background image

ROZDZIAŁ 5 

 

 

Nieważne,  jaki  wyraz  przybrała  moja  twarz,  ale  jej  wygląd  wystarczył,  by 

przełamać gniew Pagiela. Zbladł i pośpieszył naprzód, padając na kolana. 

 
- Wasza Wysokość, przepraszam. Nie powinienem był powiedzieć niczego... 
 
-  Nie,  nie.  -  powiedziałam,  kładąc  na  nim  rękę,  aby  go  powstrzymać  -  Nie 

przepraszaj. Nie zrobiłeś niczego złego. - jego słowa jakby mnie ogłuszyły, powodując, 
że  wszystko  wokół  mnie  poruszało  się  jakby  w  zwolnionym  tempie.  Miałam  uczucie 
jakbym poruszała się pod wodą. 

 
Dorian posłał mi ostre spojrzenie. - Ty również. 
 
- Jak możesz tak mówić? - zawołałam -Ta biedna dziewczyna była bita z mojego 

powodu! 

 
- Ale to nie ty jesteś temu winna, tylko oni. Chociaż... - wzruszył ramionami, coś 

rozważając - ...kiedy tak o tym sobie myślę, to zauważam nadzwyczajne podobieństwo 
między wami. To po prostu zwykła pomyłka. 

 
- To mi wcale  nie  pomaga. - gderałam - Nawet trochę. To  tylko oznacza, że 

każda  dziewczyna  w  naszych  królestwach,  mająca  włosy  takie  jak  moje,  musi  się 
pilnować. 

 
- Oni byli głupcami, by zrobić to, co zrobili. - zadeklarował Dorian - I to nie 

tylko  z  powodu  naruszenia  granic  mojej  ziemi.  Powinni  dobrze  wiedzieć,  że  nie 
podróżowałabyś samotnie. Jeżeli którykolwiek z nich miał chociaż pół mózgu, powinien 
bezzwłocznie wydedukować, że mieli niewłaściwą dziewczynę. 

 
-  A  jednak  to  nadal  nic  nie  zmienia.  -  westchnęłam  i  odwróciłam  się  do 

zaniepokojonego  Pagiela,  nadal  klęczącego  przede  mną  -  Wstań.  -  powiedziałam  do 
niego  -  Gdzie  ona  teraz  jest?  Powiedziałeś,  że  była  z  uzdrowicielem.  W  Krainie 
Dębów? 

 

background image

Pagiel wstał - Tak, Wasza Wysokość. 
 
-  Powinnam  pójść  się  z  nią  zobaczyć.  -  szepnęłam  bardziej  do siebie,  niż  do 

kogoś innego. 

 
Dorian zadrwił - Och, tak. To na pewno polepszy sytuację. Idź, przejedź się 

między królestwami. Wystaw samą siebie na jeszcze większe ryzyko. 

 
Mój gniew rozgorzał. - A może jeszcze oczekujesz że... - ugryzłam się w język, 

powstrzymując  resztę  wściekłych  protestów,  ponieważ  przypomniałam  sobie,  że 
mieliśmy  widownię.  Przełykając  z  powrotem  wszystkie  rzeczy,  które  chciałam 
powiedzieć  Dorianowi,  usiłowałam  przybrać  dla  Pagiela  najbardziej  spokojny  wyraz 
twarzy, jaki tylko mogłam. - Bardzo mi przykro, z powodu tego, co sie stało Ansonii. 
Nie mogę obiecać za to natychmiastowej zemsty, ale mogę ci obiecać, że to się nigdy 
nie powtórzy. 

 
Pagiel pokiwał głową, a jego twarz znów stała się dzika - Rozumiem. Ale jeżeli 

kiedykolwiek zdecydujesz się wziąć odwet... 

 
- Wtedy będziesz miał możliwość być jego częścią. - skończyłam, domyślając 

się o co będzie pytał. Nie lubiłam zachęcać do zemsty, specjalnie kogoś tak młodego, 
ale  on  z  pewnością  miał  prawo  do  oburzenia  -  Damy  ci  znać,  kiedy  tak  sie  stanie. 
Tymczasem wróć do Ansonii. Jeżeli czegokolwiek potrzebuje, nieważne czego, niech 
tylko poprosi o to któregokolwiek ze sług Doriana, a oni postarają się o to. - Nie czułam 
żadnych  moralnych  mdłości  mówiąc  w  imieniu  Doriana,  zwłaszcza  odkąd  on również 
częściowo rządził moimi poddanymi. 

 
- Dziękuję, Wasza Wysokość. - Pagiel zerknął na Doriana - Wasze Wysokości. 

Wierzę, że moja matka, hmm, już skontaktowała sie ze służącymi, by się upewnić, że z 
Ansonią wszystko w porządku. 

 
Och,  bynajmniej  w  to  nie  wątpiłam.  Uderzył  we  mnie  mocno  ból  żalu,  gdy 

przypomniałam  sobie  moje  ostatnie  nieprzyjemne  spotkanie  z  Ysabel.  Częściowo 
współczułam jej z powodu jej obaw o Pagiela, ale nie traktowałam jej jak zawsze, choć 
zachowywała się w histeryczny i przesadny sposób. Cokolwiek robiła teraz, na pewno 
nikt  nie  będzie  mógł  oskarżyć  jej  o  przesadzoną  reakcję.  Życie  jej  córki  było  w 
niesprawiedliwy sposób zagrożone. 

 

background image

Po  usłyszeniu  od  nas  kilku  bardzo  pojednawczych  słów,  Pagiel  wraz  z 

towarzyszącą mu strażą, która przyszła wraz z nim, w końcu wyszli. Gdy znów byłam 
tylko z Dorianem i Rolandem, starałam się rozchodzić moją frustrację. Zatrzymałam 
się  przy  oknie  pokoju,  spoglądając  na  idyllicznie  zielone  ziemie  poniżej.  Kraina 
Jarzębin  wyglądała  bardziej  niż  kiedykolwiek  wcześniej  jak  kraina  wróżek,  kiedy 
patrzyło się na nią z daleka. Nie zauważałam całego niebezpieczeństwa i zamieszania z 
tej wysokości. 

 
- Nie zadręczaj się, moja droga. - powiedział Dorian, śledząc moje kroki - Nie 

ma niczego, co mogłabyś zrobić. Pytaniem jest za to, co będziesz robić teraz? 

 
Spojrzałam  na  niego z  niepokojem -  Co  będę robić?  Nie mówiłeś  poważnie o 

byciu w stanie wojny, prawda? To znaczy... jestem już jakiś czas w stanie wojny, ale 
nie ma chyba jakiejś drastycznej konieczności odwetu. 

 
-  Jest  konieczność  zrobienia  czegoś  drastycznego.  -  sprzeciwił  się  Dorian - 

Naprawdę, chęć odwetu Pagiela nawiązuje do tego o czym dyskutowaliśmy. Zmuszają 
nas do biegania i skradania się w cieniach. Czy naprawdę chcesz robić to do końca 
twojej ciąży? Czy będziesz nadal to robić, gdy twoje dzieci się już urodzą? 

 
Podniosłam ręce - Co jeszcze można zrobić? Czy proponujesz jakiś najazd na 

krainę Maiwenn? 

 
Dorian  wyglądał  na  bardzo  spokojnego,  rozważając  temat  -  To  nie  byłoby 

nieuzasadnione. I to na pewno wysłałoby im wiadomość, że nie mogą sprawdzać naszej 
cierpliwości. Przypuszczam, że nie przyszło ci do głowy, że być może zaatakowanie 
młodej Ansonii mogło wcale nie było pomyłką z ich strony? 

 
- Co sprawia, że tak myślisz? - cofnęłam się, by stanąć przed nim. Roland w ciszy 

przyglądał się naszej wymianie zdań - Ona nie ma z tym nic wspólnego. 

 
- Dokładnie. - powiedział Dorian - I każda następna zaatakowana dziewczyna 

też nie będzie miała. 

 
Ledwie mogłam uwierzyć w to co słyszałam - Twierdzisz, że oni celowo atakują 

dziewczyny wyglądające tak jak ja? I to mimo, że wiedzą, że to pomyłka? 

 
-  Nie  mówię,  że  na  pewno  tak  robią.  Ale  to  byłaby  doskonała  sztuczka,  by 

background image

zwrócić moich-twoich-naszych ludzi przeciwko nam samym, jeżeli stwierdzą, że są 
niesprawiedliwie obrani za cel. 

 
-  Wysłanie  naszych  ludzi  na  wojnę  i  tak  postawiłoby  większość  z  nich  w 

niebezpieczeństwie. - wskazałam. Pięć lat temu nigdy nie śniłabym o tym, że odbywam 
takiego rodzaju dyskusję. 

 
-  Tak.  -  powiedział  Dorian  -  Ale  taki  rodzaj  niebezpieczeństwa  jest  dużo 

łatwiejszy, by stawić mu czoła, kiedy inicjujesz je w wybranym przez siebie czasie, w 
przeciwieństwie do wystawiania siebie na szykanowanie. 

 
-  Oni  już  raz  poszli  dla  mnie  na  wojnę.  Nie  pozwolę  by  to  się  powtórzyło.  - 

powiedziałam stanowczo. Ubiegłego roku, syn byłej królowej Jarzębin, Leith, ubzdurał 
sobie, że chce się stać ojcem spadkobiercy Króla Burz, czy się na to zgadzam czy nie. 
Podczas ratowania mnie, Dorian wziął na siebie ukaranie Leitha, nadziewając księcia na 
miecz. Katrice nie przyjęła zbyt dobrze tego do wiadomości, zaczynając wojnę między 
nami,  co  w  końcu  doprowadziło  mnie  do  przejęcia  tego  królestwa.  Znienawidziłam 
każdą minutę tej wojny. Niszczyło mnie poczucie winy na myśl o umierających dla mnie 
żołnierzach, obojętnie jak wiele razy zostałam zapewniona, że moi ludzie byli skłonni 
bronić mojego honoru. 

 
Spojrzenie Doriana nie było obojętne, ale nie było również ciepłe i przyjazne 

-Wojna może znowu przyjść ciebie, czy tego chcesz czy nie. 

 
- Wystarczy. - powiedziałam, przeciągając ręką po swoich włosach - Nie chcę 

więcej  mówić  o  szlachetności  wojny.  Ansonia  przeżyła  i  tylko  to  się  liczy.  Resztą 
zajmiemy się później. 

 
- Nie odkładaj tego zbyt długo... - ostrzegł Dorian - ...bo może się okazać, że inni 

podjęli decyzję za ciebie. 

 
- Wiem. - powiedziałam. 
 
Nie dodałam tylko, że nie miałam żadnego zamiaru pozwalać, by decyzje były 

podejmowane beze mnie, ani że nie pozwolę by jakieś inne dziewczyny zostały jeszcze 
zranione z mojego powodu. Pomysł formował się w tyle mojego umysłu. Było to coś, 
czego byłam dość pewna, że Dorianowi się nie spodoba. To utworzyło puste uczucie 
wewnątrz mnie, ale od momentu, gdy Pagiel powiedział nam o Ansonii, wiedziałam, że 

background image

musiałam podjąć drastyczne działania... i to nie takie jak sugerował Dorian. Odpowiedź 
była tak prosta, że nie mogłam uwierzyć, iż nigdy wcześniej nie przyszła mi do głowy. Z 
wyrazem twarzy tak samo przekonująco uprzejmym jak ten Doriana, spojrzałam na 
Rolanda. 
 

- Chodźmy dowiedzieć się, gdzie będzie mnie przyjmował mój następny lekarz - 

Przynajmniej to była stosunkowo prosta sprawa. 

 
Dorian zadrwił - Chyba głupia sprawa, to miałaś na myśli. - nie podjął jednak 

żadnych prób, by pójść ze mną i Rolandem, tak jak myślałam. On i Roland wymienili 
bardzo  miłe  i  grzeczne  pożegnania,  które  wzięłam  za  dobry  znak,  rozważając  ich 
przeszłe  współdziałania.  Zastanowiłam  się  jak  uprzejme  stosunki  pozostaną  między 
nimi, jeżeli plan, który formułowałam się wydarzy. 

 
-  Ach  te  nastoletnie  problemy.  -  w  końcu  głośno  powiedział  Roland.  Byliśmy 

prawie u wyjścia z zamku i myślę, że czuł się swobodniej na zewnątrz - Nie ma łatwych 
odpowiedzi. 

 
- Nie ma. - zgodziłam się. 
 
- W jakim wieku jest ta dziewczyna, o której mówiliście? 
 
- Jest trochę młodsza niż jej brat, Pagiel, którego widziałeś. - nie zawracałam 

sobie  głowy  poprawianiem  jego  słów  jak  szlachta,  która  porównywała  swój  wiek  do 
ludzkiego. Roland nie ma problemów ze zrozumieniem tego. 

 
- Straszne rzeczy tu się dzieją. - powiedział Roland, groźnie patrząc - Atakują 

kobiety w ciąży, oraz dzieci. Mam nadzieję, że nie będziesz zaangażowana w żadną z 
tych rzeczy. 

 
Przeszliśmy przez bramę z powrotem do bujnych ziem, na których odbył się 

ślub. Dwóch strażników odeszło od grupy strzegącej drzwi i poszli za mną, utrzymując 
pełną szacunku odległość ode mnie. 

 
- Więc jest nas dwoje. - powiedziałam - Niestety dla mnie, ja nie tylko jestem w 

to zaangażowana, ja tkwię w samym sercu tego bajzlu.   

 
Zaprowadziłam nas do skupiska leszczynowych drzew i usiadłam sobie tam na 

background image

trawie. Roland wyglądał na zaskoczonego moim wyborem, ale szybko do mnie dołączył. 
Strażnicy,  szacując  sytuację,  wybrali  miejsca  z  którego  będą  mnie  chronić,  które 
utrzymały  moją  prywatność,  ale  umożliwiały  im  szybki  dostęp  do  mnie,  gdyby 
mordercy wysłani przez Maiwenn wyskoczyli zza drzew. Zadowolona, że strażnicy byli 
poza zasięgiem słuchu, pochyliłam się blisko Rolanda i mówiłam cicho, żeby na pewno 
nie  zostać  przez  nich  usłyszaną.  Gdy  moje ręce spoczywały  na rozgrzanej  słońcem 
trawie, czułam jak Kraina Jarzębin śpiewa do mnie, szczęśliwa i zadowolona. 

 
-  Nienawidzę  przyznawać  tego,  ale  Dorian  ma  rację  co  do  kilku  rzeczy.  To 

wydaje się zwariowane, ale może stać się regularną taktyką Maiwenn. I ma też rację, 
że  moje  skakanie  między  królestwami  i  światami  tylko  wystawia  mnie  na  ataki.  - 
przechyliłam  głowę  z  powrotem,  czując  zapach  kapryfolium.  Nie  widziałam  tego  z 
miejsca w którym usiadłam, ale moje zmysły zawsze były nastawione na różne bodźce 
ziemi - Ostatnio rozmawiałam z ambasadorem z odległego królestwa, które zaprosiło 
mnie, bym się u nich schroniła. Obiecali mi bezpieczeństwo. Ich argumentem było to, 
że wyjeżdżam z ziem moich wrogów i mogę uniknąć wszystkich tych krzyżujących się 
Krain, jeśli tylko pozostanę w ich granicach. 

 
Siwe brwi Rolanda podniosły się - I myślisz o zrobieniu tego? 
 
- Nie. - powiedziałam - Przynajmniej na pewno nie z nimi. Myślałam... Myślałam, 

że być może miejsce, gdzie naprawdę będę mogła się schować i pozostać w ludzkim 
świecie. - pełna waga tego naprawdę nie uderzyła we mnie, dopóki nie wymówiłam tych 
słów.  Z  wyrazu  twarzy  Rolanda  mogłam  wywnioskować,  że  zrozumiał  jak  ogromną 
rzeczą było to, co zasugerowałam. 

 
- Ale nie w Tucson. - powiedział po chwili zamyślenia. 
 
- Nie w Tucson, - zgodziłam się, niecałkowicie zdolna, by ukryć mój żal z tego 

powodu - To byłoby pierwsze miejsce, w którym by mnie szukali. Ale muszę założyć, że 
gdzieś,  we  wszystkich  bezpiecznych  miejscach,  w  których  korzystałeś  z  opieki 
medycznej... Cóż, gdzieś musi być jakieś miejsce, gdzie mogłabym się schować i żyć 
„normalnym” życiem, aż urodzą się bliźniaki. 

 
Pokiwał powoli głową - Mogę pomyśleć o kilku miejscach, ale jeżeli to zrobisz... 

Nie zrozum mnie źle, bo nie ma nic czego bym nie zrobił, żeby wydostać cię z tego 
przeklętego miejsca. Ale wiesz o co tak naprawdę prosisz? Jeżeli chcesz schować się 
z powrotem w naszym świecie, wtedy nie możesz zrobić czegoś , co naraziło by cię na 

background image

wykrycie. Nie możesz użyć swojej magii szlachty. Nie możesz nawet użyć swojej magii 
szamana. Któraś z nich mogłaby zaalarmować jakieś stworzenie  z Tamtego Świata, 
które właśnie by przemierzało nasz świat. 

 
-Wiem o tym. - powiedziałam. Puste uczucie we mnie wzmocniło się. 
 
Słaby  uśmiech  rozpalił  jego  twarz  -  Wiem,  że  myślisz  o  tym  teoretycznie. 

Niepokoję się o to, że natkniesz się na jakąś biedną osobę zamęczoną przez ducha i 
wygnasz  go,  zanim  pomyślisz  dwa  razy.  To  dla  ciebie  niełatwe,  by  stać  bezczynnie 
kiedy inni cierpią. - wskazał ręką dookoła nas - Masz tu dobry przykład tego o czym 
mówię. 

 
Gapiłam się, wiedząc, że miał rację. Czy mogłabym zrobić to, co proponowałam? 

Zanim sobie to uświadomiłam, moja ręka poruszyła się ochronnie po moim brzuchu. 
Zdecydowałam, że mogłabym zrobić to dla nich. Mogłabym zrobić to dla wszystkich 
niewiniątek  w  królestwie  Doriana  i  w  moim  własnym.  Myślę,  że  lepiej  ignorować 
nawiedzenia, niż pozwolić innym umrzeć dla proroctwa, które prawdopodobnie nie było 
nawet prawdziwe. 

 
Wzięłam głęboki oddech - Rozumiem. Zrobię to, bo inaczej nie zrobię niczego. 
 
Roland  studiował  mnie  przez  kilka  sekund  i  wydawał  się  zaspokojony  tym  co 

widział - A co z tym wszystkim? Nie potrzebujesz mieć jakiegoś rodzaju regularnego 
stykania się z tym miejscem... i tym drugim? 

 
-  Tak,  muszę.  -  powiedziałam  -  I  to  prawdopodobnie  będzie  najbardziej 

skomplikowaną  częścią  mojego  planu.  Jasmine  może  pomóc  mi  na  kilka  sposobów 
ograniczyć tego skutki. Jednak nie wiem jak długo ziemia będzie ją akceptować. Jeżeli 
to nie pomoże... wtedy, no cóż, będę musiała wrócić, bo inaczej spowoduję cierpienia 
różnego typu, bo ziemia uschnie. Ale jeżeli ona i ziemia zdołają to utrzymać do końca 
mojej ciąży, będę jedyną która ucierpi. Wyjeżdżanie z ziemi oddziałuje także na mnie. 

 
- Nie podoba mi się to. - powiedział. 
 
Uśmiechnęłam  się  -  Nie  niepokój  się.  To  nie  jest  nic  fizycznego,  albo 

niebezpiecznego.  To  tylko  intensywna  tęsknota,  coś  podobnego  jak  odstawienie 
kofeiny. 

 

background image

Nie wyglądał na przekonanego - Wątpię , żeby to było takie proste. 
 
- Być może nie. - zgodziłam się - Ale co z resztą? Powiedziałeś, że masz kilka 

miejsc, do których mogłabym pójść? 

 
-  Owszem,  chociaż  będę  musiał  najpierw  wszystkiego  się  dowiedzieć.  -  w 

rzadkiej demonstracji uczuć, położył swoją dłoń na mojej - Żałuję, że nie będę mógł 
zabrać cię ze mną do domu. Czuję się lepiej, gdy mam cię w zasięgu wzroku. 

 
Ścisnęłam jego rękę - Nawet ty nie mógłbyś pokonać armii szlachty pukającej 

do twoich drzwi. I nie możemy ryzykować życiem mamy. - nie dodałam, że jeżeli ten 
plan się nie uda, Roland nie zobaczy mnie już w ogóle. Gdziekolwiek będę się ukrywać, 
będę musiała pozostać tam bez kontaktu z moimi ukochanymi. Roland i moja matka 
byliby niewątpliwie obserwowani. Patrząc w jego niebieskie oczy, wiedziałam, że on 
też o tym pomyślał. Nie był z tego powodu zachwycony, ale zgodziłby się na to. 

 
Po dalszej dyskusji, Roland był gotowy odejść i zacząć swoje przeszukiwania. 

Tak  właśnie  działał.  Jeżeli  był  jakiś  problem  do  rozwiązania,  to  nie  chciał  zwlekać. 
Chciał postąpić właściwie i troszczył się o biznes. Teraz, gdy podjęliśmy tę decyzję, 
był zaniepokojony i chciał zabrać mnie z Tamtego Świata dla mojego bezpieczeństwa. 
Gdy  odszedł,  miałam  czas  dla  siebie,  by  zacząć  moje  własne  przygotowania, 
rozpoczynając od najważniejszego kawałka układanki, czyli Jasmine. 

 
Znalazłam  ją  w  pobliskim  ogrodzie  różanym,  zwiniętą  na  ławce  z  jakimiś 

czasopismami, które zdobyła w czasie swojej ostatniej podróży do ludzkiego świata. 
Gdy  tylko  przysięgła,  że  zachowa  wszystko  w  sekrecie,  wyjaśniłam  jaki  plan 
wymyśliłam razem z Rolandem. Jej reakcja nie była taka jakiej oczekiwałam. 

 
- Weź mnie ze sobą. - powiedziała natychmiast. 
 
- Nie mogę. - odpowiedziałam - W tym cały szkopuł. Potrzebuję ciebie tutaj. 

Jesteś jedyną osobą, która może mnie zastąpić. 

 
- Jestem jedyną, która naprawdę może cię tam ochronić. - nalegała. Po chwili 

poszła jednak na małe ustępstwo - Cóż, chyba jednak może to zrobić także Pagiel. 

 
Musiałam ciężko pracować, by utrzymać moją twarz poważną. To  było wręcz 

słodkie,  że  była  przekonana,  że  pomiędzy  tymi  wszystkimi  potężnymi  szlachtami 

background image

wokoło, tylko dwoje nastolatków mogłyby właściwie mnie pilnować. 

 
- On nie może iść. Nikt kogo znam nie może, w tym  cały problem. Nie mogę 

nawet nikomu powiedzieć gdzie idę. 

 
- Gówno prawda. - powiedziała. Wulgaryzmy były zabawnym kontrastem dla jej 

wytwornego wyglądu z suknią w kolorze kości słoniowej i kwiatami we włosach - Jak 
będziemy mogli wiedzieć, że nic ci nie jest? 

 
-  Nie  będziecie  mogli,  ale  jeżeli  możemy  utrzymać  sekret  i  anonimowość, 

możesz być w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pewna, że ze mną wszystko w 
porządku.   

 
Nie podobało jej się to. Nie lubiła żadnej z tych rzeczy. Widząc jak wściekle 

chciała mnie ochronić, dziwiłam się, że Dorian nieustannie niepokoił się o to, że będzie 
chciała  ukraść  mi  władzę.  Jeżeli  byłoby  to  jej  zamiarem,  można  by  pomyśleć,  że 
skwapliwie będzie mnie namawiała do wyjazdu, żeby skorzystać z szansy i stać się 
władcą ziem. Zamiast tego mocno czytelne stało się, że jest po mojej stronie. 

 
Ale  w  końcu  mówiąc  jej  to  samo,  co  Rolandowi  i  Dorianowi,  byłam  w  stanie 

przekonać ją do swojego planu. Myślę, że atak na Ansonię pomógł jej zaakceptować 
moją decyzję. Przebywając blisko Pagiela, Jasmine poznała również jego siostrę. Była 
oburzona  tym  atakiem,  podobnie  jak  reszta  z  nas  i  nie  chciała,  by  coś  takiego  się 
powtórzyło. 

 
- Zrobię to. - powiedziała wreszcie - Nie chcę tego, ale to zrobię. 
 
- Dziękuję. To naprawdę dużo dla mnie znaczy. - Musiałam stłumić pragnienie, 

by ją uścisnąć. Nieważne jak blisko byłyśmy, nasza siostrzana relacja nie wkroczyła w 
wielką fazę fizycznych pokazów uczuć. 

 
Wzruszyła ramionami - No cóż. To nic takiego. Masz przed sobą o wiele gorsze 

zadanie. 

 
- Naprawdę? 
 
- Nom. - rzuciła mi współczujące spojrzenie - Raczej nie chciałabym być tobą, 

kiedy powiesz o tym Dorianowi.