background image

 

 

 
 

 

background image

Günther Pape 

Byłem Świadkiem Jehowy 

  

 

 

   

PRZEDMOWA 
 
Świadkowie Jehowy, powszechnie nazywani Jehowitami: któż ich nie 
zna? Pukają do naszych domów, przychodzą w porę i nie w porę, 
nierzadko nawet w dniu Pańskim i przynoszą wszystkim radosne 
orędzie, że już niebawem rozpocznie się na ziemi tysiącletnie panowanie 
Jehowy, które przyniesie upragniony pokój i szczęście. Pośród tylu 
smutnych i przytłaczających wiadomości o przemocy, gwałtach i 
okrucieństwach wojen, które zalewają codziennie naszą ziemię, bliskość 
królestwa sprawiedliwości i pokoju brzmi rzeczywiście jak radosne 
orędzie ocalenia. I niejeden człowiek daje temu posłuch, ponieważ 
odpowiada ono najbardziej utajonym oczekiwaniom i potrzebom jego 
duszy. Sami wysłańcy Jehowy są przekonani, że znajdują dla swego 
posłania wystarczające potwierdzenie w Biblii i swoim radosnym 
objawieniem pragną dzielić się z innymi. 
Wielu nie uświadamia sobie, że problemy stawiane przez wysłanników 
nowej wiary nie są tak bardzo nowe, jakby się mogło wydawać. Przecież 
i Apostołowie pytali Chrystusa: "Powiedz nam kiedy to nastąpi i jaki 
będzie znak Twego przyjścia i końca świata " (Mt 24,3). Zamiast oddać 
się jałowym spekulacjom, kiedy to nastąpi, zwykła uczciwość i 
elementarne zasady interpretacji nakazują posłuchać tego, co sam Jezus 
mówi na ten temat: "Strzeżcie się, aby was kto nie zwiódł " (Mt 24,4), o 
owym dniu zaś i owej godzinie "nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, 
tylko sam Ojciec " (Mt 24,36). Tymczasem Świadkowie Jehowy, 
niepomni co na ten temat mówi samo Pismo święte, nadal głoszą, że 
znają nawet to, czego w Piśmie nie zapisano. 
Na wszystkie poruszane zagadnienia znajdują gotowe cytaty z Biblii. 
Lecz rzadko można nawiązać z nimi rzeczowy dialog. Niekiedy 
możemy się przekonać, że nasza znajomość Biblii jest dosyć 
powierzchowna i niewystarczająca. Jednak nie zawsze zdajemy sobie 
sprawę z tego, że oni znają jedynie swoje wyuczone tematy, poza 
którymi są bezsilni wobec faktycznych problemów współczesnych nauk 
biblijnych. Wierzą, że każdy z nich otrzymuje wystarczające pouczenie 
od samego Ducha Świętego, którego zresztą nie uznają za trzecią Boską 
Osobę. Denerwują swoją natarczywością, ale potrafią zaimponować 
długimi, przytaczanymi z pamięci cytatami biblijnymi, a pod względem 
gorliwości i zapału mogą być wzorem dla niejednego wierzącego 
katolika. Nie zrażają się trudnościami i przeciwnościami. Wyproszeni z 
domu potrafią wracać ponownie, zwłaszcza gdy zauważą wątpliwości 
stanowiące podatny grunt dla nowej wiary. Obiecują pełną szczęśliwość 
w Królestwie i to już teraz, w krótkim czasie, a nie - jak to słyszymy w 
Kościele - dopiero przy dopełnieniu się dziejów ludzkich. 
Każdy, kto interesuje się treścią wiary Świadków Jehowy, może znaleźć 

 

background image

w Polsce liczne broszury, które wprowadzają nas w dziwny i mało 
zrozumiały świat ich wiary. Świadkowie Jehowy nie dysponują 
jednolitym i zwartym systemem prawd wiary. Odrzucają niezmienne 
dogmaty i cały ich system nauczania opiera się na subiektywnym 
doświadczeniu wiary i na pouczeniach założyciela, Charla Russela i jego 
następców, J. F. Rutherforda i Knorra, stojących na czele prężnej 
organizacji mającej swoją główną siedzibę w USA. Z tych. właśnie 
względów jakakolwiek dyskusja merytoryczna z nimi jest mało owocna. 
Książka Günthera Pape pt. "Byłem Świadkiem Jehowy " odbiega w 
sposób zasadniczy od tego wszystkiego, co dotychczas napisano w 
Polsce o Jehowitach. Jest to spojrzenie na Świadków Jehowy niejako od 
wewnątrz. Günther Pape urodził się w roku 1917 w miejscowości Thale, 
w górach Harzu w Niemczech. Zarówno jego ojciec jak i matka byli 
Jehowitami. Przejmujące są opisy jego dzieciństwa i młodości poddanej 
surowym zasadom nowej wiary, gdzie wszystko: dzieci, życie rodzinne i 
małżeńskie, nauka, wykształcenie i praca, zostają podporządkowane 
działalności misjonarskiej. Jak łatwo było przewidzieć, syn na wzór 
swoich rodziców stał się gorliwym zwolennikiem i wyznawcą sekty. 
Piastował w niej różne stanowiska. Był odpowiedzialny za szkolenie 
członków sekty, a jego gorliwość - jak sam wyznaje - graniczyła z 
fanatyzmem. 
Jednak im głębiej wnikał w naukę sekty, tym więcej rodziło się w nim 
wątpliwości. Już wcześniej zauważył ustawiczne poprawki w 
zapowiedziach o mającym nastąpić bliskim końcu świata. Gdy 
proroctwa się nie spełniły w roku 1914 i w 1925, w "Strażnicy ", 
czasopiśmie Świadków Jehowy, ogłoszono nowe daty, nie wspominając 
o wcześniejszych przepowiedniach. Nauka Świadków Jehowy w sposób 
dowolny była dostosowywana do zmieniających się potrzeb, a nawet 
zmieniana przez kolejnych przywódców sekty. Nie sposób było 
zauważyć, jak dowolnie i różnie interpretowano teksty biblijne. 
Günther Pape zapragnął poznać całą prawdę o organizacji i strukturach 
Świadków Jehowy, a nade wszystko pragnął znaleźć mocne oparcie dla 
swojej wiary, by nie pozwolić się zwodzić "wymyślonymi bajkami i 
baśniami ", przed którymi przestrzegał już sam Chrystus (por. Mt 24,4), 
a za nim św. Piotr (por. 2P 1,16). Pomny na przestrogę św. Jana: "Nie 
dowierzajcie każdemu duchowi. Badajcie duchy czy są z Boga, bo wielu 
fałszywych proroków wyszło na świat " (1J 4,1), zaczyna krytycznie 
badać i oceniać, zarówno dotychczasowe dzieje organizacji Świadków 
Jehowy, jak i głoszoną przez nich naukę. Kluczem do tej oceny są słowa 
Pisma świętego, czytane z wiarą, bez uprzedzeń. 
Oderwanie się od jednostronnej metody interpretacji Pisma świętego 
prowadzi go do nieoczekiwanego i wstrząsającego odkrycia: nauka 
głoszona przez Świadków Jehowy nie znajduje oparcia w Biblii, odbiega 
od niej w wielu zasadniczych punktach. To odkrycie doprowadza w 
następstwie do całkowitego załamania wszystkich jego 
dotychczasowych poglądów i wyobrażeń religijnych. Pragnie służyć 
Bogu i poznać pełną prawdę przez Niego objawioną, ale gdzie ją 
znaleźć? Czy taka prawda w ogóle istnieje? Nie poprzestaje na samych 
pytaniach i wątpliwościach, z uporem szuka. Pokorna i ufna postawa 
każe mu dalej poszukiwać w Piśmie święty znamion prawdziwego 

background image

Kościoła, który mógłby wylegitymować się apostolskim pochodzeniem 
oraz ciągłością głoszonej nauki. To uparte poszukiwanie prowadzi 
Günthera Pape do drugiego, jeszcze bardziej szokującego odkrycia: te 
znamiona odnajduje jedynie w znienawidzonym przez siebie i 
ośmieszanym dotychczas Kościele katolickim. To podwójne odkrycie 
spowodowało całkowite zerwanie z organizacją Świadków Jehowy i 
odnalezienie własnego miejsca w Kościele katolickim. 
Książka Günthera Pape "Byłem Świadkiem Jehowy " jest wstrząsającym 
świadectwem życia człowieka, który pragnie być wierny własnemu 
sumieniu, poznanej prawdzie, a przez nią Bogu samemu. Dąży do tego 
ze świętym uporem i żelazną konsekwencją. Przeżywa noc duchowego 
rozdarcia. Pójść za poznaną prawdą oznacza dla niego przyznanie się do 
błędu, pożegnanie się z tym wszystkim, co było treścią jego życia i 
narażenie się na szykany ze strony swoich dotychczasowych 
współwyznawców. Raz poznanej prawdzie Günther Pape pozostał 
wierny do końca, niezależnie od ceny którą przyjdzie mu za to płacić. W 
jego sumieniu pozostaje jednak Świadomość krzywdy wyrządzonej tak 
wielu ludziom, przez przepowiadanie i kształtowanie ich w błędnej 
nauce Świadków Jehowy. Aby naprawić swoje dotychczasowe błędy i 
przestrzec przed naiwnością i lekkomyślnością, pisze tę książkę, którą 
uzupełnia później inną jeszcze publikacją pt. "Prawda o Świadkach 
Jehowy ". 
Wyznania Günthera Pape urzekają barwnością i żywością opowiadania, 
a nade wszystko swoim autentyzmem i obiektywizmem. Pomimo 
osobistych bolesnych doświadczeń związanych z długim pobytem u 
Świadków Jehowy autorowi obce jest jakiekolwiek pragnienie zemsty 
lub chęci poniżenia. Nie atakuje nikogo, nie wykorzystuje słabości i 
ułomności swoich przeciwników dla usprawiedliwienia czegokolwiek. 
Po prostu daje wstrząsające świadectwo, pisze dziennik swojej duszy. 
Wymownym znakiem tego obiektywizmu jest fakt, że książkę dedykuje 
właśnie swoim rodzicom: ojcu który w wieku 40 lat zginął jako Jehowita 
w obozie koncentracyjnym, i matce która przeżyła obóz koncentracyjny 
i do końca pozostała wierna nauce Świadków Jehowy. 
Książkę Günthera Pape można polecić wszystkim, zarówno gorliwym 
Świadkom Jehowy, jak i tym którzy w "Strażnicy " szukają rozwiązania 
nurtujących ich wątpliwości, a także gorliwym katolikom i 
chrześcijanom. Pierwszym może być pomocna do ukazania pełnej 
prawdy o organizacji i treści ich wiary, drugim może otworzyć oczy i 
zaoszczędzić wielu niepotrzebnych załamań i dramatów. Jak bardzo ta 
książka jest potrzebna i poczytna świadczy fakt, ze w Niemczech od 
1961 roku doczekała się już 13 wydań. Jestem przekonany, że także w 
Polsce spotka się z żywym zainteresowaniem i przyjęciem ze strony 
szerokich rzesz czytelników. 
Bp Henryk Muszyński 
Ordynariusz Włocławski
 

 
LATA DZIECIŃSTWA

 

 
Niemcy po przegranej pierwszej wojnie światowej : pośród zmienności 

background image

politycznych wydarzeń wszystko zdawało się chwiać i zapadać. 
Rozsypywały się przyjęte dotąd kryteria pewności i bezpieczeństwa. 
Coraz to nowe rządy przychodziły i odchodziły - pozostawało jedno: 
człowiek pośród całego splotu nie rozwiązanych problemów. Na kogo 
miał liczyć, na kim miał się oprzeć naród? 
Także i w Thale, niewielkim mieście u podnóża gór Harzu, w dzikiej, 
romantycznej dolinie rzeki Bode, na życie mieszkańców padał cieniem 
niepokój. W miejscowej hucie żelaza, dającej chleb ośmiu tysiącom 
pracowników i ich rodzinom, jedno łączyło ludzi różnych poglądów 
politycznych: lęk przed utratą pracy. Kryzys gospodarczy w Niemczech 
przyjmował coraz groźniejsze formy. Kto dziś jeszcze stał przy 
warsztacie pracy, ten już jutro mógł znaleźć się jako bezrobotny na 
ulicy. 
Rok 1930. Narodowy socjalizm rósł szybko w siłę. Thale pozostawało 
jednak miastem w przeważającej mierze "czerwonym ". Dochodziło 
często do starć "czerwonych " z "brunatnymi ". W tym czasie ojciec mój 
miał jeszcze pracę jako formierz w hucie żelaza. Życie stawało się 
jednak z dnia na dzień cięższe, a bezrobotnych był już w mieście legion. 
Któregoś dnia i mój ojciec znalazł się w ich szeregach. Nie byliśmy 
zamożni - jak ci liczni goście przybywający do Thale na niedziele i 
urlopy z Berlina i innych miast, aby spędzić tu miłe chwile i podziwiać 
piękno naszej doliny. Przejezdni płacili chętnie parę groszy śmiałkom 
ważącym się na skok z diabelskiego mostu do płynącej pod nim rzeki 
Bode, chociaż policja przeganiała każdego ze skoczków. Goście mieli 
swoją szarpiącą nerwy rozrywkę, a ryzykant, biedny miejscowy chłopak, 
miał swoich 50 fenigów. Uważano widać, że nie warto płacić więcej za 
niebezpieczny pokaz. Jeśli jednak zgromadziło się dziesięciu i więcej 
widzów, można było zebrać nawet pięć marek, a za te pieniądze można 
już było niejedno kupić. Część tych nielegalnych zarobków przypadała 
kilku sprytnym chłopakom, których zadaniem było ostrzeganie 
zawczasu przed nadchodzącą policją. Szczęśliwcy dumni z zarobionych 
pieniędzy, biegli do najbliższego rzeźnika po kawałek kiełbasy. W ten 
sposób przyczyniali się do zaopatrzenia rodzinnego stołu. Kiełbasa - co 
za przysmak na stole, na którym pojawiał się zwykle tylko chleb z 
margaryną! 
Nie wszyscy mogli skakać z diabelskiego mostu - dwanaście metrów w 
dół wąskim przesmykiem pośród skalnych ścian do rzeki. Dla 
niejednego byłby to ostatni skok w życiu. Tylko niewielu mogło się na 
ten wyczyn odważyć. Inni woleli zagłuszać trapiący ich głód bijatyką z 
rówieśnikami albo - gdy się udało - kuflem piwa. Tak żyła większość, 
licząca się na tysiące. 
Kiedy wschodni wiatr gnał brudny dym z szesnastu kominów huty w 
głąb doliny, nie cieszyło to turystów. Tylko pozbawiony pracy robotnik 
marzył o lepszych czasach, kiedy to dymy z huty znowu zapewnią chleb 
jego rodzinie. 
Narodowi socjaliści obiecywali szczęście i dobrobyt. Niejednym 
wydawali się zbawcami, ale wielu im nie ufało. Mój ojciec niczego 
dobrego od nich nie oczekiwał. Należał do socjaldemokratycznej 
organizacji "Reichsbanner ", jednak i do niej nie miał widać pełnego 
zaufania, uważając za cel godny dążeń jedynie "złotą erę " zapowiadaną 

background image

przez Badaczy Pisma świętego - Świadków Jehowy. 
Czasopismo zatytułowane "Złota Era "

1

 pociągało czytelników. 

Przynosiło wielkie ilustracje przedstawiające szeregi bezrobotnych, 
głodujące dzieci, dzielnice nędzy w wielkich miastach, zapowiadając że 
już niedługo o tym zapomnimy, bo nadejdzie raj, złota era! - Właśnie dla 
nędzarzy sprawi to Bóg. Ufajcie, że tak się stanie; to jest wasza 
prawdziwa pociecha. 
W tych dniach nędzy, nieodpowiedzialności polityków i powszechnej 
niepewności uchwycili się moi rodzice tej jedynej - jak sądzili - nadziei. 
Czytali "Złotą Erę ", a z głodowych groszy zasiłku dla bezrobotnych 
kupowali jeszcze książki wydawane przez Świadków Jehowy. 
Wielu znajdujących się w tym samym położeniu czyniło to samo. 
Organizacja założona przez amerykańskiego kupca Russela i jego 
następcę "sędziego " Rutheforda rozwinęła się, poza Stanami 
Zjednoczonymi, najbardziej właśnie w Niemczech. Książęta tej 
"społeczności nowego świata " potrafią wykorzystać niepewną sytuację 
społeczno-polityczną narodów. "Nie ufajcie władcom, synowi 
ludzkiemu " - powtarzają nieustannie znękanym ludziom. "Sami 
widzicie, dokąd to prowadzi. Jesteście wyzyskiwani, uciskani, 
zwodzeni. Słuchajcie nas! My głosimy wam słowo Boże. Bóg 
zapowiedział, że Królestwo należy do ubogich. My je głosimy, przez nas 
powiedzie was ono do Boga. Kościoły służą kapitalistom, a przez to - 
szatanowi. Przyjdźcie do nas, to my jesteśmy prawdziwymi 
chrześcijanami! " I ludzie zawiedzeni otaczającą ich rzeczywistością 
uwierzyli tak mówiącym, chwytając się danej im nadziei. 
Przywódcy Świadków śledzą bacznie aktualną sytuację w świecie i 
umiejętnie dostosowują do niej swą propagandę. Jej sile ulegli moi 
rodzice. Zostali Świadkami Jehowy. Czytali już nie tyko "Złotą Erę ", 
ale czerpali też ze "Strażnicy "

2

. Dla nas, dzieci, były kolorowe 

broszurki i już same barwne obrazki budziły nasz zachwyt. Rodzice 
zostali włączeni w tzw. system kazań, kolportowali literaturę, 
uczestniczyli w zebraniach - organizacja zaczęła pochłaniać ich 
całkowicie. Wierzyli, że znaleźli "prawdę " i oddali dla niej wszystko. 
My, dzieci, nauczyliśmy się modlić do "Jehowy ". Odczuwaliśmy to w 
ten sposób, że na Boże Narodzenie zniknęła z naszego domu choinka, a 
na Wielkanoc nie pojawiał się już "zając ". Na co te "pogańskie " 
zwyczaje, radujące wprawdzie dziecięce serca, w naszej, teraz 
prawdziwie chrześcijańskiej rodzinie? Pocieszaliśmy się myślą, że 
wkrótce nadejdzie nowy świat, w którym będziemy mogli się bawić z 
wilkami, tygrysami, niedźwiedziami i innymi podobnymi zwierzętami, 
które przestaną być groźne dla ludzi. 
Krewni zaczęli się od nas odwracać, twierdząc że nasi rodzice są zbyt 
wielkimi fanatykami. I tak też było: kiedy zmarł ojciec matki, rodzice 
nie poszli nawet na pogrzeb. Prowadził go przecież ewangelicki 
duchowny, czyli w ich oczach "sługa diabła ". Jakże "prawdziwi 
chrześcijanie ", Świadkowie Jehowy mogli iść na taki pogrzeb, nawet 
jeśli to był pogrzeb rodzonego ojca? "On śpi tylko na krótko w łonie 
ziemi, a potem zobaczymy go zmartwychwstałego w Królestwie Bożym 
" - mówiła matka. Rodzeństwo stawało się sobie nawzajem obce, ale 
Świadkowie powoływali się tu na słowa Jezusa mówiące, że dla Niego 

background image

trzeba porzucić ojca i matkę, żonę i dzieci. Cóż to ma za znaczenie, że 
rodzina zrywa z nami? Spełniają się tylko słowa Pana! 
Hitler został kanclerzem Rzeszy. W swej patologicznej nienawiści do 
wszystkiego, co żydowskie, zakazał działalności Świadkom Jehowy ze 
względu na ich żydowską naukę i amerykańskie - a według niego: 
żydowskie - pochodzenie organizacji. Działanie na jej rzecz podlegało 
odtąd karze. Zakaz zastraszył wielu, a bardziej jeszcze rozpoczynające 
się prześladowanie. Doszło do napięć w niemieckiej gałęzi organizacji. 
Kierownictwo tutejszego biura "Strażnicy " próbowało znaleźć 
kompromis, co spotkało się ze sprzeciwem centrali w Brooklynie. 
Balzereit

3

 musiał odejść i E. Frost

4

 dokonał reorganizacji. Na tym tle 

powstały podziały. W Thale dotychczasowy kierownik wypowiedział się 
przeciwko dalszej działalności, mój ojciec natomiast optował za nią i 
przejął przewodnictwo zboru. Wynikiem był dalszy rozłam. Chciano 
mieć kogoś starszego, spierano się o pierwszeństwo i z licznego zboru 
pozostało tylko niewielu gotowych opowiedzieć się za linią Brooklynu. 
Za granicą na zarządzenie centrali rozwinięto niesłychaną propagandę. 
W tysiącach nadsyłanych telegramów żądano cofnięcia zakazu 
działalności Świadków, grożąc zniszczeniem Hitlera przez Jehowę. 
Hitler odpowiedział szeroką falą aresztowań wszystkich znanych 
członków organizacji. Przywódcy i zwolennicy Świadków wyzbyli się 
teraz wszelkiej roztropności i rozwagi. Niezliczone ilości publikacji 
przemycano do Niemiec z Szwajcarii i Czech. W naszym domu 
powstała składnica książek. Ich palenie, po aresztowaniu rodziców, 
zajęło memu dziadkowi całe trzy tygodnie. 
Wszystko to odbiło się też na nas, dzieciach. Koledzy w szkole biegali 
za mną wołając chórem: "Pape, powiedz: Heil Hitler! ". To jeszcze 
można było znieść. Gorzej, że nauczyciel, wyższej rangi hitlerowiec, bił 
mnie niemal każdego dnia. Najgorsze jednak było to, że rodzice .nie 
mieli dla nas czasu, zajęci co dzień pracą dla organizacji. 
Przesiadywaliśmy często z bratem zamknięci w mieszkaniu, zabawiając 
się kolorowymi broszurami: "Co jest prawdą ", "Wolność ",. "Pewność 
dobrego bytu "

5

. Niewiele jednak zaznaliśmy wolności czy dobrobytu. 

Wieczorem trzeba było rychło iść spać. Rodzice szli na zebrania i 
konferencje, a tam nie było miejsca dla dzieci. 
Sytuacja na rynku pracy poprawiła się. Również mój ojciec znalazł 
zatrudnienie - przy budowie zapory wodnej. Nasze życie nie stało się 
jednak lepsze. Wszystko służyło idei Świadków: skromny zarobek i 
wolny czas rodziców. Jedynym jasnym punktem były wakacje. 
Wysyłano nas do innych rodzin i tam w jakiejś mierze poznaliśmy 
radość dziecięcej beztroski. 
Ci Świadkowie Jehowy, którzy odrzucając Hitlera przy każdej 
sposobności mówili o czekającej go zagładzie, niedługo cieszyli się 
pracą. Ojciec znów został zwolniony. Jednakże nadal nie miał czasu, bo 
- jak mówił - "cały czas należy do Jehowy ". Mało więc widywaliśmy 
ojca wciąż zajętego nielegalnymi akcjami. Którejś nocy został 
aresztowany, a za nim poszła matka. Wyrok: "dziesięć miesięcy 
więzienia za działalność na rzecz zakazanej organizacji ". 
Brat i ja dostaliśmy się teraz pod opiekę dziadków - rodziców mego 
ojca. Także i oni należeli do Świadków Jehowy, byli jednak daleko 

background image

mniej fanatyczni i czynni. Mieliśmy u nich więcej swobody. Po 
odrobieniu szkolnych zadań mogliśmy przebywać z rówieśnikami. 
Dziadkowie okazywali zrozumienie dla naszych problemów i starali się 
nam zastąpić rodziców. Kochałem mego dziadka więcej niż ojca i 
matkę, właściwie wcale nie odczuwałem ich braku. Dziesięć miesięcy 
minęło szybko. Wydawały się nam jednymi długimi wakacjami pod 
opieką dziadka. 
W pięć tygodni po powrocie ojca uwięziono go znowu. Skierowany do 
pracy w zakładzie zbrojeniowym oświadczył, że nie będzie pracował dla 
Hitlera. Jako niepoprawny, fanatyczny Świadek Jehowy zesłany został 
do obozu koncentracyjnego. 
Koledzy w szkole nadal wołali za mną: "Pape, powiedz: Heil Hitler! ", 
ale nowy nauczyciel nie próbował już nawracać mnie biciem. Natomiast 
atmosfera w domu stała się jeszcze bardziej nieznośna. Matka czuła się 
teraz bardziej jeszcze zobowiązana głosić naukę Świadków Jehowy jako 
jedyny ratunek i czyniła to każdej chwili, jaką miała do dyspozycji. Już 
dawniej nie starczało nam pieniędzy na życie, teraz zabrakło ich 
całkowicie. Wsparcie zebrane przez naszych współwyznawców 
pozwalało tylko nie umrzeć z głodu. 
Nauka Świadków Jehowy stała się też treścią mojego życia tak dalece, 
jak jest to możliwe u małego chłopca. Czuliśmy się męczennikami - sam 
Chrystus był przecież ubogi. A czy Apostołowie nie musieli cierpieć? 
Chcieliśmy dochować wierności Jehowie, cokolwiek miałoby nas 
spotkać. Dzielnie znosiliśmy nasz los. 
Władze nie chciały dłużej pozwolić, aby matka wychowywała nas w 
swojej wierze. Przed sądem w pobliskim mieście Quedlinburgu odbyła 
się rozprawa o pozbawienie praw rodzicielskich. Stanąłem przed sędzią, 
który mnie zapytał, dlaczego nie pozdrawiam słowami: "Heil Hitler! ". 
Zdumiała go moja odpowiedź: Czy pan nie Wie, co napisane jest w 
Dziejach Apostolskich rozdział 4, wiersz 12? " 
Odebrano prawa rodzicielskie rodzicom i wcielono nas do hitlerowskiej 
organizacji dla dzieci "Jungvolk ". W kilka tygodni później uwięziono 
ponownie naszą matkę. "Nielegalna działalność na rzecz Świadków 
Jehowy " - brzmiało oskarżenie. Wyrok: cztery lata więzienia, po czym 
skierowanie do obozu koncentracyjnego. "Jehowa będzie się troszczył o 
moje dzieci " - powiedziała matka do jednej z kobiet. Zostaliśmy z 
bratem umieszczeni w przytułku. Ten dom, odległy od miasta o pół 
godziny drogi, dawał schronienie starcom, różnego rodzaju życiowym 
rozbitkom, dzieciom z środowisk aspołecznych. Trafiali się tam 
homoseksualiści. Mieliśmy żyć w takim otoczeniu! Siostry prowadzące 
dom niemal się o nas nie troszczyły. Tutaj przeżyłem najstraszniejsze 
lata mojego dzieciństwa. To, że przeżyłem je bez większej szkody, dziś 
jeszcze wydaje mi się cudem. Wobec codziennych trosk życia w 
przytulisku doktryna moich rodziców schodziła coraz bardziej na dalszy 
plan. Życie w tych warunkach było nie tylko powodem cierpień 
psychicznych, ale także fizycznych - wiele rzeczy było po prostu ponad 
siły dziecka. 
Tymczasem wybuchła wojna. Wyżywienie pogorszyło się. Wpływ sióstr 
nie stał się większy. Prawie przez cały dzień zostawieni byliśmy sami 
sobie. Ukończenie nauki w szkole stało się dla mnie początkiem 

background image

przemiany. Rozpocząłem praktykę w handlu - osiągnięcie do którego nie 
doszedł chyba żaden z mieszkańców przytułku. Szef posłał mnie do filii 
przedsiębiorstwa w Quedlinburgu i wystarał się tam dla mnie o kwaterę 
- miałem swój własny pokój. Moje życie stało się znośniejsze. Mogę 
powiedzieć, że po raz pierwszy wyrwałem się z jakiegoś stałego 
zamknięcia się w sobie. W pracy osiągałem coraz lepsze wyniki. 
Przedsiębiorstwo mające wiele oddziałów przesuwa często 
pracowników z jednego do drugiego. Ze względu na osiągnięcia 
przeniesiony zostałem z powrotem do Thale - czekała tu na mnie nowa 
kwatera, nowi ludzie. 
Stary, wysłużony rower stał się pierwszą moją własnością. Z jego 
pomocą chciałem poznać piękno naszych okolic. Każdej wolnej chwili 
byłem gdzieś w drodze. Moje kieszonkowe, w wysokości 40 marek, 
zanosiłem co miesiąc do kasy oszczędności, tak że wkrótce mogłem 
sobie pozwolić na krótkie wakacje. Ślęczałem nad mapą gór Harzu 
planując trasę podróży. Wreszcie - krytyczny rzut oka na rower i jazda w 
drogę! Szczęśliwy deptałem poprzez rozległe lasy, pędziłem drogami 
opadającymi w dolinę, by za chwilę pchać rower pod górę wąską, leśną 
ścieżyną... Czy wzbiłem się ponad świat? Tak mi się wydawało, gdy 
stanąłem na szczycie Brockenu. Zagubiłem się wzrokiem w 
niezmierzonej przestrzeni. Zatopiony w swym szczęściu, trwałem na 
szczycie, pijąc oczyma panoramę gór i dolin, miast i wsi. Czy to 
możliwe, że na tym wspaniałym świecie gdzieś toczy się wojna? Czy to, 
co przeżywałem, nie było prawdą? Czy cały ten spokój był tylko snem? 
Jeśli to był sen, to chciałem cieszyć się nim jak najdłużej. Ach, gdyby 
tak trwać na zawsze na tym górskim szczycie, mając przed oczyma 
obraz majestatu i pokoju. Cóż znaczyła przeszłość wobec takiej 
teraźniejszości. To był sen, ale piękny sen, który dopomógł mi dźwigać 
codzienne troski. 
 
 
Niedziela. Świat wokół zasypany śniegiem. Sześćset kilometrów od 
rodzinnych stron. Ranek, leżę jeszcze w łóżku. Głos trąbki nakazuje 
wstanie. Zaczyna się nowy dzień według przewidzianego regulaminu. 
Jestem teraz w szeregach RAD, "Reichsarbeitsdienst " - "Służby Pracy ". 
Pobudka nie przeszkadza mi, nie obowiązuje mnie - jestem przecież 
dyżurnym w kantynie dowództwa i mam osobny własny plan dnia. 
Zaczynam dziś służbę dopiero o dziewiątej. Przez dwa tygodnie 
musiałem nasłuchiwać głosu trąbki, dopóki dowódca oddziału nie 
wyznaczył mnie na ordynansa. Teraz tylko od czasu do czasu muszę 
brać udział w zwykłym szkoleniu. Dowódcy zapoznali się z moim 
życiorysem i widać nie byłoby dobrze rozmawiać z nimi o Hitlerze. 
Krótko przed wcieleniem przeszkolonego oddziału do wojska 
dowiedziałem się o moim dalszym przeznaczeniu. Awansowany na 
przodownika, miałem pozostać w Służbie Pracy i szkolić nowo 
zaciągniętych w obozie w Borach Tucholskich na Pomorzu. Z początku 
szło mi ciężko. Od kolegów nauczyłem się jednak rychło tego, co 
najważniejsze, i dopiero w marcu 1945 zaciągnięty zostałem do wojska. 
Front był już w rozsypce, kiedy znalazłem się na terenie Meklemburgii. 
W ogniu karabinów i granatów padają wokół mnie mężczyźni i chłopcy. 

background image

Ziemia pije ich krew. Ich śmierć ściska serce. Jestem młody, nie chcę 
umierać, umierać tutaj! Ale co można przeciwstawić śmierci? Nic. 
Gdzie jest Bóg? Rzadko tylko jeszcze myślę o Nim. Są sytuacje, w 
których trudno oddawać się refleksjom. Rosyjski czołg stoi niespełna 
czterdzieści metrów przede mną. Wymierzam w niego "panzerfaust " - 
pocisk przeciwpancerny. Nie odpalam jeszcze.. jeszcze nie! Zabijasz, 
człowieku, zabijasz przecież! Ale ja chcę żyć!... Kiedy potężny wybuch 
rozsadza stalowego kolosa, wydaje mi się, że zamiera we mnie 
wszystko. To ja odpaliłem - trafiłem zabiłem. Żyję, ale za cenę jakiej 
winy. Łzy płyną mi po twarzy. Ogarnia mnie gniew, gniew na samego 
siebie: nieszczęsny, jak mogłeś zapomnieć o tym, czego uczyli cię 
rodzice, o Bożym przykazaniu: nie zabijaj! Znałem to przykazanie, 
byłem jednak zbyt wielkim tchórzem, żeby je zachować. Wielu 
Świadków Jehowy oddało życie przed plutonami egzekucyjnymi SS, 
tymczasem ja bez większego namysłu posłuchałem nakazu wstąpienia w 
szeregi Służby Pracy... 
Już po kilku dniach znalazłem się w niewoli angielskiej. Teraz miałem 
wystarczająco wiele czasu, by zastanowić się nad tym, co uczyniłem. 
Nie mogłem jednak dojść z sobą do ładu. Czy można tu było jeszcze coś 
naprawić? Czy Jehowa może mi przebaczyć mój grzech? Z rozdartym 
sercem wychodziłem na wolność z jenieckiego obozu. 
Nasze miasto Thale niewiele się zmieniło, przynajmniej w zewnętrznym 
wyglądzie, ale mieszkańcy zdawali się zagubieni, załamani. Tylko 
nieliczni cieszyli się z upadku tyrańskiej Rzeszy. Amerykanie 
opuszczają miasto, na ich miejsce przychodzą Rosjanie. Różnią się tylko 
mundurami i językiem. Jako zwycięzcy zachowują się podobnie: 
konfiskują domy, aresztują członków partii hitlerowskiej, pomagają 
więźniom zwolnionym z obozów. Po mych rodzicach nie ma śladu. 
Ludzie pytają o ojca - ma zostać drugim burmistrzem miasta. Niestety, 
nic o nim nie wiem. Matkę widziało podobno kilka więźniarek z 
Ravensbrück już po wyzwoleniu, dotąd jednak nie wróciła. 
Mój brat powrócił z niewoli już kilka tygodni przede mną. Razem 
stawiamy w Ratuszu wniosek o przydział mieszkania dla nas i rodziców. 
Jako ofiary faszyzmu otrzymujemy mieszkanie bez trudności i 
urządzamy je meblami, które leżały złożone w magazynie. Ale rodziców 
wciąż nie ma. Dieter, mój brat, podejmuje dalszą naukę w zawodzie 
leśnika. Ja zatrudniam się jako robotnik leśny; ale teraz i ja chcę zostać 
leśnikiem, bo są możliwości po temu. 
Sytuacja stabilizuje się. Zaczynają kursować pociągi, choć na razie tylko 
na krótkich odcinkach i niesamowicie zatłoczone. Ludzie są jednak 
radzi, jeśli mogą przejechać choć dziesięć kilometrów, choćby na dachu 
wagonu. 
I oto znów jest niedziela. Siedzimy z dziadkami przy popołudniowej 
kawie. Rozmawiamy o rodzicach. Choć wciąż jeszcze nie ma znaku 
życia od nich, nie tracimy nadziei. Ciągle jeszcze wracają do domów 
byli więźniowie obozów, chociaż jest to już lipiec, dwa miesiące od 
zakończenia wojny. Wtem pukanie do drzwi. W progu staje nieznajoma 
kobieta. Krótko ostrzyżone włosy, obce ubranie. Ze łzami w oczach 
podchodzi ku nam: nasza matka! Również i ona nie byłaby nas 
rozpoznała na ulicy, ale tu, przy tym stole, mogli siedzieć tylko jej 

background image

synowie. Bez słów padamy sobie w objęcia. Życie znów nabiera sensu. 
Zarabiamy na nasze utrzymanie i czekamy na ojca. Ale ojciec me wraca. 
Świadkowie Jehowy organizują się od nowa. Matka żyje ciągle tylko ich 
sprawami. Brak jeszcze drukowanej literatury, powiela się więc stare 
numery "Strażnicy " i stare broszury. Dwa razy w tygodniu odbywają się 
zebrania. 
We wrześniu ponownie pojawiają się w Thale byli więźniowie z 
obozów. Powracają z Sachsenhausen i przynoszą wiadomość, że nasz 
ojciec zginął tam od bomby w czasie nalotu jeszcze w kwietniu. Tak 
gaśnie nasza nadzieja. Matka nas pociesza. Niemal nie widać u niej 
smutku i bólu. "Ojciec należy do stu czterdziestu czterech tysięcy 
wybranych i jest teraz z Chrystusem w niebie. Należy do rządu Nowego 
Świata. Możemy być z tego dumni. On widzi nas i wszystko, co robimy, 
musimy więc okazać się jego godni ". Czuję się bardzo winny i staram 
się pilnie uczyć. Czy mogę odpokutować moją winę? - I tak podejmuję 
krok, który zadecydował o następnych dziesięciu latach mojego życia. 

 JAKO AKTYWISTA SWIADKÓW JEHOWY

 

 
Zaczął się nowy czas, czas ogromnych przemian. Niemcy rozpadły się w 
proch i pył. Nędza duchowa i materialna naszego narodu była 
nieopisana. Mocarstwa okupacyjne proklamując swe programy nie 
pozostawiały nam wiele nadziei. Tylko niewielu Niemców wierzyło 
latem roku 1945 w przyszłość. Znikąd nie było widać światła. 
Pośród tych ciemności Świadkowie Jehowy wskazywali na słońce 
nadziei: Królestwo Jehowy! "Nie pokładajcie ufności w książętach i 
władcach tego świata " - głosiliśmy w kazaniach. Ludzie dotknięci i 
przytłoczeni cierpieniem chętniej teraz dawali nam wiarę. Świadkowie 
Jehowy przeszli ze względu na swe przekonania poprzez ognisty piec 
obozów. Bóg uratował ich. Świadkowie Jehowy są "prawdziwymi 
sługami " Boga - to stanowiło nasz najmocniejszy argument. 
Organizowaliśmy nowe zespoły kaznodziejskie. Nasza działalność 
rozwijała się. Podziwiano teraz zdecydowanie i stałość Świadków 
podczas panowania Hitlera. W czasie naszych odwiedzin w domach 
słyszeliśmy ciągle słowa uznania: "Coś w was musi być, tyle 
wycierpieliście, a jednak jesteście pełni nadziei. Kiedy inni tracą ducha, 
wy głosicie waszą naukę z rozjaśnioną twarzą... " 
Jak nieśmiało dzwoniłem do pierwszych drzwi, a z jaką dumą wracałem 
z mej pierwszej kaznodziejskiej wyprawy! Większość słuchaczy 
podziwiała moją odwagę budzenia nadziei w zwątpiałych sercach. 
Sukces moich kazań uspokajał także i mnie. Bóg mi widocznie 
przebaczył, bo czy inaczej mógłbym nieść tyle pociechy drugim? Często 
trafiałem do dawnego członka partii hitlerowskiej, który drżał ze strachu 
słysząc dzwonek u drzwi mieszkania, a uspokajał się i rozjaśniał, kiedy 
mówiłem mu o Jehowie i Królestwie. Nieliczna literatura, którą 
rozporządzaliśmy, nie wystarczała, by zaspokoić głód za naszym 
posłaniem. Jeszcze nie byłem ochrzczony, a już każdego dnia głosiłem 
kazania. 
Nasze życie rodzinne nie ułożyło się zgodnie z mymi pragnieniami. 
Ojciec nie żył, a matka nie myślała o tym, by stworzyć nam ognisko 

background image

domowe. "Jehowa wyzwolił mnie z obozu po to, bym mogła głosić 
kazania, a nie po to, żebym prowadziła gospodarstwo synom ". 
Czy Bóg chciał, byśmy nie zaznali życia rodzinnego? Zdaniem matki za 
wszystko mieliśmy otrzymać nagrodę w Nowym Świecie. Nurtował 
mnie jednak jakiś zawód. Jakże tęskniłem za domem i szczęściem 
domowym! Toteż jedynym, co mi pozostało, było nauczanie. Wstąpiłem 
do służby "pionierów ". Również mój brat, porzuciwszy naukę 
leśnictwa, przyłączył się do nas. 
6 czerwca 1946 zostałem wreszcie ochrzczony. Ze wszystkich stron 
składano mi serdeczne życzenia. Ponieważ nasi rodzice spędzili długie 
lata w obozie, wiązano z ich synami wielkie nadzieje. Mój udział w 
"Kursie posługi teokratycznej " był wielkim sukcesem. Zaraz po 
ukończeniu kursu podjąłem posługę szkolenia w Quedlinburgu. Wczoraj 
jeszcze uczeń, teraz już młody nauczyciel. 
W październiku 1946 roku otrzymałem list następującej treści: 
 
Drogi Bracie Pape 
"Strażnica - Towarzystwo biblijno-traktatowe " (Watch Tower Biblie 
and Tract Society) jest tą korporacją, którą posługuje się nasz Pan od 
chwili jej założenia... Stąd zatwierdzamy Cię w Twej posłudze głosiciela 
Ewangelii i misjonarza "Strażnicy ". Nasze serdeczne pozdrowienia i 
życzenia oraz codzienne modlitwy towarzyszą Ci stale na drodze wiernej 
współpracy. 
Twoi współbracia w służbie teokratycznego Króla 
Watch Tower B. & T Society
 
 
A zatem zostałem zatwierdzony w mojej szczególnej służbie. To był 
szczytowy moment mego dotychczasowego życia. Jakże byłem 
szczęśliwy! Czyż nie mogłem słusznie sądzić, że Bóg mi przebaczył? A 
zatem - śmiało naprzód! 
Od wiosny 1946 roku pełniłem urząd przewodniczącego zboru w 
Blankenburgu. Szczególne trudności miałem tu z jedną ze starszych 
sióstr, która trzymała się nadal nauki poprzedniego prezydenta 
organizacji, Russela, i nie uznawała "Strażnicy " w jej obecnej formie. 
Wiek tej kobiety sprawiał, że miała znaczny autorytet. Spory 
doktrynalne między nami utrudniały działanie. Jednakże nasza 
wspólnota rosła. Jakże się radowałem, patrząc na zastęp głosicieli 
wyruszających do swej służby w teren. Z radością mieszała się jednak 
kropla goryczy. Doświadczyłem, że wraz z wzrostem wspólnoty rosną 
też jej problemy. Jeżeli w małej grupie żyło się w pokoju i zgodzie, to w 
szerszym kręgu rzecz wyglądała inaczej. Kierownictwo "Strażnicy " 
żądało od braci absolutnego posłuszeństwa wobec sprawujących 
posługę. Starsi wiekiem bracia w Blankenburgu czuli się wobec mnie 
młodego odsunięci na bok. Zaczęły się to z tej, to z innej strony intrygi. 
Zrazu próbowałem reagować łagodnością - interpretowano to jednak 
jako słabość. Na szczęście mój talent mówcy sprawiał, że przynajmniej 
w czasie zebrań spory milkły. Umiałem pociągnąć wszystkich. Po 
spotkaniach jednak gadanina zaczynała się od nowa. Byli zawsze tacy, 
którzy opowiadali się po mojej stronie, i tacy, którzy starali się obrócić 
wszystko przeciwko mnie. Wraz z liczebnym wzrostem wspólnoty 

background image

rozłam stawał się coraz wyraźniejszy. Słano listy do "Domu Biblii "

6

. w 

Magdeburgu, wysuwając wobec mnie wręcz nieprawpodobne 
oskarżenia. Piszący nie doceniali jednak kredytu zaufania, jaki tam 
jeszcze posiadałem. Niemal każdy list odsyłano mi z Magdeburga do 
przeczytania. Kto te listy pisał? Właśnie ci, którzy pytali drugich po 
cichu: "Czy my nie gonimy w końcu za jakimś fantomem? " Nie 
mogłem już reagować inaczej niż ostro. 
Wieczorami trwałem częstokroć na kolanach, błagając Jehowę o siłę i 
pomoc. Byłem sam, moją ucieczkę stanowiła tylko modlitwa. Niejednej 
bezsennej nocy pytałem siebie, jakie popełniam błędy. Studiowałem 
wskazania z centrali w Brooklynie, czytałem Biblię, ale nie mogłem 
znaleźć rozwiązania. Słabą tylko pociechą było to, że w innych zborach, 
którym przewodniczyli starsi wiekiem bracia, istniały podobne 
problemy. 
Na tym nie dosyć zmartwień. Sam postarałem się o dalsze. Zakochałem 
się! Jedna z sióstr zapraszała mnie często na posiłki do swego domu. 
Tam poznałem jej córkę. Powstała wzajemna sympatia. Czy wolno mi 
jednak było myśleć o miłości i małżeństwie? Czy moja matka i 
Świadkowie z Magdeburga nie byliby temu przeciwni? Nie czas na 
małżeństwo teraz, tuż przed oczekiwanym Har-Magedonem

7

. To było 

dobre, zanim nie nadszedł jeszcze Nowy Świat. Teraz te sprawy 
odwodzą tylko od służby Jehowie. Kiedy rzecz stała się powszechnie 
znana, zaczęło się szpiegowanie. Przyszedł do mnie kierownik obwodu. 
Wiedział niemal o każdym moim spotkaniu z Krystyną i wyliczał, ile 
czasu straciłem na to, co niepotrzebne. A poza tym Krystyna - twierdził 
- nie jest odpowiednią żoną dla mnie. Chodzi do kina, także na tańce, z 
czego wynika, że nicości tego świata bardziej miłuje niż Jehowę. 
Owszem, Krystyna chodziła od czasu do czasu do kina czy potańczyć, 
ale uczestniczyła też regularnie w naszych zebraniach i w służbie 
kaznodziejskiej. Nie można jej było zarzucić nic złego. Nie widziałem 
więc racji, żeby z nią zrywać. Kochałem Krystynę i kto mógł mi tego 
zakazać? 
Moimi cotygodniowymi publicznymi wykładami wzbudziłem wrogość 
zarówno ewangelickiego, jak i katolickiego proboszcza. Nazywałem ich 
"obrotnymi ludźmi interesu w czarnych sutannach ". W odpowiedzi 
pismo kościelne nazywało nas "fałszywymi prorokami ", ostrzegając 
przed naszym wpływem. Aby odnieść publicznie przekonujące 
zwycięstwo, zaprosiłem proboszcza do zabrania głosu przed wybranym 
gronem teologów, studentów i Świadków Jehowy. Przyjął zaproszenie. 
Widocznie nie liczył się jednak z moją umiejętnością przemawiania i 
znajomością Biblii, bo rzecz skończyła się, zewnętrznie biorąc, jego 
porażką. 
Wkrótce zainteresował się mną wyznaczony do spraw wyznaniowych 
oficer radzieckiej komendantury. Wynikły stąd poważne spięcia, 
zażądano ode mnie przedkładania w przyszłości do aprobaty rękopisu 
każdego przemówienia. Nie myślałem poddać się temu. Skoro jest 
wolność religijna, to po co cenzura moich kazań? Co tydzień spierałem 
się całymi godzinami z porucznikiem Magnickim lub jego przełożonym. 
Często zjawiała się u mnie policja, zabierając na rozmowy w 
komendanturze. Kiedy zezwolono mi na wygłoszenie publicznego 

background image

wykładu, następnego dnia cofano zezwolenie. A zatem - problemy w 
zgromadzeniu, problemy w życiu prywatnym, problemy z 
komendanturą. 
Z polecenia braci w Magdeburgu wniosłem podanie do radzieckiej 
administracji wojskowej w Karlshorst. Dało to kilka tygodni spokoju. 
Potem gra zaczęła się od nowa. Podkreślałem stale, że jest przecież 
wolność religii i dlatego wolno mi głosić wykłady bez uprzedniej 
cenzury. Ze strony władz uznany byłem prawnie jako duchowny. 
Domagałem się więc możności nauczania. Na moje wystąpienia 
posyłano stenografów i opierając się na ich zapisie kwestionowano 
potem moje twierdzenie, że to nie ONZ, ale Królestwo Boże jest jedyną 
nadzieją ludzkości. Takie wypowiedzi - zarzucano mi - to uprawianie 
polityki. Broniłem się, wskazując że religia musi zająć stanowisko w 
aktualnych sprawach, co nie jest jeszcze polityką w tym sensie, w jakim 
mi się to zarzuca. 
Mój autorytet w zborze umocnił się od nowa. Sądząc po wzroście liczby 
członków, odnosiłem sukcesy. Moja wiara w Jehowę i moje 
zaangażowanie były niewzruszone. Gotów byłem na wszystkie 
konsekwencje, także na uwięzienie. Coś jednak odbierało mi spokój. 
Brak mi było człowieka, który by mnie rozumiał. Niektórzy mnie 
podziwiali, inni mi zazdrościli, jeszcze inni bali się mnie. Miłość 
zdobyłem tylko u niewielu. Zbyt liczne były intrygi wokół mej osoby. 
Tak więc ostatecznie byłem sam. Kochałem Krystynę, ale nie mogłem 
tego ujawnić. Czyżby małżeństwo miało być zakazane? Jeśli nie, to 
dlaczego czekać z nim, aż przyjdzie Nowy Świat? Teraz, tutaj 
potrzebowałem towarzysza drogi. Decyzja formalnego poproszenia o 
rękę Krystyny była trudna. Jakie będą tego następstwa? 
Zaręczyny odbyły się w ścisłym gronie rodzinnym. Matka i 
kierownictwo z Magdeburga długo się sprzeciwiali. Widząc moje 
zdecydowanie ulegli, ale grozili mi sankcjami. Nie zmieniło to mojej 
decyzji. Swoje obowiązki wypełniałem, tak jak dawniej. 1 marca 1948 
roku stanąłem przed urzędnikiem stanu cywilnego. "Tak " zostało 
wypowiedziane. Byłem żonaty. 
Marzenie o własnym domu znalazło swe dawno oczekiwane spełnienie. 
Życie stało się inne, znośniejsze, spokojniejsze. Nie trwało to jednak 
długo. 
Sytuacja polityczna w radzieckiej strefie okupacyjnej Niemiec 
zaostrzyła się. Komendantura wymierzyła mi pierwszą karę pieniężną w 
wysokości 300 marek. Zaczęła się walka o naszą wolność religijną. 
Stałem w niej na samym froncie. Z "Domu Biblii " z Magdeburga 
przyszły instrukcje, nad którymi musiałem pokiwać głową. Nie mogły 
one rozładować sytuacji, musiały ją raczej zaostrzyć. Czy to właśnie na 
nas chciano wypróbować, jak daleko posuną się władze w walce ze 
Świadkami Jehowy? Odpowiedzią na wyzwanie był zakaz działalności 
organizacji w rejonie Blankenburga. Chcieliśmy ten zakaz po prostu 
zignorować. Nie sposób jednak było znaleźć salę, w której można by się 
zgromadzić. Nikt nie chciał nam jej wynająć. Wszyscy dobrze się 
orientowali w sytuacji. Raz tylko znalazł się ktoś, widać nieświadomy, 
gotów nam wydzierżawić salkę. Wydrukowaliśmy i rozpowszechniliśmy 
także nielegalne ulotki. Kiedy jednak wykład miał się zacząć, policja 

background image

zablokowała lokal. W kilka dni później zebraliśmy się w moim 
mieszkaniu i właśnie rozpoczęliśmy modlitwą nasze rozważania, gdy 
wtargnęło dwu policjantów wraz z porucznikiem Magnickim z 
komendantury. Wszyscy zostaliśmy aresztowani. Daremnie 
powoływałem się na gwarantowaną prawem wolność religijną. 
Zaprowadzono nas do aresztu. Musiałem spodziewać się najgorszego. 
Następnego dnia rano zaczęły się przesłuchania. Około południa 
odprowadzono mnie z powrotem do celi. Krótko potem zwolniono nas. 
Czy wyzwolił nas Jehowa? 
Wnet powstały nowe trudności z władzami. Zorganizowaliśmy więc 
nielegalną "kościelną służbę informacyjną ". Zbieraliśmy adresy 
burmistrzów, wyższych urzędników, funkcjonariuszy partyjnych i 
innych znaczniejszych osób. Sporządziliśmy szkicowe plany terenu 
naszego działania z oznaczeniem ulic, domów, przedsiębiorstw, 
gmachów publicznych itd. Miało to później przynieść fatalne skutki dla 
wielu braci: podejrzewano ich o szpiegostwo. 
Na razie jednak gotowi byliśmy walczyć. Z tego bojowego nastroju 
zrodziła się też rezolucja skierowana przez nas do rządu NRD. Mieliśmy 
wszyscy nad nią głosować. Nikt z nas nie przemyślał znaczenia tej akcji. 
Rezolucja mówiła m.in.: 
...Są w Biblii przykłady mówiące, że niektórzy urzędnicy obeszli się 
życzliwie ze Świadkami Jehowy, co przyniosło im też inne potraktowanie 
przez Boga aniżeli to, które spotkało tyrańskiego władcę Egiptu. Jehowa 
strzegł, chronił, wyswobodził takich przedstawicieli władz ze względu na 
"kubek świeżej wody " - pomoc daną świadkom. Mamy nadzieję, że 
urzędnicy Niemieckiej Republiki Demokratycznej będą starać się o 
przychylność Jehowy przez to, że odniosą się sprawiedliwie do jego 
Świadków. Jeśli to uczynią, będą się mogli radować widząc, że znaleźli 
się po prawicy Chrystusa Jezusa, włączeni do grupy owiec pośród ludzi 
gotowych przyjąć od Jehowy błogosławieństwo
 (z petycji do rządu 
NRD, z 10. 7. 1950 r.). 
Jak urzędnicy rządowi mogli pozyskać przychylność Jehowy przez to 
jedynie, że zaniechają prześladowań? To przecież niemożliwe - 
stanowisko braci z Magdeburga było absolutnie sprzeczne z nauką 
"Strażnicy ", według której nie można uratować się tylko przez to, że 
zaprzestanie się prześladować Świadków. Według osądu "Strażnicy " 
wszyscy urzędnicy państwowi, o ile nie należą do Świadków Jehowy, są 
sługami szatana. 
Rezolucja została przyjęta przez wszystkie nasze zbory bez zastrzeżeń - 
jednogłośnie, jak się podkreślało. To nie mogło być dziełem Jehowy. 
Dlaczego jednak Jehowa dopuścił do tego? Po raz pierwszy obudziły się 
we mnie ciche wątpliwości, czy nasza organizacja może się 
rzeczywiście powoływać na kierownictwo Boże. 
Krótko potem odwiedziłem "Dom Biblii " w Magdeburgu. Dobrze mi 
znany i godny zaufania brat powiedział mi, że autor rezolucji Erich 
Frost, i jego najbliżsi współpracownicy otrzymali ostrą naganę z 
Brooklynu, ponieważ ich działanie było samowolne. Do poszczególnych 
zborów wysłano nowe wskazówki. Zgodnie z instrukcją z Brooklynu 
Frost wyznaczył trzech braci, którzy mieli otrzymać od zborów mandat 
pertraktowania z władzami NRD. Mandat otrzymali, ale do pertraktacji 

background image

nie doszło, ponieważ rząd zakazał działalności Świadków Jehowy. 
Większość braci w Magdeburgu została uwięziona, a "Dom Biblii 
zamknięty. Taką odpowiedź otrzymaliśmy na wyzwanie zawarte w 
naszej petycji, która w części pierwszej groziła rządowi zagładą. 
 
31 sierpnia 1950 roku. Siedziałem w domu zajęty lekturą. Około 
godziny 19 rozległ się dzwonek - policja do mnie. Szef oddziału 
kryminalnego przedstawił mi nakaz rewizji. Wszystko, co miało 
charakter książki religijnej, zostało skonfiskowane, nawet cenny zbiór 
Biblii, z niejednym starym wydaniem, i konkordancji biblijnych. Policja 
zabrała mnie na komisariat. Żegnając się z żoną, byłem przekonany, że 
tym razem czeka nas długie rozstanie. Fala aresztowań wśród Świadków 
Jehowy ogarnęła całą NRD. Wszędzie z mieszkań i zakładów pracy 
zabierano braci odpowiedzialnych za większe wspólnoty. 
Nasza "Sala Królestwa "

8

 mieściła się w jednym z domów handlowych 

przy Rynku. Tam przechowywaliśmy kartoteki z nazwiskami głosicieli 
naszej nauki i ludzi nią zainteresowanych. Kilka dni wcześniej przyszło 
z Magdeburga polecenie zniszczenia kartotek. Moja kartoteka osobista 
zamieniła się już w popiół, co do reszty materiałów - nie potrzebowałem 
się o nie troszczyć. Odpowiedzialność za nie należała do brata Alfreda. 
Z komisariatu zaprowadzono mnie do tej właśnie "Sali Królestwa ", 
gdzie w mojej obecności dokonano rewizji. Skonfiskowano to, co 
zostało jeszcze z książek i czasopism. Szukano jednak przede wszystkim 
kartotek. Nic nie można było znaleźć. Jeden z urzędników przystąpił do 
pieczętowania drzwi, kiedy szef policji zapytał mnie o kartotekę. 
Twierdziłem, że już nie istnieje, w przekonaniu że została spalona. 
Tymczasem jeden z urzędników zajrzał jeszcze do pieca -i odkrył w nim 
kartotekę. Triumfująco podsunął mi ją pod nos i zaczął odczytywać 
nazwiska, o których podczas poprzedniego przesłuchania twierdziłem, 
że nie są mi znane. Jak się dowiedziałem później, u wszystkich, których 
nazwiska znaleziono w naszej kartotece, przeprowadzono rewizje. 
Dalsze przesłuchania odbyły się w okręgowym urzędzie policyjnym. 
Zorientowałem się, że policja uważa mnie za przewodniczącego zboru w 
Blankenburgu. Dlaczego miałem prostować tę pomyłkę? Czy nie 
wystarczało, że jestem uwięziony? Przesłuchania trwały. Po północy 
jeden z urzędników wprowadził brata Alfreda. Skonfrontowano go ze 
mną, pytając kto jest przewodniczącym zboru w Blankenburgu. Brat 
Alfred wskazał na mnie i powiedział: "Pan Pape ". Kiwnąłem tylko 
głową. Teraz nadszedł dla policjantów moment triumfu. Mieli w rękach 
kartotekę i wiedzieli z niej, kto faktycznie sprawował urząd w 
Blankenburgu. Nazwali brata Alfreda tchórzem, mnie zaś powiedzieli, 
że Świadkowie Jehowy widać nie bardzo miłują prawdę, bo i ja 
kłamałem, nie będąc w rzeczywistości odpowiedzialny za zbór w 
Blankenburgu. Cóż można było na to powiedzieć? O drugiej w nocy 
jeden z oficerów, którego osobiście znałem, oświadczył mi, że mogę iść 
do domu. - Nie ma jeszcze wobec mnie nakazu aresztowania. Dziś jest 
niedziela, więc takiego nakazu nie otrzymali. Dał mi do zrozumienia, że 
mam natychmiast opuścić Blankenburg. 
Żona nie liczyła na mój powrót. Uszczęśliwiona otworzyła mi drzwi. 
Nie zdołałem dowiedzieć się, co się dzieje gdzie indziej. Natychmiast 

background image

wziąłem rower i pojechałem do matki, do Hötensleben, aby omówić 
sytuację. Już nie zastałem jej w domu. Uciekła na Zachód, do 
Schöningen. 
I ja szybko znalazłem przewodnika, który mnie przeprowadził przez 
granicę. Po dłuższej dyskusji ze współbraćmi w Schöningen 
zdecydowałem się pozostać na Zachodzie. Najpierw jednak chciałem 
wrócić po żonę i córkę. Nie mogłem zostawić ich samych. Wszyscy 
zaklinali mnie, bym nie ryzykował moją wolnością. Pojechałem jednak. 
W Oschersleben poprosiłem jednego z przyjaciół, by dowiózł z 
Blankenburga moją żonę i dziecko. Dalszą drogę z nimi odbyłem już 
sam. Następnego dnia wspólnie przekroczyliśmy granicę. Z obozu dla 
uchodźców w Uelzen powiadomiliśmy teściów o udanej ucieczce. 
Przyszłość przed nami była ciemna. Mieliśmy jeszcze tylko to, co 
nosiliśmy na sobie. To - oraz ufność w opiekę Jehowy. Jak będą 
wyglądały nasze dalsze losy?  

BUDZĄ SIĘ WE MNIE PIERWSZWE WĄTPLIWOŚCI

 

 
Obóz uchodźców Uelzen! Tysiące ludzi stłoczonych w barakach. Kogo 
tu nie było: awanturnicy, kryminaliści, ludzie ze społecznego marginesu 
i ludzie którzy jeszcze przed kilku dniami lękali się więzienia za swe 
przekonania polityczne, a także Świadkowie Jehowy. 
Bezgraniczna nędza. W wielkim baraku z falistej blachy i my 
znaleźliśmy pomieszczenie wraz z setkami mężczyzn, kobiet i dzieci. 
Ludzie pozbawieni wstydu i za dnia wylegiwali się ze swoimi i nie 
swoimi żonami w łóżkach, nie zwracając uwagi na dzieci. Nocą nie było 
godziny spokoju. Tu kłótnia, tam płacz maleństw. Nieliczne służby 
porządkowe nie mogły interweniować wszędzie, gdzie było potrzeba. 
Kto nie pilnował resztek swego dobytku, mógł je rychło stracić. Nie 
sposób było utrzymać kontrolę nad tą ludzką masą. Wszyscy czekali na 
przyznanie im statusu uchodźców. Wielu załatwiało rzecz szybko, inni 
po dłuższym czasie, niektórzy w ogóle nie. Kłamano, zmyślano 
niesłychane historie o swej rzekomej działalności szpiegowskiej i 
aktywności politycznej, po to by podać przekonujący powód ucieczki na 
Zachód. Któż chciał i mógł w każdym wypadku stwierdzić, czy 
oświadczenia są prawdziwe, a podstawieni świadkowie wiarygodni? 
Żądano przede wszystkim dokumentów. Ale kto je miał? Nieliczni 
tylko. Co do mnie - byłem w tej szczęśliwej sytuacji, że mogłem się 
wylegitymować. W chwili ucieczki żona pamiętała o naszych papierach 
i zabrała wszystko, co mogło mieć znaczenie. Ponadto było w obozie 
wielu Świadków Jehowy znających mnie osobiście. 
U innych naszych współwyznawców sprawy nie potoczyły się tak 
gładko. Kiedy rozniosło się po obozie, że wystarczy powołać się na 
przynależność do Świadków Jehowy, aby zostać uznanym za uchodźcę, 
wielu podejrzanych osobników stało się nagle Świadkami Jehowy. Nie 
było łatwo udowodnić im kłamstwo, choć niejeden z nich imię Jehowy 
wymówił po raz pierwszy w życiu w obozie w Uelzen. Aby położyć kres 
machinacjom, zaproponowaliśmy, że jeden z naszych braci 
przeprowadzi ze zgłaszającymi się odpowiednie testy. Komisja przyjęła 
z wdzięcznością tę pomoc. Nam nikt nie mógł wmówić, że jest 

background image

Świadkiem Jehowy, jeśli w rzeczywistości nim nie był. Zbyt wiele 
istniało znamiennych szczegółów, które musiał znać każdy z naszych 
członków, a obcych całkowicie " dla ludzi z zewnątrz. 
Wkrótce nadszedł dla naszej rodziny dzień wyjazdu z Uelzen. Poprzez 
obóz w Altschweier, gdzie spędziliśmy trzy miesiące, dostaliśmy się w 
okolice Konstancji. Otrzymaliśmy mieszkanie w Storzeln, małej gminie 
nad granicą szwajcarską, około dziesięciu kilometrów od miasta Singen. 
Mogliśmy tam znów rozpocząć naszą działalność jako Świadków 
Jehowy. W rejonie, w którym zamieszkaliśmy, działała niewielka 
wspólnota Świadków. Choć było już w tym czasie wystarczająco wiele 
nowej literatury, tutaj ciągle .jeszcze studiowano stare książki i zeszyty 
pisma "Światło "

9

 wydane przez Rutheforda. Cały zbór był w ogóle i 

pod względem wiedzy, i organizacji bardzo zacofany. 
Uważaliśmy za zrządzenie Jehowy, że dostaliśmy się do takiego właśnie 
zboru, tym bardziej że nasz teren misyjny obejmował okolice 
arcykatolickie. Uważaliśmy, że możemy dopomóc naszemu zborowi 
wnieść światło Jehowy w mroki tego katolickiego regionu. Zrazu były 
pewne trudności językowe, spowodowane miejscowym dialektem. 
Potem szło już lepiej. Z większym czy mniejszym powodzeniem 
zaczęliśmy pustoszyć owczarnię "ludzi w czarnych sutannach " - jak 
nazywaliśmy księży katolickich. Wielu poczciwych wieśniaków i 
pobożnych babinek przyjmowało wręczaną im przez nas literaturę tylko 
dlatego, że budziliśmy ich litość - takie przynajmniej z czasem 
odniosłem wrażenie. 
W zborze powitani zostaliśmy zrazu dobrze - jako nieoczekiwany 
przyrost, rychło jednak zaczęto nas uważać za przemądrzałych 
Prusaków. Tempo, jakie przyjęliśmy, nie pasowało do utartego, 
niemrawego stylu działania miejscowego zboru. Również przyjęty przez 
nas kierunek, oparty ściśle na wytycznych "Strażnicy ", budził 
niezadowolenie. 
Sprawujący urząd "sługi " w zborze obawiał się, że chcę go usunąć z 
jego stanowiska, zupełnie niesłusznie. Gdzie mogłem pomóc, 
pomagałem, nie dążąc jednak do objęcia urzędu. Chciałem jak 
najprędzej opuścić tę okolicę i przenieść się do jakiegoś małego miasta, 
gdzie można by było pracować owocniej. 
Byłem więc rad, gdy nadarzyła się okazja przeprowadzenia się do 
Waldshuti znalezienia tam nowego pola działania. 
Waldshut, pełne uroku miasto o zabytkowym, średniowiecznym obliczu, 
leży nad górnym Renem, u południowych stoków Schwarzwaldu. 
Jednak i tutaj nie miałem znaleźć spokoju. Właściwie powinienem się 
był tego spodziewać: Nie spotkałem dotąd żadnego zboru Świadków 
Jehowy, gdzie panowałaby rzeczywiście jedność i pokój. Nie ma sensu 
zatrzymywać się tu nad małostkowym plotkarstwem. Lepiej nie 
pogrążać się w ludzkich, arcyludzkich słabościach. 
 
My, Świadkowie Jehowy, uważaliśmy Się za społeczność 
ponadnarodową, za lud bez określonych siedzib i granic, nie znający 
barier języka. Jednolity ´język ´ "Strażnicy " jest naszym językiem. Nie 
znamy dyskryminacji rasowej. Wszyscy, jakiegokolwiek rodzaju skóry, 
jesteśmy ludźmi stworzonymi przez Boga. Wszyscy jesteśmy dziećmi 

background image

Jehowy - czarni, żółci czy biali. Rządy "państwowe " sprawuje nasz król 
- Jezus Chrystus poprzez "kierownicze ciało "

10

 z Brooklynu. Od roku 

1914 rządzi On jako nieograniczony władca Nowego Świata. W naszej 
teokracji o wszystkim rozstrzyga przez Chrystusa tylko Jehowa. Słowo, 
które głosi światu, posługując się "Strażnicą ", jest prawdą, jedyną 
prawdą! Jehowa jest uosobionym Dobrem, dlatego nie mamy prawa 
krytykować zarządzeń Bożych wydawanych przez "Strażnicę ". 
Jezus Chrystus jest jako król obecny wśród nas, niewidzialny jednak i 
niesłyszalny dla nas, zwykłych śmiertelników. Lecz i Świadkowie 
Jehowy nie mogą zrezygnować z widzialnego kierownictwa. Dlatego 
Jehowa ustanowił na ziemi swe "kierownicze ciało ", aby przekazywało 
jego wolę Świadkom i całemu, światu. To ciało tworzy na ziemi "reszta 
" - 144 000 namaszczonych. Chrystus proklamowany jest przez 
"Strażnicę " Królem pokoju, który w swojej widzialnej organizacji 
wprowadził już pokój Nowego Świata. Przez nią ukazuje wszystkim, jak 
pokój i zgoda wyglądać będą kiedyś w Nowym Świecie. A jednak - 
mimo wszystkich zapewnień braci z Brooklynu - nie znaleźliśmy w 
naszych zborach pokoju. Często zadawałem sobie w tym czasie pytanie: 
Czy my rzeczywiście jesteśmy ludem Bożym? Popatrz jednak na 
budowę naszej teokratycznej organizacji. Spójrz na powołanych przez 
Boga do swego urzędu braci z Brooklynu. Jehowa ich wybrał, więc 
musimy im się poddać, słuchać ich; inaczej buntujemy się przeciwko 
Jehowie. Jeżeli sprzeciwiacie się tym braciom, sprzeciwiacie się w 
rzeczywistości Bogu. Na bunt nie możemy sobie pozwolić, prowadzi on 
do śmierci, do wiecznej zagłady w Har-Magedonie. Służyłem do dziś 
wiernie. Nie chcę lekkomyślnie narażać swego życia na zagładę. Czyż 
sam Jehowa nie wystąpił ostro poprzez Towarzystwo "Strażnica " 
przeciwko tym, którzy zakłócają nasz wewnętrzny spokój? Ukazała się 
publikacja "Strzeż twojego języka "

11

. Przez nią przywołał Jehowa do 

porządku wszystkich oddających się plotkom. Jednakże ci, których rzecz 
najbardziej dotyczyła, nie odnieśli treści tego pisma do siebie. Widzieli 
drzazgę w oku drugich, ale nie widzieli belki w swoim. Skoro jednak 
Jehowa uznał konieczność wystąpienia poprzez "Strażnicę " przeciwko 
złym językom, to brak miłości bliźniego stał się widać w naszej 
organizacji problemem w skali globalnej. 
Wielką troskę budziła w nas, sprawujących posługę, rywalizacja 
pomiędzy braćmi. Jeden dążył do objęcia urzędu drugiego. Uważano, że 
nie ma w tym nic złego. "Strażnica " uczyła powołując się na słowa 
Apostoła: "jeśli ktoś dąży do biskupstwa, pożąda dobrego zadania " (1 
Tm 3,1)

12

. A do objęcia urzędu dążyła większość. Prowadzono intrygi 

wobec braci sprawujących kierownictwo. Niejeden musiał odejść ze 
swego stanowiska. W samym tylko roku 1953 dokonano w naszym 
zborze w Waldshut ośmiu zmian personalnych. Ci, których usunięto z 
urzędu, wzniecali nowe niepokoje, aż odszedł z kolei następca. Czy była 
to jeszcze teokracja, władanie Boże? Zastanawiałem się nad sprawą 
Bożego kierownictwa w Towarzystwie "Strażnica "... Czy wolno mi tu 
mieć jakieś wątpliwości? Jakim prawem? Tak nie można. Wątpliwości 
są grzechem, a ja grzechu nie chcę. Tak więc nadal musiałem zachować 
posłuszeństwo wobec Brooklynu: nie wolno mi było zapomnieć, że idzie 
tu o całe moje istnienie. 

background image

 
 
Świadkowie Jehowy - "społeczność Nowego Świata " 
 
Na kongresie odbytym w roku 1950 na stadionie "Yankee " w Nowym 
Jorku prezydent, brat Knorr 13, proklamował "nowe " prawdy. W 
Niemczech dowiedzieliśmy się o nich szerzej na kongresie w 
Norymberdze w roku 1953. Świadkowie Jehowy potrzebują od czasu do 
czasu takich masowych imprez, by w entuzjazmie, który ogarnia tłumy, 
zapomnieć, że poszczególne zbory żyją w niesnaskach. Jehowa wezwał 
swoich Świadków na duchową ucztę. Ci przyjęli zaproszenie, aby przez 
kilka dni żyć jak gdyby w Nowym Świecie - w jednomyślności ze 
wszystkimi zebranymi braćmi. Entuzjazm, który nie mógł pojawić się w 
zborach, przybierał tu formę upojenia. 
Przyjąłem służbę kasjera w kafeterii, przy stoiskach, gdzie podawano 
posiłki i napoje. Było wiele pracy, więc tylko rzadko mogłem zwrócić 
uwagę na wykłady i inne punkty programu. Nad Błoniami Zeppelina w 
Norymberdze zapadał z wolna zmierzch. W programie były właśnie 
wykłady o "społeczności Nowego Świata ". Uwolniłem się od zajęć, aby 
wysłuchać należycie przynajmniej tych najważniejszych nauk. Nad nami 
sklepiało się gwiaździste niebo. Wokół nas tylko nieliczne lampy 
rzucały skąpe Światło na ludzkie masy. Uroczysta cisza, przerywana 
tylko przez głos płynący z megafonów, zalegała nad zebraną rzeszą. 
Każdy wytężał słuch, by nie uronić ani słowa z wypowiedzi tak wielkiej 
wagi. Zaskoczeni, wszyscy podnoszą nagle głowy. Niektórzy zrywają 
się z miejsc... Co to za słowa padły właśnie z głośników? - "Książęta 
Nowego Świata są pośród nas! " W panującej dotąd ciszy wybucha 
entuzjazm, jakiego jeszcze nie przeżyłem. Przez długie minuty słychać 
radosne krzyki wielu, wielu tysięcy. Bez wątpienia większość zebranych 
spodziewa się, że lada moment na scenę wstąpią Abraham, Izaak i 
Jakub. Otrzeźwienie przynoszą kolejne słowa mówcy: "Książęta są 
pośród nas, a są nimi słudzy organizacji w zborach, biurach 
obwodowych i centralnych ". Nowe, nie milknące owacje. W porywie 
entuzjazmu wszyscy Świadkowie zaakceptowali nową "prawdę ". Mnie 
ona przygnębiła. Było oczywiste, że coś się tu nie zgadza. Mimo 
dalszych komentarzy mówcy nie mogłem pozbyć się wątpliwości w 
odniesieniu do "nowego poznania ". 
Głos z megafonów rozbrzmiewał dalej, proklamując "społeczność 
Nowego Świata ". Jak to, ten "Nowy Świat " jest już tu, wśród nas? To 
my jesteśmy tym Nowym Światem? Tego mi było za wiele. Nie byłem 
uszczęśliwiony jak inni. Przeciwnie, nękały mnie wątpliwości. 
Norymberga była dla mnie początkiem przebudzenia się z długiego snu. 
Jednakże dopiero później miałem zbudzić się całkowicie. Tu, w 
Norymberdze, uświadomiłem sobie, że muszę poznać bliżej naukę, 
której służyłem, muszę ją w przyszłości lepiej zbadać. Czy nie mam do 
tego prawa? Mówi przecież Apostoł: " Wszystko badajcie, a to, co 
szlachetne, zachowujcie ". Niepojęte było, abyśmy już mieli żyć w 
Nowym Świecie. Muszę tę rzecz zbadać z Biblią w ręku. Przebudził się 
we mnie duch krytyczny i odtąd nie miałem już zaznać spokoju. 
Wstrząśnięty nasuwającymi mi się myślami, ośmielającymi się 

background image

kwestionować prawdę Jehowy, wróciłem z kongresu do domu. 
 
 
Moja wiara zaczyna się chwiać 
 
Przed laty zgromiłem jedną z sióstr, która ważyła się zapytać, czy my, 
Świadkowie Jehowy, nie gonimy jednak za jakimś fantomem. Teraz to 
samo pytanie paliło moją duszę. Co jest rzeczywistością, prawdą? Co 
fantomem, złudą, oszustwem i fałszem? Jednak wciąż jeszcze wierzyłem 
szczerze, że to Bóg rządzi i kieruje naszą organizacją. Ze czcią 
odnosiłem się do braci z Brooklynu, jako do tych, którymi wyłącznie 
posługuje się Bóg, by głosić Ewangelię na całej ziemi. Zaniechałem 
zamiaru krytycznego zbadania, czy wszystko istotnie tak się 
przedstawia, jak to głosi Towarzystwo "Strażnica ", zapewniając, że 
czyni to "dzięki łasce Pana ". Przekonany byłem, że krytyczna analiza 
byłaby jednak grzechem i że za moimi wątpliwościami kryją się 
demony. Moje oddanie się sprawie Świadków Jehowy traktowałem 
poważnie i czułem się bezwarunkowo związany ze "Strażnicą " jako 
"kanałem ", przekaźnikiem prawdy Bożej. " Teokratyczne 
posłuszeństwo " było dla mnie wszystkim. 
Niemniej znów pojawiły się wątpliwości. Wciąż musiałem myśleć o 
tym, co usłyszałem w Norymberdze. Wątpliwe wydały mi się też 
niektóre obliczenia chronologiczne dotyczące końca czasów. Duże 
zastrzeżenia budził we mnie sposób postępowania ludzi z kierownictwa. 
Zastanawiało zmienianie prawd pochodzących rzekomo od Boga. 
Wszystko to odbierało mi ducha. Czy był to rzeczywiście atak ze strony 
demonów? A może budzi się we mnie sumienie? Wciąż się wahałem, 
nie wiedząc co czynić. Już zdecydowałem się przeanalizować bliżej linię 
"Strażnicy ", by w chwilę później przypisać me zwątpienie wpływowi 
demonów, które zawładnęły mną, aby mnie zgubić. 
Nadarzyła mi się jednak sposobność prześledzenia faktycznego rozwoju 
historycznego Towarzystwa "Strażnica ". Oto zlecono mi 
zorganizowanie biblioteki zboru. W związku z tym dostała się w moje 
ręce dawniejsza literatura Towarzystwa. Pociągała mnie, więc zacząłem 
czytać. Fałszywe obliczenia czasów całkowicie bezpodstawne, dziś już 
zupełnie zarzucone interpretacje Biblii, "prawdy " które stały się 
anachronizmem - wszystko to przykuwało moją uwagę. Czy wobec tego 
mam nadal wierzyć, że to sam Jehowa wykłada nam Biblię? Uderzyły 
mnie sprzeczności w nauce "Strażnicy " i jej wykładni Pisma. 
Stwierdziłem, że nauki "Strażnicy " ulegają ciągle przekształcaniu, 
dopasowywane są stale do zmieniającej się sytuacji. Dało mi to wiele do 
myślenia. Sławiony w dawniejszych pismach "Strażnicy " boski 
profetyzm zdawał się nie wyznaczać - jak to przecież być powinno - 
przyszłych wydarzeń, ale odwrotnie - dopiero po czasie nadążać za ich 
biegiem. 
Czego się dowiedziałem? "Strażnica " nie uczy dogmatów. "Światło " 
poznania staje się coraz jaśniejsze. Stąd nasza nauka może się zmieniać 
stosownie do rozwijającego się poznania. Muszę więc być gotowy do 
przyjmowania bez zastrzeżeń nowych nauk. Dotąd godziłem się z tą 
myślą. Ale to, co znalazłem teraz w starej literaturze "Strażnicy ", stało 

background image

w jaskrawej sprzeczności z treścią literatury nowej. Dlaczego? Dlatego, 
że rzekomo "prowadzeni przez Boga " pisarze "Strażnicy " mylili się, 
ciągle się mylili. Czy jednak Bóg jest Bogiem błędu i sprzeczności? Czy 
można być kierowanym przez Niego i przy tym głosić sprzeczne nauki, 
zalecając je zawsze jako prawdę objawioną przez samego Boga? 
Przecież u Boga nie ma przemiany ani cienia zmienności! Tymczasem 
dawne nauki "Strażnicy ", które znajdowałem w jej pismach, dziś 
odrzucane są jako błędy, choć kiedyś głoszono je jako prawdę Bożą. 
Czy prawda Boża może stać się błędem? Przenigdy! Cóż to więc są za 
"prawdy ", które podaje "Strażnica "? Jak można tu mówić o 
"rozjaśnianiu się " Bożego światła? 
I ja mam to wszystko bez namysłu przyjmować? - zapytywałem sam 
siebie. Akceptowałem dotąd stały rozwój naszej nauki, ale teraz 
utraciłem wewnętrzny spokój. Nauczałem dotąd tak, jak mi kazała 
mówić "Strażnica ". Jak miało się to skończyć? Czy stać się odstępcą, 
nie dotrzymującym wierności? Zdawało mi się to czymś strasznym. 
Będą na mnie wskazywać palcami: oto odstępca, Judasz, zdrajca, który 
złamał złożony ślub oddania. Pogardzajcie nim, unikajcie go, precz z 
nim! - To przecież byłoby okropne, nie do zniesienia! Okazuje mi się 
zaufanie, powierzono mi odpowiedzialność, sprawuję przecież urząd. Ilu 
prostych głosicieli wierzy szczerym sercem. A ja? Co się ze mną dzieje? 
Nie mogłem się już jednak zatrzymać. Rozbudziło się we mnie poczucie 
odpowiedzialności przed Bogiem. Kto ma wątpliwości w wierze, musi 
szukać prawdy tak długo, aż ją znajdzie, Aby usunąć wątpliwości, trzeba 
je było najpierw wyjaśnić. Próbowałem zerwać duchowe pęta, które 
Towarzystwo "Strażnica " nakłada na każdego ze swych członków. 
Szukałem ucieczki w modlitwie, u Boga. Lecz Bóg nie dawał mi 
odpowiedzi. Milczał. 
Czułem, że samodzielnie nie zdobędę jasności wobec sprzecznych z 
sobą wypowiedzi na tematy wiary. Jak uczy "Strażnica "? - Bóg nie 
działa wprost wobec jednostek, ale tylko przez swoją organizację przez 
Towarzystwo "Strażnica ", "wiernego i roztropnego sługę Jehowy ". 
"Strażnica " stanowi w kwestiach wiary kanał łączący Boga i 
poszczególnych Świadków. Wciąż od nowa zestawiałem z sobą pisma 
"Strażnicy ". Jak uczył Bóg poprzez swą organizację za kierownictwa 
pierwszego prezydenta, Russela? Jak przez drugiego prezydenta - 
Rutherforda? Jak uczy poprzez obecnego prezydenta, Knorra, i jego 
współpracowników? Jeden przeciwstawiał się drugiemu, jeden odrzucał 
"Boże " prawdy drugiego jako błędy. Nie było widać śladu Bożego 
kierownictwa w "Strażnicy ". 
Czyż nie oświadczył kiedyś Rutherford, że jego nauki to "poznanie dane 
przez Boga po to, by ogłosić ludowi, że. .. "?! Tymczasem Knorr 
odrzucił to poznanie! Jakim prawem? Jak można odrzucać "prawdy 
podane przez Pana "? A może Pan wcale ich nie podał? To było 
prawdopodobniejsze. Istniała tu jakaś zasadnicza niezgodność. Oto 
znalazłem numer 451 czasopisma "Pociecha "

14

 (obecny tytuł: 

"Przebudźcie się! ") z roku 1941. Pod nagłówkiem "Plan Boży 
wyjaśnienia J. Rutherforda " czytam: To oświadczenie podane w 
"Strażnicy " jest jednak zupełnie nie do pogodzenia z Wszechmogącym.
 
Jak to? Rutherford, ten który przewodzi "kanałowi przekazu Bożego ", 

background image

przedstawia tu ów "kanał " jako mijający się z prawdą? A zatem 
"Strażnica " nie jest bezwarunkowo i w każdym wypadku kanałem 
przekazu prawd Jehowy, przez który płynie do nas Boża prawda? 
Jehowa pozwolił, że Jego Świadkom stale podawana była nieprawda? 
Pewne jest, że nie każde pouczenie "Strażnicy " może uchodzić za 
prawdę. Cóż to więc za "kanał Bożej nauki " ta "Strażnica "? Wysoce 
niepewny! 
Mnie jednak potrzeba było pewnej odpowiedzi na wszystkie nurtujące 
mnie pytania. Lecz skąd mieć pełne zaufanie, jeśli nawet "Strażnica " 
nie jest bezwzględnie pewna, co wykazał sam Rutherford? Zakorzeniła 
się więc we mnie nieufność. Wszystkie pisma, które dostawały się w me 
ręce, poddawałem krytycznemu badaniu. Czyż już Chrystus i 
Apostołowie nie przestrzegali przed tymi, którzy przekręcać będą naukę 
chrześcijańską? Czy ta przestroga nie jest wciąż aktualna? Nie chciałem 
należeć do tych, których wyprowadzono na manowce. Przede wszystkim 
jednak niepokoiło mnie to, że ja sam co dzień głosiłem kazania i setki 
słuchaczy odbierało z moich ust naukę "Strażnicy ". A jeśli głoszę 
fałszywą Ewangelię? Jeśli rozszerzam błędy? Stałbym się przed Bogiem 
winnym zwodzenia innych. Gdyby tak rzeczywiście być miało - jaki 
brak odpowiedzialności z mej strony, jaka wina przed Bogiem! Czy nie 
powinienem zatem opowiedzieć się przeciwko "Strażnicy "? 
Wciąż jednak byłem osamotniony. Czy zwrócić się wprost do 
Towarzystwa? Wiedziałem jednak z góry, że nie ma to sensu. Zostanę 
odrzucony jako ten, którego opanowały demony. 
Demony? Czy rzeczywiście znalazłem się pod ich władzą? Wiara w 
demoniczne wpływy nie rozwiązywała wprawdzie moich problemów, 
czy nie mogła mi jednak dopomóc w przezwyciężaniu wątpliwości i 
dojściu do wewnętrznego pokoju? Demony? Czy wpływ tych istot 
przeciwnych Bogu jest rzeczywiście tak wielki, jak przedstawiają to 
Świadkowie Jehowy? Otwierał się tu dobry punkt wyjścia dla krytycznej 
refleksji. Lecz ja czułem lęk przed samym sobą. Czy nie jestem już 
czasem pod przemożnym wpływem szatana? - pytałem ciągle sam 
siebie. Demony usiłują oddziaływać na nas ludzi. Podsuwają zwątpienia. 
Jak to jednak było możliwe, że brat Rutherford jako prezydent 
Towarzystwa zarzuca "Strażnicy " głoszenie fałszu? Wykazał w ten 
sposób, że "Strażnica " nie trwa w prawdzie wobec Boga. Jak więc 
mogę uważać nadal "Strażnicę " za pismo podające pewną odpowiedź na 
moje pytania i wątpliwości? 
A jak przedstawia się sprawa mojej własnej, osobistej 
odpowiedzialności przed sumieniem i Bogiem? Tę odpowiedzialność 
każdy ponosi przecież sam. Jasno, jak nigdy dotąd, uświadomiłem sobie 
moją osobistą odpowiedzialność za to, co głoszę drugim. Czy nie 
zobowiązują słowa Apostoła: Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu 
duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych 
proroków pojawiło się na świecie
 (1 J 4,1)? Te słowa na pewno są 
wiążące. Ta wypowiedź Pisma dotyczy także i mnie. Od obowiązku 
badania, co jest słuszne i prawdziwe, co pochodzi od Boga, a co nie -nie 
może mnie uwolnić Towarzystwo "Strażnicy ", a tym bardziej nie może 
mi zakazać obowiązku tego dopełnić. 
Dalszą sprawą pogłębiającą moje wątpliwości było wznowienie od roku 

background image

1949 przez braci z Brooklynu walki z komunizmem i wprowadzenie 
przez to wszystkich swych zwolenników na arenę polityczną. Znalazło 
to szczególny wyraz w petycji Świadków Jehowy z 10 lipca 1950, 
zwróconej do wszystkich urzędów, organizacji i osobistości życia 
publicznego. Później, w "Strażnicy " z 1 czerwca 1952, ukazał się 
artykuł: "Czy Bóg jest odpowiedzialny za ucisk na świecie? ". Artykuł 
ten oznaczał polityczną ofensywę "Strażnicy ". To, co praktykowano 
tutaj w odniesieniu do przywódców komunizmu, można było 
zastosować później również wobec rządów niekomunistycznych i tak się 
też stało. Wszystkie sformułowane uprzednio, uzasadniane biblijnie 
oświadczenia, że Świadkowie Jehowy nie zajmują się polityką, 
sprawami tego złego świata, straciły naraz fundament. Organizacja 
rozpoczęła walkę polityczną. Wykraczało to przeciw wszystkim 
dotychczasowym zasadom neutralności. 
Z jaką myślą oddałem siebie Bogu? Stanąłem do walki na płaszczyźnie 
religijnej, do dzieła czysto religijnego, a nie do walki przeciwko 
systemom politycznym jakiegokolwiek rodzaju. Polityka bywa nieraz 
sprawą o zbyt poważnych konsekwencjach  

 BRAK CZASU NA KRYTYCZNE BADANIA

 

 
Przede mną siedzi kilkudziesięciu głosicieli i zainteresowanych ze zboru 
wsłuchując się w moje słowa, których końcowym wydźwiękiem jest 
cytat ze wskazań dotyczących posługi kaznodziejskiej pt. "Nauczać w 
jedności "

15

Odtąd aż po Har-Magedon musimy nadal głosić naukę, mówiąc o 
wspaniałości Królestwa Jehowy... Jest to rzeczywiście najważniejsze 
zadanie w całym świecie. Oddani słudzy Jehowy mądrze rozłożą 
codziennie swój czas, by mieć go jak najwięcej na służbę kaznodziejską.
 
Pierwszy punkt programu, należący do mnie, został wypełniony. Na 
podium wstępuje inny z braci. Omawia ze zborem "Służbę Królestwu 
"

16

, nasz wewnętrzny biuletyn informacyjny. Poszczególni bracia i 

siostry zostają wezwani, aby wypowiedzieli się na temat postawionych 
kwestii. Po ożywionej dyskusji odczytany zostaje następujący fragment 
tekstu: 
Nasze zadanie kaznodziejskie jest aktualne przez 24 godziny, i to 
każdego dnia, dopóki żyjemy... Czas potrzebny na dojście do pracy i na 
powrót z niej jest naszym czasem, tak samo przerwa południowa. 
Wykorzystajmy te chwile na rozmowy z kolegami przy pracy. 
Rozmawiajcie ze współpasażerami w czasie przejazdów, z obsługą stacji 
benzynowej w czasie tankowania auta. Dawajcie choć krótkie 
świadectwo sprzedającemu podczas codziennych zakupów. Podajcie mu 
traktat lub czasopismo. Głoście naukę w rozmowie z przedstawicielami 
przedsiębiorstw i w czasie odwiedzin przyjaciół!
 
Przerabiamy teraz praktycznie, jakie możliwości głoszenia otwierają się 
nam jeszcze. Wykorzystać można i trzeba każdą okazję. Głosić, głosić, 
głosić to nasze motto nie tylko wtedy, kiedy w naszej posłudze 
kaznodziejskiej stajemy u drzwi mieszkań, ale przy każdym sprawunku, 
przy każdym spotkaniu z człowiekiem znajomym czy obcym. Nie 
zapominajmy, że nasze zadanie kaznodziejskie obejmuje wszystkie 24 

background image

godziny dnia. Pracujemy, by głosić naukę; śpimy po to, aby móc głosić 
naukę. Wstając rano ze snu, pomyślmy o wykorzystaniu dziś każdej 
nadarzającej się okazji spotkania z ludźmi. Przygotujmy traktaty i 
czasopisma, abyśmy mogli podać innym słowo "prawdy " - w drodze do 
pracy czy w rozmowie z kolegami. Wprawdzie nie wszyscy przyjmują 
to mile, my jednak wypełniamy nasze zadanie. 
Kolejny punkt programu należy znów do mnie. Opieram się na "Służbie 
Królestwu " - piśmie które wyznacza w całości nasze programy 
szkoleniowe. Towarzystwo wydaje je po to, by głosiciele na całym 
świecie formowani byli według jednolitych wytycznych. Mówię teraz o 
przebiegłości, jaką winniśmy się posłużyć, by nawiązać rozmowę z 
niezainteresowanymi. Mówię jeszcze wyraźniej, aby przechytrzyć 
inaczej myślących: 
Sprawa najważniejsza - to obudzić zainteresowanie. Skłoń tych, do 
których mówisz, by wypowiedzieli się sami. Mów logicznie, tak aby 
słuchacze chcieli od ciebie usłyszeć więcej. Jak można skłonić ludzi do 
słuchania? Posłuż się następującymi tematami: "Przyszliśmy 
porozmawiać o jedności religijnej. Cały świat komunistyczny łączy się 
przeciwko religii. Tymczasem w obozie religii nie ma jedności. .. ". 
"Przyszliśmy porozmawiać o tym, jak tę jedność urzeczywistnić w 
Królestwie Bożym z Chrystusem jako Królem ".
 
Albo: "Przychodzimy tutaj, ponieważ chcielibyśmy zachęcić ludzi, by 
więcej rozmawiali z sobą o sprawach religii. My chętnie rozmawiamy z 
drugimi o religii... ".
 
Albo: "Jesteśmy tutaj, bo dla ludzi mieszkających w jednym mieście 
dobrze jest dowiedzieć się czegoś o religii drugich. To przyczyni się na 
pewno do wzajemnego zrozumienia i rozszerzy naszą wiedzę ".
 
Albo: "Przekonaliśmy się, że ludzie, którzy interesują się religią, 
interesują się też sprawą pokoju w świecie. Przyszliśmy więc, żeby 
porozmawiać na ten temat ".
 
Oczywiście wcale nas nie interesuje poznanie religii drugich ani nie 
chodzi nam o wzajemne zrozumienie. Przytoczone wyżej tematy mają 
tylko wzbudzić zainteresowanie naszym własnym orędziem. Innymi 
słowy: musimy ukryć przed słuchaczami prawdziwy powód naszej 
wizyty - to mianowicie, że chcemy z nich zrobić Świadków Jehowy. 
Towarzystwo "Strażnica " wyjaśnia: Takt nie oznacza pójścia na 
kompromisy ani łudzenie drugich. Przez takt rozumiemy subtelną 
duchową zdolność postrzegania albo dar bystrego sądu, który pozwala 
nam rozpoznać, jaki sposób postępowania jest w danych warunkach 
najlepszy. Takt może też oznaczać szczególną zdolność takiego 
postępowania z drugimi, aby ich nie zrazić.
 
Taki sposób postępowania nazywa się jednak wprowadzaniem ludzi w 
błąd, chociażby określało się to słowami "subtelna duchowa zdolność 
postrzegania ". Tylko "podstępni jak węże " możemy podminować wiarę 
innych i na jej miejscu budować naszą. Dlatego idziemy dalej, zwracając 
uwagę na następujące wskazania: 
Mężczyzn interesują artykuły z dziedziny polityki, handlu, wydarzenia w 
świecie, nauka i natura. Kobietę interesują takie tematy, jak 
gospodarstwo domowe, moda, sprawy kobiece, przyroda. W czasopiśmie 
"Przebudźcie się! " ukazuje się wiele rzeczy interesujących dzieci 

background image

szkolne: wydarzenia dnia, zjawiska przyrodnicze, zabarwione lokalnym 
kolorytem artykuły o obcych krajach, tematy naukowe; wszystko to może 
być pomocne dzieciom w pracy szkolnej i przy odrabianiu zadań. W 
"Strażnicy " jest wiele krótkich, treściwych artykułów. Mają one dużą 
wartość praktyczną i są łatwo zrozumiałe. Wyszukaj takie artykuły i 
zapoznaj się z ich treścią przed rozpoczęciem służby. 
Wskaż, że "Strażnica " to owoc studium i badania Biblii, że pismo to 
pozwala znaleźć zadawalającą i pewną odpowiedź na codzienne 
problemy, że uczy, jak należy żyć dzisiaj, tak aby móc podobać się Bogu, 
i jak kształtować i wychowywać całą rodzinę, aby osiągnąć życie.
 
Czuję wprawdzie wyrzuty sumienia. Ale co mam zrobić? Nie jestem 
jeszcze w stanie zrezygnować ze swoich urzędów. Nie mam jednak 
jasnego spojrzenia. Jestem pełen lęku, nieopisanego lęku przed buntem 
wobec Jehowy i jego organizacji. Gdzie jest "prawdziwa religia ", jeśli 
nie u Świadków Jehowy? Co może być jeszcze prawdą, jeżeli nasza 
nauka jest fałszywa? I znów wszystkie moje wątpliwości skazane zostają 
przez pewien czas na milczenie. Nie chciałbym zaniedbać mej posługi. 
Mimo wszystkich dotychczasowych zastrzeżeń me mogę tego uczynić. 
 
 
W miesiącach letnich głosimy nasze dobre posłanie w odległych 
regionach. Nasz zbór udaje się samochodami, skuterami, rowerami do 
małych miejscowości górskich. W moim aucie wiozę czterech innych 
głosicieli do najdalszej wioski. Jest niedzielny ranek. Mieszkańcy 
wrócili właśnie z kościoła, gdy pukamy do drzwi. Z powodzeniem 
rozdzielamy przywiezioną literaturę. Sprawiły to nasze argumenty 
wyuczone na zebraniu. Służba kaznodziejska od domu do domu na 
obszarze miasta i w odległych rejonach, kolejne odwiedziny, domowe 
studium Biblii, studium literatury z głosicielami w odległych 
miejscowościach, wizyty na zgromadzeniach, opieka nad "słabymi " 
głosicielami - wszystko to absorbowało całkowicie mój czas. Trudno 
było o chwilę spokojnej refleksji. 
Zgodnie z zarządzeniem z Brooklynu każdy dobry głosiciel ma pomagać 
słabemu. Ta akcja rozwija się pod nazwą programu szkoleniowego. 
Jeden głosiciel ma wspierać drugiego. Do mnie należy piecza nad tym 
szkoleniem w zborach. Wciąż jestem w rozjazdach. Nie ma prawie 
niedzielnego popołudnia, które mógłbym poświęcić rodzinie; nie mówię 
już o zwykłych dniach tygodnia. Nie mam po prostu chwili wytchnienia. 
Może to i dobrze, bo w tej sytuacji moje wątpliwości, co do mej wiary, 
zdają się tracić na znaczeniu. 
 
 
Godzina nauki w szkole kaznodziejskiej poslugi 
 
Rozpocząłem ją pieśnią, modlitwą, apelem do słuchaczy. Tematem 
rozważań jest: "Nawiązanie kontaktu z osobami innej wiary ". 
Wyjaśniam, że Świadkowie Jehowy jako słudzy Boży interesują się 
żywo mieszkańcami powierzonego im terenu. Ludzie, którzy tam 
mieszkają i którzy mogą być porównani do "owiec " ich "owczarni ", 
tworzą ich gminę. Każdy z posługujących, któremu powierzono jakiś 

background image

obszar, powinien rozeznać się w mieszkańcach tego terenu, poznać ich 
spojrzenie na religię i życie. Rozmawiając z ludźmi, musimy okazać im 
zainteresowanie przez to, że dowiadujemy się, co sądzą o różnych 
sprawach, i okazujemy respekt dla ich stanowiska. Próbując wniknąć w 
wątpliwości naszych rozmówców i odpowiedzieć na ich pytania, 
okazujemy że rzeczywiście pragniemy im pomóc. Skoro dostrzeżemy w 
ich wypowiedziach, że mają wątpliwości w odniesieniu do swojej religii, 
otwiera się dla nas punkt wyjścia do rozbudzenia ich zainteresowania 
orędziem Jehowy. 
Mamy na naszym terenie wielu katolików. Możemy im okazać, że 
cieszymy się właśnie z możliwości rozmowy z nimi. Można na przykład 
powiedzieć: "Wiem, że katolicy wierzą mocno i szczerze w Chrystusa ". 
Albo: "Już często rozmawiało mi się dobrze właśnie z katolikami ". 
Wskazać, że papież zachęcił do czytania Biblii i że nasza literatura 
chętnie i często cytuje przekłady katolickie. 
Słuchacze z uwagą przyjmują moje słowa. Każdy chce zapamiętać jak 
najwięcej, by wykorzystać to w przyszłości. Zostają dobrze pouczeni, 
tak by umieli zwracać się do myślących inaczej nie budząc ich czujności 
i oporu, lecz - przeciwnie - nastawiając ich pozytywnie do Towarzystwa 
"Strażnica ". Poszczególne rozdziały w podręcznikach są przemyślane w 
wyrafinowany sposób i wypróbowane w praktyce. Niejeden wierzący 
dotąd inaczej, nawet się nie spostrzega, jak jego wiara w kontaktach ze 
Świadkami słabnie i zanika. Pracujemy wytrwale, by wypełnić 
wyznaczone nam zadanie. Według przepisów Towarzystwa mamy 
powiększyć nasz zbór co roku o 10 procent. Potrzeba do tego wielu, 
wielu wysiłków wszystkich głosicieli. Musimy przeznaczyć jeszcze 
więcej czasu na służbę. Nasza przeciętna wyników jest niska w 
porównaniu z przeciętną krajową. Nie zapominajmy, że uratują się tylko 
głosiciele gorliwi, niedbali mogą utracić życie. Dlatego: więcej czasu na 
służbę w terenie! Rozdzielać więcej literatury! - Aby nikt spośród 
Świadków nie zapominał o tym, w "Sali Królestwa " wisi specjalna 
tablica, na której umieszcza się co miesiąc dane dotyczące liczby godzin 
służby, odwiedzin w domach, studium Biblii oraz kolportażu literatury. 
Oblicza się też przeciętną osiągnięć poszczególnych członków zboru.. 
Każdy może sam sprawdzić, czy jego wkład pracy odpowiada 
przeciętnej ogólnej, czy nie, a więc czy może uchodzić za dobrego, czy 
raczej za opieszałego głosiciela. O służbie każdego kaznodziei informuje 
specjalnie prowadzona kartoteka, pozwalająca w każdej chwili 
skontrolować jego działanie. W czasie jednego z zebrań rozdzieliliśmy 
karty poszczególnym głosicielom, po czym na wezwanie tzw. 
"informatora " - odbyliśmy niejako sesję sądową z sędzią, prokuratorem 
i oskarżonymi. Przedmiotem oskarżenia była karta któregoś z braci nie 
wykazująca wyznaczonej liczby godzin posługi. 
 
 
Wizytacja sługi obwodu 
 
Co sześć miesięcy przybywa sługa obwodu aby skontrolować 
działalność zboru i pomóc sprawującym w nim posługę pełnić ją ściśle 
według wskazań Towarzystwa "Strażnica ". Taki tydzień wizytacji 

background image

oznacza zawsze szczególny wysiłek dla wszystkich głosicieli. Każdy ze 
sprawujących. posługę i. każdy głosiciel poddany zostaje badaniu, czy 
odpowiada wymogom organizacji Świadków Jehowy. Między 
sprawującymi urząd panowało zawsze w tym czasie szczególne napięcie 
- w tym tygodniu bowiem zwalniano ze stanowiska sługi zboru bądź 
ustanawiano nowych. Jeśli ktoś wykazał się zbyt małymi osiągnięciami, 
mógł zostać odwołany, a przynajmniej musiał się tłumaczyć ze swego 
zaniedbania. Każdego przed- i popołudnia zbór musi przeprowadzić 
szczególną akcję w terenie. Sługa obwodu kontroluje przy tym pracę 
każdego, towarzysząc mu przez krótki czas w drodze od domu do domu. 
W przeszłości żal mi było często brata pełniącego obowiązki sługi 
obwodu. Czego to od niego nie żądano! Jedna z sióstr oskarżyła drugą o 
nierząd. Ponieważ nie sposób było rzecz wyjaśnić, sprawą musiał się 
zająć sługa obwodu. Co tu jest prawdą, a co złośliwą plotką? Ktoś po 
cichu oskarżał, ktoś inny mówił coś wręcz przeciwnego. Wizytacja 
miała umocnić jedność w zborze, tymczasem właśnie w czasie niej 
szerzyły się plotki i intrygi. 
Tym razem i ja padłem ofiarą pomówień. Oskarżono mnie, że chcę 
zagarnąć całą władzę w naszym zborze. W rzeczywistości musiałem 
wciąż walczyć z jedną z sióstr, która we wszystkim wywierała 
negatywny wpływ na działalność przewodniczącego. Doszło do tego, że 
zaczęto u nas mówić o "babskich rządach ". Owa siostra potrafiła 
wszystko obrócić na swoją korzyść. Należało wystąpić przeciwko niej. 
Wynik jednak był taki, że musiałem ustąpić ze stanowiska zastępcy sługi 
zboru, zatrzymując jednak moje funkcje szkoleniowe. 
W przemówieniu końcowym sługa obwodu wzywał po wielokroć do 
jedności. Sądził, że przywrócił wśród nas spokój na najbliższe półrocze. 
W swym raporcie i ocenach bardzo się jednak pomylił. Właśnie tych, 
którzy najbardziej siali ferment, uznał za gorliwych, a tych, którzy 
starali się o postęp, określił jako wichrzycieli. Czy mogło się to 
przyczynić do jedności w zborze? 
Zaledwie wizytator odjechał, rozdźwięki zaczęły się od nowa. Właśnie 
nowo mianowany sługa zboru sprawił największy zawód. Trzeba było 
całych lat - nie byłem już wtedy Świadkiem Jehowy - nim sługa obwodu 
przejrzał panujące intrygi i usunął nominata. 
Co do mnie - miałem teraz więcej czasu dla siebie. Wątpliwości 
odezwały się ze zdwojoną siłą. Czy rzeczywiście Jehowa prowadzi 
naszych braci? Czy to możliwe, żeby tak często wprowadzał w błąd 
swoje sługi? Czy raczej całe życie i działalność Towarzystwa "Strażnica 
" nie były po prostu ludzkie, aż nazbyt ludzkie?...  

ZNÓW WĄTPLIWOŚCI

 

 
Noc. Niespokojnie przewracam się na posłaniu. Jestem znużony i 
wyczerpany, ale nie mogę zasnąć. Co noc dopiero po długich godzinach 
zapadam wreszcie w sen. Nękany przez złe majaki, budzę się rychło, 
oblany potem. Znowu to straszne uczucie lęku... Czy jestem potępiony? 
Kiedy ponownie pogrążam się w niespokojnym śnie, przed oczyma 
tańczą mi przeróżne obrazy. Oto widzę siebie w Nowym Świecie, widzę 
moją rodzinę stojącą przed domem otoczonym rajskim krajobrazem. Ale 

background image

ten obraz przesłania inny: ziemia się trzęsie, ogień spada z nieba. 
Huraganowe wichry smagają ziemię i stworzenia na niej. Wokół ludzkie 
trupy, rozszarpywane przez dzikie zwierzęta. Pośród nich ludzie na pół 
nadzy, w podartym odzieniu walczą jeszcze o życie. Aniołowie z 
ognistymi mieczami w ręku mordują wszystkich, którzy staną im na 
drodze - mężczyzn i kobiety, starców i dzieci. Potok krwi, zniszczenie, 
zagłada - straszliwy koniec. Gromada ludzi stoi na uboczu przypatrując 
się krwawej łaźni. Wznoszą ręce, wydają radosne okrzyki - Świadkowie 
Jehowy! 
Ludzkość ginie w dniu gniewu i sądu. Ratunek znajdują Świadkowie 
Jehowy. Ja ginę wraz z bezbożnymi. Śmierć, wiekuista śmierć - i już nic 
więcej, przestaję istnieć. Żyje tylko społeczność Nowego Świata. Ja 
zostaję zapomniany i unicestwiony, ponieważ zwątpiłem w prawdę 
Jehowy. Nie ma odwrotu, zapadam się w nicość. Ogarnia mnie 
niewysłowiona trwoga. Chcę się bronić, chcę krzyczeć, ale nie mogę 
wydobyć głosu. Chcę powstrzymać koniec, nie jest to jednak w mej 
mocy. Szalony ból przenika moje ciało. Rychło, tak, rychło musi nadejść 
kres. Skończą się moje cierpienia. Dlaczego za zwątpienie doznaję takiej 
męki? 
Budzę się ogarnięty śmiertelnym lękiem. Czy była to wizja mojego 
końca? Ostrzeżenie od Boga? Serce wali jak młotem. Oszołomiony, nie 
mogę zebrać myśli. Także i teraz, już na jawie, nie mogę przezwyciężyć 
lęku. Czy naprawdę jestem zgubiony? Służyłem szczerze Bogu przez 
wiele lat, a jeśli przyszły wątpliwości to dlatego, że były przecież 
uzasadnione. Muszę je przezwyciężyć. Już od tygodni wre we mnie 
wewnętrzna walka, nęka mnie ten straszny niepokój. Moje siły załamują 
się coraz bardziej. Chudnę, odczuwam dolegliwości serca, występują 
objawy paraliżu. 
Głosząc wykład muszę go przerywać. Nie jestem zdolny mówić dalej. 
Chwiejnym krokiem wracam z podium na swoje miejsce: Czy to Bóg 
mnie karze? Czy znów nękają mnie demony? Co mam począć. Modlę 
się żarliwie do Jehowy o pomoc. Rozpaczliwie błagam o wsparcie w tej 
walce. Ale Jehowa zdaje się milczeć. Od braci nie mogę spodziewać się 
pomocy. Czekają tylko na to, by ujawniła się moja słabość. Knują 
intrygi przeciwko mnie. Stoję im na drodze. 
Coraz częściej opuszczam zebrania. Coraz częściej każę się zastępować 
przez innego brata. Ograniczam moją działalność w terenie. Nie mam 
sił. Żona widzi mój stan, nie wie jednak, jaka jest jego przyczyna. Nie 
chcę się jej zwierzyć, nim sam nie dojdę do jakiejś jaśniejszej oceny. 
Nie chcę i jej wciągać w moją rozterkę. Muszę zebrać wszystkie siły, by 
znaleźć jakieś rozwiązanie, póki zdolny jestem w ogóle to zrobić. 
Godzinami siedzę nad otwartą Biblią, studiując ją. Moja znajomość 
Pisma przekracza daleko wiadomości współbraci. Biblia jest słowem 
Jehowy, które ma dopomóc mi wnieść w ciemności światło. Ciągle 
sięgam po "Strażnicę ", porównując numer po numerze. Nie posuwam 
się naprzód - porównania potęgują tylko niejasność. Cytaty biblijne w 
"Strażnicy " są niemal zawsze wyrwane z całości tekstu, a widziane 
wraz ze swym kontekstem po prostu nie dowodzą tego, co bracia z 
Ameryki chcą nam podać do wierzenia. Myślę znowu o słowach 
Rutherforda - że oświadczenie podane w "Strażnicy " jest nie do 

background image

pogodzenia z Wszechmocą Jehowy. A może w ogóle oświadczeń 
"Strażnicy " w ich całości nie można pogodzić z Biblią i Jehową? Zdaje 
się, że tak jest. 
Istnieje dla mnie tylko jedna droga. Mogę rozwiązać moje wątpliwości 
jedynie wtedy, gdy bez uprzednio już powziętych sądów szukać będę 
odpowiedzi w Biblii, a przez to u Boga. Doszedłem do tego wniosku 
otrzymawszy najnowszą "Strażnicę " omawiającą temat "Triumf złych 
duchowych mocy ". Towarzystwo próbuje tu ostrzec dotychczasowych 
swych zwolenników przed odejściem, wskazując, że jest ono wynikiem 
wpływu złych duchów. Wskazuje, że można ulec chorobie psychicznej, 
obłędowi jeżeli człowiek podda się demonom, bowiem demony 
powodują choroby psychiczne: 
Demony zmierzają nie tylko do tego, by zburzyć wiarę w słowo Boże, 
Biblię, lecz do czegoś więcej - zdobyć w posiadanie twoje ciało i ducha, 
zawładnąć całkowicie tobą i tak doprowadzić cię do choroby umysłowej. 
Już w roku 1877 dr L. S. Forbes Winslow pisze o obłędzie duchowym. 
Dziesiątki tysięcy nieszczęśliwych znajduje się w zakładach dla 
obłąkanych, bowiem zadało się z mocami nadprzyrodzonymi
 (Daily Mail 
z 23.1.1906 r.). 
W broszurze "Natura choroby umysłowej, jej przyczyna i leczenie " 
wskazuje dr J. Rymus, że w wielu wypadkach obłęd jest po prostu 
demonicznym opętaniem. Przytacza tutaj list pewnego lekarza z 
Filadelfii, datowany 12 listopada 1884. lekarz ów pisze: "Sędzia 
Edmons z Nowego Jorku (znany spirytysta) wyraził ostatnio pogląd, że 
wielu tzw. chorych umysłowo jest pod wpływem duchów ". Dr Edgar M. 
We, członek wydziału psychiatrycznego amerykańskiego Towarzystwa 
Medycznego, powiedział na początku tego stulecia: "Widzę często duchy, 
które powodują u mych pacjentów zaburzenia psychiczne, a czasem 
słyszę nawet ich głosy. Ludzie, o których mówi się, że są nieuleczalnie 
psychicznie chorzy, są często po prostu straceni dlatego, że są pod 
przemożną władzą demona lub całego mnóstwa demonów " 
( "The 
Watch Tower ", 1 sierpnia 1905, s. 299). (Cytowane za niemieckim 
wydaniem "Strażnicy " z 1 maja 1956 r.). 
Lekarze i uczeni z minionego stulecia mają w roku 1956 potwierdzić 
"Strażnicy ", że choroby psychiczne spowodowane są przez opętanie! W 
roku 1956 nauka i władza doszły do zupełnie innych wyników, opartych 
na uznanych faktach. Dwa tygodnie później: przede mną leży 
czasopismo "Erwachtet ", zdumiony, by nie powiedzieć: wstrząśnięty, 
czytam artykuł: "Skuteczne leczenie chorób psychicznych ". 
Czasopismo oświadcza tu, że zaburzenia i choroby psychiczne wynikają 
z uwarunkowań biologicznych, dziedzicznych, organicznych i innych. O 
demonach nie ma nieomal mowy. Jeśli jednak głównej przyczyny 
zaburzeń psychicznych należałoby szukać w panowaniu demonów - jak 
uczy "Strażnica " - to jak można chorych psychicznie leczyć przy 
pomocy chirurgii, elektro- i farmakoterapii, diety, muzyki, 
odpowiednich rozrywek - jak to relacjonuje inne czasopismo Świadków 
- "Erwachtet "? 
Jest tu widoczna sprzeczność stanowisk. Czy bracia pisujący do 
"Erwachtet " nie są zgodni z autorami "Strażnicy "? Albo też 
Towarzystwo "Strażnica " zdaje się nie bardzo wiedzieć, jak i kiedy 

background image

działają demony? Po to, by zatuszować sprzeczności - inaczej nie mogę 
sobie tego wytłumaczyć - "Erwachtet " dodaje mimochodem, że nie 
należy też zapominać o wpływie złych duchów. Jeśli spotykamy tak 
oczywiste sprzeczności, to nauka Towarzystwa o złych duchach w 
każdym razie nie może odpowiadać prawdzie. 
 
 
Co o złych duchach mówi Biblia? 
 
Przytoczone wyżej wypowiedzi Towarzystwa na temat złych duchów 
przyczyniły się do zwiększenia moich wątpliwości w jego 
wiarygodność. Czy Towarzystwo będzie mi dziś czyniło zarzut z tego, 
że zdecydowanie zwróciłem się do Biblii, porównując z jej słowem to, 
co głosi "Strażnica "? 
W przedmowie do swej publikacji "Make Sure of All Thungs " 
Towarzystwo napomina, żeby nie przyjmować na ślepo tylko jednego 
przedstawienia prawdy, ale iść za przykładem pierwszych żydowskich 
chrześcijan, o których Dzieje Apostolskie mówią że Przyjęli naukę z 
całą gorliwością i codziennie badali Pisma, czy istotnie tak jest
 (D z 
17,11). A dalej jeżeli już Żydzi, którym Boskie objawienie Chrystusa 
było głoszone przez samych Apostołów, mieli badać, czy ich nauka 
zgadza się z Pismem, to o ile bardziej my dzisiaj, całe wieki, prawie dwa 
tysiąclecia później od czasów pierwotnego Kościoła. 
Wskazanie, więcej: dobitne wezwanie Apostołów, abyśmy upewnili się 
co do wszystkiego, wykluczają same przez się to, by niepewność w 
odniesieniu do jakiejś nauki religijnej wynikała bezwarunkowo z 
działania demonów. Złe duchy nie mogą mnie też powstrzymać od 
przyjęcia z wiarą rzeczywistego słowa Bożego. Mogę być pod ich 
wpływem wtedy tylko, kiedy nie chcę podporządkować się woli Bożej, 
kiedy buntuję się przeciw niej. 
Co mówi nam o złych duchach Biblia? Stwierdza ich istnienie - 2 P 2,4; 
1 J 3,8; Ap 12,7; Mt 25,41. Objawienie Boże pozwala też spojrzeć na 
działanie szatana i jego sług. Biblia mówi o przypadkach opętania - 
zawładnięcia przez diabła ciałem człowieka. Chrystus miał władzę 
wypędzania złych duchów i przekazał ją też swoim uczniom (por. Mk 
1,23; Mt 8,28n; 9,32; 12,22n; Łk 10,17n; 13,11n; Dz 16,16; 19,12). Z 
Biblii wynika też, że szatan może oddziaływać pośrednio na ludzkiego 
ducha. Pismo Święte wylicza różnorakie pokusy szatańskie: szatan kusi 
pierwszych rodziców (Rdz 3,ln), przystępuje do Chrystusa (M t 4,ln), 
doprowadza Judasza do zdrady, domaga się by przesiać Apostołów jak 
pszenicę (Łk 22,31 ), Ananiasza i Safirę doprowadził do kłamstwa 
wobec Ducha Świętego (Dz 5,3). Szatan może przywieść człowieka do 
wielu grzechów: do niewiary, pychy (1 Tm 3,6), chciwości (1 Tm 6,19), 
do sporów i rozdwojenia (Rz 16,20), do gniewu i wrogości (2 Kor 2,11). 
Dlatego Apostoł Piotr napomina: Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, 
jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć
 (1 P 5,8). Chrześcijanin 
wierzący Pismu musi przyjąć, że złe duchy w różnoraki sposób działają 
w świecie, musi też jednak strzec się przed uznawaniem tak licznych 
przypadków chorób psychicznych po prostu za opętanie przez diabła - 
jak czyni to "Strażnica " - czy też każdą nasuwającą się wątpliwość w 

background image

odniesieniu do swej błędnej wiary przypisywać demonom. Wiarę 
stanowi przecież przekonanie osiągnięte po rzetelnej refleksji. Z drugiej 
strony Towarzystwo "Strażnica " nie powinno sprawy tak stawiać, jak 
gdyby demony nie miały nigdy dostępu do Świadków Jehowy, do 
społeczności Nowego Świata! 
Złym mocom udało się wprowadzić w błąd całą zamieszkałą ziemię, ale 
nie "społeczność Nowego Świata ", Świadków Jehowy
 - pisze "Strażnica 
" 1956, w wydaniu niemieckim strona 280. Czy istotnie "społeczność 
Nowego Świata " Świadków Jehowy nie znalazła się nigdy w błędzie? 
Chciałbym przypomnieć stwierdzenie Rutherforda, który mówi, że 
"oświadczenie podane w "Strażnicy " jest zupełnie nie do pogodzenia z 
Wszechmogącym ". Jak można uważać za niezawodnego, 
wiarygodnego, odpornego na wszelkie działanie złych duchów kogoś, 
kto uwikłał się w sprzeczności? Jeśli bracia z Brooklynu raz eksponują 
działanie złych duchów, a potem znów, powołując się na wiedzę, usiłują 
je eliminować, to trudno ich nauczanie w tym względzie traktować 
poważnie. Ten wniosek zachęcił mnie do intensywnego przestudiowania 
innych nauk "Strażnicy ". Rozpoznanie jawnych sprzeczności i błędów 
nie może być nigdy inspirowane działaniem złych duchów. 
Chcę szczerze służyć Panu Bogu, dlatego też z całą powagą przyjmuję 
słowa Apostoła: Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale 
badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło 
się na świecie
 (1 J 4,1). Te słowa mają być odtąd hasłem przewodnim 
wszystkich moich studiów i działań. 
 
 
Skąd pochodzi, czym jest Towarzystwo "Strażnica "? 
 
Z dumą my, Świadkowie Jehowy nazywamy naszą organizację "jedyną 
prawdziwą religią ", a nasz początek wywodzimy od Abla, pierwszego z 
męczenników. Musimy więc uchodzić za najstarszą wspólnotę religijną 
świata.
 - Dzisiaj widzę w takim twierdzeniu zuchwałość. Kiedy i gdzie 
powstał rzeczywiście ruch religijny Świadków Jehowy? - oto pierwsze 
nasuwające się pytanie. To prawda, że Abel był wiernym świadkiem 
Boga, a z nim wielu wiernych i świętych ludzi minionych tysiącleci. Ale 
czy mają oni coś wspólnego z dzisiejszymi Świadkami Jehowy? Nie. 
Naszego początku musimy szukać gdzie indziej. 
Założyciel tzw. nowożytnych Świadków Jehowy nazywał się Charles 
Taze Russel, młody kupiec amerykański z miasta Pittsburg w stanie 
Pensylwania. "Odkrył " on w roku 1874, że po śmierci Apostołów 
rzekomo nikt już we właściwy sposób nie rozumiał Biblii. Nikt nie 
interpretował jej należycie. Sam tylko Russel miał dzięki łasce Bożej 
znaleźć klucz do właściwego tłumaczenia Pisma świętego, bowiem Bóg 
uznał, że nadszedł czas, aby zakończyć erę niewiedzy ludów w 
odniesieniu do słowa Bożego. Russel twierdził, że całe duchowieństwo 
chrześcijańskie odpadało po śmierci Apostołów w coraz to większym 
stopniu od pierwotnego Kościoła, stając się przez to narzędziem szatana 
w walce całego świata przeciwko Bogu. Jak Russel sam pisze o sobie, 
był on najpierw prezbiterianinem. Był człowiekiem o nastawieniu 
bardzo religijnym, nie odpowiadała mu nauka prezbiteriańskiego 

background image

Kościoła. Stąd w swoich poszukiwaniach przechodził od jednej 
wspólnoty religijnej do drugiej. Kiedy nigdzie nie znalazł "prawdy " - 
jak mógł już wtedy wiedzieć, co stanowi prawdę? - powiedzmy więc 
raczej: kiedy nigdzie nie znalazł religii odpowiadającej jego 
wyobrażeniom - założył własną grupę ludzi studiujących Biblię. 
Oto leżą przede mną dzieła Russela: siedem tomów " Wykładów Pisma 
św ", o których powiedział, że są ważniejsze od samej Biblii, bo bez 
nich nikt nie zrozumie jej treści. Jak mógł się odważyć na takie 
stwierdzenie? Od młodego, 20-letniego człowieka, bez żadnego 
przygotowania teologicznego, trudno było naturalnie oczekiwać, że 
zajmie się poważnym, naukowo pogłębionym studium biblijnym. Stąd 
czytam w książkach Russela nauki, nad którymi dzisiejszy Świadek 
Jehowy - mówiąc łagodnie - pokiwa głową. Więcej, znalazłem w tych 
książkach nauki, o których Towarzystwo "Strażnica " sądzi dziś, że 
pochodzą od szatana - np. wypowiedzi o syjonizmie i piramidzie z Giza. 
Russel, posiadacz sporego majątku, założył w roku 1881 w Pittsburgu 
Towarzystwo "Strażnica ". O osobie założyciela wyrażano bardzo 
sprzeczne sądy. Wielu określało go jako człowieka dobrotliwego, 
zawsze łagodnego. Jednak kiedy czyta się jego wypowiedzi, 
niepohamowane inwektywy i oszczerstwa rzucane pod adresem innych 
religii, trudno nie dojść do odmiennego sądu. Przykładów znaleźć 
można aż nadto wiele

17

Pewien rozgłos wzbudził Russel swą historią cudownej pszenicy, a także 
niemiłymi sprawami swego małżeństwa. Wiele mówiono i pisano na 
temat jego rozwodu. Jak często czytaliśmy o tym w "Strażnicy ", jak 
często próbowano tzw. "Sprawę Qualle " przedstawić jako bardzo 
niewinną... Wpadła mi w ręce broszura zatytułowana "Świadkowie 
Jehowy ", napisana przez A. Ebnetera, dodatek nr 1 do publikacji 
"Orientierung " (Zurych, 1956). Przypis 13 na str. 7 brzmi: Oskarżenie 
wiarołomstwa wysunięte przez żonę miało według wypowiedzi 
dzisiejszych Świadków Jehowy pozostać nie dowiedzione, jakkolwiek 
´The Dictionary of American Biography ´ (tom 16, 99) z roku 1935 pisze 
jeszcze: "Wiarołomstwo uznano za dowiedzione i pomimo pięciokrotnej 
apelacji Russela orzeczenie to zostało podtrzymane "
. Można by zatem 
przyjąć, że/ zapewnienia braci z Brooklynu jakoby powodem rozwodu 
nie było cudzołóstwo, nie są zgodne z prawdą. 
Studiując dalej literaturę pozostawioną przez Russela znalazłem, że 
powołując się na Biblię obliczył on, iż rok 1874 stanowi rok powtórnego 
przyjścia Chrystusa, że bitwa pod Har-Magedon rozegra się przed 
rokiem 1915, a w roku 1914 rozpocznie się "Millennium " - tysiącletnie 
Królestwo Chrystusa. Sam Russel oczekiwał, że w roku 1914 znajdzie 
się w niebie. W to samo wierzyli wszyscy ówcześni Świadkowie 
Jehowy. Nadto do tego czasu miały zniknąć wszystkie ziemskie rządy i 
zniszczone zostać wszystkie Kościoły. 
To, że jego "niezawodne ", jako że "oparte na Biblii ", przepowiednie 
nie spełniły się, trapiło wielce Russela. Znalazł jednak wyjście. "Pan 
zwleka jeszcze przez krótki czas " - brzmiało jego tłumaczenie. Od 
rozpoznania swej ponownej pomyłki uchroniła Russela śmierć - umarł w 
roku 1916. 
 

background image

 

Jak powstała teokracja brooklyńska?

 

 
Za następców Russela wprowadzono "panowanie Jehowy ", zwane tez 
"teokracją ". Aby uzyskać dokładny obraz tych wydarzeń, zebrałem 
wszystkie relacje historyczne na temat rozwoju Towarzystwa "Strażnica 
" w latach 1916-1919. Bardzo dobry wgląd w te sprawy daje "neutralna 
" książka "Świadkowie Jehowy ", której autorem jest Marley Cole, 
kolportowana nawet przez samą "Strażnicę ". Można było tę książkę 
znaleźć wyłożoną niemal na wszystkich stołach z książkami w zborach 
Świadków Jehowy na całym świecie. Wydarzenia związane z sukcesją 
po Russelu przedstawia Marley Cole w .następujący sposób: 
Śmierć pastora Russela była, jak się zdaje, sygnałem do generalnej 
batalii o pierwszeństwo w kierownictwie Towarzystwa. Krótko przed 
śmiercią pan Russel powziął postanowienia dotyczące zmian 
personalnych w kwaterze głównej czyli Bethelu. Jego plan obejmował 
m.in. usunięcie kilku sprawujących najwyższe urzędy, łącznie z 
wiceprezydentem i jednoczesny awans szeregu ludzi najniższej rangi. 
Usunięci byliby zapewne przełknęli gorycz urażonej dumy, gdyby zmiany 
nastąpiły jeszcze za życia Pastora. Kiedy przeprowadził je Rutherford, 
nie chcieli się z nimi pogodzić. W pięć miesięcy po objęciu prezydentury 
przez Rutherforda czterech z siedmiu dyrektorów odmówiło uznania jego 
uprawnień. Życzyli sobie nowego podziału. Chcieli przede wszystkim, 
aby Rutherford w całej swej działalności zależny był od zgody zarządu. 
Ich zdaniem to dyrektorium stanowi najwyższy autorytet, natomiast 
prezydent jest tylko postacią reprezentacyjną. Dotąd sam prezydent 
sprawował rządy, bez pytania o zdanie członków zarządu. Rutherford 
nie przejmował się napotykanym oporem. Postępował przecież tak samo, 
jak poprzednio pastor Russel, który podejmował decyzje i wydawał 
zarządzenia bez uprzedniej aprobaty prezydium. Kiedy czterej 
dyrektorzy próbowali obalić Rutherforda, przekonali się, że są jak cztery 
korki od flaszek miotane na skałę Gibraltaru. Rutherford był 
człowiekiem budzącej lęk mocy. Sile jego osobowości mogło się oprzeć 
tylko bardzo niewielu. Był przy tym człowiekiem mądrym. 
Nie zwróciliście, bracia, uwagi - powiedział przeciwnikom - że wszyscy 
czterej jesteście członkami korporacji pensylwańskiej. Statuty tej 
korporacji mówią, że powinniście być wybrani w stanie Pensylwania. 
Czy istotnie zostaliście tam wybrani? 
- Nie - brzmiała odpowiedź. 
- Zostaliście wybrani w stanie Nowy Jork. Jeżeli więc żądacie, by 
trzymać się ściśle faktów, to i ja trzymając się ściśle faktów stwierdzam 
przede wszystkim, że nie jesteście w ogóle legalnie ustanowionymi 
członkami korporacji. 
- Dlaczego zatem nie podjęto zgodnych z prawem wyborów? 
- Pastor Russel przez szereg lat kazał przeprowadzać wybory w stanie 
nowojorskim. Nikt dotąd nie robił z tego powodu trudności. Byliśmy 
wszyscy zgodni, dopóki wy nie wystąpiliście z waszym buntem. Tylko 
trzej członkowie rady nadzorczej: Pierson; Van Amburgh i ja sam, 
Rutherford, wybrani zostali zgodnie z prawem w Pensylwanii - 
stwierdził nowy prezydent. I z kolei sam przystąpił do ataku: 

background image

- Inne postanowienie statutu przewiduje, że prezydent jest uprawniony 
do nominacji członka prezydium, jeżeli członkowie korporacji nie 
wybrali nowego w ciągu trzydziestu dni. Ponieważ wy czterej nie 
jesteście członkami legalnymi, a od legalnych nominacji dawno minęło 
już dni trzydzieści, przeto powiem wam, co postanowiłem. Otóż czterech 
członków prawnie ustanowionych w Pensylwanii mianowałem członkami 
zarządu i oni zajmą wasze miejsca
 (Marley Cole, str. 88-91). 
Nieodparcie nasuwało mi się tu pytanie: gdzie w tym wszystkim można 
widzieć ingerencję Jehowy, czy wręcz ustanowienie przez Jehowę 
kierowniczego ciała? Musiałem odpowiedzieć sobie: nigdzie! - 
Owszem, "wybory " do kierownictwa odbyły się ściśle według statutów 
powszechnie w danej chwili uznawanych, jakkolwiek nikt się o to dotąd 
nie troszczył, nie były to jednak ani "wybory " uczciwe, ani 
"teokratyczne ". 
Czy w ten sposób miał wybrać Jehowa swojego sługę Rutherforda? 
Przytoczona relacja wyraźnie przeczy temu. Aby zostać prezydentem, 
Rutherford kazał wykluczyć 31 członków. Czytając o walce o władzę - 
za Rutherfordem i przeciwko niemu - miałem wrażenie, że zaglądam za 
kulisy jakiejś partii politycznej. Czy wobec sposobu, w jaki Rutherford 
zawładnął kierownictwem Świadków, mam wierzyć, że to sam Jehowa 
jest odpowiedzialny za organizację swych stworzeń? Że powierza im 
autorytet i władzę, by udzielać światu swych wskazań? Nie, przy 
najlepszej woli nie mogę w to wierzyć. Wierzyłbym w coś 
niemożliwego, zaciągając w końcu winę przed Bogiem. 
Ówczesne wydalenie rebeliantów nazywają dziś Świadkowie Jehowy 
"oczyszczeniem świątyni przez Jezusa Chrystusa ", intronizowanego w 
niebie w roku 1914 Króla Nowego Świata. Według dzisiejszej nauki 
"Strażnicy " oczyszczenie to miało nastąpić dopiero w roku 1918. 
Tymczasem studiując literaturę z tamtych czasów, musiałem dojść do 
wniosku, że to nie może się zgadzać. Wtedy przecież wszyscy wierzyli 
jeszcze w to, czego uczył Russel - mianowicie że Chrystus przybył do 
swej świątyni w roku 1878 i wtedy dokonał jej oczyszczenia. Russel 
powoływał się przy tym na nieodmienność wyroków Bożych. Stąd 
zatem dwa różne terminy "oczyszczenia "? Oba nie mogą być 
jednocześnie prawdziwe, tym bardziej, jeśli o obu twierdzi się, że 
Jehowa ustalił je nieodwołalnie. 
Coraz to więcej błędów - chciałbym powiedzieć: wprowadzania w błąd - 
jawiło się przede mną przy lekturze pism "Strażnicy ". Wciąż jednak 
jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z całego znaczenia i wszystkich 
konsekwencji wyników moich badań. Niejeden ze Świadków Jehowy 
czytając te słowa doświadczać będzie tego samego. Wielka jest siła 
przyzwyczajenia. Trzeba czasu, aby odejść od nawyku myślenia tak, jak 
myśli Towarzystwo "Strażnica ". 
I jeszcze jedno zastanawia w odniesieniu do wyboru Rutherforda. Jeżeli 
sam Jehowa ustanowił go na jego urzędzie, to dlaczego nowy prezydent 
musiał stawiać kwestię wyrażenia mu wotum zaufania przez 813 
istniejących wówczas zborów? Większość z nich opowiedziała się za 
Rutherfordem, akceptując przez to jego wybór w sposób 
demokratyczny, a nie teokratyczny. 
Wydarzenia związane z wyborem prezydenta umocniły me 

background image

postanowienie zbadania całej nauki Świadków i podjęcia decyzji na 
podstawie niezaprzeczalnych faktów. Wciąż jeszcze usiłowałem trzymać 
się i bronić mej dotychczasowej wiary Świadka Jehowy. Nastrój 
sceptycyzmu wzmogła we mnie relacja Rocznika 1946 o jednym z 
posiedzeń kierownictwa Towarzystwa "Strażnica ". Mowa tam o 438 
członkach korporacji pensylwańskiej, którzy posiadają udziały. Co to są 
udziały? Są to przecież akcje. Czy zatem Towarzystwo "Strażnica " jest 
towarzystwem akcyjnym? Tak należałoby sądzić. 
Były sługa obwodu Schnell ze Stanów Zjednoczonych, w swej książce 
"Występują przeciw mnie fałszywi świadkowie "

18

, nazywa wielokrotnie 

"Strażnicę " towarzystwem akcyjnym. Schnell pracował przez wiele lat 
w centrali brooklyńskiej jako podwładny Rutherforda i otrzymywał od 
niego szczególne zlecenia. Wydaje się być człowiekiem dokładnie 
znającym sprawy. 
Czy nasza "teokracja " miałaby być czymś zupełnie innym niż 
organizacją Jehowy - bo towarzystwem akcyjnym?  

CZY JEHOWA KIERUJE TOWARZYSTWEM 
"STRAŻNICA "?

 

 
- Oto pytanie, na które muszę zdobyć wreszcie pewną i jasną 
odpowiedź. Żąda tego moje poczucie odpowiedzialności przed Bogiem i 
ludźmi. Nie mogę się cofnąć przed tym pytaniem. Już w wyniku mych 
dotychczasowych badań wiara, że to Jehowa kieruje naszą organizacją, 
zachwiała się we mnie. Chciałem jednak rzecz zbadać dokładnie i 
wyrobić sobie ostateczny sąd dopiero po rozważeniu wszystkich "za " i 
"przeciw ". Już przez to jednak przeciwstawiałem się "Strażnicy ", która 
domaga się, aby w imię Boże poniechać wszelkiej krytyki. 
Czy bracia z Brooklynu czują się zwolnieni od odpowiedzialności przed 
kimkolwiek? Czy ich wola może być wolą Jehowy? Wydało mi się 
zuchwalstwem twierdzenie, które znalazłem w "Strażnicy " z roku 1956, 
str. 474 wydania niemieckiego: 
Ponieważ "wiernemu i roztropnemu niewolnikowi " (mowa tu o 
"Strażnicy ") powierzone zostały wszystkie dobra Mistrza, przeto 
patrzmy na rzecz we właściwy duchowy sposób, przyjmując, że to, co 
czyni "wierny niewolnik ", służy zawsze naszemu dobru. Niewolnik przez 
to wypełnia swą powinność, że pełni dzieło Jehowy. Dlatego wola 
niewolnika jest wolą Jehowy. Bunt przeciwko niewolnikowi jest buntem 
przeciw Bogu.
 
Wola "niewolnika z Brooklynu " nie może być po prostu wolą Jehowy! 
Jehowa nie może przecież chcieć, żeby wśród Jego Świadków na całym 
świecie "Strażnica " siała niepokój i zamieszanie. W mych 
dotychczasowych studiach nie znalazłem żadnego dowodu na to, by 
Mistrz wszystkie swe bogactwa powierzył Towarzystwu "Strażnica ". 
Długo, ale na próżno, szukałem takiego dowodu, jako że byłby on 
usprawiedliwieniem dla "Strażnicy " i dla mnie samego. Słowa: "Wy 
jesteście moimi świadkami " nie dowodzą, że to właśnie przywódcy 
"Strażnicy ", tzw. "ciało kierownicze ", są wysłańcami Boga. Siłę 
dowodu posiadają nie poszczególne słowa Biblii wyrwane z ich 
kontekstu, ale nauki i czyny zgodne z Pismem jako całością. Czy Biblia 

background image

daje "Strażnicy " prawo żądać od nas w imię Boga poniechania 
jakiejkolwiek krytycznej refleksji? Tego nie żądali przecież nawet 
Apostołowie od gmin pierwotnego Kościoła. Przeciwnie, Apostołowie 
doradzali swoim słuchaczom, aby to, co od nich słyszą, porównywali z 
wypowiedziami Pisma Świętego. Dlaczego nam, Świadkom Jehowy, nie 
wolno zastosować w pełnym sensie słów "wszystko badajcie " (1 Tes 
5,21)? Z jednej strony "Strażnica " wzywa nas, abyśmy wszystko 
sumiennie badali, lecz z drugiej strony to, czego ona sama uczy, nie ma 
podlegać zbadaniu. Nawet w przypadku stwierdzenia jawnych 
sprzeczności między nauką "Strażnicy " a Biblią nie należy występować 
z krytyką. 
 
 
W sprawie przewodnictwa Jehowy w Brooklynie 
 
Jeśli Jehowa istotnie prowadzi Świadków, to jego wszechmocny wpływ 
winien przejawiać się przede wszystkim w Brooklynie. Prezydent 
Towarzystwa "Strażnica " i jego najbliżsi współpracownicy powinni 
cieszyć się szczególną łaską Jehowy. Określa się ich przecież jako "ciało 
kierownicze ". 
 
 

Demokratyczna teokracja

 

 
"Strażnica " z 1.8.1956 uczy na str. 474: Jehowa bierze 
odpowiedzialność za organizację swych stworzeń: przekazuje im 
autorytet i władzę oraz daje wskazania!
 Te słowa "Strażnica " odnosi 
oczywiście do Towarzystwa i Świadków, nimi też uzasadnia teokrację. 
Dotychczas wszystkie te śmiałe stwierdzenia naszych braci 
przyjmowałem bez namysłu jako prawdę. Rozbudzony zmysł krytyczny 
nie pozwalał mi już jednak dłużej przyjmować na ślepo twierdzeń 
"Strażnicy ". Jak wspomniałem, już wybór Rutherforda nie odbył się 
"teokratycznie ". Z kolei analizowałem relacje o wyborze Knorra i jego 
stronników. Może tutaj ujawniło się współdziałanie Jehowy? O wyborze 
Knorra pisze "Strażnica " z 1.1.1956 (str. 10) następująco: 
Po południu dnia 13 stycznia 1942 wszyscy członkowie dwu komisji 
zebrali się w sali przyjęć domu "Bethel " w Brooklynie. Nathan H. 
Knorr, wybrany podczas ostatnich powszechnych wyborów w Pittsburgu 
wiceprezydentem, prosił na kilka dni przed zebraniem członków komisji, 
aby na modlitwie i rozważaniu błagali o mądrość, która pokierowałaby 
nimi. Tak też członkowie uczynili. 
Zgromadzenie otwarto modlitwą, prosząc szczególnie, aby Jehowa 
obdarzył mądrością w wyborze sługi według swojej woli, mających 
reprezentować go w organizacji na sposób przepisany prawem. Po 
należytym, wnikliwym namyśle wyznaczeni zostali i wybrani 
jednogłośnie bracia Nathan H. Knorr jako prezydent i Hayden C. 
Covington jako wiceprezydent obu korporacji. Później, jeszcze tego 
samego dnia, przy okazji spotkania "Rodziny Bethelu "

19

 w Brooklynie, 

sekretarz komisji dyrekcyjnej ogłosił wyniki wyborów, co wywołało 
entuzjazm zebranych.
 

background image

Już przy pierwszej lekturze tej relacji uderzyło mnie, że wybrani bracia 
mają być przedstawicielami Boga na ziemi. Jak to? Przecież 
Towarzystwo twierdziło dotąd zawsze, że Bóg nie potrzebuje na ziemi 
żadnych przedstawicieli czy namiestników. Skąd więc nowi słudzy czują 
się naraz przedstawicielami Jehowy? 
Całej procedurze wyborczej towarzyszyła modlitwa: mądrość Jehowy 
miała wpłynąć na wybór jego namiestników. Tymczasem wybrany 
został nieodpowiedni wiceprezydent. Gdyby Jehowa wspierał przy 
wyborze swą organizację, nie dopuściłby do błędnego posunięcia w tak 
ważnej sprawie, do wyboru kogoś nie nadającego się. Covington był 
przecież tym człowiekiem, o którym Rocznik 1946 (str. 253-257) 
mówił: 
24 września .1945 roku H. C. Covington złożył dobrowolnie urząd 
członka dyrekcji i wiceprezydenta Towarzystwa "Strażnica " w 
Pensylwanii. Uczynił to nie po to, by być w zgodzie z tym, co zdaje się 
wolą Pana wobec wszystkich członków dyrekcji i sprawujących w 
przyszłości urząd wśród pomazańców, ponieważ jego nadzieja zwracała 
się ku temu, aby należeć do "innych owiec ". Na jego miejsce 
wiceprezydentem został wybrany W.E. E. Franz. Brat Covington 
pozostaje nadal przewodniczącym komisji prawnej Towarzystwa
 (cyt. za 
"Strażnicą " r. 1956, str. 10). 
I jeszcze jedno zrozumiałem czytając relację o wyborach: to, czego ciało 
kierownicze zabrania swym poplecznikom, tego mianowicie, aby kazali 
się wybierać jako słudzy w zgromadzeniach lokalnych i obwodach, to 
czyni samo. Czy Jehowa lub Chrystus zarządził, by przywódcy ludu 
Bożego wybierali się nawzajem? Gdzie przy takim wyborze można 
mówić o "ciele kierowniczym " ustanowionym przez Chrystusa Jezusa 
czy Jehowę? O tym, że prowadzi ją sam Bóg? Ciało kierownicze nie 
może być chyba identyczne z przedsiębiorstwem "Strażnica ", ponieważ 
jako "ciało kierownicze " określa się resztę z 144000 wybranych. W 
żyjącej jeszcze dzisiaj "reszcie członków Ciała Chrystusa "

20

 - które to 

określenie odnosi się do owych 144000 - widzi się tego sługę, który 
wydaje żywność we właściwym czasie. Czy ów sługa - to znaczy całość 
wybranych - nie powinien mieć wpływu na wybór ciała kierowniczego? 
Gdzie jednak poza Brooklynem członkowie "reszty " mieli 
kiedykolwiek głos w wyborze tego ciała? Jak to ciało może porównywać 
siebie z pierwotnym Kościołem? Przeczytajmy, co mówią Dzieje 
Apostolskie (15,1-35) o Soborze Apostolskim w Jerozolimie. Widzimy 
tutaj zupełnie inny sposób postępowania. Kiedy w pierwotnym Kościele 
pojawiły się rozbieżne poglądy, zebrali się w Jerozolimie Apostołowie i 
Starsi wobec całej gminy, omawiając publicznie swoje opinie, nie 
otrzymawszy uprzednio wskazań od jakiegoś prezydenta. Działali więc 
w sposób wolny. Dostrzegano jasno różnice zdań, a rozstrzygnięcia 
podjęto następnie publicznie i otwarcie. 
Jakże inaczej wygląda rzecz w "nowym " pierwotnym Kościele 
Świadków Jehowy! Czy wybrani Jehowy omawiają tutaj przeciwstawne 
opinie? Nic takiego tu nie istnieje. Czytając Dzieje Apostolskie, rozdział 
6, wiersze 1-6 widzimy, że metoda ustanawiania w urzędzie sług 
Towarzystwa "Strażnicy " nie odpowiada temu wzorowi, na który 
Świadkowie stale się powołują. 

background image

To nie jakiś autorytatywny prezydent ustanawiał wtedy posługujących. 
Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów, powiedziało: Upatrzcież 
mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i 
mądrości. im zlecimy zadanie... Wybrali więc Szczepana i innych, 
przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce. - 
Jakże zupełnie inaczej wygląda dziś rzecz u Świadków Jehowy. 
Brooklyn jest absolutnym autorytetem. Nikt nie ma prawa 
zakwestionować jakiegokolwiek słowa wychodzącego od ciała 
kierowniczego. Brooklyn żąda dla siebie praw dyktatorskich, twierdząc 
że "wola Towarzystwa "Strażnica " jest wolą Jehowy ". Czy błądząc 
chce narzucić swoją własną wolę Bogu? Swą wypowiedzią "Strażnica " 
stawia Towarzystwo ponad Bogiem. W moich oczach jest to 
bluźnierstwem. 
A zatem Towarzystwo "Strażnica " bluźni Bogu? Tak - do tej konkluzji 
doszedłem po trzeźwym namyśle i zestawieniu pism "Strażnicy " z 
Biblią. Mimo ogarniającego mnie lęku sąd ten musiałem podtrzymać. 
Wbrew moim wahaniom musiałem skonfrontować naukę "Strażnicy " z 
Pismem. Nie mogłem przecież wierzyć tylko dlatego, że jacyś ludzie 
twierdzą o sobie, jakoby to oni właśnie byli świadkami Boga. Moim 
świętym obowiązkiem było zbadanie podawanej mi do wierzenia nauki, 
zwłaszcza wtedy, gdy ujawniały się w niej niejasności. Nie mogę 
przecież stanąwszy kiedyś przed Bogiem powiedzieć: Panie, moje błędy 
to nie moja wina. Zwiodło mnie Towarzystwo "Strażnica ". 
Gdyby "Strażnica " była rzeczywiście organizacją Bożą, to cały jej 
rozwój musiałby być inny i inne jej działanie. Nasuwał mi się więc z 
nieodpartą siłą wniosek, że Jehowa nie prowadzi "Świadków ". 
Szukałem jednak wciąż jeszcze dalszych dowodów, musiałem usunąć do 
końca trwający we mnie niepokój.  

W UPOJENIU ENTUZJAZMU

 

 
"Szczęśliwa społeczność Nowego Świata " - mówi się ciągle, kiedy 
Świadkowie Jehowy zgromadzą się na swych kongresach. Myślę o 
kongresie na berlińskiej Waldbühne czy o kongresie w Norymberdze. 
Jak biły w nas serca, gdy otoczeni rzeszą braci słuchaliśmy tam "nowych 
prawd ". Gotowi byliśmy bez namysłu aprobować proklamacje czy 
rezolucje głoszone potem przez Towarzystwo "Strażnica " całemu 
światu. Jak szczęśliwi byliśmy, tysiące zebranych, że oto znowu 
możemy pokazać światu, jak działa lud Boży. Z jaką siłą brzmiały w 
naszych uszach wyzwania posłań zwróconych do ludzi tego świata. 
Świadkowie Jehowy postępowali tak w swoich dziejach zawsze. Ale 
czego też już nie głoszono światu w imię Boga i tysięcy Świadków! 
 
 
Zgromadzenie główne w Cedar Point (Ohio, USA) rok 1922: 
 
Proklamacja zatytułowana: 
Wezwanie do przywódców świata! - Pokój, dobrobyt i szczęście 
ludzkości nie mogą być osiągnięte na drodze konferencji 
międzynarodowych - Prawdziwy środek zbawczy - Kwestia życia dla 

background image

wszystkich narodów ziemi - Międzynarodowi Badacze Pisma przyjmują 
rezolucję
. W przeciągu kilku tygodni w całym świecie chrześcijańskim 
rozprowadzono 35 milionów egzemplarzy tego emocjonującego orędzia 
o sądzie, dającego wyraz gniewu Jehowy. 
 
 
Kongres w Los Angeles (Kalifornia, USA) rok 1923: 
 
Zgromadzenie główne podjęło historyczną rezolucję zapowiadającą 
"drugie wylanie się gniewu Bożego " na chrześcijaństwo (45 milionów 
egzemplarzy). Wroga była zdaniem "Strażnicy " reakcja chrześcijaństwa 
na ten głos trąby zapowiadającej sąd Boży. 
 
 
"Rozstrzygający rok 1925 " - Świadkowie Jehowy okazują się 
fałszywymi prorokami: 
 
Wybaczcie, drodzy czytelnicy, tych ostatnich słów w żadnej z rezolucji 
nie napisano. To już moje własne stwierdzenie oparte na głośnych 
proklamacjach i nauce "Strażnicy " o roku 1925. Wbrew zapowiedziom 
nie zmartwychwstali w tym roku Abraham, Izaak, Jakub... Nie nastąpiło 
ziemskie panowanie Boga. Nie powstał "Nowy Świat ". Powstało tylko 
rozczarowanie, wielkie rozczarowanie. Ale Świadkowie Jehowy, nie 
zbici z tropu, nie poddali się zwątpieniu. Czy byli ślepi - pytam - nie 
dostrzegając jawnego bezsensu swych proroczych zapowiedzi? Czy 
stracili do reszty rozsądek głosząc nadal, że rok 1925 jest rokiem 
rozstrzygającym wtedy, kiedy ich twierdzenia okazały się oczywistą 
pomyłką? Czy niczego nie nauczyli się z przeszłości? Nie czytali 
broszur "Droga do Raju " i "Miliony żyjących dzisiaj nigdy nie umrą "? 
Czy nigdy nie przestudiowali porządnie swojej "Strażnicy ", skoro 
wrócili do błędów Russela i Rutherforda? 
Trudno wręcz sobie wyobrazić, że setki tysięcy ludzi daje się 
wprowadzić w błąd przez małą grupę badaczy i jeszcze ich potem 
entuzjastycznie oklaskuje! W każdym razie o "rozstrzygającym roku 
1925 " rychło zapomniano. 
 
 
Zgromadzenie główne w Londynie (Royal Albert Hall} rok 1926: 
 
Znowu gromkie hasła: "Świadectwo dla władców świata ". Mowa tu 
m.in. o "wielkiej, poważnej odpowiedzialności " spoczywającej na 
politykach, mężach stanu. 
Teraz spełnia się Boże proroctwo, a w kolejności jego spełnień mieszczą 
się dowody... Od roku 1914 bieg wypełniania się zapowiedzi Bożych 
pozwalał poznać, że nadszedł koniec złego świata, a to wraz z wojną 
światową, głodami, zarazami, trzęsieniem ziemi, rewolucjami, powrotem 
Żydów do Palestyny...
 ( "Światło ", t. 1, str. 141-145). 
Musiałem powiedzieć sobie, że Rutherford niczego się nie nauczył. 
Przed rokiem zaledwie jego "Boże prawdy " okazały się pomyłką, a już 
znowu jako znak czasu przepowiada coś, co dzisiejsi przywódcy 

background image

Świadków Jehowy określają jako dzieło szatana: powrót Żydów do 
Palestyny. Ale upojenie kongresowe trwa. Większość Świadków daje się 
porwać entuzjazmowi i przyjmuje bez zastrzeżeń najbardziej nawet 
niemożliwe proklamacje. 
 
 
Kongres na stadionie Yankee w Nowym Jorku, rok 1953: 
 
Rozbrzmiewa głos Knorra. Nadchodzi moment szczytowy. 165000 
Świadków wsłuchuje się w słowa prezydenta, który przestrzega 
polityków i narody: 
Wasz czas przeminął! Szczególnie od zakończenia pierwszej wojny 
światowej w roku 1918 Świadkowie Jehowy przestrzegali wszystkie 
narody. Ale narody nie chciały zrezygnować z nieteokratycznej władzy 
ludzi i przekazać swej suwerenności. Jezusowi Chrystusowi, 
teokratycznemu Królowi królów Jehowy...
 ( "Nowy Świat Boży po Har-
Magedonie ", wyd. niemieckie 1954). 
Nie mogłem oprzeć się refleksji: jak mężowie stanu mają wierzyć tej 
proklamacji, jeśli pamiętają, jakie fiasko przyniósł rok 1925. Jeśli 
zawiodły przepowiednie dotyczące roku 1914 i 1925, to oświadczenia 
Knorra nie można było traktować poważnie, tym bardziej, że chodziło o 
sprawy mające dla świata daleko idące konsekwencje. Jak wyobrażał 
sobie brat Knorr sytuację na świecie, gdyby wszyscy politycy i 
wszystkie narody zrezygnowali z istnienia władzy państwowej? Albo 
wyrzekli się tej władzy już w roku 1925? Kto podtrzymywałby wtedy 
porządek publiczny? Kto zajmowałby się tym od roku 1925 aż po dziś 
dzień? Kto troszczyłby się jeszcze wtedy o rozumną politykę 
ekonomiczną i społeczną, o prawodawstwo, handel, komunikację - 
krótko mówiąc o te wszystkie zadania i obowiązki, które musi przejąć 
każda ludzka władza sprawująca rządy? ...Czy zrobiłby to może pan 
Knorr i jego współpracownicy jako "namiestnicy Chrystusa na ziemi "? 
- Taki wniosek nasuwa się Towarzystwu "Strażnica " i dlatego już teraz 
przygotowuje się posługujących w zborach do ich zadań związanych z 
rządami w "Nowym Świecie ". Gdyby rządy państw świata ustąpiły w 
roku 1925 czy 1953, to pan Knorr musiałby już zająć się sam tak 
znienawidzoną przez siebie polityką... 
Przykładem na to, z jakimi niedorzecznościami godzą się porwane 
entuzjazmem rzesze Świadków Jehowy, są wypowiedzi dawnego sługi 
krajowego w Niemczech, Ericha Frosta. W sprawozdaniu z działalności 
Świadków Jehowy w Niemczech w roku 1951 pisze on o wizycie brata 
Knorra w Berlinie Zachodnim i na kongresie w Frankfurcie nad Menem: 
Kto pośród wielkiej rzeszy ludu Bożego może wyobrazić sobie, co to 
znaczy: Brat Knorr za "Żelazną Kurtyną "? ...Więcej niż 8000 
uczestników ze strefy wschodniej... Ludność strefy wschodniej wsłuchuje 
się w orędzie i miłuje je...
 (Rocznik 1952). 
Knorr w Berlinie Zachodnim! Jak gdyby było w tym coś 
nadzwyczajnego? ...Co złego może mu się tam zdarzyć? Knorr w 
Moskwie! - To byłoby coś! Ale pojechać tak daleko brat Knorr się nie 
odważa. Wysyła tam wpierw innych. Ludność strefy wschodniej 
wsłuchuje się w orędzie i miłuje je.
 Jak można twierdzić coś podobnego? 

background image

Aż do zakazu działalności Towarzystwa "Strażnica " (r. 1950) 
mieszkałem w strefie wschodniej Niemiec i nie mogłem stwierdzić, by 
tamtejsza ludność miłowała nasze orędzie lub choć słuchała go. Na 
podstawie własnego doświadczenia mogę powiedzieć tyle, że większość 
odrzucała naszą naukę, a nawet była wobec niej nastawiona wrogo. I tak 
się też dzieje w każdym kraju świata. Tylko znikoma mniejszość miłuje 
nasze orędzie. Jest to przecież faktem. Propagandę szerzoną przez 
kierownictwo, uważaliśmy za prawdziwą i słuszną. Uczono nas zawsze 
patrzeć na naszą organizację jako na najważniejszą w świecie, więcej: 
jako jedyną uprawnioną przez Boga do istnienia. Daliśmy się porwać 
temu przekonaniu, upojeni "wstrząsającymi światem " przemówieniami 
naszych przywódców - tak jak gdybyśmy stanowili oś świata, wokół 
której obraca się całe życie. Kto dorównuje nam w świecie znaczeniem? 
- Nikt! 
Toteż kierownictwu ogromnie zależy na tym, żeby rozbudzić entuzjazm 
mas - poprzez nową książkę, nową broszurę czy pisemko publikowane 
zawsze dzięki "łasce Jehowy ". W upojeniu podnoszą potem tysiące 
zebranych te książki i książeczki wyciągając w górę ręce, z 
rozpromienioną twarzą, jak gdyby były to rzeczy najświętsze i 
najbardziej uszczęśliwiające, jakie człowiek może posiadać na ziemi. Co 
za promienny optymizm bije z pism "Strażnicy ", sławiących po całym 
świecie jedność, harmonię, szczęście błogosławionej wspólnoty i 
organizacji Świadków Jehowy!  

"IMIĘ JEHOWY JEST POTĘŻNĄ TWIERDZĄ "

 

 
Nie!... Stawiam wewnętrzny opór krytyce. Po co te ciemne, krytyczne 
myśli ? Jestem przecież w "prawdzie ", pragnę służyć Bogu. Bo czy 
można Go znaleźć gdzie indziej? Czy nie ma racji "Strażnica " mówiąc, 
że powinniśmy w imię Boże poniechać wszelkiej krytyki? Tylko 
odwagi, zaufaj Jehowie! Bo Jehowa to potężna twierdza; sprawiedliwy 
szuka w niej ucieczki i znajduje bezpieczne schronienie. 
Wszystkie wyniki mych studiów chwieją się od nowa. Muszę tylko 
znów zacząć działać, a w życiu dla innych znajdę znów bezpieczeństwo 
i pokój. Jasne wyniki mych studiów, decyzja prowadzenia dalszych 
badań - wszystko to napełnia mnie lękiem. Bracia ze zboru od dawna 
spostrzegli, że coś się ze mną dzieje. Nikt jednak nie podszedł do mnie z 
pomocą. Rzucam się znowu w działalność w terenie. Znów chodzę od 
drzwi do drzwi, głosząc że teraźniejszy świat zginie wkrótce w Bożym 
sądzie Har-Magedonu. Tylko ten, kto przyłączy się do nas, uratuje się i 
przejdzie do życia w Nowym Świecie. 
Sumienie nie daje mi jednak spokoju. Toczę dalej sam z sobą 
wyczerpującą walkę. Wiem, że wiele rzeczy w nauce "Strażnicy " jest 
błędem. Sądzę, że Jehowa nie kieruje tą organizacją. A jednak nie mogę 
się zdecydować na krok ostateczny. Raz jeszcze staję przed braćmi 
ucząc. Raz jeszcze staram się być wzorem w posłudze. Rozdarty 
wewnętrznie, szkolę braci do nauczania w domach. 
I znów siedzę nad książkami. Znowu obejmuję spojrzeniem wyniki 
moich krytycznych badań. Jest dla mnie jednoznaczne, że wyciągnięte 
wnioski były słuszne. Dlaczego więc nie mogę oderwać się od nauki 

background image

"Strażnicy "? Dlaczego ciągle powracam do myśli, o których wiem, że 
nie są biblijne, nie są chrześcijańskie? Przeżywam straszny lęk, że 
wzbudzę gniew Jehowy i że stracę życie czekające mnie w Nowym 
Świecie. Strach przed utratą życia ? To przecież egoizm! Jestem 
przywiązany do życia. Dobrze, swe życie kocha każdy człowiek. Ale 
czy mego życia nie zatracę właśnie przez to, że będę myślał co innego, a 
czynił co innego? Czy tak postępując nie jestem obłudnikiem? Tak, bez 
wątpienia. Lecz jeśli jestem obłudnikiem, to już zatraciłem me życie. 
Tak być nie może, nigdy! Musiałbym wbrew mojej lepszej wiedzy 
przestać myśleć o wszystkich negatywnych wnioskach na temat 
Towarzystwa "Strażnica ", jego nauki i odniesienia do Boga. 
Mijają godziny. Wydaje mi się, że tracę rozum. Jedna myśl ogarnia mnie 
z coraz większą siłą, przestaje być już tylko myślą. Pośród urywanych 
słów modlitwy do Chrystusa i Boga staje się pewnością: ja przecież nie 
myślę o Panu Bogu, lecz tylko o samym sobie! Towarzystwo "Strażnica 
" wpoiło we mnie straszny, nieprzezwyciężalny lęk przed zagładą w 
Har-Magedonie. Owładnięty tym lękiem, nie służę jednak Bogu. Nie 
zostawiam miejsca dla Jego łaski - chcę zbawić sam siebie poprzez moje 
czyny. A zbawić samego siebie - to dla człowieka niemożliwe. Nie 
wpłynę na Pana Boga przedstawiając Mu pozytywny raport z mej pracy 
w terenie. Nie wprowadzę Go w błąd, nawet jeśli uda mi się stłumić 
wszystkie nurtujące mnie wątpliwości. 
Jehowa jest potężną twierdzą. Uciekłem się do tej twierdzy, lecz nie 
znalazłem schronienia. Moje modlitwy nie zostały wysłuchane. Mimo 
wszystkich oczywistych wniosków w odniesieniu do Towarzystwa 
"Strażnica " wciąż jeszcze nękają mnie wątpliwości. A może właśnie te 
wątpliwości w odniesieniu do nauki Świadków Jehowy są przejawem 
działania łaski Bożej we mnie? Czy w takim razie moje modlitwy nie 
zostały jednak wysłuchane? - Do jakiego Boga właściwie się modlę? 
Przecież do Jehowy, jedynego prawdziwego Boga! Ale tu jawi się już 
kolejna wątpliwość: czy Jehowa to właściwe imię Boga ? Wiedzieć to 
jest dla nas, Świadków Jehowy rzeczą ogromnej wagi. Chcę więc też 
poznać dokładniej prawdę o imieniu Boga, aby wyzwolić się ze 
zniewolenia przez przepotężną organizację. Boże, wspomóż mnie! Oto 
mimo całej mej słabości chcę Tobie służyć. Panie Jezu, Odkupicielu, 
Zbawicielu, zmiłuj się nade mną! 
Wytężam wszystkie siły. Żadne usprawiedliwienia "Strażnicy " już mnie 
wewnętrznie nie przekonują. Moja prośba zwrócona do Chrystusa jest 
jak wołanie pośród burzy. Błagam żarliwie, by Bóg wysłuchał mnie w 
Jego imię. Coraz boleśniej odczuwam moją wewnętrzną pustkę. Muszę 
odnaleźć drogę do Boga, jego słowo zapewnia, że kto szuka, ten 
znajdzie. Nie mogę zatrzymać się w połowie drogi ku Prawdzie, czy 
powrócić wręcz do starych błędów. Muszę szukać, lecz żeby znaleźć, 
muszę też nadal badać. I tak też odzyskałem pewien wewnętrzny pokój. 
Bóg widzi na pewno mój szczery wysiłek i moją mękę, w której do 
Niego wołam. Trzeba mi jeszcze większej pewności. To ma mnie 
umocnić do rozstrzygającego kroku, przed którym nie mogę i nie wolno 
mi się już cofnąć. 
 
 

background image

Co imię "Jehowa " znaczy dla Świadków 
 
Miało to imię dla mnie i ma dla wszystkich świadków przeogromne 
znaczenie. Ono wskazuje, kto jest prawdziwym świadkiem Boga, a kto 
nie. Jest ono znamieniem Świadków jako prawdziwego Bożego ludu 
Przymierza. Imię "Jehowa " wciąż jest przedmiotem szczególnej uwagi 
"Strażnicy ". 
(...) aby się przez to odróżnić od wszystkich fałszywych bogów, Stwórca 
Najwyższy Pan nadał sobie imię jedyne w swoim rodzaju
 ( "Strażnica " 
1957, str. 451). 
(...) ponieważ Jehowa jest wyłącznym imieniem Stworzyciela nieba i 
ziemi
 (1958, str. 350). 
Chrystusowe zgromadzenie dwudziestego wieku musi najpierw wiedzieć, 
co jest imieniem Boga, tak jak zostało ono objawione przez Jezusa 
pierwszym uczniom, a członkowie zgromadzenia muszą stać się 
świadkami tego wzniosłego imienia, tak jak byli nimi prorocy starego 
czasu, Jezus i chrześcijanie pierwszego stulecia. Tylko reszta 
namaszczonych Świadków Jehowy i ich dzisiejsi współtowarzysze 
posiadają głębokie zrozumienie Bożego imienia JEHOWA!
 (1955, str. 
441-2) 
Przed około zgromadzony lud zrozumiał, jak niezmiernie ważne jest to 
święte imię i zaczął więcej jeszcze o nim się uczyć. W roku 1926 
"Strażnica " z 1 lutego przyniosła czołowy artykuł "Kto będzie czcić 
Jehowę? " i odtąd imię Jehowa zajmuje szczególne miejsce w życiu Jego 
dzieci, powiększając swoje znaczenie
 (1954, str. 278). 
Musi to budzić pragnienie i nadzieję, by imię JEHOWA widzieć 
wyniesione ponad wszelkie imię w uniwersum. ..To są...znamiona 
prawdziwej religii
 (1954, str. 241). 
To nie Hebrajczykom, Izraelitom, Żydom zawdzięczamy niezwykle imię 
Boga. Żadne stworzenie na niebie i ziemi nie nadało Mu tego imienia. 
On sam je wybrał. Ogłosił je jako swoje imię mówiąc "Ja jestem 
Jehowa, to jest moje imię "
 (Izajasz 42,8; tłumaczenie elberfeldzkie). 
Aby prawdziwego Stworzyciela nowego nieba i nowej ziemi nazwać w 
sposób pełen czci, musimy Jego jedynego rodzaju imię "Jehowa " 
wspominać we wszystkich jego powiązaniach
 ( "Neue Himmel und eine 
neue Erde ", str. 12,13). 
Imię Jehowa jest więc dla Świadków święte. Jest jedyne w swoim 
rodzaju. Jest jedynym, wyłącznym imieniem Boga. Ma doniosłe 
życiowe znaczenie dla Świadków. Stanowi znamię prawdziwej religii. Z 
tych oświadczeń "Strażnicy " czerpią Świadkowie głębokie zrozumienie 
tego właśnie imienia Jehowa. 
W jaki szczególny sposób uzasadnia się cześć tego imienia u Świadków 
Jehowy? Biblia inspirowana przez samego Stwórcę używa wielokrotnie 
tego wyrażenia, począwszy od 1 Księgi Mojżesza

21

 2,4, gdzie w tzw. 

przekładzie "Nowego Świata " czytamy: "Oto historia nieba i ziemi w 
czasie ich stworzenia, w dniu, w którym Jehowa Bóg uczynił niebo i 
ziemię ". Stąd jesteśmy upoważnieni używać w odniesieniu do Boga 
określenia Jehowa Bóg, które On sam przez swoje natchnienie, przez 
swego Ducha, kazał zapisać w swoim świętym Słowie
 ( "Strażnica " 
1958, str. 356-357). 

background image

Zatem - jak uczy "Strażnica " - sam Bóg objawił to imię w natchnionym 
przez siebie Piśmie. Gdzie jest jednak ta Biblia, którą inspirował sam 
Bóg? Czy jest nią przekład Biblii "Nowego Świata ", Towarzystwa 
"Strażnica ", który imię Boga oddaje przez wyrażenie "Jehowa "? Czy 
tym Pismem natchnionym przez Boga jest elberfeldzki przekład Biblii? 
Czy jakiś inny z przekładów wyrażający imię Boga w formie "Jehowa "? 
Duch Święty inspirował pierwotny tekst Pisma św., ale nie jakikolwiek z 
jego nowoczesnych przekładów oddających imię Boga przez słowo 
"Jehowa ". A przecież jak mówi książka "Neue Himmel und eine neue 
Erde ": żadne ze stworzeń na niebie i na ziemi nie nadało Mu tego 
imienia

 
 
Skąd pochodzi imię Boże "Jehowa "? 
Stary Testament został napisany w języku hebrajskim. W piśmie 
hebrajskim imię własne Boga wyrażone jest przez cztery spółgłoski: 
JHVH. Samogłosek a,e,i,o,u pierwotnie w języku hebrajskim nie 
zapisywano. Z pełnej czci bojaźni wobec niepojętego Boga Żydzi za 
czasów Chrystusa nie wymawiali już Świętego imienia Bożego: mówili 
o Bogu zawsze " Adonai " (tzn. "Pan " ) albo tam, gdzie obok czterech 
znaków JHVH było słowo "Adonai " - "Adonai Elohim " (a w 
przekładzie greckim, zwanym Septuagintą: "Kyrios " bądź "Theos " ). 
Żydowscy uczeni, zwani masoretami, w czasie około roku 750 do 1000 
po Chrystusie, podjęli zadanie dokładnego utrwalania brzmienia tekstu 
hebrajskiego. Stąd umieścili m.in. pod spółgłoskami hebrajskimi znaki 
samogłosek. Przy słowie JHVH podstawili znaki samogłosek wzięte ze 
słów "Adonai " albo "Elohim ". Według reguł wokalizacji masoreckiej 
wpisali pod J w miejsce a znak e, tak że słowo to wyglądało teraz jak 
"Jehovah " albo "Jehovih ", i tak też imię Boże wymawiane było w 
późniejszych wiekach przez tych czytelników, którzy nie wiedzieli już, 
w jaki sposób powstało ono w tekście masoreckim. Imię "Jehowa " nie 
jest więc imieniem biblijnym, ale pojawiło się dopiero między wiekiem 
XI a XIV po przyjściu Chrystusa. 
 
 

Imię "Jehowa " okazało się błędem

 

 
Właściwą formą imienia JHVH w odniesieniu do Boga jest według 
językoznawców nie "Jehowa ", lecz "Jahwe ". Określenie "Jehowa " jest 
w każdym razie błędne. Prawie wszyscy uczeni i badacze są co do tego 
zgodni. Encyklopedie niemieckie mówią o imieniu "Jehowa ": 
"jehowa - błędnie zamiast jahwe " (Knaur ). 
"jehowa - zobacz jahwe " ( Brockhaus ).
 
O imieniu "Jahwe ": 
"jahwe (błędnie jehowa), imię Boga w S.T " (Knaur). 
"jahwe, pierwotna wymowa imienia własnego Boga Izraela " 
(Brockhaus)

Nawet chętnie i często cytowany przez Świadków Jehowy elberfeldzki 
przekład Biblii mówi w przedmowie (str. 4) na temat imion Bożych 
następująco: Jehowa - zachowaliśmy to imię Boga Przymierza Izraela, 

background image

ponieważ czytelnik od lat przyzwyczaił się do niego... Nowsi uczeni 
przyjmują niemal jednogłośnie, że zamiast "Jehowa " czy " Jehowi " 
należy czytać "Jahwe "

Towarzystwo "Strażnica " albo przywódcy Świadków Jehowy muszą 
przyznać sami. - w książce pt. "Uzbrojony do każdego dobrego dzieła 
"

22

, str. 25 - że imię "Jehowa " nie jest formą pierwotną. Przez lata bracia 

z Brooklynu nie dostrzegali, co o imieniu Boga mówią encyklopedie, 
uczeni i np. elberfeldzki przekład Biblii, w końcu jednak musieli 
przyznać, że imię "Jehowa " jest błędne, natomiast właściwą i pierwotną 
formą jest "Jahwe ". Czy więc imię "Jehowa " stanowi dowód 
prawdziwej religii? Dlaczego przywódcy Świadków nie odrzucają 
imienia Jehowa, skoro przekonali się, że jest ono określeniem 
fałszywym? Dlaczego nie nazywają siebie oficjalnie, zgodnie z 
właściwym imieniem Bożym, Świadkami Jahwe? 
Przyzwyczajenie czy tradycja odgrywa również i u nich ogromną rolę. 
Świadkowie przywykli do imienia Jehowa. Zważmy, jak wielkie 
znaczenie do tego imienia przywiązuje "Strażnica ". Poniechanie 
zwyczaju nazywania Boga Jehową wywołałoby dla organizacji fatalne 
skutki. Cała mozolnie zdobyta popularność zostałaby stracona. 
Przywódcy Świadków zdają się mieć mentalność ludzi interesu. Nie 
zmienia się dobrze znanego imienia firmy, chociaż dawno zmieniło się 
imię właściciela... Nie może być innego powodu, dla którego bracia z 
Brooklynu trzymają się uporczywie błędnego imienia Boga - "Jehowa ". 
W przedmowie do angielskiego przekładu Nowego Testamentu, 
zwanego przekładem "Nowego Świata ", kierownictwo brooklyńskie 
uzasadnia trwanie przy błędnej formie imienia Bożego tym, że imię 
"Jehowa " przyjęło się już w XIV wieku (New World Translation, str. 
25). Bracia są tu niekonsekwentni, bowiem gdzie indziej odrzucają 
wszelką tradycję ludzką, trzymając się bezwzględnie samej tylko Biblii. 
Dlaczego nie zerwać także z ludzką tradycją błędnego podawania 
imienia Bożego? Byłoby .to konsekwentne! Ale miałoby też poważne 
następstwa dla organizacji Świadków Jehowy. 
 
 

Zwolennicy tradycji ludzkich - kłamcami

 

 
Towarzystwo "Strażnica " odrzuca i potępia wszystkie tradycje religijne, 
na które nie można znaleźć dowodu w Biblii. W książce pt. "Bóg 
pozostaje prawdziwy "*,

23

 pisze się na ten temat: 

Właśnie ze względu na spór o tradycje i przepisy przywódców 
religijnych popadł wielki Nauczyciel z Nazaretu w konflikt z rabinami... 
Czytamy o tym następującą relację: "Wtedy przyszli do Jezusa 
faryzeusze i uczeni w Piśmie z Jerozolimy z zapytaniem: Dlaczego Twoi 
uczniowie postępują wbrew tradycji starszych?... On im odpowiedział: 
Dlaczego i wy przestępujecie przykazanie Boże dla waszej tradycji?... Ze 
względu na waszą tradycję znieśliście przykazanie Boże (...) Obłudnicy... 
" (Mt 15, 1-7). I tak udowodnione zostało, że zwolennicy tradycji 
religijnych byli kłamcami
( "Bóg pozostaje prawdziwy ", str. 11-12). 
Paweł przewidział, że ludzie, którzy uważają się za duchownych 
chrześcijańskich 
(albo za duchowych przywódców, jak Knorr i Franz - 

background image

dopisek autora), zbudują system przepisów religijnych i przekazów, i tak 
zakryją prawdę członkom organizacji religijnych. Dlatego napisał: 
Baczcie aby kto was nie zagarnął w niewolę... na podstawie podań 
ludzkich
 (por. Kol 2,8). Paweł wiedział, że te podania ludzkie byłyby 
kłamstwami
 (j.w., str. 16). 
Stwierdziłem to, co przyznają sami przywódcy Świadków Jehowy, że w 
najważniejszej kwestii dotyczącej imienia Bożego Świadkowie trzymają 
się tradycji ludzkich z XIV wieku. Bynajmniej nie myślą o tym, żeby 
zerwać z takimi tradycjami, i odrzucić swoje fałszywe Boże imię. 
Trwają nadal przy błędnym imieniu "Jehowa " i nadal nazywają siebie 
Świadkami Jehowy. Nadal też będzie się próbować bagatelizować tę 
sprawę tak, aby zwolennicy Towarzystwa "Strażnica " nie zrazili się 
tradycjami, które powinni właściwie potępić i odrzucić. 

   

MÓJ ŚWIATOPOGLĄD ROZPADŁ SIĘ W GRUZY

 

 
Kiedy jako jeniec wojenny przebywałem w angielskim obozie, pytałem 
siebie, czy Bóg może mi przebaczyć mą winę. To pytanie nurtowało 
mnie dogłębnie i ono sprawiło, że stałem się Świadkiem Jehowy. 
Sądziłem, że znalazłem "prawdę " i otrzymałem przebaczenie Boga, 
kiedy trzymałem w rękach dokument potwierdzający moją szczególną 
służbę "pioniera ". Dziś moja wiara legła w gruzach. Sądziłem, że 
prawdziwie służę Bogu. Komu ja jednak naprawdę służyłem? Sądziłem, 
że moja wina została zmazana, a oto staje teraz przede mną nowa 
przeogromna wina. Tysiącom ludzi głosiłem błędną naukę. Setki 
umocniłem w tej błędnej wierze. Dziś muszę ostatecznie uznać: moje 
dążenie, by służyć Bogu było daremne. Nie przyłożyłem ręki do sprawy 
Bożej, ale podałem rękę przemożnej organizacji, ludziom zarozumiałym 
i próżnym, jeśli nie wręcz przeciwnikowi Boga. Oddałem siebie z duszą 
i z ciałem. Teraz, poznawszy prawdziwe imię Boga, zrozumiałem jasno: 
Bóg nie może stać za Towarzystwem "Strażnica " i nigdy za tą 
organizacją nie stał! Zrozumienie tego podcięło ostatecznie moje 
psychiczne i fizyczne siły. Przed oczyma stoi mi ogrom mojej winy. Co 
jest w ogóle prawdą? Gdzie znaleźć Boga ? Czy On w ogóle istnieje? Do 
tego doszedłem, że zaczynam wątpić w samo istnienie Boga. Modliłem 
się, wiele się modliłem - ale wydaje mi się, że na próżno. 
Jak naprawdę wygląda życie? Nie wiem! Żyłem dotąd nauką Świadków 
Jehowy, patrząc na wszystko tylko poprzez okulary "Strażnicy ". Tak 
jedynie poznawałem rzeczywistość. Świat był dla mnie czymś 
diabelskim, zakłamanym, bo usiłował oderwać mnie od prawdziwego 
Boga. Teraz stoję zagubiony pośród tego świata, którego nie znam. 
Gdzie mam szukać prawdy i sprawiedliwości? Gdzie szukać Boga? 
Świat jest w rękach szatana, czego więc mam oczekiwać od tego świata 
? Religię katolicką, ewangelicką i inne religie utworzył przecież szatan, 
bóg tego świata. Jak więc mam znaleźć w nich prawdę? Czy cały świat 
nie jest jednym wielkim kłamstwem? "Strażnica " zwiodła mnie w 
samych fundamentach postawy religijnej. W co mam jeszcze w ogóle 
wierzyć? 

background image

Jestem u kresu. Wszystkie kryteria wiary rozsypały się, w myślach mam 
chaos. Gdzie tu jest wyjście? Nie widzę go, żyję i pracuję jak we śnie. 
Znalazłem pracę na terenie Szwajcarii. Jeden z kolegów zorientował się 
w moim stanie i wkradłszy się w moje zaufanie podle go nadużył. 
Zapłaciłem za to drogo. Stałem się jeszcze bardziej sceptyczny wobec 
ludzi. Nikomu nie ufam, nikomu nie wierzę. Wobec upadku sił, każda 
praca fizyczna staje się dla mnie zbyt ciężka. Nie mogę też mimo 
wszelkich wysiłków skupić myśli na tym, co robię. Jestem podatny na 
każdą infekcję. Toteż tracę miejsce pracy. Walą się teraz na mnie 
wszelkie możliwe nieszczęścia. Zapadam na ciężką chorobę serca. Moje 
siły fizyczne załamują się ostatecznie. Ponieważ pracowałem na terenie 
Szwajcarii, tracę uprawnienia do zasiłku chorobowego i dla 
bezrobotnych. Aby rodzina nie umarła z głodu, żona idzie do pracy. 
Zarabia niewiele, a koszty mego leczenia rosną. Coraz bardziej toniemy 
w długach. Pozbawiony jestem w chorobie pielęgnacji, bo żona zajęta 
pracą nie ma już czasu dla mnie. Nadto muszę troszczyć się o troje 
naszych dzieci. Nie widzę z tej sytuacji wyjścia. Wydaje mi się, że 
jesteśmy pod każdym względem zgubieni. 
Po długich miesiącach mój stan poprawia się na tyle, że próbuję na 
nowo pracować. Ale przez cały ten długi czas wadzę się z Bogiem i 
moim losem. Dopiero po długiej walce wewnętrznej dochodzę do tego, 
że nie wątpię już w istnienie Boga. Bóg jest dla mnie rzeczywistością, 
większą aniżeli wszystko wokół mnie. Jestem tylko przekonany, że 
żadna organizacja religijna na ziemi nie służy naprawdę Bogu. 
Nie mogę sprostać wymogom podjętej pracy. Ponownie powala mnie 
choroba. Cała rodzina zebrana wokół mnie modli się do Boga, którego 
nie znamy. Żarliwie zwracamy się do Chrystusa, naszego Zbawiciela, 
we wspólnej modlitwie o łaskę i Światło Boże. 
Żona znowu musi iść do pracy, bo ja pracować nie mogę. Trudności 
finansowe rosną. Nie wiemy, co wpierw zapłacić i skąd wziąć na to 
pieniądze. Nie wystarcza nawet na jedzenie. Myślimy już tylko o 
dzieciach. Wszystkiego wyrzekamy się dla nich, byle tylko one były 
syte i zdrowe. Ale na tym nie dość nieszczęść! Z kolei zapada ciężko na 
zdrowiu moja żona. Przewieziona zostaje do szpitala. Przeprowadzona 
tam operacja powoduje nowe długi. Zmuszony mimo wszystko 
pracować, zostaję przedstawicielem pewnej firmy. Ale albo mam do 
ludzi zbyt wielkie zaufanie i doznaję potem gorzkich, bardzo gorzkich 
zawodów, albo jestem nazbyt nieufny i nie działam właśnie tam, gdzie 
działać byłoby trzeba. Tak więc moje życie determinuje coraz bardziej 
duch ciągłej negacji: Jestem bliski rozpaczy. Pytam siebie często, po co 
ja jeszcze w ogóle żyję. Czy nie zawiodłem na całej linii? I czy moja 
rodzina, moje biedne, niewinne; dzieci muszą za to pokutować? 
Jakie wskazania mogła mi dać "jedyna prawdziwa " religia Świadków 
Jehowy w odniesieniu do rzeczywistości życia na ziemi? Nie dała mi 
żadnych, absolutnie żadnych. W zetknięciu z życiem takim, jakim ono 
jest, zawodzę, bo nie jestem przygotowany do niego. 
To było nazbyt piękne głosić Królestwo Boże jako jedyny ratunek 
świata. Wszystko inne nie obchodziło mnie, skoro miałem to, co do 
życia najniezbędniejsze. Wszystkiego innego oczekiwaliśmy od nowego 
świata. Po co zajmować się tutaj rzeczami codzienności? Wszystkie 

background image

problemy rozwiąże już rychło Har-Magedon, jeśli tylko wytrwamy w 
służbie. Ale domek i ogród w "nowym świecie " Świadków Jehowy był 
jednak tylko snem. Sen rozwiał się w nicość i oto stoję nie wiedząc co 
dalej. 
Wciąż od nowa modlimy się wytrwale do Boga. Nie otrzymując 
odpowiedzi sądzę, że moja wina wobec Niego jest tak wielka, że nigdy 
jej nie zmażę. Ogarnia mnie rozpacz. Cóż mi pozostaje? Długo zmagam 
się ze sobą, zanim zdobędę się na to, co najbardziej dla mnie możliwe: 
najwyższym wysiłkiem woli zwracam się znowu do Pisma, aby w nim 
znaleźć pocieszenie. 
 

***

 

 
W roku 1957 pozbawiono mnie członkostwa we wspólnocie Świadków 
Jehowy. Całkowicie rozdarty wewnętrznie udałem się na zebranie, gdzie 
ogłoszono me wyłączenie. Oskarżono mnie tylko - o konsekwencje i 
nieteokratyczne postępowanie. Nie pytano: dlaczego? Nie wolno mi się 
było tłumaczyć. Na próżno oczekiwałem sprawiedliwego, życzliwego 
zrozumienia moich wewnętrznych trudności. Czy brat Franke, obecny 
na zebraniu, wiedział, co się we mnie dzieje? Czy wiedział, że jestem 
jak chwiejąca się trzcina, ponieważ moje zaufanie poderwały rzeczowe 
argumenty? Czy wiedział, że właśnie dlatego czułem się zagubiony? 
Drodzy bracia, łatwo jest osądzić człowieka, który nie spełnił 
oczekiwań, i potępić go - trudniej zrozumieć, co się dzieje w jego sercu. 
A nawet gdy kogoś oskarża własne sumienie, to czy "pomóc " można 
mu tylko przez to, że odmówi mu się chrześcijańskiej wspólnoty? 
Nie chciałbym nikogo potępiać. Nie chciałbym o nikim mówić źle. Nie 
chcę nienawidzić. Właśnie dlatego, że tak drogo musiałem zapłacić za 
mój błąd. Myślę o słowach Jezusa: "Kto z was jest bez grzechu, niech 
pierwszy rzuci na nią kamień ". Nie rzucam na innych kamieni. Ale 
zrozumiałem, stając w sumieniu przed Bogiem, że mam święty 
obowiązek zachować innych od nieszczęsnych błędów "Strażnicy ". 
Dlatego piszę o mych przeżyciach i refleksjach - z poczucia obowiązku, 
z miłości bliźniego, a nie po to, by siebie usprawiedliwić. Apostoł Paweł 
wezwał wystarczająco wyraźnie w Liście do Kolosan, abyśmy oblekli 
się w "serdeczne miłosierdzie ", byśmy z wszelką mądrością jedni 
drugich nauczali i napominali. Toteż z wszelką miłością, ale też jasno i 
zdecydowanie, chcę mówić dalej o błędnych naukach moich dawnych 
współbraci, chociaż niektórzy próbują oczernić moją osobę, aby przez to 
pozbawić skuteczności moje krytyczne słowa. Stoczyłem z sobą ciężką 
walkę. Często i długo prosiłem Boga o łaskę i pomoc. Niełatwe jest w 
mej sytuacji moje przedsięwzięcie. Ufam, że zabierając głos, dopomogę 
wielu wyzwolić się ze zniewolenia przez przemożną organizację i 
odnaleźć drogę powrotu do Chrystusa. Pan pozwala odnaleźć siebie tym, 
którzy Go szczerze szukają. W to już nie wątpię. Nie na próżno spłynęła 
na naszą ziemię bezcenna, odkupieńcza krew Zbawiciela. Jeśli modlimy 
się szczerym sercem, Bóg nie pozwoli nam zginąć. On błogosławi 
prawym zamiarom - tak mówi słowo Pisma, takie jest moje przekonanie. 
Jeśli i rozpacz skłoniła mnie do pisania tej książki, to jednak moje 
istotne motywy są czyste. Nareszcie w mej przygnębiającej sytuacji, w 

background image

załamaniu się dotychczasowych przekonań dojrzałem stojące przede 
mną zadanie. Nie spocznę, póki go nie wypełnię. Co znaczy moja 
fizyczna słabość, bieda materialna? Mogę pomóc innym, ostrzec ich i 
zachować od błędów, wyzwolić z nich dawnych współbraci. To jest dla 
mnie największe szczęście. Co dzień, co godzinę niemal rośnie moja 
wiara w siebie, moja ufność, że odnajdę Boga, odnajdę Go na tej drodze. 
 
Ciąży na mnie jeszcze wiele z balastu nauk "Strażnicy " i trudno mi się 
go pozbyć, ale z pomocą Bożą ostoję się w mojej wewnętrznej walce. 
Stąd moje mocne postanowienie: porównać naukę Świadków Jehowy z 
tym, co mówi Biblia; ale porównać także z sobą najrozmaitsze pisma 
"Strażnicy " i przedstawić wyniki tych badań. 
Po nocach bezsenności i męki przezwyciężyłem najpoważniejsze 
wątpliwości. Stałem się wolny - mogę bez z góry powziętych sądów 
zbadać naukę "Strażnicy ". Dzięki za to Ojcu Niebieskiemu i Jego 
Synowi, Jezusowi Chrystusowi. Niech Bóg zachowa mnie od oskarżeń 
niezgodnych z duchem chrześcijańskim, niechaj umocni mnie w 
chrześcijańskiej miłości!  

  

 

FALSZYWI PROROCY   

"Znaleźli się fałszywi prorocy wśród ludu tak samo, jak wśród was będą 
fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje "
 (2P 
2,1) Przez całe lata głosiłem: "Czyńcie pokutę, nadeszło Królestwo, 
owszem, już tu jest. Chrystus Jezus panuje pośród swoich wrogów ". 
Jaką religię wyznajesz? Jesteś katolikiem? ewangelikiem? Należysz do 
jednej z wielu wspólnot chrześcijańskich ? Jesteś wyznawcą islamu? 
Buddy? Czy jakiejś innej religii niechrześcijańskiej ? - Otóż przyjmij do 
wiadomości, że zostaniesz zatracony w bitwie bożej pod Har-Magedon. 
Dlaczego? Dlatego, że wyznajesz religię wrogą Bogu. Dlatego, że przez 
nią kłaniasz się w rzeczywistości szatanowi, przeciwnikowi Boga. Tak 
uczyłem i tak głoszą jeszcze dziś Świadkowie Jehowy

24

. Czas końca 

Czas, w którym dziś żyjemy, jest czasem końca tego świata. Har-
Magedon oznacza zamknięcie. Tutaj wszyscy, którzy nie są Świadkami 
Jehowy, znajdą wieczną śmierć. Obojętnie, czy w dobrej wierze żyjesz 
w jakiejś innej religii, czy kierując się uczciwością działasz jako polityk 
- zginiesz! Według nauki Świadków Jehowy takie jest postanowienie 
Boga. Dokładny czas końca obliczają świadkowie według Biblii. Miał 
on się zacząć w roku 1914. My wszyscy żyjemy dziś jeszcze tylko 
dlatego, że Jehowa Bóg w swojej dobroci dał od roku 1918 swoim 
Świadkom czas na głoszenie nauki, aby możliwie wielu ludzi ze 
wszystkich narodów zostało uratowanych od zagłady. Zostań 
Świadkiem Jehowy! Inaczej w krótkim czasie zginiesz! Zostań 
Świadkiem Jehowy! Wtedy przetrwasz koniec starego świata i 
przeżyjesz początek nowego, szczęśliwego. Nie wierzysz? Zapytaj 
któregokolwiek Świadka Jehowy. On ci to potwierdzi. Od ośmiu 
dziesiątków lat głoszona jest "dobra nowina o czasie końca ". Pospiesz 
się! Czas nagli! Wyobrażenia Świadków Jehowy dotyczące czasu końca, 

background image

jego początku, jego trwania, wydarzeń z nim związanych i jego finału w 
Har-Magedonie stanowią treść decydującego orędzia szerzonego z 
Brooklynu przez kierujących organizacją braci. Ten czas końca jest 
rzeczą, która decyduje o być albo nie być Świadków Jehowy. 1914 - to 
rok, w którym - jak uczą Świadkowie zaczął się według Biblii czas 
końca. 1914 to rok, w którym nastąpiło najważniejsze wydarzenie tego 
czasu: powtórne przyjście Chrystusa. - W to każą wierzyć Świadkowie 
Jehowy. Tymczasem właśnie ta, tak ważna dla nich nauka nie 
wytrzymuje gruntownej krytyki. Pismo święte przeciwko obliczaniom 
czasów Wymieniłem lata 1914 i 1918. Świadkowie wyliczyli te daty 
posługując się Biblią. Te obliczenia muszą być fałszywe, bowiem 
Chrystus powiedział: Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które 
Ojciec ustalił swą władzą
 (Dzieje Apostolskie 1,7). Te słowa Chrystusa 
wykluczają właściwie kwestię jakichkolwiek kalkulacji czasowych 
dotyczących końca świata. Także i rozdział 24 Ewangelii św. Mateusza, 
na który stale powołują się Świadkowie, aby dowieść, że nadszedł czas 
końca, przemawia przeciwko obliczaniu czasu powtórnego przyjścia 
Chrystusa: Ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach 
niebieskich z wielką mocą i chwalą (wiersz 30). Lecz o dniu owym i 
godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec
 
(wiersz 36). Powstaną fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i działać 
będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także 
wybranych
 (wiersz 24). Także Ewangelia św. Łukasza przestrzega przed 
fałszywymi ustaleniami: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu 
bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: " Ja jestem " oraz: 
"Nadszedł czas ". Nie chodźcie za nimi! 
Widzimy zatem: jeżeli 
Świadkowie Jehowy twierdzą, że obliczyli czas końca świata, to wiedzą 
więcej, niż wiedzieć mogą i wiedzieć im wolno. Bo nawet ci, którzy - 
jak Świadkowie Jehowy - uważają się za wybranych przez Boga, nie 
mogą określić czasu końca, chociażby posługiwali się przy tym Biblią. 
Ewangelia św. Łukasza przestrzega dobitnie przed głoszeniem, że 
"nadszedł czas ". Co pierwszy prezydent Świadków Jehowy głosił o 
czasie końca? Charles Taze Russel, zwany Bratem albo Pasterzem 
Rusellem, prezydent Świadków Jehowy do roku 1916, głosił następujące 
"orędzie Boże " o czasie końca i wydarzeniach poprzedzających 
powtórne przyjście Chrystusa: Czas końcowy, okres 115 lat, od 1799 do 
1914, jest oznaczony w szczególny sposób w Piśmie
 ( "Wykłady Pisma 
św. ", tom 3; w wydaniu niemieckim str. 19). Russel wykazuje 
następnie, że to rok 1799 ustalony jest niezbicie w Piśmie jako rok 
początku końca, ponieważ potwierdza to trzykrotnie prorok Daniel w 
swej księdze, w rozdziale 11. Interesujące stwierdzenie dla młodych 
Świadków Jehowy, od niedawna dopiero trwających w "prawdzie "... W 
powiązaniu z czasem końca Russel wskazuje na postać Napoleona, 
którym "Opatrzność " posłużyła się jako narzędziem, aby złamać 
"potęgę papiestwa ": Publiczna kariera Napoleona Bonaparte, w którym 
już za jego czasu rozpoznano "męża przeznaczenia ", jest przedstawiona 
tak wyraźnie przez opis proroczy, że ustala pozytywnie datę 
"określonego czasu " .Ten sposób określania jakiejś daty jest ścisły. Jeśli 
wykażemy, że wspomniane tu w proroctwie wydarzenia są zgodne z 
dziejami Napoleona, możemy z całą pewnością rozpoznać tę datę (...) 

background image

Dzieje Napoleona wyznaczyły w świetle proroctwa rok 1799 po 
Chrystusie jako koniec 1260 lat władzy papiestwa i początek okresu 
zwanego czasem końca
 ( "Wykłady " 3,132) 1799 - początek czasu 
końca! 115 lat - a więc do roku 1914 - trwanie tego okresu! Daty 
ustalone ściśle biblijnie! A rok 1914 ? Ostatni rok czasu końca? W tym 
roku nastąpi według Russela tysiącletnie królestwo i zmartwychwstanie 
książąt Abrahama, Izaaka, Jakuba itd.
 ( "Wykłady " 3,132). W roku 
1914 zniknie to, co Bóg nazywa Babilonem, a ludzie chrześcijaństwem - 
jak to zostało już wykazane z przepowiedni
 ( "Wykłady " 3,146). 
Ustanowienia ziemskich regentów nie możemy jednak oczekiwać przed 
upływem "czasu pogan "

25

, w październiku 1914. U początku Królestwa, 

w końcu roku 1914, godność panujących przyobleką więc ...jedynie 
zmartwychwstali święci Starego Przymierza od Jana Chrzciciela wstecz, 
aż do Abla, Abrahama, Izaaka, Jakuba i wszystkich proroków
 ( 
"Wykłady " 4,325). W tym rozdziale dajemy biblijny dowód na to, że 
całkowity koniec pogan... osiągnięty zostanie z rokiem 1914 i z tą chwilą 
znajdzie kres władztwo ludzi niedoskonałych...
 ( "Wykłady " 2,76). 
Pastor Russel uczył więc o roku 1914: początek Millenium, to znaczy 
tysiącletniego panowania Chrystusa; zmartwychwstanie książąt - 
Abrahama, Izaaka itd. i ustanowienie ich widzialnymi władcami na 
ziemi; zniknięcie tego, co ludzie nazywają chrześcijaństwem; koniec 
wszelkiego ludzkiego porządku politycznego; początek Królestwa 
Bożego na ziemi. Powtórne przyjście Chrystusa nastąpiło według 
Russela w roku 1874. Dowodził tego następująco: (...) Znów 
znaleźliśmy, że drugi Adwent naszego Pana wskazany został przez 
proroka Daniela (12,1), jednakże w taki sposób, że pozostał zakryty, aż 
przepowiedziane poprzedzające go wydarzenia przeszły do historii... 
Niechaj nie ujdzie naszej uwadze, że w obliczeniach podanych tu 
symbolicznych czasów posłużyliśmy się tym kluczem, który został nam 
dany w sposobie, w jaki zapowiedziany był pierwszy Adwent, a 
mianowicie - że jeden dzień symboliczny przedstawia jeden faktyczny 
rok. I tak doszliśmy jasno na podstawie Pisma, że czasem drugiego 
Adwentu (powtórnego przyjścia) naszego Pana jest rok 1874, i to 
październik tego roku, jak to zostało wykazane w tomie 2, rozdziale 6
 
(2,118). Tak więc z natchnienia Bożego miał się Russel dowiedzieć, że 
Chrystus przyszedł powtórnie nie w roku 1914, lecz o 40 lat wcześniej - 
w roku 1874. O zmartwychstawniu 144 tysięcy, również jednym z 
wydarzeń z czasu końca i powtórnego przyjścia Chrystusa, uczył Russel: 
A że zmartwychwstanie Kościoła (czyli 144 tysięcy) musi nastąpić kiedyś 
podczas "końca "... sądzimy w pełnej harmonii z całym planem Pana, że 
wiosną roku 1878 wskrzeszeni zostali jako istoty duchowe podobne do 
swego Pana i Mistrza wszyscy święci Apostołowie i wszyscy Zwycięzcy 
ery chrześcijańskiej, którzy zasnęli w Jezusie
 (3,219). Zatem według 
Russela - w roku 1878 nastąpiło zmartwychwstanie "zrodzonych z 
ducha ". Prawda W roku 1914 nie rozpoczęło się tysiącletnie panowanie 
Chrystusa. Nie wstali z grobów książęta. Nie została złamana tzw. 
potęga papiestwa. Panowanie nad ziemią nie przeszło na książąt 
Russela. Nie przestało istnieć to, co ludzie nazywali chrześcijaństwem. 
Nie skończyło się panowanie ludzi niedoskonałych. Wszystkie 
przepowiednie czy proroctwa Russela były więc fałszywe. Wybuchła 

background image

pierwsza wojna światowa i Russel musiał pogrzebać swe nadzieje na rok 
1914. Przesunął spełnienie się wszystkich wydarzeń związanych z 
końcem świata na rok 1916 bądź 1918. Los był jednak dla niego 
łaskawy. Umarł, zanim by musiał przeżyć nowe ciężkie rozczarowanie. 
Bowiem ani w roku 1916, ani w roku 1918 nie wydarzyło się nic z tego, 
co przepowiedział. Russel przepowiadał jeszcze wiele innych wydarzeń 
dotyczących końca świata. I tak na przykład w roku 1881 miało nastąpić 
zakończenie "wzniosłego wezwania " 26 oraz przywrócenie Izraela jako 
narodu w Palestynie. Także i te proroctwa nie spełniły się. Charles Taze 
Russel okazał się jednoznacznie fałszywym prorokiem. Jeśli przywódcy 
Świadków Jehowy każą poprzez amerykańskiego pisarza Marleya Cole 
pisać o Russelu, że "Świadkowie widzą. w nim pierwszego wielkiego 
pioniera prawdziwej odnowy nauki, dzieła dalekosiężnego i 
donioślejszego dla potomności od wszystkiego, czego dokonano od dni 
Jezusa i Apostołów ", trzeba to nazwać fałszowaniem historii. Uczynił 
on dla Królestwa Mesjasza więcej niż ktokolwiek, kiedykolwiek żyjący 
na ziemi
 (słowa Rutherforda o Russelu według "Strażnicy " z 1.12.1916, 
str. 374; Marley Cole, "Świadkowie Jehowy " str. 53). Rzeczywiście: 
takiego bezsensu, jakiego o Królestwie i Mesjaszu uczył Russel, nie 
głosił przed nim nikt inny. Wszystkie ważne nauki i obliczenia Russela 
zostały odrzucone przez jego następców. Eksperyment Rutherforda ze 
spuścizną po Russelu Czy Rutherford myślał o cytowanych wyżej 
słowach, kiedy siedząc przy swoim biurku szukał drogi wyjścia ze ślepej 
uliczki, w którą Russel wprowadził "poważnych badaczy Pisma "? W 
wyniku fałszywych przepowiedni poczynionych i pozostawionych przez 
Russela organizacja Świadków znalazła się w poważnym kryzysie. Już 
od początku odłączały się pojedyncze grupy od Towarzystwa "Strażnica 
". Odbiło się to nawet na małżeństwie Russela. Ale rozczarowania lat 
1914-1918 zagroziły samemu istnieniu organizacji. Wielu Świadków, 
którzy zachowali zdrowy rozsądek, zrozumiawszy, że dali się nabrać, 
odwróciło się od utopii "Strażnicy ". Rutherford widział, że tylko jakieś 
zupełnie nowe proroctwo o końcu starego świata i początku nowego 
może uratować organizację. Naturalnie nie mógł od razu odrzucić 
wszystkiego, czego uczył Russel. Trzeba było jakoś do tego nawiązać. I 
tak wystąpił ze sloganem: "Miliony żyjących teraz nigdy nie umrą ". Był 
to jednocześnie tytuł książki, którą rozpowszechnił w milionach 
egzemplarzy. Stanowiło to pierwszą deskę ratunku: rok 1925, nowa 
data! Początek tysiącletniego Królestwa jest już w bliskiej, uchwytnej 
przyszłości! Tysiące uczepiły się teraz tej daty. "Miliony żyjących w 
roku 1925 nigdy nie umrą " Hasło rzucone w roku 1920 stanowi dla 
dzisiejszych Świadków Jehowy coraz większy kłopot. Bo lata płyną i z 
dawnych słuchaczy, którym w roku 1920 Rutherford głosił orędzie o 
nieśmiertelności, niewielu już pozostało przy życiu... Ale w latach 
bezpośrednio po pierwszej wojnie światowej hasło rzucone przez 
Rutherforda nadawało się do ratowania rozpadającej się organizacji. Jak 
zawsze w czasach powszechnego kryzysu i zamętu, każda teza znajdzie 
zwolenników, jeśli tylko zawiera wspaniałe obietnice i głoszona jest 
wystarczająco odważnie. Tak było też ze sloganem: "Miliony żyjących 
w roku 1925 nigdy nie umrą ! " Rutherford dobrze wybrał czas 
proklamowania tego zuchwałego proroctwa. Śmierć zebrała właśnie 

background image

obfite żniwo. Narody żywiły tylko jedno pragnienie: pokój i 
bezpieczeństwo! W takiej chwili wystąpili przywódcy Świadków 
Jehowy z Rutherfordem na czele, obiecując z niesłychaną pompą, że w 
roku 1925 znękana ludzkość zostanie wyzwolona od trosk i cierpień. W 
tym czasie beznadziei wielu łatwowiernych padło ofiarą ułudy szerzonej 
przez fałszywych proroków. Mimo pomyłek i zawodów z lat 1914-1918 
znalazły się znowu dziesiątki tysięcy ludzi przyjmujących za 
wiarygodne naiwne proroctwo. Wiem, że dzisiaj wobec młodszych braci 
przedstawia się te sprawy inaczej. W ogóle wszystko dawne, co stało się 
niewygodne, przedstawia się dzisiaj w korzystnym świetle. W książce: 
"Miliony żyjących teraz nigdy nie umrą " czytamy: Jak to 
przedstawiliśmy poprzednio, początek odpowiednika wielkiego Roku 
Jubileuszowego

27

 przypada na rok 1925. W tym czasie ma istnieć 

ziemska faza królestwa... Dlatego możemy ufnie oczekiwać, że z rokiem 
1925 nastąpi powrót Abrahama, Izaaka, Jakuba i innych wiernych 
proroków Starego Przymierza - szczególnie tych, których imiona 
wymienia Apostoł w Liście do Hebrajczyków, 11 - do stanu ludzkiej 
doskonałości
 (rozdział "Ziemscy władcy "). (...) stąd, że kończy się i 
dlatego ginie stary porządek rzeczy, stary świat, a nadchodzi porządek 
nowy, że rok 1925 wyznacza wskrzeszenie wiernych Zwycięzców czasów 
Starego Przymierza i początek przywrócenia wszystkich rzeczy, można 
rozumnie wnioskować, iż miliony ludzi żyjących obecnie będą jeszcze w 
roku 1925 na ziemi. A dalej, opierając się na obietnicach złożonych w 
słowie Bożym, musimy dojść do pozytywnego i bezspornego wniosku, że 
miliony żyjących teraz nigdy nie umrą
 (rozdział "Pozytywna obietnica 
"). Przyszedł rok 1925, a z nim - fiasko! Nie powstało bowiem ziemskie 
Królestwo Jehowy. Abraham, Izaak, Jakub i wszyscy dawni prorocy nie 
postali z grobów, a miliony tych, którym powiedziano, że nigdy nie 
umrą, jeśli doczekają roku 1925, zostało dawno pochowanych. Jest 
przekręcaniem faktów, jeżeli twierdzi się dzisiaj, że słowa Rutherforda 
jeszcze się kiedyś spełnią. Przecież Rutherford nie przewidywał żadnej 
późniejszej daty aniżeli rok 1925. Jest to fakt, od którego na próżno 
próbują odwrócić uwagę przywódcy "Strażnicy ". Tak więc również i 
drugi prezydent Świadków Jehowy - Joseph Franklin Rutherford - 
okazał się fałszywym prorokiem. Wielu na tyle głupich, by po fiasku lat 
1914-18 jeszcze raz dać się zwieść obietnicami Rutherforda, odwróciło 
się z rozczarowaniem od Świadków. Pomimo tego fiaska w roku 1925 
Rutherford nie zrezygnował. Chociaż "książęta " w roku 1925 nie 
zmartwychwstali, kazał w San Diego (Kalifornia, USA) wznieść dom-
willę nazwany "Beth Sarim ", "Dom Książąt ". Tam mieli zamieszkać 
książęta, kiedy powstaną z grobów. Zmartwychwstanie Abrahama, 
Izaaka, Jakuba i innych książąt przesunął Rutherford na czas 
nieokreślony przed Har-Magedonem. Ale i tu twierdzenia Rutherforda 
okazały się zawodne. Jego następca, Knorr, kazał sprzedać "Dom 
Książąt ", wyjaśniając, że spełnił on już swój cel jako świadectwo dane 
Jehowie. Znowu fałszywe przedstawienie sprawy, bo przewidzianego 
celu - stać się siedzibą zmartwychwstałych patriarchów Starego 
Testamentu - "Beth Sarim " nie spełnił. Na to przecież została 
pierwotnie wybudowana ta willa. Czy zniekształcając w ten sposób 
prawdę również i Knorr nie okaże się fałszywym prorokiem? Rutherford 

background image

rewiduje kalendarz Świadków Zaledwie zdołano w jakiejś mierze 
przezwyciężyć ubytek liczby członków spowodowany fałszywymi 
przepowiedniami z roku 1914 i 1925, rozpoczął Rutherford rewizję 
kalendarza "biblijnego ". Z sięgającą tak daleko wstecz datą rozpoczęcia 
się czasu końca, jaką był ustalony przez Russela rok 1799, nie mógł 
sobie poradzić. Pozostawiało mu to zbyt mało czasu i pola manewru na 
przyszłość. Dlatego przesunął tę datę na rok 1914 - naturalnie powołując 
się przy tym na objawienie Pana. A więc nie w roku 1874, lecz w 1914 
miało nastąpić powtórne przyjście Chrystusa. Daty zmartwychwstania 
patriarchów Starego Przymierza Rutherford przezornie już nie 
przepowiadał. Nie mogły się więc już powtórzyć wypadki takie, jak w 
roku 1914 i 1925. Przez lata łamali sobie teraz Świadkowie głowy nad 
tym, kiedy, jak i gdzie pojawią się "książęta ". Po roku 1945 wysuwano 
po cichu najrozmaitsze przypuszczenia. Zgodnie z "cyklem 
czterdziestolecia " typowano rok 1954 bądź 1958. Ale i to się nie 
spełniło. Dalszą rewizję kalendarza Świadków można dostrzec w 
książce " Wyzwolenie " (1926)

28

. Rutherford podaje tam tylko bardzo 

ogólnikowe dane czasowe, nie wiążąc się już konkretnymi terminami. 
Russel twierdził, że duchowe zmartwychwstanie 144000 wybranych 
Jehowy nastąpiło w roku 1878. Rutherford przesuwa w roku 1928 tę 
datę na 1918 (zob. w książce "Pojednanie ",

29

 str. 293 wydania 

niemieckiego). Oba terminy mają być niezbicie prawdziwe! Russel 
mówił, że Chrystus w roku 1878 "przybył do świątyni ". Natomiast 
według Rutherforda to "przybycie " nastąpiło w r. 1918. W roku 1931 
pisał Rutherford w swej książce "Usprawiedliwienie ":

30

 Wierni Jehowy 

na ziemi zostali w swych oczekiwaniach na rok 1914, 1918 i 1925 nieco 
zawiedzeni (...) Później wierni nauczyli się... że nie mają już ustalać dat 
przyszłości i głosić przepowiedni
 (t. 1, str. 322). Dlaczego "wierny " 
prezydent nie wspomina również lat 1799, 1874, 1878, 1881 i jeszcze 
innych lat zawodu? Czy nie znalazł dla nich żadnego wytłumaczenia?.. 
Wierni byli "nieco " zawiedzeni? - Czy to nie próba upiększania 
rzeczywistości? Wszyscy "poważni badacze Pisma " byli wtedy, nie 
nieco, ale dogłębnie zawiedzeni. W roku 1914 oszukani zostali tak 
gruntownie, że porównywali samych siebie do zwłok leżących na placu 
wielkiego miasta (por. Ap 11,8). Jeśli Rutherford twierdzi, że "Boże 
proroctwa " spełniają się w coraz to innym terminie, to demaskuje go to 
ponownie jako fałszywego proroka. Obliczenia dotyczące roku 1914 są 
z gruntu fałszywe Co by też powiedział Mojżesz, gdyby w książce 
wydanej przez Świadków Jehowy pt. "To oznacza życie wieczne " 31 
(str. 69) przeczytał interpretację słów wziętych z Księgi Liczb 14,34: 
"Każdy dzień teraz zamieni się w rok "? Musiałby na tę wykładnię Świa 
dków pokiwać głową... Ci badacze Pisma zadają też gwałt słowom 
Księgi Ezechiela 4,6, kiedy wypowiedź: "po jednym dniu nałożyłem na 
ciebie za jeden rok ", wiążą, dla obliczenia czasu końca, ze sprawą 
obłędu Nabuchodonozora (Dn 4). Weźcie do ręki wasze Biblie, poważni 
badacze Pisma, i odczytajcie wspomniane miejsca Lb 14,34 i Ez 4,6. Ale 
nie wykraczajcie po za to, co tam faktycznie napisano. Bo to - zgodnie 
ze słowami 1 Listu do Koryntian 4,6 - byłoby najgorszym, co 
moglibyście zrobić. Do czego odnoszą się wspomniane dwa miejsca 
Pisma? Czy do końca świata, do powtórnego przyjścia Chrystusa, albo 

background image

też do obłędu Nabuchodonozora, o którym mówi Daniel? - Nic 
podobnego! Izraelici szemrali przeciwko Bogu i otrzymali za to karę 
trwającą przez 40 lata za owych 40 dni, w czasie których ich zwiadowcy 
przebywali w Ziemi Obiecanej - za każdy dzień jeden rok. To wyrażają 
słowa z Lb 14,34. I nic więcej! Ezechiel miał w obrazowy sposób 
zwiastować sąd Boży domowi Judy i Izraela. Chodzi tu o czas 390 lat 
sądu, który Ezechiel miał przez swe szczególne osobiste postępowanie 
zademonstrować wciągu 390 dni: jeden dzień za każdy poszczególny 
rok. To wyrażają słowa Księgi Ezechiela 4,6. Nic poza tym! Jakie to 
wskazanie biblijne mówi, że metodę rachunku "dzień za rok " należy 
zastosować w odniesieniu do jakiegokolwiek innego zarządzenia lub 
innej zapowiedzi Bożej, poza tymi o których mowa w Lb 14 i Ez 4? - 
Nie ma w Piśmie św. takiego wskazania. Przenoszenie wspomnianego 
sposobu liczenia na jakąkolwiek inną rachubę jest więc aktem samowoli. 
Kiedy Mojżesz czy Ezechiel musieli działać na podstawie wspomnianej 
zasady, wtedy - według Pisma św. - Bóg im to wyraźnie rozkazał. Gdzie 
natomiast można znaleźć biblijne wskazanie, że czas końca świata 
należy obliczyć według metody "jeden dzień za jeden rok "? Takiego 
wskazania nigdzie w Piśmie św. się nie znajdzie. A mimo to taka 
właśnie metoda służy Świadkom Jehowy w ich obliczeniach czasu 
końca. Cały ten ich rachunek jest więc fałszywy już w samej zasadzie, 
jest aktem samowoli wobec Biblii. Również Russel zastosował miarę 
"dzień za rok " w swoich rachunkach i twierdził, że lata 1799, 1874, 
1878 to daty biblijne. Czy podana na tej podstawie data 1874, jako roku 
powtórnego przyjścia Chrystusa, okazała się słuszna? Wbrew przyjętej 
zasadzie "dzień za rok " musiał ją Rutherford odrzucić. A zatem miarę 
czasu "dzień za rok " można stosować wyłącznie do tego, co mówi 
Księga Liczb czy Księga Ezechiela. Świadkowie Jehowy, lekceważąc 
ten biblijny fakt,. wykraczają poza to, co napisano w Piśmie. Stąd 
podlegają osądowi słów 1 Listu do Koryntian. Temu osądowi podlegał 
swego czasu Rutherford, tak jak dziś podlega mu Knorr

32

, jego następca. 

Fałszowanie historii Wiemy, co prorokował Russel na rok 1914. Jego 
przepowiednie okazały się fałszywe. Rutherford obalił obliczenia 
Russela i datę przyjścia Chrystusa zmienił z roku 1874 na 1914. Stąd rok 
1914 ma u niego zupełnie nowy i inny sens. Przesunął przez to całą 
epokę o czterdzieści lat. Niemniej w wydanej za rządów Knorra 
Nowożytnej historii Świadków Jehowy

33

 twierdzi się, że Russel i jego 

zwolennicy rozpoznali "właściwie " rok 1914. Tego jednak, co oznaczał 
pierwotnie "właściwy " rok 1914 we "właściwym " biblijnym 
rozumieniu Russela, z dzisiejszych prezentacji Świadków Jehowy 
poznać nie można ( "Strażnica ", 15.5.1955, str. 302). Russel uczył, że w 
roku 1914 nastąpi pod Har-Magedonem sąd Boży nad światem, a potem, 
po zakończeniu panowania narodów, zacznie się Tysiącletnie Królestwo 
Chrystusa. W roku 1914 miało też wejść do nieba 144000 członków 
"Ciała Chrystusa ". Jeszcze w roku 1918 liczyli na to "wybrani 
Świadkowie ". Dzisiejszy sługa oddziału organizacji w Afryce 
Południowej, ochłonąwszy po powstałym zamieszaniu, pisze: We 
wrześniu lub październiku 1917 ktoś z nowo przybyłych przyniósł do 
więzienia wiadomość, że ukazała się książka "Spełniona tajemnica "

34

 i 

że wiosną roku 1918 Kościół zostanie zabrany z ziemi do nieba. Czy 

background image

okażę się godny tego? A moi ludzie z Glasgow? Inni bracia na całym 
świecie? I w jaki to sposób zostanę zabrany? 11 listopada 1918 o 
godzinie 11... głos syren obwieścił koniec pierwszej wojny światowej. I 
co teraz? Nie dostałem się w kwietniu do nieba
 ( "Strażnica " z 1.3.1957, 
wydanie niemieckie, str. 138). Jehowy. Nic dziwnego! W wybranej 
przez siebie "Nowożytnej historii Świadków Jehowy " przywódcy z 
Brooklynu zaciemniają prawdziwy obraz oczekiwań Russela, 
Rutherforda i ich zwolenników. Pisze się tam: "niektórzy sądzili " albo: 
niektórzy byli zawiedzeni, ponieważ niesłusznie myśleli, że w roku 1914 
wejdą do nieba, by stać się członkami niewidzialnej organizacji 
Królestwa
 ( "Strażnica " 1955, str. 302). "Niektórzy sądzili... ", 
"niektórzy niesłusznie myśleli... " O nie! To nie tylko "niektórzy ". W 
roku 1914 czy 1918 wszyscy "russeliści " albo "badacze Pisma ", albo 
Świadkowie Jehowy oczekiwali wejścia do nieba. Tak uczyło ich 
przecież przez lata Towarzystwo "Strażnica ". Jest to faktem. 
"Nowożytna historia Świadków Jehowy " przemilcza to, czego 
rzeczywiście uczył Russel i co jego następcy napisali o roku 1918 w 
siódmym tomie " Wykładów Pisma św. ". Kiedy czytałem to, byłem 
wstrząśnięty. Nie mogłem pojąć, że świadomie sfałszowano historię. A 
jednak to zrobiono. W roku 1914 bądź 1918 "dawni Zwycięzcy " mieli 
objąć rządy na ziemi. I znowu w roku 1925 oczekiwali Świadkowie na 
wejście do nieba. Jak "Nowożytna historia " wymija tę rafę, którą 
stanowi dla Świadków rok 1925? Rok 1925 był rokiem szczególnych 
oczekiwań, bo wielu namaszczonych myślało, że pozostałe członki Ciała 
Chrystusa muszą doznać w tym czasie przejścia do niebieskiej chwały
 ( 
"Strażnica " 1955, 463). Nie tylko "wielu namaszczonych " tak myślało. 
Całe Towarzystwo "Strażnica " wierzyło w niebieskie przemienienie 
swoich członków w roku 1925. Tak bowiem uczyli "namaszczonych " 
przywódcy Świadków w broszurze "Miliony żyjących teraz nigdy nie 
umrą ". Jaki brak odpowiedzialności u tych przywódców! Najpierw głosi 
się wszystkim fałszywe proroctwa, a kiedy się nie spełnią, 
odpowiedzialność za fiasko przerzuca się na "niektórych z 
namaszczonych ". Co za nierzetelność! George R. Philipps, dzisiejszy 
sługa oddziału Towarzystwa w Południowej Afryce rzuca interesujące 
światło na ów rok 1925: W maju 1924, w czasie swej wizyty w Glasgow 
związanej z odbywającym się tam wtedy zgromadzeniem głównym, brat 
Rutherford zapowiedział, że wyśle jednego z braci z biura brytyjskiego 
do Południowej Afryki, aby objął tam urząd sługi tamtejszego oddziału. 
Kiedy następnego przedpołudnia czekaliśmy w przedpokoju... brat 
Rutherford powiedział do mnie: Słyszałeś, że chcę wysłać jednego z 
braci do Afryki. Czy nie chciałbyś pojechać z nim? Namyśl się dobrze i 
daj mi po południu odpowiedź. Kiedy po południu wyraziłem swe 
zdecydowanie, Rutherford powiedział mi: Może to być na rok, George, a 
może na dłużej. - Wciąż jeszcze wierzył, że książęta powrócą w 
następnym roku i że wtedy nastąpią wielkie zmiany
 ( "Strażnica " 1957, 
140). Czy to Jehowa kazał Rutherfordowi planować i organizować w 
perspektywie zapowiedzianego na rok 1925 zmartwychwstania 
Abrahama, Izaaka i Jakuba? Czy Jehowa miałby nie wiedzieć, że "jego 
sługa " Rutherford błądzi? Czy to Jehowa sprawił, że Rutherford przez 
całe lata szerzył błędne nauki, uszczęśliwiając nimi swych zwolenników 

background image

i cały świat? - To przecież jest nie do pomyślenia! Dzisiaj, kiedy 
większość Świadków Jehowy nie zna historycznych faktów albo zna je 
tylko mgliście, łatwo przywódcom upiększającym historię przedstawić 
siebie jako ludzi nieskazitelnych i sprawiedliwych. Czy przemilczanie 
ujemnych faktów po to, by osiągnąć korzyści, nie jest oszukiwaniem? 
Czy dzisiejsi przywódcy Świadków Jehowy nie stają się winni tego 
oszustwa? Czy nie wiedzą dokładnie, czego to uczono poprzednio "w 
imię Boga " i Towarzystwa "Strażnica "? Ich archiwa mówią o tym 
obszernie i szczegółowo. Dlaczego o poprzedniej nauce "Strażnicy " 
przywódcy Świadków mówią na ogół tylko to, co brzmi pozytywnie? 
Kompromitujące oświadczenia i wydarzenia podrywające wiarygodność 
organizacji albo się upiększa, albo przemilcza. Dlaczego? Dlatego, że 
chce się pozyskać jak najwięcej zwolenników "cudownego " ruchu 
religijnego Świadków Jehowy. W roku 1914 nie rozpoczął się koniec 
świata A teraz najnowszy eksperyment rachunkowy, który pod 
przewodnictwem prezydenta Knorra ma prowadzić Świadków do roku 
1914: W przypadku Nabuchodonozora "siedem czasów " to siedem 
kalendarzowych lat, w czasie których ten władca był pozbawiony tronu. 
Tych siedem lat odpowiada 84 miesiącom lub 2520 dniom, bowiem 
Biblia liczy w każdym miesiącu 30 dni. W Apokalipsie 12,6-14 1260 dni 
wzmiankowanych jest jako "czas i czasy, i polowa czasu " albo 3 i 1/2 
czasów. "Siedem czasów " to zatem 2 razy po 1260, czyli 2520 dni. 
Ezechiel, wierny prorok Jehowy, pisał: "Liczę ci jeden dzień za każdy 
poszczególny rok ". Jeżeli zastosuje się tę regułę (podkreślenie autora) - 
to 2520 dni stanowi 2520 lat. Ponieważ stanowiący obrazowy wzór 
królestwo ze stolicą w Jerozolimie przestało istnieć jesienią roku 607 
przed Chrystusem, przeto 2520 lat prowadzi nas - jeśli "czasy narodów " 
liczymy od tej daty - do jesieni roku 1.914 po Chrystusie
 ( "Bóg 
pozostaje prawdziwym ", str. 264). Pierwszy decydujący błąd tego 
rachunku polega na przyjęciu reguły: "za każdy dzień - jeden rok ". 
Zastosowanie tej reguły do obliczania czasu końca świata jest 
samowolne. Drugi punkt, który trzeba zakwestionować, to punkt wyjścia 
obliczenia. Jako datę zburzenia Jerozolimy przez Nabuchodonozora 
wszystkie encyklopedie podają nie rok 607, lecz 586 przed Chrystusem. 
Trzeci decydujący błąd tego obliczenia czasu końca świata: jeżeli 
przyjmiemy rok 607 przed Chrystusem jako datę zburzenia Jerozolimy i 
doliczymy do tej daty 2520 lat po 360 dni, którą to długość roku 
przyjmują Świadkowie, to dojdziemy faktycznie do roku 1878, a nie 
1914 po Chrystusie. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę, że odstęp między 
rokiem 607 przed Chrystusem a rokiem 1914 po Chrystusie wynosi 
2520 lat liczonych według naszego kalendarza, w którym jeden rok ma 
nie 360 dni, ale 365 dni plus jeden dzień w latach przestępnych. Stąd 
rachunek Towarzystwa "Strażnica " nie zgadza się o 2520 razy 5 dni, 6 
godzin i 9,54 minut - a więc w sumie o 36 i pół roku. Nie można sobie 
wyobrazić, by bracia z Brooklynu nie zdali sobie sprawy z błędności 
obliczeń; było przecież wśród Świadków wystarczająco wiele sporów na 
temat liczby lat i ich rachuby. W nowej książce "Niech się stanie wola 
Twoja "

35

 próbują naprawić ten błąd i na pozór wszystko się teraz 

zgadza. Jednakże te nowe wyjaśnienia stanowią tylko retusze. A jak 
przedstawia się sprawa znaków, okoliczności, które miały znamionować 

background image

rozpoczęty w roku 1914 czas końca? - Oto kolejne pytanie nasuwające 
się mi, a także każdemu ze Świadków, który dostrzega albo zaczyna 
dostrzegać bezpodstawność wyliczenia daty 1914. Czy w roku 1914 
pojawiły się te znaki, które w powiązaniu z końcem świata przepowiada 
Pismo święte? Wydarzenia, które nastąpiły około roku 1914, nie 
stanowią bezspornego dowodu nadejścia końca. Po pierwsze, znaków 
tych musielibyśmy szukać już około roku 1878, bowiem ten rok jest 
rzeczywiście tym, co przedstawia rok 1914 dla Świadków. Po drugie: 
czy Russel i jego zwolennicy, a także - aż do roku 1928 - Rutherford nie 
odnosili znaków wojen, głodów, anarchii, trzęsień ziemi itd. do czasów 
napoleońskich? Czy również i Napoleon nie wstrząsnął swego czasu 
światem? ( " Wykłady ", t. 3). Nie nastąpiła zapowiedziana w latach po 
pierwszej wojnie światowej anarchia. Wszystkie inne wydarzenia tego 
czasu można odnieść także do każdej innej wielkiej wojny w dziejach 
ludzkości. Każda wielka wojna byłaby wtedy znakiem powtórnego 
przyjścia Chrystusa. Na rok 1914 przepowiadał Russel ostateczne 
zniszczenie wszystkich Kościołów chrześcijańskich ( "Wykłady " t.3, 
str. 146). Ale Kościoły te istnieją do dzisiaj. Z kolei centrala w 
Brooklynie spodziewa się, że to komunizm doprowadzi Kościoły do 
upadku ( "Erwachtet " - "Przebudźcie się " - wyd. niem. z 8. 8. 1956 r.). 
To wszystko, co Świadkowie Jehowy, powołując się na Biblię, uważają 
za dowód nadejścia końca świata, jest więc wątpliwe i niewiarygodne. 
"Król północy " i "król południa " w czasach ostatecznych Szczególny 
znak nadejścia czasu końca stanowi dla Świadków "spełnienie się " 
biblijnych zapisów dotyczących "króla północy " i "króla południa " z 
11 rozdziału Księgi Daniela. Czytamy w tej Księdze m.in.: A w czasie 
ostatnim zetrze się z nim król południa. Król północy uderzy na niego...
 
(11,40 n). Russel tłumaczy, że "Egipt jest królem południa, a Anglia 
królem północy " i w przebiegu wojen napoleońskich widzi 
potwierdzenie tej swojej wykładni ( "Wykłady " 3,39). W książce "Harfa 
Boża "

36

, która swego czasu miała dla Świadków podobne znaczenie, 

jakie dziś ma książka "Bóg pozostaje prawdziwy ", Rutherford popiera 
tezy Russela. Na str. 214 pisze: Kampania wielkiego wodza Napoleona 
Bonaparte stanowi jasne spełnienie tej przepowiedni. 
W roku 1942 
wygaszono te "jasne " stwierdzenia. Ukazała się nowa książka: "Nowy 
Świat "

36

. Cały rozdział zatytułowany: "Ostateczny koniec już bliski ", 

poświęcony jest królom z Księgi Daniela. Podczas gdy Russel uważał 
Anglię za króla północy, to tutaj Egipt, Anglia i Stany Zjednoczone 
przedstawione są jako król południa. Królem północy mają być Niemcy, 
papiestwo z katolicką hierarchią kościelną, Włochy i Japonia. 
Świadkowie przepowiadają zwycięstwo królowi północy, a więc 
Niemcom, Włochom i Japonii, z tym zastrzeżeniem, że klęska króla 
południa niekoniecznie musi być klęską militarną. Wyrafinowany 
sposób przepowiadania przyszłości! Jakikolwiek sprawy wezmą obrót, 
zawsze zostaje jeszcze otwarta furtka: wykładnię można interpretować 
dalej w najrozmaitszy sposób. Okazało się, że "król " północy " poniósł 
całkowitą klęskę. Jeśli uwzględnić przy tym rolę ZSRR jako 
sprzymierzeńca "króla południa " w drugiej wojnie światowej, to cała ta 
interpretacja się chwieje. Zamęt w twierdzeniach Świadków 
dotyczących "spełniania się " przepowiedni wskazuje, że czas 

background image

ostateczny, tak jak go głoszą Świadkowie, wcale jeszcze nie nadszedł i 
że przywódcy Świadków stosują słowa Biblii do bieżących wydarzeń w 
sposób całkowicie dowolny. "Ohyda spustoszenia " Dalszym "niezbitym 
dowodem ", że nadszedł czas końca, jest dla świadków "ohyda 
spustoszenia ". Russel tę ohydę widział w papiestwie: Ustanawiając 
mszę, papiestwo zarządziło kontynuowanie służby składania ofiar, a 
przez to skłoniło chrześcijaństwo do odrzucenia ofiary pojednania 
złożonej przez Chrystusa, i co doprowadzi do zniszczenia 
chrześcijaństwa z imienia... Do tej ohydy doszły ponadto w nowszych 
czasach dalsze, np. nauka o pojednaniu się z własnej mocy 
( " Wykłady 
" 4,292). Rutherford interpretował "ohydę spustoszenia " w sposób 
polityczny. Widział ją "niezbicie " w utworzonym w Hadze 
Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości i powstałej po pierwszej 
wojnie światowej Lidze Narodów ( "Światło " 2,91-94). Druga wojna 
światowa nie pasowała już do jego obrazu. Knorr zrozumiał, że historia 
zaprzeczyła wykładni Rutherforda. Dlatego jako "ohydę spustoszenia " 
przedstawił Ligę Narodów i Organizację Narodów Zjednoczonych. 
Wyjaśnienia Rutherforda nieco skorygowano i wszystko znowu się 
zgadzało. (Por. "Bóg pozostaje prawdziwy ", str. 271-272, rok 1946). 
Przebadałem dokładnie, co Świadkowie Jehowy głoszą o czasie końca. 
Stwierdzam: Pismo święte nie chce nic wiedzieć o wyliczeniach, kiedy 
ten koniec nastąpi. Historia, dzisiejsi Świadkowie, to co powiedziano w 
tej książce - wszystko to wykazuje dowodnie fałszywość prorokowania 
Russela. Rutherford bluffował świat i swoich zwolenników 51 
milionami druków głoszących fałszywie znaki końca. W roku 1914 
Świadkowie czy russeliści przeżyli wielkie fiasko, tak samo w roku 
1925. Rutherford jako rewizor kalendarza wydarzeń popadł w 
sprzeczności i okazał się fałszywym prorokiem. Wprowadził w błąd 
Żydów. Prezydent Knorr samowolnie zmienił historię Świadków, 
fałszywymi poglądami dotyczącymi Żydów obciążył "niektórych z 
przywódców Żydowskich ". Interpretacja spełniania się znaków końca 
wciąż była przedstawiana inaczej. Czy można wobec tego twierdzić 
jeszcze, że światło Bożego Objawienia świeci coraz to jaśniej w 
Towarzystwie "Strażnica " i poprzez nie? - Nic tu nie staje się bardziej 
jasne, panują błąd i zamieszanie, a wokół prawdy roztaczają się coraz 
większe ciemności. Decyzje o tym, w co aktualnie mają wierzyć i co 
głosić Świadkowie Jehowy, podejmuje każdorazowo pan Knorr w 
Brooklynie i jego dyrektorium. Oni tworzą kierownicze ciało Świadków. 
"Strażnica " przynosi co 14 dni nowo wymyślone czy nowo odkryte 
"prawdy Pisma ". Dlaczego tę rzekomo "czysto biblijną prawdę ", którą 
głosi przywództwo Świadków Jehowy, trzeba ciągle poprawiać, jak to 
wykazuje przestudiowanie nauki Towarzystwa o czasie końca? 
Dlaczego Knorr z głoszonego orędzia musi wciąż usuwać "błędne myśli 
"? - Dlatego, że w rzeczywistości to nie Bóg Nieomylny i 
Wszechmogący stoi za Świadkami Jehowy! Toteż do "książąt " 
Świadków Jehowy czy "społeczności Nowego świata " i ich nauki o 
czasie końca trafnie można by odnieść słowa księgi Jeremiasza: "Nie 
posłałem tych proroków, lecz oni biegają; nie mówiłem do nich, lecz oni 
prorokują " (Jr 23,21).  

background image

 

DZIWNI OBYWATELE

 

 
W wyniku moich trwających tygodniami, wyczerpujących studiów z 
"jednej prawdy " głoszonej przez Świadków Jehowy nie pozostało dla 
mnie nic. Zrozumiałem, że ich podstawowe nauki nie są oparte na Biblii. 
Rozerwał się krąg błędu, w którym zamknięty dotąd tkwiłem. 
Wyzwoliłem się spod jarzma niewoli "Strażnicy ". Teraz dopiero 
uprzytomniłem sobie w pełni, jak nierozumnego i nieludzkiego systemu 
padłem ofiarą. Nie tylko fałszywa "Ewangelia " wpływała na cały mój 
sposób myślenia i postępowania. Moje życie kształtowała przede 
wszystkim także ta osobliwa postawa obywatelska, która według 
przywódców "Strażnicy " powinna cechować każdego z wiernych 
Świadków Jehowy. Chciałbym teraz rzucić nieco krytycznego światła na 
tę postawę niepolityczną, wrogą światu, a jednak wysoce 
upolitycznioną. 
 
 

Państwo wrogiem Boga

 

 
Pod nagłówkiem "Powiązanie między Kościołem a państwem oznacza 
wojnę z Bogiem " przywódcy Świadków zajmują się kościelnymi 
problemami Norwegii: Czy głowa jakiegoś państwa jest jednocześnie 
głową Kościoła, czy duchowni pobierają swe wynagrodzenie od 
państwa, czy też w tych sprawach istnieje rozdział pomiędzy państwem 
a Kościołem, a duchowieństwo i wierni oddają tylko swój głos 
wyborczy rządzącym i partiom politycznym w interesie porządku 
publicznego, prawodawstwa, administracji, rozwoju społecznego itp? - 
dla Świadków Jehowy takie powiązania są nie do przyjęcia. 
Nie miłujcie świata ani tego. co jest na świecie (1 J 2,15). Te słowa 
tłumaczą Świadkowie w następujący sposób: Nie należy się mylić - 
"świat " nie . oznacza tu jakichś szumowin ludzkości, lecz konkretnie 
istniejący "system rzeczy " , łącznie z królami, prezydentami, 
parlamentami i wszystkimi innymi instytucjami państwa
 ( "Przebudźcie 
się ", wydanie niemieckie z 8.2.1956 r. str. 15). 
Przyjazne stosunki chrześcijan z państwem, jego organami i instytucjami 
oznaczają dla Świadków Jehowy "brudny sposób postępowania ", 
duchowy "nierząd ", "cudzołóstwo ". Kto podtrzymuje takie odnoszenie 
się do państwa, ten staje się wrogiem Boga i w konsekwencji wraz z 
"tym systemem rzeczy ", czyli z całym istniejącym obecnie porządkiem 
oraz organizacją, ulegnie zagładzie w Har-Magedonie. 
Czy jednak tysiące Świadków Jehowy nie żyją z zasiłków i rent 
wypłacanych przez państwo? Czy Świadkowie Jehowy nie cenią - jak 
wszyscy obywatele - panowania prawa, sprawiedliwości i porządku? A 
czy to nie właśnie państwo odpowiedzialne jest za te sprawy? Czy - 
będąc mieszkańcami Stanów Zjednoczonych i Kanady - Świadkowie nie 
szczycą się tym, że w obronie wolności obywatelskich odwoływali się 
tam skutecznie do najwyższych sądów, będących tych wolności 
rzecznikami? Jak zatem mogą głosić wrogość wobec państwa? 
Świadkowie Jehowy mają swoje własne wyobrażenie na temat istoty 
państwa. Jednakże te ich wyobrażenia są nie do urzeczywistnienia. 

background image

Państwo istnieje z zasady w interesie konieczności życiowych ludności. 
Państwo i władza państwowa odpowiadają samej naturze człowieka jako 
istoty społecznej. 
Knorr i jego współpracownicy oświadczają poprzez "Strażnicę ", że 
Świadkowie Jehowy nie wyrządzają nikomu szkody... wypełniając swe 
właściwe obowiązki jako obywatele kraju, w którym żyją
 ( "Strażnica " 
1957, str. 251). Zasada jak najbardziej godna pochwały. Jak jednak 
wygląda jej realizacja w praktyce życia obywatelskiego Świadków 
Jehowy? 
 
 

Świadkowie Jehowy a służba wojskowa 

 
Zgodnie z przytoczonymi wyżej słowami "Strażnicy ", kiedy wydarzenia 
drugiej wojny światowej wykazały palącą konieczność obrony 
terytorium Szwajcarii, tamtejsze Zjednoczenie Świadków Jehowy 
opublikowało w czasopiśmie " Trost " ( "Pociecha "; dzisiejsza nazwa: 
"Erwachtet " - "Przebudźcie się ") następujące oświadczenie: Każda 
wojna przynosi niewypowiedziane cierpienia ludzkości. Każda wojna 
stawia tysiące i miliony ludzi w obliczu trudnych problemów sumienia. 
Odnosi się to szczególnie do obecnej wojny, która nie oszczędziła 
żadnego kontynentu i toczy się w powietrzu, na morzach i lądach. Jest 
rzeczą nieuniknioną, że w takich czasach nie tylko poszczególni ludzie, 
ale też wszelkiego rodzaju wspólnoty padają ofiarą mylnych albo też 
świadomie fałszywych podejrzeń. Taki los nie został oszczędzony 
również nam, Świadkom Jehowy. Przedstawia się nas jako 
stowarzyszenie, które ma na celu, czy też prowadzi, działania w kierunku 
poderwania dyscypliny wojskowej, w szczególności skłonienia tych, 
którzy podlegają obowiązkowi służby wojskowej, do nieposłuszeństwa, 
naruszenia czy odmówienia tej służby albo do dezercji. Takie poglądy 
może reprezentować jedynie ktoś, kto w ogóle nie zna ducha i 
działalności naszej wspólnoty albo wbrew swemu prawdziwemu 
rozeznaniu zniekształca jej obraz. Stwierdzamy dobitnie, że nasze 
Zjednoczenie ani nie nakazuje, ani nie poleca czy w jakikolwiek sposób 
sugeruje, by postępować wbrew przepisom wojskowym. Tego rodzaju 
kwestie nie są omawiane ani w naszych zgromadzeniach, ani w 
wydawanych przez nasze Zjednoczenie pismach. Nie zajmujemy się w 
ogóle takimi kwestiami. Nasze zadanie widzimy w dawaniu świadectwa 
Jehowie i głoszeniu wszystkim ludziom prawdy biblijnej. Setki naszych 
członków i przyjaciół naszej wiary wypełniło swe obowiązki militarne i 
wypełnia je nadal. Nie ośmieliliśmy się nigdy i nigdy się nie ośmielimy 
widzieć w spełnianiu obowiązków wojskowych czegoś przeciwnego 
zasadom i dążeniom Zjednoczenia Świadków Jehowy, tak jak ujęte są 
one w statutach. Prosimy wszystkich naszych członków i przyjaciół w 
wierze, aby głosząc orędzie o Królestwie Bożym (Mt 24,14) ograniczali 
się, tak jak dotąd, ściśle do głoszenia prawd biblijnych i unikali 
wszystkiego, co mogłoby stać się przyczyną nieporozumień czy też być 
wręcz interpretowane jako wezwanie do nieposłuszeństwa wobec 
zarządzeń militarnych. 
Berno, dnia 15 września 1943 

background image

Zjednoczenie Świadków Jehowy Szwajcarii 
Prezydent: Ad. Gammenthaler 
Sekretarz: D. Wiedemann.
 
(za "Trost ", t. XXI, nr 505, Berno, 1 października 1943 r 
Chciałbym zapytać, co myśleli ówcześni szwajcarscy Świadkowie 
Jehowy, wydając to oświadczenie? Co będą myśleli o nim Świadkowie 
czytający je dzisiaj? Może paść pytanie: dlaczego przytaczam tutaj ten 
tekst, którego nie sposób przecież kwestionować? Oświadczenie to jest 
przecież zgodne z oświadczeniem Knorra i odpowiada lojalnej postawie 
obywatelskiej... Gdyby rzecz była tak prosta! Obok tej wypowiedzi i 
poza nią istnieje przecież wiele innych, całkowicie sprzecznych z 
cytatami przytoczonymi wyżej. 
W tym samym czasie, około roku 1943, setki Świadków Jehowy w 
Niemczech i w krajach zajętych przez siepaczy Hitlera, zginęło 
zamordowanych przez komanda SS za odmowę służby wojskowej. W 
Stanach Zjednoczonych skazywano Świadków na kary więzienia, kiedy 
wzbraniali się bronić swej ojczyzny z bronią w ręku czy w ogóle pełnić 
służbę wojskową. Natomiast w Szwajcarii Jehowa miał polecić swoim 
widzialnym przedstawicielom złożenie deklaracji lojalności w 
odniesieniu do służby wojskowej... Czy bracia z Szwajcarii uznali 
wypowiedzi "Strażnicy " dotyczące służby wojskowej jako pomyłkę? 
Czy też ci inni, którzy umierali za naukę "Strażnicy " lub cierpieli za nią 
w więzieniu, mieli rację, a Szwajcarzy byli w błędzie? Jakkolwiek by 
było, okazuje się, że w społeczności prowadzonej przez organizację 
Jehowy przejawia się bardzo różne pojmowanie obowiązków 
obywatelskich. 
Jest dziś rzeczą wystarczająco znaną, że Świadkowie Jehowy odrzucają 
bezwzględnie wszelką służbę wojskową. "Strażnica " z 15. 3. 1951 r. 
umieszcza w tekście zatytułowanym: "Dlaczego Świadkowie Jehowy 
nie są pacyfistami " m.in. następującą uwagę: Świadkowie Jehowy 
naśladują Jezusa i słuchają Jego wskazań. To jest powodem, dla którego 
nie przyłączyli się do ziemskich armii i nie uczestniczą w żaden sposób w 
wojennych dążeniach narodów
 (str. 86). Ta wypowiedź przeciwstawia 
się oświadczeniu z roku 1943, a także zapewnieniu o wierności 
obywatelskiej złożonemu przez Knorra. Pozostawia przy tym otwarte 
dalsze możliwości. Istnienie powodu, dla którego Świadkowie nie 
przyłączyli się do ziemskich armii, każe przypuszczać, że należą oni do 
innej armii. Tak - uważają się za członków armii "Króla Nowego Świata 
", Jezusa Chrystusa, i są Jego żołnierzami - jak to powiedział Knorr na 
nowojorskim kongresie, na stadionie Yankee. Świadkowie Jehowy 
odrzucają wszelką służbę wojskową, nawet służbę zastępczą, ponieważ 
są żołnierzami lub wysłannikami Króla Nowego Świata. Jemu 
złożywszy przysięgę, nie mogą przysięgać na inny sztandar. Jako 
żołnierze Chrystusa walczą "duchową bronią " na pierwszej linii frontu i 
prowadzą nieustanną walkę przeciwko swemu satanistycznemu 
otoczeniu. Dlatego też nie są pacyfistami. 
Przed sądami bronią się wszakże przedstawiając inną argumentację, 
dostosowaną do prawodawstwa poszczególnych krajów. Tak np. w 
niektórych stanach Ameryki Północnej uzyskali dla niektórych "sług " 
status duchownych i w wyniku długotrwałych procesów osiągnęli to, że 

background image

ci również w sprawach wojskowych są traktowani jako duchowni, a 
zatem są zwolnieni od służby z bronią w ręku. Co praktykowane jest w 
Stanach, winno też być możliwe winnych krajach, toteż wszędzie 
wysuwa się podobnie motywowane postulaty w odniesieniu do 
obowiązku służby wojskowej. Dlaczego nie postępuje się tu w sposób 
otwarty i tylko mimochodem wspomina o właściwym dla Świadków 
Jehowy "obywatelstwie Nowego Świata " i związaną z tym przysięgą 
wierności "Królowi Towarzystwa ´Strażnica ´ i Świadków Jehowy ", nie 
wyznając tego jasno? Widocznie dlatego, że prawa krajowe 
"satanicznych " rządów wydają się dogodniejsze. 
To, że nauka Towarzystwa "Strażnica " jest sama w sobie pełna 
sprzeczności, jest oczywiste, a poglądy przekazywane przez "Strażnicę " 
nie są wcale biblijne i oparte na autorytecie Boga. Rutherford pisał w 
"Strażnicy " w roku 1936, nr 20: Jeżeli " Strażnica " przynosi coś, co nie 
znajduje oparcia w Piśmie świętym, to pomijajcie to. "Strażnica " jednak 
zawsze gotowa jest udowodnić wszystko słowem Bożym
 ( "Pociecha ", 
1.10.1943 r., str. 16). Akcent powinien tu paść na słowo "wszystko ". 
"Strażnica " gotowa jest dowodzić wszystkiego powołując się na Biblię. 
Co z tego dowodzenia wynika, zobaczyłem sam i widzieliśmy wszyscy. 
Świadkowie dowiedli wszystkiego i zarazem niczego, i dlatego właśnie 
niczego, że chcieli udowodnić wszystko. Przez to padali ciągle od nowa 
ofiarą błędu. 
Nie trzeba mi jeszcze jednego potwierdzenia ze strony Rutherforda, że 
istnieje możliwość pomyłki w tym, co podaje "Strażnica ". To pismo 
samo dało na to więcej niż wystarczająco wiele dowodów. Niemniej jest 
rzeczą interesującą posłyszeć własną opinię kierownictwa "Strażnicy " 
na temat głoszonej przez nie rzekomo "Bożej " prawdy. Trudno się więc 
dziwić, że Świadkowie nie mają jasnego wyobrażenia o żadnej z 
głoszonej nauk. 
Kiedy Chrystus Pan i Apostołowie musieli przeciwstawić się w czymś 
ówczesnym władzom, wtedy oświadczali jasno, że są gotowi ponieść 
konsekwencje, a nie szukali wybiegów i sposobów dostosowania swojej 
nauki do zmieniających się okoliczności. Ale Rutherford może dowieść 
wszystkiego powołując się na Biblię i o tym zapewne pamiętali 
Szwajcarzy Gammenthaler i Wiedmann składając swe oświadczenie. 
Być może ci dwaj nie są już dziś Świadkami lub może "wyrazili skruchę 
", bowiem ich deklaracja musi być dla Brooklynu bardziej niż krępująca. 
Trwa jednak Pismo, chociaż Świadkowie posługują się nim niby 
instrumentem, na którym można sobie wygrywać rozmaite melodie. Jak 
fałszywie brzmią te melodie! - szczególnie właśnie w odniesieniu do 
spraw polityki. 
 
 

Polityka Brooklynu

 

 
W roku 1956 ukazała się książka amerykańskiego reportera nazwiskiem 
Marley Cole, zatytułowana "Świadkowie Jehowy "

38

. Publikację tę 

propagowało i sprzedawało pośród swych zwolenników samo 
Towarzystwo "Strażnica ". Można ją było, czy można jeszcze, znaleźć w 
niemal wszystkich zborach Republiki Federalnej Niemiec. 

background image

Marley Cole otrzymał od Towarzystwa "Strażnica " rzadką okazję 
wglądu w naukę, organizację, historię Świadków Jehowy, by jako 
obserwator stojący z zewnątrz pisać następnie na ich temat. 
Towarzystwo żywiło tu pewno jakieś propagandowe cele. W książce 
Cole Marleya, na str. 135, przywódcy Świadków każą sobie wystawić 
następujące Świadectwo: Chrystus Jezus karci narody rózgą żelazną aż 
do ich całkowitego zniszczenia w Har-Magedonie. Taki jest pogląd 
Świadków. Chodzi tu o najbardziej palącą kwestię świata. Obejmuje ona 
nacjonalizm, patriotyzm i neutralność. Świadkowie Jehowy wylądowali 
pośrodku wszystkich tych kwestii.
 
Cole Marley daje tu jedynie wyraz czemuś, co nie tylko ja sam, ale i 
wielu Świadków wyczuwało niejasno i mgliście, ale też i niemile: 
implikacje polityczne. Nie chcę tu wnikać w nieoficjalną politykę 
uprawianą przez niektórych ze "sług ", choć byłoby to bardzo 
pouczające. Chcę spojrzeć tu przede wszystkim na tę politykę, którą 
uprawia Brooklyn. 
 
 

Bóg w polityce

 

 
W "Strażnicy " z 15.7.1952 r. publicyści z Brooklynu oburzają się na 
byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Trumana. Zarzucają mu, że 
on i jego współpracownicy Mówią stale o modlitwie o pomoc Bożą po 
to, by Bóg stanął po ich stronie. Jednakże jak mogłoby się to udać? Bóg 
mówi, że Królestwo Jego nie jest z tego świata, że bogiem tego świata 
jest szatan, że cały świat pozostaje w ucisku złego i że kto jest 
przyjacielem świata, ten jest wrogiem Boga. Czy poprzez modlitwę Bóg 
stanie się może przyjacielem świata i swoim własnym wrogiem?
 ( J 
13,36; 2 Kor 4,4; Jk 4,3; 1J 5,19 ). Jak więc Truman i jego ekipa mogą 
wciągać Boga do swej polityki?
 ( "Strażnica " 1952, str. 222). 
Ten cytat potwierdza to, czego nas jako Świadków ciągle uczono: że 
powiązania polityki z Bogiem czy Bożym słowem Biblii należy odrzucić 
jako wrogie Bogu. Jak więc Truman może próbować włączyć Boga w 
swoją politykę? Jest to obraza Boga! Ale tu przypominam sobie nagle, 
że kilka miesięcy wcześniej musiałem czytać zupełnie inne poglądy w 
piśmie "Erwachtet "... Czyż pismo to nie domagało się wtedy, aby 
rządzący trzymali się bardziej Biblii? "Księga, która daje odpowiedź na 
życiowe kwestie ". " Twoje słowa są pochodnią dla moich stóp i 
światłem na mej , ścieżce ". " Ten artykuł pomoże ci ukazać należycie 
wielostronność słowa Bożego jako światła na naszej ścieżce XX wieku " 
- taki jest tytuł i takie motto artykułu w "Erwachtet ". W podrozdziale 
"Prawodawstwo, polityka, interes " czytamy: Biblia traktuje również o 
kwestiach związanych ze sztuką rządzenia, mówi np. o tym, czego żądać 
od władcy. Wskazuje, że rządzący nie powinien gromadzić bogactw czy 
mieć wielu kobiet, że codziennie winien czytać słowo Boże, aby nie 
zboczył zarozumiale i zuchwale z prostej drogi sprawiedliwości. 
Pozostali urzędnicy państwa mają być ludźmi dzielnymi, bojącymi się 
Boga, ludźmi prawdy, nienawidzącymi niegodziwych zysków. Jak 
niewielu dzisiejszych polityków odpowiada tym wymaganiom! (5 Księga 
Mojżesza 17,15-20; 2 Księga Mojżesza 18,21).
 

background image

Pisarze z "Erwachiet " ubolewają, że tak niewielu ze sprawujących rządy 
opiera się na Biblii... Przywódcy "Strażnicy " pytają, jak Truman i jego 
towarzysze mogą wciągać Boga do swej polityki... Ja pytam, jak 
przywódcy z Brooklynu mogą wciągać słowo Boga do polityki tego 
świata XX wieku, skoro nasi przywódcy uczyli nas, że ten świat nie 
może się poprawić, że jedynym ratunkiem jest Bóg, a wszelkie ludzkie 
usiłowania nie mogą niczego ulepszyć. Czy nie jest to postawa 
dwuznaczna w kwestiach politycznych? 
 
 

Obelgi i szyderstwa wobec mężów stanu

 

 
"Książęta " uczą Świadków Jehowy walczyć bronią obelg, kpiny i 
szyderstwa. W "Ewangelii " szerzonej z Brooklynu szczególny 
wydźwięk mają tzw. pieśni satyryczne. 15 grudnia 1949 ukazało się 
specjalne wydanie "Strażnicy " poświęcone "pieśniom wyśmiewającym 
diabła, szatana ". W beztrosko nieodpowiedzialny sposób wykpiwa się 
tu świadomych swej odpowiedzialności mężów stanu: (...) Jak 
powiedział Prezydent (mowa o Trumanie), naród może swobodnie czynić 
to, co czynić pragnie, wybierając odpowiadających mu przywódców, 
partie i programy. Dobrze by jednak było, gdyby ludzie pomyśleli, że jest 
to to samo, czy idzie się za możnymi i ich obietnicami głoszonymi w 
jakiejkolwiek partii politycznej, czy za zepsutym przez grzech, 
śmiertelnym stworzeniem. Jak człowiek ślepy nie może prowadzić 
drugiego, tak też ci politycy nie mogą sami z siebie doprowadzić świata 
zrodzonego w grzechu do laski Bożej... 
Czy nie jest skrajną głupotą stroić upadłego człowieka w szatę władzy, 
wynosić ponad innych równych mu grzeszników, obsypywać 
pochwałami, otaczać potężną armią i oczekiwać, że jest w jego mocy 
wyzwolić swych wpółbliźnich? Jak niedorzeczną i dziecinną rzeczą jest 
sądzić, że jakaś partia polityczna może być "ratunkiem " dla tego kraju 
czy innych krajów. Jak "bogowie " tego świata, widzialni czy 
niewidzialni, mogą kogoś czy coś uratować, jeśli nie mogą uratować 
samych siebie w Har-Magedonie...?
 ( "Strażnica " 1953, str. 36). 
Postawmy tu kilka pytań wykazujących bezsensowność tego artykułu; 
pytań które ludzi rozsądnych pośród Świadków winny skłonić do 
samodzielnej refleksji. Zapytajmy więc, czy właściwym sensem 
programów politycznych lub społecznych jest przywrócenie łaski 
grzesznemu światu? Czy tym sensem nie jest raczej rozwiązywanie 
ekonomicznych i społecznych problemów życia ziemskiego ogółu 
społeczeństwa, i czy tymi problemami i ziemskimi potrzebami ludzi nie 
musi się na tym świecie ktoś zająć? Czy rzeczywiście nie należy już 
żadnego człowieka ubierać w szatę władzy? Kto będzie wtedy dbał o 
prawo, porządek publiczny, handel, przemysł, komunikację? Czy 
Świadkowie Jehowy chcieliby zapanowania anarchii? Na pewno nie 
chcą tego. Dlaczego zatem nie chcą ludzi, którzy zajmą się sprawami 
państwa? Czy żądania Świadków nie są po prostu bezsensowne? 
Dlaczego za śmieszne i głupie uważają oczekiwanie na wyzwolenie z 
niezawinionej niewoli przez wojska narodów czy władców? Czy sami 
Świadkowie Jehowy nie byli wdzięczni w Niemczech, kiedy spod 

background image

panowania Hitlera wyzwoliły ich wojska aliantów? Czy szybki pochód 
tych wojsk nie uratował od niechybnej śmierci tysięcy ludzi 
uwięzionych w hitlerowskich obozach? 
Misjonarka "Strażnicy ", Joan Espley, pracująca z ramienia Brooklynu 
na terenie Hongkongu, pisze o swych przeżyciach w czasie niepokojów 
w tym mieście: Motłoch zatarasował nam drogę wrzeszcząc: "Zabić! " 
Usłyszałam dwa strzały... Nie przypuszczałam, że właśnie w momencie 
największego niebezpieczeństwa pojawi się po przeciwnej stronie ulicy 
policja. To ona oddala strzały... Podeszło do nas dwóch policjantów i 
wyprowadziło z chmury dymu. Zobaczyłam następnie około 50 
policjantów, którzy tworząc zwarty mur ze swoich tarcz ochronnych 
posuwali się naprzód. Nigdy jeszcze nie ucieszyłam się tak bardzo na 
widok policji... Znaleźliśmy się na policyjnym posterunku. Nie mogłam 
nigdzie pójść. Pozostałam więc tam, pełna wdzięczności, której nie 
potrafię wyrazić słowami 
( "Erwachtet " z 8.3.1957 r., str. 10-11). 
Misjonarka "Strażnicy " była wdzięczna, że siły państwowe uratowały ją 
od śmierci. Przywódcy "Strażnicy " śmieją się jednak z wyzwolenia czy 
ratunku, który przynosi ręka ludzka. 
 
 

Za Organizacją Narodów Zjednoczonych

 

 
Wysoki komisarz brytyjski na obszar zachodniego Pacyfiku, John Guch, 
ogłosił w dniu 23.3.1956 roku zakaz sprowadzania na teren brytyjskiego 
protektoratu Wysp Salomona literatury wydawanej przez Towarzystwo 
"Strażnica ". Swoje zarządzenie oparł na paragrafie ustawy 
antywywrotowej, upoważniającym go do zakazu rozpowszechniania 
pism zagrażających, według jego oceny, dobru publicznemu. Jaka była 
na to reakcja książąt z Brooklynu? - Zażądali respektowania praw 
ludzkich zgodnie ze statutami Narodów Zjednoczonych. W wydanym w 
tej sprawie apelu piszą m.in.: Jaskrawe naruszenie fundamentalnych 
wolności nie tylko porusza do głębi uczucia, ale skłania też do poważnej 
refleksji (...) Czy można twierdzić, że sprawa ta pozostaje w zgodzie ze 
statutami Narodów Zjednoczonych, mówiącymi o prawach człowieka i 
fundamentalnych wolnościach, którymi powinni się cieszyć wszyscy 
ludzie...? Czy wysoki komisarz uważa, że Wyspy Salomona leżą poza 
zasięgiem "wolnych narodów " i dlatego nie czuje się moralnie 
zobowiązany do zagwarantowania wolności? Czy ten obszar jest tylko z 
nazwy protektoratem? (...) Sprawa ta nie ma na pewno nic wspólnego z 
bezpieczeństwem Wysp Salomona, a to, że ktoś otrzymuje i studiuje 
materiały biblijne wydane przez Towarzystwo "Strażnica ", nie może być 
uważane za przeciwne interesom publicznym
 ( "Strażnica " 1.3.1957, str. 
132). 
A więc nagle okazuje się, że książętom z Brooklynu u są jednak 
potrzebni ludzie "w szacie władzy ". Teraz powinni wystąpić w obronie 
Świadków Jehowy. Teraz powinni zastosować prawa wydane przez 
Organizację Narodów Zjednoczonych. Brytyjski komisarz na Wyspach 
Salomona wiedział zapewne, że w pismach "Strażnicy " pisze się w 
sposób wzgardliwy i ośmieszający o przedstawicielach władz 
państwowych. Z pewnością znalazł też w tych pismach inne jeszcze 

background image

wypowiedzi sprzeczne z interesem publicznym. 
 
 

Przeciwko Narodom Zjednoczonym

 

 
26.7.1953 roku Nathan Homer Knorr, prezydent i najwyższy ziemski 
książę Świadków Jehowy, przemawiał do 165000 zebranych na 
nowojorskim stadionie Yankee. Po Har-Magedonie - nowy Boży świat! 
Taki był temat jego wystąpienia. W ostrych słowach rozliczał się z 
Organizacją Narodów Zjednoczonych: Rok 1953 był rokiem wielkiej 
ofensywy pokojowej komunistycznej Rosji. Odpowiadając na nią, 
Zgromadzenie Generalne Narodów Zjednoczonych powzięło 8.4.1953 
roku rezolucję dotyczącą rozbrojenia, "aby zapobiec wojnie, a zasoby 
ludzkie i ekonomiczne świata przeznaczyć na cele pokojowe ". Jeśli ten 
świat kieruje się tak pokojowymi zamiarami, tak wzniosłymi motywami, 
to dlaczego miałby nadejść Har-Magedon czy trzecia wojna 
światowa...? Jeśli Narody Zjednoczone podejmują próbę grania roli 
mesjańskiej, a więc chcą czynić to, co może czynić jedynie Boski Mesjasz 
i Król, to okazują wyraźnie swą odmowę poddania się najwyższym 
zamierzeniom Boga... Duchowieństwo i państwa członkowskie Narodów 
Zjednoczonych proponują, by te ostatnie sprawowały władzę nad całą 
ziemią. Ta propozycja jest wysuwaniem fałszywej, ludzkiej namiastki 
rządów Bożych doskonałych i prawomocnych... Teraźniejszość nie jest 
czasem dla tego rodzaju niewłaściwych, złudnych i bezskutecznych 
namiastek (...) Ludzie powodowani strachem ostrzegają, że jeżeli 
Organizacja Narodów Zjednoczonych nie spełni oczekiwań, trzecia 
wojna światowa stanie się nieunikniona. Ale prawdą, na której można 
polegać, jest to, że Har-Magedon dlatego właśnie jest nieunikniony, iż 
nie rezygnuje się z Organizacji Narodów Zjednoczonych i nie wyrzuca 
się jej na złom... 
(z broszury "Po Har-Magedonie - Boży nowy świat ",

39

 

wydanie niemieckie z roku 1954). 
Pan Knorr musiał się widać już do reszty pogubić! Na Wyspach 
Salomona żąda poprzez "Strażnicę " zastosowania praw Narodów 
Zjednoczonych, a na nowojorskim stadionie oświadcza opinii publicznej 
świata i mężom stanu, że teraźniejszość to nie czas dla Organizacji 
Narodów Zjednoczonych, która jest fałszywą namiastką i należy 
wyrzucić ją na złom, bo inaczej Har-Magedon stanie się nieunikniony. 
 
 

Przeciwko demokracji i wyborom

 

 
Pod przewodnictwem Brooklynu Świadkowie Jehowy prowadzą zaciętą 
walkę przeciw udziałowi w działalności publicznej, politycznej, 
społecznej. Ich "Ewangelia " w odniesieniu do postawy i aktywności 
politycznej wygląda następująco: Jak prawdziwi chrześcijanie patrzą na 
politykę? Dlaczego prawdziwi chrześcijanie mają unikać polityki, skoro 
mogliby - jak się wydaje - uczynić wiele na rzecz lepszego świata? - 
Zgodnie z Biblią odpowiedź zmierza w tym kierunku, że prawdziwi 
chrześcijanie nie widzą i nie głoszą lekarstwa dla świata ani w 
demokracji, ani w socjalizmie, ani w komunizmie, ani w jakiejkolwiek 

background image

ludzkiej formie rządów (...) Z racji dyktowanych sumieniem rezygnują z 
udziału w polityce tego świata, nawet z udziału w wyborach, Wiedzą, że 
zaangażowanie polityczne nie tylko do niczego nie prowadzi, ale czyni 
ich nawet godnymi nagany w oczach Boga (...) Wiedzą, że Królestwo 
Boże ma zniweczyć wszelkie władztwa polityczne i że ci, którzy 
uprawiają politykę, są wrogami Boga, a zatem muszą liczyć się z 
zagładą (...) Prawdziwi chrześcijanie ukazują się więc naśladowcami 
Chrystusa przez to, że nie próbują naprawiać tego świata ani ulepszać 
go poprzez działania polityczne (...) Niezależnie od tego, ile głosów 
padnie na władców tego złego systemu rzeczy, ów system skazany jest na 
zagładę. Nie zachowa tego świata przed niechybną zgubą żadna 
kampania polityczna, żadna choćby największa liczba chrześcijan z 
imienia zajmujących się sprawami politycznymi, żadne modlitwy 
duchownych czy polityków odmawiane za ten świat 
( "Strażnica " z 
1.1.1957 r., str. 5-8). 
Świadkowie Jehowy mogą przeczyć, jakoby w ten sposób odwodzili 
drugich od uczestnictwa w demokratycznym życiu politycznym i 
wyborach. Mogą twierdzić, że zostawiają każdemu wolną rękę, jak chce 
postępować w tej mierze. Są to jednak tylko mylące manewry. Jest 
przecież faktem, że ich nauka przeznaczona jest nie tylko dla nich 
samych, ale że ich zadaniem jest pozyskanie dla niej możliwie wielu, 
wychowywaniu ich w jej duchu. Nazywają przecież swoją działalność 
"dziełem wychowawczym ". Czy przywódcy Świadków chcą przeczyć, 
że pouczenia "Strażnicy " wpływają również na postawę polityczną 
ludzi inaczej niż oni wierzących? Ja sam w czasie mej służby 
kaznodziejskiej odpowiadałem na stawiane mi pytania dotyczące 
polityki w sensie "Strażnicy " i przekonałem się, że pytający 
wstrzymywali się następnie od udziału w wyborach. Nie były to tylko 
odosobnione przypadki. Oddziałujemy przecież na ludzi politycznie 
chwiejnych. Pytający bardzo rzadko tylko stawali się Świadkami 
Jehowy, nabierali jednak negatywnego nastawienia wobec państwa. 
Pozostaje więc dla Świadków hasłem: unikać polityki! Nie popierać 
żadnych ludzkich rządów - ani demokracji, ani monarchii, ani dyktatury! 
Zaangażowanie polityczne nie podoba się Bogu! Kto zajmuje się 
polityką jest wrogiem Boga! Nie próbować ulepszać warunków życia! 
Kto nie przestrzega tych I zasad, ulegnie zagładzie! W tym duchu 
wychowują ludzi Świadkowie Jehowy - i to nie ma być sprzeczne z 
interesem publicznym? I to ma być postępowaniem ludzi lojalnych, 
więcej: najlojalniejszych rzekomo z wszystkich ludzi? Co pozostałoby z 
państwa, gdyby wszyscy obywatele postępowali według zaleceń 
Świadków Jehowy? Nic! Państwo przestałoby istnieć. Stąd szerzenie i 
przyjmowanie nauk Świadków Jehowy oznacza też usunięcie i 
zniszczenie demokracji. Szczęśliwie - czy raczej: rozsądnie - większość 
ludzi odrzuca rozkładowe tezy Świadków. Wobec uwarunkowanych 
naturą ludzką konieczności życia nie pozostaje przecież nic innego. Ale 
rozkładowa działalność Świadków trwa. O tej roli Świadków Jehowy 
mówi też książka amerykańskiego reportera Marleya Cole: Gdyby 
stanowili oni silniejszą grupę. tolerancja wobec nich miałaby granice, 
ponieważ naruszają uczucia powszechniejsze w Ameryce niż poczucie 
wierności wobec Kościoła - mianowicie umiłowanie ojczystego kraju "
 ( 

background image

"Der Ligourianer, marzec 1953). 
Wyczuwa się także, że zarządzenia ograniczające działalność Świadków 
byłyby aprobowane, gdyby ich liczba wzrosła i gdyby zaczęli przenikać 
znaczną część społeczeństwa swą taktyką wrogą rządowi. Bowiem w tym 
kraju. gdzie nie dochowuje się powszechnie posłuszeństwa religii, tym 
większą rolę odgrywa patriotyzm i - jak to powiedział kiedyś Peter 
Dunne - również i Sąd Najwyższy czyta sprawozdania wyborcze
 (Marley 
Cole, "Świadkowie Jehowy ", str. 135-136). 
 
 

Związki zawodowe - tak czy nie? 

 
Na to pytanie pośród Świadków Jehowy w Niemczech długo nie dawano 
odpowiedzi. Przymus należenia do "Wolnych Związków Zawodowych " 
(FDGB) we wschodniej strefie Niemiec spowodował dla wielu 
Świadków poważne problemy. Ci, którzy nie wstąpili do związków, 
utracili miejsce pracy i nie otrzymali nowej. Co robić? Niektórzy 
wstąpili do związku, na co krzywo patrzeli drudzy, aż wreszcie 
stanowisko w tej kwestii zajęli bracia z Brooklynu. W Stanach 
Zjednoczonych nikt nie otrzyma pracy, jeśli nie należy do organizacji 
związkowej. Stąd i Świadkom we wschodniej strefie Niemiec wolno 
było w końcu wstępować do związku. Niemniej jasnego "tak " nie 
powiedziano nigdy i wielu miało nadal wątpliwości. 
Wydaje się, że do dzisiaj panuje w tej sprawie oficjalne milczenie. 
Jeszcze w roku 1943 Towarzystwo "Strażnica " określiło swe 
stanowisko w następujący sposób: Pytanie: czy wykracza to przeciw 
przykazaniu Bożemu, jeśli ktoś jako związkowiec stara się o polepszenie 
warunków życia klas pracujących? Czy Bóg nie działa także poprzez 
ludzi w tym sensie, że ma zapanować sprawiedliwość? Odpowiedź: Nic, 
co służy sprawiedliwości, nie może być przeciwne przykazaniu Bożemu. 
Wszakże przez "sprawiedliwość " rozumiemy to prawo, które jest 
prawem w oczach Bożych, a więc prawdziwą sprawiedliwość (...). 
Zawsze jest dla ludzi z korzyścią, kiedy kierują się wymogami 
sprawiedliwości. Jednakże jest rzeczą niesłuszną sięgać do 
niesprawiedliwych, "świeckich " środków w walce o sprawiedliwość 
ekonomiczną. Zawsze jest lepiej znosić niesprawiedliwość, aniżeli ją 
czynić (...). Kiedy ludzie czy grupy ekonomiczne walczą o swe prawa lub 
rzekome prawa, Chrystus nie ma zazwyczaj z tym nic wspólnego (...). 
Wszyscy sprawiedliwi sędziowie, urzędnicy czy przywódcy związkowi nie 
sprawią tego, by panowanie Chrystusa stało się zbyteczne, ponieważ nie 
mogą wytępić ducha egoizmu i gwałtu (...). Dlatego wyczekujemy 
prawdziwego wyzwolenia. Tymczasem zaś każdemu uczciwemu 
człowiekowi wolno się bronić przed wyzyskiem, jeżeli nie czyni przy tym 
nikomu krzywdy
 ( "Pociecha " z 1.9.1943, wydanie berneńskie, str. 10). 
Ta odpowiedź Towarzystwa "Strażnica " dana z biura berneńskiego jest 
prawdziwą idyllą sprzeczności. Kto tę odpowiedź uważnie przeczyta, 
ten nie wie już w ogóle, co słuszne, a co niesłuszne. Może cierpieć 
krzywdę, ma więc raczej znieść niesprawiedliwość, niż samemu ją 
wyrządzać. Czy ten, kto broni się przeciw krzywdzie, wyrządza 
krzywdę? Każdy uczciwy człowiek może się bronić przeciw wyzyskowi, 

background image

jeżeli nie czyni przy tym zła, gdy ma to miejsce? - Cały ten wywód jest 
typowy dla Świadków. Zauważmy nawiasem, że w oczach Świadków 
związki zawodowe wydają się czymś niesprawiedliwym. Dziwię się dziś 
sam sobie, że nie poznałem się wcześniej na tych wszystkich 
niedorzecznościach. Ktoś powiedział kiedyś, że Świadkowie znajdą 
zawsze stosowną pokrywkę do każdego garnka... 
 

 
Przeciw modlitwie o pokój i za polityków tego świata

 

 
Kiedy Światowa Rada Kościołów wzywa publicznie do modlitwy w 
intencji pokoju i polityków, Świadkowie Jehowy muszą oczywiście 
wypowiedzieć swoje zdanie na ten temat. Nie ma przecież 
znaczniejszego wydarzenia religijnego w świecie, którego by 
brooklyńscy książęta nie skomentowali na swój sposób. Oto komentarz 
Towarzystwa "Strażnica " w odniesieniu do wspomnianego apelu Rady 
Kościołów: Czołowy artykuł czasopisma "Life " z 13 września 1954 roku 
nosi tytuł "Modlitwa ścieżką do pokoju ". W artykule tym cytuje się 
uwagi prezydenta Eisenhowera, wypowiedziane w minionym sierpniu w 
Evanston, wobec zebranej tam Światowej Rady Kościołów: "Nadszedł 
dla ludzkości czas, w którym nie ma alternatywy dla sprawiedliwego i 
trwałego pokoju ". Artykuł w "Life " mówi następnie o inicjatywie 
Eisenhowera podjęcia ogólnoświatowej akcji modlitewnej jako 
potężnego, wspólnego, intensywnego aktu wiary. Rada zaakceptowała 
propozycję i wyznaczyła na czas od 18 do 25 stycznia 1955 tydzień 
powszechnej modlitwy. W artykule z "Life " czytamy usilnie wezwanie: 
"Wszyscy chcemy o tym pamiętać, wszyscy chcemy się modlić. 
Pragniemy modlić się już teraz, między innymi za miliony chrześcijan w 
Rosji (...) Na pewno musimy modlić się za prezydenta Eisenhowera... 
"Czy ścieżka do pokoju - zapytuje "Strażnica " - prowadzi przez 
modlitwę? Czy Bóg wysłucha takich modlitw i odpowie na nie? ( ...) 
W odniesieniu do narodu Izraela, który odszedł do Boga w czasach 
proroka Jeremiasza, Prorok ten otrzymał szczególne polecenie: "Ty zaś 
nie wstawiaj się za tym narodem, nie zanoś za niego błagań ani modłów, 
ani też nie nalegaj na Mnie, bo cię nie wysłucham ". Ponieważ zagłada 
Izraela była postanowiona, daremna okazałaby się modlitwa Jeremiasza 
za ten lud. Tak jest też dzisiaj. To chrześcijaństwo, które Biblia nazywa 
Babilonem, Bóg skazał na zagładę. Dlatego ci, co znają postanowienia 
Boże, nie przyłączyli się w dniach od 18 do 25 stycznia do prezydenta 
Eisenhowera i Światowej Rady Kościołów w modlitwie o pokój na 
świecie. Zamiast tego głosili przestrogę Jehowy: "Ludu mój, wyjdźcie z 
niej, byście nie mieli udziału w jej grzechach i żadnej z jej plag nie 
ponieśli "
 ( Jr 50,8: 51 ,45: Ap 18,4) ( "Strażnica " z 1. 6. 1955 r., str. 
323-324). 
Jak więc Świadkowie Jehowy mogliby się "splamić " modlitwą 
wznoszoną za pokój na świecie i za polityków, którzy nie chcą 
zrezygnować z ludzkiej władzy? Taka modlitwa oznaczałaby przecież, 
ich zdaniem, prowokację wobec Boga! 
 
 

background image

A jednak modlić się o pokój i za polityków tego świata

 

 
(...) W rzeczy samej powiedziano nam, że mamy modlić się za królów i 
władców, abyśmy mogli prowadzić dalej życie w ciszy i pokoju...! 

"Strażnica z 15. 8. 1956 r., str. 493). 
A więc jednak! Modlić się jednak o pokój tego świata i za jego 
polityków. Czyżby "Strażnica " chciała nas nakłonić do prowokowania 
Boga? Sprzeczność jest tu wprost namacalna. Czy pan Rutherford 
miałby jeszcze i dziś rację ze swym wezwaniem, aby nie wierzyć 
"Strażnicy "? 
Czego nas uczy "Strażnica " o modlitwie o pokój na tym świecie i za 
panujących? Cytuje słowa 1 Listu do Tymoteusza 2,1-4: Zalecam więc 
przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, 
dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi: za królów i za 
wszystkich sprawujących władzę, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i 
spokojne z całą pobożnością i godnością. Jest to bowiem rzecz dobra i 
miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga który pragnie by wszyscy 
ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy ".
 
Przytoczywszy te słowa, zapytuje "Strażnica ": Kim są ci królowie i 
ludzie na wysokich stanowiskach? Jakie to modlitwy zanosi się za nich?
 
Odpowiada: Z kontekstu wynika, że określenie odnosi się do władców 
świata i innych ludzi na wysokich stanowiskach życia publicznego. W 
Biblii wspomniane są przykłady modlitw zanoszonych przez lud Jehowy 
za władców (...) Jeremiasz prorokował coś innego i zamiast Żydom 
pozostającym w niewoli Babilonu czynić nadzieje na rychłe wyzwolenie, 
nakazał im gotować się na długi tam pobyt, a jako część Bożego 
posłania do nich dołączył słowa: "starajcie się o pokój dla kraju, do 
którego was zesłałem, i módlcie się do Jehowy za niego, bowiem w jego 
pokoju wy będziecie mieć pokój " (por. Jr 29, 1-7). Te dwa przypadki, 
jeden z dni Jeremiasza ( ...) dobrze harmonizują z radą daną przez 
Pawła Tymoteuszowi. Obie rady zostały udzielone w czasach 
buntowniczych dążeń i oskarżeń. Modlitwa za umocnionych władców 
wskazuje. że modlący się nie zamierzali obalić władzy, lecz działali 
raczej na korzyść jej dalszego trwania (...) Chrześcijanie nie 
uczestniczyli w powstaniach Żydowskich, nie mieli politycznych 
uprzedzeń i ambitnych planów. Interesowali się tylko pokojem i 
spokojem (...) Nie myśleli o obaleniu władzy, pozostawiając tę sprawę 
Chrystusowi Jezusowi (...) A tymczasem mogli się byli modlić o 
pokojowe zarządzanie sprawami publicznymi...
 ( "Strażnica " z sierpnia 
1952 r., str. 243-254). 
Kiedy tak zwani przez Świadków "chrześcijanie z imienia ", Światowa 
Rada Kościołów, czy inni jeszcze ludzie modlą się o pokój i za 
polityków czy rządzących, wtedy książęta z Brooklynu cytują słowa 
Jeremiasza: Ty zaś nie wstawiaj się za tym narodem, nie zanoś za niego 
błagań ani modłów, ani też nie nalegaj na Mnie, bo cię nie wysłucham ".
 
A jeśli sami Świadkowie modlą się w tych intencjach, to słowa 
Jeremiasza nie mają już zastosowania? Czy Świadkowie nie czynią 
wtedy tego samego, co "chrześcijanie z imienia "? Czy i jedni, i drudzy 
nie modlą się o pokój dla tego świata i za polityków naszej doby? 
 

background image

 

Neutralność polityczna?

 

 
W wewnętrznej, nie przeznaczonej do wiadomości publicznej informacji 
z dnia 25 lutego 1950, skierowanej do wszystkich głosicieli, oświadcza 
Towarzystwo "Strażnica " poprzez swoje niemieckie biuro filialne co 
następuje: (...) We wszystkich sporach narodowych a także partyjno-
politycznych Świadkowie Jehowy zachowują całkowitą neutralność. 
Bronią się przed politycznym rozdarciem i nie opowiadają się ani za, ani 
przeciwko jakiemuś narodowi, partii czy kierunkowi...
 
Niemal wszyscy prości zwolennicy książąt z Brooklynu żyją w 
przekonaniu, że nie mają nic wspólnego z polityką, że są politycznie 
całkowicie neutralni. Przez dziesiątki lat żądały tego i zapewniały o tym 
publikacje "Strażnicy " wydawane w stanach Zjednoczonych. W szeroko 
zakrojonej petycji do rządu ZSRR, wydanej 30.6.1956 roku w Kemi 
(Finlandia), powtarza się raz jeszcze: Świadkowie Jehowy nikomu nie 
szkodzą. Pozostają neutralni w sporach tego świata. Nie zajmują się ani 
działalnością wywrotową, ani szpiegostwem. Nie są nacjonalistami ani 
egoistycznymi kapitalistami, ani imperialistami. Jako prawdziwi 
chrześcijanie nie mogą w ogóle nimi być, ani nie mogą też walczyć na 
rzecz jakiejkolwiek doktryny czy ideologii politycznej, czy będą one 
komunistyczne, demokratyczne, czy kapitalistyczne 
( "Strażnica z 
15.4.1957 r., str. 251). 
Ale czy neutralność polityczna oznacza tylko nieuczestniczenie w walce 
po stronie jakiejś ideologii - demokratycznej, kapitalistycznej czy 
komunistycznej? Czy neutralność nie oznacza też niebrania udziału w 
walce przeciwko o jakiejkolwiek ideologii? Ani za, ani przeciw - to jest 
dopiero prawdziwa neutralność. Czy jest to zgodne zdeklarowaną przez 
Świadków Jehowy neutralnością polityczną, jeżeli występują przeciwko 
mężom stanu i ośmieszają ich? Jeżeli raz opowiadają się za Organizacją 
Narodów Zjednoczonych i żądają realizacji jej postanowień, kiedy 
indziej zaś występują przeciwko tej samej organizacji, żądając 
"wyrzucenia jej na złom "? Czy to jest neutralność, jeżeli wypowiadają 
się przeciwko demokracji i wyborom? Postępując w taki sposób, 
Świadkowie Jehowy odeszli od zasady całkowitej neutralności. Ich 
amerykańscy przywódcy, powinni przestać wreszcie mówić ciągle o 
neutralności, ponieważ z samej zasady nie może jej być na tym świecie 
dla Świadków Jehowy! I nigdy też nie byli oni faktycznie neutralni. 
Stanowisko, które zajmują, zajmowali, i któremu dają wyraz w 
czasopiśmie "Przebudźcie się ", nie jest bynajmniej stanowiskiem 
neutralnym. 
Czasopismo to: przynosi artykuły z wielu dziedzin wiedzy - mówi o 
rządzie, handlu, religii, historii, geografii, nauce, stosunkach 
społecznych, cudach natury. Obszar zainteresowań tego pisma jest 
szeroki jak ziemia, a wysoki jak niebo. Czasopismo ślubuje trzymać się 
słusznych zasad, demaskować skrytych wrogów, wskazywać na utajone 
niebezpieczeństwa, bronić wolności wszystkich, pocieszać strapionych i 
umacniać tych, których przygnębiły zawody doznane ze strony świata 
zapominającego o swych obowiązkach.
 Kto z taką misją idzie do ludzi, 
ten - rzecz jasna nie może być neutralny, ten musi opowiedzieć się albo 

background image

za, albo przeciw - i tak też rzeczywiście postępują Świadkowie Jehowy 
we wszystkich kwestiach życia. Ich zapewnienia o neutralności są zatem 
wprowadzaniem w błąd, łudzeniem, udawaniem. 
Wymownym dowodem jest tu stosunek Świadków Jehowy do 
komunizmu. N. H. Knorr, W. F. Franz, Grant Suiter, H. H. Riemer, T. J. 
Sullivan, L. A. Swingle i M. G. Henschel - siedmiu najwyżej 
postawionych członków dyrekcji światowej organizacji Świadków 
Jehowy - poręczają własnym podpisem prawdziwość słów zawartych w 
ich petycji do rządu ZSRR, datowanej 1 marca 1957 roku: (...) Stało się 
to
 (mowa o zakazie działalności Świadków w ZSRR - przyp. autora) nie 
dlatego, że popełnili oni jakiekolwiek przestępstwo czy w jakikolwiek 
sposób działali politycznie. Świadkowie Jehowy są najbardziej 
pokojową, najbardziej lojalną grupą ludzi na ziemi
 (za "Strażnicą " z 
15.4.1957 r.). Ale prawdą jest to, że nie ma i nie może być neutralności 
Świadków Jehowy wobec komunizmu. Na długo przed tym, nim 
komuniści zajęli się w szczególny sposób Świadkami, ci rozprawili się 
już z nimi w książce pt. "Rząd "

40

, wydanej w roku 1928 przed 

Rutherforda, poprzednika prezydenta Knorra. Na międzynarodowym 
kongresie w Nowym Jorku w roku 1950 Knorr i jego współpracownicy 
wydali rezolucję antykomunistyczną. W informatorze z lipca 1952 
Towarzystwo "Strażnica " oświadczyło poprzez swe biuro niemieckie, 
że pisma Świadków Jehowy stanową bastion oporu przeciwko 
komunizmowi. W numerze czerwcowym "Strażnicy " z roku 1952 (1.6.) 
rozliczają się raz jeszcze z komunizmem. W książce "Co religia 
przyniosła ludzkości "

41

 (wydanie niemieckie ukazało się w roku 1953) 

zaliczają komunizm, jako "czerwoną religię ", do fałszywych religii, 
które należy zwalczać. 
Te fakty przeczą petycji Knorra i członków jego dyrekcji. Dlaczego 
więc przedstawiają siebie jako całkowicie apolitycznych i neutralnych? 
Przecież wobec komunizmu nie można być neutralnym. Dlaczego zatem 
udawać, kryć się tchórzliwie? Prawdą jest, że Świadkowie Jehowy nie są 
neutralni ani religijnie, ani politycznie. 
Jak osobliwe są ich pojęcia dotyczące obowiązków obywatela! Sami nie 
wiedzą, czego właściwie chcą. Raz mówią tak, raz inaczej, zależnie od 
sytuacji. Jak można tu jeszcze twierdzić, że Świadkowie Jehowy są 
najwierniejszymi obywatelami? Szerząc takie poglądy sieją tylko przy 
intensywności swej propagandy zamieszanie, stając się - jeśli tylko 
posieją większą liczbę zwolenników - realnym politycznym faktem w 
każdym z państw, w których żyją. Nie występują przy tym wyłącznie 
przeciw jakiejś jednej partii, jednemu kierunkowi politycznemu czy 
państwu. Przeciwstawiają się od razu wszystkim. Przypomnimy 
cytowane już raz słowa "Strażnicy ": Jak niedorzeczną i dziecinną 
rzeczą jest sądzić, że jakaś partia polityczna może być "ratunkiem " dla 
tego kraju (USA) czy innych krajów
 ( "Strażnica " 1953, str. 36).  

 NA DRODZE DO KOŚCIOŁA

 

 
Dobiegł końca pełen doświadczeń okres mego życia. Rozpoczął się tak 
obiecująco, a przyszłość okazała się tak przerażająco inna. Spotkało 
mnie najbardziej gorzkie rozczarowanie mego życia. Musiałem porzucić 

background image

"uszczęśliwiającą prawdę " Świadków Jehowy, kiedy odnalazłem 
rzeczywistą prawdę. Chleb, który miał nasycić głód mojej duszy, okazał 
się kamieniem. 
Teraz w oczach dawnych braci i sióstr uchodzę za rebelianta, którym 
należy pogardzać, dopóki skruszony nie wróci. Przepowiada się mi, 
odstępcy, straszliwą pomstę Jehowy... To, co poznałem i zrozumiałem, 
pozwala mi przyjąć wyrok wydany na mnie przez przywódców 
"Strażnicy " z całkowitym spokojem. Nie lękam się także karzącego 
sądu Boga wobec Jego wrogów. Nie zaliczam się do wrogów Boga - 
szukałem przecież prawdy i bronię jej przeciwko błędowi i kłamstwu. 
Może przywódcy "Strażnicy " będą próbować zniesławić moją osobę. 
Niegodna to metoda, jeżeli na moje niezbite argumenty nie znajduje się 
rzeczowej odpowiedzi. W każdym razie, jak każdy człowiek, mam 
prawo i obowiązek iść za głosem prawego sumienia. A właśnie ze 
słusznych racji sumienia wyrzekłem się Towarzystwa "Strażnica ". 
Każdy musi iść za głosem sumienia... Wola Boża, prawo Boże, którym 
poddać się musi każdy człowiek, wpisane są w nasze serca. Bo gdy 
poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo 
nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. 
Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy 
jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na 
przemian ich oskarżające lub uniewinniające
 - tak pisał Apostoł Paweł 
do Rzymian. (2,14 n). A na innym miejscu: Wszystko, co się czyni 
niezgodnie z przekonaniem
 (tzn. niezgodnie z sumieniem - przyp. 
autora) jest grzechem (Rz 14,23)... Co czynić, jeśli w prawym sumieniu 
dojdzie się do przekonania, że wiara, którą się dotąd wyznawało, jest 
fałszywa? Czy nie należy się tej fałszywej wiary wyrzec? - 
Bezwarunkowo! Tę opinię podzielają, jak twierdzą, sami Świadkowie 
Jehowy: Twoja religia musi mieć autentyczną podstawę. Masz się 
opierać nie na przywódcach religijnych i religijnych systemach, ale na 
słowie Boga, Piśmie świętym, winieneś się wpierw upewnić, czy twoja 
religia jest zgodna ze słowem Bożym. Jeśli przekonasz się, że twoja 
religia uczy czegoś, co nie jest prawdziwe, winieneś się od tego 
odwrócić, Powstaje pytanie: czy gotów jesteś poddać swoją religię takiej 
próbie? Nie potrzebujesz się niczego lękać, jeśli twoja religia jest 
prawdziwa
 ( "Strażnica " 1.7.1958 r., str. 289). 
Poddałem moją dotychczasową religię gruntownej próbie. Nie 
wytrzymała tej próby, której domaga się samo Towarzystwo "Strażnica 
". Wykazałem to jasno w niniejszej książce. Posłuchałem więc głosu 
prawego sumienia i dlatego odłączyłem się od Towarzystwa. Co teraz? 
Gdzie jest prawda, jeśli na pewno u Świadków Jehowy jej nie ma? Czy 
mam może już w nic nie wierzyć, czego uczy jakakolwiek religia? Czy 
mam wątpić i zwątpić w Boga? Tego nie wolno mi uczynić. Bóg 
rzeczywiście istnieje: Tylko głupi mówi w swoim sercu: nie ma Boga, 
(Ps 13,1). To bowiem, co o Bogu można poznać, pewne jest wśród nich, 
gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne 
Jego przymioty - wiekuista Jego potęga oraz bóstwo - stają się widzialne 
dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy
 (Rz 
1, 19 n). Bóg wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś do 
ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas 

background image

przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego 
też stworzył Wszechświat
 (List do Hebrajczyków 1,1 n). 
W istnienie tego Boga, który stworzył świat i objawił Siebie przez Syna, 
nie można więc wątpić. Ale jaką podstawę mam przyjąć w praktyce 
życia wobec Boga? Jaką religię przyjąć? Czy mam może próbować 
znaleźć prawdę sam, osobiście, z Biblią w ręce, nie patrząc na 
jakąkolwiek kościelną naukę? Czy nie mogę spotkać się z prawdą w 
jednym z już istniejących Kościołów? Chrystus, który jest Prawdą, 
obiecał przecież, że pozostanie z tymi, którzy są Jego świadkami przez 
wszystkie dni, aż do skończenia świata. Przez wszystkie dni... A zatem 
zawsze, nieprzerwanie. Kościół Chrystusa istnieje więc nieprzerwanie 
od samego swego początku po dziś, i to nie niewidzialnie tylko, lecz w 
sposób widzialny. A jaki to Kościół istnieje nieprzerwanie od 
pierwszych dni pierwotnego chrześcijaństwa? Odpowiedź na to pytanie 
stała się dla mnie wstrząsem. Czyż tym Kościołem nie jest Kościół 
katolicki? Ten Kościół, który my, Świadkowie Jehowy, nazywaliśmy 
sługą szatana? Wszystko wzdragało się we mnie przed uznaniem 
Kościoła katolickiego za prawdziwy Kościół Chrystusowy. Tak jak 
dotąd na niego patrzyłem, nie mógł on być tym Kościołem. Nigdy! 
Szukałem, badałem niestrudzenie dalej. Kim zatem byli ci świadkowie, 
którym Chrystus zapewnił swoją stałą pomocną obecność? Czy byli 
nimi może ci, których Towarzystwo "Strażnica " zestawia z sobą jednym 
tchem, w przerażająco naiwny albo w bezczelnie zuchwały sposób, jako 
"świadków " Jehowy - a więc po Apostole Pawle - Ariusz, Waldens, 
Luter i Russel i Rutherford. Czy to w tych ludziach miało się zachować 
pierwotne "czyste " chrześcijaństwo, podczas gdy Kościół (czytaj: 
Kościół katolicki) czy też Kościoły chrześcijańskie powstały już w 
początkach chrześcijaństwa na skutek popadnięcia w pogaństwo? Ci, 
których przywódcy "Strażnicy " nazywają swoimi "poprzednikami ", 
zaprotestowaliby stanowczo przeciw stawianiu ich na jednej 
płaszczyźnie z zaślepionymi "prezydentami " i fałszywymi prorokami! 
Poza tym - gdyby Kościół Chrystusa już w pierwszych czasach 
chrześcijaństwa stał się pogański, znaczyłoby to, że wbrew zapewnieniu 
Chrystusa bramy piekielne jednak ten Kościół przemogły. Nie mogę w 
to uwierzyć! 
Chciwie czytałem, co mówi Pismo święte o dziejach pierwotnego 
Kościoła. Jaki to Kościół stał już u początku chrześcijaństwa? - Żaden 
inny jak ten, tak dotąd przeze mnie nienawidzony, Kościół katolicki. Z 
oporami poszedłem kiedyś do świątyni katolickiej. Chciałem być na 
katolickim nabożeństwie. Myślałem, że wszystko to "ceremonie ", 
wszystko "teatr ". Ale rzecz dziwna: ten "teatr " nie dał mi odtąd zaznać 
spokoju. Dlaczego właściwie? 
Starałem się zaznajomić z księżmi katolickimi. Pierwszy z poznanych 
był proboszczem, którego siły fizyczne wyczerpała całkowicie praca 
duszpasterska w rejonie górniczym. Czy w tym duszpasterzu, który stał 
się kaleką, miałem widzieć obłudnika, faryzeusza i sługę diabła? Na to 
był ten proboszcz zbyt uczciwy i dobry. Czy może ten ojciec jezuita, 
którego poznałem z kolei, miałby być znającym się na fachu, 
wyrafinowanym zwodzicielem dusz? Nie mogłem odkryć niczego 
podobnego... 

background image

W poznanych księżach katolickich spotkałem ludzi otwartych, gotowych 
do pomocy, życzliwych, traktujących swe powołanie i pracę poważnie. 
Ludzie ci wierzyli szczerze w Pismo święte i starali się wykazać 
słuszność swych przekonań opierając się na nim. Czy byli to wykrętni 
interpretatorzy Pisma, wyszkoleni krytycy tekstów, samowolnie je 
zniekształcający - jak przekonywało mnie dotąd Towarzystwo 
"Strażnica "? - Nie! Poznałem w tych duchownych katolickich ludzi 
skromnych, wierzących chrześcijan, przyjmujących z pokorą słowo 
Boga. Rozmawiali ze mną nie fanatycy głoszący nienawiść ani zadufani 
w sobie sekciarze sądzący i osądzający myśli i czyny drugich na 
podstawie jakichś wyrwanych z kontekstu miejsc Pisma. To byli ludzie, 
którzy przy całej swej słabości i grzeszności starali się rzetelnie iść 
drogą Bożą i prowadzić nią innych. 
Szczególnie ujmująca była dla mnie postawa wspomnianego jezuity. 
Przy pierwszym naszym spotkaniu powiedział mi, że nie chce "zrobić " 
ze mnie katolika. Wiara zależy od osobistego przekonania i wolnej woli 
każdego człowieka. Wiary nie można wymusić ani kupić. On sam może 
mi tylko dopomóc w zrozumieniu powiązań tworzących całość 
katolickiej nauki wiary. Obiecał mi też pomoc według swych 
możliwości w mych potrzebach materialnych, niezależnie od tego, czy 
zostanę katolikiem czy nie. Świadkowie Jehowy mogą określać taką 
postawę jako taktykę i przebiegłość jezuicką. Osobiste spotkania i 
wymiana korespondencji przekonały mnie o prawości i szczerości 
mojego rozmówcy. Mogliśmy mówić rzeczowo i otwarcie o wszystkich 
nurtujących mnie kwestiach. Wydawało mi się wprost cudem, że ten 
pogardzany przeze mnie dotąd "sługa szatana " umie dać mi odpowiedź 
na wszystkie pytania, i to odpowiedź głęboko mnie zadowalającą mimo 
mej specyficznej mentalności Świadka Jehowy. Musiałem tylko starać 
się myśleć bez uprzedzeń, a z całą konsekwencją. 
I tak w wyniku mych studiów obraz Kościoła przyjął dla mnie z wolna 
zupełnie inną postać, niż ta jego ciemna karykatura, którą kreśli 
Towarzystwo "Strażnica ". Obraz ten stawał się coraz jaśniejszy. Dziś 
Kościół katolicki i jego historię widzę w nowym świetle. Owszem, także 
i w tym Kościele byli i są ludzie obłudni, nadużywający religii dla 
własnych korzyści. Czy jednak na to, co w Kościele ludzkie, nie należy 
patrzeć z perspektywy czasu i jego uwarunkowań? Czy ludzi grzesznych 
nie spotyka się we wszystkich Kościołach i sektach? Również każdemu 
z Świadków Jehowy powtarza się ciągle, żeby nie patrzał na błędy sług i 
starszych, ale na Boga, któremu słaby człowiek chce służyć. Czy to 
samo nie musi odnosić się także do księży katolickich? Dlaczego 
eksponuje się ich błędy, a ukrywa swoje? Cóż to za faryzeizm osądzać 
drugich, a swoje własne upadki przemilczać albo wybielać. Byłoby 
lepiej, gdyby przywódcy "Strażnicy " wzięli poważniej do serca słowo 
Pisma: Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy 
i nie ma w nas prawdy
 (1 J 1,8). 
Toteż bez uprzedzeń podjąłem studium katolickiej nauki wiary, 
znajdując w tym po dziś dzień rzeczywistą satysfakcję. Zapewne, droga 
od błędnowiarstwa Świadków Jehowy do wiary katolickiej jest długa i 
trudna. Ale jest dla mnie oczywiste, że Kościół katolicki jest jedynym 
Kościołem, który zawsze istniał i któremu Chrystus zapewnił swą 

background image

obecność po wszystkie dni aż do skończenia świata. 
Wyjaśniły się nieporozumienia dotyczące wiary katolickiej. Jako 
Świadek Jehowy odrzucałem wiarę w Trójcę Świętą. Dziś wiem, że 
Kościół nigdy nie uczył, jakoby w Bogu było trzech Bogów, lecz 
wierzył zawsze w jedynego Boga (1 Kor 8,4). Ale to, co sam Bóg 
objawił nam o Sobie, świadczy, że jest On jeden w trzech Osobach. 
Gdyby nie istniały w Nim trzy duchowe Osoby, to niezrozumiałe, wręcz 
pozbawione sensu, byłyby słowa Chrystusowego rozkazu, aby udzielać 
chrztu "w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego ". 
Jak ostrą polemikę rozpętuje "Strażnica " przeciw wierze w 
nieśmiertelność ludzkiej duszy! Tymczasem - czy człowiek nie jest 
według słów Pisma świętego stworzony na obraz i podobieństwo Boga, 
który jest czystym duchem? (por. Rdz 1,26; J 4,24). Czy Chrystus nie 
objawił jasno, że można zabić ciało, ale że różna od ciała dusza ludzka 
jest niezniszczalna? (Mt 10,28). 
Jak bardzo Towarzystwo "Strażnica " usiłuje zniweczyć opartą na 
Piśmie św. wiarę w istnienie wiecznego piekła! Według Pisma potępieni 
wrzuceni będą do "jeziora ognia " (Ap 20,14; 21,8). Biblia wskazuje 
przy tym jasno, że ta druga śmierć nie oznacza ostatecznego zniszczenia, 
unicestwienia, ale utratę życia Bożego. Również i potępieni będą 
wskrzeszeni (1 5,28; D z 4,2; 17,18; 17,32), mając świadomie znosić 
mękę wiecznego ognia (gehenna). A dym ich katuszy na wieki wieków 
się wznosi i nie mają spoczynku we dnie i w nocy czciciele Bestii i jej 
obrazu
 (Ap. 14,11). I będą cierpieć katusze we dnie i w nocy na wieki 
wieków
 (Ap 20,10). Gdyby potępieni mieli być unicestwieni, to jak z 
istot nie istniejących miałby się podnosić "dym ich katuszy "? Jak istoty 
unicestwione miałyby cierpieć we dnie i w nocy na wieki wieków? Kto 
tu fałszuje jasny sens objawienia Bożego o istnieniu wiecznego piekła? 
Kierownictwo "Strażnicy " czy Kościół katolicki? Bez wątpienia 
"Strażnica "! Czy trzeba więcej dowodów, że wiara Świadków Jehowy 
sprzeciwia się Pismu świętemu, podczas gdy wiara katolicka odpowiada 
Pismu? 
Dzisiaj nabożeństwa katolickie nie wydają mi się już tylko "pustą 
ceremonią " i "pompatycznym teatrem ". Widzę, że w liturgii i 
modlitwie Kościoła znajduje wyraz szczera, głęboka pobożność. 
Jak do tego doszło, że w wierze katolickiej i w życiu katolickiego 
Kościoła poczułem się jak w domu? Z pewnością poprzez własną 
trzeźwą refleksję, ale nie tylko. Decydująca była tu łaska Boża. Jestem o 
tym przekonany. Bóg dał mi łaskę poznania prawdy o Świadkach 
Jehowy. Dlatego zdobyłem się na napisanie tej książki dobrze wiedząc, 
że przyniesie mi to niejedną przykrość, i pełen też smutku, że wielu 
moich dawnych współbraci nie może się wyzwolić ze swych uprzedzeń. 
Za bardzo uwikłali się w sposób myślenia "Strażnicy ". Mogę im tylko 
serdecznie Życzyć, by otworzyły im się oczy i odnaleźli prawdziwe 
życie - tak jak stało się to moim udziałem. Potrzeba wprost heroicznej 
odwagi, żeby zerwać pęta, które nakłada swym zwolennikom 
Towarzystwo "Strażnica ".  

ZNALAZŁEM SWÓJ DOM W KOŚCIELE

 

 

background image

Wyobrażenia o fałszywym, poddanym wpływom szatańskim Kościele 
przestały dla mnie istnieć. Gdyby mi ktoś przed dziesięciu laty 
powiedział, że stanę się kiedyś katolikiem, uważałbym go za 
nienormalnego. Moja odpowiedź brzmiałaby wtedy: "to niemożliwe ". 
Dzisiaj widzę Kościół w zupełnie innym Świetle i wciąż muszę pytać 
sam siebie, jak było to możliwe przyjmować za rzeczywistość takie 
nonsensy i nieprawdy, w jakie wierzyliśmy i jakie szerzyliśmy jako 
Świadkowie Jehowy. Jak głęboko wszystkie te niedorzeczności 
zakorzeniły się jako uprzedzenia w Świadkach Jehowy, świadczą liczne 
listy, które otrzymałem po ukazaniu się pierwszego i drugiego wydania 
niniejszej książki. Tymi uprzedzeniami Świadkowie sami zamykają 
sobie drogę do Kościoła. 
Jeden z dawnych Świadków Jehowy pisał do mnie: Pańską książkę 
"Byłem Świadkiem Jehowy " przeczytałem dwukrotnie w ciągu tygodnia, 
głęboko nią poruszony. Sam przez osiem lat byłem Świadkiem Jehowy. 
Zdawało mi się, że relacja o Pana przeżyciach płynie z mego własnego 
serca. Gdybym sam chciał napisać podobną książkę, nie mógłbym jej 
ująć lepiej. Jednakże to, że Pan chce zostać katolikiem, jest dla mnie 
niepojęte, nie mogę tego po prostu zrozumieć.
 
Potrafię wniknąć w myśli tego Świadka Jehowy. Nie zatraciłem 
zdolności myślenia na sposób "Strażnicy ". Jestem świadom, że nauka 
Towarzystwa "Strażnica " to nie teoria, ale metoda. Z tego względu 
zająłem się naświetleniem prawdziwych celów i tej sprawie zamierzam 
poświęcić kolejną książkę. Nie uważam się za wroga moich 
dawniejszych współbraci, czy wręcz za zdrajcę. Towarzystwo "Strażnica 
" sądzi wszakże, że może mnie porównywać z Judaszem, czemu daje 
wyraz poprzez wypowiedź jakiejś "wiernej siostry " w Roczniku 1964, 
str. 276. Nie czuję się zdrajcą ani nim nie jestem. Nie mam nic 
wspólnego ze sposobem postępowania Judasza. Moje odejście od 
Towarzystwa "Strażnica " i moja obecna działalność opiera się na 
dogłębnym przekonaniu, że Towarzystwo pada stale ofiarą nadal 
istniejących błędów, z których nie może się wyplątać. Z własnego 
doświadczenia znam rozmiar i niebezpieczeństwo tych błędów. Nie 
wolno mi milczeć. Nie mogę milczeć! Odnalazłszy drogę do Kościoła, 
do Chrystusa, muszę powiedzieć moim dawnym współbraciom, że to 
Chrystus prowadzi swój Kościół i nigdy go nie opuścił. Czytajcie Dzieje 
Apostolskie, czytajcie Listy Apostolskie. Przedstawiają one obraz 
pierwotnego Kościoła i jego wiernych, ludzi grzesznych i słabych. A 
jednak Chrystus kierował tym Kościołem, działał i mieszkał w nim. 
Kieruje nim, działa i mieszka w nim po dziś dzień. 
Chrystus nie może mylić, On jest zawsze ten sam. Toteż prawdziwy i 
niezmienny jest też Jego Kościół - musi być taki. Mogą ludzcy 
przedstawiciele Kościoła być grzesznikami, mogą przejawiać się w 
Kościele ludzkie ułomności - Kościół pozostanie jednak Kościołem w 
istocie niezmiennie takim, jakim był już w czasach apostolskich. 
Lud Izraela pomimo wszystkich błędów i wykroczeń jego władców, a 
nawet czasem całego tego ludu, pozostał ludem wybranym - aż do 
odrzucenia go przez Boga. Kościół mimo ludzkich błędów i ułomności 
jest Kościołem Chrystusa, On go nie odrzucił i nigdy nie odrzuci. 
Kościół będzie trwał aż do powtórnego przyjścia Chrystusa. Chrystus 

background image

zaręczył, że pozostanie z nim. Jego słowo jest Prawdą. On kłamać nie 
może. 
Dopiero z wolna zrozumiałem, w jakiej karykaturze widziałem Kościół. 
Największą trudność w jego poznaniu stanowiły uprzedzenia i 
nieprawdziwe opinie. Późno dopiero zrozumiałem, czym Kościół 
katolicki rzeczywiście jest - Kościołem Chrystusowym, którym zawsze 
był. W tym Kościele czuję się pewny i bezpieczny. Pragnąłbym, aby 
znaleźli się w nim moi dawni bracia spośród Świadków Jehowy. 
Niech mi będzie wolno na koniec raz jeszcze ująć krótko powody 
uzasadniające przed sumieniem i Bogiem moje nawrócenie: Bezstronny 
rozum ludzki nie może zaakceptować nauki Świadków Jehowy. 
Krytyczne studium dziejów i rozwoju doktryny Towarzystwa "Strażnica 
" odkrywa zbyt - wiele sprzeczności. Ponieważ "książęta " z Brooklynu 
nie posiadają prawdy, przeto musieli i nadal muszą odwoływać ciągle od 
nowa to, co jeszcze wczoraj czy też przed laty głosili jako "biblijną 
prawdę Bożą ". 
Pismo święte nie daje podstaw "prawdzie " nauki "Strażnicy ". 
Samowolność, z jaką kierownictwo z Brooklynu interpretuje Biblię, jest 
oczywista. A chociaż Świadkowie Jehowy szerzą swe obłędne idee w 
miliardach broszur i książek, chwast ich błędnej nauki nie zamieni się 
przez to w dobre, wartościowe ziarno. 
Życie przeczy oderwanym od rzeczywistości poglądom Świadków 
Jehowy. Gdyby ludzkość zrealizowała program z Brooklynu, rozpadłaby 
się rodzina, rozprzęgło państwo, życie społeczne i polityczne zostałoby 
zniszczone. A to jest sprzeczne z wolą Bożą oraz z prawami i 
potrzebami stworzonej przez Boga natury człowieka. 
Świadkowie Jehowy nie przynieśli owoców swego rzekomo "jedynie 
prawdziwego chrześcijaństwa ", chociaż fanatyczną i głośną propagandą 
chlubią się z tych owoców. Zbyt wielu ze Świadków zawiodło moralnie, 
wśród nich również ludzie z przywództwa, amerykańscy "książęta " i 
inne "owce ". Przykre wrażenie wywołują próby tuszowania czy krycia 
wewnętrznych skandali w "Strażnicy ". Takie zabiegi nic nie dają. 
Prędzej czy później prawda wychodzi na jaw - prawda, że nie działa tu 
"teokratyczne " kierownictwo, że sprawy głoszenia światu swojego 
Królestwa nie powierzył Bóg zarozumiałym i aroganckim fałszywym 
prorokom. 
Dlatego wyrzekłem się nieodwołalnie "świętej, uniwersalnej organizacji 
Jehowy ". Szukałem prawdy, sprawiedliwości, prawdziwie 
chrześcijańskiej miłości bliźniego i znalazłem je poza Towarzystwem 
"Strażnica " - w Kościele katolickim. Setkom tysięcy Świadków 
Jehowy, którzy popadli w brooklyńskie zaślepienie i trwają w nim, 
mogę tylko szczerym sercem współczuć... 

POSŁOWIE JAK CZYTAĆ PISMO ŚWIĘTE?  

1. Mieć i czytać Najpierw trzeba mieć Pismo święte, wydanie 
jakiekolwiek (nie ma Biblii katolickiej czy niekatolickiej - jedno jest 
Słowo Boże, w wydaniach różnych Kościołów i przekładach różnych 
biblistów czy literatów), oczywiście Pismo św. całe - Pierwszego ( 
"Starego ") i Nowego Testamentu. Z solidarności z własnym Kościołem 

background image

poleca się wydanie katolickie, zwłaszcza że opatrzone jest przydatnymi, 
chociaż nie zawsze doskonałymi, przypisami. Posługiwanie się 
wydaniem niekatolickim może być pięknym gestem ekumenicznym. 
Mieć Pismo św. i dziękować Bogu, że u nas już od dawna można je było 
łatwo nabyć. U naszych wschodnich i południowych sąsiadów głód 
Pisma św. - "nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania 
słów Pańskich " (Am 8,11) - jeszcze nie został zaspokojony. A jak było 
niedawno temu? W Związku Radzieckim posługiwano się nieraz jako 
tekstem biblijnym parafrazą z "Opowieści biblijnych " czy "Opowieści 
ewangelistów " smutnej pamięci Zenona Kosidowskiego. Tekst 
natchniony przepisywano ręcznie (całą Biblię!). Egzemplarz Pisma św. 
można było czasem kupić za krowę (w czasach Męki Jezusa kosztowała 
ona 30 srebrników, a więc żadna to ujma dla Pisma św.). Dostarczaliśmy 
te egzemplarze na różne sposoby, np. pod węglem w parowozie albo - 
sit venia verbo - pod spódnicą znanej aktorki. ..W Czechosłowacji za 
posiadanie Pisma św. lub fotografii Jana Pawła II niektórzy szli do 
więzienia. W czasach dyktatury wojskowej w Argentynie Pismo św. 
podlegało cenzurze państwowej - np. w Magnificat Marii i Kościoła 
skreślano starotestamentalne a wywrotowe słowa: "Strąca władców z 
tronu, a wywyższa maluczkich " (Łk 1,52). U nas wicekomendantka 
Związku Harcerstwa Polskiego mówiła przed laty w wywiadzie dla 
"Radaru ", że polskiej młodzieży nie zagraża neofaszyzm, lecz 
narkomania i oazy. Nie trudno się domyśleć dlaczego: przecież w 
oazach oraz innych grupach formalnych i nieformalnych karmimy się 
Pismem św. Jan Paweł II powiedział w roku 1979 do polskich dziewcząt 
i chłopców: " Wy sami nie wiecie, jak jesteście piękni wówczas, gdy 
znajdujecie się w zasięgu Słowa Bożego i Eucharystii ". Ośmielę się 
"poprawić " Papieża: piękni i mocni, i wolni, a więc niebezpieczni dla 
systemu, dla tej "firmy kłamstwa, żelaza i papieru " (Gałczyński). Ale 
najpierw niebezpieczni dla siebie samych. Ostrzegam młodzież, 
zwłaszcza tchórzliwą, przed Panem Bogiem i Pismem św.! "Słuchać 
Słowa, to wystawić żagle na wiatr Ducha, nie wiedząc, do jakich 
brzegów człowiek dobije " (św. Hieronim). A więc mieć - i czytać (jeśli 
nie lękamy się (ryzyka). "Dzięki Bogu, Biblia ocala od zniszczenia tych, 
którzy się nazywają chrześcijanami! " (Gandhi). Jeśli jej nie czytamy, 
nie dziwmy się, że nasze życie religijne staje się nudne, modlitwa - 
płytka, a wiara - zabobonna. Na tle takiej religijności i nie biblijnej 
pobożności wybuchają takie gorszące fenomeny jak Oława. "Wiara 
rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo 
Chrystusa " (Rz 10,17). Jeśli nie czytamy, nie dziwmy się, że byle 
Świadek Jehowy, prymitywny, ale gorliwy i biegły w "cytatologii " 
biblijnej, zawróci nam w głowie i może sprowadzić na manowce religii 
totalitarnej. "Weź i czytaj! Weź i czytaj ! " - słyszał Augustyn naglące, 
tajemnicze wołanie. Zaczął czytać - i zmienił życie. Czytać - ale jak? 
Nie posiadam żadnej recepty, chociaż w różnych książkach, 
książeczkach, artykułach i konferencjach może Czytelnik znaleźć 
niejedną praktyczną wskazówkę. Polecam! Ja tutaj pragnę tylko wskazać 
na trzy możliwe aspekty lektury Pisma św. Podział, jakiego dokonuję, 
jest trochę sztuczny. Jest o wiele więcej sposobów czytania Pisma św., a 
te trzy punkty: lektura naukowa, religijna i życiowa, to nie są kolejne 

background image

etapy, bo - dla nas, czytelników wierzących - nie występują osobno, w 
czystej formie, lecz zazębiają się ze sobą, nakładają się na siebie. 2. 
Lektura naukowa Jak czytać Pismo święte? Zgodnie z jego charakterem, 
stosownie do intencji autorów, Boskiego i ludzkich, poszczególnych 
ksiąg, a więc np. rozróżniając rodzaje (gatunki) literackie, nie 
zapominając że Pismo św. ma stronę Boską i ludzką. Oczywiście nie w 
tym sensie, że za pewne partie bierze odpowiedzialność Pan Bóg, a za 
inne ludzki autor. Nie, w Biblii wszystko jest natchnione, wszystko jest 
Słowem Bożym, nawet wypowiedzi błędne (w dziedzinie nauk 
przyrodniczych, historii czy etyki). Ale równocześnie wszystko w Biblii 
- także sam jej rdzeń, zbawcze orędzie Boże - jest dziełem ludzkim, 
owocem wysiłku jednostki, twórczości jego wspólnoty, owocem 
procesów historycznych. Bóg objawia się w historii, w wydarzeniach, w 
ich "dzianiu " się. Autorzy - pojedynczy i zbiorowi - ksiąg lub ich części 
są obdarzeni specjalnym charyzmatem Bożego natchnienia, ale 
twórczość ich podlega normalnym prawom literackim zaś owoc ich 
twórczości - święta księga - podlega krytyce biblijnej i innym naukom 
ludzkim. Krytyka naukowa Pisma św. to nie jest zamach na jego 
świętość; wręcz odwrotnie: to przysługa oddana Pismu i nam, jego 
czytelnikom. Bo spisane Słowo Boże jest w pełni ludzkim słowem, 
rodzącym się w dłuższym okresie niż cała polska literatura tysiącletnia - 
a jakże ją można byłoby poznać bez pomocy nauki? Im większe rygory 
naukowe, tym większa pewność, że poprzez zasłonę języka, kultur, 
cywilizacji, tysiącleci docieramy coraz bardziej do autentycznego 
orędzia Bożego, do Bożej woli i pociechy. Jeśli wspomniałem o 
prymitywizmie interpretacyjnym Świadków Jehowy, których skądinąd 
podziwiam i szanuję (nie tylko tych z mojej własnej choć dalszej 
rodziny), to jest on właśnie skutkiem tej czystej, bezinteresownej (?), 
absolutnej pogardy dla wszelkiej nauki, nie tylko biblijnej, jest skutkiem 
praktycznego nieuznawania Biblii za księgę także ludzką, z innej epoki, 
księgę będącą owocem długiej, skomplikowanej, często grzesznej 
historii konkretnych ludzi i ludów, a nie dziełem jednorazowym i 
wyrównanym, za jednym zamachem przez Boga podyktowanym i 
zesłanym nam podręcznikiem wiary i moralności, rozszerzonym Bożym 
katechizmem... Ta Boska Księga, natchniona przez Ducha Świętego, dar 
Boży, manna niebiańska, nie spadła z nieba niby meteoryt, lecz przyszła 
z ziemi, z naszej ziemi, jak sam Syn Boży, poczęty z Ducha Świętego, 
zrodził się z ziemskiej Matki, wzrastał w żydowskiej rodzinie, "ogołocił 
samego siebie " i "uniżył samego siebie " (Flp 2,7 - 8), stał się 
człowiekiem określonej epoki historycznej, konkretnego ludu i znanego 
kręgu kulturowego. "Słowo stało się ciałem " (J 1,14), stało się Żydem, 
ale Słowo stało się także Pismem ludu żydowskiego i chrześcijańskiego, 
głoszonym, tworzonym, redagowanym spisywanym przez stulecia 
burzliwej historii Boga z człowiekiem. I kiedy je dzisiaj otwieramy, to 
spotykamy je nie w dzisiejszej szacie kulturowej, lecz - mimo 
najlepszych nawet przekładów - w tej formie, w jakiej do tamtych, 
dawno nieżyjących łudzi, w ich języku, w ich świecie, zostało 
skierowane. I stąd potrzeba nauki: żeby pokonać tę odległość i 
odmienność czasu, cywilizacji i mentalności. Naprawdę nie wystarczy 
przekład słów; trzeba przekładać i przenosić w nasz świat cały ówczesny 

background image

świat słowa, myśli, wiary, pisania... Wszystko po to, żeby np. ze 
wzmianki w Apokalipsie o "stu czterdziestu czterech tysiącach " 
stojących z Barankiem "na górze Syjon " (14,1) nie wnioskować, że 
tylko tylu ludzi (oczywiście tylko Świadków Jehowy) zostanie 
zbawionych, zapominając o symbolicznym charakterze tej liczby (12 
pokoleń Izraela razy 12000 oznacza mnogość Ludu Bożego). W 
podejściu do Biblii spotykają się, o dziwo, droga bardzo religijnych i 
bardzo antynaukowych Świadków Jehowy i droga niewierzącego 
Zenona Kosidowskiego, który prezentował się jako rzecznik i 
popularyzator najnowszej i najodważniejszej nauki i który chciał nieść 
kaganek oświaty ciemnym Polakom ogłupianym przez "przewrotny kler 
katolicki ". W czym się spotykają? Właśnie w tym ignorowaniu 
właściwego charakteru i jedynego celu Biblii, w ustawianiu jej do bicia 
(Kosidowski) lub traktowaniu jej jako arsenał broni (Świadkowie). 
Oczywiście nikt nie może domagać się, żeby ateista czytał starą Biblię 
jako żywe Słowo Boże, ale od marksistowskich religiologów i literatów 
mieliśmy prawo domagać się rzetelności naukowej (także w 
popularyzacji) i zwykłej ludzkiej uczciwości, a więc np. żeby nie żądali 
od Biblii tego, czego nam nie mogła i nie chciała dać. Ponadto mieliśmy 
prawo domagać się, żeby ten "światopogląd naukowy ", o który tak 
dzielnie walczyli (zbierając należne laury), zbytnio nie urągał nauce. 
Zostawmy już jednak nieboszczyka Kosidowskiego (et consortes). 
Należy on do przeszłości tego dziwnego kończącego się XX wieku, jak 
do przeszłości XIX-wiecznej należały już w momencie pisania jego 
"najnowsze " odkrycia i rewelacje (tak to jest, gdy się naukę poświęca 
na rzecz propagandy). Natomiast my pamiętajmy, że w tekście, który 
czytamy, mamy szukać przede wszystkim prawdy, którą autor biblijny 
chciał i chce nam przekazać. Aby do niej dotrzeć, trzeba ją odróżnić 
starannie od tego, co było tylko literackim środkiem jej wyrażenia, 
stosownie do wiedzy, mentalności i zdolności tychże autorów, do ich 
środowiska, świata i epoki. Pamiętajmy także, że ta prawda, którą nam 
chcą przekazać - nieraz w sposób nienaukowy, obcy dla nas czy wręcz 
szokujący - jest prawdą porządku religijnego, dotyczy naszego 
zbawienia. Natomiast sprawy porządku doczesnego, np. przyrodniczego 
czy historycznego a nawet moralnego, będące tylko sposobem przekazu 
prawdy zbawczej, wcale nie muszą zgadzać się z porządkiem 
obiektywnym (i nie wszystko opisywane w Biblii jest tym samym 
pochwalane). Przy tym prawdy poszczególnego tekstu szukać trzeba w 
całości Bożego Objawienia (a nie odwrotnie), uwzględniając jego 
(Objawienia) charakter rozwojowy, miejsca paralelne i światło obu 
Testamentów, pamiętając że proces Objawienia jest nie prostolinijny, 
lecz dialektyczny: Pismo św. zawiera nie tyle sprzeczności, ile spięcia 
idei ukazujących różne aspekty prawdy. W tych spięciach rodzą się 
nowe idee, propozycje, postawy, a ta nowość jest po prostu twórczą 
syntezą. Tak więc biblistyka i nauki pomocnicze są potrzebne i 
konieczne. Oczywiście nie każdy czytelnik Biblii musi być naukowcem! 
Wystarczy, że w swoim obcowaniu z Księgą przyjmuje 
spopularyzowane wyniki badań, że stosuje najprostsze reguły lektury i 
interpretacji, przeważnie nieświadomie, dzięki kościelnemu kontekstowi 
swego życia. Nie musi znać np. szczegółów metody historyczno-

background image

krytycznej zastosowanej do badań nad Ewangeliami (Formgeschichte, 
Redaktionsgeschichte, Sitz im Leben...), ale winien korzystać 
spontanicznie z jej dorobku, być ochoczo otwartym na dorobek nauki, 
żeby zbliżyć się do Słowa Jezusowego, żeby je lepiej zrozumieć, żeby 
znaleźć dlań "Sitz im Leben " u siebie, miejsce we własnym życiu. 
Zdrowa ambicja winna mobilizować go do korzystania z przypisów, z 
większych komentarzy, z introdukcji (wstępów) ogólnych i 
szczegółowych, leksykonów, teologii biblijnych, opracowań 
monograficznych itp. Poprawne i ubogacające mnie zrozumienie tekstu 
biblijnego wymaga bowiem nie tylko otwartego serca, ale i otwartej 
głowy, a więc także studium. Już w synagodze żydowskiej i we 
wspólnocie chrześcijańskiej zawsze słowo Pisma objaśniano. Nawet 
sama Biblia daje wiele przykładów tego zwyczaju - i tej konieczności. 
Kto nie wierzy (i kto wierzy, także), niech zajrzy np. do następujących 
miejsc: Ne 8,7-8; M t 13,52; Łk 24,27-32; J 16,13; Dz 8,28-38. 3. 
Lektura religijna Kilkadziesiąt lat temu mój rzymski profesor o. Zerwick 
(jezuita) mówił nam, że z czytaniem Biblii jest tak jak z wizytą w 
ogrodzie botanicznym: bardzo przydatne i ważne jest wiedzieć o danym 
kwiecie jak się nazywa, skąd do nas przywędrował, do jakiego należy 
gatunku itp. itd., ale najważniejszą rzeczą jest pochylić się, sycić się 
barwami i zapachami, stać się szczęśliwszym... Albo wizyta w muzeum. 
O ileż więcej skorzystam z niej, kiedy dowiem się, zanim stanę przed 
obrazem: co to za malarz, z jakiej szkoły, z jakiej epoki, jaką techniką 
się posłużył, co przedstawił, co wyraził na tym obrazie, co mi chciał 
przekazać itd. Ale znowu: co mi z tego, że na temat dzieła i jego twórcy 
przeczytam całą bibliotekę, jeśli zabraknie mi czasu, siły lub chęci, żeby 
zatrzymać się przy obrazie, żeby nacieszyć wzrok i serce, żeby tym 
pięknem się ubogacić, żeby samemu stać się piękniejszym... Co mi po 
całej biblistyce i wszystkich jej metodach i naukach pomocniczych, jeśli 
nie pochylę się nad świętym tekstem, jeśli nie pozwolę mu (a raczej: 
Mu), aby uczynił moje życie piękniejszym? Ale był to bardzo niezwykły 
uczeń, ten Zusja! Przez te wszystkie lata spędzone w Międzyrzecu nigdy 
nie usłyszał z ust swego sławnego nauczyciela ani jednego komentarza 
słowa Bożego. Bogobojny rebe reb Ber otwierał księgę i zaczynał 
czytać: "I rzeki Pan... " - i to już wystarczało naszemu Zusji. Gdy słyszał 
te trzy słowa, ogarniała go taka ekstaza, że już nie mógł słuchać dalej. 
Tak się działo za każdym razem. Kiedy tylko usłyszał słowa: "I rzeki 
Pan... ", porywało go uniesienie. Zaczynał wtedy wołać wniebogłosy: 
"Pan przemówił... Pan przemówił! " i nie przestawał, aż inni uczniowie, 
jego sławni koledzy, żeby mieć trochę spokoju, musieli wyrzucać go na 
podwórze. Zusja się nie opierał. W ogóle nie wiedział, co się dokoła 
dzieje. Drżał na całym ciele. Na podwórzu dalej krzyczał: "Pan rzekł, 
Pan rzekł! ", i rzucał się jak epileptyk. I zawsze długo trwało, zanim się 
uspokoił. Kiedy wreszcie mógł wrócić - mistrz już dawno skończył 
komentować i nauczać. No i tak właśnie Zusja nigdy nie słyszał ani 
jednego komentarza bogobojnego rebe reb Bera.
 (l. Langer, 9 bram do 
tajemnic chasydów,
 Znak 1988, s. 155-156). Pan przemówił!... Pan 
przemówił!... Ale żeby trafił do mego ucha i do mego serca, muszę 
nauczyć się słuchać, prosić o dar słuchania. Żyd odmawia rano i 
wieczorem modlitewne wyznanie wiary, które zaczyna się od wezwania 

background image

Szema Israel: "Słuchaj, Izraelu!... " Słuchaj, Izraelu, słuchaj, Kościele, 
słuchaj, chrześcijaninie. ..Samuel jeszcze nie znał Pana, a słowo Pańskie 
nie było mu jeszcze objawione... Przybył Pan i stanąwszy zawołał jak 
poprzednim razem: "Samuelu! Samuelu! " Samuel odpowiedział: "Mów, 
Panie, bo sługa Twój słucha " (1 Sm 2,7.10). Trzeba przybrać postawę 
sługi i słuchacza, postawę ucznia, a nie pana i sędziego, postawę Marii z 
żydowskiego Nazaretu, pierwszej uczennicy własnego Syna: "Oto ja 
służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa! " (Łk 1,38; 
Józef powiedział "niech mi się stanie " bezsłownie: "uczynił tak, jak mu 
polecił anioł Pański " - Mt 1,24). Być uczniem znaczy także: być 
pokornym. A więc uświadomić sobie, że Bóg przewyższa wszystko, 
cokolwiek ja mogę pomyśleć i zrozumieć, pozbywać się zbytniej 
pewności siebie (otwieram - i rozumiem), nie narzucać Jego Słowu 
swego własnego sensu, nie osądzać tego suwerennego Słowa, nie 
traktować go instrumentalnie, nie manipulować nim, lecz radośnie mu 
się poddawać, z zaufaniem i miłością. Tak, radośnie: cieszyć się tym 
Słowem (zob. Ps 119,162), także jego trudnymi wymogami, cieszyć się 
każdym odkryciem. Talmud głosił tak wielką radość z Tory, że odradzał 
jej lekturę w dni postu... Cieszyć się... Kiedy byłem proboszczem na 
peryferiach Zgorzelca, miejscowi Świadkowie Jehowy szeptali, że lada 
dzień stanę się jednym z nich. Chyba nie dlatego, że okazywałem im 
życzliwość, lecz raczej dlatego, że krzewiliśmy w parafii lekturę Biblii. 
Pewnie żeby mnie ostatecznie przekonać i pokonać sprowadzili 
specjalnie dla mnie z dalekiej Gdyni uczoną niewiastę w randze jakiegoś 
ich "biskupa ". Dyskusja nasza była długa i zapewne byłaby jeszcze 
dłuższa, gdybym po jakiejś godzinie nie powiedział: "Proszę Pani, czy to 
nie szkoda, że my tutaj tak długo już grzeszymy? " - "Jak to grzeszymy? 
" - zaprotestowała mocno. - "Przecież my rozmawiamy o Piśmie św. ! " - 
"My się kłócimy Pismem św. " - odpowiedziałem. - "Większa byłaby 
chwała Boża, gdybyśmy się oboje krócej Pismem św. podzielili, 
pomodlili, nacieszyli się nim... " "Boże spraw żebym nie zasłaniał sobą 
Ciebie... nie spacerował po Biblii jak paw... " 
Ten wiersz-modlitwa ks. 
J. Twardowskiego odnosi się nie tylko do Świadków Jehowy, którzy z 
Biblii czynią arsenał argumentów antykatolickich (i nie tylko), wręcz: 
magazyn broni palnej i ostrej amunicji... Ten dwuwiersz odnosi się do 
tych z nas, którzy nie chcą przyjąć pokornej postawy uczniowskiej i nie 
chcą poddać swojego życia pod sąd i pod pociechę Pisma (,,[...] bo moje 
myśli nie są myślami waszymi " - Iz 55,8). Do tych z nas, którzy 
zapominamy, że Bóg jest najważniejszy, że Jego trzeba słuchać (zob. 
Mk 9,7) i Jego drogi starać się zrozumieć (zob. np. Ps 119), prosząc Go, 
aby zdjął zasłonę, która spoczywa na naszych sercach, gdy czytamy 
Pismo. "A kiedy ktoś zwraca się do Pana, zasłona opada. Pan zaś jest 
Duchem, a gdzie jest Duch Pański - tam wolność " (2 Kor 4,15-17). 
Trzeba prosić Go także, aby nas obdarzył wewnętrznym pokojem, 
wyciszeniem się, uwagą serca. To jest tak jak z chórem lub orkiestrą: 
nim dyrygent rozpocznie pierwszy takt, musi zapanować absolutna 
cisza, potrzebna nie tylko jemu, ale także słuchaczom, którzy tylko w 
takim wyciszeniu usłyszą, co w utworze jest najpiękniejsze. "Pan nie był 
w wichurze... Pan nie był w trzęsieniu ziemi... Pan nie był w ogniu. A po 
tym ogniu - szmer łagodnego powiewu... " (1 Krl 19,11-12). O jednej z 

background image

dwóch sióstr w Betanii mówi ewangelista: "siadła u stóp Pana i 
przysłuchiwała się Jego mowie " (Łk 10,39). Natomiast P. Claudel: 
"Czytajmy Pismo św. (...) czytajmy je klęcząc! (...) Czytajmy z 
cierpieniem głodnego serca. Powiedziano nam, że tam jest życie i tam 
jest światło. Dlaczego nie mamy spróbować, zakosztować nieco z tego 
smaku, który nam może ono zaofiarować? " I znowu Ewangelia: "Panie, 
do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego! " (J 6,68). Nie 
chodzi więc o zwykłe usłyszenie i przyjęcie do wiadomości. Chodzi o 
słuchanie dogłębne, egzystencjalne, oddziałujące na całą moją 
osobowość, prowokujące mnie do odpowiedzi całym życiem. Chodzi o 
umiejscowienie Słowa Bożego w samym centrum mojego życia, aby 
ono mnie napełniło i wypełniło, zagarnęło całe moje myślenie i 
działanie, dotarło do wszystkich zakątków i szczelin mego jestestwa. 
Mówi Sobór: "Przez (...) Objawienie Bóg niewidzialny w nadmiarze 
swej miłości zwraca się do ludzi jak do przyjaciół i obcuje z nimi, aby 
ich zaprosić do wspólnoty z sobą i przyjąć ich do niej " (KO 2). 
Przypomina się przepiękna obietnica Apokalipsy: "Jeśli kto posłyszy 
mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on 
ze mną " (3,20). Stąd taka ogromna rola Ducha Świętego przyzywanego 
przez nas przed czytaniem Biblii. Jest On jednak kimś więcej niż tylko 
przewodnikiem naszej lektury biblijnej. Jego istotna rola to - 
obdarowywanie nas Bożym życiem. Nasza religijna lektura Pisma św. 
jest okazją niebywałą, aby otworzyć się na życie nowe lub na jego 
wzrost. Duch Święty "inspiruje " nas, co znaczy dosłownie: tchnie w nas 
- właśnie Boże życie (zob. Rdz 2,7; J 20,22). Bo co to jest lektura Biblii? 
Jest to osobiste wsłuchiwanie się w Boże Słowo. Wprawianie się w to 
słuchanie - a więc coś aktywnego, dynamicznego, wymagającego 
wysiłku i decyzji, oraz osobiste wsłuchiwanie się pełne gotowości ( "oto 
jestem ", "oto ja "), które prowadzi do posłuszeństwa Słowu ( "niech mi 
się stanie "). Szukamy nie tego, co dla innych (także my, księża), ale 
najpierw tego, co dla nas, każdego (każdej) z nas osobiście jest ważne, 
co nam chce Bóg powiedzieć. Oczywiście słuchamy też proklamacji 
Słowa Bożego w świętej liturgii - dla całego ludu (i sami proklamujemy 
jako lektorka czy lektor), ale osobista lektura to przygotowanie do tej 
publicznej proklamacji i zarazem jej kontynuacja. Bez wspólnotowego 
słuchania Słowa łatwo wpadamy w indywidualizm, ale bez osobistej 
lektury słuchanie we wspólnocie może nam ofiarować tylko ogólniki. 
Jest to wsłuchiwanie się w Słowo Boga - bo mówi do mnie Ojciec, 
mówi do mnie Chrystus, mówi Duch Święty! Przemawia do mnie 
Słowo, które mnie stworzyło, przed którym odsłonięta jest najgłębsza 
tajemnica mego Życia, które ma w ręku klucz do mojej obecnej sytuacji, 
a także do sytuacji i losu mego Kościoła, mojej Ojczyzny, świata... 
Słowo - Stworzyciel świata, Słowo - Chrystus Zbawiciel, Słowo - 
Paraklet, Pocieszyciel i Pokrzepiciel. ..Spotyka mnie ono w liturgii, ale 
najpierw w moim prywatnym obcowaniu z Biblią. Jak ją czytać, żeby 
mnie Słowo przemieniło, nawróciło, ubogaciło, uszczęśliwiło? Oto 
pytanie, na które od początku nieudolnie próbujemy sobie 
odpowiedzieć. Tym razem sięgnijmy do tradycji Ojców Kościoła i 
Średniowiecza, zresztą opartej na tradycji proroków, mędrców i 
rabinów. Chodzi o trzy etapy: lectio, meditatio, contemplatio. Lekcja: 

background image

trzeba tekst biblijny czytać, jeszcze raz czytać i znowu czytać. I zawsze 
znajdujemy coś nowego! I znowu niespodzianka! Nowe powiązania, 
konteksty, asocjacje, nowe głębie i szerokości... I coraz bardziej 
odkrywam przedziwną, pogmatwaną, pasjonującą historię Boga z 
Izraelem i z uczniami Jezusa z Nazaretu. Dostrzegam refleksję nad tymi 
wydarzeniami Bożymi, refleksję Izraela, Apostołów, młodego 
Kościoła... Oczywiście mogę sobie powiedzieć: déjà vu, to już czytałem, 
to już znam, to już rozumiem, i wtedy pozbawiam się tego całego 
bogactwa, tego światła i tej siły życiodajnej, która w tekście na mnie 
czeka. Medytacja: nagle zatrzymuję się, zaskoczony, może zachwycony, 
aby temu bogactwu pozwolić wniknąć we mnie, upiększyć moje życie... 
Tu już nie chodzi tylko o słowa i teksty: przykuwają moją uwagę 
przeżycia, odczucia, postawy, działania... Rozważam, jak Bóg odnosi się 
do człowieka, rozważam Jego miłosierdzie, Jego wierność, Jego 
sprawiedliwość. Rozważam, jak człowiek odnosi się do Boga: jego żal, 
jego wdzięczność, jego wysławianie Boga, i jego kłamstwo, jego 
samolubstwo, jego tchórzostwo, jego strach, jego niewierność... Jego? A 
może i moje? Przecież w tych słowach i wydarzeniach, w grzesznikach i 
bohaterach, odnajduję siebie samego i siebie lepiej rozumiem... 
Kontemplacja: mnogość odczuć, wrażeń, myśli pełnych zaskoczenia i 
podziwu, modlitw które się spontanicznie rodzą, prowokują do 
kontemplowania Bożych dziwów (mirabilia Dei), Bożych dróg, Bożego 
misterium. Słowa stają się już nieważne, nawet treść jaką niosą: 
człowiek zaczyna niejako oddychać obecnością i działaniem Bożym... 
Przecież tekst natchniony to Samoobjawienia niewidzialnego Boga, to 
Jego Epifiania poprzez wydarzenia i słowa, poprzez dzieje i wypowiedzi 
Ludu Izraela, Jezusa Chrystusa, Apostołów Kościoła. Tekst natchniony 
to krzak gorejący, z którego dociera do samego dna i sedna mego 
jestestwa wołanie Boże: "Mojżeszu! Mojżeszu! Zdejm sandały! " Ale 
słyszę swoje imię, i to mnie chce Pan wyzwolić z mojej niewoli 
egipskiej, i to ja odpowiadam z zachwytem i trwogą: "Oto jestem! " (Wj 
3,4-5). I wyzuwam. się z siebie samego - nie z sandałów - i wkraczam na 
ziemię świętą Misterium tremendum et fascinosum... 4. Lektura życiowa 
Tutaj mocniej niż w innych punktach tego opracowania odczuwam, jak 
sztuczne jest to dzielenie: przecież autentycznie religijna lektura Biblii 
jest ze swej istoty najbardziej życiowa, dotyka naszego dnia 
powszedniego, przemienia naszą egzystencję. A z drugiej strony nie 
zmienimy swego życia pod wpływem Biblii, jeśli jej nie odczytujemy 
religijnie, to znaczy z pomocą Ducha Świętego. Pragnę jednak w 
osobnym punkcie wskazać na te egzystencjalne wartości i moce Słowa 
Bożego, żeby je uwypuklić. Pragnę pokazać - nie wiem, czy mi się to 
chociaż w małej części uda - że nasze prawdziwe życie jest kluczem do 
starej Biblii i że stara Biblia potrafi odmłodzić i przemienić nasze życie, 
że tak jak powstawała ona z konfrontacji Bożej Woli z ludzką 
egzystencją (Objawienie w historii), tak otwiera ona przed nami swe 
sekrety, możliwości i bogactwa, kiedy "zderzamy " ją dzisiaj z życiem, a 
życie nasze z nią. Jak pisał poeta: "Wiem, że Twoje Słowo jest 
mieczem, bo jestem rozcięty na dwoje " (ks. J. Pasierb). Zaś R. 
Bultmann pisał paradoksalnie, że Biblię tym bardziej obiektywnie 
czytamy, im bardziej ją czytamy subiektywnie. Istotnie: taka jest 

background image

bowiem jej geneza, charakter i cel, że im bardziej do niej podchodzimy 
osobiście, z własnym, normalnym (nie niedzielnym) życiem, tym 
większa szansa, że ją odczytamy i zrozumiemy obiektywnie, to znaczy 
zgodnie z tą genezą, charakterem i celem, zamysłem Bożego i ludzkiego 
autora. A. Szczypiorski notuje: "Książka tylko napisana, wcale jeszcze 
nie została napisana. Jej prawdziwe życie zaczyna się dopiero w czasie 
lektury. Jest to wspólne dzieło autora i czytelnika, skojarzenie dwóch 
typów wyobraźni, skrzyżowanie dwóch biografii, wymieszanie dwóch 
zbiorów doświadczeń, wrażliwości, nadziei i oczekiwań. " (Z notatnika 
stanu wojennego
, SA WW 1989, s. 35). To o zwykłej ludzkiej książce, 
ale jakże tu nie myśleć o Biblii? O ludzkich tylko księgach, ale potem 
także o Boskiej, pisze A. Kamieńska (Twarze Księgi, wyd. 2, Pax 1982, 
s. 28) omawiając modną dzisiaj teorię "twórczej zdrady " (creative 
treason): że nieważne jest to, co się w książce znajduje, co autor 
zamierzył, ważne jest, czego czytelnik - w innej epoce - szuka i co 
znajduje. "Utwór jest tylko tym, czym staje się w lekturze, i mówi tylko 
to, co w nim znalazła dana publiczność ". Gdy chodzi o lekturę Pisma 
św., powiedzmy jasno: twórczość - tak, zdrada - nie! Dla nas jedynie 
ważne w tekście biblijnym jest to, co autor (Boski i ludzki) chciał (w 
tamtym Sitz im Leben) i chce (w naszym Sitz im Leben) przekazać 
(wierność, nie zdrada). Ale jeśli tamto orędzie jest dla naszego życia 
dzisiaj, to nasza twórczość (nie bierność) jest tu konieczna. Kamieńska 
pokazuje, jak św. Augustyn "zdradzał " Psalmy przez odejście od ich 
sensu pierwszego, przez swoje żarliwe podejście intelektualne, przez 
sztuczne narzucanie sensu chrystologicznego... Nie tędy dzisiaj droga. 
Im płytsza wiedza o Biblii i słabsza z nią przyjaźń, tym większa pokusa 
szukania w niej egzystencjalnych wartości ulotnych, nie będących 
domeną tej Księgi. Natomiast pogłębiona znajomość Biblii, przez 
częstsze i bardzo osobiste z nią obcowanie, pozwala czerpać z jej dóbr 
właściwych, szczególnych, niepowtarzalnych. Albowiem w owej 
aktualizującej recepcji życiowej chodzi nie o jakiekolwiek skojarzenie 
dawnego z dzisiejszym, lecz o podjęcie tego samego - chociaż 
urzeczywistniającego się odmiennie dawniej i dziś - wątku zbawienia. 
Liczy się przede wszystkim to, że Bóg zbawia, że Jego historia 
zbawienia nadal trwa. I dlatego lektura egzystencjalna nie oznacza w 
żadnym wypadku lektury samowolnej, opartej na jakimś "prywatnym 
objawieniu " (czy na "jedynie słusznych " dyrektywach brooklyńskiej 
centrali). Najprościej mówiąc: lud Boży stawiał sobie wiele pytań na 
temat życia, zanim zaczął Biblię pisać. Z Bożą pomocą szukał 
odpowiedzi na te egzystencjalne pytania - i znajdywał je. Spisywał te 
pytania i te odpowiedzi. Tak powstała nasza Biblia. Co nie znaczy, że 
wystarczy dzisiaj otworzyć Biblię, aby znaleźć odpowiedź na każde 
nasze pytanie: jak prowadzić interes w warunkach wolnego rynku, jak 
uprawiać ziemię, jak ugotować zupę... (Albo - że wrócę do naszych 
braci świadków Jehowy: jakim cytatem biblijnym zamknąć gębę 
katolikowi czy ewangelikowi). Chodzi o pytania - powtórzmy - 
egzystencjalne. I gdyby ich lud Boży nie stawiał, nie byłoby Biblii. To 
samo trzeba powiedzieć dzisiaj o nas: jeśli nie stawiamy sobie, innym, 
Bogu samemu, żadnych pytań tyczących życia, jeśli nie próbujemy - 
sami, ale przede wszystkim wspólnie z innymi, np. w kręgu biblijnym 

background image

czy innej grupie - rozwiązywać problemów autentycznie życiowych, 
jeśli nie przeżywamy życia własnego i cudzego prawdziwie intensywnie, 
nie zrozumiemy Biblii w pełni, nie znajdziemy do niej właściwego 
klucza, jej sezam nie otworzy przed nami swoich skarbów. Dlaczego? 
Ponieważ Biblia jest odpowiedzią Bożą na problemy, które życie z sobą 
niesie. Wiemy, jak jest w naszych dyskusjach: nie można zrozumieć 
dobrze odpowiedzi, jeśli się najpierw nie usłyszało (lub nie postawiło) 
pytania. Podobnie jest w obcowaniu z Pismem św.: jeśli nie słyszę 
wpierw pytania, które rodzi we mnie życie, nie zrozumiem w pełni 
odpowiedzi, której Bóg na to pytanie udziela. Oto np. znana opowieść 
rozdziału 32 księgi Rodzaju. Pisałem o niej przed laty bardzo osobiście 
(Ta Księga - i nasze życie, w: Kierunku religijności, ATK 1983). J 
Zawieyski w trudnym czasie zapisał w swoim Dzienniku: "Każdy ma 
swoją rzekę Jabbok ". T. Kubiak widzi odbicie tej biblijnej historii w 
"Wielkiej Improwizacji " Mickiewicza. Pisze o tej historii A. Kamieńska 
w "Twarzach Księgi ", dodając na końcu: "...tu ujrzał Jakub Twarz Boga 
" (s. 121-122). Ks. R. Rogowski konkluduje tę historię: "Tak zaczęła się 
wielka Teodrama, historia zmagań człowieka z Bogiem. Zmagań, które 
kocha Bóg i na nie czeka. Zmagań, które świadczą - wbrew pozorom o 
wielkiej wierze człowieka i jego mocnej nadziei, o odwadze i miłości. 
Zmagań, których świadkami były góry i morza, pustynia i stepy, doliny i 
osady ludzkie. I co najważniejsze: zmagań które zawsze kończyły się 
zwycięstwem człowieka, bowiem Bóg jest Bogiem wspaniałym! " (Jak 
Jakub z Aniołem,
 Wrocł. Księg. Archid. 1988, s. 7). Albo psalm 23: 
"Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego... " Kiedy w r. 1972 
znalazłem się w trudnej i zupełnie niespodziewanej sytuacji, przyjechali 
do mnie nad samą granicę ówcześni diakoni mojego seminarium, moi 
niedawni studenci. Urządzili piękną liturgię, a jeden z nich śpiewał 
podczas Mszy świętej ten właśnie psalm responsoryjny przypadający na 
tamtą lipcową niedzielę. I kiedy w tamtej sytuacji usłyszałem znane mi 
przecież od dawna słowa: "Chociażbym przechodził przez ciemną 
dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną!... ", nagle coś się 
odmieniło w mojej skołatanej głowie i w mym sercu pełnym żalu do 
niektórych ludzi. Nie tylko wrócił pokój: zostało mi ofiarowane światło, 
radość i moc do nowej pracy. Słowo Boże przemówiło i zadziałało, bo 
sytuacja biblijna spotkała się z moją osobistą sytuacją ( "ciemna dolina 
"). I odtąd ten psalm to moja osobista własność życiowa - i osobisty 
sekret serdeczny, i ilekroć słucham go lub odmawiam, tylekroć odnawia 
się tamta chwila, by mnie na nowo ubogacić. Potem odkryłem, że ten 
psalm to nie tylko moja sekretna własność. Znalazłem u E. Kanta 
wyznanie: "W życiu moim przeczytałem wiele dobrych i mądrych 
książek. Ale w żadnej z nich nie znalazłem niczego, co by moje serce 
napełniło takim pokojem i taką radością, jak te cztery słowa z Ps 23: " 
Ty jesteś ze mną " . " W nienaukowej części mojej prywatnej biblioteki 
trzymam dwie ważne dla mnie książeczki. Jedna nosi tytuł: "Psalm 23 - 
Aud der Sicht eines Schafhirten ". Jej autor - W. Ph. Keller, 
Afrykańczyk, pracujący naukowo (i jako świecki kaznodzieja) w 
Kanadzie - sam był kiedyś pasterzem owiec. Druga to: "Du bis bei mir. 
Variationen über Psalm 23 " - dziełko F. Steigera (z pięknymi 
fotografiami), zawiera m.in. egzystencjalnie dokonaną egzegezę 

background image

poszczególnych wierszy. Prawdziwym kluczem do Biblii jest 
intensywne przeżywanie nie tylko własnego, ale i społecznego życia. Na 
koniec więc już krótko kilka i takich wspominków - z trudnych lat: 
strajki studenckie roku 1981. Co wieczór w kaplicy Akademii Teologii 
Katolickiej komentujemy Ewangelię dnia następnego (i zaraz w nocy 
nasz komentarz jest drukowany w gazetce strajkowej " Wiadomości z 
Lasu ") - są to komentarze inne niż zwykle, bo niezwykłe to były dni, i 
Słowo Boże objawiło nam swe ukryte bogactwa... Kończymy strajki na 
Jasnej Górze. Na niedzielę 13 grudnia studenci zostają w Częstochowie, 
ja wracam do Warszawy, aby w parafii Zbawiciela głosić rekolekcje: 
radosna trzecia niedziela Adwentu, przygotowałem radosną homilię, a w 
zakrystii dowiaduję się, co się stało w nocy, i nie mogę głosić radości, 
ale ufam, że nie zdradziłem Słowa Bożego. Przyjeżdżam pierwszy raz 
do internowanych w Białołęce. W mroźną niedzielę grudniową jestem 
cały spocony: konfrontacja czytań mszalnych z tymi ludźmi i z tą ich 
sytuacją "wymusza " na mnie słowa, których nie mogłem zaplanować... 
Termin "solidarność " nie jest biblijny, ale kiedy przeżywaliśmy 
powstanie i upadek "Solidarności ", Biblia odsłoniła mi ogromne 
bogactwo Boga z nami i naszej wzajemnej solidarności. Ani mnie 
ziębiły ani grzały (chociaż teoretycznie uważałem za słuszne) słowa św. 
Pawła: "Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj! " (Rz 
12,21), ale kiedy za te słowa oddał życie mój młodszy przyjaciel ks. 
Jerzy, stały się one dla mnie nagle niebywale jasne, oczywiste, 
konieczne, nabrały nowej prawdy: życiowej. 5. Jak nie czytać Pisma 
świętego? Komendant wojsk okupacyjnych powiedział do wójta pewnej 
wsi: - Jesteśmy pewni, że ukrywacie we wsi zdrajcę. Tak więc. jeśli go 
nam nie wydacie, uprzykrzymy wam życie, panu i pańskim ludziom, na 
ile to będzie w naszej mocy. Rzeczywiście, wioska ukrywała pewnego 
człowieka, który wydawał się dobry i niewinny, więc wszyscy go lubili. 
Ale cóż mógł zrobić wójt, teraz, kiedy został zagrożony spokój całej wsi? 
Długie dni dyskusji rady gminnej nie przyniosły rozwiązania. W końcu 
wójt przedstawił problem proboszczowi. Proboszcz z wójtem 
przesiedzieli całą noc szukając w Piśmie Świętym i wreszcie ukazało się 
im rozwiązanie. W Piśmie był pewien tekst, który mówił: "Lepiej, jeśli 
jeden człowiek umrze za lud, niż miałby umrzeć cały naród ". W ten 
sposób wójt wydal niewinnego wojskom okupacyjnym prosząc go o 
przebaczenie. Człowiek powiedział, że nie ma nic do wybaczenia i że nie 
chce narażać wioski na niebezpieczeństwo. Torturowano go tak 
okrutnie, że jego krzyki mogli słyszeć wszyscy mieszkańcy wsi. W końcu 
został stracony. Po dwudziestu latach do wsi przyszedł prorok, udał się 
wprost do wójta i rzekł: - Coście zrobili? Ten człowiek był przeznaczony 
przez Boga, by być wybawicielem tego kraju, a ty wydałeś go na tortury 
i śmierć. - A co mogłem zrobić?! - zawołał wójt. - Razem z proboszczem 
szukaliśmy w Piśmie i postąpiliśmy tak, jak tam było powiedziane. - To 
był wasz błąd - rzekł prorok. - Patrzyliście w Pismo, a powinniście byli 
również patrzeć w oczy tamtego człowieka. "
 (A. de Mello, Śpiew ptaka
Verbinum 1989, s. 59-60). Jak nie czytać Biblii? Nie czytać patrząc 
tylko w Pismo. Trzeba patrzeć również w oczy człowieka. Upierałem się 
przy tym w poprzednim rozdziale, w którym już częściowo 
odpowiedziałem na pytanie postawione w tytule tego ostatniego 

background image

rozdziału. Zresztą czytelnik wyznań Günthera Pape Byłem Świadkiem 
Jehowy
, do których piszę to posłowie, wie już z tej lektury, jak Biblii 
czytać nie należy. Autor nawet po nawróceniu interpretuje Biblię nader 
drobiazgowo, jeszcze trochę - proszę wybaczyć - po "jehowicku ". 
Łatwiej o zmianę serca niż mentalności, nie jest łatwo całkowicie wyjść 
z systemu, który przez tyle lat niewolił. Wiemy o tym z naszego 
polskiego życia społecznego dzisiaj: mówimy o mentalności 
posttotalitarnej, o postawach postkomunistycznych. System totalitarny - 
to niestety trafne określenie ideologii Świadków Jehowy. Ale dzięki 
nawróceniu serca Autor coraz jaśniej, bez złudzeń, patrzy w przeszłość, 
spogląda na kajdany, które opadają. Tak, kajdany. Jehowityzm to 
zniewolenie. Inny konwertyta (z jehowityzmu na ewangelicyzm), W. J. 
Schnell, w swojej książeczce pod znamiennym tytułem Trzydzieści lat w 
niewoli "Strażnicy "
 (Wyd. Słowo prawdy, bez roku wyd.), wyznaje w 
przedmowie: Z laski Bożej znów stałem się chrześcijaninem. Bóg znalazł 
mnie w mojej wczesnej młodości. Niedługo potem zostałem wciągnięty 
do organizacji Strażnicy (Watch Tower Organisation) i stopniowo 
stałem się jej niewolnikiem. Gdy moje duchowe życie zamierało, 
czyniłem rozpaczliwe próby wyzwolenia się, lecz każda taka próba 
kończyła się jeszcze silniejszą niewolą. Dwukrotnie wydawało się, że już 
jestem wolny, po to tylko, aby stoczyć się z powrotem w ten sam dół. Aż 
nareszcie teraz przyszła wolność. Z laski Bożej stałem się wolnym, gdy 
On podniósł mnie po całonocnej modlitwie i gdy poczułem tak 
orzeźwiające tchnienie Ducha, że pod jego wpływem uczyniłem ślub 
Bogu. Pisząc te dzieje mojej 30-letniej niewoli, spełniam właśnie ślub, za 
cenę którego uzyskałem wolność. Nie przedkładam Wam do czytania 
rozprawy naukowej, lecz odczute sercem wyznanie o niewoli tak 
głębokiej, że wyrwanie się z niej kosztowało mnie 30 lat zmagań. W 
ujawnieniu tych sposobów zniewalania przyświeca mi cel chrześcijański: 
jeżeli znajdujesz się w tej niewoli jako jeden ze Świadków Jehowy, 
jestem pewny, że wyznanie moje pomoże ci ocenić Twoje położenie, 
abyś, zamiast dalej brnąć w ciemność, mógł wydostać się na światło 
swoją własną drogą, którą ja znalazłem głębokim pragnieniem serca po 
wielu błędach i doświadczeniach; jeśli nie jesteś jednym ze Świadków 
Jehowy, wówczas przeczytanie wyznania o mojej 30-letniej niewoli 
będzie dla Ciebie przestrogą. Słowa tej opowieści stają się widoczne na 
papierze dzięki farbie drukarskiej, ale ich treść duchowa i myśli w nich 
zawarte pisane są krwią mojego życia, uczuciami męki i tortur 
przeżytych w piekle bardziej dla mnie realnym niż "Piekło " Dantego. 
Nie żywię nienawiści do moich byłych braci i nie pragnę zemsty pisząc 
te słowa; po prostu wypełniam swój ślub, który uczyniłem Bogu, gdy 
pomógł mi uwolnić się i stać się na powrót Chrześcijaninem.
 Słowa 
takie jak "niewola ", "uwolnienie ", "wolność " padają w tej niewielkiej 
książce tak często, że to nie może być przypadek. Chodzi przecież o 
istotne orędzie Crystusowe - i o istotę życia chrześcijańskiego. Mówi 
Jezus: "Prawda was wyzwoli " (1 8,32). A Jego największy Apostoł: "To 
dla wolności - wyzwolił nas Chrystus! " (Ga 5,1). "Egzegeza " biblijna 
Świadków Jehowy jest zabiegiem nader niebiblijnej samowoli. Jej 
fundamentem jest... fundamentalizm, który zagraża czasem i naszej 
chrześcijańskiej (katolickiej, ewangelickiej czy prawosławnej) lekturze 

background image

Biblii. Opiera się na przekonaniu o bezbłędności Biblii, z którego 
wyprowadza jednak wniosek, że wszystkie informacje zawarte w Biblii 
należy przyjąć w sposób bezkrytyczny jako prawdziwe i pewne. 
Dotyczy to również danych historycznych, chronologicznych, 
geograficznych, astronomicznych i w ogóle przyrodniczych. (Świadków 
Jehowy tego rodzaju podejście jest posunięte aż do absurdu i 
śmieszności). Tylko takie ujęcie bezbłędności Pisma św. pozwala - 
zdaniem fundamentalistów - mówić o nim jako o godnym zaufania 
Słowie Bożym. Gdyby się okazało, że w tym czy innym miejscu Biblia 
błądzi, rzucałoby to cień na jej wiarygodność w ogóle i oznaczało 
możliwość błędu także gdzie indziej. To jest jednak niemożliwe, sam 
Bóg bowiem czuwał nad powstaniem tekstu Biblii, określając nawet 
jego szatę literacką. Fundamentalizm przyjmuje więc werbalne 
rozumienie natchnienia biblijnego. Świętość Księgi jest świętością 
poszczególnych słów, zdań i wypowiedzi, za którymi kryje się ręka 
Boża. Boża prawda uległa obiektywizacji i materializacji: jest dostępna 
bezpośrednio w szacie słownej Biblii. Biblia to więc jakby rodzaj 
kodeksu, w którym każde, najmniejsze nawet słówko zostało 
przemyślane przez prawodawcę i domaga się zastosowania. 
Niepotrzebne są zatem i wręcz szkodliwe wszelkie dociekania i badania 
tekstu oraz świata Biblii: wystarczy praktykować to, co się przeczytało i 
dosłownie zrozumiało. U Świadków Jehowy z takiego podejścia 
zrodziło się radykalne nastawienie antynaukowe. Z pasją potępiają 
naukowe teorie kształtowania się kosmosu i powstania gatunków 
biologicznych, głoszą otwarcie i konsekwentnie realizują zasadę 
wyższości mężczyzny nad kobietą, złowrogą metafizykę krwi itp. 
Przekreślanie ustalonych prawd naukowych (bo nie zgadzają się z 
jakimiś twierdzeniami biblijnymi literalnie rozumianymi) łączy się np. z 
zacieraniem granicy między prawem moralnym a rytualnym, skutkiem 
czego historycznie uwarunkowany zakaz spożywania krwi nabrał tego 
samego waloru co nakazy ściśle etyczne. Fundamentalizm rzekomo 
poszukuje pewności, stałej podstawy (fundamentu), przeciwstawia się 
niebezpieczeństwu myślnych interpretacji. W rzeczywistości jednak 
doprowadza do "unieruchomienia " Bożej prawdy, do jej odcięcia od 
prawdziwego życia człowieka. Fundamentalistyczne pojęcie natchnienia 
i bezbłędności Pisma św. prowadzi do zrównania wszystkich bez 
wyjątku twierdzeń biblijnych, do odczytywania ich na jednej 
płaszczyźnie: wszystkie mają jednakową wartość, a więc wszystkie 
posiadają charakter absolutny, same w sobie. Prowadzi to do zerwania 
związku pomiędzy wypowiedziami biblijnymi, uniemożliwia usłyszenie 
dynamicznego orędzia Bożego. Fundamentalizm jest metodą wygodną i 
często opłacalną. Powołując się na wyizolowane z kontekstu - 
bezpośredniego i kontekstu całej Biblii - wypowiedzi, może "udowodnić 
" prawie wszystko i znaleźć uzasadnienie "biblijne " dla wielu zupełnie 
niebiblijnych poglądów i postaw.. Mistrzami takiego "udawadniania " i 
"uzasadniania " są oczywiście nasi Świadkowie Jehowy. Ciekawe, że 
Autor książki Byłem Świadkiem Jehowy bardzo powoli wychodzi z 
fundamentalizmu, kiedy odchodzi od sekty; powiedziałby, że i po 
odejściu trochę w nim tkwi, tak mocno zakodowana jest ta tendencja. 
Günther Pape stopniowo odkrywa, że zwodzono go od dzieciństwa - i on 

background image

innych przez długie lata zwodził - cytatami wyrwanymi z kontekstu, i że 
tak nie można. Odszedł także dlatego, że znalazł niezgodności między 
ich nauką a Biblią. A przecież ta nauka za wszelką cenę chce się 
pokazać biblijną! I wszystko chce udowodnić Pismem św.! W pismach 
Świadków spotykamy często takie zdanie: "Biblia w prosty sposób 
wyjaśnia... " Tyle że jest to nie tyle sposób biblijny, ile prosty sposób na 
Biblię, na odebranie jej wiarygodności: przez wprzęgnięcie jej w służbę 
ideologii i interesom grupy, a więc przez manipulowanie nią, 
traktowanie wybiórcze i instrumentalne, przez przekręcanie i naciąganie 
(przesunięcie przecinka!), przez dosłowne odczytywanie w sprawach, w 
których Biblia nie chce się autorytatywnie wypowiadać (historia, 
przyroda...), a niedosłowne - kiedy jej wypowiedź teologiczna jest dla 
doktryny Świadków niewygodna... Sposób na Biblię: jej kompromitacja. 
Bo chodzi nie tylko o ośmieszanie jej: głoszenie spełnienia się 
proroctwa Jezusowego o "znakach na słońcu, księżycu i gwiazdach " 
(Łk 21,25) poprzez wojnę atomową i bakteriologiczną, przez irackie 
rakiety i amerykańskie antyrakiety w Zatoce Perskiej... Chodzi także o 
groźniejsze przekreślanie jej orędzia zbawczego, orędzia samego 
Miłosiernego Boga, np. przez radowanie się spodziewanymi stosami 
trupów i morzem krwi nie tylko w Zatoce, ale i na całym świecie: bo tak 
chce Bóg, bo tak spełniają się Jego zapowiedzi... To niejest mój Bóg, ani 
Bóg Jezusa Chrystusa, ani Bóg Biblii żydowskiej i chrześcijańskiej. 
"Eschatologia " Świadków Jehowy jest czysto ziemska, bardzo 
konsumpcjonistyczna; gdzieś się zapodział taki "drobiazg " biblijny, że 
naszą Ziemią Obiecaną i Rajem będzie sam Bóg oglądany twarzą w 
twarz, że nasze szczęście szczęście wieczne będzie miłosnym z Nim 
zespoleniem. I tym się Biblia tylko interesuje - relacją Boga do nas, 
naszą do Niego relacją, w kontekście wierzącej wspólnoty - a nie 
naukowym wyjaśnianiem świata, jego przeszłości i przyszłości. A 
przecież bracia jehowici niestrudzenie wyliczają i obliczają z Biblii daty 
końca papiestwa i chrześcijaństwa, władz i świata (lata mijają, 
proroctwa się nie spełniają; nawet proroctwo o zniszczeniu Kościołów 
przez komunizm nie wyszło im: Kościoły mają się raczej dobrze, a 
komunizm już ledwo zipie). W kontekście wierzącej wspólnoty - 
napisałem przed chwilą. I tu mamy dwie ważne sprawy, gdy chodzi o 
właściwe pojęcie i przyjęcie Słowa Bożego zapisanego w Biblii. Po 
pierwsze nie wolno nam zapominać, że Biblia zrodziła się we 
wspólnocie - izraelskiej, potem chrześcijańskiej. Po drugie, że najlepiej 
ją rozumiemy dzisiaj w kontekście życia i nauczania wspólnoty. To 
drugie wynika z pierwszego, lektura kościelna Pisma św. jest 
konsekwencją jego genezy. Biblia bowiem nie spadła z wysokiego nieba 
prosto w ręce dobrego jehowity czy złego katolika: zrodziła się - i 
bardzo długo się rodziła! - we wspólnocie wierzącej Pierwszego 
Testamentu, a potem Nowego Testamentu. Pisma powstały i zostały 
zebrane dla czytania i zwiastowania we wspólnocie liturgicznej (zob. 
Kol. 4,16). Nie było Nowego Testamentu bez Kościoła, jak nie byłoby 
"Starego " Testamentu bez Izraela. Nauka stwierdza to wyraźnie. A więc 
Kościół (nie budynek) jest właściwym miejscem lektury biblijnej. 
Czytanie prywatne - jak najbardziej przez Kościół polecane - jest w 
jakimś sensie rozszerzeniem tamtego czytania publicznego, 

background image

zwiastowania liturgicznego. W moim osobistym obcowaniu z Księgą 
muszę zdawać sobie sprawę, że jestem niewierny jej genezie i jej 
charakterowi, kiedy szukam w niej innej Nowiny - dobrej czy złej - 
aniżeli ta, którą mi wspólnota kościelna głosi. Czytam Pismo św. jako 
członek tej wspólnoty, która spisała je i daje mi je do ręki, i w której 
działa nadal ten sam Duch Prawdy, który natchnął pisarzy biblijnych 
(zob. J 16,13). Jak więc nie czytać Pisma św.? Izolując się od wiary i 
tradycji Izraela i Kościoła apostolskiego, polegając tylko na sobie (czy 
na wymyślonych za Oceanem sztywnych dyrektywach), zamykając oczy 
na oczywistości naukowe. Oczy trzeba mieć szeroko otwarte: na świat 
dawnej historii i świat współczesny, i na Boga - Ojca najlepszego, który 
w nim działa. I oczy otwarte na ludzi - i na to, co i jak głoszą. I nie dać 
się zwodzić pozorom. Takim pozorem może być Biblia trzymana w ręku 
tych, którzy pukają do naszych drzwi... Ta Biblia przez nich od drzwi do 
drzwi gorliwie noszona i fałszywie tłumaczona musi stawać się 
wezwaniem i wyzwaniem dla nas, kiepskich chrześcijan. Bardzo 
potrzebna jest nam wszystkim dobra znajomość Pisma św. i związanie 
ze wspólnotą Kościoła, a także - jeśli to możliwe - z jakąś mniejszą 
grupą, ruchem czy kręgiem biblijnym. I czytanie nie tylko Biblii - co jest 
najważniejsze - ale także: na temat Biblii. Taki trud popłaca - i przynosi 
wiele radości. "Raduję się z mów Twoich jak ten, co zdobył wielki łup " 
(Ps 119,162). ks. Michał Czajkowski