
wykorzystując  swoją  pozycję  i  znajomość  z  ludźmi  na 
stanowiskach,  przede  wszystkim  zaś  starą  przyjaźń  z 
naczelnikiem  policji,  który  był  jego  dobrym  kolegą  z  lat 
szkolnych. „Czyż to możliwe, że mój syn włamuje się do 
domów,  grabi  kupców  i  porywa  dziewczęta?”  –  pytał 
zrozpaczony  ojciec.  A  stary,  doświadczony  naczelnik 
odpowiadał  mu  spokojnie,  lecz  zgodnie  z  prawdą.  Kraść 
właściwie nie kradnie, nie oszukuje kupców i nie porywa 
dziewcząt,  ale  ilekroć  te  rzeczy  się  zdarzają,  można  być 
pewnym,  że  znajdzie  się  go  gdzieś  w  pobliżu.  Jeżeli  go 
tak  zostawimy,  może  stać  się  zbrodniarzem.  Trzeba 
zawczasu 

szukać 

jakiegoś 

wyjścia. 

„Wyjście” 

zaproponowane  przez  naczelnika  było  jego  zdaniem 
jedynie  możliwe,  a  więc  najlepsze:  młodego  człowieka, 
który  trafił  na  złą  drogę,  postanowił  przyjąć  do  pracy  w 
policji.  I  jak  to  bywa,  chłopiec,  który  już  znalazł 
przyjaciół wśród szulerów i bogatych próżniaków, stał się 
dobrym i gorliwym policjantem stambulskim. 

Nie  przyszło  to  od  razu.  Przez  parę  lat  wahał  się  i 

szukał  swego  miejsca.  Odnalazł  go  tam,  gdzie  się 
najmniej  można  było  spodziewać  –  oddał  się  całkowicie 

background image

walce 

przeciwko 

swemu 

dawnemu 

towarzystwu. 

Niemiłosiernie  i  zawzięcie  prześladował  włóczęgów, 
pijaków,  kieszonkowców,  przemytników  i  wszelkich 
nieszczęśników  i  próżniaków  z  mrocznych  dzielnic 
Stambułu.  Robił  to  z  pasją,  z  niewytłumaczalną 
nienawiścią, a także z wprawą i znajomością środowiska, 
jaką  tylko  on  mógł  posiadać.  Stare  związki  dopomogły 
mu  w  rozszerzeniu  kręgu  pracy,  drobni  przestępcy 
wskazywali mu poważnych zbrodniarzy. Dane o ludziach 
gromadziły się, siatka wywiadu rozszerzała i wzmacniała. 
Wyjątkowa gorliwość i osiągnięcia w pracy doprowadziły 
go  po  dziesięciu  latach  służby  na  stanowisko  pomocnika 
zarządcy  „wielkiego  przytułku”.  A  kiedy  ten  zmarł  na 
udar  serca,  on  jedynie  mógł  go  zastąpić.  Wtedy  zaczęło 
się  jego  panowanie  na  Przeklętym  Podwórzu.  I  trwa  oto 
już dwadzieścia lat. 

Poprzednik  Karadzioza,  twardy  i  doświadczony 

starzec, miał sztywny, klasyczny sposób zarządzali: a. Dla 
niego  najważniejszym  było,  aby  świat  występku  i 
bezprawia  był  wyraźnie  napiętnowany  i  jak  najściślej 
oddzielony  od  świata  porządku  i  prawa.  Jednostka  i  jej 
wina  niewiele  go  obchodziły.  Od  lat  uważał  Przeklęte 
Podwórze  za  kwarantannę,  a  jej  mieszkańców  za 
niebezpiecznych  i  trudnych  do  wyleczenia  chorych, 
których  przy  pomocy  różnych  środków,  kar  i  strachu, 
fizycznej i moralnej izolacji trzeba trzymać jak najdalej od 
tzw.  zdrowych  i  normalnych  ludzi.  Poza  tym  należy  ich 
we wszystkim pozostawić samym sobie. Nie pozwolić na 

background image

wyjście ze swojego kręgu, ale nie ruszać bez potrzeby, bo 
z tego nic dobrego nie może wyniknąć. 

Nowy  zarządca  od  razu  zerwał  ze  sposobem  pracy 

poprzednika.  Jego  stanowisko  i  wszystkie  poczynania 
były czymś zupełnie nowym. 

W  rok  po  objęciu  urzędu,  po  śmierci  ojca,  Latif 

sprzedał  piękny  ojcowski  dom  w  Nowej  Mahalle  i  kupił 
zapuszczoną  wielką  posiadłość,  położoną  tuż  obok 
Przeklętego  Podwórza.  Cała  w  cyprysach,  podobna  do 
opuszczonej  wyspy  lub  do  starodawnego  cmentarza, 
oddzielona  była  od  więzienia  cienistym  wąwozem 
okolonym  lasem  szlachetnych  drzew  i  całym  systemem 
różnych  płotów  i  wysokich  murów.  Tutaj,  na  ziemi 
obfitującej  w  bieżącą  wodę,  wśród  starych  drzew, 
zbudował  piękny  dom,  którego  okna  wychodziły  na 
przeciwną stronę zbocza i dzięki temu chronione były od 
południowego  wiatru  i  niezdrowego  zaduchu  arsenału  i 
przystani. Dom miał tę zaletę, że był bardzo oddalony od 
Przeklętego  Podwórza,  a  jednocześnie  był  tak  od  niego 
blisko...  Z  wyglądu  spokojny  i  czysty,  przypominał  jakiś 
inny, odległy o tysiące mil świat, a przecież znajdował się 
w  bezpośrednim  sąsiedztwie  Podwórza  i  był  z  nim 
niewidocznymi  nićmi  powiązany.  Idąc  na  przełaj,  jemu 
tylko znanymi ścieżkami, Karadzioz mógł o każdej porze 
dnia,  prosto  z  domu  wejść  na  Podwórze.  (Dlatego  nigdy 
nie można było wiedzieć, czy jest tam, czy go nie ma, ani 
też  skąd  się  może  zjawić).  Zarządca  często  z  tej 
możliwości  korzystał.  Nadzorował  osobiście  więźniów  i 

background image

strażników.  Znając  prawie  każdego  z  aresztantów,  jego 
przeszłość  i  obecną  winę,  miał  wiele  racji  mówiąc,  że 
„wie, jak oddycha Podwórze”. Bo mimo że kogoś akurat 
nie  znał,  wiedział  zawsze,  jaki  to  rodzaj  przestępcy  czy 
włóczęgi  ma  przed  sobą,  i  w  każdej  chwili  mógł 
zatrzymać się przy nim i rozpocząć rozmowę o jego, lub 
też cudzej winie. Tak samo  i jeszcze lepiej znał każdego 
strażnika,  jego  dobre  i  złe,  widoczne  i  ukryte  cechy  i 
skłonności. 

Tak  przynajmniej  sam  mówił  i  tym  się  zawsze 

chwalił.  I  już  przez  całe  życie  pozostał  w  najściślejszym 
związku  ze  światem  bezprawia  i  kryminału,  który  w 
młodości  na  zawsze  opuścił,  będąc  jednocześnie  ponad 
nim i daleko od niego, oddzielony swoim stanowiskiem i 
gęstymi ogrodami, żelaznymi ogrodzeniami i bramami dla 
innych nie do przejścia. 

Od  samego  początku  Karadzioz  „pracował  od 

środka”.  Przez  ten  swój  niezwykły  sposób  pracy  był  o 
wiele  gorszy,  cięższy  i  niebezpieczniejszy,  a  w  pewnym 
sensie  niekiedy  lepszy  i  bardziej  ludzki  od  poprzednich 
zarządców.  Jego  dziwny  stosunek  do  Podwórza  i  całej 
masy,  która  przez  nie  przepływa  jak  powolna,  mętna 
rzeka,  polegał  właśnie  na  nie  kończącym  się  i 
nieuchwytnym  przeplataniu  tych  przeciwieństw.  Nawet 
najstarsi,  najbardziej  przebiegli  goście  Przeklętego 
Podwórza  nie  potrafili  zrozumieć  tej  gry  Karadzioza, 
która  była  całkowicie  osobista,  pełna  nieoczekiwanych  i 
śmiałych  zwrotów  i  podstępów,  często  niezgodnych  z 

background image

wszystkimi  regułami  policyjnego  postępowania  i  z 
wszelkimi  uświęconymi  zwyczajami.  Już  w  pierwszym 
roku  jego  zarządzania  więzieniem  przezwano  go 
Karadziozem

[3]

. I w istocie Podwórze było wielką sceną, a 

wszystko  to,  co  się  na  nim  rozgrywało,  było  nie 
kończącym się przedstawieniem o życiu Karadzioza. 

Otyły już w młodości, włochaty i śniady, zestarzał się 

wcześnie,  przynajmniej  na  pozór.  Ale  jego  wygląd  mógł 
oszukać człowieka. Ze swoimi stu dwudziestu kilami był, 
jeśli  tego  było  trzeba,  żywy  i  szybki  jak  łasica,  a  jego 
ciężkie i zwiędłe ciało miało w takich chwilach siłę byka. 
Za  zaspaną  i  jakby  martwą  twarzą  i  przymkniętymi 
oczyma  kryła  się  zawsze  czujna  uwaga  i  diabelsko 
niespokojna i przenikliwa myśl. Na tej ciemnooliwkowej 
twarzy  nikt  nigdy  nie  widział  uśmiechu,  nawet  wtedy, 
kiedy  całe  ciało  Karadzioza  trzęsło  się  w  wewnętrznym, 
ciężkim  śmiechu.  Mogła  się  ona  ściągać  i  rozszerzać, 
zmieniać  i  przekształcać,  wyrażać  to  skrajną  odrazę  i 
straszną  groźbę,  to  znów  głębokie  zrozumienie  i  szczere 
współczucie.  Największą  zaś  sztuką  Karadzioza  była  gra 
jego  oczu.  Lewe  oko  było  zawsze  prawie  całkiem 
przymknięte, ale spomiędzy przylegających do siebie rzęs 
można  było  wyczuć  jego  uważne  i  jak  nóż  ostre 
spojrzenie. Prawe, szeroko otwarte, duże, żyło jakby samo 
dla siebie i poruszało się niczym jakiś reflektor; mogło w 
niewiarogodnym  wprost  stopniu  wyjść  z  orbity  i  szybko 
skryć  się  znowu.  Napadało,  wyzywało,  peszyło  ofiarę, 
przykuwało ją do miejsca, przedzierało się do najbardziej 

background image

ukrytych zakątków myśli, utajonych nadziei i planów. Zaś 
cała  potworna,  zezowata  twarz  stawała  się  to  straszna,  to 
śmieszna, niczym groteskowa maska. 

W  swoich  rozmowach  o  Karadziozie  aresztanci, 

przetrząsając  każdy  szczegół  jego  postaci,  najwięcej  i 
najczęściej mówili o oczach. Jedni twierdzili, że nie widzi 
na lewe, inni znów, że ślepe jest to wytrzeszczone, prawe. 
I  przez  dwadzieścia  lat  nigdy  nie  mogli  się  zgodzić,  ale 
wszyscy  zawsze  obawiali  się  spojrzenia  tych  oczu  i 
unikali go, jeśli to tylko było możliwe. 

W  ruchach  i  mowie  Karadzioza  nie  było  nic  z 

ciężkiego  dostojeństwa  osmańskich  urzędników.  W 
każdym poszczególnym wypadku, z każdym podejrzanym 
prowadził  swoistą  grę  bez  względów,  bez  szacunku  dla 
innego  człowieka  i  dla  siebie  samego.  Do  pracy 
przystępował niespodzianie, jakby w natchnieniu. Wpadał 
nagle  o  różnych  porach  dnia  lub  nocy  i  podchodził  do 
jednego z aresztantów albo do całej grupy. 

– Phi, phi, phi, phii! 
Wymawiał  te  swoje  sylaby  w  różnych  intonacjach  i 

wysokościach,  za  każdym  razem  inaczej,  ale  zawsze  tak, 
jakby  się  dziwił  i  odczuwał  wstręt  do  tego  człowieka  i 
samego siebie, i do „sprawy”, która jest między nimi. 

– Co to? Ty jeszcze tu sterczysz? Phi? No, gadaj, jak 

to było. 

Tak zaczynała się rozmowa, ale nigdy nie można było 

wiedzieć, jaki będzie jej dalszy tok. Mogło to być długie 
wypytywanie  i  wtedy  okazywało  się,  że  Karadzioz  zna 

background image

świetnie  wszystkie  szczegóły  sprawy,  padały  ciężkie 
groźby,  które  często  były  tylko  groźbami,  ale  w  każdej 
chwili  mogły  stać  się  straszną  rzeczywistością.  Mogły  to 
być  usilne,  niebezpieczne  i  nieprzemożne  namowy,  lecz 
także bezduszne żarty bez jakiegokolwiek sensu i celu. 

Jeśli  przyciśnięty  do  muru  i  wymęczony  człowiek, 

pragnąc wyzwolić się przynajmniej na chwilę od nacisku 
Karadzioza, zaczął zaklinać i przez łzy przekonywać go o 
swojej niewinności, ten naraz zmieniał się i stukając się w 
czoło mówił: 

– Więc ty nie jesteś winien! Na boga, skąd ci przyszło 

do głowy, żeby to mówić? Phi, phi! Jakbyś mi powiedział, 
że jesteś winien, mógłbym cię jeszcze puścić, bo winnych 
mamy tu dosyć. Wszyscy są winni. Ale akurat trzeba nam 
jednego bez winy. I dlatego nie mogę cię puścić. Gdybyś 
tego sam nie powiedział, można by jeszcze coś zrobić. A 
tak  będziesz  musiał  tutaj  siedzieć,  dopóki  nie  znajdę 
kogoś  niewinnego,  takiego  jak  ty,  żeby  ciebie  zastąpił. 
Teraz siedź i milcz! 

Odchodzi i idąc dalej przez Podwórze wraz z kilkoma 

towarzyszącymi  mu  strażnikami  kontynuuje  swoją  grę, 
teraz już tylko dla siebie, krzyczy tak, że wszystko wokół 
się trzęsie, a on nie może się zatrzymać. 

–  Niech  mi  tylko  nikt  nie  mówi  o  kimś:  niewinny. 

Tylko nie to. Bo  tutaj nie ma ludzi  bez  winy. Nikt  tu nie 
trafił przez przypadek. Kto przeszedł próg tego podwórza, 
jest  winien.  Zawinił,  choćby  to  było  we  śnie.  Jeśli  sam 
tego nie zrobił, to matka, kiedy go nosiła, pomyślała coś 

background image

złego.  Każdy,  ma  się  rozumieć,  powiada,  że  nie  jest 
winien,  a  ja  przez  tyle  lat,  ile  tu  jestem,  nie  spotkałem 
nikogo, kto by znalazł się tutaj bez powodu i bez jakiejś 
winy.  Kto  tutaj  przychodzi,  ten  jest  winien,  albo 
przynajmniej otarł się o winnego. Phi! Puściłem już wielu, 
robiłem  to  na  rozkaz  i  na  własną  odpowiedzialność.  Ale 
winien był każdy. Tutaj nie ma ludzi niewinnych. Są tylko 
tysiące  winnych, których  tu nie  ma  i  którzy  tu  nigdy  nie 
trafią, bo gdyby zebrać wszystkich winnych, to Podwórze 
musiałoby być od morza do morza. Ja ludzi  znam, winni 
są wszyscy. Tylko nie każdemu jest sądzone, żeby tu jadł 
chleb. 

Stopniowo  monolog  idącego  Karadzioza  staje  się 

coraz  szybszy  i  coraz  żywszy,  aż  przejdzie  w  szaleńczy 
krzyk i przeklinanie wszystkiego, co to Podwórze zawiera 
i  co  żyje  poza  nim.  W  jego  głosie  obok  prostactwa  i 
ogromnego  obrzydzenia  ledwo  dosłyszalnie  drży  coś, 
jakby szloch i żal, że wszystko jest takie. 

„Niewinny” wie  teraz,  że  może siedzieć  tygodniami, 

a Karadzioz więcej na niego nie spojrzy. 

W  jakiś  tydzień  po  tym  wypadku  kilku  wysoko 

postawionych  krewnych  pewnego  bogatego  młodzieńca 
schwytanego wraz ze swym złym towarzystwem przyszło 
prosić Karadzioza o jego uwolnienie. Powiedzieli, że jest 
niewinny.  Zarządca  naraz  zmienił  się,  jakby  coś  sobie 
przypomniał,  zamyślił  się  i  spoważniał.  Przymknął  na 
chwilę  jedno  i  drugie  oko,  twarz  mu  się  wydłużyła  i 
zmieniła  wyraz.  Nachylił  się  uprzejmie  w  stronę 

background image

petentów, zniżając głos. 

– Czy mówiliście tym, którzy go aresztowali, że jest 

niewinny? 

– Mówiliśmy, oczywiście, mówiliśmy, ale... 
– To niedobrze... Phi, phi, phi! Zrobiliście błąd. Teraz 

właśnie biorą niewinnych, a puszczają winnych. Taki jest 
nowy  porządek.  Jeśli  już  sami  oświadczyliście  władzom, 
że jest niewinny, będzie musiał zostać tutaj. 

Przybysze  patrzą  zmieszani  na  jego  spokojną  twarz, 

spodziewając się, że lada chwila Karadzioz roześmieje się 
i  obróci  całą  sprawę  w  żart.  Próbują  się  uśmiechać.  On 
jednakże  zostaje  nieubłagalnie  surowy,  chłodny  i 
uprzejmy. Tak też ich odprawia. A oni długo jeszcze nie 
będą  mogli  przyjść  do  siebie.  Będą  opowiadać  swoim 
przyjaciołom,  skarżyć  się  u  wpływowych  znajomych, 
którzy  wzruszą  tylko  ramionami  i  machną  ręką,  jakby 
wierzyli  święcie,  że  w  Karadziozie  siedzi  diabeł,  i  to 
niejeden. 

Może się jednak zdarzyć, że zarządca już następnego 

dnia  przechodząc  przez  Podwórze  podejdzie  do  tego 
pierwszego  „niewinnego”  i  niespodzianie  nawiąże  do 
rozmowy sprzed dwóch tygodni. Nagle zatrzyma się przed 
nim i zajrzy mu w twarz. 

–  Phi!  Co  ty  sobie  myślisz?  Jak  długo  będziesz 

jeszcze tutaj śmierdział? Tak jakby smrodu nie było dosyć 
i  bez  ciebie.  Żebyś  mi  zaraz  stąd  znikał,  słyszysz? 
Zabieraj  swoje  łachy  i  niech  cię  więcej  moje  oczy  nie 
widzą, bo każę cię stłuc jak psa i wyrzucić. 

background image

Zaskoczony,  skamieniały  w  pierwszej  chwili, 

człowiek  naraz  zbiera  siły  i  wymyka  się  z  Podwórza 
niewiele  myśląc  o  zabraniu  swoich  rzeczy.  Tych  trochę 
drobiazgów  będą  sobie  potem  wzajemnie  wyrywać  inni 
więźniowie i strażnicy. 

Prowadząc  swoją  grę,  Karadzioz  potrafił  godzinami 

przesiadywać z człowiekiem oskarżonym o jakąś kradzież 
czy  sprzeniewierzenie,  gwałt,  zadanie  ciężkich  ran  lub 
zabójstwo.  Wrzeszczał  i  szeptał,  udawał  głupca  albo 
krwiożerczego  oprawcę,  bądź  też  okazywał  serce  i 
zrozumienie.  Stale  się  zmieniał,  a  wszystko  robił  z  tą 
samą  szczerością  i  przekonaniem.  Niekiedy  szarpał  się  z 
takim człowiekiem albo go obejmował, bił albo pieścił, a 
zawsze  zaglądał  mu  w  oczy:  „Przyznajże  się, 
nieszczęśniku! Przyznaj się i ratuj głowę, sam widzisz, że 
będziesz zdychać na mękach. Przyznaj się!” 

A  kiedy  osiągał  cel,  wydobywał  przyznanie  i 

wiadomości o współuczestnikach lub o miejscu, w którym 
zostały  ukryte  skradzione  pieniądze,  otrzepywał  tylko 
ręce,  jakby  skończył  brudną  i  nieprzyjemną  robotę, 
zrzucał  wszystkie  maski  teraz  już  niepotrzebne  i 
pozostawiał sprawę normalnemu jej tokowi. Nawet wtedy 
jednakże  nie  zapominał  i  nie  opuszczał  zupełnie  tego, 
który się przyznał, lecz często pomagał mu i odciążał go 
swoimi zeznaniami. 

Niezrozumiała była ta jego dziwna, nie kończąca się 

gra, ale miała przecież jakiś swój cel. Karadzioz jakby nie 
wierzył nikomu, nie tylko oskarżonemu i świadkowi, lecz 

background image

nawet  samemu  sobie.  Dlatego  potrzebne  mu  było 
przyznanie, jako jedyny do pewnego stopnia stały punkt, 
dzięki  któremu  można  na  tym  świecie,  gdzie  wszyscy  są 
winni  i  godni  wyroku,  zachować  przynajmniej  pozór 
sprawiedliwości  i  jaki  taki  porządek.  Szukał  więc 
przyznania,  polował  na  nie,  wyciskał  je  z  człowieka  z 
rozpaczliwym  wysiłkiem,  jakby  walczył  o  swoje  własne 
życie,  jakby  dokonywał  zawikłanych  osobistych 
porachunków  z  występkiem,  zbrodnią,  szalbierstwem  i 
zamętem. 

Ta  gra  wydawała  się  w  większości  wypadków 

niepotrzebna, niezrozumiała i niegodna, tak była zawiła i 
dziwaczna.  W  istocie  była  jednak  dobrze  i  trzeźwo 
wyliczona  i  zawsze  prowadziła  do  celu.  Nie  było  w  niej 
powtarzania  się  i  rutyny,  zawsze  nowa  –  rosła  z  samej 
siebie i zbijała z tropu nawet najbardziej doświadczonych, 
zatwardziałych  i  częstych  gości  Przeklętego  Podwórza. 
Niekiedy stawała się niezrozumiała nawet dla tych, którzy 
latami  już  pracowali  z  Karadziozem.  W  Stambule 
powstawały  o  niej  legendy,  tak  wydawała  się  czasami 
nieludzka  i  szaleńcza,  to  znów  nieobliczalnie  łagodna, 
pełna współczucia i względności. 

.  Stąd  też  skargi  na  Karadzioza  były  częste  i 

różnorodne,  mówiono  nawet  o  jego  ustąpieniu,  wezyrzy 
nieraz dysputowali o nim na Diwanie

[4]

. Zawsze jednak w 

końcu  wszystko  zostawało  po  staremu.  Wiedziano 
bowiem,  że  choć  jest  zarządcą  działającym  na  własną 
rękę, dziwnym i samowolnym, trudno znaleźć człowieka, 

background image

który  by  tak  jak  on,  dniami  i  nocami  zajmował  się  tymi 
złodziejami,  włóczęgami  i  degeneratami  wszelkiego 
rodzaju i trzymał ich  w jakim takim  porządku i karności. 
Karadzioz pozostawał więc na swoim miejscu, rządząc po 
swojemu Przeklętym Podwórzem. 

Ludzie  widzieli  w  tym  rzecz  jak  najbardziej 

naturalną.  Wszyscy  ludzie,  wliczając  w  to  i  tych  z 
Przeklętego  Podwórza.  Tutaj  Karadzioz  był  zawsze 
przedmiotem  rozmów,  obmów,  drwin,  przekleństw,  a 
nawet  czasem  fizycznych  napaści.  (Przeklinanie  jego 
córki  było  ustalonym,  zadawnionym  zwyczajem  na 
Podwórzu).  Wszyscy  tam  jak  zaklęci  śledzą  i  omawiają 
każdy  jego  krok  i  spojrzenie;  obawiają  się  go  i  unikają, 
jak  tylko  mogą.  Ale  ci  sami  ludzie  mówią  o  nim  z 
utajonym podziwem i lubią opowiadać o jego wyczynach. 
Przyzwyczaili się do niego, stali się niejako jego rodziną. 
Przeklinają go tak, jak przeklina się ukochane życie i zły 
los. On jest częścią tego losu. Obawa i nienawiść złączyły 
ich w nierozerwalną całość i trudno by im było wyobrazić 
sobie  życie  bez  niego.  Skoro  już  musi  istnieć  Przeklęte 
Podwórze i jego zarządca, najlepiej żeby był właśnie ten i 
taki, jak jest. Jego sposób pracy jest dziwaczny i straszny 
niekiedy,  ale  zawiera  możliwość  niespodzianej  zmiany, 
często na gorsze, lecz czasem  także na lepsze, i więzień, 
żyjąc w  stałej niepewności, bierze jakby udział w  jakiejś 
loterii. Dzięki temu wszystko, więc i sam Karadzioz, staje 
się  znośniejsze  i  lżejsze  albo  przynajmniej  tak  wygląda, 
bowiem  ludzie  z  Podwórza  lubią  hazard  i  unikają 

background image

pewności,  która  jest  zawsze  dla  nich  ciężka.  Cały 
stołeczny świat występku i bezprawia uważał Karadzioza 
za  swojego;  on  był  ich  „wieprzkiem”,  ich  „pluskwą  i 
krwiopijcą”, „psem i psim synem”, ale zawsze należał do 
nich. 

Taki  jest  Latif-aga  zwany  Karadziozem.  Właściwie 

trzeba  by  powiedzieć,  że  był  taki,  bo  i  on  już  dosyć  się 
zestarzał,  zrobił  się  ociężały,  stracił  wiele  z  dawnej 
gorliwości,  zmęczył  się,  widać,  i  nie  zaskakuje  już  tak 
często,  i  nie  wprowadza  w  osłupienie  Podwórza  swoją 
fantazją,  pomysłowością,  dowcipem,  fanaberiami  i 
Salomonowymi  wyrokami.  Teraz  częściej  siedzi  tam,  z 
drugiej strony wzgórza, gdzie jest zdrowiej i przyjemniej, 
w swoim pięknym domu, w którym pożenił synów i skąd 
powydawał za mąż córki. 

Czasami  tylko  zjawiał  się  dawny  Karadzioz  i  przed 

zdumionym,  zabobonnie  przestraszonym  Podwórzem 
dokonywał  jednego  ze  swoich  wielkich  wyczynów,  tak 
jak przed dziesięcioma czy piętnastoma laty. 

Z dziwną mieszaniną podziwu i goryczy, którą nawet 

po  latach  wyczuwa  się  w  tonie  i  w  słowach,  brat  Piotr 
obszernie  opowiadał  o  tym,  jak  „stary  złoczyńca”  na  ich 
oczach  wydobywał  przyznanie  od  jakichś  Ormian 
zaaresztowanych  za  sprzeniewierzenia  w  mennicy 
państwowej. 

Z mennicy powoli, ale stale znikał drogocenny metal. 

W końcu sprawa doszła do samego sułtana, który zagroził, 
że  najcięższe kary  spadną na  wysokich  urzędników,  jeśli 

background image

kradzieże  nie  ustaną,  a  winni  nie  będą  znalezieni  i  nie 
wyrównają  szkód  państwu.  Wówczas  przestraszone 
władze  zaaresztowały  kilku  bezpośrednich  winowajców, 
robotników  z  mennicy,  a  potem  całą  bogatą  i  liczną 
rodzinę  ormiańskich  kupców,  bowiem  nici  śledztwa 
prowadziły  do  ich  sklepów.  Ośmiu  dorosłych  mężczyzn, 
członków  tej  rodziny,  sprowadzono  na  Przeklęte 
Podwórze.  Tutaj  ci  śniadzi,  otyli  ludzie  uczynili  swoje 
życie takim, jakim bogacze potrafią go zrobić w każdych 
warunkach.  Ściągnęli  całe  sterty  sprzętów  i  pościeli, 
przynoszono  im  codziennie  sute  posiłki.  Nikt  ich  nie 
ruszał,  nikt  nie  badał.  Kiedy  już  zdawało  się,  że  cała 
sprawa  na  tym  się  skończy,  podstarzały  Karadzioz 
dokonał jednego ze swoich wyczynów z młodości. 

Pewnego  ranka,  kiedy  ojciec  rodziny,  stary, 

dychawiczny  i  otyły  ponad  miarę  Kirkor  siedział  na 
podwórzu,  na  małej  ławeczce  w  jednym  z  zagłębień 
więziennego muru, zjawił się naraz zarządca i usiadł obok 
niego  na  ławce,  na  której  ledwo  starczyło  miejsca  dla 
jednego.  Nic  nie  mówiąc,  całym  swoim  ciężarem 
przyciskał  do  muru  Kirkora,  któremu  i  bez  tego  ciężko 
było  oddychać.  Kiedy  go  już  całkiem  zapędził  w 
kamienny  kąt,  zwrócił  się  do  niego  cichym,  lecz 
strasznym głosem: 

– Słuchaj, sprawa jest poważna (tu chodzi o sułtana!) 

i trzeba ją załatwić od razu, bo inaczej wysocy urzędnicy, 
ludzie  niewinni,  stracą  głowy  przez  was.  Jesteś 
Ormianinem,  a  więc  jesteś  chytry  i  przenikliwy,  ja  zaś 

background image

jestem  wart  przynajmniej  trzech  Ormian.  Popróbujmy 
więc we czwórką znaleźć wyjście z tej zaplątanej i bardzo 
niebezpiecznej  awantury.  Tych  paru  złodziei  to  ludzie 
goli. Oni nie mogą wyrównać szkody. Zapłacą głową. Ale 
wy  jesteście  wspólnikami.  Kupowaliście  kradzione  za 
bezcen.  Możecie  jeszcze  uratować  głowy  i  wykupić  się. 
Wiem,  że  nie  ty  jesteś  winien,  tylko  ktoś  z  twoich.  Ale 
dopóki  ukradzione  nie  znajdzie  się  i  nie  wróci  do 
sułtańskiego skarbca, winien będziesz ty. A więc zróbmy 
coś, bo inaczej, jak mi bóg miły, spadnie z ciebie to mięso 
na mękach i nie zostanie go więcej niż na dziesięcioletnim 
chłopcu. 

Stary kupiec, przyduszony do muru, nie mógł złapać 

tchu  ani  powiedzieć  słowa.  A  Karadzioz  szeptem  mówił 
dalej.  Najpierw  wymienił  ogromną  sumę,  jaką  rodzina 
miała  zapłacić  państwu.  Ormianinowi,  kiedy  usłyszał, 
pociemniało  w  oczach,  z  gardła  wydobyło  się  ciche 
rzężenie. Karadzioz nie przestawał go przyciskać. 

– Nic, nic. Szkoda jest na pewno wielka, o ile nie jest 

większa.  To  jest  mniej  więcej  czwarta  część  waszego 
majątku.  A  że  o  swoim  majątku  podajecie  zawsze 
nieprawdziwe  dane  i  przynajmniej  cztery  razy  go  przy 
tym  zmniejszacie,  to  będzie  w  rzeczy  samej  tylko 
szesnasta  część.  Posłuchaj  mnie  i  zwróć.  Sprawę  można 
jeszcze zatuszować. A jak nie zwrócisz... 

Wtedy  Karadzioz  opowiedział  kupcowi,  który  go 

słuchał  z  przymkniętymi  oczyma  i  z  przyśpieszonym 
oddechem, cały swój diabelski plan. 

background image

W ich domach zachorowały w ostatnich dniach dwie 

osoby. Podejrzewa się, że mogła to być dżuma. Trzeba to 
tylko  ogłosić  i  wówczas  wszyscy  od  najmłodszego  do 
najstarszego  zostaną  zamknięci  w  szpitalu  dla 
zadżumionych.  Tam  przynajmniej  połowa  z  nich  zarazi 
się naprawdę i umrze. Znajdą się ludzie, czy to ze służby, 
czy z zewnątrz, którzy przez ten czas będą nachodzić ich 
opuszczone  domy  i  rozkradną,  co  się  tylko  da,  nawet  to, 
co jest ukryte. Później zaś nastąpi to wszystko, co się robi 
z zadżumionymi, ich domami i majątkiem. 

Mówiąc  to  przyciskał  wciąż  do  muru  na  wpół 

przytomnego Ormianina, który próbował coś  powiedzieć, 
piszcząc  i  kołując  oczyma  prosił  o  przynajmniej  trochę 
czasu  i  wolnej  przestrzeni,  aby  mógł  pomyśleć,  naradzić 
się  ze  swoimi.  Karadzioz  nie  pozwolił  mu  ani  na  jedno, 
ani  na  drugie,  powtórzył  tylko  strasznym  szeptem,  że 
sprawę  trzeba  rozstrzygnąć  w  tej  chwili,  tutaj,  na  tej 
ławce. 

Aresztowani,  którzy  jak  zawsze  skryli  się  przed 

Karadziozem  w  swoich  celach  albo  w  najodleglejszych 
zakątkach  Podwórza, nie mogli tego słyszeć ani widzieć. 
Wyczuli  tylko,  że  pomiędzy  starym  Kirkorem  i 
Karadziozem dokonuje się ciężki obrachunek. Po długim 
wyczekiwaniu  zobaczyli,  jak  zarządca  odchodzi  do 
kancelarii nadzorcy nad bramą i jak Kir kor, potykając się 
i  zatrzymując  jak  w  malignie,  toczy  się  w  stronę  cel 
zajmowanych przez niego i jego synów. Stamtąd słychać 
było  przez  pewien  czas  wrzawę  wzburzonych  głosów  – 

background image

młodsi  członkowie  rodziny  stawiali  zacięty,  ale 
bezskuteczny opór. Potem wszystko ucichło. Stary Kirkor, 
podtrzymywany  przez  dwu  najstarszych  synów,  poszedł 
do  nadzorcy,  żeby  umówić  się  co  do  sposobu  wpłaty 
pieniędzy. 

W  ciągu  następnych  kilku  dni  wypuszczono  całą 

rodzinę, po dwie lub trzy osoby za każdym razem. 

Tygodniami  Podwórze  opowiadało  o  tym,  jak 

Karadzioz  zmusił  Kirkora  do  zapłacenia  wielkiej 
grzywny,  powtarzając  wszystko,  ze  szczegółami,  które 
mogli  znać  tylko  ci  dwaj,  a  o  których  więźniowie 
dowiadywali  się  w  cudowny  sposób  albo  po  prostu 
wymyślali je. 

Brat Piotr często opowiadał o Karadziozie, zawsze z 

pomieszanym  uczuciem  goryczy,  wstrętu  i  pewnego 
rodzaju  mimowolnego  podziwu,  ze  zdziwieniem,  którego 
sam nie rozumiał. Pragnął, widać, i potrzebował zawrzeć 
w  swoich  słowach  jak  najlepszy  obraz  tego  monstrum, 
chciał,  żeby  słuchacz widział  go jasno  i  razem  z  nim  się 
dziwił.  Stale do niego  wracał,  w  swoją opowieść  zawsze 
wplatał  jakieś  ironiczne  słowo  o  nim,  tak  jakby  czuł,  że 
nie wypowiedział wszystkiego do końca. 

Równie  żywo  i  drobiazgowo  mówił  o  życiu  całego 

Podwórza,  a  szczególnie  o  ludziach  nienormalnych, 
śmiesznych,  żałosnych  i  ciekawych.  Oni  byli  mu  bliżsi  i 
bardziej  zrozumiali  niż  rozbójnicy,  zabójcy  i  mroczni 
zbrodniarze, których unikał, jak tylko mógł. 

Wszystko  to  jednak  nie  było  najważniejsze  i  nie 

background image

zajmowało  głównego  miejsca  w  jego  wspomnieniach  z 
Przeklętego  Podwórza,  o  którym  w  ostatnich  dniach 
swego  życia  tak  wiele  opowiadał  siedzącemu  przy  nim 
młodemu zakonnikowi. 

 

background image

II 

 
Jak  to  zawsze  bywa  w  biedzie,  pierwsze  dni  na 

Przeklętym  Podwórzu  były  najgorsze  i  najcięższe. 
Szczególnie noce były nie do zniesienia. Chcąc się jakoś 
uchronić od bójek,  kłótni  i przykrych  nocnych  scen, brat 
Piotr  wybrał  sobie  miejsce  w  ustronnym  kącie  rozległej 
celi,  za  rozwalonym  kominem.  Byli  tam  już  dwaj 
mieszczanie z Bułgarii, także „przejściowi”, czekający na 
zesłanie.  Przyjęli  brata  Piotra  dobrze,  choć  bez  wielu 
słów. Widać byli zadowoleni, że miejsce obok zajmie ten 
spokojny, z mieszczańska ubrany człowiek z Bośni. Nic o 
nim  poza  tym  nie  wiedzieli  i  o  nic  nie  pytali,  ale 
odgadywali,  że  jest  „przejściowy”,  tak  jak  oni,  i  że  mu 
jest,  tak  jak  im,  ciężko  w  tym  nieprzyjemnym  i 
niebezpiecznym tłumie. 

Ci bogaci widocznie ludzie byli,  o  ile można dociec, 

ofiarami  jakiegoś  buntu,  który  wybuchł  w  ich  kraju  na 
skutek zbyt wielkich podatków i danin oraz nieludzkiego 
sposobu  ich  ściągania.  Prawdopodobnie  byli  czymś  w 
rodzaju  zakładników.  Nie  mówili  jednakże  o  swoim 
przewinieniu.  Zżerała  ich  troska  i  strach,  ale  na  ich 
twarzach  nawet  tego  nie  było  widać.  Ani  trochę.  Tak 
jakby  nic  w  nich  nie  było  oprócz  powściągliwości  i 
ostrożności.  Zawsze  przepasani,  obuci  i  ubrani,  żeby 
wezwanie  do  wyruszenia  nie  zastało  ich  nie 
przygotowanych. 

(Stambulscy 

aresztanci 

uważają 

background image

Przeklęte Podwórze za część swego życia i zachowują się 
zwyczajnie,  ci  zaś  właściwie  nie  żyją,  tutaj  przebywają  i 
trwają, a życie zostawili tam, w Bułgarii. Czekają teraz na 
rozstrzygnięcie. Będą żyć, jeśli uda im się wrócić, a póki 
są  tu,  daleko  od  swoich,  nie  ma  dla  nich  życia.  I  nie 
potrzeba.  Tacy  są  wszyscy  „przejściowi”).  Z  celi 
wychodził  zawsze  jeden,  rzadko  i  tylko  na  chwilę,  drugi 
zostawał  na  rogoży  przy  rzeczach.  Najczęściej  siedzieli 
albo leżeli, bez ruchu,  niemi. Nie podnosili bez potrzeby 
wzroku.  Jedli  mało,  a  i  to  po  kryjomu,  pili  tylko  wodę, 
odwracając się przy tym na bok. Z nikim nie rozmawiali, 
dziwili się i cicho wyrażali swoje niezadowolenie, że brat 
Piotr  przysłuchiwał  się  żartom  i  rozmowom  więźniów,  a 
nawet  sam  rozmawiał  z  niektórymi  z  nich.  A  już 
bezwzględnie  żądali  od  niego,  żeby  wieczorem  nie  palił, 
bo to przyciąga niepożądanych gości. 

Na nic się jednak zdała ich ostrożność, bo już po paru 

dniach mieli gościa, który od razu zamienił się w sąsiada. 
Znalazł  się  jeszcze  ktoś,  komu  spodobał  się  ten  kąt 
porządnych, spokojnych i powściągliwych ludzi. 

Potem,  myśląc  o  nim  wielokrotnie,  brat  Piotr  nie 

mógł w żaden sposób przypomnieć sobie dokładnie, kiedy 
i jak się zjawił, szukając skrawka wolnego miejsca, ani też 
słów,  które  przy  tym  wypowiedział.  –  Zapominamy 
zazwyczaj  wszystkie  te  szczegóły  pierwszego  zetknięcia 
się  z  ludźmi  później  nam  bliskimi;  wydaje  się  nam,  że 
znaliśmy  się  zawsze  i  że  zawsze  byliśmy  razem.  –  W 
pamięci błyśnie czasem tylko oderwany obraz. O zmroku 

background image

nachyla się nad nim sylwetka wysokiego, przygarbionego, 
z wyglądu młodego człowieka, z derką przerzuconą przez 
ramię i skórzaną torbą w ręce. Szybkie, ukośne spojrzenia, 
które Bułgarzy wymieniają najpierw między sobą, potem 
zaś  obaj  z  bratem  Piotrem.  Błyskawiczny,  ale 
niedwuznaczny  wyraz  niezadowolenia,  ostrożności  i 
solidarnego  oporu:  Turek!  Przybysz  położył  się  nie 
przygotowawszy  sobie  posłania,  bez  ruchu  prawie,  w 
ciemności  nie  było  słychać  jego  oddechu.  A  brat  Piotr, 
ilekroć  by  się  tej  nocy  przebudził  (nie  ma  takich,  którzy 
się tu często nie budzą), wyczułby, że „nowy” obok niego 
też nie śpi. 

Zbudziwszy  się  o  świcie,  kiedy  jutrzenka,  która  tam 

na  zewnątrz  musiała  być  wspaniała,  rozjaśniła  celę 
bladym światłem, zakonnik skierował spojrzenie w prawą 
stronę,  gdzie  w  nocy  ułożył  się  Turek.  Pierwszym,  co 
zobaczył,  była  niewielka,  w  żółtą  skórę  oprawiona 
książka.  Silne  i  ciepłe  uczucie  radości  przepłynęło  przez 
całe  jego  ciało;  było  to  coś  z  utraconego,  ludzkiego, 
prawdziwego  świata,  który  pozostał  daleko  za  tymi 
murami  –  piękne,  ale  niepewne  jak  sen.  Zmrużył  na 
chwilę  oczy,  ale  książka  nadal  leżała  na  miejscu  i  była 
naprawdę  –  książką.  Dopiero  wówczas  przeniósł 
spojrzenie  dalej  i  zobaczył,  że  leży  ona  na  kolanach 
człowieka, który na wpół siedzi oparty o swój kuferek. To 
ten  wczorajszy.  Obok  niego  podróżna  torba  z  jasnej 
wyprawnej  skóry,  pod  nim  ciemna  derka,  lśniąca  i  z 
wyglądu  już  ciepła  i  miękka  jak  delikatne,  drogocenne 

background image

futro.  Pochodzenie,  wychowanie  i  wąskie  granice  jego 
całkiem skromnych potrzeb nigdy nie dały bratu Piotrowi 
powodu  do  myślenia  o  wartości  i  kształcie  otaczających 
go  rzeczy, nie  przywiązywał  do  nich  jakiegoś  większego 
znaczenia,  a  przecież  teraz  nie  mógł  tego  nie  dostrzec. 
Nigdy  nie  widział  przedmiotów  zwykłego,  codziennego 
użytku  z  tak  wykwintnej  materii,  wykonanych  z  taką 
starannością.  Gdyby  został  w  Bośni  i  nie  trafił  przez 
nieszczęśliwy  przypadek  na  to  Przeklęte  Podwórze,  nie 
wiedziałby i nie mógłby wierzyć, że naprawdę istnieją. 

Spojrzenie  przesunęło  się  dalej.  Twarz  człowieka 

była  nową  niespodzianką.  Młodzieńcza,  miękka,  nieco 
zapuchnięta,  biała  i  blada,  jak  u  ludzi  stale 
przesiadujących  w  zamkniętym  pokoju,  inna  niż 
wszystko,  czego  by  tu  można  się  spodziewać.  Policzki 
były pokryte rudym i puszystym kilkudniowym zarostem. 
Chorobliwie  wyraziste,  wielkie  i  ciemne  jak  sińce  cienie 
okalały  lśniące,  wilgotne  i  płomienne  niebieskie  oczy. 
Bratu  Piotrowi,  który  w  życiu  widział  wielu  chorych, 
naraz wydało się, że zna to wszystko dobrze. Takie Oczy 
już kiedyś widział. Są ludzie, którzy boją się czegoś albo 
wstydzą,  coś  chcą  ukryć.  Starają  się  swoim  spojrzeniem 
przyciągnąć  i  zatrzymać  cudze  spojrzenie,  przykuć  je 
swoimi  oczyma  i  nie  pozwolić,  żeby  szło  dalej  i  badało 
rysy  ich  twarzy,  ich  ciało  i  odzież  na  nich.  Młodzieniec 
patrzał  badawczo,  ale  spokojnie  w  otwartą  twarz 
zakonnika,  na  jego  gęste,  czarne  wąsy  i  szeroko 
rozstawione, duże, brązowe oczy o spokojnym wejrzeniu. 

background image

Rozmowa zaczęła się sama przez się. Takie rozmowy 

są  bodaj  najlepsze.  Najpierw  coś  jakby  powitanie,  parę 
nieokreślonych słów, które szukają się nawzajem i badają 
przy  zetknięciu.  To  wystarczyło  bratu  Piotrowi,  żeby 
dostrzec, że Turek nie jest ani wyniosły, ani odpychający, 
jakim  by  mógł  być.  Jest  tylko  powściągliwy  na  swój 
sposób. 

Spotykali  się  przed  południem  kilkakrotnie.  Za 

każdym razem wymówiliby parą nic nie znaczących słów 
i  rozeszli  się  znowu.  Takie  są  więzienne  rozmowy, 
zaczynają  się  powoli  i  z  ociąganiem,  żeby  po  chwili  nie 
znalazłszy  nowej  pożywki  zgasnąć  łatwo  i  szybko  w 
nieufnym milczeniu, w którym każdy z rozmówców bada 
to, co powiedział, i to, co usłyszał. 

Koło  obiadu  stracili  jeden  drugiego  z  oczu.  Dopiero 

po południu  zmów zaczęli rozmowę. Stwierdzili, że obaj 
czytają  po  włosku.  Zamienili  kilka  słów  w  tym  języku. 
Zrobili  to  jakby  żartem.  To  już  jednak  odgradzało  ich 
jakoś  od  otaczających  ludzi  i  zbliżało  wzajemnie. 
Rozmawiali  o  różnych  miastach  i  krajach,  potem  o 
książkach,  ale  wobec  tego,  że  nie  czytali  tych  samych 
książek, rozmowa utknęła. Młodzieniec powiedział swoje 
imię.  Nazywał  się  Ciamil.  Brat  Piotr  wymienił  swoje, 
przemilczawszy  przynależność  do  zakonu.  Poza  tym  nie 
powiedzieli  o  sobie  i  o  przyczynach,  dla  których  się  tu 
znaleźli, ani słowa. Rozmowa nie wychodziła poza pewne 
granice  i  pozostawała  na  powierzchni  życia.  Szczególnie 
powściągliwy  był  młody  Turek.  Swoim  ciemnym  i 

background image

głębokim  głosem  i  powolnym  kiwaniem  głowy  tylko 
przytakiwał  temu,  co  mówił  brat  Piotr.  Potwierdzał 
wszystko,  bez  zastanowienia.  Sam  nie  dopowiedział  do 
końca  ani  jednej,  nawet  najzwyklejszej  myśli. 
Zatrzymywał się często w środku zdania. Spojrzenie stale 
uciekało mu gdzieś w niebo. 

Brat  Piotr  rozmawiał  z  ożywieniem.  Był  szczęśliwy, 

że  znalazł  takiego  rozmówcę,  choć  pomyślał  sobie  od 
razu: mam przed sobą człowieka chorego. Nie trzeba było 
zbyt  wielkiej  wiedzy  o  ludziach,  żeby  dojść  do  tego 
wniosku. 

Tak, tak – powtarzał młody Turek z zachodnią niemal 

uprzejmością,  a  to  „tak,  tak”  było  bardziej 
potwierdzeniem  myśli  brata  Piotra  o  nim  niż 
wypowiadanych przez zakonnika słów. 

Te  ich  rozmowy,  takie  jakimi  były,  stały  się  jednak 

dla  obu  przyjemne  i  drogie,  jak  jakiś  niespodziany 
podarunek.  Zastępowały  im  to,  czego  tutaj  najbardziej 
brakuje,  i  dlatego  wracali  do  nich  chętnie  i  na  nowo 
rozpoczynali je po każdej przerwie. 

Dwaj kupcy patrzyli na nich z ukrytym zdziwieniem i 

jeszcze lepiej zamaskowaną podejrzliwością. 

Kiedy zaczęło się ściemniać, młody Turek i zakonnik 

razem  siedli  do  kolacji.  Jadł  tylko  brat  Piotr,  bo  młody 
człowiek  żuł  długo  w  roztargnieniu  wciąż  ten  sam  kęs. 
Bezpośredni  i  szczery  zakonnik  łagodnie  zwrócił  na  to 
uwagę: 

–  Ciamil-effendi,  wybacz,  ale  tak  nie  można,  trzeba 

background image

coś jeść. 

I  przekonywał  go,  że  w  biedzie  człowiek  powinien 

jeść  więcej,  żeby  był  silniejszy  i  bardziej  pogodny,  niż 
wtedy, kiedy jest mu dobrze. 

– Tak, tak – odpowiadał młody człowiek, ale nie jadł 

więcej niż dotychczas. 

Nazajutrz  rozmawiali  dłużej,  żywiej  i  bardziej 

naturalnie.  Lepiej  spędzili  dzień  i  wieczór  przybliżył  się 
szybciej.  Ze  zmrokiem  rozmowa  stała  się  powolniejsza  i 
bardziej uboga. Mówił tylko brat Piotr. Ciamil zapominał 
już nawet powtarzać swoje roztargnione „tak, tak”. Coraz 
bardziej  zamykał  się  w  sobie  i  tylko,  opuszczając  i 
podnosząc  ciężkie  powieki,  potwierdzał  wszystko,  nie 
biorąc właściwie udziału w niczym. 

Czerwonawe  światło  na  niebie  i  na  rzadkich 

wierzchołkach 

cyprysów 

za 

wysokim 

murem 

przypominało,  że  gdzieś  tam,  z  drugiej  strony 
niewidocznego  miasta,  zachodzi  słońce.  Przez  pewien 
czas  także  podwórze  pełne  było  różowego  blasku,  ale 
szybko  światło  wylało  się  z  niego  jak  z  pochylonego 
czworokątnego  naczynia,  a  przestrzeń  między  murami 
zaczęła zapełniać się cieniem zmierzchu. 

Strażnicy  zaganiali  aresztantów  do  cel,  a  oni,  jak 

nieposłuszne  i  rozbiegane  stado,  uciekali  przed  nimi  i 
chowali  się  w oddalonych  kątach  podwórza.  Nikomu  nie 
chciało  się  zostawiać  dnia  i  odchodzić  do  dusznej  izby. 
Słychać było krzyki, odgłosy uderzeń. 

W  tym  momencie  do drzwi celi,  przed  którą  jeszcze 

background image

siedział  zakonnik  i  młody  Turek,  podbiegł  strażnik 
wykrzykując  imię  młodzieńca.  O  kilka  kroków  za  nim 
biegł  drugi  krzycząc  to  samo,  tylko  ze  wzmożoną 
gorliwością.  Tak  szybcy  są  zawsze  ci  podrzędni  słudzy, 
jeśli mają surowy rozkaz z góry. Spieszą się bez względu 
na treść rozkazu, zarówno ze złą, jak i z dobrą wieścią. W 
tym wypadku musiało być jednak dobrze. Z szacunkiem, 
który  jest  tutaj  rzadkością,  poprosili  Ciamila,  żeby 
przeszedł  od  razu  do  innego,  przeznaczonego  dla  niego 
pomieszczenia.  Pomogli  mu  zabrać  rzeczy.  Widać  było, 
że idzie gdzieś na lepsze. 

Młody  Turek  przyjął  ten  nieoczekiwany  dowód 

szacunku  bez  szczególnego  zdziwienia  i  pytań,  tak  jak 
rozkaz.  Zanim  odszedł,  odwrócił  się  do  swojego 
rozmówcy, jakby chciał mu powiedzieć coś uroczystego i 
po raz pierwszy jasnego, ale uśmiechnął się tylko i kiwnął 
głową, jakby pozdrawiał go z daleka. 

Bez słów pożegnali się jak dobrzy, starzy znajomi. 
Tej  nocy  brat  Piotr  długo  myślał  o  swoim 

niezwykłym  rozmówcy.  Turek,  bez  wątpienia,  a  tak 
bardzo różni się od swych rodaków. Jedno jest pewne – to 
człowiek  nieszczęśliwy.  Chwilami,  kiedy  zapadał  w 
półsen,  wydawało  mu  się,  że  jest  tu  obok  niego,  nie  śpi, 
lecz leży spokojnie, a z nim jego książka i jego niezwykle 
piękne rzeczy. Jednocześnie zaś czuł jasno, że odszedł, że 
go nie ma. I było mu żal, że tak jest. Kiedy zaś udało mu 
się  zasnąć  prawdziwym  snem,  który  u  niego  był  zawsze 
głęboki i twardy, bez obrazów, bez świadomości o sobie i 

background image

o otaczającym go świecie, utonęły w nim zarówno sąsiad 
z prawa, jak i myśl o nim. Ilekroć jednakże tej nocy budził 
się, zjawiało się jakieś niejasne i dawne, ale żywe uczucie 
głębokiego  smutku,  takiego  jak  za  lat  młodzieńczych, 
kiedy  musiał  rozstawać  Się  z  dobrymi  przyjaciółmi  i 
zostawać  wśród  ludzi  obojętnych  i  obcych,  z  którymi 
trzeba  z  obowiązku  żyć  i  pracować.  Gdy  zaświtało, 
zniknęło nocne falowanie snów i przywidzeń, przy świetle 
dnia  pozostała  tylko  prawda:  sąsiada  rzeczywiście  nie 
było.  Puste  miejsce  z  prawej  strony  odczuwał  jak 
szczególną  przykrość  i  jeszcze  jedną  biedę  w  tym  życiu, 
pełnym małych i dużych trosk i nieprzyjemności. Na lewo 
od  niego  byli  dwaj  kupcy,  milczący  i  zawsze  gotowi  do 
wyruszenia. 

Nie rozedniło się jeszcze całkiem, a puste miejsce już 

zostało  zapełnione.  Zajął  je  chudy,  cienki  człowiek,  nie 
ogolony i zupełnie zaniedbany, o czarnych kędzierzawych 
włosach.  Przepraszał  mówiąc  szybko  i  dużo.  Powiedział, 
że  nie  chciałby  nikomu  przeszkadzać,  ale  nie  może 
wytrzymać  dłużej  nieprzyzwoitości  tych,  wśród  których 
leżał,  i  zmuszony  jest  szukać  spokojniejszego  miejsca, 
między  porządniejszymi  ludźmi.  Spuścił  na  ziemię  swój 
koszyk  z  rogoży  i  trochę  cienkiej,  starej  odzieży.  Mówił 
dalej. 

Obszerne  i  ceremonialne  wstępy  nie  są  tu  w 

zwyczaju, ale ten opowiadał o wszystkim od razu, tak jak 
to  się  robi  wśród  starych,  pewnych  znajomych.  Widać 
było, że mówi bardziej ze względu  na samego siebie, bo 

background image

inaczej  nie  może,  niż  ze  względu  na  treść,  którą 
wypowiada, i na tych, do których się zwraca. 

Dwaj  kupcy  jeszcze  bardziej  zamknęli  się  w  sobie  i 

przywarli  jeden  do  drugiego.  Ale  brat  Piotr  słuchał  i 
patrzał  na  tego  dziwnego  człowieka  –  całym  swoim 
zachowaniem,  zdawało  się,  podsycał  jego  gadulstwo. 
(Myślał przy tym: jest coś we mnie z mojego stryja, brata 
Rafa,  on  każdego  mógł  znieść  i  wysłuchać  –  mawiał 
zawsze żartem: „Ja bym tam bez chleba jakoś wytrzymał, 
ale  bez  rozmowy  doprawdy  nie  mogę”.)  Człowiek 
opowiadał. 

Był Żydem ze Smyrny. Jego czarna twarz wyglądała 

smutno. Wielki nos, duże oczy z żółtymi, przekrwionymi 
białkami.  Smutek,  troska  i  ogromny  strach  biły  z  całej 
jego postaci, ale potrzeba mówienia była od nich większa. 
Kiedy  wychodził  z  bratem  Piotrem  z  celi  na  podwórze, 
kończąc jakby jakąś wczorajszą rozmowę, opowiadał mu 
żywo, na wpół szeptem o sobie i o swoim nieszczęściu: 

–  Nie  dość,  że  człowieka  ograbią,  jeszcze  go 

oskarżają i zamykają. No, niech pan powie, z jakiej racji 
jesteśmy tutaj, razem z tą bandą rozbójników. Pytam się... 

I  wyliczał  wszystko,  o  co  się  pyta.  Było  tego 

naprawdę dużo. Rozglądał się przy tym bojaźliwie, ale nie 
przestawał  mówić.  „On  pewnie  tu  trafił  przez  tę  swoją 
gadatliwość”  –  myślał  brat  Piotr,  słuchając  już  tylko 
jednym  uchem  gorączkowego  i  męczącego  opowiadania 
dziwnego  człowieka.  Naraz  ten  wspomniał  imię 
effendiego Ciamila. 

background image

–  Widziałem  wczoraj,  jak  schronił  się  obok  pana, 

obok  przyzwoitych  ludzi.  Teraz  dali  mu  pokój  w  białym 
domku obok bramy, gdzie śpią strażnicy i urzędnicy. Tam 
wszyscy  więźniowie  z  lepszych  rodzin  dostają  oddzielne 
cele i wyżywienie. Niech pan pomyśli, taki człowiek i za 
tego, tego... 

Brat Piotr jakby się ocknął: 
– Zna pan tego... Ciamila-effendiego? 
– Ja? Jakbym nie znał! Pana nie znam, niech mi pan 

wybaczy, ot, po prostu spotkaliśmy się... Nie znam pana, 
ale widzę, że jest pan człowiekiem zacnym i uczciwym, a 
dla  mnie  to...  Pana  niestety  nie...,  ale  jego,  jego  tak.  Z 
widzenia, bardzo dobrze. Zna go cała Smyrna. W Smyrnie 
wie się wszystko. 

W  ciągu  tego  dnia  brat  Piotr  dowiedział  się  wielu 

rzeczy o  młodym Turku, jego  rodzinie i o tym, dlaczego 
znalazł  się  na  niezwykłym  Podwórzu.  Oczywiście 
wszystko  to  opowiedział  na  swój  sposób  Chaim,  bo  tak 
nazywał  się  człowiek  ze  Smyrny.  Plątał  się,  to  coś 
opuszczał, to znów powtarzał ze trzy razy. Opowieść była 
pstrokata, żywa i choć nie zawsze jasna, pełna rozmaitych 
szczegółów.  Bo  ten  człowiek,  który  musiał  mówić,  nie 
potrafił ograniczyć się do jednego przedmiotu. Milknął na 
chwilę, zamyślał się marszcząc ze smutkiem, jakby go to 
samego  dręczyło  i  jakby  rozumiał,  że  nieładnie  i 
niestosownie  jest  mówić  tak  wszędzie  o  wszystkich,  co 
tylko mu wpadnie do głowy. Jednakże potrzeba mówienia 
o  cudzym  życiu,  szczególnie  zaś  o  życiu  ludzi  wysoko 

background image

postawionych w hierarchii społecznej albo przez swój los 
wyjątkowych, była silniejsza od wyrzutów sumienia. 

Należał  do  tych,  którzy  przez  całe  życie  prowadzą 

jakiś swój, pozbawiony widoków, z góry przegrany spór z 
ludźmi  i  społeczeństwem.  W  manii  mówienia  i 
wyjaśniania 

wszystkiego, 

odkrywania 

wszelakich 

ludzkich grzechów i zbrodni, obrzydzania zła i oddawania 
sprawiedliwości  dobrym,  szedł  on  o  wiele  dalej  niżby  to 
czynił  zwyczajny,  zdrowy  człowiek.  Potrafił  przedstawić 
z  niewiarogodną  znajomością  szczegółów  sceny,  które 
rozgrywały się bez świadków między dwojgiem ludzi. Nie 
ograniczał się do opisywania, odkrywał myśli i pragnienia 
bohaterów  swych  opowieści,  często  nawet  nie 
uświadomione  przez nich  samych.  Mówił z  nich. A  miał 
dziwny  dar  naśladowania  mowy  osób  występujących  w 
jego  opowiadaniu.  Trochę  tylko  zmieniał  głos  i  był  to 
namiestnikiem  prowincji,  to  żebrakiem,  to  piękną 
Greczynką,  a  całkiem  nieznacznymi  gestami,  lub 
grymasami  mięśni  twarzy  mógł  oddać  w  pełni  chód  i 
postawę jakiegoś człowieka, ruchy zwierzęcia, albo nawet 
wygląd martwego przedmiotu. 

Opowiadał tak, żwawo i dużo, o wielkich i bogatych 

żydowskich, greckich lub tureckich rodzinach ze Smyrny, 
zatrzymując  się  tylko  przy  poważnych  wydarzeniach  i 
zawiłych  sprawach.  Każdą  ze  swoich  historii  kończył 
dziwnymi okrzykami, jakby triumfował: E? A! – co miało 
mniej  więcej  znaczyć:  „Oto  jacy  bywają  ludzie!  Cóż 
znaczy  moje  nędzne  życie  i  moja  sprawa  wobec  nich  i 

background image

wobec ich zagmatwanych losów”. 

Tam  gdzie  kończyła  się  jedna,  zaczynała  się  nowa, 

inna opowieść. 

(Wszyscy  jesteśmy  zawsze  mniej  lub  więcej  skłonni 

potępiać  ludzi,  którzy  mówią  wiele,  szczególnie  jeśli 
mówią  o  rzeczach  nie  dotyczących  ich  bezpośrednio. 
Wyrażamy  się  nawet  o  nich  z  pogardą,  nazywamy 
nudziarzami  i  gadułami.  Nie  myślimy  przy  tym,  że  ta 
ludzka,  bardzo  ludzka  przywara  ma  swoje  dobre  strony. 
Cóż  bowiem  wiedzielibyśmy  o  cudzych  myślach  i 
duszach,  o  innych  ludziach,  a  więc  i  o  sobie  samych,  o 
innych  środowiskach  i  krajobrazach,  których  nie 
widzieliśmy i nie będziemy mieli okazji zobaczyć, gdyby 
nie było ludzi odczuwających potrzebę, żeby ustnie czy na 
piśmie wyrazić to, co widzieli, co słyszeli, co w związku z 
tym  przeżyli  lub  myśleli?  Mało,  bardzo  mało.  Jeśli  ich 
opowieści  są  niedoskonałe,  zabarwione  osobistymi 
namiętnościami  i  intencjami,  albo  nawet  niezbyt 
prawdziwe, po to mamy rozum i doświadczenie, żeby móc 
je porównywać jedne z drugimi, żeby je przyjmować lub 
odrzucać, w części albo w całości. Coś z ludzkiej prawdy 
wówczas  zostanie  zawsze  przy  tych,  którzy  cierpliwie 
słuchają lub czytają). 

Tak  myślał  brat  Piotr,  słuchając  długiej  i  okrężnej 

opowieści  Chaima  o  „Ciamilu-effendim  i  jego  losie”. 
Dziwna  ostrożność  niespokojnego  człowieczka  zwalniała 
jeszcze  tok  opowiadania.  Mimo  swej  żywości  i  gorącej 
potrzeby mówienia zniżał on od czasu do czasu głos tak, 

background image

że trudno było go zrozumieć, i rzucał badawcze spojrzenia 
dookoła,  jakby  go  stale  ktoś  prześladował  –  podejrzewał 
wszystkich. 

 

background image

III 

 
Ciamil  jest  człowiekiem  „mieszanej  krwi”  – 

opowiadał  Chaim  –  jego  ojciec  był  bowiem  Turkiem,  a 
matka  Greczynką.  Była  ona  znaną  grecką  pięknością. 
Smyrna,  miasto  pięknych  Greczynek,  nie  widziało  nigdy 
takiej  kibici,  takiej  postawy  i  tak  niebieskich  oczu. 
Wydano  ją  za  mąż,  kiedy  miała  siedemnaście  lat,  za 
Greka,  posiadacza  ogromnej  fortuny.  (Chaim  wymienił 
długie greckie nazwisko wymawiając je tak, jak wymawia 
się imię jakiejś ogólnie znanej dynastii). Mieli tylko jedno 
dziecko  –  córkę.  Kiedy  dziewczynka  miała  osiem  lat, 
bogaty Grek nagle zmarł. Krewniacy rzucili się od razu na 
jego  majątek,  starając  się  oszukać  młodą  wdowę  i 
wydrzeć jak największą część dla siebie. Kobieta broniła 
się. Podróżowała aż do Aten, aby uratować przynajmniej 
tamtejsze posiadłości. Kiedy wracała statkiem do Smyrny, 
umarła  jej  niespodziewanie  córka.  Morze  było 
niespokojne,  do  Smyrny  jeszcze  daleko.  Zgodnie  z 
przepisami należało wrzucić ciało dziewczynki do morza. 
Domagali  się  tego  stanowcze  marynarze,  którzy  po 
swojemu  zabobonni,  wierzyli,  że  trup  na  pokładzie 
przynosi nieszczęście, bo dusza zmarłego jak ołów ciągnie 
statek  na  dno.  Oszalała  z  bólu  matka  przeciwstawiła  się 
temu. Z uporem żądała, żeby zostawić ciało i pochować je 
po  przyjeździe  do  Smyrny,  bo  ona  chce  przynajmniej 
wiedzieć,  gdzie  będzie  grób  jej  dziecka.  Kapitan  miał  z 

background image

nią  nie  lada  jaki  kłopot.  Znalazłszy  się  w  trudnym 
położeniu: z jednej strony ból matki, któremu nie potrafił 
się oprzeć, a z drugiej surowy przepis, którego nie można 
było  przekroczyć,  wraz  z  pierwszym  oficerem  wymyślił 
podstęp. Kazał zrobić dwie jednakowe trumny. Do jednej 
włożono  ciało  dziewczynki  i  po  kryjomu  wrzucono  do 
morza,  a  drugą,  wypełnioną  odpowiednim  ciężarem, 
dobrze  zabitą  i  szczelnie  opieczętowaną,  kapitan  oddał 
matce,  ulegając  niby  jej  prośbom.  Kiedy  dopłynęli  do 
Smyrny,  zabrała  trumnę  i  pochowała  ją  na  miejskim 
cmentarzu. 

Ciężko i długo przeżywała utratę dziecka, codziennie 

przychodziła  na  jego  grób.  Z  czasem,  młoda  i  piękna., 
zaczęła powoli zapominać, ale niespodzianie zdarzyło się 
coś  potwornego.  Zana  pierwszego  oficera  na  statku,  na 
którym  umarło  dziecko,  dowiedziała  się  od  męża  w 
tajemnicy  o  dokonanym  w  dobrej  wierze  oszustwie.  Tę 
tajemnicę  powierzyła  pewnego  razu  swojej  najlepszej 
przyjaciółce. Po jakiejś babskiej kłótni głupia przyjaciółka 
przez  zemstę  opowiedziała  to  innym.  W  niezrozumiały, 
niewytłumaczalnie okrutny sposób rzecz doszła do matki. 
Nieszczęśliwa  kobieta  teraz  naprawdę  oszalała  z  żalu. 
Biegła na cmentarz, paznokciami kopała ziemię na grobie. 
Musiano  ją  siłą  zabierać  stamtąd  i  zamykać  w  domu,  bo 
chciała  skoczyć  w  morze  za  córką.  Było  to  prawdziwe 
obłąkanie. Dopiero po kilku latach przyszła do siebie. Ale 
zupełnie nie wyzdrowiała nigdy. 

O  rękę  pięknej  i  nieszczęśliwej  wdowy  starało  się 

background image

wielu  Greków,  ale  ona  odmawiała  wszystkim, 
rozgoryczona  postępowaniem  swoich  krewniaków  i 
swoich  współplemieńców  w  ogóle.  Po  kilku  latach  ku 
ogólnemu zdziwieniu wyszła za mąż za tureckiego paszę 
Tahira.  Dużo  od  niej  starszy,  bogaty  i  wykształcony 
człowiek,  który  zajmował  w  swoim  czasie  wysokie 
stanowisko  państwowe,  żył  w  odosobnieniu:  latem  w 
posiadłości pod Smyrną, a zimą w swym wielkim domu w 
mieście. Od żony nie żądał zmiany wiary, prosił jedynie, 
żeby na ulicy nie pokazywała się z odkrytą twarzą. Mimo 
to  zamążpójście  smyrneńskiej  piękności  wywołało 
oburzenie  wśród  jej  współplemieńcćw.  A  małżeństwo 
młodej  jeszcze  Greczynki  z  sześćdziesięcioletnim  paszą 
było, wbrew przekleństwom greckich kobiet i popów, nie 
tylko  szczęśliwe,  lecz  także  płodne.  W  ciągu  dwóch  lat 
urodziło im się dwoje dzieci, najpierw córka, potem syn. 
Syn był silny i rósł dobrze, ale córka, wątła od urodzenia, 
w  piątym  roku  życia  rozchorowała  się  ciężko  i  po  paru 
dniach  umarła.  Matka,  która  nigdy  nie  zaleczyła  ran  po 
pierwszej  stracie,  teraz  całkowicie  uległa  ciężkiej  i 
nieuleczalnej  melancholii.  W  śmierci  drugiej  już  córki 
doszukiwała  się  wyroku  jakichś  sił  wyższych,  czuła  się 
przeklętą  i  niegodną.  Zaniedbała  zupełnie  męża  i  syna. 
Usychała  i  bledła.  Po  dwóch  latach  śmierć  przyszła  jak 
wybawienie. 

Chłopiec,  który  miał  na  imię  Ciamil,  był  ładny 

(piękno  matki  w  męskiej  postaci),  mądry  i  dobrze 
rozwinięty.  W  zapasach  i  pływaniu  bił  na  głowę  swoich 

background image

towarzyszy.  Szybko  jednakże  zaczął  zaniedbywać  gry  i 
zabawy  rówieśników.  Coraz  bardziej  pochłaniały  go 
książki  i  nauka.  Ojciec  podtrzymywał  go  w  tym, 
zaopatrywał  w  książki,  wynajdywał  nauczycieli  i 
umożliwiał  podróże.  Chłopiec  uczył  się  nawet 
hiszpańskiego u starego rabina w Smyrnie. 

Kiedy  pewnej  zimy  umarł  także  stary  Tahirpasza, 

Ciamil  został  sam,  bez  bliższej  rodziny,  ze  znacznym 
wprawdzie  majątkiem,  ale  bez  żadnego  doświadczenia. 
Od  niebezpieczeństw,  które  mogły  grozić  nie  znającemu 
życia  młodemu  człowiekowi,  chroniło  go  wielkie 
poważanie,  jakim  cieszył  się  Tahirpasza.  Proponowano 
mu,  żeby  przygotował  się  do  służby  państwowej,  ale 
odmówił. Nie poświęcał zbyt wiele uwagi kobietom i nie 
szukał  ich  towarzystwa,  jak  to  zwykli  czynić  jego 
rówieśnicy. Ale pewnego lata, przechodząc obok małego, 
bujnie  kwitnącego  ogrodu,  zobaczył  dziewczynę, 
Greczynkę, i zakochał się od pierwszego spojrzenia. Była 
córką drobnego kupca. Ciamil postanowił ożenić się z nią, 
tak  jak  to  uczynił  kiedyś  jego  ojciec,  biorąc  za  żonę 
chrześcijankę. Gotów był dać za nią wszystko, nie stawiał 
żadnych warunków. 

Dziewczyna, 

która 

widziała  parę  razy  syna 

Tahirpaszy,  nie  wahała  się  –  była  gotowa  poślubić  go  i 
znalazła sposób, żeby mu dać znać o tym. Rodzice jednak 
byli stanowczo przeciwni. Nie chcieli dać córki Turkowi, 
który  w  dodatku  był  synem  wyklętej  Greczynki.  Cała 
grecka  gmina  podtrzymywała.  ich  w  tym.  Wszystkim  im 

background image

wydawało się, że Tahirpasza, zza grobu teraz, po raz drugi 
sięga  po  jeszcze  jedną  Greczynkę.  Ojciec  dziewczyny, 
kupczyk  małego  wzrostu  i  ducha,  zachowywał  się  jak 
człowiek, który w przystępie szaleństwa uwierzył w swoją 
wielkość,  bohaterstwo  i  zapragnął  zostać  męczennikiem. 
Rozkładając  ręce,  jakby  go  krzyżowano,  wykrzykiwał 
przed swoimi wśpółplemieńcami: „Mały jest mój majątek 
i  ja  jestem  człowiekiem  bez  znaczenia,  ale  wielka  jest 
moja  wiara  i  strach  boży!  Wolę  stracić  życie  i  córkę 
wrzucić do morza, niż oddać ją niewiernemu.” Powtarzał 
to  w  kółko.  Tak  jakby  on  i  jego  wiara  były  tu  rzeczą 
główną, a córka nieważną i poboczną. 

To  bohaterstwo  nie  kosztowało  zresztą  kupczyka  ze 

stromej  ulicy  zbyt  wiele.  Nie  miał  okazji  zostać 
męczennikiem. Dziewczynę siłą wydano za mąż za Greka 
spoza Smyrny, po cichu, bez wesela, ukrywając dzień i cel 
jej wyjazdu. Bano się, że Ciamil będzie chciał ją porwać, 
ale  on  przyjął  cios  i  wycofał  się  już  wcześniej.  Dopiero 
wtedy  mógł  właściwie  i  w  pełni  zrozumieć  to,  czego 
przedtem, w młodzieńczym zapale, nawet nie przeczuwał: 
jak  wiele  może  dzielić  mężczyznę  od  kobiety,  którą 
kocha,  jak  wiele  może  dzielić  w  ogóle  jednych  ludzi  od 
drugich. 

Potem Ciamil spędził dwa lata na jakichś studiach w 

Stambule. Wrócił do Smyrny zmieniony i, zdawałoby się, 
o wiele starszy. Był osamotniony. Od Greków dzieliło go 
wszystko,  a  z  Turkami  łączyło  niewiele.  Rówieśnicy, 
towarzysze  zabaw  sprzed  kilku  lat,  byli  mu  już  obcy  i 

background image

dalecy,  jakby  należeli  do  innego  pokolenia.  Żył  wśród 
książek.  Mając  lat  dwadzieścia  cztery  był  młodym  i 
bogatym dziwakiem, nie wiedzącym dobrze, co posiada, i 
nie  umiejącym  zarządzać  swoim  majątkiem.  Podróżował 
wzdłuż  wybrzeży  Małej  Azji,  odwiedził  Egipt  i  wyspę 
Rodos. Unikał towarzystwa tych, z którymi był związany 
przez  swoje  nazwisko  i  położenie  społeczne,  a  oni  też 
uznali  go  za  obcego.  Przebywał  natomiast  z  ludźmi 
uczonymi, bez względu na ich wiarę i pochodzenie. 

A  zeszłego  roku  zaczęły  po  Smyrnie  krążyć  dziwne 

pogłoski,  nieokreślone  i  niejasne.  Szeptano,  że  synowi 
Tahirpaszy  książki  padły  na  rozum,  że  jest  z  nim 
niedobrze.  Mówiono,  że  studiując  historię  osmańskiego 
państwa  „przeuczył  się”  i  wyobrażając  sobie,  że  żyje  w 
nim  duch  jakiegoś  nieszczęśliwego  księcia,  zaczął 
wierzyć, że sam jest jakimś niedoszłym sułtanem. 

– E? A! – Chaim przerwał na chwilę swoją opowieść, 

nie  przepuszczając  Okazji,  żeby  podkreślić,  jakie  to 
miasto  ta  Smyrna,  która  oszkalowała  i  wtrąciła  do 
więzienia nie tylko jego, Chaima, lecz także i takich ludzi, 
jak  ten  oto  Ciamil-effendi,  nieposzlakowany  człowiek  z 
najwyższego stanu. Ale zaraz ciągnął dalej: 

–  Kiedy  mówię,  że  po  Smyrnie  zaczęły  krążyć 

pogłoski  –  wyjaśniał  Chaim  –  nie  trzeba  oczywiście 
myśleć,  że  dotyczy  to  całego  ludnego  miasta.  Bo  czym 
jest  Smyrna?  Kiedy  spojrzeć  ze  wzniesienia  pod  Kadif 
Kala,  wydaje  się,  że  nie  ma  końca.  Tak,  to  rozległe 
miasto.  Dużo  domów,  dużo  ludzi.  Ale  tak  naprawdę 

background image

Smyrna  to  sto  rodzin,  pięćdziesiąt  greckich,  pięćdziesiąt 
tureckich,  i  trochę  urzędników  wokół  namiestnika  i 
komendanta  portu.  To  wszystko.  Ci  rozstrzygają  i  coś 
znaczą, a reszta pracuje i męczy się, utrzymuje przy życiu 
siebie i swoich. A te sto rodzin, nawet nie widując się i nie 
przyjaźniąc wzajemnie, wie o sobie wszystko, przypatruje 
się sobie i śledzi z pokolenia na pokolenie. – I przez ojca, 
i  przez  matkę  Ciamil  był  związany  z  tą  mniejszością. 
Niezwykły  los  jego  rodziny  i  jego  dziwny  tryb  życia 
zawsze  przyciągały  uwagę  i  wywoływały  zaciekawienie. 
A  w  Smyrnie  opowiada  się,  powtarza,  obmawia  i 
przesadza  w  tym,  tak  jak  wszędzie  na  świecie,  i  jeszcze 
trochę bardziej. 

O Ciamilu, który w ciągu ostatnich kilku lat nie brał 

udziału w życiu swoich rówieśników, bogatej młodzieży, 
mówiono wiele pod jego nieobecność, właśnie ze względu 
na  tę  nieobecność.  Mówiono  o  jego  studiach 
historycznych,  niektórzy  ze  zdziwieniem,  inni  po  prostu 
drwiąc. 

Na  jakimś  tarasie,  na którym  dziesięciu  wytwornych 

młodzieńców w towarzystwie tyluż portowych dziewczyn 
zabawiało  się  przy  winie,  ktoś  wspomniał  nieszczęśliwą 
miłość Ciamila i jego niezwykły tryb życia. Jeden z jego 
dawnych  przyjaciół  powiedział,  że  Ciamil  studiuje 
dokładnie  czasy  Bajazeta  II,  szczególnie  zaś  życie 
Dżem-sułtana, i dlatego podróżował do Egiptu, na Rodos, 
a  teraz  zamierza  wyjechać  aż  do  Włoch  i  Francji. 
Dziewczyny  pytały,  kim  był  ten  Dżem-sułtan,  więc 

background image

młodzieniec  wyjaśnił,  że  to  brat  i  przeciwnik  Bajazeta, 
który uległ w walce o tron, uciekł na Rodos i oddał się w 
ręce  rycerzy  chrześcijańskich.  Później  przez  wiele  lat 
władcy  chrześcijańscy  trzymali  go  w  niewoli, 
wykorzystując  go  przez  cały  czas  w  walce  przeciwko 
osmańskiemu  państwu  i  prawowitemu  sułtanowi 
Bajazetowi. Umarł gdzieś na zachodzie, a sułtan przeniósł 
ciało  nieszczęśliwego brata-odszczepieńca i pochował go 
w Brusie, gdzie do dziś stoi jego grobowiec. 

Wówczas  do  rozmowy  wmieszał  się  jakiś 

lekkomyślny  chłopak,  jeden  z  tych,  którzy  swoimi 
nieprzemyślanymi  słowami  i  bujną  fantazją  często 
szkodzą sobie, a jeszcze częściej innym. 

– Ciamil po swojej nieszczęśliwej miłości do pięknej 

Greczynki tak samo nieszczęśliwie zakochał się w historii, 
którą  studiuje.  On  jest  potajemnie  Dżemem.  Widać  to  z 
jego  postawy,  zachowania  wobec  innych,  stosunku  do 
świata.  I  odtąd  już  zawsze  dawni  przyjaciele,  drwiąc  z 
niego  czy  współczując,  nie  nazywali  go  w  swych 
rozmowach inaczej niż Dżem-sułtan. 

Kiedy  się w  ten  sposób wymówi  imię  panującego,  a 

zwłaszcza  jeśli  się  wspomni  jakieś  spory  lub  walki  w 
domu  sułtańskim,  choćby  z  dawnej  przeszłości,  nigdy  to 
nie  zostaje  w  zamkniętym  kręgu  ludzi.  Zawsze  znajdzie 
się  jakiś  ptaszek,  który  odleci  i  doniesie  sułtanowi  lub 
jego  urzędnikom,  kto,  co  i jak  o  nim  powiedział.  Tak  się 
też  stało.  Niewinna  i  skryta  pasja  Ciamila  przez  usta 
głupca  i  ucho  donosiciela  trafiła  przed  namiestnika 

background image

izmirskiej  prowincji,  a  tam  została  przyjęta  zupełnie 
inaczej i otrzymała całkiem inne znaczenie. 

Namiestnikiem  izmirskiej  prowincji  był  wówczas 

jakiś  gorliwy  i  twardy  urzędnik,  człowiek  tępy  i 
chorobliwie podejrzliwy, który nawet we śnie obawiał się, 
że  może  mu  się  wymknąć  jakaś  polityczna 
nieprawidłowość, spisek czy coś takiego. 

(Ta  jego  surowość  i  gorliwość  w  „sprawach 

politycznych  i  państwowych”  nie  przeszkadzała  mu  w 
przyjmowaniu  sutych  łapówek  od  kupców  i  właścicieli 
statków.  Dlatego  izminski  kadi

[5]

  mówił  o  nim,  że  ma 

„krótki rozum, a długie palce”). 

Kiedy  wysłuchał  donosiciela,  pomyślał  od  razu  o 

tym,  co  Ciamilowi  nigdy  nie  wpadło  do  głowy.  Obecnie 
panujący  sułtan  ma  też  brata,  którego  ogłosił 
niedorozwiniętym  i  trzyma  w  zamknięciu.  Rzecz  jest 
powszechnie  znana,  chociaż  nikt  o  niej  nigdy  nie  mówi. 
To  podobieństwo  zaniepokoiło  namiestnika.  Kiedy  zaś 
właśnie  w  tych  dniach,  z  powodu  jakichś  buntów  i 
niepokojów  w  europejskiej  części  Turcji,  ze  Stambułu 
wysłano  do  wszystkich  namiestników  prowincji  okólne 
pismo  z  surowym  napomnieniem  i  wezwaniem,  żeby 
zwrócili  więcej  uwagi  na  wszelkich  agitatorów  i  ludzi 
siejących  zamęt,  którzy  nieproszeni  roztrząsają  sprawy 
państwowe i ośmielają się nawet bezcześcić imię samego 
sułtana,  namiestnik,  jak  każdy  zły  urzędnik,,  poczuł  się 
osobiście  dotknięty.  Wydawało  mu  się,  że  to  ostrzeżenie 
może  dotyczyć  tylko  jego  prowincji,  a  że  w  jego  okręgu 

background image

nie  ma  żadnej  innej  „sprawy”,  może  dotyczyć  tylko 
„sprawy” Ciamila. 

Pewnej  nocy  policjanci  otoczyli  dom  Ciamila  i 

przeszukali w nim każdy kąt. Zabrali wszystkie książki i 
rękopisy, a jego zamknęli we własnym domu. 

Kiedy  namiestnik  zobaczył  stos  książek,  i  to  jeszcze 

w różnych, obcych językach, a obok nich masę rękopisów 
i  notatek,  tak  bardzo  przeraził  się  i  rozzłościł,  że 
zdecydował na swoją odpowiedzialność zaaresztować ich 
właściciela i wysłać go razem z książkami i papierami do 
Stambułu.  Sam  nie  potrafił  sobie  wytłumaczyć,  dlaczego 
książki,  szczególnie  zaś  cudzoziemskie,  zgromadzone  w 
wielkiej liczbie wywołują w nim taką nienawiść i gniew. 
Ale  nienawiść  i  gniew  nie  potrzebowały  wytłumaczenia, 
podsycały  jedno  drugie  i  rosły.  Namiestnik  był 
przekonany,  że  nie  omylił  się  i  że  uderzył  we  właściwe 
miejsce. 

Wieść  o  zaaresztowaniu  syna  Tahirpaszy  wywołała 

oburzenie  wśród  poważniejszych  Turków,  szczególnie 
wśród starszyzny duchownej. Sam kadi, człowiek starszy i 
uczony,  przyjaciel  Tahirpaszy,  osobiście  udał  się  do 
namiestnika. Przedstawił mu całą sprawę Ciamila. Mówił, 
że  jest  człowiekiem  bez  wad,  że  może  służyć  za  wzór 
dobrego  młodzieńca  i  prawdziwego  muzułmanina,  że 
przez  nieszczęśliwą  miłość  wpadł  w  jakąś  ekstazę  i 
melancholię, oddał się zupełnie nauce i książkom. Jeśli w 
czymś  poszedł  zbyt  daleko,  trzeba  na  to  patrzeć  jak  na 
chorobę,  a  nie  jak  na  jakiś  zły  i  umyślny  czyn.  Młody 

background image

człowiek  zasługuje  na  względy  i  współczucie,  a  nie  na 
prześladowanie  i  karę.  Cała  sprawa  jest  wielkim 
nieporozumieniem.  To,  czym  on  się  zajmuje,  to  historia, 
nauka,  a  nauka  nie  może  przynieść  szkody.  –  Ale 
wszystko to rozbijało się o głupotę i nieufność urzędnika. 

–  Nie  będę,  effendi,  łamał  sobie  nad  tym  głowy.  Ja 

historii, czy też jak to się tam wszystko nazywa, nie znam. 
A wydaje mi się, że lepiej by było i dla niego, gdyby nie 
znał jej i nie zastanawiał się zbyt wiele nad tym, co który 
sułtan kiedyś robił,  tylko  słuchał  tego, co  rozkazuje nasz 
sułtan. 

–  Ależ  to  jest  nauka,  to  są  książki!  –  przerwał  z 

oburzeniem kadi, który dobrze wiedział, jak szkodliwi dla 
społeczeństwa i  dla  jednostki  mogą  być  ludzie  na  skutek 
swojej  ograniczoności  bezgranicznie  wierzący  w  swój 
rozum, przenikliwość i prawdziwość każdego swego sądu 
i wniosku. 

–  Ba!  Złe  są,  znaczy,  te  jego  książki.  Dżem-sułtan! 

Pretendent!  Walka  o  tron!  –  Jak  się  powie  słowo,  trzeba 
pamiętać, że trudno je potem zatrzymać, tak szybko rośnie 
i zmienia się. Nie ja wymówiłem to słowo, ale on. Niech 
więc on za nie odpowiada. 

– Och, czego tam ludzie nie mówią, nagadają często 

na człowieka, a prawdy w tym mało – próbuje jeszcze raz 
bronić młodzieńca kadi. 

– Jak go ktoś oszkalował, to się oczyści od zarzutów. 

Ja nie czytam książek i nie chcę myśleć o innych. Niech 
każdy  myśli  o  sobie.  Dlaczego  ja  mam  przez  niego 

background image

nadstawiać głowę? W mojej prowincji niech każdy uważa 
na  to,  co  robi  i  co  mówi.  Ja  znam  tylko  jedno:  prawo  i 
porządek. 

Kadi  podniósł  głowę  i  spojrzał  na  niego  surowo  i  z 

przyganą: 

–  Ja  myślę,  że  wszyscy  tego  bronimy!  Rozpędzony 

namiestnik nie dał sobie przeszkodzić ani przerwać: 

– Tak, porządek i prawo. A jak czyjaś głowa sterczy 

ponad to, zetnę ją, jak mi sułtańska służba miła, choćby to 
była  głowa  mojego  jedynego  syna.  Ja  nie  ścierpię  tutaj 
drzazgi  za  paznokciem,  dlaczego  mam  więc  znosić 
podejrzaną uczoność tego młodego effendiego. 

– Przecież to można by tutaj wyjaśnić i rozstrzygnąć. 
–  Nie,  effendi.  Przepis  jest  przepisem,  a  przepis  tak 

nie  mówi,  tylko  właśnie  inaczej.  Mówił  o  sułtanach  i 
sułtańskich  sprawach,  niech  więc  odpowiada  przed 
sułtańskim  progiem.  W  Stambule  niech  wyjaśni  to,  co 
przeczytał i napisał i co opowiadał o tym ludziom. Niech 
oni tam łamią sobie głowę. Jeśli jest niewinny, nie ma się 
czego bać. 

Na  tym  się  skończyło.  Stary  kadi  patrzał  na 

namiestnika.  Drobny,  bez  wąsów,  pokręcony,  słabeusz  i 
cherlak,. a tyle zła może zrobić. Podejrzliwy i kwaśny, z 
dwu  możliwości  wybierał  zawsze  tę  gorszą,  a  kiedy  się 
czegoś,  tak  jak  teraz,  przestraszyły  stawał  się  straszny. 
Kadi  widział  jasno,  że  nie  warto  więcej  mówić  z  tym 
człowiekiem,  który  zrobi  to,  co  zamierzył,  tylko  trzeba 
szukać innych dróg, żeby pomóc synowi przyjaciela. 

background image

Ciamil  został  wysłany  do  Stambułu  pod  silną,  ale 

dyskretną  strażą.  (To  było  jedyne  ustępstwo,  jakie 
namiestnik  zrobił  kadiemu).  Z  nim  pojechały 
opieczętowane jego książki i rękopisy. Kadi i przyjaciele, 
jak tylko dowiedzieli się o jego wyjeździe, wysłali w ślad 
za  nim  swojego  człowieka,  żeby  w  Stambule  wyjaśnił 
sprawę 

pomógł 

bezpodstawnie 

oskarżonemu 

młodzieńcowi.  Kiedy  ten  dotarł  do  stolicy,  Ciamila  już 
przekazano  Latif-effendiemu,  aby  go  do  przesłuchania 
zatrzymał w areszcie. 

Tak  przedstawiała  się  historia  Ciamil-effendiego  – 

taka, jaką mógł znać i widzieć Chaim, opowiedziana tutaj 
pokrótce,  bez  Chaimowego  powtarzania,  jego  uwag  i 
licznych „E? A!”. 

 

background image

IV 

 
Karadzioz od dawna lękał się więźniów politycznych. 

Wolał  szarpać  się  z  setką  drobnych  i  wielkich  zwykłych 
przestępców  kryminalnych,  niż  mieć  do  czynienia  z 
jednym  oskarżonym  w  jakiejś  sprawie  politycznej. 
Nastroszył się, kiedy tylko posłyszał o nich. Znosił ich u 
siebie,  bo  musiał,  jako  „przejściowych”,  ale  nigdy  nie 
chciał  się  nimi  zajmować;  obchodził  ich  jak 
zadżumionych i starał się pozbyć jak najprędzej. A u tego 
aresztanta,  którego  sprowadzono  ze  Smyrny,  wszystko 
było  dziwne:  pochodził  z  dobrej  tureckiej  rodziny, 
przysłano  z  nim  całe  kufry  książek  i  rękopisów  i 
właściwie nie wiadomo, czy jest przy zdrowych zmysłach. 
(Wariaci  napawali  Karadzioza  zabobonnym  strachem  i 
instynktowną odrazą). Nie mógł go jednakże nie przyjąć. 
W  ten  sposób  Ciamil  trafił  do  jednej  z  ogólnych  cel, 
gdzie,  jak  widzieliśmy,  znalazł  sobie  miejsce  na  dwa 
pierwsze dni. 

Już  drugiego  dnia  człowiek  wysłany  przez  kadiego 

uzyskał  dla  niego  u  wyższych  władz  prawo  do 
oddzielnego  pokoju  i  przyzwoitego  postępowania  z  nim 
na Podwórzu, do przesłuchania, kiedy okaże się, na czym 
polega cała jego sprawa. I to zostało wykonane. 

Przez parę dni brat Piotr obchodził podwórze krokiem 

powolnym, tak jakby czegoś szukał albo kogoś oczekiwał, 
wciąż  przebiegając  spojrzeniem  okna  i  wykusze 

background image

budynków. Od czasu do czasu zbliżał się do niego Chaim. 
Opuścił  już  swoje  miejsce  obok  brata  Piotra  i  dwóch 
kupców, wybrał inne, jeszcze bardziej osamotnione. Jako 
powód  podał  przeciąg.  Jednakże  już  po  paru  dniach 
przyznał się zakonnikowi w zaufaniu, że podejrzewa tych 
kupców  o  szpiegostwo.  Brat  Piotr  roześmiał  się  i 
odpowiedział, że to niemożliwe. Zajrzał przy tym lepiej w 
chudą  twarz  Chaima  i  po  raz  pierwszy  zauważył  na  niej 
wyraz  jakiegoś  dziwnego  skupienia,  jakie  widać  na 
twarzach  ludzi  zmagających  się  ze  swoimi  błędnymi 
myślami i urojonymi strachami. 

Po  dwóch  dniach  Chaim  z  pochyloną  głową, 

dotykając swoim długim haczykowatym nosem ucha brata 
Piotra,  znów  szeptał  mu  o  jakimś  innym  szpiegu  i 
napominał, żeby się pilnował. 

– Daj temu pokój, Chajmo, i nie mów tego nikomu. 
– Wie pan, ja tylko panu... 
– Ależ nie mów nikomu, nawet mnie. O  tym się nie 

mówi  –  bronił  się  brat  Piotr,  którego  krępowało  nagłe  i 
wielkie zaufanie Chaima. 

Powtórzyło  się  to  kilka  razy.  Brat  Piotr  już 

przyzwyczaił się. Klepał go po ramieniu, uspokajał, starał 
się nadać rozmowie ton żartobliwy i prostoduszny. 

–  Który,  powiadasz?  Ten  wysoki,  czarny?  Czy  nie 

widzisz,  człowiecze,  że  on  sam  jest  ledwo  żywy  ze 
strachu?  To  człowiek  niewinny  jak  jagnię,  a  ty  bez 
potrzeby boisz się i podejrzewasz ludzi. 

Chaim  uspokajał  się  na  godzinę  czy  dwie,  ale  nie 

background image

potrafił  długo  utrzymać  się  w  ryzach. Znowu  podchodził 
do  brata  Piotra,  przekonywał  go,  że  jemu  tylko  ufa,  i 
ciągnął przerwaną rozmowę: 

–  Dobrze,  to  nie  ten,  pomyliłem  się  –  powiedzmy, 

„pomyliłem się” – pomyślałem, że to om, ale jest inny, a 
my  nawet  nie  przeczuwamy.  Kim  jest  ten?  Ten,  co  stoi 
przy  bramie,  patrzy  przed  siebie  i  udaje,  że  nic  go  nie 
obchodzi.  Czy  tamten,  co  bezczelnie  każdego  mierzy  od 
stóp do głów? Ten naiwny i głupawy z wyglądu? A może 
żaden  z  nich,  tylko  ktoś  całkiem  inny?  Nie  można  o 
żadnym z nich powiedzieć, że jest..., ale tak samo nikt nie 
wie, że nie... Dlatego każdy z nich może nim być. Każdy! 

–  Daj  spokój  tym  głupstwom,  Chajmo!  –  mówi  brat 

Piotr tracąc po trosze cierpliwość. 

–  Nie,  nie!  Pan  jest,  szanowny  przyjacielu,  dobrym 

człowiekiem, więc pan myśli, że każdy jest dobry. 

– Myślże bracie i ty dobrze, a będzie dobrze. 
–  Hm,  dobrze!  Dobrze?  –  szepce  Chaim  z 

niedowierzaniem i powoli odchodzi ze spuszczoną głową 
i wzrokiem utkwionym w ziemię. 

Nazajutrz przychodzi znów, już wcześnie rano, jak na 

spowiedź. Nawet gdy na chwilę pozbył się swego strachu, 
nie mógł się uspokoić. Wtedy żywo i zawsze dlaczegoś z 
rozdrażnieniem  opowiadał  o  krzywdzie,  jaką  mu 
wyrządzono,  i  o  szkodzie,  którą  poniósł,  o  ludziach  i 
zwyczajach swego miasta. A brat Piotr zawsze korzystał z 
okazji,  żeby  postawić  jakieś  pytanie  o  Ciamil-effendim. 
Chaim  nigdy  nie  zostawiał  go  bez  odpowiedzi.  Nawet  o 

background image

rzeczach, o których już powiedział wszystko, mógł mówić 
jeszcze  długo  i  obszernie,  dodając  wiele  nowych, 
wiarogodnych  szczegółów.  Brat  Piotr  słuchał  uważnie, 
patrząc  na  chudą  twarz  i  wysokie  czoło  Chaima.  Pod 
cienką,  napiętą  skórą  widać  było  cały  układ  kości 
czołowych  i  każde,  nawet  najmniejsze  zagłębienie  w 
czaszce.  Włosy  spadały  na  to  czoło  dziwnymi 
kosmykami,  niezdrowo  kędzierzawe  i  suche,  jakby  je 
gdzieś w korzeniach spalał niewidoczny płomień. 

Kiedy  Chaim  skończywszy  opowiadanie  odchodził 

pochylony  i  zatroskany,  brat  Piotr  odprowadzał  go 
długim, współczującym spojrzeniem. 

Minęły  dwa  dni,  a  Ciamil  nie  pojawiał  się  i  nie 

wracał. Chaim, który, mimo swej własnej udręki, potrafił 
zawsze  skądś  dowiedzieć  się,  czy  przynajmniej  przeczuć 
wszystko,  wyjaśniał,  że  młodzieńca  teraz  na  pewno 
przesłuchują,  a  przez  ten  czas  nie  wypuszcza  się 
oskarżonego  na  podwórze,  żeby  nie  mógł  stykać  się  z 
nikim. Kiedy zakończą śledztwo i prześlą sprawę do sądu, 
pozwolą mu wychodzić na spacer. 

Wszystko  wiedział  i  przewidywał  (choć  nie  zawsze 

trafnie)  ten  Chaim  ze  Smyrny.  W  tym  wypadku  miał 
rację. 

Tego  ranka  brat  Piotr  siedział  na  kamieniu 

zamyślony.  Mimo  woli  słuchał  szaleńczej  kłótni  i 
wrzawy,  która  docierała  do  niego  z  dwu  stron, 
przełamywała się i mieszała w jego uszach. 

Na  lewo  kilku  szulerów  otoczyło  wysokiego 

background image

człowieka. Rozstrzygają między sobą stary szulerski spór 
–  jest  to  swojego  rodzaju  sąd.  Ludzie  są  chmurni, 
rozmowa rzeczowa, sucha i twarda. 

–  Masz  zwrócić  człowiekowi  pieniądze  –  mówi 

cienkim,  ale  strasznym  głosem  wysoki,  który  jest 
widocznie jakimś szulerskim zwierzchnikiem. 

– Tyle mu zwrócę! – krzyczy gniewnie niskawy, silny 

człowiek  o  zaczerwienionych  oczach  i  odmierza  prawą 
rękę od dłoni do łokcia. 

– Widzisz go! Jeszcze zranił człowieka i mało co nie 

zabił – wpadają głosy z boku. 

– A jakbym zabił, to co? 
Gadasz, jakby więzienia nie było! 
–  Niech  sobie  będzie!  Zabiję  go,  jak  tylko  wyjdę,  a 

więzienie odsiedzę. Co mi tam... 

Słychać  głosy  protestu,  a  wśród  nich  można  tylko 

przeczuć  nieubłagany  i  pełen  groźby  głos  wysokiego 
człowieka: 

– Masz zwrócić pieniądze! Słyszysz? 
Z prawej strony hałas jest jeszcze większy i chwilami 

zagłusza całkiem kłótnię szulerów. Widać tu Zaima i tego 
gadatliwego  człowieka  atletycznej  postawy,  grzmiącego 
zachrypłym  basem,  i  jeszcze  jakiegoś  nowego, 
chuderlawego  aresztanta,  którego  nazywają  Softa.  Jak  to 
oni  zawsze,  mówią  o  kobietach.  Zaim  milczy, 
przygotowuje chyba dopiero nowe opowiadanie. Kłócą się 
atleta i Softa. 

Człowiek krzyczy. Znać po jego głosie, że stale przy 

background image

tym podskakuje, tak jak to robią ludzie niskiego wzrostu, 
kiedy chcą nadać większą wagę swoim słowom: 

– Ormianki, Ormianki to są kobiety! 
–  Co  tam  Ormianki?  Jakie  Ormianki?  I  ty  mnie 

mówisz o ormiańskich kobietach. Ty? Małoletni? 

– Mam trzydzieści jeden lat! 
– Cóż z tego, tu nie chodzi o lata. Ty jesteś już taki – 

małoletni, i taki zostaniesz, choćbyś miał pięćdziesiąt lat. 
Rozumiesz?  Ty  jesteś  małoletni  i  mało  masz  rozumu,  i 
mało krwi, i w ogóle jesteś wszystko – mało. 

– A ty jesteś wszystko, co jest „dużo” – mówi sucho i 

niedowcipnie drobny człowiek, wśród ogólnego wybuchu 
śmiechu. 

– No, popatrz, nawet teraz nie trafiłeś. Jeśli już chcesz 

wiedzieć,  ja  jestem  to  wszystko,  czego  jest  za  dużo,  i 
dlatego  nic  po  mnie.  Tak,  i  ja  jestem  do  niczego.  Ale  ty, 
tyyy?! 

Zachrypły  bas  powiedział  jeszcze  jakieś  krótkie 

słowo, które zginęło w głośnym śmiechu słuchaczy. 

Potem znów odzywa się bas. Mówi o kobietach i ich 

miłości. O niczym innym nie potrafi. 

–  Ormianka  ci  jest  taka  jak  ogień  w  lesie:  trudno  ją 

rozpalić, a kiedy raz zapłonie, nikt jej nie może ugasić. To 
nie  kobieta,  to  pańszczyzna.  Pokusa,  która  lepi  się  do 
człowieka  i  zostajesz  niewolnikiem  jej  i  jej  rodziny.  I  to 
nie tylko żywych, ale umarłych i jeszcze nie urodzonych. 
Zjedzą  cię,  a  wszystko  uczciwie  i  zgodnie  z  prawem, 
tylko  uczciwie  i  po  prawie  bożym.  (Wszyscy  oni  Boga 

background image

mają  za  wspólnika).  Ormianka  jest  przez  sześć  dni  w 
tygodniu nie umyta, myje się tylko przy święcie. Kosmata 
aż po oczy i pachnie czosnkiem. A Czerkieska? 

– To dopiero kobieta! – próbuje mu wtórować ktoś z 

boku. 

–  Kobieta?  –  wyraża  niezadowolenie  bas,  a 

wymówione 

słowo 

przybiera 

kształt 

żarliwego 

westchnienia.  –  To  jest  bracie  letni  dzień,  a  nie  kobieta. 
Letni  dzień,  kiedy  nie  wiesz,  co  piękniejsze:  ziemia  czy 
niebo nad nią. Ale tu musisz być kuty na cztery nogi. I to 
nie wystarczy, najlepszy majster może wpaść. To nie tak 
jak z ptakiem, co to kiedy go schwycisz, to już masz. To 
się nie trzyma człowieka, przelewa się jak woda i choćbyś 
miał, tak jakbyś nigdy nie miał. Nie ma ona pamięci i nie 
wie, co to rozum, co dusza, a co miłosierdzie. Czort jeden 
wie, czego się po niej można spodziewać. 

I  znów  padło  jakieś  krótkie  i  niezrozumiałe  słowo, 

wywołując  gromki  śmiech.  Brat  Piotr  otrząsnął  się  z 
zadumy  i  podniósł,  żeby  usiąść  nieco  dalej.  Wstał,  ale 
zaraz zatrzymał się zaskoczony. Z cichym i zakłopotanym 
pozdrowieniem stał przed nim Ciamil. 

Tak zwykle bywa. Ci, których pragniemy ujrzeć, nie 

przychodzą  wtedy,  kiedy  o  nich  myślimy  i  gdy  ich 
najbardziej  wyczekujemy,  a  zjawiają  się  w  chwili,  kiedy 
jesteśmy  myślami  najdalej  od  nich.  Naszej  radości  z 
powodu  ponownego  widzenia  trzeba  więc  trochę  czasu, 
żeby  podniosła  się  z  dna,  gdzie  została  zepchnięta,  i 
wydostała na powierzchnię. 

background image

Usunęli  się  nieco  na  bok  od  rozkrzyczanego  i 

śmiejącego się tłumu. 

– Ech, widzisz, widzisz! – odezwał się pierwszy brat 

Piotr i kilka razy w roztargnieniu powtórzył te dwa słowa, 
kiedy  już  siedzieli  jeden  obok  drugiego.  (Jego  radość 
znajdowała zadowolenie w tym nawet, że wydaje się być 
mniejsza, niż jest w istocie). 

Dalekie  i  dawne  wydało  się  naraz  wszystko,  choć 

przeszło  zaledwie  parę  dni  od  ich  ostatniej  rozmowy. 
Młodzieniec widocznie schudł. Ciemne koła pod oczyma 
stały  się  bardziej  wyraziste,  a  twarz  jeszcze  drobniejsza, 
powiewny  uśmiech  opromieniał  ją  skądś,  jakby  z 
zewnątrz,  i  nadawał  jej  wyraz  lekkiego  zakłopotania. 
Ubranie  na  nim  było  trochę  wymięte,  broda  większa  i 
zapuszczona,  a  on  cały,  jeszcze  bardziej  i  w  jakiś  nowy 
sposób, bojaźliwy i powściągliwy. 

Niezwykła  przyjaźń  między  młodym  pankiem, 

Turkiem  ze  Smyrny,  i  cudzoziemcem,  chrześcijaninem  z 
Bośni,  jakby  rosła  przez  te  kilka  dni  ich  niewidzenia, 
rozwinęła się i ustaliła w tym dziwnym więzieniu szybko i 
niespodziewanie,  jak  to  może  stać  się  tylko  w  tak 
wyjątkowych  okolicznościach.  Ich  rozmowy  nie  były 
teraz niczym innym jak powolnym opowiadaniem tego, co 
kiedyś widzieli i przeczytali. (O sobie nikt nic nie mówił). 
Różniły  się  od  wszystkiego,  co  można  tu  było  słyszeć. 
Spędzali  razem  cały  dzień  od  rana  do  wieczora,  kiedy 
każdy  z  nich  odchodził  do  swojej  celi.  Przerywali  tylko 
wtedy,  kiedy  Ciamil  szedł  na  modlitwę  w  południe  i  na 

background image

dwie godziny przed zachodem słońca. Jak i dotąd – więcej 
mówił  brat  Piotr,  jednak  udział  młodzieńca  w  rozmowie 
wzrastał stale, powoli i niedostrzegalnie, chociaż jego głos 
i teraz dźwięczał tylko jak echo czyjegoś mocniejszego  i 
bardziej  określonego  głosu,  a  po  paru  słowach  zawsze 
przechodził w szept. 

Takim  głosem  pewnego  dnia  (brat  Piotr  znowu  nie 

mógł  sobie  przypomnieć,  kiedy  i  jak)  do  tej  pory 
małomówny 

Ciamil 

zaczął 

opowiadać 

historię 

Dżem-sułtana.  I  odtąd  aż  do  końca  nie  mówił  o  niczym 
innym. 

Powód  był  przypadkowy,  przynajmniej  tak  się 

wydawało.  Cicho,  jakby  chodziło  o  coś  najzupełniej 
zwyczajnego, Ciamil zapytał: 

–  Czy  nie  natrafił  pan  w  historii  na  imię  sułtana 

Dżema, brata Bajazeta II? 

–  Nie  –  odpowiedział  spokojnie  brat  Piotr  myśląc  z 

podnieceniem o opowieściach Cbaima i ukrywając każdy 
ślad swojego zaciekawienia. 

– Nie słyszał pan... nie? 
Widocznie  zwlekał.  Po  chwili  jednak,  po  kilku 

wstępnych  słowach,  które  wymawiał  z  wymuszoną 
obojętnością, zaczął. 

 

background image

 
Jest  to  odziana  w  nowy  i  odświętny  kształt 

starodawna  opowieść  o  dwu  braciach.  –  Od  początku 
świata, od wieku wieków istnieją, nieustannie rodzą się na 
nowo  i  odradzają  –  dwaj  bracia-rywale.  Starszy  jest 
mądrzejszy,  silniejszy,  bliższy  światu  i  rzeczywistemu 
życiu,  i  wszystkiemu  temu,  co  wiąże  i  porusza 
społeczeństwo  ludzkie;  jest  człowiekiem,  któremu 
wszystko się udaje, który w każdej chwili wie, co trzeba, a 
czego  nie  trzeba  robić,  co  można,  a  czego  nie  można 
wymagać  od  innych  i  od  siebie.  Młodszy  jest  jego 
zupełnym przeciwieństwem. Żyje krótko, nie opuszcza go 
złe  szczęście  i  zawsze  pierwszy  jego  krok  jest  błędny. 
Jego dążenia mijają się z tym, co trzeba i przewyższają to, 
co  można.  W  starciu  ze  starszym  bratem,  które  jest 
nieuniknione, on z góry przegrywa bitwę. 

Dwu braci stanęło przeciw sobie, kiedy w roku 1481 

pewnego  majowego  dnia,  podczas  wojennego  pochodu 
zmarł nagle sułtan Mohammed II Zdobywca: starszy brat, 
Bajazet,  który  miał  lat  trzydzieści  cztery,  i  młodszy  – 
Dżem,  który  dopiero  ukończył  dwudziesty  czwarty  rok 
życia.  Bajazet  był  gubernatorem  Amazji  z  siedzibą  nad 
Morzem Czarnym, zaś Dżem gubernatorem Karamanii ze 
stolicą  w  Konii.  Bajazet  –  ciemnolicy,  wysoki  nieco 
pochylony i milczący, a Dżem – rozrośnięty, jasnowłosy i 
silny,  gwałtowny  i  niespokojny.  Dżem,  mimo  że  jeszcze 

background image

młody, skupił na swym dworze w Konii krąg ludzi nauki, 
poetów  i  muzyków,  sam  zresztą  pisał  dobre  wiersze. 
Ponadto  był  dobrym  pływakiem,  atletą  i  myśliwym.  Bez 
miary  oddawał  się  myślom  i  uciechom,  dzień  był  dla 
niego za krótki i odejmował od nocy i snu, ile tylko mógł, 
żeby go przedłużyć. Znał grecki i czytał po włosku. 

Bajazet  należał  do  ludzi,  o  których  mówi  się  mało. 

Zimnokrwisty i odważny, świetny strzelec na wojnie, był 
nie  tylko  starszy  i  bardziej  doświadczony,  lecz  także  ze 
względu  na  swoje  skłonności  o  wiele  lepiej  znał  wielkie 
cesarstwo  ojca,  jego  ustrój  i  prawa,  źródła  dochodów  i 
stosunki  z  resztą  świata.  Był  jednym  z  tych,  którzy  w 
każdej chwili zajmują się tylko jedną myślą, i to właśnie 
najpotrzebniejszą i najkorzystniejszą. 

W  wyścigu  do  opróżnionego  tronu  Bajazet  był 

szybszy i zręczniejszy. Dżem miał więcej zwolenników na 
dworze  i  w  wojsku.  (Wiedziano,  że  sułtan  Mohammed 
bardziej sprzyjał młodszemu synowi i pragnął, aby on po 
nim  dziedziczył).  Jednakże  ludzie  Bajazeta  byli  lepiej 
powiązani z nim i między sobą i działali szybciej. Bajazet 
pierwszy  przybył  do  Stambułu  i  objął  władzę.  Zaraz 
zaczął zbierać wojsko przeciw bratu, który wraz ze swoją 
armią znajdował się w drodze z Karamanii do Stambułu. 

Wojsko  Dżema  pod  Kedyk-paszą  doszło  do  Brusy, 

dawnego  ośrodka  państwa  osmańskiego,  pięknego, 
zielonego miasta na zboczach wielkiej góry, i zajęło je po 
walce.  W  dolinie  stało  już  wojsko  Bajazeta  pod 
Ajaspaszą.  Zaczęły  się  rokowania.  Każdy  z  braci  miał 

background image

dosyć  dowodów  swego  prawa  i  pierwszeństwa.  Bajazet 
był  starszy  i  bardziej  stateczny,  już  uznany  za  władcę  w 
Stambule. Dżem swoje prawa do tronu opierał na innych 
dowodach.  Bajazet  urodził  się  z  matki  niewolnicy  za 
rządów  ich  dziada,  Amurata  II,  kiedy  ich  ojciec  był 
jeszcze  tylko  następcą  tronu.  Dżem  przyszedł  na  świat, 
kiedy  Mohammed  II  był  już  sułtanem,  a  jego  matka 
pochodziła  z  książęcego  rodu  z  Serbii.  Sam  sułtan 
Mohammed  za  życia,  nie  wypowiadając  się  nigdy 
otwarcie, dawał  do  zrozumienia,  że  młodszy  syn jest  mu 
bliższy  i  że  w  duszy jemu  przeznaczył  tron. A  jednego  i 
drugiego  podtrzymywali  potężni  pasze,  kierowani  bądź 
szczerym oddaniem, bądź też własnymi interesami. 

I  jak  to  zawsze  bywa,  każdy  z  obu  braci  znajdował 

dla siebie dosyć potwierdzeń we wszystkim i dosyć wiary 
w swoje racje i swoje siły. 

W  takich  warunkach  rozmowy  nie  mogły  dać 

rezultatów.  Dżem  żądał  swojej  części  cesarstwa  w  Azji, 
zaś  Bajazet  spokojnie  odpowiadał,  że  cesarstwo  jest 
jedno,  niepodzielne  i  że  sułtan  może  być  tylko  jeden,  a 
bratu proponował, żeby z haremem osiadł w Jerozolimie i 
tam  żył  w  spokoju  z  wielkiej  sumy  pieniędzy,  którą  on 
będzie  mu  wypłacał  co  roku.  O  tym  Dżem  nie  chciał 
słyszeć.  Doszło  do  walki.  Eajazet  już  dawniej  potrafił 
wśród  doradców  brata  umieścić  swojego  człowieka, 
Jakubbeja.  Dżem  został  zwyciężony  i  ledwie  zdołał 
wynieść  głowę.  Uciekł  do  Egiptu,  gdzie  przyjął  go 
życzliwie  tamtejszy  sułtan,  któremu  waśń  braci  była  na 

background image

rękę.  Jeszcze  raz,  wspomagany  przez  egipskiego  sułtana, 
spróbował  szczęścia,  ale  znów  został  pobity.  Znalazł  się 
na wybrzeżu Małej Azji bez wojska, z garstką najbardziej 
oddanych  ludzi.  (Jego  matka  i  żona  z  trojgiem  małych 
/dzieci  pozostały  w  Egipcie).  Nie  mając  innego  wyjścia, 
wiedząc, co go czeka, jeśli będzie schwytany, zdecydował 
się  na  ucieczkę  na  wyspę  Rodos  i  poprosił  tamtejsze 
władze chrześcijańskie o schronienie. 

Rodos,  który  był  przed  kilku  laty  bezskutecznie 

oblegany  przez  Mohammeda  II,  znajdował  się  w  rękach 
potężnego  katolickiego  zakonu  joannitów,  Zakonu 
Rycerzy  Jerozolimskich  świętego  Jana,  i  stanowił 
wysunięty, 

umocniony 

punkt 

zachodniego 

chrześcijańskiego  świata.  Dżem  już  poprzednio  poznał 
rycerzy,  bo  na  rozkaz  ojca  prowadził  z  nimi  rokowania. 
Zwrócił  się  więc  do  nich  z  prośbą  o  schronienie,  a  oni, 
jakby  na  to  czekali,  od  razu  wysłali  galeon,  który 
przewiózł  niedoszłego  sułtana  i  całą  jego  świtę  –  około 
trzydziestu ludzi – z azjatyckiego brzegu na Rodos. 

Odszczepieniec  i  pretendent  do  tronu  został 

przywitany  z  cesarskimi  honorami  przez  mistrza  zakonu 
rycerskiego 

– 

Piotra 

d’Aubisson, 

wszystkich 

rycerzy-zakonników  i  całą  ludność  wyspy.  Wielki  mistrz 
powtórnie zapewniał Dżema, że gwarantuje mu wolność i 
prawo  azylu.  Wspólnie  doszli  do  porozumienia,  że 
najlepiej  by  było,  gdyby  wybrał  Francję  jako  kraj,  w 
którym będzie przebywał, dopóki szczęście nie dopomoże 
mu wrócić na tron do Turcji. 

background image

Dżem  ze  świtą  został  wysłany  do  Francji,  zaś 

d’Aubisson 

zaczął  zabiegać,  żeby  jak  najlepiej 

wykorzystać nieszczęśliwego księcia w interesie swojego 
zakonu,  całego  chrześcijaństwa,  a  także  w  swoim 
własnym.  Widział  jasno,  jak  ważnego  zakładnika  ma  w 
rękach.  Po  przyjeździe  do  Francji  Dżem  nie  został 
wypuszczony  na  wolność,  jak  go  zapewniano,  trzymano 
go  jak  więźnia  w  warownych  zamkach  należących  do 
Zakonu Rycerzy Jerozolimskich. 

Wokół  „brata  sułtana”  tworzy  się  wir  intryg  i 

kombinacji,  w  których  uczestniczą  wszystkie  ówczesne 
państwa  europejskie,  papież  i,  oczywiście,  sam  sułtan 
Bajazet.  Zarówno  Maciej  Korwin,  jak  papież  Innocenty 
VIII  żądali,  żeby  im  oddać  Dżema,  którym  zamierzali 
posłużyć  się  w  walce  przeciw  Turcji  i  Bajazetowi  II. 
Przebiegły  Piotr  d’Aubisson  zatrzymuje  jednakże 
drogocennego  niewolnika  w  swoich  rękach  i  w 
nadzwyczaj  zręczny  sposób  szantażuje  wszystkich: 
Bajazeta,  sułtana  Egiptu,  papieża.  Bajazet  płaci  mu 
ogromną sumę na utrzymanie brata, w istocie za to, żeby 
nie puszczał go i nie oddawał nikomu. Papież obiecuje mu 
kapelusz  kardynalski  za  wydanie  księcia-pretendenta. 
Sułtan  Egiptu  również  daje  mu  znaczne  sumy.  Nawet 
nieszczęśliwa  matka  zakładnika,  która  przebywa  w 
Egipcie  i  nie  ustaje  w  swych  staraniach  o  wyzwolenie 
syna, przesyła mu pieniądze dla Dżema, a on zatrzymuje 
je dla siebie. 

Ta walka o „brata sułtana” i zręczna gra d’Aubissona 

background image

trwały  lat  osiem.  Przez  cały  czas  książę  przebywa  to  w 
jednym, to w drugim zamku we Francji, zawsze pod silną 
strażą  rycerzy  jerozolimskich.  Stopniowo  pozbawiają  go 
świty. Pod koniec zostaje mu zaledwie czterech czy pięciu 
wiernych  towarzyszy.  Wszystkie  próby  ucieczki  z  rąk 
wiarołomnych  rycerzy  :nie  udają  się.  Sułtan  Bajazet  ze 
swojej  strony  robi,  co  może,  żeby  wyzwolić  się  od 
nacisku, który wywiera na niego cały świat chrześcijański 
przy  pomocy  nieszczęsnego  brata.  Zdobywa  wiadomości 
o nim poprzez Wenecjan, Dubrowniczan i króla Neapolu, 
utrzymuje stały kontakt z Piotrem d’Aubisson i czyni mu 
znaczne ustępstwa wszelkiego rodzaju. Ich interesy mimo 
wszystko  są  w  pewnym  sensie  zbieżne.  D’Aubissonowi 
zależy  na  tym,  żeby  jak  najdłużej  zatrzymać  Dżema  w 
swoich rękach i szantażować nim po trochu cały świat, a 
dla  Bajazetana  ważniejsze  jest,  że  jego  brat-rywal 
znajduje  się  w  jakimś  pewnym  więzieniu,  a  nie  na  czele 
wojska uderzającego na Turcję. 

W ósmym roku pobytu Dżema we Francji – a jest to 

rok  1488  –  dyplomatyczna  walka  o  jego  OibObę  osiąga 
szczyt. Do Francji przybywają wysłannicy ze wszystkich 
stron  i  wszyscy  mają  za  swój  główny  cel  osobę 
księcia-pretendenta. 

Wysłannik 

Bajazeta, 

Grek-chrześcijanin  Antonio  Reriko,  wspomagany  przez 
wysłannika króla Neapolu, jawnie i potajemnie proponuje 
królowi  francuskiemu  i  jego  dworzanom  wielkie  sumy, 
obiecuje  władzę  nad  Jerozolimą,  kiedy  Bajazet  zwycięży 
sułtana  Egiptu  i  podbije  to  miasto,  rozdaje  podarunki 

background image

chciwym  dworakom  i  damom  dworu.  W  tym  samym 
czasie  węgierski  król  Maciej  Korwin  przysyła  wspaniałe 
poselstwo i domaga się brata sułtana, bo zamierza napaść 
Bajazeta.  Najżywszą  zaś  działalność  rozwija  poselstwo 
papieża  Innocentego  VIII,  który,  choć  już  stary  i 
schorowany,  nie  porzuca  swego  zamiaru  wezwania 
władców  chrześcijańskich  na  wojnę  krzyżową  przeciw 
Turcji. A do tego potrzebny mu był sułtan-odszczepieniec 
jako narzędzie. 

Wielki  mistrz  z  wyspy  Rodos  zmierza  jednak  do 

swojego  celu.  Udaje  mu  się  narzucić  królowi 
francuskiemu  własny  punkt  widzenia:  Dżema  należy 
wydać papieżowi. W lutym 1489 roku rycerze w Tulonie 
wsadzają  „brata  sułtana”  z  małą  świtą  na  galeon.  Po 
długiej  i  uciążliwej  podróży  statek  przybija  do  brzegu  w 
Civitta Vecchia, gdzie wita go wielkie poselstwo papieża. 
We  wspaniałym  orszaku  Dżem  wjeżdża  do  Rzymu.  Na 
jego  spotkanie  wychodzą  kardynałowie,  cały  dwór 
papieski, przedstawiciele  dyplomatyczni.  On  i jego  świta 
w  barwnych  wschodnich  strojach,  na  pięknych  koniach. 
Nazajutrz papież na uroczystej audiencji przyjął z wielką 
łaskawością  tak  upragnionego  tureckiego  księcia.  Dżem 
nie  złożył  pokłonu, jak  to  robią  wszyscy  inni,  lecz  wziął 
papieża w ramiona jak równy równego i władca władcę. 

Piotr  d’Aubisson  został  kardynałem,  a  jego  zakon 

uzyskał  nie  tylko  uznanie,  lecz  również  rzeczowe 
przywileje od papieża. 

W  kilka  dni  później  papież  przyjął  Dżema  na 

background image

audiencji  prywatnej.  Tu  rozmawiali  szczerzej.  Gość 
oświadczył, że rycerze z Rodos oszukali go i trzymali go 
dotąd  w  więzieniu.  Prosił  papieża,  aby  go  puścił  do 
Egiptu,  gdzie  przebywa  jego  rodzina.  Mówił  tak 
wzruszająco,  że  papieżowi  łzy  napłynęły  do  oczu. 
Pocieszał księcia w pięknych słowach, ale na słowach też 
się wszystko skończyło. 

Wielka gra dyplomatyczna rozwija się dalej i staje się 

coraz żywsza. Papież przeprowadza akcję mającą na celu 
stworzenie  ligi  władców  chrześcijańskich.  W  wyprawie 
krzyżowej Dżem ma odegrać ważną rolę, a Watykan jest 
dla  niego  złotą  klatką.  Maciej  Korwin  domaga  się  jego 
wydania  –  chce,  żeby  znalazł  się  na  czele  jego  wyprawy 
przeciw  Turcji.  To  samo  robi  sułtan  Egiptu  i  proponuje 
okup  w  wysokości  sześciuset  tysięcy  dukatów  i  jeszcze 
sześćdziesięciu tysięcy od matki księcia. 

W  roku  1490  umiera  Maciej  Korwin.  Jest  to  ciężki 

cios  dla  idei  ogólnochrześcijańskiej  wyprawy  przeciw 
Turcji. Bajazet dowiedziawszy się, że Dżem znajduje się 
w  rękach  papieża,  wysyła  swego  specjalnego 
przedstawiciela  do  Rzymu.  Papież  przyjmuje  go  i  wtedy 
wychodzą  na  jaw  wszystkie  kłamstwa  i  intrygi 
d’Aubissona, jak również ogromne sumy pieniędzy, które 
przyjmował  on  od  sułtana.  Władca  Turcji  przedkłada 
papieżowi,  aby  zatrzymał  jego  brata  u  siebie  na  tych 
samych warunkach, na jakich go więzili rycerze z Rodos, 
tj.  za  pewne  ustępstwa  polityczne  i  czterdzieści  tysięcy 
dukatów  rocznie.  Wysłannik  miał  rozkaz,  żeby  wypłacić 

background image

sumę  stu  dwudziestu  tysięcy  dukatów,  czyli  trzy  raty 
roczne, dopiero  wtedy, kiedy osobiście zobaczy Dżema  i 
przekona się, że żyje i jest naprawdę tutaj. Ten zgadza się 
go przyjąć, ale tylko jako sułtan, z pełnym ceremoniałem. 
Siedział ze skrzyżowanymi nogami na specjalnym tronie, 
otoczony  przez  swoją  świtę.  Obok  niego  jeden  z 
kardynałów.  Wysłannik  Bajazeta  padł  na  twarz  przed 
Dżem-sułtanem i oddał  mu list i podarunki  od brata.  List 
został  Dżemowi  przeczytany  na  ucho.  Podarunki,  nie 
spojrzawszy na nie, oddał swojej służbie, żeby podzieliła 
je między siebie. 

Innocenty  VIII  nie  ustaje  w  swej  pracy  nad 

stworzeniem  ligi  przeciw  Turcji,  a  Bajazet  przeprowadza 
swoje plany wojenne przeciw Węgrom i Wenecji. W tym 
wszystkim  osoba  Dżema  odgrywa  ważną  rolę.  Sułtan 
przesyła  papieżowi  „włócznię,  którą  przebito  Chrystusa 
na krzyżu”, i inne drogocenne relikwie, żądając od niego 
w zamian tylko jednego: zatrzymania jego brata w niewoli 
i  niewydawania  go  nikomu.  Papież  zaś  domaga  się  od 
Bajazeta, żeby nie napadał krajów chrześcijańskich, bo w 
przeciwnym wypadku wykorzysta Dżema i postawi go na 
czele wielkiej wyprawy przeciw Turcji. 

Tymczasem  umiera  Innocenty  VIII.  Na  czas 

konklawe  turecki  książę  zostaje  dla  większego 
bezpieczeństwa  zamknięty  w  zamku  świętego  Anioła. 
Nowym  papieżem  wybrano  kardynała  Rodrigo  Borgię, 
który przyjął imię Aleksandra VI. 

Wydawało  się,  że  dla  papieskiego  więźnia  nastały 

background image

lepsze  czasy.  Zaprzyjaźnił  się  z  synami  nowego  papieża, 
poruszał  się  z  większą  swobodą,  uczestniczył  w 
uroczystościach.  We  współczesnych  kronikach  i  listach, 
jak  również  na  obrazach,  Dżema  przedstawiają  jako 
człowieka  trzydziestoletniego,  wyglądającego  na  więcej 
niż  czterdzieści  lat.  Otyły,  ciemnolicy,  z  zupełnie 
opuszczoną  lewą  powieką,  co  sprawia,  że  wygląda  jak 
człowiek,  który  celuje.  Pochmurny  i  porywczy, 
niemiłosierny  dla  sług,  oddaje  się  uciechom,  przede 
wszystkim piciu, bo w nim szuka snu i zapomnienia. 

W tym czasie dochodzi do nowych wielkich powikłań 

wśród  zachodnich  władców  chrześcijańskich.  Młody 
francuski król Karol VIII wyrusza z wojskiem do Włoch, 
żeby  zająć  królestwo  neapolitańskie,  do  którego  rości 
sobie  prawo,  a  stamtąd,  jak  twierdzi,  chce  poprowadzić 
wojska  ligi  chrześcijańskiej  na  wyprawę  krzyżową 
przeciw Turcji. Papież robi wszystko, żeby uniemożliwić 
jego  wkroczenie  do  Italii.  Prowadzi  wtedy  właśnie 
rozmowy  z  Bajazetem  i  nawet  u  niego  szuka  poparcia 
przeciw  królowi  francuskiemu.  Bajazet  przesyła  mu 
umówioną  sumę  czterdziestu  tysięcy  wenecjańskich 
dukatów  na  roczne  utrzymanie  brata,  a  w  specjalnym, 
osobistym  liście  oferuje  papieżowi  trzysta  tysięcy 
dukatów  za  wydanie  mu  martwego  Dżema.  Tą 
korespondencję  przechwytują  i  ogłaszają  przeciwnicy 
papieża we Włoszech. 

Karol  VIII  wdziera  się  do  Italii.  Opanowuje  szybko 

miasto za miastem i ostatniego dnia 1494 roku wkracza do 

background image

Rzymu.  Papieżowi  nie  pozostaje  nic  innego  jak  próba 
porozumienia  się  z  młodym  zdobywcą  tak,  aby  wyjść  z 
jak  najmniejszymi  szkodami.  Karol  żąda  między  innymi 
od  papieża  wydania  „brata  sułtana”,  którym  on  także 
zamierza  się  posłużyć  w  walce  z  Bajazetem.  Stanęło  na 
tym, że król francuski zabiera Dżema z sobą na wyprawę 
przeciw  Neapolowi,  a  później  przeciw  Turcji.  Papież 
żądał jedynie gwarancji, że po skończonej wojnie otrzyma 
z  powrotem  drogocennego  jeńca.  W  umowie  zastrzegł 
sobie  również  prawo  do  tych  czterdziestu  tysięcy 
dukatów,  które  sułtan  regularnie  wpłaca  na  utrzymanie 
swego brata. 

Podczas  uroczystej  audiencji,  w  obecności  licznych 

świadków,  papież  przekazał  tureckiego  księcia  i  jego 
liczbą 

już 

zupełnie 

nieznaczną 

świtę 

królowi 

francuskiemu.  Kiedy  swoją  decyzję  zakomunikował 
Dżemowi,  ten  oświadczył,  że  jest  niewolnikiem  i 
wszystko mu jedno, kto go trzyma w niewoli, papież czy 
Karol VIII. 

Papież  usiłował  w  pięknych  słowach  uspokoić  go  i 

przekonać  o  swojej  przyjaźni,  a  król  potraktował  go  z 
należytym szacunkiem i obchodził się z nim jak z władcą. 

Kiedy Karol VIII wyruszył przeciw królowi Neapolu, 

zabrał  z  sobą  Dżema  ze  świtą  i  syna  papieża,  Cezarego, 
kardynała  Walencji,  jako  zakładnika.  Jednakże  w  drodze 
przebiegły  Cezare  zbiegł,  a  turecki  książę  rozchorował 
się.  Chorował  zaledwie  parę  dni.  Zmarł  w  Kapui,  kiedy 
wojsko króla Francji podchodziło pod Neapol. 

background image

Swojej  świcie,  która  spędziła  z  nim  wszystkie  lata 

niewoli,  polecił  przenieść  bezwarunkowo  jego  ciało  do 
Turcji,  żeby  niewierni  nie  ciągnęli  z  niego  korzyści  i  po 
jego śmierci. Podyktował list do brata Bajazeta, w którym 
prosił  o  pozwolenie  na  powrót  do  Stambułu  dla  jego 
rodziny i o względy dla wiernych towarzyszy długich lat 
niewoli. 

Karol  VIII  rozkazał  zabalsamować  ciało  Dżema  i 

złożyć je do ołowianej trumny. 

W Italii zaczęła szerzyć się pogłoska, że papież otruł 

„brata  sułtana”,  bądź  też  już  otrutego  wydał  królowi. 
Wenecjański 

senat 

pierwszy 

pośpieszył 

zawiadomieniem  Bajazeta  o  śmierci  Dżema  –  chciał 
wyprzedzić  innych  komunikując  tę  tak  przyjemną  dla 
potężnego sułtana wieść. 

Wyprawa Karola VIII skończyła się nędznie. On sam 

wrócił  do  Francji  i  wkrótce  umarł.  Ciało  tureckiego 
księcia pozostało w rękach króla Neapolu. W sprawie tego 
martwego  ciała  prowadzono  długą  korespondencję. 
Kolejny  „posiadacz”  nieszczęsnego  pretendenta  do  tronu 
chciał  uzyskać  jak  najlepszą  cenę.  Papież  Aleksander  VI 
także  zażądał  swojej  części.  Król  Neapolu  wyciągnął 
jednak korzyść dla siebie. Martwe ciało posłużyło mu do 
zawarcia  korzystnego  traktatu  z  sułtanem.  Dopiero  we 
wrześniu  1494  roku  wydano  je  Bajazetowi,  który 
uroczyście  pochował  brata  w  grobowcu  w  Brusie,  gdzie 
spoczywają wszyscy władcy tureccy. 

background image

VI 

 
Takie były dzieje sułtana Dżema, przedstawione tutaj 

zwięźle i nieco odmiennie, niż brzmiały w ustach Ciamila. 
On  bowiem  mówił o  wiele  dłużej  i  żywiej,  nadając  całej 
historii  inne  znaczenie.  A  wszystko  sprowadzało  się  do 
jednego: istnieją dwa światy i między nimi nie może być 
żadnego 

punktu 

stycznego, 

żadnej 

możliwości 

porozumienia;  dwa  straszne  światy,  skazane  na  wieczną 
wojnę  w  tysiącu  postaci.  Zaś  między  nimi  jest  człowiek 
skłócony z jednym i drugim. Sułtański syn, sułtański brat, 
który  sam,  w  swoim  najgłębszym  przekonaniu,  jest 
sułtanem, a zarazem najnieszczęśliwszy z ludzi. Najpierw 
zdradzony  i  zwyciężony,  potem  oszukany  i  pozbawiony 
wolności,  osamotniony  i  odgrodzony  od  wszystkich, 
nawet  od  przyjaciół,  skazany  na  tragiczne  rozdarcie, 
wystawiony  na  urągowisko  całego  świata,  a  jednak  z 
dumnym  postanowieniem  w  sercu,  że  wytrwa  w  tym 
położeniu,  że  pozostanie  tym,  czym  jest,  że  nie  straci  z 
oczu  swego  celu  i  nie  ustąpi  ani  bratu'0prawcy,  ani 
niewiernym,  którzy  go  zdradziecko  oszukują,  sprzedają  i 
odprzedają. 

Brat  Piotr,  śledząc  wszystkie  przemiany  i 

przesunięcia  w  niezwykłym  życiu  Dżem-sułtana, 
nasłuchał  się  cudzoziemskich  imion  miast  i  potężnych 
ludzi,  cesarzy,  królów,  papieży,  książąt  i  kardynałów, 
jakich  przez  całe  swoje  życie  nie  słyszał.  Nie  mógł 

background image

zapamiętać  ani  powtórzyć  wszystkich  tych  imion. 
Zdarzało  się  często,  że  słuchając  gubił  wątek  opowieści 
młodzieńca  i  nie  wiedział,  kto  w  tej  historii  z  kim  jest 
spokrewniony,  a  kogo  oszukuje,  kupuje  i  sprzedaje. 
Czasami  przestawał  uważać  i  myślał  o  swojej  biedzie. 
Udawał  jednakże,  że  słucha,  bo  żal  mu  było  człowieka, 
któremu widocznie bardzo zależało na tym, aby wszystko 
opowiedzieć dokładnie do końca. 

Były  w  tej  opowieści  rzeczy  zupełnie  dla  niego 

niezrozumiałe,  takie  jak  wiersze  Dżema  o  losie,  winie  i 
pijaństwie,  pięknych  chłopcach  i  dziewczętach.  Ciamil 
recytował  je  z  pamięci,  tak  jak  własne.  Niektóre  słowa  i 
zdania  wprowadzały  w  zakłopotanie  i  wywoływały 
sprzeciw  zakonnika.  Oburzały  go  ostre  sądy  „brata 
sułtana”  o  papieżach  i  innych  dostojnikach  kościoła. 
Uważał  jednak,  że  nie  miejsce  i  pora  na  rozprawianie  o 
tym  i  wyjaśnianie.  Tym  bardziej  że  wielu  z  tych  spraw 
sam  nie  rozumiał.  Trzeba  dać  człowiekowi  powiedzieć 
wszystko.  Do  niego  zawsze  i  wszędzie  –  a  także  tutaj  – 
ludzie  zbliżali  się  swobodnie,  szybko  tworzyła  się  więź 
łącząca  go  z  nimi,  łatwo  mu  się  zwierzali.  A  on  to 
przyjmował  jako  rzecz  naturalną,  zrozumiałą  i  starał  się 
tylko uważnie ich wysłuchać zawsze, a więc i tym razem. 

Z  młodzieńcem  ze  Smyrny  trwało  to  dłużej  i 

zmierzało  dalej.  Godzinami  potrafił  w  zapamiętaniu 
mówić o losach sułtana Dżema, jakby chodziło o coś, co 
trzeba powiedzieć jak najprędzej, jeszcze w tej chwili, bo 
jutro  może  być  za  późno.  Posługiwał  się  to  tureckim,  to 

background image

włoskim,  zapominając  w  pośpiechu  przetłumaczyć 
francuskie  i  hiszpańskie  cytaty,  które  przytaczał  z 
pamięci. 

Rozmowa  zaczynała  się  wcześnie,  w  ciepłym,  coraz 

to  krótszym  cieniu  jakiegoś  okapu.  Potem  szukali 
schronienia  w  innych  ustronnych  miejscach  wielkiego 
podwórza,  stale  uciekając  przed  słonecznym  żarem  i 
głośnymi, natrętnymi zabawami i kłótniami aresztantów. 

Brat  Piotr  zauważył,  że  Chaim  nigdy  nie  podchodzi 

do  niego  podczas  tych  rozmów,  lecz  czeka  na  chwilę, 
kiedy może go spotkać samego. Zdarzało się natomiast, że 
ktoś  z  aresztantów  zbliżał  się  do  nich  i,  przechodząc  z 
udaną obojętnością, starał się usłyszeć przynajmniej  parę 
słów.  Wówczas  Ciamil  przerywał  nagle,  jak  lunatyk 
przebudzony  z  niebezpiecznego  transu,  i  wpadał  w  tępe 
milczenie.  Od  czasu  do  czasu  machinalnie  i  nieszczerze 
powtarzał swoje „tak, tak!” – potem niespodzianie żegnał 
się  chłodno  w  paru  nic  nie  znaczących  słowach  i 
odchodził. 

Nazajutrz  zjawiał  się  w  tym  samym  nastroju,  z 

niejasnymi  śladami  jakichś  nocnych  rozterek  i 
postanowień, małomówny i zamknięty w sobie, z lekkim 
uśmiechem,  który  wszystko  zaciera  i  nic  nie  wyraża,  ze 
zwykłymi słowami o całkiem zwykłych rzeczach. Trwało 
to  krótko.  W  toku  rozmowy  jego  złe  usposobienie 
niedostrzegalnie  znikało.  Nie  wiedząc,  jak  i  dlaczego, 
znów ulegał swojej namiętności. Cicho i żywo, jakby się 
spowiadał, mówił zakonnikowi o Dżemie i o jego losie. 

background image

Już trzeciego dnia cała historia została opowiedziana 

do smutnego i uroczystego końca, do jasnego, wyniosłego 
grobowca  w  Brusie,  którego  białe  mury  zapisane  są 
najpiękniejszymi  surami

[6]

  z  Koranu,  stylizowanymi 

kaligraficznie  na  kształt  dziwnych  kwiatów  i  kryształów. 
Wtedy  zaczął  szczegółowo  opisywać  oddzielne  sceny. 
Płynęły szczęśliwe i nieszczęśliwe dni Dżema, spotkania i 
starcia  z  ludźmi,  miłości,  nienawiści  i  przyjaźnie,  próby 
ucieczki  i  chrześcijańskiej  niewoli,  nadzieje  i  rozpacze, 
rozmyślania  w  czasie  długich  bezsennych  nocy  i  zawiłe 
sny w chwilach, kiedy udało mu się zasnąć, jego dumne i 
gorzkie  odpowiedzi  na  słowa  wysokich  osobistości  we 
Francji  i  Włoszech,  gniewne  monologi  w  samotności, 
wypowiedziane  przez  Ciamila  jakimś  innym,  obcym 
głosem. 

Bez  wstępu  i  widocznego  związku,  bez  określonego 

porządku, młodzieniec zaczynał opowiadać jakąś scenę z 
pierwszych,  czy  też  ostatnich  lat  niewoli  Dżema.  Mówił 
cicho, z opuszczonym spojrzeniem, nie zważając zbytnio, 
czy zakonnik słucha i czy może nadążyć za jego myślami. 

Brat  Piotr  nie  przypominał  sobie  dobrze,  kiedy 

zaczęła  się  ta  opowieść  bez  początku  i  końca.  Tak  samo 
nie  dostrzegł  od  razu  momentu,  ciężkiego  i 
rozstrzygającego  momentu,  w  którym  Ciamil  po  raz 
pierwszy  wyraźnie  przeszedł  z  pośredniego  opowiadania 
cudzego losu na ton osobistego wyznania i zaczął mówić 
w pierwszej osobie. 

(Ja! – To ciężkie słowo określa w oczach ludzi nasze 

background image

miejsce,  fatalne  i  niezmienne,  często  dalekie  od  tego,  co 
wiemy  o  sobie,  niezależne  od  naszej  woli  i  naszych  sił. 
Straszne słowo, raz wymówione – na zawsze nas wiąże z 
tym wszystkim, co wyobraziliśmy sobie i powiedzieliśmy, 
a  z  czym  utożsamiać  się  nigdy  by  nam  nie  przyszło  do 
głowy, mimo że w istocie jesteśmy już od dawna jednym i 
tym samym). 

W coraz większej rozterce, z lękiem, żalem i trudnym 

do ukrycia niepokojem brat Piotr dalej słuchał opowieści. 
Kiedy wieczorem rozstał się z Ciamilem, rozmyślał o nim 
i  o  jego  przypadku  (nie  można  było  o  tym  nie  myśleć)  i 
wyrzucał sobie, że go stanowczo i jasno nie zatrzymał na 
drodze, która widocznie nie prowadzi do dobrego, że nie 
potrząsnął  nim  i  nie  wyrwał  go  z  obłędu.  Ale  już 
nazajutrz,  kiedy  znów  byli  razem  i  kiedy  młodzieniec 
znów  puścił  wodze  swojej  niezdrowej  wyobraźni,  mimo 
wszystko  słuchał  go  z  lekkim  dreszczem  i  głębokim 
współczuciem, nieustannie zwlekając z przerwaniem mu i 
przywołaniem  do  porządku.  Gdy  zaś  przypomniał  sobie 
wczorajsze postanowienie i próbował skierować rozmowę 
na  inny  przedmiot  lub  niby  to  przypadkową  uwagą 
oddzielić  opowiadającego  Ciamila  od  nieżywego 
Dżem-sułtana, robił to słabo i niezdecydowanie. Było mu 
go  nazbyt  żal.  Jego  wrodzona  bezpośredniość  i 
prostoduszność, 

dzięki 

której 

potrafił 

każdemu 

powiedzieć  wszystko,  została  jakby  zamroczona  upartą 
opowieścią młodzieńca. Kończyło się na tym, że zakonnik 
ustępował  i  w  milczeniu,  bez  aprobaty,  lecz  także  bez 

background image

głośnego  sprzeciwu  słuchał  namiętnego  szeptu  Ciamila. 
To, czego nie ma, czego nie może być i nie powinno być, 
było  silniejsze  od  tego,  co  istnieje  widocznie, 
rzeczywiście  i  jest  jedynie  możliwe.  Potem  brat  Piotr 
znów  robił  sobie  wyrzuty,  że  i  tym  razem  uległ 
nieodpartej  fali  szaleństwa  i  nie  uczynił  większego 
wysiłku, aby młodzieńca sprowadzić na drogę rozumu. W 
tych  chwilach  czuł  się  jakby  współwinnym  za  to 
szaleństwo  i  postanawiał,  że  to,  czego  do  tej  pory 
zaniedbał,  zrobi  bezwzględnie  już  jutro,  w  pierwszej 
odpowiedniej chwili. 

Trwało to pięć czy sześć dni. Zaczynało się każdego 

ranka  prawie  o  tej  samej  godzinie,  niby  jakiś  ustalony 
ceremoniał,  i  ciągnęło  się,  z  dwiema  lub  trzema 
przerwami,  aż  do  zmroku.  Opowieść  o  Dżem-sułtanie, 
jego  cierpieniach  i  czynach, zdawała  się nie  mieć  końca. 
Ale  pewnego  ranka  Ciamil  nie  zjawił  się.  Zakonnik 
wyglądał  go,  czekał,  niespokojnie  chodził  po  Podwórzu. 
Dwa  razy  tego  dnia  podchodził  do  niego  Chaim  wciąż  z 
tymi  samymi  skargami  i  obawami,  z  opowiadaniem  o 
niesprawiedliwościach  w  Smyrnie,  o  szpiegach  i 
wszelkiego  rodzaju  pułapkach  tu,  na  Przeklętym 
Podwórzu.  Słuchał  go  w  roztargnieniu.  Myślał  o 
nieobecnym Ciamilu. 

Zdawało  mu  się,  że  widzi  go  i  słyszy,  jak  wczoraj 

wieczorem,  zanim  się  rozstali,  mówi  szybko,  dobitnie, 
jakby czytał: 

– Stojąc wyprostowany, we wspaniałym, uroczystym 

background image

stroju  na  pokładzie  statku,  który  przybijał  do  brzegu  w 
Civita  Vecchia  i  patrząc  na  pstrokate,  ceremonialnie 
ustawione  wojsko  papieskie  i  dostojników  kościelnych, 
Dżem  myślał  żywo  i  jasno,  tak  jak  myślimy,  gdy  już 
opuściliśmy  jedno  miejsce,  a  nie  stanęliśmy  jeszcze  w 
nowym,  innym.  Myślał  chłodno  o  swoim  nieszczęściu, 
widział je jasno i niemiłosiernie, tak jak człowiek może je 
ujrzeć tylko wtedy, kiedy ukryty i niewidoczny usłyszy o 
nim z ust innych. 

Oto  wszędzie  witają  go  ludzie  obcy,  niczym  żywy 

mur  jego  więzienia.  Czegóż  może  od  nich  oczekiwać? 
Może litości? Tego jedynie mu nie trzeba, tego nigdy nie 
było mu trzeba. Współczucie, które mu okazywali rzadcy 
ludzie dobrzy i szlachetni, było dla niego tylko miarą jego 
złego  szczęścia  i  bezprzykładnego  poniżenia.  Nawet  dla 
zmarłych litość jest ciężka i obraźliwa, a jak ją ma znosić 
on, zdrowy i jeszcze świadomy wszystkiego, jak żywy ma 
patrzeć  w  oczy  żywych,  żeby  wyczytać  w  nich  tylko  – 
litość? 

Czymże  jest  Dżem  Dżemszid?  Niewolnik,  to  zbyt 

mało  powiedziane.  Niewolnik,  prosty  niewolnik,  którego 
prowadzą na łańcuchu z targu na targ, ma zawsze nadzieję 
na łaskę dobrego pana, na wykup lub na ucieczkę. Dżem 
łaski nie może oczekiwać, nie mógłby jej zresztą przyjąć, 
gdyby ktoś chciał go nią obdarzyć. Wykup? Za niego nie 
zbiera się wykupów, przeciwnie, płaci się całe majątki po 
to, żeby został niewolnikiem i narzędziem w ręku innych, 
żeby  się  nie  wykupił.  (Wyjątkiem  jest  jego  matka, 

background image

niewzruszona,  wspaniała  kobieta,  stworzenie  nad 
stworzeniami, ale ona swoimi bezsilnymi staraniami tylko 
zwiększa ciężar jego poniżenia). Ucieczka? Trudno uciec 
bezimiennemu  niewolnikowi  z  łańcucha,  ale  jeśli  ucieka, 
ma  zawsze  trochę  nadziei,  że  zwiedzie  swoich 
prześladowców  i  znajdzie  jakiś  swój  świat,  w  którym 
będzie  mógł  żyć  wolny  i  bezimienny,  wśród  wolnych  i 
bezimiennych  ludzi.  Dla  niego  nie  istnieje  nawet 
możliwość  ucieczki.  Cały  zamieszkały  i  znany  świat 
podzielony  jest  między  Turków  i  chrześcijan  i  nie  ma 
nigdzie  dla  niego  schronienia.  Bo  czy  tu,  czy  tam  może 
być tylko jednym: sułtanem. Zwycięskim czy pokonanym, 
żywym czy martwym. Dlatego jest niewolnikiem i nie ma 
dla  niego  ucieczki  ani  w  myślach,  ani  w  snach.  Tędy 
wiedzie  droga,  tu  są  nadzieje  ludzi  mniejszych, 
szczęśliwszych  od  niego.  A  on  jest  skazany  na  to,  żeby 
być  sułtanem,  uwięzionym  tutaj,  żywym  na  tronie  w 
Stambule czy martwym pod ziemią, ale zawsze sułtanem i 
jedynie w tym może być jego wybawienie. Sułtan i ani o 
włos  niżej,  bo  to  znaczyłoby  tyle,  co  nie  istnieć,  ani  o 
włos wyżej, bo nie ma już nic ponadto. To jest niewola, z 
której nie ma ucieczki nawet po śmierci. 

Statek  uderzył  tępo  burtą  o  kamienny  brzeg.  Cisza 

była  taka,  że  nawet  to  odbiło  się  echem  po  brzegu,  z 
którego  wszyscy,  od  kardynała  do  koniucha,  patrzyli  na 
rosłego  człowieka  w  białym,  złotem  wyszywanym, 
wysokim  turbanie  na  głowie,  stojącego  niczym  posąg  na 
trzy  kroki  przed  swoją  świtą.  I  nie  było  nikogo,  kto  nie 

background image

widział w nim sułtana i kto nie rozumiał, że ten człowiek 
nie może być nikim innym, choć ginie przez to. 

Mówiąc to Ciamil sam też wstał. (Aby nie pozwolić, 

by  go  strażnicy  zapędzili  do  celi,  tak  jak  innych,  sam 
zazwyczaj odchodził na chwilę przed określoną porą). Po 
zwykłym,  łagodnym  pozdrowieniu  zniknął  za  jednym  z 
zakrętów  Przeklętego  Podwórza,  w  którego  zapadłych 
kątach rozpostarły się już pierwsze cienie zmierzchu. 

 

background image

VII 

 
Młodzieniec nie zjawił się ani drugiego, ani trzeciego 

dnia.  A  koło  południa  przyszedł  Chaim  i,  rzucając 
dookoła  ostrożne,  badawcze  spojrzenia,  powiedział,  że  z 
Ciamilem  stało  się  coś  złego.  Nic  ponadto  nawet  on  nie 
potrafił się dowiedzieć. 

Potem przez dwa dni zbierał, widać, wiadomości, bo 

przy  następnym  spotkaniu  miał  już  gotową  opowieść  o 
zniknięciu Ciamila. 

Najpierw,  nachmurzony  i  ze  spuszczoną  głową, 

obchodził przestrzeń wokół brata Piotra w szerokich, lecz 
coraz węższych kołach i elipsach, rozglądał się przy tym 
stale.  Starał  się  widocznie  nadać  rozmowie  charakter 
przypadkowego spotkania w przejściu, nie przeczuwając, 
oczywiście,  jak  daremne  i  przejrzyste  są  te  jego  „środki 
ostrożności”.  Kiedy  przysunął  się  bliżej,  zapytał 
przytłumionym głosem: 

– Czy pana przesłuchiwali? 
–  Nie  –  odpowiedział  głośno  brat  Piotr,  którego 

zaczynały nudzić „środki ostrożności”. 

Po  chwili  jednak  pomyślał,  że  mały  człowiek  ze 

Smyrny  dowiedział  się  czegoś  o  Ciamilu,  i  powtórzył 
łagodniej: 

– Nie. A co się stało? 
Wtedy  Chaim  zaczął  opowiadać.  Z  początku 

zachowywał  się  niespokojnie,  jakby  zaraz  miał  ruszyć 

background image

dalej,  rozglądał  się  podejrzliwie,  ale  stopniowo  strach 
ustępował.  Mówił  coraz  żywiej,  nie  podnosząc  jednak 
głosu. 

W tym, co opowiadał, wiele było miejsc niejasnych, 

niezupełnie  zrozumiałych,  inne  za  to  zawierały  takie 
szczegóły,  jakby  był  naocznym  świadkiem  całej  nocnej 
sceny. Chaim wiedział wszystko i widział nawet to, czego 
nie można było zobaczyć. 

Kiedy  Ciamil  z  nadejściem  zmroku  schronił  się  do 

swej  celi,  którą  strażnik  za  nim  zamknął,  w  dużej  izbie 
było jeszcze widno. W dwu jasnych miedzianych miskach 
stygła  kolacja,  jakiej  nie  dostawali  inni  aresztanci. 
Wszystko  jak  co  wieczór.  Spacer  z  kąta  w  kąt  i 
oczekiwanie  snu,  choć  wiadomo,  że  nie  przyjdzie. 
Stopniowo ucichły wszelkie szumy dochodzące z dołu, z 
podwórza. Mrok ogarnął białe mury i zacieśnił ściany celi 
wokół  czuwającego  człowieka.  Powstawał  nowy,  nocny 
świat. Odezwały się cienkie, nierzeczywiste głosy, widać 
było jakieś błyski – igraszki słuchu i wzroku w ciemności 
i  bezsenności.  W  jednej  takiej  chwili.  Ciamil  sam  nie 
wiedział,  kiedy  usłyszał,  jak  klucz  szuka  i  znajduje 
zamek.  To  już  nie  było  złudzenie.  Drzwi  otworzyły  się 
naprawdę  i  słabe  światło  pojawiło  się  na  progu.  Do  izby 
bezszelestnie  weszło  dwóch  ciemnych  ludzi.  Za  nimi 
sługa 

wniósł 

małą 

lampkę 

oliwną. 

Światło 

rozprzestrzeniło się równomiernie na wszystkich. Jeden z 
przybyszów, 

człowiek 

otyły, 

zdawał 

się 

być 

ucieleśnieniem  tego,  co  obłe  i  miękkie:  takie  wrażenie 

background image

robiły  jego  ruchy,  jego  głos  i  wygląd.  Drugi  był  chudy, 
same  kości  i  mięśnie  w  śniadej  skórze.  Duże  oczy 
przykrywał  cień,  wielkie,  wzbudzające  grozę  dłonie  w 
świetle lampki stawały się jeszcze większe. Wyglądali jak 
dwie  twarze  dwulicowej  sułtańskiej  sprawiedliwości. 
Tylko pierwszy powiedział uprzejmie (z mrożącą krew w 
żyłach uprzejmością): „Dobry wieczór”. I zaczęło się. 

Niebezpiecznie  miękkim  głosem  gruby  urzędnik 

oświadczył,  że  pierwsze  przesłuchanie  miało  raczej 
formalny  charakter  i  odpowiedzi  były  w  tym  duchu.  Do 
tego, oczywiście, nie można się ograniczyć. 

Stanął  z  boku,  podniósł  lampę  i  w  tym  położeniu 

nieruchomo pozostał. 

–  Konieczne  jest,  Ciamil-effendi,  żeby  pan  nam  w 

końcu  powiedział,  dla  kogo  zbierał  pan  dane  o  sułtanie 
Dżemie  i  tak  szczegółowo  opracowywał  pan  plan  buntu 
przeciw  prawowitemu  sułtanowi  i  namiestnikowi 
Mahometa,  a  także  sposób,  w  jaki  można  uzyskać  środki 
do  zdobycia  tronu  przy  pomocy  nieprzyjaciół  naszego 
państwa za granicą. 

–  Dla  kogo?  –  jęknął  cicho  młodzieniec  nie  umiejąc 

zdobyć się na nic więcej niż na bierną obronę. 

– Tak, dla kogo? 
–  Dla  siebie,  dla  kogóż  bym  miał.  Studiowałem 

sprawy znane w naszej historii. Zagłębiłem się... 

–  Dlaczego  więc  z  tak  wielu  spraw,  o  których  piszą 

księgi, pan wybrał tę właśnie? 

Milczenie. 

background image

(Chaim zapomniał już o ostrożności i mówił żywo, z 

niespokojną mimiką twarzy i ruchami rąk). 

–  Niech  pan  słucha  –  ciągnął  dalej  spokojnie  i 

przesadnie uroczyście gruby urzędnik – jest pan mądrym i 
wykształconym człowiekiem z dobrego domu. Widzi pan 
sam, że zaplątał się pan w nieprzyjemną sprawę lub, być 
może, ktoś pana w nią zaplątał. Wie pan, że dziś też, tak 
jak wtedy, siedzi na tronie sułtan i namiestnik Mahometa 
(niech mu Bóg da długie życie i wszelką pomyślność) i że 
to  nie  jest  odpowiedni  przedmiot  do  rozmyślań,  a  cóż 
dopiero  studiów,  pisania  i  rozmów.  Pan  wie,  że  słowo 
nawet, jeśli  wymówi  się  je  w  głębokim  lesie,  nie  zostaje 
na miejscu, a pan w Smyrnie o tym pisał i mówił innym. 
Niech  pan  więc  wyjaśni  sprawę  i  powie  nam  wszystko. 
Będzie lżej nam i lepiej dla pana. 

– Wszystko to, co pan mówi, nie ma związku ze mną 

i z moimi myślami. 

Głos  młodzieńca  brzmiał  szczerze,  z  odcieniem 

goryczy.  Urzędnik  porzucił  wtedy  wytworny  i  uroczysty 
ton i zaczął zachowywać się o wiele naturalniej: 

– Niechżeż  się  pan  zastanowi!  To  nie  może  być bez 

związku.  Wszystko  ma  związek.  Pan  jest  człowiekiem 
uczonym, ale i my nie jesteśmy zupełnymi nieukami. Nie 
podejmuje  się  takiej  pracy  przypadkowo,  bez  jakiegoś 
celu. 

Mówił  wciąż  tylko  ten  gruby.  Ciamil  zaś  coraz 

bardziej  zamyślał  się  nad  tym,  co  słyszał,  i  odpowiadał 
niejasno, jak echo. 

background image

– Celu. Jakiego celu? 
– To właśnie chcielibyśmy usłyszeć od pana. 
Młodzieniec  nie  odpowiadał.  Myśląc,  że  się  waha, 

gruby urzędnik pytał dalej, z pewnością siebie rozciągając 
sylaby. 

– A więc, proszę! 
Było  to  powiedziane  twardziej  i  bardziej  sucho,  w 

jakiś  nowy  sposób,  z  odcieniem  niecierpliwości  i  groźby 
w głosie. 

Młodzieniec  rzucał  spojrzenia  w  ciemne  kąty  celi, 

jakby  poza  kręgiem  światła  szukał  jakiegoś  świadka. 
Myślał,  jak  powiedzieć  jedno,  jedyne  słowo,  czy  też 
zdanie, które wyjaśniłoby wszystko i dowiodło, że tu nie 
ma  celu,  że  z  tego  nie  potrzebuje  i  nie  może  zdawać 
sprawy, w żadnym zaś wypadku nie musi robić tego tutaj i 
w  ten  sposób.  Myślał,  że  mówi,  a  milczał.  Mówili 
natomiast obaj urzędnicy (teraz zaczął także ten chudy) – 
szybko, uporczywie, na zmianę: 

– Niech pan mówi! 
– Niech pan powie, będzie dla pana lepiej i – prościej. 
– Niech już pan powie wszystko, skoro pan zaczął. 
– A więc w jakim celu i dla kogo? 
Zasypali go pytaniami. Młodzieniec mrużył oczy, bo 

go raziło światło, i wciąż rzucał niespokojne spojrzenia w 
ciemne kąty. Nie potrafił dać sobie rady, nie mógł dobrze 
zrozumieć  i  oddzielić  od  siebie  poszczególnych  pytań. 
Naraz  zauważył,  że  ten  chudy  poszedł  bliżej,  podniósł 
głos i mówi do niego ty. 

background image

– No, mówże, mówże! 
Cała  jego  uwaga  zatrzymała  się  na  tym.  Poczuł  się 

zhańbiony, upośledzony, osłabiony i jeszcze mniej zdolny 
do  obrony.  Wina  i  nieszczęście  nie  polegają  na  jakimś 
jego „celu”. Człowiek jest winien, jeśli go przyprowadzą 
(lub sam przyjdzie) przed takich ludzi i musi słuchać ich 
pytań, na które nie ma odpowiedzi. Chciał to powiedzieć 
– myślał, że mówi – a milczał. 

Trwało to długo. Tej nocy, gdzieś poza czasem, który 

słońce  odmierza  swoimi  wschodami  i  zachodami,  w 
chwili,  kiedy  ludzkie  odczucia  przechodzą  w  jakiś  inny 
wymiar,  Ciamil  przyznał  otwarcie  i  dumnie,  że  jest 
tożsamy  z  sułtanem  Dżemem,  czyli  człowiekiem,  który, 
nieszczęśliwy  jak  nikt  inny,  znalazłszy  się  w  położeniu 
bez  wyjścia  nie  chciał,  nie  mógł  wyprzeć  się  siebie,  nie 
być tym, czym jest. 

– To ja jestem! – powiedział raz jeszcze cichym, lecz 

twardym  głosem,  jakim  wypowiada  się  rozstrzygające 
zeznania, i usiadł na krześle. 

Gruby urzędnik cofnął się nagle mimo woli i zamilkł. 

Ale ten chudy, jakby nie odczuł świętej zgrozy w obliczu 
człowieka,  który  widocznie  zgubił  się  i  postawił  raz  na 
zawsze  poza  światem  i  jego  prawami.  W  swojej  tępej  i 
krótkowzrocznej  gorliwości  chudy  policjant  połasił  się, 
żeby  wykorzystać  wolne  pole  pozostawione  mu  przez 
mądrzejszego  towarzysza.  Stawiał  nowe pytania,  chcąc  z 
młodzieńca  wydobyć  zeznanie,  że  w  Smyrnie  istniał 
jednak jakiś spisek. 

background image

Ciamil  siedział  na  niskim  stołku  bez  oparcia.  Na 

pozór  zupełnie  wyczerpany,  całkiem  zatonął  w  sobie. 
Chudy  urzędnik  skakał  wokół  niego  i  z  uporem  zaglądał 
mu  w  twarz.  Wydawało  mu  się,  że  ma  teraz  przed  sobą 
ciało  bez  woli  i  świadomości,  z  którym  może  robić,  co 
zechce. To podniecało go i skłaniało do jeszcze większej 
niecierpliwości  i  bezwzględności.  W  pewnej  chwili 
położył, zdaje się, jedną z dwu swoich strasznych dłoni na 
ramię  Ciamila.  A  młodzieniec,  wzburzony  chyba  i 
przepełniony  obrzydzeniem  z  powodu  tej  obraźliwej 
intymności,  ostro  go  odepchnął.  Wówczas  w  mgnieniu 
oka  wywiązała  się  prawdziwa  bójka.  Wmieszał  się  drugi 
policjant.  Ciamil  bronił  się  i  napadał  z  siłą  i 
gwałtownością, której nikt po nim się nie spodziewał. W 
zamęcie  przewrócono  sługę  razem  z  lampką.  Ten  jakoś 
wydostał  się  z  szaleńczego  kłębka  rąk,  nóg  i  ciosów, 
wybiegł  na  dwór  i  podczas  gdy  w  celi  w  ciemnościach 
trwała walka, zaalarmował strażników. (Właśnie ten sługa 
i niektórzy przebudzeni aresztanci opowiedzieli potem na 
Podwórzu  historię  nocnego  przesłuchania.  Chaim  zaś 
potrafił zawsze w porę usłyszeć wszystkie opowiadania). 

Tej  nocy  wyniesiono  Ciamila  przez  jedną  z  bram 

Przeklętego Podwórza. 

Żywego  czy  martwego?  Gdzie  go  wynieśli?  –  w 

podnieceniu  zdążył  tylko  pomyśleć  brat  Piotr,  bo  Chaim 
już odpowiadał na te pytania. 

Jeśli  jest  żywy,  prawdopodobnie  przeniesiono  go  do 

Timarhanu obok Sulejmanii, gdzie zamyka się umysłowo 

background image

chorych. Tu, wśród wariatów, jego opowieści o sobie jako 
o następcy tronu będą, tak jak wszystkie słowa i rozmowy 
szaleńców,  nieszkodliwymi,  chorobliwymi  marzeniami, 
na  które  nikt  nie  zwraca  uwagi.  A  taki  złamany  i  chory 
człowiek nie żyje zresztą długo, lecz łatwo i szybko znika 
ze  świata,  razem  ze  swoimi  niezdrowymi  marzeniami,  a 
nikt przy tym przed nikim nie zdaje rachunku. 

Jednakże jeśli walka była cięższa i jeśli młodzieniec, 

broniąc  się  przeciwko  dwóm,  poszedł  za  daleko  i  zranił 
któregoś  z  nich  (a  wydaje  się,  że  tak  było,  bo  musiano 
później zmywać w celi krwawe ślady), wówczas możliwe, 
że  ludzie  sułtana  poszli  jeszcze  dalej,  tu  bowiem  nie 
odmierza  się  uderzeń  i  łatwo  przechodzą  one  potrzebną 
miarę. W tym wypadku nieszczęśliwy syn Tahirpaszy jest 
już w grobie. A taki grób, z białym kamieniem bez napisu, 
nie  mówi  o  niczym,  nie  powie  więc  nic  o  sułtanach,  ich 
sprawach i walkach z rywalami. 

Dopiero  kiedy  wszystko  opowiedział  do  końca, 

Chaim  znów  przypomniał  sobie  „niebezpieczeństwa”, 
jakie  go  otaczają,  i  odszedł  bez  pożegnania  rzucając 
dookoła  badawcze  spojrzenia,  starając  się  nadać  sobie 
wygląd  człowieka  przechadzającego  się  bez  celu  po 
wielkim podwórzu. 

Brat Piotr zaciskał zęby w gorzkim gniewie na swój 

los,  na  wszystko  wokół  siebie,  nawet  na  bogu  ducha 
winnego  Chaima  i  jego  wieczną  potrzebę  dowiadywania 
się,  opowiadania  i  roztrząsania.  Stał  wciąż  w  miejscu  i 
ocierał  zastygły  pot  z  czoła.  Patrząc  bezradnie  na  siwą, 

background image

udeptaną ziemię i białe mury przed sobą, jakby je widział 
po  raz  pierwszy,  poczuł  jak  przez  całe  jego  ciało 
przechodzi zimna i ostra fala strachu. Czy nie wezmą go 
na  przesłuchanie  z  powodu  rozmów  z  Ciamilem?  Mogą 
wciągnąć  w  ten  sposób  i  po  raz  drugi  niewinnego  w 
bezsensowne śledztwo. Prawda, że Chaim to człowiek nie 
całkiem  zdrowego  umysłu,  który  wszędzie  widzi 
niebezpieczeństwo,  nawet  tam,  gdzie  go  nie  ma,  ale  w 
końcu wszystko się może zdarzyć. 

Po  chwili  tę  myśl  szybko  usunęła  druga:  co  mogło 

stać się z Ciamilem? Teraz znów ogarnął go jakiś bolesny 
żar.  Ciężka  litość,  której  nie  można  wytrzymać  tak  w 
bezruchu  i  zupełnej  niepewności.  Poczuł  gwałtowną 
potrzebę  zmiany  miejsca,  zobaczenia  i  usłyszenia  innych 
ludzi, dalekich od tych zawikłanych, ciemnych opowieści 
ze Smyrny, ujrzenia ludzi, jacykolwiek by byli, byle tylko 
poza  tą  szaleńczą  siecią  splątaną,  zaciąganą  i  gmatwaną 
przez  umysłowo  chorych  i  bezdusznych  policjantów 
sułtańskich,  a  w  którą  on  oto,  bogu  ducha  winny,  się 
zaplątał. 

Ruszył w dół podwórza, w stronę skrytych zakątków i 

cienia,  gdzie  kłócąc  się,  bawiąc  i  żartując  hałasowały 
rozrzucone grupki aresztantów. 

 

background image

VIII 

 
Po  paru  dniach  było  jasne,  że  nie  będą  go  brać  na 

przesłuchanie  z  powodu  długich  rozmów  z  Ciamilem.  A 
więc  wszystko  jest  skończone  i  –  pogrzebane.  Zniknęły 
strach  i  oczekiwanie,  ale  nie  było  ani  lepiej,  ani  lżej. 
Zaczął się czas bez Ciamila. Nie zapomina go, choć czuje, 
że nie spodziewa się go więcej. 

Jest  jeszcze  zupełnie  letni  upał.  Na  Podwórzu 

wszystko po staremu. Jednych puszczają, inni przychodzą 
na  ich  miejsce.  Ludzie  są  nieważni  i  drugorzędni. 
Podwórze  żyje  samo  dla  siebie,  zmienia  się  setki  razy  i 
wciąż pozostaje takie samo. 

Codziennie zbierają się w cieniu te same lub podobne 

grupki  aresztantów.  Brat  Piotr  zatrzymuje  się  przy 
pierwszej,  „sąsiedzkiej”.  Tu  nic  się  nie  zmieniło.  Zaim 
wciąż  jeszcze  żeni  się  i  rozwodzi  z  coraz  to  nowymi 
kobietami.  Jak  zawsze  jedni  brutalnie  odkrywają  jego 
kłamstwo, a inni po prostu słuchają. Jest blady, zielony i 
czarny  na  twarzy,  jakby  chorował  na  żółtaczkę.  A  jego 
spojrzenie,  bez  związku  z  tym,  co  mówi,  błąka  się 
nieszczęsne i szalone ze strachu – gnębi go skryta myśl o 
karze, która go czeka, jak mu dowiodą winy. 

Inni też mówią o kobietach, tylko inaczej. Najczęściej 

słychać atletycznie zbudowanego człowieka z zachrypłym 
basem.  Ale  on  na  chwilę  umilkł  i  słucha  wraz  z  innymi, 
jak  stary  marynarz  opowiada  o  Greczynce,  która 

background image

posługiwała w portowej knajpie. 

–  W  życiu  nie  widziałem  większej  i  mocniejszej 

kobity.  Galeon!  Piersi  nosiła  przed  sobą  jak  dwie 
poduszki. Za nią jak żarna kręcą się pośladki. Kto chciał, 
wyciągał rękę i łapał, gdzie mógł i ile mógł. Ona broniła 
się,  bronił  ją  gospodarz,  ten  szczerbaty  Grek,  ale  kto  by 
tam związał ręce marynarzom. Każdy chwytał i szczypał, 
jak  się  mu  tylko  udało.  W  końcu  musiała  rzucić  służbę. 
Ale  to  nieprawda,  bo  tak  tylko  mówił  ten  chytrus 
gospodarz.  Schował  ją  w  domu,  dla  siebie.  Marynarze 
klną  go  i  wzdychają:  „Szkoda  takiej  dla  ciebie,  capie! 
Plaster miodu, a nie kobieta!” Grek też wzdycha: „Plaster 
miodu!  Tylko,  gdyby  tak  dalej  poszło  i  każdy  by  ją 
szczypał,  co  by  było?  Słomka  po  słomce  roznieślibyście 
cały plaster. Łobuzy!” 

Przerywa mu bas: 
–  Tfu,  że  wam  nie  wstyd!  O  niczym  innym  nie 

umiecie mówić, tylko o tych karczemnych ścierkach! I to 
tylko o takich paskudztwach! Tfu! 

Chwilę  trwa  sprzeczka,  z  której  bas  wychodzi 

zwycięsko:  wszyscy  uciszają  marynarza  i  proszą  atletę, 
żeby  dokończył  jakąś  rozpoczętą  już  przedtem  historię. 
Zaczyna  opowiadać  niejasno  i  podniecająco  o  jakiejś 
kobiecie  wyjątkowej  urody,  rodem  z  Gruzji,  która  tu,  w 
Stambule,  prowadziła  życie  niesłychanie  burzliwe  i 
umarła młodo: 

–  To  już  taki  gatunek  ludzi.  Jej  babka  była  głośną 

pięknością. Cały Tyflis szalał za nią. Naprawdę. Ukryli ją 

background image

u  krewnych  w  jednej  wiosce  koło  miasta.  Od  niej  ta 
wioska wzięła nazwę: „Siedem noszy” – nie wiem, jak się 
nazywała przedtem. Przez nią i jej urodę spadło tam w pół 
godziny siedem głów przed drzwiami jej domu. Pobili się 
swatowie  z  tymi,  co  chcieli  ją  porwać.  Trzy  rodziny 
okryły  się  żałobą.  A  ona  umarła  z  żalu.  Nie  więdła 
powoli,  tylko  od  razu,  jakby  ją  mróz  skosił.  Z  dnia  na 
dzień.  Ale  nawet  gdy  umierała,  nie  chciała  powiedzieć, 
kogo  kochała,  ani  też  czy  ten  ktoś  był  między  tymi,  co 
zginęli,  czy  jest  żywy.  Po  tej  oto  swojej  babce 
odziedziczyła urodę, postawę, oczy... 

– Tak – mówi ktoś z boku – wiadomo, Gruzinki mają 

piękne oczy. 

–  Wiadomo?  Skąd  wiesz?  Co  ty,  ślepiec,  możesz 

wiedzieć o tych rzeczach? 

– A czemu nie? Albo to ty jeden jesteś na święcie? – 

protestują jakieś głosy. 

– Nie przerywajcie, dajcie mu mówić! – krzyczą inni. 
– Mów chłopie i nie zważaj na byle chłystka. 
Na  twarzy  potężnego  człowieka  o  potężnym  głosie 

zjawia się wyraz obrzydzenia. Gniewnie macha ręką. 

–  Po  co  mam  mówić?  Czy  warto  cokolwiek 

opowiadać temu ślepemu szczenięciu. 

Jednakże  wszyscy  nalegają  i  w  końcu  uspokajają  go 

nieco.  Zgadza  się  mówić  i  ciągnie  dalej  opowieść  o 
Gruzince, wciąż jeszcze wściekły na intruza: 

– Kiedy mi ktoś mówi: „miała piękne oczy” – robi mi 

się  mdło.  Gdzieżeś  widział  oczy,  ślepy  jesteś  i  ślepy 

background image

będziesz!  Jak  się  spojrzy  na  takie  oczy,  w  ogóle  nie 
przychodzą na myśl te dwie gały, co to każdy z nas ma w 
głowie,  ale  dwa  pola  na  niebie  ze  słońcem  i  księżycem 
cienistym. Jakież tam są gwiazdy i obłoki, jakie cuda są w 
tych  dwóch  polach!  Nieszczęsny  człowiecze!  Patrzysz, 
kamieniejesz  i  tajesz.  Nie  ma  cię!  Czyż  to  ma  być  tylko 
„dwoje  oczu”?  Pewnie,  że  one  też  patrzą,  ale  to  jest 
najmniej ważne. Oczy! Czym są nasze nędzne oczy,. 

które  nosimy  w  głowie  i  które  nam  pomagają  trafić 

do drzwi i nie rozminąć się łyżką z ustami? A czym są te 
dwa  cudy  niebieskie?  Tego  w  ogóle  nie  można 
porównywać.  To  zdarzyło  się  tylko  raz  na  ziemi  –  raz  i 
nigdy  więcej.  I  lepiej.  Takie  oczy  nie  powinny  umierać, 
tak  jak  inne,  albo  nie  powinny  nigdy  przychodzić  na 
świat. 

Naraz  umilkł.  Załamał  mu  się  głos.  Nikt  ze 

słuchających  nie  odezwał  się  ani  słowem,  nikt  już  nie 
próbował czegoś wtrącić. Trwało to chwilę. Potem znów 
wybuchła jakaś sprzeczka, potem śmiech i bezładny gwar 
wymieszanych głosów i soczystych przekleństw. 

Słuchając  rozmowy  z  pewnego  oddalenia  brat  Piotr 

czuł, że ktoś stoi za nim. Kiedy odwrócił się, żeby odejść, 
zobaczył Chaima. 

Podczas swoich spacerów po podwórzu stale spotykał 

małego człowieka ze Smyrny. Gnany niepokojem, zawsze 
rozdygotany,  bez  przerwy  zmieniał  on  miejsce.  Gdzie 
tylko  przychodził  ze  swoim  węzełkiem,  przynosił  z  sobą 
podejrzliwość. Od razu stosował „środki ostrożności”. Po 

background image

dwóch  dniach  opuszczał  nowe  miejsce  i  szukał 
pewniejszego schronienia. Tak wędrował z kąta w kąt, od 
celi  do  celi.  Nieraz  kiedy  spotykał  brata  Piotra, 
przechodził, jakby go nie znał, to znów witał się z nim z 
daleka  tylko  lekkim  skinieniem  głowy,  znacząco  mrużąc 
oczy,  a  niekiedy  podchodził  do  niego  i  rozmawiał 
swobodnie;  dopóki  sobie  czegoś  nie  przypomniał  i  nie 
ruszał dalej. 

Tak  i  tym  razem  stał  obok  zakonnika.  Sam  zaczął 

rozmowę  o  człowieku  z  zachrypłym  basem.  Znowu 
wiedział wszystko. 

Jest  to  człowiek  z  nizin  społecznych,  który  dzięki 

swojej  wielkiej  sile  i  zręczności  wybił  się  i  przez  całe 
życie  Obracał  się  wśród  bogaczy.  Przez  parę  lat  był 
zapaśnikiem,  mistrzem  znanym  w  całej  Turcji.  Był 
dostawcą 

wojskowym, 

właścicielem 

kawiarni, 

pośrednikiem  w  najróżniejszych  interesach.  Wielkie 
pieniądze przeszły przez jego ręce. Skądinąd szuler, pijak, 
a przede wszystkim kobieciarz. Zaraził się jakąś chorobą. 
Nigdy  nie  miał  czystych  rąk,  nie  rozróżniał  swojego  od 
cudzego,  ale  zawsze  mu  się  jakoś  udawało,  dopóki 
zachował się i rozum. Od dwu czy trzech lat zaczął spadać 
coraz  niżej,  utracił  zupełnie  zdolność  rozsądnego 
myślenia.  Kobiety  wysuszyły  mu  mózg,  siły  zaczęły  go 
opuszczać.  W  końcu  jego  dawne  towarzystwo  zostawiło 
go  na  łodzie.  Odtąd  kręcił  się  wśród  przestępców 
kryminalnych  najgorszego  gatunku.  W  ten  sposób  jako 
wielokrotny oszust i bankrut trafił tutaj. Jest dopiero drugi 

background image

miesiąc w  śledztwie, a widać  już  wyraźnie, jak  z dnia na 
dzień  mizernieje  i  jak  traci  tę  resztkę  rozumu,  która  mu 
została.  Już  nie  odróżnia  tego,  co  jest  i  co  może  być,  od 
tego,  czego  nie  ma.  A  mówi  tylko  o  kobietach.  To  jest 
choroba. Nie mógłby widocznie sobie wyobrazić, że może 
istnieć  gdzieś  miłość  kobiety,  namiętność,  czy  choćby 
tylko myśl o miłości, a on w tym nie uczestniczy. Topi się 
i  znika  jak  kawałek  cukru  w  wodzie.  Z  dawnego 
gwałtownika  i  rozrzutnika  nie  zostało  prawie  nic  prócz 
tych  pustych  kłótni  z  próżniakami  i  stałej  potrzeby 
mówienia  i  opowiadania.  W  ostatnim  czasie  staje  się 
coraz  bardziej  wrażliwy,  wydelikatniał  i  wysubtelniał 
jakoś.  Jego  historie  są  żywsze  i  bogatsze.  Potężny  jego 
głos  zachrypł,  stale  jest  wzruszony  i  podniecony, 
miejscami  przerywa  łzawo,  ze  szlochem,  daremnie  stara 
się to zamaskować, krzycząc na otaczających go ludzi. 

–  Ten  już  nie  może  mówić.  Popuściły  obręcze  i 

widać, jak cieknie z niego na wszystkie strony. Skończył 
się! 

Pewnym,  podniesionym  głosem,  niemal  wesoło 

Chaim opowiadał jeszcze o wielu rzeczach. Potem jednak 
nagle poderwał się, rozejrzał dookoła, jakby obudzono go 
przed  chwilą.  Zmrużył  oczy,  dając  w  ten  sposób 
rozmówcy  tajemniczy,  niezrozumiały  znak,  i  bez 
pożegnania poszedł dalej wolnym krokiem, ze spuszczoną 
głową,  niczym  człowiek,  który  szuka  czegoś,  czego  nie 
zgubił. 

A  brat  Piotr  spaceruje  po  podwórzu.  Podchodzi  do 

background image

jakiejś  innej  grupki.  Zastanawia  się,  czy  można 
gdziekolwiek znaleźć rozumnego człowieka lub rozmowę, 
i szuka jak lekarstwa nieco rozrywki i zapomnienia. 

 
Jako  się  rzekło,  rzeczywiście  Podwórze  nie  zmienia 

się nigdy. Czas jednak mija, a za nim przychodzą zmiany 
w  obrazie  życia,  jaki  ma  każdy  z  nas.  Wcześniej  zapada 
zmrok.  Zaczynamy  obawiać  się,  kiedy  pomyślimy  o 
jesieni  i  zimie,  o  długich  nocach  lub  o  deszczowych, 
chłodnych  dniach.  Życie  jest  więc  dla  brata  Piotra 
pozornie  to  samo,  jak  wąski  i  coraz  słabiej  oświetlony 
korytarz,  który  nie  zmienia  się  w  naszych  oczach,  choć 
wiemy,  że  z  każdym  dniem  staje  się  o  cal  węższy. 
Aresztantów  nachodzi  chwilami  panika,  krótkotrwała, 
lecz  nie  do  opanowania,  załamują  się  nawet  najtwardsi, 
choćby na moment. 

O  tych  dniach  brat  Piotr  opowiadał  długo.  Podnosił 

się od czasu do czasu i poprawiał poduszki, zapatrzony w 
pokrytą  śniegiem  przestrzeń,  idąc  krok  w  krok  za 
wspomnieniami, mówił cichym, jasnym głosem: 

„Widzę, przedłużyło się moje więzienie. Póki miałem 

nieszczęsnego  Ciamila  i  martwiłem  się  o  niego,  jakoś 
mniej myślałem o sobie i o mojej trosce. A teraz nie mogę 
obronić się od tego. Próbuję być cierpliwy, a cierpliwość 
zawodzi. Długa noc, jeszcze dłuższy dzień, a myśl ciężka. 
Najgorsze,  że  jestem  niewinny  i  ani  mnie  nie  biorą  na 
przesłuchanie,  ani  mnie  nikt  z  zewnątrz  o  niczym  nie 
zawiadamia.  Kiedy  o  tym  pomyślę,  krew  mi  uderza  do 

background image

głowy, przestaję widzieć na oczy i chcę krzyczeć na cały 
głos.  Ale  uciszam  się,  cierpię,  gryzę  się  i  tylko  pytam 
Boga,  co  mnie  jeszcze  czeka.  Najróżniejsze  różności 
przychodzą  mi  na  myśl,  a  wyjścia  wciąż  nie  widzę.  Nie 
ma  człowieka,  z  którym  mógłbym  porozmawiać, 
bezczynność  i  próżniactwo  całkiem  odebrały  mi  chęć  do 
życia.  To  dla  mnie  najgorsze.  Nie  przywykłem  do  tego. 
Ani książki, ani narzędzi. Pytałem się, czy nie ma jakiejś 
roboty  dla  mnie,  może  trzeba  naprawić  jakiś  młynek  do 
kawy albo wyregulować zegar. Co tam będzie. Bo to mój 
fach.  Ale  strażnik  patrzy  na  mnie  i  nie  odpowiada  ani 
słowa.  Proszę  go,  żeby  spytał  zwierzchnika.  Nazajutrz 
powiada  mi:  «Siedź  spokojnie  i  nie  wspominaj  tego 
więcej!» I odwrócił się do mnie plecami. Próbowałem mu 
wyjaśnić,  ale  on  nawet  nie  chciał  słuchać,  tylko  spojrzał 
na mnie ze złością. 

–  Zdarza  się,  że  ktoś  po  kryjomu  zdobędzie  pilnik 

albo  dłuto,  po  to,  by  stąd  mógł  się  łatwiej  wydostać,  ale 
żebyśmy  sami  komuś  dawali,  tego jeszcze nie  było.  Źleś 
to wymyślił. 

Powiedział,  splunął  i  poszedł.  A  mnie  jakby  ktoś 

wrzątkiem  oblał.  Chciałem  krzyczeć  za  nim,  że  jestem 
niewinny  i  nie  myślę  o  ucieczce.  Łzy  mi  napłynęły  do 
oczu  ze  wstydu.  Sam  nie  wiem  dlaczego.  Ale  kiedy 
pomyślałem trochę, widzę, że człowiek ma rację. Było mi 
przykro, że mógł mnie źle zrozumieć. Gdzie mam rozum? 
Kiedy się ludzie znajdą tam, gdzie ja się znalazłem, wtedy 
im  nikt  nie  może  wierzyć.  A  ja  zapomniałem,  gdzie 

background image

jestem! 

I  tak  znów,  próżnujesz  i  martwisz  się,  czekasz  aż 

przejdzie  dzień  i  przyjdzie  noc,  która  wlecze  się  jeszcze 
wolniej. 

Pewnego  dnia  puścili  tych  dwu  kupców  z  Bułgarii. 

Zamiast  na  wygnanie  –  do  swych  domów.  Jak  to  jest  w 
zwyczaju,  żeby  zrobić  dobry  uczynek,  podarowali  mi 
rogożę,  na  której  leżeli.  Weź,  mówi  jeden,  i  daj  boże, 
niech  tobie  też  zaświeci  słońce.  A  cały  czas  szepcą  i 
odwracają  głowy  na  bok.  Odeszli  jak  dwa  cienie.  Nie 
śmieli  się  cieszyć.  Bez  nich  jeszcze  mi  ciężej.  A  mimo 
wszystkich  trosk  wciąż  myślę  o  Ciamilu,  jego 
opowiadaniach  i  złym  losie.  Nie  wiem,  dlaczego  zaczęły 
mnie nachodzić jakieś sny – nie sny. 

Wstanę  ci  ja  tak  o  samym  świcie  i  nie  mogę  się 

doczekać otwarcia drzwi. Wyjdę z tego smrodu i ciasnoty, 
umyję  się  przy  studni,  siądę  sobie  i  rozkoszuję  się,  póki 
jeszcze  cały  tłum  nie  wybiegnie  z  celi.  A  jakie  tam  w 
Stambule  świtanie!  Nie  da  się  wypowiedzieć.  Ani  coś 
takiego  przedtem  widziałem,  ani  będę  widział.  (Czyż  to 
Bóg  sam  chciał  i  dał  tyle  piękna  pohańcowi?)  Niebo  się 
rumieni  i  schodzi  na  ziemię;  dość  jest  dla  każdego  –  dla 
bogacza  i  biedaka,  dla  sułtana,  niewolnika  i  więźnia. 
Siedzę  tak  i  rozkoszuję  się.  Palę,  jak  się  trochę  tytoniu 
znajdzie, a od tego zwidy chodzą po głowie. Dym wokoło, 
a  do  mnie  przytulił  się  jakby  Dżem-Ciamil,  zaniedbany, 
blady,  z  załzawionymi  oczyma.  Rozmawiam  z  nim 
serdecznie i prosto, jak nigdy nie mogłem i nie umiałem, 

background image

dopóki  był  tutaj,  kiedyśmy  się  spotykali.  Mówię  tak, 
jakbym  miał  przed  sobą  młodego  braciszka,  którego 
opadło  taedium  vitae

[7]

  Chwytam  go  za  ramiona  i 

potrząsam: 

– 

Rano 

wstałeś, 

zorzę 

oszukałeś! 

Świta, 

Ciamil-effendi. Hej! 

A on kiwa głową. 
–  Dla  mnie  –  powiada  –  czy  północ,  czy  jutrzenka, 

wszystko jedno. Nie ma świtania. 

–  Jak  to  nie  ma,  człowiecze?  Nie  bluźnij  i  nie  mów 

bredni. Póki jest mrok, będzie świtanie. Widzisz to boskie 
piękno? 

– Nie  widzę  –  powiada  ze  spuszczoną  głową,  a  głos 

mu się łamie. 

A mnie się robi żal i nie wiem, co bym uczynił, żeby 

mu  pomóc.  Dokoła  całe  Przeklęte  Podwórze  oblane 
blaskiem. 

– Nie  mówże,  nieszczęsny,  tego,  co  nie  trzeba,  i nie 

gub  duszy.  Da  bóg,  wyzdrowiejesz  z  tej  swojej  choroby. 
Jeszcze  zdrowy,  na  wolności,  napatrzysz  się  i  dobroci 
wszelkiej, i piękna. 

A on tylko opuszcza głowę. 
– Nie mogę – mówi – wyzdrowieć, dobry człowieku, 

bo ja nie  jestem  chory,  tylko  już  taki  jestem,  a  od  siebie 
nie można uciec. 

Opowiada  tak  bóg  wie  co,  zawile  i  niejasno,  ale 

smutnie;  najtwardszy  człowiek  by  się  rozpłakał.  Na 
próżno staram się go pocieszyć. Karcę go po ojcowsku, że 

background image

nie widzi tego, co go otacza, a widzi, czego ¡nie ma. A tak 
naprawdę,  jakoś  mi  ciemnieje  ten  jasny  ranek.  Znów 
obracam wszystko w żart. Wyjmuję tytoń. 

–  Zapalmy  sobie  po  jednym  i  zostawmy  złe  w 

spokoju. Kto by to wszystko rozwikłał. No cóż, zapalimy? 

–  Zapalimy  –  mówi,  a  widać,  że  robi  to  dla  mnie  – 

tak, zapalimy. 

Bierze  tytoń,  pali,  ale  bóg  wie  gdzie  podziewa  się 

jego  myśl.  A  pali  jakby  nieżywymi  ustami  i  patrzy  na 
mnie przez łzy, nieszczęsny Dżem. Papieros mu gaśnie. 

Ktoś  krzyknął  (Pobiło  się  dwóch  ludzi!),  zerwałem 

się.  Przecieram  oczy,  a  tu  nikogo  obok  mnie  nie  ma. 
Papieros  mi  zgasł,  rękę  trzymam  wyciągniętą. 
Rozmawiałem sam ze sobą! Przestraszyłem się obłędu jak 
zaraźliwej  choroby,  przyszło  mi  na  myśl,  że  tu  nawet 
najzdrowszemu człowiekowi z czasem zaczyna się mącić 
w głowie i nachodzą go przywidzenia. Trzeba wyrwać się 
z tego. Bronię się, wysilam, aby sobie przypomnieć, kim 
jestem,  skąd  i  jak  tu  trafiłem.  Powtarzam  sobie,  że  jest 
inny świat oprócz tego Podwórza, że to nie jest na zawsze. 
Staram się nie zapomnieć o tym, zostać przy tej myśli. A 
czuję  jak  Podwórze  niczym  wir  na  rzece  wciąga 
człowieka na jakieś ciemne dno”. 

Niełatwo,  nawet  najtwardszemu  człowiekowi, 

spędzać dzień i czekać zmroku z takimi myślami; a dzień 
nie przynosi odmiany ani nadziei. Czasem tylko podejdzie 
Chaim.  Podchodzi  codziennie,  ale  z  nim  nie  można  po 
ludzku porozmawiać. Biedak coraz głębiej brnie w swoje 

background image

mroczne  opowieści  i  urojone  obawy.  Na  próżno  go  brat 
Piotr  za  każdym  razem  pyta,  czy  słyszał  coś  o  Ciamilu. 
Nic nie wie, to już go więcej nie interesuje. Jakby w ogóle 
nie  pamiętał  młodzieńca  ze  Smyrny.  Kipią  w  nim  nowe 
strachy, nowe podejrzenia i skargi. Znów opowiada żywo 
i drobiazgowo  –  wszystko sam widzi,  sam  doświadcza, a 
potem szybko zapomina i szuka dalej. Wydaje się, że cały 
świat  nie  zawiera  dla  niego  dosyć  czarnych  wieści, 
krzywd i cierpienia. 

Podchodzi Chaim po całym rytuale jakichś „środków 

ostrożności”, siada obok „jedynego człowieka, któremu tu 
można zaufać”, a brat Piotr stara się być wesoły, klepie go 
po ramieniu: 

– No i cóż, Chajmo, moja ty pociecho, co słychać? 
Ale  Chaim  kieruje  na  niego  zdrętwiałe,  ciemne 

spojrzenie nierówno osadzonych źrenic, jakby nie słyszał 
jego słów i mówi posępnym głosem: 

– Niech pan słucha, ja nie wiem, czy pan to zauważył, 

ale mnie ostatnio coraz częściej nachodzi myśl: tu nie ma 
zdrowego  człowieka  o  czystym  rozumie.  Niech  mi  pan 
wierzy.  Wszyscy  tu  chorzy  i  wariaci  –  strażnicy, 
więźniowie, szpiedzy (a niemal każdy jest szpiegiem), nie 
mówiąc  już  o  największym  wariacie,  Karadziozie.  W 
każdym innym kraju on by był dawno w domu wariatów. 
Jednym słowem, nie ma tu ludzi zdrowych oprócz pana i 
mnie. 

Jego  głos  drżał.  To  zmusiło  brata  Piotra,  żeby 

podniósł  wzrok  i  przyjrzał  mu  się  uważniej.  Chaim  był 

background image

jeszcze  chudszy,  zawsze  tak  samo  nie  ogolony,  z 
czerwonymi, załzawionymi oczyma, jakby długo siedział 
obok  jakiegoś  dymiącego  ogniska.  Jego  głowa  lekko 
podrygiwała, a głos był syczący i przytłumiony. 

– Moje słowo, sami wariaci! 
Bratu  Piotrowi  zrobiło  się  nieprzyjemnie,  poczuł 

lekki  dreszcz  w  tyle  głowy.  Przez  chwilę  wydawało  mu 
się, że Przeklęte Podwórze rzeczywiście nie ma wyjścia. 

A właśnie tego dnia dostał pierwszą, radosną wieść z 

zewnątrz. 

Spaceruje  jak  zwykle  rano  po  podwórzu.  Dwaj 

młodzi  aresztanci, dzieci  niemal,  bawią  się  w  ganianego, 
stale  obiegając  zakonnika  i  chowając  się  za  niego.  Koła, 
które zataczali wokół niego, były coraz to węższe. Zanim 
zdołał wymknąć się dokazującym chłopcom, jeden z nich 
w biegu przylgnął zupełnie do niego jak do żywej zasłony. 
Brat  Piotr  poczuł,  jak  wetknął  mu  do  ręki  jakiś  zwinięty 
papier. Chłopcy ganiali się wciąż, teraz już oddalając się 
od niego, a on, zmieszany i wystraszony, poszedł szukać 
jakiegoś  ustronnego  kąta.  Na  papierze  było  napisane  po 
turecku nieznaną ręką: „Piotra jutro albo pojutrze puszczą 
na wolność”. 

Niespokojnie  spędził  ten  dzień  i  noc  po  nim.  Jasne 

było,  że  wiadomość  mogła  pochodzić  tylko  od  brata 
Tadiji. 

A nazajutrz rzeczywiście przyszedł strażnik, kazał mu 

zabrać rzeczy i przygotować się do podróży. Pod wieczór 
wyprowadzono  go  i  wyprawiono  –  na  zesłanie  do  Akry. 

background image

Choćby nie był pewien, że wczorajsza wiadomość wyszła 
od  brata  Tadiji,  teraz  mógł  się  o  tym  przekonać.  Stary 
gwardian bowiem nigdy nie potrafił dobrze przewidywać. 

Tej  nocy  brat  Piotr  z  azjatyckiego  brzegu,  gdzie 

zesłańcy  czekali  na  wyruszenie,  widział  po  raz  ostatni 
Stambuł  w  całej  jego  potędze  i  krasie.  –  Powietrze  było 
ciepłe i słodkawe. Czuł się zmieszany i zagubiony między 
dwudziestoma  towarzyszami  podróży.  Noc  była  bez 
gwiazd  i  księżyca.  A  przed  nimi  na  połowie  mrocznego 
widnokręgu  wznosił  się  wieczorny  Stambuł  niczym 
fajerwerk  zatrzymany  w  locie.  Był  ramazan

[8]

  i  na 

minaretach  wszystkich  meczetów  paliły  się  pochodnie, 
migocąc  jak  gwiazdozbiory  nad  niezliczonymi  światłami 
miasta.  Większość  skazanych  siedziała  ze  spuszczoną 
głową. Niektórzy ułożyli się  już do snu. Brat Piotr przez 
pewien czas patrzał na to, co jest za dnia Stambułem, a co 
teraz potężnie i wyzywająco wznosi się niby roziskrzona 
fala  ku  niewidocznemu  niebu,  w  bezkresną  noc.  (Ileż 
czasu  było  trzeba,  żeby  zapalić  tyle  świateł?  Czy  się 
znajdzie ktoś, kto by je kiedyś ugasił?) Wydawało mu się, 
że nie ma wśród nich miejsca dla Przeklętego Podwórza, a 
przecież jest ono tam gdzieś, na jednej z małych ciemnych 
płaszczyzn, wśród gęsto rozsypanych świateł. Zmęczony, 
odwrócił  się  w  końcu  w  stronę  mrocznego,  niemego 
wschodu, ale tu też, jak tam, na oświetlonym widnokręgu, 
znalazł  myśl  o  Przeklętym  Podwórzu.  Razem  z  nim 
wyruszyła w drogę i będzie mu towarzyszyć we śnie i na 
jawie do Akry, w Akrze i potem. 

background image

–  W  Akrze  też  widziałem  i  przeżyłem  wiele  rzeczy. 

Trochę  ci  już  opowiadałem,  a  jest  jeszcze  wiele  do 
opowiedzenia. 

Spotkałem 

wielu 

wygnańców 

najprzeróżniejszych  narodowości  i  wyznań,  przestępców, 
a  jeszcze  więcej  niewinnych.  Wielu  z  nich  spędziło  po 
parę  miesięcy  na  Przeklętym  Podwórzu  i  znało 
Karadzioza.  A  jeden  młody  człowiek  z  Libanu  potrafił 
naśladować jego chód i głos tak, że zrywaliśmy sobie boki 
ze  śmiechu,  jak  gdyby  przed  nami  przechadzał  się  i 
krzyczał:  „Powiadasz,  że  nie  jesteś  winien?  Dobrze, 
akurat  nam  potrzeba  jednego  niewinnego!”  Był  to  gruby 
człowiek, z wielką ogoloną głową i okularami z grubego 
szkła,  żartowniś  zawsze  pełen  dowcipów  i  skłonny  do 
śmiechu.  Był  katolikiem.  Kiedy  poznaliśmy  się  nieco 
lepiej, a ja mu powiedziałem, kim jestem, zobaczyłem, że 
jest  o  wiele  mądrzejszy  i  niebezpieczniejszy,  niż  się 
zdawało.  Jakiś  polityk  chyba.  Żartuje,  żartuje,  a  naraz 
siądzie przy mnie i mówi śmiejąc się: „Och, dobry, dobry 
jest  Karadzioz”.  Ja  dziwię  się:  „Jak  to  dobry,  diabelska 
jego  dobroć!”  „Nie,  nie,  to  jest  właściwy  człowiek  na 
właściwym stanowisku w naszych czasach”, odpowiada. I 
wtedy  mówi  mi  na  ucho  zupełnie  innym  głosem:  „Jak 
chcesz  wiedzieć,  jakie  jest  jakieś  państwo  i  jego  władza, 
staraj  się  obliczyć,  ilu  niewinnych,  porządnych  ludzi 
siedzi  w  więzieniach,  a  ilu  zbrodniarzy  chodzi  na 
wolności. To ci najlepiej powie”. – Wszystko to mówi mi 
tylko mimochodem, wstaje zaraz, przechadza się z rękami 
w  kieszeniach,  krzyczy  jak  Karadzioz  i  zmusza  nas  do 

background image

śmiechu. Przy tych żartach i śmiechu zawsze myślałem o 
Ciamilu i było mi ciężko, bo nie miałem z kim rozmawiać 
o  nim.  Nigdy  chyba  nie  było  mi  tak  żal  jakiegoś 
człowieka. 

Osiem miesięcy pozostał brat Piotr w Akrze. Dopiero 

wtedy  na  interwencję  zakonników  i  pewnych  wysoko 
postawionych  Turków  wypuszczano  go  na  wolność. 
Wrócił  do  Bośni  o  tej  samej  parze  roku,  co  wyruszył 
przed  rokiem  wraz  z  bratem  Tadiją  Ostojiciem,  który 
przez cały ten czas siedział w Stambule i robił wszystko, 
żeby go uwolnić. 

 
Na tym kończy się wszystko. Nie ma więcej niczego. 

Tylko grób między niepozornymi mogiłkami zakonników, 
zagubiony niczym jeden płatek w głębokim śniegu, śniegu 
szerokim jak ocean, przekształcającym wszystko w zimną 
pustynię  bez  imienia  i  znaku.  Nie  ma  więcej  opowieści, 
nikt już nie opowiada. Jakby w ogóle nie było świata, dla 
którego  warto  patrzeć,  chodzić  i  oddychać.  Nie  ma 
Stambułu i Przeklętego Podwórza. Nie ma też młodzieńca 
ze Smyrny, który już raz umarł, jeszcze przed prawdziwą 
śmiercią,  kiedy  pomyślał,  że  jest  lub  mógłby  być 
nieszczęśliwym  bratem  sułtana,  Dżemem.  Nie  ma 
nieszczęśnika  Chaima  ani  czarnej  Akry,  ani  ludzkich 
cierpień, ani towarzyszących im nadziei i oporu. Niczego 
nie ma. Tylko śnieg i prosty fakt, że się umiera i idzie pod 
ziemię. 

Tak widzi wszystko młodzieniec obok okna, którego 

background image

na chwilę poniosły wspomnienia i cieniem przykryła myśl 
o śmierci. Trwa to tylko chwilę. Najpierw słabo, a potem 
żywiej  i  wyraźniej,  jakby  się  powoli  budził,  do  jego 
świadomości  dociera  nierówny  dźwięk  metalowych 
przedmiotów padających tępo na stos i twardy głos brata 
Miji  Josicia,  który  dyktuje  spis  narzędzi  pozostawionych 
przez zmarłego brata Piotra. 

–  Dalej!  Pisz:  jedna  mała  piłka  żelazna,  niemiecka. 

Jedna! 

 

background image

[1] Obcęgi wyrabiane w Kreszewie, znanej ze swych 

rzemieślników miejscowości w Bośni. Przyp. tłum. 

[2] Minderluk – ciągnąca się wzdłuż wszystkich ścian 

pokoju  ława  drewniana,  wyściełana  materacami  i 
dywanami, sprzęt charakterystyczny dla każdego domu w 
Bośni. Przyp. tłum. 

[3] Karadzioz – groteskowa postać z tureckiego teatru 

cieni. 

[4] Diwan – sułtańska rada tronowa w dawnej Turcji. 

Przyp. tłum. 

[5] Kadi – sędzia turecki. Przyp. tłum. 
[6] Sura – werset koranu. Przyp. tłum. 
[7] Taedium vitae – odraza, zniechęcenie do życia. 
[8]  Ramazan  –  święto  muzułmańskie  poprzedzone 

wielkim postem. Przyp. tłum.