Ignacy Radziejowski
"Pamiętnik powstańca 1831 roku"
I
Dzieciństwo. Powstanie
1830—31 r.
Urodziłem się w domu szlachec-
kim, bardzo miernej zamoŜności,
dnia i lutego 1815 r. w pod-
laskim wówczas województwie
(w dzisiejszej guberni lubelskiej), we wsi Kobyl-
nicy, bardzo blisko pamiętnego dla współrodaków
miejsca, tj. o 1/4 mili od Maciejowie, a jeszcze
bliŜej od miejsca wzięcia Kościuszki.
Ojciec mój był naówczas posesorem trzech
wiosek, powodziło mu się nieźle, ale wczesną
ś
miercią, bo w piątym roku po moim urodzeniu,
zostawił nas w bardzo krytycznym połoŜeniu. Mat-
ka, obarczona sześciorgiem drobnych dzieci, go-
spodarstwem zajmować się nie mogła, a moŜe
i nie wydołała. Zaufany ekonom i procesy po
ś
mierci ojca wynikłe wycieńczyły fundusze do te-
go stopnia, Ŝe po spienięŜeniu inwentarzy i po
opłaceniu kosztów wygranego procesu, który zbyt
wiele kosztował, matka z kilkoma tysiącami wy-
jechała na mieszkanie do Warszawy, a ekonom,
daleko rządniejszy, kupił sobie cząstkę i na włas-
nym kawałku gospodarował.
W Warszawie, za radą wuja Kazimierza Miecz-
nikowskiego, kapitalik został ulokowany na pro-
cencie, a procederem Ŝycia miało być utrzymy-
wanie studentów i akademików. Nieszczęście
chciało, Ŝe dłuŜnik zbankrutował i wszystko stra-
conym zostało. Akademicy częstokroć nie uiszczali
się w opłatach, trzeba zatem było i to zarzucić
i wziąć się do pracy ręcznej. PołoŜenie było
okropne, biedna matka szyciem musiała wyŜywić
nas z sześciorgiem małoletnich, z których dwie
siostry starsze słabą tylko mogły być pomocą. Ja
najwcześniej przestałem być cięŜarem rodzeństwa.
Staraniem Ŝyczliwych przyjaciół matki w dziesią-
tym roku Ŝycia zostałem umieszczony w szkole
lubelskiej na koszt funduszów Gompersa. KaŜdy
komu zdarzyło się opuszczać rodzeństwo, łatwo
pojmie, z jaką boleścią serca poŜegnałem matkę,
siostry i brata.
Długo nie mogłem się oswoić z obcymi ludźmi,
którzy matkę zastąpić mieli. Smutny, zdałem egza-
min i przyjęty zostałem do drugiej klasy. Odtąd
raz na rok, tylko w czasie wakacji, robiłem
uszczerbek matce. Przyjazd mój i odjazd zawsze
kosztował kilka złotych cięŜko zapracowanych,
oprócz tego przez półtora miesiąca przybywała
jedna gęba do nakarmienia, dla której parę go-
dzin więcej pracować trzeba było. Radość z przy-
bycia mego zawsze krótką bywała, troskliwość
matki o byt codzienny odbierał jej wszelkie chwile
nawet dostatecznego spoczynku. Smutne to wspo-
mnienie lat dziecinnych dziś serce ściska. Dzieci
nigdy nie są w stanie wywdzięczyć się troskli-
wości rodziców!
Starszy brat mój, Michał, bardzo młodo, bo
w szesnastym roku Ŝycia, poszedł do słuŜby woj-
skowej do 5 pułku piechoty. Bieda była przyczy-
ną, Ŝe takŜe musiał ustąpić z domu, Ŝeby nie być
cięŜarem matce. Pozostałe cztery siostry uczyły
się i pracowały podług moŜności. Najstarsza Anna
poszła za mąŜ w siedemnastym roku za doktora
Krauze. Zmarła w dwudziestym szóstym roku
Ŝ
ycia, pozostawiła dwóch synów, Stanisława i Ta-
deusza, i córkę Annę. Druga siostra, Eleonora,
zmarła w dwudziestym pierwszym roku Ŝycia pan-
ną (w roku 1833). Narzeczony jej, śukowski,
zmarł pierwej - w 1831 roku. Trzecia siostra, Jó-
zefa, zmarła w 1831 roku, w czternastym roku
Ŝ
ycia. Czwarta Zofia, mając lat osiemnaście, po-
szła za mąŜ za wdowca po Annie! Rok tylko Ŝy-
ła z męŜem i po urodzeniu dziecka razem z nim
zmarła w 1839 roku. Nieszczęśliwa matka moja
przeŜyła wszystkie córki, które na jej rękach ko-
nały. Pozostała przy wnukach u doktora Krauze-
go, gdzie w roku 1841 dnia 8 lutego w Krasnym-
stawie Ŝycie zakończyła.
Rewolucja nasza 1830 roku zastała mnie w
5 klasie. KtóŜ ze starszych nie wie, jaki zapał
panował wśród ówczesnej młodzieŜy szkolnej (nie
mającej rozwiniętych jeszcze władz umysłowych
i sił fizycznych) i ja pragnąłem do czegoś być po-
Ŝ
ytecznym krajowi. Z jakaŜ zazdrością patrzyłem
na doroślej szych kolegów, którzy gotowali się do
broni! Dla zbyt młodego wieku pomijano mnie
i o ksiąŜce myśleć kazano. Generał Weyssenhoff,
dowiedziawszy się, Ŝe młodzieŜ klas wyŜszych
udała się na cmentarz dla złoŜenia przysięgi na
grobach ojców, Ŝe będzie bronić kraju do ostat-
niej kropli krwi, zaprosił ją do swego mieszkania,
gdzie miał przemowę do starszych, dziękując im
za zapał oraz zachęcając do wytrwania w chwa-
lebnym przedsięwzięciu. Młodszych zaś starał się
przekonać, Ŝe nie tylko bronią, ale i głową moŜna
być krajowi poŜytecznym, kto zatem nie jest jesz-
cze w stanie dzielić trudów wojennych, powrócić
ma do szkół, które podczas ogólnego uniesienia
uczęszczane nie były. Przemowa ta nie trafiła do
przekonania mego. Być uŜytecznym krajowi kie-
dyś, po ukończeniu nauk (do których chęci wiele
nigdy niestety nie miałem), podczas gdy koledzy
dziś juŜ są mu dzielną pomocą - ta myśl taką
gorącą chęcią mnie napełniła, Ŝe nie pojmując
trudności, zaledwie z kilku groszami w kieszeni,
sam jeden, piechotą wybrałem się do Warszawy
w nadziei zobaczenia się z bratem, który by do-
pomógł mi wejść do wojska. Szczera chęć wszyst-
ko przezwycięŜa i rodzi siły do pokonania naj-
większych trudności. Pierwszego dnia po wyjściu
z Lublina, grudniową porą o kilku obwarzan-
kach, z białą kokardką u czapki, wieczorem sta-
nąłem za Puławami. KsiąŜę Konstanty właśnie
nocował po drugiej stronie Wisły w Abramowi-
czach. Awangardę minąłem juŜ w Końskowoli,
a na szosie około Puław spotkany przez oddział
„konopolców", za kokardę przez oficera napasto-
wany byłem - ten kokardę zerwał mi, a czapkę
rzucił na pole. Nic to nie ostudziło mojej energii,
podniosłem czapkę z ziemi, a nasunąwszy ją na
bakier, przeszedłem Puławy, dąŜąc ku Wiśle, aby
jeszcze za dnia przeprawić się na drugą stronę.
JakoŜ trafiłem szczęśliwie, powracający prom po
piechotę oczekującą na przeciwnym brzegu zabrał
mnie za parę groszy, ale gdy przyszło wysiąść juŜ
na groblę, do której prom przybijał, to było tak
pełno Ŝołnierzy, Ŝe chcąc przejść po samym brze-
gu, obsunąłem się i wpadłem w wodę, na szczęś-
cie płytką. Przemoczenie nóg nic mi nie zaszko-
dziło, ale noc i zmordowanie kazały myśleć o noc-
legu, tym bardziej Ŝe porozkładane ogniska, przy
których Ŝołnierze nocowali, napełniały mnie oba-
wą, aŜebym nie był obdarty. W karczmie zaraz
za Wisłą miałem zamiar odpocząć, posilić się i na
nocleg zdąŜyć do Abramowicz, bardzo blisko le-
Ŝą
cych. Jakiś pułkownik polskiej gwardii, zdzi-
wiony mym studenckim mundurkiem, zapytał,
skąd się tu wziąłem. Opowiedziałem mu otwarcie,
Ŝ
e idę z Lublina do Warszawy w celu wejścia do
wojska. Zdziwienie pułkownika było wielkie, wi-
dzącego mnie samego jednego wśród tylu nie-
przyjaciół, tak naiwnie opowiadającego, przyzna-
jącego się do chęci wejścia do wojska rewolu-
cyjnego. Dał mi przestrogę, a wskazując na Abra-
mowicze powiedział: „Tam nocuje wielki ksiąŜę,
niechby cię zobaczył, pewnie cię zabrałby ze sobą,
a wtedy będziesz w wojsku, ale nie polskim".
Zrozumiałem całe niebezpieczeństwo mego poło-
Ŝ
enia. Wszedłem do karczmy, która nie tylko Ŝe
kawałka chleba nie miała, ale nabita była Ŝoł-
nierzami, z tym wszystkim wyjść z niej juŜ oba-
wiałem się. Karczmarz przeraŜony takimi gośćmi
rad mi był bardzo, pomieścił mnie na ławce za
szynkwasem, na której po tak silnym znuŜeniu
zasnąłem jak na piernacie i zaledwie przede
dniem gwarem sołdatów rozbudzony byłem.
Opisanie spotkania mego z pułkownikiem
gwardii Turno, który odprowadzał w. księcia do
granicy, było umieszczone w „Nowej Polsce",
piśmie wtedy wychodzącym, którego współredak-
torem był śukowski, narzeczony siostry mojej
Eleonory. Dla rozbudzenia większej energii w na-
rodzie wprowadzono na scenę samego w. księcia,
a ja czytając ten artykuł o studencie z Lublina,
nie poznałem w nim siebie.
Chcąc przede dniem wyminąć w. księcia, wy-
sunąłem się z karczmy, a nie zwaŜając na ruch
wojska gościńcem, zgłodniały szybko szedłem da-
lej. W pierwszej wiosce za Abramowiczami do-
wiedziałem się, Ŝe juŜ wojska przeszły. Uradowa-
ny tą wiadomością, chciałem się trochę posilić,
a zarazem, gdyby się udało, u dziedzica wypro-
sić furmankę choć na parę mil. Z tą myślą uda-
łem się do dworu, gdzie tylko pan rządca miesz-
kał. Ten przyjął mnie bardzo gościnnie, obiecał
podwodę i chciał poczęstować śniadaniem. Po-
dano juŜ na stół doskonały bigos z kiełbasą, wtem
wpada oddział huzarów na podwórze, a dowódca
ich, wywoławszy rządcę, dał mu rozkaz dostawy
furaŜów i mięsa. Zakłopotany rządca wybiegł dać
dyspozycję, a ja niecierpliwy, nie mogąc się go
doczekać, nie skosztowawszy nawet bigosu i nie
tracąc czasu na nadzieję spełnienia obietnicy, ru-
szyłem w dalszą drogę ku Kozienicom. W karcz-
mie posiliłem się trochę, wziąłem ze sobą nieco
obwarzanków i o takim pokarmie szedłem, ledwie
czując nogi pod sobą. O małą milę od Kozienic,
przed wieczorem, minęły mnie cztery bryczki
z młodzieŜą uzbrojoną. Prędko pędziły, nie śmia-
łem ich zatrzymać prośbą o zabranie mnie ze so-
bą, ale domyślałem się, Ŝe będą popasać w Ko-
zienicach. To mi sił dodało, prawie biegłem, Ŝeby
ich jeszcze zastać. JakoŜ łatwo znalazłem popasa-
jących, a dowiedziawszy się od słuŜących, Ŝe
w liczbie jadącej młodzieŜy są takŜe Radziejowscy
z Lublina, Ŝe wszyscy jadą do Warszawy do woj-
ska, zaszedłem do nich i zarekomendowawszy się
i oświadczywszy, w jakich zamiarach idę, zosta-
łem z uprzejmością przyjęty do ich towarzystwa.
Ukontentowanie moje było nie do opisania. Na
całą noc wyruszyliśmy do Warszawy. Zmordo-
wany, nie czując nóg, drzemałem na koźle najty-
czanki, szczęściem droga nadzwyczajnie piaszczy-
sta i daleka podróŜ nie dozwalały prędkiej jazdy,
a za to ja mogłem drzemać bezpieczniej.
Nad ranem, gdy byliśmy na szosie około Pilicy,
mijał nas jakiś powóz zafordeklowany, ktoś z na-
szych poznał, Ŝe był to powóz RoŜnieckiego, tak
wówczas poszukiwanego. W nadziei znalezienia
w nim niecnego generała, kazano zawrócić naj-
tyczankę i gonić za powozem. Zatrzymaliśmy go
wkrótce, a na zapytanie nasze, słuŜący odpowie-
dział, Ŝe rzeczywiście to powóz RoŜnieckiego.
Otrzeźwiony tym wypadkiem, wyskoczyłem
z bryczki. Z pistoletami w rękach protektorowie
moi otworzyli, a raczej oderwali fordekel, a za-
miast generała znaleźli jakąś przestraszoną damę
ze słuŜącą. Na pytanie: „kto jesteś", odpowiedzia-
ła: „Ledóchowska" i Ŝe o generale Ŝadnych wia-
domości nie ma. Jeden z towarzyszy powiedział
właściwy jej powołaniu komplement, a wsiadłszy
na bryczkę znowuŜ popędziliśmy ku Warszawie.
Zobaczywszy wieŜe warszawskie poczułem, Ŝe
serce bije mi gwałtownie, miałem uściskać matkę
i siostry, które serdecznie kochałem. Spodziewa-
łem się rozpocząć nowe Ŝycie, juŜ męskie, według
własnej woli, ale co na to powie matka? Czy i tu,
mimo spodziewanej protekcji brata, nie zarzucą
mi zbyt młodego wieku? Przyjęty byłem ze łzami
radości, ale musiałem się tłomaczyć, dla czego
w niewłaściwym czasie opuściłem szkoły. Biedna
matka trwoŜyła się o mnie, prosiła na wszystko,
Ŝ
ebym powrócił do szkół, a przy pomocy śuków-
skiego i Józefa Ostrowskiego, ludzi poczciwych,
ś
wiatłych i w rewolucji bardzo czynnych, wymo-
gła na mnie, Ŝe po świętach BoŜego Narodzenia
miałem powrócić do Lublina.
Przez cały czas pobytu w Warszawie starałem
się dowiedzieć o piątym pułku piechoty w na-
dziei zobaczenia brata, przez którego mógłbym
prosić u matki pozwolenia wejścia do wojska.
Wszystko na próŜno. Pułk poszedł do Raszyna,
brat był przeznaczony na instruktora do 3 bata-
lionu, formującego się w Radomiu. Nie widząc
się z bratem, musiałem powrócić do Lublina Ŝy-
dowską karetą. Było nas kilku pasaŜerów, tłumo-
ków wprawdzie Ŝadnych nie miałem, ale za to
broni mnóstwo w Warszawie od znajomych nado-
stawałem: pistoletów, pałaszy, z arsenału zaś ka-
rabinek kirasjerski. W drodze zginął mi prze-
ś
liczny rapier, złotem nabijany, pewnie stał się
łupem któregoś z pasaŜerów. Po przybyciu do Lu-
blina znalazłem tam wielką zmianę. Pułk kraku-
sów lubelskich juŜ prawie był sformowany, w któ-
rym niemal wszyscy moi koledzy słuŜyli. Klasy
wyŜsze, z powodu braku uczniów, były puste.
Kilku młodszych kolegów, równie jak ja zapalo-
nych, nie myślało o ksiąŜkach, jedynie wola ro-
dziców lub słabe siły wstrzymywały nas od za-
ciągnięcia się do pułku. Broń, którą przywiozłem
z Warszawy, częścią rozdałem kolegom kraku-
som, część sprzedałem za małą cenę. Zebrałem sto
kilkadziesiąt złotych. Z tą sumą w innym czasie
ileŜ to planów by się uroiło! PrzejeŜdŜając przez
Siedlce, słyszałem, Ŝe tam formują pułk strzelców
pod dowództwem Kuszla, do którego nawet mal-
ców przyjmują, byle tylko strzelać umieli dobrze.
Opowiedziałem o tym kolegom. Zapaleńsi przy-
jęli tę wiadomość z radością, snując projekty uda-
nia się tam. I tak Marceli Głuski i Paweł Stry-
jeński, równego wieku i wzrostu ze mną, powo-
dowani tymi samymi chęciami, zmówili się ze
mną, jako juŜ z praktykantem pierwszej podróŜy,
aby niezwłocznie do Siedlec powędrować! Wy-
starczyło rzucić projekt, na chęciach i pieniądzach
nie zbywało, a więc raniutko w początkach stycz-
nia wymaszerowaliśmy we trzech, z pistoletami
za pasem i kokardami u czapek. Do Lewartowa
ledwo moi koledzy doszli, tak trudna pokazała się
im droga, dalej gdzieniegdzie najmowaliśmy fur-
manki, chociaŜ głównym zadaniem miało być
przyzwyczajanie się do pieszej podróŜy, ale cóŜ
było robić, gdy siły na to nie pozwalały. W Siedl-
cach okazało się, Ŝe nie umiejących strzelać nie
przyjmowano. Co było robić z nową trudnością?
Powracać do Lublina - wstyd przed kolegami,
trzeba było zatem rzucić się na nowe plany. Mia-
łem znajomego adiutanta pułkowego 4 pułku
strzelców pieszych, Skrobańskiego, więc nie tra-
cąc czasu i nadziei puściliśmy się do Kałuszyna,
gdzie wtedy pułk stacjonował. Skrobański przed-
stawił nas wprawdzie pułkownikowi Zawidzkie-
mu, ale ten z pewnym politowaniem spoglądał na
nas, a w końcu powiedział: „Miałbym was na su-
mieniu, gdybym takich dzieciaków przyjął". Tu
zmartwienie nasze było bardzo wielkie. Co ze
sobą robić? Kiedy tu nie przyjęli nas, pewnie
i w innych pułkach nie przyjmą! Zmartwieni, nic
jeszcze nie przedsięwziąwszy, poszliśmy na obiad
do oberŜy, gdzie wszyscy oficerowie wraz z ge-
nerałem brygady CzyŜewskim i pułkownikiem
stołowali się. W czasie obiadu pułkownik, wska-
zując na nas, powiedział do generała: „Oto mamy
trzech ochotników, ale czy podobna ich przyjąć?"
Generał ruszył ramionami i rzekł: „Trudy wo-
jenne cięŜkie do zniesienia dla ludzi dojrzałych
i silnych, a cóŜ dopiero dla młodzieńców nie ma-
jących pojęcia o jakichkolwiek niewygodach".
Oczy wszystkich oficerów zwróciły się na nas. To
mnie trochę zaniepokoiło i niejako obraziło,
a więc nie spodziewając się juŜ Ŝadnego skutku
dla naszych dobrych chęci, odpowiedziałem gene-
rałowi: „Co tam, panie generale, o tym mówić,
kto ma chęć, to dla niego nic trudnego znosić bie-
dę w obronie ojczyzny." Generał coś na to odpo-
wiedział, ale nie uwaŜałem, co, gdyŜ jeden z ofi-
cerów blisko siedzących zagadnął mnie, kto ja
jestem; zrobił to z tak przyjazną miną, Ŝe od razu
pozyskał moje zaufanie. Gdy dowiedział się, Ŝe
nazywam się Radziejowski i Ŝe w 5 pułku słuŜy
mój brat, tak był z tego uradowany, Ŝe natych-
miast zwrócił się do generała z prośbą, aby mnie
przyjął do pułku, dodając przy tym, Ŝe w 5 pułku
w jego plutonie słuŜył, równie jak ja młodo przy-
jęty, mój rodzony brat i najdzielniejszy był z nie-
go kadet, tak Ŝe w bardzo krótkim czasie posłano
go na ordynansa do w. księcia, a ksiąŜę nie mógł
się nim nacieszyć. Kilku starszych oficerów do-
łączyło swe prośby, przytaczając przykłady
na to, jak z młodzieńców wychodzą naj-
dzielniejsi Ŝołnierze. Generał nie mógł się oprzeć
ogólnemu naleganiu oficerów i wszystkich trzech
kazał przyjąć do pułku.
Oficerowie dobijali się o nas, kaŜdy rad by
mieć w swojej kompanii choćby jednego. Dzie-
wiątego stycznia 1831 roku zapisano nas do kon-
troli pułkowych i pomieszczono w 1 batalionie,
dowodzonym przez starego Ŝołnierza, szanowane-
go, poczciwego i męŜnego majora Piweckiego. Ja,
rozumie się, dostałem się do mego protektora, po-
rucznika Domagalskiego, do 2 kompanii strzelec-
kiej, dowodzonej przez kapitana Wolfa. Głuski
dostał się do 3 kompanii, a Stryjeński do 1 kara-
binierów. Radość nasza była niewypowiedziana,
gdy z naszych mundurów i płaszczy studenckich
natychmiast kazano zrobić mundury wojskowe.
Musztry uczyliśmy się z zapałem, ale karabin
dwunastofuntowy niełatwo dał się podnosić na
ramię, a przy celowaniu zawsze bagnet uciekał mi
do ziemi, co mnie gniewało, innych zaś śmieszyło.
II
SłuŜba w wojsku powstańczym
Niedługo potrwały nasze musztry,
gdyŜ 7 lutego w nocy otrzyma-
liśmy rozkaz w sztabie kompanii
w Chwatowicach, byśmy się
udali do sztabu pułkowego w Kałuszynie, skąd
pułk miał wystąpić w pole przeciw zbliŜającemu
się nieprzyjacielowi. Na placu Kałuszyńskim jesz-
cze o zmroku pułkownik Zawidzki miał energicz-
ną przemowę do zebranego pułku i po wzniesie-
niu okrzyków „Niech Ŝyje Polska!" ruszyliśmy
ku Siedlcom. Pierwszy marsz ze stu ładunkami
w pakunku i z karabinem, pomimo niewygasłej
energii i najszczerszej chęci, okazał się dla mnie
bardzo uciąŜliwym. Dla Głuskiego jeszcze bar-
dziej, bo nie był w stanie dojść do miejsca,
a Stryjeńskiego juŜ w pułku nie było. Familia
bojąc się o niego, jako o jedynego sukcesora
znacznego majątku, podstępem zabrała go z puł-
ku. Szwagier wyprosił dla niego urlop na dni 10,
na który Pawełek dopóty jechać nie chciał, do-
póki szwagier nie dał mu słowa honoru, Ŝe go
z powrotem przywiezie. Pod tym warunkiem
opuścił pułk, ale biedak musiał ulec przemocy,
gdyŜ więcej się nie pokazał. My zaś byliśmy prze-
konani, Ŝe to było nawet zgodne z wolą pułkow-
nika.
W Siedlcach pierwsze biwaki na mrozie trudne
były do zniesienia, ale wszystko znosiłem męŜnie,
pamiętając, Ŝeby nie tylko któremuś z nas, ale
nawet i protektorowi nie przyszło być zawstydzo-
nym z powodu okazanej niewytrwałości. Do
16 lutego byliśmy w ciągłym ruchu między Siedl-
cami a Kałuszynem. Pod Boimiami staliśmy na
posterunku 3 dni, a w nocy 15 na 16 przeszliśmy
do Kałuszyna i oczekiwaliśmy zbliŜającego się
nieprzyjaciela. Tu w pewnym momencie konie
artyleryjskie rozbiegały się z wózkiem na amuni-
cję. Zleciawszy z szosy w rów głęboki, jeden koń
połamał sobie nogi i z tego powodu został za-
strzelony. Kapitan Wolf, doświadczony stary Ŝoł-
nierz, kazał wykroić najlepszy kawał mięsa z nie-
go, naszpikować słoniną i naleŜycie przygotowaw-
szy, zaprosił nas na końską pieczeń. Zajadaliśmy
ze smakiem, ale jeszcze nie skończyliśmy naszego
ś
niadania, gdy pierwszy wystrzał armatni nie-
przyjaciela powołał nas do broni. Dojadając por-
cję pieczeni, stanąłem na swoim miejscu. Popro-
wadzono nas na lewą stronę szosy i postawiono
dla asekuracji dwóch dział. Kule nieprzyjaciel-
skie przelatywały nad naszymi głowami, robiąc na
wszystkich wielkie wraŜenie. Będący pierwszy raz
w ogniu pochylali się, słysząc świst kuli lub grana-
tu. Nic nie pomogły napomnienia starych, do-
ś
wiadczonych oficerów, dopóki nie przekonaliśmy
się sami, Ŝe nie tylko nie kaŜda kula trafia, ale
nawet bardzo rzadko która. Pierwszy ten dzień
był najlepszym tego dowodem, nieprzyjaciel tak
ź
le celował, Ŝe nawet ani jednego ranionego nie
mieliśmy. Według rozkazu wojska nasze cofały
się pod Mińsk, gdzie przenocowawszy, raniutko
znowuŜ były atakowane i odeszły ku Miłosnej.
Przed wieczorem pułkownik Zawidzki pozostał w
lesie za łańcuchem naszych tyralier i na oczach
wszystkich dał się wziąć kozakom, wcale się nie
broniąc. Czy było to zdarzenie zamierzone, czy
teŜ przypadek, dotąd nie wiem. Kiedy człowiek
przypomni jego energiczną przemowę przy wyru-
szeniu z Kałuszyna, zdaje się, Ŝe to była nie-
ostroŜność. Prawie zaprzestano działań z obu
stron. Sformowani, sekcjami maszerowaliśmy spo-
kojnie szosą, gdy zaczęły nas niepokoić wystrzały
ręcznej broni nieprzyjacielskiej. Jadący na prze-
dzie generał CzyŜewski krótką a węzłowatą prze-
mową i w końcu okrzykiem "hura!" „hura!" wlał
w nas ducha męstwa. Rzuciliśmy się wszyscy bez
porządku, jednakŜe nieprzyjaciel odparty cofał się,
juŜ ku Mińskowi. Uderzono w bębny dla wstrzy-
mania nieporządku, a po sformowaniu się zaczę-
liśmy znów spokojnie posuwać się ku Miłosnej.
W tej bitwie zdobyliśmy kilku jeńców, ale teŜ
kilku naszych zginęło. Odznaczył się szczególnie
w naszej kompanii Nieprzecki. W Miłosnej czy
teŜ gdzieś blisko Miłosnej, gdyŜ ciemność nie po-
zwalała rozpoznać pozycji, pod laskiem kazano
nam rozebrać jakiś drewniany pałacyk bardzo
pięknie umeblowany. Fortepian, lustra, pyszne
kanapy i krzesła - wszystko poszło w ogień bez
Ŝ
alu. Raczono się winem z piwnicy, a mnie do-
stało się trochę białej kwaszonej kapusty, która
po całodziennym głodzie niezrównanie dobrą
mi się wydała. Później dowiedziałem się, Ŝe pa-
łacyk ten był własnością księcia Lubeckiego, owe-
go posła do Petersburga wysłanego z początkiem
rewolucji, który więcej do kraju nie powrócił. Na
drugi dzień, tj. 18 lutego, jeszcze się nie rozwid-
niło, gdy wojska nasze zaczęły koncentrować się
pod Wawrem. Tam miały nas zmienić w pierw-
szej linii bojowej inne pułki, lecz nieprzyjaciel
natarł na nas przy wyjściu z lasu na pole. Bitwa,
rozpoczęta o świcie 19 lutego, trwała uporczywie
cały dzień. Nie ustąpiliśmy ani kroku z miejsca,
pomimo znacznie przewaŜającej siły nieprzyjaciel-
skiej. Szeregi nasze znacznie się przerzedziły, ja
wyniosłem kulę w boku tornistra. Na drugi dzień
juŜ z drugiej linii patrzyliśmy na krwawą znów
bitwę, gdzie uŜywano rakiet kongrewskich. Plac
boju pozostał jak poprzednio nie ustąpionym, a Ŝe
z obu stron straty były wielkie, nastąpiło więc
zawieszenie broni, które trwało od 23 do 25 lu-
tego. Przez ten czas pikiety, placówki i patrole,
nękane mrozem i głodem, dokuczały nam niepo-
spolicie. Wojska nasze rozlokowały się pod Gro-
chowem. Dnia 24 lutego otrzymałem rozkaz od-
prowadzić chorych i lekko rannych, którym na
mrozie pogarszać się zaczęły rany, do Warszawy
i tam pozostawić ich w jakimkolwiek szpitalu,
a sam natomiast miałem powracać jak najprędzej
do pułku. Poczciwy Skrobański, adiutant pułko-
wy, pamiętał o mnie, wiedział, Ŝe miałem matkę
w Warszawie, Ŝe się tam ogrzeję i posilę naleŜy-
cie. Na ulicy Bednarskiej zaraz pozabierano mo-
ich chorych do domów, tak Ŝe nie miałem kogo
do szpitala prowadzić. Poszedłem więc na Nowy
Ś
wiat, wprost do mieszkania matki. Nim tam
doszedłem, kaŜdy widząc mnie wracającego z pola
bitwy, rad był o wszystkich znajomych się do-
wiedzieć, nie pytając, znałem ich czy nie. Pytano
wciąŜ, czy ten lub ów Ŝyje jeszcze. Ale któŜ zdoła
opisać zdumienie matki i jej boleść, która wyobra-
Ŝ
ała sobie, Ŝe ja spokojnie w Lublinie się uczę.
Pokrytego sadzami i kurzem łzami prawie obmy-
ła, a później nakarmiwszy, pogodziła się z myślą,
Ŝ
e juŜ inaczej być nie moŜe. Obdarzając mnie
błogosławieństwem, wypełniwszy tornister mój
chlebem i serdelkami, wieczorem matka i siostry
odprowadziły mnie do mostu, gdyŜ dalej warta
wzbraniała przechodzić, i tu poŜegnaliśmy się.
JuŜ po ciemku przybyłem do ognisk pułkowych,
wprost Olszynki Grochowskiej rozłoŜonych. Skro-
bański zdziwił się, zobaczywszy mnie, powiedział,
iŜ pewny był, Ŝe chociaŜ zanocuję u matki, ale ja
rozkaz, aŜeby spiesznie wracać, święcie wypełni-
łem. Najdotkliwsze były nasze zmiany pozycji w
celu zmylenia nieprzyjaciela. Zwykle nad ranem
odchodziliśmy od ogniska i gdzieś na roli lub na
łące staliśmy po kilka godzin na grudzie pod bro-
nią w szyku bojowym. Zimno było przeraźliwe,
a sen trapił niezmiennie. Gdy juŜ miało się roz-
widniać, w brzasku jutrzenki wracaliśmy do
ognisk i zaczynaliśmy gotować kaszę lub groch.
Tak teŜ było i 25 lutego. Zaledwie postawiono
na ogniskach kociołki, gdy wystrzał armatni zmu-
sił nas do wylania strawy i stawania pod broń.
Rozwijaliśmy się na lodzie, kartacze dochodziły
do nas, rykoszetując, jeden trafił w kolbę mego
karabinu, nie robiąc mi Ŝadnej krzywdy. W pierw-
szym ataku nasz pułk odebrał nieprzyjacielowi za
rowami dwa działa, ale niepodobna było ich za-
brać, pozostały więc tu zagwoŜdŜone. Tu widzia-
łem oficera Malkowa z 2 pułku strzelców z cho-
rągiewką nieprzyjacielską w ręku, którą nazywa-
no sztandarem. Trzykrotnie atakowaliśmy Olszyn-
kę i trzykrotnie musieliśmy ustępować przeciąga-
jącej sile, ale ostatni raz odstępując, kapitan Wolf,
nie mogąc przejść przez rów dosyć szeroki, jako
Ŝ
e był otyły, musiał się bronić, i tu raniony w no-
gę, z dziesięcioma Ŝołnierzami wzięty został do
niewoli. Ja, szukając miejsca do przeskoczenia,
dostałem cięcie w głowę. Widać, Ŝe oficer rąbiący
miał albo zły pałasz, albo niewprawną rękę, gdyŜ
stłukł mi tylko głowę, nawet krwi nie dobył, czym
dopomógł mi do przeskoczenia rowu, bo strach
ma duŜe oczy. Po południu mała garstka nas po-
została. W liczbie zabitych policzony był Skro-
bański, ugodzony kulą w udo. Gdy niepodobna
było mu amputować nogi, musiał poŜegnać się
z tym światem.
Po sformowaniu się, postąpiliśmy w drugą
bojową linię, ale i tu jeszcze niekiedy kule armat-
nie rwały szeregi. Kiedy staliśmy z batalionem na
jednym miejscu, zaczęło przeraźliwie dokuczać
zimno. Chcąc się trochę ogrzać, rozdmuchałem tle-
jące się ognisko, a korzystając z czasu, zdjąłem
tornister i dobyłem chleba, aŜeby i głód uśmie-
rzyć. Chleb był zmarznięty, trzeba go było pała-
szem odciąć. Gdy mozoliłem się nad tym, kula
armatnia jak gdyby dla Ŝartu ugodziła w sam śro-
dek ogniska. Obsypany węglem i popiołem, zmie-
szany, porzuciwszy tornister i chleb pośpieszyłem
na swoje miejsce! Śmiech ogólny batalionu przy-
wrócił mi przytomność, zmiarkowałem, Ŝe druga
kula nie tak łatwo w to samo miejsce trafi, po-
wróciłem więc i zabrałem się do śniadania, a za-
razem do obiadu. Wieczorem sławny atak kirasje-
rów rosyjskich księcia Alberta i naszą kolumnę
zmusił do sformowania czworoboku przeciw ka-
walerii.
Kolumna nasza przerzedziła do reszty tę garść
zuchwałych pijanych Ŝołnierzy, z których podobno
Ŝ
aden nie wrócił do swoich. Za wałem, u roga-
tek grochowskich, wieczorem straciliśmy jeszcze
kilku ludzi, między innymi Ŝołnierza Gadają,
o którym ówczesne gazety pisały. Dnia 26 lutego
maszerowaliśmy do Warszawy na plac broni; tu
był zbiór naszych męŜnych niedobitków. Wieczo-
rem poszliśmy do obozu na Powązkach, gdzie
rozlokowano nas w szopach. Nie mieliśmy w kor-
pusie Ŝadnego oficera, wszyscy wyginęli, a Do-
magalski był translokowany do 3 batalionu. Nie
miałem nikogo, Ŝeby prosić o pozwolenie odwie-
dzenia matki, tak upłynęły trzy dni, dopiero kie-
dy otrzymaliśmy dowódcę kompanii, porucznika
MroŜka, od niego dostałem pozwolenie wyjścia na
parę godzin. W domu juŜ byłem opłakany, bo po
takiej bitwie nie mając przez kogo zawiadomić
matki, Ŝe Ŝyję, gdy kaŜdy, kto został Ŝywy, juŜ
pośpieszył do rodziny, smutne domysły wzbudzi-
łem. Cieszyliśmy się sobą bardzo krótko, bo urlop
był bardzo ograniczony. W kilka dni potem do-
wództwo armii objął Skrzynecki. Do kaŜdego ba-
talionu miał zwięzłą przemowę, pełną zapału.
Jeden z Ŝołnierzy naszej kompanii, nazwiskiem
Kwiecień, wykrzyknął: „Będziem bić Moskali!"
Skrzynecki nie zrozumiał i zapytał, co ten mówi.
Kwiecień powtórzył i dodał: „A w ogóle wiwat!
Niech Ŝyje Polska i Naczelny Wódz!" Zadowolniło
to generała. Wkrótce wyszliśmy z obozu na kwa-
tery do Warszawy. Zajęliśmy naszym pułkiem
Nowe Miasto, ulicę Franciszkańską. Wtedy dopeł-
niono pułk nowym Ŝołnierzem. Co trzy dni cho-
dziliśmy na posterunki na Pragę, gdzie obozując
przy ogniskach na dworze, odbywaliśmy słuŜbę
na pikietach, placówkach, patrolach. Raz byliśmy
na rekonesansie za Grochowem, tu dała się wi-
dzieć róŜnica między ostrzelanym Ŝołnierzem
i młodym rekrutem; my nie kłanialiśmy się juŜ
kulom nieprzyjacielskim i Ŝartowaliśmy z młodych,
pierwszy raz w ogniu będących, nie pomnąc, jakie
wraŜenie na nas na początku ten ogień sprawił.
W Wielki Czwartek po usłanych słomą ulicach
i moście wyszliśmy na Pragę, gdzie cała armia
koncentrowała się. Spostrzegliśmy, Ŝe coś waŜniej-
szego niŜ pikiety tu nas sprowadziło. Z rozświ-
tem zaczęła się sławna bitwa (31.III.1831), w któ-
rej nieprzyjaciel ogromną klęskę poniósł. Nasz
pułk do wieczora był w drugiej linii, aŜ dopiero
pod Dębem wprowadzono nas w ogień. Tu
wytrzymaliśmy sławną szarŜę trzech kolumn ka-
walerii rosyjskiej, po odparciu której na błotach
zanocować mieliśmy.
W Wielki Piątek my rozpoczynaliśmy bitwę
(1.IV.1831). Po lewej stronie szosy dostało nam
się w ręce z łatwością 6 dział nieprzyjacielskich.
Nieprzyjaciel spiesznie rejterował za Kałuszyn.
Stąd armia nasza rozeszła się za nieprzyjacielem
w róŜne strony. 4 pułk wraz z innymi poszedł na
Cegłów, gdzie zatrzymał się kilka dni bez bitwy.
Stamtąd robiliśmy poruszenia w rozmaitych kie-
runkach. W jednym z takich poruszeń, czyli re-
konesansów, byłem posłany z nocnej placówki na
patrol awangardowy, zwany szpicą. Mieliśmy do-
trzeć do jakiegoś miasteczka, zdaje się do Siennicy.
Przechodząc przez las, spostrzegliśmy poprzywią-
zywane do drzew siwe konie. Nie wiedzieliśmy,
Ŝ
e nasza kawaleria idąca z innego traktu mogła
być przed nami, zatem przypuszczaliśmy, Ŝe jakiś
oddział nieprzyjacielskiej kawalerii odpoczywa.
Wtem spostrzegamy naszego szasera z pułku;
rzecz się natychmiast wyjaśniła, a poniewaŜ mia-
łem w tym pułku wuja Franciszka Miecznikow-
skiego i brata ciotecznego Titenbruna, zaraz za-
pytałem Ŝołnierza o nich. Wskazał drzewo, pod
którym wuj przygotowywał śniadanie. Titenbruna
nie było z nimi. Posiliłem się naprędce, bo nie
było czasu do stracenia, a przy czułym poŜegna-
niu wuj obdarzył mnie czterema złotymi polski-
mi, które wcale mi nie zawadzały. Tego samego
dnia powróciliśmy do Cegłowa.
W kilka dni znowu wypadła na mnie placówka.
Było juŜ dosyć ciepło, dniem nawet juŜ słońce
grzało, pozwoliłem więc bez wyŜszego rozkazu
zdjąć Ŝołnierzom tornistry. Nadjechał nasz dyŜur-
ny, pułkownik Majkowski, aresztował mnie za to.
Po odbyciu placówki zameldowałem się do arier-
gardy i tam pozostałem jako aresztowany. Wtem
pułk otrzymał rozkaz wymarszu dla zajęcia poste-
runku w Kuflewie. W marszu, pułkownik nie wi-
dząc mnie jak zwykle zgiętego pod tornistrem
i bronią na przodzie batalionu, zapytał dowódcę
batalionu, majora Piweckiego: - Gdzie się po-
dział „Mały? (tym przydomkiem zwykle mnie
nazywano) - a gdy major odpowiedział, Ŝe jesz-
cze jestem aresztowany, kazał natychmiast mnie
zwolnić i przepraszał, Ŝe zapomniał o mnie.
Wszyscy teŜ Ŝartowali sobie z mego wypadku,
winszując mi tego, Ŝe juŜ jestem prawdziwym Ŝoł-
nierzem, bo w kozie siedziałem.
Pod Kuflewem był z nami 5 pułk ułanów Za-
moyskiego. Któregoś dnia napadli na nich nie
przygotowanych kozacy i zabrali 80 ludzi wraz
z końmi. Alarm był powszechny. Z naszej kom-
panii podporucznik Wiśniewski, z plutonem sto-
jący na lewym skrzydle wsi, otrzymał rozkaz, aŜe-
by wysłał patrol złoŜony z podoficera i sześciu
ludzi na groblę za wsią, gdzie były pastwiska
włościańskie i olszynka na bagnach, dla przeko-
nania się, czy stamtąd nieprzyjaciel się nie zbliŜa.
Wiśniewski chciał komenderować Sługockiego,
lecz ten wymawiał się, Ŝe niedawno był na patro-
lu i Ŝe nie na niego kolej. Wiśniewski próbował
go zawstydzić, ale gdy Sługocki zuchwale mu od-
powiadał i pójść nie chciał, przymuszony był are-
sztować go, a na patrol wezwać ochotnika. Mnie
czasami oszczędzano jako bardzo młodego, chcąc
więc to powetować, wystąpiłem naprzód, prosząc,
Ŝ
eby mnie na patrol posłano. Podporucznik chęt-
nie zezwolił na to, kazał wybrać sześciu ludzi
i ruszyć na miejsce wskazane, a Sługockiego tym
bardziej upokarzał, Ŝe najmłodszy go zastąpił.
Przechodząc z patrolem przez wieś, spotkałem
jadącego ułana 5 pułku. Był to mój kolega szkol-
ny, Ignacy Gumowski. Stękał biedak, był cały
zbroczony krwią i pokłuty przez kozaków. Nie
mogłem mu dać pomocy, ale doradziłem, Ŝeby
jechał do księdza proboszcza w Kuflewie, gdzie
rzeczywiście znalazł pomoc, jak o tym dowiedzia-
łem się w 26 lat później. Poszedłszy dalej na
groblę między olszynę, spotkaliśmy oddział koza-
ków, jadących ku nam. Niestraszna nam była ka-
waleria, choć w znacznie przemagającej sile, gdyŜ
byliśmy zupełnie bezpieczni, mając za sobą płoty,
rowy i błota. Przyczajeni, oczekiwaliśmy ich zbli-
Ŝ
enia na strzał karabinowy. Kozacy, nie przewi-
dując zasadzki, zbliŜyli się na strzał karabinowy,
a spotkawszy raptowny ogień, zmuszeni byli jak
najspieszniej cofać się, uprowadzając ranionych.
Kilka dni później znajdowałem się na placówce
z prawej strony wsi pod wiatrakiem. Nad ranem
przyszedł do nas jakiś poczciwy wieśniak, z uwia-
domieniem, Ŝe Dybicz z 40 tysięcami ciągnie na
Kuflew i niedługo pokaŜą się jego awangardy.
Wedle zwykłego porządku odesłałem go pod stra-
Ŝą
do dowódcy pułku. W związku z jego donie-
sieniami na wzmocnienie pikiety przybył podpo-
rucznik Wiśniewski z resztą plutonu. Szwadron
jazdy mazowieckiej stanął daleko przed nami
w zaroślach, zaś szwadron 4 pułku ułanów zakry-
wał naszą pikietę pod samym wiatrakiem. Równo
ze wschodem słońca pokazali się kozacy. Zaczęły
się pojedyncze zaczepki pikiet Mazurów, lecz gdy
awangarda w paręset kozaków zaczęła się formo-
wać do ataku, Mazury rzucili się na nich i zaczęła.
się rąbanina. Ułani widząc przybywających koza-
ków, pośpieszyli swoim na pomoc, ale i oni nie
mogli poradzić coraz wzrastającej sile i całą masą
zaczęli się cofać ku nam. Piękny to, choć smutny
widok szarŜującej na siebie kawalerii, przy pysz-
nym wschodzie słońca. Serce się ściskało, kiedy
patrzyliśmy na współrodaków, padających z ręki
najeźdźcy. JakŜeby się chciało dać im pomoc, po-
dźwignąć z ziemi, usadzić na nowo na koniu, lecz
powinność zatrzymywała nas na miejscu w ocze-
kiwaniu dalszych rozkazów. Mieliśmy rozkaz, aŜe-
by przed kawalerią cofać się ku pułkowi do wsi.
Kiedy juŜ zaczęliśmy odstępować, przybył do nas
z nowym rozkazem adiutant, aŜeby rozsypać się
w tyraliery dla odstraszenia kozaków, którzy z re-
gularną piechotą nie lubili mieć do czynienia.
Wiśniewski posłał mnie w łańcuch, a sam pozo-
stał w rezerwie jako główny komendant. Kawa-
leria nasza chciała nam ustąpić miejsca do dzia-
łania, ale nie miała tej przezorności, Ŝeby nas
ominąć na skrzydłach naszych, nie rozdzielając
tyraliery. Kozacy obcesowo następowali za nimi,
tym sposobem przecięli nas na pojedyncze części,
nie byliśmy w stanie sformować grup zwróconych
przeciw kawalerii nieprzyjacielskiej, kaŜdy musiał
się bronić jak mógł lub razem z kawalerią biec
ku swoim. Ja byłem jednym z ostatnich, a ucze-
piwszy się strzemienia ułana, biegłem, nie zwa-
Ŝ
ając na jego wołanie, Ŝe mogę go z konia ściąg-
nąć. Tak dotarliśmy do płotów, gdzie juŜ ocalony
byłem, tu śmiało mogłem brać na cel kozaka,
gdyŜ nie mogłem poprzednio strzelać w kupę,
gdzie byli swoi. Za płotami znalazł się teŜ dzielny
nasz porucznik Mrozek z drugim plutonem naszej
kompanii, który nie zwaŜając na swoich, kazał
z tyłu dać ognia. Kozacy spostrzegłszy niebezpie-
czeństwo groŜące im z tyłu, rzucili się w bok
i oczyścili plac boju, na którym z mego łańcu-
cha tyraliery pozostało czternastu ludzi.
Złączywszy się z pułkiem, maszerowaliśmy
przez wieś w kierunku Cegłowa, ale jeszcze nie
wyszliśmy zupełnie ze wsi, kiedy kozacy juŜ zaje-
chali na podwórze pana Trzcińskiego, dziedzica
czy teŜ posesora Kuflewa, i zaczęli zsiadać z ko-
ni. Przejęty Ŝalem nad losem współbraci, którzy
trafiali w ręce wrogów, prosiłem majora Piweckie-
go, Ŝeby mi pozwolił dla postrachu strzelić do
najeźdźców. Roześmiał się poczciwy major i rzekł:
„Pal! ale pal dobrze!". Wycelowałem zza płotu
i wypaliłem. Nie wiem, czy trafiłem którego, ale
zaraz rozproszyli się za zabudowania. TegoŜ dnia
ciągle odpierając natarczywość nieprzyjaciela,
przybyliśmy wieczorem do Cegłowa, gdzie znale-
ź
liśmy znaczną część naszego wojska. W nocy od-
stępowaliśmy wszyscy do Mińska bez walki. Na
drugi dzień była walna bitwa, w której zginął
nasz męŜny Nieprzecki, nie doczekawszy się
munduru oficerskiego, bo był juŜ rozkaz o jego
awansie. Tu pewien kozak na swym koniu pod-
stępem chciał zabić kapitana Fausta, komende-
rującego tyralierami. Wyjechał zza karczmy, woła-
jąć i, prosząc, aby do niego nie strzelać, zsiadł
z konia i oparłszy karabin na koniu wystrzelił
do Fausta, szczęściem nie trafił, ale sam prędko
i zręcznie skrył się za karczmę. Potem, gdy się
kiedy pokazał kozak na siwym koniu, to póty
strzelano do niego wołając: „Pal do Marcina!",
póki nie zapłacił Ŝyciem za zdradę swego towa-
rzysza.
Spod Mińska w bitwie cofaliśmy się do Dę-
bego. Plan Skrzyneckiego nie udał się, nieprzyja-
ciel pod Dębe Wielkie nie przyszedł, przewą-
chał niebezpieczeństwo i znów za Mińsk Mazo-
wiecki odstąpił. Kilka dni staliśmy pod Miń-
skiem, tu sprawiliśmy pogrzeb Nieprzeckiemu, tu-
taj straciliśmy pułkownika Majkowskiego. Cholera
była przyczyną jego śmierci. Dowództwo objął
pułkownik Brzeski z 2 pułku strzelców pieszych
i ten juŜ do końca kampanii pozostał dowódcą
naszego pułku. W ciągu tego czasu pewnego dnia
przyszedł po mnie podporucznik Wiśniewski, obu-
dził mnie, kazał się oczyścić i ubrać jak najprę-
dzej, mówiąc, Ŝe generał mnie wzywa. Wiarusy
pomogli mi oczyścić amunicję, a ja myjąc się, za-
pytywałem Wiśniewskiego, po co jestem wzywany,
Wiśniewski uśmiechał się tylko i mówił: „Po-
ś
piesz się, to się dowiesz". Pewny byłem, Ŝe mnie
odkomenderują do Warszawy z jakim polece-
niem, dusza się aŜ rwała do rodzeństwa, ale
gdyśmy przyszli na plac, zastaliśmy tam generała
Giełguda, generała CzyŜewskiego i cały sztab
oraz kilkunastu Ŝołnierzy. Wiśniewski przystąpił
do generała Giełguda i przedstawił mnie. Gene-
rałowie całowali mnie, jak się całuje pacholęta,
i tu otrzymałem podziękowanie za ów patrol pod
Kuflewem, obiecano przy tym przedstawić mnie
do krzyŜa. KrzyŜa nie otrzymałem, bo teŜ nie
takie czyny powinny być nagradzane Orderem
Virtuti Militari.
Po niejakim czasie otrzymaliśmy rozkaz ma-
szerować jak najspieszniej pod Ostrołękę. Była
to wyprawa na gwardię rosyjską. Maszerowaliśmy
teŜ dzień i noc lasami, wąskimi droŜynami. Znu-
Ŝ
enie było ogromne, sen morzył nas do tego stop-
nia, Ŝe idąc drzemaliśmy i nieraz stuknąwszy no-
gą o korzeń, rozciągałem się jak długi, co na
krótki czas otrzeźwiało, bo wkrótce znowu sen
ogarniał.
W Ostrołęce awangarda naszego pułku, pod
dowództwem majora Ostrowskiego, zabrała na
Narwi 5 berlinek z Ŝywnością i kompanię eskor-
tującą je. Dostało się nam sucharków i po czarce
wódki. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy szosą
ku ŁomŜy. Prawie z płaczem maszerowałem, tak
mi sił brakło. Stanęliśmy w lasku o milę od ŁomŜy.
Jak kamień padłem na ziemię i zasnąłem, nie
myśląc o posiłku, nóg prawie nie czując. Raniutko
podnieśli nas do broni. Sformowani w porządek
bojowy, polami postępowaliśmy pod ŁomŜę. Usy-
pane baterie kazały się spodziewać silnego oporu
nieprzyjaciela. Rozsypaliśmy się w tyraliery;
pierwszy raz miałem brać udział w ataku ba-
terii. Nieprzyjaciela nie było widać, była nie-
wiadoma jego liczba, toteŜ i strachu było więcej.
Cichość w baterii wzbudzała podejrzenie, Ŝe nie-
przyjaciel ma zamiar jak najbliŜej nas dopuścić,
aby tym pewniejszy cios zadać. PróŜne jednak
były nasze obawy i domysły, w bateriach juŜ ni-
kogo nie było. Gwardia rosyjska nie oczekiwała
starcia z nami. Rosjanie opuścili ŁomŜę, spaliw-
szy za sobą mosty na Narwi, pozostawiwszy
wszystkie bagaŜe i furaŜ bez jednego strzału. Kie-
dy juŜ most stał w płomieniach, mieszkańcy Łom-
Ŝ
y wyszli nam na spotkanie, gościnnie nas przyj-
mując. Kto co mógł, wynosił na nasze spotkanie,
radość ich była niewypowiedziana, za to i my teŜ
wynagrodziliśmy ich, czym mogliśmy. Trzy sto-
doły ogromne naładowane były rozmaitymi baga-
Ŝ
ami. Gwardia, szykując się do przyszłej osten-
tacji przy wejściu do Warszawy, miała ze sobą
rozmaite zbytkowne rzeczy. Z zimy zaś złoŜone
tu juŜ było ciepłe odzienie Ŝołnierskie jako obcią-
Ŝ
ające Ŝołnierzy. Niejeden z mieszczan łomŜyń-
skich naładował wóz moskiewskich koŜuszków
albo nowiutkich mundurów gwardyjskich i za-
wiózł do domu, nikomu za to nie potrzebując
dziękować. Z oficerskich tłumoków Ŝołnierze zao-
patrywali się w prześliczną bieliznę, fularo-
we chustki, często nawet znajdowano sreb-
ra, które za bezcen łomŜanom sprzedawano. Po-
wozy, dywany i inne kosztowne rzeczy porozbie-
rali oficerowie, słowem, co kto mógł, zabierał.
Byli i tacy, co naładowane powozy odsyłali do
domów. Parę dni oczekiwaliśmy rozkazu, a kiedy
odebraliśmy go, na całą noc wyruszyliśmy pod
Tykocin. Szliśmy forsownym marszem, w ciem-
ności ciągle błyskały wystrzały pod Tykocinem
i huk ręcznej broni, za naszym zbliŜeniem się,
uporczywie w jednym miejscu był słyszany. Po-
spieszyliśmy w tę stronę, ale smutny widok nas
oczekiwał. Przybyliśmy juŜ za dnia, wszędzie było
cicho, mnóstwo leŜało zabitych i ranionych,
a wszystko tylko nasi, nieprzyjacielskiego trupa
ani jednego. Pokazało się, Ŝe dwa nasze pułki -
Inwalidzki i 16 pułk liniowy po ciemku napadły
na siebie, a nim spostrzeŜono pomyłkę, ofiar pad-
ło bardzo wiele. Nieprzyjaciel tymczasem zrejte-
rował i pomoc nasza była juŜ niepotrzebna.
Powróciliśmy ze wszystkim do ŁomŜy. Rozkaz
marszu pod Ostrołękę był spóźniony, z tego po-
wodu nasz korpus pod dowództwem generała
Giełguda pozostał w ŁomŜy, oczekując dyspozy-
cji Naczelnego Wodza. JakoŜ wkrótce przywiózł
ją nam jakiś sztabsoficer, na skutek której ruszy-
liśmy na Litwę. Rzucono pontony przez Narew
i po przejściu całego korpusu, co trwało cały
tydzień, przeszliśmy do Szczuczyna na nocleg.
W tym marszu ja byłem dyŜurnym w swojej
kompanii. Kiedy stanęliśmy juŜ na miejscu w no-
cy, nim zawołano dyŜurnych dla oddania rozka-
zów względem rozporządzania ogniem, słomą, wo-
da i gotowaniem strawy, połoŜyłem się odpocząć,
nie zdejmując nawet tornistra, bo zobaczywszy le-
Ŝą
cy jakiś bez właściciela, połoŜyłem na nim gło-
wę i mocno zasnąłem. Nie wiem, jak długo
spałem, ale obudzony byłem silnym kopnięciem
w nogę z wykrzyknikiem: „Jaki tu gałgan leŜy
na moim tornistrze!" Zerwałem się na równe no-
gi, a poznawszy Sługockiego, zacząłem mu robić
ostre wymówki, Ŝe tak niebacznie ze mną po-
stąpił, dodając, iŜ wiem, Ŝe mu chodzi o całość
bogactw w łomŜyńskim rabunku szop zdobytych,
których wcale nie miałem zamiaru wykradać. Słu-
gocki zamiast przeprosić mnie, przynajmniej unie-
winnić się niepoznaniem, burknął mi, mówiąc:
„Cicho, smarkaczu, bo jeszcze po uszach dosta-
niesz!" To mnie wprowadziło w gniew najgwał-
towniejszy, wiedziałem, Ŝe był podszyty tchó-
rzem, porwawszy za karabin, krzyknąłem: „Broń
się, tchórzu! bo nim dostaniesz się do moich
uszu, zakole cię jak bydlę!" Sługocki wyciągnął
naprzód ręce i tak się w tył cofał, a ja chcąc
go nastraszyć, zrobiłem pchnięcie w powietrzu,
ale wyciągnięta ręka jakoś trafiła na koniec bag-
netu, poczułem zaraz, Ŝe go gdzieś ukłułem. Nie
wiedząc nawet, jaka jest rana, i dosyć mając sa-
tysfakcji, postawiłem karabin. Sługocki wolał iść
na skargę niŜ odemścić krzywdę, więc walka bez
pośredników się skończyła. Wkrótce zawołano
dyŜurnych, wydano rozkazy, których spełnieniem
natychmiast się zająłem, nic nie wiedząc, co
Sługocki przedsięwziął, gdy wtem głos porucz-
nika MroŜka, wołający mnie po nazwisku, uprze-
dził, Ŝe sprawa się wytoczyła. Zastałem przy
ognisku oficerów i Sługockiego z okrwawioną rę-
ką. Mrozek zapytał mnie groźnie: „Co to zna-
czy?" Z pokorą opowiedziałem moją krzywdę,
dodając, Ŝe nie miałem wcale zamiaru zakłuć
Sługockiego, chciałem tylko go przekonać, Ŝe do
moich uszu niełatwo się dostać. Oficerowie, zaw-
sze przychylni dla mnie, uśmiechali się, a Mrozek
zaczął nas obydwóch łajać, wymawiając nam, Ŝe
zły przykład dajemy Ŝołnierzom, a za karę rozka-
zał mi pozostać następnego dnia dyŜurnym, co
w czasie marszu było dosyć uciąŜliwe. Sługocki,
wcale z tego niezadowolony, dosyć zuchwale po-
wiedział porucznikowi, Ŝe on sam wymierzy spra-
wiedliwość. Z tego powodu Mrozek, obraŜony,
złajał Sługockiego, a gdy ten nie przestawał zu-
chwale odpowiadać, skończyło się na tym, Ŝe
z raną dostał się do kozy. Rana była bardzo
mała, koniec bagnetu trafił między palce i skórę
rozdrapał. Na drugi dzień Mrozek opowiedział
ten wypadek pułkownikowi. Ja pozostałem dy-
Ŝ
urnym, a Sługocki jako aresztowany musiał je-
szcze dźwigać dwa karabiny za zuchwalstwo prze-
ciwko dowódcy kompanii, a najbardziej go bolało
to, Ŝe pułkownik kazał mu nieść mój karabin,
przez co tytn bardziej był upokorzonym.
Przybyliśmy pod Rajgród. Tu stoczona była
bitwa (29.V.31 r.) z korpusem Sackena, rozbitego
na wszystkich punktach. Do niewoli wzięto
2 sztabsoficerów, 7 oberoficerów i 1200 Ŝołnierzy.
Tu dostałem lekką ranę w prawą nogę kulą, skut-
kiem czego kilka dni jechałem z lazaretem. Sacken
z resztą swego korpusu odstępował z największym
pośpiechem za Niemen, ze wszystkich wsi okolicz-
nych zabierał podwody, magazyny za sobą palił,
od których niezmiennie wzmagały się poŜary.
Giełgud wysłał parlamentarza z ostrzeŜeniem, Ŝe
jeŜeli jeszcze gdzie poŜar zastanie, to na pogorze-
lisku kaŜe rozstrzelać stu jeńców. To poskutko-
wało, poŜarów do samego Niemna więcej nie
spotkaliśmy. Nasz pułk i część kawalerii w awan-
gardzie ścigały niedobitków do Niemna. Tu za-
staliśmy juŜ most spalony i tu parę dni odby-
waliśmy posterunek. Korpus zaś udał się wprost
pod Giełgudyszki. Gdy staliśmy na posterunku,
przybyło do nas kilkudziesięciu akademików
wileńskich. Rozdzielono ich na pewien czas po
kompaniach. Do mego 8 sierŜanctwa byli prze-
znaczeni dwaj bracia Borowscy, lecz po przejściu
za Niemen otrzymali oni inne zadanie i dopiero
w Prusach byliśmy razem. Od młodszego otrzy-
małem na pamiątkę chustkę fularową, którą
w późniejszych nieszczęściach utraciłem.
Spod Kowna w ciągu jednego dnia przeszliś-
my pod Giełgudyszki, gdzie była juŜ urządzona
przeprawa przez Niemen. W tym przemarszu zno-
wuŜ na mnie przypadł dyŜur. Zmęczony po tak
znacznym marszu, kiedy stanęliśmy w lasku pod
Giełgudyszkami, bez sił prawie wsunąłem się pod
krzak jałowcowy z tornistrem i jak kamień zasną-
łem. Kiedym się obudził, był juŜ dzień, ale jakieŜ
było moje zdziwienie, gdy zamiast piechoty spo-
strzegłem się otoczony kawalerią. Dwa szwadrony
3 pułku ułanów stały na miejscu naszego batalionu.
Dzielono furaŜ właśnie blisko krzaku, pod którym
spałem, hałas mnie obudził, a gdym się pytał,
gdzie się nasz pułk podział, ułani odpowiedzieli
tysiącem Ŝartów, Ŝe jeszcze w nocy wyruszył, nie
wiadomo w którą stronę. Broń moja była zabra-
na, poszedłem jej szukać niezmiernie strapiony,
gdyŜ jako dyŜurny zamiast drugich budzić, sam
tak fatalnie zaspałem. Spodziewałem się porząd-
nej bury od MroŜka, toteŜ mnie nie minęła. Pułk
oczekiwał pod laskiem na przeprawę, w mojej
nieobecności kto inny podjął dyŜur, musiałem się
zameldować porucznikowi, z pokorą przyznając
się do winy najserdeczniej. Wyburczał, co wlaz-
ło, a co gorsza, kazał odszukiwać swoich bagaŜy,
które powinny były razem z ariergardą przybyć
pod moim dozorem, i rzeczywiście przybyły, ale
gdzie się podział z nimi słuŜący, nie wiedziałem.
Ledwo włócząc nogi poszedłem go szukać, ale
na szczęście sam przybył, nie dał mi więc daleko
chodzić. Za karę pozostałem na drugi dzień dy-
Ŝ
urnym, na szczęście w dniu tym marsz był bar-
dzo krótki, gdyŜ przeprawiwszy się przez Nie-
men zaraz na drugiej stronie pułk stanął
na dziedzińcu jakiegoś starego zamku.
Powstańcy przybywali do nas znacznymi od-
działami, pieszo i konno, wszędzie witani okrzy-
kami: „Niech Ŝyje Polska!" Po długim krąŜeniu
w róŜnych kierunkach po Litwie przybyliśmy na-
reszcie pod Wilno. Pełniłem wówczas obowiązek
oficera, broń oddałem, pozostałem tylko z pała-
szem, co na moje siły było w marszach daleko
lŜejsze. Smutnie skończyła się dla nas bitwa pod
Wilnem. Powracaliśmy przez zapalone lasy nad
Wilejką, gdzie w czasie przeprawy pułkownik
inŜynierów Walentyn, instruktor niegdyś pływa-
ków, kąpiąc się utonął. W kilka dni później sta-
liśmy pod jakimś spalonym miasteczkiem. Wszyst-
ko upadało na duchu. Generał Giełgud nie miał
głowy do tak waŜnych poczynań, jakim był nasz
pobyt na Litwie, albo teŜ nie obawiając się juŜ
władzy nad sobą, nie chciał działać tak, jak po-
winien był działać kaŜdy dobry Polak. Wszyscy
to widzieli, ale nikt się nie sprzeciwiał, nikt złe-
mu zaradzić nie umiał. Później w nocy Litwini,
którymi nasz pułk dopełniono, wszyscy opuścili
nas. Widząc, Ŝe źle wszystko idzie, nie chcieli
doczekać się smutnego końca kampanii.
Nareszcie rozpoczęła się bitwa pod Szawlami
(2.VII.31 r.), gdzie poległ nasz szanowny Piwecki,
dowodząc. 19 pułkiem piechoty. I tu równieŜ szło
jakoś dziwnie, bez porządku i ładu, to kaŜdy
Ŝ
ołnierz mógł spostrzec, a cóŜ dopiero generało-
wie! Jak oni na to pozwolili, trudno pojąć, nie
moŜna tego tłomaczyć subordynacją wojskową,
gdy się widziało oczywistą zgubę. śal serce ścis-
ka, kiedy się wspomni rolę starszych! Armia nie
opłacana była od maja, choć kasa była pełna.
Powstańcy więc opuścili nas, udając się do do-
mów. Niejeden padł ofiarą za przywiązanie do
kraju, a wszystko przez niechęć zwierzchników!
Pewnego dnia Giełgud kazał spalić zapasowe fur-
gony i prochowe jaszczyki, nawet proch zatopić,
i temu nikt się nie sprzeciwił! Chorych i ranio-
nych wieziono na 300 przeszło podwodach, kilka
furgonów wypróŜniono prawie z Ŝywności i pod
przykryciem jechało 50 ludzi z i pułku strzelców
pieszych, odciętych w bitwie pod Tykocinem i po-
łączonych z naszym korpusem. Ludzie ci dostali
się pod komendą jednego z oddziałów do naszego
pułku, do którego i ja naleŜałem. Byliśmy wysła-
ni do jakiegoś miasteczka, którego nazwy nie pa-
miętam. Między lasami zostaliśmy napadnięci
przez kozaków. Podwody były rozciągnięte nie-
zmiernie daleko, za pierwszym wystrzałem po-
wstał ogromny nieład, kaŜdy z gościńca wjeŜdŜał
w zboŜe, potykał się, a często przewracał, stawia-
jąc w ten sposób tamę wszelkiemu porządkowi.
Bronić takiej masy podwód było niepodobień-
stwem. Konwój zatem odstąpił tę smutną zdobycz
nieprzyjacielowi. Powróciliśmy do korpusu, który
maszerował zupełnie inną drogą ku granicy prus-
kiej. Oficer, dowodzący tą nieszczęsną zbieraniną
(cięŜar armii w czasie kampanii), zdał sprawę
z tego, co się stało. W sztabie przyjęto to obo-
jętnie, co nas przekonało, Ŝe był to manewr w ce-
lu pozbycia się cięŜaru i oszukania nieprzyjaciela
co do poruszeń armii. Przybyliśmy wreszcie na
granicę z Prusami. Uzgadniano umowę z genera-
łem pruskim o złoŜenie broni i wpuszczenie nas
za granicę. Grupa złoŜona z naszych generałów,
oficerów, wyŜszych i sztabowych, pruskiego gene-
rała i adiutantów stała radząc, gdy wtem wciska
się pomiędzy nich konno z pistoletem w ręku
kapitan Skulski, adiutant 7 pułku, wzywa o zro-
bienie mu miejsca dla pomówienia z generałem
Giełgudem. Krótko coś przemówił, strzelił z pi-
stoletu i Giełgud padł na ziemię. Skulski groził
drugim pistoletem generałowi Chłapowskiemu, ja-
ko szefowi sztabu Giełguda. Grupa rozbiegła się
na wszystkie strony, wszyscy pospieszyli do swo-
ich komend, zaś Prusacy odjechali za kordon.
Nieprzyjaciel zaczął atakować, wszczął się ogólny
nieład. Jedni pod dowództwem generała Rolanda
odstrzeliwali się i nad granicą ciągnęli do TylŜy,
drudzy składali broń, z powodu braku ładun-
ków, i pod komendą generała Chłapowskiego
weszli do Prus pod Memlem. W tej komendzie
zostawał I pułk ułanów, 4 pułk strzelców, 4 ba-
talion 19 pułku liniowego i zbieranina chorych
lub rannych z róŜnych pułków. Generał Roland
takŜe, dla braku ładunków, wszedł z resztą kor-
pusu pod TylŜą o 7 mil od nas. Sądny był dzień
przy składaniu broni, Ŝołnierze płacząc przekli-
nali dowódców. Smutek niewypowiedziany prze-
nikal kaŜdego, kiedy się widziało, Ŝe tyle tru-
dów, tyle poświęceń, tyle krwi przelanej spełzło
na niczym, w nagrodę dostała się niewola i tryumf
wrogów, a co gorsza, biedny kraj pozbawiony zo-
stał tylu rąk, i bez tego mając mało na obronę
swobody swojej. Rozpacz prawdziwa brała kaŜ-
dego, a przecieŜ ulegało się przemocy i koniecz-
ności. Ładunków bojowych juŜ nie było, Ŝywność
takŜe nie dochodziła do nas w swoim czasie, sło-
wem bieda w naszym korpusie kompletna. Zja-
wili się teŜ i pocieszyciele (których nie wiem,
z jakiej strony nasyłano), Ŝe przez Prusy, bez bro-
ni tylko, przejdziemy do Królestwa, a tam broń
będzie nam oddana. Tym smutnym fałszem uspo-
kojono Ŝołnierzy i do posłuszeństwa przywie-
dziono.
Stanęliśmy o milę od Memla, gdzie odbywaliś-
my przez 48 godzin kwarantannę. Jak zawsze
„poczciwi" sąsiedzi-Prusacy uciemięŜali nas jak
tylko mogli. Ustawili nas na wydmie piaszczystej,
nad rzeczką i bagnem, otoczyli sznurami, za któ-
rymi stał łańcuch ich piechoty, strzegącej przejścia
przez sznur. Konie nie miały co jeść, sprzedawa-
no je po talarze, byle nie zdychały z głodu. God-
ne upamiętnienia wypadki zachodziły w tym obo-
zie! Ułani I pułku, zniecierpliwieni długą kwa-
rantanną, powstali przeciw swym dowódcom, roz-
rzucili barak swego pułkownika Borkowskiego
i tamŜe chcieli go powiesić. Prusacy wdali się
w tę sprawę i wzięli go pod swoją opiekę, a na-
stępnie cały korpus oficerski przenieśli o 1/2 mili
od obozu Ŝołnierskiego. W obozie oficerskim zna-
leziono zgubioną korespondencję porucznika 7 puł-
ku - Szletyńskiego. Znajdowały się w niej po-
dziękowania od rosyjskich generałów za donie-
sienia Szletyńskiego. Za to ordynansi obdarli
Szletyńskiego z munduru oficerskiego, bili po
twarzy, a następnie wyrzucili z obozu. Prusacy
przyjęli go i ubrali w swój mundur. Ten sam
Szletyński dziś jest komisarzem policji w War-
szawie. Wypadek ten świadczył o tym, Ŝe mie-
liśmy nieprzyjaciół między sobą.
ś
ywiliśmy się szczupłą racją, póki zimno nie
zmusiło naszych argusów do przewiezienia nas
na półwysep między Królewcem a Piławą, gdzie
pomieszczono nas na kwaterach. Ja kwaterowa-
łem u barona Walhaia niedaleko miasteczka
Fischhausen. Tu otrzymaliśmy bardzo bolesną
wiadomość o poddaniu się Warszawy, a około
Nowego Roku 1832 rozkaz powrotu do biednego
kraju.
III
Powrót do Warszawy
W początku stycznia 1832 roku po-
wróciłem do Warszawy. KaŜdy
łatwo odgadnie, jakie było przy-
witanie z rodziną, a szczególniej
z matką, która od Wielkiego Czwartku roku
poprzedniego nic o mnie nie wiedziała. Siostry
Józefy juŜ nie zastałem Ŝywej. Umarła w dzień
wejścia wojsk rosyjskich do Warszawy, jednocześ-
nie prawie z poczciwym śukowskim, narzeczonym
siostry Eleonory. Znowu dla matki nowy kłopot,
nowa boleść, co ze mną zrobić. Do biur rządo-
wych wstępu nie miałem, jak ci wszyscy, którzy
słuŜyli w wojsku rewolucyjnym. PołoŜenie było
bardzo smutne, któremu przecieŜ się wreszcie
zaradziło. Z początku pan Kropiwnicki, kuzyn,
przyjął mnie jako aplikanta, dając mi u siebie
stół. W parę miesięcy znalazłem sobie miejsce
u pana Ewalda Doplera, który kantor loterii kla-
sycznej na ulicy Miodowej utrzymywał, z wy-
nagrodzeniem - 1200 zł rocznie i z pomieszka-
niem.
Wkrótce matka wraz z siostrami Eleonorą i Zo-
fią wyjechała zupełnie z Warszawy na mieszkanie
do swego krewnego, który był lekarzem w dob-
rach ks. Jabłonowskiego w Lubelskiem we wsi
Wysokie.
Rok prawie byłem u pana Dóplera, ale nie
widząc Ŝadnych dla siebie widoków na przysz-
łość, przykrzyłem sobie bardzo. Tymczasem od-
nowiłem znajomość z Kalikstem Potockim, z któ-
rym spotykaliśmy się w wojsku. Po częstych
naradach i rozmyślaniach umówiliśmy się z nim,
Ŝ
e na Wielkanoc 1833 roku przyjadę do niego
do wsi Cisza, w bliskości Siedlec leŜącej, stąd
zaraz po świętach mieliśmy się puścić w dalszą
drogę za granicę, a tam, gdzie oczy poniosą.
W oznaczonym czasie, poŜegnawszy pana Dople-
ra, punktualnie według umowy przyjechałem do
Potockich, ale spostrzegłem, Ŝe matka ich coś
bardzo zasmucona moim przybyciem, a Kalikst po
kilku dniach mego pobytu ani wspomina o umó-
wionej podróŜy. Gdy zacząłem na niego nale-
gać, Ŝeby czasu nie tracić, biedna matka ze łzami
prosiła nas, aŜebyśmy tego zamiaru zaniechali,
przedstawiając całą trudność wykonania go, który
gdyby się nie udał, groziło nam niebezpieczeństwo
zsyłki lub osadzenia w kazamacie. Widząc, Ŝe
Kalikst się waha, nie chciałem go namawiać, aby
nie ściągnąć na siebie Ŝalu matki albo w razie
nieszczęścia - jego wymówek. Znalazłem się
w smutnym połoŜeniu. Wracać .do Warszawy nie
było po co, nie pozostawało nic innego, jak tylko
samemu puścić się w dalszą drogę. Pojechałem
zatem w Lubelskie do matki, skąd było 4 mile
do granicy austriackiej. Stamtąd łatwiej było upa-
trzyć dogodną porę lub wynaleźć jakiego obywa-
tela z pogranicza, który by ułatwił niebezpieczną
przeprawę. Lecz wszystko wzięło nieprzewidzia-
nie zupełnie inny obrót. W tym właśnie czasie
w całej Polsce, we wszystkich guberniach, poja-
wili się emisariusze, gerylasami nazywani. W Lu-
belskiem było ich siedemnastu, między nimi był
i brat cioteczny, Edward Lange, były oficer
4 pułku liniowego, który utracił w bitwie pod
Grochowem trzy palce lewej ręki. Za głowę kaŜ-
dego z nich była przeznaczona nagroda 500 zło-
tych polskich. Obostrzenia z tego powodu w ca-
łym kraju były wprost nie do uwierzenia. Nie
wolno było nikomu ze wsi przejechać ani przejść
bez formalnego paszportu. Z tego powodu były
tysiące naduŜyć ze strony, złych urzędników. Na
wszystką młodzieŜ obywatelską zwrócono szcze-
gólną baczność i za byle jakie podejrzenie aresz-
towano.
Aresztowanych we wszystkich miastach by-
ło mnóstwo, między innymi aresztowano szwa-
gra Krauzego, bawiącego za interesami w Lubli-
nie, a do Wysokiego, gdzie on mieszkał, nasłano
urzędnika, oficera Ŝandarmów, oficera od huza-
rów z 12 Ŝołnierzami, 40 kozakami i kilku jesz-
cze Ŝandarmów dla zrewidowania domu i zabra-
nia papierów, gdyby jakie były. Mnie oddano
pod obserwację. Szwagra przysłano z Lublina za
poręczeniem dwóch obywateli. Dodano nam ofi-
cera od huzarów i Ŝołnierza od Ŝandarmów, któ-
rzy kaŜdy nasz krok śledzili, a zarazem obser-
wowali, z kim byliśmy w jakimkolwiek kontak-
cie. W takim połoŜeniu byliśmy trzy i pół mie-
siąca. Mnie na koniec powołano do Lublina,
gdzie dostawił mnie oficer znajdujący się przy
nas, Józef Zieliński, z pułku huzarów. Przed-
stawiony byłem generałowi Rudigerowi, który
oświadczył mi, Ŝe łaską najjaśniejszego pana do-
zwolono wszystkim byłym wojskowym wchodzić
do słuŜby rządowej, z warunkiem, Ŝeby dwa la-
ta słuŜyli bezpłatnie. Na moje Ŝądanie kazał wy-
dać paszport do Warszawy, dokąd teŜ powróci-
łem. Pan Kropiwnicki znowuŜ dał mi. u siebie
obiady, a sypiałem u Aleksandra Miecznikow-
skiego, brata mego wujecznego, ale bez łóŜka, na
gołym sienniku na ziemi, który na dzień sprzą-
tało się i wynosiło na poddasze, które w ciepłej
porze słuŜyło mnie za mieszkanie. O przejściu za
granicę nie myślałem juŜ z dwóch przyczyn, po
pierwsze wiązała mnie prośba matki, aŜeby nie
ryzykować, a po drugie wraŜenie, jakie na mnie
zrobiły wdzięki panny Eudoksji Sobolewskiej
w Wysokiem. Zmieniło to zupełnie moje pro-
jekty na przyszłość. Uczucie to było pierwsze
i nadzwyczajnie silne, a wzajemność jej kazała
zapominać o wszystkich poprzednich zamiarach,
a raczej kazała wziąć się szczerze do pracy, aby
los sobie zapewnić. Przy pomocy wuja Mieczni-
kowskiego, jako naczelnika wydziału kas w Urzę-
dzie Municypalnym, byłem tam umieszczony na
aplikacji. Miłość uczyniła mnie pracowitym i bar-
dzo pilnym, ale gdy panna Sobolewska przybyła
do Warszawy, stała się wielka przerwa w za-
trudnieniach moich. Ciągle u niej, zawsze z nią,
opuszczało się pracę, ściągając tym samym na sie-
bie niezadowolenie naczelników. Miałem wów-
czas 4 zł dziennie diety, później zredukowano
ją do 3 zł. Główną przyczyną tego poniŜenia była
kłótnia z panem sekretarzem generalnym Jahoł-
kowskim, miał on zwyczaj niegrzecznie, a nawet
po grubiańsku obchodzić się z podwładnymi, nie
zaleŜałem od niego, lecz będąc przeznaczonym na
zastępstwo głównego dziennikarza, pana Bagień-
skiego, miałem z nim ciągłe styczności. Usłyszaw-
szy od niego impertynencję nie zasłuŜoną, rzuci-
łem za nim dziennikiem w przytomności całej
kancelarii i złajałem na cały głos. Przygotowany
byłem na to, Ŝe otrzymam dymisję, szczęściem
wszyscy naczelnicy wydziału, oprócz sprawiedli-
wego wuja, trzymali moją stronę. Skończyło się
na ostrym upomnieniu pana prezydenta Łaszczyń-
skiego i na przeniesieniu mnie do Kasy Skar-
bowej przy Urzędzie Municypalnym na 3 zł
diet.
Z panną Sobolewska byłem w kontakcie do
1836 r. W tym czasie oświadczył się o nią p. Roz-
wadowski, urzędnik z Dyrekcji Loterii, i została
jego Ŝoną. Jako panna odznaczała się płochością
charakteru, ale teŜ i złą była Ŝoną. Marceli Bro-
chocki, człowiek poczciwy i zacny, takŜe był jed-
nym z adoratorów panny Sobolewskiej, znał ją
jeszcze dzieckiem, i to w trudnej porze swego
Ŝ
ycia. W czasie rewolucji słuŜył w 3 pułku strzel-
ców pieszych, w bitwie pod Kockiem był niebez-
piecznie zraniony kulą w prawe ramię, która
przebiła je na wylot. Z placu bitwy dostał się do
niewoli. Ranny został odesłany do szpitala lubel-
skiego, gdzie naszym paniom dozwolone było
mieć pieczę nad rannymi współziomkami. Tam
doznawał wiele współczucia od matki panny
Eudoksji, która z nią razem odwiedzała go, do-
starczała wygodniejszej pościeli, pokarmów smacz-
niejszych oraz ksiąŜek do czytania. Marceli, ma-
jąc się juŜ lepiej, zdołał się wyswobodzić z nie-
woli i pozostał w kraju. W Warszawie widywał
mnie zawsze razem z panną Eudoksją, a Ŝe i jego
serduszko silnie do niej biło, chcąc się mnie po-
zbyć, pewnego dnia zaprosił mnie do cukierni, do
osobnego pokoju, dla bliŜszych objaśnień. Naj-
pierw zadał mi pytanie, w jakich zamiarach tak
często przebywam u Sobolewskiej, a gdy mu
otwarcie odpowiedziałem, Ŝe na przyszłość Ŝad-
nych widoków w tym nie mam, on przyznał mi
się, Ŝe chce stanowczo oświadczyć się o jej rękę,
widzi tylko mnie na przeszkodzie, wymaga, abym
przestał u niej bywać. Szanując bardzo Brochoc-
kiego i znając juŜ zbyt dobrze lekkomyślność
Sobolewskiej, Ŝałowałem jego dobrych zamiarów
i czystych uczuć dla nieczułej istoty, a chcąc
w nim przytłumić gorącą miłość, czułem się
w obowiązku powiedzieć mu, Ŝe ona wcale nie-
warta jego poczciwych uczuć. Brochocki zaŜądał
bliŜszego objaśnienia, a zarazem dowodów prze-
konywających. Naturalnie, nie wierzył mi, a co
gorsze, posądzał o fatalną obmowę panienki w ce-
lu odstręczenia go od kroku tak stanowczego.
W draŜliwym znalazłem się połoŜeniu, a gdy wy-
mawiałem się od dania dowodów potwierdzają-
cych, Marceli powiedział mi, Ŝe jeŜeli w przecią-
gu dwóch tygodni nie przekonam go o prawdzie
słów moich i nie przestanę bywać u niej, w takim
razie muszę się z nim strzelać, i to na śmierć, to
jest tak: mieliśmy wyjechać łódką na Wisłę
i z przeciwnych końców łódki wystrzelić, a kto
by był raniony, miał wpaść w wodę i koniec
wszystkiemu. Sekundantów Ŝadnych nie miało
być, aŜeby nikogo nie wplątać w odpowiedzial-
ność. Ton, jaki przyjął Brochocki, nie podobał mi
się, uwaŜałem, Ŝe chce działać na mnie postra-
chem, to mnie oburzyło. Odpowiedziałem zatem,
Ŝ
e com powiedział z Ŝyczliwością dla niego, jest
ś
więtą prawdą, ale dowodów na to nigdy ode
mnie nie doczeka się i bywać jeszcze częściej po-
stanawiam, a jeŜeli chce się strzelać, to nie po-
trzeba zwlekać do dwóch tygodni, moŜe mieć tę
satysfakcję nawet natychmiast. Brochocki wyszedł,
a ja na złość jemu powróciłem do panny. Nie prze-
szło dwóch tygodni, kiedy otworzono Brochoc-
kiemu oczy. Spotykał się ze mną codziennie, ro-
zumie się zawsze tylko u Sobolewskiej, ale do-
pilnował czasu, kiedy tam nie byłem, i wystąpił
z oświadczeniem się, najpierw przed panią Pa-
kajzerową, u której mieszkała Sobolewska. Pakaj-
zerowa znała mnie i całą moją familię od dziecka,
Brochockiego bardzo szanowała i ceniła dla pocz-
ciwości charakteru, stosunki moje z panną Eu-
doksją bardzo jej się nie podobały, ale poczciwa
kobieta nie umiała temu zapobiec, uwaŜała je za
zbyt daleko posunięte, do czego lekkomyślność
panny upowaŜniała. śona z podobnej kokietki dla
poczciwego człowieka Ŝadna, nie mogła zapewnić
szczęścia, a Pakajzerowa, wiedząc więcej, niŜ my
obaj mniemaliśmy, bez ceremonii powiedziała
Marcelemu wszystko najotwarciej. Wtedy Mar-
celi, przekonawszy się o prawdzie słów moich
i Ŝyczliwości dla niego, podał mi rękę do zgody
i odtąd Ŝyliśmy w przyjaźni. Niedługo teŜ zna-
lazł się trzeci adorator, Rozwadowski, do którego
ja czułem nawet antypatię, nie przeszkadzałem
więc jego zamiarom, owszem, okazywałem obo-
jętność pannie, a Ŝe Rozwadowski był przystojny
i chciał się Ŝenić, zatem związek wkrótce przy-
szedł do skutku. W późniejszym czasie Ŝałowałem
Rozwadowskiego. Był on wart lepszej Ŝony.
W najkrytyczniejszym połoŜeniu za granicą, gdzie
oboje wyemigrowali, opuściła go i poleciała za
jakimś amantem, a następnie w Warszawie, nie-
przystojne Ŝycie prowadząc, starała się na próŜno
o rozwód, gdyŜ uzyskać go bez pozwolenia męŜa
nie mogła. W końcu znowu wyjechała za grani-
cę, a co się z nią dalej stało, tego juŜ nie wiem.
Rozwadowskiego za komunę rozstrzelano w Pa-
ryŜu.
SłuŜba moja w Kasie Skarbowej przy Urzędzie
"Municypalnym nie przedstawiała Ŝadnych wido-
ków. Aplikantów i dietariuszów było mnóstwo.
Wuj zniechęcony do mnie, nie obiecywał naj-
mniejszej protekcji, a najlepszej, zasłuŜonej gorli-
wością i pracą, wskutek opuszczenia się byłem
pozbawiony. Wypadki polityczne równieŜ trwogę
na młodzieŜ polską rzucały. Aresztowania i ze-
słania za byle co były bardzo częste, a szcze-
gólniej tych, którzy brali czynny udział w rewo-
lucji.
Trzeba było wystrzegać się własnego cienia, tyle
było szpiegostwa i prześladowań. Przykrzyło mi
się to wszystko, aŜ wyczytałem w gazetach, Ŝe
rząd austriacki ogłosił termin dla wszystkich
chcących emigrować do dnia 5 czerwca 1837 ro-
ku, Ŝe kto by przed tym terminem dobrowolnie
zgłosił się do władzy miejscowej, będzie według
jego woli odesłany na koszt rządów Francji
lub Ameryki. Dawniejsza chęć emigracji zajęła
wszystkie moje myśli. Był to łatwy sposób po-
dróŜowania dla tych, co nie mieli na to fundu-
szów, prócz tego tym sposobem mogłem się złą-
czyć z bratem moim rodzonym, Michałem, albo
w Ameryce z Władysławem Lange, bratem cio-
tecznym. Zdeterminowany zupełnie, chcąc porzucić
wszystko i dostać się do Galicji, zwierzyłem się
z tą myślą Brochockiemu, Luborackiemu, Stani-
sławowi Niemojewskiemu, Arentowi i Arkuszew-
skiemu. Brochocki prosił, abym go na parę dni
przed wyjazdem uwiadomił, mówił to nawet
z pewną tajemnicą, co mnie w ciekawość wpra-
wiało. Nie zaniedbałem więc przyjścia do niego
z zawiadomieniem, ale nie zastałem go parę ra-
zy w domu, a mając juŜ wszystko gotowe do
drogi, dnia 4 maja 1837 roku wyruszyłem z War-
szawy na Radom do Sandomierza. Arent i Arku-
szewski odprowadzili mnie do rogatek jerozolim-
skich i tam serdecznie poŜegnali. W Sandomierzu
spostrzegłem trudność przeprawienia się przez
Wisłę, trzeba było próbować szczęścia na suchej
granicy. Pojechałem zatem do Zawichostu, a prze-
prawiwszy się przez Wisłę, w pierwszej wiosce
znalazłem człowieka, który za dukata podjął się
przeprowadzić mnie przez granicę, tam dostać
furmankę, która by mnie o parę mil dalej od-
wiozła, gdzie mógłbym być juŜ bezpiecznym. IleŜ
to potów uderzało na mnie, kiedy czołgałem się
nocą około samych mieszkań straŜników pogra-
nicznych. Nieraz zdawało mi się, Ŝe najemnik
zdradzić mnie zamierzył. Tymczasem doświad-
czony przewodnik naumyślnie wybierał drogę naj-
bliŜszej straŜy, utrzymując, Ŝe tu czujność jest
najmniej baczna, i rzeczywiście tak było. Objazd
przejechał koło nas nie zauwaŜywszy leŜących
w bruździe, wtedy to zatrzymywałem oddech
i śmiertelne poty uderzały na mnie. Przewodnik
uspokajał mnie, nawet przykładał ucho do ziemi,
ś
ledząc ruch straŜy i kierując się doskonale zna-
jomą mu drogą. Przybyłem nareszcie do Galicji,
zmęczony nie tyle podróŜą, ile obawą, aby nie być
złapanym. Na nieszczęście moje przybyłem
szczęśliwie.
VI
Nieudana próba przedostania
się za granicę. Aresztowanie,
więzienie, zesłanie
O trzy mile od granicy bawiłem
kilka dni w dobrach Dolańskie-
go u pana Huberta, który peł-
nił jakiś urząd na kształt nasze-
go wójta gminy. Ten zapewniał mnie, Ŝe jeŜeli
sam się zamelduję w cyrkule, to bez Ŝadnej kwe-
stii będę odesłany do Francji albo do Ameryki.
W tej nadziei dnia 22 maja 1837 roku przyby-
łem do Rzeszowa i zameldowałem się panu sta-
roście. Pan starosta przywołał urzędnika Konar-
skiego, a dawszy mu sekretną dyspozycję, rozka-
zał spisać ze mnie protokół. Konarski ku wiel-
kiemu mojemu zdziwieniu nieustannie robił przy
protokóle rozmaite domysły i stawiał zarzuty,
chciał koniecznie, Ŝebym się przyznał do jakiego
występku, jeŜeli nie do zbrodni, słowem, postę-
pował ze mną bardzo ostro, wcale nie jak z tym,
który sam się zameldował, ale jak z podejrza-
nym o jakąś zbrodnię. JakieŜ było moje zdzi-
wienie, gdy po protokóle pokazali się Ŝołnierze,
którzy otrzymali rozkaz odprowadzenia mnie do
więzienia. W więzieniu najostrzej mnie zrewi-
dowano, odebrano pieniądze, których miałem
bardzo niewiele, i papiery nic nie znaczące. Po-
stawiono wartę za drzwiami i oknem i bez lito-
ś
ci porzucono mnie na sienniku, kazano rozmy-
ś
lać o smutnej przyszłości. Straszne to połoŜenie
młodzieńca być zamkniętym, bez Ŝadnego zaję-
cia, bez najmniejszej wygody. Dzień był znośniej-
szym, moŜna było przynajmniej oknem wyglądać,
ale wieczorem tęsknota poŜerała mnie, gorączka
trawiła i niecierpliwość, a przemoc bezlitośnie
gnębiła. W budynku Szpitala Miejskiego przesie-
działem trzy i pół miesiąca, widocznie zdawało
się wtedy, Ŝe tam nie dosyć byłem bezpiecznym,
przeniesiono mnie więc do klasztoru Bernardy-
nów.
Cela była dosyć ciemna, z małym okrato-
wanym okienkiem, wychodzącym na ogródek
wcale nie oczyszczany. Obiecywano mi, Ŝe decy-
zja z Wiednia wkrótce nadejdzie i niezawodnie
będę wysłany za granicę, nie wyjaśniono jedynie,
za którą. Z nudów pisałem węglem po ścianach
wiersze, jakie pamiętałem. Na środku sklepienia
narysowałem szubienicę, nad nią armaturę z kos,
pik, karabinów, pałaszy, armat i bębnów, uwień-
czoną krakowską czapką z piórkiem. Pod tym
smutnym herbem napisałem wiersz, który kiedyś
czytałem, nie pamiętam gdzie:
Szubienica wzniesiona wolnym na mogile
Nie ulega czasu sile!
Przetrwa pomnik tyranów z marmuru i spiŜu.
Jej - niepamięć nie pochłonie,
Oni wielcy w kaŜdym skonie
Jak ten, co cierpial i umarł na krzyŜu...
Na ścianach starannie napisałem wyjątek
z Ody do miłości wygnańca - Glos tułacza -
rozmaite śpiewki patriotyczne, a między nimi -
Bitwę pod Stoczkiem. Ściany wyglądały tak, jak
gdyby były wyklejone najozdobniejszymi obicia-
mi. Ale niestety, niedługo cieszyłem się swą pra-
cą. Pewnego razu odwiedził mnie jakiś niemiec-
ki urzędnik, a spojrzawszy na ściany, rozgniewał
się niezmiernie, niektóre wiersze przeczytywał,
trafił takŜe na Bitwę pod Stoczkiem, a „St.", czy-
tał jak „H", śmiałem mu się w oczy, gdy się rzucał,
krzyczał, a kiedy wydał rozkaz, aby wszystko po-
ś
cierać, oświadczyłem mu moje zadowolenie z te-
go, obiecując na przyszłość jeszcze staranniej pra-
cą tą się zająć. Przeklęty Niemiec kazał mnie za
nogę przykuć do łóŜka tak, Ŝebym do ścian do-
stać się nie mógł, a ścieranie ze ścian i sklepienia
pokryło mnie sadzą, której część połknąć musia-
łem. Serce się krajało, krew się burzyła na ta-
kie tyraństwo, ale trzeba było ulec przemocy, tyle
tylko było mojej zemsty, Ŝe kaŜdemu odwiedzają-
cemu mnie Niemcowi wymyślałem jak zbrodnia-
rzowi. Po dziesięciu miesiącach tego cięŜkiego
Ŝ
ycia w więzieniu przyszedł kapral z rozkazem
zabrania mnie w drogę. Było to w końcu marca,
zima jeszcze trwała, ciepłego odzienia Ŝadnego
nie miałem, a zamiast odziać mnie czymś cie-
płym, włoŜono na mnie Ŝelaza na krzyŜ od ręki
do nogi, tak jak na zbrodniarza, co dziesięć wsi
spalił. Wpakowano mnie w towarzystwie czte-
rech Ŝołnierzy do bryczki i kapral kazał jechać
do Przemyśla. Ten rozkaz upewnił mnie, Ŝe bę-
dę wydany do Rosji. We Lwowie wskutek sprze-
ciwu, jaki robiłem przeciw wydaniu mnie do
Rosji, zatrzymano mnie na kilka dni, ale nie po-
mogły moje reklamy, znowuŜ zamknęli kłódki
u ręki i w Ŝelazach zawieźli do Tomaszowa. Tu
znowu naczelnik etapu na nowo protokół ze mnie
spisał, brodę nie goloną przez dziesięć miesięcy
kazał ogolić i oddał mnie w ręce kozaków. Po
rusku nie umiałem ani słowa, grubiaństwa koza-
ków znośniejsze mi jednak były niŜ obrzydliwych
Niemców. Na drugi dzień byłem odwieziony do
Zamościa. Placmajor Zamościa, p. Freiman, bar-
dzo łaskawie mnie przyjął, mówił bardzo mało,
ale grzecznie, wydał dyspozycje, aby mnie pomie-
ś
cić w Szczebrzeszyńskiej Bramie, w pokoju ofi-
cera warty. Oficer ze zdziwieniem ten rozkaz
spełnił. Kazał mi przynieść trochę słomy na wolny
tapczan, a towarzystwo jakiekolwiek więzienie
moje juŜ lŜejszym zrobiło. Obiady, kawę, herba-
tę, a nawet ksiąŜki do czytania przynoszono mi
od placmajora, wszystko bardzo było smaczne,
czyste, słowem wcale nie po więziennemu mnie
traktowano. W parę dni zaciągnął na wartę ja-
kiś oficer tamtejszego garnizonu, który po polsku
mówił bardzo dobrze. Dziwił się niezmiernie
łasce placmajora, mówiąc, Ŝe jeszcze Ŝadnego
więźnia tak nie utrzymywano, wnosił z tego, Ŝe
sprawa moja musi być mało znacząca i robił mi
nadzieję, Ŝe zapewne zostanę uwolniony. Po obie-
dzie dano znać, Ŝe przyjechały jakieś damy w po-
wozie placmajora i proszą oficera warty do sie-
bie. Oficer powróciwszy od nich kazał mi się po-
ś
piesznie ubierać i wyjść do dam, mówiąc
z uśmiechem, Ŝe będę miał przyjemną niespo-
dziankę. Zdziwiłem się niezmiernie, zobaczywszy
w powozie dawne znajome z lat dziecinnych -
pannę Justynę Gislausoni i Marię Srótowską, któ-
ra była Ŝoną placmajora. Jej to wpływowi wi-
nien byłem ulgę w moim połoŜeniu. Przywitały
się ze mną, mając łzy w oczach, a po krótkiej
rozmowie prosiły oficera, aby po capstrzyku wie-
czornym pozwolił mi przyjść do mieszkania dok-
tora Srótowskiego, brata placmajorowej. Oficer
bał się niezmiernie, aŜeby w mojej nieobecności
nie przyszedł placmajor, ale p. Freiman zapewni-
ła go, Ŝe mąŜ jej wieczorem będzie brał kąpiel,
po której ma zakaz doktora wychodzenia z do-
mu, oprócz tego obiecał zachować wszelkie środ-
ki ostroŜności, aby nie narazić oficera na odpo-
wiedzialność, a takŜe zachować sekret najściślej-
szy, więc oficer zdecydował się pozwolić. JakoŜ
po dziewiątej odprowadził mnie do Srótowskich.
Tu znów było czułe przywitanie, płacz, ubolewa-
nie, rady, gawędy, słowem wszelka pociecha do-
brych i Ŝyczliwych przyjaciół, to wszystko trwało
krótko, około godziny dwunastej poŜegnaliśmy
się i pozostała tęsknota, która jeszcze mocniej
mnie ogarnęła po chwilowym rozdraŜnieniu.
W Zamościu siedziałem tylko dziesięć dni.
Przyszedł rozkaz odstawienia mnie do Warsza-
wy wraz z drugim współtowarzyszem, równieŜ
wygnanym z Galicji, gdzie bawił od czasu rewo-
lucji. Był to oficer 2 pułku strzelców konnych, i,
Andrzej Chrucki. Przywieziono nas na nocleg do
Krasnegostawu, gdzie pomieszczono obu w po-
koju oficera warty. Na warcie znajdował się mło-
dy oficer huzarów, Pankratiew. Poczciwe miał
serce, ubolewał bardzo nad naszym połoŜeniem,
a dowiedziawszy się, Ŝe mam znajomych w Kras-
nymstawie, puścił mnie do nich na słowo honoru.
Wkrótce jednak przybiegł po mnie kozak, mó-
wiąc, Ŝe dyŜurny wart, kontrolując odwach, bar-
dzo się gniewa na oficera, Ŝe mnie wypuścił, pro-
si zatem, bym jak najspieszniej wracał. Natural-
nie, nie tracąc czasu, pobiegłem, ale po drodze
obstalowałem wazę ponczu dla ufetowania pocz-
ciwego Pankratiewa i aresztowanego. Kiedy wró-
ciłem, dyŜurny, juŜ uspokojony, poŜegnał nas,
a my zabraliśmy się do przyniesionego ponczu,
i tak część nocy wesoło nam przeszła, słowem,
zaprzyjaźniliśmy się.
Następny nocleg wypadł w Lublinie, ale bar-
dzo przykry. Pomieszczono nas na odwachu, ra-
zem z dezerterami i zbrodniarzami. W Lublinie
mieszkała wówczas moja biedna matka, to był
cios dla niej. Niedawno straciła najstarszą córkę,
najmłodsza często chorowała, a moje połoŜenie,
prawie równe śmierci, do rozpaczy ją doprowa-
dzało. Chwilkę tylko pozwolono nam się widzieć,
i to było juŜ ostatnie nasze widzenie się. Wszel-
kie późniejsze zabiegi, starania i prośby bolejącej
matki nie znalazły współczucia w sercach prze-
ś
ladowców. Niech im Bóg przebaczy zawziętość,
jak im przebaczyła bolejąca, pełna uczuć religij-
nych, biedna moja matka I Na Wielkanoc prze-
wieziono nas do Cytadeli warszawskiej. Przykra
ceremonia przyjęcia więźniów, rewizja najściślej-
sza, wszystko miętoszą, psują, szukając papierów.
Nareszcie zamykają kaŜdego osobno, zostawiając
na pastwę bezczynności, Ŝalu i tęsknoty. Pomiesz-
czono mnie pod nr 23, a Chruckiego pod 22,
obok komisji indagacyjnej. W kilka dni przy-
wołano mnie przed komisję. Zapytywano, robio-
no zarzuty, jakie tylko złośliwość wymyślić zdoła,
straszono, kopano, kułak pod nos podstawiano,
słowem rzucano się na mnie, jak się rzucają dzi-
kie zwierzęta na niewinną ofiarę. Nareszcie dali
mi zapytania na piśmie. Jak się nazywam? Czy
byłem u spowiedzi? Co robiłem w czasie rewo-
lucji? Na to ostatnie pytanie odpisałem, Ŝe w ga-
zetach był ogłoszony manifest z 1834 r., w któ-
rym powiedziano, Ŝe sprawy rewolucyjne wszyst-
kie ukończone i Ŝe nikt juŜ za nie badanym nie
będzie, a zatem komisja nie ma prawa zapytania
tego robić. KsiąŜę Golicyn przeczytawszy to, roz-
gniewał się okropnie, przyskoczył do mnie z ku-
łakami, groził, uŜywał najszkaradniejszych obelg,
słowem zmuszony byłem odpowiadać ustnie na
to pytanie. Powiedziałem, Ŝe poniewaŜ wyŜsze
szkoły były zamknięte, nie mając nic do roboty,
poszedłem do słuŜby wojskowej. Na to mój
szkolny kolega, Władysław Bosakiewicz, proto-
kolista komisji, odezwał się: „ŁŜe, kto chciał,
chodził do szkół". Golicyn tryumfował, zarzucał
mnie obelgami, mówiąc: „Oto twój kolega szkol-
ny! On będzie człowiekiem, a ty sołdatem!" Na
to bąknąłem: „PrzecieŜ i sołdat człowiek." Pra-
wie wściekły Golicyn wygnał mnie z komisji, go-
tując na później nowe męki. Na piśmie więcej
pytań mi nie dawano, często przywoływano do
komisji, dręcząc rozmaitymi podejrzeniami nie-
słusznymi i groŜąc, dając czas do namysłu i przy-
znania się bez rózeg. Główne pytanie było, kto
wiedział o moim oddaleniu się za granicę. Wy-
raźnie potrzeba im było jeszcze więcej ofiar,
a gdy utrzymywałem stanowczo, Ŝe nikomu z tym
nie zwierzałem się, miałem być zmuszony głodem
do przyznania się. Kilka dni byłem juŜ o chlebie
i wodzie, gdy na nowo wezwano mnie przed
komisję. Otrzymałem zapytanie, pod jakim naz-
wiskiem brat mój Michał przebywa w Galicji.
Odpowiedziałem szczerze, Ŝe brat jest we Fran-
cji w Albi, w departamencie du Tarn, ale Goli-
cyn z największą pasją powiedział: „Wiemy do-
brze, gdzie kto był i gdzie dziś się włóczy, ga-
daj! albo ja ci dobędę języka!" Tu krzyknął na
Ŝ
andarmów, aŜeby przynieśli rózeg, a kiedy kilka
pęków połoŜono na ziemi, rozpacz prawdziwa
mnie ogarnęła, nie ufałem sobie na tyle, aŜebym
w chłostach z bólu nie wydał niewinnych, poczci-
wych chłopców, którzy wiedzieli o mym wycho-
dzeniu za granicę. Tu raptownie powziąłem za-
miar rozbicia głowy o ścianę, rozpędziłem się więc
i z całą mocą uderzyłem o mur, tracąc przytom-
ność, nie na długo co prawda. Wyprowadzono
mnie z komisji i juŜ nieprędko wzywano. Prze-
chorowałem teŜ cięŜko tę rozpacz, apetyt zupeł-
nie straciłem, a szczególnie na mięso patrzeć nie
byłem w stanie. Więzienia nasze często zmienia-
ne były, przenoszono nas z numeru do numeru,
zapewne z ostroŜności, aŜeby kto, siedząc na jed-
nym miejscu, nie zrobił sobie drogi do ucieczki.
W końcu lipca siedziałem pod nr 2, do celi mo-
jej przyszli Tański, Leichte i Bosakiewicz z pa-
pierami i zasiedli znów, aby spisywać protokół,
juŜ nie tak gwałtownie, wymyślając, ale zawsze
z szyderczą złośliwością. W tym czasie areszto-
wano mnóstwo młodzieŜy, między którą bardzo
wielu było moich kolegów szkolnych. Później do-
wiedziałem się, Ŝe siedzą za Towarzystwo Demo-
kratyczne. Rozmawialiśmy ze sobą za pomocą
stukania, dowiedziałem się od sąsiada Rabcewi-
cza, Ŝe siedzi Brochocki, Michał Gruszecki, Lu-
beracki, Morozowicz, Ambroziewicz, WęŜyk
i wielu innych, dobrze mi znajomych. Więzienia
były zapełnione tak, Ŝe juŜ nie było miejsc dla
nowych ofiar, trzeba je było powiększać. W tym
celu przyprowadzono budowniczego miasta Kro-
piwnickiego dla obejrzenia wnętrz. Ten, chodząc
w towarzystwie członków komisji od numeru do
numeru, natrafił na moje schronienie. Zdziwił się
niezmiernie, zobaczywszy mnie zarośniętego i wy-
nędzniałego, obrócił się do towarzyszących mu
argusów z prośbą o pozwolenie pomówienia ze
mną. Rozmowa była krótka, zapytał mnie tylko,
czy czego mi nie potrzeba, oraz obiecał zrobić
w mojej sprawie moŜliwe starania. W kilka dni
znowuŜ odwiedził mnie p. Kropiwnicki. Powie-
dział, Ŝe generał StoroŜenko oświadczył mu, Ŝe
dla mnie nie ma innego ratunku, jak tylko pro-
sić komisję, Ŝeby przyjęła prośbę moją o przyję-
cie mnie na słuŜbę do wojska. Dowiódłbym tym
sposobem, Ŝe Ŝałuję swego postępku. Bolesna dla
mnie była ta propozycja. Odpowiedziałem więc,
Ŝ
e do wojska wcale nie mam ochoty i nic teŜ nie
popełniłem takiego, za co miałbym być tak
okrutnie ukarany. JeŜeli chciałem podróŜować
kosztem rządu austriackiego, to za to juŜ jestem
okropnie ukarany. Pan Kropiwnicki był niezado-
wolony z mojej odpowiedzi, powiedział mi: „Kie-
dy dobrych rad nie słuchasz, rób, jak ci się po-
doba".
Więcej nie miałem juŜ Ŝadnych odwiedzin, póź-
niej dowiedziałem się, Ŝe moją biedną matkę dłu-
go zwodzono, łudząc obietnicami widzenia się ze
mną, w końcu wyłajano bezboŜnie, dodając, Ŝe
wychowała dwóch synów łotrów, a na koniec ka-
zano wyjechać z Warszawy. Siostrę Zofię, która
bawiła dla kuracji jakiś czas w Warszawie, takŜe
zbywano obietnicami, w końcu impertynencjami.
W październiku wezwany byłem do generała Bo-
rusznikowa, komendanta Cytadeli. Gdym przy-
był, generał winszował mi wolności, kazał pójść
do placmajora, obrachówać się z odebranych pie-
niędzy. Dziwił mnie konwój tak mocny, tj. Ŝan-
darm i dwóch Ŝołnierzy z karabinami. Zdawało
mi się zbytecznym z taką ostroŜnością kogoś na
wolność wyprowadzać. Z placmajorem obrachu-
nek był krótki, ten oświadczył mi, Ŝe mam się
udać do Ratusza, skąd mam być uwolniony. By-
łem bardzo osłabiony i pieszo do Ratusza nie za-
szedłbym, na moją prośbę sprowadzono doroŜkę.
Do doroŜki wsiadł ze mną Ŝandarm, a jednego
Ŝ
ołnierza pomieścił za doroŜką. Zabawna była
karykatura wyprawy na wolność. Po przybyciu do
Ratusza przyprowadzony zostałem do policmaj-
stra StoroŜenki, gdzie odczytano mi dekret
ks. Paskiewicza, Ŝe za tajne przejście granicy
i związek z wychodźcami skazany jestem w soł-
daty na Kaukaz z wysługą. Wtedy dopiero
zmiarkowałem, jaką mnie wolnością obdarzają.
Więzienie chwilowe zamienili na nieograniczoną
niewolę. Smutny koniec po tylu okropnych cier-
pieniach, ale cóŜ było robić, trzeba było ulec
okrutnej przemocy. Zaprowadzono mnie do ko-
misji poboru wojskowego dla zmierzenia i sfor-
mułowania stanu słuŜby. Jakiś doktor (podobno
Szturmer) z szyderstwem po rusku mówił: „Dwie
nogi, dwie ręce, dwa oczy, nos, uszy, głowa, cho-
rosz sołdat budet". Stan słuŜby sformułowano
i odesłano mnie do więzienia na Ratuszu. Tu
odwiedziło mnie kilku dawnych znajomych. Mię-
dzy nimi był Arent z Konstantym Arkuszewskim,
który chciał mi dać jakieś wsparcie, ale ja spo-
dziewając się coś otrzymać od krewnych na dro-
gę, nie przyjąłem nic, poprosiłem, aby wspo-
mógł towarzysza mej niedoli, niejakiego Bbna-
wenturę Kozłowskiego z Krakowa, aresztowane-
go za wiefsze, który nikogo znajomego w War-
szawie nie miał i pieszo miał być wysłany do
Krakowa. Aniela Lange, siostra moja cioteczna,
odwiedzając mnie dała mi 80 złotych polskich,
nazbieranych między krewnymi i znajomymi, i to
był jedyny fundusz na drogę na Kaukaz. Wresz-
cie któregoś dnia znowuŜ zaprowadzono mnie do
Cytadeli i osadzono w dziedzińcu tymŜe samym,
gdzie dawniej były koszary, przeznaczone dla re-
krutów. Stąd dnia 18 listopada 1838 roku wy-
prawiono nas na Pragę, a stamtąd w ubiorze
Ŝ
ołnierskim, w towarzystwie kilku rekrutów i kil-
ku zbiegów i zbrodniarzy, wysłano nas pieszo ku
Brześciowi Litewskiemu.
V
Droga na Kaukaz
Co się wówczas działo we mnie,
jakie czułem ściśnięcie serca, ja-
kie tęskne i rozpaczliwe myśli
mnie ogarniały, ten tylko jest
w stanie dokładnie pojąć, kto sam czegoś podob-
nego doświadczył. Krewni opuścili mnie w chwili
najgodniejszej współczucia i pocieszenia, spo-
dziewałem się od nich więcej serca. Wtedy to
najbardziej potrzebowałem choć jednego serca,
czującego mą niedolę,- które przyjęłoby łzę uro-
nioną nad okropnym losem. Nie było nikogo!
Trzeba było przywołać na pomoc całą moc duszy,
Ŝ
eby nie upaść pod brzemieniem nieszczęścia, Ŝe-
by objawami słabości nie ucieszyć naigrawającego
się wroga, trzeba było w milczeniu połknąć łzę,
doświadczając zupełnej goryczy Ŝycia.
Noclegi na gołej ziemi albo na gołych deskach
wśród nieczystości, w towarzystwie ludzi zako-
rzenionych w zbrodniach, naigrawających się
z ojczystej mowy, czyŜ nie dostateczną są ka-
tuszą? Dodać do tego naleŜy grubiaństwo kon-
wojujących, ich nieczułość i znęcanie się. Wów-
czas odczułem cięŜar Ŝycia, Ŝałowałem nieraz, Ŝe
nie popełniłem zbrodni na śmierć zasługującej,
która by oszczędziła cierpień tak cięŜkich. Po-
czątek to był dopiero, czekały mnie jeszcze
większe cierpienia, o których nie miałem Ŝadnego
pojęcia.
Do Brześcia Litewskiego szliśmy pod ścisłym
konwojem, zakuci byli tylko zbrodniarze, którzy
dawno sumienie stracili. Jeden z nich, młody Ro-
sjanin lat około dwudziestu czterech, pokazywał
koło Siedlec miejsce, gdzie zamordował śyda,
opowiadał o tym z tryumfem. „Tu - mówił -
oderŜnąłem mu głowę, jak kapustę, zwlokłem z
wozu i oto w tamte krzaki rzuciłem, ale cóŜ kiedy
miał za mało pieniędzy, bo tylko 500 złotych pol-
skich, a po koniu i wózku poznali mnie i złapali."
Tacy to byli po większej części towarzysze mej po-
dróŜy. W Brześciu po tygodniowym niby odpo-
czynku w brudnym wiezieniu, na gołych deskach
o chłodzie i głodzie, wyprawiono nas w dalszą
drogę, ale juŜ bez róŜnicy: zbrodniarz, zbieg czy
rekrut - wszyscy okuci. śadne moje prośby nic
nie pomogły, przyjęte były nawet z szyderstwem.
Do jednego drąga Ŝelaznego przymocowano nas
za ręce Ŝelaznymi obręczami po dziesięciu. Jest
to łatwy sposób pilnowania ludzi, ale okrutny.
Nierówny wzrost i chód przykutych skazańców
męczy rękę okropnie, a szczególnie na mrozie.
Nocleg w kurnej chacie, gdzie pozostawaliśmy nie
rozkuci. Kładliśmy się na ziemi z wyciągniętymi
rękami, opierając głowę jeden na drugim. Mę-
czarnia to straszna, zimno, kaŜdy według moŜno-
ś
ci ciepło ubrany, rozebrać się nie moŜe, chyba
buty zrzuci dla ulŜenia nogom zmęczonym cało-
dziennym marszem i z jednego rękawa zdejmie
koŜuch wraz z Ŝołnierskim płaszczem. W chatach
zwykle gorąco, powiększone natłokiem ludzi śpią-
cych, do potu kaŜdego rozgrzeje, wtem ktoś
z przykutych prosi o pozwolenie wyjścia na dwór,
wtedy podnoszą się wszyscy i, jak kto ubrany,
wychodzą na śnieg, nieraz bosymi nogami. Trze-
ba kamiennego zdrowia, Ŝeby nie zachorować. Ale
cóŜ to naówczas mnie obchodziło - zdrowie! Dziś
lub jutro wszystko mi było jedno, rad bym był
jak najprędzej skończyć to nędzne Ŝycie. Nie tak
się jednak dzieje, jak byśmy sobie Ŝyczyli. Bóg
łaskawy daje olbrzymie siły i zdrowie do wy-
cierpienia krzywd ludziom przez ludzi zadawa-
nych - na zawstydzenie tyranów ludzkości.
Czwartego dnia stanęliśmy w Kowlu, gdzie
była stacja etapu, i tu dopiero zdjęto nam ty-
rańskie drągł. Po dniówce odpoczynku znowuŜ
na jeden pręt po dziesięciu lub dwunastu i zno-
wuŜ aŜ do etapu cztery lub pięć dni podobnej
męczarni. Tak przechodziliśmy przez Łuck, gdzie
dniówka nowego rodzaju była męczarnią. Izba,
choć obszerna, napakowaną była przeszło stu
ludźmi, nie mieściła nas do tego stopnia, Ŝe nie
tylko połoŜyć się, ale nawet w kucki nie było
moŜna siedzieć. W nocy, aŜeby przejść od prze-
ciwnej ściany do drzwi, trzeba było przedzierać
się po głowach albo ramionach drzemiących, co
ś
ciągało przekleństwa uciśnionych na uciemięŜy-
cieli, którym niech Bóg nie pamięta, ale w nich
serca nie było!
W Dubnie w wieŜy kat miał dozór nad spo-
kojnością aresztantów warszawskich. Na kata w
miastach rosyjskich wybierają zbrodniarzy, którzy
po otrzymaniu kary cielesnej za popełnioną zbrod-
nię, zamiast zsyłki na Syberię lub do cięŜkich ro-
bót, z ich własnej woli są zatrzymywani w wiecz-
nym więzieniu pod warunkiem, Ŝe wyrzekną się
wszelkich uczuć ludzkości dla pełnienia obowiąz-
ków kata. Taki to gospodarz więzienia ma zabez-
pieczone posłuszeństwo czasowych aresztantów
i pilnuje porządku. On wysyła z cebrem po wo-
dę lub dla wyrzucenia nieczystości, rozkazuje za-
miatać, a wszelkie nieposłuszeństwo ściągnęłoby
surową karę.
Z róŜnymi dolegliwościami przemierzałem
Ostróg, śytomierz, Radomyśl, aŜ do Kijowa, w
Kijowie upadłego na siłach i chorego do szpita-
la odesłano. Choroba była łatwa do wyleczenia,
potrzebowałem wygodniejszego wypoczynku i po-
zbycia się kataru. Po dziesięciu dniach doktor juŜ
mnie uznał za zdrowego i wysłał wprost do wię-
zienia, ale tu zastałem chorego bardzo Atanazego
Henela, takŜe z Cytadeli równie jak ja wysła-
nego.
Postanowiliśmy uŜyć wszelkich sposobów,
aŜeby dalszą podróŜ juŜ razem odbywać. Jego
doktor nie wypuszczał, a mnie wyganiał, trzeba
było w więzieniu udać chorego, aŜeby wrócić do
szpitala. Doktor zobaczywszy mnie, gniewał się
bardzo, przepisał mi ścisłą dietę, a oprócz tego
kazał bezpotrzebnie postawić bańki. Z jego pew-
nie instrukcji tępym lancetem drapał mi felczer
skórę aŜ do krwi, ale dla towarzystwa Hencla
chętnie cierpiałem głód i bańki, ciągle udając cho-
rego, do czasu gdy Henel uzyskał pozwolenie
wyjścia ze szpitala. We dwóch daleko łatwiej się
biedę znosi, jest przynajmniej ktoś, kto rozumie
człowieka, wtedy reszta towarzystwa nie działa
tak przykro na nas.
Z Kijowa, juŜ nie okutych, wyprawiono nas
w dalszą drogę, zawsze jednak pod ścisłą straŜą,
zamykając nas na noclegach w ogólnej izbie,
przeznaczonej na areszt, powszechnie pełnej nie-
czystości. Henel, po niedawnej chorobie jeszcze
bardzo osłabiony, nie był w stanie iść pieszo,
trzeba było wyŜebrać albo wykłócić pozwolenie
posadzenia go na podwodzie, która zwykle dla
ulgi komendy była brana od obywateli. Burze
wiosenne, a później roztopy utrudniały naszą dro-
gę i bez tego uciąŜliwą i przykrą. Tak doszliśmy
do Połtawy. Tu spotkaliśmy się z byłym junkrem
huzarskim śelwertem, znajomym moim z Krasne-
gostawu, dziś zdegradowanym na prostego Ŝoł-
nierza, i to bez wysługi. Był równieŜ jak my na
Kaukaz wysłany, ta jednak była między nami
róŜnica, Ŝe śelwert szedł wolny, a my pod ścisłą
straŜą. Od niego dowiedziałem się, Ŝe oficer
Pankratiew w Krasnymstawie równieŜ znajduje się
pod sądem za uderzenie w twarz dowódcy pułku
i dziś oczekuje go los podobny naszemu. śelwert
powiększył naszą kompanię, był to człowiek z do-
brym wychowaniem, ale na nieszczęście ze złymi
skłonnościami. Póki trzeźwy, towarzystwo jego
prawdziwą było przyjemnością, ale z pijanym
trudno było poradzić, wszystkich bił, nikomu nie
pardonując. Ta teŜ była przyczyna jego nieszczę-
ś
cia, po pijanemu w Krasnymstawie wybił prze-
jeŜdŜającego gubernatora lubelskiego i tamtej-
szego burmistrza Kossakowskiego, człowieka or-
derowego, który za jakieś tajemnicze zasługi
ozdobiony był Orderem Św. Stanisława drugiej
klasy na szyję. Ozdoba ta, jako dowód podłej za-
sługi popartej krzywdą bliźnich, zwiększała ogól-
ną pogardę. Dostojny braciszek jego, prezydent
lubelski, bez nogi, jeszcze więcej dał dowodów
swej nikczemności, ozdobiony był gwiazdą, ale
skończył wygnaniem ze słuŜby i pozbawieniem
wszelkich dostojeństw. śelwert po trzeźwemu po-
gardzał burmistrzem, bo takŜe był dobrze świa-
domy jego róŜnych podłości, nic teŜ dziwnego, Ŝe
po pijanemu wykropił go harapnikiem, rozgrzany
przed chwilą awanturą z gubernatorem. W oczach
ludzi niewielkie to było przestępstwo, raczej za-
sługą mogło się było nazwać - pobicie dwóch
łotrów. W oczach prawa w zbrodnię zostało za-
mienione.
W Ekaterynosławiu odpoczywaliśmy tydzień,
na gołych deskach bez tornistrów pod głową i ko-
Ŝ
uszków, które za posłanie słuŜyły, a te odebra-
no nam, aŜeby nic do wygody najmniejszej nie
posłuŜyło. Tu zachorowałem na oczy tak, Ŝe pra-
wie przez trzy dni nic nie widziałem, ale nie
chciałem meldować się jako chory, Ŝeby nas z He-
nelem nie rozłączyli. Bóg łaskaw, przed wymar-
szem miałem się lepiej, a w drodze zupełnie
ozdrowiałem, uŜywając tylko czystej wody. Tu
dogonił nas transport akademików wileńskich za
Towarzystwo Demokratyczne na Kaukaz zesła-
nych, ale nie tak jak my, lecz wygodnie pocztą
po dwóch na kibitce jechali, mając jeszcze na kaŜ-
dą kibitkę po jednym Ŝandarmie. Nie pozwolono
nam zbliŜyć się do nich, później dopiero na Kau-
kazie poznaliśmy się i zaprzyjaźnili prawie ze
wszystkimi.
Wszyscy oni byli szlachetni, poczciwi, poświę-
cający się dla ludzkości, słowem ze wszech miar
godni szacunku.
Wiosenną porą pozostawiono nas w szpitalu
w Rostowie nad Donem, gdyŜ obaj meldowaliśmy
się jako chorzy. śelwert ze względu na naszą
przyjaźń pozostał takŜe. Trafiliśmy bardzo szczę-
ś
liwie, zwierzchnicy szpitalni byli bardzo ludzcy,
mieli dla nas względy, nawet pokój zupełnie od-
dzielny dla nas trzech przeznaczyli i o wygod-
niejszym i lepszym utrzymaniu pamiętali. Odpo-
czywaliśmy tam miesiąc, a stamtąd uwolniono
nas spod aresztu. Poczciwi doktorzy dzięki swym
wpływom wyrobili nam wolność. NiechŜe im Bóg
wynagrodzi za to ich współczucie! Pozostawiono
nas na kwaterach jako rekonwalescentów, dając
kilka dni zupełnej wolności. UŜywaliśmy teŜ jej
2 prawdziwą rozkoszą, ja - po 23 przeszło mie-
siącach, Henel - prawie po takiejŜe cięŜkiej nie-
woli. Spacerowaliśmy po mieście, kąpaliśmy się
w Donie, zwiedziliśmy jarmark w Nachiczewani
(miasto ormiańskie), oddalone od Rostowa tylko
o trzy wiorsty, słowem wolność, choć ze smutną
przyszłością, smakowała nam bardzo i na zdrowie
słuŜyła. Pewnego dnia przyprowadzono siedmiu
więźniów w sołdackich płaszczach, jak my nie-
gdyś pokutych. Z powierzchowności poznaliśmy
zaraz, Ŝe to nie zbrodniarze, i nie omyliliśmy się.
Byli to znowu akademicy wileńscy i kijowscy, za
Towarzystwo Demokratyczne na Kaukaz kon-
wojowani. Cudze nieszczęście bolało nas niewy-
powiedzianie, chwilkę tylko mogliśmy z nimi roz-
mawiać, na drugi dzień zaraz ich wysłano, ale
pamięć o tych ludziach pozostała na zawsze w
mym sercu. W Stawropolu dopiero złączyliśmy się
z nimi i jeszcze bardziej zbliŜyli, bo nic tak lu-
dzi nie wiąŜe węzłem przyjaźni jak wspólna nie-
dola.
Z Wilna pochodzili Kazimierz Rabczyński, Jan
Zahorski i Jan Sawicz. Wszyscy trzej z wydziału
medycznego, teraz juŜ jako lekarze, a z Kijowa
akademik Andrzejkowicz i były oficer artylerii
Orda, biedak bardzo upadły na duchu i zdespe-
rowany, gdyŜ zostawił młodą Ŝonę i dwoje ma-
lutkich dzieci. Było takŜe dwóch młodych księŜy,
których nazwisk nie pamiętam. Wszyscy oni
(siedmiu) skazani byli bez wysługi (bez terminu).
Kijowianom jednak po roku zwrócono szlachec-
two i dano pozwolenie dosługi.
VI
Pobyt na Kaukazie
W Sewastopolu ani ja, ani Henel
nie mieliśmy juŜ nawet grosza.
Umieszczono nas w pustym fol-
warku, trzy wiorsty od Stawro-
pola, na kwaterach, dano nam mąki i krup na
kilka dni i kazano sobie chleba upiec i kaszę go-
tować, ale ani soli, ani drzewa dostać bez pie-
niędzy nie było moŜna. LeŜało tam widocznie
w zwyczaju, Ŝe Ŝołnierze w podobnym połoŜeniu
zostawiani byli własnemu przemysłowi i albo
uczciwie szli na zarobek, albo po prostu kradli,
co pod ręką było. Po drzewo trzeba było iść kil-
ka wiorst i tam ukraść, bo nie było sprzedaŜy,
a chleb był koniecznie potrzebny, zatem komen-
dami wyruszano na łowy z potrzeby, my jednak
z Henelem w podobnych wyprawach brać udziału
nie chcieliśmy, ale teŜ przez trzy dni musieliśmy
się Ŝywić mąką rozmieszaną w zimnej wodzie,
a wszystko dla zaspokojenia głodu. DłuŜej mu-
sielibyśmy nawet podobnym sposobem opędzać
dokuczliwy głód, gdyby nie wileńscy koledzy,
których udało nam się odszukać w Stawropolu
i oni nieraz nas podkarmili, pokrzepiając jeszcze
przyjacielskim słowem. Po kilku tygodniach
wszystkich nas przeznaczono do pułków lub bata-
lionów kaukaskich. I tak mnie przeznaczono do
7 kaukaskiego batalionu, znajdującego się wtedy
na słuŜbie w Stawropolu. Henela do nowogińskie-
go pułku, śelwerta do tengińskiego, Rabczyń-
skiego juŜ z Tyflisu zawrócono do 7 batalionu do
mnie, tam spotkaliśmy Boczkowskiego, akademi-
ka kijowskiego. Smutne było poŜegnanie z kole-
gami, na szczęście trzech nas pozostało w bata-
lionie, była to wielka ulga w cierpieniu. Biedak
Boczkowski ciągle chorował na oczy, a gdy wy-
zdrowiał, translokowano go do nowogińskiego
pułku. Z poczciwym Rabczyńskim pozostawaliśmy
razem jak bracia rodzeni aŜ do nowej katastrofy,
bo wciąŜ nie przestawał nas prześladować jakiś
fatalizm. Wkrótce teŜ przybył i Chrucki, przezna-
czony do i batalionu kaukaskiego, takŜe w Staw-
ropolu stacjonującego. Chrucki miał ze sobą
w butelce garść ziemi polskiej. Wziął ją z tą
myślą, Ŝe gdy umrze na obcej ziemi, przynajmniej
mu zwłoki trochę posypią ziemią ojczystą; otóŜ
tę,przysługę wyświadczył on współziomkom, któ-
rzy tam pomarli.
Między przysłanymi z Kijowa był obywatel
Wilhelm Michalski z Podola, człowiek z wyŜ-
szym wykształceniem, o wzorowym wychowaniu.
Skazany, wysłany jako Ŝołnierz do artylerii za to,
Ŝ
e w domu jego przebywał sławny Konarski. Je-
go siostra, Emilia Michalska, była narzeczoną te-
go męczennika, rozstrzelanego w Wilnie dnia
13 lutego 1839 roku. Majątek Michalskiego był
zasekwestrowany, ale ten mając dostatek po Ŝo-
nie hr. Kopczyńskiej, łatwiej mógł znosić poniŜe-
nie, gdyŜ nie doświadczał biedy. Za nim przyje-
chała Ŝona z córką, dworno, z trzema słuŜebni-
cami, dwoma lokajami i stangretem, z powozami,
końmi wierzchowymi i pieniędzmi. Łatwo mu
było pod pozorem słabości uniknąć wszelkiej słuŜ-
by. Panowie naczelnicy bywali u niego z wizyta-
mi, umiał ich zręcznie i ze znajomością rzeczy
zbywać etykietą. Najmował cały domek na Wo-
robiówce, na przedmieściu stawropolskim, tam
najspokojniej przyjmował nas serdecznie i z całą
gościnnością. Z pozostałymi było inaczej, wszyst-
kich nas kazano natychmiast obmundurować i do
wszelkich słuŜb razem z Ŝołnierzami uŜywać, nie
czekając nawet na nauczenie musztry. Z oficera-
mi, prócz adiutanta, długi czas nie znaliśmy się,
a prawdę mówiąc trudna była znajomość z ludź-
mi po większej części złego prowadzenia. Od sa-
mego początku Rabczyński i ja nie doświadczaliś-
my Ŝadnych względów, na wartę byliśmy zaciąga-
ni co dwa dni, a na dwa pozostałe zostawiano
nas zwykle gdzieś w kącie albo u aresztantów,
a tak niedawno pilnowani z największą srogością,
teraz sami innych pilnować musieliśmy. Na od-
wachu spotkałem młodego współziomka, znajdu-
jącego się pod sądem, Juliana Konickiego. Zna-
łem go jeszcze dzieckiem w Warszawie, mieszka-
liśmy w jednym domu, ojciec jego był oficerem
Wojska Polskiego, uczył wtedy tańca, gdzie i mo-
je siostry uczyły się po sąsiedzku, bez wynagro-
dzenia. Biedak, niezmiernie wynędzniały, siedział
w areszcie razem ze zbrodniarzami. Serce bolało
patrzeć na niego, obawiałem się przy tym, Ŝeby
na młodociany umysł źle nie wpłynęło tak zgub-
ne towarzystwo. Starałem się rozmawiać z nim
i z radością przekonałem się, Ŝe serce było naj-
poczciwsze. Michalski, Rabczyński i zamoŜniejsi
koledzy, a między nimi takŜe doktorzy, przybyli
na słuŜbę do Stawropola, robili składki na mego
biedaka, a ja oddawałem mu to bieliznę, to ty-
toń, to obiady przesyłałem, słowem mieliśmy
o nim staranie, aŜeby osłodzić nieszczęsne połoŜe-
nie. Wkrótce teŜ staraniem naszym był przenie-
siony do oficerskiego pokoju, gdzie juŜ czystym
powietrzem oddychał, więcej teŜ mógł mieć wol-
ności, a co najwaŜniejsza, wydostał się z towa-
rzystwa łotrów. W więzieniu, przy aresztanckiej
rocie, trzymano ludzi po jednemu w kazamatach
ksiąŜąt czerkieskich; tam stawiano mnie często
bez broni dla obserwowania więźnia. Jeden taki
więzień, niezwykle urodziwy, kolosalnej budowy,
bardzo mnie polubił, a dowiedziawszy się z roz-
mowy, Ŝe jestem Polakiem niedawno zesłanym,
ś
ciskał mnie ze łzami w oczach, opowiadając swo-
ją historię. Mścił się on za swoje krzywdy
i krzywdy swych współziomków, zręcznie napa-
dając na swych prześladowców, aŜ go złapano
i osadzono w więzieniu, teraz oczekiwał go Sy-
bir. Nazwiska jego nie pamiętam, nazywaliśmy
go Ibrahimem baszą, bo postawa jego była praw-
dziwie baszowską. Wiele mógłbym o nim napi-
sać, ale tu łączy się tajemnica wielu osób, która
nigdy na jaw nie wyszła i wyjść nie powinna. Mu-
szę zatem poprzestać na tym wspomnieniu, do-
dam tylko, Ŝe z drogi na Sybir udało mu się
uciec, o czym zawiadomił mnie w grudniu
1840 roku.
Zdarzyło mi się teŜ pilnować kolegów z Wilna,
w parę miesięcy po nas przybyłych, Jana Wierz-
bickiego, doktora I-szej klasy, Józefa Czarnoc-
kiego i Jana Wernera - akademików osądzonych
bez wysługi. Oficerowie znali mnie wtenczas juŜ
lepiej, a Ŝe droga tu się kończyła, nie pilnowano
więc ich z poprzednią srogością, pozwalano ze
mną jako konwojentem wychodzić do miasta,
a my, korzystając z tego pozwolenia, przesiady-
waliśmy po całych dniach u kolegów lub dokto-
rów, opowiadając i wspominając wycierpiane ka-
tusze.
W trzy miesiące po moim przybyciu, będąc na
warcie, spacerowałem po platformie, obok której
przechodził właśnie etap świeŜo przybyły do mia-
sta. Między aresztantami wielu było w polskich
rekruckich płaszczach. Był to dla mnie smutny
widok. Przyglądając się im, spytałem, skąd są ro-
dem, z jakich okolic polskich maszerują, wtem
jeden w płaszczu ułańskim, bardzo młody, opalo-
ny i wybiedzony zbliŜa się do mnie z uśmiechem
i powiada, Ŝe jedzie z Krasnegostawu, ale nie
jest Polakiem. Zapytałem, kogo tam zna, odpo-
wiedział, Ŝe wszystkich, a nawet znał Radziejow-
skiego, tylko przez jedną noc. JakieŜ było moje
zdumienie, gdy w tym sołdacie poznałem biedne-
go Pankratiewa, ale zmieniony był nie do pozna-
nia. Przybył na prostego Ŝołnierza bez wysługi.
Zawdzięczając mu dawniejsze współczucie, pozna-
jomiłem go z innymi poczciwymi kolegami, któ-
rych serdecznie pokochał i szanował. Dzięki sta-
raniom został przeznaczony do jednego pułku
z śelwertem, na nieszczęście dla obydwóch.
Później dowiedziałem się, Ŝe prowadzenie ich
było nie najlepsze, pili za wiele i obaj nie mieli
dosyć sił do zniesienia poniŜenia, jakie ich spo-
tykało. Jednego dnia znaleziono obydwóch za-
strzelonych, kaŜdy sam sobie Ŝycie odebrał.
W pułkach i batalionach kaukaskich zastaliś-
my bardzo wielu starych Ŝołnierzy polskich, któ-
rzy odznaczali się schludnością i znajomością
słuŜby, przez co mieli przewagę nad Rosjanami.
Nasze polskie święta obchodzone wtedy były od-
dzielnie, czego w całej ruskiej armii nie było,
a dziś i na Kaukazie nie ma. Poczciwe wiarusy
ubolewały nad naszym nieszczęściem, ciesząc się
z naszego towarzystwa. Umieliśmy ich częstokroć
pocieszyć jakąś nadzieją na polepszenie losu lub
powrót do ojczyzny. Bogatsi hojnością przywią-
zywali do siebie, kochali teŜ nas i słuchali jak
wyroczni. Niestety, ich przywiązanie do nas
i skupianie się w jednym przyjacielskim kółku
wkrótce wzbudziło podejrzenie i następujący wy-
padek sprowadził na wielu z nas nowe nieszczęś-
cie. Latem 1840 roku przywieziono do Piatigor-
ska jakiegoś Polaka, nazwiskiem Hipolit Czos-
nowski. Nasi Ŝołnierze, przyzwyczajeni spotykać
współziomków w podobnym połoŜeniu, rozma-
wiali z nim ze współczuciem, a Ŝe był gadatliwy,
nagadał im o sobie rzeczy, w które tylko prosta-
czek mógł uwierzyć. Podawał się teŜ za emi-
sariusza. Posadzono go razem z Konickim, który
wtedy siedział w oficerskim pokoju, tam gdzie
Ibrahim. U Konickiego wolno mi było bywać,
poznałem więc Czosnowskiego, a Ŝe gadał nie-
stworzone rzeczy o podróŜach swoich po Turcji
i Persji w celach politycznych, nie podobał mi się
bardzo, uwaŜałem go za bezczelnego kłamcę,
chcącego sobie zjednać współczucie, ale niezręcz-
nie. Utrzymywał, Ŝe zgubił paszport i dlatego
został aresztowany w Piatigorsku, skąd przysłano
go na śledztwo do Stawropola. Obojętnie słucha-
łem jego opowiadań, nie wierząc ani słowu. Ubra-
ny był biednie, miał czerkieskę na sobie, zatrącał
ruszczyzną, co tym bardziej było dowodem, Ŝe
długo z Ruskimi przebywał. Konicki z początku
rad był byle jakiemu towarzystwu, opowiadał mu
teŜ o nas, wychwalając wszystkich przez wdzięcz-
ność za starania, jakie mieliśmy o nim, ale wkrót-
ce uprzykrzył sobie kłamcę, pełnego projektów
i jakiegoś gorączkowego bredzenia bez sensu.
Czosnowski uplanował sobie korzystać, równie jak
Konicki, z dobrodziejstw moich kolegów, wystą-
pił więc do mnie z przemową, Ŝe i on z powodu
poświęcenia się dla ludzkości cierpiącej znajduje
się w krytycznym połoŜeniu, oczekuje więc współ-
czucia rodaków i spodziewa się, Ŝe mu nie od-
mówią wsparcia, którego dziś koniecznie potrze-
buje. W tonie jego było coś tak bezczelnego, Ŝe
zamiast współczucia obudziło we mnie wzgardę.
Odpowiedziałem mu więc, Ŝe kto mógł takie po-
dróŜe odbywać jak on, ten pewnie ma więcej niŜ
my, biedni sołdaci, a chcąc mu dać zrozumieć,
Ŝ
e poznałem się na jego kłamstwach, dodałem:
„my prawdę wyznajemy i prawdą Ŝyjemy". To go
bynajmniej nie zmieszało, prosił tak natarczywie,
Ŝ
e aby się go pozbyć, obiecałem mu przysłać funt
tytoniu, ale nic więcej. Zgodnie z obietnicą posła-
łem mu tytoń z karteczką: „obiecany tytoń posy-
łam". Poczciwy wiarus, umiejący czytać, odniósł
i oddał po kryjomu kartkę. Później, gdy odwiedza-
łem Konickiego, z Czosnowskim prawie nie gada-
łem, a udając, Ŝe mam jakąś tajemnicę, rozmawia-
łem z Konickim po cichu. Czosnowski wyraźnie
starał się podsłuchać naszą rozmowę. Rozmawia-
liśmy o Ibrahimie, z którym juŜ dawno nie mo-
głem się zobaczyć, gdyŜ naczelnicy widząc naszą
uległość i dobre prowadzenie się, odmienili daw-
ny rozkaz i na Ŝadne słuŜby więcej uŜywać nie
kazali. Konickłemu bardzo przykrzyło się towarzy-
stwo Czosnowskiego, skarŜył mi się, Ŝe wszystko
mu plądruje i dzieli się jak swoim. Czytuje kar-
teczki, które odbiera od kolegów, słowem naprzy-
krza mu się niewypowiedzianie. Pewnego razu Ko-
nicki ostrzegł mnie, Ŝe Czosnowski coś złego prze-
ciw mnie zamierza. OdgraŜał mi się za to, Ŝe kole-
dzy niasi nie mają dla niego Ŝadnego współczucia,
a to skutkiem pewnie mojego zarekomendowania.
Odgadł najzupełniej, ale odgraŜania wcale się nie
bałem, jako Ŝe nie miałem wówczas wyobraŜenia
o strasznej złościwości ludzkiej, o czym przeko-
nałem się później. W tym czasie Michalski kupił
na licytacji sztukę sukna szaraczkowego, a Ŝe ja-
ko chory nie powinien był często pokazywać się
na mieście, prosił mnie, Ŝebym kazał poszyć dla
jego trzech słuŜących jednakowe surduty, kami-
zelki i spodnie. Aresztanci szyli tanio i dobrze,
kazałem więc wziąć miarę i szyć najspieszniej,
a to dlatego, Ŝe Michalska miała jechać do Pe-
tersburga po odbiór przysądzonego jej wniosku
za skonfiskowany majątek, wynoszącego milion
dwakroć sto tysięcy złotych polskich. Po ukończe-
niu przez aresztantów tej krawieckiej roboty, Mi-
chalska pojechała do Petersburga z dwoma ludź-
mi. MąŜ odprowadził ją kilkanaście mil drogi, aŜ
do granicy dońskiej. Kilku z nas uczestniczyło
w poŜegnaniu, z przejeŜdŜających przez Stawro-
pol był: Załęski, były obywatel z Podola, Ŝołnierz
z kabardyńskiego pułku - Kurella 2 Królestwa,
Ŝ
ołnierz z tegińskiego pułku - Gąsiorowski, rów-
nieŜ z Królestwa, i miejscowi: Rabczyński, Chruc-
ki i ja. Na czas wyjazdu Michalski oddał zarząd
domu Załęskiemu. Siedzieliśmy przy śniadaniu,
gdy wtem wchodzi placadiutant z zapytaniem,
który z nas nazywa się Radziejowski. Przedsta-
wiłem się, ale jakŜe zdziwiony byłem, gdy zapy-
tał, gdzie są ubrania, które kazałem szyć u aresz-
tantów i dla kogo były przeznaczone? Mogłem
mu pokazać tylko jeden garnitur, bo dwa właśnie
zabrano w drogę, o czym mu powiedziałem.
Adiutant zupełnie uwierzył naszym zeznaniom,
zapytał jednak o Michalskiego. Chciałem powie-
dzieć rzetelną prawdę, ale Załęski, pamiętając, Ŝe
Michalski jako chory nie miał prawa oddalać się
z miasta, ubiegł mnie z odpowiedzią i powie-
dział, Ŝe poszedł do szpitala po lekarstwo dla
siebie i miał poradzić się doktora. Adiutant w do-
brej wierze powiedział, Ŝe będzie na niego cze-
kać. Zasiadł z nami do śniadania, szła ogólna
gawęda o róŜnych obojętnych rzeczach i tak ze-
szło parę godzin, aŜ nareszcie nasz oficer zaczy-
na się niecierpliwić i na nowo zapytuje, do któ-
rego szpitala chory jest naznaczony. Zdziwiony
był naszą odpowiedzią, Ŝaden z nas nie wiedział.
Szpitali wtedy w Stawropolu było jedenaście.
Zdecydował się więc pojechać do kantoru głów-
nego i tam dowiedzieć się, do którego Michalski
jest naznaczony. Późno spostrzegliśmy się, Ŝe
kłamstwo się wyda. Z pokorą więc Załęski zmu-
szony był powiedzieć całą prawdę, prosząc o po-
błaŜanie tak dla kłamstwa, jak teŜ i dla Michal-
skiego, który wcale nie spodziewał się, Ŝe będzie
potrzebny. Adiutant był dobrym człowiekiem, ro-
ześmiał się ku wielkiemu naszemu zadowoleniu
i powiedział: „Zyskałem na tym, bo tylu panów
poznałem, interes rozumiem bardzo dobrze i tak
go teŜ przedstawię". Do mnie zaś powiedział:
„Pana mam rozkaz aresztować, ale nie zrobię te-
go, zabiorę z sobą suknie, o godzinie 4 po obie-
dzie przyjdziesz pan do ordonanshauzu, jeŜeli nie
zdołam pana wytłumaczyć, to zostaniesz areszto-
wany i będziesz się sam usprawiedliwiał, a w
przeciwnym razie zabierzesz suknie, które zapew-
ne więcej do śledztwa potrzebne nie będą". Sta-
wiłem się o oznaczonej godzinie. Adiutant zawo-
łał posylnego, kazał suknie związać w serwetę
i odnieść za mną do domu, mówiąc uprzejmie:
„Wolny pan jesteś". Podziękowałem mu ser-
decznie i udałem się do oczekujących kole-
gów.
Wszyscy zastanawiali się, co by to wszystko
znaczyło. Trudno było się domyślić, lecz pamięta-
jąc przestrogi Konickiego, podejrzewałem Czos-
nowskiego. Nie przypuszczaliśmy jednak, Ŝe moŜe
być coś więcej niŜ rzucenie na nas podejrzenia, Ŝe
w cywilnych sukniach mamy zamiar uciec, gdy
tymczasem czas odkrył daleko waŜniejsze denun-
cjacje. Konicki zawiadomił mnie, Ŝe Czosnowski
na własne Ŝądanie był zaprowadzony do komen-
danta.
Wkrótce potem batalion nasz wyszedł na ła-
bińską linię, tam zbierała się ekspedycja przeciw
„gorcom" (góralom). PoŜegnaliśmy się wszyscy
jak najczulej, kaŜdy dąŜył do swojej komendy od-
dzielnie. Załęski i Gąsiorowski razem wyjechali,
Kurella oddzielnie, Rabczyński razem ze mną
z batalionem pieszo; z wypakowanymi tornistra-
mi, w upał okropny doświadczyliśmy nowej pró-
by, cięŜkiej dla obydwóch. Michalski przybył
później z wszelkimi wygodami zamoŜnego czło-
wieka. Na czas ekspedycji obydwaj z Rabczyń-
skim byliśmy przykomenderowani do kabardyń-
skiego pułku, gdzie prócz Załęskiego i Gąsiorow-
skiego znaleźliśmy poczciwych kolegów, takich
jak Wermiński, Szaniawski, Zaleski i inni.
Po przybyciu Michalskiego zbieraliśmy się zwy-
kle u niego. Miał on własny namiot, wygodny,
mogący pomieścić nas wszystkich, a bywało nas
po kilkunastu. Główną naszą rozrywką bywały
szachy, nigdy nie grywano w karty w naszym to-
warzystwie. Często teŜ robiliśmy wycieczki, cho-
dziliśmy na polowania, a mnóstwo baŜantów, cie-
traewi i dzikich gołębi zapewniały łatwą zdobycz.
Ekspedycja na „gorców" miała się rozpocząć
w pierwszych dniach września. Poczciwy. Rab-
czyński kazał dla nas obydwóch uszyć koŜuszki
i buty za kolana, w których mogliśmy czołgać się
po górach. Robota była obstalowana w naszej
kompanii, która zajmowała forteczkę nad Czam-
łykiem, połoŜoną 23 wiorsty od naszego obozu.
Pojechałem z okazją po odbiór tego obstalunku,
a Ŝe nie był gotowy, musiałem się tam parę dni
zatrzymać. Nocowałem zwykle w szałasie, który
sam sobie z Rabczyńskim wybudowałem, tam teŜ
postawiłem nasz kuferek z rzeczami zbędnymi
w czasie marszów po górach. W nocy z dnia
29 na 30 sierpnia 1840 roku zostałem rozbudzo-
ny przez dziwnych gości. Weszli do szałasu - ma-
jor naszego batalionu, kapitan dowodzący kom-
panią, zarazem komendant forteczki, jakiś nie-
znajomy oficer, kilku kozaków, a u drzwi stanęli
Ŝ
ołnierze z bronią na krzyŜ, latarnia odsłoniła
się i oświeciła całą tę grupę. Tak dziwnie obu-
dzony, ze zdziwieniem spoglądałem na moich go-
ś
ci, gdy major odezwał się: „Wstańcie, Radzie-
jowski, was powołują do sztabu łabińskiej linii,
dokąd natychmiast macie jechać". Zerwałem się
natychmiast i po Ŝołniersku ubierałem się, nie
mogąc pojąć, jaki to interes moŜe czekać na soł-
data w sztabie, wymagający takiego pośpiechu.
Wtem przybyły oficer przystąpił do mnie, pytając
o papiery, jakie tylko mam. Zdziwiony spojrza-
łem na niego, a domyślając się, Ŝe to znowuŜ
aresztowanie, otworzyłem kuferek i wspólne na-
sze listy, moje i Rabczyńskiego, oddałem bez naj-
mniejszej obawy. Oficer opieczętował całą poda-
ną sobie paczkę, ale rozejrzawszy się po szałasie,
zobaczył na półce pod strzechą mnóstwo akt ko-
mendanckich, które dla zabezpieczenia przed
przemoczeniem na prośbę komendanta u nas po-
mieściliśmy. „Co to za masa papierów? - za-
wołał - czy wszystko muszę zabierać?" Na te sło-
wa komendant powiedział, Ŝe to z 1817 roku sta-
re akta, w których nic naszego nie ma, jednak
ostroŜny oficer, podejrzewając, Ŝe tam mogłem
coś schować, przetrząsał je po jednemu, ale nic
nie wytrząsł. Z rzeczy moich nic mi ze sobą nie
pozwolono wziąć, nawet drugiej koszuli, odebra-
no mi pieniądze, przeliczono je i schowano, tam
teŜ był paryski medalik z Matką Boską, kiedyś
przerwał mi się na szyi sznurek, więc schowałem
go do woreczka z pieniędzmi. Oficer, który przy-
był do mnie, bardzo narzekał na znuŜenie i głód,
przez omyłkę jeździł do fortecy zasowskiej, gdzie
takŜe kompania naszego batalionu konsystowała,
tym sposobem zrobił przeszło 45 wiorst niepo-
trzebnie, a poniewaŜ czas nagli, musi znowuŜ
23 wiorsty przejechać, nie posiliwszy się. Major
tedy zabrał go do siebie na herbatę, co z godzinę
nam zajęło, potem zaraz ruszyliśmy konno ku Ła-
bie, gdzie równo ze świtem stanęliśmy u namiotu
naczelnika sztabu. Jechaliśmy bardzo prędko,
ciągle galopem, a dla wytchnienia koni - cza-
sem tylko kłusem. Konie pomordowane były nie-
zmiernie, a kozacy przeklinali pośpiech oficera,
Ŝ
ałowali swych biednych koni. Słyszałem, jak ofi-
cer oddawał obudzonemu naczelnikowi sztabu
zabrane u mnie papiery oraz raportował o złym po-
informowaniu go co do fortecy, w której znajdo-
wałem się, tłumacząc przez to opóźnienie w do-
stawieniu mnie. Naczelnik sztabu rozkazał po-
mieścić mnie pod straŜą i nie dozwolić z nikim
rozmawiać oraz odkomenderować innego oficera
z 20 kozakami dla odwiezienia mnie do Proczne-
go Okopu nad Kubań. Z Laby do Kubania było
przeszło 80 wiorst, w tym kilka niebezpiecznych
miejsc, dlatego tak silny konwój przeznaczono.
Wszystko to dla mnie było zadziwiającą za-
gadką nie do rozwiązania, gubiłem się w domy-
słach, co moŜe być powodem aresztowania mnie
przed samą ekspedycją. Major Pawłow, dowód-
ca naszego batalionu, wydał rozkaz pomieszcze-
nia mnie w bezpiecznym miejscu, dopóki konwój
nie będzie gotów do odjazdu. Ubrał się prędko
i powiedział: „śal mi pana, ale muszę wypełnić
rozkaz ściśle, nie wolno panu z nikim mówić, zo-
stawiam go więc w moim baraku, a sam przez
ten czas pójdę na spacer, samowar zaraz poda-
dzą, niech się pan napije herbaty przed podró-
Ŝą
". Poczciwy człowiek zostawił mnie z dwoma
Ŝ
ołnierzami, stojącymi u drzwi z bronią na krzyŜ.
Przyniesiono mi herbatę i bułkę i od tego czasu
juŜ go więcej nie widziałem. Ledwo skończyłem
herbatę i trochę wypocząłem, nowy konwój był
juŜ gotów. Oficer od kozaków liniowych wszedł
po mnie, wsiedliśmy na konie i znowuŜ galopem
lub kłusem - lecieliśmy do następnej forteczki.
Zmiana koni trwała bardzo krótko, wszędzie ko-
nie były posiodłane, jak zwykle w miejscach nie-
bezpiecznych, konia pode mnie dawano co stacja
ś
wieŜego, ale jeŜeli oficer zauwaŜył, Ŝe cięŜko
niesie, to był tak wyrozumiały, iŜ zlustrowawszy
kozaków i stwierdziwszy, który koń niesie naj-
lepiej, rozkazywał kozakowi przesiąść się na me-
go konia, byle mi lŜej było. Wdzięczny mu by-
łem za to, bo nie przyzwyczajony do długiej
jazdy wierzchem, byłem niezmiernie zmordowa-
ny. Nie moŜna było zaspokoić głodu, wszędzie
pustka, czysty step, a w fortecy kozacy tylko dla
siebie mieli chleb, nie mogli więc podzielić się
ze mną. Około godziny pierwszej po południu
stanęliśmy w Procznym Okopie. Pomimo wielkie-
go pośpiechu konwojującego mnie oficera, koza-
cy, aŜeby dać wypoczynek swym koniom, umieli
robić rozmaite mitręgi, na kaŜdej stacji zdarzało
się, Ŝe kozak spadał z konia, koń uciekał, a inni
go gonili, a tymczasem trzeba było jechać powoli
albo oczekiwać, póki kozak nie złapie konia, nie
moŜna było porzucić go w miejscu niebezpiecz-
nym, ciąŜyła odpowiedzialność na oficerze w ra-
zie jakiegoś wypadku.
Zajechaliśmy przed kwaterę generała Zassa,
dowodzącego całą ekspedycją na Łabie. Generał
ten był człowiekiem dobrym, względnym dla
zdegradowanych, ale gospodarstwo jego było na
stopie wojennej, dawał środki dla odznaczenia się.
W domu bardzo gościnny, ale czasem było za
duŜo wszystkiego, a czasem nie było nic. Główna
kwatera była w Procznym Okopie, ale rzadko
tu przebywał. Jego obecność była potrzebna na
całej linii łabińskiej. Zagospodarowania nigdzie
Ŝ
adnego nie miał. Gdym zsiadł z konia, upadłem
na ziemię, gdyŜ nie byłem w stanie utrzymać się
na nogach. Nie przyzwyczajony do konnej jazdy,
straciłem zupełnie władzę w nogach. Generał wy-
szedł do nas, kazał kozakom wziąć mnie pod ręce
i przyprowadzić do mieszkania, teŜ z jego rozka-
zu połoŜyłem się na kanapie. „śal mi, bracie,
was wszystkich - odezwał się generał - ciebie
szóstego wiozą, nie wiem, co tam narobiliście, ale
podług mnie to lepiej przyznać się do winy,
a drugich nie mieszać, po co innym robić biedę,
kiedy tym się nie usprawiedliwisz". „Nie wiem
co to znaczy, Ŝe nas aresztują - odpowiedziałem -
ale upewniam pana generała, Ŝe nic nie jesteśmy
winni i spodziewam się, Ŝe jeszcze będę miał
zaszczyt słuŜyć pod jego dowództwem". „Był-
bym bardzo rad temu - odpowiedział - ale bar-
dzo wątpię, zresztą ja się nie wypytuję, za co was
aresztują, radzę tylko innych nie mieszać, bo to
zawikła tłumaczenie się". Z wdzięcznością słucha-
łem tych rad z ust poczciwego naczelnika, to
mnie ośmieliło, Ŝe powiedziałem: „Panie gene-
rale, jeszcze dziś nic nie jadłem, a z górą sto
wiorst przejechałem wierzchem, niech pan gene-
rał kaŜe mi dać jeść, bo tracę siły". „Przepra-
szam cię, bracie - zawołał generał - ja juŜ je-
stem po obiedzie, Ŝyję po obozowemu, nie mam
Ŝ
adnego zapasu, ale herbatę, bułkę kaŜę ci dać,
bo to tylko mam." Podziękowałem i za to, zjadłem
kilka kawałków jakiejś bułki i parę szklanek
herbaty wypiłem. Generał rozkazał oficerowi
konwojującemu, aby stawił się po mnie za trzy
godziny, dodając, Ŝe potrzebuję koniecznie odpo-
cząć. Rzeczywiście przez ten czas zdrzemnąłem
się trochę i nabrałem sił. Oficer zajechał po mnie
około godziny czwartej, ale juŜ pocztową trójką.
PołoŜyłem się w kibitce, rozbity jazdą konną.
Oficer kazał jechać bardzo prędko, a Ŝe stacji
było duŜo - jeden koń przypłacił Ŝycie, nie dobiegł
do stacji i padł nieŜywy. Trzęsąca kibitka wy-
trzęsła ze mnie generalską herbatę, głodny byłem
strasznie. Z Procznego Okopu do Stawropola
przejechaliśmy 80 wiorst w ciągu pięciu godzin,
o 9 wieczór byłem juŜ na miejscu, gdzie komisja
ś
ledcza odbywała swe posiedzenia.
Ledwo Ŝywy ze znuŜenia i głodu, drzemałem
na jakiejś ławce, gdy dano znać, Ŝe członkowie
komisji juŜ się zebrali i oczekują na mnie. W nie-
wielkiej sali zastałem czterech wojskowych pod
prezydencją Ŝandarmskiego pułkownika - Jurie-
wa. Przyjęto mnie bardzo łagodnie, dano krzesło
ze względu na zmordowanie i najgrzeczniej za-
pytano zwykłym porządkiem o nazwisko, a na-
stępnie ku największemu memu zdziwieniu, czy
wiedziałem o korespondencji „gorców" z kon-
sulem francuskim i Ibrahimem paszą. Domyśli-
łem się, Ŝe to jest jakaś kalumnia Czosnowskiego,
on słyszał moją rozmowę z Konickim, ale nie
wiedział, o jakim Ibrahimłe była mowa. ŚwieŜo
to było po wypadkach politycznych owego Ibra-
hima paszy, który prowadził wojnę z Turcją,
z tego Czosnowski coś sobie zmyślił i doniósł,
ale w jakim celu taką denuncjację sformułował,
trudno było się domyślić. Odpowiedziałem na to
pytanie najspokojniej, przekonany byłem, Ŝe ko-
misja widzi w tym fałsz, dlatego tak łagodnie
ze mną postępuje. Później dano mi zapytanie, czy
wiedziałem o tym, Ŝe Michalski przyjmował u sie-
bie emisariusza, którego później gdzieś wysłał,
a poprzednio kazał w tym celu szyć suknie cy-
wilne. Z tego łatwo się było wytłomaczyć. Komi-
sja poprzestała zupełnie na moim zeznaniu, bez
Ŝ
adnych zarzutów i podejść. Na koniec pokazano
mi kartkę półćwiartkową, moim nazwiskiem pod-
pisaną, z zapytaniem, czy znam ją? Pierwszy raz
widziałem taką bezczelność, Ŝeby cudzą rękę fał-
szować dla udowodnienia występku, o którym
się nic nie wiedziało. Czosnowski przedstawił
ową kartkę, twierdząc, Ŝe ją ode mnie otrzymał
przez Ŝołnierza. Treść tej kartki wyraŜona była
niezręcznie, nawet z wtrącaniem ruskich wyra-
zów. Było to niby wezwanie do Czosnowskiego
od tajnego towarzystwa „wyznawców prawdy".
Odpowiedziałem komisji, Ŝe podobnej kartki ni-
gdy nie pisałem i Ŝadnego towarzystwa tajemne-
go nie znałem, nawet nazwy „wyznawcy praw-
dy" między kolegami nie słyszałem. Przytoczyłem
tylko wyrazy powiedziane kiedyś Czosnowskiemu,
Ŝ
e my prawdą Ŝyjemy i prawdę wyznajemy,
z czego pewnie on nadał nazwę urojonemu towa-
rzystwu. Komisja kazała mi dla porównania cha-
rakteru pisma przepisać kartkę, z czego przeko-
nała się, Ŝe ręka nie ta sama. W treści przedsta-
wionej na karteczce widać było dąŜenie do na-
ś
ladowania, nie było jednak jednolitości charak-
teru i jeden wyraz był czysto ruski, którego ja,
nie znając dobrze tego języka, uŜyć nie mogłem.
Komisja widocznie uznała słuszność mego tłoma-
czenia, ale pomimo to zmuszona była wyŜszym
rozkazem prowadzić śledztwo, łagodnością tylko
starała się osłodzić mi chwilowy areszt. Późno
juŜ w nocy kazano mnie odprowadzić do więzie-
nia, umyślnie urządzonego dla mnie w prywat-
nym domu. Pokoik miał kraty na oknach, a w
przedpokoju była juŜ warta złoŜona z podoficera
i siedmiu Ŝołnierzy. Goły tapczan za pościel mi
słuŜył, a Ŝe okropnie byłem zmordowany, poło-
Ŝ
yłem się i choć zgłodniały, zasnąłem w najlepsze.
Na drugi dzień rano obudził mnie głód, ale
wiedziałem z doświadczenia, Ŝe aresztantom dają
strawę dopiero koło godziny jedenastej, nie upo-
minałem się więc, znosząc cierpliwie dokuczanie
Ŝ
ołądka. Około godziny jedenastej zmieniła się
warta, nowy podoficer obejrzał mnie i znowu
zamknął, nic nie odpowiadając na zapytania mo-
je, czy prędko dostanę jeść. Po godzinie, nie do-
czekawszy się jedzenia, zacząłem wołać, aby po-
słali dla mnie po obiad, zaczęły się szepty, na-
reszcie podoficer posłał kogoś do placmajora.
Długo jeszcze czekałem, a usłyszawszy jakiś ruch,
znowuŜ zapytałem, czy dostanę jeść? Jakiś głos
odpowiedział: „Tobie nic się nie naleŜy" (tiebie
nie sliedujet niczego). Na wszelkie wołania moje
więcej juŜ nie odpowiadano. Rozkaz nierozma-
wiania był dokładnie wykonywany. Przyszło mi
na myśl, Ŝe chociaŜ komisja na pozór grzeczna,
pewnie jednak głodem chce mnie zmusić do przy-
znania się. Rozpacz mnie ogarniała, głód strasz-
nie męczył, ale na próŜno wołania do warty. Po-
stanowiłem poddać się losowi i czekać końca
męczarni. Jęczałem z głodu, trawiła mnie gorącz-
ka, ale juŜ nie wzywałem litości, będąc pewnym,
Ŝ
e to wszystko naumyślnie. Noc była okropna, na
drugi dzień około godziny dziesiątej siły mnie zu-
pełnie odstąpiły, głosu nawet wydobyć nie mo-
głem. Kiedy zawołano mnie przed komisję, nie
byłem w stanie podnieść się, dwóch Ŝołnierzy
ujęło mnie silnie pod ręce i tak zawlokło na ko-
misję. Gdym się tylko ukazał, wszyscy wykrzyk-
nęli: „Co panu jest? l Pan jest bardzo chory?"
Nie mogąc prawie głosu wydobyć, odpowiedzia-
łem po cichu: „Nic dziwnego, trzeci dzień nic
nie jadłem". Pułkownik Juriew zawołał do adiu-
tanta: „Co to znaczy?" Adiutant zmieszany od-
powiedział: „Moja wina, zapomniałem dać znać
placmajorowi, aŜeby mu jedzenie posłał". Wy-
dała się więc przyczyna mego okropnego połoŜe-
nia, placmajor tylko tych karmi, których mu ka-
Ŝą
, na kaŜdego powinien mieć atestat, podług
którego odbiera chleb, kaszę, a Ŝe względem mnie
tej formalności nie zachowano, nic dziwnego, Ŝe
tak się stało.
Juriew, człowiek ludzki, kazał mi się połoŜyć
na kanapie, zadysponował od siebie, aby przy-
niesiono mi herbatę z bułką, i tak znów herbatą
mnie posilili. Kazał takŜe, aŜeby mi oddano pie-
niądze, a warta była obowiązana przynieść mi, co
zadysponuję, do jedzenia. Zadano mi parę py-
tań, zapisano odpowiedzi i kazano odprowadzić
mnie do więzienia. Korzystając z pozwolenia ka-
załem sobie kupić arbuz i melon, które w tym
czasie są na Kaukazie najdoskonalsze i nadzwyczaj
tanie, a nim mi przyniesiono mięso, zjadłem
arbuz z bułką! Mięso juŜ mi nie smakowało, bo-
lała mnie okropnie głowa, do wieczora dostałem
takiej gorączki, Ŝe zapomniałem o całym świecie
i nic nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Po
kilku dniach spostrzegłem, Ŝe jestem w szpitalu
na oddziale aresztanckim. Na czczy Ŝołądek wi-
dać bardzo źle podziałał arbuz, chorowałem więc
cięŜko. Po upływie miesiąca byłem juŜ znacznie
zdrowszy, powiedziano mi, Ŝe jestem wolny, nie
czekając więc zupełnego wyzdrowienia, naprzy-
krzałem się ciągle, prosząc o wypuszczenie mnie
ze szpitala. Chciałem jak najprędzej dowiedzieć
się, co się dzieje z kolegami. Nie widywałem
znajomych, a gdyby ktoś chciał mnie odwiedzić,
to nie wiedział, gdzie jestem. Uprosiłem dokto-
rów, Ŝe uwolnili mnie ze szpitala jeszcze słabego.
Puszczono mnie samego bez konwoju do kantoru
szpitalnego, skąd po odebraniu potrzebnych pa-
pierów zgłosiłem się do ordonanshausu w celu
uzyskania kwatery, gdzie mógłbym odzyskać siły
przed powrotem do batalionu. Tu zaśpiewano
mi z innego tonu, oświadczono naprzód, Ŝe nie
jestem zupełnie wolnym i zamiast szukać kwate-
ry, mam się udać na odwach. Dodano mi natych-
miast wartę i odesłano na odwach. Na szczęście
posadzono mnie w pokoju oficerskim. Ucieszyłem
się bardzo, kiedy znalazłem tam Rabczyńskiego.
Od niego dowiedziałem się, Ŝe Michalski z loka-
jem, Kurella, Załęski, Gąsiorowski i dwóch Ŝoł-
nierzy z naszego batalionu zostali aresztowani,
ale juŜ się wytłomaczyli i wszyscy są wolni, nas
tylko dwóch zatrzymano, a dlaczego, nie wiado-
mo. Konicki takŜe był zamieszany w tę sprawę,
szczęściem usprawiedliwił się nie tylko z tej, ale
i z poprzedniej, policzono mu za karę czas aresz-
tu, przeszło rok, i odesłano do nowogińskiego
pułku.
Wykryło się przy tym, Ŝe nasz denuncjator
Czosnowski był junkrem w erywańskim pułku,
okradł feldfebla i uciekł, a złapany w Piatigor-
sku, rozmaite przybierał na siebie role, prócz
właściwej. Z aresztu w Stawropolu udało mu się
takŜe uciec, ale wkrótce został złapany, okuty
w kajdany, na ręce i nogi, i osadzony w kazama-
cie. Tu oświadczył, Ŝe ma waŜną tajemnicę do
odkrycia. Dano mu papier, atrament i pióro, de-
nuncjację przeczytano, ale nie uwierzono jej.
Czosnowski powtórnie przemyślał sprawę swego
oswobodzenia i przyznać naleŜy, Ŝe śmiały pomysł
udał mu się najpomyślniej, a Ŝe to lepiej da go
poznać, podaję szczegóły jego trzeciej ucieczki.
Mając okute ręce i nogi, jak wyŜej wspomniałem,
był osadzony w kazamacie gromadzkiej tiurmy,
zwanej Ostróg. W Stawropolu nie wpuszczono
nie naleŜącego do warty na odwach bez dozwo-
lenia oficera warty, a gdy kogo z więźniów do
indagacji wzywano, przysyłano z kartką kozaka
lub innego Ŝołnierza. Szyldwach frontowy wzy-
wał podoficera, ten odbierał kartki i podawał je
oficerowi, następnie oficer wydawał rozkaz -
kogo, gdzie i z jakim konwojem wysłać. Czosnow-
ski po napisaniu na nas denuncjacji miał, jak się
pokazało, u siebie papier i atrament, napisał więc
w imieniu komendanta do oficera warty kartkę,
kładąc fałszywy podpis i wzywając siebie same-
go na indagację. Po napisaniu kartki prosił Ŝoł-
nierza stojącego na warcie u jego okienka, aŜeby
oddał ją gefreiterowi, gdy przyjdzie ze zmianą.
Niewinne to na pozór Ŝądanie poczciwy Ŝołnierz
spełnił, kartka adresowana do oficera warty zo-
stała doręczona. Oficer był pewnym, Ŝe kartkę,
jak wiele jej podobnych, przyniesiono od komen-
danta, rozkazał więc dwom konwojowym zapro-
wadzić Czosnowskiego do komendanta. śołnierze
przybywszy tam i widząc któregoś z urzędników,
wpuścili do pokoju aresztanta, a sami pozostali
za drzwiami, pilnując wyjścia. Czosnowski długo
z kimś rozmawiał, o coś prosił, i jak zeznawali
Ŝ
ołnierze, przy wyjściu głośno powtarzał: „Pokor-
niejsze błagodariu", tj. naj pokorniej dziękuję.
Skoro drzwi się zamknęły, oddał Ŝołnierzom dwie
kartki, jedną do dozorcy więzienia, drugą dla
oficera warty. W pierwszej było polecenie, aŜeby
Czosnowskiego rozkuć, a kajdany zapisać do księ-
gi regestrowej, w drugiej zaś polecało się Czos-
nowskiego, jako uznanego za zupełnie niewinne-
go, natychmiast uwolnić. śołnierze przyniesione
kartki oddali według adresów i rozkaz był natych-,
miast spełniony. Dozorca, choć ze zdziwieniem,
kazał go rozkuć, a oficer winszując wolności dał
mu stosownie do jego prośby Ŝołnierza, aŜeby za
nim odniósł rzeczy na kwaterę. Jeśli chodzi o rze-
czy, to były tam jedynie koszula i kaftan, ale
Ŝ
ołnierz z bandoletem zabezpieczał go od napaści
w razie spotkania z kimś, kto by wiedział, co to
za ptaszek. Pomysł Czosnowskiego udał się naj-
doskonalej, wypuszczony na brzegu miasta, po-
Ŝ
egnał Ŝołnierza i zapewne udał się w zupełnie
przeciwną stronę.
Dozorca więzienia nie mógł ochłonąć ze zdzi-
wienia, Ŝe taki przestępca tak raptownie został
uwolniony. Poszedł więc do oficera warty, robiąc
róŜne domysły i prosząc, aby oficer dał znać
o uwolnieniu Czosnowskiego, stosownie do roz-
kazu komendanta. Oficer posłał z raportem do
ordonanshausu, ale zaledwo się o tym dowiedzia-
no, natychmiast przybiegli na odwach komendant,
placmajor i naczelnik sztabu kaukaskiego. Hałas
zrobił się niezmierny, oficera aresztowano, dozor-
cę takŜe, okazało się, Ŝe wszystkie kartki były
jedną ręką pisane, wszystkie były fałszywe. Za-
rządzono natychmiast poszukiwania zbiega, ka-
zano całemu batalionowi wyruszyć rozmaitymi
drogami i droŜynami do wszystkich zakątków,
a Ŝe nie wszyscy znali Czosnowskiego, zatem ten,
co go znał, przybierał sobie pięciu lub sześciu lu-
dzi do pomocy i wyruszał w okolice Stawropola.
Było to w sierpniu 1840 roku, czas był prze-
ś
liczny, właśnie dojrzewały melony, arbuzy, ogór-
ki, Ŝołnierze woleli sobie spacerować niŜ siedzieć
w koszarach, tym bardziej Ŝe w podobnych po-
szukiwaniach wolno plądrować ogrody, gdzie
przecieŜ moŜna było coś sobie uskubać. Jeden
z takich oddziałów na trzeci dzień poszukiwania
powracał przez ogrody do domu, rozsypany dla
łatwiejszego obejrzenia całej przestrzeni. Wtem
z bruzdy podnosi się jakiś człowiek i zwraca się
do nadchodzącego podoficera z łajaniem, mówiąc,
jak ten ośmielił się traktować jego zasiewy, a tym
bardziej zrywać ogórki l Podoficer zaczął mu się
tłomaczyć, Ŝe spełnia rozkaz wyŜszej władzy, po-
szukuje zbiegłego aresztanta i przymuszony jest
przeglądać ogrody, nie czyniąc w nich Ŝadnej
szkody. Gdyby na tym ów gospodarz poprzestał,
byłoby się wszystko pięknie skończyło, ale zuch-
wałość jego przebrała miarę do tego stopnia, Ŝe
uderzył podoficera i próbował usunąć go z ogro-
du. Podoficer zaczął coś odburkiwać, wszczął się
hałas, zwróciło to uwagę innych Ŝołnierzy, którzy
zaczęli się tam schodzić. Jeden z nich znał poszu-
kiwanego, z krzykiem rzucił się więc ku mniema-
nemu gospodarzowi, poznając w nim Czosnow-
skiego. Drogo przypłacił on zuchwałość swoją.
Nie Ŝałowano kolb dla pomszczenia krzywdy pod-
oficera. Związanego i zbitego, przywleczono Czos-
nowskiego z powrotem do więzienia, a gdy go za-
pytywano podczas indagacji, dlaczego powtórnie
chciał uciec, odpowiedział, Ŝe poniewaŜ jego de-
nuncjacja pozostała bez skutku i Ŝe przeciw rzą-
dowi uknuty zamach wkrótce moŜe dojrzeć, prze-
to on starał się z naraŜeniem własnej osoby uciec,
aby się dostać do Petersburga i tam całą rzecz
przedstawić.
Właśnie w tym czasie przybył na Kaukaz ze
szczególnymi poruczeniami najjaśniejszego pana
fligeladiutant Nazimow. Kiedy przedstawiano mu
tę sprawę, kazał nas aresztować i wyindagować
bez względu na źródło, z którego pochodziło do-
niesienie. Oto przyczyna naszego aresztowania,
którego ja o mało Ŝyciem nie przypłaciłem. Do
wydania rozkazu przez Nazimowa przyczyniła się
teŜ opinia naczelników. UwaŜali oni, Ŝe zaskar-
biliśmy sobie miłość Ŝołnierzy, którzy w razie
wyprawy na „gorców" mogliby posłuchać głosu
naszego i tym wprowadzić niepoŜądany ferment
w obozach rosyjskich. Szczęście nasze, Ŝe Czos-
nowski co moment wydawał się z kłamstwami,
przekonującymi o naszej niewinności, a przy-
toczony powyŜej wypadek dostatecznie świadczył
o jego bezczelności i kłamstwie. Między rozmai-
tymi doniesieniami na Michalskiego było i takie,
Ŝ
e w czasie swej podróŜy po świecie Czosnowski
przechowywany był u niego przez trzy dni i wte-
dy Michalski odkrył mu zamiar wysłania emisa-
riusza, którego bez wątpienia juŜ wysłał. Michal-
ski nigdy nie widział Czosnowskiego, komisja
więc, nie ufając zapieraniem się Michalskiego,
postanowiła przeprowadzić konfrontację. Michal-
ski, zawsze nadzwyczaj przytomny, zrobił uwagę
komisji, Ŝe tak bezczelny człowiek jak Czosnow-
ski moŜe mu to samo gadać w oczy, łatwo go
jednak pozna po artyleryjskiej szyneli, gdyŜ wie,
Ŝ
e on w artylerii słuŜy, zaproponował więc, aŜeby
komisja pozwoliła zamienić się szynelem z miej-
scowym pisarzem, znajdującym się w komisji, któ-
rego Czosnowski nigdy nie widział. Podobało się
to podejście indagującym członkom komisji.
Wprowadzono Czosnowskiego, a wskazując na
stojącego w miejsce delikwenta pisarza w arty-
leryjskiej szyneli powiedzieli: „Oto Michalski,
zapiera się, Ŝe cię kiedykolwiek widział". Czos-
nowski z bezczelną efronterią rzuca się na szyję
pisarzowi, przepraszając, Ŝe zmuszony był wszyst-
ko juŜ zeznać i prosząc, aby się nie zapierał, gdyŜ
to przedłuŜy tylko wspólne cierpienia. Członko-
wie komisji zdumieli się śmiałością i efronterią
Czosnowskiego, a Michalski śmiał się do rozpuku.
Czosnowski spostrzegł fatalną omyłkę, musiał się
zatem przyznać, Ŝe wszystkiego tylko się domyślał,
jednak nie przestawał utrzymywać, Ŝe stworzyliśmy
związek pod nazwą „wyznawców prawdy", do
którego jakoby ja ową karteczką go zapraszałem.
Zdecydowano nas wszystkich natychmiast uwol-
nić, ale kiedy przedstawiono wszystko Nazimowi,
po rozpatrzeniu papierów u nas zabranych, mnie
i Rabczyńskiego kazano zatrzymać do dalszej de-
cyzji. Pokazało się, Ŝe między papierami, które
zabrano przy aresztowaniu mnie, od akademików
wileńskich - kolegów Rabczyńskiego - znajdował
się list i wiersze na cześć Towarzystwa Demokra-
tycznego i modlitwa do Bogurodzicy o wybawie-
nie Polski spod tyrańskiego jarzma. List ten był
przywieziony jeszcze w 1839 roku przez dokto-
rów Malinowskiego i Pileckiego z Akademii Wi-
leńskiej, wysłanych na słuŜbę do Gruzji i na
Kaukaz. Wszyscy zesłani czytali go, chodził z rąk
do rąk, kiedy zaś powrócił do Rabczyńskiego, nic
o tym nie wiedziałem, a nawet zapomnieliśmy
o nim zupełnie. Gubiliśmy się w domysłach, dla-
czego nas zatrzymano w więzieniu, tym bardziej
Ŝ
e komisja w Stawropolu ani wzmianki o tym
nie zrobiła. Siedzieliśmy w zimnej izbie odwachu
w towarzystwie dwóch oficerów znajdujących się
pod sądem za róŜne występki, ale często towa-
rzystwo nasze powiększało się, niekiedy docho-
dziło aŜ do piętnastu osób, tak Ŝe wówczas było
i ciepło, i ciasno, ale dla nas bardzo niewygodnie,
bo na gołej podłodze trzeba było nocować. Na
początku byłem bardzo słaby, całe ciało mi puch-
ło, a wygody najmniejszej nie miałem, ale towa-
rzystwo poczciwego Rabczyńskiego dodawało mi
sił i wytrwałości do zniesienia wszystkiego. Tak
przesiedzieliśmy do 4 stycznia, wtedy dowiedzie-
liśmy się od dyŜurnego oficera, Ŝe Czosnowskie-
go wywieziono gdzieś z feldjegrem, obutego na
ręce i nogi. Ucieszyło nas to, Ŝe pozbyliśmy się
naszego denuncjatora, ale tegoŜ dnia wieczorem
Rabczyńskiego przeniesiono na odwach przy aresz-
tanckich rotach. Byłem w desperacji z powodu
tego, prosiłem, Ŝeby i mnie tam przeniesiono, ale
pozostawiono to do decyzji komendanta. Dopiero
na drugi dzień wieczorem przyszedł rozkaz
o przeniesieniu mnie. JakieŜ było moje zdziwie-
nie, gdy Rabczyńskiego juŜ tam nie zastałem, po-
wiedziano mi tylko, Ŝe został gdzieś wysłany, po-
dobnie jak Czosnowski.
Dnia 6 stycznia rano, nie zwaŜając na wielkie
ś
więto Jordanu, dyŜurny oficer kazał mi iść za
sobą do składu mundurów aresztanckiej roty. Tu
zaczęli dobierać na mnie mundur i dopasowywać
szynel na mundur. Oficer z prawdziwą boleścią
rzekł do mnie: „Teraz muszę wypełnić najprzy-
krzejszy rozkaz, muszę pana okuć". Dotknęło
mnie to okropnie, ale cóŜ było robić, trudno oka-
zać się słabym, trzeba było przypomnieć sobie
dawne przejścia, równię nie zasłuŜone, i męŜnie
znieść nową zniewagę. „Nie mam do pana naj-
mniejszego Ŝalu - rzekłem - rób pan, co kaŜą".
Przywieziono cięŜkie i grube kajdany po 15
funtów na ręce i 15 na nogi, takich uŜywają tyl-
ko wobec wielkich zbrodniarzy. Kowale w obec-
ności całej kompanii aresztanckiej natychmiast
okuli mnie jakby na wieki. Gdy juŜ odstąpili ode
mnie, powstałem, brzękłem Ŝelazami i nabrawszy
ducha zawołałem: „Daj BoŜe, Ŝeby wszyscy, co
noszą kajdany w Rosji, nie więcej na nie zasłuŜyli
niŜ ja!" Wyszedłem z oficerem, czterech konwo-
jentów oczekiwało na nas u drzwi, poszliśmy ku
ordonanshausowi. Było to właśnie w czasie wiel-
kiej procesji, wszyscy oglądali się za mną, któŜ
odgadnie, jakie uczucia wzbudzałem? Niejeden
moŜe, przejęty zgrozą na myśl o zbrodni, odwra-
cał ze wzgardą oczy ode mnie. Ale pewnie byli
i tacy, co pomyśleli: MoŜe teŜ ten młodzieniec
jest niewinny?
Dla wyminięcia tłumów zboczyliśmy w wąską
uliczkę, ale zaledwie przeszliśmy kilka kroków,
dopędziło nas kilku Ŝołnierzy Polaków z I bata-
lionu kaukaskiego, z nimi takŜe poczciwy Chruc-
ki. Nie zwaŜając na oficera, rzucili się do mnie
z rzewnymi łzami, tak szczerze Ŝegnali, ściskali,
Ŝ
e oficer równieŜ nie mógł się wstrzymać od łez,
zasłaniał oczy i prosił tylko, zamiast rozkazywać,
aŜebyśmy się prędzej rozstali, gdyŜ na nim odpo-
wiedzialność ciąŜy. Chrucki ryczał wprost z bo-
leści, ja przejęty uczuciem współrodaków równieŜ
płakałem, cały Ŝal serca musiałem wylać na łono
Ŝ
yczliwych osób. Dziś gdy to piszę, tak Ŝywo
przedstawia mi się ta scena, Ŝe od łez wstrzymać
się nie mogę. Poczciwego Chruckiego i innych
więcej juŜ nie widziałem. W ordonanshausie cze-
kał na mnie Ŝandarm z depeszami na piersiach,
odbierał pieniądze od placmajora na daleką dro-
gę. Oburzenie przywróciło mi twardość charakte-
ru, oczy obeschły, a spojrzawszy na placmajora,
zapytałem go, dlaczego ze mną tak okrutnie po-
stępują. Placmajor widać w tym zapytaniu wy-
czytał boleść, a czuł, Ŝe na nią nie zasłuŜyłem,
przystąpił do mnie i z prawdziwym Ŝalem prze-
mówił: „Radziejowski, przebaczcie nam, to nie
są nasze rozkazy, my jesteśmy przekonani o wa-
szej niewinności, bolejemy nad wami, ale rozkazu
wyŜszej władzy osłabić w niczym nie moŜemy.
Wszystko to ten przeklęty Czosnowski zrobił, wy
cierpicie niewinnie, ale z zawstydzeniem kogoś
wolni będziecie (przez „kogoś" rozumiał pewnie
fligeladiutanta Nazimowa, gdyŜ to jego rozkaz
był wypełniany). Odpowiedziałem na to: „LŜej-
sze mi są te Ŝelaza, kiedy przy tylu świadkach
pan przyznajesz, Ŝe niezasłuŜenie ciąŜą na mnie".
Po ukończeniu obrachunku z Ŝandarmem, wrę-
czono mi 25 rubli srebrem, które przysłane mi
były przez Arenta, ale list jego pozostał w komisji,
oświadczono mi przy tym, Ŝe na drogę Ŝandarm
ma dla mnie diety, 15 kopiejek srebrem dzien-
nie, a Ŝe ekspedycje z głównego sztabu jeszcze
nie były dane Ŝandarmowi, kazano mnie odpro-
wadzić na odwach, na moją dawną siedzibę. Gdy
przybyłem pod odwach, ponowiła się rzewna
scena, znajdowało się tu kilku znajomych ofice-
rów, aresztowani takŜe wybiegli z nimi na plat-
formę i pochwycili mnie na ręce, nie zwaŜając
na znak hańby, jaki ciąŜył na mnie. Ze łzami
współczucia wnieśli mnie do oficerskiego pokoju.
Wszyscy starali się pocieszyć, kaŜdy rad przynieść
ulgę, przekonany o mojej niewinności, nikt jednak
nie wiedział, za co, po co i dokąd mają mnie za-
wieźć. Ja jeszcze mniej mogłem się domyślić, co
zamierzają z nami zrobić. Zresztą juŜ wszystko
dla mnie było jedno, czy słuŜyć na Kaukazie, czy
na Syberii ziemię kopać. Wszystko zdawało się na
zawsze stracone.
Zmierzchem przyjechał po mnie Ŝandarm, ode-
brał mi pieniądze, a odziawszy mnie w tułub
i włoŜywszy berlacze na nogi, kazał ruszyć w
drogę. Na szczęście, chociaŜ padał deszcz, było
dosyć duŜo jeszcze śniegu i podróŜ moŜna było
odbywać saniami, co przy prędkiej jeździe robiło
wielką róŜnicę.
VII
Etapem do Wilna
Na stacjach nigdzie nie było naj-
mniejszej mitręgi, podróŜna ku-
rierka pędziła wichrem. W cią-
gu pierwszych 24 godzin prze-
jechaliśmy od Stawropola do Nowoczerkaska
z górą 300 wiorst. Za Donem chwyciły tęgie
mrozy, mój mokry tułub stwardniał od mrozu
jak skorupa, ogrzać się nie było czasu, na sta-
cjach zaledwo zdąŜyłem fajkę zapalić, konie juŜ
były gotowe. W Małorosji na pierwszą stację za
Bachmutem (dziś Artiemowsk) przyjechaliśmy po
zachodzie słońca, zziębłem niewypowiedzianie,
wchodząc do pokoju tułub jak zwykle postawi-
łem w sieni, aby nie mógł .odtajać w cieple,
drŜałem okropnie i zaledwo mogłem przemówić.
Prosiłem Ŝandarma, Ŝeby dla rozgrzania się po-
zwolił mi napić się herbaty. Surowy i zawsze
milczący Ŝandarm lakonicznie odpowiedział:
„Nielzia", to znaczy nie moŜna, a na nalegania
moje i zapewnienie, Ŝe niezawodnie zamarznę, je-
Ŝ
eli się nie rozgrzeję, odpowiedział: „Dziś mało
przejechaliśmy". Pokój sąsiedni był zajęty przez
kogoś przejeŜdŜającego, słychać było głosy roz-
mawiające przez niski piec wspólny dla obu po-
kojów, komunikacja była tylko z sieni. Wyszedł
stamtąd lokaj wojskowy z czerwonymi lampasa-
mi u peleryny płaszcza, a obróciwszy się do Ŝan-
darma powiada: „Pułkownik Ŝandarmów Szawel-
ski kaŜe, Ŝebyś dał się ogrzać aresztantowi".
ś
andarm na to powiada: „Nie znam pułkowni-
ka Szawelskiego". Lokaj wyszedł, a wkrótce
wszedł sam pułkownik, odkrył szlify pułkowni-
kowskie i zapytał Ŝandarma głosem nakazującym:
„Widzisz, kto ja jestem?" „Widzę", pokornie od-
powiedział mój konwojent. „Zatem nakazuję ci,
Ŝ
ebyś kazał dać aresztantowi herbaty, bo powi-
nieneś go dowieźć Ŝywcem, a nie zamroŜonym,
a Ŝebyś nie stracił czasu, to idź z nim do mego
pokoju, tam jest samowar gotowy, moŜe się napić
i ogrzać naleŜycie". Posłuszny Ŝandarm poszedł
ze mną do drugiego pokoju. Tu sam pułkownik
nalewał herbatę, a widząc, Ŝe tak mocno drŜa-
łem, Ŝe aŜ Ŝelaza brząkały, zapytał mnie, czy nie
mam cieplejszej odzieŜy. „Mam - odpowiedzia-
łem - tułub, ale tylko zasłaniam się nim od wia-
tru, a na stacjach zostawiam go w sieni, jak sko-
rupę". Pułkownik sam przekonał się o stanie me-
go koŜucha, a zapytawszy Ŝandarma o pieniądze,
rozkazującym tonem zawołał: „Kupisz natych-
miast z jego pieniędzy koŜuch!" Całą odpowie-
dzią mego cerbera było „Słuszajuś!", ale ja po-
trząsając skutymi rękoma, zrobiłem uwagę, Ŝe Ŝa-
den koŜuch nie ogrzeje mnie naleŜycie, bo go na
rękawy włoŜyć nie mogę. „Rozkuć!" zawołał puł-
kownik. „Nie mogę", odezwał się Ŝandarm. „Ty
durak! Rozkuć, ubrać i znów zakuć". „Słuszajuś",
była odpowiedź. W ten moment przywołano ko-
wala, a pisarz stacyjny sprzedał porządny koŜuch
nankinem pokryty za pół imperiała. Rozkuty
z jednej ręki, ubrałem się ciepło, i znów mnie
okuto, jakby nic nie było. Gotów byłem do drogi.
Ludzki pułkownik zdjął z siebie włóczkowy sza-
lik i sam obwiązał mnie, Ŝycząc szczęśliwego
ukończenia śledztwa i dodając, iŜ wie, o co idzie,
i nie wątpi, Ŝe wszystko dobrze się skończy. Po-
dziękowałem mu serdecznie za wszystko, Ŝycząc
wzajemnie szczęśliwej podróŜy. Przy wsiadaniu
pułkownik powiedział do Ŝandarma: „Nie kaŜ,
bracie, zbyt prędko jechać, Ŝebym mógł za tobą
zdąŜyć, bo w tutejszych stepach jest mnóstwo
wilków, jeŜeli nas napadną, razem będziemy się
bronili". śandarm jak zwykle odpowiedział: „Słu-
szajuś", i rzeczywiście dotrzymał słowa. Całe
stado wilków u samej drogi przestraszyło nam ko-
nie, które poniosły nas w step, zręczny woźnica
umiał kierować, a natrafiwszy znowu na trakt,
pędził ani myśląc o pułkowniku. WyjeŜdŜając
z następnej stacji, ledwo usłyszeliśmy zdąŜający
powóz jego.
Tak bez szczególnych wypadków odbywaliśmy
z największym pośpiechem dalszą podróŜ do Wil-
na, o czym dowiedziałem się na stacjach podróŜy
naszej, gdzie czytano, Ŝe tam mają mnie dosta-
wić. Domyśliłem się, Ŝe będzie prowadzone śledz-
two na nowo. Słyszałem od kolegów, jakie tam
tyraństwa wyrabiał ksiąŜę Trubeckoj przy inda-
gacjach. Więc skóra na mnie cierpła, chociaŜ by-
łem niewinny, jakiś fatalizm znowu mnie wtrącał
w przepaść cierpień. Bóg wie za co, ale pocie-
szało mnie to, Ŝe zbliŜam się do rodzinnej ziemi.
Przez Charków przejeŜdŜaliśmy w samo połud-
nie, wtedy właśnie akademicy wychodzili z Uni-
wersytetu. DostrzeŜono mnie, kiedy wysiadałem
na poczcie z sanek. Nienowy to był dla nich wi-
dok, z ich grona porwano juŜ niejednego, wie-
dzieli zatem, kogo Ŝandarmi woŜą w kajdanach.
Dwóch akademików przyszło na stację, dowiadu-
jąc się o listy, jeden zaczął coś mówić do Ŝandar-
ma, drugi raptem zapytał mnie o nazwisko i do-
kąd mnie wiozą. Odpowiedziałem mu, ale nie
uszło to Ŝandarmskiej baczności. Zawołał więc
groźnie: „Proszę bardzo nie być ciekawym i na-
tychmiast stąd odejść". Akademicy odeszli,
uśmiechając się, ale gdy Ŝandarm posłał dla nas
po obiad, oni przysłali wyśmienity z butelką wi-
na, którego Ŝandarm w Ŝaden sposób nie dał mi
nawet dotknąć. Obawiał się zapewne trutki na
niego, chociaŜ pewnie prócz dobrych chęci i pocz-
ciwego współczucia nic więcej nie było. Wsia-
dając, odebrałem ukłony od zgromadzonych aka-
demików. śegnali mnie czapkami i chustkami.
Podobnego współczucia doznałem od dwóch śy-
dów w Czernihowie. Prócz obiadu, tak czule
i serdecznie przemawiali do mnie, nie zwaŜając
na groźby Ŝandarma, Ŝe mi łzę wycisnęli. Ostat-
nia stacja przed Wilnem, pamiętna z ujęcia sław-
nego Konarskiego z obywatelem Rodziewiczem,
przypomniała mi opowiadanie szczegółowe o tym
wypadku Rabczyńskiego. Wchodziłem na stację
po tych samych schodach, gdzie biedny męczen-
nik rzucił jakieś papiery, które stały się zdobyczą
czatujących na niego i posłuŜyły później do skom-
promitowania bardzo wielu osób. O całym odkry-
ciu Towarzystwa Demokratycznego, czyli Stowa-
rzyszenia Ludu, opowiadali mi szczegółowo Sa-
wicz, Rabczyński i Zahorski, którzy byli pierw-
szymi członkami i najbliŜsi Konarskiego, a Ŝe to
najpewniejsze źródło tej smutnej wiadomości,
przeto umieszczam tu ten wypadek, który nie w
jednej familii pozostawił zbyt smutne wspomnie-
nia.
Emigracja nasza we Francji, przemyśliwując
ciągle nad środkami, które choć w oddalonej
przyszłości mogły zbawić Ojczyznę naszą i uwol-
nić od jarzma, postanowiła zawiązać Stowarzysze-
nie Ludu Polskiego. Wybrała na działaczy ludzi
zdolnych, umiejących pracować z poświęceniem
i dzielnym charakterem. Zaczęto jednocześnie
działać w Galicji i w Poznańskiem, na Litwie,
Wołyniu, Podolu i w Królestwie.
KaŜdy z wysłanych działał według swego zda-
nia najostroŜniej. Niektórzy wprowadzili w To-
warzystwie podział na sołtysostwa i tylko sołtys
mógł przyjmować do Związku i wiedzieć tylko
o liczbie swoich związkowych, tak było w Kró-
lestwie. Inni przyjmowali kaŜdego, którego sądzi-
li godnym naleŜenia i wtajemniczenia, z warun-
kiem jednak uwiadomienia o tym naczelnika
Związku, broń BoŜe, nie wyjawiając nikomu in-
nemu, nawet juŜ naleŜącemu, tak aby tylko
przyjmujący wiedział o przyjętym. Jednak na-
czelnicy potrzebowali kilku pomocników, z któ-
rymi by mogli prowadzić wspólnie waŜniejsze na-
rady, i ci musieli juŜ o sobie wiedzieć. Parę lat
pracy powiększyło Związek na wszystkich tere-
nach. Rząd austriacki odkrył istnienie Towarzy-
stwa w Galicji w 1837 roku i z całą właściwą so-
bie surowością i tyranią prześladował związko-
wych. W kilka lat później uŜył tej broni na zgu-
bę obywateli, skutkiem czego wynikła owa nie-
szczęsna rzeź galicyjska. Na innych terenach tedy
nigdzie Towarzystwo nie było wykryte, co świad-
czyło, Ŝe indagowani byli ludźmi silnego cha-
rakteru. Na Litwę, Wołyń i Podole był wysłany
Konarski, człowiek najzdolniejszy i niezłomnego
charakteru oraz działający z największym po-
ś
więceniem. Przy wyjeździe z Francji generał
Dembiński rekomendował mu kupca wileńskiego,
ś
yda Rozenbluma czy Rozentala, nazwiska do-
brze nie pamiętam, w czasie rewolucji okazał on
wiele przychylności sprawie polskiej, w wielu teŜ
sprawach był pomocnym generałowi w czasie byt-
ności jego na Litwie z wojskiem polskim. Gdy
Konarski zawiązał Towarzystwo na Wołyniu
i Podolu, udał się do Wilna z obywatelem Ro-
dziewiczem, z którym głównie przebywał i tam
najprzód między młodzieŜą akademicką uformo-
wał Związek. Najpierwsi przyjęci byli do Związku
Sawicz, Zahorski i Rabczyński, w nich Konarski
połoŜył zupełne zaufanie, na czym się nigdy nie
zawiódł, im teŜ zwierzał się ze swymi zamiara-
mi, zasięgając ich rady. Opowiedział im o zale-
ceniu generała Dembińskiego, a potrzebując spro-
wadzenia drukarni dla drukowania odezw, umy-
ś
lił korzystać z przychylności Rozentala jako kup-
ca. Sawicz, Zahorski i Rabczyński nie mieli do
niego zaufania i wszelkimi siłami starali się od-
wieść Konarskiego od tej znajomości i bliŜszych
z nim stosunków. Konarski obiecał im jak naj-
większą ostroŜność, jednak nie odstąpił od za-
miaru poznania owego śyda, za którym przema-
wiała dawniejsza przychylność sprawie polskiej.
Postanowił zatem dokładnie go wyrozumieć, za-
nimby cośkolwiek miał mu proponować. Poszedł
do Rozentala niby na wino, a pomówiwszy z nim
o róŜnych obojętnych rzeczach, jak gdyby przy-
pomniał sobie jakąś rozmowę z generałem Dem-
bińskim za granicą, zapytał go, czy to on jest tym
dawnym znajomym generała, o którym ten tak
przyjaźnie wspominał. Rozental nadzwyczajnie
uradowany, nie wiedział, jak miał przyjąć Konar-
skiego, częstował go najdoskonalszym winem,
wiele mówił, bardzo ubolewał nad nieszczęściami,
jakie kraj ugniatały, słowem prawie przekonał go
o niezmienionej swej Ŝyczliwości. Konarski powró-
cił do akademików bardzo zadowolony, a potrze-
bując koniecznie drukarni, zamierzył nie poprze-
stać na tej jednej wizycie. Nieszczęście chciało, Ŝe
wszelkie prośby akademików, aby nie ujawniał
się przed Rozentalem, nic nie pomogły. Otuma-
niony zmyślonym patriotyzmem jego, po kilku
odwiedzinach przystąpił do otwartej umowy o do-
starczenie mu drukarni. śyd upewniał, Ŝe nie tyl-
ko ją z łatwością dostawi, ale gdyby potrzeba
było armaty, sprowadzić ją teŜ moŜe. Konarski
zaliczył mu 10 000 złotych polskich zadatku.
Skończywszy tak waŜny interes, gdy juŜ zamie-
rzał z Rodziewiczem opuścić Wilno, jeden ze
związkowców z biura wojennego generała guber-
natora ostrzegł Konarskiego, Ŝe wydano niezwy-
kłe polecenie, aby bez wyraźnego pozwolenia gu-
bernatora nikomu z poczty nic nie wydawano, na
rogatkach zaś mieli ściśle przeglądać i spraw-
dzać paszporty, czy zostały poświadczone w kan-
celarii gubernatora. ZatrwoŜyło to związkowych,
ale Ŝe z Wilna moŜna było wyjechać omijając ro-
gatki, więc od pierwszej stacji mieli wyruszyć na-
jemnymi końmi, lecz jakŜe okropnie się zawiedli,
spotkali tam bowiem całą zgraję urzędników
i Ŝandarmów. Porwano biedaków, a jak było do
przewidzenia, znaleziono przy nich papiery, któ-
rych Konarski nie był w stanie ukryć. PosłuŜyły
te papiery do skompromitowania wielu osób. W
związku z tym wypadkiem Sawicz, Zahorski
i Rabczyński byli najpierwszymi więźniami. Dziel-
ni to byli ludzie, raczej gotowi śmierć męczeńską
ponieść, niŜ kogoś wplątać. Wściekłość i okrucień-
stwo wicegubernatora wileńskiego i prezesa ko-
misji śledczej ks. Trubeckiego nic nie zdołały
z nich wymordować, jak równieŜ z Konarskiego
i Rodziewicza, lecz zamieszany przez papiery oby-
watel Orzeszko okazał się bardzo słabym, opo-
wiadał wszystko, co tylko wiedział, a nawet i to,
czego się tylko domyślał, kompromitując ogrom-
ną ilość osób z całego zabranego kraju. Więzienia
w Wilnie i Kijowie napełniły się obywatelami
i akademikami, a nawet kobietami. Kijowska ko-
misja, nie tylko okrutna przy indagacjach, sądziła
teŜ ostrzej niŜ wileńska. Trubeckoj jak dziki zwierz
tyranizował więźniów, nie do uwierzenia. Ale le-
piej zamilczę o szczegółach tych okrucieństw, na
wspomnienie których serce krwią się oblewa
i o pomstę do nieba woła.
Pokazało się, Ŝe Rozental o pierwszej juŜ wi-
zycie Konarskiego zaraz doniósł gubernatorowi
Dołgorukiemu, z domysłem, Ŝe to musi być emi-
sariusz. Gubernator chcąc się lepiej o wszystkim
przekonać, kazał z daleka śledzić, aby tym pew-
niejszy cios zadać, co się teŜ stało. Przeszło 250
rodzin opłakiwało stratę ojców, męŜów, braci
i synów. Konarski dnia 13 * lutego 1839 roku
* Historycy podają jako datę rozstrzelania Szymona Ko-
narskiego - 27.II.1839 r.
został rozstrzelany. Współczucie, jakie nie tylko
w ziomkach, ale i w rosyjskich oficerach i Ŝoł-
nierzach obudził, stało się przyczyną nowych ofiar
i nowych cięŜkich katuszy dla wielkiej liczby
zacnych ludzi.
Wracam teraz do opowiadania mnie dotyczą-
cego, a mającego związek z losem bardzo wielu
ludzi, których po większej części nigdy nie wi-
działem i zapewne widzieć nie będę.
VIII
Przyjazd i więzienie w Wilnie
Po wyjeździe ze Stawropola ós-
mego dnia wieczorem stanęliśmy
w Wilnie. Podług marszruty da-
nej Ŝandarmowi było to 2195
wiorst odległości. Zajechaliśmy wprost do biura
gubernatora wojennego, stąd odwieziony zosta-
łem do jakiegoś klasztoru zapełnionego więźnia-
mi stanu. Nie było nowością dla mnie przecho-
dzić korytarzami, gdzie z największą cichością
wierni stróŜe pilnują drzwi nieszczęśliwych ofiar.
Brzęk moich kajdan rozlegał się przeraźliwie i za-
mącał tę smutną ciszę. Wprowadzono mnie naj-
przód na piętro, gdzie nastąpiła ścisła rewizja
moich rzeczy, których było bardzo mało. Tu roz-
kuto mnie i pozwolono się wykąpać, przez czas
kąpieli zrewidowano odzienie i popruto kołnierze,
następnie juŜ ubranego w koŜuszek, kupiony w
drodze, okuto i odprowadzono na dół pod numer.
Byłem okropnie zmęczony podróŜą, padłem więc
na siennik i zasnąłem jak martwy. Jak długo spa-
łem, sam nie wiem, ciągle zdawało mi się, Ŝe
jeszcze jadę, nieustannie brzmiał mi w uszach
dzwonek pocztowy. Po wyspaniu się zacząłem
przypatrywać się mej celi, przysłuchiwałem się teŜ
wszystkim odgłosom. W róŜnych celach słychać
było daleki brzęk kajdan, a obok ciche stąpania
wartowników naszych. Wreszcie zacząłem próbo-
wać pukać do sąsiadów, Ŝeby się dowiedzieć,
gdzie się znajduję, w jakim klasztorze. Po jednej
stronie była izba, gdzie przebywali posługacze
więzienni, miałem z nimi wspólny piec, przez któ-
rego cienkie ścianki słychać było głosy gwarliwej
gawiedzi. Nie Ŝałowali dla siebie drzewa, w pie-
cu palili okropnie, na czym ja cierpiałem bardzo,
bo nie mogąc się rozebrać, praŜyłem się w koŜu-
chu niezmiernie. Po drugiej stronie mojej celi sie-
dział więzień, który chętnie odpowiadał na moje
pytania. Dowiedziałem się więc, Ŝe siedzimy w
klasztorze Wszystkich Świętych, Ŝe sąsiad mój,
akademik wileński, nazwiskiem Owsiany, siedzi
niewinnie, Ŝe zawdzięczał to jedynie fałszywym
zeznaniom więźnia Pawłowskiego, który przez sła-
bość charakteru, kiedy został złapany na granicy
wraz z dwoma uzbrojonymi kolegami, podykto-
wał komisji paręset nazwisk osób najniewinniej-
szych i który najniesłuszniej utrzymuje, Ŝe istniało
ogromne Towarzystwo, które postanowiło jakoby
zabić cesarza, gdy miał przejeŜdŜać traktem ko-
wieńskim, wysłało więc w tym celu trzech uzbro-
jonych. Towarzyszami Pawłowskiego byli: Woź-
niakowski i Rokicki, równieŜ akademicy wileńscy.
Ten fałsz komisja sama podsunęła Pawłowskie-
mu, a okrutnym obchodzeniem się zmusiła do po-
twierdzenia i przyznania się do zbrodni, o której
nikomu się nie śniło. Cała zaś rzecz tak się miała.
Akademik Woźniakowski, człowiek ponoć ge-
nialny, napisał ogromny poemat pod tytułem
Wilianinki. Pisany w wolnym duchu, nie mógł
być publicznie wydanym, zaufanym tylko kolegom
moŜna było go odczytać. Spotykał się z powszech-
ną pochwałą, radzono mu porzucić medycynę, na
którą autor tylko z niedostatku, nie z powołania,
na koszt rządowy uczęszczał. Namawiano go, by
udał się za granicę i tam na koszt emigracji ko-
rzystne i z poŜytkiem dla kraju zdobył wykształ-
cenie. Podobał się Woźniakowskiemu ten projekt,
znalazł teŜ dobrego towarzysza o wielkich zdolno-
ś
ciach w przyjacielu swym Rokickim. Obaj po-
stanowili porzucić medycynę i udać się potajem-
nie za granicę. Pawłowski widząc ich przygoto-
wania i nie mając chęci do nauki ani Ŝadnych
szczególnych zdolności, prosił, Ŝeby i jego do swej
kompanii przyjęli, co teŜ chętnie dla powiększe-
nia towarzystwa uczynili. Mając przed sobą per-
spektywę podróŜy lasami, zaopatrzyli się w pisto-
lety i kindŜały, a na nieszczęście w dzień przejaz-
du cesarza przez Wilno wyszli z miasta, kierując
się ku granicy. Zostali złapani w lasach juŜ na
samej granicy pruskiej. PoniewaŜ byli uzbrojeni,
okuto ich i odesłano do Wilna. Niegodziwa ko-
misja śledcza, która sądziła wówczas 36 oficerów
i korpusu oraz innych więźniów za współczucie
dla Konarskiego, rada była, Ŝe nowe pole dla
niej się otworzyło, zaczęła więc z całą gwałtowno-
ś
cią indagować trzech biedaków, a nie wierząc
prawdzie, którą najszczerzej zeznali, zaczęła ro-
bić róŜne domysły i wysuwać zarzuty, najwaŜ-
niejsze zaś było posądzenie o wyjście w zamiarze
dokonania zabójstwa na osobie cesarza, gdy prze-
jeŜdŜał kowieńskim traktem ku Petersburgowi.
Katusze, jakich ci biedacy doznawali, sprawiły to,
Ŝ
e słaby Pawłowski przyznał się do nieprawdy, co
pociągnęło za sobą nowy domysł komisji, Ŝe
istnieje jakiś związek. Pawłowski potwierdził i to,
a zacząwszy raz kłamać, dla uniknienia tyraństwa
przyznawał wszystko, czego chcieli. I tak jeśli
tylko komisja kogoś chciała widzieć w więzieniu
dla własnych korzyści, podsuwała tę myśl Pa-
włowskiemu, a ten potwierdzał, mieniąc go człon-
kiem domniemanego związku. Takim sposobem
pięć klasztorów napełniło się niewinnymi więź-
niami. Na mojej bieliźnie napisany był nr - 261,
z tego mogłem wnosić o liczbie więźniów, ale
po mnie jeszcze bardzo wielu przybyło. W kilka
lat później dowiedziałem się, Ŝe przeszło 500 osób
było uwięzionych. CięŜko było siedzieć w kajda-
nach w ogromnym cieple za zamarzłymi oknami,
ale co najbardziej dokuczało, to nieznośne lampy,
które dymiły okropnie, pokrywając kopciem skle-
pienia i ściany, rano zaś słuŜba wiechciami osa-
dzonymi na kijach wycierała ten kopeć, a naku-
rzywszy tym sposobem najniegodziwiej, zamykała
drzwi, ja zaś wszystko musiałem połykać. Przez
dwa tygodnie cierpiałem znosząc ten obrzydły po-
rządek, ale gdy zaczął mi dokuczać ból w pier-
siach, postanowiłem nie dać go więcej robić. Gdy
przyszli podług zwyczaju do mego numeru, krzyk-
nąłem na posługaczy: „Precz stąd! Ja nie chcę
waszej czystości!" Spojrzeli na mnie, ale nie zwa-
Ŝ
ając na groźny mój głos, zaczęli swoje robić. Zło-
Ŝ
yłem ręce uzbrojone kajdanami i najbliŜej stoją-
cego tak grzmotnąłem w kark, Ŝe przeraŜona
reszta zaczęła uciekać, krzycząc: „Zwariował!"
Oficer dozorujący zapytał mnie przez drzwi, co
to znaczy? Odpowiedziałem mu, Ŝe jeŜeli tym
sposobem mają zamiar Ŝycie mi skrócić, to ja
wolę się bronić do ostatka i nie dam więcej takiej
głupiej czystości robić. Dozorujący oficer rapor-
tował o tym placmajorowi, a ten wypytawszy
mnie jak najgrzeczniej, jak było, kazał mnie prze-
nieść do innego numeru, daleko czyściejszego, ale
zostałem przez to pozbawiony sąsiada, umiejące-
go rozmawiać, gdyŜ obecni sąsiedzi moi wcale nie
rozumieli pukania. Z nudów musiałem chodzić po
celi, grzmiąc kajdanami i obcierając sobie nogi
do krwi. Tak znowuŜ przeszło dwa tygodnie, a do
tłomaczenia się nie powoływano. Nareszcie pew-
nego dnia usłyszałem jakiś niezwykły ruch na ko-
rytarzu i wkrótce otworzono moje drzwi i octem
wykadzono celę. Domyśliłem się, Ŝe jakiś dygni-
tarz wizytuje więzienie, jakoŜ wkrótce wszedł ja-
kiś pułkownik, fligeladiutant cesarski, w towarzy-
stwie placmajora, reszta pozostała za drzwiami.
Zapytał mnie o nazwisko, a następnie, za co
dostałem się na Kaukaz. Kiedy opowiedziałem,
chciał mnie poŜegnać, ale ja pospieszyłem z zapy-
taniem, dlaczego pierwej jestem karany, nim wia-
domo, czy jestem winny? To mówiąc, wstrząsną-
łem kajdanami. „O tym, Ŝe jest grzeszek, wie-
my - odpowiedział - a Ŝe pana tak przysłali, to
nie nasza wina". „Nie dziwiłem się - rzekłem -
Ŝ
e mnie na drogę okuto, jednemu Ŝandarmowi
konwojującemu mógłbym moŜe uciec bez tej
ostroŜności, ale tu kraty grube, warta dostatecz-
na, te kajdany poczytuję za karę przedwczesną
i upewniam pana, Ŝe nie zasłuŜoną". „To nie za-
leŜy ode mnie - odpowiedział, ale postaram się,
aŜeby pana rozkuto". Rzeczywiście, w trzy dni po
tej rozmowie przyszedł placmajor z kowalem
i zdjął ze mnie ten dokuczliwy cięŜar. Słyszałem
nawet i w innych numerach podobną operację.
Od tego czasu juŜ nie było słychać brzęku kajdan.
W parę dni potem wszedł do mnie o północy
placmajor, kazał się ubierać j przygotować do po-
dróŜy. Ubrałem się jak najspieszniej. Wyprowa-
dził mnie z klasztoru, wsadził do karety, konwo-
jowanej z obu stron przez Ŝandarmów z gołymi
pałaszami, i wiózł na drugi koniec miasta. Przy-
jechaliśmy znowuŜ pod jakiś klasztor ogromny,
warta, równie jak poprzednio czujna, przyjęła
mnie i osadziła pod numerem 8. Na drugi dzień
zaraz z rana zacząłem próbować pukania, z jed-
nej strony odpowiedziano mi, ale jakŜem się
zmartwił, gdy sąsiad wypukał mi swoje nazwi-
sko - Pawłowski! Zgroza mnie przejęła na samą
myśl, Ŝe siedzę obok tego, który tyle niewinnych
ofiar oddał w ręce oprawców. Odpowiedziałem
mu więc, Ŝe z takimi łotrami nie chcę gadać.
Dotknęło go to niezmiernie, zaczął mi się uspra-
wiedliwiać, mówiąc, Ŝe gdyby .nie przyznał tego,
czego wymagała komisja, pewnie dotychczas juŜ
by nie Ŝył, tak jest osłabiony męczarniami, jakie
mu zadawali. Odpowiedziałem mu na to, Ŝe lepiej
by umarł, jak uczciwy człowiek, niŜ ma być teraz
pogardzany od wszystkich i wlec nędzne Ŝycie,
które skończyć się musi na szubienicy, bo sam
przyznał się do zbrodni, chęci zabicia cesarza, cze-
go się nigdy nie wybacza. Od Owsianego juŜ
wiedziałem, Ŝe poprzednia komisja została zmie-
niona i Ŝe nowa pod prezydencją pułkownika Na-
zimowa nie stosowała dotychczas środków gwał-
townych. Chciałem więc namówić Pawłowskiego,
Ŝ
eby skorzystał z tego i poprzednie zeznania od-
wołał; usprawiedliwiając się gwałtownym postę-
powaniem poprzedniej komisji, która zmusiła go
do złoŜenia zeznań fałszywych. Usiłowania moje
pozostawały przez jakiś czas nadaremne, Pawłow-
ski opowiedział, Ŝe zaraz po zmianie komisji po-
wtórzono wszystkie zapytania, na które odpowie-
dział potwierdzająco, obawiając się nowych mę-
czarni, dziś więc odwołanie na nic by się nie przy-
dało, gdyŜ oprócz niego zeznał aresztowany oficer
Deluzyne, Ŝe wiedział o istnieniu związku, o któ-
rym donosi komisja, w nadziei, Ŝe zostanie uła-
skawiony i Ŝe zostanie mu wybaczone poprzed-
nie przewinienie. Deluzyne dowiedział się za-
pewne jak ja przez ścianę od kogoś z sąsiadów,
o co go komisja obwinia, a chcąc się jakimkol-
wiek sposobem wydostać z więzienia, wplątał
w tę sprawę na nieszczęście niewinnych.
Między aresztowanymi był takŜe profesor Aka-
demii Wileńskiej Józef Mianowski. Jego słuŜący,
przez złość na pana, takŜe zeznał wiele fałszu,
rzucając na pana podejrzenie, Ŝe był głową jakie-
goś tajemniczego związku. Tym sposobem komi-
sja, mając zeznania trzech osób, poczytywała in-
nych za zakorzeniałych przestępców, którzy nie
chcieli przyznać się do winy. Znalazłem przecieŜ
stosowną okoliczność, która przyszła w pomoc
moim usiłowaniom, aby skłonić Pawłowskiego do
stanowczego odwołania wszystkiego.
Pod moją celą na dole siedział akademik Dę-
bicki, z którym rozmawiałem, pukając przy oknie.
Biedak ten dostał pomieszania zmysłów. W ta-
kim stanie zaczął pewnego razu najprzeraźliwiej
krzyczeć. Krzyk ten przeraźliwym echem rozlegał
się w naszych celach. Zapukałem do Pawłowskie-
go i powiedziałem: „Słuchaj tego jęku, to jedna
z twych ofiar woła o pomstę do Boga." Pawłow-
ski zaklinał mnie na wszystko, Ŝebym go przestał
dręczyć, przysięgając, Ŝe wszystko odwoła, jak
tylko stosowne okoliczności do tego mu posłuŜą.
JakoŜ niedługo oczekiwaliśmy tej okoliczności.
Postawiono mu na piśmie zapytanie: Czy prawdą
jest, Ŝe junkier artylerii Hurczyn był na Wielka-
noc u Mianowskiego w czasie posiedzenia tajne-
go towarzystwa? Tym razem Pawłowski, według
obietnicy i mojego Ŝyczenia, napisał zupełną
prawdę. Nie szczędził teraz członków poprzed-
niej komisji, opisał wszystkie męczarnie i zniewa-
gi, jakich od nich doznał, odwołał poprzednie ze-
znania, uczynione jedynie dla uniknięcia mąk.
Komisja odebrawszy taką energiczną odpowiedź,
znając słabość Pawłowskiego, domyślała się, Ŝe
ktoś musiał mu dodać odwagi, wiedziała bowiem
o moŜności porozumiewania się za pomocą puka-
nia, chodziło im tylko o przekonanie się, kto
z nim rozmawia. Jeden z członków komisji, puł-
kownik sztabu generalnego Nowicki, zamknął się
w jego celi i wkrótce przekonał się o słuszności
podejrzenia. Kiedy usłyszałem, Ŝe numer Pawłow-
skiego otworzono, myślałem, Ŝe powrócił on z ko-
misji, kilkakrotnie więc próbowałem pukać. Dzi-
wiło mnie to niezmiernie, Ŝe zamiast odpowiedzi
odbierałem bez Ŝadnego związku pukania. Myśla-
łem, Ŝe Pawłowski nie moŜe zebrać przytomno-
ś
ci po nowym zajściu w komisji. Ale nareszcie
zostałem wyprowadzony z błędu. Nagle otworzo-
no drzwi u Pawłowskiego i u mnie i do mojej
celi wszedł szanowny pułkownik z ironicznym
uśmiechem i zapytaniem: „Czy mi wesoło?" Na to
odpowiedziałem: „Widzisz pan, jak tu wesoło".
„Więc dla rozrywki rozmawiasz z sąsiadami?"
„Chętnie rozmawiałbym - odpowiedziałem - ale
na nieszczęście ściany tak grube, Ŝe prędzej słysze-
liby na korytarzu, niŜ w sąsiedniej celi". „Jednak
rozmawiasz", powiedział znowu. Zmiarkowałem,
Ŝ
e juŜ wie dokładnie, ale chcąc Pawłowskiemu
dać przykład wytrwałości, postanowiłem nie przy-
znać się, odpowiedziałem więc, Ŝe nie rozma-
wiam. „Ani z prawej, ani z lewej?" „Nigdzie",
odpowiedziałem. „Jak jesteś szlachetny Polak, tak
nie rozmawiasz?!" „Nie rozmawiam", odpowie-
działem. Wtem mój inkwizytor przyskoczył do
mnie z pięścią, z wybuchem zelŜywych ruskich
wyraŜeń, ale ja odskoczyłem w tył i z determi-
nacją podniósłszy takŜe pięść, zawołałem: „Siły
równe na teraz, ale myślę, honor panu droŜszy
niŜ mnie Ŝycie". Odskoczył ode mnie ku drzwiom
i groŜąc powiedział: „Poczekaj! ty juŜ, sołdat,
umiesz się tłomaczyć, ale nie dla tego cię tu przy-
wieźli, Ŝebyś innych uczył, jak się mają wykręcać.
ś
yły z ciebie pociągną, powiesz całą prawdę". To
powiedziawszy, otworzył drzwi w mojej celi i ka-
zał postawić sołdata, Ŝeby mi nie pozwalał zbli-
Ŝ
yć się do ściany.
Łatwo kaŜdy odgadnie, co się ze mną działo
po takiej obietnicy. Pewny byłem teraz zemsty
komisji za wydzieranie jej ofiar, których im wię-
cej było, tym większe nagrody sypały się na nią.
Jeszcze nie zdąŜyłem uporządkować swych myśli,
gdy znowu otworzyły się drzwi i dozorca więzien-
ny grzecznie, ale szyderczo zapraszał mnie na ko-
misję. Skóra na mnie ścierpła na myśl o niezasłu-
Ŝ
onych męczarniach. Wszedłem przed komisję, nie
mogąc w Ŝaden sposób powstrzymać się od drŜe-
nia.
Dziewięciu inkwizytorów otaczało wielki stół.
Nazimow, który siedział na wielkim fotelu, wska-
zał mi miejsce, gdzie mam stanąć, a Ŝe było
przykryte dywanem, pewny byłem, Ŝe za moim
stąpnięciem połowa mojej osoby zapadnie się pod
podłogę. OstroŜnie więc wchodziłem, próbując
nogą, co się znajduje pod dywanem. Nazimow
spostrzegł moje drŜenie, a wskazując to członkom
komisji, powiedział: „Patrzcie, panowie, on drŜy,
to dowód, Ŝe przestępcę przyprowadzili". To mi
dodało trochę ducha i energii, a czując się zgu-
bionym, najniewinniej odpowiedziałem: „Nic
dziwnego, Ŝe po obietnicy, jaką mi ten pułkownik
dał (wskazując na Nowickiego), Ŝe Ŝyły mają ze
mnie ciągnąć, abym mówił prawdę, gdy nawet
nie mam powodu kłamać, zgroza mnie przejmu-
je i sprawia drŜenie". Nowicki podskoczył na
swym krześle i zawołał: „A to niegodziwiec! Ja
nic podobnego nie powiedziałem!" To jeszcze
bardziej przywróciło mi przytomność, zrozumia-
łem, Ŝe mam do czynienia ze złym człowiekiem,
powiedziałem więc: „Teraz wiem, z kim mam do
czynienia. Panowie będą wierzyć nie mnie, bo ja
delikwent, teraz tym bardziej jestem przekonany,
Ŝ
e tu potrzebują ofiar, a nie przestępców, a im
więcej ich będzie, tym więcej nagród odbierze-
cie". Na to Nazimow zmienił się na twarzy, po-
bladł i ze zdumieniem zawołał: „Jak śmiesz coś
podobnego powiedzieć mnie, cesarskiemu oku!
Mnie, który tu przybyłem wybadać prawdę! To
niesłychana zuchwałość, ukarzę cię po sołdacku!"
To mówiąc, zadzwonił i powiedział do wchodzą-
cego dozorcy więzienia: „Gefreiter! Pałek i ró-
zeg!" Dreszcz mnie przeszedł, ale rzekłem na to:
„Zapominasz pan, Ŝe prawo zabrania szlachcica
podobnym sposobem karać!". „Bądź ty księciem
czy grafem, to dla mnie wszystko jedno - powie-
dział Nazimow - w komisji tajnej mam prawo
uŜyć środków, jakich mi się podoba". „Wiem
o tym - odpowiedziałem, ale to tylko przy inda-
gacji, lecz jeŜelim zawinił zuchwałością, to masz
pan prawo wciągnąć to do protokołu i powiększyć
karę sądownie, ale nie karać mnie niewłaściwie".
„Ja ci się tłomaczyć nie myślę z mych postępków,
dam w skórę, ile wlezie, Ŝebyś nie był zuchwa-
łym." Wtem dozorca dał znać, Ŝe gefreiterowie
juŜ gotowi. Nazimow krzyknął: „Marsz"! Rze-
czywiście byłem w rozpaczy, wiedziałem, Ŝe mu-
szę ulec przemocy, nie byłem nigdy bity, nie wie-
działem, do czego mnie ból doprowadzi, ale za-
ciąłem zęby i miałem juŜ pójść, wcale nie prosząc
o przebaczenie. Nazimow miał rodzonego brata
na Kaukazie, który był równieŜ jak ja Ŝołnierzem,
z Syberii na Kaukaz do dosługi translokowany.
Był on jeszcze z 1825 roku jako dekabrysta ze-
słany. Przypomniałem sobie o tym i z rozpaczy
rzekłem: „Pamiętaj pan, Ŝe masz brata w takim
połoŜeniu jak moje, jego równieŜ moŜe kto
skrzywdzić, jak mnie pan krzywdzi". To powie-
dziawszy, szedłem juŜ do drzwi, ale Nazimow
raptem zawołał: „Dla tej szyneli przebaczam ci
i przez wzgląd na to, Ŝe juŜ dosyć cierpiałeś". Tu
jakby się opamiętał i poprawił, mówiąc: „Dla
tego czerwonego kołnierza, który ja noszę i który
najjaśniejszy pan nosi". Rozumiałem jego słowa
o moich cierpieniach, który sam Nazimow był
przyczyną i świadkiem, widział bowiem w wię-
zieniu poobcierane do krwi od kajdan moje nogi.
W uniesieniu nie mogłem powstrzymać się od
wyliczenia mych niezasłuŜonych cierpień. Nazi-
mow kilkakrotnie wołał: „Dosyć! dosyć!", ale
ja ciągle wyrzucałem ich niesprawiedliwość.
Wreszcie nieoczekiwanie zagadnął mnie: „Co zna-
czą słowa powiedziane Pawłowskiemu, lepiej byś
umarł, jak uczciwy człowiek, niŜ masz Ŝyć tak,
jak teraz Ŝyjesz pogardzany przez wszystkich"?
Z tego pytania mogłem wnosić, Ŝe Pawłowski
juŜ opowiedział komisji o naszych rozmowach, za-
tem i ja mogłem przyznać się, Ŝe pukałem i rozu-
miałem, co pukam, ale nie rozmawiałem, jak się
o to dopytywał pułkownik Nowicki. Wykręt nie-
gładki, niby wzięty dosłownie, ale tonący brzy-
twy się chwyta. Odpowiedziałem więc na zapy-
tanie, Ŝe przecieŜ kaŜdy uczciwy człowiek zgodził-
by się raczej umrzeć niŜ Ŝyć w pogardzie. „Tak,
to prawda - zawołał Nazimow - ale w jakim to
sensie powiedziałeś? Czy to patriotyzm? patrio-
tyzm?" „Dziś jestem tak wzburzony tym, co za-
szło, odpowiedziałem, Ŝe nie jestem w stanie my-
ś
li zebrać, aby się tłomaczyć, ani pamiętać, co
i dlaczego mówiłem, proszę odłoŜyć indagację do
jutra, a zapewniam panów, Ŝe przekonacie się rów-
nieŜ o prawdzie, jak i o niewinności mojej". Jeden
z członków, chcąc wykazać się gorliwością, ode-
zwał się taki „Ty, durak, gadaj prawdę, bo Pa-
włowski juŜ wszystko powiedział". Oburzyło
mnie to niezmiernie, obróciłem się raptem do nie-
go i powiedziałem: „Mój panie, radzę ci być
grzeczniejszym, bo durnia nie przyzwyczajony
jestem z zimną krwią słyszeć". Niechcący zrobi-
łem kalambur, z czego, jak spostrzegłem, Nazi-
mow był zadowolony, spojrzał z wyrzutem na
niegrzecznego członka, jak gdyby chciał powie-
dzieć: dobrze ci tak. Ale w tym momencie przy-
brał minę serio, mówiąc: „Nie dlatego tu pana
przyprowadzili, Ŝebyś się kłócił z członkami ko-
misji, ale Ŝebyś odpowiadał na pytania, ale Ŝe
dziś jest juŜ późno, zostawimy to do jutra, tylko
ostrzegam, trzeba mówić prawdę, bo źle będzie".
Z tym poszedłem do mojej ciupy, w której obok ,
drzwi stał sołdat bez karabinu i amunicji, niby
posąg, oddech prawie tamując, przyczyniając się
nieźle do zgęszczenia i bez tego juŜ cięŜkiego po-
wietrza.
W następnych dniach codziennie byłem wołany
do komisji, musiałem szczegółowo opowiadać,
o czym z Pawłowskim rozmawiałem, nawet o rze-
czach obojętnych, wcale nie dotyczących polityki.
Jedno i to samo pytanie zadawano mi po kilka
razy, widać dla konfrontacji, czy zawsze jednako-
wo mówić będę. Jeden z członków zrobił mi za-
rzut, Ŝe zaledwo przybyłem do Wilna, a juŜ wie-
działem, co się tu dzieje, z czego wyprowadził
wniosek, Ŝe na Kaukazie mieliśmy obszerne wia-
domości uzyskiwane przez korespondencję z Wil-
nem. Na to odpowiedziałem, Ŝe jeszcze w klasz-
torze Wszystkich Świętych dowiedziałem się od
sąsiada o kłamstwach Pawłowskiego. Na zapyta-
nie komisji, kto był tym sąsiadem, nie chcąc kom-
promitować Owsianego, odpowiedziałem - Ka-
sperski. Nazimow zaraz zaczął wyszukiwać na
liście uwięzionych podobnego nazwiska, a nie mo-
gąc znaleźć, przeczytał mi ich wiele, Ŝebym sobie
przypomniał, lecz ja stale obstawałem przy wmó-
wionym, dodając, Ŝe zapewne przez nieufność nie
powiedział mi prawdziwego. Na ten raz komisja
zarzuciła poszukiwania, ale w parę tygodni zna-
lazła winnego. Przyprowadzono mnie do komisji,
gdzie zastałem juŜ jakiegoś więźnia. Nazimow tak
zaczął do mnie przemawiać: „Oto pan Owsiany,
dawny sąsiad pański u Wszystkich Świętych, pro-
szę tylko słuchać pilnie i nic się nie odzywać, do-
póki pana nie zapytają. On się wypiera, Ŝe mówił
o całym związku, tak jak pan to zeznałeś".
Owsiany, biedak, zdesperowany obraca się do
mnie: „CzyŜ ją mówiłem, Ŝe jest jakiś związek?"
Nie oczekiwałem zapytania komisji, sądziłem,
Ŝ
em w prawie na to pytanie odpowiedzieć, tym
bardziej, Ŝeby biednego Owsianego prędzej uspo-
koić, odezwałem się więc: „Mówiłeś, Ŝe przez
fałszywe zeznania Pawłowskiego wszyscy nie-
winnie cierpicie". Nazimow zawołał: „Cyt!", ale
juŜ było za późno; tego, com powiedział, było do-
syć dla uspokojenia Owsianego, który i tak miał
mi za złe, Ŝem się wygadał o naszej rozmowie,
ale w dalszym śledztwie przekonał się o mojej zu-
pełnej niewinności i dlatego później serdecznie
spotykaliśmy się na Kaukazie, o czym później
nadmienię.
Jeszcze jeden zarzut zrobił mi jegomość
z gwiazdką na wicemundurze, przyczepiając się
do źle wymówionego wyrazu rosyjskiego; zamiast
„posieszczenie" (odwiedziny) powiedziałem: „po-
swiaszczenie" (poświęcenie). Wnosił stąd, niby
nie dostrzegając we mnie słabej znajomości języ-
ka, Ŝe nie tylko było towarzystwo, ale nawet
miało miejsce poświęcenie go. Na to Nazimow
dosyć cierpko powiedział: „Po co robić te niepo-
trzebne trudności w dojściu do prawdy, czyŜ pan
nie widzi, Ŝe Radziejowski nie zna dobrze ruskie-
go języka i myli się w wymawianiu wyrazów?"
Dziękowałem w duszy szlachetności i prawości
Nazimowa i byłem wtedy przekonany, Ŝe cała
sprawa dobry weźmie obrót. Jednak kiedy mi da-
no zapytania na piśmie o to wszystko, o czym juŜ
tylokrotnie opowiadałem ustnie, prosiłem, Ŝeby
mi wolno było odpisywać po polsku dla uniknię-
cia podobnej omyłki jak w wyrazie „posieszcze-
nie". Nazimow zgodził się na to, ale dodał: „Pró-
buj pan napisać po rusku, tym uniknie się zwło-
ki czasu, jaki zajmie tłomaczenie, lecz jeŜeliby
miało być zbyt wiele pomyłek, w takim razie na-
piszesz po polsku". Odpowiedź zajęła mi prze-
szło dwa arkusze. Nazimow sam odczytywał je
głośno. Znalazł tylko parę pomyłek ortograficz-
nych, które poprawił, w końcu powiedział:
„Wszystko bardzo dobrze, widzę, Ŝe tu pan praw-
dę szczerze napisał, moŜesz pan nawet sobie po-
winszować, Ŝe pańskie odpowiedzi podziałały na
takiego człowieka jak Pawłowski, bo ile razy my
namawialiśmy go do zeznania prawdy, zawsze
było to usiłowanie nadaremne, teraz wyjaśniła
się cała rzecz i proszę pana, kiedy ci dadzą pyta-
nia w twojej własnej sprawie, odpowiadaj z rów-
ną szczerością i prawdą". „Gotów jestem na-
tychmiast odpowiadać - rzekłem - bo będąc zu-
pełnie niewinnym, pewny jestem uwolnienia". Na-
zimow powiedział: „Są tam grzeszki, są, ale jesz-
cze nie czas o nie pytać, musimy pierwej jedno
skończyć".
Jeszcze kilka tygodni w mojej celi stał Ŝołnierz,
przyczyniając się do zgęszczenia powietrza. Na-
reszcie nastąpiło ułaskawienie, przeniesiono mnie
pod inny numer i Ŝołnierza juŜ nie stawiano. Raz
przestraszony, bałem się juŜ pukać w ścianę. Są-
siad kilka razy zaczepiał mnie, ale ja obawiając
się zdrady, siedziałem cicho jak trusia. Po kilku
dniach, przekonawszy się, Ŝe sąsiad jest takŜe
więźniem, zacząłem ostroŜne porozumiewanie.
JakŜem się ucieszył, gdy mi kazał stanąć u wspól-
nego w naszych obu celach pieca i gdy oznajmił
mi, Ŝe przez dziurkę wyświdrowaną w murze
moŜna doskonale rozmawiać.To było niezwykłe
szczęście w więzieniu. Sąsiadem był Adam Me-
deksza, akademik dorpacki, siedział juŜ przeszło
dwa lata za towarzystwo, które nie tylko nie za-
sługiwało na karę, ale, przeciwnie, warte było na-
grody. Dwunastu majętnych akademików dorpac-
kich zmówiło się potajemnie, aby swoim kosztem
utrzymywać jednego biednego współrodaka, do-
brze się uczącego. Starali się robić to potajemnie,
aby nie kompromitować utrzymywanego. Kiedy
wykryto w Wilnie Towarzystwo Demokratyczne
i na Dorpat była zwrócona uwaga tajnej policji.
Dowiedziano się jakoś o szlachetnym związku
i podejrzewając, Ŝe pod tym pozorem moŜe ukry-
wać się coś powaŜniejszego i politycznego, aresz-
towano wszystkich trzynastu. Przy aresztowaniu
u wielu znaleziono zakazane ksiąŜki. Wina goto-
wa, a Ŝe to była młodzieŜ z najbogatszych rodzin
Litwy, juŜ samo to stało się przyczyną zatrzyma-
nia, i indagowania niewinnych. Niejeden z człon-
ków komisji dobrze się obłowił od ojców i matek
poczciwych więźniów. Nazimow dopiero co ukoń-
czył tę sprawę, która wskutek okazanego współ-
czucia przez oficerów warty nabrała pozoru prze-
stępstwa. Wykryło się bowiem, Ŝe niektórzy
z więźniów byli wypuszczani nocą z więzienia
i mieli naleŜeć nawet do grupy, która wykopała
ciało Konarskiego i pogrzebała je w innym miej-
scu.
Wszyscy oni mieli pierścionki Ŝelazne, zro-
bione z kajdan nieszczęśliwego męczennika. Wy-
starczyło tego, aby wszyscy byli osądzeni i zesłani
w róŜne strony. Niektórzy dostali się do sybir-
skich kopalń, inni poszli w sołdaty, słowem nikt
nie był wolnym. Medeksza zawiadomił mnie, Ŝe
dwa numery za nim siedzi Rabczyński. Ucieszy-
łem się niezmiernie, Ŝe coś o nim będę wiedział,
przesłałem mu jak najostroŜniej przywitanie, mu-
siałem przedtem upewnić się, Ŝe to on, a nie
Czosnowski. Zapytałem go za pośrednictwem są-
siadów, rozdzielających nas, jak się nazywał nasz
feldfebel, odpowiedź przekonała mnie, to rzeczy-
wiście Rabczyński. Przesłaliśmy sobie wzajemne
zapewnienie wytrwałości i cierpliwości. Niedługo
cieszyłem się tym dobrym sąsiedztwem, wkrótce
przewieziono nas wszystkich do innego więzienia.
W gmachu poakademickim urządzono ogrom-
ne więzienie, gdzie przeniesiona była takŜe ko-
misja.
ś
al mi było bardzo moŜliwości porozumiewa-
nia się z dobrym sąsiadem, lecz cóŜ było robić,
trzeba było w nowym miejscu wyszukiwać nowe
moŜliwości i zawierać nowe znajomości z sąsiada-
mi. Pomieszczono mnie pod numerem 4. Pokój
był ogromny, siedemnaście kroków długości, dzie-
więć szerokości, ale prawie zupełnie ciemny,
Wielkie okna zabite były deskami aŜ do ostatnich
szyb, które były odkryte, ale opatrzone grubymi
dębowymi kratami. Światło z góry wpadające czy-
niło pokój ten raczej podobnym do lochu. Wkrót-
ce porozumiałem się z sąsiadami, pod nume-
rem 3 siedział akademik Dębski, ten sam, który
chorował u Bernardynów. Pod numerem 5
staruszek, ksiądz unicki, za stałość w swej
wierze.
Nad Dębskim oficer Bałatow, nade mną aka-
demik dorpacki, Zaleski, przyjaciel Medekszy.
Nad Zaleskim doktor Łowicki, który był wmiesza-
ny do naszej sprawy z Rabczyńskim, o czym wów-
czas nłc nie wiedziałem. Słowem dziewięciu nas
mogło rozmawiać za pomocą pukania przy oknie,
trzeba było tylko poprzednio porozumieć się, kto
z kim Ŝyczy sobie rozmawiać, bo inaczej nastąpi-
łoby pomieszanie języków, czysta wieŜa Babel.
Z tego wesołego numeru byłem przeniesiony pod
numer 8, w kilka dni pod numer 35, nareszcie
pod numer 45, gdzie znalazłem jakiegoś towa-
rzysza. Ku mojemu zdziwieniu był to urzędnik
z wileńskiego magistratu. Bardzo byłem niezado-
wolony z tej kompanii, gdyŜ po sposobie opowia-
dania i wypytywania dorozumiałem się w nim
agenta komisji. Musiałem się mieć na baczności
i przywdziać maskę obłudy. Cały tydzień tak by-
łem dręczony, ale za to zostałem zupełnie wyna-
grodzony. Zabrano pana urzędnika, a dano mi
akademika dorpackiego, Zawiszę. Dzielny to byt
młodzieniec, ale biedak miał bardzo nadwerę-
Ŝ
one zdrowie długim więzieniem. Wygląda!
jak szkielet i chociaŜ ja lepiej nie wyglądałem,
jednak zdawało mi się, Ŝe daleko więcej
mam sił fizycznych i serdecznie nad nim ubolewa-
łem.
Niedługo cieszyłem się tym przyjemnym towa-
rzystwem, po tygodniu nie tylko Ŝe nas rozłączono,
ale mnie przeniesiono znów do klasztoru Bernar-
dynów. Tam zostałem osadzony na drugim pię-
trze, sąsiedztwa nie miałem Ŝadnego, cela odo-
sobniona była zupełnie. Na zakopconych ścianach
dostrzegłem napis: „Tu siedział Woźniakowski po
smutnym wypadku ucieczki z więzienia, która mu
się nie udała". Później dowiedziałem się, Ŝe Woź-
niakowski, chcąc uciec z więzienia od Bernardy-
nów, zrobił sobie sznur z prześcieradła i opuścił
się z pierwszego piętra na dół, ale Ŝołnierz sto-
jący na warcie złapał go, za co osadzono go w
zupełnie ciemnym pokoju. Okno było zabite de-
skami, pokój oświetlała tylko lampka, przy któ-
rej biedny więzień pisał na ścianach wiersze. By-
ła to ta sama cela, gdzie ja siedziałem, ale za-
miast desek były teraz kraty, a okno od strony
zewnętrznej było zamalowane. Kiedy się przyj-
rzałem ścianom, dostrzegłem tam wiele pozacie-
ranych napisów, jeden wiersz udało mi się nawet
odczytać i ten zamieszczam tutaj:
„Autorowie i poeci,
Malarze uczuć i wieku!
Myśl wasza gdzieś w niebo leci,
Nie znacie serca w człowieku.
Wielkich uczni serc i myśli
Obrazy wasze czytalem...
Nikt jednak, nikt z was nie skreśli,
Co w świecie i tu cierpiałem"'.
Prawdę napisał mój poprzednik. KtóŜ z auto-
rów jest w stanie opisać cierpienia, jakich bied-
ny więzień doznaje i doświadcza, nękany niespra-
wiedliwością. CięŜkie dni przeŜyłem w tej smut-
nej celi bez Ŝadnej zmiany. Nareszcie przybył ge-
nerał Kawelin, równie sprawiedliwy i szlachetny,
jak Nazimow. Odwiedził mnie kilkakrotnie w
więzieniu, wypytywał najłagodniej o wszystko,
nareszcie pozwolił napisać list do rodziny. Kazał
mnie znowu przenieść do gmachu podominikań-
skiego. W kilka tygodni otrzymałem przez komi-
sję list od Kropiwnickich z okropną dla mnie
wiadomością o śmierci matki i ostatniej siostry,
Zofii. śe teŜ ta wiadomość mnie nie dobiła, to
rzecz zadziwiająca. Cierpienia wytrwalszym mnie
zrobiły. Zostałem zupełnym sierotą. śal i tęsknota
okropnie ściskały mi serce. Skończyło się na go-
rączce i bólu w piersiach. Wkrótce otrzymałem
z komisji zapytania na piśmie. Po zwykłych po-
rządkowych zapytaniach - jak się nazywam, czy
bywam u spowiedzi itp., zapytano mnie, czy znam
lekarza Łowickiego albo czy kiedykolwiek z nim
korespondowałem. Zląkłem się, czy znowu nie
wydało się nasze porozumiewanie więzienne, ale
cokolwiek bądź miało nastąpić, odpowiedziałem,
Ŝ
e nigdy nie słyszałem tego nazwiska. Przypom-
niawszy sobie jednak, Ŝe z Kaukazu dopisywałem
się do kogoś z kolegów Rabczyńskiego, a nie pa-
miętając do kogo, obawiałem się, Ŝe w listach do
Łowickiego mógł być jakiś mój dopisek, wspom-
niałem więc tę okoliczność w odpowiedzi, doda-
jąc, Ŝe w tych dopiskach nigdy nic politycznego
nie było.
Zrobiono wreszcie osobistą konfrontację z Czos-
nowskim, który nie przestawał utrzymywać, Ŝe
przedstawiona przez niego karteczka z zaprosze-
niem do naleŜenia do „towarzystwa wyznawców
prawdy", pisana była moją ręką. Nazimow zapy-
tał mnie, co mam na swoje usprawiedliwienie.
Odpowiedziałem, Ŝe po pierwsze Ŝadnego towa-
rzystwa pod tą nazwą nie znałem, a po wtóre, Ŝe
Czosnowski fałszował i inne karteczki, co ma do-
wiedzione. Gdyby zaś było nawet jakie towarzy-
stwo, to nie mógłbym zapraszać do niego kogoś
w więzieniu, zwłaszcza tak nieostroŜnie. Czos-
nowski wybuchł obelgami, mówiąc, Ŝe nie chce-
my się przyznać, a on tak długo musi znosić naj-
niesłuszniej więzienie. Nazimow zwaŜywszy do-
tychczasowe postępki Czosnowskiego i to, co ja
powiedziałem, rzekł: „Dziwię się, jak mogli
przyjąć za dobrą monetę doniesienie od takiego
niegodziwca jak Czosnowski i w takich okolicz-
nościach, w jakich on był wówczas, bo to jawny
złodziej, oszust, tyle fałszu juŜ mu dowiedziono,
nie ulega najmniejszej wątpliwości, Ŝe i to fałsz
zupełny". Czosnowski odezwał się na to: „Proszę
się nie zapominać! Ja jestem szlachcic". Nazimow
to bladł, to czerwieniał z oburzenia, zadzwonił na
dozorcę i wydał następujący rozkaz: „Radziejow-
skiemu dać ksiąŜkę do czytania i fajkę z tyto-
niem, i herbatę, a i tego nikczemnika - tu wskazał
na Czosnowskiego - okuć w kajdany, posadzić pod
numerem 19 i przygotować rózgi. Ja mu dowiodę
szlachectwa!" Dowiedziałem się później, Ŝe nu-
mer 19 był ciemnym lochem, ale czy rózgi były
w robocie, tego. nie wiem. W kilka dni wezwano
mnie znowuŜ na komisję, gdzie Nazimow pokazał
mi list adresowany do Rabczyńskiego, pytając,
czy widziałem go kiedy. Przyjrzawszy mu się, od-
powiedziałem, Ŝe nie pamiętam, Ŝebym ten cha-
rakter pisma kiedy widział. Kazano mi list głoś-
no przeczytać. Kiedy przeczytałem, powiedziałem
stanowczo, Ŝe pierwszy raz go widzę. ToŜ samo
było z wierszami na cześć demokratów i modli-
twą o wybawienie Polski spod jarzma moskiew-
skiego.
Nie mogłem się przyznać do znajomości tego
wszystkiego, gdyŜ byłbym niechybnie karany za
niedoniesienie, a polegając na charakterze Rab-
czyńskiego, wyparłem się stanowczo. Nazimow
zresztą powiedział: „Nie wątpię, Ŝeś pan to
wszystko dawniej czytał, bo poprzednio zezna-
leś sam, Ŝe Rabczyński Ŝadnych tajemnic przed
tobą nie miał, ale nie dziwię się, Ŝe nie przyzna-
jesz się, bo wiesz, Ŝe odpowiadałbyś za niedo-
niesienie, ani się teŜ nie dziwię, Ŝeś nie doniósł,
bo nie chciałbyś kolegów kompromitować. Zresz-
tą nic tu tak waŜnego nie ma, rzucić to wszyst-
ko do licha i śledztwo zakończyć!". Podziękowa-
łem mu za tę decyzję ukłonem, ale o Rabczyń-
skiego byłem niespokojny, nie wiedziałem, co te-
go biedaka spotkać miało jako pozbawionego
juŜ poprzednio wszelkich praw szlacheckich; ze-
słanego na sołdata bez dosługi mogli cieleśnie
ukarać. Westchnąłem do Boga o miłosierdzie dla
niego. Więcej nigdy nie spotkaliśmy się z nim.
Dowiedziałem się później, Ŝe zesłany został do
orenburskich batalionów dla kontynuowania słuŜ-
by wojskowej, ale czy go ukarali prócz tego cie-
leśnie, tego nie wiem.
W końcu listopada 1841 roku generał Kawelin
odwiedził mnie w więzieniu o godzinie jedenastej
w nocy, oświadczając, Ŝe sprawa moja juŜ została
zupełnie zakończona i Ŝe, jako niewinny, będę
odesłany na słuŜbę jak poprzednio, nie na Kau-
kaz jednak, tylko do Finlandii, gdzie chociaŜ zim-
niej, ale za to weselej. Uradowany niezmiernie po-
dziękowałem mu, dodając, Ŝe gotów jestem wszę-
dzie, byle tylko z więzienia się wydobyć. Siedziałem
wówczas z Aleksandrem Pietkiewiczem, akade-
mikiem wileńskim, dzielny był to chłopak, pełen
dowcipu i facecji, nawet więzienie nie zdołało
pozbawić go humoru. Zawsze wesoły, płatał nie-
ustannie figle wartom i komisji. Zapewne został
uwolniony, gdyŜ winy Ŝadnej w nim nie było.
Zamieszany przez Pawłowskiego, musiał oczeki-
wać rozwiązania całej sprawy.
Wiadomość o uwolnieniu odpędziła od nas
obydwóch sen, tysiąc projektów snuło się nam po
głowach. Pietkiewicz zaraz sfabrykował z sadzy
atrament i na malutkim kawałku papieru, zapał-
ką zamiast pióra, napisał kilka słów do swej na-
rzeczonej Pietkiewiczówny. Karteczkę tę miałem
oddać zaraz po uwolnieniu mnie z więzienia,
lecz nasze plany na nic się nie przydały. Komisja
inaczej rozporządziła się moim uwolnieniem, nie
tak jak domyślaliśmy się. Nazajutrz byłem we-
zwany na komisję, gdzie objawiono mi formal-
nie, Ŝe mam być odesłany pocztą do Finlandii
i Ŝe o tym wszystkim, co zaszło od czasu areszto-
wania mnie, nigdy mówić nie mam prawa.
Oprócz tego generał Kawelin oświadczył mi, Ŝe
napisze do tamtejszej władzy wojskowej, aŜeby
miała wzgląd na mnie, jako niewinnego w ostat-
niej sprawie. Podziękowałem za tę łaskę i powró-
ciłem do więzienia z niecierpliwym oczekiwa-
niem minuty mego wywiezienia z przykrej i nie
zasłuŜonej klauzury. TegoŜ wieczoru odwiedził
mnie Nazimow, który oświadczył, Ŝe jest zadowo-
lony ze szczęśliwego zakończenia procesu, doda-
jąc, Ŝe chce mi dać pewną radę, ale Ŝe nie jestem
sam, zatem przy odsyłaniu mnie z ordonanshausu
mam się upomnieć o zobaczenie się z nim. Cie-
szyłem się jakąś nadzieją, lecz i tu źli ludzie prze-
szkodzili temu widzeniu się. śandarm z poczto-
wymi końmi przyjechał pod więzienie. Placmajor
wyprawił poprzednio Pietkiewicza do kąpieli,
bym się z nim nawet nie poŜegnał. Później przy-
niesiono moje rzeczy i nie zwaŜając na moje proś-
by o widzenie się z Nazimowem, Ŝandarm wziął
mnie jak swego i pognał w świat dla mnie obcy.
IX
Nowe zesłanie.
Pobyt w Finlandii
W tydzień stanąłem w Helsingfor-
sie. śandarm dostawił mnie
wprost do głównodowodzącego
wojskami w Finlandii, generała
od infanterii Testlewa. Było to około godziny 3
po południu, generał ubierał się do obiadu, ale
odczytawszy pismo podane sobie, przyjął mnie
jak najuprzejmiej, zapraszając nawet do swego
stołu, za co podziękowałem, gdyŜ juŜ byłem po
obiedzie. Wprowadził mnie do swego gabinetu,
podał teŜ gazety mówiąc: „Baw się pan tymcza-
sem, póki generał dywizji, któremu potrzebujesz
się przedstawić, wstanie, gdyŜ ma zwyczaj sypiać
po obiedzie, a o tym uwiadomi nas ordynans".
Po raz pierwszy po piętnastu miesiącach pozosta-
łem bez warty. Patrzyłem na gazetę, ale nic zro-
zumieć nie mogłem, inne myśli krąŜyły po mojej
głowie. Z łaskawego przyjęcia dowódcy korpusu
wnosiłem o innych zwierzchnikach, pozory jednak
nie zawsze mają wpływ na ich ludzkość. Generał
był tak uprzejmy, Ŝe przysłał mi ze swego stołu
przez własną córeczkę kieliszek wina i ciastek de-
serowych, co prawdziwie bardzo mnie ujęło, ale
na dalszy mój los najmniejszego nie miało wpły-
wu. Nareszcie ordynans dał znać, Ŝe naczelnik
dywizji juŜ wstał. Generał Testlew wraz z có-
reczkami odprowadził mnie do przedpokoju,
gdzie podając mi rękę prosił, Ŝebym w kaŜdym
razie udawał się wprost do niego. Podziękowaw-
szy mu najserdeczniej, poszedłem za ordynansem
do generała Etlera, naczelnika dywizji. W nim
znalazłem zupełnie innego człowieka niŜ Testlew.
Był to człowiek nadęty, chełpiący się swym sta-
nowiskiem, które szczęściem, a nie zasługą osiąg-
nął. Wypytywał mnie z całą surowością, głupiego
naczelnika, jak i za co dostałem się do wojska.
Wreszcie oznajmił mi, Ŝebym listy do familii nie
inaczej jak na jego ręce odsyłał, a odpowiedzi
pod jego adresem odbierać będę. Ze smutkiem
uświadomiłem sobie, Ŝe jeszcze niezupełnie wy-
szedłem spod gorliwej opieki tyranów, ale cóŜ
było robić, trzeba było na nowo uzbrajać się w
wytrwałość i cierpliwość. Oddał mnie poruczni-
kowi, adiutantowi 4 batalionu finlandzkiego z ja-
kąś sekretną instrukcją, ten zaś pomieścił mnie
w koszarach z dwoma junkrami, Gusiewem
i Winterem, którzy byli jego przyjaciółmi. Z po-
czątku byłem pewny, Ŝe to są dozorcy kaŜdego
mego kroku, ale wkrótce przekonałem się, Ŝe
mam do czynienia z poczciwymi ludźmi, zaprzy-
jaźniliśmy się więc z nimi serdecznie.
Napisałem list pod adresem Kropiwnickich do
wszystkich krewnych, nie mogłem wyraźnie pisać,
ale w miarę moŜności dałem im poznać trudne
moje połoŜenie, przy tym wskazałem na potrzeby,
jakie bez Ŝadnej pomocy familii od czasu wyjazdu
z Warszawy uciskają mnie. Dodałem w końcu, Ŝe
naczelnicy są dla mnie bardzo łaskawi, a naj-
lepszym tego dowodem jest to, iŜ generał dywizji
Etler pozwolił im pod swoim adresem do mnie
pisywać dla tym pewniejszego skomunikowania
się. Generał przeczytawszy mój list, powiedział
ku wielkiemu memu zdziwieniu, Ŝe tego listu
odesłać nie moŜe i Ŝe jakkolwiek wdzięczny mi
jest, Ŝe go tak dobrze rekomenduję przed familią,
jednak niektóre polityczne okoliczności wymaga-
ją, Ŝebym nie pisał, kto jest dla mnie łaskaw,
a poniewaŜ z rozkazu generała Testlewa mam być
posłany na słuŜbę do 2 batalionu finlandzkiego,
konsystującego w Wyborgu, zatem korespondencję
odbierać będę na imię batalionowego dowódcy.
Musiałem więc zmienić treść listu i adres.
W parę tygodni potem byłem odesłany do Wy-
borga, dokąd w wigilię BoŜego Narodzenia ru-
skiej daty przybyłem.
Znów nastąpiło przedstawienie się generałowi
brygady. Przyjął mnie dosyć ozięble, jednak kazał
mi dać kwaterę oficerską i nie wzywać na Ŝadną
słuŜbę, oprócz musztry, której powinienem się był
nauczyć, aŜebym z czasem mógł awansować,
Z kwatery oficerskiej nie mogłem korzystać,
gdyŜ pokój w zabudowaniu rządowym nie miał
Ŝ
adnych mebli i przy tym trzeba go było opalać,
a na to funduszów Ŝadnych nie miałem, musiałem
zatem pomieścić się w koszarach razem z Ŝołnie-
rzami, dopóki nie zdobyłem się na meble, co za-
ledwo w pół roku nastąpiło.
Pierwszą rzeczą było dowiedzieć się o Pola-
ków, którzy są w Wyborgu. Zainteresował mnie
Andrzej Wolański, od czasów naszej rewolucji
znajdował się w Finlandii, był wzięty do niewoli
z bronią w ręku jako powstaniec w wołyńskiej
guberni. Skazano go do aresztanckich rot na 3 la-
ta do Sveaborgu. Po trzechletniej okropnej mę-
czarni przeznaczony został jako człowiek juŜ nie-
młody na sołdata inwalidnego. W przeciągu 11 lat
i 4 miesięcy pobytu mego w Finlandii spędziłem
z nim wiele chwil przyjemnych, wspólnie osładza-
liśmy sobie nasz los, szczególnie na polowaniach,
do których obydwaj byliśmy zapaleni. Poczciwy
Wolański poratował mnie z samego początku ko-
szulą i ręcznikiem, których nie miałem, wszystkie
moje rzeczy pozostały na Kaukazie i tam prze-
padły na zawsze. Często bywaliśmy u księdza do-
minikanina Juchniewicza, który szczególnie Wo-
lańskiego szacował, w najdelikatniejszy teŜ spo-
sób pomagał mu, często nawet tak, Ŝe ten nie
wiedział, skąd i od kogo odbierał zasiłek pie-
nięŜny. Wart teŜ był ten szanowny, zacny starzec
wszelkiego współczucia i szacunku.
W kilka tygodni odebrałem odpowiedź na list
pisany z Helsingforsu, ale nie od krewnych, tylko
od zacnego Arenta, który przepraszaj mnie naj-
mocniej, Ŝe nie jest w moŜności przysłania mi
jakiegokolwiek zasiłku pienięŜnego, krewni wy-
mawiają się własnymi potrzebami. Zmartwiłem
się niezmiernie tą odpowiedzią, raz, Ŝe potrzeby
były naprawdę gwałtowne, po wtóre, Ŝe nie mia-
łem u krewnych Ŝadnego współczucia. Co tu było
począć, jak zaradzić biedzie, koszula od Wolań-
skiego tylko jako tako się trzymała, wszystko by-
ło podarte, nie mówiąc juŜ o głodzie, który przy
sołdackim kapuśniaku nieraz kiszki nawiedzał.
Trudny był ten początek, krewni odmówili zapo-
mogi, rozpacz brała, a zaradzić złemu nie znajdo-
wałem sposobu. Bóg miłosierny ulitował się nad
niedolą moją, wkrótce znalazł się sposób na lep-
sze Ŝycie.
Budowniczy wyborski Lessing zachorował na
rany w nogach i z tego powodu nie mógł nie tyl-
ko, chodzić, ale nawet z trudnością siedział, po-
trzebował koniecznie kogoś, kto by za niego robił
plany z natury i przerysowywał projekty na czy-
sto. Dowiedziawszy się o tym, udałem się do
niego, proponując mu swoje usługi. Przyjął mnie
z największą Ŝyczliwością. Nie zawierałem z nim
Ŝ
adnej umowy co do wynagrodzenia. Miałem by-
wać u niego w wolnym czasie od musztry, korzy-
stać z jego stołu i robić, co potrzeba. Cieszyłem
się, Ŝe będę miał przynajmniej dobry obiad, któ-
rego juŜ dawno nie widziałem. Pracowałem
szczerze, trudny był początek, a czego nie umia-
łem, zdobyłem usilnością i pracą. Wkrótce teŜ sta-
łem mu się niezbędnie potrzebnym, plany ryso-
wałem według jego projektów, kopiując najdo-
kładniej szwedzkie napisy. Dobry to był człowiek,
polubił mnie bardzo, a kiedy odbierał honoraria,
zawsze mi jakiejś części udzielał, co teŜ wkrótce
postawiło mnie na nogi. Doszedłem do bielizny
i pościeli, nareszcie kwaterę umeblowałem po-
rządnie i wygodniejsze Ŝycie zacząłem prowadzić.
Tak pracując, bez umowy, obaj byliśmy z siebie
zadowoleni. Trwało to dwa lata. Ale spotkała
mnie nieprzyjemność, która na cały rok zrobiła
przerwę w moich zajęciach. Przyczyną tej nie-
przyjemności był sołdacki szynel.
Dowódcą kompanii, w której słuŜyłem, był ka-
pitan Seterborg, urodzony Szwed, który słuŜąc
długo w Rosji, zmienił religię na prawosławną
i zapomniał albo teŜ się wstydził ojczystego języ-
ka. Chcąc się okazać gorliwym synem Rosji, nie
pojmując ludzkich uczuć, rządził się namiętnoś-
ciami. Był to złośnik, tyran i despota do najwyŜ-
szego stopnia. Pewnego razu na musztrze bata-
lionowej wpadł w niepohamowaną pasję, miota-
jąc najszkaradniejsze wyrazy, bił Ŝołnierzy na
prawo i lewo pałaszem, w zapamiętałości swojej
i mnie ugodził końcem w bok z dodatkiem: „Ty,
Polak, naprzód!". U niego słowo Polak było wy-
razem pogardy, co mnie bardziej zabolało niŜ
uderzenie pałaszem, a Ŝe zawsze byłem gorącej
krwi, nie ścierpiałem obelgi, ściągnąłem broń
z ramienia do ataku i zawołałem: „Kapitanie,
ostroŜnie, bo cię jak psa wściekłego zakolę"! Od-
skoczył ode mnie, ale wybuchnął pogróŜkami
najokropniejszymi. Jednak okrąŜał mnie z daleka
z niedowierzaniem. Przez czas defilady klął mnie
ostatnimi wyrazami, ale i ja nie milczałem. Nie
mogąc w tej chwili zemścić się na mnie, całą
wściekłość skupiał na biednych Ŝołnierzach, przy-
wykłych cierpliwie znosić wszelkie niesprawiedli-
wości. Niejednego skaleczył, na koniec złamał pa-
łasz o ich grzbiety. Na drugi dzień przysłał do
mnie rozkaz, abym się stawił na musztrę kompa-
nijną, od której byłem zwolniony przez dowódcę
batalionowego. Odpowiedziałem, Ŝe jestem słaby
i na musztrze być nie mogę. Otrzymałem powtór-
ny rozkaz, aŜebym jako słaby natychmiast stawił
się do koszar dla zbadania mnie przez doktora.
Od tego wymówić się nie mogłem, a zatem trze-
ba się było stawić. Po rozpuszczeniu ludzi
z musztry pierwszą jego rzeczą było zawołać mnie
i z największym grubiaństwem i surowością egza-
minować o stanie zdrowia. Wreszcie mieliśmy
obaj pójść do doktora dla sprawdzenia mej cho-
roby, ale feldfebel zawiadomił nas, Ŝe doktor wy-
jechał gdzieś z miasta i tego dnia chorych nie
będzie przyjmował. „Szkoda - zawołał kapitan -
bo pewny jestem, Ŝe ten gałgan zdrów, ale kiedy
tak, to mi z koszar ani kroku nie wychodź bez
mego pozwolenia". Opierając się na względach
starszyzny, mając od nich oficerską kwaterę,
a tym samym pozwolenie stołowania się w mie-
ś
cie, odpowiedziałem: .„Stół mam w mieście,
zawczasu przeto opowiadam się panu kapitanowi,
Ŝ
e będę chodził na obiad i kolację do miasta".
„O, nic z tego - wykrzyknął kapitan - tu ra-
zem z sołdatami barszcz jeść będziesz!" Odpo-
wiedziałem na to, Ŝe zdrowemu pozwolono mi
mieć stół lepszy, słabemu zatem tym bardziej
wyŜsza władza nie odmówi. Posypały się najbe-
zecniejsze urągania, a na zakończenie powiedział:
„Ja cię nauczę milczeć!". Przepisy wojskowe su-
rowo zabraniały szykanować cudzoziemców, bę-
dących w szeregach rosyjskich. „Panie kapitanie -
rzekłem - pan naduŜywasz swej władzy, a jako
tylokrotnie zniewaŜony przez pana, będę się skar-
Ŝ
ył przełoŜonym". Kapitan, nie posiadając się ze
złości, Ŝe wobec prawie całej kompanii sprawie-
dliwą pogróŜkę usłyszał, zaklął i wrzasnął: „Idź,
gdzie chcesz! Ale spróbuj!" Tego rozkazu nie da-
łem sobie dwa razy powtarzać, natychmiast wy-
szedłem, udałem się do kapitana Ŝandarmów
Narbuta, jako do policji wojskowej, której obo-
wiązkiem jest wszelkie naduŜycie hamować. Nar-
buta dobrze znałem jako Polaka. Opowiedziałem
mu całą krzywdę, nic nie tając. Powiedziałem, Ŝe
jeŜeli kapitan nadal nie zaprzestanie swego gru-
biaństwa, to mało dbając o Ŝycie, będę zmuszony
chwycić się ostateczności, która moŜe być złym
przykładem dla drugich, gdyŜ jestem gotów ka-
pitana pchnąć bagnetem, nie dbając wcale o to,
co mnie moŜe spotkać. Narbut odczuł zniewagę
wyrządzoną współziomkowi, uspokoił mnie, mó-
wiąc, Ŝe natychmiast pójdzie do generała bryga-
dy Mazilewa i opowie mu całą historię, a co on
w tym względzie zdecyduje, nie omieszka mnie
o tym zawiadomić. Skutek był najpomyślniejszy,
generał przywołał kapitana i wyburczał naleŜycie,
dając mu rozkaz, aby na przyszłość w niczym nie
wtrącał się do mnie, a tym bardziej aŜeby słowa
grubiańskiego nie ośmielił mi się powiedzieć, zaś
w razie jakiej winy z mojej strony jemu zarapor-
tował, a on sam tylko będzie wiedział, jak sobie
ze mną postąpić. Od tego czasu kapitan omijał
mnie z daleka, ale odgraŜał się przed oficerami,
Ŝ
e przy pierwszej sposobności odda mnie pod sąd
wojenny. Dowiedział się o tym Narbut, a dla
ochronienia mnie od mogących wyniknąć nie-
przyjemności postarał się o przetranslokowanie
mnie do innej kompanii. Skutkiem tego przezna-
czony zostałem do 4 kompanii, dowodzonej przez
kapitana Ugłę, Szweda, duszą i ciałem poczciwe-
go i szlachetnego człowieka. Wkrótce poznaliśmy
się bliŜej, kochałem go, bo prawdziwie na to od
wszystkich zasługiwał, postępował teŜ ze mną jak
przyjaciel, nie jak naczelnik. Niedługo otrzyma-
liśmy rozkaz wyjścia, aby podjąć słuŜbę garnizo-
nową w Nowej Finlandii, w forteczce na wyspie
Roncesalen. Kompania Seterborga jako pierw-
sza pozostała w Wyborgu przy sztabie batalionu.
Tym sposobem pozbawiłem się dochodów na
Ŝ
ycie potrzebnych. Zapasów Ŝadnych prawie nie
miałem, a po upływie paru miesięcy bieda za-
częła dokuczać niepospolicie. Pokój dano mi
w zabudowaniu oficerskim, usługę takŜe, ale bar-
dzo trudno było znaleźć opał i wyŜywienie. Mu-
siałem Ŝyć kaszą, którą sam sobie gotowałem
w piecyku, czasem teŜ na moim stole była zwie-
rzyna, której zdobycie kosztowało niemało fatygi,
za to niewiele pieniędzy. Trudno teŜ było o ka-
wałek chleba. Całymi dniami uganiałem się za
zającami, kawkami lub cietrzewiami, na których
tam nie zbywało.
Kompania nasza stała tam jeden rok. I tam
otrzymałem przyzwolenie „najjaśniejszego pana"
na awansowanie mnie na podoficera, co z wielką
radością nie tylko moją, ale i moich znajomych
przyjęte było. Wszyscy szczerze mi winszowali,
robiąc nadzieję, Ŝe za rok zaawansuję na oficera,
co jednak nie tak łatwo nastąpiło, nawet pomi-
mo Ŝyczliwości i przedstawień naczelników, bo
zaledwo po 9 latach z górą, w 1846 roku. Brak
dokumentów szlacheckich był główną przyczyną
odmawiania mi awansu. Odznaczenia się w słuŜ-
bie w Finlandii nie przyjmowano za podstawę do
awansu. Musiałem zatem szukać środków wyle-
gitymowania się, z niewielką nadzieją dopięcia
poŜądanego celu. Posiadałem papiery przysłane
mi przez Kropiwnickiego z listem, Ŝe pomimo
najszczerszej jego chęci genealogii mojej wydobyć
nie mógł, dlatego przysyła mi dokumenty choć
niedostateczne, ale mogące mi się przydać. Bar-
dzo mnie to zmartwiło, a nawet zwątpienie i pra-
wie rozpacz mnie ogarnęła. Bez odpowiednich
funduszów cóŜ mogłem zrobić, prowadzić kosz-
towną korespondencję z tak daleka, kiedy pan
Kropiwnicki, mając tak znakomite stosunki
i wszelkie środki, nie był w stanie jakŜe zba-
wiennego dla mnie dzieła uskutecznić? Nie wąt-
piłem bynajmniej w to, aŜeby nie uŜyto wszelkich
ś
rodków dla wydobycia mnie z prawdziwej nę-
dzy. Myliłem się jednak bardzo, tylko rodzony
ojciec lub matka szczerze zajmują się losem swe-
go dziecka, ale na pomoc krewnych nie ma co
rachować.
Kiedy powróciliśmy, z Roncesalen do Wybor-
ga z kompanią, ja na nowo zacząłem pracować
u budowniczego, który dotąd zdrowym nie był.
Pan Lessing miał brata w Petersburgu, komisan-
ta kupieckiego, ten w 1846 roku zmarł, pozosta-
wiając sukcesję jedynemu bratu, tj. budowniczemu
wyborskiemu. Tym sposobem niespodziewanie
pan Lessing otrzymał trzydzieści kilka tysięcy ru-
bli schedy. Ukończyłem właśnie jakiś nieznaczny
planik, naleŜało mi się teŜ coś jeszcze za poprzed-
nie roboty. Pan Lessing obliczał dosyć długo,
a nareszcie odezwał się w te słowa: „Umowy
Ŝ
adnej między nami nie było, ja płaciłem panu
podług moŜności, nie podług jego pracy, dziś, kie-
dy mogę, powinienem i za przeszłe lata pana wy-
nagrodzić, zatem podług mego sumiennego obli-
czenia naleŜy się panu 750 rubli, które racz pan
przyjąć i przebaczyć mi, Ŝe dawniej byle jak pła-
ciłem. Upewniam, Ŝe nadal będę podług pańskiej
pracy obliczał, nie podług moich potrzeb". Wzru-
szyła mnie ta poczciwość i szlachetność, podzięko-
wałem mu najserdeczniej, przyrzekając zawsze
być gotowym na jego skinienie. Od tego czasu
w moim mieszkaniu zaszła wielka róŜnica, spra-
wiłem sobie meble, dubeltówkę z Liege wypisa-
łem doskonałą, torby, rogi, pulwersaki, flaszki my-
ś
liwskie, słowem rozmaite elegancje do myśli-
stwa nabyłem, wszystko praktyczne i w najlep-
szym gatunku. Od księdza Juchniewicza, naszego
proboszcza, nabyłem przy jego odjeździe zegar
stojący i fortepian z organami (fisharmonię), sło-
wem pomieszkanie moje wcale porządnie wyglą-
dało.
Wtedy zacząłem korespondencję dotyczącą wy-
legitymowania się. Wiedziałem, Ŝe w Kamieńcu
Podolskim są takŜe Radziejowscy, herbu Juno-
sza, napisałem więc do nich, posyłając papiery
i swoją prośbę, Ŝe jeŜeli są w moŜności, niechŜe
mi dopomogą wylegitymować się. W kilka mie-
sięcy odebrałem papiery z odpowiedzią, Ŝe moŜe
by się udało wylegitymować, ale koszta będą
wielkie. Widząc niepewną sprawę, nie chciałem
się pozbawiać wszystkiego, co miałem. Teraz by-
łem ciągle komenderowanym na słuŜbę zamiast
oficerów, nie mogłem juŜ tyle pracować, na ko-
niec śmierć poczciwego Lessinga zupełnie pozba-
wiła mnie dochodów. Inny budowniczy nie po-
trzebował pomocnika. W 1850 roku byłem na no-
wo przedstawiony do awansu na oficera, podobno
po raz piąty czy szósty, i znowu bez skutku. Wte-
dy straciwszy juŜ zupełnie nadzieję, postanowi-
łem wyrobić sobie urlop sześciomiesięczny, poje-
chać do Warszawy i tam postarać się dla słabo-
ś
ci zdrowia pozostać czas nieograniczony. Jako
politycznie skompromitowany napotkałem wielkie
trudności w uzyskaniu urlopu. Bez zezwolenia
ks. Paskiewicza do Polski przyjechać nie było
wolno, prosiłem zatem o przedstawienie całej
sprawy, z uwagi na to, Ŝe juŜ przeszło 10 lat
przesłuŜyłem i uzyskałem szewron, co mogło
ś
wiadczyć w pewnym względzie o mej „popra-
wie". Naczelnicy z przychylnością przedstawili
moją sprawę. Korespondencja wlokła się 10 mie-
sięcy, a gdy juŜ zaprzestałem myśleć o szczęściu
powrotu do ojczyzny, choćby na czas krótki, ge-
nerał brygady przysłał swego ordynansa około
godziny 11 wieczór z powinszowaniem, Ŝe urlop
uzyskałem. MoŜna sobie wyobrazić moją radość.
Uściskałem zwiastuna tak wielkiego szczęścia
i uczęstowawszy go, całą noc spędziłem bezsen-
nie na projektach podróŜy. Z największą niecier-
pliwością oczekiwałem rana, aby odebrać pozwo-
lenie wyjazdu na tak długo oczekiwany urlop.
Znowu spotkałem się z dowodem ogólnej sym-
patii mych naczelników. Zaczynając od generała,
pułkowników, adiutantów, aŜ do pisarza, wszyscy
z najserdeczniejszą Ŝyczliwością śpieszyli się z wy-
kończeniem długich, niezbędnych formalności,
i o godzinie 2 po południu juŜ miałem paszport
w ręku, a około godziny 4 razem z kasjerem ba-
talionowym, który miał jechać do Petersburga
i naumyślnie dla mnie przyspieszył swój wyjazd,
wyruszyliśmy w drogę. Finanse moje były szczup-
łe, zaledwie 20 rubli miałem na drogę. Nie wie-
działem, jak wyruszę z Petersburga, na piechotę
czy w karecie. Czuwał Bóg miłosierny! Wszystko
poszło jak najlepiej. Na drugi dzień po przyjeź-
dzie do Petersburga wyruszyłem do Warszawy
w karecie pocztowej. Przepytując o okazję przy
trakcie warszawskim, wstąpiłem z wizytą do sza-
nownego doktora Malinowskiego, który po zwol-
nieniu z wileńskiego wiezienia był profesorem
w Akademii Petersburskiej, oprócz tego zjednał
sobie niezmierną wziętość i uznanie nawet u dwo-
ru carskiego. Zwierzyłem mu się, Ŝe jeŜeli nie
znajdę okazji za kilka rubli, będę zmuszony wy-
ruszyć na piechotę. Poczciwy Malinowski obiecał
mi dzięki swemu wpływowi wyrobić bezpłatne
miejsce w dyliŜansie, ale gdy go zawiodła na-
dzieja, kupił mi miejsce za własne 38 rubli. Nie
pozostało mi nic innego, jak tylko podziękować
szanownemu doktorowi i wieczorem o godzinie
7 wyruszyć do Warszawy. PasaŜerów było tylko
pięciu, tyle tylko było miejsc w karecie. Jechał
jakiś dygnitarz z Ŝoną, nazwiskiem Chlebowski,
ten znaczeniem swoim utrzymywał konduktora
w naleŜytym porządku, co teŜ miało wielki wpływ
na pośpiech w podróŜy. Piątego dnia stanęliśmy
na wieczór w Warszawie i tak równo w tydzień
po otrzymaniu urlopu byłem juŜ u celu swych
marzeń. Niepodobna opisać uczuć, jakie mną wtedy
miotały. Jeszcze w drodze dźwięk ojczystej mowy
rozrzewnił mnie serdecznie. JuŜ widok śyda pol-
skiego, zwykle brudnego, ale dawno nie widzia-
nego, sprawił mi radość niepospolitą, a cóŜ do-
piero przyjazd do Warszawy, gdzie czekało tyle
wspomnień drogich sercu, gdzie miałem powitać
krewnych, którzy listownie zapewniali mnie
o swej Ŝyczliwości.
Przyjechaliśmy o godzinie 7 wieczór w ponie-
działek. Był to dzień przeznaczony przez pań-
stwa Kropiwnickich na przyjęcia. Oczekiwano
znajomych, którzy zgromadzili się niedługo po
moim przybyciu. Byli to dawni znajomi, pozna-
wałem ich, ale nikt nie był w stanie mnie poznać.
Nic dziwnego, tyle cierpień i trudów zmieniły
byłego młodzieńca, jeŜeli nie w starca, to przy-
najmniej w starszego juŜ biedaka. Samo wejście
do domu Kropiwnickich przekonało mnie, Ŝe czas
i cierpienia wywarły na mnie swój wpływ niepo-
spolicie. Wszedłem z tłumokiem przez kuchnię,
w wojskowym szynelu i z pałaszem u boku, z za-
rzuconym futrem na ramiona. Nie chcąc robić
przykrego wraŜenia, zwłaszcza na młodej gene-
racji, zrzuciłem w przedpokoju szynel i włoŜyłem
tuŜurek, poniewaŜ miałem ze sobą cywilne rze-
czy. Właśnie wtedy pani Radwańska przechodziła
przez kuchnię, idąc na wieczór do Kropiwnickich.
Została ostrzeŜona przez słuŜbę, Ŝe jakiś Ŝołnierz
w przedpokoju przebiera się. Wchodzi do kuchni
i spoglądając na mnie ze zdziwieniem, zapytuje:
„CóŜ to znaczy?" Poznałem ją natychmiast, a wi-
tając radośnie, zapytałem, czy mnie nie poznaje?
Ta odstąpiła ode mnie zdumiona, mówiąc: „Ale
skądŜe znajomość?" Musiałem jej powiedzieć mo-
je nazwisko, Ŝeby sobie przypomniała brata cio-
tecznego, którego doskonale znała. Okrzykami za-
tem oznajmiła moje przybycie. Wszyscy obstąpili
mnie i witali serdecznie, starsi dziwili się zmianie,
jaką we mnie widzieli, młodsi przyglądali mi się
z ciekawością. Liczne młode pokolenie w mej
nieobecności juŜ w części do młodzieńczych lat
doszło. Kropiwniccy mieli teraz ośmioro dzieci,
z których najstarszy miał zaledwie cztery lata, kie-
dy byłem wytransportowany na Kaukaz, Opowie-
dziane przeze mnie koleje losu niejednego roz-
rzewniły, na młodych zrobiły najsilniejsze wraŜe-
nie i zjednały serca wszystkich.
Na drugi dzień musiałem załatwić sprawę urzę-
dową, to jest przedstawić się władzom. Po nale-
Ŝ
ytym wypoczynku wziąłem się zaraz do wylegi-
tymowania się ze szlachectwa. Trudna to była
sprawa. Gdyby nie wuj, major byłych wojsk pol-
skich, Franciszek Miecznikowski, który zapoznał
mnie z byłym członkiem heroldii, a ten przez
wzgląd na moje połoŜenie bez Ŝadnego wynagro-
dzenia przyjął na siebie obowiązek wylegitymo-
wania mnie, i rzeczywiście bardzo łatwo wszyst-
ko poszło. W starym archiwum Królestwa zna-
lazły się akta, skopiowanie których bardzo mało
mnie kosztowało, legalizacja zaś metryk dziada
i ojca, z Poznańskiego pochodzących, przez kon-
sula pruskiego dla wojskowego bezpłatnie dopeł-
nioną była, tak więc interes mój był na najlepszej
drodze. Na Nowy Rok (1852) pojechałem tym-
czasem do Krasnegostawu, do najbliŜszych krew-
nych, gdzie wtedy mieszkał szwagier doktor Krau-
ze, wdowiec po dwóch moich zmarłych siostrach,
po Annie, która pozostawiła dwóch synów - Sta-
nisława i Tadeusza - i córeczkę Annę oraz po
drugiej Ŝonie Zofii, która po roku zmarła, oby-
dwie rodzone moje siostry. Przez szwagra nie by-
łem poznany, siostrzeńcy widzieli mnie, kiedy byli
małymi jeszcze dziećmi w czasie eskortowania
mnie z Zamościa przez Lublin do Warszawy. An-
na widziała mnie dopiero pierwszy raz. Czułe to
były przywitania, siostrzeńcy i siostrzenica oka-
zali mi prawdziwe przywiązanie. Nazajutrz po
moim przyjeździe udaliśmy się na cmentarz w ce-
lu odwiedzenia grobów matki i trzech sióstr.
Z boleścią serca stwierdziłem, Ŝe Krauze na gro-
bach ich najmniejszego znaku nie połoŜył, jedynie
dzieci i dziady kościelne tylko przybliŜone miej-
sce wskazywali. Ta obojętność szwagra bardzo
mnie zmartwiła, a nie mogąc złemu zaradzić,
kończąc poszukiwania zamówiłem wotywę, i nie
robiłem Ŝadnych wymówek. Bawiłem tam dwa
tygodnie, spieszyłem się do Warszawy dla dal-
szego prowadzenia zaczętej sprawy legitymacji.
Podczas tego wyjazdu z Warszawy przekonałem
się, Ŝe czujna policja na kaŜdy mój krok baczną
zwraca uwagę. W Krasnymstawie naczelnik Ŝan-
darmów był uwiadomiony o moim przybyciu
i zaraz się dowiadywał, jak długo mam zabawić.
Powróciwszy do Warszawy, otrzymałem wezwa-
nie komisarza 7 cyrkułu, aŜebym się do niego
stawił, co gdy uczyniłem, oznajmił mi, Ŝe o kaŜ-
dym wyjeździe moim mam mu meldować, jeŜeli
nie chcę, aby policjant codziennie o mnie się do-
wiadywał. Kiedy mu powiedziałem, Ŝe jako woj-
skowy tylko swojej władzy jestem obowiązany
meldować się, pokazał mi sekretny rozkaz, pole-
cający mu o kaŜdym moim kroku donosić. Dla
uniknięcia wizyt policjanta przyrzekłem dawać
znać o kaŜdym mym wyjeździe z Warszawy, choć-
by na czas krótki. Pięć miesięcy minęło jak jeden
dzień wśród dzieci Kropiwnickich, z którymi
bardzośmy się pokochali. Nastąpiło wreszcie
smutne poŜegnanie, albowiem będąc juŜ pewnym
legitymacji, nie myślałem robić starań o pozosta-
nie na czas nieograniczony. Ile boleści było przy
rozstaniu się, Bogu tylko wiadomo. Trzy dni
przed moim wyjazdem dzieci i kobiety juŜ pła-
kały, co i mnie rozrzewniało. Przez lat piętnaście
serce moje nie doznawało rodzinnej czułości. Tu
przez pięć miesięcy byłem otoczony najtkliwszy-
mi dowodami serdeczności starszych i młodszych
i raptem musiałem znów powrócić do ludzi nie-
czułych, którzy moŜe nigdy w Ŝyciu nie tęsknili
do rodzinnej ziemi i pieszczot rodzinnych, a tym
samym nie mogli pojąć mojej tęsknoty... Serce pę-
kało z boleści, ale powinność zmuszała do po-
wrotu. Wszystkie dzieci napisały mi po kilka słów
na pamiątkę, ja równieŜ wpisywałem się do albu-
mów, jeśli ktoś tylko je posiadał. Jadwiga Kro-
piwnicka, dzisiejsza śychlińska, trzynastoletnia
wówczas panienka, obdarzona czułym i poczci-
wym serduszkiem, była przykładem dla młod-
szych w okazywaniu mi czułości. Napisałem jej
następujące słowa: „Przez wiele lat znękane ser-
ce moje tęskniło i rwało się do rodzinnej ziemi,
w której oczekiwałem tylko smutnych wspomnień
przeszłości! Nie miałem juŜ zobaczyć matki ani
sióstr, one znikły dla mnie na zawsze, spodziewa-
łem się znaleźć tylko obojętnych krewnych. Wró-
ciłem na krótki czas, znalazłem czułych krewnych,
a tkliwe i niewinne Wasze pieszczoty były praw-
dziwie Boską nagrodą za długoletnie cierpienia.
Miła Jadziu! Ty byłaś moim starszym aniołem
pocieszycielem, Ty z siostrzyczkami swoimi na-
grodziłaś cięŜką przeszłość moją. Błogosławień-
stwo BoŜe niech spływa na Was, Z serdecznym
Ŝ
alem znowu Was muszę opuścić, lecz z nowym
Ŝ
yciem i z nadzieją, Ŝe wkrótce Bóg miłosierny
połoŜy kres cierpieniom i pozwoli powrócić do
Was, najmilszych". Kazia Miecznikowska naryso-
wała mi na pamiątkę kapliczkę Wilhelma Tella
ze stosownym napisem. Nawzajem napisałem jej:
„Często myśl moja błądzić będzie w krainie, gdzie
doznałem szczęścia dla wielu niepojętego. Często
jęknie pierś zmęczona przeciągłym westchnieniem
i na łodzi wspomnień po łez potoku duszę młodą,
odartą z wolności uroku, poszlę do kraju, gdzie
Ŝ
yła krótkotrwałym szczęściem".
Przyszła nareszcie chwila smutnego poŜegnania.
W pierwszych dniach kwietnia 1852 roku musia-
łem wyruszyć z Warszawy. Pan Kropiwnicki
i Oleś Miecznikowski dali mi na drogę 60 rubli,
bez których musiałbym chyba piechotą wracać do
Finlandii. Nająłem dyliŜans, a wszyscy krewni
i wielu znajomych odprowadzili mnie na pocztę.
Tu szczery płacz odprowadzających mnie pomno-
Ŝ
ył liczbę ciekawych przechodniów tak dalece, Ŝe
wkrótce w bramie zrobiło się ciasno, wszyscy
przejęci byli serdecznym współczuciem, domyśla-
jąc się po moim szynelu, Ŝe gdzieś daleko odjeŜ-
dŜam i zapewne na długo. Tym razem podobno
i przekupki, czułe zazwyczaj tylko na zysk, roz-
rzewniły się. Głośne było w Warszawie to po-
Ŝ
egnanie, a w parę lat później pani Kropiwnickiej
opowiadano za granicą u wód, Ŝe jakaś familia
opłakiwała świeŜo zesłanego na Syberię, nie po-
dejrzewając, Ŝe ją samą w liczbie Ŝegnających wy-
gnańca widziano.
Wkrótce po moim powrocie do Finlandii pan
Kropiwnicki przysłał mi dyplom szlachecki, który,
gdyby był przyszedł kilka lat wcześniej, oszczę-
dziłby mi wielu zmartwień i poniŜeń. Po zatwier-
dzeniu dyplomu w heroldii petersburskiej, co
trwało pół roku, zaraz zostałem awansowany na
junkra, a następnie przedstawiony do awansu na
oficera. Pragnąc przybliŜyć się do ojczyzny, poda-
łem się do ochockiego pułku strzelców 4 korpusu,
który miał na wiosnę 1853 roku wyruszyć do Pol-
ski. Dnia 4 marca 1853 roku byłem awansowany
na oficera i skierowany podług mego Ŝyczenia do
ochockiego pułku. PoŜegnanie przyjaciół, naczel-
ników i Ŝołnierzy było bardzo serdeczne i tkliwe,
ale juŜ innego rodzaju, nie tak jak z krewnymi.
Poczciwy ksiądz Lutkiewicz zebrał dziesięciu
najŜyczliwszych naczelników i moich przyjaciół
i tytułem obiadu poŜegnalnego fetował nas po
staropolsku. Po obiedzie miałem natychmiast wy-
jechać, ale niepodobna było odmówić szczerym
i serdecznym zaproszeniom innych. Kupiec Heino,
takŜe jeden z Ŝyczliwych moich przyjaciół, zapro-
sił do siebie i wprost od niego mieli mnie wszys-
cy odprowadzić kilka wiorst. 24 marca, tj. w wi-
gilię Zwiastowania Panny Marii o godzinie i w
nocy opuściłem Wyborg. Kilkanaście sań odpro-
wadzało mnie ze 7 wiorst. Po dobrym ponczu
i kilku butelkach szampana niektórzy powrócili
do miasta, a pozostali pojechali ze mną do pierw-
szej stacji. W liczbie tych ostatnich, rozumie się,
był najpierwszy Wolański i Ŝołnierz Mitrofanow,
który zawsze okazywał mi wiele przychylności.
Dalej kupiec Filipow, adiutant Nikonic, kapitan
Simberg i dwóch młodszych oficerów. Tu poŜe-
gnałem na zawsze Finlandię, najbardziej Ŝału-
jąc zacnego Wolańskiego, który niezmiernie od-
czuł mój odjazd. Biedny starzec płakał jak dziec-
ko, utyskując, Ŝe najlepszego przyjaciela we mnie
traci i Ŝe odtąd jego wygnanie daleko mu będzie
dotkliwszym. Rozrzewniony wyrwałem się z jego
objęcia i ruszyłem ku Petersburgowi, pocieszając
się tą myślą, Ŝe jako oficer będę mógł choć z da-
leka przynieść czasem ulgę biednemu starcowi.
Awans na oficera.
Udział
w wojnie turecko-rosyjskiej
1853—1856 i powrót do kraju
W Petersburgu obowiązany byłem
zatrzymać się dla urzędowych
przedstawień w departamencie
Ministerstwa Wojny i dla uzy-
skania stamtąd pieniędzy na koszta podróŜy do puł-
ku, który kwaterował na Podolu w Proskurowie.
(Płoskirów.) Tu wyrobiłem sobie urlop i mogłem
pojechać na 28 dni do Warszawy. Nie potrzeba
mówić, Ŝe przyjęty byłem w Warszawie bardzo
serdecznie, a wyjeŜdŜając i mając w sercu nadzie-
ję szybkiego powrotu, juŜ nie odczuwałem tak
boleśnie rozłączenia, tym bardziej Ŝe moja pozy-
cja materialna znacznie się polepszyła.
Kampania wschodnia pchnęła nasz pułk w
miesiąc po moim przybyciu do księstw naddunaj-
skich. Była to wojna z Turcją. Nikt nie wątpił
o zwycięstwie i kaŜdy myślał, Ŝe jak Bóg pozwoli
pozostać Ŝywym, moŜe być pewnym awansów
i nagród honorowych. Co do mnie, to nie zwa-
Ŝ
ając na politykę, która nie miała związku z lo-
sem Polski, lecz mając na celu osobiste widoki-
powrót do Polski dla powetowania tylu strasz-
nych lat - postanowiłem z naraŜeniem Ŝycia do-
bijać się awansów, aŜeby po skończeniu kampanii
korzystniejsze miejsce w Polsce otrzymać.
Parę razy szczęśliwie wyszedłem z wielkiego
niebezpieczeństwa, raz uniknąłem śmierci albo
niewoli wobec całego pułku, gdy w czasie prze-
marszu spod Oltenity ku Sylistrii, odjechawszy
o trzy wiorsty od pułku konno, sam jeden zosta-
łem napadnięty przez podjazd turecki, którego
nikt się tam nie spodziewał. Pistolety miałem nie
nabite, za całą obronę słuŜył mi pałasz, więcej
dla formy niŜ dla obrony przy boku wiszący. Tur-
cy najniespodziewaniej wystrzelili do mnie ze
wszystkich pistoletów naraz, szczęściem, Ŝaden
z nich nie trafł ani mnie, ani konia. Wkrótce usły-
szałem doganiającego mnie nieprzyjaciela. Jeden
z nieprzyjaciół krzyczał coś po turecku, zapewne
wzywał, abym się poddał, równał się juŜ z koniem
z mojej prawej strony, gdy moje rozpaczliwe
machnięcie pałaszem osadziło jego konia, a ja nie
ś
cigany, przypędziłem do pułku. Innym razem,
a było to 4 marca 1854 roku, poszedłem do re-
duty, leŜącej nad Dunajem, gdzie miałem po-
przednio nadzór nad sypaniem okopów i gdzie
pozostawał jeszcze pod moim nadzorem instru-
ment szańcowy, gdy tymczasem zajęty byłem po-
mniejszą budową umocnień przy pikiecie kozac-
kiej. W reducie byt wówczas mój brat, junkier
Fortunat Miecznikowski. Pełnił on tam słuŜbę ze
swą kompanią, którą Ŝołnierze objęli jak zwy-
kle nocą dla uniknięcia wystrzałów nieprzyjaciel-
skich. Chciałem Miecznikowskiemu zanieść kotle-
tów i porcję wódki i pomimo nakazu, aŜeby bez
polecenia nikt nie waŜył się wchodzić do redu-
ty, mając za wymówkę szańcowy instrument, do-
ręczyłem bratu śniadanie. W reducie urządzone
były zimą koszary, w których ogrzewali się ofice-
rowie i Ŝołnierze, powracający z pikiet. Kiedy
tani wszedłem, oficerowie zajadali jakieś mięsiwo
po tęgim hauście gorzały, wypitym sobie dla roz-
grzania się i dodania odwagi, Moje przybycie oŜy-
wiło towarzystwo, ponowiły się kielichy, a raczej
piliśmy bez nich, wprost z butelki, z przymów-
kami: „Dusza zna miarę", gawędziliśmy, Ŝarto-
waliśmy. Na koniec kapitan Jurjew, dowódca
kompanii i całej reduty, widząc bladość Mieczni-
kowskiego, wystąpił z przymówkami, Ŝe tchórzy,
ale ten juŜ do swych Ŝartobliwości powrócić nie
mógł i blady był nadzwyczajnie. Tłomaczyłem
Miecznikowskiego, mówiłem, jest słaby, dlatego
blady, a chcąc odsunąć wszelkie podejrzenia i bę-
dąc pewnym, Ŝe za ukazaniem się naszym na wa-
łach nieprzyjaciel nie omieszka strzelać ze sztuce-
rów, zawołałem: „Pójdziemy na wały, obejdzie-
my redutę naokoło, a dowiedziemy, Ŝeś nie
tchórz". Miecznikowski przyjął wezwanie, ale gdy
podeszliśmy do wału, zreflektował się i zaczął mi
tłomaczyć, Ŝe niepotrzebne naraŜanie się jest nie-
rozsądkiem, a nie męstwem. Słowem, odmówił
mi towarzyszenia po wałach naokoło reduty. Sło-
wo się wymówiło przy oficerach i Ŝołnierzach,
cofać się było niepodobna. Wyszedłem zatem na
wał, a poniewaŜ pośpiech w oczach wszystkich
zdradzałyby obawę, zatem wolnym krokiem obszed-
łem wały. Czternaście pojedynczych kul przelecia-
ło koło mnie, ale gdym juŜ schodził z wału, Ŝoł-
nierze spostrzegli, Ŝe Turcy znacznym oddziałem
wbiegli na wały, szykując broń na mnie. Słysząc
o tym, artyleryjski oficer Nikoforow dał rozkaz
swym Ŝołnierzom, aŜeby jednoróg wytoczyli na
barbak i wymierzyli w nieprzyjaciela. Kapitan
Jurjew, nie nazbyt odwaŜny, wzbraniał mu tego,
mówiąc, Ŝe ma rozkaz, aŜeby nieprzyjaciela nie
zaczepiać, tylko w razie ataku na wystrzały
armatnie armatami odpowiadać. Nikoforow prag-
nąc postawić na swoim i nie chcąc uchodzić za
podkomendnego oficera piechoty, utrzymywał, Ŝe
odebrał rozkaz, aŜeby w razie skupienia się nie-
przyjaciela na drugim brzegu przyległej wyspy
lub w razie zaobserwowania jakichś ziemnych
robót rozpędzić nieprzyjaciela wystrzałami armat-
nimi. Co gdy powiedział, wydał komendę: „Pal"!
Granat pękł nad głowami nieprzyjaciela, ale w
odpowiedzi na ten zręczny wystrzał Turcy zaczęli
z sześciu armat silnie bombardować naszą redu-
tę. Nikoforow widząc, Ŝe to nie Ŝarty i mając tyl-
ko dwie armaty i nieduŜy zapas amunicji, rzadko
im odpowiadał wystrzałami. Jurjew zaś zebraw-
szy kompanię, pomieścił się w fosie za wałem dla
ochronienia ludzi. Mnie, jako nie naleŜącemu do
załogi, nie wypadało pozostawać przy obcej ko-
mendzie, a swoją miałem pozostawioną nad brze-
giem ArdŜyselu na kozaczej pikiecie. Dla unik-
nięcia więc tłomaczeń w razie przybycia kogoś
z naczelników, zmuszony byłem wyjść z reduty,
naraŜając się na wystrzały, które często przeno-
siły redutę i padały, jeŜeli nie z polotu, to rykosze-
towały na drodze, którą przebyć musiałem. Nic
to nie pomogło, musiałem biec do swej komen-
dy, zszedłem więc do fosy, aŜeby poŜegnać ka-
pitana i oficerów, lecz gdy juŜ miałem wyjść na
płaszczyznę, nad głowami naszymi pękł granat
i odłamek ośmiofuntowy ugodził w feldfebla,
rozorując nieborakowi rękę do kości i bok do Ŝe-
ber, tak Ŝe skurczył się biedak w kucki. Zatamo-
waliśmy mu krew, jak mogliśmy, przewiązaliśmy
rany chustkami od nosów, innego środka nie by-
ło, gdyŜ ani bandaŜy, ani felczera do reduty nie
odkomenderowano. Zaledwo opuściłem redutę,
idąc po brzegu ArdŜyselu, gdy nieprzyjaciel spo-
strzegł idącego oficera, zaczął mnie brać na cel,
strzelając z ręcznej broni. Była to kompania, któ-
ra w nocy przeprawiła się na przyległą do ArdŜy-
selu wyspę do lasku i tam obserwacje swe robiła,
o czym reduta nie wiedziała. Wystrzały szły nad-
zwyczajnie gęsto, kule świstały koło uszu albo
prawie ziemię spod nóg wyrywały. Pewny byłem,
Ŝ
e me wyjdę cało, ale widać inaczej było sądzone.
Nieprzyjaciel, strzelając do mnie z odległości mo-
Ŝ
e 400 kroków, nie zdołał trafić, w pewnej chwili
droga się zmieniła, jar zasłonił mnie od niebez-
pieczeństwa, szczęśliwie przybyłem więc do pi-
kiety, gdzie jednocześnie przybył pułkownik Bibi-
kow z czterema adiutantami, a widząc, Ŝe od
strony reduty przybywam, zapytał, czy byłem tam
bliŜej. Opowiedziałem zatem bez ukrywania, Ŝe
chodziłem dla policzenia narzędzi i Ŝe nieprzy-
jaciel przy mnie zaczął bombardować redutę,
skutkiem czego został ranny niebezpiecznie feld-
febel.
Ukryłem jednakŜe zaczepkę Nikoforowa, do-
myślając się, Ŝe rozkazu takiego, jak utrzymywał,
nie miał. Pułkownik zafrasował się, Ŝe felczera w
reducie nie ma i nie moŜe transportować rannych
z powodu gęstych wystrzałów. Chodziło mu teŜ
o Ŝycie feldfebla, zwrócił się więc do oficerów i po-
wiedział: „Kto by z panów chciał jechać moimi
saniami w cztery konie w poręcz zaprzęŜonymi
po błocie (gdyŜ droga była niezmiernie błotnista
i grząska), aby oddać rozkaz oficerowi artyleryj-
skiemu, aby rzadko strzelał oraz Ŝeby kapitan
ochraniał ludzi, a z powrotem zabrał ze sobą ra-
nionego feldfebla?" Oficerowie spojrzeli po sobie,
nikt się jakoś nie zgłosił z chęcią wypełnienia te-
go rozkazu. Chcąc zyskać względy pułkownika,
który Polakom nie bardzo sprzyjał, wziąłem na
siebie spełnienie rozkazu.
Do reduty moŜna było podjechać dla uniknię-
cia strzałów od strony przeciwnej ArdŜyselu, ale
uniknąć armat było niepodobieństwem. Stangre-
tem był dzielny młody człowiek, odwaŜny, na
Ŝ
ołnierza, a nie na stangreta stworzony, wystrza-
ły armatnie przeskakujące koło nas i przez nas
cieszyły go zamiast strachem przejmować, wy-
krzykiwał tylko: „Nie trafisz! nie! dalibóg nie
trafisz!", a stojąc w sankach konie podcinał, Ŝe-
by prędzej szły, Ŝeby szybciej stanąć za wałem
i nie słuŜyć za cel nieprzyjacielowi. Jakoś stanę-
liśmy szczęśliwie za wałami, tu juŜ ja sam wszed-
łem za bramę redutową do oficera artyleryjskie-
go, rozkaz oddałem, a od niego wdzięczne
oświadczenie otrzymałem za ukrycie rozpoczęcia
niepotrzebnej walki. Ranionych, na szczęście,
więcej nie było, biednego feldfebla, osłabionego
z powodu utraty krwi i drŜącego od zimna, poło-
Ŝ
yłem w saniach, okryłem swym płaszczem, a sie-
dząc przy nim, przy czym byliśmy znowu wysta-
wieni na cel i nawet kilku kulami odprowa-
dzeni, powróciliśmy do pikiety, gdzie juŜ znajdo-
wali się felczer z bandaŜami i doktór z instru-
mentami.
Rana była niebezpieczna, jednak biedak wyku-
rował się z niej, ale po to, Ŝeby drugi raz lepiej
oberwać, albowiem pod Inkermanem zabitym zo-
stał. Pułkownik podziękował mi grzecznie. Dwa
razy jeszcze byłem z własnej ochoty w bitwie.
12 marca (1854 roku) juŜ nie jako ochotnik, ale
w ogólnym ataku pułkowym na wyspy dunajskie
między Oltenitą i Turtukajem. Wieczorem otrzy-
małem kontuzję w lewą nogę, skutkiem czego nie
tylko Ŝe karierę wojskową zakończyć musiałem,
ale i kaleką bodaj czy nie do śmierci pozostać
muszę. Z powodu tej kontuzji musiałem jechać
do Bukaresztu na kurację, gdzie po czterech mie-
siącach okazało się, Ŝe wyleczenie się jest niepo-
dobieństwem. Skierowano mnie zatem na urlop
do wód mineralnych, według mego Ŝyczenia, ro-
zumie się, do Polski. Wróciłem zatem do miłych
krewnych, a szczęście widzenia ich, choć okupio-
ne kalectwem, wprawiło mnie w zachwyt.
Przejechałem granicę 26 lipca 1854 roku. Był
to dzień imienin Anny Krauze, kochanej mej sio-
strzenicy. Z Chełma pojechałem na Krasnystaw,
aŜeby jej w tym dniu zrobić niespodziankę. Zabra-
łem ze sobą ojca jej macochy, Bokiewicza, tam za-
mieszkałego. Wieczorem, zaledwie wyruszyliśmy,
spotkał nas ulewny deszcz z grzmotami, musieliś-
my przeczekać ten deszcz w karczmie juŜ blisko
Krasnegostawu, ale dojeŜdŜając, spostrzegliśmy
łunę niezmierną, właśnie nad miastem. Przybyliś-
my około pierwszej godziny w nocy pod mieszka-
nie doktora Krauze. Było ono oświetlone, goście
w najlepsze zajadali kolację po tańcach wypra-
wianych z powodu imienin. Przyjęto nas radośnie,
chociaŜ moje kule rozrzewniły wszystkich. Mło-
dzieŜy, zastaliśmy mało, a to z powodu poŜaru,
wszyscy pobiegli ratować pogorzelców od pioru-
na, w ich liczbie był i Tadeusz Krauze. Zaziębił
się wtedy, skutkiem czego zachorował śmiertelnie
i po kilku miesiącach choroby umarł.
Po kilkodniowym goszczeniu musiałem spieszyć
do Warszawy, gdyŜ mijał czas na kurację do wód
mineralnych. W Warszawie równieŜ, gdy mnie zo-
baczono o kulach, nie bez łez przyjęty byłem.
Dwiema musiałem się podpierać, z wielką trud-
nością chodziłem. Stanąłem znów u Kropiwnic-
kich, gdzie prawdziwie macierzyńskiej doznawa-
łem opieki.
W parę tygodni pojechałem do Buska. Wzią-
łem tam czterdzieści kąpieli, ale Ŝadnej ulgi nie
doznałem. Porobiłem w Busku mnóstwo bardzo
przyjemnych znajomości i chociaŜ byłem pewny,
Ŝ
e Ŝadne wody nic memu kalectwu nie po-
mogą, mimo to postanowiłem i na drugie lato
tam pojechać, co teŜ z łatwością się dało usku-
tecznić.
Przez cały rok 1855 i początek roku 1856
mieszkałem w Warszawie, doznałem tu bardzo
wielu przykrości z powodu nieporozumień fami-
lijnych. Rzucam jednak zasłonę na ten bolesny
rok Ŝycia mego, gdzie najserdeczniejsza Ŝyczli-
wość była źle tłomaczoną i źle przyjętą, przez co
ostygło we mnie najczystsze me przywiązanie do
krewnych. Przywiązanie takie mógł czuć tylko ten,
kto przechodził jak ja bolesne koleje losu z da-
leka od rodziny, między wrogami. Ale tego nikt
zrozumieć nie umiał i ocenić nie zdołał.
Wśród tego wszystkiego zapragnąłem spokojne-
go Ŝycia, gdziekolwiek bądź, byle w kraju. Pró-
bowałem jeszcze raz wykurować się, pojechałem
na Kaukaz do wód mineralnych, do Piatigorska
(na koszt rządowy). Doznałem rzeczywiście ulgi
i powróciłem do Warszawy. Otrzymawszy dymi-
sję z wojska w 1857 roku, dołoŜyłem starań i uda-
ło mi się otrzymać posadę rządową w Płocku,
gdzie teŜ nowe Ŝycie dla mnie zabłysło.
KONIEC