GLENDA SANDERS
Ten
prawdziwy
męŜczyzna
Harlequin
Toronto
•
Nowy Jork
•
Londyn
Amsterdam
•
Ateny
•
Budapeszt
•
Hamburg
Madryt
•
Mediolan
•
ParyŜ
•
Sydney
Sztokholm
•
Tokio
•
Warszawa
Glenda Sanders
Strona nr 2
Tytuł oryginału:
The All-American Male
Pierwsze wydanie:
Harlequin Books, 1989
PrzełoŜyła:
GraŜyna Staniewska
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 3
ROZDZIAŁ 1
– Nareszcie koniec – westchnęła Cassaundra. – Bogu dzięki.
Naprzeciw niej w limuzynie siedział Sloan Garrick, człowiek,
który przed trzydziestoma laty był protegowanym jej dziadka.
– Dobrze się dziś spisałaś, Cassaundro – powiedział, kładąc
rękę na jej dłoni. – Mowa Ŝałobna była świetna: doskonałe
połączenie podziwu i wzruszenia.
Kiwnęła głową, przyjmując ten komplement, ale Ŝadne z nich
juŜ się nie odezwało. Szofer wiózł ich przez labirynt ulic
Manhattanu. Zahamował przed, wejściem wiodącym do dwóch
bliźniaczych wieŜowców.
Sloan objął Cassaundrę pokrzepiającym gestem, gdy jechali
cichobieŜną windą do apartamentów na szczycie.
– Chcesz się czegoś napić? Wina, sherry? – zapytał
troskliwie, gdy weszli do środka.
– Później. Teraz przebiorę się w coś wygodniejszego. Barek
jest pełny. Poczęstuj się. Zdejmij marynarkę i krawat, jeŜeli
chcesz.
– Nie martw się o mnie – uspokoił ją Sloan.
Umrze w marynarce i krawacie, pomyślała Cassaundra idąc
do sypialni. Natychmiast poŜałowała tej niesympatycznej myśli.
Sloan był wytworem swej epoki. MęŜczyźni z jego środowiska
nosili garnitury i krawaty. To niewielkie przewinienie jak na
człowieka, który okazał się niezawodnym przyjacielem w
niezwykle cięŜkim dla niej okresie. Gdy zaczęła pracować w
wydawnictwie dziadka, wprowadzał ją we wszystkie tajniki,
Glenda Sanders
Strona nr 4
pomagał zachować realizm i rozsądek. Nie zastąpił jej ojca, ale
stał się kochającą, aprobującą osobą, w przeciwieństwie do
tamtego.
W drzwiach sypialni pojawiła się Aggie.
– Czy pani czegoś potrzebuje?
– Przebiorę się. Nie mogę juŜ znieść tego kostiumu.
– Weźmie pani kąpiel?
– Raczej prysznic. Nie będzie mi potrzebna pomoc.
– Tak, Proszę Pani.
Cassaundra patrzyła na młodą, dyplomatycznie obojętną
twarz Aggie i zastanawiała się, czy rani uczucia dziewczyny,
chcąc samodzielnie odkręcić kurek w łazience.
– Chyba nałoŜę batikowe kimono w maki. Gdybyś mogła je
wyjąć...
– Oczywiście, proszę Pani.
– To wszystko.
– Tak, proszę pani.
Cassaundra weszła do łazienki i odgrodziła się drzwiami od
reszty świata. Cudownie być samą! Warstwa po warstwie
zdejmowała ubranie, które nagle zaczęło ją dusić – filcowy
kapelusz przybrany piórami, ciemnoniebieski Ŝakiet i spódnicę,
dobraną
kolorystycznie
jedwabną
bluzkę
z
wiązanym
kołnierzem.
Demonstracyjnie wybrała niebieski, nie zaś wymaganą
pogrzebową czerń. Gdyby tylko na to pozwoliła, związani z jej
ojcem specjaliści od reklamy wyreŜyserowaliby pompatyczny
pogrzeb. Ale po raz pierwszy w Ŝyciu Cassaundra sama podjęła
decyzję i wymogła jej wykonanie. Nalegała, by pogrzeb odbył
się jedynie w obecności rodziny, a w miesiąc po nim
ogólnodostępna msza Ŝałobna. Stamtąd właśnie wracała.
W kabinie prysznicowej puściła gorącą wodę, jakby mogło to
zmyć z niej smutek i paraliŜujące odrętwienie, jakie czuła po
stracie ojca.
Kilka minut później, juŜ bez makijaŜu, zawinęła się w miękki
ręcznik, zdjęła czepek i rozpuściła włosy – naturalne blond,
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 5
fachowo rozjaśnione, miękkimi fetami opadły na plecy.
Usiadła przy toaletce i posmarowała błyszczkiem usta. Potem
spojrzała na kobietę w lustrze – wystraszone oczy, wychudzone
policzki. Ukryła twarz w dłoniach i westchnęła przygnębiona.
Pozwoliła sobie na kilka zaledwie minut cichego Ŝalu nad
sobą. Odrzuciła głowę, wzięła głęboki oddech i zmusiła się do
ubrania. Sloan czekał na dole, by pocieszyć ją w potrzebie.
Potrzeba, pomyślała czując, Ŝe zaczyna wpadać w histerię. Czy
wiesz, Sloan, czego potrzebuję? Bo ja z pewnością nie.
Sloan wstał i pozdrowił ją automatycznym, acz szczerym
uśmiechem.
– Widzę, Ŝe odświeŜyłaś się, kochanie. Piję czystą szkocką.
Co ci podać?
– Białe wino – odparła Cassaundra.
Sloan podszedł do barku, nalał wina, wręczył Cassaundrze
kieliszek, po czym znowu usiadł.
– Twój ojciec byłby dziś z ciebie dumny – powiedział.
– Wątpię.
Cassaundra wielokrotnie zastanawiała się, czy ojciec w ogóle
przejmował się tym, co mówiła bądź robiła – oczywiście z
wyjątkiem przypadku, gdy nie dostała się do szkoły muzycznej
Juilliarda. Nigdy nie miała dość odwagi, by powiedzieć
sławnemu Williamowi Snowowi, iŜ poczuła ulgę na wieść, Ŝe
nie została przyjęta. Zawsze chciała studiować literaturę, ale on
sądził, Ŝe podjęła tę decyzję z braku czegoś lepszego.
– Rozmawiałem z nim kiedyś podczas przerwy w rozprawie –
odezwał się Sloan. – Zapytał mnie, czy widziałem, jak weszłaś
na salę rozpraw z głową do góry, całkowicie ignorując
reporterów? A potem stwierdził, Ŝe stałaś się damą. Był dumny,
Cassaundro. Widziałem dumę w jego oczach.
– Dziękuję, Ŝe mi to powiedziałeś – rzekła wzruszona. – I
poczekałeś, aŜ mi to będzie rozpaczliwie potrzebne.
– Dziś teŜ byłaś dzielna – rzekł Sloan. – Wiem, co musiałaś
przezwycięŜyć, by po tym wszystkim, co się stało, wstać i
Glenda Sanders
Strona nr 6
wygłosić mowę na jego cześć.
– Społeczeństwo miesiącami grzebało w Ŝyciu Snowa –
powiedziała Cassaundra. – NajwyŜszy czas, by usłyszeli o
szlachetniejszych cechach mego ojca. Nie był z pewnością ani
ś
więtym, ani wzorowym ojcem, ale był utalentowany i oddany
muzyce.
Dopiła jednym łykiem resztę wina. Przez kilka minut w
milczeniu wpatrywała się w pusty kieliszek.
– Nawet po tylu miesiącach ciągle zastanawiam się, dlaczego
to wszystko musiało się wydarzyć. Tak bez sensu, tak tragicznie
bez sensu.
– Nie wolno ci stale tego rozgrzebywać, Cassaundro. Nie
znajdziesz odpowiedzi.
– Nie znajdę odpowiedzi – zgodziła się. – Jedynie same
„gdyby”. Gdyby tylko nie wstydzili się przyznać, Ŝe z ich
małŜeństwa nic nie wyszło, i mieli odwagę się rozstać. Gdyby
nie byli tacy wybuchowi i ambitni. Gdyby w tej szufladzie nie
było rewolweru. Skąd nabity rewolwer w szufladzie? – zapytała
retorycznie, zwracając się do Sloana. – Nigdy nawet z niego nie
strzelał. Dlaczego rewolwer akurat musiał tam leŜeć, nabity i
gotów do strzału?
Sloan połoŜył rękę na jej dłoni.
– Zwariujesz, jeśli będziesz to rozpamiętywać.
Cassaundra przymknęła oczy i westchnęła.
– Wiem, Sloan. Ale to wszystko było takie bezsensowne.
Brianna nigdy nie była dla mnie matką – Nie była nawet
przyjaciółką. Ale nie chciałam, Ŝeby umarła. Zwłaszcza...
Głos jej się załamał, ale w myśli dodała: nie z pięknych,
utalentowanych rąk mego ojca. Nikt nie powinien umierać z ręki
człowieka zdolnego wyczarować z wielkiej orkiestry tak
wspaniałą muzykę.
– Nie moŜesz zmienić tego, co się stało – powiedział Sloan. –
MoŜesz jedynie zaakceptować to i Ŝyć dalej.
Tak, zaakceptować. Nie miała wyboru. Brianna, piękna,
samolubna, kapryśna primadonna, umarła na podłodze sypialni,
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 7
którą dzieliła z ojcem Cassaundry. A Williama Snowa,
wraŜliwego, równie impulsywnego maestro, aresztowali, pobrali
od niego odciski palców i zamknęli w celi z włóczęgami i
złodziejami. Na oczach światowej prasy został sądzony za
zabójstwo.
Cały naród wzdychał, gdy William Snow adorował Briannę
Blake. I cały naród uniósł się, gdy sąd orzekł, Ŝe jest winny jej
ś
mierci.
William Snow zasłabł na sali rozpraw po usłyszeniu wyroku:
winny. Świadectwo zgonu stwierdzało, Ŝe to atak serca, ale jego
serce pękło pod brzemieniem smutku, upokorzenia i wyrzutów
sumienia. Nigdy nie powinien był poślubić Brianny. Kochał ją
jednak z gwałtownością znaną tylko głupcom, i ta bezmyślna
namiętność zabiła ich oboje.
– Co teraz? – zapytał Sloan, znów gładząc dłoń Cassaundry.
– Chyba wrócę za biurko wydawcy.
– Brzmi to tak, jakbyś wracała do więzienia. Myślałem, Ŝe
jesteś zadowolona ze swojej pracy w Quill Publishing.
– Jestem zadowolona, Sloan. To znaczy – byłam. –
Wciągnęła głęboko powietrze i wypuściła je z powolnym
westchnieniem. – Minie trochę czasu, zanim będę zdolna
odczuwać zadowolenie.
– Cenię twoją pracę, Cassaundro, ale nikt nie przykuwa cię
do biurka. Jesteś kobietą zamoŜną i w ogóle nie musisz
pracować.
– Wolę mój mały kącik w Quill niŜ tę wieŜę z kości
słoniowej. W biurze przynajmniej czuję się poŜyteczna. ChociaŜ
jestem prawnuczką załoŜyciela, mam swój niewielki udział w
rozwoju wydawnictwa.
– Bez wątpienia. Ktoś, kto wylansował ksiąŜkę odrzuconą
przez dwanaście domów wydawniczych, udowodnił swoje
kompetencje. Fakt, Ŝe jesteś prawnuczką Nathana Granda,
przydaje temu osiągnięciu nieco czaru i tajemniczości.
– Czar i tajemniczość? – rzekła z ironicznym uśmieszkiem. –
Kraty w więziennej celi! – dodała gorzko.
Glenda Sanders
Strona nr 8
Sloan wstał, podszedł do kominka i zaczął przyglądać się
płomieniom tańczącym na grubym polanie.
– Przypuśćmy, Ŝe mogłabyś robić to, co chcesz. Co byś
wybrała? – spytał z zadumą.
– Zniknęłabym. – Cassaundra po raz pierwszy w dniu
dzisiejszym uśmiechnęła się naprawdę szczerze. – Zniknęłabym,
a potem pojawiłabym się gdzieś jako zupełnie normalna osoba.
– Normalna osoba?
– Nie udawaj, Ŝe nie rozumiesz. Chodzi mi o taką osobę,
która nie jest spadkobierczynią jednej z największych fortun w
Ameryce. Osobę, której genialny ojciec nie zabił jej macochy,
która nie pracuje w wydawnictwie załoŜonym przez jej
pradziadka. Chciałabym dokonać w Ŝyciu czegoś, co nie jest
oceniane wyłącznie na podstawie tego, kim jestem. Czy moŜesz
sobie wyobrazić, Ŝe jeśli chodzi o praktyczne Ŝycie jestem
całkowitą ignorantką? – spytała po chwili i gestem dłoni
uciszyła protest Sloana. – Wiem, wiem. Potrafię prawidłowo
trzymać widelec podczas oficjalnego obiadu i umiem
podtrzymać rozmowę na dowolny temat w czasie koktajlu. Ale
nie potrafię nawet prowadzić samochodu!
– Jestem pewien, Ŝe Joseph nauczyłby cię prowadzić twojego
bentleya – odparł Sloan sucho.
– Mówię serio – powiedziała tonem nie budzącym
wątpliwości. – Potrafię grać na flecie, harfie i fortepianie, ale
nigdy nie wrzucałam monety do grającej szafy. To takie
nieamerykańskie.
Jestem
nieamerykańska.
Jestem
nie...
nierealna! Cassaundra Snow to jakaś księŜniczka z tragicznej
bajki, drukowanej w gazecie w odcinkach.
Sloan popatrzył jej uwaŜnie prosto w twarz.
– Czego byś chciała, Cassaundro?
– Chciałabym... wydaje mi się, Ŝe chciałabym gdzieś uciec i
dorosnąć.
– Dorosnąć? Po tym wszystkim, co przeŜyłaś? To i tak było
ponad siły zwykłego człowieka!
– Och, jestem silna. Opanowana. Potrafię sprostać sytuacji.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 9
Ale nigdy nie troszczyłam się o siebie. Nie musiałam. Ojciec
zawsze zabiegał o to, by ktoś się o mnie troszczył. – Coś
ś
cisnęło ją w gardle. – Aggie poczuła się dotknięta, gdy
stwierdziłam, Ŝe sama chcę włączyć prysznic.
Sloan objął ją i przez kilka minut Cassaundra wypłakiwała
się w jego ramionach.
– Ojciec ochraniał mnie, ale nie pozwolił mi dorosnąć.
Dlaczego? Powinnam była go zmusić, by mi pozwolił.
Sloan wyjął z kieszeni chusteczkę i podał ją Cassaundrze.
Wytarła policzki i nos i popatrzyła na niego nachmurzona.
Podeszła do kanapy i opadła na nią bezwładnie.
– Nigdy nie wypełniłam czeku. Nie wiem nawet, jak to się
robi.
– To całkiem proste – rzekł Sloan. – Prawie kaŜdy moŜe ci to
pokazać.
– Nie w tym rzecz, Sloan. Wiem, Ŝe mogę się nauczyć. Ale
juŜ to powinnam umieć. Powinnam umieć prowadzić samochód,
wypełniać ksiąŜeczkę czekową i robić tysiąc innych codziennych
rzeczy, które większość ludzi robi zupełnie naturalnie. Mam
stałą loŜę w filharmonii i w operze, ale nigdy nie byłam na
koncercie rockowym... czy choćby na meczu baseballa.
– Chyba powinnaś się wreszcie wybrać.
– Na mecz baseballowy?
– Wszędzie, gdzie ci się spodoba. Powiedziałaś, Ŝe
chciałabyś uciec. Zatem zrób to, na co masz ochotę – ucieknij i
dorastaj! Rusz tam, gdzie mogłabyś przeŜyć wiek młodzieńczy,
którego nie miałaś. Popełniaj błędy, padaj, a potem podnoś się
sama.
– Myślisz, Ŝe nie zrobiłabym tego, gdybym mogła?
– CóŜ cię zatrzymuje?
– Dokąd mam uciec? – zapytała z goryczą. – Od kilku
miesięcy śledzą mnie kamery, dziennikarze, fotoreporterzy.
KaŜdy, kto ogląda telewizję, wie, jak wyglądam. Mogłabym
gdzieś się odizolować, ale właśnie chodzi mi o coś zupełnie
przeciwnego. Chcę być wśród ludzi, brać udział w prawdziwym
Glenda Sanders
Strona nr 10
Ŝ
yciu, a nie chować się przed nim.
– Jesteś dość naiwna, Cassaundro. Czy nie zdajesz sobie
sprawy z tego, Ŝe moŜna być wprawdzie podobnym do jakiejś
osoby, ale wcale nie wyglądać tak jak ona?
– Peruka i ciemne okulary? – spytała sarkastycznie.
– Nie sądzę, byś musiała posuwać się aŜ do tego. Twierdzisz,
Ŝ
e ludzie wiedzą, jak wyglądasz. Ale co oni właściwie widzieli
na tych wszystkich fotografiach? Czy naprawdę sądzisz, Ŝe
widzieli ciebie? Patrzyli na włosy Veroniki Lalce, kapelusze na
specjalne zamówienie i kreacje od najlepszych projektantów.
Odrzuć te pozory, a przekonasz się, Ŝe zadziwiająco wiele kobiet
ma ładne, okrągłe twarze, podobne do twojej.
– Ale...
– Popieram twój projekt, Cassaundro. Jeśli chcesz zniknąć i
przeŜyć przygodę – powodzenia! Czy teŜ raczej: baw się dobrze.
– Naprawdę sądzisz, Ŝe mi się uda?
– Jeśli wszystko zostanie starannie zaplanowane, będziesz
mogła Ŝyć incognito całymi miesiącami. Mogę zapowiedzieć
twój urlop i rozgłosić, Ŝe spędzisz dłuŜsze wakacje w Europie.
To powinno zmylić trop tej zgrai dziennikarzy i umoŜliwić ci
„normalne Ŝycie”.
– Mówisz serio? – spytała, jakby z obawą, czy moŜe mu
wierzyć.
– A ty?
Nie odpowiedziała.
– Mogłabyś w tym czasie napisać ksiąŜkę-autobiografię.
– O, nie! Koniec z „biedną małą bogaczką” – koniec!
– Ale nie koniec z Cassaundrą Snow. Z wielką pasją mówiłaś
o więzieniu w wieŜy z kości słoniowej. Weź się za to: uczucia,
emocje. Jesteś wydawcą. Nie muszę ci mówić, jak napisać dobrą
ksiąŜkę.
Cassaundra uwaŜnie słuchała przemówienia Sloana.
– Twoja historia będzie się dobrze sprzedawać. Czytelnicy
chcą wiedzieć wszystko o rodzinie Snowów.
– To byłoby brutalne wtargnięcie w Ŝycie osobiste.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 11
– Mogłabyś opowiedzieć wydarzenia ze swojej perspektywy
– powiedział Sloan. – Pokazać je z własnego punktu widzenia.
Sprostować błędne mniemania.
– Nie mam jeszcze zdania na temat ewentualnej ksiąŜki –
odrzekła Cassaundra. – Ale chcę... nalej mi jeszcze wina... nim
się rozkleję, chcę wypić za mój nadchodzący wiek młodzieńczy.
W sypialni Aggie przygotowywała łóŜko do spania.
– Jest gotowe, proszę pani. Czy mam przynieść coś z kuchni,
zanim się pani połoŜy?
– Nie, Aggie. Jestem zmęczona. To juŜ wszystko na dzisiaj.
– Proszę pani... – zaczęła Aggie nieśmiało. – Słucham cię,
Aggie.
– Mam nadzieję, Ŝe dzisiejszy dzień nie był dla pani zbyt
uciąŜliwy.
– Nie. Dziękuję ci, Aggie.
Cassaundra gotowa była się rozpłakać z powodu okazanej jej
troski.
– Zatem dobranoc, proszę pani.
– Dobranoc. – Cassaundra spojrzała na dziewczynę uwaŜniej.
– Aggie, zmieniłaś uczesanie.
– Obcięłam włosy – wyjaśniła Aggie.
– Ładna fryzura. Do twarzy ci w niej.
– Dziękuję pani.
– Czy mogłabyś mi powiedzieć, gdzie byłaś u fryzjera?
Aggie popatrzyła z lekkim przestrachem.
– Moja kuzynka, Lulu, obcięła mi włosy. Zawsze mi obcina.
Ma do tego smykałkę.
– Czy ona pracuje w jakimś salonie?
– Nie. W sklepie z płytami przy promenadzie w Newark.
– Rozumiem – odpowiedziała powoli Cassaundra, dotykając
bezwiednie swych włosów.
– Czy to wszystko, proszę pani?
– Tak, Aggie. Dobranoc.
– Dobranoc pani.
Glenda Sanders
Strona nr 12
Nad głową Cassaundry złowieszczo zawisły noŜyce. Od ich
ostrych krawędzi odbijało się światło Ŝarówek oświetlających
toaletkę.
– Czy jest pani pewna, Ŝe nie są za duŜe? – spytała
Cassaundra.
– To krawieckie noŜyce mojej mamy – odparła dziewczyna.
Była wysoka, chuda, ubrana w dŜinsową spódniczkę mini,
jaskrawozieloną bluzkę i białe botki – w latach sześćdziesiątych
podobne nosiły członkinie licealnych druŜyn gimnastycznych.
– W salonie Elizabeth Arden uŜywają malutkich, niewiele
większych od noŜyczek do paznokci – powiedziała Cassaundra.
– Ja uŜywam tych albo brzytwy.
Cassaundra zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.
– Zatem niech pani zaczyna.
Powiedziała to z takim entuzjazmem, jakby miała się właśnie
poddać punkcji kręgosłupa. I odczuwała odpowiedni do tego
zabiegu strach. śegnaj staranna, fachowo cieniowana fryzuro i
najnowocześniejsze odŜywki u Elizabeth Arden. Cassaundra
wiedziała, Ŝe to wszystko jest konieczne, ale równocześnie
obawiała się, Ŝe posuwa się za daleko. Tę niepewność obudziła
fryzura Lulu, której włosy nad uszami były krótko wystrzyŜone,
na czubku długie, uformowane lakierem nad czołem w
szokujący, rudy wir.
– MoŜe pani otworzyć oczy. Włosy są obcięte. Powinna się
pani nauczyć, jak je suszyć i samej modelować.
Cassaundra otworzyła oczy i spojrzała w lustro. Zobaczyła...
nie, nie swoje obcięte włosy, ale odbitą w lustrze twarz Aggie i
jej pełne przeraŜenia oczy. Natomiast Lulu, stojąca tuŜ za
plecami Cassaundry, patrzyła z zadowoleniem, czekając na jej
reakcję. Jak wampirzyca z podrzędnego filmu, która ma właśnie
zamiar skosztować krwi, pomyślała Cassaundra.
Zmusiła się, by spojrzeć na siebie – jej twarz otaczały
wilgotne pasma, przypominające skręcony makaron. Nie trzeba
jednak oceniać efektu, zanim włosy nie wyschną.
– Nigdy... nigdy przedtem nie miałam grzywki – stwierdziła.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 13
– Ma pani dobre włosy. Gęste. Zobaczy pani, Ŝe będzie super
– zapewniła Lulu.
Wzięła suszarkę, przypominającą pistolet automatyczny, i
włączyła ją.
– Wymodeluję z jednej strony, a potem pani kolej, dobrze? –
przekrzykiwała szum silnika.
Wycelowała
strumień
ciepłego
powietrza
w
głowę
Cassaundry i zaczęła wymachiwać dziwną szczotką. Po kilku
minutach Cassaundra czuła się jak kobieta z reklamy głowa
przedzielona pionową kreską na dwie części, jedna połowa pełna
i puszysta, druga mokra i bezkształtna. Przez dobrą chwilę
uczyła się trudnej sztuki, polegającej na obracaniu i kręceniu
szczotką trzymaną w jednej ręce, podczas gdy druga kieruje
strumieniem gorącego powietrza. Dzięki wskazówkom Lulu jej
głowa odzyskała w końcu pewną symetrię.
– Teraz trochę pomiędlimy – powiedziała Lulu. Obficie
spryskała czymś włosy Cassaundry, ujęła w dłoń kilka pasem i
ś
ciskała je przez chwilę. Potem energicznie rozprostowała palce.
Powtarzała podobne czynności w róŜnych miejscach głowy, do
chwili gdy włosy zostały dostatecznie pomięte. Potem obejrzała
wynik.
– Niezła robota!
– Fantastycznie, proszę pani – zawołała Aggie szczerze, ale
teŜ z pewną ulgą.
Fantastycznie? Cassaundra patrzyła na swoje odbicie w
lustrze i sama nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Za sprawą
kilku ciachnięć noŜycami i energicznego gniecenia przemieniła
się z ponętnej syreny w kociaka.
Wykonała ruch głową do tyłu, potem do przodu i patrzyła na
swe włosy, układające się jak u czupiradła. Musi mieć trochę
czasu, Ŝeby przyzwyczaić się do tego, ale nie wyglądała źle – po
prostu inaczej. I chyba tego właśnie potrzebowała.
– Dobrze. Dziękuję ci, Lulu. Jest znakomicie – rzekła. Lulu
pojaśniała, słysząc tę pochwałę.
– Łatwo się pracuje z dobrymi włosami – stwierdziła.
Glenda Sanders
Strona nr 14
– Mówiłam pani, Ŝe Lulu potrafi uczesać kaŜde włosy –
powiedziała Aggie.
– Istotnie – przyznała Cassaundra. – I proszę cię, pamiętaj,
Ŝ
ebyś nazywała mnie Sandy, gdy pójdziemy dziś na zakupy.
Wyprawa, którą planowały, miała być maleńkim testem na to,
czy projekt pojawienia się publicznie incognito ma jakieś
szanse. Cassaundra nałoŜyła swoje jedyne dŜinsy, które miała
przedtem na sobie tylko raz, w czasie jakiegoś przyjęcia
zorganizowanego pod hasłem: „Świat Dzikiego Zachodu”. Do
tego koszulkę z napisem: „Zwalczaj analfabetyzm”. Otrzymała
ją od fundacji, której ofiarowała coroczny datek. Na ogół
przekazywała takie ciuchy komuś ze słuŜby, ale tę koszulkę
dostała niedawno, postanowiła więc zatrzymać ją dla siebie.
Obecnie wydzieliła sobie tygodniowo na zakup „roboczego”
ubrania niewielką sumę. Dwieście dolarów to, jak sądziła, po
prostu niesamowicie mało, ale Sloan zapewniał ją, Ŝe niektóre
kobiety nawet w ciągu roku nie wydają tyle na ubrania.
Sloan zwrócił jej równieŜ uwagę na to, Ŝe będzie mogła
zostawić swą dawną bieliznę, nie ryzykując, iŜ zostanie
zdemaskowana.
– Chyba Ŝe zdarzy ci się natrafić na męŜczyznę, który juŜ
twoją bieliznę zna – dodał.
Rozśmieszyło ją to przypuszczenie. Kiedyś nawiązała nawet
romans, ale została dotkliwie zraniona, jej przyjacielowi bardziej
chodziło o to, by wkraść się w łaski mistrza niŜ jego córki. Nie
udało mu się ani jedno, ani drugie. Zrekompensował to sobie,
sprzedając szczegółową historię ich znajomości pewnemu
podrzędnemu tygodnikowi w czasie, gdy cała prasa zajmowała
się sensacyjnym morderstwem w ich rodzinie.
Niegdyś Cassaundra, jak kaŜda współczesna księŜniczka,
marzyła o wspaniałym męŜczyźnie, który mógłby być
równocześnie kochankiem i przyjacielem, który dzieliłby z nią
Ŝ
ycie i wzbogacał je, który by ją kochał i czerpał pociechę z
miłości, jaką ona potrafiłaby mu ofiarować. Teraz wspominała
czasami Geoffa Ogelthorpe’a i uświadamiała sobie, jak naiwne
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 15
były jej marzenia. Kobieta z jej środowiska mogła co najwyŜej
oczekiwać, Ŝe spotka przyzwoitego męŜczyznę, który będzie
podzielał jej zainteresowania, a w kwiaciarni złoŜy stałe
zamówienie na dostawę wysokich róŜ z okazji jej urodzin i ich
wspólnych rocznic.
Namiętność i romantyczna miłość mieszkały w królestwie
fantazji. Najlepszym tego dowodem była tragicznie zakończona
wyprawa ojca w krainę uczuć.
W toyocie, naleŜącej do Lulu, usiadła na tylnym siedzeniu,
dziewczyny zaś z przodu. Obwoziły Cassaundrę po tanich
sklepach, gdzie normalnie robiły zakupy. Radio w samochodzie
wypluwało z siebie tyle decybeli rock and rolla, Ŝe
uniemoŜliwiało jakąkolwiek rozmowę. Ale – rzecz dziwna –
zamiast izolacji czy samotności czuła niezwykłą jedność z tymi
dwiema osobami, jakby zaproszono ją na spotkanie tajnego
stowarzyszenia.
Kiwała głową w przód i w tył, a dotyk pasm włosów na
skórze sprawiał jej wielką radość. Czy lekki zawrót głowy, jaki
odczuwała, zawdzięczała swej nowej fryzurce? Chyba nie.
Przepełniało ją nie znane przedtem podniecenie, wraŜenie, Ŝe
jest o krok od przygody, oczekiwanie, Ŝe coś niezwykłego i
cudownego nie tylko moŜe się zdarzyć, ale na pewno zdarzy się
za chwilę.
Oczywiście, nie mógł to być Ŝaden szalony romans, ale
Cassaundra niemal wierzyła, Ŝe będzie mogła się z kimś
umówić. Nie do filharmonii czy opery, nie na wernisaŜ czy bal
dobroczynny, ale tam, gdzie chodzą normalni ludzie.
W zakamarkach serca przechowywała tajemne pragnienie:
jeśli naprawdę jej się uda, jeśli spotka męŜczyznę, którego
polubi, któremu zaufa i z którym będzie się dobrze czuła, być
moŜe jakoś go namówi, by spełnił jej najbardziej skryte
marzenie – zabrał do kina na świeŜym powietrzu.
Glenda Sanders
Strona nr 16
ROZDZIAŁ 2
„Drogi Sloanie!
Znalazłam wreszcie rozsądne mieszkanie za umiarkowaną
cenę. Małe, ale przyjemne, a gospodyni – sympatyczna. Muszę
postarać się jak najszybciej o jakieś meble. Na razie siedzę na
podłodze jak Indianka, a sypiam na zwijanym materacu, który
jest tylko trochę lepszy od posłania z gwoździ.
Kupiłam sobie rondel i teraz mój kulinarny repertuar
powiększył się o zupy z puszek. (Sałatki z serem i krakersy
szybko mi się znudziły.) W sklepie, gdzie zwykle robię zakupy,
nabyłam dwa komplety nakryć stołowych. Za kaŜdym razem, po
wydaniu pewnej sumy pieniędzy, dostaję nakrycie jako premię,
tak Ŝe po pewnym czasie zgromadzę kilka dalszych kompletów.
Tyle się mówi o bezrobociu, więc myślałam, Ŝe trudno mi
będzie znaleźć pracę – nie mam przecieŜ Ŝadnych referencji i nie
mogę się powołać na swoje wykształcenie. Ale poszłam do
niewielkiego baru i zostałam od razu przyjęta. Carol, szefowa,
która jest mniej więcej w moim wieku, pokazała mi, co naleŜy
robić, i w poniedziałek rano juŜ pracowałam.
Uściski. Cassaundra”
– Sandy, czy juŜ się urządziłaś? – zapytała Cassaundrę leŜącą
przy domowym basenie jej gospodyni, Boranie Simpson.
Cassaundra postanowiła przybrać panieńskie nazwisko swojej
maki, zaś imię było zdrobnieniem jej własnego. KaŜdemu
przedstawiała się teraz jako Sandy Grand.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 17
– Wszystko rozpakowałam – odparła Cassaundra. Nie
przywiozłam ze sobą zbyt wielu rzeczy. Czy mogłaby mi pani
polecić jakiś niedrogi sklep meblowy?
Boranie, energiczna, ruda, ponad czterdziestoletnia kobieta,
natychmiast wykazała zainteresowanie.
– Jakie meble są ci potrzebne?
– Wszystkie. Nie mam nic.
– To gorzej. Ale posłuchaj, mój syn oŜenił się w zeszłym
roku i rozmontowałam jego łóŜko wodne. MoŜesz je sobie
wziąć, jeśli nie zapadasz zbyt łatwo na chorobę morską.
– ŁóŜko wodne? – spytała sceptycznie, ale pomysł w zasadzie
wydał się całkiem niezły.
– To lepsze niŜ spanie na podłodze – stwierdziła Boranie. – A
kiedy się juŜ człowiek przyzwyczai, jest dość wygodnie.
– Na moim jachcie choroba morska nigdy nie stanowiła dla
mnie problemu – zaŜartowała sobie z uśmiechem. Następny
ranek przyniósł rutynowe obowiązki w barku.
Cassaundra pogrąŜyła się w nich niczym dziecko, któremu
pozwalają bawić się na terenie pełnym cudownych urządzeń.
Skomputeryzowana kasa sumowała zakupy, obliczała podatek i
podawała, ile reszty naleŜy wypłacić klientowi. Lśniąca, stalowa
maszyna na rozkaz wydawała mroŜony jogurt. W stojących
szeregiem szklanych pojemnikach mieniły się wszystkimi
kolorami tęczy dodatki i polewy do roŜków lodowych i melb.
Urządzenia kuchenne wymagały więcej uwagi i fachowości.
Cassaundra musiała nauczyć się, w jakich proporcjach dawać
olej i ziarno do maszyny wytwarzającej praŜoną kukurydzę.
Wyrobiła sobie zwyczaj, Ŝeby cały czas obserwować opiekane
na hot dogi parówki. Te akurat umiejętności zdobyła dość łatwo.
Waflownica ciągle jednak budziła respekt.
Okrągła
waflownica
pytała
podstępnie:
„Czy
mam
odpowiednią temperaturę? Czy wiesz, ile ciasta naleŜy we mnie
wlać? Czy będziesz wiedziała, kiedy mnie otworzyć, Ŝeby
wafelek się nie spalił?” Cassaundra nigdy w Ŝyciu nie gotowała i
rozpoznanie właściwego momentu, w którym naleŜy wlać ciasto
Glenda Sanders
Strona nr 18
na rozgrzany ruszt – odpowiednią ilość ciasta! – a potem ocena,
czy wafel jest naleŜycie upieczony, wydawało się zadaniem
tajemniczym i wymagającym sporej intuicji.
– Załapiesz to – zapewniła ją Carol i Cassaundra uwierzyła,
Ŝ
e poradzi sobie z produkcją wafelkowych roŜków. W nowej
pracy czynności powtarzały się, ale moŜliwość obserwowania
ludzi z nawiązką wynagradzała tę monotonię. Dla zabawy
Cassaundra próbowała przewidzieć, jakie zamówienie złoŜy
dany klient, i zafascynowana przyglądała się przeróŜnym
sposobom podejmowania decyzji. Niektórzy ludzie wiedzieli,
czego chcą, i zamawiali to zupełnie normalnie. Inni wypytywali
o wszystkie moŜliwości, starannie je oceniali, a potem
oznajmiali swoją decyzję tak, jakby miała ona wpływ na losy
całego świata. Istnieli teŜ niezdecydowani, którym trudno było
wybrać odpowiedni smak i ciągle się obawiali, Ŝe jeśli
cokolwiek wybiorą, to i tak mogliby wybrać lepiej.
Do zamknięcia barku zostało pół godziny, gdy Cassaundra
zwróciła uwagę na pewnego męŜczyznę, trzeciego w kolejce.
Miał na sobie spodnie od garnituru, sportową koszulę i krawat.
Krzywo zawiązany. Ostatni guzik koszuli był rozpięty. Na
głowie kłębiła się bujna ciemnoblond czupryna, sugerująca, Ŝe
jej właściciel nigdy nie zdoła dostosować swej fryzury do
kaprysów aktualnej mody. Wyglądał na osobnika lekko
niedbałego, misiowatego, a przy tym szalenie męskiego.
To na pewno typ niezdecydowanego wybieracza, pomyślała.
Ale z drugiej strony, choć sprawiał wraŜenie niecierpliwego
chłopca, mógł okazać się jednym z tych, którzy doskonale
wiedzą, czego chcą. Nie wyglądał na kogoś, kto wykazuje
choćby najmniejsze niezdecydowanie w jakiejkolwiek sprawie,
zwłaszcza w tak błahej, jak wybór jogurtu.
Mała dziewczynka w kolejce przed nim kaprysiła i
Cassaundra obserwowała, jak misiowaty traci najwyraźniej
cierpliwość. Dziecko przeŜywało męki, wahając się między
jogurtem
czekoladowym
a
waniliowym,
przybranym
ciasteczkiem lub owocami, w wafelku albo w cukrowym roŜku.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 19
Wreszcie podjęła decyzję i wzięła podany jej roŜek.
Misiowaty podszedł do lady.
– Czy jest Carol?
– Carol ma dziś wolne – odpowiedziała.
MęŜczyzna zmarszczył brwi i popatrzył na młodą kobietę
przenikliwie, acz beznamiętnie.
– Wygląda pani na rozsądną osobę – stwierdził. Serdeczne
dzięki, pomyślała, ale nie odpowiedziała na tę idiotyczną uwagę.
– Niech pani posłucha. Nazywam się Chuck Granger i jestem
stałym klientem.
– Więc? – spytała Cassaundra znacząco.
– Carol mnie zna.
– Chce pan jogurtu?
– Jestem w rozpaczliwej... – zaśmiał się miękko. – MoŜe nie
tyle rozpaczliwej, raczej zabawnej... ale byłoby bardziej
zabawne, gdyby Carol tu była. Wie pani, jestem śmiertelnie
głodny. Pracowałem cały czas i nawet nie zjadłem lunchu.
Zresztą niewaŜne. Za godzinę mam spotkanie w odległej
dzielnicy i postanowiłem wstąpić tu na hot doga.
– Normalny czy ekstra? – zapytała. Jak na szaleńca miał
piękne, piwne oczy.
– Ekstra – odparł. – Miałem zamiar wziąć trochę gotówki z
automatu w supermarkecie obok, ale okazał się popsuty, więc
mam tylko dwanaście centów.
– Hot dog kosztuje dolara siedemdziesiąt pięć centów –
oświadczyła. – Mamy jednak specjalny zestaw: ekstra hot dog i
mała cola za dwa dolary.
– JuŜ pani mówiłem, Ŝe mam przy duszy tylko dwanaście
centów.
Nie wyglądał na śmiertelnie głodnego. Jego ogorzałe policzki
nie były zapadnięte, jasnych oczu nie zasnuwała mgła.
– To wystarczy na dwa centymetry hot doga i na
pięćdziesiątkę coli – wyjaśniła Cassaundra.
– Myślałem, Ŝe skoro jestem stałym klientem...
– Nigdy tu pana przedtem nie widziałam.
Glenda Sanders
Strona nr 20
– W ostatnim tygodniu byłem zawalony pracą. Czy nie
mogłaby pani wziąć mojego nazwiska, adresu i telefonu...
– Czy to próba wyłudzenia? – spytała Cassaundra,
zadowolona z rysującej się okazji.
– Nie – odparł z nutką oburzenia. WłoŜył ręce do kieszeni. –
Nie mówmy o tym. Zjem coś po spotkaniu. PrzecieŜ nie
wszystkie bankomaty w tym mieście są popsute.
Niezłe
przedstawienie,
pomyślała
Cassaundra.
W
odpowiednich proporcjach oburzenie i pokora.
– Musztarda i przyprawy? – zapytała, sięgając po bułeczkę
przypieczoną na ruszcie.
– Musztarda. Bez przypraw.
Na twarzy Chucka Grangera pojawił się uśmiech, zbyt szybki
i odrobinę zbyt pewny siebie. Cassaundra wiedziała, Ŝe została
naciągnięta, ale nic sobie z tego nie robiła. To był miły uśmiech.
Granger pisał coś w swym notesie, gdy postawiła przed nim
na ladzie hot doga i napój z dystrybutora. Skończył pisać, wydarł
kartkę z notesu i wręczył ją.
– Co to takiego? – zapytała.
– Moje pokwitowanie, oczywiście.
Istotnie. Na karteczce było napisane: „Jestem winien dwa
dolary”, i podpis.
– Co mam z tym zrobić?
– To mój zastaw – odparł. – Niech go pani trzyma. Jeśli do
końca tygodnia nie zwrócę dwóch dolarów, moŜe pani nająć
jakiegoś osiłka, Ŝeby mnie obił.
– Jak pana znajdę?
– Pracuję w miejscowej gazecie. – Wyjął z tylnej kieszeni
spodni portfel i wyciągnął wizytówkę. – Tu jest mój bezpośredni
telefon. Muszę juŜ iść. Naprawdę mam spotkanie. Dziękuję...
Jak pani na imię?
– Sandy.
– Sandy. Bardzo ładnie. Jeszcze raz dziękuję. Muszę lecieć.
Przyjdę znowu jutro.
Cassaundra spojrzała na wizytówkę:
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 21
Charles E. Granger. Dziennikarz. „Orlando Sentinel”
Do diabła! CzyŜby juŜ ją odkryli?
Nie, niemoŜliwe. To za szybko. Tym bardziej Ŝe to lokalna
gazeta, pomyślała Sandy. Bardziej prawdopodobne, Ŝe na jej
trop wpadłby jakiś brukowy dziennik albo któraś z agencji
prasowych. Gdyby ten człowiek szukał tematu do artykułu,
przedstawiłby się jej i przyznał, Ŝe ją rozpoznaje, albo w ogóle
nie mówił, gdzie pracuje, dopóki nie upewniłby się co do jej
toŜsamości.
Cassaundra poczuła ulgę, gdy zadzwoniła Carol, by
dowiedzieć się, jak idzie w barze. Mogła skorzystać z okazji i
wypytać ją o tego wygłodniałego faceta.
– Wszystko w porządku – zapewniła Cassaundra szefową. –
Nie spalił się popcorn ani nie zacięła maszyna do jogurtu. Aha,
po południu wpadł tu twój przyjaciel.
– Mój przyjaciel?
– Tak twierdził. Nazywa się Chuck Granger.
– Chuck? – Carol zastanawiała się przez chwilę. – Taki
postawny, kręcone ciemne włosy?
– Tak... chyba tak – odrzekła Cassaundra. Musi przyjrzeć się
mu, gdy facet pojawi się tu powtórnie. Jeśli w ogóle się pojawi.
– Ho, ho, ho! Pytał o mnie? Po imieniu? Będę miała dzisiaj
przyjemne sny.
– Znasz go?
– Czy go znam? Tego przystojniaczka? Od pół roku czekam,
Ŝ
eby się ze mną umówił.
Cassaundra odetchnęła z ulgą. Więc to był przypadek.
Zaczyna chyba cierpieć na manię prześladowczą.
Chuck wcale nie miał wyrzutów sumienia, Ŝe wziął sobie
wolne popołudnie. NaleŜało mu się co najmniej pół dnia po
ostatnich intensywnych dwóch tygodniach.
Dobrze było powrócić do dŜinsów i swetra. Gdyby jeszcze
godzinę dłuŜej nosił krawat, na pewno by się udusił.
Wsiadł do samochodu i przebiegł w myślach miejsca, które
musi odwiedzić. Sklep ze sprzętem biurowym, pralnia, poczta.:.
Glenda Sanders
Strona nr 22
I fryzjer. Jeśli nie obetnie włosów, szefostwo będzie na niego
wściekłe za ten niestosowny dla dziennikarza wygląd. Całe
szczęście, Ŝe po drodze do domu zaszedł do banku.
Na końcu wstąpi do barku, by spłacić dług. Uśmiechnął się
na myśl o tym. Sandy. JakieŜ ona ma oczy! A jaka zadziorna!
Przez chwilę rzeczywiście gotów był uwierzyć, Ŝe nie da mu
tego hot doga. Nie miał pretensji – musiała uwaŜać go za lekko
stukniętego albo za włóczęgę.
Ostrzegawczo
zamigał
wskaźnik
poziomu
paliwa
przypominając mu, Ŝe gdzieś po drodze musi zajechać na stację
benzynową. Powinien być wdzięczny za to, Ŝe urzędnicy nie
pracują w weekendy. Jeśli wkrótce nie wyjaśnią się zarzuty co
do nowego stadionu, będzie musiał wynająć jedną z tych agencji
od brudnej roboty, by jego Ŝycie mogło się toczyć zgodnie z
jakimś rozsądnym rozkładem. Co przypomniało mu, Ŝe w
przyszłym tygodniu ma spotkanie kółka literackiego, a nie
napisał ani jednej linijki od ostatniego zebrania.
Uszy do góry, staruszku, pomyślał filozoficznie. Weekend
dopiero się zaczyna. Niczego nie planował, z wyjątkiem kilku
sesji przy domowym komputerze. Człowiek, który nie
znajdował czasu na tak przyziemne czynności, jak pójście do
banku czy do fryzjera, nie mógł oczekiwać szampańskiego Ŝycia
towarzyskiego w czasie wolnych dni. Kiedy ostatni raz miał
prawdziwą randkę? Zwykle koledzy z pracy organizowali jakąś
imprezę – ostatnio poŜegnanie Barbary Dougherty, która
opuszczała dział miejski i przechodziła na pełen etat
wychowawczyni swego dziecka. Do diabła, kiedy to było?
Ponad miesiąc temu! Nic dziwnego, Ŝe czuje się trochę
przygnębiony.
Wspomniał ponownie blondynkę z baru i pomyślał, Ŝe być
moŜe skończy się na jednej sesji z komputerem, jeśli powiedzie
się oddanie długu.
Nareszcie spokój! I to we właściwym momencie, pomyślała
Cassaundra, zerkając na stelaŜ z roŜkami, w którym tkwił
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 23
samotny wafel. JuŜ sądziła, Ŝe roŜki się skończą, zanim zrobi się
na tyle pusto, by mogła nastawić nowy wypiek. Zdobyła pewną
biegłość w produkcji roŜków, ale nadal było jej daleko do
perfekcji. Podeszła lękliwie do urządzenia i nacisnęła włącznik.
Wyjęła ciasto z lodówki i zaczęła je mieszać, podczas gdy
waflownica się nagrzewała. I wtedy do baru weszły dwie
kobiety, wlokąc za sobą dzieci. Śpieszyły się i wolały wziąć
roŜki cukrowe, niŜ czekać na wafle. Na szczęście, bo
Cassaundra nie potrzebowała widowni podczas swych zmagań z
waflownicą.
Brak umiejętności w jakiejś dziedzinie był dla Cassaundry
zupełnie nowym doświadczeniem. Wszystko, czego się do tej
pory uczyła, czy to gry na fortepianie, czy tańca, przekazywali
jej fachowi nauczyciele, którzy zapewniali, Ŝe kluczem do
doskonałości jest ćwiczenie. Zgodnie z wcześniejszym
harmonogramem pokonywała kolejne stadia wtajemniczenia:
początkująca, średnio zaawansowana, zaawansowana. I zawsze
ją chwalono, gdy osiągała następny poziom.
Carol po prostu pokazała jej, jak włączyć waflownicę i nalać
ciasto. Zwinęła kilka roŜków na drewnianej formie i stwierdziła:
– Nauczysz się. Pamiętaj tylko, Ŝeby dobrze podwinąć na
końcu. Z roŜka nic nie moŜe wyciekać. Ludziom nie
przeszkadza, gdy wygląda on śmiesznie, ale okropnie się
wściekają, jeśli coś zaczyna z niego kapać.
Cassaundra potrafiła zrobić zakładkę na spodzie roŜka, ale do
wypieku wafli nadal podchodziła z niejaką obawą. Patrzyła
uparcie na rozgrzany metal i nie potrafiła ocenić, czy jest juŜ
dostatecznie gorący. Jeszcze raz zamieszała ciasto. Potem
powiedziała głośno:
– Do odwaŜnych świat naleŜy. – W sekundę później wlała
odpowiednią, jak jej się zdawało, porcję ciasta. Zamykając
wieko waflownicy, oparzyła sobie mały palec. WłoŜyła go
szybko do ust, a potem pod zimną wodę. Nagle przypomniała
sobie, Ŝe wafle się pieką. Podbiegła do maszyny i otworzyła ją.
Udały się wspaniale.
Glenda Sanders
Strona nr 24
Ogarnęło ją przyjemne zadowolenie z dobrze wykonanej
pracy. Oparzony palec – to niewielka cena za dreszczyk
zwycięstwa, pomyślała, zdejmując wafle z gorącego rusztu.
Podekscytowana pierwszym sukcesem, nalała drugą porcję
ciasta. Pierwsze arcydzieło stygło, po osiągnięciu właściwej
temperatury moŜna je będzie nawinąć na formę. Drugi roŜek był
równie doskonały jak pierwszy: okrągły, złocistobrązowy.
Cassaundra upiekła trzeci i czwarty – same znakomitości.
Pół tuzina roŜków stało szeregiem na stojaku, jeden wafel
stygł, a kolejny był w piecyku. Wtedy odezwał się dzwonek u
drzwi, zapowiadający wejście klienta. Cassaundra baletowym
krokiem podeszła do lady.
– Czym mogę słuŜyć?
Dwoje nastolatków, w dŜinsach i podkoszulkach z nadrukiem
jakiegoś zespołu rockowego, zamówiło jogurt waniliowy, a do
tego taki zestaw dodatków, który mógł przyprawić o mdłości.
Cassaundra pokrywała desery polewą wiśniową i wręczała je
nastolatkom, gdy ponownie zadźwięczał dzwonek. Zobaczyła
męŜczyznę z dwiema dziewczynkami, a za nimi Chucka
Grangera.
Dziewczynki, obie ubrane w dŜinsowe kombinezony i
róŜowe bluzeczki, wyglądały prześlicznie. Koniecznie chciały
same złoŜyć zamówienie, nie pozwalając ojcu dojść do głosu.
– Chcę waniliowe z owocami – powiedziała starsza.
– Ja cekoladowe z ciaskiem – oświadczyła młodsza.
– Waniliowe lepsze – stwierdziła ze znawstwem starsza.
– A ja chce cekoladowe – pozostała przy swoim zdaniu jej
siostra.
– Lubię owoce i ciasteczka teŜ – starsza wahała się nad
wyborem dodatków.
– Ja tez lubie owoce – wyznała młodsza. – Chce ciaska i
owoce.
To podsunęło pomysł starszej.
– I ja teŜ.
Ich ojciec spojrzał na Cassaundrę.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 25
– Czy to się da zrobić?
– Pół na pół? Naturalnie. Jogurt waniliowy, czekoladowy czy
mieszany?
To wywołało dalszą Ŝywą dyskusję. Cassaundra zerkała od
czasu do czasu na Chucka i zauwaŜyła, Ŝe przygląda się jej z
wyrazem rozbawienia. Nie spostrzegła przedtem, Ŝe ma dołeczki
w policzkach. Nadawały mu lekko łobuzerski wygląd i
Cassaundra odruchowo uśmiechnęła się do niego.
– Chcemy miesany – oznajmiło młodsze dziecko.
– Proszę, oto mieszany – powiedziała Cassaundra. Właśnie
skończyła napełniać jeden roŜek i pompowała jogurt do
drugiego, gdy usłyszała wypowiedziane męskim, donośnym
głosem nieparlamentarne wyraŜenie, jakiego nie powinno się
uŜywać w obecności dzieci.
Odwróciła się, mając zamiar poprosić, by winowajca albo
zwracał uwagę na swe słownictwo, albo opuścił lokal. I wtedy
niemal wpadła na Chucka, który przeskakiwał przez ladę.
Równocześnie zobaczyła i poczuła dym unoszący się znad
waflownicy. Zamarła. A Chuck złapał momentalnie sznur
urządzenia i wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Potem sprawnie
pochwycił wilgotny ręcznik znad umywalki, otworzył paszczę
waflownicy, wrzucił ręcznik do środka i usunął się, by nie
dosięgła go gorąca para. Wpadł na Cassaundrę, niemal zwalając
ją z nóg. Połowa czekoladowego roŜka wylądowała na jego
koszuli.
– Przepraszam – powiedział, podtrzymując ją ramieniem, by
nie straciła równowagi.
Nie zdąŜyła odpowiedzieć, bo dziewczynki przytuliły się do
ojca i zaczęły krzyczeć:
– PoŜar! PoŜar!
– Nie, nie, wszystko w porządku – uspokajał je Chuck. – Nie
ma poŜaru, to tylko dym, widzicie? Zobaczcie, wcale się nie pali
– powtórzył Chuck.
– No, widzicie. Nie ma ognia – powiedział ojciec z ulgą. –
Teraz weźmy nasze desery.
Glenda Sanders
Strona nr 26
Cassaundrze trzęsły się ręce, gdy napełniała nowe roŜki. Nie
ma ognia. Ale to nie jest jej zasługa. Wielkie dzięki dla Chucka
Grangera za jego przytomną reakcję. Wybaczyła mu
wcześniejszą nieelegancką odzywkę.
– Proszę
bardzo
–
wręczyła
młodszej
dziewczynce
przygotowany deser.
Ojciec wyciągnął portmonetkę, by zapłacić, ale Cassaundra
powstrzymała go gestem.
– To na koszt firmy. Przykro mi, Ŝe dziewczynki się
przestraszyły.
MęŜczyzna podziękował, kazał podziękować córeczkom i
ruszył do wyjścia z widoczną ulgą. Cassaundra westchnęła ze
znuŜeniem.
– Czy masz inną ścierkę? – spytał Chuck. Cassaundra
patrzyła na niego nie rozumiejąc. – Ścierkę. Czy masz inną
ś
cierkę, którą mógłbym wytrzeć jogurt z koszuli? Jest zimny i
mam wraŜenie, Ŝe wszystko się lepi.
– Ach, oczywiście – odparła, jakby budząc się ze snu. Wzięła
z magazynu czysty ręcznik, wetknęła go pod kran, wyŜęła i
zaczęła czyścić przód koszuli Chucka.
– Czy po czekoladzie zostają plamy? – zapytała, przyglądając
się z niesmakiem brązowemu kleksowi na jasnoniebieskiej
koszuli.
– Chyba tak – odparł.
Była ładna, taka jak ją zapamiętał. Nawet jeszcze ładniejsza,
gdy tak stała obok, usiłując wywabić plamę z jego ubrania.
Wyglądała, jakby cały świat walił się wokół niej.
– Przykro mi z powodu koszuli – powiedziała. – Gdybyś nie
zadziałał tak błyskawicznie, powstałby prawdziwy poŜar.
– Więcej
dymu,
ale
prawdopodobnie
nie
poŜar.
ZauwaŜyłabyś dym i zrobiła to samo co ja.
Cassaundra miała co do tego wątpliwości. Zdawała sobie
doskonale sprawę, Ŝe w krytycznym momencie stała jak
sparaliŜowana. Nie spisała się.
– Niczego nie zauwaŜyłam. W porę spostrzegłeś dym i
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 27
wspaniale zareagowałeś. Dziękuję.
„Wspaniale”, powtórzył w myślach Chuck. Mów tak dalej,
Złotowłosa.
– Zwykły odruch – rzekł, wzruszając obojętnie ramionami.
– Przykro mi z powodu koszuli – powtórzyła Cassaundra,
nieświadoma, Ŝe rękę, w której trzyma ścierkę, oparła na torsie
męŜczyzny. – MoŜe mogłabym ci to jakoś wynagrodzić? Oddać
równowartość?
– Mogłabyś to wynagrodzić – odparł powoli, a na jego twarzy
pojawił się uśmiech poŜeracza damskich serc. Dotyk jej dłoni
był bardzo obiecujący.
– Musisz mi powiedzieć, ile kosztują koszule. Nie
kupowałam ich ostatnio.
Jej ojciec nosił koszule szyte przez krawca, który przychodził
do domu.
– Nie miałem na myśli pieniędzy – zaśmiał się miękko. – A
co sądzisz o kolacji?
– Chcesz jeszcze jednego hot doga?
– Nie, Złotowłosa. Nie chcę hot doga. Chcę ciebie. Chciałem
powiedzieć... chcę cię zaprosić na obiad.
No,
proszę,
freudowskie
przejęzyczenie,
pomyślał.
Cassaundra nie mogła uwierzyć własnym uszom. Chuck
najwyraźniej ją podrywał i chciał się z nią umówić. I miał
wspaniały tors, szeroki i muskularny. Gwałtownie cofnęła rękę.
Nic dziwnego, Ŝe Chuck zachowywał się aŜ tak poufale.
– No i jak? – zapytał.
Miał piwne oczy, okolone gęstymi, czarnymi rzęsami. Patrzył
na nią gorącym wzrokiem i Cassaundra czuła się, jakby kusił ją
sam diabeł.
To dziennikarz, przywołała się do porządku. I postanowiła
odmówić.
– Niestety, mam inne plany na wieczór.
– A moŜe jutro – nalegał. – Pracujesz cały dzień?
– Na jutro mam równieŜ plany.
– Mycie włosów? – Podejrzliwie zmarszczył brwi. – Czy
Glenda Sanders
Strona nr 28
karmienie złotych rybek?
– Naprawdę mam coś w planie – odparła. – Chcę porozglądać
się za uŜywanymi meblami.
– Mogę cię poobwozić – zaproponował z nadzieją w głosie. –
A potem wpadniemy gdzieś na skromną kolację.
Dzwonek-wybawca! – pomyślała z ulgą Cassaundra, gdy do
sklepu wszedł nowy klient.
– Chyba nie powinieneś stać za ladą – powiedziała dobitnie
do Chucka.
– Myślę, Ŝe w awaryjnych sytuacjach moŜna te reguły nagiąć.
– Awaryjna sytuacja to juŜ historia – odparła i przeszła obok
niego, by obsłuŜyć klienta.
Nawet się nie ruszył. Obserwował kobietę z zupełnie nowego
punktu widzenia i stwierdził, Ŝe widok jest bardzo przyjemny.
SłuŜbowy fartuszek trudno by nazwać arcydziełem sztuki
krawieckiej, ale szlachetne linie dŜersejowej sukienki nie
zdołały ukryć faktu, iŜ ciało dziewczyny miało wypukłości
wszędzie tam, gdzie trzeba. Nogi, których przedtem, z drugiej
strony lady, nie widział, były ładne, smukłe, o wyrobionych
łydkach, świadczących o tym, Ŝe ich właścicielka uprawia jakąś
dyscyplinę sportu. MoŜe biegi? Uświadomił sobie, Ŝe niczego o
niej nie wie. Jedynie to, Ŝe jest miła i zgrabna.
Ale przecieŜ dopóki chodziło o niezobowiązujący flirt, to
„miła i zgrabna” całkowicie wystarczało.
Klienci przychodzili i odchodzili, a potem barek opustoszał.
Cassaundra odwróciła się i popatrzyła gniewnie.
– Nadal tu jesteś?
Doskonale wiedziała, Ŝe jest. Robił na niej zbyt duŜe
wraŜenie, by choć przez chwilę mogła zapomnieć o jego
obecności.
– Jeszcze niczego nie ustaliliśmy.
– Mówiłam juŜ, Ŝe zapłacę za koszulę, tylko powiedz, ile.
– A ja mówiłem, Ŝe jutro będę ci słuŜyć za szofera, a potem
pójdziemy na kolację.
Słowo „szofer” podziałało Cassaundrze na nerwy, juŜ i tak
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 29
nadszarpnięte.
– Nie zaleŜy mi na tym, by mnie woŜono – powiedziała
tonem osoby kończącej rozmowę. – Dziękuję.
Jednak Chuck nie dał się tak łatwo zbyć.
– No, dobrze. Ze mną jak z dzieckiem. Ty prowadzisz, ja
pilotuję. I skoro juŜ wszystko ustaliliśmy, zobaczmy, czy da się
zeskrobać ten przypalony wafel.
– Nie musisz...
– Byłem kiedyś instruktorem gospodarstwa domowego.
Skończmy, co zaczęliśmy.
– Ale...
– Nie niszcz moich dobrych nawyków – powiedział,
przeciskając się obok niej ku waflownicy. – Kiedyś byłem
równieŜ skautem i kaŜdego dnia musieliśmy zrobić dobry
uczynek, bo inaczej tajemniczy ktoś zakradał się ciemną nocą i
odbierał nam odznaki sprawności.
Cassaundra pominęła milczeniem fakt, Ŝe Chuck ma juŜ na
swym koncie dobry uczynek – ugaszenie poŜaru, i pozwoliła, by
zeskrobał czarne paskudztwo przylepione do metalowego rusztu.
– Czy jest popsuta? – zapytała.
– Waflownica? Nie sądzę. Dokładnie wszystko wyskrobiemy,
potem polejemy odrobiną oleju i będzie jak nowa. Jeszcze
dziesięć minut i moŜemy włączyć ją na próbę.
Patrzył z uśmiechem na zatroskaną twarz młodej kobiety i nie
mógł powstrzymać się od ironicznej uwagi:
– Nie przejmuj się, Złotowłosa. Będę stał obok z wiadrem
wody, gdy będziesz włączała to urządzenie.
Glenda Sanders
Strona nr 30
ROZDZIAŁ 3
„Drogi Sloanie!
Jeśli nie liczyć tego, Ŝe omal nie wybuchł poŜar, w moim
barku mlecznym wszystko idzie doskonale. Kryzys został
zaŜegnany przez pewnego męŜczyznę, niegdysiejszego skauta,
który naciągnął mnie na hot doga. Dzisiaj będziemy objeŜdŜać
garaŜe w poszukiwaniu starych mebli: ja prowadzę, on pilotuje.
Moja gospodyni wpadła na pomysł, Ŝebym porozglądała się po
wyprzedaŜach. Czy wspominałam ci, Ŝe podarowała mi wodny
materac i komplet pościeli? Ostatniej nocy śniło mi się, Ŝe
jestem przykuta łańcuchami na egipskiej galerze. Na szczęście
Prawdziwy MęŜczyzna (jak nazywam w myślach mojego
hotdogowego bohatera) wleciał na chwilę do tego samego snu i
wyzwolił mnie, zanim padłam z wycieńczenia. Ale nie, to nie
nadaje się do mojego dziennika.
Uściski. Cassaundra”
Cassaundra bez wahania potrafiła wybrać odpowiedni strój na
premierę do opery, ale na objazd garaŜy? To tak odbiegało od jej
dotychczasowych doświadczeń, Ŝe ubierała się, rozbierała,
znowu ubierała, zanim postanowiła nałoŜyć szorty koloru khaki
i koszulę w stylu safari. MoŜe nie miała to być wielka wyprawa,
ale z punktu widzenia Cassaundry przedzieranie się przez stare
meble w poszukiwaniu czegoś przydatnego związane było z
takim samym ryzykiem, jak przyglądanie się z bliska rogowi
szarŜującego nosoroŜca.
Jak kaŜdy szanujący się skaut Chuck przybył punktualnie.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 31
Gdy zadźwięczał dzwonek u drzwi, Cassaundra przez krótką
chwilę była zdezorientowana. Bardzo rzadko zdarzało jej się
otwierać drzwi samej, nie korzystając z pośrednictwa słuŜby,
która na ogół w jej imieniu witała gości. A tym bardziej nigdy
nie otwierała drzwi męŜczyźnie, z którym szła na randkę. Czy w
ogóle kiedykolwiek miała randkę? Owszem, „towarzyszono jej”.
Pamięta wyraźnie głos ojca: „Załatwiłem z synem Johna
Sebastiana, Ŝe będzie ci towarzyszył”.
Właściwy syn właściwej osoby. Albo bratanek. Albo jakiś
kuzyn z baltimorskiej, bostońskiej czy filadelfijskiej linii
odpowiedniej rodziny. Odsunęła wspomnienia, wzięła się w
garść i otworzyła drzwi.
– Witaj! – pozdrowił ją z szerokim, wylewnym i szczerym
uśmiechem.
Cassaundra stwierdziła, Ŝe otwieranie drzwi męŜczyźnie, z
którym wychodzi się na randkę, jest całkiem proste: naleŜy się
po prostu uśmiechnąć, odpowiedzieć „cześć” i nie pokazywać,
Ŝ
e zwykły, prawdziwie męski uśmiech moŜe zbić z pantałyku.
Chuck wszedł do mieszkania i rozejrzał się z ciekawością po
pustym salonie.
– Przeprowadziłaś się dopiero?
Cassaundra kiwnęła głową.
– Rozumiesz teraz, dlaczego muszę poszukać mebli. –
Wzięła torebkę i zwiniętą gazetę z bufetu, który oddzielał
malutką kuchnię od aneksu jadalnianego. – Zaznaczyłam
ogłoszenia o sprzedaŜy uŜywanych mebli.
– MoŜe weźmiemy mój samochód? – zaproponował Chuck. –
Ja będę prowadzić, ty pilotować. Mam dokładny plan.
– O, nie – zaprotestowała Cassaundra. – Jedziemy po meble
dla mnie, więc ja płacę za benzynę. A poza tym muszę lepiej
poznać okolicę. Mógłbyś pokazać mi jakieś skróty.
Nie chodziło jej o skróty. RównieŜ to, Ŝe na przednim
siedzeniu miała obok siebie pasaŜera, nie dodawało odwagi –
dotychczas jedynym pasaŜerem, jakiego woziła, był jej szofer,
który uczył ją prowadzenia samochodu, i egzaminator, gdy
Glenda Sanders
Strona nr 32
zdawała na prawo jazdy. Ale wolała prowadzić, niŜ przyznać
się, Ŝe nie potrafi pilotować, korzystając z planu miasta.
Sądziła, Ŝe zna się na mapie. Wiedziała, oczywiście, Ŝe
północ jest zawsze na górze, a linia wschód-zachód prowadzi z
prawa na lewo. Gdy jechała samochodem z Nowego Jorku,
szybko przekonała się na własnej skórze, Ŝe jednak czym innym
jest umiejętność odszukania miasta na mapie, a zupełnie czym
innym znalezienie właściwej drogi. Teraz wolała uniknąć
sytuacji, gdy na skutek jej pilotaŜu pojechaliby na pchli targ w
Orlando przez Waycross w Georgii.
Chuck wsiadł do jej forda tempo na miejsce pasaŜera i kolana
znalazły mu się prawie pod brodą. Zapiął pas i wziął do ręki
gazetę z ogłoszeniami.
– W rejonie Lake Conway kilka osób sprzedaje starocie.
Cassaundra, włączając stacyjkę, popatrzyła na niego takim
wzrokiem, jakby nie rozumiała.
– Jesteś tu chyba od niedawna – powiedział uprzejmie. –
WyjeŜdŜając z parkingu, skręć na prawo. Skąd przyjechałaś?
– Z Nowego Jorku – odpowiedziała. Niczym nie ryzykowała.
Nowy Jork był duŜym miastem.
– Z tego molocha?! A więc o jeden raz za duŜo obrabowano
cię w metrze, czy teŜ moŜe dokuczyły ci te północne zimy? –
Podniósł na nią wzrok znad mapy. – A moŜe masz tu rodzinę?
– Nie mam Ŝadnej rodziny – odparła, starając się, by nie
zabrzmiało to smutno. Nie pozostał jej nikt bliski. Jedynie słaba
pociecha, Ŝe pochodzi z dobrej rodziny. Bogatej z dziada
pradziada. – Po prostu stwierdziłam, Ŝe potrzeba mi w Ŝyciu
trochę słońca.
– Ale dlaczego wybrałaś Orlando?
Był za bardzo dociekliwy i Cassaundra zaczęła się
denerwować.
– A czemu nie? Mogę wpadać do Disneylandu.
Chuck
popatrzył
na
mapę,
a
potem
powiedział
bezceremonialnie:
– Chyba mi nie powiesz, Ŝe nigdy nie byłaś w Disneylandzie?
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 33
– W dzieciństwie – odrzekła i z ulgą porzuciła ten temat, gdy
Chuck powiedział jej, Ŝe musi skręcić w prawo przy
najbliŜszych światłach, a potem uwaŜać na jakąś ulicę.
Na pierwszym postoju udało im się kupić lampę stołową,
która wymagała oczyszczenia, wypolerowania i nowego
abaŜuru. Chuck fachowym okiem sprawdził sznur i wtyczkę,
stwierdził, Ŝe są dobre, i pomógł Cassaundrze utargować pięć
dolarów. To był jedyny szczęśliwy zakup, jakiego zdołali
dokonać.
– Słuchaj – powiedział Chuck do Cassaundry, gdy
zrezygnowani wrócili do samochodu – jeśli masz zamiar
naprawdę coś kupić, lepiej, Ŝebyś wybrała się w piątek.
– W następnym tygodniu? – spytała smętnie.
– Moja koleŜanka z redakcji ma prawdziwego bzika na
punkcie zakupów – powiedział Chuck. – Zadzwonię do niej i
zapytam, czy nie wie o jakimś miejscu, gdzie moŜna by
niedrogo kupić uŜywane meble. Sprawdzenie nic nas nie
kosztuje – dodał, gdy Cassaundra się wahała.
Chuck najwyraźniej nigdy się nie poddawał.
Szukali budki telefonicznej i zabrnęli w krętą drogę,
przebiegającą brzegiem jeziora.
– Piękne jezioro – zauwaŜyła Cassaundra.
– Aha! – potwierdził Chuck. – Jeśli wygram na loterii, kupię
sobie teren nad jeziorem.
– Takim jak to?
– Tak ładnym jak to, ale bardziej oddalonym od miasta. Będę
miał kawałek brzegu, przystań na tyłach domu, drewnianą łódź
rybacką i łódź wiosłową, na której będę mógł się wyciągnąć i
nic nie robić.
– Liczysz na wygraną, Ŝeby sobie to wszystko kupić?
– Raz w tygodniu kupuję los i mam jedną na trzynaście
milionów szansę, Ŝe wygram. Pomarzyć zawsze moŜna,
prawda?
– Owszem – przyznała Cassaundra w zadumie, nieco mocniej
ś
ciskając kierownicę. – Myślę, Ŝe to wspaniałe mieć marzenia.
Glenda Sanders
Strona nr 34
– A ty o czym marzysz, Złotowłosa?
Co by powiedział, gdyby mu oświadczyła, Ŝe spełnieniem jej
marzeń jest jazda krętą drogą z męŜczyzną, który mówi do niej:
„Złotowłosa”? Na chwilę oderwała wzrok od szosy i łobuzersko
się do niego uśmiechnęła.
– O znalezieniu jakichś mebli jeszcze w tym tygodniu.
– To zbyt przyziemne jak na marzenie – odparł. – Kupisz te
meble wcześniej czy później.
– A czy ty nie zdobędziesz tego domu z dojściem do jeziora,
molem i łodziami?
– Nie, chyba Ŝe wygram na loterii lub się bogato oŜenię –
odrzekł ze śmiechem.
Cassaundra rzuciła mu przelotne spojrzenie. CzyŜby
wiedział, kim ona jest? I podrywał ją, mając nadzieję na
dobranie się do fortuny Snowów? Nie dostrzegła jednak na jego
twarzy nawet cienia przebiegłości ani wyrachowania. Po prostu
jestem przewraŜliwiona, pomyślała.
– UwaŜaj! – krzyknął Chuck, chwytając za kierownicę i
skręcając ostro w prawo.
Ledwo zdąŜyli uniknąć czołowego zderzenia z cięŜarówką
pokonującą zakręt, który Cassaundra właśnie beztrosko ścinała.
Zdenerwowany kierowca cięŜarówki przez dłuŜszą chwilę
przyciskał klakson.
– Nie mówiłaś mi, Ŝe byłaś kierowcą taksówki w Nowym
Jorku – ironizował Chuck.
Cassaundra dygotała. Odetchnęła. Potem dała znak
Chuckowi, by puścił kierownicę, którą jej palce uchwyciły z siłą
imadła.
– Ja... – coś ściskało ją w gardle. Przesunęła językiem po
suchych wargach. – Wcale nie jeździłam po Nowym Jorku. Nie
mam jeszcze praktyki w prowadzeniu samochodu.
Chuck korzystał z okazji, Ŝe Cassaundra zajęta jest
kierowaniem, i mógł ją do woli podziwiać. Siedziała sztywno, z
uwagą wpatrując się w szosę. Ręce oparła na kierownicy w
sposób, jaki wskazany jest w podręczniku dla kandydatów na
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 35
prawo jazdy. Oczy jej niemal zezowały, brwi ściągnęły się w
wyrazie skupienia. Lekko zadarty nos, pięknie wyprofilowane
usta, wijące się na policzku kosmyki włosów sprawiały, Ŝe twarz
była niezwykle kobieca. Chuck uśmiechnął się leciutko i
popatrzył na jej nogi, na łydki zwęŜające się w kostce, wokół
której zawiązany był pasek sandałków. Wyciągnął rękę i
pocieszająco uścisnął jej ramię.
– Rozchmurz się. KaŜdemu moŜe się zdarzyć, Ŝe nie zauwaŜy
zakrętu na takiej drodze jak ta. Na stacji benzynowej przy
następnym skrzyŜowaniu jest telefon.
Gdy dotarli na miejsce, wysiadł, wszedł do sklepiku, by
rozmienić pieniądze, i wrócił z zimnym napojem w papierowym
kubeczku. Podał go Cassaundrze przez szybę.
– ZasłuŜyłaś na coś do picia po tym spotkaniu na Zakręcie
Ś
mierci.
Cassaundra patrzyła, jak Chuck podchodzi do aparatu,
podnosi słuchawkę, wrzuca monetę, wybiera numer wszystkie
ruchy pewne, celowe, dokładne. Oparł się o ściankę i
skrzyŜował nogi. Twarz mu pojaśniała, gdy ktoś odebrał telefon.
Mówił z oŜywieniem, uśmiechając się swobodnie. Cassaundra
zaczęła się zastanawiać, jak teŜ moŜe wyglądać kobieta, z którą
Chuck rozmawia. Od jak dawna się znają? Co ich łączy? Czy
tamta osoba teŜ, tak jak ona, czuje w środku ciepło, gdy Chuck
się do niej uśmiecha?
SpręŜystym krokiem wrócił do samochodu.
– Wiedziałem, Ŝe na Ellen moŜna liczyć. W Casselberry jest
jedno miejsce, zwane Meblową Stodołą. Ellen twierdzi, Ŝe jeśli
tam niczego nie znajdziemy, to znaczy, Ŝe nie umiemy robić
zakupów.
Dla Cassaundry buszowanie w Meblowej Stodole było
fascynującą przygodą. Zgromadzone tam najprzeróŜniejsze
meble zgrupowano nie według stylu, koloru czy wymiarów, ale
według ceny. Suma pieniędzy, jaką Cassaundra przeznaczyła na
swą kanapę, zaprowadziła ją od razu w środkowe rzędy, gdzie
niektóre sztuki oznaczono: „Nowe – uszkodzone w transporcie”,
Glenda Sanders
Strona nr 36
„Nowe – wady montaŜu” lub „Nowe – oferta specjalna”.
Cassaundra chodziła od jednej kanapy do drugiej, przyglądała
się tapicerce, dotykała obicia, próbowała, czy mebel jest
spręŜysty i stabilny.
Chuck spacerował wraz z nią i bez słowa przyglądał się tym
zabiegom. Fascynowała go twarz Cassaundry – wszystkie
miejsca płaskie, wypukłe i wklęsłe, kształt brwi i linia rzęs,
subtelny błękit oczu, czoło marszczące się w zamyśleniu, włosy
spadające delikatnymi kosmykami na policzki. Chuck nie
pamiętał juŜ, kiedy ostatnio czuł taką niewolniczą fascynację i
zaciekawienie kobietą.
Kto mógłby przypuszczać? Jego Ŝyciowe nastawienie
zmieniło się z obojętności na pełne nadziei wyczekiwanie tylko
dlatego, Ŝe pewnego razu zaszedł do barku na hot doga.
Atrakcyjna kobieta – to jest to, co budzi męŜczyznę i
przypomina mu, Ŝe poza pracą teŜ istnieje jakieś Ŝycie.
Cassaundra sprawdzała właśnie beŜową, przepaścistą kanapę.
Obserwował, jak usiadła na brzeŜku z nogami złączonymi w
kolanach
i
skrzyŜowanymi
w
kostkach.
Plecy miała
nienaturalnie wyprostowane.
– Nie moŜesz w ten sposób siedzieć na takiej sofie.
Poderwała się. Oczy miała rozszerzone i powaŜne.
– Nie moŜna wypróbować mebla zanim się go kupi?
Chuck zaniemówił na chwilę. Patrzył głęboko w jej
niebieskie oczy, by przekonać się, czy mówi serio. Roześmiał
się bezwiednie.
– Chodziło mi o to, Ŝe na takiej sofie nie moŜna siedzieć
sztywno i układnie. To jest mebel, na który się klapie.
– Klapie? – powtórzyła miękko. Tak spodobał się jej ten
pomysł, Ŝe nawet nie była świadoma, Ŝe to powiedziała.
– Klapie – potwierdził Chuck.
Po czym, zniecierpliwiony, klapnął na kanapę, rozstawiając
szeroko nogi i ramiona, pozwalając, by jego ciało utonęło w
miękkich poduszkach.
– Oto podstawowa pozycja: „Klapnij i odpoczywaj”. Spróbuj
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 37
sama.
– Ja...
– No, dalej. Tę sofę zrobiono w tym celu.
– Ale ja... a zresztą, czemu nie?
Padła obok Chucka na kanapę tak bez wdzięku, Ŝe gdyby to
zobaczył jej instruktor dobrych manier, byłby zszokowany.
PrzeraŜona poczuła na swym karku rękę Chucka. Początkowo
zesztywniała, ale potem odpręŜyła się pod wpływem delikatnego
masaŜu.
– O to chodzi – powiedział. – No, opuść ramiona. Po to są te
poduszki z tyłu.
– Prawie leŜę – stwierdziła, i było jej przyjemnie.
– Ta kanapa jest po to, Ŝeby się na niej wyciągnąć. UłoŜyć.
Oglądać stare filmy w telewizji.
Chuck dotknął palcem wskazującym jej nosa, a spojrzeniem
błądził po jej twarzy. Nie była w stanie odwrócić wzroku, co
więcej – nie miała na to ochoty. Czuła się wreszcie jak kobieta,
a nie bezcenna waza z dynastii Ming stojąca na postumencie w
pałacowym holu.
– Nie mam telewizora – rzekła.
Chuck uchwycił pasemko jej włosów między palec
wskazujący a kciuk, potem puścił je i patrzył, jak odskakuje od
policzka. Oboje zaskoczyła intymność tego gestu.
– MoŜesz zatem robić coś innego – zasugerował. Cassaundra
przełknęła nerwowo ślinę. Miała wraŜenie, Ŝe w gardle utkwiło
jej serce, które wyskoczyło ze swego normalnego miejsca.
– Na... na przykład czytać? – zapytała.
– Gdy jesteś sama, moŜesz czytać – zamruczał zmysłowo. –
Ale tu jest miejsce dla dwojga. Na tej kanapie mogłabyś
przytulić się do kogoś sympatycznego i porozmawiać.
WyobraŜała to sobie – tonie w miękkościach sofy otoczona
czułymi ramionami męŜczyzny. Gdy chodziła z Geoffem,
bardzo lubiła to wszystko, co związane było z ich wzajemnymi
fizycznymi kontaktami. W okresie gdy silnie przeŜywała
zerwanie tego opartego na kłamstwie związku, uświadomiła
Glenda Sanders
Strona nr 38
sobie, Ŝe tę nie zaspokojoną potrzebę czułości łatwo jest przeciw
niej wykorzystać.
Oczy jej błysnęły, gdy spotkała wzrok Chucka.
– A o czymŜe byśmy rozmawiali: ten sympatyczny „ktoś” i
ja? – zapytała wyzywająco.
– O marzeniach. I o tajemnicach.
– O tajemnicach? – uśmiechnęła się szelmowsko.
– O waŜnych tajemnicach, które głęboko skrywasz i które
gotowa będziesz wyjawić dopiero na tej miękkiej, przepaścistej
kanapie, przytulona do kogoś, kto ci się podoba.
Cassaundra potrząsnęła smutno głową.
– Miałam zamiar kupić tę kanapę, ale nie jestem pewna, czy
chcę odkrywać swe tajemnice.
Chuck podparł palcem jej podbródek, przysunął ku swej
twarzy i przelotnie pocałował ją w usta, a potem popatrzył na nią
srogo.
– Więc będziesz po prostu musiała bardzo uwaŜać na to, do
kogo się przytulasz, Złotowłosa.
Cassaundra oderwała plecy od oparcia sofy, wyprostowała się
i zwróciła twarz ku Chuckowi.
– Naprawdę ci się podoba?
– Jest bardzo wygodna – powiedział.
– Ma praktyczne, neutralne obicie – przyznała. – I jest taka
komfortowa. – W jej rodzinnym domu królowały meble o
surowych, harmonijnych liniach. – Zawsze chciałam mieć coś
takiego.
Pomiędzy krętymi przejściami przecisnął się do nich
sprzedawca w dŜinsach i kraciastej koszuli. Pozdrowił ich
uprzejmym uśmiechem.
– Szukają państwo sofy?
– Ta pani szuka – wyjaśnił Chuck.
– To bardzo korzystna cena za taki mebel – zachęcał
sprzedawca. – Nigdzie w mieście nie ma równie znakomitej
oferty.
Dostaliśmy
specjalny
rabat
od
producenta.
Prawdopodobnie mieli zapasy w magazynie.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 39
– Biorę ją – stwierdziła Cassaundra.
– Jesteś pewna? – spytał Chuck.
ZauwaŜył jej zmienne nastroje: raz była rozwaŜna, a za
chwilę impulsywna.
– Nie zapominaj o moim marzeniu – powiedziała, ale
spostrzegła, Ŝe nie zrozumiał. – Planowałam kupić kanapę przed
piątkiem – przypomniała mu. – Czy zdąŜycie dostarczyć mi ją
do najbliŜszego piątku? – spytała sprzedawcy.
– Będę musiał to sprawdzić. Mamy tylko dwie cięŜarówki.
– Proszę, niech pan sprawdzi – rzekła Cassaundra.
Sprzedawca zawahał się.
– Pobieramy niewielką opłatę za dostawę do domu.
– Ile? – spytał Chuck.
– Dwadzieścia dwa dolary – powiedział sprzedawca i szybko
dodał: – za dostawę, a nie za sztukę. NiezaleŜnie od tego, ile
mebli pani kupi. Co jeszcze panią interesuje?
– Potrzebny mi jest stół i krzesła. Do jadalni.
– Komplety stołowe są tam dalej, w rogu. Niech je pani
obejrzy, a ja tymczasem sprawdzę, czy moglibyśmy przyjąć
zlecenie na dostawę.
Cassaundra, obejrzawszy wystawione komplety stołowe,
potrząsnęła głową.
– Widziałeś moją jadalnię – zwróciła się do Chucka. –
Potrzebuję czegoś mniejszego i bardziej na luzie.
Zmęczyły ją sztywne obiady serwowane na wystylizowanych,
dwunastoosobowych stołach z pracowni słynnych projektantów.
Teraz chciała kupić coś wygodnego, przytulnego, co
odpowiadałoby
jej
charakterowi.
Miała
dość
rzeczy
nieskazitelnych,
wyszukanych,
pełnych
bezosobowego
wyrafinowania i dobrego smaku, który narzucano jej od samego
dzieciństwa. Teraz miała ochotę na coś frywolnego, zabawnego i
była coraz bardziej zdecydowana, by zrealizować swój zamiar.
– Same resztki – skomentował Chuck.
– Taaa – odparła, błądząc myślami gdzie indziej.
W pewnym momencie stanęła jak wryta przed zepchniętym
Glenda Sanders
Strona nr 40
pod ścianę kompletem ogrodowych mebli z kutego Ŝelaza. Były
całkowicie zardzewiałe.
– Czy sądzisz... czy znasz się na metalach? Czy to będzie
moŜna pomalować?
Popatrz na mnie tak, jak patrzysz na ten stół, a pomaluję ci go
pędzlem z mych własnych rzęs, pomyślał Chuck.
– Rdza jest chyba tylko na powierzchni. Jeśli metal nie
przerdzewiał do głębi, moŜesz go oczyścić, zagwarantować i
pomalować. Kilka pojemników farby w sprayu i będzie jak
nowy.
– Farba w sprayu – zadumała się, a potem jej twarz rozjaśnił
uśmiech. – Farba w sprayu! – powtórzyła. – PokaŜesz mi, jak to
się robi? – spytała powaŜnie.
– Jak uŜywać farby w sprayu?
Potaknęła głową.
– Nigdy nie malowałaś farbą w sprayu?
– Nie. Ale to chyba nie jest takie trudne, skoro chuligani
maŜą tym po ścianach w metrze. MoŜe na opakowaniu jest
instrukcja?
– PokaŜę ci.
Pomalowałby cały stół i całe jej mieszkanie, jeśli dałoby to
okazję do spędzenia z nią kilku chwil.
Cassaundra znowu patrzyła na stół.
– Muszę jeszcze zdobyć jakiś blat. MoŜe szklany...
Ile kosztuje farba? A szkło? ChociaŜ w kaŜdej chwili mogła
pobrać pieniądze ze swojego rachunku, postanowiła nie
przekraczać tego budŜetu, który ustalili razem ze Sloanem.
– Czy blat ze szkła byłby bardzo drogi? – spytała. Znowu
popatrzyła na Chucka oczami zagubionej dziewczynki. Miał
ochotę ją przytulić.
– Przednia szyba do samochodu kosztuje około stu dolarów –
odparł. – Płaskie koło ze szkła nie powinno być duŜo droŜsze.
Prawdopodobnie moŜna zamówić gotowe, jeśli wymiary są
standardowe. – Wyciągnął ręce, dłońmi ujął Cassaundrę za
ramiona i delikatnie ją uścisnął. – Zobaczmy teraz, jak głęboka
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 41
jest ta rdza.
Cassaundra czekała z napięciem, niemal jak matka mającego
się narodzić dziecka. Chuck uklęknął, wyjął z kieszeni scyzoryk
i w kilku miejscach zaczął zdrapywać wierzchnią warstwę.
Wreszcie zamknął nóŜ i powstał z klęczek.
– No i co? – spytała niespokojnie.
– Zdrowy jak wieŜa Eiffla – odpowiedział.
– Powiem sprzedawcy, Ŝe kupię teŜ ten stół.
Po kilku minutach podszedł sprzedawca z ponurą miną.
– Jedna z naszych cięŜarówek jest popsuta, a mamy
zaległości w dostawach. MoŜemy dostarczyć pani tę kanapę
dopiero za dziesięć dni.
– I koniec z moimi marzeniami – stwierdziła Cassaundra z
rezygnacją.
– Zbyt łatwo się poddajesz – rzekł Chuck.
Popatrzyła na niego, wzruszając bezradnie ramionami.
– Nie moŜna marzeniami przenieść mebli przez pół miasta.
– MoŜna, jeśli zna się kogoś, kto ma szwagra posiadającego
cięŜarówkę.
– Ty?
– Tak, mój szwagier ma cięŜarówkę. Zadzwonię do niego.
– Nie mogę go w ten sposób wykorzystywać – zaprotestowała
Cassaundra.
– Ale ja mogę. Pomogłem mu kiedyś zrobić generalny remont
silnika. Poza tym bez oporów zawezwał mnie, gdy wpadli z
siostrą na pomysł, by wyburzyć w swoim domu jedną ścianę.
– Ale...
– Od czego jest rodzina? – przerwał jej Chuck. – Zadzwonię
do niego. Jestem pewien, Ŝe nam pomoŜe, o ile jego gruchot jest
na chodzie.
Od czego jest rodzina? – powtórzyła w myślach Cassaundra.
Po raz drugi w ciągu tygodnia ktoś prosił członka swej rodziny,
by wyświadczył jej przysługę. Usiłowała wyobrazić sobie, jak to
jest, gdy naleŜy się do rodziny, w której wszyscy akceptują się
wzajemnie, wspierają, pomagają, tak Ŝe nie wiadomo juŜ, kto
Glenda Sanders
Strona nr 42
komu ma się zrewanŜować.
Chuck wrócił od telefonu, podszedł do Cassaundry i objął ją.
– Szwagier będzie tu za półtorej godziny. Zapłać teraz za
meble i pójdziemy coś zjeść, zanim przyjedzie.
– Rządzisz się jak szara gęś.
– Czy tak mówi się do męŜczyzny, który realizuje twoje
marzenia? – odciął się.
Nie wiedział, jak bardzo prawdziwe są dla niej te Ŝartem
wypowiedziane słowa. Nie powinien domyślić się, Ŝe jej Ŝycie
jest jakby odwróceniem Ŝycia większości ludzi, Ŝe porzuciła to,
co dla innych leŜy w sferze marzeń. Nie wiedział, Ŝe klapnięcie
na sofę w Meblowej Stodole z Prawdziwym MęŜczyzną jest dla
niej wyrazem wolności. A wolność stanowiła samą istotę
marzeń Cassaundry Snow.
Gdy wsiedli do samochodu, Chuck miał juŜ gotowe dalsze
instrukcje. Cassaundra zapytała, dokąd ma jechać, a on
odpowiedział tajemniczo:
– Przed siebie, tą drogą wybitą Ŝółtą kostką.
Pojechali wzdłuŜ Ŝółtej szosy. Zaprowadziła ich do domku,
przypominającego z zewnątrz budowlę z piernika. Wnętrze było
jeszcze bardziej bajkowe niŜ fasada. W jadalni oświetlonej
kryształowymi kinkietami, w których Ŝarówki przypominały
starodawne bombki choinkowe, stały wszelakie starocie. Z
sufitu zwieszały się jarmarczne konie, na ścianach, oprawne w
ramki, wisiały kadry z czarnobiałych filmów. W naroŜnym
wykuszu dwie mechaniczne kukły-małpy w smokingach grały na
harfach.
Nawet stoły naleŜały do bajkowego świata. Były to przykryte
szkłem pudła napełnione starymi plakatami, komiksami,
rulonami zapisanego papieru nutowego, pudełkami po
papierosach i cukierkach, Ŝetonami z kasyna, kostkami do gry i
bierkami, kulkami i innymi drobnymi zabawkami. Na górze, pod
sufitem, maleńki pociąg krąŜył po wąskiej platformie.
Cassaundra z Chuckiem złoŜyli zamówienie i, czekając na
posiłek, przyglądali się rozmaitym drobiazgom pod szklanym
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 43
blatem stołu.
– Ten facet musiał być jednym z mniej znanych zawodników
– zauwaŜył Chuck. – Nie rozpoznaję go.
– Zawodnik? – Cassaundra pochyliła się w kierunku Chucka,
by dokładniej obejrzeć czarno-białe zdjęcie. – Czy to karta
baseballowa?
– Prawdziwa staroć – stwierdził Chuck. – Chciałbym ją
wydostać i zobaczyć, kim był ten facet, kiedy i w jakiej druŜynie
grał. Nie mogę nawet rozpoznać koszulek.
– Lubisz baseball? – spytała i uśmiechnęła się, bo to przecieŜ
była taka oczywistość.
– Zawsze uwielbiałem baseball – przyznał Chuck. – Grałem
cały czas od szkoły podstawowej do college’u. Nie byłem na tyle
dobry, by przejść do ligi zawodowej, ale nadal się tym
interesuję. Między innymi dlatego osiedliłem się na Florydzie.
– śebyś mógł grać przez cały rok?
– Nie. JuŜ nie gram – przynajmniej oficjalnie. Czasami na
jakimś dzikim boisku. Ale tak wiele druŜyn przyjeŜdŜa tu
wiosną na zgrupowania, Ŝe mam okazję przyjrzeć się grze
róŜnych zespołów przed sezonem.
– Nie jesteś z Florydy? Skąd pochodzisz?
– Po trochu zewsząd – odparł ze śmiechem. – Urodziłem się
w Fort Knox, a mieszkałem wszędzie tam, gdzie stacjonował
ojciec.
– Twój ojciec jest wojskowym?
– W wojskach lądowych. Ptasi pułkownik.
– Ptasi pułkownik?
– To znaczy pełny pułkownik w przeciwieństwie do
podpułkownika. Następnym stopniem jest generał. Nazywa się
„ptasi”, poniewaŜ wszystkie dystynkcje na czapce wyglądają jak
ś
lady ptasich łapek.
– Musisz być z niego bardzo dumny?
Chuck zawahał się.
– Jest zadowolony z tego, co robi, więc i ja jestem
zadowolony.
Glenda Sanders
Strona nr 44
– Mówisz, jakbyś... – Uświadomiła sobie, Ŝe kaŜde zadane
przez nią pytanie moŜe być poczytane za wścibstwo.
Dotknęła jednak czułego miejsca i Chuck zapragnął udzielić
wyjaśnień.
– Naturalnie, jestem z niego dumny. Ale nie było to łatwe,
gdy częściowo odbierała mi go ojczyzna. Gdyby miał inny
zawód, przebywałby więcej w domu.
Cassaundra pomyślała o swoim ojcu, pochłoniętym przez
muzykę, ciągle w rozjazdach na koncertach albo na próbach.
Jako znakomitość musiał obracać się w towarzystwie, a ją
trzymał daleko w swej posiadłości jak w złotej klatce.
Cassaundra połoŜyła dłoń na ręce Chucka i uścisnęła ją
pocieszająco.
– Mój ojciec teŜ był bardzo zaprzątnięty swą karierą.
– Czym się zajmuje?
– On... umarł w zeszłym roku – odparła, nienaturalną
bezbarwnością głosu pokrywając silne wzruszenie.
Chuck juŜ miał przepraszać za to, Ŝe poruszył bolesny temat,
ale nadszedł kelner, niosąc zamówioną zupę. Gdy skończyli
jeść, kelner powrócił z tacą, na której piętrzyły się obficie
rozmaite słodkości własnego wyrobu. Objaśniał po kolei, co jest
co, podawał nazwy i czekał na zamówienie.
– JuŜ od samych nazw się tyje – zauwaŜyła Cassaundra.
– Masz rację – powiedział Chuck, ale dopiero wielokrotne
odmowy przekonały kelnera, Ŝe nie chcą Ŝadnego deseru.
– Ja osobiście najbardziej lubię zwykły, tradycyjny placek –
stwierdził Chuck.
– Z jabłkami? – spytała Cassaundra.
– Mój ulubiony. Skąd wiedziałaś?
– Miewam przebłyski jasnowidzenia – odparła z uśmiechem.
Opuścili restaurację i poszli do samochodu. Cassaundra
zatrzymała się, szukając kluczyków w torebce. Odwróciła się na
chwilę i zobaczyła, Ŝe Chuck ją obserwuje.
– To urocze miejsce – powiedziała. – Dziękuję, Ŝe mnie tu
przyprowadziłeś.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 45
Manewrowała kluczykiem w drzwiczkach. Chuck podszedł
do niej blisko i powstrzymał ją gestem. Przesunął palcami po jej
szyi i uniósł podbródek.
– Cała przyjemność po mojej stronie – powiedział.
A potem delikatnie musnął wargami jej usta. Cassaundrę
przeszedł dreszcz. Całować się w świetle dnia na publicznym
parkingu?! To nieprzyzwoite. A jednocześnie podniecające.
Spojrzała Chuckowi w twarz, przystojną twarz. Szerokie kości
policzkowe, kwadratowa szczęka, piwne oczy z tak długimi
rzęsami, Ŝe klientki Elizabeth Arden padłyby z zazdrości,
zmarszczki od uśmiechu. Dotknęła jego policzka, przejechała
palcem po świeŜym zaroście.
Chuck, Prawdziwy MęŜczyzna. Zapach jego wody toaletowej
przywoływał wspomnienie kojącej woni dymu z kominka w
mroźne, zimowe wieczory. Chuck. Jego uśmiech rozgrzewał ją
niczym ogień na palenisku. Chuck, męŜczyzna uwielbiający
baseball i placek z jabłkami. Chuck, który zabrał ją do
Bajkowego Domku.
Chuck Granger, Prawdziwy Amerykański MęŜczyzna, w
którym była coraz bardziej zakochana.
Glenda Sanders
Strona nr 46
ROZDZIAŁ 4
Szwagier Chucka, Larry Lippincott, przyjechał do Meblowej
Stodoły kilka minut po ich powrocie z restauracji. Był starszy od
Chucka, niŜszy i grubszy. Miał na sobie wypłowiałe dŜinsy i
szary podkoszulek, noszący ślady jakiejś farby.
– Przepraszam za mój strój – powiedział, podając
Cassaundrze rękę. – Właśnie skrobałem rdzę i robiłem zaprawki.
Mam zamiar pomalować wreszcie tę kupę złomu.
NajwyŜszy czas, pomyślała Cassaundra. Kupa złomu to
trafne określenie dla tej cięŜarówki. Stary grat miał na całej
powierzchni plamy dziwnej barwy. Brązowe ciapki, takiego
samego koloru jak smugi na koszulce Larry’ego`, zostały
najwyraźniej
połoŜone
ostatnio
–
prawdopodobnie
zabezpieczenie antykorozyjne.
– Jesteś gotów przewieźć kilka mebelków? – spytał Chuck.
– Tak jest – odparł Larry. – Ale ona musi siedzieć z Aaronem
w cięŜarówce, kiedy będziemy ładowali.
– Z Aaronem? – Chuck podszedł do samochodu. – Nie
powiedziałeś mi, Ŝe zabrałeś go ze sobą. – Otworzył drzwiczki
kabiny i wyciągnął ręce. – Cześć, stary, daj grabę!
Cassaundra przysunęła się bliŜej, by zobaczyć, z kim Chuck
rozmawia. W samochodzie, przypięte pasami bezpieczeństwa,
siedziało małe dziecko. Uderzało rączką w otwartą dłoń Chucka
i słysząc powstający przy tym dźwięk, śmiało się. Chuck
równieŜ się śmiał.
– Przedstawiam ci mojego siostrzeńca, Aarona. Aaron, to jest
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 47
Sandy. Potrafisz powtórzyć? Sannndii.
– Andi! – zawołało dziecko.
– Sandy – poprawił Chuck. – S–S–S–Sandy, jak sukienka.
– Andi – powtórzył Aaron, chwytając głęboko powietrze.
– Mamy tu przykład niemego „s” – stwierdziła Cassaundra,
uśmiechając się krzywo.
Podszedł Larry.
– Marcia zabrała dziewczynki na zakupy, a on pomagał mi w
pracy.
– Jestem tego pewien – rzekł Chuck tonem pełnym
sceptycyzmu.
– Pomagałeś tatusiowi przy cięŜarówce, prawda, Aaron?
– Magalem lufce – odparło dziecko.
– Zuch. – Larry cmoknął synka z czułością. – Marcia
wygarbuje mi skórę, gdy zobaczy nasze ubrania.
Po chwili Cassaundra znalazła się obok Aarona na przednim
siedzeniu cięŜarówki. Nie wiedziała, o czym rozmawiać z tym
dzieckiem, a nawet z jakimkolwiek dzieckiem. O dzieciach
miała takie samo pojęcie jak o antylopach gnu, lamach czy
słoniach afrykańskich. Znała te stworzenia z ksiąŜek lub z
filmów, oglądała przelotnie w zoo, a jeśli chodzi o dzieci, to w
parkach i innych miejscach publicznych. Nie miała rodzeństwa,
ciotek ani wujów, kuzynek czy kuzynów.
Popatrzyła uwaŜnie na Lawrence’a Aarona Lippincotta i
stwierdziła, Ŝe stanowi dla niej zagadkę. Kręcone włosy w
nieładzie, gołe stopy, kombinezon popstrzony minią. A jednak
dziecko roztaczało wokół siebie aurę nieskazitelności. Było
doprawdy ładne. I inteligentne. Zielone oczy otoczone gęstymi,
czarnymi rzęsami, wpatrywały się uwaŜnie w Cassaundrę, aŜ
poczuła zaŜenowanie. Dziecko milczało i nie wiadomo, co sobie
myślało, oczy jednak błyszczały rozumnie.
Cassaundra miała wraŜenie, Ŝe to przenikliwe spojrzenie
odsłania ją, odziera z maski. Zrozumiała swą bezradność.
Wobec tej miniaturowej istoty ludzkiej nie odczuwała Ŝadnych
emocji. To była jej słabość. W stosunku do tego ślicznego
Glenda Sanders
Strona nr 48
dzieciaka nie miała Ŝadnych ciepłych uczuć, jakie powinna
Ŝ
ywić kobieta. A tak rozpaczliwie chciała być normalną kobietą,
normalnym człowiekiem.
Dziecko patrzyło na nią przez kilka sekund, potem zaczęło
rozglądać się po kabinie cięŜarówki.
– Tata? – zapytało.
– Twój tatuś poszedł z wujkiem Chuckiem.
– Tata? Ujek Cak?
– Weszli do środka, Ŝeby zabrać meble.
– Tata? – Pytanie zabrzmiało płaczliwie.
– Niedługo wrócą – uspokajała Cassaundra.
Ś
liczna buzia Aarona skrzywiła się i tchnęła nieszczęściem.
– Tata?
I nagle, dla niej samej niespodziewanie, Cassaundra odczuła
jedność z tym małym, zagubionym, porzuconym dzieckiem. Nie
wiedziała nic o dzieciach, ale zrozumiała ten krzyk rozpaczy,
wołanie o pociechę. Nie namyślając się wyciągnęła rękę, by
dotykiem uspokoić Aarona. Zamknęła w dłoni jego bosą stopę.
– Jestem tu z tobą. Pamiętasz mnie? To ja, Sandy.
Aaron nie próbował powtórzyć imienia, ale jego twarz
straciła poprzedni, napięty nieszczęściem wyraz i zielone oczy
ponownie skupiły się na twarzy Cassaundry – patrzyły uwaŜnie,
oceniały. Uśmiechnęła się do niego i dodała odwagi, ściskając
mu delikatnie stopę. Usilnie próbowała przypomnieć sobie jakiś
wierszyk dla dzieci, ale miała w głowie zupełną pustkę.
– Aaron, Aaron... wygląda jak baron – ułoŜyła rymowankę.
Zamilkła na chwilę, czekając na natchnienie, a potem zaśmiała
się triumfalnie, gdy przyszedł jej do głowy następny wers. –
Lecz czemu nie lata jak sowa uszata?
Aaron nie uśmiechnął się, moŜe go to nawet nie rozbawiło.
Jednak na tyle przyciągnęło jego uwagę, Ŝe nie wyglądał juŜ,
jakby za chwilę miał zalać się łzami. Cassaundra powtarzała ten
nonsensowny wierszyk, aŜ dziecko próbowało robić to razem z
nią.
– Alon, Alon, balon – udało mu się osiągnąć, zanim Chuck z
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 49
Larrym wynurzyli się z budynku niosąc kanapę. – Popatrz,
Aaron, twój tata. – Cassaundra pokazała dziecku ojca przez
szybę.
– Czy nie lepiej, Ŝebyśmy prowadzili? – zapytała, gdy Chuck
szczegółowo objaśniał Larry’emu drogę.
– Musimy jechać za cięŜarówką. Na wszelki wypadek –
wyjaśnił Chuck.
– Na jaki wypadek?
– Ona – powiedział Larry, klepiąc cięŜarówkę po karoserii –
jest typową kobietą. Ma czasami swoje humorki.
– PrzecieŜ nie pozwolimy, by Larry, Aaron i twoje meble
rozłoŜyli się gdzieś po drodze, prawda? – zapytał Chuck.
– Oczywiście, Ŝe nie – potwierdziła powaŜnie Cassaundra.
Po kilku minutach sofę, stół oraz krzesła załadowano i
Cassaundra z Chuckiem ruszyli za cięŜarówką Larry’ego. W
czasie jazdy Cassaundra myślała o tym, jakie to straszne, gdy
trzeba uŜywać pojazdu, który moŜe się w kaŜdej chwili popsuć.
Larry, choć niechlujnie ubrany, był grzeczny i sprawiał wraŜenie
osoby rozgarniętej. Z pewnością taki męŜczyzna jest w stanie
zarobić na Ŝycie i przyzwoity samochód. A przecieŜ Chuck
wspominał, Ŝe jego siostra teŜ pracuje. Z pewnością... ale z
drugiej strony, Cassaundra czytała, Ŝe wzrastają koszty
utrzymania. Nie jest łatwo wyŜywić i ubrać trójkę dzieci. Z
informacji w gazetach wynika, Ŝe istnieją rodziny, które są
szczęśliwe, Ŝe w ogóle mają gdzie mieszkać.
– Twój siostrzeniec jest rozkoszny – powiedziała do Chucka.
– UłoŜyłam dla niego rymowankę, a on starał się ją powtórzyć.
– Lubi słowa, które się rymują. Dziewczynki, gdy były w jego
wieku, teŜ to lubiły.
– Ile mają lat?
– Dziewięć i siedem.
– Dziewięć i siedem... a ile ma Aaron?
– Niecałe dwa. Był niespodzianką. Urodził się dziewięć
miesięcy po dniu, w którym Larry i Marcia obchodzili dziesiątą
rocznicę swego ślubu. Musieli... – Chuck uśmiechnął się
Glenda Sanders
Strona nr 50
łobuzersko i zakończył aluzyjnie: – musieli nieźle balować.
Cassaundra poczuła, jak na policzki wpływa jej rumieniec.
Nie wyobraŜała sobie, Ŝeby moŜna było tak nonszalancko
mówić o sprawach intymnych.
– Czy oni o tym opowiadali?
– Nawet przechwalali się – odparł lekko Chuck. – Larry
skończył wtedy czterdziestkę. Szaleli z radości, gdy minął im
pierwszy szok na wieść, Ŝe będą mieć jeszcze jedno dziecko. A
kiedy okazało się, Ŝe to chłopiec, byli w siódmym niebie. Bracia
Larry’ego mają same córki, więc Aaron jest jedynym, który
przekaŜe dalej nazwisko rodu Lippincott.
– Jak na takiego małego chłopca to wielka odpowiedzialność.
– Mam nadzieję, Ŝe poczekają, aŜ dorośnie na tyle, by odkryć
uroki płci pięknej, zanim zaczną od niego egzekwować ten
obowiązek.
– A jeśli zdecyduje się na stan kapłański?
Chuck zaśmiał się.
– Dziewczyny myślą teraz nowocześnie. Dostawią myślnik
do nazwisk. Będziemy mieli cały zastęp Lippincott-Hydesów
czy Lippincott–Magillicuddys.
CięŜarówka przed nimi zwolniła, a wreszcie przystanęła.
Cassaundra zatrzymała swój samochód.
– Lepiej włącz migacze. Blokujemy jedno pasmo ruchu.
Miał rację. Na autostradzie nie było pobocza i ich postój
spowodował zwęŜenie prawego pasa. Wkrótce z tyłu ustawił się
długi rząd samochodów, usiłujących wjechać jakoś na środkowy
pas. Cassaundra patrzyła na rozmaite przyciski na desce
rozdzielczej,
poszukując
włącznika
ś
wiateł
awaryjnych.
Towarzyszył jej dźwięk klaksonów, świadczący o tym, Ŝe
kierowcy, którzy utknęli w korku, zaczynają tracić cierpliwość.
Chuck przechylił się ponad jej udami, wyciągnął rękę i
jednym ruchem dłoni zapalił światła.
– Dziękuję ci. – Cassaundra uświadomiła sobie nagle, jak
blisko był przy niej.
– To nic takiego – odparł, wycofując się na miejsce pasaŜera.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 51
– Lepiej pójdę teraz ratować Larry’ego.
Przeszedł na przód cięŜarówki. Jego głowa i plecy zniknęły
pod uniesioną maską, gdzie Larry juŜ zapalczywie grzebał. Co
pewien czas jeden z męŜczyzn wskakiwał do kabiny i próbował
uruchomić samochód, jednak bez rezultatu. Za czwartym razem
silnik zaskoczył. Larry wychylił się spod maski i z wesołą miną
zrobił zwycięski gest kciukiem.
Chuck odpowiedział takim samym gestem, zeskoczył z
kabiny i wytarł ręce o brzeg starego prześcieradła, którym
pokryty był fotel kierowcy.
– Zwarcie w rozruszniku – wyjaśnił, powróciwszy do
samochodu Cassaundry. – Musieliśmy pomajstrować przy
przewodach, nim przywróciliśmy połączenie.
– Czy to moŜe się powtórzyć?
– Miejmy nadzieję, Ŝe nie.
Ale powtórzyło się. Jeszcze dwukrotnie. Wreszcie jednak
dotarli na miejsce. Cassaundra została w cięŜarówce z Aaronem,
a panowie wnosili meble do mieszkania. Tym razem Aaron
rozpoczął rozmowę.
– Alon, Alon, balon – zaintonował, przesyłając Cassaundrze
łobuzerski uśmieszek.
Zaśmiała się, zaskoczona jego nad wiek dojrzałym
wyczuciem sytuacji.
– Jesteś małym czarusiem, jak twój wujek Chuck.
Gdy męŜczyźni skończyli pracę, Cassaundra podziękowała
wylewnie Larry’emu i chciała zwrócić pieniądze za benzynę, ale
Larry stanowczo odmówił. Gdy wyjeŜdŜał z parkingu i skręcał
na autostradę, Cassaundrę ogarnęły wątpliwości.
– Mam nadzieję, Ŝe uda mu się dotrzeć do domu –
powiedziała do Chucka.
– Zawsze się udaje. I nie miej wyrzutów sumienia, Ŝe
poprosiłaś go o tę przysługę – on wykorzystuje kaŜdą okazję, by
tylko wyprowadzić swój samochód na szosę. Marcia od lat go
prosi, Ŝeby pozbył się tego gruchota, ale on go uwielbia.
– Mimo wszystko jestem mu bardzo wdzięczna za pomoc. To
Glenda Sanders
Strona nr 52
mi przypomina, Ŝe musimy coś zrobić.
Ruszyła w kierunku mieszkania.
– Co takiego? – spytał Chuck.
– Klapnąć! – odparła, rzucając się na sofę.
Padł obok niej i wziął ją w ramiona, a po chwili zaczął ją
czule tulić.
– Podoba mi się ta twoja kanapa – zdąŜył powiedzieć, nim
jego wargi spoczęły na jej ustach.
Cassaundra oczekiwała tego pocałunku. Otoczyła Chucka
ramionami. Czuła jego tors przyciśnięty do swoich piersi, jego
ręce obejmujące ją mocnym uściskiem. Wdychała zapach wody
toaletowej. Miała wraŜenie, Ŝe swym dotykiem Chuck wlewa w
nią Ŝycie, budzi w niej wszystkie pierwiastki kobiecości.
Otoczona ramionami męŜczyzny, poddana czarodziejskiej magii
jego ust, była rozedrgana i pulsująca.
Chuck zwolnił uścisk i zamruczał z ukontentowaniem.
– Co to miało znaczyć? – spytała Cassaundra.
– Co takiego?
– To mruczenie.
Chuck złoŜył na jej ustach kolejny pocałunek.
– Miało wyraŜać zadowolenie, Ŝe zaszedłem wtedy do barku
na hot doga.
– To nie przez hot doga zgodziłam się umówić z tobą, ale
dzięki twojej interwencji straŜackiej.
– Zatem cieszę się, Ŝe zwróciłem uwagę na waflownicę.
Cassaundra wstała i poszła do wnęki jadalnej.
– Co jest mi potrzebne do pomalowania stołu?
Chuck obejrzał mebel.
– Szczotka druciana, kilka starych ręczników, podkładówka i
puszka lakieru. Pojadę z tobą do sklepu i kupimy wszystko, co
potrzeba, dobrze? A potem zdecydujesz, co będziemy robić dziś
wieczór.
– Dziś wieczór?
– Chyba nie masz zamiaru odesłać mnie do domu i zmusić do
samotnego spędzenia sobotniego wieczoru przed telewizorem?
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 53
– Nie, ale... przecieŜ byliśmy juŜ razem na obiedzie i
okazałeś mi tyle pomocy, i...
Popatrzył na nią uwaŜnie, wyzywająco.
– Czy masz inne plany?
– Nie – wyznała.
– MoŜe chcesz się mnie pozbyć?
Potrząsnęła głową. Chuck pochylił się i delikatnie pocałował
ją w usta.
– W takim razie pojedziemy kupić farbę i zaczniemy
malować stół.
Godzinę później przesunęli stół na maleńkie patio. Chuck
oskrobał szczotką rdzę, a Cassaundra grubą, mokrą ścierką
przecierała metalowe nogi. Przerwali na chwilę czekając, aŜ stół
przeschnie. Potem zaczęli spryskiwać metal farbą podkładową.
Chuck zademonstrował, jak krótkimi, zachodzącymi na siebie
pociągnięciami naleŜy spryskiwać powierzchnię.
– MoŜesz spróbować sama – zaproponował, podając jej
pojemnik.
– Wydaje mi się, Ŝe to dosyć łatwe.
Pełna ufności Cassaundra ujęła pojemnik, wstrząsnęła nim,
jak demonstrował Chuck, uklękła i skierowała dyszę
spryskiwacza na nogę stołu. Psiknęła kilka razy i popatrzyła na
efekt. W niektórych miejscach farba nałoŜona była grubą
warstwą, w innych przeświecał goły metal. Cassaundra patrzyła
przeraŜona na tworzące się strumyczki, ściekające wzdłuŜ nogi
stołu.
Chuck zafascynowany obserwował jej twarz wyraŜającą
prawdziwe rozczarowanie. Wybuchnął śmiechem, uklęknął
obok niej i objął po bratersku.
– No, przecieŜ to nie koniec świata. Nabierzesz wprawy.
– Ale wszystko spływa i powstały smugi.
– To tylko podkład. Poza tym jest jeszcze mokry.
Wyrównamy zacieki i nie będą przebijać przez lakier. – Stanął
za nią i luźno ujął palcami jej nadgarstek. – Musisz nauczyć się
wykonywać szybkie, krótkie pociągnięcia. Spróbuj jeszcze raz.
Glenda Sanders
Strona nr 54
Jej technika malowania nie poprawiła się zbytnio, ale teraz,
gdy miała blisko siebie Chucka, czynność ta stała się znacznie
przyjemniejsza. Kiedy skończyła malować, noga stołu była
niejednolitej barwy, farba spływała strumykami, tworząc koleiny
na wypukłościach. Cassaundra odstawiła pojemnik, westchnęła i
oparła się o Chucka, który otoczył ją ramionami. Przez dłuŜszą
chwilę patrzyli na Ŝałosny wynik malowania.
– To denne – stwierdziła Cassaundra. Chuck potarł
policzkiem o jej kark.
– Niewątpliwie, denne, nie ma wątpliwości – potwierdził. –
Musisz pogodzić się z faktem, Złotowłosa, Ŝe nigdy nie będziesz
tego robić tak jak chuligan z metra.
– Ani jak malarz.
– Powinnaś więc nadal korzystać z pomocy – powiedział
Chuck, całując ją we włosy przykrywające ucho. Cassaundrę
przebiegł lekki dreszcz.
– Będziemy malować lakierem natychmiast, czy dopiero gdy
wyschnie?
Chuck, ociągając się, wypuścił Cassaundrę z objęć.
– Weź jakąś ścierkę. Będziemy musieli udzielić temu stołowi
pierwszej pomocy.
Pracowali jeszcze godzinę. Teraz powierzchnia stołu pokryta
była równomierną warstwą podkładu antykorozyjnego. Chuck
przyjrzał się dziełu z pewnej odległości.
– Mogłabyś teraz zdobyć dyplom w metrze – Ŝartował,
uśmiechając się do Cassaundry.
– Wygląda nieźle, mimo tego okropnego brązowego koloru.
Nie mogę się doczekać, kiedy będzie to pokryte „Wiktoriańskim
Pylistym RóŜem”.
– Lepiej, Ŝeby przeschło przez noc, zanim pomalujemy
lakierem – stwierdził Chuck. – „Wiktoriański Pylisty RóŜ”
będzie musiał poczekać do jutra.
Chuck ironicznym falsetem wymówił nazwę farby. W sklepie
podkpiwał sobie bezlitośnie z pretensjonalnego napisu na
puszce, mającego oznaczać fiołkoworóŜowy kolor, który
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 55
wybrała Cassaundra.
Dziewczyna próbowała zareagować obrazą na jego drwiny,
ale nie potrafiła podtrzymać w sobie gniewu. Nie, to nie złość
sprawiała, Ŝe jej serce biło szybciej niŜ zwykle – to ta twarz,
ś
wiatło w oczach, uwodzicielski uśmiech. Czuła, Ŝe przyciąga ją
tak, jak brzeg lądu przyciąga falę przypływu.
– Stół będzie musiał poczekać – oznajmiła, krzyŜując ręce. –
Jutro idę do pracy.
Chuck nie poddawał się.
– Barek otwieracie dopiero w południe, prawda? Będziemy
mogli połoŜyć jedną warstwę lakieru, zanim wyjdziesz do pracy,
a drugą, gdy wrócisz do domu.
Zrozumiała, Ŝe miał nadzieję spędzić tu noc, i pomyślała, Ŝe
to intrygująca perspektywa.
– Nie chcesz chyba przez cały weekend być przywiązany do
mojego mebla – powiedziała.
Łobuzerskie spojrzenie Chucka stało się powaŜne. Oparł
dłonie na biodrach i potrząsnął głową z irytacją.
– Czy dla ciebie nie jest oczywiste, Ŝe traktuję to jako
pretekst, by spędzić z tobą trochę czasu? Od lat nie spotkałem
kobiety, która wywarłaby na mnie takie wraŜenie, ale jestem
diabelnie zdezorientowany. Czasami jesteś ciepła i otwarta, a za
chwilę uciekasz się do sztywnych formułek w stylu: „Nie chcesz
chyba przez cały weekend być przywiązany”.
Wzdychając ze znuŜeniem, podniósł ręce i połoŜył je na
ramionach Cassaundry. W ten sposób mógł patrzyć prosto w jej
oczy.
– Nie wykorzystujesz mnie. KaŜda chwila spędzona z tobą,
Sandy, powoduje, Ŝe chciałbym poznać cię bliŜej. Ten stół
interesuje mnie tylko o tyle, o ile on ciebie interesuje, ale
malowałbym go przez całe miesiące, jeśli to oznaczałoby, Ŝe
mógłbym być przy tobie i poznać cię lepiej. Nie wiem, czy nie
chcesz mnie juŜ wykorzystywać, czy tylko usiłujesz znaleźć
taktowny sposób, by się mnie pozbyć.
Cassaundra połoŜyła dłonie na barkach Chucka i zanurzyła
Glenda Sanders
Strona nr 56
palce w jego włosy.
– Mówisz bardzo otwarcie. Powinnam się była spodziewać,
Ŝ
e wyłoŜysz karty na stół. – Głos jej zmiękł. – Nie usiłuję się
ciebie pozbyć, ale naprawdę nie chcę cię wykorzystywać ani
zabierać ci całego czasu.
– Zabieraj, ile dusza zapragnie – odrzekł, unosząc dłonią jej
podbródek. – Wykorzystuj mnie, Złotowłosa. Rób ze mną, co
chcesz. Obiecuję, Ŝe będę zachwycony kaŜdą chwilą.
– Teraz chyba Ŝartujesz ze mnie.
– Troszeczkę – powiedział, przyciskając czoło do jej czoła. –
Bo ty jesteś tak strasznie powaŜna.
– Zawsze jestem powaŜna. Taką mam naturę.
– Nikt nie powinien być powaŜny przez cały czas.
– A ty z pewnością wiesz, jak moŜna temu zaradzić?
Chuck popatrzył skupiony, jakby serio się nad tym
zastanawiał.
– Pomogłoby ci wyjście na miasto w sobotni wieczór z
męŜczyzną, który za tobą szaleje.
Cassaundra popatrzyła na swój strój koloru khaki, na szorty i
podkoszulek Chucka.
– Nie jesteśmy odpowiednio ubrani na wieczór w mieście.
– Ubrania moŜna zmienić. Pojedziemy wszędzie, gdzie
chcesz, i będziemy robić wszystko, co chcesz – o ile jest to w
granicach mojej karty kredytowej.
– Wszystko? – spytała Cassaundra prowokująco.
– Powiedz mi tylko, dokąd chciałabyś iść.
Pochylił głowę ku jej twarzy, a ona wyszeptała mu do ucha.
– Chyba Ŝartujesz – powiedział.
– Powiedziałeś: „Wszędzie i wszystko w granicach karty
kredytowej” – przypomniała mu.
– Wydatek na kino na świeŜym powietrzu nie przekracza
nawet gotówki, jaką mam w kieszeni – odparł Chuck ze
ś
miechem, przyciskając Cassaundrę do siebie. Zaśmiał się
jeszcze głośniej, kiedy brał ją w ramiona. – Jesteś niedrogą
dziewczyną, moja panno.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 57
Był
to
najbardziej
podniecający
komplement,
jaki
kiedykolwiek usłyszała od męŜczyzny.
Glenda Sanders
Strona nr 58
ROZDZIAŁ 5
Mieli do wyboru głośną, acz zjechaną przez krytykę parodię
kryminału, opowieść o supermanie, okraszoną zbliŜeniami ran
postrzałowych oraz dramat tak pośledniej jakości, Ŝe od razu
trafił do kin na świeŜym powietrzu, nie zagościwszy nawet w
Ŝ
adnym przyzwoitym kinie. Wybrali parodię kryminału,
poniewaŜ grano ją najbliŜej domu Cassaundry.
Trzykrotnie w czasie drogi do kina Chuck pytał Cassaundrę,
czy nie chce przypadkiem zatrzymać się na kolację.
– Jeśli masz ochotę gdzieś wstąpić, dotrzymam ci
towarzystwa – odparła, gdy za trzecim razem zadał jej to
pytanie. – Ty będziesz jadł, a ja wezmę sobie coś prostego z
baru. To mój pierwszy raz i chcę, by było to czyste, niczym nie
skaŜone przeŜycie.
Chuck wymamrotał dwuznaczne: „Umm–hmm” i Cassaundra
poczuła ucisk w Ŝołądku. Wiedziała, Ŝe w ciemnościach kina
pary w samochodach obejmują się, i nie miała nic przeciwko
temu, by teŜ tego spróbować – zwłaszcza z Chuckiem. Między
innymi dla takich doświadczeń przemieniła się z Cassaundry w
Sandy.
Geoff – zbyt wyniosły, by robić coś tak pospolitego jak
ś
ciskanie się w samochodzie – zdecydowanie odrzucał to, co
nazywał „beznadziejnie głupim, publicznym okazywaniem
uczuć”.
Z Geoffem w ogóle nie było Ŝadnego okazywania uczuć,
jedynie intymna, egoistyczna gra. Był cierpliwym, sprawnym
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 59
kochankiem, ale jego sposób postępowania miał w sobie coś z
taktyki, obliczonej na to, by osiągnąć własne cele. Gdy ojciec
Cassaundry oznajmił mu, Ŝe nieetyczne byłoby, gdyby wspierał
muzyka związanego ze swoją rodziną, Geoff bez wahania
wybrał karierę u boku mistrza Williama Snowa, a nie
romantyczny związek z jego córką.
– Dlaczego dotychczas nigdy tam nie byłaś? – spytał Chuck,
wytrącając Cassaundrę z rozmyślań.
– Ojciec by mi nie pozwolił, a poza tym... – głos jej się
załamał – nie miałam z kim pójść, a gdy mieszkałam w mieście,
nie miałam samochodu.
Z wyjątkiem limuzyny i bentleya z szoferem, dodała w
myślach.
– MęŜczyźni w Nowym Jorku muszą być ślepi i głupi –
stwierdził Chuck.
Cassaundra uśmiechnęła się. Chuck mówił komplementy tak,
jakby przytulał słowami – miło i czule.
Kupili bilety i Chuck zaczął wybierać idealne miejsce do
parkowania. Miał w zanadrzu fachowe wskazówki: jeśli ustawią
się zbyt blisko ekranu, będą musieli wyciągać szyje, jeśli zbyt
blisko bufetu, cały wieczór ludzie będą przechodzić obok ich
samochodu, zbyt daleko z tyłu – znajdą się w obszarze
samochodowych amorów.
Wybrali miejsce mniej więcej w środku. Chuck nastawił
radio na częstotliwość kinową i w samochodzie rozbrzmiał głos
Ricky Nelsona, błagającego zaspaną Susie, by się obudziła, a
potem nadano reklamówkę bufetu kinowego, w której hot dogi
tańczyły z colą w takt śpiewu popcornu. Cassaundra odchyliła
głowę i zaśmiała się głośno, ubawiona absurdalnością tej
pioseneczki.
Chuck obserwował ją, ciesząc się z tej dziecinnej wesołości.
Wabiła go ponętna, odsłonięta linia karku Cassaundry i
wyobraŜał sobie, jak całuje ją w szyję i czuje dotyk jej skóry.
Delikatnie potarł wierzchem dłoni o jej kark.
– Czy chciałabyś zobaczyć, co mają w bufecie?
Glenda Sanders
Strona nr 60
– KtóŜ by się oparł tańczącym hot dogom?
Zatrzymała się przy bufecie i poczuła mieszaninę zapachów:
praŜona kukurydza, ciepły ser, musztarda, cebula, batoniki
czekoladowe.
– Trudno ci się zdecydować? – spytał Chuck po chwili.
– Zawsze marzyłam, Ŝe to tak będzie wyglądać – odparła.
– Ja chyba nigdy nie przestanę realizować twoich marzeń.
Zdziwiłbyś się, gdybyś zrozumiał, jak wiele z nich
realizujesz, pomyślała, a głośno powiedziała:
– Zamów coś dla nas.
– Czy kiedykolwiek jadłaś cheeseburgera z chili? – spytał. –
Szykuj Ŝołądek, moja pani – dodał, kiedy zaprzeczyła. –
Poznasz, co to prawdziwe Ŝycie.
Zanieśli do samochodu zestaw potraw: duŜe kubki napojów,
hot dogi z sosem chili, chrupki kukurydziane, roŜki. Cassaundra
trzymając papierową tackę, na której leŜał hot dog, popatrzyła na
Chucka.
– Musi być na to chyba jakiś sposób?
– Sposób? – zapytał, jakby nie rozumiejąc.
– Jakaś metoda jedzenia – nalegała Cassaundra, nie dając się
zbyć – tak, Ŝeby nie kapał z tego sos.
– Wszystkie przyzwoite hot dogi kapią – odparł Chuck.
– No to co stanie się z twoją koszulą?
– Co ma się stać? – spytał niefrasobliwie. – Musisz po prostu
sprytnie podłoŜyć serwetkę.
Zademonstrował jej, jak to się robi. Odgryzł kawałek i
gestem zachęcił Cassaundrę, by sama spróbowała.
Udało jej się odgryźć dwa kęsy, gdy wtem spora porcja sosu
skapnęła na bluzkę tuŜ obok kieszeni na piersiach. Cassaundra
spojrzała na brązową plamę i zmarszczyła brwi.
– Chyba właśnie oblałam egzamin z jedzenia hot dogów.
Chuck odłoŜył swoją porcję na tacę i uśmiechnął się miękko.
– To zdarza się nawet najlepszym. Nawet profesjonalistom.
Wziął papierową serwetkę, zwilŜył ją kropelkami rosy,
zebranej na kubkach z napojami, i zaczął wycierać plamę.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 61
Cassaundra nie była ani skrępowana, ani zaŜenowana tym
poufałym gestem. Wydawało jej się, Ŝe zna Chucka bardzo
dobrze, od dawna. Z Geoffem nigdy nie czuła się tak swobodnie,
a jak się ostatecznie okazało, wcale go nie znała, nawet gdy juŜ
zostali kochankami. Teraz jakimś głębokim, niezawodnym
instynktem czuła, Ŝe Chuck jest w istocie taki, jak jej się wydaje.
Uczciwy. PowaŜny. Szczery. CzyŜ po tylu latach Ŝycia
spędzonego z kukiełkami w teatralnych dekoracjach mogła nie
zakochać się w pierwszym prawdziwym męŜczyźnie, jakiego
spotkała?
Musi być z nim bardzo, bardzo ostroŜna, pomyślała trzeźwo,
poniewaŜ ten męŜczyzna jest taki, jakim się wydaje – szlachetny
i dobry. I poniewaŜ ona jest tym, kim jest.
Zaczął się film. Po pięciu minutach musieli przyznać rację
krytykom. Film był pośledni, schematyczny, pełen chybionych,
prostackich dowcipów. Chuck i Cassaundra zaczęli z aktorską
przesadą powtarzać najbardziej nieudane dialogi. Śmieli się, bo
było im ze sobą dobrze, a nie dlatego, Ŝeby bawiło ich to, co
działo się na ekranie.
W pewnym momencie Cassaundra poczuła na swych plecach
jego ciepłe dłonie. Wyrwało jej się ciche westchnienie, gdy
przysuwała twarz do jego twarzy o te ostatnie, krytyczne
centymetry.
Palce zacisnęła kurczowo na jego koszuli, ale potem
przesunęła mu ręce na plecy i poddała się zmysłowemu
pocałunkowi. Rozchyliła usta, ulegając czułej inwazji języka.
Powitała ją z namiętnym pomrukiem, który tak znakomicie
wpisywał się w to, co odczuwał Chuck. Objął ją mocniej
ramionami, przysunął bliŜej do siebie, przycisnął do piersi.
Cassaundra chłonęła go swymi zmysłami. Czuła szorstkie
włosy, w które zanurzyła palce, twardy tors przy piersiach,
zaborcze ręce na talii, plecach. Czuła, jak Chuck wyciąga jej
bluzkę zza paska i dłonią dotyka gołego ciała. Twarde ręce
zetknęły się z miękkością, siła z kobiecą delikatnością. Dłońmi
otoczył jej piersi, ciepło przeniknęło przez cieniutki trykot
Glenda Sanders
Strona nr 62
stanika.
Pogładziła jego kark, lewą dłoń wsunęła pod koszulę,
dotknęła napiętej skóry na obojczyku. Kiedy przesuwała się,
chcąc objąć go w pasie, prawym łokciem nacisnęła niechcący
klakson. Rozległ się przeszywający dźwięk, który przypomniał
im, gdzie się znajdują. Cassaundra, patrząc cały czas na Chucka,
wycofała się powoli, jak postać poruszająca się na zwolnionym
filmie puszczonym od tyłu.
Chuck patrzył na twarz Cassaundry. Usta dziewczyny
obrzmiały od pocałunków, rozszerzone oczy zdradzały
wewnętrzne emocje. Była taka krucha, miała w sobie tyle
tajemnic, ale to tylko w niewielkim stopniu powstrzymywało
jego poŜądanie. Pogładził ją po policzku.
– MoŜemy pojechać do mojego mieszkania – zaproponował.
Odpowiedziała mu cisza. Spojrzenie Cassaundry świadczyło
o jej zakłopotaniu.
– Chcę być z tobą – dodał łagodnie, uspokajająco.
– Chyba pozwoliłam, byś odniósł niewłaściwe wraŜenie –
stwierdziła, jakby popełniła cięŜkie wykroczenie przeciw
etykiecie towarzyskiej.
– Pociągasz mnie od pierwszej chwili, gdy cię ujrzałem –
odpowiedział, gładząc ją po policzku. – To, Ŝe mogłem być dziś
z tobą, Ŝe mogłem cię dotykać... Jesteś taka... urocza, Sandy.
Taka wyjątkowa...
– Nie miałam ochoty draŜnić się z tobą. Po prostu... gdy mnie
całowałeś, zapomniałam...
– Ja teŜ – zapewnił ją, uśmiechając się lekko.
– Dopiero się spotkaliśmy. Nie znamy się jeszcze. Jest za
wcześnie.
Odsunął z jej twarzy spadający kosmyk włosów.
– Poczekam, Złotowłosa.
Dostrzegł w jej oczach zakłopotanie. Walkę sprzecznych
uczuć: niepewność, zwątpienie, nadzieję, tęsknotę. MoŜe nawet
ś
lad przeraŜenia, który zaniepokoił Chucka.
– Będziemy dla siebie nawzajem wiele znaczyć, Złotowłosa –
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 63
powiedział z przekonaniem, przyciągając ją ku sobie.
– Wydaje mi się, Ŝe juŜ znaczymy – wyszeptała te słowa tak
cicho, Ŝe Chuck nie był pewien, czy rzeczywiście je słyszał.
Glenda Sanders
Strona nr 64
ROZDZIAŁ 6
Cassaundra nie widziała Chucka przez trzy dni, ale miała
wraŜenie, Ŝe to trwało znacznie dłuŜej. Zgodnie z obietnicą
przyszedł w niedzielę rano i pomagał jej malować stół.
Przyglądała się jego pracy, wygłaszając krytyczne uwagi: a to
niedokładnie pomalowane w jednym miejscu, a to za duŜo farby
w innym.
Chuck skończył, odstawił puszkę z farbą i spojrzał na
Cassaundrę z wyrazem zemsty w oczach.
– Teraz pokaŜę ci, jaki los czeka niewdzięcznice, które
nękają męŜczyznę podczas pracy – powiedział i ruszył w jej
kierunku.
– Co robisz? – spytała, starając się, by jej głos zabrzmiał jak
najbardziej zuchwale. – Nie podoba mi się ten błysk w twoich
oczach.
– A, jesteś zdenerwowana? – spytał z demonicznym
uśmieszkiem, najwyraźniej zadowolony.
Zrobiła jeszcze jeden krok do tyłu planując, Ŝe w razie czego
moŜe czmychnąć przez drzwi i zatrzasnąć je za sobą.
– SkądŜe znowu! – zaprzeczyła.
Błyskawicznym ruchem Chuck wyciągnął ramiona i oparł
dłonie o drzwi, zamykając Cassaundrę między ścianą z desek a
nieustępliwym murem swego ciała. Przysunął twarz blisko ku jej
twarzy.
– Ciągle mam w oczach ten błysk. Jesteś przestraszona?
– JuŜ nie – odparła, obejmując go za szyję.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 65
– Zaproś mnie do środka – wyszeptał, gdy wreszcie z
bezsilnym jękiem oderwali się od siebie. – Chciałbym się dziś z
tobą kochać.
Stali bardzo blisko siebie i Chuck wyczuł, jak Cassaundra
napięciem całego ciała zareagowała na jego propozycję.
Wystarczyło, Ŝe błagalnym tonem wypowiedziała jego imię, by
odstąpił od niej na krok.
– W takim razie chodźmy coś zjeść.
– Chuck – powtórzyła.
Chciałaby mu wyjaśnić, Ŝe przeszkadza jej tylko świadomość
nieszczerości całej sytuacji. Nie moŜe zostać jego kochanką,
skoro nie moŜe wyjawić mu swego prawdziwego nazwiska. Nie
wolno jej dopuścić do tego, by zakochał się w osobie, w którą
się wcieliła, a prawda, którą ukrywa, mogłaby okazać się
niszcząca.
Chuck nacisnął palcami policzek Cassaundry, modelując na
jej twarzy smutny uśmiech.
– Nie chcę, aby którakolwiek ze stron miała jakieś ukryte
myśli. Kiedy będziesz gotowa, nie będę musiał nawet pytać.
– Nie chodzi o to, Ŝe...
– Wiem. Nie jestem Casanovą, ale mam na tyle obycia, Ŝe
potrafię rozpoznać autentyczną namiętność.
Po wspólnej kolacji odprowadził ją do domu, pocałował
przed drzwiami i obiecał zadzwonić. Teraz, po trzech dniach,
bardzo go jej brakowało. Pamiętała, jak szeptał: „Chciałbym się
dziś z tobą kochać”. Pamiętała, jak bardzo pragnęła zaprosić go
do siebie. Jedynie dzięki sile woli i uczciwości wobec Chucka
powstrzymała się, nie schwyciła go za rękę i nie poprowadziła
do mieszkania.
W barze, jak zwykle po godzinie piątej, był nieco mniejszy
ruch i Cassaundra mogła wytrzeć ladę i napełnić słoje z
łakociami. W pewnym momencie wszedł Chuck. Nie była w
stanie ukryć swych uczuć. Zdawała sobie sprawę, Ŝe musiał
dostrzec, z jaką ulgą powitała jego przybycie. Chuck jak zawsze
miał oŜywione oczy, włosy w lekkim nieładzie, powitalny, miły
Glenda Sanders
Strona nr 66
uśmiech, krawat rozluźniony i nieco przekrzywiony, miała
ochotę go wyprostować. Albo zdjąć.
– MoŜe by wziąć mroŜony jogurt? – powiedział. –
Truskawkowy czy holenderski?
– Truskawkowy.
– W roŜku czy w kubku?
– W roŜku.
– Waflowym czy cukrowym?
– Waflowym.
Napełniła roŜek jogurtem i podała go przez ladę. Chuck
odbierając go schwycił Cassaundrę za rękę.
– A moŜe całusa jako dodatek?
Popatrzyła na niego przewrotnie.
– Niestety, nie mamy całusków. MoŜe spróbuje pan w
cukierni pana Goodbara?
– Wezmę w takim razie bez dodatku. Poczekam, aŜ
zakończysz pracę. O której puszczają cię do domu?
– O szóstej. Ale...
– Świetnie! Zamienimy się dziś wieczorem w niańki do
dziecka.
– My dwoje?
– Larry ma dziś jakąś oficjalną kolację, a ich stała opiekunka
do dzieci nie moŜe przyjść, bo ma jutro waŜny egzamin. Marcia
zadzwoniła do mnie zrozpaczona, a ja jej obiecałem, Ŝe z chęcią
przyjdziemy.
– Czy to jest „my” dziennikarskie czy królewskie?
– Mówiłaś przecieŜ: „Mam wyrzuty sumienia, Ŝe Larry wiózł
przez całe miasto meble”.
Cassaundra podparła się pod boki i próbowała spojrzeć
groźnie. Uzmysłowiła sobie właśnie, Ŝe zupełnie nie wie, jak
obchodzić się z dziećmi, i Chuckowi moŜe się to wydać bardzo
dziwne. Nie mogła dopuścić do tego, by zaczął jej zadawać
dociekliwe pytania.
– To bardzo nagła propozycja.
Wymówka zabrzmiała niezbyt przekonująco.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 67
– Myślałem, Ŝe chętnie skorzystasz z okazji, by się
odwdzięczyć – powiedział Chuck kwaśno. – Nie musisz
przecieŜ niczego robić. Ja się wszystkim zajmę. Po prostu... –
polizał roŜek i uśmiechnął się nieśmiało – stęskniłem się za
tobą. Właśnie wybierałem się, Ŝeby zaproponować ci pójście na
kolację, do kina czy gdzie indziej, gdy zadzwoniła Marcia.
Pojechali samochodem Chucka. Dom Lippincottów okazał
się sporą willą w klasycznym kolonialnym stylu. Gdy
zadzwonili do drzwi, z drugiej strony usłyszeli cienkie dziecięce
głosiki i tupot nóg. Drzwi się otworzyły. Stały w nich dwie
dziewczynki. Starsza z nich, jasnowłosa, miała na sobie róŜowy
obcisły kostium i legginsy. Pozdrowiła gości, nieśmiało się
uśmiechając, i ukryła głowę za drzwiami. Młodsza, wyglądająca
na łobuziaka, po której moŜna by się spodziewać, Ŝe z kieszeni
swych dŜinsów wyciągnie w pewnym momencie Ŝabę, a moŜe
jakiś drogocenny kamień, objęła gwałtownie Chucka za nogi.
– Czekaliśmy na ciebie! – powiedziała.
– Cześć, Orzeszku. – Chuck uniósł ją w górę. – Jak leci?
– W porządku. Ale nie lubię juŜ szkoły.
– Nie lubisz szkoły? Dlaczego?
– Bo pani Fursterstein jest niedobra. Mówi, Ŝe za duŜo
rozmawiam na lekcjach i mam nieporządne zeszyty.
– Moi nauczyciele teŜ tak o mnie mówili.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Ale mimo to chodziłem do szkoły i wszystko
dobrze się ułoŜyło.
– Kto to jest? – spytała dziewczynka zwracając się do
Cassaundry. Miała zielone oczy i jej wzrok dziwnie przypominał
spojrzenie jej młodszego braciszka.
– To jest Sandy – przedstawił Chuck. – A to – powiedział,
patrząc na dziewczynkę, którą trzymał na rękach – jest moja
siostrzenica, Robyn. A tam – dodał, wskazując ruchem głowy na
starszą – stoi Amy.
– Cześć, Amy – zwróciła się Cassaundra z uśmiechem do
nieśmiałej siostrzenicy Chucka.
Glenda Sanders
Strona nr 68
Amy wymamrotała coś w odpowiedzi i schowała się jeszcze
głębiej za drzwi. Cassaundra pomyślała, Ŝe nieśmiałość tej
dziewczynki przypomina jej własne zachowanie w dzieciństwie.
– Uczysz się tańca? – zapytała.
– Klasycznego, jazzowego i stepowania – odparła Amy.
– Stepowania takŜe? To musi być bardzo przyjemne. Ja teŜ
miałam lekcje baletu, ale... – Chuck zauwaŜył wahanie w jej
głosie –...ale nie stepowania. W tym tańcu buty robią duŜo
hałasu.
Trudno sobie wyobrazić, Ŝeby osoba z rodu Snowów
stepowała, a juŜ zupełnie nie do pomyślenia wydawało się, by w
przestronnej siedzibie Snowów rozlegał się stukot podkutych
metalem bucików.
– Czy moglibyśmy wejść? – spytał Chuck, zachęcając Amy
do otwarcia drzwi.
Za małym holem znajdowało się przestronne pomieszczenie,
którego sufit przywodził na myśl sklepienie w katedrze. Był tam
kamienny kominek i duŜo mebli stylem przypominających sofę
Cassaundry. Na szklanym stoliku barowym leŜała nie
dokończona układanka, a w pobliŜu kominka grupa lalek Barbie,
co stwarzało ciepłą, domową atmosferę. W oknach wisiały
udrapowane zasłony i łagodne światło sączyło się przez
uchylone Ŝaluzje.
– Jaki miły pokój – powiedziała Cassaundra, chłonąc
roztaczającą się wokół atmosferę przytulności.
Chuck delikatnie postawił Robyn na podłodze.
– Marcia jest dekoratorką wnętrz – wyjaśnił. – Pracowała
kiedyś w domu towarowym, ale gdy urodziła Robyn, otworzyła
własną pracownię, Ŝeby lepiej gospodarować czasem.
Skinął głową w kierunku kanapy i poczekał, aŜ Cassaundra
usiądzie, a potem zajął miejsce obok.
– Gdzie jest wasza mama? – zwrócił się do siostrzenic.
– Robi sobie makijaŜ – odrzekła Robyn. – Chciałam jej
pomóc w malowaniu powiek, ale mama powiedziała, Ŝe dzisiaj
się śpieszy, Ŝe tata ma spotkanie z klientami, Ŝe wychodzą
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 69
razem na kolację i Ŝe będą jeść surową rybę.
– Suszi – wtrąciła Amy, która usiadła na podłodze obok stołu
i przyglądała się poszczególnym kawałkom układanki.
– Ale przysmak! – powiedziała Cassaundra. Z przyjemnością
spostrzegła, Ŝe usta Amy ułoŜyły się w uśmiechu.
– Czy jesteś jedną z dziewczyn Chucka? – spytała Robyn,
przybierając lippincottowski, jak zaczęła to w duchu określać
Cassaundra, wyraz twarzy.
– Jedną z wielu dziesiątków, z pewnością – odparła
Cassaundra, patrząc z ukosa na Chucka.
– Wujku Chuck, czy ty masz dziesiątki dziewczyn? –
zapytała z niedowierzaniem Robyn.
– Dziesiątki dziesiątek – dobiegł od strony drzwi bardziej
dojrzały głos.
To Marcia z Aaronem na rękach szła duŜymi krokami przez
salon.
– Jestem Marcia – podała rękę Cassaundrze, posadziwszy
berbecia na kolanach Chucka. – Zdaje się, Ŝe poznałaś juŜ
Aarona?
– Alon, Alon, balon – wyrecytowało dziecko, śmiejąc się
głośno do Cassaundry.
– MoŜe nam wyjaśnisz, co on mówi. Powtarza to przez cały
tydzień.
– Po prostu taka rymowanka – odparła Cassaundra. –
Zaskakujące, Ŝe pamięta.
– Aaron nigdy niczego nie zapomina – rzekła Marcia. –
Musimy bardzo uwaŜać, co przy nim mówimy. – Usiadła
naprzeciw Cassaundry. – Nie wiem, jak cię tu Chuck ściągnął,
ale nie musisz się niczego obawiać. – Marcia spojrzała na swego
brata w sposób zdradzający jej powinowactwo z rodem
Lippincottów. – Dziewczynki chcą obejrzeć film rysunkowy, a
potem pójdą spać. Aaron potrafi się sam bawić i około
dziewiątej padnie ze zmęczenia. Chuck wie, gdzie leŜą
wszystkie rzeczy, prawda, mały braciszku?
– Na Boga, Marcia. – Chuck zwrócił się do Cassaundry,
Glenda Sanders
Strona nr 70
jakby powoływał ją na świadka w niezwykle waŜnej sprawie. –
Ona tak do mnie mówi, by mnie zdenerwować.
– To zawsze doprowadzało go do wściekłości – rzekła
Marcia, śmiejąc się miękko.
– Teraz, gdy dobiegam trzydziestki, nie będziesz chyba
wszystkim przypominać, Ŝe jesteś o kilka lat starsza ode mnie.
– Celny strzał! – przyznała Marcia. – Potrzebuję coraz
staranniejszego makijaŜu. I te siwe włosy... – westchnęła. –
Trzeba przyznać, Ŝe twoja siostra staje się starszą panią.
Amy przysunęła się do matki i pogładziła ją czule po głowie.
– Nie jesteś starszą panią, mamusiu – powiedziała.
– To wy, dzieciaki, przywracacie mi młodość – rzekła
Marcia, obejmując córkę ramionami. – Starsza pani nie dałaby
sobie z wami rady.
Cassaundra ze wzruszeniem obserwowała, jak matka z córką
czule odnosiły się do siebie. A więc to tak wygląda w
normalnych rodzinach. Ona sama była bardzo mała, gdy jej
matka umarła. Nie pamięta takich uścisków i przekomarzania
się, jakie widziała teraz w tej rodzinie. Myśl o tym, Ŝe Brianna
mogłaby się zachowywać w ten sposób, była tak absurdalna, Ŝe
aŜ śmieszna.
– Słyszałam, Ŝe kupiłaś jakieś nowe meble – powiedziała
Marcia, wyrywając Cassaundrę z rozmyślań.
– Owszem. Twój mąŜ pomógł mi przetransportować je do
domu, za co jestem mu bardzo wdzięczna.
– Tylko czeka na takie okazje, Ŝeby wyprowadzić swoje
Monstrum na szosę.
– Monstrum? – zdziwiła się Cassaundra.
– Zerwał napis przed malowaniem, więc nie widziałaś tej
nazwy. Stare cięŜarówki są jak statki. Mają swoje imiona.
– To Marcia nadała jej imię Monstrum – wyjaśnił Chuck. –
Entuzjazm Marcii dla starych cięŜarówek jest zupełnie innego
gatunku niŜ entuzjazm Larry’ego. To dla niego tylko zabawka.
Model z 1953 roku. Larry naleŜy do klubu miłośników starych
samochodów. Bierze udział w rajdach i pokazach.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 71
To
przynajmniej
wyjaśniało
ten
rozdźwięk
między
zdezelowaną cięŜarówką a szykowną willą.
– Skoro mówimy o zabawkach, czy ostatnio nabyłeś jakieś
nowe karty do swej kolekcji, Chuck? – spytała Marcia.
– Nie miałem czasu, by się za tym rozglądać.
– Jakie karty? – spytała Cassaundra.
– Nie pokazywał ci kart baseballowych? Myślałam, Ŝe uŜywa
ich, by zwabić kobiety do swego mieszkania – rzekła Marcia,
potwierdzając w ten sposób, Ŝe ironia jest drugą naturą rodziny
Grangerów.
– To nie są bezwartościowe obrazki jakiegoś starego
obleśnika – zaprotestował Chuck. – Nie, nie pokazywałem ich
Sandy.
– Był zbyt zajęty malowaniem moich mebli – powiedziała
Cassaundra.
W tym momencie do domu wszedł Larry. Dziewczynki
wykrzyknęły: „tatusiu!” Larry pozdrowił wszystkich, uściskał
córki i wziął Aarona na ręce.
– Przepraszam za spóźnienie – rzekł do Marcii ponad głową
synka. – Zajechałem po benzynę. Potrzebuję pięciu minut, by się
przebrać. Cześć, Sandy – zwrócił się do Cassaundry. – Miło, Ŝe
cię znowu widzę.
Postawił Aarona.
Marcia wstała i podeszła do męŜa. Stanowili piękną parę:
Lamy wytworny, w dobrze skrojonych spodniach i białej
koszuli, Marcia ubrana z dyskretną elegancją, w prostej czarnej
bluzce koszulowej.
– Muszę jeszcze dopracować kilka szczegółów. Wybaczcie...
– powiedziała Marcia.
Larry objął Marcię i wyszli razem. Cassaundra podziwiała
niewymuszone stosunki panujące w tej rodzinie. Ona nigdy nie
mówiła do swego ojca „tato”. Zawsze był w kaŜdym calu
„ojcem”: wyniosły, sztywny, autorytatywny, daleki. Nie
pamiętała, Ŝeby kiedykolwiek ją objął. Nie zauwaŜyła równieŜ,
by on i Brianna okazywali sobie miłość tak swobodnie jak Larry
Glenda Sanders
Strona nr 72
i Marcia. Choć okresowi narzeczeńskiemu mistrza i jego weselu
towarzyszyła cała światowa prasa, jednak w domu ta para
rzadko wytrzymywała kilka minut bez gorzkiej sprzeczki czy
ponurego milczenia.
Zgodnie z obietnicą po pięciu minutach Larry i Marcia
wrócili do salonu. Larry przebrał się w ciemnoszary garnitur i
srebrzystoszarą koszulę, a Marcia zarzuciła na ramię
wielobarwną, batikową chustę, której końce włoŜyła za pasek.
– Dziewczynki, zacznijcie się kąpać, jeśli chcecie oglądać
film – poradziła Marcia. – Sandy, Chuck, czujcie się jak u siebie
w domu. Obok telefonu w kuchni zostawiłam adres restauracji,
do której jedziemy. A numery awaryjne...
– ...są wewnątrz okładki ksiąŜki telefonicznej na biurku –
dokończył Chuck. – JuŜ przez to przechodziłem, pamiętasz?
– Przygotuj się więc na fontannę – rzekła Marcia. –
Wychodzimy.
Cassaundra nie musiała długo czekać, by się dowiedzieć, co
Marcia miała na myśli mówiąc o fontannie. Gdy tylko zamknęły
się drzwi za rodzicami, Aaron zaczął zawodzić.
– Obowiązki mnie wzywają – powiedział Chuck, wstając z
kanapy. Pośpieszył pocieszać siostrzeńca.
Przez parę minut Aaron stawiał opór, jakby Chuck miał
zamiar go torturować, wrzeszczał przy tym tak głośno, Ŝe
mógłby konkurować z zespołem rockowym. W końcu jednak
zmęczył się i tylko od czasu do czasu dawało się słyszeć Ŝałosne
pochlipywanie. Chuck zaprowadził chłopca w róg pokoju,
wysypał z pojemnika plastikowe klocki i zaczęli razem budować
dom. Wkrótce Aaron tak był pochłonięty zabawą, Ŝe nie
zauwaŜył nawet, jak Chuck opuścił go i wrócił na kanapę do
Cassaundry.
– Pójdę do pokoju dziewczynek i upewnię się, czy wszystko
jest w porządku – powiedział Chuck wzdychając. Cassaundra
wzięła czasopismo ze stołu i zaczęła je przeglądać, gdy nagle
poczuła na swych kolanach jakiś cięŜar. To Aaron przywarł do
jej nóg.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 73
– Alon, Alon, balon – powiedział chłopczyk, opierając
gumowe podeszwy swych tenisówek na gołych nogach
Cassaundry.
Udało mu się wspiąć na jej kolana, usadowił się z
zadowolonym, zaraźliwym śmiechem.
– Alon, Alon? – powtórzył. Tym razem najwyraźniej było to
pytanie.
– Zdaje się, Ŝe masz nowego przyjaciela – zauwaŜył Chuck,
wróciwszy właśnie do salonu.
– Chyba tak – odparła Cassaundra, odkrywając z
zakłopotaniem, Ŝe się czerwieni.
Wtedy, w cięŜarówce, Aaron okazywał jej nieufność i
Cassaundra nie przypuszczała, Ŝe dziecko mogłoby z własnej
inicjatywy wspiąć się na jej kolana. JakŜe niewiele wiedziała o
dzieciach!
– Alon, Alon – powtórzył chłopczyk z naciskiem i
zabrzmiało to jak zdecydowana prośba.
– Aaron, Aaron, wygląda jak baron. Lecz czemu nie lata jak
sowa uszata?
– Jesce! – zaŜądał dzieciak.
Cassaundra powtórzyła mu wierszyk kilkakrotnie. Wkrótce
spostrzegła, Ŝe ma nowych słuchaczy. Amy w koszuli nocnej i
Robyn w piŜamie stały koło kanapy i przyglądały się zabawie.
Chuck oparty o kominek obserwował z uśmiechem całą scenkę.
– Sama to ułoŜyłaś? – spytała Robyn.
– Tak.
– UłóŜ teŜ dla mnie – poprosiła dziewczynka.
– I dla mnie teŜ – powiedziała Amy.
– Robyn, Robyn – zaczęła Cassaundra, czekając na cudowny
przypływ natchnienia. – Chwileczkę. Amy, Amy... – zauwaŜyła
zniecierpliwiona, Ŝe Chuck patrzy na nią z rozbawieniem i czeka
na wynik. Najwyraźniej nie miał zamiaru przyjść jej z pomocą.
– Robyn, Robyn... włosy swe zdobi... – Gorączkowo myślała
nad dalszym ciągiem. – Gdy gra w tenisa, wszystkich zachwyca.
– Och! – wykrzyknęła Robyn uradowana.
Glenda Sanders
Strona nr 74
– Teraz dla mnie – dopominała się Amy, obejmując
Cassaundrę za kolana.
Cassaundra spojrzała zrozpaczona na Chucka, ale ten był
coraz bardziej rozweselony.
– Amy, Amy... – zwróciła się do starszej siostry – biegnie
podskokami. A za nią chłopaki, ślą jej buziaki.
Twarz dziewczynki oblał rumieniec. Schyliła głowę, ale usta
ułoŜyły się do uśmiechu.
– Teraz dla wujka Chucka – poprosiła Robyn czując, Ŝe nie
jest juŜ w centrum uwagi.
Cassaundra popatrzyła na Chucka, który przechylił głowę i
patrzył wyzywająco.
– Chuck, Chuck... miał na rybkę smak. Popłynął w Nilu na
krokodylu.
– Jeszcze jeden dla mnie – dopominała się Robyn.
– Koniec juŜ – pośpieszył z pomocą Chuck. – Sandy zupełnie
wyprztykała się z rymów.
– MoŜemy ułoŜyć coś dla niej – powiedziała cicho Amy.
– Niezły pomysł! – przyznał Chuck.
Zaprowadził siostrzenice w róg pokoju, gdzie zaczęli się
naradzać. Po chwili Chuck znacząco chrząknął i po kilku
nieudanych próbach wyrecytowali jednogłośnie:
– Sandy, Sandy, pachniesz jak kwiat lawendy. Na Świętego
Walentego damy ci coś słodkiego.
– Czekoladki w pudełku w kształcie serca – dodała Amy,
romantyczka.
– Ach, co za smakowitości – rzekła Cassaundra.
– Skoro mówimy o smakowitościach – wtrącił Chuck – to co
powiecie na praŜoną kukurydzę w wykonaniu wujka Chucka?
– Tak! – krzyknęły jednogłośnie dziewczynki i ruszyły do
kuchni. Zapewne była to juŜ utrwalona tradycja. Rozległ się
dźwięk stukających garnków, wysuwanych szuflad, zamykanych
drzwiczek, a potem w całym domu zapachniało praŜoną
kukurydzą. Wreszcie kucharze powrócili niosąc misy gotowego
produktu. Amy i Robyn usadowiły się przed telewizorem,
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 75
właśnie gdy zaczynał się film.
Chuck z drugą miską usiadł obok Cassaundry. PołoŜył rękę
na oparciu kanapy i był bardzo zadowolony, gdy Cassaundra
oparła na niej głowę. Przysunął się bliŜej i połoŜył dłoń na jej
ramieniu. Jej włosy pachniały świeŜo, uwodzicielsko. Ten
zapach bardzo silnie na niego działał. Tak jak ona cała.
To dziwne, pomyślał, Ŝe choć siedzą w salonie z trójką dzieci
oglądających film Disneya, wydaje mu się to tak romantyczne i
czuje taką emocjonalną bliskość.
W pewnym momencie Aaron przyraczkował do kanapy i
wspiął się na kolana Cassaundry.
– Cyta pać – wymamrotał.
Cassaundra popatrzyła bezradnie na Chucka.
– Jest zmęczony i chce, Ŝeby zaprowadzić go do łóŜka i
poczytać mu ksiąŜkę – wyjaśniła Robyn.
Chuck wziął chłopca na ręce i ruszyli korytarzem do
dziecięcego pokoju. Było coś niezwykle intymnego w tym ich
wspólnym marszu. Cassaundra mogła sobie łatwo wyobrazić, Ŝe
to jej własny dom, jej własne dziecko, jej własny męŜczyzna.
Czy te fantazje wynikały z jej uczuć do Chucka, czy po prostu
coś ją nurtowało? Jakaś wewnętrzna potrzeba, która skłoniła ją
do tej całej maskarady. Dzięki niej miała przeŜyć coś, czego
jeszcze nie potrafiła dokładnie określić, ale co nazwałaby
normalnością. Czy właśnie znalazła normalność, czy teŜ miłość?
– Aaron, stary, pomoŜesz mi przy nakładaniu piŜamy? –
spytał Chuck.
– Cyta pać – odpowiedział Aaron.
Podszedł do półki i zaczął przeszukiwać ksiąŜki.
– Najpierw piŜama – stwierdził Chuck, trzymając w
pogotowiu barwny kaftanik.
– Cyta pać – nalegał Aaron.
Wyjął ksiąŜeczkę, pobiegł do łóŜka, usiadł pośrodku
materaca i trzymając ksiąŜkę na kolanach patrzył wyczekująco
na Cassaundrę. Był tak mały, a jednocześnie tak zdecydowany. I
wybrał właśnie ją, by mu czytała. Nie dlatego, Ŝe jest bogata lub
Glenda Sanders
Strona nr 76
piękna, lecz dlatego, Ŝe ją polubił. To takie proste. Tak proste,
Ŝ
e serce Cassaundry topniało pod wpływem nalegającego
spojrzenia.
– Cyta pać – powtórzył, wyczuwając, Ŝe ma przewagę. Chuck
juŜ chciał się wtrącić, ale Cassaundra pokręciła głową.
– Najpierw ja mu przeczytam opowiadanie. – W oczach
miała łzy, głos jej zmatowiał pod wpływem wzruszenia. Chuck
miał ochotę zapytać, czy moŜe usiąść na łóŜku i teŜ posłuchać,
ale wyczuł, Ŝe między Cassaundrą i Aaronem rodzi się jakaś
szczególna więź, nie chciał więc przeszkadzać.
– Pójdę do salonu, do dziewczynek – rzekł i ruszył
korytarzem.
Czuł zazdrość. Nie był pewien, czy to dlatego, Ŝe siostrzeniec
wolał towarzystwo dziewczyny niŜ jego, czy dlatego, Ŝe
dziewczyna wolała towarzystwo siostrzeńca.
Po dwudziestu minutach usłyszał, jak Sandy woła go
przestraszonym głosem. Pobiegł do pokoju Aarona. Na pierwszy
rzut oka wszystko wydawało się w porządku. Aaron i
dziewczyna siedzieli na łóŜku. Chłopiec miał na sobie kaftanik
od piŜamy. Sandy patrzyła jednak przeraŜonym wzrokiem.
– Mamy... no...
Przerwała i wzięła głębszy oddech, szukając odpowiedniego
określenia.
– Sytuację, która wymaga, jak myślę... kogoś z rodziny.
– O co chodzi? – spytał zaciekawiony.
– O to, Ŝe... – była strasznie zaŜenowana – Ŝe... jest
zabrudzony.
– Masz na myśli to, Ŝe ma brudne majtki? – spytał ze
ś
miechem.
Skinęła głową. Śmiech Chucka przeszedł w głośny rechot.
– Potrzebny jest krewny? Sandy, chodzi przecieŜ o zmianę
pieluszki, a nie o przeszczep narządów.
– Ale ja nie wiem... – nie chciała się przyznać, Ŝe nie potrafi
zmienić pieluszki – gdzie leŜą pieluszki – dokończyła.
Chuck podszedł do wiklinowego kosza, otworzył wieko i
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 77
wydobył pudło jednorazowych pieluszek oraz opakowanie
czegoś, co nazywało się „osuszacze”.
– Teraz twoja kolej – powiedział.
Cassaundra wyciągnęła pieluszkę z pudełka i ujęła ją tak,
jakby był to relikt jakiejś zaginionej cywilizacji, który właśnie
wykopała w swym ogródku. Przesunęła palcem po taśmie
mocującej i zwróciła się do Chucka z niepewnym wyrazem
twarzy. Popatrzył na nią zdziwiony.
– Jakieś problemy?
– Nie wiem, jak... – odparła przez ściśnięte gardło.
– Jak zmienia się pieluszki? – spytał z niedowierzaniem.
Potaknęła zgnębiona.
– Dlaczego od razu nie powiedziałaś?
– Myślałam... nigdy nie zajmowałam się dziećmi i...
– To przecieŜ nie jest hańba.
– Ale większość kobiet...
– Kobiety nie rodzą się z tą umiejętnością – stwierdził Chuck.
– Zresztą męŜczyźni teŜ. Ja nigdy nie zmieniałem pieluszek,
dopóki Marcia nie urodziła pierwszego dziecka.
Podszedł do Aarona i wziął go na ręce.
– No, stary, słyszałem, Ŝe masz brudno w majteczkach.
Chodź, pokaŜemy Sandy, na czym polega cała sprawa.
Precyzyjnymi ruchami rozłoŜył pieluszkę, zastosował
„osuszacz” i pokazał Cassaundrze, jak naleŜy umieścić pupę
dziecka na środku i zamocować pieluszkę za pomocą rzepów.
– Nie będziemy musieli śpiewać kołysanek – wyraził
przypuszczenie Chuck, słysząc jak chłopiec przeciągle ziewa.
Cassaundra poprawiła prześcieradło i gdy tylko Aaron znalazł
się pod kołdrą, przywarł policzkiem do poduszki i przytulił
zniszczonego pluszowego psa.
– Dobranoc, Mistrzu – powiedział Chuck, głaszcząc
dzieciaka po plecach.
Cassaundra obserwowała, jak Chuck uspokaja dziecko, i była
pod wraŜeniem wzruszającej delikatności jego duŜych, mocnych
dłoni. JakŜe podobało jej się to Ŝycie, którego intymne szczegóły
Glenda Sanders
Strona nr 78
podpatrywała. Zawsze tego pragnęła. Jak łatwo było marzyć
sobie o nim teraz. Ale jakŜe trudno zapomnieć, Ŝe – trzeźwo
patrząc – było ono dla niej nieosiągalne.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 79
ROZDZIAŁ 7
W salonie dziewczynki pochłonięte były ostatnimi scenami
filmu. Chuck i Cassaundra siedzieli na kanapie i rozmawiali
cicho. W pewnym momencie Chuck nachylił się ku
Cassaundrze.
– Pragnę cię, Sandy – powiedział jej prosto do ucha niskim,
zmysłowym głosem.
Cassaundra przymknęła oczy i poczuła, jak pod powiekami
kłują ją od dawna wstrzymywane, palące łzy. JakŜe naiwna była
wtedy, gdy w rozmowie ze Sloanem pozwalała sobie na Ŝarty na
temat swego ewentualnego romansu. Zakochać się w
męŜczyźnie i w takim Ŝyciu, jakie on prowadził, i do jakiego nie
miała dostępu – nie, to nie naleŜało do scenariusza. Wcześniej
czy później zostanie zdemaskowana i ten idylliczny okres w jej
Ŝ
yciu zakończy się brutalnie.
Pochyliła głowę, przywierając do jego ramienia. Wyrwało jej
się prowokujące westchnienie. Chuck czuł Cassaundrę
wszystkimi zmysłami – zapach i dotyk włosów, cięŜar głowy,
ciepło ciała. Nawet rytm oddechu, gdy patrzył na wznoszące się
pod bawełnianą bluzką piersi.
Choć dziewczyna zamykała się przed nim, jednak przez cały
wieczór istniało między nimi wyczuwalne napięcie, jakby
gromadziła
się
jakaś
mieszanka
wybuchowa,
gotowa
eksplodować przy najlŜejszym ruchu.
– Gdy będziemy sami, pocałuję cię w kark, którym mnie
kokietujesz – rzekł jej do ucha.
Glenda Sanders
Strona nr 80
– Nie mam zamiaru cię kokietować – odparła, otwierając
oczy.
– Wiem, ale jestem przy tobie tak naładowany energią, Ŝe gdy
widzę kawałek skóry, zaraz myślę o pocałunku. To taki odruch
roznamiętnionego męŜczyzny.
– Czy to wypada mówić przy dzieciach? – Odsunęła się
nieco, by uniknąć jego zbyt podniecającej, kuszącej bliskości.
Zaczął ręką gładzić jej kark. Przez ciało Cassaundry
przepłynęły fale gorąca, które jeszcze się wzmogły, gdy Chuck
otarł się o jej ramię i ustami przywarł do ucha.
– Film się kończy. Dzieci idą wkrótce spać – wyszeptał.
Cassaundra znów zamknęła oczy. Była rozdarta między
sprzecznymi emocjami. Nie potrafiłaby wydobyć z siebie słowa.
Pragnęła tylko odwrócić się i objąć go. Czuć, jak on ją obejmuje,
jak ją wchłania w siebie. Ale jakaś cząstka jej osobowości,
ciągle zdolna do trzeźwego rozumowania, trzymała ją sztywno
na miejscu.
W tej właśnie chwili skończył się film. Chuck polecił
siostrzenicom, Ŝeby poszły wymyć zęby. Gdy wróciły z łazienki,
zaczęły domagać się bajki na noc. Usiłował protestować, ale
Robyn schwyciła go obiema dłońmi za rękę, jakby chciała
zmusić, by poszedł z nimi do ich pokoju.
– Porwano mnie! – zawołał, udając przeraŜenie.
– Chcemy, Ŝebyś ty teŜ z nami poszła – powiedziała Amy,
ujmując delikatnie rękę Cassaundry.
Dziewczynki zgodziły się, by goście wybrali dla nich ksiąŜkę.
Chuck wziął zabawne wierszyki Shela Silversteina. Czytał je z
takim komizmem, Ŝe siostry tarzały się ze śmiechu. Gdy
przeczytał ostatni wiersz, ucałował w czoło obie siostrzenice – a
takŜe Cassaundrę.
– Pójdę pozmywać naczynia, a ty ucisz jakoś te szkraby.
Cassaundra wybrała tom opowiadań Beatrix Potter, w którym
była opowieść o Jeremiaszu Rybaku. Po kilku minutach Amy i
Robyn z takim samym zachwytem słuchały opowieści o
jeremiaszowych kanapkach z motylem, jak słuchała ich
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 81
Cassaundra, gdy była dzieckiem.
– Podoba mi się to opowiadanie – rzekła zadumana Amy. – A
ciebie lubimy bardziej niŜ tę poprzednią.
– Poprzednią?
– Poprzednią dziewczynę wujka Chucka.
– Elizabeth – wyjaśniła Robyn, marszcząc nos lekcewaŜąco.
– Nie była tak miła jak ty.
– Robyn! – upomniała siostrę Amy.
– Tata mówił, Ŝe jest snobką – ciągnęła Robyn, nie zwracając
uwagi na siostrę. – I nie była teŜ miła dla wujka Chucka.
– Hej, cóŜ to za ploteczki na dobranoc sobie opowiadacie? –
spytał Chuck, stając w drzwiach pokoju. – Czas gasić światło –
dodał, najwyraźniej poirytowany.
Dziewczynki zostały zapakowane do łóŜek, światło zgaszone.
Chuck objął Cassaundrę wpół i poszli razem do salonu. Usiedli
na kanapie. Chuck milczał ponuro.
– Ja teŜ ciebie bardziej lubię niŜ poprzednią – odezwał się po
dłuŜszej chwili niezręcznej ciszy.
– Słyszałeś całą rozmowę?
– KaŜde okrutne słowo.
– To przecieŜ tylko dzieci.
– Bardzo spostrzegawcze dzieci – odrzekł, przyciągając jej
twarz ku sobie. Oczy ich się spotkały. – Nie była miła tak jak ty.
Tak to chyba określiły dziewczynki?
– Nie musisz mi przecieŜ niczego wyjaśniać.
– Być moŜe. Ale nie chciałbym, by ona siedziała tu na
kanapie między nami albo wracała z nami samochodem do
domu. – Chuck westchnął ze znuŜeniem. – Nie miała dla mnie
takiego znaczenia jak ty. Ona... to był tylko taki układ.
– Chuck, naprawdę nie chcę...
– Dziewczynki mówiły tak, jakbym tu stale przyprowadzał
jakieś kobiety, by rodzina mogła się im przyjrzeć i ocenić.
– Chyba zazwyczaj kaŜda rodzina tak postępuje?
– Ale nie ta rodzina – oświadczył Chuck. – Posłuchaj, to było
tak. Elizabeth organizowała aukcję na cele dobroczynne.
Glenda Sanders
Strona nr 82
Spotkałem ją na przyjęciu i chciała, Ŝebym opisał całe
przedsięwzięcie w gazecie. Marcia dopiero co otworzyła swą
pracownię, więc zasugerowałem jej, Ŝeby zrobiła coś dla tej
aukcji. Pomogłoby to mojej siostrze zdobyć rozgłos we
właściwych kręgach. Przyprowadziłem tu Elizabeth, by omówić
całe przedsięwzięcie. Traktowała Amy i Robyn, jakby miały
jakąś zakaźną chorobę – ciągnął Chuck, przeczesując palcami
włosy. – Włączyła wprawdzie w końcu firmę Marcii do
programu aukcji, ale dawała do zrozumienia, Ŝe robi jej wielką
łaskę.
– Ale przecieŜ twoja siostra poświęcała swój czas.
– Tak, ale Marcia jest kobietą pracującą. Popełnia nietakt, Ŝe
pracuje i zarabia pieniądze. Elizabeth pochodzi z bogatej
rodziny i chociaŜ spełnia moralny obowiązek organizując aukcję
dobroczynną, nic ją jednak nie moŜe łączyć z nami, robolami.
– To okropne, Ŝe ktoś moŜe być taki ograniczony.
– Nie wszyscy są tacy jak ty – odparł Chuck.
I nagle Cassaundra uświadomiła sobie, Ŝe jest juŜ za późno,
Ŝ
e Chuck jest w niej zakochany. Powinno ją to ekscytować, ale
przez
głowę
błyskawicznie
przebiegły
jej
wszystkie
konsekwencje tego faktu: oboje zmierzali do katastrofy.
– Nie kaŜdy ma taką jak ty zdolność odczuwania –
powiedział, a potem impulsywnie przykrył wargami jej usta.
„Zdolność odczuwania”. W czasie tego pocałunku Cassaundra
czuła wszystko: wzruszenie, dreszcz, nieuniknioną tragedię,
która czekała ich oboje. Czuła radość, przeraŜenie i uniesienie,
smak łez i przemoŜne poczucie winy, Ŝe dopuściła do tego, by
sprawy zabrnęły tak daleko.
Usta Chucka zaczęły powoli wędrować wzdłuŜ policzka
Cassaundry, na szyję, na kark. Gdy dotarły do zagłębienia
między obojczykami, Cassaundra zastygła i odsunęła się.
– Nie torturujmy się tak – powiedziała cicho.
Widziała poŜądanie na twarzy Chucka, w jego płonących
oczach, na rozgrzanych pocałunkami ustach, w rozognionym
wzroku. Na ten widok ją samą ogarniało podniecenie. Normalny
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 83
dreszcz rozkoszy, jaką odczuwa kaŜda kobieta, widząc, Ŝe
męŜczyzna patrzy na nią z takim poŜądaniem. Dreszcz
normalny, a jednak równieŜ samolubny. To nie było fair z jej
strony, Ŝe wdała się w tę całą historię i jeszcze ją podsycała.
– Masz rację – powiedział, biorąc głęboki oddech. – Pokoje
dzieci są niedaleko, a Marcia i Larry mogą wkrótce wrócić.
Trudno uwaŜać to za intymne warunki, prawda?
Opadł na miękkie poduszki kanapy.
– Najprawdopodobniej minie co najmniej godzina, zanim
usiądę za kierownicą. MoŜe wypijemy kieliszek wina, Ŝeby
lepiej nam się patrzyło na wieczorne wiadomości?
– Wino byłoby w sam raz – odparła Cassaundra. Wszystko,
co Chuck Granger robił, by wywrzeć wraŜenie na kobiecie, robił
w duŜym stylu. Wino zostało nalane do wysokich kielichów, a
butelka wstawiona do srebrnego wiaderka z lodem.
– Wspaniałe – stwierdził Chuck, kosztując wina.
– Kalifornia zrobiła duŜe postępy – zgodziła się Cassaundra.
– Niektóre z naszych win mogą rywalizować z najlepszymi
rocznikami europejskimi.
Chuck odsłonił fragment nalepki – rzeczywiście, wino było
amerykańskie. Dziwne, Ŝe Cassaundra poznała się na tym. MoŜe
jest amatorką i wytrawną znawczynią win?
Przez kilka minut siedzieli w napiętym milczeniu dość
sztywno obok siebie i sączyli wino. Powoli zaczęli się odpręŜać.
Chuck usiadł w rogu kanapy, a Cassaundra oparła barki o jego
pierś i wyciągnęła przed siebie nogi. Po poprzednim
gwałtownym pocałunku zapanowało między nimi przyjazne
ciepło. Na razie wystarczało im, Ŝe są blisko siebie. Cassaundra
odczuwała głębokie zadowolenie, Ŝe jest tu razem z Chuckiem i
wiedziała, Ŝe tego uczucia nie moŜe przypisać wyłącznie
działaniu wina. Doznawała kojącego poczucia bezpieczeństwa,
oparta o mocne męskie ciało. ZłoŜyła głowę na ramieniu
Chucka, westchnęła i przymknęła oczy.
Przed północą wrócili gospodarze.
– Jeszcze pięć minut, a zmieniłabyś się w ducha – zaŜartował
Glenda Sanders
Strona nr 84
Chuck, patrząc na ścienny zegar.
– O, widzę, Ŝe popijaliście sobie winko, czekając na nas –
powiedziała Marcia, wyjmując butelkę z kostek lodu. Na dnie
zostało moŜe z pół kieliszka. – Ktoś tu balował stwierdziła,
Ŝ
artobliwie patrząc na Chucka.
– Dzieci doprowadziły nas do tego – odparował Chuck.
– Tak źle się zachowywały? – spytała Marcia.
– Były grzeczne jak anioły – rzekła Cassaundra. –
Dziewczynki polubiły kanapki z motylem Jeremiasza Rybaka –
dodała z uśmiechem.
– Pokrewna dusza, miłośniczka Beatrix Potter! – powiedziała
Marcia. – Chuck, ta mi się podoba.
Chuck zaklął niewyraźnie.
– Przestań, Marcia. Dzieci juŜ jej wszystko powiedziały.
– Chyba nie wspomniały o tej... Elizabeth! – Marcia
wypowiedziała to imię z teatralną przesadą, wciągając policzki.
– Ta głupia gęś. „Gęś” to zbyt łagodne określenie. To kurza gęś,
o ile coś takiego istnieje.
W drodze powrotnej Cassaundra i Chuck rozmawiali
niewiele. Cassaundra, zatopiona w myślach, patrzyła przez
szybę. Chuck pomknął autostradą, a potem jechał ulicami
miasta, które miały w sobie coś niesamowitego teraz, gdy nie
było na nich zwykłego w godzinach szczytu tłoku.
Dojechali do osiedla, gdzie mieszkała Cassaundra, i wysiedli
z samochodu. Nocna cisza wzmacniała zwykłe o tej porze
odgłosy: cykanie świerszczy, szurgot przestraszonych jaszczurek
w krzakach. KaŜdy dźwięk głośniejszy od szeptu byłby
brutalnym zakłóceniem tej wszechogarniającej ciszy. Przez
dłuŜszą chwilę Cassaundra i Chuck nie odzywali się do siebie,
tylko patrzyli na swe twarze oświetlone jasnymi promieniami
księŜyca i słabym światłem latarni.
Cassaundra odezwała się pierwsza, wymawiając imię Chucka
błagalnie i tak cicho, Ŝe moŜna by to poczytać za westchnienie.
– Nie zaprosisz mnie do środka – stwierdził Chuck. – Przez
całą drogę myślałaś o tym, w jaki sposób mnie spławić.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 85
To nie zabrzmiało jak oskarŜenie – po prostu zwykłe
stwierdzenie faktu, świadczące o bezbłędnym wyczuciu.
Cassaundra nie mogła zaprzeczyć.
– Jest juŜ późno, a jutro oboje musimy iść do pracy.
– To tylko wymówka.
– Wypiłam sporo wina. Nie mogłabym ufać Ŝadnej swojej
decyzji, którą podjęłabym teraz.
– W takim razie zaufaj swym uczuciom – powiedział
prowokująco.
Uśmiechnęła się do niego smętnie.
– Moje uczucia to ostatnia rzecz, jakiej mogłabym zaufać.
Dzisiaj wieczór graliśmy w pewnej sztuce. Nie chciałabym,
Ŝ
ebyśmy obudzili się, oczekując, iŜ przedstawienie potrwa
wiecznie, a odkrylibyśmy, Ŝe zrobiło klapę na premierze.
Chuck przyciągnął ją gwałtownie do siebie.
– Bądź dla mnie miła, Złotowłosa. Przedstawiłaś swój
pogląd, teraz przestań myśleć i pocałuj mnie na dobranoc.
Całował ją zaborczo, niemal dziko, jakby chciał powetować
sobie zawiedzione nadzieje. Objął ją mocno i przytulił jej głowę
do piersi. Mijały sekundy, długie sekundy nabrzmiałej emocjami
ciszy.
– Jesteś na mnie zły? – spytała wreszcie Cassaundra.
– Raczej rozczarowany – sprostował.
– Czy poczułbyś się lepiej, gdybym ci powiedziała, Ŝe ja...
– Nie! – przerwał gniewnie. – Ani trochę nie czułbym się
lepiej. Mówiąc otwarcie, nie jestem w nastroju, by wczuwać się
w rozterki, jakie masz z podjęciem decyzji.
Tak jak przedtem niespodziewanie ją do siebie przygarnął,
tak teraz niespodziewanie wypuścił z objęć.
– Chuck...
– Powiedz mi dobranoc, Złotowłosa.
Ostry ton zmusił Cassaundrę do posłuszeństwa.
– Dobranoc – powiedziała, ale słowo to uwięzło jej w krtani.
Stała przed drzwiami swego domu i patrzyła, jak Chuck
odchodzi. Czy go jeszcze kiedykolwiek zobaczy? Lepiej byłoby
Glenda Sanders
Strona nr 86
dla niego, gdyby to nigdy nie nastąpiło. Miała nadzieję, Ŝe moŜe
nie wszystko stracone.
Chuck nie obejrzał się za siebie i nie zobaczył
przygnębionego wyrazu jej twarzy i zagubionego wzroku. Nie
miał zamiaru jej współczuć. Był zbyt zawiedziony. Musiał się
pouŜalać sam nad sobą. Otworzył głośno drzwi samochodu,
zatrzasnął je z nadmierną siłą, a potem zaciśniętą pięścią uderzył
w kierownicę, jakby chciał ją ukarać. Ukarał jedynie własną
rękę. Zaklął dosadnie i poczuł się lepiej. Do diabła, zdobył
przecieŜ nad Sandy przewagę.
Coś dla odpręŜenia, czyŜ nie tak pomyślał o niej na samym
początku? Ładna, nieskomplikowana, swojska blondyneczka z
baru. Czy moŜna aŜ tak się pomylić? W schowku pod tablicą
rozdzielczą leŜała paczka prezerwatyw, kupiona na dzisiejsze
spotkanie, i pokpiwała sobie z niego. Mógłby je nadmuchać
helem i zawiesić na antenie radiowej! Miałby z nich
przynajmniej jakiś poŜytek. MoŜe powinien to zrobić. Niech
ś
wiadczą o jego głupocie!
To, co zrobił, nie pasowało do niego. Doskwierało mu coś
znacznie bardziej dotkliwego niŜ nie zaspokojone poŜądanie.
Gdyby chodziło wyłącznie o seks, znalazłby sobie nowego
kociaka po tej wspólnej z Cassaundrą wyprawie do kina, gdy
bawiła się z nim w kotka i myszkę. To jego cholerne szczęście –
wpadł po uszy.
Cassaundra miała rację, gdy mówiła o przedstawieniu. W
przytulnym domu Marcii z łatwością weszli w rolę dobranych
małŜonków, którzy układają dzieci do snu, a potem z
kieliszkiem wina sadowią się na kanapie. Fantazje!
Przekręcił wściekle klucz w stacyjce swego mustanga i z
piskiem opon ruszył z parkingu. Do diabła z tą jej erotyczną grą
w chowanego! Czy fantazje to coś złego? Nikt przecieŜ nie
zakłada, Ŝe fantazje będą trwały wiecznie, z fantazji trzeba
czerpać jak najwięcej przyjemności, póki trwają.
Dlaczego więc nie zawrócisz i nie podzielisz się z nią swymi
drogocennymi myślami? – pytał go jakiś wewnętrzny głos.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 87
Dlatego, Ŝe uzna cię za szaleńca. Dlatego, Ŝe to do niczego
nie doprowadzi. Dlatego, Ŝe gdy ona spojrzy tym swoim
nieobecnym wzrokiem, zapomnisz, co miałeś jej powiedzieć i
tylko będziesz chciał ją wziąć w ramiona.
A moŜe ona ma rację? MoŜe rzeczywiście obudziliby się
rozczarowani, Ŝe to wszystko było tylko fantazją?
A moŜe wprost przeciwnie? MoŜe obudziliby się i doszli do
wniosku, Ŝe to wcale nie jest fantazja? Bał się takiej
ewentualności, ale jednocześnie wydała mu się ona pociągająca.
Musiał być jakiś powód, dla którego wracał do tej dziewczyny.
Mógł przecieŜ powiedzieć: „Do diabła z nią” i znaleźć sobie
kogoś bardziej uległego. Czy to miłość? Westchnął. Jeśli nie
miłość, to w takim razie musiał to być masochizm.
Glenda Sanders
Strona nr 88
ROZDZIAŁ 8
„Drogi Sloanie!
MoŜe miło ci będzie usłyszeć, Ŝe obecne pokolenie dzieci
potrafi się zachwycić kanapkami z motylem Jeremiasza Rybaka
i Ŝe Prawdziwi MęŜczyźni równie dobrze zmieniają pieluszki,
jak zapobiegają wybuchowi poŜaru. Niestety, Prawdziwi
MęŜczyźni nie są zbyt odporni na seksualne frustracje, więc być
moŜe nie zostanę zaproszona do jego mieszkania, by obejrzeć
kolekcję kart baseballowych. Uściski.
Cassaundra”
Nigdy go juŜ więcej nie zobaczysz, powtarzała sobie
Cassaundra moŜe z tysiąc razy w ciągu ostatnich dwóch dni.
Podobnie bezsensownie wmawiała sobie, Ŝe tak jest lepiej,
uczciwiej w stosunku do Chucka. A mimo to, nie zwaŜając na
głos rozsądku, wyczekująco patrzyła co chwilę na drzwi.
Telefon w barze nie dzwonił zbyt często, ale gdy tylko się
odezwał, Cassaundra natychmiast podnosiła słuchawkę, mając
nadzieję, Ŝe usłyszy głos Chucka. Dotychczas jednak dzwonili
wyłącznie klienci, pytając o godziny otwarcia baru, oferowane
produkty i ceny.
Cassaundra nigdy nie rozmawiała z Chuckiem przez telefon.
Mieli tyle wyjątkowych przeŜyć w ciągu tych paru dni, Ŝe nie
starczało im czasu na zwykłe sprawy.
Minęło pięć dni, w tym nieznośnie długi weekend, a dzwonek
u drzwi baru ani razu nie obwieścił przyjścia Prawdziwego
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 89
MęŜczyzny. We wtorek, kiedy Cassaundra po raz pierwszy od
ponad tygodnia miała wolne, zdecydowała, Ŝe nie będzie
siedzieć w domu i tonąć w melancholii. Postanowiła zwiedzić
miejscowe muzea, poświęcając większość dnia naukom
przyrodniczym, przestrzeni kosmicznej, historii Florydy i
sztukom pięknym. Wracając do domu wstąpiła do szklarza, by
dowiedzieć się, czy nadszedł zamówiony przez nią blat do stołu.
Gdy sprzedawca ostroŜnie umieszczał owalny blat w jej
samochodzie między przednimi a tylnymi siedzeniami,
Cassaundra przypomniała sobie, jak doskonale bawiła się z
Chuckiem, gdy malowali razem stół. Przez krótką chwilę
zastanawiała się, jak sama poradzi sobie z wyjęciem tej cięŜkiej
szklanej tafli.
Uruchomiła silnik i wtedy dostrzegła chińską restaurację w
niedalekim sąsiedztwie szklarza. Oferowano w niej między
innymi dania na wynos. Cassaundra pomyślała, Ŝe to świetny
pomysł na spędzenie wieczoru – klapnąć sobie na kanapie i jeść
gotowe dania z papierowych pudełek.
Serce skoczyło jej z radości, gdy wjeŜdŜając na parking przed
domem poznała stojącego tam juŜ forda mustanga. Chuck
siedział na podwórku obok skrzynek na listy i przyglądał się
Cassaundrze idącej po chodniku. Czuła ulgę i radość, Ŝe go
widzi, ale równocześnie była zaŜenowana – nadal miała w
pamięci ich rozstanie.
Gdy otwierała drzwi, Chuck wziął ją pod łokieć. Powoli
odwróciła głowę i spojrzała na niego. Patrzył jej w twarz, jakby
koniecznie chciał zapamiętać jej rysy.
– Poszedłem do baru, ale ciebie tam nie było, więc... – Wziął
głęboki oddech. – Tęskniłem za tobą.
Cassaundra nie odpowiedziała. Weszła do mieszkania i
gestem ręki zaprosiła Chucka do środka. Poszła dalej w
kierunku kuchni i postawiła na bufecie pudełka z chińskim
jedzeniem, zastanawiając się, co ma odpowiedzieć.
Chuck szedł tuŜ za nią. Otoczył ją rękoma i przyciągnął do
siebie.
Glenda Sanders
Strona nr 90
– Nie mogłem w nocy zasnąć. Cały czas pamiętałem zapach
twoich włosów – powiedział, zanurzając w nich twarz.
Wszystkie rozsądne postanowienia, jakie Cassaundra
poczyniła w ciągu ostatnich dni, stopniały jak podgrzany wosk
pod wpływem tych słów, których tak bardzo potrzebowała.
Chuck gładził ją po karku. Powoli odpręŜała się, opierając plecy
o jego twardą pierś.
– Powiedz mi, Ŝe teŜ za mną trochę tęskniłaś – poprosił.
– Bardziej niŜ trochę – odrzekła.
– Chciałbym zjeść z tobą obiad... za godzinę mam spotkanie.
– Przycisnął ją mocniej. – Och, Sandy, nie myślmy o obiedzie.
Porozmawiajmy.
– Mam tu dosyć jedzenia dla dwojga. Jeśli lubisz
chińszczyznę.
Chuck przeniósł szklany blat do mieszkania i umieścił go na
stole. Z pewnej odległości oboje z Cassaundrą podziwiali
ukończone dzieło.
– Dobrze, Ŝe bierzesz udział w inauguracyjnym posiłku na
stole, przy którym tyle się napracowałeś – powiedziała później,
gdy juŜ usiedli i nakładali sobie potrawy na talerze.
– Jestem tu, bo chciałem być z tobą, a nie dlatego, Ŝe
pomalowałem ten stół – odrzekł, patrząc na nią z niezwykłą
szczerością.
Milczała, grzebiąc w ryŜu, potem odłoŜyła widelec i odsunęła
talerz. Chuck zrobił to samo. Wstał, podszedł do niej, podniósł
do góry i wziął w objęcia. Przywarł do jej ust, domagając się
kapitulacji. Skapitulowała. Poznał to po sposobie, w jaki
rozsunęła wargi. Przywarła całym ciałem do jego ciała, dłońmi
gładziła jego plecy.
Przesunął wargi do jej ucha i powiedział:
– Przez całe pięć dni usiłowałem cię zapomnieć. To była
zwykła strata czasu. Mogliśmy spędzić go razem, gdyby nie
moja nadwraŜliwość.
Cassaundra przycisnęła czoło do jego piersi i westchnęła.
– Nie mów tak, Chuck. Twoje oczekiwania nie były
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 91
specjalnie wygórowane. Przyczyna leŜy we mnie. Są pewne
powody, których...
Zaczął pocierać podbródkiem o jej głowę, a potem nakrył
wargami jej usta.
– Nie chcę nic o nich słyszeć, dopóki nie będziesz gotowa. –
Z Ŝarliwością popatrzył jej prosto w oczy. – JuŜ dawno temu
przekonałem się, Ŝe jeśli na coś warto poczekać, naleŜy czekać.
Chcę poczekać na ciebie.
Och, Chuck, pomyślała Cassaundra, czując pod powiekami
kłujące łzy, nawet nie zdajesz sobie sprawy, co cię czeka.
– Lepiej skończ obiad, bo pójdziesz głodny na to swoje
spotkanie – powiedziała z lekkim uśmiechem.
– Nie jadłem dziś nawet śniadania. Nie zaleŜy mi na obiedzie.
W tej chwili zaleŜy mi tylko na tobie. Gdybym się wcześniej nie
zobowiązał, opuściłbym to spotkanie. – Nagle uśmiech przebiegł
po jego twarzy. – Sandy, chodź ze mną.
– Dokąd?
– To zebranie naszego kółka literackiego. Spodobają ci się
ludzie. A oni...
– Kółko literackie?
– No, oczywiście, nie moŜesz wiedzieć, o czym mówię.
Jesteśmy pisarzami i spotykamy się, by krytykować wzajemnie
swoje prace. Rozumiesz, szukamy słabych i mocnych punktów.
– Chodzi o artykuły prasowe?
– Nie, Sandy, zajmuję się równieŜ literaturą. Pracuję nad
powieścią detektywistyczną.
– Sensacja? – spytała niedowierzająco.
– Rodzaj
powieści
sensacyjnej.
Zagadka
kryminalna.
Protagonistą, to znaczy główną postacią, jest detektyw.
– Słyszałam juŜ kiedyś ten termin – odparła ubawiona jego
Ŝ
arliwością.
A więc pracował nad powieścią! Mogła się domyślić, Ŝe to
jakiś kryminał. Typowo amerykańska, męska forma literatury. I
naleŜał do kółka literackiego. Zaciekawiło ją, jacy są ci piszący
przyjaciele.
Dotychczas
działalność
wydawniczą
znała
Glenda Sanders
Strona nr 92
wyłącznie z drugiej strony.
– Czy myślisz, Ŝe to byłoby w porządku?
– Naturalnie – zapewnił. – Nawiasem mówiąc, w ubiegłym
tygodniu wysunąłem taką propozycję, gdy usłyszałem, jak
układasz wiersze dla dzieci. Jedna z kobiet w naszej grupie jest
poetką...
– Chuck, przecieŜ „Robyn, Robyn włosy swe zdobi” nie
moŜna nazwać poezją.
– Ale widać w tym pewien talent. MoŜe powinnaś
spróbować...
– Pisałam kiedyś wiersze – przyznała.
– To wspaniale!
– Dla mnie to była zawsze bardzo osobista sprawa. Nie sądzę,
Ŝ
e mogłabym komuś...
– Nie musisz niczego pisać. Po prostu przyjdź na spotkanie.
Podziel się z nami swoimi opiniami. Czasami w dyskusji
gubimy się w szczegółach technicznych, tracąc z oczu ogólny
obraz.
– Zgoda, skoro tak sądzisz – powiedziała.
Amanda Keese, gospodyni, miała na sobie powłóczysty
kaftan
upstrzony
duŜymi,
wielobarwnymi,
tropikalnymi
kwiatami. Była promienna i pogodna jak wzór na jej sukni.
Ś
miała się nieustannie, obejmowała Chucka serdecznie, a
Cassaundrę przywitała tak, jakby była jej córką wracającą do
domu po długiej nieobecności. Mówiąc wymachiwała rękoma
ozdobionymi bransoletkami i wokół siebie rozsiewała
intensywny zapach perfum.
– Co piszesz, Sandy? – spytała, otaczając Cassaundrę
ramieniem.
– Przyszła tu dzisiaj, by się tylko przyjrzeć – wyjaśnił Chuck.
– Ale próbuje pisać wiersze.
– Poezja! Muzyka dla duszy – powiedziała Amanda.
– Mogłabyś wykorzystać wiersze Sandy na swoich lekcjach –
rzekł Chuck. – Oczarowała swymi rymowankami moje kuzynki.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 93
Amanda uczy w drugiej klasie – wyjaśnił Chuck. – I pisze
horrory w stylu Stephena Kinga.
– Ciekawa kombinacja – powiedziała Cassaundra.
– To zaskakujące, jak inspirująca moŜe być praca z
siedmioletnimi dzieciakami – odparła Amanda. Uniosła ręce,
słysząc dzwonek do drzwi. – Wzywają mnie obowiązki. Chuck,
przedstaw Sandy Freda i Darlene.
Okazało się, Ŝe Fred pracuje nad powieścią o tragicznej
katastrofie lotniczej.
– Nie wszyscy zajmujemy się literaturą ponurą i krwawą –
powiedziała Darlene, drobna, srebrnowłosa, atrakcyjna kobieta.
–
W
swojej
powieści
podejmuję
temat
stosunków
międzyludzkich w późniejszym wieku. Rozumiesz, dorosłe
dzieci godzą się ze swymi rodzicami.
– Darlene jest naszą sztandarową literatką – wyjaśnił Chuck.
– Niezupełnie aprobuje naszą komercyjną prozę.
– Zanim uda mi się cokolwiek opublikować, będziesz juŜ
bogaty i sławny – zaŜartowała Darlene. – A jeśliby mi się to
udało, ty wtedy będziesz znacznie bogatszy i słynniejszy ode
mnie.
– Ale ciebie będą uwielbiali krytycy – droczył się Chuck.
Mówili do siebie z poufałością świadczącą o tym, Ŝe od
dawna się znają. Cassaundra czuła się dobrze w ich
towarzystwie.
– CzyŜby ktoś tu wspominał literaturę komercyjną? – spytała
kobieta w wieku Cassaundry. Wyciągnęła prawą rękę. – To moja
specjalność. Cześć, nazywam się Barb Polly, w przyszłości
wielka dama skandalu, seksu, bogactwa i blichtru.
– Nie wiemy, jak mamy rozruszać naszą Barb. Jest taka
nieśmiała i skromna – ironizował Fred.
– CóŜ, jeśli ja sama bym w siebie nie wierzyła, kto uwierzy
we mnie? – Spojrzała na Cassaundrę. – UwaŜają, Ŝe jestem
niespełna rozumu: wierzę, Ŝe gdy o czymś intensywnie myślę,
wówczas to się spełni. Codziennie widzę oczami duszy, jak
podpisuję egzemplarze swojej ostatniej ksiąŜki na eleganckim
Glenda Sanders
Strona nr 94
wieczorze promocyjnym. NabrzeŜe w Palm Beach, pokład
jachtu, apartament na dachu wieŜowca w Nowym Jorku.
WyobraŜasz to sobie?
Cassaundra potaknęła zachęcająco głową.
– To pomaga przezwycięŜyć strach – ciągnęła Barb. – Strach
przed poraŜką, strach przed sukcesem. Kiedy w myślach wierzę,
Ŝ
e to wszystko juŜ nastąpiło, nie odczuwam więcej strachu.
– To ciekawe podejście – stwierdziła Cassaundra. Pomyślała,
Ŝ
e Barb Polly ma rzeczywiście zadatki na „wielką damę”.
Wysoka, smukła, o jasnokasztanowych włosach i zawadiacko
wyszarpanej grzywce, miała na sobie błyszczącą, oliwkową
bluzkę przepasaną zieloną szarfą oraz pomarańczową krótką
spódnicę, odsłaniającą długie, szczupłe nogi.
Przechyliła na bok głowę i popatrzyła uwaŜnie na
Cassaundrę.
– Czy myśmy się juŜ gdzieś nie spotkały? Wydajesz mi się
znajoma.
– Sandy przeprowadziła się właśnie z Nowego Jorku –
wtrącił Chuck.
– Pracuję w „Le Yogurt”. MoŜe tam mnie widziałaś –
powiedziała Cassaundra. Poczuła, Ŝe wilgotnieją jej dłonie, a
twarz blednie. Miała nadzieję, Ŝe Chuck tego nie zauwaŜył.
– To nie to – stwierdziła Barb, przyglądając się nadal twarzy
Cassaundry. – Och, nie będzie mi to dawało spokoju, zanim nie
przypomnę sobie, do kogo jesteś podobna.
– Skoro juŜ się zebraliśmy, usiądźmy i zacznijmy czytanie –
zaproponowała Amanda.
– Tak, pani Keese – odparli wszyscy jednocześnie,
najwyraźniej stosując tę formułkę nie po raz pierwszy. Amanda
podparła się rękami pod boki i popatrzyła na swych gości z miną
damy klasowej.
– Amanda jest naszym autorytetem i trzyma nas w ryzach –
powiedział Chuck scenicznym szeptem.
– Ktoś musi to robić – odparowała Amanda. – Do roboty,
moi mili. Nadszedł czas szampana i łez. Fred?
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 95
Fred poruszył się niespokojnie w fotelu.
– Nadal czekam na wiadomość od swego agenta – powiedział
nieśmiało.
– Na litość boską, Fred – rzekła Barb. – Nie miałeś jeszcze
Ŝ
adnej wiadomości?! Ile to juŜ trwa?
– Trzy i pół miesiąca – westchnął Fred posępnie. Chyba będę
musiał napisać do nich i zapytać, co się, do diabła, dzieje.
– Trzy i pół miesiąca – powtórzyła Cassaundra.
– Do mnie naleŜy rekord – rzekła Darlene. – Trzynaście
miesięcy. Ale w moim przypadku chodzi o wydawcę.
– A wy cierpliwie czekacie? – spytała z niedowierzaniem
Cassaundra. – Dlaczego znosicie taką sytuację? Dlaczego nie
wycofacie rękopisów?
– Brak wiadomości jest dobrą wiadomością – rzekła Amanda.
– Dopóki rękopis nie został odrzucony, jest nadzieja, Ŝe będzie
przyjęty. A jeśli chodzi o agentów... gdy masz własnego agenta,
jesteś o krok bliŜej do publikacji. Wielu wydawców nie
przyjmuje rękopisów, które nie pochodzą od agentów.
– Rozumiem – rzekła Cassaundra.
Rozumiała, doskonale rozumiała. Z całą wyrazistością
przypominała sobie, jak w wydawnictwie Quill toczono walkę
na temat otwartej polityki. Gdyby nie upór i konsekwencja
Sloana, wydawnictwo juŜ dawno ograniczyłoby się do
rozpatrywania tylko tych utworów, które pochodzą od agentów, i
Cassaundra nigdy nie odkryłaby „Niewinnych i namiętnych” w
stosie rękopisów zakwalifikowanych jako sentymentalne
historyjki. Rozumiała obsesyjne przywiązanie Sloana do
tradycji, ale do tej chwili nigdy nie zdawała sobie sprawy z
wszystkich następstw strategii, której był zwolennikiem.
– Chuck, a ty czego dokonałeś? – spytała Amanda.
– W tym tygodniu ukończyłem rozdział. Przyniosłem go ze
sobą i mam zamiar przeczytać wam jedną scenę. Nie mogę sobie
z nią poradzić. – Pochylił się i szepnął Cassaundrze do ucha: –
KaŜda kobieta w mojej opowieści ma jasne włosy i niebieskie
oczy.
Glenda Sanders
Strona nr 96
Cassaundra z zadowolonym uśmiechem otarła się ramieniem
o Chucka. To wspaniałe. Był tak samo nieszczęśliwy jak ona.
– Barb? – pytała dalej Amanda.
Barb załoŜyła prawą nogę na lewą. Na kostce miała
wytatułowaną tęczę i jednoroŜca.
– Napisałam kolejne czterdzieści stron.
– Czterdzieści stron! – zawołał Fred. – Jak potrafisz tego
dokonać mając dwie posady?
– Koncentruję się – odparła Barb. – Gdybym nie
mobilizowała się, nigdy niczego bym nie napisała. Przyniosłam
scenę, którą chcę wam przeczytać.
– Na pewno erotyczną – wysunął przypuszczenie Chuck.
– To się dobrze sprzedaje – stwierdziła Barb.
– Czy masz agenta? – spytała Cassaundra.
– Nie. Nie mam zamiaru tracić czasu na upychanie ksiąŜki,
która nie jest jeszcze napisana. Kiedy ją ukończę, zrobię
piętnaście kopii i roześlę po wydawnictwach. Będę martwiła się
o swego agenta, gdy dostanę jakąś propozycję. Nienawidzę
czekać – ciągnęła Barb. – Najgorsze, co mi się moŜe przydarzyć,
to otrzymanie kilku propozycji.
– Masz jedną szansę na trzy tysiące, Ŝe twój rękopis zostanie
wyłowiony ze sterty romansideł – powiedział Fred.
– Powiodło się to w przypadku „Niewinnych i namiętnych” –
odrzekła Barb. – Ta dziwka Snow szukała złotej Ŝyły i znalazła
ją. Jeśli mogło to się przydarzyć Helen Ackroyd, moŜe to się
równieŜ przydarzyć Barb Polly.
Cassaundra poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. „Ta
dziwka Snow”? Czy w ten sposób jest postrzegana? W zasadzie,
doszła do wniosku, to uczciwsze niŜ niesympatyczny obraz
amerykańskiej księŜniczki, jaki wylansowały pisma brukowe.
– Darlene? – pytała Amanda.
– Dostałam liścik odrzucający mój rękopis, ale ukończyłam
szósty rozdział i chcę przeczytać jedną scenę.
– Ja natomiast napisałam dwa rozdziały i mam dla was coś
kapitalnego – powiedziała Amanda.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 97
– Czy będzie to o ludziach, czy o owłosionych warzywach? –
wtrąciła Barb.
– Słuchajcie tylko.
Amanda podniosła okulary, które dotychczas zwisały jej na
złotej elastycznej tasiemce, umieściła je na czubku nosa i
zaczęła czytać swój rękopis.
– Kto następny? – zachęcała Amanda, wysłuchawszy rad i
opinii zgromadzonych.
– Ja spróbuję – odparła Barb.
Jeśli prawdą jest, Ŝe dzięki erotyce ksiąŜki dobrze się
sprzedają, to Barb powinna rzeczywiście święcić triumf. Jej
opowieść dotyczyła twardych ciał i miękkiej moralności. Gdy
przeczytała swój kawałek, w pokoju zapanowała przedłuŜająca
się cisza.
– Właściwie, czy jest fizycznie moŜliwe, by dwoje ludzi
robiło to na krześle? – spytał Fred i wybuchnął śmiechem, gdy
zebrani zaczęli wydawać okrzyki jak widzowie na nieudanym
spektaklu.
Barb schwyciła z kanapy poduszkę i rzuciła nią we Freda.
– Ty chyba nigdy nie zapomnisz tej sceny na krześle?
Początkowo Cassaundra nie zrozumiała, o co chodziło
Fredowi. W rękopisie Barb nie występowało Ŝadne krzesło. Po
chwili zrozumiała jednak, Ŝe sprawa krzesła była starym
dowcipem w tym towarzystwie. Ile trzeba czasu, by w gronie
ludzi tak róŜnych wyrosła taka zaŜyłość? Musi zapytać potem
Chucka, od jak dawna się wszyscy spotykają.
– A ty, Chuck? – spytała Amanda.
– W tej scenie detektyw spotyka Ŝonę zamordowanego
męŜczyzny. Jest jedną z podejrzanych osób – wyjaśnił. Potem
czytał przez jakieś pięć minut, a gdy skończył, opuścił rękopis
na kolana.
– Nie mam przekonania do ogólnego kształtu tej sceny.
Myślicie, Ŝe jest w porządku?
Cassaundra odczuła, jak jego ciało napina się lekko, i
poznała, Ŝe jest zaniepokojony. Dziwna nadwraŜliwość u
Glenda Sanders
Strona nr 98
męŜczyzny zazwyczaj tak pewnego siebie. Mimowolnie
wstrzymała oddech, czekając na reakcję grupy, i miała nadzieję,
Ŝ
e przyjaciele Chucka będą wobec niego taktowni.
– O ile dobrze zrozumiałam, między tym detektywem i
wdową zaczyna rozwijać się romans – powiedziała Amanda.
– Było coś takiego – przyznał Fred. – Jakieś erotyczne
napięcie.
– Brawo! – wtrąciła Barb. – Nie przypominam sobie, Ŝebyś
przedtem napisał jakąkolwiek scenę romantyczną.
– Czy nie niepokoi was, Ŝe ona dopiero co owdowiała, a jest
tak wyraźnie... zainteresowana? – spytała Darlene.
– Ten jej mąŜ to musiał być palant. W końcu przecieŜ ktoś go
zamordował... – stwierdziła Barb.
– To, Ŝe jej mąŜ nie był świętym, nie usprawiedliwia jej
flirtu, praktycznie zanim jeszcze jego ciało ostygło.
– Jego ciało juŜ było zimne, zanim wykitował – parsknęła
Barb.
– Zwykła przyzwoitość wymaga pewnego okresu Ŝałoby –
stwierdziła Darlene. – Ta kobieta nie wywoła sympatii
czytelników, jeśli nie będzie zachowywała się jak naleŜy po
ś
mierci męŜa.
– Ona nie zrobiła niczego zdroŜnego – rzekła Amanda. –
PoniewaŜ wszystko opowiedziane jest z punktu widzenia
detektywa, poznajemy głównie jego reakcje. Chuck, moŜe
mógłbyś osłabić tę scenę, zarysować tylko nieco atmosferę i
stonować postać tej kobiety. MoŜe niech będzie bardziej
zatroskana.
– Spróbuję – przytaknął Chuck. – A co ty o tym myślisz? –
spytał, zwracając się niespodziewanie do Cassaundry.
– Ja... przyszłam tu tylko, by posłuchać... nie znam się.
– Potrzebne jest nam świeŜe spojrzenie – wtrąciła Barb. –
Powiedz mu, co o tym sądzisz.
– Czy w tym opowiadaniu waŜne jest, Ŝe bohaterka to wdowa
po zamordowanym? – spytała Cassaundra.
– Mogłaby być jego rozwiedzioną Ŝoną związaną z nim
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 99
interesami – zaproponowała Barb.
– Wówczas kwalifikowałaby się nawet jeszcze bardziej do
ś
cisłej grupy podejrzanych – zauwaŜyła Amanda. Chuck
nieoczekiwanie pocałował Cassaundrę w policzek.
– Jesteś geniuszem!
– Przypomina trochę wdowę z twojego opowiadania – rzekł
Fred chichocząc.
Chuck stwierdził, Ŝe jest w centrum zainteresowania, i
zaczerwienił się, co jeszcze bardziej wzruszyło Cassaundrę. Jeśli
dotychczas nie była całkowicie pewna, czy jest w niej
zakochany, to teraz wszelkie wątpliwości zniknęły, gdy patrzyła
na rumieniec pełznący po jego karku i malujący mu uszy
czerwienią.
– Spokój, dzieciaki – poprosiła Amanda. – A ty, Darlene, co
przyniosłaś?
To, co zaprezentowała Darlene, było czystą magią – poezją
ubraną w formę prozy. Gdy postacie jej powieści oŜyły, wszyscy
zamilkli, a kiedy Darlene odłoŜyła rękopis, w pokoju panowała
kompletna cisza.
– Czy ta scena jest typowa dla twojej powieści? – spytała
Cassaundra, starając się otrząsnąć z poraŜającego ją zachwytu.
– To, co Darlene pisze, jest zawsze tak dobre – powiedziała
Amanda. – Nie wiem, jak to się stało, Ŝe do tej pory nie została
„odkryta”.
– Wszystko przez sklepikarskie podejście ludzi z Nowego
Jorku – stwierdził Fred. – Darlene nie moŜe znaleźć wydawcy,
bo nie ma swojego agenta, a nie moŜe znaleźć agenta, bo do tej
pory niczego nie opublikowała. Nikt nie chce ryzykować
współpracy z taką osobą.
– To zbrodnia – rzekła Cassaundra.
Wszyscy członkowie kółka literackiego uśmiechnęli się
dobrodusznie, słysząc taką naiwność. Cassaundra odczuła całą
ironię tej sytuacji. Gdyby wiedzieli, kim jest naprawdę – „tą
dziwką Snow”, wnuczką magnata prasowego Nathana Granda,
którego ojciec załoŜył wydawnictwo Quill odnosiliby się do niej
Glenda Sanders
Strona nr 100
z obawą i szacunkiem. A mimo to rzeczywiście była tak naiwna,
jak przed chwilą zademonstrowała. Jej kontakty z pisarzami
ograniczały się do wymiany listów, rozmów telefonicznych i
kilku bezpośrednich spotkań z autorami, którzy współpracowali
z wydawnictwem Quill.
Znała historie początkujących pisarzy, ale nigdy nie patrzyła
na ten problem z punktu widzenia losu pojedynczego człowieka.
Wydawcy przed rozmową z pisarzami mówili często, Ŝe naleŜy
się „uzbroić”. Teraz dla Cassaundry powiedzenie to nabrało
nowego
znaczenia,
gdy
uświadomiła
sobie,
z
jaką
niecierpliwością pisarz oczekuje publikacji swej ksiąŜki.
Przypomniał jej się stary dowcip opowiadany w redakcjach. Jak
to wydawca idzie do toalety, a pod drzwi klozetu ktoś wsuwa
mu rękopis z liścikiem zaczynającym się od słów: „Jeśli nie jest
pan zbyt zajęty”. Cassaundra wyobraziła sobie desperację
autora, która przywiodła go do podobnej bezczelności, i dowcip
ten nie wydał się jej juŜ taki śmieszny.
– Czy macie jeszcze jakieś uwagi? – spytała Amanda.
– Taką, Ŝe najchętniej wydrapalibyśmy Darlene oczy, gdyŜ
Ŝ
aden człowiek nie ma prawa być aŜ tak utalentowany – odparła
Barb. – Ale chyba nie o to ci chodziło.
– Podam kawę, zanim ulegniemy naszym pierwotnym
instynktom – rzekła Amanda, wstając z fotela.
– Lubię ulegać swym pierwotnym instynktom – powiedziała
Barb. – Na ogół jest to zdrowe.
– Nie obawiaj się, Darlene – wtrącił Fred. – Ja i Chuck
będziemy cię bronić, jeśli ona zaatakuje.
Przy kawie i ciasteczkach Cassaundra dowiedziała się, Ŝe
wieczorami Barb pracuje jako kelnerka w popularnym klubie, a
w ciągu dnia prowadzi zajęcia z aerobiku. Fred zatrudniony jest
przy obsłudze odrzutowców na prywatnym lotnisku. Darlene
była pielęgniarką. Wyszła za mąŜ za lekarza i wiele lat
pracowała jako wolontariuszka w szpitalu. Od pięciu lat jest
wdową, a pisarstwem zajmuje się od dwudziestu.
Cała grupa spotyka się od trzech lat. Chuck dołączył do nich
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 101
w ubiegłym roku i dopiero stawia pierwsze kroki.
– Początkowo podchodziliśmy do niego ostroŜnie – wyjaśnił
Fred. – Jest dziennikarzem, a wszyscy wiedzą, Ŝe dziennikarz
nie moŜe zostać prawdziwym pisarzem – dodał ironicznie. – Ale
zadziwił nas i świetnie daje sobie radę.
– Fred, przestań dogadywać Chuckowi – upomniała go
Amanda. – Następnym razem nie zechce przyprowadzić Sandy.
– Ciągle usiłuję sobie przypomnieć, dlaczego twoja twarz
wydaje mi się znajoma – rzekła Barb.
– Mam typową twarz, a takie na ogół wydają się znajome –
odparła lekko Cassaundra.
ZauwaŜyła wcześniej masywne pianino stojące w salonie i by
zmienić temat rozmowy, zapytała Amandę o jego dzieje.
– NaleŜało do mojej babki – zaczęła Amanda. – Prezent
ś
lubny od mojego dziadka. Wszystkie rzeźbione detale i
inkrustacja to ręczna robota. Chciałabyś przyjrzeć się z bliska?
Cassaundra podeszła z gospodynią do pianina. Przejechała
opuszkami palców po wypukłościach rzeźbionego rysunku.
– Jakie
mistrzostwo.
Prawdziwa
kość
słoniowa
–
powiedziała, dotykając poŜółkłych klawiszy.
– Wykonano to w czasach, gdy nikt jeszcze nie myślał o
słoniach jako o wymierającym gatunku – rzekła Amanda. –
Moja babka wspaniale grała. Niestety, talent nie przeszedł na
następne pokolenia. A ty potrafisz grać?
– Ja... juŜ kilka miesięcy nawet nie...
– To pianino stoi nietknięte od dłuŜszego czasu, jedynie
odkurza się je i woskuje. Proszę cię, zagraj.
Cassaundra wysunęła stołek. Była zdziwiona, Ŝe ma ochotę
na grę. Przez te wszystkie lata przymusowych ćwiczeń,
wysłuchiwania
zjadliwych
uwag
ojca
wyraŜającego
bezgraniczne rozczarowanie, Ŝe jego córka nie wykazuje
spodziewanego talentu, Cassaundra Ŝywiła do muzyki zarówno
miłość, jak i nienawiść. Przez parę miesięcy po ostatnim
katastrofalnym egzaminie nie zagrała ani jednej nutki. Potem,
stopniowo, zaczynała odnajdywać w muzyce psychiczne
Glenda Sanders
Strona nr 102
odpręŜenie. Grała to, co chciała, i wtedy, kiedy chciała. Jej
niechęć mijała, gdy nie było juŜ przymusu. Zaczęła doceniać
muzykę, w której znajdowała ujście dla swych emocji.
Nie zastanawiając się nawet, zaczęła grać „Dla Elizy”.
Zatraciła się w pięknej melodii i nie zwracała uwagi na to, czy
gra bezbłędnie. Pochłonęła ją sama muzyka i nie zauwaŜyła
nawet, Ŝe pozostali stanęli obok pianina. Gdy przebrzmiały
ostatnie, spokojne, miękkie dźwięki utworu, wszyscy zaczęli
entuzjastycznie klaskać. Cassaundra zamarła na chwilę,
przypominając sobie ojca stojącego twarzą do audytorium i
przyjmującego aplauz publiczności – poŜywkę dla jego kruchej
osobowości. Potem wszyscy naraz zaczęli coś mówić i
Cassaundra odzyskała poczucie rzeczywistości.
– Grasz z takim uczuciem – zawołała Darlene. – Sam
Beethoven byłby zadowolony.
– Beethoven był przecieŜ głuchy, prawda? – odrzekła
Cassaundra.
– Od śmierci mojej babki nikt nie grał tak świetnie na tym
pianinie – powiedziała Amanda. – Proszę, zagraj jeszcze coś.
– Nie jestem pewna, czy zdołam sobie cokolwiek
przypomnieć – skłamała Cassaundra.
– Mam śpiewniczek z nutami. Będziemy śpiewać przy twoim
akompaniamencie.
Po kilku minutach wszyscy z werwą wykonywali zabawne
ludowe piosenki. Darlene miała znośny sopran, Barb i Amanda
– alty, Fred zadziwiający tenor, a Chuck... no cóŜ, Chuck robił,
co mógł, by dotrzymać innym kroku mimo zupełnego braku
słuchu. Najwyraźniej jego ulubioną piosenką było „Zabierz mnie
na mecz”.
Przerobili cały śpiewniczek i wtedy ktoś zauwaŜył, Ŝe jest juŜ
północ. Następnego dnia wszyscy musieli wstać rano do pracy,
przerwano
więc
spotkanie
i
zaczęto
się
rozchodzić,
przypominając sobie wzajemnie, Ŝe do kolejnego spotkania
naleŜy solidnie popracować. Amanda nalegała, Ŝeby Cassaundra
przyszła jeszcze kiedyś zagrać na pianinie, a potem nastąpiły
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 103
nieuniknione poŜegnalne formułki: „Miło mi było cię poznać” i
„Dziękujemy za grę”.
– Zrobiłaś na wszystkich duŜe wraŜenie – stwierdził Chuck w
drodze do samochodu.
– Było tak wesoło – odparła Cassaundra. – Polubiłam twoich
znajomych.
– Sprawiłaś, Ŝe gotowi byli jeść z twej utalentowanej rączki –
powiedział Chuck. – Dlaczego nie powiedziałaś mi, Ŝe potrafisz
tak dobrze grać?
– Nigdy nie poruszaliśmy tego tematu – odrzekła Cassaundra.
– Ale w twoim Ŝyciu musiało to mieć duŜe znaczenie. Z
pewnością przez wiele lat brałaś lekcje muzyki.
– Mój ojciec uwaŜał, Ŝe kaŜda młoda kobieta powinna
otrzymać klasyczne wychowanie – wyjaśniła pogodnie. Jeśli w
najbliŜszym czasie usłyszy o niewielkim trzęsieniu ziemi w
Nowym Jorku, prawdopodobnie będzie ono spowodowane tym,
Ŝ
e mistrz Snow przewrócił się w grobie, gdyŜ jego córka grała
utwory z mieszczańskiego śpiewnika.
– Masz widoczny talent.
– Ledwo widoczny.
– Widziałaś reakcję moich przyjaciół.
– Tworzycie wspaniałą grupę – powiedziała Cassaundra. –
Zrobiło na mnie wraŜenie to, w jaki sposób wzajemnie się
wspieracie.
– Jeśli kiedykolwiek ukończę moją ksiąŜkę, to tylko dzięki
temu, Ŝe to oni prowadzili mnie krok po kroku. A co ty myślisz
o scenie, którą przeczytałem? – zapytał po chwili wahania.
– Ma w sobie coś – powiedziała Cassaundra.
– To taktowny sposób, by uniknąć wyraŜenia własnej opinii.
– Mówię serio. Ma w sobie coś. Musisz tylko trochę bardziej
przemyśleć sytuacje i postacie swych bohaterów.
– Szybko przesiąknęłaś tym Ŝargonem – stwierdził. –
Zaczynasz mówić jak wydawca.
Cassaundra poczuła, jakby ją ktoś dźgnął w kark.
– Pytałeś mnie o zdanie.
Glenda Sanders
Strona nr 104
– Nie miałem zamiaru na ciebie napadać – powiedział Chuck
po chwili milczenia. – Chyba chciałem ściąć posłańca za to, Ŝe
przynosi złe wieści.
– Nie było Ŝadnych „złych wieści” – odparła.
– ”Ma w sobie coś” w przeciwieństwie do „jest dobra” –
zaprotestował Chuck.
– Miałeś problemy z tą sceną. CzyŜ nie dlatego przeczytałeś
ją na zebraniu kółka, by usłyszeć opinie przyjaciół?
– Popatrz, dogadujemy sobie z powodu mojej uraŜonej
ambicji – powiedział Chuck z westchnieniem. – Masz
oczywiście rację. Jednak gdy coś tworzysz, traktujesz to jak
własne dziecko, fragment siebie samego. Chcesz więc, by było
doskonałe i Ŝeby kaŜdy przyjmował to w taki sposób, jak ty sam.
Fred natychmiast zrozumiał, Ŝe elementy miłosne w mojej
ksiąŜce mają swój odpowiednik w moim Ŝyciu.
Wzruszona Cassaundra nie odpowiedziała nic, uśmiechnęła
się jedynie, a potem obserwowała Chucka, który ze skupieniem
patrzył na drogę. Chciałaby zapomnieć o swych wyrzutach
sumienia.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 105
ROZDZIAŁ 9
„Drogi Sloanie!
Prawdziwy MęŜczyzna pisze powieść detektywistyczną – bo
cóŜ by innego? To przecieŜ najbardziej amerykański i męski typ
literatury. Kobieta, w której kocha się jego bohater, jest bardzo
podobna do mnie. Byłam z nim na spotkaniu kółka literackiego.
Jedna z pisarek pracuje nad piękną powieścią psychologiczną.
Zastanawiam się, w jaki sposób skłonić ją do współpracy z
naszym wydawnictwem, Ŝeby nie zorientowała się, Ŝe jestem „tą
dziwką Snow”. Uściski.
Cassaundra PS. Prawdziwy MęŜczyzna fałszuje. CzyŜ to nie
wspaniałe?”
„Kobieta, w której kocha się jego bohater”. Sformułowanie to
uporczywie pobrzmiewało w mózgu Cassaundry – natrętny
refren przypominający jej, jakiego bigosu narobiła.
Czajnik zagwizdał i Cassaundra zalała wrzątkiem torebkę
herbaty ziołowej o nazwie „Drzemka”. Miała nadzieję, Ŝe się
dzięki niej odpręŜy. Była trzecia nad ranem, a ona nie mogła
zasnąć.
JakŜe naiwnie sądziła, Ŝe potrafi sterować swoimi emocjami,
tak jak steruje się mięśniami, Ŝe dzięki racjonalnej decyzji jest w
stanie sprawić, iŜ znajomość z Chuckiem będzie jedynie
niezobowiązującym flirtem. Tymczasem zakochała się w
Chucku Grangerze. Wiedziała jednak, Ŝe dla niej – osoby
bogatej i zajmującej uprzywilejowaną pozycję – Chuck jest kimś
Glenda Sanders
Strona nr 106
nieosiągalnym.
Dźwięczało jej teraz w uszach to, co powiedział o swojej
znajomej: „Ona była bogata”, jakby oskarŜał samą zasadę, jakby
taka osoba nie mogła być coś warta, jakby to wyjaśniało
wszystkie wady charakteru Elizabeth, jej egoizm i snobizm.
Ona, Cassaundra, nie była snobką, ale była egoistką. Dowód
tego egoizmu znajdował się na drugim końcu miasta i z
pewnością spał snem sprawiedliwego, śniąc moŜe o
szczęśliwym Ŝyciu z kobietą, w której był zakochany. Jednak
kobieta, w której był zakochany, nie istniała. Była iluzją,
fantazją, a realne jedynie było to, Ŝe mogła wciągnąć tego
prostolinijnego męŜczyznę w sytuację prowadzącą bezpośrednio
do katastrofy.
Wspominała, jak delikatnie Chuck pocałował ją na progu
domu, a w jego oczach błyszczało podniecenie, gdy ujął ją za
rękę i wyszeptał słowa poŜegnania, choć miał nadzieję, Ŝe
zaprosi go do środka. Cassaundra zastanawiała się teraz, czy
zdawał sobie sprawę, z jakim wysiłkiem powiedziała mu:
„dobranoc”, i patrzyła potem, jak odchodzi, czując, Ŝe razem z
nim odchodzi jakaś cząstka jej samej. Zrozumiała jednocześnie,
Ŝ
e znacznie trudniej byłoby im się rozstać, gdyby doświadczyli
spełnienia.
O trzeciej nad ranem Cassaundra Snow, z dominującym
uczuciem samotności, płakała jak dziecko, które pobawiło się
trochę w piaskownicy i nie chce teraz z niej wyjść. Herbata
„Drzemka” wystygła.
Cassaundra wróciła do łóŜka. Światło w Ŝaden cudowny
sposób nie zmieniło jej sytuacji. Postanowienie podjęte po
ciemku było nadal aktualne: musi przestać widywać się z
Chuckiem.
Cassaundra spojrzała na drzwi, gdy tylko Chuck wszedł. Czy
dzwonek zadzwonił w jakiś szczególny sposób, czy moŜe była
to telepatia? A moŜe po prostu Cassaundra, wbrew swemu
postanowieniu, zerkała na drzwi po kaŜdym dzwonku, mając
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 107
nadzieję, Ŝe to Chuck? Tak czy inaczej, w piątkowe popołudnie
Chuck wkroczył do cukierni, uśmiechając się od ucha do ucha,
jakby właśnie trafił szóstkę w toto-lotka.
Podszedł od razu do lady, ujął w dłonie twarz Cassaundry,
przyciągnął ją delikatnie do siebie i mocno cmoknął w usta.
– Cześć, ślicznotko.
ZwęŜonymi oczami powiódł po sali, spojrzał za kontuar, a
potem promiennie uśmiechnął się do Cassaundry.
– Jesteś bezpieczna, Złotowłosa. Szefowej tu nie ma.
Cassaundra mimowolnie uśmiechnęła się do niego.
– Jesteś niepoprawny.
I, niech niebiosa mają nas w swej opiece! – nieodparcie
uroczy.
– To szczególny dzień – powiedział. – Świąteczny. Zapisany
czerwonymi literami w kalendarzu. I wokół jest czerwono.
– Czy przypadkiem nie wysączyłeś butelki ginu? – spytała
ironicznie.
– Nawet kropelki – odparł i zrobił taki gest, jakby strzepywał
popiół z cygara. – Nie potrzeba alkoholu, by poprawić nastrój
szczęśliwemu męŜczyźnie.
– Zamawiasz coś, czy to tylko towarzyska wizyta? – spytała.
– Chciałbym to, co jest za ladą – odrzekł Chuck i obrzucił
Cassaundrę takim spojrzeniem, Ŝe aŜ się zaczerwieniła. –
Poprzestanę jednak na jogurcie czekoladowym w roŜku z wafla,
z dodatkiem czekolady i orzechów. Ale to tylko na razie.
– Czy twoja mama wie, Ŝe w taki sposób traktujesz kobiety?
– gderała, napełniając roŜek jogurtem.
– Zrzędzisz, ale nie popsujesz mi dziś nastroju. O której
jesteś wolna?
– O czwartej – odpowiedziała, ale natychmiast przypomniała
sobie swoje postanowienie. – Tylko Ŝe...
– Nie przyjmuję Ŝadnych usprawiedliwień. Chyba Ŝeby to
była powaŜna operacja, pogrzeb lub występ w operze.
– O ósmej śpiewam partię w „Madame Butterfly” –
odpowiedziała i zaczęła realizować zamówienie klienta. Chuck
Glenda Sanders
Strona nr 108
zakładał, Ŝe będzie miała wolny czas i zechce wyjść z nim w
piątek wieczór, choć wcześniej jej nie uprzedził. Powinna być na
niego zła. Jednak czuła jedynie Ŝal, Ŝe musi mu odmówić,
choćby się najbardziej przymilał i kusił.
– Nie jesteś dostatecznie gruba, by śpiewać w operze –
powiedział, gdy tylko w barze zrobiło się pusto. Odwróciła się
plecami do niego i zaczęła płukać ścierkę w zlewozmywaku.
– MoŜe wyglądam szczupło, ale mam olbrzymią pojemność
płuc.
Zaczęła wycierać ladę zamaszystymi ruchami, a jej biodra – z
czego nie zdawała sobie sprawy – wykonywały taniec, który
sprawiał, Ŝe Chuck miał ochotę przeskoczyć przez kontuar lub
wspinać się na ściany.
– Dzisiejszy dzień zapisany jest w kalendarzu czerwonymi
literami i chciałbym, Ŝebyś świętowała razem ze mną. Proszę –
dodał, chcąc podkreślić, Ŝe mówi powaŜnie.
Cassaundra uniosła ramiona. Bardziej draŜniło ją to, Ŝe tak
ulega jego urokowi niŜ sam fakt, Ŝe Chuck usiłuje nią tak
otwarcie manipulować.
– Dobrze. Idę na to. Powiedz więc, skąd dzisiaj te czerwone
litery?
– To niespodzianka. Nie ma nic wspólnego z literami, ale jest
czerwona – odparł Chuck.
Na twarzy Cassaundry pojawił się wyraz niedowierzania.
Chuck nachylił się ponad kontuarem i uszczypnął ją w nos.
– To trzeba zobaczyć. Pokaz odbędzie się za... – popatrzył na
zegarek – jakieś siedemnaście minut.
W rzeczywistości musiał czekać niecały kwadrans, gdyŜ
Carol przyszła wcześniej i nalegała, by Cassaundra skończyła
juŜ pracę.
– Wiesz, Ŝe cię nienawidzę – powiedziała Carol, gdy poszły
się przebrać na zaplecze.
Cassaundra popatrzyła zdziwiona.
– Z powodu Chucka – wyjaśniła Carol.
– Nie miałam pojęcia, Ŝe wy dwoje...
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 109
– Nie – przerwała Carol z chichotem. – Dlatego cię
nienawidzę! Nie doszłam z nim nawet do pierwszego stopnia.
– Pierwszego stopnia? – wymamrotała Cassaundra.
– Mówiłaś coś?
– Nic. Po prostu... myślałam głośno.
– Nie rozmyślałabym tu, gdyby czekał na mnie taki facet jak
Chuck – powiedziała Carol. – Zwłaszcza gdyby patrzył na mnie
jak wygłodniały człowiek na szwedzki stół.
Mimowolnie Cassaundra uśmiechnęła się. Lubiła, gdy Chuck
na nią patrzył.
– Dobrej zabawy! – rzuciła jej Carol.
Cassaundra pomachała na poŜegnanie, gdy Chuck prowadził
ją na zewnątrz. Przeszli kilkanaście kroków, aŜ Chuck
przystanął, objął Cassaundrę za ramiona i obrócił w kierunku
czerwonego dŜipa zaparkowanego przy krawęŜniku.
– To? NaleŜy do ciebie? – spytała ze zdziwieniem.
– Do mnie i do banku. – Z czułością poklepał samochód po
masce. – Właśnie widzisz zrealizowane marzenie.
Cassaundra nigdy nie spodziewała się, Ŝe kiedykolwiek tyle
usłyszy o dŜipach, ile dowiedziała się w ciągu następnych kilku
minut. Dowiedziała się równieŜ więcej o Chucku Grangerze.
– Podwoiłem wysokość rat za mojego mustanga i wcześniej
spłaciłem za niego kredyt. Od tego czasu oszczędzałem na
pierwszą ratę i czekałem na korzystną okazję. I dzisiaj – trach! –
zadziałało.
– Ale Ŝeby dŜip?
– Prawda, Ŝe piękny? – ciągnął Chuck nie speszony. – Nie
byłem pewien, czy czerwień jest najwłaściwsza, ale potem
pomyślałem, Ŝe przecieŜ większość kupuje sobie czarne, białe
lub piaskowe. Dlaczego być kimś przeciętnym?
– Ten kolor określa się chyba jako czerwień straŜacką?
– Czerwień straŜacka? A niech to! To nie jest wstydliwy
gruchot. To dŜip – powiedział to tak, jak cięŜarowiec
podnoszący sztangę. – D–Ŝ–i–p. Napęd na cztery koła. Kolor
burdelowej latarni.
Glenda Sanders
Strona nr 110
– Czy tak się rzeczywiście nazywa ten kolor? – spytała
Cassaundra zakłopotana.
– Jesteś łatwowierna – powiedział Chuck ze śmiechem. –
Oczywiście, Ŝe nie.
Podprowadził Cassaundrę do samochodu i otworzył
drzwiczki od strony pasaŜera.
– Wsiadaj. Dzień ucieka. Zawiozę cię do domu, abyś się
przebrała w coś wygodniejszego, a potem pojedziemy do lasu na
piknik.
Ruszyli.
– Prawdziwy z ciebie sztukmistrz. Wyciągasz króliki z
kapelusza i jesteś z siebie bardzo zadowolony.
– Jestem bardzo zadowolony z ciebie – wymamrotał.
– Słucham?
– Głośno myślałem. Czy kiedykolwiek mówiłem ci, Ŝe jesteś
piękna?
– Ostatnio nie.
Stanęli na czerwonych światłach.
– Mówiłem serio, Ŝe zrealizowały się moje marzenia. Zawsze
chciałem mieć dŜipa. To coś najbardziej zbliŜonego do
kabrioletu ze wszystkich samochodów, na jakie mogę sobie
pozwolić. – Odchylił się w fotelu, wystawił twarz na słońce i
wziął głęboki oddech. – A wspaniała blondynka na siedzeniu
obok kierowcy sprawia, Ŝe samochód jest jeszcze cenniejszy –
dodał i pocałował Cassaundrę przelotnie w usta.
– Ale dlaczego dŜip?
– Rozumiesz, są... takie naturalne. Oczywiście teraz, gdy
panuje na nie moda, dokłada się do nich dodatkowe
wyposaŜenie dla maminsynków: wentylację, siedzenia z tyłu,
automatyczną skrzynię biegów. Ale to nie dla mnie.
– Jesteś purystą – stwierdziła ironicznie.
– Jestem purystą. Kolor jest tu jedynym odstępstwem.
Popatrz: pięć biegów, dwa drąŜki – zmiany biegów i napędu na
cztery koła.
– DuŜo jeździsz w terenie?
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 111
– Niezbyt, ale jeśli by mi się zachciało, przyjemnie jest mieć
ś
wiadomość, Ŝe mogę. Kto wie? MoŜe wygram na loterii i
zakupię tak duŜy teren, Ŝe będę potrzebował dŜipa, by
przemierzać te dwadzieścia hektarów w północnej części swej
posiadłości.
– Masz wiele marzeń.
– Człowiek nie moŜe Ŝyć bez marzeń.
– O czym jeszcze marzysz?
– Czy mówimy o najskrytszych fantazjach?
– Tak – odparła.
– Ale, jak myślę, wykluczamy fantazje erotyczne?
– Haremy i orgie są zabronione.
– To kiepsko – powiedział. – O Mistrzostwach Świata.
– O Mistrzostwach Świata?
– Nie mów tego w ten sposób. Nie pytaj. Powiedz to z
zachwytem, z przekonaniem: Mistrzostwa Świata. Pomyśl. Masz
dwie najlepsze druŜyny baseballowe i do końca nie wiesz, dzięki
jakiemu przypadkowi jedna z nich zdobędzie mistrzostwo
ś
wiata. Przynajmniej jeden raz chciałbym to widzieć – dodał
miękkim z emocji głosem. – Chciałbym siedzieć na trybunie z
hot dogiem w jednej ręce i proporczykiem w drugiej i
napawałbym się atmosferą.
Cassaundra poruszyła się na siedzeniu. Jego marzenia były
tak niewinne, Ŝe aŜ chciało jej się płakać. NiewaŜne, co się
stanie. Zawsze będzie zawdzięczać Chuckowi, Ŝe pokazał jej, co
się liczy w Ŝyciu, a czego jej brakowało.
– Dlaczego dotychczas nigdy tam nie poszedłeś? – spytała po
chwili milczenia.
– Na mistrzostwa? Nigdy nie złoŜyło się tak, bym
równocześnie miał czas, pieniądze i moŜliwości. Bilety są dość
drogie i trudno je dostać. Dodatkowo trzeba zorganizować
podróŜ, hotel, jedzenie i urlop. Nigdy nie zdołałem tego razem
zgrać.
Dojechali do domu. Chuck pocałował szybko Cassaundrę, a
potem poganiał ją, gdy się ubierała. Po półminutowym prysznicu
Glenda Sanders
Strona nr 112
nałoŜyła świeŜą bieliznę, rozpyliła mgiełkę swych ulubionych
perfum, włoŜyła szorty i koszulkę z napisem „Zwalczaj
analfabetyzm”.
– Cztery i pół minuty – stwierdził ze zdziwieniem Chuck,
patrząc na zegarek. – To rekord. Zwłaszcza Ŝe wynik jest tak
wspaniały.
– Ale z ciebie komplemenciarz. – Cassaundra usiłowała
zamaskować radość, jaką sprawiła jej ta uwaga.
– Nie Ŝyczę sobie, by obraŜano mnie dyskredytującymi
określeniami, gdy na podwórku czeka dŜip w kolorze
burdelowej latami, a do zmierzchu pozostała jeszcze godzina.
– Dokąd pojedziemy?
– Tam, gdzie poprowadzi nas kaprys.
Kaprys zaprowadził ich na pchli targ. Chodzili między
straganami i oglądali wszystko, poczynając od starych płyt, a
kończąc na dziwnych figurkach z porcelany. Wreszcie dotarli do
stoiska z kartami baseballowymi.
Chuck
przerzucał
powleczone
plastikiem
karty,
charakteryzując je. Raczył Cassaundrę szczegółami na temat
graczy i druŜyn. Zupełnie jej to nie obchodziło, ale z
przyjemnością patrzyła, jak Chuck z iskierką entuzjazmu w
oczach rozprawia o swoim hobby.
Sprzedawca, który natychmiast rozpoznał w Chucku bratnią
duszę, wyniósł z zaplecza album i męŜczyźni zaczęli go razem
przeglądać.
– Ma pan kartę DiMaggia – stwierdził Chuck, wyraźnie pod
wraŜeniem. – Zobacz Sandy, on ma DiMaggia. To jedyny gracz
Jankesów, którego nie mam.
– Czy pan to sprzedaje? – spytał męŜczyznę.
Właściciel straganu, barczysty weteran z Wietnamu, z
niesforną rudą czupryną i zmierzwioną brodą, odrzucił głowę do
tyłu, śmiejąc się głośno.
– Jasne! Sprzedam panu DiMaggia, jak rak świśnie.
Wymieniali nazwiska, daty, wyniki i Cassaundra szybko
poczuła się zbyteczna. Powiedziała Chuckowi, Ŝe chce trochę
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 113
pobuszować po targowisku, ale on ledwo słuchał. Jeszcze przez
kilka minut zajmował się kartami baseballowymi, gdy nagle
poczuł jakąś pustkę. Brakowało mu Sandy. Przestał zwracać
uwagę na to, co mówi sprzedawca, i zaczął jej szukać wzrokiem.
Odkrył ją na końcu alejki.
Stała przy pudełku z kociętami, obok dzieci właściciela
pobliskiego straganu. Cassaundra trzymała na ręce kociaka w
rudo-białe plamy.
– Popatrz – uśmiechnęła się do Chucka. – Są przemiłe,
prawda? Ich mamusia brała udział w wystawach.
– Doprawdy? A co z ojcem? – spytał Chuck.
– CóŜ, to trochę inna historia – odrzekła rozbawiona.
– Tata mówi, Ŝe ten przeklęty kocur powinien nazywać się
Ojcem Narodu – wyjaśnił chłopiec, rozczochrany, bosy
siedmiolatek.
Chuck zacisnął usta, by nie wybuchnąć śmiechem.
– Mówiłam ci, Ŝe to zupełnie inna historia – powiedziała
Cassaundra ledwie dosłyszalnie.
– Są za pół ceny – odezwała się siostrzyczka chłopca,
podobnie jak on rozczochrana i bosa.
– Wydaje mi się, Ŝe to wyjątkowa okazja. – Cassaundra czule
głaskała kotka po głowie.
– Nie mówisz chyba serio – powiedział Chuck. Cassaundra
przycisnęła kotka do piersi, jakby bała się, Ŝe Chuck będzie
próbował go siłą odebrać.
– Nigdy nie miałam Ŝadnego zwierzaka.
– Nigdy?
Chuck nie potrafił sobie wyobrazić czegoś podobnego. W
jego domu zawsze były koty, psy, króliki, róŜne myszy i
chomiki, które przeprowadzały się razem z całą rodziną.
– Och, te dziewczęta z miasta! – Ŝartował Chuck. –
NajwyŜszy czas, Ŝebyś wreszcie zaczęła coś hodować. Pogłaskał
kota. – Jest bardzo miły, prawda?
– Więcej niŜ miły: bezcenny – odparła. – Nie mam jednak
pojęcia, co mu potrzeba i czym mam go Ŝywić.
Glenda Sanders
Strona nr 114
– To proste. – Chuck uścisnął Cassaundrę delikatnie. –
Miałem kiedyś do czynienia z kilkoma kotami.
– W zbyt wielu sprawach polegam na tobie.
– Na mnie moŜna polegać – odparł, dotykając jej policzka.
Bardzo łatwo jest zdać się całkowicie na ciebie, pomyślała
Cassaundra. Z łatwością mogłaby zawierzyć mu przez resztę
Ŝ
ycia.
– Czy moŜna na tobie polegać na tyle, Ŝebyś potrzymał kotkę,
gdy ja będę płacić? – Wręczyła chłopcu pięć dolarów. – Jest
zbyt ładna, by płacić za nią pół ceny – powiedziała.
Chłopiec podziękował jej i uśmiechnął się szeroko.
– Nie umiesz się targować – ironizował pod nosem Chuck,
gdy Cassaundra odbierała mu kotkę.
Zwierzątko miauczało, protestując przeciw tej wędrówce z
rąk do rąk, a potem przytuliło się do piersi Cassaundry, która
głaskała je po głowie.
– Och, Chuck, jaka ona sympatyczna. Chyba mnie lubi.
– Ja teŜ cię lubię – powiedział Chuck, obejmując Cassaundrę
za ramiona. – Mogę się do ciebie przytulać, kiedy mi tylko
pozwolisz – wyszeptał jej do ucha.
– Nie masz takiego jak ona futerka – odrzekła pogodnie.
Podeszli znowu do stoiska z kartami baseballowymi, gdzie
Chuck wybrał dwie karty.
– Na pewno nie sprzeda mi pan tego DiMaggia? – spytał.
Sprzedawca zaśmiał się.
– Razem pięć pięćdziesiąt za te dwie karty, a DiMaggia pan
dostanie, kiedy zostawię go panu w swoim testamencie.
– Nie wiem, jak mam ją nazwać – powiedziała Cassaundra,
gdy z powrotem wsiedli do dŜipa.
– Zawsze moŜesz nazwać ją Futrzak.
– Trafne! Ale to imię nie wyróŜniałoby jej szczególnie
spośród innych kotów. To słodkie maleństwo potrzebuje jakiejś
szczególnej nazwy. – Cassaundra zamyśliła się przez chwilę. –
MoŜe dać jej jakieś baseballowe imię?
– Dlaczego baseballowe?
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 115
Bo będzie mi zawsze przypominało o tobie, mój ty
Prawdziwy MęŜczyzno, pomyślała, a głośno odparła:
– Bo Szarlotka byłoby niemądrym imieniem dla kota. MoŜe
nazwalibyśmy ją na cześć jakiegoś znanego gracza. Wymień
kilku.
– Zobaczmy: Dizzy Dean, Mickey Mantle, Joe DiMaggio,
Roger Maris, Lou Gehrig, Pete Rose.
– Rose? MoŜe nazwać ją Rosie?
– MoŜna teŜ Babe, na cześć Babe Ruth. Był pierwowzorem
ich wszystkich.
– Babe. To jest to. Pasuje jak ulał. – Cassaundra podniosła
kota ku swej twarzy i dotknęła go nosem. – Cześć, Babe. –
Opuściła zwierzątko na kolana i zaczęła gładzić je po grzbiecie.
– Miałeś rację, dziś jest świąteczny dzień.
Kotka zwinęła się w kłębek, układając się do snu. Cassaundra
przymknęła oczy, odchyliła głowę i wystawiła twarz na pęd
powietrza.
– W
tym
miesiącu
salon
samochodowy
prowadził
promocyjną sprzedaŜ dŜipów – powiedział Chuck. – KaŜdy
kupujący coś wygrywał. Ja wygrałem sprzęt kempingowy:
namiot, śpiwór i lampę. Chciałbym spróbować, jak rozkłada się
ten namiot. MoŜemy kupić kanapki i pojechać do parku
narodowego, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
– Nie mam nic przeciwko temu – odparła, nie otwierając
nawet oczu. – Nigdy nie rozstawiałam namiotu. To musi być
interesujące.
– Pierwszy raz jest zawsze interesująco – stwierdził Chuci. –
KaŜdy namiot rozstawia się inaczej, więc cała zabawa
przypomina budowę rakiety na podstawie planów. – Mówisz,
jakbyś był ekspertem.
– Często wyjeŜdŜaliśmy na kempingi, jeśli tylko ojciec nie
miał słuŜby. A ponadto naleŜałem do skautów. Wielu chłopców
z rodzin wojskowych było skautami. To pozwalało na szybkie
budowanie więzi koleŜeńskich w nowej miejscowości, gdy
rodzina musiała się przenosić.
Glenda Sanders
Strona nr 116
Dojechali do parku i wynajęli miejsce na biwak. W czasie
pikniku towarzyszył im wspaniały widok zachodzącego słońca.
Gdy zjedli kolację, Chuck nasadził klosz na lampę i napełnił ją
paliwem. Wokół nich stały juŜ liczne namioty. Ludzie, młodzi i
starzy, smaŜyli mięso na rusztach albo gotowali coś na
kuchenkach. W pobliŜu dwaj mali chłopcy stali nad Ŝarzącymi
się węglami, trzymając coś na długich kijach.
– Co oni robią? – spytała Cassaundra. Chuck spojrzał na nią,
jakby straciła rozum.
– PrzysmaŜają cukierki ślazowe. Topią je, by były miękkie i
ciągnące.
– Aha. Mogłam się tego domyślić.
– Nigdy nie jadłaś smaŜonych cukierków ślazowych?
– Ja... moja rodzina nigdy nie wyjeŜdŜała na biwaki.
– O ile nie mylę się, na ich stole leŜy pudełko grahamowych
krakersów. Mógłbym się załoŜyć, Ŝe jest tam teŜ paczka
batoników Hersheya.
– Batoników Hersheya?
– Popatrz. – Jeden z chłopców przypiekał cukierki ślazowe, a
drugi podszedł do stołu i zaczął grzebać w pudełku. – Robią
„dokładki”. Kładziesz batonik Hersheya na krakersa, na to
gorący cukierek ślazowy, a na to jeszcze jeden krakers.
Otrzymujesz ciągnący się, najpyszniejszy deser na kuli
ziemskiej. Oczywiście drugi w kolejności po szarlotce mojej
babci. Dlatego nazywają się one „dokładkami”, bo kaŜdy, kto
zje choć jeden, chce dokładkę.
– Zmyśliłeś to – rzekła oskarŜycielsko.
Chuck nachylił się ku niej i pocałował ją w policzek.
– Czasami zastanawiam się, czy nie przybyłaś przypadkiem z
jakiejś odległej galaktyki. Wkrótce, Złotowłosa, zrobimy sobie
dokładki.
Chuck poklepał kotkę i dalej majstrował przy lampie.
– Mają na pewno tyle kalorii, co krem czekoladowy z bitą
ś
mietaną, polewą i wiórkami czekoladowymi – wyraziła
przypuszczenie Cassaundra.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 117
– To prawdopodobne – zgodził się Chuck.
Przytknął zapałkę do lampy, w której rozbłysnął płomień,
dając jasne światło. Chuck przykręcił trochę lampę i postawił ją
na środku stołu. Potem z lampą w ręce przeszukał teren wokół,
usuwając patyki i kamienie. Następnie z dŜipa wyjął namiot
owinięty w folię. Usiadł na ławce obok Cassaundry i zaczął
czytać instrukcję.
– To dosyć proste – stwierdził pewnym siebie głosem. Potem
równie pewnie rozpostarł namiot na oczyszczonym terenie i
rozłoŜył rozmaite drąŜki w równoległych liniach.
– To etap pierwszy i drugi – powiedział. – Teraz czytaj mi na
głos instrukcję krok po kroku. W mig go rozstawimy.
Po godzinie dotarli do punktu czwartego. Chuck zaznajomił
się szczegółowo z takimi częściami namiotu, jak: pętle A, A–B,
A–C, B–C, C–D oraz pręty 1–A,1 A–B, 2 A–B, 1 B–C, 2 C–D.
Słownik Cassaundry wzbogacił się o kilka słów, które w
normalnych okolicznościach przyswaja się po wielu latach
przebywania w pobliŜu koszar.
– Czy zdobyłeś sprawność za twórcze przeklinanie? – spytała
Ŝ
artobliwie, gdy usłyszała szczególnie soczyste wyraŜenie.
– Słuchaj, Złotowłosa – odrzekł, biorąc się pod boki –
moŜesz albo powiększać problem, albo go zmniejszać. MoŜe
byś zamknęła tego kota w pudle i pomogła mi.
Cassaundra zdjęła śpiącą kotkę z kolan i ostroŜnie włoŜyła ją
do pudełka po sałacie, które, zgodnie z radą Chucka, na wszelki
wypadek wzięli ze sklepu.
Zaczęli pracować razem w przeciwnych końcach namiotu i
teraz postęp był znacznie szybszy. Wszystko szło znakomicie,
gdy ustawiali szkielet boków i dachu. W pewnym momencie
bach... –pręty złoŜyły się i płótno namiotu opadło.
– Chuck?
– Sandy?
Chuck dotykał jej pleców, po omacku usiłując odzyskać
orientację. Od tyłu objął ją ręką w talii i przycisnął do siebie.
Płótno namiotu otaczało ich z kaŜdej strony, odcinając dopływ
Glenda Sanders
Strona nr 118
ś
wiatła i powietrza. Cassaundra westchnęła w szczególny
sposób i Chuck przestraszył się, czy to nie atak astmy, ale po
chwili odezwała się:
– Mam nadzieję, Ŝe nie zamierzasz opisać tego w liście do
„Playboya”. To by się nie przyjęło.
Dał jej porządnego klapsa w pośladek, mimo Ŝe namiot swym
cięŜarem krępował wszelkie ruchy. Sapnęła ze zdumienia, gdy
udało mu się tak zmienić pozycję, Ŝe znalazł się ustami przy jej
ustach.
– Mówiłam ci dzisiaj, Ŝe nie masz futra, by...
MoŜe miała zamiar jeszcze mu dokuczać, ale nie pozwolił na
to zaborczy, podniecający pocałunek, po którym oboje
znieruchomieli. W końcu Chuck rozpostarł ramiona i uniósł
dach namiotu.
– Teraz trwa wojna, Złotowłosa. Dwie istoty ludzkie w
starciu ze złośliwą materią. Podnieś maszt ze swojej strony.
Postawimy tego drania.
Cassaundra szukała po omacku zakończenia swego masztu,
Chuck znalazł juŜ swoje i popychał je do góry. Potem udało się
to równieŜ Cassaundrze. Do namiotu przez okienko wpadło
ś
wiatło lampy i Cassaundra widziała teraz twarz i ramiona
Chucka. Ręką trzymał maszt, kciukiem naciskał trzpień, który
zwalniał teleskopowo włoŜone drąŜki.
– Będziemy posuwać się centymetr po centymetrze. Jesteś
gotowa?
Z pewnością cyrkowcy nie doświadczają większego
dreszczyku emocji, gdy ich namiot staje w całej okazałości.
Chuck krytycznie rozejrzał się, a potem z aprobatą kiwnął
głową.
– No, co o tym myślisz? – spytał.
– Po raz pierwszy jestem we wnętrzu namiotu – odrzekła,
niepewna, jakiej reakcji Chuck oczekuje.
– śartujesz?
– Pamiętaj, Ŝe wychowałam się w mieście. – Albo na odległej
planecie – ironizował.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 119
– Ty jesteś ekspertem od namiotów. Co o nim myślisz?
– Ujdzie – powiedział, ale z tonu jego głosu przebijało
zadowolenie. – Zawsze chciałem mieć namiot. Ten nie jest zły
jak na darmochę.
– I co teraz?
– Zwiniemy go.
– Och – powiedziała Cassaundra.
Przepełniało ją, nieokreślone początkowo, ale potem coraz
silniejsze uczucie rozczarowania. ZłoŜą namiot i Chuck
zawiezie ją do domu. Ona ma swoją Babe, a Chuck ma swojego
dŜipa. Ale nie będą mieli siebie nawzajem. Dzisiejszy dzień był
podarunkiem, odroczeniem nieuniknionego końca. Odtąd
Cassaundra będzie w nocy wspominać, jak pod cięŜkim płótnem
namiotu jej ciało wtulało się w ciało Chucka, jak całym sobą
wyraził niemą pochwałę dla jej ciała.
Składanie namiotu trwało znacznie krócej niŜ rozkładanie.
Rurki szkieletu wyjmowały się gładko, wydając dźwięki
zapowiadające koniec przygody. Bardzo szybko Chuck
załadował namiot do dŜipa, potem oparł się o samochód, ręce
oparł na biodrach i niemal minutę patrzył na Cassaundrę.
Wreszcie powiedział:
– Lepiej pośpieszmy się, jeśli mamy zdąŜyć do jakiegoś
taniego sklepu po wyposaŜenie dla Babe.
Cassaundra skinęła głową, ale nie ruszyła się, gdy Chuck
podszedł do stołu i usiadł. Przykręcił lampę. Światło gasło
powoli, jakby lampa z niechęcią – podobnie jak Cassaundra i
Chuck – Ŝegnała ten dzień. Wreszcie po kilku daremnych
błyskach światło ostatecznie zgasło.
Z ćwierkaniem świerszczy i skrzeczeniem Ŝab przeplatały się
odgłosy ludzkiej działalności: urywki rozmów, wybuchy
ś
miechu, odległe dźwięki z radia. W pobliskim namiocie
marudziło zmęczone dziecko. Od czasu do czasu od strony
stolika, przy którym siedziała czwórka starszych męŜczyzn,
dobiegał stuk składanych kamieni domina.
Cassaundra zazdrościła tym wszystkim turystom, którzy grali,
Glenda Sanders
Strona nr 120
rozmawiali i przygotowywali się do snu, by rankiem wstać na
ryby, wyruszyć na beztroską wędrówkę lub na przejaŜdŜkę
rowerem.
– Powiedz mi, o czym myślisz.
– O tym, jak tu spokojnie.
– Istotnie – rzekł. – KsięŜyc wygląda tak, jakby wzięto go z
filmu o wilkołakach. Kto wie – westchnął zabierając lampę –
moŜe pełnia księŜyca sprawi, Ŝe pokryję się futrem.
W świetle księŜyca nie widać było kolorów, ale oczy
Cassaundry świeciły z wraŜenia, a jej skóra opalizowała. Chuck
wiedział, Ŝe jeśli teraz ją pocałuje, tak jak tego pragnął, to nie
będzie miał siły, by pozwolić jej odejść. Spojrzał więc tylko na
zegarek i powiedział:
– Weź kota i ruszajmy lepiej w drogę.
Po chwili siedzieli w dŜipie. Cassaundra spojrzała na stolik,
przy którym jedli kolację, i na puste miejsce po namiocie, które
wyglądało teraz jak dziura po wyrwanym zębie. śal nacierał na
nią jakby ze wszystkich stron, gdy Chuck zapalał dŜipa, a
właściwie usiłował zapalić. Przekręcił kluczyk w stacyjce, ale
nie było Ŝadnego efektu. Po kilku daremnych próbach uderzył
pięścią w kierownicę.
– Do diabła!
– Co się stało? – spytała Cassaundra.
– A Ŝebym to ja wiedział! Nowiutki silnik!
– Co zrobimy?
– To na pewno coś nieskomplikowanego. Sprawdzę
najprostsze rzeczy.
Chuck zapalił lampę i podniósł maskę samochodu.
Cassaundrę przeszedł dreszcz nadziei. Jeśli nie uda się zapalić
silnika, prawdopodobnie będą musieli poczekać do rana na
przybycie pomocy drogowej.
Westchnęła. Jeśli los i przypadek tak zrządzą, niech tak
będzie. Miała dość walki z najprostszymi ludzkimi odruchami,
dość sprzeciwiania się temu, czego instynktownie domagało się
jej ciało, dość opierania się Chuckowi. JakŜe namacalnie
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 121
pamiętała przytulone, roznamiętnione ciało Chucka.
Zawiesił lampę na zderzaku i wrócił za kierownicę.
Przekręcił kluczyk, silnik zaskoczył i zaterkotał zdrowo. Chuck
z uśmiechem popatrzył na Cassaundrę.
– Obluzowany
był
przewód
od
akumulatora.
Nie
kontaktowało.
– Cieszę się, Ŝe to nic powaŜnego.
– Ja równieŜ.
Zostawił silnik na chodzie, zgasił lampę i zamknął maskę
samochodu. Gdy wrócił za kierownicę, wyczuł zmianę nastroju
Cassaundry.
– Coś się stało?
– Skłamałam – wyszeptała i spojrzała mu w twarz. – Byłam
zadowolona, gdy samochód nie zapalił. Myślałam... miałam
nadzieję...
To wyznanie sparaliŜowało Chucka. Zapanowała między
nimi pełna napięcia cisza.
– Nigdy nie spałam poza domem – odezwała się wreszcie
Cassaundra. – Poza grubymi, solidnymi ścianami. Miałam
nadzieję, Ŝe się gdzieś zgubimy i znowu będziemy musieli
rozbić namiot, i...
Chuck tak bardzo jej pragnął, Ŝe nie śmiał wierzyć w to, co
słyszał, a co tak bardzo chciał usłyszeć.
– Mimo to moŜemy tu zostać – rzekł. Odpowiedziała mu
cisza. Ten brak odpowiedzi potraktował jako zachętę. – Mamy
tylko jeden śpiwór – dodał.
– Wiem – odparła. Patrzyła mu prosto w oczy i nawet nie
mrugnęła.
Objął ją błyskawicznie, ustami zgniótł jej usta, dając upust
długo powstrzymywanemu poŜądaniu. Odsunął się tylko na
chwilę, by powiedzieć, co czuje.
– Czy wiesz, jak bardzo chcę się z tobą kochać? Jaka to była
tortura czekać na ciebie...
– Dla mnie teŜ nie było to łatwe – odparła. – To pragnienie,
to uczucie, gdy mnie dotykałeś.
Glenda Sanders
Strona nr 122
– Poprzednio nie byłaś tego taka pewna.
– Zawsze byłam pewna, Ŝe chcę być z tobą.
– Teraz teŜ jesteś tego pewna?
– Korzystam z twojej rady. Wsłuchuję się w swe uczucia, a
nie w myśli. Czuję... nie mogę ci powiedzieć, co czuję. To
moŜna tylko pokazać.
Westchnął z wyraźną ulgą.
– Jak
przyjemnie
będzie
rozkładać
namiot,
mając
ś
wiadomość... Och – jęknął i przez zaciśnięte zęby wyrzucił z
siebie szokujące przekleństwo. – Prezerwatywy... te, które
kupiłem w dniu, gdy cię poznałem... są w schowku w moim
mustangu. Ty chyba nie... – zapytał po chwili.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 123
ROZDZIAŁ 10
Cassaundra potrząsnęła smutno głową.
– Nie – odrzekła.
– Co ja tu stoję i jęczę – powiedział Chuck z nagłym
oŜywieniem. – Niedaleko jest sklep spoŜywczy. Jeśli się
pośpieszymy, rozbijemy znowu namiot.
Pośpieszyli się. Mieli juŜ pewną wprawę i tym razem
ustawienie namiotu trwało cztery razy krócej niŜ przedtem.
Chuck skulił się, by rozpostrzeć dach, który w najwyŜszym
punkcie miał niecałe półtora metra, potem poczołgał się w drugi
koniec namiotu, gdzie Cassaundra zamocowywała maszt.
Uklęknął przy niej i pocałował ją delikatnie.
– Zostaniesz tutaj czy pojedziesz ze mną?
– Chyba pójdę do łazienki i odświeŜę się trochę – odparła. –
Zaczekam na ciebie w namiocie.
Zanim wyruszył, pocałował ją przelotnie.
Cassaundra poszła powoli do łazienki. Kiedy myła ręce i
twarz, czuła się, jakby dokonywała jakiegoś rytuału świętej
ablucji przed miłosną ceremonią.
Nie zastanawiała się nad tym, co moŜe nastąpić jutro. Tak
wielki spokój wypełniał całe jej serce i umysł, Ŝe na nic innego
nie było w nich miejsca. Ból i poczucie winy przyjdą później.
Pozostaną jej przynajmniej pocieszające, miłe wspomnienia.
ś
ałować będzie tego, co straciła i co nie mogło być
kontynuowane, a nie tego, Ŝe niektóre rzeczy nigdy się nie
wydarzyły. Jeśli odczuje wyrzuty sumienia, to dlatego, Ŝe zraniła
Glenda Sanders
Strona nr 124
Chucka, a nie dlatego, Ŝe go kochała.
Gdy weszła do namiotu, usłyszała dochodzące z pudełka
miauczenie Babe. Pogłaskała kotkę uspokajająco i pozwoliła jej
buszować po namiocie. Potem wyjęła śpiwór i rozpostarła go na
ś
rodku, rozsuwając gruby zamek błyskawiczny. Wątpiła, czy w
podręczniku
dobrych
manier
znalazłaby
odpowiednie
wskazówki, jak naleŜy przygotować się do ceremonii
wtajemniczenia w niewielkim namiocie. Wreszcie zdjęła bluzkę
i szorty, wślizgnęła się do śpiwora i zasunęła go. Poczuła się jak
mumia. Rozsunęła śpiwór i zawinęła jego brzeg prawie aŜ po
talię.
Wreszcie na zewnątrz rozległ się odgłos samochodu i przez
osłonięte okienko namiotu zaświeciły reflektory. Cassaundra
poczuła nagle, jak wszystkie jej nerwy napinają się. Światła
zgasły, silnik umilkł. Odgłos zatrzaśniętych drzwi. Kroki na
piasku. Szelest papieru. Dźwięk jej imienia wypowiedzianego
miękko tuŜ przy namiocie. Rozsuwanie grubego zamka
błyskawicznego, gdy wyszeptała zaproszenie. Te wszystkie
odgłosy przybywającego kochanka będzie przechowywała w
pamięci, gdy pozostaną jej juŜ tylko wspomnienia.
Wszedł przykulony, postawił torbę z zakupami, zasunął poły
namiotu. Babe, zaciekawiona szelestem papieru, ruszyła na
zwiady.
– Czujesz zapach chrupek, co? – przemówił Chuck do kota. –
Przyniosłem ci coś smakowitego. – WyłoŜył trochę jedzenia do
pudła po sałacie i wsadził tam kotkę.
– Czy masz teŜ coś dla mnie? – spytała Cassaundra zalotnie.
– Zobaczmy. – Chuck zajrzał do torby. – Czy to zadowoli
moją panią? – Gestem magika wyciągającego królika z
kapelusza Chuck wyjął czerwoną róŜę i wręczył ją Cassaundrze.
– Aby wynagrodzić ci te mało romantyczne warunki.
Cassaundra podniosła kwiat do nosa.
– Niestety, nie sprzedawali świeŜych kwiatów. Uśmiechnął
się łobuzersko. – Ale w tym kwiatku jest odrobina romantyzmu.
Gdy go rozwinąć, zmienia się w parę majteczek.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 125
Cassaundra zaśmiała się, choć w oczach stanęły jej łzy.
– Nie jesteś obraŜona? – spytał.
Wstała i zarzuciła mu ręce na szyję.
– Nikt mi nigdy nie ofiarował równie romantycznego
prezentu. Jedynie ty zdolny jesteś do... nie wiem, czy nazwać to
odwagą, brawurą czy bezczelnością.
Trzymała tuŜ przy twarzy płatki z tkaniny.
– Chuck! – zaśmiała się głośno. – To ma kolor taki jak twój
dŜip. Nigdy ich nie rozwinę. Kupię specjalny wazon i postawię
je w swojej sypialni jako pamiątkę po tobie.
– Ja nie mam zamiaru nigdzie odchodzić – powiedział
Chuck, zanurzając twarz we włosach Cassaundry i mrucząc z
uznaniem. – Pachniesz ładniej niŜ róŜa.
– Cieszę się, Ŝe zabrałam ze sobą perfumy.
– To, co mnie do ciebie przyciąga, nie pochodzi z Ŝadnej
buteleczki. To jest część ciebie samej. Gdy cię dotykam, mam
wraŜenie, jakbym po raz pierwszy dotykał kobiety. Sprawiasz,
Ŝ
e czuję coś... coś całkiem nowego.
– Gdy mnie dotykasz, czuję, Ŝe... odŜywam... po raz pierwszy
od dłuŜszego czasu. Proszę cię, dotykaj mnie. Chcę znowu Ŝyć,
czuć się jak prawdziwa kobieta, a nie jak...
Przywarła do jego ust, potem opadła na śpiwór, pociągając go
za sobą. Trzymała w dłoniach jego głowę, zanurzając mu palce
we włosach. Zachłannie wtargnęła językiem w jego usta.
Przywarła do niego całym ciałem. Chuck błądził ręką po jej
smukłych udach, sunąc po aksamitnej skórze. Zaprotestowała,
gdy odsunął się trochę i opierając na łokciu spojrzał jej w oczy.
– Chyba muszę skończyć rozpakowywanie torby z zakupami
– wyszeptał bez tchu.
Cassaundra w odpowiedzi wyciągnęła mu ze spodni
koszulkę, podciągnęła ją aŜ pod pachy i zaczęła gładzić jego
umięśniony tors.
Chuck ponownie przywarł do jej ust, przeciągle, zachłannie,
zaborczo. Na chwilę oderwał się od niej, dysząc cięŜko, i
pochylił swą twarz tuŜ nad jej twarzą.
Glenda Sanders
Strona nr 126
Obserwował ją uwaŜnie, zmieszany własnym podnieceniem.
Cassaundra bardzo pragnęła być z nim, wchłaniać jego siłę i
ciepło, stać się częścią jego ciała w takim stopniu, jak tylko
pozwala na to natura.
– Muszę pomyśleć o interesach, bo wkrótce nie będę mógł
wziąć za nic odpowiedzialności.
– Do diabła z odpowiedzialnością – wymruczała Cassaundra,
ale Chuck odebrał tę uwagę jako ironiczną. Była ironiczna – w
innym sensie.
Odwrócił się, ściągnął przez głowę koszulkę i cisnął ją pod
ś
cianę namiotu. Potem westchnął i zaczął grzebać w torbie z
zakupami.
Zwrócony był plecami do Cassaundry. Patrzyła na
poruszające się mięśnie, zachwycona igrającymi na skórze
plamami księŜycowego światła. Przez ułamek sekundy
wyobraziła sobie, jakby to było, gdyby nosiła w sobie dziecko.
Ich dziecko. Dziecko Chucka. Ta myśl obudziła w niej
pragnienia, których wcześniej nie znała.
Szelest celofanu przywołał ją z krainy fantazji w świat realny.
Chuck ściągnął szorty i cisnął tam, gdzie przedtem rzucił
koszulę. Usiadł na brzegu śpiwora, milcząc, ciągle odwrócony.
Cassaundra, zafascynowana wspaniałym kształtem jego nagich
pleców, wyczuła wahanie w zachowaniu Chucka, a jego
milczenie wydało się jej złowieszcze.
– Czy masz jakieś ukryte myśli? – spytała zaniepokojona. –
Zaskoczyłam cię – dodała po chwili, jakby bojąc się jego
odpowiedzi – Jeśli nie jesteś pewien...
Powoli zwrócił ku niej twarz. Jego oczy, rozświetlone
promieniami księŜyca, płonęły silnym wzruszeniem.
– Nigdy w Ŝyciu niczego tak nie byłem pewien, jak tego, Ŝe
cię teraz pragnę.
– Skąd więc to wahanie?
Odwrócił głowę i oparł czoło na ramionach skrzyŜowanych
na podkulonych kolanach.
– Chciałbym... – zaczął i westchnął głęboko –...chyba
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 127
chciałbym wiedzieć coś o osobie, z którą mam się kochać.
Ponownie zapadła pełna napięcia cisza. Cassaundra mocno
zacisnęła powieki. Chuck nie znał prawdy, nie znał faktów, a
mimo
to
bezbłędnym
instynktem
wyczuwał
pewną
dwuznaczność w jej zachowaniu.
Cisza panująca w namiocie była niemal dotykalna.
– PomóŜ mi, Sandy – odezwał się wreszcie Chuck. – Nie
wiem nic o osobie, z którą mam się kochać. Co sądzą o
męŜczyznach urocze, wychowane w mieście dziewczyny, które
potrafią grać Beethovena?
Cassaundra usiadła i przesunęła palcami po plecach Chucka.
– Nie jestem z nikim związana ani prawnie, ani moralnie.
MoŜe to cię uspokoi. – Mówiła szeptem i gdyby nie panująca
cisza, Chuck nie dosłyszałby jej głosu. – Kiedyś miałam
kochanka, ale to był błąd.
Pochyliła się, wsunęła mu ręce pod ramiona i objęła go.
Piersi osłonięte jedwabną koszulką przycisnęła do jego pleców.
Policzek tuliła do jego ramion. Pocałowała go w kark, poniŜej
ucha.
– Nic nie istnieje prócz wnętrza tego namiotu. Nawet czas.
Tylko my dwoje i ta chwila.
Wypuściła go z objęć, ujęła dłońmi koszulkę, ściągnęła
jednym ruchem. Znowu objęła Chucka, przywierając piersiami
do jego gładkich umięśnionych pleców.
– Sprawmy, by ta chwila była dla nas niezapomniana.
Obrócił się w jej ramionach. Siedzieli teraz przodem do
siebie. Cassaundra czuła, jak jej miękkie piersi rozpłaszczają się
na twardym torsie męŜczyzny i westchnęła z zachwytu, ale
Chuck natychmiast przykrył jej usta zachłannym pocałunkiem.
Ręce Cassaundry błądziły po jego spręŜystym ciele, po
wypukłych muskułach. MęŜczyzna, którego dotykała – ciepły i
twardy – był dla niej jedyną rzeczywistością. Czuła jego
rozgrzane ciało i zapach wody toaletowej, i nic innego ją nie
obchodziło.
Złączeni ustami i ramionami wyciągnęli się na śpiworze.
Glenda Sanders
Strona nr 128
Cassaundra mogła teraz odkrywać tajemnice jego ciała: gładką
skórę pokrywającą Ŝebra, drobne włoski na udach, ostry, prawie
jednodniowy zarost, miękką skórę za uchem, wyniosły tors i
brodawki, które stwardniały pod jej dotykiem. Wszystko to
wyczuwała koniuszkami palców, dłońmi, wargami, językiem,
udami.
Zapragnęła, by wypełnił ją sobą, by ją dopełnił. To pragnienie
dodało jej odwagi, wzmocnionej jeszcze miłosną pieszczotą jego
szorstkich dłoni wędrujących po jej miękkiej skórze. Przywarła
biodrami do jego bioder, czując na swym łonie jego gorące
podniecenie.
Próbowała zdjąć mu slipy. Ściągnęła je z bioder, a potem
otoczyła palcami pulsującą męskość.
Chuck poruszył się, by załoŜyć prezerwatywę, ale Cassaundra
wyjęła mu ją z dłoni.
– Pozwól.
Początkowo robiła to niezgrabnie, ale mimo niezręczności
było to dla obojga niezwykle stymulujące.
– Sandy – powiedział Chuck z takim uczuciem, Ŝe przez jej
ciało przebiegły nowe fale poŜądania.
Schwycił ją za ramiona i przygarnął do siebie. Rękami
przesuwał po jej plecach, talii, potem niŜej, gdzie delikatne figi
opinały biodra. Opuścił je na uda, a potem Cassaundra ruchami
nóg pozbyła się ich zupełnie.
Niespodziewanie dla obojga Cassaundra przesunęła się ponad
Chuckiem. Wstrzymała oddech, kiedy jej ciało dopasowywało
się do jego ciała, a gdy juŜ byli całkowicie połączeni, głęboko
odetchnęła. Zaczęła poruszać się nad nim, a on zachęcał ją i
prowadził rękami, którymi podtrzymywał jej pośladki.
Piersi Cassaundry falowały ponad jego torsem. Ujęła w
dłonie jego twarz, przystojną, męską twarz, i powoli opuściła
wargi na jego usta. Szeptała imię Chucka, a on zanurzył dłoń w
jej włosach. Przytrzymał głowę dziewczyny i zatracił się w
pocałunku.
Nagle Sandy odrzuciła głowę do tyłu i zaczęła dyszeć, potem
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 129
oparła czoło na ramieniu Chucka i łapała powietrze szybkimi,
urywanymi oddechami.
Po chwili równie
Ŝ
Chuck znalazł takie samo zaspokojenie.
Otoczył Cassaundr
ę
ramionami, przycisn
ą
ł j
ą
do siebie.
Le
Ŝ
ała spokojnie na jego piersiach, wsłuchana w mocne
bicie serca, które powoli odzyskiwało swój normalny rytm.
Po tym gwałtownym spełnieniu ich ciała stanowiły jedno.
Chuck delikatnie gładził j
ą
po włosach.
– A tak nie chciałem cię popędzać – powiedział z pewnym
zdziwieniem w głosie. Pocałował ją w czubek głowy. – Jesteś
niesamowita.
– ”Rozpustna” byłoby właściwszym określeniem.
– „Rozpustna”? Pasuje. Lubię rozpustne kobiety.
Cassaundra powoli uwolniła się z jego objęć i wzruszyło ją
to, Ŝe Chuck zaprotestował, gdy ich ciała rozłączyły się. UłoŜyła
się obok niego, a Chuck wsparty na jednym łokciu patrzył na nią
z uwielbieniem.
– Chciałbym ci powiedzieć, jak bardzo... – nie dokończył.
– Nie mów. Nie mów mi nic. Po prostu patrz na mnie tak, jak
patrzysz teraz, bym mogła zapamiętać wyraz twych oczu.
– Mam zamiar patrzeć w ten sposób na ciebie tak często,
Ŝ
ebyś nie musiała nic zapamiętywać. – Uśmiechnął się
łobuzersko. – ChociaŜ...
Cassaundra wyciągnęła rękę i dała mu klapsa, a potem
energicznie zaczęła gładzić dłonią jego pośladek.
– Carol miała rację – powiedziała zmysłowo. – Rzeczywiście
masz wspaniały tyłek.
– Carol tak mówiła?
– Nie musisz o to pytać aŜ z taką satysfakcją.
Przekręcił się znowu, oparł na łokciu i uśmiechnął od ucha do
ucha.
– Jesteś zazdrosna?
– Nie, dopóki jej uwagi opierają się wyłącznie na obserwacji.
– Cassaundra przesunęła ręką po biodrach Chucka i ścisnęła w
dłoni twardy mięsień. – Czy to małostkowe z mojej strony, Ŝe
Glenda Sanders
Strona nr 130
czuję takie samozadowolenie, gdyŜ mam bezpośrednie
doświadczenia, a ona ich nie ma?
– Wydaje mi się, Ŝe to całkiem ludzka reakcja – odparł,
kładąc rękę na jej biodrze.
– Skoro juŜ mówimy o ludzkich reakcjach... – zaŜartowała.
Powędrował wzrokiem tam, gdzie ona patrzyła, i zarumienił
się, a potem uśmiechnął niemal lubieŜnie.
– Coś mówi mi, Ŝe dobrze zrobiłem kupując dwanaście sztuk,
zamiast wziąć pakiet z automatu.
– Noc dopiero się zaczyna – przyznała. Przesunęła rękę z
jego bioder w dół.
– Gdybym nie znała całej prawdy, pomyślałabym, Ŝe mnie
lubisz. – Łobuzersko popatrzyła mu w oczy.
– Aha – odparł. Przykrył dłonią jej rękę, poprowadził ją
wzdłuŜ ciała i przytrzymał na śpiworze tuŜ przy uchu
Cassaundry. – Tym razem nie musimy się śpieszyć. Jak
powiedziałaś, noc dopiero się zaczęła.
Drobnymi, czułymi pocałunkami pokrywał jej twarz,
powieki, ucho, a dłonią dotykał piersi. Potem rozpoczął
wędrówkę, odkrywając jej ciało i ucząc się go w sposób, który
oboje przyprawiał o dreszcz rozkoszy. W czasie tej zmysłowej
podróŜy doznali wielu niespodzianek i byli zachwyceni, Ŝe tak
intensywnie na siebie reagują.
Dla Cassaundry kaŜde dotknięcie, kaŜda pieszczota, kaŜdy
pocałunek był czymś nowym, poniewaŜ Chuck po raz pierwszy
pieścił ją i całował w ten szczególny sposób. KaŜde drgnienie
swego serca starała się zachować w pamięci na czas, gdy po
Chucku pozostaną jej jedynie wspomnienia.
W którejś godzinie w nocy, gdy kochali się, spali, a potem
znowu się kochali, Chuck przygarnął ją blisko do siebie, jakby
czuł, Ŝe ona boi się rozstania, i chciał uspokoić ich oboje.
– Kocham cię, Sandy – powiedział miękko, a jego słowa
zawisły na chwilę w niemal absolutnej nocnej ciszy. – Tak juŜ
będzie zawsze, Złotowłosa.
Nigdy nie pozwolę ci odejść, pomyślał.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 131
Po kilku godzinach, gdy się obudził, chciał jej dotknąć. Ale
nikogo nie było.
Glenda Sanders
Strona nr 132
ROZDZIAŁ 11
Chuck zaczął szukać koszuli i ogarnął go dławiący niepokój,
gdy spostrzegł, Ŝe nie ma ubrania Sandy. Prawie zupełnie
rozbudzony, odzyskiwał powoli zdrowy rozsądek. Gdzie mogła
pójść? Dlaczego? Prawdopodobnie pobiegła do łazienki.
Przysunął się do wejścia namiotu i spojrzał na zewnątrz.
Sandy siedziała po turecku na stole. Na jednym kolanie miała
mały notes, a na drugim uśpioną kotkę. W prawej ręce trzymała
długopis i ze skupieniem coś pisała. Na dźwięk rozsuwanego
zamka namiotu odwróciła głowę i uśmiechnęła się.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry. Stęskniłem się za tobą.
– Babe wyszła ze swego więzienia i obudziła mnie odparła
Cassaundra. – Nie chciałam, Ŝeby ciebie teŜ obudziła. Spałeś tak
mocno.
– Zastanawiam się, dlaczego.
– MoŜe miałeś cięŜki tydzień w pracy?
– Raczej najbardziej niewiarygodną noc w moim Ŝyciu.
Popatrzyli na siebie porozumiewawczo.
Chuck wydawał się Cassaundrze niezwykle przystojny.
– Czy sporządzasz listę tego, co ci się we mnie podoba? –
spytał beztrosko i zajrzał do notesu.
– W pewnym sensie – usłyszał nieoczekiwanie w
odpowiedzi. – Chyba tego ranka stałam się poetyczna.
– PokaŜ mi.
– To dla ciebie – podała mu notes. – Podarunek. Rodzaj...
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 133
podziękowania.
Chuck juŜ chciał przeczytać głośno, ale Cassaundra
potrząsnęła głową.
– Po cichu, proszę.
– Sandy, to jest przepiękne – powiedział w zachwycie.
PołoŜyła mu palec na ustach.
– Wszystko zepsujesz, jeśli będziesz o tym mówił. Schowaj
to po prostu do jakiejś ksiąŜki i od czasu do czasu przeczytaj
sobie, by powspominać...
– Chodźmy na spacer – powiedział, biorąc ją za rękę. Ruszyli
krętą drogą. Na liściach pobłyskiwały w słońcu, kropelki rosy.
Ś
wiatło słoneczne przesiane przez korony drzew i warstewka
porannej mgły nadawały całej okolicy nierealny wygląd.
– Jak tu spokojnie – rzekła Cassaundra, gładząc kotkę.
– Teraz rozumiesz, dlaczego chcę znaleźć miejsce z dala od
cywilizacji.
– Zawsze rozumiałam takie marzenia – westchnęła. – MoŜe
nawet lepiej, niŜ ci się zdaje.
Chuck połoŜył ręce na jej ramionach.
– Kiedy powiesz mi, od czego właściwie uciekasz?
JuŜ miała odpowiedzieć, ale Chuck potrząsnął głową.
– Nie. Nie staraj się zaprzeczać.
– Chciałabym, Ŝeby to trwało. My. To, co teraz dzieje się z
nami
Przytrzymał ją mocniej i spojrzał prosto w oczy.
– Kocham cię – powiedział. – I cokolwiek powiesz, nie
uwierzę, Ŝe ty mnie nie kochasz.
– Chuck...
– Zaprzecz. No, proszę, zaprzecz. Ale jeśli to zrobisz,
ostatnia noc jest dowodem, Ŝe będzie to kłamstwo.
– To było tylko...
– Czysto fizyczne? – zapytał ironicznie. – O nie! Byliśmy ze
sobą połączeni umysłem i duchem, i w kaŜdy sposób, w jaki
dwoje ludzi moŜe być połączonych. Nasze dusze dotykały się
tam, w namiocie.
Glenda Sanders
Strona nr 134
Czekał, aŜ zaprzeczy, ale stała jak skamieniała i patrzyła na
niego wzrokiem zranionej sarny. Miał ochotę schwycić ją mocno
i juŜ nie puścić.
– Ostatniej nocy powiedziałaś mi, Ŝe poza wnętrzem namiotu
nic nie istnieje, nawet czas. Ale istnieje przecieŜ Ŝycie. My
istniejemy. Przyszłość. Zostawiamy za sobą jedynie przeszłość.
Nie ma juŜ znaczenia, odcięliśmy się od niej, gdy weszliśmy do
tamtego namiotu.
– Nie moŜna tak łatwo zostawić za sobą przeszłości.
– MoŜna, jeśli skupimy się na przyszłości. Kocham cię,
Sandy. Chciałbym... – jęknął, jakby zawiedziony. – Do diabła,
męŜczyzna nie powinien mówić takich rzeczy.
– Kocham cię – powiedziała cicho.
Objął ją ramionami i przycisnął do siebie bardzo mocno,
starając się jednak nie zrobić krzywdy Babe.
– Kocham cię – powtórzyła, kładąc głowę na jego piersi.
– CóŜ, niech będzie tak, jak chcesz. Bez przyszłości, bez
przeszłości.
W milczeniu przeszli kawałek ścieŜką, potem zawrócili.
– Czy chcesz tu jeszcze trochę zostać? A moŜe zjemy
ś
niadanie albo...
– W południe muszę być w pracy – odparła Cassaundra. –
Poza tym trzeba zajść do sklepu i kupić wszystko dla Babe.
– Nie przypuszczałem nawet, Ŝe dziś idziesz do pracy.
– Muszę przynajmniej wziąć prysznic. Prawdę mówiąc, mam
ochotę na gorącą kąpiel. Rozumiesz... – zaczerwieniła się.
– Miałaś trudny tydzień w pracy? – zaŜartował.
– Najbardziej niewiarygodną noc w moim Ŝyciu – odparła.
Chuck zaczął ładować do dŜipa złoŜony namiot i widząc to,
Cassaundra czuła głęboki smutek. Zastanawiała się, czy jego
niezwykłe milczenie nie świadczy o tym, Ŝe podobnie jak ona
ma poczucie, iŜ coś utracił.
– Wstąpię po ciebie do pracy – powiedział, gdy podjeŜdŜali
pod jej dom.
– Nie musisz tego robić.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 135
– Chcę to zrobić. I cóŜ, przyznam, Ŝe dzisiejszy sobotni
wieczór chciałbym spędzić w towarzystwie pięknej kobiety. –
Ujął ją za rękę. – Dotychczas byliśmy razem na wyprzedaŜy,
pchlim targu, w kinie na otwartym powietrzu i na polu
namiotowym. Spróbujmy tym razem wystroić się i pójdźmy
gdzieś, gdzie panuje mrok, nastrój, na stole stoją świece i
kwiaty, a między przystawką a deserem upływają trzy godziny.
– W takim razie potrzebuję trochę czasu po pracy. Jeśli mam
się wystroić, nie chcę, byś widział mnie dziś w fartuchu.
Chuck przyznał jej rację i lekko pocałował.
– Kiedy będziesz w wannie, pomyśl o mnie – poprosił.
Wieczór zaczął się bardzo romantycznie. Chuck przyniósł dla
Babe jedzenie, kuwetę i zabawkę walerianową.
Cassaundrze wręczył bukiet róŜ, ale dla niej większym darem
był zachwyt w jego oczach, gdy na nią patrzył.
Miała na sobie czarną jedwabną sukienkę, Chuck natomiast
czarny garnitur i śnieŜnobiałą koszulę. Nawet scenograf nie
skomponowałby lepiej ich strojów, pomyślała Cassaundra. Ale
ta zgodność nie dotyczyła wyłącznie ich zewnętrznego wyglądu.
Przez cały wieczór czuli między sobą niezwykłe pokrewieństwo:
sposób, w jaki rozmawiali ze sobą, nadzwyczajna zgodność
poglądów, wybór potraw – nawet ten sam sos do sałatek. Po
kolacji tańczyli, odnajdując zgodność ciał poruszających się w
takt zmysłowych pomruków saksofonu.
Cassaundra oparła policzek na ramieniu Chucka, wsłuchiwała
się w bicie jego serca, wdychała zapach wody toaletowej.
Odczuwała takie zadowolenie, jakiego jeszcze nigdy nie
doświadczyła. Była bez wątpienia zakochana i upajała się tym.
Nigdy przedtem nie czuła się bardziej uwielbiana.
Wrócili do jej mieszkania. Otworzyła drzwi. Weszli do
ś
rodka. Nim drzwi zdąŜyły się zatrzasnąć, odnaleźli się juŜ w
swych ramionach.
Zanurzyła palce we włosach Chucka, potem przesunęła, je na
szyję i poluzowała mu krawat, a gdy odchylił głowę, rozpięła
kolejne guziki koszuli. Przesunęła ręką po nagim torsie, czując,
Glenda Sanders
Strona nr 136
jak mięśnie napinają się od jej dotyku, a potem rozpręŜają pod
wpływem ciepła dłoni.
Chuck jedną ręką przytrzymywał Cassaundrę w talii, drugą
uniósł jej twarz i zaczął zachłannie całować. Wydawało się, Ŝe
ten głęboki pocałunek nigdy się nie skończy.
Rozpiął zamek sukienki. Cassaundra zsunęła ją z ramion,
potem w dół wzdłuŜ ciała, aŜ suknia spłynęła na podłogę. W
oczach Chucka pojawił się wyraz zachwytu, gdy ujrzał
koronkowy gorset.
JuŜ wcześniej widział na filmach podwiązki, ale ta
egzotyczna część garderoby na ciele Sandy nabierała zupełnie
nowej zmysłowości. Zapięcia podwiązek rysowały się wysoko
na udach, przytrzymując czarne pończochy. Jasna, niezwykle
gładka skóra, nęciła ponad cienkim nylonem.
– Nie wiem, gdzie cię najpierw dotykać – wyszeptał Chuck,
ale rozwiązał ten problem i zaczął głaskać ją po udach oraz
całować piersi ponad gorsetem. Potem chwycił ją namiętnie w
ramiona. – Tym razem mamy łóŜko, Złotowłosa.
Zapomniał, Ŝe Cassaundra ma łóŜko wodne, i dopiero gdy
zafalowało pod nimi, zaśmiał się zadowolony.
– Wprawdzie śpiwór jest przytulny, ale komfort teŜ ma swoje
zalety.
Objęła go za szyję i przywarła do niego biodrami. Chuck
pocierał policzkiem jej pierś, aŜ uwolnił ją z miseczki gorsetu.
Zaczął pieścić językiem brodawkę. Potem przesunął rękę pod
napiętą podwiązką, aŜ do zapinki, i mocował się z nią przez
chwilę.
– Nie wiem, jak obchodzić się z takimi rzeczami – przyznał.
Cassaundra ujęła jego twarz i zaśmiała się.
– Przyjemnie, gdy kobieta ma świadomość, Ŝe w niektórych
sprawach jest pierwsza. Lepiej ci się powiedzie, gdy podczas
odpinania będziesz się temu przyglądał.
Czekała, aŜ Chuck zapozna się z działaniem zapinek. Była to
dla niej słodka tortura. Palcami ugniatał jej uda, a na wraŜliwej
skórze czuła ciepły oddech. Ściągnął powoli najpierw jedną
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 137
pończochę, potem drugą.
– To było naprawdę po raz pierwszy – powiedział, kładąc się
obok niej. – I równieŜ to.
W oczach miał tyle czułości, Ŝe Cassaundrze zapierało dech.
Pochylił twarz tuŜ nad nią i zanim zabrzmiały jego słowa,
wiedziała juŜ, co chce jej powiedzieć.
– Kocham cię.
Zaczął ją całować tak czule, Ŝe aŜ stanęły jej w oczach łzy.
Popłynęły powoli po policzkach.
– Co się stało, Sandy? – wytarł łzy wierzchem dłoni.
– Jesteś moim dopełnieniem – wyszeptała gorączkowo. – Bez
ciebie nie jestem juŜ całością.
– Ja teŜ tak czuję.
– Kochaj mnie teraz – poprosiła. – Tak jak zeszłej nocy.
– Nic mnie nie powstrzyma – odparł, biorąc ją w ramiona.
Glenda Sanders
Strona nr 138
ROZDZIAŁ 12
Chuck stłumił ziewni
ę
cie, patrz
ą
c na zlewaj
ą
ce mu si
ę
przed oczami słowa. Za du
Ŝ
o nocnego
Ŝ
ycia, pomy
ś
lał i
u
ś
miechn
ą
ł si
ę
odkładaj
ą
c gazet
ę
. Czy istnieje co
ś
takiego jak „za du
Ŝ
o kochania”? Nie mógł uwierzy
ć
,
Ŝ
e
dopiero kilka dni temu zostali kochankami. Sandy stała si
ę
cz
ęś
ci
ą
jego
Ŝ
ycia i nie potrafiłby wyobrazi
ć
sobie istnienia
bez niej.
– Wziąłem dla ciebie pocztę.
Obok stał Ken Stark. Chuck i Ken zaczęli pracować w
gazecie mniej więcej w tym samym czasie. Dopóki Ken nie
oŜenił się, chodzili razem do modnych nocnych klubów w
poszukiwaniu jedzenia, kobiet i wraŜeń w czasie telewizyjnych
transmisji sportowych – nie zawsze w takiej właśnie kolejności.
Gdy Ken zmienił stan cywilny, ich wzajemne stosunki
ograniczyły się do drobnych Ŝartów w pracy, sporadycznych
wypadów na mecze i domowych obiadów u Kena.
– Masz tu list. Osobisty – powiedział Ken, przyglądając się
kopercie z większą niŜby naleŜało uwagą. – Z Orlando.
– Najprawdopodobniej anonim podrzucający genialny temat
na wielki reportaŜ – odparł Chuck krzywo. – Ktoś zobaczył
węŜa morskiego w jeziorze Eola.
– MoŜe to list od sympatyka – prowokował Ken. – MoŜe to
list-pułapka – ripostował Chuck.
– Sądząc po zapachu, to nie list-pułapka – stwierdził Ken,
wąchając kopertę z uznaniem.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 139
– Daj mi go wreszcie.
Natychmiast rozpoznał perfumy – od niemal tygodnia był
pogrąŜony w ich zapachu. Stały w egzotycznie wyglądającym
flakoniku, który Cassaundra trzymała na toaletce w łazience, i
miały trudną do wymówienia nazwę.
– Czy ten głupawy uśmiech jest objawem zakochania? –
strofował go kolega.
Chuck chciał natychmiast przeczytać list od Sandy i szkoda
mu było czasu na przekomarzanie się z Kenem.
– Czy nie musisz przypadkiem przeprowadzić jakiegoś
wywiadu albo napisać artykułu?
– Ach – rzekł Ken – więc to powaŜna sprawa.
Chuck posłał mu soczystą wiązankę i zasugerował, by Ken
zajął się własnymi sprawami i nie wtrącał nosa do cudzych.
Poczekał, aŜ Ken zniknie mu z oczu, i dopiero wtedy otworzył
kopertę.
Na Chucka zza plastikowej osłonki patrzył DiMaggio.
DiMaggio w świetnym stanie, ze świadectwem autentyczności.
„Mam nadzieję, Ŝe Ty i Joe będziecie długo razem” – pisała
Sandy.
Chuck upuścił kartę na biurko, jakby była to porcja trucizny.
O co tu, do diabla, chodzi?
Zadzwonił do baru.
– Sandy, dostałem od ciebie kartę. Gdzie znalazłaś tego
DiMaggio?
– Dzwoniłam tu i ówdzie.
– Nawet jej nie ubezpieczyłaś?
– Co miałam ubezpieczyć?
– Przesyłkę.
– Nie pomyślałam o tym. Chyba mieliśmy szczęście, Ŝe list
nie wylądował w koszu na śmiecie.
– Sandy...
– Czy to dla ciebie niespodzianka? Chciałam ci zrobić
niespodziankę.
– Jestem poraŜony.
Glenda Sanders
Strona nr 140
– Podziękujesz mi, kiedy będziemy sami – powiedziała,
zniŜając głos.
– Oczywiście. Porozmawiamy o tym, gdy się zobaczymy.
OdłoŜył słuchawkę jeszcze bardziej zdezorientowany niŜ
przedtem i popatrzył na Joe’ego DiMaggio, jakby fotografia
mogła nagle oŜyć i odpowiedzieć na jego pytania.
Zrobił sobie kawy i zaczął przeglądać aktualne wydanie
gazety. Zerknął na fotografię w kolumnie „Twarze” na drugiej
stronie. Podobna do Sandy, pomyślał. Nie było w tym niczego
niezwykłego. Ostatnio kaŜda ładna blondynka przypominała mu
Sandy. Przeczytał podpis pod fotografią: dziedziczka fortuny,
Cassaundra Snow.
„W posiadłości w Hudson River, naleŜącej do dyrygenta
Williama Snowa, powstanie konserwatorium muzyczne. Tej
treści oświadczenie wydano dziś w imieniu córki i, jedynej
spadkobierczyni mistrza, Cassaundry Snow. W wypowiedzi
przypisywanej pannie Snow, dwudziestoczteroletniej nieśmiałej
i pięknej dziedziczce, która stała się ogólnie znana po tym, jak
jej ojciec oskarŜony został o zamordowanie swej drugiej Ŝony,
ś
piewaczki operowej Brianny Blake, czytamy: «To zgodne z
jego intencjami, Ŝe dom, który tak lubił, stanie się Ŝywym
pomnikiem jego nadzwyczajnego talentu i ofiarowany zostanie
muzyce».
Dziewiętnastowieczna rezydencja pałacowa posiada salę
koncertową i taras, który łatwo moŜna zaadaptować na salę
ć
wiczeń dla studentów.
William Snow doznał zawału serca w sądzie, gdy usłyszał
wyrok uznający go za winnego morderstwa, i zmarł w drodze do
szpitala. Jego córka, której dziadek ze strony matki, Nathan
Augustus Grand, był załoŜycielem wydawnictwa Quill, ma teraz
urlop w wydawnictwie i wypoczywa prawdopodobnie w
Europie”.
„Ta dziwka Snow”, pomyślał Chuck, przypominając sobie to,
co powiedziała Barb. Popatrzył uwaŜniej na fotografię i doszedł
do wniosku, Ŝe podobieństwo między Sandy a Cassaundrą Snow
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 141
jest nie tylko powierzchowne. Miały inne uczesanie, ale rysy
twarzy były nadzwyczaj podobne. Mogły być siostrami. Chuck
poczuł dreszcz na plecach.
I nazwisko: Grand. Nazwisko Sandy. Panieńskie nazwisko
matki Cassaundry Snow.
Odrzucił to przypuszczenie. Niedorzeczność! Seks pomieszał
mu w głowie. Cassaundra Snow przebywała w Europie, a nawet
jeśli nie, to moŜna by się załoŜyć, Ŝe nie zajmowała się
nakładaniem mroŜonego jogurtu do waflowych roŜków w barze
w Orlando na Florydzie.
Która barmanka potrafi grać Beethovena, pisać wiersze i
posyła w prezencie karty baseballowe?
Chuck ponownie przeczytał artykuł i z niedowierzaniem
potrząsnął głową. To niemoŜliwe. Wiele kobiet ma jasne włosy i
ładne buzie. Tysiące ludzi mają na nazwisko Grand.
Tysiące ludzi z takimi oczami? Takim nosem? Takimi
ustami? Znasz się na tych ustach – jak mógłbyś ich nie
rozpoznać?
Chuck poczuł, Ŝe z twarzy odpływa mu krew. To niemoŜliwe.
Absurdalne.
Ale to by wiele wyjaśniało, pomyślał. Na przykład, jak Sandy
mogła „zadzwonić tu i ówdzie” i zdobyć autentycznego Joe’ego
DiMaggio.
Musi wszystkiego się dowiedzieć, i na szczęście umiał się
dowiadywać. Zadzwonił do naczelnego.
– Nic się w pracy nie dzieje, a coś mi wypadło. Chciałbym
odebrać sobie nadgodziny.
Godzinę później, gdy Ken przystanął na chwilę przy jego
biurku, Chuck nadal tam siedział.
– Ciągle tu jesteś? Słyszałem, Ŝe się urwałeś i poszedłeś na
ryby.
– W zasadzie mnie tu nie ma – odparł Chuck. – Zbieram
materiały do swojej pracy.
– Wolny strzelec? – zapytał Ken poufnie.
Reporterom zabraniano pracy w charakterze wolnych
Glenda Sanders
Strona nr 142
strzelców, jednak wielu z nich nie stosowało się do tego zakazu.
W redakcji przymykano na to oczy, jeśli tylko dziennikarz nie
pracował dla konkurencji.
– Idę za głosem intuicji. Sprawdziłem juŜ bazę danych i teraz
muszę zajrzeć do biblioteki.
– To coś ciekawego?
– Jak mysz dla kota – odparł Chuck z goryczą. – Po raz
pierwszy w Ŝyciu zamówię w bibliotece roczniki brukowców.
– Brukowców?
– No, wiesz, chodzi o te: „Po tragicznej pomyłce w banku
spermy kobieta urodziła małpę”, „Trup jeździł w wagonie metra
trzy tygodnie, zanim ktoś go zauwaŜył”. To nasza konkurencja.
– Powinieneś porozmawiać z babcią mojej Ŝony. Ma stosy
takich rzeczy w garaŜu, od podłogi do sufitu.
– Naprawdę? Myślisz, Ŝe pozwoli mi pogrzebać w swoich
zbiorach?
– Będzie zachwycona. JuŜ wiele lat temu usiłowałem ją
namówić, Ŝeby to wyrzuciła ze względu na niebezpieczeństwo
poŜaru, ale ona uparcie twierdzi, Ŝe pewnego dnia będzie
musiała coś sprawdzić. Mam do niej zadzwonić?
– Zapraszam cię na szaszłyk, jeśli to zrobisz.
Thelma Banbury była miłą kobietą, nieco pulchną, o małych
rękach i stopach. Siwe włosy ufarbowała na niesamowity odcień
rudego, twarz miała upudrowaną, oczy i rzęsy pomalowane, na
policzkach róŜ, a na wargach szminkę. Przywitała Chucka
wylewnie i przez pięć minut rozprawiała o genialnym męŜu swej
wnuczki.
– Ken mówił mi, Ŝe chce pan przejrzeć moje gazety.
– Jeśli pani pozwoli. Przygotowuję artykuł i nie mogę znaleźć
potrzebnych informacji w powaŜnych pismach. MoŜe znajdę...
Nie dokończył. Co spodziewał się znaleźć? Szczegóły?
Więcej fotografii? Coś, co przeczyłoby oczywistym faktom?
Zaprowadziła go do garaŜu i stanęła mu za plecami, gdy
przekopywał się przez stosy gazet. Udało mu się odszukać
numery opisujące zabójstwo Brianny Blake Snow oraz te
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 143
dotyczące śmierci Williama Snowa. Między tymi wydarzeniami
upłynął prawie rok.
– Sprawa Snowów? – spytała pani Banbury, patrząc
Chuckowi przez ramię. – To puszka Pandory.
– Śledziła pani tamte wydarzenia?
– Naturalnie. Mówię panu, patrzy pan na tych wszystkich
wykształconych bogaczy, którzy mają tyle moŜliwości, Ŝe
mógłby się pan po nich nie wiem czego spodziewać. Tych
dwoje, mimo sławy i pieniędzy, Ŝyło ze sobą jak pies z kotem.
– Kto?
– Snowowie. Ten zarozumiały dyrygent i ta primadonna. Na
stronie tytułowej jednej z gazet zobaczył twarz Sandy –
Cassaundry Snow. Jeśli do tej pory miał jakiekolwiek
wątpliwości, czy kobieta, którą kochał, i Cassaundra Snow to te
same osoby, leŜąca przed nim fotografia stanowiła najlepszy
dowód. Najwyraźniej dziennikarz uchwycił dziewczynę przez
zaskoczenie. Z duŜej odległości, teleobiektywem, pomyślał
Chuck z wściekłością. Typowe dla marnego reportera.
– A co z tą amerykańską księŜniczką? – Chuck nie zdawał
sobie nawet sprawy, Ŝe mówi głośno.
– Z nią? – Pani Banbury z radością udzieliła wyjaśnień. –
Współczuję jej trochę, ale nie wierzę w te wszystkie opowieści o
jej niewinności.
– Niewinności?
– śe była niewinna jak lilia, gdy ten Ogelthorpe ją uwiódł.
– Och, tak. Geoff Ogelthorpe. Gadatliwy kochanek.
Chuck zacisnął pięści.
– Mając taki majątek, wykształcenie, rozrywki nie mogła
pozostać niewinna, no bo jak?
„Miałam kiedyś kochanka. Ale to była pomyłka”.
– Nie wiadomo, komu wierzyć – stwierdził Chuck.
– Jeśli to prawda i ona naprawdę była niewinna, to powinni
powiesić tego faceta za to, Ŝe wziął pieniądze za tę opowieść.
– Jestem skłonny się z panią zgodzić – przyznał Chuck. –
Sam dostarczyłbym sznura.
Glenda Sanders
Strona nr 144
Chuck próbował uporządkować zdobyte informacje. Czuł się
oszukany. Dlaczego nie okazała mu zaufania i nie opowiedziała
wszystkiego? Obawiała się czy wstydziła swej przeszłości? Od
samego początku dawała do zrozumienia, Ŝe ich znajomość nie
moŜe być trwała. Czy przejmowała się jego losem, czy teŜ to
wszystko było z jej strony tylko zabawą? Kim była Sandy vel
Cassaundra Snow?
Same pytania. Brak odpowiedzi.
Po powrocie do domu zasiadł na kanapie z albumem, w
którym
przechowywał
zdjęcia
amerykańskich
druŜyn
baseballowych, oraz z listem od Sandy, w którym była karta z
Joe’em DiMaggio.
Jak moŜna było wydać kilkaset dolarów na tak rzadką kartę, a
potem wykazać tyle nonszalancji i nie ubezpieczyć jej? Czy
pieniądze znaczyły dla Sandy tak niewiele?
Zastanawiał się nad tym, co przeczytał w prasie na temat
Cassaundry Snow. Sandy mu nie ufała i nie wyznała prawdy.
Postanowił na razie nie wkładać DiMaggia do swego albumu.
Cassaundra, przy której nogach cały czas plątała się kotka,
przygotowywała filety z kurczaka. Zbiła je najpierw
drewnianym tłuczkiem, potem posypała przyprawami i wreszcie
wstawiła do piekarnika. Nastawiła zegar tak, by potrawa była
gotowa na siódmą. Chuck spóźniał się nieco, ale nie
przejmowała się tym. W godzinach szczytu na ulicach Orlando
często powstawały zatory i Chuck mógł stać kilometr od jej
domu, posuwając się w korku centymetr po centymetrze.
Po dwudziestu minutach w całym mieszkaniu unosił się
aromat oregano, topionego parmezanu i pieczonego kurczaka.
Cassaundra juŜ zaczynała się niepokoić, Ŝe Chuck nie przyjedzie
na czas, ale dzwonek u drzwi rozległ się właśnie w momencie,
gdy kuchenny zegar oznajmił koniec pieczenia. Cassaundra z
ulgą otworzyła drzwi, cmoknęła Chucka w policzek i pobiegła
do kuchni.
Chuck poszedł za nią i patrzył, jak Sandy w rękawicach
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 145
ochronnych walczy z gorącą brytfanną. Miał do siebie pretensję
za słabość, jaką Ŝywi do tej dziewczyny. Choć czuł się przez nią
oszukany, pragnął wziąć ją w ramiona i całować, aŜ wszystko
przestanie się liczyć poza faktem, Ŝe są tutaj razem we dwoje.
– Godzinami przygotowywałam tę potrawę – oznajmiła z
lekką przesadą – ale wynagrodzisz mi cały wysiłek, gdy tylko
skosztujesz...
Zaniepokoił ją wyraz twarzy Chucka: ściągnięte usta,
zmarszczone brwi, smutne oczy. PołoŜyła rękawice na bufecie
obok brytfanny i zaczęła je nerwowo wygładzać.
– ”Cassaundra uczy się gotować” – powiedział sarkastycznie.
– To tworzyłoby serial razem z: „Cassaundra nakłada jogurt”,
„Cassaundra idzie na pchli targ”, „Cassaundra kupuje kota”,
„Cassaundra kocha się”. – Głos mu się załamał. Nie mógł dalej
mówić i tylko cięŜko westchnął.
– Skąd się...? – zaczęła, nadal nerwowo wygładzając
rękawice.
– Ukrywające się dziewczynki powinny uwaŜać na swoje
fotografie w lokalnych gazetach.
– Chodzi o konserwatorium? – spytała szeptem. – Myślałam,
Ŝ
e będę miała więcej czasu – dodała ledwie dosłyszalnym
głosem, gdy przytaknął.
– W artykule napisano, Ŝe „prawdopodobnie jesteś na
wakacjach w Europie”.
– Dwa tygodnie temu ogłoszono, Ŝe romansuję z jakimś
księciem w St. Moritz. Sama widziałam taki tytuł w jednej z
gazet.
– Jakiś ksiąŜę. KsiąŜę głupców!
W mieszkaniu zapanowała przygnębiająca cisza.
Dlaczego mi nie zaufałaś?
– Pragnęłam, Ŝeby to trwało i trwało, i nie chciałam popsuć
tego, co było między nami.
– Mogłabyś mieć do mnie więcej zaufania.
– Nie chciałam cię obciąŜać. śyłam ze świadomością, Ŝe
mam przy sobie bombę zegarową. Nie chciałam, Ŝebyś ty teŜ tak
Glenda Sanders
Strona nr 146
Ŝ
ył.
– Czy wyobraŜasz sobie, co mi przychodziło do głowy? Te
wszystkie straszne rzeczy: Ŝe uciekłaś od agresywnego męŜa
albo Ŝe ukrywasz się przed prokuratorem, albo Ŝe jako
ś
wiadkowi oskarŜenia zmieniono ci toŜsamość, by nie naraŜać
cię na zemstę gangów. – Ujął ją za ramię i zmusił, by spojrzała
mu prosto w twarz. – Nie miało to dla mnie znaczenia. Chciałem
ci pomóc. Miałem zamiar...
– John Wayne prowadzi na ratunek oddział kawalerii –
powiedziała, patrząc na niego oczami pełnymi łez. Puścił ją,
jakby nagle poczuł wstręt.
– Musiałem ci się wydać dość śmiesznym osobnikiem,
podobnym do tych, jakich spotykałaś, gdy zstąpiłaś z piedestału
i ruszyłaś w ubogi lud.
Cassaundra zacisnęła powieki, by powstrzymać łzy, a potem
spojrzała mu prosto w oczy.
– Proszę cię, nie wierz w to. Musiałam zacząć Ŝyć, uczyć się.
Nie zstąpiłam z piedestału... uciekałam.
– Od srebrnych nakryć i atłasowej pościeli? – rzucił z ironią.
– Tak – odparła wyzywająco. – Incognito w Orlando?
– NiewaŜne gdzie, byleby się ukryć. Wybrałam Orlando, bo
w Nowym Jorku jest zimno i ciemno, a ja potrzebowałam...
słońca. Potrzebowałam ciepła.
– Och, tak. Jakie nuŜące jest noszenie sobolowych futer.
Nie powiedziała mu, Ŝe nie ma Ŝadnych naturalnych futer.
Nie kłócili się przecieŜ o futra.
– Chciałam poznać ludzi. Chciałam być kimś nie dlatego, Ŝe
jestem czyjąś córką albo wnuczką, nie z powodu dokonań moich
przodków, ale dzięki temu, Ŝe jestem sobą, Ŝe myślę i
odczuwam po swojemu.
– A co z ludźmi, których poznałaś? I których oszukałaś?
– Nigdy... – Czuła w krtani kamień. – Jeśli skłamałam, to
tylko przez przemilczenie czegoś.
– To było coś więcej. – Przejechał rękami po twarzy,
westchnął cięŜko i popatrzył na nią oskarŜycielsko. – Do diabła,
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 147
zakochałem się w tobie, a nawet nie znałem twojego imienia.
Nie wiedziałem, kim jesteś.
W oczach miał ból i Ŝeby na to nie patrzeć, Cassaundra
zwróciła uwagę na Babe, która właśnie miauczała niecierpliwie.
Kotka wydała się jej maleńka – Ŝałośnie samotna ruda kula na
tle beŜowego linoleum. Cassaundra poczuła jedność ze
zwierzęciem. Schyliła się i wzięła je czule na ręce.
– Wiesz, kim jestem – odparła. – Znasz tę osobę, która jest
we mnie, a nie tę, którą znają wszyscy. Powiedziałeś, Ŝe wtedy
w namiocie nasze dusze dotykały się, ja w to wierzę.
Chciałabym tylko...
Nie mogła powstrzymać łez. Chuck gestem pocieszenia ujął
ją za ramiona.
– Co byś chciała? – spytał, choć bał się odpowiedzi.
– Chciałabym, Ŝebyśmy mogli odciąć się od przeszłości, od
tamtej nocy zaczęli liczyć Ŝycie od nowa.
Uniósł jej podbródek ku swej twarzy.
– Jeśli mnie kochasz, moŜemy to zrobić.
– Niczego nie rozumiesz? Nawet gdybyśmy bardzo chcieli,
nie odetniemy się od przeszłości. Moje zdjęcie w gazecie jest
najlepszym dowodem.
– To nie ma znaczenia, dopóki się kochamy. Nie jesteś
odpowiedzialna za to, co zrobił twój ojciec.
Cassaundra powstrzymywała napływ łez.
– Nie jesteś w stanie tego zrozumieć. Miałeś takie wspaniałe
Ŝ
ycie. Byłeś szczęśliwy i zadowolony, gdy cię spotkałam. Nigdy
nie miałam zamiaru cię zranić.
– Zaczynam rozumieć – wypuścił ją z objęć. – To była tylko
gra, a teraz zabawa się skończyła, więc wycofujesz się rakiem.
Zatem do widzenia i Ŝyczę szczęścia, Cassaundro Snow. Wracaj
do Nowego Jorku i wyśmiewaj się z tego, jak ci się udało
wszystkich – a zwłaszcza mnie – zrobić w konia.
– Nie moŜesz tak o mnie myśleć – odparła sztywniejąc.
Rozpaczliwie podtrzymywał w sobie tę złość, którą Ŝywił i która
chroniła go przed zranieniem.
Glenda Sanders
Strona nr 148
– Nie mogę? Bo jesteś Cassaundrą Snow? To, co myślę, jest i
tak znacznie lepsze od tego, co cała Ameryka myśli o tobie i o
twej rodzinie.
– Bo cię kocham – powiedziała ze ściśniętym gardłem.
– Widocznie nie dosyć. Gdy mi to mówisz, słyszę: „śegnaj”.
– Kocham cię zbyt mocno, by patrzeć, jak cierpisz. MoŜemy
zapomnieć o przeszłości, ale przeszłość nie zapomni o nas.
Wcześniej czy później poŜałujesz, Ŝe mnie pokochałeś i
będziesz mnie nienawidził za to, Ŝe wciągnęłam cię w to
wszystko. Jeśli zerwiemy ze sobą teraz, moŜe będziesz mnie
nienawidził trochę mniej. Póki jeszcze jest między nami pięknie,
moŜe zachowamy w sercach trochę tego piękna.
– Nie musimy zadowalać się wspomnieniami. Pokonamy
wszystkie trudności.
– Chuck, wiem, Ŝe mi nie wierzysz, ale z moją przeszłością
nigdy się nie uporasz. Nie wątpię, Ŝe dałbyś sobie radę z
agresywnym męŜem, prokuratorem, a nawet z gangsterami, i z
potyczki wyszedłbyś nietknięty. Ale moja przeszłość cię
zrujnuje, a potem zrujnuje takŜe nas oboje.
– Nie doceniasz mnie – odparł, zanurzając palce w jej
włosach i przytulając do siebie.
– Wiem, jaki jesteś szlachetny, dumny i silny. Dlatego łatwo
cię zranić. Nie mogłabym Ŝyć ze świadomością, Ŝe przez swój
egoizm do tego dopuściłam.
– Zła sława nie trwa długo i nie rozumiem, jak...
Odsunęła się od niego i popatrzyła prosto w twarz.
– Nie mógłbyś na przykład uprawiać swego zawodu. Nawet
gdybyś próbował. Traktowano by cię niechętnie. Byłbyś osobą
publiczną i niezaleŜnie od tego, co byś robił, twoje osiągnięcia
mierzono by uwzględniając to, Ŝe jesteś związany z rodem
Snowów. Masz zbyt wiele dumy, byś mógł zostać męŜem swojej
Ŝ
ony. Zbyt wiele siły.
Schwycił ją mocniej za łokieć.
– Nie obawiam się oddać cząstki siebie, by zostać męŜem
Cassaundry Snow, jeśli ty nie obawiasz się oddać cząstki
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 149
Cassaundry Snow, by stać się Sandy Granger.
– Nie wiesz, co mówisz. – Po policzkach zaczęła jej płynąć
nowa fala łez.
Chuck wyjął delikatnie Babe z jej rąk i postawił kotkę na
podłodze. Potem mocno przycisnął Cassaundrę do siebie. Czuł,
jak jej ręce rozpaczliwie go obejmują.
– Wiem, Ŝe cię kocham, i Ŝe nasze dusze są sobie bliskie.
Wolę raczej spróbować i ponieść poraŜkę, niŜ Ŝyć ze
ś
wiadomością, Ŝe poddaliśmy się, nawet nie podejmując próby.
Jestem pewien, Ŝe moje Ŝycie z tobą nigdy nie będzie tak puste i
beznadziejne, jak Ŝycie spędzone bez ciebie.
Cassaundra przylgnęła do niego. Zapomniała o wszystkim,
gdy ciało Chucka, ciepłe i silne, przywarło do jej ciała. Słuchała
mocnego bicia jego serca i zapomniała o swych niepokojach.
Rzeczywistość ograniczała się tylko do tego męŜczyzny z krwi i
kości, trzymającego ją w ramionach.
– Odkryłem przed tobą swoją duszę. – Głos Chucka dudnił w
piersi. – Sandy, powiedz coś, proszę.
– Nasze dusze muszą się teraz znowu dotknąć. – Odchyliła
głowę i spojrzała mu w twarz. W oczach błyszczały jej łzy. –
Nie ma przeszłości ani przyszłości. Tylko my dwoje i
teraźniejszość.
Pochylił nad nią głowę i zamknął jej usta gorącym
pocałunkiem. Uniósł ją do góry i zaniósł do sypialni. Spleceni
ramionami zapadli się w łóŜko.
Kochali się powoli i czule, jakby ich nieśpieszne ciała chciały
wykazać, Ŝe czas jest im przychylny. Potem leŜeli zetknięci
głowami, dzieląc się swą radością i usiłując ją zachować w
pamięci na burzliwą przyszłość. Milczeli. Dopiero gdy Babe
mokrym nosem musnęła Chucka w ucho, powiedział:
– Przyznajesz się do tej puchatej kuli?
– Cieszę się, Ŝe ją mam.
– Czy to naprawdę pierwsze zwierzę, jakie hodujesz?
– Tak.
Po chwili milczenia zapytał:
Glenda Sanders
Strona nr 150
– Powiedziałaś przedtem, Ŝe uciekłaś. Przed czym?
– Głównie przed samotnością. I przed bezustanną etykietą.
Nawet słuŜba nosiła mundury. Mój ojciec był zawsze osobą
powszechnie znaną, zresztą z własnego wyboru, gdyŜ czuł, Ŝe
poklask stanowi poŜywkę dla talentu i zmusza go do
utrzymywania świetnej formy. Wszędzie więc jeździliśmy
limuzyną o przyciemnionych szybach. Najgorzej było po śmierci
Brianny. Wtedy fotoreporterzy czatowali przy bramie jak sępy.
– A twój ojciec?
Odpowiedziała dopiero po chwili, starannie dobierając słowa.
– Miał niezwykły talent i podporządkował mu się całkowicie.
Poświęcenie dla sztuki nadawało barwy całemu jego Ŝyciu i
Ŝ
yciu osób z jego otoczenia. Robił wszystko z wielką pasją i
czasami był przez to mało elastyczny.
Chuck połoŜył się na boku i patrzył na Cassaundrę, gładząc ją
po ramieniu.
– To brzmi jak cytat z notatki prasowej.
– Wszystko na nasz temat brzmiało jak cytat z notatki
prasowej – odrzekła smutno. – Chyba dlatego zawsze miałam
wraŜenie, Ŝe moje Ŝycie nie jest rzeczywiste, i tęskniłam do... –
nie dokończyła. – Muszę przyznać, Ŝe ojciec chronił mnie przed
tym, co w jego Ŝyciu było publiczne, nawet wtedy, gdy
romansował z Brianną. W końcu jednak nie był w stanie
ochronić nawet samego siebie. Umarł na oczach fotoreporterów,
tak jak Ŝył na oczach fotoreporterów. – Westchnęła. – Gdybym
mogła, zaoszczędziłabym mu tego.
– Czy on cię kochał? – spytał Chuck.
– Był geniuszem. Kochał mnie tak, jak potrafił, ale jako
geniusz miał wymagania. Miał wielką nadzieję, Ŝe odziedziczę
po nim talent, który będzie nadal Ŝył we mnie. – Zaczerpnęła
głęboko powietrza. – Spotkało go duŜe rozczarowanie, gdy
okazało się, Ŝe nie mam talentu do muzyki, ale ja przyjęłam to z
ulgą. Wprawdzie chciałam i starałam się go zadowolić, ale nie
odziedziczyłam równieŜ pasji do muzyki. Talent i usposobienie
dziedziczy się w co drugim pokoleniu, a moja pasja pochodzi od
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 151
dziadka z linii matki. I jest to literatura.
– Czy on kiedykolwiek cię przytulił? Czy pocieszał, gdy
spotkało cię w dzieciństwie jakieś niepowodzenie?
– Mimo swych namiętności, nie był człowiekiem wylewnym.
Nie rozumiał dzieci. Kiedy patrzę z dzisiejszej perspektywy,
rozumiem, Ŝe nigdy nie pozwolono mi być dzieckiem. Jest w
tym sprzeczność, bo równieŜ nigdy nie pozwolono mi dorosnąć.
Dlatego czułam, Ŝe muszę uciec.
Nieświadomie przysunęli się blisko siebie, Cassaundra
złoŜyła głowę w zagięciu jego ramienia.
– Mówiliśmy dziś o małŜeństwie.
– Czy to cię zaskoczyło? – spytała.
– Zaskoczyło mnie, Ŝe mówiliśmy o tym głośno, a teraz z
niecierpliwością czekam, aŜ to się stanie. Czy kiedykolwiek
zastanawiałaś się, jak to będzie wyglądać?
– Nie ty jedyny masz marzenia – odparła z uśmiechem, choć
Chuck nie mógł widzieć jej twarzy. – Wyśniłam cię, zanim
jeszcze cię spotkałam.
– Marzenia o księciu z bajki – rzekł kwaśno.
– Nigdy nie lubiłam być księŜniczką, więc nigdy nie
marzyłam o księciu z bajki. Zwykle dziewczyny marzą o
ksiąŜętach, ja marzyłam o zwykłym męŜczyźnie. – Oparła się na
łokciu i spojrzała mu w twarz. – Wszedłeś do barku i
próbowałeś mnie naciągnąć na hot doga. Czy wiesz, jakie to
było wspaniałe?
– Zaczynam rozumieć.
– Gdy uśmiechnąłeś się czarująco i powiedziałeś, Ŝe nie masz
pieniędzy, stałeś się ucieleśnieniem moich marzeń. Czułam, Ŝe
wprowadzasz mnie w społeczność zwykłych ludzi. – Zaschło jej
nagle w gardle. – Chuck, proszę, odejdź, dopóki masz jeszcze
szansę. Jesteś wspaniałym człowiekiem i moje marzenia mogą
cię zrujnować. Uciekaj, dopóki nie jest za późno.
– Nigdy cię nie opuszczę, chyba Ŝe sama tego zechcesz –
rzekł, zbliŜając do jej twarzy swą twarz. – Popatrz mi w oczy i
powiedz, Ŝe mnie nie kochasz, a zniknę natychmiast.
Glenda Sanders
Strona nr 152
Łzy potoczyły się po jej skroniach i wsiąkały we włosy.
– Gdybym miała siłę, powiedziałabym to dla twego dobra.
Ale jestem tylko człowiekiem – ciągnęła załamanym głosem – i
kocham cię. Nie jestem na tyle mocna ani altruistyczna, by temu
zaprzeczać.
– Powiedz mi więc prawdę – poprosił.
W jej pełnym oddania pocałunku znalazł potwierdzenie
wszystkiego, na co czekał.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 153
ROZDZIAŁ 13
„Drogi Sloanie!
Wracam do Nowego Jorku pod pozorem dopełnienia
formalności związanych z przekazaniem posiadłości na rzecz
konserwatorium. Prawdę mówiąc, muszę spędzić kilka dni w
krainie Cassaundry Snow i spróbować pogodzić tę osobę, którą
dawniej byłam, z kobietą, którą się stałam. Prawdziwy
MęŜczyzna poprosił mnie o rękę i mam ochotę się zgodzić, ale
boję się o niego. PrzeraŜa mnie prostota tego wszystkiego. JakŜe
miłość moŜe być taka prosta? Słyszałeś o czymś takim jak strach
przed sukcesem? Ja czuję strach przed szczęściem i obawę, Ŝe
tak łatwo je osiągnąć.
Zaprosiłam go do Nowego Jorku, Ŝeby mógł się przekonać,
co go czeka, dopóki jeszcze moŜe się bez uszczerbku wycofać.
Musimy dać mu pokaz tego wszystkiego.
Serdeczności. Cassaundra”
Następnego dnia po tym, jak rozmawiali o małŜeństwie,
Cassaundra oznajmiła, Ŝe musi wrócić do Nowego Jorku.
– Oczywiście tylko na krótko – dodała, poznając z wyrazu
twarzy Chucka, Ŝe zamierza gorąco zaprotestować. – Mam
zaległości w pracy papierkowej związanej z przekazaniem
posiadłości oraz kilka innych spraw. Muszę dopilnować, by
wszystkie
osobiste
rzeczy
zostały
przeniesione
do
wyznaczonych pomieszczeń.
Chuck potaknął, starając się nie pokazać po sobie dręczącej
go obawy. Znał juŜ dobrze Cassaundrę i, wyczuwając pewne
Glenda Sanders
Strona nr 154
wahanie w jej zachowaniu, zrozumiał, Ŝe nie mówi mu
wszystkiego do końca.
Zamilkła, sącząc wino.
– Myślę, Ŝe nadszedł czas, bym wróciła – rzekła wreszcie. –
Moja nieobecność nie była zbyt długa, ale bardzo się przez ten
czas zmieniłam. Muszę wrócić i z nowego punktu widzenia
ocenić, czy rzeczywiście zmieniłam się tak, jak sądzę.
Tym razem Chuckowi trudniej było niedbale przytaknąć i nie
zwracać uwagi na to, Ŝe Ŝołądek ściska mu się ze strachu. Czy
powrót do Nowego Jorku to dla Cassaundry pretekst, by dać mu
do zrozumienia, Ŝe ich związek to pomyłka? Jeśli tak, nie miał
zamiaru dać się na to nabrać.
– Chciałabym, Ŝebyś mnie tam odwiedził. Myślę, te to waŜne,
byś się rozejrzał i wyrobił sobie pogląd...
– Pojadę do Nowego Jorku, ale jeśli masz zamiar mnie
wystraszyć, nie uda ci się.
– Wcale nie miałam takiego zamiaru. Chciałabym tylko,
Ŝ
ebyś zobaczył, jak tam jest. – Westchnęła znuŜona. – Moje
Ŝ
ycie bardzo się zmienia. W pewnym momencie mogę
potrzebować twojego wsparcia.
– Czy tak za tym wszystkim tęskniłaś? – zapytał z nie
ukrywaną obawą.
– Nie – zapewniła. – Wcale za tym nie tęskniłam, a jeśli juŜ,
to w taki sposób, w jaki tęskni się za bólem głowy, gdy minie.
Nigdy juŜ nie będę Cassaundrą Snow, dziedziczką fortuny,
córką mistrza i dobrze zapowiadającym się wydawcą. Nie chcę
Ŝ
yć tak jak ona. Ale równieŜ nie mogę stać się zupełnie kimś
innym. Jeśli postanowimy się, pobrać...
– To znaczy, jeśli ty przestaniesz się wycofywać i zgodzisz
wyjść za mnie.
– Jeśli postanowimy się pobrać – ciągnęła, jakby go nie
słyszała – obydwoje będziemy zmuszeni do kompromisu. Im
lepiej się zrozumiemy, tym łatwiej osiągniemy ten kompromis. –
PołoŜyła mu błagalnie rękę na ramieniu. – Widziałam twoje
Ŝ
ycie, brałam w nim udział. Teraz chciałabym, byś zobaczył,
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 155
jakie Ŝycie pozostawiłam za sobą.
– Wybrała pani kostium niebieski czy w kolorze burgunda?
– Niebieski – odparła Cassaundra, odwracając się do Aggie.
– A kapelusz?
– Myślę, Ŝe obędę się dziś bez kapelusza.
– Och! – Usta Aggie ułoŜyły się w doskonałe koło. Wyjęła
kostium z szafy i oczyściła go z jakiegoś pyłku. – Czy dobrze się
pani czuje? Chyba nie jest pani dziś w najlepszej formie?
– Po powrocie czuję się nieco zagubiona.
– WyobraŜam to sobie. Ładnie odrosły pani włosy.
– Owszem. – Cassaundra odruchowo wzburzyła ręką fryzurę.
– Poproszę chyba Lulu, Ŝeby mi je obcięła. Aggie?
– Słucham panią.
– Czy myślisz, Ŝe odpowiadałoby ci Ŝycie na Florydzie?
– Na Florydzie?
– W stanie Floryda.
– Na stałe?
Cassaundra przytaknęła.
– Och, proszę pani, sama nie wiem. To tak daleko. A poza
tym mam tu chłopaka.
– Rozumiem. – Cassaundra uśmiechnęła się. – Rozumiem
doskonale.
Chuck po raz pierwszy w Ŝyciu leciał pierwszą klasą. Musiał
przyznać, Ŝe ma to swoje zalety. Wysiadając nie musiał tłoczyć
się z pasaŜerami z klasy turystycznej. Od dawna nie widział
Cassaundry i wdzięczny był za kaŜdą zyskaną minutę. Rozstali
się niecały tydzień temu, ale miał wraŜenie, Ŝe było to znacznie
dawniej.
– Pan Granger?
Odwrócił się i zobaczył krępego męŜczyznę w liberii.
– Jestem Joseph, kierowca panny Snow. Poprosiła mnie, bym
po pana wyjechał. Czy mogę wziąć pańską torbę?
– Sam będę ją niósł – odparł Chuck, mocniej chwytając za
Glenda Sanders
Strona nr 156
pasek torby.
– Proszę więc tędy.
Joseph poprowadził go do czarnej, lśniącej, wypolerowanej
limuzyny. Chuck stwierdził ze zdziwieniem, Ŝe w środku siedzi
jakiś męŜczyzna. Siwowłosy, w nienagannym, klasycznym
garniturze, roztaczał wokół siebie aurę spokojnej mądrości.
Chuck usiadł naprzeciw niego i męŜczyzna wyciągnął na
powitanie rękę.
– Pan Granger? Jestem Sloan Garrick, przyjaciel Cassaundry.
– Wspominała mi o panu – rzekł Chuck, wymieniając uścisk.
– To chyba pan recenzuje ksiąŜkę mojej znajomej z kółka
literackiego.
– Tak. Poleciłem mojej sekretarce, by miała ją na uwadze.
Cassaundra wyraŜała się o niej bardzo entuzjastycznie.
Chuck poruszył się niecierpliwie na eleganckim siedzeniu.
– Gdzie jest Sandy? – zapytał.
– Cały dzień ma obowiązki w posiadłości i prosiła, bym w jej
imieniu pana przywitał. Sądziła, Ŝe moŜe zechce pan zwiedzić
wydawnictwo.
– Tak, to z pewnością moŜe być ciekawe.
– Jeśli wolałby pan zwiedzić co innego – na przykład giełdę
albo Statuę Wolności – moŜna to zorganizować.
– Chciałbym zobaczyć wydawnictwo – odparł Chuck. –
Opowiem o tym na spotkaniu kółka literackiego.
Sloan spojrzał na zegarek.
– JuŜ południe. Najpierw zjemy obiad w moim klubie. Klub
Sloana – biblioteka, skórzane meble – przypominał dekoracje do
filmu „W osiemdziesiąt dni dookoła świata”. Usiedli przy
niewielkim, okrągłym stole z drewna czereśniowego. Gdy
zamówili potrawy i sączyli aperitif, Sloan przyglądał się
siedzącemu naprzeciw Chuckowi.
– Cassaundra powiedziała mi, Ŝe kolekcjonuje pan karty
baseballowe.
– Rozumiem, Ŝe panu zawdzięczam znalezienie Joe’ego
DiMaggio. Dziękuję.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 157
– Wykonałem po prostu jeden telefon – wyjaśnił Sloan. – Czy
karta była w dobrym stanie, tak jak mnie zapewniono?
– Tak. Oniemiałem, gdy ją zobaczyłem.
– Rozumiem – zaśmiał się krótko Sloan. – Cała historia jest
dość zabawna. W stylu O. Henry’ego, nie sądzi pan? Gdy
usłyszałem cenę katalogową tej karty, sądziłem, Ŝe Cassaundra
wie, ile ją to będzie kosztować. Powiedziała mi, Ŝe nawet nie
ubezpieczyła jej przed wysłaniem. Sądziła, Ŝe to kwestia trzech
czy czterech dolarów, tak jak te, które pan kupił na, o ile dobrze
zrozumiałem, pchlim targu?
– Tak, proszę pana – odpowiedział Chuck z wystudiowaną
grzecznością. Ten Sloan zachowywał się bardzo uprzejmie, ale
Chuck przeleciał dwa tysiące kilometrów, aby zobaczyć się z
Sandy, irytowała go więc zmiana programu.
Zapanowała niezręczna cisza. Kelner przyniósł sałatkę Cobba
i gdy goście ją zjedli, zabrał puste półmiski i podał kawę.
Sloan odchrząknął i Chuck popatrzył na niego wyczekująco.
– Cassaundra jest dla mnie kimś wyjątkowym – powiedział
Sloan. – Gdy po wojnie zacząłem pracować w Quill, jej dziadek
wprowadzał mnie w tajniki zawodu. Matka Cassaundry była
silnie związana ze swym ojcem, więc miałem okazję
obserwować, jak dorastała. Gdy urodziła się Cassaundra, było to
dla mnie takie samo przeŜycie jak dla Nathana.
Pociągnął łyk kawy.
– Cieszyłem się, gdy Cassaundra postanowiła podjąć pracę w
Quill – ciągnął. – Pod wieloma względami przypomina swą
matkę. Alexandra równieŜ miała wielki szacunek dla literatury.
Zostałaby znakomitym wydawcą, gdyby nie zrezygnowała z
kariery, by słuŜyć wsparciem Williamowi. Była jego
rzecznikiem prasowym. Wszyscy byliśmy zdruzgotani, gdy
umarła w tak młodym wieku.
– Jak to się stało?
– Wypadek samochodowy. Wracała sama do domu w nocy.
Myślę, Ŝe dlatego William nigdy nie pozwalał Cassaundrze
nauczyć się prowadzenia samochodu.
Glenda Sanders
Strona nr 158
– Ile lat miała wtedy Cassaundra?
– Niecałe dwa.
Tyle, ile Aaron, pomyślał Chuck.
– Czuję w stosunku do niej rodzicielską odpowiedzialność –
ciągnął Sloan – poniewaŜ byłem związany z jej dziadkiem i
matką. Dlatego poprosiłem niedawno, by pozwoliła mi chwilę z
panem porozmawiać.
A więc to tak! – pomyślał Chuck.
– Wiem, co pan ma na myśli – powiedział. – Niech mi pan
pozwoli, Ŝe pana wyręczę. Bardzo kocham Sandy i mam w
stosunku do niej szczere zamiary. Poznałem ją, gdy pracowała w
barku, i pokochałem, zanim dowiedziałem się o fortunie
Snowów. Zapewniam pana, te zalety mi na niej, a nie na jej
pieniądzach. Chcę się z nią oŜenić.
Sloan uśmiechnął się tajemniczo.
– Rozumiem,
dlaczego
nazywa
pana
Prawdziwym
MęŜczyzną. Strzela pan prosto z biodra.
– Próbuję.
– Ja teŜ spróbuję – powiedział Sloan. Powoli pił kawę, a
potem odstawił filiŜankę.
– śycie Cassaundry nie było, nazwijmy to, typowe dla
Ameryki.
– Czy moglibyśmy to określić, te została wychowana na
pozłacanej arenie cyrkowej wypełnionej pajacami?
Sloan nie dał się zbić z tropu.
– Jej Ŝycie było nietypowe i dlatego bardzo ceni sobie to, Ŝe
pańskie Ŝycie jest, jak uwaŜa, normalne. Bardzo się o pana
martwi i obawia się, Ŝe nadmierna popularność rodziny Snowów
niszcząco na nie podziała.
– Wiele czynników moŜe podziałać niszcząco na Ŝycie
człowieka – stwierdził Chuck. – Powiedziałbym, Ŝe miarą
charakteru jest to, jak człowiek daje sobie radę z niszczącymi
wpływami.
– A pan wierzy, Ŝe poradzi pan sobie z zainteresowaniem
prasy?
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 159
– Wierzę, Ŝe Sandy i ja poradzimy z tym sobie razem.
– Jest pan inny niŜ męŜczyźni, których znała dotychczas –
rzekł Sloan.
– Jestem pewien,
Ŝ
e z wyj
ą
tkiem mojego obecnego
towarzysza nie znała m
ęŜ
czyzny, który cho
ć
troch
ę
troszczyłby si
ę
o ni
ą
.
– Przyznaję panu rację. Było tak zwłaszcza po śmierci jej
dziadka. Myślę, Ŝe byłby pan bardzo dobry dla Cassaundry –
dodał Sloan po chwili zamyślenia.
Chuck miał właśnie pociągnąć łyk kawy. Uniósł w kierunku
Sloana filiŜankę takim gestem, jakby wznosił toast.
– Zgadzam się z panem z całego serca – powiedział.
– Jest pan bardzo elokwentny – odparł Sloan. – Obawy
Cassaundry są uzasadnione i musi je pan wziąć pod uwagę. Jest
osobą publiczną, z własnej czy nie z własnej woli. Gdy rozejdzie
się wiadomość, Ŝe pracowała w barku w Orlando, a proszę mi
wierzyć, Ŝe się rozejdzie, a pan i Cassaundra będziecie wciąŜ
zakochani, stanie pan pośrodku areny w tym cyrku, w którym
ona zawsze Ŝyła. Czy zastanawiał się pan, jak poradzi pan sobie
ze wszystkimi plotkami?
– Załatwię je po kolei.
– Jak długo będzie pan w stanie po ślubie z Cassaundrą
uprawiać swój zawód, mając reporterów depczących panu
wszędzie po piętach? Czy rzeczywiście uda się panu pracować
w dziennikarstwie, gdy pan sam stanie się większą sensacją, niŜ
ta, którą pan opracowuje?
– Nie wierzę, Ŝebym był interesujący dla prasy na tyle długo,
by zniszczyło to całą moją karierę. A nawet jeśli, są inne formy
pisarstwa, które mogę uprawiać.
– Ach, tak. Powieści sensacyjne. Wie pan, ilu osobom udaje
się coś opublikować?
– Jednak pisarze jakoś się przebijają, jeśli są dobrzy i uparci.
– Mo
Ŝ
e pan próbowa
ć
całymi latami, zanim sprzeda pan
jak
ąś
ksi
ąŜ
k
ę
. Chyba
Ŝ
e wykorzysta pan pozycj
ę
Cassaundry. Ale je
ś
li pan to zrobi, zawsze pozostan
ą
Glenda Sanders
Strona nr 160
panu w
ą
tpliwo
ś
ci, czy to pa
ń
ska ksi
ąŜ
ka byle tak dobra,
czy te
Ŝ
wydawnictwo postanowiło wci
ą
gn
ąć
pana do
współpracy, bo dla celów komercyjnych chciało mie
ć
m
ęŜ
a Cassaundry Snow na li
ś
cie autorów. Nawet je
ś
li nie
skorzysta pan z jej kontaktów, zawsze b
ę
dzie si
ę
pan
zastanawiał, czy pa
ń
skie powi
ą
zania z rodzin
ą
Snowów
miały wpływ na decyzj
ę
wydawcy. Czy jest pan gotów
przej
ść
przez
Ŝ
ycie z tego rodzaju stał
ą
niepewno
ś
ci
ą
,
podcinaj
ą
c
ą
pa
ń
sk
ą
samoocen
ę
?
– Do diabła! – powiedział Chuck, starając się nie podnosić
głosu. – Kocham ją. Ona mnie kocha. Wszystko inne się nie
liczy.
– Skoro pan tak mówi – stwierdził Sloan sceptycznie.
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 161
ROZDZIAŁ 14
Chuck przyjechał ze Sloanem do posiadłości Snowów.
Musiał przyznać, Ŝe dom i otaczające go tereny działają
rzeczywiście trochę onieśmielająco. W przezwycięŜeniu tego
uczucia wcale mu nie pomogło to, Ŝe został powitany w
drzwiach przez pokojówkę w słuŜbowym stroju, która
zaprowadziła go do biblioteki większej niŜ jego własne
mieszkanie. Zastał tam Cassaundrę rozmawiającą z trzema
męŜczyznami w średnim wieku, ubranymi w wytworne
garnitury.
Cassaundra miała na sobie skromny kostium. Włosy gładko
zaczesała i ściągnęła z tyłu w ciasny kok. Przypominała,
pomyślał Chuck, bardziej tę Cassaundrę Snow, o jakiej czytał,
zimną i powściągliwą, niŜ Sandy Grand, którą poznał w barku.
Ale gdy się uśmiechnęła, zrozumiał, Ŝe ubranie, otoczenie i
nazwisko wcale się nie liczą. Odpowiedział jej uśmiechem,
który prawdopodobnie był trochę cielęcy, lecz nic sobie z tego
nie robił, Ŝe pajace w garniturach zorientują się, iŜ jest w niej
szaleńczo zakochany.
Cassaundra podeszła do nich po miękkim dywanie, który
tłumił kroki. Cmoknęła Sloana w policzek. Gdy zwróciła się do
Chucka, dostrzegł lekki strach w jej oczach. Zaskoczyło go, Ŝe
jest równie zdenerwowana, jak on sam.
– Cześć, Złotowłosa – powiedział cicho.
Cmoknięcie w policzek przerodziło się w czuły uścisk, gdy
Cassaundra zarzuciła mu ręce na szyję.
Glenda Sanders
Strona nr 162
– Kocham cię – wyszeptała mu do ucha, a potem
poprowadziła w głąb pokoju i przedstawiła adwokatom, z
którymi przedtem się naradzała.
Adwokaci schowali swe papiery do teczek, rozległ się szczęk
zatrzaskiwanych zamków i panowie wyszli rządkiem z pokoju,
co nasunęło Chuckowi skojarzenie ze stadem maszerujących
kaczek.
– Tak się cieszę, Ŝe cię widzę – powiedziała, gdy Chuck
usiadł obok niej. – Wydawało mi się, Ŝe dzisiejszy dzień nigdy
się nie skończy. Nie wyobraŜasz sobie, ile papierkowej pracy
związanej jest z przekazaniem posiadłości! Oprowadzę Chucka.
Pójdziesz z nami? – zwróciła się do Sloana.
– Raczej nie – odparł Sloan. – TeŜ miałem wypełniony dzień.
Zostanę tu i przeczytam gazetę, jeśli pozwolisz.
Ledwie zamknęli za sobą drzwi biblioteki, Chuck wziął ją w
ramiona i zaczął całować, ale wywinęła mu się.
– SłuŜba – powiedziała, poprawiając Ŝakiet. – Doprowadzają
mnie do szaleństwa – dodała szeptem. – Wystarczy, Ŝe kichnę w
łazience, a juŜ ktoś podsuwa mi chusteczkę.
Parter domu składał się z holu wejściowego, biblioteki,
jadalni, kuchni, która wielkością nie ustępowała kuchniom w
nowoczesnych restauracjach, i sali balowej zmienionej przez
Williama Snowa w salę koncertową.
Chuckowi nie udało się rozszyfrować, w jakim nastroju jest
Cassaundra, gdy przesuwała dłońmi po błyszczącym fortepianie.
– W młodości spędziłam tu wiele godzin. – Zamilkła na
chwilę. – Chodź. Dopóki jeszcze jest słońce, chcę pokazać ci
park.
Z tyłu dworku wokół sztucznego, wyłoŜonego płytkami
jeziora z fontannami w kształcie amorków, rozciągał się dobrze
utrzymany ogród.
– Kiedyś mieliśmy łabędzie – wyjaśniła Cassaundra. – Ale
były nieporządne i miały nieprzyjemny charakter, więc ojciec
kazał je usunąć. Próbowaliśmy równieŜ hodować pawie, ale
upiornie skrzeczały i ciągłe wskakiwały na dach. Rozumiesz
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 163
więc, dlaczego tak bardzo chciałam mieć jakieś zwierzę.
– Gdzie jest Babe?
– W małym domku, gdzie będziemy nocować. Kucharz
przygotuje tam dla nas kolację. Trzymamy tu teraz minimalną
liczbę słuŜby, bo wkrótce zaczną się prace adaptacyjne.
Za jeziorem rozciągały się trawniki zieleniejące właśnie po
długiej zimie. Wśród bezlistnych szkieletów drzew wiła się
ś
cieŜka.
– Prowadzi ku rzece – wyjaśniła Cassaundra. – To jakieś pół
kilometra stąd.
Przebiegli zadrzewioną przestrzeń w kierunku skarpy i
znaleźli się na rzadko porośniętym ugorze.
– Znacznie ładniej zrobi się tu późną wiosną. Ale w pobliŜu
brzegu zawsze jest trochę pusto. – ZbliŜyli się do skarpy. –
Zobaczysz teraz, dlaczego Hudson nazywają amerykańskim
Renem.
Widok był wspaniały: strome brzegi po obu stronach i
płynąca daleko w dole rzeka.
– Niektórzy mówią, Ŝe mój ojciec najpierw zobaczył tę
posiadłość, a potem, Ŝeby ją kupić, oŜenił się z moją matką.
Czasami marzę sobie, Ŝe gdyby Ŝyła dłuŜej, mogłabym
przekonać się, czy ją kochał.
– Sloan sądzi, Ŝe chyba tak – powiedział Chuck, a gdy
Cassaundra spojrzała na niego zdziwiona, dodał: – Stwierdził
równieŜ, Ŝe matka była bardzo oddana twemu ojcu.
Cassaundra popatrzyła w dół urwiska.
– Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje Ŝycie,
gdyby matka Ŝyła, i czy ojciec byłby wtedy inny. Musiał wiele
wycierpieć. Sądziliśmy, Ŝe z powodu swego talentu, ale czasami
przypuszczam, Ŝe doskwierała mu samotność.
Chuck połoŜył ręce na jej ramionach, zmuszając, by spojrzała
mu w twarz.
– Wyjdziesz za mnie?
Objęła go i połoŜyła mu głowę na piersiach.
– Miałam nadzieję, Ŝe powtórnie poprosisz mnie o rękę. Tak,
Glenda Sanders
Strona nr 164
wyjdę za ciebie.
Przycisnął ją mocniej, czując wielką ulgę.
– Byłam zdezorientowana. Chodziłam z kąta w kąt. Gdy
tylko przyleciałam do Nowego Jorku, zaczęłam Ŝałować, Ŝe
przed wyjazdem z Orlando nie wyraziłam zgody. Miałam
obawy, Ŝe się rozmyślisz.
– Tak słabo ufasz naszej miłości?
– Teraz juŜ nie. Och, Chuck, masz rację. Nic nam nie moŜe
przeszkodzić, chyba Ŝe my sami. Znajdźmy sobie dom nad
jeziorem i stwórzmy nasz własny świat.
– PomoŜesz mi przy mojej powieści?
– Tak. Jeśli ty pokaŜesz mi, jak robi się dokładki.
– Umowa stoi – powiedział.
Przypieczętowali ją pocałunkiem.
Potem, w limuzynie, Sloan otworzył szampana, by wznieść
toast za ich rychłe małŜeństwo.
– UwaŜam, Ŝe powinniście szybko się pobrać, zanim prasa
opublikuje wiadomość o tym, Ŝe Cassaundra pracowała w barku.
Potem naleŜy wydać komunikat.
– Myślałem o tym – rzekł Chuck. – Sandy tak się tym
przejmowała, Ŝe opracowałem plan awaryjny.
– Plan awaryjny? – spytała Cassaundra.
– Na wypadek, gdybyś próbowała mi uciec. OtóŜ uwaŜam, Ŝe
najprostszym sposobem na uciszenie sensacyjnej historii jest
opowiedzenie jej samemu.
Sloan nastawił ucha.
– Wzięło się to z teorii Andy Warhola, Ŝe kaŜdy ma swój
„kwadrans sławy”. Musimy po prostu przetrzymać nasz
kwadrans sławy, a potem będziemy wolni.
– Niezupełnie rozumiem – przyznała Cassaundra. –
Proponujesz, Ŝebyśmy sami starali się o rozgłos w prasie?
– Niezupełnie. Sądzę, Ŝe znacznie większą kontrolę nad całą
historią będziemy mieć wówczas, gdy napiszemy ją sami. Ja
potrafię pisać, ty skończyłaś uniwersytet. Napiszmy opowieść,
jakiej się domagają. Powiedzmy: opowieści. Sprawozdanie w
TEN PRAWDZIWY MĘśCZYZNA
Strona nr 165
pierwszej osobie o twej ucieczce do normalnej Ameryki i opis
naszej znajomości. Gdy opublikujemy naszą wersję, pojawi się
mnóstwo artykułów na nasz temat, a potem przesycenie
tematem.
– Nie wiem – powątpiewała Cassaundra. – Opowiadać
wszystkim o sprawach osobistych...
– Nie mam na myśli konferencji prasowej ani szczegółowych
raportów na temat naszej miłości – powiedział Chuck. – To
byłaby nasza wersja. Opowiedzielibyśmy ją po naszemu, a
potem odmówili udzielania wywiadów.
– To moŜe zadziałać, Cassaundro – stwierdził Sloan. – Nie
będziesz mogła wiecznie się ukrywać i nie unikniesz wścibstwa
prasy, ale uzyskasz przynajmniej pewną kontrolę.
– Zaufaj mi – prosił Chuck. – Przynajmniej jeden raz mi
zaufaj. Znam dobrze prasę i wiem, Ŝe szum wokół pewnych
spraw trwa krótko. Jednodniowe wydarzenie, i pójdziemy w
zapomnienie jak kostka Rubika. Nie ma nic nudniejszego dla
czytelników niŜ szczęśliwe małŜeństwo Ŝyjące spokojnie na
przedmieściu.
– Kiedy więc ślub? – spytał Sloan.
– Jak tylko napiszemy opowiadania i przygotujemy je do
druku – odparł Chuck.
Podwieźli Sloana do jego mieszkania, a potem Cassaundra
poleciła kierowcy, by krąŜył przez pewien czas po mieście.
– Nareszcie – westchnęła, zamykając ciemne okienko
oddzielające ich od szofera.
Poluźniła Chuckowi krawat, rozpięła guzik koszuli i wsunęła
palce na kark. Przesunęła się na jego kolana.
– Jak ciemne jest to okienko? – spytał.
– Bardzo ciemne. Wiesz, zawsze miałam takie fantazje...
– Jakie fantazje? – spytał, czując na piersiach pieszczotę jej
języka.
– Kocham cię.
Gwałtownie, Ŝarliwie przywarł do jej ust.
– Czy wspominałam ci – Cassaundra przesunęła ustami po
Glenda Sanders
Strona nr 166
jego szyi – Ŝe jako prezent ślubny załatwiam bilety na
Mistrzostwa Świata?
– Co to są Mistrzostwa Świata? – wymamrotał Chuck,
przyciągając znowu do siebie jej twarz.