background image

 
Ignacy Radziejowski 
"Pamiętnik powstańca 1831 roku" 
 
 

Dzieciństwo. Powstanie

 

1830—31 r.

 

Urodziłem się w domu szlachec- 
kim, bardzo miernej zamoŜności, 
dnia i lutego 1815 r. w pod- 
laskim wówczas województwie 
(w dzisiejszej guberni lubelskiej), we wsi Kobyl- 
nicy, bardzo blisko pamiętnego dla współrodaków 
miejsca, tj. o 1/4 mili od Maciejowie, a jeszcze 
bliŜej od miejsca wzięcia Kościuszki.

 

Ojciec mój był naówczas posesorem trzech 
wiosek, powodziło mu się nieźle, ale wczesną 
ś

miercią, bo w piątym roku po moim urodzeniu, 

zostawił nas w bardzo krytycznym połoŜeniu. Mat- 
ka, obarczona sześciorgiem drobnych dzieci, go- 
spodarstwem zajmować się nie mogła, a moŜe 
i nie wydołała. Zaufany ekonom i procesy po 
ś

mierci ojca wynikłe wycieńczyły fundusze do te- 

go stopnia, Ŝe po spienięŜeniu inwentarzy i po 
opłaceniu kosztów wygranego procesu, który zbyt 
wiele kosztował, matka z kilkoma tysiącami wy- 
jechała na mieszkanie do Warszawy, a ekonom, 
daleko rządniejszy, kupił sobie cząstkę i na włas- 
nym kawałku gospodarował.

 

W Warszawie, za radą wuja Kazimierza Miecz- 
nikowskiego, kapitalik został ulokowany na pro- 
cencie, a procederem Ŝycia miało być utrzymy- 

background image

wanie studentów i akademików. Nieszczęście 
chciało, Ŝe dłuŜnik zbankrutował i wszystko stra- 
conym zostało. Akademicy częstokroć nie uiszczali 
się w opłatach, trzeba zatem było i to zarzucić 
i wziąć się do pracy ręcznej. PołoŜenie było 
okropne, biedna matka szyciem musiała wyŜywić 
nas z sześciorgiem małoletnich, z których dwie 
siostry starsze słabą tylko mogły być pomocą. Ja 
najwcześniej przestałem być cięŜarem rodzeństwa. 
Staraniem Ŝyczliwych przyjaciół matki w dziesią- 
tym roku Ŝycia zostałem umieszczony w szkole 
lubelskiej na koszt funduszów Gompersa. KaŜdy 
komu zdarzyło się opuszczać rodzeństwo, łatwo 
pojmie, z jaką boleścią serca poŜegnałem matkę, 
siostry i brata.

 

Długo nie mogłem się oswoić z obcymi ludźmi, 
którzy matkę zastąpić mieli. Smutny, zdałem egza- 
min i przyjęty zostałem do drugiej klasy. Odtąd 
raz na rok, tylko w czasie wakacji, robiłem 
uszczerbek matce. Przyjazd mój i odjazd zawsze 
kosztował kilka złotych cięŜko zapracowanych, 
oprócz tego przez półtora miesiąca przybywała 
jedna gęba do nakarmienia, dla której parę go- 
dzin więcej pracować trzeba było. Radość z przy- 
bycia mego zawsze krótką bywała, troskliwość 
matki o byt codzienny odbierał jej wszelkie chwile 
nawet dostatecznego spoczynku. Smutne to wspo-

 

mnienie lat dziecinnych dziś serce ściska. Dzieci 
nigdy nie są w stanie wywdzięczyć się troskli- 
wości rodziców!

 

Starszy brat mój, Michał, bardzo młodo, bo 
w szesnastym roku Ŝycia, poszedł do słuŜby woj- 
skowej do 5 pułku piechoty. Bieda była przyczy- 
ną, Ŝe takŜe musiał ustąpić z domu, Ŝeby nie być 
cięŜarem matce. Pozostałe cztery siostry uczyły 
się i pracowały podług moŜności. Najstarsza Anna 
poszła za mąŜ w siedemnastym roku za doktora 
Krauze. Zmarła w dwudziestym szóstym roku 

background image

Ŝ

ycia, pozostawiła dwóch synów, Stanisława i Ta- 

deusza, i córkę Annę. Druga siostra, Eleonora, 
zmarła w dwudziestym pierwszym roku Ŝycia pan- 
ną (w roku 1833). Narzeczony jej, śukowski, 
zmarł pierwej - w 1831 roku. Trzecia siostra, Jó- 
zefa, zmarła w 1831 roku, w czternastym roku 
Ŝ

ycia. Czwarta Zofia, mając lat osiemnaście, po- 

szła za mąŜ za wdowca po Annie! Rok tylko Ŝy- 
ła z męŜem i po urodzeniu dziecka razem z nim 
zmarła w 1839 roku. Nieszczęśliwa matka moja 
przeŜyła wszystkie córki, które na jej rękach ko- 
nały. Pozostała przy wnukach u doktora Krauze- 
go, gdzie w roku 1841 dnia 8 lutego w Krasnym- 
stawie Ŝycie zakończyła.

 

Rewolucja nasza 1830 roku zastała mnie w 
5 klasie. KtóŜ ze starszych nie wie, jaki zapał 
panował wśród ówczesnej młodzieŜy szkolnej (nie 
mającej rozwiniętych jeszcze władz umysłowych 
i sił fizycznych) i ja pragnąłem do czegoś być po-

 

Ŝ

ytecznym krajowi. Z jakaŜ zazdrością patrzyłem 

na doroślej szych kolegów, którzy gotowali się do 
broni! Dla zbyt młodego wieku pomijano mnie 
i o ksiąŜce myśleć kazano. Generał Weyssenhoff, 
dowiedziawszy się, Ŝe młodzieŜ klas wyŜszych 
udała się na cmentarz dla złoŜenia przysięgi na 
grobach ojców, Ŝe będzie bronić kraju do ostat- 
niej kropli krwi, zaprosił ją do swego mieszkania, 
gdzie miał przemowę do starszych, dziękując im 
za zapał oraz zachęcając do wytrwania w chwa- 
lebnym przedsięwzięciu. Młodszych zaś starał się 
przekonać, Ŝe nie tylko bronią, ale i głową moŜna 
być krajowi poŜytecznym, kto zatem nie jest jesz- 
cze w stanie dzielić trudów wojennych, powrócić 
ma do szkół, które podczas ogólnego uniesienia 
uczęszczane nie były. Przemowa ta nie trafiła do 
przekonania mego. Być uŜytecznym krajowi kie- 
dyś, po ukończeniu nauk (do których chęci wiele 

background image

nigdy niestety nie miałem), podczas gdy koledzy 
dziś juŜ są mu dzielną pomocą - ta myśl taką 
gorącą chęcią mnie napełniła, Ŝe nie pojmując 
trudności, zaledwie z kilku groszami w kieszeni, 
sam jeden, piechotą wybrałem się do Warszawy 
w nadziei zobaczenia się z bratem, który by do- 
pomógł mi wejść do wojska. Szczera chęć wszyst- 
ko przezwycięŜa i rodzi siły do pokonania naj- 
większych trudności. Pierwszego dnia po wyjściu 
z Lublina, grudniową porą o kilku obwarzan- 
kach, z białą kokardką u czapki, wieczorem sta- 
nąłem za Puławami. KsiąŜę Konstanty właśnie

 

nocował po drugiej stronie Wisły w Abramowi- 
czach. Awangardę minąłem juŜ w Końskowoli, 
a na szosie około Puław spotkany przez oddział 
„konopolców", za kokardę przez oficera napasto- 
wany byłem - ten kokardę zerwał mi, a czapkę 
rzucił na pole. Nic to nie ostudziło mojej energii, 
podniosłem czapkę z ziemi, a nasunąwszy ją na 
bakier, przeszedłem Puławy, dąŜąc ku Wiśle, aby 
jeszcze za dnia przeprawić się na drugą stronę. 
JakoŜ trafiłem szczęśliwie, powracający prom po 
piechotę oczekującą na przeciwnym brzegu zabrał 
mnie za parę groszy, ale gdy przyszło wysiąść juŜ 
na groblę, do której prom przybijał, to było tak 
pełno Ŝołnierzy, Ŝe chcąc przejść po samym brze- 
gu, obsunąłem się i wpadłem w wodę, na szczęś- 
cie płytką. Przemoczenie nóg nic mi nie zaszko- 
dziło, ale noc i zmordowanie kazały myśleć o noc- 
legu, tym bardziej Ŝe porozkładane ogniska, przy 
których Ŝołnierze nocowali, napełniały mnie oba- 
wą, aŜebym nie był obdarty. W karczmie zaraz 
za Wisłą miałem zamiar odpocząć, posilić się i na 
nocleg zdąŜyć do Abramowicz, bardzo blisko le- 
Ŝą

cych. Jakiś pułkownik polskiej gwardii, zdzi- 

wiony mym studenckim mundurkiem, zapytał, 
skąd się tu wziąłem. Opowiedziałem mu otwarcie, 
Ŝ

e idę z Lublina do Warszawy w celu wejścia do 

background image

wojska. Zdziwienie pułkownika było wielkie, wi- 
dzącego mnie samego jednego wśród tylu nie- 
przyjaciół, tak naiwnie opowiadającego, przyzna- 
jącego się do chęci wejścia do wojska rewolu-

 

cyjnego. Dał mi przestrogę, a wskazując na Abra- 
mowicze powiedział: „Tam nocuje wielki ksiąŜę, 
niechby cię zobaczył, pewnie cię zabrałby ze sobą, 
a wtedy będziesz w wojsku, ale nie polskim". 
Zrozumiałem całe niebezpieczeństwo mego poło- 
Ŝ

enia. Wszedłem do karczmy, która nie tylko Ŝe 

kawałka chleba nie miała, ale nabita była Ŝoł- 
nierzami, z tym wszystkim wyjść z niej juŜ oba- 
wiałem się. Karczmarz przeraŜony takimi gośćmi 
rad mi był bardzo, pomieścił mnie na ławce za 
szynkwasem, na której po tak silnym znuŜeniu 
zasnąłem jak na piernacie i zaledwie przede 
dniem gwarem sołdatów rozbudzony byłem.

 

Opisanie spotkania mego z pułkownikiem 
gwardii Turno, który odprowadzał w. księcia do 
granicy, było umieszczone w „Nowej Polsce", 
piśmie wtedy wychodzącym, którego współredak- 
torem był śukowski, narzeczony siostry mojej 
Eleonory. Dla rozbudzenia większej energii w na- 
rodzie wprowadzono na scenę samego w. księcia, 
a ja czytając ten artykuł o studencie z Lublina, 
nie poznałem w nim siebie.

 

Chcąc przede dniem wyminąć w. księcia, wy- 
sunąłem się z karczmy, a nie zwaŜając na ruch 
wojska gościńcem, zgłodniały szybko szedłem da- 
lej. W pierwszej wiosce za Abramowiczami do- 
wiedziałem się, Ŝe juŜ wojska przeszły. Uradowa- 
ny tą wiadomością, chciałem się trochę posilić, 
a zarazem, gdyby się udało, u dziedzica wypro- 
sić furmankę choć na parę mil. Z tą myślą uda-

 

łem się do dworu, gdzie tylko pan rządca miesz- 
kał. Ten przyjął mnie bardzo gościnnie, obiecał 
podwodę i chciał poczęstować śniadaniem. Po- 

background image

dano juŜ na stół doskonały bigos z kiełbasą, wtem 
wpada oddział huzarów na podwórze, a dowódca 
ich, wywoławszy rządcę, dał mu rozkaz dostawy 
furaŜów i mięsa. Zakłopotany rządca wybiegł dać 
dyspozycję, a ja niecierpliwy, nie mogąc się go 
doczekać, nie skosztowawszy nawet bigosu i nie 
tracąc czasu na nadzieję spełnienia obietnicy, ru- 
szyłem w dalszą drogę ku Kozienicom. W karcz- 
mie posiliłem się trochę, wziąłem ze sobą nieco 
obwarzanków i o takim pokarmie szedłem, ledwie 
czując nogi pod sobą. O małą milę od Kozienic, 
przed wieczorem, minęły mnie cztery bryczki 
z młodzieŜą uzbrojoną. Prędko pędziły, nie śmia- 
łem ich zatrzymać prośbą o zabranie mnie ze so- 
bą, ale domyślałem się, Ŝe będą popasać w Ko- 
zienicach. To mi sił dodało, prawie biegłem, Ŝeby 
ich jeszcze zastać. JakoŜ łatwo znalazłem popasa- 
jących, a dowiedziawszy się od słuŜących, Ŝe 
w liczbie jadącej młodzieŜy są takŜe Radziejowscy 
z Lublina, Ŝe wszyscy jadą do Warszawy do woj- 
ska, zaszedłem do nich i zarekomendowawszy się 
i oświadczywszy, w jakich zamiarach idę, zosta- 
łem z uprzejmością przyjęty do ich towarzystwa. 
Ukontentowanie moje było nie do opisania. Na 
całą noc wyruszyliśmy do Warszawy. Zmordo- 
wany, nie czując nóg, drzemałem na koźle najty- 
czanki, szczęściem droga nadzwyczajnie piaszczy-

 

sta i daleka podróŜ nie dozwalały prędkiej jazdy, 
a za to ja mogłem drzemać bezpieczniej.

 

Nad ranem, gdy byliśmy na szosie około Pilicy, 
mijał nas jakiś powóz zafordeklowany, ktoś z na- 
szych poznał, Ŝe był to powóz RoŜnieckiego, tak 
wówczas poszukiwanego. W nadziei znalezienia 
w nim niecnego generała, kazano zawrócić naj- 
tyczankę i gonić za powozem. Zatrzymaliśmy go 
wkrótce, a na zapytanie nasze, słuŜący odpowie- 
dział, Ŝe rzeczywiście to powóz RoŜnieckiego. 
Otrzeźwiony tym wypadkiem, wyskoczyłem 

background image

z bryczki. Z pistoletami w rękach protektorowie 
moi otworzyli, a raczej oderwali fordekel, a za- 
miast generała znaleźli jakąś przestraszoną damę 
ze słuŜącą. Na pytanie: „kto jesteś", odpowiedzia- 
ła: „Ledóchowska" i Ŝe o generale Ŝadnych wia- 
domości nie ma. Jeden z towarzyszy powiedział 
właściwy jej powołaniu komplement, a wsiadłszy 
na bryczkę znowuŜ popędziliśmy ku Warszawie.

 

Zobaczywszy wieŜe warszawskie poczułem, Ŝe 
serce bije mi gwałtownie, miałem uściskać matkę 
i siostry, które serdecznie kochałem. Spodziewa- 
łem się rozpocząć nowe Ŝycie, juŜ męskie, według 
własnej woli, ale co na to powie matka? Czy i tu, 
mimo spodziewanej protekcji brata, nie zarzucą 
mi zbyt młodego wieku? Przyjęty byłem ze łzami 
radości, ale musiałem się tłomaczyć, dla czego 
w niewłaściwym czasie opuściłem szkoły. Biedna 
matka trwoŜyła się o mnie, prosiła na wszystko, 
Ŝ

ebym powrócił do szkół, a przy pomocy śuków-

 

skiego i Józefa Ostrowskiego, ludzi poczciwych, 
ś

wiatłych i w rewolucji bardzo czynnych, wymo- 

gła na mnie, Ŝe po świętach BoŜego Narodzenia 
miałem powrócić do Lublina.

 

Przez cały czas pobytu w Warszawie starałem 
się dowiedzieć o piątym pułku piechoty w na- 
dziei zobaczenia brata, przez którego mógłbym 
prosić u matki pozwolenia wejścia do wojska. 
Wszystko na próŜno. Pułk poszedł do Raszyna, 
brat był przeznaczony na instruktora do 3 bata- 
lionu, formującego się w Radomiu. Nie widząc 
się z bratem, musiałem powrócić do Lublina Ŝy- 
dowską karetą. Było nas kilku pasaŜerów, tłumo- 
ków wprawdzie Ŝadnych nie miałem, ale za to 
broni mnóstwo w Warszawie od znajomych nado- 
stawałem: pistoletów, pałaszy, z arsenału zaś ka- 
rabinek kirasjerski. W drodze zginął mi prze- 
ś

liczny rapier, złotem nabijany, pewnie stał się 

łupem któregoś z pasaŜerów. Po przybyciu do Lu- 

background image

blina znalazłem tam wielką zmianę. Pułk kraku- 
sów lubelskich juŜ prawie był sformowany, w któ- 
rym niemal wszyscy moi koledzy słuŜyli. Klasy 
wyŜsze, z powodu braku uczniów, były puste. 
Kilku młodszych kolegów, równie jak ja zapalo- 
nych, nie myślało o ksiąŜkach, jedynie wola ro- 
dziców lub słabe siły wstrzymywały nas od za- 
ciągnięcia się do pułku. Broń, którą przywiozłem 
z Warszawy, częścią rozdałem kolegom kraku- 
som, część sprzedałem za małą cenę. Zebrałem sto 
kilkadziesiąt złotych. Z tą sumą w innym czasie

 

ileŜ to planów by się uroiło! PrzejeŜdŜając przez 
Siedlce, słyszałem, Ŝe tam formują pułk strzelców 
pod dowództwem Kuszla, do którego nawet mal- 
ców przyjmują, byle tylko strzelać umieli dobrze. 
Opowiedziałem o tym kolegom. Zapaleńsi przy- 
jęli tę wiadomość z radością, snując projekty uda- 
nia się tam. I tak Marceli Głuski i Paweł Stry- 
jeński, równego wieku i wzrostu ze mną, powo- 
dowani tymi samymi chęciami, zmówili się ze 
mną, jako juŜ z praktykantem pierwszej podróŜy, 
aby niezwłocznie do Siedlec powędrować! Wy- 
starczyło rzucić projekt, na chęciach i pieniądzach 
nie zbywało, a więc raniutko w początkach stycz- 
nia wymaszerowaliśmy we trzech, z pistoletami 
za pasem i kokardami u czapek. Do Lewartowa 
ledwo moi koledzy doszli, tak trudna pokazała się 
im droga, dalej gdzieniegdzie najmowaliśmy fur- 
manki, chociaŜ głównym zadaniem miało być 
przyzwyczajanie się do pieszej podróŜy, ale cóŜ 
było robić, gdy siły na to nie pozwalały. W Siedl- 
cach okazało się, Ŝe nie umiejących strzelać nie 
przyjmowano. Co było robić z nową trudnością? 
Powracać do Lublina - wstyd przed kolegami, 
trzeba było zatem rzucić się na nowe plany. Mia- 
łem znajomego adiutanta pułkowego 4 pułku 
strzelców pieszych, Skrobańskiego, więc nie tra- 

background image

cąc czasu i nadziei puściliśmy się do Kałuszyna, 
gdzie wtedy pułk stacjonował. Skrobański przed- 
stawił nas wprawdzie pułkownikowi Zawidzkie- 
mu, ale ten z pewnym politowaniem spoglądał na

 

nas, a w końcu powiedział: „Miałbym was na su- 
mieniu, gdybym takich dzieciaków przyjął". Tu 
zmartwienie nasze było bardzo wielkie. Co ze 
sobą robić? Kiedy tu nie przyjęli nas, pewnie 
i w innych pułkach nie przyjmą! Zmartwieni, nic 
jeszcze nie przedsięwziąwszy, poszliśmy na obiad 
do oberŜy, gdzie wszyscy oficerowie wraz z ge- 
nerałem brygady CzyŜewskim i pułkownikiem 
stołowali się. W czasie obiadu pułkownik, wska- 
zując na nas, powiedział do generała: „Oto mamy 
trzech ochotników, ale czy podobna ich przyjąć?" 
Generał ruszył ramionami i rzekł: „Trudy wo- 
jenne cięŜkie do zniesienia dla ludzi dojrzałych 
i silnych, a cóŜ dopiero dla młodzieńców nie ma- 
jących pojęcia o jakichkolwiek niewygodach". 
Oczy wszystkich oficerów zwróciły się na nas. To 
mnie trochę zaniepokoiło i niejako obraziło, 
a więc nie spodziewając się juŜ Ŝadnego skutku 
dla naszych dobrych chęci, odpowiedziałem gene- 
rałowi: „Co tam, panie generale, o tym mówić, 
kto ma chęć, to dla niego nic trudnego znosić bie- 
dę w obronie ojczyzny." Generał coś na to odpo- 
wiedział, ale nie uwaŜałem, co, gdyŜ jeden z ofi- 
cerów blisko siedzących zagadnął mnie, kto ja 
jestem; zrobił to z tak przyjazną miną, Ŝe od razu 
pozyskał moje zaufanie. Gdy dowiedział się, Ŝe 
nazywam się Radziejowski i Ŝe w 5 pułku słuŜy 
mój brat, tak był z tego uradowany, Ŝe natych- 
miast zwrócił się do generała z prośbą, aby mnie 
przyjął do pułku, dodając przy tym, Ŝe w 5 pułku

 

w jego plutonie słuŜył, równie jak ja młodo przy- 
jęty, mój rodzony brat i najdzielniejszy był z nie- 
go kadet, tak Ŝe w bardzo krótkim czasie posłano 

background image

go na ordynansa do w. księcia, a ksiąŜę nie mógł 
się nim nacieszyć. Kilku starszych oficerów do- 
łączyło swe prośby, przytaczając przykłady 
na to, jak z młodzieńców wychodzą naj- 
dzielniejsi Ŝołnierze. Generał nie mógł się oprzeć 
ogólnemu naleganiu oficerów i wszystkich trzech 
kazał przyjąć do pułku.

 

Oficerowie dobijali się o nas, kaŜdy rad by 
mieć w swojej kompanii choćby jednego. Dzie- 
wiątego stycznia 1831 roku zapisano nas do kon- 
troli pułkowych i pomieszczono w 1 batalionie, 
dowodzonym przez starego Ŝołnierza, szanowane- 
go, poczciwego i męŜnego majora Piweckiego. Ja, 
rozumie się, dostałem się do mego protektora, po- 
rucznika Domagalskiego, do 2 kompanii strzelec- 
kiej, dowodzonej przez kapitana Wolfa. Głuski 
dostał się do 3 kompanii, a Stryjeński do 1 kara- 
binierów. Radość nasza była niewypowiedziana, 
gdy z naszych mundurów i płaszczy studenckich 
natychmiast kazano zrobić mundury wojskowe. 
Musztry uczyliśmy się z zapałem, ale karabin 
dwunastofuntowy niełatwo dał się podnosić na 
ramię, a przy celowaniu zawsze bagnet uciekał mi 
do ziemi, co mnie gniewało, innych zaś śmieszyło.

 

II 
SłuŜba w wojsku powstańczym

 

Niedługo potrwały nasze musztry, 
gdyŜ 7 lutego w nocy otrzyma- 
liśmy rozkaz w sztabie kompanii 
w Chwatowicach, byśmy się 
udali do sztabu pułkowego w Kałuszynie, skąd 
pułk miał wystąpić w pole przeciw zbliŜającemu 
się nieprzyjacielowi. Na placu Kałuszyńskim jesz- 
cze o zmroku pułkownik Zawidzki miał energicz- 
ną przemowę do zebranego pułku i po wzniesie- 
niu okrzyków „Niech Ŝyje Polska!" ruszyliśmy 
ku Siedlcom. Pierwszy marsz ze stu ładunkami 

background image

w pakunku i z karabinem, pomimo niewygasłej 
energii i najszczerszej chęci, okazał się dla mnie 
bardzo uciąŜliwym. Dla Głuskiego jeszcze bar- 
dziej, bo nie był w stanie dojść do miejsca, 
a Stryjeńskiego juŜ w pułku nie było. Familia 
bojąc się o niego, jako o jedynego sukcesora 
znacznego majątku, podstępem zabrała go z puł- 
ku. Szwagier wyprosił dla niego urlop na dni 10, 
na który Pawełek dopóty jechać nie chciał, do- 
póki szwagier nie dał mu słowa honoru, Ŝe go 
z powrotem przywiezie. Pod tym warunkiem 
opuścił pułk, ale biedak musiał ulec przemocy,

 

gdyŜ więcej się nie pokazał. My zaś byliśmy prze- 
konani, Ŝe to było nawet zgodne z wolą pułkow- 
nika.

 

W Siedlcach pierwsze biwaki na mrozie trudne 
były do zniesienia, ale wszystko znosiłem męŜnie, 
pamiętając, Ŝeby nie tylko któremuś z nas, ale 
nawet i protektorowi nie przyszło być zawstydzo- 
nym z powodu okazanej niewytrwałości. Do 
16 lutego byliśmy w ciągłym ruchu między Siedl- 
cami a Kałuszynem. Pod Boimiami staliśmy na 
posterunku 3 dni, a w nocy 15 na 16 przeszliśmy 
do Kałuszyna i oczekiwaliśmy zbliŜającego się 
nieprzyjaciela. Tu w pewnym momencie konie 
artyleryjskie rozbiegały się z wózkiem na amuni- 
cję. Zleciawszy z szosy w rów głęboki, jeden koń 
połamał sobie nogi i z tego powodu został za- 
strzelony. Kapitan Wolf, doświadczony stary Ŝoł- 
nierz, kazał wykroić najlepszy kawał mięsa z nie- 
go, naszpikować słoniną i naleŜycie przygotowaw- 
szy, zaprosił nas na końską pieczeń. Zajadaliśmy 
ze smakiem, ale jeszcze nie skończyliśmy naszego 
ś

niadania, gdy pierwszy wystrzał armatni nie- 

przyjaciela powołał nas do broni. Dojadając por- 
cję pieczeni, stanąłem na swoim miejscu. Popro- 
wadzono nas na lewą stronę szosy i postawiono 

background image

dla asekuracji dwóch dział. Kule nieprzyjaciel- 
skie przelatywały nad naszymi głowami, robiąc na 
wszystkich wielkie wraŜenie. Będący pierwszy raz 
w ogniu pochylali się, słysząc świst kuli lub grana- 
tu. Nic nie pomogły napomnienia starych, do-

 

ś

wiadczonych oficerów, dopóki nie przekonaliśmy 

się sami, Ŝe nie tylko nie kaŜda kula trafia, ale 
nawet bardzo rzadko która. Pierwszy ten dzień 
był najlepszym tego dowodem, nieprzyjaciel tak 
ź

le celował, Ŝe nawet ani jednego ranionego nie 

mieliśmy. Według rozkazu wojska nasze cofały 
się pod Mińsk, gdzie przenocowawszy, raniutko 
znowuŜ były atakowane i odeszły ku Miłosnej. 
Przed wieczorem pułkownik Zawidzki pozostał w 
lesie za łańcuchem naszych tyralier i na oczach 
wszystkich dał się wziąć kozakom, wcale się nie 
broniąc. Czy było to zdarzenie zamierzone, czy 
teŜ przypadek, dotąd nie wiem. Kiedy człowiek 
przypomni jego energiczną przemowę przy wyru- 
szeniu z Kałuszyna, zdaje się, Ŝe to była nie- 
ostroŜność. Prawie zaprzestano działań z obu 
stron. Sformowani, sekcjami maszerowaliśmy spo- 
kojnie szosą, gdy zaczęły nas niepokoić wystrzały 
ręcznej broni nieprzyjacielskiej. Jadący na prze- 
dzie generał CzyŜewski krótką a węzłowatą prze- 
mową i w końcu okrzykiem "hura!" „hura!" wlał 
w nas ducha męstwa. Rzuciliśmy się wszyscy bez 
porządku, jednakŜe nieprzyjaciel odparty cofał się, 
juŜ ku Mińskowi. Uderzono w bębny dla wstrzy- 
mania nieporządku, a po sformowaniu się zaczę- 
liśmy znów spokojnie posuwać się ku Miłosnej.

 

W tej bitwie zdobyliśmy kilku jeńców, ale teŜ 
kilku naszych zginęło. Odznaczył się szczególnie 
w naszej kompanii Nieprzecki. W Miłosnej czy 
teŜ gdzieś blisko Miłosnej, gdyŜ ciemność nie po-

 

zwalała rozpoznać pozycji, pod laskiem kazano 
nam rozebrać jakiś drewniany pałacyk bardzo 

background image

pięknie umeblowany. Fortepian, lustra, pyszne 
kanapy i krzesła - wszystko poszło w ogień bez 
Ŝ

alu. Raczono się winem z piwnicy, a mnie do- 

stało się trochę białej kwaszonej kapusty, która 
po całodziennym głodzie niezrównanie dobrą 
mi się wydała. Później dowiedziałem się, Ŝe pa- 
łacyk ten był własnością księcia Lubeckiego, owe- 
go posła do Petersburga wysłanego z początkiem 
rewolucji, który więcej do kraju nie powrócił. Na 
drugi dzień, tj. 18 lutego, jeszcze się nie rozwid- 
niło, gdy wojska nasze zaczęły koncentrować się 
pod Wawrem. Tam miały nas zmienić w pierw- 
szej linii bojowej inne pułki, lecz nieprzyjaciel 
natarł na nas przy wyjściu z lasu na pole. Bitwa, 
rozpoczęta o świcie 19 lutego, trwała uporczywie 
cały dzień. Nie ustąpiliśmy ani kroku z miejsca, 
pomimo znacznie przewaŜającej siły nieprzyjaciel- 
skiej. Szeregi nasze znacznie się przerzedziły, ja 
wyniosłem kulę w boku tornistra. Na drugi dzień 
juŜ z drugiej linii patrzyliśmy na krwawą znów 
bitwę, gdzie uŜywano rakiet kongrewskich. Plac 
boju pozostał jak poprzednio nie ustąpionym, a Ŝe 
z obu stron straty były wielkie, nastąpiło więc 
zawieszenie broni, które trwało od 23 do 25 lu- 
tego. Przez ten czas pikiety, placówki i patrole, 
nękane mrozem i głodem, dokuczały nam niepo- 
spolicie. Wojska nasze rozlokowały się pod Gro- 
chowem. Dnia 24 lutego otrzymałem rozkaz od-

 

prowadzić chorych i lekko rannych, którym na 
mrozie pogarszać się zaczęły rany, do Warszawy 
i tam pozostawić ich w jakimkolwiek szpitalu, 
a sam natomiast miałem powracać jak najprędzej 
do pułku. Poczciwy Skrobański, adiutant pułko- 
wy, pamiętał o mnie, wiedział, Ŝe miałem matkę 
w Warszawie, Ŝe się tam ogrzeję i posilę naleŜy- 
cie. Na ulicy Bednarskiej zaraz pozabierano mo- 
ich chorych do domów, tak Ŝe nie miałem kogo 

background image

do szpitala prowadzić. Poszedłem więc na Nowy 
Ś

wiat, wprost do mieszkania matki. Nim tam 

doszedłem, kaŜdy widząc mnie wracającego z pola 
bitwy, rad był o wszystkich znajomych się do- 
wiedzieć, nie pytając, znałem ich czy nie. Pytano 
wciąŜ, czy ten lub ów Ŝyje jeszcze. Ale któŜ zdoła 
opisać zdumienie matki i jej boleść, która wyobra- 
Ŝ

ała sobie, Ŝe ja spokojnie w Lublinie się uczę. 

Pokrytego sadzami i kurzem łzami prawie obmy- 
ła, a później nakarmiwszy, pogodziła się z myślą, 
Ŝ

e juŜ inaczej być nie moŜe. Obdarzając mnie 

błogosławieństwem, wypełniwszy tornister mój 
chlebem i serdelkami, wieczorem matka i siostry 
odprowadziły mnie do mostu, gdyŜ dalej warta 
wzbraniała przechodzić, i tu poŜegnaliśmy się.

 

JuŜ po ciemku przybyłem do ognisk pułkowych, 
wprost Olszynki Grochowskiej rozłoŜonych. Skro- 
bański zdziwił się, zobaczywszy mnie, powiedział, 
iŜ pewny był, Ŝe chociaŜ zanocuję u matki, ale ja 
rozkaz, aŜeby spiesznie wracać, święcie wypełni- 
łem. Najdotkliwsze były nasze zmiany pozycji w

 

celu zmylenia nieprzyjaciela. Zwykle nad ranem 
odchodziliśmy od ogniska i gdzieś na roli lub na 
łące staliśmy po kilka godzin na grudzie pod bro- 
nią w szyku bojowym. Zimno było przeraźliwe, 
a sen trapił niezmiennie. Gdy juŜ miało się roz- 
widniać, w brzasku jutrzenki wracaliśmy do 
ognisk i zaczynaliśmy gotować kaszę lub groch. 
Tak teŜ było i 25 lutego. Zaledwie postawiono 
na ogniskach kociołki, gdy wystrzał armatni zmu- 
sił nas do wylania strawy i stawania pod broń. 
Rozwijaliśmy się na lodzie, kartacze dochodziły 
do nas, rykoszetując, jeden trafił w kolbę mego 
karabinu, nie robiąc mi Ŝadnej krzywdy. W pierw- 
szym ataku nasz pułk odebrał nieprzyjacielowi za 
rowami dwa działa, ale niepodobna było ich za- 
brać, pozostały więc tu zagwoŜdŜone. Tu widzia- 
łem oficera Malkowa z 2 pułku strzelców z cho- 

background image

rągiewką nieprzyjacielską w ręku, którą nazywa- 
no sztandarem. Trzykrotnie atakowaliśmy Olszyn- 
kę i trzykrotnie musieliśmy ustępować przeciąga- 
jącej sile, ale ostatni raz odstępując, kapitan Wolf, 
nie mogąc przejść przez rów dosyć szeroki, jako 
Ŝ

e był otyły, musiał się bronić, i tu raniony w no- 

gę, z dziesięcioma Ŝołnierzami wzięty został do 
niewoli. Ja, szukając miejsca do przeskoczenia, 
dostałem cięcie w głowę. Widać, Ŝe oficer rąbiący 
miał albo zły pałasz, albo niewprawną rękę, gdyŜ 
stłukł mi tylko głowę, nawet krwi nie dobył, czym 
dopomógł mi do przeskoczenia rowu, bo strach 
ma duŜe oczy. Po południu mała garstka nas po-

 

została. W liczbie zabitych policzony był Skro- 
bański, ugodzony kulą w udo. Gdy niepodobna 
było mu amputować nogi, musiał poŜegnać się 
z tym światem.

 

Po sformowaniu się, postąpiliśmy w drugą 
bojową linię, ale i tu jeszcze niekiedy kule armat- 
nie rwały szeregi. Kiedy staliśmy z batalionem na 
jednym miejscu, zaczęło przeraźliwie dokuczać 
zimno. Chcąc się trochę ogrzać, rozdmuchałem tle- 
jące się ognisko, a korzystając z czasu, zdjąłem 
tornister i dobyłem chleba, aŜeby i głód uśmie- 
rzyć. Chleb był zmarznięty, trzeba go było pała- 
szem odciąć. Gdy mozoliłem się nad tym, kula 
armatnia jak gdyby dla Ŝartu ugodziła w sam śro- 
dek ogniska. Obsypany węglem i popiołem, zmie- 
szany, porzuciwszy tornister i chleb pośpieszyłem 
na swoje miejsce! Śmiech ogólny batalionu przy- 
wrócił mi przytomność, zmiarkowałem, Ŝe druga 
kula nie tak łatwo w to samo miejsce trafi, po- 
wróciłem więc i zabrałem się do śniadania, a za- 
razem do obiadu. Wieczorem sławny atak kirasje- 
rów rosyjskich księcia Alberta i naszą kolumnę 
zmusił do sformowania czworoboku przeciw ka- 
walerii.

 

Kolumna nasza przerzedziła do reszty tę garść 
zuchwałych pijanych Ŝołnierzy, z których podobno 

background image

Ŝ

aden nie wrócił do swoich. Za wałem, u roga- 

tek grochowskich, wieczorem straciliśmy jeszcze 
kilku ludzi, między innymi Ŝołnierza Gadają, 
o którym ówczesne gazety pisały. Dnia 26 lutego

 

maszerowaliśmy do Warszawy na plac broni; tu 
był zbiór naszych męŜnych niedobitków. Wieczo- 
rem poszliśmy do obozu na Powązkach, gdzie 
rozlokowano nas w szopach. Nie mieliśmy w kor- 
pusie Ŝadnego oficera, wszyscy wyginęli, a Do- 
magalski był translokowany do 3 batalionu. Nie 
miałem nikogo, Ŝeby prosić o pozwolenie odwie- 
dzenia matki, tak upłynęły trzy dni, dopiero kie- 
dy otrzymaliśmy dowódcę kompanii, porucznika 
MroŜka, od niego dostałem pozwolenie wyjścia na 
parę godzin. W domu juŜ byłem opłakany, bo po 
takiej bitwie nie mając przez kogo zawiadomić 
matki, Ŝe Ŝyję, gdy kaŜdy, kto został Ŝywy, juŜ 
pośpieszył do rodziny, smutne domysły wzbudzi- 
łem. Cieszyliśmy się sobą bardzo krótko, bo urlop 
był bardzo ograniczony. W kilka dni potem do- 
wództwo armii objął Skrzynecki. Do kaŜdego ba- 
talionu miał zwięzłą przemowę, pełną zapału. 
Jeden z Ŝołnierzy naszej kompanii, nazwiskiem 
Kwiecień, wykrzyknął: „Będziem bić Moskali!" 
Skrzynecki nie zrozumiał i zapytał, co ten mówi. 
Kwiecień powtórzył i dodał: „A w ogóle wiwat! 
Niech Ŝyje Polska i Naczelny Wódz!" Zadowolniło 
to generała. Wkrótce wyszliśmy z obozu na kwa- 
tery do Warszawy. Zajęliśmy naszym pułkiem 
Nowe Miasto, ulicę Franciszkańską. Wtedy dopeł- 
niono pułk nowym Ŝołnierzem. Co trzy dni cho- 
dziliśmy na posterunki na Pragę, gdzie obozując 
przy ogniskach na dworze, odbywaliśmy słuŜbę 
na pikietach, placówkach, patrolach. Raz byliśmy

 

na rekonesansie za Grochowem, tu dała się wi- 
dzieć róŜnica między ostrzelanym Ŝołnierzem 
i młodym rekrutem; my nie kłanialiśmy się juŜ 
kulom nieprzyjacielskim i Ŝartowaliśmy z młodych, 
pierwszy raz w ogniu będących, nie pomnąc, jakie 

background image

wraŜenie na nas na początku ten ogień sprawił.

 

W Wielki Czwartek po usłanych słomą ulicach 
i moście wyszliśmy na Pragę, gdzie cała armia 
koncentrowała się. Spostrzegliśmy, Ŝe coś waŜniej- 
szego niŜ pikiety tu nas sprowadziło. Z rozświ- 
tem zaczęła się sławna bitwa (31.III.1831), w któ- 
rej nieprzyjaciel ogromną klęskę poniósł. Nasz 
pułk do wieczora był w drugiej linii, aŜ dopiero 
pod Dębem wprowadzono nas w ogień. Tu 
wytrzymaliśmy sławną szarŜę trzech kolumn ka- 
walerii rosyjskiej, po odparciu której na błotach 
zanocować mieliśmy.

 

W Wielki Piątek my rozpoczynaliśmy bitwę 
(1.IV.1831). Po lewej stronie szosy dostało nam 
się w ręce z łatwością 6 dział nieprzyjacielskich. 
Nieprzyjaciel spiesznie rejterował za Kałuszyn. 
Stąd armia nasza rozeszła się za nieprzyjacielem 
w róŜne strony. 4 pułk wraz z innymi poszedł na 
Cegłów, gdzie zatrzymał się kilka dni bez bitwy. 
Stamtąd robiliśmy poruszenia w rozmaitych kie- 
runkach. W jednym z takich poruszeń, czyli re- 
konesansów, byłem posłany z nocnej placówki na 
patrol awangardowy, zwany szpicą. Mieliśmy do- 
trzeć do jakiegoś miasteczka, zdaje się do Siennicy. 
Przechodząc przez las, spostrzegliśmy poprzywią-

 

zywane do drzew siwe konie. Nie wiedzieliśmy, 
Ŝ

e nasza kawaleria idąca z innego traktu mogła 

być przed nami, zatem przypuszczaliśmy, Ŝe jakiś 
oddział nieprzyjacielskiej kawalerii odpoczywa. 
Wtem spostrzegamy naszego szasera z pułku; 
rzecz się natychmiast wyjaśniła, a poniewaŜ mia- 
łem w tym pułku wuja Franciszka Miecznikow- 
skiego i brata ciotecznego Titenbruna, zaraz za- 
pytałem Ŝołnierza o nich. Wskazał drzewo, pod 
którym wuj przygotowywał śniadanie. Titenbruna 
nie było z nimi. Posiliłem się naprędce, bo nie 
było czasu do stracenia, a przy czułym poŜegna- 
niu wuj obdarzył mnie czterema złotymi polski- 
mi, które wcale mi nie zawadzały. Tego samego 

background image

dnia powróciliśmy do Cegłowa.

 

W kilka dni znowu wypadła na mnie placówka. 
Było juŜ dosyć ciepło, dniem nawet juŜ słońce 
grzało, pozwoliłem więc bez wyŜszego rozkazu 
zdjąć Ŝołnierzom tornistry. Nadjechał nasz dyŜur- 
ny, pułkownik Majkowski, aresztował mnie za to. 
Po odbyciu placówki zameldowałem się do arier- 
gardy i tam pozostałem jako aresztowany. Wtem 
pułk otrzymał rozkaz wymarszu dla zajęcia poste- 
runku w Kuflewie. W marszu, pułkownik nie wi- 
dząc mnie jak zwykle zgiętego pod tornistrem 
i bronią na przodzie batalionu, zapytał dowódcę 
batalionu, majora Piweckiego: - Gdzie się po- 
dział „Mały? (tym przydomkiem zwykle mnie 
nazywano) - a gdy major odpowiedział, Ŝe jesz- 
cze jestem aresztowany, kazał natychmiast mnie

 

zwolnić i przepraszał, Ŝe zapomniał o mnie. 
Wszyscy teŜ Ŝartowali sobie z mego wypadku, 
winszując mi tego, Ŝe juŜ jestem prawdziwym Ŝoł- 
nierzem, bo w kozie siedziałem.

 

Pod Kuflewem był z nami 5 pułk ułanów Za- 
moyskiego. Któregoś dnia napadli na nich nie 
przygotowanych kozacy i zabrali 80 ludzi wraz 
z końmi. Alarm był powszechny. Z naszej kom- 
panii podporucznik Wiśniewski, z plutonem sto- 
jący na lewym skrzydle wsi, otrzymał rozkaz, aŜe- 
by wysłał patrol złoŜony z podoficera i sześciu 
ludzi na groblę za wsią, gdzie były pastwiska 
włościańskie i olszynka na bagnach, dla przeko- 
nania się, czy stamtąd nieprzyjaciel się nie zbliŜa. 
Wiśniewski chciał komenderować Sługockiego, 
lecz ten wymawiał się, Ŝe niedawno był na patro- 
lu i Ŝe nie na niego kolej. Wiśniewski próbował 
go zawstydzić, ale gdy Sługocki zuchwale mu od- 
powiadał i pójść nie chciał, przymuszony był are- 
sztować go, a na patrol wezwać ochotnika. Mnie 
czasami oszczędzano jako bardzo młodego, chcąc 
więc to powetować, wystąpiłem naprzód, prosząc, 

background image

Ŝ

eby mnie na patrol posłano. Podporucznik chęt- 

nie zezwolił na to, kazał wybrać sześciu ludzi 
i ruszyć na miejsce wskazane, a Sługockiego tym 
bardziej upokarzał, Ŝe najmłodszy go zastąpił.

 

Przechodząc z patrolem przez wieś, spotkałem 
jadącego ułana 5 pułku. Był to mój kolega szkol- 
ny, Ignacy Gumowski. Stękał biedak, był cały 
zbroczony krwią i pokłuty przez kozaków. Nie

 

mogłem mu dać pomocy, ale doradziłem, Ŝeby 
jechał do księdza proboszcza w Kuflewie, gdzie 
rzeczywiście znalazł pomoc, jak o tym dowiedzia- 
łem się w 26 lat później. Poszedłszy dalej na 
groblę między olszynę, spotkaliśmy oddział koza- 
ków, jadących ku nam. Niestraszna nam była ka- 
waleria, choć w znacznie przemagającej sile, gdyŜ 
byliśmy zupełnie bezpieczni, mając za sobą płoty, 
rowy i błota. Przyczajeni, oczekiwaliśmy ich zbli- 
Ŝ

enia na strzał karabinowy. Kozacy, nie przewi- 

dując zasadzki, zbliŜyli się na strzał karabinowy, 
a spotkawszy raptowny ogień, zmuszeni byli jak 
najspieszniej cofać się, uprowadzając ranionych. 
Kilka dni później znajdowałem się na placówce 
z prawej strony wsi pod wiatrakiem. Nad ranem 
przyszedł do nas jakiś poczciwy wieśniak, z uwia- 
domieniem, Ŝe Dybicz z 40 tysięcami ciągnie na 
Kuflew i niedługo pokaŜą się jego awangardy. 
Wedle zwykłego porządku odesłałem go pod stra- 
Ŝą

 do dowódcy pułku. W związku z jego donie- 

sieniami na wzmocnienie pikiety przybył podpo- 
rucznik Wiśniewski z resztą plutonu. Szwadron 
jazdy mazowieckiej stanął daleko przed nami 
w zaroślach, zaś szwadron 4 pułku ułanów zakry- 
wał naszą pikietę pod samym wiatrakiem. Równo 
ze wschodem słońca pokazali się kozacy. Zaczęły 
się pojedyncze zaczepki pikiet Mazurów, lecz gdy 
awangarda w paręset kozaków zaczęła się formo- 
wać do ataku, Mazury rzucili się na nich i zaczęła. 
się rąbanina. Ułani widząc przybywających koza-

 

background image

ków, pośpieszyli swoim na pomoc, ale i oni nie 
mogli poradzić coraz wzrastającej sile i całą masą 
zaczęli się cofać ku nam. Piękny to, choć smutny 
widok szarŜującej na siebie kawalerii, przy pysz- 
nym wschodzie słońca. Serce się ściskało, kiedy 
patrzyliśmy na współrodaków, padających z ręki 
najeźdźcy. JakŜeby się chciało dać im pomoc, po- 
dźwignąć z ziemi, usadzić na nowo na koniu, lecz 
powinność zatrzymywała nas na miejscu w ocze- 
kiwaniu dalszych rozkazów. Mieliśmy rozkaz, aŜe- 
by przed kawalerią cofać się ku pułkowi do wsi. 
Kiedy juŜ zaczęliśmy odstępować, przybył do nas 
z nowym rozkazem adiutant, aŜeby rozsypać się 
w tyraliery dla odstraszenia kozaków, którzy z re- 
gularną    piechotą    nie    lubili    mieć      do    czynienia. 
Wiśniewski posłał mnie w łańcuch, a sam pozo- 
stał w rezerwie jako główny komendant. Kawa- 
leria nasza chciała nam ustąpić miejsca do dzia- 
łania, ale nie miała tej    przezorności, Ŝeby nas 
ominąć    na    skrzydłach    naszych,    nie    rozdzielając 
tyraliery. Kozacy obcesowo następowali za nimi, 
tym sposobem przecięli nas na pojedyncze części, 
nie byliśmy w stanie sformować grup zwróconych 
przeciw kawalerii nieprzyjacielskiej, kaŜdy musiał 
się bronić jak mógł lub razem z kawalerią biec 
ku swoim. Ja byłem jednym z ostatnich, a ucze- 
piwszy się strzemienia ułana, biegłem, nie zwa- 
Ŝ

ając na jego wołanie, Ŝe mogę go z konia ściąg- 

nąć. Tak dotarliśmy do płotów, gdzie juŜ ocalony 
byłem,    tu    śmiało    mogłem    brać    na    cel    kozaka,

 

gdyŜ nie mogłem poprzednio strzelać w kupę, 
gdzie byli swoi. Za płotami znalazł się teŜ dzielny 
nasz porucznik Mrozek z drugim plutonem naszej 
kompanii, który nie zwaŜając na swoich, kazał 
z tyłu dać ognia. Kozacy spostrzegłszy niebezpie- 
czeństwo groŜące im z tyłu, rzucili się w bok 
i oczyścili plac boju, na którym z mego łańcu- 

background image

cha tyraliery pozostało czternastu ludzi.

 

Złączywszy się z pułkiem, maszerowaliśmy 
przez wieś w kierunku Cegłowa, ale jeszcze nie 
wyszliśmy zupełnie ze wsi, kiedy kozacy juŜ zaje- 
chali na podwórze pana Trzcińskiego, dziedzica 
czy teŜ posesora Kuflewa, i zaczęli zsiadać z ko- 
ni. Przejęty Ŝalem nad losem współbraci, którzy 
trafiali w ręce wrogów, prosiłem majora Piweckie- 
go, Ŝeby mi pozwolił dla postrachu strzelić do 
najeźdźców. Roześmiał się poczciwy major i rzekł: 
„Pal! ale pal dobrze!". Wycelowałem zza płotu 
i wypaliłem. Nie wiem, czy trafiłem którego, ale 
zaraz rozproszyli się za zabudowania. TegoŜ dnia 
ciągle odpierając natarczywość nieprzyjaciela, 
przybyliśmy wieczorem do Cegłowa, gdzie znale- 
ź

liśmy znaczną część naszego wojska. W nocy od- 

stępowaliśmy wszyscy do Mińska bez walki. Na 
drugi dzień była walna bitwa, w której zginął 
nasz męŜny Nieprzecki, nie doczekawszy się 
munduru oficerskiego, bo był juŜ rozkaz o jego 
awansie. Tu pewien kozak na swym koniu pod- 
stępem chciał zabić kapitana Fausta, komende- 
rującego tyralierami. Wyjechał zza karczmy, woła-

 

jąć i, prosząc, aby do niego nie strzelać, zsiadł 
z konia i oparłszy karabin na koniu wystrzelił 
do Fausta, szczęściem nie trafił, ale sam prędko 
i zręcznie skrył się za karczmę. Potem, gdy się 
kiedy pokazał kozak na siwym koniu, to póty 
strzelano do niego wołając: „Pal do Marcina!", 
póki nie zapłacił Ŝyciem za zdradę swego towa- 
rzysza.

 

Spod Mińska w bitwie cofaliśmy się do Dę- 
bego. Plan Skrzyneckiego nie udał się, nieprzyja- 
ciel pod Dębe Wielkie nie przyszedł, przewą- 
chał niebezpieczeństwo i znów za Mińsk Mazo- 
wiecki odstąpił. Kilka dni staliśmy pod Miń- 
skiem, tu sprawiliśmy pogrzeb Nieprzeckiemu, tu- 
taj straciliśmy pułkownika Majkowskiego. Cholera 
była przyczyną jego śmierci. Dowództwo objął 

background image

pułkownik Brzeski z 2 pułku strzelców pieszych 
i ten juŜ do końca kampanii pozostał dowódcą 
naszego pułku. W ciągu tego czasu pewnego dnia 
przyszedł po mnie podporucznik Wiśniewski, obu- 
dził mnie, kazał się oczyścić i ubrać jak najprę- 
dzej, mówiąc, Ŝe generał mnie wzywa. Wiarusy 
pomogli mi oczyścić amunicję, a ja myjąc się, za- 
pytywałem Wiśniewskiego, po co jestem wzywany, 
Wiśniewski uśmiechał się tylko i mówił: „Po- 
ś

piesz się, to się dowiesz". Pewny byłem, Ŝe mnie 

odkomenderują do Warszawy z jakim polece- 
niem, dusza się aŜ rwała do rodzeństwa, ale 
gdyśmy przyszli na plac, zastaliśmy tam generała 
Giełguda, generała CzyŜewskiego i cały sztab

 

oraz kilkunastu Ŝołnierzy. Wiśniewski przystąpił 
do generała Giełguda i przedstawił mnie. Gene- 
rałowie całowali mnie, jak się całuje pacholęta, 
i tu otrzymałem podziękowanie za ów patrol pod 
Kuflewem, obiecano przy tym przedstawić mnie 
do krzyŜa. KrzyŜa nie otrzymałem, bo teŜ nie 
takie czyny powinny być nagradzane Orderem 
Virtuti Militari.

 

Po niejakim czasie otrzymaliśmy rozkaz ma- 
szerować jak najspieszniej pod Ostrołękę. Była 
to wyprawa na gwardię rosyjską. Maszerowaliśmy 
teŜ dzień i noc lasami, wąskimi droŜynami. Znu- 
Ŝ

enie było ogromne, sen morzył nas do tego stop- 

nia, Ŝe idąc drzemaliśmy i nieraz stuknąwszy no- 
gą o korzeń, rozciągałem się jak długi, co na 
krótki czas otrzeźwiało, bo wkrótce znowu sen 
ogarniał.

 

W Ostrołęce awangarda naszego pułku, pod 
dowództwem majora Ostrowskiego, zabrała na 
Narwi 5 berlinek z Ŝywnością i kompanię eskor- 
tującą je. Dostało się nam sucharków i po czarce 
wódki. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy szosą 
ku ŁomŜy. Prawie z płaczem maszerowałem, tak 
mi sił brakło. Stanęliśmy w lasku o milę od ŁomŜy. 
Jak kamień padłem na ziemię i zasnąłem, nie 

background image

myśląc o posiłku, nóg prawie nie czując. Raniutko 
podnieśli nas do broni. Sformowani w porządek 
bojowy, polami postępowaliśmy pod ŁomŜę. Usy- 
pane baterie kazały się spodziewać silnego oporu 
nieprzyjaciela. Rozsypaliśmy się w tyraliery;

 

pierwszy raz miałem brać udział w ataku ba- 
terii. Nieprzyjaciela nie było widać, była nie- 
wiadoma jego liczba, toteŜ i strachu było więcej. 
Cichość w baterii wzbudzała podejrzenie, Ŝe nie- 
przyjaciel ma zamiar jak najbliŜej nas dopuścić, 
aby tym pewniejszy cios zadać. PróŜne jednak 
były nasze obawy i domysły, w bateriach juŜ ni- 
kogo nie było. Gwardia rosyjska nie oczekiwała 
starcia z nami. Rosjanie opuścili ŁomŜę, spaliw- 
szy za sobą mosty na Narwi, pozostawiwszy 
wszystkie bagaŜe i furaŜ bez jednego strzału. Kie- 
dy juŜ most stał w płomieniach, mieszkańcy Łom- 
Ŝ

y wyszli nam na spotkanie, gościnnie nas przyj- 

mując. Kto co mógł, wynosił na nasze spotkanie, 
radość ich była niewypowiedziana, za to i my teŜ 
wynagrodziliśmy ich, czym mogliśmy. Trzy sto- 
doły ogromne naładowane były rozmaitymi baga- 
Ŝ

ami. Gwardia, szykując się do przyszłej osten- 

tacji przy wejściu do Warszawy, miała ze sobą 
rozmaite zbytkowne rzeczy. Z zimy zaś złoŜone 
tu juŜ było ciepłe odzienie Ŝołnierskie jako obcią- 
Ŝ

ające Ŝołnierzy. Niejeden z mieszczan łomŜyń- 

skich naładował wóz moskiewskich koŜuszków 
albo nowiutkich mundurów gwardyjskich i za- 
wiózł do domu, nikomu za to nie potrzebując 
dziękować. Z oficerskich tłumoków Ŝołnierze zao- 
patrywali się w prześliczną bieliznę, fularo- 
we chustki, często nawet znajdowano sreb- 
ra, które za bezcen łomŜanom sprzedawano. Po- 
wozy, dywany i inne kosztowne rzeczy porozbie-

 

rali oficerowie, słowem, co kto mógł, zabierał. 
Byli i tacy, co naładowane powozy odsyłali do 
domów. Parę dni oczekiwaliśmy rozkazu, a kiedy 
odebraliśmy go, na całą noc wyruszyliśmy pod 

background image

Tykocin. Szliśmy forsownym marszem, w ciem- 
ności ciągle błyskały wystrzały pod Tykocinem 
i huk ręcznej broni, za naszym zbliŜeniem się, 
uporczywie w jednym miejscu był słyszany. Po- 
spieszyliśmy w tę stronę, ale smutny widok nas 
oczekiwał. Przybyliśmy juŜ za dnia, wszędzie było 
cicho, mnóstwo leŜało zabitych i ranionych, 
a wszystko tylko nasi, nieprzyjacielskiego trupa 
ani jednego. Pokazało się, Ŝe dwa nasze pułki - 
Inwalidzki i 16 pułk liniowy po ciemku napadły 
na siebie, a nim spostrzeŜono pomyłkę, ofiar pad- 
ło bardzo wiele. Nieprzyjaciel tymczasem zrejte- 
rował i pomoc nasza była juŜ niepotrzebna. 
Powróciliśmy ze wszystkim do ŁomŜy. Rozkaz 
marszu pod Ostrołękę był spóźniony, z tego po- 
wodu nasz korpus pod dowództwem generała 
Giełguda pozostał w ŁomŜy, oczekując dyspozy- 
cji Naczelnego Wodza. JakoŜ wkrótce przywiózł 
ją nam jakiś sztabsoficer, na skutek której ruszy- 
liśmy na Litwę. Rzucono pontony przez Narew 
i po przejściu całego korpusu, co trwało cały 
tydzień, przeszliśmy do Szczuczyna na nocleg.

 

W tym marszu ja byłem dyŜurnym w swojej 
kompanii. Kiedy stanęliśmy juŜ na miejscu w no- 
cy, nim zawołano dyŜurnych dla oddania rozka- 
zów względem rozporządzania ogniem, słomą, wo-

 

da i gotowaniem strawy, połoŜyłem się odpocząć, 
nie zdejmując nawet tornistra, bo zobaczywszy le- 
Ŝą

cy jakiś bez właściciela, połoŜyłem na nim gło- 

wę    i    mocno    zasnąłem.      Nie      wiem,      jak      długo 
spałem, ale obudzony byłem silnym kopnięciem 
w nogę z wykrzyknikiem: „Jaki tu gałgan leŜy 
na moim tornistrze!" Zerwałem się na równe no- 
gi, a poznawszy Sługockiego, zacząłem mu robić 
ostre wymówki, Ŝe tak niebacznie ze mną po- 
stąpił, dodając, iŜ wiem, Ŝe mu chodzi o całość 
bogactw w łomŜyńskim rabunku szop zdobytych, 
których wcale nie miałem zamiaru wykradać. Słu- 

background image

gocki zamiast przeprosić mnie, przynajmniej unie- 
winnić    się    niepoznaniem,    burknął    mi,    mówiąc: 
„Cicho, smarkaczu, bo jeszcze po uszach dosta- 
niesz!" To mnie wprowadziło w gniew najgwał- 
towniejszy,    wiedziałem,      Ŝe      był      podszyty    tchó- 
rzem, porwawszy za karabin, krzyknąłem: „Broń 
się, tchórzu!      bo nim dostaniesz      się do      moich 
uszu, zakole cię jak bydlę!" Sługocki wyciągnął 
naprzód ręce i tak się w tył cofał, a ja chcąc 
go nastraszyć, zrobiłem    pchnięcie w    powietrzu, 
ale wyciągnięta ręka jakoś trafiła na koniec bag- 
netu, poczułem zaraz, Ŝe go gdzieś ukłułem. Nie 
wiedząc nawet, jaka jest rana, i dosyć mając sa- 
tysfakcji, postawiłem karabin. Sługocki wolał iść 
na skargę niŜ odemścić krzywdę, więc walka bez 
pośredników      się      skończyła. Wkrótce      zawołano 
dyŜurnych, wydano rozkazy, których spełnieniem 
natychmiast      się      zająłem,      nic      nie      wiedząc,      co

 

Sługocki przedsięwziął, gdy wtem głos porucz- 
nika MroŜka, wołający mnie po nazwisku, uprze- 
dził, Ŝe sprawa się wytoczyła. Zastałem przy 
ognisku oficerów i Sługockiego z okrwawioną rę- 
ką. Mrozek zapytał mnie groźnie: „Co to zna- 
czy?" Z pokorą opowiedziałem moją krzywdę, 
dodając, Ŝe nie miałem wcale zamiaru zakłuć 
Sługockiego, chciałem tylko go przekonać, Ŝe do 
moich uszu niełatwo się dostać. Oficerowie, zaw- 
sze przychylni dla mnie, uśmiechali się, a Mrozek 
zaczął nas obydwóch łajać, wymawiając nam, Ŝe 
zły przykład dajemy Ŝołnierzom, a za karę rozka- 
zał mi pozostać następnego dnia dyŜurnym, co 
w czasie marszu było dosyć uciąŜliwe. Sługocki, 
wcale z tego niezadowolony, dosyć zuchwale po- 
wiedział porucznikowi, Ŝe on sam wymierzy spra- 
wiedliwość. Z tego powodu Mrozek, obraŜony, 
złajał Sługockiego, a gdy ten nie przestawał zu- 
chwale odpowiadać, skończyło się na tym, Ŝe 

background image

z raną dostał się do kozy. Rana była bardzo 
mała, koniec bagnetu trafił między palce i skórę 
rozdrapał. Na drugi dzień Mrozek opowiedział 
ten wypadek pułkownikowi. Ja pozostałem dy- 
Ŝ

urnym, a Sługocki jako aresztowany musiał je- 

szcze dźwigać dwa karabiny za zuchwalstwo prze- 
ciwko dowódcy kompanii, a najbardziej go bolało 
to, Ŝe pułkownik kazał mu nieść mój karabin, 
przez co tytn bardziej był upokorzonym.

 

Przybyliśmy    pod    Rajgród.    Tu    stoczona    była 
bitwa (29.V.31 r.) z korpusem Sackena, rozbitego

 

na wszystkich punktach. Do niewoli wzięto 
2 sztabsoficerów, 7 oberoficerów i 1200 Ŝołnierzy. 
Tu dostałem lekką ranę w prawą nogę kulą, skut- 
kiem czego kilka dni jechałem z lazaretem. Sacken 
z resztą swego korpusu odstępował z największym 
pośpiechem za Niemen, ze wszystkich wsi okolicz- 
nych zabierał podwody, magazyny za sobą palił, 
od których niezmiennie wzmagały się poŜary. 
Giełgud wysłał parlamentarza z ostrzeŜeniem, Ŝe 
jeŜeli jeszcze gdzie poŜar zastanie, to na pogorze- 
lisku kaŜe rozstrzelać stu jeńców. To poskutko- 
wało, poŜarów do samego Niemna więcej nie 
spotkaliśmy. Nasz pułk i część kawalerii w awan- 
gardzie ścigały niedobitków do Niemna. Tu za- 
staliśmy juŜ most spalony i tu parę dni odby- 
waliśmy posterunek. Korpus zaś udał się wprost 
pod Giełgudyszki. Gdy staliśmy na posterunku, 
przybyło do nas kilkudziesięciu akademików 
wileńskich. Rozdzielono ich na pewien czas po 
kompaniach. Do mego 8 sierŜanctwa byli prze- 
znaczeni dwaj bracia Borowscy, lecz po przejściu 
za Niemen otrzymali oni inne zadanie i dopiero 
w Prusach byliśmy razem. Od młodszego otrzy- 
małem na pamiątkę chustkę fularową, którą 
w późniejszych nieszczęściach utraciłem.

 

Spod Kowna w ciągu jednego dnia przeszliś- 

background image

my pod Giełgudyszki, gdzie była juŜ urządzona 
przeprawa przez Niemen. W tym przemarszu zno- 
wuŜ na mnie przypadł dyŜur. Zmęczony po tak 
znacznym marszu, kiedy stanęliśmy w lasku pod

 

Giełgudyszkami, bez sił prawie wsunąłem się pod 
krzak jałowcowy z tornistrem i jak kamień zasną- 
łem. Kiedym się obudził, był juŜ dzień, ale jakieŜ 
było moje zdziwienie, gdy zamiast piechoty spo- 
strzegłem się otoczony kawalerią. Dwa szwadrony 
3 pułku ułanów stały na miejscu naszego batalionu. 
Dzielono furaŜ właśnie blisko krzaku, pod którym 
spałem, hałas mnie obudził, a gdym się pytał, 
gdzie się nasz pułk podział, ułani odpowiedzieli 
tysiącem Ŝartów, Ŝe jeszcze w nocy wyruszył, nie 
wiadomo w którą stronę. Broń moja była zabra- 
na, poszedłem jej szukać niezmiernie strapiony, 
gdyŜ jako dyŜurny zamiast drugich budzić, sam 
tak fatalnie zaspałem. Spodziewałem się porząd- 
nej bury od MroŜka, toteŜ mnie nie minęła. Pułk 
oczekiwał pod laskiem na przeprawę, w mojej 
nieobecności kto inny podjął dyŜur, musiałem się 
zameldować porucznikowi, z pokorą przyznając 
się do winy najserdeczniej. Wyburczał, co wlaz- 
ło, a co gorsza, kazał odszukiwać swoich bagaŜy, 
które powinny były razem z ariergardą przybyć 
pod moim dozorem, i rzeczywiście przybyły, ale 
gdzie się podział z nimi słuŜący, nie wiedziałem. 
Ledwo włócząc nogi poszedłem go szukać, ale 
na szczęście sam przybył, nie dał mi więc daleko 
chodzić. Za karę pozostałem na drugi dzień dy- 
Ŝ

urnym, na szczęście w dniu tym marsz był bar- 

dzo krótki, gdyŜ przeprawiwszy się przez Nie- 
men zaraz na drugiej stronie pułk stanął 
na dziedzińcu jakiegoś starego zamku.

 

Powstańcy przybywali do nas znacznymi od- 
działami, pieszo i konno, wszędzie witani okrzy- 
kami: „Niech Ŝyje Polska!" Po długim krąŜeniu 
w róŜnych kierunkach po Litwie przybyliśmy na- 

background image

reszcie pod Wilno. Pełniłem wówczas obowiązek 
oficera, broń oddałem, pozostałem tylko z pała- 
szem, co na moje siły było w marszach daleko 
lŜejsze. Smutnie skończyła się dla nas bitwa pod 
Wilnem. Powracaliśmy przez zapalone lasy nad 
Wilejką, gdzie w czasie przeprawy pułkownik 
inŜynierów Walentyn, instruktor niegdyś pływa- 
ków, kąpiąc się utonął. W kilka dni później sta- 
liśmy pod jakimś spalonym miasteczkiem. Wszyst- 
ko upadało na duchu. Generał Giełgud nie miał 
głowy do tak waŜnych poczynań, jakim był nasz 
pobyt na Litwie, albo teŜ nie obawiając się juŜ 
władzy nad sobą, nie chciał działać tak, jak po- 
winien był działać kaŜdy dobry Polak. Wszyscy 
to widzieli, ale nikt się nie sprzeciwiał, nikt złe- 
mu zaradzić nie umiał. Później w nocy Litwini, 
którymi nasz pułk dopełniono, wszyscy opuścili 
nas. Widząc, Ŝe źle wszystko idzie, nie chcieli 
doczekać się smutnego końca kampanii.

 

Nareszcie rozpoczęła się bitwa pod Szawlami 
(2.VII.31 r.), gdzie poległ nasz szanowny Piwecki, 
dowodząc. 19 pułkiem piechoty. I tu równieŜ szło 
jakoś dziwnie, bez porządku i ładu, to kaŜdy 
Ŝ

ołnierz mógł spostrzec, a cóŜ dopiero generało- 

wie! Jak oni na to pozwolili, trudno pojąć, nie 
moŜna tego tłomaczyć subordynacją wojskową,

 

gdy się widziało oczywistą zgubę. śal serce ścis- 
ka, kiedy się wspomni rolę starszych! Armia nie 
opłacana była od maja, choć kasa była pełna. 
Powstańcy więc opuścili nas, udając się do do- 
mów. Niejeden padł ofiarą za przywiązanie do 
kraju, a wszystko przez niechęć zwierzchników! 
Pewnego dnia Giełgud kazał spalić zapasowe fur- 
gony i prochowe jaszczyki, nawet proch zatopić,

 

i temu nikt się nie sprzeciwił! Chorych i ranio- 
nych wieziono na 300 przeszło podwodach, kilka 
furgonów wypróŜniono prawie z Ŝywności i pod 
przykryciem jechało 50 ludzi z i pułku strzelców 
pieszych, odciętych w bitwie pod Tykocinem i po- 

background image

łączonych z naszym korpusem. Ludzie ci dostali 
się pod komendą jednego z oddziałów do naszego 
pułku, do którego i ja naleŜałem. Byliśmy wysła- 
ni do jakiegoś miasteczka, którego nazwy nie pa- 
miętam. Między lasami zostaliśmy napadnięci 
przez kozaków. Podwody były rozciągnięte nie- 
zmiernie daleko, za pierwszym wystrzałem po- 
wstał ogromny nieład, kaŜdy z gościńca wjeŜdŜał 
w zboŜe, potykał się, a często przewracał, stawia- 
jąc w ten sposób tamę wszelkiemu porządkowi. 
Bronić takiej masy podwód było niepodobień- 
stwem. Konwój zatem odstąpił tę smutną zdobycz 
nieprzyjacielowi. Powróciliśmy do korpusu, który 
maszerował zupełnie inną drogą ku granicy prus- 
kiej. Oficer, dowodzący tą nieszczęsną zbieraniną 
(cięŜar armii w czasie kampanii), zdał sprawę

 

z tego, co się stało. W sztabie przyjęto to obo-

 

jętnie, co nas przekonało, Ŝe był to manewr w ce- 
lu pozbycia się cięŜaru i oszukania nieprzyjaciela 
co do poruszeń armii. Przybyliśmy wreszcie na 
granicę z Prusami. Uzgadniano umowę z genera- 
łem pruskim o złoŜenie broni i wpuszczenie nas 
za granicę. Grupa złoŜona z naszych generałów, 
oficerów, wyŜszych i sztabowych, pruskiego gene- 
rała i adiutantów stała radząc, gdy wtem wciska 
się pomiędzy nich konno z pistoletem w ręku 
kapitan Skulski, adiutant 7 pułku, wzywa o zro- 
bienie mu miejsca dla pomówienia z generałem 
Giełgudem. Krótko coś przemówił, strzelił z pi- 
stoletu i Giełgud padł na ziemię. Skulski groził 
drugim pistoletem generałowi Chłapowskiemu, ja- 
ko szefowi sztabu Giełguda. Grupa rozbiegła się 
na wszystkie strony, wszyscy pospieszyli do swo- 
ich komend, zaś Prusacy odjechali za kordon. 
Nieprzyjaciel zaczął atakować, wszczął się ogólny 
nieład. Jedni pod dowództwem generała Rolanda 
odstrzeliwali się i nad granicą ciągnęli do TylŜy, 
drudzy składali broń, z powodu braku ładun- 

background image

ków, i pod komendą generała Chłapowskiego 
weszli do Prus pod Memlem. W tej komendzie 
zostawał I pułk ułanów, 4 pułk strzelców, 4 ba- 
talion 19 pułku liniowego i zbieranina chorych 
lub rannych z róŜnych pułków. Generał Roland 
takŜe, dla braku ładunków, wszedł z resztą kor- 
pusu pod TylŜą o 7 mil od nas. Sądny był dzień 
przy składaniu broni, Ŝołnierze płacząc przekli- 
nali dowódców. Smutek niewypowiedziany prze-

 

nikal kaŜdego, kiedy się widziało, Ŝe tyle tru- 
dów, tyle poświęceń, tyle krwi przelanej spełzło 
na niczym, w nagrodę dostała się niewola i tryumf 
wrogów, a co gorsza, biedny kraj pozbawiony zo- 
stał tylu rąk, i bez tego mając mało na obronę 
swobody swojej. Rozpacz prawdziwa brała kaŜ- 
dego, a przecieŜ ulegało się przemocy i koniecz- 
ności. Ładunków bojowych juŜ nie było, Ŝywność 
takŜe nie dochodziła do nas w swoim czasie, sło- 
wem bieda w naszym korpusie kompletna. Zja- 
wili się teŜ i pocieszyciele (których nie wiem, 
z jakiej strony nasyłano), Ŝe przez Prusy, bez bro- 
ni tylko, przejdziemy do Królestwa, a tam broń 
będzie nam oddana. Tym smutnym fałszem uspo- 
kojono Ŝołnierzy i do posłuszeństwa przywie- 
dziono.

 

Stanęliśmy o milę od Memla, gdzie odbywaliś- 
my przez 48 godzin kwarantannę. Jak zawsze 
„poczciwi" sąsiedzi-Prusacy uciemięŜali nas jak 
tylko mogli. Ustawili nas na wydmie piaszczystej, 
nad rzeczką i bagnem, otoczyli sznurami, za któ- 
rymi stał łańcuch ich piechoty, strzegącej przejścia 
przez sznur. Konie nie miały co jeść, sprzedawa- 
no je po talarze, byle nie zdychały z głodu. God- 
ne upamiętnienia wypadki zachodziły w tym obo- 
zie! Ułani I pułku, zniecierpliwieni długą kwa- 
rantanną, powstali przeciw swym dowódcom, roz- 
rzucili barak swego pułkownika Borkowskiego 

background image

i tamŜe chcieli go powiesić. Prusacy wdali się 
w tę sprawę i wzięli go pod swoją opiekę, a na-

 

stępnie cały korpus oficerski przenieśli o 1/2 mili 
od obozu Ŝołnierskiego. W obozie oficerskim zna- 
leziono zgubioną korespondencję porucznika 7 puł- 
ku - Szletyńskiego. Znajdowały się w niej po- 
dziękowania od rosyjskich generałów za donie- 
sienia Szletyńskiego. Za to ordynansi obdarli 
Szletyńskiego z munduru oficerskiego, bili po 
twarzy, a następnie wyrzucili z obozu. Prusacy 
przyjęli go i ubrali w swój mundur. Ten sam 
Szletyński dziś jest komisarzem policji w War- 
szawie. Wypadek ten świadczył o tym, Ŝe mie- 
liśmy nieprzyjaciół między sobą.

 

ś

ywiliśmy się szczupłą racją, póki zimno nie 

zmusiło naszych argusów do przewiezienia nas 
na półwysep między Królewcem a Piławą, gdzie 
pomieszczono nas na kwaterach. Ja kwaterowa- 
łem u barona Walhaia niedaleko miasteczka 
Fischhausen. Tu otrzymaliśmy bardzo bolesną 
wiadomość o poddaniu się Warszawy, a około 
Nowego Roku 1832 rozkaz powrotu do biednego 
kraju.

 

III 
Powrót do Warszawy

 

W początku stycznia 1832 roku po- 
wróciłem do Warszawy. KaŜdy 
łatwo odgadnie, jakie było przy- 
witanie z rodziną, a szczególniej 
z matką, która od Wielkiego Czwartku roku 
poprzedniego nic o mnie nie wiedziała. Siostry 
Józefy juŜ nie zastałem Ŝywej. Umarła w dzień 
wejścia wojsk rosyjskich do Warszawy, jednocześ- 
nie prawie z poczciwym śukowskim, narzeczonym 
siostry Eleonory. Znowu dla matki nowy kłopot, 
nowa boleść, co ze mną zrobić. Do biur rządo- 
wych wstępu nie miałem, jak ci wszyscy, którzy 

background image

słuŜyli w wojsku rewolucyjnym. PołoŜenie było 
bardzo smutne, któremu przecieŜ się wreszcie 
zaradziło. Z początku pan Kropiwnicki, kuzyn, 
przyjął mnie jako aplikanta, dając mi u siebie 
stół. W parę miesięcy znalazłem sobie miejsce 
u pana Ewalda Doplera, który kantor loterii kla- 
sycznej na ulicy Miodowej utrzymywał, z wy- 
nagrodzeniem - 1200 zł rocznie i z pomieszka- 
niem.

 

Wkrótce matka wraz z siostrami Eleonorą i Zo- 
fią wyjechała zupełnie z Warszawy na mieszkanie

 

do swego krewnego, który był lekarzem w dob- 
rach ks. Jabłonowskiego w Lubelskiem we wsi 
Wysokie.

 

Rok prawie byłem u pana Dóplera, ale nie 
widząc Ŝadnych dla siebie widoków na przysz- 
łość, przykrzyłem sobie bardzo. Tymczasem od- 
nowiłem znajomość z Kalikstem Potockim, z któ- 
rym spotykaliśmy się w wojsku. Po częstych 
naradach i rozmyślaniach umówiliśmy się z nim, 
Ŝ

e na Wielkanoc 1833 roku przyjadę do niego 

do wsi Cisza, w bliskości Siedlec leŜącej, stąd 
zaraz po świętach mieliśmy się puścić w dalszą 
drogę za granicę, a tam, gdzie oczy poniosą. 
W oznaczonym czasie, poŜegnawszy pana Dople- 
ra, punktualnie według umowy przyjechałem do 
Potockich, ale spostrzegłem, Ŝe matka ich coś 
bardzo zasmucona moim przybyciem, a Kalikst po 
kilku dniach mego pobytu ani wspomina o umó- 
wionej podróŜy. Gdy zacząłem na niego nale- 
gać, Ŝeby czasu nie tracić, biedna matka ze łzami 
prosiła nas, aŜebyśmy tego zamiaru zaniechali, 
przedstawiając całą trudność wykonania go, który 
gdyby się nie udał, groziło nam niebezpieczeństwo 
zsyłki lub osadzenia w kazamacie. Widząc, Ŝe 
Kalikst się waha, nie chciałem go namawiać, aby 
nie ściągnąć na siebie Ŝalu matki albo w razie 
nieszczęścia - jego wymówek. Znalazłem się 
w smutnym połoŜeniu. Wracać .do Warszawy nie 

background image

było po co, nie pozostawało nic innego, jak tylko 
samemu puścić się w dalszą drogę. Pojechałem

 

zatem w Lubelskie do matki, skąd było 4 mile 
do granicy austriackiej. Stamtąd łatwiej było upa- 
trzyć dogodną porę lub wynaleźć jakiego obywa- 
tela z pogranicza, który by ułatwił niebezpieczną 
przeprawę. Lecz wszystko wzięło nieprzewidzia- 
nie zupełnie inny obrót. W tym właśnie czasie 
w całej Polsce, we wszystkich guberniach, poja- 
wili się emisariusze, gerylasami nazywani. W Lu- 
belskiem było ich siedemnastu, między nimi był 
i brat cioteczny, Edward Lange, były oficer 
4 pułku liniowego, który utracił w bitwie pod 
Grochowem trzy palce lewej ręki. Za głowę kaŜ- 
dego z nich była przeznaczona nagroda 500 zło- 
tych polskich. Obostrzenia z tego powodu w ca- 
łym kraju były wprost nie do uwierzenia. Nie 
wolno było nikomu ze wsi przejechać ani przejść 
bez formalnego paszportu. Z tego powodu były 
tysiące naduŜyć ze strony, złych urzędników. Na 
wszystką młodzieŜ obywatelską zwrócono szcze- 
gólną baczność i za byle jakie podejrzenie aresz- 
towano.

 

Aresztowanych we wszystkich miastach by- 
ło mnóstwo, między innymi aresztowano szwa- 
gra Krauzego, bawiącego za interesami w Lubli- 
nie, a do Wysokiego, gdzie on mieszkał, nasłano 
urzędnika, oficera Ŝandarmów, oficera od huza- 
rów z 12 Ŝołnierzami, 40 kozakami i kilku jesz- 
cze Ŝandarmów dla zrewidowania domu i zabra- 
nia papierów, gdyby jakie były. Mnie oddano 
pod obserwację. Szwagra przysłano z Lublina za

 

poręczeniem dwóch obywateli. Dodano nam ofi- 
cera od huzarów i Ŝołnierza od Ŝandarmów, któ- 
rzy kaŜdy nasz krok śledzili, a zarazem obser- 
wowali, z kim byliśmy w jakimkolwiek kontak- 
cie. W takim połoŜeniu byliśmy trzy i pół mie- 

background image

siąca. Mnie na koniec powołano do Lublina, 
gdzie dostawił mnie oficer znajdujący się przy 
nas, Józef Zieliński, z pułku huzarów. Przed- 
stawiony byłem generałowi Rudigerowi, który 
oświadczył mi, Ŝe łaską najjaśniejszego pana do- 
zwolono wszystkim byłym wojskowym wchodzić 
do słuŜby rządowej, z warunkiem, Ŝeby dwa la- 
ta słuŜyli bezpłatnie. Na moje Ŝądanie kazał wy- 
dać paszport do Warszawy, dokąd teŜ powróci- 
łem. Pan Kropiwnicki znowuŜ dał mi. u siebie 
obiady, a sypiałem u Aleksandra Miecznikow- 
skiego, brata mego wujecznego, ale bez łóŜka, na 
gołym sienniku na ziemi, który na dzień sprzą- 
tało się i wynosiło na poddasze, które w ciepłej 
porze słuŜyło mnie za mieszkanie. O przejściu za 
granicę nie myślałem juŜ z dwóch przyczyn, po 
pierwsze wiązała mnie prośba matki, aŜeby nie 
ryzykować, a po drugie wraŜenie, jakie na mnie 
zrobiły wdzięki panny Eudoksji Sobolewskiej 
w Wysokiem. Zmieniło to zupełnie moje pro- 
jekty na przyszłość. Uczucie to było pierwsze 
i nadzwyczajnie silne, a wzajemność jej kazała 
zapominać o wszystkich poprzednich zamiarach, 
a raczej kazała wziąć się szczerze do pracy, aby 
los sobie zapewnić. Przy pomocy wuja Mieczni-

 

kowskiego, jako naczelnika wydziału kas w Urzę- 
dzie Municypalnym, byłem tam umieszczony na 
aplikacji. Miłość uczyniła mnie pracowitym i bar- 
dzo pilnym, ale gdy panna Sobolewska przybyła 
do Warszawy, stała się wielka przerwa w za- 
trudnieniach moich. Ciągle u niej, zawsze z nią, 
opuszczało się pracę, ściągając tym samym na sie- 
bie niezadowolenie naczelników. Miałem wów- 
czas 4 zł dziennie diety, później zredukowano 
ją do 3 zł. Główną przyczyną tego poniŜenia była 
kłótnia z panem sekretarzem generalnym Jahoł- 
kowskim, miał on zwyczaj niegrzecznie, a nawet 

background image

po grubiańsku obchodzić się z podwładnymi, nie 
zaleŜałem od niego, lecz będąc przeznaczonym na 
zastępstwo głównego dziennikarza, pana Bagień- 
skiego, miałem z nim ciągłe styczności. Usłyszaw- 
szy od niego impertynencję nie zasłuŜoną, rzuci- 
łem za nim dziennikiem w przytomności całej 
kancelarii i złajałem na cały głos. Przygotowany 
byłem na to, Ŝe otrzymam dymisję, szczęściem 
wszyscy naczelnicy wydziału, oprócz sprawiedli- 
wego wuja, trzymali moją stronę. Skończyło się 
na ostrym upomnieniu pana prezydenta Łaszczyń- 
skiego i na przeniesieniu mnie do Kasy Skar- 
bowej przy Urzędzie Municypalnym na 3 zł 
diet.

 

Z panną Sobolewska byłem w kontakcie do 
1836 r. W tym czasie oświadczył się o nią p. Roz- 
wadowski, urzędnik z Dyrekcji Loterii, i została 
jego Ŝoną. Jako panna odznaczała się płochością

 

charakteru, ale teŜ i złą była Ŝoną. Marceli Bro- 
chocki, człowiek poczciwy i zacny, takŜe był jed- 
nym z adoratorów panny Sobolewskiej, znał ją 
jeszcze dzieckiem, i to w trudnej porze swego 
Ŝ

ycia. W czasie rewolucji słuŜył w 3 pułku strzel- 

ców pieszych, w bitwie pod Kockiem był niebez- 
piecznie zraniony kulą w prawe ramię, która 
przebiła je na wylot. Z placu bitwy dostał się do 
niewoli. Ranny został odesłany do szpitala lubel- 
skiego, gdzie naszym paniom dozwolone było 
mieć pieczę nad rannymi współziomkami. Tam 
doznawał wiele współczucia od matki panny 
Eudoksji, która z nią razem odwiedzała go, do- 
starczała wygodniejszej pościeli, pokarmów smacz- 
niejszych oraz ksiąŜek do czytania. Marceli, ma- 
jąc się juŜ lepiej, zdołał się wyswobodzić z nie- 
woli i pozostał w kraju. W Warszawie widywał 
mnie zawsze razem z panną Eudoksją, a Ŝe i jego 
serduszko silnie do niej biło, chcąc się mnie po- 

background image

zbyć, pewnego dnia zaprosił mnie do cukierni, do 
osobnego pokoju, dla bliŜszych objaśnień. Naj- 
pierw zadał mi pytanie, w jakich zamiarach tak 
często przebywam u Sobolewskiej, a gdy mu 
otwarcie odpowiedziałem, Ŝe na przyszłość Ŝad- 
nych widoków w tym nie mam, on przyznał mi 
się, Ŝe chce stanowczo oświadczyć się o jej rękę, 
widzi tylko mnie na przeszkodzie, wymaga, abym 
przestał u niej bywać. Szanując bardzo Brochoc- 
kiego i znając juŜ zbyt dobrze lekkomyślność 
Sobolewskiej, Ŝałowałem jego dobrych zamiarów

 

i czystych uczuć dla nieczułej istoty, a chcąc 
w nim przytłumić gorącą miłość, czułem się 
w obowiązku powiedzieć mu, Ŝe ona wcale nie- 
warta jego poczciwych uczuć. Brochocki zaŜądał 
bliŜszego objaśnienia, a zarazem dowodów prze- 
konywających. Naturalnie, nie wierzył mi, a co 
gorsze, posądzał o fatalną obmowę panienki w ce- 
lu odstręczenia go od kroku tak stanowczego. 
W draŜliwym znalazłem się połoŜeniu, a gdy wy- 
mawiałem się od dania dowodów potwierdzają- 
cych, Marceli powiedział mi, Ŝe jeŜeli w przecią- 
gu dwóch tygodni nie przekonam go o prawdzie 
słów moich i nie przestanę bywać u niej, w takim 
razie muszę się z nim strzelać, i to na śmierć, to 
jest tak: mieliśmy wyjechać łódką na Wisłę 
i z przeciwnych końców łódki wystrzelić, a kto 
by był raniony, miał wpaść w wodę i koniec 
wszystkiemu. Sekundantów Ŝadnych nie miało 
być, aŜeby nikogo nie wplątać w odpowiedzial- 
ność. Ton, jaki przyjął Brochocki, nie podobał mi 
się, uwaŜałem, Ŝe chce działać na mnie postra- 
chem, to mnie oburzyło. Odpowiedziałem zatem, 
Ŝ

e com powiedział z Ŝyczliwością dla niego, jest 

ś

więtą prawdą, ale dowodów na to nigdy ode 

mnie nie doczeka się i bywać jeszcze częściej po- 
stanawiam, a jeŜeli chce się strzelać, to nie po- 

background image

trzeba zwlekać do dwóch tygodni, moŜe mieć tę 
satysfakcję nawet natychmiast. Brochocki wyszedł, 
a ja na złość jemu powróciłem do panny. Nie prze- 
szło dwóch tygodni, kiedy otworzono Brochoc-

 

kiemu oczy. Spotykał się ze mną codziennie, ro- 
zumie się zawsze tylko u Sobolewskiej, ale do- 
pilnował czasu, kiedy tam nie byłem, i wystąpił 
z oświadczeniem się, najpierw przed panią Pa- 
kajzerową, u której mieszkała Sobolewska. Pakaj- 
zerowa znała mnie i całą moją familię od dziecka, 
Brochockiego bardzo szanowała i ceniła dla pocz- 
ciwości charakteru, stosunki moje z panną Eu- 
doksją bardzo jej się nie podobały, ale poczciwa 
kobieta nie umiała temu zapobiec, uwaŜała je za 
zbyt daleko posunięte, do czego lekkomyślność 
panny upowaŜniała. śona z podobnej kokietki dla 
poczciwego człowieka Ŝadna, nie mogła zapewnić 
szczęścia, a Pakajzerowa, wiedząc więcej, niŜ my 
obaj mniemaliśmy, bez ceremonii powiedziała 
Marcelemu wszystko najotwarciej. Wtedy Mar- 
celi, przekonawszy się o prawdzie słów moich 
i Ŝyczliwości dla niego, podał mi rękę do zgody 
i odtąd Ŝyliśmy w przyjaźni. Niedługo teŜ zna- 
lazł się trzeci adorator, Rozwadowski, do którego 
ja czułem nawet antypatię, nie przeszkadzałem 
więc jego zamiarom, owszem, okazywałem obo- 
jętność pannie, a Ŝe Rozwadowski był przystojny 
i chciał się Ŝenić, zatem związek wkrótce przy- 
szedł do skutku. W późniejszym czasie Ŝałowałem 
Rozwadowskiego. Był on wart lepszej Ŝony. 
W najkrytyczniejszym połoŜeniu za granicą, gdzie 
oboje wyemigrowali, opuściła go i poleciała za 
jakimś amantem, a następnie w Warszawie, nie- 
przystojne Ŝycie prowadząc, starała się na próŜno

 

o rozwód, gdyŜ uzyskać go bez pozwolenia męŜa 
nie mogła. W końcu znowu wyjechała za grani- 
cę, a co się z nią dalej stało, tego juŜ nie wiem. 

background image

Rozwadowskiego za komunę rozstrzelano w Pa- 
ryŜu.

 

SłuŜba moja w Kasie Skarbowej przy Urzędzie 
"Municypalnym nie przedstawiała Ŝadnych wido- 
ków. Aplikantów i dietariuszów było mnóstwo. 
Wuj zniechęcony do mnie, nie obiecywał naj- 
mniejszej protekcji, a najlepszej, zasłuŜonej gorli- 
wością i pracą, wskutek opuszczenia się byłem 
pozbawiony. Wypadki polityczne równieŜ trwogę 
na młodzieŜ polską rzucały. Aresztowania i ze- 
słania za byle co były bardzo częste, a szcze- 
gólniej tych, którzy brali czynny udział w rewo- 
lucji.

 

Trzeba było wystrzegać się własnego cienia, tyle 
było szpiegostwa i prześladowań. Przykrzyło mi 
się to wszystko, aŜ wyczytałem w gazetach, Ŝe 
rząd austriacki ogłosił termin dla wszystkich 
chcących emigrować do dnia 5 czerwca 1837 ro- 
ku, Ŝe kto by przed tym terminem dobrowolnie 
zgłosił się do władzy miejscowej, będzie według 
jego woli odesłany na koszt rządów Francji 
lub Ameryki. Dawniejsza chęć emigracji zajęła 
wszystkie moje myśli. Był to łatwy sposób po- 
dróŜowania dla tych, co nie mieli na to fundu- 
szów, prócz tego tym sposobem mogłem się złą- 
czyć z bratem moim rodzonym, Michałem, albo 
w Ameryce z Władysławem Lange, bratem cio-

 

tecznym. Zdeterminowany zupełnie, chcąc porzucić 
wszystko i dostać się do Galicji, zwierzyłem się 
z tą myślą Brochockiemu, Luborackiemu, Stani- 
sławowi Niemojewskiemu, Arentowi i Arkuszew- 
skiemu. Brochocki prosił, abym go na parę dni 
przed wyjazdem uwiadomił, mówił to nawet 
z pewną tajemnicą, co mnie w ciekawość wpra- 
wiało. Nie zaniedbałem więc przyjścia do niego 
z zawiadomieniem, ale nie zastałem go parę ra- 
zy w domu, a mając juŜ wszystko gotowe do 

background image

drogi, dnia 4 maja 1837 roku wyruszyłem z War- 
szawy na Radom do Sandomierza. Arent i Arku- 
szewski odprowadzili mnie do rogatek jerozolim- 
skich i tam serdecznie poŜegnali. W Sandomierzu 
spostrzegłem trudność przeprawienia się przez 
Wisłę, trzeba było próbować szczęścia na suchej 
granicy. Pojechałem zatem do Zawichostu, a prze- 
prawiwszy się przez Wisłę, w pierwszej wiosce 
znalazłem człowieka, który za dukata podjął się 
przeprowadzić mnie przez granicę, tam dostać 
furmankę, która by mnie o parę mil dalej od- 
wiozła, gdzie mógłbym być juŜ bezpiecznym. IleŜ 
to potów uderzało na mnie, kiedy czołgałem się 
nocą około samych mieszkań straŜników pogra- 
nicznych. Nieraz zdawało mi się, Ŝe najemnik 
zdradzić mnie zamierzył. Tymczasem doświad- 
czony przewodnik naumyślnie wybierał drogę naj- 
bliŜszej straŜy, utrzymując, Ŝe tu czujność jest 
najmniej baczna, i rzeczywiście tak było. Objazd 
przejechał koło nas nie zauwaŜywszy leŜących

 

w bruździe, wtedy to zatrzymywałem oddech 
i śmiertelne poty uderzały na mnie. Przewodnik 
uspokajał mnie, nawet przykładał ucho do ziemi, 
ś

ledząc ruch straŜy i kierując się doskonale zna- 

jomą mu drogą. Przybyłem nareszcie do Galicji, 
zmęczony nie tyle podróŜą, ile obawą, aby nie być 
złapanym. Na nieszczęście moje przybyłem 
szczęśliwie.

 

VI

 

Nieudana próba przedostania

 

się za granicę. Aresztowanie,

 

więzienie, zesłanie

 

O trzy    mile    od    granicy    bawiłem 
kilka dni w dobrach Dolańskie- 
go u pana Huberta, który peł- 
nił jakiś urząd na kształt nasze- 

background image

go wójta gminy. Ten zapewniał mnie, Ŝe jeŜeli 
sam się zamelduję w cyrkule, to bez Ŝadnej kwe- 
stii będę odesłany do Francji albo do Ameryki. 
W tej nadziei dnia 22 maja 1837 roku przyby- 
łem do Rzeszowa i zameldowałem się panu sta- 
roście. Pan starosta przywołał urzędnika Konar- 
skiego, a dawszy mu sekretną dyspozycję, rozka- 
zał spisać ze mnie protokół. Konarski ku wiel- 
kiemu mojemu zdziwieniu nieustannie robił przy 
protokóle rozmaite domysły      i      stawiał      zarzuty, 
chciał koniecznie, Ŝebym się przyznał do jakiego 
występku, jeŜeli nie do zbrodni, słowem, postę- 
pował ze mną bardzo ostro, wcale nie jak z tym, 
który sam się zameldował, ale jak z podejrza- 
nym o jakąś zbrodnię.    JakieŜ było moje zdzi-

 

wienie, gdy po protokóle pokazali się Ŝołnierze, 
którzy otrzymali rozkaz odprowadzenia mnie do 
więzienia. W więzieniu najostrzej mnie zrewi- 
dowano, odebrano pieniądze, których miałem 
bardzo niewiele, i papiery nic nie znaczące. Po- 
stawiono wartę za drzwiami i oknem i bez lito- 
ś

ci porzucono mnie na sienniku, kazano rozmy- 

ś

lać o smutnej przyszłości. Straszne to połoŜenie 

młodzieńca być zamkniętym, bez Ŝadnego zaję- 
cia, bez najmniejszej wygody. Dzień był znośniej- 
szym, moŜna było przynajmniej oknem wyglądać, 
ale wieczorem tęsknota poŜerała mnie, gorączka 
trawiła i niecierpliwość, a przemoc bezlitośnie 
gnębiła. W budynku Szpitala Miejskiego przesie- 
działem trzy i pół miesiąca, widocznie zdawało 
się wtedy, Ŝe tam nie dosyć byłem bezpiecznym, 
przeniesiono mnie więc do klasztoru Bernardy- 
nów.

 

Cela była dosyć ciemna, z małym okrato- 
wanym okienkiem, wychodzącym na ogródek 
wcale nie oczyszczany. Obiecywano mi, Ŝe decy- 
zja z Wiednia wkrótce nadejdzie i niezawodnie 

background image

będę wysłany za granicę, nie wyjaśniono jedynie, 
za którą. Z nudów pisałem węglem po ścianach 
wiersze, jakie pamiętałem. Na środku sklepienia 
narysowałem szubienicę, nad nią armaturę z kos, 
pik, karabinów, pałaszy, armat i bębnów, uwień- 
czoną krakowską czapką z piórkiem. Pod tym 
smutnym herbem napisałem wiersz, który kiedyś 
czytałem, nie pamiętam gdzie:

 

Szubienica wzniesiona wolnym na mogile

 

Nie ulega czasu sile!

 

Przetrwa pomnik tyranów z marmuru i spiŜu.

 

Jej - niepamięć nie pochłonie,

 

Oni wielcy w kaŜdym skonie

 

Jak ten, co cierpial i umarł na krzyŜu...

 

Na ścianach starannie napisałem wyjątek 
Ody do miłości wygnańca - Glos tułacza - 
rozmaite śpiewki patriotyczne, a między nimi - 
Bitwę pod Stoczkiem. Ściany wyglądały tak, jak 
gdyby były wyklejone najozdobniejszymi obicia- 
mi. Ale niestety, niedługo cieszyłem się swą pra- 
cą. Pewnego razu odwiedził mnie jakiś niemiec- 
ki urzędnik, a spojrzawszy na ściany, rozgniewał 
się niezmiernie, niektóre wiersze przeczytywał, 
trafił takŜe na Bitwę pod Stoczkiem, a „St.", czy- 
tał jak „H", śmiałem mu się w oczy, gdy się rzucał, 
krzyczał, a kiedy wydał rozkaz, aby wszystko po- 
ś

cierać, oświadczyłem mu moje zadowolenie z te- 

go, obiecując na przyszłość jeszcze staranniej pra- 
cą tą się zająć. Przeklęty Niemiec kazał mnie za 
nogę przykuć do łóŜka tak, Ŝebym do ścian do- 
stać się nie mógł, a ścieranie ze ścian i sklepienia 
pokryło mnie sadzą, której część połknąć musia- 
łem. Serce się krajało, krew się burzyła na ta- 
kie tyraństwo, ale trzeba było ulec przemocy, tyle 
tylko było mojej zemsty, Ŝe kaŜdemu odwiedzają- 
cemu mnie Niemcowi wymyślałem jak zbrodnia- 
rzowi. Po dziesięciu miesiącach tego cięŜkiego 

background image

Ŝ

ycia w więzieniu przyszedł kapral z rozkazem

 

zabrania mnie w drogę. Było to w końcu marca, 
zima jeszcze trwała, ciepłego odzienia Ŝadnego 
nie miałem, a zamiast odziać mnie czymś cie- 
płym, włoŜono na mnie Ŝelaza na krzyŜ od ręki 
do nogi, tak jak na zbrodniarza, co dziesięć wsi 
spalił. Wpakowano mnie w towarzystwie czte- 
rech Ŝołnierzy do bryczki i kapral kazał jechać 
do Przemyśla. Ten rozkaz upewnił mnie, Ŝe bę- 
dę wydany do Rosji. We Lwowie wskutek sprze- 
ciwu, jaki robiłem przeciw wydaniu mnie do 
Rosji, zatrzymano mnie na kilka dni, ale nie po- 
mogły moje reklamy, znowuŜ zamknęli kłódki 
u ręki i w Ŝelazach zawieźli do Tomaszowa. Tu 
znowu naczelnik etapu na nowo protokół ze mnie 
spisał, brodę nie goloną przez dziesięć miesięcy 
kazał ogolić i oddał mnie w ręce kozaków. Po 
rusku nie umiałem ani słowa, grubiaństwa koza- 
ków znośniejsze mi jednak były niŜ obrzydliwych 
Niemców. Na drugi dzień byłem odwieziony do 
Zamościa. Placmajor Zamościa, p. Freiman, bar- 
dzo łaskawie mnie przyjął, mówił bardzo mało, 
ale grzecznie, wydał dyspozycje, aby mnie pomie- 
ś

cić w Szczebrzeszyńskiej Bramie, w pokoju ofi- 

cera warty. Oficer ze zdziwieniem ten rozkaz 
spełnił. Kazał mi przynieść trochę słomy na wolny 
tapczan, a towarzystwo jakiekolwiek więzienie 
moje juŜ lŜejszym zrobiło. Obiady, kawę, herba- 
tę, a nawet ksiąŜki do czytania przynoszono mi 
od placmajora, wszystko bardzo było smaczne, 
czyste, słowem wcale nie po więziennemu mnie

 

traktowano. W parę dni zaciągnął na wartę ja- 
kiś oficer tamtejszego garnizonu, który po polsku 
mówił bardzo dobrze.      Dziwił      się      niezmiernie 
łasce      placmajora,      mówiąc,      Ŝe      jeszcze      Ŝadnego 
więźnia tak nie utrzymywano, wnosił z tego, Ŝe 
sprawa moja musi być mało znacząca i robił mi 

background image

nadzieję, Ŝe zapewne zostanę uwolniony. Po obie- 
dzie dano znać, Ŝe przyjechały jakieś damy w po- 
wozie placmajora i proszą oficera warty do sie- 
bie. Oficer powróciwszy od nich kazał mi się po- 
ś

piesznie        ubierać      i      wyjść        do        dam,        mówiąc 

z    uśmiechem,    Ŝe będę    miał    przyjemną    niespo- 
dziankę. Zdziwiłem się niezmiernie, zobaczywszy 
w powozie dawne znajome z lat dziecinnych - 
pannę Justynę Gislausoni i Marię Srótowską, któ- 
ra była Ŝoną placmajora. Jej    to wpływowi wi- 
nien byłem ulgę w moim połoŜeniu. Przywitały 
się ze mną, mając łzy w      oczach,      a po      krótkiej 
rozmowie prosiły oficera, aby po capstrzyku wie- 
czornym pozwolił mi przyjść do mieszkania dok- 
tora    Srótowskiego,    brata    placmajorowej.    Oficer 
bał się niezmiernie, aŜeby w mojej nieobecności 
nie przyszedł placmajor, ale p. Freiman zapewni- 
ła go, Ŝe mąŜ jej wieczorem będzie brał kąpiel, 
po której ma zakaz doktora wychodzenia z do- 
mu, oprócz tego obiecał zachować wszelkie środ- 
ki ostroŜności, aby nie narazić oficera na odpo- 
wiedzialność, a takŜe zachować sekret najściślej- 
szy, więc oficer zdecydował się pozwolić. JakoŜ 
po dziewiątej odprowadził mnie do Srótowskich.

 

Tu znów było czułe przywitanie, płacz, ubolewa- 
nie, rady, gawędy, słowem wszelka pociecha do- 
brych i Ŝyczliwych przyjaciół, to wszystko trwało 
krótko, około godziny dwunastej poŜegnaliśmy 
się i pozostała tęsknota, która jeszcze mocniej 
mnie ogarnęła po chwilowym rozdraŜnieniu.

 

W Zamościu siedziałem tylko dziesięć dni. 
Przyszedł rozkaz odstawienia mnie do Warsza- 
wy wraz z drugim współtowarzyszem, równieŜ 
wygnanym z Galicji, gdzie bawił od czasu rewo- 
lucji. Był to oficer 2 pułku strzelców konnych, i, 
Andrzej Chrucki. Przywieziono nas na nocleg do 
Krasnegostawu, gdzie pomieszczono obu w po- 
koju oficera warty. Na warcie znajdował się mło- 

background image

dy oficer huzarów, Pankratiew. Poczciwe miał 
serce, ubolewał bardzo nad naszym połoŜeniem, 
a dowiedziawszy się, Ŝe mam znajomych w Kras- 
nymstawie, puścił mnie do nich na słowo honoru. 
Wkrótce jednak przybiegł po mnie kozak, mó- 
wiąc, Ŝe dyŜurny wart, kontrolując odwach, bar- 
dzo się gniewa na oficera, Ŝe mnie wypuścił, pro- 
si zatem, bym jak najspieszniej wracał. Natural- 
nie, nie tracąc czasu, pobiegłem, ale po drodze 
obstalowałem wazę ponczu dla ufetowania pocz- 
ciwego Pankratiewa i aresztowanego. Kiedy wró- 
ciłem, dyŜurny, juŜ uspokojony, poŜegnał nas, 
a my zabraliśmy się do przyniesionego ponczu, 
i tak część nocy wesoło nam przeszła, słowem, 
zaprzyjaźniliśmy się.

 

Następny nocleg wypadł w Lublinie, ale bar-

 

dzo przykry. Pomieszczono nas na odwachu, ra- 
zem z dezerterami i zbrodniarzami. W Lublinie 
mieszkała wówczas moja biedna matka, to był 
cios dla niej. Niedawno straciła najstarszą córkę, 
najmłodsza często chorowała, a moje połoŜenie, 
prawie równe śmierci, do rozpaczy ją doprowa- 
dzało. Chwilkę tylko pozwolono nam się widzieć, 
i to było juŜ ostatnie nasze widzenie się. Wszel- 
kie późniejsze zabiegi, starania i prośby bolejącej 
matki nie znalazły współczucia w sercach prze- 
ś

ladowców. Niech im Bóg przebaczy zawziętość, 

jak im przebaczyła bolejąca, pełna uczuć religij- 
nych, biedna moja matka I Na Wielkanoc prze- 
wieziono nas do Cytadeli warszawskiej. Przykra 
ceremonia przyjęcia więźniów, rewizja najściślej- 
sza, wszystko miętoszą, psują, szukając papierów. 
Nareszcie zamykają kaŜdego osobno, zostawiając 
na pastwę bezczynności, Ŝalu i tęsknoty. Pomiesz- 
czono mnie pod nr 23, a Chruckiego pod 22, 
obok komisji indagacyjnej. W kilka dni przy- 
wołano mnie przed komisję. Zapytywano, robio- 
no zarzuty, jakie tylko złośliwość wymyślić zdoła, 
straszono, kopano, kułak pod nos podstawiano, 

background image

słowem rzucano się na mnie, jak się rzucają dzi- 
kie zwierzęta na niewinną ofiarę. Nareszcie dali 
mi zapytania na piśmie. Jak się nazywam? Czy 
byłem u spowiedzi? Co robiłem w czasie rewo- 
lucji? Na to ostatnie pytanie odpisałem, Ŝe w ga- 
zetach był ogłoszony manifest z 1834 r., w któ- 
rym powiedziano, Ŝe sprawy rewolucyjne wszyst-

 

kie ukończone i Ŝe nikt juŜ za nie badanym nie 
będzie, a zatem komisja nie ma prawa zapytania 
tego robić. KsiąŜę Golicyn przeczytawszy to, roz- 
gniewał się okropnie, przyskoczył do mnie z ku- 
łakami, groził, uŜywał najszkaradniejszych obelg, 
słowem zmuszony byłem odpowiadać ustnie na 
to pytanie. Powiedziałem, Ŝe poniewaŜ wyŜsze 
szkoły były zamknięte, nie mając nic do roboty, 
poszedłem do słuŜby wojskowej. Na to mój 
szkolny kolega, Władysław Bosakiewicz, proto- 
kolista komisji, odezwał się: „ŁŜe, kto chciał, 
chodził do szkół". Golicyn tryumfował, zarzucał 
mnie obelgami, mówiąc: „Oto twój kolega szkol- 
ny! On będzie człowiekiem, a ty sołdatem!" Na 
to bąknąłem: „PrzecieŜ i sołdat człowiek." Pra- 
wie wściekły Golicyn wygnał mnie z komisji, go- 
tując na później nowe męki. Na piśmie więcej 
pytań mi nie dawano, często przywoływano do 
komisji, dręcząc rozmaitymi podejrzeniami nie- 
słusznymi i groŜąc, dając czas do namysłu i przy- 
znania się bez rózeg. Główne pytanie było, kto 
wiedział o moim oddaleniu się za granicę. Wy- 
raźnie potrzeba im było jeszcze więcej ofiar, 
a gdy utrzymywałem stanowczo, Ŝe nikomu z tym 
nie zwierzałem się, miałem być zmuszony głodem 
do przyznania się. Kilka dni byłem juŜ o chlebie 
i wodzie, gdy na nowo wezwano mnie przed 
komisję. Otrzymałem zapytanie, pod jakim naz- 
wiskiem brat mój Michał przebywa w Galicji. 
Odpowiedziałem szczerze, Ŝe brat jest we Fran-

 

cji w Albi, w departamencie du Tarn, ale Goli- 
cyn z największą pasją powiedział: „Wiemy do- 

background image

brze, gdzie kto był i gdzie dziś się włóczy, ga- 
daj! albo ja ci dobędę języka!" Tu krzyknął na 
Ŝ

andarmów, aŜeby przynieśli rózeg, a kiedy kilka 

pęków połoŜono na ziemi, rozpacz prawdziwa 
mnie ogarnęła, nie ufałem sobie na tyle, aŜebym 
w chłostach z bólu nie wydał niewinnych, poczci- 
wych chłopców, którzy wiedzieli o mym wycho- 
dzeniu za granicę. Tu raptownie powziąłem za- 
miar rozbicia głowy o ścianę, rozpędziłem się więc 
i z całą mocą uderzyłem o mur, tracąc przytom- 
ność, nie na długo co prawda. Wyprowadzono 
mnie z komisji i juŜ nieprędko wzywano. Prze- 
chorowałem teŜ cięŜko tę rozpacz, apetyt zupeł- 
nie straciłem, a szczególnie na mięso patrzeć nie 
byłem w stanie. Więzienia nasze często zmienia- 
ne były, przenoszono nas z numeru do numeru, 
zapewne z ostroŜności, aŜeby kto, siedząc na jed- 
nym miejscu, nie zrobił sobie drogi do ucieczki. 
W końcu lipca siedziałem pod nr 2, do celi mo- 
jej przyszli Tański, Leichte i Bosakiewicz z pa- 
pierami i zasiedli znów, aby spisywać protokół, 
juŜ nie tak gwałtownie, wymyślając, ale zawsze 
z szyderczą złośliwością. W tym czasie areszto- 
wano mnóstwo młodzieŜy, między którą bardzo 
wielu było moich kolegów szkolnych. Później do- 
wiedziałem się, Ŝe siedzą za Towarzystwo Demo- 
kratyczne. Rozmawialiśmy ze sobą za pomocą 
stukania, dowiedziałem się od sąsiada Rabcewi-

 

cza, Ŝe siedzi Brochocki, Michał Gruszecki, Lu- 
beracki, Morozowicz, Ambroziewicz, WęŜyk 
i wielu innych, dobrze mi znajomych. Więzienia 
były zapełnione tak, Ŝe juŜ nie było miejsc dla 
nowych ofiar, trzeba je było powiększać. W tym 
celu przyprowadzono budowniczego miasta Kro- 
piwnickiego dla obejrzenia wnętrz. Ten, chodząc 
w towarzystwie członków komisji od numeru do 
numeru, natrafił na moje schronienie. Zdziwił się 
niezmiernie, zobaczywszy mnie zarośniętego i wy- 
nędzniałego, obrócił się do towarzyszących mu 

background image

argusów z prośbą o pozwolenie pomówienia ze 
mną. Rozmowa była krótka, zapytał mnie tylko, 
czy czego mi nie potrzeba, oraz obiecał zrobić 
w mojej sprawie moŜliwe starania. W kilka dni 
znowuŜ odwiedził mnie p. Kropiwnicki. Powie- 
dział, Ŝe generał StoroŜenko oświadczył mu, Ŝe 
dla mnie nie ma innego ratunku, jak tylko pro- 
sić komisję, Ŝeby przyjęła prośbę moją o przyję- 
cie mnie na słuŜbę do wojska. Dowiódłbym tym 
sposobem, Ŝe Ŝałuję swego postępku. Bolesna dla 
mnie była ta propozycja. Odpowiedziałem więc, 
Ŝ

e do wojska wcale nie mam ochoty i nic teŜ nie 

popełniłem takiego, za co miałbym być tak 
okrutnie ukarany. JeŜeli chciałem podróŜować 
kosztem rządu austriackiego, to za to juŜ jestem 
okropnie ukarany. Pan Kropiwnicki był niezado- 
wolony z mojej odpowiedzi, powiedział mi: „Kie- 
dy dobrych rad nie słuchasz, rób, jak ci się po- 
doba".

 

Więcej nie miałem juŜ Ŝadnych odwiedzin, póź- 
niej dowiedziałem się, Ŝe moją biedną matkę dłu- 
go zwodzono, łudząc obietnicami widzenia się ze 
mną, w końcu wyłajano bezboŜnie, dodając, Ŝe 
wychowała dwóch synów łotrów, a na koniec ka- 
zano wyjechać z Warszawy. Siostrę Zofię, która 
bawiła dla kuracji jakiś czas w Warszawie, takŜe 
zbywano obietnicami, w końcu impertynencjami. 
W październiku wezwany byłem do generała Bo- 
rusznikowa, komendanta Cytadeli. Gdym przy- 
był, generał winszował mi wolności, kazał pójść 
do placmajora, obrachówać się z odebranych pie- 
niędzy. Dziwił mnie konwój tak mocny, tj. Ŝan- 
darm i dwóch Ŝołnierzy z karabinami. Zdawało 
mi się zbytecznym z taką ostroŜnością kogoś na 
wolność wyprowadzać. Z placmajorem obrachu- 
nek był krótki, ten oświadczył mi, Ŝe mam się 
udać do Ratusza, skąd mam być uwolniony. By- 
łem bardzo osłabiony i pieszo do Ratusza nie za- 
szedłbym, na moją prośbę sprowadzono doroŜkę. 

background image

Do doroŜki wsiadł ze mną Ŝandarm, a jednego 
Ŝ

ołnierza pomieścił za doroŜką. Zabawna była 

karykatura wyprawy na wolność. Po przybyciu do 
Ratusza przyprowadzony zostałem do policmaj- 
stra StoroŜenki, gdzie odczytano mi dekret 
ks. Paskiewicza, Ŝe za tajne przejście granicy 
i związek z wychodźcami skazany jestem w soł- 
daty na Kaukaz z wysługą. Wtedy dopiero 
zmiarkowałem, jaką mnie wolnością obdarzają. 
Więzienie chwilowe zamienili na nieograniczoną

 

niewolę. Smutny koniec po tylu okropnych cier- 
pieniach, ale cóŜ było robić, trzeba było ulec 
okrutnej przemocy. Zaprowadzono mnie do ko- 
misji poboru wojskowego dla zmierzenia i sfor- 
mułowania stanu słuŜby. Jakiś doktor (podobno 
Szturmer) z szyderstwem po rusku mówił: „Dwie 
nogi, dwie ręce, dwa oczy, nos, uszy, głowa, cho- 
rosz sołdat budet". Stan słuŜby sformułowano 
i odesłano mnie do więzienia na Ratuszu. Tu 
odwiedziło mnie kilku dawnych znajomych. Mię- 
dzy nimi był Arent z Konstantym Arkuszewskim, 
który chciał mi dać jakieś wsparcie, ale ja spo- 
dziewając się coś otrzymać od krewnych na dro- 
gę, nie przyjąłem nic, poprosiłem, aby wspo- 
mógł towarzysza mej niedoli, niejakiego Bbna- 
wenturę Kozłowskiego z Krakowa, aresztowane- 
go za wiefsze, który nikogo znajomego w War- 
szawie nie miał i pieszo miał być wysłany do 
Krakowa. Aniela Lange, siostra moja cioteczna, 
odwiedzając mnie dała mi 80 złotych polskich, 
nazbieranych między krewnymi i znajomymi, i to 
był jedyny fundusz na drogę na Kaukaz. Wresz- 
cie któregoś dnia znowuŜ zaprowadzono mnie do 
Cytadeli i osadzono w dziedzińcu tymŜe samym, 
gdzie dawniej były koszary, przeznaczone dla re- 
krutów. Stąd dnia 18 listopada 1838 roku wy- 
prawiono nas na Pragę, a stamtąd w ubiorze 
Ŝ

ołnierskim, w towarzystwie kilku rekrutów i kil- 

ku zbiegów i zbrodniarzy, wysłano nas pieszo ku 

background image

Brześciowi Litewskiemu.

 

V

 

Droga na Kaukaz

 

Co się wówczas działo we mnie, 
jakie czułem ściśnięcie serca, ja- 
kie tęskne i rozpaczliwe myśli 
mnie ogarniały, ten tylko jest 
w stanie dokładnie pojąć, kto sam czegoś podob- 
nego doświadczył. Krewni opuścili mnie w chwili 
najgodniejszej współczucia i pocieszenia, spo- 
dziewałem się od nich więcej serca. Wtedy to 
najbardziej potrzebowałem choć jednego serca, 
czującego mą niedolę,- które przyjęłoby łzę uro- 
nioną nad okropnym losem. Nie było nikogo! 
Trzeba było przywołać na pomoc całą moc duszy, 
Ŝ

eby nie upaść pod brzemieniem nieszczęścia, Ŝe- 

by objawami słabości nie ucieszyć naigrawającego 
się wroga, trzeba było w milczeniu połknąć łzę, 
doświadczając zupełnej goryczy Ŝycia.

 

Noclegi na gołej ziemi albo na gołych deskach 
wśród nieczystości, w towarzystwie ludzi zako- 
rzenionych w zbrodniach, naigrawających się 
z ojczystej mowy, czyŜ nie dostateczną są ka- 
tuszą? Dodać do tego naleŜy grubiaństwo kon- 
wojujących, ich nieczułość i znęcanie się. Wów- 
czas odczułem cięŜar Ŝycia, Ŝałowałem nieraz, Ŝe

 

nie popełniłem zbrodni na śmierć zasługującej, 
która by oszczędziła cierpień tak cięŜkich. Po- 
czątek to był dopiero, czekały mnie jeszcze 
większe cierpienia, o których nie miałem Ŝadnego 
pojęcia.

 

Do Brześcia Litewskiego szliśmy pod ścisłym 
konwojem, zakuci byli tylko zbrodniarze, którzy 
dawno sumienie stracili. Jeden z nich, młody Ro- 
sjanin lat około dwudziestu czterech, pokazywał 
koło Siedlec miejsce, gdzie zamordował śyda, 
opowiadał o tym z tryumfem. „Tu - mówił - 
oderŜnąłem mu głowę, jak kapustę, zwlokłem z 

background image

wozu i oto w tamte krzaki rzuciłem, ale cóŜ kiedy 
miał za mało pieniędzy, bo tylko 500 złotych pol- 
skich, a po koniu i wózku poznali mnie i złapali." 
Tacy to byli po większej części towarzysze mej po- 
dróŜy. W Brześciu po tygodniowym niby odpo- 
czynku w brudnym wiezieniu, na gołych deskach 
o chłodzie i głodzie, wyprawiono nas w dalszą 
drogę, ale juŜ bez róŜnicy: zbrodniarz, zbieg czy 
rekrut - wszyscy okuci. śadne moje prośby nic 
nie pomogły, przyjęte były nawet z szyderstwem. 
Do jednego drąga Ŝelaznego przymocowano nas 
za ręce Ŝelaznymi obręczami po dziesięciu. Jest 
to łatwy sposób pilnowania ludzi, ale okrutny. 
Nierówny wzrost i chód przykutych skazańców 
męczy rękę okropnie, a szczególnie na mrozie. 
Nocleg w kurnej chacie, gdzie pozostawaliśmy nie 
rozkuci. Kładliśmy się na ziemi z wyciągniętymi 
rękami, opierając głowę jeden na drugim. Mę-

 

czarnia to straszna, zimno, kaŜdy według moŜno- 
ś

ci ciepło ubrany, rozebrać się nie moŜe, chyba 

buty zrzuci dla ulŜenia nogom zmęczonym cało- 
dziennym marszem i z jednego rękawa zdejmie 
koŜuch wraz z Ŝołnierskim płaszczem. W chatach 
zwykle gorąco, powiększone natłokiem ludzi śpią- 
cych, do potu kaŜdego rozgrzeje, wtem ktoś 
z przykutych prosi o pozwolenie wyjścia na dwór, 
wtedy podnoszą się wszyscy i, jak kto ubrany, 
wychodzą na śnieg, nieraz bosymi nogami. Trze- 
ba kamiennego zdrowia, Ŝeby nie zachorować. Ale 
cóŜ to naówczas mnie obchodziło - zdrowie! Dziś 
lub jutro wszystko mi było jedno, rad bym był 
jak najprędzej skończyć to nędzne Ŝycie. Nie tak 
się jednak dzieje, jak byśmy sobie Ŝyczyli. Bóg 
łaskawy daje olbrzymie siły i zdrowie do wy- 
cierpienia krzywd ludziom przez ludzi zadawa- 
nych - na zawstydzenie tyranów ludzkości.

 

Czwartego dnia stanęliśmy w Kowlu, gdzie 
była stacja etapu, i tu dopiero zdjęto nam ty- 

background image

rańskie drągł. Po dniówce odpoczynku znowuŜ 
na jeden pręt po dziesięciu lub dwunastu i zno- 
wuŜ aŜ do etapu cztery lub pięć dni podobnej 
męczarni. Tak przechodziliśmy przez Łuck, gdzie 
dniówka nowego rodzaju była męczarnią. Izba, 
choć obszerna, napakowaną była przeszło stu 
ludźmi, nie mieściła nas do tego stopnia, Ŝe nie 
tylko połoŜyć się, ale nawet w kucki nie było 
moŜna siedzieć. W nocy, aŜeby przejść od prze- 
ciwnej ściany do drzwi, trzeba było przedzierać

 

się po głowach albo ramionach drzemiących, co 
ś

ciągało przekleństwa uciśnionych na uciemięŜy- 

cieli, którym niech Bóg nie pamięta, ale w nich 
serca nie było!

 

W Dubnie w wieŜy kat miał dozór nad spo- 
kojnością aresztantów warszawskich. Na kata w 
miastach rosyjskich wybierają zbrodniarzy, którzy 
po otrzymaniu kary cielesnej za popełnioną zbrod- 
nię, zamiast zsyłki na Syberię lub do cięŜkich ro- 
bót, z ich własnej woli są zatrzymywani w wiecz- 
nym więzieniu pod warunkiem, Ŝe wyrzekną się 
wszelkich uczuć ludzkości dla pełnienia obowiąz- 
ków kata. Taki to gospodarz więzienia ma zabez- 
pieczone posłuszeństwo czasowych aresztantów 
i pilnuje porządku. On wysyła z cebrem po wo- 
dę lub dla wyrzucenia nieczystości, rozkazuje za- 
miatać, a wszelkie nieposłuszeństwo ściągnęłoby 
surową karę.

 

Z róŜnymi dolegliwościami przemierzałem 
Ostróg, śytomierz, Radomyśl, aŜ do Kijowa, w 
Kijowie upadłego na siłach i chorego do szpita- 
la odesłano. Choroba była łatwa do wyleczenia, 
potrzebowałem wygodniejszego wypoczynku i po- 
zbycia się kataru. Po dziesięciu dniach doktor juŜ 
mnie uznał za zdrowego i wysłał wprost do wię- 
zienia, ale tu zastałem chorego bardzo Atanazego 
Henela, takŜe z Cytadeli równie jak ja wysła- 
nego.

 

background image

Postanowiliśmy uŜyć wszelkich sposobów, 
aŜeby dalszą podróŜ juŜ razem odbywać. Jego

 

doktor nie wypuszczał, a mnie wyganiał, trzeba 
było w więzieniu udać chorego, aŜeby wrócić do 
szpitala. Doktor zobaczywszy mnie, gniewał się 
bardzo, przepisał mi ścisłą dietę, a oprócz tego 
kazał bezpotrzebnie postawić bańki. Z jego pew- 
nie instrukcji tępym lancetem drapał mi felczer 
skórę aŜ do krwi, ale dla towarzystwa Hencla 
chętnie cierpiałem głód i bańki, ciągle udając cho- 
rego, do czasu gdy Henel uzyskał pozwolenie 
wyjścia ze szpitala. We dwóch daleko łatwiej się 
biedę znosi, jest przynajmniej ktoś, kto rozumie 
człowieka, wtedy reszta towarzystwa nie działa 
tak przykro na nas.

 

Z Kijowa, juŜ nie okutych, wyprawiono nas 
w dalszą drogę, zawsze jednak pod ścisłą straŜą, 
zamykając nas na noclegach w ogólnej izbie, 
przeznaczonej na areszt, powszechnie pełnej nie- 
czystości. Henel, po niedawnej chorobie jeszcze 
bardzo osłabiony, nie był w stanie iść pieszo, 
trzeba było wyŜebrać albo wykłócić pozwolenie 
posadzenia go na podwodzie, która zwykle dla 
ulgi komendy była brana od obywateli. Burze 
wiosenne, a później roztopy utrudniały naszą dro- 
gę i bez tego uciąŜliwą i przykrą. Tak doszliśmy 
do Połtawy. Tu spotkaliśmy się z byłym junkrem 
huzarskim śelwertem, znajomym moim z Krasne- 
gostawu, dziś zdegradowanym na prostego Ŝoł- 
nierza, i to bez wysługi. Był równieŜ jak my na 
Kaukaz wysłany, ta jednak była między nami 
róŜnica, Ŝe śelwert szedł wolny, a my pod ścisłą

 

straŜą.      Od niego      dowiedziałem      się, Ŝe      oficer 
Pankratiew w Krasnymstawie równieŜ znajduje się 
pod sądem za uderzenie w twarz dowódcy pułku 
i dziś oczekuje go los podobny naszemu. śelwert 
powiększył naszą kompanię, był to człowiek z do- 

background image

brym wychowaniem, ale na nieszczęście ze złymi 
skłonnościami.        Póki trzeźwy, towarzystwo    jego 
prawdziwą było      przyjemnością,      ale z      pijanym 
trudno było poradzić, wszystkich bił, nikomu nie 
pardonując. Ta teŜ była przyczyna jego nieszczę- 
ś

cia, po pijanemu w Krasnymstawie wybił prze- 

jeŜdŜającego      gubernatora      lubelskiego      i      tamtej- 
szego burmistrza Kossakowskiego, człowieka or- 
derowego,      który      za      jakieś      tajemnicze      zasługi 
ozdobiony był Orderem Św. Stanisława drugiej 
klasy na szyję. Ozdoba ta, jako dowód podłej za- 
sługi popartej krzywdą bliźnich, zwiększała ogól- 
ną pogardę. Dostojny braciszek jego, prezydent 
lubelski, bez nogi, jeszcze więcej    dał dowodów 
swej nikczemności,      ozdobiony      był      gwiazdą, ale 
skończył wygnaniem ze słuŜby      i      pozbawieniem 
wszelkich dostojeństw. śelwert po trzeźwemu po- 
gardzał burmistrzem, bo takŜe był dobrze świa- 
domy jego róŜnych podłości, nic teŜ dziwnego, Ŝe 
po pijanemu wykropił go harapnikiem, rozgrzany 
przed chwilą awanturą z gubernatorem. W oczach 
ludzi niewielkie to było przestępstwo, raczej za- 
sługą mogło    się było    nazwać    -    pobicie    dwóch 
łotrów. W oczach prawa w zbrodnię zostało za- 
mienione.

 

W Ekaterynosławiu odpoczywaliśmy tydzień, 
na gołych deskach bez tornistrów pod głową i ko- 
Ŝ

uszków, które za posłanie słuŜyły, a te odebra- 

no nam, aŜeby nic do wygody najmniejszej nie 
posłuŜyło. Tu zachorowałem na oczy tak, Ŝe pra- 
wie przez trzy dni nic nie widziałem, ale nie 
chciałem meldować się jako chory, Ŝeby nas z He- 
nelem nie rozłączyli. Bóg łaskaw, przed wymar- 
szem miałem się lepiej, a w drodze zupełnie 
ozdrowiałem, uŜywając tylko czystej wody. Tu 
dogonił nas transport akademików wileńskich za 
Towarzystwo Demokratyczne na Kaukaz zesła- 
nych, ale nie tak jak my, lecz wygodnie pocztą 

background image

po dwóch na kibitce jechali, mając jeszcze na kaŜ- 
dą kibitkę po jednym Ŝandarmie. Nie pozwolono 
nam zbliŜyć się do nich, później dopiero na Kau- 
kazie poznaliśmy się i zaprzyjaźnili prawie ze 
wszystkimi.

 

Wszyscy oni byli szlachetni, poczciwi, poświę- 
cający się dla ludzkości, słowem ze wszech miar 
godni szacunku.

 

Wiosenną porą pozostawiono nas w szpitalu 
w Rostowie nad Donem, gdyŜ obaj meldowaliśmy 
się jako chorzy. śelwert ze względu na naszą 
przyjaźń pozostał takŜe. Trafiliśmy bardzo szczę- 
ś

liwie, zwierzchnicy szpitalni byli bardzo ludzcy, 

mieli dla nas względy, nawet pokój zupełnie od- 
dzielny dla nas trzech przeznaczyli i o wygod- 
niejszym i lepszym utrzymaniu pamiętali. Odpo- 
czywaliśmy tam miesiąc, a stamtąd uwolniono

 

nas spod aresztu. Poczciwi doktorzy dzięki swym 
wpływom wyrobili nam wolność. NiechŜe im Bóg 
wynagrodzi za to ich współczucie! Pozostawiono 
nas na kwaterach jako rekonwalescentów, dając 
kilka dni zupełnej wolności. UŜywaliśmy teŜ jej 
2 prawdziwą rozkoszą, ja - po 23 przeszło mie- 
siącach, Henel - prawie po takiejŜe cięŜkiej nie- 
woli. Spacerowaliśmy po mieście, kąpaliśmy się 
w Donie, zwiedziliśmy jarmark w Nachiczewani 
(miasto ormiańskie), oddalone od Rostowa tylko 
o trzy wiorsty, słowem wolność, choć ze smutną 
przyszłością, smakowała nam bardzo i na zdrowie 
słuŜyła. Pewnego dnia przyprowadzono siedmiu 
więźniów w sołdackich płaszczach, jak my nie- 
gdyś pokutych. Z powierzchowności poznaliśmy 
zaraz, Ŝe to nie zbrodniarze, i nie omyliliśmy się. 
Byli to znowu akademicy wileńscy i kijowscy, za 
Towarzystwo Demokratyczne na Kaukaz kon- 
wojowani. Cudze nieszczęście bolało nas niewy- 
powiedzianie, chwilkę tylko mogliśmy z nimi roz- 
mawiać, na drugi dzień zaraz ich wysłano, ale 

background image

pamięć o tych ludziach pozostała na zawsze w 
mym sercu. W Stawropolu dopiero złączyliśmy się 
z nimi i jeszcze bardziej zbliŜyli, bo nic tak lu- 
dzi nie wiąŜe węzłem przyjaźni jak wspólna nie- 
dola.

 

Z Wilna pochodzili Kazimierz Rabczyński, Jan 
Zahorski i Jan Sawicz. Wszyscy trzej z wydziału 
medycznego, teraz juŜ jako lekarze, a z Kijowa 
akademik Andrzejkowicz i były oficer artylerii

 

Orda, biedak bardzo upadły na duchu i zdespe- 
rowany, gdyŜ zostawił młodą Ŝonę i dwoje ma- 
lutkich dzieci. Było takŜe dwóch młodych księŜy, 
których nazwisk nie pamiętam. Wszyscy oni 
(siedmiu) skazani byli bez wysługi (bez terminu). 
Kijowianom jednak po roku zwrócono szlachec- 
two i dano pozwolenie dosługi.

 

VI

 

Pobyt na Kaukazie

 

W Sewastopolu ani ja, ani Henel 
nie mieliśmy juŜ nawet grosza. 
Umieszczono nas w pustym fol- 
warku, trzy wiorsty od Stawro- 
pola, na kwaterach, dano nam mąki i krup na 
kilka dni i kazano sobie chleba upiec i kaszę go- 
tować, ale ani soli, ani drzewa dostać bez pie- 
niędzy nie było moŜna. LeŜało tam widocznie 
w zwyczaju, Ŝe Ŝołnierze w podobnym połoŜeniu 
zostawiani byli własnemu przemysłowi i albo 
uczciwie szli na zarobek, albo po prostu kradli, 
co pod ręką było. Po drzewo trzeba było iść kil- 
ka wiorst i tam ukraść, bo nie było sprzedaŜy, 
a chleb był koniecznie potrzebny, zatem komen- 
dami wyruszano na łowy z potrzeby, my jednak 
z Henelem w podobnych wyprawach brać udziału 
nie chcieliśmy, ale teŜ przez trzy dni musieliśmy 
się Ŝywić mąką rozmieszaną w zimnej wodzie, 
a wszystko dla zaspokojenia głodu. DłuŜej mu- 

background image

sielibyśmy nawet podobnym sposobem opędzać 
dokuczliwy głód, gdyby nie wileńscy koledzy, 
których udało nam się odszukać w Stawropolu 
i oni nieraz nas podkarmili, pokrzepiając jeszcze

 

przyjacielskim słowem. Po kilku tygodniach 
wszystkich nas przeznaczono do pułków lub bata- 
lionów kaukaskich. I tak mnie przeznaczono do 
7 kaukaskiego batalionu, znajdującego się wtedy 
na słuŜbie w Stawropolu. Henela do nowogińskie- 
go pułku, śelwerta do tengińskiego, Rabczyń- 
skiego juŜ z Tyflisu zawrócono do 7 batalionu do 
mnie, tam spotkaliśmy Boczkowskiego, akademi- 
ka kijowskiego. Smutne było poŜegnanie z kole- 
gami, na szczęście trzech nas pozostało w bata- 
lionie, była to wielka ulga w cierpieniu. Biedak 
Boczkowski ciągle chorował na oczy, a gdy wy- 
zdrowiał, translokowano go do nowogińskiego 
pułku. Z poczciwym Rabczyńskim pozostawaliśmy 
razem jak bracia rodzeni aŜ do nowej katastrofy, 
bo wciąŜ nie przestawał nas prześladować jakiś 
fatalizm. Wkrótce teŜ przybył i Chrucki, przezna- 
czony do i batalionu kaukaskiego, takŜe w Staw- 
ropolu stacjonującego. Chrucki miał ze sobą 
w butelce garść ziemi polskiej. Wziął ją z tą 
myślą, Ŝe gdy umrze na obcej ziemi, przynajmniej 
mu zwłoki trochę posypią ziemią ojczystą; otóŜ 
tę,przysługę wyświadczył on współziomkom, któ- 
rzy tam pomarli.

 

Między przysłanymi z Kijowa był obywatel 
Wilhelm Michalski z Podola, człowiek z wyŜ- 
szym wykształceniem, o wzorowym wychowaniu. 
Skazany, wysłany jako Ŝołnierz do artylerii za to, 
Ŝ

e w domu jego przebywał sławny Konarski. Je- 

go siostra, Emilia Michalska, była narzeczoną te-

 

go męczennika, rozstrzelanego w Wilnie dnia 
13 lutego 1839 roku. Majątek Michalskiego był 
zasekwestrowany, ale ten mając dostatek po Ŝo- 

background image

nie hr. Kopczyńskiej, łatwiej mógł znosić poniŜe- 
nie, gdyŜ nie doświadczał biedy. Za nim przyje- 
chała Ŝona z córką, dworno, z trzema słuŜebni- 
cami, dwoma lokajami i stangretem, z powozami, 
końmi wierzchowymi i pieniędzmi. Łatwo mu 
było pod pozorem słabości uniknąć wszelkiej słuŜ- 
by. Panowie naczelnicy bywali u niego z wizyta- 
mi, umiał ich zręcznie i ze znajomością rzeczy 
zbywać etykietą. Najmował cały domek na Wo- 
robiówce, na przedmieściu stawropolskim, tam 
najspokojniej przyjmował nas serdecznie i z całą 
gościnnością. Z pozostałymi było inaczej, wszyst- 
kich nas kazano natychmiast obmundurować i do 
wszelkich słuŜb razem z Ŝołnierzami uŜywać, nie 
czekając nawet na nauczenie musztry. Z oficera- 
mi, prócz adiutanta, długi czas nie znaliśmy się, 
a prawdę mówiąc trudna była znajomość z ludź- 
mi po większej części złego prowadzenia. Od sa- 
mego początku Rabczyński i ja nie doświadczaliś- 
my Ŝadnych względów, na wartę byliśmy zaciąga- 
ni co dwa dni, a na dwa pozostałe zostawiano 
nas zwykle gdzieś w kącie albo u aresztantów, 
a tak niedawno pilnowani z największą srogością, 
teraz sami innych pilnować musieliśmy. Na od- 
wachu spotkałem młodego współziomka, znajdu- 
jącego się pod sądem, Juliana Konickiego. Zna- 
łem go jeszcze dzieckiem w Warszawie, mieszka-

 

liśmy w jednym domu, ojciec jego był oficerem 
Wojska Polskiego, uczył wtedy tańca, gdzie i mo- 
je siostry uczyły się po sąsiedzku, bez wynagro- 
dzenia. Biedak, niezmiernie wynędzniały, siedział 
w areszcie razem ze zbrodniarzami. Serce bolało 
patrzeć na niego, obawiałem się przy tym, Ŝeby 
na młodociany umysł źle nie wpłynęło tak zgub- 
ne towarzystwo. Starałem się rozmawiać z nim 
i z radością przekonałem się, Ŝe serce było naj- 
poczciwsze. Michalski, Rabczyński i zamoŜniejsi 
koledzy, a między nimi takŜe doktorzy, przybyli 

background image

na słuŜbę do Stawropola, robili składki na mego 
biedaka, a ja oddawałem mu to bieliznę, to ty- 
toń, to obiady przesyłałem, słowem mieliśmy 
o nim staranie, aŜeby osłodzić nieszczęsne połoŜe- 
nie. Wkrótce teŜ staraniem naszym był przenie- 
siony do oficerskiego pokoju, gdzie juŜ czystym 
powietrzem oddychał, więcej teŜ mógł mieć wol- 
ności, a co najwaŜniejsza, wydostał się z towa- 
rzystwa łotrów. W więzieniu, przy aresztanckiej 
rocie, trzymano ludzi po jednemu w kazamatach 
ksiąŜąt czerkieskich; tam stawiano mnie często 
bez broni dla obserwowania więźnia. Jeden taki 
więzień, niezwykle urodziwy, kolosalnej budowy, 
bardzo mnie polubił, a dowiedziawszy się z roz- 
mowy, Ŝe jestem Polakiem niedawno zesłanym, 
ś

ciskał mnie ze łzami w oczach, opowiadając swo- 

ją historię. Mścił się on za swoje krzywdy 
i krzywdy swych współziomków, zręcznie napa- 
dając na swych prześladowców, aŜ go złapano

 

i osadzono w więzieniu, teraz oczekiwał go Sy- 
bir. Nazwiska jego nie pamiętam, nazywaliśmy 
go Ibrahimem baszą, bo postawa jego była praw- 
dziwie baszowską. Wiele mógłbym o nim napi- 
sać, ale tu łączy się tajemnica wielu osób, która 
nigdy na jaw nie wyszła i wyjść nie powinna. Mu- 
szę zatem poprzestać na tym wspomnieniu, do- 
dam tylko, Ŝe z drogi na Sybir udało mu się 
uciec, o czym zawiadomił mnie w grudniu 
1840 roku.

 

Zdarzyło mi się teŜ pilnować kolegów z Wilna, 
w parę miesięcy po nas przybyłych, Jana Wierz- 
bickiego, doktora I-szej klasy, Józefa Czarnoc- 
kiego i Jana Wernera - akademików osądzonych 
bez wysługi. Oficerowie znali mnie wtenczas juŜ 
lepiej, a Ŝe droga tu się kończyła, nie pilnowano 
więc ich z poprzednią srogością, pozwalano ze 
mną jako konwojentem wychodzić do miasta, 

background image

a my, korzystając z tego pozwolenia, przesiady- 
waliśmy po całych dniach u kolegów lub dokto- 
rów, opowiadając i wspominając wycierpiane ka- 
tusze.

 

W trzy miesiące po moim przybyciu, będąc na 
warcie, spacerowałem po platformie, obok której 
przechodził właśnie etap świeŜo przybyły do mia- 
sta. Między aresztantami wielu było w polskich 
rekruckich płaszczach. Był to dla mnie smutny 
widok. Przyglądając się im, spytałem, skąd są ro- 
dem, z jakich okolic polskich maszerują, wtem 
jeden w płaszczu ułańskim, bardzo młody, opalo-

 

ny i wybiedzony zbliŜa się do mnie z uśmiechem 
i powiada, Ŝe jedzie z Krasnegostawu, ale nie 
jest Polakiem. Zapytałem, kogo tam zna, odpo- 
wiedział, Ŝe wszystkich, a nawet znał Radziejow- 
skiego, tylko przez jedną noc. JakieŜ było moje 
zdumienie, gdy w tym sołdacie poznałem biedne- 
go Pankratiewa, ale zmieniony był nie do pozna- 
nia. Przybył na prostego Ŝołnierza bez wysługi. 
Zawdzięczając mu dawniejsze współczucie, pozna- 
jomiłem go z innymi poczciwymi kolegami, któ- 
rych serdecznie pokochał i szanował. Dzięki sta- 
raniom został przeznaczony do jednego pułku 
z śelwertem, na nieszczęście dla obydwóch.

 

Później dowiedziałem się, Ŝe prowadzenie ich 
było nie najlepsze, pili za wiele i obaj nie mieli 
dosyć sił do zniesienia poniŜenia, jakie ich spo- 
tykało. Jednego dnia znaleziono obydwóch za- 
strzelonych, kaŜdy sam sobie Ŝycie odebrał.

 

W pułkach i batalionach kaukaskich zastaliś- 
my bardzo wielu starych Ŝołnierzy polskich, któ- 
rzy odznaczali się schludnością i znajomością 
słuŜby, przez co mieli przewagę nad Rosjanami. 
Nasze polskie święta obchodzone wtedy były od- 
dzielnie, czego w całej ruskiej armii nie było, 
a dziś i na Kaukazie nie ma. Poczciwe wiarusy 

background image

ubolewały nad naszym nieszczęściem, ciesząc się 
z naszego towarzystwa. Umieliśmy ich częstokroć 
pocieszyć jakąś nadzieją na polepszenie losu lub 
powrót do ojczyzny. Bogatsi hojnością przywią- 
zywali do siebie, kochali teŜ nas i słuchali jak

 

wyroczni. Niestety, ich przywiązanie do nas 
i skupianie się w jednym przyjacielskim kółku 
wkrótce wzbudziło podejrzenie i następujący wy- 
padek sprowadził na wielu z nas nowe nieszczęś- 
cie. Latem 1840 roku przywieziono do Piatigor- 
ska jakiegoś Polaka, nazwiskiem Hipolit Czos- 
nowski. Nasi Ŝołnierze, przyzwyczajeni spotykać 
współziomków w podobnym połoŜeniu, rozma- 
wiali z nim ze współczuciem, a Ŝe był gadatliwy, 
nagadał im o sobie rzeczy, w które tylko prosta- 
czek mógł uwierzyć. Podawał się teŜ za emi- 
sariusza. Posadzono go razem z Konickim, który 
wtedy siedział w oficerskim pokoju, tam gdzie 
Ibrahim. U Konickiego wolno mi było bywać, 
poznałem więc Czosnowskiego, a Ŝe gadał nie- 
stworzone rzeczy o podróŜach swoich po Turcji 
i Persji w celach politycznych, nie podobał mi się 
bardzo, uwaŜałem go za bezczelnego kłamcę, 
chcącego sobie zjednać współczucie, ale niezręcz- 
nie. Utrzymywał, Ŝe zgubił paszport i dlatego 
został aresztowany w Piatigorsku, skąd przysłano 
go na śledztwo do Stawropola. Obojętnie słucha- 
łem jego opowiadań, nie wierząc ani słowu. Ubra- 
ny był biednie, miał czerkieskę na sobie, zatrącał 
ruszczyzną, co tym bardziej było dowodem, Ŝe 
długo z Ruskimi przebywał. Konicki z początku 
rad był byle jakiemu towarzystwu, opowiadał mu 
teŜ o nas, wychwalając wszystkich przez wdzięcz- 
ność za starania, jakie mieliśmy o nim, ale wkrót- 
ce uprzykrzył sobie kłamcę, pełnego projektów

 

i jakiegoś gorączkowego bredzenia bez sensu. 
Czosnowski uplanował sobie korzystać, równie jak 

background image

Konicki, z dobrodziejstw moich kolegów, wystą- 
pił więc do mnie z przemową, Ŝe i on z powodu 
poświęcenia się dla ludzkości cierpiącej znajduje 
się w krytycznym połoŜeniu, oczekuje więc współ- 
czucia rodaków i spodziewa się, Ŝe mu nie od- 
mówią wsparcia, którego dziś koniecznie potrze- 
buje. W tonie jego było coś tak bezczelnego, Ŝe 
zamiast współczucia obudziło we mnie wzgardę. 
Odpowiedziałem mu więc, Ŝe kto mógł takie po- 
dróŜe odbywać jak on, ten pewnie ma więcej niŜ 
my, biedni sołdaci, a chcąc mu dać zrozumieć, 
Ŝ

e poznałem się na jego kłamstwach, dodałem: 

„my prawdę wyznajemy i prawdą Ŝyjemy". To go 
bynajmniej nie zmieszało, prosił tak natarczywie, 
Ŝ

e aby się go pozbyć, obiecałem mu przysłać funt 

tytoniu, ale nic więcej. Zgodnie z obietnicą posła- 
łem mu tytoń z karteczką: „obiecany tytoń posy- 
łam". Poczciwy wiarus, umiejący czytać, odniósł 
i oddał po kryjomu kartkę. Później, gdy odwiedza- 
łem Konickiego, z Czosnowskim prawie nie gada- 
łem, a udając, Ŝe mam jakąś tajemnicę, rozmawia- 
łem z Konickim po cichu. Czosnowski wyraźnie 
starał się podsłuchać naszą rozmowę. Rozmawia- 
liśmy o Ibrahimie, z którym juŜ dawno nie mo- 
głem się zobaczyć, gdyŜ naczelnicy widząc naszą 
uległość i dobre prowadzenie się, odmienili daw- 
ny rozkaz i na Ŝadne słuŜby więcej uŜywać nie 
kazali. Konickłemu bardzo przykrzyło się towarzy-

 

stwo Czosnowskiego, skarŜył mi się, Ŝe wszystko 
mu plądruje i dzieli się jak swoim. Czytuje kar- 
teczki, które odbiera od kolegów, słowem naprzy- 
krza mu się niewypowiedzianie. Pewnego razu Ko- 
nicki ostrzegł mnie, Ŝe Czosnowski coś złego prze- 
ciw mnie zamierza. OdgraŜał mi się za to, Ŝe kole- 
dzy niasi nie mają dla niego Ŝadnego współczucia, 
a to skutkiem pewnie mojego zarekomendowania. 
Odgadł najzupełniej, ale odgraŜania wcale się nie 
bałem, jako Ŝe nie miałem wówczas wyobraŜenia 
o strasznej złościwości ludzkiej, o czym przeko- 

background image

nałem się później. W tym czasie Michalski kupił 
na licytacji sztukę sukna szaraczkowego, a Ŝe ja- 
ko chory nie powinien był często pokazywać się 
na mieście, prosił mnie, Ŝebym kazał poszyć dla 
jego trzech słuŜących jednakowe surduty, kami- 
zelki i spodnie. Aresztanci szyli tanio i dobrze, 
kazałem więc wziąć miarę i szyć najspieszniej, 
a to dlatego, Ŝe Michalska miała jechać do Pe- 
tersburga po odbiór przysądzonego jej wniosku 
za skonfiskowany majątek, wynoszącego milion 
dwakroć sto tysięcy złotych polskich. Po ukończe- 
niu przez aresztantów tej krawieckiej roboty, Mi- 
chalska pojechała do Petersburga z dwoma ludź- 
mi. MąŜ odprowadził ją kilkanaście mil drogi, aŜ 
do granicy dońskiej. Kilku z nas uczestniczyło 
w poŜegnaniu, z przejeŜdŜających przez Stawro- 
pol był: Załęski, były obywatel z Podola, Ŝołnierz 
z kabardyńskiego pułku - Kurella 2 Królestwa, 
Ŝ

ołnierz z tegińskiego pułku - Gąsiorowski, rów-

 

nieŜ z Królestwa, i miejscowi: Rabczyński, Chruc- 
ki i ja. Na czas wyjazdu Michalski oddał zarząd 
domu Załęskiemu.        Siedzieliśmy przy śniadaniu, 
gdy wtem wchodzi      placadiutant      z      zapytaniem, 
który z nas nazywa się Radziejowski. Przedsta- 
wiłem się, ale jakŜe zdziwiony byłem, gdy zapy- 
tał, gdzie są ubrania, które kazałem szyć u aresz- 
tantów i dla kogo były przeznaczone? Mogłem 
mu pokazać tylko jeden garnitur, bo dwa właśnie 
zabrano      w      drogę,      o      czym      mu      powiedziałem. 
Adiutant      zupełnie    uwierzył    naszym    zeznaniom, 
zapytał jednak o Michalskiego. Chciałem powie- 
dzieć rzetelną prawdę, ale Załęski, pamiętając, Ŝe 
Michalski jako chory nie miał prawa oddalać się 
z miasta, ubiegł    mnie z odpowiedzią i powie- 
dział, Ŝe poszedł do szpitala po lekarstwo dla 
siebie i miał poradzić się doktora. Adiutant w do- 
brej wierze powiedział, Ŝe będzie na niego cze- 
kać. Zasiadł z nami do śniadania, szła ogólna 

background image

gawęda o róŜnych obojętnych rzeczach i tak ze- 
szło parę godzin, aŜ nareszcie nasz oficer zaczy- 
na się niecierpliwić i na nowo zapytuje, do któ- 
rego    szpitala chory jest naznaczony.    Zdziwiony 
był naszą odpowiedzią, Ŝaden z nas nie wiedział. 
Szpitali wtedy w Stawropolu      było      jedenaście. 
Zdecydował się więc pojechać do kantoru głów- 
nego i tam dowiedzieć się, do którego Michalski 
jest naznaczony.        Późno      spostrzegliśmy        się, Ŝe 
kłamstwo się wyda. Z pokorą więc Załęski zmu- 
szony był powiedzieć całą prawdę, prosząc o po-

 

błaŜanie tak dla kłamstwa, jak teŜ i dla Michal- 
skiego, który wcale nie spodziewał się, Ŝe będzie 
potrzebny. Adiutant był dobrym człowiekiem, ro- 
ześmiał się ku wielkiemu naszemu zadowoleniu 
i powiedział: „Zyskałem na tym, bo tylu panów 
poznałem, interes rozumiem bardzo dobrze i tak 
go teŜ przedstawię". Do mnie zaś powiedział: 
„Pana mam rozkaz aresztować, ale nie zrobię te- 
go, zabiorę z sobą suknie, o godzinie 4 po obie- 
dzie przyjdziesz pan do ordonanshauzu, jeŜeli nie 
zdołam pana wytłumaczyć, to zostaniesz areszto- 
wany i będziesz się sam usprawiedliwiał, a w 
przeciwnym razie zabierzesz suknie, które zapew- 
ne więcej do śledztwa potrzebne nie będą". Sta- 
wiłem się o oznaczonej godzinie. Adiutant zawo- 
łał posylnego, kazał suknie związać w serwetę 
i odnieść za mną do domu, mówiąc uprzejmie: 
„Wolny pan jesteś". Podziękowałem mu ser- 
decznie i udałem się do oczekujących kole- 
gów.

 

Wszyscy zastanawiali się, co by to wszystko 
znaczyło. Trudno było się domyślić, lecz pamięta- 
jąc przestrogi Konickiego, podejrzewałem Czos- 
nowskiego. Nie przypuszczaliśmy jednak, Ŝe moŜe 
być coś więcej niŜ rzucenie na nas podejrzenia, Ŝe 
w cywilnych sukniach mamy zamiar uciec, gdy 
tymczasem czas odkrył daleko waŜniejsze denun- 

background image

cjacje. Konicki zawiadomił mnie, Ŝe Czosnowski 
na własne Ŝądanie był zaprowadzony do komen- 
danta.

 

Wkrótce potem batalion nasz wyszedł na ła- 
bińską linię, tam zbierała się ekspedycja przeciw 
„gorcom" (góralom). PoŜegnaliśmy się wszyscy 
jak najczulej, kaŜdy dąŜył do swojej komendy od- 
dzielnie. Załęski i Gąsiorowski razem wyjechali, 
Kurella oddzielnie, Rabczyński razem ze mną 
z batalionem pieszo; z wypakowanymi tornistra- 
mi, w upał okropny doświadczyliśmy nowej pró- 
by, cięŜkiej dla obydwóch. Michalski przybył 
później z wszelkimi wygodami zamoŜnego czło- 
wieka. Na czas ekspedycji obydwaj z Rabczyń- 
skim byliśmy przykomenderowani do kabardyń- 
skiego pułku, gdzie prócz Załęskiego i Gąsiorow- 
skiego znaleźliśmy poczciwych kolegów, takich 
jak Wermiński, Szaniawski, Zaleski i inni.

 

Po przybyciu Michalskiego zbieraliśmy się zwy- 
kle u niego. Miał on własny namiot, wygodny, 
mogący pomieścić nas wszystkich, a bywało nas 
po kilkunastu. Główną naszą rozrywką bywały 
szachy, nigdy nie grywano w karty w naszym to- 
warzystwie. Często teŜ robiliśmy wycieczki, cho- 
dziliśmy na polowania, a mnóstwo baŜantów, cie- 
traewi i dzikich gołębi zapewniały łatwą zdobycz. 
Ekspedycja na „gorców" miała się rozpocząć 
w pierwszych dniach września. Poczciwy. Rab- 
czyński kazał dla nas obydwóch uszyć koŜuszki 
i buty za kolana, w których mogliśmy czołgać się 
po górach. Robota była obstalowana w naszej 
kompanii, która zajmowała forteczkę nad Czam- 
łykiem, połoŜoną 23 wiorsty od naszego obozu.

 

Pojechałem z okazją po odbiór tego obstalunku, 
a Ŝe nie był gotowy, musiałem się tam parę dni 
zatrzymać. Nocowałem zwykle w szałasie, który 
sam sobie z Rabczyńskim wybudowałem, tam teŜ 

background image

postawiłem nasz kuferek      z      rzeczami      zbędnymi 
w czasie marszów      po górach.        W nocy z dnia 
29 na 30 sierpnia 1840 roku zostałem rozbudzo- 
ny przez dziwnych gości. Weszli do szałasu - ma- 
jor naszego batalionu, kapitan dowodzący kom- 
panią,    zarazem    komendant    forteczki,    jakiś    nie- 
znajomy oficer, kilku kozaków, a u drzwi stanęli 
Ŝ

ołnierze z bronią    na    krzyŜ,    latarnia    odsłoniła 

się i oświeciła całą tę grupę. Tak dziwnie obu- 
dzony, ze zdziwieniem spoglądałem na moich go- 
ś

ci, gdy major odezwał się: „Wstańcie, Radzie- 

jowski, was powołują do sztabu łabińskiej linii, 
dokąd natychmiast macie jechać". Zerwałem się 
natychmiast      i      po Ŝołniersku      ubierałem się, nie 
mogąc pojąć, jaki to interes moŜe czekać na soł- 
data w sztabie, wymagający      takiego      pośpiechu. 
Wtem przybyły oficer przystąpił do mnie, pytając 
o papiery, jakie tylko mam. Zdziwiony spojrza- 
łem na niego,      a domyślając      się,      Ŝe to znowuŜ 
aresztowanie, otworzyłem kuferek i wspólne na- 
sze listy, moje i Rabczyńskiego, oddałem bez naj- 
mniejszej obawy. Oficer opieczętował całą poda- 
ną sobie paczkę, ale rozejrzawszy się po szałasie, 
zobaczył na półce pod strzechą mnóstwo akt ko- 
mendanckich,      które      dla      zabezpieczenia      przed 
przemoczeniem na prośbę komendanta u nas po-

 

mieściliśmy.      „Co    to za    masa    papierów?    -    za- 
wołał - czy wszystko muszę zabierać?" Na te sło- 
wa komendant powiedział, Ŝe to z 1817 roku sta- 
re akta, w których nic naszego nie ma, jednak 
ostroŜny    oficer,    podejrzewając,    Ŝe    tam    mogłem 
coś schować, przetrząsał je po jednemu, ale nic 
nie wytrząsł. Z rzeczy moich nic mi ze sobą nie 
pozwolono wziąć, nawet drugiej koszuli, odebra- 
no mi pieniądze, przeliczono je i schowano, tam 
teŜ był paryski medalik z Matką Boską, kiedyś 
przerwał mi się na szyi sznurek, więc schowałem 
go do woreczka z pieniędzmi. Oficer, który przy- 

background image

był do mnie, bardzo narzekał na znuŜenie i głód, 
przez omyłkę jeździł do fortecy zasowskiej, gdzie 
takŜe kompania naszego batalionu konsystowała, 
tym    sposobem zrobił przeszło 45    wiorst niepo- 
trzebnie, a poniewaŜ czas      nagli,      musi      znowuŜ 
23 wiorsty przejechać, nie posiliwszy się. Major 
tedy zabrał go do siebie na herbatę, co z godzinę 
nam zajęło, potem zaraz ruszyliśmy konno ku Ła- 
bie, gdzie równo ze świtem stanęliśmy u namiotu 
naczelnika    sztabu.        Jechaliśmy        bardzo        prędko, 
ciągle galopem, a dla wytchnienia koni    - cza- 
sem tylko kłusem. Konie pomordowane były nie- 
zmiernie, a kozacy przeklinali      pośpiech      oficera, 
Ŝ

ałowali swych biednych koni. Słyszałem, jak ofi- 

cer    oddawał      obudzonemu    naczelnikowi      sztabu 
zabrane u mnie papiery oraz raportował o złym po- 
informowaniu go co do fortecy, w której znajdo- 
wałem się, tłumacząc przez to opóźnienie w do-

 

stawieniu mnie. Naczelnik sztabu rozkazał po- 
mieścić mnie pod straŜą i nie dozwolić z nikim 
rozmawiać oraz odkomenderować innego oficera 
z 20 kozakami dla odwiezienia mnie do Proczne- 
go Okopu nad Kubań. Z Laby do Kubania było 
przeszło 80 wiorst, w tym kilka niebezpiecznych 
miejsc, dlatego tak silny konwój przeznaczono.

 

Wszystko to dla mnie było zadziwiającą za- 
gadką nie do rozwiązania, gubiłem się w domy- 
słach, co moŜe być powodem aresztowania mnie 
przed samą ekspedycją. Major Pawłow, dowód- 
ca naszego batalionu, wydał rozkaz pomieszcze- 
nia mnie w bezpiecznym miejscu, dopóki konwój 
nie będzie gotów do odjazdu. Ubrał się prędko 
i powiedział: „śal mi pana, ale muszę wypełnić 
rozkaz ściśle, nie wolno panu z nikim mówić, zo- 
stawiam go więc w moim baraku, a sam przez 
ten czas pójdę na spacer, samowar zaraz poda- 
dzą, niech się pan napije herbaty przed podró- 
Ŝą

". Poczciwy człowiek zostawił mnie z dwoma 

Ŝ

ołnierzami, stojącymi u drzwi z bronią na krzyŜ. 

background image

Przyniesiono mi herbatę i bułkę i od tego czasu 
juŜ go więcej nie widziałem. Ledwo skończyłem 
herbatę i trochę wypocząłem, nowy konwój był 
juŜ gotów. Oficer od kozaków liniowych wszedł 
po mnie, wsiedliśmy na konie i znowuŜ galopem 
lub kłusem - lecieliśmy do następnej forteczki. 
Zmiana koni trwała bardzo krótko, wszędzie ko- 
nie były posiodłane, jak zwykle w miejscach nie- 
bezpiecznych, konia pode mnie dawano co stacja

 

ś

wieŜego,    ale    jeŜeli    oficer    zauwaŜył,    Ŝe    cięŜko 

niesie, to był tak wyrozumiały, iŜ zlustrowawszy 
kozaków i stwierdziwszy, który koń niesie naj- 
lepiej, rozkazywał kozakowi przesiąść się na me- 
go konia, byle mi lŜej było. Wdzięczny mu by- 
łem za    to,    bo    nie      przyzwyczajony      do      długiej 
jazdy    wierzchem,    byłem    niezmiernie zmordowa- 
ny.    Nie moŜna    było zaspokoić    głodu, wszędzie 
pustka, czysty step, a w fortecy kozacy tylko dla 
siebie mieli chleb, nie mogli więc podzielić się 
ze    mną.      Około    godziny    pierwszej      po    południu 
stanęliśmy w Procznym Okopie. Pomimo wielkie- 
go pośpiechu konwojującego mnie oficera, koza- 
cy, aŜeby dać wypoczynek swym koniom, umieli 
robić rozmaite mitręgi, na kaŜdej stacji zdarzało 
się, Ŝe kozak spadał z konia, koń uciekał, a inni 
go gonili, a tymczasem trzeba było jechać powoli 
albo oczekiwać, póki kozak nie złapie konia, nie 
moŜna było porzucić go w miejscu niebezpiecz- 
nym, ciąŜyła odpowiedzialność na oficerze w ra- 
zie jakiegoś wypadku.

 

Zajechaliśmy przed kwaterę generała Zassa, 
dowodzącego całą ekspedycją na Łabie. Generał 
ten był człowiekiem dobrym, względnym dla 
zdegradowanych, ale gospodarstwo jego było na 
stopie wojennej, dawał środki dla odznaczenia się. 
W domu bardzo gościnny, ale czasem było za 
duŜo wszystkiego, a czasem nie było nic. Główna 
kwatera była w Procznym Okopie, ale rzadko 
tu przebywał. Jego obecność była potrzebna na

 

background image

całej      linii    łabińskiej.    Zagospodarowania    nigdzie 
Ŝ

adnego nie miał. Gdym zsiadł z konia, upadłem 

na ziemię, gdyŜ nie byłem w stanie utrzymać się 
na nogach. Nie przyzwyczajony do konnej jazdy, 
straciłem zupełnie władzę w nogach. Generał wy- 
szedł do nas, kazał kozakom wziąć mnie pod ręce 
i przyprowadzić do mieszkania, teŜ z jego rozka- 
zu połoŜyłem    się    na kanapie.      „śal    mi,    bracie, 
was wszystkich -    odezwał się generał - ciebie 
szóstego wiozą, nie wiem, co tam narobiliście, ale 
podług mnie      to lepiej      przyznać      się      do      winy, 
a drugich nie mieszać, po co innym robić biedę, 
kiedy tym się nie usprawiedliwisz". „Nie wiem 
co to znaczy, Ŝe nas aresztują - odpowiedziałem - 
ale upewniam pana generała, Ŝe nic nie jesteśmy 
winni i spodziewam się,      Ŝe      jeszcze      będę      miał 
zaszczyt      słuŜyć      pod      jego      dowództwem".      „Był- 
bym bardzo rad temu - odpowiedział - ale bar- 
dzo wątpię, zresztą ja się nie wypytuję, za co was 
aresztują, radzę tylko innych nie mieszać, bo to 
zawikła tłumaczenie się". Z wdzięcznością słucha- 
łem    tych    rad    z      ust    poczciwego    naczelnika,    to 
mnie    ośmieliło,    Ŝe    powiedziałem:      „Panie    gene- 
rale, jeszcze dziś nic nie      jadłem,      a      z górą sto 
wiorst przejechałem wierzchem, niech pan gene- 
rał kaŜe mi dać jeść, bo tracę siły".    „Przepra- 
szam cię, bracie - zawołał generał - ja juŜ je- 
stem po obiedzie, Ŝyję po obozowemu, nie mam 
Ŝ

adnego zapasu, ale herbatę, bułkę kaŜę ci dać, 

bo to tylko mam." Podziękowałem i za to, zjadłem

 

kilka kawałków jakiejś bułki i parę szklanek 
herbaty wypiłem. Generał rozkazał oficerowi 
konwojującemu, aby stawił się po mnie za trzy 
godziny, dodając, Ŝe potrzebuję koniecznie odpo- 
cząć. Rzeczywiście przez ten czas zdrzemnąłem 
się trochę i nabrałem sił. Oficer zajechał po mnie 
około godziny czwartej, ale juŜ pocztową trójką. 
PołoŜyłem się w kibitce, rozbity jazdą konną. 
Oficer kazał jechać bardzo prędko, a Ŝe stacji 

background image

było duŜo - jeden koń przypłacił Ŝycie, nie dobiegł 
do stacji i padł nieŜywy. Trzęsąca kibitka wy- 
trzęsła ze mnie generalską herbatę, głodny byłem 
strasznie. Z Procznego Okopu do Stawropola 
przejechaliśmy 80 wiorst w ciągu pięciu godzin, 
o 9 wieczór byłem juŜ na miejscu, gdzie komisja 
ś

ledcza odbywała swe posiedzenia.

 

Ledwo Ŝywy ze znuŜenia i głodu, drzemałem 
na jakiejś ławce, gdy dano znać, Ŝe członkowie 
komisji juŜ się zebrali i oczekują na mnie. W nie- 
wielkiej sali zastałem czterech wojskowych pod 
prezydencją Ŝandarmskiego pułkownika - Jurie- 
wa. Przyjęto mnie bardzo łagodnie, dano krzesło 
ze względu na zmordowanie i najgrzeczniej za- 
pytano zwykłym porządkiem o nazwisko, a na- 
stępnie ku największemu memu zdziwieniu, czy 
wiedziałem o korespondencji „gorców" z kon- 
sulem francuskim i Ibrahimem paszą. Domyśli- 
łem się, Ŝe to jest jakaś kalumnia Czosnowskiego, 
on słyszał moją rozmowę z Konickim, ale nie 
wiedział, o jakim Ibrahimłe była mowa. ŚwieŜo

 

to było po wypadkach politycznych owego Ibra- 
hima paszy, który      prowadził      wojnę      z      Turcją, 
z tego    Czosnowski coś    sobie zmyślił i doniósł, 
ale w jakim celu taką denuncjację sformułował, 
trudno było się domyślić. Odpowiedziałem na to 
pytanie najspokojniej, przekonany byłem, Ŝe ko- 
misja widzi w tym    fałsz,    dlatego tak łagodnie 
ze mną postępuje. Później dano mi zapytanie, czy 
wiedziałem o tym, Ŝe Michalski przyjmował u sie- 
bie    emisariusza,    którego    później      gdzieś    wysłał, 
a poprzednio kazał w tym celu szyć suknie cy- 
wilne. Z tego łatwo się było wytłomaczyć. Komi- 
sja poprzestała zupełnie na moim zeznaniu, bez 
Ŝ

adnych zarzutów i podejść. Na koniec pokazano 

mi kartkę półćwiartkową, moim nazwiskiem pod- 
pisaną, z zapytaniem, czy znam ją? Pierwszy raz 
widziałem taką bezczelność, Ŝeby cudzą rękę fał- 
szować dla udowodnienia      występku,      o      którym 

background image

się nic nie      wiedziało.        Czosnowski      przedstawił 
ową kartkę, twierdząc, Ŝe ją ode mnie otrzymał 
przez Ŝołnierza. Treść tej    kartki wyraŜona była 
niezręcznie,    nawet    z    wtrącaniem    ruskich    wyra- 
zów. Było to niby wezwanie do Czosnowskiego 
od tajnego    towarzystwa    „wyznawców prawdy". 
Odpowiedziałem komisji, Ŝe podobnej kartki ni- 
gdy nie pisałem i Ŝadnego towarzystwa tajemne- 
go nie znałem, nawet nazwy „wyznawcy praw- 
dy" między kolegami nie słyszałem. Przytoczyłem 
tylko wyrazy powiedziane kiedyś Czosnowskiemu, 
Ŝ

e      my      prawdą      Ŝyjemy      i      prawdę      wyznajemy,

 

z czego pewnie on nadał nazwę urojonemu towa- 
rzystwu. Komisja kazała mi dla porównania cha- 
rakteru pisma przepisać kartkę, z czego przeko- 
nała się, Ŝe ręka nie ta sama. W treści przedsta- 
wionej na karteczce widać było dąŜenie do na- 
ś

ladowania, nie było jednak jednolitości charak- 

teru i jeden wyraz był czysto ruski, którego ja, 
nie znając dobrze tego języka, uŜyć nie mogłem. 
Komisja widocznie uznała słuszność mego tłoma- 
czenia, ale pomimo to zmuszona była wyŜszym 
rozkazem prowadzić śledztwo, łagodnością tylko 
starała się osłodzić mi chwilowy areszt. Późno 
juŜ w nocy kazano mnie odprowadzić do więzie- 
nia, umyślnie urządzonego dla mnie w prywat- 
nym domu. Pokoik miał kraty na oknach, a w 
przedpokoju była juŜ warta złoŜona z podoficera 
i siedmiu Ŝołnierzy. Goły tapczan za pościel mi 
słuŜył, a Ŝe okropnie byłem zmordowany, poło- 
Ŝ

yłem się i choć zgłodniały, zasnąłem w najlepsze. 

Na drugi dzień rano obudził mnie głód, ale 
wiedziałem z doświadczenia, Ŝe aresztantom dają 
strawę dopiero koło godziny jedenastej, nie upo- 
minałem się więc, znosząc cierpliwie dokuczanie 
Ŝ

ołądka. Około godziny jedenastej zmieniła się 

warta, nowy podoficer obejrzał mnie i znowu 
zamknął, nic nie odpowiadając na zapytania mo- 
je, czy prędko dostanę jeść. Po godzinie, nie do- 

background image

czekawszy się jedzenia, zacząłem wołać, aby po- 
słali dla mnie po obiad, zaczęły się szepty, na- 
reszcie podoficer posłał kogoś do placmajora.

 

Długo jeszcze czekałem, a usłyszawszy jakiś ruch, 
znowuŜ zapytałem, czy dostanę jeść? Jakiś głos 
odpowiedział: „Tobie nic się nie naleŜy" (tiebie 
nie sliedujet niczego). Na wszelkie wołania moje 
więcej juŜ nie odpowiadano. Rozkaz nierozma- 
wiania był dokładnie wykonywany. Przyszło mi 
na myśl, Ŝe chociaŜ komisja na pozór grzeczna, 
pewnie jednak głodem chce mnie zmusić do przy- 
znania się. Rozpacz mnie ogarniała, głód strasz- 
nie męczył, ale na próŜno wołania do warty. Po- 
stanowiłem poddać się losowi i czekać końca 
męczarni. Jęczałem z głodu, trawiła mnie gorącz- 
ka, ale juŜ nie wzywałem litości, będąc pewnym, 
Ŝ

e to wszystko naumyślnie. Noc była okropna, na 

drugi dzień około godziny dziesiątej siły mnie zu- 
pełnie odstąpiły, głosu nawet wydobyć nie mo- 
głem. Kiedy zawołano mnie przed komisję, nie 
byłem w stanie podnieść się, dwóch Ŝołnierzy 
ujęło mnie silnie pod ręce i tak zawlokło na ko- 
misję. Gdym się tylko ukazał, wszyscy wykrzyk- 
nęli: „Co panu jest? l Pan jest bardzo chory?" 
Nie mogąc prawie głosu wydobyć, odpowiedzia- 
łem po cichu: „Nic dziwnego, trzeci dzień nic 
nie jadłem". Pułkownik Juriew zawołał do adiu- 
tanta: „Co to znaczy?" Adiutant zmieszany od- 
powiedział: „Moja wina, zapomniałem dać znać 
placmajorowi, aŜeby mu jedzenie posłał". Wy- 
dała się więc przyczyna mego okropnego połoŜe- 
nia, placmajor tylko tych karmi, których mu ka- 
Ŝą

, na kaŜdego powinien mieć atestat, podług

 

którego odbiera chleb, kaszę, a Ŝe względem mnie 
tej formalności nie zachowano, nic dziwnego, Ŝe 
tak się stało.

 

Juriew, człowiek ludzki, kazał mi się połoŜyć 

background image

na kanapie, zadysponował od    siebie, aby przy- 
niesiono mi herbatę z bułką, i tak znów herbatą 
mnie posilili. Kazał takŜe, aŜeby mi oddano pie- 
niądze, a warta była obowiązana przynieść mi, co 
zadysponuję,    do    jedzenia.    Zadano    mi parę py- 
tań, zapisano odpowiedzi i kazano odprowadzić 
mnie do więzienia. Korzystając z pozwolenia ka- 
załem sobie kupić arbuz i melon, które w tym 
czasie są na Kaukazie najdoskonalsze i nadzwyczaj 
tanie,    a    nim    mi      przyniesiono      mięso,      zjadłem 
arbuz z bułką! Mięso juŜ mi nie smakowało, bo- 
lała mnie okropnie głowa, do wieczora dostałem 
takiej gorączki, Ŝe zapomniałem o całym świecie 
i nic nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Po 
kilku dniach spostrzegłem, Ŝe jestem w szpitalu 
na oddziale aresztanckim. Na czczy Ŝołądek wi- 
dać bardzo źle podziałał arbuz, chorowałem więc 
cięŜko. Po upływie miesiąca byłem juŜ znacznie 
zdrowszy, powiedziano mi, Ŝe jestem wolny, nie 
czekając    więc    zupełnego wyzdrowienia,    naprzy- 
krzałem się ciągle, prosząc o wypuszczenie mnie 
ze szpitala.    Chciałem jak najprędzej    dowiedzieć 
się, co się dzieje      z kolegami.      Nie      widywałem 
znajomych, a gdyby ktoś chciał mnie odwiedzić, 
to nie wiedział, gdzie jestem. Uprosiłem dokto- 
rów, Ŝe uwolnili mnie ze szpitala jeszcze słabego.

 

Puszczono mnie samego bez konwoju do kantoru 
szpitalnego, skąd po odebraniu potrzebnych pa- 
pierów zgłosiłem się do ordonanshausu w celu 
uzyskania kwatery, gdzie mógłbym odzyskać siły 
przed powrotem do batalionu. Tu zaśpiewano 
mi z innego tonu, oświadczono naprzód, Ŝe nie 
jestem zupełnie wolnym i zamiast szukać kwate- 
ry, mam się udać na odwach. Dodano mi natych- 
miast wartę i odesłano na odwach. Na szczęście 
posadzono mnie w pokoju oficerskim. Ucieszyłem 
się bardzo, kiedy znalazłem tam Rabczyńskiego. 
Od niego dowiedziałem się, Ŝe Michalski z loka- 
jem, Kurella, Załęski, Gąsiorowski i dwóch Ŝoł- 

background image

nierzy z naszego batalionu zostali aresztowani, 
ale juŜ się wytłomaczyli i wszyscy są wolni, nas 
tylko dwóch zatrzymano, a dlaczego, nie wiado- 
mo. Konicki takŜe był zamieszany w tę sprawę, 
szczęściem usprawiedliwił się nie tylko z tej, ale 
i z poprzedniej, policzono mu za karę czas aresz- 
tu, przeszło rok, i odesłano do nowogińskiego 
pułku.

 

Wykryło się przy tym, Ŝe nasz denuncjator 
Czosnowski był junkrem w erywańskim pułku, 
okradł feldfebla i uciekł, a złapany w Piatigor- 
sku, rozmaite przybierał na siebie role, prócz 
właściwej. Z aresztu w Stawropolu udało mu się 
takŜe uciec, ale wkrótce został złapany, okuty 
w kajdany, na ręce i nogi, i osadzony w kazama- 
cie. Tu oświadczył, Ŝe ma waŜną tajemnicę do 
odkrycia. Dano mu papier, atrament i pióro, de-

 

nuncjację przeczytano, ale nie uwierzono jej. 
Czosnowski powtórnie przemyślał sprawę swego 
oswobodzenia i przyznać naleŜy, Ŝe śmiały pomysł 
udał mu się najpomyślniej, a Ŝe to lepiej da go 
poznać, podaję szczegóły jego trzeciej ucieczki. 
Mając okute ręce i nogi, jak wyŜej wspomniałem, 
był osadzony w kazamacie gromadzkiej tiurmy, 
zwanej Ostróg. W Stawropolu nie wpuszczono 
nie naleŜącego do warty na odwach bez dozwo- 
lenia oficera warty, a gdy kogo z więźniów do 
indagacji wzywano, przysyłano z kartką kozaka 
lub innego Ŝołnierza. Szyldwach frontowy wzy- 
wał podoficera, ten odbierał kartki i podawał je 
oficerowi, następnie oficer wydawał rozkaz - 
kogo, gdzie i z jakim konwojem wysłać. Czosnow- 
ski po napisaniu na nas denuncjacji miał, jak się 
pokazało, u siebie papier i atrament, napisał więc 
w imieniu komendanta do oficera warty kartkę, 
kładąc fałszywy podpis i wzywając siebie same- 
go na indagację. Po napisaniu kartki prosił Ŝoł- 
nierza stojącego na warcie u jego okienka, aŜeby 

background image

oddał ją gefreiterowi, gdy przyjdzie ze zmianą. 
Niewinne to na pozór Ŝądanie poczciwy Ŝołnierz 
spełnił, kartka adresowana do oficera warty zo- 
stała doręczona. Oficer był pewnym, Ŝe kartkę, 
jak wiele jej podobnych, przyniesiono od komen- 
danta, rozkazał więc dwom konwojowym zapro- 
wadzić Czosnowskiego do komendanta. śołnierze 
przybywszy tam i widząc któregoś z urzędników, 
wpuścili do pokoju aresztanta, a sami pozostali

 

za drzwiami, pilnując wyjścia. Czosnowski długo 
z kimś rozmawiał, o coś prosił, i jak zeznawali 
Ŝ

ołnierze, przy wyjściu głośno powtarzał: „Pokor- 

niejsze błagodariu", tj. naj pokorniej dziękuję. 
Skoro drzwi się zamknęły, oddał Ŝołnierzom dwie 
kartki, jedną do dozorcy więzienia, drugą dla 
oficera warty. W pierwszej było polecenie, aŜeby 
Czosnowskiego rozkuć, a kajdany zapisać do księ- 
gi regestrowej, w drugiej zaś polecało się Czos- 
nowskiego, jako uznanego za zupełnie niewinne- 
go, natychmiast uwolnić. śołnierze przyniesione 
kartki oddali według adresów i rozkaz był natych-, 
miast spełniony. Dozorca, choć ze zdziwieniem, 
kazał go rozkuć, a oficer winszując wolności dał 
mu stosownie do jego prośby Ŝołnierza, aŜeby za 
nim odniósł rzeczy na kwaterę. Jeśli chodzi o rze- 
czy, to były tam jedynie koszula i kaftan, ale 
Ŝ

ołnierz z bandoletem zabezpieczał go od napaści 

w razie spotkania z kimś, kto by wiedział, co to 
za ptaszek. Pomysł Czosnowskiego udał się naj- 
doskonalej, wypuszczony na brzegu miasta, po- 
Ŝ

egnał Ŝołnierza i zapewne udał się w zupełnie 

przeciwną stronę.

 

Dozorca więzienia nie mógł ochłonąć ze zdzi- 
wienia, Ŝe taki przestępca tak raptownie został 
uwolniony. Poszedł więc do oficera warty, robiąc 
róŜne domysły i prosząc, aby oficer dał znać 
o uwolnieniu Czosnowskiego, stosownie do roz- 

background image

kazu komendanta. Oficer posłał z raportem do 
ordonanshausu, ale zaledwo się o tym dowiedzia-

 

no, natychmiast przybiegli na odwach komendant, 
placmajor i naczelnik sztabu kaukaskiego. Hałas 
zrobił się niezmierny, oficera aresztowano, dozor- 
cę takŜe, okazało się,    Ŝe    wszystkie    kartki    były 
jedną ręką pisane, wszystkie były fałszywe. Za- 
rządzono    natychmiast    poszukiwania    zbiega,    ka- 
zano      całemu      batalionowi      wyruszyć      rozmaitymi 
drogami i droŜynami      do      wszystkich      zakątków, 
a Ŝe nie wszyscy znali Czosnowskiego, zatem ten, 
co go znał, przybierał sobie pięciu lub sześciu lu- 
dzi do pomocy i wyruszał w okolice Stawropola. 
Było to w sierpniu 1840 roku, czas był prze- 
ś

liczny, właśnie dojrzewały melony, arbuzy, ogór- 

ki, Ŝołnierze woleli sobie spacerować niŜ siedzieć 
w koszarach, tym bardziej Ŝe w podobnych po- 
szukiwaniach      wolno      plądrować      ogrody,      gdzie 
przecieŜ moŜna było coś sobie      uskubać.        Jeden 
z takich oddziałów na trzeci dzień poszukiwania 
powracał przez ogrody do domu, rozsypany dla 
łatwiejszego    obejrzenia    całej      przestrzeni.    Wtem 
z bruzdy podnosi się jakiś człowiek i zwraca się 
do nadchodzącego podoficera z łajaniem, mówiąc, 
jak ten ośmielił się traktować jego zasiewy, a tym 
bardziej zrywać ogórki l Podoficer zaczął mu się 
tłomaczyć, Ŝe spełnia rozkaz wyŜszej władzy, po- 
szukuje zbiegłego aresztanta i przymuszony jest 
przeglądać ogrody, nie      czyniąc      w      nich      Ŝadnej 
szkody. Gdyby na tym ów gospodarz poprzestał, 
byłoby się wszystko pięknie skończyło, ale zuch- 
wałość jego przebrała miarę do tego stopnia, Ŝe

 

uderzył podoficera i próbował usunąć go z ogro- 
du. Podoficer zaczął coś odburkiwać, wszczął się 
hałas, zwróciło to uwagę innych Ŝołnierzy, którzy 
zaczęli się tam schodzić. Jeden z nich znał poszu- 
kiwanego, z krzykiem rzucił się więc ku mniema- 

background image

nemu gospodarzowi, poznając w nim Czosnow- 
skiego. Drogo przypłacił on zuchwałość swoją. 
Nie Ŝałowano kolb dla pomszczenia krzywdy pod- 
oficera. Związanego i zbitego, przywleczono Czos- 
nowskiego z powrotem do więzienia, a gdy go za- 
pytywano podczas indagacji, dlaczego powtórnie 
chciał uciec, odpowiedział, Ŝe poniewaŜ jego de- 
nuncjacja pozostała bez skutku i Ŝe przeciw rzą- 
dowi uknuty zamach wkrótce moŜe dojrzeć, prze- 
to on starał się z naraŜeniem własnej osoby uciec, 
aby się dostać do Petersburga i tam całą rzecz 
przedstawić.

 

Właśnie w tym czasie przybył na Kaukaz ze 
szczególnymi poruczeniami najjaśniejszego pana 
fligeladiutant Nazimow. Kiedy przedstawiano mu 
tę sprawę, kazał nas aresztować i wyindagować 
bez względu na źródło, z którego pochodziło do- 
niesienie. Oto przyczyna naszego aresztowania, 
którego ja o mało Ŝyciem nie przypłaciłem. Do 
wydania rozkazu przez Nazimowa przyczyniła się 
teŜ opinia naczelników. UwaŜali oni, Ŝe zaskar- 
biliśmy sobie miłość Ŝołnierzy, którzy w razie 
wyprawy na „gorców" mogliby posłuchać głosu 
naszego i tym wprowadzić niepoŜądany ferment 
w obozach rosyjskich. Szczęście nasze, Ŝe Czos-

 

nowski co moment wydawał się z kłamstwami, 
przekonującymi o naszej niewinności, a przy- 
toczony powyŜej wypadek dostatecznie świadczył 
o jego bezczelności i kłamstwie. Między rozmai- 
tymi doniesieniami na Michalskiego było i takie, 
Ŝ

e w czasie swej podróŜy po świecie Czosnowski 

przechowywany był u niego przez trzy dni i wte- 
dy Michalski odkrył mu zamiar wysłania emisa- 
riusza, którego bez wątpienia juŜ wysłał. Michal- 
ski nigdy nie widział Czosnowskiego, komisja 
więc, nie ufając zapieraniem się Michalskiego, 
postanowiła przeprowadzić konfrontację. Michal- 
ski, zawsze nadzwyczaj przytomny, zrobił uwagę 
komisji, Ŝe tak bezczelny człowiek jak Czosnow- 

background image

ski moŜe mu to samo gadać w oczy, łatwo go 
jednak pozna po artyleryjskiej szyneli, gdyŜ wie, 
Ŝ

e on w artylerii słuŜy, zaproponował więc, aŜeby 

komisja pozwoliła zamienić się szynelem z miej- 
scowym pisarzem, znajdującym się w komisji, któ- 
rego Czosnowski nigdy nie widział. Podobało się 
to podejście indagującym członkom komisji. 
Wprowadzono Czosnowskiego, a wskazując na 
stojącego w miejsce delikwenta pisarza w arty- 
leryjskiej szyneli powiedzieli: „Oto Michalski, 
zapiera się, Ŝe cię kiedykolwiek widział". Czos- 
nowski z bezczelną efronterią rzuca się na szyję 
pisarzowi, przepraszając, Ŝe zmuszony był wszyst- 
ko juŜ zeznać i prosząc, aby się nie zapierał, gdyŜ 
to przedłuŜy tylko wspólne cierpienia. Członko- 
wie komisji zdumieli się śmiałością i efronterią

 

Czosnowskiego, a Michalski śmiał się do rozpuku. 
Czosnowski spostrzegł fatalną omyłkę, musiał się 
zatem przyznać, Ŝe wszystkiego tylko się domyślał, 
jednak nie przestawał utrzymywać, Ŝe stworzyliśmy 
związek pod nazwą „wyznawców prawdy", do 
którego jakoby ja ową karteczką go zapraszałem. 
Zdecydowano nas wszystkich natychmiast uwol- 
nić, ale kiedy przedstawiono wszystko Nazimowi, 
po rozpatrzeniu papierów u nas zabranych, mnie 
i Rabczyńskiego kazano zatrzymać do dalszej de- 
cyzji. Pokazało się, Ŝe między papierami, które 
zabrano przy aresztowaniu mnie, od akademików 
wileńskich - kolegów Rabczyńskiego - znajdował 
się list i wiersze na cześć Towarzystwa Demokra- 
tycznego i modlitwa do Bogurodzicy o wybawie- 
nie Polski spod tyrańskiego jarzma. List ten był 
przywieziony jeszcze w 1839 roku przez dokto- 
rów Malinowskiego i Pileckiego z Akademii Wi- 
leńskiej, wysłanych na słuŜbę do Gruzji i na 
Kaukaz. Wszyscy zesłani czytali go, chodził z rąk 
do rąk, kiedy zaś powrócił do Rabczyńskiego, nic 
o tym nie wiedziałem, a nawet zapomnieliśmy 
o nim zupełnie. Gubiliśmy się w domysłach, dla- 

background image

czego nas zatrzymano w więzieniu, tym bardziej 
Ŝ

e komisja w Stawropolu ani wzmianki o tym 

nie zrobiła. Siedzieliśmy w zimnej izbie odwachu 
w towarzystwie dwóch oficerów znajdujących się 
pod sądem za róŜne występki, ale często towa- 
rzystwo nasze powiększało się, niekiedy docho- 
dziło aŜ do piętnastu osób, tak Ŝe wówczas było

 

i ciepło, i ciasno, ale dla nas bardzo niewygodnie, 
bo na gołej podłodze trzeba było nocować. Na 
początku byłem bardzo słaby, całe ciało mi puch- 
ło, a wygody najmniejszej nie miałem, ale towa- 
rzystwo poczciwego Rabczyńskiego dodawało mi 
sił i wytrwałości do zniesienia wszystkiego. Tak 
przesiedzieliśmy do 4 stycznia, wtedy dowiedzie- 
liśmy się od dyŜurnego oficera, Ŝe Czosnowskie- 
go wywieziono gdzieś z feldjegrem, obutego na 
ręce i nogi. Ucieszyło nas to, Ŝe pozbyliśmy się 
naszego denuncjatora, ale tegoŜ dnia wieczorem 
Rabczyńskiego przeniesiono na odwach przy aresz- 
tanckich rotach. Byłem w desperacji z powodu 
tego, prosiłem, Ŝeby i mnie tam przeniesiono, ale 
pozostawiono to do decyzji komendanta. Dopiero 
na drugi dzień wieczorem przyszedł rozkaz 
o przeniesieniu mnie. JakieŜ było moje zdziwie- 
nie, gdy Rabczyńskiego juŜ tam nie zastałem, po- 
wiedziano mi tylko, Ŝe został gdzieś wysłany, po- 
dobnie jak Czosnowski.

 

Dnia 6 stycznia rano, nie zwaŜając na wielkie 
ś

więto Jordanu, dyŜurny oficer kazał mi iść za 

sobą do składu mundurów aresztanckiej roty. Tu 
zaczęli dobierać na mnie mundur i dopasowywać 
szynel na mundur. Oficer z prawdziwą boleścią 
rzekł do mnie: „Teraz muszę wypełnić najprzy- 
krzejszy rozkaz, muszę pana okuć". Dotknęło 
mnie to okropnie, ale cóŜ było robić, trudno oka- 
zać się słabym, trzeba było przypomnieć sobie 
dawne przejścia, równię nie zasłuŜone, i męŜnie

 

znieść nową zniewagę. „Nie mam do pana naj- 

background image

mniejszego Ŝalu - rzekłem - rób pan, co kaŜą".

 

Przywieziono cięŜkie i grube kajdany po 15 
funtów na ręce i 15 na nogi, takich uŜywają tyl- 
ko wobec wielkich zbrodniarzy. Kowale w obec- 
ności całej kompanii aresztanckiej natychmiast 
okuli mnie jakby na wieki. Gdy juŜ odstąpili ode 
mnie, powstałem, brzękłem Ŝelazami i nabrawszy 
ducha zawołałem: „Daj BoŜe, Ŝeby wszyscy, co 
noszą kajdany w Rosji, nie więcej na nie zasłuŜyli 
niŜ ja!" Wyszedłem z oficerem, czterech konwo- 
jentów oczekiwało na nas u drzwi, poszliśmy ku 
ordonanshausowi. Było to właśnie w czasie wiel- 
kiej procesji, wszyscy oglądali się za mną, któŜ 
odgadnie, jakie uczucia wzbudzałem? Niejeden 
moŜe, przejęty zgrozą na myśl o zbrodni, odwra- 
cał ze wzgardą oczy ode mnie. Ale pewnie byli 
i tacy, co pomyśleli: MoŜe teŜ ten młodzieniec 
jest niewinny?

 

Dla wyminięcia tłumów zboczyliśmy w wąską 
uliczkę, ale zaledwie przeszliśmy kilka kroków, 
dopędziło nas kilku Ŝołnierzy Polaków z I bata- 
lionu kaukaskiego, z nimi takŜe poczciwy Chruc- 
ki. Nie zwaŜając na oficera, rzucili się do mnie 
z rzewnymi łzami, tak szczerze Ŝegnali, ściskali, 
Ŝ

e oficer równieŜ nie mógł się wstrzymać od łez, 

zasłaniał oczy i prosił tylko, zamiast rozkazywać, 
aŜebyśmy się prędzej rozstali, gdyŜ na nim odpo- 
wiedzialność ciąŜy. Chrucki ryczał wprost z bo- 
leści, ja przejęty uczuciem współrodaków równieŜ

 

płakałem, cały Ŝal serca musiałem wylać na łono 
Ŝ

yczliwych osób. Dziś gdy to piszę, tak Ŝywo 

przedstawia mi się ta scena, Ŝe od łez wstrzymać 
się nie mogę. Poczciwego Chruckiego i innych 
więcej juŜ nie widziałem. W ordonanshausie cze- 
kał na mnie Ŝandarm z depeszami na piersiach, 
odbierał pieniądze od placmajora na daleką dro- 
gę. Oburzenie przywróciło mi twardość charakte- 
ru, oczy obeschły, a spojrzawszy na placmajora, 

background image

zapytałem go, dlaczego ze mną tak okrutnie po- 
stępują. Placmajor widać w tym zapytaniu wy- 
czytał boleść, a czuł, Ŝe na nią nie zasłuŜyłem, 
przystąpił do mnie i z prawdziwym Ŝalem prze- 
mówił: „Radziejowski, przebaczcie nam, to nie 
są nasze rozkazy, my jesteśmy przekonani o wa- 
szej niewinności, bolejemy nad wami, ale rozkazu 
wyŜszej władzy osłabić w niczym nie moŜemy. 
Wszystko to ten przeklęty Czosnowski zrobił, wy 
cierpicie niewinnie, ale z zawstydzeniem kogoś 
wolni będziecie (przez „kogoś" rozumiał pewnie 
fligeladiutanta Nazimowa, gdyŜ to jego rozkaz 
był wypełniany). Odpowiedziałem na to: „LŜej- 
sze mi są te Ŝelaza, kiedy przy tylu świadkach 
pan przyznajesz, Ŝe niezasłuŜenie ciąŜą na mnie". 
Po ukończeniu obrachunku z Ŝandarmem, wrę- 
czono mi 25 rubli srebrem, które przysłane mi 
były przez Arenta, ale list jego pozostał w komisji, 
oświadczono mi przy tym, Ŝe na drogę Ŝandarm 
ma dla mnie diety, 15 kopiejek srebrem dzien- 
nie, a Ŝe ekspedycje z głównego sztabu jeszcze

 

nie były dane Ŝandarmowi, kazano mnie odpro- 
wadzić na odwach, na moją dawną siedzibę. Gdy 
przybyłem pod odwach, ponowiła się rzewna 
scena, znajdowało się tu kilku znajomych ofice- 
rów, aresztowani takŜe wybiegli z nimi na plat- 
formę i pochwycili mnie na ręce, nie zwaŜając 
na znak hańby, jaki ciąŜył na mnie. Ze łzami 
współczucia wnieśli mnie do oficerskiego pokoju. 
Wszyscy starali się pocieszyć, kaŜdy rad przynieść 
ulgę, przekonany o mojej niewinności, nikt jednak 
nie wiedział, za co, po co i dokąd mają mnie za- 
wieźć. Ja jeszcze mniej mogłem się domyślić, co 
zamierzają z nami zrobić. Zresztą juŜ wszystko 
dla mnie było jedno, czy słuŜyć na Kaukazie, czy 
na Syberii ziemię kopać. Wszystko zdawało się na 
zawsze stracone.

 

Zmierzchem przyjechał po mnie Ŝandarm, ode- 
brał mi pieniądze, a odziawszy mnie w tułub 

background image

i włoŜywszy berlacze na nogi, kazał ruszyć w 
drogę. Na szczęście, chociaŜ padał deszcz, było 
dosyć duŜo jeszcze śniegu i podróŜ moŜna było 
odbywać saniami, co przy prędkiej jeździe robiło 
wielką róŜnicę.

 

VII

 

Etapem do Wilna

 

Na stacjach nigdzie nie było naj- 
mniejszej mitręgi, podróŜna ku- 
rierka pędziła wichrem. W cią- 
gu pierwszych 24 godzin prze- 
jechaliśmy od Stawropola do Nowoczerkaska 
z górą 300 wiorst. Za Donem chwyciły tęgie 
mrozy, mój mokry tułub stwardniał od mrozu 
jak skorupa, ogrzać się nie było czasu, na sta- 
cjach zaledwo zdąŜyłem fajkę zapalić, konie juŜ 
były gotowe. W Małorosji na pierwszą stację za 
Bachmutem (dziś Artiemowsk) przyjechaliśmy po 
zachodzie słońca, zziębłem niewypowiedzianie, 
wchodząc do pokoju tułub jak zwykle postawi- 
łem w sieni, aby nie mógł .odtajać w cieple, 
drŜałem okropnie i zaledwo mogłem przemówić. 
Prosiłem Ŝandarma, Ŝeby dla rozgrzania się po- 
zwolił mi napić się herbaty. Surowy i zawsze 
milczący Ŝandarm lakonicznie odpowiedział: 
„Nielzia", to znaczy nie moŜna, a na nalegania 
moje i zapewnienie, Ŝe niezawodnie zamarznę, je- 
Ŝ

eli się nie rozgrzeję, odpowiedział: „Dziś mało 

przejechaliśmy". Pokój sąsiedni był zajęty przez 
kogoś przejeŜdŜającego, słychać było głosy roz-

 

mawiające przez niski piec wspólny dla obu po- 
kojów, komunikacja była tylko z sieni. Wyszedł 
stamtąd lokaj wojskowy z czerwonymi lampasa- 
mi u peleryny płaszcza, a obróciwszy się do Ŝan- 
darma powiada: „Pułkownik Ŝandarmów Szawel- 
ski kaŜe, Ŝebyś dał się ogrzać aresztantowi". 
ś

andarm na to powiada: „Nie znam pułkowni- 

ka Szawelskiego". Lokaj wyszedł, a wkrótce 

background image

wszedł sam pułkownik, odkrył szlify pułkowni- 
kowskie i zapytał Ŝandarma głosem nakazującym: 
„Widzisz, kto ja jestem?" „Widzę", pokornie od- 
powiedział mój konwojent. „Zatem nakazuję ci, 
Ŝ

ebyś kazał dać aresztantowi herbaty, bo powi- 

nieneś go dowieźć Ŝywcem, a nie zamroŜonym, 
a Ŝebyś nie stracił czasu, to idź z nim do mego 
pokoju, tam jest samowar gotowy, moŜe się napić 
i ogrzać naleŜycie". Posłuszny Ŝandarm poszedł 
ze mną do drugiego pokoju. Tu sam pułkownik 
nalewał herbatę, a widząc, Ŝe tak mocno drŜa- 
łem, Ŝe aŜ Ŝelaza brząkały, zapytał mnie, czy nie 
mam cieplejszej odzieŜy. „Mam - odpowiedzia- 
łem - tułub, ale tylko zasłaniam się nim od wia- 
tru, a na stacjach zostawiam go w sieni, jak sko- 
rupę". Pułkownik sam przekonał się o stanie me- 
go koŜucha, a zapytawszy Ŝandarma o pieniądze, 
rozkazującym tonem zawołał: „Kupisz natych- 
miast z jego pieniędzy koŜuch!" Całą odpowie- 
dzią mego cerbera było „Słuszajuś!", ale ja po- 
trząsając skutymi rękoma, zrobiłem uwagę, Ŝe Ŝa- 
den koŜuch nie ogrzeje mnie naleŜycie, bo go na

 

rękawy włoŜyć nie mogę. „Rozkuć!" zawołał puł- 
kownik. „Nie mogę", odezwał się Ŝandarm. „Ty 
durak! Rozkuć, ubrać i znów zakuć". „Słuszajuś", 
była odpowiedź. W ten moment przywołano ko- 
wala, a pisarz stacyjny sprzedał porządny koŜuch 
nankinem pokryty za pół imperiała. Rozkuty 
z jednej ręki, ubrałem się ciepło, i znów mnie 
okuto, jakby nic nie było. Gotów byłem do drogi. 
Ludzki pułkownik zdjął z siebie włóczkowy sza- 
lik i sam obwiązał mnie, Ŝycząc szczęśliwego 
ukończenia śledztwa i dodając, iŜ wie, o co idzie,

 

i nie wątpi, Ŝe wszystko dobrze się skończy. Po- 
dziękowałem mu serdecznie za wszystko, Ŝycząc 
wzajemnie szczęśliwej podróŜy. Przy wsiadaniu 
pułkownik powiedział do Ŝandarma: „Nie kaŜ, 
bracie, zbyt prędko jechać, Ŝebym mógł za tobą 
zdąŜyć, bo w tutejszych stepach jest mnóstwo 

background image

wilków, jeŜeli nas napadną, razem będziemy się 
bronili". śandarm jak zwykle odpowiedział: „Słu- 
szajuś", i rzeczywiście dotrzymał słowa. Całe 
stado wilków u samej drogi przestraszyło nam ko- 
nie, które poniosły nas w step, zręczny woźnica 
umiał kierować, a natrafiwszy znowu na trakt, 
pędził ani myśląc o pułkowniku. WyjeŜdŜając

 

z następnej stacji, ledwo usłyszeliśmy zdąŜający 
powóz jego.

 

Tak bez szczególnych wypadków odbywaliśmy 
z największym pośpiechem dalszą podróŜ do Wil- 
na, o czym dowiedziałem się na stacjach podróŜy 
naszej, gdzie czytano, Ŝe tam mają mnie dosta-

 

wić. Domyśliłem się, Ŝe będzie prowadzone śledz- 
two na nowo. Słyszałem od kolegów, jakie tam 
tyraństwa wyrabiał      ksiąŜę Trubeckoj      przy inda- 
gacjach. Więc skóra na mnie cierpła, chociaŜ by- 
łem niewinny, jakiś fatalizm znowu mnie wtrącał 
w przepaść cierpień. Bóg wie za co, ale pocie- 
szało mnie to, Ŝe zbliŜam się do rodzinnej ziemi. 
Przez Charków przejeŜdŜaliśmy w samo połud- 
nie, wtedy właśnie akademicy wychodzili z Uni- 
wersytetu.        DostrzeŜono mnie, kiedy wysiadałem 
na poczcie z sanek. Nienowy to był dla nich wi- 
dok, z ich grona porwano juŜ niejednego, wie- 
dzieli zatem, kogo Ŝandarmi woŜą w kajdanach. 
Dwóch akademików przyszło na stację, dowiadu- 
jąc się o listy, jeden zaczął coś mówić do Ŝandar- 
ma, drugi raptem zapytał mnie o nazwisko i do- 
kąd    mnie wiozą.    Odpowiedziałem    mu,    ale    nie 
uszło to Ŝandarmskiej    baczności.        Zawołał więc 
groźnie: „Proszę bardzo nie być ciekawym i na- 
tychmiast        stąd        odejść".        Akademicy        odeszli, 
uśmiechając się, ale gdy Ŝandarm posłał dla nas 
po obiad, oni przysłali wyśmienity z butelką wi- 
na, którego Ŝandarm w Ŝaden sposób nie dał mi 
nawet dotknąć.    Obawiał się zapewne trutki na 
niego, chociaŜ pewnie prócz dobrych chęci i pocz- 
ciwego    współczucia    nic więcej      nie    było.      Wsia- 

background image

dając, odebrałem ukłony od zgromadzonych aka- 
demików.      śegnali    mnie    czapkami    i    chustkami. 
Podobnego współczucia doznałem od dwóch śy- 
dów w    Czernihowie.        Prócz    obiadu,    tak    czule

 

i serdecznie przemawiali do mnie, nie zwaŜając 
na groźby Ŝandarma, Ŝe mi łzę wycisnęli. Ostat- 
nia stacja przed Wilnem, pamiętna z ujęcia sław- 
nego Konarskiego z obywatelem Rodziewiczem, 
przypomniała mi opowiadanie szczegółowe o tym 
wypadku Rabczyńskiego. Wchodziłem na stację 
po tych samych schodach, gdzie biedny męczen- 
nik rzucił jakieś papiery, które stały się zdobyczą 
czatujących na niego i posłuŜyły później do skom- 
promitowania bardzo wielu osób. O całym odkry- 
ciu Towarzystwa Demokratycznego, czyli Stowa- 
rzyszenia Ludu, opowiadali mi szczegółowo Sa- 
wicz, Rabczyński i Zahorski, którzy byli pierw- 
szymi członkami i najbliŜsi Konarskiego, a Ŝe to 
najpewniejsze źródło tej smutnej wiadomości, 
przeto umieszczam tu ten wypadek, który nie w 
jednej familii pozostawił zbyt smutne wspomnie- 
nia.

 

Emigracja nasza we Francji, przemyśliwując 
ciągle nad środkami, które choć w oddalonej 
przyszłości mogły zbawić Ojczyznę naszą i uwol- 
nić od jarzma, postanowiła zawiązać Stowarzysze- 
nie Ludu Polskiego. Wybrała na działaczy ludzi 
zdolnych, umiejących pracować z poświęceniem 
i dzielnym charakterem. Zaczęto jednocześnie 
działać w Galicji i w Poznańskiem, na Litwie, 
Wołyniu, Podolu i w Królestwie.

 

KaŜdy z wysłanych działał według swego zda- 
nia najostroŜniej. Niektórzy wprowadzili w To- 
warzystwie podział na sołtysostwa i tylko sołtys

 

mógł przyjmować do Związku i wiedzieć tylko 
o liczbie swoich związkowych, tak było w Kró- 
lestwie. Inni przyjmowali kaŜdego, którego sądzi- 
li godnym naleŜenia i wtajemniczenia, z warun- 
kiem jednak uwiadomienia o tym naczelnika 

background image

Związku, broń BoŜe, nie wyjawiając nikomu in- 
nemu, nawet juŜ naleŜącemu, tak aby tylko 
przyjmujący wiedział o przyjętym. Jednak na- 
czelnicy potrzebowali kilku pomocników, z któ- 
rymi by mogli prowadzić wspólnie waŜniejsze na- 
rady, i ci musieli juŜ o sobie wiedzieć. Parę lat 
pracy powiększyło Związek na wszystkich tere- 
nach. Rząd austriacki odkrył istnienie Towarzy- 
stwa w Galicji w 1837 roku i z całą właściwą so- 
bie surowością i tyranią prześladował związko- 
wych. W kilka lat później uŜył tej broni na zgu- 
bę obywateli, skutkiem czego wynikła owa nie- 
szczęsna rzeź galicyjska. Na innych terenach tedy 
nigdzie Towarzystwo nie było wykryte, co świad- 
czyło, Ŝe indagowani byli ludźmi silnego cha- 
rakteru. Na Litwę, Wołyń i Podole był wysłany 
Konarski, człowiek najzdolniejszy i niezłomnego 
charakteru oraz działający z największym po- 
ś

więceniem. Przy wyjeździe z Francji generał 

Dembiński rekomendował mu kupca wileńskiego, 
ś

yda Rozenbluma czy Rozentala, nazwiska do- 

brze nie pamiętam, w czasie rewolucji okazał on 
wiele przychylności sprawie polskiej, w wielu teŜ 
sprawach był pomocnym generałowi w czasie byt- 
ności jego na Litwie z wojskiem polskim. Gdy

 

Konarski zawiązał Towarzystwo na Wołyniu 
i Podolu, udał się do Wilna z obywatelem Ro- 
dziewiczem, z którym głównie przebywał i tam 
najprzód między młodzieŜą akademicką uformo- 
wał Związek. Najpierwsi przyjęci byli do Związku 
Sawicz, Zahorski i Rabczyński, w nich Konarski 
połoŜył zupełne zaufanie, na czym się nigdy nie 
zawiódł, im teŜ zwierzał się ze swymi zamiara- 
mi, zasięgając ich rady. Opowiedział im o zale- 
ceniu generała Dembińskiego, a potrzebując spro- 
wadzenia drukarni dla drukowania odezw, umy- 
ś

lił korzystać z przychylności Rozentala jako kup- 

ca. Sawicz, Zahorski i Rabczyński nie mieli do 

background image

niego zaufania i wszelkimi siłami starali się od- 
wieść Konarskiego od tej znajomości i bliŜszych 
z nim stosunków. Konarski obiecał im jak naj- 
większą ostroŜność, jednak nie odstąpił od za- 
miaru poznania owego śyda, za którym przema- 
wiała dawniejsza przychylność sprawie polskiej. 
Postanowił zatem dokładnie go wyrozumieć, za- 
nimby cośkolwiek miał mu proponować. Poszedł 
do Rozentala niby na wino, a pomówiwszy z nim 
o róŜnych obojętnych rzeczach, jak gdyby przy- 
pomniał sobie jakąś rozmowę z generałem Dem- 
bińskim za granicą, zapytał go, czy to on jest tym 
dawnym znajomym generała, o którym ten tak 
przyjaźnie wspominał. Rozental nadzwyczajnie 
uradowany, nie wiedział, jak miał przyjąć Konar- 
skiego, częstował go najdoskonalszym winem, 
wiele mówił, bardzo ubolewał nad nieszczęściami,

 

jakie kraj ugniatały, słowem prawie przekonał go 
o niezmienionej swej Ŝyczliwości. Konarski powró- 
cił do akademików bardzo zadowolony, a potrze- 
bując koniecznie drukarni, zamierzył nie poprze- 
stać na tej jednej wizycie. Nieszczęście chciało, Ŝe 
wszelkie prośby akademików, aby nie ujawniał 
się przed Rozentalem, nic nie pomogły. Otuma- 
niony zmyślonym patriotyzmem jego, po kilku 
odwiedzinach przystąpił do otwartej umowy o do- 
starczenie mu drukarni. śyd upewniał, Ŝe nie tyl- 
ko ją z łatwością dostawi, ale gdyby potrzeba 
było armaty, sprowadzić ją teŜ moŜe. Konarski 
zaliczył mu 10 000 złotych polskich zadatku.

 

Skończywszy tak waŜny interes, gdy juŜ zamie- 
rzał z Rodziewiczem opuścić Wilno, jeden ze 
związkowców z biura wojennego generała guber- 
natora ostrzegł Konarskiego, Ŝe wydano niezwy- 
kłe polecenie, aby bez wyraźnego pozwolenia gu- 
bernatora nikomu z poczty nic nie wydawano, na 
rogatkach zaś mieli ściśle przeglądać i spraw- 

background image

dzać paszporty, czy zostały poświadczone w kan- 
celarii gubernatora. ZatrwoŜyło to związkowych, 
ale Ŝe z Wilna moŜna było wyjechać omijając ro- 
gatki, więc od pierwszej stacji mieli wyruszyć na- 
jemnymi końmi, lecz jakŜe okropnie się zawiedli, 
spotkali tam bowiem całą zgraję urzędników 
i Ŝandarmów. Porwano biedaków, a jak było do 
przewidzenia, znaleziono przy nich papiery, któ- 
rych Konarski nie był w stanie ukryć. PosłuŜyły 
te papiery do skompromitowania wielu osób. W

 

związku z tym wypadkiem Sawicz, Zahorski 
i Rabczyński byli najpierwszymi więźniami. Dziel- 
ni to byli ludzie, raczej gotowi śmierć męczeńską 
ponieść, niŜ kogoś wplątać. Wściekłość i okrucień- 
stwo wicegubernatora wileńskiego i prezesa ko- 
misji śledczej ks. Trubeckiego nic nie zdołały 
z nich wymordować, jak równieŜ z Konarskiego 
i Rodziewicza, lecz zamieszany przez papiery oby- 
watel Orzeszko okazał się bardzo słabym, opo- 
wiadał wszystko, co tylko wiedział, a nawet i to, 
czego się tylko domyślał, kompromitując ogrom- 
ną ilość osób z całego zabranego kraju. Więzienia 
w Wilnie i Kijowie napełniły się obywatelami 
i akademikami, a nawet kobietami. Kijowska ko- 
misja, nie tylko okrutna przy indagacjach, sądziła 
teŜ ostrzej niŜ wileńska. Trubeckoj jak dziki zwierz 
tyranizował więźniów, nie do uwierzenia. Ale le- 
piej zamilczę o szczegółach tych okrucieństw, na 
wspomnienie których serce krwią się oblewa 
i o pomstę do nieba woła.

 

Pokazało się, Ŝe Rozental o pierwszej juŜ wi- 
zycie Konarskiego zaraz doniósł gubernatorowi 
Dołgorukiemu, z domysłem, Ŝe to musi być emi- 
sariusz. Gubernator chcąc się lepiej o wszystkim 
przekonać, kazał z daleka śledzić, aby tym pew- 
niejszy cios zadać, co się teŜ stało. Przeszło 250 
rodzin opłakiwało stratę ojców, męŜów, braci 

background image

i synów. Konarski dnia 13 * lutego 1839 roku

 

* Historycy podają jako datę rozstrzelania Szymona Ko- 
narskiego - 27.II.1839 r.

 

został rozstrzelany. Współczucie, jakie nie tylko 
w ziomkach, ale i w rosyjskich oficerach i Ŝoł- 
nierzach obudził, stało się przyczyną nowych ofiar 
i nowych cięŜkich katuszy dla wielkiej liczby 
zacnych ludzi.

 

Wracam teraz do opowiadania mnie dotyczą- 
cego, a mającego związek z losem bardzo wielu 
ludzi, których po większej części nigdy nie wi- 
działem i zapewne widzieć nie będę.

 

VIII

 

Przyjazd i więzienie w Wilnie

 

Po wyjeździe ze Stawropola ós- 
mego dnia wieczorem stanęliśmy 
w Wilnie. Podług marszruty da- 
nej Ŝandarmowi było to 2195 
wiorst odległości. Zajechaliśmy wprost do biura 
gubernatora wojennego, stąd odwieziony zosta- 
łem do jakiegoś klasztoru zapełnionego więźnia- 
mi stanu. Nie było nowością dla mnie przecho- 
dzić korytarzami, gdzie z największą cichością 
wierni stróŜe pilnują drzwi nieszczęśliwych ofiar. 
Brzęk moich kajdan rozlegał się przeraźliwie i za- 
mącał tę smutną ciszę. Wprowadzono mnie naj- 
przód na piętro, gdzie nastąpiła ścisła rewizja 
moich rzeczy, których było bardzo mało. Tu roz- 
kuto mnie i pozwolono się wykąpać, przez czas 
kąpieli zrewidowano odzienie i popruto kołnierze, 
następnie juŜ ubranego w koŜuszek, kupiony w 
drodze, okuto i odprowadzono na dół pod numer. 
Byłem okropnie zmęczony podróŜą, padłem więc 
na siennik i zasnąłem jak martwy. Jak długo spa- 
łem, sam nie wiem, ciągle zdawało mi się, Ŝe 
jeszcze jadę, nieustannie brzmiał mi w uszach 
dzwonek pocztowy. Po wyspaniu się zacząłem

 

background image

przypatrywać się mej celi, przysłuchiwałem się teŜ 
wszystkim odgłosom. W róŜnych celach słychać 
było daleki brzęk kajdan, a obok ciche stąpania 
wartowników naszych. Wreszcie zacząłem próbo- 
wać pukać do sąsiadów, Ŝeby się dowiedzieć, 
gdzie się znajduję, w jakim klasztorze. Po jednej 
stronie była izba, gdzie przebywali posługacze 
więzienni, miałem z nimi wspólny piec, przez któ- 
rego cienkie ścianki słychać było głosy gwarliwej 
gawiedzi. Nie Ŝałowali dla siebie drzewa, w pie- 
cu palili okropnie, na czym ja cierpiałem bardzo, 
bo nie mogąc się rozebrać, praŜyłem się w koŜu- 
chu niezmiernie. Po drugiej stronie mojej celi sie- 
dział więzień, który chętnie odpowiadał na moje 
pytania. Dowiedziałem się więc, Ŝe siedzimy w 
klasztorze Wszystkich Świętych, Ŝe sąsiad mój, 
akademik wileński, nazwiskiem Owsiany, siedzi 
niewinnie, Ŝe zawdzięczał to jedynie fałszywym 
zeznaniom więźnia Pawłowskiego, który przez sła- 
bość charakteru, kiedy został złapany na granicy 
wraz z dwoma uzbrojonymi kolegami, podykto- 
wał komisji paręset nazwisk osób najniewinniej- 
szych i który najniesłuszniej utrzymuje, Ŝe istniało 
ogromne Towarzystwo, które postanowiło jakoby 
zabić cesarza, gdy miał przejeŜdŜać traktem ko- 
wieńskim, wysłało więc w tym celu trzech uzbro- 
jonych. Towarzyszami Pawłowskiego byli: Woź- 
niakowski i Rokicki, równieŜ akademicy wileńscy. 
Ten fałsz komisja sama podsunęła Pawłowskie- 
mu, a okrutnym obchodzeniem się zmusiła do po-

 

twierdzenia i przyznania się do zbrodni, o której 
nikomu się nie śniło. Cała zaś rzecz tak się miała. 
Akademik Woźniakowski, człowiek ponoć ge- 
nialny, napisał ogromny poemat pod tytułem 
Wilianinki. Pisany w wolnym duchu, nie mógł 
być publicznie wydanym, zaufanym tylko kolegom 
moŜna było go odczytać. Spotykał się z powszech- 

background image

ną pochwałą, radzono mu porzucić medycynę, na 
którą autor tylko z niedostatku, nie z powołania, 
na koszt rządowy uczęszczał. Namawiano go, by 
udał się za granicę i tam na koszt emigracji ko- 
rzystne i z poŜytkiem dla kraju zdobył wykształ- 
cenie. Podobał się Woźniakowskiemu ten projekt, 
znalazł teŜ dobrego towarzysza o wielkich zdolno- 
ś

ciach w przyjacielu swym Rokickim. Obaj po- 

stanowili porzucić medycynę i udać się potajem- 
nie za granicę. Pawłowski widząc ich przygoto- 
wania i nie mając chęci do nauki ani Ŝadnych 
szczególnych zdolności, prosił, Ŝeby i jego do swej 
kompanii przyjęli, co teŜ chętnie dla powiększe- 
nia towarzystwa uczynili. Mając przed sobą per- 
spektywę podróŜy lasami, zaopatrzyli się w pisto- 
lety i kindŜały, a na nieszczęście w dzień przejaz- 
du cesarza przez Wilno wyszli z miasta, kierując 
się ku granicy. Zostali złapani w lasach juŜ na 
samej granicy pruskiej. PoniewaŜ byli uzbrojeni, 
okuto ich i odesłano do Wilna. Niegodziwa ko- 
misja śledcza, która sądziła wówczas 36 oficerów 
i korpusu oraz innych więźniów za współczucie 
dla Konarskiego, rada była, Ŝe nowe pole dla

 

niej się otworzyło, zaczęła więc z całą gwałtowno- 
ś

cią indagować trzech biedaków, a nie wierząc 

prawdzie, którą najszczerzej zeznali, zaczęła ro- 
bić róŜne domysły i wysuwać zarzuty, najwaŜ- 
niejsze zaś było posądzenie o wyjście w zamiarze 
dokonania zabójstwa na osobie cesarza, gdy prze- 
jeŜdŜał kowieńskim traktem ku Petersburgowi. 
Katusze, jakich ci biedacy doznawali, sprawiły to, 
Ŝ

e słaby Pawłowski przyznał się do nieprawdy, co 

pociągnęło za sobą nowy domysł komisji, Ŝe 
istnieje jakiś związek. Pawłowski potwierdził i to, 
a zacząwszy raz kłamać, dla uniknienia tyraństwa 
przyznawał wszystko, czego chcieli. I tak jeśli 
tylko komisja kogoś chciała widzieć w więzieniu 

background image

dla własnych korzyści, podsuwała tę myśl Pa- 
włowskiemu, a ten potwierdzał, mieniąc go człon- 
kiem domniemanego związku. Takim sposobem 
pięć klasztorów napełniło się niewinnymi więź- 
niami. Na mojej bieliźnie napisany był nr - 261, 
z tego mogłem wnosić o liczbie więźniów, ale 
po mnie jeszcze bardzo wielu przybyło. W kilka 
lat później dowiedziałem się, Ŝe przeszło 500 osób 
było uwięzionych. CięŜko było siedzieć w kajda- 
nach w ogromnym cieple za zamarzłymi oknami, 
ale co najbardziej dokuczało, to nieznośne lampy, 
które dymiły okropnie, pokrywając kopciem skle- 
pienia i ściany, rano zaś słuŜba wiechciami osa- 
dzonymi na kijach wycierała ten kopeć, a naku- 
rzywszy tym sposobem najniegodziwiej, zamykała 
drzwi, ja zaś wszystko musiałem połykać. Przez

 

dwa tygodnie cierpiałem znosząc ten obrzydły po- 
rządek, ale gdy zaczął mi dokuczać ból w pier- 
siach, postanowiłem nie dać go więcej robić. Gdy 
przyszli podług zwyczaju do mego numeru, krzyk- 
nąłem na posługaczy: „Precz stąd! Ja nie chcę 
waszej czystości!" Spojrzeli na mnie, ale nie zwa- 
Ŝ

ając na groźny mój głos, zaczęli swoje robić. Zło- 

Ŝ

yłem ręce uzbrojone kajdanami i najbliŜej stoją- 

cego tak grzmotnąłem w kark, Ŝe przeraŜona 
reszta zaczęła uciekać, krzycząc: „Zwariował!" 
Oficer dozorujący zapytał mnie przez drzwi, co 
to znaczy? Odpowiedziałem mu, Ŝe jeŜeli tym 
sposobem mają zamiar Ŝycie mi skrócić, to ja 
wolę się bronić do ostatka i nie dam więcej takiej 
głupiej czystości robić. Dozorujący oficer rapor- 
tował o tym placmajorowi, a ten wypytawszy 
mnie jak najgrzeczniej, jak było, kazał mnie prze- 
nieść do innego numeru, daleko czyściejszego, ale 
zostałem przez to pozbawiony sąsiada, umiejące- 
go rozmawiać, gdyŜ obecni sąsiedzi moi wcale nie 
rozumieli pukania. Z nudów musiałem chodzić po 

background image

celi, grzmiąc kajdanami i obcierając sobie nogi 
do krwi. Tak znowuŜ przeszło dwa tygodnie, a do 
tłomaczenia się nie powoływano. Nareszcie pew- 
nego dnia usłyszałem jakiś niezwykły ruch na ko- 
rytarzu i wkrótce otworzono moje drzwi i octem 
wykadzono celę. Domyśliłem się, Ŝe jakiś dygni- 
tarz wizytuje więzienie, jakoŜ wkrótce wszedł ja- 
kiś pułkownik, fligeladiutant cesarski, w towarzy- 
stwie placmajora, reszta pozostała za drzwiami.

 

Zapytał mnie o nazwisko, a następnie, za co 
dostałem się na Kaukaz. Kiedy opowiedziałem, 
chciał mnie poŜegnać, ale ja pospieszyłem z zapy- 
taniem, dlaczego pierwej jestem karany, nim wia- 
domo, czy jestem winny? To mówiąc, wstrząsną- 
łem kajdanami. „O tym, Ŝe jest grzeszek, wie- 
my - odpowiedział - a Ŝe pana tak przysłali, to 
nie nasza wina". „Nie dziwiłem się - rzekłem - 
Ŝ

e mnie na drogę okuto, jednemu Ŝandarmowi 

konwojującemu mógłbym moŜe uciec bez tej 
ostroŜności, ale tu kraty grube, warta dostatecz- 
na, te kajdany poczytuję za karę przedwczesną 
i upewniam pana, Ŝe nie zasłuŜoną". „To nie za- 
leŜy ode mnie - odpowiedział, ale postaram się, 
aŜeby pana rozkuto". Rzeczywiście, w trzy dni po 
tej rozmowie przyszedł placmajor z kowalem 
i zdjął ze mnie ten dokuczliwy cięŜar. Słyszałem 
nawet i w innych numerach podobną operację. 
Od tego czasu juŜ nie było słychać brzęku kajdan. 
W parę dni potem wszedł do mnie o północy 
placmajor, kazał się ubierać j przygotować do po- 
dróŜy. Ubrałem się jak najspieszniej. Wyprowa- 
dził mnie z klasztoru, wsadził do karety, konwo- 
jowanej z obu stron przez Ŝandarmów z gołymi 
pałaszami, i wiózł na drugi koniec miasta. Przy- 
jechaliśmy znowuŜ pod jakiś klasztor ogromny, 
warta, równie jak poprzednio czujna, przyjęła 
mnie i osadziła pod numerem 8. Na drugi dzień 

background image

zaraz z rana zacząłem próbować pukania, z jed- 
nej strony odpowiedziano mi, ale jakŜem się

 

zmartwił, gdy sąsiad wypukał mi swoje nazwi- 
sko - Pawłowski! Zgroza mnie przejęła na samą 
myśl, Ŝe siedzę obok tego, który tyle niewinnych 
ofiar oddał w ręce oprawców. Odpowiedziałem 
mu więc, Ŝe z takimi łotrami nie chcę gadać. 
Dotknęło go to niezmiernie, zaczął mi się uspra- 
wiedliwiać, mówiąc, Ŝe gdyby .nie przyznał tego, 
czego wymagała komisja, pewnie dotychczas juŜ 
by nie Ŝył, tak jest osłabiony męczarniami, jakie 
mu zadawali. Odpowiedziałem mu na to, Ŝe lepiej 
by umarł, jak uczciwy człowiek, niŜ ma być teraz 
pogardzany od wszystkich i wlec nędzne Ŝycie, 
które skończyć się musi na szubienicy, bo sam 
przyznał się do zbrodni, chęci zabicia cesarza, cze- 
go się nigdy nie wybacza. Od Owsianego juŜ 
wiedziałem, Ŝe poprzednia komisja została zmie- 
niona i Ŝe nowa pod prezydencją pułkownika Na- 
zimowa nie stosowała dotychczas środków gwał- 
townych. Chciałem więc namówić Pawłowskiego, 
Ŝ

eby skorzystał z tego i poprzednie zeznania od- 

wołał; usprawiedliwiając się gwałtownym postę- 
powaniem poprzedniej komisji, która zmusiła go 
do złoŜenia zeznań fałszywych. Usiłowania moje 
pozostawały przez jakiś czas nadaremne, Pawłow- 
ski opowiedział, Ŝe zaraz po zmianie komisji po- 
wtórzono wszystkie zapytania, na które odpowie- 
dział potwierdzająco, obawiając się nowych mę- 
czarni, dziś więc odwołanie na nic by się nie przy- 
dało, gdyŜ oprócz niego zeznał aresztowany oficer 
Deluzyne, Ŝe wiedział o istnieniu związku, o któ-

 

rym donosi komisja, w nadziei, Ŝe zostanie uła- 
skawiony i Ŝe zostanie mu wybaczone poprzed- 
nie przewinienie. Deluzyne dowiedział się za- 
pewne jak ja przez ścianę od kogoś z sąsiadów, 
o co go komisja obwinia, a chcąc się jakimkol- 

background image

wiek sposobem wydostać z więzienia, wplątał 
w tę sprawę na nieszczęście niewinnych.

 

Między aresztowanymi był takŜe profesor Aka- 
demii Wileńskiej Józef Mianowski. Jego słuŜący, 
przez złość na pana, takŜe zeznał wiele fałszu, 
rzucając na pana podejrzenie, Ŝe był głową jakie- 
goś tajemniczego związku. Tym sposobem komi- 
sja, mając zeznania trzech osób, poczytywała in- 
nych za zakorzeniałych przestępców, którzy nie 
chcieli przyznać się do winy. Znalazłem przecieŜ 
stosowną okoliczność, która przyszła w pomoc 
moim usiłowaniom, aby skłonić Pawłowskiego do 
stanowczego odwołania wszystkiego.

 

Pod moją celą na dole siedział akademik Dę- 
bicki, z którym rozmawiałem, pukając przy oknie. 
Biedak ten dostał pomieszania zmysłów. W ta- 
kim stanie zaczął pewnego razu najprzeraźliwiej 
krzyczeć. Krzyk ten przeraźliwym echem rozlegał 
się w naszych celach. Zapukałem do Pawłowskie- 
go i powiedziałem: „Słuchaj tego jęku, to jedna 
z twych ofiar woła o pomstę do Boga." Pawłow- 
ski zaklinał mnie na wszystko, Ŝebym go przestał 
dręczyć, przysięgając, Ŝe wszystko odwoła, jak 
tylko stosowne okoliczności do tego mu posłuŜą. 
JakoŜ niedługo oczekiwaliśmy tej okoliczności.

 

Postawiono mu na piśmie zapytanie: Czy prawdą 
jest, Ŝe junkier artylerii Hurczyn był na Wielka- 
noc u Mianowskiego w czasie posiedzenia tajne- 
go towarzystwa? Tym razem Pawłowski, według 
obietnicy i mojego Ŝyczenia, napisał zupełną 
prawdę. Nie szczędził teraz członków poprzed- 
niej komisji, opisał wszystkie męczarnie i zniewa- 
gi, jakich od nich doznał, odwołał poprzednie ze- 
znania, uczynione jedynie dla uniknięcia mąk. 
Komisja odebrawszy taką energiczną odpowiedź, 
znając słabość Pawłowskiego, domyślała się, Ŝe 
ktoś musiał mu dodać odwagi, wiedziała bowiem 
o moŜności porozumiewania się za pomocą puka- 

background image

nia, chodziło im tylko o przekonanie się, kto 
nim rozmawia. Jeden z członków komisji, puł- 
kownik sztabu generalnego Nowicki, zamknął się 
w jego celi i wkrótce przekonał się o słuszności 
podejrzenia. Kiedy usłyszałem, Ŝe numer Pawłow- 
skiego otworzono, myślałem, Ŝe powrócił on z ko- 
misji, kilkakrotnie więc próbowałem pukać. Dzi- 
wiło mnie to niezmiernie, Ŝe zamiast odpowiedzi 
odbierałem bez Ŝadnego związku pukania. Myśla- 
łem, Ŝe Pawłowski nie moŜe zebrać przytomno- 
ś

ci po nowym zajściu w komisji. Ale nareszcie 

zostałem wyprowadzony z błędu. Nagle otworzo- 
no drzwi u Pawłowskiego i u mnie i do mojej 
celi wszedł szanowny pułkownik z ironicznym 
uśmiechem i zapytaniem: „Czy mi wesoło?" Na to 
odpowiedziałem: „Widzisz pan, jak tu wesoło". 
„Więc dla rozrywki rozmawiasz z sąsiadami?"

 

„Chętnie rozmawiałbym - odpowiedziałem - ale 
na nieszczęście ściany tak grube, Ŝe prędzej słysze- 
liby na korytarzu, niŜ w sąsiedniej celi". „Jednak 
rozmawiasz", powiedział znowu. Zmiarkowałem, 
Ŝ

e juŜ wie dokładnie, ale chcąc Pawłowskiemu 

dać przykład wytrwałości, postanowiłem nie przy- 
znać się, odpowiedziałem więc, Ŝe nie rozma- 
wiam. „Ani z prawej, ani z lewej?" „Nigdzie", 
odpowiedziałem. „Jak jesteś szlachetny Polak, tak 
nie rozmawiasz?!" „Nie rozmawiam", odpowie- 
działem. Wtem mój inkwizytor przyskoczył do 
mnie z pięścią, z wybuchem zelŜywych ruskich 
wyraŜeń, ale ja odskoczyłem w tył i z determi- 
nacją podniósłszy takŜe pięść, zawołałem: „Siły 
równe na teraz, ale myślę, honor panu droŜszy 
niŜ mnie Ŝycie". Odskoczył ode mnie ku drzwiom 
i groŜąc powiedział: „Poczekaj! ty juŜ, sołdat, 
umiesz się tłomaczyć, ale nie dla tego cię tu przy- 
wieźli, Ŝebyś innych uczył, jak się mają wykręcać. 
ś

yły z ciebie pociągną, powiesz całą prawdę". To 

powiedziawszy, otworzył drzwi w mojej celi i ka- 

background image

zał postawić sołdata, Ŝeby mi nie pozwalał zbli- 
Ŝ

yć się do ściany.

 

Łatwo kaŜdy odgadnie, co się ze mną działo 
po takiej obietnicy. Pewny byłem teraz zemsty 
komisji za wydzieranie jej ofiar, których im wię- 
cej było, tym większe nagrody sypały się na nią. 
Jeszcze nie zdąŜyłem uporządkować swych myśli, 
gdy znowu otworzyły się drzwi i dozorca więzien- 
ny grzecznie, ale szyderczo zapraszał mnie na ko-

 

misję. Skóra na mnie ścierpła na myśl o niezasłu- 
Ŝ

onych męczarniach. Wszedłem przed komisję, nie 

mogąc w Ŝaden sposób powstrzymać się od drŜe- 
nia.

 

Dziewięciu inkwizytorów otaczało wielki stół. 
Nazimow, który siedział na wielkim fotelu, wska- 
zał mi miejsce, gdzie mam stanąć, a Ŝe było 
przykryte dywanem, pewny byłem, Ŝe za moim 
stąpnięciem połowa mojej osoby zapadnie się pod 
podłogę. OstroŜnie więc wchodziłem, próbując 
nogą, co się znajduje pod dywanem. Nazimow 
spostrzegł moje drŜenie, a wskazując to członkom 
komisji, powiedział: „Patrzcie, panowie, on drŜy, 
to dowód, Ŝe przestępcę przyprowadzili". To mi 
dodało trochę ducha i energii, a czując się zgu- 
bionym, najniewinniej odpowiedziałem: „Nic 
dziwnego, Ŝe po obietnicy, jaką mi ten pułkownik 
dał (wskazując na Nowickiego), Ŝe Ŝyły mają ze 
mnie ciągnąć, abym mówił prawdę, gdy nawet 
nie mam powodu kłamać, zgroza mnie przejmu- 
je i sprawia drŜenie". Nowicki podskoczył na 
swym krześle i zawołał: „A to niegodziwiec! Ja 
nic podobnego nie powiedziałem!" To jeszcze 
bardziej przywróciło mi przytomność, zrozumia- 
łem, Ŝe mam do czynienia ze złym człowiekiem, 
powiedziałem więc: „Teraz wiem, z kim mam do 
czynienia. Panowie będą wierzyć nie mnie, bo ja 
delikwent, teraz tym bardziej jestem przekonany, 
Ŝ

e tu potrzebują ofiar, a nie przestępców, a im 

background image

więcej ich będzie, tym więcej nagród odbierze-

 

cie". Na to Nazimow zmienił się na twarzy, po- 
bladł i ze zdumieniem zawołał: „Jak śmiesz coś 
podobnego powiedzieć mnie, cesarskiemu oku! 
Mnie, który tu przybyłem wybadać prawdę! To 
niesłychana zuchwałość, ukarzę cię po sołdacku!" 
To mówiąc, zadzwonił i powiedział do wchodzą- 
cego dozorcy więzienia: „Gefreiter! Pałek i ró- 
zeg!" Dreszcz mnie przeszedł, ale rzekłem na to: 
„Zapominasz pan, Ŝe prawo zabrania szlachcica 
podobnym sposobem karać!". „Bądź ty księciem 
czy grafem, to dla mnie wszystko jedno - powie- 
dział Nazimow - w komisji tajnej mam prawo 
uŜyć środków, jakich mi się podoba". „Wiem 
o tym - odpowiedziałem, ale to tylko przy inda- 
gacji, lecz jeŜelim zawinił zuchwałością, to masz 
pan prawo wciągnąć to do protokołu i powiększyć 
karę sądownie, ale nie karać mnie niewłaściwie". 
„Ja ci się tłomaczyć nie myślę z mych postępków, 
dam w skórę, ile wlezie, Ŝebyś nie był zuchwa- 
łym." Wtem dozorca dał znać, Ŝe gefreiterowie 
juŜ gotowi. Nazimow krzyknął: „Marsz"! Rze- 
czywiście byłem w rozpaczy, wiedziałem, Ŝe mu- 
szę ulec przemocy, nie byłem nigdy bity, nie wie- 
działem, do czego mnie ból doprowadzi, ale za- 
ciąłem zęby i miałem juŜ pójść, wcale nie prosząc 
o przebaczenie. Nazimow miał rodzonego brata 
na Kaukazie, który był równieŜ jak ja Ŝołnierzem, 
z Syberii na Kaukaz do dosługi translokowany. 
Był on jeszcze z 1825 roku jako dekabrysta ze- 
słany. Przypomniałem sobie o tym i z rozpaczy

 

rzekłem: „Pamiętaj pan, Ŝe masz brata w takim 
połoŜeniu jak moje, jego równieŜ moŜe kto 
skrzywdzić, jak mnie pan krzywdzi". To powie- 
dziawszy, szedłem juŜ do drzwi, ale Nazimow 
raptem zawołał: „Dla tej szyneli przebaczam ci 
i przez wzgląd na to, Ŝe juŜ dosyć cierpiałeś". Tu 
jakby się opamiętał i poprawił, mówiąc: „Dla 

background image

tego czerwonego kołnierza, który ja noszę i który 
najjaśniejszy pan nosi". Rozumiałem jego słowa 
o moich cierpieniach, który sam Nazimow był 
przyczyną i świadkiem, widział bowiem w wię- 
zieniu poobcierane do krwi od kajdan moje nogi. 
W uniesieniu nie mogłem powstrzymać się od 
wyliczenia mych niezasłuŜonych cierpień. Nazi- 
mow kilkakrotnie wołał: „Dosyć! dosyć!", ale 
ja ciągle wyrzucałem ich niesprawiedliwość. 
Wreszcie nieoczekiwanie zagadnął mnie: „Co zna- 
czą słowa powiedziane Pawłowskiemu, lepiej byś 
umarł, jak uczciwy człowiek, niŜ masz Ŝyć tak, 
jak teraz Ŝyjesz pogardzany przez wszystkich"? 
Z tego pytania mogłem wnosić, Ŝe Pawłowski 
juŜ opowiedział komisji o naszych rozmowach, za- 
tem i ja mogłem przyznać się, Ŝe pukałem i rozu- 
miałem, co pukam, ale nie rozmawiałem, jak się 
o to dopytywał pułkownik Nowicki. Wykręt nie- 
gładki, niby wzięty dosłownie, ale tonący brzy- 
twy się chwyta. Odpowiedziałem więc na zapy- 
tanie, Ŝe przecieŜ kaŜdy uczciwy człowiek zgodził- 
by się raczej umrzeć niŜ Ŝyć w pogardzie. „Tak, 
to prawda - zawołał Nazimow - ale w jakim to

 

sensie powiedziałeś? Czy to patriotyzm? patrio- 
tyzm?" „Dziś jestem tak wzburzony tym, co za- 
szło, odpowiedziałem, Ŝe nie jestem w stanie my- 
ś

li zebrać, aby się tłomaczyć, ani pamiętać, co 

i dlaczego mówiłem, proszę odłoŜyć indagację do 
jutra, a zapewniam panów, Ŝe przekonacie się rów- 
nieŜ o prawdzie, jak i o niewinności mojej". Jeden 
z członków, chcąc wykazać się gorliwością, ode- 
zwał się taki „Ty, durak, gadaj prawdę, bo Pa- 
włowski juŜ wszystko powiedział". Oburzyło 
mnie to niezmiernie, obróciłem się raptem do nie- 
go i powiedziałem: „Mój panie, radzę ci być 
grzeczniejszym, bo durnia nie przyzwyczajony 
jestem z zimną krwią słyszeć". Niechcący zrobi- 
łem kalambur, z czego, jak spostrzegłem, Nazi- 

background image

mow był zadowolony, spojrzał z wyrzutem na 
niegrzecznego członka, jak gdyby chciał powie- 
dzieć: dobrze ci tak. Ale w tym momencie przy- 
brał minę serio, mówiąc: „Nie dlatego tu pana 
przyprowadzili, Ŝebyś się kłócił z członkami ko- 
misji, ale Ŝebyś odpowiadał na pytania, ale Ŝe 
dziś jest juŜ późno, zostawimy to do jutra, tylko 
ostrzegam, trzeba mówić prawdę, bo źle będzie". 
Z tym poszedłem do mojej ciupy, w której obok , 
drzwi stał sołdat bez karabinu i amunicji, niby 
posąg, oddech prawie tamując, przyczyniając się 
nieźle do zgęszczenia i bez tego juŜ cięŜkiego po- 
wietrza.

 

W następnych dniach codziennie byłem wołany 
do      komisji,      musiałem      szczegółowo      opowiadać,

 

o czym z Pawłowskim rozmawiałem, nawet o rze- 
czach obojętnych, wcale nie dotyczących polityki. 
Jedno i to samo pytanie zadawano mi po kilka 
razy, widać dla konfrontacji, czy zawsze jednako- 
wo mówić będę. Jeden z członków zrobił mi za- 
rzut, Ŝe zaledwo przybyłem do Wilna, a juŜ wie- 
działem, co się tu dzieje, z czego wyprowadził 
wniosek, Ŝe na Kaukazie mieliśmy obszerne wia- 
domości uzyskiwane przez korespondencję z Wil- 
nem. Na to odpowiedziałem, Ŝe jeszcze w klasz- 
torze Wszystkich Świętych dowiedziałem się od 
sąsiada o kłamstwach Pawłowskiego. Na zapyta- 
nie komisji, kto był tym sąsiadem, nie chcąc kom- 
promitować Owsianego, odpowiedziałem - Ka- 
sperski. Nazimow zaraz zaczął wyszukiwać na 
liście uwięzionych podobnego nazwiska, a nie mo- 
gąc znaleźć, przeczytał mi ich wiele, Ŝebym sobie 
przypomniał, lecz ja stale obstawałem przy wmó- 
wionym, dodając, Ŝe zapewne przez nieufność nie 
powiedział mi prawdziwego. Na ten raz komisja 
zarzuciła poszukiwania, ale w parę tygodni zna- 
lazła winnego. Przyprowadzono mnie do komisji, 

background image

gdzie zastałem juŜ jakiegoś więźnia. Nazimow tak 
zaczął do mnie przemawiać: „Oto pan Owsiany, 
dawny sąsiad pański u Wszystkich Świętych, pro- 
szę tylko słuchać pilnie i nic się nie odzywać, do- 
póki pana nie zapytają. On się wypiera, Ŝe mówił 
o całym związku, tak jak pan to zeznałeś". 
Owsiany, biedak, zdesperowany obraca się do 
mnie: „CzyŜ ją mówiłem, Ŝe jest jakiś związek?"

 

Nie oczekiwałem zapytania komisji, sądziłem, 
Ŝ

em w prawie na to pytanie odpowiedzieć, tym 

bardziej, Ŝeby biednego Owsianego prędzej uspo- 
koić, odezwałem się więc: „Mówiłeś, Ŝe przez 
fałszywe zeznania Pawłowskiego wszyscy nie- 
winnie cierpicie". Nazimow zawołał: „Cyt!", ale 
juŜ było za późno; tego, com powiedział, było do- 
syć dla uspokojenia Owsianego, który i tak miał 
mi za złe, Ŝem się wygadał o naszej rozmowie, 
ale w dalszym śledztwie przekonał się o mojej zu- 
pełnej niewinności i dlatego później serdecznie 
spotykaliśmy się na Kaukazie, o czym później 
nadmienię.

 

Jeszcze jeden zarzut zrobił mi jegomość 
z gwiazdką na wicemundurze, przyczepiając się 
do źle wymówionego wyrazu rosyjskiego; zamiast 
„posieszczenie" (odwiedziny) powiedziałem: „po- 
swiaszczenie" (poświęcenie). Wnosił stąd, niby 
nie dostrzegając we mnie słabej znajomości języ- 
ka, Ŝe nie tylko było towarzystwo, ale nawet 
miało miejsce poświęcenie go. Na to Nazimow 
dosyć cierpko powiedział: „Po co robić te niepo- 
trzebne trudności w dojściu do prawdy, czyŜ pan 
nie widzi, Ŝe Radziejowski nie zna dobrze ruskie- 
go języka i myli się w wymawianiu wyrazów?" 
Dziękowałem w duszy szlachetności i prawości 
Nazimowa i byłem wtedy przekonany, Ŝe cała 
sprawa dobry weźmie obrót. Jednak kiedy mi da- 
no zapytania na piśmie o to wszystko, o czym juŜ 
tylokrotnie opowiadałem ustnie, prosiłem, Ŝeby

 

background image

mi wolno było odpisywać po polsku dla uniknię- 
cia podobnej omyłki jak w wyrazie „posieszcze- 
nie". Nazimow zgodził się na to, ale dodał: „Pró- 
buj pan napisać po rusku, tym uniknie się zwło- 
ki czasu, jaki zajmie tłomaczenie, lecz jeŜeliby 
miało być zbyt wiele pomyłek, w takim razie na- 
piszesz po polsku". Odpowiedź zajęła mi prze- 
szło dwa arkusze. Nazimow sam odczytywał je 
głośno. Znalazł tylko parę pomyłek ortograficz- 
nych, które poprawił, w końcu powiedział: 
„Wszystko bardzo dobrze, widzę, Ŝe tu pan praw- 
dę szczerze napisał, moŜesz pan nawet sobie po- 
winszować, Ŝe pańskie odpowiedzi podziałały na 
takiego człowieka jak Pawłowski, bo ile razy my 
namawialiśmy go do zeznania prawdy, zawsze 
było to usiłowanie nadaremne, teraz wyjaśniła 
się cała rzecz i proszę pana, kiedy ci dadzą pyta- 
nia w twojej własnej sprawie, odpowiadaj z rów- 
ną szczerością i prawdą". „Gotów jestem na- 
tychmiast odpowiadać - rzekłem - bo będąc zu- 
pełnie niewinnym, pewny jestem uwolnienia". Na- 
zimow powiedział: „Są tam grzeszki, są, ale jesz- 
cze nie czas o nie pytać, musimy pierwej jedno 
skończyć".

 

Jeszcze kilka tygodni w mojej celi stał Ŝołnierz, 
przyczyniając się do zgęszczenia powietrza. Na- 
reszcie nastąpiło ułaskawienie, przeniesiono mnie 
pod inny numer i Ŝołnierza juŜ nie stawiano. Raz 
przestraszony, bałem się juŜ pukać w ścianę. Są- 
siad kilka razy zaczepiał mnie, ale ja obawiając

 

się zdrady, siedziałem cicho jak trusia. Po kilku 
dniach, przekonawszy się, Ŝe sąsiad jest takŜe 
więźniem, zacząłem ostroŜne porozumiewanie. 
JakŜem się ucieszył, gdy mi kazał stanąć u wspól- 
nego w naszych obu celach pieca i gdy oznajmił 
mi, Ŝe przez dziurkę wyświdrowaną w murze 
moŜna doskonale rozmawiać.To było niezwykłe 

background image

szczęście w więzieniu. Sąsiadem był Adam Me- 
deksza, akademik dorpacki, siedział juŜ przeszło 
dwa lata za towarzystwo, które nie tylko nie za- 
sługiwało na karę, ale, przeciwnie, warte było na- 
grody. Dwunastu majętnych akademików dorpac- 
kich zmówiło się potajemnie, aby swoim kosztem 
utrzymywać jednego biednego współrodaka, do- 
brze się uczącego. Starali się robić to potajemnie, 
aby nie kompromitować utrzymywanego. Kiedy 
wykryto w Wilnie Towarzystwo Demokratyczne 
i na Dorpat była zwrócona uwaga tajnej policji. 
Dowiedziano się jakoś o szlachetnym związku 
i podejrzewając, Ŝe pod tym pozorem moŜe ukry- 
wać się coś powaŜniejszego i politycznego, aresz- 
towano wszystkich trzynastu. Przy aresztowaniu 
u wielu znaleziono zakazane ksiąŜki. Wina goto- 
wa, a Ŝe to była młodzieŜ z najbogatszych rodzin 
Litwy, juŜ samo to stało się przyczyną zatrzyma- 
nia, i indagowania niewinnych. Niejeden z człon- 
ków komisji dobrze się obłowił od ojców i matek 
poczciwych więźniów. Nazimow dopiero co ukoń- 
czył tę sprawę, która wskutek okazanego współ- 
czucia przez oficerów warty nabrała pozoru prze-

 

stępstwa. Wykryło się bowiem, Ŝe niektórzy 
z więźniów byli wypuszczani nocą z więzienia 
i mieli naleŜeć nawet do grupy, która wykopała 
ciało Konarskiego i pogrzebała je w innym miej- 
scu.

 

Wszyscy oni mieli pierścionki Ŝelazne, zro- 
bione z kajdan nieszczęśliwego męczennika. Wy- 
starczyło tego, aby wszyscy byli osądzeni i zesłani 
w róŜne strony. Niektórzy dostali się do sybir- 
skich kopalń, inni poszli w sołdaty, słowem nikt

 

nie był wolnym. Medeksza zawiadomił mnie, Ŝe 
dwa numery za nim siedzi Rabczyński. Ucieszy- 
łem się niezmiernie, Ŝe coś o nim będę wiedział, 
przesłałem mu jak najostroŜniej przywitanie, mu- 

background image

siałem przedtem upewnić się, Ŝe to on, a nie 
Czosnowski. Zapytałem go za pośrednictwem są- 
siadów, rozdzielających nas, jak się nazywał nasz 
feldfebel, odpowiedź przekonała mnie, to rzeczy- 
wiście Rabczyński. Przesłaliśmy sobie wzajemne 
zapewnienie wytrwałości i cierpliwości. Niedługo 
cieszyłem się tym dobrym sąsiedztwem, wkrótce 
przewieziono nas wszystkich do innego więzienia. 
W gmachu poakademickim urządzono ogrom- 
ne więzienie, gdzie przeniesiona była takŜe ko- 
misja.

 

ś

al mi było bardzo moŜliwości porozumiewa- 

nia się z dobrym sąsiadem, lecz cóŜ było robić, 
trzeba było w nowym miejscu wyszukiwać nowe 
moŜliwości i zawierać nowe znajomości z sąsiada- 
mi. Pomieszczono mnie pod numerem 4. Pokój

 

był ogromny, siedemnaście kroków długości, dzie- 
więć szerokości, ale prawie zupełnie ciemny, 
Wielkie okna zabite były deskami aŜ do ostatnich 
szyb, które były odkryte, ale opatrzone grubymi 
dębowymi kratami. Światło z góry wpadające czy- 
niło pokój ten raczej podobnym do lochu. Wkrót- 
ce porozumiałem się z sąsiadami, pod nume- 
rem 3 siedział akademik Dębski, ten sam, który 
chorował u Bernardynów. Pod numerem 5 
staruszek, ksiądz unicki, za stałość w swej 
wierze.

 

Nad Dębskim oficer Bałatow, nade mną aka- 
demik dorpacki, Zaleski, przyjaciel Medekszy. 
Nad Zaleskim doktor Łowicki, który był wmiesza- 
ny do naszej sprawy z Rabczyńskim, o czym wów- 
czas nłc nie wiedziałem. Słowem dziewięciu nas 
mogło rozmawiać za pomocą pukania przy oknie, 
trzeba było tylko poprzednio porozumieć się, kto 
z kim Ŝyczy sobie rozmawiać, bo inaczej nastąpi- 
łoby pomieszanie języków, czysta wieŜa Babel. 
Z tego wesołego numeru byłem przeniesiony pod 

background image

numer 8, w kilka dni pod numer 35, nareszcie 
pod numer 45, gdzie znalazłem jakiegoś towa- 
rzysza. Ku mojemu zdziwieniu był to urzędnik 
z wileńskiego magistratu. Bardzo byłem niezado- 
wolony z tej kompanii, gdyŜ po sposobie opowia- 
dania i wypytywania dorozumiałem się w nim 
agenta komisji. Musiałem się mieć na baczności 
i przywdziać maskę obłudy. Cały tydzień tak by- 
łem dręczony, ale za to zostałem zupełnie wyna-

 

grodzony. Zabrano pana urzędnika, a dano mi 
akademika dorpackiego, Zawiszę. Dzielny to byt 
młodzieniec, ale biedak miał bardzo nadwerę- 
Ŝ

one zdrowie długim więzieniem. Wygląda! 

jak szkielet i chociaŜ ja lepiej nie wyglądałem, 
jednak zdawało mi się, Ŝe daleko więcej 
mam sił fizycznych i serdecznie nad nim ubolewa- 
łem.

 

Niedługo cieszyłem się tym przyjemnym towa- 
rzystwem, po tygodniu nie tylko Ŝe nas rozłączono, 
ale mnie przeniesiono znów do klasztoru Bernar- 
dynów. Tam zostałem osadzony na drugim pię- 
trze, sąsiedztwa nie miałem Ŝadnego, cela odo- 
sobniona była zupełnie. Na zakopconych ścianach 
dostrzegłem napis: „Tu siedział Woźniakowski po 
smutnym wypadku ucieczki z więzienia, która mu 
się nie udała". Później dowiedziałem się, Ŝe Woź- 
niakowski, chcąc uciec z więzienia od Bernardy- 
nów, zrobił sobie sznur z prześcieradła i opuścił 
się z pierwszego piętra na dół, ale Ŝołnierz sto- 
jący na warcie złapał go, za co osadzono go w 
zupełnie ciemnym pokoju. Okno było zabite de- 
skami, pokój oświetlała tylko lampka, przy któ- 
rej biedny więzień pisał na ścianach wiersze. By- 
ła to ta sama cela, gdzie ja siedziałem, ale za- 
miast desek były teraz kraty, a okno od strony 
zewnętrznej było zamalowane. Kiedy się przyj- 
rzałem ścianom, dostrzegłem tam wiele pozacie- 

background image

ranych napisów, jeden wiersz udało mi się nawet 
odczytać i ten zamieszczam tutaj:

 

„Autorowie i poeci, 
Malarze uczuć i wieku! 
Myśl wasza gdzieś w niebo leci, 
Nie znacie serca w człowieku. 
Wielkich uczni serc i myśli 
Obrazy wasze czytalem... 
Nikt jednak, nikt z was nie skreśli, 
Co w świecie i tu cierpiałem"'. 

Prawdę napisał mój poprzednik. KtóŜ z auto- 
rów jest w stanie opisać cierpienia, jakich bied- 
ny więzień doznaje i doświadcza, nękany niespra- 
wiedliwością. CięŜkie dni przeŜyłem w tej smut- 
nej celi bez Ŝadnej zmiany. Nareszcie przybył ge- 
nerał Kawelin, równie sprawiedliwy i szlachetny, 
jak Nazimow. Odwiedził mnie kilkakrotnie w 
więzieniu, wypytywał najłagodniej o wszystko, 
nareszcie pozwolił napisać list do rodziny. Kazał 
mnie znowu przenieść do gmachu podominikań- 
skiego. W kilka tygodni otrzymałem przez komi- 
sję list od Kropiwnickich z okropną dla mnie 
wiadomością o śmierci matki i ostatniej siostry, 
Zofii. śe teŜ ta wiadomość mnie nie dobiła, to 
rzecz zadziwiająca. Cierpienia wytrwalszym mnie 
zrobiły. Zostałem zupełnym sierotą. śal i tęsknota 
okropnie ściskały mi serce. Skończyło się na go- 
rączce i bólu w piersiach. Wkrótce otrzymałem 
z komisji zapytania na piśmie. Po zwykłych po- 
rządkowych zapytaniach - jak się nazywam, czy 
bywam u spowiedzi itp., zapytano mnie, czy znam 
lekarza Łowickiego albo czy kiedykolwiek z nim

 

korespondowałem. Zląkłem się, czy znowu nie 
wydało się nasze porozumiewanie więzienne, ale 
cokolwiek bądź miało nastąpić, odpowiedziałem, 
Ŝ

e nigdy nie słyszałem tego nazwiska. Przypom- 

niawszy sobie jednak, Ŝe z Kaukazu dopisywałem 
się do kogoś z kolegów Rabczyńskiego, a nie pa- 
miętając do kogo, obawiałem się, Ŝe w listach do 

background image

Łowickiego mógł być jakiś mój dopisek, wspom- 
niałem więc tę okoliczność w odpowiedzi, doda- 
jąc, Ŝe w tych dopiskach nigdy nic politycznego 
nie było.

 

Zrobiono wreszcie osobistą konfrontację z Czos- 
nowskim, który nie przestawał utrzymywać, Ŝe 
przedstawiona przez niego karteczka z zaprosze- 
niem do naleŜenia do „towarzystwa wyznawców 
prawdy", pisana była moją ręką. Nazimow zapy- 
tał mnie, co mam na swoje usprawiedliwienie. 
Odpowiedziałem, Ŝe po pierwsze Ŝadnego towa- 
rzystwa pod tą nazwą nie znałem, a po wtóre, Ŝe 
Czosnowski fałszował i inne karteczki, co ma do- 
wiedzione. Gdyby zaś było nawet jakie towarzy- 
stwo, to nie mógłbym zapraszać do niego kogoś 
w więzieniu, zwłaszcza tak nieostroŜnie. Czos- 
nowski wybuchł obelgami, mówiąc, Ŝe nie chce- 
my się przyznać, a on tak długo musi znosić naj- 
niesłuszniej więzienie. Nazimow zwaŜywszy do- 
tychczasowe postępki Czosnowskiego i to, co ja 
powiedziałem, rzekł: „Dziwię się, jak mogli 
przyjąć za dobrą monetę doniesienie od takiego 
niegodziwca jak Czosnowski i w takich okolicz-

 

nościach, w jakich on był wówczas, bo to jawny 
złodziej, oszust, tyle fałszu juŜ mu dowiedziono, 
nie ulega najmniejszej wątpliwości, Ŝe i to fałsz 
zupełny". Czosnowski odezwał się na to: „Proszę 
się nie zapominać! Ja jestem szlachcic". Nazimow 
to bladł, to czerwieniał z oburzenia, zadzwonił na 
dozorcę i wydał następujący rozkaz: „Radziejow- 
skiemu dać ksiąŜkę do czytania i fajkę z tyto- 
niem, i herbatę, a i tego nikczemnika - tu wskazał 
na Czosnowskiego - okuć w kajdany, posadzić pod 
numerem 19 i przygotować rózgi. Ja mu dowiodę 
szlachectwa!" Dowiedziałem się później, Ŝe nu- 
mer 19 był ciemnym lochem, ale czy rózgi były 
w robocie, tego. nie wiem. W kilka dni wezwano 

background image

mnie znowuŜ na komisję, gdzie Nazimow pokazał 
mi list adresowany do Rabczyńskiego, pytając, 
czy widziałem go kiedy. Przyjrzawszy mu się, od- 
powiedziałem, Ŝe nie pamiętam, Ŝebym ten cha- 
rakter pisma kiedy widział. Kazano mi list głoś- 
no przeczytać. Kiedy przeczytałem, powiedziałem 
stanowczo, Ŝe pierwszy raz go widzę. ToŜ samo 
było z wierszami na cześć demokratów i modli- 
twą o wybawienie Polski spod jarzma moskiew- 
skiego.

 

Nie mogłem się przyznać do znajomości tego 
wszystkiego, gdyŜ byłbym niechybnie karany za 
niedoniesienie, a polegając na charakterze Rab- 
czyńskiego, wyparłem się stanowczo. Nazimow 
zresztą powiedział: „Nie wątpię, Ŝeś pan to 
wszystko dawniej czytał, bo poprzednio zezna-

 

leś sam, Ŝe Rabczyński Ŝadnych tajemnic przed 
tobą nie miał, ale nie dziwię się, Ŝe nie przyzna- 
jesz się, bo wiesz, Ŝe odpowiadałbyś za niedo- 
niesienie, ani się teŜ nie dziwię, Ŝeś nie doniósł, 
bo nie chciałbyś kolegów kompromitować. Zresz- 
tą nic tu tak waŜnego nie ma, rzucić to wszyst- 
ko do licha i śledztwo zakończyć!". Podziękowa- 
łem mu za tę decyzję ukłonem, ale o Rabczyń- 
skiego byłem niespokojny, nie wiedziałem, co te- 
go biedaka spotkać miało jako pozbawionego 
juŜ poprzednio wszelkich praw szlacheckich; ze- 
słanego na sołdata bez dosługi mogli cieleśnie 
ukarać. Westchnąłem do Boga o miłosierdzie dla 
niego. Więcej nigdy nie spotkaliśmy się z nim. 
Dowiedziałem się później, Ŝe zesłany został do 
orenburskich batalionów dla kontynuowania słuŜ- 
by wojskowej, ale czy go ukarali prócz tego cie- 
leśnie, tego nie wiem.

 

W końcu listopada 1841 roku generał Kawelin 
odwiedził mnie w więzieniu o godzinie jedenastej 
w nocy, oświadczając, Ŝe sprawa moja juŜ została 

background image

zupełnie zakończona i Ŝe, jako niewinny, będę 
odesłany na słuŜbę jak poprzednio, nie na Kau- 
kaz jednak, tylko do Finlandii, gdzie chociaŜ zim- 
niej, ale za to weselej. Uradowany niezmiernie po- 
dziękowałem mu, dodając, Ŝe gotów jestem wszę- 
dzie, byle tylko z więzienia się wydobyć. Siedziałem 
wówczas z Aleksandrem Pietkiewiczem, akade- 
mikiem wileńskim, dzielny był to chłopak, pełen 
dowcipu i facecji, nawet więzienie nie zdołało

 

pozbawić go humoru. Zawsze wesoły, płatał nie- 
ustannie figle wartom i komisji. Zapewne został 
uwolniony, gdyŜ winy Ŝadnej w nim nie było. 
Zamieszany przez Pawłowskiego, musiał oczeki- 
wać rozwiązania całej sprawy.

 

Wiadomość o uwolnieniu odpędziła od nas 
obydwóch sen, tysiąc projektów snuło się nam po 
głowach. Pietkiewicz zaraz sfabrykował z sadzy 
atrament i na malutkim kawałku papieru, zapał- 
ką zamiast pióra, napisał kilka słów do swej na- 
rzeczonej Pietkiewiczówny. Karteczkę tę miałem 
oddać zaraz po uwolnieniu mnie z więzienia, 
lecz nasze plany na nic się nie przydały. Komisja 
inaczej rozporządziła się moim uwolnieniem, nie 
tak jak domyślaliśmy się. Nazajutrz byłem we- 
zwany na komisję, gdzie objawiono mi formal- 
nie, Ŝe mam być odesłany pocztą do Finlandii 
i Ŝe o tym wszystkim, co zaszło od czasu areszto- 
wania mnie, nigdy mówić nie mam prawa. 
Oprócz tego generał Kawelin oświadczył mi, Ŝe 
napisze do tamtejszej władzy wojskowej, aŜeby 
miała wzgląd na mnie, jako niewinnego w ostat- 
niej sprawie. Podziękowałem za tę łaskę i powró- 
ciłem do więzienia z niecierpliwym oczekiwa- 
niem minuty mego wywiezienia z przykrej i nie 
zasłuŜonej klauzury. TegoŜ wieczoru odwiedził 
mnie Nazimow, który oświadczył, Ŝe jest zadowo- 
lony ze szczęśliwego zakończenia procesu, doda- 
jąc, Ŝe chce mi dać pewną radę, ale Ŝe nie jestem 

background image

sam, zatem przy odsyłaniu mnie z ordonanshausu

 

mam się upomnieć o zobaczenie się z nim. Cie- 
szyłem się jakąś nadzieją, lecz i tu źli ludzie prze- 
szkodzili temu widzeniu się. śandarm z poczto- 
wymi końmi przyjechał pod więzienie. Placmajor 
wyprawił poprzednio Pietkiewicza do kąpieli, 
bym się z nim nawet nie poŜegnał. Później przy- 
niesiono moje rzeczy i nie zwaŜając na moje proś- 
by o widzenie się z Nazimowem, Ŝandarm wziął 
mnie jak swego i pognał w świat dla mnie obcy.

 

IX

 

Nowe zesłanie. 
Pobyt w Finlandii

 

W tydzień stanąłem w Helsingfor- 
sie. śandarm dostawił mnie 
wprost do głównodowodzącego 
wojskami w Finlandii, generała 
od infanterii Testlewa. Było to około godziny 3 
po południu, generał ubierał się do obiadu, ale 
odczytawszy pismo podane sobie, przyjął mnie 
jak najuprzejmiej, zapraszając nawet do swego 
stołu, za co podziękowałem, gdyŜ juŜ byłem po 
obiedzie. Wprowadził mnie do swego gabinetu, 
podał teŜ gazety mówiąc: „Baw się pan tymcza- 
sem, póki generał dywizji, któremu potrzebujesz 
się przedstawić, wstanie, gdyŜ ma zwyczaj sypiać 
po obiedzie, a o tym uwiadomi nas ordynans". 
Po raz pierwszy po piętnastu miesiącach pozosta- 
łem bez warty. Patrzyłem na gazetę, ale nic zro- 
zumieć nie mogłem, inne myśli krąŜyły po mojej 
głowie. Z łaskawego przyjęcia dowódcy korpusu 
wnosiłem o innych zwierzchnikach, pozory jednak 
nie zawsze mają wpływ na ich ludzkość. Generał 
był tak uprzejmy, Ŝe przysłał mi ze swego stołu 
przez własną córeczkę kieliszek wina i ciastek de-

 

serowych, co prawdziwie bardzo mnie ujęło, ale 

background image

na dalszy mój los najmniejszego nie miało wpły- 
wu. Nareszcie ordynans dał znać, Ŝe naczelnik 
dywizji juŜ wstał. Generał Testlew wraz z có- 
reczkami odprowadził mnie do przedpokoju, 
gdzie podając mi rękę prosił, Ŝebym w kaŜdym 
razie udawał się wprost do niego. Podziękowaw- 
szy mu najserdeczniej, poszedłem za ordynansem 
do generała Etlera, naczelnika dywizji. W nim 
znalazłem zupełnie innego człowieka niŜ Testlew. 
Był to człowiek nadęty, chełpiący się swym sta- 
nowiskiem, które szczęściem, a nie zasługą osiąg- 
nął. Wypytywał mnie z całą surowością, głupiego 
naczelnika, jak i za co dostałem się do wojska. 
Wreszcie oznajmił mi, Ŝebym listy do familii nie 
inaczej jak na jego ręce odsyłał, a odpowiedzi 
pod jego adresem odbierać będę. Ze smutkiem 
uświadomiłem sobie, Ŝe jeszcze niezupełnie wy- 
szedłem spod gorliwej opieki tyranów, ale cóŜ 
było robić, trzeba było na nowo uzbrajać się w 
wytrwałość i cierpliwość. Oddał mnie poruczni- 
kowi, adiutantowi 4 batalionu finlandzkiego z ja- 
kąś sekretną instrukcją, ten zaś pomieścił mnie 
w koszarach z dwoma junkrami, Gusiewem 
i Winterem, którzy byli jego przyjaciółmi. Z po- 
czątku byłem pewny, Ŝe to są dozorcy kaŜdego 
mego kroku, ale wkrótce przekonałem się, Ŝe 
mam do czynienia z poczciwymi ludźmi, zaprzy- 
jaźniliśmy się więc z nimi serdecznie.

 

Napisałem list pod adresem Kropiwnickich do

 

wszystkich krewnych, nie mogłem wyraźnie pisać, 
ale w miarę moŜności dałem im poznać trudne 
moje połoŜenie, przy tym wskazałem na potrzeby, 
jakie bez Ŝadnej pomocy familii od czasu wyjazdu 
z Warszawy uciskają mnie. Dodałem w końcu, Ŝe 
naczelnicy są dla mnie bardzo łaskawi, a naj- 
lepszym tego dowodem jest to, iŜ generał dywizji 
Etler pozwolił im pod swoim adresem do mnie 
pisywać dla tym pewniejszego skomunikowania 

background image

się. Generał przeczytawszy mój list, powiedział 
ku wielkiemu memu zdziwieniu, Ŝe tego listu 
odesłać nie moŜe i Ŝe jakkolwiek wdzięczny mi 
jest, Ŝe go tak dobrze rekomenduję przed familią, 
jednak niektóre polityczne okoliczności wymaga- 
ją, Ŝebym nie pisał, kto jest dla mnie łaskaw, 
a poniewaŜ z rozkazu generała Testlewa mam być 
posłany na słuŜbę do 2 batalionu finlandzkiego, 
konsystującego w Wyborgu, zatem korespondencję 
odbierać będę na imię batalionowego dowódcy. 
Musiałem więc zmienić treść listu i adres.

 

W parę tygodni potem byłem odesłany do Wy- 
borga, dokąd w wigilię BoŜego Narodzenia ru- 
skiej daty przybyłem.

 

Znów nastąpiło przedstawienie się generałowi 
brygady. Przyjął mnie dosyć ozięble, jednak kazał 
mi dać kwaterę oficerską i nie wzywać na Ŝadną 
słuŜbę, oprócz musztry, której powinienem się był 
nauczyć, aŜebym z czasem mógł awansować,

 

Z kwatery oficerskiej nie mogłem korzystać, 
gdyŜ pokój w zabudowaniu rządowym nie miał

 

Ŝ

adnych mebli i przy tym trzeba go było opalać, 

a na to funduszów Ŝadnych nie miałem, musiałem 
zatem pomieścić się w koszarach razem z Ŝołnie- 
rzami, dopóki nie zdobyłem się na meble, co za- 
ledwo w pół roku nastąpiło.

 

Pierwszą rzeczą było dowiedzieć się o Pola- 
ków, którzy są w Wyborgu. Zainteresował mnie 
Andrzej Wolański, od czasów naszej rewolucji 
znajdował się w Finlandii, był wzięty do niewoli 
z bronią w ręku jako powstaniec w wołyńskiej 
guberni. Skazano go do aresztanckich rot na 3 la- 
ta do Sveaborgu. Po trzechletniej okropnej mę- 
czarni przeznaczony został jako człowiek juŜ nie- 
młody na sołdata inwalidnego. W przeciągu 11 lat 
i 4 miesięcy pobytu mego w Finlandii spędziłem 
z nim wiele chwil przyjemnych, wspólnie osładza- 
liśmy sobie nasz los, szczególnie na polowaniach, 
do których obydwaj byliśmy zapaleni. Poczciwy 

background image

Wolański poratował mnie z samego początku ko- 
szulą i ręcznikiem, których nie miałem, wszystkie 
moje rzeczy pozostały na Kaukazie i tam prze- 
padły na zawsze. Często bywaliśmy u księdza do- 
minikanina Juchniewicza, który szczególnie Wo- 
lańskiego szacował, w najdelikatniejszy teŜ spo- 
sób pomagał mu, często nawet tak, Ŝe ten nie 
wiedział, skąd i od kogo odbierał zasiłek pie- 
nięŜny. Wart teŜ był ten szanowny, zacny starzec 
wszelkiego współczucia i szacunku.

 

W kilka tygodni odebrałem odpowiedź na list 
pisany z Helsingforsu, ale nie od krewnych, tylko

 

od zacnego Arenta, który przepraszaj mnie naj- 
mocniej, Ŝe nie jest w moŜności przysłania mi 
jakiegokolwiek zasiłku pienięŜnego, krewni wy- 
mawiają się własnymi potrzebami. Zmartwiłem 
się niezmiernie tą odpowiedzią, raz, Ŝe potrzeby 
były naprawdę gwałtowne, po wtóre, Ŝe nie mia- 
łem u krewnych Ŝadnego współczucia. Co tu było 
począć, jak zaradzić biedzie, koszula od Wolań- 
skiego tylko jako tako się trzymała, wszystko by- 
ło podarte, nie mówiąc juŜ o głodzie, który przy 
sołdackim kapuśniaku nieraz kiszki nawiedzał. 
Trudny był ten początek, krewni odmówili zapo- 
mogi, rozpacz brała, a zaradzić złemu nie znajdo- 
wałem sposobu. Bóg miłosierny ulitował się nad 
niedolą moją, wkrótce znalazł się sposób na lep- 
sze Ŝycie.

 

Budowniczy wyborski Lessing zachorował na 
rany w nogach i z tego powodu nie mógł nie tyl- 
ko, chodzić, ale nawet z trudnością siedział, po- 
trzebował koniecznie kogoś, kto by za niego robił 
plany z natury i przerysowywał projekty na czy- 
sto. Dowiedziawszy się o tym, udałem się do 
niego, proponując mu swoje usługi. Przyjął mnie 
z największą Ŝyczliwością. Nie zawierałem z nim 
Ŝ

adnej umowy co do wynagrodzenia. Miałem by- 

wać u niego w wolnym czasie od musztry, korzy- 
stać z jego stołu i robić, co potrzeba. Cieszyłem 

background image

się, Ŝe będę miał przynajmniej dobry obiad, któ- 
rego juŜ dawno nie widziałem. Pracowałem 
szczerze, trudny był początek, a czego nie umia-

 

łem, zdobyłem usilnością i pracą. Wkrótce teŜ sta- 
łem mu się niezbędnie potrzebnym, plany ryso- 
wałem według jego projektów, kopiując najdo- 
kładniej szwedzkie napisy. Dobry to był człowiek, 
polubił mnie bardzo, a kiedy odbierał honoraria, 
zawsze mi jakiejś części udzielał, co teŜ wkrótce 
postawiło mnie na nogi. Doszedłem do bielizny 
i pościeli, nareszcie kwaterę umeblowałem po- 
rządnie i wygodniejsze Ŝycie zacząłem prowadzić. 
Tak pracując, bez umowy, obaj byliśmy z siebie 
zadowoleni. Trwało to dwa lata. Ale spotkała 
mnie nieprzyjemność, która na cały rok zrobiła 
przerwę w moich zajęciach. Przyczyną tej nie- 
przyjemności był sołdacki szynel.

 

Dowódcą kompanii, w której słuŜyłem, był ka- 
pitan Seterborg, urodzony Szwed, który słuŜąc 
długo w Rosji, zmienił religię na prawosławną 
i zapomniał albo teŜ się wstydził ojczystego języ- 
ka. Chcąc się okazać gorliwym synem Rosji, nie 
pojmując ludzkich uczuć, rządził się namiętnoś- 
ciami. Był to złośnik, tyran i despota do najwyŜ- 
szego stopnia. Pewnego razu na musztrze bata- 
lionowej wpadł w niepohamowaną pasję, miota- 
jąc najszkaradniejsze wyrazy, bił Ŝołnierzy na 
prawo i lewo pałaszem, w zapamiętałości swojej 
i mnie ugodził końcem w bok z dodatkiem: „Ty, 
Polak, naprzód!". U niego słowo Polak było wy- 
razem pogardy, co mnie bardziej zabolało niŜ 
uderzenie pałaszem, a Ŝe zawsze byłem gorącej 
krwi, nie ścierpiałem obelgi, ściągnąłem broń

 

z ramienia do ataku i zawołałem: „Kapitanie, 
ostroŜnie, bo cię jak psa wściekłego zakolę"! Od- 
skoczył ode mnie, ale wybuchnął pogróŜkami 
najokropniejszymi. Jednak okrąŜał mnie z daleka 
z niedowierzaniem. Przez czas defilady klął mnie 
ostatnimi wyrazami, ale i ja nie milczałem. Nie 

background image

mogąc w tej chwili zemścić się na mnie, całą 
wściekłość skupiał na biednych Ŝołnierzach, przy- 
wykłych cierpliwie znosić wszelkie niesprawiedli- 
wości. Niejednego skaleczył, na koniec złamał pa- 
łasz o ich grzbiety. Na drugi dzień przysłał do 
mnie rozkaz, abym się stawił na musztrę kompa- 
nijną, od której byłem zwolniony przez dowódcę 
batalionowego. Odpowiedziałem, Ŝe jestem słaby 
i na musztrze być nie mogę. Otrzymałem powtór- 
ny rozkaz, aŜebym jako słaby natychmiast stawił 
się do koszar dla zbadania mnie przez doktora. 
Od tego wymówić się nie mogłem, a zatem trze- 
ba się było stawić. Po rozpuszczeniu ludzi 
z musztry pierwszą jego rzeczą było zawołać mnie 
i z największym grubiaństwem i surowością egza- 
minować o stanie zdrowia. Wreszcie mieliśmy 
obaj pójść do doktora dla sprawdzenia mej cho- 
roby, ale feldfebel zawiadomił nas, Ŝe doktor wy- 
jechał gdzieś z miasta i tego dnia chorych nie 
będzie przyjmował. „Szkoda - zawołał kapitan - 
bo pewny jestem, Ŝe ten gałgan zdrów, ale kiedy 
tak, to mi z koszar ani kroku nie wychodź bez 
mego pozwolenia". Opierając się na względach 
starszyzny, mając od nich oficerską kwaterę,

 

a tym samym pozwolenie stołowania się w mie- 
ś

cie, odpowiedziałem: .„Stół mam w mieście, 

zawczasu przeto opowiadam się panu kapitanowi, 
Ŝ

e będę chodził na obiad i kolację do miasta". 

„O, nic z tego - wykrzyknął kapitan - tu ra- 
zem z sołdatami barszcz jeść będziesz!" Odpo- 
wiedziałem na to, Ŝe zdrowemu pozwolono mi 
mieć stół lepszy, słabemu zatem tym bardziej 
wyŜsza władza nie odmówi. Posypały się najbe- 
zecniejsze urągania, a na zakończenie powiedział: 
„Ja cię nauczę milczeć!". Przepisy wojskowe su- 
rowo zabraniały szykanować cudzoziemców, bę- 
dących w szeregach rosyjskich. „Panie kapitanie - 
rzekłem - pan naduŜywasz swej władzy, a jako 

background image

tylokrotnie zniewaŜony przez pana, będę się skar- 
Ŝ

ył przełoŜonym". Kapitan, nie posiadając się ze 

złości, Ŝe wobec prawie całej kompanii sprawie- 
dliwą pogróŜkę usłyszał, zaklął i wrzasnął: „Idź, 
gdzie chcesz! Ale spróbuj!" Tego rozkazu nie da- 
łem sobie dwa razy powtarzać, natychmiast wy- 
szedłem, udałem się do kapitana Ŝandarmów 
Narbuta, jako do policji wojskowej, której obo- 
wiązkiem jest wszelkie naduŜycie hamować. Nar- 
buta dobrze znałem jako Polaka. Opowiedziałem 
mu całą krzywdę, nic nie tając. Powiedziałem, Ŝe 
jeŜeli kapitan nadal nie zaprzestanie swego gru- 
biaństwa, to mało dbając o Ŝycie, będę zmuszony 
chwycić się ostateczności, która moŜe być złym 
przykładem dla drugich, gdyŜ jestem gotów ka- 
pitana pchnąć bagnetem, nie dbając wcale o to,

 

co mnie moŜe spotkać. Narbut odczuł zniewagę 
wyrządzoną współziomkowi, uspokoił mnie, mó- 
wiąc, Ŝe natychmiast pójdzie do generała bryga- 
dy Mazilewa i opowie mu całą historię, a co on 
w tym względzie zdecyduje, nie omieszka mnie 
o tym zawiadomić. Skutek był najpomyślniejszy, 
generał przywołał kapitana i wyburczał naleŜycie, 
dając mu rozkaz, aby na przyszłość w niczym nie 
wtrącał się do mnie, a tym bardziej aŜeby słowa 
grubiańskiego nie ośmielił mi się powiedzieć, zaś 
w razie jakiej winy z mojej strony jemu zarapor- 
tował, a on sam tylko będzie wiedział, jak sobie 
ze mną postąpić. Od tego czasu kapitan omijał 
mnie z daleka, ale odgraŜał się przed oficerami, 
Ŝ

e przy pierwszej sposobności odda mnie pod sąd 

wojenny. Dowiedział się o tym Narbut, a dla 
ochronienia mnie od mogących wyniknąć nie- 
przyjemności postarał się o przetranslokowanie 
mnie do innej kompanii. Skutkiem tego przezna- 
czony zostałem do 4 kompanii, dowodzonej przez 
kapitana Ugłę, Szweda, duszą i ciałem poczciwe- 

background image

go i szlachetnego człowieka. Wkrótce poznaliśmy 
się bliŜej, kochałem go, bo prawdziwie na to od 
wszystkich zasługiwał, postępował teŜ ze mną jak 
przyjaciel, nie jak naczelnik. Niedługo otrzyma- 
liśmy rozkaz wyjścia, aby podjąć słuŜbę garnizo- 
nową w Nowej Finlandii, w forteczce na wyspie 
Roncesalen. Kompania Seterborga jako pierw- 
sza pozostała w Wyborgu przy sztabie batalionu. 
Tym sposobem pozbawiłem się dochodów na

 

Ŝ

ycie potrzebnych. Zapasów Ŝadnych prawie nie 

miałem, a po upływie paru miesięcy bieda za- 
częła dokuczać niepospolicie. Pokój dano mi 
w zabudowaniu oficerskim, usługę takŜe, ale bar- 
dzo trudno było znaleźć opał i wyŜywienie. Mu- 
siałem Ŝyć kaszą, którą sam sobie gotowałem 
w piecyku, czasem teŜ na moim stole była zwie- 
rzyna, której zdobycie kosztowało niemało fatygi, 
za to niewiele pieniędzy. Trudno teŜ było o ka- 
wałek chleba. Całymi dniami uganiałem się za 
zającami, kawkami lub cietrzewiami, na których 
tam nie zbywało.

 

Kompania nasza stała tam jeden rok. I tam 
otrzymałem przyzwolenie „najjaśniejszego pana" 
na awansowanie mnie na podoficera, co z wielką 
radością nie tylko moją, ale i moich znajomych 
przyjęte było. Wszyscy szczerze mi winszowali, 
robiąc nadzieję, Ŝe za rok zaawansuję na oficera, 
co jednak nie tak łatwo nastąpiło, nawet pomi- 
mo Ŝyczliwości i przedstawień naczelników, bo 
zaledwo po 9 latach z górą, w 1846 roku. Brak 
dokumentów szlacheckich był główną przyczyną 
odmawiania mi awansu. Odznaczenia się w słuŜ- 
bie w Finlandii nie przyjmowano za podstawę do 
awansu. Musiałem zatem szukać środków wyle- 
gitymowania się, z niewielką nadzieją dopięcia 
poŜądanego celu. Posiadałem papiery przysłane 
mi przez Kropiwnickiego z listem, Ŝe pomimo 

background image

najszczerszej jego chęci genealogii mojej wydobyć 
nie mógł, dlatego przysyła mi dokumenty choć

 

niedostateczne, ale mogące mi się przydać. Bar- 
dzo mnie to zmartwiło, a nawet zwątpienie i pra- 
wie rozpacz mnie ogarnęła. Bez odpowiednich 
funduszów cóŜ mogłem zrobić, prowadzić kosz- 
towną korespondencję z tak daleka, kiedy pan 
Kropiwnicki, mając tak znakomite stosunki 
i wszelkie środki, nie był w stanie jakŜe zba- 
wiennego dla mnie dzieła uskutecznić? Nie wąt- 
piłem bynajmniej w to, aŜeby nie uŜyto wszelkich 
ś

rodków dla wydobycia mnie z prawdziwej nę- 

dzy. Myliłem się jednak bardzo, tylko rodzony 
ojciec lub matka szczerze zajmują się losem swe- 
go dziecka, ale na pomoc krewnych nie ma co 
rachować.

 

Kiedy powróciliśmy, z Roncesalen do Wybor- 
ga z kompanią, ja na nowo zacząłem pracować 
u budowniczego, który dotąd zdrowym nie był. 
Pan Lessing miał brata w Petersburgu, komisan- 
ta kupieckiego, ten w 1846 roku zmarł, pozosta- 
wiając sukcesję jedynemu bratu, tj. budowniczemu 
wyborskiemu. Tym sposobem niespodziewanie 
pan Lessing otrzymał trzydzieści kilka tysięcy ru- 
bli schedy. Ukończyłem właśnie jakiś nieznaczny 
planik, naleŜało mi się teŜ coś jeszcze za poprzed- 
nie roboty. Pan Lessing obliczał dosyć długo, 
a nareszcie odezwał się w te słowa: „Umowy 
Ŝ

adnej między nami nie było, ja płaciłem panu 

podług moŜności, nie podług jego pracy, dziś, kie- 
dy mogę, powinienem i za przeszłe lata pana wy- 
nagrodzić, zatem podług mego sumiennego obli-

 

czenia naleŜy się panu 750 rubli, które racz pan 
przyjąć i przebaczyć mi, Ŝe dawniej byle jak pła- 
ciłem. Upewniam, Ŝe nadal będę podług pańskiej

 

pracy obliczał, nie podług moich potrzeb". Wzru- 
szyła mnie ta poczciwość i szlachetność, podzięko- 
wałem mu najserdeczniej, przyrzekając zawsze 

background image

być gotowym na jego skinienie. Od tego czasu 
w moim mieszkaniu zaszła wielka róŜnica, spra- 
wiłem sobie meble, dubeltówkę z Liege wypisa- 
łem doskonałą, torby, rogi, pulwersaki, flaszki my- 
ś

liwskie, słowem rozmaite elegancje do myśli- 

stwa nabyłem, wszystko praktyczne i w najlep- 
szym gatunku. Od księdza Juchniewicza, naszego 
proboszcza, nabyłem przy jego odjeździe zegar 
stojący i fortepian z organami (fisharmonię), sło- 
wem pomieszkanie moje wcale porządnie wyglą- 
dało.

 

Wtedy zacząłem korespondencję dotyczącą wy- 
legitymowania się. Wiedziałem, Ŝe w Kamieńcu 
Podolskim są takŜe Radziejowscy, herbu Juno- 
sza, napisałem więc do nich, posyłając papiery 
i swoją prośbę, Ŝe jeŜeli są w moŜności, niechŜe 
mi dopomogą wylegitymować się. W kilka mie- 
sięcy odebrałem papiery z odpowiedzią, Ŝe moŜe 
by się udało wylegitymować, ale koszta będą 
wielkie. Widząc niepewną sprawę, nie chciałem 
się pozbawiać wszystkiego, co miałem. Teraz by- 
łem ciągle komenderowanym na słuŜbę zamiast 
oficerów, nie mogłem juŜ tyle pracować, na ko- 
niec śmierć poczciwego Lessinga zupełnie pozba-

 

wiła mnie dochodów. Inny budowniczy nie po- 
trzebował pomocnika. W 1850 roku byłem na no- 
wo przedstawiony do awansu na oficera, podobno 
po raz piąty czy szósty, i znowu bez skutku. Wte- 
dy straciwszy juŜ zupełnie nadzieję, postanowi- 
łem wyrobić sobie urlop sześciomiesięczny, poje- 
chać do Warszawy i tam postarać się dla słabo- 
ś

ci zdrowia pozostać czas nieograniczony. Jako 

politycznie skompromitowany napotkałem wielkie 
trudności w uzyskaniu urlopu. Bez zezwolenia 
ks. Paskiewicza do Polski przyjechać nie było 
wolno, prosiłem zatem o przedstawienie całej 
sprawy, z uwagi na to, Ŝe juŜ przeszło 10 lat 
przesłuŜyłem i uzyskałem szewron, co mogło 
ś

wiadczyć w pewnym względzie o mej „popra- 

background image

wie". Naczelnicy z przychylnością przedstawili 
moją sprawę. Korespondencja wlokła się 10 mie- 
sięcy, a gdy juŜ zaprzestałem myśleć o szczęściu 
powrotu do ojczyzny, choćby na czas krótki, ge- 
nerał brygady przysłał swego ordynansa około 
godziny 11 wieczór z powinszowaniem, Ŝe urlop 
uzyskałem. MoŜna sobie wyobrazić moją radość. 
Uściskałem zwiastuna tak wielkiego szczęścia 
i uczęstowawszy go, całą noc spędziłem bezsen- 
nie na projektach podróŜy. Z największą niecier- 
pliwością oczekiwałem rana, aby odebrać pozwo- 
lenie wyjazdu na tak długo oczekiwany urlop. 
Znowu spotkałem się z dowodem ogólnej sym- 
patii mych naczelników. Zaczynając od generała, 
pułkowników, adiutantów, aŜ do pisarza, wszyscy

 

z najserdeczniejszą Ŝyczliwością śpieszyli się z wy- 
kończeniem długich, niezbędnych formalności, 
i o godzinie 2 po południu juŜ miałem paszport 
w ręku, a około godziny 4 razem z kasjerem ba- 
talionowym, który miał jechać do Petersburga 
i naumyślnie dla mnie przyspieszył swój wyjazd, 
wyruszyliśmy w drogę. Finanse moje były szczup- 
łe, zaledwie 20 rubli miałem na drogę. Nie wie- 
działem, jak wyruszę z Petersburga, na piechotę 
czy w karecie. Czuwał Bóg miłosierny! Wszystko 
poszło jak najlepiej. Na drugi dzień po przyjeź- 
dzie do Petersburga wyruszyłem do Warszawy 
w karecie pocztowej. Przepytując o okazję przy 
trakcie warszawskim, wstąpiłem z wizytą do sza- 
nownego doktora Malinowskiego, który po zwol- 
nieniu z wileńskiego wiezienia był profesorem 
w Akademii Petersburskiej, oprócz tego zjednał 
sobie niezmierną wziętość i uznanie nawet u dwo- 
ru carskiego. Zwierzyłem mu się, Ŝe jeŜeli nie 
znajdę okazji za kilka rubli, będę zmuszony wy- 
ruszyć na piechotę. Poczciwy Malinowski obiecał 
mi dzięki swemu wpływowi wyrobić bezpłatne 
miejsce w dyliŜansie, ale gdy go zawiodła na- 

background image

dzieja, kupił mi miejsce za własne 38 rubli. Nie 
pozostało mi nic innego, jak tylko podziękować 
szanownemu doktorowi i wieczorem o godzinie 
7 wyruszyć do Warszawy. PasaŜerów było tylko 
pięciu, tyle tylko było miejsc w karecie. Jechał 
jakiś dygnitarz z Ŝoną, nazwiskiem Chlebowski, 
ten znaczeniem swoim utrzymywał konduktora

 

w naleŜytym porządku, co teŜ miało wielki wpływ 
na pośpiech w podróŜy. Piątego dnia stanęliśmy 
na wieczór w Warszawie i tak równo w tydzień 
po otrzymaniu urlopu byłem juŜ u celu swych 
marzeń. Niepodobna opisać uczuć, jakie mną wtedy 
miotały. Jeszcze w drodze dźwięk ojczystej mowy 
rozrzewnił mnie serdecznie. JuŜ widok śyda pol- 
skiego, zwykle brudnego, ale dawno nie widzia- 
nego, sprawił mi radość niepospolitą, a cóŜ do- 
piero przyjazd do Warszawy, gdzie czekało tyle 
wspomnień drogich sercu, gdzie miałem powitać 
krewnych, którzy listownie zapewniali mnie 
o swej Ŝyczliwości.

 

Przyjechaliśmy o godzinie 7 wieczór w ponie- 
działek. Był to dzień przeznaczony przez pań- 
stwa Kropiwnickich na przyjęcia. Oczekiwano 
znajomych, którzy zgromadzili się niedługo po 
moim przybyciu. Byli to dawni znajomi, pozna- 
wałem ich, ale nikt nie był w stanie mnie poznać. 
Nic dziwnego, tyle cierpień i trudów zmieniły 
byłego młodzieńca, jeŜeli nie w starca, to przy- 
najmniej w starszego juŜ biedaka. Samo wejście 
do domu Kropiwnickich przekonało mnie, Ŝe czas 
i cierpienia wywarły na mnie swój wpływ niepo- 
spolicie. Wszedłem z tłumokiem przez kuchnię, 
w wojskowym szynelu i z pałaszem u boku, z za- 
rzuconym futrem na ramiona. Nie chcąc robić 
przykrego wraŜenia, zwłaszcza na młodej gene- 
racji, zrzuciłem w przedpokoju szynel i włoŜyłem 
tuŜurek, poniewaŜ miałem ze sobą cywilne rze-

 

czy. Właśnie wtedy pani Radwańska przechodziła 

background image

przez kuchnię, idąc na wieczór do Kropiwnickich. 
Została ostrzeŜona przez słuŜbę, Ŝe jakiś Ŝołnierz 
w przedpokoju przebiera się. Wchodzi do kuchni 
i spoglądając na mnie ze zdziwieniem, zapytuje: 
„CóŜ to znaczy?" Poznałem ją natychmiast, a wi- 
tając radośnie, zapytałem, czy mnie nie poznaje? 
Ta odstąpiła ode mnie zdumiona, mówiąc: „Ale 
skądŜe znajomość?" Musiałem jej powiedzieć mo- 
je nazwisko, Ŝeby sobie przypomniała brata cio- 
tecznego, którego doskonale znała. Okrzykami za- 
tem oznajmiła moje przybycie. Wszyscy obstąpili 
mnie i witali serdecznie, starsi dziwili się zmianie, 
jaką we mnie widzieli, młodsi przyglądali mi się 
z ciekawością. Liczne młode pokolenie w mej 
nieobecności juŜ w części do młodzieńczych lat 
doszło. Kropiwniccy mieli teraz ośmioro dzieci, 
z których najstarszy miał zaledwie cztery lata, kie- 
dy byłem wytransportowany na Kaukaz, Opowie- 
dziane przeze mnie koleje losu niejednego roz- 
rzewniły, na młodych zrobiły najsilniejsze wraŜe- 
nie i zjednały serca wszystkich.

 

Na drugi dzień musiałem załatwić sprawę urzę- 
dową, to jest przedstawić się władzom. Po nale- 
Ŝ

ytym wypoczynku wziąłem się zaraz do wylegi- 

tymowania się ze szlachectwa. Trudna to była 
sprawa. Gdyby nie wuj, major byłych wojsk pol- 
skich, Franciszek Miecznikowski, który zapoznał 
mnie z byłym członkiem heroldii, a ten przez 
wzgląd na moje połoŜenie bez Ŝadnego wynagro-

 

dzenia przyjął na siebie obowiązek wylegitymo- 
wania mnie, i rzeczywiście bardzo łatwo wszyst- 
ko poszło. W starym archiwum Królestwa zna- 
lazły się akta, skopiowanie których bardzo mało 
mnie kosztowało, legalizacja zaś metryk dziada 
i ojca, z Poznańskiego pochodzących, przez kon- 
sula pruskiego dla wojskowego bezpłatnie dopeł- 
nioną była, tak więc interes mój był na najlepszej 

background image

drodze. Na Nowy Rok (1852) pojechałem tym- 
czasem do Krasnegostawu, do najbliŜszych krew- 
nych, gdzie wtedy mieszkał szwagier doktor Krau- 
ze, wdowiec po dwóch moich zmarłych siostrach, 
po Annie, która pozostawiła dwóch synów - Sta- 
nisława i Tadeusza - i córeczkę Annę oraz po 
drugiej Ŝonie Zofii, która po roku zmarła, oby- 
dwie rodzone moje siostry. Przez szwagra nie by- 
łem poznany, siostrzeńcy widzieli mnie, kiedy byli 
małymi jeszcze dziećmi w czasie eskortowania 
mnie z Zamościa przez Lublin do Warszawy. An- 
na widziała mnie dopiero pierwszy raz. Czułe to 
były przywitania, siostrzeńcy i siostrzenica oka- 
zali mi prawdziwe przywiązanie. Nazajutrz po 
moim przyjeździe udaliśmy się na cmentarz w ce- 
lu odwiedzenia grobów matki i trzech sióstr. 
Z boleścią serca stwierdziłem, Ŝe Krauze na gro- 
bach ich najmniejszego znaku nie połoŜył, jedynie 
dzieci i dziady kościelne tylko przybliŜone miej- 
sce wskazywali. Ta obojętność szwagra bardzo 
mnie zmartwiła, a nie mogąc złemu zaradzić, 
kończąc poszukiwania zamówiłem wotywę, i nie

 

robiłem Ŝadnych wymówek. Bawiłem tam dwa 
tygodnie, spieszyłem się do Warszawy dla dal- 
szego prowadzenia zaczętej sprawy legitymacji. 
Podczas tego wyjazdu z Warszawy przekonałem 
się, Ŝe czujna policja na kaŜdy mój krok baczną 
zwraca uwagę. W Krasnymstawie naczelnik Ŝan- 
darmów był uwiadomiony o moim przybyciu 
i zaraz się dowiadywał, jak długo mam zabawić. 
Powróciwszy do Warszawy, otrzymałem wezwa- 
nie komisarza 7 cyrkułu, aŜebym się do niego 
stawił, co gdy uczyniłem, oznajmił mi, Ŝe o kaŜ- 
dym wyjeździe moim mam mu meldować, jeŜeli 
nie chcę, aby policjant codziennie o mnie się do- 
wiadywał. Kiedy mu powiedziałem, Ŝe jako woj- 
skowy tylko swojej władzy jestem obowiązany 
meldować się, pokazał mi sekretny rozkaz, pole- 

background image

cający mu o kaŜdym moim kroku donosić. Dla 
uniknięcia wizyt policjanta przyrzekłem dawać 
znać o kaŜdym mym wyjeździe z Warszawy, choć- 
by na czas krótki. Pięć miesięcy minęło jak jeden 
dzień wśród dzieci Kropiwnickich, z którymi 
bardzośmy się pokochali. Nastąpiło wreszcie 
smutne poŜegnanie, albowiem będąc juŜ pewnym 
legitymacji, nie myślałem robić starań o pozosta- 
nie na czas nieograniczony. Ile boleści było przy 
rozstaniu się, Bogu tylko wiadomo. Trzy dni 
przed moim wyjazdem dzieci i kobiety juŜ pła- 
kały, co i mnie rozrzewniało. Przez lat piętnaście 
serce moje nie doznawało rodzinnej czułości. Tu 
przez pięć miesięcy byłem otoczony najtkliwszy-

 

mi dowodami serdeczności starszych i młodszych 
i raptem musiałem znów powrócić do ludzi nie- 
czułych, którzy moŜe nigdy w Ŝyciu nie tęsknili 
do rodzinnej ziemi i pieszczot rodzinnych, a tym 
samym nie mogli pojąć mojej tęsknoty... Serce pę- 
kało z boleści, ale powinność zmuszała do po- 
wrotu. Wszystkie dzieci napisały mi po kilka słów 
na pamiątkę, ja równieŜ wpisywałem się do albu- 
mów, jeśli ktoś tylko je posiadał. Jadwiga Kro- 
piwnicka, dzisiejsza śychlińska, trzynastoletnia 
wówczas panienka, obdarzona czułym i poczci- 
wym serduszkiem, była przykładem dla młod- 
szych w okazywaniu mi czułości. Napisałem jej 
następujące słowa: „Przez wiele lat znękane ser- 
ce moje tęskniło i rwało się do rodzinnej ziemi, 
w której oczekiwałem tylko smutnych wspomnień 
przeszłości! Nie miałem juŜ zobaczyć matki ani 
sióstr, one znikły dla mnie na zawsze, spodziewa- 
łem się znaleźć tylko obojętnych krewnych. Wró- 
ciłem na krótki czas, znalazłem czułych krewnych, 
a tkliwe i niewinne Wasze pieszczoty były praw- 
dziwie Boską nagrodą za długoletnie cierpienia. 
Miła Jadziu! Ty byłaś moim starszym aniołem 
pocieszycielem, Ty z siostrzyczkami swoimi na- 
grodziłaś cięŜką przeszłość moją. Błogosławień- 

background image

stwo BoŜe niech spływa na Was, Z serdecznym 
Ŝ

alem znowu Was muszę opuścić, lecz z nowym 

Ŝ

yciem i z nadzieją, Ŝe wkrótce Bóg miłosierny 

połoŜy kres cierpieniom i pozwoli powrócić do 
Was, najmilszych". Kazia Miecznikowska naryso-

 

wała mi na pamiątkę kapliczkę Wilhelma Tella 
ze stosownym napisem. Nawzajem napisałem jej: 
„Często myśl moja błądzić będzie w krainie, gdzie 
doznałem szczęścia dla wielu niepojętego. Często 
jęknie pierś zmęczona przeciągłym westchnieniem 
i na łodzi wspomnień po łez potoku duszę młodą, 
odartą z wolności uroku, poszlę do kraju, gdzie 
Ŝ

yła krótkotrwałym szczęściem".

 

Przyszła nareszcie chwila smutnego poŜegnania. 
W pierwszych dniach kwietnia 1852 roku musia- 
łem wyruszyć z Warszawy. Pan Kropiwnicki 
i Oleś Miecznikowski dali mi na drogę 60 rubli, 
bez których musiałbym chyba piechotą wracać do 
Finlandii. Nająłem dyliŜans, a wszyscy krewni 
i wielu znajomych odprowadzili mnie na pocztę. 
Tu szczery płacz odprowadzających mnie pomno- 
Ŝ

ył liczbę ciekawych przechodniów tak dalece, Ŝe 

wkrótce w bramie zrobiło się ciasno, wszyscy 
przejęci byli serdecznym współczuciem, domyśla- 
jąc się po moim szynelu, Ŝe gdzieś daleko odjeŜ- 
dŜam i zapewne na długo. Tym razem podobno 
i przekupki, czułe zazwyczaj tylko na zysk, roz- 
rzewniły się. Głośne było w Warszawie to po- 
Ŝ

egnanie, a w parę lat później pani Kropiwnickiej 

opowiadano za granicą u wód, Ŝe jakaś familia 
opłakiwała świeŜo zesłanego na Syberię, nie po- 
dejrzewając, Ŝe ją samą w liczbie Ŝegnających wy- 
gnańca widziano.

 

Wkrótce po moim powrocie do Finlandii pan 
Kropiwnicki przysłał mi dyplom szlachecki, który,

 

gdyby był przyszedł kilka lat wcześniej, oszczę- 
dziłby mi wielu zmartwień i poniŜeń. Po zatwier- 
dzeniu dyplomu w heroldii petersburskiej, co 
trwało pół roku, zaraz zostałem awansowany na 

background image

junkra, a następnie przedstawiony do awansu na 
oficera. Pragnąc przybliŜyć się do ojczyzny, poda- 
łem się do ochockiego pułku strzelców 4 korpusu, 
który miał na wiosnę 1853 roku wyruszyć do Pol- 
ski. Dnia 4 marca 1853 roku byłem awansowany 
na oficera i skierowany podług mego Ŝyczenia do 
ochockiego pułku. PoŜegnanie przyjaciół, naczel- 
ników i Ŝołnierzy było bardzo serdeczne i tkliwe, 
ale juŜ innego rodzaju, nie tak jak z krewnymi.

 

Poczciwy ksiądz Lutkiewicz zebrał dziesięciu 
najŜyczliwszych naczelników i moich przyjaciół 
i tytułem obiadu poŜegnalnego fetował nas po 
staropolsku. Po obiedzie miałem natychmiast wy- 
jechać, ale niepodobna było odmówić szczerym 
i serdecznym zaproszeniom innych. Kupiec Heino, 
takŜe jeden z Ŝyczliwych moich przyjaciół, zapro- 
sił do siebie i wprost od niego mieli mnie wszys- 
cy odprowadzić kilka wiorst. 24 marca, tj. w wi- 
gilię Zwiastowania Panny Marii o godzinie i w 
nocy opuściłem Wyborg. Kilkanaście sań odpro- 
wadzało mnie ze 7 wiorst. Po dobrym ponczu 
i kilku butelkach szampana niektórzy powrócili 
do miasta, a pozostali pojechali ze mną do pierw- 
szej stacji. W liczbie tych ostatnich, rozumie się, 
był najpierwszy Wolański i Ŝołnierz Mitrofanow, 
który zawsze okazywał mi wiele przychylności.

 

Dalej kupiec Filipow, adiutant Nikonic, kapitan 
Simberg i dwóch młodszych oficerów. Tu poŜe- 
gnałem na zawsze Finlandię, najbardziej Ŝału- 
jąc zacnego Wolańskiego, który niezmiernie od- 
czuł mój odjazd. Biedny starzec płakał jak dziec- 
ko, utyskując, Ŝe najlepszego przyjaciela we mnie 
traci i Ŝe odtąd jego wygnanie daleko mu będzie 
dotkliwszym. Rozrzewniony wyrwałem się z jego 
objęcia i ruszyłem ku Petersburgowi, pocieszając 
się tą myślą, Ŝe jako oficer będę mógł choć z da- 
leka przynieść czasem ulgę biednemu starcowi.

 

Awans na oficera.

 

background image

Udział

 

w wojnie turecko-rosyjskiej 
1853—1856 i powrót do kraju

 

W Petersburgu obowiązany byłem 
zatrzymać się dla urzędowych 
przedstawień w departamencie 
Ministerstwa Wojny i dla uzy- 
skania stamtąd pieniędzy na koszta podróŜy do puł- 
ku, który kwaterował na Podolu w Proskurowie. 
(Płoskirów.) Tu wyrobiłem sobie urlop i mogłem 
pojechać na 28 dni do Warszawy. Nie potrzeba 
mówić, Ŝe przyjęty byłem w Warszawie bardzo 
serdecznie, a wyjeŜdŜając i mając w sercu nadzie- 
ję szybkiego powrotu, juŜ nie odczuwałem tak 
boleśnie rozłączenia, tym bardziej Ŝe moja pozy- 
cja materialna znacznie się polepszyła.

 

Kampania wschodnia pchnęła nasz pułk w 
miesiąc po moim przybyciu do księstw naddunaj- 
skich. Była to wojna z Turcją. Nikt nie wątpił 
o zwycięstwie i kaŜdy myślał, Ŝe jak Bóg pozwoli 
pozostać Ŝywym, moŜe być pewnym awansów 
i nagród honorowych. Co do mnie, to nie zwa-

 

Ŝ

ając na politykę, która nie miała związku z lo- 

sem Polski, lecz mając na celu osobiste widoki- 
powrót do Polski dla powetowania tylu strasz- 
nych lat - postanowiłem z naraŜeniem Ŝycia do- 
bijać się awansów, aŜeby po skończeniu kampanii 
korzystniejsze miejsce w Polsce otrzymać.

 

Parę razy szczęśliwie wyszedłem z wielkiego 
niebezpieczeństwa, raz uniknąłem śmierci albo 
niewoli wobec całego pułku, gdy w czasie prze- 
marszu spod Oltenity ku Sylistrii, odjechawszy 
o trzy wiorsty od pułku konno, sam jeden zosta- 
łem napadnięty przez podjazd turecki, którego 
nikt się tam nie spodziewał. Pistolety miałem nie 
nabite, za całą obronę słuŜył mi pałasz, więcej 

background image

dla formy niŜ dla obrony przy boku wiszący. Tur- 
cy najniespodziewaniej wystrzelili do mnie ze 
wszystkich pistoletów naraz, szczęściem, Ŝaden 
z nich nie trafł ani mnie, ani konia. Wkrótce usły- 
szałem doganiającego mnie nieprzyjaciela. Jeden 
z nieprzyjaciół krzyczał coś po turecku, zapewne 
wzywał, abym się poddał, równał się juŜ z koniem 
z mojej prawej strony, gdy moje rozpaczliwe 
machnięcie pałaszem osadziło jego konia, a ja nie 
ś

cigany, przypędziłem do pułku. Innym razem, 

a było to 4 marca 1854 roku, poszedłem do re- 
duty, leŜącej nad Dunajem, gdzie miałem po- 
przednio nadzór nad sypaniem okopów i gdzie 
pozostawał jeszcze pod moim nadzorem instru- 
ment szańcowy, gdy tymczasem zajęty byłem po- 
mniejszą budową umocnień przy pikiecie kozac-

 

kiej. W reducie byt wówczas mój brat, junkier 
Fortunat Miecznikowski. Pełnił on tam słuŜbę ze 
swą kompanią, którą Ŝołnierze objęli jak zwy- 
kle nocą dla uniknięcia wystrzałów nieprzyjaciel- 
skich. Chciałem Miecznikowskiemu zanieść kotle- 
tów i porcję wódki i pomimo nakazu, aŜeby bez 
polecenia nikt nie waŜył się wchodzić do redu- 
ty, mając za wymówkę szańcowy instrument, do- 
ręczyłem bratu śniadanie. W reducie urządzone 
były zimą koszary, w których ogrzewali się ofice- 
rowie i Ŝołnierze, powracający z pikiet. Kiedy 
tani wszedłem, oficerowie zajadali jakieś mięsiwo 
po tęgim hauście gorzały, wypitym sobie dla roz- 
grzania się i dodania odwagi, Moje przybycie oŜy- 
wiło towarzystwo, ponowiły się kielichy, a raczej 
piliśmy bez nich, wprost z butelki, z przymów- 
kami: „Dusza zna miarę", gawędziliśmy, Ŝarto- 
waliśmy. Na koniec kapitan Jurjew, dowódca 
kompanii i całej reduty, widząc bladość Mieczni- 
kowskiego, wystąpił z przymówkami, Ŝe tchórzy, 
ale ten juŜ do swych Ŝartobliwości powrócić nie 

background image

mógł i blady był nadzwyczajnie. Tłomaczyłem 
Miecznikowskiego, mówiłem, jest słaby, dlatego 
blady, a chcąc odsunąć wszelkie podejrzenia i bę- 
dąc pewnym, Ŝe za ukazaniem się naszym na wa- 
łach nieprzyjaciel nie omieszka strzelać ze sztuce- 
rów, zawołałem: „Pójdziemy na wały, obejdzie- 
my redutę naokoło, a dowiedziemy, Ŝeś nie 
tchórz". Miecznikowski przyjął wezwanie, ale gdy 
podeszliśmy do wału, zreflektował się i zaczął mi

 

tłomaczyć, Ŝe niepotrzebne naraŜanie się jest nie- 
rozsądkiem, a nie męstwem. Słowem, odmówił 
mi towarzyszenia po wałach naokoło reduty. Sło- 
wo się wymówiło przy oficerach i Ŝołnierzach, 
cofać się było niepodobna. Wyszedłem zatem na 
wał, a poniewaŜ pośpiech w oczach wszystkich 
zdradzałyby obawę, zatem wolnym krokiem obszed- 
łem wały. Czternaście pojedynczych kul przelecia- 
ło koło mnie, ale gdym juŜ schodził z wału, Ŝoł- 
nierze spostrzegli, Ŝe Turcy znacznym oddziałem 
wbiegli na wały, szykując broń na mnie. Słysząc 
o tym, artyleryjski oficer Nikoforow dał rozkaz 
swym Ŝołnierzom, aŜeby jednoróg wytoczyli na 
barbak i wymierzyli w nieprzyjaciela. Kapitan 
Jurjew, nie nazbyt odwaŜny, wzbraniał mu tego, 
mówiąc, Ŝe ma rozkaz, aŜeby nieprzyjaciela nie 
zaczepiać, tylko w razie ataku na wystrzały 
armatnie armatami odpowiadać. Nikoforow prag- 
nąc postawić na swoim i nie chcąc uchodzić za 
podkomendnego oficera piechoty, utrzymywał, Ŝe 
odebrał rozkaz, aŜeby w razie skupienia się nie- 
przyjaciela na drugim brzegu przyległej wyspy 
lub w razie zaobserwowania jakichś ziemnych 
robót rozpędzić nieprzyjaciela wystrzałami armat- 
nimi. Co gdy powiedział, wydał komendę: „Pal"! 
Granat pękł nad głowami nieprzyjaciela, ale w 
odpowiedzi na ten zręczny wystrzał Turcy zaczęli 
z sześciu armat silnie bombardować naszą redu- 

background image

tę. Nikoforow widząc, Ŝe to nie Ŝarty i mając tyl- 
ko dwie armaty i nieduŜy zapas amunicji, rzadko

 

im odpowiadał wystrzałami. Jurjew zaś zebraw- 
szy kompanię, pomieścił się w fosie za wałem dla 
ochronienia ludzi. Mnie, jako nie naleŜącemu do 
załogi, nie wypadało pozostawać przy obcej ko- 
mendzie, a swoją miałem pozostawioną nad brze- 
giem ArdŜyselu na kozaczej pikiecie. Dla unik- 
nięcia więc tłomaczeń w razie przybycia kogoś 
z naczelników, zmuszony byłem wyjść z reduty, 
naraŜając się na wystrzały, które często przeno- 
siły redutę i padały, jeŜeli nie z polotu, to rykosze- 
towały na drodze, którą przebyć musiałem. Nic 
to nie pomogło, musiałem biec do swej komen- 
dy, zszedłem więc do fosy, aŜeby poŜegnać ka- 
pitana i oficerów, lecz gdy juŜ miałem wyjść na 
płaszczyznę, nad głowami naszymi pękł granat 
i odłamek ośmiofuntowy ugodził w feldfebla, 
rozorując nieborakowi rękę do kości i bok do Ŝe- 
ber, tak Ŝe skurczył się biedak w kucki. Zatamo- 
waliśmy mu krew, jak mogliśmy, przewiązaliśmy 
rany chustkami od nosów, innego środka nie by- 
ło, gdyŜ ani bandaŜy, ani felczera do reduty nie 
odkomenderowano. Zaledwo opuściłem redutę, 
idąc po brzegu ArdŜyselu, gdy nieprzyjaciel spo- 
strzegł idącego oficera, zaczął mnie brać na cel, 
strzelając z ręcznej broni. Była to kompania, któ- 
ra w nocy przeprawiła się na przyległą do ArdŜy- 
selu wyspę do lasku i tam obserwacje swe robiła, 
o czym reduta nie wiedziała. Wystrzały szły nad- 
zwyczajnie gęsto, kule świstały koło uszu albo 
prawie ziemię spod nóg wyrywały. Pewny byłem,

 

Ŝ

e me wyjdę cało, ale widać inaczej było sądzone. 

Nieprzyjaciel, strzelając do mnie z odległości mo- 
Ŝ

e 400 kroków, nie zdołał trafić, w pewnej chwili 

droga się zmieniła, jar zasłonił mnie od niebez- 
pieczeństwa, szczęśliwie przybyłem więc do pi- 

background image

kiety, gdzie jednocześnie przybył pułkownik Bibi- 
kow z czterema adiutantami, a widząc, Ŝe od 
strony reduty przybywam, zapytał, czy byłem tam 
bliŜej. Opowiedziałem zatem bez ukrywania, Ŝe 
chodziłem dla policzenia narzędzi i Ŝe nieprzy- 
jaciel przy mnie zaczął bombardować redutę, 
skutkiem czego został ranny niebezpiecznie feld- 
febel.

 

Ukryłem jednakŜe zaczepkę Nikoforowa, do- 
myślając się, Ŝe rozkazu takiego, jak utrzymywał, 
nie miał. Pułkownik zafrasował się, Ŝe felczera w 
reducie nie ma i nie moŜe transportować rannych 
z powodu gęstych wystrzałów. Chodziło mu teŜ 
o Ŝycie feldfebla, zwrócił się więc do oficerów i po- 
wiedział: „Kto by z panów chciał jechać moimi 
saniami w cztery konie w poręcz zaprzęŜonymi 
po błocie (gdyŜ droga była niezmiernie błotnista 
i grząska), aby oddać rozkaz oficerowi artyleryj- 
skiemu, aby rzadko strzelał oraz Ŝeby kapitan 
ochraniał ludzi, a z powrotem zabrał ze sobą ra- 
nionego feldfebla?" Oficerowie spojrzeli po sobie, 
nikt się jakoś nie zgłosił z chęcią wypełnienia te- 
go rozkazu. Chcąc zyskać względy pułkownika, 
który Polakom nie bardzo sprzyjał, wziąłem na 
siebie spełnienie rozkazu.

 

Do reduty moŜna było podjechać dla uniknię- 
cia strzałów od strony przeciwnej ArdŜyselu, ale 
uniknąć armat było niepodobieństwem. Stangre- 
tem był dzielny młody człowiek, odwaŜny, na 
Ŝ

ołnierza, a nie na stangreta stworzony, wystrza- 

ły armatnie przeskakujące koło nas i przez nas 
cieszyły go zamiast strachem przejmować, wy- 
krzykiwał tylko: „Nie trafisz! nie! dalibóg nie 
trafisz!", a stojąc w sankach konie podcinał, Ŝe- 
by prędzej szły, Ŝeby szybciej stanąć za wałem 
i nie słuŜyć za cel nieprzyjacielowi. Jakoś stanę- 
liśmy szczęśliwie za wałami, tu juŜ ja sam wszed- 
łem za bramę redutową do oficera artyleryjskie- 
go, rozkaz oddałem, a od niego wdzięczne 

background image

oświadczenie otrzymałem za ukrycie rozpoczęcia 
niepotrzebnej walki. Ranionych, na szczęście, 
więcej nie było, biednego feldfebla, osłabionego 
z powodu utraty krwi i drŜącego od zimna, poło- 
Ŝ

yłem w saniach, okryłem swym płaszczem, a sie- 

dząc przy nim, przy czym byliśmy znowu wysta- 
wieni na cel i nawet kilku kulami odprowa- 
dzeni, powróciliśmy do pikiety, gdzie juŜ znajdo- 
wali się felczer z bandaŜami i doktór z instru- 
mentami.

 

Rana była niebezpieczna, jednak biedak wyku- 
rował się z niej, ale po to, Ŝeby drugi raz lepiej 
oberwać, albowiem pod Inkermanem zabitym zo- 
stał. Pułkownik podziękował mi grzecznie. Dwa 
razy jeszcze byłem z własnej ochoty w bitwie. 
12 marca (1854 roku) juŜ nie jako ochotnik, ale

 

w ogólnym ataku pułkowym na wyspy dunajskie 
między Oltenitą i Turtukajem. Wieczorem otrzy- 
małem kontuzję w lewą nogę, skutkiem czego nie 
tylko Ŝe karierę wojskową zakończyć musiałem, 
ale i kaleką bodaj czy nie do śmierci pozostać 
muszę. Z powodu tej kontuzji musiałem jechać 
do Bukaresztu na kurację, gdzie po czterech mie- 
siącach okazało się, Ŝe wyleczenie się jest niepo- 
dobieństwem. Skierowano mnie zatem na urlop 
do wód mineralnych, według mego Ŝyczenia, ro- 
zumie się, do Polski. Wróciłem zatem do miłych 
krewnych, a szczęście widzenia ich, choć okupio- 
ne kalectwem, wprawiło mnie w zachwyt.

 

Przejechałem granicę 26 lipca 1854 roku. Był 
to dzień imienin Anny Krauze, kochanej mej sio- 
strzenicy. Z Chełma pojechałem na Krasnystaw, 
aŜeby jej w tym dniu zrobić niespodziankę. Zabra- 
łem ze sobą ojca jej macochy, Bokiewicza, tam za- 
mieszkałego. Wieczorem, zaledwie wyruszyliśmy, 
spotkał nas ulewny deszcz z grzmotami, musieliś- 
my przeczekać ten deszcz w karczmie juŜ blisko 
Krasnegostawu, ale dojeŜdŜając, spostrzegliśmy 
łunę niezmierną, właśnie nad miastem. Przybyliś- 

background image

my około pierwszej godziny w nocy pod mieszka- 
nie doktora Krauze. Było ono oświetlone, goście 
w najlepsze zajadali kolację po tańcach wypra- 
wianych z powodu imienin. Przyjęto nas radośnie, 
chociaŜ moje kule rozrzewniły wszystkich. Mło- 
dzieŜy, zastaliśmy mało, a to z powodu poŜaru, 
wszyscy pobiegli ratować pogorzelców od pioru-

 

na, w ich liczbie był i Tadeusz Krauze. Zaziębił 
się wtedy, skutkiem czego zachorował śmiertelnie 
i po kilku miesiącach choroby umarł.

 

Po kilkodniowym goszczeniu musiałem spieszyć 
do Warszawy, gdyŜ mijał czas na kurację do wód 
mineralnych. W Warszawie równieŜ, gdy mnie zo- 
baczono o kulach, nie bez łez przyjęty byłem. 
Dwiema musiałem się podpierać, z wielką trud- 
nością chodziłem. Stanąłem znów u Kropiwnic- 
kich, gdzie prawdziwie macierzyńskiej doznawa- 
łem opieki.

 

W parę tygodni pojechałem do Buska. Wzią- 
łem tam czterdzieści kąpieli, ale Ŝadnej ulgi nie 
doznałem. Porobiłem w Busku mnóstwo bardzo 
przyjemnych znajomości i chociaŜ byłem pewny, 
Ŝ

e Ŝadne wody nic memu kalectwu nie po- 

mogą, mimo to postanowiłem i na drugie lato 
tam pojechać, co teŜ z łatwością się dało usku- 
tecznić.

 

Przez cały rok 1855 i początek roku 1856 
mieszkałem w Warszawie, doznałem tu bardzo 
wielu przykrości z powodu nieporozumień fami- 
lijnych. Rzucam jednak zasłonę na ten bolesny 
rok Ŝycia mego, gdzie najserdeczniejsza Ŝyczli- 
wość była źle tłomaczoną i źle przyjętą, przez co 
ostygło we mnie najczystsze me przywiązanie do 
krewnych. Przywiązanie takie mógł czuć tylko ten, 
kto przechodził jak ja bolesne koleje losu z da- 
leka od rodziny, między wrogami. Ale tego nikt 
zrozumieć nie umiał i ocenić nie zdołał.

 

Wśród tego wszystkiego zapragnąłem spokojne- 

background image

go Ŝycia, gdziekolwiek bądź, byle w kraju. Pró- 
bowałem jeszcze raz wykurować się, pojechałem 
na Kaukaz do wód mineralnych, do Piatigorska 
(na koszt rządowy). Doznałem rzeczywiście ulgi 
i powróciłem do Warszawy. Otrzymawszy dymi- 
sję z wojska w 1857 roku, dołoŜyłem starań i uda- 
ło mi się otrzymać posadę rządową w Płocku, 
gdzie teŜ nowe Ŝycie dla mnie zabłysło. 
 
 
 
 

KONIEC