background image

Dlaczego ścieżka schodzenia nagle się załamała 

 

Anomalie w locie Tu-154M, który rozbił się na Siewiernym, występowały już na wysokości 
200  metrów.  Chodzi  o  korekty  wysokości,  których  autopilot  normalnie  nie  wykonuje  - 
oceniają  piloci,  którzy  analizowali  wykresy  sporządzone  w  oparciu  o  zrzut  danych  ze 
skrzynki FDR, dołączone w formie załącznika do raportu MAK. Problem w tym, że zabrakło 
w  nim  technicznego  opisu  kluczowej,  koocowej  fazy  lotu  polskiego  samolotu. 

Bez 

odpowiedzi  Rosjanie  pozostawili  też  pytanie  o  nagłą  zmianę  nastawy  wysokości  na 
wysokościomierzu WBE-SWS dowódcy załogi. MAK uznał to za błąd załogi. Tymczasem, jak 
ustalił  "Nasz  Dziennik",  36.  Specjalny  Pułk  Lotnictwa  Transportowego  reklamował  w 
ostatnich latach właśnie to urządzenie u producenta, bo samo zmieniało tzw. tło, czyli ze 
stóp przechodziło na metry. Wysokościomierz WBE-SWS, zamontowany przy lewym fotelu 
w Tu-154M o numerze bocznym 101 przejawiał skłonnośd do wprowadzania samowolnych 
zmian  jednostki  wyskalowania  przyrządu 

-  mówi  pilot,  który  latał  na  tupolewie  101  w 

fotelu dowódcy. 

Były reklamacje wysokościomierza zamontowanego w Tu-154M przy fotelu dowódcy. 

Opublikowane przez MAK wykresy wybranych parametrów lotu Tu-154M wraz z niepełnymi 
stenogramami  rozmów  nie  wyjaśniają,  co  działo  się  z  samolotem  po  wydaniu  przez  
mjr.  Arkadiusza  Protasiuka  komendy  "odchodzimy".  Dopiero  dokładna analiza  oryginalnych 
danych  zawartych  w  FDR  i  CVR  pozwoliłaby  na  wyciąganie  wniosków.  Teoretycznie  jest  to 
wprawdzie możliwe, ale wyniki takich analiz nie będą w pełni wiarygodne. Dlaczego? Jednym 
z powodów jest chociażby luka w zapisach rozmów w kokpicie, która częściowo już została 
obnażona przez polskich ekspertów. - Dla każdego pilota braki w stenogramie powinny byd 
oczywiste. Okazuje się, że z ust mjr. Arkadiusza Protasiuka we właściwym momencie jednak 
padła  kluczowa  komenda  "odchodzimy"  i  została  ona  potwierdzona  przez  drugiego  pilota 
ppłk. Roberta Grzywnę. Również dalsze działanie załogi wskazuje, że procedura odejścia była 
realizowana. Ale skoro tak, to dlaczego nie widad tego w stenogramach? Takich czynności nie 
wykonuje  się  w  milczeniu.  Czego  więc  jeszcze nam  nie pokazano?  - pytają  piloci, z  którymi 
rozmawiał "Nasz Dziennik". Białych plam jest całkiem sporo, bo MAK w swojej prezentacji nie 
odtworzył  wszystkich  posiadanych  zapisów  rozmów,  i  to  nie  tylko  z  kokpitu,  ale  także 
towarzyszących im nerwowych ustaleo na wieży Siewiernego. 

Poważną luką w raporcie jest 

brak  analizy  technicznej  po  wydaniu  komendy  "odchodzimy".

 

-  Nie  wyjaśniono  przyczyn 

nagłego  załamania  ścieżki  schodzenia.  Załoga  prawidłowo  realizowała  procedurę  odejścia, 
więc samolot powinien zacząd się wznosid, a stało się dokładnie odwrotnie, runął na ziemię. 

Dlaczego?  -  zastanawiają  się  piloci.  Nasi  rozmówcy  podkreślają,  że  nawet  ze  wstępnych, 
pobieżnych  analiz  wykresów  ze  skrzynki  FDR  wynika,  że  już  na  wysokości  200  m  w  locie  
Tu-154M  występowały  pewne  anomalie,  czynione  były  m.in.  korekty  wysokości,  których 
autopilot normalnie nie wykonuje. Kluczem do odpowiedzi na to pytanie są oryginalne zapisy 
parametrów  lotu  oraz  pełne  zapisy  komend,  które  padły  w  ostatnich  chwilach  lotu. 

background image

Lakoniczne  stwierdzenie,  że  samolot  do  zderzenia  był  sprawny,  nie  kooczy  sprawy.  I  tak 
Rosjanie  bez  odpowiedzi  pozostawili  ustalenie,  dlaczego  nagle  zmieniła  się  wysokośd  na 
wysokościomierzu WBE-SWS dowódcy załogi i czy nastąpiło to samoczynnie. Jak ustaliliśmy, 
w ostatnich latach były reklamacje tych właśnie urządzeo, bo np. same zmieniały tło (ze stóp 
przechodziły  na  metry).  Tymczasem  MAK  w  raporcie  przyjął,  że  nastawę  mógł  zmienid 
omyłkowo dowódca lub "mało doświadczony" nawigator kpt. Artur Ziętek. 

Strona polska uznała, że przypięty pasami do swego fotela nawigator nie mógł jednak tego 
uczynid.

 A awarię, która mogła skutkowad taką zmianą nastawy, MAK uznał za skrajnie mało 

prawdopodobną. 

Kwestia,  jak  faktycznie  doszło  do  zmiany,  pozostała  w  raporcie 

nierozstrzygnięta.

 "Można jednoznacznie stwierdzid, że ciśnienie lotniska 745 mm słupa rtęci 

było  ustawione  na  wysokościomierzach  WM-15  PB  nr  1188008  oraz  UWO-15M1B  
nr  1196652,  które  zostały  poddane  ekspertyzom  technicznym.  Stwierdzenie,  że  załoga 
najprawdopodobniej  ustawiła  ciśnienie  lotniska  745  mm  słupa  rtęci  na  wszystkich 
wysokościomierzach  barometrycznych,  wynika  jedynie  z  korespondencji  radiowej.  Wniosek 
MAK  wskazuje  na  niewłaściwą  analizę,  gdyż  tak  naprawdę  załoga  przestawiła 
wysokościomierze  na  ciśnienie  lotniska  lądowania  powyżej  poziomu  przejściowego,  na 
wysokości około 2100 metrów" - czytamy w polskich "Uwagach" do raportu MAK.  

Fakt  zgłaszania  reklamacji  wysokościomierzy  WBE-SWS  montowanych  w  tupolewie 
potwierdził  Bumar,  który  w  ubiegłych  latach  pośredniczył  w  relacjach  wojska  z  rosyjskim 
dostawcą.

  Jednak  z  uwagi  na  likwidację  pionu  lotniczego  (firma  nie  realizuje  obecnie 

zamówieo dla Sił Powietrznych) spółka nie była w stanie ustalid, ile było tych reklamacji i jaki 
był finał procedury. "Nasz Dziennik" wciąż czeka na informację w tej sprawie z Dowództwa Sił 
Powietrznych. 

-  WBE-SWS  to  tylko  przykład,  ale  przy  badaniu  katastrof  właśnie  sytuacje  skrajnie  mało 
prawdopodobne bierze się pod uwagę, bo one najczęściej powodują katastrofę, gdyż nikt się 
nie spodziewa, że coś może się stad, bo jest to właśnie mało prawdopodobne. Jeśli odpadnie 
skrzydło, silnik, to wszyscy to widzą i stwierdzają ten fakt, ale jeśli np. w jakiejś instalacji zrobi 
się  mała dziurka,  to  fakt,  że nie  jest  ona  widoczna,  oznacza,  że  nie  należy tego  zbadad?  Tu 
zginęło 96 osób, więc każda, nawet najmniejsza częśd powinna zostad dokładnie sprawdzona 
i dopiero wówczas można powiedzied, że samolot został przebadany - ocenił nasz rozmówca. 
Jak  dodał,  przy  wyjaśnianiu  katastrofy  Tu-154M  przechodzi  się  obok  pewnych  kwestii 
technicznych,  odgórnie  zakładając,  że  można  je  odrzucid,  uznad  za  nieistotne.  -  Takie 
zachowanie  można  usprawiedliwid,  gdyby  doszło  do  niegroźnego  incydentu,  w  którym 
nikomu  nic  się  nie  stało,  a  samolot  nie  doznał  uszkodzeo,  ale  nie  w  przypadku  takiej 
ogromnej  tragedii.  To  świadczy  o  niekompetencji  osób,  które  zajmowały  się  badaniem 
katastrofy.  Jest  to  także  następstwo  niedopuszczenia  polskich  ekspertów  do  badao.  Bo  jak 
coś można wyjaśnid, skoro nie mamy zbadanych wszystkich dowodów? - mówi pilot.  

Zdaniem  Ignacego  Golioskiego,  byłego  członka  Paostwowej  Komisji  Badania  Wypadków 
Lotniczych,  koocowy  odcinek  lotu  Tu-154M  należy  dokładnie  przeanalizowad  na  podstawie 

background image

zapisów  parametrów  lotu,  zapisów  głosów  w  kabinie  i  na  wieży  kontrolnej.  -  Dopiero  te 
wszystkie  dane  odpowiednio  nałożone na  osi  czasu  pozwalają  na  wyciąganie  wniosków.  W 
ten  sposób  można  podjąd  próbę  ustalenia  m.in.  tego,  kiedy  i  jakie  były  działania  sterami 
samolotu  -  podkreślił.  Golioski  dodał,  że  w  przypadku  badania  wypadku  samolotu  CASA  z 
2008 roku była możliwośd zbadania tego, czy w danym momencie nastąpił ruch wolantem i 
pedałami, a urządzenia rejestracyjne zapisały m.in. takie parametry, jak kąt wychylenia lotek 
czy  sterów  w  danym  momencie.  Jak  zauważył,  ważne  jest,  by  analizowane  zapisy  z 
rejestratorów  pokładowych  były  możliwie  pełne.  -  Rosjanie  mają  oryginalne  taśmy,  więc 
mają też większą możliwośd ich odczytania, ale nie wiem, czy nie chcą tego uczynid, czy też 
nie potrafią - dodał. Z pewnością rzeczą niedopuszczalną było, że w raporcie koocowym nie 
znalazły  się  zapisy  rozmów  na  smoleoskiej  wieży,  bo  nawet  jeśliby  przyjąd  wersję  MAK,  że 
kontrolerzy  nie  zawinili,  to  w  koocowym  dokumencie  powinien  znaleźd  się  pełny  i 
obiektywny obraz retrospekcji katastrofy.