background image

GLENDA SANDERS 

 
 
 
 
 
 
 
 

Ten 

prawdziwy 

męŜczyzna 

 
 
 
 
 
 

Harlequin 

Toronto 

 Nowy Jork 

 Londyn 

Amsterdam 

 Ateny 

 Budapeszt 

 Hamburg 

Madryt 

 Mediolan 

 ParyŜ 

 Sydney 

Sztokholm 

 Tokio 

 Warszawa 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 2

 

Tytuł oryginału: 

The All-American Male 

Pierwsze wydanie: 

Harlequin Books, 1989 

PrzełoŜyła: 

GraŜyna Staniewska 

 

 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 3

 

ROZDZIAŁ 1 

– Nareszcie koniec – westchnęła Cassaundra. – Bogu dzięki. 
Naprzeciw niej w limuzynie siedział Sloan Garrick, człowiek, 

który przed trzydziestoma laty był protegowanym jej dziadka. 

– Dobrze  się  dziś  spisałaś,  Cassaundro  –  powiedział,  kładąc 

rękę  na  jej  dłoni.  –  Mowa  Ŝałobna  była  świetna:  doskonałe 
połączenie podziwu i wzruszenia. 

Kiwnęła głową, przyjmując ten komplement, ale Ŝadne z nich 

juŜ  się  nie  odezwało.  Szofer  wiózł  ich  przez  labirynt  ulic 
Manhattanu.  Zahamował  przed,  wejściem  wiodącym  do  dwóch 
bliźniaczych wieŜowców. 

Sloan  objął  Cassaundrę  pokrzepiającym  gestem,  gdy  jechali 

cichobieŜną windą do apartamentów na szczycie. 

– Chcesz  się  czegoś  napić?  Wina,  sherry?  –  zapytał 

troskliwie, gdy weszli do środka. 

– Później.  Teraz  przebiorę  się  w  coś  wygodniejszego.  Barek 

jest  pełny.  Poczęstuj  się.  Zdejmij  marynarkę  i  krawat,  jeŜeli 
chcesz. 

– Nie martw się o mnie – uspokoił ją Sloan. 
Umrze  w  marynarce  i  krawacie,  pomyślała  Cassaundra  idąc 

do sypialni. Natychmiast poŜałowała tej niesympatycznej myśli. 
Sloan  był  wytworem  swej  epoki.  MęŜczyźni  z  jego  środowiska 
nosili  garnitury  i  krawaty.  To  niewielkie  przewinienie  jak  na 
człowieka,  który  okazał  się  niezawodnym  przyjacielem  w 
niezwykle  cięŜkim  dla  niej  okresie.  Gdy  zaczęła  pracować  w 
wydawnictwie  dziadka,  wprowadzał  ją  we  wszystkie  tajniki, 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 4

 

pomagał zachować realizm i rozsądek. Nie zastąpił jej ojca, ale 
stał  się  kochającą,  aprobującą  osobą,  w  przeciwieństwie  do 
tamtego. 

W drzwiach sypialni pojawiła się Aggie. 
– Czy pani czegoś potrzebuje? 
– Przebiorę się. Nie mogę juŜ znieść tego kostiumu. 
– Weźmie pani kąpiel? 
– Raczej prysznic. Nie będzie mi potrzebna pomoc. 
– Tak, Proszę Pani. 
Cassaundra  patrzyła  na  młodą,  dyplomatycznie  obojętną 

twarz  Aggie  i  zastanawiała  się,  czy  rani  uczucia  dziewczyny, 
chcąc samodzielnie odkręcić kurek w łazience. 

– Chyba  nałoŜę  batikowe  kimono  w  maki.  Gdybyś  mogła  je 

wyjąć... 

– Oczywiście, proszę Pani. 
– To wszystko. 
– Tak, proszę pani. 
Cassaundra  weszła  do  łazienki  i  odgrodziła  się  drzwiami  od 

reszty  świata.  Cudownie  być  samą!  Warstwa  po  warstwie 
zdejmowała  ubranie,  które  nagle  zaczęło  ją  dusić  –  filcowy 
kapelusz  przybrany  piórami,  ciemnoniebieski  Ŝakiet  i  spódnicę, 
dobraną 

kolorystycznie 

jedwabną 

bluzkę 

wiązanym 

kołnierzem. 

Demonstracyjnie  wybrała  niebieski,  nie  zaś  wymaganą 

pogrzebową  czerń.  Gdyby  tylko  na  to  pozwoliła,  związani  z  jej 
ojcem  specjaliści  od  reklamy  wyreŜyserowaliby  pompatyczny 
pogrzeb. Ale po raz pierwszy w Ŝyciu Cassaundra sama podjęła 
decyzję  i  wymogła  jej  wykonanie.  Nalegała,  by  pogrzeb  odbył 
się  jedynie  w  obecności  rodziny,  a  w  miesiąc  po  nim 
ogólnodostępna msza Ŝałobna. Stamtąd właśnie wracała. 

W kabinie prysznicowej puściła gorącą wodę, jakby mogło to 

zmyć  z  niej  smutek  i  paraliŜujące  odrętwienie,  jakie  czuła  po 
stracie ojca. 

Kilka minut później, juŜ bez makijaŜu, zawinęła się w miękki 

ręcznik,  zdjęła  czepek  i  rozpuściła  włosy  –  naturalne  blond, 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 5

 

fachowo rozjaśnione, miękkimi fetami opadły na plecy. 

Usiadła przy toaletce i posmarowała błyszczkiem usta. Potem 

spojrzała na kobietę w lustrze – wystraszone oczy, wychudzone 
policzki. Ukryła twarz w dłoniach i westchnęła przygnębiona. 

 
Pozwoliła  sobie  na  kilka  zaledwie  minut  cichego  Ŝalu  nad 

sobą.  Odrzuciła  głowę,  wzięła  głęboki  oddech  i  zmusiła  się  do 
ubrania. Sloan czekał na dole, by pocieszyć ją w potrzebie. 
Potrzeba,  pomyślała  czując,  Ŝe  zaczyna  wpadać  w  histerię.  Czy 
wiesz, Sloan, czego potrzebuję? Bo ja z pewnością nie. 

Sloan  wstał  i  pozdrowił  ją  automatycznym,  acz  szczerym 

uśmiechem. 

– Widzę,  Ŝe  odświeŜyłaś  się,  kochanie.  Piję  czystą  szkocką. 

Co ci podać? 

– Białe wino – odparła Cassaundra. 
Sloan  podszedł  do  barku,  nalał  wina,  wręczył  Cassaundrze 

kieliszek, po czym znowu usiadł. 

– Twój ojciec byłby dziś z ciebie dumny – powiedział. 
– Wątpię. 
Cassaundra wielokrotnie zastanawiała się, czy ojciec w ogóle 

przejmował  się  tym,  co  mówiła  bądź  robiła  –  oczywiście  z 
wyjątkiem  przypadku,  gdy  nie  dostała  się  do  szkoły  muzycznej 
Juilliarda.  Nigdy  nie  miała  dość  odwagi,  by  powiedzieć 
sławnemu  Williamowi  Snowowi,  iŜ  poczuła  ulgę  na  wieść,  Ŝe 
nie została przyjęta. Zawsze chciała studiować literaturę, ale on 
sądził, Ŝe podjęła tę decyzję z braku czegoś lepszego. 

– Rozmawiałem z nim kiedyś podczas przerwy w rozprawie – 

odezwał  się  Sloan.  –  Zapytał  mnie,  czy  widziałem,  jak  weszłaś 
na  salę  rozpraw  z  głową  do  góry,  całkowicie  ignorując 
reporterów? A potem stwierdził, Ŝe stałaś się damą. Był dumny, 
Cassaundro. Widziałem dumę w jego oczach. 

– Dziękuję,  Ŝe  mi  to  powiedziałeś  –  rzekła  wzruszona.  –  I 

poczekałeś, aŜ mi to będzie rozpaczliwie potrzebne. 

– Dziś  teŜ  byłaś  dzielna  –  rzekł  Sloan.  –  Wiem,  co  musiałaś 

przezwycięŜyć,  by  po  tym  wszystkim,  co  się  stało,  wstać  i 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 6

 

wygłosić mowę na jego cześć. 

– Społeczeństwo  miesiącami  grzebało  w  Ŝyciu  Snowa  – 

powiedziała  Cassaundra.  –  NajwyŜszy  czas,  by  usłyszeli  o 
szlachetniejszych  cechach  mego  ojca.  Nie  był  z  pewnością  ani 
ś

więtym,  ani  wzorowym  ojcem,  ale  był  utalentowany  i  oddany 

muzyce. 

Dopiła  jednym  łykiem  resztę  wina.  Przez  kilka  minut  w 

milczeniu wpatrywała się w pusty kieliszek. 

– Nawet po tylu miesiącach ciągle zastanawiam się, dlaczego 

to wszystko musiało się wydarzyć. Tak bez sensu, tak tragicznie 
bez sensu. 

– Nie  wolno  ci  stale  tego  rozgrzebywać,  Cassaundro.  Nie 

znajdziesz odpowiedzi. 

– Nie  znajdę  odpowiedzi  –  zgodziła  się.  –  Jedynie  same 

„gdyby”.  Gdyby  tylko  nie  wstydzili  się  przyznać,  Ŝe  z  ich 
małŜeństwa  nic  nie  wyszło,  i  mieli  odwagę  się  rozstać.  Gdyby 
nie  byli  tacy  wybuchowi  i  ambitni.  Gdyby  w  tej  szufladzie  nie 
było rewolweru. Skąd nabity rewolwer w szufladzie? – zapytała 
retorycznie, zwracając się do Sloana. – Nigdy nawet z niego nie 
strzelał.  Dlaczego  rewolwer  akurat  musiał  tam  leŜeć,  nabity  i 
gotów do strzału? 

Sloan połoŜył rękę na jej dłoni. 
– Zwariujesz, jeśli będziesz to rozpamiętywać. 
Cassaundra przymknęła oczy i westchnęła. 
– Wiem,  Sloan.  Ale  to  wszystko  było  takie  bezsensowne. 

Brianna  nigdy  nie  była  dla  mnie  matką  –  Nie  była  nawet 
przyjaciółką. Ale nie chciałam, Ŝeby umarła. Zwłaszcza... 

Głos  jej  się  załamał,  ale  w  myśli  dodała:  nie  z  pięknych, 

utalentowanych rąk mego ojca. Nikt nie powinien umierać z ręki 
człowieka  zdolnego  wyczarować  z  wielkiej  orkiestry  tak 
wspaniałą muzykę. 

– Nie moŜesz zmienić tego, co się stało – powiedział Sloan. – 

MoŜesz jedynie zaakceptować to i Ŝyć dalej. 

Tak,  zaakceptować.  Nie  miała  wyboru.  Brianna,  piękna, 

samolubna,  kapryśna  primadonna,  umarła  na  podłodze  sypialni, 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 7

 

którą  dzieliła  z  ojcem  Cassaundry.  A  Williama  Snowa, 
wraŜliwego, równie impulsywnego maestro, aresztowali, pobrali 
od  niego  odciski  palców  i  zamknęli  w  celi  z  włóczęgami  i 
złodziejami.  Na  oczach  światowej  prasy  został  sądzony  za 
zabójstwo. 

Cały  naród  wzdychał,  gdy  William  Snow  adorował  Briannę 

Blake.  I  cały  naród  uniósł  się,  gdy  sąd  orzekł,  Ŝe  jest  winny  jej 
ś

mierci. 

William Snow zasłabł na sali rozpraw po usłyszeniu wyroku: 

winny. Świadectwo zgonu stwierdzało, Ŝe to atak serca, ale jego 
serce  pękło  pod  brzemieniem  smutku,  upokorzenia  i  wyrzutów 
sumienia.  Nigdy  nie  powinien  był  poślubić  Brianny.  Kochał  ją 
jednak  z  gwałtownością  znaną  tylko  głupcom,  i  ta  bezmyślna 
namiętność zabiła ich oboje. 

– Co teraz? – zapytał Sloan, znów gładząc dłoń Cassaundry. 
– Chyba wrócę za biurko wydawcy. 
– Brzmi  to  tak,  jakbyś  wracała  do  więzienia.  Myślałem,  Ŝe 

jesteś zadowolona ze swojej pracy w Quill Publishing. 

– Jestem  zadowolona,  Sloan.  To  znaczy  –  byłam.  – 

Wciągnęła  głęboko  powietrze  i  wypuściła  je  z  powolnym 
westchnieniem.  –  Minie  trochę  czasu,  zanim  będę  zdolna 
odczuwać zadowolenie. 

– Cenię  twoją  pracę,  Cassaundro,  ale  nikt  nie  przykuwa  cię 

do  biurka.  Jesteś  kobietą  zamoŜną  i  w  ogóle  nie  musisz 
pracować. 

– Wolę  mój  mały  kącik  w  Quill  niŜ  tę  wieŜę  z  kości 

słoniowej. W biurze przynajmniej czuję się poŜyteczna. ChociaŜ 
jestem  prawnuczką  załoŜyciela,  mam  swój  niewielki  udział  w 
rozwoju wydawnictwa. 

– Bez  wątpienia.  Ktoś,  kto  wylansował  ksiąŜkę  odrzuconą 

przez  dwanaście  domów  wydawniczych,  udowodnił  swoje 
kompetencje.  Fakt,  Ŝe  jesteś  prawnuczką  Nathana  Granda, 
przydaje temu osiągnięciu nieco czaru i tajemniczości. 

– Czar i tajemniczość? – rzekła z ironicznym uśmieszkiem. – 

Kraty w więziennej celi! – dodała gorzko. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 8

 

Sloan  wstał,  podszedł  do  kominka  i  zaczął  przyglądać  się 

płomieniom tańczącym na grubym polanie. 

– Przypuśćmy,  Ŝe  mogłabyś  robić  to,  co  chcesz.  Co  byś 

wybrała? – spytał z zadumą. 

– Zniknęłabym.  –  Cassaundra  po  raz  pierwszy  w  dniu 

dzisiejszym uśmiechnęła się naprawdę szczerze. – Zniknęłabym, 
a potem pojawiłabym się gdzieś jako zupełnie normalna osoba. 

– Normalna osoba? 
– Nie  udawaj,  Ŝe  nie  rozumiesz.  Chodzi  mi  o  taką  osobę, 

która  nie  jest  spadkobierczynią  jednej  z  największych  fortun  w 
Ameryce.  Osobę,  której  genialny  ojciec  nie  zabił  jej  macochy, 
która  nie  pracuje  w  wydawnictwie  załoŜonym  przez  jej 
pradziadka.  Chciałabym  dokonać  w  Ŝyciu  czegoś,  co  nie  jest 
oceniane wyłącznie na podstawie tego, kim jestem. Czy moŜesz 
sobie  wyobrazić,  Ŝe  jeśli  chodzi  o  praktyczne  Ŝycie  jestem 
całkowitą  ignorantką?  –  spytała  po  chwili  i  gestem  dłoni 
uciszyła  protest  Sloana.  –  Wiem,  wiem.  Potrafię  prawidłowo 
trzymać  widelec  podczas  oficjalnego  obiadu  i  umiem 
podtrzymać  rozmowę  na  dowolny  temat  w  czasie  koktajlu.  Ale 
nie potrafię nawet prowadzić samochodu! 
– Jestem  pewien,  Ŝe  Joseph  nauczyłby  cię  prowadzić  twojego 
bentleya – odparł Sloan sucho. 

– Mówię  serio  –  powiedziała  tonem  nie  budzącym 

wątpliwości.  –  Potrafię  grać  na  flecie,  harfie  i  fortepianie,  ale 
nigdy  nie  wrzucałam  monety  do  grającej  szafy.  To  takie 
nieamerykańskie. 

Jestem 

nieamerykańska. 

Jestem 

nie... 

nierealna!  Cassaundra  Snow  to  jakaś  księŜniczka  z  tragicznej 
bajki, drukowanej w gazecie w odcinkach. 

Sloan popatrzył jej uwaŜnie prosto w twarz. 
– Czego byś chciała, Cassaundro? 
– Chciałabym...  wydaje  mi  się,  Ŝe  chciałabym  gdzieś  uciec  i 

dorosnąć. 

– Dorosnąć?  Po  tym  wszystkim,  co  przeŜyłaś?  To  i  tak  było 

ponad siły zwykłego człowieka! 

– Och,  jestem  silna.  Opanowana.  Potrafię  sprostać  sytuacji. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 9

 

Ale  nigdy  nie  troszczyłam  się  o  siebie.  Nie  musiałam.  Ojciec 
zawsze  zabiegał  o  to,  by  ktoś  się  o  mnie  troszczył.  –  Coś 
ś

cisnęło  ją  w  gardle.  –  Aggie  poczuła  się  dotknięta,  gdy 

stwierdziłam, Ŝe sama chcę włączyć prysznic. 

Sloan  objął  ją  i  przez  kilka  minut  Cassaundra  wypłakiwała 

się w jego ramionach. 

– Ojciec  ochraniał  mnie,  ale  nie  pozwolił  mi  dorosnąć. 

Dlaczego? Powinnam była go zmusić, by mi pozwolił. 

Sloan wyjął z kieszeni chusteczkę i podał ją Cassaundrze. 
Wytarła  policzki  i  nos  i  popatrzyła  na  niego  nachmurzona. 

Podeszła do kanapy i opadła na nią bezwładnie. 

– Nigdy  nie  wypełniłam  czeku.  Nie  wiem  nawet,  jak  to  się 

robi. 

– To całkiem proste – rzekł Sloan. – Prawie kaŜdy moŜe ci to 

pokazać. 

– Nie  w  tym  rzecz,  Sloan.  Wiem,  Ŝe  mogę  się  nauczyć.  Ale 

juŜ to powinnam umieć. Powinnam umieć prowadzić samochód, 
wypełniać ksiąŜeczkę czekową i robić tysiąc innych codziennych 
rzeczy,  które  większość  ludzi  robi  zupełnie  naturalnie.  Mam 
stałą  loŜę  w  filharmonii  i  w  operze,  ale  nigdy  nie  byłam  na 
koncercie rockowym... czy choćby na meczu baseballa. 

– Chyba powinnaś się wreszcie wybrać. 
– Na mecz baseballowy? 
– Wszędzie,  gdzie  ci  się  spodoba.  Powiedziałaś,  Ŝe 

chciałabyś uciec. Zatem zrób to, na co masz ochotę – ucieknij i 
dorastaj!  Rusz  tam,  gdzie  mogłabyś  przeŜyć wiek młodzieńczy, 
którego  nie  miałaś.  Popełniaj  błędy,  padaj,  a  potem  podnoś  się 
sama. 

– Myślisz, Ŝe nie zrobiłabym tego, gdybym mogła? 
– CóŜ cię zatrzymuje? 
– Dokąd  mam  uciec?  –  zapytała  z  goryczą.  –  Od  kilku 

miesięcy  śledzą  mnie  kamery,  dziennikarze,  fotoreporterzy. 
KaŜdy,  kto  ogląda  telewizję,  wie,  jak  wyglądam.  Mogłabym 
gdzieś  się  odizolować,  ale  właśnie  chodzi  mi  o  coś  zupełnie 
przeciwnego. Chcę być wśród ludzi, brać udział w prawdziwym 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 10

 

Ŝ

yciu, a nie chować się przed nim. 

– Jesteś  dość  naiwna,  Cassaundro.  Czy  nie  zdajesz  sobie 

sprawy  z  tego,  Ŝe  moŜna  być  wprawdzie  podobnym  do  jakiejś 
osoby, ale wcale nie wyglądać tak jak ona? 

– Peruka i ciemne okulary? – spytała sarkastycznie. 
– Nie sądzę, byś musiała posuwać się aŜ do tego. Twierdzisz, 

Ŝ

e  ludzie  wiedzą,  jak  wyglądasz.  Ale  co oni właściwie widzieli 

na  tych  wszystkich  fotografiach?  Czy  naprawdę  sądzisz,  Ŝe 
widzieli  ciebie? Patrzyli na włosy Veroniki Lalce, kapelusze na 
specjalne  zamówienie  i  kreacje  od  najlepszych  projektantów. 
Odrzuć te pozory, a przekonasz się, Ŝe zadziwiająco wiele kobiet 
ma ładne, okrągłe twarze, podobne do twojej. 

– Ale... 
– Popieram  twój  projekt,  Cassaundro.  Jeśli  chcesz  zniknąć  i 

przeŜyć przygodę – powodzenia! Czy teŜ raczej: baw się dobrze. 

– Naprawdę sądzisz, Ŝe mi się uda? 
– Jeśli  wszystko  zostanie  starannie  zaplanowane,  będziesz 

mogła  Ŝyć  incognito  całymi  miesiącami.  Mogę  zapowiedzieć 
twój  urlop  i  rozgłosić,  Ŝe  spędzisz  dłuŜsze  wakacje  w  Europie. 
To  powinno  zmylić  trop  tej  zgrai  dziennikarzy  i  umoŜliwić  ci 
„normalne Ŝycie”. 

– Mówisz  serio?  –  spytała,  jakby  z  obawą,  czy  moŜe  mu 

wierzyć. 

– A ty? 
Nie odpowiedziała. 
– Mogłabyś w tym czasie napisać ksiąŜkę-autobiografię. 
– O, nie! Koniec z „biedną małą bogaczką” – koniec! 
– Ale nie koniec z Cassaundrą Snow. Z wielką pasją mówiłaś 

o więzieniu w wieŜy z kości słoniowej. Weź się za to: uczucia, 
emocje. Jesteś wydawcą. Nie muszę ci mówić, jak napisać dobrą 
ksiąŜkę. 

Cassaundra uwaŜnie słuchała przemówienia Sloana. 
– Twoja  historia  będzie  się  dobrze  sprzedawać.  Czytelnicy 

chcą wiedzieć wszystko o rodzinie Snowów. 

– To byłoby brutalne wtargnięcie w Ŝycie osobiste. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 11

 

– Mogłabyś  opowiedzieć  wydarzenia  ze  swojej  perspektywy 

–  powiedział  Sloan.  –  Pokazać  je  z  własnego  punktu  widzenia. 
Sprostować błędne mniemania. 

– Nie  mam  jeszcze  zdania  na  temat  ewentualnej  ksiąŜki  – 

odrzekła  Cassaundra.  –  Ale  chcę...  nalej  mi  jeszcze wina... nim 
się rozkleję, chcę wypić za mój nadchodzący wiek młodzieńczy. 

W sypialni Aggie przygotowywała łóŜko do spania. 
– Jest gotowe, proszę pani. Czy mam przynieść coś z kuchni, 

zanim się pani połoŜy? 

– Nie, Aggie. Jestem zmęczona. To juŜ wszystko na dzisiaj. 
– Proszę  pani...  –  zaczęła  Aggie  nieśmiało.  –  Słucham  cię, 

Aggie. 

– Mam  nadzieję,  Ŝe  dzisiejszy  dzień  nie  był  dla  pani  zbyt 

uciąŜliwy. 

– Nie. Dziękuję ci, Aggie. 
Cassaundra gotowa była się rozpłakać z powodu okazanej jej 

troski. 

– Zatem dobranoc, proszę pani. 
– Dobranoc. – Cassaundra spojrzała na dziewczynę uwaŜniej. 

– Aggie, zmieniłaś uczesanie. 

– Obcięłam włosy – wyjaśniła Aggie. 
– Ładna fryzura. Do twarzy ci w niej. 
– Dziękuję pani. 
– Czy mogłabyś mi powiedzieć, gdzie byłaś u fryzjera? 
Aggie popatrzyła z lekkim przestrachem. 
– Moja  kuzynka, Lulu, obcięła mi włosy. Zawsze mi obcina. 

Ma do tego smykałkę. 

– Czy ona pracuje w jakimś salonie? 
– Nie. W sklepie z płytami przy promenadzie w Newark. 
– Rozumiem  –  odpowiedziała  powoli  Cassaundra,  dotykając 

bezwiednie swych włosów. 

– Czy to wszystko, proszę pani? 
– Tak, Aggie. Dobranoc. 
– Dobranoc pani. 
 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 12

 

Nad  głową  Cassaundry  złowieszczo  zawisły  noŜyce.  Od  ich 

ostrych  krawędzi  odbijało  się  światło  Ŝarówek  oświetlających 
toaletkę. 

– Czy  jest  pani  pewna,  Ŝe  nie  są  za  duŜe?  –  spytała 

Cassaundra. 

– To krawieckie noŜyce mojej mamy – odparła dziewczyna. 
Była  wysoka,  chuda,  ubrana  w  dŜinsową  spódniczkę  mini, 

jaskrawozieloną bluzkę i białe botki – w latach sześćdziesiątych 
podobne nosiły członkinie licealnych druŜyn gimnastycznych. 

– W  salonie  Elizabeth  Arden  uŜywają  malutkich,  niewiele 

większych od noŜyczek do paznokci – powiedziała Cassaundra. 

– Ja uŜywam tych albo brzytwy. 
Cassaundra zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. 
– Zatem niech pani zaczyna. 
Powiedziała to z takim entuzjazmem, jakby miała się właśnie 

poddać  punkcji  kręgosłupa.  I  odczuwała  odpowiedni  do  tego 
zabiegu  strach.  śegnaj  staranna,  fachowo  cieniowana  fryzuro  i 
najnowocześniejsze  odŜywki  u  Elizabeth  Arden.  Cassaundra 
wiedziała,  Ŝe  to  wszystko  jest  konieczne,  ale  równocześnie 
obawiała się, Ŝe posuwa się za daleko. Tę niepewność obudziła 
fryzura Lulu, której włosy nad uszami były krótko wystrzyŜone, 
na  czubku  długie,  uformowane  lakierem  nad  czołem  w 
szokujący, rudy wir. 

– MoŜe  pani  otworzyć  oczy.  Włosy  są  obcięte.  Powinna  się 

pani nauczyć, jak je suszyć i samej modelować. 

Cassaundra  otworzyła  oczy  i  spojrzała  w lustro. Zobaczyła... 

nie, nie swoje obcięte włosy, ale odbitą w lustrze twarz Aggie i 
jej  pełne  przeraŜenia  oczy.  Natomiast  Lulu,  stojąca  tuŜ  za 
plecami  Cassaundry,  patrzyła  z  zadowoleniem,  czekając  na  jej 
reakcję. Jak wampirzyca z podrzędnego filmu, która ma właśnie 
zamiar skosztować krwi, pomyślała Cassaundra. 

Zmusiła  się,  by  spojrzeć  na  siebie  –  jej  twarz  otaczały 

wilgotne  pasma,  przypominające  skręcony  makaron.  Nie  trzeba 
jednak oceniać efektu, zanim włosy nie wyschną. 

– Nigdy... nigdy przedtem nie miałam grzywki – stwierdziła. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 13

 

– Ma pani dobre włosy. Gęste. Zobaczy pani, Ŝe będzie super 

– zapewniła Lulu. 

Wzięła  suszarkę,  przypominającą  pistolet  automatyczny,  i 

włączyła ją. 

– Wymodeluję z jednej strony, a potem pani kolej, dobrze? – 

przekrzykiwała szum silnika. 

Wycelowała 

strumień 

ciepłego 

powietrza 

głowę 

Cassaundry  i  zaczęła  wymachiwać  dziwną  szczotką.  Po  kilku 
minutach  Cassaundra  czuła  się  jak  kobieta  z  reklamy  głowa 
przedzielona pionową kreską na dwie części, jedna połowa pełna 
i  puszysta,  druga  mokra  i  bezkształtna.  Przez  dobrą  chwilę 
uczyła  się  trudnej  sztuki,  polegającej  na  obracaniu  i  kręceniu 
szczotką  trzymaną  w  jednej  ręce,  podczas  gdy  druga  kieruje 
strumieniem  gorącego  powietrza.  Dzięki  wskazówkom  Lulu  jej 
głowa odzyskała w końcu pewną symetrię. 

– Teraz  trochę  pomiędlimy  –  powiedziała  Lulu.  Obficie 

spryskała  czymś  włosy  Cassaundry,  ujęła  w  dłoń  kilka  pasem  i 
ś

ciskała je przez chwilę. Potem energicznie rozprostowała palce. 

Powtarzała  podobne  czynności  w  róŜnych  miejscach  głowy,  do 
chwili gdy włosy zostały dostatecznie pomięte. Potem obejrzała 
wynik. 

– Niezła robota! 
– Fantastycznie,  proszę  pani  –  zawołała  Aggie  szczerze,  ale 

teŜ z pewną ulgą. 

Fantastycznie?  Cassaundra  patrzyła  na  swoje  odbicie  w 

lustrze  i  sama  nie  wiedziała,  co  ma  o  tym  myśleć.  Za  sprawą 
kilku  ciachnięć  noŜycami  i  energicznego  gniecenia  przemieniła 
się z ponętnej syreny w kociaka. 

Wykonała ruch głową do tyłu, potem do przodu i patrzyła na 

swe  włosy,  układające  się  jak  u  czupiradła.  Musi  mieć  trochę 
czasu, Ŝeby przyzwyczaić się do tego, ale nie wyglądała źle – po 
prostu inaczej. I chyba tego właśnie potrzebowała. 

– Dobrze.  Dziękuję  ci,  Lulu.  Jest  znakomicie  –  rzekła.  Lulu 

pojaśniała, słysząc tę pochwałę. 

– Łatwo się pracuje z dobrymi włosami – stwierdziła. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 14

 

– Mówiłam  pani,  Ŝe  Lulu  potrafi  uczesać  kaŜde  włosy  – 

powiedziała Aggie. 

– Istotnie  –  przyznała  Cassaundra.  –  I  proszę  cię,  pamiętaj, 

Ŝ

ebyś nazywała mnie Sandy, gdy pójdziemy dziś na zakupy. 

Wyprawa, którą planowały, miała być maleńkim testem na to, 

czy  projekt  pojawienia  się  publicznie  incognito  ma  jakieś 
szanse.  Cassaundra  nałoŜyła  swoje  jedyne  dŜinsy,  które  miała 
przedtem  na  sobie  tylko  raz,  w  czasie  jakiegoś  przyjęcia 
zorganizowanego  pod  hasłem:  „Świat  Dzikiego  Zachodu”.  Do 
tego  koszulkę  z  napisem:  „Zwalczaj  analfabetyzm”.  Otrzymała 
ją  od  fundacji,  której  ofiarowała  coroczny  datek.  Na  ogół 
przekazywała  takie  ciuchy  komuś  ze  słuŜby,  ale  tę  koszulkę 
dostała  niedawno,  postanowiła  więc  zatrzymać  ją  dla  siebie. 
Obecnie  wydzieliła  sobie  tygodniowo  na  zakup  „roboczego” 
ubrania  niewielką  sumę.  Dwieście  dolarów  to,  jak  sądziła,  po 
prostu  niesamowicie  mało,  ale  Sloan  zapewniał  ją,  Ŝe  niektóre 
kobiety nawet w ciągu roku nie wydają tyle na ubrania. 

Sloan  zwrócił  jej  równieŜ  uwagę  na  to,  Ŝe  będzie  mogła 

zostawić  swą  dawną  bieliznę,  nie  ryzykując,  iŜ  zostanie 
zdemaskowana. 

– Chyba  Ŝe  zdarzy  ci  się  natrafić  na  męŜczyznę,  który  juŜ 

twoją bieliznę zna – dodał. 

Rozśmieszyło  ją  to  przypuszczenie.  Kiedyś  nawiązała  nawet 

romans, ale została dotkliwie zraniona, jej przyjacielowi bardziej 
chodziło o to, by wkraść się w łaski mistrza niŜ jego córki. Nie 
udało  mu  się  ani  jedno,  ani  drugie.  Zrekompensował  to  sobie, 
sprzedając  szczegółową  historię  ich  znajomości  pewnemu 
podrzędnemu  tygodnikowi  w  czasie,  gdy  cała  prasa  zajmowała 
się sensacyjnym morderstwem w ich rodzinie. 

Niegdyś  Cassaundra,  jak  kaŜda  współczesna  księŜniczka, 

marzyła  o  wspaniałym  męŜczyźnie,  który  mógłby  być 
równocześnie  kochankiem  i  przyjacielem,  który  dzieliłby  z  nią 
Ŝ

ycie  i  wzbogacał  je,  który  by  ją  kochał  i  czerpał  pociechę  z 

miłości,  jaką  ona  potrafiłaby  mu  ofiarować.  Teraz  wspominała 
czasami  Geoffa  Ogelthorpe’a  i  uświadamiała  sobie,  jak  naiwne 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 15

 

były  jej  marzenia.  Kobieta  z  jej  środowiska  mogła  co  najwyŜej 
oczekiwać,  Ŝe  spotka  przyzwoitego  męŜczyznę,  który  będzie 
podzielał  jej  zainteresowania,  a  w  kwiaciarni  złoŜy  stałe 
zamówienie  na  dostawę  wysokich  róŜ  z  okazji  jej  urodzin  i  ich 
wspólnych rocznic. 

Namiętność  i  romantyczna  miłość  mieszkały  w  królestwie 

fantazji.  Najlepszym tego dowodem była tragicznie zakończona 
wyprawa ojca w krainę uczuć. 

W  toyocie,  naleŜącej  do  Lulu,  usiadła  na  tylnym  siedzeniu, 

dziewczyny  zaś  z  przodu.  Obwoziły  Cassaundrę  po  tanich 
sklepach, gdzie normalnie robiły zakupy. Radio w samochodzie 
wypluwało  z  siebie  tyle  decybeli  rock  and  rolla,  Ŝe 
uniemoŜliwiało  jakąkolwiek  rozmowę.  Ale  –  rzecz  dziwna  – 
zamiast izolacji czy samotności czuła niezwykłą jedność z tymi 
dwiema  osobami,  jakby  zaproszono  ją  na  spotkanie  tajnego 
stowarzyszenia. 

Kiwała  głową  w  przód  i  w  tył,  a  dotyk  pasm  włosów  na 

skórze sprawiał jej wielką radość. Czy lekki zawrót głowy, jaki 
odczuwała,  zawdzięczała  swej  nowej  fryzurce?  Chyba  nie. 
Przepełniało  ją  nie  znane  przedtem  podniecenie,  wraŜenie,  Ŝe 
jest  o  krok  od  przygody,  oczekiwanie,  Ŝe  coś  niezwykłego  i 
cudownego nie tylko moŜe się zdarzyć, ale na pewno zdarzy się 
za chwilę. 

Oczywiście,  nie  mógł  to  być  Ŝaden  szalony  romans,  ale 

Cassaundra  niemal  wierzyła,  Ŝe  będzie  mogła  się  z  kimś 
umówić.  Nie  do  filharmonii  czy  opery,  nie  na  wernisaŜ  czy  bal 
dobroczynny, ale tam, gdzie chodzą normalni ludzie. 

W  zakamarkach  serca  przechowywała  tajemne  pragnienie: 

jeśli  naprawdę  jej  się  uda,  jeśli  spotka  męŜczyznę,  którego 
polubi,  któremu  zaufa  i  z  którym  będzie  się  dobrze  czuła,  być 
moŜe  jakoś  go  namówi,  by  spełnił  jej  najbardziej  skryte 
marzenie – zabrał do kina na świeŜym powietrzu. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 16

 

ROZDZIAŁ 2 

„Drogi Sloanie! 
Znalazłam  wreszcie  rozsądne  mieszkanie  za  umiarkowaną 

cenę.  Małe,  ale  przyjemne,  a  gospodyni  –  sympatyczna.  Muszę 
postarać  się  jak  najszybciej  o  jakieś  meble.  Na  razie  siedzę  na 
podłodze  jak  Indianka,  a  sypiam  na  zwijanym  materacu,  który 
jest tylko trochę lepszy od posłania z gwoździ. 

Kupiłam  sobie  rondel  i  teraz  mój  kulinarny  repertuar 

powiększył  się  o  zupy  z  puszek.  (Sałatki  z  serem  i  krakersy 
szybko mi się znudziły.) W sklepie, gdzie zwykle robię zakupy, 
nabyłam dwa komplety nakryć stołowych. Za kaŜdym razem, po 
wydaniu  pewnej  sumy  pieniędzy,  dostaję  nakrycie  jako  premię, 
tak Ŝe po pewnym czasie zgromadzę kilka dalszych kompletów. 

Tyle  się  mówi  o  bezrobociu,  więc  myślałam,  Ŝe  trudno  mi 

będzie znaleźć pracę – nie mam przecieŜ Ŝadnych referencji i nie 
mogę  się  powołać  na  swoje  wykształcenie.  Ale  poszłam  do 
niewielkiego  baru  i  zostałam  od  razu  przyjęta.  Carol,  szefowa, 
która  jest  mniej  więcej  w  moim  wieku,  pokazała  mi,  co  naleŜy 
robić, i w poniedziałek rano juŜ pracowałam. 

Uściski. Cassaundra” 
 
– Sandy, czy juŜ się urządziłaś? – zapytała Cassaundrę leŜącą 

przy domowym basenie jej gospodyni, Boranie Simpson. 

Cassaundra postanowiła przybrać panieńskie nazwisko swojej 

maki,  zaś  imię  było  zdrobnieniem  jej  własnego.  KaŜdemu 
przedstawiała się teraz jako Sandy Grand. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 17

 

– Wszystko  rozpakowałam  –  odparła  Cassaundra.  Nie 

przywiozłam  ze  sobą  zbyt  wielu  rzeczy.  Czy  mogłaby  mi  pani 
polecić jakiś niedrogi sklep meblowy? 

Boranie,  energiczna,  ruda,  ponad  czterdziestoletnia  kobieta, 

natychmiast wykazała zainteresowanie. 

– Jakie meble są ci potrzebne? 
– Wszystkie. Nie mam nic. 
– To  gorzej.  Ale  posłuchaj,  mój  syn  oŜenił  się  w  zeszłym 

roku  i  rozmontowałam  jego  łóŜko  wodne.  MoŜesz  je  sobie 
wziąć, jeśli nie zapadasz zbyt łatwo na chorobę morską. 

– ŁóŜko wodne? – spytała sceptycznie, ale pomysł w zasadzie 

wydał się całkiem niezły. 

– To lepsze niŜ spanie na podłodze – stwierdziła Boranie. – A 

kiedy się juŜ człowiek przyzwyczai, jest dość wygodnie. 

– Na  moim  jachcie  choroba  morska  nigdy  nie  stanowiła  dla 

mnie  problemu  –  zaŜartowała  sobie  z  uśmiechem.  Następny 
ranek przyniósł rutynowe obowiązki w barku. 

Cassaundra  pogrąŜyła  się  w  nich  niczym  dziecko,  któremu 

pozwalają  bawić  się  na  terenie  pełnym  cudownych  urządzeń. 
Skomputeryzowana  kasa  sumowała  zakupy,  obliczała  podatek  i 
podawała, ile reszty naleŜy wypłacić klientowi. Lśniąca, stalowa 
maszyna  na  rozkaz  wydawała  mroŜony  jogurt.  W  stojących 
szeregiem  szklanych  pojemnikach  mieniły  się  wszystkimi 
kolorami tęczy dodatki i polewy do roŜków lodowych i melb. 

Urządzenia  kuchenne  wymagały  więcej  uwagi  i  fachowości. 

Cassaundra  musiała  nauczyć  się,  w  jakich  proporcjach  dawać 
olej  i  ziarno  do  maszyny  wytwarzającej  praŜoną  kukurydzę. 
Wyrobiła  sobie  zwyczaj,  Ŝeby  cały  czas  obserwować  opiekane 
na hot dogi parówki. Te akurat umiejętności zdobyła dość łatwo. 
Waflownica ciągle jednak budziła respekt. 

Okrągła 

waflownica 

pytała 

podstępnie: 

„Czy 

mam 

odpowiednią temperaturę? Czy wiesz, ile ciasta naleŜy we mnie 
wlać?  Czy  będziesz  wiedziała,  kiedy  mnie  otworzyć,  Ŝeby 
wafelek się nie spalił?” Cassaundra nigdy w Ŝyciu nie gotowała i 
rozpoznanie właściwego momentu, w którym naleŜy wlać ciasto 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 18

 

na rozgrzany ruszt – odpowiednią ilość ciasta! – a potem ocena, 
czy  wafel  jest  naleŜycie  upieczony,  wydawało  się  zadaniem 
tajemniczym i wymagającym sporej intuicji. 

– Załapiesz  to  –  zapewniła  ją  Carol  i  Cassaundra  uwierzyła, 

Ŝ

e  poradzi  sobie  z  produkcją  wafelkowych  roŜków.  W  nowej 

pracy  czynności  powtarzały  się,  ale  moŜliwość  obserwowania 
ludzi  z  nawiązką  wynagradzała  tę  monotonię.  Dla  zabawy 
Cassaundra  próbowała  przewidzieć,  jakie  zamówienie  złoŜy 
dany  klient,  i  zafascynowana  przyglądała  się  przeróŜnym 
sposobom  podejmowania  decyzji.  Niektórzy  ludzie  wiedzieli, 
czego chcą, i zamawiali to zupełnie normalnie. Inni wypytywali 
o  wszystkie  moŜliwości,  starannie  je  oceniali,  a  potem 
oznajmiali  swoją  decyzję  tak,  jakby  miała  ona  wpływ  na  losy 
całego  świata.  Istnieli  teŜ  niezdecydowani,  którym  trudno  było 
wybrać  odpowiedni  smak  i  ciągle  się  obawiali,  Ŝe  jeśli 
cokolwiek wybiorą, to i tak mogliby wybrać lepiej. 

Do  zamknięcia  barku  zostało  pół  godziny,  gdy  Cassaundra 

zwróciła  uwagę  na  pewnego  męŜczyznę,  trzeciego  w  kolejce. 
Miał  na  sobie  spodnie  od  garnituru,  sportową  koszulę  i  krawat. 
Krzywo  zawiązany.  Ostatni  guzik  koszuli  był  rozpięty.  Na 
głowie  kłębiła  się  bujna  ciemnoblond  czupryna,  sugerująca,  Ŝe 
jej  właściciel  nigdy  nie  zdoła  dostosować  swej  fryzury  do 
kaprysów  aktualnej  mody.  Wyglądał  na  osobnika  lekko 
niedbałego, misiowatego, a przy tym szalenie męskiego. 

To  na  pewno  typ  niezdecydowanego  wybieracza,  pomyślała. 

Ale  z  drugiej  strony,  choć  sprawiał  wraŜenie  niecierpliwego 
chłopca,  mógł  okazać  się  jednym  z  tych,  którzy  doskonale 
wiedzą,  czego  chcą.  Nie  wyglądał  na  kogoś,  kto  wykazuje 
choćby  najmniejsze  niezdecydowanie  w  jakiejkolwiek  sprawie, 
zwłaszcza w tak błahej, jak wybór jogurtu. 

Mała  dziewczynka  w  kolejce  przed  nim  kaprysiła  i 

Cassaundra  obserwowała,  jak  misiowaty  traci  najwyraźniej 
cierpliwość.  Dziecko  przeŜywało  męki,  wahając  się  między 
jogurtem 

czekoladowym 

waniliowym, 

przybranym 

ciasteczkiem lub owocami, w wafelku albo w cukrowym roŜku. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 19

 

Wreszcie podjęła decyzję i wzięła podany jej roŜek. 

Misiowaty podszedł do lady. 
– Czy jest Carol? 
– Carol ma dziś wolne – odpowiedziała. 
MęŜczyzna  zmarszczył  brwi  i  popatrzył  na  młodą  kobietę 

przenikliwie, acz beznamiętnie. 

– Wygląda  pani  na  rozsądną  osobę  –  stwierdził.  Serdeczne 

dzięki, pomyślała, ale nie odpowiedziała na tę idiotyczną uwagę. 

– Niech pani posłucha. Nazywam się Chuck Granger i jestem 

stałym klientem. 

– Więc? – spytała Cassaundra znacząco. 
– Carol mnie zna. 
– Chce pan jogurtu? 
– Jestem w rozpaczliwej... – zaśmiał się miękko. – MoŜe nie 

tyle  rozpaczliwej,  raczej  zabawnej...  ale  byłoby  bardziej 
zabawne,  gdyby  Carol  tu  była.  Wie  pani,  jestem  śmiertelnie 
głodny.  Pracowałem  cały  czas  i  nawet  nie  zjadłem  lunchu. 
Zresztą  niewaŜne.  Za  godzinę  mam  spotkanie  w  odległej 
dzielnicy i postanowiłem wstąpić tu na hot doga. 

– Normalny  czy  ekstra?  –  zapytała.  Jak  na  szaleńca  miał 

piękne, piwne oczy. 

– Ekstra  –  odparł.  –  Miałem  zamiar  wziąć  trochę  gotówki  z 

automatu  w  supermarkecie  obok,  ale  okazał  się  popsuty,  więc 
mam tylko dwanaście centów. 

– Hot  dog  kosztuje  dolara  siedemdziesiąt  pięć  centów  – 

oświadczyła. – Mamy jednak specjalny zestaw: ekstra hot dog i 
mała cola za dwa dolary. 

– JuŜ  pani  mówiłem,  Ŝe  mam  przy  duszy  tylko  dwanaście 

centów. 

Nie wyglądał na śmiertelnie głodnego. Jego ogorzałe policzki 

nie były zapadnięte, jasnych oczu nie zasnuwała mgła. 

– To  wystarczy  na  dwa  centymetry  hot  doga  i  na 

pięćdziesiątkę coli – wyjaśniła Cassaundra. 

– Myślałem, Ŝe skoro jestem stałym klientem... 
– Nigdy tu pana przedtem nie widziałam. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 20

 

– W  ostatnim  tygodniu  byłem  zawalony  pracą.  Czy  nie 

mogłaby pani wziąć mojego nazwiska, adresu i telefonu... 

– Czy  to  próba  wyłudzenia?  –  spytała  Cassaundra, 

zadowolona z rysującej się okazji. 

– Nie – odparł z nutką oburzenia. WłoŜył ręce do kieszeni. – 

Nie  mówmy  o  tym.  Zjem  coś  po  spotkaniu.  PrzecieŜ  nie 
wszystkie bankomaty w tym mieście są popsute. 

Niezłe 

przedstawienie, 

pomyślała 

Cassaundra. 

odpowiednich proporcjach oburzenie i pokora. 

– Musztarda  i  przyprawy?  –  zapytała,  sięgając  po  bułeczkę 

przypieczoną na ruszcie. 

– Musztarda. Bez przypraw. 
Na twarzy Chucka Grangera pojawił się uśmiech, zbyt szybki 

i  odrobinę  zbyt  pewny  siebie.  Cassaundra  wiedziała,  Ŝe  została 
naciągnięta, ale nic sobie z tego nie robiła. To był miły uśmiech. 

Granger  pisał  coś  w  swym  notesie,  gdy  postawiła  przed  nim 

na ladzie hot doga i napój z dystrybutora. Skończył pisać, wydarł 
kartkę z notesu i wręczył ją. 

– Co to takiego? – zapytała. 
– Moje pokwitowanie, oczywiście. 
Istotnie.  Na  karteczce  było  napisane:  „Jestem  winien  dwa 

dolary”, i podpis. 

– Co mam z tym zrobić? 
– To  mój  zastaw  –  odparł.  –  Niech  go  pani  trzyma.  Jeśli  do 

końca  tygodnia  nie  zwrócę  dwóch  dolarów,  moŜe  pani  nająć 
jakiegoś osiłka, Ŝeby mnie obił. 

– Jak pana znajdę? 
– Pracuję  w  miejscowej  gazecie.  –  Wyjął  z  tylnej  kieszeni 

spodni portfel i wyciągnął wizytówkę. – Tu jest mój bezpośredni 
telefon.  Muszę  juŜ  iść.  Naprawdę  mam  spotkanie.  Dziękuję... 
Jak pani na imię? 

– Sandy. 
– Sandy.  Bardzo  ładnie.  Jeszcze  raz  dziękuję.  Muszę  lecieć. 

Przyjdę znowu jutro. 

Cassaundra spojrzała na wizytówkę: 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 21

 

Charles E. Granger. Dziennikarz. „Orlando Sentinel” 
Do diabła! CzyŜby juŜ ją odkryli? 
Nie,  niemoŜliwe.  To  za  szybko.  Tym  bardziej  Ŝe  to  lokalna 

gazeta,  pomyślała  Sandy.  Bardziej  prawdopodobne,  Ŝe  na  jej 
trop  wpadłby  jakiś  brukowy  dziennik  albo  któraś  z  agencji 
prasowych.  Gdyby  ten  człowiek  szukał  tematu  do  artykułu, 
przedstawiłby  się  jej  i  przyznał,  Ŝe  ją  rozpoznaje,  albo  w  ogóle 
nie  mówił,  gdzie  pracuje,  dopóki  nie  upewniłby  się  co  do  jej 
toŜsamości. 

Cassaundra  poczuła  ulgę,  gdy  zadzwoniła  Carol,  by 

dowiedzieć  się,  jak  idzie  w  barze.  Mogła  skorzystać  z  okazji  i 
wypytać ją o tego wygłodniałego faceta. 

– Wszystko  w  porządku  –  zapewniła  Cassaundra  szefową.  – 

Nie spalił się popcorn ani nie zacięła maszyna do jogurtu. Aha, 
po południu wpadł tu twój przyjaciel. 

– Mój przyjaciel? 
– Tak twierdził. Nazywa się Chuck Granger. 
– Chuck?  –  Carol  zastanawiała  się  przez  chwilę.  –  Taki 

postawny, kręcone ciemne włosy? 

– Tak... chyba tak – odrzekła Cassaundra. Musi przyjrzeć się 

mu, gdy facet pojawi się tu powtórnie. Jeśli w ogóle się pojawi. 

– Ho,  ho,  ho!  Pytał  o  mnie?  Po  imieniu?  Będę  miała  dzisiaj 

przyjemne sny. 

– Znasz go? 
– Czy go znam? Tego przystojniaczka? Od pół roku czekam, 

Ŝ

eby się ze mną umówił. 

Cassaundra  odetchnęła  z  ulgą.  Więc  to  był  przypadek. 

Zaczyna chyba cierpieć na manię prześladowczą. 

Chuck  wcale  nie  miał  wyrzutów  sumienia,  Ŝe  wziął  sobie 

wolne  popołudnie.  NaleŜało  mu  się  co  najmniej  pół  dnia  po 
ostatnich intensywnych dwóch tygodniach. 

Dobrze  było  powrócić  do  dŜinsów  i  swetra.  Gdyby  jeszcze 

godzinę dłuŜej nosił krawat, na pewno by się udusił. 

Wsiadł  do  samochodu  i  przebiegł  w  myślach  miejsca,  które 

musi odwiedzić. Sklep ze sprzętem biurowym, pralnia, poczta.:. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 22

 

I  fryzjer.  Jeśli  nie  obetnie  włosów,  szefostwo  będzie  na  niego 
wściekłe  za  ten  niestosowny  dla  dziennikarza  wygląd.  Całe 
szczęście, Ŝe po drodze do domu zaszedł do banku. 

Na  końcu  wstąpi  do  barku,  by  spłacić  dług.  Uśmiechnął  się 

na  myśl  o  tym.  Sandy.  JakieŜ  ona  ma  oczy!  A  jaka  zadziorna! 
Przez  chwilę  rzeczywiście  gotów  był  uwierzyć,  Ŝe  nie  da  mu 
tego hot doga. Nie miał pretensji – musiała uwaŜać go za lekko 
stukniętego albo za włóczęgę. 

Ostrzegawczo 

zamigał 

wskaźnik 

poziomu 

paliwa 

przypominając mu, Ŝe gdzieś po drodze musi zajechać na stację 
benzynową.  Powinien  być  wdzięczny  za  to,  Ŝe  urzędnicy  nie 
pracują  w  weekendy.  Jeśli  wkrótce  nie  wyjaśnią  się  zarzuty  co 
do nowego stadionu, będzie musiał wynająć jedną z tych agencji 
od  brudnej  roboty,  by  jego  Ŝycie  mogło  się  toczyć  zgodnie  z 
jakimś  rozsądnym  rozkładem.  Co  przypomniało  mu,  Ŝe  w 
przyszłym  tygodniu  ma  spotkanie  kółka  literackiego,  a  nie 
napisał ani jednej linijki od ostatniego zebrania. 

Uszy  do  góry,  staruszku,  pomyślał  filozoficznie.  Weekend 

dopiero  się  zaczyna.  Niczego  nie  planował,  z  wyjątkiem  kilku 
sesji  przy  domowym  komputerze.  Człowiek,  który  nie 
znajdował  czasu  na  tak  przyziemne  czynności,  jak  pójście  do 
banku czy do fryzjera, nie mógł oczekiwać szampańskiego Ŝycia 
towarzyskiego  w  czasie  wolnych  dni.  Kiedy  ostatni  raz  miał 
prawdziwą  randkę?  Zwykle  koledzy  z  pracy  organizowali  jakąś 
imprezę  –  ostatnio  poŜegnanie  Barbary  Dougherty,  która 
opuszczała  dział  miejski  i  przechodziła  na  pełen  etat 
wychowawczyni  swego  dziecka.  Do  diabła,  kiedy  to  było? 
Ponad  miesiąc  temu!  Nic  dziwnego,  Ŝe  czuje  się  trochę 
przygnębiony. 

Wspomniał  ponownie  blondynkę  z  baru  i  pomyślał,  Ŝe  być 

moŜe skończy się na jednej sesji z komputerem, jeśli powiedzie 
się oddanie długu. 

 
Nareszcie  spokój!  I  to  we  właściwym  momencie,  pomyślała 

Cassaundra,  zerkając  na  stelaŜ  z  roŜkami,  w  którym  tkwił 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 23

 

samotny wafel. JuŜ sądziła, Ŝe roŜki się skończą, zanim zrobi się 
na tyle pusto, by mogła nastawić nowy wypiek. Zdobyła pewną 
biegłość  w  produkcji  roŜków,  ale  nadal  było  jej  daleko  do 
perfekcji. Podeszła lękliwie do urządzenia i nacisnęła włącznik. 

Wyjęła  ciasto  z  lodówki  i  zaczęła  je  mieszać,  podczas  gdy 

waflownica  się  nagrzewała.  I  wtedy  do  baru  weszły  dwie 
kobiety,  wlokąc  za  sobą  dzieci.  Śpieszyły  się  i  wolały  wziąć 
roŜki  cukrowe,  niŜ  czekać  na  wafle.  Na  szczęście,  bo 
Cassaundra nie potrzebowała widowni podczas swych zmagań z 
waflownicą. 

Brak  umiejętności  w  jakiejś  dziedzinie  był  dla  Cassaundry 

zupełnie  nowym  doświadczeniem.  Wszystko,  czego  się  do  tej 
pory  uczyła,  czy  to  gry  na  fortepianie,  czy  tańca,  przekazywali 
jej  fachowi  nauczyciele,  którzy  zapewniali,  Ŝe  kluczem  do 
doskonałości  jest  ćwiczenie.  Zgodnie  z  wcześniejszym 
harmonogramem  pokonywała  kolejne  stadia  wtajemniczenia: 
początkująca,  średnio  zaawansowana,  zaawansowana.  I  zawsze 
ją chwalono, gdy osiągała następny poziom. 

Carol po prostu pokazała jej, jak włączyć waflownicę i nalać 

ciasto. Zwinęła kilka roŜków na drewnianej formie i stwierdziła: 

– Nauczysz  się.  Pamiętaj  tylko,  Ŝeby  dobrze  podwinąć  na 

końcu.  Z  roŜka  nic  nie  moŜe  wyciekać.  Ludziom  nie 
przeszkadza,  gdy  wygląda  on  śmiesznie,  ale  okropnie  się 
wściekają, jeśli coś zaczyna z niego kapać. 

Cassaundra potrafiła zrobić zakładkę na spodzie roŜka, ale do 

wypieku  wafli  nadal  podchodziła  z  niejaką  obawą.  Patrzyła 
uparcie  na  rozgrzany  metal  i  nie  potrafiła  ocenić,  czy  jest  juŜ 
dostatecznie  gorący.  Jeszcze  raz  zamieszała  ciasto.  Potem 
powiedziała głośno: 

– Do  odwaŜnych  świat  naleŜy.  –  W  sekundę  później  wlała 

odpowiednią,  jak  jej  się  zdawało,  porcję  ciasta.  Zamykając 
wieko  waflownicy,  oparzyła  sobie  mały  palec.  WłoŜyła  go 
szybko  do  ust,  a  potem  pod  zimną  wodę.  Nagle  przypomniała 
sobie, Ŝe wafle się pieką. Podbiegła do maszyny i otworzyła ją. 
Udały się wspaniale. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 24

 

Ogarnęło  ją  przyjemne  zadowolenie  z  dobrze  wykonanej 

pracy.  Oparzony  palec  –  to  niewielka  cena  za  dreszczyk 
zwycięstwa,  pomyślała,  zdejmując  wafle  z  gorącego  rusztu. 
Podekscytowana  pierwszym  sukcesem,  nalała  drugą  porcję 
ciasta.  Pierwsze  arcydzieło  stygło,  po  osiągnięciu  właściwej 
temperatury moŜna je będzie nawinąć na formę. Drugi roŜek był 
równie  doskonały  jak  pierwszy:  okrągły,  złocistobrązowy. 
Cassaundra upiekła trzeci i czwarty – same znakomitości. 

Pół  tuzina  roŜków  stało  szeregiem  na  stojaku,  jeden  wafel 

stygł,  a  kolejny  był  w  piecyku.  Wtedy  odezwał  się  dzwonek  u 
drzwi,  zapowiadający  wejście  klienta.  Cassaundra  baletowym 
krokiem podeszła do lady. 

– Czym mogę słuŜyć? 
Dwoje nastolatków, w dŜinsach i podkoszulkach z nadrukiem 

jakiegoś  zespołu  rockowego,  zamówiło  jogurt  waniliowy,  a  do 
tego  taki  zestaw  dodatków,  który  mógł  przyprawić  o  mdłości. 
Cassaundra  pokrywała  desery  polewą  wiśniową  i  wręczała  je 
nastolatkom,  gdy  ponownie  zadźwięczał  dzwonek.  Zobaczyła 
męŜczyznę  z  dwiema  dziewczynkami,  a  za  nimi  Chucka 
Grangera. 

Dziewczynki,  obie  ubrane  w  dŜinsowe  kombinezony  i 

róŜowe  bluzeczki,  wyglądały  prześlicznie.  Koniecznie  chciały 
same złoŜyć zamówienie, nie pozwalając ojcu dojść do głosu. 

– Chcę waniliowe z owocami – powiedziała starsza. 
– Ja cekoladowe z ciaskiem – oświadczyła młodsza. 
– Waniliowe lepsze – stwierdziła ze znawstwem starsza. 
– A  ja  chce  cekoladowe  –  pozostała  przy  swoim  zdaniu  jej 

siostra. 

– Lubię  owoce  i  ciasteczka  teŜ  –  starsza  wahała  się  nad 

wyborem dodatków. 

– Ja  tez  lubie  owoce  –  wyznała  młodsza.  –  Chce  ciaska  i 

owoce. 

To podsunęło pomysł starszej. 
– I ja teŜ. 
Ich ojciec spojrzał na Cassaundrę. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 25

 

– Czy to się da zrobić? 
– Pół na pół? Naturalnie. Jogurt waniliowy, czekoladowy czy 

mieszany? 

To  wywołało  dalszą  Ŝywą  dyskusję.  Cassaundra  zerkała  od 

czasu  do  czasu  na  Chucka  i  zauwaŜyła,  Ŝe  przygląda  się  jej  z 
wyrazem rozbawienia. Nie spostrzegła przedtem, Ŝe ma dołeczki 
w  policzkach.  Nadawały  mu  lekko  łobuzerski  wygląd  i 
Cassaundra odruchowo uśmiechnęła się do niego. 

– Chcemy miesany – oznajmiło młodsze dziecko. 
– Proszę,  oto  mieszany  –  powiedziała  Cassaundra.  Właśnie 

skończyła  napełniać  jeden  roŜek  i  pompowała  jogurt  do 
drugiego,  gdy  usłyszała  wypowiedziane  męskim,  donośnym 
głosem  nieparlamentarne  wyraŜenie,  jakiego  nie  powinno  się 
uŜywać w obecności dzieci. 

Odwróciła  się,  mając  zamiar  poprosić,  by  winowajca  albo 

zwracał  uwagę  na  swe  słownictwo,  albo  opuścił  lokal.  I  wtedy 
niemal  wpadła  na  Chucka,  który  przeskakiwał  przez  ladę. 
Równocześnie  zobaczyła  i  poczuła  dym  unoszący  się  znad 
waflownicy.  Zamarła.  A  Chuck  złapał  momentalnie  sznur 
urządzenia  i  wyciągnął  wtyczkę  z  kontaktu.  Potem  sprawnie 
pochwycił  wilgotny  ręcznik  znad  umywalki,  otworzył  paszczę 
waflownicy,  wrzucił  ręcznik  do  środka  i  usunął  się,  by  nie 
dosięgła go gorąca para. Wpadł na Cassaundrę, niemal zwalając 
ją  z  nóg.  Połowa  czekoladowego  roŜka  wylądowała  na  jego 
koszuli. 

– Przepraszam  –  powiedział,  podtrzymując  ją  ramieniem,  by 

nie straciła równowagi. 

Nie  zdąŜyła  odpowiedzieć,  bo  dziewczynki  przytuliły  się  do 

ojca i zaczęły krzyczeć: 

– PoŜar! PoŜar! 
– Nie, nie, wszystko w porządku – uspokajał je Chuck. – Nie 

ma poŜaru, to tylko dym, widzicie? Zobaczcie, wcale się nie pali 
– powtórzył Chuck. 

– No,  widzicie.  Nie  ma  ognia  –  powiedział  ojciec  z  ulgą.  – 

Teraz weźmy nasze desery. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 26

 

Cassaundrze trzęsły się ręce, gdy napełniała nowe roŜki. Nie 

ma ognia. Ale to nie jest jej zasługa. Wielkie dzięki dla Chucka 
Grangera  za  jego  przytomną  reakcję.  Wybaczyła  mu 
wcześniejszą nieelegancką odzywkę. 

– Proszę 

bardzo 

– 

wręczyła 

młodszej 

dziewczynce 

przygotowany deser. 

Ojciec  wyciągnął  portmonetkę,  by  zapłacić,  ale  Cassaundra 

powstrzymała go gestem. 

– To  na  koszt  firmy.  Przykro  mi,  Ŝe  dziewczynki  się 

przestraszyły. 

MęŜczyzna  podziękował,  kazał  podziękować  córeczkom  i 

ruszył  do  wyjścia  z  widoczną  ulgą.  Cassaundra  westchnęła  ze 
znuŜeniem. 

– Czy  masz  inną  ścierkę?  –  spytał  Chuck.  Cassaundra 

patrzyła  na  niego  nie  rozumiejąc.  –  Ścierkę.  Czy  masz  inną 
ś

cierkę,  którą  mógłbym  wytrzeć  jogurt  z  koszuli?  Jest  zimny  i 

mam wraŜenie, Ŝe wszystko się lepi. 

– Ach, oczywiście – odparła, jakby budząc się ze snu. Wzięła 

z  magazynu  czysty  ręcznik,  wetknęła  go  pod  kran,  wyŜęła  i 
zaczęła czyścić przód koszuli Chucka. 

– Czy po czekoladzie zostają plamy? – zapytała, przyglądając 

się  z  niesmakiem  brązowemu  kleksowi  na  jasnoniebieskiej 
koszuli. 

– Chyba tak – odparł. 
Była ładna, taka jak ją zapamiętał. Nawet jeszcze ładniejsza, 

gdy  tak  stała  obok,  usiłując  wywabić  plamę  z  jego  ubrania. 
Wyglądała, jakby cały świat walił się wokół niej. 

– Przykro mi z powodu koszuli – powiedziała. – Gdybyś nie 

zadziałał tak błyskawicznie, powstałby prawdziwy poŜar. 

– Więcej 

dymu, 

ale 

prawdopodobnie 

nie 

poŜar. 

ZauwaŜyłabyś dym i zrobiła to samo co ja. 

Cassaundra  miała  co  do  tego  wątpliwości.  Zdawała  sobie 

doskonale  sprawę,  Ŝe  w  krytycznym  momencie  stała  jak 
sparaliŜowana. Nie spisała się. 

– Niczego  nie  zauwaŜyłam.  W  porę  spostrzegłeś  dym  i 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 27

 

wspaniale zareagowałeś. Dziękuję. 

„Wspaniale”,  powtórzył  w  myślach  Chuck.  Mów  tak  dalej, 

Złotowłosa. 

– Zwykły odruch – rzekł, wzruszając obojętnie ramionami. 
– Przykro  mi  z  powodu  koszuli  –  powtórzyła  Cassaundra, 

nieświadoma,  Ŝe  rękę,  w  której  trzyma  ścierkę,  oparła  na  torsie 
męŜczyzny. – MoŜe mogłabym ci to jakoś wynagrodzić? Oddać 
równowartość? 

– Mogłabyś to wynagrodzić – odparł powoli, a na jego twarzy 

pojawił  się  uśmiech  poŜeracza  damskich  serc.  Dotyk  jej  dłoni 
był bardzo obiecujący. 

– Musisz  mi  powiedzieć,  ile  kosztują  koszule.  Nie 

kupowałam ich ostatnio. 

Jej ojciec nosił koszule szyte przez krawca, który przychodził 

do domu. 

– Nie  miałem  na  myśli  pieniędzy  –  zaśmiał  się  miękko.  –  A 

co sądzisz o kolacji? 

– Chcesz jeszcze jednego hot doga? 
– Nie, Złotowłosa. Nie chcę hot doga. Chcę ciebie. Chciałem 

powiedzieć... chcę cię zaprosić na obiad. 

No, 

proszę, 

freudowskie 

przejęzyczenie, 

pomyślał. 

Cassaundra  nie  mogła  uwierzyć  własnym  uszom.  Chuck 
najwyraźniej  ją  podrywał  i  chciał  się  z  nią  umówić.  I  miał 
wspaniały  tors,  szeroki i muskularny. Gwałtownie cofnęła rękę. 
Nic dziwnego, Ŝe Chuck zachowywał się aŜ tak poufale. 

– No i jak? – zapytał. 
Miał piwne oczy, okolone gęstymi, czarnymi rzęsami. Patrzył 

na nią gorącym wzrokiem i Cassaundra czuła się, jakby kusił ją 
sam diabeł. 

To  dziennikarz,  przywołała  się  do  porządku.  I  postanowiła 

odmówić. 

– Niestety, mam inne plany na wieczór. 
– A moŜe jutro – nalegał. – Pracujesz cały dzień? 
– Na jutro mam równieŜ plany. 
– Mycie  włosów?  –  Podejrzliwie  zmarszczył  brwi.  –  Czy 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 28

 

karmienie złotych rybek? 

– Naprawdę mam coś w planie – odparła. – Chcę porozglądać 

się za uŜywanymi meblami. 

– Mogę cię poobwozić – zaproponował z nadzieją w głosie. – 

A potem wpadniemy gdzieś na skromną kolację. 

Dzwonek-wybawca!  –  pomyślała  z  ulgą  Cassaundra,  gdy  do 

sklepu wszedł nowy klient. 

– Chyba  nie  powinieneś  stać  za  ladą  –  powiedziała  dobitnie 

do Chucka. 

– Myślę, Ŝe w awaryjnych sytuacjach moŜna te reguły nagiąć. 
– Awaryjna sytuacja to juŜ historia – odparła i przeszła obok 

niego, by obsłuŜyć klienta. 

Nawet się nie ruszył. Obserwował kobietę z zupełnie nowego 

punktu  widzenia  i  stwierdził,  Ŝe  widok  jest  bardzo  przyjemny. 
SłuŜbowy  fartuszek  trudno  by  nazwać  arcydziełem  sztuki 
krawieckiej,  ale  szlachetne  linie  dŜersejowej  sukienki  nie 
zdołały  ukryć  faktu,  iŜ  ciało  dziewczyny  miało  wypukłości 
wszędzie  tam,  gdzie  trzeba.  Nogi,  których  przedtem,  z  drugiej 
strony  lady,  nie  widział,  były  ładne,  smukłe,  o  wyrobionych 
łydkach, świadczących o tym, Ŝe ich właścicielka uprawia jakąś 
dyscyplinę sportu. MoŜe biegi? Uświadomił sobie, Ŝe niczego o 
niej nie wie. Jedynie to, Ŝe jest miła i zgrabna. 

Ale  przecieŜ  dopóki  chodziło  o  niezobowiązujący  flirt,  to 

„miła i zgrabna” całkowicie wystarczało. 

Klienci  przychodzili  i  odchodzili,  a  potem  barek  opustoszał. 

Cassaundra odwróciła się i popatrzyła gniewnie. 

– Nadal tu jesteś? 
Doskonale  wiedziała,  Ŝe  jest.  Robił  na  niej  zbyt  duŜe 

wraŜenie,  by  choć  przez  chwilę  mogła  zapomnieć  o  jego 
obecności. 

– Jeszcze niczego nie ustaliliśmy. 
– Mówiłam juŜ, Ŝe zapłacę za koszulę, tylko powiedz, ile. 
– A  ja  mówiłem,  Ŝe  jutro  będę  ci  słuŜyć  za szofera, a potem 

pójdziemy na kolację. 

Słowo  „szofer”  podziałało  Cassaundrze  na  nerwy,  juŜ  i  tak 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 29

 

nadszarpnięte. 

– Nie  zaleŜy  mi  na  tym,  by  mnie  woŜono  –  powiedziała 

tonem osoby kończącej rozmowę. – Dziękuję. 

Jednak Chuck nie dał się tak łatwo zbyć. 
– No,  dobrze.  Ze  mną  jak  z  dzieckiem.  Ty  prowadzisz,  ja 

pilotuję. I skoro juŜ wszystko ustaliliśmy, zobaczmy, czy da się 
zeskrobać ten przypalony wafel. 

– Nie musisz... 
– Byłem  kiedyś  instruktorem  gospodarstwa  domowego. 

Skończmy, co zaczęliśmy. 

– Ale... 
– Nie  niszcz  moich  dobrych  nawyków  –  powiedział, 

przeciskając  się  obok  niej  ku  waflownicy.  –  Kiedyś  byłem 
równieŜ  skautem  i  kaŜdego  dnia  musieliśmy  zrobić  dobry 
uczynek,  bo  inaczej  tajemniczy  ktoś  zakradał  się  ciemną nocą i 
odbierał nam odznaki sprawności. 

Cassaundra  pominęła  milczeniem  fakt,  Ŝe  Chuck  ma  juŜ  na 

swym koncie dobry uczynek – ugaszenie poŜaru, i pozwoliła, by 
zeskrobał czarne paskudztwo przylepione do metalowego rusztu. 

– Czy jest popsuta? – zapytała. 
– Waflownica? Nie sądzę. Dokładnie wszystko wyskrobiemy, 

potem  polejemy  odrobiną  oleju  i  będzie  jak  nowa.  Jeszcze 
dziesięć minut i moŜemy włączyć ją na próbę. 

Patrzył z uśmiechem na zatroskaną twarz młodej kobiety i nie 

mógł powstrzymać się od ironicznej uwagi: 

– Nie  przejmuj  się,  Złotowłosa.  Będę  stał  obok  z  wiadrem 

wody, gdy będziesz włączała to urządzenie. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 30

 

ROZDZIAŁ 3 

„Drogi Sloanie! 
Jeśli  nie  liczyć  tego,  Ŝe  omal  nie  wybuchł  poŜar,  w  moim 

barku  mlecznym  wszystko  idzie  doskonale.  Kryzys  został 
zaŜegnany  przez  pewnego  męŜczyznę,  niegdysiejszego  skauta, 
który  naciągnął  mnie  na  hot  doga.  Dzisiaj  będziemy  objeŜdŜać 
garaŜe w poszukiwaniu starych mebli: ja prowadzę, on pilotuje. 
Moja  gospodyni  wpadła  na  pomysł,  Ŝebym  porozglądała  się  po 
wyprzedaŜach.  Czy  wspominałam  ci,  Ŝe  podarowała  mi  wodny 
materac  i  komplet  pościeli?  Ostatniej  nocy  śniło  mi  się,  Ŝe 
jestem  przykuta  łańcuchami  na  egipskiej  galerze.  Na  szczęście 
Prawdziwy  MęŜczyzna  (jak  nazywam  w  myślach  mojego 
hotdogowego bohatera) wleciał na chwilę do tego samego snu i 
wyzwolił  mnie,  zanim  padłam  z  wycieńczenia.  Ale  nie,  to  nie 
nadaje się do mojego dziennika. 

Uściski. Cassaundra” 
Cassaundra bez wahania potrafiła wybrać odpowiedni strój na 

premierę do opery, ale na objazd garaŜy? To tak odbiegało od jej 
dotychczasowych  doświadczeń,  Ŝe  ubierała  się,  rozbierała, 
znowu ubierała, zanim postanowiła nałoŜyć szorty koloru khaki 
i koszulę w stylu safari. MoŜe nie miała to być wielka wyprawa, 
ale  z  punktu  widzenia  Cassaundry  przedzieranie  się  przez  stare 
meble  w  poszukiwaniu  czegoś  przydatnego  związane  było  z 
takim  samym  ryzykiem,  jak  przyglądanie  się  z  bliska  rogowi 
szarŜującego nosoroŜca. 

Jak  kaŜdy  szanujący  się  skaut  Chuck  przybył  punktualnie. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 31

 

Gdy  zadźwięczał  dzwonek  u  drzwi,  Cassaundra  przez  krótką 
chwilę  była  zdezorientowana.  Bardzo  rzadko  zdarzało  jej  się 
otwierać  drzwi  samej,  nie  korzystając  z  pośrednictwa  słuŜby, 
która  na  ogół  w  jej  imieniu  witała  gości.  A  tym  bardziej  nigdy 
nie otwierała drzwi męŜczyźnie, z którym szła na randkę. Czy w 
ogóle kiedykolwiek miała randkę? Owszem, „towarzyszono jej”. 
Pamięta  wyraźnie  głos  ojca:  „Załatwiłem  z  synem  Johna 
Sebastiana, Ŝe będzie ci towarzyszył”. 

Właściwy  syn  właściwej  osoby.  Albo  bratanek.  Albo  jakiś 

kuzyn  z  baltimorskiej,  bostońskiej  czy  filadelfijskiej  linii 
odpowiedniej  rodziny.  Odsunęła  wspomnienia,  wzięła  się  w 
garść i otworzyła drzwi. 

– Witaj!  –  pozdrowił  ją  z  szerokim,  wylewnym  i  szczerym 

uśmiechem. 

Cassaundra  stwierdziła,  Ŝe  otwieranie  drzwi  męŜczyźnie,  z 

którym  wychodzi  się  na  randkę,  jest  całkiem  proste:  naleŜy  się 
po  prostu  uśmiechnąć,  odpowiedzieć  „cześć”  i  nie  pokazywać, 
Ŝ

e zwykły, prawdziwie męski uśmiech moŜe zbić z pantałyku. 

Chuck wszedł do mieszkania i rozejrzał się z ciekawością po 

pustym salonie. 

– Przeprowadziłaś się dopiero? 
Cassaundra kiwnęła głową. 
– Rozumiesz  teraz,  dlaczego  muszę  poszukać  mebli.  – 

Wzięła  torebkę  i  zwiniętą  gazetę  z  bufetu,  który  oddzielał 
malutką  kuchnię  od  aneksu  jadalnianego.  –  Zaznaczyłam 
ogłoszenia o sprzedaŜy uŜywanych mebli. 

– MoŜe weźmiemy mój samochód? – zaproponował Chuck. – 

Ja będę prowadzić, ty pilotować. Mam dokładny plan. 

– O,  nie  –  zaprotestowała  Cassaundra.  –  Jedziemy  po  meble 

dla  mnie,  więc  ja  płacę  za  benzynę.  A  poza  tym  muszę  lepiej 
poznać okolicę. Mógłbyś pokazać mi jakieś skróty. 

Nie  chodziło  jej  o  skróty.  RównieŜ  to,  Ŝe  na  przednim 

siedzeniu  miała  obok  siebie  pasaŜera,  nie  dodawało  odwagi  – 
dotychczas  jedynym  pasaŜerem,  jakiego  woziła,  był  jej  szofer, 
który  uczył  ją  prowadzenia  samochodu,  i  egzaminator,  gdy 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 32

 

zdawała  na  prawo  jazdy.  Ale  wolała  prowadzić,  niŜ  przyznać 
się, Ŝe nie potrafi pilotować, korzystając z planu miasta. 

Sądziła,  Ŝe  zna  się  na  mapie.  Wiedziała,  oczywiście,  Ŝe 

północ  jest zawsze na górze, a linia wschód-zachód prowadzi z 
prawa  na  lewo.  Gdy  jechała  samochodem  z  Nowego  Jorku, 
szybko przekonała się na własnej skórze, Ŝe jednak czym innym 
jest  umiejętność  odszukania  miasta  na  mapie,  a  zupełnie  czym 
innym  znalezienie  właściwej  drogi.  Teraz  wolała  uniknąć 
sytuacji,  gdy  na  skutek  jej  pilotaŜu  pojechaliby  na  pchli  targ  w 
Orlando przez Waycross w Georgii. 

Chuck wsiadł do jej forda tempo na miejsce pasaŜera i kolana 

znalazły  mu  się  prawie  pod  brodą.  Zapiął  pas  i  wziął  do  ręki 
gazetę z ogłoszeniami. 

– W rejonie Lake Conway kilka osób sprzedaje starocie. 
Cassaundra,  włączając  stacyjkę,  popatrzyła  na  niego  takim 

wzrokiem, jakby nie rozumiała. 

– Jesteś  tu  chyba  od  niedawna  –  powiedział  uprzejmie.  – 

WyjeŜdŜając z parkingu, skręć na prawo. Skąd przyjechałaś? 

– Z Nowego Jorku – odpowiedziała. Niczym nie ryzykowała. 

Nowy Jork był duŜym miastem. 

– Z tego molocha?! A więc o jeden raz za duŜo obrabowano 

cię  w  metrze,  czy  teŜ  moŜe  dokuczyły  ci  te  północne  zimy?  – 
Podniósł na nią wzrok znad mapy. – A moŜe masz tu rodzinę? 

– Nie  mam  Ŝadnej  rodziny  –  odparła,  starając  się,  by  nie 

zabrzmiało to smutno. Nie pozostał jej nikt bliski. Jedynie słaba 
pociecha,  Ŝe  pochodzi  z  dobrej  rodziny.  Bogatej  z  dziada 
pradziada.  –  Po  prostu  stwierdziłam,  Ŝe  potrzeba  mi  w  Ŝyciu 
trochę słońca. 

– Ale dlaczego wybrałaś Orlando? 
Był  za  bardzo  dociekliwy  i  Cassaundra  zaczęła  się 

denerwować. 

– A czemu nie? Mogę wpadać do Disneylandu. 
Chuck 

popatrzył 

na 

mapę, 

potem 

powiedział 

bezceremonialnie: 

– Chyba mi nie powiesz, Ŝe nigdy nie byłaś w Disneylandzie? 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 33

 

– W dzieciństwie – odrzekła i z ulgą porzuciła ten temat, gdy 

Chuck  powiedział  jej,  Ŝe  musi  skręcić  w  prawo  przy 
najbliŜszych światłach, a potem uwaŜać na jakąś ulicę. 

Na  pierwszym  postoju  udało  im  się  kupić  lampę  stołową, 

która  wymagała  oczyszczenia,  wypolerowania  i  nowego 
abaŜuru.  Chuck  fachowym  okiem  sprawdził  sznur  i  wtyczkę, 
stwierdził,  Ŝe  są  dobre,  i  pomógł  Cassaundrze  utargować  pięć 
dolarów.  To  był  jedyny  szczęśliwy  zakup,  jakiego  zdołali 
dokonać. 

– Słuchaj  –  powiedział  Chuck  do  Cassaundry,  gdy 

zrezygnowani  wrócili  do  samochodu  –  jeśli  masz  zamiar 
naprawdę coś kupić, lepiej, Ŝebyś wybrała się w piątek. 

– W następnym tygodniu? – spytała smętnie. 
– Moja  koleŜanka  z  redakcji  ma  prawdziwego  bzika  na 

punkcie  zakupów  –  powiedział  Chuck.  –  Zadzwonię  do  niej  i 
zapytam,  czy  nie  wie  o  jakimś  miejscu,  gdzie  moŜna  by 
niedrogo  kupić  uŜywane  meble.  Sprawdzenie  nic  nas  nie 
kosztuje – dodał, gdy Cassaundra się wahała. 

Chuck najwyraźniej nigdy się nie poddawał. 
Szukali  budki  telefonicznej  i  zabrnęli  w  krętą  drogę, 

przebiegającą brzegiem jeziora. 

– Piękne jezioro – zauwaŜyła Cassaundra. 
– Aha! – potwierdził Chuck. – Jeśli wygram na loterii, kupię 

sobie teren nad jeziorem. 

– Takim jak to? 
– Tak ładnym jak to, ale bardziej oddalonym od miasta. Będę 

miał  kawałek  brzegu,  przystań  na  tyłach  domu,  drewnianą  łódź 
rybacką  i  łódź  wiosłową,  na  której  będę  mógł  się  wyciągnąć  i 
nic nie robić. 

– Liczysz na wygraną, Ŝeby sobie to wszystko kupić? 
– Raz  w  tygodniu  kupuję  los  i  mam  jedną  na  trzynaście 

milionów  szansę,  Ŝe  wygram.  Pomarzyć  zawsze  moŜna, 
prawda? 

– Owszem – przyznała Cassaundra w zadumie, nieco mocniej 

ś

ciskając kierownicę. – Myślę, Ŝe to wspaniałe mieć marzenia. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 34

 

– A ty o czym marzysz, Złotowłosa? 
Co by powiedział, gdyby mu oświadczyła, Ŝe spełnieniem jej 

marzeń jest jazda krętą drogą z męŜczyzną, który mówi do niej: 
„Złotowłosa”? Na chwilę oderwała wzrok od szosy i łobuzersko 
się do niego uśmiechnęła. 

– O znalezieniu jakichś mebli jeszcze w tym tygodniu. 
– To  zbyt  przyziemne  jak  na  marzenie  –  odparł.  –  Kupisz  te 

meble wcześniej czy później. 

– A czy ty nie zdobędziesz tego domu z dojściem do jeziora, 

molem i łodziami? 

– Nie,  chyba  Ŝe  wygram  na  loterii  lub  się  bogato  oŜenię  – 

odrzekł ze śmiechem. 

Cassaundra  rzuciła  mu  przelotne  spojrzenie.  CzyŜby 

wiedział,  kim  ona  jest?  I  podrywał  ją,  mając  nadzieję  na 
dobranie się do fortuny Snowów? Nie dostrzegła jednak na jego 
twarzy  nawet  cienia  przebiegłości  ani  wyrachowania.  Po  prostu 
jestem przewraŜliwiona, pomyślała. 

– UwaŜaj!  –  krzyknął  Chuck,  chwytając  za  kierownicę  i 

skręcając ostro w prawo. 

Ledwo  zdąŜyli  uniknąć  czołowego  zderzenia  z  cięŜarówką 

pokonującą  zakręt,  który  Cassaundra  właśnie  beztrosko  ścinała. 
Zdenerwowany  kierowca  cięŜarówki  przez  dłuŜszą  chwilę 
przyciskał klakson. 

– Nie  mówiłaś  mi,  Ŝe  byłaś  kierowcą  taksówki  w  Nowym 

Jorku – ironizował Chuck. 

Cassaundra  dygotała.  Odetchnęła.  Potem  dała  znak 

Chuckowi, by puścił kierownicę, którą jej palce uchwyciły z siłą 
imadła. 

– Ja...  –  coś  ściskało  ją  w  gardle.  Przesunęła  językiem  po 

suchych wargach. – Wcale nie jeździłam po Nowym Jorku. Nie 
mam jeszcze praktyki w prowadzeniu samochodu. 

Chuck  korzystał  z  okazji,  Ŝe  Cassaundra  zajęta  jest 

kierowaniem, i mógł ją do woli podziwiać. Siedziała sztywno, z 
uwagą  wpatrując  się  w  szosę.  Ręce  oparła  na  kierownicy  w 
sposób,  jaki  wskazany  jest  w  podręczniku  dla  kandydatów  na 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 35

 

prawo  jazdy.  Oczy  jej  niemal  zezowały,  brwi  ściągnęły  się  w 
wyrazie  skupienia.  Lekko  zadarty  nos,  pięknie  wyprofilowane 
usta, wijące się na policzku kosmyki włosów sprawiały, Ŝe twarz 
była  niezwykle  kobieca.  Chuck  uśmiechnął  się  leciutko  i 
popatrzył  na  jej  nogi,  na  łydki  zwęŜające  się  w  kostce,  wokół 
której  zawiązany  był  pasek  sandałków.  Wyciągnął  rękę  i 
pocieszająco uścisnął jej ramię. 

– Rozchmurz się. KaŜdemu moŜe się zdarzyć, Ŝe nie zauwaŜy 

zakrętu  na  takiej  drodze  jak  ta.  Na  stacji  benzynowej  przy 
następnym skrzyŜowaniu jest telefon. 

Gdy  dotarli  na  miejsce,  wysiadł,  wszedł  do  sklepiku,  by 

rozmienić pieniądze, i wrócił z zimnym napojem w papierowym 
kubeczku. Podał go Cassaundrze przez szybę. 

– ZasłuŜyłaś  na  coś  do  picia  po  tym  spotkaniu  na  Zakręcie 

Ś

mierci. 

Cassaundra  patrzyła,  jak  Chuck  podchodzi  do  aparatu, 

podnosi  słuchawkę,  wrzuca  monetę,  wybiera  numer  wszystkie 
ruchy  pewne,  celowe,  dokładne.  Oparł  się  o  ściankę  i 
skrzyŜował nogi. Twarz mu pojaśniała, gdy ktoś odebrał telefon. 
Mówił  z  oŜywieniem,  uśmiechając  się  swobodnie.  Cassaundra 
zaczęła się zastanawiać, jak teŜ moŜe wyglądać kobieta, z którą 
Chuck  rozmawia.  Od  jak  dawna  się  znają?  Co  ich  łączy?  Czy 
tamta osoba teŜ, tak jak ona, czuje w środku ciepło, gdy Chuck 
się do niej uśmiecha? 

SpręŜystym krokiem wrócił do samochodu. 
– Wiedziałem,  Ŝe  na  Ellen  moŜna  liczyć.  W  Casselberry  jest 

jedno miejsce, zwane Meblową Stodołą. Ellen twierdzi, Ŝe jeśli 
tam  niczego  nie  znajdziemy,  to  znaczy,  Ŝe  nie  umiemy  robić 
zakupów. 

Dla  Cassaundry  buszowanie  w  Meblowej  Stodole  było 

fascynującą  przygodą.  Zgromadzone  tam  najprzeróŜniejsze 
meble  zgrupowano  nie  według stylu, koloru czy wymiarów, ale 
według ceny. Suma pieniędzy, jaką Cassaundra przeznaczyła na 
swą  kanapę,  zaprowadziła  ją  od  razu  w  środkowe  rzędy,  gdzie 
niektóre sztuki oznaczono: „Nowe – uszkodzone w transporcie”, 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 36

 

„Nowe – wady montaŜu” lub „Nowe – oferta specjalna”. 

Cassaundra chodziła od jednej kanapy do drugiej, przyglądała 

się  tapicerce,  dotykała  obicia,  próbowała,  czy  mebel  jest 
spręŜysty i stabilny. 

Chuck spacerował wraz z nią i bez słowa przyglądał się tym 

zabiegom.  Fascynowała  go  twarz  Cassaundry  –  wszystkie 
miejsca  płaskie,  wypukłe  i  wklęsłe,  kształt  brwi  i  linia  rzęs, 
subtelny błękit oczu, czoło marszczące się w zamyśleniu, włosy 
spadające  delikatnymi  kosmykami  na  policzki.  Chuck  nie 
pamiętał  juŜ,  kiedy  ostatnio  czuł  taką  niewolniczą  fascynację  i 
zaciekawienie kobietą. 

Kto  mógłby  przypuszczać?  Jego  Ŝyciowe  nastawienie 

zmieniło się z obojętności na pełne nadziei wyczekiwanie tylko 
dlatego,  Ŝe  pewnego  razu  zaszedł  do  barku  na  hot  doga. 
Atrakcyjna  kobieta  –  to  jest  to,  co  budzi  męŜczyznę  i 
przypomina mu, Ŝe poza pracą teŜ istnieje jakieś Ŝycie. 

Cassaundra sprawdzała właśnie beŜową, przepaścistą kanapę. 

Obserwował,  jak  usiadła  na  brzeŜku  z  nogami  złączonymi  w 
kolanach 

skrzyŜowanymi 

kostkach. 

Plecy  miała 

nienaturalnie wyprostowane. 

– Nie moŜesz w ten sposób siedzieć na takiej sofie. 
Poderwała się. Oczy miała rozszerzone i powaŜne. 
– Nie moŜna wypróbować mebla zanim się go kupi? 
Chuck  zaniemówił  na  chwilę.  Patrzył  głęboko  w  jej 

niebieskie  oczy,  by  przekonać  się,  czy  mówi  serio.  Roześmiał 
się bezwiednie. 

– Chodziło  mi  o  to,  Ŝe  na  takiej  sofie  nie  moŜna  siedzieć 

sztywno i układnie. To jest mebel, na który się klapie. 

– Klapie?  –  powtórzyła  miękko.  Tak  spodobał  się  jej  ten 

pomysł, Ŝe nawet nie była świadoma, Ŝe to powiedziała. 

– Klapie – potwierdził Chuck. 
Po  czym,  zniecierpliwiony,  klapnął  na  kanapę,  rozstawiając 

szeroko  nogi  i  ramiona,  pozwalając,  by  jego  ciało  utonęło  w 
miękkich poduszkach. 

– Oto podstawowa pozycja: „Klapnij i odpoczywaj”. Spróbuj 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 37

 

sama. 

– Ja... 
– No, dalej. Tę sofę zrobiono w tym celu. 
– Ale ja... a zresztą, czemu nie? 
Padła  obok  Chucka  na  kanapę  tak  bez  wdzięku,  Ŝe  gdyby  to 

zobaczył jej instruktor dobrych manier, byłby zszokowany. 

PrzeraŜona poczuła na swym karku rękę Chucka. Początkowo 

zesztywniała, ale potem odpręŜyła się pod wpływem delikatnego 
masaŜu. 

– O to chodzi – powiedział. – No, opuść ramiona. Po to są te 

poduszki z tyłu. 

– Prawie leŜę – stwierdziła, i było jej przyjemnie. 
– Ta  kanapa  jest  po  to,  Ŝeby  się  na  niej  wyciągnąć.  UłoŜyć. 

Oglądać stare filmy w telewizji. 

Chuck  dotknął  palcem  wskazującym  jej  nosa,  a  spojrzeniem 

błądził  po  jej  twarzy.  Nie  była  w  stanie  odwrócić  wzroku,  co 
więcej – nie miała na to ochoty. Czuła się wreszcie jak kobieta, 
a  nie  bezcenna  waza z dynastii Ming stojąca na postumencie w 
pałacowym holu. 

– Nie mam telewizora – rzekła. 
Chuck  uchwycił  pasemko  jej  włosów  między  palec 

wskazujący a kciuk, potem puścił je i patrzył, jak odskakuje od 
policzka. Oboje zaskoczyła intymność tego gestu. 

– MoŜesz zatem robić coś innego – zasugerował. Cassaundra 

przełknęła nerwowo ślinę. Miała wraŜenie, Ŝe w gardle utkwiło 
jej serce, które wyskoczyło ze swego normalnego miejsca. 

– Na... na przykład czytać? – zapytała. 
– Gdy  jesteś  sama,  moŜesz  czytać  –  zamruczał  zmysłowo.  – 

Ale  tu  jest  miejsce  dla  dwojga.  Na  tej  kanapie  mogłabyś 
przytulić się do kogoś sympatycznego i porozmawiać. 

WyobraŜała  to  sobie  –  tonie  w  miękkościach  sofy  otoczona 

czułymi  ramionami  męŜczyzny.  Gdy  chodziła  z  Geoffem, 
bardzo  lubiła  to  wszystko,  co  związane  było z ich wzajemnymi 
fizycznymi  kontaktami.  W  okresie  gdy  silnie  przeŜywała 
zerwanie  tego  opartego  na  kłamstwie  związku,  uświadomiła 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 38

 

sobie, Ŝe tę nie zaspokojoną potrzebę czułości łatwo jest przeciw 
niej wykorzystać. 

Oczy jej błysnęły, gdy spotkała wzrok Chucka. 
– A  o  czymŜe  byśmy  rozmawiali:  ten  sympatyczny  „ktoś”  i 

ja? – zapytała wyzywająco. 

– O marzeniach. I o tajemnicach. 
– O tajemnicach? – uśmiechnęła się szelmowsko. 
– O  waŜnych  tajemnicach,  które  głęboko  skrywasz  i  które 

gotowa  będziesz  wyjawić  dopiero  na tej miękkiej, przepaścistej 
kanapie, przytulona do kogoś, kto ci się podoba. 

Cassaundra potrząsnęła smutno głową. 
– Miałam  zamiar  kupić  tę  kanapę, ale nie jestem pewna, czy 

chcę odkrywać swe tajemnice. 

Chuck  podparł  palcem  jej  podbródek,  przysunął  ku  swej 

twarzy i przelotnie pocałował ją w usta, a potem popatrzył na nią 
srogo. 

– Więc  będziesz  po  prostu  musiała  bardzo  uwaŜać  na  to,  do 

kogo się przytulasz, Złotowłosa. 

Cassaundra oderwała plecy od oparcia sofy, wyprostowała się 

i zwróciła twarz ku Chuckowi. 

– Naprawdę ci się podoba? 
– Jest bardzo wygodna – powiedział. 
– Ma  praktyczne,  neutralne  obicie  –  przyznała.  –  I  jest  taka 

komfortowa.  –  W  jej  rodzinnym  domu  królowały  meble  o 
surowych,  harmonijnych  liniach.  –  Zawsze  chciałam  mieć  coś 
takiego. 

Pomiędzy  krętymi  przejściami  przecisnął  się  do  nich 

sprzedawca  w  dŜinsach  i  kraciastej  koszuli.  Pozdrowił  ich 
uprzejmym uśmiechem. 

– Szukają państwo sofy? 
– Ta pani szuka – wyjaśnił Chuck. 
– To  bardzo  korzystna  cena  za  taki  mebel  –  zachęcał 

sprzedawca.  –  Nigdzie  w  mieście  nie  ma  równie  znakomitej 
oferty. 

Dostaliśmy 

specjalny 

rabat 

od 

producenta. 

Prawdopodobnie mieli zapasy w magazynie. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 39

 

– Biorę ją – stwierdziła Cassaundra. 
– Jesteś pewna? – spytał Chuck. 
ZauwaŜył  jej  zmienne  nastroje:  raz  była  rozwaŜna,  a  za 

chwilę impulsywna. 

– Nie  zapominaj  o  moim  marzeniu  –  powiedziała,  ale 

spostrzegła, Ŝe nie zrozumiał. – Planowałam kupić kanapę przed 
piątkiem  –  przypomniała  mu.  –  Czy  zdąŜycie  dostarczyć  mi  ją 
do najbliŜszego piątku? – spytała sprzedawcy. 

– Będę musiał to sprawdzić. Mamy tylko dwie cięŜarówki. 
– Proszę,  niech  pan  sprawdzi  –  rzekła  Cassaundra. 

Sprzedawca zawahał się. 

– Pobieramy niewielką opłatę za dostawę do domu. 
– Ile? – spytał Chuck. 
– Dwadzieścia dwa dolary – powiedział sprzedawca i szybko 

dodał:  –  za  dostawę,  a  nie  za  sztukę.  NiezaleŜnie  od  tego,  ile 
mebli pani kupi. Co jeszcze panią interesuje? 

– Potrzebny mi jest stół i krzesła. Do jadalni. 
– Komplety  stołowe  są  tam  dalej,  w  rogu.  Niech  je  pani 

obejrzy,  a  ja  tymczasem  sprawdzę,  czy  moglibyśmy  przyjąć 
zlecenie na dostawę. 

Cassaundra,  obejrzawszy  wystawione  komplety  stołowe, 

potrząsnęła głową. 

– Widziałeś  moją  jadalnię  –  zwróciła  się  do  Chucka.  – 

Potrzebuję czegoś mniejszego i bardziej na luzie. 

Zmęczyły ją sztywne obiady serwowane na wystylizowanych, 

dwunastoosobowych stołach z pracowni słynnych projektantów. 
Teraz  chciała  kupić  coś  wygodnego,  przytulnego,  co 
odpowiadałoby 

jej 

charakterowi. 

Miała 

dość 

rzeczy 

nieskazitelnych, 

wyszukanych, 

pełnych 

bezosobowego 

wyrafinowania i dobrego smaku, który narzucano jej od samego 
dzieciństwa. Teraz miała ochotę na coś frywolnego, zabawnego i 
była coraz bardziej zdecydowana, by zrealizować swój zamiar. 

– Same resztki – skomentował Chuck. 
– Taaa – odparła, błądząc myślami gdzie indziej. 
W  pewnym  momencie  stanęła  jak  wryta  przed  zepchniętym 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 40

 

pod ścianę kompletem ogrodowych mebli z kutego Ŝelaza. Były 
całkowicie zardzewiałe. 

– Czy  sądzisz...  czy  znasz  się  na  metalach?  Czy  to  będzie 

moŜna pomalować? 

Popatrz na mnie tak, jak patrzysz na ten stół, a pomaluję ci go 

pędzlem z mych własnych rzęs, pomyślał Chuck. 

– Rdza  jest  chyba  tylko  na  powierzchni.  Jeśli  metal  nie 

przerdzewiał  do  głębi,  moŜesz  go  oczyścić,  zagwarantować  i 
pomalować.  Kilka  pojemników  farby  w  sprayu  i  będzie  jak 
nowy. 

– Farba w sprayu – zadumała się, a potem jej twarz rozjaśnił 

uśmiech. – Farba w sprayu! – powtórzyła. – PokaŜesz mi, jak to 
się robi? – spytała powaŜnie. 

– Jak uŜywać farby w sprayu? 
Potaknęła głową. 
– Nigdy nie malowałaś farbą w sprayu? 
– Nie.  Ale  to  chyba  nie  jest  takie  trudne,  skoro  chuligani 

maŜą  tym  po  ścianach  w  metrze.  MoŜe  na  opakowaniu  jest 
instrukcja? 

– PokaŜę ci. 
Pomalowałby  cały  stół  i  całe  jej  mieszkanie,  jeśli  dałoby  to 

okazję do spędzenia z nią kilku chwil. 

Cassaundra znowu patrzyła na stół. 
– Muszę jeszcze zdobyć jakiś blat. MoŜe szklany... 
Ile  kosztuje  farba?  A  szkło?  ChociaŜ  w kaŜdej chwili mogła 

pobrać  pieniądze  ze  swojego  rachunku,  postanowiła  nie 
przekraczać tego budŜetu, który ustalili razem ze Sloanem. 

– Czy  blat  ze  szkła  byłby  bardzo  drogi?  –  spytała.  Znowu 

popatrzyła  na  Chucka  oczami  zagubionej  dziewczynki.  Miał 
ochotę ją przytulić. 

– Przednia szyba do samochodu kosztuje około stu dolarów – 

odparł.  –  Płaskie  koło  ze  szkła  nie  powinno  być  duŜo  droŜsze. 
Prawdopodobnie  moŜna  zamówić  gotowe,  jeśli  wymiary  są 
standardowe.  –  Wyciągnął  ręce,  dłońmi  ujął  Cassaundrę  za 
ramiona  i  delikatnie  ją  uścisnął.  –  Zobaczmy  teraz,  jak  głęboka 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 41

 

jest ta rdza. 

Cassaundra czekała z napięciem, niemal jak matka mającego 

się narodzić dziecka. Chuck uklęknął, wyjął z kieszeni scyzoryk 
i  w  kilku  miejscach  zaczął  zdrapywać  wierzchnią  warstwę. 
Wreszcie zamknął nóŜ i powstał z klęczek. 

– No i co? – spytała niespokojnie. 
– Zdrowy jak wieŜa Eiffla – odpowiedział. 
– Powiem sprzedawcy, Ŝe kupię teŜ ten stół. 
Po kilku minutach podszedł sprzedawca z ponurą miną. 
– Jedna  z  naszych  cięŜarówek  jest  popsuta,  a  mamy 

zaległości  w  dostawach.  MoŜemy  dostarczyć  pani  tę  kanapę 
dopiero za dziesięć dni. 

– I  koniec  z  moimi  marzeniami  –  stwierdziła  Cassaundra  z 

rezygnacją. 

– Zbyt łatwo się poddajesz – rzekł Chuck. 
Popatrzyła na niego, wzruszając bezradnie ramionami. 
– Nie moŜna marzeniami przenieść mebli przez pół miasta. 
– MoŜna,  jeśli  zna  się  kogoś,  kto  ma  szwagra  posiadającego 

cięŜarówkę. 

– Ty? 
– Tak, mój szwagier ma cięŜarówkę. Zadzwonię do niego. 
– Nie mogę go w ten sposób wykorzystywać – zaprotestowała 

Cassaundra. 

– Ale ja mogę. Pomogłem mu kiedyś zrobić generalny remont 

silnika.  Poza  tym  bez  oporów  zawezwał  mnie,  gdy  wpadli  z 
siostrą na pomysł, by wyburzyć w swoim domu jedną ścianę. 

– Ale... 
– Od czego jest rodzina? – przerwał jej Chuck. – Zadzwonię 

do niego. Jestem pewien, Ŝe nam pomoŜe, o ile jego gruchot jest 
na chodzie. 

Od czego jest rodzina? – powtórzyła w myślach Cassaundra. 

Po raz drugi w ciągu tygodnia ktoś prosił członka swej rodziny, 
by wyświadczył jej przysługę. Usiłowała wyobrazić sobie, jak to 
jest,  gdy  naleŜy  się  do  rodziny,  w  której  wszyscy  akceptują  się 
wzajemnie,  wspierają,  pomagają,  tak  Ŝe  nie  wiadomo  juŜ,  kto 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 42

 

komu ma się zrewanŜować. 

Chuck wrócił od telefonu, podszedł do Cassaundry i objął ją. 
– Szwagier  będzie  tu  za  półtorej  godziny.  Zapłać  teraz  za 

meble i pójdziemy coś zjeść, zanim przyjedzie. 

– Rządzisz się jak szara gęś. 
– Czy  tak  mówi  się  do  męŜczyzny,  który  realizuje  twoje 

marzenia? – odciął się. 

Nie  wiedział,  jak  bardzo  prawdziwe  są  dla  niej  te  Ŝartem 

wypowiedziane  słowa.  Nie  powinien  domyślić  się,  Ŝe  jej  Ŝycie 
jest jakby odwróceniem Ŝycia większości ludzi, Ŝe porzuciła to, 
co dla innych leŜy w sferze marzeń. Nie wiedział, Ŝe klapnięcie 
na sofę w Meblowej Stodole z Prawdziwym MęŜczyzną jest dla 
niej  wyrazem  wolności.  A  wolność  stanowiła  samą  istotę 
marzeń Cassaundry Snow. 

Gdy  wsiedli  do  samochodu,  Chuck  miał  juŜ  gotowe  dalsze 

instrukcje.  Cassaundra  zapytała,  dokąd  ma  jechać,  a  on 
odpowiedział tajemniczo: 

– Przed siebie, tą drogą wybitą Ŝółtą kostką. 
Pojechali  wzdłuŜ  Ŝółtej  szosy.  Zaprowadziła  ich  do  domku, 

przypominającego z zewnątrz budowlę z piernika. Wnętrze było 
jeszcze  bardziej  bajkowe  niŜ  fasada.  W  jadalni  oświetlonej 
kryształowymi  kinkietami,  w  których  Ŝarówki  przypominały 
starodawne  bombki  choinkowe,  stały  wszelakie  starocie.  Z 
sufitu  zwieszały  się  jarmarczne  konie,  na  ścianach,  oprawne  w 
ramki,  wisiały  kadry  z  czarnobiałych  filmów.  W  naroŜnym 
wykuszu dwie mechaniczne kukły-małpy w smokingach grały na 
harfach. 

Nawet stoły naleŜały do bajkowego świata. Były to przykryte 

szkłem  pudła  napełnione  starymi  plakatami,  komiksami, 
rulonami  zapisanego  papieru  nutowego,  pudełkami  po 
papierosach i cukierkach, Ŝetonami z kasyna, kostkami do gry i 
bierkami, kulkami i innymi drobnymi zabawkami. Na górze, pod 
sufitem, maleńki pociąg krąŜył po wąskiej platformie. 

Cassaundra  z  Chuckiem  złoŜyli  zamówienie  i,  czekając  na 

posiłek,  przyglądali  się  rozmaitym  drobiazgom  pod  szklanym 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 43

 

blatem stołu. 

– Ten facet musiał być jednym z mniej znanych zawodników 

– zauwaŜył Chuck. – Nie rozpoznaję go. 

– Zawodnik? – Cassaundra pochyliła się w kierunku Chucka, 

by  dokładniej  obejrzeć  czarno-białe  zdjęcie.  –  Czy  to  karta 
baseballowa? 

– Prawdziwa  staroć  –  stwierdził  Chuck.  –  Chciałbym  ją 

wydostać i zobaczyć, kim był ten facet, kiedy i w jakiej druŜynie 
grał. Nie mogę nawet rozpoznać koszulek. 

– Lubisz baseball? – spytała i uśmiechnęła się, bo to przecieŜ 

była taka oczywistość. 

– Zawsze  uwielbiałem  baseball  –  przyznał  Chuck.  –  Grałem 

cały czas od szkoły podstawowej do college’u. Nie byłem na tyle 
dobry,  by  przejść  do  ligi  zawodowej,  ale  nadal  się  tym 
interesuję. Między innymi dlatego osiedliłem się na Florydzie. 

– śebyś mógł grać przez cały rok? 
– Nie.  JuŜ  nie  gram  –  przynajmniej  oficjalnie.  Czasami  na 

jakimś  dzikim  boisku.  Ale  tak  wiele  druŜyn  przyjeŜdŜa  tu 
wiosną  na  zgrupowania,  Ŝe  mam  okazję  przyjrzeć  się  grze 
róŜnych zespołów przed sezonem. 

– Nie jesteś z Florydy? Skąd pochodzisz? 
– Po trochu zewsząd – odparł ze śmiechem. – Urodziłem się 

w  Fort  Knox,  a  mieszkałem  wszędzie  tam,  gdzie  stacjonował 
ojciec. 

– Twój ojciec jest wojskowym? 
– W wojskach lądowych. Ptasi pułkownik. 
– Ptasi pułkownik? 
– To  znaczy  pełny  pułkownik  w  przeciwieństwie  do 

podpułkownika.  Następnym  stopniem  jest  generał.  Nazywa  się 
„ptasi”, poniewaŜ wszystkie dystynkcje na czapce wyglądają jak 
ś

lady ptasich łapek. 

– Musisz być z niego bardzo dumny? 
Chuck zawahał się. 
– Jest  zadowolony  z  tego,  co  robi,  więc  i  ja  jestem 

zadowolony. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 44

 

– Mówisz,  jakbyś...  –  Uświadomiła  sobie,  Ŝe  kaŜde  zadane 

przez nią pytanie moŜe być poczytane za wścibstwo. 

Dotknęła  jednak  czułego  miejsca  i  Chuck  zapragnął  udzielić 

wyjaśnień. 

– Naturalnie,  jestem  z  niego  dumny.  Ale  nie  było  to  łatwe, 

gdy  częściowo  odbierała  mi  go  ojczyzna.  Gdyby  miał  inny 
zawód, przebywałby więcej w domu. 

Cassaundra  pomyślała  o  swoim  ojcu,  pochłoniętym  przez 

muzykę,  ciągle  w  rozjazdach  na  koncertach  albo  na  próbach. 
Jako  znakomitość  musiał  obracać  się  w  towarzystwie,  a  ją 
trzymał  daleko  w  swej  posiadłości  jak  w  złotej  klatce. 
Cassaundra  połoŜyła  dłoń  na  ręce  Chucka  i  uścisnęła  ją 
pocieszająco. 

– Mój ojciec teŜ był bardzo zaprzątnięty swą karierą. 
– Czym się zajmuje? 
– On...  umarł  w  zeszłym  roku  –  odparła,  nienaturalną 

bezbarwnością głosu pokrywając silne wzruszenie. 

Chuck juŜ miał przepraszać za to, Ŝe poruszył bolesny temat, 

ale  nadszedł  kelner,  niosąc  zamówioną  zupę.  Gdy  skończyli 
jeść,  kelner  powrócił  z  tacą,  na  której  piętrzyły  się  obficie 
rozmaite słodkości własnego wyrobu. Objaśniał po kolei, co jest 
co, podawał nazwy i czekał na zamówienie. 

– JuŜ od samych nazw się tyje – zauwaŜyła Cassaundra. 
– Masz  rację  –  powiedział  Chuck,  ale  dopiero  wielokrotne 

odmowy przekonały kelnera, Ŝe nie chcą Ŝadnego deseru. 

– Ja  osobiście  najbardziej  lubię  zwykły,  tradycyjny  placek  – 

stwierdził Chuck. 

– Z jabłkami? – spytała Cassaundra. 
– Mój ulubiony. Skąd wiedziałaś? 
– Miewam przebłyski jasnowidzenia – odparła z uśmiechem. 
Opuścili  restaurację  i  poszli  do  samochodu.  Cassaundra 

zatrzymała się, szukając kluczyków w torebce. Odwróciła się na 
chwilę i zobaczyła, Ŝe Chuck ją obserwuje. 

– To  urocze  miejsce  –  powiedziała.  –  Dziękuję,  Ŝe  mnie  tu 

przyprowadziłeś. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 45

 

Manewrowała  kluczykiem  w  drzwiczkach.  Chuck  podszedł 

do niej blisko i powstrzymał ją gestem. Przesunął palcami po jej 
szyi i uniósł podbródek. 

– Cała przyjemność po mojej stronie – powiedział. 
A  potem  delikatnie  musnął  wargami  jej  usta.  Cassaundrę 

przeszedł  dreszcz.  Całować  się  w  świetle  dnia  na  publicznym 
parkingu?!  To  nieprzyzwoite.  A  jednocześnie  podniecające. 
Spojrzała  Chuckowi  w  twarz,  przystojną  twarz.  Szerokie  kości 
policzkowe,  kwadratowa  szczęka,  piwne  oczy  z  tak  długimi 
rzęsami,  Ŝe  klientki  Elizabeth  Arden  padłyby  z  zazdrości, 
zmarszczki  od  uśmiechu.  Dotknęła  jego  policzka,  przejechała 
palcem po świeŜym zaroście. 

Chuck, Prawdziwy MęŜczyzna. Zapach jego wody toaletowej 

przywoływał  wspomnienie  kojącej  woni  dymu  z  kominka  w 
mroźne,  zimowe  wieczory.  Chuck.  Jego  uśmiech  rozgrzewał  ją 
niczym  ogień  na  palenisku.  Chuck,  męŜczyzna  uwielbiający 
baseball  i  placek  z  jabłkami.  Chuck,  który  zabrał  ją  do 
Bajkowego Domku. 

Chuck  Granger,  Prawdziwy  Amerykański  MęŜczyzna,  w 

którym była coraz bardziej zakochana. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 46

 

ROZDZIAŁ 4 

Szwagier  Chucka,  Larry  Lippincott,  przyjechał  do  Meblowej 

Stodoły kilka minut po ich powrocie z restauracji. Był starszy od 
Chucka,  niŜszy  i  grubszy.  Miał  na  sobie  wypłowiałe  dŜinsy  i 
szary podkoszulek, noszący ślady jakiejś farby. 

– Przepraszam  za  mój  strój  –  powiedział,  podając 

Cassaundrze rękę. – Właśnie skrobałem rdzę i robiłem zaprawki. 
Mam zamiar pomalować wreszcie tę kupę złomu. 

NajwyŜszy  czas,  pomyślała  Cassaundra.  Kupa  złomu  to 

trafne  określenie  dla  tej  cięŜarówki.  Stary  grat  miał  na  całej 
powierzchni  plamy  dziwnej  barwy.  Brązowe  ciapki,  takiego 
samego  koloru  jak  smugi  na  koszulce  Larry’ego`,  zostały 
najwyraźniej 

połoŜone 

ostatnio 

– 

prawdopodobnie 

zabezpieczenie antykorozyjne. 

– Jesteś gotów przewieźć kilka mebelków? – spytał Chuck. 
– Tak jest – odparł Larry. – Ale ona musi siedzieć z Aaronem 

w cięŜarówce, kiedy będziemy ładowali. 

– Z  Aaronem?  –  Chuck  podszedł  do  samochodu.  –  Nie 

powiedziałeś  mi,  Ŝe  zabrałeś  go  ze  sobą.  –  Otworzył  drzwiczki 
kabiny i wyciągnął ręce. – Cześć, stary, daj grabę! 

Cassaundra  przysunęła  się  bliŜej,  by  zobaczyć,  z  kim  Chuck 

rozmawia.  W  samochodzie,  przypięte  pasami  bezpieczeństwa, 
siedziało małe dziecko. Uderzało rączką w otwartą dłoń Chucka 
i  słysząc  powstający  przy  tym  dźwięk,  śmiało  się.  Chuck 
równieŜ się śmiał. 

– Przedstawiam ci mojego siostrzeńca, Aarona. Aaron, to jest 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 47

 

Sandy. Potrafisz powtórzyć? Sannndii. 

– Andi! – zawołało dziecko. 
– Sandy – poprawił Chuck. – S–S–S–Sandy, jak sukienka. 
– Andi – powtórzył Aaron, chwytając głęboko powietrze. 
– Mamy  tu  przykład  niemego  „s”  –  stwierdziła  Cassaundra, 

uśmiechając się krzywo. 

Podszedł Larry. 
– Marcia zabrała dziewczynki na zakupy, a on pomagał mi w 

pracy. 

– Jestem  tego  pewien  –  rzekł  Chuck  tonem  pełnym 

sceptycyzmu. 

– Pomagałeś tatusiowi przy cięŜarówce, prawda, Aaron? 
– Magalem lufce – odparło dziecko. 
– Zuch.  –  Larry  cmoknął  synka  z  czułością.  –  Marcia 

wygarbuje mi skórę, gdy zobaczy nasze ubrania. 

Po chwili Cassaundra znalazła się obok Aarona na przednim 

siedzeniu  cięŜarówki.  Nie  wiedziała,  o  czym  rozmawiać  z  tym 
dzieckiem,  a  nawet  z  jakimkolwiek  dzieckiem.  O  dzieciach 
miała  takie  samo  pojęcie  jak  o  antylopach  gnu,  lamach  czy 
słoniach  afrykańskich.  Znała  te  stworzenia  z  ksiąŜek  lub  z 
filmów, oglądała przelotnie w zoo, a jeśli chodzi o dzieci, to w 
parkach i innych miejscach publicznych. Nie miała rodzeństwa, 
ciotek ani wujów, kuzynek czy kuzynów. 

Popatrzyła  uwaŜnie  na  Lawrence’a  Aarona  Lippincotta  i 

stwierdziła,  Ŝe  stanowi  dla  niej  zagadkę.  Kręcone  włosy  w 
nieładzie,  gołe  stopy,  kombinezon  popstrzony  minią.  A  jednak 
dziecko  roztaczało  wokół  siebie  aurę  nieskazitelności.  Było 
doprawdy  ładne.  I  inteligentne.  Zielone  oczy  otoczone  gęstymi, 
czarnymi  rzęsami,  wpatrywały  się  uwaŜnie  w  Cassaundrę,  aŜ 
poczuła zaŜenowanie. Dziecko milczało i nie wiadomo, co sobie 
myślało, oczy jednak błyszczały rozumnie. 

Cassaundra  miała  wraŜenie,  Ŝe  to  przenikliwe  spojrzenie 

odsłania  ją,  odziera  z  maski.  Zrozumiała  swą  bezradność. 
Wobec  tej  miniaturowej  istoty  ludzkiej  nie  odczuwała  Ŝadnych 
emocji.  To  była  jej  słabość.  W  stosunku  do  tego  ślicznego 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 48

 

dzieciaka  nie  miała  Ŝadnych  ciepłych  uczuć,  jakie  powinna 
Ŝ

ywić kobieta. A tak rozpaczliwie chciała być normalną kobietą, 

normalnym człowiekiem. 

Dziecko  patrzyło  na  nią  przez  kilka  sekund,  potem  zaczęło 

rozglądać się po kabinie cięŜarówki. 

– Tata? – zapytało. 
– Twój tatuś poszedł z wujkiem Chuckiem. 
– Tata? Ujek Cak? 
– Weszli do środka, Ŝeby zabrać meble. 
– Tata? – Pytanie zabrzmiało płaczliwie. 
– Niedługo wrócą – uspokajała Cassaundra. 
Ś

liczna buzia Aarona skrzywiła się i tchnęła nieszczęściem. 

– Tata? 
I  nagle,  dla  niej  samej  niespodziewanie,  Cassaundra  odczuła 

jedność z tym małym, zagubionym, porzuconym dzieckiem. Nie 
wiedziała  nic  o  dzieciach,  ale  zrozumiała  ten  krzyk  rozpaczy, 
wołanie  o  pociechę.  Nie  namyślając  się  wyciągnęła  rękę,  by 
dotykiem uspokoić Aarona. Zamknęła w dłoni jego bosą stopę. 

– Jestem tu z tobą. Pamiętasz mnie? To ja, Sandy. 
Aaron  nie  próbował  powtórzyć  imienia,  ale  jego  twarz 

straciła  poprzedni,  napięty  nieszczęściem  wyraz  i  zielone  oczy 
ponownie skupiły się na twarzy Cassaundry – patrzyły uwaŜnie, 
oceniały.  Uśmiechnęła  się  do  niego  i  dodała  odwagi,  ściskając 
mu delikatnie stopę. Usilnie próbowała przypomnieć sobie jakiś 
wierszyk dla dzieci, ale miała w głowie zupełną pustkę. 

– Aaron,  Aaron...  wygląda  jak  baron  –  ułoŜyła  rymowankę. 

Zamilkła  na  chwilę,  czekając  na  natchnienie,  a  potem  zaśmiała 
się  triumfalnie,  gdy  przyszedł  jej  do  głowy  następny  wers.  – 
Lecz czemu nie lata jak sowa uszata? 

Aaron  nie  uśmiechnął  się,  moŜe  go  to  nawet  nie  rozbawiło. 

Jednak  na  tyle  przyciągnęło  jego  uwagę,  Ŝe  nie  wyglądał  juŜ, 
jakby za chwilę miał zalać się łzami. Cassaundra powtarzała ten 
nonsensowny  wierszyk,  aŜ  dziecko  próbowało  robić  to  razem  z 
nią. 

– Alon, Alon, balon – udało mu się osiągnąć, zanim Chuck z 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 49

 

Larrym  wynurzyli  się  z  budynku  niosąc  kanapę.  –  Popatrz, 
Aaron,  twój  tata.  –  Cassaundra  pokazała  dziecku  ojca  przez 
szybę. 

– Czy nie lepiej, Ŝebyśmy prowadzili? – zapytała, gdy Chuck 

szczegółowo objaśniał Larry’emu drogę. 

– Musimy  jechać  za  cięŜarówką.  Na  wszelki  wypadek  – 

wyjaśnił Chuck. 

– Na jaki wypadek? 
– Ona  –  powiedział  Larry,  klepiąc cięŜarówkę po karoserii – 

jest typową kobietą. Ma czasami swoje humorki. 

– PrzecieŜ  nie  pozwolimy,  by  Larry,  Aaron  i  twoje  meble 

rozłoŜyli się gdzieś po drodze, prawda? – zapytał Chuck. 

– Oczywiście, Ŝe nie – potwierdziła powaŜnie Cassaundra. 
Po  kilku  minutach  sofę,  stół  oraz  krzesła  załadowano  i 

Cassaundra  z  Chuckiem  ruszyli  za  cięŜarówką  Larry’ego.  W 
czasie  jazdy  Cassaundra  myślała  o  tym,  jakie  to  straszne,  gdy 
trzeba uŜywać pojazdu, który moŜe się w kaŜdej chwili popsuć. 
Larry, choć niechlujnie ubrany, był grzeczny i sprawiał wraŜenie 
osoby  rozgarniętej.  Z  pewnością  taki  męŜczyzna  jest  w  stanie 
zarobić  na  Ŝycie  i  przyzwoity  samochód.  A  przecieŜ  Chuck 
wspominał,  Ŝe  jego  siostra  teŜ  pracuje.  Z  pewnością...  ale  z 
drugiej  strony,  Cassaundra  czytała,  Ŝe  wzrastają  koszty 
utrzymania.  Nie  jest  łatwo  wyŜywić  i  ubrać  trójkę  dzieci.  Z 
informacji  w  gazetach  wynika,  Ŝe  istnieją  rodziny,  które  są 
szczęśliwe, Ŝe w ogóle mają gdzie mieszkać. 

– Twój siostrzeniec jest rozkoszny – powiedziała do Chucka. 

– UłoŜyłam dla niego rymowankę, a on starał się ją powtórzyć. 

– Lubi słowa, które się rymują. Dziewczynki, gdy były w jego 

wieku, teŜ to lubiły. 

– Ile mają lat? 
– Dziewięć i siedem. 
– Dziewięć i siedem... a ile ma Aaron? 
– Niecałe  dwa.  Był  niespodzianką.  Urodził  się  dziewięć 

miesięcy po dniu, w którym Larry i Marcia obchodzili dziesiątą 
rocznicę  swego  ślubu.  Musieli...  –  Chuck  uśmiechnął  się 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 50

 

łobuzersko i zakończył aluzyjnie: – musieli nieźle balować. 

Cassaundra  poczuła,  jak  na  policzki  wpływa  jej  rumieniec. 

Nie  wyobraŜała  sobie,  Ŝeby  moŜna  było  tak  nonszalancko 
mówić o sprawach intymnych. 

– Czy oni o tym opowiadali? 
– Nawet  przechwalali  się  –  odparł  lekko  Chuck.  –  Larry 

skończył  wtedy  czterdziestkę.  Szaleli  z  radości,  gdy  minął  im 
pierwszy szok na wieść, Ŝe będą mieć jeszcze jedno dziecko. A 
kiedy okazało się, Ŝe to chłopiec, byli w siódmym niebie. Bracia 
Larry’ego  mają  same  córki,  więc  Aaron  jest  jedynym,  który 
przekaŜe dalej nazwisko rodu Lippincott. 

– Jak na takiego małego chłopca to wielka odpowiedzialność. 
– Mam nadzieję, Ŝe poczekają, aŜ dorośnie na tyle, by odkryć 

uroki  płci  pięknej,  zanim  zaczną  od  niego  egzekwować  ten 
obowiązek. 

– A jeśli zdecyduje się na stan kapłański? 
Chuck zaśmiał się. 
– Dziewczyny  myślą  teraz  nowocześnie.  Dostawią  myślnik 

do  nazwisk.  Będziemy  mieli  cały  zastęp  Lippincott-Hydesów 
czy Lippincott–Magillicuddys. 

CięŜarówka  przed  nimi  zwolniła,  a  wreszcie  przystanęła. 

Cassaundra zatrzymała swój samochód. 

– Lepiej włącz migacze. Blokujemy jedno pasmo ruchu. 
Miał  rację.  Na  autostradzie  nie  było  pobocza  i  ich  postój 

spowodował zwęŜenie prawego pasa. Wkrótce z tyłu ustawił się 
długi rząd samochodów, usiłujących wjechać jakoś na środkowy 
pas.  Cassaundra  patrzyła  na  rozmaite  przyciski  na  desce 
rozdzielczej, 

poszukując 

włącznika 

ś

wiateł 

awaryjnych. 

Towarzyszył  jej  dźwięk  klaksonów,  świadczący  o  tym,  Ŝe 
kierowcy, którzy utknęli w korku, zaczynają tracić cierpliwość. 

Chuck  przechylił  się  ponad  jej  udami,  wyciągnął  rękę  i 

jednym ruchem dłoni zapalił światła. 

– Dziękuję  ci.  –  Cassaundra  uświadomiła  sobie  nagle,  jak 

blisko był przy niej. 

– To nic takiego – odparł, wycofując się na miejsce pasaŜera. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 51

 

– Lepiej pójdę teraz ratować Larry’ego. 

Przeszedł  na  przód  cięŜarówki.  Jego  głowa  i  plecy  zniknęły 

pod  uniesioną  maską,  gdzie  Larry  juŜ  zapalczywie  grzebał.  Co 
pewien czas jeden z męŜczyzn wskakiwał do kabiny i próbował 
uruchomić samochód, jednak bez rezultatu. Za czwartym razem 
silnik zaskoczył. Larry wychylił się spod maski i z wesołą miną 
zrobił zwycięski gest kciukiem. 

Chuck  odpowiedział  takim  samym  gestem,  zeskoczył  z 

kabiny  i  wytarł  ręce  o  brzeg  starego  prześcieradła,  którym 
pokryty był fotel kierowcy. 

– Zwarcie  w  rozruszniku  –  wyjaśnił,  powróciwszy  do 

samochodu  Cassaundry.  –  Musieliśmy  pomajstrować  przy 
przewodach, nim przywróciliśmy połączenie. 

– Czy to moŜe się powtórzyć? 
– Miejmy nadzieję, Ŝe nie. 
Ale  powtórzyło  się.  Jeszcze  dwukrotnie.  Wreszcie  jednak 

dotarli na miejsce. Cassaundra została w cięŜarówce z Aaronem, 
a  panowie  wnosili  meble  do  mieszkania.  Tym  razem  Aaron 
rozpoczął rozmowę. 

– Alon,  Alon,  balon  –  zaintonował,  przesyłając  Cassaundrze 

łobuzerski uśmieszek. 

Zaśmiała  się,  zaskoczona  jego  nad  wiek  dojrzałym 

wyczuciem sytuacji. 

– Jesteś małym czarusiem, jak twój wujek Chuck. 
Gdy  męŜczyźni  skończyli  pracę,  Cassaundra  podziękowała 

wylewnie Larry’emu i chciała zwrócić pieniądze za benzynę, ale 
Larry  stanowczo  odmówił.  Gdy  wyjeŜdŜał  z  parkingu  i  skręcał 
na autostradę, Cassaundrę ogarnęły wątpliwości. 

– Mam  nadzieję,  Ŝe  uda  mu  się  dotrzeć  do  domu  – 

powiedziała do Chucka. 

– Zawsze  się  udaje.  I  nie  miej  wyrzutów  sumienia,  Ŝe 

poprosiłaś go o tę przysługę – on wykorzystuje kaŜdą okazję, by 
tylko  wyprowadzić  swój  samochód  na  szosę.  Marcia  od  lat  go 
prosi, Ŝeby pozbył się tego gruchota, ale on go uwielbia. 

– Mimo wszystko jestem mu bardzo wdzięczna za pomoc. To 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 52

 

mi przypomina, Ŝe musimy coś zrobić. 

Ruszyła w kierunku mieszkania. 
– Co takiego? – spytał Chuck. 
– Klapnąć! – odparła, rzucając się na sofę. 
Padł  obok  niej  i  wziął  ją  w  ramiona,  a  po  chwili  zaczął  ją 

czule tulić. 

– Podoba  mi  się  ta  twoja  kanapa  –  zdąŜył  powiedzieć,  nim 

jego wargi spoczęły na jej ustach. 

Cassaundra  oczekiwała  tego  pocałunku.  Otoczyła  Chucka 

ramionami.  Czuła  jego  tors  przyciśnięty  do  swoich  piersi,  jego 
ręce obejmujące ją mocnym uściskiem. Wdychała zapach wody 
toaletowej. Miała wraŜenie, Ŝe swym dotykiem Chuck wlewa w 
nią  Ŝycie,  budzi  w  niej  wszystkie  pierwiastki  kobiecości. 
Otoczona ramionami męŜczyzny, poddana czarodziejskiej magii 
jego ust, była rozedrgana i pulsująca. 

Chuck zwolnił uścisk i zamruczał z ukontentowaniem. 
– Co to miało znaczyć? – spytała Cassaundra. 
– Co takiego? 
– To mruczenie. 
Chuck złoŜył na jej ustach kolejny pocałunek. 
– Miało  wyraŜać  zadowolenie, Ŝe zaszedłem wtedy do barku 

na hot doga. 

– To  nie  przez  hot  doga  zgodziłam  się  umówić  z  tobą,  ale 

dzięki twojej interwencji straŜackiej. 

– Zatem cieszę się, Ŝe zwróciłem uwagę na waflownicę. 
Cassaundra wstała i poszła do wnęki jadalnej. 
– Co jest mi potrzebne do pomalowania stołu? 
Chuck obejrzał mebel. 
– Szczotka druciana, kilka starych ręczników, podkładówka i 

puszka  lakieru.  Pojadę  z  tobą  do  sklepu  i  kupimy  wszystko,  co 
potrzeba, dobrze? A potem zdecydujesz, co będziemy robić dziś 
wieczór. 

– Dziś wieczór? 
– Chyba nie masz zamiaru odesłać mnie do domu i zmusić do 

samotnego spędzenia sobotniego wieczoru przed telewizorem? 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 53

 

– Nie,  ale...  przecieŜ  byliśmy  juŜ  razem  na  obiedzie  i 

okazałeś mi tyle pomocy, i... 

Popatrzył na nią uwaŜnie, wyzywająco. 
– Czy masz inne plany? 
– Nie – wyznała. 
– MoŜe chcesz się mnie pozbyć? 
Potrząsnęła głową. Chuck pochylił się i delikatnie pocałował 

ją w usta. 

– W  takim  razie  pojedziemy  kupić  farbę  i  zaczniemy 

malować stół. 

Godzinę  później  przesunęli  stół  na  maleńkie  patio.  Chuck 

oskrobał  szczotką  rdzę,  a  Cassaundra  grubą,  mokrą  ścierką 
przecierała metalowe nogi. Przerwali na chwilę czekając, aŜ stół 
przeschnie. Potem zaczęli spryskiwać metal farbą podkładową. 

Chuck zademonstrował, jak krótkimi, zachodzącymi na siebie 

pociągnięciami naleŜy spryskiwać powierzchnię. 

– MoŜesz  spróbować  sama  –  zaproponował,  podając  jej 

pojemnik. 

– Wydaje mi się, Ŝe to dosyć łatwe. 
Pełna  ufności  Cassaundra  ujęła  pojemnik,  wstrząsnęła  nim, 

jak  demonstrował  Chuck,  uklękła  i  skierowała  dyszę 
spryskiwacza  na  nogę  stołu.  Psiknęła  kilka  razy  i  popatrzyła  na 
efekt.  W  niektórych  miejscach  farba  nałoŜona  była  grubą 
warstwą, w innych przeświecał goły metal. Cassaundra patrzyła 
przeraŜona  na  tworzące  się  strumyczki,  ściekające  wzdłuŜ  nogi 
stołu. 

Chuck  zafascynowany  obserwował  jej  twarz  wyraŜającą 

prawdziwe  rozczarowanie.  Wybuchnął  śmiechem,  uklęknął 
obok niej i objął po bratersku. 

– No, przecieŜ to nie koniec świata. Nabierzesz wprawy. 
– Ale wszystko spływa i powstały smugi. 
– To  tylko  podkład.  Poza  tym  jest  jeszcze  mokry. 

Wyrównamy  zacieki  i  nie  będą  przebijać  przez  lakier.  –  Stanął 
za nią i luźno ujął palcami jej nadgarstek. – Musisz nauczyć się 
wykonywać szybkie, krótkie pociągnięcia. Spróbuj jeszcze raz. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 54

 

Jej  technika  malowania  nie  poprawiła  się  zbytnio,  ale  teraz, 

gdy  miała  blisko  siebie  Chucka,  czynność  ta  stała  się  znacznie 
przyjemniejsza.  Kiedy  skończyła  malować,  noga  stołu  była 
niejednolitej barwy, farba spływała strumykami, tworząc koleiny 
na wypukłościach. Cassaundra odstawiła pojemnik, westchnęła i 
oparła  się  o  Chucka,  który  otoczył  ją  ramionami. Przez dłuŜszą 
chwilę patrzyli na Ŝałosny wynik malowania. 

– To  denne  –  stwierdziła  Cassaundra.  Chuck  potarł 

policzkiem o jej kark. 

– Niewątpliwie,  denne,  nie  ma  wątpliwości  –  potwierdził.  – 

Musisz pogodzić się z faktem, Złotowłosa, Ŝe nigdy nie będziesz 
tego robić tak jak chuligan z metra. 

– Ani jak malarz. 
– Powinnaś  więc  nadal  korzystać  z  pomocy  –  powiedział 

Chuck,  całując  ją  we  włosy  przykrywające  ucho.  Cassaundrę 
przebiegł lekki dreszcz. 

– Będziemy  malować  lakierem  natychmiast,  czy dopiero gdy 

wyschnie? 

Chuck, ociągając się, wypuścił Cassaundrę z objęć. 
– Weź jakąś ścierkę. Będziemy musieli udzielić temu stołowi 

pierwszej pomocy. 

Pracowali jeszcze godzinę. Teraz powierzchnia stołu pokryta 

była  równomierną  warstwą  podkładu  antykorozyjnego.  Chuck 
przyjrzał się dziełu z pewnej odległości. 

– Mogłabyś  teraz  zdobyć  dyplom  w  metrze  –  Ŝartował, 

uśmiechając się do Cassaundry. 

– Wygląda  nieźle,  mimo  tego  okropnego  brązowego  koloru. 

Nie mogę się doczekać, kiedy będzie to pokryte „Wiktoriańskim 
Pylistym RóŜem”. 

– Lepiej,  Ŝeby  przeschło  przez  noc,  zanim  pomalujemy 

lakierem  –  stwierdził  Chuck.  –  „Wiktoriański  Pylisty  RóŜ” 
będzie musiał poczekać do jutra. 

Chuck ironicznym falsetem wymówił nazwę farby. W sklepie 

podkpiwał  sobie  bezlitośnie  z  pretensjonalnego  napisu  na 
puszce,  mającego  oznaczać  fiołkoworóŜowy  kolor,  który 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 55

 

wybrała Cassaundra. 

Dziewczyna  próbowała  zareagować  obrazą  na  jego  drwiny, 

ale  nie  potrafiła  podtrzymać  w  sobie  gniewu.  Nie,  to  nie  złość 
sprawiała,  Ŝe  jej  serce  biło  szybciej  niŜ  zwykle  –  to  ta  twarz, 
ś

wiatło w oczach, uwodzicielski uśmiech. Czuła, Ŝe przyciąga ją 

tak, jak brzeg lądu przyciąga falę przypływu. 

– Stół będzie musiał poczekać – oznajmiła, krzyŜując ręce. – 

Jutro idę do pracy. 

Chuck nie poddawał się. 
– Barek  otwieracie  dopiero  w  południe,  prawda?  Będziemy 

mogli połoŜyć jedną warstwę lakieru, zanim wyjdziesz do pracy, 
a drugą, gdy wrócisz do domu. 

Zrozumiała,  Ŝe miał nadzieję spędzić tu noc, i pomyślała, Ŝe 

to intrygująca perspektywa. 

– Nie  chcesz  chyba  przez  cały  weekend  być  przywiązany  do 

mojego mebla – powiedziała. 

Łobuzerskie  spojrzenie  Chucka  stało  się  powaŜne.  Oparł 

dłonie na biodrach i potrząsnął głową z irytacją. 

– Czy  dla  ciebie  nie  jest  oczywiste,  Ŝe  traktuję  to  jako 

pretekst,  by  spędzić  z  tobą  trochę  czasu?  Od  lat  nie  spotkałem 
kobiety,  która  wywarłaby  na  mnie  takie  wraŜenie,  ale  jestem 
diabelnie zdezorientowany. Czasami jesteś ciepła i otwarta, a za 
chwilę uciekasz się do sztywnych formułek w stylu: „Nie chcesz 
chyba przez cały weekend być przywiązany”. 

Wzdychając  ze  znuŜeniem,  podniósł  ręce  i  połoŜył  je  na 

ramionach Cassaundry. W ten sposób mógł patrzyć prosto w jej 
oczy. 

– Nie  wykorzystujesz  mnie.  KaŜda  chwila  spędzona  z  tobą, 

Sandy,  powoduje,  Ŝe  chciałbym  poznać  cię  bliŜej.  Ten  stół 
interesuje  mnie  tylko  o  tyle,  o  ile  on  ciebie  interesuje,  ale 
malowałbym  go  przez  całe  miesiące,  jeśli  to  oznaczałoby,  Ŝe 
mógłbym  być  przy  tobie  i  poznać  cię  lepiej.  Nie  wiem,  czy  nie 
chcesz  mnie  juŜ  wykorzystywać,  czy  tylko  usiłujesz  znaleźć 
taktowny sposób, by się mnie pozbyć. 

Cassaundra  połoŜyła  dłonie  na  barkach  Chucka  i  zanurzyła 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 56

 

palce w jego włosy. 

– Mówisz  bardzo  otwarcie.  Powinnam  się  była  spodziewać, 

Ŝ

e  wyłoŜysz  karty  na  stół.  –  Głos  jej  zmiękł.  –  Nie  usiłuję  się 

ciebie  pozbyć,  ale  naprawdę  nie  chcę  cię  wykorzystywać  ani 
zabierać ci całego czasu. 

– Zabieraj,  ile  dusza  zapragnie  –  odrzekł,  unosząc  dłonią  jej 

podbródek.  –  Wykorzystuj  mnie,  Złotowłosa.  Rób  ze  mną,  co 
chcesz. Obiecuję, Ŝe będę zachwycony kaŜdą chwilą. 

– Teraz chyba Ŝartujesz ze mnie. 
– Troszeczkę – powiedział, przyciskając czoło do jej czoła. – 

Bo ty jesteś tak strasznie powaŜna. 

– Zawsze jestem powaŜna. Taką mam naturę. 
– Nikt nie powinien być powaŜny przez cały czas. 
– A ty z pewnością wiesz, jak moŜna temu zaradzić? 
Chuck  popatrzył  skupiony,  jakby  serio  się  nad  tym 

zastanawiał. 

– Pomogłoby  ci  wyjście  na  miasto  w  sobotni  wieczór  z 

męŜczyzną, który za tobą szaleje. 

Cassaundra popatrzyła na swój strój koloru khaki, na szorty i 

podkoszulek Chucka. 

– Nie jesteśmy odpowiednio ubrani na wieczór w mieście. 
– Ubrania  moŜna  zmienić.  Pojedziemy  wszędzie,  gdzie 

chcesz,  i  będziemy  robić  wszystko,  co  chcesz  –  o  ile  jest  to  w 
granicach mojej karty kredytowej. 

– Wszystko? – spytała Cassaundra prowokująco. 
– Powiedz mi tylko, dokąd chciałabyś iść. 
Pochylił głowę ku jej twarzy, a ona wyszeptała mu do ucha. 
– Chyba Ŝartujesz – powiedział. 
– Powiedziałeś:  „Wszędzie  i  wszystko  w  granicach  karty 

kredytowej” – przypomniała mu. 

– Wydatek  na  kino  na  świeŜym  powietrzu  nie  przekracza 

nawet  gotówki,  jaką  mam  w  kieszeni  –  odparł  Chuck  ze 
ś

miechem,  przyciskając  Cassaundrę  do  siebie.  Zaśmiał  się 

jeszcze  głośniej,  kiedy  brał  ją  w  ramiona.  –  Jesteś  niedrogą 
dziewczyną, moja panno. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 57

 

Był 

to 

najbardziej 

podniecający 

komplement, 

jaki 

kiedykolwiek usłyszała od męŜczyzny. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 58

 

ROZDZIAŁ 5 

Mieli  do  wyboru  głośną,  acz  zjechaną  przez  krytykę  parodię 

kryminału,  opowieść  o  supermanie,  okraszoną  zbliŜeniami  ran 
postrzałowych  oraz  dramat  tak  pośledniej  jakości,  Ŝe  od  razu 
trafił  do  kin  na  świeŜym  powietrzu,  nie  zagościwszy  nawet  w 
Ŝ

adnym  przyzwoitym  kinie.  Wybrali  parodię  kryminału, 

poniewaŜ grano ją najbliŜej domu Cassaundry. 

Trzykrotnie  w  czasie  drogi  do  kina  Chuck pytał Cassaundrę, 

czy nie chce przypadkiem zatrzymać się na kolację. 

– Jeśli  masz  ochotę  gdzieś  wstąpić,  dotrzymam  ci 

towarzystwa  –  odparła,  gdy  za  trzecim  razem  zadał  jej  to 
pytanie.  –  Ty  będziesz  jadł,  a  ja  wezmę  sobie  coś  prostego  z 
baru. To mój pierwszy raz i chcę, by było to czyste, niczym nie 
skaŜone przeŜycie. 

Chuck wymamrotał dwuznaczne: „Umm–hmm” i Cassaundra 

poczuła  ucisk  w  Ŝołądku.  Wiedziała,  Ŝe  w  ciemnościach  kina 
pary  w  samochodach  obejmują  się,  i  nie  miała  nic  przeciwko 
temu,  by  teŜ  tego  spróbować  –  zwłaszcza  z  Chuckiem.  Między 
innymi  dla  takich  doświadczeń  przemieniła  się  z  Cassaundry  w 
Sandy. 

Geoff  –  zbyt  wyniosły,  by  robić  coś  tak  pospolitego  jak 

ś

ciskanie  się  w  samochodzie  –  zdecydowanie  odrzucał  to,  co 

nazywał  „beznadziejnie  głupim,  publicznym  okazywaniem 
uczuć”. 

Z  Geoffem  w  ogóle  nie  było  Ŝadnego  okazywania  uczuć, 

jedynie  intymna,  egoistyczna  gra.  Był  cierpliwym,  sprawnym 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 59

 

kochankiem,  ale  jego  sposób  postępowania  miał  w  sobie  coś  z 
taktyki,  obliczonej  na  to,  by  osiągnąć  własne  cele.  Gdy  ojciec 
Cassaundry  oznajmił  mu,  Ŝe  nieetyczne  byłoby,  gdyby  wspierał 
muzyka  związanego  ze  swoją  rodziną,  Geoff  bez  wahania 
wybrał  karierę  u  boku  mistrza  Williama  Snowa,  a  nie 
romantyczny związek z jego córką. 

– Dlaczego  dotychczas  nigdy tam nie byłaś? – spytał Chuck, 

wytrącając Cassaundrę z rozmyślań. 

– Ojciec  by  mi  nie  pozwolił,  a  poza  tym...  –  głos  jej  się 

załamał – nie miałam z kim pójść, a gdy mieszkałam w mieście, 
nie miałam samochodu. 

Z  wyjątkiem  limuzyny  i  bentleya  z  szoferem,  dodała  w 

myślach. 

– MęŜczyźni  w  Nowym  Jorku  muszą  być  ślepi  i  głupi  – 

stwierdził Chuck. 

Cassaundra uśmiechnęła się. Chuck mówił komplementy tak, 

jakby przytulał słowami – miło i czule. 

Kupili  bilety  i  Chuck  zaczął  wybierać  idealne  miejsce  do 

parkowania. Miał w zanadrzu fachowe wskazówki: jeśli ustawią 
się  zbyt  blisko  ekranu,  będą  musieli  wyciągać  szyje,  jeśli  zbyt 
blisko  bufetu,  cały  wieczór  ludzie  będą  przechodzić  obok  ich 
samochodu,  zbyt  daleko  z  tyłu  –  znajdą  się  w  obszarze 
samochodowych amorów. 

Wybrali  miejsce  mniej  więcej  w  środku.  Chuck  nastawił 

radio na częstotliwość kinową i w samochodzie rozbrzmiał głos 
Ricky  Nelsona,  błagającego  zaspaną  Susie,  by  się  obudziła,  a 
potem  nadano  reklamówkę  bufetu  kinowego,  w  której  hot  dogi 
tańczyły  z  colą  w  takt  śpiewu  popcornu.  Cassaundra  odchyliła 
głowę  i  zaśmiała  się  głośno,  ubawiona  absurdalnością  tej 
pioseneczki. 

Chuck  obserwował  ją, ciesząc się z tej dziecinnej wesołości. 

Wabiła  go  ponętna,  odsłonięta  linia  karku  Cassaundry  i 
wyobraŜał sobie, jak całuje ją w szyję i czuje dotyk jej skóry. 

Delikatnie potarł wierzchem dłoni o jej kark. 
– Czy chciałabyś zobaczyć, co mają w bufecie? 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 60

 

– KtóŜ by się oparł tańczącym hot dogom? 
Zatrzymała  się  przy  bufecie i poczuła mieszaninę zapachów: 

praŜona  kukurydza,  ciepły  ser,  musztarda,  cebula,  batoniki 
czekoladowe. 

– Trudno ci się zdecydować? – spytał Chuck po chwili. 
– Zawsze marzyłam, Ŝe to tak będzie wyglądać – odparła. 
– Ja chyba nigdy nie przestanę realizować twoich marzeń. 
Zdziwiłbyś  się,  gdybyś  zrozumiał,  jak  wiele  z  nich 

realizujesz, pomyślała, a głośno powiedziała: 

– Zamów coś dla nas. 
– Czy  kiedykolwiek  jadłaś  cheeseburgera  z  chili?  –  spytał.  – 

Szykuj  Ŝołądek,  moja  pani  –  dodał,  kiedy  zaprzeczyła.  – 
Poznasz, co to prawdziwe Ŝycie. 

Zanieśli  do  samochodu  zestaw  potraw:  duŜe  kubki  napojów, 

hot dogi z sosem chili, chrupki kukurydziane, roŜki. Cassaundra 
trzymając papierową tackę, na której leŜał hot dog, popatrzyła na 
Chucka. 

– Musi być na to chyba jakiś sposób? 
– Sposób? – zapytał, jakby nie rozumiejąc. 
– Jakaś metoda jedzenia – nalegała Cassaundra, nie dając się 

zbyć – tak, Ŝeby nie kapał z tego sos. 

– Wszystkie przyzwoite hot dogi kapią – odparł Chuck. 
– No to co stanie się z twoją koszulą? 
– Co ma się stać? – spytał niefrasobliwie. – Musisz po prostu 

sprytnie podłoŜyć serwetkę. 

Zademonstrował  jej,  jak  to  się  robi.  Odgryzł  kawałek  i 

gestem zachęcił Cassaundrę, by sama spróbowała. 

Udało jej się odgryźć dwa kęsy, gdy wtem spora porcja sosu 

skapnęła  na  bluzkę  tuŜ  obok  kieszeni  na  piersiach.  Cassaundra 
spojrzała na brązową plamę i zmarszczyła brwi. 

– Chyba właśnie oblałam egzamin z jedzenia hot dogów
Chuck odłoŜył swoją porcję na tacę i uśmiechnął się miękko. 
– To zdarza się nawet najlepszym. Nawet profesjonalistom. 
Wziął  papierową  serwetkę,  zwilŜył  ją  kropelkami  rosy, 

zebranej  na  kubkach  z  napojami,  i  zaczął  wycierać  plamę. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 61

 

Cassaundra  nie  była  ani  skrępowana,  ani  zaŜenowana  tym 
poufałym  gestem.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  zna  Chucka  bardzo 
dobrze, od dawna. Z Geoffem nigdy nie czuła się tak swobodnie, 
a jak się ostatecznie okazało, wcale go nie znała, nawet gdy juŜ 
zostali  kochankami.  Teraz  jakimś  głębokim,  niezawodnym 
instynktem czuła, Ŝe Chuck jest w istocie taki, jak jej się wydaje. 
Uczciwy.  PowaŜny.  Szczery.  CzyŜ  po  tylu  latach  Ŝycia 
spędzonego  z  kukiełkami  w  teatralnych  dekoracjach  mogła  nie 
zakochać  się  w  pierwszym  prawdziwym  męŜczyźnie,  jakiego 
spotkała? 

Musi być z nim bardzo, bardzo ostroŜna, pomyślała trzeźwo, 

poniewaŜ ten męŜczyzna jest taki, jakim się wydaje – szlachetny 
i dobry. I poniewaŜ ona jest tym, kim jest. 

Zaczął  się  film.  Po  pięciu  minutach  musieli  przyznać  rację 

krytykom.  Film  był  pośledni,  schematyczny,  pełen  chybionych, 
prostackich  dowcipów.  Chuck  i  Cassaundra  zaczęli  z  aktorską 
przesadą  powtarzać  najbardziej  nieudane  dialogi. Śmieli się, bo 
było  im  ze  sobą  dobrze,  a  nie  dlatego,  Ŝeby  bawiło  ich  to,  co 
działo się na ekranie. 

W pewnym momencie Cassaundra poczuła na swych plecach 

jego  ciepłe  dłonie.  Wyrwało  jej  się  ciche  westchnienie,  gdy 
przysuwała  twarz  do  jego  twarzy  o  te  ostatnie,  krytyczne 
centymetry. 

Palce  zacisnęła  kurczowo  na  jego  koszuli,  ale  potem 

przesunęła  mu  ręce  na  plecy  i  poddała  się  zmysłowemu 
pocałunkowi.  Rozchyliła  usta,  ulegając  czułej  inwazji  języka. 
Powitała  ją  z  namiętnym  pomrukiem,  który  tak  znakomicie 
wpisywał  się  w  to,  co  odczuwał  Chuck.  Objął  ją  mocniej 
ramionami, przysunął bliŜej do siebie, przycisnął do piersi. 

Cassaundra  chłonęła  go  swymi  zmysłami.  Czuła  szorstkie 

włosy,  w  które  zanurzyła  palce,  twardy  tors  przy  piersiach, 
zaborcze  ręce  na  talii,  plecach.  Czuła,  jak  Chuck  wyciąga  jej 
bluzkę  zza  paska  i  dłonią  dotyka  gołego  ciała.  Twarde  ręce 
zetknęły  się  z  miękkością,  siła  z  kobiecą  delikatnością.  Dłońmi 
otoczył  jej  piersi,  ciepło  przeniknęło  przez  cieniutki  trykot 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 62

 

stanika. 

Pogładziła  jego  kark,  lewą  dłoń  wsunęła  pod  koszulę, 

dotknęła  napiętej  skóry  na  obojczyku.  Kiedy  przesuwała  się, 
chcąc  objąć  go  w  pasie,  prawym  łokciem  nacisnęła  niechcący 
klakson.  Rozległ  się  przeszywający  dźwięk,  który  przypomniał 
im, gdzie się znajdują. Cassaundra, patrząc cały czas na Chucka, 
wycofała  się  powoli,  jak  postać  poruszająca  się  na zwolnionym 
filmie puszczonym od tyłu. 

Chuck  patrzył  na  twarz  Cassaundry.  Usta  dziewczyny 

obrzmiały  od  pocałunków,  rozszerzone  oczy  zdradzały 
wewnętrzne  emocje.  Była  taka  krucha,  miała  w  sobie  tyle 
tajemnic,  ale  to  tylko  w  niewielkim  stopniu  powstrzymywało 
jego poŜądanie. Pogładził ją po policzku. 

– MoŜemy pojechać do mojego mieszkania – zaproponował. 
Odpowiedziała  mu  cisza.  Spojrzenie  Cassaundry  świadczyło 

o jej zakłopotaniu. 

– Chcę być z tobą – dodał łagodnie, uspokajająco. 
– Chyba  pozwoliłam,  byś  odniósł  niewłaściwe  wraŜenie  – 

stwierdziła,  jakby  popełniła  cięŜkie  wykroczenie  przeciw 
etykiecie towarzyskiej. 

– Pociągasz  mnie  od  pierwszej  chwili,  gdy  cię  ujrzałem  – 

odpowiedział, gładząc ją po policzku. – To, Ŝe mogłem być dziś 
z  tobą,  Ŝe  mogłem  cię  dotykać...  Jesteś  taka...  urocza,  Sandy. 
Taka wyjątkowa... 

– Nie miałam ochoty draŜnić się z tobą. Po prostu... gdy mnie 

całowałeś, zapomniałam... 

– Ja teŜ – zapewnił ją, uśmiechając się lekko. 
– Dopiero  się  spotkaliśmy.  Nie  znamy  się  jeszcze.  Jest  za 

wcześnie. 

Odsunął z jej twarzy spadający kosmyk włosów. 
– Poczekam, Złotowłosa. 
Dostrzegł  w  jej  oczach  zakłopotanie.  Walkę  sprzecznych 

uczuć:  niepewność,  zwątpienie,  nadzieję, tęsknotę. MoŜe nawet 
ś

lad przeraŜenia, który zaniepokoił Chucka. 

– Będziemy dla siebie nawzajem wiele znaczyć, Złotowłosa – 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 63

 

powiedział z przekonaniem, przyciągając ją ku sobie. 

– Wydaje mi się, Ŝe juŜ znaczymy – wyszeptała te słowa tak 

cicho, Ŝe Chuck nie był pewien, czy rzeczywiście je słyszał. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 64

 

ROZDZIAŁ 6 

Cassaundra  nie  widziała  Chucka  przez  trzy  dni,  ale  miała 

wraŜenie,  Ŝe  to  trwało  znacznie  dłuŜej.  Zgodnie  z  obietnicą 
przyszedł  w  niedzielę  rano  i  pomagał  jej  malować  stół. 
Przyglądała  się  jego  pracy,  wygłaszając  krytyczne  uwagi:  a  to 
niedokładnie pomalowane w jednym miejscu, a to za duŜo farby 
w innym. 

Chuck  skończył,  odstawił  puszkę  z  farbą  i  spojrzał  na 

Cassaundrę z wyrazem zemsty w oczach. 

– Teraz  pokaŜę  ci,  jaki  los  czeka  niewdzięcznice,  które 

nękają  męŜczyznę  podczas  pracy  –  powiedział  i  ruszył  w  jej 
kierunku. 

– Co robisz? – spytała, starając się, by jej głos zabrzmiał jak 

najbardziej  zuchwale.  –  Nie  podoba  mi  się  ten  błysk  w  twoich 
oczach. 

– A,  jesteś  zdenerwowana?  –  spytał  z  demonicznym 

uśmieszkiem, najwyraźniej zadowolony. 

Zrobiła jeszcze jeden krok do tyłu planując, Ŝe w razie czego 

moŜe czmychnąć przez drzwi i zatrzasnąć je za sobą. 

– SkądŜe znowu! – zaprzeczyła. 
Błyskawicznym  ruchem  Chuck  wyciągnął  ramiona  i  oparł 

dłonie  o  drzwi,  zamykając  Cassaundrę  między  ścianą  z desek a 
nieustępliwym murem swego ciała. Przysunął twarz blisko ku jej 
twarzy. 

– Ciągle mam w oczach ten błysk. Jesteś przestraszona? 
– JuŜ nie – odparła, obejmując go za szyję. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 65

 

– Zaproś  mnie  do  środka  –  wyszeptał,  gdy  wreszcie  z 

bezsilnym jękiem oderwali się od siebie. – Chciałbym się dziś z 
tobą kochać. 

Stali  bardzo  blisko  siebie  i  Chuck  wyczuł,  jak  Cassaundra 

napięciem  całego  ciała  zareagowała  na  jego  propozycję. 
Wystarczyło,  Ŝe  błagalnym  tonem  wypowiedziała  jego  imię,  by 
odstąpił od niej na krok. 

– W takim razie chodźmy coś zjeść. 
– Chuck – powtórzyła. 
Chciałaby mu wyjaśnić, Ŝe przeszkadza jej tylko świadomość 

nieszczerości  całej  sytuacji.  Nie  moŜe  zostać  jego  kochanką, 
skoro nie moŜe wyjawić mu swego prawdziwego nazwiska. Nie 
wolno  jej  dopuścić  do  tego,  by  zakochał  się  w  osobie,  w  którą 
się  wcieliła,  a  prawda,  którą  ukrywa,  mogłaby  okazać  się 
niszcząca. 

Chuck  nacisnął  palcami  policzek  Cassaundry,  modelując  na 

jej twarzy smutny uśmiech. 

– Nie  chcę,  aby  którakolwiek  ze  stron  miała  jakieś  ukryte 

myśli. Kiedy będziesz gotowa, nie będę musiał nawet pytać. 

– Nie chodzi o to, Ŝe... 
– Wiem.  Nie  jestem  Casanovą,  ale  mam  na  tyle  obycia,  Ŝe 

potrafię rozpoznać autentyczną namiętność. 

Po  wspólnej  kolacji  odprowadził  ją  do  domu,  pocałował 

przed  drzwiami  i  obiecał  zadzwonić.  Teraz,  po  trzech  dniach, 
bardzo go jej brakowało. Pamiętała, jak szeptał: „Chciałbym się 
dziś z tobą kochać”. Pamiętała, jak bardzo pragnęła zaprosić go 
do  siebie.  Jedynie  dzięki  sile  woli  i  uczciwości  wobec  Chucka 
powstrzymała  się,  nie  schwyciła  go  za  rękę  i  nie  poprowadziła 
do mieszkania. 

W  barze,  jak  zwykle  po  godzinie  piątej,  był  nieco  mniejszy 

ruch  i  Cassaundra  mogła  wytrzeć  ladę  i  napełnić  słoje  z 
łakociami.  W  pewnym  momencie  wszedł  Chuck.  Nie  była  w 
stanie  ukryć  swych  uczuć.  Zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  musiał 
dostrzec, z jaką ulgą powitała jego przybycie. Chuck jak zawsze 
miał oŜywione oczy, włosy w lekkim nieładzie, powitalny, miły 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 66

 

uśmiech,  krawat  rozluźniony  i  nieco  przekrzywiony,  miała 
ochotę go wyprostować. Albo zdjąć. 

– MoŜe  by  wziąć  mroŜony  jogurt?  –  powiedział.  – 

Truskawkowy czy holenderski? 

– Truskawkowy. 
– W roŜku czy w kubku? 
– W roŜku. 
– Waflowym czy cukrowym? 
– Waflowym. 
Napełniła  roŜek  jogurtem  i  podała  go  przez  ladę.  Chuck 

odbierając go schwycił Cassaundrę za rękę. 

– A moŜe całusa jako dodatek? 
Popatrzyła na niego przewrotnie. 
– Niestety,  nie  mamy  całusków.  MoŜe  spróbuje  pan  w 

cukierni pana Goodbara? 

– Wezmę  w  takim  razie  bez  dodatku.  Poczekam,  aŜ 

zakończysz pracę. O której puszczają cię do domu? 

– O szóstej. Ale... 
– Świetnie!  Zamienimy  się  dziś  wieczorem  w  niańki  do 

dziecka. 

– My dwoje? 
– Larry ma dziś jakąś oficjalną kolację, a ich stała opiekunka 

do dzieci nie moŜe przyjść, bo ma jutro waŜny egzamin. Marcia 
zadzwoniła do mnie zrozpaczona, a ja jej obiecałem, Ŝe z chęcią 
przyjdziemy. 

– Czy to jest „my” dziennikarskie czy królewskie? 
– Mówiłaś przecieŜ: „Mam wyrzuty sumienia, Ŝe Larry wiózł 

przez całe miasto meble”. 

Cassaundra  podparła  się  pod  boki  i  próbowała  spojrzeć 

groźnie.  Uzmysłowiła  sobie  właśnie,  Ŝe  zupełnie  nie  wie,  jak 
obchodzić się z dziećmi, i Chuckowi moŜe się to wydać bardzo 
dziwne.  Nie  mogła  dopuścić  do  tego,  by  zaczął  jej  zadawać 
dociekliwe pytania. 

– To bardzo nagła propozycja. 
Wymówka zabrzmiała niezbyt przekonująco. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 67

 

– Myślałem,  Ŝe  chętnie  skorzystasz  z  okazji,  by  się 

odwdzięczyć  –  powiedział  Chuck  kwaśno.  –  Nie  musisz 
przecieŜ  niczego  robić.  Ja  się  wszystkim  zajmę.  Po  prostu...  – 
polizał  roŜek  i  uśmiechnął  się  nieśmiało  –  stęskniłem  się  za 
tobą. Właśnie wybierałem się, Ŝeby zaproponować ci pójście na 
kolację, do kina czy gdzie indziej, gdy zadzwoniła Marcia. 

Pojechali  samochodem  Chucka.  Dom  Lippincottów  okazał 

się  sporą  willą  w  klasycznym  kolonialnym  stylu.  Gdy 
zadzwonili do drzwi, z drugiej strony usłyszeli cienkie dziecięce 
głosiki  i  tupot  nóg.  Drzwi  się  otworzyły.  Stały  w  nich  dwie 
dziewczynki. Starsza z nich, jasnowłosa, miała na sobie róŜowy 
obcisły  kostium  i  legginsy.  Pozdrowiła  gości,  nieśmiało  się 
uśmiechając, i ukryła głowę za drzwiami. Młodsza, wyglądająca 
na łobuziaka, po której moŜna by się spodziewać, Ŝe z kieszeni 
swych  dŜinsów  wyciągnie  w  pewnym  momencie  Ŝabę,  a  moŜe 
jakiś drogocenny kamień, objęła gwałtownie Chucka za nogi. 

– Czekaliśmy na ciebie! – powiedziała. 
– Cześć, Orzeszku. – Chuck uniósł ją w górę. – Jak leci? 
– W porządku. Ale nie lubię juŜ szkoły. 
– Nie lubisz szkoły? Dlaczego? 
– Bo  pani  Fursterstein  jest  niedobra.  Mówi,  Ŝe  za  duŜo 

rozmawiam na lekcjach i mam nieporządne zeszyty. 

– Moi nauczyciele teŜ tak o mnie mówili. 
– Naprawdę? 
– Naprawdę.  Ale  mimo  to  chodziłem  do  szkoły  i  wszystko 

dobrze się ułoŜyło. 

– Kto  to  jest?  –  spytała  dziewczynka  zwracając  się  do 

Cassaundry. Miała zielone oczy i jej wzrok dziwnie przypominał 
spojrzenie jej młodszego braciszka. 

– To  jest  Sandy  –  przedstawił  Chuck.  –  A  to  –  powiedział, 

patrząc  na  dziewczynkę,  którą  trzymał  na  rękach  –  jest  moja 
siostrzenica, Robyn. A tam – dodał, wskazując ruchem głowy na 
starszą – stoi Amy. 

– Cześć,  Amy  –  zwróciła  się  Cassaundra  z  uśmiechem  do 

nieśmiałej siostrzenicy Chucka. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 68

 

Amy  wymamrotała  coś w odpowiedzi i schowała się jeszcze 

głębiej  za  drzwi.  Cassaundra  pomyślała,  Ŝe  nieśmiałość  tej 
dziewczynki przypomina jej własne zachowanie w dzieciństwie. 

– Uczysz się tańca? – zapytała. 
– Klasycznego, jazzowego i stepowania – odparła Amy. 
– Stepowania  takŜe?  To  musi  być  bardzo  przyjemne.  Ja  teŜ 

miałam  lekcje  baletu,  ale...  –  Chuck  zauwaŜył  wahanie  w  jej 
głosie  –...ale  nie  stepowania.  W  tym  tańcu  buty  robią  duŜo 
hałasu. 

Trudno  sobie  wyobrazić,  Ŝeby  osoba  z  rodu  Snowów 

stepowała, a juŜ zupełnie nie do pomyślenia wydawało się, by w 
przestronnej  siedzibie  Snowów  rozlegał  się  stukot  podkutych 
metalem bucików. 

– Czy  moglibyśmy  wejść?  –  spytał  Chuck,  zachęcając  Amy 

do otwarcia drzwi. 

Za  małym holem znajdowało się przestronne pomieszczenie, 

którego sufit przywodził na myśl sklepienie w katedrze. Był tam 
kamienny  kominek  i  duŜo  mebli  stylem  przypominających  sofę 
Cassaundry.  Na  szklanym  stoliku  barowym  leŜała  nie 
dokończona układanka, a w pobliŜu kominka grupa lalek Barbie, 
co  stwarzało  ciepłą,  domową  atmosferę.  W  oknach  wisiały 
udrapowane  zasłony  i  łagodne  światło  sączyło  się  przez 
uchylone Ŝaluzje. 

– Jaki  miły  pokój  –  powiedziała  Cassaundra,  chłonąc 

roztaczającą się wokół atmosferę przytulności. 

Chuck delikatnie postawił Robyn na podłodze. 
– Marcia  jest  dekoratorką  wnętrz  –  wyjaśnił.  –  Pracowała 

kiedyś  w domu towarowym, ale gdy urodziła Robyn, otworzyła 
własną pracownię, Ŝeby lepiej gospodarować czasem. 

Skinął  głową  w  kierunku  kanapy  i  poczekał,  aŜ  Cassaundra 

usiądzie, a potem zajął miejsce obok. 

– Gdzie jest wasza mama? – zwrócił się do siostrzenic. 
– Robi  sobie  makijaŜ  –  odrzekła  Robyn.  –  Chciałam  jej 

pomóc  w  malowaniu  powiek,  ale  mama  powiedziała,  Ŝe  dzisiaj 
się  śpieszy,  Ŝe  tata  ma  spotkanie  z  klientami,  Ŝe  wychodzą 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 69

 

razem na kolację i Ŝe będą jeść surową rybę. 

– Suszi – wtrąciła Amy, która usiadła na podłodze obok stołu 

i przyglądała się poszczególnym kawałkom układanki. 

– Ale przysmak! – powiedziała Cassaundra. Z przyjemnością 

spostrzegła, Ŝe usta Amy ułoŜyły się w uśmiechu. 

– Czy  jesteś  jedną  z  dziewczyn  Chucka?  –  spytała  Robyn, 

przybierając  lippincottowski,  jak  zaczęła  to  w  duchu  określać 
Cassaundra, wyraz twarzy. 

– Jedną  z  wielu  dziesiątków,  z  pewnością  –  odparła 

Cassaundra, patrząc z ukosa na Chucka. 

– Wujku  Chuck,  czy  ty  masz  dziesiątki  dziewczyn?  – 

zapytała z niedowierzaniem Robyn. 

– Dziesiątki  dziesiątek  –  dobiegł  od  strony  drzwi  bardziej 

dojrzały głos. 

To  Marcia  z  Aaronem  na  rękach  szła  duŜymi  krokami  przez 

salon. 

– Jestem  Marcia  –  podała  rękę  Cassaundrze,  posadziwszy 

berbecia  na  kolanach  Chucka.  –  Zdaje  się,  Ŝe  poznałaś  juŜ 
Aarona? 

– Alon,  Alon,  balon  –  wyrecytowało  dziecko,  śmiejąc  się 

głośno do Cassaundry. 

– MoŜe  nam  wyjaśnisz,  co  on  mówi.  Powtarza  to  przez  cały 

tydzień. 

– Po  prostu  taka  rymowanka  –  odparła  Cassaundra.  – 

Zaskakujące, Ŝe pamięta. 

– Aaron  nigdy  niczego  nie  zapomina  –  rzekła  Marcia.  – 

Musimy  bardzo  uwaŜać,  co  przy  nim  mówimy.  –  Usiadła 
naprzeciw  Cassaundry.  –  Nie  wiem,  jak  cię  tu  Chuck  ściągnął, 
ale nie musisz się niczego obawiać. – Marcia spojrzała na swego 
brata  w  sposób  zdradzający  jej  powinowactwo  z  rodem 
Lippincottów.  –  Dziewczynki  chcą  obejrzeć  film  rysunkowy,  a 
potem  pójdą  spać.  Aaron  potrafi  się  sam  bawić  i  około 
dziewiątej  padnie  ze  zmęczenia.  Chuck  wie,  gdzie  leŜą 
wszystkie rzeczy, prawda, mały braciszku? 

– Na  Boga,  Marcia.  –  Chuck  zwrócił  się  do  Cassaundry, 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 70

 

jakby powoływał ją na świadka w niezwykle waŜnej sprawie. – 
Ona tak do mnie mówi, by mnie zdenerwować. 

– To  zawsze  doprowadzało  go  do  wściekłości  –  rzekła 

Marcia, śmiejąc się miękko. 

– Teraz,  gdy  dobiegam  trzydziestki,  nie  będziesz  chyba 

wszystkim przypominać, Ŝe jesteś o kilka lat starsza ode mnie. 

– Celny  strzał!  –  przyznała  Marcia.  –  Potrzebuję  coraz 

staranniejszego  makijaŜu.  I  te  siwe  włosy...  –  westchnęła.  – 
Trzeba przyznać, Ŝe twoja siostra staje się starszą panią. 

Amy przysunęła się do matki i pogładziła ją czule po głowie. 
– Nie jesteś starszą panią, mamusiu – powiedziała. 
– To  wy,  dzieciaki,  przywracacie  mi  młodość  –  rzekła 

Marcia,  obejmując  córkę  ramionami.  –  Starsza  pani  nie  dałaby 
sobie z wami rady. 

Cassaundra ze wzruszeniem obserwowała, jak matka z córką 

czule  odnosiły  się  do  siebie.  A  więc  to  tak  wygląda  w 
normalnych  rodzinach.  Ona  sama  była  bardzo  mała,  gdy  jej 
matka  umarła.  Nie  pamięta  takich  uścisków  i  przekomarzania 
się,  jakie  widziała  teraz  w  tej  rodzinie.  Myśl  o  tym,  Ŝe  Brianna 
mogłaby się zachowywać w ten sposób, była tak absurdalna, Ŝe 
aŜ śmieszna. 

– Słyszałam,  Ŝe  kupiłaś  jakieś  nowe  meble  –  powiedziała 

Marcia, wyrywając Cassaundrę z rozmyślań. 

– Owszem.  Twój  mąŜ  pomógł  mi  przetransportować  je  do 

domu, za co jestem mu bardzo wdzięczna. 

– Tylko  czeka  na  takie  okazje,  Ŝeby  wyprowadzić  swoje 

Monstrum na szosę. 

– Monstrum? – zdziwiła się Cassaundra. 
– Zerwał  napis  przed  malowaniem,  więc  nie  widziałaś  tej 

nazwy. Stare cięŜarówki są jak statki. Mają swoje imiona. 

– To  Marcia  nadała  jej  imię  Monstrum  –  wyjaśnił  Chuck.  – 

Entuzjazm  Marcii  dla  starych  cięŜarówek  jest  zupełnie  innego 
gatunku  niŜ  entuzjazm  Larry’ego.  To  dla  niego  tylko  zabawka. 
Model  z  1953  roku.  Larry  naleŜy  do  klubu  miłośników  starych 
samochodów. Bierze udział w rajdach i pokazach. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 71

 

To 

przynajmniej 

wyjaśniało 

ten 

rozdźwięk 

między 

zdezelowaną cięŜarówką a szykowną willą. 

– Skoro  mówimy  o  zabawkach,  czy  ostatnio  nabyłeś  jakieś 

nowe karty do swej kolekcji, Chuck? – spytała Marcia. 

– Nie miałem czasu, by się za tym rozglądać. 
– Jakie karty? – spytała Cassaundra. 
– Nie pokazywał ci kart baseballowych? Myślałam, Ŝe uŜywa 

ich,  by  zwabić  kobiety  do  swego  mieszkania  –  rzekła  Marcia, 
potwierdzając  w  ten  sposób,  Ŝe  ironia jest drugą naturą rodziny 
Grangerów. 

– To  nie  są  bezwartościowe  obrazki  jakiegoś  starego 

obleśnika  –  zaprotestował  Chuck.  –  Nie,  nie  pokazywałem  ich 
Sandy. 

– Był  zbyt  zajęty  malowaniem  moich  mebli  –  powiedziała 

Cassaundra. 

W  tym  momencie  do  domu  wszedł  Larry.  Dziewczynki 

wykrzyknęły:  „tatusiu!”  Larry  pozdrowił  wszystkich,  uściskał 
córki i wziął Aarona na ręce. 

– Przepraszam  za  spóźnienie  –  rzekł  do  Marcii  ponad  głową 

synka. – Zajechałem po benzynę. Potrzebuję pięciu minut, by się 
przebrać. Cześć, Sandy – zwrócił się do Cassaundry. – Miło, Ŝe 
cię znowu widzę. 

Postawił Aarona. 
Marcia  wstała  i  podeszła  do  męŜa.  Stanowili  piękną  parę: 

Lamy  wytworny,  w  dobrze  skrojonych  spodniach  i  białej 
koszuli,  Marcia  ubrana  z  dyskretną elegancją, w prostej czarnej 
bluzce koszulowej. 

– Muszę jeszcze dopracować kilka szczegółów. Wybaczcie... 

– powiedziała Marcia. 

Larry  objął  Marcię  i  wyszli  razem.  Cassaundra  podziwiała 

niewymuszone  stosunki  panujące  w  tej  rodzinie.  Ona  nigdy  nie 
mówiła  do  swego  ojca  „tato”.  Zawsze  był  w  kaŜdym  calu 
„ojcem”:  wyniosły,  sztywny,  autorytatywny,  daleki.  Nie 
pamiętała,  Ŝeby  kiedykolwiek  ją  objął.  Nie  zauwaŜyła  równieŜ, 
by on i Brianna okazywali sobie miłość tak swobodnie jak Larry 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 72

 

i Marcia. Choć okresowi narzeczeńskiemu mistrza i jego weselu 
towarzyszyła  cała  światowa  prasa,  jednak  w  domu  ta  para 
rzadko  wytrzymywała  kilka  minut  bez  gorzkiej  sprzeczki  czy 
ponurego milczenia. 

Zgodnie  z  obietnicą  po  pięciu  minutach  Larry  i  Marcia 

wrócili  do  salonu.  Larry  przebrał  się  w  ciemnoszary  garnitur  i 
srebrzystoszarą  koszulę,  a  Marcia  zarzuciła  na  ramię 
wielobarwną, batikową chustę, której końce włoŜyła za pasek. 

– Dziewczynki,  zacznijcie  się  kąpać,  jeśli  chcecie  oglądać 

film – poradziła Marcia. – Sandy, Chuck, czujcie się jak u siebie 
w  domu.  Obok  telefonu  w  kuchni  zostawiłam  adres  restauracji, 
do której jedziemy. A numery awaryjne... 

– ...są  wewnątrz  okładki  ksiąŜki  telefonicznej  na  biurku  – 

dokończył Chuck. – JuŜ przez to przechodziłem, pamiętasz? 

– Przygotuj  się  więc  na  fontannę  –  rzekła  Marcia.  – 

Wychodzimy. 

Cassaundra  nie  musiała  długo  czekać,  by  się  dowiedzieć,  co 

Marcia miała na myśli mówiąc o fontannie. Gdy tylko zamknęły 
się drzwi za rodzicami, Aaron zaczął zawodzić. 

– Obowiązki  mnie  wzywają  –  powiedział  Chuck,  wstając  z 

kanapy. Pośpieszył pocieszać siostrzeńca. 

Przez  parę  minut  Aaron  stawiał  opór,  jakby  Chuck  miał 

zamiar  go  torturować,  wrzeszczał  przy  tym  tak  głośno,  Ŝe 
mógłby  konkurować  z  zespołem  rockowym.  W  końcu  jednak 
zmęczył się i tylko od czasu do czasu dawało się słyszeć Ŝałosne 
pochlipywanie.  Chuck  zaprowadził  chłopca  w  róg  pokoju, 
wysypał z pojemnika plastikowe klocki i zaczęli razem budować 
dom.  Wkrótce  Aaron  tak  był  pochłonięty  zabawą,  Ŝe  nie 
zauwaŜył  nawet,  jak  Chuck  opuścił  go  i  wrócił  na  kanapę  do 
Cassaundry. 

– Pójdę  do  pokoju  dziewczynek  i  upewnię  się,  czy  wszystko 

jest  w  porządku  –  powiedział  Chuck  wzdychając.  Cassaundra 
wzięła  czasopismo  ze  stołu  i  zaczęła  je  przeglądać,  gdy  nagle 
poczuła  na  swych  kolanach  jakiś  cięŜar.  To  Aaron  przywarł  do 
jej nóg. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 73

 

– Alon,  Alon,  balon  –  powiedział  chłopczyk,  opierając 

gumowe  podeszwy  swych  tenisówek  na  gołych  nogach 
Cassaundry. 

Udało  mu  się  wspiąć  na  jej  kolana,  usadowił  się  z 

zadowolonym, zaraźliwym śmiechem. 

– Alon, Alon? – powtórzył. Tym razem najwyraźniej było to 

pytanie. 

– Zdaje  się,  Ŝe  masz  nowego  przyjaciela  –  zauwaŜył  Chuck, 

wróciwszy właśnie do salonu. 

– Chyba  tak  –  odparła  Cassaundra,  odkrywając  z 

zakłopotaniem, Ŝe się czerwieni. 

Wtedy,  w  cięŜarówce,  Aaron  okazywał  jej  nieufność  i 

Cassaundra  nie  przypuszczała,  Ŝe  dziecko  mogłoby  z  własnej 
inicjatywy  wspiąć  się  na  jej  kolana.  JakŜe  niewiele  wiedziała  o 
dzieciach! 

– Alon,  Alon  –  powtórzył  chłopczyk  z  naciskiem  i 

zabrzmiało to jak zdecydowana prośba. 

– Aaron,  Aaron,  wygląda  jak  baron.  Lecz  czemu  nie  lata  jak 

sowa uszata? 

– Jesce! – zaŜądał dzieciak. 
Cassaundra  powtórzyła  mu  wierszyk  kilkakrotnie.  Wkrótce 

spostrzegła,  Ŝe  ma  nowych  słuchaczy.  Amy  w  koszuli  nocnej  i 
Robyn  w  piŜamie  stały  koło  kanapy  i  przyglądały  się  zabawie. 
Chuck oparty o kominek obserwował z uśmiechem całą scenkę. 

– Sama to ułoŜyłaś? – spytała Robyn. 
– Tak. 
– UłóŜ teŜ dla mnie – poprosiła dziewczynka. 
– I dla mnie teŜ – powiedziała Amy. 
– Robyn, Robyn – zaczęła Cassaundra, czekając na cudowny 

przypływ natchnienia. – Chwileczkę. Amy, Amy... – zauwaŜyła 
zniecierpliwiona, Ŝe Chuck patrzy na nią z rozbawieniem i czeka 
na wynik. Najwyraźniej nie miał zamiaru przyjść jej z pomocą. 

– Robyn, Robyn... włosy swe zdobi... – Gorączkowo myślała 

nad dalszym ciągiem. – Gdy gra w tenisa, wszystkich zachwyca. 

– Och! – wykrzyknęła Robyn uradowana. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 74

 

– Teraz  dla  mnie  –  dopominała  się  Amy,  obejmując 

Cassaundrę za kolana. 

Cassaundra  spojrzała  zrozpaczona  na  Chucka,  ale  ten  był 

coraz bardziej rozweselony. 

– Amy,  Amy...  –  zwróciła  się  do  starszej  siostry  –  biegnie 

podskokami. A za nią chłopaki, ślą jej buziaki. 

Twarz dziewczynki oblał rumieniec. Schyliła głowę, ale usta 

ułoŜyły się do uśmiechu. 

– Teraz  dla  wujka  Chucka  –  poprosiła  Robyn  czując,  Ŝe  nie 

jest juŜ w centrum uwagi. 

Cassaundra  popatrzyła  na  Chucka,  który  przechylił  głowę  i 

patrzył wyzywająco. 

– Chuck,  Chuck...  miał  na  rybkę  smak.  Popłynął  w  Nilu  na 

krokodylu. 

– Jeszcze jeden dla mnie – dopominała się Robyn. 
– Koniec juŜ – pośpieszył z pomocą Chuck. – Sandy zupełnie 

wyprztykała się z rymów. 

– MoŜemy ułoŜyć coś dla niej – powiedziała cicho Amy. 
– Niezły pomysł! – przyznał Chuck. 
Zaprowadził  siostrzenice  w  róg  pokoju,  gdzie  zaczęli  się 

naradzać.  Po  chwili  Chuck  znacząco  chrząknął  i  po  kilku 
nieudanych próbach wyrecytowali jednogłośnie: 

– Sandy,  Sandy,  pachniesz  jak  kwiat  lawendy.  Na  Świętego 

Walentego damy ci coś słodkiego. 

– Czekoladki  w  pudełku  w  kształcie  serca  –  dodała  Amy, 

romantyczka. 

– Ach, co za smakowitości – rzekła Cassaundra. 
– Skoro mówimy o smakowitościach – wtrącił Chuck – to co 

powiecie na praŜoną kukurydzę w wykonaniu wujka Chucka? 

– Tak!  –  krzyknęły  jednogłośnie  dziewczynki  i  ruszyły  do 

kuchni.  Zapewne  była  to  juŜ  utrwalona  tradycja.  Rozległ  się 
dźwięk stukających garnków, wysuwanych szuflad, zamykanych 
drzwiczek,  a  potem  w  całym  domu  zapachniało  praŜoną 
kukurydzą.  Wreszcie  kucharze powrócili niosąc misy gotowego 
produktu.  Amy  i  Robyn  usadowiły  się  przed  telewizorem, 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 75

 

właśnie gdy zaczynał się film. 

Chuck  z  drugą  miską  usiadł  obok  Cassaundry.  PołoŜył  rękę 

na  oparciu  kanapy  i  był  bardzo  zadowolony,  gdy  Cassaundra 
oparła  na  niej  głowę.  Przysunął  się  bliŜej  i  połoŜył  dłoń  na  jej 
ramieniu.  Jej  włosy  pachniały  świeŜo,  uwodzicielsko.  Ten 
zapach bardzo silnie na niego działał. Tak jak ona cała. 

To dziwne, pomyślał, Ŝe choć siedzą w salonie z trójką dzieci 

oglądających film Disneya, wydaje mu się to tak romantyczne i 
czuje taką emocjonalną bliskość. 

W  pewnym  momencie  Aaron  przyraczkował  do  kanapy  i 

wspiął się na kolana Cassaundry. 

– Cyta pać – wymamrotał. 
Cassaundra popatrzyła bezradnie na Chucka. 
– Jest  zmęczony  i  chce,  Ŝeby  zaprowadzić  go  do  łóŜka  i 

poczytać mu ksiąŜkę – wyjaśniła Robyn. 

Chuck  wziął  chłopca  na  ręce  i  ruszyli  korytarzem  do 

dziecięcego  pokoju.  Było  coś  niezwykle  intymnego  w  tym  ich 
wspólnym marszu. Cassaundra mogła sobie łatwo wyobrazić, Ŝe 
to  jej  własny  dom,  jej  własne  dziecko,  jej  własny  męŜczyzna. 
Czy  te  fantazje  wynikały  z  jej  uczuć  do  Chucka,  czy  po  prostu 
coś  ją  nurtowało?  Jakaś  wewnętrzna  potrzeba,  która  skłoniła  ją 
do  tej  całej  maskarady.  Dzięki  niej  miała  przeŜyć  coś,  czego 
jeszcze  nie  potrafiła  dokładnie  określić,  ale  co  nazwałaby 
normalnością. Czy właśnie znalazła normalność, czy teŜ miłość? 

– Aaron,  stary,  pomoŜesz  mi  przy  nakładaniu  piŜamy?  – 

spytał Chuck. 

– Cyta pać – odpowiedział Aaron. 
Podszedł do półki i zaczął przeszukiwać ksiąŜki. 
– Najpierw  piŜama  –  stwierdził  Chuck,  trzymając  w 

pogotowiu barwny kaftanik. 

– Cyta pać – nalegał Aaron. 
Wyjął  ksiąŜeczkę,  pobiegł  do  łóŜka,  usiadł  pośrodku 

materaca  i  trzymając  ksiąŜkę  na  kolanach  patrzył  wyczekująco 
na Cassaundrę. Był tak mały, a jednocześnie tak zdecydowany. I 
wybrał właśnie ją, by mu czytała. Nie dlatego, Ŝe jest bogata lub 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 76

 

piękna,  lecz  dlatego,  Ŝe  ją  polubił.  To  takie  proste.  Tak  proste, 
Ŝ

e  serce  Cassaundry  topniało  pod  wpływem  nalegającego 

spojrzenia. 

– Cyta pać – powtórzył, wyczuwając, Ŝe ma przewagę. Chuck 

juŜ chciał się wtrącić, ale Cassaundra pokręciła głową. 

– Najpierw  ja  mu  przeczytam  opowiadanie.  –  W  oczach 

miała  łzy,  głos  jej  zmatowiał  pod  wpływem  wzruszenia. Chuck 
miał  ochotę  zapytać,  czy  moŜe  usiąść  na  łóŜku  i  teŜ  posłuchać, 
ale  wyczuł,  Ŝe  między  Cassaundrą  i  Aaronem  rodzi  się  jakaś 
szczególna więź, nie chciał więc przeszkadzać. 

– Pójdę  do  salonu,  do  dziewczynek  –  rzekł  i  ruszył 

korytarzem. 

Czuł zazdrość. Nie był pewien, czy to dlatego, Ŝe siostrzeniec 

wolał  towarzystwo  dziewczyny  niŜ  jego,  czy  dlatego,  Ŝe 
dziewczyna wolała towarzystwo siostrzeńca. 

Po  dwudziestu  minutach  usłyszał,  jak  Sandy  woła  go 

przestraszonym głosem. Pobiegł do pokoju Aarona. Na pierwszy 
rzut  oka  wszystko  wydawało  się  w  porządku.  Aaron  i 
dziewczyna  siedzieli  na  łóŜku.  Chłopiec  miał  na  sobie  kaftanik 
od piŜamy. Sandy patrzyła jednak przeraŜonym wzrokiem. 

– Mamy... no... 
Przerwała  i  wzięła  głębszy  oddech,  szukając  odpowiedniego 

określenia. 

– Sytuację, która wymaga, jak myślę... kogoś z rodziny. 
– O co chodzi? – spytał zaciekawiony. 
– O  to,  Ŝe...  –  była  strasznie  zaŜenowana  –  Ŝe...  jest 

zabrudzony. 

– Masz  na  myśli  to,  Ŝe  ma  brudne  majtki?  –  spytał  ze 

ś

miechem. 

Skinęła głową. Śmiech Chucka przeszedł w głośny rechot. 
– Potrzebny  jest  krewny?  Sandy,  chodzi  przecieŜ  o  zmianę 

pieluszki, a nie o przeszczep narządów. 

– Ale ja nie wiem... – nie chciała się przyznać, Ŝe nie potrafi 

zmienić pieluszki – gdzie leŜą pieluszki – dokończyła. 

Chuck  podszedł  do  wiklinowego  kosza,  otworzył  wieko  i 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 77

 

wydobył  pudło  jednorazowych  pieluszek  oraz  opakowanie 
czegoś, co nazywało się „osuszacze”. 

– Teraz twoja kolej – powiedział. 
Cassaundra  wyciągnęła  pieluszkę  z  pudełka  i  ujęła  ją  tak, 

jakby  był  to  relikt  jakiejś  zaginionej  cywilizacji,  który  właśnie 
wykopała  w  swym  ogródku.  Przesunęła  palcem  po  taśmie 
mocującej  i  zwróciła  się  do  Chucka  z  niepewnym  wyrazem 
twarzy. Popatrzył na nią zdziwiony. 

– Jakieś problemy? 
– Nie wiem, jak... – odparła przez ściśnięte gardło. 
– Jak zmienia się pieluszki? – spytał z niedowierzaniem. 
Potaknęła zgnębiona. 
– Dlaczego od razu nie powiedziałaś? 
– Myślałam... nigdy nie zajmowałam się dziećmi i... 
– To przecieŜ nie jest hańba. 
– Ale większość kobiet... 
– Kobiety nie rodzą się z tą umiejętnością – stwierdził Chuck. 

–  Zresztą  męŜczyźni  teŜ.  Ja  nigdy  nie  zmieniałem  pieluszek, 
dopóki Marcia nie urodziła pierwszego dziecka. 

Podszedł do Aarona i wziął go na ręce. 
– No,  stary,  słyszałem,  Ŝe  masz  brudno  w  majteczkach. 

Chodź, pokaŜemy Sandy, na czym polega cała sprawa. 

Precyzyjnymi  ruchami  rozłoŜył  pieluszkę,  zastosował 

„osuszacz”  i  pokazał  Cassaundrze,  jak  naleŜy  umieścić  pupę 
dziecka na środku i zamocować pieluszkę za pomocą rzepów. 

– Nie  będziemy  musieli  śpiewać  kołysanek  –  wyraził 

przypuszczenie Chuck, słysząc jak chłopiec przeciągle ziewa. 

Cassaundra poprawiła prześcieradło i gdy tylko Aaron znalazł 

się  pod  kołdrą,  przywarł  policzkiem  do  poduszki  i  przytulił 
zniszczonego pluszowego psa. 

– Dobranoc,  Mistrzu  –  powiedział  Chuck,  głaszcząc 

dzieciaka po plecach. 

Cassaundra obserwowała, jak Chuck uspokaja dziecko, i była 

pod wraŜeniem wzruszającej delikatności jego duŜych, mocnych 
dłoni. JakŜe podobało jej się to Ŝycie, którego intymne szczegóły 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 78

 

podpatrywała.  Zawsze  tego  pragnęła.  Jak  łatwo  było  marzyć 
sobie  o  nim  teraz.  Ale  jakŜe  trudno  zapomnieć,  Ŝe  –  trzeźwo 
patrząc – było ono dla niej nieosiągalne. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 79

 

ROZDZIAŁ 7 

W  salonie  dziewczynki  pochłonięte  były  ostatnimi  scenami 

filmu.  Chuck  i  Cassaundra  siedzieli  na  kanapie  i  rozmawiali 
cicho.  W  pewnym  momencie  Chuck  nachylił  się  ku 
Cassaundrze. 

– Pragnę  cię,  Sandy  –  powiedział  jej  prosto  do  ucha  niskim, 

zmysłowym głosem. 

Cassaundra  przymknęła  oczy  i  poczuła,  jak  pod  powiekami 

kłują ją od dawna wstrzymywane, palące łzy. JakŜe naiwna była 
wtedy, gdy w rozmowie ze Sloanem pozwalała sobie na Ŝarty na 
temat  swego  ewentualnego  romansu.  Zakochać  się  w 
męŜczyźnie i w takim Ŝyciu, jakie on prowadził, i do jakiego nie 
miała  dostępu  –  nie,  to  nie  naleŜało  do  scenariusza.  Wcześniej 
czy później zostanie zdemaskowana i ten idylliczny okres w jej 
Ŝ

yciu zakończy się brutalnie. 

Pochyliła głowę, przywierając do jego ramienia. Wyrwało jej 

się  prowokujące  westchnienie.  Chuck  czuł  Cassaundrę 
wszystkimi  zmysłami  –  zapach  i  dotyk  włosów,  cięŜar  głowy, 
ciepło ciała. Nawet rytm oddechu, gdy patrzył na wznoszące się 
pod bawełnianą bluzką piersi. 

Choć dziewczyna zamykała się przed nim, jednak przez cały 

wieczór  istniało  między  nimi  wyczuwalne  napięcie,  jakby 
gromadziła 

się 

jakaś 

mieszanka 

wybuchowa, 

gotowa 

eksplodować przy najlŜejszym ruchu. 

– Gdy  będziemy  sami,  pocałuję  cię  w  kark,  którym  mnie 

kokietujesz – rzekł jej do ucha. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 80

 

– Nie  mam  zamiaru  cię  kokietować  –  odparła,  otwierając 

oczy. 

– Wiem, ale jestem przy tobie tak naładowany energią, Ŝe gdy 

widzę  kawałek  skóry,  zaraz  myślę  o  pocałunku.  To  taki  odruch 
roznamiętnionego męŜczyzny. 

– Czy  to  wypada  mówić  przy  dzieciach?  –  Odsunęła  się 

nieco, by uniknąć jego zbyt podniecającej, kuszącej bliskości. 

Zaczął  ręką  gładzić  jej  kark.  Przez  ciało  Cassaundry 

przepłynęły  fale  gorąca,  które  jeszcze  się  wzmogły,  gdy  Chuck 
otarł się o jej ramię i ustami przywarł do ucha. 

– Film  się  kończy.  Dzieci  idą  wkrótce  spać  –  wyszeptał. 

Cassaundra  znów  zamknęła  oczy.  Była  rozdarta  między 
sprzecznymi emocjami. Nie potrafiłaby wydobyć z siebie słowa. 
Pragnęła tylko odwrócić się i objąć go. Czuć, jak on ją obejmuje, 
jak  ją  wchłania  w  siebie.  Ale  jakaś  cząstka  jej  osobowości, 
ciągle  zdolna  do  trzeźwego  rozumowania,  trzymała  ją  sztywno 
na miejscu. 

W  tej  właśnie  chwili  skończył  się  film.  Chuck  polecił 

siostrzenicom, Ŝeby poszły wymyć zęby. Gdy wróciły z łazienki, 
zaczęły  domagać  się  bajki  na  noc.  Usiłował  protestować,  ale 
Robyn  schwyciła  go  obiema  dłońmi  za  rękę,  jakby  chciała 
zmusić, by poszedł z nimi do ich pokoju. 

– Porwano mnie! – zawołał, udając przeraŜenie. 
– Chcemy,  Ŝebyś  ty  teŜ  z  nami  poszła  –  powiedziała  Amy, 

ujmując delikatnie rękę Cassaundry. 

Dziewczynki zgodziły się, by goście wybrali dla nich ksiąŜkę. 

Chuck  wziął  zabawne  wierszyki  Shela  Silversteina.  Czytał  je  z 
takim  komizmem,  Ŝe  siostry  tarzały  się  ze  śmiechu.  Gdy 
przeczytał ostatni wiersz, ucałował w czoło obie siostrzenice – a 
takŜe Cassaundrę. 

– Pójdę  pozmywać  naczynia,  a  ty  ucisz  jakoś  te  szkraby. 

Cassaundra  wybrała  tom  opowiadań  Beatrix  Potter,  w  którym 
była  opowieść  o  Jeremiaszu  Rybaku.  Po  kilku  minutach  Amy  i 
Robyn  z  takim  samym  zachwytem  słuchały  opowieści  o 
jeremiaszowych  kanapkach  z  motylem,  jak  słuchała  ich 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 81

 

Cassaundra, gdy była dzieckiem. 

– Podoba mi się to opowiadanie – rzekła zadumana Amy. – A 

ciebie lubimy bardziej niŜ tę poprzednią. 

– Poprzednią? 
– Poprzednią dziewczynę wujka Chucka. 
– Elizabeth  –  wyjaśniła  Robyn,  marszcząc  nos  lekcewaŜąco. 

– Nie była tak miła jak ty. 

– Robyn! – upomniała siostrę Amy. 
– Tata mówił, Ŝe jest snobką – ciągnęła Robyn, nie zwracając 

uwagi na siostrę. – I nie była teŜ miła dla wujka Chucka. 

– Hej, cóŜ to za ploteczki na dobranoc sobie opowiadacie? – 

spytał Chuck, stając w drzwiach pokoju. – Czas gasić światło – 
dodał, najwyraźniej poirytowany. 

Dziewczynki zostały zapakowane do łóŜek, światło zgaszone. 

Chuck objął Cassaundrę wpół i poszli razem do salonu. Usiedli 
na kanapie. Chuck milczał ponuro. 

– Ja teŜ ciebie bardziej lubię niŜ poprzednią – odezwał się po 

dłuŜszej chwili niezręcznej ciszy. 

– Słyszałeś całą rozmowę? 
– KaŜde okrutne słowo. 
– To przecieŜ tylko dzieci. 
– Bardzo  spostrzegawcze  dzieci  –  odrzekł,  przyciągając  jej 

twarz ku sobie. Oczy ich się spotkały. – Nie była miła tak jak ty. 
Tak to chyba określiły dziewczynki? 

– Nie musisz mi przecieŜ niczego wyjaśniać. 
– Być  moŜe.  Ale  nie  chciałbym,  by  ona  siedziała  tu  na 

kanapie  między  nami  albo  wracała  z  nami  samochodem  do 
domu.  –  Chuck  westchnął  ze  znuŜeniem.  –  Nie  miała  dla  mnie 
takiego znaczenia jak ty. Ona... to był tylko taki układ. 

– Chuck, naprawdę nie chcę... 
– Dziewczynki  mówiły  tak,  jakbym  tu  stale  przyprowadzał 

jakieś kobiety, by rodzina mogła się im przyjrzeć i ocenić. 

– Chyba zazwyczaj kaŜda rodzina tak postępuje? 
– Ale nie ta rodzina – oświadczył Chuck. – Posłuchaj, to było 

tak.  Elizabeth  organizowała  aukcję  na  cele  dobroczynne. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 82

 

Spotkałem  ją  na  przyjęciu  i  chciała,  Ŝebym  opisał  całe 
przedsięwzięcie  w  gazecie.  Marcia  dopiero  co  otworzyła  swą 
pracownię,  więc  zasugerowałem  jej,  Ŝeby  zrobiła  coś  dla  tej 
aukcji.  Pomogłoby  to  mojej  siostrze  zdobyć  rozgłos  we 
właściwych kręgach. Przyprowadziłem tu Elizabeth, by omówić 
całe  przedsięwzięcie.  Traktowała  Amy  i  Robyn,  jakby  miały 
jakąś  zakaźną  chorobę  –  ciągnął  Chuck,  przeczesując  palcami 
włosy.  –  Włączyła  wprawdzie  w  końcu  firmę  Marcii  do 
programu  aukcji,  ale  dawała  do  zrozumienia,  Ŝe  robi  jej  wielką 
łaskę. 

– Ale przecieŜ twoja siostra poświęcała swój czas. 
– Tak, ale Marcia jest kobietą pracującą. Popełnia nietakt, Ŝe 

pracuje  i  zarabia  pieniądze.  Elizabeth  pochodzi  z  bogatej 
rodziny i chociaŜ spełnia moralny obowiązek organizując aukcję 
dobroczynną, nic ją jednak nie moŜe łączyć z nami, robolami. 

– To okropne, Ŝe ktoś moŜe być taki ograniczony. 
– Nie wszyscy są tacy jak ty – odparł Chuck. 
I  nagle  Cassaundra  uświadomiła  sobie,  Ŝe  jest  juŜ  za  późno, 

Ŝ

e Chuck jest w niej zakochany. Powinno ją to ekscytować, ale 

przez 

głowę 

błyskawicznie 

przebiegły 

jej 

wszystkie 

konsekwencje tego faktu: oboje zmierzali do katastrofy. 

– Nie  kaŜdy  ma  taką  jak  ty  zdolność  odczuwania  – 

powiedział,  a  potem  impulsywnie  przykrył  wargami  jej  usta. 
„Zdolność  odczuwania”.  W  czasie  tego  pocałunku  Cassaundra 
czuła  wszystko:  wzruszenie,  dreszcz,  nieuniknioną  tragedię, 
która  czekała  ich  oboje.  Czuła  radość,  przeraŜenie  i  uniesienie, 
smak  łez  i  przemoŜne  poczucie  winy,  Ŝe  dopuściła  do  tego,  by 
sprawy zabrnęły tak daleko. 

Usta  Chucka  zaczęły  powoli  wędrować  wzdłuŜ  policzka 

Cassaundry,  na  szyję,  na  kark.  Gdy  dotarły  do  zagłębienia 
między obojczykami, Cassaundra zastygła i odsunęła się. 

– Nie torturujmy się tak – powiedziała cicho. 
Widziała  poŜądanie  na  twarzy  Chucka,  w  jego  płonących 

oczach,  na  rozgrzanych  pocałunkami  ustach,  w  rozognionym 
wzroku. Na ten widok ją samą ogarniało podniecenie. Normalny 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 83

 

dreszcz  rozkoszy,  jaką  odczuwa  kaŜda  kobieta,  widząc,  Ŝe 
męŜczyzna  patrzy  na  nią  z  takim  poŜądaniem.  Dreszcz 
normalny,  a  jednak  równieŜ  samolubny.  To  nie  było  fair  z  jej 
strony, Ŝe wdała się w tę całą historię i jeszcze ją podsycała. 

– Masz  rację  –  powiedział,  biorąc  głęboki  oddech.  –  Pokoje 

dzieci  są  niedaleko,  a  Marcia  i  Larry  mogą  wkrótce  wrócić. 
Trudno uwaŜać to za intymne warunki, prawda? 

Opadł na miękkie poduszki kanapy. 
– Najprawdopodobniej  minie  co  najmniej  godzina,  zanim 

usiądę  za  kierownicą.  MoŜe  wypijemy  kieliszek  wina,  Ŝeby 
lepiej nam się patrzyło na wieczorne wiadomości? 

– Wino  byłoby  w  sam  raz  –  odparła  Cassaundra.  Wszystko, 

co Chuck Granger robił, by wywrzeć wraŜenie na kobiecie, robił 
w  duŜym  stylu.  Wino  zostało  nalane  do  wysokich  kielichów,  a 
butelka wstawiona do srebrnego wiaderka z lodem. 

– Wspaniałe – stwierdził Chuck, kosztując wina. 
– Kalifornia  zrobiła  duŜe  postępy  – zgodziła się Cassaundra. 

–  Niektóre  z  naszych  win  mogą  rywalizować  z  najlepszymi 
rocznikami europejskimi. 

Chuck  odsłonił  fragment  nalepki  –  rzeczywiście,  wino  było 

amerykańskie. Dziwne, Ŝe Cassaundra poznała się na tym. MoŜe 
jest amatorką i wytrawną znawczynią win? 

Przez  kilka  minut  siedzieli  w  napiętym  milczeniu  dość 

sztywno obok siebie i sączyli wino. Powoli zaczęli się odpręŜać. 
Chuck  usiadł  w  rogu  kanapy,  a  Cassaundra  oparła  barki  o  jego 
pierś  i  wyciągnęła  przed  siebie  nogi.  Po  poprzednim 
gwałtownym  pocałunku  zapanowało  między  nimi  przyjazne 
ciepło. Na razie wystarczało im, Ŝe są blisko siebie. Cassaundra 
odczuwała głębokie zadowolenie, Ŝe jest tu razem z Chuckiem i 
wiedziała,  Ŝe  tego  uczucia  nie  moŜe  przypisać  wyłącznie 
działaniu  wina.  Doznawała  kojącego  poczucia  bezpieczeństwa, 
oparta  o  mocne  męskie  ciało.  ZłoŜyła  głowę  na  ramieniu 
Chucka, westchnęła i przymknęła oczy. 

Przed północą wrócili gospodarze. 
– Jeszcze pięć minut, a zmieniłabyś się w ducha – zaŜartował 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 84

 

Chuck, patrząc na ścienny zegar. 

– O,  widzę,  Ŝe  popijaliście  sobie  winko,  czekając  na  nas  – 

powiedziała  Marcia,  wyjmując  butelkę  z  kostek  lodu.  Na  dnie 
zostało  moŜe  z  pół  kieliszka.  –  Ktoś  tu  balował  stwierdziła, 
Ŝ

artobliwie patrząc na Chucka. 

– Dzieci doprowadziły nas do tego – odparował Chuck. 
– Tak źle się zachowywały? – spytała Marcia. 
– Były  grzeczne  jak  anioły  –  rzekła  Cassaundra.  – 

Dziewczynki  polubiły  kanapki  z  motylem  Jeremiasza  Rybaka – 
dodała z uśmiechem. 

– Pokrewna dusza, miłośniczka Beatrix Potter! – powiedziała 

Marcia. – Chuck, ta mi się podoba. 

Chuck zaklął niewyraźnie. 
– Przestań, Marcia. Dzieci juŜ jej wszystko powiedziały. 
– Chyba  nie  wspomniały  o  tej...  Elizabeth!  –  Marcia 

wypowiedziała  to  imię z teatralną przesadą, wciągając policzki. 
– Ta głupia gęś. „Gęś” to zbyt łagodne określenie. To kurza gęś, 
o ile coś takiego istnieje. 

W  drodze  powrotnej  Cassaundra  i  Chuck  rozmawiali 

niewiele.  Cassaundra,  zatopiona  w  myślach,  patrzyła  przez 
szybę.  Chuck  pomknął  autostradą,  a  potem  jechał  ulicami 
miasta,  które  miały  w  sobie  coś  niesamowitego  teraz,  gdy  nie 
było na nich zwykłego w godzinach szczytu tłoku. 

Dojechali do osiedla, gdzie mieszkała Cassaundra, i wysiedli 

z  samochodu.  Nocna  cisza  wzmacniała  zwykłe  o  tej  porze 
odgłosy: cykanie świerszczy, szurgot przestraszonych jaszczurek 
w  krzakach.  KaŜdy  dźwięk  głośniejszy  od  szeptu  byłby 
brutalnym  zakłóceniem  tej  wszechogarniającej  ciszy.  Przez 
dłuŜszą  chwilę  Cassaundra  i  Chuck  nie  odzywali  się  do  siebie, 
tylko  patrzyli  na  swe  twarze  oświetlone  jasnymi  promieniami 
księŜyca i słabym światłem latarni. 

Cassaundra odezwała się pierwsza, wymawiając imię Chucka 

błagalnie i tak cicho, Ŝe moŜna by to poczytać za westchnienie. 

– Nie  zaprosisz  mnie  do  środka  –  stwierdził  Chuck.  –  Przez 

całą drogę myślałaś o tym, w jaki sposób mnie spławić. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 85

 

To  nie  zabrzmiało  jak  oskarŜenie  –  po  prostu  zwykłe 

stwierdzenie  faktu,  świadczące  o  bezbłędnym  wyczuciu. 
Cassaundra nie mogła zaprzeczyć. 

– Jest juŜ późno, a jutro oboje musimy iść do pracy. 
– To tylko wymówka. 
– Wypiłam  sporo  wina.  Nie  mogłabym  ufać  Ŝadnej  swojej 

decyzji, którą podjęłabym teraz. 

– W  takim  razie  zaufaj  swym  uczuciom  –  powiedział 

prowokująco. 

Uśmiechnęła się do niego smętnie. 
– Moje  uczucia  to  ostatnia  rzecz,  jakiej  mogłabym  zaufać. 

Dzisiaj  wieczór  graliśmy  w  pewnej  sztuce.  Nie  chciałabym, 
Ŝ

ebyśmy  obudzili  się,  oczekując,  iŜ  przedstawienie  potrwa 

wiecznie, a odkrylibyśmy, Ŝe zrobiło klapę na premierze. 

Chuck przyciągnął ją gwałtownie do siebie. 
– Bądź  dla  mnie  miła,  Złotowłosa.  Przedstawiłaś  swój 

pogląd,  teraz  przestań  myśleć  i  pocałuj  mnie  na  dobranoc. 
Całował  ją  zaborczo,  niemal  dziko,  jakby  chciał  powetować 
sobie zawiedzione nadzieje. Objął ją mocno i przytulił jej głowę 
do piersi. Mijały sekundy, długie sekundy nabrzmiałej emocjami 
ciszy. 

– Jesteś na mnie zły? – spytała wreszcie Cassaundra. 
– Raczej rozczarowany – sprostował. 
– Czy poczułbyś się lepiej, gdybym ci powiedziała, Ŝe ja... 
– Nie!  –  przerwał  gniewnie.  –  Ani  trochę  nie  czułbym  się 

lepiej. Mówiąc otwarcie, nie jestem w nastroju, by wczuwać się 
w rozterki, jakie masz z podjęciem decyzji. 

Tak  jak  przedtem  niespodziewanie  ją  do  siebie  przygarnął, 

tak teraz niespodziewanie wypuścił z objęć. 

– Chuck... 
– Powiedz mi dobranoc, Złotowłosa. 
Ostry ton zmusił Cassaundrę do posłuszeństwa. 
– Dobranoc – powiedziała, ale słowo to uwięzło jej w krtani. 
Stała  przed  drzwiami  swego  domu  i  patrzyła,  jak  Chuck 

odchodzi. Czy go jeszcze kiedykolwiek zobaczy? Lepiej byłoby 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 86

 

dla niego, gdyby to nigdy nie nastąpiło. Miała nadzieję, Ŝe moŜe 
nie wszystko stracone. 

Chuck  nie  obejrzał  się  za  siebie  i  nie  zobaczył 

przygnębionego  wyrazu  jej  twarzy  i  zagubionego  wzroku.  Nie 
miał  zamiaru  jej  współczuć.  Był  zbyt  zawiedziony.  Musiał  się 
pouŜalać  sam  nad  sobą.  Otworzył  głośno  drzwi  samochodu, 
zatrzasnął je z nadmierną siłą, a potem zaciśniętą pięścią uderzył 
w  kierownicę,  jakby  chciał  ją  ukarać.  Ukarał  jedynie  własną 
rękę.  Zaklął  dosadnie  i  poczuł  się  lepiej.  Do  diabła,  zdobył 
przecieŜ nad Sandy przewagę. 

Coś  dla  odpręŜenia,  czyŜ  nie  tak  pomyślał  o  niej  na  samym 

początku?  Ładna,  nieskomplikowana,  swojska  blondyneczka  z 
baru.  Czy  moŜna  aŜ  tak  się  pomylić?  W  schowku  pod  tablicą 
rozdzielczą  leŜała  paczka  prezerwatyw,  kupiona  na  dzisiejsze 
spotkanie,  i  pokpiwała  sobie  z  niego.  Mógłby  je  nadmuchać 
helem  i  zawiesić  na  antenie  radiowej!  Miałby  z  nich 
przynajmniej  jakiś  poŜytek.  MoŜe  powinien  to  zrobić.  Niech 
ś

wiadczą o jego głupocie! 

To,  co  zrobił,  nie  pasowało  do  niego.  Doskwierało  mu  coś 

znacznie  bardziej  dotkliwego  niŜ  nie  zaspokojone  poŜądanie. 
Gdyby  chodziło  wyłącznie  o  seks,  znalazłby  sobie  nowego 
kociaka  po  tej  wspólnej  z  Cassaundrą  wyprawie  do  kina,  gdy 
bawiła się z nim w kotka i myszkę. To jego cholerne szczęście – 
wpadł po uszy. 

Cassaundra  miała  rację,  gdy  mówiła  o  przedstawieniu.  W 

przytulnym  domu  Marcii  z  łatwością  weszli  w  rolę  dobranych 
małŜonków,  którzy  układają  dzieci  do  snu,  a  potem  z 
kieliszkiem wina sadowią się na kanapie. Fantazje! 

Przekręcił  wściekle  klucz  w  stacyjce  swego  mustanga  i  z 

piskiem opon ruszył z parkingu. Do diabła z tą jej erotyczną grą 
w  chowanego!  Czy  fantazje  to  coś  złego?  Nikt  przecieŜ  nie 
zakłada,  Ŝe  fantazje  będą  trwały  wiecznie,  z  fantazji  trzeba 
czerpać jak najwięcej przyjemności, póki trwają. 

Dlaczego więc nie zawrócisz i nie podzielisz się z nią swymi 

drogocennymi myślami? – pytał go jakiś wewnętrzny głos. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 87

 

Dlatego,  Ŝe  uzna  cię  za  szaleńca.  Dlatego,  Ŝe  to  do  niczego 

nie  doprowadzi.  Dlatego,  Ŝe  gdy  ona  spojrzy  tym  swoim 
nieobecnym  wzrokiem,  zapomnisz,  co  miałeś  jej  powiedzieć  i 
tylko będziesz chciał ją wziąć w ramiona. 

A  moŜe  ona  ma  rację?  MoŜe  rzeczywiście  obudziliby  się 

rozczarowani, Ŝe to wszystko było tylko fantazją? 

A  moŜe  wprost  przeciwnie?  MoŜe  obudziliby się i doszli do 

wniosku,  Ŝe  to  wcale  nie  jest  fantazja?  Bał  się  takiej 
ewentualności, ale jednocześnie wydała mu się ona pociągająca. 
Musiał  być  jakiś  powód,  dla  którego  wracał  do  tej dziewczyny. 
Mógł  przecieŜ  powiedzieć:  „Do  diabła  z  nią”  i  znaleźć  sobie 
kogoś  bardziej  uległego.  Czy  to  miłość?  Westchnął.  Jeśli  nie 
miłość, to w takim razie musiał to być masochizm. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 88

 

ROZDZIAŁ 8 

„Drogi Sloanie! 
MoŜe  miło  ci  będzie  usłyszeć,  Ŝe  obecne  pokolenie  dzieci 

potrafi się zachwycić kanapkami z motylem Jeremiasza Rybaka 
i  Ŝe  Prawdziwi  MęŜczyźni  równie  dobrze  zmieniają  pieluszki, 
jak  zapobiegają  wybuchowi  poŜaru.  Niestety,  Prawdziwi 
MęŜczyźni nie są zbyt odporni na seksualne frustracje, więc być 
moŜe  nie  zostanę  zaproszona  do  jego  mieszkania,  by  obejrzeć 
kolekcję kart baseballowych. Uściski. 

Cassaundra” 
 
Nigdy  go  juŜ  więcej  nie  zobaczysz,  powtarzała  sobie 

Cassaundra  moŜe  z  tysiąc  razy  w  ciągu  ostatnich  dwóch  dni. 
Podobnie  bezsensownie  wmawiała  sobie,  Ŝe  tak  jest  lepiej, 
uczciwiej  w  stosunku  do  Chucka.  A  mimo  to,  nie  zwaŜając  na 
głos  rozsądku,  wyczekująco  patrzyła  co  chwilę  na  drzwi. 
Telefon  w  barze  nie  dzwonił  zbyt  często,  ale  gdy  tylko  się 
odezwał,  Cassaundra  natychmiast  podnosiła  słuchawkę,  mając 
nadzieję,  Ŝe  usłyszy  głos  Chucka.  Dotychczas  jednak  dzwonili 
wyłącznie  klienci,  pytając  o  godziny  otwarcia  baru,  oferowane 
produkty i ceny. 

Cassaundra  nigdy  nie rozmawiała z Chuckiem przez telefon. 

Mieli  tyle  wyjątkowych  przeŜyć  w  ciągu  tych  paru  dni,  Ŝe  nie 
starczało im czasu na zwykłe sprawy. 

Minęło pięć dni, w tym nieznośnie długi weekend, a dzwonek 

u  drzwi  baru  ani  razu  nie  obwieścił  przyjścia  Prawdziwego 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 89

 

MęŜczyzny.  We  wtorek,  kiedy  Cassaundra  po  raz  pierwszy  od 
ponad  tygodnia  miała  wolne,  zdecydowała,  Ŝe  nie  będzie 
siedzieć  w  domu  i  tonąć  w  melancholii.  Postanowiła  zwiedzić 
miejscowe  muzea,  poświęcając  większość  dnia  naukom 
przyrodniczym,  przestrzeni  kosmicznej,  historii  Florydy  i 
sztukom  pięknym.  Wracając  do  domu  wstąpiła  do  szklarza,  by 
dowiedzieć się, czy nadszedł zamówiony przez nią blat do stołu. 

Gdy  sprzedawca  ostroŜnie  umieszczał  owalny  blat  w  jej 

samochodzie  między  przednimi  a  tylnymi  siedzeniami, 
Cassaundra  przypomniała  sobie,  jak  doskonale  bawiła  się  z 
Chuckiem,  gdy  malowali  razem  stół.  Przez  krótką  chwilę 
zastanawiała się, jak sama poradzi sobie z wyjęciem tej cięŜkiej 
szklanej tafli. 

Uruchomiła  silnik  i  wtedy  dostrzegła  chińską  restaurację  w 

niedalekim  sąsiedztwie  szklarza.  Oferowano  w  niej  między 
innymi  dania  na  wynos.  Cassaundra  pomyślała,  Ŝe  to  świetny 
pomysł na spędzenie wieczoru – klapnąć sobie na kanapie i jeść 
gotowe dania z papierowych pudełek. 

Serce skoczyło jej z radości, gdy wjeŜdŜając na parking przed 

domem  poznała  stojącego  tam  juŜ  forda  mustanga.  Chuck 
siedział  na  podwórku  obok  skrzynek  na  listy  i  przyglądał  się 
Cassaundrze  idącej  po  chodniku.  Czuła  ulgę  i  radość,  Ŝe  go 
widzi,  ale  równocześnie  była  zaŜenowana  –  nadal  miała  w 
pamięci ich rozstanie. 

Gdy  otwierała  drzwi,  Chuck  wziął  ją  pod  łokieć.  Powoli 

odwróciła głowę i spojrzała na niego. Patrzył jej w twarz, jakby 
koniecznie chciał zapamiętać jej rysy. 

– Poszedłem do baru, ale ciebie tam nie było, więc... – Wziął 

głęboki oddech. – Tęskniłem za tobą. 

Cassaundra  nie  odpowiedziała.  Weszła  do  mieszkania  i 

gestem  ręki  zaprosiła  Chucka  do  środka.  Poszła  dalej  w 
kierunku  kuchni  i  postawiła  na  bufecie  pudełka  z  chińskim 
jedzeniem, zastanawiając się, co ma odpowiedzieć. 

Chuck  szedł  tuŜ  za  nią.  Otoczył  ją  rękoma  i  przyciągnął  do 

siebie. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 90

 

– Nie  mogłem  w  nocy  zasnąć.  Cały  czas  pamiętałem  zapach 

twoich włosów – powiedział, zanurzając w nich twarz. 

Wszystkie  rozsądne  postanowienia,  jakie  Cassaundra 

poczyniła  w  ciągu  ostatnich  dni,  stopniały  jak  podgrzany  wosk 
pod  wpływem  tych  słów,  których  tak  bardzo  potrzebowała. 
Chuck gładził ją po karku. Powoli odpręŜała się, opierając plecy 
o jego twardą pierś. 

– Powiedz mi, Ŝe teŜ za mną trochę tęskniłaś – poprosił. 
– Bardziej niŜ trochę – odrzekła. 
– Chciałbym zjeść z tobą obiad... za godzinę mam spotkanie. 

–  Przycisnął  ją  mocniej.  –  Och,  Sandy,  nie  myślmy  o  obiedzie. 
Porozmawiajmy. 

– Mam  tu  dosyć  jedzenia  dla  dwojga.  Jeśli  lubisz 

chińszczyznę. 

Chuck przeniósł szklany blat do mieszkania i umieścił go na 

stole.  Z  pewnej  odległości  oboje  z  Cassaundrą  podziwiali 
ukończone dzieło. 

– Dobrze,  Ŝe  bierzesz  udział  w  inauguracyjnym  posiłku  na 

stole,  przy  którym  tyle  się  napracowałeś  – powiedziała później, 
gdy juŜ usiedli i nakładali sobie potrawy na talerze. 

– Jestem  tu,  bo  chciałem  być  z  tobą,  a  nie  dlatego,  Ŝe 

pomalowałem  ten  stół  –  odrzekł,  patrząc  na  nią  z  niezwykłą 
szczerością. 

Milczała, grzebiąc w ryŜu, potem odłoŜyła widelec i odsunęła 

talerz.  Chuck  zrobił  to  samo.  Wstał,  podszedł  do  niej,  podniósł 
do  góry  i  wziął  w  objęcia.  Przywarł  do  jej  ust,  domagając  się 
kapitulacji.  Skapitulowała.  Poznał  to  po  sposobie,  w  jaki 
rozsunęła  wargi.  Przywarła  całym  ciałem  do  jego  ciała,  dłońmi 
gładziła jego plecy. 

Przesunął wargi do jej ucha i powiedział: 
– Przez  całe  pięć  dni  usiłowałem  cię  zapomnieć.  To  była 

zwykła  strata  czasu.  Mogliśmy  spędzić  go  razem,  gdyby  nie 
moja nadwraŜliwość. 

Cassaundra przycisnęła czoło do jego piersi i westchnęła. 
– Nie  mów  tak,  Chuck.  Twoje  oczekiwania  nie  były 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 91

 

specjalnie  wygórowane.  Przyczyna  leŜy  we  mnie.  Są  pewne 
powody, których... 

Zaczął  pocierać  podbródkiem  o  jej  głowę,  a  potem  nakrył 

wargami jej usta. 

– Nie chcę nic o nich słyszeć, dopóki nie będziesz gotowa. – 

Z  Ŝarliwością  popatrzył  jej  prosto  w  oczy.  –  JuŜ  dawno  temu 
przekonałem się, Ŝe jeśli na coś warto poczekać, naleŜy czekać. 
Chcę poczekać na ciebie. 

Och,  Chuck,  pomyślała  Cassaundra,  czując  pod  powiekami 

kłujące łzy, nawet nie zdajesz sobie sprawy, co cię czeka. 

– Lepiej  skończ  obiad,  bo  pójdziesz  głodny  na  to  swoje 

spotkanie – powiedziała z lekkim uśmiechem. 

– Nie jadłem dziś nawet śniadania. Nie zaleŜy mi na obiedzie. 

W tej chwili zaleŜy mi tylko na tobie. Gdybym się wcześniej nie 
zobowiązał, opuściłbym to spotkanie. – Nagle uśmiech przebiegł 
po jego twarzy. – Sandy, chodź ze mną. 

– Dokąd? 
– To  zebranie  naszego  kółka  literackiego.  Spodobają  ci  się 

ludzie. A oni... 

– Kółko literackie? 
– No,  oczywiście,  nie  moŜesz  wiedzieć,  o  czym  mówię. 

Jesteśmy  pisarzami  i  spotykamy  się,  by  krytykować  wzajemnie 
swoje prace. Rozumiesz, szukamy słabych i mocnych punktów. 

– Chodzi o artykuły prasowe? 
– Nie,  Sandy,  zajmuję  się  równieŜ  literaturą.  Pracuję  nad 

powieścią detektywistyczną. 

– Sensacja? – spytała niedowierzająco. 
– Rodzaj 

powieści 

sensacyjnej. 

Zagadka 

kryminalna. 

Protagonistą, to znaczy główną postacią, jest detektyw. 

– Słyszałam  juŜ  kiedyś  ten  termin  –  odparła  ubawiona  jego 

Ŝ

arliwością. 

A  więc  pracował  nad  powieścią!  Mogła  się  domyślić,  Ŝe  to 

jakiś  kryminał.  Typowo  amerykańska,  męska  forma literatury. I 
naleŜał do kółka literackiego. Zaciekawiło ją, jacy są ci piszący 
przyjaciele. 

Dotychczas 

działalność 

wydawniczą 

znała 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 92

 

wyłącznie z drugiej strony. 

– Czy myślisz, Ŝe to byłoby w porządku? 
– Naturalnie  –  zapewnił.  –  Nawiasem  mówiąc,  w  ubiegłym 

tygodniu  wysunąłem  taką  propozycję,  gdy  usłyszałem,  jak 
układasz wiersze dla dzieci. Jedna z kobiet w naszej grupie jest 
poetką... 

– Chuck,  przecieŜ  „Robyn,  Robyn  włosy  swe  zdobi”  nie 

moŜna nazwać poezją. 

– Ale  widać  w  tym  pewien  talent.  MoŜe  powinnaś 

spróbować... 

– Pisałam kiedyś wiersze – przyznała. 
– To wspaniale! 
– Dla mnie to była zawsze bardzo osobista sprawa. Nie sądzę, 

Ŝ

e mogłabym komuś... 

– Nie  musisz  niczego  pisać.  Po  prostu  przyjdź  na  spotkanie. 

Podziel  się  z  nami  swoimi  opiniami.  Czasami  w  dyskusji 
gubimy  się  w  szczegółach  technicznych,  tracąc  z  oczu  ogólny 
obraz. 

– Zgoda, skoro tak sądzisz – powiedziała. 
 
Amanda  Keese,  gospodyni,  miała  na  sobie  powłóczysty 

kaftan 

upstrzony 

duŜymi, 

wielobarwnymi, 

tropikalnymi 

kwiatami.  Była  promienna  i  pogodna  jak  wzór  na  jej  sukni. 
Ś

miała  się  nieustannie,  obejmowała  Chucka  serdecznie,  a 

Cassaundrę  przywitała  tak,  jakby  była  jej  córką  wracającą  do 
domu  po  długiej  nieobecności.  Mówiąc  wymachiwała  rękoma 
ozdobionymi  bransoletkami  i  wokół  siebie  rozsiewała 
intensywny zapach perfum. 

– Co  piszesz,  Sandy?  –  spytała,  otaczając  Cassaundrę 

ramieniem. 

– Przyszła tu dzisiaj, by się tylko przyjrzeć – wyjaśnił Chuck. 

– Ale próbuje pisać wiersze. 

– Poezja! Muzyka dla duszy – powiedziała Amanda. 
– Mogłabyś wykorzystać wiersze Sandy na swoich lekcjach – 

rzekł Chuck. – Oczarowała swymi rymowankami moje kuzynki. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 93

 

Amanda  uczy  w  drugiej  klasie  –  wyjaśnił  Chuck.  –  I  pisze 
horrory w stylu Stephena Kinga. 

– Ciekawa kombinacja – powiedziała Cassaundra. 
– To  zaskakujące,  jak  inspirująca  moŜe  być  praca  z 

siedmioletnimi  dzieciakami  –  odparła  Amanda.  Uniosła  ręce, 
słysząc dzwonek do drzwi. – Wzywają mnie obowiązki. Chuck, 
przedstaw Sandy Freda i Darlene. 

Okazało  się,  Ŝe  Fred  pracuje  nad  powieścią  o  tragicznej 

katastrofie lotniczej. 

– Nie  wszyscy  zajmujemy  się  literaturą  ponurą  i  krwawą  – 

powiedziała  Darlene,  drobna,  srebrnowłosa,  atrakcyjna  kobieta. 
– 

swojej 

powieści 

podejmuję 

temat 

stosunków 

międzyludzkich  w  późniejszym  wieku.  Rozumiesz,  dorosłe 
dzieci godzą się ze swymi rodzicami. 

– Darlene jest naszą sztandarową literatką – wyjaśnił Chuck. 

– Niezupełnie aprobuje naszą komercyjną prozę. 

– Zanim  uda  mi  się  cokolwiek  opublikować,  będziesz  juŜ 

bogaty  i  sławny  –  zaŜartowała  Darlene.  –  A  jeśliby  mi  się  to 
udało,  ty  wtedy  będziesz  znacznie  bogatszy  i  słynniejszy  ode 
mnie. 

– Ale ciebie będą uwielbiali krytycy – droczył się Chuck. 
Mówili  do  siebie  z  poufałością  świadczącą  o  tym,  Ŝe  od 

dawna  się  znają.  Cassaundra  czuła  się  dobrze  w  ich 
towarzystwie. 

– CzyŜby ktoś tu wspominał literaturę komercyjną? – spytała 

kobieta w wieku Cassaundry. Wyciągnęła prawą rękę. – To moja 
specjalność.  Cześć,  nazywam  się  Barb  Polly,  w  przyszłości 
wielka dama skandalu, seksu, bogactwa i blichtru. 

– Nie  wiemy,  jak  mamy  rozruszać  naszą  Barb.  Jest  taka 

nieśmiała i skromna – ironizował Fred. 

– CóŜ,  jeśli  ja  sama  bym  w  siebie  nie  wierzyła,  kto  uwierzy 

we  mnie?  –  Spojrzała  na  Cassaundrę.  –  UwaŜają,  Ŝe  jestem 
niespełna  rozumu:  wierzę,  Ŝe  gdy  o  czymś  intensywnie  myślę, 
wówczas  to  się  spełni.  Codziennie  widzę  oczami  duszy,  jak 
podpisuję  egzemplarze  swojej  ostatniej  ksiąŜki  na  eleganckim 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 94

 

wieczorze  promocyjnym.  NabrzeŜe  w  Palm  Beach,  pokład 
jachtu,  apartament  na  dachu  wieŜowca  w  Nowym  Jorku. 
WyobraŜasz to sobie? 

Cassaundra potaknęła zachęcająco głową. 
– To pomaga przezwycięŜyć strach – ciągnęła Barb. – Strach 

przed poraŜką, strach przed sukcesem. Kiedy w myślach wierzę, 
Ŝ

e to wszystko juŜ nastąpiło, nie odczuwam więcej strachu. 

– To ciekawe podejście – stwierdziła Cassaundra. Pomyślała, 

Ŝ

e  Barb  Polly  ma  rzeczywiście  zadatki  na  „wielką  damę”. 

Wysoka,  smukła,  o  jasnokasztanowych  włosach  i  zawadiacko 
wyszarpanej  grzywce,  miała  na  sobie  błyszczącą,  oliwkową 
bluzkę  przepasaną  zieloną  szarfą  oraz  pomarańczową  krótką 
spódnicę, odsłaniającą długie, szczupłe nogi. 

Przechyliła  na  bok  głowę  i  popatrzyła  uwaŜnie  na 

Cassaundrę. 

– Czy  myśmy  się  juŜ  gdzieś  nie  spotkały?  Wydajesz  mi  się 

znajoma. 

– Sandy  przeprowadziła  się  właśnie  z  Nowego  Jorku  – 

wtrącił Chuck. 

– Pracuję  w  „Le  Yogurt”.  MoŜe  tam  mnie  widziałaś  – 

powiedziała  Cassaundra.  Poczuła,  Ŝe  wilgotnieją  jej  dłonie,  a 
twarz blednie. Miała nadzieję, Ŝe Chuck tego nie zauwaŜył. 

– To nie to – stwierdziła Barb, przyglądając się nadal twarzy 

Cassaundry. – Och, nie będzie mi to dawało spokoju, zanim nie 
przypomnę sobie, do kogo jesteś podobna. 

– Skoro  juŜ  się  zebraliśmy,  usiądźmy  i  zacznijmy  czytanie  – 

zaproponowała Amanda. 

– Tak,  pani  Keese  –  odparli  wszyscy  jednocześnie, 

najwyraźniej stosując tę formułkę nie po raz pierwszy. Amanda 
podparła się rękami pod boki i popatrzyła na swych gości z miną 
damy klasowej. 

– Amanda  jest  naszym  autorytetem  i  trzyma  nas  w  ryzach  – 

powiedział Chuck scenicznym szeptem. 

– Ktoś  musi  to  robić  –  odparowała  Amanda.  –  Do  roboty, 

moi mili. Nadszedł czas szampana i łez. Fred? 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 95

 

Fred poruszył się niespokojnie w fotelu. 
– Nadal czekam na wiadomość od swego agenta – powiedział 

nieśmiało. 

– Na  litość  boską,  Fred  –  rzekła  Barb.  –  Nie  miałeś  jeszcze 

Ŝ

adnej wiadomości?! Ile to juŜ trwa? 

– Trzy i pół miesiąca – westchnął Fred posępnie. Chyba będę 

musiał napisać do nich i zapytać, co się, do diabła, dzieje. 

– Trzy i pół miesiąca – powtórzyła Cassaundra. 
– Do  mnie  naleŜy  rekord  –  rzekła  Darlene.  –  Trzynaście 

miesięcy. Ale w moim przypadku chodzi o wydawcę. 

– A  wy  cierpliwie  czekacie?  –  spytała  z  niedowierzaniem 

Cassaundra.  –  Dlaczego  znosicie  taką  sytuację?  Dlaczego  nie 
wycofacie rękopisów? 

– Brak wiadomości jest dobrą wiadomością – rzekła Amanda. 

–  Dopóki  rękopis  nie  został  odrzucony,  jest  nadzieja,  Ŝe  będzie 
przyjęty. A jeśli chodzi o agentów... gdy masz własnego agenta, 
jesteś  o  krok  bliŜej  do  publikacji.  Wielu  wydawców  nie 
przyjmuje rękopisów, które nie pochodzą od agentów. 

– Rozumiem – rzekła Cassaundra. 
Rozumiała,  doskonale  rozumiała.  Z  całą  wyrazistością 

przypominała  sobie,  jak  w  wydawnictwie  Quill  toczono  walkę 
na  temat  otwartej  polityki.  Gdyby  nie  upór  i  konsekwencja 
Sloana,  wydawnictwo  juŜ  dawno  ograniczyłoby  się  do 
rozpatrywania tylko tych utworów, które pochodzą od agentów, i 
Cassaundra  nigdy  nie  odkryłaby  „Niewinnych  i  namiętnych”  w 
stosie  rękopisów  zakwalifikowanych  jako  sentymentalne 
historyjki.  Rozumiała  obsesyjne  przywiązanie  Sloana  do 
tradycji,  ale  do  tej  chwili  nigdy  nie  zdawała  sobie  sprawy  z 
wszystkich następstw strategii, której był zwolennikiem. 

– Chuck, a ty czego dokonałeś? – spytała Amanda. 
– W  tym  tygodniu  ukończyłem  rozdział.  Przyniosłem  go  ze 

sobą i mam zamiar przeczytać wam jedną scenę. Nie mogę sobie 
z  nią  poradzić.  –  Pochylił  się  i  szepnął  Cassaundrze do ucha: – 
KaŜda  kobieta  w  mojej  opowieści  ma  jasne  włosy  i  niebieskie 
oczy. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 96

 

Cassaundra z zadowolonym uśmiechem otarła się ramieniem 

o Chucka. To wspaniałe. Był tak samo nieszczęśliwy jak ona. 

– Barb? – pytała dalej Amanda. 
Barb  załoŜyła  prawą  nogę  na  lewą.  Na  kostce  miała 

wytatułowaną tęczę i jednoroŜca. 

– Napisałam kolejne czterdzieści stron. 
– Czterdzieści  stron!  –  zawołał  Fred.  –  Jak  potrafisz  tego 

dokonać mając dwie posady? 

– Koncentruję  się  –  odparła  Barb.  –  Gdybym  nie 

mobilizowała  się,  nigdy  niczego  bym  nie napisała. Przyniosłam 
scenę, którą chcę wam przeczytać. 

– Na pewno erotyczną – wysunął przypuszczenie Chuck. 
– To się dobrze sprzedaje – stwierdziła Barb. 
– Czy masz agenta? – spytała Cassaundra. 
– Nie.  Nie  mam  zamiaru  tracić  czasu  na  upychanie  ksiąŜki, 

która  nie  jest  jeszcze  napisana.  Kiedy  ją  ukończę,  zrobię 
piętnaście kopii i roześlę po wydawnictwach. Będę martwiła się 
o  swego  agenta,  gdy  dostanę  jakąś  propozycję.  Nienawidzę 
czekać – ciągnęła Barb. – Najgorsze, co mi się moŜe przydarzyć, 
to otrzymanie kilku propozycji. 

– Masz jedną szansę na trzy tysiące, Ŝe twój rękopis zostanie 

wyłowiony ze sterty romansideł – powiedział Fred. 

– Powiodło się to w przypadku „Niewinnych i namiętnych” – 

odrzekła Barb. – Ta dziwka Snow szukała złotej Ŝyły i znalazła 
ją.  Jeśli  mogło  to  się  przydarzyć  Helen  Ackroyd,  moŜe  to  się 
równieŜ przydarzyć Barb Polly. 

Cassaundra  poczuła,  jak  krew  odpływa  jej  z  twarzy.  „Ta 

dziwka Snow”? Czy w ten sposób jest postrzegana? W zasadzie, 
doszła  do  wniosku,  to  uczciwsze  niŜ  niesympatyczny  obraz 
amerykańskiej księŜniczki, jaki wylansowały pisma brukowe. 

– Darlene? – pytała Amanda. 
– Dostałam  liścik  odrzucający  mój  rękopis,  ale  ukończyłam 

szósty rozdział i chcę przeczytać jedną scenę. 

– Ja  natomiast  napisałam  dwa  rozdziały  i  mam  dla  was  coś 

kapitalnego – powiedziała Amanda. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 97

 

– Czy będzie to o ludziach, czy o owłosionych warzywach? – 

wtrąciła Barb. 

– Słuchajcie tylko. 
Amanda  podniosła  okulary,  które  dotychczas  zwisały  jej  na 

złotej  elastycznej  tasiemce,  umieściła  je  na  czubku  nosa  i 
zaczęła czytać swój rękopis. 

– Kto  następny?  –  zachęcała  Amanda,  wysłuchawszy  rad  i 

opinii zgromadzonych. 

– Ja spróbuję – odparła Barb. 
Jeśli  prawdą  jest,  Ŝe  dzięki  erotyce  ksiąŜki  dobrze  się 

sprzedają,  to  Barb  powinna  rzeczywiście  święcić  triumf.  Jej 
opowieść  dotyczyła  twardych  ciał  i  miękkiej  moralności.  Gdy 
przeczytała  swój  kawałek,  w  pokoju  zapanowała  przedłuŜająca 
się cisza. 

– Właściwie,  czy  jest  fizycznie  moŜliwe,  by  dwoje  ludzi 

robiło  to  na  krześle?  –  spytał  Fred  i  wybuchnął  śmiechem,  gdy 
zebrani  zaczęli  wydawać  okrzyki  jak  widzowie  na  nieudanym 
spektaklu. 

Barb schwyciła z kanapy poduszkę i rzuciła nią we Freda. 
– Ty chyba nigdy nie zapomnisz tej sceny na krześle? 
Początkowo  Cassaundra  nie  zrozumiała,  o  co  chodziło 

Fredowi.  W  rękopisie  Barb  nie  występowało  Ŝadne  krzesło.  Po 
chwili  zrozumiała  jednak,  Ŝe  sprawa  krzesła  była  starym 
dowcipem  w  tym  towarzystwie.  Ile  trzeba  czasu,  by  w  gronie 
ludzi  tak  róŜnych  wyrosła  taka  zaŜyłość?  Musi  zapytać  potem 
Chucka, od jak dawna się wszyscy spotykają. 

– A ty, Chuck? – spytała Amanda. 
– W  tej  scenie  detektyw  spotyka  Ŝonę  zamordowanego 

męŜczyzny.  Jest  jedną  z  podejrzanych  osób  –  wyjaśnił.  Potem 
czytał  przez  jakieś  pięć  minut,  a  gdy  skończył,  opuścił  rękopis 
na kolana. 

– Nie  mam  przekonania  do  ogólnego  kształtu  tej  sceny. 

Myślicie, Ŝe jest w porządku? 

Cassaundra  odczuła,  jak  jego  ciało  napina  się  lekko,  i 

poznała,  Ŝe  jest  zaniepokojony.  Dziwna  nadwraŜliwość  u 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 98

 

męŜczyzny  zazwyczaj  tak  pewnego  siebie.  Mimowolnie 
wstrzymała oddech, czekając na reakcję grupy, i miała nadzieję, 
Ŝ

e przyjaciele Chucka będą wobec niego taktowni. 

– O  ile  dobrze  zrozumiałam,  między  tym  detektywem  i 

wdową zaczyna rozwijać się romans – powiedziała Amanda. 

– Było  coś  takiego  –  przyznał  Fred.  –  Jakieś  erotyczne 

napięcie. 

– Brawo!  –  wtrąciła  Barb.  –  Nie  przypominam  sobie,  Ŝebyś 

przedtem napisał jakąkolwiek scenę romantyczną. 

– Czy nie niepokoi was, Ŝe ona dopiero co owdowiała, a jest 

tak wyraźnie... zainteresowana? – spytała Darlene. 

– Ten jej mąŜ to musiał być palant. W końcu przecieŜ ktoś go 

zamordował... – stwierdziła Barb. 

– To,  Ŝe  jej  mąŜ  nie  był  świętym,  nie  usprawiedliwia  jej 

flirtu, praktycznie zanim jeszcze jego ciało ostygło. 

– Jego  ciało  juŜ  było  zimne,  zanim  wykitował  –  parsknęła 

Barb. 

– Zwykła  przyzwoitość  wymaga  pewnego  okresu  Ŝałoby  – 

stwierdziła  Darlene.  –  Ta  kobieta  nie  wywoła  sympatii 
czytelników,  jeśli  nie  będzie  zachowywała  się  jak  naleŜy  po 
ś

mierci męŜa. 

– Ona  nie  zrobiła  niczego  zdroŜnego  –  rzekła  Amanda.  – 

PoniewaŜ  wszystko  opowiedziane  jest  z  punktu  widzenia 
detektywa,  poznajemy  głównie  jego  reakcje.  Chuck,  moŜe 
mógłbyś  osłabić  tę  scenę,  zarysować  tylko  nieco  atmosferę  i 
stonować  postać  tej  kobiety.  MoŜe  niech  będzie  bardziej 
zatroskana. 

– Spróbuję  –  przytaknął  Chuck.  –  A  co  ty  o  tym  myślisz?  – 

spytał, zwracając się niespodziewanie do Cassaundry. 

– Ja... przyszłam tu tylko, by posłuchać... nie znam się. 
– Potrzebne  jest  nam  świeŜe  spojrzenie  –  wtrąciła  Barb.  – 

Powiedz mu, co o tym sądzisz. 

– Czy w tym opowiadaniu waŜne jest, Ŝe bohaterka to wdowa 

po zamordowanym? – spytała Cassaundra. 

– Mogłaby  być  jego  rozwiedzioną  Ŝoną  związaną  z  nim 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 99

 

interesami – zaproponowała Barb. 

– Wówczas  kwalifikowałaby  się  nawet  jeszcze  bardziej  do 

ś

cisłej  grupy  podejrzanych  –  zauwaŜyła  Amanda.  Chuck 

nieoczekiwanie pocałował Cassaundrę w policzek. 

– Jesteś geniuszem! 
– Przypomina  trochę  wdowę  z  twojego  opowiadania  –  rzekł 

Fred chichocząc. 

Chuck  stwierdził,  Ŝe  jest  w  centrum  zainteresowania,  i 

zaczerwienił się, co jeszcze bardziej wzruszyło Cassaundrę. Jeśli 
dotychczas  nie  była  całkowicie  pewna,  czy  jest  w  niej 
zakochany, to teraz wszelkie wątpliwości zniknęły, gdy patrzyła 
na  rumieniec  pełznący  po  jego  karku  i  malujący  mu  uszy 
czerwienią. 

– Spokój, dzieciaki – poprosiła Amanda. – A ty, Darlene, co 

przyniosłaś? 

To,  co  zaprezentowała  Darlene,  było  czystą  magią  –  poezją 

ubraną w formę prozy. Gdy postacie jej powieści oŜyły, wszyscy 
zamilkli,  a  kiedy  Darlene  odłoŜyła  rękopis,  w  pokoju  panowała 
kompletna cisza. 

– Czy  ta  scena  jest  typowa  dla  twojej  powieści?  –  spytała 

Cassaundra, starając się otrząsnąć z poraŜającego ją zachwytu. 

– To,  co  Darlene  pisze,  jest  zawsze  tak  dobre  –  powiedziała 

Amanda. – Nie wiem, jak to się stało, Ŝe do tej pory nie została 
„odkryta”. 

– Wszystko  przez  sklepikarskie  podejście  ludzi  z  Nowego 

Jorku  –  stwierdził  Fred.  –  Darlene  nie  moŜe  znaleźć  wydawcy, 
bo nie ma swojego agenta, a nie moŜe znaleźć agenta, bo do tej 
pory  niczego  nie  opublikowała.  Nikt  nie  chce  ryzykować 
współpracy z taką osobą. 

– To zbrodnia – rzekła Cassaundra. 
Wszyscy  członkowie  kółka  literackiego  uśmiechnęli  się 

dobrodusznie,  słysząc  taką  naiwność.  Cassaundra  odczuła  całą 
ironię  tej  sytuacji.  Gdyby  wiedzieli,  kim  jest  naprawdę  –  „tą 
dziwką  Snow”,  wnuczką  magnata  prasowego  Nathana  Granda, 
którego ojciec załoŜył wydawnictwo Quill odnosiliby się do niej 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 100

 

z obawą i szacunkiem. A mimo to rzeczywiście była tak naiwna, 
jak  przed  chwilą  zademonstrowała.  Jej  kontakty  z  pisarzami 
ograniczały  się  do  wymiany  listów,  rozmów  telefonicznych  i 
kilku bezpośrednich spotkań z autorami, którzy współpracowali 
z wydawnictwem Quill. 

Znała  historie  początkujących  pisarzy,  ale  nigdy  nie  patrzyła 

na ten problem z punktu widzenia losu pojedynczego człowieka. 
Wydawcy  przed rozmową z pisarzami mówili często, Ŝe naleŜy 
się  „uzbroić”.  Teraz  dla  Cassaundry  powiedzenie  to  nabrało 
nowego 

znaczenia, 

gdy 

uświadomiła 

sobie, 

jaką 

niecierpliwością  pisarz  oczekuje  publikacji  swej  ksiąŜki. 
Przypomniał jej się stary dowcip opowiadany w redakcjach. Jak 
to  wydawca  idzie  do  toalety,  a  pod  drzwi  klozetu  ktoś  wsuwa 
mu rękopis z liścikiem zaczynającym się od słów: „Jeśli nie jest 
pan  zbyt  zajęty”.  Cassaundra  wyobraziła  sobie  desperację 
autora, która przywiodła go do podobnej bezczelności, i dowcip 
ten nie wydał się jej juŜ taki śmieszny. 

– Czy macie jeszcze jakieś uwagi? – spytała Amanda. 
– Taką,  Ŝe  najchętniej  wydrapalibyśmy  Darlene  oczy,  gdyŜ 

Ŝ

aden człowiek nie ma prawa być aŜ tak utalentowany – odparła 

Barb. – Ale chyba nie o to ci chodziło. 

– Podam  kawę,  zanim  ulegniemy  naszym  pierwotnym 

instynktom – rzekła Amanda, wstając z fotela. 

– Lubię  ulegać  swym  pierwotnym  instynktom  –  powiedziała 

Barb. – Na ogół jest to zdrowe. 

– Nie  obawiaj  się,  Darlene  –  wtrącił  Fred.  –  Ja  i  Chuck 

będziemy cię bronić, jeśli ona zaatakuje. 

Przy  kawie  i  ciasteczkach  Cassaundra  dowiedziała  się,  Ŝe 

wieczorami Barb pracuje jako kelnerka w popularnym klubie, a 
w ciągu dnia prowadzi zajęcia z aerobiku. Fred zatrudniony jest 
przy  obsłudze  odrzutowców  na  prywatnym  lotnisku.  Darlene 
była  pielęgniarką.  Wyszła  za  mąŜ  za  lekarza  i  wiele  lat 
pracowała  jako  wolontariuszka  w  szpitalu.  Od  pięciu  lat  jest 
wdową, a pisarstwem zajmuje się od dwudziestu. 

Cała grupa spotyka się od trzech lat. Chuck dołączył do nich 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 101

 

w ubiegłym roku i dopiero stawia pierwsze kroki. 

– Początkowo  podchodziliśmy  do  niego  ostroŜnie  –  wyjaśnił 

Fred.  –  Jest  dziennikarzem,  a  wszyscy  wiedzą,  Ŝe  dziennikarz 
nie moŜe zostać prawdziwym pisarzem – dodał ironicznie. – Ale 
zadziwił nas i świetnie daje sobie radę. 

– Fred,  przestań  dogadywać  Chuckowi  –  upomniała  go 

Amanda. – Następnym razem nie zechce przyprowadzić Sandy. 

– Ciągle  usiłuję  sobie  przypomnieć,  dlaczego  twoja  twarz 

wydaje mi się znajoma – rzekła Barb. 

– Mam  typową  twarz,  a  takie  na  ogół  wydają  się  znajome  – 

odparła lekko Cassaundra. 

ZauwaŜyła wcześniej masywne pianino stojące w salonie i by 

zmienić temat rozmowy, zapytała Amandę o jego dzieje. 

– NaleŜało  do  mojej  babki  –  zaczęła  Amanda.  –  Prezent 

ś

lubny  od  mojego  dziadka.  Wszystkie  rzeźbione  detale  i 

inkrustacja to ręczna robota. Chciałabyś przyjrzeć się z bliska? 

Cassaundra  podeszła  z  gospodynią  do  pianina.  Przejechała 

opuszkami palców po wypukłościach rzeźbionego rysunku. 

– Jakie 

mistrzostwo. 

Prawdziwa 

kość 

słoniowa 

– 

powiedziała, dotykając poŜółkłych klawiszy. 

– Wykonano  to  w  czasach,  gdy  nikt  jeszcze  nie  myślał  o 

słoniach  jako  o  wymierającym  gatunku  –  rzekła  Amanda.  – 
Moja  babka  wspaniale  grała.  Niestety,  talent  nie  przeszedł  na 
następne pokolenia. A ty potrafisz grać? 

– Ja... juŜ kilka miesięcy nawet nie... 
– To  pianino  stoi  nietknięte  od  dłuŜszego  czasu,  jedynie 

odkurza się je i woskuje. Proszę cię, zagraj. 

Cassaundra  wysunęła  stołek.  Była  zdziwiona,  Ŝe  ma  ochotę 

na  grę.  Przez  te  wszystkie  lata  przymusowych  ćwiczeń, 
wysłuchiwania 

zjadliwych 

uwag 

ojca 

wyraŜającego 

bezgraniczne  rozczarowanie,  Ŝe  jego  córka  nie  wykazuje 
spodziewanego  talentu,  Cassaundra  Ŝywiła  do  muzyki  zarówno 
miłość,  jak  i  nienawiść.  Przez  parę  miesięcy  po  ostatnim 
katastrofalnym  egzaminie  nie  zagrała  ani  jednej  nutki.  Potem, 
stopniowo,  zaczynała  odnajdywać  w  muzyce  psychiczne 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 102

 

odpręŜenie.  Grała  to,  co  chciała,  i  wtedy,  kiedy  chciała.  Jej 
niechęć  mijała,  gdy  nie  było  juŜ  przymusu.  Zaczęła  doceniać 
muzykę, w której znajdowała ujście dla swych emocji. 

Nie  zastanawiając  się  nawet,  zaczęła  grać  „Dla  Elizy”. 

Zatraciła  się  w  pięknej  melodii  i  nie  zwracała  uwagi  na  to,  czy 
gra  bezbłędnie.  Pochłonęła  ją  sama  muzyka  i  nie  zauwaŜyła 
nawet,  Ŝe  pozostali  stanęli  obok  pianina.  Gdy  przebrzmiały 
ostatnie,  spokojne,  miękkie  dźwięki  utworu,  wszyscy  zaczęli 
entuzjastycznie  klaskać.  Cassaundra  zamarła  na  chwilę, 
przypominając  sobie  ojca  stojącego  twarzą  do  audytorium  i 
przyjmującego  aplauz  publiczności  –  poŜywkę  dla  jego  kruchej 
osobowości.  Potem  wszyscy  naraz  zaczęli  coś  mówić  i 
Cassaundra odzyskała poczucie rzeczywistości. 

– Grasz  z  takim  uczuciem  –  zawołała  Darlene.  –  Sam 

Beethoven byłby zadowolony. 

– Beethoven  był  przecieŜ  głuchy,  prawda?  –  odrzekła 

Cassaundra. 

– Od  śmierci  mojej  babki  nikt  nie  grał  tak  świetnie  na  tym 

pianinie – powiedziała Amanda. – Proszę, zagraj jeszcze coś. 

– Nie  jestem  pewna,  czy  zdołam  sobie  cokolwiek 

przypomnieć – skłamała Cassaundra. 

– Mam śpiewniczek z nutami. Będziemy śpiewać przy twoim 

akompaniamencie. 

Po  kilku  minutach  wszyscy  z  werwą  wykonywali  zabawne 

ludowe  piosenki.  Darlene  miała  znośny  sopran,  Barb  i  Amanda 
– alty, Fred zadziwiający tenor, a Chuck... no cóŜ, Chuck robił, 
co  mógł,  by  dotrzymać  innym  kroku  mimo  zupełnego  braku 
słuchu. Najwyraźniej jego ulubioną piosenką było „Zabierz mnie 
na mecz”. 

Przerobili cały śpiewniczek i wtedy ktoś zauwaŜył, Ŝe jest juŜ 

północ.  Następnego  dnia  wszyscy  musieli  wstać  rano  do  pracy, 
przerwano 

więc 

spotkanie 

zaczęto 

się 

rozchodzić, 

przypominając  sobie  wzajemnie,  Ŝe  do  kolejnego  spotkania 
naleŜy solidnie popracować. Amanda nalegała, Ŝeby Cassaundra 
przyszła  jeszcze  kiedyś  zagrać  na  pianinie,  a  potem  nastąpiły 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 103

 

nieuniknione poŜegnalne formułki: „Miło mi było cię poznać” i 
„Dziękujemy za grę”. 

– Zrobiłaś na wszystkich duŜe wraŜenie – stwierdził Chuck w 

drodze do samochodu. 

– Było tak wesoło – odparła Cassaundra. – Polubiłam twoich 

znajomych. 

– Sprawiłaś, Ŝe gotowi byli jeść z twej utalentowanej rączki – 

powiedział Chuck. – Dlaczego nie powiedziałaś mi, Ŝe potrafisz 
tak dobrze grać? 

– Nigdy nie poruszaliśmy tego tematu – odrzekła Cassaundra. 
– Ale  w  twoim  Ŝyciu  musiało  to  mieć  duŜe  znaczenie.  Z 

pewnością przez wiele lat brałaś lekcje muzyki. 

– Mój  ojciec  uwaŜał,  Ŝe  kaŜda  młoda  kobieta  powinna 

otrzymać  klasyczne  wychowanie  –  wyjaśniła  pogodnie.  Jeśli  w 
najbliŜszym  czasie  usłyszy  o  niewielkim  trzęsieniu  ziemi  w 
Nowym  Jorku,  prawdopodobnie będzie ono spowodowane tym, 
Ŝ

e  mistrz  Snow  przewrócił  się  w  grobie,  gdyŜ  jego  córka  grała 

utwory z mieszczańskiego śpiewnika. 

– Masz widoczny talent. 
– Ledwo widoczny. 
– Widziałaś reakcję moich przyjaciół. 
– Tworzycie  wspaniałą  grupę  –  powiedziała  Cassaundra.  – 

Zrobiło  na  mnie  wraŜenie  to,  w  jaki  sposób  wzajemnie  się 
wspieracie. 

– Jeśli  kiedykolwiek  ukończę  moją  ksiąŜkę,  to  tylko  dzięki 

temu, Ŝe to oni prowadzili mnie krok po kroku. A co ty myślisz 
o scenie, którą przeczytałem? – zapytał po chwili wahania. 

– Ma w sobie coś – powiedziała Cassaundra. 
– To taktowny sposób, by uniknąć wyraŜenia własnej opinii. 
– Mówię serio. Ma w sobie coś. Musisz tylko trochę bardziej 

przemyśleć sytuacje i postacie swych bohaterów. 

– Szybko  przesiąknęłaś  tym  Ŝargonem  –  stwierdził.  – 

Zaczynasz mówić jak wydawca. 

Cassaundra poczuła, jakby ją ktoś dźgnął w kark. 
– Pytałeś mnie o zdanie. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 104

 

– Nie miałem zamiaru na ciebie napadać – powiedział Chuck 

po  chwili  milczenia.  –  Chyba  chciałem  ściąć  posłańca za to, Ŝe 
przynosi złe wieści. 

– Nie było Ŝadnych „złych wieści” – odparła. 
– ”Ma  w  sobie  coś”  w  przeciwieństwie  do  „jest  dobra”  – 

zaprotestował Chuck. 

– Miałeś  problemy  z  tą  sceną.  CzyŜ  nie  dlatego  przeczytałeś 

ją na zebraniu kółka, by usłyszeć opinie przyjaciół? 

– Popatrz,  dogadujemy  sobie  z  powodu  mojej  uraŜonej 

ambicji  –  powiedział  Chuck  z  westchnieniem.  –  Masz 
oczywiście  rację.  Jednak  gdy  coś  tworzysz,  traktujesz  to  jak 
własne  dziecko,  fragment  siebie  samego.  Chcesz  więc,  by  było 
doskonałe i Ŝeby kaŜdy przyjmował to w taki sposób, jak ty sam. 
Fred  natychmiast  zrozumiał,  Ŝe  elementy  miłosne  w  mojej 
ksiąŜce mają swój odpowiednik w moim Ŝyciu. 

Wzruszona  Cassaundra  nie  odpowiedziała  nic,  uśmiechnęła 

się jedynie, a potem obserwowała Chucka, który ze skupieniem 
patrzył  na  drogę.  Chciałaby  zapomnieć  o  swych  wyrzutach 
sumienia. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 105

 

ROZDZIAŁ 9 

„Drogi Sloanie! 
Prawdziwy  MęŜczyzna  pisze  powieść  detektywistyczną  –  bo 

cóŜ by innego? To przecieŜ najbardziej amerykański i męski typ 
literatury.  Kobieta,  w  której  kocha  się  jego  bohater,  jest  bardzo 
podobna do mnie. Byłam z nim na spotkaniu kółka literackiego. 
Jedna  z  pisarek  pracuje  nad  piękną  powieścią  psychologiczną. 
Zastanawiam  się,  w  jaki  sposób  skłonić  ją  do  współpracy  z 
naszym wydawnictwem, Ŝeby nie zorientowała się, Ŝe jestem „tą 
dziwką Snow”. Uściski. 

Cassaundra  PS.  Prawdziwy  MęŜczyzna  fałszuje.  CzyŜ  to  nie 

wspaniałe?” 

 
„Kobieta, w której kocha się jego bohater”. Sformułowanie to 

uporczywie  pobrzmiewało  w  mózgu  Cassaundry  –  natrętny 
refren przypominający jej, jakiego bigosu narobiła. 

Czajnik  zagwizdał  i  Cassaundra  zalała  wrzątkiem  torebkę 

herbaty  ziołowej  o  nazwie  „Drzemka”.  Miała  nadzieję,  Ŝe  się 
dzięki  niej  odpręŜy.  Była  trzecia  nad  ranem,  a  ona  nie  mogła 
zasnąć. 

JakŜe naiwnie sądziła, Ŝe potrafi sterować swoimi emocjami, 

tak jak steruje się mięśniami, Ŝe dzięki racjonalnej decyzji jest w 
stanie  sprawić,  iŜ  znajomość  z  Chuckiem  będzie  jedynie 
niezobowiązującym  flirtem.  Tymczasem  zakochała  się  w 
Chucku  Grangerze.  Wiedziała  jednak,  Ŝe  dla  niej  –  osoby 
bogatej i zajmującej uprzywilejowaną pozycję – Chuck jest kimś 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 106

 

nieosiągalnym. 

Dźwięczało  jej  teraz  w  uszach  to,  co  powiedział  o  swojej 

znajomej: „Ona była bogata”, jakby oskarŜał samą zasadę, jakby 
taka  osoba  nie  mogła  być  coś  warta,  jakby  to  wyjaśniało 
wszystkie wady charakteru Elizabeth, jej egoizm i snobizm. 

Ona,  Cassaundra,  nie  była  snobką,  ale była egoistką. Dowód 

tego  egoizmu  znajdował  się  na  drugim  końcu  miasta  i  z 
pewnością  spał  snem  sprawiedliwego,  śniąc  moŜe  o 
szczęśliwym  Ŝyciu  z  kobietą,  w  której  był  zakochany.  Jednak 
kobieta,  w  której  był  zakochany,  nie  istniała.  Była  iluzją, 
fantazją,  a  realne  jedynie  było  to,  Ŝe  mogła  wciągnąć  tego 
prostolinijnego męŜczyznę w sytuację prowadzącą bezpośrednio 
do katastrofy. 

Wspominała,  jak  delikatnie  Chuck  pocałował  ją  na  progu 

domu,  a  w  jego  oczach  błyszczało  podniecenie,  gdy  ujął  ją  za 
rękę  i  wyszeptał  słowa  poŜegnania,  choć  miał  nadzieję,  Ŝe 
zaprosi  go  do  środka.  Cassaundra  zastanawiała  się  teraz,  czy 
zdawał  sobie  sprawę,  z  jakim  wysiłkiem  powiedziała  mu: 
„dobranoc”,  i  patrzyła  potem,  jak  odchodzi,  czując,  Ŝe  razem  z 
nim odchodzi jakaś cząstka jej samej. Zrozumiała jednocześnie, 
Ŝ

e  znacznie  trudniej  byłoby  im  się  rozstać,  gdyby  doświadczyli 

spełnienia. 

O  trzeciej  nad  ranem  Cassaundra  Snow,  z  dominującym 

uczuciem  samotności,  płakała  jak  dziecko,  które  pobawiło  się 
trochę  w  piaskownicy  i  nie  chce  teraz  z  niej  wyjść.  Herbata 
„Drzemka” wystygła. 

Cassaundra  wróciła  do  łóŜka.  Światło  w  Ŝaden  cudowny 

sposób  nie  zmieniło  jej  sytuacji.  Postanowienie  podjęte  po 
ciemku  było  nadal  aktualne:  musi  przestać  widywać  się  z 
Chuckiem. 

 
Cassaundra spojrzała na drzwi, gdy tylko Chuck wszedł. Czy 

dzwonek  zadzwonił  w  jakiś  szczególny  sposób,  czy  moŜe  była 
to  telepatia?  A  moŜe  po  prostu  Cassaundra,  wbrew  swemu 
postanowieniu,  zerkała  na  drzwi  po  kaŜdym  dzwonku,  mając 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 107

 

nadzieję, Ŝe to Chuck? Tak czy inaczej, w piątkowe popołudnie 
Chuck  wkroczył  do  cukierni,  uśmiechając  się  od  ucha  do  ucha, 
jakby właśnie trafił szóstkę w toto-lotka. 

Podszedł  od  razu  do  lady,  ujął  w  dłonie  twarz  Cassaundry, 

przyciągnął ją delikatnie do siebie i mocno cmoknął w usta. 

– Cześć, ślicznotko. 
ZwęŜonymi  oczami  powiódł  po  sali,  spojrzał  za  kontuar,  a 

potem promiennie uśmiechnął się do Cassaundry. 

– Jesteś bezpieczna, Złotowłosa. Szefowej tu nie ma. 
Cassaundra mimowolnie uśmiechnęła się do niego. 
– Jesteś niepoprawny. 
I,  niech  niebiosa  mają  nas  w  swej  opiece!  –  nieodparcie 

uroczy. 

– To szczególny dzień – powiedział. – Świąteczny. Zapisany 

czerwonymi literami w kalendarzu. I wokół jest czerwono. 

– Czy  przypadkiem  nie  wysączyłeś  butelki  ginu?  –  spytała 

ironicznie. 

– Nawet kropelki – odparł i zrobił taki gest, jakby strzepywał 

popiół  z  cygara.  –  Nie  potrzeba  alkoholu,  by  poprawić  nastrój 
szczęśliwemu męŜczyźnie. 

– Zamawiasz coś, czy to tylko towarzyska wizyta? – spytała. 
– Chciałbym  to,  co  jest  za  ladą  –  odrzekł  Chuck  i  obrzucił 

Cassaundrę  takim  spojrzeniem,  Ŝe  aŜ  się  zaczerwieniła.  – 
Poprzestanę jednak na jogurcie czekoladowym w roŜku z wafla, 
z dodatkiem czekolady i orzechów. Ale to tylko na razie. 

– Czy twoja mama wie, Ŝe w taki sposób traktujesz kobiety? 

– gderała, napełniając roŜek jogurtem. 

– Zrzędzisz,  ale  nie  popsujesz  mi  dziś  nastroju.  O  której 

jesteś wolna? 

– O czwartej – odpowiedziała, ale natychmiast przypomniała 

sobie swoje postanowienie. – Tylko Ŝe... 

– Nie  przyjmuję  Ŝadnych  usprawiedliwień.  Chyba  Ŝeby  to 

była powaŜna operacja, pogrzeb lub występ w operze. 

– O  ósmej  śpiewam  partię  w  „Madame  Butterfly”  – 

odpowiedziała  i  zaczęła  realizować  zamówienie  klienta.  Chuck 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 108

 

zakładał,  Ŝe  będzie  miała  wolny  czas  i  zechce  wyjść  z  nim  w 
piątek wieczór, choć wcześniej jej nie uprzedził. Powinna być na 
niego  zła.  Jednak  czuła  jedynie  Ŝal,  Ŝe  musi  mu  odmówić, 
choćby się najbardziej przymilał i kusił. 

– Nie  jesteś  dostatecznie  gruba,  by  śpiewać  w  operze  – 

powiedział,  gdy  tylko  w  barze  zrobiło  się  pusto.  Odwróciła  się 
plecami do niego i zaczęła płukać ścierkę w zlewozmywaku. 

– MoŜe  wyglądam  szczupło,  ale  mam  olbrzymią  pojemność 

płuc. 

Zaczęła wycierać ladę zamaszystymi ruchami, a jej biodra – z 

czego  nie  zdawała  sobie  sprawy  –  wykonywały  taniec,  który 
sprawiał,  Ŝe  Chuck  miał  ochotę  przeskoczyć  przez  kontuar  lub 
wspinać się na ściany. 

– Dzisiejszy  dzień  zapisany  jest  w  kalendarzu  czerwonymi 

literami  i  chciałbym,  Ŝebyś świętowała razem ze mną. Proszę – 
dodał, chcąc podkreślić, Ŝe mówi powaŜnie. 

Cassaundra  uniosła  ramiona.  Bardziej  draŜniło  ją  to,  Ŝe  tak 

ulega  jego  urokowi  niŜ  sam  fakt,  Ŝe  Chuck  usiłuje  nią  tak 
otwarcie manipulować. 

– Dobrze.  Idę  na  to.  Powiedz  więc,  skąd  dzisiaj  te  czerwone 

litery? 

– To niespodzianka. Nie ma nic wspólnego z literami, ale jest 

czerwona – odparł Chuck. 

Na  twarzy  Cassaundry  pojawił  się  wyraz  niedowierzania. 

Chuck nachylił się ponad kontuarem i uszczypnął ją w nos. 

– To trzeba zobaczyć. Pokaz odbędzie się za... – popatrzył na 

zegarek – jakieś siedemnaście minut. 

W  rzeczywistości  musiał  czekać  niecały  kwadrans,  gdyŜ 

Carol  przyszła  wcześniej  i  nalegała,  by  Cassaundra  skończyła 
juŜ pracę. 

– Wiesz,  Ŝe  cię  nienawidzę  –  powiedziała  Carol,  gdy  poszły 

się przebrać na zaplecze. 

Cassaundra popatrzyła zdziwiona. 
– Z powodu Chucka – wyjaśniła Carol. 
– Nie miałam pojęcia, Ŝe wy dwoje... 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 109

 

– Nie  –  przerwała  Carol  z  chichotem.  –  Dlatego  cię 

nienawidzę! Nie doszłam z nim nawet do pierwszego stopnia. 

– Pierwszego stopnia? – wymamrotała Cassaundra. 
– Mówiłaś coś? 
– Nic. Po prostu... myślałam głośno. 
– Nie rozmyślałabym tu, gdyby czekał na mnie taki facet jak 

Chuck – powiedziała Carol. – Zwłaszcza gdyby patrzył na mnie 
jak wygłodniały człowiek na szwedzki stół. 

Mimowolnie Cassaundra uśmiechnęła się. Lubiła, gdy Chuck 

na nią patrzył. 

– Dobrej zabawy! – rzuciła jej Carol. 
Cassaundra  pomachała  na  poŜegnanie,  gdy  Chuck  prowadził 

ją  na  zewnątrz.  Przeszli  kilkanaście  kroków,  aŜ  Chuck 
przystanął,  objął  Cassaundrę  za  ramiona  i  obrócił  w  kierunku 
czerwonego dŜipa zaparkowanego przy krawęŜniku. 

– To? NaleŜy do ciebie? – spytała ze zdziwieniem. 
– Do  mnie  i  do  banku.  –  Z  czułością  poklepał  samochód  po 

masce. – Właśnie widzisz zrealizowane marzenie. 

Cassaundra  nigdy  nie  spodziewała  się,  Ŝe  kiedykolwiek  tyle 

usłyszy o dŜipach, ile dowiedziała się w ciągu następnych kilku 
minut. Dowiedziała się równieŜ więcej o Chucku Grangerze. 

– Podwoiłem  wysokość  rat  za  mojego  mustanga  i  wcześniej 

spłaciłem  za  niego  kredyt.  Od  tego  czasu  oszczędzałem  na 
pierwszą ratę i czekałem na korzystną okazję. I dzisiaj – trach! – 
zadziałało. 

– Ale Ŝeby dŜip? 
– Prawda,  Ŝe  piękny?  –  ciągnął  Chuck  nie  speszony.  –  Nie 

byłem  pewien,  czy  czerwień  jest  najwłaściwsza,  ale  potem 
pomyślałem,  Ŝe  przecieŜ  większość  kupuje  sobie  czarne,  białe 
lub piaskowe. Dlaczego być kimś przeciętnym? 

– Ten kolor określa się chyba jako czerwień straŜacką? 
– Czerwień  straŜacka?  A  niech  to!  To  nie  jest  wstydliwy 

gruchot.  To  dŜip  –  powiedział  to  tak,  jak  cięŜarowiec 
podnoszący  sztangę.  –  D–Ŝ–i–p.  Napęd  na  cztery  koła.  Kolor 
burdelowej latarni. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 110

 

– Czy  tak  się  rzeczywiście  nazywa  ten  kolor?  –  spytała 

Cassaundra zakłopotana. 

– Jesteś  łatwowierna  –  powiedział  Chuck  ze  śmiechem.  – 

Oczywiście, Ŝe nie. 

Podprowadził  Cassaundrę  do  samochodu  i  otworzył 

drzwiczki od strony pasaŜera. 

– Wsiadaj.  Dzień  ucieka.  Zawiozę  cię  do  domu,  abyś  się 

przebrała w coś wygodniejszego, a potem pojedziemy do lasu na 
piknik. 

Ruszyli. 
– Prawdziwy  z  ciebie  sztukmistrz.  Wyciągasz  króliki  z 

kapelusza i jesteś z siebie bardzo zadowolony. 

– Jestem bardzo zadowolony z ciebie – wymamrotał. 
– Słucham? 
– Głośno myślałem. Czy kiedykolwiek mówiłem ci, Ŝe jesteś 

piękna? 

– Ostatnio nie. 
Stanęli na czerwonych światłach. 
– Mówiłem serio, Ŝe zrealizowały się moje marzenia. Zawsze 

chciałem  mieć  dŜipa.  To  coś  najbardziej  zbliŜonego  do 
kabrioletu  ze  wszystkich  samochodów,  na  jakie  mogę  sobie 
pozwolić.  –  Odchylił  się  w  fotelu,  wystawił  twarz  na  słońce  i 
wziął  głęboki  oddech.  –  A  wspaniała  blondynka  na  siedzeniu 
obok  kierowcy  sprawia,  Ŝe  samochód  jest  jeszcze  cenniejszy  – 
dodał i pocałował Cassaundrę przelotnie w usta. 

– Ale dlaczego dŜip? 
– Rozumiesz,  są...  takie  naturalne.  Oczywiście  teraz,  gdy 

panuje  na  nie  moda,  dokłada  się  do  nich  dodatkowe 
wyposaŜenie  dla  maminsynków:  wentylację,  siedzenia  z  tyłu, 
automatyczną skrzynię biegów. Ale to nie dla mnie. 

– Jesteś purystą – stwierdziła ironicznie. 
– Jestem  purystą.  Kolor  jest  tu  jedynym  odstępstwem. 

Popatrz: pięć biegów, dwa drąŜki – zmiany biegów i napędu na 
cztery koła. 

– DuŜo jeździsz w terenie? 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 111

 

– Niezbyt, ale jeśli by mi się zachciało, przyjemnie jest mieć 

ś

wiadomość,  Ŝe  mogę.  Kto  wie?  MoŜe  wygram  na  loterii  i 

zakupię  tak  duŜy  teren,  Ŝe  będę  potrzebował  dŜipa,  by 
przemierzać  te  dwadzieścia  hektarów  w  północnej  części  swej 
posiadłości. 

– Masz wiele marzeń. 
– Człowiek nie moŜe Ŝyć bez marzeń. 
– O czym jeszcze marzysz? 
– Czy mówimy o najskrytszych fantazjach? 
– Tak – odparła. 
– Ale, jak myślę, wykluczamy fantazje erotyczne? 
– Haremy i orgie są zabronione. 
– To kiepsko – powiedział. – O Mistrzostwach Świata. 
– O Mistrzostwach Świata? 
– Nie  mów  tego  w  ten  sposób.  Nie  pytaj.  Powiedz  to  z 

zachwytem, z przekonaniem: Mistrzostwa Świata. Pomyśl. Masz 
dwie najlepsze druŜyny baseballowe i do końca nie wiesz, dzięki 
jakiemu  przypadkowi  jedna  z  nich  zdobędzie  mistrzostwo 
ś

wiata.  Przynajmniej  jeden  raz  chciałbym  to  widzieć  –  dodał 

miękkim  z  emocji  głosem.  –  Chciałbym  siedzieć  na  trybunie  z 
hot  dogiem  w  jednej  ręce  i  proporczykiem  w  drugiej  i 
napawałbym się atmosferą. 

Cassaundra  poruszyła  się  na  siedzeniu.  Jego  marzenia  były 

tak  niewinne,  Ŝe  aŜ  chciało  jej  się  płakać.  NiewaŜne,  co  się 
stanie. Zawsze będzie zawdzięczać Chuckowi, Ŝe pokazał jej, co 
się liczy w Ŝyciu, a czego jej brakowało. 

– Dlaczego dotychczas nigdy tam nie poszedłeś? – spytała po 

chwili milczenia. 

– Na  mistrzostwa?  Nigdy  nie  złoŜyło  się  tak,  bym 

równocześnie  miał  czas,  pieniądze  i  moŜliwości. Bilety są dość 
drogie  i  trudno  je  dostać.  Dodatkowo  trzeba  zorganizować 
podróŜ,  hotel,  jedzenie  i  urlop.  Nigdy  nie  zdołałem  tego  razem 
zgrać. 

Dojechali  do  domu.  Chuck  pocałował  szybko  Cassaundrę,  a 

potem poganiał ją, gdy się ubierała. Po półminutowym prysznicu 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 112

 

nałoŜyła  świeŜą  bieliznę,  rozpyliła  mgiełkę  swych  ulubionych 
perfum,  włoŜyła  szorty  i  koszulkę  z  napisem  „Zwalczaj 
analfabetyzm”. 

– Cztery  i  pół  minuty  –  stwierdził  ze  zdziwieniem  Chuck, 

patrząc  na  zegarek.  –  To  rekord.  Zwłaszcza  Ŝe  wynik  jest  tak 
wspaniały. 

– Ale  z  ciebie  komplemenciarz.  –  Cassaundra  usiłowała 

zamaskować radość, jaką sprawiła jej ta uwaga. 

– Nie  Ŝyczę  sobie,  by  obraŜano  mnie  dyskredytującymi 

określeniami,  gdy  na  podwórku  czeka  dŜip  w  kolorze 
burdelowej latami, a do zmierzchu pozostała jeszcze godzina. 

– Dokąd pojedziemy? 
– Tam, gdzie poprowadzi nas kaprys. 
Kaprys  zaprowadził  ich  na  pchli  targ.  Chodzili  między 

straganami  i  oglądali  wszystko,  poczynając  od  starych  płyt,  a 
kończąc na dziwnych figurkach z porcelany. Wreszcie dotarli do 
stoiska z kartami baseballowymi. 

Chuck 

przerzucał 

powleczone 

plastikiem 

karty, 

charakteryzując  je.  Raczył  Cassaundrę  szczegółami  na  temat 
graczy  i  druŜyn.  Zupełnie  jej  to  nie  obchodziło,  ale  z 
przyjemnością  patrzyła,  jak  Chuck  z  iskierką  entuzjazmu  w 
oczach rozprawia o swoim hobby. 

Sprzedawca,  który  natychmiast  rozpoznał  w  Chucku  bratnią 

duszę,  wyniósł  z  zaplecza  album  i  męŜczyźni  zaczęli  go  razem 
przeglądać. 

– Ma  pan  kartę  DiMaggia  –  stwierdził  Chuck,  wyraźnie  pod 

wraŜeniem. – Zobacz Sandy, on ma DiMaggia. To jedyny gracz 
Jankesów, którego nie mam. 

– Czy pan to sprzedaje? – spytał męŜczyznę. 
Właściciel  straganu,  barczysty  weteran  z  Wietnamu,  z 

niesforną rudą czupryną i zmierzwioną brodą, odrzucił głowę do 
tyłu, śmiejąc się głośno. 

– Jasne! Sprzedam panu DiMaggia, jak rak świśnie. 
Wymieniali  nazwiska,  daty,  wyniki  i  Cassaundra  szybko 

poczuła  się  zbyteczna.  Powiedziała  Chuckowi,  Ŝe  chce  trochę 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 113

 

pobuszować po targowisku, ale on ledwo słuchał. Jeszcze przez 
kilka  minut  zajmował  się  kartami  baseballowymi,  gdy  nagle 
poczuł  jakąś  pustkę.  Brakowało  mu  Sandy.  Przestał  zwracać 
uwagę na to, co mówi sprzedawca, i zaczął jej szukać wzrokiem. 
Odkrył ją na końcu alejki. 

Stała  przy  pudełku  z  kociętami,  obok  dzieci  właściciela 

pobliskiego  straganu.  Cassaundra  trzymała  na  ręce  kociaka  w 
rudo-białe plamy. 

– Popatrz  –  uśmiechnęła  się  do  Chucka.  –  Są  przemiłe, 

prawda? Ich mamusia brała udział w wystawach. 

– Doprawdy? A co z ojcem? – spytał Chuck. 
– CóŜ, to trochę inna historia – odrzekła rozbawiona. 
– Tata  mówi,  Ŝe  ten  przeklęty  kocur  powinien  nazywać  się 

Ojcem  Narodu  –  wyjaśnił  chłopiec,  rozczochrany,  bosy 
siedmiolatek. 

Chuck zacisnął usta, by nie wybuchnąć śmiechem. 
– Mówiłam  ci,  Ŝe  to  zupełnie  inna  historia  –  powiedziała 

Cassaundra ledwie dosłyszalnie. 

– Są  za  pół  ceny  –  odezwała  się  siostrzyczka  chłopca, 

podobnie jak on rozczochrana i bosa. 

– Wydaje mi się, Ŝe to wyjątkowa okazja. – Cassaundra czule 

głaskała kotka po głowie. 

– Nie  mówisz  chyba  serio  –  powiedział  Chuck.  Cassaundra 

przycisnęła  kotka  do  piersi,  jakby  bała  się,  Ŝe  Chuck  będzie 
próbował go siłą odebrać. 

– Nigdy nie miałam Ŝadnego zwierzaka. 
– Nigdy? 
Chuck  nie  potrafił  sobie  wyobrazić  czegoś  podobnego.  W 

jego  domu  zawsze  były  koty,  psy,  króliki,  róŜne  myszy  i 
chomiki, które przeprowadzały się razem z całą rodziną. 

– Och,  te  dziewczęta  z  miasta!  –  Ŝartował  Chuck.  – 

NajwyŜszy czas, Ŝebyś wreszcie zaczęła coś hodować. Pogłaskał 
kota. – Jest bardzo miły, prawda? 

– Więcej  niŜ  miły:  bezcenny  –  odparła.  –  Nie  mam  jednak 

pojęcia, co mu potrzeba i czym mam go Ŝywić. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 114

 

– To  proste.  –  Chuck  uścisnął  Cassaundrę  delikatnie.  – 

Miałem kiedyś do czynienia z kilkoma kotami. 

– W zbyt wielu sprawach polegam na tobie. 
– Na mnie moŜna polegać – odparł, dotykając jej policzka. 
Bardzo  łatwo  jest  zdać  się  całkowicie  na  ciebie,  pomyślała 

Cassaundra.  Z  łatwością  mogłaby  zawierzyć  mu  przez  resztę 
Ŝ

ycia. 

– Czy moŜna na tobie polegać na tyle, Ŝebyś potrzymał kotkę, 

gdy  ja  będę  płacić?  –  Wręczyła  chłopcu  pięć  dolarów.  –  Jest 
zbyt ładna, by płacić za nią pół ceny – powiedziała. 

Chłopiec podziękował jej i uśmiechnął się szeroko. 
– Nie  umiesz  się  targować  –  ironizował  pod  nosem  Chuck, 

gdy Cassaundra odbierała mu kotkę. 

Zwierzątko  miauczało,  protestując  przeciw  tej  wędrówce  z 

rąk  do  rąk,  a  potem  przytuliło  się  do  piersi  Cassaundry,  która 
głaskała je po głowie. 

– Och, Chuck, jaka ona sympatyczna. Chyba mnie lubi. 
– Ja teŜ cię lubię – powiedział Chuck, obejmując Cassaundrę 

za  ramiona.  –  Mogę  się  do  ciebie  przytulać,  kiedy  mi  tylko 
pozwolisz – wyszeptał jej do ucha. 

– Nie masz takiego jak ona futerka – odrzekła pogodnie. 
Podeszli  znowu  do  stoiska  z  kartami  baseballowymi,  gdzie 

Chuck wybrał dwie karty. 

– Na pewno nie sprzeda mi pan tego DiMaggia? – spytał. 
Sprzedawca zaśmiał się. 
– Razem  pięć  pięćdziesiąt  za  te  dwie  karty,  a  DiMaggia  pan 

dostanie, kiedy zostawię go panu w swoim testamencie. 

– Nie  wiem,  jak  mam  ją  nazwać  –  powiedziała  Cassaundra, 

gdy z powrotem wsiedli do dŜipa. 

– Zawsze moŜesz nazwać ją Futrzak. 
– Trafne!  Ale  to  imię  nie  wyróŜniałoby  jej  szczególnie 

spośród innych kotów. To słodkie maleństwo potrzebuje jakiejś 
szczególnej  nazwy.  –  Cassaundra  zamyśliła  się  przez  chwilę.  – 
MoŜe dać jej jakieś baseballowe imię? 

– Dlaczego baseballowe? 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 115

 

Bo  będzie  mi  zawsze  przypominało  o  tobie,  mój  ty 

Prawdziwy MęŜczyzno, pomyślała, a głośno odparła: 

– Bo  Szarlotka  byłoby  niemądrym  imieniem  dla  kota.  MoŜe 

nazwalibyśmy  ją  na  cześć  jakiegoś  znanego  gracza.  Wymień 
kilku. 

– Zobaczmy:  Dizzy  Dean,  Mickey  Mantle,  Joe  DiMaggio, 

Roger Maris, Lou Gehrig, Pete Rose. 

– Rose? MoŜe nazwać ją Rosie? 
– MoŜna  teŜ  Babe,  na  cześć  Babe  Ruth.  Był  pierwowzorem 

ich wszystkich. 

– Babe.  To  jest  to.  Pasuje  jak  ulał.  –  Cassaundra  podniosła 

kota  ku  swej  twarzy  i  dotknęła  go  nosem.  –  Cześć,  Babe.  – 
Opuściła zwierzątko na kolana i zaczęła gładzić je po grzbiecie. 
– Miałeś rację, dziś jest świąteczny dzień. 

Kotka zwinęła się w kłębek, układając się do snu. Cassaundra 

przymknęła  oczy,  odchyliła  głowę  i  wystawiła  twarz  na  pęd 
powietrza. 

– W 

tym 

miesiącu 

salon 

samochodowy 

prowadził 

promocyjną  sprzedaŜ  dŜipów  –  powiedział  Chuck.  –  KaŜdy 
kupujący  coś  wygrywał.  Ja  wygrałem  sprzęt  kempingowy: 
namiot, śpiwór i lampę. Chciałbym spróbować, jak rozkłada się 
ten  namiot.  MoŜemy  kupić  kanapki  i  pojechać  do  parku 
narodowego, jeśli nie masz nic przeciwko temu. 

– Nie  mam  nic  przeciwko  temu  –  odparła,  nie  otwierając 

nawet  oczu.  –  Nigdy  nie  rozstawiałam  namiotu.  To  musi  być 
interesujące. 

– Pierwszy raz jest zawsze interesująco – stwierdził Chuci. – 

KaŜdy  namiot  rozstawia  się  inaczej,  więc  cała  zabawa 
przypomina  budowę  rakiety  na  podstawie  planów.  –  Mówisz, 
jakbyś był ekspertem. 

– Często  wyjeŜdŜaliśmy  na  kempingi,  jeśli  tylko  ojciec  nie 

miał słuŜby. A ponadto naleŜałem do skautów. Wielu chłopców 
z  rodzin  wojskowych  było  skautami.  To  pozwalało  na  szybkie 
budowanie  więzi  koleŜeńskich  w  nowej  miejscowości,  gdy 
rodzina musiała się przenosić. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 116

 

Dojechali  do  parku  i  wynajęli  miejsce  na  biwak.  W  czasie 

pikniku  towarzyszył  im  wspaniały  widok  zachodzącego  słońca. 
Gdy  zjedli  kolację, Chuck nasadził klosz na lampę i napełnił ją 
paliwem. Wokół nich stały juŜ liczne namioty. Ludzie, młodzi i 
starzy,  smaŜyli  mięso  na  rusztach  albo  gotowali  coś  na 
kuchenkach.  W  pobliŜu  dwaj  mali  chłopcy  stali  nad  Ŝarzącymi 
się węglami, trzymając coś na długich kijach. 

– Co oni robią? – spytała Cassaundra. Chuck spojrzał na nią, 

jakby straciła rozum. 

– PrzysmaŜają  cukierki  ślazowe.  Topią  je,  by  były  miękkie  i 

ciągnące. 

– Aha. Mogłam się tego domyślić. 
– Nigdy nie jadłaś smaŜonych cukierków ślazowych? 
– Ja... moja rodzina nigdy nie wyjeŜdŜała na biwaki. 
– O ile nie mylę się, na ich stole leŜy pudełko grahamowych 

krakersów.  Mógłbym  się  załoŜyć,  Ŝe  jest  tam  teŜ  paczka 
batoników Hersheya. 

– Batoników Hersheya? 
– Popatrz. – Jeden z chłopców przypiekał cukierki ślazowe, a 

drugi  podszedł  do  stołu  i  zaczął  grzebać  w  pudełku.  –  Robią 
„dokładki”.  Kładziesz  batonik  Hersheya  na  krakersa,  na  to 
gorący  cukierek  ślazowy,  a  na  to  jeszcze  jeden  krakers. 
Otrzymujesz  ciągnący  się,  najpyszniejszy  deser  na  kuli 
ziemskiej.  Oczywiście  drugi  w  kolejności  po  szarlotce  mojej 
babci.  Dlatego  nazywają  się  one  „dokładkami”,  bo  kaŜdy,  kto 
zje choć jeden, chce dokładkę. 

– Zmyśliłeś to – rzekła oskarŜycielsko. 
Chuck nachylił się ku niej i pocałował ją w policzek. 
– Czasami zastanawiam się, czy nie przybyłaś przypadkiem z 

jakiejś  odległej  galaktyki.  Wkrótce,  Złotowłosa,  zrobimy  sobie 
dokładki. 

Chuck poklepał kotkę i dalej majstrował przy lampie. 
– Mają  na  pewno  tyle  kalorii,  co  krem  czekoladowy  z  bitą 

ś

mietaną,  polewą  i  wiórkami  czekoladowymi  –  wyraziła 

przypuszczenie Cassaundra. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 117

 

– To prawdopodobne – zgodził się Chuck. 
Przytknął  zapałkę  do  lampy,  w  której  rozbłysnął  płomień, 

dając jasne światło. Chuck przykręcił trochę lampę i postawił ją 
na środku stołu. Potem z lampą w ręce przeszukał teren wokół, 
usuwając  patyki  i  kamienie.  Następnie  z  dŜipa  wyjął  namiot 
owinięty  w  folię.  Usiadł  na  ławce  obok  Cassaundry  i  zaczął 
czytać instrukcję. 

– To dosyć proste – stwierdził pewnym siebie głosem. Potem 

równie  pewnie  rozpostarł  namiot  na  oczyszczonym  terenie  i 
rozłoŜył rozmaite drąŜki w równoległych liniach. 

– To etap pierwszy i drugi – powiedział. – Teraz czytaj mi na 

głos instrukcję krok po kroku. W mig go rozstawimy. 

Po  godzinie  dotarli  do  punktu  czwartego.  Chuck  zaznajomił 

się szczegółowo z takimi częściami namiotu, jak: pętle A, A–B, 
A–C, B–C, C–D oraz pręty 1–A,1 A–B, 2 A–B, 1 B–C, 2 C–D. 
Słownik  Cassaundry  wzbogacił  się  o  kilka  słów,  które  w 
normalnych  okolicznościach  przyswaja  się  po  wielu  latach 
przebywania w pobliŜu koszar. 

– Czy zdobyłeś sprawność za twórcze przeklinanie? – spytała 

Ŝ

artobliwie, gdy usłyszała szczególnie soczyste wyraŜenie. 

– Słuchaj,  Złotowłosa  –  odrzekł,  biorąc  się  pod  boki  – 

moŜesz  albo  powiększać  problem,  albo  go  zmniejszać.  MoŜe 
byś zamknęła tego kota w pudle i pomogła mi. 

Cassaundra zdjęła śpiącą kotkę z kolan i ostroŜnie włoŜyła ją 

do pudełka po sałacie, które, zgodnie z radą Chucka, na wszelki 
wypadek wzięli ze sklepu. 

Zaczęli  pracować  razem  w  przeciwnych  końcach  namiotu  i 

teraz  postęp  był  znacznie  szybszy.  Wszystko  szło  znakomicie, 
gdy  ustawiali  szkielet  boków  i  dachu.  W  pewnym  momencie 
bach... –pręty złoŜyły się i płótno namiotu opadło. 

– Chuck? 
– Sandy? 
Chuck  dotykał  jej  pleców,  po  omacku  usiłując  odzyskać 

orientację.  Od  tyłu  objął  ją  ręką  w  talii  i  przycisnął  do  siebie. 
Płótno  namiotu  otaczało  ich  z  kaŜdej  strony,  odcinając  dopływ 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 118

 

ś

wiatła  i  powietrza.  Cassaundra  westchnęła  w  szczególny 

sposób  i  Chuck  przestraszył  się,  czy  to  nie  atak  astmy,  ale  po 
chwili odezwała się: 

– Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  zamierzasz  opisać  tego  w  liście  do 

„Playboya”. To by się nie przyjęło. 

Dał jej porządnego klapsa w pośladek, mimo Ŝe namiot swym 

cięŜarem  krępował  wszelkie  ruchy.  Sapnęła  ze  zdumienia,  gdy 
udało mu się tak zmienić pozycję, Ŝe znalazł się ustami przy jej 
ustach. 

– Mówiłam ci dzisiaj, Ŝe nie masz futra, by... 
MoŜe miała zamiar jeszcze mu dokuczać, ale nie pozwolił na 

to  zaborczy,  podniecający  pocałunek,  po  którym  oboje 
znieruchomieli.  W  końcu  Chuck  rozpostarł  ramiona  i  uniósł 
dach namiotu. 

– Teraz  trwa  wojna,  Złotowłosa.  Dwie  istoty  ludzkie  w 

starciu  ze  złośliwą  materią.  Podnieś  maszt  ze  swojej  strony. 
Postawimy tego drania. 

Cassaundra  szukała  po  omacku  zakończenia  swego  masztu, 

Chuck znalazł juŜ swoje i popychał je do góry. Potem udało się 
to  równieŜ  Cassaundrze.  Do  namiotu  przez  okienko  wpadło 
ś

wiatło  lampy  i  Cassaundra  widziała  teraz  twarz  i  ramiona 

Chucka.  Ręką  trzymał  maszt,  kciukiem  naciskał  trzpień,  który 
zwalniał teleskopowo włoŜone drąŜki. 

– Będziemy  posuwać  się  centymetr  po  centymetrze.  Jesteś 

gotowa? 

Z  pewnością  cyrkowcy  nie  doświadczają  większego 

dreszczyku  emocji,  gdy  ich  namiot  staje  w  całej  okazałości. 
Chuck  krytycznie  rozejrzał  się,  a  potem  z  aprobatą  kiwnął 
głową. 

– No, co o tym myślisz? – spytał. 
– Po  raz  pierwszy  jestem  we  wnętrzu  namiotu  –  odrzekła, 

niepewna, jakiej reakcji Chuck oczekuje. 

– śartujesz? 
– Pamiętaj, Ŝe wychowałam się w mieście. – Albo na odległej 

planecie – ironizował. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 119

 

– Ty jesteś ekspertem od namiotów. Co o nim myślisz? 
– Ujdzie  –  powiedział,  ale  z  tonu  jego  głosu  przebijało 

zadowolenie.  –  Zawsze  chciałem  mieć  namiot.  Ten  nie  jest  zły 
jak na darmochę. 

– I co teraz? 
– Zwiniemy go. 
– Och – powiedziała Cassaundra. 
Przepełniało  ją,  nieokreślone  początkowo,  ale  potem  coraz 

silniejsze  uczucie  rozczarowania.  ZłoŜą  namiot  i  Chuck 
zawiezie ją do domu. Ona ma swoją Babe, a Chuck ma swojego 
dŜipa. Ale nie będą mieli siebie nawzajem. Dzisiejszy dzień był 
podarunkiem,  odroczeniem  nieuniknionego  końca.  Odtąd 
Cassaundra będzie w nocy wspominać, jak pod cięŜkim płótnem 
namiotu  jej  ciało  wtulało  się  w  ciało  Chucka,  jak  całym  sobą 
wyraził niemą pochwałę dla jej ciała. 

Składanie  namiotu  trwało  znacznie  krócej  niŜ  rozkładanie. 

Rurki  szkieletu  wyjmowały  się  gładko,  wydając  dźwięki 
zapowiadające  koniec  przygody.  Bardzo  szybko  Chuck 
załadował  namiot  do  dŜipa,  potem  oparł  się  o  samochód,  ręce 
oparł  na  biodrach  i  niemal  minutę  patrzył  na  Cassaundrę. 
Wreszcie powiedział: 

– Lepiej  pośpieszmy  się,  jeśli  mamy  zdąŜyć  do  jakiegoś 

taniego sklepu po wyposaŜenie dla Babe. 

Cassaundra  skinęła  głową,  ale  nie  ruszyła  się,  gdy  Chuck 

podszedł  do  stołu  i  usiadł.  Przykręcił  lampę.  Światło  gasło 
powoli,  jakby  lampa  z  niechęcią  –  podobnie  jak  Cassaundra  i 
Chuck  –  Ŝegnała  ten  dzień.  Wreszcie  po  kilku  daremnych 
błyskach światło ostatecznie zgasło. 

Z ćwierkaniem świerszczy i skrzeczeniem Ŝab przeplatały się 

odgłosy  ludzkiej  działalności:  urywki  rozmów,  wybuchy 
ś

miechu,  odległe  dźwięki  z  radia.  W  pobliskim  namiocie 

marudziło  zmęczone  dziecko.  Od  czasu  do  czasu  od  strony 
stolika,  przy  którym  siedziała  czwórka  starszych  męŜczyzn, 
dobiegał stuk składanych kamieni domina. 

Cassaundra zazdrościła tym wszystkim turystom, którzy grali, 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 120

 

rozmawiali  i  przygotowywali  się  do  snu,  by  rankiem  wstać  na 
ryby,  wyruszyć  na  beztroską  wędrówkę  lub  na  przejaŜdŜkę 
rowerem. 

– Powiedz mi, o czym myślisz. 
– O tym, jak tu spokojnie. 
– Istotnie  –  rzekł.  –  KsięŜyc  wygląda  tak,  jakby  wzięto  go  z 

filmu  o  wilkołakach.  Kto  wie  –  westchnął  zabierając  lampę  – 
moŜe pełnia księŜyca sprawi, Ŝe pokryję się futrem. 

W  świetle  księŜyca  nie  widać  było  kolorów,  ale  oczy 

Cassaundry świeciły z wraŜenia, a jej skóra opalizowała. Chuck 
wiedział,  Ŝe  jeśli  teraz  ją  pocałuje,  tak  jak  tego  pragnął,  to  nie 
będzie miał siły, by pozwolić jej odejść. Spojrzał więc tylko na 
zegarek i powiedział: 

– Weź kota i ruszajmy lepiej w drogę. 
Po  chwili  siedzieli  w  dŜipie.  Cassaundra  spojrzała  na  stolik, 

przy którym jedli kolację, i na puste miejsce po namiocie, które 
wyglądało  teraz  jak  dziura po wyrwanym zębie. śal nacierał na 
nią  jakby  ze  wszystkich  stron,  gdy  Chuck  zapalał  dŜipa,  a 
właściwie  usiłował  zapalić.  Przekręcił  kluczyk  w  stacyjce,  ale 
nie  było  Ŝadnego  efektu.  Po  kilku  daremnych  próbach  uderzył 
pięścią w kierownicę. 

– Do diabła! 
– Co się stało? – spytała Cassaundra. 
– A Ŝebym to ja wiedział! Nowiutki silnik! 
– Co zrobimy? 
– To  na  pewno  coś  nieskomplikowanego.  Sprawdzę 

najprostsze rzeczy. 

Chuck  zapalił  lampę  i  podniósł  maskę  samochodu. 

Cassaundrę  przeszedł  dreszcz  nadziei.  Jeśli  nie  uda  się  zapalić 
silnika,  prawdopodobnie  będą  musieli  poczekać  do  rana  na 
przybycie pomocy drogowej. 

Westchnęła.  Jeśli  los  i  przypadek  tak  zrządzą,  niech  tak 

będzie.  Miała  dość  walki  z  najprostszymi  ludzkimi  odruchami, 
dość sprzeciwiania się temu, czego instynktownie domagało się 
jej  ciało,  dość  opierania  się  Chuckowi.  JakŜe  namacalnie 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 121

 

pamiętała przytulone, roznamiętnione ciało Chucka. 

Zawiesił  lampę  na  zderzaku  i  wrócił  za  kierownicę. 

Przekręcił kluczyk, silnik zaskoczył i zaterkotał zdrowo. Chuck 
z uśmiechem popatrzył na Cassaundrę. 

– Obluzowany 

był 

przewód 

od 

akumulatora. 

Nie 

kontaktowało. 

– Cieszę się, Ŝe to nic powaŜnego. 
– Ja równieŜ. 
Zostawił  silnik  na  chodzie,  zgasił  lampę  i  zamknął  maskę 

samochodu.  Gdy  wrócił  za  kierownicę,  wyczuł  zmianę  nastroju 
Cassaundry. 

– Coś się stało? 
– Skłamałam  –  wyszeptała  i  spojrzała  mu  w  twarz.  –  Byłam 

zadowolona,  gdy  samochód  nie  zapalił.  Myślałam...  miałam 
nadzieję... 

To  wyznanie  sparaliŜowało  Chucka.  Zapanowała  między 

nimi pełna napięcia cisza. 

– Nigdy  nie  spałam  poza  domem  –  odezwała  się  wreszcie 

Cassaundra.  –  Poza  grubymi,  solidnymi  ścianami.  Miałam 
nadzieję,  Ŝe  się  gdzieś  zgubimy  i  znowu  będziemy  musieli 
rozbić namiot, i... 

Chuck  tak  bardzo  jej  pragnął,  Ŝe  nie  śmiał  wierzyć  w  to,  co 

słyszał, a co tak bardzo chciał usłyszeć. 

– Mimo  to  moŜemy  tu  zostać  –  rzekł.  Odpowiedziała  mu 

cisza.  Ten  brak  odpowiedzi  potraktował  jako  zachętę.  –  Mamy 
tylko jeden śpiwór – dodał. 

– Wiem  –  odparła.  Patrzyła  mu  prosto  w  oczy  i  nawet  nie 

mrugnęła. 

Objął  ją  błyskawicznie,  ustami  zgniótł  jej  usta,  dając  upust 

długo  powstrzymywanemu  poŜądaniu.  Odsunął  się  tylko  na 
chwilę, by powiedzieć, co czuje. 

– Czy wiesz, jak bardzo chcę się z tobą kochać? Jaka to była 

tortura czekać na ciebie... 

– Dla  mnie  teŜ  nie  było  to  łatwe  –  odparła.  –  To pragnienie, 

to uczucie, gdy mnie dotykałeś. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 122

 

– Poprzednio nie byłaś tego taka pewna. 
– Zawsze byłam pewna, Ŝe chcę być z tobą. 
– Teraz teŜ jesteś tego pewna? 
– Korzystam  z  twojej  rady.  Wsłuchuję  się  w  swe  uczucia,  a 

nie  w  myśli.  Czuję...  nie  mogę  ci  powiedzieć,  co  czuję.  To 
moŜna tylko pokazać. 

Westchnął z wyraźną ulgą. 
– Jak 

przyjemnie 

będzie 

rozkładać 

namiot, 

mając 

ś

wiadomość...  Och  –  jęknął  i  przez  zaciśnięte  zęby  wyrzucił  z 

siebie  szokujące  przekleństwo.  –  Prezerwatywy...  te,  które 
kupiłem  w  dniu,  gdy  cię  poznałem...  są  w  schowku  w  moim 
mustangu. Ty chyba nie... – zapytał po chwili. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 123

 

ROZDZIAŁ 10 

Cassaundra potrząsnęła smutno głową. 
– Nie – odrzekła. 
– Co  ja  tu  stoję  i  jęczę  –  powiedział  Chuck  z  nagłym 

oŜywieniem.  –  Niedaleko  jest  sklep  spoŜywczy.  Jeśli  się 
pośpieszymy, rozbijemy znowu namiot. 

Pośpieszyli  się.  Mieli  juŜ  pewną  wprawę  i  tym  razem 

ustawienie  namiotu  trwało  cztery  razy  krócej  niŜ  przedtem. 
Chuck  skulił  się,  by  rozpostrzeć  dach,  który  w  najwyŜszym 
punkcie miał niecałe półtora metra, potem poczołgał się w drugi 
koniec  namiotu,  gdzie  Cassaundra  zamocowywała  maszt. 
Uklęknął przy niej i pocałował ją delikatnie. 

– Zostaniesz tutaj czy pojedziesz ze mną? 
– Chyba pójdę do łazienki i odświeŜę się trochę – odparła. – 

Zaczekam na ciebie w namiocie. 

Zanim wyruszył, pocałował ją przelotnie. 
Cassaundra  poszła  powoli  do  łazienki.  Kiedy  myła  ręce  i 

twarz,  czuła  się,  jakby  dokonywała  jakiegoś  rytuału  świętej 
ablucji przed miłosną ceremonią. 

Nie  zastanawiała  się  nad  tym,  co  moŜe  nastąpić  jutro.  Tak 

wielki spokój wypełniał całe jej serce i umysł, Ŝe na nic innego 
nie  było  w  nich  miejsca.  Ból  i  poczucie  winy  przyjdą  później. 
Pozostaną  jej  przynajmniej  pocieszające,  miłe  wspomnienia. 
ś

ałować  będzie  tego,  co  straciła  i  co  nie  mogło  być 

kontynuowane,  a  nie  tego,  Ŝe  niektóre  rzeczy  nigdy  się  nie 
wydarzyły. Jeśli odczuje wyrzuty sumienia, to dlatego, Ŝe zraniła 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 124

 

Chucka, a nie dlatego, Ŝe go kochała. 

Gdy  weszła  do  namiotu,  usłyszała  dochodzące  z  pudełka 

miauczenie Babe. Pogłaskała kotkę uspokajająco i pozwoliła jej 
buszować po namiocie. Potem wyjęła śpiwór i rozpostarła go na 
ś

rodku,  rozsuwając  gruby  zamek  błyskawiczny.  Wątpiła,  czy  w 

podręczniku 

dobrych 

manier 

znalazłaby 

odpowiednie 

wskazówki,  jak  naleŜy  przygotować  się  do  ceremonii 
wtajemniczenia w niewielkim namiocie. Wreszcie zdjęła bluzkę 
i szorty, wślizgnęła się do śpiwora i zasunęła go. Poczuła się jak 
mumia.  Rozsunęła  śpiwór  i  zawinęła  jego  brzeg  prawie  aŜ  po 
talię. 

Wreszcie  na  zewnątrz  rozległ  się  odgłos  samochodu  i  przez 

osłonięte  okienko  namiotu  zaświeciły  reflektory.  Cassaundra 
poczuła  nagle,  jak  wszystkie  jej  nerwy  napinają  się.  Światła 
zgasły,  silnik  umilkł.  Odgłos  zatrzaśniętych  drzwi.  Kroki  na 
piasku.  Szelest  papieru.  Dźwięk  jej  imienia  wypowiedzianego 
miękko  tuŜ  przy  namiocie.  Rozsuwanie  grubego  zamka 
błyskawicznego,  gdy  wyszeptała  zaproszenie.  Te  wszystkie 
odgłosy  przybywającego  kochanka  będzie  przechowywała  w 
pamięci, gdy pozostaną jej juŜ tylko wspomnienia. 

Wszedł przykulony, postawił torbę z zakupami, zasunął poły 

namiotu.  Babe,  zaciekawiona  szelestem  papieru,  ruszyła  na 
zwiady. 

– Czujesz zapach chrupek, co? – przemówił Chuck do kota. – 

Przyniosłem  ci  coś smakowitego. – WyłoŜył trochę jedzenia do 
pudła po sałacie i wsadził tam kotkę. 

– Czy masz teŜ coś dla mnie? – spytała Cassaundra zalotnie. 
– Zobaczmy.  –  Chuck  zajrzał  do  torby.  –  Czy  to  zadowoli 

moją  panią?  –  Gestem  magika  wyciągającego  królika  z 
kapelusza Chuck wyjął czerwoną róŜę i wręczył ją Cassaundrze. 
– Aby wynagrodzić ci te mało romantyczne warunki. 

Cassaundra podniosła kwiat do nosa. 
– Niestety,  nie  sprzedawali  świeŜych  kwiatów.  Uśmiechnął 

się łobuzersko. – Ale w tym kwiatku jest odrobina romantyzmu. 
Gdy go rozwinąć, zmienia się w parę majteczek. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 125

 

Cassaundra zaśmiała się, choć w oczach stanęły jej łzy. 
– Nie jesteś obraŜona? – spytał. 
Wstała i zarzuciła mu ręce na szyję. 
– Nikt  mi  nigdy  nie  ofiarował  równie  romantycznego 

prezentu. Jedynie ty zdolny jesteś do... nie wiem, czy nazwać to 
odwagą, brawurą czy bezczelnością. 

Trzymała tuŜ przy twarzy płatki z tkaniny. 
– Chuck!  –  zaśmiała się głośno. – To ma kolor taki jak twój 

dŜip.  Nigdy  ich  nie  rozwinę. Kupię specjalny wazon i postawię 
je w swojej sypialni jako pamiątkę po tobie. 

– Ja  nie  mam  zamiaru  nigdzie  odchodzić  –  powiedział 

Chuck,  zanurzając  twarz  we  włosach  Cassaundry  i  mrucząc  z 
uznaniem. – Pachniesz ładniej niŜ róŜa. 

– Cieszę się, Ŝe zabrałam ze sobą perfumy. 
– To,  co  mnie  do  ciebie  przyciąga,  nie  pochodzi  z  Ŝadnej 

buteleczki.  To  jest  część  ciebie  samej.  Gdy  cię  dotykam,  mam 
wraŜenie,  jakbym  po  raz  pierwszy  dotykał  kobiety.  Sprawiasz, 
Ŝ

e czuję coś... coś całkiem nowego. 

– Gdy mnie dotykasz, czuję, Ŝe... odŜywam... po raz pierwszy 

od dłuŜszego czasu. Proszę cię, dotykaj mnie. Chcę znowu Ŝyć, 
czuć się jak prawdziwa kobieta, a nie jak... 

Przywarła do jego ust, potem opadła na śpiwór, pociągając go 

za  sobą.  Trzymała  w  dłoniach jego głowę, zanurzając mu palce 
we  włosach.  Zachłannie  wtargnęła  językiem  w  jego  usta. 
Przywarła  do  niego  całym  ciałem.  Chuck  błądził  ręką  po  jej 
smukłych  udach,  sunąc  po  aksamitnej  skórze.  Zaprotestowała, 
gdy odsunął się trochę i opierając na łokciu spojrzał jej w oczy. 

– Chyba  muszę  skończyć  rozpakowywanie torby z zakupami 

– wyszeptał bez tchu. 

Cassaundra  w  odpowiedzi  wyciągnęła  mu  ze  spodni 

koszulkę,  podciągnęła  ją  aŜ  pod  pachy  i  zaczęła  gładzić  jego 
umięśniony tors. 

Chuck  ponownie  przywarł  do  jej  ust,  przeciągle,  zachłannie, 

zaborczo.  Na  chwilę  oderwał  się  od  niej,  dysząc  cięŜko,  i 
pochylił swą twarz tuŜ nad jej twarzą. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 126

 

Obserwował  ją  uwaŜnie,  zmieszany  własnym  podnieceniem. 

Cassaundra  bardzo  pragnęła  być  z  nim,  wchłaniać  jego  siłę  i 
ciepło,  stać  się  częścią  jego  ciała  w  takim  stopniu,  jak  tylko 
pozwala na to natura. 

– Muszę  pomyśleć  o  interesach,  bo  wkrótce  nie  będę  mógł 

wziąć za nic odpowiedzialności. 

– Do diabła z odpowiedzialnością – wymruczała Cassaundra, 

ale  Chuck  odebrał  tę  uwagę  jako  ironiczną.  Była  ironiczna  –  w 
innym sensie. 

Odwrócił  się,  ściągnął  przez  głowę  koszulkę  i  cisnął  ją  pod 

ś

cianę  namiotu.  Potem  westchnął  i  zaczął  grzebać  w  torbie  z 

zakupami. 

Zwrócony  był  plecami  do  Cassaundry.  Patrzyła  na 

poruszające  się  mięśnie,  zachwycona  igrającymi  na  skórze 
plamami  księŜycowego  światła.  Przez  ułamek  sekundy 
wyobraziła sobie, jakby to było, gdyby nosiła w sobie dziecko. 

Ich  dziecko.  Dziecko  Chucka.  Ta  myśl  obudziła  w  niej 

pragnienia, których wcześniej nie znała. 

Szelest celofanu przywołał ją z krainy fantazji w świat realny. 

Chuck  ściągnął  szorty  i  cisnął  tam,  gdzie  przedtem  rzucił 
koszulę.  Usiadł  na  brzegu  śpiwora,  milcząc,  ciągle  odwrócony. 
Cassaundra,  zafascynowana  wspaniałym  kształtem  jego  nagich 
pleców,  wyczuła  wahanie  w  zachowaniu  Chucka,  a  jego 
milczenie wydało się jej złowieszcze. 

– Czy  masz  jakieś  ukryte  myśli?  –  spytała  zaniepokojona.  – 

Zaskoczyłam  cię  –  dodała  po  chwili,  jakby  bojąc  się  jego 
odpowiedzi – Jeśli nie jesteś pewien... 

Powoli  zwrócił  ku  niej  twarz.  Jego  oczy,  rozświetlone 

promieniami księŜyca, płonęły silnym wzruszeniem. 

– Nigdy  w  Ŝyciu  niczego  tak  nie  byłem  pewien,  jak  tego,  Ŝe 

cię teraz pragnę. 

– Skąd więc to wahanie? 
Odwrócił  głowę  i  oparł  czoło  na  ramionach  skrzyŜowanych 

na podkulonych kolanach. 

– Chciałbym...  –  zaczął  i  westchnął  głęboko  –...chyba 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 127

 

chciałbym wiedzieć coś o osobie, z którą mam się kochać. 

Ponownie  zapadła  pełna  napięcia  cisza.  Cassaundra  mocno 

zacisnęła  powieki.  Chuck  nie  znał  prawdy,  nie  znał  faktów,  a 
mimo 

to 

bezbłędnym 

instynktem 

wyczuwał 

pewną 

dwuznaczność w jej zachowaniu. 

Cisza panująca w namiocie była niemal dotykalna. 
– PomóŜ  mi,  Sandy  –  odezwał  się  wreszcie  Chuck.  –  Nie 

wiem  nic  o  osobie,  z  którą  mam  się  kochać.  Co  sądzą  o 
męŜczyznach  urocze,  wychowane  w  mieście  dziewczyny,  które 
potrafią grać Beethovena? 

Cassaundra usiadła i przesunęła palcami po plecach Chucka. 
– Nie  jestem  z  nikim  związana  ani  prawnie,  ani  moralnie. 

MoŜe  to  cię  uspokoi.  –  Mówiła  szeptem  i  gdyby  nie  panująca 
cisza,  Chuck  nie  dosłyszałby  jej  głosu.  –  Kiedyś  miałam 
kochanka, ale to był błąd. 

Pochyliła  się,  wsunęła  mu  ręce  pod  ramiona  i  objęła  go. 

Piersi  osłonięte  jedwabną  koszulką  przycisnęła do jego pleców. 
Policzek  tuliła  do  jego  ramion.  Pocałowała  go  w  kark,  poniŜej 
ucha. 

– Nic  nie  istnieje  prócz  wnętrza  tego  namiotu.  Nawet  czas. 

Tylko my dwoje i ta chwila. 

Wypuściła  go  z  objęć,  ujęła  dłońmi  koszulkę,  ściągnęła 

jednym  ruchem.  Znowu  objęła  Chucka,  przywierając  piersiami 
do jego gładkich umięśnionych pleców

– Sprawmy, by ta chwila była dla nas niezapomniana. 
Obrócił  się  w  jej  ramionach.  Siedzieli  teraz  przodem  do 

siebie. Cassaundra czuła, jak jej miękkie piersi rozpłaszczają się 
na  twardym  torsie  męŜczyzny  i  westchnęła  z  zachwytu,  ale 
Chuck  natychmiast  przykrył  jej  usta  zachłannym  pocałunkiem. 
Ręce  Cassaundry  błądziły  po  jego  spręŜystym  ciele,  po 
wypukłych  muskułach.  MęŜczyzna,  którego  dotykała  –  ciepły  i 
twardy  –  był  dla  niej  jedyną  rzeczywistością.  Czuła  jego 
rozgrzane  ciało  i  zapach  wody  toaletowej,  i  nic  innego  ją  nie 
obchodziło

Złączeni  ustami  i  ramionami  wyciągnęli  się  na  śpiworze. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 128

 

Cassaundra  mogła  teraz  odkrywać  tajemnice  jego  ciała:  gładką 
skórę pokrywającą Ŝebra, drobne włoski na udach, ostry, prawie 
jednodniowy  zarost,  miękką  skórę  za  uchem,  wyniosły  tors  i 
brodawki,  które  stwardniały  pod  jej  dotykiem.  Wszystko  to 
wyczuwała  koniuszkami  palców,  dłońmi,  wargami,  językiem, 
udami. 

Zapragnęła, by wypełnił ją sobą, by ją dopełnił. To pragnienie 

dodało jej odwagi, wzmocnionej jeszcze miłosną pieszczotą jego 
szorstkich  dłoni  wędrujących  po  jej  miękkiej  skórze.  Przywarła 
biodrami  do  jego  bioder,  czując  na  swym  łonie  jego  gorące 
podniecenie. 

Próbowała  zdjąć  mu  slipy.  Ściągnęła  je  z  bioder,  a  potem 

otoczyła palcami pulsującą męskość. 

Chuck poruszył się, by załoŜyć prezerwatywę, ale Cassaundra 

wyjęła mu ją z dłoni. 

– Pozwól. 
Początkowo  robiła  to  niezgrabnie,  ale  mimo  niezręczności 

było to dla obojga niezwykle stymulujące. 

– Sandy  –  powiedział  Chuck  z  takim  uczuciem,  Ŝe  przez  jej 

ciało przebiegły nowe fale poŜądania. 

Schwycił  ją  za  ramiona  i  przygarnął  do  siebie.  Rękami 

przesuwał po jej plecach, talii, potem niŜej, gdzie delikatne figi 
opinały biodra. Opuścił je na uda, a potem Cassaundra ruchami 
nóg pozbyła się ich zupełnie. 

Niespodziewanie dla obojga Cassaundra przesunęła się ponad 

Chuckiem.  Wstrzymała  oddech,  kiedy  jej  ciało  dopasowywało 
się  do  jego  ciała,  a  gdy  juŜ  byli  całkowicie  połączeni,  głęboko 
odetchnęła.  Zaczęła  poruszać  się  nad  nim,  a  on  zachęcał  ją  i 
prowadził rękami, którymi podtrzymywał jej pośladki. 

Piersi  Cassaundry  falowały  ponad  jego  torsem.  Ujęła  w 

dłonie  jego  twarz,  przystojną,  męską  twarz,  i  powoli  opuściła 
wargi na jego usta. Szeptała imię Chucka, a on zanurzył dłoń w 
jej  włosach.  Przytrzymał  głowę  dziewczyny  i  zatracił  się  w 
pocałunku. 

Nagle Sandy odrzuciła głowę do tyłu i zaczęła dyszeć, potem 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 129

 

oparła  czoło  na  ramieniu  Chucka  i  łapała  powietrze  szybkimi, 
urywanymi oddechami. 

Po chwili równie

Ŝ

 Chuck znalazł takie samo zaspokojenie. 

Otoczył  Cassaundr

ę

  ramionami,  przycisn

ą

ł  j

ą

  do  siebie. 

Le

Ŝ

ała  spokojnie  na  jego  piersiach,  wsłuchana  w  mocne 

bicie serca, które powoli odzyskiwało swój normalny rytm. 
Po  tym  gwałtownym  spełnieniu  ich  ciała  stanowiły  jedno. 
Chuck delikatnie gładził j

ą

 po włosach. 

– A  tak  nie  chciałem  cię  popędzać  –  powiedział  z  pewnym 

zdziwieniem  w  głosie.  Pocałował  ją  w  czubek  głowy.  –  Jesteś 
niesamowita. 

– ”Rozpustna” byłoby właściwszym określeniem. 
– „Rozpustna”? Pasuje. Lubię rozpustne kobiety. 
Cassaundra  powoli  uwolniła  się  z  jego  objęć  i  wzruszyło  ją 

to, Ŝe Chuck zaprotestował, gdy ich ciała rozłączyły się. UłoŜyła 
się obok niego, a Chuck wsparty na jednym łokciu patrzył na nią 
z uwielbieniem. 

– Chciałbym ci powiedzieć, jak bardzo... – nie dokończył. 
– Nie mów. Nie mów mi nic. Po prostu patrz na mnie tak, jak 

patrzysz teraz, bym mogła zapamiętać wyraz twych oczu. 

– Mam  zamiar  patrzeć  w  ten  sposób  na  ciebie  tak  często, 

Ŝ

ebyś  nie  musiała  nic  zapamiętywać.  –  Uśmiechnął  się 

łobuzersko. – ChociaŜ... 

Cassaundra  wyciągnęła  rękę  i  dała  mu  klapsa,  a  potem 

energicznie zaczęła gładzić dłonią jego pośladek. 

– Carol miała rację – powiedziała zmysłowo. – Rzeczywiście 

masz wspaniały tyłek. 

– Carol tak mówiła? 
– Nie musisz o to pytać aŜ z taką satysfakcją. 
Przekręcił się znowu, oparł na łokciu i uśmiechnął od ucha do 

ucha. 

– Jesteś zazdrosna? 
– Nie, dopóki jej uwagi opierają się wyłącznie na obserwacji. 

–  Cassaundra  przesunęła  ręką  po  biodrach  Chucka  i  ścisnęła  w 
dłoni  twardy  mięsień.  –  Czy  to  małostkowe  z  mojej  strony,  Ŝe 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 130

 

czuję  takie  samozadowolenie,  gdyŜ  mam  bezpośrednie 
doświadczenia, a ona ich nie ma? 

– Wydaje  mi  się,  Ŝe  to  całkiem  ludzka  reakcja  –  odparł, 

kładąc rękę na jej biodrze. 

– Skoro juŜ mówimy o ludzkich reakcjach... – zaŜartowała. 
Powędrował  wzrokiem  tam,  gdzie  ona  patrzyła,  i  zarumienił 

się, a potem uśmiechnął niemal lubieŜnie. 

– Coś mówi mi, Ŝe dobrze zrobiłem kupując dwanaście sztuk, 

zamiast wziąć pakiet z automatu. 

– Noc  dopiero  się  zaczyna  –  przyznała.  Przesunęła  rękę  z 

jego bioder w dół. 

– Gdybym  nie  znała  całej  prawdy,  pomyślałabym,  Ŝe  mnie 

lubisz. – Łobuzersko popatrzyła mu w oczy. 

– Aha  –  odparł.  Przykrył  dłonią  jej  rękę,  poprowadził  ją 

wzdłuŜ  ciała  i  przytrzymał  na  śpiworze  tuŜ  przy  uchu 
Cassaundry.  –  Tym  razem  nie  musimy  się  śpieszyć.  Jak 
powiedziałaś, noc dopiero się zaczęła. 

Drobnymi,  czułymi  pocałunkami  pokrywał  jej  twarz, 

powieki,  ucho,  a  dłonią  dotykał  piersi.  Potem  rozpoczął 
wędrówkę,  odkrywając  jej  ciało  i  ucząc  się  go  w  sposób,  który 
oboje  przyprawiał  o  dreszcz  rozkoszy.  W  czasie  tej  zmysłowej 
podróŜy  doznali  wielu  niespodzianek  i  byli  zachwyceni,  Ŝe  tak 
intensywnie na siebie reagują. 

Dla  Cassaundry  kaŜde  dotknięcie,  kaŜda  pieszczota,  kaŜdy 

pocałunek był czymś nowym, poniewaŜ Chuck po raz pierwszy 
pieścił  ją  i  całował  w  ten  szczególny  sposób.  KaŜde  drgnienie 
swego  serca  starała  się  zachować  w  pamięci  na  czas,  gdy  po 
Chucku pozostaną jej jedynie wspomnienia. 

W  którejś  godzinie  w  nocy,  gdy  kochali  się,  spali,  a  potem 

znowu  się  kochali,  Chuck  przygarnął  ją  blisko  do  siebie,  jakby 
czuł, Ŝe ona boi się rozstania, i chciał uspokoić ich oboje. 

– Kocham  cię,  Sandy  –  powiedział  miękko,  a  jego  słowa 

zawisły  na  chwilę  w  niemal  absolutnej  nocnej  ciszy.  –  Tak  juŜ 
będzie zawsze, Złotowłosa. 

Nigdy nie pozwolę ci odejść, pomyślał. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 131

 

Po  kilku  godzinach,  gdy  się  obudził,  chciał  jej  dotknąć.  Ale 

nikogo nie było. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 132

 

ROZDZIAŁ 11 

Chuck zaczął szukać koszuli i ogarnął go dławiący niepokój, 

gdy  spostrzegł,  Ŝe  nie  ma  ubrania  Sandy.  Prawie  zupełnie 
rozbudzony,  odzyskiwał  powoli  zdrowy  rozsądek.  Gdzie  mogła 
pójść? Dlaczego? Prawdopodobnie pobiegła do łazienki. 

Przysunął  się  do  wejścia  namiotu  i  spojrzał  na  zewnątrz. 

Sandy  siedziała  po  turecku  na  stole.  Na  jednym  kolanie  miała 
mały notes, a na drugim uśpioną kotkę. W prawej ręce trzymała 
długopis  i  ze  skupieniem  coś  pisała.  Na  dźwięk  rozsuwanego 
zamka namiotu odwróciła głowę i uśmiechnęła się. 

– Dzień dobry. 
– Dzień dobry. Stęskniłem się za tobą. 
– Babe  wyszła  ze  swego  więzienia  i  obudziła  mnie  odparła 

Cassaundra. – Nie chciałam, Ŝeby ciebie teŜ obudziła. Spałeś tak 
mocno. 

– Zastanawiam się, dlaczego. 
– MoŜe miałeś cięŜki tydzień w pracy? 
– Raczej najbardziej niewiarygodną noc w moim Ŝyciu. 
Popatrzyli na siebie porozumiewawczo. 
Chuck wydawał się Cassaundrze niezwykle przystojny. 
– Czy  sporządzasz  listę  tego,  co  ci  się  we  mnie  podoba?  – 

spytał beztrosko i zajrzał do notesu. 

– W  pewnym  sensie  –  usłyszał  nieoczekiwanie  w 

odpowiedzi. – Chyba tego ranka stałam się poetyczna. 

– PokaŜ mi. 
– To  dla  ciebie  –  podała  mu  notes.  –  Podarunek.  Rodzaj... 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 133

 

podziękowania. 

Chuck  juŜ  chciał  przeczytać  głośno,  ale  Cassaundra 

potrząsnęła głową. 

– Po cichu, proszę. 
– Sandy,  to  jest  przepiękne  –  powiedział  w  zachwycie. 

PołoŜyła mu palec na ustach. 

– Wszystko  zepsujesz,  jeśli  będziesz  o  tym  mówił.  Schowaj 

to  po  prostu  do  jakiejś  ksiąŜki  i  od  czasu  do  czasu  przeczytaj 
sobie, by powspominać... 

– Chodźmy na spacer – powiedział, biorąc ją za rękę. Ruszyli 

krętą  drogą.  Na  liściach  pobłyskiwały  w  słońcu,  kropelki  rosy. 
Ś

wiatło  słoneczne  przesiane  przez  korony  drzew  i  warstewka 

porannej mgły nadawały całej okolicy nierealny wygląd. 

– Jak tu spokojnie – rzekła Cassaundra, gładząc kotkę. 
– Teraz  rozumiesz,  dlaczego  chcę  znaleźć  miejsce  z  dala  od 

cywilizacji. 

– Zawsze  rozumiałam  takie  marzenia  –  westchnęła.  –  MoŜe 

nawet lepiej, niŜ ci się zdaje. 

Chuck połoŜył ręce na jej ramionach. 
– Kiedy powiesz mi, od czego właściwie uciekasz? 
JuŜ miała odpowiedzieć, ale Chuck potrząsnął głową. 
– Nie. Nie staraj się zaprzeczać. 
– Chciałabym,  Ŝeby  to  trwało.  My.  To,  co  teraz  dzieje  się  z 

nami 

Przytrzymał ją mocniej i spojrzał prosto w oczy. 
– Kocham  cię  –  powiedział.  –  I  cokolwiek  powiesz,  nie 

uwierzę, Ŝe ty mnie nie kochasz. 

– Chuck... 
– Zaprzecz.  No,  proszę,  zaprzecz.  Ale  jeśli  to  zrobisz, 

ostatnia noc jest dowodem, Ŝe będzie to kłamstwo. 

– To było tylko... 
– Czysto fizyczne? – zapytał ironicznie. – O nie! Byliśmy ze 

sobą  połączeni  umysłem  i  duchem,  i  w  kaŜdy  sposób,  w  jaki 
dwoje  ludzi  moŜe  być  połączonych.  Nasze  dusze  dotykały  się 
tam, w namiocie. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 134

 

Czekał,  aŜ  zaprzeczy,  ale  stała  jak  skamieniała  i  patrzyła  na 

niego wzrokiem zranionej sarny. Miał ochotę schwycić ją mocno 
i juŜ nie puścić. 

– Ostatniej nocy powiedziałaś mi, Ŝe poza wnętrzem namiotu 

nic  nie  istnieje,  nawet  czas.  Ale  istnieje  przecieŜ  Ŝycie.  My 
istniejemy.  Przyszłość.  Zostawiamy  za  sobą  jedynie  przeszłość. 
Nie ma juŜ znaczenia, odcięliśmy się od niej, gdy weszliśmy do 
tamtego namiotu. 

– Nie moŜna tak łatwo zostawić za sobą przeszłości. 
– MoŜna,  jeśli  skupimy  się  na  przyszłości.  Kocham  cię, 

Sandy.  Chciałbym...  –  jęknął,  jakby  zawiedziony.  –  Do  diabła, 
męŜczyzna nie powinien mówić takich rzeczy. 

– Kocham cię – powiedziała cicho. 
Objął  ją  ramionami  i  przycisnął  do  siebie  bardzo  mocno, 

starając się jednak nie zrobić krzywdy Babe. 

– Kocham cię – powtórzyła, kładąc głowę na jego piersi. 
– CóŜ,  niech  będzie  tak,  jak  chcesz.  Bez  przyszłości,  bez 

przeszłości. 

W milczeniu przeszli kawałek ścieŜką, potem zawrócili. 
– Czy  chcesz  tu  jeszcze  trochę  zostać?  A  moŜe  zjemy 

ś

niadanie albo... 

– W  południe  muszę  być  w  pracy  –  odparła  Cassaundra.  – 

Poza tym trzeba zajść do sklepu i kupić wszystko dla Babe. 

– Nie przypuszczałem nawet, Ŝe dziś idziesz do pracy. 
– Muszę przynajmniej wziąć prysznic. Prawdę mówiąc, mam 

ochotę na gorącą kąpiel. Rozumiesz... – zaczerwieniła się. 

– Miałaś trudny tydzień w pracy? – zaŜartował. 
– Najbardziej niewiarygodną noc w moim Ŝyciu – odparła. 
Chuck  zaczął  ładować  do  dŜipa  złoŜony  namiot  i  widząc  to, 

Cassaundra  czuła  głęboki  smutek.  Zastanawiała  się,  czy  jego 
niezwykłe  milczenie  nie  świadczy  o  tym,  Ŝe  podobnie  jak  ona 
ma poczucie, iŜ coś utracił. 

– Wstąpię  po  ciebie  do  pracy  –  powiedział,  gdy  podjeŜdŜali 

pod jej dom. 

– Nie musisz tego robić. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 135

 

– Chcę  to  zrobić.  I  cóŜ,  przyznam,  Ŝe  dzisiejszy  sobotni 

wieczór  chciałbym  spędzić  w  towarzystwie  pięknej  kobiety.  – 
Ujął  ją  za  rękę.  –  Dotychczas  byliśmy  razem  na  wyprzedaŜy, 
pchlim  targu,  w  kinie  na  otwartym  powietrzu  i  na  polu 
namiotowym.  Spróbujmy  tym  razem  wystroić  się  i  pójdźmy 
gdzieś,  gdzie  panuje  mrok,  nastrój,  na  stole  stoją  świece  i 
kwiaty, a między przystawką a deserem upływają trzy godziny. 

– W takim razie potrzebuję trochę czasu po pracy. Jeśli mam 

się wystroić, nie chcę, byś widział mnie dziś w fartuchu. 

Chuck przyznał jej rację i lekko pocałował. 
– Kiedy będziesz w wannie, pomyśl o mnie – poprosił. 
Wieczór zaczął się bardzo romantycznie. Chuck przyniósł dla 

Babe jedzenie, kuwetę i zabawkę walerianową. 

Cassaundrze wręczył bukiet róŜ, ale dla niej większym darem 

był zachwyt w jego oczach, gdy na nią patrzył. 

Miała  na  sobie  czarną  jedwabną  sukienkę,  Chuck  natomiast 

czarny  garnitur  i  śnieŜnobiałą  koszulę.  Nawet  scenograf  nie 
skomponowałby  lepiej  ich  strojów,  pomyślała  Cassaundra.  Ale 
ta zgodność nie dotyczyła wyłącznie ich zewnętrznego wyglądu. 
Przez cały wieczór czuli między sobą niezwykłe pokrewieństwo: 
sposób,  w  jaki  rozmawiali  ze  sobą,  nadzwyczajna  zgodność 
poglądów,  wybór  potraw  –  nawet  ten  sam  sos  do  sałatek.  Po 
kolacji  tańczyli,  odnajdując  zgodność  ciał  poruszających  się  w 
takt zmysłowych pomruków saksofonu. 

Cassaundra oparła policzek na ramieniu Chucka, wsłuchiwała 

się  w  bicie  jego  serca,  wdychała  zapach  wody  toaletowej. 
Odczuwała  takie  zadowolenie,  jakiego  jeszcze  nigdy  nie 
doświadczyła.  Była  bez  wątpienia  zakochana  i  upajała  się  tym. 
Nigdy przedtem nie czuła się bardziej uwielbiana. 

Wrócili  do  jej  mieszkania.  Otworzyła  drzwi.  Weszli  do 

ś

rodka.  Nim  drzwi  zdąŜyły  się  zatrzasnąć,  odnaleźli  się  juŜ  w 

swych ramionach. 

Zanurzyła palce we włosach Chucka, potem przesunęła, je na 

szyję  i  poluzowała  mu  krawat,  a  gdy  odchylił  głowę,  rozpięła 
kolejne guziki koszuli. Przesunęła ręką po nagim torsie, czując, 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 136

 

jak  mięśnie  napinają  się  od  jej  dotyku,  a  potem  rozpręŜają  pod 
wpływem ciepła dłoni. 

Chuck  jedną  ręką  przytrzymywał  Cassaundrę  w  talii,  drugą 

uniósł  jej  twarz  i  zaczął  zachłannie  całować.  Wydawało  się,  Ŝe 
ten głęboki pocałunek nigdy się nie skończy. 

Rozpiął  zamek  sukienki.  Cassaundra  zsunęła  ją  z  ramion, 

potem  w  dół  wzdłuŜ  ciała,  aŜ  suknia  spłynęła  na  podłogę.  W 
oczach  Chucka  pojawił  się  wyraz  zachwytu,  gdy  ujrzał 
koronkowy gorset. 

JuŜ  wcześniej  widział  na  filmach  podwiązki,  ale  ta 

egzotyczna  część  garderoby  na  ciele  Sandy  nabierała  zupełnie 
nowej  zmysłowości.  Zapięcia  podwiązek  rysowały  się  wysoko 
na  udach,  przytrzymując  czarne  pończochy.  Jasna,  niezwykle 
gładka skóra, nęciła ponad cienkim nylonem. 

– Nie  wiem,  gdzie  cię  najpierw  dotykać  –  wyszeptał  Chuck, 

ale  rozwiązał  ten  problem  i  zaczął  głaskać  ją  po  udach  oraz 
całować  piersi  ponad  gorsetem.  Potem  chwycił  ją  namiętnie  w 
ramiona. – Tym razem mamy łóŜko, Złotowłosa. 

Zapomniał,  Ŝe  Cassaundra  ma  łóŜko  wodne,  i  dopiero  gdy 

zafalowało pod nimi, zaśmiał się zadowolony. 

– Wprawdzie śpiwór jest przytulny, ale komfort teŜ ma swoje 

zalety. 

Objęła  go  za  szyję  i  przywarła  do  niego  biodrami.  Chuck 

pocierał  policzkiem  jej  pierś,  aŜ  uwolnił  ją  z  miseczki  gorsetu. 
Zaczął  pieścić  językiem  brodawkę.  Potem  przesunął  rękę  pod 
napiętą  podwiązką,  aŜ  do  zapinki,  i  mocował  się  z  nią  przez 
chwilę. 

– Nie wiem, jak obchodzić się z takimi rzeczami – przyznał. 
Cassaundra ujęła jego twarz i zaśmiała się. 
– Przyjemnie,  gdy  kobieta  ma  świadomość,  Ŝe  w  niektórych 

sprawach  jest  pierwsza.  Lepiej  ci  się  powiedzie,  gdy  podczas 
odpinania będziesz się temu przyglądał. 

Czekała, aŜ Chuck zapozna się z działaniem zapinek. Była to 

dla niej słodka tortura. Palcami ugniatał jej uda, a na wraŜliwej 
skórze  czuła  ciepły  oddech.  Ściągnął  powoli  najpierw  jedną 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 137

 

pończochę, potem drugą. 

– To było naprawdę po raz pierwszy – powiedział, kładąc się 

obok niej. – I równieŜ to. 

W oczach miał tyle czułości, Ŝe Cassaundrze zapierało dech. 

Pochylił  twarz  tuŜ  nad  nią  i  zanim  zabrzmiały  jego  słowa, 
wiedziała juŜ, co chce jej powiedzieć. 

– Kocham cię. 
Zaczął  ją  całować  tak  czule,  Ŝe  aŜ  stanęły  jej  w  oczach  łzy. 

Popłynęły powoli po policzkach. 

– Co się stało, Sandy? – wytarł łzy wierzchem dłoni. 
– Jesteś moim dopełnieniem – wyszeptała gorączkowo. – Bez 

ciebie nie jestem juŜ całością. 

– Ja teŜ tak czuję. 
– Kochaj mnie teraz – poprosiła. – Tak jak zeszłej nocy. 
– Nic mnie nie powstrzyma – odparł, biorąc ją w ramiona. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 138

 

ROZDZIAŁ 12 

Chuck  stłumił  ziewni

ę

cie,  patrz

ą

c  na  zlewaj

ą

ce  mu  si

ę

 

przed  oczami  słowa.  Za  du

Ŝ

o  nocnego 

Ŝ

ycia,  pomy

ś

lał  i 

u

ś

miechn

ą

ł  si

ę

  odkładaj

ą

c  gazet

ę

.  Czy  istnieje  co

ś

 

takiego  jak  „za  du

Ŝ

o  kochania”?  Nie  mógł  uwierzy

ć

Ŝ

dopiero kilka dni temu zostali kochankami. Sandy stała si

ę

 

cz

ęś

ci

ą

 jego 

Ŝ

ycia i nie potrafiłby wyobrazi

ć

 sobie istnienia 

bez niej. 

– Wziąłem dla ciebie pocztę. 
Obok  stał  Ken  Stark.  Chuck  i  Ken  zaczęli  pracować  w 

gazecie  mniej  więcej  w  tym  samym  czasie.  Dopóki  Ken  nie 
oŜenił  się,  chodzili  razem  do  modnych  nocnych  klubów  w 
poszukiwaniu  jedzenia,  kobiet  i  wraŜeń  w  czasie  telewizyjnych 
transmisji sportowych – nie zawsze w takiej właśnie kolejności. 

Gdy  Ken  zmienił  stan  cywilny,  ich  wzajemne  stosunki 

ograniczyły  się  do  drobnych  Ŝartów  w  pracy,  sporadycznych 
wypadów na mecze i domowych obiadów u Kena. 

– Masz  tu  list.  Osobisty  –  powiedział  Ken,  przyglądając  się 

kopercie z większą niŜby naleŜało uwagą. – Z Orlando. 

– Najprawdopodobniej  anonim  podrzucający  genialny  temat 

na  wielki  reportaŜ  –  odparł  Chuck  krzywo.  –  Ktoś  zobaczył 
węŜa morskiego w jeziorze Eola. 

– MoŜe  to  list  od  sympatyka  –  prowokował  Ken.  –  MoŜe  to 

list-pułapka – ripostował Chuck. 

– Sądząc  po  zapachu,  to  nie  list-pułapka  –  stwierdził  Ken, 

wąchając kopertę z uznaniem. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 139

 

– Daj mi go wreszcie. 
Natychmiast  rozpoznał  perfumy  –  od  niemal  tygodnia  był 

pogrąŜony  w  ich  zapachu.  Stały  w  egzotycznie  wyglądającym 
flakoniku,  który  Cassaundra  trzymała  na  toaletce  w  łazience,  i 
miały trudną do wymówienia nazwę. 

– Czy  ten  głupawy  uśmiech  jest  objawem  zakochania?  – 

strofował go kolega. 

Chuck  chciał  natychmiast  przeczytać  list  od  Sandy  i  szkoda 

mu było czasu na przekomarzanie się z Kenem. 

– Czy  nie  musisz  przypadkiem  przeprowadzić  jakiegoś 

wywiadu albo napisać artykułu? 

– Ach – rzekł Ken – więc to powaŜna sprawa. 
Chuck  posłał  mu  soczystą  wiązankę  i  zasugerował,  by  Ken 

zajął  się  własnymi  sprawami  i  nie  wtrącał  nosa  do  cudzych. 
Poczekał,  aŜ  Ken  zniknie  mu  z  oczu,  i  dopiero  wtedy  otworzył 
kopertę. 

Na  Chucka  zza  plastikowej  osłonki  patrzył  DiMaggio. 

DiMaggio w świetnym stanie, ze świadectwem autentyczności. 

„Mam  nadzieję,  Ŝe Ty i Joe będziecie długo razem” – pisała 

Sandy. 

Chuck upuścił kartę na biurko, jakby była to porcja trucizny. 

O co tu, do diabla, chodzi? 

Zadzwonił do baru. 
– Sandy,  dostałem  od  ciebie  kartę.  Gdzie  znalazłaś  tego 

DiMaggio? 

– Dzwoniłam tu i ówdzie. 
– Nawet jej nie ubezpieczyłaś? 
– Co miałam ubezpieczyć? 
– Przesyłkę. 
– Nie  pomyślałam  o  tym.  Chyba  mieliśmy  szczęście,  Ŝe  list 

nie wylądował w koszu na śmiecie. 

– Sandy... 
– Czy  to  dla  ciebie  niespodzianka?  Chciałam  ci  zrobić 

niespodziankę. 

– Jestem poraŜony. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 140

 

– Podziękujesz  mi,  kiedy  będziemy  sami  –  powiedziała, 

zniŜając głos. 

– Oczywiście. Porozmawiamy o tym, gdy się zobaczymy. 
OdłoŜył  słuchawkę  jeszcze  bardziej  zdezorientowany  niŜ 

przedtem  i  popatrzył  na  Joe’ego  DiMaggio,  jakby  fotografia 
mogła nagle oŜyć i odpowiedzieć na jego pytania. 

Zrobił  sobie  kawy  i  zaczął  przeglądać  aktualne  wydanie 

gazety.  Zerknął  na  fotografię  w  kolumnie  „Twarze”  na  drugiej 
stronie.  Podobna  do  Sandy,  pomyślał.  Nie  było  w  tym  niczego 
niezwykłego. Ostatnio kaŜda ładna blondynka przypominała mu 
Sandy.  Przeczytał  podpis  pod  fotografią:  dziedziczka  fortuny, 
Cassaundra Snow. 

„W  posiadłości  w  Hudson  River,  naleŜącej  do  dyrygenta 

Williama  Snowa,  powstanie  konserwatorium  muzyczne.  Tej 
treści  oświadczenie  wydano  dziś  w  imieniu  córki  i,  jedynej 
spadkobierczyni  mistrza,  Cassaundry  Snow.  W  wypowiedzi 
przypisywanej  pannie  Snow,  dwudziestoczteroletniej  nieśmiałej 
i  pięknej  dziedziczce,  która  stała  się  ogólnie  znana  po  tym,  jak 
jej  ojciec  oskarŜony  został  o  zamordowanie  swej  drugiej  Ŝony, 
ś

piewaczki  operowej  Brianny  Blake,  czytamy:  «To  zgodne  z 

jego  intencjami,  Ŝe  dom,  który  tak  lubił,  stanie  się  Ŝywym 
pomnikiem  jego  nadzwyczajnego  talentu  i  ofiarowany  zostanie 
muzyce». 

Dziewiętnastowieczna  rezydencja  pałacowa  posiada  salę 

koncertową  i  taras,  który  łatwo  moŜna  zaadaptować  na  salę 
ć

wiczeń dla studentów. 

William  Snow  doznał  zawału  serca  w  sądzie,  gdy  usłyszał 

wyrok uznający go za winnego morderstwa, i zmarł w drodze do 
szpitala.  Jego  córka,  której  dziadek  ze  strony  matki,  Nathan 
Augustus Grand, był załoŜycielem wydawnictwa Quill, ma teraz 
urlop  w  wydawnictwie  i  wypoczywa  prawdopodobnie  w 
Europie”. 

„Ta dziwka Snow”, pomyślał Chuck, przypominając sobie to, 

co powiedziała Barb. Popatrzył uwaŜniej na fotografię i doszedł 
do wniosku, Ŝe podobieństwo między Sandy a Cassaundrą Snow 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 141

 

jest  nie  tylko  powierzchowne.  Miały  inne  uczesanie,  ale  rysy 
twarzy  były  nadzwyczaj  podobne.  Mogły  być  siostrami.  Chuck 
poczuł dreszcz na plecach. 

I  nazwisko:  Grand.  Nazwisko  Sandy.  Panieńskie  nazwisko 

matki Cassaundry Snow. 

Odrzucił to przypuszczenie. Niedorzeczność! Seks pomieszał 

mu w głowie. Cassaundra Snow przebywała w Europie, a nawet 
jeśli  nie,  to  moŜna  by  się  załoŜyć,  Ŝe  nie  zajmowała  się 
nakładaniem mroŜonego jogurtu do waflowych roŜków w barze 
w Orlando na Florydzie. 

Która  barmanka  potrafi  grać  Beethovena,  pisać  wiersze  i 

posyła w prezencie karty baseballowe? 

Chuck  ponownie  przeczytał  artykuł  i  z  niedowierzaniem 

potrząsnął głową. To niemoŜliwe. Wiele kobiet ma jasne włosy i 
ładne buzie. Tysiące ludzi mają na nazwisko Grand. 

Tysiące  ludzi  z  takimi  oczami?  Takim  nosem?  Takimi 

ustami?  Znasz  się  na  tych  ustach  –  jak  mógłbyś  ich  nie 
rozpoznać? 

Chuck poczuł, Ŝe z twarzy odpływa mu krew. To niemoŜliwe. 

Absurdalne. 

Ale to by wiele wyjaśniało, pomyślał. Na przykład, jak Sandy 

mogła „zadzwonić tu i ówdzie” i zdobyć autentycznego Joe’ego 
DiMaggio. 

Musi  wszystkiego  się  dowiedzieć,  i  na  szczęście  umiał  się 

dowiadywać. Zadzwonił do naczelnego. 

– Nic  się  w  pracy  nie  dzieje,  a  coś  mi  wypadło.  Chciałbym 

odebrać sobie nadgodziny. 

Godzinę  później,  gdy  Ken  przystanął  na  chwilę  przy  jego 

biurku, Chuck nadal tam siedział. 

– Ciągle  tu  jesteś?  Słyszałem,  Ŝe  się  urwałeś  i  poszedłeś  na 

ryby. 

– W  zasadzie  mnie  tu  nie  ma  –  odparł  Chuck.  –  Zbieram 

materiały do swojej pracy. 

– Wolny strzelec? – zapytał Ken poufnie. 
Reporterom  zabraniano  pracy  w  charakterze  wolnych 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 142

 

strzelców, jednak wielu z nich nie stosowało się do tego zakazu. 
W  redakcji  przymykano  na  to  oczy,  jeśli  tylko  dziennikarz  nie 
pracował dla konkurencji. 

– Idę za głosem intuicji. Sprawdziłem juŜ bazę danych i teraz 

muszę zajrzeć do biblioteki. 

– To coś ciekawego? 
– Jak  mysz  dla  kota  –  odparł  Chuck  z  goryczą.  –  Po  raz 

pierwszy w Ŝyciu zamówię w bibliotece roczniki brukowców. 

– Brukowców? 
– No,  wiesz,  chodzi  o  te:  „Po  tragicznej  pomyłce  w  banku 

spermy kobieta urodziła małpę”, „Trup jeździł w wagonie metra 
trzy tygodnie, zanim ktoś go zauwaŜył”. To nasza konkurencja. 

– Powinieneś  porozmawiać  z  babcią  mojej  Ŝony.  Ma  stosy 

takich rzeczy w garaŜu, od podłogi do sufitu. 

– Naprawdę?  Myślisz,  Ŝe  pozwoli  mi  pogrzebać  w  swoich 

zbiorach? 

– Będzie  zachwycona.  JuŜ  wiele  lat  temu  usiłowałem  ją 

namówić,  Ŝeby  to  wyrzuciła  ze  względu  na  niebezpieczeństwo 
poŜaru,  ale  ona  uparcie  twierdzi,  Ŝe  pewnego  dnia  będzie 
musiała coś sprawdzić. Mam do niej zadzwonić? 

– Zapraszam cię na szaszłyk, jeśli to zrobisz. 
Thelma  Banbury  była  miłą  kobietą,  nieco  pulchną,  o małych 

rękach i stopach. Siwe włosy ufarbowała na niesamowity odcień 
rudego,  twarz  miała  upudrowaną,  oczy  i  rzęsy  pomalowane,  na 
policzkach  róŜ,  a  na  wargach  szminkę.  Przywitała  Chucka 
wylewnie i przez pięć minut rozprawiała o genialnym męŜu swej 
wnuczki. 

– Ken mówił mi, Ŝe chce pan przejrzeć moje gazety. 
– Jeśli pani pozwoli. Przygotowuję artykuł i nie mogę znaleźć 

potrzebnych informacji w powaŜnych pismach. MoŜe znajdę... 

Nie  dokończył.  Co  spodziewał  się  znaleźć?  Szczegóły? 

Więcej fotografii? Coś, co przeczyłoby oczywistym faktom? 

Zaprowadziła  go  do  garaŜu  i  stanęła  mu  za  plecami,  gdy 

przekopywał  się  przez  stosy  gazet.  Udało  mu  się  odszukać 
numery  opisujące  zabójstwo  Brianny  Blake  Snow  oraz  te 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 143

 

dotyczące śmierci Williama Snowa. Między tymi wydarzeniami 
upłynął prawie rok. 

– Sprawa  Snowów?  –  spytała  pani  Banbury,  patrząc 

Chuckowi przez ramię. – To puszka Pandory. 

– Śledziła pani tamte wydarzenia? 
– Naturalnie.  Mówię  panu,  patrzy  pan  na  tych  wszystkich 

wykształconych  bogaczy,  którzy  mają  tyle  moŜliwości,  Ŝe 
mógłby  się  pan  po  nich  nie  wiem  czego  spodziewać.  Tych 
dwoje, mimo sławy i pieniędzy, Ŝyło ze sobą jak pies z kotem. 

– Kto? 
– Snowowie.  Ten  zarozumiały  dyrygent  i  ta  primadonna.  Na 

stronie  tytułowej  jednej  z  gazet  zobaczył  twarz  Sandy  – 
Cassaundry  Snow.  Jeśli  do  tej  pory  miał  jakiekolwiek 
wątpliwości, czy kobieta, którą kochał, i Cassaundra Snow to te 
same  osoby,  leŜąca  przed  nim  fotografia  stanowiła  najlepszy 
dowód.  Najwyraźniej  dziennikarz  uchwycił  dziewczynę  przez 
zaskoczenie.  Z  duŜej  odległości,  teleobiektywem,  pomyślał 
Chuck z wściekłością. Typowe dla marnego reportera. 

– A  co  z  tą  amerykańską  księŜniczką?  –  Chuck  nie  zdawał 

sobie nawet sprawy, Ŝe mówi głośno. 

– Z  nią?  –  Pani  Banbury  z  radością  udzieliła  wyjaśnień.  – 

Współczuję jej trochę, ale nie wierzę w te wszystkie opowieści o 
jej niewinności. 

– Niewinności? 
– śe była niewinna jak lilia, gdy ten Ogelthorpe ją uwiódł. 
– Och, tak. Geoff Ogelthorpe. Gadatliwy kochanek. 
Chuck zacisnął pięści. 
– Mając  taki  majątek,  wykształcenie,  rozrywki  nie  mogła 

pozostać niewinna, no bo jak? 

„Miałam kiedyś kochanka. Ale to była pomyłka”. 
– Nie wiadomo, komu wierzyć – stwierdził Chuck. 
– Jeśli  to  prawda  i  ona  naprawdę  była  niewinna,  to  powinni 

powiesić tego faceta za to, Ŝe wziął pieniądze za tę opowieść. 

– Jestem  skłonny  się  z  panią  zgodzić  –  przyznał  Chuck.  – 

Sam dostarczyłbym sznura. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 144

 

Chuck próbował uporządkować zdobyte informacje. Czuł się 

oszukany. Dlaczego nie okazała mu zaufania i nie opowiedziała 
wszystkiego?  Obawiała  się  czy  wstydziła  swej  przeszłości?  Od 
samego  początku  dawała  do  zrozumienia,  Ŝe  ich znajomość nie 
moŜe  być  trwała.  Czy  przejmowała  się  jego  losem,  czy  teŜ  to 
wszystko  było  z  jej  strony  tylko  zabawą?  Kim  była  Sandy  vel 
Cassaundra Snow? 

Same pytania. Brak odpowiedzi. 
Po  powrocie  do  domu  zasiadł  na  kanapie  z  albumem,  w 

którym 

przechowywał 

zdjęcia 

amerykańskich 

druŜyn 

baseballowych,  oraz  z  listem  od  Sandy,  w  którym  była  karta  z 
Joe’em DiMaggio. 

Jak moŜna było wydać kilkaset dolarów na tak rzadką kartę, a 

potem  wykazać  tyle  nonszalancji  i  nie  ubezpieczyć  jej?  Czy 
pieniądze znaczyły dla Sandy tak niewiele? 

Zastanawiał  się  nad  tym,  co  przeczytał  w  prasie  na  temat 

Cassaundry  Snow.  Sandy  mu  nie  ufała  i  nie  wyznała  prawdy. 
Postanowił na razie nie wkładać DiMaggia do swego albumu. 

 
Cassaundra,  przy  której  nogach  cały  czas  plątała  się  kotka, 

przygotowywała  filety  z  kurczaka.  Zbiła  je  najpierw 
drewnianym tłuczkiem, potem posypała przyprawami i wreszcie 
wstawiła  do  piekarnika.  Nastawiła  zegar  tak,  by  potrawa  była 
gotowa  na  siódmą.  Chuck  spóźniał  się  nieco,  ale  nie 
przejmowała  się  tym.  W  godzinach  szczytu  na  ulicach  Orlando 
często  powstawały  zatory  i  Chuck  mógł  stać  kilometr  od  jej 
domu, posuwając się w korku centymetr po centymetrze. 

Po  dwudziestu  minutach  w  całym  mieszkaniu  unosił  się 

aromat  oregano,  topionego  parmezanu  i  pieczonego  kurczaka. 
Cassaundra juŜ zaczynała się niepokoić, Ŝe Chuck nie przyjedzie 
na  czas,  ale  dzwonek  u  drzwi  rozległ  się  właśnie  w  momencie, 
gdy  kuchenny  zegar  oznajmił  koniec  pieczenia.  Cassaundra  z 
ulgą  otworzyła  drzwi,  cmoknęła  Chucka  w  policzek  i  pobiegła 
do kuchni. 

Chuck  poszedł  za  nią  i  patrzył,  jak  Sandy  w  rękawicach 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 145

 

ochronnych walczy z gorącą brytfanną. Miał do siebie pretensję 
za słabość, jaką Ŝywi do tej dziewczyny. Choć czuł się przez nią 
oszukany,  pragnął  wziąć  ją  w  ramiona  i  całować,  aŜ  wszystko 
przestanie się liczyć poza faktem, Ŝe są tutaj razem we dwoje. 

– Godzinami  przygotowywałam  tę  potrawę  –  oznajmiła  z 

lekką  przesadą  –  ale  wynagrodzisz  mi  cały  wysiłek,  gdy  tylko 
skosztujesz... 

Zaniepokoił  ją  wyraz  twarzy  Chucka:  ściągnięte  usta, 

zmarszczone  brwi,  smutne  oczy.  PołoŜyła  rękawice  na  bufecie 
obok brytfanny i zaczęła je nerwowo wygładzać. 

– ”Cassaundra uczy się gotować” – powiedział sarkastycznie. 

–  To  tworzyłoby  serial  razem  z:  „Cassaundra  nakłada  jogurt”, 
„Cassaundra  idzie  na  pchli  targ”,  „Cassaundra  kupuje  kota”, 
„Cassaundra kocha się”. – Głos mu się załamał. Nie mógł dalej 
mówić i tylko cięŜko westchnął. 

– Skąd  się...?  –  zaczęła,  nadal  nerwowo  wygładzając 

rękawice. 

– Ukrywające  się  dziewczynki  powinny  uwaŜać  na  swoje 

fotografie w lokalnych gazetach. 

– Chodzi o konserwatorium? – spytała szeptem. – Myślałam, 

Ŝ

e  będę  miała  więcej  czasu  –  dodała  ledwie  dosłyszalnym 

głosem, gdy przytaknął. 

– W  artykule  napisano,  Ŝe  „prawdopodobnie  jesteś  na 

wakacjach w Europie”. 

– Dwa  tygodnie  temu  ogłoszono,  Ŝe  romansuję  z  jakimś 

księciem  w  St.  Moritz.  Sama  widziałam  taki  tytuł  w  jednej  z 
gazet. 

– Jakiś ksiąŜę. KsiąŜę głupców! 
W mieszkaniu zapanowała przygnębiająca cisza. 
Dlaczego mi nie zaufałaś? 
– Pragnęłam,  Ŝeby  to  trwało  i  trwało,  i  nie  chciałam  popsuć 

tego, co było między nami. 

– Mogłabyś mieć do mnie więcej zaufania. 
– Nie  chciałam  cię  obciąŜać.  śyłam  ze  świadomością,  Ŝe 

mam przy sobie bombę zegarową. Nie chciałam, Ŝebyś ty teŜ tak 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 146

 

Ŝ

ył. 

– Czy  wyobraŜasz  sobie,  co  mi  przychodziło  do  głowy?  Te 

wszystkie  straszne  rzeczy:  Ŝe  uciekłaś  od  agresywnego  męŜa 
albo  Ŝe  ukrywasz  się  przed  prokuratorem,  albo  Ŝe  jako 
ś

wiadkowi  oskarŜenia  zmieniono  ci  toŜsamość,  by  nie  naraŜać 

cię na zemstę gangów. – Ujął ją za ramię i zmusił, by spojrzała 
mu prosto w twarz. – Nie miało to dla mnie znaczenia. Chciałem 
ci pomóc. Miałem zamiar... 

– John  Wayne  prowadzi  na  ratunek  oddział  kawalerii  – 

powiedziała,  patrząc  na  niego  oczami  pełnymi  łez.  Puścił  ją, 
jakby nagle poczuł wstręt. 

– Musiałem  ci  się  wydać  dość  śmiesznym  osobnikiem, 

podobnym do tych, jakich spotykałaś, gdy zstąpiłaś z piedestału 
i ruszyłaś w ubogi lud. 

Cassaundra  zacisnęła  powieki,  by  powstrzymać  łzy,  a  potem 

spojrzała mu prosto w oczy. 

– Proszę cię, nie wierz w to. Musiałam zacząć Ŝyć, uczyć się. 

Nie zstąpiłam z piedestału... uciekałam. 

– Od srebrnych nakryć i atłasowej pościeli? – rzucił z ironią. 
– Tak – odparła wyzywająco. – Incognito w Orlando? 
– NiewaŜne  gdzie,  byleby  się  ukryć.  Wybrałam  Orlando,  bo 

w  Nowym  Jorku  jest  zimno  i  ciemno,  a  ja  potrzebowałam... 
słońca. Potrzebowałam ciepła. 

– Och, tak. Jakie nuŜące jest noszenie sobolowych futer. 
Nie  powiedziała  mu,  Ŝe  nie  ma  Ŝadnych  naturalnych  futer. 

Nie kłócili się przecieŜ o futra. 

– Chciałam  poznać ludzi. Chciałam być kimś nie dlatego, Ŝe 

jestem czyjąś córką albo wnuczką, nie z powodu dokonań moich 
przodków,  ale  dzięki  temu,  Ŝe  jestem  sobą,  Ŝe  myślę  i 
odczuwam po swojemu. 

– A co z ludźmi, których poznałaś? I których oszukałaś? 
– Nigdy...  –  Czuła  w  krtani  kamień.  –  Jeśli  skłamałam,  to 

tylko przez przemilczenie czegoś. 

– To  było  coś  więcej.  –  Przejechał  rękami  po  twarzy, 

westchnął cięŜko i popatrzył na nią oskarŜycielsko. – Do diabła, 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 147

 

zakochałem  się  w  tobie,  a  nawet  nie  znałem  twojego  imienia. 
Nie wiedziałem, kim jesteś. 

W  oczach  miał  ból  i  Ŝeby  na  to  nie  patrzeć,  Cassaundra 

zwróciła uwagę na Babe, która właśnie miauczała niecierpliwie. 
Kotka  wydała  się  jej  maleńka  –  Ŝałośnie  samotna  ruda  kula  na 
tle  beŜowego  linoleum.  Cassaundra  poczuła  jedność  ze 
zwierzęciem. Schyliła się i wzięła je czule na ręce. 

– Wiesz,  kim  jestem  –  odparła.  –  Znasz  tę  osobę,  która  jest 

we  mnie,  a  nie  tę,  którą  znają  wszyscy. Powiedziałeś, Ŝe wtedy 
w  namiocie  nasze  dusze  dotykały  się,  ja  w  to  wierzę. 
Chciałabym tylko... 

Nie  mogła  powstrzymać  łez.  Chuck  gestem  pocieszenia  ujął 

ją za ramiona. 

– Co byś chciała? – spytał, choć bał się odpowiedzi. 
– Chciałabym,  Ŝebyśmy  mogli  odciąć  się  od  przeszłości,  od 

tamtej nocy zaczęli liczyć Ŝycie od nowa. 

Uniósł jej podbródek ku swej twarzy. 
– Jeśli mnie kochasz, moŜemy to zrobić. 
– Niczego  nie  rozumiesz?  Nawet  gdybyśmy  bardzo  chcieli, 

nie  odetniemy  się  od  przeszłości.  Moje  zdjęcie  w  gazecie  jest 
najlepszym dowodem. 

– To  nie  ma  znaczenia,  dopóki  się  kochamy.  Nie  jesteś 

odpowiedzialna za to, co zrobił twój ojciec. 

Cassaundra powstrzymywała napływ łez. 
– Nie jesteś w stanie tego zrozumieć. Miałeś takie wspaniałe 

Ŝ

ycie. Byłeś szczęśliwy i zadowolony, gdy cię spotkałam. Nigdy 

nie miałam zamiaru cię zranić. 

– Zaczynam rozumieć – wypuścił ją z objęć. – To była tylko 

gra,  a  teraz  zabawa  się  skończyła,  więc  wycofujesz  się  rakiem. 
Zatem do widzenia i Ŝyczę szczęścia, Cassaundro Snow. Wracaj 
do  Nowego  Jorku  i  wyśmiewaj  się  z  tego,  jak  ci  się  udało 
wszystkich – a zwłaszcza mnie – zrobić w konia. 

– Nie  moŜesz  tak  o  mnie  myśleć  –  odparła  sztywniejąc. 

Rozpaczliwie podtrzymywał w sobie tę złość, którą Ŝywił i która 
chroniła go przed zranieniem. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 148

 

– Nie mogę? Bo jesteś Cassaundrą Snow? To, co myślę, jest i 

tak  znacznie  lepsze  od  tego,  co  cała  Ameryka  myśli  o  tobie  i  o 
twej rodzinie. 

– Bo cię kocham – powiedziała ze ściśniętym gardłem. 
– Widocznie nie dosyć. Gdy mi to mówisz, słyszę: „śegnaj”. 
– Kocham cię zbyt mocno, by patrzeć, jak cierpisz. MoŜemy 

zapomnieć  o  przeszłości,  ale  przeszłość  nie  zapomni  o  nas. 
Wcześniej  czy  później  poŜałujesz,  Ŝe  mnie  pokochałeś  i 
będziesz  mnie  nienawidził  za  to,  Ŝe  wciągnęłam  cię  w  to 
wszystko.  Jeśli  zerwiemy  ze  sobą  teraz,  moŜe  będziesz  mnie 
nienawidził trochę mniej. Póki jeszcze jest między nami pięknie, 
moŜe zachowamy w sercach trochę tego piękna. 

– Nie  musimy  zadowalać  się  wspomnieniami.  Pokonamy 

wszystkie trudności. 

– Chuck,  wiem,  Ŝe  mi  nie  wierzysz,  ale  z  moją  przeszłością 

nigdy  się  nie  uporasz.  Nie  wątpię,  Ŝe  dałbyś  sobie  radę  z 
agresywnym  męŜem,  prokuratorem,  a  nawet  z  gangsterami,  i  z 
potyczki  wyszedłbyś  nietknięty.  Ale  moja  przeszłość  cię 
zrujnuje, a potem zrujnuje takŜe nas oboje. 

– Nie  doceniasz  mnie  –  odparł,  zanurzając  palce  w  jej 

włosach i przytulając do siebie. 

– Wiem, jaki jesteś szlachetny, dumny i silny. Dlatego łatwo 

cię  zranić.  Nie  mogłabym  Ŝyć  ze  świadomością,  Ŝe  przez  swój 
egoizm do tego dopuściłam. 

– Zła sława nie trwa długo i nie rozumiem, jak... 
Odsunęła się od niego i popatrzyła prosto w twarz. 
– Nie  mógłbyś  na  przykład  uprawiać  swego  zawodu.  Nawet 

gdybyś  próbował.  Traktowano  by  cię  niechętnie.  Byłbyś  osobą 
publiczną  i  niezaleŜnie  od  tego,  co  byś  robił,  twoje  osiągnięcia 
mierzono  by  uwzględniając  to,  Ŝe  jesteś  związany  z  rodem 
Snowów. Masz zbyt wiele dumy, byś mógł zostać męŜem swojej 
Ŝ

ony. Zbyt wiele siły. 

Schwycił ją mocniej za łokieć. 
– Nie  obawiam  się  oddać  cząstki  siebie,  by  zostać  męŜem 

Cassaundry  Snow,  jeśli  ty  nie  obawiasz  się  oddać  cząstki 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 149

 

Cassaundry Snow, by stać się Sandy Granger. 

– Nie  wiesz,  co  mówisz.  –  Po  policzkach  zaczęła  jej  płynąć 

nowa fala łez. 

Chuck  wyjął  delikatnie  Babe  z  jej  rąk  i  postawił  kotkę  na 

podłodze.  Potem  mocno  przycisnął  Cassaundrę  do  siebie. Czuł, 
jak jej ręce rozpaczliwie go obejmują. 

– Wiem,  Ŝe  cię  kocham,  i  Ŝe  nasze  dusze  są  sobie  bliskie. 

Wolę  raczej  spróbować  i  ponieść  poraŜkę,  niŜ  Ŝyć  ze 
ś

wiadomością,  Ŝe  poddaliśmy  się,  nawet  nie  podejmując próby. 

Jestem pewien, Ŝe moje Ŝycie z tobą nigdy nie będzie tak puste i 
beznadziejne, jak Ŝycie spędzone bez ciebie. 

Cassaundra  przylgnęła  do  niego.  Zapomniała  o  wszystkim, 

gdy ciało Chucka, ciepłe i silne, przywarło do jej ciała. Słuchała 
mocnego  bicia  jego  serca  i  zapomniała  o  swych  niepokojach. 
Rzeczywistość ograniczała się tylko do tego męŜczyzny z krwi i 
kości, trzymającego ją w ramionach. 

– Odkryłem przed tobą swoją duszę. – Głos Chucka dudnił w 

piersi. – Sandy, powiedz coś, proszę. 

– Nasze  dusze  muszą  się  teraz  znowu  dotknąć.  –  Odchyliła 

głowę  i  spojrzała  mu  w  twarz.  W  oczach  błyszczały  jej  łzy.  – 
Nie  ma  przeszłości  ani  przyszłości.  Tylko  my  dwoje  i 
teraźniejszość. 

Pochylił  nad  nią  głowę  i  zamknął  jej  usta  gorącym 

pocałunkiem.  Uniósł  ją  do  góry  i  zaniósł  do  sypialni.  Spleceni 
ramionami zapadli się w łóŜko. 

Kochali się powoli i czule, jakby ich nieśpieszne ciała chciały 

wykazać,  Ŝe  czas  jest  im  przychylny.  Potem  leŜeli  zetknięci 
głowami,  dzieląc  się  swą  radością  i  usiłując  ją  zachować  w 
pamięci  na  burzliwą  przyszłość.  Milczeli.  Dopiero  gdy  Babe 
mokrym nosem musnęła Chucka w ucho, powiedział: 

– Przyznajesz się do tej puchatej kuli? 
– Cieszę się, Ŝe ją mam. 
– Czy to naprawdę pierwsze zwierzę, jakie hodujesz? 
– Tak. 
Po chwili milczenia zapytał: 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 150

 

– Powiedziałaś przedtem, Ŝe uciekłaś. Przed czym? 
– Głównie  przed  samotnością.  I  przed  bezustanną  etykietą. 

Nawet  słuŜba  nosiła  mundury.  Mój  ojciec  był  zawsze  osobą 
powszechnie  znaną,  zresztą  z  własnego  wyboru,  gdyŜ  czuł,  Ŝe 
poklask  stanowi  poŜywkę  dla  talentu  i  zmusza  go  do 
utrzymywania  świetnej  formy.  Wszędzie  więc  jeździliśmy 
limuzyną o przyciemnionych szybach. Najgorzej było po śmierci 
Brianny. Wtedy fotoreporterzy czatowali przy bramie jak sępy. 

– A twój ojciec? 
Odpowiedziała dopiero po chwili, starannie dobierając słowa. 
– Miał niezwykły talent i podporządkował mu się całkowicie. 

Poświęcenie  dla  sztuki  nadawało  barwy  całemu  jego  Ŝyciu  i 
Ŝ

yciu  osób  z  jego  otoczenia.  Robił  wszystko  z  wielką  pasją  i 

czasami był przez to mało elastyczny. 

Chuck połoŜył się na boku i patrzył na Cassaundrę, gładząc ją 

po ramieniu. 

– To brzmi jak cytat z notatki prasowej. 
– Wszystko  na  nasz  temat  brzmiało  jak  cytat  z  notatki 

prasowej  –  odrzekła  smutno.  –  Chyba  dlatego  zawsze  miałam 
wraŜenie, Ŝe moje Ŝycie nie jest rzeczywiste, i tęskniłam do... – 
nie dokończyła. – Muszę przyznać, Ŝe ojciec chronił mnie przed 
tym,  co  w  jego  Ŝyciu  było  publiczne,  nawet  wtedy,  gdy 
romansował  z  Brianną.  W  końcu  jednak  nie  był  w  stanie 
ochronić nawet samego siebie. Umarł na oczach fotoreporterów, 
tak  jak  Ŝył  na  oczach  fotoreporterów.  –  Westchnęła.  – Gdybym 
mogła, zaoszczędziłabym mu tego. 

– Czy on cię kochał? – spytał Chuck. 
– Był  geniuszem.  Kochał  mnie  tak,  jak  potrafił,  ale  jako 

geniusz  miał  wymagania.  Miał  wielką  nadzieję,  Ŝe  odziedziczę 
po  nim  talent,  który  będzie  nadal  Ŝył  we  mnie.  –  Zaczerpnęła 
głęboko  powietrza.  –  Spotkało  go  duŜe  rozczarowanie,  gdy 
okazało się, Ŝe nie mam talentu do muzyki, ale ja przyjęłam to z 
ulgą.  Wprawdzie  chciałam  i  starałam  się  go  zadowolić,  ale  nie 
odziedziczyłam  równieŜ  pasji do muzyki. Talent i usposobienie 
dziedziczy się w co drugim pokoleniu, a moja pasja pochodzi od 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 151

 

dziadka z linii matki. I jest to literatura. 

– Czy  on  kiedykolwiek  cię  przytulił?  Czy  pocieszał,  gdy 

spotkało cię w dzieciństwie jakieś niepowodzenie? 

– Mimo swych namiętności, nie był człowiekiem wylewnym. 

Nie  rozumiał  dzieci.  Kiedy  patrzę  z  dzisiejszej  perspektywy, 
rozumiem,  Ŝe  nigdy  nie  pozwolono  mi  być  dzieckiem.  Jest  w 
tym sprzeczność, bo równieŜ nigdy nie pozwolono mi dorosnąć. 
Dlatego czułam, Ŝe muszę uciec. 

Nieświadomie  przysunęli  się  blisko  siebie,  Cassaundra 

złoŜyła głowę w zagięciu jego ramienia. 

– Mówiliśmy dziś o małŜeństwie. 
– Czy to cię zaskoczyło? – spytała. 
– Zaskoczyło  mnie,  Ŝe  mówiliśmy  o  tym  głośno,  a  teraz  z 

niecierpliwością  czekam,  aŜ  to  się  stanie.  Czy  kiedykolwiek 
zastanawiałaś się, jak to będzie wyglądać? 

– Nie ty jedyny masz marzenia – odparła z uśmiechem, choć 

Chuck  nie  mógł  widzieć  jej  twarzy.  –  Wyśniłam  cię,  zanim 
jeszcze cię spotkałam. 

– Marzenia o księciu z bajki – rzekł kwaśno. 
– Nigdy  nie  lubiłam  być  księŜniczką,  więc  nigdy  nie 

marzyłam  o  księciu  z  bajki.  Zwykle  dziewczyny  marzą  o 
ksiąŜętach, ja marzyłam o zwykłym męŜczyźnie. – Oparła się na 
łokciu  i  spojrzała  mu  w  twarz.  –  Wszedłeś  do  barku  i 
próbowałeś  mnie  naciągnąć  na  hot  doga.  Czy  wiesz,  jakie  to 
było wspaniałe? 

– Zaczynam rozumieć. 
– Gdy uśmiechnąłeś się czarująco i powiedziałeś, Ŝe nie masz 

pieniędzy,  stałeś  się  ucieleśnieniem  moich  marzeń.  Czułam,  Ŝe 
wprowadzasz mnie w społeczność zwykłych ludzi. – Zaschło jej 
nagle  w  gardle.  –  Chuck,  proszę,  odejdź,  dopóki  masz  jeszcze 
szansę.  Jesteś  wspaniałym  człowiekiem  i  moje  marzenia  mogą 
cię zrujnować. Uciekaj, dopóki nie jest za późno. 

– Nigdy  cię  nie  opuszczę,  chyba  Ŝe  sama  tego  zechcesz  – 

rzekł,  zbliŜając  do jej twarzy swą twarz. – Popatrz mi w oczy i 
powiedz, Ŝe mnie nie kochasz, a zniknę natychmiast. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 152

 

Łzy potoczyły się po jej skroniach i wsiąkały we włosy. 
– Gdybym  miała  siłę,  powiedziałabym  to  dla  twego  dobra. 

Ale jestem tylko człowiekiem – ciągnęła załamanym głosem – i 
kocham cię. Nie jestem na tyle mocna ani altruistyczna, by temu 
zaprzeczać. 

– Powiedz mi więc prawdę – poprosił. 
W  jej  pełnym  oddania  pocałunku  znalazł  potwierdzenie 

wszystkiego, na co czekał. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 153

 

ROZDZIAŁ 13 

„Drogi Sloanie! 
Wracam  do  Nowego  Jorku  pod  pozorem  dopełnienia 

formalności  związanych  z  przekazaniem  posiadłości  na  rzecz 
konserwatorium.  Prawdę  mówiąc,  muszę  spędzić  kilka  dni  w 
krainie  Cassaundry  Snow  i  spróbować  pogodzić tę osobę, którą 
dawniej  byłam,  z  kobietą,  którą  się  stałam.  Prawdziwy 
MęŜczyzna  poprosił  mnie  o  rękę  i  mam  ochotę  się  zgodzić, ale 
boję się o niego. PrzeraŜa mnie prostota tego wszystkiego. JakŜe 
miłość moŜe być taka prosta? Słyszałeś o czymś takim jak strach 
przed  sukcesem?  Ja  czuję  strach  przed  szczęściem  i  obawę,  Ŝe 
tak łatwo je osiągnąć. 

Zaprosiłam  go  do  Nowego  Jorku,  Ŝeby  mógł  się  przekonać, 

co  go  czeka,  dopóki  jeszcze  moŜe  się  bez  uszczerbku  wycofać. 
Musimy dać mu pokaz tego wszystkiego. 

Serdeczności. Cassaundra” 
Następnego  dnia  po  tym,  jak  rozmawiali  o  małŜeństwie, 

Cassaundra oznajmiła, Ŝe musi wrócić do Nowego Jorku. 

– Oczywiście  tylko  na  krótko  –  dodała,  poznając  z  wyrazu 

twarzy  Chucka,  Ŝe  zamierza  gorąco  zaprotestować.  –  Mam 
zaległości  w  pracy  papierkowej  związanej  z  przekazaniem 
posiadłości  oraz  kilka  innych  spraw.  Muszę  dopilnować,  by 
wszystkie 

osobiste 

rzeczy 

zostały 

przeniesione 

do 

wyznaczonych pomieszczeń. 

Chuck  potaknął,  starając  się  nie  pokazać  po  sobie  dręczącej 

go  obawy.  Znał  juŜ  dobrze  Cassaundrę  i,  wyczuwając  pewne 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 154

 

wahanie  w  jej  zachowaniu,  zrozumiał,  Ŝe  nie  mówi  mu 
wszystkiego do końca. 

Zamilkła, sącząc wino. 
– Myślę,  Ŝe  nadszedł  czas,  bym  wróciła  –  rzekła  wreszcie. – 

Moja  nieobecność  nie  była  zbyt  długa,  ale  bardzo  się  przez  ten 
czas  zmieniłam.  Muszę  wrócić  i  z  nowego  punktu  widzenia 
ocenić, czy rzeczywiście zmieniłam się tak, jak sądzę. 

Tym razem Chuckowi trudniej było niedbale przytaknąć i nie 

zwracać  uwagi  na  to,  Ŝe  Ŝołądek  ściska  mu  się  ze  strachu.  Czy 
powrót do Nowego Jorku to dla Cassaundry pretekst, by dać mu 
do  zrozumienia,  Ŝe  ich  związek  to  pomyłka?  Jeśli  tak,  nie  miał 
zamiaru dać się na to nabrać. 

– Chciałabym, Ŝebyś mnie tam odwiedził. Myślę, te to waŜne, 

byś się rozejrzał i wyrobił sobie pogląd... 

– Pojadę  do  Nowego  Jorku,  ale  jeśli  masz  zamiar  mnie 

wystraszyć, nie uda ci się. 

– Wcale  nie  miałam  takiego  zamiaru.  Chciałabym  tylko, 

Ŝ

ebyś  zobaczył,  jak  tam  jest.  –  Westchnęła  znuŜona.  –  Moje 

Ŝ

ycie  bardzo  się  zmienia.  W  pewnym  momencie  mogę 

potrzebować twojego wsparcia. 

– Czy  tak  za  tym  wszystkim  tęskniłaś?  –  zapytał  z  nie 

ukrywaną obawą. 

– Nie – zapewniła. – Wcale za tym nie tęskniłam, a jeśli juŜ, 

to  w  taki  sposób,  w  jaki  tęskni  się  za  bólem  głowy,  gdy  minie. 
Nigdy  juŜ  nie  będę  Cassaundrą  Snow,  dziedziczką  fortuny, 
córką  mistrza  i  dobrze  zapowiadającym  się  wydawcą.  Nie  chcę 
Ŝ

yć  tak  jak  ona.  Ale  równieŜ  nie  mogę  stać  się  zupełnie  kimś 

innym. Jeśli postanowimy się, pobrać... 

– To  znaczy,  jeśli  ty  przestaniesz  się  wycofywać  i  zgodzisz 

wyjść za mnie. 

– Jeśli  postanowimy  się  pobrać  –  ciągnęła,  jakby  go  nie 

słyszała  –  obydwoje  będziemy  zmuszeni  do  kompromisu.  Im 
lepiej się zrozumiemy, tym łatwiej osiągniemy ten kompromis. – 
PołoŜyła  mu  błagalnie  rękę  na  ramieniu.  –  Widziałam  twoje 
Ŝ

ycie,  brałam  w  nim  udział.  Teraz  chciałabym,  byś  zobaczył, 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 155

 

jakie Ŝycie pozostawiłam za sobą. 

 
– Wybrała pani kostium niebieski czy w kolorze burgunda? 
– Niebieski – odparła Cassaundra, odwracając się do Aggie. 
– A kapelusz? 
– Myślę, Ŝe obędę się dziś bez kapelusza. 
– Och!  –  Usta  Aggie  ułoŜyły  się  w  doskonałe  koło.  Wyjęła 

kostium z szafy i oczyściła go z jakiegoś pyłku. – Czy dobrze się 
pani czuje? Chyba nie jest pani dziś w najlepszej formie? 

– Po powrocie czuję się nieco zagubiona. 
– WyobraŜam to sobie. Ładnie odrosły pani włosy. 
– Owszem. – Cassaundra odruchowo wzburzyła ręką fryzurę. 

– Poproszę chyba Lulu, Ŝeby mi je obcięła. Aggie? 

– Słucham panią. 
– Czy myślisz, Ŝe odpowiadałoby ci Ŝycie na Florydzie? 
– Na Florydzie? 
– W stanie Floryda. 
– Na stałe? 
Cassaundra przytaknęła. 
– Och,  proszę  pani,  sama  nie  wiem.  To  tak  daleko.  A  poza 

tym mam tu chłopaka. 

– Rozumiem.  –  Cassaundra  uśmiechnęła  się.  –  Rozumiem 

doskonale. 

 
Chuck po raz pierwszy w Ŝyciu leciał pierwszą klasą. Musiał 

przyznać, Ŝe ma to swoje zalety. Wysiadając nie musiał tłoczyć 
się  z  pasaŜerami  z  klasy  turystycznej.  Od  dawna  nie  widział 
Cassaundry  i  wdzięczny  był  za  kaŜdą  zyskaną  minutę.  Rozstali 
się niecały tydzień temu, ale miał wraŜenie, Ŝe było to znacznie 
dawniej. 

– Pan Granger? 
Odwrócił się i zobaczył krępego męŜczyznę w liberii. 
– Jestem Joseph, kierowca panny Snow. Poprosiła mnie, bym 

po pana wyjechał. Czy mogę wziąć pańską torbę? 

– Sam  będę  ją  niósł  –  odparł  Chuck,  mocniej  chwytając  za 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 156

 

pasek torby. 

– Proszę więc tędy. 
Joseph  poprowadził  go  do  czarnej,  lśniącej,  wypolerowanej 

limuzyny. Chuck stwierdził ze zdziwieniem, Ŝe w środku siedzi 
jakiś  męŜczyzna.  Siwowłosy,  w  nienagannym,  klasycznym 
garniturze,  roztaczał  wokół  siebie  aurę  spokojnej  mądrości. 
Chuck  usiadł  naprzeciw  niego  i  męŜczyzna  wyciągnął  na 
powitanie rękę. 

– Pan Granger? Jestem Sloan Garrick, przyjaciel Cassaundry. 
– Wspominała mi o panu – rzekł Chuck, wymieniając uścisk. 

–  To  chyba  pan  recenzuje  ksiąŜkę  mojej  znajomej  z  kółka 
literackiego. 

– Tak.  Poleciłem  mojej  sekretarce,  by  miała  ją  na  uwadze. 

Cassaundra wyraŜała się o niej bardzo entuzjastycznie. 

Chuck poruszył się niecierpliwie na eleganckim siedzeniu. 
– Gdzie jest Sandy? – zapytał. 
– Cały dzień ma obowiązki w posiadłości i prosiła, bym w jej 

imieniu  pana  przywitał.  Sądziła,  Ŝe  moŜe  zechce  pan  zwiedzić 
wydawnictwo. 

– Tak, to z pewnością moŜe być ciekawe. 
– Jeśli  wolałby  pan  zwiedzić  co  innego  –  na  przykład  giełdę 

albo Statuę Wolności – moŜna to zorganizować. 

– Chciałbym  zobaczyć  wydawnictwo  –  odparł  Chuck.  – 

Opowiem o tym na spotkaniu kółka literackiego. 

Sloan spojrzał na zegarek. 
– JuŜ  południe.  Najpierw  zjemy  obiad  w  moim  klubie.  Klub 

Sloana – biblioteka, skórzane meble – przypominał dekoracje do 
filmu  „W  osiemdziesiąt  dni  dookoła  świata”.  Usiedli  przy 
niewielkim,  okrągłym  stole  z  drewna  czereśniowego.  Gdy 
zamówili  potrawy  i  sączyli  aperitif,  Sloan  przyglądał  się 
siedzącemu naprzeciw Chuckowi. 

– Cassaundra  powiedziała  mi,  Ŝe  kolekcjonuje  pan  karty 

baseballowe. 

– Rozumiem,  Ŝe  panu  zawdzięczam  znalezienie  Joe’ego 

DiMaggio. Dziękuję. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 157

 

– Wykonałem po prostu jeden telefon – wyjaśnił Sloan. – Czy 

karta była w dobrym stanie, tak jak mnie zapewniono? 

– Tak. Oniemiałem, gdy ją zobaczyłem. 
– Rozumiem  –  zaśmiał  się  krótko  Sloan.  –  Cała  historia  jest 

dość  zabawna.  W  stylu  O.  Henry’ego,  nie  sądzi  pan?  Gdy 
usłyszałem  cenę  katalogową  tej  karty,  sądziłem,  Ŝe  Cassaundra 
wie,  ile  ją  to  będzie  kosztować.  Powiedziała  mi,  Ŝe  nawet  nie 
ubezpieczyła  jej  przed wysłaniem. Sądziła, Ŝe to kwestia trzech 
czy czterech dolarów, tak jak te, które pan kupił na, o ile dobrze 
zrozumiałem, pchlim targu? 

– Tak,  proszę  pana  –  odpowiedział  Chuck  z  wystudiowaną 

grzecznością.  Ten  Sloan  zachowywał  się  bardzo  uprzejmie,  ale 
Chuck  przeleciał  dwa  tysiące  kilometrów,  aby  zobaczyć  się  z 
Sandy, irytowała go więc zmiana programu. 

Zapanowała niezręczna cisza. Kelner przyniósł sałatkę Cobba 

i gdy goście ją zjedli, zabrał puste półmiski i podał kawę. 

Sloan odchrząknął i Chuck popatrzył na niego wyczekująco. 
– Cassaundra  jest  dla  mnie  kimś  wyjątkowym  –  powiedział 

Sloan. – Gdy po wojnie zacząłem pracować w Quill, jej dziadek 
wprowadzał  mnie  w  tajniki  zawodu.  Matka  Cassaundry  była 
silnie  związana  ze  swym  ojcem,  więc  miałem  okazję 
obserwować, jak dorastała. Gdy urodziła się Cassaundra, było to 
dla mnie takie samo przeŜycie jak dla Nathana. 

Pociągnął łyk kawy. 
– Cieszyłem się, gdy Cassaundra postanowiła podjąć pracę w 

Quill  –  ciągnął.  –  Pod  wieloma  względami  przypomina  swą 
matkę.  Alexandra  równieŜ  miała  wielki  szacunek  dla  literatury. 
Zostałaby  znakomitym  wydawcą,  gdyby  nie  zrezygnowała  z 
kariery,  by  słuŜyć  wsparciem  Williamowi.  Była  jego 
rzecznikiem  prasowym.  Wszyscy  byliśmy  zdruzgotani,  gdy 
umarła w tak młodym wieku. 

– Jak to się stało? 
– Wypadek  samochodowy.  Wracała  sama  do  domu  w  nocy. 

Myślę,  Ŝe  dlatego  William  nigdy  nie  pozwalał  Cassaundrze 
nauczyć się prowadzenia samochodu. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 158

 

– Ile lat miała wtedy Cassaundra? 
– Niecałe dwa. 
Tyle, ile Aaron, pomyślał Chuck. 
– Czuję  w  stosunku  do  niej  rodzicielską  odpowiedzialność  – 

ciągnął  Sloan  –  poniewaŜ  byłem  związany  z  jej  dziadkiem  i 
matką. Dlatego poprosiłem niedawno, by pozwoliła mi chwilę z 
panem porozmawiać. 

A więc to tak! – pomyślał Chuck. 
– Wiem,  co  pan  ma  na  myśli  –  powiedział.  –  Niech  mi  pan 

pozwoli,  Ŝe  pana  wyręczę.  Bardzo  kocham  Sandy  i  mam  w 
stosunku do niej szczere zamiary. Poznałem ją, gdy pracowała w 
barku,  i  pokochałem,  zanim  dowiedziałem  się  o  fortunie 
Snowów.  Zapewniam  pana,  te  zalety  mi  na  niej,  a  nie  na  jej 
pieniądzach. Chcę się z nią oŜenić. 

Sloan uśmiechnął się tajemniczo. 
– Rozumiem, 

dlaczego 

nazywa 

pana 

Prawdziwym 

MęŜczyzną. Strzela pan prosto z biodra. 

– Próbuję. 
– Ja  teŜ  spróbuję  –  powiedział  Sloan.  Powoli  pił  kawę,  a 

potem odstawił filiŜankę. 

– śycie  Cassaundry  nie  było,  nazwijmy  to,  typowe  dla 

Ameryki. 

– Czy  moglibyśmy  to  określić,  te  została  wychowana  na 

pozłacanej arenie cyrkowej wypełnionej pajacami? 

Sloan nie dał się zbić z tropu. 
– Jej  Ŝycie  było  nietypowe  i  dlatego bardzo ceni sobie to, Ŝe 

pańskie  Ŝycie  jest,  jak  uwaŜa,  normalne.  Bardzo  się  o  pana 
martwi i obawia się, Ŝe nadmierna popularność rodziny Snowów 
niszcząco na nie podziała. 

– Wiele  czynników  moŜe  podziałać  niszcząco  na  Ŝycie 

człowieka  –  stwierdził  Chuck.  –  Powiedziałbym,  Ŝe  miarą 
charakteru  jest  to,  jak  człowiek  daje  sobie  radę  z  niszczącymi 
wpływami. 

– A  pan  wierzy,  Ŝe  poradzi  pan  sobie  z  zainteresowaniem 

prasy? 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 159

 

– Wierzę, Ŝe Sandy i ja poradzimy z tym sobie razem. 
– Jest  pan  inny  niŜ  męŜczyźni,  których  znała  dotychczas  – 

rzekł Sloan. 

– Jestem  pewien, 

Ŝ

e  z  wyj

ą

tkiem  mojego  obecnego 

towarzysza  nie  znała  m

ęŜ

czyzny,  który  cho

ć

  troch

ę

 

troszczyłby si

ę

 o ni

ą

– Przyznaję  panu  rację.  Było  tak  zwłaszcza  po  śmierci  jej 

dziadka.  Myślę,  Ŝe  byłby  pan  bardzo  dobry  dla  Cassaundry  – 
dodał Sloan po chwili zamyślenia. 

Chuck  miał  właśnie  pociągnąć  łyk  kawy.  Uniósł  w  kierunku 

Sloana filiŜankę takim gestem, jakby wznosił toast. 

– Zgadzam się z panem z całego serca – powiedział. 
– Jest  pan  bardzo  elokwentny  –  odparł  Sloan.  –  Obawy 

Cassaundry są uzasadnione i musi je pan wziąć pod uwagę. Jest 
osobą publiczną, z własnej czy nie z własnej woli. Gdy rozejdzie 
się  wiadomość,  Ŝe  pracowała  w  barku  w  Orlando,  a  proszę  mi 
wierzyć,  Ŝe  się  rozejdzie,  a  pan  i  Cassaundra  będziecie  wciąŜ 
zakochani,  stanie  pan  pośrodku  areny  w  tym  cyrku,  w  którym 
ona zawsze Ŝyła. Czy zastanawiał się pan, jak poradzi pan sobie 
ze wszystkimi plotkami? 

– Załatwię je po kolei. 
– Jak  długo  będzie  pan  w  stanie  po  ślubie  z  Cassaundrą 

uprawiać  swój  zawód,  mając  reporterów  depczących  panu 
wszędzie  po  piętach?  Czy  rzeczywiście  uda  się  panu  pracować 
w dziennikarstwie, gdy pan sam stanie się większą sensacją, niŜ 
ta, którą pan opracowuje? 

– Nie wierzę, Ŝebym był interesujący dla prasy na tyle długo, 

by zniszczyło to całą moją karierę. A nawet jeśli, są inne formy 
pisarstwa, które mogę uprawiać. 

– Ach,  tak.  Powieści  sensacyjne.  Wie  pan,  ilu  osobom  udaje 

się coś opublikować? 

– Jednak pisarze jakoś się przebijają, jeśli są dobrzy i uparci. 

– Mo

Ŝ

e  pan  próbowa

ć

  całymi  latami,  zanim  sprzeda  pan 

jak

ąś

  ksi

ąŜ

k

ę

.  Chyba 

Ŝ

e  wykorzysta  pan  pozycj

ę

 

Cassaundry.  Ale  je

ś

li  pan  to  zrobi,  zawsze  pozostan

ą

 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 160

 

panu  w

ą

tpliwo

ś

ci,  czy  to  pa

ń

ska  ksi

ąŜ

ka  byle  tak  dobra, 

czy  te

Ŝ

  wydawnictwo  postanowiło  wci

ą

gn

ąć

  pana  do 

współpracy,  bo  dla  celów  komercyjnych  chciało  mie

ć

 

m

ęŜ

a Cassaundry Snow na li

ś

cie autorów. Nawet je

ś

li nie 

skorzysta  pan  z  jej  kontaktów,  zawsze  b

ę

dzie  si

ę

  pan 

zastanawiał,  czy  pa

ń

skie  powi

ą

zania  z  rodzin

ą

  Snowów 

miały  wpływ  na  decyzj

ę

  wydawcy.  Czy  jest  pan  gotów 

przej

ść

  przez 

Ŝ

ycie  z  tego  rodzaju  stał

ą

  niepewno

ś

ci

ą

podcinaj

ą

c

ą

 pa

ń

sk

ą

 samoocen

ę

– Do  diabła!  –  powiedział  Chuck,  starając  się  nie  podnosić 

głosu.  –  Kocham  ją.  Ona  mnie  kocha.  Wszystko  inne  się  nie 
liczy. 

– Skoro pan tak mówi – stwierdził Sloan sceptycznie. 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 161

 

ROZDZIAŁ 14 

Chuck  przyjechał  ze  Sloanem  do  posiadłości  Snowów. 

Musiał  przyznać,  Ŝe  dom  i  otaczające  go  tereny  działają 
rzeczywiście  trochę  onieśmielająco.  W  przezwycięŜeniu  tego 
uczucia  wcale  mu  nie  pomogło  to,  Ŝe  został  powitany  w 
drzwiach  przez  pokojówkę  w  słuŜbowym  stroju,  która 
zaprowadziła  go  do  biblioteki  większej  niŜ  jego  własne 
mieszkanie.  Zastał  tam  Cassaundrę  rozmawiającą  z  trzema 
męŜczyznami  w  średnim  wieku,  ubranymi  w  wytworne 
garnitury. 

Cassaundra  miała  na  sobie  skromny  kostium.  Włosy  gładko 

zaczesała  i  ściągnęła  z  tyłu  w  ciasny  kok.  Przypominała, 
pomyślał  Chuck,  bardziej  tę  Cassaundrę  Snow,  o  jakiej  czytał, 
zimną  i  powściągliwą,  niŜ  Sandy  Grand,  którą  poznał  w  barku. 
Ale  gdy  się  uśmiechnęła,  zrozumiał,  Ŝe  ubranie,  otoczenie  i 
nazwisko  wcale  się  nie  liczą.  Odpowiedział  jej  uśmiechem, 
który  prawdopodobnie  był  trochę  cielęcy,  lecz  nic  sobie  z  tego 
nie  robił,  Ŝe  pajace  w  garniturach  zorientują  się,  iŜ  jest  w  niej 
szaleńczo zakochany. 

Cassaundra  podeszła  do  nich  po  miękkim  dywanie,  który 

tłumił kroki. Cmoknęła Sloana w policzek. Gdy zwróciła się do 
Chucka,  dostrzegł  lekki  strach  w  jej  oczach.  Zaskoczyło  go,  Ŝe 
jest równie zdenerwowana, jak on sam. 

– Cześć, Złotowłosa – powiedział cicho. 
Cmoknięcie  w  policzek  przerodziło  się  w  czuły  uścisk,  gdy 

Cassaundra zarzuciła mu ręce na szyję. 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 162

 

– Kocham  cię  –  wyszeptała  mu  do  ucha,  a  potem 

poprowadziła  w  głąb  pokoju  i  przedstawiła  adwokatom,  z 
którymi przedtem się naradzała. 

Adwokaci schowali swe papiery do teczek, rozległ się szczęk 

zatrzaskiwanych  zamków  i  panowie  wyszli  rządkiem  z  pokoju, 
co  nasunęło  Chuckowi  skojarzenie  ze  stadem  maszerujących 
kaczek. 

– Tak  się  cieszę,  Ŝe  cię  widzę  –  powiedziała,  gdy  Chuck 

usiadł  obok  niej.  –  Wydawało  mi  się,  Ŝe  dzisiejszy  dzień nigdy 
się  nie  skończy.  Nie  wyobraŜasz  sobie,  ile  papierkowej  pracy 
związanej jest z przekazaniem posiadłości! Oprowadzę Chucka. 
Pójdziesz z nami? – zwróciła się do Sloana. 

– Raczej nie – odparł Sloan. – TeŜ miałem wypełniony dzień. 

Zostanę tu i przeczytam gazetę, jeśli pozwolisz. 

Ledwie zamknęli za sobą drzwi biblioteki, Chuck wziął ją w 

ramiona i zaczął całować, ale wywinęła mu się. 

– SłuŜba – powiedziała, poprawiając Ŝakiet. – Doprowadzają 

mnie do szaleństwa – dodała szeptem. – Wystarczy, Ŝe kichnę w 
łazience, a juŜ ktoś podsuwa mi chusteczkę. 

Parter  domu  składał  się  z  holu  wejściowego,  biblioteki, 

jadalni,  kuchni,  która  wielkością  nie  ustępowała  kuchniom  w 
nowoczesnych  restauracjach,  i  sali  balowej  zmienionej  przez 
Williama Snowa w salę koncertową. 

Chuckowi  nie  udało  się  rozszyfrować,  w  jakim  nastroju  jest 

Cassaundra, gdy przesuwała dłońmi po błyszczącym fortepianie. 

– W  młodości  spędziłam  tu  wiele  godzin.  –  Zamilkła  na 

chwilę.  –  Chodź.  Dopóki  jeszcze  jest  słońce,  chcę  pokazać  ci 
park. 

Z  tyłu  dworku  wokół  sztucznego,  wyłoŜonego  płytkami 

jeziora z fontannami w kształcie amorków, rozciągał się dobrze 
utrzymany ogród. 

– Kiedyś  mieliśmy  łabędzie  –  wyjaśniła  Cassaundra.  –  Ale 

były  nieporządne  i  miały  nieprzyjemny  charakter,  więc  ojciec 
kazał  je  usunąć.  Próbowaliśmy  równieŜ  hodować  pawie,  ale 
upiornie  skrzeczały  i  ciągłe  wskakiwały  na  dach.  Rozumiesz 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 163

 

więc, dlaczego tak bardzo chciałam mieć jakieś zwierzę. 

– Gdzie jest Babe? 
– W  małym  domku,  gdzie  będziemy  nocować.  Kucharz 

przygotuje  tam  dla  nas  kolację.  Trzymamy  tu  teraz  minimalną 
liczbę słuŜby, bo wkrótce zaczną się prace adaptacyjne. 

Za  jeziorem  rozciągały  się  trawniki  zieleniejące  właśnie  po 

długiej  zimie.  Wśród  bezlistnych  szkieletów  drzew  wiła  się 
ś

cieŜka. 

– Prowadzi ku rzece – wyjaśniła Cassaundra. – To jakieś pół 

kilometra stąd. 

Przebiegli  zadrzewioną  przestrzeń  w  kierunku  skarpy  i 

znaleźli się na rzadko porośniętym ugorze. 

– Znacznie  ładniej  zrobi  się  tu  późną  wiosną.  Ale  w  pobliŜu 

brzegu  zawsze  jest  trochę  pusto.  –  ZbliŜyli  się  do  skarpy.  – 
Zobaczysz  teraz,  dlaczego  Hudson  nazywają  amerykańskim 
Renem. 

Widok  był  wspaniały:  strome  brzegi  po  obu  stronach  i 

płynąca daleko w dole rzeka. 

– Niektórzy  mówią,  Ŝe  mój  ojciec  najpierw  zobaczył  tę 

posiadłość,  a  potem,  Ŝeby  ją  kupić,  oŜenił  się  z  moją  matką. 
Czasami  marzę  sobie,  Ŝe  gdyby  Ŝyła  dłuŜej,  mogłabym 
przekonać się, czy ją kochał. 

– Sloan  sądzi,  Ŝe  chyba  tak  –  powiedział  Chuck,  a  gdy 

Cassaundra  spojrzała  na  niego  zdziwiona,  dodał:  –  Stwierdził 
równieŜ, Ŝe matka była bardzo oddana twemu ojcu. 

Cassaundra popatrzyła w dół urwiska. 
– Czasami  zastanawiam  się,  jak  wyglądałoby  moje  Ŝycie, 

gdyby  matka  Ŝyła,  i  czy  ojciec  byłby  wtedy  inny.  Musiał  wiele 
wycierpieć. Sądziliśmy, Ŝe z powodu swego talentu, ale czasami 
przypuszczam, Ŝe doskwierała mu samotność. 

Chuck połoŜył ręce na jej ramionach, zmuszając, by spojrzała 

mu w twarz. 

– Wyjdziesz za mnie? 
Objęła go i połoŜyła mu głowę na piersiach. 
– Miałam nadzieję, Ŝe powtórnie poprosisz mnie o rękę. Tak, 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 164

 

wyjdę za ciebie. 

Przycisnął ją mocniej, czując wielką ulgę. 
– Byłam  zdezorientowana.  Chodziłam  z  kąta  w  kąt.  Gdy 

tylko  przyleciałam  do  Nowego  Jorku,  zaczęłam  Ŝałować,  Ŝe 
przed  wyjazdem  z  Orlando  nie  wyraziłam  zgody.  Miałam 
obawy, Ŝe się rozmyślisz. 

– Tak słabo ufasz naszej miłości? 
– Teraz  juŜ  nie.  Och,  Chuck,  masz  rację.  Nic  nam  nie  moŜe 

przeszkodzić,  chyba  Ŝe  my  sami.  Znajdźmy  sobie  dom  nad 
jeziorem i stwórzmy nasz własny świat. 

– PomoŜesz mi przy mojej powieści? 
– Tak. Jeśli ty pokaŜesz mi, jak robi się dokładki. 
– Umowa stoi – powiedział. 
Przypieczętowali ją pocałunkiem. 
Potem,  w  limuzynie,  Sloan  otworzył  szampana,  by  wznieść 

toast za ich rychłe małŜeństwo. 

– UwaŜam,  Ŝe  powinniście  szybko  się  pobrać,  zanim  prasa 

opublikuje wiadomość o tym, Ŝe Cassaundra pracowała w barku. 
Potem naleŜy wydać komunikat. 

– Myślałem  o  tym  –  rzekł  Chuck.  –  Sandy  tak  się  tym 

przejmowała, Ŝe opracowałem plan awaryjny. 

– Plan awaryjny? – spytała Cassaundra. 
– Na wypadek, gdybyś próbowała mi uciec. OtóŜ uwaŜam, Ŝe 

najprostszym  sposobem  na  uciszenie  sensacyjnej  historii  jest 
opowiedzenie jej samemu. 

Sloan nastawił ucha. 
– Wzięło  się  to  z  teorii  Andy  Warhola,  Ŝe  kaŜdy  ma  swój 

„kwadrans  sławy”.  Musimy  po  prostu  przetrzymać  nasz 
kwadrans sławy, a potem będziemy wolni. 

– Niezupełnie  rozumiem  –  przyznała  Cassaundra.  – 

Proponujesz, Ŝebyśmy sami starali się o rozgłos w prasie? 

– Niezupełnie.  Sądzę,  Ŝe  znacznie  większą kontrolę nad całą 

historią  będziemy  mieć  wówczas,  gdy  napiszemy  ją  sami.  Ja 
potrafię  pisać,  ty  skończyłaś  uniwersytet.  Napiszmy  opowieść, 
jakiej  się  domagają.  Powiedzmy:  opowieści.  Sprawozdanie  w 

background image

TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA

 

Strona nr 165

 

pierwszej  osobie  o  twej  ucieczce  do  normalnej  Ameryki  i  opis 
naszej  znajomości.  Gdy  opublikujemy  naszą  wersję,  pojawi  się 
mnóstwo  artykułów  na  nasz  temat,  a  potem  przesycenie 
tematem. 

– Nie  wiem  –  powątpiewała  Cassaundra.  –  Opowiadać 

wszystkim o sprawach osobistych... 

– Nie mam na myśli konferencji prasowej ani szczegółowych 

raportów  na  temat  naszej  miłości  –  powiedział  Chuck.  –  To 
byłaby  nasza  wersja.  Opowiedzielibyśmy  ją  po  naszemu,  a 
potem odmówili udzielania wywiadów. 

– To  moŜe  zadziałać,  Cassaundro  –  stwierdził  Sloan.  –  Nie 

będziesz mogła wiecznie się ukrywać i nie unikniesz wścibstwa 
prasy, ale uzyskasz przynajmniej pewną kontrolę. 

– Zaufaj  mi  –  prosił  Chuck.  –  Przynajmniej  jeden  raz  mi 

zaufaj.  Znam  dobrze  prasę  i  wiem,  Ŝe  szum  wokół  pewnych 
spraw  trwa  krótko.  Jednodniowe  wydarzenie,  i  pójdziemy  w 
zapomnienie  jak  kostka  Rubika.  Nie  ma  nic  nudniejszego  dla 
czytelników  niŜ  szczęśliwe  małŜeństwo  Ŝyjące  spokojnie  na 
przedmieściu. 

– Kiedy więc ślub? – spytał Sloan. 
– Jak  tylko  napiszemy  opowiadania  i  przygotujemy  je  do 

druku – odparł Chuck. 

Podwieźli  Sloana  do  jego  mieszkania,  a  potem  Cassaundra 

poleciła kierowcy, by krąŜył przez pewien czas po mieście. 

– Nareszcie  –  westchnęła,  zamykając  ciemne  okienko 

oddzielające ich od szofera. 

Poluźniła Chuckowi krawat, rozpięła guzik koszuli i wsunęła 

palce na kark. Przesunęła się na jego kolana. 

– Jak ciemne jest to okienko? – spytał. 
– Bardzo ciemne. Wiesz, zawsze miałam takie fantazje... 
– Jakie  fantazje?  –  spytał,  czując  na  piersiach  pieszczotę  jej 

języka. 

– Kocham cię. 
Gwałtownie, Ŝarliwie przywarł do jej ust. 
– Czy  wspominałam  ci  –  Cassaundra  przesunęła  ustami  po 

background image

Glenda Sanders

 

Strona nr 166

 

jego  szyi  –  Ŝe  jako  prezent  ślubny  załatwiam  bilety  na 
Mistrzostwa Świata? 

– Co  to  są  Mistrzostwa  Świata?  –  wymamrotał  Chuck, 

przyciągając znowu do siebie jej twarz.