background image

ANDRZEJ PEREPECZKO 

DZIKA MRÓWKA I JEZIORO 

ZŁOTEGO LODU 

background image

WSTĘP, 

DZIĘKI KTÓREMU CZYTELNIK MOŻE POZNAĆ 

DOTYCHCZASOWE PRZYGODY DZIKIEJ MRÓWKI, OPISANE 

ZRESZTĄ DOKŁADNIE W KSIĄŻKACH: „DZIKA MRÓWKA I TAM - 

TAMY”, „DZIKA MRÓWKA POD ŻAGLAMI” ORAZ „PODWODNY 

Ś

WIAT DZIKIEJ MRÓWKI” 

Marek, zwany przez rodzinę i kolegów Dziką Mrówką z racji niewielkiego wzrostu i 

niezwykłych pomysłów, które się bez przerwy rodziły w jego wybujałej fantazji i wyobraźni, 

mieszkał  w  dzielnicy  Gdańska  zwanej  Oliwą.  Razem z  bratem Jarkiem,  bliźniakiem zresztą, 

ale zupełnie do Marka niepodobnym, chodzili do jednej klasy i razem też grali w hokeja, tyle 

tylko,  że  w  różnych  drużynach.  W  jednej  Dzika  Mrówka  był  napastnikiem,  w  drugiej  Jego 

Brat (tak nazywano Jarka) - bramkarzem. 

Tata  obu  chłopców  bliźniaków  był  ochmistrzem  na  statku,  Mama  uwielbiała  język 

angielski  i  starała  się,  z  niecałkowitym  jednakże  powodzeniem,  wpoić  w  swych  synów 

zamiłowanie do tego języka. 

Pewnego  dnia,  gdy  Tata  wrócił  z  rejsu,  obaj  chłopcy  tak  dokuczyli  Mamie  swymi 

pomysłami  i  zachowaniem  się  (choć  -  po  prawdzie  -  wszystkie  pomysły  były  autorstwa 

Dzikiej  Mrówki,  a  Jego  Brat  był  tylko  wiernym,  choć  nieco  powolnym  ich  wykonawcą),  że 

stwierdziła płacząc, iż ma wszystkiego dosyć i że nie może sobie z nieznośnymi chłopakami 

poradzić. 

Na takie dictum Tata zdecydował się osobiście zająć synami bliźniakami, a że pływał 

na statku i akurat nie za bardzo mógł zejść na urlop, postanowił zabrać chłopców w rejs, żeby 

ich „mieć na oku”. 

Popłynęli  tedy  statkiem  we  trójkę:  Tata,  Dzika  Mrówka  i  Jego  Brat.  Przed  samym 

odjazdem  Mama,  którą  chłopcy  i  Tata  nazywali  Micią,  wcale  nie  była  taka  pewna,  czy  tak 

naprawdę  „miała  wszystkiego  dosyć”  i  czy  pomysł  zabrania  chłopców  na  statek  był 

najlepszym z życiowych pomysłów Taty. 

Statek w swym rejsie odwiedził kolejno Londyn, Sewillę w Hiszpanii, Safi w Maroko 

i port Kaolack w Senegalu. Londyn zwiedzili chłopcy dość dokładnie. A więc zabytki, Tower 

Castle, paradę gwardii królewskiej, muzeum techniki; to ostatnie najbardziej im się podobało, 

więc też wracali tam wielokrotnie. W Sewilli byli na walce byków, która jednak nie za bardzo 

background image

im  do  gustu  przypadła.  W  tejże  samej  Sewilli  zauważyli  podejrzany,  ich  zdaniem,  statek  o 

nazwie  „Torro”  i  Dzika  Mrówka  postanowił  na  własną  rękę  śledzić  członków  jego  załogi, 

która ani chybi trudniła się jakimiś mocno podejrzanymi sprawami. 

Na morzu w czasie przelotu z Sewilli do Safi Dzika Mrówka i Jego Brat wdrapali się 

na maszt i dojrzeli stamtąd samotną łódź, która jak się potem okazało, była uszkodzona, a w 

niej  był  wyczerpany  zupełnie  stary  rybak  Arab  i  jego  ranny  syn,  którym  udzielono  pomocy. 

Dzięki  temu  obaj  bracia  stali  się  sławni  na  statku  i  udało  się  im  nawet  uniknąć  kary  za 

samowolne wdrapanie się na maszt. 

Po południu tegoż dnia dogonili na morzu tajemniczy stateczek „Torro”. 

W Safi bracia mieli nieprzyjemną przygodę w meczecie, do którego - jak się okazało - 

wstęp dla „niewiernych” był surowo zabroniony. 

Po kilku dalszych dniach podróży dopłynęli wreszcie do Kaolack w Senegalu, skąd w 

czasie wojny uciekły po upadku Francji dwa polskie statki: „Cieszyn” i „Śląsk”. A że właśnie 

na statku znajdował się bosman, który jako młody  chłopak był członkiem załogi „Cieszyna” 

w 1940 roku, dwaj bracia usłyszeli opowieść naocznego świadka o tej pełnej emocji sławnej 

ucieczce. 

W Kaolacku znajdował się już tajemniczy „Torro”, Dzika Mrówka zatem i Jego Brat 

przystąpili  do  śledzenia  załogi.  Niewiele  brakowało,  żeby  się  to  bardzo  smutnie  dla  nich 

skończyło. Na szczęście z groźnych opałów uratowała ich senegalska policja, która odstawiła 

obu domorosłych detektywów na statek w ręce na dobre już zaniepokojonego Taty. 

Powrotną  drogę  do  kraju  obaj  chłopcy  spędzili  pracując  -  jeden  w  dziale 

maszynowym,  drugi  na  pokładzie  statku  -  w  Tacie  bowiem  obudził  się  nagle  pedagogiczny 

talent  i  postanowił  swych  synów  wychowywać  przez  pracę.  Wtedy  obaj  bracia  poznali,  że 

praca  na  statku  wcale  nie  należy  do  łatwych  i  że  marynarze  nie  tylko  pływają,  opalają  się  i 

zwiedzają cały świat. 

W  Gdańsku  czekała  na  swych  chłopców  stęskniona  Mama,  która  już  dawno 

zapomniała,  że  miała  „zupełnie  dosyć”,  i  obaj  bracia  bliźniacy  doszli,  tym  razem  zgodnie  o 

dziwo, do wniosku, że 

WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W DOMU NAJLEPIEJ! 

Po  powrocie  z  rejsu  obaj  chłopcy  spóźnili  się  o  parę  dni  na  rozpoczęcie  roku 

szkolnego.  Dzika  Mrówka  postanowił  wykorzystać  tę  okoliczność  i  w  tym  dniu  „wszystkie 

lekcje wziąć na siebie”, jak oświadczył swym koleżankom i kolegom. 

Przemyślnie  ułożony  plan  udał  się  tylko  po  części,  bowiem  Pan  od  Przyrody 

zdemaskował  Marka,  gdy  go  zbyt  poniosła  bujna  fantazja  i  gdy  mocno  przeholował  w 

background image

opowiadaniu niestworzonych przygód, które miały rzekomo wydarzyć się w ciągu rejsu. Cała 

klasa śmiała się z Dzikiej Mrówki, a w obronę wzięła go tylko jedna z koleżanek o imieniu 

Ulka. 

W  okresie  Świąt  Bożego  Narodzenia,  które  Tata  spędził  razem  z  całą  rodziną  na 

lądzie, ojciec zabrał Dziką Mrówkę na doroczne spotkanie Klubu Kaphornowców, do którego 

mogą  należeć  tylko  ci  z  żeglarzy,  którzy  na  żaglach  opłynęli  przylądek  Horn,  jeden  z 

najbardziej  burzliwych  przylądków  świata.  Pod  wpływem  tego  spotkania  Marek 

zainteresował  się  żeglarstwem,  zaczął  czytać  książki  na  ten  temat,  poznawać  tajniki 

astronomii  i  w  konsekwencji  rzucił  swą  dawną  pasję,  czyli  hokej,  i  zapisał  się  do  klubu 

ż

eglarskiego. 

W  klubie  zaczęło  się  szkolenie  teoretyczne  i  pierwsze  prace  przy  jachtach  na 

przystani. Początki były trudne i mało efektowne, trzeba było bowiem jachty czyścić, skrobać 

i  malować,  a  pływanie  pod  białymi  żaglami  wydawało  się  bardzo  odległe.  Mimo  trudności 

Dzika  Mrówka  zawsze  pełen  był  najrozmaitszych  planów  swych  przyszłych  wielkich  i 

sławnych  rejsów,  kreślił  na  mapach  ich  trasy.  Wreszcie  nadszedł  dzień,  w  którym  Marek 

wypłynął w swój pierwszy rejs. Niedaleki co prawda, bo tylko po wodach basenu jachtowego, 

ale chłopiec po raz pierwszy spostrzegł, że łódź posłuszna jest każdemu ruchowi jego ręki, że 

to on kieruje, ze po raz pierwszy naprawdę ŻEGLUJE! 

Po pewnym czasie Dzika Mrówka został wyróżniony - wyznaczono go na zawodnika 

w  regatach  jednoosobowych  łodzi  żaglowych.  Regaty  miały  dramatyczny  przebieg,  w 

momencie  bowiem  kiedy  Marek  już,  już  miał  szansę  wyjścia  na  samo  czoło  wyścigu,  łódź 

jego wywróciła się wskutek nieuwagi chłopca. 

Mimo  tego  niepowodzenia  Marek  brał  udział  i  w  innych  kolejnych  wyścigach,  a  po 

pewnym  czasie  został  w  nagrodę  wyznaczony  do  załogi  pełnomorskiego  jachtu  w  rejsie 

bałtyckim. W czasie podróży Dzika Mrówka próbuje po raz pierwszy niezwykle trudnej, jak 

się okazało, sztuki kucharzowania na jachcie. 

W  swym  rejsie  jacht  o  wdzięcznej  nazwie  „Stella  Polaris”  odwiedził  Rygę  i 

Leningrad.  W  drodze  powrotnej  żeglarzy  złapał  sztorm,  który  zagnał  jacht  aż  pod  brzegi 

szwedzkie.  Tam  w  nocy  i  w  sztormie  Dzika  Mrówka  zauważył  czerwony  błysk  rakiety. 

„Stella  Polaris”  ruszyła  na  ratunek  i  nad  ranem  odnaleziono  przewrócony  jacht,  a  przy  nim 

trzymających  się  resztkami  sił  młodych  rozbitków.  W  czasie  akcji  ratunkowej  szczególnie 

wyróżnił  się  Marek,  który  nie  bacząc  na  niebezpieczeństwo  wskoczył  do  wody  i  uratował 

kilkunastoletnią dziewczynę, Szwedkę o imieniu Ulla. 

Polski  jacht  z  uratowaną  załogą  wpłynął  do  portu  w  Sztokholmie,  gdzie  rodzice 

background image

rozbitków  przyjęli  polskich  żeglarzy  bardzo  gościnnie  i  serdecznie.  W  czasie  zwiedzania 

zabytków tego pięknego portu, „Wenecji Północy”, Dzika Mrówka został tak zafascynowany 

widokiem żaglowca „Vasa” sprzed przeszło 300 lat, wydobytego w całości z dna morskiego, 

ż

e stwierdził: 

Pływanie pod żaglami to jest na pewno bardzo fajna sprawa, 

ale 

PODWODNE POSZUKIWANIA ARCHEOLOGICZNE TO JEST WŁAŚNIE TO!!! 

 

Gdy  jacht  „Stella  Polaris”  powrócił  do  macierzystego  portu  z  pełnego  przygód 

bałtyckiego  rejsu,  żeglarzy  czekało  uroczyste  powitanie,  a  dowódca  jachtu,  czyli  Kapitan 

Filip, oraz Dzika Mrówka otrzymali medale za ratowanie życia. Na naszego bohatera czekała 

na przystani Mama z Jarkiem i klasową koleżanką obu - Ulką. 

Opowiadając  o  rejsie  Dzika  Mrówka  bardzo  dużo  miejsca  poświęcił  sprawom 

różnorodnych prac podwodnych - od poszukiwań zatopionych statków począwszy, a kończąc 

na kontrolach podmorskich urządzeń. 

Jak  było  do  przewidzenia,  płetwonurkowanie  stało  się  kolejną  pasją  Marka  i  już  w 

kilka tygodni potem chłopak zapisał się do odpowiedniego klubu na kurs, na którym miano go 

nauczyć właśnie swobodnego nurkowania. 

Zajęcia  w  klubie  prowadził  Pan  Wojtek,  w  „cywilu”  inżynier  elektronik  i  starszy 

asystent w gdyńskiej Szkole Morskiej, a jedną z klubowych koleżanek na tym samym kursie 

okazała się - ku zaskoczeniu Marka - jego koleżanka Ulka. 

Gdy Marek i Ulka ukończyli kurs płetwonurkowy, w czasie którego przekonali się, że 

swobodne  nurkowanie  wcale  nie  jest  takie  łatwe,  na  jakie  wygląda,  cała  klasa  obu  braci 

bliźniaków wyjechała na wycieczkę krajoznawczą do Gniewa, Kwidzyna, Chełmna, Torunia i 

Płocka.  I  właśnie  w  Płocku,  w  siedzibie  tamtejszego  Towarzystwa  Naukowego,  Dzika 

Mrówka  wraz  ze  swymi  koleżankami  i  kolegami  usłyszał  historię  przypadkowego  odkrycia 

bardzo  starego  dokumentu,  zawierającego  wzmiankę  o  starodawnym  grodzisku  zatopionym 

wraz z wyspą na jakimś jeziorze. 

Marek i Ulka zapalają się do poszukiwań Zatopionej Wyspy i wczesnosłowiańskiego 

grodziska  i  razem  z  Panem  Wojtkiem  oraz  Jarkiem  poszukują  w  rozmaitych  bibliotekach  i 

archiwach klasztornych śladów tego grodu. 

Następnego  lata  Pan  Wojtek  zorganizował  obóz  płetwonurkowy  nad  jeziorem,  co  do 

którego istniało dość uzasadnione przypuszczenie, że właśnie tam mogło się kryć tajemnicze 

background image

grodzisko, i rozpoczęto systematyczne poszukiwania podwodne. 

W  czasie  trwania  obozu  jego  uczestnicy,  wśród  których  znaleźli  się  oczywiście 

również  nasi  bohaterowie,  czyli  Dzika  Mrówka  i  Ulka,  pomogli  przy  żniwach  ubogiej 

kaszubskiej  starszej  parze  małżeńskiej  oraz  wzięli  udział  w  akcji  przeciwpowodziowej 

podczas gwałtownej nocnej burzy. W obu wypadkach młodzi poszukiwacze zatopionej wyspy 

napotkali  pewne  ślady  świadczące,  że  istotnie  gdzieś  w  pobliżu  mogło  znajdować  się 

przedhistoryczne grodzisko. 

Intensywne poszukiwania trwały w dalszym ciągu, nie przynosiły jednak początkowo 

ż

adnych  pozytywnych  rezultatów;  wody  jeziora  pilnie  strzegły  swej  tajemnicy.  Nic  też 

dziwnego, że młodzi płetwonurkowie byli już trochę zniechęceni do żmudnej i mało ciekawej 

pracy. 

Pewnego  dnia  Ulka  oddaliwszy  się  ze  swego  rejonu  w  pogoni  za  olbrzymim 

węgorzem, którego w myślach nazwała Węgorzem Wspaniałym Władcą Jeziora, natrafiła pod 

wodą  na  szczątki  drewnianych  budowli  z  dębowych  potężnych  bali.  Tym  samym  Ulka  stała 

się  bohaterką  podwodnych  poszukiwań,  a  zatopione  grodzisko  zaliczono  do  głównych 

sensacji archeologicznych roku. 

W  nagrodę  za  swe  odkrycie  Ulka  znalazła  się  w  czasie  najbliższych  wakacji  wraz  z 

Dziką  Mrówką,  kilkoma  innymi  klubowymi  kolegami  i  Panem  Wojtkiem  w  składzie  załogi 

jachtu  „Swantewid”,  który  przez  cały  sezon  żeglarski  znajdował  się  w  Jugosławii,  a  załogi 

wymieniały  się  w  kilkutygodniowych  turnusach.  Podczas  pobytu  na  wodach  Adriatyku 

młodzi  żeglarze  oprócz  wakacyjnego  odpoczynku  przeprowadzali  trening  płetwonurkowy  w 

tamtejszych ciepłych przejrzystych wodach. 

Jacht pod komendą Kapitana Filipa czekał na kolejną zmianę załogi w uroczym porcie 

Dubrowniku.  Od  tego  też  miasta  zaczęli  młodzi  żeglarze  -  płetwonurkowie  zwiedzanie 

dalmatyńskiego wybrzeża, poznając niezwykle ciekawe zabytki i równie interesującą historię 

tego miasta - państwa - Republiki Dubrownickiej. 

Dalszym  etapem  adriatyckich  wakacji  była  malownicza  i  ciekawa  Boka  Kotorska, 

jedyny  w  tym  rejonie  Europy  rodzaj  fiordu,  głęboko  wciętego  w  górzysty  ląd.  W  głębi  leży 

Kotor, stary i niemal tak samo sławny swą historią jak Dubrownik. 

W Rotorze czekał na załogę „Swantewida” przyjaciel Pana Wojtka i Kapitana Filipa - 

wesoły  olbrzym  Stanko  Milević,  czyli  inaczej  „Stanko  od  Kotora”.  On  to  pokazał  młodym 

Polakom  piękno  Czarnogóry,  zawiózł  ich  do  dawnej  stolicy  Cetynii  i  do  pięknych 

nadmorskich miasteczek - Świętego Stefana i Budwy, on też obwoził ich po najrozmaitszych 

zakamarkach  Zatoki  Kotorskiej,  łącznie  z  posępną  fortecą  austriacką  na  skalistej  wysepce 

background image

Mamula i uroczą nadmorską grotą. 

Beztroski  odpoczynek  załogi  „Swantewida”  został  brutalnie  przerwany  silnym  i 

bardzo  tragicznym  w  skutkach  trzęsieniem  ziemi,  które  na  oczach  przerażonej  załogi  jachtu 

zniszczyło  i  odcięło  zupełnie  od  świata  maleńką  rybacką  wioskę,  przycupniętą  tuż  przy 

brzegu u zbocza stromej skalistej góry. 

Polscy  żeglarze  ruszyli  natychmiast  z  pomocą  rannym  i  poszkodowanym 

mieszkańcom  wioski,  a  przez  następnych  parę  dni  pomagali  od  wczesnego  ranka  do  późnej 

nocy Stankowi w ratowaniu zabytków Kotoru. Nic też dziwnego, że za swą postawę i pomoc 

otrzymali podziękowanie od lokalnych władz. 

Czas jednak pobytu nad Adriatykiem kończył się i trzeba było wracać do Dubrownika. 

Po  drodze  „Swantewid”  zatrzymał  się  na  miejscu  swego  ostatniego  kotwiczenia,  gdzie 

pozostawała na dnie kotwica jachtu, której po trzęsieniu ziemi nie można było wyciągnąć na 

powierzchnię  i  trzeba  było  odciąć  łańcuch  kotwiczny.  W  celu  uwolnienia  kotwicy  jachtu  z 

pułapki  zeszli  pod  wodę  Pan  Wojtek  razem  z  Dziką  Mrówką.  I  oto  nagle  w  zielonkawym 

ś

wietle  podwodnego  świata  Dzika  Mrówka  dojrzał  wrak  bardzo  starego  statku,  który  przed 

wiekami zatonął na wodach Zatoki Kotorskiej. 

O  znalezisku  dano  znać  natychmiast  Stankowi  od  Kotora,  a  ten  przyrzekł  młodym 

ż

eglarzom,  że  jak  tylko  zakończy  pracę  nad  odbudową  zniszczonego  trzęsieniem  miasta, 

zaraz zajmie się badaniem starego wraka, którego wnętrze - być może - kryje wiele tajemnic i 

historycznych ciekawostek. 

Gdy  samolot  z  młodymi  płetwonurkami  na  pokładzie  przelatywał  nad  Zatoką 

Kotorska  w  drodze  powrotnej  z  Dubrownika  do  Polski,  Ulka  i  Dzika  Mrówka  pomyśleli 

niemal równocześnie: 

ILE TO JESZCZE ROZMAITYCH TAJEMNIC KRYJĄ W SOBIE 

WODY OCEANÓW, MÓRZ I JEZIOR!

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY, 

W KTÓRYM PŁETWONURKOWIE - WĘDROWCY SPOTYKAJĄ SIĘ 

PO RAZ PIERWSZY Z NIE ODKRYTYMI DOTYCHCZAS TAJNIKAMI 

BARDZO DZIWNEGO PISMA 

Słońce miało się już dobrze ku zachodowi i odległe granic Tatr ostro rysowały się na 

tle  różowiejących  chmur,  gdy  wesoła  gromadka  młodzieży  obciążona  sporymi  plecakami 

weszła między pierwsze chaty Kluszkowców. 

- Daleko jeszcze do tego Czorsztyna? - głos Ulki nie brzmiał ani zbyt rześko, ani zbyt 

entuzjastycznie. 

- Zależy... - odparł ze śmiechem Pan Wojtek. 

- Jak to? Od czego zależy? - zdziwiła się Ulka. 

- Po prostu. Zależy od stopnia zmęczenia tego, który pyta - roześmiał się Pan Wojtek, 

a  za  nim  też  inni,  a  więc  serdeczne  koleżanki  Ulki  -  Magda,  Jadwiga  i  Halina  oraz  Dzika 

Mrówka,  Baleron,  Szufla,  Drzazga  i  jeszcze  kilku  innych.  Wszyscy  razem  stanowili  grupę 

„wędrownych nurków płetwowych”, jak się jednogłośnie przezwali, a w rzeczywistości był to 

po  prostu  jeden  z  kondycyjnych  obozów  wędrownych,  który  zorganizował  i  prowadził 

niestrudzony  Pan  Wojtek.  Razem  z  płetwonurkami  wędrował  też  na  zasadzie  „wolnego 

strzelca”  Jego  Brat,  czyli  Jarek  -  brat  bliźniak  Dzikiej  Mrówki,  ponieważ  Mama  -  Micia 

wyjechała na dwutygodniowe wczasy sanatoryjne do Krynicy, Tata był - jak zwykle - w rejsie 

i  Mama  wolała,  żeby  obaj  jej  synowie  byli  pod  Pana  Wojtkową  opieką  przez  ten  czas.  Co 

prawda  Jarek  usiłował  przekonać  Mamę  -  Micię,  że  doskonale  da  sobie  radę  będąc  sam  w 

domu, miał bowiem spory zapas historycznych książek do czytania, ale widać użył za słabych 

argumentów,  Micia  bowiem  bezapelacyjnie  załatwiła  z  Panem  Wojtkiem  nadliczbowe 

uczestnictwo  drugiego  syna  w  letniej  wędrówce.  Nawiasem  mówiąc  Pan  Wojtek  bardzo 

chętnie widział Jarka w swym młodocianym zespole, gdyż lubił Jego Brata i cenił go za dość 

poważne  jak  na  jego  wiek  -  historyczne  zainteresowania,  a  nawet  liczył  się  z  jego  zdaniem, 

jak to było w czasie wstępnej fazy poszukiwań zatopionej Wyspy. 

Ulka, jak to Ulka, po chóralnym wybuchu śmiechu swych współwędrowników nic nie 

powiedziała i zaciąwszy usta przyspieszyła gwałtownie kroku, a po chwili wyprzedziła nawet 

Pana Wojtka, który szedł na czele gromadki. 

- Ho, ho, ale honorowa! - mruknął ni to z podziwem, ni to z krytyką Dzika Mrówka i 

też  chciał  przyśpieszyć  kroku,  ale  po  chwili  zrezygnował  z  ambitnego  zamiaru,  jako  że  był 

background image

już solidnie zmęczony i czuł bardzo dotkliwie w nogach ostatnie kilkadziesiąt kilometrów. 

Wędrowali tak już parę dni. Start nastąpił w uroczo położonej Rabce. Pierwszy dzień 

był dniem aklimatyzacji i poświecono go w całości na zwiedzanie najbliższych okolic. 

Tak  prawdę  mówiąc  większość  uczestników  wędrownego  obozu  ograniczyła 

zwiedzanie Rabki do niewielkiego uroczego drewnianego kościółka z początków XVII wieku 

i  do  równie  niewielkiego  lokalnego  muzeum,  resztę  tego  dnia  dzieląc  sprawiedliwie  między 

moczenie  się  w  basenie  kąpielowym  i  wystawanie  w  sporej  kolejce  do  małego  drewnianego 

kiosku,  wewnątrz  którego  produkowano  niesamowite  wprost  ilości  ogromnie  smakowitych 

lodów. 

W  efekcie  takiego  „zwiedzania”  gwałtownie  stopniały  wycieczkowe  rezerwy 

finansowe  młodocianych  wędrowców,  a  potem  rozbolały  gardła  lodowych  łakomczuchów  i 

wieczorem Pan Wojtek zapowiedział: 

- Od jutra obowiązuje bezwzględny  rygor wędrownego obozu i wszelkie zarządzenia 

jednoosobowego kierownictwa, a pierwsze zarządzenie: STOP Z LODAMI! 

- Ale pan okrutny, Panie Wojtku! - zachrypiała Jadwiga. - Takich lodów nie ma u nas 

na Wybrzeżu i nigdy nie było... 

- Ale za to takiej chrypki też nigdy nie miałaś - zauważył Pan Wojtek. 

Na drugi dzień już wczesnym rankiem pomaszerowali na jeden z pobliskich szczytów 

o nazwie Luboń Wielki, który górował nad rozłożoną w dolinie Rabką. 

-  Właściwie  to  ten  Luboń  nie  jest  znowuż  tak  bardzo  wielki  -  zauważył  Dzika 

Mrówka, gdy przeczytał na mapie, że wysokość Lubonia wynosi „zaledwie” 1022 metry nad 

poziom morza. 

- Porozmawiamy na ten temat na szczycie - uśmiechnął się Pan Wojtek, na co Dzika 

Mrówka  nic  nie  odpowiedział,  w  duchu  jednak  pomyślał  sobie,  że  chyba  Pan  Wojtek  nieco 

przesadza. 

Droga  na  Luboń  była  dość  stroma,  ale  dla  młodych  i  wysportowanych  przecież 

płetwonurków raczej nie stanowiła zbyt poważnego problemu. Szli tedy dość szparko i raz po 

raz  wyprzedzali  pnące  się  z  trudem  grupy  rozmaitych  wczasowiczów,  zapewne  z  domów 

wypoczynkowych, na których twarzach widać było wyraźny wysiłek. 

Dzika Mrówka pomrukiwał sobie pod nosem (ale bardzo cichutko), że nie takie góry 

się  pokonywało  w  życiu,  głośniej  jednak  swoich  opinii  nie  wyrażał,  został  bowiem  przy 

pierwszej takiej próbie skarcony zarówno przez Ulkę, jak i przez Jego Brata. 

-  Pan  Wojtek  wie  wszystko  najlepiej  -  stwierdziła  z  wielkim  przekonaniem  Ulka,  a 

Jego Brat, jak to miał w zwyczaju, przytaknął natychmiast: 

background image

- Fakt! 

O ile jakiekolwiek odezwanie się brata bliźniaka budziło natychmiast w Marku ducha 

przekory,  o  tyle  ze  zdaniem  Ulki  liczył  się  ostatnio  coraz  bardziej,  bo  -  co  tu  ukrywać  - 

dziewczyna  zaczęła  mu  imponować,  choć  sam  przed  sobą  nie  chciał  się  nawet  do  tego 

przyznać.  I  tym  razem  również  nie  odezwał  się  głośno,  a  co  sobie  pomyślał,  o  tym  nikt  nie 

wiedział. 

Z  wierzchołka  Lubonia  rozciągał  się  rozległy  widok.  Bliżej,  wydawało  się,  że 

zaledwie  na  dobre  wyciągnięcie  ręki,  ciemniał  ciągnący  się  daleko  w  kierunku  wschodnim 

pas Gorców, z wypiętrzonymi dwoma wierzchołkami. 

- Ten bliżej to Turbacz - objaśniał Pan Wojtek - ze schroniskiem, gdzie będziemy jutro 

nocować, a tamten dalszy to Lubań, przez który wieść będzie nasza droga do Czorsztyna. 

- Lubań? - zdziwił się Dzika Mrówka. - Przecież właśnie ta góra, gdzie teraz stoimy, 

to też tak samo się nazywa. 

- Po pierwsze jesteśmy na Luboniu i to w dodatku na Wielkim - wyjaśnił Pan Wojtek - 

a  tamten  szczyt  nazywa  się  Lubań.  A  po  drugie,  w  najbliższej  okolicy  spotyka  się  sporo 

podobnych nazw. Ot, na przykład tam na zachód od nas leży szczyt Luboń Mały, a za tą górą 

znajduje  się  wieś  o  nazwie  Lubień.  Tam,  blisko  Turbacza,  widać  górę  o  nazwie  Kiczora. 

Identyczną  nazwę  ma  nieco  mniejszy  szczyt  koło  miasteczka  Kamienica,  a  jeszcze  jedna 

Kiczora  wznosi  się  nad  Mszaną  dolną.  Podobnie  jeden  Runek  jest  w  Gorcach,  a  drugi  w 

Beskidzie  Sądeckim,  jedną  Sokolicę  znajdziemy  tuż  koło  Babiej  Góry  w  Beskidzie 

Ż

ywieckim, a drugą w Pieninach. 

-  Ojej  -  jęknęła  Ula  -  to  jak  się  w  tym  wszystkim  połapać?  A  nie  można  by  było 

ponazywać te wszystkie góry jakoś inaczej? 

- Najlepiej by było ponumerować - dorzucił Drzazga. 

- A może już zostawmy tak jak jest - roześmiał się Pan Wojtek. - Jakoś przez tyle lat 

ludziom się nie pomyliły te góry, to i my sobie damy radę. A zresztą z górami jest podobnie 

jak z ludźmi. Czy to jedna dziewczyna ma na imię Ulka, ale przecież można odróżnić jedną 

od drugiej, nieprawdaż? 

-  Prawdaż!  -  przytaknął  Dzika  Mrówka,  a  wszyscy  spojrzeli  na  Ulkę,  która  swoim 

bardzo już starym i prawie zapomnianym zwyczajem, zarumieniła się aż po same włosy. 

-  Zostawmy  Ulkę  w  spokoju  i  spójrzmy  lepiej  na  tę  wspaniałą  panoramę  -  Panu 

Wojtkowi żal zrobiło się zmieszanej dziewczynki. - Tam dalej to przecież nasze piękne Tatry. 

Istotnie,  daleko  na  południu  ciemniał  ostro  rysujący  się  na  błękitnym 

rozsłonecznionym niebie poszarpany grzbiet górski. Tatry! 

background image

- A te białe plamy to co? - zapytała któraś z dziewcząt. 

- A jak myślisz? - pytaniem na pytanie odpowiedział Pan Wojtek. 

- Chyba przecież nie śnieg... - zaczęła Halina - teraz taki upał... 

Rzeczywiście,  dzień  był  wyjątkowo  upalny  i  nawet  tu,  na  samym  wierzchołku 

Lubonia słońce prażyło mocno. 

-  Upał,  upał  -  powtórzył  Pan  Wojtek  -  ale  tu  jest  Beskid  Wyspowy,  a  tam  Tatry. 

Przeszło dwa razy  wyższe. A to już różnica. W  niektórych żlebach śnieg leży  aż do lipca, a 

niekiedy i przez cały rok. Szczególnie, jak zimą go dużo napada i nawieje, to potem ani rusz 

nie chce się do końca roztopić. 

- Ojejej! - odezwała się któraś z dziewczynek. 

-  Nasze  Tatry  to  jeszcze  nic  pod  tym  względem  -  kontynuował  Pan  Woitek.  -  Na 

innych,  wyższych  górach  śnieg  leży  przez  cały  okrągły  rok.  I  powiem  wam  jeszcze,  że  dla 

mnie  osobiście  jest  to  jeden  z  najbardziej  przyjemnych  widoków.  Bardzo  lubię,  gdy  tak 

dookoła  gorąco  i  upał,  a  w  zasięgu  wzroku  wysokie  góry  pokryte  są  białymi  lodowo  - 

ś

nieżnymi czapami. 

- A czy pan takie góry widział? - spytał Szufla. 

- Nie raz - Pan Wojtek zamyślił się, jakby coś sobie przypominał. Parę razy. Choćby i 

w Libanie. Albo na statku... 

- Jak to na statku? - zdziwiła się Jadwiga. 

- No, po prostu, kiedy płynęliśmy wzdłuż gór pokrytych wiecznym śniegiem. 

- No, ale statek płynie po morzu, a góry... - zaczęła znowu Jadwiga. 

- A góry to są daleko od morza? - wtrącił się Dzika Mrówka. - Prawda? 

- No, pewno że tak... 

- Oj, ty Jadźka, Jadźka - skrzywił się Dzika Mrówka. - To tylko tak u nas, że od morza 

do  gór  musisz  smarować  przez  cały  kraj.  Gdzie  indziej  jest  zupełnie  inaczej.  Choćby  w 

Jugosławii,  no  nie?  -  zwrócił  się  do  tych  płetwonurków,  którzy  razem  z  nim  przeżyli 

niezapomniane przygody w Zatoce Kotorskiej. 

- Pewno - przytaknęła Ulka. - Ale tam śniegu na nadmorskich górach nie było. 

- Tam nie było, ale na wyższych to może być. 

- Fakt! - przytwierdził automatycznie Jego Brat. 

-  Ja  bym  to  chciała  zobaczyć  -  rozmarzyła  się  nagle  Ulka.  -  Ośnieżone  góry  nad 

ciepłym morzem. 

- Rano na narty, a po południu wykąpać się w morzu - to by było dopiero - roześmiał 

się Marek. 

background image

- Eeee... - przesadzasz, jak zwykle - skrzywił się Drzazga. 

- A wcale że nie - zaperzył się Dzika Mrówka - spytaj Pana Wojtka, jak nie wierzysz. 

-  Co  ja  tam  będę  wam  opowiadał  -  uśmiechnął  się  Pan  Wojtek.  -  Macie  sporo  czasu 

przed sobą, to może sami zobaczycie. 

-  No  to  załatwione  -  zapalił  się  Dzika  Mrówka  -  zabieramy  narty  i  sprzęt  do 

nurkowania i jedziemy szukać odpowiednich miejsc na świecie! 

- Widzicie go, wielkiego podróżnika - roześmiały się Jadwiga i Halina - a weź nas ze 

sobą. I nie zapomnij przedtem nauczyć się jeździć na nartach. 

- Na nartach to ja już sobie dam radę, spokojna wasza głowa - odciął się Marek - a was 

mogę zabrać pod warunkiem, że będziecie przez całą drogę gotowały - dokończył. 

- Ho, ho, jaki wygodny - oburzyła się Jadwiga. - A samemu to nie łaska? 

-  I  zmywały  codziennie.  Po  każdym  posiłku  -  dorzucił  Dzika  Mrówka.  -  I  talerze,  i 

garnki - dodał jeszcze po chwili. 

- A ty co będziesz robił w tej wyprawie? - zapytała z przekąsem Halina. 

-  Ja?  -  Marek  spojrzał  z  góry  na  koleżankę  -  ja  będę  rano  jeździł  na  nartach,  a  po 

południu kąpał się i nurkował w ciepłym morzu. A w ogóle to będę kierował całą wyprawą! - 

dokończył. 

-  No,  dobra,  dobra  -  wtrącił  się  Pan  Wojtek  -  ale  zanim  wyruszycie  na  tamtą  wielką 

wyprawę, musimy kontynuować naszą skromniejszą, ale też ładną trasę, choć może nie aż tak 

atrakcyjną, jak ta wasza planowana. 

W  wesołych  nastrojach  płetwonurkowa  gromadka  zeszła  z  Lubonia  Wielkiego  z 

powrotem  do  Rabki,  a  Dzika  Mrówka,  gdy  wrócili  już  do  petetekowskiego  schroniska,  nie 

wytrzymał i powiedział cicho do Jego Brata: 

- Nie taki diabeł straszny, jak go Pan Wojtek maluje - po tym małym spacerku na ten 

Wielki Luboń i z powrotem nawet mnie nogi nie bolą. Wcale a wcale. 

-  Fakt  -  przyznał  Jego  Brat.  -  Ale  jeszcze  nie  koniec  naszej  wycieczki  -  dodał  po 

chwili. 

- Phi - prychnął Dzika Mrówka. - No to co? - wzruszył ramionami, kładąc się do łóżka 

i obracając wedle swego zwyczaju na lewy bok, bo tak mu się zawsze najlepiej zasypiało. 

Następnym  rankiem  jednakże  okazało  się,  że  racja  była  po  stronie  Pana  Wojtka,  gdy 

bowiem Dzika Mrówka obudził się, bolały go wszystkie możliwe miejsca całego ciała, a już 

najbardziej nogi i gdy Pan Wojtek zagonił całą grupę do obowiązkowej porannej gimnastyki, 

najmniejszy nawet ruch przychodził mu z trudem. 

- No, płetwowe nurki - zawołał Pan Wojtek po gimnastyce, w czasie której udawał, że 

background image

wcale nie domyśla się, że większość wędrownego obozu chodzi jak połamana - szybko zjeść 

ś

niadanie, spakować plecaki i za godzinę ruszamy na Turbacz. 

- Ojejej! - jęknęły Jadźka z Haliną. 

-  Ojej!  -  zawtórował  im  mimowolnie  Dzika  Mrówka  i  zarumienił  się  w  tej  chwili, 

przypomniał  bowiem  sobie,  jak  to  wczoraj  zgrywał  wielkiego  zucha  i  lekceważył  Pana 

Wojtkowe uwagi. 

-  Stało  się  coś?  -  zapytał  Pan  Wojtek  spoglądając  bacznie  na  Marka.  Sam  był  rześki 

jak skowronek, a wszelkie gimnastyczne ćwiczenia przychodziły mu jak zwykle z niebywałą 

wprost łatwością. 

-  Nic,  nic  -  jęknął  wyraźnie  zbolałym  głosem  Dzika  Mrówka  i  chciał  ruszyć  raźnym 

biegiem na śniadanie, ale mu to jednak wyszło dość koślawo, tak że wzbudził ogólny śmiech. 

-  Ja  to  ledwo  ruszam  nogami  -  wyznała  szczerze  Jadwiga,  a  Halina  przytaknęła  jej 

bezzwłocznie. 

- Czy my damy dziś radę wleźć na ten Turbacz? - zapytała jękliwym głosem. 

-  Damy,  damy,  trzeba  się  tylko  rozchodzić.  Rozruszać  zastałe  kości  -  roześmiał  się 

Pan  Wojtek.  -  To  zawsze  tak  po  pierwszym  dniu  -  dodał  po  chwili.  -  A  mówiłem  tyle  razy, 

ż

eby w domu codziennie uprawiać solidną gimnastykę. 

-  Kiedy  rano  zawsze  jest  tak  mało  czasu  -  wyznał  Drzazga.  -  Że  też  szkoła  musi  się 

zaczynać skoro świt. O ósmej. Człowiek nigdy się nawet porządnie wyspać nie może i nic nie 

zdąży. 

- Gdyby zaczynała się o dziesiątej, to byś pewno spał do dziewiątej czterdzieści pięć. I 

też byś nic nie zdążył - zauważył Pan Wojtek. 

-  A  spałbym,  spałbym  -  Drzazga  przytaknął  tak  skwapliwie  Panu  Wojtkowi  i  z  tak 

błogim  wyrazem  na  rzeczywiście  nieco  zaspanym  obliczu,  że  wszystkie  płetwowe  nurki 

roześmiały się chórem. 

- No, kochani, szkoda czasu. I tak, i tak nikt za nas tej drogi nie zrobi, a musimy wleźć 

na  Turbacz  chcąc  nie  chcąc,  bo  tam  na  nas  czeka  dzisiejszy  nocleg.  I  nie  łamać  się,  nie 

ś

limaczyć, bo nie taki diabeł straszny jak go malują! 

W  tym  momencie  Dzikiej  Mrówce  wydało  się,  że  Pan  Wojtek  mrugnął 

porozumiewawczo okiem właśnie do niego. 

Skąd  Pan  Wojtek  wie,  że  właśnie  tak  samo  powiedziałem  wczoraj  wieczorem?  - 

przemknęło  mu  przez  myśl.  -  Przecież  Jarek  na  pewno  mu  nie  powiedział,  a  zresztą 

powiedziałem to tak cichuteńko, że sam ledwo słyszałem. Nic innego, tylko Pan Wojtek musi 

umieć czytać w myślach... 

background image

I z tym głębokim przekonaniem ruszył na śniadanie. 

Jak się okazało, Pan Wojtek znowu miał rację. Gdy ruszyli gromadą poprzez Rabkę i 

gdy zanurzyli się w las porastający zbocza nadrabczańskich gór, jakoś zupełnie zapomnieli o 

porannym zmęczeniu i o bólu wszystkich możliwych i niemożliwych stawów, mięśni i kości. 

A  potem  było  coraz  lepiej  -  nocleg  w  przytulnym,  choć  obszernym  schronisku  na 

Turbaczu,  skąd  rozpościerała  się  niczym  nie  zasłonięta  panorama  Tatr,  wieczorne  ognisko  i 

gawędy Pana Wojtkowe, który posiadał ich spory zapas, nazbieranych przeważnie w rejsach 

na  polskich  statkach,  pełen  kolorów  zachód  słońca  i  rozgwieżdżone  niebo,  nie  zasnute 

dymami fabrycznych kominów i samochodowych spalin. 

Drugi  etap  wędrówki  był  znacznie  dłuższy  od  pierwszego  i  wiódł  granią  Gorców  od 

Turbacza przez Kiczorę i Runek na Lubań, a potem u dół przez Kluszkowce do Czorsztyna, 

gdzie dopiero czekał ich nocleg. 

Zapowiadała się wielogodzinna piesza wędrówka i dlatego Pan Wojtek zaproponował, 

gdy  stanęli  dla  odpoczynku  na  Przełęczy  Knurowskiej,  aby  ci,  którzy  ewentualnie  nie  czują 

się  na  siłach,  zeszli  wygodna  ścieżką  w  dół  do  Dębna  nad  Dunajcem  i  aby  stamtąd,  po 

zwiedzeniu  bardzo  starego  i  bardzo  pięknego  kościółka  z  XV  wieku,  przejechali  autobusem 

do Czorsztyna. Nikt jednak z całej grupy nie zdecydował się na proponowaną łatwiznę, choć 

teraz,  późnym  już  popołudniem,  prawie  wszyscy  czuli  solidnie  w  nogach  wielogodzinną 

górską wędrówkę. 

Na szczęście do Czorsztyna było już rzeczywiście niedaleko i wkrótce można się było 

rozgościć w niewielkich domkach kempingowych rozłożonych nie opodal rwącego z szumem 

Dunajca. 

A po kolacji, gdy całą gromadką zasiedli przy obowiązkowym ognisku, okazało się, że 

na tym samym kempingu zatrzymała się grupa studentów z krakowskiego uniwersytetu. 

-  Jesteśmy  właściwie  na  wakacyjnej  praktyce  -  wyjaśnił  jeden  ze  studentów  w 

odpowiedzi na pytanie, które zadał oczywiście ciekawski jak zwykle Dzika Mrówka. 

- I co praktykujecie? - zapytała może trochę ni w pięć, ni w dziewięć Halinka. 

-  Jakby  to  wam  tak  najprościej  wyjaśnić?  Zacznijmy  od  tego,  że  wszyscy  jesteśmy 

studentami  historii  sztuki  i  w  związku  z  tym  prowadzimy  generalną  inwentaryzację 

wszystkiego,  co  można  zaliczyć  do  dóbr  kulturalnych  całego  województwa.  Nasza  grupa  na 

przykład  przegląda  i  spisuje  rozmaite  ciekawostki  w  naddunajcowych  wsiach.  No  i  jak  coś 

znajdujemy, to się przede wszystkim opisuje, a jak są możliwości, to się też chociaż z grubsza 

konserwuje i zabezpiecza. 

-  A  znaleźliście  coś  ciekawego?  Ale  tak  naprawdę  coś  bardzo  ciekawego  -  zapytał  z 

background image

wyraźnym  zainteresowaniem  Jego  Brat,  w  którym  oczywiście  natychmiast  obudziły  się 

historyczne zamiłowania i który pamiętał dobrze ciekawe znalezisko w okładce bardzo starej 

księgi w Płocku. 

- Czy znaleźliśmy? Też dobre pytanie! - żachnął się student. - Po prostu brak czasu i 

ludzi  na  opisanie,  skatalogowanie  i  konserwację  tego  wszystkiego,  co  tu  się  dookoła  kryje. 

Nie mówię nawet teraz o starych kościółkach, gdzie niekiedy znajdują się prawdziwe skarby, 

jakich  nie  powstydziłoby  się  niejedno  renomowane  muzeum,  ale  nie  macie  pojęcia,  ile 

ciekawych  różności  kryją  w  sobie  choćby  strychy  i  inne  zakamarki  wiejskich  domów.  A  to 

obrazy  sprzed  kilku  nieraz  wieków,  a  to  rozmaite  sprzęty  domowego  i  gospodarskiego 

użytku, jakich używano przed wieloma laty, a to schowane głęboko w rodzinnych ozdobnych 

skrzyniach,  które  już  same  w  sobie  są  zabytkami  i  dziełami  sztuki,  rozmaite  dokumenty  i 

nadania, niekiedy nawet oznaczone królewskimi pieczęciami i podpisami. 

- Królewskimi? - zdziwił się Dzika Mrówka. 

- Bywa, że i królewskimi - stwierdził z należną powagą przyszły historyk sztuki - a co, 

myślałeś może, że dawni nasi królowie nie umieli się podpisać? - zażartował. 

- Ojejej, Marek, nie przerywaj ciągle - zdenerwowała się Ulka. 

-  Wcale  nie  ciągle,  ja  dopiero  pierwszy  raz...  -  bronił  się  Marek  i  może  coś  by  tam 

jeszcze  na  swoją  obronę  wymyślił,  ale  inni  płetwonurkowie  uciszyli  go  gwałtownym  i 

niecierpliwym sykaniem. 

- A co to za dokumenty w tych starych góralskich skrzyniach? - dopytywał się Jarek - 

Jego Brat z coraz większym zainteresowaniem. 

- Rozmaite. A to nadania własnościowe na lasy, pola, góry... 

-  Góry???  -  przerwał  znowu  Dzika  Mrówka,  ale  umilkł  natychmiast  skarcony 

szturchańcem przez Ulkę. 

- Góry też - przytwierdził student - bo góry kiedyś należały po prostu do górali. I tu w 

Pieninach, i w Gorcach, a i w Tatrach też. 

- W Tatrach? - tym razem wyrwała się Ulka z wyraźnie widocznym niedowierzaniem 

w głosie. 

- Tam też, choć nie wiem, czy całe Tatry, ale na przykład Giewont do jakiegoś gazdy 

należy - wtrącił się Pan Wojtek. 

- I co mu z takiej kupy kamieni? - zdziwił się Dzika Mrówka. 

- Bo ja wiem - zastanowił się Pan Wojtek. 

- A ja wiem - wyrwał się Drzazga. - Dwa lata temu byłem z rodzicami w Zakopanem, 

to  kiedyś  poszliśmy  na  Giewont,  to  tam  stała  taka  starsza  gaździna  i  ona  sprzedawała 

background image

ś

mietanę  albo  herbatę,  to  ta  gaździna  mówiła  mojej  mamie,  że  cały  Giewont  to  właśnie  do 

niej należy i dlatego tylko ona ma prawo sprzedawać pod Giewontem śmietanę albo herbatę 

turystom, a innym gospodyniom to nie wolno i ona nie pozwala, bo to jest jej góra, a mama 

się  spytała,  jak  długo  ona  już  tak  tę  śmietanę  albo  herbatę  sprzedaje  pod  Giewontem  i 

gaździna  powiedziała,  że  chodziła  już  ze  swoją  babcią  jeszcze  przed  pierwszą  wojną 

ś

wiatową, a wtedy tata spytał, jak długo ten Giewont jest własnością ich rodziny, a gaździna 

odpowiedziała, że bardzo długo, że to król Jan Kazimierz im dał... 

Kto wie jak długo jeszcze ciągnąłby Drzazga swoje mocno przydługie zdanie, gdyby 

mu po pierwsze nie zabrakło tchu, a po drugie gdyby mu nie przerwali równocześnie Jarek i 

Pan Wojtek. 

- Król Jan Kazimierz? - zapytał Jarek z niedowierzaniem. 

- Daj wreszcie skończyć naszemu młodemu historykowi sztuki opowieść o ciekawych 

znaleziskach, bo w ten sposób to nigdy niczego się nie dowiemy - dorzucił Pan Wojtek. 

-  Kiedy  to  naprawdę  nie  ja  zacząłem  -  usprawiedliwiał  się  Drzazga,  ale  Pan  Wojtek 

machnął ręką i powiedział: 

-  Mniejsza  o  to.  A  pan  -  tu  zwrócił  się  do  opowiadającego  studenta  -  niech  się  nie 

gniewa na moich płetwowych nurków, bo to strasznie gadatliwe plemię. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  roześmiał  się  przyszły  historyk  sztuki  i  jej,  jak  widać,  zapalony 

wielbiciel. - Ja się mogę tylko cieszyć, że temat wzbudza takie zainteresowanie wśród moich 

młodszych  kolegów.  A  może  ktoś  z  was  zachęci  się  do  studiowania  tej  wspaniałej  gałęzi 

wiedzy? Są chętni? 

- Może i będą - stwierdził z powagą Jarek, czyli Jego Brat. 

- Fakt! - wtrącił Dzika Mrówka i już, już chciał dodać, że Jaro i tak i tak do niczego 

więcej  się  nie  nadaje,  ale  na  szczęście  zorientował  się,  że  nie  byłoby  to  wcale  grzeczne  w 

stosunku do pana studenta i w porę ugryzł się w język. 

-  No  to  wracamy  do  naszych  znalezisk  -  zaczął  znów  swą  opowieść  student.  -  Otóż 

chciałem  wam  powiedzieć,  ale  nie  zdążyłem  na  razie,  że  zupełnie  oryginalne  i  można  rzec, 

niezwykłe  znalezisko  odkryliśmy  w  olbrzymiej  bardzo  starej  skrzyni  na  strychu  maleńkiego 

dworku,  który  jest  chyba  jeszcze  starszy  niż  ta  skrzynia.  Gdy  dotarliśmy  do  tego  dworku, 

przedstawiliśmy  się,  powiedzieliśmy  o  co  nam  chodzi  i  w  końcu  zapytaliśmy,  czy 

właścicielka  nie  ma  czegoś  takiego,  co  by  nas  interesowało.  Staruszka  mieszkająca  już 

zupełnie sama w całym dworku, powiedziała nam: 

-  A  coś  tam  może  i  gdzieś  jest,  ale  ja  już  za  stara  jestem,  żeby  wdrapywać  się  na 

stryszek, to może państwo sami pójdziecie i poszukacie. Tylko że tam może być trochę kurzu, 

background image

bo ja dawno na strychu nie byłam i nikt porządków tam nie robił. 

- Kiedy pani tam była? - zapytała któraś z koleżanek. 

-  Oj,  panieneczko,  jeszcze  za  pierwszej  Polski  -  odparła  staruszka,  a  nam  się  trochę 

zachciało śmiać, po pierwsze z tego powiedzonka staruszki, że to niby między wojnami była 

pierwsza Polska, a teraz jest kolejna, czyli druga, a po drugie, że właścicielka dworku nie była 

na swoim stryszku już co najmniej dobre czterdzieści lat. 

No  więc  wleźliśmy  na  stryszek  po  mocno  nadwerężonych  schodach.  Tam 

rzeczywiście  wyglądało  jak  na  filmie  o  duchach  i  wampirach.  Kurzu  było  wszędzie  tyle,  że 

dosłownie nasze nogi w nim grzęzły. Pełno było też pajęczyn zwisających w fantastycznych 

frędzlach  jak  jakieś  niesamowite  firanki.  A  pod  tym  kurzem  istna  mieszanina.  I  jakieś  stare 

kawałki  potłuczonych  glinianych  garnków,  i  resztki  zegarów,  które  przestały  chodzić  może 

jeszcze  za  czasów  Kościuszki,  i  jakieś  szpargały,  zetlałe  ze  starości  gazety,  książki,  i 

przewiązane  zbutwiałymi  wstążeczkami  listy.  A  gdy  się  cokolwiek  ruszyło,  to  w  powietrze 

wzbijały się istne tumany kurzu, a w nosie wierciło tak straszliwie, że nie można było się w 

ż

aden  sposób  powstrzymać  od  kichnięcia.  No,  ale  jak  się  kichnęło,  to  wzbijały  się  nowe 

tumany kurzu i tak w kółko Macieju. Już myśleliśmy, że nie damy rady i kilku z nas chciało 

się  nawet  wycofać  z  tego  niesamowitego  stryszku,  gdy  jeden  z  grupy,  bardziej  od  innych 

wytrwały - tu opowiadający student zmienił nieco tonację głosu - natknął się w samym kącie 

na  olbrzymią  skrzynię  zamykaną  na  takie  potężne  zamki,  że  mogły  one  śmiało  służyć  do 

zamykania sporej stodoły. 

Ponieważ  skrzynia  była  zamknięta  na  głucho,  poszliśmy  do  właścicielki  dworku  z 

zapytaniem o klucz. 

- Klucz? - spytała babcia. - Klucze to tu są. Pełno rozmaitych. 

I wyciągnęła zza komody drewnianą całkiem sporą szkatułkę, ozdobioną po góralsku, 

w  której  środku  znajdowała  się  co  najmniej  ze  setka  rozmaitych  kluczy,  kluczyków  i 

kluczysk. 

Zabraliśmy się do roboty. Drogą kolejnych eliminacji zostało w końcu pięć czy sześć 

takich  kluczy,  które  ewentualnie  mogły  pasować  do  skrzyni,  ale  żaden  z  nich  nie  chciał  w 

zamku się obrócić. Męczyliśmy się dobre dwie godziny i już chcieliśmy dać za wygraną, gdy 

zauważyliśmy,  że  obok  dziurki  od  klucza  ochronionej  metalową  ozdobą  znajduje  się  jakby 

mały kwiatek wykuty z żelaza, który obraca się na swej niby to łodyżce. 

I  wyobraźcie  sobie,  że  gdy  obróciło  się  ten  kwiatek  o  trzy  obroty  w  prawo,  klucz  w 

głównym zamku dał się z łatwością przekręcić, choć co prawda z piskiem i zgrzytem, mimo 

ż

e kapnęliśmy do środka parę kropel oliwy. 

background image

- To taki starożytny sekretny zamek jak w kasach pancernych! - zawołał zasłuchany w 

niezwykłą opowieść Dzika Mrówka. - Ale heca! 

-  A  żebyś  wiedział  -  przytaknął  student.  -  Jak  już  mówiłem,  sama  skrzynia  i  tym 

bardziej  ten  jej  sekretny  zamek  warte  były  grzebania  na  strychu,  ale  dopiero  gdyśmy  tę 

skrzynię otworzyli z niesamowitym zgrzytem od wieków chyba nie naoliwianych zawiasów... 

- Co tam było w środku? - nie wytrzymał Jego Brat. 

-  Łatwiej  byłoby  wyliczyć,  czego  tam  nie  było.  Otóż  skrzynia  kryła  prawdziwe 

skarby... 

-  Skarby??  -  płetwonurkowie  odezwali  się  chórem  bez  żadnego  umawiania  się  i  bez 

ż

adnego sygnału. 

- No, nie dosłownie, jak zapewne myślicie - roześmiał się student, ale nie martwcie się 

-  dodał  widząc  zawiedzione  mocno  miny.  -  W  skrzyni  był  i  staropolski,  nawet  dość  dobrze 

zachowany,  szlachecki  kontusz,  i  czapka  konfederatka  z  końca  XVIII  wieku  i  pięknie 

haftowany strój damski i ryngraf z Matką Boską, Orłem i Pogonią oraz doskonale zachowana 

szabla  polska,  najprawdopodobniej  z  okresu  konfederacji  barskiej,  nie  licząc  innych  równie 

ciekawych rzeczy. 

- Ale mieliście szczęście! - powiedział z podziwem Pan Wojtek. - Takie znalezisko na 

starym strychu... 

-  To  jeszcze  nic.  Najciekawsza,  przynajmniej  dla  mnie,  rzecz  leżała  na  samym  dnie 

skrzyni w zalakowanej skórzanej kopercie. Już sama koperta z tłoczonej skóry to nie byle co, 

a gdyśmy ostrożnie podważyli pieczęć tak, żeby jej - broń Boże - nie uszkodzić, okazało się... 

-  w  tym  momencie  student  przerwał  swoją  opowieść  i  powiódł  wzrokiem  po  siedzących 

wokół przy ognisku. 

- Co się okazało? - nie wytrzymał Dzika Mrówka. 

-  Okazało  się,  że  jest  tam  obszerny,  własnoręcznie  pisany  pod  koniec  XVIII  wieku 

pamiętnik  byłego  konfederata  barskiego,  który  po  upadku  powstania  zbrojnego  musiał 

uchodzić z Polski i po wielu peregrynacjach, juk to się wtedy nazywało, trafił aż do Ameryki 

Południowej. 

- Do Ameryki Południowej? - zdziwili się wszyscy. 

- Tak. Do Południowej. A ściślej mówiąc do hiszpańskiego wicekrólestwa Peru. I tam 

ów dawny przodek obecnej właścicielki starego  dworku przeżył  całą masę niewiarygodnych 

wręcz przygód. Nie spamiętałem ich wszystkich, bo tych kart pamiętnika było dobre kilkaset, 

ręcznie  wykaligrafowanych,  ale  jedna  utkwiła  mi  szczególnie  w  pamięci.  No  bo  tak  już  od 

setek lat bywało, że gdzie się ktokolwiek o swoją wolność dobijał, tam na pewno nie zabrakło 

background image

Polaków. Tak też i nasz konfederat brał w Peru udział w walkach wyzwoleńczych, bo akurat 

nadarzyła  się  po  temu  doskonała  okazja.  Mianowicie  w  tej  kolonii  hiszpańskiej  wybuchło 

masowe  powstanie  tamtejszych  Indian  pod  wodzą  ich  króla,  niejakiego  -  jak  nawet 

zapamiętałem - Tupak Amaru II. I ten barski konfederat walczył oczywiście w tym powstaniu 

i  naturalnie  -  jako  prawy  Polak  -  po  stronie  uciśnionych,  a  przeciwko  obcym  najeźdźcom  i 

ciemiężycielom,  tak  samo  zresztą  jak  w  rodzinnym  kraju  czynił  przedtem,  nim  okoliczności 

zmusiły go do ucieczki. 

Z  powstania  z  trudem  wielkim  udało  mu  się  wynieść  cało  głowę,  potem  poniewierał 

się  jakiś  czas  w  hiszpańskich  więzieniach,  a  potem  w  czasie  transportu  statkiem  do  Europy 

wpadł  w  ręce  Anglików,  którzy  z  kolei  wysłali  go  do  Ameryki  Północnej.  I  wreszcie  -  po 

wielu latach tułaczki - poprzez napoleońską Francję wrócił ów żołnierz - tułacz do rodzinnych 

stron. 

Widać,  że  w  czasie  wieloletnich  peregrynacji  po  dalekich  krajach  majętność  jego 

mocno  podupadła,  na  końcu  bowiem  pamiętnika  jest  coś  jakby  testament.  I  właśnie 

najciekawszy i najbardziej niespodziewany jest ten testament - tu opowiadający zatrzymał się 

na chwilę i dorzucił parę gałęzi do płonącego ogniska. 

- A co ten konfederat zapisał w swoim testamencie? - zapytał Jego Brat. 

-  Właśnie  -  podjął  znowu  student  historii  sztuki  -  w  tym  miejscu  zaczyna  się 

tajemnica. 

- Tajemnica? - zdziwili się płetwonurkowie. 

- A tak. Tajemnica, i to w dodatku przez same duże litery. Po prostu TAJEMNICA! 

- A jakaż to tajemnica? - zaciekawił się Pan Wojtek. 

- Ba! - żeby to ktokolwiek wiedział. Ale na kipu nie ma mądrych. 

- Na co nie ma mądrych? - zapytał Dzika Mrówka. 

- Na KIPU. 

- A co to takiego kipu? - zapytał znów Marek. 

-  Nie  wiesz?  -  Jego  Brat  wzruszył  ramionami  -  „kipu”  to  staroindiańskie  pismo 

węzełkowe.  -  Jarek  powiedział  to  z  miną  mówiącą:  „Także  coś,  nie  wiedzieć  o  czymś  tak 

prostym i pospolitym jak kipu.” 

-  Pismo  węzełkowe?  -  Dzika  Mrówka  spojrzał  najpierw  bacznie  na  Jego  Brata,  aby 

sprawdzić, czy nie wpędza go w maliny, a potem pytający wzrok zwrócił w stronę studenta. 

- Brawo, chłopcze - powiedział student. - A skąd o tym wiesz? 

- Interesowały mnie kiedyś rozmaite pisma. I w ogóle historia - odparł Jego Brat. 

- Fakt - przytwierdził tym razem Dzika Mrówka - oczywista sprawa to kipu. 

background image

-  No,  no,  nie  mądrz  się  teraz.  Nie  wiedziałeś  tak  samo  jak  i  my,  co  to  to  całe  kipu  - 

roześmiał się Szufla. 

-  Ja?  Nie  wiedziałem?  -  zaczął  Dzika  Mrówka,  ale  umilkł  nagle  dojrzawszy  wzrok 

Ulki. 

- Stop, chłopcy - włączył się Pan Wojtek. - Niech pan nam lepiej powie, co w końcu 

ma kipu wspólnego z testamentem starego barskiego konfederata i inkaskiego powstańca. 

-  Właśnie.  W  testamencie  nasz  podróżnik  pisze  do  swych  spadkobierców  w  nieco 

archaicznej  polszczyźnie,  że  choć  nic  zostawia  im  prawie  żadnych  włości,  jednakże  w 

załączonym kipu kryje się tajemnica Wielkiego Skarbu. 

- WIELKIEGO SKARBU??? - zapytali wszyscy chórem. 

-  Tak  -  potwierdził  student.  -  I  teraz  to  już  dosłownie.  Skarbu  złożonego  ze  złota  i 

drogich  kamieni.  A  tajemnica  tego,  gdzie  ten  skarb  schowano,  kryje  się  właśnie  w  owym 

tajemniczym inkaskim kipu. 

-  O  -  student  wyjął  z  kieszeni  kartkę  papieru  -  przepisałem  parę  zdań  z  pamiętnika 

dotyczących właśnie owego tajemniczego kipu. Posłuchajcie: 

„Tak  tedy  na  koniec  mego  utrudzonego  i  rozlicznymi  przeciwnościami  trapionego 

ż

ywota  nie  dorobiwszy  się  żadnej  fortuny  a  jeszcze  utraciwszy  większość  majętności  mojej, 

przekazuję potomnym tajemnicę wiodącą do bogactw wielkich, o których dowiedziałem się w 

niebezpiecznych bardzo okolicznościach. 

Gdy otoczeni przez wojska wicekróla, nadzieję na salwowanie życia swego utraciłem, 

a  także  towarzyszów  moich  z  królewskiego  rodu  Inków,  którzy  przez  wieki  na  tejże  ziemi 

górzystej  panowali,  od  jednego  znacznego  w  ich  rodzie,  któremum  był  życie  uratował  w 

poprzedniej potyczce, a teraz na rękach moich ducha oddawał, otrzymałem tajemne pismo z 

węzłów  całe  złożone,  które  w  ich  linguam  nazywane  było  „kipu”,  a  którego  odczytaniu 

dopuszczeni byli tylko pisma owego strażnicy. Tak tedy gdy ów Indianin szlachetny ostatnie 

tchnienie wydawał, wyciągnął zawieszone na szyi pod szatą owo „kipu” i stygnącymi usty w 

te słowa do mnie przemówił: 

Jako żeś przybył z dalekiej krainy za wielką wodą, iżby ludu naszego wolności bronić 

a  życie  mi  ratowałeś,  tak  teraz  w  ostatniej  mej  ziemskiej  godzinie  nie  mam  komu  mojej 

tajemnicy  przekazać,  więc  tedy  daruję  ją  tobie,  byś  skarb  wielki,  którego  tajemnica  w  świę-

tych  węzłach  jest  zamknięta,  odnalazł  i  byś  ludowi  memu  go  przekazał,  co  uczyniwszy,  dla 

ciebie i twoich potomnych piąta część należna będzie. 

- Jakże ja mam skarbów onych szukać? - zapytałem umierającego. 

- W węzłach jest miejsce wskazane. 

background image

- Kiedy ja pisma tego nie pojmuję - rzekłem. 

- Bo ono tylko dla wybranych przez Boga Słońce. A ja byłem ostatni, co tajemne znał 

znaki  i  nikt  już  ich  po  mnie  nie  odczyta.  Tedy  pilnie  zapamiętaj  sobie,  co  w  węzłach 

zamknięto. A święte kipu tak mówi: 

UCIEKAJĄC CORAZ DALEJ... 

I  tyle  mi  zdołał  powiedzieć  ów  Inka  uczony,  bo  w  tym  momencie  wpadli  zbrojni 

Hiszpanie, umierającego na mych rękach życia pozbawili jednym pchnięciem rapiera, a mnie 

- opór stawiającego - stłukli potężnie i rany mi wielkie zadawszy do niewoli pojmali. 

I  nie  dowiedziałem  się  tedy  więcej,  jak  jeno  owe  trzy  pierwsze  słowa,  co  znaczą  w 

rzeczonym  „kipu”,  które  przez  wszystkie  późniejsze  lata  ze  sobą  bez  przerwy  miałem  i  do 

późnej  starości  przetrzymawszy,  wam,  spadkobiercy  moi,  przekazuję  i  nakazuję  w 

testamencie odszukać skarb on i wolę mego kompaniona wykonać ściśle.” 

Student  przeczytał  testament  barskiego  konfederata  i  cisza  zaległa  wokół 

naddunajcowego  ogniska,  tylko  gałęzie  w  ogniu  trzaskały  i  szumiał  nie  opodal  wartki 

Dunajec. 

-  No  to  trzeba  odczytać  to  całe  kipu  i  odnaleźć  skarb  Inków  -  odezwał  się  Dzika 

Mrówka. 

-  Ba  -  bąknął  przyszły  historyk  sztuki  -  ale  jak?  Bo  na  razie  kipu  jeszcze  nikt  nie 

odczytał. To pismo jest znacznie trudniejsze nawet od egipskich hieroglifów. 

- Ale może by ktoś spróbował - nie dawał za wygraną Dzika Mrówka. 

- Próbowało już wielu - mruknął student - ale nie udało się nikomu. 

- A może by nasza pani od polskiego spróbowała - powiedział powoli i poważnie Jego 

Brat. 

- Nasza pani od polskiego? - zdziwił się Dzika Mrówka. - A dlaczego właśnie ona? 

-  No  bo  jeżeli  Pani  odczytuje  twoje  hieroglify,  jakie  stawiasz  w  swoim  zeszycie,  to 

może by i odczytała pismo węzełkowe. Oba mniej więcej są do siebie podobne. Fakt! 

Chóralny śmiech zagłuszył odpowiedź Dzikiej Mrówki. 

- No, płetwowe nurki wędrowne! - zawołał Pan Wojtek. - Pięknie panu dziękujemy za 

ciekawą  opowieść,  ale  skarby  Inków  skarbami,  kipu  -  kipem,  a  nas  jutro  czeka  przemarsz 

przez  Pieniny,  a  więc  przed  drogą  trzeba  się  dobrze  wyspać.  A  tu  już  północ  blisko  i  czasu 

wiele nie zostało. Dobranoc! 

-  Dobranoc,  Panie  Wojtku!  -  huknęły  płetwonurki,  a  gromkie  echo  odbiło  się  od 

nocnych skał nad duanjcowym nurtem. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI, 

W KTÓRYM DZIKIEJ MRÓWCE WPADA DO GŁOWY GENIALNY 

POMYSŁ, A W SPRAWĘ KIPU ZOSTAJE WCIĄGNIĘTY CHŁOPAK Z 

ELBLĄGA 

Dzika  Mrówka  przewracał  się  bezsennie  z  boku  na  bok  na  twardym,  nawet  bardzo 

twardym,  legowisku  w  domku  kempingowym  w  petetekowskiej  stanicy  w  Czorsztynie  nad 

Dunajcem. Za każdym przewróceniem madejowe łoże skrzypiało niemiłosiernie, a skrzyp ten 

słychać było zapewne aż po drugiej stronie szumiącego Dunajca, jednakże - o dziwo - wcale 

nie przeszkadzało to śpiącemu obok Jarkowi. Co prawda nie można się było dziwić temu za 

bardzo.  Jego  Brat  po  pierwsze  zawsze  odznaczał  się  niezwykle  twardym  i  mocnym  snem,  a 

po  drugie  głośne  skrzypienie  łoża  było  skutecznie  zagłuszane  przez  jeszcze  głośniejsze 

chrapanie śpiącego chłopca. 

Jak  on  może  spać?  -  zżymał  się  Dzika  Mrówka.  -  W  takiej  sytuacji???  -  W  głowie 

Marka  panował  bowiem  w  tym  momencie  istny  mętlik  i  wypełniona  była  (owa  głowa) 

tysiącami  najprzeróżniejszych  myśli,  które  goniły  się  nawzajem,  zagłuszały  i  tłumiły,  a  w 

ostatecznym efekcie Dzika Mrówka wcale, ale to wcale nie mógł zasnąć. 

Rojowisko  Markowych  myśli  kręciło  się  w  zasadzie  wokół  jednego  tylko  słowa,  a 

słowem tym było: 

KIPU 

To  niebywała  sprawa  -  rozmyślał  Dzika  Mrówka  już  od  momentu,  gdy  odeszli  od 

ogniska  -  skarb  królewski  Inków...  Przecież  w  Peru  złota  było  wszędzie  pełno.  Niektóre 

ś

wiątynie  miały  nawet  dachy  kryte  złotymi  blachami.  Olbrzymie  koła,  całe  ze  złota, 

wyobrażały  Boga  -  Słońce.  Ozdoby,  pierścienie,  łańcuchy  i  rozmaite  naczynia  też  były  ze 

złota. 

- Jarek, którego to króla indiańskiego mieli wykupić za złoto z hiszpańskiej niewoli? - 

szarpnął leżącego obok brata. 

- Co? Co się stało? - Jego Brat usiadł na skrzypiącym łożu i półprzytomnie rozglądał 

się wokół. 

- Nic się nie stało - mruknął Dzika Mrówka - a dlaczego niby miało się coś stać? 

- To po co mnie budzisz, jeżeli nic się nie stało? - ziewnął Jego Brat. 

- Chciałem się zapytać... 

- O co? Teraz? W nocy? - zdziwił się Jarek. 

background image

- To co, że w nocy, kiedy akurat mi jedna myśl przyszła do głowy. 

- Jaka znowu mysz? - zdziwił się Jarek, Dzika Mrówka bowiem mówił szeptem. 

- Nie mysz, tylko myśl mi przyszła do głowy. 

- Tobie? - zdziwił się Jarek zupełnie szczerze. - Myśl? 

- Żebym cię nie musiał... - zdenerwował się Dzika Mrówka. 

- To po co mnie w końcu budzisz? 

-  Chciałem  cię  zapytać,  jakiego  to  króla  Inków  wykupić  mieli  za  złoto  z  rąk 

Hiszpanów. 

- Króla Inków? - ziewnął Jego Brat. - Oczywiście, że Atahualpę - mruknął znudzonym 

tonem, w którym czuć było wyraźne zdziwienie, że nie wie się czegoś tak bardzo prostego, i 

odwrócił się ze skrzypem łoża do ściany, zasypiając natychmiast. 

- Atahualpa - przypomniało się teraz Dzikiej Mrówce, że kiedyś czytał książkę na ten 

temat. Książka miała bardzo ładny tytuł, chyba „Królestwo złotych łez”, i była w niej opisana 

historia  podboju  Peru  przez  hiszpańskich  najeźdźców  pod  wodzą  Francisca  Pizarro.  On  to 

właśnie  schwytał  do  niewoli  podstępem  króla  Inków,  owego  Atahualpę,  a  potem  zebrał  zań 

okup  w  postaci  złotych  przedmiotów  wypełniających  salę,  w  której  więziono  króla,  aż  do 

wysokości, do jakiej sięgał więzień wyciągając rękę nad głową. 

Przypuśćmy, że król był wysoki - myślał sobie teraz Dzika Mrówka. - No, na przykład 

taki  jak  mój  tata,  który  mierzy  przeszło  jeden  metr  i  osiemdziesiąt  centymetrów,  to 

wyciągniętą ręką w górę można sięgnąć przeszło dwa metry. Ho, ho! 

A  może  nawet  dwa  i  pół  metra  -  rozmyślał  w  dalszym  ciągu  Marek  -  jeżeli  ten  cały 

Atahualpa miał długie ręce. I gdy mu Hiszpanie - kazali stanąć na palcach. 

Dwa  i  pół  metra!  Ho,  ho,  ho!  Toż  to  olbrzymia  ilość  złota  -  podniecał  się  Dzika 

Mrówka. 

Ale, ale - zreflektował się po chwili i przewrócił niecierpliwie na łóżku, które jęknęło 

pod nim nieomal ludzkim głosem - jak duża była ta sala? Jaki tam był wtedy metraż, w tym 

inkaskim Peru? 

Chyba nielichy - rozmyślał nadal. Pewno w królewskim zamku w stolicy Inków były 

pokoje  większe  niż  w  naszym  M3  lub  M4  -  przypomniał  sobie  niezbyt  duży  pokój  w  ich 

rodzinnym mieszkaniu zajmowany razem z Jego Bratem. 

- Jarek, hej Jaro!! - zawołał półgłosem szarpiąc brata za ramię. 

-  Hę!  hę?  Co  się  stało?  -  Jarek  chrapnął  przeraźliwie  i  poderwał  się  gwałtownie  na 

petetekowskim wyrku aż huknął głową w nisko wiszący dach kempingowego domku. 

- O rany! - jęknął Jarek, który w tym momencie dojrzał wszystkie gwiazdy. I te, które 

background image

akurat świeciły na ciemnogranatowym nocnym niebie i tysiące innych, znacznie większych i 

jaśniejszych. 

- Co się stało? - powtórzył rozcierając bolącą głowę. 

- Jaro, jakie były wymiary tamtego pokoju? 

- Jakiego znów pokoju? 

- No tego, w którym Hiszpanie trzymali Atahualpę. 

- Atahualpę? Tak w przybliżeniu pięć na siedem metrów - mruknął Jarek i padłszy na 

skrzypiące łoże zasnął natychmiast. 

- O, rany! - jęknął tym razem Dzika Mrówka ze zdziwienia - tyle złota! 

Jeżeli Atahualpa mógł aż tyle złota dać za swój okup - rozmyślał dalej Dzika Mrówka 

- to ile musieli Inkowie schować przed najeźdźcami? Pewno ze dwa, no może trzy razy tyle. 

A niechby było choćby i drugie tyle i o w tamtej królewskiej izbie. 

Ho, ho, ho! - Marek otworzył szeroko oczy jakby usiłował w ciemnościach dojrzeć tę 

ogromną  masę  złotych  przedmiotów,  ale  nie  starczyło  mu  wyobraźni  i  poczuł,  że  zakręciło 

mu się w głowie. 

Powoli, powoli - uspokoił sam siebie - pomyślmy po kolei i nie dajmy się zwariować - 

przemawiał cichutkim szeptem. 

Postanowił  w  myślach  odtworzyć  opisane  w  owym  tajemniczym  kipu  wydarzenia 

sprzed  wieluset  lat.  Oto  przez  piaszczyste  pustynie,  przez  tropikalne  lasy,  przez  wysokie 

pokryte  wiecznym  śniegiem  niedostępne  góry  ciągnie  olbrzymi  tłum  Indian.  Idą  całymi 

rodzinami,  razem  z  kobietami  i  dziećmi,  niosą  cały  swój  dobytek,  naczynia,  namioty,  jakieś 

koce  do  przykrywania  się.  Prowadzą  domowe  zwierzęta,  jednym  słowem  prawdziwa 

wędrówka ludów. Długi, bardzo długi wąż złożony z dziesiątków tysięcy ludzi ucieka przed 

okrutnymi białymi najeźdźcami w niedostępne, odludne części tropikalnego Peru. 

A  między  nimi  uchodzi  też  jakiś  wódz,  a  może  nawet  to  jakiś  król  albo  chociaż 

członek  królewskiego  rodu,  co  poznać  można  po  wspaniałym  wielobarwnym  ubiorze,  po 

złotych  ozdobach  i  przede  wszystkim  po  szacunku  i  uwielbieniu  jego  poddanych,  którzy  za 

każdym razem, gdy zbliżają się do przywódcy, padają na ziemią i biją pokłony jak jakiemuś 

bóstwu. 

A za lektyką, w której wędruje król, idą oddziały uzbrojonych wojowników, a wśród 

nich setki tragarzy i setki jucznych zwierząt uginających się pod wielkimi pakami i workami. 

A  w  pakach  i  worach  złote  naczynia,  drogie  kamienie,  złote  i  srebrne  figury  rozmaitych 

dziwacznych bożków, pierścienie i bransolety. 

Dzika Mrówka znowu otworzył oczy. Szeroko, bardzo szeroko, jakby chciał dostrzec 

background image

wszystkie  unoszone  skarby.  Tymczasem  dojrzał  przez  szpary  kempingowego  domku 

błyszczące na niebie gwiazdy. 

Jak  inkaskie  diamenty!  -  przyszło  mu  do  głowy  porównanie.  -  I  pewno  tych 

diamentów gdzieś tam tyle, ile tu gwiazd na niebie! 

No  i  pomyśleć,  że  tajemnicę  takich  skarbów  kryje  w  sobie  parę  zwykłych 

sznureczków z jeszcze zwyklejszymi węzełkami! - mruknął półgłosem. - Jakby tu odczytać to 

dziwaczne, do żadnego niepodobne pismo? 

Leżał tak przez chwilę z otwartymi szeroko oczyma zupełnie spokojnie, co już samo 

przez  się  było  dowodem  nadzwyczajnego  skupienia,  normalnie  bowiem  Dzika  Mrówka  nie 

mógł  ani  chwili  usiedzieć  na  miejscu,  a  Tata  nieodmiennie  twierdził,  że  syn  musiał  w  swej 

wczesnej  młodości  najwidoczniej  połknąć  jakąś  sprężynę  od  zepsutego  zegarka  i  teraz  mu 

przez przerwy to się sama nakręca, to znów się jeszcze szybciej rozkręca. 

- Zaraz, zaraz! - krzyknął nagle nieomal na cały głos i poderwał się zapomniawszy, że 

dach  domku  jest  tuż,  tuż  nad  skrzypiącym  wyrkiem.  Huknął  się  tedy  potężnie  w  głowę,  ale 

prawdę  mówiąc  wcale  na  to  nie  zwrócił  uwagi  i  nawet  nie  zauważył  dodatkowych  tabunów 

gwiazd, jakie ukazały mu się w oczach. 

-  Co??  Hę...  -  mruknął  przez  sen  Jarek  i  nawet  na  kilka  sekund  przerwał  rozgłośne  i 

regularne chrapanie. 

Marek jednak nie zwrócił w tym momencie nawet najmniejszej uwagi na swego brata 

bliźniaka,  do  głowy  bowiem  wpadła  mu  genialna  myśl.  -  Przecież  niedawno  czytałem  w 

„Dzienniku Bałtyckim” artykuł o jakimś chłopcu, uczniu jednej z elbląskich szkół, który - ku 

zdumieniu i podziwowi poważnych uczonych z wielu krajów świata - odczytał jakieś bardzo 

stare, bardzo dziwne i niezwykle trudne pismo. Więc może by i kipu?... 

-  Jaro!  Heej!!!  Jaro!!!  -  wrzasnął  Dzika  Mrówka,  przytrzymując  jednocześnie  głowę 

swego brata bliźniaka, aby go ponownie nie narazić na uderzenie tejże o dach. Ile było w tym 

geście braterskich uczuć, a ile obawy o całość kempingowego domku, nie wiadomo, dość że 

tym razem Jarek został obudzony po raz już trzeci w ciągu ostatnich nocnych godzin. 

-  Co  znowu?  -  mruknął  zupełnie  przytomnym  głosem  i  wcale  nie  wydawał  się 

zdziwiony kolejnym wybrykiem swego niepoprawnego brata. 

-  Pamiętasz  tego  chłopaka  z  Elbląga,  który  odczytał  jakieś  tam  pismo?  -  zapytał 

podekscytowany Dzika Mrówka. 

- Nie jakieś tam pismo, a pismo z Wyspy Wielkanocnej - sprostował Jarek, jak zwykle 

dokładny i flegmatyczny. 

- Mniejsza o to, ale czy pamiętasz jego imię i nazwisko? - denerwował się Marek. 

background image

- A dlaczego miałbym nie pamiętać? - zdziwił się Jarek i wyrecytował nic tylko imię i 

nazwisko,  ale  też  i  nazwę  szkoły  w  Elblągu,  do  której  młodociany  badacz  Wyspy 

Wielkanocnej uczęszczał. - Tylko nie wiem, po co ci to potrzebne - dorzucił. 

- Jak to, po co? Przecież on może odczytać nasze kipu! 

- Nasze? - powtórzył Jarek. 

-  No...  mniejsza  o  to,  czy  nasze  -  zreflektował  się  Marek  -  ale  może  mógłby 

odczytać... 

- Może i mógłby. Fakt! - zgodził się Jarek. 

- No to trzeba zaraz uruchomić odpowiednią akcję. - Dzika Mrówka poderwał się ze 

swego niemiłosiernie skrzypiącego łóżka. 

-  Teraz?  -  zaprotestował  Jarek.  Spojrzał  na  fosforyzujące  w  ciemności  wskazówki 

zegarka. - Nie sądzisz, że druga w nocy to mało odpowiednia pora na cokolwiek poza snem? - 

zapytał wyraźnie sennym głosem. 

-  O  rany!  -  odezwał  się  Dzika  Mrówka,  a  w  tym  słowie  zawarty  był  podziw  i  dla 

encyklopedycznych wręcz wiadomości Jego Brata, i dla jego niczym niezmąconego spokoju, i 

oburzenie, że się wcale  nie przejmuje tak emocjonującą sytuacją, i zdumienie, że można tak 

natychmiast zasypiać, z sąsiedniego bowiem łóżka dobiegło już równomierne pochrapywanie. 

- Fakt! - mruknął ostatecznie Dzika Mrówka, który w końcu przyznał rację śpiącemu 

bliźniakowi, że jednak z rozwinięciem akcji należy mimo wszystko poczekać do ranka. 

Co też tam może być w tym kipu? - zaczął znowu rozmyślać Marek i tak rozmyślając 

nawet sam nie wiedział kiedy usnął młodzieńczym, twardym jak kamień snem. 

Ranek  wstał  rześki,  słoneczny  i  kolejny  dzień  wędrówki  zapowiadał  się  pięknie,  co 

było  niezwykle  ważne,  jako  że  właśnie  dziś  płetwonurkowa  grupa  wędrowna  miała 

zaplanowany spływ tratwami z Czorsztyna do Szczawnicy przez przełom Dunajca. 

Dzika  Mrówka,  dobudzony  z  trudem  przez  Pana  Wojtka,  poderwał  się  wszakże 

błyskawicznie  i  pomijając  nieskomplikowany  zabieg  porannego,  zresztą  wielce  pobieżnego, 

mycia, pobiegł do domków zajmowanych przez grupę praktykantów studenckich. 

Odnalazł narratora z wczorajszego ogniska i natychmiast powiedział mu wszystko, co 

wymyślił w czasie bezsennych godzin nocnych. 

-  Mówisz,  że  w  Elblągu  mieszka  takie  „cudowne  dziecko”  archeologii?  -  w  głosie 

Studenta słychać było wyraźnie ton powątpiewania. 

-  Może  nie  „cudowne  dziecko”,  ale  to,  co  opowiadam,  to  najprawdziwsza  prawda  - 

zaperzył się Dzika Mrówka. - Zresztą może pan spytać Jara. 

- A kto to taki? - zainteresował się student. 

background image

- Jak to kto? Oczywiście mój młodszy brat. Zresztą bliźniak - wyjaśnił Dzika Mrówka. 

- No więc ostatecznie jak? - roześmiał się przyszły historyk sztuki - albo bliźniak albo 

młodszy.  Zresztą  mniejsza  z  tym,  wróćmy  do  naszego  chłopca  z  Elbląga  -  zastanowił  się  - 

jeżeli  jest  tak,  jak  mówisz,  to  może  warto  by  spróbować.  Choć,  prawdę  mówiąc,  nie  rokuję 

wielkich nadziei, ale... 

- No właśnie - podtrzymał Marek. 

-  Tak  czy  inaczej,  trzeba  się  spytać  mojego  Profesora,  który  jest  szefem  naszej 

poszukiwawczej grupy. Pogadamy i zobaczymy, co się da zrobić. 

Pogadali  i  okazało  się,  że  Profesor  przychylił  się  jak  najbardziej  do  projektu  Dzikiej 

Mrówki. 

-  W  nauce  -  powiedział  Profesor,  starszy  już  mocno,  ale  bardzo  jeszcze  rześki  i 

wysportowany  mężczyzna,  o  wspaniałej  brodzie,  która  w  zupełności  kompensowała 

kompletny  brak  włosów  na  łysej  jak  kolano  profesorskiej  głowie  -  w  poszukiwaniu 

odpowiedzi  na  wciąż  stawiane  przez  samego  siebie  pytania  nie  wolno  pomijać  żadnej 

możliwości  jej  odnalezienia.  Uczeń  z  Elbląga  -  powiadasz,  chłopcze  -  Profesor  popatrzył 

badawczo na Dziką Mrówkę. - Słyszałem o tym podobno utalentowanym młodym człowieku 

i wiem, że nawet go gdzieś zapraszano za granicę. Na zjazd, konferencję czy coś takiego. A 

sam  pomysł  jest  dobry.  Szczególnie,  że  muszę  się  przyznać,  iż  ja  osobiście  nie  mam 

wielkiego  pojęcia  o  tajemniczym  kipu.  Nigdy  zresztą  się  w  swoim  życiu  tym  nie 

zajmowałem, choć wiem, że sprawa jest niezwykle, trudna. 

-  Im  trudniejsza,  tym  ciekawsza,  panie  profesorze  -  nie  wytrzymał  w  tym  momencie 

Dzika Mrówka. 

-  A  tak,  tak  -  przytaknął  Profesor  -  w  tym  wypadku  masz,  drogi  chłopcze,  całkowitą 

rację. Mnie przez całe życie interesowały rzeczy tylko naprawdę trudne. Bo tylko pokonanie 

czegoś trudnego daje prawdziwą i pełną satysfakcję - zakończył sentencjonalnie. 

Ostatecznie  stanęło  na  tym,  że  grupa  studentów  przygotuje  do  wieczora  dokładne 

fotografie  znalezionego  w  starej  skrzyni  kipu,  a  fotografie  te  wraz  z  odpowiednim  listem 

wyśle Dzika Mrówka wraz z Jego Bratem do chłopca z Elbląga na adres jego szkoły. 

Studenci zajęli się zatem przygotowaniem odpowiedniej dokumentacji, a płetwonurki 

wędrowne  tymczasem  ruszyły  tratwami  w  gardziel  przełomu  Dunajca.  Tak  się  przy  tym 

złożyło, że poza Panem  Wojtkiem nikt jeszcze z całej  grupy nie był w tych okolicach i nikt 

nie płynął tratwami Dunajcem. Zresztą Pan Wojtek też tratwą nie płynął, znał jednak Przełom 

Dunajca z międzynarodowych spływów kajakowych, w których co roku niemal od wielu już 

lat brał czynny udział. 

background image

Ruszyli  tedy  wszyscy  wesołą  gromadą,  a  że  trafili  na  bardzo  utalentowanego 

gawędziarza w osobie jednego z flisaków, który całą drogę umilał im opowiadaniem starych 

ciekawych  legend  góralskich  związanych  z  Przełomem  Dunajca,  usłyszeli  wiele  historii  o 

słynnym  Janosiku, zbójniku,  który  w  tych  właśnie  okolicach  dokonywał  swoich  walecznych 

czynów,  o  walkach  górali z  wrogami  w  czasach  szwedzkiego  potopu  i  podczas  konfederacji 

barskiej i wiele, wiele innych. 

Płynęli  tak  zasłuchani  w  góralskie  gadki  starego  flisaka  i  szum  wartko  rwącej  rzeki, 

zapatrzeni  w  mijane  malownicze  i  zmieniające  się  co  chwila  brzegi  i  zachwyceni  pięknem 

polskiej ziemi, aż za którymś tam z kolei gwałtownym zakrętem, gdy Dunajec wrzynał się w 

jeszcze piękniejszą niż poprzednie skalistą gardziel, Dzika Mrówka stwierdził: 

- Tego się nie da opisać, TO TRZEBA SAMEMU ZOBACZYĆ! 

-  A  ja  stawiam  wniosek,  że  spływ  Dunajcem  musi  być  w  każdej  szkole  w  Polsce 

zaliczony do LEKTUR OBOWIĄZKOWYCH! - dorzuciła Ulka. 

- FAKT! - zgodził się Jego Brat. 

-  Fakt!  -  potwierdził  w  duchu  autor  tej  książki  piszący  te  słowa  i  zdecydował,  żeby 

zamiast opisu Przełomu Dunajca zachęcić wszystkich młodych Czytelników do pojechania i 

do zobaczenia WŁASNYMI OCZYMA, co też niniejszym czyni. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI, 

W KTÓRYM KIPU ZACZYNA PRZEMAWIAĆ LUDZKIM, CHOĆ 

ZAGADKOWYM JĘZYKIEM 

Gdy  płetwonurkowie  z  obozu  wędrownego  dotarli  wieczorem  do  Czorsztyna,  po 

przepłynięciu  bowiem  tratwami  przełomu  Dunajca  dalszy  plan  przewidywał  przemarsz 

powrotny  poprzez  Sokolicę  i  Trzy  Korony,  okazało  się,  że  materiały  dla  Chłopca  z  Elbląga 

nie  są  jeszcze  gotowe.  Wprawdzie  schły  już  fotografie  kipu,  jednakże  po  ich  obejrzeniu 

Profesor  uznał,  że  płaskie  zdjęcie  całości  nie  jest  dostatecznie  czytelne.  Po  prawdzie  Dzika 

Mrówka pomyślał w tym momencie, że - jak na razie - to chyba o jakiejkolwiek czytelności 

nie może nawet być mowy, nic jednak nie powiedział, onieśmielał go bowiem zarówno wiek 

Profesora, jak też jego potężna siwa broda oraz nie mniej potężna łysina. 

Profesor zatem zdecydował, że zostaną wykonane fotografie oddzielnych sznurków z 

węzłami i to każdego z dwóch, a nawet może z czterech stron, aby otrzymać jak najbardziej 

plastyczne odwzorowanie oryginału. 

Te wszystkie decyzje opóźniły znacznie przygotowanie odpowiedniego materiału dla 

przyszłych  badań  Chłopca  z  Elbląga.  Ostatecznie  ustalono,  ze  Profesor  prześle  go  na  ręce 

Pana  Wojtka,  który  też  zapalił  się  do  pomysłu  Dzikiej  Mrówki,  a  dalszym  ekspediowaniem 

zajmie się płetwonurkowa młodzież. 

Młodzi  wędrowcy  ruszyli  więc  dalej  górskimi  ścieżkami,  przez  lasy  i  łąki,  wzdłuż 

koryt  rzek  i  potoków  przez  Pieniny,  Szczawnicę  i  Rytro  aż  do  Krynicy,  a  po  powrocie  do 

domowych pieleszy Pan Wojtek zastał już czekającą nań fotograficzną przesyłkę. 

- No, to róbcie dalej, co do was należy. - Pan Wojtek wręczył pakiet fotografii Dzikiej 

Mrówce na normalnym treningu na basenie w Szkole Morskiej. 

Następnego  dnia  w  domu  Dzikiej  Mrówki  i  Jego  Brata  zebrała  się  grupka 

płetwonurków, aby wspólnie spłodzić odpowiedni list do Chłopca z Elbląga, którego przecież 

nikt z zebranych osobiście dotychczas nie znał. 

-  Najważniejszy  jest  początek  -  powiedziała  Ulka,  która  też  uczestniczyła  w  zespole 

redakcyjnym BARDZO WAŻNEGO LISTU. 

- No to jak zaczniemy? - zastanowił się Jarek. 

- Może po prostu „Szanowny Kolego” - zaproponowała Ula. 

-  Eee,  to  zbyt  normalnie  -  skrzywił  się  Dzika  Mrówka  -  za  prosto  na  taką  WAŻNĄ 

SPRAWĘ - stwierdził. 

background image

- A gdybyś ty miał zacząć, to co byś napisał? - zapytała Ula. 

-  Ja  to  bym  zaczął  poważniej.  Na  przykład  MISTRZU  albo  jeszcze  lepiej  UCZONY 

MISTRZU. 

- Przesadzasz... - roześmiała się Ulka. 

- Nic nie przesadzam - zaperzył się Marek. - Jego zaprosili nawet za granicę. I to kto? 

Jacyś bardzo poważni uczeni różnych narodowości. Jak mu napiszemy „Szanowny Kolego”, 

to może się obrazić. Przecież tak to może do niego piszą Profesorowie. Z siwymi brodami na 

przykład... 

- I z łysiną - dorzuciła Jadźka i roześmiała się właściwie nie wiadomo dlaczego, jak to 

Jadźka. 

- No więc ostatecznie jak? - zastanawiała się Ulka. 

-  Żeby  wilk  był  syty  i  owca  cała  to  może  napisać:  „Szanowny  Uczony  Kolego”  - 

odezwał się milczący Jarek. - I proponuję, żebyśmy w końcu zaczęli pisać, bo inaczej to nam 

czasu do jutra nie starczy. Fakt! 

Ostatecznie po wielu poprawkach i skreśleniach spłodzono wspólnie list do Chłopca z 

Elbląga, który w ostatecznej swej wersji brzmiał tak: 

 

Szanowny Uczony Kolego! 

My,  grupa  płetwonurków,  zwracamy  się  do  Szanownego  Uczonego  Kolegi  z 

następującą  prośbą.  Otóż  w  czasie  letniej  wędrówki  po  górach  napotkaliśmy  obóz  studencki 

poszukujący rozmaitych zabytków polskiej kultury i sztuki. I ci studenci odkryli w jednym z 

dworków bardzo starą skrzynię, a w skrzyni znaleźli pamiętnik konfederata barskiego, który 

zawędrował  w  swym  życiu  aż  do  Peru.  Po  wielu  przygodach  i  po  powrocie  do  kraju  ów 

konfederat  opisał  swoje  życie,  a  swym  potomkom  przekazał  bardzo  tajemniczy  testament, 

którego wierny odpis przesyłamy w tym liście, jak też i zdjęcia znalezionego w starej skrzyni 

inkaskiego kipu. 

Ponieważ  Szanowny  Uczony  Kolega  wsławił  się  już  odczytaniem  bardzo  trudnego 

pisma z Wyspy Wielkanocnej, o czym z wielką radością czytaliśmy w naszej gazecie, mamy 

wielką prośbę, aby Szanowny Uczony Kolega zechciał odczytać i nasze kipu i wierzymy, że 

Szanownemu Uczonemu Koledze to się na pewno uda. 

Przesyłamy serdeczne pozdrowienia 

i czekamy na odpowiedź 

MŁODZI PŁETWONURKOWIE 

 

background image

Pod  listem  podpisali  się  wszyscy  obecni,  a  więc  Marek,  Jego  Brat,  czyli  Jarek,  dalej 

Ulka i Jadźka oraz Baleron, Drzazga, Szufla, Halina i inni. 

List  wraz  z  załącznikami,  czyli  odpisem  odpowiedniego  fragmentu  pamiętnika 

barskiego  konfederata  i  wszystkimi  odbitkami  zdjęć  kipu  zapakowano  do  dużej  szarej 

koperty,  na  której  napisano  imię  i  nazwisko  Chłopca  z  Elbląga  oraz  adres  jego  szkoły  i 

wysłano jako list wartościowy. 

Gdy  Marek  nadawał  nazajutrz  ten  list  na  poczcie  wraz  ze  swym  bratem  bliźniakiem, 

Pani Urzędniczka zza okienka spytała Dziką Mrówkę: 

- A jaka jest wartość tej przesyłki? 

- Ho, ho - odrzekł Dzika Mrówka. 

- Nie rozumiem - powiedziała Pani Urzędniczka. 

- Powiedziałem, że może być bardzo duża - Marek pospieszył z wyjaśnieniem. 

-  Jak  to?  Co  to  znaczy  może  być?  -  zdziwiła  się  Pani  Urzędniczka.  -  Mnie  nie 

interesuje, jaka może być, dla mnie jest ważne, jaka jest. 

-  Kiedy  tak  jest  naprawdę  -  upierał  się  Marek  -  niech  Pani  spyta  mego  młodszego 

brata, zresztą bliźniaka. 

- Fakt!! - potwierdził Jarek i właściwie nie było wiadomo, czy potwierdza on wartość 

przesyłki, czy że zgadza się, że jest młodszym bratem bliźniakiem. 

-  Nie  zawracajcie  mi  głowy,  chłopcy  -  zdenerwowała  się  Pani  Urzędniczka  -  inni 

klienci czekają. 

-  No  to  niech  będzie  sto  złotych  -  zdecydował  Marek  -  ale  lepiej  może  dwieście  - 

dodał szybko po chwili. 

- Wiesz co, Jaro - powiedział do brata Marek, gdy już wyszli z poczty - a może lepiej 

było zamiast zdjęć, zrobić samemu dokładną kopię kipu i wysłać teraz do Elbląga. 

- Eee - skrzywił się Jego Brat - kto by tam potrafił. 

- Można było spróbować - zaczął Marek. 

- No to dlaczego nie spróbowałeś - zapytał Jarek. 

- Bo mi to dopiero teraz przyszło do  głowy  - zmartwił się Dzika Mrówka. - A jeżeli 

Chłopak z Elbląga nie da rady odczytać z fotografii, to co wtedy? 

-  Na  razie  to  zmartwienie  Chłopca  z  Elbląga  -  stwierdził  spokojnie  Jarek.  - 

Zobaczymy, co mu się uda. Teraz musimy zaczekać. 

- Fakt! - tym razem przytaknął Dzika Mrówka. 

Istotnie.  I  Dzikiej  Mrówce,  i  Jego  Bratu,  i  innym  członkom  wędrownego  obozu 

płetwonurków  wraz  z  Panem  Wojtkiem  na  czele  nie  pozostawało  obecnie  nic  innego  jak 

background image

spokojne  czekanie.  Miął  jednak  jeden  tydzień  i  drugi,  wreszcie  przeszedł  cały  miesiąc,  a  z 

Elbląga nie nadchodziła żadna wiadomość. 

-  Miciu!  -  wołał  codziennie  Dzika  Mrówka,  wpadali  jak  burza  do  domu  ze  szkoły  - 

Nie było do nas listu z Elbląga? 

- Ani z Elbląga, ani z żadnego innego miasta - odpowiadała niezmiennie Mama, która 

oczywiście była wtajemniczona w całą sprawę, ale nie wyrażała wiele nadziei na pozytywne 

zakończenie elbląskiej ekspertyzy. 

-  To  ma  być  pismo?  -  zdziwiła  się,  gdy  ujrzała  po  raz  pierwszy  fotografie 

tajemniczego kipu. - Przecież toto zupełnie przypomina robótkę na drutach albo na szydełku. 

Niedawno  widziałam  na  wystawie  nowoczesnego  gobelinu  w  Sopocie  kropka  w  kropkę 

podobną makatkę. 

- Eee - skrzywił się z niedowierzaniem Dzika Mrówka. - Kropka w kropkę? 

-  No,  może  nie  kropka  w  kropkę,  ale  węzełek  w  węzełek  -  roześmiała  się  Mama  - 

Micia - bo makatka właśnie była taka sznurkowo - węzełkowa. Zresztą idźcie sami zobaczyć. 

Zawsze mówiłam, że za  mało interesujecie się sztukami pięknymi.  Zwłaszcza ty, Marku, bo 

Jarek to co innego, przynajmniej dużo czyta. 

-  Ojejej,  mamo,  że  też  mama  zawsze  musi  coś  przeciwko  mnie.  A  ja  to  niby  nie 

czytam?  Sama  mama  mówiła,  że  za  dużo,  kiedy  czytałem  książki  żeglarskie  albo 

płetwonurkowe. 

-  No,  niby  racja  -  przyznała  Mama  -  ale  nie  masz  żadnej  wytrwałości  ani 

systematyczności.  Najpierw  czytasz  bez  opamiętania,  a  potem  długie  miesiące  zupełnie  nic. 

Nie to co Jarek. 

-  A  co,  mamo,  to  moja  wina,  że  ciągle  coś  innego  mnie  interesuje?  A  teraz  tylko 

czekam, co Chłopak z Elbląga odcyfruje. Wtedy mama zobaczy, że zacznę znowu czytać. 

- Żeby tylko odcyfrował, bo mnie się wydaje to zupełnie niemożliwe. Takie supełki - 

Mama z wyraźnym powątpiewaniem pokiwała głową. 

- Kiedy Chłopak z Elbląga jest bardzo zdolny i nie takie rzeczy potrafi - zaperzył się 

Marek. - A Mama niech lepiej nie zapesza. 

- Może on i jest bardzo zdolny - zgodziła się Mama - ale takie węzełki - supełki... 

Prawdę mówiąc Dzika Mrówka wcale nie był jednak tak bardzo pewny, czy Chłopak z 

Elbląga poradzi sobie z pismem, którego przecież nie mogli odczytać nie byle jacy uczeni, i 

po  miesiącu  daremnego  oczekiwania  postanowił  wysłać  do  Chłopca  z  Elbląga  drugi  list  z 

zapytaniem. 

- Bo może ten pierwszy przepadł - zwierzył się któregoś dnia Ulce. 

background image

- Eee, dlaczego by miał przepaść. Przecież był polecony. 

- To może jeszcze nie doszedł? 

- Do Elbląga? Przecież to zupełnie blisko. 

-  To  nic  nie  znaczy,  że  blisko.  Dla  poczty  nic  ma  trudnej  sprawy.  W  jakiejś  gazecie 

czytałem,  że  na  przykład  w  Anglii  list  szedł  z  jednej  dzielnicy  Londynu  do  drugiej  przez 

dwadzieścia cztery lata! 

- No, ale w końcu doszedł - roześmiała się Ula. 

- Ba - Marek chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu też się roześmiał i po chwili 

dodał - Fakt! 

Niemniej  jednak  następnego  dnia  wysłał  -  w  tajemnicy  nawet  przed  Jarkiem  -  list  z 

uprzejmym  zapytaniem,  czy  Chłopiec  z  Elbląga  otrzymał  zdjęcia  kipu  i  jak  mu  idzie  praca 

nad odczytywaniem tajemniczej treści. 

W  trzy  dni  później  Micię,  pogrążoną  w  studiowaniu  zupełnie  nowego  przepisu 

wspaniałego ciasta, wyrwał z zamyślenia dzwonek u drzwi. 

- Kto może być o tej porze? - zdziwiła się spojrzawszy na ścienny zegar z wahadłem. 

Dzwonił  listonosz,  stary  zresztą  Mamy  znajomy,  który  nigdy  nie  omieszkał  u  niej 

odpocząć, parę słów zamienić, a często i herbatę wypić pojadając czymś słodkim. 

- Co dziś tak wcześnie, panie Ignacy? - zdziwiła się Mama - Micia. 

-  A  bo  dziś  zastępuję  roznosiciela  telegramów,  proszę  łaskawej  pani.  -  Listonosz 

podkręcił siwego wąsa i sięgnął do niewielkiej podręcznej skórzanej torby. 

- Jezus Maria - cofnęła się Mama. - Telegram??? 

-  Ano,  telegram  -  potwierdził  listonosz.  -  Ale  nic  złego  -  dodał  szybko  widząc,  że 

Mama  dziwnie  zbladła  -  bo  na  poczcie  jak  telegram,  no  wie  pani,  to  mówią  od  razu.  żeby 

odpowiednio wręczyć. 

Treść telegramu brzmiała niezwykle zagadkowo: 

KIPU 

WRESZCIE 

ZACZYNA 

MÓWIĆ 

STOP 

CIERPLIWOŚCI 

STOP 

POZDROWIENIA STOP 

TUPAK AMARU 

Mama  poprosiła  machinalnie  pana  listonosza  do  kuchni  na  herbatę.  Pan  Ignacy 

podkręcił sumiaste wąsy i zasiadł za stołem. 

-  Chwileczkę  czasu  mam,  bo  to  był  ostatni  telegram  -  powiedział  -  ale  niedługo,  bo 

muszę  wracać  na  pocztę  po  nową  porcję,  która  może  tymczasem  nadeszła.  A  wiadomość 

dobra,  łaskawa  pani?  -  zapytał  z  zainteresowaniem,  mieszając  łyżeczką  cukier  w  szklance 

herbaty. 

background image

Mama - Micia przeczytała ponownie telegram na głos. 

- Dziwny jaki - stwierdził pan Ignacy. - Ja bardzo przepraszam łaskawą panią, ale skąd 

takie niezwykłe imię i u dziecka, i u tego nadawcy. 

- Jakie imię? - zdziwiła się Mama. 

- No, tego dziecka, które wreszcie zaczyna mówić. Kipu. Teraz, to za przeproszeniem 

łaskawej  pani,  ludzie  dają  swoim  dzieciom  najdziwaczniejsze  imiona.  Na  przykład  znajomi 

dali dziewczynce Olimpiada, ale oni oboje to tacy zapaleni sportowi kibice, że nie daj Boże. 

A  jednemu  chłopcu,  proszę  łaskawej  pani,  to  dali  jeszcze  gorsze  imię...  Ale  żeby  Kipu,  to 

czegoś takiego naprawdę nie słyszałem. 

- Kiedy to wcale nie imię - zdołała wtrącić Mama. 

-  Hę,  łaskawa  pani?  -  pan  Ignacy  odstawił  szklankę  z  niedopitą  herbatą  i  pogłaskał 

siwe wąsy. - Powiada pani, że nie imię? To może i ten jakiś Tupak Amaru to też ani imię, ani 

nazwisko? 

-  Tak  prawdę  mówiąc  to  sama  nie  wiem,  co  ma  znaczyć  ten  podpis  -  roześmiała  się 

mama. 

-  Hę,  że  niby  jak?  -  zdumiał  się  szczerze  pan  Ignacy  -  to  znaczy,  że  łaskawa  pani 

otrzymuje telegram i nie wie od kogo? 

-  Trochę  wiem.  Bo  jeżeli  chodzi  o  kipu,  to  jest  to  takie  specjalne  indiańskie  pismo. 

Węzełkowe - poczęła wyjaśniać Mama. 

- Węzełkowe, powiada łaskawa pani? Niby to kipu? A niby dlaczego ono ma zacząć 

mówić? Hę? 

- O, to bardzo długa i wielce skomplikowana historia, sięgająca od Czorsztyna przez 

Elbląg aż do Peru. 

-  Od  Czorsztyna,  powiada  łaskawa  pani,  aż  do  Peru?  -  pan  Ignacy  patrzył  na  Mamę 

coraz bardziej zdziwionym wzrokiem, w którym malować się poczęło pewne, nieuchwytne na 

razie  podejrzenie.  Nagle,  jakby  podjął  jakąś  ważną  decyzję,  wstał  od  stołu,  sięgnął  po  swą 

służbową  czapkę,  nałożył  ją  na  mocno  już  szpakowatą  głowę,  zasalutował  i  wycofując  się 

tyłem z kuchni powiedział: 

-  To  ja  już  pójdę,  łaskawa  pani.  I  dziękuję  za  kipu,  tfu,  chciałem  powiedzieć,  za 

herbatę, łaskawa pani. 

W  przeciwieństwie  do  pana  Ignacego  Dzika  Mrówka  wcale  nic  był  zaskoczony 

tajemniczym telegramem, a wprost przeciwnie, uradował go on do tego stopnia, że odtańczył 

wokół  Mamy  -  Mici  wraz  ze  swym  bratem  bliźniakiem  taniec  RADOSNEGO  PTAKA 

DZIWAKA, co oznaczało w przytulnym mieszkaniu w Oliwie, podleśnej dzielnicy Gdańska, 

background image

wydarzenie doniosłej i wielce radosnej wagi *. [Dokładny opis rytualnego w rodzinie Dzikiej 

Mrówki  tańca  Radosnego  Ptaka  Dziwaka  znajduje  się  w  rozdziale  drugim  książki  tego 

samego autora pt. „Dzika Mrówka i tam - tamy”.] 

- NIECH ŻYJE CHŁOPAK Z ELBLĄGA!!! - Dzika Mrówka wrzeszczał tak głośno, 

ż

e  zdołał  zbudzić  nawet  największego  śpiocha  ze  wszystkich  znanych  psów,  jakim  był 

Bombel,  podrzutek  litościwie  przygarnięty  przez  Mamę  -  Micię  w  czasie  wakacyjnej 

samotności.  Pies  był  wielorasowy  z  przewagą  z  przodu  foksteriera,  z  tyłu  zaś  jamnika,  miał 

usposobienie  wybitnie  filozoficzne  i  nie  był  zbyt  kłopotliwym  sublokatorem  w  niewielkim 

mieszkaniu,  oddawał  się  bowiem  przez  cały  boży  dzień  głównie  dwóm  zajęciom,  a 

mianowicie albo jadł, albo spał. Co do jedzenia nie był zresztą na szczęście wybredny i jadał 

byle  co,  byle  dużo,  ze  spaniem  natomiast  była  zupełnie  inna  sprawa.  Uwielbiał  spać  na 

specjalnej  poduszce  w  przytulnym  kąciku  między  szafą  a  kaloryferem  i  trudno  go  było 

dobudzić.  Zresztą  i  bardzo  dobrze,  obudzony  bowiem  nie  w  porę  jedzenia  miał  dość 

oryginalny  sposób  wyrażania  swego  oburzenia,  siadał  bowiem  na  środku  pokoju  swą 

jamnikopodobną  połową,  przednią  zaś  foksterierowatą  część  unosił  ku  górze  i  wył  głośno  i 

fałszywie. 

I  obecnie  wszczął  się  w  mieszkaniu  tak  potworny  harmider,  że  szyby  drżały,  ludzie 

przechodzący akurat pod oknami przyśpieszali kroku i oglądali się wokół bojaźliwie, a Mama 

- Micia wsadziła sobie do obu uszu specjalnie na taką okoliczność przygotowane plastykowe 

zatyczki,  a  na  to  jeszcze  specjalne  słuchawki  przeciwhałasowe,  które  kiedyś  w  tym  właśnie 

celu  Tata  przyniósł  ze  statku,  gdzie  były  używane  przez  mechaników  zmuszonych  do 

przebywania w piekielnie głośnej maszynowni. 

Tak uzbrojona, wyglądająca trochę jak pilot kosmonauta z pomarańczowo - zielonymi 

słuchawkami  na  włosach,  siadła  spokojnie  do  czytania  zaległego  czasopisma,  wiedziała 

bowiem  z  wielorazowego  doświadczenia,  że  teraz  nie  pomogą  żadne  interwencje  i  że 

zaistniała sytuacja ulegnie złagodzeniu dopiero po upływie pewnego czasu. 

Znowu minął jeden tydzień i drugi i Dzika Mrówka ponownie poczuł zaniepokojenie, 

a  nawet  nachodziły  go  niezbyt  wesołe  myśli,  że  otrzymany  telegram  był  po  prostu  figlem 

spłatanym  być  może  przez  jakichś  złośliwych  kolegów  Chłopca  z  Elbląga.  I  znowu  -  jak 

poprzednio - każdego dnia po powrocie ze szkoły pierwszym pytaniem było: 

- Czy był list z Elbląga? 

Listu na razie jednak jak nie było, tak nie było. 

Aż  nagle  któregoś  dnia  Mama  -  Micia  otwierając  synowi  drzwi  w  odpowiedzi  na 

niecierpliwy - jak zwykle - podwójny, a nawet potrójny dzwonek (tak jakby żaden z nich nie 

background image

miał  przy  sobie  klucza,  a  mieli  przecież  obaj!)  oznajmiła  swym  chłopakom  uprzedzając 

pytanie Dzikiej Mrówki: 

- Jest LIST! 

Ż

aden  z  nich  nie  zapytał  nawet  ani  jaki  to  list,  ani  skąd,  ani  od  kogo,  wiadomo 

bowiem było z góry, że jeżeli LIST, to tylko LIST OD CHŁOPCA Z ELBLĄGA. 

-  Ale  gruby!  -  wykrzyknął  Marek,  widząc  solidnie  wypchaną  dużą  kopertę  w  ręku 

Mici. 

-  Fakt!  -  zgodliwie  przytaknął  Jego  Brat  i  jął  starannie  a  powoli  oglądać  znaczki  i 

stemple na kopercie. 

-  O  rany!  -  nie  wytrzymał  Dzika  Mrówka  i  wyrwał  niecierpliwym  gestem  wypchaną 

kopertę z rąk brata bliźniaka. Jednym równie niecierpliwym ruchem rozerwał szarą kopertę, z 

której  wyleciały  zdjęcia  kipu,  kartka  papieru  i  spory,  złożony  na  pół  arkusz  brystolu  z 

poopalanymi brzegami, imitujący stary, nadgryziony zębem czasu pergamin. 

- O rany!!! - zawołał ponownie zdziwiony nieco otrzymaną przesyłką Dzika Mrówka. 

- A to co takiego? 

Tymczasem  Jego  Brat  wyłowił  zawieruszoną  między  zdjęciami  kartkę  papieru,  na 

której Chłopak z Elbląga napisał: 

 

Czołem koleżanki i koledzy 

płetwonurkowie wędrujący! 

 

Bardzo  wam  serdeczne  dzięki  ślę  za  dostarczenie  mi  ciekawej  rozrywki  na  parę 

deszczowych tygodni. Sprawa była jednak trudniejsza niż początkowo myślałem, bo okazało 

się, że ze zdjęć trochę trudniej się czyta niż bezpośrednio ze sznurków. To tak mniej więcej, 

jak odgadywanie krzyżówki w pamięci bez zapisywania znaczenia słów albo granie w szachy 

z  zawiązanymi  oczyma.  Bardzo  pomocne  były  dla  mnie  pierwsze  trzy  słowa  kipu 

zapamiętane przez konfederata i bez tego chyba bym wcale nie dał rady,  szczególnie że ten, 

co  przed  wiekami  wiązał  supełki,  nie  był  chyba  bardzo  wprawnym  pisarzem  i  parę  znaków 

poprzekręcał.  No  ale  ostatecznie  odczytałem  całość  i  przepisałem  ją  wam  na  oddzielnej 

karcie. 

Serdecznie pozdrawiam i życzę powodzenia 

w dalszych poszukiwaniach 

ZŁOTEGO LODU. 

Tupak Amaru 

background image

- O jakim ZŁOTYM LODZIE on pisze? - zastanawiał się Dzika Mrówka. 

- Nie mam pojęcia, fakt  - Jego Brat rozkładał tymczasem nadpalony i podczarowany 

„na  starocie”  arkusz  papieru,  na  którym  Chłopak  z  Elbląga  starannie  wykaligrafował 

stylizowanym również „na starocie” pismem: 

„Uciekając  coraz  dalej  przed  białymi  najeźdźcami  na  olbrzymich  smokach  z  metalu, 

wielki  wódz  i  król  wszystkich  ludów  mieszkających  między  morzem  i  górami  przenosił  się 

razem ze swymi poddanymi w głąb gór, w krainę lodów i śniegów. Nieśli ze sobą wszystkie 

skarby narodu i żeby nie dostały się w ręce chciwych wrogów zatopili złoty lód w jeziorze, w 

którym  przez  cały  rok  z  ognistej  góry  przegląda  się  BÓG  -  SŁOŃCE  razem  ze  swoją 

MAŁŻONKĄ”. 

- Ot i masz babo placek! - Dzika Mrówka rozłożył ręce w bezradnym geście, gdy Jego 

Brat zakończył czytanie tłumaczenia inkaskiego kipu. - Nic z tego nie rozumiem. 

- A coś ty myślał - Jarek wzruszył lekceważąco  ramionami - że w kipu jakiś inkaski 

urzędnik skarbowy napisze ot tak sobie po prostu: 

„..zakopano skarb złożony ze stu sztab czystego złota, tysiąca diamentów i dziesięciu 

tysięcy rubinów i szmaragdów pod trzecim drzewem w ogrodzie domu takiego to i takiego...” 

a dalej poda miasto, ulicę, numer tego domu i kod pocztowy jeszcze na dodatek. Co? 

-  No  nie  -  przyznał  Marek  -  ale  co  może  znaczyć  jakiś  ZŁOTY  LÓD?  Co  to  za 

olbrzymie smoki z metalu? Co to znaczy ognista góra, z której w dodatku przegląda się jakiś 

Bóg  -  Słońce  przez  cały  rok  i  to  jeszcze  razem  ze  swoją  Małżonką?  Dlaczego  akurat  z 

Małżonką  i  dlaczego  ten  Bóg  -  Słońce  nic  innego  nie  robi  tylko  się  przegląda,  a  może 

przygląda, a jeżeli przygląda, to czemu się przygląda i dlaczego? Co to w ogóle ma wszystko 

znaczyć i najważniejsze: 

GDZIE SĄ INKASKIE SKARBY???!!! 

W tym momencie Dzika Mrówka poczuł, że wizje złotych naczyń i złotych posągów 

wypełniających  po  same  brzegi  jakieś  odludne  górskie  pieczary  odsuwają  się  coraz  dalej  i 

dalej,  a  śnione  po  nocach  sny  pełne  przygód  w  egzotycznych  krajach  zacierają  się  gdzieś  i 

rozpływają we mgle. 

-  Gdzie  są  inkaskie  skarby?  -  powtórzył  Jarek.  -  To  jest  właśnie  pytanie,  na  które 

postaramy się znaleźć odpowiedź. 

-  Ba  -  bąknął  Dzika  Mrówka  wciąż  zapatrzony  w  niknące  we  mgle  swoje  sny  i 

marzenia. - Ale jak i kto? 

- Jak, to jeszcze na razie nie wiem - odparł Jarek. - Ale kto, to już ci mogę powiedzieć. 

My! 

background image

- Jak to, MY? 

- No, my wszyscy - Jarek cedził wolniuteńko słowa, patrząc w  głębokim zamyśleniu 

na ozdobne tłumaczenie kipu nadesłane przez Chłopca z Elbląga. - I ty, i Ula, no i naturalnie 

Pan Wojtek i ja też się będę starał. 

- Eee, nie damy rady - skrzywił się Dzika Mrówka - przecież ta cała kipowa pisanina, 

a  właściwie  plątanina  nic  ma  najmniejszego  sensu.  Złoty  lód!  Jaki  ZŁOTY  LÓD?  Przecież 

każdy  doskonale  wie,  że  lód  jest  po  prostu  biały  i  wcale  nie  jest  złoty.  No,  najwyżej 

srebrzysty albo może trochę niebieskawy. 

- Niby fakt! - przytaknął Jarek. 

- Jak to „niby”? - zaperzył się Marek. 

- To jest w ogóle bardzo fajna sprawa - zaczął Jarek - już ja to czuję przez skórę. No 

bo widzisz, sam najpierw powiedziałeś, że lód jest biały, a potem zacząłeś się łamać, że może 

być  srebrzysty  albo  nawet  niebieskawy.  Zaczyna  mnie  to  coraz  bardziej  interesować  i 

przypomina  mi  się  książka  Kornela  Makuszyńskiego  pod  tytułem  „Szatan  z  siódmej  klasy”. 

Pamiętasz? 

-  Pamiętam,  co  nie  mam  pamiętać.  Czytałem  ją  ze  trzy  razy.  Ale  co  ma  Kornel 

Makuszyński i „Szatan z siódmej klasy” wspólnego z kipu? 

-  Jeszcze  nie  wiem  -  zgodził  się  Jarek.  Ale  tam  też  na  początku  było  bardzo  dziwne 

pismo. Co prawda nie inkaskie, tylko francuskie  i nie węzełkowe ze sznurków, tylko pisane 

na  drzwiach.  Ale  po  nitce  zawsze  można  trafić  do  kłębka.  Przypomnij  sobie  choćby  stare 

grodzisko na Zatopionej Wyspie*. [O przygodach poszukiwania Zatopionej Wyspy i o nitce, 

która  tam  prowadziła  do  kłębka,  można  przeczytać  w  książce  tego  samego  autora  pt. 

„Podwodny świat Dzikiej Mrówki”.] 

-  Fakt!  -  przytaknął  Dzika  Mrówka,  dziwiąc  się  w  duchu,  że  Jego  Brat,  zawsze 

przecież tak bardzo małomówny, tak się nagle rozgadał, co było jednak niezbitym dowodem, 

ż

e  Jarek  jest  czymś  naprawdę  zainteresowany.  -  Ale  co  z  tym  fantem  dalej  robić?  -  stuknął 

ręką w rozłożone na stole ozdobnie wykaligrafowane tłumaczenie kipu. 

- Przede wszystkim trzeba przeanalizować słowo po słowie to kipu, potem rozpatrzeć 

się  dokładnie  w  mapie  Peru,  no  i  poczytać  coś  niecoś  o  historii  tego  kraju,  a  zwłaszcza  o 

historii jego podboju przez Hiszpanów. 

Gdy  po  południu  wpadła  do  obu  braci  bliźniaków  Ulka  i  przeczytała  LIST  Z 

ELBLĄGA, powiedziała: 

-  Przede  wszystkim,  moim  zdaniem,  trzeba  powiedzieć  o  tym  wszystkim  Panu 

Wojtkowi. No i trzeba koniecznie napisać do Profesora Uniwersytetu. 

background image

-  Fakt  -  zgodził  się  bez  zastrzeżeń  Jego  Brat,  który  od  momentu  swej  tak  bardzo 

nietypowej  długiej  wypowiedzi  zapadł  w  głębokie  zamyślenie  i  tylko  od  czasu  do  czasu 

mruczał sam do siebie coś bardzo niewyraźnie pod nosem. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY, 

W KTÓRYM POSZUKIWACZE SKARBU NAWIĄZUJĄ KONIECZNE 

ZNAJOMOŚCI I KONTAKTY 

-  Kiedy,  Panie  Wojtku,  to  jest  najprawdziwsza  prawda  -  zaklinał  się  Dzika  Mrówka, 

który właśnie przed chwilą zdał w miarę dokładne sprawozdanie na temat elbląskiej rewelacji. 

- Ten chłopak z Elbląga naprawdę odczytał tajemnicze kipu, pod słowem. Zresztą niech pan 

zapyta Jarka albo Ulki, jak pan mnie nie chce uwierzyć - Marek poczuł się urażony brakiem 

dostatecznej  wiary  ze  strony  Pana  Wojtka.  Obaj  stali  nad  basenem  pływackim  w  Szkole 

Morskiej, za chwilę bowiem miał się rozpocząć kolejny trening płetwonurkowy. 

- Nie masz się o co dąsać, Dziki - Pan Wojtek poklepał Dziką Mrówkę po ramieniu - 

ale po pierwsze dość szeroko jest znana twoja nieposkromiona fantazja, po drugie to może ten 

wasz  elbląski  kolega  po  prostu  z  was  zażartował,  a  po  trzecie  to  przecież  wcale  nie  jest 

powiedziane, że on to dobrze odczytał. No bo sam powiedz, co to wszystko może oznaczać? - 

stuknął palcami w starannie wykaligrafowane pismo z tłumaczeniem indiańskiego kipu. 

-  Tego  to  tak  dokładnie  jeszcze  nie  wiem  -  przyznał  Dzika  Mrówka  -  ale  jak  się 

uważnie wczytać w kipu, to może by i można nieco się zorientować. 

- Bo ja wiem - skrzywił się z wyraźnym niedowierzaniem Pan Wojtek. 

-  No  więc  te  olbrzymie  smoki  z  metalu  to  chyba  po  prostu  konie  Hiszpanów  okryte 

zbrojami - zaczął Marek. 

- Powiedzmy, że masz rację - zgodził się łaskawie Pan Wojtek. 

- A Inkowie uciekali przed Hiszpanami jadącymi na koniach, a Inków prowadził jakiś 

wielki wódz czy król. 

- No, to też jasne. Indianie uciekali przed konkwistadorami, bo nie znali ani koni, ani 

broni palnej - przyznał Pan Wojtek. 

- Widzi pan, wszystko gra... - zapalał się Dzika Mrówka. 

-  No,  no.  Na  początku  to  i  owszem,  ale  pod  koniec  indiańskie  pismo  już  nie  jest  tak 

jasne. 

- Zaraz, zaraz - gorączkował się Dzika Mrówka - ci Indianie uciekali razem ze swoim 

królem i wszystko ze sobą zabierali, i coraz dalej odchodzili od brzegów oceanu w głąb lądu, 

i ja już sprawdziłem na mapie, i się wszystko zgadza, i tam jest równina, a potem są góry i to 

bardzo  wysokie,  i  w  tych  górach  są  jeziora,  i  w  jednym  jeziorze  zatopili  swoje  skarby  i  my 

tam będziemy nurkować i znajdziemy te skarby, i... 

background image

-  Stop,  stop,  przyhamuj  trochę,  Mrówa,  bo  ci  powietrza  zabraknie  na  nurkowanie  - 

roześmiał  się  Pan  Wojtek.  -  Trochę  to  u  ciebie  za  szybko  i  za  łatwo.  Jakeś  taki  mądry,  to 

powiedz,  w  jakimże  to  jeziorze  ci  starodawni  Inkowie  zatopili  i  co  zatopili?  Bo  z  tego 

węzełkowego kipu w tłumaczeniu WASZEGO UCZONEGO KOLEGI to wynika, że oni tam 

zatopili  jakiś  dziwny  ZŁOTY  LÓD.  A  ja  osobiście  nie  słyszałem  jeszcze  nigdy  o  żadnej 

archeologiczno - płetwonurkowej wyprawie, która by po pierwsze szukała LODU, choćby nie 

wiem jakiego koloru, po drugie trochę to dziwne topić lód w jeziorze, przecież wiadomo, że 

każdy lód pływa, a po trzecie to wydaje mi się, że do tego jeziora i do tego ZATOPIONEGO 

ZŁOTEGO LODU jest spory kawałek drogi. Zaraz, zaraz, a gdzież to według ciebie w ogóle 

jest? 

- Oczywiście w Peru - odparł bez namysłu Dzika Mrówka. - Ja to już sprawdziłem i 

Jarek  też,  a  on  to  historię  hiszpańskich  podbojów  w  Południowej  Ameryce  zna  prawie  na 

pamięć.  On  to  nawet  wie,  jak  się  nazywał  ostatni  król  Inków,  za  którego  Hiszpanie  wzięli 

olbrzymi okup i wie nawet, jak duża była komnata, którą Inkowie zapełnili całą złotem, żeby 

złożyć okup. 

-  Jeżeli  Jarek  badał  sprawę,  to  całość  wygląda  znacznie  poważniej  -  uśmiechnął  się 

Pan Wojtek. - A więc mówisz, że to w Peru? 

-  Właśnie  -  przytaknął  Dzika  Mrówka  z  nieukrywanym  zapałem  i  jeszcze  mniej 

ukrywaną nadzieją. - W Peru i w Andach peruwiańskich. 

-  Bagatela!  -  gwizdnął  Pan  Wojtek.  -  I  na  pewno  chcesz  od  razu  zorganizować 

płetwonurkową wyprawę do Peru? 

- Jasne. 

- A nie dowiedziałeś się przypadkiem, ile kosztuje bilet na samolot z Gdańska do tego 

twojego Peru? 

- Nie, jeszcze nie - odparł Dzika Mrówka i dopiero w tym momencie zorientował się, 

ż

e - jak to się mówi - Pan Wojtek „wpuszcza go w maliny”. - Eee, Panie Wojtku, pan ze mnie 

ż

artuje, a ja naprawdę... Zresztą po co samolotem, kiedy do Peru pływają polskie statki. Mój 

Tata  też  tam  był.  Dwa  lata  temu.  Pływali  do  różnych  portów  na  zachodnim  wybrzeżu 

Ameryki Południowej. Przez Kanał Panamski, do Kolumbii, Ekwadoru, Peru i Chile. 

- Polskie statki, mówisz - zastanowił się Pan Wojtek. - No wiesz - dodał po chwili - to 

już brzmi troszeczkę realniej. 

- A widzi pan, Panie Wojtku - ucieszył się Dzika Mrówka - mówiłem Jarkowi i Ulce, 

ż

e pan na pewno coś wymyśli, a jak pan wymyśli, to i sprawa załatwiona! 

-  To  jak,  Mrówa,  według  ciebie  to  JA  wymyśliłem  to  Peru  i  ten  polski  statek,  i  to 

background image

jezioro z zatopionym ZŁOTYM LODEM? - roześmiał się Pan Wojtek. 

- No... prawie - zaczął Marek, ale spojrzawszy na twarz Pana Wojtka też się roześmiał. 

-  Dobra,  dobra,  chłopcze.  My  tu  gadu,  gadu,  a  czas  ucieka  i  trzeba  pomyśleć  o 

treningu. Wciągaj kombinezon i skacz do basenu, a zanim znajdziesz ZŁOTY LÓD, potrenuj 

zdejmowanie i wkładanie maski pod wodą. Oczywiście na czas. 

-  Już  się  robi,  Panie  Wojtku!  I  maskę  zmienię  pod  wodą,  i  ZŁOTY  LÓD  też 

znajdziemy. Na pewno! 

Ostatniego  słowa  Dzikiej  Mrówki  już  nie  było  słychać,  Marek  bowiem  odbił  się  od 

brzegu basenu i wywracając w powietrzu dość efektowne salto wpadł z wielkim pluskiem do 

wody. 

-  Złoty  lód?  -  mruknął  pod  nosem  Pan  Wojtek.  Co  to  może  u  diabła  znaczyć  ten 

tajemniczy 

ZŁOTY LÓD 

Od nadejścia listu z Elbląga oraz od rozmowy Dzikiej Mrówki z Panem Wojtkiem na 

basenie  pływackim  minęło  kilka  tygodni,  a  losy  „OPERACJI  ZŁOTY  LÓD”,  jak 

jednogłośnie  nazwali  sprawę  tajemniczego  inkaskiego  kipu  płetwonurkowie,  a  ściślej  Ulka, 

Dzika Mrówka i Jego Brat, wcale nie posunęły się do przodu. 

Co prawda napisali natychmiast wspólnymi siłami list do Profesora oraz do Studenta 

Archeologii i nawet przyszły odpowiedzi, od Studenta pełna entuzjazmu, a od Profesora pełna 

podziwu  dla  chłopca  z  Elbląga,  jednakże  żaden  z  tych  listów  nie  popchnął  sprawy 

„OPERACJI  ZŁOTY  LÓD”  ani  na  milimetr  do  przodu.  Student  z  miejsca  deklarował  swój 

udział  w  Operacji  i  natychmiastowy  wyjazd  do  Peru,  a  Profesor  skontaktował  Chłopca  z 

Elbląga  z  odpowiednią  komórką  Polskiej  Akademii  Nauk,  zajmującą  się  odczytywaniem 

rozmaitych nieznanych pism w dawno zamarłych językach, ale ani jeden, ani drugi nie mieli 

pojęcia, w jaki cudowny sposób grupa polskich płetwonurkowych domorosłych archeologów 

mogłaby  się  przedostać  na  drugą  półkulę.  Ba,  samo  dotarcie  do  Peru  to  byłaby  pierwsza, 

początkowo  -  wstępna  faza  całej  wyprawy,  na  miejscu  bowiem  trzeba  by  było  przekopać 

starannie  najrozmaitsze  stare  archiwa  i  biblioteki,  poszukując  historycznych  śladów  wielkiej 

ucieczki  Inków,  potem  zorganizować  wyprawę  gdzieś  w  góry  i  dopiero  potem  rozpocząć 

ewentualne poszukiwania. 

-  Nie  da  rady.  ABSOLUTNIE  NIEMOŻLIWE  -  stwierdził  z  wyraźnym  smutkiem  w 

głosie Pan Wojtek, gdy zebrał się u niego w domu trójosobowy „Sztab Operacji Złoty Lód”, 

czyli Ulka, Dzika Mrówka i Jego Brat. 

-  Niby  fakt!  -  potwierdził  ze  smutkiem  Jarek,  Dzika  Mrówka  rozłożył  ręce  w  geście 

background image

pełnym rezygnacji, a Ulka ciężko westchnęła. 

Niewesołą atmosferę starała się bez skutku rozładować Babcia Pana Wojtka, staruszka 

pełna  humoru  i  niespożytej  energii,  która  w  tym  momencie  podała  na  stół  aromatyczną 

herbatę z jeszcze bardziej aromatycznymi konfiturami. 

-  Dlaczego  wszyscy  macie  takie  miny  jakbyście  byli  na  własnym  pogrzebie?  - 

zapytała  wyciągając  z  przepaścistego  kredensu  srebrną  cukiernicę,  z  której  brało  się  kostki 

cukru srebrnymi zgrabnymi szczypczykami. 

- A bo mamy kłopot, proszę Babci - odezwał się Dzika Mrówka, jako że Babcia Pana 

Wojtka zażyczyła sobie, aby wszyscy płetwonurkowie mówili do niej „Babcia”. 

-  A  cóż  to  za  kłopoty  mogą  mieć  tacy  młodzieńcy  jak  ty  i  takie  młode  panienki  jak 

Ula?  -  zdziwiła  się  Babcia.  -  Wstyd  tak  się  martwić  w  tym  wieku.  Ja  przez  całe  życie,  jak 

miałam duży kłopot, to się martwiłam dziesięć minut, a jak mniejszy, to odpowiednio krócej - 

roześmiała się Babcia, siadając do stołu. 

- Ale o co szczegółowo chodzi? - zapytała. 

Pan Wojtek wyjaśnił swojej babci, na czym rzecz polegała i opowiedział całą historię 

związaną z testamentem barskiego konfederata i z tajemniczym indiańskim pismem kipu. 

-  Aha,  to  takie  buty  -  powiedziała  babcia.  -  I  z  tego  powodu  martwicie  się,  że  nie 

wiecie, jak dojechać do  tego, jak mu tam, Peru? Nie wstyd to wam? Popatrzcie na mnie. W 

czasie pierwszej wojny światowej przewędrowałam z Warszawy przez całą ówczesną Rosję, 

poprzez Syberię aż do Chin i stamtąd przez Ocean Spokojny i Amerykę wróciłam do Polski. I 

myślicie,  że  miałam  pieniądze  na  taką  olbrzymią  podróż?  A  niby  skąd  je  miałam  wziąć? 

Miałam  małe  dzieci,  staruszkę  matkę,  a  twoją  Wojtku  prababcię,  mąż  walczył  nie  wiadomo 

gdzie  i  nie  wiadomo  w  jakim  wojsku.  I  jakoś  zawsze  wtedy,  kiedy  już,  już  myślałam,  że 

zbliża się nasz koniec, trafił się ktoś życzliwy lub jakiś szczęśliwy przypadek pomógł nam się 

wydostać z biedy. 

No,  głowa  do  góry,  dzieci  -  Babcia  nałożyła  każdemu  drugą  porcję  smakowitych 

konfitur - nigdy nie jest tak, żeby jakoś nie było. 

-  Ale  z  Pani  Babci  to  jest  optymistka  -  powiedziała  z  podziwem  Ula.  Z  podziwem  i 

jakby z odrobiną nadziei w głosie. 

-  A  pewno  że  tak,  dziecinko  -  roześmiała  się  Babcia  -  i  właśnie  dlatego  żyję  już 

przeszło  dziewięćdziesiąt  lat  na  tym  świecie,  choć  podobno  jak  mnie  moja  mama  urodziła, 

byłam  taka  malutka  i  taka  licha,  że  milutkie  sąsiadki  powiedziały  do  mojej  mamy: 

„Kochaniutka, to twoje maleńkie biedactwo i tygodnia nawet nie przeżyje”. 

Ulka, Dzika Mrówka i Jego Brat wyszli od Pana Wojtka pokrzepieni zarówno na ciele 

background image

-  głównie  naprawdę  wspaniałymi  konfiturami  i  herbatą  zaparzoną  ze  znanej  tylko  Babci 

specjalnej  mieszanki  najrozmaitszych  gatunków,  jak  i  na  duchu  niezwykłym  tejże  Babci 

optymizmem. 

- Jakoś to będzie - powiedział w pewnym momencie Dzika Mrówka. 

- Uhmmm - przytaknęła Ula. 

-  Fakt!  -  dodał  Jego  Brat  bez  wyraźniejszego  jednakże  entuzjazmu,  myślał  bowiem 

akurat o tym, ile mil morskich dzieli Polskę od Peru, ile kilometrów stolicę Peru od szczytów 

Andów  i  na  ile  metrów  nad  poziomem  oceanu  wznoszą  się  wysokogórskie  płaskowyże,  na 

których już poodnajdywał na mapach rozmaite jeziora. 

A tak prawdę mówiąc nawet niestrudzony optymizm Babci Pana Wojtka nie posunął 

spraw OPERACJI ZŁOTY LÓD ani na milimetr do przodu. 

Okazało  się  jednak,  że  Babcia  Pana  Wojtka  miała  w  ostateczności  rację!  Jak  zwykle 

przez  ostatnie  dziewięćdziesiąt  lat  -  jak  często  powtarzała.  Bo  oto  zupełnie  niespodziewanie 

sprawy związane z realizacją „Operacji Złoty Lód” zaczęły się naraz toczyć z niewiarygodną 

wprost prędkością i to toczyć WE WŁAŚCIWYM KIERUNKU!!! 

Pomocny - oczywiście - okazał się przypadek. 

Ale po kolei! 

Pan Wojtek, jak wiadomo, był pracownikiem gdyńskiej Wyższej Szkoły Morskiej, a z 

kolei  Szkoła  ta,  co  też  powszechnie  jest  wiadome,  kształciła  polskich  oficerów  marynarki 

handlowej  już  bardzo  wiele  lat.  Na  samym  początku,  jeszcze  grubo  przed  wojną,  od  1920 

roku w nadwiślańskim Tczewie, który choć dość daleko od morza położony, stał się pierwszą 

kolebką  polskich  nawigatorów  i  okrętowych  mechaników,  a  następnie,  już  w  latach 

trzydziestych,  w  Gdyni,  kiedy  to  z  nadmorskich  piasków  powstał  polski  nowoczesny  port  z 

prawdziwego  zdarzenia.  I  otóż  zbliżała  się  właśnie  dość  okrągła  rocznica  istnienia  Szkoły 

Morskiej  i  z  tej  okazji  postanowiono  zwołać  ogólnoświatowy  zlot  jej  przedwojennych 

absolwentów. A ogólnoświatowy dlatego, że wojenne losy rozrzuciły tczewskich i gdyńskich 

absolwentów  po  całym  ziemskim  globie  po  uprzednim  patriotycznym  i  nieraz  bohaterskim 

udziale  w  tejże  wojnie  na  wszystkich  morzach  i  oceanach  świata  na  pokładach  statków 

handlowych i okrętów wojennych, nie tylko biało - czerwonej bandery. 

Tak  tedy  późną  wiosną  odbył  się  w  Gdyni  zlot  starych  marynarzy,  a  jednym  z 

organizatorów i bardzo aktywnym członkiem Komitetu Zjazdowego był właśnie Pan Wojtek. 

Były  więc  rozmaite  uroczyste  posiedzenia  i  referaty,  były  bankiety  i  przyjęcia,  a  to  na 

pokładzie szkolnego żaglowca „Dar Pomorza”, na którym pływali przed wielu laty starzy już 

obecnie  i  posiwiali  kapitanowie,  a  to  w  lokalach  Gdyni  i  Tczewa,  i  były  przede  wszystkim 

background image

spotkania  dawnych  kolegów,  którzy  nieraz  od  kilkudziesięciu  lat  się  nie  widzieli,  a  którzy 

teraz wspominali swe młodzieńcze czasy i opowiadali o swych wojennych i obecnych losach. 

Wśród  gości  ze  wszystkich  kontynentów  krążył  wciąż  niezmordowany  Pan  Wojtek  - 

witał,  rozwoził  po  hotelach,  oprowadzał,  objaśniał,  służył  pomocą  i  czynił  wraz  z  innymi 

pracownikami Szkoły honory gospodarza. 

W trakcie trwania Zjazdu nagle zadźwięczał telefon w mieszkaniu Dzikiej Mrówki. 

- Mrówa - odezwał się Pan Wojtek - moja babcia miała rację. 

- Że niby jak? - zdziwił się nieco Dzika Mrówka. 

-  Że  niby  tak,  że  ładuj  się  zaraz  z  bratem  i  ewentualnie  Ulką  i  przyjeżdżajcie 

natychmiast do mnie. 

- To niby dokąd? 

-  Jasne,  że  na  „Dar  Pomorza”.  Czekam  na  was,  sprawa  BARDZO  WAŻNA!!!  I 

BARDZO PILNA!!! 

Marek  wiedział  już  z  doświadczenia,  że  jeżeli  Pan  Wojtek  mówi,  że  SPRAWA  jest 

BARDZO WAŻNA, a tym bardziej BARDZO PILNA, to tak na pewno jest i o nic więcej nie 

pytał, choć ciekaw był strasznie, o co właściwie chodzi. Zmobilizował też natychmiast Jarka i 

Ulkę, dorabiając na poczekaniu własną teorię do telefonu Pana Wojtka. 

-  Ogłaszam  alert!  -  zakomunikował  Jarkowi,  a  potem  Uli.  -  Stan  ostrego  pogotowia 

numer JEDEN. Rozpoczynamy odliczanie! 

- Jaki znowu alert? - zdziwił się Jego Brat. - Jakie odliczanie? 

-  Jak  to  jaki?  Wiadomo,  że  jeżeli  alert,  to  dotyczyć  może  wyłącznie  ZŁOTEGO 

LODU  -  wypalił  Dzika  Mrówka.  -  A  odliczanie  normalne,  jak  przed  startem  rakiety  w 

kosmos.  Że  też  tobie  wszystko  należy  tłumaczyć  jak  dziecku.  Zresztą  nie  ma  teraz  czasu. 

Musimy zaraz jechać. 

- Jechać? A dokąd? - dopytywał się Jarek. 

- Jak to dokąd? - zniecierpliwił się Dzika Mrówka. - Ty to byś tylko pytał i pytał bez 

końca. Jasne, że na Białą Fregatę. 

- Na Białą Fregatę? - zdziwił się Jego Brat. 

- Co się tak dziwisz? Nie wiesz, że tak się nazywa „Dar Pomorza”? 

-  Fakt  -  potwierdził  Jarek  i  chciał  jednak  jeszcze  o  coś  zapytać,  ale  już  nie  było 

nikogo, bo Marek był już na schodach. 

Na  „Dar  Pomorza”  wpadli  zdyszaną  trójką.  Na  przedzie  pędził  Dzika  Mrówka,  a  za 

nim  Ulka  i  Jego  Brat,  którym  Marek  z  tajemniczą  miną  odpowiedział  po  drodze  na 

natarczywe pytania, o co właściwie chodzi, że wszystkiego dowiedzą się w swoim czasie i we 

background image

właściwym miejscu. 

-  No,  dobrze,  że  jesteście  -  Pan  Wojtek  stał  przy  trapie  udekorowanego  odświętnie 

„Daru Pomorza” razem z dość już mocno szpakowatym ogorzałym krępym mężczyzną. 

- To są czołowe płetwowe nurki, Ulka, Dzika Mrówka i Jego Brat - przedstawił całą 

trójkę Pan Wojtek. - A to jest pan inżynier Kamiński z Brazylii. 

O rany, to z daleka! - chciał się odezwać Dzika Mrówka, ale w ostatniej chwili ugryzł 

się w język. 

- Bardzo nam miło - Ulka dygnęła grzecznie. 

- I mnie też - dodał Dzika Mrówka. 

- Fakt - potwierdził Jarek. 

- Cieszę się, że mogę was poznać, bo tyle o was słyszałem od Pana Wojtka. I muszę 

przyznać,  że  dużo  ludzi  znam  na  świecie  i  słyszałem  tysiące  rozmaitych  przezwisk,  ale  tak 

fajnego jak Dzika Mrówka to mi się nie zdarzyło. 

- Pan inżynier jest przedwojennym absolwentem naszej Szkoły - wyjaśnił Pan Wojtek. 

-  Całą  wojnę  przepływał  jako  mechanik  na  polskich  statkach,  a  gdy  wojna  się  skończyła, 

poznał w Buenos Aires młodą i piękną dziewczynę, ożenił się tam i został na stale w Ameryce 

Południowej, bo teraz mieszka w Brazylii i jest właścicielem dużej firmy transportowej w Rio 

de Janeiro. 

- Ho, ho, ho, aż w Rio de Janeiro - tym razem nie wytrzymał Dzika Mrówka i spojrzał 

uważnie na pana inżyniera, jakby chciał dokładnie się przyjrzeć, jak wygląda człowiek, który 

mieszka w Rio de Janeiro. 

- Wyobraź sobie - roześmiał się pan Kamiński, widząc badawcze spojrzenie chłopca - 

ż

e można mieszkać w Rio i do tego w de Janeiro. 

-  Fakt!  -  odezwał  się  Jarek,  a  Ulka  nic  nie  powiedziała,  tylko  rzuciła  karcące 

spojrzenie na Marka. 

- Nie przeszkadzaj, Mrówka - zniecierpliwił się wyraźnie Pan Wojtek - tylko uważnie 

słuchaj. Otóż pan inżynier Kamiński jest z zawodu inżynierem mechanikiem i prowadzi firmę 

transportową, ale z zamiłowania jest płetwonurkiem. 

-  PŁETWONURKIEM???  -  Ulka,  Dzika  Mrówka  i  Jego  Brat  powiedzieli  to 

jednocześnie. 

- Tak, właśnie płetwonurkiem - potwierdził Pan Wojtek - a do tego należy  do Klubu 

Poszukiwaczy Zatopionych Skarbów. 

- KLUBU 

POSZUKIWACZY 

background image

ZATOPIONYCH SKARBÓW!!! 

- powtórzył z wyraźnym zachwytem Dzika Mrówka. 

- Fakt! - powiedział pan inżynier Kamiński i wszyscy się roześmieli jak na komendę. 

-  Pan  Wojtek  opowiadał  mi  o  waszym  tajemniczym  kipu  i  o  Chłopcu  z  Elbląga  i 

powiem  wam  szczerze:  tak  mnie  ta  sprawa  zainteresowała,  że  postanowiłem  zorganizować 

wyprawę w celu odnalezienia tego tajemniczego ZŁOTEGO LODU! 

Po  tych  słowach  pana  inżyniera  zapadła  cisza.  Dzika  Mrówka  spojrzał  najpierw  na 

Pana  Wojtka,  potem  na  Ulkę,  a  wreszcie  na  Jego  Brata  i  przez  ten  czas  okrągła  piegowata 

buźka  chłopaka  czerwieniała  coraz  bardziej  i  bardziej  aż  wreszcie  Marek  nie  wytrzymał  i 

wrzasnął na całe gardło: 

- HURRRA! NIECH ŻYJE PAN INŻYNIER!!! 

- Niech żyje! - Ulka zawtórowała chłopcu cienkim, ale donośnym głosikiem. 

- Fakt! - Jarkowi dopiero teraz udało się złapać oddech. 

Wszyscy  goście  stojący  grupkami  na  pokładzie  Białej  Fregaty  przerwali  rozmowy  i 

spojrzeli  na  naszych  bohaterów,  a  trzy  mewy,  które  przysiadły  na  grotarei,  zerwały  się 

przerażone do lotu i poszybowały nad wodą Zatoki Gdańskiej. 

Dzika  Mrówka  zaczerwienił  się  jeszcze  bardziej i  spojrzał  wielce  skonfundowany  na 

Pana Wojtka, ale widząc jego roześmianą twarz machnął z determinacją ręką, podskoczył do 

pana Inżyniera i uścisnąwszy jego wyciągniętą dłoń powiedział z głębokim przekonaniem w 

głosie: 

- PAN JEST WIELKI! WIELKI JAK SŁOŃ! 

-  No,  no,  nie  przesadzaj,  chłopcze  -  roześmiał  się  Pan  Kamiński  -  ważę  tylko 

siedemdziesiąt kilogramów. 

- Proszę się na niego nie gniewać - wtrąciła Ulka - bo on tak zawsze przesadza. 

-  Nic  się  nie  martw,  piękna  panienko  -  roześmiał  się  znowu  pan  Kamiński  -  ja  się 

wcale  nie  mam  zamiaru  gniewać  na  twojego  miłego  kolegę.  A  dodatkowo  bardzo  mi  się 

podoba to jego powiedzonko i od dzisiaj kupuję je od niego, bo tak się chyba u was mówi w 

takiej  sytuacji.  OK?  -  zwrócił  się  do  Dzikiej  Mrówki  i  wyciągnął  do  chłopca  opaloną  silną 

dłoń. 

- OK, panie inżynierze - Marek wyciągnął swoją rękę do pana Kamińskiego i drobna 

dłoń chłopca zniknęła w dłoni inżyniera, który choć sam był wzrostu niezbyt imponującego, 

dłonie miał jak nie przymierzając spore bochenki dobrze wypieczonego chleba. 

W dalszej rozmowie przeprowadzonej na tarasie gdyńskiej kawiarni „Panorama”, skąd 

rozciągał się piękny widok na port i nowoczesne miasto, przy obfitych porcjach lodów, które 

background image

zafundował pan Kamiński całemu płetwonurkowemu towarzystwu, ustalono plan działania na 

najbliższe  miesiące.  A  więc  Pan  Wojtek  miał  rozpocząć  odpowiednie  starania  w  dyrekcji 

Polskich  Linii  Oceanicznych,  których  statki  odwiedzały  wszystkie  kontynenty,  a  w  tym 

również i porty zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej, licząc na to, że może jakoś uda 

się  załatwić,  jeżeli  nie  bezpłatny,  to  chociaż  ulgowy  przejazd  na  trasie  Gdynia  -  Callao  w 

Peru,  młodzi  płetwonurkowie  mieli  rozpocząć  gromadzenie,  przegląd  i  konserwację 

koniecznego  sprzętu  i  wyposażenia,  a  pan  Kamiński  obiecał,  że  wpadnie  do  Peru  ze  swoją 

córką, i może jakimś jeszcze kolegą z Klubu Poszukiwaczy Skarbów, i przetrząśnie z grubsza 

rozmaite  stare  hiszpańskie  archiwa  w  licznych  muzeach  i  klasztorach  Limy  i  innych 

peruwiańskich  miast  i  miasteczek,  i  postara  się  nieco  dokładniej  zlokalizować  obszar 

ewentualnych przyszłych poszukiwań. 

I na tym na razie stanęło. 

Pan Kamiński pojechał na uroczystą koleżeńską kolację do Grand Hotelu w Sopocie, 

Pan Wojtek musiał jeszcze wracać na „Dar Pomorza”, a młodzi płetwonurkowie powędrowali 

do  swych  domów  niezwykle  podnieceni.  Nie  trzeba  chyba  dodawać,  że  przez  całą  drogę  w 

kolejce  elektrycznej  jedynym  tematem  rozmów  Ulki,  Dzikiej  Mrówki  i  Jego  Brata  była 

przyszła 

WIELKA WYPRAWA 

NA 

DRUGĄ PÓŁKULĘ 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY, 

W KTÓRYM CZŁONKOWIE WIELKIEJ WYPRAWY PŁYNĄ NA 

PIRACKIE WODY 

-  Uff!  -  odsapnął  ze  szczerą  ulgą  Dzika  Mrówka,  kiedy  nareszcie  zostały  rzucone 

ostatnie  cumy  łączące  statek  z  nabrzeżem  i  dwa  sapiące  holowniki  zaczęły  pracowicie 

odciągać stalowy kadłub na środek portowego basenu. 

- Fakt! - dorzucił z głęboką aprobatą Jego Brat. 

-  Nareszcie  płyniemy  -  roześmiał  się  Pan  Wojtek  oparty  obok  chłopców  o  barierki 

relingu - a już, już wydawało mi się, że utoniemy grubo przed startem. 

Na nabrzeżu malały z wolna figurki żegnających. A więc była tam oczywiście Mama - 

Micia,  był  też  Tata,  któremu  wyjątkowo  wypadł  urlop  ze  statku  w  letniej  porze,  byli  też 

rodzice  Uli,  która  stała  obok  Pana  Wojtka  i  wcale  się  nie  wstydziła  łez  szklących  się  w  jej 

dużych oczach i która machała żółtym szalikiem do równie zapłakanej swojej Mamy. 

- Nie płacz Ulka - odezwał się po chwili Dzika Mrówka - przecież w końcu wszystko 

zostało załatwione i płyniemy. 

- Ja nie dlatego płaczę - zaszlochała dziewczyna  - mnie po prostu smutno odjeżdżać. 

Tak daleko i na tak długo. 

-  Z  dziewczynami  to  nigdy  nic  nie  wiadomo  -  Dzika  Mrówka  wzruszył  ramionami  - 

same  nie  wiedzą,  czego  chcą  -  dokończył,  ale  w  tym  samym  momencie  uczuł  coś  jakby 

maleńkie ukłucie w sercu i przez krótki moment oczy mu się dziwnie zapociły. 

Jeden  holownik  ryknął  w  tym  momencie  parę  razy  swoją  syreną,  na  co  statek 

odpowiedział głębokim basem aż echo poszło po całym gdyńskim porcie, drugi holownik też 

odezwał się głośnym sygnałem i po chwili do wody plusnęły końce lin łączących dotychczas 

wypływający statek z holownikami. Z głębi maszynowni dobiegł dźwięczny odgłos dzwonka 

telegrafu  maszynowego,  a  po  chwili  wraz  z  głośnym  sykiem  powietrza  buchnęły  z  komina 

kłęby spalin i woda za rufą zaczęła się nagle kłębić i kotłować. 

Oparty  o  barierkę  Pan  Wojtek  wrócił  myślą  do  ostatnich,  naprawdę  zupełnie 

zwariowanych tygodni. 

No  bo  od  pamiętnej  rozmowy  z  inżynierem  Kamińskim  z  Brazylii  cała  sprawa 

OPERACJI  ZŁOTY  LÓD  nabrała  gwałtownego  przyśpieszenia.  Pan  Kamiński,  gdy  tylko 

wrócił  do  swojego  Rio  de  Janeiro,  natychmiast  zmobilizował  kogoś  ze  swych  kolegów 

płetwonurków z Klubu Poszukiwaczy Skarbów i w kilka dni później odleciał do Peru, gdzie 

background image

rozpoczął  żmudne,  lecz  pasjonujące  poszukiwania  w  bibliotekach  i  archiwach  starych 

klasztorów  w  stolicy  Peru  Limie  i  innych  miejscowościach.  Po  pewnym  czasie  zaczęły 

nadchodzić  na  adres  Pana  Wojtka,  Uli  i  Dzikiej  Mrówki  oraz  Jego  Brata  bardzo  kolorowe 

kartki  z  równie  kolorowymi  znaczkami  z  różnych  egzotycznych  miejscowości.  Na  kartkach 

tych  pan  inżynier  Kamiński  donosił  w  lakoniczny  i  dowcipny  sposób  o  wynikach  swoich 

poszukiwań.  Wiadomości  te  brzmiały  dość  zagadkowo,  ale  dla  wtajemniczonych  członków 

OPERACJI ZŁOTY LÓD były jasne i zrozumiałe. 

Bo oto na przykład pan Kamiński donosił: 

 

„W Museo National spotkałem Tupaka Amaru - 

pozdrowienia 

Kamiński” 

i  od  razu  wszyscy  płetwonurkowie  z  Panem  Wojtkiem  na  czele  wiedzieli,  że  pan 

Kamiński  znalazł  w  archiwach  czy  w  bibliotece  Muzeum  Narodowego  w  Limie  jakieś 

dokumenty dotyczące dziejów inkaskiego króla - niekoniecznie zresztą owego Tupaka Amaru 

- z którym w jakiś sposób związana być może tajemnica ZŁOTEGO LODU. 

A w kilka dni później nadeszła wiadomość, że: 

 

„Złoty Lód odpłynął na South - East 

serdeczności 

J.M.K.” 

co oznaczało oczywiście, że w odnalezionych dokumentach czy księgach znalazła się 

informacja,  że  skarb  indiański  unoszono  przed  najeźdźcami  w  kierunku  południowo  - 

wschodnim od Limy, a więc w stronę niedostępnych rejonów górnych partii Andów. 

Po  otrzymaniu  tej  ostatniej  wiadomości  zarówno  Dzika  Mrówka,  jak  i  Jego  Brat 

natychmiast  zaczęli  wertować  wszystkie  możliwe  atlasy  geograficzne  i  okazało  się,  że  na 

południowy wschód od Limy rozciąga się obszar działalności wulkanicznej. 

-  Czekaj,  czekaj!  -  zawołał  w  tym  momencie  Dzika  Mrówka.  -  Jak  to  tam  było 

napisane w naszym kipu? 

-  „...zatopili złoty  lód  w  jeziorze,  w  którym  przez  cały  rok  z  ognistej  góry  przegląda 

się  Bóg  -  Słońce  razem  ze  swą  Małżonką”  -  wyrecytował  natychmiast  Jego  Brat,  który  całe 

kipu dokładnie znał na pamięć. 

-  No  właśnie!  -  podchwycił  Marek  -  OGNISTA  GÓRA,  czyli  po  prostu wulkan!  Już 

go mamy!!! 

background image

- Niby fakt - zgodził się łaskawym tonem Jarek - ale po pierwsze, jaki to wulkan, bo 

tam wulkanów sporo, a po drugie to musiał być czynny wulkan. No nie? 

-  Fakt!  -  tym  razem  potwierdził  Marek.  -  Wobec  tego  trzeba  sprawdzić  po  kolei 

wszystkie czynne wulkany i ich okolice, i po krzyku. 

- No, no, nie tak zaraz. Ten wulkan musiał być czynny, ale wtedy, kiedy nasi Inkowie 

uciekali ze swoimi skarbami, a teraz to on może być już dawno wygasły. Przecież to wszystko 

działo się przeszło czterysta lat temu. To po pierwsze. A po drugie to tych wulkanów w Peru 

jest cała masa, a jezior dookoła wulkanów jeszcze więcej. 

- No to co teraz? - zmartwił się Dzika Mrówka. 

- Trzeba się zastanowić - zdecydował Jego Brat. 

- To się szybko zastanawiaj - zniecierpliwił się Marek. 

- Szybko, szybko - Jarek wzruszył ramionami - co nagle to po diable, jak mówi nasza 

babcia. 

- A co nasza babcia ma do tego?... 

- Niby nic, fakt - zgodził się Jarek - ale nigdy nic nie wiadomo. 

I tym razem - jak się wkrótce okazało - Jarek miał w pewnym sensie rację z tą babcią, 

z  którą  „nigdy  nic  nie  wiadomo”,  ale  o  tym  będzie  mowa  w  odpowiednim  czasie,  na  razie 

bowiem  równolegle  niejako  do  kartek  nadchodzących  dość  regularnie  z  Peru,  Pan  Wojtek 

rozpoczął  intensywne  działania  zmierzające  do  zapewnienia  Poszukiwaczom  Złotego  Lodu 

transportu nie tylko za ocean, ale i dodatkowo na drugą półkulę. Rozpoczęło się zatem pisanie 

listów  i  rozmaitych  memoriałów,  jeżdżenie  od  Szczecina  przez  Gdynię  do  Warszawy  po 

rozmaitych  urzędach  i  armatorach,  to  jest  wszędzie  tam,  gdzie  istniał  choć  cień  szansy  na 

pozytywne załatwienie transportu kilku młodych ludzi z odpowiednim sprzętem. 

Najprościej byłoby polecieć samolotem, bo to i najszybciej, i - jeżeli weźmie się pod 

uwagę, że Pan Wojtek liczył na jakieś darmowe bilety - byłoby stosunkowo niedrogo. Już już 

błyskał  cień  nadziei,  bo  jeden  z  polskich  armatorów  zmieniał  załogi  właśnie  w  tym 

peruwiańskim porcie Callao i wyczarterował samolot (jest takie mądre słowo oznaczające po 

prostu  wynajęcie  całego  samolotu  lub  statku),  jednakże  ostatecznie  okazało  się,  że  nie  ma 

miejsc,  bo  oprócz  marynarzy  „musiało”  polecieć  tam  i  z  powrotem  kilku  urzędników,  kilku 

przedstawicieli, opiekun grupy i paru dziennikarzy. A więc jeden problem odpadł, ale zanim 

odpadł,  Pan  Wojtek  zmitrężył  dobre  parę  tygodni  cennego  czasu.  Potem  rozpoczęły  się 

rozmowy i wymiana korespondencji z innym Armatorem, którego statki pływały właśnie w te 

rejony,  ale  i  tu  Pan  Wojtek  napotykał  mnóstwo  raf  i  rozmaitych  podwodnych  skał 

urzędniczych.  Listy  i  odpowiednie  papierki  wędrowały  niespiesznie  z  jednego  biurka  na 

background image

drugie, a tymczasem czas płynął nieubłaganie i w końcu zostało go bardzo niewiele. 

I  wtedy  właśnie  pisemko  Pana  Wojtka  utknęło  na  dobre  na  jednym  BARDZO 

WAŻNYM BIURKU, a ten kto za tym biurkiem siedział, jakoś długo nie mógł podjąć żadnej 

decyzji. Ani w te, ani we wte. 

No  i  nagle  okazało  się,  że  akurat  w  tym  momencie  babcia  chłopców  nieoczekiwanie 

spowodowała  doprowadzenie  sprawy  do  pomyślnego  końca,  zaś  sama  sprawa  stała  się 

niezwykłe  prosta,  kiedy  babcia  dowiedziała  się  przypadkowo,  że  ten  KTOŚ  siedzący  za 

BARDZO  WAŻNYM  BIURKIEM  to  po  prostu  „Stasinek”,  syn  babcinej  najlepszej 

przyjaciółki  z  jej  lat  dziecinnych.  Tenże  „Stasinek”  teraz  błyskawicznie  załatwił  leżące  już 

długo na biurku pisemko i oto Pan Wojtek i płetwonurkowie - amatorzy odkryć podwodnych 

stali  się  posiadaczami  sześciu  zupełnie  darmowych  biletów  na  trasie  Gdynia  -  Callao  i  z 

powrotem.  Co  prawda  za  wyżywienie  na  statku  w  czasie  przejazdu  trzeba  było  zapłacić,  ale 

najważniejsze, że były 

BILETY NA DRUGĄ PÓŁKULĘ. 

Od tego momentu wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Ponieważ biletów było 

sześć,  więc  weszło  pierwszych  sześciu  z  dawna  już  ustalonej  drogą  wielu  dyskusji  i 

dodatkowo losowań listy uczestników Operacji Złoty Lód. Znajdowali się na niej kolejno: 

1. Profesor 

2. Pan Wojtek 

3. Student historii sztuki o imieniu Andrzej 

4. Ulka 

5. Jego Brat 

6. Baleron 

7. Dzika Mrówka 

8. Halina 

9. Magda 

10. Drzazga 

11. Szufla 

12. Jadwiga 

Ponieważ  Dzika  Mrówka  znajdował  się  na  siódmej  pozycji,  więc  po  otrzymaniu 

wiadomości, że biletów jest tylko sześć, wpadł w prawdziwą rozpacz, która na jego szczęście 

nie  trwała  długo.  Następnego  dnia  już  bowiem  nadeszły  z  Krakowa  dwie  depesze  od 

zawiadomionych  telegraficznie  o  przyznaniu  biletów  Studenta,  właściwego  odkrywcy  całej 

historii Złotego Lodu, i od Profesora. 

background image

Student napisał krótko: 

„HURRA STOP ROZPOCZYNAM PAKOWANIE 

ANDRZEJ” 

Profesor zaś zawiadamiał: 

„DZIĘKUJE ZA ZAPROSZENIE ALE NIESTETY NIE MOGĘ SOBIE POZWOLIĆ 

NA  TAK  DŁUGI  URLOP  ZE  WZGLĘDU  NA  MIĘDZYNARODOWE  KONFERENCJE  I 

SPOTKANIA STOP ŻYCZĘ POWODZENIA 

PROFESOR” 

W ten właśnie sposób na listę członków Wielkiej Wyprawy dostał się Dzika Mrówka. 

Teraz jeszcze tylko bieganie od biura paszportowego do odpowiednich konsulatów po 

konieczne  wizy,  ostateczny  przegląd  bagaży,  które  -  co  tu  ukrywać  -  już  od  dawna  były 

kompletnie  zapakowane,  i  wreszcie  po  trzech  zaledwie  tygodniach  od  podjęcia  biletowej 

decyzji  przez  ,,Stasinka”  zza  BARDZO  WAŻNEGO  BIURKA  cała  szóstka  znalazła  się  na 

pokładzie  polskiego  statku  płynącego  z  Gdyni  przez  porty  zachodniej  Europy,  Atlantyk, 

Kanał Panamski do portów Kolumbii, Peru i Wenezueli. 

Minęło już kilkanaście dni rejsu na drugą półkulę. Z tyłu, za rufą i we wspomnieniach 

zostały takie porty europejskie, jak Hamburg, Rotterdam, Antwerpia i teraz statek zbliżał się - 

po przepłynięciu Atlantyku - w rejon Morza Karaibskiego. 

Sześcioosobowa ekipa Poszukiwaczy Złotego Lodu zadomowiła się już całkowicie na 

pięknym  polskim  statku,  noszącym  imię  jednego  z  pierwszych,  ale  bardzo  sławnego 

polskiego  króla.  Oczywiście  zarówno  Dzika  Mrówka,  jak  i  Jego  Brat  czuli  się  na  statku 

bardzo  dobrze  już  od  pierwszego  dnia  i  z  miną  starych,  doświadczonych  marynarzy 

spoglądali  nieco  z  góry  nie  tylko  na  Ulkę  i  Balerona,  ale  nawet  na  Studenta,  którzy  to 

wszyscy  znaleźli  się  po  raz  pierwszy  na  pokładzie  pełnomorskiego  statku.  Prawdziwym 

marynarzem był Pan Wojtek, który przecież na niejednym już polskim statku pływał i który 

natychmiast  po  odbiciu  od  gdyńskiego  nabrzeża  skumał  się  z  okrętowym  elektrykiem  i  na 

cale  dni  przepadał  w  elektrycznym  warsztacie  coś  tam  lutując,  czyszcząc  i  susząc  jakieś 

zamoczone  silniki,  przewijając  i  izolując.  Jednym  słowem  Pan  Wojtek  stał  się  jakby 

dodatkowym, nadliczbowym członkiem załogi. 

Oprócz  naszych  Poszukiwaczy  Złotego  Lodu  na  statku  płynęło  jeszcze  sześcioro 

pasażerów.  Dwóch  smutnawych  panów,  identycznie  ubranych  i  raczej  małomównych, 

trzymających  się  z  dala  od  innych  pasażerów,  płynęło  „na  placówkę”  do  bliżej  na  razie  nie 

określonego południowoamerykańskiego kraju, mocno już starsza babuleńka z dość zapadłej 

wsi  białostockiej  udawała  się  do  swego  syna,  mieszkającego  od  wielu  lat  w  Peru,  młoda 

background image

panienka zdążała do narzeczonego, który przebywał w Boliwii, a który poznał swą wybrankę 

studiując  na  Uniwersytecie  Warszawskim,  wreszcie  dość  oryginalne  małżeństwo  wędrowało 

dla celów wyłącznie przyjemnościowych. 

To  ostatnie  małżeństwo  zresztą  zwracało  swym  wyglądem  ogólną  uwagę  i  szczere 

zainteresowanie. Ona była tuszy znacznie większej niż przeciętna, a na palcach obu rąk miała 

więcej  pierścionków  niż  palców,  dodatkowo  nosiła  w  pokaźnych  uszach  jeszcze  bardziej 

pokaźne złote kolczyki, na szyi miała złoty łańcuch z dużą, również złotą kulą ziemską, a na 

przegubach  obu  rąk  pobrzękiwały  liczne  bransolety.  Głos  miała  donośny  i  praktycznie  nie 

uznawała  żadnych  sprzeciwów.  On  był  zupełnym  przeciwieństwem  swej  żony.  Szczuplutki, 

drobniutki, ubrany zawsze bardzo skromnie, miał zupełnie rzadkie włosięta na małej główce, 

a głos tak cichy, że pewno nie bardzo sam siebie słyszał. Odzywał się zresztą bardzo rzadko, a 

i to zazwyczaj potakując swojej gadatliwej małżonce. 

Student,  czyli  pan  Andrzej,  Ula  i  Baleron  płynęli  po  raz  pierwszy  na  pełnomorskim 

statku, wszystko więc było dla nich zupełnie nowe i każde z nich na swój sposób przeżywało 

zarówno jasne, jak też i ciemne strony rejsu. Do jasnych należał przede wszystkim sam statek, 

jako że po pierwsze cały był pomalowany na jasno, miał jasnoszare (podobno taki kolor ktoś 

nazwał  kiedyś  bardzo  romantycznie  i  miło  kolorem  gołębim)  burty,  zupełnie  białe 

nadbudówki,  jasnozielone  pokłady,  a  na  jasnożółtym  kominie  rozpierał  się  dumnie  znak 

armatorski  z  morskim  trójzębem  Neptuna.  Oprócz  tego  do  jasnych  stron  należał  na  pewno 

Pan  Kapitan  tego  statku,  który  pochodził  z  bardzo  morskiej  rodziny,  a  którego  Ojciec  - 

obecnie  już  niestety  nieżyjący  -  należał  do  najbardziej  znanych  kapitanów  w  Polskiej 

Marynarce  Handlowej.  Sam  Pan  Kapitan  był  bardzo  miły  i  wcale  nie  wyglądał  na  wilka 

morskiego,  jakim  był  niewątpliwie.  Przynajmniej  tak  określiła  go  kiedyś  Ula  w  rozmowie  z 

Dziką Mrówką. 

- A jak według ciebie ma wyglądać „prawdziwy wilk morski”? - zapytał wtedy Dzika 

Mrówka. 

- No, przecież to wszystkim wiadomo. 

- Dobrze, dobrze - Marek nie dawał za wygraną - nie kręć, tylko powiedz dokładnie. 

Jak twoim zdaniem musi wyglądać PRAWDZIWY WILK MORSKI? 

- Przede wszystkim musi mieć brodę. I to dużą brodę, poza tym musi palić fajkę, musi 

być  bardzo  duży  i  bardzo  silny,  no  i...  chodzić  w  granatowym  mundurze  z  błyszczącymi 

złotymi guzikami i w białej czapce z czymś złotym na daszku. 

- A nie zapomniałaś o czymś? - zapytał Dzika Mrówka z wyraźnie wyczuwalną ironią 

w głosie. 

background image

- O czym? 

-  O  tym,  że  prawdziwy  wilk  morski  to  jest  jeszcze  cały  wytatuowany  w  rozmaite 

smoki, węże i takie tam rzeczy. 

- No, tak - przyznała Ula - rzeczywiście zapomniałam. 

- Oj, Ulka, Ulka - roześmiał się Dzika Mrówka - skąd ci się to wszystko wzięło? 

- Jak to skąd? - zdziwiła się dziewczyna. - Przecież nieraz czytałam i widziałam chyba 

na jakimś filmie czy obrazku, no i... w ogóle tak wszyscy mówią. 

- No właśnie, „tak wszyscy mówią” - przedrzeźniał Dzika Mrówka - bo też w naszym 

kraju  to  mało  kto  wie  cokolwiek  prawdziwego  o  morzu.  Bo  to  niby  „marynarz  w  noc  się 

bawi,  we  dnie  w  hamaku  śpi  tralala”  i  takie  różne  rzeczy  i  wszyscy  w  to  wierzą.  A  jak 

naprawdę jest na statku, to mało kto wie. 

- Ojej, coś tak się oburzył? A ty może wiesz? 

- A pewno, że wiem. 

- A niby skąd jesteś taki mądry? 

-  A  stąd,  że  mój  tata  pływa  na  statkach  już  prawie  dwadzieścia  lat  i  wcale  nie  ma 

brody i nie jest tatuowany. 

- Ale jest duży i chyba silny... 

- No bo taki jest i już, ale nie dlatego że akurat jest marynarzem. 

- Ale twój tata przecież nie jest marynarzem. 

- Jak to nie? Co ci przyszło do głowy? 

- Sam mówił, że jest ochmistrzem. 

- No jest. Ale czy ochmistrz to nie marynarz? 

- A jest? 

- No pewno. Każdy kto pracuje na statku, to jest marynarz. A ty myślałaś pewno, że 

tylko kapitan? 

-  Kapitan  to  na  pewno,  ale  też  i  panowie  oficerowie  na  mostku,  no  i  ci  panowie,  co 

stoją przy kole sterowym też. 

- A kucharz to nie? 

- Kucharz to chyba nie... chociaż może kucharz to tak... - zawahała się - tak, kucharz 

to tak, bo on ma wytatuowane na obu rękach takie kolorowe węże czy smoki. 

- Oj, Ulka, Ulka, dziad swoje, a baba swoje... 

- No, no, no, tylko sobie zanadto nie pozwalaj. 

- Ja sobie nie pozwalam, ale jeżeli ty, która jesteś i płetwonurkiem, i pływałaś przecież 

na  jachcie,  takie  masz  o  marynarzach  mniemanie,  to  co  mówić  o  reszcie  rodaków,  którzy 

background image

morza  nawet  nic  widzieli.  Ojej,  trzeba  będzie  chyba  coś  zacząć  robić,  żeby  to  nasze 

społeczeństwo odpowiednio uświadomić na morskie tematy. 

- No to zaczynaj. I to już, i tutaj - roześmiała się Ula. 

- Niby jak mam tutaj zaczynać? 

-  Właśnie  tutaj.  Jakżeś  taki  wielki  marynarz  i  znawca,  to  uświadom  mnie,  typowego 

lądowego szczura. 

-  Chyba  lądową  mysz  -  roześmiał  się  Marek,  ale  od  tego  dnia  rzeczywiście  wziął 

sprawę zupełnie na serio do serca i jak umiał, tak wprowadzał Ule, a przy okazji i Balerona w 

tajniki statkowego życia i marynarskich obyczajów. 

Co  do  tych  ostatnich,  to  w  dalszym  rejsie  czekała  na  Poszukiwaczy  Złotego  Lodu 

jeszcze  spora  porcja  wrażeń,  ale  to  dopiero  miało  nastąpić  na  drugim  Oceanie,  po  drugiej 

stronie Kanału Panamskiego, a na razie statek o królewskim imieniu wpływał dopiero w rejon 

Morza Karaibskiego. 

Wracając  do  rejsu,  do  jego  jasnych  stron  należało  niewątpliwie  również  wspaniałe 

rzeczywiście  jedzonko,  które  od  rana  do  wieczora  dzień  w  dzień,  świątek  czy  piątek, 

szykował  statkowy  kucharz  cały  ubrany  na  biało,  w  białej  wysokiej  czapie,  białych 

pantoflach, białych spodniach i białej koszuli. Spod zawiniętych rękawów koszuli wyzierały 

ż

ółto - czarno - czerwono - zielone smoki ze złotymi zębami i pazurami,  wytatuowane  - jak 

opowiadał szef kuchni - w chińskiej zadymionej marynarskiej spelunce w Hongkongu. 

Do  ciemnych  stron  -  jak  na  razie  -  Ula,  Dzika  Mrówka  i  inni  pasażerowie  zaliczyć 

mogli  silny  sztorm,  który  dał  się  dobrze  wszystkim  we  znaki  jeszcze  na  samym  niemal 

początku podróży, na wodach kanału La Manche. Co prawda Pan Wojtek, podobnie jak ongiś 

Tata obu braci bliźniaków, uważał że „pogoda wcale nie jest najgorsza”, mimo że na pokład 

statku  raz  po  raz  wpadały  olbrzymie  wodne  grzywacze  aż  cały  okręt  trząsł  się  od  stępki  po 

wierzchołki  masztów  i  od  steru  na  rufie  po  dzwon  zawieszony  na  samym  dziobie.  Inni 

jednakże Poszukiwacze Złotego Lodu, włączając w to również „wielkich marynarzy” - Dziką 

Mrówkę  i  Jego  Brata  -  dość  gwałtownie  odczuwali  dolegliwości  zwane  w  języku  szczurów 

lądowych  MORSKĄ  CHOROBĄ.  Jak  wiadomo,  głównym  i  prawie  jedynym  objawem  tej 

choroby jest fakt, że apetyt znika prawie całkowicie, natomiast wędrówka każdego spożytego 

posiłku „w odwrotnym kierunku” odbywa się o wiele szybciej niż jego konsumpcja. 

Każdy  sztorm  jednakże  mija,  jak  twierdzą  nie  bez  racji  STARZY  MARYNARZE,  i 

przez cały Atlantyk towarzyszyło naszym Poszukiwaczom Złotego Lodu słońce. Początkowo 

było to „kochane słoneczko” przedzierające się przez deszczowe chmury gnane sztormowym 

wiatrem,  potem  „słonko”,  a  następnie  -  w  miarę  jak  statek  zbliżał  się  coraz  bardziej  w 

background image

południowe rejony globusa - „słońce” i dalej SILNE SŁOŃCE, by wreszcie stać się 

NIEMOŻLIWYM WPROST DO 

ZNIESIENIA 

SŁOŃCEM!!! 

Jak  się  już  zapewne  wszyscy  domyślili,  to  początkowe  „kochane  słoneczko” 

przygrzewało  coraz  bardziej  i  bardziej,  i  temperatura  rosła  nie  tylko  z  dnia  na  dzień,  ale 

dosłownie z godziny na godzinę i w końcu od samego świtu aż do zmierzchu panował 

WSZECHWŁADNY UPAŁ! 

Statek  wpływał  akurat  na  wody  Morza  Karaibskiego.  Po  lewej  burcie  mijał  wyspę 

Haiti,  po  prawej  znajdowała  się  Kuba,  a  przed  dziobem  niebawem  miały  się  odkryć  brzegi 

Jamajki. Po śniadaniu Dzika Mrówka razem z Ulką i Jego Bratem poszli - jak zwykli to robić 

niemal  każdego  dnia  rejsu  -  na  skrzydło  pomostu  nawigacyjnego.  W  tym  czasie  wachtę  na 

mostku  pełnił  najmłodszy  z  nawigatorów,  trzeci  oficer  Jacek,  który  niedawno  dopiero 

skończył Szkołę Morską w Gdyni i który dopiero pierwszy rejs pełnił samodzielne obowiązki. 

Pływał już jednak przeszło dwa lata, początkowo jako marynarz, a potem przez pół roku był 

asystentem,  poznając  w  ten  sposób  marynarski  zawód  od  „samego  spodu”,  jak  kiedyś 

stwierdził  w  rozmowie  z  Panem  Wojtkiem,  który  go  zresztą  uczył  czegoś  tam  jeszcze  w 

czasach szkolnych. 

Mimo  młodego  wieku  Jacek  wyglądał  jak  „prawdziwy  wilk  morski”  -  według  słów 

Ulki. Był to chłop rosły, wysportowany i bardzo silny, po wachcie bowiem ćwiczył na rufie 

podnoszenie ciężarów i miał specjalną sztangę, na którą co kilka dni dokładał nowy ciężar. 

-  Panie  Jacku  -  śmiał  się  magazynier  maszynowy,  gdy  trzeci  oficer  znowu  przyszedł 

do  jego  magazynku,  schowanego  głęboko  w  maszynowni,  aby  sprokurować  następne  dwa 

ciężarki  -  niedługo  zabraknie  blachy  na  statku.  Wszystkie  co  grubsze  kawałki  zużyję  na 

pańską sztangę. A nie może pan zamiast tak dokładać co kilka dni po parę kilogramów zebrać 

się  w  sobie  raz,  ale  tak  solidnie  i  podnieść  zapasową  kotwicę,  która  leży  bezużytecznie  na 

dziobie, a jak tego mało, to mamy jeszcze zapasową śrubę na rufie. Co się pan tak rozdrabnia? 

- Przyjdzie czas i na kotwicę, i na śrubę. Spokojna pańska głowa, panie majster - śmiał 

się Jacek i dokładał kolejne krążki na swoją sztangę. 

Poza sztangą trzeci oficer Jacek miał „prawdziwie marynarską”, do tego pięknie rudą 

brodę, interesował się bardzo wieloma sprawami, a już szczególnie jego wielkim hobby były 

rozmaite  morskie  historie  i  przygody.  Woził  też  ze  sobą  sporą  bibliotekę,  z  której  książki 

czytał po parę razy i dość niechętnie pożyczał, starannie zresztą wypisując za każdym razem 

rewers,  na  którym  pożyczający  kwitował  fakt  wypożyczenia  takiej  to  a  takiej  książki, 

background image

ozdobionej  ekslibrisem  trzeciego  oficera.  Nawiasem  mówiąc  trzeci  oficer  Jacek  sam  sobie 

zrobił ten ekslibris, ponieważ miał dość duże zdolności rysunkowo - graficzno - malarskie. 

-  Dzień  dobry,  panie  Trzeci  -  powiedziała  Ula,  gdy  weszli  na  skrzydło  pomostu,  na 

którym akurat trzeci oficer brał namiar na jakąś majaczącą w oddali górę. 

-  Cześć,  płetwonurkowie  poszukiwacze  złotego  lodu!  -  odkrzyknął  Trzeci,  na  statku 

bowiem  już  od  pierwszego  dnia  rejsu  wszyscy  doskonale  wiedzieli  dokąd  i  w  jakim  celu 

płyną niecodzienni pasażerowie. 

- Chwileczkę - dorzucił po chwili - tylko naniosę pozycję na mapę, to pogadamy. 

- A można zobaczyć? - zapytał Dzika Mrówka. 

- Co zobaczyć? 

- Jak pan nanosi pozycję. 

- Dlaczego nie. Proszę bardzo. 

Trzeci  wszedł  do  sterówki  i  stanął  przed  szerokim  stołem  nawigacyjnym,  na  którym 

leżała rozpostarta dokładna mapa mijanych okolic. Wziął dwie ekierki i starannie zaostrzony 

ołówek.  Odnalazł  na  mapie  dwa  górskie  szczyty,  na  które  się  przed  chwilą  namierzał,  i 

narysował  dwie  linie  pod  odpowiednimi  kątami,  które  przed  chwilą  odczytał  z  namiernika 

stojącego  na  skrzydle  pomostu.  W  miejscu  przecięcia  obu  linii  narysował  małe  kółeczko  i 

obok  napisał  dokładną  godzinę.  Kółeczko  wypadło  dokładnie  na  ołówkowej  kresce 

oznaczającej trasę statku. 

- Jak na razie wszystko się zgadza - powiedział Jacek. 

-  Panie  Trzeci  -  odezwał  się  Jego  Brat  -  a  dlaczego  pan  robi  te  namiary  na  skrzydle, 

jeżeli mamy na statku aż dwa radary i radionamiernik. 

- Widzisz chłopcze - roześmiał się Trzeci - na morzu obowiązuje taka zasada, że nigdy 

nie jest za dużo ostrożności i dokładności. Radar radarem, radionamiernik i sztuczne satelity z 

całą nawigacją satelitarną i komputerami swoją drogą, a nigdy nie zaszkodzi sprawdzić tych 

wszystkich  wspaniałych  urządzeń  metodami  najstarszymi,  najprostszymi,  a  przez  to 

najlepszymi. Dlatego na każdym statku są zwykłe namierniki i dlatego codziennie, gdy tylko 

jest to możliwe, bierze się pozycję ze słońca i z gwiazd. Starymi, pewnymi metodami, jakich 

pewnie używał Największy Żeglarz, sam Krzysztof Kolumb. I cała masa innych. 

Tu trzeci oficer zamyślił się nieco i popatrzył w stronę odległego lądu. 

- Widzicie, kochani, tak mnie uczyli na „Darze Pomorza”, tak mnie uczyli w Szkole i 

tak  mnie  uczy  na  tym  statku  mój  obecny  kapitan,  który  -  jak  wiecie  -  pochodzi  z  bardzo 

dobrej marynarskiej rodziny. 

Jeszcze raz spojrzał na widniejące w oddali kontury wyspy i dorzucił: 

background image

-  A  wiecie  wy,  kochani,  że  oto  wpływamy  na  najbardziej  burzliwe  wody  w  historii 

ś

wiata. I to nie ze względu na pogodę, choć i tu nieraz hulają huragany, ale ze względu na to, 

co się działo na tych wodach od momentu, gdy z pokładów statków Krzysztofa Kolumba po 

raz pierwszy dojrzano ziemię. 

To  było  niedaleko  stąd.  A  potem  się  zaczęło  na  dobre.  Najpierw  odkrywcy,  potem 

korsarze,  piraci,  flibustierzy.  Bracia  z  Wybrzeża  i  w  ogóle  każdy,  komu  było  ciasno  w 

Europie  i  komu  coś  groziło  w  Starym  Świecie  uciekał  w  te  rejony,  gdzie  panowały  tylko 

prawa siły, miecza i muszkietu. 

- A ja czytałem książki o piratach - wyrwał się Dzika Mrówka. 

- Jakie książki? - zainteresował się Trzeci. 

- A na przykład „Wyspę Skarbów” albo „Złoto z Porto Bello”. I jeszcze taką jedną o 

angielskim korsarzu, tylko zapomniałem, jak się on nazywał. 

-  Sir  Francis  Drake,  oczywiście  -  wtrącił  w  tym  momencie  niezawodny,  jak  zwykle, 

Jego Brat. 

-  No  i  bardzo  dobrze  -  skwitował  Trzeci.  -  Na  tematy  piracko  -  korsarskie  jest  cała 

masa książek. A Francis Drake rzeczywiście grasował w tych okolicach. Zresztą nie tylko on. 

Był też taki sławny  angielski pirat Morgan, byli  Francuzi, Hiszpanie, Holendrzy. Jednym ze 

sławniejszych  był  też  niejaki  kapitan  Edward  Teach,  znany  na  całych  Karaibach  pod 

przezwiskiem „CZARNA BRODA”. 

W  tym  momencie  Trzeci  przerwał  swoje  wyliczanie  i  znaczącym  gestem  pogłaskał 

swoją wspaniałą brodę. 

- A z pana, panie Trzeci; to byłby też wspaniały pirat. Tyle że nie czarnobrody, a... - 

zaczęła Ula, ale nagle przerwała zawstydzona. 

-  Rudobrody  -  chciałaś  powiedzieć  -  roześmiał  się  Trzeci.  -  Taki  też  był  w  historii 

piractwa,  tyle  tylko  że  na  zupełnie  innym  morzu,  bo  Śródziemnym.  I  tamten  nazywał  się 

BARBAROSSA,  co  właśnie  znaczy  „czerwonobrody”,  choć  niektórzy  tłumaczą  to  nieco 

poetyczniej jako „miedzianobrody”. Ale, ale, panno Ulu - Trzeci jakby coś sobie przypomniał 

- w historii piractwa spotykamy też... kobiety. 

- Kobiety? - z niedowierzaniem powtórzyła wciąż jeszcze zawstydzona Ula. 

-  A  tak.  Na  Karaibach  były  dwie  takie.  Jedna  nazywała  się  Anna  Bonney,  a  druga 

Mary Read. A inną - bardzo zresztą sławną piratką, a nawet szefową olbrzymiego pirackiego 

gangu, była Chinka, niejaka pani Czing. Tak, że widzisz, nic straconego, Ula, wszystko przed 

tobą. 

- Jack Barbarossa i Ulla Blanca - mruknął Jego Brat, który znał po parę słów z kilku 

background image

języków, co oznaczało w mieszance angielsko - hiszpańskiej i szwedzko - włoskiej „JACEK 

RUDOBRODY i BIAŁA ULA”, jako że Ulka miała zdecydowanie jasne włosy. 

-  To  by  nawet  nieźle  brzmiało  -  roześmiał  się  Trzeci,  a  Ulka  zaczerwieniła  się  nie 

wiadomo dlaczego aż po bujne, jasnoblond włosy splecione w dwa grube warkocze. 

-  A  wracając  do  naszych  piratów  i  korsarzy  Morza  Karaibskiego,  to  po  pierwsze 

płyniemy  akurat  niedaleko  Jamajki.  A  stolicę  Jamajki,  czyli  Port  Royal,  nazwano  kiedyś 

„pirackim  Babilonem”.  Po  drugie  jutro  wchodzimy  do  portu  Cartagena,  który  nie  raz  i  nie 

dwa  zdobywali  rozmaici  piraci  i  korsarze.  Po  trzecie  będziemy  z  Cartageny  do  Kanału 

Panamskiego  płynęli  koło  słynnego  Porto  Bello.  Po  czwarte  pożyczę  wam  z  moich 

PRYWATNYCH  ZBIORÓW  parę  ciekawych  książek.  Po  piąte  wreszcie  koniec  na  razie  ze 

wszystkimi  nawet  najsłynniejszymi  piratami,  korsarzami,  bukanierami  i  flibustierami  całego 

Morza  Karaibskiego  i  jego  bliższych  i  dalszych  okolic,  ponieważ  JACK  BARBAROSSA 

idzie zaraz z sekstantem brać pozycję ze słońca, bo zbliża się KULMINACJA. 

Nazajutrz  rano  statek  wchodził  do  kolumbijskiego  portu  Cartagena.  Po  długim 

przelocie  przez  Atlantyk  wszyscy  na  statku,  a  szczególnie  Poszukiwacze  Złotego  Lodu,  byli 

mocno stęsknieni za stałym lądem, nic więc dziwnego, że wylegli wszyscy na pokład. 

Statek wchodził wąskim wodnym przejściem między lądem a niewielką wyspą. 

- Płyniemy teraz przez Boka Chica - oznajmił w pewnym momencie Dzika Mrówka. - 

Boka Chica oznacza Małe Wejście, a tam dalej jest Boka Grande, czyli Wielkie Wejście. W 

dawnych czasach Hiszpanie zamykali Boka Chica na łańcuch i na kłódkę, a nad Boka Grande 

zbudowali fort z silną artylerią. 

- Na łańcuch? - zdziwił się Student. 

- Pewno. Myśmy już takie widzieli, no nie, Jaro? 

-  Fakt!  -  zgodził  się  Jego  Brat.  -  W  Sewilli  choćby.  Ale  znane  są  też  i  inne  porty 

zamykane na łańcuch. Na przykład Krzywy Róg w Stambule, a właściwie w Konstantynopolu 

albo... 

- Daj spokój, Jaro, wystarczy, nie musisz od razu chwalić się swoimi wiadomościami - 

przerwał  mu  Dzika  Mrówka  niezadowolony,  że  brat  bliźniak  odwrócił  uwagę  obecnych  od 

niego. Lepiej przyjrzałbyś się tym trzem fortom: Chica Boca o tutaj, a tam dalej Chica Grande 

i jeszcze dalej Tierra Bomba. A oprócz tego mamy jeszcze potężną fortecę San Felipe, czyli 

inaczej Castillo del Felipe. I to wszystko Hiszpanie zbudowali w obawie przed piratami. 

- A skąd ty to wszystko wiesz? - zdziwił się znowu Student. 

- Ma się swoje sposoby - mruknął niezbyt skromnie Dzika Mrówka i spojrzał na brata 

bliźniaka,  ale  ten  nic  nie  powiedział,  choć  przecież  widział,  jak  Dzika  Mrówka  przez  całą 

background image

niemal noc studiował pilnie pożyczone wczoraj od Trzeciego książki o wyczynach piratów i 

korsarzy na Morzu Karaibskim. 

W  porcie  Cartagena  statek  stał  krótko,  ale  pasażerowie  zdążyli  zwiedzić  nawet  dość 

dokładnie miasto, a zwłaszcza rzeczywiście potężną jak na dawne czasy twierdzę Castillo del 

Felipe i mury obronne dawnego starego miasta. 

- Ale te mury są potężne - zachwycała się Ula. 

- Potężne, potężne - Dzika Mrówka wzruszył ramionami - ale taki na przykład admirał 

Drake i tak i tak zdobył miasto i wziął kilkaset tysięcy złotych dukatów okupu. 

Gdy  tak  chodzili  po  zakamarkach  hiszpańskiej  twierdzy,  gdy  przeciskali  się  przez 

wąskie  korytarze,  wilgotne  mimo  upału,  ponure  i  mroczne  mimo  jaskrawo  świecącego  na 

zewnątrz  słońca,  Dzika Mrówka  oczyma  wyobraźni  widział  walczących  w  tych  kamiennych 

zaułkach brodatych piratów i strojnych rycerzy hiszpańskich. I widział siebie razem ze swym 

bratem bliźniakiem walczących to po jednej, to znów po drugiej stronie. Bo piraci i korsarze 

byli  tacy  odważni  i  śmiali,  ale  jednak  zabijali,  żeby  rabować  złoto  i  klejnoty,  i  nawet  sam 

wielki  i  sławny  Drake  skazywał  bez  mrugnięcia  oka  jeńców  na  śmierć,  ażeby  wydusić  jak 

największy  okup  z  biednych  mieszkańców,  nie  wahał  się  palić  całe  dzielnice  i  plądrować  i 

łupić nie tylko prywatne domy i państwowe urzędy, ale również kościoły. A znowu Hiszpanie 

byli  pełni  dumy  i  wielce  rycerskich  manier,  ale  nie  mniej  okrutni  dla  podbitych  Indian  niż 

piraci dla nich. 

I tak źle, i tak nie za bardzo dobrze - wahał się w swych marzeniach Dzika Mrówka i 

za  nic  nie  mógł  się  zdecydować,  po  której  stronie  stanąć,  ale  na  jego  szczęście  statek  po 

krótkim  postoju  w  Cartagenie  ruszył  w  kierunku  Kanału  Panamskiego.  Upał  wciąż  był 

niesamowity, a na domiar wszystkiego zepsuła się statkowa klimatyzacja i stało się na całym 

statku tak przeraźliwie gorąco, że Dzika Mrówka stwierdził: 

- Mózg mi zupełnie wysechł i wszystkie myśli zeschły mi się na wióry. 

-  Dużo  to  tam  tych  wiórów  nie  ma.  Może  tyle,  co  z  dwóch  zapałek  -  mruknął  Jego 

Brat.  -  No,  góra  z  trzech  -  dorzucił  po  chwili,  ocierając  spocone  ciało  ręcznikiem,  zresztą 

zupełnie mokrym od potu. 

Upał  był  tak  potworny,  że  Dzikiej  Mrówce  nie  chciało  się  nawet  odciąć  się  swemu 

bratu bliźniakowi. I to był dowód, że było NAPRAWDĘ BARDZO GORĄCO. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY, 

W KTÓRYM PRZEZ UPAŁ DZIKA MRÓWKA TRACI BARDZO DUŻO 

CIEKAWYCH WIDOKÓW, ALE WSZYSTKO KOŃCZY SIĘ 

SZCZĘŚLIWIE 

Upał  w  dalszym  ciągu  niezmordowanie  lał  się  z  zupełnie  bezchmurnego  nieba,  gdy 

polski statek wiozący szóstkę naszych bohaterów rzucił kotwicę na obszernym kotwicowisku 

w Limon Bay. 

-  Do  kanału  wchodzimy  jutro  przed  południem  -  oznajmił  Kapitan  -  a  dziś  jeszcze 

będziemy brali paliwo, panie inżynierze - zwrócił się do Starszego Mechanika. 

- Tak, wiem, w porządku, panie kapitanie. I jak pan wie, czekamy na pilną przesyłkę z 

częściami zamiennymi do urządzeń klimatyzacyjnych. Bez tego ani rusz nie ujedziemy. 

- Ojej - jęknął Dzika Mrówka - to będzie dalej tak gorąco? 

- Trudno - Starszy Mechanik wzruszył ramionami - na razie nic na to nie poradzę. A 

tyle razy pisałem, telefonowałem jeszcze w Gdyni, a potem z morza wysyłałem telegramy, ale 

niestety nic nam nie dostarczyli. Przewidywałem, że tak się stanie. 

-  Wiem,  wiem,  panie  inżynierze  -  zgodził  się  Kapitan  -  ale  muszę  pana  zmartwić. 

Rozmawiałem  przez  krótkofalówkę  z  agentem  i  jeszcze  nie  nadeszła  oczekiwana  przesyłka. 

Może zdąży do Panamy zanim przejdziemy Kanał. 

-  Ojejej  -  jęknął  znowu  Dzika  Mrówka,  choć  Jego  Brat  już  za  poprzednim 

odezwaniem szturchnął go dość mocno i znacząco łokciem. 

-  Co  tak  narzekasz,  synu  -  Starszy  Mechanik  powoli  kończył  deser,  ocierając  raz  po 

raz rzęsisty pot z dość obszernego czoła, które - po prawdzie - sięgało mu dość daleko poza 

czubek  głowy.  -  Dawniej  na  statkach  wcale  nie  było  klimatyzacji  i  marynarze  też  pływali.  I 

jacy to byli marynarze, ho, ho! - znowu otarł dużą kraciastą chustą czoło aż do karku. 

- Prawda, panie kapitanie? 

-  Prawda,  prawda,  sam  doskonale  pamiętam  takie  statki,  ale  nie  miałbym  nic 

przeciwko  temu,  żeby  klimatyzacja  działała.  Ale  a  propos  dawnych  czasów,  to  kiedy  tak 

wchodziliśmy na kotwicowisko, widziałem jeden z naszych statków wychodzących z kanału. 

Szli do Wenezueli. A agent mówił, że razem z nami będzie szedł polski trawler - przetwórnia. 

Idą  na  łowiska  peruwiańskie  albo  nawet  na  kanadyjskie.  Hen,  pod  Alaskę.  I  wtedy  mi  się 

przypomniało,  co  mi  mój  ojciec  opowiadał  o  pierwszym  rejsie  statku  pod  biało  -  czerwoną 

banderą  przez  Kanał  Panamski.  To  był  „Dar  Pomorza”  w  1934  roku,  w  swojej  słynnej 

background image

podróży dookoła świata. 

-  To  pana  ojciec,  panie  kapitanie,  płynął  na  „Darze  Pomorza”  dookoła  świata?  - 

zapytał Jego Brat. 

- A jakże. Zresztą nie tylko dookoła świata. W innych rejsach Białej Fregaty też brał 

udział.  Od  samego  początku,  kiedy  ją  kupowano  we  Francji.  Ale  wracając  do  pierwszego 

polskiego przejścia przez Kanał Panamski to wtedy, w 1934 roku, było to nie lada wyczynem. 

Wtedy  polskie  statki  pływały  co  najwyżej  na  Morze  Śródziemne,  ale  praktycznie  -  z 

wyjątkiem  kilku  statków  pasażerskich  -  polskie  rejsy  ograniczały  się  do  portów  Europy 

Zachodniej. Bałtyk, Morze Północne i kanał la Manche i niewiele więcej. Nie to co dziś. 

- To „Dar Pomorza” był pierwszy w Kanale Panamskim? 

-  Tak,  pierwszy,  choć  -  prawdę  mówiąc  -  tak  się  dziwnie  wtedy  złożyło,  że  przez 

Kanał Panamski po raz pierwszy w jego historii przeszły od razu dwie jednostki pod biało - 

czerwoną banderą. 

- A kto był tą drugą? 

-  Nie  zgadlibyście,  chłopcy,  uśmiechnął  się  Kapitan  -  tą  drugą  jednostką  był  mały 

prywatny  jacht  „Zjawa  II”  z  załogą,  którą  stanowił  właściciel,  czyli  armator,  i  kapitan  w 

jednej osobie gdyńskiego harcerza Władysława Wagnera. 

- Jacht? Wtedy i tak daleko? - zdziwił się Dzika Mrówka, który co prawda dużo czytał 

na  temat  polskiego  jachtingu,  ale  były  to  głównie  powojenne  rejsy  polskich  jachtów,  a  i  to 

niewiele z nich - jak na razie - przez Kanał Panamski przepłynęło. 

-  Ano,  tak  daleko  -  potwierdził  Kapitan  -  bo  widzisz,  chłopcze,  najważniejsze  jest  w 

ż

yciu  czegoś  bardzo  chcieć  i  być  bardzo  upartym  i  wytrwałym.  Takimi  właśnie  byli  w 

polskim  jachtingu  przede  wszystkim  Władysław  Wagner,  a  w  wiele  lat  później 

nieodżałowany  Leonid  Teliga.  Ale  wracając  do  „Daru  Pomorza”  i  „Zjawy  II”  to  mam  w 

kabinie książkę opowiadającą o historii Białej Fregaty. Tam jest - między innymi - dokładna 

data pierwszego przejścia przez Kanał Panamski pod polską banderą. 

Po  chwili  Kapitan  wrócił  z  egzemplarzem  książki  pt.  „Biała  Fregata”.  Na  okładce 

widniała  kopia  obrazu  przedstawiającego  „Dar  Pomorza”  pod  pełnymi  żaglami.  Przewrócił 

parę kartek i przeczytał: 

„W sobotę, 1 grudnia 1934 roku „Dar Pomorza” jako pierwszy w historii statek pod 

polską banderą przeszedł przez Kanał Panamski, holując przy swej burcie harcerską „Zjawę 

II”. Tego samego dnia o godzinie 16.00 został dla biało - czerwonej flagi odkryty Pacyfik”. 

Po  obiedzie  Kapitan  poszedł  do  swojej  kabiny  na  obowiązkową  „kapitańską 

drzemkę”, Starszy Mechanik, choć zapewne miałby też na taką samą drzemkę ochotę, musiał 

background image

udać  się  do  maszynowni,  tam  bowiem  w  jeszcze  większym  niż  na  pokładzie  i  w  kabinach 

upale pracowano bez przerwy. Tak to już bowiem jest na statkach, że załoga maszynowa ma 

zazwyczaj  najwięcej  roboty  w  czasie  wszelkich  postojów  statku.  Wtedy  silniki  nie  pracują  i 

można je konserwować czy remontować. 

Poszukiwacze  Skarbów  udali  się  na  pokład,  by  choć  przez  lornetkę  spojrzeć  na 

nieodległy  brzeg,  na  panamski  przesmyk  zwany  przez  Hiszpanów  przed  wiekami  ZŁOTĄ 

DROGĄ. 

-  To  tędy  po  raz  pierwszy  przedarł  się  na  południe  Vasco  Nunez  de  Balboa  i  jako 

pierwszy  Europejczyk  zobaczył  wody  Pacyfiku  -  Jarek  przed  wyjazdem  do  Ameryki 

Południowej jak zwykle poszperał trochę w rozmaitych książkach, a że pamięć miał świetną, 

więc  też  pamiętał  nawet  trudne  do  zapamiętania  szczegóły,  choćby  taki  jak  pełne  brzmienie 

nazwiska  i  imienia  odkrywcy  Pacyfiku  -  a  działo  się  to  25  września  1513  roku  -  dokończył 

Jarek. 

-  To  właśnie  tędy  później  karawany  koni,  mułów  i  osłów  wiozły  przez  panamski 

przesmyk  olbrzymie  ilości  złota,  srebra  i  drogich  kamieni  zdobytych,  zrabowanych  i 

wykopanych  w  krainach  Ameryki  Południowej  wzdłuż  wybrzeża  Pacyfiku  -  dorzucił  Pan 

Wojtek.  -  W  Porto  Bello  i  w  innych  portach  Morza  Karaibskiego  ładowano  te  skarby  na 

statki, które z kolei wiozły je do Europy. Historycy obliczają, że aż około sześćset statków z 

tych  „złotych”  i  „srebrnych”  flot  nie  dopłynęło  do  portów  przeznaczenia.  Część  z  nich 

zdobyli i zrabowali piraci, a część po prostu zatonęła po drodze... 

-  ...  i  teraz  pan  Kamiński  i  jego  różni  przyjaciele  mają  co  szukać  na  morskim  dnie  - 

dokończył  Student,  który  oczywiście  dokładnie  poznał  wszystkie  najdrobniejsze  nawet 

szczegóły związane z historią OPERACJI ZŁOTY LÓD. 

- Fakt! - przyznał Pan  Wojtek - bardzo to wszystko ciekawe, ale  gdy tak spojrzeć na 

historię podbojów hiszpańskich z innej strony, od strony Indian, to wszystko zupełnie inaczej 

wygląda.  Przecież  konkwistadorzy  to  byli  w  końcu  bezwzględni  łupieżcy,  którzy  przecież 

wyrywali  nawet  wmurowane  w  rozmaite  świątynie  srebrne  lub  złote  ozdoby.  Wywozili  z 

podbitych krajów wszystko, co się tylko wywieźć dało. 

- Miejmy nadzieję, że nie wszystko - wtrącił Student. - Nie należy zapominać, że nie 

udało im się wywieźć ZŁOTEGO LODU. 

Wszyscy roześmieli się, a Ula westchnęła głęboko i powiedziała tylko: 

- Mam nadzieję. 

Tak więc Kapitan drzemał, Starszy Mechanik walczył w pocie czoła w maszynowni, 

Poszukiwacze  Skarbów  snuli  leniwe  rozważania  na  historyczne  tematy,  a  tymczasem  Dzika 

background image

Mrówka zaraz po obiedzie poszedł... do kuchni. 

Od  dwóch  dni,  odkąd  na  statku  przestała  działać  klimatyzacja,  w  Marku  nagle 

rozbudziły  się  niespodziewanie  kuchenne  zainteresowania.  Większą  część  wolnego  czasu,  a 

tego  w  końcu  miał  dość  sporo,  zaczął  spędzać  w  kuchni  i  w  przylegających  do  kuchni 

pomieszczeniach.  Pomagał  kucharzowi,  a  to  obierać  kartofle  i  jarzyny,  a  to  przestawiał 

rozmaite garnki z jednego kąta obszernej okrętowej kuchni w drugi, a to przesiewał mąkę, z 

której  miał  być  upieczony  chleb  lub  rozmaite  słodkości,  ale  najchętniej  pomagał  drugiemu 

kucharzowi albo młodemu pomocnikowi kucharza w robieniu porządków w jarzyniarni lub w 

innych pomieszczeniach, gdzie przechowywano statkowe zapasy żywnościowe. 

Dokładnie  nie  wiadomo,  co  u  Dzikiej  Mrówki  mogło  spowodować  nagłe 

zainteresowanie  się  kuchnią  i  kuchennymi  sprawami,  ktoś  jednak  bystry  mógłby  połączyć 

parę  faktów  w  jedną  logiczną  całość.  Pierwszym  faktem  było  zepsucie  się  urządzeń 

klimatyzacyjnych,  drugim  -  upał  panujący  we  wszystkich  pomieszczeniach  statku  z 

wyjątkiem...  i  tu  jest  miejsce  dla  trzeciego  faktu,  a  mianowicie,  że  wszystkie  żywnościowe 

statkowe zapasy były przechowywane... w olbrzymiej chłodni. 

Chłodnia ta składała się z paru oddzielonych od siebie pomieszczeń. W jednym, gdzie 

chowano zamrożone mięso, panowała iście podbiegunowa temperatura, podobnie zresztą jak 

w komorze rybnej. W innych, gdzie składowano warzywa, owoce, mleko, sery i tym podobne 

wiktuały,  temperatury  były  znacznie  wyższe  i  wynosiły  po  kilka  stopni  powyżej  zera,  co  w 

porównaniu z upałem panującym na zewnątrz stanowiło jednak kapitalną różnicę. 

Następnego  dnia  zaraz  po  śniadaniu  na  pokład  statku  wszedł  pilot  kanałowy  z 

krótkofalówką. Przy trapie przywitał go Trzeci Oficer ubrany w biały tropikalny mundur, a na 

mostku  czekał  Kapitan,  również  ubrany  na  biało  od  butów  aż  po  biały  pokrowiec  na 

mundurowej  czapce.  Na  tle  nieskazitelnej  wręcz  bieli  wspaniale  złociły  się  tylko  guziki  z 

kotwiczkami, również złoty wieniec z liści dębowych na daszku czapki i złote cztery paski i 

kotwiczka na każdym z granatowych pagonów na ramionach. Czarny krawat dodawał całości 

dyskretnej elegancji. 

Pilot  był  ubrany  znacznie  mniej  oficjalnie,  miał  bowiem  na  sobie  długie  spodnie, 

mundurową  koszulę  bez  krawata  i  marynarską  czapkę,  a  wszystko  w  kolorze  piaskowym, 

czyli tak zwanym khaki. 

Ulka  była  -  co  prawda  -  nieco  zawiedziona,  ponieważ  pod  wpływem  korsarskich 

opowieści,  które  wczorajszego  dnia  ciągnęły  się  na  pokładzie  aż  do  późnego  wieczora, 

wyobrażała  sobie,  że  pilot  w  Kanale  Panamskim  przyjdzie  ubrany  jakoś  bardzo  barwnie  i 

kolorowo. Luźna koszula w kwiaty lub kolorowe papugi, postrzępione bawełniane spodnie, za 

background image

pasem  co  najmniej  kordelas  w  skórzanej,  nabijanej  mosiężnymi  ćwiekami  pochwie,  a  na 

głowie obowiązkowy szerokoskrzydły panamski kapelusz pleciony z bardzo jasnej słomki. Na 

szczęście załoga motorówki pilotowej nosiła właśnie takie szerokoskrzydłe kapelusze i jeden 

z nich mocno czekoladowoskóry ujrzawszy wysoko na burcie statku wychyloną nad barierką 

Ulkę,  zdjął  słomkowy  kapelusz  z  głowy  i  zamachał  nim  przyjaźnie  do  dziewczyny,  wołając 

przy tym głośno: 

Buenos dias, blanca seńorita! Buenos dias! 

Na co Ula najpierw się nieco zapłoniła, ale po małej chwilce odkrzyknęła w dół: 

Buenos dias, seńor! 

Czym wzbudziła zapewne zachwyt wśród załogi motorówki pilotowej, bo natychmiast 

zamachało  z  dołu  pięć  panamskich  kapeluszy,  tylu  bowiem  było  widocznie  na  pilotówce 

członków załogi. 

Tymczasem  pilot  dotarł  na  mostek,  przywitał  się  z  Kapitanem  i  po  chwili  od  strony 

dziobu  dał  się  słyszeć  zgrzyt  wyciąganego  z  wody  przez  kluzę  łańcucha  kotwicznego.  To 

działali pierwszy oficer z cieślą i dwoma marynarzami. Jeszcze chwila i z głębi maszynowni 

dobiegł  odgłos  dzwonka  telegrafu,  a  potem  z  komina  buchnęło  kilka  kłębów  ciemnawego 

dymu i zakotłowała się woda za rufą. 

Statek ruszył i skierował się dziobem w stronę nieodległej śluzy. Gdy ustawił się już 

cały na swoim miejscu, zamknięto za rufą olbrzymie wrota i po chwili zabulgotało wewnątrz 

służy. 

- O rany! - zdziwił się Baleron. - Przecież my zasuwamy w górę jak windą. 

Rzeczywiście.  Cały  olbrzymi  statek,  razem  z  nadbudówkami  i  masztami,  razem  z 

silnikiem  i  rozmaitymi  mechanizmami,  razem  z  wieloma  tysiącami  ton  ładunku  w  pięciu 

ładowniach  i  wreszcie  z  Kapitanem,  panamskim  pilotem,  całą  załogą  i  Poszukiwaczami 

Złotego  Lodu  unosić  się  począł  szybko  ku  górze  razem  z  równie  szybko  wznoszącym  się  w 

ś

luzie  poziomem  wody.  Już  po  kilku  minutach  za  rufą  widać  było  leżące  znacznie  niżej 

rozległe kotwicowisko Limon Bay ze stojącymi tam statkami. 

A  potem  otwarły  się  wrota  przed  dziobem  statku  i  śmieszne,  małe,  ale  widocznie 

bardzo silne lokomotywki, poruszające się na szynach po obu stronach, przeciągnęły statek do 

następnej  komory  śluzowej.  Tu  operacja  powtórzyła  się  identycznie  i  w  równie  szybkim 

tempie zamknęły się za rufą statku szerokie i mocne wrota, śluza błyskawicznie napełniła się 

wodą,  wynosząc  statek  znowu  o  dobre  kilka  metrów  w  górę.  I  potem  zabrały  się  do  pracy 

dzielne lokomotywki, znowu przeciągnęły statek do trzeciej śluzy i po raz trzeci statek został 

wywindowany w górę. 

background image

-  O  rany,  ale  winda  -  dziwił  się  nieustannie  Baleron  -  i  to  taka  bardziej 

pojemnościowa.  Aleśmy  się  wysoko  wdrapali.  Ciekawe  też  ile  to  metrów  w  górę  nas 

wyniosło? 

- Jezioro Gatun, na którego wody teraz wpływamy, znajduje się o prawie dwadzieścia 

sześć  metrów  nad  poziomem  Morza  Karaibskiego  -  wyjaśnił  wiedzący  jak  zwykle  wszystko 

doskonale i niezwykle dokładnie Jego Brat. 

-  To  będzie  mniej  więcej  tyle,  ile  ma  dziesięciopiętrowy  wieżowiec,  w  którym 

mieszkam  -  Baleron  próbował  przymierzyć  się  do  znanych  sobie  z  codziennego  dnia 

wielkości. 

-  No,  może  troszeczkę  mniej,  ale  mniej  więcej  tyle  -  zgodził  się  nieco  łaskawym  i 

odrobinę protekcjonalnym tonem Jarek. 

Po  przejściu  potrójnych  śluz  statek  wpłynął  na  wody  rozległego  jeziora  Gatun,  gęsto 

usianego  malowniczymi  wysepkami.  Wszędzie,  zarówno  na  brzegach  jeziora,  jak  i  jego 

wysepkach pieniła się bujna tropikalna roślinność. 

- Uroczo tu - powiedziała w pewnym momencie Ula. - Czuję się zupełnie jak w jakiejś 

cudownej krainie, jak w jakimś zaczarowanym ogrodzie botanicznym. Aż wierzyć mi się nie 

chce,  że  wszystkie  te  cuda  oglądam  na  własne  oczy.  Boję  się,  że  mi  się  to  tylko  śni  i  że  za 

chwilę otworzę oczy, i się zbudzę, i wtedy to wszystko zniknie. 

- To najlepiej się uszczypnąć - doradził jej z niewinną miną Baleron. 

- Uszczypnąć? A niby po co? 

-  Żeby  sprawdzić,  że  to  nie  sen.  Jak  zaboli,  to  znaczy,  że  to  jawa,  a  jak  nie  zaboli  - 

znaczy sen. 

-  Daj  spokój!  -  krzyknęła  Ula,  którą  w  tym  momencie  kolega  faktycznie  uszczypnął, 

choć przyznać trzeba, że zrobił to bardzo delikatnie. 

- No widzisz - roześmiał się stojący obok Pan Wojtek - masz teraz najlepszy dowód, 

ż

e to jawa. 

- Ale, ale - Pan Wojtek rozglądnął się wzdłuż burty, przy której stali prawie wszyscy 

Poszukiwacze Złotego Lodu. - Gdzie jest Marek? Już od dawna mi czegoś brakowało, ale nie 

wiedziałem  czego.  A  teraz  już  wiem.  Było  za  spokojnie  i  dopiero  Baleron  ze  swoim 

szczypaniem naprowadził mnie na odpowiednią myśl. No, więc, gdzie jest Dzika Mrówka? 

- Na śniadaniu był - powiedziała Ula. 

- Był - potwierdził Baleron - przecież zjadł dwie porcje jajecznicy z cebulką i jeszcze 

na domiar na takich olbrzymich płatach szynki. On teraz ma chody u szefa kuchni, to obżera 

się do niepamięci. 

background image

- Tobie też nie brakuje apetytu - Pan Wojtek zaczął się rozglądać po pokładzie. 

- Właśnie - dodała Ula - ty też zjadłeś dwie porcje jajecznicy, nie wymawiając. Gdyby 

takich pasażerów było więcej, to Armator by już zupełnie zbankrutował. 

-  Niby  dwie  porcje  -  powtórzył  z  westchnieniem  żalu  Baleron  -  ale  na  pewno  nie  z 

taką szynką jak Mrówa, ot co! 

- Dobra, dobra, ale w końcu, gdzież jest Mrówa? Kto z was go ostatni widział? 

- Zaraz po śniadaniu chyba poszedł do kuchni - odezwała się Ula. 

- Do kuchni? - zastanowił się Pan Wojtek. - Jarek, skocz no i zobacz, czy go tam nie 

ma. 

Jarek ruszył do schodów prowadzących na pokład, na którym znajdowała się kuchnia, 

a jego flegmatyczny krok wcale nie pasował do wydanego przez Pana Wojtka polecenia. 

Wrócił też dopiero po dobrych paru minutach. 

- No i co? 

- Szef kuchni mówi, że widział go zaraz po śniadaniu, że owszem, przyszedł i że zjadł 

jeszcze jedną porcję jajecznicy na szynce... 

-  TRZECIĄ  JAJECZNICĘ.  I  do  tego  NA  SZYNCE!  -  jęknął  boleśnie  Baleron  i  z 

wielkiego żalu aż się oblizał. 

-  Nie  przeszkadzaj  -  Jego  Brat  spojrzał  na  Balerona  z  wyraźną  dezaprobatą  -  a  więc 

szef kuchni go widział zaraz po śniadaniu, ale potem to już nie. 

-  Potem  już  nie?  No  to  gdzież  on  może  być?  -  zaniepokoił  się  Pan  Wojtek.  -  Trzeba 

było zobaczyć na pokładzie obok kuchni. 

- Zobaczyłem - odparł Jarek. 

- I co? 

-  I nie było  go tam. Ani go tam nikt nie widział, bo pytałem stewarda, który tam już 

dłuższy czas stał. Od pierwszej śluzy, jak powiedział. 

- To może w kabinie... 

- Byłem i w kabinie. Fakt. I też go nie ma... 

- No to może na mostku? 

- Na mostku sprawdzałem. Jest tam tylko Kapitan, pilot i normalna wachta. A na obu 

skrzydłach też pusto. 

- O Boże! - jęknęła Ulka i zbladła - a może mu się coś stało? 

- Może wysiadł na śluzie? - odezwał się Baleron. 

- Eeee, chyba niemożliwe. 

-  Dla  Dzikiej  Mrówki  nie  ma  rzeczy  niemożliwych  -  stwierdził  z  przekonaniem  w 

background image

głosie Baleron. 

- Fakt! - przytaknął Jego Brat z jeszcze głębszym przekonaniem w głosie. 

- Ta co teraz robić? - zawołała Ulka. 

-  Zawrócić  po  niego  chyba  będzie  dość  trudno  -  zauważył  Baleron  spoglądając  na 

skrzydło mostka, gdzie stali w tej chwili Kapitan z pilotem. 

W tym momencie Ula wyobraziła sobie, co by to był za rwetes, gdyby NAPRAWDĘ 

Dzika Mrówka został na śluzie i gdyby TERAZ TRZEBA BYŁO WRACAĆ PO NIEGO! 

- Ojejej - jęknęła cichutko i nic nie powiedziała. 

-  Zawrócić  się  nie  da,  to  prawda,  ale  gdyby  tak  naprawdę  został  w  śluzie,  to  go  raz 

dwa policja odstawi do Panamy, na drugi koniec Kanału. 

-  A  czy  zdążą?  -  Ula  uczepiła  się  tej  myśli,  choć  nieco  zdrętwiała  na  sam  dźwięk 

słowa policja. 

- O  wa! - Baleron wydął wargi -  wielka mi znowu sztuka!  Zdążą na pewno. Choćby 

helikopterem. 

Jakby  na  zawołanie  w  tym  samym  momencie  po  lewej  burcie  płynącego  prosto  na 

południe  statku  rozległ  się  głośny  warkot  i  po  chwili  oczom  naszej  gromadki  ukazał  się  na 

pomarańczowo pomalowany HELIKOPTER! 

- O właśnie! - powiedział Student. 

-  Może  go  już  wiozą  -  dodał  Baleron,  a  w  jego  głosie  można  było  wyczuć  i  trochę 

radości,  i  trochę  zazdrości.  Radości  z  tego  powodu,  że  Dzika  Mrówka  wpadnie  w  nie  lada 

tarapaty, Baleron bowiem wciąż nie mógł koledze darować TRZECIEJ porcji śniadaniowej i 

do  tego  jeszcze  szynki,  a  zazdrości  -  znów  z  tego  powodu,  że  taki  lot  nad  Kanałem 

Panamskim  HELIKOPTEREM  i  do  tego  POLICYJNYM  to  jest  jednak  DOSKONAŁA 

HISTORIA DO OPOWIADANIA. 

Helikopter tymczasem zbliżył się do płynącego statku. 

- O, pokiwał skrzydłami! - zawołał w pewnym momencie Baleron. 

-  Przecież  helikopter  nie  ma  skrzydeł  -  skorygował  go  Student,  a  Jego  Brat  dorzucił 

swoje „Fakt” 

- No to pokiwał czym innym - upierał się przy swoim Baleron. - Pewno chce nam coś 

dać znać - zastanowił się. 

A  Ulka  nic  nie  mówiła,  ale  przez  cały  czas  bez  przerwy  była  wpatrzona  w 

pomarańczowy  helikopter  i  w  myślach  pytała  sama  siebie,  czy  to  jest  możliwe,  żeby  Dzika 

Mrówka naprawdę tam był? 

Tymczasem  tajemniczy  helikopter  zakołysał  się  istotnie  parokrotnie,  ale  po  chwili  z 

background image

głośnym  warkotem  przeleciawszy  wzdłuż  burty  polskiego  statku  pomknął  dalej,  do  innych 

statków konwoju płynącego przez wody jeziora Gatun. 

-  Słuchajcie  płetwonurki  -  odezwał  się  Pan  Wojtek  -  czy  Marek  jest  w  tym 

helikopterze  czy  nie  -  nieważne.  Trzeba  KONIECZNIE  przeszukać  cały  statek,  a  jak  go  nie 

znajdziemy... - tu Pan Wojtek przerwał. 

- To co wtedy? - odezwała się prawie płaczącym głosem Ulka. 

- To wtedy musimy dać znać panu kapitanowi - dokończył Pan Wojtek. 

- No to szukajmy! - pierwszy ruszył Student. 

Rozbiegli  się  wszyscy  po  całym  statku.  Wszyscy  to  znaczy  pięcioro  naszych 

Poszukiwaczy  Złotego  Lodu,  babuleńka  -  pasażerka  spod  Białegostoku,  panna  młoda  jadąca 

do  swego  boliwijskiego  oblubieńca  i  małżeństwo  turystyczne,  a  nawet  dwóch  smutnych 

panów,  jak  zwykle  trzymających  się  nieco  na  uboczu,  zawahało  się  jakby  już,  już  mieli  też 

ruszyć  na  poszukiwanie,  ale  pierwszy  spojrzał  na  drugiego,  a  w  tym  samym  czasie  drugi 

spojrzał  na  pierwszego  i  widocznie  w  jednym  i  tym  samym  momencie  pomyśleli  to  samo  i 

zostali bez ruchu oparci o barierki i udawali, że zachwycają się mijanymi wysepkami. 

-  Trzeba  szukać  rejonami  i  starannie  -  zdecydował  Pan  Wojtek.  Sam  z  Baleronem 

poszedł  do  maszynowni,  Ula  ze  Studentem  i  Jarkiem  miała  za  zadanie  obejść  wszystkie 

pokłady  z  łodziami  ratunkowymi  łącznie,  tudzież  mostkiem  i  kabiną  nawigacyjną,  panna 

młoda  i  turystyczne  małżeństwo  mieli  przejść  dokładnie  wszystkie  kabiny  na  statku,  a 

babuleńce  -  pasażerce  -  ze  względu  na  jej  podeszły  wiek  -  Pan  Wojtek  wyznaczył 

sprawdzenie  statkowej  świetlicy  z  telewizorem.  Po  zakończeniu  poszukiwań  mieli  się 

wszyscy spotkać właśnie w tejże świetlicy. 

Minęło kilkanaście minut i wszyscy zebrali się w owej świetlicy. Nastrój od razu stał 

się  poważny  i  napięty,  z  żadną  bowiem  z  grup  nie  było  Dzikiej  Mrówki.  Ulka  miała  oczy 

pełne łez, a nawet flegmatyczny i spokojny zazwyczaj Jego Brat był też wyraźnie poruszony. 

Pani  Zosia,  bo  tak  miała  na  imię  żona z  turystycznego  małżeństwa,  podzwaniała  z  przejęcia 

wszystkimi  bransoletkami,  wisiorkami  i  kolczykami,  pan  Zbyszek  -  jej  małżonek  -  coś  tam 

cichutko  szemrał  niedosłyszalnym  szeptem,  panna  młoda  miała  wypieki  na  urodziwych 

policzkach, a babuleńka spod Białegostoku odmawiała już nowennę do Świętego Antoniego, 

który  -  jak  ogólnie  wiadomo  -  jest  w  niebie  Głównym  Specjalistą  od  wszelkich  rzeczy 

zagubionych. 

-  Sprawdzaliście  wszędzie?  -  spytał  Pan  Wojtek,  który  oczywiście  przejął 

przewodnictwo poszukiwań jako szef grupy. 

-  Wszędzie  -  odpowiedziała  Ulka,  pociągając  już  zupełnie  otwarcie  nosem  - 

background image

zaglądałam nawet do każdej szalupy. Osobiście. 

-  A  my  przeglądnęliśmy  dokładnie  WSZYSTKIE  kabiny.  Nawet  KAPITAŃSKĄ,  bo 

była  akurat  otwarta,  a  Pan  Kapitan  był  na  mostku  w  tym  czasie  -  dorzuciła  Pani  Zosia  z 

brzękiem  bransolet,  bo  Pani  Zosia  miała  we  zwyczaju  zawsze  przy  rozmowie  nadmiernie 

gestykulować.  -  I  sprawdzaliśmy  w  kabinach  załogi.  Także  w  tych,  w  których  akurat 

marynarze spali po wachcie. I nigdzie nie było naszego miłego chłopca. 

-  W  maszynowni  też  go  nie  znaleźliśmy  ani  w  pomieszczeniu  maszynki  sterowej,  a 

Baleron to nawet razem z motorzystą zaglądał w zęzy świecąc latarką. 

- A w radiostacji? - przypomniał sobie Pan Wojtek. 

- Tam też go nie ma. Sprawdzałem - odrzekł Student. 

- W łazienkach? 

- Wszystkie przeglądnięte. 

-  Tu  go  też  nie  ma  -  odezwała  się  w  tym  momencie  babuleńka  spod  Białegostoku, 

która  w  tym  czasie  skończyła  już  jedną  nowennę.  -  Jedyna  nadzieja  została  w  Świętym 

Antonim... 

-  Zaraz!  Zaraz!!!  ANTONI!!!  -  krzyknęła  nagle  Pani  Zosia  i  mimo  swych  obfitych 

kształtów  ruszyła  dokądś  biegiem  wśród  brzęku  złotych  ozdób  i  wisiorków.  Za  nią  ruszył 

drobnym truchtem cichuteńko Pan Zbyszek. 

- Co znowu za Antoni? - zdziwił się Pan Wojtek, ale Pani Zosia już dudniła i brzęczała 

biegnąc  po  schodach  w  dół,  na  niższy  pokład,  na  którym  mieściła  się  kuchnia,  w  której 

SZEFEM był właśnie PAN ANTONI. 

Po  chwili  Pani  Zosia  w  całej  swej  okazałości  wtargnęła  do  przestronnej  kuchni,  w 

której królował - jak zwykle - szef ubrany w białe spodnie, białą koszulą, biały fartuch i białą 

czapkę.  Na  kuchni  parowały  smakowicie  olbrzymie  gary,  gdyż  zbliżała  się  akurat  pora 

obiadowa i za parę minut zasiadała do stołów pierwsza tura, to znaczy ci, którzy o dwunastej 

w południe zaczynali wachtę. 

Wpadłszy  do  kuchni  Pani  Zosia  nieomal  wypełniła  ją  całą  swą  obfitością  i  złotym 

Brzękiem ozdób. 

- PANIE ANTONI! - krzyknęła gromkim głosem, potrząsając groźnie rękami - gdzie 

jest chłopak? 

- Jaki chłopak? - szef kuchni patrzył z niekłamanym przestrachem na obfite zjawisko, 

które wtargnęło do kuchennego sanktuarium. 

- Oczywiście Marek, czyli DZIKA MRÓWKA! 

-  Już  mówiłem,  że  kręcił  się  zaraz  po  śniadaniu,  ale  potem  gdzieś  znikł  -  zaczął 

background image

tłumaczyć szef. 

- A GDZIE ZNIKŁ? 

- A skąd mogę wiedzieć, łaskawa pani - zaczął szef kuchni. 

- Niech pan mi się NIE SPRZECIWIA, panie Antoni! - krzyknęła Pani Zosia. - Jak to 

pan nie wie? Czy pan wszędzie sprawdził? 

- Sprawdzałem, łaskawa pani. Wszędzie. W kuchni i obok w podręcznym magazynku. 

A zresztą gdzieby tu się mógł schować? Chyba żeby wlazł do garnka. 

- Wszędzie pan sprawdzał, panie Antoni? 

- No... wszędzie, łaskawa... 

- A W CHŁODNI??? 

- W chłooodni? - powtórzył przeciągając sylaby szef kuchni, Pan Antoni. 

- WŁAŚNIE!!! 

-  W  chłodni  to  nie...  ale  tam...  zamknięte  przez  cały  czas...  ale  tam...  mróz...  O 

RANY!!  -  wrzasnął  nagle  Pan  Antoni  i  pomknął  w  stronę  chłodni,  a  za  nim  pomknęła  Pani 

Zosia z nieodłącznym Panem Zbyszkiem tuż za obfitymi plecami. 

Szef  kuchni  szarpnął  za  klamkę,  otworzył  ją,  odciągnął  grube  na  kilkadziesiąt 

centymetrów  drzwi  i  wpadł  do  przedsionka  chłodni,  z  którego  prowadziło  troje  drzwi  do 

trzech komór. 

W  przedsionku  nie  było  nikogo.  Szef  kuchni  dopadł  do  pierwszych  drzwi  na  lewo  i 

otworzył  je  jednym  szarpnięciem.  W  środku  stały  skrzynki  z  owocami  i  jarzynami.  Szef 

zajrzał do środka i cofnął się. 

- Tu nie ma nikogo! - stwierdził. 

Otworzył teraz drugie  równie  grube drzwi. Wewnątrz były sery, jajka i stały kartony 

piwa i wody sodowej. 

-  Tu  też  nikogo!  Jeszcze  tylko  w  mięsnej  -  powiedział.  -  Ale  tam  MRÓZ!!  MINUS 

SIEDEMNAŚCIE STOPNI!!! 

Szarpnął  trzecie  drzwi,  pociągnął  za  klamkę.  Drzwi  powoli  uchyliły  się  i  oczom 

przerażonego  Szefa  Kuchni  i  równie  przerażonych  Pani  Zofii  i  Pana  Zbyszka  ukazała  się 

drobna figurka chłopca w krótkich spodenkach i koszulce z krótkimi rękawami. Figurka była 

całkowicie sino - biała. Z tyłu za chłopcem wisiały na hakach zamarznięte na kość olbrzymie 

połcie mięsa, połówki cielęce i wieprzowe i całe tusze baranie. Z wnętrza komory buchało do 

przedsionka lodowate zimno. 

-  Marek!  -  krzyknęła  Pani  Zofia,  wpadła  do  komory  i  chciała  otulić  chłopca  swym 

obfitym ciałem, ale natychmiast odskoczyła z krzykiem, wydało jej się bowiem, że dotknęła 

background image

sopla lodu. 

-  Żyjesz???  -  krzyknął  przerażony  Szef  Kuchni,  złapał  sztywnego  z  zimna  chłopca  i 

wyniósł go do przedsionka. 

- Ży...ży...ży... - zaczął szczękać Dzika Mrówka, ale w żaden sposób nie mógł słowa 

dokończyć. 

Rwetes, jaki teraz nastąpił na statku, da się porównać jedynie do normalnej przerwy w 

każdej  normalnej  szkole,  kiedy  to  młodzi  ludzie  zgnębieni  koniecznością  siedzenia  we 

względnym  spokoju  przez  całą  lekcyjną  godzinę  wyrwą  się  nagle  po  dzwonku  na  szkolne 

korytarze  czy  też  szkolne  boisko.  Krzyk  tedy  powstał  wielki  i  okrutny,  a  najgłośniejsza 

oczywiście była Pani Zosia, która - jak się teraz okazało - coś tam kiedyś wspólnego miała z 

medycyną  i  obecnie  we  własne  pulchne,  ale  zgrabne  ręce  wzięła  całą  akcję  ratunkową. 

Później  na  statku  nazywano  tę  akcję  z  angielska  „defreezing  action”,  co  miało  oznaczać 

AKCJA ODMRAŻANIA. 

Daleka  od  prawdy  ta  nazwa  nie  była,  Dzika  Mrówka  bowiem  przypominał  bardziej 

dobrze  zamrożony  filet  dorszowy  niż  „chłopca  w  tropiku”.  Na  szczęście  energiczna  akcja 

Pani  Zofii  polegająca  na  ostrożnym  nacieraniu,  rozcieraniu,  wcieraniu,  wlewaniu  i  tym 

podobnych czynnościach doprowadziła po prawie dwóch godzinach do tego, że zęby Dzikiej 

Mrówki przestały szczękać niby hiszpańskie kastaniety i z rozmarzającego widocznie gardła 

poczęły się wydobywać zbliżone do ludzkiej mowy dźwięki. 

Pani  Zofia  nachyliła  się  nad  przybierającym  już  prawie  normalny  koloryt  ciałem 

chłopca, starając się usłyszeć, co też Dzika Mrówka chce powiedzieć. 

- Ale fajna historia, proszę pani - wymamrotało wracające do życia stworzenie. 

-  Jaka  znowu  historia?  -  zdumiała  się  Pani  Zofia  patrząc  podejrzliwie  na  chłopca, 

ponieważ  zbudziło  się  w  niej  uzasadnione  podejrzenie,  że  w  chłodni  zamarzł  chłopaczynie 

rozum ze szczętem. 

-  Ano  taka,  proszę  pani  -  zamamrotało  coś  znowu  -  że  w  tropiku  o  mało  co  nie 

zamarzłem na śmierć. Ale czy mi koledzy uwierzą, jak im opowiem? - zmartwił się po chwili 

Marek. 

Pani  Zofia  spojrzała  wymownie  na  obecnego  przy  „defreezing  action”  Pana  Wojtka, 

chcąc  się  z  nim  widocznie  podzielić  swymi  podejrzeniami  co  do  skutków  działania  niskich 

temperatur na chłopięcy rozum, ale Pan Wojtek uśmiechnął się i powiedział. 

- No i chwała Bogu, przychodzi do siebie. 

- Jak to? - zdziwiła się Pani Zofia. - Przecież biedaczek coś bredzi bez sensu. 

- To właśnie najlepszy dowód, że Marek dochodzi do normalnego stanu. 

background image

-  No,  no  -  pokiwała  głową  Pani  Zofia  i  spojrzała  dość  podejrzliwie  na  głowę  Pana 

Wojtka, jakby się przez moment zastanawiała,  czy  i on nie był zatrzaśnięty  w chłodni przez 

czas jakiś, ale widocznie doszła do wniosku, że „z chłopami to w żaden sposób się nie można 

dogadać” i machnęła tylko ręką, zwracając się do babuleńki spod Białegostoku. 

- Gdyby pani nie przypomniała o Antonim, to by może chłopaczyna zamarzł nam na 

amen. 

-  Nie  Antoni,  kochaniutka,  nie  Antoni,  ale  Święty  Antoni.  Bo  na  zgubione  rzeczy  to 

on jest najpewniejszy. 

Gdy  Marek  przyszedł  już  na  dobre  do  siebie,  wydało  się,  że  po  prostu  było  mu  za 

gorąco  i  chciał  się  troszeczkę  ochłodzić,  no  to  wszedł  do  chłodni,  ale  w  tym  momencie  był 

zwrot i statek się przechylił, i drzwi się zatrzasnęły, no i siedział tak i czekał na zlitowanie, i 

stukał, ale drzwi były za grube i nikt nie słyszał, a w środku nie ma żadnej klamki i najgorsze, 

ż

e nie miał niczego do okrycia się. 

- A dlaczego nie dzwoniłeś? - zapytał Pan Wojtek. - Przecież w każdej komorze jest 

na taką okoliczność przewidziany dzwonek alarmowy. 

- O tym to ja nie wiedziałem - wyznał Marek. 

-  Widzisz,  chłopcze,  na  statku  trzeba  bardzo  dużo  rzeczy  wiedzieć  i  wciąż  o  nich 

pamiętać. Prawda? 

- Ano prawda - zgodził się Marek. - Fakt! 

-  I  żebyś  mi  więcej  nie  „chłodził  się”  w  chłodni  -  dorzucił  Pan  Wojtek  ostrzejszym 

nieco głosem. 

- Nigdy - z wielkim zapałem przyrzekł Dzika Mrówka. - Nigdy w życiu nie wejdę już 

do chłodni. 

- Ani nawet nie zajrzę do lodówki - dodał. 

- Ani nie będę jadł LODÓW - dorzucił po chwili. 

- Ejże??? - niedowierzająco zapytał Pan Wojtek. 

- No... nie wiem... co do lodów, to może się jeszcze zastanowię. 

-  To  musisz  się  szybko  zastanowić  -  roześmiał  się  Pan  Wojtek  -  bo  właśnie  dziś  są 

lody na podwieczorek. 

- O - wzdrygnął się Marek - dzisiaj to jeszcze nie. 

- No to ja zjem twoją porcję, dobrze? - podchwycił natychmiast Baleron. 

- Ty? - Marek spojrzał na łakome oblicze kolegi - ty miałbyś zjeść moje lody? Nigdy 

w życiu. Są inne osoby  bardziej godne takiego  wspaniałomyślnego  gestu z mojej strony - tu 

Dzika Mrówka spojrzał wymownie w stronę ledwie jeszcze żywej ze strachu o niego Uli. 

background image

Podczas  trwania  „defreezing  action”  statek  przepłynął  przez  rozległe  jezioro  Gatun, 

przecisnął się przez wykuty w skalnym płaskowyżu malowniczy Przełom Gaillarda, śluzował 

przez  śluzę  Pedro  Miguel,  gdzie  opadł  już  o  kilka  metrów  w  dół,  a  potem  przez  sztuczne 

jezioro  Miraflores  dotarł  do  podwójnych  śluz  tej  samej  nazwy,  które  w  dalszym  ciągu 

prowadziły w dół do nieodległego już Oceanu Spokojnego, czyli do Pacyfiku. 

Dzika  Mrówka,  osłabiony  przeżyciami  i  „akcją  odmrażania”,  wyszedł  na  pokład 

dopiero  w  momencie  końcowym,  gdy  statek  przepływał  pod  wspaniałym,  wysoko  nad 

wodami kanału zawieszonym mostem, wchodzącym w skład słynnej drogi panamerykańskiej, 

łączącej  poprzez  dwa  kontynenty  mroźną  Alaskę  daleko  na  północy  z  równie  mroźną 

dalekopołudniową Ziemią Ognistą. 

-  To  sławny  „Puente  de  las  Americas”,  czyli  Most  Ameryk  -  poinformował  Trzeci 

Oficer,  który  przechodził  obok  Poszukiwaczy  Złotego  Lodu  idąc  na  mostek,  gdyż  niedługo 

miały  się  rozpocząć  manewry  rzucenia  kotwicy  na  redzie  portu  Balboa  już  na  wodach 

Pacyfiku. 

W  ten  sposób  Dzika  Mrówka,  Ula,  Jego  Brat,  Baleron  i  Student  odkryli  na  swój 

prywatny użytek kolejny Ocean: 

PACYFIK 

Pan Wojtek był już na tym Oceanie, tyle tylko że z zupełnie przeciwnej strony, pływał 

bowiem ongiś na statku, który zawędrował aż na Filipiny. 

Kanał  Panamski  został  z  tyłu  za  rufą  statku  razem  ze  wspomnieniami  wspaniałych 

widoków.  Co  prawda,  jeśli  idzie  o  ten  odcinek  rejsu,  to  wspomnienia  Dzikiej  Mrówki 

ograniczały  się  prawie  wyłącznie  do  uczucia  potwornego  zimna  i  do  widoku  zamarzniętych 

na kość połci mięsa. 

BRRRRRRR... 

Ale  swoją  drogą  nie  każdego  stać  na  taki  numer,  żeby  prawie  zamarznąć  w  samym 

sercu tropikalnego klimatu i to niedaleko 

RÓWNIKA!!! 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY, 

W KTÓRYM POSZUKIWACZE ZŁOTEGO LODU OTRZYMUJĄ 

UROCZYŚCIE NOWE IMIONA 

Statek  po  opuszczeniu  redy  portu  Balboa,  gdzie  na  szczęście  dostarczono  brakujące 

części  do  urządzeń  klimatyzacyjnych  i  odtąd  znowu  we  wszystkich  pomieszczeniach 

zapanowała zupełnie znośna i nawet przyjemna temperatura, ruszył dalej na południe. A tam, 

w niewielkiej już stosunkowo odległości znajdowała się 

GRANICA 

między PÓŁNOCNĄ 

POŁUDNIOWĄ 

półkulą 

Trzeci  oficer,  który  okazał  się  nie  tylko  zapalonym  entuzjastą  rozmaitych  piracko  - 

korsarskich historii, ale też i całkiem utalentowanym rysownikiem, od kilku już dni cały czas 

wolny od wacht i służb spędzał na rysowaniu i malowaniu. Spod jego zdolnej ręki uzbrojonej 

a to w ołówek, a to w piórko, a to w pędzel umaczany w farbie wychodziły jeden po drugim 

DYPLOMY CHRZTU MORSKIEGO

 

Zbliżał  się  bowiem  tradycyjny  Chrzest  Równikowy,  który  zgodnie  z  morskim 

ceremoniałem  odbywał  się  na  statkach  całego  świata  przy  przekraczaniu  magicznej  linii 

dzielącej świat na połowy, na dwie półkule - północną i południową. 

Ponieważ,  jako  się  rzekło,  Trzeci  Oficer  posiadał  nieco  malarskiego  talentu,  toteż  i 

wykonywane  przez  niego  dyplomy  były  małymi  arcydziełami.  Już  same  napisy  wykonane 

tuszem, z literami starannie udającymi jakieś stare pismo sprzed kilku wieków, były wzorem 

dokładności i precyzji. A do tego dochodził ozdobny ornament biegnący wokół karty brystolu 

i wreszcie same obrazki. 

Na  wszystkich  z  nich  widniało  błękitne  morze  stapiające  się  gdzieś  hen  z 

rozsłonecznionym horyzontem. Na morzu znajdowała się maleńka piaszczysta wysepka, a na 

piasku  leżały  piękne  w  kształcie  muszle  i  rozgwiazdy.  Na  samym  środku  wysepki,  na 

niewielkim  piaszczystym  pagórku  siedziała  odpowiednia  postać.  I  tak  na  jednym  dyplomie 

widniała  bardzo  powabna  syrena  z  twarzą  Uli  i  długimi,  jak  u  Uli,  jasnymi  warkoczami 

okrywającymi  górną  połowę  syreniego  ciała.  Na  drugim  znów  szczerzyła  zęby  w  uśmiechu 

całą  gębą  duża  MRÓWKA  z  ludzką  jednakże  twarzą,  i  to  twarzą  oczywiście  niezwykle  do 

background image

Markowej  twarzy  podobną.  Na  trzecim  dla  odmiany  zajmowała  prawie  całą  powierzchnię 

małej  wysepki  niezwykle  pulchna  postać  niewieścia,  której  twarz  co  prawda  skryta  była  za 

przeciwsłoneczną  parasolką,  za  to  na  wszystkich  tłustych  paluszkach  połyskiwały  jak  żywe 

dokładnie  odtworzone  wszystkie  pierścionki  Pani  Zofii,  podobnie  jak  bransolety  na 

przegubach rąk, wisiorki na szyi, kolczyk widoczny na jednym odsłoniętym przez parasolkę 

uchu, a nawet złoty łańcuszek z misternym zapięciem owijający kostkę jednej z bosych nóg 

zanurzonych częściowo w błękitnym morzu. 

Inne dyplomy przygotowane przez Trzeciego Oficera w tajemnicy - szczególnie przed 

przyszłymi  delikwentami  -  były  równie  starannie  wykonane  i  równie  podobne  były  postacie 

siedzące na piaszczystych wysepkach. 

A  „delikwentów”  było  sporo.  Bo  według  starego,  kilkaset  już  dobrych  chyba  lat 

liczącego, morskiego obyczaju, równikowy chrzest morski mieli przejść wszyscy członkowie 

załogi i pasażerowie płynący na statku, którzy po raz pierwszy w swym życiu przekraczali. 

MAGICZNĄ LINIĘ RÓWNIKA 

A  więc  na  naszym  statku  należeli  do  delikwentów  przede  wszystkim  Poszukiwacze 

Złotego  Lodu,  z  wyjątkiem  Pana  Wojtka,  który  już  równikowy  chrzest  miał  za  sobą  i  to 

gdzieś w okolicach Indonezji, wszyscy pasażerowie i czterech członków załogi, w tym drugi 

kucharz, jeden młodszy marynarz z pokładu, młodszy motorzysta z siłowni i wreszcie steward 

z oficerskiej mesy. 

Oprócz Trzeciego Oficera do obrzędu Morskiego Chrztu Równikowego szykowali się 

też  inni  członkowie  załogi  statku.  A  więc  szykował  się  na  przykład  solidnie  zbudowany 

cieśla,  który  na  tym  statku  już  tradycyjnie  występował  jako  sam  Neptun,  jeden  ze  starszych 

marynarzy  o  tuszy  potężnej  i  twarzy  wyjątkowo  mało  urodziwej  koniecznie  chciał  zagrać 

neptunową małżonkę, niejaką Prozerpinę, radiotelegrafista doskonale czuł się w roli Lekarza, 

a dodatkowo kilku innych członków załogi sądziło, że są wystarczająco przygotowani do roli 

diabłów  -  pomocników  Lekarza  i,  co  tu  dużo  ukrywać,  głównych  oprawców  chrzczonych 

neofitów morskich. 

Dzień przed datą przekroczenia równika, w porze podwieczorkowej pojawiła się nagle 

na  rufowym  pokładzie  postać  w  kompletnym  płetwonurkowym  stroju  i  nawet  z  butlą  na 

plecach oraz w obowiązkowych płetwach na nogach. Oczy owo indywiduum płetwonurkowe 

miało dokładnie zasłonięte maską, a na domiar złego szyba maski została w znacznej mierze 

zamalowana  nieprzeźroczystą  białą  farbą  i  jedynie  przez  niewielkie  otworki  owo  wodno  - 

lądowe stworzenie mogło oglądać świat. Dolną część twarzy kryły szczelnie potężne wąsiska 

i takaż broda, zmoczone całkowicie i z wplątanymi między włosy rozmaitymi wodorostami i 

background image

muszlami.  Do  pasa  ów  osobnik  miał  przytroczony  duży  róg  jakiegoś  zwierza  zakończony 

błyszczącym ustnikiem. 

Krocząc  od  rufy  po  pokładzie  owo  ziemno  -  wodne  zjawisko  pozostawiało  duże 

mokre ślady, a jednocześnie dęło w róg wydając głośne i przeraźliwe a fałszywe dźwięki. 

Na ten słyszalny chyba na całym statku zew ruszył się, kto żyw i po chwili na ostatniej 

ładowni zebrał się spory tłumek złożony ze wszystkich pasażerów, jak też i wolnej od wacht 

załogi. Znalazł się tam też i Kapitan. 

Płetwonurek zatrzymał się przed Kapitanem i zadął trzykrotnie w róg. 

-  Przybywam  z  głębin  Oceanu  -  oznajmił  chrapliwym  głosem,  który  jednak  dość 

mocno przypominał głos Pana Wojtka - jako wysłannik i herold Króla i Władcy Podwodnych 

Krain,  panującego  nam  miłościwie  NEPTUNA,  który  przesyła  pozdrowienia  dla  kapitana 

korabia płynącego pod biało - czerwoną banderą. 

-  Witam  na  pokładzie  mego  korabia  i  przesyłam  również  pozdrowienia  dla  Jego 

Królewskiej Mości i ukłony dla Jego Uroczej Małżonki - odparł Kapitan. 

-  Pozdrowienia  i  ukłony  przekażę  po  powrocie  do  zamku  pana  mego,  Jego 

Królewskiej  Mości  Neptuna,  a  teraz  zapytuję  pana,  panie  kapitanie,  czy  na  pokładzie  jego 

korabia  nie  znajdują  się  przypadkowo  osobnicy,  którzy  dotychczas  jeszcze  nie  zdali 

odpowiednich  egzaminów  i  nie  posiadają  ani  morskich  imion,  ani  też  odpowiednich 

dokumentów z królewską pieczęcią. 

- A są, są tacy. I owszem - odrzekł Kapitan. 

- I iluż ich jest? 

- O, sporo, bo aż piętnaścioro. 

-  Ho,  ho,  panie  kapitanie,  to  z  tego  wnioskuję,  że  roboty  jutro  będzie  dużo.  I  z 

egzaminami, i z uroczystością związaną z imion nadawaniem oraz z wręczeniem dyplomów i 

odpowiednich świadectw. 

- Ano, tak należy przewidywać - zgodził się Kapitan. 

-  Tedy  Jego  Królewska  Mość  Neptun  ustami  moimi  prosi  pana,  kapitanie,  aby  po 

przekroczeniu Equatoru przez korab dać znać o tym syreną okrętową wszem i wobec, a na ów 

sygnał stawi się Jego Królewska Mość Neptun z Małżonką swoją Prozerpiną i całym swoim 

dworem przybocznym dla dopełnienia na waszym korabiu obowiązków tradycją nakazanych. 

- Będzie tak, jak Jego Królewska Mość sobie życzy. 

-  I  jeszcze  jedno,  panie  kapitanie.  Ze  względu  na  sporą  liczbę  delikwentów  do 

uroczystości  Równikowego  Chrztu  dopuszczonych  Jego  Królewska  Mość  przewiduje,  że 

zarówno  On  sam,  jak  i  Jego  Małżonka  oraz  dwór  cały  będzie  utrudzon  wielce,  a  zatem  aby 

background image

nadwątlone pracą siły  poratować, należy przygotować odpowiednie ilości jadła i napojów, o 

te ostatnie mając szczególne staranie. 

- Czym chata bogata, tym rada - powiedział śmiejąc się Kapitan. 

- Tak tedy dziękując za zaproszenie żegnam do jutra, panie kapitanie. A tym, którzy w 

dniu  jutrzejszym  przed  Neptunowe  oblicze  staną,  radzę  spędzić  noc  na  rozmyślaniach  oraz 

ć

wiczeniach ducha i ciała. Ahoj! 

- Ahoj! - odkrzyknęli zgodnym chórem Poszukiwacze Złotego Lodu, a za nimi podjęło 

okrzyk  parę  jeszcze  osób,  wśród  których  nagłośniej  zabrzmiał  głos  Pani  Zofii.  Dwaj  smutni 

panowie spojrzeli porozumiewawczo na siebie. Pierwszy na drugiego, a drugi na pierwszego. 

A w oczach ich błysnęło mocne postanowienie i zawziętość wielka. 

Wysłannik Neptuna po tym okrzyku dmuchnął po trzykroć w róg wydając donośne a 

fałszywe dźwięki i poczłapał ku rufie statku, stawiając niezgrabne kroki, bo mu przeszkadzały 

przypięte do stóp szerokie płetwy. 

-  No  to  przechodzimy  jutro  równik!  -  powiedział  Kapitan,  gdy  znikł  już  wysłannik 

Neptuna. - A wiecie, moi drodzy, że po raz pierwszy pod polską banderą chrzest równikowy 

odbył  się  na  pokładzie  szkolnego  statku  „Lwów”  w  1923  roku  i  że  na  pokładzie  tego 

ż

aglowca  w  drodze  do  Brazylii  płynął  mój  ojciec,  który  był  wówczas  uczniem  Szkoły 

Morskiej  w  Tczewie.  A  pierwszy  chrzest  równikowy  na  Pacyfiku  pod  polską  banderą  odbył 

się też na polskim żaglowcu, na „Darze Pomorza” w podróży dookoła świata w 1934 roku. I 

też mój ojciec był obecny przy tej uroczystości, tyle tylko że już go nie chrzczono powtórnie i 

już był starszym oficerem na Białej Fregacie. 

Dawne dzieje, dawne czasy - zamyślił się Kapitan - wtedy to było wydarzenie, a dziś... 

dziś co parę dni jakiś polski statek gdzieś tam na jakimś oceanie przekracza równik. 

Następnego  dnia  tuż  po  obiedzie  zebrała  się  na  ostatniej  ładowni  grupa  pasażerów  i 

czterej  członkowie  załogi,  którzy  mieli  być  poddani  ceremonialnemu  obrządkowi 

Równikowego  Chrztu.  Obok  na  specjalnym  fotelu  zasiadł  Kapitan  statku  w  nieskazitelnie 

białym mundurze. Za Kapitanem stanął Szef Kuchni pan Antoni, również cały na biało, a za 

Szefem  Kuchni  na  stoliku  leżały  rozłożone  poszczególne  elementy  przygotowanego 

poczęstunku. Część dla neofitów, a część znaczniejsza - dla oczekiwanych gości. 

Pierwszy  na  scenę  wystąpił  Astrolog,  ubrany  w  wysoką  spiczastą  czapę  pokrytą 

znakami  zodiaku  i  okryty  wzorzystą  kapą.  Astrolog,  którym  był  Trzeci  Oficer,  trzymał  w 

jednym ręku długą składaną lunetę, w drugim zaś sekstant i olbrzymi drewniany cyrkiel. 

Stanął w rozkroku na deskach pokładu, przyłożył do oka lunetę i najpierw omiótł nią 

dokładnie  cały  horyzont  dookoła,  a  potem  skierował  prosto  ku  świecącemu  niemal 

background image

prostopadle słońcu. Chwilę stał jakby namyślając się głęboko i mruczał przy tym pod nosem 

zaklęcia w zupełnie niezrozumiałym języku. Brzmiało to mniej więcej tak: 

„Hokus  -  pokus,  abrakadabra,  bamba  carramba  samba,  aldebaran  alfa  centauri  beta 

omega figo - fago kawa marago, hulla gulla stella polaris equatorialis!” 

Po dłuższej chwili Astrolog odłożył lunetę, podrapał się w głowę i po obfitej brodzie, 

wziął  w  rękę  sekstant  i  podniósł  go  ku  górze.  Przez  moment  kręcił  coś  przy  sekstancie 

zerkając co chwila na duży kieszonkowy zegarek aż nagle wykrzyknął głośno: 

STOP!!! 

Teraz  odłożył  szybko  sekstant,  wyciągnął  z  kieszeni  kredę  i  przy  pomocy  kredy  i 

cyrkla  zaczął  odmierzać  skomplikowane  figury  na  pokładzie,  dodawał  coś,  mnożył  i  dzielił, 

potem  sprawdził  na  wyciągniętym  z  drugiej  kieszeni  małym  kalkulatorku  elektronicznym, 

jeszcze  raz  sprawdził  na  stojącej  obok  ręcznej  maszynce  do  liczenia  i  wreszcie  na  dużych 

drewnianych liczydłach. 

Teraz  znowu  podrapał  się  z  wyraźnym  zakłopotaniem  w  głowę  i  po  nosie,  wziął  w 

rękę lunetę i przez dobrą minutę przyglądał się badawczo powierzchni morza za burtą. 

- EQUATOR!!! - wrzasnął nagle odkrywczym głosem i skłonił się przed Kapitanem. 

W  tym  momencie  zahuczała  statkowa  syrena  trzema  krótkimi  i  jednym  długim 

sygnałem. Na  głos syreny  z  wyrzuconego za burtę statkowego trapu poczęły  się ukazywać i 

wchodzić na pokład jedna postać po drugiej. 

Jako  pierwszy  ukazał  się  wczorajszy  wysłannik  Neptuna  płetwonurek  -  Tryton 

zawodzący głośno i fałszywie na rogu. Za nim wpadły na pokład dwa wymalowane na czarno 

prawie  nagie  Diabły  z  potężnymi  czerwonymi  rogami  na  czarnych  perukach  i  długimi, 

również  jaskrawoczerwonymi  ogonami.  W  rękach  obu  połyskiwały  błyszczące  trójzęby  i 

pobrzękiwały zwoje łańcuchów. 

Za  Diabłami  szedł  Lekarz  ze  swym  Pomocnikiem  niosącym  rozmaite  groźne 

narzędzia.  Dopiero  za  Lekarzem  pojawiła  się  obfita  w  kształtach,  ubrana  w  niby  -  hawajską 

spódnicę  i  kolorowy  stanik  małżonka  królewska  Prozerpina.  Wymalowana  na  wszystkie 

kolory  pyzata  twarz  lśniła  dodatkowo  tłuszczem,  a  słomianego  koloru  dwa  wiechcie  z 

zawiązanymi  na  końcach  wielkimi  kokardami  imitować  miały  wdzięczne  warkocze. 

Prozerpina  stąpała  po  pokładzie  z  gracją  młodego  hipopotama,  wdzięcząc  się  i  krygując,  i 

rozsyłała  tłustą  dłonią  ozdobioną  brzęczącymi  bransoletami,  wykonanymi  z  grubego 

mosiężnego  drutu,  równie  tłuste  całusy  na  lewo  i  prawo.  Całości  dopełniało  zgrabne  kółko 

złotego koloru zawieszone w nosie Prozerpiny. 

Za  swą  małżonką  kroczył  Neptun  ubrany  w  złocistą  koronę  i  bardzo  kolorowy 

background image

szlafrok  kąpielowy,  nie  dopinający  się  na  obszernym  brzuchu.  Pod  szlafrokiem  Neptun 

ubrany  był  w  obcisłe  białe  męskie  długie  kalesony,  które  zapewne  miały  udawać  spodnie, 

jakie  nosili  ongiś  napoleońscy  oficerowie.  Na  nogach  Neptun  miał  jadowicie  zielone 

skarpetki  i  japońskie  gumowe  sandały  na  bardzo  grubej  zelówce.  W  ręku  dzierżył 

obowiązkowy trójząb olbrzymich rozmiarów. 

Cały  orszak  dotarł  do  rufowej  ładowni  przy  wtórze  oklasków,  radosnych  okrzyków, 

pobekiwania  rogu  i  łomotu  dwóch  olbrzymich  pokryw  od  garnków.  Tam  już  czekały  na 

królewską  parę  dwa  fotele  obok  kapitańskiego  siedziska.  Nie  opodal  znajdowała  się  zbita  z 

belek i nieheblowanych desek spora klatka. 

Diabły  z  przeraźliwymi  okrzykami  rzuciły  się  na  grupkę  strwożonych  delikwentów  i 

zaczęły jednego po drugim wpędzać do drewnianej klatki, nie szczędząc przy tym batogów z 

plecionych cienkich linek i poszturchując gęsto trzonkami widlastych trójzębów. 

Prawie wszyscy neofici dali się bez zbędnych oporów zagnać do klatki, traktując rzecz 

całą jako początek dobrej zabawy. Prawie wszyscy, dwaj bowiem smutni panowie, stojący jak 

zwykle  nieco  na  uboczu,  spojrzeli  jednocześnie  na  siebie,  pierwszy  na  drugiego  i  drugi  na 

pierwszego, a w chwilę potem obaj równocześnie odezwali się oficjalnymi głosami: 

- Ręce przy sobie!!! 

- Ho, ho, ho!!! - wrzasnął jeden z diabłów do drugiego. - Czy mnie się zdaje, czy może 

ONI coś powiedzieli? 

-  Nic  nie  słyszałem!!!  -  odwrzasnął  drugi  z  diabłów  radosnym  tonem,  popychając 

trzonkiem trójzęba obu smutnych panów. - Za duży hałas! 

-  Powiedziałem  „ręce  przy  sobie!”  Pan  nie  wie,  kto  ja  jestem!  -  odezwał  się  ostrym 

tonem, nawykłym widać do rozkazywania, jeden ze smutnych panów. 

- Ha, ha, ha! On nie wie, kim jest! - wrzasnął uradowany drugi z diabłów - Ha, ha, ha! 

-  Jak  nie  wie,  to  się  zaraz  dowie.  My  mu  wytłumaczymy!  -  odwrzasnął  pierwszy  z 

oprawców. 

- Panie kapitanie! - drugi ze smutnych panów zwrócił się do Kapitana. - Niech pan coś 

zrobi! 

-  Teraz  władzę  na  statku  ma  Neptun  -  odrzekł  Kapitan  i  pogrążył  się  w  rozmowie  z 

wciąż wdzięczącą się Prozerpiną. 

- BRAĆ ICH!!! - zdecydował Neptun i uderzył trójzębem o pokład. 

Diabłom  nie  trzeba  było  dwa  razy  powtarzać  rozkazu.  Rzuciły  się  z  okrutnym 

wrzaskiem na obu smutnych panów i wepchnęły ich raz dwa do przepełnionej klatki, po czym 

zatrzasnęły drzwi i zamknęły na olbrzymich rozmiarów kłódkę. 

background image

-  Rozpocząć  egzamin  pierwszego  nowicjusza!  -  rozkazał  Jego  Królewska  Mość 

Neptun. 

Na pierwszy ogień wzięto Dziką Mrówkę. 

- Jak się nazywasz? - zapytał Astrolog, który teraz zasiadł przy stoliku, założył na nos 

olbrzymich rozmiarów okulary i wielkim piórem zaczął skrobać coś na nieoheblowanej desce. 

- Marek - odpowiedział Dzika Mrówka. 

- Czy chcesz poddać się próbie, która zrobi z ciebie innego człowieka? 

- Ch... chcę - Marek powiedział to niezbyt pewnym głosem. 

- Przygotować delikwenta do egzaminu! - rozkazał Neptun i stuknął swym trójzębem 

o pokład. 

Na  to  hasło  do  Marka  podskoczyli  dwaj  diabli  i  przywiedli  go  przed  Lekarza.  Ten 

stuknął  chłopca  gumowym  młotkiem  wypożyczonym  na  tę  okoliczność  z  magazynku 

maszynowego.  Najpierw  Lekarz  uderzył  chłopca  dość  mocno  w  kolano,  a  potem  -  znacznie 

lżej  -  w  głowę.  Podczas  uderzenia  w  głowę  odezwało  się  głuche  puknięcie.  To  Pomocnik 

Lekarza w tym momencie uderzył innym młotkiem w pustą beczkę po oleju. 

Wśród  widzów  a  również  i  wśród  czekających  swojej  kolejki  neofitów  w  klatce 

rozległ się głośny śmiech. 

- Głowa pusta! - zawyrokował Lekarz. - Dolać oleju! 

Na  ten  rozkaz  diabli  przytrzymali  Dziką  Mrówkę,  a  Pomocnik  przyłożył  do  obfitej 

czupryny chłopca duży lejek i z konewki wlał do lejka dobre parę litrów zużytego, czarnego 

nieomal  oleju  maszynowego,  który  oczywiście  rozlał  się  ciemną  brudzącą  strugą  po  głowie 

Marka, po jego plecach, po kąpielówkach, w które jedynie był ubrany, i spłynął czarną plamą 

na pokład. 

- Wystarczy! - zdecydował w pewnym momencie Lekarz. - A teraz sprawdzimy efekt 

zabiegu. 

Znowu lekko uderzył gumowym młotkiem w głowę Marka, a że tym razem Pomocnik 

Lekarza nie stuknął młotkiem w pustą beczkę, to i odgłosu nie było żadnego. 

-  Pomogło!  -  triumfalnie  obwieścił  Lekarz  zebranym  -  ale,  ale,  coś  mi  mizernie 

wyglądasz, chłopczyno - zatroskał się wyraźnie - czy nie jesteś przypadkiem głodny? 

- Nie, skądże? - zaprotestował Marek. 

- Nie krępuj się. Podjedz sobie - powiedział  Lekarz, a Pomocnik wcisnął chłopcu do 

ręki  apetyczną  kanapkę,  złożoną  z  kawałka  chleba  obłożonego  solidnie  solonym  śledziem, 

posypaną  obficie  cukrem,  papryką  i  pieprzem,  ozdobioną  musztardą  i  niezwykle  mocnym 

chrzanem i polaną wreszcie... piekącym sosem chili. 

background image

Broniącemu się chłopcu wciśnięto kanapkę w usta, a gdy ją przełknął i gdy otworzył 

szeroko buzię i łzy mu się w oczach pokazały, Lekarz zawołał udając współczucie. 

- Pić mu się chce! Dajcie mu zatem pić! A na taką okoliczność nie masz jak szklanka 

wody z oceanu, prawda, Wasza Królewska Mość? 

- Najlepsza - potwierdził Neptun. 

Potem było mycie delikwenta i golenie tępą drewnianą brzytwą, potem było kąpanie w 

wodzie  morskiej  i  suszenie  wysoko  na  maszcie,  dokąd  podciągnięto  Marka  w  specjalnych 

szelkach ratunkowych. 

A później była „próba sprawności” przy przeczołgiwaniu się przez długą brezentową 

rurę,  wysmarowaną  od  środka  resztkami  ropy  i  zużytego  oleju  maszynowego,  przy  czym 

jeden  diabeł  „pomagał”  od  tyłu  Markowi  popychając  go  strumieniem  morskiej  wody  z 

hydrantu,  a  z  przodu  jego  kolega  „cucił”  delikwenta  równie  silnym  strumieniem  wody 

morskiej  z  innego  hydrantu.  W  efekcie  Marek  cały  czarny  i  lepki  od  smaru  o  mało  co  nie 

utopił  się  wewnątrz  brezentowej  rury,  wobec  czego  zrobiono  mu  „sztuczne  oddychanie”, 

podczas którego niewiele brakowało, a wyrwano by chłopcu ręce ze stawów. 

Następnie  trzeba  było  jeszcze  odpowiedzieć  na  parę  zupełnie  idiotycznych  pytań, 

pocałować Prozerpinę w zdecydowanie nie umyte stopy i wreszcie sponiewierany, brudny do 

niemożliwości  i  wyglądający  jak  nieboskie  stworzenie  chłopak  uklęknął  przed  tronem 

Neptuna. 

- Astrologu, czy kandydat zdał egzamin? - zapytał jego Królewska Mość. 

- Zdał! - oznajmił uroczyście Astrolog. 

- To dobrze! - ucieszył się Neptun. - To bardzo dobrze. Astrologu, a może znasz jakąś 

piosenkę na taką okoliczność? 

- Znam, Wasza Królewska Mość. 

- No to ją zaśpiewaj! 

Astrolog  wziął  w  ręce  podaną  mu  usłużnie  przez  jednego  z  diabłów  gitarę  i  zaczął 

ś

piewać silnym głosem w rytm południowo - amerykańskiej rumby: 

Wszyscy szukają, 

się rozglądają, 

gdzie się podziała Mrówka Dzika? 

Może w kabinie, 

może w kominie? 

A może do jakiegoś wlazł zbiornika? 

Może na maszcie, 

background image

może w balaście, 

może się wcisnął w jakąś rurę? 

Może na mostku, 

może po prostu 

Mrówka się schował w mysią dziurę? 

Wszyscy szukają, 

się rozglądają, 

statek tymczasem przez Kanał płynął. 

A U łka płacze: 

„Czy go zobaczę 

i gdzież ten Dziki Mrówek zginął?” 

Jeszcze chwileczkę, 

czasu troszeczkę 

lub więcej mrozu miałaby lodówka 

a o figielek 

w lodu sopelek 

zamarzłaby nam nasza Dzika Mrówka! 

Gromkie  brawa  i  głośny  śmiech  wszystkich  widzów,  zarówno  tych  na  otwartym 

pokładzie,  jak  i  tych,  którzy  jeszcze  czekali  na  swoją  kolejkę  w  drewnianej  klatce  (z 

wyjątkiem oczywiście dwóch smutnych panów, którzy nie klaskali) były nagrodą dla autora i 

wykonawcy piosenki w jednej osobie. 

-  No  a  teraz  -  powiedział  Astrolog,  gdy  umilkły  już  brawa  i  śmiech  - 

NAJWAŻNIEJSZY  MOMENT!  Wstań,  młody  człowieku  i  zbliż  się  do  tronu  jego 

Królewskiej Mości Neptuna, Pana Wszelkich Mórz i Oceanów. 

A  gdy  sponiewierany  Marek  stanął  przed  Neptunem,  ten  ostatni  uderzył  go  lekko 

trzonkiem trójzęba po ramieniu i powiedział zerknąwszy uprzednio do małej karteczki: 

- Nadaję ci morskie imię: 

FORMICA TRANSOCEANICA! 

co  znaczy  „Mrówka  Transoceaniczna”,  i  dostajesz  ten  oto  DYPLOM  opatrzony 

wielkimi pieczęciami i odpowiednimi podpisami. 

Astrolog na podręcznym stoliku rozłożył odpowiedni dyplom, przybił uroczyście dwie 

pieczęcie,  jedną  z  nazwą  statku,  a  drugą  z  trójzębem  i  napisem  „NEPTUN  REX”  i  dał  do 

podpisu najpierw Jego Królewskiej Mości, a potem Kapitanowi. 

Pierwszy  delikwent  został  ochrzczony!  Potem  wyciągano  po  kolei  następnych  z 

background image

drewnianej klatki. Jednych dręczono więcej, innych mniej, ale - co tu ukrywać - każdy dostał 

swoje.  I  każdemu  Astrolog  odśpiewał  stosowną  piosenkę.  Na  przykład  Uli,  która  otrzymała 

morskie imię „Ulla - Ulla”, zaśpiewano tak: 

Na panamskiej pilotówce 

przez dzień każdy od poranka 

każdy pyta: „Gdzie jest teraz 

piękna SENORITA BLANCA?” 

Odpłynęła na Pacyfik 

tam, gdzie wiatr swobodnie hulla. 

Kto to taki? - zapytacie. 

Blond - syrenka: ULLA - ULLA. 

na  co  Ula  starym  swym  zwyczajem  spłoniła  się  cała  tak,  że  widać  to  było,  mimo  że 

była umorusana rozmaitymi smarami równie dokładnie jak przedtem Dzika Mrówka. 

Jego  Brat  otrzymał  imię  „FORMICA  GEMINA”,  co  miało  oznaczać  „mrówka 

bliźniacza”,  Baleron  -  „Baleronus  Pacificus”,  czego  chyba  tłumaczyć  nie  trzeba,  a  Student 

został po prostu „Studentem”. Inni pasażerowie też dostali odpowiednie morskie nazwy i też 

przeszli  swoje,  choć  trzeba  przyznać,  że  Pani  Zofia  zachowywała  się  bardzo  dzielnie  i  po 

bohatersku  zniosła  wszelkie  okrutne  próby;  natomiast  obaj  diabli,  Lekarz  i  jego  Pomocnik 

bardzo się wyżyli na każdym ze smutnych panów, których zresztą zostawiono na sam koniec, 

„na deser”. 

A  gdy  pod  wieczór  Poszukiwacze  Złotego  Lodu  szorowali  się  nawzajem  z  wielkim 

trudem na pokładzie, Dzika Mrówka powiedział do Jego Brata: 

- Mnie to dali popić, no nie? A ja nic, ani okiem nie mrugnąłem, prawda? 

-  Tobie  to  frajer,  ja  to  miałem  przeprawę,  co  się  zowie.  Twoja  przy  mojej  wysiada. 

Fakt! - odrzekł Jego Brat. 

-  Ojejej,  a  co  ja  mam  powiedzieć  -  zajęczał  Baleron,  który  -  co  trzeba  przyznać  -  po 

zakończeniu ceremonii chrzestnej naprawdę ledwo zipał. 

-  Ale  w  sumie  było  bardzo  fajnie?  -  stwierdziła  Ulla  -  Ulla,  która  już  po  raz  szósty 

próbowała  bezskutecznie  umyć  i  uczesać  skołtunione  i  pozlepiane  jakimś  wstrętnym 

ś

wiństwem włosy. 

- Bardzo fajnie! - zgodził się Formica Transoceanica, wydłubując sobie z ucha jakąś 

ciemną cuchnącą maź. 

- Fakt! - przytwierdził Formica Gemina, smarując po raz nie wiadomo który masłem 

oczy, co podobno miało  pomóc w zmyciu plam po resztkach zużytego oleju zmieszanego w 

background image

odpowiednich proporcjach z sadzą ze spalonego ciężkiego paliwa silnikowego. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY, 

W KTÓRYM TAJEMNICZE KIPU PROWADZI WYPRAWĘ W GŁĄB 

AMERYKAŃSKIEGO KONTYNENTU 

Gdy  statek  dobijał  wreszcie  po  dość  długiej  podróży,  po  przejściu  przez  Kanał 

Panamski  i  po  przekroczeniu  Równika,  do  najdalszego  portu  przeznaczenia,  którym  było 

Callao koło Limy, już z daleka Dzika Mrówka, Pan Wojtek, Ula, Baleron, Jego Brat i Student 

dostrzegli na kamiennym nabrzeżu najpierw powiewającą dużą biało - czerwoną chorągiew, a 

potem  dwie  postacie.  Jedna  z  nich  krępa  i  ogorzała,  w  kapeluszu  z  dużym  rondem,  to  był 

znany  im  wszystkim  pan  inżynier  Kamiński  z  Rio  de  Janeiro,  obok  zaś  stała  znacznie 

drobniejsza  figurka  dziewczęca,  która  na  kruczo  czarnych  włosach  miała  nałożony  podobny 

kapelusz  z  dużym  rondem,  które  ochraniało  twarz  przed  palącymi  promieniami 

peruwiańskiego słońca. 

-  Poznajcie  się  -  powiedział  pan  Kamiński  po  pierwszych  niezwykle  serdecznych 

powitaniach  -  to  moja  córka  o  imionach  Maria  Irena,  ale  my  na  nią  wołamy  tutejszym 

obyczajem  Mariena,  a  to  -  tu  zwrócił  się  do  córki  -  są  moi  przyjaciele  z  Polski,  Wędrujące 

Płetwonurki, którzy aż tu dotarli, żeby razem z nami udać się na Wielkie Poszukiwanie. 

Mariena,  czarnowłosa  i  niebieskooka  zgrabna  panienka,  ubrana  w  jasną,  kremową 

sukienkę  z  dużym  niby  -  marynarskim  kołnierzem  dygnęła  w  powitalnym  geście  i 

powiedziała piękną polszczyzną z ledwo wyczuwalnym obcym akcentem: 

- WITAJCIE W POŁUDNIOWEJ AMERYCE! 

A potem przywitała się ze wszystkimi, serdecznie całując po kolei, tak jak i jej ojciec, 

Pana Wojtka, Studenta, Ule, Dziką Mrówkę, Balerona i na końcu Jego Brata. Ten ostatni, gdy 

tylko  zobaczył  Marienę,  nie  spuszczał  z  niej  wzroku,  najwyraźniej  oczarowany  widokiem 

naprawdę powabnej dziewczyny. I gdy Mariena pocałowała go na powitanie w oba policzki, 

Jego  Brat  zaczerwienił  się  z  wielkiego  wrażenia  i  zamiast  przedstawić  się  -  jak  to  robili 

wszyscy witający się z Mariena Poszukiwacze Złotego Lodu - zamrugał kilkakrotnie oczyma 

i zdołał tylko wyjąkać: 

- Fakt! 

-  Nigdy  jeszcze  nie  słyszałam  takiego  imienia  -  roześmiała  się  zdziwiona  nieco 

Mariena - ale brzmi bardzo ładnie i oryginalnie. 

Oczywiście  wszyscy  obecni  roześmieli  się  na  cały  głos,  a  Jego  Brat,  który  chciał  za 

wszelką cenę naprawić swoje niezbyt fortunne wystąpienie, zaczerwienił się jeszcze bardziej 

background image

i... powtórzył: 

- FAKT! 

-  Cieszę  się,  że  jesteśmy  nareszcie  wszyscy  razem,  bo  już  tu  z  córką  nie  możemy 

doczekać się waszego przyjazdu. Ja i moja nieodrodna córka lubimy, jak  coś się dzieje, a w 

Peru  jesteśmy  już  dość  długo  i  przekopaliśmy  razem  całe  tomy  starych  książek  w  jeszcze 

starszych bibliotekach i klasztornych archiwach. Mamy już dosyć tego szperania i chcemy jak 

najszybciej znaleźć się w górach, gdzie czekają na nas - mam nadzieję - inkaskie skarby. 

- A co żeście odkryli w starych szpargałach? - zapytał Pan Wojtek. 

- O, dużo, bardzo dużo ciekawych rzeczy - odparła Mariena - ale o tym potem. Teraz 

zabieramy was wszystkich do Limy, żeby trochę odpocząć po długiej podróży i przygotować 

się do właściwej wyprawy. 

- Kiedy my jesteśmy wypoczęci - wtrącił Dzika Mrówka. - I możemy od razu jechać 

dalej. 

-  Aż  takiego  pośpiechu  to  nie  ma  -  uśmiechnął  się  pan  Kamiński.  -  Jeżeli  skarby 

inkaskie leżą gdzieś przez kilkaset lat, to jeszcze dwa, trzy dni poczekają na nas. A myślę, że 

Limę warto przy okazji zobaczyć. 

- Fakt! - włączył się w tym momencie Jego Brat, który tymczasem doszedł już nieco 

do siebie, a Mariena spojrzała nieco zdziwiona na wszystkich, gdy znowu rozległ się chóralny 

ś

miech. 

-  Bo  widzisz,  Mariena,  on  wcale  nie  nazywa  się  fakt  -  pośpieszyła  z  wyjaśnieniem 

Ula. - On ma na imię Jarek albo inaczej Jego Brat, a „fakt” to tylko takie jego powiedzonko. 

- Fakt! - potwierdził znów Jarek. 

- Szkoda - odezwała się Mariena - bo mnie się akurat spodobało takie imię „Fakt”. 

- To możesz tak do mnie mówić - Jarek, o dziwo, odezwał się nagle całym zdaniem. 

I tak już zostało. 

Tymczasem  ze  statku  wyładowano  cały  dość  obfity  bagaż  Poszukiwaczy  Złotego 

Lodu,  w  którym  były  przecież  i  namioty,  i  śpiwory,  odzież  na  różną  pogodę,  i  przede 

wszystkim  kompletny  sprzęt  płetwonurkowy.  Cały  ten  majdan  załadowano  na  terenową 

półciężarówkę,  którą  prowadził  kierowca  w  wyraźnie  indiańskim  typie,  mający  na  głowie 

mimo  panującego  upału  wełnianą  wielokolorową  spiczastą  czapeczkę  z  dwoma 

nibynausznikami zakończonymi wełnianymi pęcełkami. 

- To takie tutejsze indiańskie nakrycie głowy - pośpieszyła z wyjaśnieniem Mariena. - 

Dalej w głębi kraju wszyscy je noszą, czasami wkładają pod kapelusz. A nasz kierowca Pablo 

pochodzi z gór, spod miasta Cuzco. 

background image

-  Wynająłem  dwa  samochody  na  wyprawę  -  oznajmił  pan  Kamiński,  gdy  już 

załadowano  bagaż  na  półciężarówkę.  -  Ten  tutaj  i  drugi  dla  nas  landrover.  Terenowy  - 

dorzucił  -  bo  koło  Limy  drogi  są  dobre,  ale  w  interiorze,  czyli  w  głębi  kraju,  dokąd 

pojedziemy,  to  z  drogami  jest  różnie  i  raczej  bardzo  licho.  Kto  wie,  czy  tam  nawet  nasze 

terenowe samochody dadzą sobie radę. 

- Eee, terenowe to chyba sobie dadzą wszędzie... - wyraził przekonanie Marek. 

-  No,  no,  chłopcze,  nie  znasz  tutejszych  okolic,  a  przede  wszystkim  nie  znasz 

tutejszych gór. Nie ma im równych co do dzikości i niedostępności w całym prawie świecie, z 

wyjątkiem może Himalajów. Andy to prawdziwa potęga! 

Z  portu  pojechali  najpierw  do  niewielkiego  przytulnego  hoteliku,  w  którym 

zapobiegliwy i obrotny pan Kamiński zarezerwował pokoje dla całej gromadki na czas pobytu 

w  Limie.  Nawiasem  mówiąc  w  hoteliku  tym  czuli  się  niemal  zupełnie  jak  w  odległej 

ojczyźnie,  właścicielem  bowiem  okazał  się  Polak,  który  przed  wielu  laty  pływał  nawet  jako 

marynarz na polskich statkach. 

-  Rodaków  można  spotkać  na  całym  świecie,  w  najbardziej  nawet  zapadłym  kącie  - 

stwierdził Pan Wojtek, który mimo młodego wieku z niejednego już pieca chleb jadał. Pływał 

przecież na polskich statkach po  rozmaitych morzach i oceanach, odwiedzał dalekie kraje, a 

przez pewien czas pracował nawet jako płetwonurek w nadpacyficznych rejonach Meksyku i 

brał  udział  w  poszukiwaniach  ropy  naftowej  pod  dnem  Zatoki  Meksykańskiej.  I  wszędzie 

natykał się na  rodaków,  rozrzuconych przez najrozmaitsze losy  na  wszystkie strony  świata i 

nieodmiennie tęskniących do dalekiej ojczyzny, choćby tu, gdzie teraz mieszkali, opływali we 

wszystko. 

Po  krótkim  odpoczynku  i  obfitym  obiedzie  Mariena  zabrała  całą  gromadkę  na 

zwiedzanie Limy, stolicy Peru, leżącej w niewielkiej odległości od głównego peruwiańskiego 

portu  Callao.  Zwiedzali  więc  zabytkowe  kościoły  i  muzea,  przejeżdżali  przez  nowoczesne 

dzielnice  zabudowane  wysokimi  budynkami  ze  szkła  i  betonu  lub  wędrowali  handlowymi 

uliczkami  starego  miasta.  Podziwiali  wysmukłe  królewskie  palmy  z  pióropuszami  liści 

wyrastającymi  na  olbrzymich  wysokościach  z  gładkich  jak  latarniane  słupy  pni,  które 

ozdabiały  reprezentacyjną  ulicę  Limy  -  szeroką  Avenida  Arequipa,  a  potem  zwiedzali  ruiny 

starej twierdzy, położonej wysoko w górach na przedmieściach stolicy. 

Wreszcie trafili na zmianę gwardii przed pałacem prezydenckim na reprezentacyjnym 

placu  miasta.  Ciemnoskórzy  gwardziści  w  wysokich  do  kolan  lakierowanych  butach  z 

brzęczącymi  srebrnymi  ostrogami,  w  czerwonych  spodniach,  czarnych  kurtkach  bogato 

zdobionych  czerwonymi  akselbantami  i  sznurami,  wyglądali  bardzo  malowniczo  i 

background image

egzotycznie,  zdecydowanie  bardziej  egzotycznie  niż  królewscy  gwardziści  w  Londynie,  co 

zgodnie  stwierdzili  Dzika  Mrówka  i  Jego  Brat,  zwłaszcza  że  zamiast  futrzanej  czapy 

peruwiańscy gwardziści nosili na głowach błyszczące srebrzyście hełmy ze złotymi ozdobami 

i ze wspaniałym pióropuszem z czerwonych i białych piór na szczycie. 

Obaj chłopcy zrobili sobie obowiązkowe zdjęcie z takim gwardzistą. 

-  To  już  trzecia  gwardia,  którą  zaliczymy  -  powiedział  Dzika  Mrówka,  kiedy  Pan 

Wojtek pstryknął zdjęcie. 

- Trzecia? - zapytała Ula. 

-  No  tak.  Pierwsza  to  w  Londynie  przed  Pałacem  Królewskim,  druga  to  w 

Sztokholmie, też przed królewską siedzibą króla, i trzecia teraz, w Limie. 

- No to ci jeszcze sporo zostało na świecie - roześmiał się Pan Wojtek. - Na przykład 

francuska  w  Paryżu,  może  trochę  podobna  do  peruwiańskiej,  potem  też  ciekawa  gwardia 

papieska w Watykanie, grecka w białych, plisowanych spódniczkach... 

- W spódniczkach? - zainteresowała się Ula. 

- A żebyś wiedziała. W spódniczkach i długich białych skarpetach z pomponami. 

- To śmiesznie musi wyglądać. 

- Może i śmiesznie, ale już taka tradycja. 

Oczywiście  w  Limie  nie  mogło  przy  zwiedzaniu  zabraknąć  i  jakichś  polskich 

pamiątek.  Jedną  z  nich  jest  ozdobny  pomnik  wzniesiony  ku  czci  Polaka,  profesora  Edwarda 

Habicha,  który  pod  koniec  XIX  wieku  założył  w  Peru  pierwszą  politechnikę:  „Escuela 

Nacional de Ingenieros del Peru”. 

Mariena  okazała  się  doskonałym  przewodnikiem,  a  przede  wszystkim  niezawodnym 

tłumaczem, znała bowiem płynnie kilka języków. 

- W domu rozmawiamy po hiszpańsku i po polsku - wyjaśniła Ulce, która w pewnym 

momencie  wyraziła  swój  podziw  dla  pięknej,  bezbłędnej  polszczyzny  dziewczyny,  która 

przecież nigdy jeszcze w Polsce nie była ani też do polskiej szkoły nie chodziła. - Mama jest 

Argentynką,  więc  stąd  hiszpański,  ale  tata  nie  pozwala  mi  zapomnieć  polskiego,  zresztą 

mama też mówi po polsku, ale może trochę gorzej niż ja - roześmiała się. - Teraz od paru lat 

mieszkamy w Rio de Janeiro, a w Brazylii, jak wiadomo, mówi się po portugalsku. 

W  szkole  lekcje  prowadzone  są  po  francusku,  bo  to  jest  pensja  głównie  dla 

cudzoziemskich  dziewcząt  i  prowadzą  ją  siostry  zakonne  właśnie  z  Francji.  A  oprócz  tego 

musimy się uczyć jakiegoś jeszcze języka i ja wybrałam angielski. That’s all! - roześmiała się. 

-  I  tobie  się  to  wszystko  nie  pokręci?  -  zdumiał  się  szczerze  Dzika  Mrówka,  który 

nawet jeżeli miał jakieś lingwistyczne zdolności, to starannie je ukrywał, a już organicznie nie 

background image

znosił nauki jakiejkolwiek gramatyki. 

- Czasami może trochę - uśmiechnęła się Mariena - a już najbardziej, gdy rozmawiam 

z mamą i tatą. Bo raz mówię do taty po polsku, a znowu kiedy indziej nagle po hiszpańsku, a 

do mamy odwrotnie, przeważnie po hiszpańsku, a znowu czasem ni stąd, ni zowąd zaczynam 

po polsku. 

- A liczysz na przykład po jakiemu? - zainteresował się Jego Brat. 

-  Po  jakiemu  liczę?  -  zastanowiła  się  Mariena.  Zaraz,  zaraz,  chwileczkę...  Nigdy  się 

nad tym nie zastanawiałam, ale chyba... no tak, oczywiście, liczę po francusku. Zresztą siostry 

inaczej nie pozwalają. Ale dlaczego pytasz? 

- Bo nam tata opowiadał, że jego babcia, która była z urodzenia Czeszką i wyszła za 

mąż za Polaka, a przedtem wychowywała się w Wiedniu, to mówiła pacierz po czesku, liczyła 

po niemiecku, a na co dzień to mówiła po polsku. 

-  Jak  na  razie  to  ja  jeszcze  niczyją  babcią  nie  jestem  -  roześmiała  się  Mariena  -  ale 

może kiedyś też mój wnuk będzie tak o mnie opowiadał, jak twój tata o swojej babci. 

Do  hoteliku  wrócili  wszyscy  solidnie  zmęczeni,  ale  pełni  wrażeń  i  „pod  urokiem 

Południowej Ameryki” - jak stwierdził z głębokim przekonaniem Dzika Mrówka. Tymczasem 

pan Kamiński naradzał się z Panem Wojtkiem nad problemami Wielkiej Wyprawy  po  Złoty 

Lód. 

Gdy  po  kolacji  zasiedli  na  odkrytym  tarasie  pod  rozgwieżdżonym  parasolem 

podzwrotnikowego  nieba,  na  którym  pierwszą  wielkością  błyszczał  wspaniały  KRZYŻ 

POŁUDNIA  i  inne  piękne  konstelacje  południowej  półkuli,  pan  inżynier  Kamiński, 

zapaliwszy wonną fajkę, powiedział: 

- Czas zdać krótkie sprawozdanie z tego, cośmy tu na początku z Marieną wygrzebali 

w zakurzonych zakamarkach i co uradziliśmy z Panem Wojtkiem. 

Jak wiecie, przyjechałem tu już dość dawno i natychmiast rozpocząłem z jednej strony 

odpowiednie poszukiwania, z drugiej zaś przygotowywałem wyprawę od strony technicznej. 

Wiedziałem  jedno,  że  jeżeli  Inkowie  uciekali  przed  hiszpańskimi  najeźdźcami,  to  możliwy 

był tylko jeden kierunek, a mianowicie w góry. Bo Inkowie zawsze przed wrogami uciekali w 

góry, a tu jest gdzie uciekać, gdyż - jak pewno wiecie - Andy są i rozległe, i niedostępne. 

Na  moje  szczęście  razem  z  konkwistadorami  wędrowali  też  bracia  zakonni,  którzy 

mieli  nawracać  Inków  na  wiarę  chrześcijańską,  ale  którzy  oprócz  tego  prowadzili  dość 

dokładne  kroniki  z  rozmaitych  wypraw.  Dzięki  temu  po  różnych  klasztornych  zakamarkach 

dość sporo materiału się zachowało. 

I tak powolutku, krok po kroku, przy pomocy wielu ludzi z biblioteki i uniwersytetu, 

background image

udało  się  nam  z  Marieną,  która  mi  przez  cały  czas  dzielnie  pomagała,  ustalić  z  dużym 

przybliżeniem dwa rejony, w których ewentualnie może znajdować się inkaski skarb. A teraz 

ustaliliśmy  z  Panem  Wojtkiem,  że  ostateczną  decyzję,  gdzie  rozpocząć  poszukiwania, 

podejmiemy dopiero w Cuzco, dokąd i tak musimy jechać. 

Oczywiście mówię: „z dużym przybliżeniem” i „ewentualnie”, bo po pierwsze nikt nie 

może  zaręczyć,  że  Inkowie  rzeczywiście  coś  tam  gdzieś  schowali,  po  drugie  jeżeli  nawet 

schowali,  to  nie  wiadomo,  czy  później  ktoś  tych  skarbów  nie  odnalazł  i  nie  wywiózł,  po 

trzecie wreszcie Andy są tak olbrzymie, że można by tam schować bez śladu nie tylko złote 

skarby, ale dobrych parę miast, a po czwarte to zupełnie nie wiadomo, czy ten wasz Chłopak 

z Elbląga zdołał indiańskie kipu odczytać prawidłowo. 

- W Chłopca z Elbląga to ja wierzę - wtrącił w tym miejscu Dzika Mrówka - to bardzo 

uczony chłopak. 

- I najbardziej uczonym i wielkim zdarzały się omyłki i to nie raz, i nie dwa, no ale my 

musimy  na  razie  przyjąć,  że  ten  wasz  Chłopiec  z  Elbląga  ma  rację,  bo  inaczej  cała  nasza 

wyprawa nie miałaby najmniejszego sensu. 

- A propos sensu - dorzucił po małej chwilce pan Kamiński, pyknąwszy  kilkakrotnie 

fajkę - to musimy od razu z góry tak się nastawić, że nawet jeżeli niczego nie znajdziemy, to i 

tak czeka nas fajna przygoda, prawda? 

- Pewno - powiedziała Ula - przecież ja nigdy w życiu nie marzyłam nawet o tym, że 

kiedyś się znajdę w Ameryce Południowej. A otóż już jestem. 

- I ja też - dorzucił Baleron. 

- A ja muszę się przyznać, że marzyć to marzyłem - zwierzył się Student - nawet nie 

raz i nie dwa, bo od małego chłopca, gdy jeszcze czytałem o rozmaitych przygodach Tomka, 

co to je opisał pan Szklarski, ale nigdy nie przypuszczałem, że takie chłopięce marzenia mogą 

się kiedykolwiek ziścić. I to dzięki panu. 

-  No,  no  niezupełnie.  Pana  w  tym  też  jest  duża  zasługa  -  roześmiał  się  inżynier 

Kamiński - bo gdyby pan nie znalazł starego kipu... 

-  ...  i  gdyby  Dzikiej  Mrówce  nie  wpadł  do  głowy  pomysł  z  Chłopcem  z  Elbląga  - 

dodał Pan Wojtek. 

-  ...  i  gdyby  nasz  Armator  nie  zgodził  się  zabrać  nas  statkiem  aż  do  Peru  -  wtrącił 

Baleron. 

- ... no to ja nie miałbym ani po co, ani z kim jechać w Andy - zakończył ze śmiechem 

pan  Kamiński.  -  A  wracając  do  naszego  tematu,  to  mogę  wam  zaręczyć,  że  warto  jest 

zobaczyć Andy choć raz w życiu. To są naprawdę piękne góry! 

background image

-  Na  pewno,  fakt,  ale  byłoby  jeszcze  piękniej,  gdyby  tak  przy  okazji  znaleźć  Skarb 

Złotego Lodu - marzącym głosem podsumował dyskusję. 

Dzika  Mrówka  i  oczywiście  wszyscy  się  roześmieli,  a  Ulka  zgorszona  spojrzała  na 

Marka i stwierdziła z wymówką w głosie: 

- Tobie to naprawdę zawsze wszystkiego za mało! 

- Kiedy to byłoby cudownie tak coś ciekawego znaleźć - Mariena poparła Marka, ale 

teraz już nikt się nie roześmiał, bo każdy na pewno w głębi ducha pomyślał sobie to samo. 

Następny  dzień  cały  poświęcono  na  dokładne  pakowanie  wszystkiego,  co  się  mogło 

przydać  w  dalekiej  wyprawie  i  potem  w  obozowisku  w  wysokich  górach.  Jak  ustalił  pan 

Kamiński  z  Panem  Wojtkiem,  pierwszy  etap  wyprawy  prowadził  ze  słonecznej  Limy  do 

dawnej stolicy inkaskiej  Cuzco, gdzie podobno w jednym z klasztorów miała się znajdować 

stara  księga,  w  której  Pan  Kamiński  spodziewał  się  znaleźć  jeszcze  kilka,  być  może 

interesujących, szczegółów. 

W  Cuzco  zaplanowano  kilkudniowy  odpoczynek  i  tam  też  miano  podjąć  ostateczne 

decyzje co do rejonu poszukiwań. 

Na  obszernym,  zacienionym  patio  hoteliku,  gdzie  zatrzymała  się  nasza  gromadka 

Poszukiwaczy Złotego Lodu, stały trzy samochody mające zawieźć wyprawę wraz z licznymi 

bagażami tak daleko i tak wysoko, jak tylko to będzie możliwe. Była więc tam półciężarówka 

prowadzona  przez  ciemnoskórego  Indianina  Pablo  i  dwa  landrovery,  samochody  wybitnie 

terenowe z napędem na wszystkie koła. Jeden z nich prowadził zupełnie czarnoskóry Matheo, 

rozgadany  i  wciąż  szeroko  roześmiany.  Właściwie  nawet  się  nie  zauważało,  że  Matheo  jest 

czarnoskóry,  ponieważ  twarz  jego  rozjaśniały  niemal  bez  przerwy  olśniewająco  białe  duże 

zęby, które ukazywał w ciągłym uśmiechu od ucha do ucha. 

O  ile  Pablo  był  raczej  milczący  i  poważny,  a  po  jego  prawie  zawsze  nieruchomej 

twarzy nie można było absolutnie poznać, co w danej chwili Indianin myśli lub czuje, o tyle 

Matheo był zawsze rozgadany, wszędzie go było pełno i wszędzie go było słychać. Mimo tej 

odmienności  obaj  byli  równie  pracowici  i  obaj  byli  doskonałymi  kierowcami,  choć  każdy  z 

nich zupełnie inaczej zachowywał się za kierownicą. 

-  Wyjeżdżamy  jutro  wczesnym  rankiem  -  oznajmił  po  południu  pan  Kamiński  -  bo 

czeka nas trudna przeprawa przez Kordylierę  Zachodnią, najwyższy tutejszy łańcuch  górski, 

którego  szczyty  przekraczają  sześć  tysięcy  metrów.  I  pogoda  w  górach  też  jest  zmienna.  A 

więc teraz szybko spać, żeby jutro być wypoczętymi! 

Inna  rzecz,  że  Dzika  Mrówka  wcale  nie  mógł  tak  od  razu  zasnąć,  musiał  bowiem 

przetrawić w sobie wrażenia ostatnich kilku dni, a poza tym kłębiły mu się po głowie myśli o 

background image

tym,  co  też  ich  jeszcze  czeka.  Nic  więc  dziwnego,  że  przewracał  się  na  wygodnym  łóżku 

dobrych parę godzin z boku na bok, a sen jak nie przychodził, tak nie przychodził. 

Co dziwniejsze, leżący obok na drugim łóżku Jego Brat też nie mógł zasnąć. On, który 

zazwyczaj  przecież  zasypiał  z  miejsca  i  spał  jak  kamień.  A  teraz  nie  mógł  i  myślał  o 

oczekujących  ich  przygodach,  o  drodze,  mającej  ich  zawieść  do  miejsca,  w  którym,  być 

może, rozwikła się Tajemnica Złotego Lodu, a we wszystkich jego myślach na pierwszy plan 

wysuwała się postać czarnowłosej i błękitnookiej Marieny. 

Dzień wstał pogodny i rankiem było w Limie dość rześko, choć pogoda zapowiadała 

się  słoneczna  i  upalna.  Kawalkada  trzech  samochodów  ruszyła  sprzed  hotelu  żegnana  przez 

właściciela Polaka staropolskim: SZCZĘŚLIWEJ PODRÓŻY! 

Pierwszy  jechał  landrover  prowadzony  przez  inżyniera  Kamińskiego,  obok  którego 

siedziała  Mariena,  a  z  tyłu  Baleron  i  Jarek.  W  drugim  samochodzie  przy  czarnoskórym  i 

uśmiechniętym szeroko kierowcy siedział Pan Wojtek, a z tyłu Ula i Dzika Mrówka. Student 

Andrzej zajmował miejsce przy milczącym Pablo w ciężko załadowanej półciężarówce. 

Na  błotnikach  pierwszego  samochodu  wymalowane  były  dwie  flagi:  jedna  biało  - 

czerwona,  a  druga  zielona  z  żółtym  rombem  w  środku  i  niebieskim  kołem  obrazującym 

rozgwieżdżone  niebo.  Była  to  flaga  brazylijska,  zarówno  bowiem  pan  Kamiński,  jak  i  jego 

córka  Mariena  posiadali  od  dawna  obywatelstwo  tego  właśnie  kraju.  Oprócz  tego  wzdłuż 

burty  landroveru  z  jednej  strony  biegł  nieco  pompatyczny  napis  w  języku  angielskim 

„GOLDEN ICE EXPEDITION”, a z drugiej było to samo napisane po hiszpańsku. 

Przez  ulice  Limy  mała  kawalkada  przejechała  dość  gładko,  godzina  bowiem  była 

jeszcze wczesna. Zaraz za miastem samochody wjechały na szeroką szosę, nad którą widniał 

napis: „La Oroya”. 

-  La  Oroya  leży  już  po  drugiej  stronie  Kordyliery  Zachodniej  -  objaśnił  Pan  Wojtek, 

który miał przed sobą samochodową mapę Peru  - czyli już po wschodniej stronie Cordillera 

Occidental - przeczytał z mapy. 

-  Si,  si,  seńor,  Cordillera  Occidental  -  Matheo  roześmiał  się  wielce  uradowany,  gdy 

usłyszał znajome słowa i prowadząc jedną ręką, drugą zatoczył szerokie koło. 

Esto todos es Cordillera de los Andes! 

Przed  pędzącymi  na  razie  szeroką  szosą  samochodami  wznosił  się  na  horyzoncie 

postrzępiony  zarys  potężnych  gór.  Widoczność  była  dobra,  choć  nad  szczytami  widniały 

pojedyncze chmury. 

-  Pogoda  w  górach  potrafi  zmieniać  się  radykalnie  nieraz  w  ciągu  kilkunastu  minut. 

Najpierw  świeci  upalne  słońce  i  nie  widać  ani  jednej  chmurki  jak  okiem  sięgnąć,  a  potem 

background image

nagle  nadchodzi  mgła  gęsta  jak  mleko  albo  ulewa  z  gradem  czy  śniegiem.  To  są  Andy  - 

opowiadał  tymczasem  pan  Kamiński  swoim  pasażerom  -  tu  nigdy  nie  można  niczego  być 

pewnym. 

- Na razie jest piękna pogoda - zauważył Baleron. 

- Na razie - powtórzył pan Kamiński. 

Droga wiodła wzdłuż rzeki Rimac, stopniowo wznosząc się coraz wyżej i wyżej. Nie 

opodal szosy wiła się raz wyżej, to znów niżej nitka linii kolejowej. 

- Oto macie jedną z najwyżej wspinających się w góry dróg kolei żelaznej na świecie - 

odezwał  się  po  chwili  milczenia  pan  Kamiński.  -  Prowadzi  z  Limy  do  La  Oroya  i  jej 

najwyższy  punkt  znajduje  się  na  wysokości  aż  przeszło  4700  metrów  nad  poziomem 

Pacyfiku. 

-  O  rany!  To  przeszło  dwa  razy  tyle  co  najwyższy  szczyt  w  Tatrach  -  zdziwił  się 

Baleron. 

- A naturalnie - uśmiechnął się pan Kamiński - nie ubliżając w niczym naszym górom, 

całe  Tatry  można  by  zmieścić  nieomal  w  jednej  tylko  solidnej  górze  choćby  tej  Kordyliery 

Zachodniej. 

- I na taką wysokość wspina się pociąg? - zdziwił się Jego Brat. 

- Wyobraź sobie, zresztą i my też będziemy niewiele niżej jechali. Tu w Peru znaczna 

część kraju leży na wysokości większej niż poczciwy Kasprowy Wierch. Ot, choćby i Cuzco, 

do którego jedziemy, położone jest na wysokości 3400 metrów, a takie Cerro de Pasco - aż na 

4300 metrów nad poziomem morza. 

Tymczasem zarówno koryto rzeki, jak i linia kolejowa poczęły się piąć coraz wyżej i 

wyżej.  Na  rzece  raz  po  raz  widniały  skaliste  porohy  i  pieniste  kaskady  wodospadów,  szosa 

poczęła  się  wić  wykutymi  w  skale  serpentynami,  a  linia  kolejowa  to  przenosiła  się  z  jednej 

strony  rzeki  na  drugą  na  łukach  wysokich  mostów,  to  znowu  niknęła  w  ciemnych  otworach 

tuneli. 

-  Z  Limy  do  La  Oroya  trzeba  było  zbudować  aż  trzydzieści  rozmaitych  mostów  i 

przeszło  sześćdziesiąt  dłuższych  i  krótszych  tuneli  -  odezwał  się  znowu  pan  Kamiński, 

pokonując jednocześnie jeden ostry zakręt po drugim. 

- Ho, ho, ho! - zdziwił się szczerze Baleron. 

- Właśnie - pan Kamiński pyknął z fajki, którą mu usłużnie nabiła Mariena i pomogła 

zapalić  trzymając  sztormową  zapaloną  zapałkę  -  i  wyobraźcie  sobie,  że  ta  podniebna  kolej 

została zbudowana prawie sto lat temu i w dodatku przez naszego rodaka. 

- Rodaka? Tutaj? 

background image

-  Owszem.  Budowali  ją  Polacy  -  inżynierowie  Ernest  Malinowski  i  Władysław 

Folkierski, których losy rzuciły aż tak daleko od Polski. 

Tymczasem nagle i niespodziewanie na rozsłonecznioną górską drogę spadła gęsta jak 

mleko mgła. Samochody i tak już wolno, na pierwszym lub drugim biegu, ciągnące pod górę 

zwolniły  jeszcze  bardziej  i  zapaliły  się  światła  reflektorów,  lecz  ich  blask  ginął  w  lepkich, 

wilgotnych  tumanach  okrywających  wszystko.  Tymczasem  szosa  wiła  się  dalej  ostrymi 

zakrętami, a po jednej stronie górskiej drogi wspinały się skaliste zbocza, po przeciwnej zaś w 

obłokach  mgły  kryły  się  strome  przepaście.  Zrobiło  się  zimno,  ponuro  i  -  co  tu  ukrywać  - 

całkiem nieprzyjemnie, a nawet wręcz straszno. 

We  wszystkich  samochodach  jak  nożem  ucięte  umilkły  rozmowy,  choć  prawdę 

mówiąc Pablo nie odezwał się jak dotąd ani jednym słowem do siedzącego obok Studenta, i 

kierowcom  dosłownie  wychodziły  oczy  z  orbit  podczas  daremnych  prób  dojrzenia 

czegokolwiek we wszechogarniającym białym całunie okrywającym wszystko dokoła. Jeden 

Matheo nucił przez cały czas jakąś murzyńską melodię i szczerzył białe zęby. 

W  tej  sytuacji  pan  Kamiński  postanowił  zjechać  na  pobocze  przy  pierwszej 

nadarzającej  się  okazji,  od  czasu  do  czasu  bowiem  budowniczowie  podniebnego  szlaku 

przewidzieli specjalne parkingi ogrodzone kamiennymi barierami. 

-  Przeczekamy  jakiś  czas  -  powiedział  pan  Kamiński  -  może  nadleci  wiatr  i  rozegna 

mgłę. 

Pochłodniało  znacznie  i  teraz  dopiero  okazało  się,  że  grube  swetry  i  peruwiańskie 

wełniane  czapki  z  nausznikami  przydają  się  doskonale,  choć  jeszcze  godzinę  temu  było 

prawie upalnie. 

-  Silnik  mi  się  grzeje,  seńor  -  odezwał  się  milczący  dotychczas  Pablo,  który  siedział 

zawinięty w wełnianą indiańską opończę i żuł zielone liście, spluwając od czasu do czasu na 

asfalt parkingu. 

Pan Kamiński podszedł do ciężarówki i razem z Pablem podnieśli maskę samochodu. 

Przez czas jakiś grzebali coś razem we wnętrzu silnika. 

-  Do  licha  -  zaklął  po  chwili  pan  Kamiński  -  nie  mogę  powiedzieć,  żeby  mi  się  to 

podobało. Samochód przeładowany, to jedno, pogoda fatalna, to drugie, droga stroma i kręta, 

to  trzecie,  a  do  najbliższego  postoju  wcale  nie  tak  blisko,  to  czwarte.  No  ale  musimy  jakoś 

jechać do przodu, to piąte i ostatnie! - zakończył. 

- Jak tylko pogoda się poprawi, pojedziemy powolutku dalej - zdecydował. - Ty teraz 

pojedziesz  na  przedzie  -  zwrócił  się  do  Pabla  -  i  jak  będziesz  widział,  że  temperatura  wody 

rośnie,  zjedziesz  na  najbliższe  pobocze,  gdzie  będziesz  mógł  się  zatrzymać,  otworzymy 

background image

maskę i poczekamy aż temperatura spadnie, a potem pojedziemy dalej. Innej rady praktycznie 

nie widzę. 

Pan  Kamiński  miał  rację,  kiedy  twierdził,  że  pogoda  w  Kordylierach  jest  niezwykle 

zmienna,  mgła  bowiem  ustąpiła  równie  nagle  jak  nadeszła  i  po  niecałej  pół  godzinie  górski 

parking, na którym stali, szosa wijąca się serpentynami w  górę i w ogóle  cała dolina  rwącej 

rzeki tonęły w jaskrawym słońcu. 

Ruszono dalej. Tym razem Pablo ze Studentem jechali jako pierwsi, za nimi prowadził 

swój samochód Matheo, a małą karawanę zamykał pan Kamiński swoim landroverem. Droga 

była  coraz  trudniejsza  i  coraz  bardziej  kręta  i  stroma,  zbliżano  się  bowiem  do  najwyższej 

przełęczy. Nic więc dziwnego, że po kilku zaledwie kilometrach Pablo zjechał czym prędzej 

na  kolejny  parking,  zatrzymał  samochód,  szybko  wyskoczył  z  szoferki  i  podniósł  maskę 

silnika. 

- Carramba! - zaklął pod nosem. 

Dwa  pozostałe  samochody  też  zjechały  na  pobocze,  choć  silne  terenowe  landrovery 

spisywały się, jak dotąd, doskonale. 

Po  kilkunastu  minutach  postoju  ruszono  dalej.  Gdy  na  jednym  z  licznych  zakrętów 

Dzika  Mrówka  obejrzał  się  do  tyłu,  oczom  jego  ukazała  się  rozległa  panorama,  kolorowa 

plastyczna  mapa  okolic,  które  minęli.  Hen,  daleko  na  zachodzie  snuły  się  mgły  i  dymy 

wielkiego miasta - Limy i pobliskiego portu Callao, a za nimi niebieszczyła się tafla oceanu. 

Gdy  chłopak  odwrócił  głowę,  przed  oczyma  napotkał  dzikie  i  strome  skalne  szczyty,  na  tej 

wysokości  porośnięte  już  tylko  z  rzadka  jakimiś  mizernymi  mchami.  A  nad  szczytami 

błękitniało bezchmurne niebo jak drugi niezmierzony ocean. 

Na  tych  wysokościach  było  pusto,  jeżeli  nie  liczyć  samochodów  czy  to  pnących  się 

pracowicie pod górę, czy też ostrożnie zjeżdżających w dół, pusto i niegościnnie. Nigdzie nie 

było  widać  ani  drzewa,  ani  żadnego  domostwa,  ani  zwierzęcia.  Tylko  gdzieś  wysoko,  nad 

otaczającymi drogę szczytami kołowały z daleka widoczne olbrzymie ptaszyska. 

- Kondory! - poznał Dzika Mrówka. 

Po  kilkunastu  kilometrach  względnie  prostej  drogi  wiodącej  półką  jakby  przyklejoną 

do  skał  szosa  znowu  zaczęła  się  piąć  stromo  ku  górze.  Ciężarówka  Pabla  z  najwyższym 

trudem pokonywała wzniesienia i mała karawana posuwała się teraz bardzo wolno. 

- W ten sposób to i do jutra nie dojedziemy do przełęczy - marudził Marek, kręcąc się 

niecierpliwie na swym siedzeniu. - Że też Pablo nie może jechać trochę szybciej. 

-  Widocznie  nie  może  -  powiedziała  Ula.  -  Gdyby  mógł,  to  by  na  pewno  jechał 

szybciej. 

background image

-  A  ty  to  byś  każdego  tylko  broniła.  Gdyby  przy  tamtej  kierownicy  siedział  nasz 

Matheo, to na pewno by jechał lepiej. Prawda Matheo? - zwrócił się do kierowcy oczywiście 

po polsku, na co Matheo wyszczerzył wszystkie  swoje olbrzymie białe zęby w najszerszym, 

na jaki go było stać uśmiechu i choć chyba nie rozumiał ani słowa, powiedział: 

Si, Muchacho, Bueno!* [Tak, chłopcze, w porządku (hiszp.).] 

- A widzisz - zatriumfował Dzika Mrówka - Matheo też ma takie samo zdanie jak ja. 

A ten Pablo tak wolno jedzie, że tylko czekać aż coś się stanie. Albo znowu mgła przyjdzie, 

albo deszcz, albo gradobicie, albo jeszcze coś gorszego. 

- Nie wywołuj wilka z lasu - zawołała przestraszonym głosem Ula i w tym momencie, 

jakby na zawołanie, spod maski ciężarówki Pabla buchnęła w górę biała chmura, a samochód 

nagle  się  zatrzymał  akurat  na  zewnętrznej  krawędzi  szosy  na  najciaśniejszym  łuku  ostrego  i 

stromego zakrętu. 

- Masz babo placek! - krzyknęła Ula. - A nie mówiłam? - Zwróciła się do Marka: - To 

wszystko przez ciebie. 

Marek  nie  zdążył  jej  nawet  nic  odpowiedzieć,  bo  po  pierwsze  sam  się  mocno 

przestraszył,  a  po  drugie  Matheo  gwałtownie  zatrzymał  samochód,  zaciągnął  mocno  ręczny 

hamulec, wyskoczył z wozu i wcisnął pod tylne koła kilkoma silnymi kopnięciami dwa spore 

odłamy skalne. A potem popędził do wozu Pabla. Z tyłu biegł już pan Kamiński. 

- Tego się bałem! - wołał. - Chłodnica poszła! - jak nic, poszła chłodnica! 

Tymczasem z ciężarówki wyskoczył Pablo, a w tym samym momencie jego samochód 

zaczął się... wolniutko ZSUWAĆ W DÓŁ!!! 

PROSTO W KILKUSETMETROWĄ PRZEPAŚĆ!!! 

- PABLO!!! - krzyknął ostrzegawczo pan Kamiński. 

Indianinowi  nie  był  jednak  potrzebny  ten  okrzyk.  Pablo  bowiem,  taki  zawsze 

spokojny,  małomówny  i  zdawałoby  się  powolny,  poderwał  się  jak  błyskawica,  wskoczył  do 

szoferki  i  nacisnął  z  całej  siły  nożny  hamulec.  Samochód  zadrżał  leciutko  i  przestał  się 

zsuwać! 

-  KAMIENIE!!!  -  krzyknął  znowu  pan  Kamiński.  -  Szybko  wbić  kamienie  pod 

wszystkie  koła.  Panie  Andrzeju!  -  zawołał  do  siedzącego  wciąż  w  szoferce  ciężarówki 

Studenta - wyskakuj pan na szosę! 

-  Pablo!  -  krzyknął  po  hiszpańsku  -  jak  tylko  poczujesz,  że  samochód  się  cofa, 

wyskakuj z szoferki i na nic nie czekaj. Pal diabli wóz i cały bagaż. 

Kto żyw rzucił się teraz do roboty. Matheo i pan Kamiński wbijali odłamy skalne pod 

wszystkie  opony  ciężarówki,  a  wszyscy  pozostali  naparli  z  całej  siły  na  skrzynię  wozu, 

background image

pchając ją ku górze. 

-  OK!  -  zakomenderował  pan  Kamiński.  -  Popuśćcie.  Zobaczymy,  czy  teraz  się  nie 

cofa. 

Zwolnili nacisk rąk na skrzynię. Samochód stał w miejscu. 

- Pablo! Na wszelki wypadek nie puszczaj nożnego hamulca, a ja tymczasem zobaczę, 

co się stało. 

Pan Kamiński podniósł maskę wozu i zajrzał do środka. 

-  No,  chwała  Bogu  -  odetchnął  -  pękł  tylko  gumowy  wąż  i  cała  woda  chłodząca  się 

wylała. Już myślałem, że poszła chłodnica. 

- Pablo! 

- Si, seńor! 

- Masz jakiś zapasowy wąż od chłodnicy? 

- Obawiam się że nie, seńor, ale mam mocną taśmę z  gumowanego płótna. Jeżeli by 

mocno  owinąć  tę  pękniętą  rurę,  a  potem  dodatkowo  wzmocnić  drutem,  to  może  dojadę  do 

przełęczy. To już niedaleko. 

- Dobrze, Pablo, trzymaj hamulec, a ja z Matheo założę odpowiedni opatrunek. 

- Si, seńor! - Matheo wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

-  Tymczasem  Mariena  i  któryś  z  chłopców  niech  skoczą  po  wodę.  Weźcie  ten  pusty 

kanister po winie z mojego wozu. 

-  Dobrze,  tato  -  Mariena  już  biegła  z  plastykową  bańką,  a  za  nią  spieszył  -  o  dziwo! 

spieszył - Jego Brat. 

Oboje  wdrapali  się  na  strome  usypisko  skalne  nad  szosą.  Kilkanaście  metrów  wyżej 

widać  było  wyraźnie  spadający  ze  skały  maleńki  strumyczek  wody,  która  płynęła  później 

poboczem szosy. Mariena z Jarkiem podstawili bańkę pod nikłą strugę. 

-  Dobrze,  że  tak  blisko  jest  woda  -  powiedziała  dziewczyna  -  ale  gdyby  nie  było,  to 

założę się, że wiem, co by tata zrobił. 

- Co takiego? - zapytał Jego Brat. 

- Wlałby do chłodnicy to wino, które jest w drugim kanistrze - roześmiała się Mariena. 

- Eee, poważnie? - zdziwił się Jarek. 

-  Poważnie.  Mój  tata  to  ma  zawsze  jakieś  zupełnie  nadzwyczajne  pomysły.  A  moja 

mama  mówi,  że  różnie  jej  życie  biegnie,  ale  że  z  tatą  to  się  nigdy  nie  miała  czasu  nudzić  - 

roześmiała się Mariena. 

- To ty się całkiem wdałaś w ojca - powiedział Jarek. 

- Ja? - zdziwiła się Mariena. - A niby dlaczego? 

background image

-  Bo  z  tobą  to  też  nie  można  się  nudzić  -  odparł  Jarek  i  nagle,  jakby  onieśmielony 

swoją odwagą, zaczerwienił się po uszy. 

-  Eee,  przesadzasz  chyba  -  Mariena  spojrzała  na  Jarka  i  widząc,  że  on  się  tak 

zarumienił, chciała coś jeszcze dodać, ale nagle zaczerwieniła się sama. 

- Uważaj! - odezwała się po chwili, oboje bowiem na moment zupełnie zapomnieli o 

wodzie,  o  bańce  i  o  pustej  chłodnicy  w  samochodzie  i  zapatrzyli  się  jedno  w  drugie,  a 

tymczasem wątły strumyczek wody zamiast do bańki ściekał w dół na kamienne zbocze. 

Tymczasem  Matheo  z  ojcem  Marieny  sporządzili  solidny  „bandaż”,  nalano  zimnej 

wody do chłodnicy, Pablo zapalił silnik i gdy już chwilę popracował, Matheo i pan Kamiński 

wybili kamienie spod przednich kół i Pablo ruszył pod górę. 

-  Pan  na  wszelki  wypadek  pojedzie  w  naszym  samochodzie  -  zwrócił  się  pan 

Kamiński  do  Studenta  i  mała  samochodowa  karawana  ruszyła  ku  pobliskiej  przełęczy,  skąd 

już droga prowadziła w dół, do miasta La Oroya. 

Gdy  samochody  przekraczały  przełęcz,  Jego  Brat  dostrzegł  po  prawej  stronie  drogi 

kilkaset  metrów  niżej  błyszczące  tafle  kilku  niewielkich  jeziorek,  w  których  odbijał  się 

nieodległy  pokryty  wiecznym  śniegiem  górski  szczyt  o  charakterystycznym  stożkowym 

kształcie, tak typowym dla wulkanów. 

- A może Jezioro Złotego Lodu to właśnie jedno z tych, które widać? - powiedział. - 

Bo jest ognista góra, na której może mieszkać Bóg - Słońce, i są jeziorka, w których może się 

przeglądać razem ze swoją Małżonką. 

-  Może  -  roześmiał  się  pan  Kamiński  -  a  na  pocieszenie  mogę  ci  powiedzieć,  że 

miejsc, które by pasowały do opisu z naszego kipu, to w Andach można by naliczyć dobrych 

parę setek. Jeżeli nie parę tysięcy! 

- Ba! - zmartwił się Jego Brat. 

- Masz rację, chłopcze - roześmiał się pan Kamiński - ale trzeba wierzyć, że nam się 

uda.  A  tak  poważnie,  to  te  jeziorka  odpadają.  Po  pierwsze  to  za  blisko  Limy,  a  poza  tym 

istnieje cała masa powodów, dla których należy się spodziewać, że jeżeli kipu mówi prawdę, 

to Złotego Lodu należy szukać zdecydowanie gdzie indziej. 

Dalsza  droga  odbyła  się  już  bez  większych  kłopotów  i  na  nocleg  zatrzymano  się  w 

miejscowości  Jauja  nad  Rio  Mantaro.  Pablo  zdołał  na  miejscu  wymienić  pęknięty  wąż 

gumowy,  a  po  bliższych  badaniach  okazało  się,  że  ślizgał  się  zachlapany  olejem  pasek 

napędzający  wentylatorek  chłodnicy  i  dlatego  woda  się  zagrzała.  Naprawiono  więc 

uszkodzenie i na drugi dzień samochód Pabla był gotowy do dalszej drogi. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY, 

W KTÓRYM POSZUKIWACZE ZŁOTEGO LODU WĘDRUJĄ CORAZ 

DALEJ I WYŻEJ W GŁĄB PERUWIAŃSKICH ANDÓW 

- Wstawać chłopcy, pobudka! - obu braci obudził donośny głos Pana Wojtka. 

- Ojejej, tak się dobrze spało, która godzina? - Dzika Mrówka spał tej nocy jak suseł i 

nawet mu się nic nie śniło. Jego Brat też nie mógł narzekać na bezsenność. 

- Pół do siódmej. A spało się dobrze, bo jesteśmy już na sporej wysokości i klimat tu 

zupełnie inny niż w Limie nad Pacyfikiem. 

- A to nie za wcześnie na wstawanie? 

- Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Dziś mamy spory kawał drogi przed sobą, bo 

według planu mamy dojechać aż do Cuzco. A sami przekonaliście się wczoraj, że w drodze 

może być różnie. 

Pogoda  tego  ranka  na  peruwiańskim  płaskowyżu  była  piękna.  Słońce  oświetlało 

odległe szczyty gdzieniegdzie pokryte białymi czapami śniegu i lodu. Niżej rozpościerały się 

zielone  lasy  i  zarośla,  a  jeszcze  niżej  ciągnęły  się  pola  uprawne,  ogrody  i  sady,  pełne 

owocowych drzew, krzewów i kwiatów. Środkiem doliny rwała bystra górska rzeka Mantaro. 

-  Jak  tu  uroczo  -  zachwycała  się  Ula,  gdy  po  pożywnym  śniadaniu  ładowali  się  do 

samochodów. 

-  Istotnie - zgodził się pan Kamiński - to naprawdę uroczy zakątek. Już to zauważyli 

europejscy  zdobywcy,  gdy  pierwszy  raz  ujrzeli  tę  dolinę.  Zdobywca  Peru  Francisco  Pizarro 

postanowił  już  w  1533  roku  założyć  tu  hiszpańskie  miasto,  właśnie  Jauja.  Działo  się  to  w 

czasie pierwszej jego wyprawy w celu zdobycia inkaskiej stolicy Cuzco. 

- To my idziemy śladami wielkiego Pizarra? - zapytał Dzika Mrówka. 

-  Tak  mniej  więcej.  Bo  i  my  wędrujemy  do  Cuzco,  tyle  tylko  że  nie  mamy  zamiaru 

zdobywać stolicy. 

-  Ale  my  też  szukamy  inkaskich  skarbów  podobnie  jak  Pizarro  -  wtrącił  zamyślony 

Jego Brat. 

-  No,  niby  racja,  ale  po  pierwsze  my  mamy  zamiar  szukać,  a  nie  zdobywać,  a  po 

drugie jeżeli coś znajdziemy, to nie będziemy zabierać ze sobą, bo tego nam nie wolno, tylko 

oddamy do tutejszych muzeów. 

- Jeżeli znajdziemy - powtórzyła Ula. 

- No to jak mamy znaleźć, to ruszajmy. 

background image

Droga  do  Cuzco  przebiegła  bez  większych  przygód,  a  jedynymi  emocjami  było 

odkrywanie  przez  Poszukiwaczy  Złotego  Lodu  za  każdym  ze  setek  zakrętów  nowych 

uroczych  widoków.  Wszystkie  samochody  rozwijały  sporą  prędkość,  a  tempo  dyktował 

milczący jak zwykle, a jadący teraz na czele peruwiański Indianin Pablo. 

- No to pierwszy etap mamy za sobą - stwierdził pan Kamiński, kiedy już rozładowali 

bagaże na noc i kiedy zasiedli na tarasie restauracji na centralnym placu Cuzco. 

Zbliżał  się  zachód  słońca  i  ostatnie  jego  promienie  przed  zniknięciem  za  ostrymi 

grzbietami  nieodległych  gór  oświetlały  pokryte  spatynowaną  blachą  duże  wieże  kościoła 

jezuickiego,  zbudowanego  w  pierwszym  okresie  hiszpańskiego  panowania,  i  ceglaste 

dachówki domów z podcieniami otaczających brukowany rynek. 

Na  placu  panował  spokój  i  tylko  jakiś  pasterz  z  gór  przeganiał  małe  stadko  lam 

drobiących  rozdwojonymi  kopytkami  po  kamiennym  bruku  i  dumnie  niosących  kształtne 

głowy na długich, prawie wielbłądzich szyjach. 

-  Jutro  muszę  jeszcze  zapoznać  się  dokładnie  z  jednym  starym  dokumentem,  który  - 

jak  się  dowiedziałem  w  Limie  -  ma  się  znajdować  w  tutejszej  bibliotece  uniwersyteckiej. 

Mam  nadzieję,  że  znajdę  tam  jeszcze  jakieś  wskazówki  mogące  nam  być  pomocne  w 

ostatecznym wybraniu terenu naszych poszukiwań. 

- A jeżeli nie? - zapytała Ula. 

- Jeżeli nie znajdę, to poprzestaniemy na tym, co nam się z Marieną udało odnaleźć i 

zaryzykujemy,  a wybór terenu... wylosujemy z dwóch możliwych. W każdym poszukiwaniu 

jest trochę ryzyka jak w hazardowej grze w karty. A kiedyś, bardzo już dawno temu grałem w 

karty i to z całym zapałem. 

-  Oj,  tato,  wcale  nie  wiedziałam  o  takich  twoich  złych  skłonnościach  -  oburzyła  się 

Mariena. 

-  Bo  też  ci  nigdy  o  tym  nie  opowiadałem,  córeczko.  A  na  moje  usprawiedliwienie 

mogę tylko tyle powiedzieć, że choć graliśmy wtedy na pieniądze, i to na grube pieniądze, to 

wcale nie wygrana była celem. 

- No to po co grać w takim razie w karty? - zdziwił się praktyczny jak zwykle Marek. 

- Po co? - zamyślił się Pan Kamiński - ano po to, żeby zapomnieć. 

- Zapomnieć? - Mariena spojrzała ze zdumieniem na ojca. - O czym? 

-  O  strachu,  córeczko,  graliśmy  bowiem  namiętnie  w  karty  na  pieniądze,  aby 

zapomnieć  o  strachu.  Bo  to  było  na  statku  w  czasie  wojennych  konwojów,  kiedy  w  każdej 

minucie, w każdym najdrobniejszym ułamku sekundy mogła się za burtą statku czaić śmierć. 

Od  torpedy  niemieckiej  łodzi  podwodnej,  od  bomby  lotniczej,  od  miny,  od  pocisku 

background image

hitlerowskiego  rajdera,  korsarskiego  okrętu  grasującego  prawie  bezkarnie  po  przestworzach 

oceanów. 

I nam, marynarzom tamtych czasów, tamtych konwojowych lat, zostawał na co dzień, 

na każdą noc, na okrągłą dobę strach. I żeby o tym strachu wciąż nie myśleć, to ja na przykład 

grałem namiętnie w karty. 

- Ale teraz nie grasz, tato. 

-  Teraz  nie  gram,  bo  nie  muszę,  teraz  nie  mam  się  czego  bać  -  roześmiał  się  pan 

Kamiński i pocałował Marienę w policzek. 

-  A  wracając  do  ryzyka,  to  ja  lubię  takie  właśnie  uczucie.  Zaczynam  coś,  szukam 

czegoś  i  nie  wiem,  co  mnie  czeka.  Może  nic,  a  może  właśnie  TO!  Co  prawda  czasami  się 

zdarza, że szukam jednego, a znajduję coś zupełnie innego. O, kiedyś na przykład, pamiętam, 

było  to  na  jednej  z  urokliwych  wysepek  Morza  Karaibskiego  przy  brzegu  meksykańskim. 

Szukaliśmy  tam  zatopionej  hiszpańskiej  karaki,  która  podobno  gdzieś  tam  zatonęła  cala 

wyładowana srebrem. Szukaliśmy już trzeci sezon i stale na próżno. Tym razem miała to być 

ostatnia próba. Straciliśmy tam cały nieomal miesiąc i w końcu zamiast hiszpańskiej karaki o 

mało co nie znaleźliśmy niemieckiego U - boota, czyli hitlerowskiego okrętu podwodnego. 

- Okręt podwodny? I co? 

-  I  nic.  Po  prostu  kiedyś  nam  stary  rybak  z  tej  wioski,  gdzie  założyliśmy 

płetwonurkową bazę, opowiadał, że przed laty, już po zakończeniu wojny, znaleźli na piasku 

brodatego mężczyznę ubranego w resztki marynarskiego munduru. Ten człowiek był ranny i 

tracił co chwila przytomność. Zanieśli go więc do wioski i próbowali ratować, ale nie udało 

się  i  po  dwóch  dniach  rozbitek  zmarł.  Gdy  odzyskiwał  przytomność,  coś  chciał  powiedzieć, 

ale  nie  znał  hiszpańskiego,  a  rybacy  z  kolei  nie  znali  żadnego  innego  języka.  Rozbitek  coś 

uparcie  tłumaczył,  wreszcie  narysował  na  piasku  duży  okręt  podwodny,  jak  przynajmniej 

twierdził  w  kilkanaście  lat  później  rybak,  dużą  rybę  -  chyba  rekina  i  jakieś  paczki  czy 

skrzynie.  A  cały  czas  póki  jeszcze  żył,  uparcie  pokazywał  na  morze  i  tłumaczył  na  migi,  że 

ten  okręt  zatonął  i  żeby  nurkować  i  coś  tam  wyciągać,  jakby  spod  wody  albo  może  z  tego 

zatopionego okrętu. 

Nawet wtedy któryś z kolegów rzucił pomysł, żeby może poszukać tego zatopionego 

najpewniej  okrętu  podwodnego,  że  to  może  być  jakiś  niemiecki  U  -  boot  i  że  to  wszystko 

może  być  bardzo  ciekawe,  aleśmy  go  w  końcu  przegłosowali,  bo  jak  mówię,  po  pierwsze 

szukaliśmy  czegoś  innego,  po  drugie  nie  mieliśmy  już  za  dużo  czasu,  a  po  trzecie  to  po  co 

szukać  zatopionej  niemieckiej  łodzi  podwodnej,  gdy  tyle  innych  ciekawych  rzeczy  jest  pod 

wodą, ot, choćby nasz SKARB ZŁOTEGO LODU. 

background image

Tymczasem  zaszło  słońce.  Na  Cuzco,  starożytną  stolicę  państwa  Inków  spełzł  z  gór 

mrok i zapłonęły liczne latarnie, oświetlając cały rynek i pięknie wyłuskując z mroku wieże i 

ozdobne fragmenty architektury starego kościoła. 

Późnym  wieczorem,  przy  blasku  reflektorów  i  różnokolorowych  rakiet  oraz  przy 

dźwiękach  głośnej  egzotycznej  muzyki  granej  na  staroindiańskich  instrumentach  na  tymże 

placu, na oczach Poszukiwaczy Złotego Lodu odbył się pokaz staroinkaskich tańców. 

Tańczyli młodzi chłopcy i dziewczęta w starych, ludowych strojach, zapewne w takich 

samych,  jakie  mieli  na  sobie  ich  przodkowie  przed  kilkuset  laty  uciekający  z  tego  samego 

miasta  przed  groźnymi  najeźdźcami  z  innego  kontynentu.  Rozległy  się  śpiewy  w  języku 

kiczua,  którym  porozumiewano  się  przed  setkami  lat,  a  którym  jeszcze  do  dziś  mówi 

większość  mieszkańców  górskich  okolic  Peru.  Całe  to  widowisko  rozgrywało  się  w  ramach 

odbywającego  się  akurat  w  tych  dniach  festiwalu  folklorystycznego  w  Cuzco  i  przedziwny 

przypadek sprawił, że nasza gromadka idąca śladami wiodącymi przez wieki i przez historię 

trafiła do Cuzco akurat na ten dzień, ale wszyscy pomyśleli sobie jedno, a Dzika Mrówka, jak 

zwykle, powiedział to na głos: 

- To chyba dobry omen dla naszej wyprawy. 

- Oby - westchnęły równocześnie Ula i Mariena. 

A  Dzika  Mrówka  nagle  zobaczył  w  swej  bujnej  wyobraźni  ognisko  płonące  w 

niedostępnej  kotlinie  górskiej,  wokoło  inkaskich  wojowników  tańczących  jakieś  tajemnicze, 

rytualne  tańce.  Nie  opodal  ogniska  połyskiwała  nieruchoma  toń  jakiegoś  jeziora,  a  hen 

daleko,  na  tle  rozgwieżdżonego  nieba  rysowały  się  oświetlone  srebrnym  blaskiem  księżyca 

pokryte wiecznymi śniegami i lodem wyniosłe stożki wulkanicznych wierzchołków. 

Następny dzień był dniem odpoczynku. Pan Kamiński z Panem Wojtkiem i Studentem 

udali się zaraz po śniadaniu do uniwersyteckiej biblioteki, a młodsza generacja Poszukiwaczy 

wędrowała po zabytkowym mieście Cuzco. 

Wszyscy byli tu po raz pierwszy, Mariena bowiem, mimo że dość dużo wędrowała po 

południowoamerykańskim  kontynencie,  też  nigdy  w  Cuzco  nie  była.  Tym  razem 

przewodnikiem był milczący dotychczas Pablo, który z tych właśnie okolic pochodził i Cuzco 

znał  doskonale.  Kochał  też  to  miasto  i  dumny  był  z  niego,  co  uwidoczniło  się  w  tym 

chociażby,  że  zawsze  milczący  i  raczej  odludek,  teraz  wszystko  tłumaczył  Marienie  bez 

przerwy  i  opowiadał  rozmaite  historie,  a  ta  z  kolei  tłumaczyła  z  hiszpańskiego  na  polski 

pozostałej gromadce. 

-  Zanim  tu  przyszli  Hiszpanie  -  mówił  Pablo  -  Cuzco  było  wspaniałą  stolicą  Inków. 

Było  to  piękne  miasto  otoczone  murami,  a  Świątynia  Słońca  Coricancha  miała  ściany  obite 

background image

złotą  blachą.  Nie  opodal  miasta  znajdowała  się  wielka  twierdza  Sacsahuaman,  a  pałac  króla 

Inków nie miał równego sobie jak Andy długie i wysokie. A teraz z tego wszystkiego zostały 

tylko  resztki  ruin,  na  miejscu  Świątyni  Słońca  zbudowano  kościół  Santo  Domingo.  Nic  nie 

zostało z dawnej świetności, tylko jeszcze w indiańskich wioskach z pokolenia na pokolenie 

przechodzą  legendarne  opowieści  o  starodawnych  czasach,  kiedy  my,  Inkowie,  byliśmy 

panami tej ziemi. 

Dzika Mrówka, Ula, Baleron i Jego Brat patrzyli ze zdumieniem na Pabla. Wyglądał 

teraz  zupełnie  inaczej  niż  za  kierownicą  ciężarówki.  Oczy  mu  błyszczały,  a  twarz  nabrała 

nagle jakby jakiejś godności i dumy, i nawet wcale nie raziły liczne ślady po przebytej ospie. 

Teraz  już  wiem,  jak  wyglądali  wojownicy  inkascy,  którzy  walczyli  z  najeźdźcami,  a 

potem musieli przed nimi uciekać w Andy - pomyślał Marek. 

Poszukiwania  starych  dokumentów  w  bibliotece  uniwersyteckiej  w  Cuzco  nie  dały 

niestety  pozytywnych  rezultatów  i  pan  Kamiński  nie  uzyskał  żadnych  dodatkowych 

informacji,  które  pomogłyby  jemu  i  pozostałym  członkom  Ekspedycji  Złoty  Lód  podjąć 

decyzję. 

-  Mimo  to  trzeba  zdecydować  -  wszyscy  Poszukiwacze  Złotego  Lodu  stali  nad 

dokładnymi  mapami  niegościnnych  i  trudno  dostępnych  rejonów  Cordillera  de  Vilcanota  i 

Cordillera  de  Carabaya,  wchodzących  w  skład  rozległego  pasma  Cordillera  Oriental,  czyli 

Kordyliery Wschodniej. 

Na obu mapach czerwonym grubym flamastrem zakreślone były dwa obszary, które - 

według  zgodnej  opinii  zarówno  pana  Kamińskiego  jak  i  Pana  Wojtka  oraz  Studenta  - 

najbardziej odpowiadały okolicy, której opis odcyfrowany został w inkaskim kipu. I tu, i tam 

znajdowały  się  wyniosłe  szczyty  wulkaniczne,  co  prawda  nieczynne  już  od  setek  lat,  i  tu,  i 

tam na mapie widniały małe oczka jeziorek rozsiane w górskich pustkowiach. 

- Które z nich wybrać? - zastanawiali się teraz wszyscy, bo jedno było pewne, że jutro 

rankiem trzeba ruszyć i że na spenetrowanie obu rejonów czasu nie wystarczy. 

- A może losować? - rzuciła myśl Ula. 

-  To  jest  jakiś  pomysł  -  zgodził  się  głęboko  zamyślony  pan  Kamiński,  pykając 

nieodłączną fajkę. - Chyba rzeczywiście nie ma innej rady - zdecydował. 

- Chyba nie ma - potwierdzili Pan Wojtek, Student i pozostali uczestnicy narady. 

Pan Kamiński wyciągnął z kieszeni pudełko zapałek, otworzył je i wyjął dwie zapałki. 

Jednej ułamał łebek i schował obie w dłoni, a dłoń wsunął za plecy. 

-  No,  Ula,  ciągnij  -  powiedział  -  zapałka  bez  łebka  to  obszar  „NUMER  JEDEN”,  a 

cała - obszar „NUMER DWA” - zgoda? 

background image

- Ale dlaczego ja? - Ula zawahała się przed bądź co bądź taką odpowiedzialnością - a 

jak wyciągnę złą zapałkę? 

- Nie wiadomo, która jest zła, a która dobra - roześmiał się pan Kamiński. - A dlatego 

ty, bo to był TWÓJ pomysł. 

- Trudno, niech będzie na mnie - uśmiechnęła się Ula i wyciągnęła rękę do zapałek. 

Już,  już  miała  wyciągnąć  jedną  z  nich,  a  wszyscy  patrzyli  na  rękę  Uli  w  wielkim 

napięciu, gdy w zapadłej w pokoju ciszy mgle ni stąd, ni zowąd odezwał się Dzika Mrówka: 

- A ja bym spróbował drugą zapałkę! 

I  Ulka  w  tym  momencie  zmieniła  decyzję  i  wyciągnęła  właśnie  DRUGĄ  zapałkę. 

Wcale nie tę, po którą sięgała. Zapałka była bez łebka! 

- No to będziemy szukać TU - pan Kamiński nakrył dłonią zakreślone flamastrem koło 

z  dużą  cyfrą  „1”.  Właściwie  dobrze  się  stało,  bo  do  „Jedynki”  jest  bliżej,  a  i  dojazd  -  jak 

wynika z mapy - może będzie trochę łatwiejszy. 

- Jeżeli do JEDYNKI łatwiej dotrzeć, to może jednak Inkowie schowali swe skarby w 

DWÓJCE, tam gdzie trudniej dotrzeć i trudniej znaleźć - odezwał się Jego Brat. 

-  Trudno,  już  za  późno.  Ula  wylosowała  JEDYNKĘ,  to  jedziemy  do  JEDYNKI  - 

zdecydował pan Kamiński, a Ula w tym momencie spojrzała z wyraźnym wyrzutem na Dziką 

Mrówkę  i  pomyślała,  że  przecież  chciała  wyciągnąć  inną  zapałkę,  a  Marek  jej  wszystko 

pokręcił.  Jak  to  zwykle  Dzika  Mrówka,  który  nigdy  nie  może  utrzymać  języka  za  zębami  i 

zawsze z czymś nagle wyskoczy jak przysłowiowy Filip z konopi. 

Nazajutrz  ruszyli  wczesnym  rankiem,  co  spotkało  się  z  nieśmiałym  sprzeciwem 

prawie wszystkich uczestników wyprawy, na tej bowiem wysokości, na której leży Cuzco, a 

wynoszącej  -  bagatela  -  aż  3400  metrów  nad  poziomem  morza,  spało  się  wszystkim 

„doskonale, ale za krótko”. 

Pan  Kamiński  i  Pan  Wojtek  byli  jednakże  nieubłagani,  droga  bowiem,  jaka  ich 

czekała, pełna była niewiadomych. 

Ranek  wstał  słoneczny,  powietrze  było  świeże  i  rześkie,  mimo  że  temperatura  wcale 

nie była wysoka i nie można było powiedzieć, że jest ciepło. 

- Ładny dzień - stwierdziła Ula - akurat na jazdę. 

- No, no, no - pan Kamiński ładował ostatnie pakunki do swego samochodu - jest takie 

polskie  przysłowie,  które  mówi,  aby  nigdy  nie  chwalić  dnia  rankiem.  To  przysłowie  jest 

szczególnie aktualne w każdych górach, a już tym bardziej w Andach. Teraz świeci słońce, a 

za chwilę może być zupełnie inna pogoda. Pamiętacie chyba, co się działo na drodze z Limy 

przez przełęcz. 

background image

Dzika  Mrówka  jechał  dziś  w  szoferce  ciężarówki  razem  z  milczącym  znów  „Pablo. 

Kierowca  -  po  wczorajszym  ożywieniu  przy  zwiedzaniu  Cuzco,  kiedy  to  wyszła  z  Indianina 

jego  prawdziwa  natura,  znowu  był  milczący  i  miał  kamienną  twarz,  którą  ożywiało  jedynie 

monotonne żucie zielonych liści coca. 

Buenos dias, Pablo - powiedział grzecznie Dzika Mrówka sadowiąc się w obszernej 

szoferce. 

Buenos dias, Marco - odparł Pablo, na krótki tylko moment przerywając żucie liści. 

Ruszyli.  Tym  razem  pierwszy  jechał  landrover  Matheo,  potem  samochód  pana 

Kamińskiego,  a  na  końcu  ciężarówka  z  Pablem  i  Dziką  Mrówką.  Po  kilkunastu  kilometrach 

dojechali do brzegów górskiej rzeki, wzdłuż której po jednej stronie wiła się szosa, po drugiej 

zaś tor kolejowy. 

-  W  tych  Andach  drogi  i  linie  kolejowe  prowadzą  tylko  wzdłuż  rzek  -  powiedział 

głośno Dzika Mrówka, ale że powiedział to po polsku, Pablo nie odrywając wzroku od krętej 

szosy odparł krótko objaśniającym tonem: 

- RIO URUBAMBA! 

A  Dzika  Mrówka  spojrzał  w  pierwszej  chwili  nieco  zdziwiony  na  Pabla,  ale  szybko 

zorientował się, że kierowca pomyślał, że on go pytał o nazwę rzeki, a zatem odpowiedział. 

Gracias, Pablo, muchas gracias! 

Rio Urubamba! - pomyślał - jaka śmieszna nazwa ta Urubamba. Nikt mi w szkole nie 

uwierzy,  jak  będę  opowiadał,  że  tak  może  się  nazywać  duża  rzeka.  To  jest  akurat  nazwa  na 

przykład na zespół muzyczny albo coś podobnego. Ale rzeka? 

Droga  kręciła  się  wzdłuż  Urubamby,  płynącej  środkiem  doliny  ściśniętej  stromymi 

górami, które pokryte były w niższych partiach bujną zielenią, a wyżej były nagie i skaliste. 

Dolinę  aż  do  podnóża  gór  po  obu  stronach  rzeki  wypełniały  pola  uprawne,  a  od  czasu  do 

czasu  mijano  niewielkie  skupiska  domów  zbudowanych  z  kamienia,  z  dachami  krytymi 

strzechą z trzciny. 

Załamanie pogody nadeszło gwałtownie! Jeszcze przed kwadransem dolina pławiła się 

w promieniach tropikalnego słońca, a w kilkanaście minut później ponad wierzchołkami gór 

przetoczyły  się  ołowianociemne  chmury  i  niespodziewanie  lunął  deszcz.  Kierowcy  malej 

karawany  włączyli  światła  i  wycieraczki  i  zwolnili  prędkość,  a  tymczasem  z  bezchmurnego 

jeszcze niedawno nieba lały się na ziemię istne potoki wody. 

-  Może  lepiej  stanąć  i  przeczekać  tę  nawałnicę  -  zauważył  Pan  Wojtek,  który  dziś 

jechał w jednym samochodzie z panem Kamińskim. 

- Wolałbym na razie nie zatrzymywać się. W odległości paru kilometrów przed nami 

background image

musimy przejechać przez most na niewielkim dopływie Urubamby. A po takiej ulewie... boję 

się. żeby nie zalało szosy. Po drugiej stronie będziemy mogli się zatrzymać. Tam droga idzie 

wyżej,  nie  nad  samą  rzeką  -  wyjaśnił  pan  Kamiński,  który  teraz  wysunął  się  swym 

samochodem na czoło i dyktował tempo jazdy. 

Jechali  zatem  dalej.  Trzy  samochody  wolno  posuwały  się  w  strugach  zalewających 

ś

wiat, a wycieraczki nie mogły nadążyć z usuwaniem wody. Dzika Mrówka przytknął twarz 

do  przedniej  szyby  i  starał  się  wzrokiem  przebić  strumienie  wody.  W  niewielkiej  odległości 

przed  nimi  słabo  majaczyły  kontury  samochodu  Matheo  i  błyskały  czerwono  jego  tylne 

ś

wiatła pozycyjne. Pablo mocno trzymał kierownicę w silnych rękach, twarz miał jak zawsze 

prawie  nieruchomą  i  tylko  szczęki  poruszały  się  miarowo,  bo  kierowca  -  jak  zwykle  -  żuł 

zielone liście. 

Wolno  mijały  minuty,  a  deszcz  wcale  nie  ustawał  i  z  chmur  lały  się  wciąż  gęste 

strumienie. Jakby ktoś wylewał bez przerwy wodę wiadrami - pomyślał Dzika Mrówka, który 

jeszcze nigdy w życiu nie widział takiej ulewy. 

W pewnym momencie rozmazany kontur jadącego przed nimi samochodu rozbłysnął 

dodatkowym czerwonym silnym światłem. 

Hamuje - pomyślał Dzika Mrówka. 

Samochód Matheo stanął. Pablo też zatrzymał swoją ciężarówkę. W lejącym deszczu 

ukazał  się  nagle  obok  pan  Kamiński  przemoczony  do  ostatniej  nitki.  Powiedział  coś  po 

hiszpańsku do Pabla, a ten skinął potakująco głową. 

Si seńor - powiedział. 

- Przed nami niewielka rzeczka, która już wylała. Część szosy i most jest pod wodą - 

wyjaśnił Markowi pan Kamiński. - Musimy się spieszyć, jeżeli chcemy przejechać, bo za parę 

minut może to już być niemożliwe. Ja przejeżdżam pierwszy, Matheo za mną, a wy na końcu. 

Powiedziałem Pablowi, żeby uważał, bo nie wiadomo, jak wygląda szosa pod wodą. 

Landrover pana Kamińskiego ruszył pierwszy i znikł po chwili za wodną kurtyną. Po 

nim ruszył Matheo, a w odległości jakichś dwudziestu metrów z tyłu Pablo. 

Dzika  Mrówka  zobaczył  w  pewnym  momencie,  jak  wóz  Matheo  wjeżdża  w  rwący 

brunatny  potok  wody,  sięgający  mniej  więcej  do  osi  i  płynący  w  poprzek  szosy.  Landrover 

ciągnął  nieprzerwanie  do  przodu  na  niskim  biegu,  a  woda  rozstępowała  się  na  boki.  W 

odległości  kilkudziesięciu  metrów  widać  było  betonową  konstrukcję  niewielkiego  mostu,  po 

którego jezdni przelewała się teraz woda. 

Matheo dojeżdżał już do mostu, gdy ruszył Pablo. Prowadził wóz powoli i ostrożnie, 

jakby  macając  dno  wartkiego  brunatnego  potoku  wszystkimi  kołami  swojej  ciężarówki.  Z 

background image

góry  z  doliny  wciętej  głęboko  w  skalne  ściany  waliły  wciąż  nowe  masy  wody,  spychając 

toczącą się wolno ciężarówkę coraz bardziej w prawo w stronę rowu towarzyszącego drodze. 

Matheo  tymczasem  znalazł  się  już  na  moście  i  ruszył  szybciej  wzbijając  spod  kół 

fontanny  wody.  Pablo  widząc  to  dodał  gazu  i  skręcił  kierownicą  tak,  aby  wrócić  na  środek 

drogi,  ale  daremnie.  Przez  szosę  płynęła  już  teraz  rwąca  ciemnobrunatna  rzeka.  W  pewnym 

momencie tył ciężarówki osunął się w dół, a samochód przechylił się na prawą stronę. 

Carramba! - zaklął Pablo i nie gasząc silnika wyskoczył z szoferki na szosę, prosto 

w  rwący  potok.  Rozkazujący  gest  ręki  Indianina  wygonił  też  Dziką  Mrówkę.  Chłopak 

otworzył  drzwiczki  i  w  tym  momencie  potoki  wody  wlały  się  do  wnętrza,  przemaczając 

wszystko dokumentnie. 

Marek  wyskoczył  z  samochodu  i  z  chlupotem  wpadł  do  wody,  która  o  mało  co  nie 

zbiła go z nóg. Utrzymał się jednak jakoś i przywołany  przez Pabla przedarł się do niego, a 

ten  tymczasem  odwijał  spod  maski  samochodu  stalową  linkę  zakończoną  hakiem,  która 

nawinięta była na bęben. 

- Dżyka Mrufka!!! - krzykną Pablo i dodał coś szybko po hiszpańsku. 

Marek słów nie zrozumiał, ale gesty Indianina były tak wymowne, że złapał za linkę i 

zaczął się przedzierać przed siebie brnąc z trudem w szalejącej w poprzek szosy wodzie. 

Gdzie  zaczepić  tę  linkę?  -  Marek  rozglądał  się  poprzez  ulewę.  W  pewnej  odległości 

przed samochodem dojrzał sterczący w wodzie betonowy słupek, jeden z wielu, jakie spotkać 

można na poboczach szos. 

Obejrzał  się  na  Pabla.  Ten  skinął  potakująco  głową,  jednocześnie  ręką  wskazując  na 

słup.  Marek  owinął  linkę  dokoła  słupa  i  zaczepił  hak.  Podniósł  rękę  do  góry  na  znak,  że 

gotowe. Pablo siedzący już za kierownicą włączył silnik, potem włączył napęd bębna i linka 

powoli nawijając się na bęben poczęła się zwolna naprężać. 

Marek  stał  po  kolana  w  wodzie  obok  słupka  w  strugach  lejącego  deszczu  i 

obserwował linkę. 

Jeszcze trochę! Jeszcze kawałeczek! JUŻ! 

Naprężona  linka  wyraźnie  drgnęła.  Ciągnie  -  pomyślał  Marek  z  radością,  ale  w  tym 

samym momencie spostrzegł z przerażeniem, że SŁUPEK SIĘ PRZECHYLA!!! 

Gwałtownie zamachał rękoma do Pabla, ale po pierwsze było już za późno, bo słupek 

przechylił się i skrył w rwącym strumieniu, a po drugie Pablo też zobaczył, co się stało i sam 

zatrzymał bęben z linką. 

Dzika Mrówka przerażony nie na żarty i zmoknięty jak nieboskie stworzenie rozglądał 

się  dokoła.  Matheo  przejechał  już  przez  most  i  znikł  za  deszczową  kurtyną,  a  oni  stali  tu  z 

background image

przechyloną ciężarówką we wzbierającym wciąż potoku groźnej wody. 

Co teraz? - pomyślał z przestrachem Marek. 

Pablo  tymczasem  wyskoczył  z  ciężarówki,  niosąc  w  ręku  inną  stalową  linkę 

zakończoną  z  obu  stron  splecionymi  oczkami.  Przedarł  się  do  Marka  i  krzyknął  coś  po 

hiszpańsku. 

- Nie rozumiem! - odkrzyknął Marek - No comprendo, Pablo! 

Pablo  machnął  z  wyraźną  rezygnacją  ręką  i  szybko  zagadał  coś  w  zupełnie  innym 

języku, wskazując przy tym ręką na solidne drzewo rosnące po przeciwnej stronie szosy. Na 

migi pokazał, że Marek ma założyć tę linkę za drzewo i połączyć obie razem. Przez cały czas 

Pablo pokrzykiwał coś w jakimś języku, którego Marek też nie rozumiał, ale który na pewno 

językiem hiszpańskim nie był. 

Dzika  Mrówka  złapał  obie  linki  i  przedarł  się  na  drugą  stronę  szosy  pod  rwący  prąd 

potoku. Owinął jedną z nich pień drzewa, przełożył koniec liny przez oczko. 

Ż

eby tylko wystarczyło! - pomyślał, ciągnąc jednocześnie drugą linkę z hakiem, której 

koniec nawinięty był na bęben w samochodzie. 

Jeszcze  trochę,  jeszcze  choć  pół  metra,  jeszcze  kilkanaście  centymetrów!  -  Marek 

naciągnął linkę z całej siły. 

Udało  się!  Już  hak  zaczepiony  za  swobodne  oczko  linki  obłożonej  wokół  pnia 

drzewnego. 

Machnął ręką do Pabla, który siedział w szoferce. 

Po chwili naprężona linka drgnęła! 

Ż

eby tylko drzewo wytrzymało - pomyślał Marek, ale w tym momencie zauważył, że 

linka zaczęła drgać coraz szybciej. 

Chyba  nie  pęknie!  -  przeraził  się  chłopak,  ale  jednocześnie  przez  szum  ulewy  i 

rwącego  potoku  usłyszał  odgłos  klaksonu  ciężarówki.  Spojrzał  w  tym  kierunku.  Samochód 

Pabla wyprostowywał się i powoli skręcał na środek zalanej szosy. Jeszcze pół metra, jeszcze 

kawałek... 

JUŻ!!!! 

Ciężarówka  stoi  wyprostowana  na  środku  szosy.  Pablo  daje  ręką  niecierpliwy  znak, 

ż

eby odczepić linkę owiniętą wokół drzewa. 

Marek błyskawicznie zluzował hak i zajął się odwijaniem linki, ale usłyszał ponowny 

klakson  i  ostrzegawczy  krzyk  Pabla,  który  teraz  przyzywał  go  gwałtownymi  gestami  do 

samochodu. Zostawił więc linkę i przedarł się z powrotem do wozu. Poszło mu to szybko, bo 

teraz prąd sam spychał go w stronę wozu. 

background image

Pablo już ruszył. Marek złapał ręką drzwiczki sunącego wolno samochodu i wskoczył 

na stopień od strony kierowcy. 

- JEDZIEMY!!! - skonstatował z radością. 

Ciężarówka  toczyła  się  coraz  szybciej  po  zalanej  szosie  rozpierając  brunatną  wodę  i 

po chwili znalazła się na również zalanej jezdni mostu. 

Teraz  już  poszło  gładko.  Pablo  nacisnął  pedał  gazu  i  po  chwili  byli  już  po  drugiej 

stronie fatalnego miejsca. Tu już nie było brunatnej wody, a błotnista nawierzchnia zlewana 

potokami  wciąż  lejącego  deszczu  wydała  się  przemokniętemu  Markowi  uczepionemu 

drzwiczek ciężarówki prawdziwą ZIEMIĄ OBIECANĄ! 

Do  ciężarówki  biegli  od  stojących  nie  opodal  samochodów  pan  Kamiński,  Pan 

Wojtek, Matheo. 

Udało się! 

Pablo trzykrotnie zatrąbił i coś na kształt uśmiechu ozdobiło jego kamienne oblicze. 

Gracias, Dżyka Mrufka - powiedział. - Bravo, muchacho Polacco! 

Deszcz  skończył  się  tak  samo  nagle,  jak  się  zaczął,  i  po  kilkunastu  minutach  znowu 

nad dolinę Rio Urubamba wróciło słońce. 

Trzy  samochody  „Ekspedycji  Złoty  Lód”  dotarły  po  godzinie  do  małego  miasteczka, 

gdzie  pan  Kamiński  zarządził  nocleg.  W  wielkiej  kuchni  przydrożnego  zajazdu,  w  którym 

zatrzymali się na noc, długo w noc schły przemoczone doszczętnie ubrania, a Dzikiej Mrówce 

zaaplikował Pan Wojtek porcję aspiryny i gorącą herbatę. 

Gdy  wstał  następny  dzień,  wydawało  się,  że  cała  powodziowa  przygoda  była  tylko 

złym snem. Tak to przynajmniej określił Dzika Mrówka przy śniadaniu. 

- Sen? - roześmiał się pan Kamiński - a pozostawiona na drzewie stalowa lina to też 

sen? 

-  Kiedy  Pablo  wołał  coś  do  mnie  po  indiańsku  i  już  ruszał  samochodem  -  bronił  się 

Marek. 

-  I  bardzo  dobrzeście  zrobili.  I  Pablo,  i  ty.  Pal  licho  linkę.  Niewiele  brakowało,  a  by 

cały  samochód  z  ekwipunkiem  przepadł.  I  nie  daj  Boże  i  wam  się  mogło  coś  wydarzyć.  A 

swoją drogą na przyszłość lepiej może, żeby z Pablem jechał ktoś ze starszych. Albo Wojtek, 

albo Student. Dobrze? 

Wkrótce  po  rannym  wyjeździe  trójsamochodowa  karawana  skręciła  w  bok  od  koryta 

górskiej  rzeki  Urubamba,  która  wpływała  daleko,  daleko  stąd  do  słynnej  rzeki  Ucayali,  o 

której pisał wielki polski podróżnik i pisarz Arkady Fiedler w pięknej książce „Ryby śpiewają 

w Ucayali”. 

background image

Od tego momentu droga pogorszyła się znacznie i - jak stwierdził nie bez słuszności 

Baleron - miejscami nadawała się tylko dla lam, i do tego wyłącznie dla bardzo odważnych. 

-  I  nie  cierpiących na  lęk  przestrzeni  -  dodała  Ula,  która  nieraz  na  specjalnie  ostrych 

zakrętach,  gdy  samochód  przeciskał  się  dosłownie  obok  skał  tuż,  tuż  nad  przepaścią, 

zamykała ze strachu oczy. 

Mimo  to  samochody  jakoś  dawały  sobie  radę,  tyle  tylko,  że  tempo  posuwania  się 

karawany  gwałtownie  zmalało.  Coraz  częściej  też  zza  zakrętu  ukazywało  się  stado  lam 

pędzonych  przez  pasterzy  ubranych  w  różnokolorowe  wełniane  poncha,  takież  wełniane 

czapki,  a  na  to,  ni  stąd,  ni  zowąd  filcowe  kapelusze  lub  zgoła  dziwnie  nie  pasujące  do 

górskiego otoczenia sztywne... meloniki. 

-  To  jeszcze  nic  -  śmiał  się  pan  Kamiński,  gdy  Ula  wyrażała  swoje  zdziwienie  na 

temat tej nieco dziwnej mody - w Boliwii na przykład wszystkie Indianki obowiązkowo noszą 

albo czarne, albo beżowe meloniki lub też białe wysokie kapelusze przypominające zupełnie 

europejskie cylindry. Zresztą tu też chyba spotkaliście podobne kobiety. 

- Prawda - przypomniała sobie Ulka. - Widziałam takie stroje w Cuzco na rynku. 

Tymczasem  samochody  pięły  się  uparcie  w  górę,  mimo  że  droga  coraz  częściej  nie 

zasługiwała  na  taką  nazwę.  Jej  szerokość  niekiedy  stawała  się  niewiele  większa  niż  rozstaw 

samochodowych  kół.  W  takich  miejscach  ktoś  musiał  wysiadać  i  idąc  tyłem  przekazywać 

odpowiednie znaki kierowcy. 

Po kilku kilometrach przed Poszukiwaczami Złotego  Lodu pojawił się most wiodący 

na  drugi  brzeg  wąskiego  strumienia,  wijącego  się  jednakże  dobre  kilkadziesiąt  metrów  w 

dole. 

- Ale dziwny most - zauważył Dzika Mrówka. 

-  Nie  dziwny,  tylko  wiszący.  Tu,  w  wysokich  Andach  pełno  takich  -  pan  Kamiński 

zatrzymał  swój  samochód.  -  Wiele  z  nich  istnieje  w  takich  górach  niemal  od  inkaskich 

czasów. 

- A czy taki most wytrzyma ciężar naszych samochodów? 

-  Wszystkich  jednocześnie  to  na  pewno  nie,  ale  każdego  z  osobna  chyba  tak  - 

powiedział pan Kamiński i skinął na Pabla. 

- Dowiedz się, czy możemy przejechać. 

Nie  opodal  mostu  stały  dwie  indiańskie  chaty  z  ciosanego  kamienia  kryte  trzcinową 

strzechą.  Pablo  podszedł  do  starego  Indianina  otulonego  w  poncho,  który  siedział  na 

kamiennym  progu  jednej  z  chat.  Przez  chwilę  rozmawiali  w  języku  kiczua,  którym 

posługiwali się tutejsi mieszkańcy. 

background image

- W porządku, możemy jechać, tylko po kolei - wyjaśnił. 

- Na wszelki wypadek wyładujemy ciężarówkę i przeniesiemy bagaż na drugą stronę - 

zdecydował pan Kamiński. 

Gdy Dzika Mrówka objuczony jednym z licznych pakunków ruszył mostem na drugą 

stronę  przepaści,  już  po  kilku  pierwszych  krokach  poczuł  się  dość  niepewnie.  Otóż  bowiem 

cały ten wiszący na dwóch zaledwie linach most najwyraźniej 

CHWIAŁ SIĘ! 

O  rany  -  pomyślał  chłopak  z  lekka  przestraszony  -  jeżeli  on  się  teraz  chwieje,  kiedy 

jestem  sam  na  całym  moście,  to  co  dopiero  będzie,  gdy  spróbują  przejechać  samochody,  a 

szczególnie kiedy w napowietrzną drogę ruszy ciężarówka Pabla? 

Dodatkowej atrakcji dostarczał fakt, że w szparach między dość luźno zamocowanymi 

deskami  tworzącymi  jezdnię  widać  było  głęboko  w  dole  pieniący  się  na  głazach  górski 

strumień. Prawdę mówiąc Dzika Mrówka wolał nie patrzeć w dół, od samego widoku bowiem 

mogło się zakręcić w głowie. 

Rzeczy w ciężarówce wcale nie było mało i przenoszenie ich zabrało w sumie prawie 

dwie godziny czasu. Kiedy już cały bagaż piętrzył się bezładną kupą po drugiej stronie mostu, 

powoli  i  ostrożnie  ruszyły  samochody.  Najpierw  pojechał  pan  Kamiński.  Prowadził  swój 

landrover  wolno  i  ostrożnie,  bo  most  wcale  nie  był  za  szeroki  i  kołysał  się  lekko  na  obie 

strony,  akurat  bowiem  zerwał  się  silny  wiatr.  Gdy  dotarł  szczęśliwie  i  bez  przygód  na  drugi 

brzeg, ruszył Matheo jak zwykle uśmiechnięty od ucha do ucha i wyglądający tak, jakby się w 

ogóle niczym nie przejmował. 

-  Dlaczego  mam  się  bać?  -  Matheo  roześmiał  się  jeszcze  szerzej.  -  Jeżeli  seńor 

przejechał, to i ja dam sobie radę. 

Wystartował ostro i dodał sobie animuszu klaksonem, który rozgłośnym echem odbił 

się  od  stromych  prawie  pionowo  spiętrzonych  skał.  Przed  samym  mostem  gwałtownie 

przyhamował  i  na  chybocące  się  deski  mostu  wjechał  już  znacznie  wolniej.  Gdy  jego 

samochód  znowu  złapał  kołami  trwały  grunt,  Matheo  nacisnął  trzykrotnie  klakson  na  znak 

zwycięstwa. 

Teraz Pablo najcięższym wozem. Pustą co prawda, ale przecież ciężarówką. Indianin 

jak zwykle z kamienną, nieruchomą twarzą ruszył bardzo wolniuteńko. Koła jego samochodu 

obracały się ledwo widocznym ruchem i wydawało się, że samochód Pabla nie toczy się, lecz 

pełznie  jak  gąsienica.  Nie  zmieniając  ani  na  odrobinę  tempa  jazdy,  trzymając  z  wielkim 

wyczuciem  nogę  na  pedale  gazu  Pablo  wprowadził  ciężarówkę  na  most  i  wciąż  tym  samym 

ż

ółwim  tempem  przepełzł  na  drugą  stronę,  choć  most  się  chwiał  na  boki,  i  nieraz  trzeszczał 

background image

niepokojąco. 

-  No  to  jeden  wiszący  most  mamy  szczęśliwie  za  sobą  -  pan  Kamiński  zatarł  ręce  z 

zadowoleniem  i  dopiero  teraz  spostrzegł,  że  podczas  przejazdu  Pabla  trzymał  je  mocno 

splecione i kurczowo zaciśnięte. 

-  Jeden?  -  zapytał  z  niepokojem  w  głosie  Dzika  Mrówka  -  to  będzie  ich  więcej? 

Wiszących? 

-  A  coś  ty  myślał?  Tu,  w  peruwiańskich  Andach  od  niepamiętnych  czasów  istniały 

wyłącznie  wiszące  mosty,  a  jest  ich  sporo,  bo  też  i  ukształtowanie  terenu  niezbyt  sprzyja 

prowadzeniu dróg. 

Rzeczywiście. Okolica, przez którą teraz przedzierała się niewielka karawana, stawała 

się  coraz  dziksza,  coraz  bardziej  niedostępna  i  surowa,  a  przez  to  coraz  piękniejsza. 

Przynajmniej  tak  odczuwał  to  Dzika  Mrówka  i  Ula,  i  Jego  Brat,  a  nawet  Baleron,  który  na 

pozór  był  zawsze  „dość  odporny”  na  piękno  i  myślał  głównie  o  jedzeniu,  wydawał  się  być 

pod wrażeniem tego, co widział i co go zewsząd otaczało. 

- Ile rozmaitych kolorów może mieć zwyczajna skała! - dziwiła się zachwycona Ulka. 

-  Bo  też  skała  skale  nie  równa  -  wyjaśnił  pan  Kamiński  i  wdał  się  w  dość  długą 

opowieść  na  tematy  geologiczne.  Przy  okazji  opowiedział,  jak  to  w  jakichś  niedostępnych  i 

bardzo egzotycznych górach pracował przez kilka miesięcy jako poszukiwacz bardziej i mniej 

szlachetnych kamieni. Bez większego powodzenia zresztą, a za to z przygodami, które same 

w sobie stanowić by mogły bogate tło do atrakcyjnego filmu. 

Poszukiwacze  Złotego  Lodu  wkroczyli  w  świat  prostopadłych  skalnych  ścian, 

głębokich przepaści, olbrzymich bloków, uczepionych nie wiadomo w jaki sposób stromych 

zboczy, mchów jakichś i krzaków rosnących w skalnych szczelinach i załomach. Wydawało 

się  nieraz,  że  trwa  tutaj  nieprzerwana  walka  żywych  roślin  ze  skalną  martwotą,  że 

jaskrawopomarańczowe  lub  ciemnoczerwone  kwiaty  kwitną  na  przekór  skałom  i  górom,  na 

przekór  nieurodzajnym  piargom  i  kamieniom,  na  przekór  lodowatym  wichrom  wiejącym  na 

tych wysokościach. 

Nieraz ścieżka, po której z trudem najwyższym toczyły się samochody, przeciskała się 

przez  wąską,  pionowo  wyciętą  w  skałach  szczelinę,  która  wyglądała  jakby  przed  milionami 

lat  jakiś  Tytan  o  nadludzkiej  sile  wyrąbał  ją  kilkoma  monstrualnymi  ciosami  gigantycznej 

siekiery. Po obu stronach pięły się w górę ciemne bloki skalnych ścian, tworząc konstrukcje 

nasuwające myśli, że nie są dziełem przypadku, lecz wynikiem działania jakichś rozumnych 

istot. Ciemno było w takiej szczelinie, mroczno i straszno, i wiały potężne przeciągi. 

Gdzie  indziej  znów  kamienista  droga  wiła  się  po  olbrzymim,  rozległym  płaskowyżu 

background image

otoczonym  niebotycznymi  murami  górskich  grzbietów,  pokrytych  łatami  olśniewająco 

białego  śniegu  i  wiecznego  lodu,  spływającego  w  dolinę  szerokimi  jęzorami  lodowców. 

Niebo  nad  białymi  szczytami  było  ciemnoniebieskie  i  miało  kolor  zdecydowanie  inny  niż 

wszystkie  „dotychczasowe  nieba”  -  jak  określił  może  niezbyt  poetycznie,  ale  za  to  dość 

dokładnie Dzika Mrówka. 

- To z powodu dużej wysokości, na jakiej się znajdujemy, i niezwykłej przejrzystości 

czystego powietrza - wyjaśnił Pan Wojtek. 

Tak wędrowali powoli przez krajobraz jakby księżycowy i tylko z rzadka napotykano 

na drodze ślady ludzkiego życia. A to szła karawana jucznych lam, obwieszonych wełnianymi 

lub  skórzanymi  sakwami  i  torbami,  a  to  znów  mijali  stadko  pasących  się  lam,  które  w  tym 

niegościnnym  pustkowiu  znajdowały  jakimś  cudem  dla  siebie  pożywienie,  a  to  znów 

zatrzymywali  się  w  malutkich  wioskach  indiańskich.  Niewielkie  domki,  sklecone  bądź  z 

kamienia, bądź też z niezbyt kształtnych cegieł, przykryte były przeważnie dachami z trzciny. 

Dachy  te  porosły  rozmaitymi  mchami  i  górskimi  trawami  i  kwitły  żółtymi  maleńkimi 

kwiatkami.  Takie  same  kwiatki  okrywały  soczyście  zielone  krzewy  wypełniające  zakamarki 

między stłoczonymi ciasno domami. 

- Kwitnące dachy - powiedziała kiedyś Ula przy takiej okazji i zamyśliła się głęboko. 

To  byłby  bardzo  ładny  tytuł  dla  wiersza.  Albo  dla  obrazu  -  pomyślała  po  chwili  i 

nawet  przyszło  jej  do  głowy,  że  można  by  taki  wiersz  napisać  albo  taki  obrazek  spróbować 

namalować,  ale  nic  nie  powiedziała,  bo  obawiała  się,  żeby  jej  nie  wyśmiano.  I  pomyślała 

jeszcze,  że  piękno  natury  otwiera  w  jej  duszy  jakieś  dotąd  głęboko  schowane,  zamknięte  na 

cztery spusty zakamarki, o których istnieniu wcale a wcale nie wiedziała, ani się nawet ich nie 

spodziewała. 

Obok takich wiosek widniały maleńkie skrawki pól uprawnych rozłożonych tarasami 

na  łagodnych  górskich  poboczach.  Na  poletkach  tych  pracowali  mieszkańcy  wiosek  w 

nieodłącznych  kolorowych  wełnianych  czapeczkach  i  barwnych,  wzorzystych  poncho  z 

otworem na głowę, okrywających górną część ciała. 

„Ekspedycja  Złoty  Lód”  posuwała  się  wolno,  ale  uparcie  w  wytyczonym  kierunku  i 

codziennie  wieczorem  Pan  Wojtek,  który  prowadził  „nawigację”  wyprawy,  nanosił  na 

dokładną  mapę  wysokogórskiej  okolicy  przebytą  trasę  i  kółkiem  zaznaczał  miejsce  noclegu. 

Kolejne  kółeczka  zbliżały  się  coraz  bardziej  do  okręgu  zakreślonego  uprzednio  czerwonym 

mazakiem, oznaczającego 

OBSZAR POSZUKIWAŃ 

Słoneczny  poranek  kolejnego  dnia  nie  zapowiadał  nic  nadzwyczajnego  i  trzy 

background image

samochody  ruszyły  jak  zwykle  po  wczesnym  śniadaniu  w  dalszą  drogę.  Powietrze  było 

rześkie i tak świeże, że aż pachniało - jak poetycznie określiła Ula, a wszyscy zgodzili się z 

dziewczyną. 

Członkowie  wyprawy  już  się  zaaklimatyzowali  i  przyzwyczaili  się  do  panujących 

warunków, wędrowali bowiem teraz na prawie nie spotykanej w Europie wysokości przeszło 

czterech  tysięcy  metrów  nad  poziomem  morza  i  tylko  silniki  samochodowe  odczuwały 

różnicę ciśnienia i wynikające z wysokości rozrzedzenie powietrza. Oczywiście najlepiej czuł 

się Pablo, który przez większą część swego życia oddychał wysokogórskim powietrzem, ale i 

inni  członkowie  „Ekspedycji  Złoty  Lód”  też  się  czuli  wyśmienicie.  Apetyty  również 

wszystkim dopisywały, a Baleron i Dzika Mrówka dawali raz po raz pokazowe występy w tej 

wąskiej specjalności. 

W odległości kilku kilometrów od górskiej wioski, w której zatrzymano się na ostatni 

nocleg,  droga  skręciła  pod  ostrym  kątem  omijając  wyniosły  szczyt  skalny  wypiętrzający  się 

prostopadłymi  ścianami  o  przeszło  tysiąc  metrów  w  górę  nad  rozległy  płaskowyż, 

zasłaniający  dotychczas  widok  na  dalsze  partie  gór.  Teraz  przed  oczyma  Poszukiwaczy 

Złotego Lodu odkryła się w całej okazałości rozległa panorama najwyższych szczytów w tej 

części Andów. 

-  Otóż  i  nasz  wulkan!  -  oznajmił  z  radością  w  głosie  pan  Kamiński  wskazując  na 

samotnie sterczący w oddali stożek o prawie regularnych kształtach. Większość jego zboczy 

pokryta  była  białymi  plamami  wiecznego  śniegu,  a  ścięty  wierzchołek  ukazywał  się  jedynie 

od  czasu  do  czasu  z  kłębów  białych  pierzastych  obłoków  płynących  z  wiatrem  na  tej 

wysokości. 

- Jaki piękny! - wyszeptała z nabożnym niemal zachwytem Ula. 

- I pełen majestatu! - dorzuciła Mariena. 

- W takim razie już niedaleko! - ucieszył się Dzika Mrówka. 

- No, no, no, bez zbytniego entuzjazmu - pan Kamiński ostudził radość chłopca. - To 

się  tylko  tak  wydaje.  Do  naszego  wulkanu  jeszcze  prawie  pięćdziesiąt  kilometrów.  I  to  w 

dodatku w linii prostej, a drogami i dróżkami górskimi będzie co najmniej ze trzy razy tyle, 

jeśli nie więcej. 

- Poważnie? - w głosie Dzikiej Mrówki słychać było zawód i niedowierzanie. 

-  Niestety,  zupełnie  na  serio  -  zapewnił  pan  Kamiński.  -  W  górach  bardzo  łatwo  o 

złudzenie, jeżeli chodzi o ocenę odległości, szczególnie w tak czystym powietrzu jak tutaj. 

Po  krótkim  postoju,  podczas  którego  wszyscy  napawali  oczy  wspaniałym  widokiem, 

no  i  oczywiście  została  zrobiona  kolejna  porcja  kolorowych  slajdów  i  zdjęć,  samochody 

background image

ruszyły dalej kamienistym wysokogórskim traktem, by po dalszych kilku kilometrach dotrzeć 

do niewielkiej samotnej hacjendy. W środku sporego podwórza wznosił się obszerny budynek 

z  piętrową  nadbudówką  nad  wejściowymi  wrotami.  Z  tyłu  widoczne  były  równie  obszerne 

zabudowania  gospodarcze.  Zarówno  dom  mieszkalny,  jak  i  pozostałe  budynki  zbudowane 

były  z  obrobionych  z  grubsza  odłamów  skalnych  i  pokryte  trzcinowymi  dachami.  Całe 

podwórze  otaczał  wysoki  na  jakieś  trzy  metry  mur  z  rozmieszczonymi  w  regularnych 

odstępach  wąskimi  okienkami  kojarzącymi  się  nieodparcie  z  otworami  strzelniczymi  w 

murach obronnych starych zamków rycerskich. 

Teraz  mur  był  mocno  tu  i  ówdzie  nadkruszony,  w  otworze  bramnym  nie  widać  było 

nawet  śladu  solidnej  zapewne  dawniej  bramy,  ale  przed  laty  hacjenda  mogła  się  na  pewno 

dość długo bronić przed niepożądanymi gośćmi. 

Przed murem hacjendy pasły się młode lamy i biegały małe indiańskie dzieci, ubrane 

w ciepłe wełniane czapeczki i grube swetry, ale... zupełnie bose, mimo że temperatura wcale 

nie  była  za  wysoka.  Na  widok  nadjeżdżających  samochodów  dzieci  rozpierzchły  się  jak 

stadko  spłoszonych  wróbli,  wpadły  za  rozwalający  się  mur  i  tylko  z  wąskich  okienek  - 

strzelnic wyglądały ciekawe ciemne oczy maluchów. 

Przy  bramie  siedział  w  kucki  stary  Indianin  o  pomarszczonej  jak  suszona  śliwka 

twarzy, pykający miarowo długą fajkę i patrzący nieruchomym wzrokiem na bielejący wciąż 

na  horyzoncie  szczyt  wulkanu.  Obok  hacjendy  kamienisty  i  wyboisty  górski  trakt  skręcał 

wprost  na  kolejny  wiszący  most,  zawieszony  -  jak  wiele  innych  uprzednio  -  nad  głęboką 

szczeliną skalną. 

Samochody  zatrzymały  się,  a  pan  Kamiński  z  Pablem  podeszli  do  siedzącego  wciąż 

bez ruchu Indianina. 

- Kto jest dozorcą tego mostu? - zapytał Pablo w narzeczu kiczua. 

-  Ja  byłem  przez  wiele  lat,  a  teraz  jest  mój  syn  -  odrzekł  po  długiej  chwili  stary, 

pyknąwszy flegmatycznie kilka razy fajkę. 

- A gdzie jest syn? - spytał z kolei Pablo. 

- W górach. Z lamami. A po co wam mój syn? 

- Chcieliśmy go zapytać, czy ten most jest mocny? 

- Most jest mocny - stary znów pyknął fajkę. 

- A czy te liny wytrzymają ciężar samochodu? Oczywiście bez ładunku. 

Stary  zamyślił  się,  popatrzył  na  samochód  ciężarowy  i  na  dwa  landrovery,  pyknął 

fajkę i jeszcze raz popatrzył, jakby coś obliczał w myślach i kalkulował. 

- Liny wytrzymają - odrzekł po długiej chwili z głębokim przekonaniem w głosie. 

background image

-  Na  pewno?  -  upewniał  się  pan  Kamiński,  gdy  Pablo  przetłumaczył  mu  odpowiedź 

starego Indianina. 

- Stary twierdzi, że na pewno i mówi, że on sam te liny splatał z najlepszych włókien 

specjalnej agawy i że przez ten most śmiało można przepędzić stado lam. 

- No, jeżeli stado lam... - roześmiał się pan Kamiński. 

Przez chwilę pan Kamiński stał patrząc w zamyśleniu na most wiszący na splecionych 

z włókien linach, potem wszedł na pierwsze deski mostu, podskoczył kilka razy, dotknął ręką 

lin i wreszcie zdecydował: 

-  Rozładować  ciężarówkę.  Rzeczy  zostawimy  po  tej  stronie.  Na  razie  oczywiście. 

Pablo  pojedzie  pierwszy,  a  potem  dwa  pozostałe  wozy  i  na  końcu  przeniesie  się  bagaże. 

Zaczynamy! 

Poszukiwacze Złotego Lodu byli już wprawieni w operacjach za - i wyładunkowych i 

po kilkunastu minutach ciężarówka Pabla była już pusta. 

Pan Kamiński wszedł na most. Obrócił się i idąc ostrożnie tyłem po chybocących się 

deskach  obserwował  toczący  się  wolno  samochód  Pabla.  Most  chwiał  się,  liny  drgały 

niepokojąco,  ale  nic  groźnego  się  nie  działo  i  samochód  przepełzał  wolniutko,  centymetr  po 

centymetrze, metr po metrze i był coraz bliżej środka zawieszonego nad przepaścią mostu. 

Katastrofa  nadeszła  błyskawicznie!  Potem  nikt  z  obecnych,  pilnie  obserwujących 

przeprawę ciężarówki, nie umiał dokładnie opowiedzieć, jak to się właściwie stało! 

W  pewnym  momencie  pan  Kamiński  usłyszał  głośniejszy  trzask  deski  pękającej  pod 

naciskiem koła wozu Pabla. Pablo też usłyszał ten trzask poprzez szum pracy silnika i dodał 

gazu usiłując wyrwać wóz z napowietrznej pułapki. 

Nadaremnie! 

Drugi, jeszcze głośniejszy trzask oznajmił, że pękła druga z kolei deska i ciężarówka 

gwałtownie przechyliła się na prawą stronę. 

- PABLO! 

-  krzyknął  jak  mógł  najgłośniej  przerażony  pan  Kamiński,  a  sam  uchwycił  oburącz 

jedną z lin podtrzymujących most. 

Pablo  przez  otwarte  już  uprzednio  drzwiczki  kabiny  wyskoczył  jednym  olbrzymim 

susem i uczepił się lin, a tymczasem jego samochód przechylał się coraz bardziej w prawo. To 

przechylanie  się  było  początkowo  niezwykle  powolne  jak  w  zwolnionym  filmie,  ale  w 

pewnym  momencie  rozległ  się  trzeci,  jeszcze  głośniejszy  niż  dwa  poprzednie  trzask  i 

samochód runął na boczne liny wiszącej konstrukcji, zerwał kilka z nich i RUNĄŁ W DÓŁ 

- TATO!!! - rozpaczliwy krzyk Marieny odbił się przeraźliwym echem od skał. 

background image

-  NIC  MI  SIĘ  NIE  STAŁO,  CÓRECZKO!!!  -  odkrzyknął  pan  Kamiński  uczepiony 

rozkołysanych  lin  na  drgającym  jeszcze  po  upadku  samochodu  moście,  w  środku  którego 

widniała  wyrwa  po  kilku  pękniętych  deskach.  Kilka  bocznych  lin,  zerwanych  spadającą 

ciężarówką powiewało swobodnie nad przepaścią, ale... most wisiał w dalszym ciągu! 

Most  wisiał,  a  nad  wyrwą,  na  ocalałych  głównych  linach  nośnych  uczepił  się  Pablo, 

wisząc jak pająk bezpośrednio nad przerażającą przepaścią. A tam, na dnie szczeliny, w którą 

runęła ciężarówka, wystrzelił w tej chwili w górę olbrzymi 

SŁUP OGNIA!!! 

To wybuchnęła benzyna z baku rozbitego samochodu! 

Gdy  Pablo  i  pan  Kamiński  przedostali  się  po  resztkach  wiszącego  mostu  na  brzeg  i 

gdy Mariena skończyła szlochać w ramionach ojca, pan Kamiński zwrócił się przez Pabla do 

starego  Indianina,  który  wciąż  nieporuszony  siedział  w  kucki  przy  murze  hacjendy  i 

spokojnie, miarowo pykał fajkę. 

- Dlaczego nas wprowadziłeś w błąd? 

- Ja powiedziałem prawdę - odparł Indianin. 

-  Jak  to?  Przecież  most  się  zerwał  i  straciliśmy  samochód,  a  mówiłeś,  że  most 

wytrzyma. 

- Seńor pytał, czy liny wytrzymają, a liny wytrzymały. To tylko deski pękły. 

- TYLKO deski pękły... - powtórzył z wolna pan Kamiński, gdy Pablo przetłumaczył 

mu odpowiedź starego Indianina - ... no... niby stary ma rację. Liny właściwie wytrzymały... 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY, 

W KTÓRYM DZIKA MRÓWKA STWIERDZA, ŻE SZUKANIE IGŁY W 

STOGU SIANA JEST DZIECINNIE PROSTE W PORÓWNANIU Z 

ZADANIAMI WYPRAWY „ZŁOTY LÓD” 

Po  wypadku  z  ciężarówką  Pabla  pan  Kamiński  bardzo  szybko  otrząsnął  się  z 

przygnębiającego wrażenia, które ogarnęło wszystkich członków Operacji Złoty Lód. 

-  Kiedy  pływałem  -  stwierdził  pan  Kamiński  stojąc  przy  stercie  wszelakiego 

ekwipunku  zwalonego  na  kupę  -  w  czasie  wojny  w  konwojach  brytyjskich,  jeden  z  moich 

ówczesnych  szefów,  starszy  mechanik,  z  pochodzenia  zresztą  Szkot,  a  z  prawdziwego 

powołania marynarz, powiedział mi kiedyś bardzo rozsądnie na temat rozmaitych kłopotów i 

zmartwień, a mianowicie: 

„Gdy  się  ma  jakieś  kłopoty,  to  nie  należy  się  martwić  w  dwóch  wypadkach.  Po 

pierwsze  wtedy,  kiedy  na  ten  kłopot  możemy  coś  poradzić,  bo  wtedy  trzeba  działać,  a  nie 

tracić czas i siły na martwienie się. I po drugie, kiedy ma się kłopot, na który nic nie można 

poradzić,  bo  wtedy  nie  ma  to  najmniejszego  sensu,  jako  że  i  tak  niczego  się  nie  zmieni”  - 

koniec cytatu. 

Wobec  tego  w  stosunku  do  straconego  samochodu  przyjmujemy  wariant  drugi,  a  w 

stosunku do dalszego działania - wersję pierwszą. 

A w ogóle, wydaje mi się, że wypadek zakończył się najszczęśliwiej, jak można sobie 

wyobrazić, bo nic się nie stało ani Pablowi, ani mnie. Prawda? 

-  Święta  prawda,  tatko  -  uśmiechnęła  się  Mariena  i  choć  był  to  uśmiech  przez 

niedawne łzy wzruszenia i przeżytego przerażenia, zawsze to był już UŚMIECH! 

- Fakt! - poświadczył Jego Brat zapatrzony z wyraźnym zachwytem w Marienę, która 

rzeczywiście wyglądała teraz szczególnie ładnie. 

- A samochód - kontynuował pan Kamiński - samochód rzecz nabyta. Zresztą tak czy 

tak był ubezpieczony, a po drugie dalsza droga już właściwie nie nadawała się do jazdy. 

- A więc? - zapytał Pan Wojtek. 

-  Po  pierwsze  trzeba  naprawić  most,  żeby  można  było  przejść  na  drugą  stronę,  po 

drugie  trzeba  wynająć  kilkanaście  lam,  żeby  cały  sprzęt,  który  nam  ocalał,  jakoś 

przetransportować w górę, a po trzecie należy rozlokować się gdzieś w najbliższej okolicy, bo 

sądzę, że naprawa mostu trochę potrwa. 

Zatrzymano  się  tedy  na  nocleg  w  obszernym  domostwie  starej  hacjendy,  której 

background image

właścicielami okazała się para samotnych staruszków, a Pablo ruszył na  poszukiwanie lam i 

poganiaczy. Po południu wrócił z gór syn starego Indianina i po sprawdzeniu mostu zabrał się 

wraz z kilkoma ludźmi do naprawy. 

- Kiedy most będzie gotowy? - zapytał pan Kamiński. 

- Jutro pod wieczór, seńor - odparł Indianin. 

- Wobec tego ruszamy pojutrze rankiem w dalszą drogę - zdecydował pan Kamiński. 

- A dużo nam jeszcze tej drogi pozostało? - zapytał Dzika Mrówka. 

- Niedużo, nie martw się chłopcze - roześmiał się pan Kamiński - trochę więcej niż sto 

kilometrów. 

- Sto kilometrów? - powtórzył bardzo wolno Marek. 

- Tak - przytaknął pan Kamiński - sądzę, że w pięć dni damy sobie radę. 

- Oczywiście - przytaknął Dzika Mrówka, ale w jego głosie dość trudno było doszukać 

się entuzjazmu. 

- No, płetwowe nurki - wtrącił się Pan Wojtek - już zapomnieliście, jak w Beskidach 

robiliśmy dziennie i większe porcje? 

-  Faktycznie  -  przytaknął  Jego  Brat  i  w  tym  momencie  wszyscy  młodzi 

płetwonurkowie zamyślili się głęboko. 

Jakże to było niedawno, tamta wędrówka od Rabki do Krynicy, a ile w tym czasie się 

wydarzyło.  Ile  tysięcy  kilometrów  dzieli  ich  teraz  od  przełomu  Dunajca,  od  Trzech  Koron  i 

Sokolicy,  od  łagodnych  zboczy  pokrytych  bujną  trawą  i  porosłych  gęstymi  świerkowymi 

lasami.  Dzika  Mrówka  spojrzał  na  rozłożone  wokół  skaliste  szczyty  pokryte  czapami 

wiecznych  śniegów,  na  lodowe  jęzory  spływające  w  doliny  i  mruknął  pod  nosem  cicho,  ale 

tak że słyszeli go najbliżej stojący: 

- Niby fakt, ale coś mi się zdaje, że ta Kordyliera jakby trochę wyższa od Beskidu, a 

ten wulkan to robi nieco silniejsze wrażenie niż Trzy Korony. Ale może się mylę... 

- Nie mylisz się - roześmiał się Pan Wojtek - ale nie ma co się łamać przed startem. 

-  A  kto  tu  w  ogóle  mówi  o  jakimkolwiek  łamaniu  się?  -  Marek  z  wyraźnym 

oburzeniem w glosie rozejrzał się dookoła jakby szukał tego, który odważyłby się łamać. 

- No to dobrze - zabrał głos pan Kamiński - cieszę się, że uzgodniliście stanowisko. A 

jutrzejszy  dzień  odpoczynku  przyda  nam  się  wszystkim,  bo  może  Kordyliera  to  nie  to  co 

Beskid,  ale  z  górami  nigdy  nic  nie  wiadomo  i  żartów  nie  ma,  jak  wiecie.  Wobec  tego 

nabierajcie sił do dalszej drogi. 

Jednak  okazało  się,  że  z  tym  odpoczynkiem  to  wyszło  nie  za  bardzo.  Rankiem 

następnego  dnia  bowiem  Pablo  sprowadził  dwadzieścia  pięć  lam  i  trzeba  było  najpierw 

background image

rozdzielić bagaż na tyle właśnie porcji, a potem każdą z nich zapakować do wełnianych sakw, 

które miały nieść lamy. 

Młodzi  Poszukiwacze  Złotego  Lodu,  mimo  że  już  nieraz  spotykali  lamy  w  swej 

wędrówce przez Peru, dopiero teraz mieli okazję przyjrzeć się z bliska tym egzotycznym dla 

nich zwierzętom. 

- Popatrz, jakie mają ładne duże oczy - zachwycała się Ula. 

- Ale smutne - zauważyła Mariena. 

- Może i smutne - przyznała Ula. 

-  A  z  czego  mają  się  cieszyć?  -  wtrącił  się  Marek,  który  nadszedł  dźwigając 

napełnioną  już  kolejną  sakwę  -  przecież  widzi,  co  ją  czeka.  -  Zrzucił  z  wyraźną  ulgą  ciężką 

sakwę na stertę już leżących. - Jakby ci na szyi powiesili takie dwie sakwy, a choćby nawet i 

jedną tylko, to zobaczylibyśmy, czy byś nie miała też smutnych oczu. 

-  Ojej,  ty  to  nigdy  nie  potrafisz  się  w  nic  wczuć.  Za  grosz  nie  ma  w  tobie  żadnej 

poezji. 

- A niby co za poezja może być w takiej lamie? - zdziwił się Marek. 

- We wszystkim może być poezja. Popatrz choćby na miękką długą wełnę, na piękną 

szyję, w ogóle na całość. I taka zupełnie inna od wszystkich zwierząt, które znam. Coś jakby 

połączenie naszej owcy z afrykańskim wielbłądem. Nie widzisz tego? 

-  Myślisz?  -  Dzika  Mrówka  zastanowił  się  przez  moment.  -  Owca  z  wielbłądem, 

powiadasz? Mnie to tam raczej przypomina krzyżówkę kozy z żyrafą na przykład. 

- Czy on zawsze taki? - zapytała Mariena, gdy Marek poszedł po następną sakwę. 

- Jaki? - spytała Ula. 

- No... taki niewrażliwy na piękno i w ogóle... 

- Nie, wcale nie. Tylko tak zawsze mówi na przekór, żeby się nie wydało i żeby ktoś 

nie  pomyślał,  że  z  niego  taka...  „baba”  -  zaprzeczyła  żywo  Ulka  -  bo  w  gruncie  rzeczy  to 

bardzo dobry chłopak. 

-  Marek  i  Jarek  to  niby  bliźniacy,  a  tacy  są  do  siebie  niepodobni.  Tacy  są  zupełnie 

różni. Dzika Mrówka roztrzepany, rozgadany, wiercipięta, a Jego Brat poważny. I tyle rzeczy 

wie. Jak mu się to wszystko mieści w głowie? 

- Tego to nie wiem - odparła Ula - ale wiem, że Marek wcale nie jest gorszy od Jarka. 

Tyle że inny.  I to  właśnie dobrze, bo co by to było, jakby wszyscy byli jednakowi? Choćby 

tacy jak Jarek. 

- Albo tacy jak Dzika Mrówka. Strach pomyśleć. 

Obie dziewczyny spojrzały nagle na siebie i obie jednocześnie się roześmiały. 

background image

- Z czego się śmiejecie? - zapytał Dzika Mrówka, dźwigający z trudem nową sakwę. 

- Nie z czego, tylko z kogo - odparły obie panienki równocześnie. 

- Pewno z ciebie, fakt - Jarek przytargał równie ciężką sakwę. 

- A dlaczego niby nie z ciebie? - zaperzył się Marek. - Coś taki znów pewny? 

- A może z was obu - odezwała się Mariena. 

- Właśnie - skinęła głową Ula. 

- Jaro, chodźmy stąd, bo coś mi się wydaje, że ktoś nas tu chce zrobić w konia - Dzika 

Mrówka wzruszył ramionami. 

-  Dlaczego  w  konia?  -  zdziwiła  się  Ula.  -  Koń,  tutaj?  Na  tej  wysokości?  Chyba  w 

lamę? 

-  Fakt  -  roześmiała  się  Mariena,  patrząc  jednak  na  Jarka  bez  żadnej  złośliwości.  A 

nawet wprost przeciwnie. 

Ostatni  wieczór  przed  dalszą  drogą  spędzili  wszyscy  razem  na  hacjendzie  przy 

wspólnej kolacji ze wszystkimi mieszkańcami - zarówno hacjendy, jak i maleńkiej indiańskiej 

wioski,  złożonej  z  kilku  mizernych  kamiennych  chatek.  Korzystając  z  okazji  Mariena 

zapytała obecnych, czy przypadkiem nie znają jakiejś starej historii, w której byłaby mowa o 

Złotym Lodzie. 

-  O  czym?  -  zdziwił  się  stary  Indianin,  ten  sam,  który  zapewniał,  że  liny  wiszącego 

mostu wytrzymają. 

-  O  Złotym  Lodzie  -  powtórzyła  Mariena  po  hiszpańsku,  a  Pablo  dokładnie 

przetłumaczył na język kiczua. 

-  Przecież  lód  nie  jest  złoty  -  stwierdził  nie  bez  słuszności  stary,  patrząc  trochę 

podejrzliwie na młodą obcą dziewczynę, która o takie dziwne rzeczy pyta. 

-  A  jakie  historie  znacie?  Jakie  legendy?  -  Mariena  nie  dawała  za  wygraną.  -  Na 

przykład o walkach Inków z Hiszpanami? 

-  O  walkach  to  znam  -  ożywił  się  stary.  -  I  o  tych  bardzo  dawnych,  i  o  jeszcze 

wcześniejszych,  i  o  nieszczęśliwym  królu  Atahualpie,  o  dzielnym  Manco  Kapaku  i  o 

powstaniu, kiedy to walczył ostatni król i wódz wszystkich Inków Tupak Amaru II. 

- A o skarbach dawnych Inków? 

- O skarbach też. Wspaniałe były skarby i nieprzebrane. Olbrzymie świątynie pokryte 

były  dachami  ze  szczerego  złota,  a  Inkowie  jadali  na  złotych  naczyniach.  Ale  wszystko 

zabrali Hiszpanie, wszystko zagrabili najeźdźcy i teraz Inkowie nic już nie mają. Tylko lamy 

nam zostały i legendy o dawnych czasach, i dawne stroje, i nasz święty język kiczua. 

- A pismo węzełkowe - kipu? - zapytała Mariena. 

background image

-  Kipu  już  teraz  nikt  nie  zna  i  nie  umie  odczytać  -  odparł  z  głębokim  smutkiem 

Indianin.  -  A  i  dawniej,  za  panowania  Inków,  tylko  nieliczni  wybrani  znali  boską  tajemnicę 

ś

więtego kipu. 

-  To  o  Złotym  Lodzie  nic  nie  słyszeliście?  -  Mariena  znowu  wróciła  do  pierwszego 

pytania. - Żadnej historii, żadnej legendy, żadnej pieśni? 

- O Złotym Lodzie to nigdy nie słyszałem - odrzekł z przekonaniem stary. - Jak długo 

ż

yję, a żyję już bardzo, bardzo długo. I pamiętam mego pradziadka, który mi mówił, że jako 

młody chłopiec znał starców, którzy pamiętali wojowników Tupaka Amaru II. Ale nigdy nic 

nie słyszałem o żadnym lodzie, seńorita. Ani o srebrnym nawet, ani tym bardziej o złotym. 

- To szkoda - zmartwiła się Mariena, która już od wyjazdu z Limy na każdym postoju 

pytała  napotkanych  starych  ludzi,  czy  przypadkiem  nie  słyszeli  czegoś  o  Złotym  Lodzie. 

Tych, którzy znali hiszpański, pytała sama, a tych którzy mówili wyłącznie językiem kiczua, 

przez Pabla. I wciąż miała w głębi serca cichą nadzieję, że ktoś gdzieś słyszał jakąś legendę o 

Złotym  Lodzie, legendę, która pozwoli trafić im  na ślad inkaskiego skarbu. Ale jak na razie 

wszelkie jej nadzieje okazały się płonne. 

Na  temat  Złotego  Lodu  nikt  nic  nie  wiedział.  I  coraz  mniej  wydawało  się 

prawdopodobne, że w ogóle istniał kiedykolwiek jakiś Złoty Lód. 

- A może ten Złoty Lód to zupełnie coś innego? - zastanawiano się wspólnie po raz nie 

wiadomo który. - Może to jakiś tajemniczy szyfr? A może to jakieś imię? A może wreszcie po 

prostu Chłopiec z Elbląga się pomylił? 

- Co do Chłopaka z Elbląga to jestem pewien - upierał się z głębokim przekonaniem 

Dzika Mrówka. 

A  Jego  Brat,  zawsze  tak  bardzo  realistycznie  i  dość  sceptycznie  nastawiony  do 

wszystkiego,  czego  nie  można  było  obliczyć  lub  sprawdzić,  od  pewnego  czasu  powtarzał 

niezmiennie przy każdej takiej okazji swoje nieśmiertelne „FAKT”. 

Ruszyli  zgodnie  z  planem  pana  Kamińskiego  następnego  dnia  wczesnym  rankiem.. 

Mała  karawana  wydłużyła  się  teraz  znacznie.  Oprócz  ośmiorga  Poszukiwaczy  Złotego  Lodu 

szedł teraz także Pablo, Matheo zaś został razem z dwoma landroverami na hacjendzie i miał 

tam  oczekiwać  na  powrót  wyprawy.  Wreszcie  szło  długim  rzędem  dwadzieścia  pięć  lam  i 

czterech  Indian  z  najbliższych  stron,  którzy  okoliczne  góry  znali  jak  własną  kieszeń  i  dla 

których nie miały one prawie żadnych tajemnic. 

Lamy  szły  szparko  i  wydawało  się,  że  wcale  nie  odczuwają  obciążenia,  a  każde  ze 

zwierząt  dźwigało  po  dwie  bądź  co  bądź  ciężkie  sakwy.  Najpierw  zwinnie  przeszły  przez 

naprawiony  już  most  postukując  na  chybocących  się  deskach  swymi  rozdwojonymi 

background image

raciczkami,  a  potem  zaczęły  się  wspinać  na  stromo  prowadzącą  w  górę  ścieżkę.  Za  nimi 

zdążali  sprężystym  krokiem  poganiacze  i  Poszukiwacze  Złotego  Lodu  dobrze  musieli 

wyciągać nogi, żeby nie zostawać w tyle. 

Szli  teraz  na  skróty,  jak  się  bowiem  okazało,  jeden  z  poganiaczy  był  doskonałym  i 

wieloletnim przewodnikiem i prowadził przed kilku laty jakąś wyprawę wysokogórską akurat 

w okolice, do których teraz zdążali Poszukiwacze Złotego Lodu. 

Si, si, seńor - przewodnik kiwał potakująco głową, gdy mu pan Kamiński pokazywał 

na  mapie  miejsce,  do  którego  chcieli  dotrzeć  -  znam  ścieżki  górskie,  które  skracają  drogę  o 

przeszło połowę. 

- Ale czy lamy tamtędy przejdą? - zatroskała się Mariena. 

-  Seńorita  -  uśmiechnął  się  przewodnik  -  lama  przejdzie  nawet  z  ciężkim  ładunkiem 

tam, gdzie człowiek w ogóle nie da rady. 

Poszli tedy na skróty, wspinali się ledwo widocznymi ścieżkami na strome przełęcze, 

gdzie  już  zalegały  nieraz  śniegi,  mijali  niewielkie  trawiaste  polanki  zdobne  w  wątłe,  ale 

intensywnie  kolorowe  kwiatki,  przekraczali  w  bród  niewielkie  górskie  potoki,  lecące  w  dół 

kryształowymi, zimnymi jak lód kaskadami. 

- I pomyśleć - powiedział kiedyś zamyślony Jego Brat - że każda z tych kropli wody, 

która tu płynie, dotrze za jakiś czas aż do odległego o tyle kilometrów Oceanu Atlantyckiego. 

- Jak to? - zdziwiła się Ula - aż do Atlantyku? Przecież do Pacyfiku znacznie bliżej. 

-  Jarek  ma  rację  -  potwierdził  pan  Kamiński.  -  I  ty  masz  też  rację,  że  do  Pacyfiku 

bliżej,  ale  Natura  tak  dziwnie  ukształtowała  ten  kontynent,  że  od  zachodu  wybudowała 

nieprzebyty  mur  Andów,  a  na  wschodzie  rozłożyła  olbrzymie  równiny.  Na  północy  -  bliżej 

równika - pokryte są te równiny tropikalnymi dżunglami, którym nie ma równych nigdzie na 

ś

wiecie,  a  na  południu  rozciągają  się  stepy,  czyli  argentyńska  pampa.  I  dlatego  prawie 

wszystkie  rzeki, które rodzą się tutaj wysoko w  górach, spływają nie na  zachód, ale właśnie 

na  wschód.  I  dlatego  w  Ameryce  Południowej  mamy  największe  rzeki  świata,  do  których 

należy  przede  wszystkim  najpotężniejsza  Amazonka  czy  też  olbrzymia,  choć  znacznie 

krótsza, La Plata. 

A  kiedy  żeglarze  hiszpańscy  i  portugalscy  docierali  przed  kilkuset  laty  od  strony 

Atlantyku  do  ujść  tych  rzek,  byli  przekonani,  że  są  to  cieśniny  morskie  i  daremnie  szukali 

wodnego przejścia na zachodnią stronę olbrzymiego wtedy jeszcze nie zbadanego kontynentu. 

Tak więc Jarek ma rację, że każda kropla wody stąd ma szansę dotarcia do Atlantyku. 

-  A  potem  razem  z  prądami  morskimi  taka  kropla  wody  może  przepłynąć  cały 

Atlantyk i wtedy znajdzie się w Europie - powiedział Jego Brat. 

background image

- W Europie - westchnęła Ulka, która nagle bardzo zatęskniła za swymi rodzicami, za 

swoim  domem,  za  miastem  i  za  krajem,  który  przecież  leży  w  środku  tej  jak  bardzo  teraz 

odległej Europy! 

Minął jeden dzień, drugi i trzeci. Poszukiwacze Złotego  Lodu na noc rozbijali obozy 

na  osłoniętych  od  wiatru  górskich  łąkach,  a  wciąż  widoczny  ośnieżony  szczyt 

majestatycznego  wulkanu  był  coraz  bliżej  i  bliżej.  I  coraz  bliżej  byli  koła  zakreślonego 

czerwonym mazakiem na mapie pana Kamińskiego. 

-  Jutro  będziemy  na  miejscu!  -  oznajmił  tego  dnia  wieczorem  pan  inżynier,  kiedy 

rozbijali kolejne obozowisko. 

-  Nareszcie  -  westchnął  Dzika  Mrówka,  który  już  mocno  czuł  w  nogach  trudy 

kilkudniowej  wyprawy.  -  Te  lamy  są  niemożliwie  wytrzymałe  -  pomyślał  spoglądając  z 

mieszaniną zazdrości i odrobiny niechęci na zwierzęta, które stały spokojnie z podniesionymi 

dumnie  głowami.  Ich  poczciwe  pyski  były  teraz  w  ciągłym  ruchu,  przeżuwały  bowiem  z 

widocznym namaszczeniem swoją codzienną porcję pokarmu. 

Przy  wieczornym  ognisku  zebrali  się  wszyscy  na  naradę.  Pan  Kamiński  rozłożył  na 

ś

rodku mapę. 

-  Mamy  do  dyspozycji  w  tej  okolicy  dwanaście  rozmaitych  jezior  mniejszych  i 

większych. Sęk w tym, które z nich wybrać. 

-  Najlepiej  przeszukać  wszystkie  -  zaproponował  niewyraźnie  Baleron,  chłopak 

bowiem - widocznie zapatrzywszy się na poczciwe lamy - bez przerwy ruszał buzią pojadając 

coś co chwila. 

- Po pierwsze nie mówi się z pełnymi ustami - skarcił go żartobliwie Pan Wojtek. 

- To w takim wypadku Baleron w ogóle nie mógłby się odezwać ani słowem - wtrącił 

Dzika Mrówka. 

-  Ty  wcale  nie  jesz  mniej,  ale  połykasz  bez  gryzienia,  a  to  niezdrowo,  jak  mówiła 

moja babcia - odgryzł się Baleron sięgając po następną porcję jedzenia. 

- No, no, nie kłóćcie się, chłopcy, bo - jak z kolei mówiła moja babcia - jesteście obaj 

„po jednych pieniądzach” - roześmiał się Pan Wojtek. - A wracając do sprawy, to chyba nie 

zdążymy wszystkich jeziorek przeszukać, bo czas ucieka i trzeba się na coś zdecydować. Ale 

mam pomysł. 

- Jaki? - zapytała Mariena. 

- A taki, żeby wrócić do naszego nieocenionego kipu - odrzekł Pan Wojtek. 

- Niby jak? - zdziwił się Dzika Mrówka. 

-  To  jasne  jak  słońce  -  wtrącił  się  milczący  jak  zazwyczaj  Jego  Brat  -  i  proste  jak 

background image

obręcz. Przecież w kipu jest wyraźna wskazówka. 

- Wskazówka? 

-  Fakt  -  skinął  głową  Jarek  -  według  kipu  przecież  Inkowie  „...zatopili  złoty  lód  w 

jeziorze,  w  którym  przez  cały  rok  z  ognistej  góry  przegląda  się  BÓG  -  SŁOŃCE  razem  ze 

swoją MAŁŻONKĄ...” 

Stąd  taki  wniosek,  że  jeżeli  z  ognistej  góry,  czyli  z  wulkanu,  może  się  Bóg  -  Słońce 

przeglądać w jeziorze, to to jezioro musi być widoczne z wierzchołka. 

- Brawo, Jarek, to samo dokładnie myślałem - pochwalił Pan Wojtek. 

-  Ba  -  Dzika  Mrówka  spojrzał  na  jaśniejący  w  zachodzącym  słońcu  różowawy  teraz 

wierzchołek  wulkanu  -  ale  jak  to  sprawdzić?  Wleźć  na  szczyt  i  zobaczyć?  To  będzie  dosyć 

trudne... 

-  Nawet  bardzo  trudne  -  zgodził  się  pan  Kamiński  -  i  w  ogóle  zupełnie  niemożliwe. 

Taka wysokość... 

- No więc, co teraz - zmartwiła się Mariena przerywając ojcu. 

-  Sprawa  jest  prosta  -  znowu  zabrał  głos  Jego  Brat.  -  Jeżeli  z  góry  widać  jezioro,  to 

odwrotnie - z jeziora widać wierzchołek. 

- Jasne! - wykrzyknął Dzika Mrówka, a Baleron potakująco skinął głową, buzię miał 

bowiem całkowicie wypełnioną kolejną pajdą chleba z kiełbasą. 

- Brawo, Jarek - tym razem chłopca pochwalił pan Kamiński - sprawa oczywista, ale 

jak wszystkie oczywiste prawdy najtrudniejsza do odgadnięcia. Bo ludzie niestety przeważnie 

szukają  skomplikowanych  dróg  nawet  tam,  gdzie  do  celu  wiedzie  droga  prosta  jak  strzelił. 

Obejdziemy  sobie  pierwszego  dnia  jeziorka  i  skreślimy  te,  z  których  nie  widać  wierzchołka 

wulkanu. A na pewno takie się znajdą, bo tu rozmaitych gór pełno dokoła i niektóre zasłaniają 

widok na wulkan. 

-  Brawo  -  zawołali  Poszukiwacze  patrząc  z  podziwem  na  swego  kolegę,  a  z 

największym podziwem patrzyła na Jego Brata Mariena. 

-  Ba  -  bąknął  Jarek,  w  dalszym  ciągu  głęboko  zamyślony  i  jakby  nieobecny  przy 

płonącym ognisku. 

- O co chodzi, Jarek? - zapytał Pan Wojtek, znający już doskonale chłopca i wiedzący, 

ż

e kiedy Jarek jest taki zamyślony i kiedy na dodatek mówi „Ba” i to takim akurat tonem, to 

na pewno dręczą go jakieś wątpliwości. 

-  Dalej  są  dla  mnie  niezrozumiałe  dwie  sprawy.  Po  pierwsze  -  oczywiście,  co  to  ten 

Złoty  Lód,  a  po  drugie,  dlaczego  Bóg  -  Słońce  razem  ze  swoją  Małżonką  przegląda  się  z 

ognistej góry przez cały rok? 

background image

- To może po prostu taki poetycki opis - podpowiedziała Ula. 

-  Wątpię  -  Jarek  wydął  wargi  w  głębokim  zamyśleniu  -  ten,  kto  układał  kipu,  na 

pewno chciał jak najdokładniej oznaczyć miejsce zatopienia skarbów. 

- Chyba masz rację - przytaknęli jednocześnie pan Kamiński, Pan Wojtek i Student. 

- Ale co wobec tego może oznaczać: „przez cały rok”? - martwił się Jarek - na razie 

nic mi mądrego do głowy nie przychodzi. 

- To może przyjdzie później - wtrąciła się Mariena z nadzieją w głosie. 

- Może... Trzeba będzie pomyśleć. 

- No więc, kochani - odezwał się pan Kamiński - póki co, proponuję teraz iść spać, bo 

jutro  czeka  nas  ostatni  etap,  rozbicie  obozowiska  na  dłuższy  czas  i  rozpoczęcie  poszukiwań 

według  dotychczasowych  planów.  A  Jarek  niech  tymczasem  łamie  sobie  głowę.  Zresztą  nie 

tylko Jarek. Będziemy myśleli wszyscy. 

Obóz  „GOLD  ICE  EXPEDITION”,  jak  głosiła  tablica,  rozbity  został  nazajutrz  w 

małej  kotlince  otoczonej  z  trzech  stron  stromymi  skałami,  które  osłaniały  namioty  od 

wiatrów.  Z  czwartej  strony  rozpościerało  się  niewielkie  jeziorko  o  granatowej  wodzie,  a  za 

nim błyszczał jaskrawym, oślepiającym blaskiem odbitego słońca majestatyczny wierzchołek 

wulkanu. 

Przed namiotami ustawiono trzy drągi, na których powiewały trzy flagi: polska biało - 

czerwona, brazylijska zielono - żółto - niebieska z Krzyżem Południa i peruwiańska złożona z 

trzech pionowych pasów czerwono - biało - czerwona, z ozdobnym herbem na białym polu, w 

którym to herbie widniała lama obok innych emblematów. 

Po  zagospodarowaniu  się  i  odpoczynku  ruszono  na  penetrację  najbliższej  okolicy, 

obchodząc  wokół  brzegów  kolejne  jeziorka,  których  -  jako  się  rzekło  -  w  okolicy  było 

kilkanaście.  Na  szczęście  aż  sześć  z  nich  ukrytych  było  za  skalistymi  zboczami  tak,  że  w 

ż

aden sposób nie można było z ich brzegów dostrzec wulkanicznego wierzchołka. 

Z  pozostałych  sześciu  jedno  znajdowało  się  tuż  przed  obozowiskiem,  dwa  leżały  nie 

opodal,  dwa  inne  wypełniały  zagłębienia  na  szerokim  płaskowyżu  rozciągającym  się  koło 

trzystu metrów powyżej  obozowiska, a ostatnie - szóste leżało najwyżej,  bo aż poza granicą 

wiecznego śniegu. 

Do tego najwyższego Poszukiwacze dotarli dopiero na trzeci dzień penetracji. Dziwne 

to było jeziorko. Wokół leżał wieczny śnieg skrzący się milionami diamentowych błysków w 

promieniach niczym nie zasłoniętego słońca, temperatura na termometrze wykazywała minus 

pięć stopni, a na granatowozielonkawej powierzchni niewielkiego jeziorka nie było widać ani 

skraweczka lodu! 

background image

Gdy Pan Wojtek zanurzył termometr  w wodzie tego jeziorka,  rtęć nie drgnęła ani na 

milimetr. 

- MINUS PIĘĆ! - stwierdził ze zdumieniem Dzika Mrówka - a mnie uczono przez tyle 

lat w szkole, że woda zamarza przy temperaturze zero stopni. Oj, ta cała nauka! 

-  Faktycznie  -  uśmiechnął  się  pan  Kamiński  -  ale  z  nauką  to  jest  tak,  że  najczęściej 

okazuje się, że właśnie ONA ma rację. 

Podszedł  do  brzegu  i  zaczerpnął  dłonią  wodę,  podniósł  dłoń  do  ust  i  skosztował.  Po 

chwili wypluł zawartość na śnieg i skrzywił się. 

- Co się stało? - zapytała Mariena. 

-  Ta  woda  dlatego  nie  zamarza,  bo  rozpuszczone  są  w  niej  jakieś  sole  mineralne. 

Gorzka jak piołun i lepiej nie próbować, bo nie wiadomo, czy nie jest szkodliwa dla zdrowia - 

wyjaśnił  pan  Kamiński,  widząc  że  Dzika  Mrówka  chce  pójść  w  jego  ślady.  -  Dlatego  nie 

zamarza  nawet  w  temperaturze  minus  pięć  stopni,  UCZONY  PANIE  KOLEGO  -  roześmiał 

się. 

-  A  więc  jak  tak,  to  czy  bierzemy  w  rachubę  to  jeziorko?  -  zapytał  szybko  Dzika 

Mrówka, żeby odwrócić od siebie uwagę i dodał szybko: - Właściwie to nie ma co tu szukać, 

bo jeżeli to jeziorko nie zamarza, to nie ma mowy o żadnym lodzie, a co dopiero o ZŁOTYM. 

- Niby racja - zgodzili się Pan Wojtek, Student i pan Kamiński i spojrzeli jednocześnie 

na Jarka, ale ten nic nie powiedział oprócz swojego zamyślonego: 

- Ba! 

A  gdy  zasiedli  wszyscy  do  kolejnej  narady,  gdy  wykreślili  z  mapy  sześć  jeziorek  i 

siódme, to dziwne nie zamarzające też, i gdy okazało się, że pozostałe pięć jezior, to i tak, i 

tak dość spora powierzchnia do dokładnego przeszukania, Jarek powiedział zamyślony: 

- Jaką mamy gwarancję, że dobrze rozumujemy i że słusznie odrzuciliśmy te jeziorka? 

-  Niewielką  -  przyznał  pan  Kamiński  -  ale  i  tak,  i  tak  -  jak  wiecie  -  na  przeszukanie 

wszystkich  nie  starczy  nam  czasu,  więc  trzeba  było  coś  postanowić.  A  poza  tym 

zapomnieliście chyba, że jeszcze istnieje jeden prawdopodobny obszar. I to w zupełnie innej 

części Andów. Jaką mamy pewność, że ZŁOTY LÓD nie jest właśnie TAM. Tym bardziej, że 

w  tutejszych  okolicach,  jak  to  stwierdziła  nasza  nieoceniona  badaczka  inkaskiego  folkloru 

Mariena,  nawet  najstarsi  ludzie  nie  słyszeli  nic  o  Złotym  Lodzie.  A  może  coś  słyszeli  w 

tamtej okolicy? 

- Ba - bąknął Jarek, a Marek, zamyślony głęboko, stwierdził: 

- Szukanie igły w stogu siana, i to bardzo małej igły  w bardzo dużym stogu, to małe 

piwo w porównaniu do zadań wyprawy „ZŁOTY LÓD”. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY, 

W KTÓRYM SZANSE MALEJĄ CORAZ BARDZIEJ, ALE NA 

SZCZĘŚCIE BARDZO STARY INDIANIN OPOWIADA JESZCZE 

STARSZE LEGENDY 

Pesymistyczne  stwierdzenie  Dzikiej  Mrówki  na  temat  szans  powodzenia  poszukiwań 

mitycznego  Złotego  Lodu  było  niezwykle  realistyczne.  Po  pierwsze  bowiem  nie  bardzo 

wiadomo było GDZIE należało szukać, po drugie niezbyt było pewne, JAK szukać, a zupełną 

NIEWIADOMĄ  stanowił  dość  przecież  istotny  w  każdych  poszukiwaniach  fakt,  CZEGO 

właściwie  szukać.  Mimo  to  Pan  Wojtek  wraz  z  panem  Kamińskim  zorganizowali  imprezę  z 

właściwą  sobie  energią  i  zapałem,  a  przede  wszystkim  z  właściwą  im  obu 

SYSTEMATYCZNOŚCIĄ. 

Tak  tedy  od  następnego  zaraz  dnia  po  wstępnej  lokalizacji  „NPNWO”  czyli 

NAJBARDZIEJ  PRAWDOPODOBNYCH  NIEZIDENTYFIKOWANYCH  WODNYCH 

OBSZARÓW,  rozpoczęto  żmudne  „wymiatanie”  najbliższego  jeziora.  Było  ono  zresztą  i 

najbliższe,  i  największe  z  pięciu  wybranych  i  zostało  ochrzczone  -  niezależnie  od  jego 

geograficznej nazwy w języku kiczua - jako „NPNWO nr 1”. 

Według starej metody wypróbowanej już przy poszukiwaniach Zatopionej Wyspy Pan 

Wojtek podzielił Poszukiwaczy na dwie grupy. Do jednej zakwalifikowano Studenta, Marienę 

i Jego Brata, do drugiej należeli wszyscy płetwonurkowie, a więc pan Kamiński, który mimo 

dojrzałego  już  mocno  wieku  doskonale  czuł  się  pod  wodą  w  pełnym  płetwonurkowym 

rynsztunku, Pan Wojtek, posiadający najwyższe płetwonurkowe kwalifikacje i wieloletni staż 

w  tej  dziedzinie,  dalej  Ula  -  bohaterka  operacji  „ZATOPIONA  WYSPA”,  Dzika  Mrówka  i 

Baleron.  Milczący  Pablo  został  mianowany  GŁÓWNYM  INTENDENTEM  OPERACJI 

ZŁOTY  LÓD  i  na  jego  głowie  spoczywało  staranie  o  obozowisko,  o  opał  na  wieczorne 

ognisko, o zapasy żywności oraz nadzór nad poganiaczami i wreszcie nad stadem dwudziestu 

pięciu lam, które postanowiono zatrzymać na czas trwania poszukiwań. 

Część  lam  została  wyznaczona  do  „Oddziału  Bliskiego  Transportu”,  czyli  służyła  do 

codziennego  przenoszenia  koniecznego  sprzętu  płetwonurkowego  w  odpowiednie  miejsce 

nad brzegiem sporego „NPNWO Nr 1”, a następnie nad brzegi nieco odległych „NPNWO Nr 

2”, „NPNWO Nr 3”, „NPNWO Nr 4” oraz „NPNWO Nr 5” - jeżeli zajdzie tego potrzeba. 

A  więc  tak  jak  przy  poprzednich  poszukiwaniach  podwodnych  naniesiono  na 

dokładną mapę jeziora siatkę poszukiwań. 

background image

Linie  przecinające  w  poprzek  jeziorko  oznaczały  nylonowe  kolorowe  linki 

przywiązane  do  kotwic,  które  Pan  Wojtek  z  panem  Kamińskim  umieścili  na  dnie  jeziorka. 

Dno na szczęście nie znajdowało się głęboko, jak wynikało bowiem ze wstępnych sondowań 

nigdzie  nie  schodziło  poniżej  10  metrów.  Dzięki  niezwykłej  wprost  czystości  wody  w 

jeziorze,  linka  zaczepiona  na  wysokości  około  jednego  metra  nad  dnem  była  doskonale 

widoczna.  Odległość  między  linkami  była  tak  ustalona,  aby  można  było  swobodnie 

penetrować  wzrokiem  obszar  do  połowy  odległości  między  linkami.  Wzdłuż  linek  mieli 

przesuwać  się  płetwonurkowie  pilnie  obserwując  dno  pod  sobą.  Na  powierzchni  przez  cały 

czas  miał  pływać  ponton  z  załogą  złożoną  ze  Studenta,  Marieny  i  Jego  Brata.  W  pontonie 

znajdowały się termosy z gorącą herbatą oraz czekolada i odżywcze witaminy, woda bowiem 

w  jeziorze  była  bardzo  zimna  i  zarówno  pan  Kamiński,  jak  i  Pan  Wojtek  liczyli  się  z 

koniecznością  stosowania  częstych  przerw  w  poszukiwaniach  na  rozgrzewkę  i  dla 

wzmocnienia sił. 

Rankiem pierwszego dnia poszukiwań pan Kamiński i Pan Wojtek zeszli pod wodę w 

celu  wstępnego  sprawdzenia  warunków  oraz  w  celu  umieszczenia  kotwiczek  z  bójkami  i 

linek. Poszukiwania rozpoczęto od zachodniego brzegu jeziorka, a kolejność poszukiwań była 

następująca:  pierwszy  z  brzegu  miał  nurkować  Pan  Wojtek,  dalej  Dzika  Mrówka,  potem  w 

ś

rodku Ula, następnie Baleron i na prawym skraju pan Kamiński. 

Gdy  linki  zostały  już  założone,  młodzi  płetwonurkowie  przygotowali  się  do 

pierwszego zejścia pod wodę. 

-  Ubierać  się  grubo  -  ostrzegł  Pan  Wojtek  po  wyjściu  z  wody  -  bo  woda  nie 

najcieplejsza. 

Istotnie, włożony do jeziora termometr wskazywał zaledwie plus dwa stopnie! Trzeba 

było  zatem  wciągnąć  na  siebie  ciepłą  wełnianą  bieliznę  i  dopiero  na  to  wodoszczelny 

skafander.  Rękawy  na  przegubach  rąk  zostały  dociśnięte,  tak  żeby  do  środka  nie  dostała  się 

lodowata  woda,  głowę  szczelnie  osłaniała  wełniana  pilotka  i  gumowany  czepek,  tak  że 

praktycznie nie osłonięte pozostały tylko dłonie i twarz. 

Teraz  jeszcze  przytroczyć  butle  do  pleców,  nałożyć  pas  z  ciężarkami,  na  nodze 

przymocować  pochwę  z  ostrym  nożem  z  najlepszej  stali,  na  twarz  założyć  maskę  i  pięć 

postaci powędrowało do jeziora niezgrabnym krokiem z powodu płetw na nogach. 

Jednocześnie Student z Marieną i z Jego Bratem odbili od brzegu wiosłując w dużym 

nadmuchiwanym  pomarańczowym  pontonie,  na  którego  burcie  widniał  wymalowany  czarną 

farbą napis: 

„GOLDEN ICE EXPEDITION” 

background image

i  różnokolorowe  trzy  herby.  Pierwszy  z  nich  to  biały  orzeł  na  czerwonej  tarczy 

herbowej,  drugi  to  granatowa  okrągła  tarcza  mapy  nieba  z  konstelacjami  białych  gwiazd  i 

wstęgą  z  napisem:  „ORDEM  E  PROGRESSO”,  trzeci  wreszcie  to  na  błękitnym  polu  biała 

lama. 

Herby trzech krajów: Polski, Brazylii i Peru. 

Przed zanurzeniem się do wody młodzi płetwonurkowie pokryli twarze grubą warstwą 

białego  kremu,  aby  ochronić  skórę  od  zimna  i  teraz  wyglądali  już  zupełnie  jak  przybysze  z 

jakiejś obcej odległej planety. 

Poganiacze lam, pilnujący zwierząt pasących się obok i wyskubujących jakieś mizerne 

resztki  roślinności  przyczajonej  między  skalnymi  okruchami,  patrzyli  zaciekawieni  na  to 

nieznane  im  zapewne  widowisko.  Patrzył  też  i  Pablo,  ale  z  jego  kamiennego  oblicza  nie 

można  było  niczego  odczytać,  żadnego  wrażenia.  Jakby  był  wykuty  z  brunatnoczerwonej 

skały, jakiegoś odłamka odłupanego z jednej z wielu otaczających jezioro gór. 

Granatowa powierzchnia górskiego jeziora była gładka jak stół i nawet najdrobniejsza 

zmarszczka  nie  mąciła  wspaniałego  obrazu  odbijających  się  w  lustrze  wody  okolicznych 

szczytów. 

W obrazie tym królował odwrócony do góry nogami majestatyczny stożek wygasłego 

wulkanu  okryty  nieskazitelnie  białą  czapą  wiecznego  śniegu.  Z  obu  stron  wulkanicznego 

stożka ostro rysowały się niebotyczne, dostępne chyba tylko dla ptaków dzikie, poszarpane w 

fantastyczne  kształty  skaliste  granie.  Jeszcze  niżej  odbijały  się  w  ciemnogranatowej  wodzie 

kłębki białych obłoków płynących na rozsłonecznionym niebie. 

- Brr, ale zimna woda! - wzdrygnęła się Ula, gdy zaczęła się zanurzać w głąb jeziora i 

gdy lodowata toń ogarnęła jej niczym nie osłonięte ręce i nasmarowaną tłuszczem twarz. 

-  Po  powrocie  do  kraju  zgłaszam  się  do  „Klubu  Morsów”,  którzy  pływają  zimą  w 

morskich przeręblach! - krzyknął Dzika Mrówka do zanurzającej się obok Uli. 

- Do Morsów? - zdziwiła się. - A po co? 

- Żeby się choć trochę ogrzać po tej kąpieli! - roześmiał się Dzika Mrówka. 

- No, ty to się już chyba wyspecjalizowałeś w NISKICH TEMPERATURACH! 

-  Fakt!  -  zgodził  się  Marek  -  ale  moją  specjalnością  są  BARDZO  NISKIE 

TEMPERATURY W BARDZO GORĄCYM KLIMACIE! 

Na  dalszą  rozmowę  nie  było  czasu,  bo  obydwoje  zanurzyli  się.  Zimna  jak  lód  woda 

była przejrzysta jak kryształ. Pokryte skalnymi głazami dno schodziło dość łagodnie w dół i 

było doskonale widoczne w świetle padającego z góry słonecznego światła. 

W takich warunkach uwiniemy się raz dwa z „wymiataniem” tego jeziora - pomyślała 

background image

Ula płynąc wzdłuż swojej linki i przypomniała sobie w tej chwili tak bardzo ciemne i wręcz 

ponure wody w jeziorze, w którym poszukiwano „Zatopionej Wyspy”. 

Na dnie nie rosły żadne wodorosty, tylko niektóre głazy pokrywał jakiś niby - mech i 

ewentualne  złote  skarby  Inków  nie  miałyby  gdzie  się  schować  przed  wzrokiem 

płetwonurków. 

Jeżeli  w  ogóle  coś  tu  jest  schowane  -  przyszło  na  myśl  Dzikiej  Mrówce,  który  dość 

szybko  płynął  wzdłuż  nylonowej  linki  z  zawiązanymi  co  kilka  metrów  kolorowymi 

szmatkami  -  to  najpewniej  to  „coś”  leży  nie  przy  brzegu  jeziora,  a  bliżej  jego  środka.  Ci 

starożytni  Inkowie  na  pewno  -  jeżeli  już  topili  swoje  skarby  -  nie  rzucali  ich  ot  tak  sobie  z 

brzegu jak kamienie do wody, lecz chyba wywozili łodziami i zatapiali w jakichś skrzyniach 

lub też workach albo beczkach. 

A  my  tu  tymczasem  przeszukujemy  całe  jezioro  metr  po  metrze  i  od jednego  brzegu 

do drugiego  - zżymał się w myślach, jako że Marek już miał niestety taką naturę, że bardzo 

szybko  zapalał  się  do  każdego,  najbardziej  nawet  nieprawdopodobnego,  pomysłu  i  czasem 

jeszcze  szybciej  zniechęcał  się,  szczególnie  jeśli  realizacja  tego  pomysłu  okazywała  się 

monotonna i nużąca. Tak było i tym razem, i być może Dzika Mrówka nawet miał trochę racji 

w  swoim  rozumowaniu,  Pan  Wojtek  jednak  razem  z  panem  Kamińskim  uważali,  że  każde 

„podejrzane”  jeziorko  musi  być  bardzo  dokładnie  spenetrowane.  Żeby  mieć  absolutną 

pewność, że na dnie nikt żadnych skarbów nie schował. 

Po  zakończeniu  pierwszej  rundy  poszukiwań  płetwonurkowie  wynurzyli  się,  aby 

trochę  odpocząć  i  zagrzać  się  dobrą  gorącą  herbatą  z  termosu  i  mleczną  czekoladą  z 

orzechami,  a  niezmordowany  pan  Kamiński  z  Panem  Wojtkiem  przesunęli  linki  z 

kotwiczkami i bójkami w nowe położenie. 

I znowu wszyscy zanurzyli się w naprawdę lodowate wody andyjskiego jeziorka. 

Ż

eby tak choć jeden węgorz do pomocy - pomyślała Ula zmarznięta już bardzo i nieco 

zniechęcona beznadziejnie nudnym „wymiataniem” jeziorowego dna - nie musiałby to nawet 

być  WĘGORZ  WSPANIAŁY,  jak  wtedy,  wystarczyłby  zwykły  węgorz,  ba,  wystarczyłaby 

zwyczajna, najzwyczajniejsza rybka. 

Niestety  jak  okiem  sięgnąć,  w  podwodnym  wysokogórskim  świecie  nie  pojawił  się  - 

jak  dotąd  -  żaden  ślad  rybiego  życia.  Nic,  ani  nawet  choćby  najmniejszej  rybki,  ani  nawet 

ż

adnej  żaby  czy  choćby  maleńkiej  kijanki,  śmiesznej  kulki  merdającej  na  wszystkie  strony 

jeszcze śmieszniejszym ogonkiem. 

-  No  i  jak,  płetwowe  nurki?  -  zapytał  wieczorem  pierwszego  dnia  poszukiwań  pan 

Kamiński,  gdy  jak  to  już  weszło  w  zwyczaj,  siedzieli  przy  niewielkim  ognisku  i  podziwiali 

background image

bielejący  w  oddali  szczyt  wulkanu  na  tle  ciemnego  rozgwieżdżonego  złotymi  gwiazdami 

nieba. 

-  Żeby  tak  prawdę  powiedzieć  -  odezwał  się  Dzika  Mrówka  -  to  niewesoło.  A 

właściwie  po  prostu  zupełnie  nieciekawie.  Jeszcze  gorzej  niż  w  tamtym  jeziorze  z 

ZATOPIONĄ WYSPĄ. Tam to przynajmniej z każdego „wymiatania” coś się wyciągnęło na 

powierzchnię. 

- Na przykład? - zainteresował się pan Kamiński. 

- Na przykład stare wiadro - zaczął wyliczać z wielce poważną miną Dzika Mrówka - 

albo  jeden  dziurawy  kalosz  albo  jakiś  dziurawy  i  przerdzewiały  nocnik,  albo  jeszcze  jakiś 

inny starożytny skarb. 

- Takich „skarbów” to rzeczywiście tutaj brakuje - roześmiał się pan Kamiński. - Na 

razie  -  dodał  po  chwili  -  bo  nigdy  nie  wiadomo,  co  może  być.  Ludzie  dotrą  wszędzie,  do 

najbardziej odludnego zakątka świata, żeby zaśmiecić i zniszczyć ten zakątek. 

-  Rzeczywiście,  daleko  nie  trzeba  szukać  -  odezwała  się  w  tym  momencie  Ula  -  i 

spojrzała wymownie w kierunku Dzikiej Mrówki. 

Za  Ulką  spojrzeli  wszyscy  obecni  i  wszyscy  też  dojrzeli  zwinięty  w  sporą  kulkę 

staniol od zjedzonej przed chwilą czekolady, który błyszczał w świetle ogniska... tuż, tuż koło 

butów Dzikiej Mrówki. 

Chłopak schylił się i podniósł staniolową kulkę z mchu i tak się przy tym zarumienił, 

ż

e widać to było nawet przy drgającym i słabym blasku niewielkiego ogniska. 

- Ja... - zaczął bąkać - to jest... chciałem powiedzieć, że się zamyśliłem... i tak jakoś... 

- Właśnie - przerwał mu pan Kamiński - tak już  jakoś to się dziwnie na tym świecie 

dzieje,  że  jak  odruchowo,  jak  bezmyślnie,  to  człowiek  śmieci,  a  jeszcze chyba  nigdy  się  nie 

zdarzyło, żeby ten sam człowiek odruchowo na przykład posprzątał po sobie... 

Roześmieli się prawie wszyscy, bo Dzikiej Mrówce jakoś nie było do śmiechu i tylko 

mruknął pod nosem: 

- No, no, zejdźcie może już ze mnie, bo mi okropnie duszno! 

Pierwsze  z  badanych  jezior,  czyli  „NPNWO  Nr  1”  było  największe  z  pięciu 

„podejrzanych”, nic więc dziwnego, że przez pierwsze cztery dni pod rząd nasi Poszukiwacze 

Złotego  Lodu  mieli  co  przy  nim  robić.  Wstawali  codziennie  rano  i  zaraz  po  śniadaniu 

zanurzali  się  w  lodowatej  wodzie.  Po  dwóch  godzinach  następowała  dłuższa  przerwa  dla 

rozgrzewki i regeneracji sił, a potem jeszcze dwukrotnie wchodzono do jeziora i przepływano 

je tam i z powrotem. 

Tam  i  z  powrotem.  Z  jednego  brzegu  na  drugi.  I  tak  w  kółko  minuta  po  minucie, 

background image

godzina po godzinie, dzień po dniu. 

I - jak dotychczas - NIC. 

Ż

ADNEGO  ŚLADU.  Żadnego  skarbu,  nawet  najmniejszej  okruszyny  złota,  nie 

mówiąc już o jakimś mitycznym wciąż niezrozumiałym ZŁOTYM LODZIE. 

Co  to  za  Złoty  Lód?  -  myślał  w  kółko  i  niemal  bez  przerwy  Jego  Brat,  spędzający 

większość dnia w charakterze członka załogi gumowego pontonu - a że najlepiej ostatnio mu 

się  myślało  głośno,  więc  też  zarówno  Mariena,  jak  i  Student  byli  nieraz  mimowolnymi 

słuchaczami Jarkowego wewnętrznego monologu. 

-  Że  „Zloty”,  to  dość  zrozumiałe,  bo  skarby  Inków  to  było  głównie  złoto.  Złoto  i 

szlachetne kamienie, ale przede wszystkim złoto. No więc złoto mamy z głowy. Ale „Lód”? 

Co może oznaczać „Lód”. Może to oznacza bardzo niską temperaturę? Jeżeli tak, to na pewno 

temperatura  poniżej  zera.  Ale  co  to  ma  wspólnego  ze  skarbem?  A  może  Inkowie  zatapiali 

swoje skarby w zimie? Kiedy jeziora pokrywał lód? To by było nawet logiczne i jakoś może 

kojarzy  się  razem.  Złoty  skarb  i  lód,  w  którym  trzeba  było  rąbać  przeręble,  żeby  utopić 

skarby. 

Albo jeszcze inaczej. Lód może oznaczać na przykład lodowiec, ot choćby taki, który 

spływa z gór. I jezioro, gdzie zatopili skarby, rodzi się z lodowca? Nie, to żadna informacja, 

bo tutaj wszystkie jeziorka rodzą się z topniejących lodowców. No więc co? 

I  dlaczego  „zatopili  Złoty  Lód  w  jeziorze”?  A  może  to  lodowiec  schodził  aż  do 

samego jeziora i jakby się topił w nim? To w takim razie dlaczego „Złoty”? 

I  na  dodatek  to  przeglądanie  się  „przez  cały  rok”.  Nie,  nic  z  tego  nie  rozumiem,  ale 

jestem pewien, że właśnie w tych słowach kryje się cała tajemnica. Na pewno. 

Jarek  zakończył  swój  monolog,  którego  cierpliwie  wysłuchali  Mariena  i  Student,  ale 

po  jego  zakończeniu  cała  trójka  była  -  prawdę  mówiąc  -  tak  samo  mądra  jak  przed 

rozpoczęciem głośnego rozmyślania. Zresztą nikogo to już nie dziwiło, bo mniej więcej takie 

same „rozmowy samego z sobą” przeprowadzał Jego Brat od dłuższego już czasu i do tego po 

kilka razy dziennie. 

Tymczasem  przeszukiwanie  pierwszego  jeziora  powoli  dobiegało  końca.  Jeszcze 

kilkanaście nawrotów płetwonurków w lodowatej wodzie tuż nad dnem, z jednego brzegu na 

drugi,  jeszcze  kilka  nawrotów  i  na  dokładnej  mapie  „Rejonu  Poszukiwań  Wyprawy  Złoty 

Lód”  pan  Kamiński  grubą  czerwoną  kreską  przekreślił  jezioro  oznaczone  symbolem 

„NPNWO Nr 1”. 

- No to jesteśmy o jedno jezioro do przodu! - stwierdził Pan Wojtek wieczorem tego 

dnia. 

background image

- Do przodu? - zdziwił się szczerze Dzika Mrówka - a mnie by się raczej wydawało, 

ż

e jesteśmy z tym jeziorem raczej DO TYŁU! 

- Widzisz, Mrówa - roześmiał się Pan Wojtek - wszystko zależy od punktu widzenia. 

Przypomniało mi się w związku z tym takie wydarzenie z mojego marynarskiego życiorysu. 

Kiedyś  na  statku,  na  którym  pływałem,  tak  zwana  „czarna  brygada”  celników  zrobiła  mi 

dokładną  rewizję  całej  kabiny.  Co  oni  tam  wtedy  nie  wyprawiali?  Zrywali  izolację  kabiny, 

zdemontowali  wszystkie  lampy  i  szalunek  całego  sufitu,  rozkręcili  mi  umywalkę, 

przetrząsnęli  dokładnie  każdą  sztukę  czystej  i  brudnej  bielizny,  przejrzeli  każdą  stronę  w 

każdej  książce.  I  na  koniec  ich  szef  podsunął  mi  do  podpisania  „protokół  przeszukania”. 

Wtedy  ja  nie  chciałem  tego  protokołu  w  żaden  sposób  podpisać.  Bo  tam  było  napisane  jak 

byk: „Wynik przeszukania - negatywny” z powodu, że nic niedozwolonego nie znaleziono, a 

ja  uważałem,  że  wynik  przeszukania  jest  pozytywny,  ponieważ  nie  znaleziono  nic 

niedozwolonego czy podejrzanego. 

Tak  więc  to  co  dla  celników  było  „negatywne”,  dla  mnie  było  „pozytywne”  - 

zakończył Pan Wojtek. 

- I odwrotnie - dorzucił ze śmiechem pan Kamiński, który przez wiele lat swego życia 

pływał  na  statkach  i  dla  którego  bardzo  bliskie  były  „blaski  i  cienie”  marynarskiego 

codziennego żywota. 

Kolejnego ranka poczciwe lamy przeniosły sprzęt płetwonurkowy nad drugie jeziorko, 

czyli na brzeg „NPNWO Nr 2”. 

Znowu zaczęło się to samo. Kotwiczenie linek, ubieranie się w stroje płetwonurkowe, 

zanurzanie się... brrr... w lodowatej wodzie i żmudne przeszukiwanie. 

- Wynik przeszukania NEGATYWNY! - meldowali odtąd płetwonurkowie tkwiącemu 

na pontonie Studentowi, który prowadził całą „buchalterię” poszukiwań. 

Takie  lakoniczne  meldunki  powtarzały  się  za  każdym  kolejnym  wynurzeniem  i  po 

dwóch  tym  razem  dniach  poszukiwań  drugi  krzyż  naznaczony  grubą  czerwoną  krechą 

wykluczył  „Najbardziej  Prawdopodobny  Niezidentyfikowany  Wodny  Obszar  Numer  2”  z 

rejestru. 

Podobny krzyż przekreślił po dwóch dalszych dniach „NPNWO Nr 3”. 

Z kolei lamy wdrapały się na wznoszący się o trzysta metrów wyżej mały płaskowyż, 

na  którego  powierzchni  ciemniały  dwa  niewielkie  jeziorka.  O  kilkadziesiąt  metrów  wyżej 

rozpoczynał się obszar pokryty już wiecznym śniegiem, który nigdy nie topniał i który zalegał 

tu zapewne od bardzo, bardzo wielu lat. 

Nastroje płetwonurków  pogarszały się - co tu ukrywać - po zakończeniu poszukiwań 

background image

każdego jeziorka. Szczególnie odczuwał to Dzika Mrówka. On też tracił najwyraźniej humor i 

-  co  było  najbardziej  widomym  tego  dowodem  -  odzywał  się  coraz  rzadziej,  a  jeżeli  już,  to 

wypowiedzi chłopca były w nastroju coraz bardziej minorowym. 

Ten  bardzo  duży  stóg  siana  już  się  kończy,  a  szpilki  jak  nie  było,  tak  i  nie  ma  - 

powiedział do Uli, gdy stanęli nad brzegiem NPNWO Nr 5. 

-  Nie  przejmuj  się,  Marek  -  próbowała  go  pocieszać  Ula  -  a  może  to  właśnie  tu. 

Przecież pamiętasz, jak kiedyś tłumaczyłeś mi rozmaite dziwne prawa. 

- Jakie znów prawa? - Dzika Mrówka wzruszył z rezygnacją ramionami. 

- A takie różne, jak na przykład „prawo kromki chleba” czy „prawo ostatniej kieszeni” 

- roześmiała się Ula. 

- Prawo kromki chleba oraz ostatniej kieszeni? - zdziwiła się Mariena - nigdy o takich 

nie słyszałam. 

- To takie bardzo skomplikowane prawa - Ula zaczęła tłumaczyć Marienie. - Według 

jednego  na  przykład,  jeżeli  wypadnie  ci  kiedykolwiek  z  ręki  kromka  posmarowana  masłem, 

to zawsze upadnie na ziemię posmarowaną stroną, a nigdy odwrotnie... 

- A rzeczywiście - przytaknęła Mariena. 

-  A  jak  na  przykład  leży  na  ziemi  deska  z  gwoździem,  to zawsze  gwóźdź  sterczy  do 

góry. Nigdy odwrotnie. A co do kieszeni... Gdy czegoś szukasz, to od której byś kieszeni nie 

zaczęła, zawsze szukana rzecz znajduje się w ostatniej kieszeni, do której zaglądniesz. 

- Jak to dobrze, że w sukienkach najczęściej nie ma żadnych kieszeni - roześmiała się 

Mariena. 

- A w dżinsach? - wtrącił Jego Brat. 

- Dżinsy to mam zawsze takie obcisłe, że w żadnej kieszeni nic się nie zmieści. 

-  Fakt!  -  przyznał  Jego  Brat,  spojrzał  na  Marienę,  która  akurat  była  w  dżinsach  i 

zupełnie nie wiadomo dlaczego zarumieniła się nagle. 

Niestety! 

Wbrew optymizmowi Uli w piątym jeziorku nic nie znaleziono. Ani żadnych skarbów, 

ani żadnego złota, ani nawet choćby „trochę srebra na otarcie łez” - jak  skwitował nieudane 

poszukiwania Pan Wojtek. 

-  No  i  co  TERAZ?  -  zapytał  Dzika  Mrówka,  gdy  codziennym  zwyczajem  zasiedli 

wieczorem  przy  niewielkim  obozowym  ognisku.  Ognisko  było  zupełnie  mizerniuteńkie, 

najbliższe bowiem uczciwe drzewo rosło najprawdopodobniej w odległości dobrych kilku dni 

drogi  od  górskiego  obozowiska,  a  główny  zaopatrzeniowiec  obozu  Pablo  zdołał  zgromadzić 

tylko  jakieś  niewielkie  gałązeczki  małych  wysokogórskich  krzewów,  które  czepiały  się 

background image

nagich prawie skał na tych wysokościach. 

Przy  ognisku  oprócz  Poszukiwaczy  Złotego  Lodu  i  Pabla  siedzieli  też  wszyscy 

poganiacze  lam.  Nieruchomi,  z  kolanami  podkurczonymi  pod  brodą,  okryci  wełnianymi 

opończami, w wełnianych czapeczkach na głowach, palili w milczeniu fajki. 

Po pytaniu Dzikiej Mrówki zapadła przy ognisku głucha cisza. Bo też faktycznie nikt 

z  obecnych  nie  potrafił  na  to  pytanie  dać  żadnej  odpowiedzi.  Ani  pan  Kamiński,  który  był 

faktycznym kierownikiem i fundatorem nieudanej w końcu wyprawy, ani Pan Wojtek, który 

do  ostatniego  dnia  wykazywał  niezwykłą  energię  i  nie  tracił  nadziei  pomimo  wszelkich 

niepowodzeń  czy  kłopotów,  ani  Student,  który  siedział  teraz  zamyślony  markotnie,  ani  tym 

bardziej Mariena, Ula, Baleron czy Jego Brat. 

-  No  cóż  -  odezwał  się  po  długiej  chwili  milczenia  pan  Kamiński  -  trzeba  spojrzeć 

prawdzie  w  oczy.  Zrobiliśmy,  co  do  nas  należało,  przeszukaliśmy  wszystkie  pięć  jeziorek, 

przeżyliśmy  ciekawą  przygodę,  a  że  nie  udało  nam  się  nic  znaleźć?  To  się  zdarza  i  z  tym 

zresztą należało się liczyć od samego początku. 

- Niby prawda, ale jaka to byłaby radość, żeby tak jednak okazało się, że to wszystko, 

w  co  wierzyliśmy,  to  prawda,  a  nie  tylko  nasze  piękne,  ale  nie  ziszczone  marzenia  - 

westchnęła Ula, która umiała zawsze ująć swe myśli w ładne słowa. 

-  A  zatem  -  odezwał  się  znowu  pan  Kamiński  -  mamy  dziś  POŻEGNALNY 

WIECZÓR. 

- To może coś zaśpiewamy! - zaproponowała ni stąd, ni zowąd Ula. 

-  Zaśpiewamy?  -  zdziwił  się  Dzika  Mrówka,  któremu  -  jak  wszyscy  wiedzieli  -  słoń 

musiał w młodości na ucho nastąpić i który ze śpiewem zawsze był na bakier. 

- A dlaczego by nie! - podchwyciła Mariena - a co zaśpiewamy? 

- Jeżeli już jutro stąd odchodzimy, z tych wspaniałych  gór, do których już chyba nie 

powrócimy, to może najlepiej „Góralu, czy ci nie żal”? - zaproponowała Ula. 

I zaśpiewali wszyscy razem, bo wszyscy znali tę piosenkę, jak zresztą chyba wszyscy 

Polacy  ją  znają.  Tęskna  melodia  odbijała  się  echem  od  andyjskich  skał  i  szczytów,  ale 

ś

piewający byli bardzo, bardzo daleko myślami stąd, byli teraz hen, gdzieś pod Giewontem i 

wcale im się nie zdawało, że trzeba by ustawić prawie cztery takie Giewonty jeden na drugim, 

ż

eby  sięgnąć  do  szczytu  nieodległego  wulkanu.  Dla  nich  polski  Giewont  to  dopiero  była 

GÓRA! 

A potem Student, który pochodził, jak się okazało z Podhala, zaczął opowiadać piękne 

góralskie gadki i legendy, i do tego równie piękną góralską gwarą. I tak ciągnęły się długo w 

noc opowieści z dalekiej ojczyzny aż w końcu jeden z Indian, najstarszy z obecnych, przestał 

background image

pykać fajkę i zapytał po hiszpańsku, o czym ten młody człowiek tak opowiada. 

Mariena zaczęła tłumaczyć i powiedziała, że właśnie ten młody człowiek też pochodzi 

z gór, które nazywają się Tatry i że opowiada legendy, które słyszał od swego dziadka, a ten z 

kolei  od  swojego  i  tak  pokolenie  przekazywało  pokoleniu  wiadomości  o  tym,  co  się  kiedyś 

zdarzyło. 

-  U  nas  też  są  takie  opowieści  -  powiedział  stary  Indianin  i  zamyślił  się  głęboko, 

patrząc na srebrzący się w świetle księżyca stożek wulkanu. 

- Dawno, bardzo dawno temu w naszej wiosce żyła piękna dziewczyna - zaczął nagle 

mówić  stary  Indianin.  -  Oczy  miała  jak  dwie  gwiazdy,  usta  jak  czerwone  kwiaty  opuncji, 

które  rosły  wokół  jej  domu,  głowę  nosiła  dumnie  na  pięknej  długiej  szyi  jak  najbardziej 

szlachetna  lama,  nogi  miała  śmigłe  i  mocne  jak  dzika  guanako.  Ale  najpiękniejsze  miała 

włosy.  Sięgały  jej  aż  do  kolan,  gęste  były  jak  najgęstszy  las  w  dolinach  i  czarne  jak 

najczarniejsza księżycowa noc. 

Dziewczyna była wesoła i przez cały dzień słychać było w wiosce jej śpiew i głośny 

ś

miech, a codziennie wczesnym rankiem piękną dziewczynę można było zastać nad jeziorem, 

jak przeglądała się w jego wodach i czesała swoje piękne włosy. 

Stary  Indianin  mówił  śpiewnym  tonem  przymknąwszy  oczy.  Co  kilka  zdań  milknął, 

czekając chwilę aż Mariena przetłumaczy opowieść z hiszpańskiego na polski. 

-  W  tych  bardzo  dawnych  czasach  -  zaczął  po  chwili  stary  Indianin  -  na  ziemi  obok 

ludzi żyli też bogowie. Bogów było wielu, ale najważniejszym z nich był główny bóg - BÓG 

-  SŁOŃCE.  Miał  on  swoją  siedzibę  na  samym  szczycie  Góry  Ognia  -  tu  stary  Indianin 

wskazał ręką widoczny w księżycowym świetle stożek wulkanu. - Mieszkał w szczerozłotym 

pałacu,  siadywał  na  tronie  ze  szczerego  złota,  a  wszystkie  sprzęty  i  wszystkie  naczynia  w 

swym pałacu miał też ze złota i ze szlachetnych kamieni. 

Gdy  Bóg  -  Słońce  siedział  na  swym  tronie,  widział  wszystko,  co  się  dzieje  na  całej 

ziemi,  od  największych  gór,  mórz  i  rzek  do  najdrobniejszego  ziarenka,  do  najmniejszego 

robaczka schowanego pod skałą. 

Bóg  -  Słońce  miał  wszystko,  czego  mógł  zapragnąć,  ale  był  wciąż  smutny,  bo  żył 

zupełnie  sam  w  szczerozłotym  pałacu,  siadywał  na  tronie  ze  szczerego  złota  zupełnie  sam  i 

samotnie również jadał ze szczerozłotych naczyń. 

I  pewnego  dnia  zobaczył  w  maleńkiej  inkaskiej  górskiej  wioseczce  piękną 

dziewczynę,  która  codziennie  wczesnym  rankiem  wychodziła  przed  dom  rodzinny, 

przeglądała się w wodach jeziora i czesała swoje piękne, długie, czarne włosy. 

I  porwał  Bóg  -  Słońce  piękną  inkaską  dziewczynę  z  naszej  wioski  i  zrobił  ją  swoją 

background image

ż

oną. Posadził obok siebie na szczerozłotym tronie w szczerozłotym pałacu na Górze Ognia. I 

odtąd Bóg - Słońce już nie był smutny, bo skończyła się jego samotność. 

Lecz  dla  odmiany  Boska  Małżonka  była  wciąż  smutna,  tęskniła  bowiem  za  maleńką 

ubogą  wioską,  a  włosy  jej  traciły  swe  aksamitne  blaski,  nie  miała  bowiem  gdzie  się 

przeglądać ani gdzie czesać swych włosów, na tych wysokościach bowiem, gdzie mieścił się 

pałac Boga - Słońca, panował cały okrągły rok wieczny mróz, śnieg i lód. 

I ulitował się wspaniały i wielki władca nad smutkiem swej pięknej Boskiej Małżonki, 

i postanowił, że odtąd jedno jezioro u stóp Góry Ognia nigdy nie będzie zamarzać, aby Boska 

Małżonka  Boga  -  Słońca  mogła  przez  cały  rok  codziennie  rankiem  przeglądać  się  w  jego 

wodach i czesać wspaniałym złotym grzebieniem wysadzanym najpiękniejszymi kamieniami 

swoje długie aksamitnoczarne włosy.” 

Gdy Mariena tłumacząca inkaską opowieść dotarła do tego miejsca, gdzie była mowa 

o  jeziorze,  w  którym  przez  cały  rok  przegląda  się  Bóg  -  Słońce  i  Jego  Małżonka,  wszyscy 

Poszukiwacze  Złotego  Lodu  poderwali  się  jak  jeden  mąż.  Wszystkich  naraz  poraziła  jak 

błyskawica jedna i tą sama myśl. 

Dzika Mrówka nie wytrzymał pierwszy. Podskoczył do góry i wrzasnął przeraźliwym 

głosem: 

EUREKA!

 

aż odpowiedziało mu rozgłośne echo odbite od okolicznych gór: 

EUREKA!

 

a  potem  złapał  Ulkę  i  Jarka,  postawił  dziewczynę  w  środku  i  obaj  z  poważnym 

zazwyczaj  bratem  bliźniakiem  wykonali  zapomniany  już  nieco  w  rodzinie,  a  tak  częsty  w 

dziecinnych czasach uroczysty 

TANIEC PTAKA - DZIWAKA! 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY (I OSTATNI), 

W KTÓRYM NARESZCIE OKAZAŁO SIĘ, ŻE KIPU MÓWIŁO 

NAJPRAWDZIWSZĄ PRAWDĘ 

Nie  trzeba  chyba  nikomu,  kto  choć  troszeczkę  poznał  Dziką  Mrówkę,  wyjaśniać  ani 

tłumaczyć,  dlaczego  chłopak  przez  całą  najbliższą  noc  nie  zmrużył  oka.  Zresztą  wszyscy 

Poszukiwacze Złotego Lodu byli niezwykle podnieceni i podekscytowani. 

- Że też tobie to wcześniej do głowy nie wpadło! - Dzika Mrówka z wyraźną pretensją 

w  głosie  zwrócił  się  do  Jego  Brata,  gdy  już  całe  towarzystwo  ochłonęło  nieco  z  wrażenia, 

jakie  zrobiła  stara  inkaska  legenda  opowiedziana  przez  starego  Indianina  i  gdy  wszystkich 

obecnych olśniła jedna i ta sama myśl. 

- To może być nasza OSTATNIA SZANSA! - stwierdzili zgodnie pan Kamiński i Pan 

Wojtek  i  oczywiście  od  razu  na  szczegółowej  mapie  wypisano  obok  maleńkiego  jeziorka 

wypełnionego  wodą  słoną  od  rozmaitych  mineralnych  związków  nową  jego  nazwę,  a 

mianowicie: 

JEZIORO OSTATNIEJ SZANSY 

Jego  Brat  nie  zwracał  jednak  zbytniej  uwagi  na  natrętne  pytania  Dzikiej  Mrówki,  a 

nawet na zupełnie przecież niesłuszne pretensje, Jarek bowiem nadal był głęboko zamyślony. 

- Nad czym znowu tak myślisz? - niecierpliwił się Marek. - Już wszystko jest zupełnie 

jasne. No, nie? 

- Niby fakt, ale... 

-  Co  za  ale?  Jakie  „ale”  może  w  ogóle  być  w  tak  jasnej  sytuacji?  -  Dzika  Mrówka 

przewracał się z boku na bok na swym turystycznym materacu, zamknięty  szczelnie po sam 

czubek  nosa  w  puchowym  śpiworze,  w  którym  zresztą,  zgodnie  z  wydrukowanymi  na  nim 

informacjami, można było spać na gołej ziemi (a ściślej na gołym śniegu) aż do temperatury - 

15°. 

- Takie „ale”, że dalej nie wiemy, co znaczy ZŁOTY LÓD - zastanawiał się Jego Brat. 

- Ale czy to ważne? 

- Wszystko jest ważne. I wszystko COŚ musi znaczyć. Ja ci to mówię. Tylko nie mogę 

rozgryźć do końca. Brakuje mi drobiazgu, żeby wszystko zrozumieć do samego końca. 

- Jakiego drobiazgu? 

- Ba, sam bym to chciał właśnie wiedzieć - westchnął Jego Brat i obrócił się na drugi 

bok, co było niechybnym znakiem błyskawicznego zapadania w sen. 

background image

Do Dzikiej Mrówki natomiast sen nie przychodził przez długie nocne godziny. Wciąż 

kłębiły  mu  się  po  głowie  jakieś  skomplikowane  myśli.  Bez  przerwy  wyobrażał  sobie 

jutrzejszy dzień, oczyma wyobraźni przeżywał raz po raz to, co miało się jutro wydarzyć i był 

bardzo bliski podjęcia decyzji natychmiastowego wykopania się z ciepłego śpiwora, wstania, 

wyjścia  z  namiotu  i  rozpoczęcia  zaraz,  natychmiast,  przy  świetle  księżyca  i  jakiegoś 

podwodnego reflektora przeszukiwania Jeziora Ostatniej Szansy. 

Jak  on  może  spać  w  takim  momencie?  -  oburzał  się  po  raz  nie  wiadomo  który  na 

chrapiącego  rozgłośnie  brata  bliźniaka.  Bo  do  Balerona,  a  nawet  do  Studenta  i  Pana  Wojtka 

nie  miał  zbytnich  pretensji.  Lubił  ich  wszystkich,  a  pana  Wojtka  nawet  szanował,  ale 

ostatecznie  co  Jego  Brat  to  Jego  Brat.  Tak  jak  on  wymyśleć  coś,  tak  zapamiętać,  tak 

bezbłędnie  skojarzyć  poszczególne  luźne  fragmenty  w  jedną  logiczną  całość  to  najlepiej 

potrafi jednak tylko Jego Brat. 

Fakt! 

A on śpi!!! Coś okropnego!!! 

Jakoś jednak nadszedł ranek i Dzika Mrówka jako jeden z pierwszych był na nogach, 

poganiając wszystkich dokoła. 

-  Coś  taki  w  gorącej  wodzie  kąpany?  -  zapytał  go  w  pewnym  momencie  Baleron.  - 

Najważniejsze  dobrze  zjeść.  Jeżeli  w  Jeziorze  Ostatniej  Szansy  jest  COŚ,  to  chyba  nie 

ucieknie. Jeżeli Inkowie tam zatopili swoje skarby przeszło czterysta lat temu, to jeszcze parę 

godzin mogą one na nas poczekać - zakończył pracując przy tym bez przerwy szczękami. 

- Ale ty jesteś prymitywny! - oburzył się prawie zupełnie szczerze Mrówka, który miał 

sam  do  siebie  pretensje,  że  z  powodu  podniecenia  nieomal  zupełnie  stracił  apetyt,  czego 

najlepszym dowodem był fakt, że zjadł jajecznicę zaledwie z czterech jajek na boczku. - Jak 

można myśleć o jedzeniu, kiedy tam czeka na nas SKARB INKÓW! - Marek wskazał ręką w 

stronę  wierzchołka  wulkanu,  w  tym  bowiem  kierunku  leżało  niezamarzające  jeziorko,  czyli 

JEZIORO OSTATNIEJ SZANSY. 

Ś

niadanie  -  według  Marka  -  wlokło  się  niemożliwie,  tak  samo  w  ślimaczym  tempie 

odbywał  się  załadunek  płetwonurkowego  sprzętu  na  lamy  cierpliwie  przeżuwające  swój 

pokarm. 

Wreszcie ruszyli. Lamy z łatwością wdrapały się najpierw na niewielki płaskowyż, na 

którym leżały skreślone już czerwonym krzyżem na mapie NPNWO Nr 4 i 5 i niosły ciężkie 

juki  w  jeszcze  wyższe  rejony,  gdzie  zalegały  wieczne  śniegi  i  gdzie  przez  okrągły  rok 

panowały mroźne temperatury. 

Tam, okolone bielą śniegu, zieleniło się szmaragdowe wodne oczko. W jego gładkiej 

background image

powierzchni  odbijał  się  w  całej  okazałości  regularny,  biały  od  wiecznego  śniegu  stożek 

obecnie wygasłego wulkanu. 

-  Lustro  Małżonki  Boga  -  Słońca  -  wyszeptała  Ula  zauroczona  niezwykłym  pięknem 

surowego krajobrazu. 

To tutaj każdego ranka przegląda się ona i czesze swe długie czarne aksamitne włosy - 

myślała. 

Nie pora była jednak na zachwyty, bo czas naglił. 

Płetwonurkowie przebrali się w skafandry, przytroczyli ostatnie już butle z resztkami 

tlenu i podeszli do brzegu szmaragdowego jeziorka. 

Pan Wojtek zanurzył termometr w wodzie i po chwili oznajmił: 

- Pocieplała. 

- Ile? - zapytał Dzika Mrówka z nadzieją w głosie. 

- CZTERY!!! 

- Plus? - dopytywał się Marek. 

- Nie, oczywiście, że MINUS!!! - roześmiał się Pan Wojtek. 

- Ojejej! - Dzika Mrówka wzdrygnął się cały. Jeszcze nie wszedł do wody, a już mu 

było zimno! A co dopiero będzie potem? 

Pan  Kamiński  rozstawił  płetwonurków  wzdłuż  brzegu  w  odległości  mniej  więcej 

dziewięciu  -  dwunastu  kroków  jeden  od  drugiego.  Z  lewej  strony  Pan  Wojtek,  dalej  Dzika 

Mrówka, w środku Ula, potem Baleron i pan Kamiński. 

- Linek nie zakładamy - oznajmił pan Kamiński - bo jeziorko za małe. Mam nadzieję, 

ż

e woda jest na tyle przejrzysta, że damy radę spenetrować je w miarę dokładnie za jednym 

zanurzeniem.  Tylko  uwaga!  Po  pierwsze  woda  jest  naprawdę  bardzo  zimna,  a  po  drugie  jej 

gęstość jest znacznie większa i dlatego każde z was ma dziś dodatkowe obciążenie, bo inaczej 

to  byśmy  wszyscy  pływali  po  powierzchni  jak  korki.  I  jeszcze  jedno!  Jeżeli  ktoś 

COKOLWIEK  zauważy  na  dnie,  niech  się  NATYCHMIAST  wynurzy  i  melduje! 

Zrozumiano? 

- Zrozumiano! - odrzekli chórem. 

- Są jakieś pytania? 

- Nie ma. 

- No to START! 

Płetwonurkowie  poczęli  wchodzić  do  wody  jeszcze  bardziej  lodowatej  niż  w 

poprzednich jeziorkach. Przez krótki, króciuteńki moment Ula nachyliła się nad szmaragdową 

powierzchnią  i  wydało  jej  się  nagle,  że  widzi  śniadą  twarz  indiańskiej  dziewczyny  i  długie 

background image

gęste  czarne  włosy.  W  następnej  chwili  jednak  woda  zmąciła  się  i  obraz  czarnowłosej 

piękności rozmazał się i znikł. 

Dzika  Mrówka  zanurzył  się  pod  wodę.  Tu  pod  powierzchnią  było  dziwnie,  zupełnie 

inaczej niż w tylu już wodach, w tylu jeziorach, rzekach, a nawet morzach, w których Marek 

się zanurzał. Przede wszystkim było jasnozielone, a gdy spojrzał na swą rękę, wydała mu się 

też  jakaś  dziwna.  I  kolor  miała  zdecydowanie  inny  i  kształt,  a  w  ogóle  Marek  patrzył  na 

SWOJĄ rękę jak na jakąś OBCĄ. 

Pewno  promienie  świetlne  zupełnie  inaczej  się  w  tej  wodzie  załamują  -  domyślił  się 

po chwili. 

Schodził  z  dużą  trudnością  w  dół,  coraz  wyraźniej  bowiem  dawał  się  odczuć  inny 

ciężar właściwy otaczającej wody, gęstej i ciężkiej od rozpuszczonych w niej rozmaitych soli, 

dzięki czemu też woda ta nigdy nie zamarzała. 

Marek schodził coraz niżej i niżej, dno bowiem w tym miejscu opadało dość stromo. 

Mimo  to  wokół  wciąż  było  całkiem  jasno  i  kiedy  Dzika  Mrówka  spojrzał  w  pewnym 

momencie w bok, zauważył zupełnie wyraźnie sylwetkę Uli, płynącej również w dół. 

Znowu spojrzał przed siebie 

i... 

... z wielkiego wrażenia... 

zamknął szybko oczy 

potem 

JESZCZE SZYBCIEJ JE OTWORZYŁ! 

Bo  oto  nagle  w  odległości  zaledwie  kilku  metrów  przed  sobą  dostrzegł...  nie...  to 

zupełnie  niemożliwe...  ale  jednak...  tak...  naprawdę...  otóż  na  dnie  leżały  jedno  obok 

drugiego... 

... olbrzymie... 

... NACZYNIA! 

W  szmaragdowym,  rozproszonym,  nierealnym  i  jakby  księżycowym  świetle 

błyszczały te naczynia nieskazitelnym... 

Ojej! - zdołało się pomyśleć Dzikiej Mrówce. 

Nie wierząc własnym oczom odbił się mocno płetwami i wyciągnął ręce przed siebie, 

background image

ż

eby dotknąć... żeby dotykiem sprawdzić, że jednak to jest jawa, a nie dalszy ciąg marzeń czy 

też jakiegoś nierealnego snu. 

I już, już Dzika Mrówka miał dotknąć złote naczynie,  gdy  nagle poczuł pod palcami 

zimną, gładką powierzchnię, w głębi której schowane były złote naczynia. 

CO  TO?  -  zdumiał  się  -  DLACZEGO  TE  NACZYNIA  SĄ  I  JEDNOCZEŚNIE  ICH 

NIE MA? 

Wyciągnął  rękę  raz  jeszcze.  I  znowu  palce  natknęły  się  na  śliską,  przeźroczystą, 

gładką jak szkło powierzchnię, w głębi której wtopiona była wyraźnie widoczna złota misa. 

LÓD

 

- przemknęło błyskawicą przez głowę Dzikiej Mrówki. 

ZŁOTY LÓD!!! 

- zrozumiał w jednej chwili. 

A zatem Inkowie przed zatopieniem swych złotych skarbów wtopili je w jakiś sposób 

w  bryły  lodu,  a  ZŁOTY  LÓD  zatopili  w  jeziorku.  I  lód  oczywiście  utonął,  bo  był  ciężki  od 

złota  w  nim  wtopionego  i  nie  roztopił  się,  bo  na  tej  wysokości  temperatura  jest  zawsze 

poniżej zera, a woda w jeziorku nie zamarza, bo jest bardzo słona! 

To  wszystko  przemknęło  w  głowie  Dzikiej  Mrówki,  gdy  palce  jego  głaskały  lodową 

gładź. 

WIĘC 

KIPU 

MÓWIŁO 

NAJPRAWDZIWSZĄ PRAWDĘ!!! 

- pomyślał Marek i odbił się potężnie w górę. 

Po  chwilce  wynurzył  się  z  głośnym  pluskiem  lodowatej  wody  na  środku  słonego 

jeziorka, wyrwał ustnik z ust i wrzasnął na całe gardło: 

ZNALAZŁEM ZŁOTY LÓD!

 

- Złoty Lód? - nie zrozumiał Jego Brat. - Gdzie? 

- Tam na dole. Indianie wtopili złoto w lód i lód zatopili w jeziorze. HURRA!!! 

- FAKT! - Jego Brat podniósł rozradowaną twarz do góry, złapał się obiema rękoma 

za głowę. 

-  Teraz  WSZYSTKO  jest  jasne!  -  krzyknął.  -  Że  też  nie  wpadłem  na  to.  Przecież  to 

oczywiste! 

W tym momencie z głębi jeziora wypłynęła Ula. Wyrwała ustnik i krzyknęła: 

background image

- Znalazłam skarb! Olbrzymi skarb! Całe dno pokryte jest ZŁOTEM! 

Prawie równocześnie wyprysnął też w górę Baleron z przeraźliwym wrzaskiem: 

-  HURRA!  Wynik  przeszukania  POZYTYWNY!!!  Na  dnie  pełno  TALERZY  I 

MISEK!!! 

-  Temu  to  zawsze  JEDZENIE  w  oczach!  -  mruknął  płynący  już  do  brzegu  Dzika 

Mrówka, który w tym momencie poczuł, jak bardzo jest GŁODNY! 

- A gdzie są pan Kamiński i Pan Wojtek? - zapytał Student. 

Rzeczywiście.  Brakowało  dwóch  płetwonurków  płynących  na  dwóch  skrajnych, 

przybrzeżnych torach. 

Po chwili ukazali się i oni. Wynurzyli się po przeciwnej stronie jeziorka i obaj niemal 

równocześnie wyszli na brzeg. 

- Trudno! - powiedział pan Kamiński niezbyt wesołym tonem. - Nie udało się. Wynik 

przeszukania negatywny! 

-  I ja też nic nie znalazłem - dodał Pan Wojtek, ale w tym momencie obaj dostrzegli 

wyraźnie uradowane twarze pozostałych Poszukiwaczy Złotego Lodu. 

- JEST ZŁOTY LÓD!!! - oznajmił triumfalnym głosem Dzika Mrówka. 

- Złoty  Lód? - pan Kamiński spojrzał z wyraźnym politowaniem na chłopca i pewno 

pomyślał  sobie,  że  na  mózg  to  może  się  „rzucić”  zarówno  zbytni  upał,  jak  też  i  mróz.  -  O 

czym ty mówisz? 

-  Tato,  Dzika  Mrówka  znalazł  na  dnie  jeziorka  zatopione  w  lodowych  blokach  złote 

naczynia,  posągi,  jednym  słowem  cały  Złoty  Skarb  Inków  znajduje  się  na  dnie  Jeziora 

Ostatniej Szansy! - zawołała uradowana Mariena. 

-  Fakt  -  potwierdził  Jego  Brat.  -  I  Ula  widziała,  i  Baleron  też  -  dodał  pośpiesznie,  z 

doświadczenia  bowiem  wieloletniego  wiedział,  że  ludzie,  którzy  znali  bujną  wyobraźnię 

Marka, wszelkie jego rewelacje zwykli byli kłaść na jej karb. 

-  Dzika  Mrówka,  powiadasz?  -  powiedział  wolno  niedowierzającym  tonem  Pan 

Wojtek. - I Ula, powiadasz, i Baleron? 

W tym momencie jakby nagle dotarło do niego to, co NAPRAWDĘ powiedział Jego 

Brat,  spojrzał  na  stojącego  obok  skamieniałego  jakby  z  zaskoczenia  pana  Kamińskiego,  pan 

Kamiński  spojrzał  równocześnie  na  Pana  Wojtka  i  obaj  jakby  rażeni  prądem  elektrycznym 

wskoczyli bez zastanowienia raz jeszcze do lodowatej wody i obaj zanurzyli się mniej więcej 

w środku Jeziora Ostatniej Szansy. 

Nie  było  ich  przez  kilka  najwyżej  minut,  a  potem  równocześnie  wyprysnęli  na 

szmaragdową powierzchnię. 

background image

-  NIEPRAWDOPODOBNE!  -  zdołał  wykrztusić  z  siebie  pan  Kamiński,  człowiek 

przecież  bywały  w  świecie,  który  już  niejedno  w  swoim  długim  i  bujnym  życiu  widział.  - 

ZUPEŁNIE nieprawdopodobne! 

- Too good to be true!* [Zbyt dobre, aby było prawdziwe (ang).] - dodał Pan Wojtek, 

gdy  się  już  nieco  „odpowietrzył”  po  doznanym  wrażeniu,  a  sam  fakt,  że  powiedział  to  po 

angielsku, świadczył o tym, że podwodne znalezisko wstrząsnęło nim do głębi. 

Obaj  popłynęli  teraz  wolniuteńko  do  brzegu,  obaj  równie  wolno  wygramolili  się  z 

lodowatej wody. Poruszali się tak, jakby nagle poczuli namacalnie cały ciężar niesamowitego 

znaleziska,  cały  olbrzymi  ciężar  inkaskiego  skarbu.  Skarbu,  którym  żyli  przez  ostatnie  parę 

miesięcy,  ale  o  którego  istnieniu  tak  NAPRAWDĘ  nikt  chyba  nie  był  przekonany.  A  już  co 

jak co, ale szansa znalezienia tego legendarnego Skarbu Złotego Lodu wydawała się trzeźwo 

myślącym  panu  Kamińskiemu  i  Panu  Wojtkowi równie  realna  jak  główna  wygrana  w  toto  - 

lotka,  w  którym  dla  utrudnienia  znajduje  się  nie  czterdzieści  dziewięć  cyfr,  ale  co  najmniej 

dziesięć ich tysięcy! 

I oto NIEPRAWDOPODOBNE stało się FAKTEM! 

- Brawo! Duże brawa dla znalazców Złotego Lodu! - zawołał w końcu Pan Wojtek. - I 

szczególne brawa dla Ulki, która akurat ten obszar poszukiwań zechciała wylosować. 

W  tym  momencie  Ula  zupełnie  niespodziewanie  dla  samej  siebie  zaczerwieniła  się 

starym  swoim  zwyczajem  i  spojrzała  na  Dziką  Mrówkę  takim  wzrokiem  jakby  zobaczyła 

chłopca po raz pierwszy w życiu. I przypomniało jej się losowanie. A Marek tymczasem stał 

na brzegu rozkraczony na czarnych dużych płetwach z piegowatą gębą opromienioną od ucha 

do ucha najpełniejszym i najszczerszym z całego arsenału swoich uśmiechów. 

I  nagłe  Ulka  -  przezwyciężywszy  całą  swoją  dziewczęcą  nieśmiałość,  która  też  nie 

wiadomo dlaczego przez moment jej powróciła, objęła chłopca i ucałowała w oba policzki. 

- Dziękuję ci - powiedziała i po chwileczce dodała: - Ale skąd wiedziałeś? 

Teraz  zaczerwienił  się  dla  odmiany  Marek  i  zmieszał  do  tego  stopnia,  że  zamiast 

odpowiedzieć, jak już, już miał na końcu języka: „ba, ma się te swoje sposoby” wybąkał: 

- Daj spokój, w ogóle nie wiem, o co ci chodzi. 

W tym momencie wszyscy roześmieli się serdecznie, a potem nastał taki hałas i zgiełk 

nad  brzegami  szmaragdowego  jeziorka,  że  wreszcie  pan  Kamiński  musiał  uciszyć  całe 

płetwonurkowo  -  poszukiwawcze  towarzystwo  w  słusznej  obawie,  że  ze  zboczy  wulkanu  i 

okolicznych gór ruszą w dół niespodziewanie ogromne lawiny albo że urwie się potężny jęzor 

lodowca spływającego najbliższym żlebem od wielu setek, a może i tysięcy lat. 

Następnego dnia po odkryciu Złotego Lodu wszyscy zeszli jeszcze raz pod wodę, żeby 

background image

dokładniej  zbadać  niezwykłe  znalezisko.  Okazało  się  wtedy,  że  pojedyncze  bloki  lodu  z 

wtopionymi  skarbami  stopiły  się  w  mroźnej  słonej  wodzie  w  jedną  lodową  caliznę  i  tylko  z 

największym  trudem  udało  się  ostatecznie  odłupać  kilofem  mały  kawałek  lodu  z  wtopioną 

złotą figurką jakiegoś inkaskiego bożka. 

- I co dalej? - zapytał Dzika Mrówka. 

-  Dalej?  -  orzekł  pan  Kamiński.  -  Myśmy  już  zrobili  SWOJE.  Teraz  trzeba  wracać, 

choćby  dlatego,  że  skończył  się  nam  tlen  w  butlach,  a  i  czas  wciąż  nieubłaganie  płynie.  Z 

najbliższej poczty zatelefonuję do Muzeo National w Limie i do peruwiańskiego Ministerstwa 

Kultury, bo skarb jest własnością tego narodu. 

Trzeba też pomyśleć o zabezpieczeniu naszego znaleziska choćby do tego czasu, gdy 

zajmie się tym Muzeum lub Ministerstwo i dlatego w obozowisku zostanie Pablo, o którego 

uczciwości  przekonałem  się  już  wielokrotnie.  Zresztą  nie  będzie  on  tu  długo  sam,  bo  mam 

wrażenie,  że  odpowiednie  władze  niezwłocznie  po  otrzymaniu  tak  rewelacyjnej  wiadomości 

nadeślą tu odpowiednią ekipę drogą powietrzną, helikopterem. 

- Fakt! - przytaknął Jego Brat. 

- A co będzie potem, zobaczymy - zakończył pan Kamiński. - Nas na razie czeka dość 

długa i wcale nie taka znowu łatwa powrotna droga. 

- Niełatwa to ona może i jest - mruknął Dzika Mrówka - ale zawszeć to z góry w dół. 

- To też racja - roześmiał się pan Kamiński. 

Poszukiwacze  Złotego  Lodu  przeżyli  teraz  wszystko  jak  w  kręcącym  się  do  tyłu 

filmie.  Mijali znane  już sobie  okolice,  przechodzili  znowu  przez  karkołomne  mosty  wiszące 

nad  głębokimi  przepaściami  aż  dotarli  do  hacjendy,  gdzie  czekał  Matheo  z  dwoma 

pozostałymi im jeszcze samochodami. 

Cały sprzęt na razie pozostawiono w hacjendzie, a młodzi poszukiwacze zajęli miejsca 

w landroverach. 

A  potem  było  Cuzco  i  jeszcze  później  Lima,  gdzie  czekały  już  bilety  lotnicze  przez 

Madryt  i  Frankfurt  do  Warszawy,  zafundowane  przez  Ministerstwo  Kultury  Republiki  Peru 

dla grupy młodych polskich płetwonurków. Oczywiście przy tej okazji pełno było rozmaitych 

wywiadów  radiowych,  prasowych  i  telewizyjnych  i  były  też  różne  oficjalne  spotkania  z 

oficjalnymi osobistościami. 

Podróż  powrotna  minęła  błyskawicznie  i  już  na  drugi  dzień  wieczorem  na 

warszawskim  lotnisku  cała  gromadka  wpadła  w  kochające  i  stęsknione  ramiona  mam  i 

czekających  niecierpliwie  na  powrót  swych  sławnych  dzieci  ojców.  Tylko  na  Pana  Wojtka 

czekała  jego  niezawodna  Babcia,  pełna  wigoru  i  energii  mimo  swego  już  bardzo  sędziwego 

background image

wieku. 

- A nie mówiłam? - stwierdziła Babcia i każdy jej skwapliwie przyznał rację. 

A  potem...  potem  była  podróż  na  Wybrzeże  i  nie  było  końca  opowiadaniom  przy 

rodzinnych,  obficie  zastawionych  stołach.  A  na  stole  w  domu  Dzikiej  Mrówki  i  Jego  Brata 

królował SUPERSERNIK i jeszcze dwie wspaniałe szarlotki na dodatek. 

- Zupełnie jak na POWRÓT TATY* [Powrót Taty opisany jest w książce tego samego 

autora pt. „Dzika Mrówka tam - tamy”.] - zauważył Dzika Mrówka. 

- Teraz jest jeszcze większe święto - powiedziała wzruszona jak zwykle i do łez Mama 

- Micia - 

Ś

WIĘTO POWROTU SYNÓW. 

background image

EPILOG 

Po  kilku  miesiącach,  które  upłynęły  od  opisywanych  przygód  w  wysokich  dzikich 

Andach  nad  szmaragdowym  Jeziorem  Ostatniej  Szansy,  na  adresy  Dzikiej  Mrówki,  jego 

Brata,  Uli,  Balerona  i  Pana  Wojtka  nadeszły  z  bardzo  dalekiej  Limy  poprzez  Muzeum 

Narodowe  w  Warszawie  przesyłki  zawierające  małe  staroinkaskie  figurki  wraz  z  oficjalnym 

pismem  z  Muzeo  National  i  z  gorącymi  podziękowaniami  dla  młodych  polskich 

Poszukiwaczy Złotego Lodu. 

Razem  z  figurkami  nadszedł  obszerny  list  -  sprawozdanie  od  pana  Kamińskiego  z 

akcji  wydobywania  Złotego  Lodu,  a  także  list  od  Marieny,  w  którym  przesyłała  dla 

wszystkich pozdrowienia. A specjalne pozdrowienia były dla Jarka, czyli Jego Brata. 

-  No,  no  -  powiedziała  w  tym  miejscu  Micia  i  ogarnęła  ciepłym,  ale  też  i 

zaciekawionym  spojrzeniem  spokojniejszego  ze  swoich  synów,  który  w  tym  momencie  - 

właściwie nie wiadomo dlaczego - zaczerwienił się cały, zupełnie jak niegdyś miała to Ula w 

zwyczaju. 

Tym razem obyło się bez złośliwego komentarza Dzikiej Mrówki, był on bowiem tak 

zajęty  osobą  Uli,  że  ani  nie  słyszał  maminego  „no,  no”,  ani  też  nie  spostrzegł  Jarkowego 

rumieńca. 

A  na  rodzinnym  stole  w  przytulnym  mieszkaniu  w  Oliwie  stały  figurki  głęboko 

zadumanych o bardzo dawnych czasach inkaskich bożków, drobne okruchy 

SKARBU ZŁOTEGO LODU