background image

Wiesław Wernic

Na południe od Rio Grande

Gady i ludzie

Wyjechała  o świcie, gdy niebo ledwie zaczęło się prze-

cierać z szarości nocy. To była jej siódma z kolei wyprawa 
na   nagie   płaszczyzny   Chihuahua.   Być   może,   tym   razem 
uwieńczona   powodzeniem,   być   może,   znowu   daremna. 
Zawsze  jednak  —  bez  względu na  rezultat  — stanowiąca 
rozrywkę   w   nieco   monotonnym   życiu   na   hacjendzie 
rodziców.   Po   raz   pierwszy   wyruszyła   w   tak   długą   drogę 
samotnie.   Bez   wiedzy   matki,   bez   wiedzy   don   Pedro 
Gonzalesa, który — gdy nie mógł sam towarzyszyć córce — 
przydzielał   jej   do   ochrony   Piotra   Asenjo,   jednego   z 
najstarszych,   najbardziej   doświadczonych   vaquerów.   Lecz 
Inez   uważała   się   za   tak   samodzielną,   że   nieproszone 
towarzystwo   i   nieproszoną   opiekę   traktowała   prawie   jak 
osobistą zniewagę.

Samodzielna   na   pewno   była,   tak   ją   wychował   ojciec, 

biadający w duchu,  że  los obdarzył  go córką,  nie  synem, 
przyszłym dziedzicem rozległych włości. Nie mogąc w tym 
wypadku nic zmienić, starał się wyrobić w swej jedynaczce 
cechy   męskie,   najcenniejsze   w   specyficznych   warunkach 
życia   wśród   dziewiczej   przyrody,   w   sąsiedztwie   na   pół 
cywilizowanych lub zupełnie pierwotnych ludzi.

Gdy   Inez   ukończyła   dwanaście   lat,   ojciec   otoczył   ją 

specjalną opieką i rozpoczął specjalną edukację. Mając lat 
czternaście   Inez   świetnie   jeździła   konno,   z   powodzeniem 
polowała   na   drobną   zwierzynę,   a   ż   sześciostrzałowego 
amerykańskiego   colta   potrafiła   czterokrotnie   trafić   do 
niewielkiego, chociaż niezbyt odległego celu, jaki nierzadko 
stanowiła   główka   gwoździa   wbitego  w   deskę.   Odziana   w 
męski   strój,   pod   którym   trudno   było   odgadnąć   jej   płeć, 
wyruszała przy boku ojca na parotygodniowe wyprawy w 
prerie.

Don   Pedro   Gonzales   posiadał   rozległe   tereny   rolne   i 

pastwiska   tuż   nad   granicą   meksykańsko-amerykańską, 
niedaleko   Yumy,   tam   gdzie   Colorado   wraz   z   rzeką   Gila 
wpadają do Zatoki Kalifornijskiej. Zdarzyło się kiedyś,  że 
granicę   przekroczyła   garść   wojowników   nawajskich,   aby 
uzgodnić   z   Apaczami   odłamu   Chiricahua   warunki 
korzystania   z   terenów   łowieckich.   Przybysze   zostali 
wciągnięci   w   zasadzkę.   Niespodziewane   pojawienie   się 
Gonzalesa z gromadą ludzi (właśnie wybierał się na daleką 
wyprawę   myśliwską)   uratowało   od   zguby   Nawajów   i   ich 
wodza, Czarnego Niedźwiedzia. Meksykanin stanął po jego 
stronie i okazał się tak mądry i przewidujący, że zanim palce 
białych nacisnęły cyngle strzelb, a dłonie czerwonoskórych 
napięły cięciwy łuków — doszło do rozmowy, a później do 
wypalenia fajki pokoju, przy czym don Pedro znalazł, uzna-
nie u obu skłóconych ze sobą stron. W rok później Gon zaleś 
stał   się   „białym   bratem"   Apaczów   odłamu   Mescalero   z 
terenów   Nowego   Meksyku,   bliskich   krewniaków   grupy 
Chiricahua, a przez Nawajów z Arizony został zaproszony 

background image

na   wielkie   łowy.   Wyprawa   udała   się   znakomicie   i   na 
następną   don   Pedro   Gonzales   —   wbrew,   lekkim,   zresztą 
protestom   żony   —   zabrał   córkę.   Odtąd   rokrocznie,   przy 
boku ojca, Inez — pół chłopak, pół dziewczyna — uczyła się 
zwyczajów raczej obcych kobietom jej rasy i pochodzenia. 
Te wyprawy urwały się przed dwoma  laty,  gdy hacjender 
sprzedał swą posiadłość na zachodzie i nabył inną, znacznie 
większą, położoną o 180 mil na południe od pogranicznego 
amerykańskiego miasteczka El Paso i 75 mil od granicznej 
rzeki Rio Grandę del Norte, zwanej również Rio Bravo.

Z nowej posiadłości do łowieckich terenów Arizony było 

zbyt   daleko.   A   ponadto   inna   jeszcze   przyczyna   za-
decydowała   o   poniechaniu   wypraw:   Pedro   Gonzałes, 
człowiek przewidujący, uznał, że na dłuższą metę najlepsze 
nawet umiejętności jazdy na siodle czy na oklep niewiele się 
przydadzą jego córce. Wywiózł ją więc do dalekiego miasta, 
w   którym   Inez   musiała   zrezygnować   z   męskiego   stroju   i 
męskich   zwyczajów   (by   nie   gorszyć   otoczenia)   na   rzecz 
odpowiadających jej płci sukien oraz... zeszytów i książek. 
Innymi   słowy   —   znalazła   się   w   internacie   i   w   szkole 
równocześnie,   a   don   Pedro   stracił   ochotę   do   dalekich 
wypraw.

W  okresie  ferii  Inez  wracała do rodzinnego domu  i do 

swych starych zwyczajów.

Oto, dlaczego pędziła teraz na końskim grzbiecie, dumna 

z   samodzielności.   Otoczenie   dawnej   hacjendy,   tej   na 
zachodzie, gdzie urodziła się i spędzała dziecięce lata, znała 
doskonale, lecz tu bawiła dopiero drugi rok, a ściśle — sześć 
miesięcy wakacyjnych przerw w nauce. Czyż przez te sześć 
miesięcy   można   było   poznać   rozległe   tereny,   prawie 
bezludnych ziem, ciągnących się na północ ku Rio Grandę, 
na zachód — ku skalistym  szczytom pasma  Sierra Mądre 
Occidental, na południu i wschodzie — zamkniętych granicą 
rzeki   Conchos   i   piaskami   pustynnej   Bolson   de   Mapimi? 
Lecz dziewczyna czuła się pewna siebie, zbyt pewna.

Beztroski ranek, przestrzeń wypełniona rzeźwym wiatrem 

wiejącym   od   skalistych   gór,   rozświetlona   pierwszymi 
promieniami wschodzącego słońca, natchnęłaby doskonałym 
samopoczuciem   największego   nawet   pesymistę,   a   cóż 
dopiero pełną energii i... zarozumiałości dziewczynę.

background image

Pognała galopem wzdłuż pól kukurydzy, zielonkawej runi 

pszenicy i plantacji bawełny.  Za mostkiem,  przerzuconym 
nad sztucznym kanałem nawadniającym, wjechała w krainę 
równą jak stół, pokrytą rzadką, nędzną trawą.

Ściągnęła cugle, zmuszając wierzchowca do kłusa. Teraz 

już   nikt   nie   dostrzegłby   jej   z   okien   dalekich   budynków 
hacjendy.

Lekki wyrzut sumienia, że nie powiadomiła nikogo o swej 

wycieczce, szybko minął. Była teraz niezależna, swobodna, 
tak  jak  przed laty  na  pastwiskach  u ujścia  Colorado.   Nie 
zdawała sobie sprawy z różnicy, dzielącej tamte, znane jej 
dobrze,   gęściej   zaludnione,   a   więc   bezpieczne   tereny,   od 
tych,   na   których   obecnie   się   znajdowała.   A   i   czasy   się 
zmieniły.   Druga"   kadencja   prezydenta   Stanów 
Zjednoczonych   Meksyku,   generała   Porfirio   Diaza, 
rozpoczęta   w   roku   1884,   z   biegiem   lat   doprowadziła   do 
powstawania   lokalnych   zamieszek   wśród   ludności, 
zwłaszcza   chłopskiej,   której   nie   odpowiadały  dyktatorskie 
posunięcia   prezydenta.   Słaba   i   zdezorganizowana 
administracja   nie   potrafiła   zabezpieczyć   spokoju   na 
obszernym terytorium państwa, a przede wszystkim w jego 
północnych rejonach, na których raz po raz pojawiały się i 
znikały   zbrojne   watahy   ludzi   podających   się   bądź   za 
zwolenników, bądź za przeciwników centralnego rządu, co 
najczęściej tylko maskowało ich zwykły zbójecki proceder. 
A właśnie rozpoczęła się wiosna 1888 roku.

Inez posuwała się wolno, wiedząc, że jazda w prostej linii 

doprowadzi ją w odpowiednim czasie do brzegów strumyka 
bez nazwy, dopływu niewidocznej stąd rzeki Conchos. Tam 
planowała   zatrzymać   się.   Spieszyć   się   nie   było   sensu. 
Przybysze,   na   spotkanie   których   się   wybrała,   nie   mogli 
zjawić   się   wcześniej   niż   około   południa.   Kiedy   więc 
dostrzegła pasmo zieleni, tak odmiennej niż te poszarzałe, 
wyschnięte   trawy   wśród,   których   jechała,   zeskoczyła   z 
siodła   i   prowadząc   zwierzę   za   cugle,   skierowała   się   nad 
brzeg płytkiego, szeroko rozlanego strumyka. Rozejrzała się 
dokoła. Jak daleko okiem sięgnąć — przestrzeń bezludna.

Puściła   wodze   wierzchowca,   który   zanurzył   pysk   w 

wodzie, pił długo i spokojnie, po czym parsknął i potrząsnął 
łbem rozpryskując kropelki wilgoci.

Siadła   tuż   na   granicy   ziemi   i   wody,   przyglądając   się 

odbiciu   swej   sylwetki   w   połyskliwym   nurcie.   Trwało   to 
jednak krótko. I nie dlatego, by oglądanie samej siebie nie 
sprawiało przyjemności. Przyczyna była inna: dźwięk, który 
ją przestraszył. Podniosła się ostrożnie. Wiedziała — zakres 
wiadomości z tej dziedziny posiadała ogromny — iż każdy 
gwałtowniejszy ruch stanowi dla poruszającego się poważne 
niebezpieczeństwo. W ciszy, jaka panowała dokoła, słyszała 
wyraźnie,   coraz   wyraźniej   szmer   jak   gdyby   szybko 
przewracanych   kartek   papieru,   szelest,   który   mógł 
spowodować   tylko   jeden   z   wielkiej   rodziny   wężów: 
grzechotnik. Gdzież on był?

Ze   wzrokiem   skierowanym   ku   ziemi   podeszła   do 

wierzchowca. Zwierzę znieruchomiało z uniesioną głową i 
sterczącymi w górę uszami. Groźny szelest był dla niego tak 
samo zrozumiały, jak dla człowieka.

Wydobyła   strzelbę   ze   skórzanego   pokrowca.   Szelest 

trwał.   Po   chwili   dostrzegła   ciemnooliwkowego,   w   żółte 

background image

poprzeczne  pasy węża.  Leżał splątany w ósemkę,  z łbem 
płaskim,  trójkątnym,  uniesionym  nad ziemią  i z podobnie 
uniesionym końcem ogona, który wibrował tak szybko, że 
wyglądał jak poziomo nakreślony pasek.

background image

Gad tkwił nieruchomo, jakieś dziesięć do piętnastu kroków 
od Inez.

Zniżyła   lufę,   z   palcem   na   cynglu.   Wówczas   uwagę   jej 

przykuła   gruba   jaszczurka   o   łapach   palcowatych,   skórze 
szarej, upstrzonej żółtymi plamami. Spoczywała na piasku, 
bliżej dziewczyny niż grzechotnika, lecz Inez wcale się jej 
nie przelękła.

— Escorpion   —   szepnęła.   —   Czyżby   na   nią   polował 

grzechotnik?

Escorpion — tak nazywano w tych stronach jedną z dwu 

gatunków   jadowitych   jaszczurek   —   helodermę 
meksykańską, zwierzątko dla człowieka niezbyt groźne, bo 
powolne i niemrawe.

Inez patrzała bez ruchu. Grzechotnik rozwinął sploty i sunął 

ku   jaszczurce.   Jakież   mogła   mieć   szanse   nieruchliwa 
heloderma   w   walce   z   tak   groźnym   przeciwnikiem? 
Dziewczyna   oceniła   je   na...   żadne!   I   słusznie.   Dlatego 
przyłożyła   broń   do   ramienia   uznając,   że   powinna   pomóc 
słabszemu,   i   to   tym   bardziej   że   ten   mocniejszy   był 
najgroźniejszym z żyjących na meksykańskiej ziemi gadów. . 
Przestrzeń  między obu wrogami  malała,  choć  posuwał  się 
tylko wąż, heloderma leżała bez ruchu jak gruby, kolorowy 
patyk.   Powoli,   z   szelestem,   grzechotnik   zbliżył   się   na 
niebezpieczną dla Inez odległość. Chwyciła konia za uzdę i 
cofnęła   się   kilka   kroków.   Ujrzała,   jak   wąż   błyskawicznie 
zaatakował. Była to migająca w oczach plątanina ruchów tak 
szybkich, że nie mogła rozróżnić helodermy od grzechotnika. 
Chciała   pociągnąć   za   cyngiel,   lecz   jak   tu   trafić   do 
upatrzonego celu? Szelest wzmógł się i nagle ustał. Inez z 
wrażenia aż wstrzymała oddech.

— Nieprawdopodobne... — szepnęła.
Grzechotnik spoczywał nieruchomo, rozciągnięty na całą 
swą długość. Na nim leżała heloderma ze szczękami 
zaciśniętymi tuż poniżej głowy węża. Jakim to nie-
spodziewanym zbiegiem okoliczności ta powolna w ru-
chach jaszczurka zdołała uprzedzić zwinnego napastnika? 
Inez nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Zresztą, 
zagadki nie potrafiłby rozwiązać nawet wnikliwy znawca 
życia zwierząt.

Tak oto walka została zakończona. Inez wsunęła broń do 

futerału, wskoczyła na siodło i przejechała na drugą stronę 
strumienia. Tam wybrała miejsce piaszczyste i pozbawione 
roślinności. Dopiero wówczas zsiadła i dokładnie obejrzała 
teren.   Martwy  grzechotnik  pozostał   za   wodą,   ale   tu  mógł 
pojawić się inny, żywy.

„Opowiem   o   tym   matce   —   ucieszyła   się   nagle   szczę-

śliwym   zakończeniem   przygody.   —   Nie,   nie   matce   — 
zaprzeczyła sobie w myślach. — Zaraz by się zdenerwowała, 
ojciec przyjmie to spokojniej."

Rozciągnęła się na brzegu ze strzelbą pod ręką, lecz już 

nie czuła się tak swobodnie, jak przed kilku minutami. Wciąż 
jej   się   zdawało,   że   słyszy   charakterystyczny   dźwięk,   jaki 
wydaje   grzechotnik.   Nasłuchiwała   czujnie,   rozglądała   się. 
Jeden   raz,   drugi,   trzeci...   To   było   nie   do   wytrzymania. 
Wstała   i   poczęła   spacerować   tam   i   z   powrotem,   tam   i   z 
powrotem...   Jakże   jednak   długo   można   kontynuować   tak 
bezsensowny   spacer?   Wizja   grzechotnika,   całego   gniazda 
grzechotników, nie ustępowała. W końcu Inez postanowiła 

background image

porzucić   niebezpieczną   rzeczkę.   Ruszyła   ku   północy. 
Okolica   nadal   równa   była   jak   stół,   miejscami   porośnięta 
nisko pieniącymi się, kłującymi chwastami, miejscami naga 
lub   poznaczona   kępami   szarych   kaktusów   o   dziwacznych 
kształtach i potężnych kolcach. Nad tym wszystkim wisiało 
niebo   bez   jednej   chmurki,   a   słońce,   które   całą   tarczą 
wyjrzało   zza   horyzontu,   wypłoszyło   resztki   przedrannego 
cienia.   Widnokrąg  jak  gdyby   oddalił   się,   znacząc     krańce 
ziemi   cienką   linią   o   fioletowej barwie, która przygasała 
lub   rozbłyskała   migotliwym   światłem.   Gdzieś   z   oddali,   o 
setkę mil, słychać było burzę, błyskawice przekreślały niebo. 
Jakby   przestroga   dla   samotnej   amazonki,   lecz   ją 
zlekceważyła.   Drugie   ostrzeżenie,   chociaż   innego   rodzaju, 
pojawiło się w południe,, po dalszej godzinie jazdy. Był nim 
najpierw malutki, lecz z każdą sekundą powiększający się 
obłoczek   kurzu.   Szara   chmurka,   która   rosła.   Mogły   ją 
wzbijać   tylko   kopyta   lub   racice   czworonogów.   Inez 
natychmiast uznała, że to kopyta koni niosących na swych 
grzbietach oczekiwanych gości. Nie zdziwiło jej, że tuman 
unoszący   się   w   powietrzu   jest   zbyt   wielki,   jak   na   dwu 
jeźdźców, i że nadciąga z południa, zamiast z północnego 
zachodu. Pewno zmylili drogę.

Uradowana,   że   jej   wyprawa   nie   okazała   się   daremna, 

pognała  galopem,   nie  zwracając  uwagi  na  zmieniający się 
kształt obłoku kurzu, który począł się rozszerzać w prawo i 
w   lewo,   zaginać   na   krańcach,   tworząc   coraz   wyraźniej 
obwód   półkola.   Na   koniec   dostrzegła   ludzi.   Nawet   z   tej 
odległości łatwo było stwierdzić, że stanowią sporą grupę, ą 
nie   parę   samotnych   wędrowców.   Wówczas   zatrzymała 
wierzchowca   i   przyglądała   się   —   zbyt   długo   — 
nadciągającej kawalkadzie. Po chwili zawróciła.

Gromada   jeźdźców   na   pustkowiu   zwiastowała   nie-

bezpieczeństwo,   zwłaszcza   w   tak   niespokojnych   czasach. 
Ostrożność nakazywała odwrót tak szybki, jak to tylko było 
możliwe. Popędziła galopem w kierunku rzeczki, co pewien 
czas   spoglądając   za   siebie.   Kurzawa   rozciągnęła   się   na 
kształt   pełzającego   smoka   o   długim   ogonie   i   szablastych 
łapach-skrzydłach,   które   miały   ogarnąć   dziewczynę   i   jej 
rumaka.

Nie ulegało wątpliwości — ścigano ją! Beztroska ustąpiła 

miejsca   przerażeniu.   Przypomniała   sobie   niezliczone 
opowieści o bandach grasujących w różnych częściach kraju, 
o   rabunkach   i   innych   aktach   gwałtu   dokonywanych   na 
bezbronnych   ludziach,   ryzykujących   samotne   wędrówki 
poprzez pustkowia.

„Jakaż jestem głupia!" — pomyślała w popłochu i zmusiła 

wierzchowca do jeszcze szybszego biegu.

Daremnie.   Koński   kark   począł   lśnić   potem,   zwierzę 

zachrapało   ostrzegawczo.   Spojrzała   w   prawo,   spojrzała   w 
lewo. Szare skrzydła kurzu wyprzedziły ją o jard, a teraz ich 
końce   półkoliście   poczęły   się   zbiegać.   Wolna   przestrzeń 
malała z każdą sekundą. Na koniec krąg się zamknął, kurz 
począł   opadać.   Inez   widziała   już   wyraźnie   sylwetki 
jeźdźców: na prawo — trzy, na lewo — dwie, przed sobą — 
pięć.   Zatrzymała   konia.   To   był   błąd,   należało   spróbować 
przedrzeć   się.   Zamiast   tego   —   spojrzała   wstecz.     Tam 
posuwali się ludzie półkolistą linią.

Strach,   obezwładniający   strach   pozbawił   ją   woli   i 

background image

wszelkiej myśli. Po sekundzie zdołała się jednak opanować. 
Wydobyła strzelbę z futerału, indiańskim zwyczajem oparła 
ją na łęku siodła i dopiero teraz ruszyła przed siebie drobnym 
kłusem.   Znowu   błąd.   Należało   zaryzykować   galop. 
Tymczasem   krąg   jeźdźców   zwierał   się   coraz   bardziej, 
odstępy między końmi malały. Inez była dobrym jeźdźcem, 
cóż   więc   ją   powstrzymało   od   szarży   na   przeciwników? 
Resztki strachu, z którego nie zdołała się otrząsnąć. Musiała 
zatrzymać   wierzchowca,   gdy   twarze   tamtych   wyłoniły   się 
spoza zasłony opadającego pyłu. Twarze, sylwetki ludzkie, 
końskie łby. Oblicza spalone na mahoń wiatrem i słońcem, 
pokryte kurzem, zarośnięte, z wlepionymi w nią oczami, któ-
rych blask wydał się jej okrutny. Odzież tych ludzi, brudna, 
złachmaniona, składała się z rozmaitych, nie pasujących do 
siebie części. Mokasyny i rozdeptane pantofle, do których 
sznurkiem   przywiązano   ostrogi,   zaplamione,   połatane 
spodnie,   dostrzegła   nawet   godny   pożałowania   wojskowy 
mundur  z wypłowiałymi  lampasami,  a obok — indiańskie 
legginy i traperskie skórznie pełne dziur. Spod kolorowych 
kamizelek   widać   było   zgrzebne   koszule,   niegdyś   białe, 
niektórzy   nosili   —   meksykańskim   zwyczajem   —   derki   z 
otworami   na   głowę,   ściśnięte   w   pasie   rzemieniem.   Jakiś 
czerwonoskóry, który przyplątał się do tej gromady białych i 
półbiałych, wetknął sobie we włosy dwa orle pióra — fak-
tyczny   czy   rzekomy   dowód   dzielności...   Wśród   sfatygo-
wanych sombreros Inez zauważyła również — wręcz nie do 
wiary — cylinder, który dawno stracił swą czerń.

Miała dosyć czasu, by przyjrzeć się jeźdźcom. Stanęli 
kręgiem, nie padło ani jedno słowo i właśnie to milczenie 
bardzo ją zaniepokoiło. Bezruch i cisza, coś 

w rodzaju indiańskiej narady, podczas której przez długie 
minuty nikt nie ośmiela się odezwać pierwszy. Inez 
zdecydowała się przerwać tę złowrogą ciszę. Nadrabiając 
głosem, aby grzmiał grubiej, bardziej męsko i stanowczo, 
zapytała:

— Czego chcecie?
Żadnej odpowiedzi.
Uderzyła konia piętami, by zamanifestować, że nie lęka 

się, że jest pewna siebie. Wierzchowiec zrobił kilka kroków 
i zatrzymał się przed żywą przeszkodą ludzi i zwierząt.

— Przepuśćcie mnie! — krzyknęła.
— Adonde, caballero? 

Wśród przejmującej ciszy odezwał się jeden jedyny głos, 

chropowaty i drwiący.

Pojęła,   że   wzięto  ją   za   chłopca.   Na   pierwszy  rzut   oka 

łatwo   było   się   pomylić.   Ubrana   po   męsku,   włosy   miała 
skryte pod słomianym kapeluszem o szerokich skrzydłach, 
które   rzucały  cień  na   jej   twarz.   Zresztą,   w  tych   stronach 
nierzadko   spotykało   się   mężczyzn,   których   głowy   od 
miesięcy nie zetknęły się z nożycami.

— Wracam do domu — odparła.
— Lo siento mucho, caballero. Es imposible! 

Por  que?    — spróbowała   rzeczowo  i  spokojnie  za-

pytać.

— Nie chcemy, aby ktokolwiek dowiedział się o naszej 

obecności w tych stronach.

— Przyrzekam, że nie zdradzę. Mój ojciec dobrze wam 

background image

zapłaci, jeśli pozwolicie mi natychmiast wrócić.

background image

__ Twój ojciec?   —  zainteresował się.   —  Kto to taki?

— Don Pedro Gonzales. Ma w okolicy hacjendę. Dobrze 

wam zapłaci... i ugości — dodała sama nie bardzo wierząc 
w drugą część swej obietnicy. Któż by chciał gościć u siebie 
bandytów?

Zapłaci?   —   mruknął.   —   Jesteś   tego   pewien, 

caballero?

— Oczywiście — zapewniła żarliwie Inez. — Nazywam 

się Inez Gonzales... — urwała nagle. Zdradziła swoją płeć, 
co w tej sytuacji było niewybaczalną głupotą. Stwierdziła to 
o sekundę za późno.

Ten   typ   o   okrutnym   wyrazie   twarzy,   z   którym   roz-

mawiała, zabawnie wybałuszył oczy i wybuchnął gromkim 
śmiechem. Nie był to śmiech wesoły, jednak zaraźliwy, bo 
cały krąg jeźdźców począł rechotać. Widziała, jak wiercili 
się   na   siodłach,   walili   łapskami   po   udach   i   po   plecach 
sąsiadów. To trwało długo, przeraźliwie długo w odczuciu 
Inez. Zapewne każda inna dziewczyna dostałaby spazmów. 
Jednak   Inez   coś   niecoś   widziała   na   szerokim   świecie   i 
niejeden raz (chociaż pod czujną opieką ojca) stawała twarzą 
w   twarz   z   ludźmi   o   ordynarnym   sposobie   bycia,   o   złych 
oczach   i   mściwie   zaciętych   wargach,   o   obliczach 
napiętnowanych   łotrostwem.   Nigdy   nie   zmyliły   jej   udane 
uśmiechy   i   kapelusze   elegancko   zdejmowane   z   głów. 
Wiedziała,   że   to   uznanie   nie   dla   niej,   lecz   dla   siły 
nieodstępnych   vaquerów,   którzy   zamieniliby   w   dziurawy 
worek śmiałka usiłującego znieważyć seńoritę. Ich seńoritę, 
oczko   w   głowie   potężnego   hacjendera.   Lecz   ojciec 
znajdował  się  o  kilka  mil  stąd,   a  razem z   nim uzbrojona 
służba.   Bezpieczeństwo   Inez   zależało   teraz   tylko   od   niej 
samej,   albo...  od  jakiegoś  cudu.  Lecz  rozsądna  córka  don 
Pedra na cuda nie liczyła.

Śmiali się ciągle, śmiali, a ona przymrużyła oczy, aby nie 
widzieć tych okropnych, drgających twarzy i poczęła w 

myślach powtarzać starą, jak stary jest Meksyk, pieśń 
Majów, którą tyle razy nuciła jej matka:

Jedz, jedz, dopóki jest chleb.

Pij, pij, dopóki jest woda.

Nadchodzi dzień, w którym pył zaciemni powietrze,

Gdy klęska spadnie na kraj,

Gdy pojawi się chmura,

Gdy góra się podniesie,

Gdy mocny człowiek zajmie miasto... 

W   miarę   jak   powtarzała   w   myśli,   skandując   słowa, 

opuszczał   ją   strach,   narastał   gniew.   Najprawdopodobniej 
narodził się właśnie ze strachu. Często przecież się zdarza, 
że   rozpaczliwa   sytuacja,   położenie   bez   wyjścia   budzi   w 
człowieku desperacką, szaleńczą wprost odwagę.

Otworzyła  szeroko oczy i skierowała lufę swej strzelby 

wprost   w   to   nienawistne   oblicze   człowieka,   który  musiał 
być chyba przywódcą bandy.

Wrzask   urwał   się.   Przywódca,   jakby   nie   zauważając 

czarnego otworu lufy, skrzywił się w uśmiechu, który wydał 
się Inez ohydny, zdjął z głowy kapelusz i powiewając nim 
nad końskim karkiem zagadnął z błazeńską uprzejmością:

— Con ąuien el honor de hablar? 

background image

Me llamo Inez Gonzales — odpowiedziała ze złością. 

— Już wam mówiłam, puszczajcie!

Jakież miłe spotkanie, seńorita! — wykrzyknął. — Nie 

powinniśmy rozstawać się zbyt szybko. Na cześć seńority! 
— 
wrzasnął i rzucił kapelusz w górę.
Inni poszli za jego przykładem. Frunęły ku niebu mniej 

lub   bardziej   dziwaczne,   mniej   lub   bardziej   zniszczone 
nakrycia głów, wszystko wśród wrzasków i śmiechów.

— Cofnij się! — krzyknęła. — Cofnij się, bo strzelę...

Strzelaj,   seńorita   —   odparł   i   teatralnym   gestem 

przyłożył dłonie do serca — a ujrzysz, jak krew bucha z mej 
bohaterskiej piersi...

Mijały sekundy.

No? Czyżby nieustraszonej córce Gonzalesa zabrakło 

odwagi? Liczę do trzech: uno... dos... tres... Ech — zaśmiał 
się szyderczo — widzę, że nic z tego.

— Puśćcie mnie! — krzyknęła rozpaczliwie.
— Nie   możemy.   Mamy   pewne   porachunki   z   twoim 

ojcem. Przed miesiącem potraktował nas niezbyt gościnnie, 
gdy przybyliśmy do hacjendy napoić nasze strudzone konie. 
Jego   przeklęta   służba   raniła   dwu   naszych   ludzi.   W   dzień 
później pochowaliśmy ich na pustyni. Smutne.

Inez   Znała   tę   historię.   Ojciec   opowiadał   dość   szcze-

gółowo.   Nie   chodziło   wówczas   o   wodę   dla   koni,   lecz   o 
próbę kradzieży stada bydła. Doszło do strzelaniny i zginął 
jeden  z  vaquerów.   Tak właśnie   przedstawiała  się   prawda. 
Dlatego nie wytrzymała i krzyknęła:

— Kłamiesz!

Nie zaprzeczam pięknym  paniom — odpowiedział z 

galanterią.   —   Jeśli   uważasz,   że   sprawa   wyglądała   nieco 
inaczej, nie będę się sprzeczał. Czy nie mam racji, amigos? 

Si, si, naturdlmente! — ryknęli chórem.

background image

— A   teraz   —   zdecydował   przywódca   —   ruszymy   na 

krótką przejażdżkę jako eskorta seńority.

— Dokąd? — usiłowała opanować drżenie głosu.

Tam — wskazał ręką na północ. — I pozwól, że ci się 

przedstawię — skłonił się kapeluszem. — Jestem Antonio 
Robledo, jeszcze nie „don", lecz kto wie?... A to — zatoczył 
kapeluszem koło — wierni towarzysze walki...

— Rozboju i rabunku!
— Nie   rozumiemy   się,   seńorita,   lecz   gdy   pobędziesz 

wśród nas dłużej...

— Nigdy!
— Nie trzeba się upierać — jego głos nabrał twardych 

akcentów. — Upór to zły doradca. A teraz — zwrócił się do 
swych towarzyszy — na cześć seńority: salwa!

Podniósł broń, podnieśli ją wszyscy w tym zamkniętym 

kręgu koni i ludzi.

Poderwała   wierzchowca   do   skoku   i   wtedy   właśnie 

zagrzmiały   strzelby,   od   starych   rusznic   począwszy   po 
nowoczesne   karabiny   wojskowe,   które   nieodgadnionym 
sposobem znalazły się w rękach tych ludzi.

Szarpnęła za cugle, koń wspiął się, przysiadł na zadzie.
Nagle   dostrzegła   rzecz   dziwną:   tuż   przed   nią   dwu 

jeźdźców   pochyliło   się   na   siodłach.   Jeden   zakolebał   się 
śmiesznie, wolno, wolniutko opadł głową na koński kark i 
tak   pozostał   nieruchomy.   Jego   sąsiad   w   sekundę   później 
przechylił się do tyłu, runął na ziemię i leżał w kurzu, z lewą 
nogą uwięzioną w strzemieniu. Czerwona strużka popłynęła 
po piachu.

Przerażona Inez nie pojmowała, jak to mogło się stać. Ze 

zdumieniem tylko stwierdziła, że nikt nie zwrócił uwagi na 
ten dziwny wypadek.

background image

__   Jeszcze   raz,  amigos   y   compańeros!   —  ryczał   roz-

ochocony   przywódca.   —   Na   cześć   seńority,   która   po-
większyła nasze grono!

Strzelił   pierwszy,   zaraz   rozległ   się   huk,   lecz   nim   roz-

płynęła  się   nad głowami   strzelających  prochowa   chmura, 
dwu następnych zwaliło się z siodeł, a trzeci za-kołysał się, 
lecz utrzymał równowagę. To właśnie on wrzasnął:

__ Dostałem!   Ktoś   mnie   postrzelił!   Antonio!   Kto

strzelił   mi   w   plecy?   Patrzcie!   —   on   pierwszy   zauważył 
leżących  na ziemi.  — Patrzcie!  — krzyknął.  — Kto po-
mordował tych ludzi? Zdrada!

Zwarty   krąg   jeźdźców   rozstąpił   się   błyskawicznie,   w 

mgnieniu oka zmienił się w bezładny kłąb ludzi i zwierząt. 
Konie   chrapały,   czując   krew,   ludzie   wrzeszczeli   i   klęli 
wymachując bronią. Ponad gwar wybił się pojedynczy głos:

— Zdrada! Uciekajmy!
Ozwał się kwik koni, zagrzmiał tętent kopyt, a po nim 

potrójny dźwięk strzałów, z lekka przytłumiony, jak gdyby 
dobiegający ze sporej odległości.

Inez   nie   czekała   na   dalszy   bieg   wypadków.   W   kręgu 

jeźdźców powstała szeroka luka. Uderzyła wierzchowca po 
zadzie i skoczyła  przed siebie. Nikt jej  nie  zatrzymywał. 
Wątpliwe,  czy  w tym  nieopisanym  rozgardiaszu w  ogóle 
zauważono ucieczkę dziewczyny. A ona gnała przed siebie, 
nie bacząc na kierunek, byle dalej i dalej od tamtej bandy 
zbójów o złych oczach, złych obliczach i jeszcze gorszych 
zamiarach.

Pochylona  nad końskim łbem,  szeptała wprost do ucha 

zwierzęcia: — Prędzej... prędzej...

Jak   to   długo   trwało?   Nigdy   później   nie   potrafiła   tego 

określić, nawet gdy szczegółowo i spokojnie opowiadała o 
swej wyprawie przyjaciołom. Zapamiętała tylko jedno: że 
gdy grzbiet wierzchowca zalśnił potem, a z pyska poczęły 
kapać   na   ziemię   białe   płaty   piany,   słońce   minęło   szczyt 
nieba, wkraczając w drugą połowę dnia.

Obejrzała   się.   Horyzont   był   czysty   i   pusty.   Wówczas 

zatrzymała się, zeskoczyła z siodła. Nogi się pod nią ugięły. 
Oparła głowę na łęku i wybuchnęła płaczem.

background image

Nieznajomy

No   więc   —   nareszcie   Meksyk.   Piszę   „nareszcie",   po-

nieważ   wykonanie   naszych   zamierzeń,   a   równocześnie 
spełnienie obietnicy, ciągnęło się przez cztery lata.

W   roku   1883   bawiłem   z   Karolem   Gordonem   (moim 

byłym   pacjentem,   a   później   nieodłącznym   towarzyszem 
wiosenno-jesiennych wypraw myśliwskich na Dziki Zachód) 
w Arizonie *. Tam poznaliśmy równie jak my zapalonego 
miłośnika przygód i dziewiczej przyrody,  meksykańskiego 
hacjendera:   don   Pedro   Gonzalesa.   Przybył   w   tamte 
pustkowia   z   córką   (którą   braliśmy   długo   za   chłopca, 
ponieważ   nosiła   męski   strój),   z   wozem   wypełnionym 
sprzętem   podróżnym,   w   towarzystwie   kilku   kowbojów, 
których z hiszpańska zwano vaqueros. Zawarta w ten sposób 
znajomość   rychło   zamieniła   się   w   przyjaźń, 
przypieczętowaną   zaproszeniem   nas   (Karola   i   mnie)   do 
Meksyku,   do   gospodarstwa   Gonzalesa.   Niemałego 
gospodarstwa!

Obiecaliśmy złożyć wizytę w roku następnym. Nic z tego 

nie   wyszło.   Nieprzewidziany   zbieg   okoliczności, 
powtarzający się z jakąś upartą złośliwością losu, odsuwał 
nasz wyjazd z roku na rok. W tym okresie Gonzales zdążył 
już sprzedać swą posiadłość i nabyć inną — na  wschodzie, 
w stanie (meksykańskim) Chihuahua,

background image

w

 rejonie rzeki Conchos, dopływu Rio Grandę del Norte.

O tej zmianie dowiedziałem się z listu, jaki hacjender do 

mnie   napisał,   ponawiając,   w   wyszukanej,   eleganckiej 
formie, swe poprzednie zaproszenie. I tak wreszcie, wiosną 
1888   roku,   wyruszyliśmy   z   Karolem   Gordonem   zwiedzić 
Estados   Unidos   Mexicanos,   czyli:   Stany   Zjednoczone 
Meksyku, kraj dotychczas nam obcy, a pełen egzotyki.

Teraz   wyznam,   że   podczas   podróży   z   północy   (z   Mil-

waukee, gdzie stale mieszkam)  na południe dręczyła mnie 
wciąż   myśl,   że   znowu   jakieś   nieprzewidziane   wydarzenie 
zmusi nas do skierowania się w zupełnie inne strony. Tyle 
już przecież było nieudanych prób odwiedzenia Gonzalesa, 
że stałem się prawie przesądny.  Jednak złe przeczucia nie 
ziściły się. Dotarliśmy bez przeszkód do pogranicznego El 
Paso, starego miasteczka o hiszpańskiej nazwie.

Większą część drogi przebyliśmy w kolejowym wagonie, 

wioząc   broń   i   siodła.   Konie,   zupełnie   niezłe,   nabyliśmy 
dwadzieścia   mil   na   północny   wschód   od   El   Paso. 
Przypadkowa   rozmowa   z   konduktorem   pociągu   stała   się 
wskazówką, dzięki której w kilka godzin później dotarliśmy 
bezbłędnie   do   niewielkiego   rancho,   gdzie   wybraliśmy   ze 
stada dwie sztuki, na oko wytrzymałe, a poza tym.:, tanie. W 
El   Paso   sprzedano   nam   skórzane   wory   do   wody   oraz 
produkty   żywnościowe,   którymi   uzupełniliśmy   nasz 
skromny zapaś, zakupiony jeszcze w Milwaukee. Następnie 
pospacerowaliśmy   po   miasteczku,   którego   opisywać   nie 
będę,   ponieważ   moje   spostrzeżenia   są   bardzo 
powierzchowne,   a   budowle   El   Paso   nie   zasługują   na 
najmniejszą o nich wzmiankę. Co się tyczy mieszkańców... 
Ano, właśnie. Ci utkwili w mej pamięci z przyczyn, które 
początkowo   uznałem   za   prawie   katastrofalne   dla   naszej 
dalszej podróży, ale w ostatecznym efekcie okazały się dla 
nas zbawienne. Z tego wynika, że nigdy nie należy spieszyć 
się   z   oceną   wypadków   i   wyciągać   z   nich   pochopnych 
wniosków.

Zmęczeni, zakurzeni, brudni, a nade wszystko głodni — 

powędrowaliśmy w poszukiwaniu dogodnego miejsca, aby 
przywrócić   sobie   dobre   samopoczucie   przy   pomocy   paru 
litrów wody i... paru pełnych talerzy. Znaleźliśmy.

Nie pamiętam, czy to był „Hotel-Saloon" czy odwrotnie: 

„Saloon-Hotel", z dodatkiem jeszcze jakiegoś przymiotnika, 
dość,   że   znaleźliśmy   się   tam   w   najbardziej   chyba 
nieodpowiedniej   porze.   Było   południe.   Mimo   wczesnej 
wiosny dokuczał słoneczny skwar. I z tego powodu wnętrze 
saloonu   (czy   hotelu?)   wyglądało   rojnie,   gwarnie   i... 
obrzydliwie.   Zasnute   kłębami   tytoniowego   dymu, 
wypełnione   odorem   piwa,   whisky,   ohydnego   miętowego 
samogonu, znanego pod nazwą „julep", oraz potu parującego 
z kłębowiska ludzkich ciał, które widać pogardzały wodą i 
mydłem.   W   sali   było   gorąco   i   duszno,   żaden   powiew   z 
zewnątrz nie chłodził duchoty.  Gdy przekroczyliśmy próg, 
nie   tylko   nie   odczułem   żadnej   ulgi   po   ulicznej   spiekocie, 
lecz przeciwnie, jeszcze bardziej zatęskniłem za wodą, myd-
łem i ręcznikiem.

— Wydaje się — mruknąłem do Karola — że znajdziemy 

tu wszystko, co może zaspokoić pragnienie niewybrednego 
pijaka, lecz nic do zjedzenia. Może lepiej iść nad rzekę?

— Łowić ryby?

background image

— Umyć   się.   Czuję   się   tak,   jakbym   przed   chwilą 

wyskoczył  z rozgrzanego bagniska. Cały jestem oblepiony 
kurzem, brudem i wszelką inną ohydą.

— Cierpliwości! Spróbujemy. Chodź.
Pociągnął   mnie   za   rękaw   i   poczęliśmy   lawirować   w 

tłumie mniej lub bardziej pijanych osobników, nie-

background image

bezpiecznych w nagłym spotkaniu, bo z powodu ich mocno 
zachwianej   równowagi   oraz   prób   znalezienia   podpory 
mogliśmy się obaj znaleźć na obrzydliwie brudnej podłodze. 
Jakoś   dotarliśmy   w   pobliże   szynkwasu,   od   którego 
odgradzał nas żywy mur.

Czekaliśmy   cierpliwie,   licząc   na   to,   że   wreszcie   ktoś 

będzie miał  dosyć,  a my  wśliźniemy się na jego miejsce. 
Złudne   nadzieje!   Widać   goście   saloonu   posiadali 
nieograniczone   możliwości   konsumpcyjne,   mnóstwo 
pieniędzy i mnóstwo czasu.

— Ruszajmy nad rzekę — szepnąłem,  lecz Karol na tę 

propozycję nie zareagował ani gestem, ani słowem i począł 
delikatnie, lecz pewnie wciskać się między dwu najbliższych 
nam osobników. Nie wiem, czy byli aż tak zajęci rozmową, 
czy też tak zobojętnieli pod wpływem alkoholu na wszystko, 
co się wokół nich działo, dość, że manewry mego przyjaciela 
uszły ich uwadze. Karol dopiął swego i oparł się o złociście 
miedzianą   blachę   kontuaru.   Stanąłem   potulnie   za   jego 
plecami,   lecz   nie   odwracając   się   złapał   mnie   za   bluzę   i 
pociągnął tak mocno, że wbrew swej woli znalazłem się w 
wąskiej szparze między Karolem a jakimś jegomościem w 
olbrzymim   sombrero,   przypominającym   parasol,   którego 
rondo przeorało mi policzek. Zniosłem to bez skargi, zresztą 
i   tak   jakiekolwiek   moje   uwagi   nie   dotarłyby   do   uszu 
adresata.   Sombrero   wykonało   lekki   obrót,   tym   razem 
trącając mnie  w ucho, i ujrzałem zaczerwienione policzki, 
potężny nos,  straszliwie  długie pod nim wąsy,  a nad tym 
wszystkim — oczy,  które zdawały się nic nie dostrzegać. 
Powiało   mi   w   twarz   zło   wonną   mieszaniną:   kiepskim 
cygarem, wódką, piwem i jeszcze czymś tam. Spodziewałem 
się   awantury,   lecz   usłyszałem   tylko   łagodny   głos,   tak 
bełkotliwy,   iż   nie   pojąłem  ani   słówka.   Po  jakiemu   on  do 
mnie   zagadał?   Przypuszczam,   że   była   to   hiszpańsko-
angielska plątanina wyrazów plus

background image

zniekształcenia   wymowy   natury...   alkoholowej.   Ponieważ 
brak   odpowiedzi   z   mojej   strony   mogło   zostać   uznane   za 
obrazę, rzekłem swą świeżo wyuczoną hiszpańszczyzną:

— Pardoneme... przepraszam.

Chyba   nie   usłyszał,   bo   odwrócił   głowę   (tym   razem 

ustrzegłem się od zetknięcia z szorstką krawędzią sombrera) 
i skłonił ją na blat szynkwasu. Po paru sekundach osunął się 
powoli na podłogę. Od razu uczyniło, się luźniej. Za mymi 
plecami   ktoś   ryknął   śmiechem,   ktoś   inny   wrzasnął: 
„Zabierzcie go!", po czym, nie wiem jak to się stało, leżący 
zniknął, a ja łokciami oparłem się o kontuar. Bardzo mi to 
ulżyło.

— Co jemy? — zapytałem rzeczowo Karola.
Zanim zdążył odpowiedzieć, pojawiła się przede mną

szklanka, zupełnie jak w czarnoksięskiej sztuce, do szklanki 
pociekł strumień płynu wprost z szyjki pękatej butelki. To 
samo misterium powtórzyło się przed Karolem. A przecież o 
nic   nas   nie   zapytano.   Widać   taki   w   tym   lokalu   panował 
zwyczaj.   Ale   nie   koniec   mego   zdziwienia.   Pełne   szklanki 
porwała   ręka   barmana   odzianego   w   przeraźliwie   żółtą 
koszulę. Spojrzał na nas badawczo, podsunął inne szklanki, 
puste, i napełnił je płynem jaśniejszym od poprzedniego i z 
butelki   o   innej   etykiecie.   Wszystko   to   dokonało   się 
błyskawicznie. Barman zwięźle wyjaśnił:

— Dla was, seńores, coś specjalnego...

Zapewne   ocenił   nas   po   ubraniach,   które   chociaż   za-

kurzone   i   nieco   pomięte   były   szczytem   elegancji   w   po-
równaniu   z   tymi,   które   nosili   na   swych   grzbietach   nasi 
sąsiedzi.

— Nie będę pił — powiedziałem do Karola. — Najpierw 

muszę zaspokoić głód. Co on sobie myśli? Hej! —
krzyknąłem w kierunku żółtej koszuli i pomachałem ręką.

background image

Błysnął oczami, lecz nie odezwał się, zajęty bez przerwy 

napełnianiem szklanek. Ci ludzie pili bez żadnego umiaru.

„Co tu się będzie działo za godzinę, za dwie?" — po-

myślałem nieco zaniepokojony. — Karolu, zawołaj go!

Poskutkowało.   Barman   zbliżył   się,   ale   z   miny   do-

strzegłem, iż jest w złym humorze.

Que desea...  — zagadnął po hiszpańsku.

Tengo hambre  — odparłem ostro.

Mamy  guisantes   en   salda   dulce  —   powiedział   z 

angielska po hiszpańsku.

Moja   znajomość   hiszpańszczyzny   okazała   się   niewy-

starczająca, abym mógł zrozumieć, o jaką to potrawę chodzi, 
ale z tym się nie zdradziłem.

— Proszę o dwie porcje, podwójne.
Kiwnął głową i szybko się oddalił.

— Nareszcie — szepnąłem do Karola. — Czuję piekielny 

głód.

Co to są te jakieś guisantes? — odszepnął.

— Nie wiem — wyznałem.
— Dlaczegoś zamówił? Nie lepiej było wziąć pieczeń o 

ludzkiej nazwie?

Obawiam   się,   że   oprócz  guisantes  nie   mają   tu   nic 

więcej. Poza wódką, oczywiście.

— To tylko przypuszczenie. Zapytam się.
— Daj   spokój,   Karolu.   Jestem   tak   głodny,   żem   gotów 

połknąć cokolwiek, i tak brudny, iż marzę tylko o wyjściu 
stąd i o kąpieli.

Szybciej, niż oczekiwałem, stanęły przed nami dwie miski 

wypełnione   gęstą   mazią.   To   był   sos,   w   którym   tkwiły 
ziarnka   grochu.   Tak   oto   wyglądała   „guisantes   en   salda 
dulce", jak się później dowiedziałem, jedna z narodowych 
potraw hiszpańskich.

background image

Chwyciłem   łyżkę.   Groch   na   słodko!   Nie,   nie   był   zły. 

Stwierdziłem przy pierwszym łyku. Przy drugim poczułem 
lekkie palenie w gardle, przy trzecim wydało mi się, że całe 
podniebienie   mam   w   ogniu.   Czym   prędzej   sięgnąłem   po 
szklankę i opróżniłem ją do połowy. Pomogło.

Zerknąłem   na   Karola   —   również   wyciągnął   dłoń   po 

naczynie,   spojrzał   na   mnie   i   jednocześnie   parsknęliśmy 
śmiechem.

— Do   licha,   Janie.   Ta   potrawa   smakuje   jak   szkło   po-

mieszane z cukrem.

— Nie narzekaj. Za to whisky jest wysokiej klasy.
Nie   myliłem   się,   otrzymaliśmy   trunek   przedniego   ga-

tunku. Lecz ileż można wypić, mając w perspektywie daleką 
jazdę konną? Tak, na oko, według mej mapy około 150 mil, 
co,   w   zależności   od   stanu   drogi,   oznaczało   trzy-   lub 
czterodniową podróż.

— Może poprosimy o piwo? — zaproponowałem.
Zgodził się. Dość długo czekałem, zanim żółta koszula

pojawiła się w zasięgu mego głosu.

Tengo sed '-r-  pochwaliłem się swą hiszpańszczyzną 

— chce mi się pić...

— Whisky?

No, no — zaprzeczyłem gwałtownie. — Cerveza!

Pokręcił  się  za  kontuarem  i w  chwilę  później  podsunął 

nam dwa kufle i dwie butelki. Przy piwie piekąco--słodki 
groch okazał się łatwiejszy do przełknięcia i uporaliśmy się z 
nim szybko.

— A   teraz,   Karolu   —   powiedziałem   odstawiając   pusty 

kufel — muszę się umyć i ogolić.

— Idziemy nad rzekę?
— Chwilowo wystarczy mi miednica, mydło i ręcznik. I 

koniecznie   kawałek   lusterka   —   dodałem   przesunąwszy 
dłonią po kłującym zaroście brody.

background image

— Obawiam   się,   że   w   tym   zakładzie   nie   znają   ani 

miednic, ani luster.

— Zapytam się „żółtej koszuli". 
Zagadnięty źle mnie zrozumiał.
— Seńores pragną wynająć pokój?
— Ależ nie. Chcemy się umyć i ogolić.
— Studnia jest na podwórzu.
— Potrzebujemy miednicy.

— Wszystkie  nasze pokoje wyposażone  są w miednice 

—   stwierdził   z   odcieniem   dumy   w   głosie.   —   W   lustra 
również.

— A jakiejś zbędnej miednicy nie można pożyczyć?
Pokręcił przecząco głową.
— Gospodarz   zabrania   wynoszenia   sprzętu.   Później 

ginie.

— Więc zgoda, wynajmujemy pokój dwuosobowy.
Rozjaśnił twarz w uśmiechu.

— Aguarde   un   momento  

 —   przeszedł   na 

hiszpańszczyznę.

Popychani   z   boku,   potrącani   z   tyłu,   nie   daliśmy   się 

oderwać od szynkwasu, póki nie pojawiła się znowu „żółta 
koszula" w towarzystwie jakiegoś malca, na oko w wieku 
dwunastu-czternastu lat.

— To ci panowie — poinformował barman wskazując na 

nas palcem. — Dasz im najlepszy pokój. Panowie płacą...

Było   to   pytanie   zadane   w   formie   stwierdzenia.   Za-

płaciliśmy.   Dość   słono.   Za   jedzenie   i   za   wynajęcie   po-
mieszczenia na jedną dobę. Okazało się, iż na czas krótszy 
nie   można.   Chciałem   zaprotestować,   lecz.   Karol   kopnął 
mnie w nogę, więc dałem spokój.

— Proszę poczekać — zagadnął chłopaczek w poprawnej 

angielszczyźnie i zniknął.

background image

Zjawił   się   niespodziewanie   po   naszej   stronie   bufetu.   I 

Ruszyliśmy za nim, torując sobie drogę poprzez kłębiący się i 
rozgadany tłum gości. Dobrnęliśmy na zaplecze bufetu, skąd 
po   stromych   schodach,   przypominających   drabinę, 
wdrapaliśmy   się   na   pięterko   i   trafili   do   korytarzyka   — 
rozgrzanego, dusznego i tak wąskiego, iż dwie osoby z trudem 
mogły   się   minąć.   Panował   tu   półmrok,   mimo   to   mogliśmy 
zauważyć   charakterystyczne   rysy   twarzy   naszego 
przewodnika: wystające kości policzkowe, kształt nosa i usta 
powiedziały mi wiele — malec był Indianinem. Karol musiał 
to również zauważyć, bo kiedy wlekliśmy się korytarzykiem, 
zagadał nagle do chłopca w niezrozumiałym dla mnie języku. 
Malec odpowiedział.

O co chodzi? — zwróciłem się do przyjaciela.

Indianin   z   plemienia   Papago   —   wyjaśnił.   Karol 

odwzajemnił     się     za   moją     —   całkowicie     mu   obcą   — 
hiszpańszczyznę. Znał kilkanaście dialektów indiańskich. A 
ja   zaledwie   mowę   Czarnych   Stóp   i   kilku   pokrewnych 
językowo plemion. Karol mnie uczył, lecz tylko dorywczo i 
tylko podczas naszych  wędrówek. Dzięki temu coś niecoś 
rozumiałem Dakotów, Apaczów, Komanczów, no i Czarne 
Stopy.   Mogłem  tym   imponować   mieszkańcom   rodzinnego 
Milwaukee,   ale   na   preriach   moja   skromna   pod   tym 
względem wiedza sprawiała mi nieco kłopotów.

— To tu — powiedział chłopak. — Bardzo dobry pokój, 

największy ze wszystkich.

Otworzył drzwi zbite z chropowatych tarcic. Nie było w 

nich   klamki.   Zamiast   niej   wbito   dwa   gwoździe:   jeden   w 
drzwi, drugi w futrynę, i połączono kawałkiem sznurka.

Pokój   istotnie   był   obszerny   i   wyposażony   w   dwa   me-

talowe   łóżka,   w   stolik   z   miednicą   i   dzbanek.   Tyle   tylko 
zdążyłem zauważyć, gdy Karol zatrzymał się na progu.

background image

— To chyba nie tu — powiedział.
— Nie   tu?   —   zdziwiłem   się   i   w   tym   momencie   do-

strzegłem leżącego na skotłaszonej pościeli, w ubraniu i w 
butach,   mężczyznę.   Nawet   chrapał!   Jego   kapelusz   — 
jasnożółte sombrero — spadł na podłogę. Zatrzymaliśmy się 
zaskoczeni   tym   widokiem.   Ale   mały   Papago   nie   okazał 
zdziwienia.

— To tu, seńores — oświadczył z pewnością siebie.
Podszedł do śpiącego,  chwycił go za nogę tkwiącą w 
ogromnym bucisku.
— Ej! — wrzasnął. — Wstawaj!
Noga   drgnęła,  ciało  poruszyło   się,  lecz  tylko   po  to,  by 

zmienić pozycję. Roześmiałem się.

— To jest pokój dla panów — zapewnił nas malec. — 

Ten pijak przyszedł tu bez wiedzy gospodarza. Czasem tak 
bywa.   Wstawaj!   —   krzyknął,   po   czym   dodał   coś   po 
hiszpańsku, czego nie zrozumiałem.

— Może   pójdziemy   gdzie   indziej?   —   zaproponował 

Karol.

Papago potrząsnął przecząco głową.

— Inne   pokoje   są   mniejsze,   seńores   zapłacili   za   ten 

właśnie... Trzeba wyrzucić tego draba... — spojrzał na nas 
wymownie.

— Dobrze — zgodził się wesoło Karol. — Pomożemy ci.
— Daj   spokój   —   usiłowałem   powstrzymać   przyjaciela. 

— Na pewno jest sporo wolnych łóżek...

— Lecz   właśnie   te   przeznaczono   dla   nas.   Nie   lubię 

ustępować byle pijakowi. Bierzemy się do dzieła, Janie.

Zanim   zdążyłem   powtórnie   zaprotestować,   podszedł   do 

śpiącego, chwycił dłonią za kołnierz bawełnianej koszuli i 
ściągnął   bezwładne   ciało   na   deski   podłogi.   Nieproszony 
gość   dopiero   teraz   się   ocknął.   Otworzył   oczy,   popatrzył 
błędnym wzrokiem, coś zamamrotał i siadł.

background image

Ująłem go pod pachy i dźwignąłem. Poczułem mdły odór 
alkoholu pomieszany z dymem cygara.

Wytrzeszczył na nas oczy, mętne i na pozór nic nie 

widzące. Jednak — jak się później okazało — zapamiętał 
nas bardzo dobrze. Chwiał się na nogach, wreszcie 
wybełkotał:

— No me siento hien...

— Co on gada? — zainteresował się mój przyjaciel.
— Powiada,   że  się  źle   czuje  —  przetłumaczyłem

skwapliwie.

— Ja myślę!  Jest pijany  jak bela.  Pomóż go wypchnąć.

Nie   tylko   wypchnęliśmy   za   drzwi   zataczającego   się 

jegomościa, ale nawet doprowadziliśmy go do schodów, aby 
mieć   pewność,   że   nie   zawróci,   kierowany   pijackim   ! 
uporem. Po czym, już w pokoju, usłyszeliśmy rumor, jakby 
ktoś staczał się po stopniach. A z dołu docierał nadal wrzask 
pomieszanych głosów.

— Nie wróci — stwierdził Karol, a chłopaczek klasnął 

w dłonie i wybiegł z pokoju.

Hasta luego! — wykrzyknął już na progu. — Co 

on powiedział?
— Do zobaczenia.

— Ta hiszpańszczyzna już mi bokiem wyłazi, a prze-i 

cięż jeszcze nie przekroczyliśmy granicy.

To bardzo przykre — odparłem udając współczucie.

Spojrzał   na   mnie   ponuro.   Uśmiechnąłem   się   nie   bez 

zarozumiałości. Po raz pierwszy zdarzyło się, że podczas 
wspólnych   wędrówek   potrafiłem   w   czymś   przewyższyć 
swego towarzysza. Poza moją wiedzą lekarską, oczywiście.

Zdjąłem   kurtkę,   ściągnąłem   kamizelkę   i   koszulę, 

zanurzyłem  dłonie w miednicy napełnionej zimną  wodą. 
Co za ulga! Kiedy już wymyłem się i odświeżyłem, moje 
miejsce   nad   miednicą   zajął   Karol,   a   ja,   rozciągnięty  na 
łóżku,   wypuszczając   obłoczki   dymu   z   fajki,   słuchałem 
brzęku kubła i plusku wody. Znowu poczęła ogarniać mnie 
senność.

— Długo jeszcze? — zagadnąłem.
— O co chodzi?
— Piekielnie tu gorąco. Marzę o kąpieli w rzece.

Przecież   tak   ci   radziłem   —   odparł   wycierając   się 

ręcznikiem — ale się uparłeś.

Podszedłem   do   okna,   by   poczuć   na   twarzy   podmuch 

rzeźwiejszego  powietrza.   Okropnie   się  rozczarowałem.  Za 
oknem wisiał parzący tuman kurzu. Zerwał się lekki wiatr, 
ale że słońce stało u szczytu nieba, zamiast chłodzić, grzał.

— Wyjrzyj no, Janie, czy nasze konie jeszcze stoją.
— Dlaczego   nie   miałyby   stać?   —   zdziwiłem   się,   lecz 

posłusznie wysunąłem głowę za framugę.

Przede   mną,   poniżej,   leżało   pasmo   szarorudej   drogi, 

między dwoma rzędami niskich budynków. Ulica była pusta, 
pogrążona w spiekocie dnia i w ciszy. Dostrzegłem spadzisty 
daszek nad werandą, a przed nią poprzeczny drąg na palach 
wbitych w ziemię, do którego przywiązywano konie. Było 
ich   pięć.   Nasze   znajdowały   się   nieco   dalej.   Trzech 
mężczyzn,  a raczej trzy sombrera — bo tyle  widziałem z 
góry   —   zdradzały   podejrzane   zainteresowanie   naszymi 

background image

wierzchowcami. Jedno sombrero usiłowało zajrzeć do pyska 
memu   koniowi,   drugie   —   coś   majstrowało   przy   jukach 
zwierzęcia Karola.

— Nie podoba mi się to — powiedziałem głośno.
— Co takiego?

— Zejdę na dół, jakieś typki tam się kręcą. Karol 
podszedł do okna i wyjrzał.
— Pędź, zaraz cię dogonię.
Skoczyłem do drzwi i pognałem drabiniastymi schodami 
na dół. Przekroczyłem próg wielkie] sali i zatrzymałem się 
raptownie. Zwarty tłum zagrodził mi przejście.

— Przepraszam — zwróciłem się ku barczystym plecom, 

które   wyrosły   na   mej   drodze.   —   Przepraszam   — 
powtórzyłem   głośniej   —   proszę   zrobić   mi   miejsce   —   i 
natychmiast przetłumaczyłem to na hiszpański, najbardziej 
dokładnie,   jak   tylko   potrafiłem:   —  Tenga   la   bondad   de  
darme asiento!

Plecy  nawet   nie   drgnęły.   W  gwarze  panującym  dokoła 

mój   głos   nie   dotarł   widocznie   do   odpowiednich   uszu. 
Posunąłem   się   o   krok,   usiłując   bokiem   minąć   żywą 
przeszkodę.   Jakoś   mi   się   udało,   lecz   ugrzązłem   na 
następnej.   Zapijaczona   twarz,   nieprzytomne   oczy,   nie-
chlujny zarost i wąsiska dawno nie podcinane. Do licha! To 
był ten sam pijak, którego tak niedelikatnie ściągnęliśmy z 
łóżka.   Gapił   się   bezmyślnie,   byłem   pewien,   że   mnie   nie 
poznał.   Spróbowałem   go   obejść.   Nieprzytomne   oczy 
zamrugały. Nim zdołałem zniknąć w tłumie, ciężkie łapsko 
spadło mi na ramię.

— Gringo! — wrzasnął.
Słowo   „gringo"   oznacza   cudzoziemca,   lecz   jest   to 

określenie   raczej   obelżywe,   bowiem   poprawnie   brzmi   w 
języku hiszpańskim: „extranjero". Wiedziałem o tym bardzo 
dobrze.

Nie zareagowałem na obelgę, myślałem o naszych  ko-

niach, przy których kręciły się podejrzane typy. Więc tylko 
strąciłem   łapę   z   ramienia   i   powiedziałem   najbardziej 
uprzejmym tonem:

— Perdoneme.

Już go mijałem,  gdy ta sama  ciężka dłoń po raz drugi 

opadła na me ramię.

— Gringo! — zabrzmiał mi nad uchem ochrypły głos. — 

Patrzcie, przyjaciele! Gringo nas odwiedził.
Czego tu szukasz, lalusiu? Amigos! — darł się bełkotliwie, 
mieszając na przemian słowa hiszpańskie i angielskie. — 
On mnie napadł! Ja mu pokażę!

Tego   było   za   wiele   nawet   jak   na   moje   łagodne   uspo-

sobienie.   Zapomniałem   o   koniach,   odwróciłem   się 
energicznie i odepchnąłem napastnika. Zatoczył się i pewnie 
runąłby, gdyby znajdował się gdziekolwiek chociaż skrawek 
wolnego miejsca. Oparł się o przygodnego sąsiada i znowu 
ryknął:   —   Gringo!   Obraziłeś   mnie!   Patrzcie,   przyjaciele! 
Jakem Luis Vivas, rozpłatam brzuch temu przybłędzie!

Darł się tak głośno, że zagłuszył gwar panujący na sali. 

Od   razu   przycichło.   Sięgnął   za   pas   i   wydobył   długi 
myśliwski   nóż.   Chciałem   się   cofnąć,   ale   nie   mogłem, 
chociaż   nieoczekiwanie   rozluźniło   się   wokół   mnie   i   zna-
lazłem   się   jakby   na   malutkiej   arenie,   otoczonej   zwartym 

background image

kręgiem widzów. Nie mieli zamiaru mnie przepuścić. Bójka 
w saloonie! Cóż za urozmaicenie nudnego dnia.

Luis   Vivas   —   jeśli   tak   rzeczywiście   się   nazywał   — 

uczynił   krok   w   przód,   krok   do   tyłu,   po   czym,   lekko 
zgarbiony, skoczył ku mnie. Uchyliłem się. Ech, nie była to 
wielka sztuka wobec niepewnych ruchów pijaka. Trzasnąłem 
go   w   pochyloną   głowę,   nim   zdążył   mnie   pchnąć 
błyszczącym   ostrzem.   Zachwiał   się   i   runął   na   podłogę. 
Uczyniło   się   nagle   bardzo   cicho.   Lecz   ta   cisza   nie   była 
wyrazem   uznania   dla   mnie,   raczej   —   wrogości,   bo   w 
sekundę później czyjś głos zachęcił napastnika:

— Dalej, Luis! Wal tego gringo!

Nie miałem zamiaru przedłużać spotkania. Kiedy leżący 

gramolił   się   niezdarnie   z   podłogi,   odwróciłem   się, 
zdecydowany   przerwać   krąg   widzów.   Pchnąłem   piersiami 
pierwszego   z   brzegu,   otrzymałem   cios   pięścią   poniżej 
ramienia, a równocześnie jakiś życzliwy głos ostrzegł:

background image

— Uważaj!
W   samą   porę.   Pijany  Luis   gotował   się   do  powtórnego 

ataku.   Jednak   nie   zdążył.   To   Karol   zdołał   roztrącić 
stojących   mu   na   drodze,   jego   pięść   trafiła   prościutko   w 
szczękę   Luisa,   który   runął   ciężko,   aż   z   desek   podłogi 
powiało   kurzem.   Buchnął   gwar   głosów.   Gwałtownych   i 
bezładnych, istny galimatias hiszpańsko-angielskich słów, ą 
może i indiańskich dialektów.

Karol   chwycił   mnie   za   rękaw   kurty:   „Szybko!"   — 

rozkazał.   Przedarł   się   przez   tłum,   ja   za   nim.   Jednak   do 
drzwi nie dotarliśmy,  bo chociaż rozstąpiono się na boki, 
drogę   wiodącą   ku   ulicy   zatarasowało   trzech   wąsatych 
jegomościów   w   wysłużonych   sombrerach,   rozchełstanych 
koszulach   barwy   zużytych   ścierek,   w   spodniach   pełnych 
plam. U pasów, nabijanych mosiężnymi ćwiekami, zwisały 
potężne kabury rewolwerów.

— Czekajcie, panowie — odezwał się jeden z trójki. — 

Tak rzeczy nie można zakończyć — a zwracając się w głąb 
sali: — Luis! Chodźże tu! Ci dżentelmeni gotowi pomyśleć, 
żeś stchórzył!

Luis   musiał   istotnie   stchórzyć,   bo   gdy   spojrzałem   za 

siebie, nie dostrzegłem go.

— Przepuśćcie   nas,   seńores   —   odezwałem   się 

najgrzeczniejszym, na jaki potrafiłem się zdobyć, tonem. — 
Z powodu jednego pijaka nie będziemy do siebie strzelać.

— Luis powinien dostać szansę. Został obrażony. Było to 
wręcz bezczelne stwierdzenie.
— Cofnijcie się — rozkazał Karol.

Gdzieś za naszymi  plecami zagrzmiał huk wystrzału, a 

kilka głosów wrzasnęło:

— Na nich! Bić gringos!  Gringos, gringos, gringos!...

Chóralne skandowanie ogarnęło cały saloon. Jednak poza 

słowną zaczepką nie nastąpiła żadna inna. Nikt z krzykaczy 
nie   ruszył   się   z   miejsca.   Na   nasze   szczęście.   Nie 
oparlibyśmy się, gdyby rzucił się na nas ten tłum. Lecz tych 
trzech   nadal   barykadowało   nam   drogę.   Skoczyliśmy   ku 
drzwiom.   Otrzymałem   uderzenie   powyżej   ucha, 
grzmotnąłem napastnika w szczękę. Zachwiał się, lecz nie 
upadł.   Drzwi   znalazły   się   w   zasięgu   mej   dłoni.   Nie 
zdążyłem   za   nie   chwycić,   bo   straszliwy   cios   w   kark 
nieomal przygniótł mnie ku ziemi. W sekundę później ktoś 
skoczył   mi   na   plecy   —   zaatakowano   nas   od   tyłu. 
Dostrzegłem,   jak   Karol   zmaga   się   z   dwoma   naraz 
przeciwnikami, a trzeci zbliża się ku mnie z rewolwerem w 
ręce.   Miałem   wypróbować   na   własnej   czaszce   uderzenie 
grubej rękojeści. I pewnie tak by się stało, gdyby nie nagła 
odsiecz.   Starałem   się   wyprostować,   zrzucić   napastnika   z 
pleców,   aby   uskoczyć   przed   atakującym   z   przodu,   gdy 
usłyszałem, ponad gwar głosów, trzask podłogowych desek, 
jakby na nie runął spory ciężar. Prawie równocześnie moje 
plecy   zostały   oswobodzone.   Nie   miałem   czasu   na 
sprawdzenie, co było tego przyczyną. Ruszyłem do ataku. 
Lewą   ręką   chwyciłem   za   kolbę   skierowanego   ku   mnie 
rewolweru,   prawą   wepchnąłem   błyskawicznie   pod   pachę 
przeciwnika i z rozmachem pochylając się uczyniłem obrót. 
Schwytany przewinął się nad moim ramieniem i runął na 

background image

deski.   Była   to   sztuczka,   której   nauczył   mnie   Karol. 
Wyprostowałem się.

— Dalej,  dalej, amigos!  —  wrzasnął ktoś z boku.

Zostałem   popchnięty   ku   drzwiom,   później   nieznajoma 

sylwetka   skoczyła   ku   szamoczącemu   się   Karolowi.   Dwa 
szybkie  ruchy i mój  przyjaciel, oswobodzony,  wybiegł za 
próg. Teraz nastąpił grzmot dwu strzałów, brzęk rozbijanego 
szkła.   Znalazłem   się   na   werandzie,   dałem   susa   w   piach 
ulicy.

— Szybciej,   szybciej,   dżentelmeni   —   poganiał   mnie 

nieznajomy głos. — Konie! Gdzie wasze konie?

background image

Wierzchowce   stały   tam,   gdzie   je   poprzednio   przywią-

zaliśmy.   Czy wypatroszono  juki?  Któżby  teraz   sprawdzał. 
Skaczemy na siodła, ruszamy w chwili, gdy przez otwarte 
drzwi saloonu wylewa się wrzeszczący potok. Ale już kopyta 
wzbijają kurz. Kilka głośniejszych od innych okrzyków, po 
nich — strzał.

— W lewo, w lewo, dżentelmeni!

background image

Skręcamy między domy, w ścieżkę tak wąską, że z trudem 

minęłyby się na niej dwa wierzchowce. Ścieżka jest pusta, 
domy jak wymarłe. Cwałuję za Karolem, lecz wiem, że za 
mną   jedzie   jeszcze   ktoś   trzeci.   Kto   to   jest?   Chyba   nasz 
sojusznik.

Ściana   budynków   urywa   się   raptownie   po   lewej,   po 

prawej   —   pale   długiego   corralu,   później   płaszczyzna 
zrudziałych   traw   przecięta   migotliwym   pasem   wody.   To 
granica. Rio Grandę del Norte. Jadący dotąd za mną teraz 
zrównał się.

— Szybciej, szybciej, kolego...
Wyprzedził mnie, wyprzedził Karola krzyknąwszy coś w 

przelocie. Karol uderzył wierzchowca po zadzie. Rzeka była 
tuż-tuż. Jeszcze piaszczysta plaża i bryzgi wody niby krople 
rzęsistego   deszczu.   Osiągnąwszy   przeciwległy   brzeg   nie 
zwolniliśmy tempa i dopiero gdy okrył nas cień piniowego 
lasku, nasz przewodnik ściągnął cugle i zeskoczył z siodła.

— No   —   odezwał   się   ukazując   po   raz   pierwszy   swą 

roześmianą   i   pokrytą   kurzem   twarz   —   możemy   chwilkę 
odpocząć. Przyda się to naszym dzielnym rumakom. Jak się 
czujecie, dżentelmeni? Nikt nie jest ranny?

Spojrzałem na Karola, przesunąłem dłonią po policzkach i 

potrząsnąłem przecząco głową.

— To   się   nam   upiekło   —   stwierdził   nieznajomy.   — 

Mogło być gorzej.

— Pańska pomoc przyszła w samą porę — powiedziałem. 

— Dziękujemy.

Głupstwo, lubię taką zabawę — rozejrzał się dokoła. 

—   Pusto,   ale   może   wywiodłem   was   w   nieodpowiednią 
stronę? Wybaczcie. Każda inna droga odwrotu mogła okazać 
się niebezpieczną. Oni byli mocno rozżarci. O co poszło, bo 
początku nie zauważyłem?

Zdaliśmy krótką relację z przebiegu wydarzeń — należało 
się naszemu obrońcy — i wyjaśniliśmy, że jedziemy do 
Meksyku.

Nieznajomy kiwnął głową:

— Świetnie!   Bo   zawrócić   w   tej   chwili   byłoby   przed-

sięwzięciem ryzykownym.

— Oczywiście   —   przytaknąłem   —   chociaż...   to   tylko 

gromada pijaków.

— Tym   gorzej.   Wódka   podsyca   namiętności,   zwłaszcza 

tu,   na   południu,   gdzie   nawet   wśród   trzeźwych   czyny 
wyprzedzają rozum. To paskudne strony i gdyby nie pewne... 
hm... konieczności, nigdy bym tu nie zawitał.

Podczas   tej   rozmowy   miałem   okazję   przyjrzeć   się   na-

szemu   towarzyszowi.   Na   pierwszy   rzut   oka   wyglądał 
sympatycznie. Tak mi się wydawało. Może dlatego, że miał 
szczere   oblicze,   jasne   oczy   i   jasne   włosy,   że   był   gładko 
ogolony  i   czysty,   w  przeciwieństwie   do  tych   brudasów,   z 
jakimi   zetknęliśmy   się   w   saloonie.   Co   tu   robił,   czym   się 
zajmował? Z jego poprzednich słów przecież wynikało, że w 
El Paso był przelotnym gościem. Na to pytanie nie mógł mi 
udzielić odpowiedzi strój z jelonkowej skóry, tak świeży, że 
strzepnąwszy warstwę kurzu, można by go sprezentować w 
witrynie eleganckiego magazynu. Sylwetka nieznajomego, a 
może jego sposób bycia  przypomniała  mi  Colorado — ta-
jemniczego   jeźdźca   przemierzającego   pustkowia   Nowego 

background image

Meksyku — z którym Karol i ja przebyliśmy spory szmat 
drogi, dopóki nagła śmierć nie zakończyła naszej znajomości 
*. Było coś wspólnego w postaciach obu tych ludzi i chyba 
tylko   świeży   strój   jednego,   a   zaniedbany   drugiego   — 
stanowiły różnicę, przecież nieistotną.

— No, dżentelmeni — odezwał się nasz nowy towa

rz

ysz 

wstając z ziemi — pora mi wracać, a i wam radzę stąd 
ruszać.

Podszedł do konia, sprawdził popręgi i wskoczył na siodło.
— Nie zapomnimy o przysłudze — pożegnał go Karol.— 

Może się kiedy jeszcze spotkamy.

— Kto wie, kto wie? Szczęśliwej drogi!

Uderzył  wierzchowca ostrogami,  poderwał do biegu i w 

paru   skokach   dosięgnął   brzegu   rzeki.   W   chwilę   później 
zakryły go srebrne bryzgi wody.  Ujrzeliśmy go znowu, po 
tamtej stronie, lecz tylko na mgnienie oka. Najpierw tuman 
kurzu,   później   zabudowania   zakryły   go   przed   naszymi 
oczami.

— Jedziemy? — zapytałem.
— Oczywiście,   ale   najpierw   zajrzyj,   Janie,   do   swej 

wspaniałej   mapy.   Dotąd   ja   prowadziłem,   teraz   na   ciebie 
kolej.

Wydobyłem z juku mapę, rozpostarłem na ziemi. Ta mapa 

stanowiła   mój   osobisty   sukces,   z   którego   byłem   bardzo 
dumny.   Niełatwo   było   nabyć   tak   doskonałe   dzieło 
kartograficzne.   Szperałem   przez   kilka   miesięcy   po 
księgarniach   i   antykwariatach,   aż   wreszcie   znalazłem,   co 
chciałem, i kupiłem. Mapa musiała mieć długą historię. Od 
razu było to widać. Świadczyły o tym zarówno poprzecierane 
zgięcia papieru, który składano w ósemkę, jak kilka plam w 
rogach,   a   przede   wszystkim   naniesione   atramentem 
poprawki.   Gdy   się   im   dobrze   (jeszcze   w   Milwaukee) 
przyjrzałem, stwierdziłem, że piórem pociągnięto po liniach 
uprzednio   naszkicowanych   ołówkiem.   To   znaczy   —   że 
poprawek dokonano „na gorąco", w konkretnym miejscu, w 
którym nieznany podróżnik odkrył błąd na mapie.

Mapa obejmowała północną część Meksyku,  ściślej stan 

Chihuahuo,   od   granicy   Rio   Grandę   ku   południowi,   aż   po 
Bolson de Mapimi, pustynną wyżynę, ku zachodowi — aż po 
krańce   górskiego   pasma   Sierra   Madre.   Niektóre   rzeczki 
wydrukowano  linią przerywaną,  co oznaczało, że kierunek 
koryta   jest   wątpliwy.   Tak   samo   zaznaczono   w   kilku 
miejscach   zarysy   gór.   Otóż   przerywane   linie   zostały 
parokrotnie   uzupełnione   atramentem,   nadano   im   inny 
kierunek.   Mało   tego,   nieznany   kartograf   naniósł   szereg 
innych rzeczek, których. nie uwzględniono w druku. Może to 
były   tylko   okresowe   strumienie,   znikające   z   powierzchni 
ziemi   w   porze   suchej.   Tym   lepiej   dla   nas,   jako   że 
wjeżdżaliśmy do tego kraju w przededniu pory deszczowej. 
Ale to jeszcze nie wszystko. Tym samym, nieco wyblakłym 
atramentem porobiono linie ciągłe, biegnące prosto poprzez 
płaszczyzny i wijące się wokół wzniesień. Przypuszczałem, 
że są to drogi lub szlaki najłatwiejszego przejazdu. Jedna z 
takich linii przykuła na dłużej moją uwagę. Oto, obok niej, w 
dwu   miejscach,   narysowano   dwa   trójkątne   znaczki.   Ta 
właśnie   linia   wiodła   ku   zachodowi,   wprost   ku   górom,   i 
kończyła się nakreślonym piórem maleńkim kwadracikiem. 

background image

Tajemnicze znaki tak mnie zaintrygowały, że udałem się do 
właściciela antykwariatu, by dowiedzieć się, od kogo nabył 
mapę.   Bezskutecznie.   Powiedział   mi   tylko   tyle,   że 
przyniesiono   mu   ją   przed   dwoma   miesiącami,   lecz   kto   ją 
przyniósł — tego nie pamiętał.

Mapę oglądaliśmy z Karolem wielokrotnie, dzięki czemu 

naniesione na nią atramentem geometryczne figury nie stały 
się   ani   trochę   bardziej   zrozumiałe.   Mój   przyjaciel 
przypuszczał,   że   w   ten   sposób   oznaczono   jakieś   lokalne 
źródła. Na tę mapę spoglądaliśmy teraz obaj, lecz tym razem 
nie   chodziło   nam   ani   o   trójkąty,   ani   o   kwadracik,   lecz   o 
najkrótszy  szlak wiodący do  gospodarstwa  Gonzalesa.   Jak 
już   wspomniałem,   a   o   czym   pisał   do   mnie   Meksykanin, 
posiadłość   jego   leżała   w   pobliżu   rzeki   Conchos,   dopływu 
Rio Grandę. Don Pedro  dokładniej określił położenie swej 
hacjendy: przez sam środek toczył swe wody mały strumyk, 
wpadający do Conchos. Posuwając się z biegiem strumyka 
nie sposób było zabłądzić. Ba, lecz jak dotrzeć do strumyka? 
Chyba   najpewniej   jechać   wzdłuż   koryta   Rio  aż   do  skrzy-
żowania   z   Conchos,   a   później   w   górę   tej   ostatniej   aż   do 
ujścia strumienia. Była to pewna droga, lecz bardzo długa. 
Znacznie krótsza wiodła poprzez pustkowia rozciągające się 
w trójkącie, którego dwa boki tworzyły koryta Rio Grandę i 
Conchos, trzeci mieliśmy wyznaczyć sami.

Nasza narada trwała krótko. O jeździe brzegami Rio mój 

przyjaciel   nawet   nie   chciał   dyskutować,   byłaby  to  jego 
zdaniem   niepotrzebna   strata   czasu.   Nie   sprzeciwiłem   się. 
Karol posiadał przecież tak zwany traperski węch i — jak 
wielokrotnie   to   stwierdziłem   —   ten   węch   odnajdywania 
właściwych szlaków nigdy nas nie zawiódł.

Złożyłem mapę, schowałem pieczołowicie i wyciągnąłem 

z   kieszeni   kompas,   co   wywołało   na   obliczu   Karola   lekki 
uśmiech. Wskoczyliśmy na siodła. Raz jeszcze przy pomocy 
lornetki zlustrowałem okolicę. Za nami brzeg rzeki nadal był 
bezludny, przed nami ciągnęła się jałowa pustka piasków i 
rzadkich   traw,   ponad   które   gdzieniegdzie   wystrzelała 
pogmatwana sylwetka samotnego kaktusa. Klepnąłem konia 
po zadzie i opuściliśmy piniowy lasek.

Tu muszę dodać, że podczas pospiesznego odjazdu] z El 

Paso nieznajomy sojusznik wyprowadził nas na? południe i 
przebyliśmy rzekę znacznie poniżej bliźniaczego miasteczka 
wznoszącego   się   już   po   meksykańskiej!   stronie.   Nie 
mieliśmy zamiaru go odwiedzać, wystarczyło nam El Paso.

Jechaliśmy   ze   dwie   godziny,   starając   się   nie   męczyć! 

zbytnio wierzchowców.  Co  pewien czas  zwalnialiśmy!

background image

biegu, a nawet przystawali. Najgorsza pora spiekoty już minęła, 
pochłodniało. Dokoła nadal było pusto, żadnego śladu ludzkiej 
obecności,   żadnego   tropu   czworonoga.   Po   kilku   dalszych 
godzinach   horyzont   wypełniły   drzewa   mesąuity,   natomiast 
drogę   przecięło   nam   rozległe   pole   kolczastych   agaw.   Tu 
zatrzymaliśmy   się   na   krótki   postój.   Zgodnie   ze   starym 
zwyczajem, wpojonym mi przez Karola, zanim zeskoczyłem z 
siodła, dokładnie rozejrzałem się po okolicy. Na północy szkła 
lornetki   nie   ukazały   mi   nic,   poza   pustką,   taka   sama   pustka 
rozciągała się na południu, lecz za nami,  na szlaku przebytej 
drogi, ciemny, ruchomy punkt zwrócił mą uwagę.

— Jeździec — powiedziałem.
Karol przyłożył szkła do oczu.

Tylko   jeden   —   stwierdził.   —   Zostajemy,   zwierzęta 

muszą odpocząć. Jak się nazywa ta hacjenda Gonzalesa?

— Nie wiem. Chyba się wcale nie nazywa.

— Szkoda, można by zapytać o drogę tego, który gna za 

nami.

— Nie   ufam   przygodnym   informatorom,   już   wolę 

wierzyć swej mapie. Zresztą... — tu spojrzałem jeszcze raz 
za siebie. —; Karolu, przecież to nasz wybawiciel!
Widać nie powiodło mu się w El Paso.

Karol znowu sięgnął po lornetkę.
— Wygląda na to, że go nikt nie ściga. Ano, poczekamy.
Wreszcie okryty pyłem jeździec zatrzymał się przed nami. 
Witajcie,   dżentelmeni   —   powiedział   z   humorem   — 

rozstanie   było   krótkie,   lecz   obfitowało   w   dramatyczne 
wypadki.   Jednak...   —   tu   obejrzał   się   —   chyba   ich 
zgubiłem...  

— Kogo?

background image

___  Niech   to   licho   porwie!   Zbyt   zaufałem   swej   dobrej 

gwieździe.   Oni   nie   byli   tak   bardzo   pijani,   jak   sądziłem. 
Musiałem przejeżdżać obok tego przeklętego saloonu, przed 
którym sterczała chmara łudzi. Nie wyobrażacie sobie, jaki 
wrzask podnieśli! Rzuciło się bractwo ku mnie, jeden nawet 
zdążył złapać mnie za nogę. Cóż miałem począć? Kopnąłem 
go,   aż   pofrunął   na   sam   środek   ulicy,   i   spiąłem   konia 
ostrogami. Pobiegli za mną i próbowali swych pukawek. Bez 
skutku. Wtedy rzucili się do koni. Wywiodłem ich za miasto, 
na północ, później skręciłem na zachód i gdy straciłem ich z 
oczu, zawróciłem na południe, przebyłem rzekę, trafiłem na 
wasz ślad i oto jestem! Myślę, że teraz powinienem kilka dni 
przeczekać po tej stronie granicy.
Chyba nie będę wam przeszkadzał?

— Oczywiście,   że   nie   —   odparłem   skwapliwie,   nazbyt 

skwapliwie.

Przecież nie znałem tego człowieka, a najdłużej za dwa 

dni   mieliśmy   dotrzeć   do   hacjendy.   I   co   wówczas? 
Wprowadzić   pod dach Gonzalesa  przygodnego   znajomka? 
Sytuacja   mogła   stać   się   wielce   kłopotliwa,   lecz   teraz 
zapobiec jej nie było sposobu.

— No,   dżentelmeni!   Prowadźcie   tam,   gdzie   leży   cel 

waszej drogi, bo dla mnie  obojętne, w której znajduję się 
stronie świata. Byle dalej od Rio Grandę.

Postąpiliśmy   zgodnie   z   tym   apelem,   jako   że   inaczej 

postąpić   nie   mogliśmy.   Po   półgodzinnym   odpoczynku 
skierowaliśmy konie na szlak, przy końcu którego stać miało 
domostwo Pedro Gonzalesa.

background image

Opuszczona chata

Powiedział,   że   nazywa   się   Barry   Bede.   Może   to   prawda, 

może   nieprawda.   Dla   nas   —   sprawa   zupełnie   nieistotna. 
Dlaczego uciekał z El Paso — wiedzieliśmy, lecz po co tam 
przybył — pozostawało nadal tajemnicą. Czym się trudnił? Nie 
wypadało pytać, skoro sam dotychczas tego nie wyjawił.

Karol   zagadnął   go,   czy   zna   tutejszą   okolicę.   Odparł,   że 

bywał   w   Meksyku,   lecz   jedynie   w   zachodniej   części.   Karol 
pomarkotniał, niezbyt dowierzał mojej mapie, a przecież w tej 
sytuacji tylko ona mogła być naszym przewodnikiem.

Jechaliśmy we trzech krainą pustą i otwartą, co pozwalało w 

porę   zauważyć   jakiegokolwiek   wędrowca.   Ale   i   my   w   ten 
sposób   byliśmy   widoczni.   Ciągle   jeszcze   spodziewałem   się 
pogoni z El Paso, jednak moje przewidywania nie sprawdziły 
się.

Odległość z El Paso do hacjendy Gonzalesa, to znaczy do 

miejsca,   w   którym   prawdopodobnie   leżała,   wynosiła   w   linii 
prostej sto pięćdziesiąt mil. Tak wymierzyłem na mapie. Ba, 
lecz przecież nie sposób poruszać się po linii idealnie prostej. 
Sto pięćdziesiąt mil mogło równie dobrze oznaczać w praktyce 
mil dwieście!

Jechałem na czele naszej małej kawalkady, co pewien czas 

przystając, co pewien czas spoglądając na mapę i na kompas. 
W   takich   warunkach   nie   mogliśmy   posuwać   się   szybko. 
Zaabsorbowany swymi czynnościami nie słuchałem rozmowy, 
jaką   Karol   prowadził   z   naszym   nowym   towarzyszem. 
Prawdopodobnie chciał go „wybadać".

Słońce już powędrowało na zachodnią półkulę nieba i 

dolnym rąbkiem dotykało horyzontu, a my nadal 
znajdowaliśmy 

się wśród nagiej płaszczyzny, pozbawionej wody, pozbawionej 
drzew, jeśli nie liczyć samotnych mesąuitów, 
przypominających    słupy    nie istniejącego ogrodzenia. 
Nocleg w takich warunkach nie zapowiadał się przyjemnie. Na 
szczęście, po dalszej godzinie jazdy dostrzegliśmy zamazane 
kontury czegoś, co mogło być samotną skałą, lecz równie 
dobrze — budynkiem. Jeśli budynek, to i woda, a tego 
najbardziej nam brakowało. Popędziliśmy konie. Po paru 
minutach wyjrzały z dali kontury domu, aż na koniec ukazał się 
zupełnie wyraźnie. Karol, który wysforował się na czoło, nagle 
zatrzymał wierzchowca. Podjechałem. Drogę przecinała 
rozpadlina. Jak głęboka, nie sposób stwierdzić. Jej dno ginęło w 
wieczornym mroku i — tak mi się wydało — w gąszczu 
krzewów, a może nawet drzew. Śmiałek, który w porę nie 
zauważyłby jaru, znalazłby w jego głębi niechybną śmierć. A 
cel naszej drogi — dom — wznosił się po przeciwległej stronie, 
zaledwie kilka jardów od nas. Bez słowa ruszyliśmy wzdłuż 
parowu. Na szczęście, nie był długi. Po przebyciu pół mili 
ujrzeliśmy, jak jego dno zaczyna się dźwigać, w końcu 
zrównało się z powierzchnią płaszczyzny, którą jechaliśmy. 
Karol skręcił, ja za nim, Bede za mną. Ruszyliśmy cwałem ku 
czarniejszej od nocy budowli.

— Tam nikogo nie ma — odezwał się Karol.

background image

— Sądzisz?
— Przecież narobiliśmy dosyć łoskotu, a nikt nie wybiegł 

zobaczyć, kto nadjeżdża. Hej! Jest tam kto? — zawołał.

background image

Milczenie.   Wydobyłem   winchester   z   futerału   i   ze-

skoczyłem z siodła.

— Ostrożnie, Janie  — szepnął  Karol  pochylając  się ku 

mnie.

Nim   minąłem   ogrodzenie,   usłyszałem   głuchy   odgłos. 

Taki,   jaki   wywołuje   upadek   lub   skok   człowieka.   Bede 
znalazł się tuż obok.

— Ja   to   załatwię   —   powiedział   półgłosem.   —   Mam 

doświadczenie w podobnych sprawach.

Podeszliśmy   bliżej,   aż   objawiła   się   nam   w   pełni   cała 

struktura   budowli:   poczerniałe,   drewniane   ściany   pełne 
dziur, powyrywane deski. Dwa otwory okienne, po prawej i 
po   lewej   stronie   czegoś,   co   zapewne   było   wejściem, 
pozbawione szyb, a nawet ram.

— Karol ma rację — zauważyłem półgłosem — tu nikt 

nie mieszka.

Bede pierwszy przekroczył próg, ja zatrzymałem się. We 

wnętrzu   było   ciemno   jak   w   borsuczej   norze.   Minęło 
kilkanaście sekund. Z wnętrza budowli dobiegł mnie jakiś 
szmer, później ozwał się czyjś głos, na koniec usłyszałem 
kroki. Z czerni wyłonił się Bede, nie sam.

— Trudno się z nim dogadać — powiedział i pchnięciem 

ręki   skierował   ku   mnie   cudaczną   postać   w   dziurawym 
sombrero   na   czubku   głowy,   omotaną   w   jakieś  pledy  nie-
pledy tak, że ginął w nich kształt człowieczy.

— Kto to?
— Wyciągnąłem  go z  mysiej  dziury,  to znaczy prawie 

spod podłogi, bo tam się zagrzebał. Zupełnie nie rozumiem, 
co on bełkocze.

Spróbujemy.  Se un poco el espańol — zwróciłem się 

do obcego. — Me entiende?... 

background image

Lo entiendo  — odparł głosem, w którym wyczułem 

drżenie.

Poklepałem   go   po   ramieniu   dla   dodania   odwagi.   Jego 

derka była tak brudna, że moja dłoń prawie przylepiła się do 

niej.

Gadaj   —   rozkazałem,   nadal   próbując   swej 

hiszpańszczyzny. — Coś za jeden?

— Biedny kaboklo, seńor — wyjąkał.

— Tu mieszkasz?

— Si.
— Sam?
— Si.
— Dlaczego się ukrywałeś?
— Różni tędy wędrują...

Rozumiem, od nas nic ci nie grozi. Gdzie tu jest woda?

Pokazał ręką.

Ruszyłem we wskazanym kierunku i niewiele brakowało, 

a zapadłbym się w ziemię. To była dziura o sporej średnicy, 
obramowana kamieniami, lecz tak nisko, że można się było o 
nie potknąć i runąć do środka. Obok spoczywało wiadro i 
długi drąg z hakiem. A więc — studnia.

— Jest woda — poinformowałem Karola.

Dopiero teraz zeskoczył z siodła, ujął za uzdy trzy nasze 

konie i przeprowadził je przez wyrwę w ogrodzeniu.

— Co on ci gadał?

Powiada, że jest biednym kaboklem i że się nas boi.

— Niezbyt wiele. Radzę sprawdzić, czy w tej ruderze nie 

ukrywa się ktoś jeszcze. Przydałaby się pochodnia.

background image

Bede   przytaknął.   Ba,   lecz   gdzież   tu   znaleźć   smolną 

szczapę? Wróciłem do ogrodzenia i z niemałym wysiłkiem, 
przy   pomocy   myśliwskiego   noża,   odłupałem   sporej 
wielkości drzazgę. Zapaliłem. Jarzyła się zupełnie dobrze. 
Bede   pozostał   przy  koniach,   Karol   i  ja   wkroczyliśmy   do 
wnętrza   czegoś,   co   przed   laty   stanowiło   zapewne 
mieszkalną izbę. Migotliwy płomień odkrył naszym oczom 
podłogę   ułożoną   co   prawda   z   desek,   lecz   pokrytą   taką 
warstwą   kurzu   i   zeschłego   błota,   że   przypominała   raczej 
klepisko stodoły. Gdzieniegdzie deski powyrywano i trzeba 
było   uważać   na   dziury.   Nie   znaleźliśmy   nawet   śladu 
jakichkolwiek   sprzętów.   Rzecz   zrozumiała,   że   nocleg   w 
takim   pomieszczeniu   byłby   udręką.   Wyszliśmy   na   dwór, 
gdy księżyc ukazał się rąbkiem tarczy i wysrebrzył okolicę. 
Należało rozpalić ognisko, lecz z czego? Wokół nie rosło 
najmniejsze nawet drzewko.

— Hej,   ty   —   Bede   zwrócił   się   do   nieznajomego.   — 

Masz   opał?   No,   żeby   rozpalić   ogień.   Ogień...   ognisko, 
rozumiesz?

Zagadnięty   gapił   się   na   nas   bezmyślnie.   Jak   na   złość 

zapomniałem słowa „drewno" w języku hiszpańskim.

— Habla  ingles?    —  zapytałem   licząc   zresztą   na   od-

mowną odpowiedź.

Skinął głową. Jednak bardzo długo męczyliśmy się, aby 

wytłumaczyć,  o co nam chodzi. Na koniec znowu kiwnął 
głową i powiedział:

— Si, si... esperar.
Co znaczyło, że mamy zaczekać. Zniknął nam z oczu w 

czarnym   wnętrzu   budowli.   Później   usłyszeliśmy   suchy 
trzask i pokazał się kaboklo ciągnący długą i grubą dechę. 
Był   to   na   pewno   kawałek   podłogi.   Pomyślałem,     że 
człowiek,     który   tak   lekkomyślnie   postępuje   z   własną 
chałupą, bardzo szybko pozostanie bez dachu nad głową.

Przywleczoną   deskę   poczęliśmy   ciosać   nożami,   co 

stanowiło pracę żmudną, lecz nie mieliśmy siekiery.

Nie, ten obcy człowiek na pewno nie był  właścicielem 

chaty,   lecz   przybłędą   korzystającym   przypadkowo   z 
opuszczonego   budynku.   Pewnie   dlatego   krył   się   przed 
nami. Szepnąłem o tym towarzyszom.

Po chwili Meksykanin przyciągnął drugą deskę. Wydobył 

nóż zza pasa i począł z nami współzawodniczyć w struganiu 
drzazg i szczapek. W ten prymitywny sposób uzyskaliśmy 
sporą   kupkę   wiórów   i   trzasek,   lecz   o   porąbaniu   całego 
drewna   mowy   być   nie   mogło.   Zgromadziliśmy   drzazgi   i 
Karol usiłował je podpalić. Niestety, ani od pierwszej, ani 
od drugiej, ani od trzeciej zapałki drewno — widać zbyt 
wilgotne — nie zapłonęło, Spróbowałem ja — bez skutku. 
Bede,   który   obserwował   nasze   wysiłki,   pogrzebał   po 
kieszeniach i wydobył ćwiartkę papieru.

— Pozwólcie, może mi się uda...

Zwinął   papier   w   rulonik,   ukląkł   i   wsunął   go   między 

drobne   ścinki   drewna.   Papier   zapłonął,   a   później   ogień 
przeskoczył na trzaski, przygasł i już-już miał zniknąć, gdy 
nagle   objął   cały   stos.   Od   razu   uczyniło   się   weselej. 
Dźwignęliśmy jedną z desek i położyli w poprzek ogniska. 
Z zabawną troską obserwowaliśmy, czy płomień ją chwyci. 
Czuliśmy   wzmagający   się   chłód.   Jak   zwykle   bywa   na 

jałowy
ch, 
półpust
ynnych 
obszara
ch, 
rozgrz
ana 
słońce

ziemia 
stygnie 
bardzo 
szybko

różnice 
tem-
peratur 
między 
dniem 
a   nocą 
sięgają 
kilkuna
stu 
stopni. 
Na 
szczęśc
ie, 
deska 
zapłon
ęła.

Karo


naczer
pał 
wody, 
rozkul
baczyli
śmy 
wierzc
howce 

rozłoży
li 
obozo
wisko. 
Gdy 
woda 
poczęł

wrzeć 

garncz
kach, 
wydob
yłem 
nasze 

background image

zapasy   żywności.   Karol   z   wielką   wprawą   zajął   się 
przypiekaniem   pociętego   na   paski   boczku   i   pierwszy 
kawałek wręczył Bedemu. Przyjął go skwapliwie.

— Wybaczcie — powiedział — że nie mogę się dołożyć. 

Nieco pospieszny wyjazd z El Paso nie pozwolił zaopatrzyć 
się na drogę. Żeby rzec prawdę, zdany jestem tylko na waszą 
pomoc, w dodatku przyznam,  że myśliwy ze mnie  żaden, 
więc  nawet w ten sposób nie potrafię  powiększyć  waszej 
spiżarni.

— Głupstwo   —   odpowiedziałem   wtykając   mu   w   dłoń 

blaszany kubek  pachnącej   kawy.  —  To kiepskie  jedzenie 
nawet w części nie wyrówna naszego długu...

— Cóż za dług? — roześmiał się. — Po prostu... niezła 

zabawa. Zaczynałem już nudzić się w tym  El Paso, więc 
skoro   ujrzałem   dwu   solidnie   wyglądających   facetów, 
zaatakowanych   przez   tłum   pijaków,   postanowiłem   nieco 
rozruszać się i chyba zrobiłem to z niezłym skutkiem. Jak 
sądzicie, dżentelmeni?

Nie   zachwycił   mnie   taki   punkt   widzenia.   Awantura   w 

saloonie   mogła   się   tragicznie   zakończyć,   nawet   mimo 
nieoczekiwanej   pomocy   Bedego.   Kimże   był   nasz   towa-
rzysz?   Czy   przypadkiem   nie   jednym   z   takich   samych 
zabijaków, jacy nas napadli? Tylko z przekory popierający 
stronę słabszą? Jeśli tak — mógł  się stać bardzo dla nas 
kłopotliwym   uczestnikiem   podróży.   I   takiego   człowieka 
musielibyśmy   wprowadzić   pod   dach   Gonzalesa?   Bo   jak 
tego uniknąć? Nie wiedziałem.

— Ej, Janie, cóżeś się tak zamyślił?
Drgnąłem,   o   mało   nie   rozlewając   kawy.   To   Karol 

przerwał moje rozważania, przysunął się ku mnie i szepnął:

— Dajże coś gospodarzowi. Gapi się na nas, jakby od 

tygodnia nie jadł.

Spojrzałem. Kaboklo siedział w kręgu blasku padającego 

od ogniska. Teraz zauważyłem, jak nędznie był odziany, jak 
bardzo wychudły. On jeden z naszej czwórki nic nie trzymał 
w   dłoniach   i   tylko   spoglądał   smutnym   wzrokiem. 
Zawstydziłem się. Odkrajałem spory kawał boczku.

— Gracias  — szepnął.

Opróżniłem własny kubek i świeżą porcję  podsunąłem 

kaboklowi.

Gracias — powtórzył.

— Daleko stąd do hacjendy Gonzalesa? — zapytałem.

Błysnął ku mnie oczyma i milczał. Ponowiłem pytanie.

— Lejos... daleko.

— Ile mil?
Wzruszył ramionami.

background image

No se... nie wiem.

— Mógłbyś nas doprowadzić?

Lo siento mucho, pero estoy ocupado ...

Nie nagabywałem go więcej. Odpowiedź wydała mi  się 

zwykłym   wykrętem,   mającym   pokryć   wrodzone   lenistwo. 
Cóż on tu miał do roboty?

Skończył   jeść,   oddał   mi   kubek,   powiedział   znowu: 

gracias i zniknął w głębi chaty.

— Niezbyt   przyjemny   jegomość   —   mruknął   Bede.   — 

Chętnie nauczyłbym go lepszych manier.

— Nie warto.
— Ano,   w   takim   razie   postąpimy   chyba   podobnie   jak 

nasz brudas. Już późno.

Przywiązaliśmy mocniej konie do płotu, rozłożyli siodła i 

derki dokoła ogniska.

— Losujemy? — zapytałem Karola.
— Losujemy.
— Co za losowanie? — zdumiał się Bede. — Będziecie 

grać w karty?

— Ależ nie. Trzeba ustalić kolejność nocnych wart.
Skrzywił się zabawnie:

A po co? Dokoła  jest pusto i cicho. Kogo się  oba-

wiacie? Tego kabokla?

— Może   kabokla,   może   nie   kabokla   —   odparł   Karol. 

Pustka   nie   gwarantuje   bezpieczeństwa.   Niekiedy   samotny 
podróżnik   budzi   się   w   bardzo   licznym   towarzystwie,   nie 
zawsze sympatycznym. Albo też nigdy się już nie budzi.

Bede westchnął:

— Ciągnijmy więc te losy...

Wypadło, że pierwszą wartę ma objąć Karol, drugą — ja, 

trzecią — Bede. To był paskudny dla mnie

background image

wynik.   Bardzo   nie   lubię   przerywać   sobie   snu   w   połowie 
nocy.

Wymościłem   swoje   legowisko,   otuliłem   się   derką, 

podsunąłem   siodło   pod   głowę   i   prawie   natychmiast   za-
snąłem. Śniło mi się, że jestem ptakiem, że krążę swobodnie 
nad   ziemią,   ponad   lasy,   sawanny,   góry.   Z   tych   pięknych 
majaków   zostałem   bardzo   brutalnie   wyrwany.   Siadłem   i 
odruchowo chwyciłem za broń.

— Co takiego?

Nade mną nachylał się Karol.

— Kaboklo uciekł — powiedział przyciszonym głosem.
— Widziałeś?
— Zajrzałem do chałupy. Nie ma go.
— Pewnie   wyszedł   na   chwilę   —   mruknąłem   tłumiąc 

ziewanie i odkładając broń. — To nie powód, żeby mnie 
budzić.

— Obszedłem dom dokoła.

Przypuśćmy, że uciekł. Niech sobie ucieka, co nas to 

obchodzi?

To rzekłszy próbowałem naciągnąć na siebie derkę, lecz 

Karol mi nie pozwolił.

— Czego chcesz?
— Małego spacerku. Zabierz broń i chodź.

A on? — wskazałem na śpiącego Bede.

— Nie jest nam potrzebny. Przynajmniej na razie. Ani z 

niego westman, ani tropiciel śladów. Idziemy.

Nietrudno   sobie   wyobrazić,   jaki   byłem   wściekły.   Z 

winchesterem   w   garści   powlokłem   się   za   Karolem.   Było 
widno, bardzo widno, prawie jak w dzień. Tarcza księżyca 
wisiała nad ziemią jak wielka lampa i tylko z jednej strony 
budynku leżało szerokie i długie pasmo cienia. Podeszliśmy 
do koni. Spały z opuszczonymi łbami.

— Widzisz, jakie są spokojne? — zaszeptałem.

background image

— To   nie   mustangi   —   mruknął.   —   Nie   obudziłby  ich 

nawet strzał armatni.

Obraziwszy w ten sposób nasze wierzchowce, pociągnął 

mnie   dalej,   za   rozwalone   ogrodzenie,   a   później   za 
przeciwległą   ścianę   chałupy.   Tam   przystanęliśmy.   Było 
cicho, najlżejszy szmer nie zakłócał spokoju nocy.

— Nikogo — stwierdziłem półgłosem. — Ani człowieka, 

ani zwierzęcia na wiele mil dokoła.

— Nie   bądź   taki   pewny.   Gdzieś   w   okolicy   muszą 

znajdować się ludzie. W przeciwnym wypadku nasz kaboklo 
nie czmychnąłby. Bo i po co?

Poczułem   lekki   niepokój.   Rzeczywiście,   w   jakim   celu 

uciekałby kaboklo? Bez wierzchowca nie zaszedłby daleko, 
więc ktoś nań czekał. Kto? I gdzie?

— Ale dlaczego uciekł?
— Gdybym  wiedział, pewnie bym cię nie budził, a tak 

musimy   się   przespacerować   kawałek.   Jedyne   miejsce,   w 
którym   można   by  się   ukryć,   to  ten   parów   przed   domem. 
Musimy tam zajrzeć.

— Może — wyraziłem przypuszczenie — kaboklo w nim 

siedzi samotnie i czeka, aż odjedziemy? Zauważyłem, że się 
nas boi.

— Chyba żartujesz, Janie! Obchodziliśmy się z nim jak z 

jajkiem. Nie, nie. Przyczyna  jego ucieczki musi być  inna. 
Chodźmy.

— Nie lepiej poczekać do świtu?
— Lepiej nie. Zresztą, widno jak w dzień.
Nie   protestowałem  dłużej.   Między innymi   i  dlatego,  że 

resztka   snu   wyparowała   z   mej   głowy,   poczułem   chłód   i 
pozostawanie bez ruchu wcale mi nie odpowiadało.

Rozejrzałem się dokoła, dostrzegłem na ziemi jakiś jasny 

przedmiot. Papier! Lekko zmięta spora kartka papieru.

Na ulicach miast śmiecie nie należą do rzadkości, ale

background image

na pustkowiach, podczas moich wypraw z Karolem, nigdy 
dotąd nie znalazłem najmniejszej nawet karteczki. Westman 
ani traper, jeśli nawet wiozą żywność owiniętą w papier, nie 
wyrzucają go.

— Co tam masz?
Wyprostowałem   kartkę.   Z   jednej   strony   była   czysta,   z 

przeciwnej — zadrukowana.

:

 Popatrz — powiedziałem — Pinkerton zawitał aż w te 

odludne strony. Gdzie go nie ma? To list gończy, jeśli się 
nie mylę.

— List gończy? Skądże się tu znalazł?
— Z   kieszeni   naszego   towarzysza.   Pamiętasz,   jak   roz-

palał   ognisko?   Kawałek   jest   oddarty.   Po   prostu   zgubił, 
wyleciał mu z kieszeni.

Jak   już   wspomniałem,   noc   była   widna,   więc   bez   trudu 

odczytaliśmy tekst. Na górze kartki widniał dużymi literami 
odbity   napis:   „Narodowa   Agencja   Wywiadowcza 
Pinkertona".   Poniżej   —   wizerunek   oka   z   podpisem:   „My 
nigdy nie śpimy",  a jeszcze niżej: „Założona przez Allana 
Pinkertona, 1850". Taki tekst miałem okazję już parokrotnie 
czytać,   a   wspominam   o   nim   dlatego   tak   szczegółowo, 
ponieważ nie każdy z nim się zetknął. Głośna nie tylko  na 
obszarze Stanów Zjednoczonych agencja stała się z biegiem 
lat   znakomitym   instrumentem   walki   z   przestępczością   i 
odgrywała   swą   rolę   dopóty,   dopóki   stanowa   i   federalna 
policja   nie   zostały   przeorganizowane   w   sposób 
zapewniający   sprawne   działanie.   Pod   nazwą   i   adresami 
agencji   rzucał   się   w   oczy   grubymi   czcionkami 
wydrukowany   napis:   „700   dolarów   nagrody",   a   dalej: 
„Reuben Houston Burrows, alias Rube Burrows, oskarżony 
o dokonanie rabunku, z bratem James Buchanan Burrows i 
innymi  (wszyscy zamaskowani), nocą, w piątek 9 grudnia 
1887.

background image

Wsiadłszy do pociągu linii kolejowej St. Louis, Arkansas i 
Teksas, na stacji Genoa Arkansas, zmusili kuriera Southern 
Express   Company   do   oddania   kluczy   od   schowka 
pancernego,   z   którego   zabrali   3500   dolarów.   James 
Buchanan Burrows i trzej inni zostali aresztowani. Podczas 
próby aresztowania braci Burrows w Montgomery, Alabama, 
23   stycznia   1888,   Reuben   Burrows   zastrzelił   Neila   Bray, 
zecera   gazety  «Advertiser»,   wezwanego   do   pomocy   przez 
funkcjonariusza policji. Rysopis: Reuben Houston Burrows, 
lat 32, 6 stóp wysokości, waży 160 funtów, oczy niebieskie, 
nosi kapelusznasunięty na czoło, oczy szeroko rozstawione, 
nos krótki, cera śniada, włosy jasne, lewą rękę nieco krótszą 
od prawej (po złamaniu), trzyma zwykle w kieszeni...

— No proszę, jaki dokładny opis — zauważyłem..
Karol coś tam odmruknął i czytaliśmy dalej: „Nosi ciemne 
ubrania i wełniane koszule..."

— Mnóstwo   osób   używa   wełnianych   koszul   —   po-

wiedziałem. — Ja również.

— Nie przeszkadzaj...

„Numer   butów   8,   nie   nosi   biżuterii   (w   tym   miejscu 

roześmiałem się), nie używa tytoniu; pije, lecz nie upija się, 
nie gra w karty, lubi opowiadać historie o wężach, psach, 
kotach itd. Dobry jeździec, nosi rewolwer kaliber 45, celnie 
strzela. Urodził się w okręgu Lamor, w Alamabie. Żonaty, 
ma dwoje dzieci, żona przebywa..."

W tym miejscu arkusz został przedarty. Złożyłem go we 

czworo i pieczołowicie wsunąłem do kieszeni. Spojrzałem 
na Karola, Karol spojrzał na mnie.

— Nie zauważyłeś — zapytałem — czy jego lewa ręka 

jest krótsza od prawej?

Uważasz, że to Reuben Burrows, nie Barry Bede?

Wszystko się zgadza: oczy niebieskie, cera smagła, 

rewolwer, dobrze się przyjrzałem, colt kaliber 45...

— I co jeszcze, i co jeszcze?... Zmierzyłeś buty? Ej, Janie, 

Janie! Za parę dni i my będziemy mieli smagłą cerę, słońce 
w   tych   stronach   nieźle   piecze.   Opowiadałem   ci   niegdyś 
historię o grzechotnikach. Więc może to ja jestem Burrows?

— Możesz sobie kpić do woli, ale przecież nawet wiek się 

zgadza.

— Wielki z ciebie mądrala. Czytałeś jego akt urodzenia?
— Zgoda, Karolu. Skoro darzysz go takim zaufaniem...
— O, przepraszam! Tego nie powiedziałem.
— Więc jednak!
— Jednak,   jednak!   Wolałbym   go   nie   wprowadzać   pod 

dach   hacjendy   Gonzalesa,   tylko   że   nie   mam   pojęcia,   jak 
temu zapobiec, żeby go nie obrazić... Przecież Bede bardzo 
nam pomógł w El Paso. Porusz głową, Janie, wymyśl coś.

Obiecałem.   Wróciliśmy   do   ogniska.   Bede   spał   nadal. 

Postanowiliśmy nie budzić go i powoli, kryjąc się w cieniu 
padającym od chaty, ruszyliśmy w stronę parowu. Cień się 
skończył, oblało nas światło księżyca. Staliśmy się widoczni 
jak dwa kotlety na patelni. Dlatego Karol po przejściu kilku 
jardów najpierw ukląkł, później położył się i począć czołgać. 
Nie   naśladowałem   go.   Byłem   przekonany,   że   w   parowie 
nikogo   nie   ma.   Przyspieszyłem   kroku   nie   zważając   na 
sygnały,  jakie mi dawał ręką mój towarzysz. Nie chciałem 
grzebać   się   w   obrzydliwym   piachu,   włażącym   w   każde 

background image

załamanie   ubrania.   Miejsce,   gdzie   według   moich   obliczeń 
powinien   by   znajdować   się   parów,   nie   było   odległe. 
Chciałem dotrzeć tam pierwszy i wykazać bezpodstawność 
podejrzeń Karola. Nagle mignął przede mną złotawy ognik, 
raz   i   drugi,   ostre   „ping,   ping!"   zabrzmiało   mi   w   uszach. 
Rzuciłem   się   na   ziemię,   cofnąłem   się   ku   Karolowi   i 
znieruchomiałem dysząc ciężko — z wysiłku i z wrażenia.

— Wracamy — szepnął mój towarzysz.
Odetchnąłem z ulgą, gdy na nowo ogarnął nas cień 
padający od ściany budynku. Dopiero wówczas pod-
niosłem się. Nasze konie nadal stały w tym samym 
miejscu obok płotka, nadal żarzyło się dogasające ognisko 
i nadal spał beztrosko zawinięty w derkę Bede.

Zgięty   wpół,   wyskoczyłem   z   cienia.   W   trzech   susach 

znalazłem   się   przy   śpiącym.   Ziewnął   głośno,   gdy   po-
trząsnąłem   go   za   ramię,   siadł   i   gapił   się   na   mnie   nic 
niewidzącymi   oczyma.   Jak  pierwszy  lepszy  greenhorn!   A 
przecież w El Paso postąpił jak doświadczony westman.

— Wstawaj — rozkazałem półgłosem.
— Co takiego?
— Mamy gości.
— Co? Gdzie?
— Strzelano do nas z parowu.

Dopiero po tej informacji podniósł się leniwie, zabrał pas 

z rewolwerami i powlókł się za mną ku chacie.

Tu wypada dodać, że nie widziałem dotychczas w ręku 

Bedego długiej broni. Początkowo powątpiewałem,  czy w 
ogóle   ją   ma,   gdy   jednak   rozkulbaczyliśmy   konie, 
zauważyłem u jego siodła długi skórzany futerał, z którego 
wystawała kolba. Karolowi i mnie, gdy udawaliśmy się na 
spoczynek,   zawsze   towarzyszył   winchester   umieszczony 
przy   posłaniu   po   prawej   stronie.   Bede   nie   praktykował 
takiego   zwyczaju.   Nawet   i   teraz   zabrał   tylko   rewolwery, 
niewiele przecież warte w takiej sytuacji.

Klapnął ciężko pod ścianą i ziewając zapytał:
— Czyżby to nasi przyjaciele z El Paso? Ej, chyba nie. 

Tamta pijana banda nie czekałaby do nocy. Co wy na to?

background image

— Nic — odparłem. —- Skąd można wiedzieć?
— A może to znajomi naszego gospodarza? Gdzie on?
— Uciekł — odparłem i opowiedziałem Bedemu o od-

kryciu Karola i o naszej próbie dotarcia do parowu.

— Ho,  ho!  Chciałbym   się  z   nim jeszcze  spotkać  i  po-

dziękować za gościnę. Co czynimy, dżentelmeni? Czekamy 
do ranka czy jak?...

Musimy   stąd   uciekać   —   zauważył   Karol.   —   I   to 

natychmiast.

— Wlec się wertepami po nocy? Nie lepiej poczekać do 

świtu?

Żeby   było   jeszcze   widniej?   Wtedy   nas   capną   w 

mgnieniu oka. Nie, nie! Noc, nie noc, a trzeba okulbaczyć 
wierzchowce i wiać!

Bede nic na to nie odpowiedział.
Znowu opuściliśmy smugę cienia i pobiegli do ogniska. 

Schwyciłem   leżący   w   pobliżu   patyk   i   energicznie 
rozgrzebałem   nim   resztki   żaru.   Zaraz   pociemniały. 
Tymczasem Karol i Bede zwinęli koce, złapali siodła, by 
zarzucić   je   na   końskie   grzbiety.   Wówczas   grzmotnęła   ku 
nam   świetlista   salwa,   oddana   chyba   z   kilkunastu   luf. 
Cudowne zrządzenie losu, żeśmy wszyscy trzej nie padli na 
ziemię   martwi   jak  głazy!   Rzuciłem   się   do   stóp  własnego 
wierzchowca, Karol uczynił  podobnie, tylko  Bede leniwie 
pochylił głowę, kryjąc się za końskim zadem. Huk rozpłynął 
się   w   nocnej   ciszy.   Czekaliśmy   leżąc.   Nic   więcej   nie 
nastąpiło. Bede powoli wyprostował się.

— Ale heca — szepnął. — Co robimy?
— Pod ścianę — rozkazał Karol.
Ruszył pierwszy, ja za nim, Bede na końcu.
— Wydaje się — powiedział dowlókłszy się wreszcie do 

chałupy — że gwałtownie pragną nas tu zatrzymać.
Co za gościnność! Tylko... dlaczego im na nas tak zależy?

background image

Na nas? — zapytałem. — Myślę, że raczej na naszych 

koniach, na naszej broni i na całej reszcie bagaży, To jakaś 
banda rabusiów. Nie sądzisz, Karolu?

— Prawdopodobnie nie mylisz się.
— Spróbujemy jeszcze raz? — odezwał się Bede.
— Nie   teraz.   Gdy  księżyc   zacznie   zachodzić,   zrobi   się 

nieco ciemniej. Wtedy.

Miał rację, tylko że do zachodu księżyca  brakowało co 

najmniej pełnej godziny. Tę godzinę, która wydawała mi się 
przeraźliwe   długa,   spędziłem   na   przemian   zasypiając,   na 
przemian budząc się pełen niepokoju, czy nie zaskoczyli nas 
przeciwnicy.   Lecz   nic   takiego   się   nie   wydarzyło.   Przy 
każdym  ocknięciu dostrzegałem Karola z winchesterem w 
dłoni, czujnie wpatrzonego w srebrną dal, i Bedego, który 
rozciągnął   się   pod   ścianą   i   nawet   lekko   chrapał.   Żelazne 
musiał mieć nerwy!

Na koniec, przy którymś tam z rzędu przebudzeniu, Karol 

trącił mnie w ramię.

— Spróbujemy teraz...
— Przetarłem oczy i zauważyłem, że pas cienia znacznie 

się   poszerzył,   ogarnął   wygasłe   ognisko,   lecz   nie   sięgał 
płotka, przy którym stały konie. Tam było nadal widno jak w 
dzień.   Jednak   dłuższe   czekanie   graniczyło   z 
nieroztropnością.   Wiedziałem,   że   za   kilkanaście   minut 
księżyc przygaśnie, lecz wkrótce zabłysną zorze przedświtu i 
widoczność znowu się polepszy.  Więc — albo teraz, albo 
wcale. Bezceremonialnie szarpnąłem Bedego za rękaw.

— Wstawaj — rozkazałem półgłosem — jeśli nie chcesz 

tu zostać na zawsze.

Poskutkowało. Bede wygramolił się spod ściany.
— Kiedy ja się wyśpię — mruknął.
— Prędzej — przynaglił Karol.
— Idę, idę...
Złapałem siodło i przyskoczyłem do konia. I wówczas 
znowu, jakby na dany sygnał, ciszę nocy zburzył huk 
strzałów. Powtórnie zrej terowaliśmy w cień chaty.

— Paskudna sytuacja — mruknął Bede. — Czy im się to 

nie znudzi?

— Przypuszczam,  że nie — odparłem. — Wymyśl  coś, 

Karolu — zwróciłem się do przyjaciela.

— Trzeba ich przepłoszyć.
— Ale jak?
— Ruszymy w kierunku parowu, we trzech. Jeden daleko 

od drugiego. Powinno się udać.

— A jeśli tamtych jest większa gromada? — zapytałem. 

— Rozdzielą się, zajdą nas od tyłu i zabiorą konie.

— Taki manewr zauważymy w porę, jest dość widno.

— To na nic — odezwał się Bede. — Mam lepszy po-

mysł.   Sam   ich   wypłoszę   z   dziury,   tylko   musicie   mnie 
ubezpieczać.

Jeden człowiek nie dojdzie.

— Dojdzie,   jeśli   uwaga   tamtych   będzie   zwrócona   w 

innym kierunku.

— To niby jak tego mamy dokonać?
— Prosta sprawa, będziecie strzelać bez przerwy.
— Do czego? — zapytałem.
— Do niczego, ot przed siebie, w kierunku parowu. Niech 

background image

sądzą, że ich atakujemy. Idę o zakład, że pochowają głowy 
w   tym   przeklętym   parowie   i   ani   mnie   zauważą.   To 
tchórzliwa   banda,   w   przeciwnym   wypadku   zaatakowaliby 
nas ze znacznie bliższej odległości.

Może i Bede miał  rację, ale ryzyko  wcale przez to nie 

było mniejsze.

— Szaleństwo — mruknąłem.  — Cóż tu poradzi jedna 

strzelba?

— Nie   potrzeba   mi   strzelby   —   odparł   Bede   —   mam 

lepszy sposób. Zaraz wam pokażę.

Nie czekając na odpowiedź, pobiegł ku koniom i szybko 

wrócił z siodłem, które cisnął pod ścianę.  Począł

background image

grzebać   w  jukach,   coś  tam  z  nich  wydobył   i  natychmiast 
wsunął do kieszeni. Nie zdążyłem zauważyć, co to było.

— No,   dżentelmeni   —   powiedział   —   szkoda   czasu   na 

gadanie.   Ubezpieczajcie   mnie   dobrze,   a   ujrzycie   coś, 
czegoście chyba do tej pory jeszcze nie oglądali.

— Karolu   —   zaprotestowałem   —   przecież   to   absurd! 

Zanim zrobi dziesięć kroków, zastrzelą go!

Lecz   mój   przyjaciel,   wbrew   oczekiwaniu,   jakoś   nie 

podzielił mego poglądu.

— Kto wie — odezwał się — kto wie? Nie mamy wy-

boru...

Zaniemówiłem.

— Świetnie   —   mruknął   Bede   —   zresztą...   i   tak   bym 

poszedł.

Wyskoczył z cienia i ruszył bardzo szybko, nieco w prawo 

od linii chałupy.

— Wariat — powiedziałem w gniewie. — Nawet strzelby 

nie wziął.

— Nie   sądzę,   aby   miał   źle   w   głowie.   Widzisz,   Janie, 

niekiedy czyny, które wydają nam się desperackie, najlepiej 
prowadzą do celu.

— Nie   poznaję   cię,   Karolu!   Ten   człowiek   poszedł   na 

pewną zgubę.

— To nie takie pewne. Podejrzewam, że ten spryciarz nie 

po raz pierwszy targa śmierć za brodę. Ma doświadczenie. 
Patrz!

Bede,   daleko   już   poza   granicą   cienia,   biegł   schylony   i 

skręcił jeszcze bardziej w prawo, zapewne po to, aby nam 
dać pole obstrzału. Przypadliśmy na samej granicy blasku i 
ciemności. Przed nami, kilkanaście jardów, w niewidocznym 
stąd parowie ukrywał się nieprzyjaciel. Widziałem, jak Bede 
posuwa   się   zygzakiem,   skokami   pokonując   przestrzeń. 
Czynił   to   tak   zadziwiająco   ostrożnie,   że   nie   słyszałem 
odgłosu   jego   kroków.   Cóż   jednak   z   tego?   Tamci   musieli 
dobrze   widzieć   napastnika.   I   rzeczywiście,   w   pół   minuty 
później   rozbłysły   czerwono-złote   iskry   i   ozwał   się 
charakterystyczny głos strzelb.

— Strzelaj! — rozkazał Karol.
Nacisnąłem   cyngiel,   mierząc   w   błyski 

wykwitające   jakby   spod   ziemi.   Co   prawda, 
tego   rodzaju   pukanina   śmiechu   była   warta, 
jednak   odniosła   skutek.   Po   kilku   salwach 
moich i Karola tamta strona zamilkła.

Bede,   którego   nie   traciłem   z   oczu,   co 

pewien czas przystawał i kładł się na ziemię, 
potem   gwałtownie   podrywał   się   i   szybko 
przebiegał kilkadziesiąt kroków. Mądrze sobie 
poczynał, ani słowa! W ten sposób zbliżył się 
znacznie do celu. Teraz strzały ozwały się na 
nowo, jasne smugi mierzyły wprost w Bedego. 
Biegły wiązkami, tak gęsto, że przeraziłem się 
o   całość   skóry   ryzykanta.   Natychmiast 
wznowiliśmy   obstrzał.   Tamci   znowu 
przerwali ogień.

— Może nieco podpełzniemy?  — zaproponowałem.
— Nie! Biegiem, Janie!

Skoczyliśmy.   Przebiegłem   parę   jardów   i 

background image

padłem. Z tego miejsca zauważyłem, jak Bede 
ukląkł, zamachnął się całym ramieniem, jakby 
coś   rzucał,   i   natychmiast   rozciągnął   się   na 
ziemi.  W sekundę później buchnął ku niebu 
płomień   i   dym,   ogłuszający   grzmot   rozdarł 
ciszę.   Nim   przebrzmiał,   Bede   po   raz   drugi 
zamachnął się. Znowu płomień i dym.

Na chwilę zaparło mi dech w piersiach.

— Co to?
— Dynamit — wyszeptał Karol.
— Przecież dynamit nie wybucha, gdy go rzucić?
— Wybucha przy pomocy detonatora. Bede 

musiał mieć detonator. Zresztą... sam widzisz.

W chwilę po drugim wybuchu, na lewo od 

nas,   tam   gdzie   parów   dźwigał   się   ku 
powierzchni płaszczyzny, ukazały się sylwetki 
jeźdźców.   Ilu   ich   było   —   nie   zdążyłem 
policzyć,   tak   błyskawicznie   przemknęli   i 
znikli   w   tumanach   kurzu.   Tymczasem   Bede 
podniósł się i pomachał ku nam kapeluszem.

— Idziemy — zadecydował Karol. — Trzeba sprawdzić, 

co po nich zostało.

Dołączyliśmy do Bedego i bez żadnych przeszkód dotarli 

do   krawędzi   rozpadliny.   Tarcza   księżyca   dosięgła   już 
horyzontu,   a   równocześnie   niebo   poszarzało   zwiastując 
rychły   świt.   Na   wschodzie   ukazały   się   pierwsze   smugi 
różowej zorzy.  Jednak w głębi rozpadliny nadal panowała 
ciemność i cisza.

— Może tam jeszcze ktoś czyha na nas — ostrzegł Karol. 

— Niech się bardziej rozjaśni.

— Po moim fajerwerku? — roześmiał się Bede. — Jeśli 

tam jeszcze pozostał ktokolwiek z tej bandy, nigdy już nie 
potrafi nikomu zaszkodzić.

Nie mogłem jeszcze otrząsnąć się z wrażenia.

— To był dynamit — stwierdziłem oschłym tonem.
— Oczywiście. Przez pewien czas byłem strażnikiem przy 

budowie   kolei   przez   Góry   Kaskadowe   w   Oregonie. 
Robotnicy mieli tego całe skrzynie. Dostałem kilka sztuk. Na 
pamiątkę.   Przydało   się.   Co?   Skutek   znakomity   i 
natychmiastowy.

Siadłem na krawędzi ostro spadającego zbocza, z oczami 

utkwionymi w mrok zalegający dno jaru. Nie miałem co się 
łudzić — dynamitowa detonacja musiała za sobą pociągnąć 
ofiary. I tym ofiarom należało udzielić pomocy, taki przecież 
był   obowiązek   każdego   lekarza.   Z   niecierpliwością 
czekałem,   aż   się   rozwidni.   Zauważyłem,   jak   Karol 
pomaszerował   brzegiem   jaru   do   miejsca   jego   wylotu,   jak 
Bede rozciągnął się na ziemi i chyba... drzemał! To człowiek 
o żelaznych nerwach.

Spoglądałem w dół, a porośnięte trawą zbocze odsłaniało 

cal po calu swą  pochyłość.  Najpierw była  czarna,  później 
szara,   w   końcu   poróżowiała.   Uniosłem   głowę.   Cały  świat 
poróżowiał. Purpurowe słupy zorzy wystrzeliły z horyzontu 
ku wysokościom nieba, niewidoczna dotąd dal odsłoniła się 
jak scena, na której podniesiono kurtynę. Z nieba poznikały 
gwiazdy,   księżyc   zgasł.   Przełożyłem   broń  do   lewej   ręki   i 
począłem wolniutko schodzić, raczej zsuwać się, łapiąc dla 

background image

równowagi za wystające pęczki traw. Wreszcie znalazłem się 
w gęstwie krzaków porastających dno jaru.

— To ty, Janie?

Głowa Karola wyjrzała zza kępy zarośli.

— Odkryłem lepszą drogę — dodał. — Znalazłeś co?

Bo   ja   nic.   Ale   i   tak   ta   rozpadlina   wygląda   jak   rzeźnicza 
jatka. Wszędzie ślady krwi.

— A ludzie?! — krzyknąłem.
—- Ani jednego. Za to koni...

Zacząłem   badać   teren.   Krzaki   gdzieniegdzie   rosły   nie 

tknięte, gdzieniegdzie leżały wyszarpnięte z korzeniami, jak 
gdyby tędy przeszło tornado. A poza tym — plamy, plamy 
na trawie, na liściach, na łodygach. Sądziłem, że to odbicie 
czerwonej   zorzy,   lecz   gdy   przyjrzałem   się   uważniej, 
poznałem   krew.   Całe   kałuże   krwi,   która   nie   zdążyła 
wsiąknąć w ziemię. Dalej spoczywały konie. Padły tu obok 
siebie. Piekielny ładunek w tym miejscu musiał wybuchnąć. 
Pięć zwierząt leżało martwych. Plamy krwi, już nie tak gęsto 
rozsiane, ciągnęły się i dalej, znacząc ścieżkę, którą uciekali 
ludzie,   lecz   zwłok   żadnego   z   nich   nie   odnalazłem. 
Zawróciłem i w połowie powrotnej drogi natknąłem się na 
Bedego.   Tkwił   nieruchomo   obok   poszarpanych   kadłubów 
końskich, na pierwszy rzut oka bardzo jakoś zaaferowany i 
ponury.

— Do diabła! — powiedział na mój widok. — Szkoda mi 

tych zwierząt. Kto by przypuszczał...

Myślę że ten, który już widział skutki dynamito

wych 

wybuchów podczas trasowania kolejowego szlaku.
— Prawda — przytaknął jakoś miękko. — Jednak...

tutaj nie oczekiwałem  takiego efektu. Zresztą... czy istniał jakiś 
inny sposób?

Już chciałem odpowiedzieć, że wraz z Karolem wychodziliśmy 

cało   z   trudniejszych   sytuacji,   bez   używania   dynamitu,   i 
masakrowania ludzi i zwierząt, lecz w porę ugryzłem się w język. 
Takie   twierdzenie   zabrzmiałoby   jak   pusta   przechwałka   wobec 
człowieka, który po raz drugi, narażając własne życie, wyciągnął 
nas z biedy. Jednak nie zdobył mej sympatii. Odwróciłem się i w 
milczeniu   podszedłem   do   Karola   rozgarniającego   krzaki   kolbą 
winchestera.

— Czego szukasz?

— Porzuconej broni. Dziw nad dziwy! Nie ma jej tutaj.
— A cóż w tym dziwnego? Uciekali trzymając broń w garści.
— A zabici, a ranni? Sądzisz, że ofiarą dynamitu padły tylko 

zwierzęta?

— Nie sądzę, lecz śmiem przypuszczać, że nikt z tych ludzi nie 

poległ i nikt nie został ciężko ranny.  Inaczej nie potrafiliby tak 
szybko   uciec.   Chyba   ładunki   dynamitu   padły   właśnie   między 
konie   i   nieszczęsne   zwierzęta   ocaliły   ludzi.   Nie   sposób   tego 
inaczej wytłumaczyć.

— Ano, chyba  tak. Wobec tego nie mamy tu czego  szukać. 

Wracajmy.

Wygramoliliśmy się z jaru, dotarli do chaty. Za nami przywlókł 

się   Bede,   milczący   i   ponury.   Bez   słowa   zajął   się   rozpalaniem 
ogniska,   a   później   począł   grzebać   po   kieszeniach   swej   kurty. 
Odgadłem,   czego   szukał   —   papieru!   Listu   gończego! 
Postanowiłem nie mówić o swym odkryciu, Karol milczał również. 
Bede   zrezygnował   z   poszukiwań   i   mocno   się   natrudził,   zanim 

background image

buchnął pierwszy  płomyk.  Przysunąłem  siodło,   owinąłem   się

background image

derką   i   grzałem   wyciągnięte   dłonie.   Przemarzłem   tak,   że 
prawie szczękałem zębami. Przyczyną była nie tylko niska 
temperatura otoczenia, lecz i nie przespana noc. Chyba moi 
towarzysze   czuli   się   podobnie,   bo   posiłek   zjedliśmy   w 
milczeniu.

Ruszamy   —   odezwał   się   pierwszy   Karol.   —   Jeśli 

tamci   oprzytomnieli   po   dynamitowym   wstrząsie,   można 
oczekiwać powtórnej wizyty. Zbyt dla nas ryzykownej.

— Nie mam już dynamitu — mruknął Bede. — Jedźmy.
Spakowaliśmy   tłumoki,   zagasili   ognisko   i   w   minutę 

później   gnali   galopem,   byłe   dalej   od   przeklętej   chałupy. 
Nawet nie usiłowaliśmy sprawdzić, w jakim kierunku wiódł 
trop bandy, lecz było to zbyteczne. Na gładkiej jak talerz, 
otwartej płaszczyźnie wzrok sięga daleko i można w porę 
dostrzec   każdego   czworonoga   i   każdego   człowieka 
zmierzającego  w  naszym   kierunku.   A  więc   nic   i   nikt   nie 
mógł nas zaskoczyć. Tak wówczas sądziłem.

background image

Dziewczyna

Po   ostatnio   przeżytej   przygodzie   dalszy   ciąg   naszej 

podróży,   prawem   kontrastu,   wydawał   się   monotonny. 
Krajobraz   stopniowo   ulegał   zmianie.   Coraz   częściej   tra-
fialiśmy   na   kaktusowe   pola,   które   należało   objeżdżać, 
żmudnie nadkładając drogi. Te kolczaste, nie do przebycia 
przeszkody świadczyły, że gleba nie była całkowicie jałowa, 
że gdzieś w pobliżu istniały zbiorniki wody umożliwiające 
wegetację roślinności bardziej odpornej na suszę. Słyszałem 
o koniach, które potrafiły zaspokajać pragnienie wilgotnym 
miąższem kaktusów, lecz tę informację między bajki kładę. 
Potężne, twarde kolce dobrze bronią kaktusowych pni przed 
każdym napastnikiem. Omijaliśmy w bezpiecznej odległości 
te palisady kłujących igieł, nawet nie próbując szukać wśród 
nich   źródeł   wilgoci.   A   pić   się   nam   chciało   już   po   kilku 
godzinach jazdy. Pośpiech, z jakim opuszczaliśmy samotną 
chatę,   spowodował   karygodne   niedopatrzenie.   Przecież 
zarówno Karol, jak ja, mieliśmy skórzane wory na wodę, ale 
nie   napełniliśmy   ich.   Na   szczęście,   od   czasu   do   czasu 
trafialiśmy  na  małe   źródełka   sączące   się   leniwie   wśród 
piasków i w tych piaskach ginące. Jeden nocleg wypadł nam 
na   brzegu   miniaturowego   stawku,   obrośniętego   sitowiem. 
Gleba dokoła przypominała po-1 kruszoną cegłę, a tam gdzie 
stykała się z wodą, była po prostu czerwonym błotem.

background image

Paskudnie to wyglądało, paskudne było miejsce, paskudny 

smak miała woda. Była jednak... mokra. Bo jak wybredzać, 
gdy   gardło   wysuszone,   wargi   spękane,   a   twarz   pokryta 
kurzem?   Więc   rozbiliśmy   nocny   biwak.   Jednak   bagienny 
odór   płynu   nie   pozwolił   mi   przełknąć   ani   kropli. 
Przestrzegałem   .również   mych   towarzyszy   przed   piciem 
surowej wody.

— Jeśli pragniecie chorować — dodałem — wskażcie mi 

najpierw szpital, w którym mógłbym was umieścić.

Karol posłuchał. Gorzej było z Bedem. Tylko wzruszył 

ramionami. Ukląkł i dłonią naczerpał tyle, ile potrzebował 
dla zaspokojenia pragnienia.

— Nic mi nie będzie — stwierdził beztrosko.
— Oby — wyraziłem życzenie.

Zanim   rozpaliliśmy   ognisko,   zaskoczył   nas   pozornie 

nieprawdopodobny   wypadek.   Stawek   był   niewielki. 
Odległość dzielącą przeciwległe brzegi można było przebyć 
w   kilku   skokach.   A   jednak!   Nagle   dostrzegłem   na   tym 
przeciwległym brzegu stadko — cztery sztuki — zabawnych 
zwierzątek,   z   kształtu   podobnych   do   świń,   lecz   znacznie 
mniejszych i o ciemniejszej skórze. Zamarliśmy w bezruchu, 
bojąc się spłoszyć nieoczekiwanych gości, a one piły wodę 
pochrząkując   zupełnie   jak   świnie.   I   nie   zwracały   na   nas 
uwagi. Albo nigdy jeszcze nie spotkały człowieka, albo były 
tak   spragnione,   że   zlekceważyły   niebezpieczeństwo. 
Zabierały   się   do   odejścia,   gdy   Bede   wyciągnął 
błyskawicznym   ruchem   swój   colt.   Chyba   opróżnił   cały 
magazynek w kilka sekund. Słyszałem o takich sztuczkach, 
ujrzałem po raz pierwszy: prawa dłoń zaciśnięta na kolbie 
broni,   lewa   —   płasko   wyprostowana,   odciągająca   kurek 
szybkimi   uderzeniami.   Stadko   rozproszyło   się,   lecz   na 
brzegu pozostała jedna sztuka. Bede przyciągnął ją.

background image

— Pekari — stwierdził Karol. — W smaku podobne do 

wieprzowiny.

Celności   strzałów   jednak   nie   pochwalił.   Ja   również. 

Zdumiewające   polowanie   zbyt   mi   przypominało   sposób 
praktykowany   przez   osobników   określanych   na   Dzikim 
Zachodzie, mianem rewolwerowców, ludzi często żyjących 
na bakier z obowiązującym prawem i z przyjętymi zasadami 
moralności, zabijaków gotowych mordować na zamówienie i 
za   opłatę!   To   właśnie   oni   doprowadzili   do   perfekcji 
szybkość oddawanych strzałów. Była to ponura sztuka, ileż 
pociągająca za sobą ofiar!

Bede upolował, lecz zupełnie nie wiedział, co ma  dalej 

czynić ze swym trofeum. Wyręczyliśmy go. Po pół godzinie 
pekari   obracało   się   na   zaimprowizowanym   rożnie,   a   w 
garnku bulgotała woda na kawę.

Zrobiło   się   już   dobrze   ciemno,   gdy   wreszcie   pieczeń, 

nieco   zwęglona   na   wierzchu,   stała   się   jadalna.   Byliśmy 
nieźle   wygłodzeni,   lecz   na   zjedzenie   całej   sztuki   nie 
starczyło nam ani sił, ani ochoty. Bede, który zjadł najwięcej, 
i to wybierając co tłustsze kawałki, później całą noc stękał. 
Musieliśmy   zwolnić   go   z   obowiązku   wartowania.   Zasnął 
dopiero   nad   ranem,   jednak   nie   daliśmy   mu   spać   długo. 
Uznałem   bowiem,   że   w   tym   miejscu   nie   powinniśmy 
przebywać,   podejrzewając,   że   zaszkodziła   mu   nie   pekari, 
lecz trująca woda, którą pił w stanie surowym.  Dałem mu 
sporą porcję whisky — dobry lek na takie żołądkowe bóle. 
Resztę pieczeni — wbrew dotąd praktykowanym zwyczajom 
— pozostawiliśmy na brzegu jeziorka. Nie starczało czasu na 
wysuszenie   mięsa,   a   pekari   po   paru   zaledwie   godzinach 
jazdy stałaby się niejadalnym paskudztwem.

Przejrzałem dokładnie mapę, zorientowałem ją kompasem 

i   w   kilkanaście   minut   później   ruszyliśmy   w   wybranym 
kierunku.

background image

Posuwaliśmy   się   obok   siebie.   Szeroka   droga   —   raczej 

niezmierne   bezdroże   —   pozwalała   na   taki   sposób   jazdy. 
Bedego   umieściliśmy   w   środku.   Wyglądał   nienadzwy-
czajnie   —   wynik   choroby   i   alkoholu   zastosowanego   na 
pusty żołądek. Zapytałem, jak się czuje. Mruknął niechętnie, 
że lepiej niż w nocy, lecz do końca swego życia nie weźmie 
do ust żadnej świniny, bo nie wierzy, aby woda mogła być 
przyczyną jego dolegliwości, połknął do tej pory wiele setek 
galonów   pochodzących   z   rzek   i   stawów   i   nigdy   nie 
chorował. No, i co z takim gadać!

Jechaliśmy ani szybko, ani wolno, by nie męczyć siebie i 

zwierząt,   nie   byliśmy   przecież   związani   żadnym 
wyznaczonym   terminem.   Od   czasu   do   czasu   lustrowałem 
przy pomocy lornetki horyzont pusty przed nami i za nami.

Około   południa,   gdy   słońce   prażyło   już   bezlitośnie, 

dotarliśmy do miejsca, gdzie nad nieckowatym zagłębieniem 
gruntu   sterczał   stromy   pagórek,   rzucający   cień   na   całe 
zagłębienie. Dopiero tam zeskoczyliśmy z koni i legli dysząc 
ze zmęczenia i skwaru. Czułem, jak strużki potu ciekną mi 
po plecach, koszula przylepia się do ciała, a stopy obute w 
grube skórznie pieką, jak gdybym je trzymał w ognisku.

Odczuwaliśmy   pragnienie,   najbardziej   chyba   Bede,   bo 

zauważywszy nasze wory luźno zwisające u siodeł, zapytał 
ochrypłym   głosem,   czy   zawsze   wędrując   przez   pustynię 
zapominamy   o   wodzie.   A   może   jesteśmy   afrykańskimi 
wielbłądami, o których słyszał, że potrafią przez dziesięć dni 
i nocy wytrzymać bez kropli wilgoci? Odparłem, że lepiej w 
ogóle   nie   mieć   wody   niż   truciznę   zaczerpniętą   z 
podejrzanego źródła. Nic na to nie odpowiedział.

Tak   półleżąc   czekaliśmy,   aż   słońce   zejdzie   ze   szczytu 

nieba i zmniejszy się żar powietrza. Jakimś wybrykiem

background image

natury w zagłębieniu wyrosło nieco trawy, widać smacznej, 
bo   nasze   wierzchowce   łapczywie   ją   szczypały.   Miała 
jasnozieloną barwę i sprawiała wrażenie soczystej. Czyżby 
gdzieś płytko pod ziemią znajdowała się woda? Czuliśmy się 
jednak zbyt zmęczeni, by móc zabrać się do kopania nawet 
najmniejszego dołka. A i widok rozciągający się dokoła — 
przygnębiał. Otaczała nas smutna, brązowożółta płaszczyzna, 
ziemia naga, na której gdzieniegdzie rosły zakurzone kaktusy 
o   dziwacznych   rozgałęzieniach,   niekiedy   podobne   do 
wieloramiennych   świeczników,   niekiedy   do   jakichś   ol-
brzymich  widelców.   Pusta   równina   ciągnęła   się   daleko ku 
linii horyzontu, tam gdzie niebo wydawało się granatowe. I 
żadnego ruchu. Tylko w górze od czasu do czasu pojawiał się 
ptak o potężnych skrzydłach, zataczający nad nami koła. Być 
może   jakaś   odmiana   sępa,   prawdopodobnie   kondor, 
szukający łatwego łupu. Kondor przecież najchętniej żywi się 
padliną.

Po dwu chyba godzinach, gdy pas cienia skurczył się do 

szerokości   kilku   kroków,   wsiedliśmy   na   konie,   pozo-
stawiając nieckę całkowicie już pozbawioną trawy.

Wieczorny   postój,   a   po   nim   nocleg   wypadły   znacznie 

lepiej, bo nad malutką rzeczką, której woda smakowała nam 
niczym   najwyborniejszy   trunek   świata.   Jak   powiada 
przysłowie:   nie   to   dobre,   co   dobre,   ale   to   najlepsze,   co 
potrzebne.

Bedemu   apetyt   widać   dopisywał,   bo   spustoszył   naszą 

podróżną spiżarnię w sposób, który mnie nieco zaniepokoił. 
W drogę zabraliśmy przecież żywność tylko dla dwóch osób. 
Jeśli   nasza   wędrówka   przedłuży   się,   przyjdzie   szukać 
zwierzyny,  tylko gdzie? Na powtórne spotkanie pekari nie 
było  nadziei. Obliczyłem naszą podróż na trzy dni dobrej 
jazdy, lecz albo moja mapa była kiepska i pokazywała mylne 
odległości,   albo   pobłądziliśmy.   Z   mojej   winy.   Taka   myśl 
dręczyła mnie przez

background image

całą noc. Rankiem zaraz rozwinąłem mapę i ku swej radości 
znalazłem   niebieską   wijącą   się   kreskę   —   rzeczka.   Na 
pewno   nad   jej   brzegami   właśnie   obozujemy!   Nie 
omieszkałem pochwalić się tym odkryciem. Bede przyjął je 
radośnie, Karol — sceptycznie.

— Skąd ta pewność? — zapytał. — Na twojej mapie nie 

ma nawet nazwy.

— Ą   gdyby   była   —  odparłem  podrażniony  takim   nie-

dowiarstwem — to cóż z tego? Może ta rzeczka wcale się 
nie nazywa? A jeśli się nazywa, nie umieszczono jakoś nad 
jej   brzegami   tablic   z   wyjaśniającym   napisem.   Jednak... 
jestem pewien, że znajdujemy się we właściwym miejscu. 
Popatrz,   Karolu!   Ona   wpada   do   Conchos,   czyli   że   dziś 
jeszcze spotkamy Gonzalesa. Nie cieszysz się?

Złośliwiec   odparł,   że   oznaki   radości   przechowa   w   do-

brym zamknięciu do wieczora, może wówczas je okaże. I — 
cóż za paskudny zbieg okoliczności! — sceptycyzm Karola 
potwierdziły fakty.

Gdy   wieczorne   zorze   rozświetliły   ziemię   i   niebo,   na 

próżno   poprzez   szkła   lornetki   szukałem   zarysu   jakich-
kolwiek   zabudowań.   Jeśli   istniały   w   pobliżu,   to   chyba 
Gonzales wzniósł je... pod ziemią. Musiałem mieć bardzo 
strapioną minę po tej lustracji terenu, bo Karol tylko zerknął 
na mnie i sam sięgnął po szkła. Długo wodził nimi z prawa 
na lewo i z powrotem.  Przez chwilę łudziłem się, że coś 
dostrzegł,   bo na  sekundę  znieruchomiał,  lecz   natychmiast 
opuścił rękę.

— Nic — powiedział krótko — nic a nic.
Pognębił mnie tym stwierdzeniem.

— Jak dzisiaj „nic" — wtrącił się Bede — tym większe 

prawdopodobieństwo,   że   jutro   będzie   „coś".   Do   licha, 
przecież w którymś miejscu na tej ziemi muszą przebywać 
ludzie?!

Nie uradował mnie swą pewnością. „W którymś miejscu" 
— oczywiście, lecz gdzie znajduje się to miejsce: o milę 
czy o sto mil od nas?

Karol ani mruknął o „cieszeniu się", lecz zauważył, że nie 

ma jeszcze powodu do paniki. Nie z takich wychodziliśmy 
tarapatów.   Mamy   rzeczkę,   posucha   nam   nie   grozi. 
Posuwając  się  z biegiem  wody,   dotrzemy wreszcie  do tej 
Conchos, a może i do hacjendy Gonzalesa.

To „może" zabrzmiało dla mnie niezbyt optymistycznie, 

więc   milczałem.   Do   licha!   Czyżby   moja   mapa   istotnie 
wywiodła nas na bezdroża? To pytanie dręczyło mnie aż do 
następnego dnia, kiedy nieoczekiwane spotkanie kazało mi 
zapomnieć o mapie i o hacjendzie.

W   przedpołudniowych   godzinach,   gdy   zgodnie   z   ży-

czeniem   Karola   pędziliśmy   z   nurtem   wody,   lustracja 
horyzontu przy pomocy lornetki ukazała moim oczom szary 
tuman kurzu, chmurę przesuwającą się szybko w kierunku 
prostopadłym   do   obranej   przez   nas   drogi.   Zatrzymałem 
konia.

— Co tam? — zagadnął Karol. — Hacjenda? Wobec tego 

musimy skręcić.

— Chyba tak postąpimy, lecz to nie hacjenda. Zobacz.

Spojrzał przez lornetkę, potem oddał ją Bedemu.

— Jeźdźcy  —  powiedział.  — Mam nadzieję,  że  to  nie 

nasi goście z opuszczonej chaty. Nie pędzą naszym tropem. 

background image

Możemy spokojnie jechać dalej.

— Oni kogoś ścigają — odparł Bede zwracając lornetkę.
— Ścigają?   —   zdumiałem   się.   —   Zwierzynę?   Nie 

zauważyłem żadnej sztuki. Chyba to coś bardzo małego.

Roześmiał się:

— Coś bardzo sporego. Jeździec!

Znowu przyłożyłem szkła do oczu. W polu ich widzenia 

szary   tuman   rozciągnął   się   i   teraz   wyglądał   jak   potężny 
smok z długim, zwężającym się ogonem. Głowę tego smoka 
tworzyła   kawalkada   konnych.   Lecz   gdzież   znajdował   się 
ścigany jeździec?

— Trzeba patrzeć bardziej na lewo — zauważył Bede. — 

Bardziej na lewo... jeszcze troszkę. No?

Po   tej   poprawce   rzeczywiście   zauważyłem   samotny 

punkcik mknący po płaszczyźnie.

To   raczej   wygląda   na   umówione   spotkanie   niż   na 

pogoń — stwierdziłem. — Ten samotny wędrowiec zmierza 
naprzeciw grupie.

— Zatrzymał   się!   —   krzyknął   Karol.   —   Zawraca! 

Popatrzcie!

Rzeczywiście,   sytuacja   uległa   gwałtownej   zmianie. 

Wyglądało na to, że tamten człowiek ucieka. Przeobrażeniu 
uległ   kształt   smoka.   Ogon   pozostał   tak   samo   długi,   jak 
poprzednio, lecz tuż przy głowie poczęły wyrastać skrzydła. 
Jedno   rozwinęło   się   w   prawo,   drugie   w   lewo.   Następnie 
skrzydła poczęły zaginać się. W ten sposób utworzyło się 
szare, coraz obszerniejsze półkole kurzawy, a w tym półkolu 
znalazła się sylwetka samotnego jeźdźca.

— Gonią go — zbytecznie stwierdził Karol.

To było oczywiste. Spojrzeliśmy po sobie i bez jednego 

słowa   zachęty   wjechaliśmy   galopem   w   rzeczkę.   Woda 
bryznęła   mi   fontanną   na   twarz,   dłonie,   szyję   i   na   kark 
wierzchowca.

Pędziliśmy  bez  przerwy aż   do chwili,  kiedy  już   gołym 

okiem można było zauważyć, co dzieje się przed nami. Z 
sekundy   na   sekundę   rozszerzały   się,   rosły   i   zaginały 
skrzydła   pościgu,  aż  wreszcie  —  zamknęły.   Kurz  opad^:. 
Samotny jeździec znalazł się w środku wielkiego kręgu.

Zwolniliśmy biegu, nakazywała to zwykła ostrożność. Że 

nas   do   tej   pory   nie   zauważono,   należy   położyć   na   karb 
zainteresowania się napastników schwytanym jeźdźcem.

background image

Karol zatrzymał konia pierwszy.

— Zsiadamy! — rozkazał półgłosem.

Nieco w prawo wznosił się obły wał piachu, dostatecznie 

wysoki,   by   podprowadzony   wierzchowiec   stał   się   z 
przeciwnej strony całkowicie niewidoczny.

Przywiązaliśmy zwierzęta do palików wbitych w ziemię i 

legli   na   zboczu   wału.   Dla   większego   bezpieczeństwa 
zdjęliśmy kapelusze.

Teraz znajdowaliśmy się tak blisko, że bez trudu można 

było   policzyć   krąg   utworzony   przez   konnych.   Lornetka 
pokazała mi każdy szczegół ich stroju i rysy twarzy tych, 
którzy stali do nas przodem lub bokiem. Koszule i poncha, 
przeraźliwie brudne, świeciły dziurami;  twarze spalone na 
brąz dawno, a może nigdy nie zetknęły się z mydłem i wodą. 
Brody nie znały brzytwy.

W   wąziutkiej   luce   między   ludźmi   tworzącymi   krąg 

ujrzałem cel pościgu.

— To chłopiec — szepnąłem Karolowi. — Nie wygląda 

na więcej niż szesnaście lat. Jakże różni się od nich strojem!

Przed nami, jak na teatralnej scenie, rozgrywała się akcja 

dziwnej   sztuki.   Początkowo   odniosłem   wrażenie,   że   się 
mylę, że to jednak nie napad, lecz przyjacielskie spotkanie. 
Usłyszałem   chóralny   okrzyk,   jak   powitanie,   później   — 
śmiech,   później   —   kapelusze   podrzucono   ku   niebu   i 
zręcznie schwytano.

— Poczekajmy   jeszcze   —   szepnął   Karol.   —   Pozory 

mogą mylić.

Teraz wszystko ucichło, lecz na krótko. Znowu buchnął 

krzyk, podniosły się ręce trzymające broń i zagrzmiała salwa 
oddana wprost w niebo. Chyba ten

chłopak był nie byle jakim gościem, skoro go tak hucznie 

witano. Więc nasze obawy nie miały uzasadnienia.

Lecz nagle widok się zmienił. Chłopak wspiął konia 
usiłując — to było oczywiste — przerwać krąg jeźdźców. 
Nie udało mu się.

— Na   co   jeszcze   czekamy,   dżentelmeni?   —   zaszeptał 

Bede. — Przecież to próba porwania!

Wysunął strzelbę spod pachy i skierował przed siebie. Nie 

mam pojęcia, kiedy zdążył wydobyć ją z futerału.

— Leć po nasze winchestery, Janie — mruknął Karol. — 

Bede ma rację.

Wykonałem   polecenie   błyskawicznie,   a   jednak   nim 

zdążyłem powrócić, zagadała trzaskającym głosem strzelba 
Bedego. Trzykrotnie. Padłem piersiami na piach i podałem 
broń Karolowi. Natychmiast przyłożył kolbę do ramienia i 
pociągnął   za   cyngiel.   Naśladowałem   go,   mierząc   ponad 
głowy przeciwników. Sądziłem, że wystarczy strzał oddany 
na   postrach.   Zresztą.!,   po   raz   pierwszy   znalazłem   się   w 
sytuacji, w której atakowałem, sam nie będąc atakowanym.

Efekt   naszych   salw   był   natychmiastowy.   Podniósł   się 

wrzask,   krąg   jeźdźców   rozerwał   się.   Najpierw   zbił   się   w 
zwartą  grupę,   w  chwilę   później   grupa   ta,  nadal  krzycząc, 
pognała   bezładnie   w   bok   od   nas,   a   za   nią   pogalopowały 
konie   bez   jeźdźców.   Na   ziemi   pozostały  trzy  nieruchome 
ciała.

A samotny chłopak?

Jeszcze   tamtych   nie   zakryła   chmura   kurzu,   gdy  on   już 

background image

galopował w przeciwnym kierunku.

— No i co? -— zagadnął mnie Karol. — Nadal utrzy-

mujesz, że to było przyjacielskie spotkanie?

— Początkowo tak wyglądało...

— Boś wziął pozory za rzeczywistość.
Wyskoczyliśmy zza wzniesienia.  Stratowana ziemia, na 
niej bezwładne ciała. Ukląkłem przy jednym, potem przy 
drugim i przy trzecim. Tym ludziom nic już nie mogła 
pomóc nawet najlepsza lekarska wiedza. Musiałem 
przybrać ponury wyraz twarzy, bo Bede, który zatrzymał 
się o krok ode mnie, zauważył:

— Nie  ma  czego żałować.  To lepiej,  że są martwi  jak 

głazy. Cóż by pan począł z rannymi?

— Starałbym się ich opatrzyć. Zdumienie 
odmalowało się na jego obliczu.
— Po co?
— Takie postępowanie należy do moich obowiązków. 
Spojrzał na mnie osłupiałym wzrokiem.
— Czy... czy jesteście policjantami?

— Nie — odparł za mnie Karol. — Ani policjanci, ani 

detektywi. Mój przyjaciel jest lekarzem.

— Lekarzem? — wyjąkał Bede. — A ja uważałem was 

za westmanów, za traperów! Obaj jesteście lekarzami? Coś 
podobnego! Po prostu wędrowny szpital. Czego tu szukacie?

— Ja   nie   jestem   lekarzem   —   sprostował   Karol.   — 

Zbieram skórki, ale nie po to tu przyjechałem. Udajemy się 
w gościnę, do znajomych.

— Czemu nie koleją? Albo dyliżansem... Wygodniej.
— Wygodniej, ale nudniej. Co kto woli — wtrąciłem się. 

— Niektórzy lubią z wysokości siodła oglądać kraj, który 
zwiedzają.

— No,   no...   jeszcze   nie   spotkałem   takiego   lekarza   — 

wyznał z zabawną szczerością Bede. —- Sądziłem, że lekarz 
siedzi   w   swym   gabinecie   albo   wędruje   z   walizeczką   po 
pacjentach, nie wysuwając nosa poza granice miasta.

— Należy pogrzebać  tych  nieszczęśników — zauważył 

Karol.

Bede skrzywił się lekko.

— A tamten? — zapytał. — Czy nie potrzebuje naszej 

pomocy?

— Na   pewno   zmierza   najkrótszą   drogą   do   własnego 

domu.

background image

— Nie mamy łopaty — stwierdził Bede.

Nie przypadła mu do smaku propozycja Karolą, To było 

widoczne. Za chwilę okazało się, że nie brak łopaty stał się 
przyczyną zaniechania naszej smętnej roboty. Coś innego ją 
uniemożliwiło.

Bede,   który   rozglądał   się   dokoła,   zapewne   w   poszu-

kiwaniu   czegoś,   co   mogłoby   częściowo   zastąpić   łopatę, 
znieruchomiał i wyciągniętą ręką wskazał horyzont.

— Na koń, dżentelmeni. Ktoś tu się zbliża, i to z niezłą 

szybkością,   jeśli   mnie   oczy   nie   mylą.   Pewnie   nasi 
przeciwnicy   zdołali   nas   policzyć   i   teraz   wracają   z 
odpowiednią   porcją   odwagi.   Chce   pan   na   nich   zaczekać, 
doktorze?

Odwróciłem   się.   Znowu   tuman   kurzu   unosił   się   nad 

ziemią i gnał wprost na nas. Skoczyliśmy na siodła i po-
pędzili po śladach, jakie zostawił koń chłopaka. Niezła to 
była jazda. Spod kopyt pryskały w górę drobniutkie ziarnka 
piasku.   Czułem   ich   uderzenia   na   twarzy,   na   wargach. 
Trzeszczały   między   zębami   i   nieprzyjemnie   łaskotały   po 
karku i plecach.

Tak   przebyliśmy   szmat   drogi,   aż   zwierzęta   poczęły 

chrapać i pot zabłyszczał na ich szyjach. Zwolniliśmy biegu, 
a   nawet   na   chwilę   przystanęli.   Gołym   okiem   nie 
dostrzegłem   za   sobą   nic   poza   pustką.   Lecz   w   szkłach 
lornetki znowu wyrosła zamazana chmura kurzu.

Jadą — stwierdziłem.

— Jadą — przytaknął Karol — lecz wyprzedziliśmy ich 

spory kawałek. Pewnie musieli zatrzymać się na chwilę przy 
zabitych.

— Ruszajmy   —   zniecierpliwił   się   Bede.   —   Z   tego 

patrzenia nic dobrego nie wyniknie, tylko czas tracimy.

Powędrowaliśmy   przed   siebie,   nie   forsując   jednak 

zwierząt.   Trzeba   było   oszczędzać   ich   siły   na   wypadek 
niebezpieczeństwa.

Przed nami nadal ani śladu ludzkiej gospodarki: 
budynków lub rolniczych upraw. Za nami — obłok kurzu 
gęstniał i olbrzymiał, lecz ciągle znajdował się 

daleko. Tamci przecież również dosiadali koni, nie 
czarodziejskich maszyn, i w miarę przedłużania się jazdy 
zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki również i ich 
zwierzętom.

Nieregularny   trop   samotnego   jeźdźca   wiódł   nas   w 

nieznane.   Na   koniec   dostrzegliśmy   wierzchowca   i 
człowieka.

— Jest — ucieszyłem się. — Nareszcie ktoś wskaże nam 

właściwy kierunek.

— Byle nie ci, którzy gnają za nami — zaniepokoił się 

Bede.

— Spójrzcie! Są coraz bliżej.
Miał   rację.   Gołym   okiem   można   już   było   rozróżnić 

sylwetki zwierząt i ludzi.

— A   jeśli   to   tylko   grupa   spokojnych   wędrowców?   — 

nagle zrodziła się we mnie wątpliwość.

— To   po   cóż   pędzą   za   nami?   Chce   pan   zaczekać   i 

sprawdzić, doktorze? Bo ja nie. Dalej, naprzód!

Nie, nie chciałem sprawdzać. Lepiej było zaufać naszym 

koniom   niż   podejrzanej   gromadzie   ludzkiej.   Wzmogliśmy 

background image

tempo  jazdy i przez  to znacznie zbliżyli  się do chłopaka. 
Sądziłem,  że szybko się z nim zrównamy.  Pomyliłem się. 
Odległość   początkowo   zmalała,   lecz   po   jakimś   czasie 
poczęła   się   utrzymywać   bez   zmian.   Prawdopodobnie 
chłopak   nas   zauważył   i,   biorąc   za   napastników,   zmusił 
wierzchowca   do   szybszego   biegu.   Głupia   sytuacja.   Jakże 
jednak   dać   mu   znać,   że   jesteśmy   sprzymierzeńcami? 
Niczego   —   ze   względu   na   znaczną   przestrzeń   —   nie 
wyjaśniłyby   ani   gesty,   ani   okrzyki.   Więc   zaniechaliśmy 
wszelkich tego rodzaju prób.

Teraz   poczęło   dręczyć   mnie   pytanie,   czy   jedziemy   we 

właściwym   kierunku,   czy   nie   oddalamy   się   od   hacjendy 
Gonzalesa   zamiast   się   do   niej   zbliżać.   Bo   przecież   ten 
chłopak mógł podążać w zupełnie inną stronę! W ucieczce 
oddaliliśmy się znacznie od strumienia, który — według mej 
orientacji — miał wpadać do rzeki Conchos. Mój niepokój 
pogłębił się, gdy przebyliśmy strumień, który nagle przeciął 
nam   drogę.   Drugi   strumień!   Więc   chyba   nie   dopływ 
Conchos.

Dostrzegłem, że uciekający zatoczył łuk i skierował się w 

dół strumienia. Dzięki temu łukowi znowu przybliżyliśmy 
się   do   chłopca.   Tak   upłynęło   —   dokładnie   tego   nie 
stwierdzę — kilkanaście minut. Mój wierzchowiec na nowo 
pokrył się potem i chrapał. Przyhamowałem jego bieg.

— Karolu! — krzyknąłem. — Jeszcze chwila, a koń mi 

padnie.

Przystanęliśmy, aż Bede, który zamykał naszą kawalkadę, 

zrównał się z nami.

— Co się stało?

Wskazałem na płaty piany ściekające z pyska zwierzęcia.

— Teraz nas dopadną — zauważył ponurym głosem. — 

Nie ma gdzie się skryć. Chyba za własnymi końmi.

Wykonał ruch, jakby chciał zsiąść. Karol powstrzymał go 

gestem ręki.

— Nie trzeba, ruszymy stępa i zwierzęta wytchną.
— Ależ tamci...

    — Tamci właśnie zrezygnowali. Popatrzcie!
Odwróciłem się. Istotnie, obłok kurzu zmalał, skurczył się. 
Cieniał coraz bardziej, aż wreszcie opadł.

— Co się im stało?
— Pewnie pragną nas oskrzydlić jak tamtego — mruknął 

Bede. — Ale będzie zabawa!

Sięgnąłem po lornetkę. Nigdzie, ani na północy,  ani na 

zachodzie   czy   wschodzie   nie   dostrzegłem   niczego,   co 
sygnalizowałoby dalszy pościg za nami.

background image

— Wygląda   na   to,   że   naprawdę   zaniechali   pogoni. 

Dlaczego? Domyślasz się, Karolu? Bo ja nie.

— Prawdopodobnie w pobliżu leży jakaś osada. Nie chcą 

dalej   ryzykować.   To   jedyne   wytłumaczenie,   zresztą... 
przekonamy się wkrótce.

Być może Karol nie mylił się, być może przyczyna była 

inna.   Tak   czy   owak,   grożące   nam   niebezpieczeństwo 
przestało istnieć równie nieoczekiwanie, jak się narodziło.

Odtąd   jechaliśmy   wolniutko,   co   pewien   czas   oglądając 

się,   aż   wreszcie   piaszczysty,   nieurodzajny   pas   wybrzeża 
rzeczki   urwał   się   raptownie.   Natrafiliśmy   na   rów 
odbiegający   prostopadle   od   nurtu   wody.   Nad   rowem 
przerzucony solidny mostek wywiódł nas na drogę, po obu 
stronach   której   zazieleniły   się   łąki,   a   dalej   ciągnęły   się 
zagony ornej ziemi, jedne nagie, inne porośnięte uprawami, 
spośród   których   rozpoznałem   tylko   kukurydzę.   Od   razu 
poczułem   się   lepiej.   Jeśli   to   nawet   nie   była   hacjenda 
Gonzalesa,   to   na   pewno   jakieś   gospodarstwo,   gdzie 
zasięgniemy informacji.

Z   wysokości   końskiego   grzbietu   dostrzegłem   sylwetki 

ludzi krzątających się wśród pól. Tak oto uciekający chłopak 
wywiódł nas z bezdrożnej pustyni. Ujrzałem go teraz blisko, 
kilkanaście   jardów   przed   nami.   Zatrzymał   wierzchowca   i 
spoglądał ku nam, dzierżąc w prawicy strzelbę opartą kolbą 
na   łęku   siodła.   Podjechaliśmy.   Wówczas   chłopak   wsunął 
broń   do   futerału.   Jego   wierzchowiec   zbliżył   się   lekkim 
truchtem. Rysy twarzy jeźdźca wydały mi się znajome.

— Que   sorpresa?!  —   zawołał   chłopiec   nieco   drżącym 

głosem. — Co za niespodzianka? — powtórzył po angielsku. 
—   Co   za   szczęście!   Witam,   seńor   doctor,   witam   seńor 
Gordon,   witam...   —   urwał   spojrzawszy   na   naszego 
towarzysza, któremu widać nie znane były formy dobrego 
wychowania, bo nie przedstawił się.

background image

— Mister   Bede   —  wyręczyłem   go   i   zaraz   nie   omiesz-

kałem pochwalić się swą hiszpańszczyzną:

Buenos tardes, seńorita. Chyba się nie' mylę? Czy nic 

się pani nie stało?

Widziałem, że jeszcze drży, chociaż usiłuje nie pokazać 

tego po sobie.

— Nie, nic się nie stało — odparła uśmiechając się, lecz 

w   ten   uśmiech   na   pewno   włożyć   musiała   sporo   wysiłku. 
Była dzielna ponad miarę swych lat.

Tak   oto   wyglądało   spotkanie   z   Inez   Gonzales,   córką 

hacjendera,   którą   poznałem   przed   czterema   laty   podczas 
wędrówek przez bezdroża Arizony. W ciągu tych lat wyrosła 
z   małego   szkraba,   również   odzianego   w   męski   strój,   w 
dorosłą   pannę,   której   ubranie   mogło   jeszcze   mylić   na 
odległość, lecz nie z bliska.

— Rodzice oczekują panów od tygodnia — powiedziała 

już bardziej normalnym głosem. — Sześć razy opuszczałam 
hacjendę   udając   się   naprzeciw.   Ten   siódmy   raz   mógł   się 
skończyć  dla mnie  fatalnie, gdyby  niespodziewana pomoc 
nie zjawiła się dosłownie w ostatniej chwili. Wzięłam panów 
za   tamtych,   dlatego   tak   gnałam.   Nie   widzieliście   grupy 
jeźdźców? Dużej grupy?

— Widzieliśmy — odparłem. — Widzieliśmy, jak ścigali 

samotnego jeźdźca, który wydał się nam młodym chłopcem. 
Widzieliśmy, jak ten chłopiec znalazł się w pułapce, chociaż 
początkowo sądziłem, że jest to spotkanie przyjacielskie.

Potrząsnęła przecząco głową.

To było okropne— stwierdziła szeptem. — Okropne 

strony i okropni ludzie...

— Na szczęście seńor Gordon — dodałem żartobliwym 

tonem   —   wyprowadził   mnie   z   błędu,   a   seńor   Bede 
pierwszym strzałem strącił z siodła jednego z napastników. 
Co działo się później, to już pani sama widziała.

Och! — zawołała. — To wy! Uratowaliście mnie!

background image

Nie   wiem,   jak   dziękować?!   Co   za   cudowny   zbieg   oko-
liczności! Santa Madonna! Nie zapomnę wam tego nigdy, 
nigdy!

Wypowiedziała te słowa jednym tchem, a wargi jej drżały 

ze wzruszenia.

— Proszę bardzo — szepnęła — nie wspominajcie o tym 

rodzicom,   dopóki   im   sama   nie   opowiem,   bo...   —   w   tym 
miejscu   zawstydziła   się   zabawnie   —   bo   dziś   rankiem 
wyjechałam z hacjendy bez ich wiedzy.

Przyrzekliśmy zgodnym chórem. Natychmiast poweselała. 

Zerwała   sombrero   z   głowy  i   machnęła   nim   nad   końskim 
łbem:

— Witam   panów   w   imieniu   ojca   w   Estrella   del   Sur! 

Proszę za mną.

— Gwiazda   Południa   —   przetłumaczyłem   swym   to-

warzyszom. Pięknie to brzmi.

— Pomysł ojca. Uważał, że tak wielka hacjenda powinna 

nosić odpowiednią nazwę.

Ruszyła pierwsza, my za nią.

I oto dotarliśmy wreszcie do celu podróży. Jak na niezbyt 

daleką drogę z El Paso do posiadłości Gonzalesa — podróż 
trwała   długo.   Któż   mógł   przewidzieć,   ile   to   przeszkód 
spotkamy  na  naszej   drodze?   Lecz   wszystko  dobre,  co  się 
dobrze kończy. Pod wpływem takiej myśli zapomniałem na 
chwilę   o   kłopotliwym   towarzystwie   Bedego   i   o   liście 
gończym, który spoczywał w kieszeni mej kurty.

background image

Estrella del Sur

Powitanie   odbyło   się   chyba   na   miarę   hiszpańskich 

arystokratów. Seńor Gonzales, zaalarmowany przez córkę, 
zbiegł po kamiennych stopniach werandy swego casa, czyli 
domu (przypominającego raczej pałacyk), i wygłosił krótkie 
przemówienie,   obfitujące   w   tradycyjne   zwroty 
grzecznościowe, których w hiszpańskim języku nie brakuje i 
które starał się przetłumaczyć na angielski. Nie bardzo to mu 
wyszło,   jako   że   język   angielski   pod   tym   względem   jest 
raczej skromny i zwięzły.

Karol   i   ja,   znając   Gonzalesa,   nie   byliśmy   zaskoczeni 

pompatycznością   powitania.   Ale   Bede!   Słuchał,   wytrze-
szczając   oczy,   z   miną   tak   zabawną,   że   dużo   wysiłku 
kosztowało   mnie   powstrzymanie   się   od   śmiechu,   jakże 
niestosownego   w   podobnej   chwili.   Na   koniec   gospodarz 
uścisnął   obie   dłonie   Karola,   to   samo   uczynił   ze   mną   i 
powtórzył — po raz trzeci — z Bedem, czym wtrącił go w 
stan całkowitego oszołomienia.

—   To   jest   mister   Barry   Bede   —   zaprezentowałem 

naszego   towarzysza.   —   Podróżujemy   razem   od   El   Paso. 
Spotkaliśmy się przypadkowo, a w drodze pan Bede pomógł 
nam wydobyć się z nie byle jakich tarapatów.

Wygłosiłem   tę   krótką   informację,   akcentując   specjalnie 

słowa: „spotkaliśmy się przypadkowo". Lecz Gonzales albo 
nie pojął znaczenia, albo też udał, że nie pojmuje. Odparł z 
hiszpańską galanterią:

—   Przyjaciele   naszych   przyjaciół   są   naszymi   przyja-

ciółmi.

Wypadło tylko uśmiechnąć się na podziękowanie. Be-de 

również rozpromienił się i ocknął ze stanu osłupienia.

Mnie nie było wcale tak wesoło. Odpowiedź Gonzalesa, 
jeśli była szczera, stawiała nas w sytuacji, którą najlepiej 
określa przymiotnik „głupia". Postanowiłem przy 
najbliższej okazji w cztery oczy uświadomić naszego 
gospodarza, jak wygląda prawda.

Za   zachowanie   się   „przyjaciela"   Bedego   nie   mogliśmy 

przecież ponosić odpowiedzialności, cokolwiek mogłoby się 
wydarzyć.   Lecz   teraz   nie   pora   na   taką,   dość   „delikatną", 
rozmowę.

Przez półmroczny hall gospodarz poprowadził nas w głąb 

równie mrocznego, przyjemnie chłodnego korytarza.

—  To  dla   panów  —  powiedział   zatrzymując   się   przed 

"wielkimi   drzwiami,   które   pobłyskiwały   bielą   lakieru   i 
złotem lśniącej mosiężnej klamki.

Otworzył  podwoje   na   oścież,   z  odpowiednim  ukłonem. 

Wkroczyliśmy do wnętrza pokoju, źle mówię — komnaty! 
Dwuokiennej,   szerokiej   i   długiej,   o   ścianach,   na   których 
wymalowano srebrne lamperie. U szczytu  tych ścian, pod 
samym   sufitem   biegły   ozdobne   gipsowe   girlandy   liści 
mesquite, a środek sufitu zdobił owalny, wypukły medalion, 
pełen   skrzydlatych   amorków,   które   zdawały   się   trzymać 
łańcuch ze zwieszającą się potężną naftową lampą.

Po prawej stronie komnaty ustawiono dwa łóżka, raczej 

background image

—   łoża   z   czerwonawego   meksykańskiego   mahoniu, 
przedzielone   również   mahoniowym   stolikiem.   Po   stronie 
lewej   —   długi   stół   otoczony  półtuzinem   krzeseł,   nakryty 
szerokim,   haftowanym   płótnem   olśniewającej   białości. 
Środek stołu zajmowała srebrna patera wypełniona czubato 
kiściami   bananów.   Przestrzeń   między   oknami   zajmowało 
potężne biurko z przemyślnymi przyborami do pisania.

Wszystko  to — co tu dużo gadać! — robiło na widzu 

mocne   wrażenie   w   zestawieniu   z   pustkowiem   i   dzikim 
otoczeniem   ziem   hacjendy.   Zerknąłem   na   Karola,   Karol 
zerknął na mnie, przymrużył zabawnie jedno oko, lecz nie 
odezwał   się   ani   słówkiem.   Uznałem,   że   nie   wypada   tak 
obojętnie reagować na te wspaniałości, które oddawał nam 
do   użytku   don   Pedro   Gonzales.   Więc   podziękowałem, 
wyrażając   się   nieco   górnolotnie   o   dobrym   smaku   osoby, 
która ten pokój umeblowała.

— Ten   pokój   czekał   na   panów   od   tygodnia   — 

rozpromienił   się.   —   Proszę   mi   wybaczyć,   że   nie   przewi-
działem tak zaszczytnej wizyty jeszcze jednego gościa —
tu skłonił się Bedemu. — Naprawimy to niedopatrzenie.
Zaraz przygotujemy drugi pokój, nie gorszy od tego.
Ten dla trzech osób byłby za ciasny.

Uśmiechnąłem   się.   W   przydzielonej   nam   komnacie 

zmieściłoby   się-swobodnie   i   pięć   łóżek.   Jednak   nie   za-
przeczyłem.   Stała   obecność   Bedego   uniemożliwiłaby 
swobodną   rozmowę   z   Karolem.   Więc   tylko   raz   jeszcze 
podziękowałem za  tak wspaniałe lokum.  Zaraz się jednak 
okazało,   że   to,   co   nam   sprezentowano,   to   tylko   część 
przeznaczonego   dla   nas   apartamentu.   Gościnny   hacjender 
otworzył wąskie drzwi, znajdujące się w narożniku komnaty, 
i   gestem   pełnym   galanterii   wskazał   drogę.   Za   drzwiami 
ciągnął się krótki korytarzyk, zakończony drugimi drzwiami. 
Nacisnąłem   klamkę,   postąpiłem   krok   i   zatrzymałem   się 
niczym biblijna żona Lota zamieniona w słup soli.

Zaiste to, co ujrzałem, było i zdumiewające, i zaskakujące 

jednocześnie: łazienka. Ale jaka! Salka z okrągłym oknem o 
matowych   szybach,   wykładana   zielonymi   kafelkami,   z 
zieloną   wanną   wpuszczoną   w   posadzkę.   Nad   wanną 
połyskiwały mosiężne kurki — Zimna   i   gorąca   woda   — 
wyjaśnił   gospodarz   z   lekką   nutką   dumy   w   głosie.   —   To 
wszystko do panów dyspozycji. Za jakąś godzinkę poproszę 
na   skromną   zakąskę.   Gdyby   czegoś   panom   brakowało, 
wystarczy   pociągnąć   za   zielony   sznur   wiszący   przy 
drzwiach...

background image

Wróciliśmy   do   komnaty   i   don   Pedro   wskazał   nam 

jedwabną linkę zakończoną chwastem.  Skłonił się cere-
monialnie, ujął pod ramię Bedego i wraz z nim opuścił 
pokój.

Ledwie   się   drzwi   za   nimi   zamknęły,   padłem  na   ma-

honiowe krzesło, bardziej ładne niż wygodne, i wybuch-
nąłem śmiechem.

— I cóż ty na to, 
Karolu?
Wzruszył ramionami.

— Czuję  się  jak  małpa  w  złotej  klatce.  Gdybym  nie 

poznał Gonzalesa w innych okolicznościach, uznałbym go 
za   jednego   z   tych   bogaczy,   którym   tylko   pieniądz 
imponuje. Co my tu będziemy robić?

Sądzę — odparłem — że nasz gościnny hacjender 

zapragnie   nam   sprezentować   coś   więcej   poza   tym   fan-
tastycznym urządzeniem domu i gospodarstwem.

— Obyś się nie mylił!
— Gonzales   lubi   wędrować:   Jestem   pewien,   że   po-

siedzimy tu tylko tak długo, jak długo Gonzales nie znu-
dzi się pokazywaniem swych wspaniałości.

— To może trwać wieki — ponuro zauważył Karol.
— Nie wpadaj w pesymizm. Jeśli pragniesz nasz pobyt 

w   hacjendzie   skrócić,   postaraj   się   okazać   chociaż   łut 
zachwytu przy każdej okazji.

— Po co?

Po to, aby zaspokoić zabawną próżność gospodarza. 

Zadowolony   z   zachwytu   swych   gości,   szybko   za-
proponuje nam poznanie bliższych, a później dalszych

okolic hacjendy.

— To znaczy, że mam mu schlebiać?
— Coś w tym rodzaju.

— Bardzo tego nie lubię.

Nie   przesadzaj.   Przecież   Gonzales   jest   dzielnym 

człowiekiem, w Arizonie pomógł nam niemało i całkowicie 
bezinteresownie, a że ma swoje słabostki?! Któż ich nie ma? 
Postąpisz,   jak   zechcesz,   Karolu,   lecz   ostrzegam   cię,   że 
zachowując   kamienne   oblicze   na   widok   na   przykład 
wiatraka pompującego wodę...

— Jakiego wiatraka? Nie zauważyłem...
— Nie   przerywaj,   ja   zauważyłem.   Jeśli   będziesz 

sceptycznie   nastawiony   do   Gonzalesowych   cudowności, 
wpędzisz hacjendera w zły humor. Wzmoże swe starania, by 
cię   zadziwić,   a   to   może   trwać   bardzo,   bardzo   długo. 
Rozumiesz?

— Strasznie to wszystko zagmatwane, ale... postaram się. 

Będę się zachowywał jak tresowana małpa, która kłania się 
w cyrku trzema kapeluszami, stojąc na jednej nodze.

— No, no, Karolu, tylko bez przesady. Musimy uważać, 

żeby niczym nie urazić Gonzalesa.

— Więc dobrze, zastosuję się do twoich okropnych rad.
— A   teraz...   jak   powinniśmy   postępować   z   Bedem? 

Pomyśl o tym.

— Wcale nie postępować.

-  Zrozum,   Karolu,   że   ponosimy   odpowiedzialność   za 

background image

wprowadzenie Bedego pod ten dach.

— Gonzales nie jest dzieckiem.
— Lecz nie wie, kogo tu sprowadziliśmy.
— A   ty   wiesz?   Świstek   drukowanego   papieru,   może 

przypadkiem   znajdujący   się   w   kieszeni   Bedego,   od   razu 
zrobił   cię   podejrzliwym.   Zresztą   sądzę,   że   Gonzales   nie 
puścił mimo uszu informacji o przypadkowym spotkaniu i 
tylko   jego  cudaczna   elegancja   kazała   mu   nazwać   Bedego 
naszym   wspólnym   przyjacielem.   Przy   pierwszej   okazji 
poinformuj   hacjendera   o   szczegółach   naszej   podróży,   to 
powinno wystarczyć, a teraz... ani słowa więcej na ten temat. 
Zamierzam wypróbować działanie błyszczących kurków nad 
wanną.

background image

Zanim jednak zniknął za wąskimi  drzwiami, zapukano 

do drzwi szerokich. Otworzyłem. Ukazał się hacjender, a 
krok za nim Murzyn dźwigający naręcz białych płócien.

Sądzę — powiedział Gonzales — iż wasze traperskie 

stroje,   seńores,   są   nieco   uciążliwe   w   naszym   gorącym 
klimacie. Zechciejcie więc przyjąć — tu wykonał gest ręką 
w stronę Murzyna, który rozłożył sztuki płótna na krzesłach 
i wycofał  się z pokoju. Wówczas hacjender podszedł do 
Karola i uścisnął mu obie ręce, z kolei uczynił podobnie ze 
mną.   Nie   mogłem   pojąć,   czemu   mam   przypisać   ten 
nieoczekiwany przypływ serdeczności.

— Seńores — powiedział hacjender, a głos drżał mu ze 

wzruszenia — nigdy wam tego nie zapomnę! Gdyby nie 
wy, moją córkę spotkałoby straszliwe nieszczęście. Wiem 
już o wszystkim...

Zrozumiałem, o co mu chodzi. Mruknąłem zmieszany, 

że   na   naszym   miejscu   postąpiłby   podobnie   każdy   inny 
przypadkowy świadek zdarzenia.

— Każdy!   —   wykrzyknął   dramatycznie   hacjender.   — 

Jakże   się   pan  myli,   seńor   doctor!   Żaden  z   tych   zbójów, 
którzy napadli na Inez, nie kiwnąłby palcem, gdyby nawet 
pana   ćwiartowano   na   kawałki.   To   nie   ludzie,   to   bestie! 
Niestety,  w naszym  pięknym  kraju namnożyło  się takich 
bestii. — Skłonił się i już z ręką na klamce dodał:

— Proszę   was,   seńores,   nie   wspominajcie   o   tym   mej 

żonie,   dopóki   jej   nie   uprzedzę.   Bardzo   by   się 
zdenerwowała.

Skłonił się po raz drugi i wyszedł.
— No — stwierdził Karol, gdy się drzwi zamknęły,  a 

kroki za nimi ucichły — teraz jestem pewien, że Gonzales 
nie odmówi nam niczego. Kiedy go poproszę o wycieczkę 
w głąb kraju, migiem ruszymy.  Porządny z niego chłop, 
szkoda   tylko,   że   tak   pompatyczny.   Co   myślisz   o   tych 
strojach, Janie?

— Nie możemy  odmówić  — powiedziałem sięgając po 

stos  olśniewających   białości.   —  No,   no!   Kurtka,   spodnie, 
kamizelka... Mam nadzieję, że będą na nas pasować.

— Po   jednym   dniu   używania   zrobią   się   szare,   cóż   za 

niepraktyczny kolor — gderał Karol przymierzając spodnie, 
z kolei marynarkę.

— Nie martw się. Na pewno każdego ranka otrzymamy 

nowy garnitur na zmianę.

— Ależ to marnotrawstwo! Kto słyszał, żeby nosić białe 

ubrania?   Człowiek   tak   odziany   widoczny   jest   na   milę   i 
wystraszy   każde   zwierzę.   To   dobre   zimą,   gdy   śnieg 
przykryje ziemię.

— Przecież   nie   wybieramy   się   na   polowanie   —   zau-

ważyłem   rozbawiony.   —   A   ty   wyglądasz   w   tej   bieli 
znakomicie.

Rozchmurzył się.

— Tak uważasz?
— Zupełnie   jak   bogaty   plantator   bawełny   z   tysiącem 

czarnych niewolników.

To powiedziawszy uchyliłem się zręcznie przed rzuconą 

we mnie skórzaną kurtą Karola.

— Jeszcze jedno takie słowo, a zdejmę te łachy.
— No dobrze, dobrze.

background image

— Teraz   na   ciebie   kolej,   nie   mam   zamiaru   tylko   sam 

wyglądać jak wariat.

Szybko   przebrałem   się   i   od   razu   poczułem   ulgę.   Oce-

niłem,  czym  była  w tutejszym  klimacie  gruba bawełniana 
koszula, nie mniej gruba kamizela i ciężka kurta ze skóry, a 
czym taka leciutka, przewiewna odzież.

Pospacerowałem tam i z powrotem w nowym stroju.

— Jak wyglądam?

Karol krytycznym wzrokiem zlustrował moją postać.

background image

— Jak sam główny łapiduch największego szpitala świata. 

Biel przypomina mi zawsze rzezignatów.

Znowu   zapukano   do   drzwi   i   oto   Barry   Bede   i   Pedro 

Gonzales   ukazali   się   jak   dwa   jasne   duchy   w   mroku   ko-
rytarza. Tak więc i nasz przypadkowy towarzysz  również 
został przebrany.

— Pozwólcie, seńores, podano do stołu... Poprowadził nas 
prościutko   poprzez   hall   do   pokoju,   raczej   sali   o   trzech 
wielkich oknach, na które zapuszczono żaluzje z cienkich 
drewnianych   deseczek.   Poprzez   szpary   między   nimi 
przedostawały się do wnętrza skąpe smugi dziennego blasku. 
Panował półmrok i przyjemny chłód.

Środek   sali   zajmował   długi   stół   przykryty   obrusem, 

pobłyskujący   talerzami   i   sztućcami.   Kiedy   tak   staliśmy, 
bezszelestnie uchyliły się przeciwległe drzwi i dwie kobiece 
sylwetki   ukazały  się   naszym   oczom.   Łatwo   odgadłem,   że 
jedna z kobiet musiała być  małżonką  gospodarza, bowiem 
druga, młoda  dziewczyna,  to po prostu Inez, którą po raz 
pierwszy widziałem w damskim stroju.

Zostaliśmy   przedstawieni   gospodyni   i   zaproszeni 
przez nią do zajęcia miejsc przy stole.

Rezygnuję   z   opisu  bardzo  długo  trwającego  obiadu  (bo 

tym  się okazała zapowiedziana przez Gonzalesa „skromna 
przekąska"),   podczas   którego   rozmowa   toczyła   się   o 
wszystkim   i   o   niczym,   na   szczęście   w   języku   angielskim 
(którym świetnie władała gospodyni), co zwolniło mnie od 
posługiwania się mą kiepską hiszpańszczyzną.

Seńora   Concepcion   (co   w   naszym   języku   oznacza 

„Maria")   zaskoczyła   mnie   i   swym   wyglądem,   i   swym 
zachowaniem.   Oczekiwałem   starszej   pani,   typowej   hisz-
pańskiej matrony o wystudiowanych ruchach oraz słowach 
pełnych godności i pompatycznych zwrotów. Tym-

background image

czasem   seńora   Concepcion   mogłaby   uchodzić   za   starszą 
siostrę Inez. W jej sposobie mówienia nie uchwyciłem nic, co 
by   raziło   cudzoziemca   sztucznością   (bo   Meksykanina   na 
pewno   by   nie   raziło!).   Do   każdego   z   nas   zwracała   się   z 
ujmującą   bezpośredniością   i   młodzieńczym   wdziękiem. 
Musiało   to   chyba   nieco   szokować   don   Gonzalesa, 
zauważyłem,   że   kilkakrotnie   twarz   mu   zadrgała,   co 
natychmiast jednak maskował uśmiechem tak doskonałym, że 
na pewno był sztuczny.

Inez   milczała   przez   cały   czas,   zapewne   przytłoczona 

indywidualnością   matki,   a   może   przestrzegająca   zasad 
stosowanych   w   szanujących   się   rodzinach   Kreolów,   że   w 
obecności   rodziców   młoda   panna,   nie   pytana,   nie   zabiera 
głosu.   Natomiast   hacjender   swoim   zwyczajem   wtrącał   do 
rozmowy   gładkie   zdania,   w   których   wyszukane   zwroty 
walczyły o pierwszeństwo z nieskazitelną formą gramatyczną.

Gdy   spożyliśmy   ostatnią   z   licznych   potraw,   a   panie 

podniosły   się   od   stołu   i   złożyły   nam   ceremonialny   ukłon, 
Gonzales zaprowadził nas do swego gabinetu. Tu — czarną 
skórą kryte fotele i hebanowe biurko oraz hebanowe boazerie 
tworzyły   obraz   tyleż   dostojny,   co  ponury.   Nim  zdążyliśmy 
zapaść   się   w   głębinach   foteli,   czarny,   bezszelestny   lokaj 
wniósł   zastawę   do   kawy,   a   gospodarz   wydobył   z   biurka 
drewniane, perłową macicą wykładane pudło pełne cygar.

—   A   teraz,   seńores   —   zagaił   —   opowiedzcie,   jak 

spotkaliście Inez. Wiem już o tej dramatycznej przygodzie tak 
szczęśliwie   zakończonej,   lecz   jakimże   cudownym 
zrządzeniem losu zjawiliście się w samą porę?

Spojrzałem   na   Karola,   Karol   spojrzał   na   mnie.   Obaj 

czuliśmy   się   ociężale   i   sennie   po   sutym   obiedzie 
zakropionym  hiszpańskim winem i usposobieni bardziej do 
sjesty  niż   do   długiej   opowieści   o   naszej   podróży.   Ale   nie 
można   było   przecież   sprawić   zawodu   gospodarzowi,   który 
zapewne   jedynie   ze   względu   na   kodeks   towarzyski 
powstrzymywał się przed zadaniem tego pytania wcześniej.

— Nie znam nikogo, kto potrafiłby lepiej opowiadać niż 

doktor — stwierdził z całą powagą Karol, a ja rzuciłem mu 
mordercze spojrzenie i lekko westchnąłem.

— Słuchamy, seńor doctor...

Westchnąłem po raz drugi i rozpocząłem relację. Jednak 

skróciłem   rzecz   o   połowę,   rozpoczynając   dopiero   od 
momentu   naszego   noclegu   w   opuszczonej   chacie.   Postą-
piłem   tak   z   dwu   powodów:   pierwszym   —   przyznam 
szczerze   —   było   moje   lenistwo,   drugi   był   poważniejszej 
natury.  O naszej przygodzie w El Paso zdecydowałem się 
poinformować Gonzalesa kiedy indziej. Przypuszczałem, że 
przejęty   sprawą   córki,   zbagatelizowałby   sprawę   Bedego   i 
gończego listu.

Kiedy skończyłem mówić, hacjender raz jeszcze wyraził 

nam swą ogromną wdzięczność. A potem — dane nam było 
poznać wszystkie udręki przesadnej gościnności! Zapewne w 
obawie,   abyśmy   się  nie  nudzili,   gospodarz   wywiódł  nas  z 
budynku, pokazując najpierw ogród, później uprawne pola. 
Nie zaliczam się do kategorii dobrych piechurów. W danym 
wypadku   moją   niesprawność   pogłębiało   zmęczenie 
wielogodzinną jazdą. W efekcie — marzyłem o wygodnym 
łóżku   tak   intensywnie,   że   sporo   z   tego,   o   czym   mówił 
gospodarz,   nie   dotarło   do   moich   uszu.   Barry  Bede   chyba 

background image

również nie znajdował się w najlepszej formie fizycznej, bo 
wlókł   się   za   nami   z   miną   męczennika,   nieczułego   na 
piękności świata ani na... barwny monolog gospodarza. Jeden 
Karol —' wyszkolony w corocznych wędrówkach — stąpał 
energicznie przy boku hacjendera, pozbywszy się swej

background image

poprzedniej   ociężałości.   Zauważyłem,   że   przysłuchuje   się 
bacznie, ba, nawet zadaje pytania. Czyżby wspomniał czasy, 
kiedy parał się rolnictwem w Teksasie, zanim przedziwnym 
zrządzeniem losu zamienił się w łowcę skórek? Bo życiowa 
ścieżka   Karola   była   dość   pogmatwana:   najpierw   kowboj, 
później   poszukiwacz   złota,   jeszcze   później   początkujący 
traper,   z   kolei   rolnik,   który   na   nowo   przeobraził   się   w 
trapera. Ale — do rzeczy!

Kończył się dzień, pochłodniało przyjemnie. Cóż z tego? 

Niestrudzony hacjender ani myślał przerwać swego wykładu 
na temat plonów, hodowli koni, krów i wszystkich arkanów 
prowadzenia   dużego   gospodarstwa.   Mówił   o   swych 
pracownikach,   którzy   od   czasu   do   czasu   pojawiali   się   na 
szlaku naszego spaceru. Och! To był niezły marsz i coraz 
dotkliwiej czułem go w nogach. Gdy wreszcie wróciliśmy, 
bo już pierwsze gwiazdy ukazały się na niebie, czułem się 
tak   zmęczony,   że   zrezygnowałem   z   zaproszenia   na 
wieczorny posiłek, usiłując moją odmowę wyrazić w formie 
najbardziej eleganckiej. Bede pewnie czuł się podobnie, bo 
również   się   wykręcił.   Oblicze   Gonzalesa   wyraźnie 
spochmurniało,   lecz   Karol   uratował   sytuację.   Wykazał 
odpowiednią porcję radości stwierdzając, że jest głodny jak 
wilk,   a   tak   wybornych   potraw   jak   na   hacjendzie   nigdy 
dotychczas   nawet   nie   próbował.   Rozstaliśmy   się   w   hallu. 
Bede nie tylko towarzyszył mi do drzwi, lecz i wkroczył do 
naszej komnaty. Nie krępując się jego obecnością runąłem, 
ciężko   dysząc,   na   łóżko.   Bede   zagłębił   się   w   fotelu,   lecz 
zanim   to  uczynił,   sięgnął   do  stojącego   na   biurku   pudła   z 
cygarami  (nie zapomniał  o tym  gościnny hacjender!) i po 
chwili zniknął w smugach wonnego dymu. Milczeliśmy obaj 
bardzo długo, na koniec mój gość odezwał się pierwszy:

— Nieźle tu, co? Ale to nie dla mnie. Czuję się jak ryba w 
sieci. Chociaż... gdybym miał taką hacjendę, kto wie...

Nie dokończył i zajął się cygarem.

Milczałem, nie czułem chęci do rozmowy,  mimo że za-

ciekawiło mnie, po co Bede tu przyszedł. Czy tylko dlatego, 
że   się   nudził,   czy   też   powodowały   nim   inne   przyczyny? 
Może chciał się pożegnać. To byłoby najlepsze.

— Pan jest lekarzem? — zagadnął wypuszczając ustami 

chmurkę dymu.

— Oczywiście — odparłem zdziwiony. — Przecież już tę 

sprawę wyjaśniliśmy.

— Sądziłem, że to żart,
— Najczystsza prawda. Czy coś dolega?
— Nie,   nie   —  zaprzeczył   energicznie.   —  Ja   nigdy  nie 

choruję.

— Każdy tak twierdzi, do czasu.
— Nie mogłem pana rozgryźć, nie pasował mi pan ani na 

trapera,   ani   na   westmana,   chociaż   w   El   Paso   nieźle   pan 
wywijał pięściami.

Przerwał i znowu zaciągnął się dymem. O co mu chodziło, 

u licha?

— Przepraszam,   pytałem   z   ciekawości   —   odezwał   się 

znowu. — Jeszcze chciałbym o coś zapytać...

— Słucham.
— Czy długo tu pozostaniemy?
— Nasza   wizyta   ledwie   się   zaczęła.   Gordon   i   ja   nie 

widzieliśmy   Gonzalesa   od   czterech   lat,   chociaż   nas   pa-

background image

rokrotnie zapraszał.

— Ten cały Gonzales jest... hm... nieco nudny. Aż trudno 

mi   wytrzymać   te   jego:   „pozwoli   seńor",   „zechce   seńor", 
„mam zaszczyt,  seńor"... Ojej! Czy on nie umie  gadać po 
ludzku? A oprócz tego... dali mi pokój prawie tak wielki, jak 
ten. Macie tu łazienkę?

Skinąłem - głową.

— Ja również. Nigdy nie siedziałem w takiej wannie, 
nigdy nie spałem w łożu, po którym dyliżansem można 
obrócić.

— Cóż — mruknąłem — hacjender przyjmuje  nas, jak 

potrafi najlepiej. Łatwo się zresztą do tego przyzwyczaić.

— Ależ ja nie chcę się przyzwyczaić! — wykrzyknął.
— Czemuż to?
— No... później może nie potrafiłbym żyć tak, jak teraz. 

Wracam do El Paso.

— No   cóż,   Gonzales   nie   będzie   zachwycony   taką   de-

cyzją.   Zacznie   przypuszczać,   że   nie   podołał   obowiązkom 
gospodarza...

— Niech   sobie   przypuszcza.   Nic   a   nic   mnie   to   nie 

obchodzi! Ruszam za dwa, trzy dni.

Nawet   mrugnięciem   oka   nie   zdradziłem,   jak   bardzo 

podejrzana wydała mi się taka decyzja. Powód tej decyzji 
uznałem za zwykły wykręt. Co mogłoby skłonić Bedego do 
nagłego   opuszczenia   hacjendy?   Obawa   przed 
zdemaskowaniem? W istocie rzeczy, jego wyjazd bardzo mi 
odpowiadał. Jednak nie omieszkałem go przestrzec.

— Droga jest trudna, jak na samotnego wędrowca.

Banda, którą spotkaliśmy, nadal może krążyć w pobliżu, a i 
w   El   Paso   nie   wiem,   czy   ktoś   nie   przypomni   sobie   o 
mocnych pięściach Barry'ego Bede?

— W   El   Paso?   —   roześmiał   się.   —   Zapomnieli   o 

wszystkim, jak tylko wódka z nich wywietrzała. Proszę mi 
wierzyć,  dobrze znam zwyczaje takich ludzi. Nie, nie! El 
Paso nie jest dla mnie groźne. A co się tyczy bandy... Ech, 
otrzymali   od   nas  dobrą   nauczkę.   Zresztą...   mam   ścigłego 
konia.

Pewną   rękę   i   znakomite   oko   —   dodałem   wspo-

mniawszy na niedawną przeszłość. — Zawsze pan tak kropi 
do   ludzi,   mister   Bede?   —   zapytałem   nadając   brzmieniu 
swego głosu niedbały ton. — Przecież aby uratować córkę 
hacjendera, wystarczyło pozabijać konie.

— Doktorze   —   odparł   nachylając   się   ku   mnie   —   gdy 

mam do wyboru strzelać do człowieka lub do zwierzęcia, 
wybieram...   człowieka.   Ten,   który   znajduje   się   na   siodle, 
może być uczciwym, lecz równie dobrze: łotrem, łajdakiem, 
mordercą. Ten, który znajduje się pod siodłem,  czyli  koń, 
nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy. Nie mam racji?

Nie odpowiedziałem. Podniósł się z krzesła.

— Jesteśmy obaj nieco zmęczeni, dobranoc, doktorze.

Wyszedł, a ja siadłem na łóżku. W takiej pozycji zastał 

mnie   Karol,   gdy   wraz   z   Murzynem,   niosącym   zapaloną 
lampę, wkroczył do pokoju.

— O czym tak dumasz?
— Niezły z niego numer.
— Z kogo?

Odczekałem,   aż   służący  zamknie   drzwi   za   sobą,   i   po-

background image

wtórzyłem wiernie ostatnie słowa Bedego.

— Tak powiedział? No, no! Chociaż... być może tkwi w 

tym ziarnko prawdy — dodał w zadumie.

— Piliście?
— Xeres, wino hiszpańskie. Zaczynam się coraz bardziej 

przekonywać do sposobu życia hacjendera.

  — Rozumiem. Pogadamy na ten temat jutro.

— Dlaczego jutro?

Dlatego,   że   kładę   się   spać,   a   tobie   radzę   to   samo. 

Przez noc wywietrzeje ci z głowy życie hacjendera razem z 
xeresem. Dobranoc!

Nazajutrz   rankiem   zjawił   się   Murzyn   z   tacą,   na   której 

wniósł śniadanie, i z dwoma śnieżnej białości garniturami. 
Sprawdziły się moje przewidywania.

Nie będę już wspominał o dalszych szczegółach naszego 

pobytu   na   hacjendzie   Estrella   del   Sur,   byłoby   to   zbyt 
monotonne.     Zaznaczę     jedynie,       że     każdego     dnia 
Gonzales   —   prawdopodobnie   w   myśl   z   góry   ułożonego 
programu   —   pokazywał   nam   fragment   po   fragmencie 
swego rozległego gospodarstwa. Niekiedy było to związane 
z   pieszymi   wędrówkami,   niekiedy  —  z   jazdą   konną.   Jak 
długo  jednak  można   zachwycać   się   gospodarką   rolną   nie 
będąc   rolnikiem?   Po   tygodniu   miałem   tych 
„gospodarczych"   wycieczek   powyżej   uszu   i   z   trudem 
kryłem   znudzenie.   Bede,   który   wbrew   uprzedniej   zapo-
wiedzi   nie   wyjechał   ani   po   dwu,   ani   po   trzech   dniach, 
oświadczył   wreszcie   gospodarzowi,   że   pilne   sprawy 
wzywają go do powrotu.

Gospodarz   zaprotestował   przeciw   wyjazdowi   „drogiego 

gościa",   jednak   protest   został   dość   słabo   zaakcentowany, 
zabrzmiał tylko jako grzecznościowa formułka. Bede przyjął 
ją   za   dobrą   monetę,   bo   powtórnie   podkreślił   „ważność" 
spraw, które zmuszały go do skrócenia pobytu w hacjendzie, 
i Gonzales... ustąpił. Ta rozmowa toczyła się przy stole, w 
obecności   rodziny   hacjendera,   mogłem   więc   obserwować 
twarz Karola. Nie potrafił ukryć zaskoczenia. Ba, nie znał 
jeszcze   powodu,   dla   którego   hacjender   tak   łatwo 
zrezygnował z zatrzymania Bedego. A powodem była moja 
poranna   rozmowa   z   Gonzalesem.   Dzięki   szczęśliwemu 
zbiegowi okoliczności zdołałem zdybać hacjendera samego i 
opisać mu nie tylko bójkę w El Paso, lecz także — raz jesz-
cze   —   zdarzenie   w   opuszczonej   chacie,   specjalnie   pod-
kreślając fakt znalezienia listu gończego.

— Więc przypuszcza, pan seńor doctor, iż poszukiwanym 

jest właśnie Bede?

— Podejrzewam...
— Hm, nie znam się na zwyczajach przestępców, lecz ja, 

gdyby mnie poszukiwano, nie nosiłbym przy sobie takiego 
dowodu przestępstwa.

— Dowodem   to   jeszcze   nie   jest,   lecz   podany  w   liście 

rysopis dziwnie pasuje do Bedego.

background image

— Hm... jednak wiele ludzi bardzo podobnych do siebie 

chodzi po tym świecie.

— Oczywiście!   Jednak   zawsze   coś   się   wie   o   tych   lu-

dziach, a co my wiemy o Bedem? Co robił w El Paso? Czym 
się zajmuje? Bo traperem ani eksplorerem na pewno nie jest. 
Zauważyłem,  że potrafi znakomicie strzelać i nieźle jeździ 
konno.   Przez   cały   czas   naszej   wspólnej   wędrówki   nie 
powiedział o sobie ani słówka.

— A pan, doktorze, zwierzał mu się?
— Nie.   Przed   obcymi   należy   raczej   powściągać   ga-

datliwość.

— To samo czyni Bede.

Lecz teraz — nastawałem — skoro jest gościem pana, 

czemu   nadal   zachowuje   milczenie?   To   nawet   nietakt   w 
stosunku do pana.

— Ba, mógłby przecież wymyślić jakiekolwiek kłamstwo, 

więc to milczenie raczej dobrze o nim świadczy. Kłamać nie 
chce, a prawdy ujawnić z jakichś tam przyczyn nie może. 
Zresztą,   ten   tajemniczy   człowiek,   kimkolwiek   byłby, 
wyświadczył   wam  i   mnie   ogromne   usługi.   Uratował   moją 
córkę. Czyż mogę go traktować gorzej od innych gości?

— Oczywiście, że nie.
— Więc co mi pan radzi, doktorze?
— Nie nalegać zbytnio, gdy wyrazi chęć odjazdu.
— Lecz dotąd nie wyraził...

Uczyni   to   niebawem.   Już   mi   się   zwierzał   z   ko-

nieczności powrotu do El Paso.

— Rozumiem.   Nie   będę   zbytnio   upierał   się   przy   za-

trzymywaniu   go,   lecz   jeśli   nie   zdradzi   chęci   wyjazdu, 
pozostanie w hacjendzie tak długo, jak długo będzie mu się 
podobało.

Tak oto wyglądała nasza rozmowa i dlatego Gonzales nie 
protestował zbyt gorąco przeciw decyzji Bedego. Następnego 
ranka nasz przygodny towarzysz podróży odjechał. W 
godzinę później, na życzenie Karola, który pragnął poznać w 
Meksyku coś więcej poza hacjendą Estrella del Sur, 
wydobyłem swą mapę i pokazałem Gonzalesowi. Bardzo się 
nią zainteresował, a zainteresowanie jeszcze wzrosło, gdy 
zwróciłem mu uwagę na odręczne poprawki, a przede 
wszystkim na tajemnicze znaki geometryczne. Karol 
sugerował — zgodnie ze swym wcześniejszym poglądem — 
że w ten sposób oznaczono jakieś źródła czy innego rodzaju 
zbiorniki wody. Nie przekonało to hacjendera.

— Zbiorniki   wody?   A   któż   je   rysuje   na   mapie   w   taki 

sposób?   Widzę   tu   przecież   naniesione   koryta   rzeczek   w 
sposób   przyjęty   ogólnie   przez   kartografów.   Dlaczego   ten 
niezrozumiały wyjątek dla innych zbiorników, stawów czy 
jeziorek?   Nikt   nie   oznacza   ich  trójkątami   ani   kwadratami. 
Nie, seńor Gordon. Tu chodzi o coś innego. Lecz o co? Ba, 
gdybyśmy wiedzieli, kto był poprzednio właścicielem mapy i 
kto dokonywał na niej poprawek?

— Na pewno geograf — wtrąciłem pospiesznie.
— To   wcale   nie   jest   pewne.   Może   po   prostu   zwykły 

wędrowiec   jako   tako   obeznany   z   mapami?   Albo   członek 
jakiejś   ekspedycji   wcale   nie   geograficznej?   Cóż,   nie   po-
trafimy odgadnąć, w jakim celu ten człowiek czy ci ludzie 
wędrowali   w   głąb   Sierra   Mądre   Occidental.   Prawdziwa 

background image

łamigłówka. Bo wątpię, aby kartograf sprzedawał mapę, na 
której poczynił tak cenne z jego punktu widzenia poprawki.

— Może stały się nieistotne? — zauważyłem.
— Z   naszych   rozważań   nic   nie   wynika—   odezwał   się 

Karol. — Nie mam zaufania do map, nawet gdy są mniej 
tajemnicze. Chyba że moglibyśmy sprawdzić to osobiście...

Gonzales popatrzył na nas, zastanowił się chwilę.

— Wiecie panowie, że to niezła myśl! — wykrzyk

nął. — Przecież i tak miałem zamiar pokazać wam na-

background image

sze góry i popróbować łowów na płową zwierzynę! Zna-
komita okazja! Popieram pana, seńor Gordon. Polowanie 
połączone z czymś w rodzaju wyprawy badawczej! To mi 
odpowiada,   bardzo   odpowiada.   Jednak...   trzeba   będzie 
wyjazd jeszcze odłożyć na kilka dni. Przyznam, że trochę 
niepokoi mnie obecność w pobliżu hacjendy tej bandy, z 
którą zetknęliście się, panowie. Robledo to niebezpieczny 
opryszek.

— Kto to jest? Zna go pan bliżej? — zapytałem.
— Bliżej... — powtórzył z lekką goryczą w głosie. — 

Nigdy nie znajdowałem się bliżej niego niż na odległość 
pistoletowego   strzału,   nawet   wówczas,   gdy  walczyliśmy 
po jednej stronie.

— Z Francuzami?

— Z Maksymilianem. Nie sposób przecież twierdzić, iż 

byli to sami Francuzi, jak się powszechnie dziś mówi.
Szczerze powiem: sporo dzielnych Meksykanów znalazło 
się  w tamtych  szeregach, a nieco łotrów w naszych.  Do 
tych ostatnich zaliczam Antonia Robledo
i myślę, że tylko przypadkiem nie z Maksymilianem, lecz z 
Juarezem się sprzymierzył. Zebrał bandę zabijaków, ludzi 
bezgranicznie   odważnych,   trzeba   przyznać,   i   niemało 
przyczynił się do naszego zwycięstwa. Teraz sytuacja się 
zmieniła,   odkąd   rządy   objął   generał   Porfirio   Diaz.   Nie 
wspominałbym o tym nikomu obcemu, lecz was, seńores, 
uważam za przyjaciół.

Skłoniliśmy   głowy   w   milczeniu.   Pomyślałem,   że 

Gonzales   manifestuje   swą   szczerość   nie   tyle   z   powodu 
dawnej z nami znajomości, ile dlatego, że jesteśmy cudzo-
ziemcami nie należącymi ani do stronników, ani do wro-
gów aktualnego prezydenta.

— Robledo uważa się za stronnika Juareza — mówił 

dalej hacjender. — Wielkie nieba! Ja sam walczyłem pod 
sztandarami   Juareza,   lecz   obecnie   nasz   wyzwoliciel   nie 
żyje. A co czyni Robledo?   Zaraz po zakończeniu wojny 
począł   rabować   majątki   zwolenników   Maksymiliana. 
Mówiąc między nami,  seńores, w takim określeniu tkwi 
tylko   źdźbło   prawdy,   bo   Robledo   najpierw   napadał,   a 
później   rozgłaszał,   że   ukarał   wrogów   ludu.   W   końcu 
miarka się przebrała. Władze wysłały oddział wojska, aby 
zatrzymał   Robleda.   Na   wiadomość   o   tym   banda 
rozproszyła  się, a jej przywódca  gdzieś zniknął. Tak mi 
opowiadano,   gdy   przeniosłem   się   spod   Yumy   aż   tutaj. 
Jednak   po   paru   latach   Robledo   znowu   ukazał   się   na 
widowni w towarzystwie bandy urwipołciów. Gdzieś ich 
zwerbował,   bo   chętnych   do   łatwego   życia   nie   brakuje. 
Teraz   krąży   po   całym   kraju,   lecz   najczęściej   odwiedza 
okolice mojej hacjendy.

W niezbyt pokojowych zamiarach — wtrąciłem.

W zupełnie wrogich. Jestem spokojnym człowiekiem, 

panowie, i próbowałem jakoś dogadać się z Robledo. Próby 
takie   przyjął   widocznie   jako   oznakę   słabości,   bo   począł 
stawiać warunki. Obiecał mi ochronę hacjendy! Przed kim? 
Tego   po   dziś   dzień   nie   wiem.   Zażądał   w   zamian 
dostarczania   mu   żywności   i   pewnej   opłaty   miesięcznej. 
Oświadczył   wreszcie,   że   jego   oddział   jest   zaczątkiem 
powstańczej armii, która ma na celu obalenie Porfirio Diaza. 
A gdy to zostanie osiągnięte, ja za oddane usługi otrzymam 

background image

wysoką   godność   w   nowym   rządzie.   Odmówiłem, 
oczywiście.   Nie   jest   to   człowiek,   z   którym   można   by 
rozmawiać poważnie.

— Już chyba niemłody — wtrąciłem.

Kto go tam wie? Powiadają, że jak przystał do Juareza, 

był   siedemnastoletnim   chłopakiem.   Jeśli   to   prawda, 
przekroczył już pięćdziesiątkę, chociaż wygląda na znacznie 
młodszego.   Zresztą,   jakie   to   ma   znaczenie?   Ważne   jest 
tylko,   że   z   powodu   tego   człowieka   wyjazd   z   hacjendy 
pragnę opóźnić o kilka dni.

— A   czego   pan   oczekuje   w   ciągu   tych   kilku   dni?   — 

zapytał Karol.

background image

__  Oczekuję   dokładnych   informacji.   Wysłałem   kilku 
dzielnych i sprytnych ludzi na miejsce, gdzie dokonano 
napadu na mą córkę. Stamtąd ruszą po śladach Robledo i 
nie spoczną, póki nie sprawdzą, dokąd te ślady wiodą. 
Mam   nadzieję,   że   po   nauczce,   jaką   od   was   otrzymali 
bandyci, odechce się im zaczepiać 

mieszkańców hacjendy. Gdyby się jednak okazało, że nadal 
krążą dokoła mej posiadłości, nie pozostanie nic innego, jak 
wyruszyć zbrojnie przeciw nim.

W tym  miejscu spojrzał dość wymownie  na mnie  i na 

Karola.

— Może pan na nas liczyć — zapewnił mój przyjaciel.

I  nic   innego  nie   mógł   odpowiedzieć.   Przecież   nie   wy-

padałoby,   w   naszej   sytuacji,   pozostać   tylko   widzami.   I 
chociaż nie lubię rozlewu krwi, bo mój  zawód polega na 
ratowaniu   ludzi,   a   nie   na   ich   uśmiercaniu,   w   myśli 
akceptowałem decyzję Karola. Gospodarz skłonił się nam z 
wielką wytwornością.

— Wiedziałem, że mogę na was liczyć, seńores. Nigdy o 

tym nie zapomnę. Żywię jednak nadzieję, że nie dojdzie do 
takiej ostateczności, że Robledo w tej chwili znajduje się za 
dziesiątą   górą,   za   dziesiątą   rzeką.   A   teraz,   moi   panowie, 
wracając   do   mapy,   rzecz   wydaje   się   być   niezwykle 
interesująca,   i   to   tak   bardzo,   że   —   tu   uczynił   pauzę   dla 
większego   efektu   —   poproszę   żonę,   aby   zechciała 
zaznajomić się ze sprawą.

Ta dziwna wypowiedź zaskoczyła nas i widocznie nadała 

naszym   obliczom   niezbyt   mądry   wyraz,   bo   Gonzales 
natychmiast dodał, i to nie bez dumy:

— Seńora   Concepcion   jest   geografem.   Zaraz   ją   po-

wiadomię.

A   to   dopiero!   —   zawołałem,   gdy   tylko   drzwi   się 

zamknęły. — Same niespodzianki. Zanim przybyliśmy do 
hacjendy,   przypuszczałem,   że   żona   Gonzalesa   jest 
posuniętą w latach matroną. Okazało się, że nie wygląda na 
wiele   starszą   od   córki.   Teraz   dowiadujemy   się,   że   to... 
uczony w spódnicy!

— Znając   przesadny   sposób   wyrażania   się   naszego 

gospodarza — zauważył Karol — sądzę, że jego małżonka to 
po prostu geograf-amator, albo jeszcze coś mniej. Naukowa 
kariera   jakoś   mi   do   niej   nie   pasuje,   tym   bardziej   że   to 
konserwatywne i tradycyjne społeczeństwo bardzo ogranicza 
wolność kobiet, w przekonaniu, że rola gospodyń domowych 
najbardziej   im   odpowiada.   Słyszałem   coś   niecoś   na   ten 
temat.

— Lecz seńora Concepcion może być wyjątkiem.

Ech,   rozmawiałem   o   żonie   Gonzalesa   z   pewnym 

człowiekiem zatrudnionym w hacjendzie.

— Po hiszpańsku czy na migi?
— Nie  bądź  złośliwy!  To jankes z północnych  stanów. 

Jest znakomitym znawcą koni i zarządcą tutejszej stadniny.

— Stadniny? A ileż to koni trzyma Gonzales?
— Chyba z setkę.
— No, no. I kiedyż to miałeś czas na pogawędkę?
— A jednak. Ciebie i Bedego mocno nudziły spacery z 

Gonzalesem i pewnie tylko połową ucha słuchaliście tego, 
co opowiadał o swym gospodarstwie. Mnie to interesowało. 

background image

Kto   wie?   Może   kiedyś   w   przyszłości   kupię   działkę   w 
ustronnej,   podgórskiej   miejscowości,   gdzie   jeszcze   nie 
wybito całej zwierzyny...

— I będziesz orał pole, siał pszenicę, doił krowy! A co z 

naszymi wyprawami? — udałem zmartwienie.

— Przyjedziesz do mnie.
— Znakomicie.   Dopóki   jednak   farma,   działka   i   pod-

górska okolica istnieją tylko w twojej wyobraźni, opowiedz 
mi o tym jankesie i o naszej gospodyni.

Więc...   kiedy   tak   wlekliście   się   za   nami   jak   dwa 

zmęczone  woły,   znudzeni   i   roztargnieni,   poprosiłem 
Gonzalesa, aby mi pokazał swe wierzchowce. Zgodził się 
natychmiast   i   dodał,   że   czeka   mnie   mała   niespodzianka. 
Skręciliśmy w bok, lecz nie ku budynkom gospodarczym, 
jak   się   tego   spodziewałem,   lecz   na   łączkę   porosłą   tak 
soczystą trawą, jakby co dzień padały deszcze. A przecież, 
odkąd tu przebywamy,  ani kropla wody nie zrosiła ziemi. 
Dowiedziałem  się,  że  Gonzales  nawadnia  swe  łąki  siecią 
rowów...

— Pięknie — przerwałem mu — lecz co z tym jankesem?
— Spotkałem   rodaka   na   tej   łączce.   To   była   ta   nie-

spodzianka Gonzalesa. Facet ucieszył się usłyszawszy, skąd 
przybyłem. Później obejrzeliśmy kilka sztuk zwierząt, jakie 
pasły   się   w   pobliżu,   prowadząc   ożywioną   rozmowę. 
Gonzales bardzo był nawet niezadowolony, kiedy przybiegł 
do niego vaquero z jakąś tam sprawą. Wtedy zostałem sam 
na sam z tym hodowcą, bo wy zawieruszyliście się gdzieś w 
tyle. Zapytałem tego Coyle, bo takie mi podał nazwisko, jak 
mu   się   tu   żyje.   Odparł,   że   znakomicie.   Dodał,   że   gdyby 
Gonzales   potrafił   postępować   tak,   jak   jego   małżonka, 
hacjenda stałaby się rajem na ziemi.

Ho, ho! Czyżby ten jankes zadurzył się w seńorze?

— Może   tak,   może   nie.   Coyle   jest   zwariowany   na 

punkcie   koni,   a   żona   hacjendera   również.   Stąd   wspólne 
zainteresowania.   Ona,   jak   się   dowiedziałem,   wspaniale 
jeździ,   zna   się   na   uszlachetnianiu   ras   czworonogów,   cu-
downie   strzela,   lubi   polować   i   świetnie   administruje 
majątkiem. Jeśli to prawda, to moim zdaniem takie zdolności 
i zamiłowania nie bardzo idą w parze z zainteresowaniami 
naukowymi.

Nie  zdążyłem  odpowiedzieć,  bo do komnaty wkroczyła 

właśnie   seńora   Concepcion,   a   za   nią   jej   małżonek. 
Powitaliśmy   ją   z   należnym   szacunkiem,   który   był   jakby 
kopią zabawnej etykiety hacjendera. Dostrzegłem, że mu to 
sprawiło przyjemność.

Zasiedliśmy   przy   stole   nad   rozłożoną   mapą.   Seńora 

uśmiechnęła się:

— Mąż   opowiedział   mi   przed   chwilą   o   cennym   do-

kumencie,   lecz   chyba   przesadził.   Cenne   dokumenty   nie 
wyglądają tak świeżo, jak ta mapa.

A znaki? Proszę, spójrz tutaj — powiedział hacjender. 

—   Poprawki   naniesione   atramentem!   Czy   to   nie 
interesujące?

— Nie tak prędko, mój drogi. Pozory często mylą.
— Jednak...   —   upierał   się   Gonzales   —   obejrzyj   do-

kładnie.

— Właśnie to czynię.

background image

Milczałem,   Karol   również.   Seńora   odwróciła   arkusz, 

uniosła   w   górę,   przeglądała   pod   światło,   przyglądała   się 
coraz uważniej, z rosnącym zainteresowaniem.

— Istotnie — stwierdziła — mapa nie jest tak nowa, jak 

można by sądzić po jej doskonałym stanie. Nie znalazłam na 
niej   ani   nazwiska   kartografa,   ani   firmy   drukarskiej.   Nie 
wydaje  się, aby wykonano ją w Meksyku,  chociaż nazwy 
rzek i gór noszą hiszpańską transkrypcję.
Może więc miejscem wydania był Madryt? Trudno mi w tej 
chwili   stwierdzić   to   z   całą   pewnością.   Roku   edycji   nie 
znalazłam,   lecz   sądząc   po   braku   niektórych   nazw   i   po 
poprawkach   wadliwego   biegu   rzek   i   strumieni,   dziś   już 
doskonale znanych, mapę opublikowano w okresie między 
uzyskaniem niepodległości przez                        

Meksyk a inwazją Francuzów. Czyli: między 1821 a 1864 

rokiem.
Tak   się   domyślam.   Ta   granica   czasu   nasuwa   mi   pewne 
przypuszczenie: jeśli okaże się prawdą, będę mogła pa  nu 
pogratulować, seńor doctor, niezwykłego nabytku.

Możecie sobie wyobrazić, jak mnie te słowa uradowały! 

Poczułem się nagle posiadaczem dokumentu wielkiej wagi. 
Seńora widocznie zauważyła mój przedwczesny entuzjazm, 
bo   znów   uśmiechnęła   się,   tłumacząc   mi   łagodnie   jak 
dziecku:

— To tylko moje przypuszczenie, nie sprawdzone, mogę 

się mylić...

Musiałem  opanować   swoją   ciekawość   —  nie   wypadało 

wypytywać więcej.

— A   teraz,   moi   panowie   —   powiedziała   gospodyni 

wstając   od stołu  — pozwólcie,  że  was  opuszczę   razem  z 
mapą. Zgadza się pan, doktorze? Chciałabym postudiować 
dokładniej   pewne   szczegóły,   może   znajdę   jakieś 
wyjaśnienia' i wskazówki w moich książkach.

— Ależ oczywiście! Proszę mapę zachować tak długo, jak 

długo będzie pani potrzebna.

Wyszła z pokoju, lecz Gonzales pozostał, zapewne, aby 

pochwalić się swą żoną.

Seńora Concepcion ukończyła  studia geograficzne w 

Paryżu.   Możecie   jej   ufać,   seńores.   Brała   udział   w   kilku 
wyprawach   organizowanych   do   Zachodniej   Sierry   celem 
zbadania miejsc, o których krążyły wieści, że kryją skarby 
pradawnych kultur.

— Skarby kultur?   — zdziwił  się  Karol.   — To  znaczy: 

rozmaite   starocie,   których   dawniej   potrzebnie   lub 
niepotrzebnie używano, tak?

Właśnie to — potwierdził hacjender. — Nasz Meksyk 

pełen jest pamiątek przeszłości sprzed wieków, przedmiotów 
wyrabianych   w   czasach,   gdy   istniały   i   kwitły   państwa 
Majów,   Tolteków,   Azteków!   Proszę   sobie   wyobrazić,   że 
państwo   Majów   istniało   ponad   tysiąc   lat   przed   nami,   a 
państwo Tolteków zostało zniszczone w XIII wieku... Coś 
niecoś wiem o tym, żona wielokrotnie wtajemniczała mnie w 
te sprawy. Ale i wam, seńores, na pewno nie jest to obce.

background image

Stanowczo   Gonzales   przeceniał   zasób   naszych   wia-

domości. Co do mnie, coś tam słyszałem o rozwoju starych 
kultur   indiańskich,   lecz   Karol   na   pewno   o  tych   sprawach 
wiedział tyle,  co ja o... topografii księżyca!  Dlatego teraz 
zapytał:

— I to są takie cenne przedmioty?
— Ależ tak, seńor. Mówią nam o życiu dawnych ludów 

na tej ziemi, a poza tym są wykonane z drogich metali, ze 
złota, srebra, zdobione szlachetnymi kamieniami. Niestety, to 
właśnie stało się w wielu wypadkach ich zgubą. Niepowołani 
ludzie traktowali takie znaleziska podobnie jak eksplorerzy 
odkryte   żyły   złota.   Sporo   drogocennych   pamiątek   uległo 
zniszczeniu,   przetopieniu   na   kruszec,   sporo   zostało 
sprzedanych nie wiadomo gdzie i komu.

— Hm — mruknął mój przyjaciel — trudno się dziwić 

biedakowi, gdy trafi na taki skarb. Ocenia go tylko na wagę 
złota i pieniędzy, które można za niego otrzymać.

Zapewne, zapewne — zgodził się hacjender, lecz bez 

przekonania w głosie. — Jednak wielka to strata dla naszego 
kraju,   bo   utrudnia,   a   niekiedy   wręcz   uniemożliwia 
zapoznanie się z jego odległą przeszłością. A przeszłość ta 
kryje   nie   zbadane   po   dziś   dzień   tajemnice.   Czy   wiecie, 
panowie,   że   na   Jukatanie   odnaleziono   część   zręcznie 
zamaskowanych   ksiąg   Majów?   Między   innymi   zawierają 
one   proroctwo   niejakiego   Chilam   Ba-lama   z   XV   wieku, 
zapowiadające nadejście obcych ludzi ze wschodu i zagładę 
państwa. Przepowiednia sprawdziła się całkowicie! Czy to 
nie dziwne?

— Zbieg okoliczności —- zauważyłem sceptycznie.
— Zdumiewający   zbieg   okoliczności!   —   wykrzyknął 

hacjender.   —   I   dlatego   takie   określenie   niczego   nie 
tłumaczy.  Posłuchajcie, panowie, fragmentu przepowiedni, 
nauczyłem się go od żony. Inez zna go również

background image

i   twierdzi,   że   recytacja   tego   fragmentu   przywraca   jej 
równowagę ducha w chwilach zdenerwowania. Opowiadała 
mi,   że   podczas   spotkania   bandy   Robledo,   kiedy   zupełnie 
straciła   głowę  i   nie   wiedziała,   co   począć,   Chilam   Bałam 
przywrócił   jej   jasność   myśli.   Posłuchajcie,   panowie   — 
powtórzył i... zacytował część przepowiedni.

Nie przytaczam jej, bowiem gdy — po kilku tygodniach 

— odtwarzałem historię naszego pobytu w Meksyku, tekst 
przepowiedni   Balama   włączyłem   do   opisanej   na   wstępie 
przygody Inez.

— No, i co powiecie? — zapytał Gonzales. — Prorok? 

Czy   istnieją   na   naszym   świecie   prorocy?   Ludzie   widzący 
przyszłość?

— Chyba tak — odezwał się niespodziewanie Karol. — 

Rozmawiałem   niejeden   raz   z   czarownikami   pół-
nocnoamerykańskich plemion i niekiedy zaskakiwały mnie 
ich wróżby. Sprawdzały się.

— No, no — powiedziałem żartobliwie — ci czarownicy 

często   „pomagali"   w   sposób   czysto   fizyczny   swym 
przepowiedniom, aby się dokonały. Nauka całkowicie neguje 
wartość   jakichkolwiek   proroctw,   a   przewidywania   uznaje 
tylko wówczas, gdy są oparte na sprawdzonych faktach.

— Nauka! — zawołał hacjender. — Moja żona pomogła 

mnie   ją   cenić,   lecz,   seńores,   chociaż   nauka   się   rozwija, 
obejmuje   coraz   szersze   kręgi   naszego   życia,   ileż   jeszcze, 
wyrażając się językiem geografów, mamy „białych plam"? 
Ile nie zbadanych tajemnic! Kto wie, może w przyszłości...

Nad wieczorem,  jak zwykle,  zasiedliśmy przy jadalnym 

stole.   Zapadł   już   mrok,   więc   deszczułkowe   story 
podniesiono   i   przez   otwarte   okna   wpadał   do   wnętrza 
komnaty   różowawy   blask   zachodu   i   lekki   wiaterek.   Za-
stanawiałem   się,   jak   by   tu   najdelikatniej   zagadnąć   go-
spodynię o wyniki badania mapy, gdy wielkie drzwi jadalni, 
wiodące w głąb domostwa — zapewne w kierunku kuchni, 
bo   przez   nie   wnoszono   potrawy   —   uchyliły   się 
bezszelestnie.   Zwrócony   byłem   twarzą   ku   tym   drzwiom 
właśnie   i   ujrzałem   nagle,   zamiast   służącego   z   tacą   pełną 
parujących potraw, człowieka zupełnie nie pasującego ani do 
tej komnaty, ani do wystrojonej służby domowej hacjendera. 
Wyglądał   jak   łachmaniarz.   Pomyślałem,   że   może   to   jakiś 
zaniedbany   vaquero   zjawia   się   w   tak   nieodpowiedniej 
chwili.   Lecz   za   pierwszym   przybyszem   weszli,   raczej 
wśliznęli   się   dwaj   następni.   Cała   trójka   kocim   krokiem 
podbiegła   do   stołu   i   stanęła   za   plecami   gospodarzy  i   ich 
córki. Wszystko to odbyło się szybciej, niż zdążyłem okiem 
mrugnąć.

Ten,   który   zajął   środkową   pozycję,   mruknął   coś   roz-

kazującym tonem. Zawiodła mnie moja hiszpańszczyzna, nie 
zrozumiałem.   Lecz   domyśliłem   się.   Gospodarze 
znieruchomieli i położyli dłonie na stole. Dostrzegłem, jak 
hacjender pobladł. Trzy długie lufy strzelb wymierzono w 
naszym   kierunku.   Wymowa   tego   faktu   była   oczywista. 
Czyżby Robledo składał nam nieproszoną wizytę? To była 
pierwsza   myśl,   jaka   zaświtała   w   mej   głowie.   Zresztą, 
kimkolwiek   byli   przybysze,   sytuacja   przedstawiała   się 

background image

paskudnie. Czego chciały od nas te draby? Przemknęło mi 
przez myśl, że to ja mogę ich sprowokować do wyjaśnień, i 
powiedziałem, siląc się na beztroski ton:

— No he comprendido. Soy extranjero (Co znaczy:

Nie zrozumiałem. Jestem cudzoziemcem).

Środkowy, zapewne przywódca, skierował na mnie swój 

wzrok i... lufę broni.

Nor

   teamerica.no

 

 

— zapytał gardłowym głosem.

Si — odparłem.

background image

— Przepraszam — powiedział kiepską angielszczyzną i z 

szarmanckim ukłonem.

— A ten drugi? — wskazał lufą na Karola.
— Również Amerykanin z północy.
— Bardzo mi miło. Siedźcie spokojnie i połóżcie ręce na 

stole.   Domyślam   się,   że   jesteście   gośćmi   don   Pedro 
Gonzalesa, więc włos wam z głowy nie spadnie. Nazywam 
się Antonio Robledo. Jestem dowódcą partyzantki walczącej 
z uzurpatorem Meksyku i mam interes tylko do Gonzalesa, 
nie do was. To są nasze sprawy.

Zrobiło mi się nagle bardzo zimno, a w sekundę później 

bardzo gorąco. Gdyby seńor Robledo wiedział, że ma przed 
sobą sprawców masakry w wąwozie, którzy ocalili Inez, a 
bandę zmusili do ucieczki, nie byłby dla nas tak łaskawy. 
Przecież   wystarczyło   ruszyć   głową,   aby   skojarzyć   wizytę 
dwu   cudzoziemców   w   hacjendzie   z   klęską   bandy.   Jednak 
Robledo   —   nie   ruszył.   Naszym   skórom   nic   na   razie   nie 
zagrażało.

A Gonzalesowi i jego rodzinie?

Zerknąłem na Karola. Siedział sztywno, jakby kij połknął, 

ze   wzrokiem   utkwionym   w   napastników.   Czyżby   coś 
obmyślał? Położenie było beznadziejne. Ani Karol, ani ja nie 
mieliśmy przy sobie broni. Na pewno nie miał jej Gonzales. 
Zresztą,   jakikolwiek   nasz   ruch   spowodowałby 
natychmiastową   reakcję   napastników,   być   może   krwawą. 
Byłem tego pewien. Liczyłem więc tylko na to, że służba 
zwróci   uwagę   na   ciszę   panującą   w   jadalni,   że   przybędzie 
lokaj-Murzyn lub ktokolwiek inny. Jeśli oczywiście Robledo 
nie zabezpieczył się przed taką niespodzianką.

— Seńora   Gonzales,   seńor   Gonzales,   seńorita   —   prze-

mówił   herszt.   —   Wybaczcie   niespodziewane   odwiedziny. 
Hacjenda została obstawiona. Jeżeli zachowacie spokój, nikt 
nie powie, że Antonio Robledo zastrzelił bezbronnych.

background image

Wszystko to zostało powiedziane głosem beznamiętnym i 

dziwnie   okrutnym.   Poczułem,   jak   włosy   jeżą   mi   się   na 
głowie. Ten bandyta  bez chwili wahania powystrzela całą 
rodzinę, jeśli stawi mu opór. Czego od niej chce?

Zaraz się dowiedziałem.

— Seńor — odezwał się znowu Robledo zwracając się do 

hacjendera — odmówiłeś paru sztuk bydła i koni dla mego 
oddziału. Pamiętasz? Tę sprawę już załatwiłem. W tej chwili 
moi ludzie zabierają siedem krów i dwadzieścia koni. To nie 
jest rabunek. Gdy zmienią się rządy, otrzymasz odpowiednią 
zapłatę. Lecz ja obecnie mam zapłacić zaległy żołd swoim 
żołnierzom i dlatego zmuszony jestem pożyczyć  od ciebie, 
seńor,   pewną   sumę   pieniędzy.   Gdy   je   przekażesz, 
natychmiast opuścimy hacjendę. Biorę was, cudzoziemcy — 
tu zwrócił się do nas — za świadków, że nie zastosowałem 
żadnego przymusu  i że jestem przyjacielem Amerykanów, 
którzy   pomagali   wielkiemu   Juarezowi   w   jego   walce   z 
Francuzami.

Słuchałem   tego   przemówienia   z   rosnącym   zdumieniem. 

Zaiste,   trzeba   mieć   sporo   bezczelności,   żeby   z   taką 
pewnością siebie mówić tak wierutne brednie. Robledo sam 
sobie przeczył, podkreślając brak przymusu, a równocześnie 
informując o grabieży koni i bydła oraz zamierzając okraść 
hacjendera z gotówki. Przecież nie sposób było traktować 
poważnie zapewnień o zapłacie za zwierzęta lub o zwrocie w 
tak oryginalny sposób zaciągniętej pożyczki. Byłem ciekaw, 
jak zachowa się Gonzales.

Hacjender,   wciąż   odwrócony   plecami   do   napastników, 

nawet nie drgnął. Odpowiedział patrząc prosto przed siebie:

— Nie otrzymasz ode mnie ani jednego peso, ani jednego 

centavo, choćbyś tu za mną stał całą noc ze swą

background image

pukawką. Nie dlatego nic ci nie dam, że jestem skąpy lub że 
taki  haracz  mocno  mnie  zuboży,  lecz  ponieważ  ty  i twoja 
banda nie jesteście warci nawet ziarnka piasku. Hańbisz się i 
hańbisz   pamięć   Juareza   powołując   się   na   jego   imię.   Nasz 
bohater   narodowy   nie   potrzebuje   pomocy   rozbójników. 
Możesz   sobie   kraść,   lecz   do   czasu,   bo   dobrowolnie   nie 
otrzymasz niczego. Groźby się nie lękam od takiego tchórza 
jak   ty!   Sterczysz   za   mymi   plecami,   bo   nie   masz   odwagi 
spojrzeć mi w oczy.

Nie   wiem,   czy   Gonzales   odwoływał   się   do   honoru 

bandyty,   czy   też   obmyślił   jakąś   kontrakcję,   której   po-

wodzenie   zależało   od   zmiany   miejsca,   w   jakim   tkwił 

Robledo.

Obelga   odniosła   skutek.   Robledo   bez   słowa   obszedł 

dokoła stół i zatrzymał się między krzesłem Karola a moim. 

Lufa   jego   strzelby   znalazła   się   na   wysokości   mej   głowy, 

zwrócona wylotem w pierś siedzącego po przeciwnej stronie 

hacjendera.   Wystarczyłby   energiczny   ruch   mej   ręki,   aby 

wytrącić   broń   z   dłoni   przeciwnika.   Lecz   taki   ruch   byłby 

najpewniej moim ostatnim ruchem.

— Seńor Gonzales — zaczął Robledo i... umilkł. W ciszę 
komnaty wdarł się przytłumiony trzask, tak charakterystyczny 
dla winchestera głos strzału. V

Robledo   pochylił   się,   schwycił   za   blat   stołu,   po   czym 

wolno osunął się na podłogę, ściągając obrus i stojące na 
nim talerze. Brzękowi rozbijanych naczyń towarzyszył huk 
dwóch   kolejnych   wystrzałów.   Obaj   strażnicy,   tkwiący   za 
plecami Gonzalesa, upadli.

Odwróciłem   się   gwałtownie   —   ujrzałem   człowieka 

gramolącego się przez okienny parapet.

— Dobry wieczór, dżentelmeni! Widzę, że zjawiłem się w 

porę   —   powiedział   wesołym   głosem   Barry   Będę.   — 

Wszystko dobre, cb dobrze się kończy...

background image

  

  
W odpowiedniej chwili

Jezioro miało  kształt  elipsy,  o szerokości  tak małej,,  że 

gołym okiem mogłem rozróżnić pnie jodeł rosnących kępami 
tuż   nad   przeciwległym   brzegiem.   Głębiej   las;   gęstniał   w 
ciemną masę, która pięła się ku niebu, porastając zbocza i 
grzbiet   dalekiego,   potężnego   wzniesienia.   W   połowie 
odległości między wąziutkim pasemkiem piaszczystej łachy 
a najwyższym punktem lesistego grzbietu widniała polanka 
pokryta   jasnozieloną   trawą,   o   kształtach   doskonałego 
kwadratu. Na niej zauważyłem i długo obserwowałem małe 
stadko   czworonogów   o   żółtawym   runie.   Wyglądały   na 
bighorny — owce wielkorogie, te same, które zamieszkują 
montańskie góry Północnej Ameryki i od których nazwę swą 
wzięły dwie rzeki: Mała i Duża Bighorn oraz pasmo górskie.

Tak   oto   przywędrowaliśmy   przed   próg   Sierra   Mądre 

Occidental,   skąd   biorą   początek   największe   rzeki   pół-
nocnego Meksyku.

Do tego miejsca zawiodła nas seńora Concepcion, jak się 

okazało, znakomita przewodniczka.

Na prawo i na lewo wąski i długi nurt jeziora wił się-

wśród zielonych przylądków, miniaturowych  zatok i złoto 
połyskujących   łach.   Lasy   drzemały   w   ciszy   południa, 
najlżejszy powiew nie marszczył lustra wody, tylko od czasu 
do czasu wyskakująca na powierzchnię wielka ryba znaczyła 
regularnymi  kręgami taflę jeziora. Na płyciznach sterczały 
nieruchomo,  jak  posążki  wykute   w kamieniu,  długonogie, 
siwe czaple.

Przyjemnie   było   tak   siedzieć,   patrzeć   i   odpoczywać   po 

męczącej drodze i dniach pełnych wrażeń, jakie poprzedziły 
nasz wyjazd.

Znajdowałem   się   nad   brzegiem,   na   niskiej   skarpie 

spadającej trawiastym zboczem ku wodzie. Kilka jardów ode 
mnie,   pod   cienistym   modrzewiem,   spoczywał   główny 
bohater   niedawnych   wypadków   —   Barry   Bede.   Leżał   z 
kapeluszem nasuniętym na twarz i drzemał. Dlaczego nam 
towarzyszył, dlaczego zawrócił z drogi wiodącej ku El Paso? 
Jakim sposobem znalazł się w hacjendzie w tak decydującej 
chwili?

Bede opuścił Estrella del Sur późnym rankiem, kierując 

się   na   północny   wschód.   Pragnął   —   jak   opowiadał   — 
najkrótszym   szlakiem   dotrzeć   do   Rio   Grandę,   przebyć   ją 
najbliższym brodem, omijając w ten sposób El Paso.

To zamierzenie nie zostało spełnione. Minąwszy granice 

hacjendy znalazł się na tej samej drodze, którą we trzech nie 
tak   dawno   podążaliśmy   w   odwrotnym   kierunku.   Teraz 
należało   nieco   skręcić   ku   wschodowi,   co   też   Bede 
natychmiast uczynił, kierując się położeniem słońca.

Zielona płaszczyzna coraz bardziej płowiała, w miarę jak 

jeździec   oddalał   się   od   uprawnych   pól   i   sztucznie 
nawadnianych łąk gospodarstwa Gonzalesa. Trawy rzedły, 
łysiny piasku coraz częściej znaczyły ziemię, aż na koniec 

background image

rudy   dywan   jałowej   gleby   rozciągał   się   na   wschód,   na 
zachód, na północ, na południe... Bede ruszył galopem, bo 
skwar lał się z nieba coraz dokuczliwszą strugą, a wokół nie 
rosło   nic,   co   mogłoby   ofiarować   choć   skrawek   cienia. 
Wkrótce   przecięła   mu   drogę   szarozielona   gęstwa 
zakurzonych   kaktusów.   Kolczaste   pole   ciągnęło   się   na 
prawo   i   na   lewo,   jak   okiem   sięgnąć,   bez   najmniejszej 
przerwy,   bez   najwęższej   ścieżki,   która   pozwoliłaby 
sforsować   kolczastą   zaporę.   Bede,   który   —   jak   już 
wspomniałem — pragnął przebyć  Rio Grandę jak najdalej 
od El Paso, ruszył skrajem kaktusowego pola na południowy 
wschód.   Po   pół   godzinie   trafił   na   szeroki,   wydeptany   w 
piachu   ślad   sporej   gromady   czworonogów.   Bede,   sam   to 
przyznawał,   nie   był   wytrawnym   tropicielem.   Lecz   nawet 
człowiek   słabo   obeznany   z   odciskami   nóg   zwierząt   z 
łatwością rozpoznałby ślady końskich kopyt. Podkute konie 
oznaczały   gromadę   wędrowców,   wjeżdżającą   w   głąb 
szerokiej   wyrwy,   którą   nagle   dostrzegł   w   gęstym 
żywopłocie.   Jechał   dość   długo,   przekonany,   że   wreszcie 
przebrnie kolczastą zaporę. Tak dotarł do miejsca, w którym 
wolna przestrzeń rozszerzała się tworząc wielki krąg mocno 
wydeptanej, gołej ziemi. Dalej — rosły kaktusy, a Bede z 
wysokości siodła nie potrafił dojrzeć krańca nieprzebitego 
gąszczu.   Gdzież   więc   podzieli   się   ludzie,   których   tropem 
wędrował? Że bawili w tym miejscu dość długo, świadczyły 
o tym dwa kręgi poczerniałej ziemi, dwa wygasłe ogniska z 
resztkami   zwęglonych   szczap   kaktusowych   i   resztkami 
przypalonego mięsa ciśniętego w popiół.

Ponieważ   wędrowcy   na   pewno   nie   przefrunęli   nad 

kaktusowym polem — rzecz jasna, że zawrócili, czego Bede 
nie zauważył. Skręcił koniem, bardzo zły na siebie z powodu 
gapiostwa. Gdy powtórnie znalazł się na skraju kaktusowego 
pola,   zatrzymał   wierzchowca.   Ależ   tak!   To   było   jasne. 
Ludzie, za którymi podążał, wyjechawszy ze ślepego zaułka, 
powędrowali   dalej   na   wschód,   wzdłuż   krawędzi   pola. 
Postanowił   ich   naśladować,   przypuszczając,   że   kierunek 
drogi   wyprowadzi   go   najpewniej   nad   brzeg   Rio   Grandę. 
Jednak nie spieszył  się, bo nie  miał  zamiaru  dołączyć  do 
nieznajomych. Była   to   mądra przezorność   i   praktyczny 
wniosek.

background image

Obserwując   odciski   kopyt,   Bede   nie   potrafił,   jak   dobry 
tropiciel,   obliczyć,   ile   zwierząt   tędy   przeszło,   ilu   ludzi 
jechało na grzbietach wierzchowców. Przypuszczał jednak, 
że gromada  jest tak liczna, że nawet jego wielo-strzałowy 
winchester i oba colty nie zrównoważyłyby, w razie czego, 
przewagi   tamtej   strony.   Wolał   trzymać   się   z   daleka, 
przynajmniej   do   czasu,   aż   —   przy   sprzyjających 
okolicznościach   —   stwierdzi,   kim   są   ci,   których   tropem 
podąża.

Przeklęte   pole   kaktusów   ciągnęło   się   bez   końca.   Trop 

również   nie   znikał,  wręcz  przeciwnie   — stawał   się  coraz 

wyraźniejszy, coraz świeższy, więc Bede zwolnił biegu.

Chyba w jakąś godzinę później stwierdził, że trop poczyna 

odbiegać   od   linii   kaktusów,   coraz   bardziej   i   bardziej. 
Przystanął,   medytując,   co   począć:   czy   trzymać   się   raz 
obranego   kierunku,   czy  też   zaufać   nieznanym   jeźdźcom   i 
nadal   podążać   za   nimi,   w   nadziei   że   doprowadzą   go   do 
rzeki?   Istniała   jeszcze   możliwość   trzecia   —   zawrócić   na 
zachód i tam szukać dogodnej drogi.

Zdecydował się ruszyć szlakiem wydeptanym  przez jego 

poprzedników. Wkrótce pożałował tej decyzji: trop wywiódł 
go   na   zupełne   bezdroże,   na   pustynię,   gdzie   nie   rosło 
najlichsze   źdźbło  trawy.   Kaktusowe   pole   dawno   znikło  za 
horyzontem. Najgorsze jednak było to, iż Be-demu pomyliły 
się   strony   świata.   Nie   wiedział,   gdzie   jest   wschód,   gdzie 
południe. Słońce zdołało przewędrować szmat nieba i z jego 
położenia   niczego   już   nie   potrafił   wywnioskować.   Wobec 
takiej sytuacji postanowił trzymać  się nadal tropu. Przecież 
tamci   musieli   wreszcie   dotrzeć   do   miejsca,   w   którym 
znajdowała   się   woda,   może   do   osiedla   ludzkiego,   a 
oderwanie się od ich tropu groziło, że zgubi się na pustyni. 
Tak więc Bede ruszył wydeptaną ścieżką.

background image

W   którymś   tam   miejscu,   o   jakiejś   tam   godzinie   (bo 

dokładnie   nie   pamiętał)   ujrzał   przed   sobą,   bardzo   jeszcze 
daleko, szarą chmurkę  kurzu. Chmurka była  ani mała, ani 
duża,   taka   właśnie,   jaką   wywołuje   kilkanaście   kopyt 
końskich bijących w piaszczystą glebę. Oto byli ci, których 
śladem podążał. Dzięki tej chmurce kurzu oni nie mogli go 
zauważyć,   on   mógł   bez   ryzyka   obserwować   kierunek   ich 
jazdy.   Bardzo   wygodna   sytuacja.   Zmieniła   się,   gdy   Bede 
niespodziewanie dostrzegł czarny punkcik zbliżający się  
prawej   strony.   Wkrótce   mógł   już   rozpoznać   samotnego 
jeźdźca. Uznał to za pomyślny zbieg okoliczności, okazję do 
zasięgnięcia   języka,   bo   spotkania   z   samotnym   wędrowca 
Bede   się   nie   lękał.   Skręcił   więc   konia   i   pogalopował 
naprzeciw. Tamten — również go dostrzegł, na chwilę się 
zatrzymał,   lecz   znowu   ruszył   przed   siebie.   Stanęli,   jeden 
naprzeciwko   drugiego,   o   kilka   kroków,   obaj   trzymając   w 
dłoniach broń. Nieznajomy schował ją pierwszy i radośnie 
wykrzyknął: „Buenos dias... Que suerte!" 

— Teraz już wiem, co to znaczy — opowiadał Bede — 

lecz wówczas, gdyby nie radosna mina tamtego, mógłbym 
równie dobrze uznać jego słowa za wezwanie do walki lub 
do   poddania   się.   Przecież   nie   znam   hiszpańskiego.   Na 
szczęście ten vaquero, bo był  to vaquero z hacjendy,  znał 
kilka słów angielskich. Kiedy zrozumiałem, o co mu chodzi, 
natychmiast   zmieniłem   decyzję   swego   powrotu   za   Rio 
Grandę.

Szlachetnie pan postąpił — wtrącił się Gonzales. — 

Wszyscy panu zawdzięczamy życie.

Bede lekko wzruszył ramionami.

— Nie   myślałem   wówczas   o   tym.   Vaquero   zdołał   mi 

wytłumaczyć,   że   obłoczek  kurzu,   jaki   mnie   wiódł   w   nie-
znane,  wzbijany jest  kopytami  koni  bandy Robleda.

background image

Zapytałem, ilu ich jest. Pokazał na palcach obu dłoni, i to 
dwukrotnie. Dwudziestu ludzi! A dokąd zmierzają? Nie był 
tego pewien, lecz podejrzewał, że w kierunku hacjendy. Jeśli 
się   nie   mylił,   waszym   skórom   mogło   grozić   poważne 
niebezpieczeństwo.   Jak   mu   zapobiec?   Nie   wiedziałem. 
Wówczas   vaquero   wyjaśnił   mi,   że   gdzieś   w   okolicy 
przebywa jeszcze siedmiu vaquerów, których wysłano, aby 
zbadali, dokąd udał się Rabledo. Z siedmioma uzbrojonymi 
ludźmi można wiele dokonać, zwłaszcza gdy się zaskoczy 
przeciwnika.   Tak   sobie   pomyślałem.   Tylko   należało   tych 
ludzi   najpierw   zgromadzić.   Gdy   wreszcie   odszukaliśmy 
jednego z nich, wisząca na horyzoncie chmurka kurzu już 
zdążyła   rozpłynąć   się   w   powietrzu.   Z   odszukaniem   dwu 
następnych   poszło   szybciej.   Ten   kurz   ich   również 
zaalarmował  i znaleźli się na naszej drodze. Było  nas już 
pięciu,   więc   nie   oglądając   się   na   innych   pognaliśmy   ku 
hacjendzie.

Z dalszej relacji Bedego wynikało, że była to szaleńcza 

jazda, a konie tylko dlatego nie padły, że odległość nie była 
wielka.   Przybyli   do   granic   hacjendy,   do   rowu 
nawadniającego,   bez   przeszkód   i   przez   nikogo   nie 
zauważeni.   Życie   w   hacjendzie   wydawało   się   toczyć 
zwykłym, codziennym torem. Przez chwilę łudzili się nawet, 
że banda ominęła gospodarstwo i udała się w jakimś innym 
kierunku.   Złudzenie   nie   trwało   długo,   a   z   opowiadania 
Bedego   wynikało,   że   to   właśnie   on   dostrzegł   pomyłkę. 
Szczerze przyznał, że początkowo cisza i spokój panujące na 
polach i łąkach wprowadziły go w błąd.

— Jednak, dżentelmeni — mówił — mam już taką naturę, 

że   na  zimne   dmucham.  Postanowiłem i  teraz   podmuchać. 
Wytłumaczyłem   vaquerom,   żeby   zsiedli   z   koni,   że   tak 
będzie bezpieczniej. Posłuchali.

Ruszyli w głąb hacjendy ze strzelbami w dłoniach, jeden 

za   drugim,   jak   ustawił   ich   Bede.   Dotarli   do   corralu,   w 
którym trzymano najlepsze wierzchowce, przeznaczone dla 
hacjendera i jego rodziny. Normalnie nikt ich nie pilnował, 
bo   i   po   co?   Zwierzęta   nie   były   w   stanie   przeskoczyć 
wysokiego   ogrodzenia.   Tym   razem   —   i   to   wzbudziło 
podejrzenie   idących   za   Bedem   ludzi   —   corralu   strzegł 
uzbrojony   mężczyzna,   oparty   plecami   o   palisadę.   Swej 
funkcji widać jednak nie traktował poważnie, bowiem długa 
rusznica wisiała na sęku jednego z drągów ogrodzenia, a jej 
właściciel, zadarłszy głowę ku niebu, zajęty był wlewaniem 
do gardła  zawartości  wielkiej  tykwy.  Gdy podeszli  bliżej, 
Bede — pociągnąwszy nosem — stwierdził, że nie była to 
woda. Pijący oderwał tykwę od ust, spojrzał na przybyszów 
niezbyt przytomnym  wzrokiem i coś tam zagadał bełkotli-
wie, czego Bede nie zrozumiał, lecz zrozumieli vaquerzy. 
Efekt tych słów był  piorunujący.  Dwu idących  za Bedem 
ludzi wyskoczyło jak sprężyny z zepsutego fotela. Strażnik 
został obalony, związany, a do ust wepchnięto mu knebel.

— To człowiek Robleda — wyjaśnił jeden z vaquerów.

Skrępowanego ciśnięto w głąb corralu, gdzie rosła trawa 

tak   wysoka,   że   zakryła   leżącego.   Odebrano   mu   długą 
rusznicę.

— Pomyślałem   —   mówił   dalej   Bede   —   że   jeśli   cała 

banda w taki sposób spełnia rozkazy swego dowódcy,  jej 

background image

likwidacja   stanie   się   tylko   wesołą   zabawą.   Jednak   nie 
lekceważyłem niebezpieczeństwa.

Od corralu, w zupełnym milczeniu i w tym samym szyku, 

ruszyli   w   kierunku   zabudowań   gospodarczych,   wytężając 
wzrok i  nastawiając   uszu.   Nic,  zupełna  cisza  i   ani  jednej 
sylwetki ludzkiej w polu widzenia. Bede przeląkł się, czy nie 
przybyli za późno. Przyspieszył kroku, a za nim maszerująca 
czwórka.   Zatrzymali   się   na   chwilę   przed   długą   szopą   o 
płaskim   dachu.   Przez   szpary   w   ścianie   dostrzegli 
półmroczne   wnętrze   i   uchylone   wrota   po   przeciwległej 
stronie.   Wyglądało   na   to,   że   wewnątrz   nie   ma   nikogo. 
Podczołgali się do drzwi, wskoczyli do środka. Znaleźli się 
we wnętrzu magazynu ziarna. Nieco rozsypanej kukurydzy 
zalegało klepisko,  a na prawo i lewo piętrzyły się  pękate 
wory, tworząc dwie równoległe ściany. Jednak magazyn nie 
był   bezludny!   W   przejściu   między   workami   nieruchomo 
spoczywali   skrępowani   vaquerzy   Gonzalesa.   Było   ich 
dziesięciu.   Bede   przeraził   się.   Robledo   długo   już   musiał 
buszować  po hacjendzie, skoro zdołał unieszkodliwić tylu 
jej   pracowników.   A   co   się   stało   z   hacjenderem   i   jego 
rodziną?

Jeńcy zostali szybko oswobodzeni z pęt i z knebli w 

ustach.   Niektórzy   byli   nieco   poturbowani,   lecz   na-

tychmiast porwali się na nogi i poczęli gadać jeden przez 

drugiego, aż Bede wrzasnął na nich gromko, pytając:

— Gonzales? Hacjendero?

Otrzymał   bardzo  długą   odpowiedź,   z   której,   niestety, 

pojął tylko jedno słowo: casa. A więc w domu należało 

szukać Gonzalesa. Nie czekając na vaquerów wybiegł z 

szopy. Dokoła nadal było pusto i nikt mu w drodze nie 

przeszkodził.   Dostrzegł   otwarte   okna,   skoczył   pod 

najbliższe.

— I to już wszystko, dżentelmeni — zakończył relację. 

— Resztę znacie.

Znaliśmy.   Gdy   nasz   wybawca   znalazł   się   w   jadalni, 
podbiegłem do rozciągniętych na podłodze napastników. 
Najlepsza nawet wiedza lekarska nie mogłaby im pomóc. 
Dwaj   zostali   trafieni   w   sam   środek   czoła,   trzeci   — 
Antonio Robledo — w tył głowy. O takt Bede okazał się 
znakomitym   strzelcem,   lecz   nie   byłem   w   stanie   pogra-
tulować mu jego błyskawicznej akcji, zbyt krwawe dała 
efekty. Rzekłem więc tylko: — Wszyscy trzej nie żyją...

Zupełnie   automatycznym   ruchem   chwyciłem   lufę 

winchestera,   który   podsunął   mi   Karol.   Zdążył   w   jakiś 

niezrozumiały dla mnie sposób wybiec z jadalni, zabrać 

broń   z   naszego   pokoju   i   błyskawicznie   powrócić.   Wy-

skoczyliśmy,  całą czwórką, przez okna. Usłyszałem głos 

karabinu, po nim drugi, bardziej głuchy, jakby dobiegający 

z wnętrza jakiegoś budynku, lecz z którego?

Gonzales twierdził, że gdzieś z prawej strony, Karol — 

że z lewej. Podzieliliśmy się na dwie grupy, co nie było 
decyzją   rozsądną,   jednak   lepszą   od   jałowego   sporu 
zabierającego drogocenny czas. Robledo nie żył, lecz jego 
banda   buszująca   po  hacjendzie   stanowiła   dla   nas  nadal 
śmiertelną   groźbę.   Pobiegłem   za   Karolem.   Skręcił   ku 
jakiejś budowli gospodarczej, samotnie wznoszącej się w 
polu.   Zanim   dopadliśmy   ściany,   zza   rogu   wyskoczyło 
kilkunastu jeźdźców, galopujących wprost na nas. Byłem 

background image

tak zaskoczony, że gdyby nie Karol, pewnie oberwałbym 
końskim   kopytem,   Zdążył   mnie   szarpnąć   (przez   dobry 
tydzień, czułem potem ból ramienia), aż przewróciłem się, 
a rozpędzone rumaki przemknęły chyba o cal dalej.

Zerwałem się, gdy konie przemknęły. Karol przyłożył do 

ramienia winchester, lecz natychmiast go opuścił.

— To zbyteczne — powiedział, jakby się tłumacząc. — 

Miałbyś kłopot z rannymi...

— Oczywiście  — przytaknąłem  skwapliwie.  — Ilu ich 

było? Nie zauważyłeś?

Co najmniej dziesięciu. Chyba to cała reszta bandy.

Okazało się jednak, że Karol mylił się w ocenie. W kilka 

minut później spotkaliśmy grupę vaquerów z Gonzalesem i 
Bede,   prowadzących   na   postronkach   dalszych   czterech 
obdartusów.

Nie   będę   opisywał   szczegółów.   Powiem   tylko,   że 

Gonzales i Bede złapali, bez większego ryzyka, tych z ban-
dy, którzy nie zdążyli uciec. Jak się później z zeznań jeńców 
okazało, trzej spośród pracowników hacjendy pozostawali w 
zmowie z Robledo: dwaj vaquerzy i posługacz kuchenny. To 
właśnie on wprowadził Robleda i dwu jego ludzi do jadalni 
bocznym   wejściem,   tak   że   nikt   tego   nie   zauważył.   Ta 
„zdrada"   najbardziej   wstrząsnęła   hacjenderem.   Wierzył 
głęboko, że jego pracownicy są wiernymi  i oddanymi  mu 
ludźmi, że może

background image

na nich polegać.  I takie rozczarowanie! A równocześnie — 
kłopot. Bo co z nimi począć?

Pytanie   padło   podczas   narady,   na   którą   zaprosił   nas 

Gonzales, gdy życie w hacjendzie wróciło do normy. W tej 
naradzie,   oprócz   mnie   i   Karola,   wzięli   udział   seńora 
Concepcion oraz Bede.

— Co począć z jeńcami? — zagaił zebranie gospodarz.

Ponieważ nikt pierwszy nie kwapił się z zabraniem głosu, 

odparłem, że jeńcy należą przecież do Gonzalesa, i to jego, 
nie nasza decyzja powinna rozstrzygnąć o ich losie.

— A co pan sądzi? — zwrócił się hacjender do Bedego. 

—   Pan,   bez   którego   wspaniałej   akcji   nie   siedzielibyśmy 
teraz tak beztrosko przy stole. Jaki jest pana
pogląd na sprawę jeńców?

Odpowiedź wypadła zwięźle:

— Uczynisz, seńor, co zechcesz. Czy puścisz ich wolno, 

czy powiesisz, nawet okiem nie mrugnę.

Widziałem po minie Gonzalesa, że nasze odpowiedzi nie 

przypadły mu  do smaku.  Przecież niczego nie doradzały. 
Spojrzał na żonę, szukając u niej pomocy. Uśmiechnęła się. 
Prawdopodobnie hacjender nie po raz pierwszy oczekiwał 
od   małżonki   rozstrzygnięcia   sprawy,   której   sam 
rozstrzygnąć nie umiał.

— Nie   pojmuję   celu   tych   rozważań   —   wtrącił   się 

niespodziewanie  milczący dotąd  Karol.  —  Nad  czym  się 
zastanawiać?   Ci   ludzie   popełnili   przestępstwo.   Czyż   nie 
obowiązują tu żadne prawa?

Ależ, seńor! — żachnęła się pani Gonzales. — Prawo 

obowiązuje,  zapewniam pana.  Żyjemy  w cywilizowanym 
kraju.   Zgodnie   z   prawem   należy   wszystkich   tych   ludzi, 
członków bandy i ich wspólników, odesłać do Chihuahua i 
oddać   do   dyspozycji   władz.   Lecz   taki   transport   potrwa 
kilka   dni   i   wymagać   będzie   eskorty   grupy   dobrze 
uzbrojonych   strażników,   bo   trzeba   liczyć   się   z   próbą 
odbicia więźniów. Robledo zginął, lecz co najmniej połowa 
jego   bandy   ocalała.   A   ponadto...   jeśli   nawet   transport 
dotarłby do celu, nie mam żadnej pewności, że przestępcy... 
zostaną przykładnie ukarani.

— Jakże   to?   :—   wykrzyknął   Karol,   zaskoczony   od-

powiedzią.

Sytuację wyjaśnił hacjender.

— Rzecz w tym, jak już niedawno mówiłem panom, że w 

naszym   pięknym   kraju   występują,   niestety,   w   niektórych 
dzielnicach pewne oznaki rozprzężenia. Nie ma co ukrywać, 
seńores,   że   cierpi   na   tym   przede   wszystkim   wymiar 
sprawiedliwości, dlatego...

— Krótko mówiąc — przerwała mu małżonka — ktoś, na 

przykład   nieżyczliwy nam,  mógłby wypuścić   napastników 
na   wolność.   I   dlatego   uważam,   że   w   takiej   sytuacji 
pozostaje:   albo   na   miejscu   osądzić   schwytanych,   albo   — 
zrobiła pauzę — pozwolić im swobodnie odjechać.

— Sąd na miejscu — zauważyłem — czyli coś na wzór 

naszego   preriowego   sądu   Lyncha.   Nigdy   nie   popierałem 
tego rodzaju wymiaru sprawiedliwości, ponieważ uważam 
go za bezprawie!

— Bezprawie? — powtórzył Bede tonem pytania.

Oczywiście — poparł mnie Karol. — W sądzie prerii 

background image

nie   istnieją   sprawiedliwi   sędziowie.   Przecież   nawet   ci, 
którzy nie zostali poszkodowani, liczą się z tym, że mogą 
nimi   zostać.  Dlatego wyrok  w  większości  wypadków  jest 
stronniczy.   A   poza   tym...   wysokość   kary   powinna   być 
dostosowana do szkodliwości czynu, a sąd Lyncha zna jedną 
tylko karę: śmierć. Wiesza się więc na najbliższym drzewie 
zarówno   złodzieja   koni,   jak   i   mordercę.   Przepraszam   — 
zwrócił się do hacjendera — że wtrącam się w nie swoje 
sprawy -— tu Gonzales przecząco potrząsnął głową — lecz 
czy  choć   jeden   z   pańskich   ludzi   został   zabity  lub   ciężko 
ranny?

— Nie. Kilku jest nieco poturbowanych.
— Czy poniósł pan jakie straty?
— No... nie.
— Czy więc wolno nam wobec napastników zastosować 

jedyną karę, jak wyrokuje sąd Lyncha: karę śmierci?

Nikt mu nie odpowiedział. Dopiero po chwili milczenia 

Bede mruknął:

— Cała ta banda, jak przypuszczam, popełniła niejedno 

morderstwo.

— Może tak, może nie — stwierdził Karol. — Nie wolno 

nikogo   skazywać   na   podstawie   przypuszczenia.   A   poza 
tym... tych trzech zabitych w jadalni to chyba wystarczająca 
nauczka i kara równocześnie.

Bede   znowu   coś   tam   mruknął,   lecz   tak   cicho,   że   nie 

dosłyszałem.

Ostateczna decyzja należała do Gonzalesa, lecz ten nadal 

z nią się nie kwapił. Czy przyczyną  była  obawa, że ostra 
kara spowodować może srogi odwet, czy też lękał się, że 
pobłażanie jeszcze bardziej rozzuchwali bandytów? Przecież 
pamiętałem — jeszcze ze wspólnej wędrówki po Arizonie 
— że hacjender był zawsze człowiekiem zdecydowanym i 
bardzo energicznym.

Mimo woli drgnąłem na głos pani domu:

— Powinniśmy tych ludzi puścić wolno. — Jest to jedyny 

sposób pozbycia się kłopotu — ciągnęła seńora Concepcion. 
—   Postępując   inaczej,   tylko   go   sobie   przysporzymy.   Nie 
sądzisz tak, Pedro? — zwróciła się do męża.

Od początku myślałem o takim załatwieniu sprawy — 

odpowiedział.   —   Odstawić   tych   ludzi   do   Chihuahua   to 
działać   wbrew   zdrowemu   rozsądkowi,   a  skazywać   ich  na 
śmierć... to zbyt okrutne.

background image

— Puści   ich   pan   na   koniach   i   z   bronią?   —   zagadnął 

Karol.

— Na   koniach.   Nikt   nie   powie,   że   Gonzales   kradnie 

konie,   nawet   gdy  ich  właścicielami   są   przestępcy.   Jednak 
broń będą musieli zostawić. Za karę.

— A ci trzej pana pracownicy pozostający w zmowie z 

Robledem?

Wygnam   ich.   To   niewdzięcznicy  i  zdrajcy.   Czy  nie 

mam racji?

— Tym razem nie — odparł Karol. — Popełni pan błąd i 

zyska trzech śmiertelnych wrogów.

— Cóż więc pan radzi?
— Niech im pan przebaczy i nadal zatrzyma  w służbie. 

Dobrze   obserwując,   przez   zaufanych   ludzi,   ich   dalsze 
postępowanie.

— Zaufanych!   —   wykrzyknął   z   goryczą   hacjender.   — 

Komóż   mógłbym   teraz   ufać,   jeśli   tych   trzech   mnie   za-
wiodło?

Zabrzmiało   to   dość   pompatycznie,   lecz   przyzwyczajeni 

już do takich sformułowań, nawet okiem nie mrugnęliśmy.

— Darzył   ich   pan   specjalnymi   względami?   —   zapytał 

Karol.

— Cóż znowu! Lecz przecież nie działo się im źle.
— A można wiedzieć, ilu pracowników zatrudnia pan w 

hacjendzie?

— To nie tajemnica. Pięćdziesięciu ośmiu.
— I nigdy się pan na nich nie zawiódł?

Hm...   w   takim   stopniu,   jak   na   tej   trójce   zdrajców, 

nigdy!

Wobec tego jest pan najszczęśliwszym człowiekiem na 

świecie. Mieć taką gromadę ludzi pod swymi  rozkazami i 
zawieść   się   tylko   na   trzech!   Toż   to  się   prawie   nie   liczy. 
Jeszcze raz radzę panu okazać wspaniałomyślność. Kto wie, 
może w ten sposób zmieni pan wrogów w oddanych sobie 
przyjaciół?

Gonzales   przystał   na   takie   rozwiązanie,   lecz   dopiero 

wówczas, gdy wniosek Karola poparła seńora Concepcion. I 
w   ten   sposób   uniknęliśmy   zarówno   sądu   Lyncha,   jak 
transportowania   schwytanych   do   odległego   miasta 
Chihuahua.   Nie   wdając   się   w   zbędne   szczegóły,   powiem 
tylko, że ludzie Robleda puszczeni zostali wolno na swych 
własnych   wierzchowcach.   Odebrano   im   broń,   lecz 
zaopatrzono   w   żywność   na   trzy   dni.   Widziałem,   jak 
odjeżdżali   nie   kryjąc   swej   radości.   Trzej   pracownicy 
hacjendy  —  opowiadał   mi   o   tym   Karol,   ponieważ   ja   nie 
chciałem   uczestniczyć   w   ich   rozmowie   z   Gonzalesem   — 
bardzo się kajali, chcieli go całować po rękach usłyszawszy, 
że w niepamięć zostaje puszczone ich przewinienie.

Tak   zakończyła   się   ostatecznie   historia   napadu   na 

hacjendę,   a   równocześnie   rozpoczęła   się   historia   inna, 
związana   z   naszą   wyprawą   w   pasmo   Sierra   Mądre 
Occidental.   Kiedy   już   bowiem   wszystko   zostało   opo-
wiedziane   i   rozważone,   co   by   było,   gdyby   wypadki 
przybrały inny obrót, nieoczekiwana informacja skierowała 
nasze zainteresowania w inną stronę.

Seńora   Concepcion,   w   kilka   dni   po   napadzie   Robledo, 

background image

zdradziła   nam   wreszcie   wyniki   swych   studiów   nad   moją 
mapą. W podręcznej bibliotece odnalazła książkę traktującą 
o wyprawach badawczych,  mających  na celu odszukanie i 
zabezpieczenie dla przyszłych pokoleń skarbów przeszłości, 
świadczących   o   wysokiej   cywilizacji   i   bogatej   kulturze 
ludów, które te ziemie kiedyś zamieszkiwały.

— Wśród tych znalezisk — tłumaczyła pani Concepcion 

—   jak   rozmaite   dzieła   sztuki   ludowej,   przedmioty 
codziennego użytku albo służące kultom religijnym, trafiały 
się wyroby ze złota, srebra, jaspisu... Ile ich jeszcze kryją 
ruiny  dawnych   miast,   grobowce   i   nie   zbadane   pustkowia, 
ongiś gęsto zaludnione, któż odgadnie?

Słyszałem już dawniej o tych sprawach, lecz Karol i Bede 

z powątpiewaniem kiwali głowami, nie bardzo rozumiejąc, 
jaki sens ma pracochłonne grzebanie w ziemi dla wydobycia 
z jej wnętrza glinianego garnka, strzały z kamiennym grotem 
czy   prymitywnej   siekierki.   Przestali   się   dziwić   dopiero 
wtedy,  gdy nasza gospodyni  wspomniała  o szczerozłotych 
bransoletach,   pierścieniach   i   nausznicach   wysadzanych 
drogimi   kamieniami.   Otóż   —   jak   mówiła   dalej   pani 
Concepcion — w roku 1865, a więc w pełni trwającej walki 
zbrojnej toczonej przez Juareza z wojskami Maksymiliana *, 
wyruszyła   w   kierunku   Sierra   Mądre   Occidental   wyprawa 
kilku — jedni twierdzili: uczonych, inni: awanturników. W 
zawierusze   wojennej   mało   kto   interesował   się   losami   tej 
garstki   wędrowców,   szukających   nie   wiadomo   dokładnie 
czego.   Gdy   nadeszły   lata   pokoju,   któryś   z   archeologów 
przypomniał sobie o tej wyprawie i starał się odszukać jej 
uczestników.   Bez   żadnego   jednak   rezultatu.   Mnożyły   się 
plotki. Powiadano, że na czele wyprawy stał niejaki Bazaine 
—   Francuz,   bliski   krewniak   Achillesa   Bazaine,   generała, 
później   marszałka,   dowódcy   francuskiego   korpusu 
ekspedycyjnego w Meksyku. Że brało w tej wyprawie udział 
paru   geografów   oraz   grupa   Indian-przewodników. 
Informacja   ta   została   wyśmiana.   Stwierdzono,   że 
głównodowodzący francuskimi siłami w Meksyku nie miał 
takiego krewnego, a jeśli nawet miał — dodawali ostrożni 
sceptycy   —   noga   tego   krewniaka   nigdy   nie   dotknęła 
meksykańskiej ziemi. Na koniec zgodnie uznano pogłoskę o 
wyprawie w Sierra Mądre Occidental za bajkę, nie wiadomo 
gdzie, kiedy i w jakim celu wymyśloną. Mimo takiej opinii 
w   kilku   pracach   geograficznych   zamieszczono   o   niej 
wzmianki zaopatrzone znakami zapytania.

Tyle nam opowiedziała seńora Concepcion. Starałem się 

wszystko streścić wiernie, lecz jeśli popełniłem jakieś błędy 
—  proszę   o  wybaczenie.   Nie   jestem  ani   historykiem,   ani 
geografem,   ani   archeologiem,   a   dzieje   Meksyku   znam 
bardzo pobieżnie.

— Otóż, seńores — mówiła dalej małżonka hacjendera -

—   po   paru   latach   zagadkowa   sprawa   odżyła.   Pewien 
Indianin   z   plemienia   Zapoteków,   mieszkający   niedaleko 
Oaxaca,   wyznał   przed   śmiercią   spowiednikowi,   że   zabił 
człowieka.   Przed   wielu,   wielu   laty.   Co   oznaczało   słowo 
„wiele", nie można było ustalić, ponieważ ten Zapotek nie 
potrafił   liczyć.   Wyjaśnił   jednak   dodatkowo,   że   w   tamtym 
czasie trwała wielka wojna. Fakt zabójstwa nie byłby niczym 
nadzwyczajnym,   lecz   zdumiewająco   przedstawiały   się 

background image

okoliczności, w jakich morderstwo zostało popełnione. Oto 
Indianin wyznał, że wraz z kilkoma  swymi  pobratymcami 
brał   udział   w   jakiejś   wyprawie   w   głąb   Sierra   Mądre 
Occidental. Wyprawa kierowana była przez cudzoziemców, 
słabo władających  hiszpańskim,  i przez Kreolów.  Indianie 
zostali .zwerbowani na wyprawę przez Kreolów za wynagro-
dzeniem tak dla nich wysokim, że zgodzili się opuścić swe 
rodzinne strony i powędrować daleko na północ. Podobno, 
jak opowiadał Indianin, odkryli w górach jakieś olbrzymie 
skarby,   lecz   przyniosły   one   nieszczęście   znalazcom. 
Cudzoziemcy zapragnęli przywłaszczyć je wyłącznie sobie. 
Doszło do bójki z Kreolami. Jeden z cudzoziemców został 
zabity,  drugi  — uciekł. Nieco później  Kreole  również się 
pokłócili przy podziale skarbów i wezwali na pomoc Indian, 
jedni   przeciw   drugim.   Skończyło   się   na   tym,   że   biedni   i 
ciemni   Zapotecy   zorientowali   się   wreszcie,   jaką   wartość 
posiadają   znalezione   przedmioty,   i   zaatakowali   Kreolów, 
którzy   nierówną   walkę   przypłacili   życiem.   Wówczas   to 
właśnie spowiadający się Indianin zabił jednego z białych. 
Rzecz nigdy nie zostałaby ujawniona, gdyby nie ciekawość 
spowiednika. Zapytał, co składało się na znaleziony „skarb". 
Umierający odparł, że były to przedmioty ze złota i srebra: 
nausznice,   naszyjniki,   bransolety   i   jakieś   figurki   ludzi   i 
zwierząt.   Zapotecy   mieli   zamiar   zabrać   to   wszystko,   lecz 
tego   samego   dnia,   w   którym   zginęli   Kreole,   powrócił 
samotny cudzoziemiec. Zaczaił się, a gdy Indianie beztrosko 
spali, ukradł im broń. Rankiem kazał im wsiąść na konie i 
ruszać w powrotną drogę. Posłuchali, lecz zawrócili po kilku 
godzinach,   licząc   na   to,   że   cudzoziemiec   odjechał   nie 
zabrawszy   wszystkich   „skarbów".   Srodze   się   zawiedli. 
Powitały   ich   kule.   Uzbrojony   cudzoziemiec   czuwał,   ranił 
jednego z Indian, a resztę zmusił do rejterady. Tym razem 
towarzyszył,   w   pewnej   odległości,   grupie   Zapoteków. 
Opuścił   ją   dopiero   o   zmierzchu.   Następnego   dnia 
przepędzeni usiłowali raz jeszcze spróbować szczęścia, lecz 
zmylili   drogę.   Zrezygnowali   więc   i   powrócili   w   rodzinne 
strony. Spowiednik uzyskał zgodę umierającego na przeka-
zanie   tych   informacji   władzom,   co   też   zostało   dokonane. 
Poczęto   szukać   indiańskich   uczestników   wyprawy,   lecz 
bezskutecznie. Widać Zapotecy przestraszyli  się i nikt ani 
słówkiem nie zdradził, że wie cokolwiek o tej sprawie. W 
końcu   urzędnicy   administracji   doszli   do   wniosku,   że 
opowieść   przekazana   księdzu   była   jedynie   chorobliwym 
majaczeniem i... sprawę uznali za zakończoną. To już cała 
historia,   seńores.   Przed   paru   laty   wątpiłam   w   jej 
prawdziwość. Teraz skłonna jestem przypuszczać, że tkwi w 
niej ziarno prawdy.

background image

— Czy to ma jakiś związek z mapą? — zapytał Karol.
— Tak. Pańska mapa, doktorze — zwróciła się do mnie 

—   wygląda   na   mapę   używaną   podczas   tamtej   wyprawy. 
Świadczyłyby o tym pewne szczegóły...
    — Przypuszczenie czy pewność? — zagadnąłem.

— Coś   pośredniego.   Zapomniałam   wspomnieć   o   dro-

biazgu,   przecież   niezwykle   ważnym.   Zapotek   mówił 
księdzu, że jeden z cudzoziemców miał wielki papier, który 
zawsze nosił przy sobie i z którym  ostatecznie uciekł. To 
miał być Francuz. Indianin dodał, że cudzoziemiec coś tam 
wciąż znaczył na papierze.

— A więc przypuszcza pani, że nabyta przeze mnie mapa 

jest identyczna z używaną przez Francuza?

Skinęła głową. Karol wstał z krzesła i spojrzał na roz-

łożony arkusz.

— Poprawki są naniesione atramentem — powiedział. — 

Chyba się nie mylę?

— Oczywiście,   że   to   atrament   —   odparłem.   —   Masz 

jakie wątpliwości?

— Mam.   Któż   wozi   na   tak   długą   wędrówkę   pióro   i 

atrament?

— Przypuszczam,   że   najpierw   poprawki   narysowano 

ołówkiem. Dopiero później utrwalono je atramentem.

— Nie dostrzegam ani śladu ołówka.
— To   o   niczym   nie   świadczy.   Przecież   minęły   dwa-

dzieścia trzy lata! Bo poprawki miały być wykonane w 1865 
roku, jak wynika z opowieści seńory. Siady ołówka musiały 
zniknąć — dowodziłem.

Przypuśćmy — zauważył sceptycznym tonem Karol. 

— Jak jednak wytłumaczyć wędrówkę mapy z północnego 
Meksyku aż po Milwaukee? Co miał do roboty tajemniczy 
Francuz nad jeziorem Michigan?

— Zaiste, Karolu, zbyt wielu wymagasz odpowiedzi.

background image

Może   ten   Francuz   pochodził   z   Kanady   i   tam   powracał? 
Może mapę ktoś ukradł?

Seńor   Gordon   —   wtrąciła   się   gospodyni   —   różne 

wątpliwości można by rozstrzygnąć dopiero po przybyciu na 
miejsce   oznaczone   na   mapie.   Lecz   w   jaki   sposób   mapa 
zawędrowała tak daleko na północ, tego się chyba nigdy nie 
dowiemy.

Sprawdzić! — wykrzyknął niespodziewanie hacjender. 

— To doskonała myśl. Zamierzałem panom pokazać szmat 
naszego kraju, a Zachodnia Sierra jest piękna i obfituje w 
zwierzynę. Jedźmy tam! Nic nie stracimy, jeśli mapa okaże 
się pomyłką. Zapolujemy i obejrzymy ciekawe strony.

— To brzmi zachęcająco — zauważył Karol. — Czy to 

jednak możliwe w obecnej sytuacji?

— Myśli pan o Robledo? Herszt nie żyje, a banda rozbita.
— Hm... prawda, jednak wydaje mi się, że nie powinien 

pan opuszczać teraz hacjendy. Licho nie śpi.

— Istotnie — wtrąciła się seńora Concepcion. — Przez 

jakiś   czas   powinniśmy   tu   pozostać.   Trójka   naszych 
najlepszych   zwiadowców-vaquerów   ruszyła   w   ślad   za 
uciekającymi,   aby   zbadać,   dokąd   się   udali.   Musimy 
poczekać na ich powrót.

Dostrzegłem, jak Bede poruszył się niespokojnie. Dotąd 

milczał, jak gdyby historia mapy wcale go nie interesowała.

— A ja wracam na północ — odezwał się jakoś niezbyt 

zręcznie. — Po raz drugi chyba nie zabłądzę...

Seńor chce nas opuścić? — zdumiał się hacjender. — 

Po   tym   wszystkim,   czego   dla   nas   dokonał?   Ależ   to 
niemożliwe! Nie spłaciłem swego długu, a nie mam innego 
sposobu wyrażenia swej wdzięczności, jak tylko gościć pana 
jak najdłużej!

Bede uśmiechnął się:

background image

— Moje   interesy   wymagają;   abym   się   udał   na   tamten 

brzeg Rio Grandę.

— Czy to coś pilnego? — zaniepokoił się Gonzales. — 

Nie powinien pan odjeżdżać tak nagle.

Nie   będę   tu   przytaczał   wszystkich   argumentów 

hacjendera   przemawiających   za   pozostaniem   Bedego.   Nie 
przekonały uparciucha. Dopiero gdy nasz gospodarz przed 
oczyma — raczej przed... uszami! — słuchaczów roztoczył 
miraż skarbów, jakie odkryjemy („ten samotny Francuz — 
dowodził — nie mógł niczego zabrać, by zaznaczył miejsca 
ukrycia   na   mapie")   —   Bede   zmiękł   i   przyznał,   że   jego 
interesy na północy nie są znowu tak pilne, a być może stały 
się już nieaktualne.

Nie   spodobała   mi   się   ta   nagła   zmiana   decyzji.   Czyżby 

nasz tajemniczy towarzysz sądził, że „skarbami" po prostu 
podzielimy się? Ba, jeśli Bede — jak przypuszczałem — był 
poszukiwany   listem   gończym   agencji   Pinkertona,   takie 
mniemanie   bardzo   pasowało   do   jego   moralnej   sylwetki. 
Tymczasem jednak otaczała go sława pogromcy Robledo, 
sława człowieka, który ocalił hacjendera. Przecież.... nigdy 
dotąd nie spotkałem osobnika, który w tak krótkim czasie 
wyprawił na tamten świat lub poranił tyle ludzi! Na próżno 
przekonywałem sam siebie, że zabici i ranni byli groźnymi 
dla   otoczenia   opryszkami.   Krwawe   jatki   pozostaną 
krwawymi   jatkami,   bez   względu   na   to,   z   jakiego   punktu 
widzenia zagadnienie rozpatrywać. Bede był odważny, ani 
chybi!   Lecz   nie   tylko   odwaga   przesądza   o   wartości 
człowieka.

I   tak   oto   zapadła   decyzja   sprawdzenia,   gdzieś   tam   w 

górskiej głuszy,  czy moja  mapa  stanowiła ongiś własność 
uczestnika   tajemniczej   wyprawy,   czy   też   nie   miała   z   tą 
wyprawą   nic   wspólnego.   Zresztą,   każdy   z   nas   traktował 
zaplanowaną   wędrówkę   inaczej.   Karol   —  jako   okazję   do 
polowania   na   płową   zwierzynę.   Bede   — 
najprawdopodobniej — jako możność łatwego wzbogacenia 
się,   Gonzales   —   jako   piękną   wycieczkę,   podczas   której 
chciał   nam   pokazać   egzotyczną   przyrodę   swego   kraju. 
Wydaje się, że tylko ja i seńora Concepcion (bo co myślała 
na ten temat Inez — nie wiem) wierzyliśmy, że w dzikich 
górach   istotnie   natrafimy   na   ślady   jakiejś   nie   odkrytej 
dotychczas tajemnicy.

Po   naszej   naradzie   rozmawiałem   z   panią   Concepcion 

parokrotnie, a nawet oglądałem jej imponujący księgozbiór. 
Wydaje   się,   że   w   ten   sposób   zyskałem   sobie   sympatię 
gospodyni. Bo tylko ja jeden naprawdę zainteresowałem się, 
choć pobieżnie, treścią grubych tomów traktujących przede 
wszystkim   o   geografii   Meksyku   i   południowych   części 
Ameryki Północnej. Seńora Concepcion pokazała mi kopię 
mapy   Florydy,   sporządzoną.   z   oryginału   narysowanego 
przez Jacąues le Moyne de Morgues, uczestnika francuskiej 
ekspedycji   na   Florydę   w   1564   roku.   Mało   się   na   tych 
sprawach znam, lecz gospodyni zapewniła mnie, że mapa ta, 
zwłaszcza   w   częściach   lądu,   który  Francuzi   spenetrowali, 
jest   zdumiewająco   dokładna.   Przy   okazji   wspomniała   o 
swym   własnym   udziale   w   kilku   wyprawach   mających   na 
celu opracowanie kartograficzne nie zbadanych rejonów oj-
czystego kraju.

background image

Biorąc pod uwagę trudności, jakie musiała pokonać, by 

wedrzeć   się   w   świat   wiedzy,   jak   dotąd   niedostępny 
kobietom,   należało   uznać   panią   Gonzales   za   osobę   nie-
przeciętną.   Dlaczego   jednak,   osiągnąwszy   tak   wiele, 
zamknęła   się   w   odległej   od   centrów   kulturalnych   i   nau-
kowych hacjendzie?

W   Stanach   Zjednoczonych   pierwszy   dyplom   naukowy 

uzyskała kobieta za studia lekarskie w roku 1849, lecz tu, w 
konserwatywnym   społeczeństwie   Meksyku,   w   którym 
życiową   rolę   kobiet   ciągle   jeszcze   ograniczano   do 
prowadzenia domu — pani Concepcion natrafiła widać  na 
przeszkody     nie     do     przezwyciężenia.       Nieco   później 
stwierdziłem,   że   poświęcając   swój   czas   wyłącznie 
problemom   hacjendy,   seńora   Concepcion   orientuje   się   w 
gospodarce rolnej nie gorzej od męża.

Nasz pobyt w gościnnym domu dobiegał końca. Powrócili 

z   dalekiej   wyprawy  wysłani   przez   Gonzalesa   zwiadowcy-
vaquerzy.   Od   nich  dowiedzieliśmy   się,   że   trzej   puszczeni 
przez  hacjendera  ludzie  nie  podążyli  za  uciekającą  grupą, 
lecz skierowali się ku pustynnej wyżynie Mapimi, ciągnącej 
się na południe od hacjendy i koryta rzeki Conchos. Grupa 
uciekająca   pognała   na   północ.   Jeden   z   vaquerów 
opowiedział, że bandyci,  pozbawieni wodza, pokłócili się. 
Opowiadający   obserwował   ten   incydent,   ukryty   za 
piaszczystym  pagórkiem.   O mało   nie   doszło  do bójki,  na 
koniec   pięciu   ludzi   ruszyło   dalej   na   północ,   pięciu 
skierowało się na zachód. Vaquerzy również się rozdzielili, 
by nadal ich obserwować. Po kolejnych dwu dniach jazdy 
nabrali pewności, że pierwsza piątka uciekających zmierza 
ku granicy Stanów Zjednoczonych, druga — ku Zachodniej 
Sierra Mądre. Wynikało z tego, że dawna banda Robledo nie 
ma zamiaru powtórzyć napadu na hacjendę.

— A teraz, seńores — powiedział hacjender po zdaniu 

nam tej relacji — czas pomyśleć o mapie i o wyprawie.

Było   dla   mnie   jasne,   że   naszą   ekspedycję   w   góry   po-

prowadzi   sam   Gonzales,   że   na   pewno   towarzyszyć   mu 
będzie grupa dobrze uzbrojonych ludzi, lecz kto z rodziny 
pojedzie   z   hacjenderem   —   o   tym   nie   było   dotąd   mowy. 
Przypuszczałem,   że   starym   zwyczajem   zabierze   z   sobą 
córkę.   Zaskoczyła   mnie   więc   wiadomość,   że   seńora 
Concepcion również wybiera się w drogę.

Zdziwienie Karola wyraziło się w pytaniu:

— I   nie   obawia   się   pan   zostawić   gospodarstwo   bez 

opieki?

Bez   opieki?   —  powtórzył   hacjender.   —  Opiekę   ma 

zapewnioną,   i   to   doskonałą.   Mój   zarządca   to   człowiek 
energiczny, znający się na rzeczy i godny zaufania. Ja znam 
się na ludziach!

Taktownie   przemilczałem   biadania   Gonzalesa   sprzed 

kilku dni na temat zaufania...

Więc   oto   ustalony   został   skład   „ekspedycji",   jak   ją 

szumnie nazywał hacjender: nas trzech, Gonzales z rodziną, 
pięciu konnych vaquerów pozostających pod bezpośrednimi 
rozkazami   Coylego   (tego   od   koni),   woźnica   z   wozem,   w 
którym miał jechać kucharz i osobisty służący hacjendera.

Powiem szczerze — nie przypadła mi do smaku tak liczna 

karawana: ciężki, mało ruchliwy zespół ludzi i bagaży. Jakże 

background image

się   to   różniło   od   moich   poprzednich   wędrówek   w 
towarzystwie Karola jedynie, podczas których przywykłem 
do   swobody,   jaką   dawał   dobry   wierzchowiec   i   niewielki 
bagaż   przytroczony   do   siodła.   Pocieszałem   się   myślą,   że 
hacjender — taki, jakim poznałem go przed laty w Arizonie 
— umiał znosić nie byle jakie trudy podróży w nieznane.

Któregoś   dnia,   gdy   zorze   świtu   pomalowały   niebo 

różowymi   barwami,   wyruszyliśmy:   dwunastu   ludzi   na 
koniach,   trzech   —   na   koźle   wielkiego   wozu   krytego 
płócienną budą.

Powróciłem   do   traperskiego   przyodziewku,   który   przez 

pierwsze godziny po zrzuceniu lekkiego i miękkiego stroju z 
bawełny wydał mi się ciężki, sztywny i szorstki w dotyku. 
Natomiast Karol nie ukrywał zadowolenia powróciwszy do 
swej traperskiej skóry. Obie panie również zmieniły suknie 
na spodnie i bluzy — co na pewno zgorszyłoby niejednego 
meksykańskiego seńora.

Strumykiem   płynącym   poprzez   hacjendę   dotarliśmy   do 

rzeki   Conchos   i   tu,   pożegnani   przez   administratora 
hacjendy,   ruszyliśmy   w   górę   rzeki   ku     Sierra     Madre 
Occidental. Wybór takiej drogi zapewniał nam wodę na tych 
jałowych,  prawie pustynnych  ziemiach. Na przeciwległym 
brzegu Conchos zaczynała się bezwodna wyżyna — Bolson 
de Mapimi *. Dostrzegłem faliste pagórki porośnięte rzadką 
i   niską   trawą,   gdzieniegdzie   pocięte   rozpadlinami, 
gdzieniegdzie   ponad   płaszczyznę   wyrastały   piaszczyste 
wzgórza.   Jak  wyjaśnił   mi   Gonzales,   niewielkie   jeziorka   i 
strumyki w porze letniej prawie całkowicie tam wysychają.

Wzdłuż  Conchos  posuwaliśmy  się  tak długo,  jak  długo 

trasa ta zgodna była z kierunkiem wyznaczonym przez moją 
mapę   tajemniczymi   kwadracikami   i   trójkątami. 
Przewodnikiem naszej wyprawy była pani Concepcion i ona 
też zdecydowała — po porozumieniu się z małżonkiem — w 
którym miejscu należało pożegnać się z rzeką.

Podróż upływała bez przeszkód, okazała się nawet nieco 

monotonna. Jednostajny, prawie pustynny krajobraz zmienił 
się   dopiero   wówczas,   gdy   zagłębiliśmy   się   w   doliny, 
wybiegające   z   gór   w   nizinę,   niczym   rozcapierzone   palce 
olbrzyma.   Tu   przyroda   odkryła   nam   bardziej   interesujące 
oblicze: zielone gaje i szmaragdowe  łąki, ciemne  bory na 
dalekich zboczach awangardy gór i pieniste, mieniące się w 
słońcu siklawy, walące z szumem po skalnych progach. Na 
koniec   dotarliśmy   do   niewielkiego   jeziora.   Tu   mieliśmy 
pozostać  dwa,  a  nawet  trzy dni.  Don  Pedro Gonzales  nie 
zapomniał przecież o polowaniu i właśnie chciał sprawdzić 
celność   swej   broni   na   czworonogich   mieszkańcach 
podgórza. Do jeziorka dotarliśmy o zmierzchu. Następnego 
dnia   rankiem  hacjender   ze  swą   córką,   Karolem i  Coylem 
ruszył na pierwsze łowy. Według jego słów tereny te obfito-

background image

wały w pumy, jaguary, oceloty i rysie, w borsuki i szopy, w 
owce wielkorogie i w mnóstwo zwierzyny innych gatunków.

Barry Bede nie zdradzał chętki do polowania, a ja jeszcze 

nie odsapnąłem po kilkudniowej jeździe i nie nęciła mnie 
piesza,   wielogodzinna   wędrówka.   Tkwiłem   więc   na 
krawędzi   skarpy,   nad   wodą,   rozkoszując   się   spokojem   i 
pięknem przyrody, a Barry Bede, obojętny na te wszystkie 
widoki   spał   w   cieniu   modrzewia.   Zanim   się   położył, 
opowiedział mi  — tym razem ze wszystkimi szczegółami, 
które poprzednio pominął — o swej nieudanej wędrówce ku 
Rio Grandę. Po czym ziewnął i oświadczył, że musi nieco 
odpocząć.

background image

Znaki przeszłości

Woda cicho pluskała o brzeg, na płyciznach poruszały się 

gromadki   malutkich   rybek,   chroniące   się   tu   przed 
napastnikami   głębin.   Spojrzałem   w   lewo.   Złudzenie?   A 
może   to   pień   drzewa   podmytego   przez   wody   jeziora? 
Szybko podniosłem się i jeszcze szybciej pobiegłem szukać 
seńory Concepcion.

Odnalazłem ją między pierwszymi drzewami boru, który 

otaczał   łąkę   nad   jeziorem.   Siedziała   na   krzesełku   przed 
namiotem, z grubą książką w dłoniach.

— Człowiek?! — zawołała zrywając  się z krzesła, gdy 

poinformowałem ją o swym spostrzeżeniu.

— Wygląda na samotnego rybaka. Albo na myśliwego — 

uzupełniłem informację.

— Świetnie! Ten rybak czy myśliwy na pewno lepiej od 

nas zna okolicę. Byle go tylko nie spłoszyć. Jeśli zobaczy 
tyle koni i ludzi, gotów się przestraszyć i umknąć. Spieszmy 
się, doktorze.

Pobiegliśmy aż .do miejsca, w którym las tworzył małą 

polankę. Tu pasły się konie, tu stał nasz wóz, z widoczną z 
daleka białą budą.

— Antonio! — zawołała moja towarzyszka. A gdy zbliżył 

się jeden z vaquerów, rozkazała: — Wepchnijcie wóz głębiej 
między drzewa, konie również. Powiedz ludziom, żeby nie 
wychodzili z lasu, ktoś płynie do nas po jeziorze.

background image

Wydawszy polecenie, skierowała się ku wodzie, ja za nią.

— Łódka   —   stwierdziła   stanąwszy   kilka   kroków   od 

brzegu.   —   Kładźmy   się,   doktorze,   nasz   widok   może   go 
spłoszyć.

Trawa w tym miejscu sięgała wyżej kolan, więc zakryła 

nas całkowicie, ale my mogliśmy obserwować jezioro.

Czyżby tutejsi mieszkańcy byli aż tak strachliwi? — 

zagadnąłem szeptem swą sąsiadkę. — Jak dotychczas dali 
się nam we znaki raczej zbytnią śmiałością.

— Właśnie,   właśnie   —   odparła.   —   Nadmiar   odwagi 

jednych powoduje uzasadnioną ostrożność innych. Warunki 
bezpieczeństwa,   zwłaszcza   tu,   na   północy,   pozostawiają 
sporo do życzenia. Takich band jak Robleda jest znacznie 
więcej.   Jedne   głoszą,   że   są   stronnikami   Diaza,   inne,   że 
przeciwnikami, a cierpi na tym spokojna ludność.

— Coś jak u nas podczas wojny Północy z Południem — 

zauważyłem. — Byłem wówczas małym chłopcem, lecz coś 
niecoś pamiętam z tamtych czasów.

O, tu jest znacznie gorzej. Wasza wojna domowa nie 

objęła   całego   kraju.   U   nas,   poza   wielkimi   miastami,   nie 
istnieje żadna oaza spokoju. Niech pan spojrzy, doktorze — 
nagle zmieniła temat — on jest coraz bliżej i wygląda na to, 
że zamierza przybić do brzegu.

Nie   myliła   się.   Łódka   coraz   wyraźniej   kierowała   się   w 

naszą stronę. Człowiek stał na rufie i długą tyką popychał 
swój   wątły   stateczek.   W   końcu   dziób   zaszurał   na 
przybrzeżnym   piasku.   Wioślarz   wyskoczył   na   ląd.   Wtedy 
moja towarzyszka podniosła się.

— Buenos dias — powiedziała.

Zatrzymał się jak skamieniały.  Wybiegłem spośród traw, 
odcinając mu drogę odwrotu. Zaniechał ucieczki 
obserwując mnie i seńorę Concepcion czarnymi jak węgiel 
oczami.

— Nie   zrobimy   ci   nic   złego   —   powiedziała   pani 

Gonzales.

Zamruczał coś niewyraźnie.

— Twierdzi, że jest spokojnym rybakiem i musi wracać 

do swej wioski — wytłumaczyła mi pani Concepcion. — To 
dialekt   —   dodała   —   mieszanina   hiszpańskiego   i   języka 
Tarasków.

Przybysz   znowu   coś   mruknął   i   teraz   rozpoczęła   się 

rozmowa, której treści, niestety, nie pojąłem. Okazało się, że 
znajomość  samej hiszpańszczyzny na terenie Meksyku nie 
wystarcza! Jak się później dowiedziałem, w tym kraju, obok 
hiszpańskiego, istnieją trzydzieści trzy języki indiańskie oraz 
dwadzieścia jeden narzeczy. Bagatela!

Przyglądałem się rybakowi. Był chudy, drobny, miernego 

wzrostu.   Jego   twarz   posiadała   charakterystyczne   dla   ras 
czerwonoskórych wystające kości policzkowe. Ciemna cera 
również wskazywała na to, że mam przed sobą albo czystej 
krwi Indianina, albo Metysa.

Odziany był nędznie, w postrzępioną koszulę, w brudne, 

obszarpane   spodnie,   na   stopach   miał   prymitywne   trepki-
podeszwy z łyka, przewiązane kilkoma rzemykami. Głowę 
okrywał   słomkowy   podniszczony   kapelusz,   spod   którego 
spadały   mu   na   ramiona   czarne,   długie   włosy.   Na   piachu 
spoczywała   łódka   — kloc  z   jednego pnia  wypalonego  od 

background image

wewnątrz,   jak   to   praktykowali   ongiś   osadnicy   Północnej 
Ameryki, zanim nauczyli się od tubylców budować z kory 
lekkie   i   zwrotne   canoe.   Na   dnie   łodzi-kloca   spoczywała 
siatka upleciona z nie znanych mi włókien.

— Doktorze!   Idziemy!   —   usłyszałem   głos   seńory 

Gonzales.

background image

Zawróciłem.   Ujrzałem,   jak   pani   Concepcion   w   towa-

rzystwie   rybaka  zmierza  w  stronę  lasu i  ukrytego   w  nim 
namiotu. Widać zdołała przekonać przybysza, że nic mu nie 
grozi.   Zanim   ich   dopędziłem,   seńora   zdążyła   zniknąć   we 
wnętrzu namiotu, a po chwili ukazała się znowu, podając 
coś   Indianinowi.   Dostrzegłem,   jak   oczy   błysnęły   mu 
radośnie.   Darem  pani   Concepcion  były  cygara,   z   których 
jedno   natychmiast   wepchnął   do   ust.   Całe!   Jego   oblicze 
wyrażało zachwyt, a szczęki poczęły poruszać się miarowo.

Seńora zasiadła na krzesełku, z zarośli wynurzył się jeden 

z vaquerów.

— W   porządku,   Antonio.   Możecie   już   wyprowadzić 

konie.

Widok zwierząt i gromadki ludzi nie spłoszył przybysza. 

Rozpromieniona   twarz   nie   zasępiła   się.   Kucnął   na   ziemi, 
kilka   kroków   od   pani   Gonzales,   milczący   i   całkowicie 
pochłonięty żuciem tytoniu.

— Uzyskałam   kilka   ciekawych   informacji   —   zwróciła 

się   do   mnie   seńora.   —   Ten   rybak   mieszka   w   wiosce 
położonej   na   przeciwległym   brzegu   rzeki,   wpadającej   do 
jeziora, tam... — wskazała ręką kierunek. — Mówi, że przed 
laty bawiła tu grupa ludzi: gringos i Indianin. Później ruszyli 
w   głąb   gór,   wzdłuż   rzeki.   Najpierw   jednak   próbowali   ją 
przebyć   konno,   bezskutecznie.   Koryto   wypełniają   głazy, 
których nie sposób ominąć, wartki prąd uniemożliwia spływ 
łodzią.

— Więc do wioski nie dotarli?

Nie, lecz ten rybak odwiedzał przybyłych.  Najpierw 

wysłał   go   ojciec,   na   przeszpiegi.   Później   nosił   cu-
dzoziemcom   ryby,   za   które   płacili   tytoniem   i   szklanymi 
świecidełkami. Tak to złakomiło innych mieszkańców wsi, 
że w tajemnicy jeden przed drugim nosili, co kto miał, na 
sprzedaż, aż tajemnica się wydała. Doszło do kłótni, bo jego 
ojciec uważał, że jako pierwszy ma prawo do wyłączności 
handlu. Po kilku dniach tamci odjechali.

Sądzi   pani,   że   ci   gringos-cudzoziemcy   to   ludzie   z 

tajemniczej wyprawy po skarby? Właściciele mojej mapy?

— Może tak, może nie. Postaram się jeszcze wybadać

background image

naszego gościa na ten temat, jeśli pamięta coś więcej. Musiał 
być wówczas bardzo młody.

Tę rozmowę prowadziliśmy w języku angielskim. Teraz 

seńora zagadała do Indianina i znowu przestałem cokolwiek 
rozumieć.   Znudzony   powlokłem   się   do   swoich   juków, 
wydobyłem z nich mapę i powróciwszy w pobliże namiotu, 
rozłożyłem arkusz na ziemi.

Muszę wyjaśnić, że moja mapa obejmowała spory szmat 

kraju, co z konieczności spowodowało pominięcie pewnych 
szczegółów   topograficznych.   Do   tej   pory   pani   Gonzales 
posługiwała   się   innymi,   bardziej   dokładnymi   mapami,   na 
które   przeniosła   tajemnicze   znaki   zrobione   atramentem. 
Teraz,   wodząc   palcem   po   papierze,   zatrzymałem   go   na 
malutkim niebieskim kółeczku oznaczającym zbiornik wody. 
Czyżby to było jeziorko, nad którym obozowaliśmy?

Ponieważ   niezrozumiała   dla   mnie   rozmowa   uległa 

chwilowej przerwie, powiedziałem o swym przypuszczeniu. 
Potrząsnęła przecząco głową.

— Nie, doktorze, na pańskiej mapie jezioro, nad którym 

obozujemy, nie istnieje. A to, które pan odnalazł, znajduje 
się   o   jakieś   dwadzieścia   kilometrów   stąd,   czyli   o   jakieś 
dwanaście i pół amerykańskiej mili. Nawet kształt jest inny, 
na rysunku jest okrągłe, a tu, proszę popatrzyć, podłużne.

Stropiłem się. Dostrzegła to natychmiast, bo dodała:

— Każdemu zdarzy się pomyłka,  zwłaszcza że niektóre 

mapy to istne szarady, tak niedokładnie zostały sporządzone. 
Nawet mnie...

Nie dowiedziałem się nigdy, co przytrafiło się seńorze, bo 

teraz szybko zagadał do niej Indianin. Dotyczyło to chyba 
mej mapy, bo przybysz kilkakrotnie wskazał na nią palcem. 
Kiedy umilkł, pani Gonzales znowu zwróciła się do mnie:

— On twierdzi, że widział taki papier w rękach gringos... 
Mówi, że kłócili się o niego, lecz o co im poszło, tego nie 
zrozumiał.

— Jak to, poznaje tę mapę?
— No, nie! Cóż on się tam może znać! Wszystkie wy-

glądałyby dla niego jednakowo.

— No więc — powiedziałem zawiedziony — po prostu 

jacyś   ludzie   posiadali   jakąś   mapę.   Zwykły   zbieg 
okoliczności.

— A   jednak...   Proszę   zauważyć,   że   cudzoziemcy   nie-

często odwiedzają te góry. Czy panu ten fakt nie kojarzy się 
z   moją   opowieścią   o   tajemniczej   wyprawie?   Kierowanej 
właśnie przez gringos?

Prawda — przyznałem — sporo tu jest zbieżności, ale 

to   jeszcze   nie   dowód,   że   znajdujemy   się   na   właściwym 
tropie.

— Nie   dowód   —   zgodziła   się   —   lecz   prawdopodo-

bieństwo. I mam nadzieję, że w dalszej wędrówce uda nam 
się trafić na istotne dowody.

— Niczego   nie   pragnę   bardziej   —   odparłem   z   oży-

wieniem.

— Ja   również.   Sądzę,   że   należałoby  odwiedzić   wioskę 

tego rybaka. Może odnajdziemy innych świadków tamtego 
zdarzenia?

Słusznie.   Dziwi   mnie   jednak,   że   ludzie,   o   których 

opowiada nasz gość, nie nanieśli na „moją" mapę ani rzeki, 

background image

ani   tutejszego   jeziora.   Korygując   równocześnie   bieg 
pomniejszych strumieni. Czyżby to jednak nie byli ci sami 
ludzie?

— Zastrzelił  mnie  pan, doktorze, tą uwagą. Hm...  albo 

się, mylę, albo też tkwi w tym jakaś zagadka, której teraz 
nie rozwiążemy.

Istotnie, nie sposób było odpowiedzieć obecnie na moje 

pytanie.   Zwinąłem   więc   mapę   i   odniosłem   ją   do   swych 
bagażów.   Właśnie   ukazali   się   między   lasem   a   wodą   nasi 
myśliwi   wracający   z   rannej   eskapady.   Zauważyłem 
zasępione oblicze Gonzalesa, Karola i Coylego. Tylko Inez 
okazywała   uśmiechniętą   twarz.   Widocznie   polowanie   nie 
udało się, lecz córka hacjendera wcale się tym nie przejęła.

— Dziwne   —   zastanawiał   się   głośno   Gonzales   —   ani 

śladu   zwierzyny.   Musiał   ją   ktoś   przepłoszyć,   a   przecież 
polowałem w tych okolicach niejeden raz...

— To przykre  — odparłem udając współczucie — tym 

bardziej że rankiem,  siedząc nad jeziorem,  obserwowałem 
przez   dobre   pół   godziny,   jak   stadko   bighornów 
baraszkowało na tamtym brzegu.

— A   to   prawdziwy   pech!   —   zawołał   hacjender.   — 

Uciekła nam pieczeń sprzed nosa.

— Pieczeni   nie   będzie  —  stwierdziłem  — ale  ryby  na 

pewno.

— Ryby? — zainteresował się Karol. — Łowiłeś?
— Nie,   lecz   przybył   do   nas   pewien   dostawca   wraz   z 

siecią   i   łodzią,   której   nie   omieszka   napełnić.   Właśnie 
rozmawia z seńorą Concepcion.

Wytrzeszczyli  na mnie  oczy ze zdumienia  i pobiegli w 

stronę namiotu.

Moje   przewidywania   okazały  się   słuszne:   otrzymaliśmy 

ryby, mnóstwo ryb, od naszego gościa. Wypłynął na jezioro 
i po godzinie powrócił z łodzią tak wypełnioną, że ledwo 
trzymała   się   na   wodzie.   Natomiast   nadzieje   seńory   na 
uzyskanie dalszych informacji spełzły na niczym.  Indianin 
albo nie chciał nic więcej powiedzieć, albo po prostu nie 
wiedział.  Obdarowany  jeszcze  jedną  porcją  cygar,  obiecał 
odwiedzić nas nazajutrz, znowu z rybami.

Tak   zakończył   się   pierwszy   dzień   naszego   pobytu   nad 

jeziorem. Następnego ranka rybak znów przybył. Nie tylko z 
plonem   obfitego   połowu,   lecz   i   w   towarzystwie   innego 
krajowca,   znacznie   starszego.   Wskazywała   na   to   i   twarz 
poorana bruzdami i włosy poczynające siwieć

background image

(rzecz niesłychanie rzadka wśród czerwonoskórych), i ruchy 
powolne,   i   oczy   bez   blasku,   wydające   się   niczego   nie 
dostrzegać. Odziany był tak samo nędznie, jak jego młodszy 
towarzysz. Dodam, że przez cały czas pobytu w tej części 
Meksyku   nie   spotkałem   Indian   schludniej   wyglądających. 
Co   prawda   i   w   Północnej   Ameryce   nieraz   oglądałem 
nędznie odzianych tubylców, lecz również — Nawajów, w 
pięknych  kolorowych  derkach  tkanych  przez   kobiety tego 
plemienia, Apaczów w barwnych pióropuszach i zdobionych 
paciorkami  skórzanych  serdakach,  a na  dorocznym  Tańcu 
Słońca,   gdy   bawiłem   w   Kanadzie   wśród   Czarnych   Stóp, 
mogłem podziwiać bogate stroje wojowników: kaftany bez 
rękawów   zakładane   na   gołą   pierś,   z   wyszytymi   na   nich 
barwnymi   wizerunkami   kwiatów,   zwierząt,   ptaków. 
Pamiętam   leg-giny   mężczyzn:   siwe,   brązowe   lub   na 
niebiesko   pofarbowane,   wykonane   z   jeleniej   lub   koźlej 
skóry,   niekiedy   z   wełny,   obszyte   na   szwach   barwnymi 
frędzlami,   sięgające   mokasynów   wyprawionych  na  czarno 
— stroje, które niejeden biały amator chętnie nabyłby za nie 
byle   jaką   cenę.   Tu  nie   zauważyłem   nic,   co  warte   byłoby 
chociaż   centa.   I   to   w   kraju,   o   którym   legendy   i   prawdy 
głosiły,   że   był   skarbcem   nowego   kontynentu   za   czasów 
Majów,   Tolteków,   Azteków.   Jakże   go   musieli   złupić 
hiszpańscy konkwistadorzy?

Dwaj   przybysze   powędrowali   wprost   ku   namiotowi 

seńory, uważając ją zapewne za wodza naszej gromadki. Co 
zresztą   w   pewnym   sensie   zgodne   było   z   rzeczywistością, 
chociaż w sprawach organizacyjnych decydujący głos miał 
Gonzales.   I   słusznie.   Był   doświadczonym   podróżnikiem  i 
człowiekiem odważnym.

Zgromadziliśmy   się   przed   namiotem,   jak   orszak   cze-

kający na ukazanie się monarchy.  Nagabywany przez nas 
rybak nie chciał mówić i na wszystkie pytania odpowiadał 
krótko: seńora.

background image

Na koniec ukazały się obie panie. Utworzyliśmy szerokie 

półkole, sadowiąc się na trawie, jak kto mógł najwygodniej. 
Jedna tylko seńora Concepcion zajęła krzesełko, a naprzeciw 
niej   kucnęli   przybysze.   Pierwszy   zagadał   znany   już   nam 
młody   rybak.   Z   jego   gestów,   Li   słów   nie   potrafiłem 
rozróżnić,   domyśliłem   się,   że   mówi   o   swym   towarzyszu. 
Ulokowałem   się  tuż   obok   Gonzalesa   i   gdy   ciągnęła   się 
okropnie   długa   niezrozumiała   gadanina,   szepnąłem   do 
hacjendera:

— Rozumie pan coś z tego?

Skinął głową i przysunąwszy się do mnie jeszcze bliżej 

począł tłumaczyć piąte przez dziesiąte, jednak wystarczająco 
jasno:

— Ten stary jest najstarszym w wiosce... Bardzo biedny. 

Nie stać go nawet na garść tytoniu... Pamięta wiele, bardzo 
wiele.   On   chodził   do   tamtych   gringos,   rozmawiał   z 
Indianami, którzy im towarzyszyli...

W tym miejscu Gonzales przerwał tłumaczenie i wtrącił 

własny komentarz:

— Nie podoba mi  się to wszystko.  Ci dwaj urwipołcie 

wyglądają   na   zwykłych   oszustów.   Za   kilka   cygar   naplotą 
nam, co im ślina na język przyniesie...

Jednak małżonka hacjendera widać miała inny na sprawę 

pogląd,   bo   podniosła   się,   znikła   we   wnętrzu   namiotu   i 
powróciła   z   dwiema   garściami   cygar,   które   rozdzieliła 
między   obu   przybyszów.   Natychmiast   poczęli   żuć,   nie 
odzywając się ani słowem. Czekaliśmy.  Wreszcie, gdy już 
cierpliwość   nasza   dobiegała   granic,   „najstarszy   człowiek 
wsi" otworzył usta, coś zabełkotał i umilkł.

— Co on mówi? — zaszeptałem.
— Powiada, że musi sobie przypomnieć, jak to było — 

przetłumaczył   hacjender   i   zaraz   dodał:   —   Ja   sądzę,   że 
potrzebuje nieco czasu, aby wymyślić jakąś bajeczkę.

background image

Znowu   zapadło   milczenie,   po   czym   starzec   przemówił. 

Nastawiłem   uszu,   lecz   rozróżniłem   tylko   jedno,   często 
powtarzające się słowo: „Quetzalcoatl", całkiem mi obce.

Gonzales   słuchał,   od   czasu   do   czasu   krzywiąc   się   za-

bawnie.   Siedziałem   cierpliwie,   nie   śmiąc   niepokoić 
hacjendera   pytaniami   i   tłumiąc   wesołość   na   widok   stra-
szliwie   znudzonej   miny   Bedego,   którego   sprowadziła 
ciekawość, a spotkało rozczarowanie. Jeśli chodzi o Karola, 
który   tkwił   tutaj   niczym   Chińczyk   na   tureckim   kazaniu, 
przyglądał się badawczo obu Indianom, cierpliwy, jak każdy 
traper czekający w milczeniu i bezruchu na pojawienie się 
zwierzyny. Nie wytrzymałem.

Kto   to   jest   ten   Quetzalcoatl?   —   szepnąłem 

Gonzalesowi.

Stary   —   odparł   szeptem   —   plecie   smalone   duby. 

Dziwię się, że moja żona chce tego słuchać. Quetzalcoatl, 
czyli Pierzasty Wąż, to jeden z bogów Majów i Tolteków, 
który   z   kolei   został   włączony   do   kręgu   bóstw   Azteków. 
Według wierzeń tych ostatnich Quetzałcoatl żył kiedyś na 
ziemi   jako   wódz   plemienia,   a   opuszczając   je   obiecał,   że 
powróci ze wschodu. Ta wiara w powrót bóstwa okazała się 
zgubną   dla   Azteków.   Kiedy   przybyli   tu,   właśnie   ze 
wschodu,   Hiszpanie,   zostali   uznani   za   wysłanników 
Pierzastego Węża i radośnie witani. Dopiero okrucieństwa 
najeźdźców przekonały Azteków, jak bardzo się pomylili, 
lecz na obronę było już za późno.

— Bardzo interesujące — mruknąłem.
— Lecz nie to, co ględzi ten starzec. Przekręca haniebnie 

całą legendę. Opowiada, że Quetzalcoatl przybył w te góry, 
by zbliżyć się do nieba, i że tu opuścił ziemię, .obiecując 
powrócić. Zanim to uczynił, ukrył wśród dolin niezmierne 
skarby,   aby   ich   nie   dostali   Francuzi.   Co   za   okropne 
pomieszanie historii!

Umilkł i znowu począł przysłuchiwać się rozmowie.

background image

Pewnie   stała   się   bardziej   interesująca,   bo   hacjender   pa-
rokrotnie wtrącił się do niej, zadając pytania, jak wyczułem z 
intonacji   głosu,   bo   treści   nie   zrozumiałem.   Wszystko   to 
trwało, jak na mą ocenę, straszliwie długo i kiedy wreszcie 
spotkanie dobiegło końca, a obaj Indianie wrócili do łodzi, 
wsiedli do niej i odpłynęli — odetchnąłem z ulgą. Chyba tak 
samo uradowali się Karol i Bede. Lecz cierpliwość nasza na 
powtórną   wystawiona   została   próbę.   Wbrew   moim 
oczekiwaniom   seńora   oświadczyła,   że   informacje,   które 
uzyskała, są nieco bałamutne, musi się zastanowić nad nimi i 
pewne   szczegóły   ponownie   sprawdzić   na   mapach. 
Rozeszliśmy się z niczym. Gonzales gdzieś się zawieruszył, 
tak   że   nie   zdołałem   od   niego   dowiedzieć   się,   co   jeszcze 
mówił stary Indianin, poza historią o Quetzalcoatlu.

Przydybałem   hacjendera   dopiero   o   zmierzchu,   przy 

ognisku.   Trzeba   było   aż   dwa   rozpalić,   aby  pomieścili   się 
wszyscy   uczestnicy   naszej   wyprawy.   Przy   pierwszym 
zasiadła rodzina hacjendera i nasza trójka. Nie musieliśmy 
sami  piec  ani  smażyć   mięsa  — Murzyn-służący przyniósł 
gotowe już potrawy. Ryby, bo były to właśnie ryby, zostały 
nam podane na  półmisku.  Jedliśmy je na talerzach i przy 
pomocy widelców. Bardzo elegancko i bardzo... dziwnie, jak 
na taką głuszę, wśród której biwakowaliśmy. Jedzenie było 
znakomite,   kawa   —   rozlana   do   filiżanek,   a   nie   do 
ordynarnych   kubków   blaszanych   —   wspaniała.   Cygara, 
którymi   częstował   nas   Gonzales,   zaspokoiłyby   najbardziej 
wybrednego palacza. A po kolacji nikt z nas nie potrzebował 
myć naczyń. Bardzo mi to przypadło do gustu. Wierzcie, że 
szorowanie piaskiem misek, i to w zimnej wodzie, do przy-
jemności nie należy. Piasek wbija się w skórę, wciska się za 
paznokcie, a później... i tak trzeszczy w zębach, bo zwykle 
nie udaje się wyszorować do czysta tłustej powierzchni.

background image

Paląc cygaro i siedząc na pniaku w miłym cieple ogniska, 

spodziewałem   się   interesującej   relacji   pani   Concepcion. 
Chyba miała już dosyć czasu na rozważenie uzyskanych od 
Indian wiadomości. Jednak i tym  razem musiałem jeszcze 
poczekać. Oto zjawił się przy naszym ognisku Coyle (ten od 
koni!)   z:.,   gitarą   pod   pachą!   Skłonił   się   pani   Gonzales   i 
zapytał,   czy   może   uprzyjemnić   nam   czas   śpiewem   i   grą. 
Uzyskał zgodę, a nawet kilka oklasków hacjendera i Bedego, 
które, jak się wkrótce okazało, były w pełni uzasadnione.

Coyle miał dobry słuch i miły głos. Jedna z jego piosenek, 

coś w rodzaju ballady z Dzikiego Zachodu, szczególnie mi 
odpowiadała.   Następnego   dnia   poprosiłem,   aby   powtórzył 
słowa. Zapisałem je na pamiątkę.

W małym miasteczku na południu, 

Gdzie z nieba pada słońca blask, 

Płynęły lata nieco nudno, 

Dni bez radości, dni bez radości, dni bez 
radości i bez trosk.

Lecz trzeba z was każdemu wiedzieć, 

Że mnóstwo w świecie takich miast. 

Tam nudzie łatwo się zasiedzieć, 

Tam w nudzie wolno, tam w nudzie wolno, tam w 
nudzie wolno płynie czas.

W miasteczku dzielny szeryf czuwał, 

Bo choć nie działo się nic źle, 

Często się zdarza, często bywa, 

Że gdy nie czuwasz, że gdy zasypiasz, że gdy 
zasypiasz, nie zbudzisz się!

Któregoś ranka, wczesnym świtem, 

Wiatr na swych skrzydłach przyniósł wieść, 

Że do miasteczka trzech bandytów

 Przybywa zemstę, przybywa zemstę, przybywa 
zemstę krwawą nieść.

background image

                    Więc wszystkich mężczyzn szeryf 
prosi:
                  „Pomóżcie — woła — bo w tym 
rzecz, 
                    Że gdy choć dzielnych dwu się 
zgłosi, 
                     To przepędzimy, to przepędzimy 
to przepędzimy zbójów precz!"

„Nie mogę — ktoś się tam oburza 

— Ma ręka drży, gdy strzelać mam." 

„Nie mogę — powie tchórz do tchórza 

— Niech szeryf radzi, niech szeryf radzi, 
niech szeryf radzi sobie sam!"

Więc do szeryfa żona rzekła: 

„Ciśnij to w diabły, skacz na koń.

 O, bodaj nie wyjrzeli z piekła

 Ci, którzy nie chcą, ci, którzy nie chcą, ci, 
którzy nie chcą chwycić za broń!"

Lecz szeryf został. O tym śpiewa 

Zielonej prerii chłodny wiatr I szumią w 
borze stare drzewa,

I śpiewam ja, i śpiewam ja, i śpiewam ja 
— wędrowca brat.

Zgadnijcie teraz, co się stało?
Wszak tamtych trzech, on — jeden był!

A przecież wyszedł z tego cało,

Gdy tamtych trzech, gdy tamtych trzech, gdy tamtych 
trzech runęło w pył.

A gdy umilkły wreszcie strzały, 

Ludzie przybiegli, buchnął śmiech.

„Niech żyje szeryf nasz wspaniały! 

On jeden dzielny, on jeden dzielny, on 
jeden dzielny jest za trzech!"

Lecz szeryf odpiął srebrną gwiazdę
I cisnął ją na drogi pył,
Osiodłał konia do odjazdu.
„Nie będę z wami, nie będę z wami, nie będę z wami 
dłużej żył!"

background image

Już czas zakończyć tę legendę,
Opuszcza miasto szeryf-chwat
I tylko w pieśni istnieć będzie 
Tego   zdarzenia,   tego   zdarzenia, 
tego zdarzenia wieczny ślad.

Teraz i ja klaskałem, klaskał Karol i pani Gonzales, i jej 

małżonek, Inez i Bede.

— Dziękujemy — powiedziała seńora — to było piękne, 

lecz   wróćmy   do   spraw,   które   w   tej   chwili   muszą   nas 
interesować najbardziej. Powtórzę to, czego do
wiedziałam się od Indian. Proszę zostać — zwróciła się do 
Coylego   widząc,   że   wstaje.   Moje   wiadomości   mogą   się 
przydać i panu.

Na   początku   wysłuchałem   znanego   już   z   tłumaczenia 

Gonzalesa   fragmentu.   Dlatego   pomijam   tę   część.   Druga 
okazała   się   znacznie   ciekawsza.   Otóż,   stary   Indianin 
stwierdził,   że   na   poszukiwanie   skarbów   ukrytych   przez 
Quetzalcoatla wyruszyła przed wielu, wielu laty wyprawa w 
góry. Uczestniczyli w niej Indianie z południa, lecz wyprawą 
kierowali Kreole i cudzoziemcy.  Obozowali kilka dni nad 
rzeką wpadającą do jeziora i nabywali ryby od mieszkańców 
wsi.   Później   prosili   o   przewodnika,   obiecując   dobrze 
zapłacić.   Znalazło   się   wielu   chętnych,   którzy   jednak 
najpierw   chcieli   się   dowiedzieć,   dokąd   mają   wyprawę 
prowadzić.   Nie   uzyskali   wyraźnej   odpowiedzi.   Kreole 
wspomnieli   tylko,   że   pragną   zbadać   wnętrze   gór.   Lecz 
Indianie towarzyszący białym zdradzili, że chodzi tu o jakieś 
skarby   ukryte   przez   dawnych   władców   Meksyku.   Kiedy 
wiadomość   ta   rozniosła   się   wśród   mieszkańców   wioski, 
poczęto   szeptać   o   skarbach   Quetzalcoatla.   I   wówczas 
kandydaci   na   przewodników   odmówili   swych   usług.   Kto 
bowiem sięga po własność Quetzalcoatla, tego czeka śmierć.

— Mimo to, jak opowiadał starzec, znalazł się człowiek, 

którego   skusiła   wysokość   zapłaty,   i   ruszył   z   wyprawą. 
Sądzono, że nigdy nie wróci. Jednak zjawił się.

— Zapytałam — mówiła dalej seńora Concepcion — jak 

długo   trwała   nieobecność   przewodnika.   Niestety,   pojęcie 
czasu   jest   w   tych   stronach   dość   względne.   Podobno 
przewodnik wyruszył na wiosnę, a wrócił zimą.
Przybył   do   wsi   konno,   co   wzbudziło   w   mieszkańcach 
zrozumiałe poruszenie. Nikt z nich nie miał konia.
Oprócz   tego   przewodnik   przywiózł   mnóstwo   cennych 
przedmiotów:   aż   dwie   strzelby,   kilka   sztuk  poncho,   noże, 
szklane   paciorki,   futro   jaguara.   Nie   chciał   zwierzyć   się 
nikomu,   jak   udała   się   wyprawa.   Dopiero   później,   pod 
wpływem   aquardiente,   zdradził   tajemnicę   naszemu 
informatorowi.   Wyprawa   posługiwała   się   papierem,   na 
którym  widać było jakieś rysunki (oczywiście chodzi tu o 
mapę),   i   po   wielu,   wielu   dniach   dotarła   do   miejsca,   w 
którym  ukryto   skarby.  Przy ich podziale  doszło do  kłótni 
między cudzoziemcami i Kreolami, później do walki. Gdy 
kilku z nich poległo, towarzyszący wyprawie Indianie rzucili 
się na pozostałe blade twarze i pomordowali je. Jeden tylko 
człowiek zdołał uciec, lecz powrócił w nocy, by pijanym i 
śpiącym   czerwonoskórym   zabrać   broń   i   zmusić   ich   do 
ucieczki.   Co   stało   się   z   rzekomymi   skarbami,   tego   nie 
zdołałam   się   dowiedzieć.   Dodam,   że   to,   co   mówił   stary 

background image

rybak, różni się tylko w szczegółach od tego, co poprzednio 
dowiedziałam się od młodego rybaka. No cóż, żaden z nich 
przecież nie był naocznym świadkiem wydarzeń, o których 
opowiadał.

Umilkła na chwilę, po czym zapytała:

— Pamiętacie, seńores, naszą rozmowę w hacjendzie?
— Oczywiście — odparłem za wszystkich... — Jednak... 

— zawahałem się.

background image

— Proszę, niech pan mówi.
— Dostrzegam   sporo   niejasności.   Gdzie   się   podział 

indiański przewodnik wyprawy?

— Pytałam   o   to   samo.   Ten   stary   rybak   twierdzi,   że 

dosięgła   go   zemsta   Quetzalcoatla.   W   kilka   miesięcy   po 
powrocie wybrał się na ryby i utonął.

— Dobrze   —   zgodziłem   się.   —   Lecz   w   jaki   sposób 

przewodnik wrócił do wsi z dwiema strzelbami, skoro blada 
twarz zabrała Indianom wszystką broń?

— Jest   w   tym   na   pewno   jakaś   sprzeczność,   lecz   ten 

starzec   nie   potrafił   czy   też   nie   chciał   tej   sprzeczności 
wytłumaczyć.

— To jeszcze nie koniec moich wątpliwości. Dlaczego ci 

Kreole   i   cudzoziemcy   wynajęli   tu  przewodnika,   mając   ze 
sobą kilku Indian?

Uśmiechnęła się:

— Zbyt   wiele   pan   ode   mnie   wymaga.   Nie   wiem.   Być 

może tamci Indianie-Zapotecy nie znali tak dobrze gór, jak 
mieszkańcy wioski. Lecz chyba nie jest to ważne, lecz fakt, 
że opowieść obu rybaków  niewiele różni się od tej, którą 
zeznał księdzu umierający Zapotek. I dlatego twierdzę, że 
znajdujemy   się   na   właściwym   tropie?   To,   że   spotkaliśmy 
rybaków, stanowi szczęśliwy zbieg okoliczności.

— Zamierza pani nająć przewodnika? — zapytał Karol.
— Nie. Nawet gdybyśmy w dalszej drodze mieli trafić na 

trudności, lepsze to niż wtajemniczanie tych ludzi w nasze 
sprawy. Zbyt wielkie ryzyko.

— Więc oni nie wiedzą, co jest celem naszej wyprawy?
— Polowanie,   po   prostu   polowanie.   Tyle   im   powie-

działam.

— Seńora jest bardzo przewidująca — wtrącił się Coyle. 

— I słusznie była tak powściągliwa w mowie.

background image

W   przeciwnym   wypadku  nieco   lękałbym   się   tego... 
Quetzalcoatla.

Roześmieliśmy się, a pani Gonzales dodała:

— Gadulstwo   nigdy   nie   jest   cnotą   i   raczej   cechuje... 

kobiety,  lecz ja, gdy wdzieję męski  strój, zaraz zmieniam 
skórę.

— Dlatego   mnie   nieco   dziwi,   że   ci   rybacy   tak   łatwo 

zdradzili obcym swą tajemnicę. Znam nie od dziś Indian i 
wiem,   że   są   ostrożni   w   udzielaniu   informacji   nieznanym 
przybyszom -— zauważył Karol.

— Prawda   —   przyznała   —   chociaż   meksykańscy 

autochtoni   są   nieco   inni.   Długoletnie   rządy   Hiszpanów 
wywarły swój wpływ na starą ludność Meksyku. Znacznie 
silniejszy niż Anglicy na Indian północnoamerykańskich.

— Ciekawe stwierdzenie — mruknął Karol, ale tak, że go 

wszyscy usłyszeli.

— Nie zgadza się pan?
— Nie wiem, nie znam Meksyku.
— A   więc   różnica   polega   na   tym,   że   hiszpańscy   kon-

kwistadorzy nie przybyli tu, aby wieść żywot rolników, jak 
pierwsi   osadnicy   Ameryki   Północnej.   Tym   ostatnim 
potrzebna była tylko ziemia, tym pierwszym: ziemia i ludzie, 
którzy by ją uprawiali. Anglicy stopniowo wypierali Indian z 
najurodzajniejszych   terenów,   konkwistadorzy   szybko 
opanowali   cały   Meksyk,   czyniąc   z   ludności   tubylczej 
niewolników   pracujących   na   roli   dla   swych   panów.   Taka 
niewolnicza praca pokoleń musiała wywrzeć ujemny wpływ 
na   charakter   miejscowej   ludności.   Indianie 
północnoamerykańscy, cofając się na zachód, długo jeszcze 
korzystali z wolności i mogli prowadzić walkę do ostatka. Tu 
działo się inaczej. Wraz z podbiciem państwa Azteków przez 
Korteza złamany został wszelki opór.

Świetnie się pani orientuje w historii swej ojczyzny — 

powiedziałem   z   uznaniem.   —   Jeśli   jednak   woła   walki 
została złamana,  jak wytłumaczyć  oderwanie się Meksyku 
od Hiszpanii?

— Trafił pan w sedno, doktorze. Trzeba jednak wiedzieć, 

że   inicjatywa   uniezależnienia   się   od   Madrytu   wyszła   od 
Kreolów, podobnie jak inicjatywa uniezależnienia dawnych 
kolonii angielskich w Ameryce Północnej wyszła właśnie od 
samych Anglików. U nas pierwszym, który wystąpił przeciw 
Madrytowi,   był   ksiądz   Hidalgo,   Hiszpan.   Tej   samej 
narodowości   był   Franciszek   Ksawery  Mina.   Hiszpanem   z 
pochodzenia był Antonio Lopez de Santa Anna, przez długie 
lata   walczący   o   niezależność   tych   ziem.   Juarez   nie 
zwyciężyłby,   gdybyśmy   nie   wspierali   go   w   walce.   My, 
Kreole!   Tak   to   wygląda.   No...   zbyt   daleko   odbiegłam   od 
tego,   co   nas   w   tej   chwili   najbardziej   interesuje.   A   więc, 
uzyskałam   te   wszystkie   informacje   dzięki   temu,   że 
powiedziałam   młodemu   rybakowi,   iż   mój   daleki   krewny 
zginął w wyprawie w Sierra Mądre, i pytałam, czy czegoś o 
takiej wyprawie nie słynął. Reszty... dokonały cygara! I to 
wszystko.   Przewodnika   nie   weźmiemy,   powinny   nam 
wystarczyć mapy.

— Sprawa jest jasna — zabrał głos hacjender. — Chyba 

teraz   nikt   z   was   nie   wątpi,   seńores,   że   opowieść   o 
tajemniczej wyprawie była zgodna z prawdą.

background image

Nie wiem, co myśleli moi towarzysze, ja zgadzałem się z 

Gonzalesem.

Na tym zakończył się dzień. Udaliśmy się na spoczynek: 

obie panie do swego namiotu, mężczyźni do ognisk, gdzie 
umościli   sobie   posłania.   Jeden   Coyle   nie   mógł   nas 
naśladować   —   sprawował   obowiązki   dowódcy   nocnych 
straży,   pełnionych   kolejno   przez   vaquerów.   Bardzo   mi   to 
odpowiadało. Przyjemnie  spać od zmierzchu do świtu, nie 
przerywając snu na nocną wartę. Jednak swego winchestera 
położyłem   pod  ręką.   Karol   uczynił   podobnie,   a   nawet   — 
więcej.   Przebudziwszy   się   przypadkowo   w   pełni   nocy, 
dostrzegłem, jak krążył w pobliżu, tu i tam. Zagadnąłem go 
nazajutrz, czego szukał po nocy. Odparł, że sprawdzał, czy 
nasi wartownicy rzetelnie spełniają swe obowiązki.

Rankiem   rozstaliśmy   się   z   jeziorem   i   dotarli   do   ujścia 

wpadającej doń rzeki. To była górska rzeka, co się zowie! Z 
korytem   poprzegradzanym   kamiennymi   progami   z 
potężnych głazów, o które rozbijała się woda, pełna pian, 
wirów i szumiących bystrzyn. Ten widok potrafił zniechęcić 
największego   nawet   śmiałka   do   podejmowania   ryzyka 
przeprawy. Nam ani w głowie to było. Jechaliśmy brzegiem, 
obserwując   wznoszące   się   po  przeciwległej   stronie   koryta 
chaty wioski i grupę jej mieszkańców gapiących się na naszą 
karawanę.

Pochód otwierał Gonzales z małżonką i córką, później — 

ja,   Karol   i   Bede.   Za   nami   toczył   się   wóz,   a   kawalkadę 
zamykali vaquerzy z Coylem jako dowódcą.

Powolna to była wędrówka ze względu właśnie na wóz, 

wypełniony amunicją i żywnością, bo Gonzales przezornie 
zabezpieczył   się   w   żywność,   nie   licząc   zbytnio   na 
myśliwskie trofea. Nieudane polowanie poprzedniego ranka 
uzasadniało   jego   ostrożność.   Dodam,   że   sporo   miejsca   w 
wozie zajmowały poncha, futra, a nawet zapasowy namiot. 
Gdy   zagadnąłem   hacjendera,   po   co   zabrał   te   zbyteczne 
moim zdaniem bagaże, wyjaśnił, że zbliża się meksykańska 
zima   —   pora   deszczowa,   trwająca   od   czerwca   do 
października.   Nie   powoduje   to   wielkiego   spadku 
temperatury, lecz w górach, na dużych wysokościach, dają o 
sobie znać śnieg i mróz.

—   A   kto   wie   —   zauważył   hacjender   —   jak   wysoko 

przyjdzie   nam   zawędrować?   Przydadzą   się   wówczas   i 
podwójne derki, i namiot.

Tymczasem   jednak   nie   chłód,   lecz   nadmierny   skwar 

bardzo   nam   dokuczał.   Na   szczęście   posuwaliśmy   się 

ciągle   wzdłuż   rzeki.   Kryształowo   czystej   wody   do   picia  

nie 

brakowało,   a   z   kąpieli   korzystaliśmy   w   godzinach 

największego gorąca.

Szlak nasz nie był trudny — szeroka, trawiasta pła-

szczyzna   ograniczona   z   jednej   strony  korytem   wspo-

mnianej rzeki. Któregoś dnia drogę zwęził nam podłuż-

nie ciągnący się kanion o stromych ścianach i ginącym 

w   mroku   dnie.   Zdumiewające   były   jego   barwy!   Po-

przeczne, kolorowe pasy biegły jeden nad drugim, na 

przemian:   zielone,   żółte   i   różowe.   Nie   mogłem   oczu 

oderwać od tej tęczy, nie wymalowanej na niebie, lecz 

utrwalonej   w   ziemi.   Dopiero   Karol   fuknął   na   mnie, 

ostrzegając, że jeśli co krok będę kontemplował piękno, 

background image

nigdy nie dobrniemy do celu.

Tego   samego   dnia,   pod  wieczór,   Karol  i   Gonzales 

ustrzelili nad rzeką dwie antylopy. Nie przypuszczałem, 

że te typowe dla prerii północnoamerykańskiej zwierzę-

ta mogą zawędrować tak daleko na południe. Gonzales 

przyznał, że nigdy dotąd nie spotkał tych czworonogów 

na   ziemiach   Meksyku.   Mieliśmy   więc   wyjątkowe 

szczęście oraz... sporą ilość wybornego mięsa.

Antylopy — to moje „dobre znajome". Oglądałem je 

i podziwiałem niejeden raz. Wielokrotnie dźwigaliśmy 

upolowane   sztuki   razem   z   Karolem,   bo   ciężar   tych 

zwierząt jest niemały,  około 150 funtów, a wysokość 

sięga   5   stóp.   Cechą   charakterystyczną   antylop   prerii, 

zwanych również widłorogami (od rogów przypomina-

jących   widły),   jest   niezwykła   szybkość,   jaką   potrafią 

rozwijać,   bo   do   44   mil   na   godzinę.   Nie   dogoni   ich 

najściglejszy   nawet   wierzchowiec,   tym   bardziej   że 

antylopy   świetnie   skaczą,   swobodnie   pokonując 

nierówności gruntu. Na otwartej przestrzeni nie dają się 

ani zaskoczyć, ani dopędzić. Prawdopodobnie dlatego 

właśnie   nie   zostały   całkowicie   wytępione   przez 

człowieka.

Przy wieczornym ognisku podano nam na cynowych 

talerzach   płaty   antylopiej   pieczeni,   świetnie   przyrzą-

dzonej   przez   Gonzalesowego   kuchcika.   Muszę 

przyznać,   że   sposób,   w   jaki   hacjender   organizuje 

łowieckie  wyprawy,  ma  swe dobre strony.  Natomiast 

złe,   według   mego   przekonania,   polegają   na   tym,   że 

uczestnik   nie   może   korzystać   z   pełnej   swobody. 

Odczułem   to   niejeden   raz,   ponaglany   do   pośpiechu 

wtedy, gdy przychodziła mi chętka położyć się w cieniu 

drzew   i   obserwować   ptaki   krążące   po   niebie   lub 

wspaniałą,   barwną   roślinność   porastającą   stoki   coraz 

bliższych   gór.   Myślałem   o   swych   poprzednich 

myśliwskich wędrówkach z Karolem, podczas których 

nikt nas nie poganiał, a podróż przerywaliśmy tyle razy, 

ile razy nam się to spodobało. Teraz musiałem trzymać 

się „regulaminu" wyznaczonego przez Gonzalesa.

background image

Wolno, lecz nieprzerwanie posuwaliśmy się w głąb 

Sierra Mądre i ciągle towarzyszyła nam spieniona rze-

ka, tworząc granicę nie do przebycia. Droga nadal była 

wygodna.   Zastanawiałem   się   jednak,   co   poczniemy, 

gdy   szlak   zwęzi   się   do   szerokości   ścieżki.   Seńora 

Concepcion   nie   obawiała   się   tego,   twierdziła,   że   ci, 

którzy   przed   wielu   laty   posuwali   się   w   tym   samym 

kierunku, jechali konno, z czego wynika, że trasa musi 

być dość szeroka. Następne dni potwierdziły prawdę jej 

słów. Droga, zamiast się zwężać, jeszcze się poszerzyła, 

bo zagubił się ograniczający ją kanion, a jego miejsce 

zajął łagodny stok, od pewnej wysokości porosły lasem. 

Na   którymś   z   postojów   hacjender   poprowadził   mnie 

nieco w górę, pokazując poszczególne gatunki drzew: 

modrzewie, cyprysy, mahonie.

— Im wyżej, tym mniejsza różnorodność. Później na-

potykać będziemy już tylko sosny i świerki. Te góry, 

doktorze,   to  przekrój   wszystkich   klimatów   świata.   U 

podnóża kwitną cytryny, wierzchołki pokrywa śnieg i 

lód.

Następnego dnia dotarliśmy do dziwnej polanki. Pi-

szę: dziwnej, ponieważ miała zdumiewająco regularny 

kształt koła. Z lewej strony ograniczało ją wzniesienie 

porosłe  starodrzewem,  z prawej  — rzeka.  Naprzeciw 

dźwigała   się   dziwacznych   kształtów   samotna   skała, 

rozdzielająca prostą dotąd drogę na dwie części: prawą 

—   wiodącą   nadal   wzdłuż   koryta   rzeki,   lewą   — 

zagłębiającą się wąwozem w górskie zbocze.

.Zatrzymaliśmy się, chociaż daleko jeszcze było do 

końca dnia. Należało bowiem zastanowić się nad wybo-

rem dalszej trasy. Seńora Concepcion wydobyła z wozu 

plik map. Rozłożyliśmy je w cieniu drzew, na ziemi, a 

nasza przewodniczka poczęła ołówkiem i cyrklem od-

mierzać  przebytą  drogę. Spoglądaliśmy  na to  w mil-

czeniu:   hacjender,  Bede  i ja. Natomiast  Karol  zabrał 

długą broń i ruszył  w głąb wąwozu, wyjaśniając  nam,  że 
spróbuje tylko „coś ustrzelić" i wkrótce wróci.

Łagodny  wietrzyk   spadał   z   wysoczyzn,   szeleścił   papier 

porozkładanych map. Kilka kroków od nas konie szczypały 
trawę, vaquerzy rozmawiali półgłosem.

— Według   moich   obliczeń   —   powiedziała   seńora   — 

znajdujemy   się   bardzo   blisko   pierwszego   z   tych   tajem-
niczych znaków widocznych na pańskiej mapie, doktorze.

— Ba — wtrącił się hacjender — gdybyśmy  wiedzieli, 

czego szukać?  Bo mogło się zdarzyć,  że mamy  już  to za 
sobą.

— Lecz   przecież   —   zauważyłem   —   znak   musiał   być 

zrobiony wyraźnie, tak aby go nie przeoczyć.

— Zapewne, zapewne — zgodził się Gonzales — ale ile 

już lat minęło od tamtych dni? Przez cały ten czas przyroda 
na   pewno   nie   pracowała   nad   polepszeniem   oznakowania, 
raczej je zatarła.

Nic na to nie odrzekłem, racja była po stronie Gonzalesa. I 

oto nowy kłopot!

— Nie   możemy   dalej   ruszać   bez   odszukania   znaku   — 

powiedziała seńora. — Trzeba dokładnie sprawdzić kawałek 
drogi za nami i kawałek przed nami.

background image

Na   szczęście   nie   doszło   do   tak   żmudnych   poszukiwań. 

Ledwie zdążyliśmy wstać, ukazał się Karol.

— Już z polowania? — zdziwiłem się. — Nie znalazłeś 

zwierzyny?

— Znalazłem coś lepszego, jeśli się nie mylę. Chodźcie 

ze mną, sami ocenicie.

— Nie bądź taki tajemniczy. Odkryłeś skarby?
— Nie, lecz być może coś, co do nich prowadzi.
— Oznakowanie?! — wykrzyknął hacjender.
— Na to wygląda.
Łatwo   sobie   wyobrazić,   z   jaką   niecierpliwością   po-

dążyliśmy za Karolem.

background image

Po   przejściu   kilkudziesięciu   jardów   ujrzeliśmy   w   głębi 

wąwozu,   usytuowany   na   samym   środku   drogi,   regularny 
kopczyk   z   kamieni,   zarosły  zielskiem  i   nieco  przysypany 
ziemią.

— I   co   wy   na   to?   —   zagadnął   mój   przyjaciel   nieco 

chełpliwie.

To jest dzieło rąk ludzkich — stwierdził Gonzales — 

drogowskaz, którego szukamy. A ty, co sądzisz o tym? — 
zwrócił się do żony.

To samo — odparła. — Nasz trójkącik z mapy albo... 

zdumiewający zbieg okoliczności. Tych kamieni na pewno 
nie przyniosła tu woda ani nie spadły ze zbocza, a ponieważ 
nie wierzę, aby jakaś jeszcze druga ekspedycja posuwała się 
tędy przed nami,  ten drogowskaz został wzniesiony przez 
posiadaczy   pańskiej   mapy,   doktorze.   Możemy   sobie 
pogratulować. A więc... szybko w drogę! 

— Czy nie warto zbadać wnętrza tego kopca? — zapytał 

hacjender. — Może coś tam ukryto, jakieś wskazówki...

— Wątpię.   Wyprawy   odkrywcze   istotnie   niekiedy 

pozostawiają zapiski ukryte w oznaczonych miejscach, lecz 
w tym wypadku... Zresztą... poszukajmy.

Zabraliśmy się we czwórkę do roboty. Kamienie nie były 

wielkie   i   wkrótce   oczyściliśmy   z   nich   cały   krąg,   ale   nie 
znaleźliśmy nic.

Po   kwadransie   wjechaliśmy   do   wąwozu,   którego   dno 

dźwigało   się   powoli,   aż   wyprowadziło   nas   na   trawiastą 
płaszczyznę, i znowu ujrzeliśmy rzekę płynącą na prawo od 
nas.

Po   dwu   dalszych   dniach   wędrówki   ukazał   się   naszym 

oczom   drugi,   podobny   do   poprzedniego   kamienny   dro-
gowskaz, ustawiony w bardzo odpowiednim miejscu, tam 
gdzie do rzeki wpadał górski strumień. Tu naturalna droga 
rozdzielała się. Jedno jej ramię biegło nadal brzegiem rzeki, 
drugie   towarzyszyło   strumieniowi.   Otóż   właśnie   nad 
strumieniem odkryliśmy kamienny wzgórek.

Te   znaki   nagle   wzbudziły   we   mnie   wątpliwość:   czy 

rzeczywiście   wznieśli   je   uczestnicy   wyprawy,   która   tak 
tragicznie   została   zakończona?   Bo   w   jakim   celu?   Dla 
wytyczenia drogi powrotu? Wskazania właściwej trasy dla 
następnej   wyprawy?   Lecz   po   co   mieliby   tu   ponownie 
wyruszać i czy przewidywali kolejną ekspedycję? A poza 
tym rozporządzali niezłą mapą...

Podzieliłem   się   swymi   wątpliwościami   z   otoczeniem 

podczas   najbliższego   wieczornego   ogniska.   Byli   zasko-
czeni.

— Chyba te znaki ustawiono dopiero w drodze powrotnej 

— zauważył Bede.

— Nie   było   drogi   powrotnej   —   zaprotestowałem.   — 

Przecież wyprawa została rozbita, a nie sposób przypuścić, 
aby   kamienne   znaki   ustawiali   wracający   do   swych 
rodzinnych stron Indianie lub samotny biały człowiek, który 
tych Indian przepędził.

Słusznie, doktorze — zauważyła pani Concepcion. — 

Zaiste, dał nam pan zagadkę do rozwiązania.

— Myślę, że ją rozwiązałem — stwierdziłem skromnie.
— Słuchamy, słuchamy! —wykrzyknął Gonzales.
— Otóż... wydaje mi się, że znaki zarówno na mapie, jak 

background image

i na ziemi nie zostały zrobione przez tych, którzy szukali 
„skarbów".

— A przez kogo? — zainteresował się Bede.
— Przez   tych,   którzy   „skarb"   ukryli   —   obwieściłem 

triumfalnie.

— Z   tego   wynika,   że   przed   nami   ciągnęły   tędy   dwie 

wyprawy, a nie jedna — powiedziała seńora.

Właśnie   tak   —   przytwierdziłem.   —   Pierwsza   wy-

prawa zakopała gdzieś w górach nie znane nam przedmioty, 
zaznaczyła   ich   miejsce   ukrycia   i   drogę   doń   wiodącą, 
zarówno na mapie, jak i w terenie. Później — tak sądzę — 
mapa dostała się w inne ręce i druga ekspedycja ruszyła po 
śladach pierwszej.

— A może to ta sama? — wyraził wątpliwość Karol.
— Nie   wygląda   na   to   —   odparłem.   —   Nie   szukaliby 

przecież przewodników.

— Doktorze!   —   wykrzyknął   hacjender.   —   Pan   jest 

genialny.  Nikt z nas nie wpadł na taki pomysł.  Sądzę, że 
mapa,   którą   pan   nabył,   jest   znacznie   starsza,   niż 
przypuszczaliśmy.

Nie mapa — zaprzeczyła seńora — lecz znaki na niej 

narysowane.   Może   zresztą   nie   o   wiele   starsze.   Jedną 
wyprawę od drugiej mogły dzielić lata, lecz mogły również 
dzielić tylko miesiące. 

— Lecz kto zorganizował pierwszą wyprawę? — zapytał 

Karol. — Nie słyszała pani o niej?

— Nigdy — stwierdziła. — Nie spotkałam najmniejszej 

nawet wzmianki.

— Przecież   to   zrozumiałe   —   wtrąciłem.   —   Ci,   którzy 

chcieli   ukryć   cenne   najprawdopodobniej   przedmioty, 
musieli działać w najgłębszej tajemnicy.

— Lecz   czemu   nie   powrócili   do   swego   schowka?   — 

odezwał się Gonzales.

— Może czas jeszcze nie nadszedł, a może tamci ludzie 

zginęli? — odparła seńora Concepcion. — Któż odgadnie?

Rankiem   ruszyliśmy   nową   drogą,   znacznie   mniej   wy-

godną   od   poprzedniej.   Stosunkowo   wąskie   wybrzeże 
strumienia   po   przebyciu   niecałej   mili   zamieniło   się   w 
wąwóz:   z   prawej   i   z   lewej   strony   wyrosły   porośnięte 
krzakami,   gdzieniegdzie   drzewami   zbocza,   a   strumień 
znalazł się prawie w środku wąwozu, płynąc między dwiema 
wąskimi, pokrytymi żwirem plażami.

— Miejmy nadzieję — zauważył hacjender, gdy 
zagłębiliśmy się w gardziel tej cieśniny — że ten wąwóz 
wkrótce się skończy i to zanim spadnie pierwszy deszcz, 
bo deszcze tutaj jak wodospady. Kiepsko będziemy wy-
glądać, gdy zaskoczy nas ulewa.

Lecz niebo było pogodne i nic nie wróżyło zmiany. Za to 

ziemia   spłatała   nam   psikusa.   Wieczorem   zagrodziła   nam 
drogę   nieprzewidziana   przeszkoda.   Dostrzegliśmy   ją   w 
półmroku   jako   brązowy   wał   ziemi,   korzeni,   pni   i   gałęzi. 
Ciągnęła się w poprzek wąwozu, od ściany do ściany. Co za 
szczęście, że strumień zdołał utorować sobie przepływ pod 
spodem usypiska, w przeciwnym wypadku po tamtej stronie 
barykady   powstałoby  jezioro   grożące   nam   zatopieniem   w 
wypadku przerwania tamy.

Ponieważ ściemniało się coraz bardziej, postanowiliśmy 

background image

zanocować, a dopiero rankiem dokładniej zbadać sytuację. 
Na pierwszy rzut oka zabrnęliśmy w pułapkę bez wyjścia.

background image

Kurara

W   niezbyt   wesołych   nastrojach   powitaliśmy   ranek,   na 

szczęście   słoneczny,   nie   zapowiadający   deszczu.   Tego   by 
jeszcze brakowało!

Ziemny wał w świetle dnia nie przedstawiał się tak groźnie, 

jak   wczoraj,   jednak   jego   wysokość   sięgała   kilkunastu   stóp. 
Skąd   runęły   te   zwały   gruntu,   nie   mogliśmy   odgadnąć, 
ponieważ   ściany   wąwozu   były   nie   tknięte.   Dopiero   gdy 
wspięliśmy się na barykadę,  ujrzałem po przeciwnej stronie 
zupełnie   zrujnowane,   nagie   zbocze.   To   z   niego   właśnie 
obsunęła się ziemia wraz ze wszystkim, co na niej rosło.

Strumień jednak nie wyżłobił sobie odpowiednio szerokiego 

koryta pod tamą i tylko część jego wody przepływała. Reszta 
gromadziła  się przed nasypem.  Na oko wyglądało,  że sięga 
prawie dwu stóp wysokości, zalewając całe dno wąwozu.

— Co   robimy?   —   zapytałem   Gonzalesa.   —   Szukamy 

nowej drogi?

— A   cóż   innego   nam   pozostało?   —   wtrącił   się   Bede 

stojący obok mnie na szczycie barykady.

Nie wiem — odparł hacjender. — Chodźcie, seńores, do 

mojej  żony,  może  ona nam wyjaśni, czy da się ominąć  ten 
wąwóz.

Zeszliśmy.   Przed   namiotem   pani   Gonzales   klęczała   nad 

rozłożonymi  mapami.  Uklękliśmy obok i cierpliwie czekali. 
Trwało to dość długo. Na koniec seńora wyprostowała się i 
spojrzała na męża.

— I co powiesz, moja droga?
— Niestety,   nic   pewnego.   Należy   cofnąć   się   do   roz-

gałęzienia, a później posuwać wzdłuż rzeki. Jak długo? Ba, 
tego nie wiem. Oczywiście, że do pierwszej doliny skręcającej 
w lewo, lecz czy w takiej dolinie zmieści się nasz wóz, tego 
nie potrafię z mapy odczytać.

— Brzmi   to   niezbyt   pocieszająco   —   zafrasował   się 

hacjender. — Chodźmy raz jeszcze obejrzeć barykadę.

Wróciliśmy.   Gonzales   wdrapał   się   na   grzbiet   nasypu. 

Dreptał po nim tam i z powrotem, uderzał butem w ziemię, 
wreszcie znieruchomiał i zwrócił się do nas oczekujących na 
dole wyniku tych niezrozumiałych badań.

— Czy może zauważyliście, seńores, jakieś wielkie głazy 

tkwiące w nasypie?

Zgodnie z prawdą stwierdziliśmy, że żadnych kamieni nie 

widzimy,   lecz   Karol   natychmiast   dodał,   że   mogą   one 
znajdować się na spodzie, przysypane ziemią.

— Proponuję przekonać się, jak to wygląda — zdecydował 

hacjender.

— O czym pan myśli? — zdziwiłem się.
— O przekopaniu tej zawalidrogi.
— Czym?! — wykrzyknął Bede. — Rękami?
Zabrzmiało  to  nieco  ironicznie,   lecz   Gonzales  nie 
zwrócił na to uwagi.

— Rękami — odparł- — lecz uzbrojonymi w kilofy, łopaty 

i   piły.   Wszystkie   te   narzędzia   znajdują   się   w   wozie. 

background image

Odrzucimy ziemię, a grubsze pnie potniemy na kawałki. To 
nie będzie zbyt trudne.

— Pan   jest   nadzwyczajny   —   stwierdziłem   szczerze.— 

Mnie nie przyszłoby do głowy wozić tak ciężkiego sprzętu.

Uśmiechnął się z zadowoleniem.

— Ba, doktorze, gdy się człowiek wybiera w dzikie strony, 
powinien być przygotowany na najgorsze i zaopatrzony w 
środki do pokonywania przeszkód. Sądzę, że w dwa, trzy 
dni zdołamy usunąć z tej barykady tyle ziemi, że wóz 
przejedzie. Lepsze to od błądzenia po górach, nie wiadomo 
jak długo. A teraz, seńores, do roboty. Podzielimy się na 
grupy, aby bez przerwy pracować. Przyda się każda para 
rąk.

Po   takim   wezwaniu   nie   pozostało   nam   nic   innego,   jak 

zastosować się do propozycji hacjendera.

Odtąd,   na   przemian,   my   wszyscy,   z   wyjątkiem   pań   i 

kucharza, staliśmy się ludźmi łopat, kilofów i ciesielskich pił. 
Robota była ciężka, zwłaszcza dla mnie, niezbyt przywykłego 
do tego rodzaju wysiłku. Bede, jak zauważyłem, również nie 
był  zachwycony,  lecz nawet nie mruknął, gdy po usunięciu 
wierzchniej warstwy ziemi i krzaków musiał kilof zamienić na 
piłę i w pocie czoła ciąć potężne pnie powalonych drzew.

Po jednym tylko dniu takiej pracy, przerwanej na krótko w 

porze południowego posiłku, zebraliśmy się przy wieczornym 
ognisku, marząc tylko o śnie, bo nawet nie czuliśmy głodu. W 
takiej sytuacji nieco ponuro było przy ogniu, a próby obu pań 
rozweselenia nas opowiadaniem zabawnych historyjek spełzły 
na niczym.

Wieczór następny wypadł podobnie, a rankiem sądziłem, że 

nie dźwignę się z posłania, tak bardzo bolały mnie mięśnie 
nóg, rąk i pleców. Jednak przemogłem się, później ból ustąpił.

Wspólny wysiłek dał oczekiwany rezultat. Już w południe 

trzeciego dnia ziemia została przekopana, przetarte piłami pnie 
odsunięte i powstał przejazd dostatecznie szeroki, by zmieścił 
się   w   nim   nasz   wóz.   Lustro   wody   gromadzącej   się   po 
przeciwnej   stronie   nasypu   natychmiast   obniżyło   się,   droga 
stanęła otworem. Lecz nie ruszyliśmy tego dnia. Wszyscy byli 
zbyt   zmęczeni.   Nawet   kilka   godzin   leniwego   odpoczynku 
(spacerować nie było gdzie, a drapać się po stromych ścianach 
wąwozu   —   nikomu   się   nie   chciało)   nie   przywróciło   nam 
pełnej   sprawności   fizycznej.   Dlatego   też   znowu   przy 
wieczornym   ognisku   panowało   rzadko   przerywane   pół-
słówkami   milczenie.   Pani   Concepcion   zapragnęła   widać 
ożywić smętną biesiadę.

— No — powiedziała — skoro milczycie jak zaklęci, ja się 

postaram urozmaicić dzisiejszy wieczór. Kto z was, poza tobą, 
Pedro   —   zwróciła   się   do   męża   —   i   po   za   Inez,   słyszał   o 
Hiawacie?

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, odezwał się Karol:

— Hiawatha, wódz Irokezów, w czasach, gdy jeszcze nie 

istniały   Stany   Zjednoczone,   utworzył   federację   złożoną   z 
plemion Mohawków, Onsida, Onondaga, Kahuga i Seneka.

Karol mnie zaskoczył, a przecież powinienem pamiętać, że 

nie   był   przeciętnym   traperem   znającym   tylko   futra,   sidła   i 
celną broń. W latach swej  młodości  — i później  — czytał 
bardzo   wiele,   a   wówczas   gdy   go   poznałem,   zadziwił 
znajomością indiańskich problemów.

background image

— A   kto   z   was   zna   „Pieśń   o   Hiawacie"?   —   zapytała 

powtórnie seńora.

Ponieważ nikt nie odpowiedział, odezwałem się ja:

To poemat Longfellowa.

— Czytał go pan, doktorze?
— Nie — stwierdziłem z lekkim wstydem. — Wiem tylko, 

iż   jest   to   poemat   oparty   na   legendach   Indian   pół-
nocnoamerykańskich.

Prawda   —   potwierdziła.   —   Widzę,   że   się   bardzo 

nudzicie, seńores, więc spróbuję wam powtórzyć fragment 
tego poematu, opowiadający o tym, jak powstała pierwsza 
fajka pokoju. Kogo to nie ciekawi, może nie słuchać — 
dodała żartobliwie. — Nie obrażę się. Rzecz jasna, nikt z 
nas nie ruszył się z miejsca.

Śród skalistych wierchów prerii,

 Na Czerwonym Kamionisku, 

Gdzie się Głaz Fajkowy  wznosi, 

Gicze Manito potężny, 

Władca życia, stał wysoko 

Na czerwonej turni stromej I 

przyzywał szczepy bliźnie, 

Bratnie ludy przywoływał.

Spod stóp jego biegła rzeka 

I wpływała w blask poranka,

I jaśniała nad przepaścią, 

Jak kometa Iszkudaha.

Nad doliną nachylony, 

Wielki duch wyznaczył palcem

Krętą drogę lśniącej rzece I 

powiedział: 

„Tędy tobie".I ułamał z rudej 

skały

Wystający kawał głazu Ręką ugniótł i 

ulepił 
Cybuch fajki starodawnej, 
Przyozdobił go wzorzyście, 
Potem z rzeki wyrwał trzcinę,
Długą trzcinę wód przybrzeżnych, 
Ciemnym liściem obrośniętą.

Wprawił trzcinę w palenisko 

I napełnił cybuch korą, 

Korą wierzby pokruszoną,

background image

Tchnął potężnie w puszczę bliską 

I rozżarzył swym oddechem 

Rozłożyste drzew konary, 

Aż zajęły się płomieniem.

Tak, śród szczytów gór ogromnych

Stojąc sam, wyprostowany,

Gicze Manito potężny

Skalną fajkę swą zapalił,

Fajkę Zgody i Pokoju,

Bliźnim szczepom dając hasło". 

— No, i jak wam się to podoba? — zapytała seńora.
Odpowiedzieliśmy oklaskami. Był to nasz drugi — jak to 
określił żartobliwie Gonzales — wieczór literacki przy 
ognisku.

Nazajutrz dzień wstał szary, nie rozświetlony ani jednym 

promykiem   słońca.   Zatroskany   hacjender   co   chwila 
spoglądał w niebo pokryte chmurami i poganiał wszystkich 
do   zwijania   obozowiska.   Ruszyliśmy   wąwozem,   którego 
końca nie było widać, i pełni niepokoju, czy aby burza nie 
zaskoczy nas tutaj, a wezbrany strumień nie zatopi ludzi i 
zwierząt.

— Burza wisi w powietrzu — zwierzył mi się hacjender. 

—   Oj,   żeby   nie   wynikła   z   tego   bieda.   Ten   wąwóz   to 
prawdziwa   pułapka.   Wyobraża   pan   sobie,   co   będzie   się 
działo,   jak   lunie?   Żeby   chociaż   dotrzeć   do   miejsca,   w 
którym zbocza są mniej strome.

Marzenie Gonzalesa nie spełniało się, lecz deszcz również 

nie padał, chociaż opona chmur gęstniała i z ranka uczyniła 
wieczorny zmierzch. Dlatego w wąwozie, o grzbietach ścian 
porośniętych borem, panowała prawie nocna ciemność. Na 
szczęście   droga   była   równa,   pokryta   jedynie   drobnym 
żwirem.

Przekład Juliana Tuwima. Z książki  pt. „Poeci  języka  angiel-

skiego" — wybór i opracowanie: Henryk Krzeczkowski, Jerzy S. 

Sito, Juliusz Żuławski, PIW 1971.

background image

Tak upłynęły ze trzy chyba godziny, po których pierwsza 

błyskawica   rozświetliła   mrok,   oślepiając   na   kilka   sekund 
ludzi   i   zwierzęta.   Po   czym   uczyniło   się   jeszcze   bardziej 
ciemno i jeszcze bardziej cicho. W tej ciszy słychać  było 
tylko   uderzenia   podków   w   kamyki   i   przytłumiony   turkot 
wozu. Na koniec gdzieś z głębin i z wysokości gór nadpłynął 
głos   grzmotu.   Przeciągły,   huczący,   zakończony 
grzechotliwym   dźwiękiem,   podobnym   do   tego,   jaki 
wywołuje skalna lawina.

—- Nieźle się zaczyna — zauważył Gonzales. — Ale to 

jeszcze daleko. Popędzajmy konie, może wreszcie skończy 
się ten piekielny wąwóz.

Zwiększyliśmy tempo jazdy,  lecz nadal mizerna to była 

szybkość   —   wyładowany   wóz   stanowił   poważną 
przeszkodę. Po kilku minutach znowu pojaśniało, lecz tym 
razem przerwa między błyskiem a grzmotem była krótsza. I 
tak odtąd powtarzały się światła i głosy nieba, aż zerwał się 
wiatr i uderzył nas w plecy z taką siłą, że pochyliliśmy się na 
siodłach, a wierzchowce stuliły uszy i zachrapały. Węzizną 
wąwozu   strumień   powietrza   przemknął   z   prędkością 
huraganu,   później   wróciła   cisza   i   powietrze   zastygło   w 
bezruchu. Na krótko jednak. Nastąpiło drugie uderzenie, a 
równocześnie   góry   i   doliny,   dno   wąwozu,   jego   zbocza   i 
grzbiety gęste od drzew ukazały się nagle naszym oczom z 
przeraźliwą dokładnością. Trójpalczasta błyskawica spadła z 
czarnego   nieba,   a   po   szczytach   i   nizinach   przewalił   się 
dudniący głos gromu. Poczułem na policzkach i na dłoniach 
pierwsze krople wilgoci.

-— Kiedyż się skończy ten wąwóz? — jęknął hacjender, 

gdy dudnienie umilkło.

— Chyba zbocza maleją — odparłem.
— Tak pan...
Reszty nie usłyszałem. Huknęło gdzieś bardzo blisko,

background image

może w trzy sekundy po błyskawicy. Znowu spadły ciężkie 
krople. Gonzales zatrzymał wierzchowca.

— Co takiego?! — zawołałem podjeżdżając.
Wskazał dłonią na lewą ścianę. To już nie było pionowe 

zbocze   towarzyszące   nam   nieprzerwanie   od   chwili 
rozwidlenia   się   dróg.   Tutaj,   w   wyniku   erozji,   zmyte   były 
wszystkie  wystające   fragmenty ściany,   ba  —  ścięty  został 
stromy grzbiet i dzięki temu utworzyła się lekko spadzista 
płaszczyzna,   wznosząca   się   łagodnie   od   dna   wąwozu   po 
gąszcz leśny rosnący na górze.

— Chce pan tędy wjechać? 
Skinął głową.
— Konie nie uciągną wozu — zauważyłem.
— Muszą!   To   poważna   sprawa,   doktorze.   Ja   znam 

tutejsze deszcze. Wąwóz zostanie zalany.

Seńora Concepcion, a wraz z nią reszta naszej gromadki, 

zrównała się z nami. Hacjender wyjaśnił sytuację.

— Z koni! — rozkazał. — Prowadźcie zwierzęta, mocno 

trzymając za uzdy. Szybko, szybko!

Spełniliśmy polecenie. Wbrew pozorom podejście nie było 

łatwe.   Trzymałem   swego   wierzchowca   tuż   przy   pysku   i 
ledwie doprowadziłem' go między pierwsze drzewa, tak mi 
się wyrywał  i trwożył  czując pod kopytami  usuwającą się 
ziemię. Inni z nie mniejszym trudem wypełnili to zadanie. 
Jednak obeszło się bez wypadku.

Wyprowadziwszy   wierzchowce   zbiegliśmy   na   dół,   by 

pomóc wciągać wóz. To było trudniejsze zadanie, nie tylko 
dlatego, że wehikuł stanowił tak wielki ciężar, lecz także z 
tej   przyczyny,   że   zbocze   rozdeptały   już   kopyta   dwunastu 
koni.   Ustawiliśmy   się   z   tyłu   wozu,   z   boków   vaquerzy 
chwycili za szprychy kół, woźnica krzyknął i smagnął batem 
zaprzęg. Pojazd ruszył gwałtownie, lecz co chwila grzązł w 
sypkim piachu zbocza, nie przejechawszy nawet połowy jego 
długości.  Dwu  ludzi   podskoczyło  do  koni,  chwyciło  je  za 
uździenice, reszta podparła ramionami wóz i pchała co sił. 
Wolno, wolniutko, dysząc z wysiłku, pokonywaliśmy krok 
po   kroku   wzniesienie.   Gdy   dosięgliśmy   górnej   krawędzi 
zbocza i wóz wtoczono między drzewa, runąłem bezwładnie 
pod najbliższy pień, niezdolny do jakiegokolwiek wysiłku. 
Jednak nie dane mi było długo w ten sposób odpoczywać. 
Bowiem   bez   żadnego   znaku   ostrzegawczego   nagle   lunął 
gwałtowny deszcz. Zaszumiało w gałęziach drzew, a później 
istny wodospad zwalił się na ziemię.

Zerwałem   się   i   pobiegłem   do   wozu,   wskoczyłem   pod 

budę, gdzie na pakunkach i stosach derek już usadowiła się 
nasza   gromadka:   dziewięć   osób,   wliczając   w   to   woźnicę, 
kuchcika  i służącego Gonzalesa.  Było   niemożliwie   ciasno, 
ale   za   to   sucho.   Deszcz   grzmocił   w   płócienną   budę, 
oślepiające błyskawice migotały w szparach, gromy biły raz 
dalej,   raz   bliżej,   aż   w   uszach   dzwoniło.   Gonzales   założył 
poncho i wygramolił się z wozu.

— Pójdę   sprawdzić,   jak   sobie   radę   dają   vaquerzy   — 

wyjaśnił znikając w ciemnościach i w szumie ulewy.

Wrócił dopiero po kilkunastu minutach, ociekający wodą 

jak topielec, jednak okazało się, że zmokło tylko poncho, bo 
gdy je zrzucił, ubranie miał suche.

— Co z ludźmi? — zapytała seńora.

background image

— Radzą   sobie,   jak   mogą.   Popętali   konie   i   siedzą   pod 

drzewami.   Są   głodni.   Wydobądźcie   zapasy,   zaraz   tu   się 
zjawią.

Kuchcik zdołał wydobyć ze skrzynek i blaszanek pszenne 

suchary   i   plastry   wędzonego   boczku.   Coyle,   wyglądający 
niczym przysłowiowa zmokła kura, wsunął ociekający wodą 
kapelusz   i   mokre   dłonie   do   wnętrza   wozu,   aby   otrzymać 
porcję   dla   vaquerów.   Na   dokładkę   dostał   butelkę   whisky. 
Nas,   stłoczonych   pod   budą,   poczęstowano   tym   samym. 
Smętna  była  ta zimna  kolacja, lecz jeszcze smętniejsza — 
zimna noc, która po niej nastąpiła.

Deszcz   nie   ustawał,   chłód   coraz   mocniej   dawał   się   we 

znaki. Założyliśmy poncha z grubego sukna, lecz cóż z tego, 
gdy   ścisk   nie   pozwolił   nawet   na   wyprostowanie   nóg. 
Zasypiałem   i   budziłem   się   parokrotnie,   za   każdym   razem 
słysząc szum ulewy. Dopiero nad ranem przestało padać, ale 
niebo pozostało pochmurne.

Wyszliśmy   z   wozu   niewyspani   i   markotni.   Naszą 

markotność   pogłębiły   nieudane   próby   rozpalenia   ogniska. 
Błoto   chlupało   pod   butami,   leżące   na   ziemi   gałęzie   tak 
nasiąkły wilgocią, że kuchcik, a później Coyle tylko napsuli 
mnóstwo zapałek i papieru usiłując wzbudzić płomień.

Poszedłem   spacerkiem   nad   wąwóz.   Jakże   inny   widok 

przedstawiał niż poprzedniego dnia! Od ściany do ściany, po 
same krawędzie wypełniała go brudna, mętna woda, płynąca 
w dół leniwym nurtem. Nie mogłem pojąć przyczyny tego 
zjawiska, wyjaśnił mi je dopiero Gonzales.

—   Prosta   sprawa,   doktorze.   Gdzieś   tam   obsunęło   się 

zbocze. Wezbrany strumień i deszcz zrobiły swoje. Nauczka 
dla nas na przyszłość: nie korzystać z żadnych wąwozów.

Tego dnia nie ruszyliśmy dalej. Droga była zbyt rozmokła, 

a że wiodła skrajem, tuż nad wąwozem, istniała uzasadniona 
obawa, że ciężki wóz może się zsunąć do wody.

Koło południa na krótko zaświeciło słońce, lecz nadal było 

chłodno. Jakże więc uradowali się wszyscy, gdy wspólnym 
wysiłkiem Gonzalesa i Karola zapłonęły dwa stosy gałęzi. 
Co   prawda,   więcej   dawały  dymu   niż   ognia,   jednak   nieco 
ciepła padło i na nasze zmarznięte postacie. Najważniejsze 
przecież   było   to,   że   zagotowano   wodę   i   każdy   otrzymał 
kubek wrzącej kawy.  Ogień pod trzymywaliśmy cały czas, 
równocześnie susząc wokół niego następne porcje paliwa. W 
ten  sposób udało  się  nam zgromadzić   przed  zapadnięciem 
zmroku   tyle   suszu,   że   nawet   z   części   tego   zapasu 
sporządziliśmy  posłania,   bo ziemia   nadal   była   wilgotna,   a 
nocleg   na   błocie   —   ani   przyjemny,   ani   bezpieczny.   Z 
konarów   i   gałęzi   jedliny   vaquerzy   ustawili   wokół   ognisk 
prymitywne  szałasy,  skupiające w swych wnętrzach ciepło 
ognia i mające chronić przed deszczem. Na szczęście deszcz 
nie spadł, a ja spałem jak suseł w zimowej norze.

Rankiem   wszystko   się   odmieniło.   Z   chmur   na   niebie 

pozostały tylko drobne obłoczki, słońce błyszczało, a mokra 
ziemia   parowała.   W   dwie   godziny   później   ruszyliśmy 
szlakiem   wiodącym   wzdłuż   wąwozu.   Woda   w   nim   nieco 
opadła, jednak nie odkryła dna.

Od   miejsca   naszego   nieudanego   noclegu   droga   poczęła 

coraz  wyraźniej   wznosić  się,  a.  równocześnie  obniżały się 
ściany   wąwozu-rzeki,   aż   na   koniec   ujrzeliśmy   już   tylko 

background image

strumień   huczący   po   głazach   i   dalej   —   z   pół   mili   — 
wodospad   tryskający   z   podnóża   wyniosłej   skały.   To   był 
początek   —   dla   nas   koniec   —   strumienia,   który  nam   tak 
długo towarzyszył. Rozstawaliśmy się z wodą, kto wie, na 
jak   długo.   Gonzales   rozkazał   napełnić   wszystkie   skórzane 
wory i zapasową beczkę znajdującą się na wozie.

Powyżej wodospadu, kilka jardów za nim, natrafiliśmy na 

kolejny  trzeci   drogowskaz.   I   tym   razem   był   nim   kopczyk 
ułożony z kamieni. Milę za tym kopczykiem szerokość drogi 
stopniowo zaczęła się zwężać, las coraz bardziej podchodził 
z   obu   stron,   aż   w   końcu   nasz   wóz   musiał   się   zatrzymać. 
Ścieżka   okazała   się   za   wąska.   Odbyliśmy   krótką   naradę, 
poświęconą nie tyle szukaniu innej trasy, bo taka nie istniała, 
ile   ustaleniu   składu   osobowego   grupy,   która   miała   ruszyć 
dalej.   Wóz   musiał   tu   pozostać,   a   wraz   z   nim   ludzie, 
potrzebni, by go pilnować, a zbyteczni, nawet zawadzający w 
dalszej podróży. Kończyła się więc wędrówka dla woźnicy, 
kuchcika i służącego. Również pozostać musiał Coyle, jako 
kierownik   całej   grupy.   Zauważyłem,   że   zmartwił   się   z 
powodu   takiej   decyzji   hacjendera.   Pozostawało   ponadto 
trzech   spośród   pięciu   vaquerów.   Sądziłem,   że   ich   los 
podzielą   również   obie   panie.   Omyliłem   się.   Seńora 
Concepcion nie  wspomniała  o sobie podczas narady,  a  jej 
małżonek nawet nie mruknął na ten temat. Natomiast z listy 
uczestników   drugiego   etapu   wędrówki   skreślono   Inez. 
Widziałem,   jak   spochmurniała   usłyszawszy   ten   wyrok. 
Zerwała się gwałtownie z ziemi i krzyknęła:

— Ja mam zostać?!

Niestety, Inez — odpowiedział spokojnie hacjender — 

nie   możemy   jechać   wszyscy.   Zbyt   wiele   musielibyśmy 
zabrać żywności i wody.

— Ale dlaczego ja?
— Ponieważ przewiduję bardzo trudną drogę. Tym razem 

uznałem, że nie trzeba narażać cię na taki wysiłek.

— Przecież tyle już razy jeździłam z tobą...
— Ale   zawsze   posuwał   się   za   nami   wóz   zapewniający 

wygodny   nocleg   i   dobre   wyżywienie.   Teraz   przyjdzie 
pewnie   i   pogłodować   nieco,   gdy  zapasy   się   wyczerpią,   a 
zwierzyna zawiedzie.

Odpowiedź ta wcale nie przekonała dziewczyny i chyba 

tylko   obecność   obcych   zapobiegła   rodzinnej   kłótni.   Ja 
uznałem   decyzję   hacjendera   za   słuszną.   Ze   wszystkich 
bowiem osób wchodzących w skład naszej wyprawy — Inez 
najmniej   udzielała   się   pracom   przy   rozbijaniu   i   zwijaniu 
conocnych   obozowisk,   nikt   zresztą   nie   miał   do   niej   o   to 
pretensji, lecz nonsensem byłoby zabieranie w dalszą drogę 
osoby najmniej użytecznej.

W rezultacie — zamiast piętnastu, tylko siedmiu jeźdźców 

ruszyło w dalszą drogę w tym Gonzales z żoną, nasza trójka 
(Karol, Bede i ja) oraz dwu vaquerów mających opiekować 
się   dwoma   końmi   jucznymi.   Te   konie   obciążone   zostały 
worami   z   wodą,   kociołkiem   do   gotowania,   kocami, 
zapasową   amunicją,   a   nawet   oskardami,   gdyż   hacjender 
przewidywał, że będą potrzebne.

Przed rozstaniem zadecydowaliśmy, aby wóz cofnął się aż 

do wodospadu, właśnie ze względu na wodę, której tu nie 
było.

background image

Nasza   siódemka   ruszyła   leśną   duktą,   żegnana   przez 

wszystkich z wyjątkiem Inez, która obrażona na cały świat, 
skryła się pod budą wozu.

Tak   więc   pozostawiliśmy   za   sobą   luksus   wiezionych 

sprzętów   oraz   ludzi,   którzy   wyręczali   nas   w   żmudnych 
czynnościach   rąbania   drew,   rozpalania   ognisk,   pitraszenia 
posiłków, pojenia koni i odprawiania nocnych wart. Odtąd 
zdani byliśmy wyłącznie na własne siły. Wcale mnie to nie 
przerażało.   Posiadałem   niezłe   doświadczenie,   wiedziałem, 
że Gonzales i w takich warunkach da sobie świetnie radę, a 
Karol, jak zwykle, zabłyśnie traperskimi talentami. Ciekaw 
byłem tylko, jak zachowa się pani Concepcion lub Bede, w 
którego   zdolności   westmańskie   jakoś   nie   potrafiłem 
uwierzyć.

Jechaliśmy jedno za drugim wąską dróżką. Na czele — 

hacjender,   po   nim   —   seńora,   później   Karol,   ja   i   Bede. 
Pochód zamykali vaquerzy z jucznymi  zwierzętami. Nasze 
ruchy   ograniczała   z   obu   stron   czarna   gęstwa   drzew   i 
krzewów, niekiedy cicha, niekiedy rozbrzmiewająca głosami 
ptaków.   Mimo   to   posuwaliśmy   się   znacznie   szybciej   niż 
dotąd, bo jazdy nie hamował ciężki wóz, a zabłądzić było nie 
sposób  —   przed   nami   otwierał   się   tylko   jeden  szlak,   bez 
żadnych odnóg ani rozdroży. Bór ciągnął się nieprzerwanie, 
pachnący żywicą i igliwiem sosen i świerków. W jego głąb 
wzrok nie sięgał dalej, jak na dwa—trzy jardy. Gąszcz wyso-
kich  paproci,   małych,   liściastych   drzewek,   wykroty

background image

i powalone pnie tworzyły nieprzenikliwą kurtynę. Przez taką 
gęstwę nie przedarłby się człowiek na koniu, a i pieszy bez 
siekiery   czy   meksykańskiej   maczety   utknąłby   po   paru 
krokach.

Puszcza towarzyszyła nam przez cały dzień aż do zmroku 

i wśród niej rozbiliśmy pierwsze obozowisko, skromne, na 
miarę   naszych   potrzeb   i   możliwości.   Nocną   wartę 
rozdzieliliśmy   między   sześciu   mężczyzn,   co   do   mnie, 
wykreśliłbym z tej listy Bedego, bo chociaż nie odmawiałem 
mu odwagi i celnego oka... ta jego tajemnicza przeszłość! 
Kim w istocie był? Czemu nie opowiadał o swym zawodzie, 
jak zwykli to czynić ludzie po dłuższej znajomości?

Moja   kolejka   strażowania   wypadła   dobrze   po   północy. 

Począłem przechadzać się po ścieżce tam i z powrotem, bo to 
była   przecież   jedyna   wolna   od  drzew  przestrzeń  i  na   niej 
żarzyło   się   wiśniowymi   węgielkami   przygasłe   ognisko. 
Dokoła panowała cisza, moi towarzysze spali, bór milczał i 
tylko od czasu do czasu podmuch wiatru delikatnie szumiał 
w szczytach drzew. Księżyc wzeszedł na niebo i wysrebrzył 
szlak, po którym kroczyłem. Pierwsza moja nocna warta w 
warunkach tak niedogodnych,  po rocznej prawie przerwie. 
Widoczność była przecież bardzo ograniczona ścianami lasu, 
za   którymi   kryć   się   mogły   najbardziej   niebezpieczne 
niespodzianki.   Jednak   nabyte   przeze   mnie   doświadczenie 
odezwało   się   natychmiast,   gdy   zastąpiłem   swego 
poprzednika, i ująłem dłonią za lufę winchestera. Jak zwykle 
w  takich wypadkach   najpierw  byłem   nieco senny,   później 
nocny chłód orzeźwił mnie, i to tak bardzo, że wróciłem do 
ogniska po poncho i szybko je założyłem. Bardzo pomogło. 
Lecz   meksykańskie   poncho,   świetnie   chroniące   przed 
zimnem, posiada pewne wady. Krępuje ruchy, a jeden tylko 
w   nim   otwór,   na   głowę,   przy   jednoczesnym   braku 
jakichkolwiek   rozcięć   —   uniemożliwia   swobodnę 
manewrowanie rękami, przede wszystkim bronią. Ta ciepła i 
ciężka   odmiana   peleryny   nie   nadaje   się,   rzecz   jasna,   do 
polowania.

Wdziawszy   poncho   uniosłem   początkowo   jego   prawy 

skraj,   aby   dłoń   trzymająca   winchester   była   odsłonięta. 
Wkrótce   jednak   palce   tak   mi   zgrabiały,   że   schowałem   je 
wraz z bronią pod poncho.

Dokoła nie działo się nic, mimo to nastawiałem uszu na 

odgłosy nocy, wytężałem wzrok, aby przebić ciemności boru 
— bezskutecznie. Blask księżyca tak daleko nie sięgał.

Chyba   po   pół   godzinie   dreptania   tam   i   z   powrotem 

postanowiłem powędrować nieco dalej, drogą, którą dopiero 
mieliśmy ruszyć rankiem. Kroczyłem prawie bezszelestnie, 
stąpając   po   niskiej   trawie   porastającej   ścieżkę,   omijając 
krzaki   wysuwające   z   obu   stron   swe   gałęzie.   Nagle 
usłyszałem   dźwięk,   jaki   wydaje   ciężki   przedmiot   przy 
upadku na miękkie  podłoże.  Zatrzymałem  się.  Odgłos nie 
powtórzył się. Nadal panowała cisza i tylko delikatny szum 
gałęzi   na   wierzchołkach   drzew   zasygnalizował   obecność 
wiatru. Ruszyłem dalej.

Trudno   mi   określić,   ile   jardów   przemierzyłem,   bacznie 

rozglądając   się   na   obie   strony.   Przede   mną   biegła   prosto 
wysrebrzona księżycem steczka, pusta, jak daleko sięgał mój 
wzrok. Dlatego nie wiem, co mnie skłoniło do zawrócenia. 

background image

Nagle poczułem niczym nie uzasadniony niepokój, chociaż 
cisza   trwała   dalej,   a   moim   towarzyszom   nic   nie   mogło 
zagrażać, zresztą — nie odszedłem od nich daleko. Coraz 
gorszy  stan moich   nerwów   w  pewnej   chwili  kazał   mi   się 
zatrzymać. Odwróciłem się i zamarłem w pół kroku.

W jasnym blasku, o kilka kroków od ogniska, stał kot! 

Ale jaki kot?! Tak na oko długość jego sięgała chyba pięciu 
stóp. Widziałem bardzo wyraźnie czarne, owalne plamy na 
bladym futrze, błyszczące ślepia i krótkie,

background image

sterczące uszy na wielkiej głowie. Wrażenie było silne, lecz 
z gatunku tych, które jeżą włos pod kapeluszem i wywołują 
nieprzyjemny dreszcz na plecach.

Myślę,   że   spotkanie   było   nieoczekiwane   zarówno   dla 

mnie,   jak   dla   zwierzęcia.   Chyba   dopiero   przed   sekundą 
wyszło z lasu. Drapieżnik tkwił w miejscu jak skamieniały, 
ani   uciekając,   ani   gotując   się   do   skoku   na   mnie. 
Zorientowałem się pierwszy, jakie skutki mogą wyniknąć z 
takiej schadzki. Czy czułem strach? Nie wiem. Zdawałem 
sobie tylko sprawę, że od szybkości działania zależy moje 
życie.

Wyszarpnąłem spod poncho winchester tak energicznie, 

że fałdy ciężkiego materiału wytrąciły mi broń z palców — 
upadła za najbliższy krzak, w mrok lasu.

Zaiste,   taki   wypadek   może   się   przytrafić   chyba   tylko 

greenhornowi, a przecież ja od dawna przestałem uważać się 
za   greenhorna!   Moja   paskudna   niezręczność   kazała   mi 
znowu znieruchomieć. Że wówczas zwierzę nie ruszyło do 
ataku, to chyba  tylko dlatego, że spotkanie wypadło w tę 
cudowną,   jedną   w   roku   noc,   o   której   bajają   myśliwi,   że 
żaden z drapieżników nie ośmiela rzucić się na człowieka. 
Kto chce, niech w to wierzy. Ja — prawie uwierzyłem!

Oprzytomniałem, dałem jeden, długi krok poza ścieżkę i 

schyliłem się po strzelbę. Nie mogąc jej dostrzec w gąszczu, 
ukląkłem,  tracąc  w ten  sposób zwierzę  z  oczu.  Nerwowo 
macając   dłońmi   (wydawało   mi   się   wówczas,   że 
poszukiwanie   trwa   minuty,   w   rzeczywistości   —   zaledwie 
kilka sekund), natrafiłem na zimną stal lufy. Podniosłem się 
błyskawicznie, już z kolbą przy ramieniu. Zanim cokolwiek 
dostrzegłem,   już   usłyszałem:   dźwięk   dwu   strzałów,   tak 
szybko   następujących   po   sobie,   że   zlały   się   w   jeden 
przeciągły huk.

— Uważaj, Janie!

Poznałem, głos Karola i natychmiast wrócił mi spokój. 
Mój przyjaciel stał w pobliżu leżącego nieruchomo 
zwierzęcia, nieco w tyle i nieco z boku. Teraz ruszył 
wprost na bezwładne cielsko i trącił je końcem lufy. Próba 
widać wypadła pomyślnie, bo odezwał się półgłosem:
— Opuść broń, wszystko w porządku. 
Zbliżyłem się.
— Co to za dziwo? — zapytałem.

Jaguar. Niezła sztuka. Jak to się stało? Opowiedziałem 

w paru słowach, lecz zanim skończyłem swą krótką relację, 
otoczyli   nas   wyrwani   ze   snu   towarzysze.   Musiałem 
wszystko powtórzyć.

— Jaguar   —   stwierdził   Gonzales   obmacując   futro.   — 

Wielkolud, piękny okaz. Coraz mniej tych zwierząt.

— Jeszcze przed kilku laty — powiedział Karol — można 

było   spotkać   je   na   południu   Stanów,   teraz   zostały   chyba 
doszczętnie wytępione. Zbyt  ładne mają  futro i zbyt  lubią 
mięso domowego bydła. Padły ofiarą traperów i hodowców.

— Nigdy nie spotkałem się z jaguarem i nie rozpaczam z 

tego   powodu,   gdyby   nie   ty,   Karolu...   jak   to   się   stało,   że 
zjawiłeś się tak w porę?

— Hm...   wiesz   jak   bardzo   mam   czujny   sen   (było   to 

samochwalstwo,   lecz   prawdziwe!),   jak   budzi   mnie   każdy 
podejrzany szelest. Jednak tym razem obudziłem się wśród 

background image

kompletnej ciszy. Nasłuchiwałem. Bezskutecznie. Mimo to 
podniosłem się i spojrzałem na ścieżkę. Księżyc świecił mi 
prosto   w   oczy,   więc   nie   od   razu   zauważyłem,   kto   po   tej 
ścieżce spaceruje. Dopiero po kilku sekundach spostrzegłem 
dwa cienie: mniejszy i bliższy mi oraz większy i bardziej 
oddalony. Mniejszy cień to był właśnie jaguar, cień większy 
padał od twojej postaci. Przyznam,  że wyglądało to nieco 
groteskowo: zwierzę kroczyło za twymi plecami, spokojnie 
jak domowy kot, ale taki spokój nie mógł trwać długo. No 
i... zdążyłem!

— Widziałeś, jak upadła mi broń?
— Oczywiście. Wówczas złożyłem się, strzał był trudny, 

bo w tył głowy jaguara, ale na obejście go z boku nie było 
czasu. To wszystko. Na przyszłość jednak nie zakładaj na 
siebie poncho, gdy jesteś sam. Okazuje się, że jest to okrycie 
nieco... niebezpieczne!

Zaciągnęliśmy trofeum w pobliże ogniska, a że do świtu 

brakowało jeszcze sporo godzin, pokładliśmy się spać. Mnie 
zluzował w dyżurze hacjender.

background image

Nazajutrz   odjazd   nieco   się   opóźnił,   bo   Karol   z 

Gonzalesem wzięli się do ściągania futra. Gdy wreszcie tego 
dokonali,   rozpoczęło   się   nacieranie   wewnętrznej   po-
wierzchni   skóry   ciepłym   jeszcze   węglem   drzewnym   i 
popiołem.   Ten   zabieg   jest   konieczny   i   stosowany   po-
wszechnie   przez   traperów.   Bez   niego   futro   sztywnieje, 
kurczy się i pęka, a włos wyłazi. Ponieważ reszta z nas nie 
miała   nic   do   roboty,   wynikła   z   tego   rozmowa   dotycząca 
oczywiście   mej   nocnej   przygody.   Po   raz   trzeci   —   pani 
Gonzales i Bedemu — powtórzyć musiałem szczegóły tego 
zdarzenia,   jak   się   wówczas   czułem   i   jakie   myśli 
przychodziły mi do głowy. Byłem szczęśliwy, gdy hacjender 
i   Karol   wreszcie   dokończyli   dzieła,   co   zmusiło   mych 
słuchaczy do siodłania koni i zwijania manatków.

Tego ranka zrezygnowaliśmy z mycia, nasz zapas wody 

bardzo się zmniejszył.

— Umyjemy   się   wieczorem   albo   jeszcze   wcześniej   — 

pocieszył mnie hacjender.

— Skąd taka pewność? — zdziwiłem się.
— Stąd, seńor, że jaguary bardzo lubią tereny podmokłe i 

rzeki,   same   zresztą   są   doskonałymi   pływakami,   co, 
zważywszy na ich przynależność do rodziny kotów, może 
wydawać się nieco dziwne. A przecież sam obserwowałem 
jaguara,   jak   leżał   na   grubym   konarze   drzewa,   tuż   nad 
lustrem wody, a później do niej skoczył i wyszedł z wielką 
rybą w pysku.

Przewidywania   Gonzalesa   sprawdziły   się,   chociaż 

niezupełnie   tak,   jak   sądził.   Po   trzech   godzinach   jazdy 
towarzyszący   nam   dotąd   bór   począł   przerzedzać   się, 
wysokość  drzew  malała,   coraz  częściej  wyrastały  liściaste 
krzaki i trawy. Równocześnie twarda dotąd ścieżka poczęła 
uginać   się   pod   kopytami   zwierząt.   Raz   po   raz 
odnajdywaliśmy   na   niej   ślady   racic   lub   odbicia   łap   dra-
pieżników. Las zmieniał się w lasek rzadko porośnięty

background image

niskimi drzewkami. Wreszcie skończyło się i to. Ukazała się 
otwarta przestrzeń rudawych traw. Gdzieniegdzie wśród kęp 
roślin widniały czarne oka bagiennej wody. Nie o taką wodę 
przecież   nam   chodziło.   Teraz   ścieżka   poczęła   łagodnie 
obniżać się. Cała okolica robiła wrażenie niecki wypełnionej 
grząskim   gruntem   i   ściekającymi   z   pobliskich   wysoczyzn 
strumieniami,   których   wody   nie   znajdywały   stąd   ujścia. 
Przed nami, z półtorej mili, czerniały pasma lasów rosnących 
na wysokich grzbietach, a nawet poniżej okalających nieckę 
wzgórz. Dalej — nagie szczyty turni świecące w słonecznym 
blasku jak diamenty.  Pachniało zgnilizną, złą wonią, która 
ostrzega przed malarią i febrą, a kto tego ostrzeżenia w porę 
nie pojmie,  pada ofiarą ciężkiej choroby.  Dlatego należało 
jak najszybciej pożegnać się z tym paskudnym krajobrazem. 
Zresztą, nie istniało tu miejsce ani na odpoczynek,  ani na 
nocleg: wąska steczka ograniczona z obu stron czymś, co już 
na pierwszy rzut oka wyglądało na trzęsawisko.

Im niżej zjeżdżaliśmy, tym bardziej uginała się ziemia pod 

nogami koni, co zmuszało do jazdy stępa — jeden niebaczny 
krok w lewo czy w prawo groził ugrząźnięciem.

Męcząca to była wędrówka, tym bardziej że przypadła na 

godziny   największej   spiekoty,   a   schronić   się   przed 
promieniami słońca nie było gdzie. Na samym  dnie niecki 
wierzchowce zapadały się po pęciny. Zeskoczyliśmy z siodeł 
i   maszerowali   przeraźliwie   długo,   nim   droga   poczęła   się 
dźwigać i wkroczyliśmy na lesisty stok łagodnie pnący się ku 
niebu. Co za szczęście, bo już ledwie powłóczyłem nogami!

Wprawdzie ścieżka poszerzyła się prawie dwukrotnie, lecz 

coraz częściej trzeba było przedzierać się przez gęste krzewy 
i plątaninę roślin o wysokich  łodygach.  Upragniony przez 
wszystkich postój wypadł na samym grzbiecie wzniesienia, 
skąd rozciągał się widok na stok przeciwległy i na rozległą i 
długą   dolinę,   porosłą   tylko   trawą,   przypominającą   prerie 
północnoamerykańskie. Wydało mi się nawet, że wśród tych 
traw dostrzegam stadko antylop. Zanim jednak wydobyłem z 
juku lornetkę, zwierzęta znikły, a nikt z moich towarzyszy 
nie potwierdził mojej obserwacji.

Wody   nie   było   ani   w   miejscu   postoju,   ani   w   zasięgu 

naszych oczu. Byliśmy spragnieni, więc Gonzales zezwolił 
każdemu na wypicie po pół kubka ciepłej, cuchnącej skórą 
lury,   zaczerpniętej   z   naszych   bukłaków.   Konie   otrzymały 
więcej, chociaż pozostał nam tylko jeden pełny wór. Seńora 
wydobyła mapy i poczęła je studiować.

— Ani   rzeki,   ani   strumienia   —   zauważyła   głośno.   — 

Przynajmniej nic takiego nie zaznaczono na pańskiej mapie, 
doktorze. Dopiero po tamtej stronie wzniesienia, za doliną, 
znajduje się jeziorko. Wątpię, abyśmy przed nocą potrafili 
doń dotrzeć. To spory szmat drogi.

Informację przyjęliśmy w posępnym milczeniu. Jeden 
Gonzales ustosunkował się do niej dość niefrasobliwie:

— Nie ma  strachu. Przecież wytrzymamy  jeszcze jeden 

dzień. Konie nieco pocierpią i to wszystko, prawda, seńores? 
Lecz powiedz mi,, moja droga — zwrócił się do żony — w 
jakim kierunku mamy posuwać się dalej.

— Prosto,   ciągle   prosto   —   odparła   pochylając   się   nad 

mapą.   —   Dolina   leżąca   przed   nami   jest   tu   zaznaczona 
bardzo   wyraźnie,   a   strzałka   wyrysowana   atramentem 

background image

wskazuje wprost na grzbiet górski.

— A znaki? Żadnych znaków?
— Tylko jeden, kwadratowy, ostatni. Bardzo daleko stąd.
— Jak daleko?

background image

Roześmiała się:
— Ba,   gdybyśmy   posiadali   skrzydła,   mogłabym 

odpowiedzieć   bardziej   dokładnie.   Dla   ptaków   to   może   i 
blisko, lecz jak wymierzyć na mapie długość drogi,
gdy przed nami tyle dolin i wzniesień, i krętych ścieżek?

Hacjender zmieszał się.
— Wybacz, moje pytanie nie miało sensu. Myślę, seńores 

—   zwrócił   się   do   nas   —   że   powinniśmy   ruszać   stąd   jak 
najszybciej. Bez względu na to, czy czeka nas dziś dłuższa 
czy krótsza wędrówka. Im prędzej osiągniemy jeziorko, tym 
lepiej.

Dosiedliśmy na nowo koni. Zjazd zboczem okazał się nie 

mniej trudny niż poprzednio wjazd. Może był nawet jeszcze 
trudniejszy.   Zmęczone   zwierzęta   potykały   się   na 
nierównościach gruntu i wystających z ziemi kamieniach. W 
końcu   zjechaliśmy   na   tę   miniaturową   prerię   i   odtąd,   już 
kłusem,   przez   szeleszczące   trawy   podążali   ku   końcowi 
równiny. Słońce minęło szczyt nieba, znacząc drugą połowę 
dnia, żar przestał nękać ludzi i zwierzęta.

Dolina, niczym górska hala, była kilka mil długa i tyleż 

szeroka,   o   kształcie   owalnym,   otoczona   łagodnymi 
wzniesieniami.   Obliczyłem,   że   posuwając   się   z   dotych-
czasową szybkością przejedziemy ją, zanim dzienna gwiazda 
pocznie  kryć  się  za  górskie szczyty,  i może  jeszcze przed 
nocą znajdziemy się W sąsiedztwie zapowiadanego jeziorka. 
Moje   przewidywania   nie   sprawdziły   się.   Przypadek,   ale 
pomyślny,   zmienił   naszą   sytuację.   Oto   gdy   mijaliśmy 
końcowy odcinek doliny, koń jadącego na czele kawalkady 
Gonzalesa   raptownie   skręcił.   Mój   wierzchowiec   począł 
parskać, wreszcie rzucił się do galopu, a pozostałe zachowały 
się podobnie. Nie był to jednak popłoch ani ucieczka przed 
drapieżnikiem.   Zanim   odgadłem   przyczynę,   hacjender, 
pędzący wprost na stromą skałę, która wyrosła niespodzie-
wanie z łagodnego zbocza, krzyknął po hiszpańsku:

— Agua! Agua!
Więc konie zwietrzyły wodę. Pognały wszystkie pod skałę 

i   mieliśmy   nie   lada   kłopot,   aby   je   z   tego   miejsca 
odprowadzić.   Źródełko   było   bardzo   mizerne,   ciurkało   u 
podnóża gigantycznego głazu wątłym strumieniem, który po 
kilku krokach ginął wśród traw, a dalej zapewne wsiąkał w 
glebę.   Dlatego   właśnie   nie   zauważyliśmy   żadnej   rzeczki 
podczas jazdy.

Wierzchowce   poczęły   się   przepychać,   kwiczeć,   gryźć, 

wyrywając się do wody. Z trudem opanowaliśmy sytuację, a 
później podprowadzali kolejno jedno zwierzę po drugim, aby 
je napoić. Zajęło to sporo czasu, aż w końcu i ludzie mogli 
zaspokoić pragnienie.

— Zostajemy — zadecydował hacjender. — Miejsce na 

nocleg wymarzone, jest woda, opał pod bokiem, a otwarta 
przestrzeń chroni nas przed niespodziewanymi wizytami.

— Niespodziewane   wizyty?   —   zdziwił   się   Bede.   — 

Przecież to pustkowie.

— Mam na myśli krewnych naszego jaguara. Ludzi tu nie 

ma, tym lepiej.

Obóz rozbiliśmy na skraju lasu, na łące, u podnóża góry, 

lecz nie przy źródle. Gonzales słusznie zauważył, że jedyna 
zapewne w tych okolicach woda ściągać musi wieczorem i 

background image

nocą  zwierzynę,   a  ta  składa  się  nie  tylko  z  trawożernych. 
Bezpieczniej więc trzymać się z dala od wodopoju.

Przed   rozpaleniem   ogniska   oczyściliśmy   przy   pomocy 

kilofów spory krąg łąki tak, aby płomień nie mógł przerzucić 
się na trawy i nie spowodował pożaru. Ostrożność konieczna. 
Podczas   jednej   z   mych   wędrówek   z   Karolem   poprzez 
północnoamerykańskie   prerie   byłem   świadkiem     takiego 
pożaru.   Jeziorko, nad któ

rym

  zatrzymaliśmy się wówczas, 

ocaliło   nas   i   nasze   konie   od   upieczenia   się   żywcem,   ale 
cośmy się najedli strachu, to najedli. Doświadczony westman 
znajdzie jednak radę na pożar. Po prostu, nie czekając, aż 
ogarnie go huczące i trzaskające morze płomieni sam podpali 
trawy   w   miejscu   postoju.   Nikły   początkowo   płomień   nie 
wyrządzi   mu   krzywdy,   za   to   wypaliwszy   szmat   ziemi 
odgrodzi go od pożogi, przed którą nie ma ucieczki. Ogień 
gna z nieprawdopodobną szybkością. I chyba tylko śmigłe 
antylopy,   poza   ptactwem,   mają   szansę   ocalenia.   Bizony   i 
niedźwiedzie,   jeśli   w   pobliżu   nie   trafi   się   skalisty   lub 
piaszczysty teren lub nie przepływa szeroka rzeka — giną, 
doścignięte ogniem. Nawet mustangom rzadko kiedy udaje 
się ujść zagładzie.

Nareszcie mogłem się jako tako umyć. Gonzales wraz ze 

swą małżonką zajęli się kucharzeniem, vaquerzy poszli na 
skraj lasu po suche gałęzie. Wkrótce buchnął płomień. Ani 
spostrzegliśmy się podczas ogniskowej gawędy, jak zapadł 
zmrok i nadeszła pora nocnego spoczynku. Mnie przypadła 
w   wyniku   losowania   najwcześniejsza   z   wart.   Bedemu   — 
ostatnia, przed samym świtem. Gdy więc minął czas mego 
strażowania, zbudziłem Karola, którego kolejka wypadała po 
mnie, otuliłem się kocem, nogi wyciągnąłem w stronę ledwo 
tlejącego się ogniska, podsunąłem siodło pod głowę i prawie 
natychmiast   zasnąłem.   Przemieniłem   się   w   ptaka,   który 
fruwał   na   wielkich   wysokościach,   nad  górami,   dolinami   i 
prerią,   gdzie   pasły  się   tabuny  mustangów.   Jakże   mi   było 
lekko i jak kolorowo wyglądał świat, który rozciągał się w 
dole!

Z marzeń brutalnie zostałem wyrwany. To Bede szarpał 

mnie za ramię.

Siadłem,   przetarłem   oczy,   spojrzałem:   to   już   była 

przedranna szarówka, ostatnie chwile uciekającej nocy.

background image

— Co? — zapytałem szeptem, równocześnie sięgając

po broń.

Położył palec na ustach i wskazał kciukiem lewej dłoni na 

czerniejący przed nami las.

Podniosłem się ostrożnie, aby nie zbudzić towarzyszy,  i 

ruszyłem   za   Bedem.   Odeszliśmy   kilkanaście   kroków   i 
dopiero   wówczas   pokazał   mi   leżącą   wśród   traw   pierzastą 
strzałę łuku.

— Skąd to?
— Wypadła   z   lasu   —   wyjaśnił   cicho.   —   Na   pewno 

wymierzona została we mnie, lecz nie doleciała celu.

Następnie opowiedział, że nie podniósł strzały, aby można 

było ustalić miejsce, z którego została wyrzucona. Kazałem 
mu iść na prawo w głąb boru, lecz niedaleko, szukać śladów 
na ziemi i na krzewach. Ścisnąłem broń w garści i udałem się 
w lewo. Stąpałem, jak mogłem najciszej, przecież nie sposób 
było   uniknąć   szelestu   potrącanych   liści   gęsto   rosnących 
krzaków. W dolinie panowała już szarówka, w borze trwał 
jeszcze   nocny   mrok.   O   dojrzeniu   jakichkolwiek   śladów 
mowy nie było, mogłem je tylko zadeptać. Wycofałem się na 
otwartą   przestrzeń,   a   w   chwilę   później   zbliżył   się   Bede.' 
Rzecz jasna — nic nie zauważył. Podeszliśmy do koni, lecz 
nie   zdradzały   zaniepokojenia.   Wobec   tego   ruszyliśmy 
skrajem   lasu,   przystając   co   kilka   kroków   i   nasłuchując. 
Bezskutecznie.   Tak   to   trwało   do   chwili,   aż   ranne   zorze 
poczęły różowić niebo.

Wróciliśmy   do   ogniska,   przy   którym   już   krzątał   się 

Gonzales   i   obaj   vaquerzy.   Seńora   jeszcze   spała,   a   Karol 
niemrawo   ściągał   z   siebie   derkę.   Opowiedziałem   mu,   co 
zaszło. Zerwał się natychmiast.

— Dlaczego   mnie   nie   zbudziłeś?   —   zirytował   się.   — 

Prowadźcie!

Poczekaj z pół godzinki — powiedziałem. — W lesie 

jest teraz zupełnie ciemno, nawet sowa niczego nie 
dostrzeże. Zgodził się.

— Ten łucznik na pewno dawno już odszedł — zauważył 

— lecz odciski  jego stóp pozostały.  Radzę  wszystkim nie 
rozstawać się z bronią.

Hacjender,   słysząc   naszą   rozmowę,   przerwał   układanie 

gałęzi.

— Niepomyślną przyniósł nam pan wiadomość, doktorze. 

Nie lubię niewidocznych myśliwych polujących na ludzi. Z 
widocznymi zawsze jakoś można się dogadać. A może — tu 
zwrócił się do Bedego — ta strzała wcale nie dla pana była 
przeznaczona, lecz dla jakiegoś czworonoga?

Zapytany lekko wzruszył ramionami.

— Zaczynała się już szarówka i nieźle widziałem.

Zresztą... mogę pokazać, jak to wyglądało.

Odczekaliśmy jeszcze kilkanaście minut i gdy się na dobre 

rozjaśniło,   ruszyliśmy   całą   gromadką,   bo   i   seńora 
Concepcion przyłączyła się do nas.

Bede,   doszedłszy   do   miejsca,   w   którym   leżała   strzała, 

zatrzymał się.

— Stałem, ot tu — wyjaśnił — twarzą do lasu, bo dolina 

była  pusta. Przypuszczałem,  że jeśli nam cokolwiek może 
zagrażać,   to   tylko   od   strony   puszczy,   dlatego   na   nią   się 
gapiłem.

background image

— Słusznie — pochwalił hacjender.
— Strzała wyleciała na mnie z gąszczu — mówił dalej 

Bede — lecz padła o dwa kroki w bok. Zresztą... wątpię, aby 
mogła   przebić   poncho,   a   nawet   gdyby   przebiła,   mogłaby 
mnie tylko drasnąć. To nie kula przecież!

Proszę tak nie myśleć — sprzeciwił się Gonzales. — 

Nie   zna   pan   tutejszych   łuczników.   Sądzę,   że   ten   pocisk 
dlatego   był   niecelny,   że   w   locie   otarł   się   o   jakąś   gałąź. 
Słyszał pan co? Jakieś odgłosy kroków, szelest?

background image

— Nic a nic.

Karol   schylił   się   i   podniósł   z   ziemi   śmiercionośne   na-

rzędzie. Trzymał je w garści i uważnie badał.

— Oglądałeś, Janie? — zwrócił się do mnie.
Zaprzeczyłem.

— To   teraz   obejrzyj   dokładnie,   zwłaszcza   ostrze,   i 

uważaj, abyś  nikogo przypadkiem nie zadrasnął. To jest... 
latająca śmierć.

Podał mi strzałę. Przyjrzałem się zaostrzonemu grotowi i 

zimno mi się zrobiło. Pokryty był  brunatną, na oko lepką 
masą. Nie miałem wątpliwości.

— Kurara — powiedziałem głośniej, niż wymagała tego 

potrzeba.   —   Kurara   —   powtórzyłem   —   czyli   wyciąg   z 
pewnego   gatunku   lian,   trucizna   powodująca   przy 
najlżejszym zadraśnięciu szybką śmierć od uduszenia.
Kurara poraża mięśnie oddechowe i nie ma na nią odtrutki.

Spojrzałem na Bedego. Zbladł.

background image

  
Komplikacje

Zaskoczyłem   słuchaczy   swą   informacją.   Przez   parę 

sekund   nikt   się   nie   odezwał.   Wreszcie   Gonzales   głosem, 
który wydał mi się nieco drżący, zagadnął:

— Czy pan się nie myli, doktorze? W naszym kraju nie 

rosną   liany  dostarczające   soku   na   tę   straszną   truciznę,   tu 
Meksyk, nie Ameryka Południowa.

— On się nie myli  — odpowiedział za mnie Karol. — 

Armatnia salwa jest mniej niebezpieczna od draśnięcia takim 
kolcem.

Wręczyłem   strzałę   hacjenderowi.   Długo   się   nad   nią 

zastanawiał.

— Rzeczywiście   —   westchnął   —   wygląda   na   kurarę. 

Wracajmy do ogniska, seńores, trzeba coś postanowić...

— Przyjdziemy, za chwilę — powiedział Karol. — Janie, 

chodź ze mną.

Zrozumiałem, lecz Gonzales nie pojął.

— Dokąd? — zapytał.
— Przetrząsnąć nieco las, jest już wystarczająco widno.
— Pójdę z wami.
— Lepiej...   nie.   Im   więcej   osób,   tym   łatwiej   zatrzeć 

wszelkie ślady.

Wkroczyliśmy w puszczę, dokładnie w tym miejscu, skąd 

według słów Bedego wypadła z gąszczu strzała. Pachniało 
wilgocią nocy i dyszało chłodem poranka.

background image

Rosa   pokrywała   co   niższe   rośliny,   a   nawet   potężne   pnie 
drzew świeciły wilgocią. Stąpaliśmy powoli i ostrożnie, w 
odległości   jarda   od   siebie,   obserwując   bacznie   poszycie, 
zarośla, drzewa do wysokości własnych głów. Jeśli bowiem 
pozostawiono tu jakiekolwiek ślady, to na pewno nie wyżej. 
—Złamana gałązka — powiedziałem półgłosem.

— Zatrzymaj się.
Stanąłem. Karol podszedł.

— Jeśli tego nie zrobiłeś ty — zauważył — albo Be-de 

dzisiejszego ranka, mamy pierwszy ślad.

— Może zrobiłem,  może  nie zrobiłem — odparłem. — 

Było wówczas ciemno jak w norze borsuka. Ale — dodałem 
natychmiast — spójrz na ziemię. Nie są to odciski ani moich 
butów, ani Bedego. Nie mają obcasów.

Znakomicie, Janie — ucieszył się — to jasne.

Schylił się, podniósł jakiś patyczek, ukląkł i przyłożył go do 
wgłębienia widocznego w mchu.

— Jegomość tkwił tu nieco dłużej, prawda, Janie?

Potwierdziłem.   Tylko   dłuższe   przebywanie   w   jednym 

miejscu   powoduje   tak   głębokie   zapadnięcie   się   stopy   w 
miękkim podłożu.

— A teraz odwróć się. Co widzisz?
Wykonałem polecenie.
Między   listowiem   krzaka   i   konarami   iglastych   drzew 

utworzyła   się   luka,   okienko   o   nieregularnych   kształtach. 
Dostrzegłem   przez   nie,   bardzo   wyraźnie,   fragment 
porośniętej trawą doliny.

— Stąd   strzelał   —   powiedziałem.   —   Myślę,   że   pu-

szczając cięciwę łuku zaczepił o gałązkę. To dlatego strzała 
zboczyła ze swej drogi. Bede miał szczęście.

— Na to wygląda. A teraz szukajmy dalej. Trzy kroki w 

lewo,   Janie,   i   posuwaj   się   równolegle   do   mnie.   Tak, 
doskonale — uznał, gdy zastosowałem się do wskazówki.

background image

Karol   Gordon   chwilami   przypominał   wymagającego 

nauczyciela,   nie   szczędzącego  jednak  pochwał,  gdy  uczeń 
dobrze   rozwiązał   zadanie.   Początkowo   trochę   mnie   to 
irytowało,   mój   przyjaciel   zapominał,   że   przez   tyle   lat 
zdołałem   już  pojąć   podstawowe   zasady   traperstwa   i 
przyswoić je sobie. Później jakoś przywykłem.

Szliśmy powolutku, aż z kolei przystanął Karol.

— Co takiego?
— Nieznajomy   zaczął   uciekać   —   odpowiedział.   — 

Spójrz.

Zbliżyłem się. Teraz odciski nóg wyglądały nieco inaczej, 

jak gdyby skróciły się i pogłębiły na czubkach.

— Biegł — na palcach — zauważyłem. — Przestraszył 

się. Lecz kogo czy czego?

— Może wyników swego pudła? Bedego?
— Przecież Bede nie wchodził do lasu.
— Ale później wszedł, razem z tobą.
— I tamten tak długo czekał? — zaśmiałem się cicho.
— Z   twego   opowiadania   wynika,   że   wszystko   trwało 

zaledwie parę minut.

— Wystarczająco   długo,   żeby   spokojnie   odejść   i   nie 

wpadać w panikę.

— Może oczekiwał  Bedego,  aby powtórzyć  strzał, lecz 

dostrzegłszy dwu ludzi przestraszył się.

— Nie, nie! Nigdy w to nie uwierzę. Raczej gotów jestem 

przypuścić, że gdy Bede odszedł, tamten posunął się na skraj 
lasu i obserwował nasze ognisko. Wycofał się pospiesznie, 
dostrzegłszy nasz powrót.

— Tak czy siak, uciekał. Zbadajmy jego drogę.
Gąszcz stawał się coraz bardziej zwarty, ale dlatego coraz 
lepiej widać w nim było drogę odwrotu nieznajomego 
łucznika: połamane gałązki, stratowane poszycie. Na 
którymś z krzaków Karol odkrył patyczek zakończony 
kolorowymi piórkami.

background image

— Złamał   strzałę   —   wyjaśnił   mi   zbytecznie   (znowu 

„nauczycielskie" skłonności!) — zawadził o gałąź.

— Trzymał   strzałę   w   ręku   przepychając   się   przez   taki 

matecznik? Nie bał się zranić śmiercionośnym grotem?

— Może nie starczyło mu czasu, by ją schować, a może 

zawadził właśnie kołczanem?

Raczej   kołczanem,   ale   jak   długo   jeszcze   każesz   mi 

wędrować przez to bezdroże? Co nam to da? Gonzales na 
pewno się niepokoi.

— Cierpliwości,   Janie.   Chyba   wiesz   dobrze,   że   w   wa-

runkach, w jakich się znajdujemy, nawet drobiazgi w porę 
zauważone mają znaczenie.

— Zgoda,   lecz   nie   znajdziemy   ani   łucznika,   ani   dro-

biazgów, na których ci tak zależy.

— Skąd taka pewność? O... proszę.
Przystanął,   sięgnął   dłonią   do   pnia   na   wysokości   swej 

głowy, coś tam zdjął i podsunął mi na dłoni pod oczy: dwa 
długie, kruczoczarne włosy.

— Wspaniale! — stwierdziłem. — Nigdy bym tego nie 

zauważył, lecz... cóż z tego?

— Indianin!
— Ech, dawno o tym wiedziałem. Któż dziś używa łuku 

poza czerwonoskórymi. Wracajmy.

— Jeszcze tylko parę jardów. Chcę sprawdzić, w jakim 

kierunku odszedł.

Ruszył   steczką   wyznaczoną   połamanymi   krzewami   i 

zdeptanym poszyciem. Czekałem, rozglądając się z nudów, 
ale   nie   dostrzegłem   nic   godnego   uwagi.   Słyszałem   lekki 
szelest   roztrącanych   gałęzi,   później   zapanowała   cisza, 
wreszcie ozwał się głos Karola:

— Chodź tutaj!

Pospieszyłem.   Czyżby   znowu   coś   odkrył?   Istotnie   — 

odkrył.

background image

— Zajmij   się   nim   —   powiedział   —   ja   przeszukam 

zarośla.

Westchnąłem.   W   gęstym   poszyciu   mchu,   traw,   paproci 

leżał   nieruchomo   człowiek,   twarzą   ku   ziemi.   Widziałem 
jego   plecy   zakryte   brudną,   postrzępioną,   bawełnianą 
koszulą,   ale   przede   wszystkim   bardzo   zakrwawioną. 
Odwróciłem go na wznak, odsunąłem długie czarne włosy 
zakrywające   czoło,   oczy,   nos   i   usta.   Ukazało   się   oblicze 
starego   człowieka,   pomarszczone,   z   zagojoną   szramą   na 
lewym   policzku   i   pozbawione   zarostu.   Barwa   skóry   i 
wystające   kości   policzkowe   zdradzały   jego   pochodzenie. 
Sprawdziłem   oddech   i   puls.   Zdjąłem   kołczan   pełen 
śmiercionośnych   strzał,   jedna   z   nich   miała   urwany   bełt. 
Podniosłem   się   z   klęczek.   Meksyk   coraz   mniej   mi   się 
podobał.

Po chwili Karol, który myszkował w pobliżu, wyłonił się 

z krzaków.

— I co?
— Uderzenie ostrym narzędziem w plecy. Śmiertelne.
— Czyli: nożem.
— Najprawdopodobniej, lecz noża nie znalazłem.
— Bo go zabrał.
— Kto?
— Napastnik,   który   skrył   się   za   tamtym   krzewem.   Na 

tego Indianina, polującego na Bedego, polowali dwaj inni. 
Musiał ich zauważyć i to była przyczyna panicznej ucieczki. 
Jeden z napastników ukrył się właśnie tutaj i to on ugodził 
biegnącego. Później oddalił się, dość szybko i przyłączył się 
do towarzysza. Tyle odczytałem ze śladów.

— Nie domyślasz się, kim mogli być ci ludzie?
— Buty z wysokimi obcasami. To wszystko.
— Dlaczego   nie   zabrali   kołczanu   i   łuku?   Ten   nie-

szczęśnik jeszcze trzyma swą broń.

background image

— Może   nie   umieją   używać   łuków,   lecz   najprawdo-

podobniej   zostali   spłoszeni   nadejściem   twoim   i   Bedego. 
Jestem   prawie   pewien,   że   morderstwo   popełniono   w   tym 
czasie, kiedy Bede udał się do ogniska.

— I co teraz?
— Nic, wracamy.
— A on? — wskazałem na leżącego.
— Przyślemy  vaquerów  z  kilofami,   niech wykopią   dół. 

Może Gonzales będzie chciał go obejrzeć?

Schylił się, oswobodził łuk z dłoni zabitego.
— Zabierz kołczan, Janie. Pięknie go spalimy. Chodź.
Na granicy lasu i łąki natknęliśmy się na Gonzalesa

i Bedego.

Niepokoiłem się o was, seńores — zaczął hacjender, 

lecz zaraz zmienił obiekt swego zainteresowania. — Co to? 
Łuk i strzały? Schwytaliście go? Co też ja gadam! Pewnie 
was zaatakował i...

— Nie   atakował   —   przerwał   mu   Karol   —   sam   został 

zaatakowany,  i to nagle. Zresztą niedaleko, najlepiej, żeby 
pan sam zobaczył,   a  ty,   Janie  —  zwrócił  się  do  mnie   — 
wracaj do obozu i zawiadom panią.

Postąpiłem, jak sobie życzył, i wraz z kołczanem i łukiem 

(który   Karol   mi   wręczył)   zadziwiłem   i   równocześnie 
zaniepokoiłem   seńorę   i   obu   vaquerów.   Opowiedziałem 
dokładnie, co i jak się stało. Uspokoiła się, obejrzała łuk i 
kołczan.

— Piękne   —   stwierdziła   —   i   pięknie   wyglądałyby 

zawieszone na ścianie pokoju. A strzały...

— Proszę nie wyjmować — ostrzegłem.
— Ależ...

Delikatnie wyjąłem kołczan z jej dłoni, jeszcze delikatniej 

wyciągnąłem z jego wnętrza strzałę. Jej grot lśnił brunatną 
mazią,   podobnie   jak   tamtej,   wystrzelonej   w   Bedego. 
Położyłem strzałę na żarzących się węglach ogniska, na to 
cisnąłem kołczan i łuk.
   Łuk nie jest groźny, proszę go wyjąć, doktorze!
Pokręciłem  przecząco  głową,   dorzuciłem  kilka  suchych 
gałązek, aż buchnął płomień i ogarnął cały stos.

— Nie   wiadomo,  kogo  jeszcze   spotkamy  po drodze  — 

odparłem — łuki nie rosną w lesie ani na łące, lepiej, żeby 
nie istniał, zbyt zwraca uwagę.

— O czym pan mówi?
— Nie   chcę,   abyśmy   przez   przypadek   ponieśli   kon-

sekwencje czynu, którego nie popełniliśmy. Rozumie pani?

Roześmiała się.

background image

— Zupełnie jak w kryminalnej powieści! Czy to jednak 

nie przesadna ostrożność? Szkoda mi tego łuku.

— Ostrożność   nigdy   nie   jest   przesadna,   jeśli   może 

zapobiec nieszczęściu.

— Pan się lęka, doktorze — stwierdziła.
— Tak   —   przyznałem.   —   Zastanawiam   się,   czy   nasze 

ryzyko   nie   jest   zbyt   wielkie   w   stosunku   do   celu,   który 
zamierzamy osiągnąć. Bawię tu niezbyt długo, a przez ten 
czas dane mi było widzieć tylu zabitych, że w porównaniu z 
Meksykiem nasz Zachód, zwany Dzikim, wygląda na oazę 
spokoju   i   bezpieczeństwa.   A   teraz   znowu   człowiek   z 
zatrutymi   strzałami,   który   przez   przypadek   nie   stał   się 
mordercą,   zadźgany   przez   zabójców   z   nożami.   Dlaczego? 
Czy to nie przerażające?

Jesteśmy   ludźmi   gorącej   krwi   —   próbowała   za-

żartować, lecz natychmiast zmieniła ton i dodała: — Żyjemy 
w   wyjątkowym   okresie,   za   rządów   Juareza   było   znacznie 
spokojniej.

Rozmowa   się   urwała,   bo   nadszedł   Gonzales   z   towa-

rzyszami. Ogień jeszcze trawił resztki kołczanu i łuku.

— Spalił pan? — zwrócił się do mnie, a w jego głosie 

odczułem  żal   i   wyrzut   równocześnie.   —  To  piękna,   stara 
broń.

— Nic   lepszego   nie   można   było   uczynić   —   odparł   za 

mnie Karol.

— Jak pomyślę o tej kurarze, ciarki mi biegną po krzyżu 

— wtrącił Bede.

Zdaje   się   jednak,   że   nasze   poglądy   nie   przekonały 

hacjendera, a już na pewno nie przekonały jego małżonki. 
Widziałem   to   po   jej   nachmurzonej   twarzy.   Co   za   dziwni 
ludzie!

— Siadajmy,   seńores   —   poprosił   hacjender   —   należy 

zastanowić się nad przyszłością.

Rozłożyliśmy się wokół ognia, vaquerzy podali kubki z 

kawą, boczek i suchary. Nieprzewidziane wypadki zmieniły 
porządek   naszych   corannych   zajęć   i   nikt   jeszcze   nie   jadł 
śniadania.

Posiłek   trwał   krótko   i   prawie   w   zupełnym   milczeniu. 

Dopiero gdy  znikła  ostatnia   kropla  kawy i  ostatni  okruch 
suchara, a Gonzales jak zwykle poczęstował nas cygarami, 
przystąpiliśmy do rzeczy.

A   więc,   moja   droga,   i   wy,   panowie,   trzeba   się   za-

stanowić   nad   naszą   dalszą   wędrówką   —   rozpoczął 
hacjender.   —   Dziwna   historia,   która   się   tu   wydarzyła,   to 
niezbyt pomyślny dla nas znak.

— Czy przypadkiem nie przeceniasz tego znaku, Pedro? 

—   odezwała   się   seńora   Concepcion.   —   Przecież   nie 
wybraliśmy się tutaj na podmiejską przejażdżkę i jeden łuk 
nie   powinien   wywoływać   popłochu.   Jeśli   zachowamy 
zawsze przecież obowiązującą podczas podobnych wypraw 
ostrożność,   dotrzemy   do   celu.   Pomyśl   tylko,   jakiego 
odkrycia dokonamy za dzień lub dwa!

— Dzień czy dwa? — zdziwił się hacjender. — Mówiłaś, 

że nie sposób dokładnie zmierzyć odległości.

— Mówiłam, prawda, lecz... chyba się nie mylę planując 

dalszą podróż na... no, może na trzy dni.

Słuchając   tego   pomyślałem,   że   równie   dobrze   nasza 

background image

wędrówka do celu, jeśli go łatwo odnajdziemy, może trwać i 
tydzień. Seńorze bardzo zależało na tajemniczych skarbach. 
Była odważną, lecz chyba niezbyt roztropną kobietą. A może 
wizja   archeologicznego   odkrycia   tak   zamąciła   jej   zdrowy 
rozsądek?

— Jeśli to nawet dwa czy trzy dni — upierał się Gonzales 

— nie możemy narażać życia i zdrowia naszych gości.

Argument   był   —   z   punktu   widzenia   hiszpańskiej   go-

ścinności — nie do odparcia. I to chyba wprawiło seńorę w 
lekkie rozdrażnienie.

— Przecież   spaliliśmy   zatrute   strzały,   a   ten,   których 

używał, już nie żyje.

background image

— A tamci dwaj? — zapytał hacjender.
— Nie   przesadzaj,   Pedro,   nie   są   bardziej   groźni   od 

Robleda, gdy tkwił za twoim krzesłem w naszym własnym 
domu.   Zdawałoby   się   tak   bezpiecznym!   A   zresztą...   ci, 
którzy   zabili   Indianina,   stali   się   w   ten   sposób   naszymi 
sprzymierzeńcami.

Pokręcił głową na znak powątpiewania.

— Nie  zawsze  można  liczyć  na  cudowne  zjawienie  się 

seńora Bede w odpowiednim momencie, a w dobre duchy 
puszczy nie wierzę. Ktoś w jej głębi załatwia swe prywatne 
porachunki i nie sposób uważać go za naszego przyjaciela 
lub wybawcę. Poza tym zaczynam się niepokoić o Inez, o 
Coylego,  o vaquerów,  których  pozostawiliśmy  tak daleko. 
Lecz...   niech   teraz   wypowiedzą   się   nasi   goście,   posiadają 
przecież doświadczenie w takich sprawach.

— Ufam Coylemu, potrafi zachować ostrożność. Inez nie 

jest   już   bezradnym   dzieckiem.   Dała   tego   dowody   — 
sprzeciwiła   się   gwałtownie   seńora.   —   Zresztą,   znaczna 
odległość,   jaka   nas   dzieli   od   nich,   jest   gwarancją   ich 
bezpieczeństwa. Czy sądzisz, że po całych górach wędrują 
łucznicy z zatrutymi strzałami?

Gonzales westchnął:

— Obyś się nie myliła...

Umilkł i spojrzał na Karola. Mój przyjaciel nie od razu 

zabrał głos. Palił cygaro, zastanawiał się.

— Dobrze — powiedział wreszcie. — Oto, co myślę.

Niebezpieczeństwo   istnieje   nadal.   Zniszczone   strzały   z 
kurarą nie zmieniają sytuacji. Może jakiś drugi łucznik lub 
parę   tuzinów   łuczników   posiada   podobny   arsenał   tych 
strasznych pocisków. Kim są ludzie tak świetnie władający 
nożami, również nie sposób odgadnąć.
Skąd   tu   przyszli   i   po   co?   Same   zagadki.   Jeśli   więc 
postanowicie   wracać,   zgodzę   się   z   tym,   bo   będzie   to 
rozsądna decyzja.

background image

— A jeśli ruszymy dalej? — zapytała seńora.
— Ruszę i ja. Jednak... radziłbym zawrócić.
— Dziękuję,   seńor   —   odparł   Gonzales.   —   A   pan, 

doktorze?

— Radzę   zawrócić   —   powtórzyłem   słowa   Karola.   — 

Niebezpieczeństwo   jest   ogromne,   a   poza   tym...   jakaż 
pewność, że odszukamy skarb?

— Lecz jeżeli nie zastosujemy się do pańskiej rady, jak 

pan postąpi, doktorze? — odezwała się seńora.

— Pojadę   z   wami.   Mój   zawód   może   okazać   się   po-

trzebny, chociaż wobec kurary jestem całkowicie bezradny. 
Proszę   o   tym   pamiętać.   Żadna   siła   ludzka   nie   uratuje 
ranionego zatrutą strzałą. To wszystko!

Przyznam,   że   byłem   wściekły   i   z   trudem   zachowałem 

spokój.   Przejrzałem   grę   seńory.   Doprowadziła   swymi 
pytaniami do tego, że obaj — Karol i ja — postanowiliśmy 
towarzyszyć wyprawie bez względu na to, jaka miała zapaść 
decyzja. Kto wie, może  odmowa  skłoniłaby Gonzalesa do 
postąpienia   wbrew   woli,   swej   małżonki?   Lecz   czyż 
mogliśmy go opuścić w niebezpieczeństwie? A Bede? Do 
niego z kolei zwrócił się hacjender.

— Chyba — odpowiedział skrobiąc się z zakłopotaniem 

po   parodniowym   zaroście   —   odwrót   nie   będzie 
bezpieczniejszy od dalszej jazdy. Jaką mamy pewność, że w 
drodze powrotnej nie zostaniemy napadnięci?

— Słusznie! — wykrzyknęła seńora.
— Lecz   skracając   o  kilka   dni   podróż   —  zdołałem,   się 

wtrącić — zmniejszamy ryzyko.

A ja myślę, doktorze — powiedział Bede — że ryzyko 

jest takie samo. Jakże więc rezygnować z naszych skarbów, 
znajdując się tak blisko nich? Jestem za tym,  żeby jechać 
dalej.   Zresztą...   niech   mi   tu   podejdzie   któryś   z   tych 
łuczników, dam sobie radę, zanim zdąży naciągnąć łuk. — 
Tu   klepnął   się   po   futerale   colta   wiszącym   u   pasa.   — 
Znajdowałem   się   niejeden   raz   w   gorszych   tarapatach,   a 
przecież chodzę cały i zdrowy.

Ostateczna   decyzja   należała   do   Gonzalesa,   ale   już 

spostrzegłem po jego minie, że argumenty Bedego trafiły mu 
do przekonania, chociaż były tylko zwykłą fanfaronadą.

— No cóż, seńores? Chyba jednak spróbujemy wykonać 

to, co postanowiliśmy rozpoczynając naszą podróż. Jednak 
— tu spojrzał na Karola i na mnie — nie wolno lekceważyć 
niebezpieczeństwa,   o   którym   mówiliście.   Jeśli   więc 
powtórzy   się   historia   z   łukiem   i   zatrutymi   strzałami, 
pierwszy   dam   sygnał   do   odwrotu.   Sądzę,   że   krwawy 
porachunek   dokonany   w   lesie   nie   ma   nic   wspólnego   z 
naszym tutaj pobytem,  lecz nie wykluczam niespodzianek. 
Dlatego wymagam od wszystkich, aby odtąd, bez względu 
na   temperaturę,   nosili   poncho.   Gruba,   a   równocześnie 
elastyczna tkanina działać będzie jak pancerz. Ugnie się pod 
uderzeniem strzały, ale jej nie przepuści. Zgadzacie się?

Rzecz zrozumiała, że zgodziliśmy się. Co prawda ogarnęła 

mnie chętka zapytać złośliwie, w jaki sposób mamy chronić 
przed zranieniem twarze i dłonie, lecz powstrzymałem się.

I tak oto — jak się mówi — klamka zapadła. Zwinęliśmy 

obóz szybciej niż w inne dni, pragnąc najprędzej oddalić się 
z niebezpiecznego miejsca, jak gdyby kilka mil dalej leżała 

background image

kraina spokoju i beztroski. Mimo pośpiechu pochowaliśmy 
zabitego Indianina.

Przywdziawszy   poncha   wskoczyliśmy   na   konie   i   ru-

szyliśmy   łagodnym   wzniesieniem,   aż   ogarnął   nas   bór 
porastający   zbocze.   Wbrew   pragnieniu   jazda   nie   była 
szybka. Pochyłość tylko początkowo nie sprawiała trudności. 
Po   przebyciu   niecałej   mili   —   szlak   wijący   się   między 
drzewami stał się wąskim i stromym żlebem, wypełnionym 
szutrem.

background image

Ponad   trzy   godziny   trwała   męcząca   ludzi   i   zwierzęta 

wspinaczka, a kiedy wreszcie osiągnęliśmy goły całkowicie 
grzbiet góry i po krótkiej przerwie poczęli schodzić, zerwał 
się   gwałtowny   wicher   i   napędził   chmur.   W   kilka   minut 
później   lunął   deszcz   tak  gęsty,   że   świata   nie   było   widać. 
Spod końskich kopyt  spływały potoki wody,  wierzchowce 
poczęły   się   ślizgać   po   namiękłej   ziemi.   Musieliśmy 
zeskoczyć z siodeł i prowadzić zwierzęta krok za krokiem, 
prawie po omacku. Doceniłem wówczas wartość poncha — 
nie przeniknęła przez nie ani kropla wilgoci i choć głowę i 
nogi   zlewały   zimne   strugi,   ubranie   miałem   suche.   Kiedy 
znaleźliśmy   się   w  kolejnej   dolinie,   deszcz   przestał   padać, 
chmury rozstąpiły się i nawet zdążyliśmy zobaczyć ostatnie 
zorze dogasającego zachodu.

Dolinę   porastała   trawa,   gdzieniegdzie   kępki   krzewów   i 

niskich   drzew,   na   wzór   afrykańskiego   buszu.   W   środku 
znajdowało   się   jeziorko.   Właśnie   to,   które   ukazała   nam 
poprzednio na mapie seńora Concepcion.

Nocleg   byłby   przyjemny,   gdyby   nie   nadmiar   wilgoci, 

chłodu i  dymu  z   ogniska.   Powiem  teraz  w  skrócie:  przez 
następne   trzy   dni   cieszyliśmy   się   piękną   pogodą   i   mało 
uciążliwą drogą. Wody nam nie brakło, tu i tam trafialiśmy 
na górskie strumyki. I nic nas nie niepokoiło ani za dnia, ani 
podczas   noclegów,   nie   odkryliśmy   żadnych   śladów 
obecności człowieka. Jedno tylko  trapiło nas zmartwienie: 
brak zwierzyny. Zapasy żywności kurczyły się niepokojąco. 
Gonzales,   który   tyle   obiecywał   sobie   polowań,   począł 
narzekać, że góry zamieniły się w pustynię, a czworonogi, 
od których — wedle jego słów — roiło się jeszcze przed 
rokiem,   nagle   gdzieś   odeszły.   Znając   jednak   przesadny 
sposób   wysławiania   się   hacjendera,   jego   skłonność   do 
wyolbrzymiania   drobnych   faktów,   niekiedy   wręcz   ich 
przeinaczania,   przypuszczałem,   że   przed   rokiem   sytuacja 
przedstawiała się

background image

podobnie. Postanowiliśmy, że każdy z pełniących wartę na 
początku nocy lub świtaniem, a więc kiedy zwierzyna udaje 
się   do   wodopoju,   powinien   starać   się   ustrzelić   któreś   z 
trawożernych,   lub   —   jeszcze   lepiej   —   obudzić   Karola   i 
Gonzalesa, najlepszych myśliwych w naszym gronie.

Przez kolejne dwie noce nie pojawił się w pobliżu żaden 

godny   strzału   czworonóg.   Dopiero   trzeciej   nocy,   gdy 
obozowaliśmy   niedaleko   bagnistego   stawku,   zauważyłem 
podczas   swej   warty   stadko   zwierząt   przypominających 
domowe   świnie.   Tarzały   się   w   błocie   na   przeciwległym 
brzegu.   Obudziłem   Karola   i   hacjendera.   Wiatr   wiał   w 
naszym kierunku, podeszliśmy nie dostrzeżeni i dwa celne 
strzały położyły dwie sztuki. Huk obudził całe towarzystwo, 
a   widok   myśliwskich   trofeów   tak   nas   uradował,   że 
zrezygnowano   z   dalszego   snu.   Nic   dziwnego,   wszystkim 
przejadł się słony boczek, od wielu dni podstawowe danie 
śniadań, obiadów i kolacji.

Upolowane zwierzęta należały do gatunku pekari. Pekari 

obrożne, jak wyjaśnił mi  hacjender, a nazwa pochodzi od 
żółtego   pasa   biegnącego   dokoła   szyi   i   karku,   wyraźnie 
widocznego na Ciemnobrunatnej, szczeciniastej sierści. Łeb 
był podobny do łba domowej świni, mięso — jak się później 
okazało   —   wcale   nie   gorsze.   Pekari   obrożne   żyje   w 
Meksyku aż po południową część Stanów Zjednoczonych, 
jednak   ja   podczas   wędrówek   po   Teksasie,   Arizonie   i 
Nowym   Meksyku   nigdy  się   na   tego   krewniaka   świni   nie 
natknąłem.

Prawie cały dzień zajęło nam przyrządzanie mięsa, aby 

nie zepsuło się w drodze. Kiedy ta żmudna robota została 
zakończona, zrobiło się już zbyt późno na dalszą podróż. Z 
zapowiadanych przez seńorę trzech dni minęło już... pięć, a 
cel zaznaczony na mej mapie czarnym kwadracikiem nadal 
znajdował się gdzieś tam przed nami. Na ten temat sporo 
było   gadania   przy  wieczornym   ognisku  i  sporo  pytań,   na 
które   małżonka   hacjendera   odpowiadała   raczej   skąpo   i 
ostrożnie. Twierdziła, że wyklucza możliwość przeoczenia 
ostatniego   z   zaznaczonych   na   mapie   drogowskazów. 
Znajduje się on w dolinie przypominającej kształtem trójkąt, 
którego wierzchołek zwęża się i kończy ślepo w skale. Isto-
tnie,   do   tej   pory   nie   natrafiliśmy   na   tak   oryginalnie 
ukształtowany   teren.   Należało   więc   uzbroić   się   w   cier-
pliwość i — ze zwykłych grzecznościowych względów — 
nie przypominać seńorze o „odkryciu, jakiego dokonamy za 
dzień   czy   dwa".   Nie   przypuszczam,   aby   osoba   świetnie 
znająca się na mapach mogła popełnić tak poważny błąd. A 
więc   celowo   skróciła   czas   dalszej   podróży,   aby'   nie 
zniechęcać   do   niej   swego   małżonka.   Sprytnie   zostało   to 
pomyślane, lecz nie miałem uznania dla takiego sprytu.

Jeszcze minęły dwie doby, zanim oczom naszym ukazała 

się   zapowiedziana   przez   seńorę   dolina.   Ujrzeliśmy   ją   na 
dalekim   planie,   w   dole,   poniżej   przełęczy,   na   którą 
wywiodła   nas   mapa.   Słońce   zmierzało   ku   zachodowi   i 
czarny   cień   padający   od   gładkiej   iglicy   skalnej   posiadał, 
zbiegiem okoliczności, taki sam kształt trójkąta, jak dolina.

Z przełęczy nizina wyglądała jak potężna plastyczna mapa 

i tylko góry wznoszące się po tamtej stronie doliny, strome, 
kolorowe skały, u stóp porośnięte rzadkim lasem, w górze 

background image

zupełnie nagie, bodły niebo kamienistymi turniami.

Oto   był   cel   naszej   wędrówki.   Gdzieś   tam   w   dole,   za-

kopany   w   ziemi   czy   może   ukryty   w   jaskini,   spoczywał 
„skarb".   Jego   bliskość   sprawiła,   że   zapomnieliśmy   o 
trudnościach   drogi,   o   strzałach,   łukach,   nożach   i   kurarze. 
Zresztą, ostatnie dni uśpiły naszą czujność, utwierdzając w 
przekonaniu, że w tych dzikich stronach, nie licząc zwierząt, 
jesteśmy zupełnie samotni.

background image

Gonzales   podniósł   prawicę   i   pierwszy   ruszył   w   dół. 

Milczeliśmy.   Słychać   było   tylko   klaskanie   kopyt   po 
stwardniałym   gruncie   i   chrzęst   skórzanej   uprzęży,   gdy 
wierzchowce szarpały cuglami. Co nas czekało? Sukces czy 
klęska?   Czy   odnajdziemy   „skarb",   czy   też   został   on   tak 
ukryty, że tylko osoba wtajemniczona mogła by go odkryć? A 
może w ogóle go nie ma? Może ktoś już nas uprzedził?

Takie to myśli zaprzątały moją głowę, a przypuszczam, że i 

głowy mych towarzyszy.

Zjeżdżaliśmy   coraz   niżej,   aż   na   samo   dno,   gdzie   trawy, 

pachnące   zioła   i   wąziutkie   ścieżki   wydeptane   przez 
czworonogi   powitały   nas   wonią   i   ciszą   nadciągającego 
wieczoru.

Hacjender zatrzymał konia.

— Przede   wszystkim   —   powiedział   zniżając   głos   — 

musimy sprawdzić, czy płynie tędy jakiś strumień. Co mówi o 
tym mapa? — zwrócił się do żony.

— Nic.   Ani   śladu   wody.   Lecz   to   jeszcze   niczego   nie 

dowodzi.   Spotkaliśmy   po   drodze   sporo   źródeł,   których   nie 
zaznaczono.

— Kiepska sprawa — zauważył. — Jednak szukajmy, oby 

z   pomyślnym   rezultatem.   Niemożliwy   będzie   dłuższy   tu 
pobyt, jeśli nie odkryjemy najmniejszego chociażby źródełka. 
A   teraz,   seńores,   rozdzielmy   się   na   dwie   grupy,   sprawniej 
pójdzie szukanie. Juczne konie niech tu zostaną.

Ruszyłem za Karolem, tamci pokłusował! w przeciwnym 

kierunku.   Pojechaliśmy   jedną   z   naturalnych   ścieżek 
przetartych   wśród   traw   przez   czworonogi   zdążające   do 
wodopoju.

— Tak   więc,   Karolu   —   odezwałem   się,   gdy  zostaliśmy 

sami   —   wygląda   na   to,   że   seńora   miała   rację:   spokojna 
podróż i bezbłędne znalezienie celu.

Powoli,   powoli.   Jeszcze   nie   wróciliśmy   do   hacjendy, 

jeszcze   nie   odkopaliśmy   „skarbów",   o   których   było   tyle 
gadania.   Przyznam,   że   bardziej   liczyłem   na   piękne   trofea 
myśliwskie, lecz polowania całkowicie zawiodły.

— Masz jaguara.
— To   tylko   szczęśliwie   zakończony   przypadek.   Popatrz, 

Janie, coś tam błyska.

— Woda?
— Raczej nie woda. O, na pewno nie woda — powtórzył, 

gdy ujechaliśmy kilka dalszych jardów.

Na   koniec   i   ja   ujrzałem   coś   błyszczącego   różowo   w 

promieniach zachodu. Zeskoczyliśmy z siodeł i stanęliśmy jak 
skamieniali.   Wśród   traw   spoczywały   różowiejące   w   blasku 
kości.

— Oto dolina szkieletów — szepnął mój towarzysz. — W 

jakież okrutne strony zawędrowaliśmy?

— Można było przewidzieć — odparłem. — Zapomniałeś, 

jak seńora opowiadała o kłótni i krwawej walce odkrywców 
skarbu?   Przecież   miał   wówczas   ocaleć   tylko   jeden   biały 
człowiek. Tu leżą ci, którzy nie ocaleli.

Karol   kopnął   szpicem   buta   jakiś-   przedmiot,   schylił   się, 

podniósł go. Była to fuzja o lufie przeżartej rdzą i kolbie tak 
zbutwiałej, że uginała się pod naciskiem palców. Znaleźliśmy 
jeszcze   dwa   kordelasy   myśliwskie,   trzy   rewolwery   i   kilka 
rodzajów broni palnej — długiej. Wszystko nie nadające się 

background image

już do użytku.

— Iluż tu ludzi mogło paść?
Ogarnąłem   wzrokiem   wstrząsające   pobojowisko   i 

wzruszyłem ramionami.

— Czy to takie ważne? Przecież chyba nie masz zamiaru 

liczyć. Myślę, że poległo tu pięciu lub sześciu, jeśli trawa nie 
zakryła szczątków innych, a dzikie zwierzęta nie porozrzucały 
kości. Chodźmy.

Ruszyliśmy   dalej,   prowadząc   konie   za   uzdy.   Tak   nas 

dogonił Bede z wiadomością, że znaleźli wodę. Zawróciliśmy. 
Źródło znajdowało się w przeciwległym końcu doliny, lecz że 
dolina   nie   była   rozległa,   szybko   dołączyliśmy   do   reszty 
towarzystwa.

Noc zapadła, nie rozpalono ogniska. Karol opowiedział o 

naszym   odkryciu,   co   zresztą   nie   wywarło   na   słuchaczach 
większego   wrażenia.   Natomiast   seńora   z   widocznym 
zadowoleniem   zauważyła,   że   uzyskaliśmy   jeszcze   jedno 
potwierdzenie:   znajdujemy   się   na   właściwym   miejscu. 
Zupełnie jakby chodziło nie o szczątki ludzkie, lecz o jakieś 
resztki   po   rozpalonym   niegdyś   ognisku.   Zdaje   się,   że 
„gorączka   skarbu"   (na   podobieństwo   „gorączki   złota") 
stłumiła w naszej towarzyszce wszelkie ludzkie odczucia!

Nie  spałem dobrze  tej   nocy,  zapewne   dlatego,   że   przed 

snem rozmyślałem o tragedii, jaka rozegrała się przed laty. 
Później męczył mnie koszmar: słyszałem odgłosy walki, huk 
strzałów,   dzikie   okrzyki   ludzi.   Budziłem   się,   zapadłem   w 
drzemkę i tak dotrwałem do pierwszej rannej zorzy. Dopiero 
zimna   źródlana   woda,   której   nie   szczędziłem   przy   myciu, 
przywróciła mi spokój serca i umysłu. W dzień zresztą dolina 
wyglądała   niezwykle   malowniczo,   czyniąc   wrażenie   azylu 
spokoju i oazy pięknej przyrody.

Zauważyłem,   jak   bardzo   niecierpliwiła   się   seńora 

Concepcion   podczas   śniadania.   Nie   mogła   doczekać   się 
chwili, w której rozpoczniemy poszukiwania. Bede również 
był mniej spokojny niż zazwyczaj. Widać i jego opanowało 
pragnienie ujrzenia wreszcie „skarbów" ukrytych w dolinie.

Natychmiast   po   zakończeniu   posiłku   wskoczyliśmy   na 

konie   i   zostawiwszy   obu   vaquerów   na   straży   ogniska   i 
jucznych   zwierząt,   rozpoczęli   penetrację   terenu.   Pierwszym 
naszym   zadaniem   było   odszukanie   tajemniczego   znaku, 
ostatniego, jaki wyrysowano na mapie. Przypomnę, że do tej 
pory znaki te znajdowaliśmy zawsze w miejscach, w których 
mogła powstać wątpliwość co do kierunku dalszej drogi. Tu 
jednak   nie   istniały   żadne   drogi.   Dolina,   jak   się   wkrótce 
przekonaliśmy,   nie   miała   wyjścia.   Jedynym   szlakiem,   jaki 
łączył ją z resztą świata, był szlak, którym tu przybyliśmy.

Dokoła   wznosiły   się   strome   zbocza,   niedostępne   dla 

jezdnych, trudno osiągalne dla piechura.

W jakimże więc punkcie powinno było znajdować się to, co 

na mapie oznaczono czarnym kwadracikiem?

Po godzinnej wędrówce tu i tam, po zeskakiwaniu z koni i 

rozgarnianiu traw w miejscach mniej widocznych byliśmy tak 
samo   mądrzy,   jak   poprzednio.   W   południe,   po   dalszym 
bezowocnym   krążeniu,   wróciliśmy   na   odpoczynek   przy 
ognisku.   Myślę,   że   przejechaliśmy   dobrych   kilka   mil 
przetrząsając cały teren. Czułem zmęczenie w kościach, lecz 
ani śladu apatii, mój przyjaciel również nie objawiał żadnych 
oznak przygnębienia, lecz reszta towarzystwa pogrążyła się w 

background image

ponurym nastroju, milcząc lub odpowiadając półgębkiem na 
moje   i   Karola   pytania.   Wyglądało   to   nawet   zabawnie   i   z 
trudem stłumiłem ogarniającą mnie wesołość, aby nie drażnić 
innych.

Czy   oznacza   to,   że   nie   obchodził   mnie   rezultat   naszych 

poszukiwań? Wręcz przeciwnie, bardzo mnie to interesowało. 
Rzecz   w   tym,   że   zupełnie   inaczej   niż   panią   Concepcion, 
hacjendera   lub   Bedego.   Dzięki   mnie   —   chociaż   zupełnie 
przypadkowo — sprawa wydobyta została z zapomnienia. Z 
niepewnej,   raczej   bajkowej   historii   przekształciła   się   w 
rzeczywistość. Nie mogłem więc pozostać obojętny na dalszy 
przebieg wypadków. Ale seńorze — jak łatwo odgadłem — 
chodziło raczej o efekt odkrycia, o rozgłos w świecie nauki; 
Gonzalesowi — o sławę małżonki, no i... własnego nazwiska. 
Co się tyczy Bedego — nadal przypuszczałem, że zajmuje go 
jedynie wartość materialna „skarbu". Mnie natomiast nic a nic 
nie zależało na rozgłosie ani na jakichkolwiek drogocennych 
kruszcach.   Ciekawiło   mnie   zakończenie   tej   przygody, 
intrygowała tajemnica otaczająca dotąd tę zagadkową sprawę. 
A poza tym -— nie byłem pesymistą. Uważałem, że niezbyt 
rozległą   dolinę   można   przeszukać   bardzo   dokładnie,   byle 
tylko   działać   systematycznie   i   bez   zbędnego   pośpiechu. 
Wówczas nic się przed naszymi oczami nie ukryje. Sądziłem, 
że   jedyny   ocalały  z   tamtej   ekspedycji   biały   musiał   działać 
nerwowo i szybko.  Przecież mógł  się spodziewać w każdej 
godzinie powrotu Indian dwukrotnie przepędzanych z doliny. 
Jeśli więc nie zabrał wszystkiego, co tu znaleziono — a jakże 
mógł   zabrać   nie   mając   jucznego   zwierzęcia?   —   pozostała 
część   „skarbu"   została   zakopana   prowizorycznie,   bez 
należytego   zatarcia   śladów,   i   dlatego   bystry   obserwator 
powinien by łatwo zauważyć to miejsce. Tylko czas i bujna 
flora mogły lepiej zamaskować skrytkę.

Podzieliłem się tą myślą z towarzyszami i w ten sposób 

poprawiłem im humor. Jednak natychmiast mimo  woli go 
popsułem zauważywszy, że nawet gdyby „skarby" zostały z 
doliny  wywiezione,  to  ślad po  nich  musiał   się  zachować. 
Najbardziej   dotknięta   takim   przypuszczeniem   poczuła   się 
seńora   Concepcion.   Zaraz   też   odparła,   że   tego   rodzaju-
ewentualność nie wchodzi w rachubę. Jeśli cokolwiek z tej 
doliny   wywieziono,   mogła   to   być   jedynie   drobna   część 
ukrytych   przedmiotów.   Nie   wiem,   na   czym   opierała   swe 
twierdzenia. Myślę, że jedynie na własnych... pragnieniach.

W   drugiej   połowie   dnia   podjęliśmy   znów   poszukiwania. 

Tak   nas  wszystkich   zaabsorbowały,   że   nikt   nie   pomyślał   o 
przetrząśnięciu chociażby najbliższego otoczenia doliny. Gdy 
zapadł zmierzch a zmordowani i przygnębieni „poszukiwacze" 
przyszli   grzać   się   przy  ognisku,   powiedziałem,   co   myślę   o 
takim niedopatrzeniu.

background image

Zdaje się, że tylko Karol wysłuchał mnie z należytą uwagą, 
reszta tonęła w marzeniach: na przemian pełnych nadziei lub 
zwątpienia.

Zaproponowałem,   aby   najbliższego   ranka   przeznaczyć 

kilka godzin na penetrację okolicy. Spojrzeli na mnie jak na 
wroga, nie chcąc nawet dyskutować na ten temat. I nic nie 
wskórałbym, gdyby Karol nie podchwycił mojej propozycji i 
nie   zdobył   się   na   decyzję.   Oświadczył,   że   rankiem 
wyłączymy się z poszukiwań „skarbu". Bezpieczeństwo nas 
wszystkich   jest   równie   ważne,   jak   cel,   dla   którego   tu 
przybyliśmy.

— Przecież dolina robi wrażenie niedostępnej fortecy — 

zauważył Bede.

— Lecz   tylko   wrażenie   —   odparł   mój   przyjaciel.   — 

Łatwo   wdrapać   się   po   okolicznych   skałkach,   a   jeszcze 
łatwiej z nich zejść. Zbadamy to jutro, ja i doktor. Kto wie, 
może   należy   na   skraju   wystawić   wartownika,   aby 
obserwował dolinę i jej otoczenie?

Gonzales przystał na tę propozycję. Jednak poznałem po 

intonacji jego głosu, że zgoda była tylko grzecznościowym 
gestem wobec gości, a nie wynikiem przekonania.

Nazajutrz   rozstaliśmy   się:   hacjender   ze   swą   gromadką 

udał   się   na   kolejne   przeszukiwanie   doliny,   my   —   na 
spenetrowanie tego, co tę dolinę otaczało. Karol nie mylił się 
twierdząc,   że   stosunkowo   łatwo   dotrzeć   do   krawędzi 
otaczającej   dolinę,   chociaż   pozornie   wydawało   się   to 
niemożliwe.

W   kilku  miejscach  pod  działaniem  erozji   utworzyły  się 

pochyłe   rynny,   wypełnione   gruzem   i   piaskiem.   Jedną   z 
takich   rynien   powędrowaliśmy   ku   górze,   trafiając   na 
przełęcz   dzielącą   dwie   kamienne   iglice.   Z   tego   miejsca 
mogliśmy   obserwować   przeciwległy   stok   wzniesienia   — 
całkowicie nagą, łagodnie opadającą pochyłość. Ciągnęła się 
z pół mili. Dalej rósł las. Przemaszerowaliśmy pochyłością 
równolegle do obwodu doliny aż do miejsca, w którym skały 
i rozpadliny zmusiły nas do odwrotu. Niestety i odwrotny 
kierunek drogi nie pozwolił na dokładniejsze przeszukanie 
otoczenia i tu bowiem strome urwiska zagrodziły przejście. 
Zbadaliśmy   więc   to,   co   mogliśmy   zbadać,   nie   znajdując 
nigdzie   żadnych   śladów   ani   końskich   kopyt,   ani   ludzkich 
stóp. Z kolei należało spenetrować przeciwległe krańce do-
liny,   a   przede   wszystkim   drogę,   która   nas   do   niej   do-
prowadziła. Jednak do wykonania tego zamiaru nie doszło, 
bowiem przybiegł do nas zdyszany vaquero z wiadomością, 
że   odkryto   miejsce,   gdzie   na   pewno   schowane   są   skarby. 
Pognaliśmy tak szybko, jak tylko na to zezwoliło zmęczenie 
po niedawnej wspinaczce.

Z daleka dostrzegłem grupę towarzyszy skupionych u stóp 

stromej   skały,   niedaleko   źródełka.   A   oto,   co   ujrzałem 
zatrzymawszy   się   u   celu:   resztki   porąbanych   maczetami 
pnączy  porastających   podnóże   skały,   czarny  otwór   jaskini 
oraz   Gonzalesa   i   Bedego   z   prymitywnymi   pochodniami, 
które bardziej kopciły, niż dawały światła.

— Seńores   —   zwrócił   się   do   nas   hacjender   —   przy-

bywacie   w   porę!   Może   się   mylę,   ale   chyba   tu   właśnie 
spoczywał skarb ukryty przed laty.

— Spoczywał? — zapytałem zdziwiony. — Więc już go 

background image

nie ma?

Gonzales tylko pokręcił głową, seńora Concepcion i Bede 

ponuro milczeli.

— Wejdźcie i sprawdźcie sami.
Hacjender   ruchem   ręki   wskazał   czarny   otwór.   Karol 

zagłębił   się   pierwszy  w  ciemność   wnętrza,   po  nim  ruszył 
hacjender i Bede z pochodniami, wreszcie pani Concepcion i 
ja.

Migotliwy,   dymiący   płomień   rozświetlił   mrok   sporej 

pieczary.   Całkowicie   pustej,   o   dnie   wysłanym   miękkim 
piaskiem i drobnymi kamykami.

Rozeszliśmy się badając ściany, które w górze zbiegały się 

w   owalne   sklepienia.   Przy   pomocy   kilofów   wzruszono 
ziemię   w   kilku   miejscach.   Jedynym   efektem   tych 
powierzchownych   poszukiwań   były   dwa   kawałki 
zbutwiałych   desek   i   kilka   glinianych   skorup,   najpraw-
dopodobniej   szczątków   garnka.   Jak   się   nieco   później 
dowiedziałem,   pani   Concepcion   jeszcze   przed   naszym 
przyjściem   znalazła   tu   nieźle   zachowaną   figurkę   z   gliny, 
przedstawiającą   siedzącego   mężczyznę,   grającego   na 
dziwacznym instrumencie. Seńora wyjaśniła, że instrument 
ten   nazywa   się   omichicahuaztłi,   bardzo   stary   i   popularny 
wśród meksykańskich Indian. Składa się z kawałka drewna 
lub z kości odpowiednio ponacinanych. Dźwięk uzyskuje się 
przez   przeciąganie   kijem   lub   muszlą   po   tych   nacięciach. 
Seńora   twierdziła,   że   figurka   została   wykonana   przed 
kilkuset laty, że posiada wysoką wartość muzealną.

Nic   więcej   nie   znaleziono,   pochodnie   poczęły   gasnąć, 

dym dusić, bo grota nie miała przewiewu, więc ruszyliśmy 
ku wyjściu.  Tuż na granicy ciemności jaskini i dziennego 
światła czubek mego buta trafił na jakiś płytko zagrzebany w 
piachu przedmiot, który potoczył się i utknął w kępie traw. 
Schyliłem   się,   podniosłem,   wytarłem   o   rękaw   kurtki,   aż 
błysnęło żółto.

— Jeśli nikt tego z państwa nie zgubił — powiedziałem 

żartem — mamy dowód, że w grocie bawili kiedyś ludzie, a 
może nawet coś w niej ukryto. Proszę.

Podałem znalezisko seńorze.

— Pierścień! — krzyknęła.
— Złoty — dodałem — jeśli się nie mylę.
— Na pewno złoty. Doktorze, pan posiada sokoli wzrok.
— Zwykły przypadek — sprostowałem.

Pierścień przewędrował z rąk do rąk. Opłukany w wodzie 

strumienia, ukazał na swym obwodzie drobniutki, misternie 
wykonany ornament.

— Może   by   jeszcze   raz   przeszukać   grotę?   —   zapro-

ponował Bede.

— Szkoda czasu — odparł Karol.
— Dlaczego?
— Dlatego, że to, co w tej grocie się znajdowało, zostało 

wyniesione lub przeniesione w inne miejsce.

— Gdzież   więc   są   skarby   jakiegoś   tam   indiańskiego 

bóstwa?

Nikt mu na to nie odpowiedział, a Karol zapytał:

background image

— Czy wejście do jaskini było zamurowane?

Nie — odparł hacjender. — W przeciwnym wypadku 

najprawdopodobniej   nigdy   bym   tej   jaskini   nie   zauważył. 
Otwór   został   całkowicie   zakryty   roślinnością.   Zupełnie 
przypadkowo zwróciłem uwagę na wielkie i mniejsze głazy 
wystające   spośród   liści   i   pnączy.   Rozchyliłem   zarośla   i 
ujrzałem   otwór.   Te   kamienie,   seńores,   służyły   kiedyś   do 
zawalania wejścia. Oto dowód — schylił się i podniósł dwa 
odłamki   skały.   —   Proszę   zauważyć   resztki   gliny   na 
krawędziach.   Gdy  za-murowywano   otwór,   glina   posłużyła 
do spajania głazów i zatykania otworów.

Karol obejrzał dokładnie oba kamienie.

— Nie   myli   się   pan   —   stwierdził.   —   Nie   ma   czego 

szukać   w   jaskini.   Czy   trafiliście   na   ślad   drogowskazu   z 
mapy?

— Nie, niestety — westchnął hacjender.
— Teraz   to   już   nie   ma   dla   nas   żadnego   znaczenia. 

Przypuszczam,   że   został   rozebrany   przez   ludzi,   którzy 
musieli   wiedzieć,   że   w   jego   wnętrzu   ukryto   wskazówki 
ułatwiające znalezienie jaskini.

Wróciliśmy do obozowiska. Pierścień raz jeszcze obiegł 

krąg   siedzących,   podawany   z   ręki   do   ręki   z   należytą 
ostrożnością. Natomiast figurkę seńora tylko nam pokazała, 
lękając się o całość dość kruchej glinianej powłoki.

— To należy do pana, doktorze — powiedziała wręczając 

mi cenne znalezisko, gdy złoty krążek został już dokładnie 
obejrzany.

— Nie   znam   się   na   tym   —   odmówiłem   przyjęcia.   — 

Przypuszczam,   że   jest   to   dzieło   starożytnej   sztuki,   warte 
znacznie   więcej   niż   metal,   z   którego   je   wykonano.   Pani 
najlepiej będzie wiedziała, co z tym uczynić.

Rozpromieniła   się   i   podziękowała   z   iście   hiszpańską 

galanterią.

background image

— Zastanówmy   się   —   zabrał   głos   Gonzales   —   dokąd 

mogły   zostać   przeniesione   przedmioty   z   jaskini.   Nie   po-
trafimy przekopać całej doliny, więc dobra myśl może nas 
skierować na właściwy ślad.

Tu spojrzał na Karola.

— Nie   trzeba   kopać   na   oślep   —   oświadczył   mój 

przyjaciel.   —  Twierdzę,   że   miejsce   ukrycia   powinno   być 
dość   widoczne,   ponieważ   zakopującą   była   tylko   jedna 
osoba, a sytuacja zmuszała ją do pośpiechu.

— Lecz   gdzie   szukać   takiego   miejsca?   —   wyrwał   się 

hacjender,   a   nie   otrzymawszy   odpowiedzi,   zauważył 
smętnie: — Jutro próbujemy na nowo...

Następnego ranka hacjender zaproponował, aby zamiast 

chaotycznych  badań terenu podzielić dolinę na części, tak 
jak postępują mierniczowie przy parcelacji ziemi, i każdą z 
nich   przetrząsnąć   kolejno.   Pomyślałem,   że   tego   rodzaju 
poszukiwanie przeciągnąć, się może  na kilka tygodni,  nie 
gwarantując   pomyślnego   wyniku.   Jednak   nie   zdradziłem 
głośno   swych   wątpliwości,   bo   nie   miałem   nic   innego   do 
zaproponowania. Zapytałem natomiast, na jak długo mogą 
nam jeszcze wystarczyć resztki pekari i te zapasy żywności, 
które zostały zabrane z hacjendy.

— Na trzy dni — odparł Gonzales — najdłużej na trzy 

dni.

— Więc  zanim  te  trzy dni  miną,  powinniśmy urządzić 

polowanie.

— Oczywiście,   seńor   doctor.   Lecz   chyba   dwie   osoby 

wystarczą na taką małą wyprawę myśliwską. Pozostałe nie 
muszą   przerywać   swej   pracy.   Czy   może   ktoś   ma   inną 
propozycję?

— Ja — odparł Karol.
— Słucham, seńor.

Zastanawiałem   się,   jak   bym   postąpił   pragnąc   ukryć 

drogocenny przedmiot, a mając mało czasu na ukrycie go, 
zdany wyłącznie na własne siły.

— I do jakiego wniosku pan doszedł?
— Zależało by to przede wszystkim od charakteru osób, 

które   pragnęłyby   odszukać   schowany   przeze   mnie 
przedmiot.

Zabrzmiało   to   nieco   zagadkowo,   nic   też   dziwnego,   że 

hacjender znowu zapytał:

— Co pan przez to rozumie?
— Zaraz   wyjaśnię.   Ten   nie   znany   nam   uczestnik 

ekspedycji, która opróżniła jaskinię, a później... wzajemnie 
się wymordowała, mógł lękać się tylko powrotu Indian. Nikt 
więcej, poza nim, nie pozostał przecież przy życiu, oprócz 
właśnie Indian. Ich zwyczaje i przesądy najprawdopodobniej 
były mu znane i wyzyskał je dla ukrycia skarbu. Czy mówię 
zrozumiale?

— Oczywiście, seńor.
— A więc — ciągnął Karol — musiał znaleźć miejsce, 

które   zniechęciłoby   czerwonoskórych   do   szukania   dzięki 
pewnym, nazwijmy to, cechom odstręczającym. Wydaje mi 
się, że odkryłem takie miejsce. Zanim więc dwu z nas uda 
się  na  polowanie,  a reszta  wróci  do  penetrowania  doliny, 
sprawdźmy, czy się nie mylę.

To powiedziawszy wstał od ogniska i ruszył prosto w ten 

background image

zakątek doliny, w którym natrafiliśmy już pierwszego dnia 
na szkielety.

Teraz odgadłem, co mój przyjaciel miał na myśli. Trzeba 

było dobrze znać psychikę czerwonoskórych, aby wpaść na 
taki pomysł.

Gdy   znaleźliśmy   się   w   miejscu,   skąd   widać   było   do-

kładnie   bielejące   szczątki   ludzkie,   Karol   kazał   nam   za-
trzymać   się,   a   sam   ruszył   dalej   między   wysokie   trawy   i 
ślady tragicznego wydarzenia sprzed lat. Krążył tu i tam, co 
pewien czas przystając. Pomyślałem, że jeśli się nie myli, 
nieznany   uczestnik   tamtej   wyprawy   nie   tylko   wiedział, 
czego   lękają   się   półdzicy  Indianie,   lecz   również   sam   był 
człowiekiem   pozbawionym   wszelkich   skrupułów.   Komuż 
bowiem innemu przyszłoby do głowy zamaskować miejsce 
schowka zwłokami niedawnych towarzyszy wyprawy? Cóż 
za makabryczny pomysł!

— Tu!   —   zawołał   Karol.   —   Nie!   —   zaprotestował 

widząc, że ruszamy całą gromadką. — Zaczekajcie. Tylko 
dwie osoby z kilofami.

Gonzales przywołał vaquerów i kazał im zastosować się 

do poleceń seńora Gordona.

Dziwacznie to wszystko wyglądało. Tkwiliśmy w miejscu 

jak na pogrzebie, na którym opieszali grabarze dopiero ryją 
dół. Vaquerzy pracowali bardzo sprawnie, lecz że kilofy nie 
bardzo   nadają   się   przecież   do   wygarniania   ziemi,   praca 
przewlekała się.

Gonzales   przyglądał   się   temu   obojętnie,   natomiast   na 

twarzy   pani   Concepcion   dostrzegłem   oznaki   zniecierpli-
wienia, a Bede parokrotnie wzruszył ramionami i coś tam 
zamruczał do siebie.

Mimo niesprawnych narzędzi dół się pogłębiał i wydłużał 

równocześnie.   Wskoczyli   weń   obaj   kopacze,   Karol 
zatrzymał się na krawędzi. Pokazywał palcami i mówił lecz 
tak cicho, że nie dosłyszałem ani słowa. W chwilę później 
cała   trójka   pochyliła   się   nad   dołem,   kilofy   odrzucono. 
Jeszcze kilka sekund, a ujrzeliśmy, jak wydobywają z głębi 
ziemi nieforemny tobół.

— Jest! Jest! — krzyknęła seńora i wybiegła naprzeciw 

rozgorączkowana, z wypiekami  na twarzy,  roztrzęsionymi 
rękami co chwila dotykając ciężaru. Robiła wrażenie osoby 
półprzytomnej,   jakże   niepodobnej   do   tej   spokojnej   pani, 
która przyjmowała nas w hacjendzie.
Tak zrównoważonej, że nawet okiem nie mrugnęła, gdy za 
jej krzesłem stanął uzbrojony zbir z bandy Robleda.

To, co z daleka wyglądało jak zwój skór, z bliska okazało 
się futrem jaguara, bardzo zniszczonym. Włos kępkami 
powypadał, ukazując łysiny skóry, 

miejscami pleśń przeżarła opakowanie i gdyby nie 
rzemienne lasso, którym oplatano cały tobół, jego zawartość 
rozsypałaby się.

Gonzales przeciął nożem rzemień. Karol szarpnął.

— Skarby Quetzalcoatla... — szepnął hacjender głosem 

pełnym podziwu i zarazem niedowierzania.

background image

Mgła

Bohaterem   dnia   był   Karol.   Jemu   składano   gratulacje. 

Jemu   ściskali   dłonie   Gonzales,   seńora,   Bede.   Nawet   obaj 
vaquerzy  spoglądali   z   podziwem   na   człowieka,   który  tak 
cudownie   odgadł   miejsce   ukrycia   drogocennych 
przedmiotów. Drogocennych przede wszystkim dlatego, że 
wykonali   je   w   odległych   stuleciach   mistrzowie   swego 
zawodu,  których  imiona  zginęły w pomroce  dziejów tego 
kraju.   Tak   przynajmniej   twierdziła   pani   Gonzales,   a   jej 
małżonek tym twierdzeniom przytakiwał.

Jak   już   wspominałem,   nie   znam   się   na   archeologii,   na 

wykopaliskach   ani   na   zamierzchłej   historii   ludzkości   i 
pozostawionych   przez   nią   śladach.   Seńora   na   pewno 
orientowała się w tych sprawach i nie miałem powodu jej 
nie wierzyć. Karol ani mrugnął słuchając wyjaśnień i jeden 
tylko   Bede   wydawał   się   głuchy,   lecz   wcale   nie   ślepy. 
Widział   jednak   tylko   to,   co   pragnął   widzieć:   mnóstwo 
kosztownych   drobiazgów,   nie   mających   żadnego 
praktycznego   znaczenia,   za   to   cennych   ze   względu   na 
surowiec, z którego je sporządzono.

— Ileż   to   może   ważyć?   —   zapytał   i   natychmiast   sam 

sobie odpowiedział: — Chyba  ze czterdzieści funtów. Jak 
pan sądzi, doktorze?

— Prawdopodobnie — odparłem — lecz nie na wadze 

opiera się wartość tych przedmiotów.

background image

— Być może — zgodził się wesoło — jednak dla mnie 

funt złota pozostaje funtem złota, bez względu na to, czy 
składają się nań monety czy też ozdóbki, za który  mi tak 
przepadają   nasze   panie.   Ale   obłowiliśmy   się!   — 
wykrzyknął,   a   później   zniżając   głos   zapytał   poufnym 
tonem: — Ileż to na każdego z nas wypadnie?

Należało wyprowadzić go z błędu, lecz nie chciałem tego 

czynić w obecności seńory i Gonzalesa — wstyd mi było za 
Bedego.

Pociągnąłem go za rękaw i gdy odeszliśmy tak daleko, że 

nikt nie mógł nas podsłuchać, powiedziałem:

— Pan się myli, Bede.
— O   co   chodzi,   doktorze?   —   spojrzał   na   mnie   zdu-

miony.

— Właśnie o to, co znaleźliśmy w ziemi. Przypuszczam, 

że Gonzales i seńora ofiarują nam na pamiątkę tej wyprawy 
jakiś drobiazg, lecz nie ma mowy o podziale znaleziskiem.

— Dlaczego? Czy pan i ja nie ponosiliśmy trudów 
podróży?

Długo   musiałem   mu   tłumaczyć,   że   istnieje   różnica 

między   żyłą   złota   czy   samorodkami   a   przedmiotami 
cennymi ze względów naukowych.

— Więc cóż z tym się stanie?
— O   tym   zadecyduje   seńora,   lecz   jestem   pewien,   że 

przekaże wszystko któremuś z muzeów.

— Z   muzeów?   —  powtórzył.   —  Żeby  leżało   bezuży-

tecznie?

Brak zrozumienia, jaki zdradził tym jednym zdaniem, był 

doprawdy irytujący.  Nie wiedziałem,  czy mam śmiać  się 
czy złościć. Lecz cóż był  winien Bede temu, że nikt nie 
uczył go historii?

— Czy  będzie   bezużyteczne,   czy  użyteczne,   niech   się 

pan o to zapyta seńory. Nam obu nic do tego.

Po jego minie pojąłem, że stracił nieco nadziei na podział 
„skarbu". Westchnął i powiedział tonem głębokiego żalu:

— Moja część starczyłaby mi na dwa lata dobrego życia. 

Kto wie, może kupiłbym jakie rancho, a tak...
chociaż... czy pan jest pewien, doktorze?

Nie   słuchałem   dłużej   i   szybko   wróciłem   do   reszty   to-

warzystwa.   Przeglądano   w   skupieniu   przedmioty   wyj-
mowane kolejno z tobołu. Największą radość i zdumienie 
równocześnie   wywołały   dwie   maski,   misternie   wykute   z 
cienkiej   złotej   blachy,   zdobne   agatami   w   obramowaniach 
otworów na oczy i usta.  Seńora  obracała je na  wszystkie 
strony, zanim zdecydowała się odłożyć.

Nie sposób wymienić wszystkich skarbów, tyle ich było: 

naszyjniki z agatów, złote nausznice, bransolety, pierścienie, 
małe figurki ze srebra, przedstawiające dziwne zwierzęta z 
ludzkimi głowami, miedziane noże o złotych rękojeściach...

Długo jeszcze zabawiano by się podawaniem z rąk do rąk 

tych bezcennych drobiazgów, gdyby nie decyzja Gonzalesa. 
Podniósł się z klęczek.

— Zaniesiemy to do ogniska — zaproponował, ale tonem 

rozkazu. — Należy dobrze zapakować, żeby nie rozsypało 
się w drodze. Pooglądamy sobie w hacjendzie, teraz pora 
przygotować się do powrotu.

background image

— A co z polowaniem? — przypomniał Karol. — Jeśli 

mamy wracać szybko, warto właśnie teraz zaopatrzyć się w 
żywność.

Hacjender spojrzał na Karola, później skierował wzrok na 

„skarby". Widziałem, że waha się: czy wybrać przyjemność 
wyprawy   myśliwskiej,   czy   obowiązek   do-pomożenia 
małżonce   w   umiejętnym   zabezpieczeniu   znaleziska   przed 
dalekim   transportem.   W   końcu   —   westchnął.   Już 
wiedziałem, na co się zdecydował.

— Idźcie,  seńores  —  zwrócił  się   do  Karola  i  do 
mnie. — Czeka mnie mnóstwo roboty. Pomyślnych ło-
wów! — rzucił, gdy odchodziliśmy.
— Polowanie   o   tej   porze   dnia   przedstawia   się   dość 

beznadziejnie — zauważył Karol.

— Wiem o tym. I po co ta cała wyprawa?
— Bo i tak w dolinie nie mamy już nic do roboty, a poza 

tym należy zbadać okolicę od tej strony.

— Wciąż   myślisz   o   ludziach?   Nie   ma   tu   nikogo   poza 

nami.

— Jesteś tego pewien?
— Ależ, Karolu, to bezludne lasy!
— Może tak, może nie. Gdyby mój wzrok mógł przebić 

gęstwinę drzew...

— Jesteś zaniepokojony? Czym?
— Sam   nie   wiem   czym.   To   śmieszne,   lecz   odkąd 

przybyliśmy do doliny, doznaję uczucia, jak gdybym  stale 
znajdował się pod czyjąś obserwacją.

Przyjrzałem mu się bacznie.

— Nie   jesteś   chory,   Karolu?   W   gorączce   różne   myśli 

świtają   w   głowie,   a   niedorzeczności   przybierają   realne 
kształty. Głowa cię nie boli?

Żachnął się.

— Daj spokój! Nic mi nie dolega. Ani głowa, ani gardło, 

ani żołądek i zbytecznie przyglądasz mi się swym lekarskim 
okiem. Nic nie wykryjesz. Może przez
twoją lornetkę uda nam się zauważyć coś godnego strzału. A 
teraz: ani mru-mru! Zwierzyna również posiada uszy.

Zastosowałem się do tego zalecenia. Przyznam,  że nie-

pokoju   czy   przywidzeń   swego   towarzysza   wcale   nie   po-
traktowałem tak lekko, jak by to wynikało z moich słów. 
Traper, westman czy nawet kowboj, spędzający większość 
swego   życia   z   dala   od   ludzkich   skupisk   i   w   samotności 
pierwotnej   przyrody,   niekiedy  potrafią   reagować   znacznie 
czulej   na   zjawiska   uchodzące   zmysłom   przeciętnego 
mieszczucha. To nie bajka. Ich system nerwowy, na pewno 
zdrowszy   niż   u   człowieka   atakowanego   tempem   życia   i 
gwarem miejskim, lepiej odbiera sygnały świata. Kto wie, 
może   Karol   istotnie   coś   odczuwał,   nie   potrafiąc   jednak 
wytłumaczyć tego faktu? A któż by potrafił?

Postanowiłem bardziej zwracać uwagę na wszelkie znaki, 

które   mogłyby   świadczyć   o   obecności   człowieka,   niż   na 
zwierzęce   tropy.   Tymczasem,   wspinając   się   z   doliny   ku 
przełęczy   po   twardej   ścieżce,   miałem   cały   czas   wzrok 
utkwiony w ziemi. Nie zauważyłem jednak żadnych innych 
śladów.   Tak   dotarliśmy   do   przełęczy,   gdzie   trzeba   było 
odsapnąć chwilę i rozejrzeć się.

Za   nami,   w   dolinie   widać   było   grupkę   naszych   towa-

background image

rzyszy  wielkości   sporych...   mrówek.   Przed  nami   —  szlak 
spadał równo i łagodnie po gładkim zboczu, ginąc gdzieś w 
odległym   lesie.   Było   dość   chłodno   —   pomyślny   znak, 
ponieważ   duchota   i   ciepło   stanowiły   w   tych   stronach 
sygnały   ulewnych   deszczów.   Rzeźwość   poranka   sprzyjała 
szybkiemu   marszowi,   energicznym   ruchom   i   bystremu 
spojrzeniu.   Słońcu   daleko   jeszcze   było   do   szczytu   nieba, 
cienie   leżały   długie   i   wyraźne,   a   dzięki   przejrzystemu 
powietrzu wzrok sięgał na milę.

Przyłożyłem   szkła   do   oczu,   raz   jeszcze   zerknąłem   na 

dolinę, potem zająłem się obserwacją ścieżki, która tam, w 
dole,   zmieniała   się   w   ciemnozielony   wąwóz   biegnący 
między   szpalerami   drzew,   nakryty   wysoko   w   górze   po-
tężnymi konarami. Ścieżka była pusta.

— Uważam — szepnąłem — że nasze myśliwskie trofea 

dadzą  się  zmieścić  w  naparstku  i jeszcze  zostanie  w  nim 
sporo wolnego miejsca.

Karol uśmiechnął się:

— Zobaczymy.

Gdy   dobrnęliśmy   do   linii   lasu,   Karol   zatrzymał   mnie 

gestem ręki.  Staliśmy parę  minut  wsłuchując  się  w  głosy 
puszczy, lecz nic, poza delikatnym szumem wierzchołków 
drzew i samotnym głosem nieznanego ptaka, nie dotarło do 
naszych uszu. Lekki wiatr dmuchał nam prosto w plecy — 
sytuacja   bardzo   nie   sprzyjająca   naszym   myśliwskim 
zamierzeniom, bo ostrzegająca czworonogi o bliskości ich 
największego   wroga.   Należało   układ   zmienić,   to   znaczy 
posuwać   się   przeciw   wiatrowi,   czyli   —   w   praktyce   — 
wracać do doliny, co było oczywistym nonsensem. Istniało 
trzecie rozwiązanie: pomaszerować skrajem lasu, podnóżem 
grzbietu,   który   nas   odgradzał   od   doliny.   Tak   też 
postąpiliśmy,   mając   teraz   wiatr   z   boku,   a   nie   z   tyłu. 
Czworonóg   znajdujący   się   przed   nami   nie   mógł   nas 
zwietrzyć.

Droga   była   kiepska,   zarośla   sięgały   niekiedy   samej 

stromizny,   niekiedy   przejście   zagradzały   odłamy   skalne. 
Posuwając się w ten sposób, czyniliśmy tyle hałasu, co stado 
bawołów.   Przyspieszyłem   kroku   i   w   jakimś   szerszym 
miejscu zrównałem się z towarzyszem.

— Słuchaj — powiedziałem szeptem — w ten sposób nic 

nie osiągniemy.

— A co proponujesz?
— Wiatr, nie wiatr, należy w którymś  punkcie skręcić, 

zaszyć się w borze i czekać.

— Myślę   o   tym   samym,   tylko   szukam   odpowiedniej 

okazji.

Nie odgadłem, o co mu chodzi, lecz przecież to on był 

doświadczonym  myśliwym,  nie ja. Poszliśmy dalej, ciągle 
lawirując   między   skalnym   rumowiskiem   a   gęstwiną 
krzaków nie do przebycia. Trwało to chyba  z godzinę, aż 
wreszcie w zielonym murze lasu ujrzałem wąziutką steczkę, 
raczej — ciąg stratowanych mchów, połamanych krzewów i 
gdzieniegdzie odartych z kory pni.

To   była   ścieżka   czworonogów.   Niejeden   raz,   wędrując 

przez puszcze, natykałem się na tego rodzaju leśne

background image

„ulice", nigdy zupełnie nie zarastające, ponieważ — chociaż 
wyda   się   to   dziwne   —   korzystają   z   nich   zwierzęta   dość 
często.   Wbrew   przekonaniu   ludzi,   którzy   obserwują 
przyrodę   tylko   w   okresie   krótkich   wakacji,   czworonożny 
mieszkaniec pustkowi lubi korzystać z utartych dróg, zawsze 
przebywa   w   ściśle   dającym   się   wymierzyć   obszarze   i 
wędruje   przeważnie   tymi   samymi   ścieżkami.   Wyjątkiem 
spośród czworonogów są chyba  tylko bizony.  Ich potężne 
niegdyś stada odbywały dwa razy w roku dalekie marsze w 
poszukiwaniu odpowiedniej ilości paszy, lecz i one w tych 
dwukrotnych   wędrówkach   niewiele   zbaczały   z   raz 
przemierzonej trasy. Inni mieszkańcy puszczy nie potrzebują 
zmieniać miejsca swego pobytu: zimą czy latem, jesienią czy 
wiosną dziewiczy las potrafi ich wykarmić. I tylko w wy-
padkach   pożarów   leśnych   lub   nadmiernego   przyrostu 
zwierząt   zaobserwować   można   zjawisko   migracji.   Jednak 
człowiek  świetnie   się   stara,   aby  temu   zapobiec.   Ba,   takie 
starania   doprowadziły   już   do   całkowitego   niemal 
wytrzebienia niektórych gatunków.

Bizon,   ozdoba   prerii,   niedługo   zniknie   z   powierzchni 

ziemi, jeśli ktoś mądry i władny nie położy kresu ochydnej 
rzezi,   prowadzonej   nie   z   konieczności,   nie   z   potrzeby 
zaspokojenia   głodu,   lecz   dla   szybkiego   wzbogacenia   się, 
bowiem   żadna   inna   nie   dorówna   wartości   bizoniej   skóry. 
Jeśli   spotkacie   się   kiedykolwiek   z   informacją   dotyczącą 
ilości dzikich zwierząt żyjących na określonym obszarze — 
nie   dziwcie   się.   To   będzie   informacja   bardzo   dokładna, 
wytrawny   bowiem   myśliwy   lub   leśnik   potrafią   zliczyć 
zwierzęta mieszkające na terenie podlegającym ich pieczy. 
Właśnie dlatego, że czworonogi nie opuszczają obszarów, na 
których się urodziły.

Lecz wracam do naszej wyprawy łowieckiej.
Zagłębiliśmy   się   w   leśną   ulicę,   ciemną   od   dziwnego, 

zielonego mroku. Byłem ciekaw, dokąd to został przetarty 
ten wąski szlak. Zazwyczaj tego rodzaju ścieżki biegną ku 
wodzie.

Szliśmy   starając   się   stąpać   jak   najciszej   i   jak   najciszej 

rozgarniać   gałęzie.   Nie   było   to   łatwe,   lecz   ja,   a   przede 
wszystkim   Karol,   mieliśmy   niezłą   wprawę.   Chwilami 
wydawało   mi   się,   że   zielony   tunel   nie   ma   końca,   że 
wywiedzie nas zbyt daleko od doliny, gdy nagle ujrzałem w 
ciemnej głębi okrągły, wielki otwór, za którym błyszczało 
jasne światło dnia. Przyspieszyliśmy kroku i oto rozstąpiły 
się drzewa i zarośla. Ukazała się zielona polana, przez którą 
biegły wydeptane ścieżki zmierzające gdzieś ku środkowi tej 
otwartej przestrzeni. Las otaczał ją ze wszystkich stron. Jego 
skrajem   dotarliśmy   do   stanowiska,   gdzie   łagodny   wiatr 
podmuchiwał   nam prosto w  twarze.  Tu Karol  położył   się 
między  krzakami,   a   ja   krok   od   niego.   Nic   nie   zasłaniało 
widoku. Wydało mi się, że środek polany znajduje się nieco 
niżej od jej krańców. Być może, że tam właśnie istniał jakiś 
zbiorniczek wody, co tłumaczyłoby istnienie aż tylu ścieżek.

Umieściłem winchester na wysokości prawego ramienia, a 

po   lewej   stronie   —   lornetkę.   Teraz   należało   już   tylko 
cierpliwie czekać. Ze skutkiem lub bez. Jakież stworzenie 
przyjdzie do wodopoju o takiej porze?

Minuty się wlokły,  trwała  cisza, polana  grzała się

background image

w   słońcu,   które   wspinało   się   stopniowo   na   szczyt   nieba. 
Wiaterek   dmuchnął   w   nos   zapachem   żywicy.   Z   nudów 
począłem   śledzić   niezdarne   ruchy   jakiegoś   robaczka 
pełzającego   w   trawie.   I   wówczas   usłyszałem   miękkie 
uderzenia: duch, duch, duch... Uniosłem głowę.

Na polanę wbiegło stadko czworonogów. Antylopy nie-

antylopy,   jelenie   nie-jelenie...   Ostrożnie   sięgnąłem   po 
lornetkę.   Nie   antylopy!   Dźwigały   większe   poroża   i   same 
były znacznie wyższe. Chyba jelenie? Pomyślałem: „chyba", 
jako   że   zwierzęta   nosiły   nie   tylko   mniej   rozgałęzione   od 
jelenia rogi, lecz i kształt tych  rogów był  inny,  wyrastały 
bardziej pionowo niż na boki. Barwa zwierząt również była 
odmienna.   Przez   szkła   widziałem   sierść   szarobrunatną   na 
grzbietach,   spodem   nieco   jaśniejszą.   Dotknąłem   ramienia 
Karola. Nie odwrócił się, tylko  przecząco pokręcił głową. 
Pewnie   sądził,   że   chcę   strzelać,   lecz   w   tych   warunkach 
byłoby   to  marnowanie   kul.   Zwierzęta,   wszystkiego   cztery 
sztuki,   poczęły   się   paść,   ale   daleko,   na   przeciwległym 
krańcu polany pod lasem. Czy podejdą bliżej? To już nie od 
nas zależało, lecz od odrobiny szczęścia, które sprzyja lub 
nie sprzyja  myśliwym.  Czołgać się w stronę pasącego się 
stadka  było  zbyt  wielkim ryzykiem.   Chwiejące   się  łodygi 
traw na pewno zdradziłyby nas. Dlatego Karol nie ruszał się, 
a ja go naśladowałem.

Stadko krążyło tu i tam, bardzo wolno, szczypiąc trawę. Z 

radością   stwierdziłem,   że   stopniowo   podchodzi   w   naszą 
stronę.

Nie potrafię określić, jak długo trwała taka sytuacja bez 

zmian.   I   nagle   straciłem   wszelkie   nadzieje.   Czworonogi 
zerwały się do biegu, już sądziłem,  że znikną w puszczy. 
Ruszyły poprzez łąkę, ominęły jej środek i wielkim łukiem 
zbliżyły   się   do   linii   zarośli,   w   których   właśnie 
spoczywaliśmy.   Odetchnąłem.   Zwierzęta   zatrzymały   się   z 
szyjami   wyciągniętymi   na   wiatr,   jakby

 czymś 

zaniepokojone, lecz po chwili spuściły głowy i zajęły się na 
nowo   skubaniem   trawy.   Może   jakiś   drapieżnik   je 
przestraszył   i   z   nie   znanych   mi   przyczyn   zrezygnował   z 
polowania?   Zresztą,   gdziekolwiek   się   teraz   znajdował   i 
cokolwiek   zamierzał   uczynić,   należało   natychmiast 
wykorzystać  okazję. Zerknąłem na Karola. Skinął głową i 
wolniutko   przyciągnął   do   ramienia   broń.   Postąpiłem 
podobnie.   Położyłem   palec   na   cynglu,   muszkę   lufy 
skierowałem tak, by jej szpiczasty koniec przypadł na sam 
środek czoła najbliższego rogacza, i zastygłem w bezruchu. 
Nie chciałem strzelać pierwszy, ponieważ Karol miał lepsze 
oko i pewniejszą rękę, a moje pudło spłoszyłoby zwierzynę. 
Teraz   odezwała   się   grzmiącym   głosem   broń   mego 
przyjaciela, lecz zanim huk przebrzmiał — nacisnąłem spust 
i podwójne echo poniosło się po polanie. Mój rogacz zwalił 
się natychmiast, reszta skręciła w lewo i znikła w leśnych 
zaroślach. Więc nie chybiłem!  To Karol uczynił  dziurę w 
powietrzu!

Uradowany,   wyskoczyłem   z   krzaków,   podbiegłem   do 

leżącego nieruchomo zwierzęcia.

— Nie martw się, Janie — doszły mnie słowa Karola — 

każdemu może się przydarzyć...

— Co może się przydarzyć? Przecież to ty spudłowałeś 

background image

haniebnie. Ja mierzyłem do tej właśnie sztuki.

— Cooo? — przestał się śmiać, ukląkł.
— Patrz   —   powiedziałem   ciągnąc   równocześnie   za 

poroże swe trofeum. — Ot, tu. Dostał prosto w czoło. Jak ci 
się to podoba?

— Rzeczywiście   —   zgodził   się.   —   No,   no.   Ale   i   ja 

trafiłem.

— Gdzie?
— Przyjrzyj się. W lewą komorę.
Sprawdziłem. Nie mylił się.

— Z tego wynika, że upatrzyliśmy sobie tę samą sztukę 

—   rzekłem   nieco   rozczarowany   tym   połowicznym 
sukcesem.

— To i dobrze. Dwóm takim nie dalibyśmy rady. Wiesz, 

co to waży?

— Jak na jelenia...
— To nie jeleń, tylko mulak. Znakomite mięso, pachnące 

ziołami. Przekonasz się.

— Meksykańska zwierzyna?
— Nie   tylko   meksykańska.   Dawniej   można   ją   było 

spotkać od Kanady po północny Meksyk, lecz raczej nie na 
prerii, lecz w lasach. Teraz to już rzadkość. Z przerażeniem 
myślę, co mnie czeka za parę lat. Przyjdzie uganiać się za 
wiewiórkami,   ale   wówczas,   przysięgam   ci,   nie   wezmę 
strzelby do ręki i zamieszkam u ciebie jako emerytowany 
traper pod lekarską opieką.

— Świetnie! — roześmiałem się. — Jak to mamy nieść?

background image

— Na drągu. Trzeba przysposobić mocną żerdkę. Mulaki 

dochodzą   niekiedy   do   czterystu   funtów   wagi,   ten,   na 
szczęście, jest lżejszy, ale ze dwieście na pewno waży.

Poszliśmy w gęstwinę i z wielkim mozołem myśliwskimi 

nożami ucięli spory chojak. Nogi mulaka zostały związane 
jakąś pnącą rośliną podobną do liany, a między nie wsunięty 
drąg.   Stęknąłem,   gdy  jeden   jego   koniec   spoczął   na   mym 
ramieniu. To był niezły ciężar. Na dobitkę poroże (bo mulak 
wisiał przecież do góry nogami) zawadzało o nierówności 
gruntu.

Ruszyliśmy   prosto,   wybierając   najkrótszą   drogę   przez 

środek   polanki.   Udawałem,   że   mi   wesoło,   lecz   muszę 
przyznać,   że   waga   zwierzęcia   po   prostu   wbijała   mnie   w 
ziemię, i to w dosłownym znaczeniu. Po jakimś czasie grunt 
począł lekko uginać się pod nogami. Karol przystanął.

— Co tam?
— Bagno. Tędy nie przejdziemy.
— No, to zawracaj -— stęknąłem, bo tkwienie w miejscu 

wydało mi się jeszcze bardziej dokuczliwe.

— Chwileczkę. Muszę coś sprawdzić. Zdejmujemy...
Z ulgą uwolniłem się od drąga. Karol postąpił kilka 
kroków, zatrzymał się i bacznie obserwował poszycie.
— Popatrz tu — wskazał palcem na trawy.

W grząskiej powierzchni widniał wyraźnie głęboki odcisk 

buta z lewej nogi, nieco dalej — z prawej strony — drugi 
taki odcisk. Ktoś obchodził bagienko. Zdjąłem przewieszony 
przez   ramię   winchester,   spojrzałem   przez   lornetkę   w 
kierunku   oddalających   się   tropów.   Polana   była   pusta. 
Skierowałem wzrok ku ziemi.

— Kiedy to powstało, jak sądzisz?

Zagadka — odparł Karol. — W tej gliniastej glebie i 

w tym klimacie odcisk mógł być zrobiony przed godziną, 
przed tygodniem, przed miesiącem, bodaj że przed rokiem. 
Wyschnięciu   i   wykruszeniu   się   zapobiegła   wilgoć. 
Zbadajmy, dokąd wiodą te ślady.

Zostawiliśmy mulaka i szli obok mokrych odcisków, które 

łukiem obiegły środek polany,  a później znikły w leśnych 
chaszczach.   Na   suchszym   gruncie   widać   było,   że   odciski 
stóp  pochodziły  co najmniej  sprzed  kilku  dni.  Na  leśnym 
poszyciu zniknęły prawie całkowicie i tylko kilka złamanych 
gałązek   świadczyło,   że   tu   ktoś   zagłębił   się   w   bór.   Nieco 
dalej   —   gęstwa   i   mrok   nie   zezwoliły   na   dokładniejsze 
badanie. Zawróciliśmy.

Dźwignęliśmy drąg z wiszącym mulakiem i powlekli się 

skrajem   polany,   zieloną   dróżką   leśną,   przejściem   między 
lasem   a   masywem   górskim.   W   trakcie   wędrówki 
parokrotnie, na moje  żądanie, czyniliśmy  przerwy.  Jednak 
najgorsze   dopiero   nas   czekało:   podejście   do   przełęczy   i 
zejście z niej. Na najtrudniejszym odcinku przystawaliśmy 
co kilka kroków. Oba ramiona miałem zdrętwiałe, bo drążek 
co pewien czas przekładaliśmy, a kiedy wreszcie ukazało się 
dno   doliny   i   dostrzegłem   sylwetki   naszych   towarzyszy 
skupionych   wokół   ogniska,   oświadczyłem   Karolowi 
ochrypłym głosem:

— Dalej nie niosę — i zawołałem tak głośno, jak tylko 

było mnie stać w tym zmęczeniu: — Bede! Hej, Bede!

Przybiegł natychmiast, a z nim jeden z vaquerów.

background image

Uff!   Jak  lekko  było   stąpać   pozbywszy  się   nieznośnego 

ładunku!   Szkoda,   że   to   już   ostatni   i   najkrótszy   odcinek 
powrotnej drogi.

Karol i Gonzales najpierw wspólnie podziwiali trofeum, 

przy czym i dla mnie znalazły się wyrazy uznania, a później 
cała   gromadka   wysłuchała   relacji   mego   przyjaciela 
dotyczącej tropów odkrytych na polanie.

background image

— I   co   pan   nam   radzi?   —   zapytał   hacjender   wysłu-

chawszy uważnie opowiadania.

— Zmykać! Jak najprędzej stąd zmykać. Bardzo nie lubię 

tajemnic,   zwłaszcza   gdy   noszą   buty   z   obcasami   i 
pozostawiają ślady w sąsiedztwie mego obozowiska.

—-   Jutro   rankiem   ruszamy   w   drogę   powrotną   —   zde-

cydował Gonzales. — Nie wolno nam ryzykować mając pod 
opieką   taki   skarb.   A   teraz,   seńores,   zajmijmy   się   tym 
wspaniałym  mulakiem,  który zaszczyt  przynosi  myśliwym 
— tu skłonił się Karolowi i mnie. — Należy przygotować 
zapas żywności. Kto wie, czy trafi się okazja do następnego 
polowania?

— Jeszcze jedno — wtrącił się Karol.
— Słucham, seńor.
— Proszę wysłać vaquera na przełęcz. Niech obserwuje 

całą   dolinę   z   jednej   strony,   a   z   drugiej   to,   co   jest   za 
przełęczą.   Być   może,   niepotrzebnie,   lecz   nadmiar 
ostrożności jeszcze nikomu nie zaszkodził.

— Słusznie, seńor.
— Ja pójdę — wyrwał się Bede. — Nie umiem oprawiać 

zwierząt ani piec mięsa. Na nic się wam tu nie przydam.

— Zgoda,   proszę   iść,   seńor   Bede.   Za   dwie   godziny 

zluzujemy pana.

— Co  mi  tam!  To  nie  nocna  warta.   Mogę   siedzieć   do 

wieczora.

I poszedł.

Ja, ponieważ moje  zdolności rzeźnicze i kucharskie nie 

wytrzymywały  porównania z tym,  co potrafili  hacjender i 
Karol,   i   najprawdopodobniej   tylko   bym   przeszkadzał, 
zostałem   zatrudniony   przez   seńorę   Concepcion   przy 
pakowaniu   skarbu.   Część   złotych   drobiazgów   została   już 
pozawijana w długie pasy sukna, na które pocięto koc, lecz 
jeszcze pozostało sporo do zrobienia.

Na takich to zajęciach upłynął czas prawie do wieczora. 
Zapadła decyzja, że w nocy czuwać będą po dwie osoby 
równocześnie. Odwołaliśmy Bedego z 

przełęczy. Nic nie zauważył: ani człowieka, ani zwierzęcia, 
ani — jak zapewniał — podejrzanego znaku. 
Prawdopodobnie ktoś przebywał w tych stronach, lecz 
jeszcze przed naszym przyjazdem.

Jak zwykle kolejność nocnych wart losowaliśmy. Mnie i 

jednemu z vaquerów przypadła ostatnia. Przede mną  straż 
pełnili Karol i Bede, i to Karol obudził mnie w odpowiedniej 
porze.

Gwiazdy   jeszcze   błyskały   na   czarnym   niebie,   lecz   już 

słabiej, a księżyc powoli krył się za daleki, wyniosły szczyt. 
Było   cicho,   nawet   wiatr   widać   zasnął,,   bo   nie   czułem 
najmniejszego podmuchu.

— Co   nowego?   —-   zapytałem   pół   żartem,   pół   serio, 

wygramoliwszy się z pledów i odszedłszy od ogniska.

— Nic — mruknął mój przyjaciel -— ale uważaj, szykuje 

się mgła.

— Mgła? Ależ skąd? Powietrze jest bardzo przejrzyste.
— Będzie mgła nad ranem, zobaczysz. Obawiam się, że 

przy małej widoczności nie ruszymy jutro w drogę.

To powiedziawszy zajął miejsce przy ognisku, zawinął się 

w   mój   koc   i   prawdopodobnie   natychmiast   zasnął. 

background image

Tymczasem ja i vaquero podzieliliśmy między siebie teren: 
on   miał   patrolować   część   doliny   graniczącą   z   trudno 
dostępnym zboczem, ja — obszar przylegający do przełęczy.

Pierwsza   godzina   minęła   bez   żadnych   oznak   wieszczą-

cych   przewidzianą   przez   Karola   mgłę.   Nieco   później 
dmuchnął lekki wiatr, niebo poczęło tracić swą czerń, lecz 
nic   nie   zapowiadało   zmiany   pogody.   Tyle   tylko,   że 
poczułem wilgoć w powietrzu, ale tak przecież działo się 
każdym przedświtem.  Niebo poczęło szarzeć, lecz

background image

widoczność   nie   polepszała   się.   Wkrótce   dostrzegłem 
przyczynę  tego zjawiska: z  grzbietów otaczających  dolinę 
począł spływać coraz gęstszy, najpierw siwy, później biały 
tuman. Prognoza Karola sprawdzała się zdumiewająco! Im 
widniej się robiło, tym wyraźniej widziałem białe pasemka, 
lekko opadające ku ziemi, lecz nie roztapiające się. Po paru 
minutach   nieprzenikniona   biel   zakryła   całą   powierzchnię 
łąki, sięgając mi do kolan, a wkrótce zakrywając mi piersi, 
nos, oczy... Teraz mój  wzrok nie sięgał dalej niż na jard, 
przede   mną   kłębiła   się   nieprzenikliwa   zasłona.   Mgła 
gęstniała, czułem paskudną wilgoć na twarzy, na dłoniach. 
Lufa winchestera lśniła, jakbym ją przed chwilą wydobył z 
wody. Cóż za nieprzyjemne uczucie! Dlatego postanowiłem 
nieco   skrócić   swój   dyżur,   taka   warta   nie   miała   sensu   — 
przecież   nic   nie   widziałem!   A   poza   tym   chciałem   się 
rozgrzać przy ognisku. Znajdowało się ono, jak pamiętałem, 
z tyłu za mną, nieco w prawą stronę. W tym też kierunku 
ruszyłem.   Bardzo   wolno,   grunt   był   nierówny   i   łatwo 
mogłem potknąć się o jakiś występ lub trafić stopą w dziurę. 
Wlokłem się tak omackiem, póki nie zdałem sobie sprawę, 
że moja wędrówka trwa jakoś zbyt długo. Zatrzymałem się. 
Dokąd teraz: w prawo czy w lewo?

Przypomniałem   sobie,   że   człowiek   nie   kontrolujący 

kierunku, w jakim się posuwa, mimo woli skręca w lewo. 
Musiało   i   mnie   coś   takiego   się   przydarzyć.   Należało 
skorygować   błąd.   Skręciłem   bardziej   w   prawo,   trochę 
rozbawiony taką sytuacją, trochę zły na siebie. Lecz i nowy 
kierunek   nie   doprowadził   mnie   do   celu   tak   szybko,   jak 
według mego mniemania powinno było to nastąpić. Mimo to 
nie   przerwałem   marszu   rozumując,   że   jeśli   nawet   minę 
nasze   obozowisko,   nie   zabłądzę.   Zatrzyma   mnie   przecież 
przeciwległy   kraniec   doliny.   Poznam   go   po   nagłej 
stromiźnie.   Lecz   grunt,   po   którym   kroczyłem,   nadal   był 
równy. Gdzież, u licha, leżała wysoczyzną, na którą z takim 
trudem wspinałem się wraz z Karolem? Czyżbym kręcił się 
w kółko?

Zrobiło   mi   się   jakoś   nieprzyjemnie.   Uczucie   chyba 

całkiem   normalne   u   człowieka,   który   od   przeszło   pół 
godziny usiłuje trafić do celu leżącego odeń nie dalej niż o 
kilka minut niezbyt szybkiego marszu.

Znowu   przystanąłem.   Gęsta   wata   mgły   otulała   mnie 

szczelnie   ze   wszystkich   stron.   Co   teraz   począć?   Może 
wypalić z winchestera i hukiem zaalarmować towarzyszy? 
Jednak uznałem, że nie mam prawa do takiego alarmu, który 
mógłby   zostać   opacznie   pojęty.   Lepiej   było   zawołać. 
Natężyłem głos i krzyknąłem:

— Hej, hej!
Nic, żadnego odzewu. Nasłuchiwałem chwilę, a później 

powtórzyłem wołanie. Po paru sekundach ciszy wydało mi 
się, że słyszę szuranie butów po ziemi.

— Hej! — wrzasnąłem. — Jest tam kto?
Mój głos utonął w mgle, szuranie ucichło.

— Może to dzikie zwierzę? — przyszła mi do głowy

niedorzeczna myśl. — A może koń?

W tym przekonaniu ruszyłem przed siebie. Wówczas raz 

jeszcze dobiegł mych uszu tajemniczy odgłos, coś chwyciło 
mnie za rękaw kurty. Odwróciłem się i... świat przestał dla 

background image

mnie istnieć.

Otworzyłem oczy, było mroczno.
„Jeszcze noc?" — zdziwiłem się w myślach.

Trochę   było   mi   twardo,   więc   zapragnąłem   zmienić 

położenie ciała. Nie dokonałem tego. Ręce i nogi miałem 
skrępowane.   Chciałem   krzyknąć.   W   ustach   tkwił   knebel. 
Teraz przypomniałem sobie dolinę, mgłę, dziwny szelest i 
cios,   jaki-   otrzymałem   w   głowę.   Wspomniałem   na 
przeczucia Karola. Sprawdziły się. Czyżby nas wszystkich 
tak załatwiono korzystając z mgły? I gdzie ja jestem?

Nieba nade mną nie było, lecz w górze migotały krwawe 

błyski.   Pozwoliły   dojrzeć   sklepienie.   Nierówne,   ciemne, 
postrzępione   występami.   Odwróciłem   głowę   w   prawo   — 
skalista,   chropowata   ściana   znajdowała   się   tuż,   tuż. 
Zerknąłem w lewo: ciemna przestrzeń, za nią druga ściana. 
Uniosłem   nieco   głowę.   Poczułem   natychmiast   ból   w 
skroniach, lecz zdążyłem zauważyć okrągły, biały otwór, za 
którym migotały płomienie. Zrozumiałem: byłem w jaskini, 
przed   którą   płonęło   ognisko,   biały   otwór   to   wejście,   za 
którym   kłębiła   się   mgła.   Głowa   mi   opadła.   Leżałem 
nieruchomo, starając się usłyszeć cokolwiek. Długo, bardzo 
długo czekałem na pierwszy dźwięk. Aż doczekałem się. Do 
złudzenia przypominał ostatni głos, jaki dobiegł mych uszu, 
nim pogrążyłem się w nicość: szuranie. Ktoś wszedł do ja-
skini,   stanął   nade   mną.   Wysoki   mężczyzna,   cuchnący 
dymem i końskim potem. Pochylił się, ale w półmroku nie 
potrafiłem dojrzeć jego oblicza. Widać zauważył,  że mam 
oczy otwarte, bo zapytał:

— Como se siente... 

Gdyby nie knebel w ustach odpowiedziałbym, że czuję się 

fatalnie,   a   tak   tylko   pokręciłem   głową.   Spostrzegł   swe 
niedopatrzenie   i   wyciągnął   mi   szmatę   z   ust.   Poznałem 
własną chustkę i poczułem się mniej obrzydliwie. Powtórzył 
pytanie, lecz przyszło mi nagle na myśl, by udawać, że nie 
rozumiem hiszpańskiego.

— Nie rozumiem — odparłem po angielsku.
Podrapał się po brodzie. Był obrośnięty jak niedźwiedź. 

Odwrócił się i odszedł. W stronę ogniska. Któż tam przy 
nim   siedział?   Ręce   miałem   skrępowane   na   plecach, 
podparłem   się   nimi   i   lekko   dźwignąłem.   W   głowie   mi 
łupnęło  przeraźliwie.   Przy  ognisku  było   ich  trzech.   Jeden 
stał, dwaj siedzieli. Rozmawiali, lecz tak cicho, że ani jedno 
słowo   nie   dotarło   do   mych   uszu.   Po   czym   sytuacja   się 
zmieniła:   stało   dwu,   siedział   jeden.   Tych   dwu   ruszyło   w 
moim   kierunku.   Natychmiast   opadłem   na   twarde   leże. 
Stanęli nade mną.

— Powiedz   mu   —   rozkazał   po   hiszpańsku   ten,   który 

poprzednio  usiłował  ze  mną   rozmawiać  — że  nie  ma   się 
czego lękać, jest tylko zakładnikiem.

Zdanie to zostało przetłumaczone w zupełnie poprawnej 

angielszczyźnie.

— Rozumiesz?
— Rozumiem — odparłem. — Po co wam zakładnik?

Znowu   nastąpiła   wymiana   hiszpańskich   słów   i   tłu-

maczenie   ich   na   angielski.   Tak   to   odbywało   się   podczas 

background image

całej rozmowy.

— Jesteś naszym  zakładnikiem — wyjaśnił tłumacz — 

ponieważ musimy porozmawiać z Gonzalesem.

— Znacie go?
— Znać, nie znamy, lecz wiemy, jak się nazywa.

Jaki   macie   interes   do   Gonzalesa?   —   zagadnąłem, 

coraz bardziej zaciekawiony.

— Powiedzieć mu? — zapytał „Anglik".
— Oczywiście — odparł „Hiszpan".
— Słuchaj — zwrócił się do mnie — jesteśmy tu dłużej 

od was.

— Tu? W dolinie?
— W dolinie i w okolicy. Dzięki temu ocaliliśmy was od 

paskudnej śmierci.

— A to jakim sposobem?
— Powiedzieć mu?
— Powiedz.

Skarbu   w   dolinie   strzegł   jakiś   wariat,   obłąkaniec. 

Indianin. Albo Metys. Znał miejsce ukrycia, lecz uważał, że 
jest strażnikiem jakiegoś tam indiańskiego boga, który mu 
nakazał mordować wszystkich poszukiwaczy.

— Skąd wiecie?
— Gadaliśmy  z   tym   wariatem.   Nic   z   tego  nie   wyszło. 

Począł nam grozić śmiercią. Mógł to uczynić, jego strzały 
były zatrute  kurarą.  Udaliśmy,   że  rezygnujemy.  Wówczas 
zjawiliście   się   wy   i   on   zaczął   was   śledzić.   A   jak   to   się 
skończyło, to już wiesz.

— Wiem. Dostał nożem.
— Zgadza się. Już nie był nam potrzebny.
Wzdrygnąłem się na te słowa.

— Przecież był jedynym człowiekiem znającym miejsce 

ukrycia.

— Już nie jedynym. Wy również znaliście.
— Skąd wiedziałeś?
— Podsłuchałem waszą rozmowę.

Z   trudem   zachowałem   spokój.   Oto   jak   bardzo   byliśmy 

nieostrożni.   Po   prostu   —   greenhorny!   Lecz   ten   drab   nie 
podsłuchał   wszystkiego,   nie   znał   naszych   kłopotów   z 
ustaleniem   właściwego   miejsca,   na   które   natrafiliśmy 
przecież tylko dzięki zdumiewającej intuicji Karola. W jaki 
jednak  sposób   dowiedział   się   on   —   i   jego   kumple   —   w 
ogóle   o   istnieniu   skarbu?   W   jaki   sposób   natknęli   się   na 
człowieka z kurarą? I kim był ten człowiek? Zapytałem o to.

Popatrzyli na mnie i po chwili namysłu „Anglik" odparł:

— Wariata   spotkaliśmy   przypadkowo,   a   skąd   wie-

dzieliśmy o skarbach, nie pytaj, bo i tak się nie dowiesz.

— Czego   chcecie   od   Gonzalesa?   —   zacząłem   z   innej 

beczki.

— Podziału.   Podzielimy   się   równo,   po   połowie.   Jesteś 

głodny?

Byłem rzeczywiście głodny. Żeby oddać sprawiedliwość 

— nieźle mnie nakarmili.

background image

— Ty   mnie   stuknąłeś?   —   zagadnąłem   „Anglika",   gdy 

przyniósł porcję pieczeni i rozwiązał mi ręce.

— Ja   —   przyznał   i   roześmiał   się,   lecz   jakoś   bardzo 

nieprzyjemnie. — Bez tego pewnie byś z nami nie poszedł.

W pieczarze powidniało. Teraz mogłem lepiej przyjrzeć 

się   memu   rozmówcy.   Czerwona   twarz,   zarośnięta.   Może 
gdyby   się   ogolił,   byłby   przyjemniejszy,   ale   tak   —   robił 
wrażenie   odstraszające.   Co   się   tyczy   jego   odzieży,   nie 
wyglądała na więcej zużytą od mojej i trudno po niej poznać, 
czy nosi ją biedak, czy człowiek nie liczący się z pieniędzmi. 
Kim był? Pytać nie miało sensu.

Po   zaspokojeniu   głodu   poczułem   się   znacznie   lepiej. 

Widziałem,   że   chwilowo   nic   mi   nie   grozi.   Któryś   z   tych 
drabów powędruje do Gonzalesa i przedstawi mu warunki. 
Jak   je   przyjmie   hacjender?   Byłem   pewien,   że   uczyni 
wszystko, aby mnie uwolnić, lecz jak się do tego zabierze? 
Jeśli naiwnie zaufa bandytom (to określenie chyba najlepiej 
pasowało) i odstąpi im połowę „skarbu" — jaka gwarancja, 
że zostanę zwolniony,  a nie nadal więziony,  aż do chwili 
uzyskania drugiej połowy? Pocieszała mnie myśl, że Karol 
swym doświadczeniem i sprytem wesprze hacjendera. Czy 
mam czekać bezczynnie? Ach, gdybyż  wiedzieć, gdzie się 
znajduję?

— Zimno tu — odezwałem się — i piasek jest wilgotny. 

Nie można by bliżej ognia? Przecież wam nie ucieknę.

— Nawet nie próbuj — warknął. — Nie myśl, że jesteś 

nietykalny. Dawaj ręce.

Skrępował   je   na   nowo   i   poczłapał   ku   wyjściu.   Wtedy 

spróbowałem   rozluźnić   pęta.   Nie   udało   się,   nie   starczyło 
czasu. „Anglik" wrócił. Rozsupłał mi rzemień na nogach.

— Chodź — rozkazał.

Dźwignąłem się nie bez trudu. W głowie mi zahuczało, 
ściana jaskini wykonała skok w górę i w dół. O mało nie 
upadłem, lecz jakoś mi to przeszło. Uczy

niłem dwa kroki i znowu się zachwiałem. Tym razem 
przyczyną nie była głowa, lecz nogi. Od długiego leżenia i 
od krępujących je więzów zupełnie zdrętwiały. Postałem 
kilka sekund, wreszcie ruszyłem, wprost na białe oko 
wyjścia. Ogień migotał, a wokół niego mgła rozstąpiła się, 
tworząc malutki krąg widoczności. Dalej ściana 
nieprzenikliwej bieli nie pozwalała niczego dostrzec.

— Siadaj.

Kucnąłem przy ognisku. Wtedy na nowo skrępowano mi 

nogi,   lecz   ręce   pozostały   wolne.   Mogłem   ogrzać   dłonie. 
Czułem   mokry   chłód   na   całym   ciele   i   powoli   tajałem   w 
kręgu   ciepła.   Równocześnie   gapiłem   się   na   sąsiadów. 
Pierwszych   dwu   już   poznałem   w   jaskini   —   „Anglika"   i 
„Hiszpana" — teraz trafiła się okazja zerknąć na trzeciego. 
Zabawne! Ci trzej nieznajomi bardzo byli do siebie podobni, 
przynajmniej na pierwszy rzut oka. Tak to zacierały różnicę 
zarośnięte oblicza i jednakowe sombrera na głowach. Lecz 
w   sumie   —   czynili   niezbyt   przyjemne   wrażenie.   Zresztą, 
gdyby   nawet   przyjęto   mnie   radosnymi   uśmiechami,   nie 
potrafiłbym   zapomnieć   o   ciosie   w   głowę   i   jego   wciąż 
odczuwanych skutkach.

Tamci nie odzywali się do mnie. Tkwili wokół ogniska 

jak   trzy   niezbyt   udane,   toporne   posągi.   Milczałem   i   ja. 

background image

Rozmyślałem   nad   tym,   jak   bardzo   niepokoją   się   moi 
towarzysze   i   jak  czują   się   bezradni   we   mgle,   która   unie-
możliwia   odszukanie  moich   śladów i  śladów  tych,  którzy 
mnie porwali. Przypuszczałem bowiem, że napadu dokonało 
co   najmniej   dwu   ludzi.   Po   ogłuszeniu   dźwignęli   mnie   z 
ziemi   i   przynieśli   tutaj.   Lecz   gdzież   znajdowało   się   to 
„tutaj"? Chyba niezbyt daleko od doliny. Przeklęta mgła nie 
pozwalała  nic  dojrzeć. Czy za jej  ścianą szumiał  las, czy 
wznosiła   się   góra,   czy   rozciągała   łąka?   Jakże   mogłem 
odgadnąć? I w takiej sytuacji próba ucieczki nie miała sensu. 
W którą stronę uciekać?

Kiedy tak dumałem, „Hiszpan" odezwał się (oczywiście 

po hiszpańsku):

— Idź, już czas.

Sądziłem, że te słowa są skierowane do „Anglika", lecz 

omyliłem   się.   Wstał   ten   trzeci.   Przewiesił   przez   ramię 
staroświecką   rusznicę   i   zniknął   we   mgle.   Znowu   trwała 
cisza. Przerwał ją „Anglik".

— Chyba go nie zatrzymają?
— Pewnie, że nie — odparł „Hiszpan". — Przecież mamy 

zakładnika.

— To gringo — mruknął „Anglik".
— Cóż z tego? Jest gościem hacjendera, a Gonzales nie 

da gościowi zrobić krzywdy. Zresztą... przepadło. Kazałem 
wam schwytać Gonzalesa.

— Mgła spadła dopiero nad ranem,  a wtedy ten był  na 

warcie   i   jakiś   vaquero.   Iść   do   ogniska   to   zbyt   wielkie 
ryzyko.

— Dlatego jesteście usprawiedliwieni.

Znowu   nastało   milczenie.   Jednak   „Anglik"   był   pewnie 

urodzonym gadułą i długo nie wytrzymał.

— Słuchaj,   Jose,   a   jak   oni   zatrzymają   Miguela?   Co 

wtedy?

— Nie nudź! Przecież mamy zakładnika.
— Zatrzymają   Miguela   i   przyjdą   uwolnić   tego   gringo. 

Nie damy rady...

— Jesteś głupcem, Ricardo! Jakże tu trafią?
— Po śladach — upierał się „Anglik" — Ricardo.
— Durniu! Spróbuj odnaleźć ślady w taką mgłę.
— Jutro mgła opadnie.
— Lecz wilgoć je zatrze. A teraz milcz i nastawiaj uszu.
Podczas tej rozmowy siedziałem z oczami utkwionymi w 
ogień, aby nie zdradzić się, że wszystko rozumiem.

— Jose!
— Znowu? Czego chcesz?
— Jeżeli hacjender nie przystanie na podział?
— Przystanie.
— A jeśli nie?
— Są inne sposoby — zaśmiał się Jose. — Chociaż nas 

tylko trzech, potrafimy przecież sprzątnąć całą szóstkę, a ten 
będzie pierwszym.

— Tam jest kobieta.
— Kobietę zabierzemy.
— Paskudna robota — zauważył Ricardo.

I   ja   tak   myślę.   Dlatego   chcę   ugodzić   się   z 

Gonzalesem.

Możecie   sobie   wyobrazić,   jak   się   poczułem,   wysłu-

background image

chawszy tej pogawędki! W razie odmowy Gonzalesa — ja 
miałem paść pierwszy tej odmowy ofiarą. Pocieszałem się, 
że zanim do tego dojdzie, jeśli w ogóle dojdzie, znajdę jakiś 
sposób ucieczki. Z natury nie jestem pesymistą, a pesymizm 
w takiej sytuacji to pewna przegrana. Gdyby tak dorwać się 
do   koni?   Przecież   mają   konie,   nie   wędrowali   za   nami 
piechotą.   Lecz   nie   słyszałem   ani   charakterystycznego 
potupywania, ani rżenia. Jeśli ich było tylko trzech, to konie 
musieli   trzymać   pod  bokiem.   Więc   ciszę   powodowała   po 
prostu mgła otulająca nas jak dźwiękoszczelna wata.

Jakże ten czas się wlókł! Dumałem spoglądając w niebo, 

wypatrując   słonecznego   promyka,   który   by   rozproszył 
opary.   Na   próżno.   Wreszcie   ten,   który   zwał   się   Jose, 
powiedział półgłosem:

— Idzie...
Jak on to usłyszał?

Zerwali się obaj i stanęli ze strzelbami w dłoniach tuż za 

mymi   plecami.   Gdyby   doszło   do   strzelaniny,   pierwszy 
dostałbym kulą. Na szczęście — nie doszło.

background image

Z   białych   tumanów   wynurzył   się   cień,   który   w   chwilę 
później   przybrał   człowiecze   kształty.   To   był   wracający 
wysłannik.

— Jak poszło?
— Zgadzają się.
— Nikt za tobą nie szedł?
— Kluczyłem   jak   górska   kozica,   nawet   w   jasny   dzień 

zgubiliby moje ślady.

— Co powiedział Gonzales?
— Poczekaj, niech trochę odsapnę.

Zdjął z ramienia strzelbę i siadł przy ogniu.

— Będziesz ty gadał wreszcie?

— Już... Czemu sterczycie? Odeszli 
ode mnie i położyli się obok.
— Słucham — przypomniał Jose.
— Więc...

Było to ostatnie słowo Miguela. Nagle wydało mi się, że 

biały tuman, który nas otaczał, w pewnym miejscu dziwnie 
się   zakołysał.   W   sekundę   później   buchnęły   z   jego   głębi 
czerwonozłote iskierki, seria huków, podobnych do trzasku 
szybko   łamanych   gałęzi,   umilkła   bez   echa.   Z   mgły 
wyskoczyła znajoma postać.

— W nogi, doktorze... — usłyszałem ochrypły głos.
To był Bede. Zerwałem się. Dopiero teraz dostrzegł moje 
pęta. Przeciął je jednym ruchem noża. Byłem wolny, lecz 
za jaką cenę...

background image

Kim jest Bede?

— Muszę porozmawiać z panem, doktorze.
Stało się to podczas jednego z kolejnych postojów, daleko 

od doliny, w drodze, która z każdą milą przybliżała nas do 
miejsca, gdzie czekał wóz i pozostali uczestnicy wyprawy.

Bede ustawicznie kręcił się wokół mnie, a ja udawałem, że 

go nie dostrzegam. Wiele bym dał, aby ostatecznie pozbyć 
się jego towarzystwa, lecz nie mogło to nastąpić wcześniej 
niż po powrocie do hacjendy.

Zostało już wyjaśnione wszystko, co można było wyjaśnić, 

bo   istniały   nadal   zagadki,   których   nikt   z   nas   nie   potrafił 
rozwiązać.   Wiedziałem,   że   moje   uwolnienie   było   tylko 
dziełem   Bedego.   Nie   bacząc   na   porozumienie   między 
Gonzalesem a wysłannikiem bandy, udał się trop w trop za 
Miguelem. Że go nie zgubił we mgle, to cud prawdziwy. Co 
dalej z tego wynikło — wiemy.

Teraz Gonzales nie potrzebował dzielić „skarbu". Cenne 

znalezisko zostało zachowane w całości i na pewno stanie się 
ozdobą   któregoś  z   muzeów.   To  wszystko   prawda,   lecz   za 
nami znowu pozostały ludzkie zwłoki. Nic więc dziwnego, 
że   dla   mnie   Bede   stał   się   uosobieniem   paskudnego 
rewolwerowca.   Ile   razy   wkraczał   do   akcji,   tyle   razy 
przemawiała   broń,   zawsze   piekielnie   celna   i   zawsze 
powodująca   śmierć   człowieka.   Przyzwyczajenie,   zbieg 
okoliczności   czy   świadectwo   bandyckiej   profesji   naszego 
towarzysza? Byłem wściekły!

Hacjender przyjął zdarzenie tak, jakby nic się nie stało. 

Seńora nie ukrywała radości z ocalenia „skarbu", a vaquerzy 
spoglądali   na   Bedego   jak   na   bohatera.   Karol   rzeczowo 
stwierdzał,   że   odstąpienie   połowy   „skarbu"   nie 
gwarantowałoby nam bezpieczeństwa w drodze powrotnej, a 
wobec tego nie należy zbyt surowo oceniać Bedego...

Nie   potrafiłem   z   tym   się   zgodzić.   I   w   takim   właśnie 

nastroju odbywałem drogę powrotną.

Bede   dopadł   mnie,   gdy   przedwieczorną   porą,   już   po 

rozbiciu   nocnego   biwaku,   odpoczywałem   samotnie   nad 
pluszczącym górskim ponikiem.

— Słucham — odparłem szorstko. — O co chodzi?
Widziałem, jak się stropił.

— Czy   pamięta   pan,   doktorze,   piosenkę,   którą   śpiewał 

Coyle?

— Piosenkę? Ach, o tym dzielnym szeryfie?
— Własne.
— Pamiętam.
— Jak pan uważa, czy jakiś wypadek może się powtórzyć 

dokładnie   w   ten   sam   sposób   i   w   tych   samych 
okolicznościach?

— Oczywiście   —   odparłem.   —   Na   przykład   w   tych 

samych okolicznościach można spaść z konia.

— Nie   o   tym   myślałem,   to   zbyt   proste.   Widzi   pan,   ja 

brałem udział w takiej historii.

— W jakiej?

background image

— Ano w tej, o której śpiewał Coyle.
— A, to coś nowego! Był pan szeryfem? — zdumiałem 

się.

— Och,   nie!   Chociaż   taka   robota   bardzo   by   mi   od-

powiadała.

Rzeczywiście — zauważyłem ironicznie. — Strzelać to 

pan potrafi, lecz od szeryfa wymaga  się czegoś więcej. A 
tego „więcej" chyba panu brakuje...

— Ma   pan   do   mnie   żal,   doktorze?   Za   to,   że   pana 

uwolniłem?

— Nie, nie za to... Zresztą, proszę mówić dalej. Co z tym 

Coyle?

— Z Coyle to nic, ale to nieprawda, że tamten szeryf był 

samotny.   Ja   mu   pomagałem.   Chyba...   że   to   jakaś   inna 
historia.   Dlatego   się   pytam,   czy  mogą   wydarzyć   się   dwa 
takie same wypadki w takiej samej sytuacji?

— Radzę zwrócić się w tej sprawie do Coylego.
Miałem   zamiar   wstać   i   odejść.   Jednak   zostałem.

Przyszło mi do głowy, że może jakąś okólną drogą dowiem 
się wreszcie, kim jest mój rozmówca. Dlatego zapytałem:

— A co pan robił w tym miasteczku, o którym śpiewał 

Coyle?

— Początkowo   to   zupełnie   nic.   Wpadłem   tam   przy-

padkiem.   Nazywało   się...   ech...   nazywało   się...   coś   na 
„creek"...

— Mniejsza z tym, to nieważne.
— Nieważne — zgodził się. — Zapytam Coylego, musiał 

tam być.

— Albo wymyślił sobie bajkę.
Pokręcił głową.

— Za   bardzo   wszystko   pasuje.   Ja   tam   przyjechałem   z 

listem gończym w kieszeni. Świetnie pamiętam, że szukano 
Billa Harpera. Miał na sumieniu kilka rabunków i ze dwa 
morderstwa. Obiecano nagrodę: tysiąc dolarów! Żywy albo 
umarły!   Tak   napisali.   Tysiąc   dolarów,   a   ja   goniłem 
resztkami pieniędzy. Szukałem tego Billa, żeby powiedzieć 
prawdę,   zupełnie   omackiem.   Bawiłem  jeden  dzień  w  tym 
miasteczku, a następnego zrobiła się chryja!

— Jaka chryja?

background image

— Tak, jak śpiewał Coyle: „Któregoś ranka, wczesnym 

świtem, wiatr na swych skrzydłach przyniósł wieść, że do 
miasteczka   trzech   bandytów   przybywa   zemstę   krwawą 
nieść..."

— Ale   pamięć   to   ma   pan   znakomitą.   Ja   nie   potrafię 

powtórzyć ani jednej strofki.

— Rzeczywiście, pamięć mi dopisuje. Otóż... tak właśnie 

było,   a   jednym   z   tych   bandytów   okazał   się   Bill   Harper. 
Może pan sobie wyobrazić, jak się ucieszyłem!

Nie, nie mogłem sobie tego ani rusz wyobrazić! Radość z 

powodu pojawienia się przestępcy — to było dla mnie coś 
zupełnie nie do przyjęcia.

— Otóż — mówił Bede — ten Bill Harper miał na pieńku 

z tamtejszym szeryfem. Ludzie dostali pietra, wiedzieli, że 
albo szeryf, albo Harper. "Nikt nie chciał pomóc szeryfowi. 
Nawet radzili mu, żeby wyjechał, bo wtedy i Harper zniknie. 
Pognałem   do   szeryfówki.   Powiedziałem,   o   co   mi   chodzi. 
Myśli   pan,   że   się   ucieszył?   Oglądał   mnie   na   wszystkie 
strony. Może podejrzewał, że jestem kumplem Harpera? Na 
koniec zgodził się. Pod warunkiem, że będę strzelał dopiero 
w ostateczności. Co przez to rozumiał, nie wiem. Wyszliśmy 
z szeryfówki, gdy na stacji zagwizdał parowóz, co znaczyło, 
że   pociąg   przyjechał.   Ten   z   Harperem.   Powiadam   panu, 
doktorze,  ulica  była   pusta,  jakby cała  ludność  zapadła  się 
pod   ziemię.   Tylko   jeden   zapóźniony   biegł   od   stacji. 
Wrzasnął, że Harper jest, i skoczył  do któregoś domu tak 
szybko, że nawet nie zdążyłem zauważyć, do którego. Ano, 
zostaliśmy   tylko   dwaj   na   pustej   drodze.   To   było   niezłe 
ryzyko, ale ja lubię takie sytuacje. Pewnie mam to we krwi.

— Niech pan się streszcza, Bede — przerwałem mu — 

poczyna robić się chłodno.

— Więc   ja   trafiłem   Harpera,   a   szeryf,   zanim   odjechał, 

potwierdził to na piśmie.

background image

— I dostał pan swój tysiąc dolarów?
— A jakże!
— Czy to wszystko?

Nie   mogłem   jeszcze   odgadnąć,   w   jakim   celu   Bede 

opowiedział mi tę historię.

— Jeszcze   nie   wszystko.   Chcę   się   pana   poradzić   w 

ważnej sprawie.

Westchnąłem   cicho.   Tylko   tego   brakowało!   Miałem 

radzić osobie, której sama obecność wprawiała mnie w zły 
humor. Znowu ogarnęła mnie chętka, żeby odejść. I znowu 
zostałem.   Ostatecznie   —   jaki   by  nie   był   —   to   człowiek, 
który tylokrotnie pomógł  mnie  i Karolowi wydostać  się z 
tarapatów, który ocalił Gonzalesa, a na koniec, mimo że nie 
pochwalałem jego „ręki szybszej niż myśli", działał w mojej 
obronie.

— Słucham — powiedziałem.
— Myślę,   doktorze   —   zaczął   Bede   —   że   pewnie   za-

stanawiał się pan, po co przyjechałem do El Paso.

— Każdy   ma   prawo   odwiedzać   El   Paso   —   odparłem 

wykrętnie.

— A wie pan, czym się trudnię?
— Nie mam pojęcia, lecz przecież nigdy o to nie pytałem.
— No, tak. Sam o tym opowiem... Kiedy przybyłem do 

miasteczka, o którym śpiewał Coyle, posiadałem już spore 
doświadczenie.   W   El   Paso   jeszcze   większe,   dlatego 
sądziłem,   że   mi   się   powiedzie.   Siedemset   dolarów   to 
niemała suma dla takiego jak ja.

— O czym pan mówi?

Ścigałem pewnego jegomościa poszukiwanego przez 

Agencję   Pinkertona   za   zastrzelenie   człowieka   z 
Montgomery,   w   Alabamie.   Zabójca   nazywa   się   Reuben 
Burrows. Nie słyszał pan o nim?

— Nie,   chyba   nie...—   poprawiłem   się,   nie   pamiętając, 

jakie to nazwisko wymieniał druczek Pinkertona.

background image

— Przestępstwo   zostało   dokonane   w   styczniu,   ale   do 

wiosny jeszcze ptaszka nie schwytali. Teraz to już pewnie 
siedzi za kratami albo nie żyje. Miałem list gończy, gdzieś 
mi się w drodze zapodział.

Drgnąłem.   Moja   pomyłka   stała   się   dla   mnie   sprawą 

oczywistą. Jednak przecież nie uczyniłem nic, aby Be-demu 
zaszkodzić. Jak to dobrze!

— Gdyby nie bójka w saloonie — tu westchnął — nie 

wędrowałbym   teraz   przez   te   dzikie   strony.   Jakże   jednak 
mogłem spokojnie przyglądać się, gdy banda pi-jusów rzuca 
się na dwu porządnych ludzi?

— To znaczy... że przez nas stracił pan zarobek. Bardzo 

mi przykro.

— Głupstwo, doktorze! Co się stało, to się stało i nie ma 

o czym mówić.

— Więc pan pracuje dla Pinkertona?
— W   tym   jednym   wypadku.   W   innych   pracuję   dla 

innych.

Zabrzmiało to nieco zagadkowo.

— Jest pan agentem policji?
— O, nie! Pracuję ochotniczo, doktorze — zaśmiał się. — 

Pomagam raz jednym, raz drugim;

Rozumiem.   Należy   pan   do   grupy   ludzi,   których 

powszechnie nazywają „łapaczami". Uznaniem to się oni nie 
cieszą. Ileż pan osób doprowadził za kratki?

— Ani jednej.

Taka odpowiedź wyglądała na kpiny. Spojrzałem na niego 
zdziwiony.

— Co to znaczy?
— To   znaczy,   doktorze,   że   miałem   takie   pieskie 

szczęście:   ścigany   zawsze   sięgał   po   broń.   Lecz   ja   byłem 
szybszy. I nieźle strzelam.

— Że pan lubi strzelać, stwierdziłem to już parokrotnie, 

lecz postępując tak z ludźmi poszukiwanymi przez prawo, 
kiepską wyświadcza pan prawu przysługę.

background image

Pan nie jest „łapacz", pan jest najzwyklejszy „rewol-
werowiec". Podejrzewam, że pan prowokuje ściganego do 
sięgnięcia po broń, zamiast go zaskoczyć. Czy nie tak? 
Pokiwał głową i skrzywił się zabawnie.

— Ja uważam, że każdemu trzeba dać szansę.
— Rozumiem — odparłem, z trudem tłumiąc gniew. — 

Wyobrażam sobie, że zjawiał się pan przed poszukiwanym i 
oświadczał   mu,   że   chce   go   doprowadzić   do   szeryfa,   a 
później czekał, aż tamten wyciągnie rewolwer. Wówczas już 
miał pan prawo strzelać, przecież w obronie własnej! Nie tak 
było?

— Właśnie tak. Pan chyba znał jakiegoś „łapacza"?
— Znałem. Dzisiaj jest szeryfem.
— No, więc! — ucieszył się. — I „łapacz" może zyskać 

ludzki szacunek.

— To   była   wyjątkowa   sprawa.   Najzwyklejszy   farmer 

został „łapaczem" tylko dlatego, że brakowało mu pieniędzy 
na leczenie żony. Skusił go list gończy i wysoka nagroda, 
lecz   przez   okres   swej   paromiesięcznej   działalności   zabił 
tylko   jednego   człowieka,   tak   się   złożyły   tragiczne 
okoliczności. Ale iluż później doprowadził do szeryfa? Nic 
dziwnego,   że   go   samego   obrano   szeryfem.   Bo   nie   dawał 
nikomu takiej „szansy", jak pan, to jest zwykłe morderstwo. 
Lecz pan niech na to nie liczy. W miejscowości podlegającej 
pana   władzy   sędzia   nie   miałby   nic   do   roboty.   Za   to 
pogrzebów   byłoby   mnóstwo,   nawet   ludzi,   którym   groziło 
tylko więzienie. Be-de — powiedziałem wzburzony — i ja, i 
mój przyjaciel wiele panu zawdzięczamy,  dlatego słucham 
tak  spokojnie,   lecz   po  powrocie   do  hacjendy  rozstaniemy 
się.

Zauważyłem, że się zmartwił. Zupełnie szczerze zmartwił, 

się.   Do   licha!   On   niczego   nie   pojmował.   Jak   dziecko 
uzbrojone   w   nigdy   nie   chybiający   colt.   Strzelające   dla 
zabawy. Jakże okrutnej!

background image

— Prosił   mnie   pan   o   radę   —   mówiłem   dalej.   —   Nie 

wiem, w jakiej sprawie, lecz dam panu radę nie proszoną: 
niech pan zerwie  ze  swym  procederem,  z  zarabianiem na 
ludzkich trupach. A jeśli nie rozumie pan jeszcze, dlaczego, 
to... chociażby dlatego, że w końcu ktoś może  okazać się 
szybszy!

Właśnie, właśnie! —uradował się. — O tym chciałem 

mówić,   bo   to   nie   prosta   sprawa.   Nie   wiem,   jak   z   niej 
wybrnąć. Widzi pan, mój ojciec był farmerem, w Missouri. 
Mieliśmy   pola,   łąki,   zabudowania   prawie   dwie   mile   od 
miasteczka,   które   się   zwie   Sunday.   Zabawna   nazwa, 
prawda? Nasze gospodarstwo leżało w pobliżu Sunday. To 
było dobre sąsiedztwo. Plony sprzedawaliśmy na miejscu i 
wiodło   się   nam   bardzo   dobrze.   O   dziecięcych   latach   nie 
będę   mówił,   bo   to   nieważne.   Później   przyszła   na   świat 
siostrzyczka, a po niej brat. Wtedy już biegałem do szkoły, 
do Sunday, bo ojciec chciał, żebym nabrał rozumu. Od tego 
wszystkiego   się   zaczęło.   Któregoś   dnia,   przed   przerwą 
wakacyjną, gdy wracałem do chałupy, lunął deszcz. Nie było 
gdzie się schronić. Skoczyłem do saloonu, stał na samym 
skraju   miasteczka,   ostatni   budynek.   Saloon   „Pod   Złotym 
Słońcem" i takie słońce zostało namalowane na desce, nad 
drzwiami. Pamiętam,  jakby to było wczoraj: złota farba z 
tego słońca oblazła i wyglądało zupełnie szaro.

Wbiegłem   do   saloonu.   Nie   jest   to   miejsce   dla   dzieci, 

nawet   dla   podrastających   chłopców,   lecz   deszcz   mnie 
usprawiedliwiał.   Poza   tym   wiedziałem,   że   karczmarz   zna 
mego   ojca   i   pozwoli   przeczekać   ulewę.   Byłem   nieco 
onieśmielony,   jak   to   wiejski   chłopak,   który   jeszcze   nie 
poznał świata ani ludzi. Saloon był pusty, przynajmniej

background image

tak   mi   się   wydało.   Karczmarz   oparty   o 
szynkwas   spojrzał   na   mnie,   a   ja   szybko 
powiedziałem:

„Jestem Barry Bede. Czy mogę tu posiedzieć?"

Roześmiał się.

„Nigdy jeszcze nie miałem takiego gościa. 

Jesteś synem Harry Bedego?"

Przytaknąłem.

„No, to siadaj. Znamy się z twym ojcem od 

lat. Podobny jesteś. Chcesz piwa?"

Podziękowałem   grzecznie,   jak   mnie   w 

domu uczono.

„Rozumiem, nie masz pieniędzy, ale to ja stawiam."

Nalał   mi   z   kranu,   lecz   nie   w   kufel,   a   w 

małą szklaneczkę.

„Niech ci będzie na zdrowie."

Nie   chciałem   go   obrazić,   więc   wziąłem. 

Siadłem   za   którymś   stolikiem,   z   twarzą 
zwróconą   ku   oknu,   i   patrzyłem   na   drżącą 
firankę   wody.   Czułem   się   kiepsko   w   tym 
saloonie   i   marzyłem,   aby   jak   najprędzej 
znaleźć się w domu. Lecz deszcz nie ustawał. 
I wtedy usłyszałem odgłos kroków, ciężkich 
kroków. Jakaś postać zasłoniła mi okno, czyjś 
głos zapytał bardzo życzliwie:

„Czy mogę się przysiąść?"

Wytrzeszczyłem oczy. Jeszcze nikt do mnie 

w   ten   sposób   się   nie   zwracał.   Pan   wie, 
doktorze, jak to jest. Dorośli albo przepędzają 
dzieci,   albo   lekceważą   je,   albo   się   z   nich 
śmieją. Dlatego myślałem, że ten obcy kpi so-
bie  ze  mnie.  Ale   on powtórnie   zapytał,  czy 
może   się   przysiąść.   Wykrztusiłem,   że   tak. 
Postawił kufel, przysunął zydel.

„Smakuje ci piwo, synku?" — zagadnął.

Znowu   zdobyłem   się   tylko   na   „tak",   ale 

nieznajomy   coraz   bardziej   zaczynał   mi   się 
podobać.

„Widzisz — mówił dalej — piwo to dobra 

rzecz,   lecz   w   miarę.   Jak   zbyt   wiele   się 
nałykasz, stajesz się ociężały, oczy mętnieją i 
ręka się trzęsie.   Pamiętaj o tym."

Odparłem, że będę pamiętał, i gapiłem się na jego strój. 

Chyba musiał być traperski. Słyszałem wiele o traperach i 
tak ich właśnie sobie wyobrażałem. Ten miał na sobie kurtkę 
skórzaną bez rękawów, koszulę niebieską i czarny okrągły 
kapelusz. A dokoła bioder pas, z którego zwieszały się w 
wielkich futerałach dwa rewolwery.

— Jakoś to nie pasuje do trapera — zauważyłem myśląc 

o   stroju,   jaki   Karol   przywdziewał   wybierając   się   na   swe 
myśliwskie wyprawy.

— Pewnie,   że   nie   pasuje,   lecz   ja,   doktorze,   byłem 

wówczas mały pętak i nic się nie znałem na tych sprawach. 
Najbardziej   jednak   spodobały  mi   się   ostrogi,   jakie   tamten 
gość miał przy butach. Musiał zauważyć moje zachwycone 
spojrzenie, bo uśmiechał się od czasu do czasu i pociągał z 
kufla. Na koniec sięgnął do kabury i wydobył oksydowany, 
niebiesko lśniący rewolwer. Później się dowiedziałem, że to 

background image

był colt, ale wówczas nie odróżniałem kapiszonówki od broni 
skałkowej, a skałkowej od iglicówki. Jak ujrzałem to lśniące 
cudo, mało mi oczy nie wyskoczyły, a tamten wyjął naboje z 
bębenka i wsunął mi kolbę w dłoń. Wyprostowałem rękę i 
zmierzyłem w lustro wiszące na ścianie.

„Ciężki" — powiedziałem, byle co powiedzieć i byle jak 

najdłużej trzymać broń.

„Połóż   palec   na   cynglu,   synku   —   doradził   —   ot   tak, 

doskonale. A teraz naciśnij, wolno, delikatnie..."

Ledwie dotknąłem spustu, a rewolwer zrobił „klik--klak".

„O! — zawołałem — jak to łatwo!"
Uśmiechnął się.

„Strzelać łatwo, trafić trudniej."
„A pan umie?" — zapytałem naiwnie.

background image

„Dziewięć na dziesięć razy, pokazałbym ci..."

Karczmarz,   który   pewnie   cały   czas   przysłuchiwał   się 

naszej rozmowie, nagle zawołał od szynkwasu:

„Barry,   wracaj   do   domu.   Deszcz   już   przestał   padać,   a 

ojciec na pewno się niepokoi."

Westchnąłem i zwróciłem rewolwer.
„Muszę   już   iść,   przepraszam"   —   powiedziałem   nie-

mrawo. Podziękowałem za piwo i ruszyłem ku drzwiom.

„I na mnie czas" — zauważył nieznajomy.
Położył jakąś monetę na ladzie i zwrócił się ku mnie:

„Daleko mieszkasz, synku?"

„Będzie ze dwie mile."

„A w jakim kierunku?"

Pokazałem ręką.

„Podwiozę cię."

Wydało   mi   się,   że   szynkarz   bardzo   się   zaniepokoił. 

Powiedział szybko:

„Lepiej, żeby chłopak się przeleciał. To zdrowiej. Ruch 

mu dobrze zrobi. Prawda, Barry?"

„Tak... — odparłem — nie..."

Nie wiedząc, na co się zdecydować, wybiegłem na dwór. 

Świeciło słońce i odbijało się w kałużach wody.  Gliniasta 
droga, którą musiałem maszerować, pełna była takich kałuż i 
błota. Lecz cóż miałem począć? Skierowałem się desperacko 
na ten bajorowaty szlak.

„Zaczekaj!"
Stanąłem,   odwróciłem   się.   Nieznajomy   kiwał   na   mnie 

ręką.  Później   zniknął   za  rogiem budynku,  lecz   na  krótko. 
Ukazał się z powrotem, na koniu. Cóż to był za koń! Czarny 
jak kruk, z białą strzałką na czole. Podjechał do mnie.

„No, chłopcze, hop!"

Podskoczyłem,   a   on  wciągnął   mnie   na   siodło,   posadził 

przed sobą, tuż za końskim grzbietem.

background image

„Pojedziemy wolno — oświadczył. — Wielkie błoto, ale i 

tak znajdziesz się szybciej na miejscu."

W   drodze   rozmawialiśmy,   raczej   to   on   mówił,   bo   ja 

podziwiałem   pięknego   wierzchowca,   piękną   uprząż   i 
rozglądałem się dokoła pragnąc, aby mnie  ujrzał któryś  z 
kolegów lub ze znajomych ojca, ale jak na złość droga była 
pusta.

„Tu   mieszkam"   —   poinformowałem   na   widok   domu 

stojącego o kilka jardów w bok.

„No, to koniec naszej podróży" — zauważył wesoło.
Zatrzymał konia i pomógł mi zeskoczyć.
„A   może...   —   wyjąkałem   —   może   pan   nas   odwiedzi. 

Chociaż na chwilkę — powiedziałem prosząco. — Rodzice 
będą radzi."

background image

„Dziękuję,  chłopcze.  Nie  zapomnę  ci  tego.  No,   bywaj! 

Kto wie, czy się jeszcze nie spotkamy."

Machnął ręką, tknął konia ostrogami i po chwili zniknął 

za kurtyną wodnych rozbryzgów i błota.

W   domu   matka   się   zatroskała,   czy   nie   zmokłem.   Po-

wiedziałem o saloonie i o przejażdżce.

„Jakiś uczynny jegomość — zauważył ojciec. — Ciekaw 

jestem, kto to taki. Jak będę w Sunday, zapytam Kernta."

Tak   się   nazywał   właściciel   saloonu   „Pod   Złotym 

Słońcem". Po paru dniach rzeczywiście musiał zapytać, bo 
kiedy wróciłem jak zwykle ze szkoły, powiedział:

„Wiesz, Barry, ten jegomość, który cię wiózł, to zupełnie 

obcy człowiek. Podobno pokazywał ci, jak się strzela?"

Przyświadczyłem.

„Na drugi raz nie daj się tak łatwo wciągnąć w rozmowę. 

Bądź ostrożny."

„Dlaczego? — zapytałem zdziwiony. — Czy zrobiłem

coś złego?"

„Ależ nie, synku, tylko Kernt mówił mi, że mu się ten 

człowiek nie podobał, a Kernt ma dobre oko."

Nic   na   to   nie   rzekłem,   lecz   nie   podzieliłem   opinii 

szynkarza. Nigdy dotąd nie zetknąłem się z dorosłym, który 
by tak poważnie, jak równy z równym, ze mną rozmawiał. I 
tak   grzecznie!   Marzyłem   w   cichości,   że   znowu   spotkam 
nieznajomego z Sunday i wypatrywałem oczy maszerując do 
szkoły i z powrotem. Na próżno!

Minął   jeden   roczek,   minął   drugi.   Szkołę   ukończyłem   i 

stałem się  pierwszym  pomocnikiem ojca  w  gospodarstwie 
oraz przykładem dla młodszego rodzeństwa. Nauczyłem się 
jeździć   konno,   nabyłem   okrągły   kapelusz   i   udawałem 
kowboja   na   ojcowej   zagrodzie.   Do   Sunday   jeździłem   co 
kilka dni po zakupy, wpadałem nawet do

background image

saloonu,   lecz   nigdy   nie   trafiłem   na   ślad   nieznanego 
przybysza, aż do dnia... Do pewnego dnia, który stał się jak 
gdyby kolejnym  szczeblem drabiny prowadzącej  mnie  nie 
wiadomo dokąd.

Dorobiliśmy się małego stadka bydła. Pasło się zazwyczaj 

na łące, hen pod lasem. Nie tak znowu daleko, lecz ja, jak 
już   wspomniałem,   udawałem   kowboja,   a   jak   kowboj,   to 
konno! Ba, miałem już nie tylko szerokoskrzydły kapelusz, 
lecz i lasso zawieszone na łęku siodła. Kupiłem w Sunday 
szeroki   pas,   chociaż   nie   zwieszały   się   z   niego   wielkie 
rewolwery. Ojciec, który przystał na lasso (wprawdzie śmiał 
się ze mnie), o nabyciu broni nawet nie chciał słuchać.

Pogalopowałem   więc   na   koniu   i   z   lassem,   prawie   jak 

kowboj, spędzić bydło spod lasu do zagrody, bo miało się 
już   ku   wieczorowi.   Że   dzień   był   ciepły,   jak   na   wiosnę, 
przejażdżka taka to sama przyjemność: Dognałem stadko już 
na skraju boru i policzyłem sztuki. Zawsze liczyłem, odkąd 
zdarzyło   się   przypędzić   o   jedną   za   mało,   co   ojciec 
natychmiast   zauważył   i   co   kosztowało   mnie   przeszło   pół 
nocy poszukiwań.

Tym   razem   również   brakowało   jednej   krowy.   Nie 

zauważyłem jej ani na łące, a było jeszcze dość widno, ani 
pod lasem. Musiała wedrzeć się w gąszcz. Zeskoczyłem z 
siodła. Las nie był wielki, ot, po prostu taka wyspa z drzew 
na równinie, nie dłuższa niż na pół mili, ale dość zarośnięta. 
Wkroczyłem w te zarośla, wypatrując, czy gdzieś nie błyska 
jasny zad lub białe, rogate czoło. Przepychałem się między 
chojakami i... wyszedłem wprost na konia! Co tu robi koń? Z 
siodłem, uzdą i jukami! A gdzie jeździec?

Ujrzałem go pod pniem sąsiedniego drzewa. Zastygłem w 

bezruchu.   Nie   na   widok   nieznanego   człowieka,   lecz... 
czarnej lufy rewolweru wycelowanej wprost w moją pierś.

background image

„Kto ty jesteś?" — zapytał ochrypłym szeptem, „Ja? No... 
z gospodarstwa. Tu jest farma, niedaleko".
„Czego szukasz?"

„Krowa uciekła w las."

Zaśmiał   się   i   opuścił   broń.   Przypatrywał   się   uważnie. 

Zaraz   poczułem   się   lepiej.   Nigdy   dotąd   nikt   nie   trzymał 
mnie na muszce lufy.

„Jak się nazywasz?" — patrzał na mnie uważnie.
„Barry   Bede"   —   odpowiedziałem,   ciągle   jeszcze   nie 

mogąc ochłonąć ze zdumienia.

„Barry Bede  — powtórzył.  — Barry...  Ja chyba  ciebie 

znam. Byłeś wówczas malcem. Pamiętasz?"

Potrząsnąłem przecząco głową.

„Zapomniałeś o piwie w saloonie? O konnej przejażdżce? 

Po deszczu."

Jakaś klapka odemknęła się w mojej głowie.

„To pan?! — zawołałem. — Pan wiózł mnie na czarnym 

jak kruk wierzchowcu!"

Spojrzałem na konia stojącego przy drzewie. Nie, nie był 

czarny,   tylko   jakiś   srokaty.   Nieznajomy   dostrzegł   moje 
spojrzenie.

„To nie ten" — zauważył.
„A co się z tamtym stało?"
„Zginął jak dzielny koń. Od kuli."
„A pan?" — zapytałem, bo postać siedząca przy pniu nie 

przypominała eleganckiego gościa saloonu w Sunday.

Kurtę   nadal   nosił   skórzaną,   ale   skóra   straciła   połysk, 

gdzieniegdzie   świeciła   wytartą   bielą   i   czerniała   plamami. 
Prawy   rękaw   niebieskiej   koszuli   został   rozdarty,   lewy 
podwinięty powyżej łokcia. To, co znajdowało się poniżej, 
było szarą szmatą, z której wystawała tylko dłoń.

„Wypadek?"   —   zagadnąłem,   chociaż   na   poprzednie 

pytanie wcale mi nie odpowiedział.

background image

Tii   muszę   dodać,   doktorze,   że   wówczas   miałem   głowę 

nabitą  różnymi  bajędami  o  Dzikim  Zachodzie,  na  którym 
żyli prawdziwi bohaterowie walczący w obronie słabszych, 
ratujący wędrowców napadniętych przez czerwonoskórych, 
zabierający złoto bogatym  wyzyskiwaczom,  aby je rozdać 
biednym. Pewnie żyli i tacy, ale... Pan chyba wie, doktorze, 
ileż   to   pięknych   legend   dolepiono   do   postaci   zwykłych 
awanturników lub wręcz bandytów!

— Zrozumiałe   —   zauważyłem   —   ludzie   tęsknią   za 

sprawiedliwością,   za   dzielnością   i   cenią   to   sobie.   Gdy 
zabrakło wzorców, poczęli upiększać postacie „bohaterów".

— Dziki   Zachód   —   doktorze   —   nie   leżał   daleko   od 

granic   stanu   Missouri,   ba,   nawet   z   nim   graniczył   na   po-
łudniowym zachodzie. Pan na pewne wie. To jest terytorium 
Oklahoma,   jego   część   zwana   Terytorium   Indiańskim,   na 
którym nie wolno było się osiedlać. Dziki Zachód! Często o 
nim  marzyłem.  A  teraz  siedział  przede  mną  przybysz,   na 
pewno   z   Dzikiego   Zachodu.   Zapomniałem   o   strachu   i 
gapiłem się nań z cielęcym zachwytem, jak na „dzielnego za 
trzech",   jak   śpiewał   Coyle,   przybyłego   z   bliskiej   i 
równocześnie dalekiej krainy.

„Miałem   przykry   wypadek   —   odpowiedział   na   moje 

pytanie. — Ale to głupstwo, za kilka dni śladu nie zostanie. 
Gorzej, że ostatnio prawie nic nie jadłem. Nie masz, Barry, 
kapinki mleka?"

„Mogę wydoić  krowę — zaoferowałem się ochoczo — 

ale chyba najlepiej, żeby pan poszedł ze mną do domu. Tam 
się znajdzie wszystko, co potrzeba. I nowy opatrunek. Czy 
to rana?"

„Ot,  takie  draśnięcie.  Do  domu  nie  pójdę.  Sprawiłbym 

kłopot twoim rodzicom."

Nie nalegałem. Kazał mi odpiąć garnczek przywieszony 
do juków siodła. Odszukałem zagubioną krowę, nadoiłem 
mleka.

„Teraz   —   powiedziałem   z   wahaniem   —   muszę   już 

wracać. Ojciec będzie mnie szukać."

Zaniepokoił się.

„Idź, idź, Barry, ale... słuchaj, mój chłopcze, czy możesz 

mi coś przyrzec?"

„Oczywiście!"

„Daj mi słowo, że nie powiesz o mnie nikomu. Że ja tu 

jestem."

„Jak   to?   Przecież   to   nasza   ziemia,   nikt   obcy   tu   nie 

przychodzi."

„To bardzo dobrze. Ale ja nie chcę, aby ktokolwiek

0 mnie wiedział. Rozumiesz?"

Na  słowie   „ktokolwiek"   położył  specjalny  akcent.

1 tym wpędził mnie w rozterkę. Co powiem rodzicom, gdy 
zapytają, dlaczego tak długo marudziłem z bydłem?

„Czy to konieczne?"

„Konieczne. Ścigają mnie źli ludzie, Barry. Jeśli mi nie 

pomożesz, będę musiał dosiąść konia i ruszać dalej. Po nocy. 
Diablo mi to nie na rękę, źle się czuję."

Powiedział to głosem smutnym, zmęczonym, aż mnie coś 

w sercu kolnęło. Pewnie był chory. Zrobiło mi się go żal.

„Ojciec   nikomu   nie   zdradzi"   —   powiedziałem   z   prze-

konaniem.

background image

„Nie, nie — zaprotestował energicznie. — To na nic. Jeśli 

powiesz ojcu..."

Urwał i podniósł się spod pnia. Zauważyłem, że chwieje 

się na nogach.

„Muszę ruszać — oświadczył. — Przez ciebie, przez takie 

głupstwo."

Przekonał mnie.

background image

„Dobrze   —   zgodziłem   się   —   nie   powiem,   ale   teraz 

powinienem już wracać..."

I   wróciłem,   pędząc   przed   sobą   krowy.   Rodzicom   po-

wiedziałem   o  poszukiwaniu   jednej   sztuki   w   lesie.   To   ich 
zadowoliło   i   o  nic   więcej   nie   pytali.   Nie   potrzebowałem, 
kłamać, lecz mimo tego czułem się jakoś bardzo nieswojo.

Następnego   ranka   moja   rodzina:   matka,   ojciec,   brat   i 

siostra wsiedli do czterokołowego, półciężarowego wózka i 
ruszyli do Sunday. Ojciec zawoził bronę do kowala, matka 
miała   mnóstwo   sprawunków   do   załatwienia,   a   moje 
rodzeństwo zostało zabrane, abym nie musiał go pilnować. 
Cała   gromadka   mogła   powrócić   najwcześniej   późnym 
wieczorem   lub   dopiero   rankiem   dnia   następnego, 
przenocowawszy w Sunday u przyjaciół.

Kiedy indziej zmartwiłbym się takim obrotem sprawy — 

zwalono na mnie robotę w gospodarstwie i nudę samotności. 
Lecz tym razem ucieszyłem się z tej sytuacji. Byłem ciekaw, 
co porabia mój znajomy w lesie. Miałem nadzieję, że jeszcze 
nie odjechał. Gdy więc wózek zniknął w tumanach kurzu, 
osiodłałem   konia,   wyprowadziłem   krowy   z   zagrody, 
pognałem   je   na   pastwisko,   pocwałowałem   do   lasu   i 
przedarłem się przez zarośla.

Był!   Pod   tym   samym   drzewem.   W   dziennym   świetle 

wyglądał jeszcze gorzej niż wczoraj.

„Jak się masz, Barry — przywitał mnie cichym głosem. 

— Spodziewałem się, że przyjedziesz. Chciałem ruszyć stąd 
o świcie, lecz siły nie dopisały. Mówiłeś o mnie?"

Zaprzeczyłem.
„To dobrze — szepnął — nie zawiodłem się na tobie. A 

nie masz czego do zjedzenia, chłopcze?"

Odparłem, że owszem. Cała fura jedzenia jest w chałupie.

background image

„To na nic" — mruknął.

„Ależ dom jest pusty! — krzyknąłem. — Rodzin pojechała 
do Sunday".
„A kiedy wróci?"                                                     
„Dopiero późnym wieczorem lub jutro rano." 
„Aha. Słyszałem turkot wozu. No to, można by 
zaryzykować."                                                              

Podniósł się z trudem, ujął konia za cugle. Wyszliśmy na 

skraj   łąki,   skąd   już   widać   było   nasz   dom.   Lecz   tu 
nieznajomy zatrzymał  się. Spojrzał na mnie podejrzliwie i 
zagadnął:
„A   nie   zwodzisz   mnie   przypadkiem?"   „Bodajbym   pod 
ziemię się zapadł, jeśli kłamię!" Twarz mu się rozpogodziła, 
ale  przez   cały czas rozglądał  się   czujnie  dokoła,  a   zanim 
wszedł do chałupy, zajrzał do środka przez szybę. Sądziłem 
w swej naiwności, że to taki westmański nawyk. W końcu 
wkroczył   do   izby   i   ciężko   opadł   na   najbliższą   ławę. 
Przygotowałem   mu   śniadanie,   a   gdy   zaspokoił   głód, 
zaproponowałem, aby się umył. Nie przystał na to tak łatwo, 
jak   na   posiłek,   wreszcie   zgodził   się   pod   warunkiem,   że 
wyjdę na dwór pilnować drzwi, aby przypadkiem ktoś obcy 
go nie zaskoczył. Nagotowałem pełny szaflik wrzątku i zo-
stawiłem gościa, lecz nie po to, aby pilnować drzwi, lecz 
oporządzić   mu   konia.   Trwało   to   dość   długo,   gdy   więc 
wróciłem, mój westman już się ubierał.

„To był świetny pomysł, ta kąpiel, Barry. Czuję, jak mi 

wracają siły. Nie masz, chłopcze, jakiej czystej szmaty?"

Nie   znałem   się   na   opatrywaniu   ran,   więc   tylko   przy-

niosłem   pas   nowiutkiego   płótna,   a   później   pomogłem 
odwinąć mokry i brudny opatrunek. Rana nie była głęboka, 
jak zauważyłem, lecz za to długa, biegnąca od ramienia w 
dół. Od noża czy od kuli... skąd miałem wiedzieć?

background image

„Dziękuję ci, Barry. No, czas mi w drogę" — powiedział 

gdy już opatrzył i zabandażował ranę.

„Juz?!" — wykrzyknąłem szczerze zmartwiony.

Za chwilę miał zniknąć mi z oczu jeden z tych ludzi, o 

których krążyły legendy: prawdziwy westman, mieszkaniec 
prerii, puszcz i górskich dolin.

„Tak,   już   —   odparł.   —   Jednak   —   zastanowił   się   — 

moglibyśmy   pogawędzić   jeszcze   trochę.   Na   końskich 
siodłach."

Wytrzeszczyłem oczy.
„Nie   rozumiesz?   Jadę   do   Greenhill.   Możesz   mnie   od-

prowadzić."

Greenhill było nieco większym miasteczkiem od Sunday. 

Bawiłem   tam   tylko   raz,   bo   leżało   dość   daleko   od   naszej 
zagrody. Podróż w jedną stronę trwała pół dnia.

„Nie mogę" — odparłem smętnie.
„Szkoda. Chciałem ci ofiarować coś na pamiątkę naszego 

spotkania, lecz nie mam nic takiego. Dopiero w Greenhill, 
ale skoro nie możesz... To odprowadź mnie choć kawałek."

Pokusa była silna. Uległem. No, bo cóż szkodziło oddalić 

się od domu na parę godzin? Pojechałem.

Zabawiał mnie  podczas jazdy opowiadaniami  o Dzikim 

Zachodzie. Słuchałem, aż mi uszy rosły. Jeśli nawet tylko 
połowa z tego, co mówił, była prawdą, jakże ciekawy wiódł 
żywot w porównaniu z moim! Ach, gdybyż tak wyrwać się 
w tamte strony z doświadczonym towarzyszem przy boku! 
Choćby   na   kilka   dni,   na   tydzień!   Ba,   nieziszczalne 
marzenie...

Zasłuchałem się tak bardzo, że straciłem poczucie czasu. I 

oto w dali przed nami, na rozległej równinie, zamajaczyły 
szczyty domostw.

„To już Greenhill — zauważył zatrzymując wierzchowca. 

— Może jednak wypijemy przed rozstaniem szklaneczkę za 
nasze zdrowie?"

background image

No, skoro już dotarłem tak daleko, cóż szkodziło  wpaść 

do Greenhill?

 „Dobrze" — skinąłem głową.
Zatrzymaliśmy się na skraju malutkiego lasku rosnącego 

przy drodze.

„Barry   —   powiedział   —   pewnie   cię   to   zdziwi,   lecz 

gdybyś  nieco pobył  na Dzikim Zachodzie,  nic  by cię nie 
dziwiło. Ja tu zaczekam, a ty jedź."

„Po co?"

„Muszę   być   ostrożny.   Pierwszy   budynek   po   prawej 

stronie   to   piętrowy   dom   z   napisem:   Skład   zaopatrzenia. 
Wejdziesz   do   środka   i   zapytasz   o   pana   Ratha.   Jak   go 
znajdziesz,   powiesz,   że   przysyła   cię   Niebieski   Bill.   Za-
pamiętasz?"

„Oczywiście. A kto to jest Niebieski Bill?"

„To   ja.   Tak   mnie   znajomi   przezywają.   Od   niebieskich 

koszul,   które   bardzo   lubię.   Powiedz   temu   Rathowi,   że 
Niebieski Bill pyta, czy może przyjechać: I jeszcze jedno: 
rozmawiaj z Rathem tak, żeby nikt więcej cię nie słyszał. To 
ważne, mam mnóstwo wrogów, którzy tylko czekają, żeby 
mi nogę podstawić. A teraz jedź i szybko wracaj."

Pognałem   konia,   wjechałem   do   Greenhill,   odnalazłem 

skład,   a   w   nim   pana   Ratha.   Kiedy   zadałem   zlecone   mi 
pytanie,   najpierw   obejrzał   mnie   ze   wszystkich   stron,   a 
później zapytał:

„Gdzie jest Bill?"

„Niedaleko."
„No, to może wpaść."

Wróciłem do lasku, powtórzyłem odpowiedź.

„Świetnie, Barry. Spisałeś się znakomicie. Jedziemy."

Ano,   przybyliśmy   do   tego   składu   zaopatrzenia.   Długa, 

mroczna   sala   pełna   towarów.   Rath   i   Niebieski   Bill   padli 
sobie w objęcia. Później  coś tam szeptali, a ja

background image

dreptałem wzdłuż półek, lad i stołów. Czego tam nie było! 
Od ubrań i broni po rolnicze pługi, końską uprząż, derki, 
bele tytoniu, wory z mąką, grochem, solą, cukrem, ech...

„Barry! — zawołał Bill. — To dla ciebie, na pamiątkę."   

Wręczył   mi   szeroki   pas,   z   którego   zwisały   skórzane 

kabury. Z ich głębi połyskiwały kolby dwu rewolwerów.

„Załóż, chłopcze."

Założyłem   bojąc   się,   że   to   wszystko   sen,   że   za   chwilę 

przebudzę się pod ojczystym dachem, aby wypędzić krowy 
na pastwisko. Później przyszło zastanowienie.

„Ja   nie   mogę   tego  przyjąć.   To...   to  musi   być   strasznie 

drogie."

Roześmieli się obaj, a Rath zauważył:

„Skoro ci Bill daje, to nie namyślaj się i bierz."

Niebieski   Bill   (tak   go   odtąd   w   myślach   zacząłem   na-

zywać) klepnął mnie po plecach.

 „Weź, chłopcze. Nie zgadniesz, jak bardzo mi pomogłeś."

Rzeczywiście   —   nie   zgadłem.   Jednak   przyjąłem   dar,   a 

później udałem się w ciemniejszy kąt, aby wydobyć broń i 
nacieszyć   się   jej   widokiem.   To   były   dwa   colty,   błękitnie 
oksydowane, podobne do coltów Billa. Nigdy w życiu nie 
czułem   się   bardziej   uradowany   z   prezentu.   Tamten   dzień 
dobrze   mi   utkwił   w   pamięci.   Pewnie   bym   w   składzie 
przesiedział do nocy, bawiąc się bronią, lecz Bill przywołał 
mnie.   Ledwie   go   teraz   poznałem.   Wszystko   na   nim   było 
nowiutkie.   Od   kapelusza   po  buty.   Tak   się   obsprawił.   Ale 
koszulę   zachował   niebieską,   tyle   że   nową.   I   zapłacił. 
Zauważyłem: samymi złotymi monetami. Takiej kupy złota 
jeszcze nie widziałem. Nawet Rath się zdziwił, bo pokręcił 
głową:

„No, no, Bill. Nieźle ci się powodzi."

background image

Później   się   uściskali,   a   jeszcze   później   Rath   pomógł 

wynieść paczki sucharów, nabojów i czegoś tam jeszcze, co 
Bill   zręcznie   upakował   w   jukach   swego   i   mojego   siodła. 
Uściskali się ponownie, wskoczyliśmy na konie i wolniutko 
pojechali   główną   ulicą.   Z   obu   stron   Wznosiły   się   domy, 
domki   i   budy,   których   partery   zajmowały   liczne 
przedsiębiorstwa handlowe: sklepy, składy, saloony.

Jechaliśmy   ramię   w   ramię,   mijaliśmy   pojedynczych 

przechodniów,   pojedynczych   jeźdźców   oraz   całe   grupki 
mężczyzn podpierających płoty i ściany domostw.

„Mam tu wielu przyjaciół — zwierzył się Niebieski Bill. 

—   Jednego   z   nich   przed   chwilą   poznałeś.   Teraz   poznasz 
drugiego, prowadzi saloon. Zobaczysz, jak u niego ładnie."

Jednak los zrządził, że wnętrza saloonu nie ujrzałem. Gdy 

podjechaliśmy do długiej werandy, z wyżyn której gapiło się 
na   nas   trzech   czy   czterech   lekko   podpitych   młokosów,   z 
boku, z głębi drogi zbliżało się dwu mężczyzn. Bill musiał 
ich zauważyć, bo odezwał się do mnie półgłosem:

„Nie złaź z konia, Barry, i... uważaj!"

Nie zdążyłem zapytać, na co czy na kogo mam uważać, 

bo jeden z tych dwu zagadnął Billa:

„Ty jesteś William Fagin?"
„Ja?"  —  zdziwił  się  Bill  i tyle  brzmiało  w  jego głosie 

szczerego zdumienia, że byłem przekonany o omyłce.

„Tak,   ty.   Zejdź   z   konia.   Sprawdzimy.   Hej,   chłopcy  — 

krzyknął przybysz w stronę werandy — pomóżcie!"

Zanim   zbiegli,   a   niezbyt   sporo   im   to   szło,   Bill   wspiął 

wierzchowca do skoku, runął na zagradzających mu drogę. 
Cud prawdziwy,  że  ich nie  stratował.  A ja?  Ruszyłem  za 
nim.   Byłem   zbyt   przestraszony,   żeby  móc   zastanowić   się 
chociaż   chwilę.   Przegnaliśmy   ulicą.   Uciekali   na   boki 
przypadkowi   przechodnie,   ale   nim   dopadliśmy   ostatniego 
domku, zahuczały rewolwery. Skuliłem się na siodle sądząc, 
że   nadeszła   moja   ostatnia   godzina   Jednak   nie   nadeszła! 
Wyjechaliśmy na trakt pusty z obu stron. Niebieski Bill, a 
może William Fagin, gnał jak sto diabłów ściganych przez 
archanioła Gabriela, a ja ani o krok nie pozostawałem w tyle. 
Musiałem   być   dobrym   jeźdźcem,   bo   w   przeciwnym 
wypadku skręciłbym kark sobie i zwierzęciu. Po przebyciu 
chyba z mili Bill skierował wierzchowca w bok, na bezdroże 
lekko faliste, porosłe trawą. Nie wiedziałem,  dlaczego tak 
czyni,   lecz   naśladowałem   go   i   zjeżdżając   z   drogi   do-
strzegłem   za   nami   chmurę   kurzu,   a   w   niej   gromadę 
kawalerzystów.  Pościg! Sądzę, że gdybym  wówczas przy-
stanął, doktorze, spotkałoby mnie sporo przykrości, jednak 
wróciłbym do rodziców. Jeśli nie tego, to następnego dnia. 
Ale ze-mnie wówczas wyparował cały rozum i galopowałem 
za Billem widząc w ucieczce jedyny ratunek. I co pan na to 
powie? Uciekliśmy! Na moje nieszczęście. Poprzez trawiaste 
pagórki   Bill   przywiódł   mnie   w   głąb   płytkiego   wąwozu, 
później   wydostaliśmy   się   pod   samą   granicę   lasu   i 
wędrowaliśmy   już   wolniej,   aż   ze   zmrokiem   zapadli   w 
gąszczu. Tam stanęliśmy na nocleg. Nie był przyjemny, bo 
bez ogniska.

„Barry — odezwał się rankiem Bill — z ciebie zuch, co 

się zowie, jednak musisz wracać do domu. Nie dla każdego 
taka włóczęga. Długo jej nie wytrzymasz."

background image

Uradowałem się takim stwierdzeniem, lecz równocześnie i 

zasmuciłem.   Dręczyły   mnie   wyrzuty   sumienia,   że 
zostawiłem ojcową zagrodę na cały dzień i na całą noc bez 
opieki, że zawiodłem zaufanie rodziców, i dlatego, należało 
natychmiast   wracać.   Lecz...   i   na   tym   polegała   głupota 
podrostka, żeby rzecz nazwać po imieniu, myślałem, że już 
nigdy nie trafi mi się taka okazja wędrówki z prawdziwym 
westmanem. Okazja do opowiadania w gronie rówieśników o 
przygodach, jakich żaden z nich nigdy nie doświadczył.

„Barry   —   mówił   dalej   Bill   —   musisz   jeszcze   nieco 

zdobyć się na cierpliwość. Nie wolno ci wracać natychmiast, 
nie   wolno   ci   wracać   przez   Greenhill.   Zaraz   by   cię   tam 
złapali."

Oczywiście,   miał   rację,   chociaż   ja   do   żadnej   nie   po-

czuwałem się winy. I natychmiast o tym powiedziałem.

„Ty o tym wiesz — odparł — i ja o tym wiem. Ale oni? 

Zanim cię wypuszczą, przesiedzisz kilka dni w areszcie. A 
rodzice? Co sobie pomyślą? Możesz mi wierzyć, że i mnie 
by   wypuszczono,   bo   to   wszystko   jakaś   pomyłka,   jednak 
wolę,   póki   co,   zejść   z   oczu   tych,   którzy  chcą   wpakować 
mnie za kratę."

Tak mi  to wytłumaczył.  I uwierzyłem.  Pan się ze mnie 

śmieje,   doktorze?   Słusznie,   lecz   ja   wówczas   byłem 
naiwnym,   prostodusznym   wiejskim   wyrostkiem. 
Towarzyszyłem   więc   dalej   swemu   opiekunowi.   Piękna   to 
była podróż, bo i kraj malowniczy, i pora roku sprzyjająca 
dalekim wycieczkom.

Nie   nudziłem   się.   Łowiliśmy   ryby   w   przejrzystych 

strumieniach,   polowali,   a   w   noce   długo   gwarzyli   przy 
trzaskającym   ognisku.   Lecz   to   jeszcze   nie   wszystko. 
Niebieski   Bill   uczył   mnie   strzelać   z   rewolweru   i   już   po 
pierwszej lekcji oświadczył, że mam szybki refleks, bystre 
oko   i   pewną   rękę.   Sądziłem,   że   to   pochlebstwo.   Później 
okazało się, że mówił prawdę. I właśnie dzięki temu, że to 
prawda, mogę teraz o tym opowiadać. W różnych przecież 
bywało się tarapatach...

Jako myśliwy spisywałem się gorzej. Może to była wina 

strzelby, którą mi Bill pożyczał (bo własnej nie miałem), a 
może   po   prostu   nie   starczało   mi   cierpliwości,   cnoty 
koniecznej dla trapera. Jestem niecierpliwy po dziś dzień.

background image

Wędrowaliśmy długo, bardzo długo, ciągle na zachód i w 

coraz lepszej komitywie, chociaż Bill nie zdradził mi swego 
nazwiska, a ja nie wierzyłem, że nazywa się Fagin. Któregoś 
dnia zagadnąłem go o to.

„Barry — odparł ze śmiechem — czy to ważne? W tych 

stronach   każdy   przybiera   sobie   nazwisko,   jakie   mu 
odpowiada   najlepiej.   Dla   przyjaciół   jestem   Niebieski   Bill, 
więc i dla ciebie. A jak wołają na mnie wrogowie... cóż to 
może cię obchodzić, chłopcze? I dam ci jeszcze przestrogę: 
na   Dzikim   Zachodzie   nie   pytaj   nikogo   o   nazwisko. 
Niebezpiecznie!   Lepiej   poczekaj,   aż   nieznajomy   sam   się 
przedstawi. I nigdy nie śmiej się, gdy usłyszysz, że spotkany 
na   drodze   czy  w   saloonie   człowiek  podaje   się   za   cesarza 
chińskiego zwiedzającego nasz piękny kraj. Będziesz o tym 
pamiętał, Barry?"

Przyrzekłem nie zapomnieć i przyrzeczenia dotrzymałem, 

co niejeden raz wyszło mi na dobre.

Po kilku tygodniach, pod koniec lata, gdy zabrakło nam 

sucharów,   tytoniu,   kawy   i   cukru   (bo   mięsa   nigdy   nie 
brakowało,   preria   nie   była   tak przetrzebiona   jak  obecnie), 
Bill zdecydował, że trzeba uzupełnić zapasy.

„Wytrzeszczaj   oczy,   Barry,   dobrze   wytrzeszczaj   — 

zażartował.   —   Jak   tylko   dojrzysz   dachy   domostw,   mów 
natychmiast.   Ruszymy   prościutko   między   domy   i   ludzi, 
wpadniemy do sklepu kupić co trzeba, później zawadzimy o 
saloon, a jeszcze później odprowadzę cię prosto do rodziców. 
Widziałeś   już   sporo,   dużo   więcej   od   wszystkich   swych 
rówieśników, i czas ci wracać. Jestem pewien, że o tamtej 
hecy w Greenhill dawno zapomniano."

Na   wzmiankę   o   rodzinnym   domu   zrobiło   mi   się   jakoś 

miękko na sercu. Już bardzo chciałem stanąć przed ojcem i 
matką, wytłumaczyć im, że bardziej zbieg okoliczności   niż 
lekkomyślność,   nie     zezwoliły       wcześniej   przerwać   tej 
wariackiej wędrówki. Dlatego szybko odpowiedziałem:

„Oj tak, pora mi wracać."

Któregoś   popołudnia   ukazały  się   na   równinie   dachy,   a 

później   budowle   w   całej   okazałości.   Przed   pierwszym 
domkiem,   na   kiju   wbitym   w   ziemię   wisiała   tablica: 
„Helldock. Mieszkańców 261."

Minęliśmy   ten   pierwszy   dom,   następnie   drugi   i   trzeci. 

Wyprzedzili   kilku   przechodniów,   a   później   kowboja   na 
myszatym   wierzchowcu   i   o   mało   nie   wpadli   na   pijaka 
posuwającego się zygzakiem w poprzek drogi.

„Wiesz co, Barry? — Bill zatrzymał konia. — Zostanę na 

siodle, a ty załatw sprawunki. Patrz, tam jest sklep. Widzisz? 
Kup trzy funty sucharów, funt kawy i pół funta tytoniu. Nic 
więcej."

Po tych słowach sięgnął do juku i wydobył kilka złotych 

monet. Osłupiałem.

„Przecież za to można nabyć pół zawartości sklepu!"
„Nie   znasz   się   na   cenach,   Barry.   W   takich   małych 

miasteczkach handlują największe zdzierusy.  Zresztą... jak 
ci co zostanie, kup flaszkę piwa. Wypijemy w drodze, a z 
saloonu zrezygnujemy.  Ostrożność nie zawadzi. No, ruszaj 
chłopcze, będę tu czekał."

Wrzucił   mi   monety   wprost   do   kieszeni   i   pojechałem. 

Niedaleko,   kilkanaście   jardów.   Zeskoczyłem   z   siodła, 

background image

przywiązałem zwierzę do palika sterczącego przed drzwiami 
i wkroczyłem do wnętrza.

Wie pan na pewno dobrze, doktorze, że wszystkie sklepy 

małych miasteczek na Zachodzie są podobne do siebie jak 
dwie   krople   wody.   Zawsze   po   jednej   stronie   lada   z 
produktami   spożywczymi,   po   przeciwnej   z   wyrobami 
przemysłowymi.   A   powietrze   zawsze   tak   samo   pachnące 
mieszaniną   tytoniu,   skóry,   suszonych   owoców,   kawy   i 
czegoś tam jeszcze.

W środku było pusto, sprzedawca drzemał za ladą.

background image

Postukałem   pięścią   w   deskę.   Zerwał   się   z   fotela,   przetarł 
oczy i natychmiast  uśmiechnął. Widać niezbyt  wielu tego 
dnia   odwiedziło   go   klientów.   Powiedziałem,   czego   mi 
potrzeba. Począł się krzątać przy półkach, bardzo powoli. 
Widać nudził się, a ja przerwałem tę nudę. Zagadywał mnie 
o  pogodę,  pytał,   skąd i  dokąd  jadę,  ale  nie  zdążyłem  już 
odpowiedzieć,   bo   z   dworu   dobiegł   nagle   dźwięk   strzału. 
Huknęło drugi raz i trzeci.

„Przepraszam! Proszę poczekać. Tam coś się dzieje!" — 

wrzasnął sprzedawca i wybiegł ze sklepu.

Nie poczekałem. Wyszedłem na dwór. Minęło mnie kilku 

ludzi   biegnących   w   stronę   miejsca,   gdzie   został   Bill. 
Pospieszyłem tam,  przejęty niepokojem.  Nad grupką ludzi 
sterczała głowa konia — bez jeźdźca. To był wierzchowiec 
Billa.   Serce   mi   załomotało.   Rozepchnąłem   gapiów,   nikt 
jakoś na to nie zwrócił uwagi. Interesowało ich coś zupełnie 
innego. W kurzu drogi spoczywał człowiek. To był Bill! Bez 
kapelusza,   ściskający   colta   w   garści.   Czerwona   plama   na 
piersiach,   na   niebieskiej   koszuli,   ogromniała   z   każdą 
sekundą.   Patrzyłem   osłupiały,   a   pot   począł   mi   ściekać   z 
czoła,   spływać   po   plecach.   W   gardle   poczułem   suchość, 
jakbym przez kilka dni nie wypił kropelki wody. Każdy mię-
sień we mnie  drgał.  Zabito człowieka, a  ja  prawie  byłem 
tego świadkiem. Po raz pierwszy w życiu. Chciałem klęknąć 
przy leżącym, lecz powstrzymał mnie czyjś surowy głos:

„Ludzie,   rozstąpcie   się!   To   jest   William   Fagin,   zwany 

Niebieskim   Billem.   Poszukiwany   za   napad   na   wagon 
pocztowy linii Union Pacific w Big Springs, przed dwoma 
miesiącami!   Zabił   konduktora.,   konwojenta   i   ranił 
maszynistę!   Zrabował   dziesięć   tysięcy   dolarów   w   złotych 
dwudziestodolarówkach! Teraz już wiecie. Rozstąpić się!"

background image

Zdążyłem   tylko   tyle   zauważyć,   że   człowiek,   który   to 

mówił, miał przypiętą do kurty gwiazdę szeryfa. Zdążyłem 
tylko   tyle,   bo   niespodziewanie   odezwał   się   ktoś   z   grupy 
gapiów:

„On nie był sam!"
„Tak,   tak   —   podchwycił   inny  głos.   —   Widziałem   ich 

obu!"

Nogi ugięły się pode mną. Jeszcze sekunda, a począłbym 

uciekać. Na szczęście coś zatrzymało mnie w miejscu. Miał 
pan   kiedy   takie   uczucie,   doktorze?   Przysięgnę,   że 
niewidzialna ręka trzymała mnie za włosy. Myślę, że to była 
resztka   rozumu,   jaka   jeszcze   została   w   mej   skołatanej 
głowie. Odwróciłem się wolniutko i spokojnie odszedłem. 
Ile razy chciałem przyspieszyć kroku, tyle razy tajemnicze 
palce   zaciskały   się   na   mej   czuprynie,   jakby   chciały   ją 
wyrwać razem ze skórą.

Tak   dotarłem   do   sklepu,   przed   którym   tkwił   mój   koń. 

Sklepikarz   jeszcze   nie   wrócił,   ale   nie   miałem   zamiaru   na 
niego   czekać.   Byłem   mokry   od   potu.   Ze   strachu. 
Wskoczyłem na siodło, ruszyłem, lecz tylko stępa. Szybciej 
nie potrafiłem, właśnie z powodu... tej niewidzialnej dłoni 
spoczywającej mi na głowie. Dopiero gdy minąłem ostatnie 
zabudowania,   ucisk   zelżał.   Pognałem   kłusa,   później 
galopem.

Skręciłem z gościńca wprost na ugór porośnięty trawą i 

pędziłem tak długo, aż zwierzę poczęło chrapać z wysiłku. 
Dopiero   wówczas   przystanąłem   i   odwróciłem   się.   Było 
pusto. Nikt mnie nie gonił.

background image

  
Za zdrowie...

— Nieprawdopodobna   historia   —   zauważył   Karol.   — 

Chyba   Bede   nieco   od   siebie   dodał.   Chociaż...   i   mnie   nie 
zawsze   dawano   wiarę,   gdy   opowiadałem   o   Dzikim 
Zachodzi. Więc przyjmijmy to za prawdę.

— A ja wierzę, że to prawda — odparłem.
— Któż   to   dokładnie   sprawdzi?   Ale   z   ciebie,   Janie, 

tajemniczy   jegomość.   Nie   mogłeś   mi   tego   wcześniej 
opowiedzieć?

— Nie   trafiła   się   okazja,   a   nie   chciałem,   aby   Bede 

zauważył, że rozgłaszam jego tajemnicę.

— Słusznie. A co wie Gonzales?
— Tylko   tyle,   ile   mu   Bede   sam   wyznał   lub   jeszcze 

opowie. Bo ode mnie... bardzo mało.

Siedzieliśmy   przed   kominkiem,   w   którym   trzaskały 

sosnowe polana, i popijali whisky. Za okienną szybą siąpił 
jesienny deszcz, a wieczorny mrok gęstniał z każdą chwilą. 
Przyjemnie było tak gawędzić w ciszy i cieple. Wróciliśmy 
zaledwie przed kilku godzinami z dalekiej wyprawy za Rio 
Grandę.   Znaleziony   skarb   już   bez   przeszkód   został 
dowieziony   do   hacjendy   Gonzalesa,   obejrzany   i 
posegregowany. Seńora Concepcion wysłała list do Muzeum 
Narodowego   w   mieście   Meksyk   i   czekała   na   przybycie 
przedstawicieli   tego   muzeum.   Pożegnaliśmy   więc 
gościnnych   gospodarzy   i   ruszyli   w   powrotną   drogę.   Tym 
razem już tylko we

background image

dwójkę.   Barry   Bede   pozostał   w   hacjendzie   jako...   pra-
cownik   Gonzalesa.   Jak   do   tego   doszło,   opowiem   nieco 
później.

No   i   cóż   przydarzyło   się   następnie   naszemu   zna-

jomkowi? — ponaglił mnie Karol. — Że nie chciałeś, czy 
nie mogłeś mi o tym powiedzieć w drodze do hacjendy i w 
samej hacjendzie, rozumiem. Lecz nie mogę pojąć, dlaczego 
ukrywałeś przede mną dzieje Bedego podczas naszej drogi 
powrotnej? Co ci przeszkadzało?

— Nic a nic. Przecież już wiedziałeś, że Bede nie jest 

przestępcą, że przeciwnie, to właśnie on szukał przestępcy. 
To   chyba   było   najważniejsze.   A   ze   szczegółową   relacją, 
bardzo   długą,   jak   teraz   widzisz,   chciałem   poczekać   do 
spokojniejszych dni. Wolę opowiadać siedząc w fotelu niż 
na końskim siodle lub w zatłoczonym wagonie kolejowym.

— Niech będzie i tak — tu spojrzał na mnie podejrzliwie. 

—   A   może   lękałeś   się,   Janie,   że   po   zaznajomieniu   się   z 
życiorysem   Bedego   zawrócę   konia,   aby   przestrzec 
Gonzalesa przed nowym pracownikiem?

— Cóż za pomysł! — wykrzyknąłem. — Ani mi to w 

głowie   zaświtało.   Zresztą...   wysłuchaj   do   końca.   Później 
mnie skrytykujesz lub... pochwalisz.

Kiwnął głową.
— Tak więc — wróciłem do tematu -— po tej panicznej 

ucieczce   z   Helldock,   zupełnie   na   oślep,   Bede   po   prostu 
zabłądził, a bał się zapytać kogokolwiek o właściwą drogę. 
Był   śmiertelnie   przerażony  i  nie   można   się   temu   dziwić. 
Dopiero   po   trzech   dniach   bezcelowej   włóczęgi   nieco   się 
opamiętał i przemyślawszy wszystko dokładnie, zdecydował 
jak   najszybciej   wracać   pod   rodzinny   dach.   Nie   jestem 
przesądny,   Karolu,   wiesz   o   tym   dobrze,   lecz   tym   razem 
zbieg niepomyślnych okoliczności był tak zaskakujący, że 
prawie   gotów   jestem   uwierzyć   w   złowróżbny   los,   jaki 
zaciążył   nad   dalszym   życiem   Bedego.   Po   trzech   dniach 
włóczęgi Bede był prawie chory z głodu. Zjadł wszystkie 
suchary włożone mu do juku przez Niebieskiego Billa (czy 
Fagina, jak wolisz), a polować nie umiał, zresztą nie miał 
strzelby.   Wyprawę   na   antylopy   lub   inne   trawożerne 
czworonogi,   tylko   z   rewolwerem   w   ręku,   uznał   za   bez-
sensowną.   Posiadał   jednak   nieco   pieniędzy.   Nie   zdążył 
przecież   oddać   Billowi   dolarów   otrzymanych   na   zakupy, 
których   nie   dokonał.   Teraz   już   wiedział,   że   te   złote 
dwudziestodolarówki pochodzą z rabunku, że powinien je 
zwrócić. Lecz komu? Najbliższemu szeryfowi? Przed taką 
wizytą   wszystko   się   w   nim   wzdrygało.   Zresztą,   był 
piekielnie   głodny.   Postanowił   więc,   że   w   tej   sprawie 
zasięgnie   rady   u   ojca,   a   tymczasem   zakupi   za   część 
posiadanej sumy tyle żywności, ile było mu potrzeba, by o 
własnych   siłach   dotrzeć   do   Sunday.   Jak   daleko   od   tego 
Sunday odjechał, nie miał pojęcia.

Błądząc jeszcze trochę, dotarł wreszcie do jakiejś osady, 

znalazł w niej sklep, nabył w nim sucharów, chleba, kaszy, 
cukru i kawy, a nawet mały garnczek do gotowania i koc. 
Nic przecież z domu nie zabrał, licząc na szybki powrót.

W sklepie zastał nie tylko właściciela, lecz jeszcze kilku 

mężczyzn.   Kiedy  położył   na   ladę   złotą   monetę,   wzbudził 
zainteresowanie. Sklepikarz rzucił krótkie: „ho, ho...", a inni 
klienci sklepu patrzyli na niego w zdumieniu, jakby nigdy 

background image

nie oglądali złota. Bede zauważył  to i, jak mi  opowiadał, 
nieco się przestraszył. Szybko zabrał zakupy i zrezygnował z 
pytań   o   drogę.   Wpakował   nabytek   do   juków   byle   jak, 
wskoczył na siodło i szybko opuścił osadę.

— Kierując się w stronę domu?
— Ba, rzecz w tym, że nie był pewien, która strona jest 

właściwa.   Lecz   jeśli   los   sprzysiągł   się   przeciw   niemu, 
gdziekolwiek by pojechał, spotkałoby go to samo.

background image

— Co ja słyszę! Stałeś się fatalistą, Janie?
— Nie   bądź   złośliwy...   Otóż,   po   godzinie   jazdy,   na 

pustym,   ledwie   przetartym   szlaku   wypadł   na   Bedego   zza 
samotnej kępy drzew jeździec. Nie różniący się strojem od 
przeciętnych jeźdźców Dzikiego Zachodu. Natomiast oblicze 
jego  stanowiło   zagadkę.   Wszystko,   co  normalnie   znajduje 
się   poniżej   oczu,   zostało   zakryte   wielką   czarną   chustą. 
Nieznajomy kazał Bedemu  zatrzymać  się, który to rozkaz 
poparł   czarną   lufą   rewolweru,   skierowaną   w   jego   głowę. 
Rzecz   jasna,   Bede   zatrzymał   się   bez   słowa   protestu. 
Opowiadał   mi,   że   wówczas   po   raz   trzeci   w   swym   życiu 
poczuł obezwładniający go strach. Z kolei kazano mu zejść z 
siodła,   co   wykonał   błyskawicznie,   i   stanąć   po   przeciwnej 
stronie własnego wierzchowca, z rękami podniesionymi. Do-
piero wówczas nieznajomy zeskoczył na ziemię, podszedł do 
niego, wyciągnął z futerałów oba colty i cisnął w kurz drogi. 
Następnie zajął się badaniem zawartości obu juków siodła. 
Gdyby tę czynność wykonywał bardziej delikatnie, sprawa 
chyba   nie   pociągnęłaby   za   sobą   dalszych   skutków,   lecz 
napastnikowi widać bardzo się spieszyło...

— Czemu nie można się dziwić — wtrącił Karol.
— Czemu   nie   można   się   dziwić   —   powtórzyłem.   — 

Jegomość w czarnej chustce każdy przedmiot wydobyty z 
juku ciskał na ziemię. Bede, jak opowiadał, przyglądał się 
tej nieoczekiwanej rewizji najpierw z przerażeniem, później 
już tylko z zaniepokojeniem, wreszcie ze wściekłością. Cały 
strach z niego wyparował, pozostał tylko gniew. Mówił, że 
trząsł   się   ze   złości   „na   drania,   który   był   równocześnie 
chamem". Wierzę mu. Kiedy bandyta opróżnił oba juki, nic 
cennego w nich nie znajdując, zapytał: „Gdzie masz złoto? 
Gadaj szybko!"

„Jakie złoto? — zdziwił się Bede mając na myśli nie 
monety, lecz kruszec wydobyty z ziemi. — Nie mam 
złota."

„Nie łżyj! Byłem w sklepie i widziałem, jak płaciłeś."
Bede roześmiał się.
„Mam   wszystkiego   trzy   złote   dwudziestodolarówki   — 

odparł. — To cały mój majątek."

„Gdzie?"
„W kieszeni, w spodniach."
„W której?"
„W lewej."

Zamaskowany   drab   podszedł   jeszcze   bliżej,   trzymając 

ciągle colta w garści. Lewą ręką sięgnął do kieszeni Bedego 
i wrzasnął: „Stój spokojnie, szczeniaku, bo ci łeb rozwalę", 
czy coś w tym rodzaju.

To   odezwanie   stało   się   przysłowiową   kroplą   przepeł-

niającą kielich goryczy.  Bede nie potrafił opowiedzieć mi 
dokładnie,   jak   dokonał   tego   ryzykownego   czynu.   Chyba 
odwrócił się gwałtownie, unieruchamiając w ten sposób lewą 
rękę   napastnika   w   swej   kieszeni,   i   uderzył   rabusia   w 
szczękę, równocześnie lewą ręką złapał za broń. Zaczęła się 
szarpanina trwająca dość krótko, bo w którejś sekundzie colt 
wypalił. Bandyta osunął się na ziemię, pociągając za sobą 
Bedego.   Ten   natychmiast   się   podniósł,   tamten...   pozostał 
nieruchomy.

Bede, jak mi opowiadał, próbował go ocucić sądząc, że 

tylko zemdlał. Lecz powiększająca się plama krwi na koszuli 

background image

ujawniła mu prawdę. Jednak Bede spędził przy zwłokach z 
pół godziny, nim zrozumiał, że wszelkie próby ratunku nic 
już nie pomogą. I tak oto, po raz drugi stał się świadkiem 
gwałtownej   śmierci.   Chociaż   działał   w   obronie   własnej   i 
każdy sąd byłby go uniewinnił, przerażony chłopak poczuł 
się mordercą.

Na pół przytomny pozbierał swe porozrzucane ma-natki, 

wskoczył na konia i ruszył przed siebie. Uznał,

  że

  w takiej 

sytuacji nie powinien wracać do rodziców. Wędrował dość 
długo,   gdzieś   w   południowe   strony,   unikając   ludzkich 
skupisk   dopóty,   dopóki   starczało   mu   zapasów   żywności. 
Później,   gdy   głód   okazał   się   silniejszy   od   obawy 
aresztowania (Bede ubrdał sobie, że jest poszukiwany listem 
gończym),   wstąpił  do  napotkanego po  drodze  miasteczka. 
Załatwił, co miał załatwić, i nikt jakoś nie zwrócił uwagi na 
niego ani na kolejną złotą dwudziestodolarówkę.   Widać w 
tych stronach takie monety nie należały do rzadkości. Nieco 
uspokojony, nie zagrzał jednak długo miejsca i ruszył dalej. 
Dokąd? Po prostu przed siebie, byle dalej od tamtej drogi, na 
której pozostawił zwłoki zamaskowanego człowieka.

Później, w miarę wyczerpywania się zapasów żywności, 

coraz częściej odwiedzał małe miasteczka i osady, śmielej 
wstępował do sklepów, natomiast nigdy do saloonów. Nie z 
obawy, bo ta coraz bardziej w nim wygasała, lecz dlatego, że 
ze złotych monet pozostała mu już tylko jedna sztuka, więc 
wydatek na piwo czy whisky uważał za marnotrawstwo.

Któregoś dnia przypadkowo dowiedział się, że wędruje po 

terenie   Teksasu.   Mało   go   to   obeszło   i   tylko   ubiory 
napotykanych jeźdźców wywoływały w nim podziw. Były 
inne niż na północy, bardziej strojne. Doszedł do wniosku, 
że ludzie muszą tu być zamożniejsi niż na północy, a więc i 
o pracę łatwiej. Postanowił jej poszukać, gdy któregoś dnia, 
grzebiąc w kieszeni, znalazł w niej już tylko same drobne 
monety.   Tym   razem   los   mu   sprzyjał.   Zatrudniono   go   w 
pierwszej   napotkanej   farmie.   Właściciel   sprawiał   miłe 
wrażenie, gospodarka również. Bede coś niecoś znał się na 
tym.

Słowom przybysza, że parał się rolnictwem, nie od razu 

dano wiarę. Musiał przejść coś w rodzaju egzaminu: wydoić 
kilka   krów,   pomóc   miejscowym   kowbojom   w   zapędzaniu 
stadka bydła do corralu. Wywiązał się z tych zadań celująco. 
A gdy podczas wieczornego posiłku farmer wypytywał go, 
czym trudnił się i co porabiał dotychczas. Bede, nie umiejąc 
jeszcze   kłamać,   opowiedział   rzetelną   prawdę   o   swych 
rodzicach, o gospodarstwie i tylko nazwę miasteczka zmienił 
z Sunday na Monday, zupełnie jakby odwrócił kartę kalen-
darza. Na większą fantazję nie było go stać. Gorzej wypadło 
z   wytłumaczeniem   przyczyny   tak   dalekiej   wędrówki:   z 
Missouri   do   Teksasu.   Bede   zaplątał   się   nieco,   mówiąc   o 
katastrofalnym nieurodzaju. Raz winił za to ulewne deszcze, 
by   w   kilku   następnych   zdaniach   narzekać   na   suszę. 
Oświadczył,   że   aby   ulżyć   rodzinie   i   nieco   zarobić, 
postanowił   nająć   się   do   pracy.   A   dlaczego   tak   daleko 
zawędrował? Ano, po prostu nie miał szczęścia. Wszędzie, 
dokąd się zgłaszał, odprawiano go z kwitkiem, a on się nie 
znał na niczym, poza rolnictwem.

Czy farmer  uwierzył,  czy nie uwierzył  w tę historyjkę, 

któż odgadnie? W każdym  razie o nic więcej Bedego nie 

background image

pytał. Szczęście nie trwało jednak długo, wszystkiego trzy 
miesiące. Farmer nie potrzebował dodatkowego pracownika 
na   okres   zimy.   Grzecznie   podziękował,   nieźle   zapłacił   i 
obiecał, że z wiosną gotów chłopaka znów zatrudnić.

Po takiej eleganckiej odprawie Bede, już bardziej pewien 

swej wartości, ruszył na północ. O najęciu się do pracy w 
farmie   zimą   nawet   nie   marzył.   Dlatego   postanowił 
najprzykrzejszą porę roku spędzić w mieście. Tym bardziej 
że   nigdy   nie   mieszkał   w   „prawdziwym"   mieście   i   był 
ciekaw,   jak   tam   się   żyje.   Z   taką   decyzją   zawędrował   do 
Little Rock w Arkanzasie. Los znowu się doń uśmiechnął. 
Znalazł   pracę   w   kuźni.   Oczywiście,   nie   w   takiej   typu 
wiejskiego, lecz w zmechanizowanej, gdzie młoty i prasy 
porusza para.

Ponieważ nic na kowalstwie się nie znał, włączony został 

do obsługi kotła jako zwykły palacz. Łopatą machać potrafił. 
W   kurzu   wygarniętego   z   rusztów   popiołu,   w   chmurze 
węglowego pyłu, przez dziesięć godzin dziennie wypacał z 
siebie   wszystkie   siły.   Wracał   zmordowany   do   małego 
pokoiku,   który   wynajął   za   duże   pieniądze.   A   płaca   była 
kiepska. Musiał sprzedać konia.

background image

Po dwu miesiącach przeniesiono go do działu pras, gdzie 

potężne sztaby żelaza, rozgrzane do białości, wsuwano pod 
pneumatyczną   zgniatarkę.   Pryskały   iskry,   ludzie   dyszeli   w 
falach gorąca bijącego z rozżarzonego metalu. Bede pomagał 
transportować   z   pieca   pod   prasę   setki   funtów   ważące, 
oślepiające   oczy   kłującym   blaskiem,   czworokątne,   lub 
okrągłe   bale.   Była   to   praca   pełna   ryzyka.   Pod   sztaby 
wyciągane   z   wnętrza   huczącego   płomieniami   pieca 
podsuwano łańcuchy, zaczepione wysoko pod stropem do osi 
kółka   przesuwanego   po   poziomej   szynie.   Trzech,   niekiedy 
czterech ludzi długimi prętami popychało ładunek, aby trafił 
wprost pod stalowy młot zgniatacza. Zdarzało się jednak, że 
sztaba   zsuwała   się   z   łańcuchów,   z   łoskotem   waliła   na 
kamienną podłogę, a wówczas, dopóki nie ostygła, nie można 
było   jej   podnieść   i   usunąć   z   drogi   wiodącej   z   pieca   do 
zgniatacza. Równocześnie następne porcje musiały nadal tą 
samą   drogą   wędrować.   Bo   przerwanie   pracy   równało   się 
zmniejszeniu zarobku robotników.

Bede   otrzymywał   teraz   znacznie   wyższą   płacę   niż   w 

kotłowni,  lecz  robota   była   prawie  mordercza.   Po miesiącu 
takiej   harówki   już   był   gotów   z   niej   zrezygnować.   Zdążył 
znienawidzić nie tylko kuźnię, lecz i całe miasto, w którym 
było   mu   duszno,   ponuro   i   obrzydliwie.   Zatęsknił   do 
otwartych   przestrzeni,   do   widoku   stad   bydła,   nawet   do 
kujotów,   wyrządzających   tyle   szkód   farmerom.   I   pewnie 
uciekłby z Little Rock, gdzie koń poniesie, gdyby miał tego 
konia   lub   pieniądze   na   jego   kupno.   Wędrówka   piesza 
równałaby   się   samobójstwu.   Nie   dość   bowiem,   że   zima 
dokuczliwym   mrozem   ścisnęła   ziemię,   lecz   ponadto 
rozszalała się huraganami  lodowatych  wiatrów i śnieżnych 
zawiei, co najlepszego nawet westmana może wyprowadzić 
na bezdroża śmierci. Tak więc Bede został w swej, jak ją 
nazywał, mordowni. Co prawda, usiłował zmienić zawód na 
lżejszy,   na   przykład   sprzedawcy   w   sklepie,   lecz   gdy 
prezentował   swe   umiejętności,   a   raczej   ich   niedostatek, 
proponowano mu zaledwie sprzątanie lokalu lub wyładowy-
wanie   towarów   za   tak   niskie   wynagrodzenie,   że   musiałby 
głodować,   a   przecież   marzył   o   kupnie   konia   i   ucieczce 
wczesną   wiosną   z   obrębu   zakurzonych   murów,   wiecznie 
krzątającego się tłumu i złowonnych śmietników.

Żył jak pustelnik. Nigdzie nie bywał, poza kuźnią, unikał 

saloonów, sal tańca i drogich sklepów z obawy, że roztrwoni 
z takim trudem ciułane centy i dolary. Dlatego święta Bożego 
Narodzenia i Nowy Rok zapisały się w jego pamięci  jako 
najbardziej ponure z ponurych. Opowiadał mi, i chętnie w to 
wierzę, że w roj-nym i gwarnym mieście począł dziczeć jak 
co   najmniej   samotny   traper,   miesiącami   wędrujący   po 
bezludnej   puszczy.   Myślę,   że   jego   sytuacja   była   jeszcze 
bardziej przykra. Samotnego trapera otacza żywa przyroda, 
Bedego   otaczały   jedynie   martwe   ściany   domostw   i   wy-
najmowanego   pokoiku.   W   końcu   jednak   zebrał   okrągłą 
sumkę. Starczyła mu na nowe ubranie i buty.  Starczyła na 
wierzchowca,   jakiego   kupił   wręcz   za   bezcen   i   ku   radości 
sprzedawcy, który widać uznał, że zrobił znakomity interes 
pozbywając   się   zwierzęcia   wyglądającego   tak,   jakby   za 
godzinę   miało   zakończyć   swój   żywot.   Po   prostu:   skóra   i 
kości.

Bede jednak znał się na koniach i bezbłędnie stwierdził, że 

background image

wierzchowiec   to   najprawdziwszy   mustang,   zmarnowany 
warunkami miejskiego życia. Po dwu tygodniach jazdy przez 
prerię  koń  nabrał  wigoru,  po  dalszych  dwu  zmienił   się  w 
ścigłego i wytrwałego bieguna.

Pobyt na prerii wyszedł na dobre i Bedemu. I on był tylko 

skórą i kośćmi w dniu, w którym opuszczał Little Rock, ale 
już   w   dwa   tygodnie   później   odzyskał   wygląd   zdrowego  i 
silnego   młodzieńca.   Juki   miał   wypchane   żywnością, 
kieszenie pełne monet, a w woreczku zawieszonym na szyi 
pod   koszulą   ukrywał   papierowe   banknoty.   Już   nie   unikał 
ludzi, nie omijał osad, nie krył się, pewien, że czas zatarł 
wszelkie   ślady   jego   znajomości   z   Niebieskim   Billem   i 
spotkania   z   zamaskowanym   rabusiem.   Wydarzenia   sprzed 
pół   roku   wydały   mu   się   odległą   przeszłością,   a   wyrzuty 
sumienia z powodu wydatkowania kilku zrabowanych przez 
Billa monet jakoś przycichły.  Zresztą, postanowił poradzić 
się ojca w tej sprawie i gnał najkrótszą drogą do Sunday w 
rodzinnym stanie Missouri.

Jednakże nieoczekiwane spotkanie przesunęło powrót pod 

rodzinny dach w nieskończoność. W samo południe trafił do 
miasteczka   Jonesboro.   Czuł   pragnienie,   a   i   wierzchowca 
należało napoić. Bacznie się rozglądając dostrzegł upragniony 
saloon. Uwiązał konia przed wejściem i śmiało wkroczył do 
długiej,   widnej   i   czystej   sali,   sprawiającej   miłe   wrażenie. 
Ruszył   prosto   ku;   szynkwasowi,   przy  którym   tkwiły  tylko 
dwie osoby. Jedna po przeciwległej stronie, w białym kitlu, 
oczywiście sprzedawca-barman lub właściciel; druga była na 
pewno   gościem,   opartym   o   szynkwas   i   popijającym   żółty 
płyn   ze   szklanki.   Bede   zajął   miejsce   o   parę   kroków   od 
tamtego.

„Piwo" — powiedział do barmana, a kiedy ze srebrnego 

kurka zaczęła płynąć do kufla pienista struga, rozejrzał się 
dokoła.   I   zdumiał   się.   Było   zupełnie   pusto.   Poza   nim, 
nieznajomym i barmanem nikogo!

„Zawsze tu tak? — zapytał, gdy podsunięto mu kufel. — 

Interes nie idzie?"

Obsługujący spojrzał na Bedego jakoś dziwnie. Wydało 

mu  się,  że  nawet  mrugnął  nań porozumiewawczo  jednym 
okiem, a później odparł:

background image

„Różnie   bywa.   Teraz   mamy   południe,   ludzie   wolą 

odpoczywać w cieniu."

To powiedziawszy odwrócił się i począł ustawiać butelki 

na długiej półce biegnącej wzdłuż ściany. Widać nie należał 
do ludzi rozmownych.

Bede   ciągnął   piwo,   pogrążony   myślami   w   przeszłości. 

Wspominał   rodzinny   dom   i   swój   idiotyczny   pomysł 
przejażdżki z Niebieskim Billem. Ogarnęła go tęsknota za 
ojcem,   matką...   jakże   chciał   znaleźć   się   już   przy   nich, 
wytłumaczyć wszystko...

Ktoś trącił go w ramię. Obejrzał się. To samotny sąsiad 

nagle zapragnął poczuć się mniej samotnym.

„Napijesz się, kolego?" — zapytał ochrypłym głosem.

„Dziękuję — odparł Bede. — Czeka mnie daleka droga i 

muszę mieć jasno w głowie".

„Ejże! A cóż to szkodzi?"

Przysunął   butelkę,   krzyknął   do   barmana   o   szklankę   i 

napełnił ją po brzegi.

„Pij!" — rozkazał.
Bede   spojrzał   mu   prosto   w   twarz:   spaloną   słońcem, 

czerwoną i nieco nabrzmiałą. Po oczach poznał, że jegomość 
ma dobrze w czubie.

„Jeśli odmówię wyniknie awantura" — pomyślał i sięgnął 

po naczynie.

Trącili się. Bede wypił połowę, tamten • do dna, po czym 

natychmiast   dopełnił   porcję   Bedego,   a   sobie   nalał   drugą. 
Znowu trącili się i znowu tamten jednym haustem opróżnił 
naczynie,   a   Bede   zaledwie   pociągnął   skromny   łyczek,   po 
czym odsunął swą szklankę jak najdalej od butelki.

„Do dna, przyjacielu! Do dna! Kto wie, czy jeszcze kiedy 

się spotkamy?"

„Dziękuję"   —   odparł   Bede   starając   się   nadać   swemu 

głosowi ton stanowczości.

„Nie ma za co. Pijmy!"

background image

„Dziękuję, nie..."
„Odmawiasz? A wiesz ty, komu odmawiasz?"

„Nie   wiem   i...   nie   chcę   wiedzieć!"   —   powiedział   Bede 

nieco podniesionym głosem, zły, że będzie musiał opuścić tak 
przyjemnie chłodny lokal, by przerwać tę sprzeczkę.

Opróżnił   do   końca   kufel,   nie   dopitą   szklankę   whisky 

zostawił, zapłacił za piwo i zamierzał wyjść z saloonu.

„Ej! Nie tak prędko!" — ciężka dłoń spadła mu na ramię.
„Proszę mnie puścić."

„A... prosisz. Nie, bratku, ja cię nauczę grzeczności. Nie 

znoszę hardych młokosów — podsunął mu szklankę. — Pij!"

„Nie będę pił."

„Nie? To... masz!"

Whisky   chlusnęła   prosto   w   twarz   Bedemu.   Na   sekundę 

oślepiła go, lecz po chwili fundator runął na deski podłogi, 
zwalony jednym  uderzeniem pięści. Po trzeźwemu  Bede na 
pewno nie zdobyłby się na tak desperacki czyn, lecz teraz w 
głowie mu coś niecoś szumiało.

Powalony podniósł się natychmiast.

„Sięgnij   po   swą   pukawkę!   —   zagrzmiał.   —   Żywo!   Nie 

lubię czekać!"

„A jeżeli nie sięgnę?"
„To i tak nie wyjdziesz stąd na własnych nogach!"

Bede   zmartwiał.   Znalazł   się   w   sytuacji,   którą   znał   z 

opowiadań,   nigdy   z   własnego   doświadczenia.   Lecz   strachu 
jakoś nie czuł.

„Liczę   do   trzech   —   ostrzegł   nieznajomy.   —   Na:   trzy... 

strzelam. Uwaga: raz... dwa... i... trzy!"

Bede   wyszarpnął   colta   z   kabury   i   prawie   jednocześnie 

nacisnął cyngiel. Nie mierzył, w takiej chwili nie starcza czasu 
na celowanie. Huk dwu wystrzałów zlał się w jeden dźwięk. 
Nieznajomy zachwiał się, ręka trzymająca broń opadła, cała 
postać jak gdyby złamała się w pasie i osunęła na deski. Bede 
jak   przez   mgłę   widział   barmana   wybiegającego   zza 
szynkwasu,   później   jakichś   ludzi,   którzy  wtargnęli   z   ulicy. 
Oprzytomniał dopiero wówczas, gdy ciężka dłoń klepnęła go 
po plecach i uradowany głos wykrzyknął:

„Chłopie! Co za dzień?! Po prostu wierzyć się nie chce! Jak 

to się stało?"

Bede automatycznym ruchem wsunął colta do kabury. Sala 

wypełniła się tłumem, a on nadal tkwił w miejscu. Wówczas 
podszedł   doń   mężczyzna   ze   srebrną   gwiazdą   przypiętą   na 
lewej piersi. Szeryf.

„Gratuluję — powiedział. — Wyratowałeś nas z nie lada 

biedy."

„On mnie pierwszy zaczepił" — odezwał się Bede.

„Oczywiście! — zawołał szeryf. — Zawsze tak postępował, 

lecz na koniec trafił na lepszego. Chodźmy."

Bede   dał   się   bezwolnie   wyprowadzić   na   dwór.   Równie 

bezwolnie, jak cielę na postronku, ciągle nic nie rozumiejąc, 
podążył za szeryfem i wkroczył do wnętrza szeryfówki. Tam 
dopiero dowiedział się, że pijany gość saloonu, który swym 
pojawieniem się wszystkich wypłoszył, był słynną osobistością 
w najbardziej ponurym sensie tego słowa. Poszukiwany listami 
gończymi, znany wielu mieszkańcom Jonesboro i okolicy ze 
zbójeckich   napadów   i   karcianego   szulerstwa,   cieszył   się   ni-
czym   nie   skrępowaną   swobodą.   Uchodził   za   niedościgłego 

background image

rewolwerowca,   więc   nawet   pięćsetdolarowa   nagroda   za 
dostarczenie go władzom sądowym „żywego lub martwego", 
jak   głosił   list   gończy,   nikogo   nie   skusiła.   Chyba   nawet 
samego... szeryfa!

Bede   stał   się   parodniowym   bohaterem   miasteczka. 

Przesiedział   tam   okrągły   tydzień,   goszczony   przez   co 
znaczniejszych   obywateli,   a   gdy   wreszcie   ruszył   w   dalszą 
drogę,   był   bogatszy   o   pięćset   dolarów   i   dumny   jak 
przysłowiowy paw.

Wydaje się jednak, że zabity rewolwerowiec miał godnych 

siebie sprzymierzeńców i mścicieli, bo Bede, nie ujechawszy 
więcej niż dwie mile, padł ofiarą 

zamachu.   Strzelono   doń,   gdy  mijał   przydrożną   kępę   drzew. 
Dostał kulą w plecy, zwalił się z konia i stracił przytomność. 
Po   godzinie   znalazł   go   jeden   z   mieszkańców   Jonesboro, 
przewiózł do miasteczka, gdzie Bede poddany został długiej, 
bo   prawie   dwa   miesiące   trwającej   kuracji.   Swe   życie 
zawdzięcza   bardziej   chyba   odporności   organizmu   niż 
zabiegom miejscowego lekarza, który, co tu gadać, nie mógł 
być geniuszem w swym zawodzie.

Gdy wrócił do zdrowia, stwierdził, że nieznany napastnik 

dybał nie tylko na jego życie, lecz i na pieniądze. Wszystkie 
monety i banknoty, schowane w kieszeniach ubrania, zginęły. 
Ocalały tylko te, które trzymał w woreczku ukrytym pod 
koszulą.  Błogosławił teraz swą przezorność i gromił się 
jednocześnie za głupotę, bo pięćsetdolarową nagrodę nie do 
woreczka wsadził, lecz do kurty. Szeryf Jonesboro szczerze mu 
współczuł, lecz nie miał możliwości dokonania powtórnej 
wypłaty. Napastnika nie odnaleziono i Bede opuścił 
miasteczko bogatszy o nowe doznania i uboższy o ładną 
sumkę. Chyba po raz pierwszy, tak pokrzywdzony, zastanawiał 
się nad stanem bezpieczeństwa miast, miasteczek i zapylonych 
szlaków   Zachodu.   Utożsamiał   swą   własną krzywdę z 
krzywdą społeczną, co jest zrozumiałe, ponieważ najlepiej 
odczuwa się bolączki innych, doświadczywszy ich na własnej 
skórze. Na myśl o bezkarnie hulających bandytach Bede aż 
zgrzytał zębami. Dlaczego tak się działo? Na takie pytanie 
znalazł tylko jedną odpowiedź: bo ludzie bardziej się lękają 
czynnego wystąpienia  przeciw  gwałcicielom  prawa,  niż 
napadów.

background image

Każdy łudzi się nadzieją, że to nie jego spotka. Sądzę, że te i 
im podobne myśli, o których mi Bede jednak nie wspominał, 
spowodowały  dalszą   zwłokę   w   podróży.   Po   jednym   dniu 
jazdy dotarł do małej  osady,  której nazwy nie  zapamiętał 
(albo z jakichś przyczyn nie chciał mi jej zdradzić), i tam, na 
ścianie   szeryfówki,   zauważył   list   gończy.   Poszukiwano 
Abrahama Quin za rabunki i morderstwa. Nagroda wynosiła 
osiemset dolarów, jak zwykle: za dostarczenie „żywego lub 
martwego".

Myślę,   Karolu,   że   ten   prawie   sakramentalny   zwrot   był 

jedną   z   przyczyn   legalnych   morderstw.   Różne   typy, 
zachęcone   nagrodami,   ułatwiały   sobie   ich   zdobycie   przy 
pomocy celnego i śmiertelnego strzału. To było prostsze od 
chwytania   przestępcy   żywcem.   Odpadał   bowiem   kłopot 
transportu człowieka, który w drodze mógł uciec. Lecz w ten 
łatwy sposób zabijano i takich, którym groziło co najwyżej 
więzienie.

Co tam dalej się wydarzyło, Bede nie chwalił się przede 

mną, dość, że Abraham Quin nie wygrał w rewolwerowym 
pojedynku. Na tym taka kariera życiowa naszego znajomka 
pewnie   by  się   zakończyła.   Dojechał   wreszcie   do  Sunday, 
ominął   miasteczko,   żeby   nie   tracić   czasu,   pogalopował 
prosto do rodzinnego domu, gnany na przemian niepokojem 
i radością.

Ujrzał zabudowania i odetchnął z ulgą: stały jak dawniej. 

Nic   się   nie   zmieniło.   Zeskoczył   z   siodła,   podbiegł   do 
znajomych drzwi i na ich progu zetknął się twarzą w twarz z 
zupełnie obcym człowiekiem. Sądził, że to jakiś gość ojca.

„Przepraszam" — powiedział chcąc wyminąć tę żywą 

przeszkodę. '"„Pan do mnie?" — zapytał nieznajomy.

„Do siebie."

„Do siebie? — zdziwił się obcy i przyjrzał się bacznie 

Bedemu. Czy pan jest krewnym Bedego?"

background image

„Synem. Co się stało?"
„Ależ nic. Proszę wejść."

Bede wkroczył  do wnętrza. Wszystko tu było takie, jak 

przed   rokiem,   tylko   ludzie   inni:   nieznana   kobieta   i   małe 
dziecko.

„Co się stało?" — powtórzył Bede drżącym głosem.
„Nazywam   się   Henry   Wing   i   od   pół   roku   jestem 

właścicielem tej farmy."

„A moi rodzice?!"

„Cali   i   zdrowi.   Po   prostu   sprzedali   gospodarstwo   i 

wyjechali."

„Dokąd?"

„Ba, dokładnie nie wiem. Pana ojciec mówił, że trafiła mu 

się   ładna   farma   w   Wyomingu   i   że   po   zaginięciu.   syna, 
domyślam się, że to pan (tu Bede potakująco skinął głową), 
zbrzydły mu te strony."

Tak to  wyglądał  upragniony powrót  do  domu.   Bede-go 

ogarnęła rozpacz. Pojechał do Sunday,  prosto do saloonu, 
gdzie zarówno właściciel, jak przypadkowi goście powitali 
go   jak   zmartwychwstałego.   Przyszło   mu   odpowiadać   na 
setki pytań, bardzo denerwujących, bo przecież nie chciał się 
publicznie  przyznawać   do  tak kapitalnego głupstwa,  które 
popełnił.   Odpowiadał   piąte   przez   dziesiąte,   że   podczas 
nieobecności rodziców odprowadzał zabłąkanego i chorego 
wędrowca, że w drodze powrotnej został napadnięty i ciężko 
poraniony, że leżał w szpitalu, a później musiał pracować na 
życie. Nie bardzo to wszystko trzymało się całości i po trzeź-
wemu nie znalazłby wiary u słuchaczy. Na szczęście mieli 
dobrze w czubie i nie zważali na szczegóły.

Kiedy   zaspokoił   ciekawskich,   sam   zaczął   pytać,   i   tu 

spotkało   go   rozczarowanie.   Nikt   z   obecnych,   nawet 
karczmarz,   nie   znał   nowego   adresu   państwa   Bede.   Po-
twierdzono   tylko   informację   Winga,   że   to   „gdzieś   w 
Wyomingu".

background image

Biorąc pod uwagę, że obszar Wyomingu liczy ponad 97 

tysięcy   mil   kwadratowych,   wiadomość   ta   miała   wartość 
równą   zeru.   Jednak   Barry  Bede   chwycił   się   jej   jak   deski 
ratunku i zdecydował podążyć za jedyną wskazówką.

W Sunday nie zabawił długo. Po prostu pragnął uniknąć 

dalszych  kłopotliwych pytań. Wyruszył  tego samego dnia, 
ku   północnemu   zachodowi.   Konno.   Znacznie   szybciej 
przebyłby tę przestrzeń koleją, lecz przecież nie wiedział, na 
jakiej stacji powinien wysiąść, i uznał, że konna wędrówka 
pozwoli   szczęśliwym   zbiegiem  okoliczności   trafić   na   ślad 
podróży   rodziców.   Jednak   na   taki   ślad   nie   trafił   i   całe 
przedsięwzięcie   stało   się   desperackim   krokiem   człowieka 
mającego mnóstwo czasu i sporo pieniędzy do stracenia.

O tej wędrówce Bede opowiedział mi w dużym skrócie. 

Gdy wydał   ostatnie  centy,   znalazł   się  w  dość  kłopotliwej 
sytuacji,   bowiem   nie   chciał   przyjąć   żadnej   stałej   pracy 
zmuszającej do przerwania poszukiwań. Lecz z czego miał 
żyć?   Rozwiązanie   tego   dylematu   wydawało   się   Bedemu 
bardzo proste: postarał się o zatrudnienie dorywcze, jeśli tak 
wolno   je   nazwać,   stał   się   czymś   pośrednim   między 
„łapaczem"   a   rewolwerowcem.   I   trudno   mi   powiedzieć, 
czym bardziej.

Na   obszarze   Wyomingu   ujął,   w   myśl   zaleceń   listów 

gończych:   „...żywego   lub   martwego",   czterech   poszuki-
wanych   przestępców,   a   wszystkich   właśnie...   martwych. 
Otrzymane   nagrody   pozwoliły   mu   na   dalsze   tropienie 
rodziny przez następne pół roku. Bez rezultatu. Później, gdy 
znowu wyczerpały się fundusze, zapędził się za ściganym 
bandytą   aż   na   teren   Utahu,   a   z   Utah   do   Arizony,   gdzie 
wreszcie odniósł kolejny ponury sukces: piąty zabity! Potem 
przydarzyła   mu   się   historia,   o   której   rzekomo   śpiewał   w 
swej balladzie Coyle, chociaż przypuszczam, że chodzi tu o 
dwa różne, choć podobne wypadki.

Do chwili spotkania się z nami Bede miał dwanaście tego 

rodzaju   sukcesów,   bo   żadnego   ze   ściganych   nie   ujął 
żywcem.   Ostatnio   ścigał   trzynastego   i   widać   trzynastka 
okazała   się   dlań   cyfrą...   może   szczęśliwą,   nie   feralną... 
Spotkał właśnie nas i musiał zrezygnować z dalszej pogoni. 
Rodziny   nie   odnalazł   i   chyba   ostatecznie   zwątpił   w   sens 
poszukiwań. O tym wszystkim dowiedziałem się od niego 
tam, w Sierra Mądre Occidental. Nadal jednak nie mogłem 
pojąć, w jakim celu Bede odbył przede mną tak generalną 
spowiedź.

— Ale dowiedziałeś się...

Ale dowiedziałem się. Bede był przekonany, z czym 

się zresztą nigdy nie krył,  że podzielimy się „skarbami" i 
tylko   dlatego   zdecydował   się   wziąć   udział   w   wyprawie. 
Liczył,   że   przypadnie   mu   suma   wystarczająca   na   kupno 
gospodarstwa rolnego i na zerwanie z zawodem, którym się 
parał. Szczerze mi o tym powiedział. Rachuby go zawiodły i 
oto dlaczego poprosił mnie o poradę i o pomoc. Obiecałem i 
obietnicy   dotrzymałem.   Nie   było   to   trudne.   Pamiętasz 
przecież,   że   rozmawiałem   z   Gonzalesem   i   hacjender   był 
niezmiernie   uradowany   możliwością   zatrudnienia,   jak   się 
wyraził, „znakomitego strzelca, odważnego człowieka, który 
mu życie uratował, i... prawdziwego dżentelmena". W słusz-
ność   tego   określenia   jednak   nieco   wątpiłem.   I   chociaż 
najpierw wydawało mi się, że spełniłem dobry dla obu stron 

background image

(Gonzalesa i Bedego) uczynek, pomagając Bede-mu zerwać 
z   dotychczasowym   trybem   życia,   obecnie   dręczą   mnie 
pewne   wątpliwości.   Czy   dobrze   przysłużyłem   się 
hacjenderowi?   Właśnie   dlatego   opowiedziałem   ci,   Karolu, 
tak szczegółowo  wszystko,  co  wiem  o Bedem.   Co  o tym 
sądzisz?

background image

Mój przyjaciel uśmiechnął się i podsunął pustą szklankę.
— Nalej,   Janie   —   powiedział   —   do   pełna,   żeby   nasz 

toast był szczery.

— Proszę — odparłem rozbawiony.

A teraz, trąćmy się, Janie. Za zdrowie Barry Bedego, 

aby mu się wiodło, bo mimo wszystko ten człowiek zasłużył 
na lepsze życie...

 „BodzioKB”