O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
ROZDZIAŁ 1.
KANAPA, PRZED KTÓRĄ DRśY CAŁA SZKOŁA. STEFAN ULEPSZA ORTOGRAFIĘ.
OBIETNICA ZA OBIETNICĘ. GUZY ŚWIADCZĄ O TALENCIE.
O pierwszej w południe, kiedy dzień przewracał się na drugi bok, w klasie V A
robiło się gorąco. Okna po tej stronie budynku wychodziły na zachód, ale
wysokie, letnie słońce do niewytrzy-mania rozgrzewało biegnącą pod szkołą
ulicę, Ŝelazne sztachety, latarnie, a nawet wysokie, zaglądające na trzecie
piętro topole, które przez czerwiec ciągle jeszcze nie chciały się poddać
ulicznym kurzom i cieszyły oczy świeŜą zielenią.
Ta zieleń ciemna i spokojna w godzinach rannych, kiedy słońce zaglądało do
klas połoŜonych po drugiej stronie korytarza, teraz nie pozwalała skupić się
nad ksiąŜką czy zeszytem.
DuŜe i gładkie liście topoli, nasycone słonecznym blaskiem, drgały przy
najlŜejszym powiewie wiatru. Przywodziły na myśl drobno pofałdowaną, Ŝyczliwą
bosym nogom powierzchnię strumienia, miękką łąkę, miły cień drzewa na polnej
miedzy — wszystko, co było tak bardzo inne od kredy, atramentu i papieru,
wszystko, czego oczekiwali w tej chwili z niecierpliwością naciągniętą do
ostatnich granic uczniowie klasy V A w jednej ze szkół na przedmieściu Łodzi.
Odbywała się ostatnia lekcja w tym roku szkolnym. Młoda
nauczycielka, a jednocześnie Wychowawczyni tej klasy, Zofia Ostrowska,
nazywana przez uczniów „Gramatyką" — kończyła rozdawać zeszyty z
wypracowaniem. I ona rzucała tęskne spojrzenia chylącym się pod wiatrem
wierzchołkom topoli. Nauczyciele teŜ lubią wakacje.
JuŜ tylko trzy zeszyty. JuŜ tylko dwa. I ostatni.
— śórawiecI W twoim wypracowaniu jest sporo zdrowego sensu, mogłoby ono
otrzymać nawet niezły stopień. CóŜ, kiedy orto-grafia — poniŜej klasy
pierwszej. Za taką ilość błędów nie moŜna postawić więcej niŜ dwójkę.
Przy pierwszych słowach nauczycielki Stefan śórawiec powstał. Lekko pochylony
szedł między ławkami. Jasną, falującą czuprynę odgarnął ręką do tyłu, a
zielonkawe oczy błysnęły hardo. Odebrał z rąk nauczycielki zeszyt, ukłonił się
niedbale i wracał na swoje miejsce.
Wiele par oczu spojrzało w jego stronę. Chłopiec zdawał sobie z tego sprawę.
Hamowana złość kazała mu zagryźć dolną wargę. Siadając w ławce, rzucił
półgłosem:
— Nie szkodzi. Wszyscy wielcy ludzie pisali okropnie. Głowy uczniów z
niepokojem zwróciły się w stronę nauczycielki: słyszała? Słyszała.
Na twarzy jej odbiła się przykrość. Ciemne, prawie zrastające się brwi
drgnęły. Klasa, w oczekiwaniu na „hecę", zapomniała o zielonych topolach.
Nauczycielka ze spokojem, który nie przyszedł jej łatwo, rzuciła w stronę
krnąbrnego ucznia:
— Na przykład? Stefan śórawiec milczał.
—• Na przykład? — powtórzyła wychowawczyni. — Skoro tak twierdzisz, to chyba
umiesz wymienić tych sławnych. Stefan wstał niechętnie.
— No, chociaŜby... Napoleon. Widziałem jego podpis. Pisał jak kura pazurem.
— Widziałeś chyba fotografię jego podpisu — poprawiła
nauczycielka. — Pisał rzeczywiście niewyraźnie. Ale błędów nie robił. Ja nie
za kaligrafię postawiłam ci dwójkę, tylko za błędy,
za mnóstwo błędów — powtórzyła z naciskiem pani Ostrowska.
— A Karol Wielki? — upierał się Stefan. — Ten w ogóle nie umiał pisać.
Zaledwie swoje imię. A do tej pory trzeba się o nim uczyć.
— Ha! — rozłoŜyła ręce nauczycielka, a w głosie jej zadźwięczała wyraźna
drwina. — Skoro tą drogą chcesz dojść do wielkości, to ci współczuję. Ten
sposób wydaje mi się bardzo przestarzały i... juŜ nieskuteczny.
W klasie ktoś parsknął śmiechem. Stefan zaczerwienił się. Nauczycielka
zwróciła się do całej klasy:
— Przypominam jeszcze raz: jutro o dziewiątej zakończenie roku i
rozdanie świadectw.
Rozległ się dzwonek. Ledwo umilkł, dorzuciła:
— Oto i ostatni dzwonek w tym roku szkolnym.
Zamknęła dziennik i, schodząc z katedry, głęboko odetchnęła.
— Ale pani cięŜko wzdycha — odezwał się obłudnie Franek Gawroński.
Zmierzająca do drzwi wychowawczyni przystanęła. Spojrzała na Franka, potem na
Stefana.
Strona 1
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— A czy mnie z wami było lekko? — powiedziała bez uśmiechu i szybko wyszła z
klasy.
Cała klasa, tak jak wstała na poŜegnanie wychowawczyni, skamieniała na chwilę.
Ale tylko na chwilę. Ledwo drzwi trzasnęły, nieprzyjemny nastrój wyładował się
na osobie śórawca.
—¦ To wstyd! To wstyd! — krzyŜowały się okrzyki z róŜnych stron klasy.
— Tak się nauczycielce odpowiada?
— Harcerz!
— Inna toby mu dwóję na świadectwo wlepiła!
— Ja wam mówię, Ŝe Gramatyka jeszcze wcale nie taka najgorsza.
— Ale jej Stefan odpłacił!
— Napoleona zgrywa!
— Ty, śórawiec! Napoleon na koniu jeździł, nie na bykach!... Ostatnie
powiedzenie wyWołało ogólną wesołość.
Stefan stał blady, aŜ drobne piegi na nosie wystąpiły wyraźniej. Twarz
wykrzywiła mu wściekłość. Smukły, wyrośnięty na swoje dwanaście lat, górował o
pół głowy nad kolegami. ToteŜ kiedy z zaciśniętymi pięściami zwrócił się w
stronę autora ostatniego Ŝartu, zrobiło się od razu wokół niego luźno. I nie
wiadomo, czym zakończyłaby się ostatnia lekcja w klasie V A, gdyby w tej
właśnie chwili nie uchyliły się drzwi i nie błysnęła w nich łysa jak kolano
głowa starego woźnego, zwanego „Kochasiu".
— śórawiec, kochasiu! Do pana kierownika, juŜ zaraz, na jednej nodze, kochasiu!
Oburzenie i drwiny kolegów szybko zamieniły się w szczere lub udane współczucie.
— Stefan! Masz pecha! — powiedział Wiktor.
— PoskarŜyła! — krzyknął Franek Gawroński z satysfakcją w głosie. — A co? Nie
mówiłem? Wszyscy tak za nią: „dobra", „dobra", a ja zawsze powtarzam: „Jaka
ona tam dobra?" Jakby była dobra...
— ...Toby cię na drugi rok nie zostawiła, chociaŜ masz pięć dwójek — zadrwił
Bartek NiedŜwiedzki.
— E, tam! Z wami rozmawiać to szkoda języka strzępić — rozgniewał się Franek
i zwrócił się do Stefana: — Chodź, Stefan, odprowadzę cię.
— Obejdzie się, sam trafię. Wiktor, zaczekaj na mnie! — burknął Stefan i
szybko wybiegł na korytarz.
Chłopcy wysypali się za nim. Kancelaria kierownika była na pierwszym piętrze,
więc po schodach towarzyszyli jeszcze koledze.
— śeby tylko nie na kanapie — szepnął do Wiktora Stefan.
— E, chyba dziś nie będzie czasu — pocieszał Wiktor. — Nie bój się.
— Z kierownikiem rozmówisz się po męsku — dodawał otuchy Bartek NiedŜwiedzki.
— Pewnie — rzucił Stefan udając, Ŝe go ta cała sprawa niewiele wzrusza. Ale
było inaczej.
„Pewnie — myślał sobie — męŜczyzna z męŜczyzną zawsze się dogada. Ale po co ja
tej Gramatyce tak odszczeknąłem?"
Zapukał do drzwi kancelarii i zapytał siedzącą pod oknem sekretarkę, czy moŜna
wejść do pana kierownika.
— A po co?
— Pan kierownik mnie wzywał — bąknął Stefan.
— Aha! •— powiedziała sekretarka tonem, który znaczył: „taki z ciebie
ananas", i machnęła ręką w stronę drzwi gabinetu — wejdź!
Stefan znowu zapukał, na głośne „proszę" wszedł i szurnąwszy nogami zatrzymał
się przy drzwiach.
Kierownik rozmawiał przez telefon. Na ukłon Stefana odpowiedział kiwnięciem
głowy i ruchem ręki wskazał na miejsce koło biurka, za którym siedział, ale
Stefan nie skorzystał z zaproszenia. A nuŜ wezwany jest tylko po to, aby oddać
komuś w blokach list, jak to juŜ nieraz bywało? Po co zasiadać na krześle, po
co zbliŜać się do postrachu całej szkoły, nieszczęsnej kanapy, która tak oto?
powaŜnie i godnie rozpiera się na najszerszej ścianie wprost okien i biurka.
Stefan zerka w jej stronę, ale czym prędzej odwraca głową. JuŜ lepiej patrzeć
na blibliotekę pełną ksiąŜek. KtóŜ to wszystko zdąŜy przeczytać? Na bibliotece
stoi puchar. Nagroda zdobyta przez szkołę jeszcze w tych czasach, kiedy boisko
szkolne było prawdziwym boiskiem, a nie jak teraz placykiem uszczuplonym przez
ogródki z jednej strony, a szopy na węgiel z drugiej. Stefan wzdycha i słyszy
w tej chwili dźwięk słuchawki kładzionej na widełki.
Chłopiec zwraca oczy na pana kierownika, który najpierw ściera jakąś natrętną
Strona 2
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
myśl z czoła, potem podsuwa na nie okulary, patrzy lekko zaczerwienionymi
oczyma na Stefana i mówi:
— Powiedz no mi, Stefan, czy ci nie wstyd? Stefanowi jest wstyd. Czerwieni
się i jąka:
—• Tak... juŜ tu Gra... juŜ tu pani od polskiego obsmarowała mnie...
— Nie zgadłeś — mówi pan kierownik. — Nie rozmawiałem z panią Ostrowską. Po
prostu podpisywałem dziś świadectwa i widziałem twoje stopnie. Trójka z
polskiego. Więc pytam cię: czy ci nie wstyd? Jesteś zdolny chłopiec. Masz
dobre warunki do nau-
ki, a na świadectwie kilka trójek. I jedna z nich — z języka ojczystego!...
— Tak — mówi juŜ trochę śmielej Stefan — zdolny jestem, ale przez tę
ortografię to ja całe Ŝycie będę miał zmarnowane. Ja juŜ z tym wszystkim
wytrzymać nie mogę.
— O! — zdziwił się kierownik. — Takiś nieszczęśliwy? A dlaczego to inni twoi
koledzy, nawet mniej zdolni od ciebie, dają sobie radę? Na ogół wasza klasa
dobrze z polskiego stoi.
— To prawda, ale ile się chłopaki namęczą, to nikt nie wie. — Stefan
przytakuje i gorączkowo myśli, czym by tu pana kierownika zagadać? Aha, juŜ
wie. Próbuje: — W referatach na róŜnych uroczystościach mówi się, Ŝe teraz nie
ma ucisku człowieka przez człowieka. A niechby tak kto do naszej klasy na
polski przyszedł, to dopiero by się przekonał. Ucisk — jak nie wiem co!
— Jak to? — zdziwił się kierownik. — Co wy przez to rozumiecie? Bo ja nic nie
zauwaŜyłem. Usiądźmy tu sobie na kanapie i opowiedz mi o tym strasznym ucisku.
Ą więc stało się to najgorsze: rozmowa na kanapie. Zapraszani na nią uczniowie
woleliby siadać na desce nabitej gwoździami. Rozmowa na kanapie była z reguły
długa. Była dokumentna: sianem nikt się nie mógł wykręcić. Nawet Wiktor
Kijanka, znany w całej szkole z tego, Ŝe kłamał bez drgnienia okiem i wyłgiwał
się z najtrudniejszych sytuacji, nawet on na tej kanapie tracił cały swój
rezon, twierdząc, Ŝe „na siedzący łganie nie idzie".
CóŜ miał robić nieszczęsny Stefan? Usiadł z miną tak ponurą, Ŝe to jedno
powinno pana kierownika wzruszyć. Niestety, pan Marczyński, jeŜeli się nawet
i wzruszył, to zupełnie tego nie
okazał.
— Na historii i tak w ogóle — wyjaśnia Stefan starając się o jak
najpowaŜniejszy wyraz twarzy — to słyszymy, jak to na przykład za pańszczyzny,
w fabrykach jedni uciskali drugich. Bogacze, znaczy się, uciskali biednych. I
na przykład Kościuszko czy Staszyc występowali w obronie uciskanych. A jak
pani Ostrowska mnie uciska za tę ortografię, to nie tylko nikt w obronę mnie
nie weźmie, ale jeszcze na mnie jak nie wiem co...
Stefan kątem oka sprawdził, czy „ryba chwyciła haczyk". Nie-
stety, pan kierownik musiał mieć kamienne serce, bo odezwał się z ledwo
hamowaną kpiną:
— MójŜeś ty uciśniony biedaku!
— Tak — nie ustępował Stefan — pan kierownik się śmieje. A przecieŜ to ucisk
kubek w kubek: pani Ostrowska posiada naukę, a ja nie. Więc to zupełnie jak
ten bogacz, który posiadał i ciemięŜył tego, który nic nie miał.
— Hola! To juŜ bzdura — zaprotestował kierownik. — Pani Ostrowska oddaje wam
ze swego bogactwa, ile tylko moŜe. Wszystkim, co posiada, chce się z wami
podzielić.
— No dobrze — zgodził się Stefan — jeŜeli pani Ostrowska niezupełnie jest
taka jak ten bogacz, to my jednak czujemy się uciskani. Po co tyle cierpień?
Panie kierowniku, ja to bym zupełni inaczej urządził!
— Ciekawe jak? — zainteresował się kierownik.
— Najgorsze w tej ortografii jest to, Ŝe mnóstwo trzeba wykuć na pamięć.
Dlatego tak mi trudno bo ja to lubię na rozum wziąć. Jak coś zrozumiem, to od
razu zapamiętam. Więc w ortografii teŜ wymyśliłbym wszystkie takie prawidła,
Ŝeby kaŜdy rozumiał, dlaczego się pisze tak, a nie inaczej. Na przykład —
herbata; jeŜeli z cukrem, to pisałbym przez „ch", a jak bez cukru to samo „h".
Rozumie się samo przez się.
— Hm, a jak byś napisał na przykład „herbaciane róŜe"?
— Przez samo „h" — przecieŜ nikt róŜ cukrem nie posypuje.
— A takie zdanie: „Ciotka poczęstowała nas herbatą"?
— Naturalnie przez „ch" — przecieŜ się nie częstuje gości herbatą bez cukru.
Strona 3
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Lepiej się pod ziemię zapaść niŜ przed gośćmi zawstydzić.
— Ale przecieŜ ta ciotka mogła być na przykład skąpa.
— O, panie kierowniku, skąpy to w ogóle nic nie da, ani cukru, ani herbaty.
Ja wiem, ja sam mam taką ciotkę.
Pan kierownik śmiał się na dobre. Podniesiony na duchu Stefan wywodził swojej
teorii ciąg dalszy:
— Albo na przykład kluska. Kluskę powinno się pisać przez „ó", bo jest
okrągła. No nie?
— Nie — zaprotestował kategorycznie pan kierownik. — Nie zgadzam się z tobą.
Znasz kluski kładzione?
— Znam.
— Okrągłe są?
— Nie. Kładzione to są przewaŜnie podługowate.
— A krajane?
— Krajane do pomidorowej zupy to są kwadratowe albo takie
spiczaste.
— No, więc gdzie te okrągłe?
— A kartoflane? Moja mama robi pyzy z kartofli, takie okrągłe z dołkiem w
środku. Pyszne są. — I Stefan przełknął ślinę.
— Dobrze. Ale to pyzy. Nie ma w nich w ogóle „ó". Proszę cię więc, pisz
zawsze kluski przez „u" zwyczajne, bo wcale nie są okrągłe. A co do herbaty,
to wiesz przecieŜ: przygotowuje się ją .zawsze bez cukru. Cukier podaje się
oddzielnie. KaŜdy sobie słodzi, ile chce. Pisz więc herbatę przez samo „h".
Stefan zamilkł na chwilę. Rzeczywiście, teraz juŜ ani herbata, ani kluska nie
pomylą mu się nigdy. śeby to Gramatyka chciała tak kaŜdy wyraz wytłumaczyć.
Ale ona widocznie takiego wykształcenia jak pan kierownik nie ma.
W tej chwili zadzwonił telefon na szafce pod oknem. Pan Mar-czyński podszedł
do aparatu, a Stefan, chcąc skorzystać z okazji, sunął juŜ w stronę drzwi. Nic
z tego. Kierownik powstrzymał go ruchem ręki i tylko powiedział do słuchawki:
— Dobrze. Za pół godziny będę.
Stefan struchlał. BoŜe! Przez pół godziny to moŜna flaki z człowieka wypruć.
Na szczęście nie zaproszono go juŜ na kanapę. Kierownik powiedział po prostu:
— Dzisiaj, niestety, musimy tę rozmowę zakończyć. Co do twoich
pomysłów, to owszem, posługuj się tym, co ci pomaga, ale nie przesadzaj. Nie
wszystko w ortografii da się wziąć na rozum. Są wyrazy, których pisania trzeba
się nauczyć na pamięć. — Tu kierownik roześmiał się. — Himalaje pisze się
przez „h", chociaŜ leŜą koło Chin.
— No, właśnie — westchnął Stefan. — A gdyby leŜały w Holandii...
— Nic na to nie poradzimy, Stefanie.
— ...albo gdyby Holandia leŜała koło Himalajów?
— Albo Ŝeby i Holandię, i Himalaje przenieść do Hondurasu? Co? Wiesz
przynajmniej, gdzie Honduras leŜy?
Stefan chciał się obrazić. Z geografii miał piątkę. Tego to pan kierownik nie
zauwaŜył. A przecieŜ ze Stefana i filatelista nie byle jaki. Niejeden uczeń z
siódmej zazdrościł mu albumu. Pan Marczyński milczenie Stefana wytłumaczył
sobie inaczej, bo sam na swoje pytanie odpowiedział:
— Honduras leŜy w Ameryce Środkowej. I widzę, mój drogi, Ŝe ty nie tylko
ortografię przerobiłbyś po swojemu, ale i w geografii narobił bigosu. Oj,
Stefanie, Stefanie.
Stefan myślał, Ŝe to juŜ koniec, i znowu posunął się w stronę drzwi, ale
kierownik zatrzymał go raz jeszcze.
—¦ Chwileczkę, mam do ciebie prośbę. Powiedz, Ŝe się na nią zgodzisz.
Kiedy indziej Stefan targowałby się. Chciałby wiedzieć, o co chodzi, nie tak:
kota w worku kupować. Ale zdawało mu się, Ŝe najmniejszy jego opór spowoduje
znowu zaproszenie na kanapę i odpowiedział czym prędzej:
— Tak jest, panie kierowniku, zgodzę się.
— A więc proszę cię; zacznij pisać pamiętnik.
— Ja? Pamiętnik? — spłoszył się Stefan. — Jak dziewczyna?
— Dlaczego jak dziewczyna? Wielu sławnych ludzi pisało pamiętniki. Teraz
dzięki tym pamiętnikom korzystamy z ich Ŝyciowego doświadczenia, dowiadujemy
się wielu ciekawych rzeczy o przeszłości.
— A jeŜeli ja nie zostanę sławnym?
— To nie jest konieczne, zapewniam cię. NajwaŜniejsze, Ŝebyś pisał o swoich
Strona 4
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
pomysłach, o swoim Ŝyciu, o kolegach. Chyba tematu ci nie zabraknie?
— O! MoŜe pan kierownik być spokojny... śebym tylko o naszej klasie pisał, to
wyszłaby cała ksiąŜka. U nas w klasie to prawie co dzień jakaś heca.
— ZauwaŜyłem to — westchnął pan kierownik i popatrzył na Stefana z wyrzutem.
— Powiem ci nawet, Ŝe mi waszej wychowawczyni serdecznie Ŝal. Ma ona z wami
trzy światy, ma...
— Nam teŜ czasami Ŝal — przytaknął Stefan. — Ale co było robić? To juŜ nie
nasza wina.
— Nie wasza? — kierownik ze zdumienia uniósł brwi w górę. — A czyja?
— To pan kierownik nie pamięta, jak nasza klasa, zaraz we
wrześniu, delegację tu przysłała?
— Przypomnij no mi, nie pamiętam.
— No, właśnie. A teraz to wszystko na nas. A przecieŜ juŜ wtedy prosiliśmy,
Ŝeby pan kierownik zmienił wychowawcę, bo pani Ostrowska rady sobie z naszą
klasą nie da. Cała szkoła wie, Ŝe V A to, moŜna powiedzieć, „lepsza klasa", Ŝe
u nas jest sporo chłopaków chętnych do róŜnych... takich
pomysłów.....aktywistów", znaczy się, nie w ciemię bitych...
— Niestety! Wiem coś o tym — pokiwał głową kierownik.
— I prosiliśmy wtedy pana kierownika, Ŝeby pani Ostrowska wzięła piątą
bara... — Stefan ugryzł się w język i poprawił: — V B. Tam są prawie same
takie spokojne niunie. Pani Ostrowskiej byłoby o wiele lepiej. A u nas Ŝeby
był pan wychowawca, ten co w zeszłym roku. Ale pan kierownik wcale tego nie
chciał wziąć pod uwagę. A teraz nazywa się, Ŝe my jesteśmy winni. To gdzie
jest sprawiedliwość na tym świecie?
Pan Marczyński nie przestawał kiwać głową. Chciał coś powiedzieć, strzepnął
ręką, wreszcie spytał:
— Tylu „aktywistów", mówisz? No cóŜ, trzeba będzie tę sprawę jeszcze raz
rozwaŜyć.
Stefan ucieszył się.
— Panie kierowniku — zawołał składając ręce — ja juŜ wszystko obiecam i
wszystkiego dotrzymam! Tylko niech pan kierownik coś zrobi, Ŝeby pani
Ostrowska nie była juŜ naszą wychowawczynią. Bo pani Ostrowska i w szóstej
klasie nie da sobie
z nami rady.
— A nie spowaŜniejecie w szóstej klasie?
— Na pewno nie — Stefan aŜ w piersi się grzmotnął. — Jak
amen w pacierzu. To juŜ od razu jakoś tak źle się ułoŜyło. Do naszej klasy
męska ręka pasowałaby najlepiej.
— Tak myślisz? No dobrze, zastanowię się nad tym. Obiecuję ci to w zamian za
twoją obietnicę. Więc pisz pamiętnik czy dziennik, jak wolisz. MoŜe rozwiniesz
w sobie jakieś zdolności literackie. Kto wie? Podobno masz łatwość wyraŜania
się w piśmie. A teraz zmiataj. Zaraz, jeszcze na pamiątkę tej rozmowy
dostaniesz ode mnie ksiąŜkę.
— Z podpisem? — ucieszył się Stefan.
— MoŜe być z podpisem. I proszę cię, nie rozstawaj się s, tą ksiąŜką przy
pisaniu. Dobrze?
— Dobrze — zapewnił uradowany Stefan. Ale mina mu zrze-dła, kiedy zobaczył,
Ŝe pan Marczyński wyciągnął z szuflady zieloną, niegrubą ksiąŜkę z
wyraźnym, czarnym tytułem Zasady pisowni polskiej.
Był to istny kubeł zimnej wody na głowę przyszłego sławnego człowieka. Pan
kierownik zdawał się nie dostrzegać rozczarowanego wyrazu twarzy chłopca.
Trzepnął go po ramieniu i po chwili Stefan biegł do szatni.
Nikogo juŜ tam nie było. Widocznie koledzy nie mogli się doczekać i poszli do
domu. Stefan spokojnie jak nigdy, z teczką niesioną po ludzku pod pachą, ze
smętnie zwieszoną głową brnął przez szkolne podwórko.
Wiktor i Bartek Niedźwiedzki czekali przed bramą.
— Stefan, co tak długo? — zawołał Wiktor, a grubas Bartek zapytał
przyglądając się koledze uwaŜnie:
— Siedziałeś na kanapie, co?
— Owszem, siedziałem i moŜe siedziałbym jeszcze. Telefon mnie
wybawił. Pan kierownik musiał gdzieś iść.
— Miałeś szczęście — stwierdził spokojnie Bartek.
— No i o co chodziło? Gramatyka naskarŜyła. Tak? — Chudy, zwinny Wiktor
Strona 5
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
okręcił się wokół Stefana, podskakując jak wróbel przy kaŜdym pytaniu.
— Nie, nie naskarŜyła. I wiecie co, chłopaki? — Stefan nagle oŜywił się. —
Zobaczycie, Ŝe w szóstej klasie Gramatyki z nami nie będzie.
powiedział
— Eee... skąd wiesz? — powątpiewał Bartek.
— Skąd wiem, to wiem, ale moŜesz mi wierzyć nadymając się Stefan. — Chcesz
sią załoŜyć?
— Nie. Za długo czekać — odmówił Bartek. Wiktor zniecierpliwił się na dobre.
— Powiesz po ludzku, czego od ciebie chciał kierownik, czy nie? Bo zabieram
się i idę.
Wyćwiczonym ruchem umieścił swoją teczkę płasko na ciemnej, niesfornej
czuprynie i wyraźnie zamierzał opuścić kolegów. Stefan zrozumiał, Ŝe dłuŜej
przeciągać struny nie moŜe. Spuścił więc skromnie oczy i oświadczył:
— Mam pisać pamiętnik.
— Pamiętnik? — zdziwili się obaj chłopcy jednocześnie. — Po
co?
— No... bo ja mam takie róŜne pomysły.
— A przecieŜ niedawno za te właśnie pomysły dostałeś mycie
głowy?
— To od Gramatyki... A pan kierownik uwaŜa, Ŝe z tych pomysłów... moŜe
skorzystać ta... potomność i w ogóle nie wiadomo, czy nie zostanę sławnym
człowiekiem.
Tu Stefan spojrzał na kolegów i przekonał się, Ŝe jego słowa zrobiły duŜe
wraŜenie. Szli jakiś czas w milczeniu. Wreszcie Wiktor odezwał się pierwszy:
— A pytał się o co?
— Owszem, pytał.
— O co?
— O to, gdzie leŜy Honduras.
— Jak to? Nie wiedział tego? — Bartek nie posiadał się ze zdumienia.
— Wiedział. Ale chciał jeszcze wiedzieć, czy ja wiem.
— I co?
— Powiedziałem.
— I co?
— I nic. Dostałem ksiąŜkę.
— KsiąŜkę? Na co?
— Na pamiątkę.
—. Nic nie rozumiem — zdenerwował się ostatecznie Wiktor. — Takie nadzwyczajne
sprawy omawiał z tobą pan kierownik, ksiąŜkę ci podarował, a ty idziesz
kwaśny, jakbyś się octu napił. Co to znaczy?
— A to — wybuchnął Stefan — Ŝe i ty, gdybyś się podjął przez całe wakacje
codziennie w pamiętniku pisać, i do tego bez błędów, to teŜ nie skakałbyś na
pewno z radości!
— Fiuuu! —¦ gwizdnął Wiktor i dopiero teraz w jego oczach błysnęło
współczucie. — Najgorsze to „bez błędów", bo przecieŜ w ogóle pisanie idzie ci
piorunem.
—. Piorunem — mruknął Stefan — właśnie przez to błędy robię.
— Zaraz — zatrzymał się Bartek. — Dlaczego mówisz „codziennie"? Najpierw była
mowa tylko o pamiętniku.
— Bo i kierownik mówił raz „dziennik", a drugi raz „pamiętnik".
— Aha. Wobec tego moŜesz pisać albo codziennie, albo raz na kilka dni. Chyba
Ŝe wyraźnie obiecałeś pisać codziennie?
— Nie. O czymś takim mowy nie było. Obiecałem tylko, Ŝe będę pisać.
— W porządku — powiedział Wiktor. — Reszta zaleŜy od organizacji. Ja na twoim
miejscu pisałbym tylko w te dni, kiedy będzie padać. Na przykład: dziś jest
ładnie — idziemy grać w piłkę. MoŜesz nie napisać ani słowa.
— Dziś i tak się nie liczy, nawet Ŝeby lało jak z cebra — prostował dokładny
zawsze Bartek — i jutro teŜ nie. Wakacje zaczynają się dopiero pojutrze.
— Wiktor! — twarz Stefka rozchmurzyła się uśmiechem. — Kamień z serca mi
zdjąłeś. Rzeczywiście, organizacja to grunt. Pisać będę, bo słowo się rzekło.
W dni deszczowe mogę posiedzieć, nie szkodzi. Ale w pogodne, hulaj dusza!
— A jeŜeli przez całe wakacje będzie lało? — spytał Bartek.
— Tfu! Tfu! — splunął przez lewe ramię Wiktor. — śebyś nie powiedział w złą
godzinę. Ty, Bartek, zanadto czarno wszystko widzisz. Jeszcze wakacje nam
Strona 6
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
zapeszysz. Tfu!
— Wcale nie czarno widzę, tylko tak sobie myślę o kłopocie
Stefana. Bo jeŜeli na przykład przez całe wakacje nie będzie ani dnia deszczu,
to co? To on nic nie napisze?
— Oj, Bartek — zawołał Stefan — nudny jesteś jak przerobiona czytanka. To jest
właśnie moje ryzyko. Dziś nie pada — dziś nie piszę, a jutro zobaczy się, i
koniec.
Przystanęli na Rzgowskiej, pod duŜą kamienicą, w której mieszkał Bartek
Niedźwiedzki. Wiktor i Stefan szli razem do bloków na Bednarskiej. Stefan
mieszkał w tych bliŜszych. Wiktor dopiero za parkiem. Umówili' się na piłkę po
południu i obaj pobiegli na
obiad.
Stefan był głodny jak wilk. Ptakiem frunął na swoje trzecie
piętro.
Dzwonił do drzwi jak na poŜar, a wpadłszy do mieszkania,
krzyknął:
—¦ Mamo, dobra wieść, strasznie chce mi się jeść!
Matka, rozgniewana dzwonieniem, nieprędko dała się udobruchać.
Powtarzała co chwilę:
— Poczekaj, niech tylko ojciec przyjdzie. JuŜ ja mu powiem
wszystko.
Stefan wolał dzisiaj unikać. wszelkich zasadniczych rozmów z ojcem, który w
takich wypadkach, nie wiadomo dlaczego, robił przegląd zeszytów syna i
wypominał mu dawne, okupione juŜ grzechy. Niechby się dopatrzył ostatniej
dzisiejszej dwójki! Rany boskie! Lepiej obejść się bez tego. ToteŜ z własnej
nie przymuszonej chęci Stefan złapał wiadro ze śmieciami i klucze od piwnicy,
aby z powrotem przynieść węgla do kuchni. Zapytał jeszcze, czy nie trzeba
czego ze spółdzielni, aŜ zdziwiona tą gorliwością Lucynka zapytała go
podejrzliwie:
— Stefan, co ci się stało?
— Cielę na nogę mi nadeptało, wiesz? — odburknął Stefan i juŜ wychodząc
pokazał jej w całej okazałości język.
Z zaplanowanej piłki, niestety, trzeba było zrezygnować. Śliczne czerwcowe
niebo zakryły ciemne chmury. Z okien było widać dalekie zygzaki błyskawic, po
których w coraz krótszym odstępie czasu przewalał się grom.
Burza zbliŜała się wielkimi krokami.
Matka własnoręcznie pozamykała okna. Zabroniła wyjść na balkon, chociaŜ
jeszcze nie padało. Przy kaŜdej błyskawicy Ŝegnała się poboŜnie. Naśladowała
ją Lucynka z pogardą patrząca na brata, który trzymał się po męsku: ojciec
tego nie robił.
Stefan zbliŜył się do okna, w które biły juŜ mocne bicze deszczu. Zza gęstej
zasłony ledwo było widać sylwetki drzew w parku. Rynsztokami szorowała wartko
woda. Na chodnikach było pełno kałuŜ.
Stefan wyobraził sobie, jak wygląda w tej chwili ich dzikie boisko, wydeptane
własnymi nogami, w parku Leonarda. Po takiej ulewie nie wiadomo, czy nawet
jutro będzie moŜna kopać piłkę.
Odszedł od okna i kładł na stole wszystkie podręczniki i zeszyty, jakie
znajdowały się na jego półce i w teczce. UłoŜył je równo w dwie paczki,
związał porządnie szpagatem i wsunął z powrotem na etaŜerkę. Na wierzchu
zostawił Zasady i gruby zeszyt, który równieŜ dostał od pana kierownika.
Postanowił jeszcze uporządkować swój album ze znaczkami, który w gorących
dniach czerwcowych porządnie zaniedbał. Przy ulubionym zajęciu czas biegł
szybko.
Minęła burza. Niebo rozpogodziło się znowu. I tylko słońce ukazało się o cały
kawał bliŜej zachodu.
JuŜ przed samą kolacją, kiedy Stefan schowawszy album przeglądał jakiś stary
numer „Płomyka" — usłyszał dzwonek, a potem w przedpokoju głos Alinki
Brodzkiej, sąsiadki z drugiego piętra. Pomyślał, Ŝe pewnie jak zwykle wpadła
poŜyczyć młynek od pieprzu czy maszynkę do mięsa, ale właśnie mama
odpowiedziała jej:
— Jest w pokoju. Idźcie tam.
Stefan nie zdąŜył zastanowić się, dlaczego mama mówi do Alinki „idźcie" —
kiedy drzwi do pokoju otworzyły się i weszła Alina, a za nią jakaś
Strona 7
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
dziewczynka, którą on widział pierwszy raz na oczy, a jednak wydawała mu się
jak gdyby znajoma.
Alina zaczęła od razu po swojemu, jak katarynka:
— Stefku, dobry wieczór. Przyszłam do ciebie, bo moja kole-
Ŝanka bardzo chce cię poznać, .bo podobno piszesz ksiąŜkę i chciałybyśmy
bardzo, Ŝebyś nam powiedział, jak to się robi, i, ElŜbiet-ko, to jest właśnie
Stefan śórawiec, kolega twego brata.
— Brata? — powiedział zbaraniały Stefan.
— Oj, Stefan, aleś ty niedomyślny! — roześmiała się Alinka. — PrzecieŜ ona do
Bartka podobna jak dwie krople wody.
Stefan zmieszał się jeszcze więcej. Rzeczywiście podobieństwo było uderzające:
czarne oczy, okrągła twarz, trochę zadarty nos i czarne włosy. Bartek był
tylko duŜo niŜszy i grubszy od siostry.
Obserwując to wszystko Stefan milczał. Rozumiał, Ŝe powinien coś powiedzieć,
ale co? ElŜbietka nie kwapiła się wybawić go z kłopotu. I ona była trochę
zmieszana, kiedy wyciągnąwszy rękę
mówiła:
— Jestem ElŜbietka Niedźwiedzka i... dlaczego kolega nigdy nie
przychodzi do Misia?
— Do Misia? — nie zrozumiał Stefan.
— No, do Bartka, my go tak w domu nazywamy.
Stefan uścisnął jej rękę, podsunął dziewczynkom krzesła, ale co mówić, nie
wiedział w dalszym ciągu. JakŜe miał chodzić do Bartka, kiedy nie przyjaźnił
się z nim tak jak z Wiktorem? Tyle Ŝe ze szkoły wracali często razem. Nie
wydawało mu się stosowne wysunięcie tego argumentu. Wolał więc powiedzieć:
— Tak... w ogóle. W naszej szkole strasznie duŜo zadają. -— To zupełnie jak u
nas — westchnęła Alina.
Stefan spojrzał na nią z nie ukrywaną pogardą.
—• U was? To, co u was zadają, to w ogóle moŜna powiedzieć zero przy naszym.
KaŜdy wie, Ŝe naszą szkołę najtrudniej skończyć. A juŜ jak kto skończy, to
oho! Nie byle czym będzie! MoŜe nie Wiesz, Ŝe naszą szkołę skończyło dwóch
poetów, jeden generał, jeden minister i...
—¦ Wiem o tym tak samo dobrze, jak ty — przerwała mu Alina. —» Ci poeci i ten
generał chodzili do szkoły na Podmiejskiej, ale do której, czy do waszej, czy
do naszej — nie wiadomo, a ten generał to w ogóle podobno tylko do jednej
klasy tu chodził.
Stefan zaperzył się na dobre. Zaniepokojona ElŜbieta wtrąciła czym prędzej do
rozmowy:
— A czy kolega ksiąŜkę zaraz zacznie pisać?
Stefan, który miał juŜ jakąś ostrą replikę dla Aliny, zwrócił się do
ElŜbietki. Grzeczne zapytanie wymagało grzecznej odpowiedzi, więc opanował się:
— Tak, owszem... To jest... Niezupełnie zaraz. Najpierw będę się w pisaniu
wprawiać. Ale jak się juŜ wprawię, to dopiero będę pisać jedną ksiąŜkę za
drugą. Bo bez wprawy to nie moŜna pisać, nawet tej pierwszej ksiąŜki. To
trudna rzecz. Ale skąd koleŜanka
0 tym wie?
— Miś, jak tylko do domu wrócił, zaraz o tym opowiedział.
i jeszcze mówił, Ŝe kolega dostał ksiąŜkę od kierownika szkoły i Ŝe kolega
będzie sławny. A czy kolega ma guzy na głowie?
Stefan spojrzał zdziwiony. „Jakie te dziewczyny są! — pomyślał. — Tu o sławie,
tu o guzach, groch z kapustą" — ale na głos powiedział:
— Wczoraj, owszem, miałem. KaleŜanki brat mi nabił. Ale ja mu nabiłem dwa.
Dziś juŜ nawet śladu nie ma, bo zaraz przyłoŜyłem zimny nóŜ. To najlepszy
sposób na guzy. Niech koleŜanka stosuje na moją odpowiedzialność.
— Ach, nie — ElŜbieta zaprzeczyła Ŝywym ruchem głowy, aŜ ' oba warkocze
znalazły się za plecami. — Ja nie o takie guzy
pytam. Nasza nauczycielka opowiadała nam, Ŝe sławni' ludzie mieli na czaszce
wypukłości, takie jak guzy...
Stefan zastanowił się nad słowami ElŜbietki. To dopiero! A on wcale o tym nie
wiedział! Najchętniej obejrzałby zaraz swoją głowę. Ale nie wypadało teraz
tego zrobić. Alinka i tak patrzyła na niego trochę drwiąco.
Całą rozmowę widocznie było dobrze słychać w kuchni, bo w progu stanęła nagle
matka mówiąc:
Strona 8
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— A dlaczego wcale nie pochwaliłeś się ksiąŜką od pana kierownika? PokaŜ no ją.
—¦ PokaŜ! PokaŜ! — zawołała Alinka. ElŜbieta milczała, ale po minie widać
było, Ŝe i ona chętnie zobaczyłaby ten prezent.
Dziewczętom Stefan próbowałby się wykręcić i moŜe by mu się to udało, z mamą
nie było Ŝartów. Sięgnął więc na półkę po ten wątpliwego zaszczytu
egzemplarz i czym prędzej rozłoŜył go
otwarty na stronie, gdzie widniał napis kierownika ukosem przez
tytuł:
— „Stefanowi śórawcowi na pamiątkę rozmowy w ostatnim
dniu lekcji..." — przeczytała głośno Alina.
— To musiała być powaŜna rozmowa — zauwaŜyła ElŜbieta.
— Pewnie, Ŝe powaŜna — przyznał skwapliwie Stefan. — Nic tam do śmiechu nie
było. Taka rozmowa to moŜe mieć dla mnie i w ogóle dla mojej przyszłości duŜe
znaczenie.
—¦ Podoba mi się, Ŝe kolega tak powaŜnie patrzy na Ŝycie. Nasz Bartuś to o
niczym takim nie lubi nawet mówić. No, ale on musi ciągle się troszczyć o
swoje zdrowie.
— Co teŜ koleŜanka mówi! — zawołał Stefan. — PrzecieŜ on jest najzdrowszy z
całej naszej klasy.
— Ale jak był mały, to bardzo cięŜko chorował. Dlatego mamusia ciągle drŜy o
niego, bo widzi kolega...
— Oj, dajcie spokój z tym „kolego" i „koleŜanko", bo juŜ słuchać nie mogę.
Mówcie sobie po imieniu, i juŜ.
— Alinko — stropiła się ElŜbieta. — Jaka ty jesteś! MoŜe kolega sobie tego
wcale nie Ŝyczy?
—¦ Owszem — bąkał Stefan — chyba Ŝe koleŜanka tego nie
chce? %
—' No to... Stefku — zaczęła ElŜbieta, ale widać było, Ŝe jej to niełatwo
przyszło, bo aŜ się zarumieniła — powiedz, o czym będziesz pisać w swoich
ksiąŜkach?
—¦ O wszystkim. O szkole, o domu, o kolegach i w ogóle.
—' To napisz o mnie — wyrwało się Alince — i o Eli.
Ale ta zaprotestowała gorąco:
— Nie, nie, za nic na świecie! KsiąŜki trzeba pisać o czymś waŜnym i pięknym,
a cóŜ moŜna o mnie?
— No, no, nie bądź taka skromna — powiedziała Alina. — PrzecieŜ o kaŜdym
moŜna coś napisać. Jeden ma urodę — po minie moŜna było poznać, Ŝe Alina do
takich zalicza siebie — drugi pięknie gra, tak jak ty. — I zwracając się do
Stefka, dodała: — Stefek, mówię ci, Ŝebyś ty słyszał, jak ona gra! Kto wie,
moŜe teŜ będzie sławną artystką jak ta... no, wiesz?...
Stefek nie miał pojęcia, o kim mowa, ale nie zdradzał się z tym.
Jeszcze mogłyby o nim powiedzieć, Ŝe jest „ciemną masą". Myślał, Ŝe ElŜbietka
powie nazwisko, o które chodziło Alinie. Ale ElŜbietka zerwała się nagle z
krzesła i oświadczyła, Ŝe musi juz iść, bo przecieŜ tylko na chwilkę wpadła do
Aliny, a tymczasem z tej chwilki zrobiła się cała godzina. Stefek pomyślał, Ŝe
to jest gruba przesada. Zdawało mu się, Ŝe dziewczęta dopiero co weszły. Kiedy
Alina zaproponowała, Ŝeby razem z nią odprowadził ElŜbietkę do rogu, zgodził
się chętnie i wyszli z mieszkania we trójkę.
Rozmowa jakoś nie kleiła się. Stefan juŜ za bramą powiedział ElŜbietce, Ŝe
jest podobna do Bartka, tylko trochę wyŜsza. Później przy rogu Szarej
oświadczył, Ŝe Bartek jest do niej podobny, tylko trochę niŜszy. Potem nie
zdąŜył juŜ nic do swoich wypowiedzi dodać, bo stanęli na rogu Rzgowskiej przed
domem, w którym mieszkała ElŜbietka. śegnając się powiedziała:
— Stefku, przyjdź kiedyś do nas, mamusia na pewno się ucieszy.
Wracając Stefan prawie nie słyszał, co do niego mówiła Alinka. Nie mógł
zupełnie zrozumieć, dlaczego mama ElŜbietki ma się ucieszyć, kiedy on przyjdzie.
Zapytał o to wreszcie Aliny.
Ta wyśmiała go:
— Jaki ty jesteś niewychowany. To się tylko tak mówi. Z
grzeczności. Nie rozumiesz?
— Nie rozumiem, wcale nie rozumiem, dlaczego mówi się coś takiego „tylko
tak". PrzecieŜ mogła o swojej mamie nic nie wspominać, jeŜeli to nieprawda. A
jasne, Ŝe nieprawda, bo z czego miałaby się ucieszyć? PrzecieŜ mnie nawet nie
Strona 9
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
zna. A co do wychowania, to wypraszam sobie. Ojciec mnie chowa, matka mnie
chowa, a od babci nieraz porządnie oberwę. W tramwaju ustępuję miejsca, w
sklepie się nie pcham. Ale moja mama nie lubi kłamstwa. I jak powiedziałbym
komuś „przyjdź, mama się ucieszy", tobym takie bicie dostał, Ŝe ojej! Po
robocie to nieraz mamie aŜ głowa pęka, więc w domu spokój być musi.
Alina słuchała tego potoku wymowy z pobłaŜliwą wyŜszością.
Kiedy Stefan skończył, a wchodzili juŜ na podwórko, powiedziała:
— Aleś ty jeszcze dziecinny!
Stefek skamieniał z obrazy. On „dziecinny"! I to kto mu zarzuca, Alina? Zdaje
się jej, Ŝe jest dorosła, bo przeszła do siódmej
klasy!
— A ty nie jesteś dziecinna, co? Bo z bikiniarzem chodzisz.
— Nieprawda! — krzyknęła Alina. — Kłamiesz!
— Nie kłamię. Widziałem cię wczoraj w parku.
— Ciemno było. Nie widziałeś.
—i A jakŜe! Dla mnie światła wystarczyło. Pod pachę z nim szłaś. Poczekaj,
powiem twojej mamie, to cię zleje aŜ miło.
— Stefku, Stefanku — głos Aliny płynął miodem. — Na Ŝartach się nie znasz.
Tak mi się tylko powiedziało. Wcale nie jesteś dziecinny. KsiąŜkę masz pisać.
I moŜesz naprawdę zostać sławny. ElŜbietka od razu się na tobie poznała.
Powiedziała mi, Ŝe cię
podziwia.
— Uhm — burknął Stefek, ale widać było, Ŝe go ostatnie słowa ujęły. — Za co
miałaby mnie podziwiać? Znowu pewnie jakie
łgarstwo.
— Nie, nie. Ona jest przecieŜ artystką. Ma takie wyczucie, mówię ci. Zresztą
moŜe mi jeszcze coś o tym powie. To ja ci wtedy teŜ powiem, tylko, mój drogi,
nie wspominaj nic mojej mamie o tym parku... Stefku, dobrze? Proszę cię.
Pozwolił się ubłagać. W domu musiał zaraz nakryć stół do kolacji, bo to
naleŜało do niego. Ojciec naradzał się z matką, kiedy wziąć urlop — w sierpniu
czy w lipcu. Miał pojechać wtedy z Lu-cynką do brata na wieś. Lucynka chwaliła
się, Ŝe ma same piątki na cenzurze. Zapytany o stopnie Stefan wolał
powiedzieć, Ŝe dopiero jutro będzie pewny w tym względzie. Zaraz teŜ zaczął
opowiadać o, swoim udziale w uroczystości zakończenia roku. Będzie śpiewać w
chórze i recytować wiersz.
Mama, jak zwykle, pierwsza wstała od stołu.
— Stefek, Lucynka — zabierajcie się do mycia. I Ŝebym wam dwa razy nie
przypominała. Nie chcę się jutro spalić ze wstydu za wasze brudne uszy.
Na próŜno Stefek, który nie lubił myć uszu, przekonywał matkę, Ŝe po pierwsze,
mył je przedwczoraj, a po drugie, będzie przecieŜ występować na scenie, a ze
sceny nawet najbrudniejsze uszy wydają się czyste. Mama była nieubłagana.
JuŜ leŜąc w łóŜku Stefek przypomniał sobie o guzach, o których mówiła
ElŜbietka. AŜ usiadł i obiema rękami obmacał głowę. Guzów nie było. CzyŜby
zniknęły od przykładania zimnego noŜa? A moŜe one rosną razem ze sławą?...
Co do podziwiania, to go nikt do tej pory nie podziwiał oprócz mamy, która
zawsze „nie moŜe wyjść z podziwu", Ŝe on tak szybko drze spodnie! Ale
zastanawiając się, doszedł do wniosku, Ŝe na takim podziwie wcale mu nie zaleŜy.
ROZDZIAŁ 2.
PAMIĘTNIK STEFANA.
Lato przeminęło tak jakoś zupełnie za prędko. Znowu jestem w Łodzi. Chciałem
się zobaczyć z kolegami, ale okazało się to niemoŜliwe. Wiktor dopiero jutro
wraca ze wsi od babki, a Bart-ka teŜ chyba nie ma w domu. Dzwoniłem tak, Ŝe
umarły by się obudził, ale nikt drzwi nie otwierał. AŜ wyszła jakaś pani z
przeciwka i skrzyczała mnie. A dlaczego? PrzecieŜ nie do niej dzwoniłem.
W czasie wakacji nie pisałem ani dziennika, ani pamiętnika. Przez cały lipiec
słońce tak grzało, Ŝe po prostu szkoda było kaŜdej chwili spędzonej w domu.
Raz po południu chciałem się juŜ poświęcić i zostać w domu, ale przyszedł
Wiktor i powiedział, Ŝe nie szanuję własności społecznej, bo „młodzieŜ to
skarb narodu", trzeba, Ŝeby była silna i wysportowana, a nie zdechła i krzywa
od siedzenia nad zeszytem. Więc pobiegliśmy z piłką do parku. Ale tego dnia
mieliśmy pecha, bo Wiktor strzelił gola prosto w drzwi świetlicy robotniczej.
A te drzwi były szklane i bardzo jakieś kiepskie, bo zaraz się rozbiły, i to
bardzo głośno.
Strona 10
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
ZdąŜyliśmy uciec w krzaki, a przez te drzwi ktoś wyszedł i tak wymyślał, Ŝe
coś okropnego. Wiktor powiedział, Ŝe to wstyd, jak ludzie nie oceniają, mają
świetlicą W pałacu, a krzyczą jak pastu-cay za bydłem. JuŜ tego dnia nie
graliśmy. Baliśmy się, chociaŜ Wiktor powiedział, Ŝe trzeba grać, a jakby ktoś
krzyczał na nas, to właśnie powiedzieć, Ŝe o niczym nie wiemy, Ŝe dopiero
przyszliśmy, Ŝe gdyby to była nasza sprawka, to nie przyszlibyśmy
na pewno.
Ja nie chciałem tak zrobić, Bartek teŜ nie i Wiktor poszedł
z nami.
W domu coś mnie podkusiło i pochwaliłem się Lucynce, Ŝe tak nam się udało
uciec, a ta papla wszystko powiedziała ojcu.
Miałem za swoje. Ojciec stwierdził, Ŝe jesteśmy gałgany i Ŝe mamy zaraz jutro
iść i za szybę zapłacić. Mama teŜ dołoŜyła swoją porcją. Opowiedziała, Ŝe
słyszała sama, jak jedna pani mówiła, kiedy park i pałac oddawano robotnikom,
Ŝe ,,hołota wszystko tu zniszczy", uńęt mama sobie nie Ŝyczy, Ŝeby jej dzieci
były za tę
„hołotę".
Na drugi dzień powiedziałem chłopakom, Ŝe musimy się złoŜyć na szybę.
Widziałem, Ŝe to się nikomu nie spodobało. A najwięcej się rzucał Wicek
Mrozowski, ten, co chodził do szkoły na Czerwoną. Wołał, Ŝe niech ten za szybą
płaci, kto rozbił. Ale Bartek się nie zgodził. Powiedział, Ŝe jednemu to za
trudno, zresztą kaŜdemu moŜe się taka rzecz zdarzyć i zaraz dał dwa złote. Nie
wszyscy dali. Jedni nie mieli, a inni nie chcieli. Zebraliśmy dziewiętnaście
złotych i ja z Wiktorem poszliśmy zanieść te pieniądze do
świetlicy.
Siedziała tam jedna pani za biurkiem. Najpierw jak dowiedziała się, Ŝe to
nasza sprawka, to tak nas zezwała, aŜ strach, a potem jak połoŜyliśmy
pieniądze i Wiktor powiedział, jak to on potraji, Ŝe się „poczuwamy do winy" i
„podchodzimy samokrytycznie", to trochę przestała. Wreszcie burknęła, Ŝe moŜe
jeszcze z nas będą ludzie, chociaŜ to bardzo wątpliwe.
Chłopcy czekali na placu i Wiktor musiał wszystko opowiedzieć. Ten umie
opowiadać! Mówi, Ŝe będzie kiedyś aktorem. JuŜ teraz do tego się wprawia. Lubi
czytać na głos i czyta naprawdę ładnie.
A jak tylko jest okazja, to „odgrywa". On naprawdę do teatru ma duŜe zdolności.
Zaczął opowiadać, jak to on „w naszym imieniu pieniądze za rozbitą szybę
złoŜył na biurku". A ta pani „ze łzami w oczach dziękowała i powiedziała, Ŝe
ten piękny uczynek przynosi zaszczyt naszym wychowawcom i wart jest, Ŝeby go
wpisać złotymi literami", tylko Ŝe na razie nie ma gdzie.
„A na to ja powiedziałem — opowiadał dalej Wiktor — Ŝe młodzieŜ szkolna zawsze
chce postępować zgodnie z honorem i w razie czego jest gotowa od ust sobie
odjąć, byle tylko honoru nie splamić. A na to: «Chłopcy! — mótoiła ta zza
biurka. — Niech was przygarną do swego łona, niech ucałuję wasze jasne
czoła...» A ja: «Obywatelko, jeszcze nie zasłuŜyliśmy na taki zaszczyt, ale
będziemy się usilnie starać!»"
Tak opowiadał Wiktor, a umiał to wszystko tak odegrać, Ŝe gdybym z nim razem
nie był, to pomyślałbym, Ŝe to wszystko prawda. Inni uwierzyli i widać było,
Ŝe im się podobało. Tylko Wicek Mrozowski powiedział, Ŝe ma w nosie wszystkie
honory. A Wiktor mu nawymyślał od zgnilizny moralnej i od skąpej hołoty, bo
Wicek składki nie dał. Więc zaczęła się draka. Spraliśmy porządnie Wieka i
jego przyjaciół, którzy mu się podlizują, bo on ma zawsze pieniądze i funduje.
Ja miałem tylko dwa guzy. Przykładałem w domu nózi,przypomniała mi się
ElŜbieta. Myślę, Ŝe gdyby słuchała opowiadania Wiktora, to musiałaby nas
podziwiać. ChociaŜ to niezupełnie była prawda, ale projekt oddania pieniędzy
za szybę ja zgłosiłem. MoŜe Bartek w domu o tym opowiedział?
Ja teŜ próbowałem w domu opowiedzieć wszystko tak jak Wiktor, ale ledwo
zacząłem, ojciec gazetę odłoŜył i mówi:
— śe co? Powtórz no.
A mama we drzwiach stanęła i tak mi się przyglądała, Ŝe od razu zacząłem od
początku i powiedziałem, jak było naprawdę. Okazało się, Ŝe tatuś tą panią
zna. To sekretarka klubu racjonalizatorów. Kiedy powtórzyłem Wiktorowi tę
wiadomość, powie-¦ział, Ŝe to jakaś „mało wyrobiona" osoba, ale trudno, nie
moŜna
wymagać, Ŝeby w kaŜdej świetlicy siedziały osoby „na poziomie". Dopiero jak my
Strona 11
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
dorośniemy, to będzie inaczej.
Nie jestem pewny, czy ta zmiana będzie duŜa. Na całq naszą klasą tylko jeden
Wiktor taki „wyrobiony" w języku.
W lipcu jeszcze wiele dni było ładnych i często grywaliśmy w piłkę, ale juŜ
ostroŜniej. Składam sobie na kompas i tamtych dwóch złotych bardzo mi Ŝal.
W sierpniu wyjechaliśmy na kolonie. I dopiero pierwszego deszczowego dnia
zobaczyłem, Ŝe ani zeszytu, ani ksiąŜki od pana kierownika nie zabrałem, z
domu. Co było robić? Wychowawcy tyle mieli zajęcia, Ŝe nie miałem po prostu
sumienia zawracać im głowy jeszcze moimi kłopotami. Tak więc moŜna powiedzieć,
Ŝe ze szlachetnych pobudek pisanie miałem uniemoŜliwione. Drugiego dnia
deszczu, kiedy po południu zaczęło mi się strasznie nudzić, wpadłem na pomysł,
Ŝeby napisać do domu do tatusia, Ŝeby mi wysłał zeszyt i ksiąŜkę pocztą. A
trzeciego dnia, kiedy juŜ zdecydowałem się i siadłem do pisania listu —
zaczęło się przejaśniać. Wtedy pomyślałem sobie, Ŝe szkoda byłoby fatygi mojej
i ojca, bo zanim list dojdzie do Łodzi, a paczka do mnie, to deszcz moŜe się
skończyć. I rzeczywiście, to była taka „trzydniówka", a potem do końca kolonii
ani kropla nie spadła.
Teraz po powrocie do domu sumienie mnie trochę gryzie, więc usiadłem i piszę,
Ŝeby za tamtą „trzydniówkę" odrobić,
W tym roku postanawiam sobie wyrabiać charakter. To nie jest taka łatwa rzecz.
Od razu całego charakteru wyrobić nie moŜna. Nie ma mowy. Trzeba po kawałku.
Więc najpierw postanawiam, Ŝe moje słowo to będzie „Ŝelazo-beton", Ŝe jeŜeli
co obiecam, to dotrzymam. Mój tatuś teŜ uwaŜa, Ŝe słowo to święta rzecz, i w
fabryce wszyscy wiidzą, Ŝe „majster Zórawiec słów na wiatr nie rzuca". Kiedyś
kolega ojca opowiadał o tym w domu. Mnie było wtedy bardzo przyjemnie, Ŝe mój
ojciec taki słowny.
ChociaŜ z drugiej strony, to ja tę słowność ojca boleśnie, moŜna powiedzieć,
odczuwam. Ile razy mam, obiecane lanie, to mnie nigdy nie minie. Ale i innych
obietnic tatuś dotrzymuje. Na przykład przed wyjazdem otrzymałem obiecany
scyzoryk. I to jaki!
Cztery nierdzewne ostrza i prawdziwa rogowa -oprawa. Chłopakom mało oczy na
wierzch nie wyszły z zazdrości. Taki jest mój ojciec! Jak mam kłopot jaki, to
często idę z nim do ojca. Teraz teŜ powiedziałem, Ŝe o to pisanie spokoju nie
mam, czy jestem w porządku. A tatuś na tó, Ŝe skoro spokoju nie mam, to
najlepszy dowód, Ŝe nie jestem w porządku.
„Jak z robotą nawaliłeś — powiedział — to nie zawracaj sobie głowy zgryzotami,
tylko rękawy zawiń i gazuj."
Zaraz teŜ sobie postanowiłem, Ŝe za tę „trzydniówkę" to napiszę dzień po dniu
trzy razy, a potem solidnie raz na tydzień albo jak będzie coś ciekawszego, to
nawet częściej, ale ten raz na tydzień to zawsze a zawsze, Ŝeby nawet nie wiem
co. I jak sobie postanowiłem, to zaraz przestało mnie gryźć. Jakby ręką odjął.
Z Bartkiem juŜ się widziałem. Zdziwił się na mój widok, Ŝe jestem taki
opalony. Był na koloniach, które urządziła fabryka jego ojca, w górach.
Miejsce do kąpania mieli świetne, ale on obiecał mamie, Ŝe nie będzie siedział
ani w wodzie, ani na słońcu, ani na wilgotnej trawie, ani po zachodzie słońca
na dworze. Bardzo zajęty był tym uwaŜaniem, ale nie chorował ani razu. AŜ się
dziwię. Bo ja z samego takiego uwaŜania rozchorowałbym się cięŜko.
W czasie naszej rozmowy weszła do pokoju mama Bartka i chociaŜ juŜ ją
widziałem kilka razy, bo w lipcu wpadałem, do Bartka dosyć często, przyjrzałem
się jej na nowo. Wcale nie wyglądała na osobę, która mogłaby wymyślić na
wakacje takie tortury.
Kiedy piliśmy kawę, do pokoju wpadła ElŜbieta. Na mój widok krzyknęła „ach" i
wyleciała za drzwi jak z procy. AŜ mi się nieprzyjemnie zrobiło. CzyŜby się
mnie przestraszyła? Myślałem, Ŝe moŜe zrobiły mi się wąsy od powideł, którymi
nasmarowany był chleb. Spojrzałem ukradkiem w szybę od kredensu. Wszystko było
w porządku. Nawet włosy leŜały na głowie jak ulizane. Zanim wyszedłem do
Bartka, dobrze je wyszczotkowałem. I paznokcie miałem obcięte. Niech sobie
nikt u Bartka nie myśli, Ŝe jestem brudas. A ta ElŜbieta tylko „ach", i tyle.
Szkoda całego zachodu. AŜ mi z tego wszystkiego chleb wypadł z rąk na obrus.
Całe szczęście, Ŝe nie tą posmarowaną stroną.
Po podwieczorku poszliśmy obaj z Bartkiem do Wiktora. JuŜ wrócił ze wsi od
stryja. Czarny jak Cygan i wyciągnął się w górę, tylko zdaje mi się, Ŝe
jeszcze chudszy, niŜ był. Powiedział nam, Ŝe na wsi Ŝaden z chłopaków nie mógł
Strona 12
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
dać mu rady. Ja nie bardzo w to wierzyłem i Wiktor zaraz chciał się ze mną
spróbować, ale Bartuś powiedział, Ŝe próbować będziemy się na boisku, bo w
domu przy takiej okazji to moŜe się coś stłuc, i lepiej, Ŝeby Wiktor
opowiedział, jak spędził wakacje.
Więc Wiktor zaczął opowiadać, jak dobrał tam sobie paczkę kolegów i jak
prawie co niedziela odgrywali w szkole jakieś
sztuki.
Wyszliśmy od niego wszyscy i zaraz na podwórku spróbowałem się z nim. Nie dał
mi rady, ale czułem; Ŝe na tym stryjowym wikcie zmocniał. Przybyło mu trochę
mięsa i chyba juŜ w tym roku brat nie będzie się na nim jak na szkielecie
kości uczył.
PoŜegnałem się z kolegami przed bramą, a na podwórku koło naszej klatki
schodowej zobaczyłem Alinę z jakimś chłopakiem,. Alina wyglądała zupełnie jak
dorosła panna; uczesana była w koński ogon, w ręku torebka. A ten chłopak to
był Wicek Mro-zowski. Nie poznałem go od razu, bo włosy zapuścił i kurtkę miał
nową, jakąś taką dziwną, jasnozieloną, i krawat w deseń,
Alina poŜegnała się z nim zaraz i na schody wchodziliśmy razem. Pytam się jej,
co robiła przez wakacje, a ona nic, tylko
o Wieku, Ŝe to taki nadzwyczajny chłopiec.
„Nadzwyczajny! — mówię. — Włosy zapuszcza i w ogóle na bikiniarza wygląda.
Dadzą mu jutro w szkole, zobaczysz, zaraz będzie inaczej wyglądać."
„Co ty pleciesz? — oburzyła się Alina. — On juŜ jest uczniem technikum
fotograficznego, to jest szkoła dla dorosłych. Wicek ma juŜ prawie szesnaście
lat."
„Wiem — mówię — przecieŜ w piątej klasie siedział dwa lata
i w siódmej tak samo. Ledwo ją skończył. Mój stryjeczny brat z nim chodził.
Wicek ma bardzo twardą głowę. Zobaczymy, jakie cuda pokaŜe w tym technikum.
JuŜ ja w to nie wierzę."
„A ja wierzę — zaprzeczyła Alina. — To jest bardzo zdolny chłopiec. Będzie
robić artystyczne zdjęcia. JuŜ ma aparat. Sfoto-
grafuje mnie. Zobaczysz. Powiedział, Ŝe jestem fotogeniczna. W ogóle on ma
bardzo artystyczną duszę. Czasami tak coś powie, jak prawdziwy poeta."
Pokiwałem z politowaniem głową, ale ona przekonywała mnie
dalej:
,Wiesz, jak mnie nazwał? Kalina. Tak. Czy to nie pięknie? Chciałabym się
tak nazywać. Stefanku, proszę cię, mów tak do a mnie od dzisiaj."
„Czyś ty zwariowała? — mówię. — PrzecieŜ to nie jest ludzkie imię. PrzecieŜ o
kalinie to pisze w tym wierszu, Ŝe «rosła z liściem szerokim». Co to ma
wspólnego z tobą? Gdzie liść, gdzie potok, gdzie «drobny deszcz piła»?" Na to
Alina powiedziała mi, Ŝe jestem kompletny osioł, bo na poezji nie rozumiem się
nic a nic. A ja jej powiedziałem, Ŝe skoro jest „kalina", to niech spojrzy
„jak w lusterko — w wodę", to zobaczy, Ŝe z tym ogonem jest jeszcze bardziej
ruda niŜ przed wakacjami. Na to ona trzasnęła swoimi drzwiami, bo juŜ byliśmy
na drugim piętrze, a jeszcze przedtem pokazała vii język. A taka niby dorosła.
Dorośli przecieŜ języka nie pokazują. MoŜe jej się zdaje, Ŝe jak jest w
siódmej klasie, to juŜ Bóg wie co, a cóŜ to siódma klasa? Za rok i ja w niej
będę.
Swoją drogą Ŝal mi tej Aliny. Co ona temu winna, Ŝe jest ruda? Ma rudego ojca,
którego ludzie nie szanują, bo pijak i awantury urządza prawie co sobotę.
Gdyby nie matka, która jest krawcową i zarobi, to Alina pewno biedy najadłaby
się niemało. A rudym być to nie daj BoŜe! U nas w IV A był jeden rudy, to nikt
go po imieniu nie nazywał. Muszę się zapytać ElŜbiety, czy Alinę przezywają.
Czarne włosy, takie jak ma ElŜbieta, to są ładne. W ogóle ElŜbieta wydaje mi
się mądrzejsza. Widać, Ŝe to zupełnie co innego. I gra podobno pięknie. Do tej
pory nie znałem Ŝadnej dziewczyny, która by się nazywała ElŜbieta. To chyba
ładne imię.
ROZDZIAŁ 3.
CEGŁA Z JASNEGO NIEBA! FATALNE PODSUMOWANIE. POBITY WŁASNĄ BRONIĄ.
Dzień był piękny, słoneczny i ciepły. Stefan biegł do szkoły ulicą, jakŜe
odmienioną w ciągu dwóch miesięcy wakacji. JuŜ tu się jesień rozgościła po
swojemu, kolorowo.
Jeszcze na Bednarskiej dogonił Stefana Wiktor, a w bramę szkoły wchodzili juŜ
całą znajomą gromadą.
Strona 13
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Budynek pękał od gwaru, aŜ trudno się było zrozumieć. Nawoływano się,
wymieniano uściski, kaŜdy miał mnóstwo do powiedzenia, kaŜdy był ciekaw nowin.
Biegano z klasy do klasy i oglądano je ciekawie. Szkoła, odnowiona w czasie
wakacji, wydawała się inna.
Znajomy głos dzwonka wyłonił z tego zamętu poszczególne klasy. Pomaszerowano
do auli i wszystko odbyło się wiadomym, a zawsze na nowo wzruszającym
porządkiem.
Na zakończenie uroczystości kierownik oświadczył, iŜ pięknie odnowiony budynek
szkolny oddaje pod szczególną opiekę młodzieŜy i robi to z całym zaufaniem, bo
wie, Ŝe młodzieŜ tej szkoły
na to zasługuje.
Odśpiewano hymn i wszyscy powędrowali do swoich klas.
Jeszcze wtedy Stefanowi tak było przyjemnie, tak się nie wiadomo z czego
cieszył!
Tymczasem ledwo VI A zdąŜyła zająć miejsca w ławkach, kiedy do klasy weszła
pani Ostrowska, zeszłoroczna wychowawczyni. Wydobyła z teczki kartkę i zaraz
zaczęła wypisywać na tablicy plan lekcji.
Stefan poczuł łokieć Wiktora.
— A mówiłeś przed wakacjami, Ŝe jej z nami nie będzie?
— Mówiłem, mówiłem — odburknął Stefan. — Dzisiejszy dzień
się nie liczy.
Nagle do klasy wszedł nauczyciel fizyki, pan Karniewicz. Towarzyszyły mu
cztery dziewczynki z VI B. Na powitanie klasy odpowiedział uśmiechem i zwrócił
się do wychowawczyni:
__ Z polecenia pana kierownika oddaję pani cztery moje wychowanki i proszę o
czwórkę chłopaków.
Stefana od razu coś tknęło, ale własnym uszom nie wierzył, kiedy pani
Ostrowska odpowiedziała:
__ Tak, wiem, pan kierownik mówił mi o tym. Z mojej klasy
do pana przejdą: Stefan śórawiec, Bartek Niedźwiedzki, Wiktor Kijanka i Romek
Koziołkiewicz. Sami rozumiecie — zwróciła się do klasy — jedna klasa ma za
wiele dziewcząt, druga — chłopców, i to jest niewłaściwe, dlatego się
rozstajemy. Myślę, Ŝe mi wstydu w tamtej klasie nie zrobicie. Do widzenia,
zobaczymy się jutro. Będę u was na polskim na trzeciej godzinie.
CóŜ było robić. Wymieniona czwórka wyszła z ławek i pomaszerowała za panem
Karniewiczem. Miny mieli nietęgie. Szczególnie Romek, kompletnie zbaraniały,
powtarzał co chwila:
— Ale dlaczego ja? Dlaczego ja?
Nauczyciel wskazał im drzwi VI B. Wchodzących do klasy powitał zgodny chór:
— Przyszły asy z piątej klasy!
—¦ Nie z piątej — sprostował Bartek. — Tylko z szóstej.
— No, w szóstej jesteście dopiero od dzisiaj — powiedział jakoś
nieprzyjaźnie Sewerek Witkowski — i to sobie zapamiętajcie: u nas asami nie
będziecie. Co to to nie.
— Przez was to nam zabrano cztery najlepsze koleŜanki — pisnęła któraś z
dziewcząt.
—¦ Jak to, przez nas? — zapytał spokojnie Bartek. — Czy my tu chcieliśmy
przyjść?
— Ten straszliwy cios uderzył w nas jak piorun z jasnego nieba. I
zgruchotał jak młode brzózki o wiośnie — „zagrał" po swojemu Wiktor i widać
było, Ŝe na nie oswojonych z jego stylem dziewczętach zrobiło to duŜe
wraŜenie. Ale tylko na dziewczętach, bo Sewerek zawołał:
—• Brzózki jak brzózki, ale z was dobre ziółka, to wiemy. To przez was pani
Ostrowska mało nie osiwiała! To przez was nasz zastęp ciągnął się cały rok w
ogonie! Wasi koledzy szaleją z radości, Ŝe się was pozbyli, a my...
— ŁŜesz — przerwał mu Wiktor. — Kiedy opuszczaliśmy klasę, panowała w niej
tragiczna cisza. Słychać było tylko przyspieszony łomot rozdartych Ŝalem serc.
Jeszcze na korytarzu doleciało nas głębokie westchnienie czterdziestu
przyjacielskich piersi.
—• To było westchnienie ulgi... — rzucił kpiąco głos spod pieca, ale nie
dokończył. Do klasy wchodził nauczyciel.
„Nowi" zajęli cztery wolne miejsca pod oknem. Bartuś z Wiktorem w trzeciej, a
Stefan z Romkiem w drugiej ławce. Nauczyciel udzielił kilku potrzebnych
Strona 14
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
informacji i moŜna było rozejść się do
domu.
Uczniowie i uczennice VI B wychodzili szybko parami lub pojedynczo. Na
„nowych" nikt nie zwracał uwagi. Gdy zostali w klasie sami, Romek wybuchnął:
—¦ Ale za co mnie przeniesiono? Za co? To przecieŜ wy spóźnialiście się prawie
przez cały rok. To wy obrywaliście dwójki, to wy mieliście zawsze dzikie
pomysły. To przez was klasa miała złą opinię! Ale ja? Za co?
Nikt mu nie odpowiadał. Dołączenie go do wiadomej trójki było ze wszech miar
dziwne. NaleŜał rzeczywiście do najsolidniejszych
uczniów.
Wodził po kolegach swoimi okrągłymi, trochę wytrzeszczonymi oczami i Ŝądał
odpowiedzi. Zlitował się nad nim Bartek.
— śeby było do pary.
Romek machnął desperacko ręką i nie powiedziawszy nawet „do widzenia" wybiegł
z klasy.
Stefan, Bartek i Wiktor opuścili ją równieŜ. W milczeniu i nie spiesząc się
doszli do parku. JuŜ nie wydawał się taki piękny jak rano. Dostrzegli ubytek
liści na drzewach, a te pod nogami szeleściły
smętnie. ,
Wiktor skręcił w boczną alejkę i usiadł na jednej z ławek. Koledzy poszli za
jego przykładem. Milczenie przerwał Bartek:
— Stefan, skąd wiedziałeś o tym przed wakacjami?
— O niczym nie wiedziałem! Wtedy mówiłem wam tylko, Ŝe Gramatyka nie będzie
naszą wychowawczynią w szóstej klasie.
— Zgadza się: w szóstej klasie Gramatyka nie jest naszą wychowawczynią.
— Ale ja nie tak myślałem! — wybuchnął Stefan. — Myślałem, Ŝe to Gramatykę z
naszej klasy zabiorą moŜe gdzieś do młodszych klas. PrzecieŜ nie mogła sobie z
nami dać rady.
— Teraz, kiedy zamiast nas są te cztery niunie, da sobie radę — stwierdził z
całym spokojem Bartek.
— To juŜ innego wyjścia nie było? — pienił się w dalszym ciągu Stefan. — Nie!
Ja tego nigdy panu kierownikowi nie zapomnę! Nigdy!
— A co? Obiecywał ci coś?
— Obiecywał! Pewnie Ŝe obiecywał! Mówił, Ŝe pomyśli...
— E, tam — przerwał niecierpliwie Wiktor. — Ty myślałeś, Ŝe kierownik
pomyśli... Widzimy, co z tego myślenia wyszło. I nic na to nie poradzimy! Jak
pan kierownik tak postanowił, to skończone. Nie zostaje nam nic innego, tylko
urządzić się w tej sytuacji jak najlepiej. I uprzedzam was: mnie się ten
Sewerysio nie podoba.
— Mnie się cała klasa nie podoba — rzucił Stefan.
— I mnie się nie. podoba — mówił Bartek. — Tam miałem miejsce spokojne,
wygodne, w kącie. A tu pod samym oknem. Jak będzie wiało, zaziębię się na pewno.
— I jak oni nas przyjęli! — rozpamiętywał Wiktor. — Od razu wyliczyli nam
wszystko, co było i czego nie było.
— A czego nie było?
— Oj, Bartek, ty ze swoją dokładnością to do szału moŜesz człowieka
doprowadzić! — irytował się Wiktor. — Czego nie było? Nie słyszałeś,
jak Sewerek mówił, Ŝe Gramatyka przez nas osiwiała? PrzecieŜ jeszcze nie
osiwiała.
— To prawda, jeszcze nie osiwiała.
¦— A widzisz! I, chłopaki, mówię wam — zapalał się Wiktor — nie dajmy się! Bo
ja to juŜ czuję, Ŝe ten Sewerysio będzie chciał w nas orać! Niewolników z nas
zrobi! Pot z nas będzie strumieniami płynąć! Będzie nas gnębił tak, jak Rzym
gnębił Kartaginę!... Al trafiła kosa na kamień. Znajdzie się teraz w klasie
VI B — tu
Wiktor grzmotnął się w chudą, ale szeroką pierś — Hannibal, syn Hazdrubala!
Drzyj, tyranie!
— Nie przesadzaj — uspokajał go Bartek. — A Ŝe nie przyjęli nas z. otwartymi
ramionami? Zrozumiałe: nie pamiętasz, jak to w zeszłym roku pokłóciliśmy się z
nimi i nazwaliśmy ich baranami? śe V A to „asy", a VB to „barany"?
— Ó, psiakość! — zawołał Wiktor. — Zapomniałem. A to rzeczywiście fatalnie
się złoŜyło. Ale nie trzeba przypominać o tym teraz, kiedy my tam jesteśmy.
Nie trzeba.
Strona 15
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
—. Pewnie —¦ potwierdził Stefan. —¦ Ale chodźmy juŜ do domu, bo mnie się z
tego zmartwienia jeść chce jak nie wiem co.
—• Chodźmy — zgodził się Bartek. — I nie trzeba się tak martwić. MoŜe się
wszystko ułoŜy.
— Ale tymczasem, chłopaki — zastrzegł Stefan — umawiamy się: w domu o całej
hecy nie mówimy. Rodzicom nic do tego. Zaraz będą się dopytywać, a co, a
dlaczego? Słyszysz, Bartek, nie mów nic w domu. Jesteśmy w szóstej, i koniec.
W drodze do domu Wiktor jeszcze nie mógł się uspokoić.
—¦ Jakie jednak te kobiety są mało odwaŜne — mówił do Stefana. —¦ MęŜczyzna na
przykład w takim wypadku powiedziałby: „Panie kierowniku, niech chłopcy
zostaną w mojej klasie. Prawda, Ŝe trochę niespokojni, ale za to jakie głowy
otwarte! Ozdoba całej klasy, moŜna powiedzieć. A moŜe to przyszła chluba
narodu? Spróbuję jeszcze rok z nimi, zobaczę!" Tak powiedziałby męŜczyzna. Tak
postąpiłby kaŜdy z nas. A Gramatyka? Poszła, jak to się mówi, po najmniejszej
linii oporu. Co za brak odwagi! To straszna rzecz być kobietą!
Stefan milczał. Bardzo boleśnie przeŜywał swój zawód co do pana kierownika.
Czuł się jak człowiek wystrychnięty na dudka, zawiedziony w rachubach.
Nie przeszkodziło mu to pochłonąć podwójnej ilości zupy. Przerywał jedzenie
rzadkimi, ale za to głębokimi, filozoficznymi uwagami, których musiała
wysłuchiwać Lucynka. Przy pierwszym talerzu zupy powiedział:
— Na tym świecie to tak juŜ jest, Ŝe starsi rządzą, a młodzieŜ musi słuchać.
A przy drugim:
— Gdyby było na odwrót, to "byłoby o wiele ciekawiej.
Następnego dnia lekcje mijały jedna za drugą w bardzo.przyjemnym nastroju. Nic
nie było na dzisiaj zadane, więc Ŝaden nauczyciel nie gniewał się za nie
odrobione lekcje.
— śeby tak było cały rok, to naprawdę nauczyciele oszczędziliby sobie
wiele zdrowia. A ile przykrości uniknęliby uczniowie! — mówił na duŜej
przerwie Wiktor.
— I Ŝycie mogłoby być takie piękne — dodawał Stefan. — A tymczasem zamiast na
tym odcinku coś uprościć, to tylko ciągle nowe konstytucje, wynalazki i
odkrycia. Pomyślcie, co będzie musiał umieć uczeń szóstej klasy za sto lat?
— Stefan, masz szczęście — stwierdził spokojnie Bartek.
— A niby ty nie takie samo? — zdziwił się Stefan.
— Nie. Ty większe. PrzecieŜ nie masz głowy do dat. A przeszło sto lat to oho!
Ile do zapamiętania przybędzie.
— KaŜdy z nas ma jakąś piętę achillesową w głowie — westchnął Wiktor. —
Stefan — ortografię, ja — matmę, ty — geografię. Ale mówmy o przyjemniejszych
rzeczach. Widzieliście te błyski smutku w oczach Gramatyki, kiedy przyszła do
nas na polski?
— Smutku? — zdziwił się Bartek. — Nie zauwaŜyłem. Dziewczyny ją tak
obstąpiły, chyba na złość nam dopytywały się ciągle o te przeniesione
koleŜanki. Ale rozmowa była wesoła.
— Ja siedzę bliŜej. Dobrze widziałem. Mówię wam. To sztuczna wesołość.
Gramatykę rozdziera ukryty ból po naszej stracie. Cierpi niewymownie... — tu
Wiktor złapał się za serce z wyrazem takiego bólu, Ŝe aŜ jakaś przechodząca
uczennica zatrzymała się na chwilę przestraszona. — Ale stało się! I juŜ jest
za późno. Teraz Ŝeby cała rada pedagogiczna uklękła przed nami, nie wrócimy do
VI A. Prawda, chłopaki?
— Nie wrócimy — powiedział Stefan.
— Nie, nie ma obawy — dorzucił Bartek myśląc raczej o tej klęczącej radzie
pedagogicznej.
Rozpoczęty tak przyjemnie dzień zakończył się zgrzytem. Na ostatniej godzinie
wychowawca zapowiedział „podsumowa-me wakacji". Nie spodziewającej się niczego
trójce przyjaciół ce-
gła spadła na głowę. Niewinnie brzmiące „podsumowanie" okazało się
sprawdzeniem podjętych w czerwcu zobowiązań wakacyjnych.
Skóra na „nowych" ścierpła. W ich dawnej klasie nigdy nic podobnego nie miało
miejsca. Zobowiązania co roku podejmowano, owszem, ale nikt ich nie zapisywał
i nikt nie sprawdzał po wakacjach, a tu?!
Na polecenie wychowawcy Sewerek odczytywał zobowiązania
z listy.
Chłopcy mieli jeszcze nadzieję, Ŝe ich nazwiska nie figurują na niej.
Strona 16
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Niestety! Pan Karniewicz, zakończywszy sprawdzanie „swoich", zwrócił się do
Romka:
—¦ A teraz, Koziołkiewicz, powiedz nam o zobowiązaniach waszej czwórki.
— Ja tak dobrze nie pamiętam — zaczął ociągając się Romek. — Ja byłem na
wakacjach u wujka gajowego i pomagałem w oczyszczaniu leśnych pasów. Mam
zaświadczenie, z leśnictwa. Jutro przyniosę, bo nie wiedziałem... A oni niech
sami mówią, ja nie pamiętam. Stefan miał, zdaje się, zbierać jakieś kamienie
i... Stefan, nie kop mnie pod ławką, bo ja dla ciebie kłamać nie będę. Pewnie
znowu zaczniecie się wykręcać, jak zawsze.
A to zdrajca! Stefek o mało nie spalił się ze wstydu. Trzeba było się przyznać
do nie spełnionego zadania. Zupełnie o nim zapomniał. I Bartek nie spreparował
obiecanego rybiego szkieletu. Zaskoczony Wiktor ratował się jak mógł barwnym
opisem urządzanych na wsi wieczornic, ale naprawdę, to nie pamiętał nawet,
czego się podjął...
Po lekcjach zatrzymali Romka w klasie. Chcieli go nauczyć rozumu, ale się
wcale nie zląkł.
— Ruszcie mnie tylko — powiedział — zaraz pójdę do pana kierownika i wszystko
powiem. Zobaczycie, Ŝe was wyrzucą ze szkoły.
Chłopcy wymienili spojrzenia, a Wiktor rozłoŜył ręce.
—¦ Chłopie, czy nie rozumiesz, Ŝe na kolegów donosi tylko zdrajca? A człowiek
szlachetny, taki jak ja albo Stefan, albo Bar-tuś, to raczej odda swoje młode
Ŝycie, raczej pozwoli sobie rozpalonymi obcęgami język wyrwać, a kolegi nie
wyda. A ty!... Ech,
Romek, mówię ci, Ŝe gdyby moŜna cię było uszlachetnić jakimiś pigułkami albo
proszkiem, to ja bym buty sprzedał, ostatnią koszulę bym z grzbietu ściągnął
na pokrycie kosztów, bo ja dla kolegi...
— No, no — przerwał mu Roman — gdyby takie pigułki istniały, to na was dawno
złoŜyłaby się cała klasa. Szlachetni! A dlaczego mnie Stefek pod ławką kopał?
Cyganić chciał, juŜ ja was znam, ale nie bójcie się!
Nie dowiedzieli się, czego mieli się nie obawiać. Romek na tym zdaniu
zakończył i wyszedł z klasy. Patrzyli na siebie trochę zaskoczeni niewątpliwą
słusznością jego wywodów, wreszcie Wiktor westchnął:
—¦ Chodźmy. Wielka szkoda, Ŝe go przenieśli razem z nami. Nic dobrego z tego
nie wyniknie...
— Nie masz racji — zaprzeczył Bartek. — Nie ma tego złego, co by na dobre nie
dało się obrócić. Ja juŜ sobie pomyślałem. Jak mnie będą piłować w domu na
temat „dlaczego", to właśnie Romek, uczeń bardzo dobry, jest dowodem, Ŝe to
tylko takie przesunięcie dla usprawnienia pracy.
Stefan spojrzał na Bartka z podziwem i powiedział:
— A wiesz, Ŝe to wspaniały pomysł. JeŜeli siostra cię zapyta, dlaczego nas...
— ElŜbietka na pewno nie zapyta. Co ją to obchodzi? Zresztą ja tak tylko na
wszelki wypadek, bo właściwie kto o tym wie oprócz naszej klasy?
Wlekli się pustym korytarzem. W całym gmachu panowała cisza. Nagle kiedy
dochodzili juŜ do schodów, z drugiego piętra zjechał po poręczy repetujący
piątą klasę Franek Gawroński... Zobaczywszy ich przystanął na zakręcie,
przyłoŜył zgięte palce do czoła i zawołał: — Beee! Beee!
Chłopcy oniemieli z oburzenia. Ten Franek, ten repetent ośmiela się z nich
drwić! Wreszcie Wiktor opanował się i odezwał wyniośle:
— Oto lekkomyślne pacholę z młodszej klasy, które przy najbliŜszej okazji
połamie-nogi, wydaje jakieś dźwięki zupełnie niestosowne w tych dostojnych
murach.
— Beee! Beee! Przeflancowali was do „baraniej"! Cała szkoła ma uciechę. Beee!
Beee!
Ostatnie słowa dobiegły chłopców juŜ z dołu, dokąd Franek, zauwaŜywszy jakiś
podejrzany ruch Stefana, zjechał błyskawicznie.
—¦ To się nazywa być pobitym własną bronią — stwierdził Bar-tek. — To
wymyśliłeś ty, Wiktor.
— Wymyśliłem, wymyśliłem — przedrzeźniał go Wiktor — jeszcze niejedno
wymyślę, wiesz? Stać mnie na dobry pomysł! Na poczekaniu! — Tu nagle olśniony
czymś Wiktor palnął się w czoło. — Chłopaki! Jesteśmy uratowani! Stefan, dawaj
scyzoryk!
— Na co?
— Nie pytaj, tylko dawaj! Bartek, stój tu i pilnuj, czy kto nie idzie na
Strona 17
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
schodach. Stefan, leć w drugi koniec korytarza. JeŜeli kogo zauwaŜycie,
zaczniecie kasłać i schodzić na dół. Ja sobie tu sam dam radę.
Chłopcy ustawili się według wskazówek Wiktora. Mieli oko na schody, ale
zerkali od czasu do czasu w stronę Wiktora, który wrócił do drzwi klasy
znajdującej się mniej więcej w połowie korytarza, przystawił sobie do nich
odwrócony do góry nogami drewniany kosz na śmieci i majstrował coś przy
tabliczce. Kiedy skończył i ruchem ręki wezwał przyjaciół, zobaczyli jego
dzieło. Na ciemnej politurze drzwi odcinały się jasno wyrŜnięte scyzorykiem
litery. Razem z emaliowaną, przybitą do drzwi tabliczką tworzyły napis: „Klasa
VI Bojowa".
—« Teraz juŜ Ŝadnych wątpliwości nie będzie. Prawda? Jak myślicie?
Bartek w milczeniu przytakiwał głową. Stefkowi sam pomysł podobał się równieŜ,
gryzło go tylko sumienie z powodu podrapanych drzwi.
— Nie moŜna było kartki przykleić? — zapytał.
— Kartkę zdarliby od razu i po wszystkim. A nazwa musi się przyjąć.
— A jutro zawołają nas do kierownika — powiedział powoli Bartek.
— O rany! — zawołał Stefan. — Jak trzeba będzie za drzwi
zapłacić, to ojciec kaŜe mi wziąć z tych składanych na kompas. Ja nigdy nie
uzbieram całej sumy!
— Spokojna głowa — rzekł Wiktor. — Wyjdźcie tym korytarzem na dół i przez okno
z pierwszej klasy. Uwaga, Ŝeby was kto nie widział. Ja muszę przez szatnię, bo
mam tam kurtkę. JeŜeli woźny mnie zauwaŜy, posądzenie padnie na mnie. Jak się
jutro zrobi heca, wyprzecie się w Ŝywe oczy; nic nie wiecie, wyszliście
wpierw. A ja się wytłumaczę, nie bójcie się, nie pierwszy raz...
. Chłopcom udało się wymknąć niepostrzeŜenie według rady Wiktora. Bartek
poŜegnał się szybko. Obiecał wychowawcy przynieść ten rybi szkielet.
ROZDZIAŁ 4.
NASZA KLASA „BOJOWA". OSIOŁ POPSUŁ — MĄDRY NAPRAWIŁ. ŁADNE ZOO!
Stefan wrócił do domu z nieprzyjemnym uczuciem. Dręczyło go, Ŝe dołoŜył ręki
do niszczenia drzwi. A jeŜeli Gawroński jutro powie, Ŝe widział ich ostatnich
na korytarzu? Cała ta sprawa, jak chory ząb, dokuczała mu aŜ do wieczora.
Wybiegł na podwórze i zastał juŜ tam Wiktora, który czuł się tu jak u siebie.
Mocowali się, ganiali, aŜ wreszcie przysiedli odpocząć. W pewnej chwili Stefan
zobaczył idące Alinę i ElŜbietkę. Nie wiedział, jak się zachować. MoŜe Alina
jeszcze się gniewa? Najchętniej udałby, Ŝe ich nie widzi.
Tymczasem Alina ich spostrzegła. Podeszła wiodąc ElŜbietę za sobą.
Stefan speszył się, ale przeszło mu to szybciej niŜ zwykle. Musiał po prostu
podziwiać obrotność i zręczność kolegi. Usiłował go naśladować.
Wiktor podniósł się szybko na widok dziewcząt, przywitał, zaprosił na ławkę i
zaraz, jak to on, zaczął coś opowiadać. Stefan tymczasem przyglądał się
ukradkiem ElŜbiecie. Na tle jasnej, bia-
łoróŜowej Alinki z podfryzowaną, złotą grzywką — jej gładkie, czarne włosy i
mocno opalona twarz wyglądały tak jakoś szlachetnie.
ElŜbietka równieŜ kilkakrotnie uwaŜnie spojrzała na Stefana. Poruszył się
niespokojnie: szyi wczoraj nie umył, moŜe to widać? W pewnej chwili doszły go
słowa Aliny:
— ...i podobno przesadzono was do baranów?
Stefan o mało z ławki nie spadł. Za nic w świecie nie spojrzałby w tej chwili
na ElŜbietkę. Ale Wiktor nie stracił głowy.
— Do bojowych, Alinko, do bojowych, zapamiętaj to sobie: „Szósta
bojowa". Ktoś cię źle poinformował.
Stefanowi przemknęło przez głowę, Ŝe ten ktoś to Franek Ga-wroński. Mieszka w
następnej klatce za Aliną, a balkon mają wspólny, tylko przegrodzony.
— Jak to? — mówiła Alina. — PrzecieŜ byliście w klasie „asów". I
wyrzucono was do B.
— Nic podobnego — mówił Wiktor. — U nas klasy A to klasy „aktywistów",
takich, co lubią róŜne akcje społeczne, w harcerstwie i w ogóle. Tak
się złoŜyło, Ŝe w naszej klasie A było kilku chłopców, co to i aktywni, i
bojowi, a w klasie szóstej B, to znaczy bojowej, aktywnych było trochę za
mało...
—¦ Jak to „bojowych"? Co to znaczy? — zapytała ElŜbieta.
—¦ To znaczy bojowych... na polu nauki — tłumaczył Wiktor. — Na przykład
przesunięty został Romek Koziołkiewicz, jeden z najlepszych uczniów. O sobie,
Strona 18
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
naturalnie, wrodzona skromność nie pozwala nam mówić.
— Nigdy nie myślałam, Ŝe nasz Bartuś jest taki bojowy w nauce
— dziwiła się ElŜbieta.
—¦ Bo nikt nie jest doceniany we własnej rodzinie — stwierdził Wiktor. — Ja w
domu — teŜ.
— I ja — westchnął Stefan.
— A czy są u was klasy C? — spytała ElŜbieta.
— Są, ale tylko młodsze: pierwsze i drugie. To są klasy tak zwane „cudowne".
Chodzą do nich same „cudowne dzieci". Takie, co to jak mają dwa lata, to juŜ
rwą się do elementarza albo do pisania...
—¦ Phi! — wydęła wargi Alina. — W waszej szkole tó same nadzwyczajności:
aktywiści, bojowi, cudowni. A gdzie się ci zwyczajni, naj zwyczajniejsi
podzieli?
— We wszystkich innych szkołach — odpalił Wiktor. — W waszej, na Czerwonej,
na Sienkiewicza i gdzie indziej. PrzecieŜ jest mnóstwo szkół w mieście, a taka
jak nasza tylko jedna.
Alina nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, wzruszyła tylko ramionami, ale
ElŜbieta uśmiechnąwszy się zapytała:
— A czy w waszej szkole nie jest trochę nudno? Bo kiedy wszystko jest takie
nadzwyczajne?...
— Nie, wcale. Atmosfera, owszem, jest powaŜna, ale staramy się ją od czasu do
czasu oŜywić, prawda, Stefan?
Ściemniało. ElŜbieta zaczęła się Ŝegnać. Wiktor przypomniał sobie, Ŝe dziś na
niego kolej gotowania kolacji. Jego matka wraca ze szpitala późno i oni z
bratem na zmianę gotują kolację. Wyszli z podwórza razem.
—¦ Powiedziałabym ci jedną rzecz, ale się boję — mówiła Alina do Stefana.
— Dlaczego?
— A bo zaraz wypaplesz.
— Ja wypaplę? — oburzył się Stefan. — Wypaplałem kiedy? Pamiętasz, raz mi
powiedziałaś, Ŝe ElŜbietka mnie podziwia. Ani słówka nikomu nie pisnąłem, a
przecieŜ przyjaźnię się z Wiktorem i zawsze mówimy sobie wszystko.
— No właśnie, a ten twój Wiktor to ma język. Istny pytel! Adwokatem powinien
zostać.
— Nie, on będzie artystą. On co dzień na głos czyta!
— Artystą? Filmowym?
— Nie wiem, ale zdaje się, Ŝe w teatrze. W filmie na jego gust chyba za mało
mówią. On lubi zgrywać. Mówię ci, jak zacznie, to wcale nie poznasz, Ŝe on tak
udaje. Wszyscy się na to nabierają, nawet nauczyciele.
—¦ Dobrze, Ŝeś mi powiedział. Niech ja go jutro spotkam! — zawołała Alina.
— Alina! — przestraszył się nie na Ŝarty Stefan. — Widzisz, kto jest papla?
Ledwie ci coś powiedziałem, a ty zaraz z jęzorem.
Swojej „jednej rzeczy" nie powiedziałaś, a ze mnie wyciągnęłaś. Pamiętaj:
jedno słowo powiesz, to tak cię spiorę, Ŝe...
Rozzłoszczony Stefan popędził schodami w górę, przeskakując po kilka stopni.
— Zaczekaj! — wołała goniąc go Alina. — Zaczekaj, to ci powiem! Nie zaczekał.
Rano Wiktor był wezwany do pana kierownika, ale się wyłgał. To jedno potrafił
robić wspaniale. I teraz, zdając relację przyjaciołom, opowiadał, Ŝe przy
końcu rozmowy pan kierownik miał po prostu łzy w oczach z Ŝalu, iŜ jego,
Wiktora, o taką rzecz posądził.
Ale największe piekło zrobiła klasa. To dotknęło trójkę przyjaciół do Ŝywego.
Bo jak to? Oni z naraŜeniem się na największe nieprzyjemności ratują honor
klasy, przerabiają z „baraniej" na „bojową" (cała szkoła juŜ mówi o „szóstej
bojowej"), a tu taka zapłata? I na jakiej podstawie te posądzenia. Kto widział?!
—¦ Na takiej — odpowiadał Sewerek — Ŝe dopóki was tu nie było, to Ŝadnych
awantur teŜ nie było. Ledwo przyszliście, juŜ cała szkoła wie, Ŝe VIB to
wandale, niszczyciele własności publicznej.
—¦ A jak piorun w tę klasę trzaśnie, to teŜ przez nas, bo przedtem tego nie
było? — dowodził Bartek.
—¦ Trupem padnę, a nie przyznam się do tego, czego nie zrobiłem! — wołał
Wiktor. — Jak lew będę się bronił do ostatniej kropli krwi! Pan kierownik mi
uwierzył, a wy nie chcecie.
— Pan kierownik nie zna cię tak dobrze jak my!
-— Taka Kijanka, a jak lew się broni!
Strona 19
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Klasa wybuchnęła śmiechem, ale Wiktor nie zdetonował się wcale. Stanął jak
Juliusz Cezar na Forum Romanum, rękę połoŜył na wypiętej piersi i zawołał:
—. Kijanka jestem, ale zawsze będę się bronił przed zniewagą jak lew i...
Tu zaciął się trochę, a Maniek, ten dowcipniś spod pieca, podpowiedział: — I
sto tygrysów!
—¦ ...i sto tygrysów! — dokończył z patosem Wiktor, a klasa znowu
odpowiedziała śmiechem.
Nie wiadomo jednak, czy dyskusja nie skończyłaby się bójką, gdyby w klasie nie
było wychowawcy. Pozwalał wypowiadać się swobodnie, słuchał z uwagą, śmiał się
razem z wszystkimi, wreszcie powiedział:
— Skoro dowodów nie ma, nie moŜna nikogo posądzać. Widocznie ktoś nam zrobił
paskudny kawał. MoŜe to się jeszcze kiedy wykryje? MoŜe winowajca nie
zastanowił się i sam juŜ tego Ŝałuje? Mnie wystarcza, Ŝe wszystkich ten
postępek oburza. Wszyscy rozumiemy: tak mógł postąpić tylko ktoś bardzo głupi.
W kilka dni później Stefan przyniósł do szkoły zdobyty u stolarza kawał
brązowej szpachlówki, a Bartek szpachlę. Wiktor przystawił stołek do drzwi i
starannie zasmarowywał wydrapane litery. Pół klasy przytrzymywało chyboczący
się stołek, drugie pół przyglądało się robocie Wiktora, a wszyscy słyszeli,
jak powtórzył kilkakrotnie:
—¦ Osioł jakiś, zwyczajny, dardanelski osioł pociął drzwi, a teraz ja się
muszę męczyć!...
Wiktor w niedzielę, przy końcu gry w piłkę, skręcił nogę. Ledwo go koledzy
doprowadzili do domu. Noga puchła w oczach. Na kilka dni był unieruchomiony w
łóŜku. I dobrze się stało, bo przy jego obecności nie obeszłoby się bez nowej
awantury.
Właśnie zmieniono gazetkę ścienną na korytarzu pierwszego piętra i kaŜdy, kto
przechodził, mógł przeczytać między innymi i taki wierszyk:
Choć w ksiąŜkach piszą, Ŝe zginęli Wandale, to ci Wandale nie zginęli wcale.
Pod drzwi szóstej klasy idźcie, moi mili, zobaczcie, co z drzwiami Wandale
zrobili.
Przed drzwiami klasy VI B gromadził się tłum, zaszpachlowa-nego napisu na
pierwszy rzut oka nie moŜna było odczytać,
a z wiersza nie wynikało, o której szóstej mowa. Ciągle się pytano, czy to tu.
Szczególnie pętaki z młodszych klas nie dawały spokoju.
Jaktś malec z drugiej wpadł po duŜej przerwie i zawołał:
— Gdzie te Wandale?
—• Głupi jesteś — powiedział mu Stefan — nie o Wandali chodzi, tylko o
to, co zrobili.
— Phi! Nic takiego! Ja bym to lepiej zrobił, tylko nie dosięgnę. A
Wandala nigdy nie widziałem. PokaŜcie go.
I tak było co pauza. Nareszcie Bartek, spokojny, małomówny przewaŜnie Bartek,
zdenerwował się i poszedł do Sewerka.
— Kto ten wiersz napisał?
— Bo co?
— Pytam cię, czy wiesz, kto ten wiersz napisał?
— Wiem, ale ci nie powiem.
— Dobrze, ale go zdejmij.
— A to z jakiej racji?
— Zdejmij, bo juŜ w tej klasie wytrzymać nie moŜna.
—¦ Patrzcie go! Wytrzymać nie moŜna — drwił Sewerek — to się przenieś.
Ale klasa VI B miała dosyć tej sławy na całą szkołę. Bartka poparło
kilkanaście głosów:
— Sewer, zdejmij ten wiersz! Dosyć juŜ!
Sewerek sprzeciwiał się zajadle. Sprawa oparła się o wychowawcę. Pan
Karniewicz polecił wierszyk zdjąć.
Sewerek był wściekły. Rzucał piorunujące spojrzenia na Bartka. W szatni Stefan
usłyszał, jak mówił:
— Ja ich dopilnuję. Przestanie to „zoo" brykać.
— Jakie znowu „zoo"? — spytał czyjś głos.
—¦ To, co do nas przyszło z VI A. śuraw, niedźwiedź, kozioł i kijanka.
— A to rzeczywiście „zoo"! — za ścianą palt słychać było głośny
śmiech.
Po południu Stefan z Bartkiem odwiedzili chorego kolegę. Noga wyglądała juŜ
Strona 20
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
dobrze. Wiktor zapowiadał swój powrót do
szkoły. Stefan opowiedział, co słyszał w szatni. Wiktor skrzywił
się:
— Przylgnie to do nas. Przezwisko utrafione.
—¦ Przezwisko jak przezwisko — burknął Bartek — mnie się bardziej nie podoba
to „dopilnuję ich".
— A ja się tego nie boję*— stawiał się Wiktor. — W VA nie tacy jak Sewerek
nas pilnowali, a upilnować nie mogli.
— Wiktor — mitygował go Stefan — nie zapominaj, Ŝe w V A byliśmy jedną zgraną
paczką, a tu jakoś głupio ułoŜyło się od początku: my i oni.
— Oni i „zoo" — rzucił Bartek z ironią.
— „Zoo" i barany — złościł się Wiktor. — Doprawdy, ja nie wiem, jak ja w tej
klasie wytrzymam. Wszystko takie ulizane, grzeczne, to nie na mój gust.
Chłopaki, urządźmy coś!
—¦ Dobrze, urządźmy — zgodził się Bartek. — Czy ty myślisz, Ŝe tylko tobie się
nudzi? A przecieŜ ty chociaŜ w domu masz trochę rozrywki, a ja... Ale na razie
musimy naprawić nasze stosunki z klasą. Zaprzyjaźnić się czy...
— Bartek! — wybuchnął Wiktor. — Oni na nas — „zoo", a ty chcesz do nich z
przyjaźnią?
— Nie - oni. To tylko Sewerysio. I właśnie Ŝeby jego zgnębić, musimy mieć
klasę za sobą.
Bartek jak zwykle rozumował słusznie, Wiktor musiał mu przyznać rację.
Stefana zaciekawiło to, co Bartek mówił o swoim domu. To jemu w domu się
nudzi? Mieszkanie mają tak ładnie urządzone. Bartek ma swój stolik, półkę i
duŜo ksiąŜek, zawsze parę złotych przy sobie. Chyba jego rodzicom dobrze się
powodzi?
ElŜbietka będzie artystką... Tak ładnie podobno gra na fortepianie. A Bartkowi
nudzi się?
— Tak ci się zdaje — odpowiedział zapytany Bartek — ale pomyśl: ElŜbieta
zawsze albo siedzi z nosem utkwionym w ksiąŜce, albo ćwiczy do znudzenia jedno
i to samo. Mama nigdy nie ma czasu; ojciec, jak wróci z fabryki, to tylko
prosi, Ŝeby była cisza, bo zmęczony. KaŜdy zamyka się w swoim kącie...
Stefan westchnął ze zrozumieniem.
—' To urządźmy coś, Bartek, ty zawsze miałeś dobre pomysły. Nie takie
postrzelone jak Wiktor... albo ja — dorzucił samokry-tycznie.
— Mam juŜ coś na myśli.
— Co? Powiedz!
— Niedługo wam powiem, ale jeszcze nie teraz. Wiesz, ja lubię
najpierw mieć projekt wykończony i dopiero o nim mówić.
Stefan wiedział o tym. Bartek taki juŜ jest: dokładny, lubiący, Ŝeby wszystko
było „zapięte na ostatni guzik".
ROZDZIAŁ 5.
TAJEMNICZE WPŁYWY ALINY.
ROMEK WYKOŁOWANY NA AMEN.
WSZYSTKO NA PRÓśNO! STEFAN KRĘCI, JAK MOśE.
Stefan lubił późne, wieczorne godziny. Rozkładał się wtedy ze swoimi sprawami
na uprzątniętym kuchennym stole, Lucynka zaraz po kolacji szła spać. Rodzice
siedzieli przy duŜej lampie w pokoju. Nikt mu nie przeszkadzał w „utrwalaniu".
Bo te późne zajęcia Stefek nazywał utrwalaniem, to znaczy powtarzaniem
odrobionych juŜ przed kolacją lekcji. W rzeczywistości wyglądało to trochę
inaczej. Czasami była to po prostu ciekawa ksiąŜka do czytania, czasami album
ze znaczkami, a zdarzało się i tak, Ŝe dopiero o tej godzinie Stefek zaczynał
odrabianie lekcji pocąc się ze strachu, czy zdąŜy nadgonić stracony przed
kolacją czas. Mówiło się wtedy, Ŝe „na jutro strasznie duŜo zadane".
Dziś w domu było wyjątkowo spokojnie. Ojciec zapowiedział późny powrót z
zebrania, mama wyszła przeszyć coś na maszynie u sąsiadki. Lucynka spała.
Stefek kończył wklejanie dwóch znaczków Chińskiej Republiki Ludowej, kiedy
usłyszał lekkie pukanie do drzwi.
Przyszła Alina. Kiedy zaczęła od razu: — Stefku, mój złoty! Ty jesteś taki
mądry! — wiadomo było, Ŝe nie moŜe dać sobie rady z lekcjami. Rzeczywiście
miała napisać na jutro wypracowanie domowe o wakacjach.
— Stefku, błagam cię, pomóŜ. Idzie mi jak z kamienia. Stefek nie miał ochoty
Strona 21
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
pomagać Alinie. Schlebiało mu jednak
przekonanie o jego moŜliwościach.
— „Błagam cię" — przedrzeźniał — a potem znowu będziesz zadzierać nosa i
mówić, Ŝe jestem dziecinny.
—• Ach, nigdy w Ŝyciu! Co ty wygadujesz, Stefan! — oburzała się Alina. — A
poza tym, słuchaj: jeŜeli mi pomoŜesz, to — ściszyła głos do szeptu — powiem
ci jedną rzecz. Zobaczysz, nie poŜałujesz.
Stefan był bardzo ciekawy tej jednej rzeczy, o której juŜ nie . pierwszy raz
słyszał. Nie okazywał tego. Owszem, z najobojętniej-szą miną udał, Ŝe wcale go
to nie interesuje. Pomógł Alinie ułoŜyć plan wypracowania. UłoŜył nawet
pierwsze zdanie, które według Aliny było najtrudniejsze: „Skończył się juŜ rok
szkolny i zaczęły piękne wakacje."
— Reszta juŜ pójdzie ci łatwo — oświadczył. — A co mi chciałaś powiedzieć? —
dodał siląc się na obojętność.
—¦ Zaraz, zaraz ci powiem. Tylko, Stefanku, jeszcze coś takiego zgrabnego na
zakończenie. Ostatnie zdanie, wiesz...
— Na ostatku moŜesz napisać: „Skończyły się piękne wakacje i zaczynamy nowy
rok szkolny." •
—¦ Ach, Stefku, jak tobie to łatwo przychodzi — z nie udanym podziwem zawołała
Alina. — Ja myślałabym godzinę i nie wymyśliłabym czegoś takiego. Ty chyba
naprawdę będziesz pisarzem.
— To jeszcze nie takie pewne, nie zagaduj.
— Stefan, a nie powiesz nikomu?
— Nie powiem.
— Przysięgnij się.
— Na byle głupstwo będę się przysięgał?
— Stefek, to nie głupstwo, to jest naprawdę wielka tajemnica. Ja nawet nie
mogłabym ci powiedzieć sama, bez zgody Ryśka.
— CóŜ to za Rysiek?
— Rysiek to pseudonim, naprawdę — Staszek. NajwaŜniejszy. On jest dorosły, ma
całe osiemnaście lat.
—• Ach, niech ma i sto osiemnaście, co to mnie obchodzi?
— Przysięgnij się.
— Przysięgam się, no?
— No więc Staszek jest szefem, czyli naczelnikiem. Zakłada związek i zbiera
samych morowych chłopaków. Dziewczęta teŜ mogą naleŜeć, ale rzadko która się
nadaje, bo warunki przyjęcia są trudne. Trzeba mieć charakter, Rysiek bardzo
to podkreśla: charakter i siłę.
— No i co z tego wszystkiego?
— To, Ŝe gdybyś chciał, to mogłabym cię do tego związku wprowadzić.
Zaręczę za ciebie, bo ty jesteś równy chłopak, a tam tylko samych takich
przyjmują.
— A co w tym związku będzie?
— Ciekawe rzeczy. Rysiek mówił, Ŝe co tydzień będzie coś nowego, jakieś
wesołe hece, jakieś kawały.
— Ale co na przykład?
— Szczegółowo to ci powie sam Rysiek. Jeszcze się nie zaczęło, bo dopiero
szuka członków.
— A kto do tego związku naleŜy oprócz ciebie?
— Nie wiem. Znam tylko tego, kto mnie wprowadził, i sama mogę teŜ kogoś
wprowadzić.
— Kto ciebie wprowadził?
— Tego mi nie wolno powiedzieć.
To zaczynało być ciekawe. Tajemnicze. Nie wolno mówić nic nikomu. Kawały i
hece. Trzeba by się czegoś więcej o tym wszystkim dowiedzieć. Zanim Bartek
swój projekt wykończy, Stefek kolegów do tego związku wciągnie. PrzecieŜ to
teŜ porządni chłopcy. Nareszcie będzie coś ciekawego, nie tylko same lekcje, a
na okrasę zbiórki z referatami.
Umówił się z Aliną, Ŝe go zapozna ze Staszkiem, który ma pseudo: Rysiek.
„Ryzyk-fizyk — myślał po wyjściu Aliny Stefan. — Co mi szkodzi zobaczyć, jak
to wygląda z bliska. JeŜeli mi się to nie spodoba, to adiu-fruziu i koniec."
Człowiek nigdy nie wie, skąd mu cegła na głowę spadnie. Rano Stefan poszedł do
szkoły bardzo zadowolony, Ŝe „coś ciekawego widać na horyzoncie".
Strona 22
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Nie mógł nic powiedzieć kolegom, bo przysięga święta rzecz, jeszcze więcej niŜ
słowo.
Ale nie potrafił się powstrzymać, aby nie dać im do zrozumienia, Ŝe ma jakiś
pomysł. Zapytał:
— Bartuś, jak tam, wymyśliłeś juŜ dla nas jakieś dodatkowe zajęcie?
— Nie pali się — odpowiedział Bartek.
— UwaŜaj, bo jak się nie pośpieszysz, ja wymyślę pierwszy.
— Niech tylko będzie coś ciekawego, nie mam pretensji. A jak z ortografią?
Powtórzyłeś prawidła? Gramatyka ma na nas oko.
Stefan aŜ zaklął ze złości. Zapomniał na śmierć o zapowiedzianym na dziś
dyktandzie kontrolnym. To wszystko przez Alinę, która zawróciła mu głowę tymi
sekretami! Kiedy wyszła, zachciało mu się tak spać, Ŝe nawet się nie umył
korzystając z nieobecności mamy. Co teraz zrobić?
Siedzi w ławce z Romkiem, który jest w ortografii mocny. MoŜe do jego zeszytu
zaglądać? śeby się tylko Roman zgodził. Stefan bierze go na pauzie za łokieć i
mówi:
— Romek, wiesz, Ŝe z nas „zoo" zrobili?
— Jakie znów „zoo"? — podejrzliwie pyta Romek.
Stefan opowiada, a widząc, jakie to wraŜenie robi na Romku, postanawia kuć
Ŝelazo, póki gorące.
—¦ Widzisz, Romek, „zoo" z nas zrobili i to juŜ trudno, nic na to nie
poradzimy. Źle tu się zaczęło i nie ma innej drogi, tylko powoli, powolutku tę
opinię odrobić. Oni muszą zobaczyć, ze my tacy najgorsi nie jesteśmy.
— Przynajmniej nie wszyscy.
— I o stopnie musimy dbać.
—¦ Zawsze to mówię. Dzięki Bogu, Ŝe i ty tak myślisz — stwierdza Romek z
zadowoleniem.
— Widzisz, Romek, nie kaŜdy człowiek od razu jednakowo myśli. Ty
zrozumiałeś to wcześniej, ja dopiero teraz.
— Wiesz, Stefan — mówi juŜ całkiem udobruchany Romek. —
Ty przecieŜ mógłbyś się pierwszorzędnie uczyć.
— MoŜe i mógłbym — zgadza się Stefan — ale mam duŜe zaległości, a zła opinia
bardzo mi w nauce przeszkadza. Całą chęć mi odbiera.
— Opinię musisz zmienić.
—' Masz świętą rację. Muszę ją zmienić, ale czy to tak łatwo? Dziś dyktando.
Za mocny w ortografii nie jestem. Jak mi wlepi dwóję...
— Musisz uwaŜać.
—¦ Będę uwaŜać, ale na wszelki wypadek trzymaj zeszyt tak, Ŝebym mógł zerknąć.
Dobrze?
— Dobrze. Niech będzie. Chciałbym, Ŝebyś dostał lepszy stopień. Ale ten
Sewerek: „zoo"! No wiesz!
Romek zeszyt rozłoŜył we właściwy sposób, łokciem nie zasłaniał. Wszystkie
litery Stefan widział doskonale. Ale kiedy dyŜurny połoŜył zebrane zeszyty na
katedrze, pani Ostrowska dziwnie jakoś spojrzała na Stefka. Zaczęła czegoś
szukać w zeszytach, wyciągnęła jeden obłoŜony w szary papier i coś w nim
napisała.
— Wszyscy — powiedziała — otrzymają stopnie za kilka dni. Tylko śórawiec
dostanie swój zeszyt zaraz. Jest w nim ocena nie za dyktando, tylko za
ściąganie, bo ani słowa nie napisał samodzielnie.
Podała mu zeszyt i wyszła z klasy. Lekcja się skończyła.
Koledzy rzucili się do ławki śórawca. O mało mu na głowę nie weszli, ciekawi,
co tam było w zeszycie.
Stefan nie miał Ŝadnych wątpliwości i nie omylił się. Dwója. A całe dyktando
przekreślone. Sprawa obudziła powszechne współczucie. Postępek nauczycielki
oceniano jako niesprawiedliwy. PrzecieŜ Stefan nie wszystko ściągał. Wiele
wyrazów sam napisał. Romek to widział. A pani powiedziała: „ani słowa".
Niesłuszna ocena. Bartek przejrzał dyktando Stefana i powiedział:
—¦ Ani jednego błędu. Ściągałeś dobrze. Pani Ostrowska wyraziła się nieściśle.
Za ściąganie powinieneś dostać piątkę.
—¦ Racja — przyznał Sewerek. — A za to, Ŝe ściągałeś — dwójkę, i kropka.
— A w ogóle to jest postępowanie nieszlachetne — wołał Wiktor. — Gramatyka
widziała od początku, Ŝe ściągałeś, a powiedziała po wszystkim. Gdyby
powiedziała od razu, nie ściągałbyś i dostałbyś lepszy stopień. A tak to juŜ
Strona 23
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
przepadło.
To, co prawda, było bardzo wątpliwe. KaŜde dyktando wymyślone przez Gramatykę
roiło się od wymyślnych zadań. I w tym niefortunnym dla Stefana nie brakowało
ich, o nie!
— O rany! — wściekał się Stefan. — Jak tu moŜna bez błędu napisać o tych
kmieciach, którzy przeszli rzekę w bród i nie zmoczyli bród?
—• Ado tego zmyli z nóg swych brud — uzupełniał Romek. — To jest naprawdę
dyktando na uniwersytet, a nie na szóstą klasę.
— I brak w nim sensu — wywodził Bartek. — JeŜeli przechodzi się brodem, to
znaczy płytkim miejscem, na pewno brody się nie zamoczy.
— A poza tym od razu widać, Ŝe Gramatyka nigdy przez wodę nie przechodziła —
stwierdził z pogardą Wiktor. — Kiedy się przez wodę przechodzi? Latem. Na wsi.
A latem na wsi to człowiek ma tak zabrudzone nogi, Ŝe bez mydła od samej tylko
wody nie puszczą. JuŜ ja to znam.
Stefan milczał pełen gorzkich myśli. Okazało się raz jeszcze, Ŝe uczeń, Ŝeby
się nie wiadomo jak starał i zabezpieczał, zawsze jest wobec nauczyciela
bezsilny. Niepotrzebnie się poniŜał prośbami wobec Romka. Ten widocznie myślał
o czymś podobnym, bo nagle zwrócił się do niego:
—¦ Widzisz, Stefan, najlepiej przygotować sobie lekcje w domu. Jak umiesz,
niczego się nie boisz. Ja to zawsze jak porządny harcerz...
— E, mój kochany — przerwał mu Stefek — ten paciorek to ja na pamięć umiem.
Ameryki nie odkryłeś. I nie masz się czym chwalić. Jak jesteś taki porządny
harcerz, to nie powinieneś mi pomagać w ściąganiu.
— PrzecieŜ mnie prosiłeś — zbaraniał Romek.
— No to co? — wtrącił Wiktor. — Nawet Ŝeby cię na kolanach błagał i płakał
krwawymi łzami, teŜ nie powinieneś mu pozwolić zaglądać w swój zeszyt.
— Tak — dodał Bartek — gdybyś nie pozwolił mu spisywać, toby nie ściągał, a
jakby nie ściągał, nie dostałby za ściąganie dwójki, zupełnie jasne.
— Tak — ciągnął Wiktor — nieładnie wyszło, przez ciebie Stefan dwójkę
złapał.
Romek był taki zły, Ŝe aŜ mu się ręce trzęsły.
— Nie — sapał zbierając ksiąŜki z ławki — moi złoci, ja się do waszego „zoo"
tylko przez pomyłkę dostałem. Ja się do was zupełnie nie nadaję...
— Pewnie — zgodził się Wiktor — wcale nie jesteś taki rzadki okaz: kujon
pospolity.
Stefan martwił się dwójką. Po pierwsze wcale się jej nie spodziewał. Po
drugie, niepokoiło go, Ŝe dostał ją w sobotę, kiedy ojciec często ma czas,
przegląda zeszyty i wypytuje o lekcje. Taka świeŜa dwójka moŜe całą niedzielę
zatruć.
W domu zjadł obiad, pozmywał naczynia, a potem pomógł mamie wyfroterować
podłogę w pokoju. Mama tylko pastą pocierała, a do połysku to juŜ on
wykańczał. Świeciła jak lustro. Mama pochwaliła go i powiedziała, Ŝe ma z
niego więcej pociechy niŜ z Lucynki, bo Lucyna to tylko o koleŜankach myśli.
Ojciec wrócił późnym wieczorem. Był zły, bo głodny, ale kiedy zjadł obiad,
humor zaraz mu się poprawił i ogłosił niespodziankę:
—• Jutro idziemy do cyrku. PokaŜcie no swoje zeszyty. Zobaczymy, jakŜeście na
tę przyjemność zasłuŜyli.
Stefanowi przyszło na myśl, Ŝe moŜna było zeszyt schować, powiedzieć, Ŝe jest
z dyktandem u pani. Niestety, dobre pomysły przychodzą przewaŜnie za późno.
Ojciec zobaczywszy dwóję spytał ostro:
— Co to znaczy?
— To znaczy — bąkał Stefan — Ŝe pani od polskiego uwzięła się na mnie...
śebym się nie wiem jak starał, zawsze wszystko jest źle.
—i Znamy się na tym — powiedział ojciec — kaŜdy uczeń tak uwaŜa, ja teŜ tak
swojemu ojcu kiedyś mówiłem.
— A to wcale nie dlatego, Ŝe ja uwaŜam, tylko tak jest na-
prawdę. — Stefan nabierał odwagi. — PrzecieŜ w całym dyktandzie nie ma ani
jednego błędu, niech tatuś sprawdzi. Ojciec sprawdził.
— No, więc dlaczego ta dwója?
— A bo... bo pani powiedziała, Ŝe ja na pewno z ksiąŜki spisywałem, a ja z
ksiąŜki nie spisywałem.
— Słowo?
— Słowo, Ŝe z ksiąŜki nie spisywałem.
Strona 24
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— A dlaczego nauczycielka do ciebie się przyczepiła? Stefan patrzył ojcu
prosto w oczy.
— Bo ja wiem? MoŜe dlatego, Ŝe w zeszłym roku powiedziałem, Ŝe taka młoda.
— IleŜ ona ma lat?
— Nie wiem, ale jest naprawdę bardzo młoda. W zeszłym roku dopiero zaczęła
pracować i chłopaki wcale się jej nie bali.
— Chłopaki, to znaczy i ty?
— A czego miałem się bać, jak wszystko miałem w porządku? —¦ No, z polskiego
tak bardzo w porządku nie było. Trójka
na cenzurze.
— Ale teraz, jak mi pan kierownik doradził, Ŝebym duŜo pisał, to się
wprawiłem!. Tatuś nie widzi, ale niech mama powie, ile ja teraz piszę.
— To prawda — zaświadczyła mama — coś tam w zeszycie pisze i pisze.
Ojciec pomyślał chwilę i powiedział:
— Co to jest, Ŝe ci młodzi tak się o byle co obraŜają? A najwięcej nie lubią,
jak im powiedzieć, Ŝe są jeszcze młodzi. U nas w fabryce teŜ... A, mój BoŜe,
ile to człowiek" dałby za to, Ŝeby teraz być młodym...
—¦ Tobyś był taki sam głupi, jak i oni. To juŜ tak musi być — stwierdziła mama.
Rodzice zaczęli rozmawiać o pracy w swoich fabrykach i jakoś się ta dwójka
Stefanowi upiekła.
Było mu trochę wstyd, Ŝe tak nałgał, ale chodziło przecieŜ
o cyrk.
W ogromnym płóciennym namiocie aŜ mu serce zamierało ze
strachu, Ŝe akrobata nie trafi na właściwy trapez i runie w dół. Ale wszystko
się udawało cudownym po prostu sposobem. Podobały mu się równieŜ numery ze
zwierzętami. Pomyślał sobie, Ŝe chciałby mieć psa. Mógłby go nauczyć róŜnych
sztuk. Powiedział to na głos. Mama zaprotestowała.
— To byłaby męka i dla psa, i dla mnie, bo wy polecicie, a ja o wszystkim
muszę pamiętać.
Stefan westchnął, ale musiał w duchu przyznać mamie rację.
ROZDZIAŁ 6.
TAJEMNICZE SPOTKANIE W PARKU. PAMIĘTNIK STEFANA.
Rzadko zdarzało się, aby Stefan odrabiał lekcje za białego dnia. Wolał to
zwykle odkładać na wieczór. A jeŜeli, tak jak dzisiaj, siedział w towarzystwie
Lucynki i rozwiązywał zadania, to musiał mieć jakiś niecodzienny do tego powód.
Machinalnie obrysowywał cień kalendarza na ceracie, gryzł koniec obsadki i
szybko obliczał plony z hektara, przepuszczając je przez kombajny, zapełniając
spichrze Ŝytem i pszenicą. Pewną ręką wypisywał wyniki, nie troszcząc się o
ortografię. Matematyk zwracał uwagę tylko na błędy w rachunku. Porządny chłop!
Stefan lubił go tak, jak się lubi nauczyciela, który wykłada nie sprawiający
trudności przedmiot, i nad znienawidzonym przez wielu uczniów podręcznikiem
siadał z przyjemnością — miał głowę do rachunków.
Dzisiaj ta głowa była jednak zajęta w duŜej części czym innym. Punktualnie o
szóstej wieczorem ma być koło furtki przy Bednarskiej. Kiedy przejdzie przez
nią Alina, uda, Ŝe jej wcale nie spostrzegł, ale w pewnej odległości pójdzie
za nią. W bocznej alejce będzie na niego czekać „szef" — to znaczy Rysiek, ale
Stefanowi nie wolno zdradzić, Ŝe zna jego imię. Alina powiedziała mu to w
największym zaufaniu. Dla wstępujących do organizacji to po prostu
„szef". Dopiero potem, kiedy przejdą wszystkie
próby, zostaną wtajemniczeni. Zapoznając go z tymi szczegółami na półpiętrze-
przy oknie, Alina co chwila oglądała się, czy kto nie idzie. Stefan chciał ją
wyśmiać, bo z czego tu robić tajemnicę? Ale w końcu poddał się nastrojowi i
nawet z pewnym przyjemnym niepokojem czekał na to spotkanie.
W bocznej alejce, niedbale oparty o poręcz, siedział młody człowiek w
studenckiej czapce. Mógł być rówieśnikiem brata Wiktora.
Wypytywał o dom, zajęcia i dochody rodziców, o upodobania Stefka, który nawet
nie zorientował się, Ŝe człowiekowi pierwszy raz widzianemu opowiada o sobie i
swoim domu wszystko i bez Ŝadnego skrępowania.
Student, rzuciwszy parę zdań o organizowanym przez siebie stowarzyszeniu
sportowym, kilkakrotnie podkreślił, Ŝe nie naleŜy nikomu o tym mówić.
Stowarzyszenie czy teŜ klub będzie na razie działać w największej tajemnicy.
Dopiero w odpowiedniej chwili ujawni się.
— Tymczasem chodzi o ogólny trening — mówił. — Członkowie naszego klubu muszą
Strona 25
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
wykazać się zimną krwią, wytrzymałością, zdecydowaniem i odwagą.
Stefanowi podobało się to wszystko. Chciałby jak najszybciej „wykazać się".
Spytał, kiedy rozpocznie się trening. „Szef" roześmiał się ukazując ostre i
bardzo białe zęby.
— Wolnego! Jeszcze cię nie przyjąłem. Najpierw musisz przejść kilka prób. Nie
wiadomo, czy się nadasz. U mnie wszyscy chłopcy dobierani. Flaki — do kubła.
Stefan zapewnił szybko, Ŝe on na pewno nie okaŜe się flakiem. Gotów jest
poddać się jakiejkolwiek próbie choćby zaraz. t Student spojrzał
krótko i z ukosa.
— Paplą nie jesteś? Stefan oburzył się.
— Czy ja dziewczyna jestem, Ŝebym zaraz z jęzorem leciał?
— I dziewczyny są róŜne. Twoja koleŜanka na przykład zasługuje na zaufanie.
Jest juŜ przyjęta. Solidna i z charakterem.
Zaskoczony w pierwszej chwili Stefan chciał powiedzieć, Ŝe zna solidniejsze,
ale powstrzymał się.
— Teraz złoŜysz przysięgę na milczenie. Wstań! Odwróć lewą rękę dłonią do góry.
Chłopiec jak zahipnotyzowany wykonywał polecenia. Jego dłoń „szef" wziął w
obie swoje. Ścisnął.
— Powtarzaj! — rozkazał.
Tekst przysięgi mówił o milczeniu, tajemnicy, wierności i zdradzie. Kiedy
doszło do słów: „Wiem, Ŝe zdrajcę spotka zasłuŜona kara" — Stefka przeszedł
dreszcz, a przy zwrocie „niechaj nieszczęście spadnie na głowę zdrajcy i jego
najbliŜszych", zawahał się i zamilkł.
— A mówiłeś, Ŝeś nie flak! — padły drwiące słowa. Szybko dokończył przysięgi.
Usłyszał jeszcze, Ŝe ma się nie przyznawać do znajomości, gdyby się gdzieś
przypadkiem spotkali, i czekać na polecenia.
Z ulgą wybiegł z ciemnego parku na oświetloną juŜ ulicę. O, gdyby mógł teraz
opowiedzieć to wszystko przyjaciołom! Wiktor naturalnie natychmiast chciałby
teŜ naleŜeć do klubu. Te przysięgi, zaklęcia, ciemne aleje to dla niego w sam
raz. Zgrywałby się i dokładał drugie tyle. A Bartek? Jak zachowałby się
Bartek? Stefan jest prawie pewny, Ŝe Bartek takiej na przykład przysięgi nie
złoŜyłby za nic. Zapytałby: „A to po co?"
Ach, jaka szkoda, Ŝe nie moŜna pogadać na ten temat z Wiktorem i Bartkiem. I
jeszcze: co to za próby?
Pamiętnik Stefana
Więc to było tak: przedwczoraj Alina zawiadomiła mnie, Ŝe o siódmej przy
„tamtej ławce" zbiórka. Będzie coś ciekawego.
Owszem, to było takie ciekawe, Ŝe jeszcze parę godzin potem ręce mi się
trzęsły ze strachu, Ŝeby się nie wydało, Ŝe i ja tam byłem.
Po co, po co ja składałem tę przysięgę? Muszę teraz milczeć jak grób. Nawet w
pamiętniku nie mogę nic napisać. Gdyby się wydało przeze mnie, na pewno
mściliby się strasznie. Przekonałem się przecieŜ, do czego są zdolni.
Po tym wszystkim nie wiem, jakim sposobem znalazłem się na naszej klatce
schodowej. Serce mi biło strasznie, całą twarz miałem mokrą. Schowałem się w
korytarzyku do piwnicy i dopiero jak zacząłem normalnie oddychać, poszedłem do
domu.
„Jakiś ty blady!" — przestraszyła się Lucynka.
Powiedziałem, Ŝe to od biegu po schodach po trzy stopnie. Zaraz rozłoŜyłem
ksiąŜki na stole i podparłem głowę dwoma rękami, Ŝeby mama czego nie
zauwaŜyła. Całe szczęście, Ŝe dopiero po dłuŜszej chwili weszła do pokoju.
MoŜe w godzinę potem przyszedł ojciec. Zdenerwowany był strasznie. Od progu
zaczął opowiadać o tym, co się wydarzyło w parku.
„Gdybym ja takiego łobuza w ręce złapał, to chybabym na miejscu rozerwał na
dwoje" — odgraŜał się.
Zasnąć nie mogłem bardzo długo; a kiedy wreszcie zasnąłem, to mi się śniło, Ŝe
mnie tygrys goni. \
Wczoraj przyszła do mnie Alina i mówi:
„No, do odwaŜnych to ty nie naleŜysz. Było mi za ciebie wstyd."
„JuŜ się nie będziesz wstydzić" — mówię.
„Szef teŜ powiedział, Ŝe pierwsze przepustne."
„Pierwsze i ostatnie" — mówię.
„No, nie udawaj takiego zucha. Mogą być próby trudniejsze. To, co było, to
jeszcze nic."
Strona 26
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
„Dla mnie wystarczy."
„Jak to — pyta Alina — co ty tak jakoś burczysz pod nosem?"
„To znaczy — mówię — Ŝe ja do waszego sportu naleŜeć nie chcę. Ten sport to
się nazywa chuligaństwo. I powiedz to waszemu szefowi. W studenckiej czapce
chodzi, wygląda jak porządny człowiek, a chuliganów zbiera. Wstyd!"
„Wstydziłbyś się tak mówić — rozgniewała sią Alina. — Porządnych chłopaków
chuliganami nazywasz. Za co?"
„A za to — mówię — Ŝe z takiego sportu tylko nieszczęście."
„Co ty pleciesz — woła Alina — jakie znów nieszczęście?"
Okazało się, Ŝe Alina nic nie wiedziała. Kiedy opowiedziałem, nie chciała mi
wierzyć. Zapewniała mnie, Ŝe to prawdziwi chuligani musieli zrobić.
„Zresztą — mówi — moŜe to nie był dobry pomysł. Ja chyba-bym umarła ze
strachu. Ale zobaczysz, Rysiek inne wesołe kawały urządzi."
Mnie ten jeden wystarczył. Jak sobie przypomną — mam dosyć. Zresztą ja juŜ
taki jestem. Jak komu wierzą, to wierzę, ale jak się przekonam, Ŝe kręci —
k'oniec. Wysiadam. Miał być sportowy trening, rekordy itp., a tymczasem widzę,
co to za sport.
„Teraz mi się oczy otworzyły — mówię — na te tajemnice i przysięgi. Niechbym
ja tak ojcu słowo powiedział."
„Stefan, bój się Boga — przestraszyła się Alina — przysięgałeś. To straszny
grzech."
„PrzecieŜ nie mówię, Ŝe powiem. Ale nic wspólnego z tym nie chcę mieć. Tak
szefowi powiedz."
„Oj, niedobrze, Stefan. Oj, niedobrze — jęczała Alina. — śebym wiedziała, Ŝeś
ty taki, tobym ani wspomniała o tobie. Teraz dopiero będą miała od Wic... od
szefa" — dokończyła prędko.
„Aha — myślę sobie — to znaczy, Ŝe Wicek teŜ naleŜy do tej paczki."
„śebym ja wiedział, co to za towarzystwo, tobyś mnie tam na lince nie
zaciągnęła" — powiedziałem.
W tej chwili mama weszła do pokoju i przypomniała, Ŝebym lekcji na jutro nie
odkładał, bo moŜe coś wypaść i będzie źle. Alinę zaraz wyniosło, a mama bardzo
się dziwiła, co ja mam tyle do rozmawiania z tą Aliną. I znowu musiałem łgać,
Ŝe o lekcjach rozmawialiśmy.
A dziś mnie spotkała dziwna rzecz. Na drugiej lekcji był polski. Mieliśmy
przerabiać opowiadanie z wypisów. Wyciągam ksiąŜką, otwieram, a tam leŜy jakaś
kartka złoŜona we czworo. Rozkładam j% czytam: „Milcz, bo poniesiesz
konsekwencje!" I nic, Ŝadnego podpisu, nic — tylko pieczęć zielona, taka
dziwna. Domyśliłem się, Ŝe to mi ktoś z paczki „szefa" podrzucił. Ale kiedy?
Jakim sposobem? Spojrzałem na Romka. Widział, Ŝe trzymam kartkę w ręku, i
zapytał:
„Co to?"
„Nic, Nie widziałeś, czy kto wchodził do klasy w czasie pauzy?"
„Nie widziałem, bo co?"
„Ciekawość pierwszy stopień do piekła — mówię. — A kto dzisiaj ma dyŜur?"
„Ciekawość — pierwszy stopień do piekła" — odburknął mi Romek i odwrócił się
obraŜony.
Dowiedziałem się, Ŝe dyŜur ma Sewerek. Zapytałem go, ale i on nie widział
nikogo, kto by wchodził do klasy w czasie pauzy.
Ciekawe, czy to ktoś z naszej klasy?
Łobuzy! Co to za „kon-sek-wen-cje"? Nie boję się ich i gdyby mnie nie wiązała
przysięga, nauczyłbym ich rozumu. A gdyby ktoś wszystko wyczytał z mego
pamiętnika, czy to teŜ byłoby złamanie słowa i przysięgi? Na wszelki wypadek
ten zeszyt chowam na dno swojej szuflady i zamykam na kluczyk.
Alina zatrzymała mnie dzisiaj na schodach. Zdaje się, Ŝe tam na mnie czekała.
„Słuchaj, Stefan, mam przez ciebie mnóstwo nieprzyjemności."
„Dlaczego?"
„Ojeja, za długo musiałabym ci tłumaczyć. Pamiętaj, ani słowa nikomu, Ŝeby nie
było nieszczęścia."
„Dla szefa?"
„Nie! Dla tego, kto paple. JuŜ taki jeden był. Złamał przysięgę, powiedział
bratu, a brat na drugi dzień utonął w kąpieli."
„Bo nie umiał pływać."
„MoŜe i nie umiał. Nie wiem. Ale wiem, Ŝe Rysiek ma jakieś dziwne oczy."
Strona 27
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
„Bzdury! Wstyd, Ŝe w to wierzysz."
„Bzdury albo nie bzdury. Tamten przecieŜ utonął."
„Pleciesz! Ale moŜesz być spokojna. Ja słowa dotrzymuję. Powiedz mi tylko, czy
ElŜbieta Niedźwiedzka do was naleŜy."
„Ona? Uciekłaby przy pierwszym kawale, jak i ty. TeŜ delikatna."
Ucieszyłem się, ale nie dałem tego po sobie poznać.
„Nie powinnaś tak mówić o przyjaciółce."
„Jaka ona tam przyjaciółka! Z taką przyjaciółką to moŜna by skonać z nudów.
Wszystko jej «nie wypada», «tak nie moŜna», «mamusia nie pozwala». Oj!"
Nieprawda, ElŜbietka wcale taka nie jest. Nigdy od niej czegoś
takiego nie słyszałem. Alina tak mówi, bo jej pewnie zazdrość, Ŝe ElŜbietka
lepiej się uczy. Bartek mówi, Ŝe ona ma same piątki. A przecieŜ chodzi do
dwóch szkół, bo i do muzycznej. Oho! ElŜbieta i Alina to niebo i ziemia!
Pytałem Wiktora, co znaczy ten obcy wyraz. TeŜ nie wiedział. Zapytał brata.
Okazuje się, Ŝe „ponieść konsekwencje" to znaczy tyle, co „mieć za swoje".
„Na przykład, jeŜeli wybijesz szybę kamieniem albo rozedrzesz ubranie, to ci
na sucho nie ujdzie. Poniesiesz konsekwencje, będziesz miał Ŝa swoje,
rozumiesz?" — mówił Wiktor.
Rozumiem teraz.
ROZDZIAŁ 7.
NUDY NA PUDY — A ODWAGI BRAK. FATALNY RZUT W OKNO. KTO RAZ SKŁAMIE..
W klasie było duszno. Zamknięte przez Sewerka okna nie przepuszczały Ŝadnego
odgłosu z ulicy..Nic nie mąciło przykładnej ciszy i skupienia, z jakimi
słuchano referatu odczytywanego właśnie przez Romka Koziołkiewicza.
Ale ta przykładna cisza była jednocześnie przygniatająca, a skupienie tylko
pozorne. Stefan nieudolnie walczył z ziewaniem. Wpatrywał się w tablicę, która
wytarta źle wypłukaną ścierką, działała swoją monotonną szarością równie
usypiająco jak referat.
Słowa nie docierały do świadomości Stefana. Były to okrągłe, poprawione przez
któregoś ze starszych, dobrze znane slogany o kochanej stolicy, którą buduje
cały naród.
Zaraz po pierwszym zdaniu Stefan poŜałował, Ŝe nie przesiadł się gdzieś dalej.
W pustej ławce nie było kogo nawet szturchnąć czy kopnąć. Nie miał ołówka ani
kawałka papieru, Ŝeby posłać kartkę Bartkowi. Piekielne nudy.
„Co by to było — pomyślał w pewnej chwili — gdybym teraz wstał i
powiedział: Dosyć tego nudziarstwa! To wstyd mówić
o rzeczach, które kaŜdy po swojemu głęboko czuje. Lepiej iść na słońce.
Korzystać z ostatnich pogodnych dni. Jazda!"
Na myśl o minie Sewerka, Romka i innych „gorliwych" sen odbiegł. Stefan aŜ
wyprostował się w ławce i uśmiechnął się do podejrzliwie przyglądającego się
mu Sewerka.
W tej chwili referat się skończył. Słuchacze odetchnęli z wyraźną ulgą i z
oŜywieniem poruszyli się na swoich miejscach.
Przewodniczący zachęcał do dyskusji. Nikt się nie kwapił. Z miny Sewerka moŜna
było poznać, Ŝe jeŜeli nikt nie zabierze głosu, to on, owszem... Sytuację
uratował Wiktor. Powiedział, Ŝe to było bardzo ciekawe i bardzo pouczające i
Ŝe naprawdę nic tu juŜ dodać nie moŜna, tylko podziękować za poniesiony trud
itd.
Stefanowi było wstyd. Spuścił głowę, nie spojrzałby teraz w oczy koledze.
Opuszczali klasę z nieludzkim wrzaskiem. Popychali się, potrącali, biegli po
schodach na łeb, na szyję. Kropnięty w plecy czyjąś teczką juŜ na chodniku
przed szkołą, Wiktor o mało nie nakrył się nogami.
— Harcerze! To harcerze tak postępują! — krzyknął za uciekającym dowcipnisiem.
— A ty? — nie wytrzymał Stefan. — Mógłbyś przynajmniej na harcerskiej zbiórce
nie łgać.
—'A co ja się mam wyróŜniać — odpowiedział Wiktor. Wszyscy!...
— Nie wszyscy. Ja i Bartek nie...
— My teŜ — przerwał mu Bartek. — MoŜna było wstać i powiedzieć prawdę. Nie ma
co napadać na Wiktora.
Stefan milczał, ale w duchu musiał przyznać Bartkowi rację. Bartek był
sprawiedliwy.
Na podwórku Stefana malcy bawili się piłką. Nieporadnie im szło, ani rzucać,
ani łapać nie potrafili. Stefan i Wiktor, patrząc na to, nie mogli powstrzymać
Strona 28
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
się od śmiechu.
— Wiktor, pokaŜmy im, jak się to robi! — zawołał Stefan. Piłka malców,
jakby rozumiała ludzką mowę, potoczyła się
w stronę chłopców. Stefan chwycił ją, odbiegł kilkanaście kroków
i podał Wiktorowi. Ten odrzucił jeszcze ładniej. Zaskoczony drobiazg najpierw
otworzył usta z podziwu, potem zaczął wołać:
— Do nas rzuć! Do nas!
Chłopcy nie chcieli tak prędko rozstawać się z piłką. Malcy zaczynali się
mazgaić i wrzeszczeć:
— Oddajcie! To nasza piłka!
Stefan postanowił zakończyć tę zabawę efektownym rzutem.
— Patrzcie, jak się rzuca!
Wziął zamach z całej siły, ale w ostatniej chwili potknął się o coś i piłka
poszła w bok, wprost w czyjeś otwarte okno. Rozległ się łoskot przewróconej
doniczki i moŜe jeszcze czegoś.
W jednej chwili chłopcy prysnęli z podwórka. Malec, właściciel piłki, biegł i
wołał:
— To moja piłka! Oddaj mi piłkę!
Stefan i Wiktor w jakiejś klatce schodowej rozpatrywali sytuację.
Była nieprzyjemna, ale chyba nie tragiczna. W otwartym na ich szczęście oknie
przewróciła się doniczka. Wielka rzecz! Nic strasznego się nie stało. Trzeba
iść, grzecznie przeprosić i odebrać piłkę.
— To idź zaraz — powiedział malec do Stefka. Koledzy wymienili spojrzenia.
— Słuchaj, Władziu — pouczył Wiktor malca — po piłkę w takich wypadkach idzie
sam właściciel.
— Ale to przecieŜ nie ja rzuciłem.
— To co, Ŝe nie ty, ale piłka twoja.
— A jak będą na mnie krzyczeć?
—¦ Nie będą, przecieŜ nic się nie stało. A nawet jakby coś mówili, to powiesz,
Ŝe przy zabawie, niechcący.
Z trudem namówili malca, Ŝeby poszedł sam.
Zadowoleni, Ŝe wszystko szczęśliwie się skończyło, poszli do domów. Po tej
gonitwie z piłką dobrze siedziało się przy ksiąŜkach.
Stefek z apetytem zjadł kolację i ze spokojnym sumieniem połoŜył się spać.
I kto by się spodziewał, Ŝe z tego wszystkiego wyjdzie taka awantura?
Nazajutrz podczas duŜej przerwy przybiegł do Stefka Sewerek z wezwaniem do
pana kierownika.
W kancelarii za biurkiem siedział pan kierownik, obok na fotelu — Gramatyka.
Kiedy na ukłon Stefka pan kierownik odpowiedział bez zwykłego uśmiechu,
chłopca coś tknęło nieprzyjemnie.
— śórawiec — bardzo urzędowym tonem spytał kierownik — to ty rzuciłeś piłkę w
okno pani Ostrowskiej?
—¦ Ja? W okno pani Ostrowskiej? — powtórzył zbaraniały Stefan, nie wiedząc, o
co chodzi.
—¦ Nie powtarzaj, tylko odpowiadaj, czy to ty wczoraj wrzuciłeś piłkę w okno
pani Ostrowskiej.
Teraz Stefanowi rozjaśniło się w głowie.
— Więc to było okno pani Ostrowskiej! — zawołał.
— A ty o tym nie wiedziałeś?
—¦ Naprawdę, panie kierowniku, jak matkę kocham, nie wiedziałem.
— A ja mu, panie kierowniku, nie wierzę, nie wierzę — odezwała się Gramatyka.
— To niedobry chłopiec, on kłamie.
— Tak — rozŜalił się Stefan — Ŝebym ja nie wiem co zrobił, to jestem zawsze
niedobry, a czy ja chociaŜ raz skłamałem? Wolałbym nie wiem co niŜ kłamać. I
jeszcze nigdy a nigdy nie skłamałem... (chciał dodać „pani", ale mu w tym
miejscu przerwano).
—¦ To straszne! Doprawdy straszne, jak taki chłopak moŜe kłamać! Niech pan
kierownik posłucha. Wczoraj, kiedy ten malec powiedział, Ŝe to śórawiec rzucił
piłkę w okno, zaraz sobie pomyślałam: juŜ nie ma innej rady, tylko rozmówić
się z jego ojcem. Poszłam tam późnym wieczorem, kiedy byłam pewna, Ŝe zastanę
rodziców w domu. Stefan juŜ spał. I dobrze się stało, bo moŜe nie
dowiedziałabym się wszystkiego. OtóŜ w zeszłym tygodniu Stefan dostał dwójkę z
dyktanda, bo wszystko ściągał od kolegi. A w domu powiedział, Ŝe to
Strona 29
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
niesprawiedliwie, Ŝe spotkała go krzywda, Ŝe ja się do niego przyczepiam.
Nakłamał nie-
stworzonych rzeczy. Dlatego teraz nie wierzę mu ani słowa. Dlatego jestem
przekonana, Ŝe on mi tę piłkę wrzucił na złość.
Stefan słuchał i zdawało mu się, Ŝe ziemia płonie mu pod nogami. Ach, gdyby
się zapaliła naprawdę! Gdyby się zapadł gdzieś do samego środka. Niestety,
podłoga ani drgnęła. Nogi stały na niej jak wkopane, za to głowę chyba objął
ogień, bo piekły policzki i uszy, i nawet szyja.
— No i cóŜ masz na swoje usprawiedliwienie? — zapytał pan kierownik.
Stefanowi zdawało się, Ŝe w jego głosie słychać drwinę. CóŜ miał powiedzieć?
Czy pani Ostrowska zrozumiałaby, gdyby powiedział, Ŝe miał nóŜ na gardle, Ŝe
chodziło o cyrk? Sama na pewno cyrku nie lubi. Dla niej najprzyjemniejszą
chyba rzeczą jest układanie dyktand.
Dlaczego miałby jej wrzucać na złość cudzą piłkę przez okno? Jakie to jest
,,na złość"? Widać, Ŝe pani Ostrowska nie wie, co moŜna zrobić na złość,
jeŜeli naprawdę chcę się komuś dokuczyć.
— A moŜe powiesz, Ŝe to, co mówi pani Ostrowska, jest niezgodne z prawdą?
Słyszałem przed chwilą, Ŝe ty nigdy nie kłamiesz.
Stefan zaciął zęby. Teraz nie powie juŜ ani słowa. śeby go nawet ze skóry
obdzierali. I tak mu nie uwierzą. Złapali go na kłamstwie, wszystko przepadło.
Pan kierownik, jakby czytał w jego myślach, rzekł:
—¦ I ja ci juŜ nie wierzę. Kto raz skłamie, temu juŜ się nie ufa. I powiem ci,
Stefku, zrobiłeś mi wielki, wielki zawód. Pamiętasz, rozmawialiśmy przed
wakacjami. Myślałem, Ŝe porozumieliśmy się. Radziłem ci, jak masz pomagać
sobie w pracy. Nawet cię nie pytam, czy dotrzymałeś danej mi obietnicy. Pewnie
puściłeś mimo uszu moje rady. Moja Ŝyczliwość niepotrzebna ci. Więc moŜe ci
się przyda moja surowość. Otrzymasz zmniejszony stopień ze sprawowania,
tymczasem tylko tyle. I pamiętaj, Ŝe jeŜeli nie ustatkujesz się, to pomimo Ŝe
bardzo szanuję twego ojca i wiem, Ŝe to dla niego będzie wielka, niezasłuŜona
przykrość — postaram się przenieść cię do innej szkoły. Masz tu zły wpływ na
kolegów.
Stefan chciał coś zawołać, Ŝe on moŜe, a nawet prosi, Ŝeby juŜ... zaraz... Ŝe
jak tu jest taka sprawiedliwość, to on nie potrzebuje... Ale zaciśnięte gardło
nie przepuściło ani słowa...
Na dany znak szurnął nogą i z opuszczoną głową wyszedł za drzwi. Gdyby w tej
chwili spojrzał w oczy kierownikowi — chybaby się rozpłakał, a tego by sobie
nie darował.
Na korytarzu cichł juŜ szum pauzy. Jeszcze ostatni uczniowie pędzili do klas.
Stefan nie poszedł do klasy. Nie chciał, Ŝeby mu się kto przyglądał. Nie
mógłby odpowiedzieć na pytania nawet Wiktorowi czy Bartkowi.
Poszedł do umywalni. Przestraszyła go własna twarz w lustrze. Zamknął się w
ubikacji. Nie płakał. Łzy same leciały ciurkiem.
„«Nie wierzę ci. Kto raz skłamie...» — przypominał sobie. — Więc jak to?
JeŜeli ktoś raz ukradnie, to juŜ całe Ŝycie będzie złodziejem? Nieprawda. Nie
moŜna tak człowieka krzywdzić.
«Zawiodłeś moje zaufanie... Puściłeś rady mimo uszu...» A ile ja juŜ stron
zapisałem jak głupi! I dalej będę pisał na złość. Ale pan kierownik tylko:
«Nawet cię nie pytam...»
I jeszcze: «Masz zły wpływ na kolegów.» O, to najbardziej boli. Jaki mam
wpływ? PrzecieŜ zawsze Bartka najwięcej słuchają. I w piątej tak było, i
teraz. A ile razy ja Wiktora powstrzymywałem, jak chciał coś naprawdę
szalonego zrobić? O tym nawet nikt nie wie, naturalnie, a jak się tylko raz
wpadnie, to juŜ hajda do innej szkoły. O rany!..."
Cała chustka była juŜ mokra. Obmył twarz zimną wodą, wypłukał chustkę i stanął
przy otwartym oknie. Uspokoił się. A kiedy pomyślał o pani Ostrowskiej,
zrozumiał, co to znaczy „zimna nienawiść".
Wczoraj była u nich w domu. Ojciec dziś wyszedł do fabryki bardzo wcześnie.
Mama była jakaś milcząca. Rozprawa będzie chyba wieczorem.
„W szkole juŜ i tak nie mogę wytrzymać — myślał sobie Stefan — jak jeszcze w
domu nie będę mógł oddychać... W ogóle, co to za Ŝycie?"
ROZDZIAŁ 8.
JA DO DOMU NIE IDĘ! POMYSŁ BARTKA.
W MIESZKANIU GRAMATYKI.
Strona 30
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
NIESPRAWIEDLIWOŚĆ BOLI.
Stefan wmieszał się w tłum chłopców wybiegających na przerwę. Na twarzy jego
nie widać było śladu tylko co przeŜytych wzruszeń. Ale był to spokój pozorny.
Naprawdę bardzo gnębiło go pytanie: co będzie w domu?
Wiktor i Bartek towarzyszyli mu w milczeniu. Wyczuwali jakieś powaŜniejsze
zmartwienie. Niech Stefan sam zadecyduje, kiedy im się ma zwierzyć.
Współczuli koledze, gotowi kaŜdej chwili podać mu rękę. ToteŜ kiedy usłyszeli,
Ŝe Sewerek zarządził po lekcjach zebranie zastępu, spojrzeli na siebie
porozumiewawczo.
Usiedli po obu stronach przyjaciela. Wiktor ściskał Stefka za kolano i szeptał:
— Stefek, nie bój się! Zobaczysz. No, ja ci mówię, zobaczysz. Tymczasem
Sewerek ze zmarszczonymi brwiami grzmiał z wysokości katedry:
— Stała się rzecz straszna w naszej klasie. Jeden z naszego zastępu, Stefan
śórawiec, zemścił się na naszej ukochanej nauczycielce polskiego za to, Ŝe mu
postawiła z dyktanda dwójkę...
— Nieprawda — zaprotestował Romek. — Stefan się nie mścił. Nie wiedział
przecieŜ, Ŝe to jej okno. Słyszałeś rano.
— ...zemścił się w ohydny sposób — ciągnął Sewerek — bo stłukł jej pamiątkową
porcelanę po dziadku powstańcu z tysiąc osiemset trzydziestego roku.
— Nieprawda — powiedział Bartek — to mogła być pamiątka po pradziadku.
—• Kto nie szanuje pamiątek rodzinnych, kto szuka zemsty na swoich
nauczycielkach, ten jest złym Polakiem, złym synem i złym kolegą, takim jak
śórawiec.
— Nieprawda, Stefan jest dobrym kolegą — rzucił Wiktor.
— Widzicie, jak to całe zo... towarzystwo broni się przed za-
rzutami? To jest źle pojęta solidarność. Solidarność, która naszą klasę hańbą
okrywa, i za nich my musimy cierpieć.
—¦ O rany! — krzyknął ktoś z klasy. — JuŜ ósma zbiórka w tym miesiącu. JeŜeli
przez nich, to zróbcie coś, bo juŜ dłuŜej nie wytrzymam.
— Przez nich! — zawołał Sewerek.
— Wyrzucić ich!
— Udzielić nagany!
— Pilnować!
— Rodziców wezwać!
— Spokój był, dopóki ich nie było!
— Wyrzucić!
Sewerek z trudem ukrywał zadowolenie z takiego obrotu rzeczy. Kończył obłudnie:
—¦ Nie moŜemy ich wyrzucić, koledzy. To nie byłoby szlachetne. Musimy nad nimi
popracować. ChociaŜ to będzie cięŜkie, o, bardzo cięŜkie zadanie!
Tu poprosił o głos Wiktor.
—¦ Sewerek, Ŝal mi cię. Podejmujesz się takich cięŜkich zadań, Ŝe jeszcze się
nadweręŜysz.
Klasa gruchnęła śmiechem, a Wiktor ciągnął dalej:
— Dostał Stefan dwóję za ściąganie? Dostał. Miała prawo
nauczycielka ją postawić? Miała. Ale moŜna mieć Ŝal? MoŜna.
— Nie moŜna! Sprawiedliwie ją dostał! — zawołał Sewerek.
—¦ Sprawiedliwie, ale jeŜeli jesteś taki czuły na sprawiedliwość, to twój
stopień za dyktando nie jest sprawiedliwy. I ty powinieneś mieć dwójkę, bo teŜ
ściągałeś. Dobrze widziałem. Gramatyka nie zauwaŜyła, bo pilnowała tylko
Stefana. A ty zamiast być mu wdzięczny, jeszcze huzia na niego. Tak się nie
robi. I jeszcze powiem: o Ŝadnej zemście tu nie krzycz. Nie wmawiaj. Bo tak
dostaniesz, Ŝe popamiętasz. Ja teŜ mam juŜ tego wszystkiego dosyć.
Widać było, Ŝe Wiktor zdenerwował się, bo mu prawa brew podskakiwała. Jego
słowa zrobiły wraŜenie na klasie.
— Sewer — wołano — z tym ściąganiem, sam wiesz, rozmaicie bywa...
zagalopowałeś się!
— I co ty na nich jedziesz?
— Piłkę podobno wcale nienaumyślnie wrzucili. Mikrus zaklinał się, Ŝe
niechcący.
— A ja wam mówię — upierał się Sewerek — oni nasz zastęp tak wkopią, Ŝe nie
daj BoŜe! JuŜ ja to czuję. Im brak harcerskiego ducha. I jeŜeli my się za nich
nie weźmiemy, to oni...
— Dość! — zawołał Romek. — O kim ty mówisz: my — was, nas —¦ was? Co to
Strona 31
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
jest? Jakim prawem robisz z nas, nowych w tej klasie, jakichś diabłów? A co,
do nieba tu przyszliśmy? Same anioły z archaniołem Sewerkiem na czele?
Bartkowi zaraz pierwszego dnia ktoś buchnął pióro. A mnie juŜ dwa razy zginęło
śniadanie z teczki. Ale nic nie mówię. Sam złapię tego niena-Ŝartego i spiorę
na kwaśne jabłko. Nie moŜe przyjść jak człowiek i powiedzieć: „Daj połowę"? I
nie mówię: to wy, to u was, to przez was. W kaŜdej klasie rozmaicie się zdarza.
— Romek, my nie do ciebie — tłumaczył się Sewerek — ty jesteś inny, to tylko
przez tych trzech...
— Dość — powiedział Bartek — postaramy się, Ŝebyś przez nas nie cierpiał.
Po zbiórce poszli Bednarską w trójkę razems Bartek powiedział, Ŝe to wszystko
raz trzeba dobrze wyjaśnić.
— śyć mi się juŜ nie chce — mówił.
— A co dopiero mnie — dorzucił Stefan i opowiedział wszystko, co go spotkało
u pana kierownika.
— To znaczy, dzisiaj czeka cię rozprawa z ojcem? Stefan kiwnął głową i dodał
z rozpaczą:
— Słuchajcie, ja do domu nie idę. Komu innemu nie powiedziałbym, ale wam
powiem — boję się. Ojciec ma twardą rękę. Jak jest dobry, to dobry jak miód,
ale jak wpadnie w złość — nie ma Ŝartów. I mama teŜ bronić mnie nie będzie.
— Nie gorączkuj się — mówił Wiktor — chodźmy do mnie. Namyślimy się, co robić.
U Wiktora nic nie przeszkadza myśleć. Matki prawie nigdy nie ma. Starszy brat
siedzi w pokoju sam albo z kolegami. Całą kuchnię Wiktor ma dla siebie.
Chłopcy siedzą, myślą, nic wymyślić nie mogą.
Wreszcie Wiktor mówi:
—' Pójdę do twego ojca i przemówię, jak tylko umiem najlepiej. Wzruszę go do
łez, zobaczysz. A jak się wzruszy, juŜ ci lania nie sprawi. To wypróbowany
sposób.
— Na nic ten sposób — mówi Stefan — to dobre na kobietę. Mój ojciec jest
twardy. I na zgrywaniu zaraz się pozna. Powie: „Świadczył się Cygan swoimi
dziećmi." Wiadomo, kolega kolegi broni. A jeszcze taki kolega jak ty. Ojciec
przecieŜ wie, Ŝe się z tobą i Bartkiem przyjaźnię.
— A moŜe — mówi Bartek — poprosiłbym ElŜbietę, Ŝeby pomówiła z twoją mamą?
— Za nic w świecie! — Stefan aŜ skoczył. — Bartek, jeŜeli chociaŜ słówko
powiesz, to jesteś mój wróg, a nie kolega.
— No więc, co robić? — pyta trochę zdziwiony gwałtownością Stefka Bartek.
— Pomyślmy — mówi Wiktor.
Po dłuŜszej chwili Bartek proponuje:
—-Najlepiej zastosujemy stary, wypróbowany sposób. Wszyscy rodzice lubią, jak
im się przyrzeka, Ŝe juŜ więcej to się nie powtórzy.
— Na nic ten sposób — wzdycha Stefan. — Ja w tym roku postanowiłem sobie
dotrzymywać słowa. Więc jak tak powiem...
— To dotrzymasz — mówi Bartek. — CóŜ ty sobie myślisz, Ŝe ja cię do kłamstwa
namawiam? Obiecasz, Ŝe juŜ od Romka nie będziesz ściągał.
— Rozumiesz: od Romka juŜ nie — mówi znacząco Wiktor.
— Aha! — zaczyna rozumieć>Stefan. — To znaczy, Ŝe od kogo innego...
— Nie — rozgniewał się wstając zza stołu Bartek. — Słuchajcie, ja mówię
zupełnie serio. A jeŜeli wy chcecie dalej na samym łgarstwie jechać, to cześć...
— Bartuś — uspokoił go Wiktor. — Nieporozumienie! Jak cię kocham,
nieporozumienie! Teraz juŜ wiem i Stefan juŜ wie. Prawda, Stefan, rozumiesz
juŜ, o co chodzi?
— Rozumiem. Ale ja nie jestem pewny, czy mój ojciec da się tym
ułagodzić. Bo widzicie, zanim sobie postanowiłem, Ŝe
będę słowa dotrzymywać, to nieraz ojcu mówiłem: „juŜ nie będę", a potem znowu...
— To dlatego, Ŝe byłeś młody i głupi — pociesza Wiktor — teraz juŜ masz całe
dwanaście lat. Jesteś uczniem szóstej klasy i chyba twój ojciec rozumie, Ŝe
musi cię juŜ traktować powaŜnie?
— Bo ja wiem... — mówi Stefan.
— Poczekajcie tu na mnie — Bartek podnosi się znowu. — Idę do rodziców
Stefana i przygotuję grunt. JeŜeli wszystko pójdzie dobrze,
przybiegnę po was.
— A jak nie? — spytał Stefan, który jakoś niewiele sobie po Bartku obiecywał.
— To pomyślimy — powiedział Bartek i wyszedł.
Stefek zdąŜył mu tylko krzyknąć, Ŝeby nie zdradził miejsca jego pobytu. Bał
Strona 32
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
się, Ŝe ojciec gotów po niego przyjść.
Siedzieli z Wiktorem. Czekali na powrót Bartka. Stefan był bardzo zgnębiony,
bo kiedy po raz nie wiadomo który powtórzył: — Lanie dostanę na pewno... —
Wiktor powiedział bez zwykłej pewności w głosie:
—¦ Stefan, wiesz, Ŝe ja ci zazdroszczę tego... lania. Niechby mnie ojciec
nawet co dzień bił... Ale Ŝeby był, Ŝeby Ŝył... Pamiętam go dobrze, miałem juŜ
sześć lat, kiedy zginął. Palca nigdy na mnie nie zakrzywił... i mamie nie
pozwolił...
Stefkowi ścisnęło się serce. Ojciec Wiktora był kierowcą. Zabili go bandyci.
„I mojego mogli bandyci napaść — myśli Stefan. — To juŜ lepiej... I tak lania
dawno nie dostałem. Ostatni raz za te papierosy chyba... Boję się, to prawda,
ale nie jestem w porządku..."
Do drzwi zastukał Bartek i od razu po jego minie poznali, Ŝe się udało.
Poszli we trzech do mieszkania Stefka. Ojciec mu przy kolegach zapowiedział,
„Ŝeby to był ostatni raz", i zaraz kazał mu iść przeprosić nauczycielkę.
Stefan wcale nie był zachwycony takim obrotem rzeczy.
— Chłopaki — powiedział na schodach — ratowaliście mnie dotąd, ratujcie do
końca. Ja naprawdę nie wiem, co tam trzeba powiedzieć. Gdyby mi kto dał
wybierać, to wolałbym lanie niŜ
przeproszenie Gramatyki. PrzecieŜ to wszystko przez nią. PrzecieŜ ja na nią
patrzeć nie mogę.
— Zdaje ci się — mówi Wiktor.
— Wcale mi się nie zdaje... bo jak tylko o niej pomyślę, to mnie w dołku coś
ściska.
— E tam, ściska cię, bo obiadu nie jadłeś. Zobaczysz, jak się najesz, to ci
ściskanie przejdzie — przekonywał Wiktor.
—¦ Ale po co ta niesprawiedliwość i w ogóle zaraz ze skargą do ojca leci, do
kierownika...
— Stefan — powiedział spokojnie Bartek — szkoda, Ŝe ty nie jesteś
nauczycielem. Ty na pewno byłbyś dla uczniów bardzo dobry. Ale porządku
chyba nie umiałbyś upilnować.
—> Ja? Nie umiałbym? — rzucił się Stefan. —¦ Zobaczyłbyś! U mnie chodziłoby
wszystko jak w zegarku.
— A gdyby na przykład Sewerysio... — zaczął niewinnie Bartek.
— O, Sewerysiowi dałbym szkołę! — zawołał Stefan. — JuŜ on by oduczył się
ściągania. Wezwałbym ojca, matkę, dwóję bym mu kropił jedną za drugą.
— To czego chcesz od Gramatyki?
Teraz dopiero Stefan zobaczył, Ŝe wpadł we własnoręcznie wykopany dołek.
Wybałuszył w pierwszej chwili oczy, ale zaraz wybuchnął śmiechem. Złość mu
przeszła.
Odszukali okno, w które wpadła piłka. Poznali je po wyjątkowo pięknych
pelargoniach w skrzynce.
Weszli do klatki schodowej i na prawych drzwiach znaleźli tabliczkę: „Zofia
Ostrowska". Stefanowi nigdy nie przyszło do głowy, Ŝe Gramatyka moŜe mieć
takie samo imię jak jego matka.
Zadzwonili delikatnie i zaraz słychać było, Ŝe ktoś idzie. Drzwi otworzyły
się, a chłopcy prawie jednocześnie powiedzieli:
— Dobry wieczór pani!
—¦ Dobry wieczór, chłopcy, dobry wieczór — odpowiedziała siwa starsza pani.
Stefan speszył się, bo myślał, Ŝe to sama Gramatyka otworzy, ale Bartek
ukłonił się grzecznie i zapytał:
— Czy zastaliśmy panią Ostrowską?
— Owszem, to ja jestem — odpowiedziała pani — a czego chcecie?
— Chcielibyśmy się zobaczyć z panią nauczycielką — mówi Bartek.
— A, to wy moŜe jesteście uczniami mojej córki?
i— Tak, proszę pani, i właśnie bardzo nam zaleŜy... — zaczął Wiktor.
— Wejdźcie, proszę bardzo, wejdźcie, chłopcy — zapraszała starsza pani
Ostrowska. — Córka powinna zaraz nadejść.
Zaproszeni weszli do tego "właśnie pokoju wychodzącego na podwórze. Pod oknem
stał stolik z wieloma szufladkami, a na nim pełno drobiazgów. Zobaczyli tam
sporo figurek, koszyczków i ramek. JeŜeli piłka wpadła na ten stolik, to chyba
połowę rzeczy przewróciła, a moŜe i potłukła. Chłopcy poczuli się bardzo
nieswojo.
Strona 33
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Tymczasem starsza pani kazała im usiąść na miękkich stołkach, sama usiadła
równieŜ i mówiła:
— Córka zaraz wróci z wieczorowej szkoły. Dziś czwartek, a we
czwartki wraca zwykle wcześniej.
„Ładnie wcześniej" — pomyślał Stefan patrząc na wiszący zegar pokazujący juŜ
ósmą godzinę.
—¦ To nasza pani uczy i w wieczorowej szkole? — spytał Wiktor.
— A tak. Ma duŜe obowiązki. Ja ze względu na nogi tylko po mieszkaniu się
kręcę. Druga córka, młodsza, na uniwersytet chodzi. Więc Zosia na nas pracuje
i jeszcze w domu pomaga. Nieraz aŜ się na nią gniewam. Bo do czego to podobne!
Zeszytów zawsze ma taką pakę do poprawiania. I do lekcji musi się przygotować.
Przed dwunastą nigdy spać nie idzie. Ale teŜ podobno jest dobrą nauczycielką.
Bardzo ją uczniowie lubią. Przychodzą tu czasem z tej wieczorowej szkoły. To
juŜ dorosła młodzieŜ. Widzą pracę mojej Zosi.
— Proszę pani — powiedział Bartek — my teŜ widzimy. W innych szkołach w
siódmej tyle nie umieją co my w szóstej. Wiem, bo mam stryjecznego brata w
siódmej klasie na Kopernika.
— Co ty mówisz? — ucieszyła się staruszka. — Muszę to Zosi powtórzyć.
—¦ Tak, proszę pani — zaczął Wiktor — my to rozumiemy i właśnie przyszliśmy
przeprosić za przykrość, jaką niechcący zrobiliśmy.
— Za jaką przykrość? — przestraszyła się.
— Bo... bo ta piłka... co wczoraj wpadła w okno, to właśnie przez nas...
— Przeze mnie — Stefan aŜ się podniósł — ale niechcący. I naprawdę jest mi
bardzo nieprzyjemnie. śebym wiedział, to wolałbym nie wiem co.
— No cóŜ — westchnęła starsza pani — co się stało, to się nie odstanie.
Córce było bardzo przykro, bo myślała... — Zamilkła na chwilę, przyglądając
się im kolejno. — Farfurka się stłukła.
Podeszła do stoliczka pod oknem i z szufladki wyjęła zawinięty w bibułę
porcelanowy dzbaneczek z utrąconym uszkiem i dzióbkiem.
—¦ To stara korecka porcelana. W Korcu dawniej takie piękne rzeczy wyrabiali.
Pamiątka po moim dziadku. Ten dzbanuszek był z nim na Sybirze, tyle lat
przetrwał. Zosia tak go lubiła. Stały w nim ołówki na stoliku. No i rozbił
się. Szkoda.
— Pani pozwoli — wyciągnął Bartek rękę. — Ja mam w domu taki klej. I uszko, i
dziobek przykleję, tak Ŝe znać nie będzie.
— Naprawdę? — ucieszyła się pani Ostrowska. — Oj, Ŝeby ci się to udało!
— To my juŜ chyba pójdziemy — podniósł się Wiktor, a koledzy za nim. —¦ Pani
nauczycielka moŜe dziś się spóźni.
— Ona się nigdy nie spóźnia, tylko widocznie zebranie jakieś wypadło —
westchnęła matka. A tu tyle zeszytów na nią czeka — wskazała na etaŜerkę,
gdzie leŜały przewiązane porządnie trzy paczki zeszytów.
— To my pewnie jeszcze raz przyjdziemy? — zaniepokoił się Stefan.
— Nie trzeba, chłopcy, nie trzeba^— mówiła pani Ostrowska. —
JuŜ ja córce powiem, Ŝe byliście tu z przeprosinami. Więcej tego nie zrobicie,
prawda?
—¦ Na pewno nie. JuŜ nigdy nie będę piłki rzucać. I bardzo przepraszam.
JuŜ na podwórku Wiktor powiedział:
— No, to nie było takie straszne, co?
— A wiecie — powiedział Bartek — mnie jej naprawdę Ŝal.
— Tej staruszki?
— Nie. Gramatyki. PrzecieŜ ona pracuje jak robotnik, na dwie zmiany. A do
tego, kiedy przyjdzie do domu, to jeszcze siada do zeszytów. A potem musi
obmyślić...
— Takie lepsze dyktando dla nas — przerwał mu z goryczą Stefan, ale Bartek
nie dopuścił go do słowa.
— Nie, Stefan, ty sobie dobrze to przemyśl. Przez takie dyktando my lepiej
piszemy niŜ siódma klasa gdzie indziej. Widziałem wypracowania mego
stryjecznego brata.
— To prawda o tym bracie? — spytał Stefan.
— Nie słyszałeś, jak mówiłem?
— Słyszałem, ale myślałem, Ŝe to tylko tak, przez grzeczność. Bo Alina
mówiła, Ŝe czasami mówi się coś takiego... no, jak na przykład ElŜbieta...
Bartek przyglądał mu się nic nie rozumiejąc, a Wiktor połoŜył Stefkowi rękę na
Strona 34
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
czole i powiedział z przesadną powagą:
— PrzeŜycia dnia dzisiejszego tak wstrząsająco oddziałały na twój młodzieńczy
umysł, Ŝe naleŜy się obawiać o stan twego mózgu. Ale czoło masz zimne — dodał
juŜ zwyczajnym tonem.
— A jednak to był pradziadek — powiedział zamyślony Bartek. — Ale ja go
skleję bez znaku.
— Skleisz pradziadka? — Wiktor spojrzał na Bartka.
— To cenna porcelana. U nas w domu jest korecki talerz. PokaŜę go wam kiedyś.
A klej mam pierwszorzędny. Mieszanina własnego pomysłu.
— Dobra. A teraz, chłopaki, cześć pracy i do roboty. Nie daj, Panie BoŜe,
jutro złapać dwóję, bo wszystkie nasze dzisiejsze zmartwienia powtórzą
się od początku! — zawołał Wiktor.
—¦ Od referatu Sewerka? — zapytał ze zgrozą Bartek.
- I od wezwania do kierownika? — dorzucił Stefan.
— Brr! — otrząsnął się Wiktor. — Odstukuję w nie heblowane drzewo — i stuknął
zgiętym palcem w głowę śórawca.
Stefan długo tego wieczoru siedział nad lekcjami. JuŜ wszyscy spać poszli, a
on jeszcze kiwał się nad ksiąŜką.
Między powtarzaniem zwrotek zadanego wiersza myślał sobie o róŜnych rzeczach:
„...Przezwali ją Gramatyką. I kawały róŜne urządzają. A ona moŜe myśleć, Ŝe to
na złość. Ja juŜ będę na polskim uwaŜać. Niech tam. JuŜ mi trochę przeszło.
Widocznie mam taki charakter jak ojciec. Jak wpadnie w złość, toby człowieka
rozerwał. A po jakimś czasie to mu przejdzie. Mama to się nieraz aŜ dziwi. Bo
mama pamięta wszystko i tak łatwo nie daruje. Mówi, Ŝe ją serce boli na samo
wspomnienie krzywdy.
A panu kierownikowi nie zapomnę nigdy. «Nawet się nie pytam* —¦ mówił, a ja
piszę i piszę ten pamiętnik. I będę pisał przez cały rok. ChociaŜ tak naprawdę
to nie powinienem tego robić. Bo dla pana kierownika nie warto."
Tu na samo wspomnienie aŜ zakłuło go w sercu. Widocznie był trochę podobny i
do swojej mamy.
ROZDZIAŁ 9.
PSEUDONIMY. UROCZYSTA PRZYSIĘGA.
ARCHIMEDES, ALE TROCHĘ INACZEJ.
WSZYSTKO PRZEZ WIKTORA!
Nareszcie Bartek coś wymyślił. JuŜ rano zawiadomił przyjaciół c wykończonym
pomyśle, ale nic więcej powiedzieć nie chciał, bo się „w dwóch słowach" nie
da. AŜ się z niego śmieli, Ŝe zwykle raczej małomówny, teraz przemówił
długofalowo. "
Kiedy po południu zebrali się w trójkę w mieszkaniu Niedź-wiedzkich, Bartek
wyłoŜył całą sprawę:
—¦ Zakładamy stowarzyszenie. Naturalnie nikt o tym nie będzie wiedział. To
będzie stowarzyszenie tajne. Musimy całej klasie pokazać, ile naprawdę
jesteśmy warci.
—¦ To będzie trudno — westchnął Wiktor. — Nie dostrzegają wcale naszej
wielkiej wartości. Jakby im kto oczy przewiązał.
— Zgadzam się, Ŝe to sprawa niełatwa, ale jak sobie postanowimy, to dokonamy.
— To mi się podoba — dodał Stefan — ja się w to juŜ wprawiam.
Bartek, dokładny jak zawsze, miał wszystko zapisane na kartce.
Odczytał:
„1. Cel stowarzyszenia: zdobycie dobrej opinii w oczach klasy.
2. Środki wiodące do tego c«lu: przodowanie we wszystkich przedmiotach."
To drugie od razu wzbudziło wątpliwości. Wiktor w Ŝaden sposób nie podejmował
się przodowania w matematyce, do której „głowy nie miał". Trójka z tego
przedmiotu wydawała mu się zawsze bohaterskim osiągnięciem. Stefan znowu nie
mógł Ŝadnym sposobem przodować w języku polskim, skoro przed kaŜdą klasówką
skóra na nim cierpła.
— To nic — wyjaśnił Bartek — przecieŜ i ja mam swoją piętę achillesową —•
geografię. Nie bójcie się. PrzecieŜ to wcale nie znaczy, Ŝe od jutra zaraz
mamy ze wszystkiego mieć piątki. Ale powoli, z tygodnia na tydzień.
—¦ E, to będzie trudne — powątpiewał Wiktor. — Czy nie lepiej wymyślić jakiś
inny sposób?
— Jaki?
— No, na przykład pomówimy z klasą, podyskutujemy i przekonamy.
Strona 35
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Gadaniem nie przekonasz.
—¦ Ale to przecieŜ nudne: siedzieć nad ksiąŜką! To dopiero wymyśliłeś!
— Wymyśl lepiej — mówił Bartek — wymyśl coś, Ŝeby mieć dobre stopnie, a
całkowicie się poddam.
— Ba! — wtrącił Stefan. — śeby taki sposób znaleźć, aby bez niepotrzebnej
straty czasu pokazać klasie, co my naprawdę jesteśmy warci!
— Chłopaki! — zawołał Wiktor. — CóŜ to, czy nas nie stać na
pomysły? Postanówmy sobie, Ŝe w ciągu najbliŜszych miesięcy kaŜdy z nas
wymyśli coś olśniewającego, coś, co wprawi w najwyŜsze zdumienie naszych
kolegów i nauczycieli.
— E, Wiktor — obruszył się Bartek — ty to .zaraz musisz „w najwyŜsze
zdumienie". Teraz ja powiem: nie kaŜdego stać na olśniewający pomysł. Owszem,
starajmy się coś wymyślić. Niech to będzie takie racjonalizatorstwo na szkolny
uŜytek. I niekoniecznie jakaś nadzwyczajność.
— A temu, kto nie będzie mógł wymyślić czegoś zdumiewającego, to się zaliczy
i jakiś mniejszy pomysł — dodał Stefan, który od razu sobie pomyślał, Ŝe do
Ŝadnych wspaniałych pomysłów głowy nie ma.
— Musimy coś takiego zrobić, Ŝeby całej klasie oko zbielało — powtarzał Wiktor.
— Czy to stowarzyszenie będzie się jakoś nazywać? — zwrócił się do Bartka
Stefan.
—¦ Owszem. Ja proponuję: „Stowarzyszenie Trzech Ambitnych".
— STA — wypisał na kartce Wiktor. — Lepiej byłoby STO. MoŜna byłoby
zamienić na „sto" i to byłby nasz znak, nasza pieczęć.
— Na „o" to mogłoby być „oczernionych" albo „odepchniętych" — myślał na
głos Stefan.
—¦ PrzecieŜ nikt nas nie odpychał ani nie oczerniał — sprzeciwił się Bartek. —
Po prostu źle nas osądzono, i koniec.
— To niech będzie „Stowarzyszenie Trzech Osądzonych" — ucieszył się
Wiktor.
— Niech będzie — przystał Bartek, ale było widać, Ŝe mu się to niezbyt
podobało.
— A jakie pseudonimy będziemy mieli? — dopytywał Stefan w dalszym ciągu.
— Czy to potrzebne?
— Coś ty, Bartek, zakładamy tajne stowarzyszenie i bez pseudonimów? A jak ja
napiszę do ciebie list i podpiszę się zwyczajnie „śórawiec, to kaŜdy od razu
będzie wiedział, o co chodzi. Pseudonimy są koniecznie potrzebne. Ja wybieram
sobie „Kmicic".
— A ja „Wołodyjowski" — zawołali jednocześnie Bartek i Wiktor, ale Stefan
rozstrzygnął krótko:
— Wołodyjowskim niech będzie Bartek. Do ciebie, Wiktor, ten pseudonim n-ie
pasuje, ty bądź „Zagłobą". Zagłoba teŜ łgał jak "z nut i pomysły miał dobre
jak ty, i bielmo miał na prawym oku.
— Gdzie ja mam bielmo? — wrzasnął Wiktor.
— Bielma nie masz, ale sam mówiłeś, Ŝe na prawe ucho źle słyszysz, to coś
podobnego. A Bartek jest małego wzrostu, akurat „Mały Rycerz".
— Ale wąsów nie ma!
—¦ No, ty byś teŜ Burłaja nie usiekł — odciął się Bartek. —¦ Nie kłóćcie się —
uspokajał Stefan — wszystkie trzy pseudonimy są dobre.
— To moŜe by nasze stowarzyszenie od razu „Potopem" nazwać? — mówi z
przekąsem Wiktor.
— Nie — zaprotestował Bartek — potop to coś smutnego, jakaś klęska, a nasze
stowarzyszenie ma na celu zwycięstwo.
—¦ Więc poprowadzimy rzesze naszych członków szlakiem zwycięstw i chwały! —
zawołał Wiktor.
—¦ Rzesze, nie rzesze — wtrącił Stefan — jest nas tylko trzech, chyba Ŝe
będziemy przyjmować do naszego stowarzyszenia innych skrzywdzonych przez klasę?
— MoŜe — zgodził się Wiktor. — Skoro nas tak źle ocenili, to widocznie mają
taką metodę. Oni jeszcze niejednego tak osądzą, zobaczycie, i wtedy my
otworzymy mu swoje ramiona. „Chodź, bracie, wylej łzy rozpaczy na naszej
potrójnej piersi!" Zobaczycie, organizacja nasza będzie rosła w siłę i wszyscy
do nas będą szli z zaufaniem, a kiedy juŜ cała klasa będzie w naszym
stowarzyszeniu, dopiero im pokaŜemy.
— Komu? — spytał Bartek.
Strona 36
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
—¦ No... tym, co tak oczerniają: tym, co zostaną... Aha — zorientował się — no
to wcześniej, kiedy pół klasy będzie u nas, a pół jeszcze nie. A kto będzie
prezesem w naszej organizacji?
— Nikt — zdecydował Bartek — jesteśmy triumwiratem, wszystko
załatwiamy kolektywnie, a decyduje większość.
— Bardzo dobrze — ucieszył się Wiktor. — Stefan, Ŝebyś ty
niczego bez mojej i Bartka zgody nie urządzał, bo ty głową ruszać nie zawsze
potrafisz. Najpierw się naradź z nami. No i co jeszcze? — zwrócił się do Bartka.
— Musicie wyrazić zgodę na przystąpienie do STO.
— Ja się zgadzam — powiedział Stefan, ale Wiktorowi wydawało się to za mało
uroczyste. Na poczekaniu ułoŜył tekst przyrzeczenia. Stanęli razem we trójkę
przy stoliku, na którym stał wazon pełen pięknych fioletowych astrów, połoŜyli
prawe ręce jedna na drugiej i powtarzali za Wiktorem:
—. Przystępuję do Stowarzyszenia Trzech Osądzonych i przyrzekam wytrwale dąŜyć
do jego świetlanego celu. Wiem, Ŝe obowiązuje mnie braterstwo i wierność do
ostatniego tchu. A gdybym to przyrzeczenie złamał, to niech mi... wszystkie
włosy wypadną z głowy, tak jak w tej chwili płatki z tych astrów.
Bartek miał taką minę, jakby się chciał roześmiać. Stefana az dreszcz
przeszedł, kiedy przy ostatnich słowach przysięgi zobaczył opadające fioletowe
drobne płatki. W jednej chwili z puszystego kielicha został tylko Ŝółty środek
na cienkim badylu.
— No, teraz to było naprawdę uroczyście — powiedział z dumą Wiktor.
—¦ Poczekajcie — powiedział Bartek i wyszedł do drugiego pokoju, a po chwili
oznajmił z uśmiechem:
—¦ Poprosiłem ElŜbietkę, Ŝeby nam zagrała. Zaraz tu przyjdzie. To będzie tak
zwana część artystyczna.
Stefan w pierwszej chwili chciał nie wiadomo dlaczego zaprotestować oraz
skoczyć w drzwi do przedpokoju i uciec. Spojrzał na Wiktora, myśląc, Ŝe i on
ma ten sam zamiar, ale Wiktorowi wcale to nie było w głowie. Stał spokojnie
przy półce z ksiąŜkami i przyglądał się tam czemuś. DuŜym wysiłkiem woli
Stefan opanował się, bo i jak by wytłumaczył swoją ucieczkę?
Weszła ElŜbieta. PołoŜyła na stole skrzypce i przywitała się z chłopcami.
Śmiała się i pytała, czy naprawdę nie mają nic lepszego do roboty niŜ słuchać
jej rzępolenia?
Słowa te przestraszyły Stefana. MoŜe ona naprawdę tak myśli? Chciał
zaprzeczyć. Nie wiedział jak. Nie zrozumiał nawet odpowiedzi Wiktora.
Wreszcie ElŜbieta wzięła skrzypce i stanęła koło okna. JuŜ szarzało i tylko
przy tym oknie było jeszcze trochę widno. Miała na sobie jakąś białą bluzkę
czy fartuszek, bo skrzypce dobrze było widać na jasnym tle. Zagrała.
Stefan przymknął oczy i po chwili mu się wydawało, Ŝe to niedzielne popołudnie
na wsi u babci. Wszyscy są w domu, siedzą pod drzewami w sadku, a on mamę
trzyma za rękę. Pomyślał sobie, Ŝe chciałby zawsze być dobry dla rodziców i
dla Lucynki i Ŝe chyba to nie będzie takie trudne.
— Stefan, usnąłeś?
Bartek w tej chwili przekręcił kontakt i wszyscy zmruŜyli oczy przed światłem.
Wiktor coś tam opowiadał, ale ElŜbieta patrzyła na Stefana, czekała, co on
powie.
Wreszcie zapytała:
— A tobie podobało się? Stefan kiwnął głową.
—• To pewno bardzo trudne, ElŜbietko? — zapytał wreszcie.
—¦ Nie, Stefku — odpowiedziała — trzeba tylko duŜo ćwiczyć.
W drodze do domu Wiktor cały czas opowiadał o swoim bracie. I zdolny, i
profesorowie go lubią, a teraz jest prezesem koła AZS, bo świetnie pływa,
fechtuje się i gra w piłkę. Z opowiadania wynikało jasno, Ŝe Wiktor nie chce
zostać w tyle za Bartkiem, skoro Bartek ma taką siostrę...
Stefan .westchnął. Lucynka jest jeszcze mała. Nic o niej nie moŜna powiedzieć.
JuŜ przy bramie Wiktor szeptem zaczął o stowarzyszeniu, ale Stefan nie chciał
o tym mówić. Nagle wydało mu się, Ŝe to tylko jakaś heca.
STO istniało juŜ prawie dwa tygodnie, a jak to się mówi: „nie przejawiało
Ŝadnej działalności". Cała trójka myślała, co by tu wymyślić, ale nic nie
przychodziło jej do głowy.
AŜ wreszcie jednego dnia Bartuś wziął kolegów na bok i oświadczył:
— Mam!
Strona 37
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Co masz? — spytał Wiktor.
— Pomysł. Słyszeliście, Ŝe na czwartek jest zadane prawo
Archimedesa i mamy przeprowadzić w domu ćwiczenia?
— Słyszeliśmy, no i co z tego?
—¦ A to, Ŝe takiego ćwiczenia, jakie my przygotujemy, nikt nie będzie miał.
Wiktor, będziesz zadowolony. Całej klasie oko zbieleje.
To zaczynało być interesujące, a kiedy Bartek opowiedział o swoim pomyśle
szczegółowo, wydało się naprawdę niezwykłe.
Nauczyciel fizyki polecił w domu wykonać doświadczenie z jakimś przedmiotem,
który zgodnie z prawem Archimedesa zanurzony w wodzie stanie się lŜejszy.
Bartek wymyślił, aby osobiście zanurzyć się w wodzie i obliczyć, ile kaŜdemu z
nich ubywa na wadze.
Wiktor i Stefan przestraszyli się w pierwszej chwili. Zanurzyć się w rzece w
końcu października to Ŝadna przyjemność. Ale okazało się, Ŝe wystarczy wanna w
mieszkaniu Bartka. Doświadczenie postanowili wykonać w środę, kiedy rodzice
Bartka wracają dopiero wieczorem, a ElŜbieta wychodzi do szkoły muzycznej.
Będzie zupełny spokój. Wannę napełni się wodą i jej poziom zaznaczy kreską.
KaŜdy po kolei wejdzie do wanny. Potem wodę powyŜej kreski wybierze się do
wiadra litrowym garnkiem i będzie wiadomo, Ŝe kaŜdy waŜy w wodzie o tyle
kilogramów mniej, ile litrów wody „wypchnęło" jego ciało.
Pomysł wydał się chłopcom wspaniały. WyobraŜali sobie miny kolegów, kiedy na
lekcji fizyki Bartek oświadczy:
— Proszę pana, wiem, ile kilogramów tracę w wodzie.
— I ja — dorzuci Wiktor.
— I ja teŜ — doda Stefan.
W środę o czwartej po południu, tak jak było umówione, Stefan przyszedł do
Bartka, Wiktora jeszcze nie było. Bartek zaraz puścił wodę do wanny. Zanim
Wiktor nadejdzie, moŜna juŜ przynajmniej jedno doświadczenie wykonać.
— Bartuś — pyta Stefan — czy ty rozumiesz tę grandę, jaką złotnik chciał
zrobić Aleksandrowi Macedońskiemu? Bo ja ani w ząb.
—¦ Rozumiem. Aleksander dał złotnikowi sztabę złota, a odebrał zrobioną z niej
koronę i nie wiedział, czy...
— No więc mógł zwaŜyć, i koniec
— Nie, złotnik mógł sobie zostawić kawałek złota, a do stopu dodać zwykłej
cyny, rozumiesz?
— No więc jak sprawdzić?
—• Archimedes koronę zanurzył w wodzie. Obliczył w centymetrach sześciennych
jej objętość, która równała się objętości wypchniętej wody.
¦— No i co?
— I wtedy wagę korony podzielił przez tę objętość. Gdyby wypadło mu
dziewiętnaście i trzy dziesiąte, to wszystko w porządku, bo taki jest cięŜar
gatunkowy złota. Ale wypadło mniej, co znaczy, Ŝe złotnik do stopu dodał
innego metalu. Kapujesz?
— Ale ten złotnik musiał mieć głupią minę, kiedy mu król powiedział:
„oszukałeś mnie!"
— Pewnie. A dobrze tak oszustowi! Niech nie kradnie. Wody juŜ było dość.
Naznaczyli poziom wody czarną kredką i Bartek pierwszy zanurzył się po szyję.
Stefan szybko zdjął lepsze ubranie, jakie zawsze kładł idąc do Bartka. Został
tylko w kąpielówkach, którym ewentualne zachlapanie nie mogło zaszkodzić.
Zaczął starannie odlewać wodę z wanny do przygotowanego wiadra. Niezręcznie mu
to szło.
Jedynym litrowym naczyniem, jakie Bartek znalazł w domu, był miedziany
rondelek o długiej, niewygodnej rączce. Ale mieścił akurat cztery szklanki.
Jak ulał.
Stefanowi juŜ ręka mdlała, ale koniec był bliski. Poziom wody zaraz osiągnie
kreskę. Bartek zatkał nos i uszy i nurkował pod wodę. Jeszcze tylko ze dwa
rondelki. Raptem rozległ się podwójny dzwonek u drzwi wejściowych.
Stefan lewą ręką wyciągnął kolegę za czuprynę z wody.
— JuŜ? — zapytał Bartek prychając jak kot.
— Nie, ale Wiktor dzwoni. Co robić?
— Otwórz mu, przecieŜ ja z wanny nie wyjdę. Dzwonek odezwał się znowu.
— MoŜe się ubrać? — zapytał jeszcze Stefan.
— Szkoda czasu, leć, bo Wiktor będzie myślał, Ŝe nikogo nie ma, i pójdzie do
Strona 38
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
domu.
Stefan wybiegł z łazienki do przedpokoju. W pośpiechu zapomniał zostawić
rondelek, który przy otwieraniu brzękał głośno, tym bardziej Ŝe cicho było w
całym mieszkaniu, wreszcie odłoŜył łańcuch i odsuwając zatrzask pomyślał
sobie, Ŝe na przywitanie klepnie Wiktora tym rondlem i powie: „Ofermo, Zagłoba
się nigdy nie spóźniał. ZdąŜył tylko powiedzieć: — Ofer... — i skamieniał z
podniesionym rondelkiem w ręku.
Za drzwiami stała jakaś gruba pani w kapeluszu z piórkiem, które trzęsło się
komicznie. Kiedy zobaczyła Stefana, oczy jej zrobiły się okrągłe z
przeraŜenia. Ale tylko na moment, bo zaraz błysnęły gniewem, a ich
właścicielka z podniesioną parasolką rzuciła się na chłopca.
— Złodzieje! Złodzieje! — wołała tocząc się korytarzem i na próŜno starając
się dosięgnąć parasolką pleców Stefana. Sapała przy tym jak lokomotywa.
Stefan rzucił rondelek i jednym susem skoczył w głąb mieszkania. Niestety,
pomylił drzwi. Znalazł się w jakimś pokoju, gdzie na tapczanie leŜała śpiąca
ElŜbietka. Hałas widocznie doszedł do jej świadomości, bo poruszyła się
niespokojnie. Pchnął. następne drzwi. Z tego pokoju było wyjście tylko na
balkon od ulicy.
Stefan obejrzał się zrozpaczony. Gdzie tu się skryć? W kącie spostrzegł stolik
przykryty długą serwetą. Dał nura pod nią. Jeszcze w ostatniej chwili zdąŜył
złapać przewracający się olbrzymi fikus. Zęby" szczękały mu ze strachu i
zimna. Co będzie dalej? Usłyszał głosy w drugim pokoju. Drzwi się otworzyły i
przez dziurkę w serwecie zobaczył zaglądającą do pokoju panią z piórkiem. Za
nią stała ElŜbietka.
— Pani się myli — mówiła spokojnie dziewczynka. — Pani się myli, tu nikogo
nie było. Pani się tylko zdawało.
—• Jak to mi się zdawało? — odpowiadał podniesiony głos. — A rondelek to co?
Skąd się wziął pod progiem? Duch go przyniósł? W moim pokoju nikogo nie ma.
Zobaczyłem dobrze. Tylko u was mógł się ukryć.
Dopiero teraz Stefan zorientował się, Ŝe to ta sublokatorka,
o której często opowiadał Bartek. Dziwaczka jakaś, bardzo nie lubiana przez
wszystkich Niedźwiedzkich; hodująca i kochająca tylko swoje kaktusy.
Nagłe rozległy się znowu dwa niecierpliwe dzwonki. Z głębi mieszkania
dochodziło jakieś głuche bębnienie, jakby kto w balię walił.
— Jezus Maria! — krzyknęła sublokatorka. — Co się tu dzieje? Kto hałasuje w
łazience? Kto dzwoni? ElŜbietko! A moŜe to wariat!
— Niech się pani uspokoi. Skąd tu się mógł wziąć wariat? — tłumaczyła
ElŜbietka. — W łazience pewnie stuka Bartek. PrzecieŜ sama pani wie,
Ŝe czasami zamek się tam zacina.
Tak było rzeczywiście. Wkrótce wypuszczony Bartek wyjaśnił całe zajście, a po
chwili wszedł do pokoju z Wiktorem.
— Stefan, jesteś tu? — zapytał Wiktor.
—¦ Jestem — odpowiedział ponury głos spod serwety.
— To chodź do łazienki.
— Nie pójdę. Przynieś mi ubranie.
— Stefek, wyłaź i nie bój się. Droga wolna, ElŜbietą w kuchni, a Kaktusica u
siebie.
— Nie wyjdę. Przynieś ubranie.
Bartek poszedł po ubranie. Stefan ubierał się szybko, wymyślając Wiktorowi,
ile się zmieści.
— Nie rozumiem, czego się złościsz — dziwił się Wiktor.
— Zrozumiałbyś, jakbyś tak jak ja uciekał goły i nie miał się gdzie schować.
Wpadam tu, patrzę, wyjścia stąd juŜ nie ma...
— Mogłeś jeszcze na balkon wyjść.
— Tak. Na balkon, prawie goły w takie zimno? Co pomyśleliby ludzie?
— Jakbyś zaczął robić ćwiczenia gimnastyczne, to powiedzieliby, Ŝe to
„krzewienie kultury fizycznej", jeszcze by cię tłum oklaskał.
—. Ja na komedianta się nie nadaję, niech juŜ ciebie tak oklaskują. śeby nie
to, Ŝe w cudzym mieszkaniu, tobym cię stłukł jak złoto.
— Jak to złoto na koronę? — próbował Ŝartować Wiktor, ale Stefek naprawdę był
wściekły.
Na próŜno Bartek zatrzymywał go. Na próŜno prosił, Ŝeby jeszcze raz powtórzyć
doświadczenie. Stefan nie chciał zostać. Nie chciał narazić się na spotkanie z
Strona 39
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
EłŜbietką.
— Łgarzu — wyrzucał Bartkowi — mówiłeś, Ŝe siostry nie będzie w domu, Ŝe
pójdzie do szkoły muzycznej...
— Stefku, zapomniałem ci powiedzieć, Ŝe ją rozbolała głowa i połoŜyła się
spać. PrzecieŜ spała, sam widziałeś.
— Spała, ale mogła zobaczyć mnie uciekającego przed tą jędza. —¦ „Mogła,
mogła!" — przedrzeźniał Wiktor. — To wolałbyś,
Ŝeby to ona dzwoniła i zobaczyła cię z tym rondlem w garści?
—• Wolałbym, Ŝebyś był punktualny, kiedy się z nami umawiasz — powiedział
Stefan ozięble i wyszedł bez poŜegnania.
rozdział 10.
ILE WAśYŁ MÓZG NAPOLEONA.
WIKTOR MA GŁADKIE MIEJSCE. PAMIĘTNIK STEFANA. ZNOWU ZIELONA PIECZĘĆ.
Po powrocie od Bartka Stefanowi wszystko z rąk leciało. Przeniósł ksiąŜki z
etaŜerki na stół, potem, nie zaglądając do nich, układał je znowu na półce.
Ołówek potoczył mu się pod krzesło, gumka wpadła pod szafę. Kiedy wreszcie
kałamarz przechylił się niebezpiecznie i chlapnął atramentem na rozłoŜoną pod
nimi gazetę, ojciec odłoŜył „Głos Robotniczy".
— Co jest? — zapytał spokojnie.
Stefan nie czekał na powtórzenie pytania. Czuł, Ŝe musi się z kimś podzielić
swoimi strasznymi przeŜyciami.
Spotkał go zawód. Ojciec, ten mądry i mocny ojciec, który zawsze umiał Stefka
pocieszyć i doradzić mu najlepsze wyjście — śmiał się, i to tak, Ŝe aŜ mu oczy
łzami zachodziły.
— Z czego się tatuś śmieje? — zapytał obraŜony Stefan.
— Jak to, z czego? Z tego widoku: otwiera kobieta drzwi, a tu obcy golas
rondel w górę podnosi... Nie, pęknąć moŜna...
— Tak, dobrze się tatusiowi śmiać — odpowiedział rozgoryczony Stefan — ale
to, Ŝe... Ŝe ja... — resztę dokończył w myślach, „Ŝe zostałem ośmieszony w
oczach koleŜanki, która sądzi, Ŝe będę sławny, to nic? Sławny człowiek:
goły, latający z miedzianym rondlem po cudzym mieszkaniu! I nawet rodzony
ojciec nie rozumie, Ŝe jestem pogrzebany na wieki..."
Na drugi dzień Bartek podszedł do Stefka.
—¦ Słuchaj, Stefan, ja rozumiem, Ŝe spotkała cię w naszym domu wielka
przykrość. Ale przecieŜ nikt tego nie chciał. Naprawdę! śebyś wiedział, ile my
mamy przykrości przez tę Kaktusicę! Mamusia nieraz mówi, Ŝe wolałaby w mysiej
dziurze, byle bez sublo-katorki. Więc bardzo cię przepraszam i nie gniewaj się.
Stefan był zaskoczony i dość długim przemówieniem Bartka, i tymi
przeprosinami. Zrobiło mu się wstyd. To on sam przecieŜ zachował się niezbyt
ładnie. Porzucił kolegów i drzwi zamknął trochę za mocno. Ale nie umiał tak
gładko odpowiedzieć, więc tylko jąkał niezręcznie:
— Nie... coś ty... ja wcale... tylko czy ElŜbieta... To znaczy, czy twoja
siostra nie przestraszyła się? I moŜe się gniewa, bo ten rondel... tak brzęczał?
— ElŜbieta? O, nie znasz jej! Ona się byle czym nie da wystraszyć. Jest
naprawdę odwaŜna. MoŜe odwaŜniejsza niŜ ja, chociaŜ dziewczyna. A o Ŝadnym
gniewaniu się nie ma mowy, bo o co? Obawia się tylko, czy ci to wczorajsze nie
zaszkodzi. Mogłeś się przeziębić, bo było chłodno.
—i A więc widziała mnie? — Stefan oblał się purpurą.
— Nie, nie widziała, tylko słyszała, jak Kaktusica opowiadała mamie.
Wytłumaczyłem, Ŝe chodziło o prawo Archimedesa.
—¦ No i co? Dokończyliście? — przerwał Stefan.
— E, nie. Z Wiktorem trudno pracować powaŜnie. Chlapał. Chlapaliśmy, co
prawda, obaj. Cała łazienka była zalana.
Na fizyce nie było się czym chwalić. Owszem, raz i drugi padło twierdzenie, Ŝe
człowiek jest duŜo lŜejszy w wodzie, a pływający mogą się długo utrzymać na
powierzchni.
—¦ Tylko głowa bardzo ciągnie w dół. Głowa musi być chyba najcięŜsza —
zauwaŜył na głos Sewerek.
— No, twoja chyba nie taka cięŜka — burknął półgłosem Stefan.
— A bo co? A bo co? — zaperzył się Sewerek.
— Proszę pana — Wiktor chciał odwrócić uwagę nauczyciela — czy moŜna zwaŜyć
samą głowę, czy nie ma na to jakiejś formuły?
— Nie słyszałem — uśmiechnął się nauczyciel. — A czy to miałoby jakieś
Strona 40
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
praktyczne znaczenie?
—' MoŜe by wtedy moŜna było obliczyć, ile waŜy sam mózg? I wtedy mniej więcej
moŜna by wiedzieć, kto wyrośnie, to znaczy, kto ma mózg na geniusza, a kto
nie. To przydałoby się bardzo, bo od takiego, co ma zostać geniuszem,
nauczyciele nie powinni tyle wymagać, Ŝeby mu się w głowie z przepracowania
coś nie zepsuło.
—¦ Ty, Wiktor, sądząc po wielkości głowy, na geniusza zadatków nie masz! —
zawołał złośliwie Sewer.
— Więcej niŜ ty —¦ odciął się Wiktor. — Moja czapka wpada ci aŜ na uszy,
zapomniałeś?
— Cisza! — uderzył ręką w dziennik nauczyciel. — Ani wielkość głowy, ani
wielkość mózgu o niczym nie świadczy. Mózg wieloryba waŜy siedem kilogramów,
słonia — pięć kilogramów, a człowieka przeciętnie tylko tysiąc czterysta
gramów, a przecieŜ człowiekowi ani rozumem, ani inteligencją wieloryb czy słoń
nie sprostają.
— Ciekawe, ile waŜył mózg Napoleona? — zapytał Wiktor.
— Tego nie wiem — odpowiedział nauczyciel. — Ale na przykład mózg genialnego
fizyka Volty — waŜył tysiąc siedemset gramów.
— A... czy nic nie wiadomo o mózgu jakiegoś... jakiegoś pisarza? — wyjąkał
czerwieniąc się Stefan.
— Owszem. Mózg Turgieniewa waŜył dwa tysiące gramów. A mózg włoskiego
poety Dantego coś około tysiąca pięciuset. Ale jeszcze raz powtarzam: tych
rzeczy nie moŜna uogólniać. Badania dowiodły, Ŝe waŜny jest stosunek wagi
mózgu do wagi człowieka.
Na przykład mózg słonia to jedna pięćsetna jego cięŜaru, mózg goryla jedna
setna, a mózg człowieka jedna czterdziesta.
— To znaczy, Ŝe jeśli ja waŜę czterdzieści dwa kilo, to mój mózg... — myślał
głośno Stefan.
— Nie męcz się. JuŜ wiadomo, Ŝe chłopak w twoim wieku ma mózg o wadze tysiąca
dwustu osiemdziesięciu gramów.
Wiktor pokazywał na migi Sewerkowi, Ŝe jego, Wiktorowy, mózg waŜy o dziesięć
gramów więcej, a tymczasem któraś z dziewczynek zapytała:
— A dziewczynki?
— Dziewczynki dwunastoletniej o jakieś dziesięć gramów mniej.
— Aaa! — rozległ się zgodny, triumfalny okrzyk chłopców. — A co?
—¦ śadne „aaa", bo Maria Skłodowska-Curie była geniuszem, chociaŜ jej mózg był
moŜe lŜejszy — zawołała Zosia Lewandow-ska, potrząsając bojowo ciemną grzywką.
Rozbawiony nauczyciel przywoływał gromadę do porządku.
— Słuchajcie, jeśli was to tak interesuje, pomówcie o tych sprawach z
nauczycielką biologii. Na pewno wie o nich duŜo więcej niŜ ja. Jeszcze tylko
dorzucę, Ŝe im człowiek zdolniejszy, tym ma powierzchnię mózgu bardziej
pofałdowaną w rowki i wzgórki. Ale teraz wracamy do fizyki. A więc prawo
Archimedesa.
— JuŜ wiem! JuŜ wiem! — zawołał Wiktor.
—¦ No dobrze, powiedz — zgodził się nauczyciel, myśląc, Ŝe Wiktor chce
wytłumaczyć, na czym polega prawo sławnego Greka.
—¦ Proszę pana, słyszałem, kiedy Kostek, mój brat, się uczył, Ŝe w mózgu są
takie róŜne ośrodki — od rozmaitych zdolności. Więc u mnie w tym miejscu,
gdzie są zdolności do matematyki i fizyki, to nie widać ani rowka, ani
wzgórka. Nic, zupełnie gładko. Jak na stole.
Klasa wybuchnęła śmiechem, w którym brał udział i pan Kar-niewicz.
— A mnie się zdaje, Wiktorze Kijanko, Ŝe w tym miejscu, o którym mówisz, jest
wszystko w porządku. Za to jeŜeli w mózgu
jest jakiś ośrodek przeznaczony na chęć do pracy, to tam dopiero musi być u
ciebie gładko jak na kolanie.
Pamiętnik Stefana
Kiedy Bartek mówił mi, Ŝe jego siostra obawia się o moje zdrowie, puściłem to
koło uszu. A jednak okazało się, Ŝe miała racją. Ze szkoły wróciłem z
dreszczami i kłuło mnie w plecach, a głową miałem rozpaloną. Mama zapakowała
mnie do łoąka i poszła po panią Brodzką, Ŝeby mi postawiła bańki. Strasznie
tego nie lubię. Ale moja mama wierzy w bań/ci, a jak moja mama w co wierzy, to
nawet ojciec się nie sprzeciwia.
Więc cierpliwie połoŜyłem się plecami do góry i zęby ścisną* łem, bo bałem
Strona 41
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
się, Ŝe mnie oparzy. Ale nie oparzyła. Dostałem piętnaście baniek na jeden bok
i piętnaście na drugi. A ciągnęły mnie, jak nie wiem co. Chyba całe plecy
miałem wciągnięte w bańki. Potem dostałem lipowego kwiatu, pełen kubek, dobre
pół litra. W nocy musiała mi mama dać drugą koszulę, tak się spociłem, ale
dziś jak ręką odjął. Tylko zostałem na jeden dzień w łóŜku. Po bańkach nie
moŜna wstawać. Trochę mi było szkoda, bo dziś biologia. Pewno się będą pytać o
te mózgi. MoŜe coś ciekawego, a ja nie usłyszę. Ale zaraz po szkole wpadł do
mnie Wiktor — nic ciekawego nie było. Pani pytała na stopnie z całego
materiału, bo to pierwszy okres. Nikt się nie spodziewał. Sypnęło się kilka
dwójek. Ja zaraz się wziąłem do powtórzenia, bo w piątek na pewno mnie spyta.
Była tu u mnie Alina. Potrzebny jej był atlas. Opowiadała
o swoich koleŜankach róŜne cuda. Podobno w ich klasie jest jedna dziewczyna,
Basia, która ma wielkie powodzenie u chłopców. Ciągle jej przysyłają kartki i
zapraszają do kina. A jeden chłopak to nie wiadomo jakim cudem na murze
naprzeciwko okien ich klasy wypisał ,,Basia ma najładniejsze oczy." Kto
stanął przy oknie
i spojrzał na dom po przeciwnej stronie ulicy — musiał przeczytać ten napis.
Ta cała Basia podobno chodziła dumna jak paw, a wszystkie koleŜanki jej
zazdrościły.
„Wszystkie?" — zdziwiłem się.
„No, mówię ci przecieŜ."
Chciałem się zapytać, czy ElŜbieta Niedźwiedzica teŜ, ale jakoś się krępowałem
i zanim się namyśliłem, Alina juŜ trajkotała dalej, nawet nie bardzo dobrze
słyszałem, o czym. Nagle ni z tego, ni z owego przycichła i zapytała:
„Stefan, moŜesz mi poŜyczyć pięć złotych?" „Na co ci pięć złotych?" —
zdziwiłem się.
„Ach, bo widzisz, jednej naszej koleŜance matka zmarła i składamy się na
wieniec. Akurat w domu u nas nie ma ani grosza. Dopiero w sobotę mamusia od
klientek dostanie. Tylko do przyszłej soboty, wiesz, Ŝe ja słowa dotrzymuję."
„Wiem — mówię — ale źle trafiłaś. Mam tylko trzy złote. Przy sobie pieniędzy
nie noszę. Co mi niepotrzebne, to zaraz składam na SKO. JuŜ mi niewiele
brakuje. Chcę sobie kupić kompas. Gdybym dziś był w szkole, to i tych trzech
złotych nie byłoby." „Ach, co ja zrobię!" — zmartwiła się Alina i takim głosem
to powiedziała, Ŝe aŜ się zdziwiłem. PrzecieŜ chyba te dwa złote jakaś
koleŜanka za nią dołoŜy?
Na te słowa wszedł Wiktor i zaraz zaczął się dopytywać, czego Alina taka
zmartwiona, a jak się dowiedział, to wyjął dwa złote z kieszeni i dołoŜył do
moich.
Alina była taka uradowana, jakby szło nie o pięć złotych, ale o dwadzieścia.
„O, jak to dobrze! Nie macie pojęcia, jak się martwiłam." „Co to za
zmartwienie — wydął wargi Wiktor. — Ja to mam naprawdę cięŜkie zmartwienie."
„Jakie?" — zainteresowała się Alina, a ja nastawiłem uszu. „Jutro na pierwszej
lekcji jest klasówka z 'matematyki. Matematyk ściągać nie da. Dwója murowana.
Dla mnie to piekło. Ach, co ja bym za to dał, Ŝeby klasówki jutro
nie było!"
„Jutro czy za dwa dni, jeŜeli jesteś słabeusz, to przecieŜ dwója cię nie
minie, więc co za róŜnica?" — pytała Alina.
„DuŜa róŜnica. JeŜeli za dwa dni, to zeszytów do niedzieli matematyk nie zdąŜy
poprawić. A jeŜeli jutro, to mama się przed niedzielą dowie, Ŝe mam dwóję, i
na mecz mnie nie puści. A ja muszę być na stadionie ŁKS-u w niedzielę.
Rozumiesz? Chybabym pękł."
„No, to schowaj zeszyt i nie pokazuj przed niedzielą."
„A jakŜe. Moja mama pracuje z siostrą matematyka i o kaŜdej dwójce zaraz wie.
Taką ma umowę."
Alina spojrzała na zegir.
„JuŜ szósta! — zawołała i zerwała się, jakby ją coś dźgnęło. — Serwus,
chłopaki, dziękuję. A ty, Wiktor, nie martw się."
i juŜ jej nie było. O atlasie, naturalnie, zapomniała.
„Dobrze jej mówić: nie martw się. Jej na meczu nie zaleŜy. Dziewczyna, a
dziewczyny to, moŜna powiedzieć, jak te kaleki, sportem się tak bardzo nie
interesują — orzekł Wiktor i westchnął. — Ach, Ŝeby matematyk jutro miał
grypę... Albo Ŝeby się
co stało..."
Strona 42
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
„To prawda — pomyślałem sobie. — ElŜbieta nigdy ze mną o sporcie nie mówi. O
-muzyce, o ksiąŜce, którą czytała, a której ja nie znałem. Jakieś «Lato
leśnych ludzi». Chciała mi poŜyczyć, ale powiedziałem, Ŝe na czytanie czasu
nie mam. Dopóki było ciepło, to wolałem grać w piłkę. Ale «kaleka» — to chyba
za ostro. Nie, nie, o ElŜbiecie nigdy nie powiem, Ŝe jest kaleka."
Klasówka z matematyki nie odbyła się. I nie zgadlibyście, z jakiego powodu.
Nauczyciel nie zachorował, nie odłoŜył jej z własnej woli, budynek szkolny nie
spłonął ani się nie zawalił.
Ale w Ŝadnej ławce nie było kałamarza. ZauwaŜono to dopiero po dzwonku, kiedy
matematyk był juŜ w klasie. Pierwsza zawołała Zosia Lewandowska:
— Proszę pana, kałamarza u nas nie ma!
— I u nas! I u nas! U nas teŜ! — odezwały się głosy ze wszystkich stron klasy.
— Co za głupie kawały — rozgniewał się nauczyciel. — Proszę natychmiast
wstawić kałamarze na swoje miejsca.
— AleŜ, proszę pana, my naprawdę nie wiemy, gdzie one są — Ŝaliła się Zosia.
— Pan myśli, Ŝe to my, a my nawet w ogóle...
— No, więc gdzieŜ się podziały? MoŜe to jakiś dowcipniś z innej klasy tu
gospodarował? Szukajcie, zobaczcie pod ławkami.
Teraz dopiero zaczęło się uŜywanie. Zaglądano pod ławki, za piec, na szafę,
ktoś otworzył drzwiczki do pieca i szurał patykiem w popielniku. Gorliwi
podnosili ławki do góry, chociaŜ to było zupełnie zbyteczne. Stefan podsadzał
Wiktora, aby zajrzał na piec. Dwadzieścia kałamarzy to przecieŜ nie szpilka.
Sewerysio z polecenia nauczyciela pobiegł po woźnego.
Zaaferowany Kochasiu przejął się bardzo.
Przysięgał, Ŝe jeszcze wczoraj po lekcjach kałamarze wszystkie były na swoich
miejscach. Ktoś musiał tu być rano przed lekcjami.
— Ale kto? — surowo pytał nauczyciel i spoglądał po twarzach uczniów i
uczennic. — Chyba ktoś z was? PrzecieŜ to w a m na rękę.
— Proszę pana, jeŜeli ktoś z naszej klasy, to wiadomo, kto — powiedział
Sewerek, spoglądając znacząco w stronę Wiktora.
Wiktor rzucił się jak oparzony.
— A co, widziałeś moŜe? Powiedz, widziałeś?
—¦ Widzieć nie widziałem, ale kto wczoraj w szatni mówił, Ŝe oddałby wszystko,
co ma, Ŝeby tylko klasówka dzisiaj się nie odbyła?
— No to co, Ŝe mówiłem?
— A to, Ŝe właśnie tobie na rękę. Nauczyciel badawczo przyglądał się
Wiktorowi.
— Nie, panie profesorze — bronił kolegi Stefan — to juŜ naprawdę za
wiele. Przyszedłem z Wiktorem razem przed samiu-teńkim dzwonkiem. O mało się
nie spóźniliśmy. Koziołkiewicz nas widział.
— Widziałem — przyświadczył Koziołkiewicz. — Wpadli biegiem w ostatniej chwili.
Kochasiu wnosił tacę napełnionych atramentem kałamarzy. Nauczyciel
spojrzał na zegarek.
— Na klasówkę czasu juŜ nie starczy. Będzie pojutrze. I pamiętajcie: Ŝadnych
kawałów.
Przy wychodzeniu na przerwę Wiktor złapał za ręce Stefka i Bartka i pędząc
pociągnął za sobą w odległy i pusty kąt kory-
tarza. Kiedy cała trójka przystanęła, Wiktor połoŜył palec na ustach.
— Cicho. Chcę wam coś pokazać.
Oglądając się na wszystkie strony, wyciągnął niewielką złoŜoną we czworo kartkę.
— Co to? — zapytał Stefan.
— Znalazłem ją w dziurze mojego kajamarza, a co to jest, nie
wiem. MoŜe wy...
Rozwinął kartkę. Wyraźnymi, drukowanymi literami napisano na niej: „My
potrafimy wszystko". Pod tymi słowami nie było podpisu, tylko okrągła zielona
pieczęć ze znakiem N, otoczonym czterema kropkami.
— No co, rozumiecie co z tego? — dopytywał niecierpliwie
Wiktor.
Bartek kręcił głową. Stefan równieŜ milcząco wzruszył ramionami. Unikał wzroku
Wiktora, ale twarz mu pociemniała rumieńcem. On tę pieczęć znał.
ROZDZIAŁ 11.
KŁÓTNIA Z SEWERKIEM. ZMARTWIENIE PANA CHYBAŁY. STEFAN POSĄDZA SIOSTRĘ.
Kałamarze znalazły się w klasie piątej za piecem. Ten, kto je tam wyniósł i
Strona 43
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
widocznie w pośpiechu ustawił, nie przewidział, Ŝe mogą się poprzewracać.
Wyciekającą zza pieca struŜkę atramentu zobaczył dyŜurny w czasie pierwszej
pauzy i narobił alarmu.
Stefan przez cały dzień był roztargniony i milczący, aŜ zwróciło to uwagę jego
kolegów. Nie odpowiadał na złośliwe uwagi Sewer-ka ani na pytania Romka. Nie
dawała mu spokoju myśl o zielonej pieczęci. Co wspólnego mógł mieć szef ze
sprawami szkoły? Jakim sposobem mógł działać na terenie klasy VIB? CzyŜby ktoś
tu jeszcze oprócz Stefana wiedział o „stowarzyszeniu sportowym"?
OstroŜnie, aby nie zwrócić niczyjej uwagi, odwracał się w ław-
ce i biegł oczami po twarzach chłopców. Były róŜne: o wydatnych lub prostych,
czasami zadartych nosach, o ciemnych czy jasnych oczach, przygładzonych albo
nastroszonych czuprynach — ale Ŝadna nie wyglądała na to, aby jej właściciel
mógł przejść i wytrzymać wiadome „wstępne próby".
„A przecieŜ sam szef teŜ na to nie wyglądał. Tak przyjemnie zaczął ze mną
rozmowę., A Alina? Nikt by nie powiedział o niej, Ŝe z takimi sprawkami ma coś
wspólnego. ElŜbietce na pewno nie pomieściłoby się to w głowie" — myślał
Stefan i znowu przyglądał się kolejno kaŜdej ławce.
— Stefek, o co chodzi? — szepnął Wiktor, ale Stefan czym prędzej przeniósł
wzrok na nauczyciela i udał, Ŝe nie słyszał pytania.
Przed bramą szkoły, juŜ na ulicy, Wiktor omal nie pobił się z Sewerkiem.
— Co ci z tego, Ŝe klasówki dziś nie było? Pojutrze będzie i dwóję
zarobisz, załoŜę się, chcesz? — wołał Sewerek klepiąc się po głowie. — Tu
logiki ci braknie.
— Jak ci dam w ucho, to twoja logika zaraz się rozleci — odcinał się Wiktor.
— I teŜ mogę się o to załoŜyć, chcesz?
— Osioł jesteś. Nawet nie wiesz, co to jest logika.
—¦ Ja nie wiem? Ja? — krzyknął dotknięty do Ŝywego Wiktor. — Stefan, trzymaj!
Teczka frunęła w ręce Stefana, kurtka w stronę Bartka, ale Sewerek nie czekał
na argumenty Wiktora. Uciekał sromotnie z placu boju.
Wściekłość na twarzy Wiktora od razu zastąpił zwycięski uśmiech. Spokojnie juŜ
włoŜył marynarkę i odebrał teczkę. Szli w milczeniu. Bartek gryzł w zębach
jakieś źdźbło trawy. Stefan kopał przed sobą stary gumowy obcas.
Dochodzili juŜ do domu Bartka, kiedy ten wyjął trawkę z ust i zwrócił się do
Wiktora:
— A ta logika, co to właściwie jest?
—¦ Jak to co? Więc i ty tego nie wiesz? — na twarzy Wiktora malowało się
ogromne zdziwienie.
— Nie wiem.
— Ja teŜ nie wiem. Co to? — dorzucił Stefan, który cały czas zastanawiał się,
czy to pytanie nie skompromituje go zbytnio.
— Coś podobnego! — zawołał z najwyŜszym zdziwieniem Wiktor. — A ja myślałem,
Ŝe właśnie od was się dowiem... Bo ja teŜ nie wiem — dokończył z całym
spokojem. A widząc zaskoczone miny przyjaciół, pośpiesznie zapewnił: — To nic.
Kostek wie na pewno. Powtórzę wam. Niedoczekanie, Ŝeby to cielę było
mądrzejsze od nas.
Bartek westchnął cięŜko.
— Ale z tą dwóją z klasówki...
— Wielka rzecz! Korale mecyje! Jak się wezmę do zadań dzisiaj zaraz!...
— Przyszedłbym do ciebie — zaproponował Bartek.
— Nie, nie. Po co masz sobie głowę zawracać — oponował zbyt gorąco Wiktor. —
Nie przychodź.
—¦ Ja przyjdę. Mam bliŜej. Przerobimy razem parę zadań — zdecydował Stefan —
bo ty, Wiktor, masz krótką pamięć, a potem wszystko — na całe „zoo".
— Nie na całe, tylko na trzy ćwierci — zagadywał Wiktor. — Romek dwój nie ma.
Trudno. Przyjdź. Trzech muszkieterów będzie musiało zaczekać — dodał z Ŝalem.
Stefan na próŜno dzwonił do mieszkania. Zajrzał przez dziurkę od klucza. Drzwi
do pokoju i kuchni były zamknięte. To znaczy, Ŝe mamy nie ma. Wrócił na
podwórko, puste jeszcze o tej porze, bo maluchy grzebiące w piasku nie liczyły
się.
Usiadł na ławce stojącej prawie na wprost jego klatki schodowej. Nudziło mu
się i głód zaczynał przypominać o sobie, chociaŜ to nie była jeszcze pora
obiadu.
Zwrócony w stronę furtki, spostrzegł młodego męŜczyznę idącego w towarzystwie
Strona 44
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
dozorcy, pana Chybały. Pan Chybała był najpopularniejszą osobą w blokach na
Bednarskiej. Wszycy starzy, przedwojenni lokatorzy bloków, a i ci, którzy
zamieszkali tu po wojnie, lubili „Chybałkę", z którego troskliwości i
Ŝyczliwości korzystali codziennie. Klatki schodowe, podwórko zostające pod
jego opieką niejednokrotnie juŜ były nagradzane i uznane za wzorowe. Lokatorzy
cenili nieposzlakowaną uczciwość i poczucie
obowiązku u niemłodego juŜ „dziadka Chybały". Za to wszystkie podwórzowe
zabijaki unikały go jak ognia i wolały nie wchodzić mu w drogę.
Stefan słyszał wyraźnie. słowa nadchodzących:
— ...sam poradzić juŜ nie mogę. Ledwo człowiek oko z podwórza spuści, juŜ
gotowa psota, ani się obejrzeć. To okienko od piwnicy wytłuką, to kosz ze
śmieciami przewrócą, to gałąź nie wiadomo jak złamią. Skaranie boskie! A teraz
znowu to pisanie! No, niech pan sam zobaczy!
Chybała z towarzyszącym mu męŜczyzną przystanął obok Stefkowej klatki i
pokazywał na szarym murze rysunek „głowo-noga". Z pyzatej, okrągłej twarzy
oznaczonej kropkami oczu i kreską nosa wyrastały w bok dwie ręce i dwie nogi.
KaŜda z kończyn opatrzona była czterema róŜnej wielkości palcami. Na lewej
ręce wisiała olbrzymia torba. Nad głową ozdobioną nielicznymi, ale zawadiacko
sterczącymi włosami biegł koślawy napis: „Ta mama to lata i lata."
Chybała czekał na słowo współczucia dla swego oburzenia. Na próŜno.
MęŜczyzna roześmiał się.
— Co pan chce, panie Chybała. Napis bez błędu. Z rysunku, juŜ po tej torbie
sądząc, teŜ widać, Ŝe to o mamę chodzi. Świetne!
ZauwaŜywszy zgorszoną minę dozorcy pośpieszył z wyjaśnieniami:
— Panie Chybała, widzi pan, jak człowiek w pierwszej klasie tę parę liter
pozna, to go aŜ rozsadza z radości. W zeszycie się zmieścić trudno... A... czy
pan myśli, Ŝe to moje smyki?
— PrzecieŜ w tej klatce tylko u państwa takie małe — stwierdził Chybała. —
Popiszą, popiszą, usmolą i dopiero choć zębami gryź.
— Dobrze, dobrze, zapowiem im i chyba w domu tablicę na ścianie powieszę —
zapewniał męŜczyzna i uchyliwszy kapelusza, zniknął w sieni.
Dozorca odkrył głowę, otarł czoło chustką i, nakładając czapkę z powrotem,
powiedział:
— „Świetne, świetne!" A jakby tak wszyscy pisali, to ładnie
by te ściany wyglądały. Ale komu to mówić — zrzędził — toć, pamiętam dobrze, i
on pisał na tych murach! I jego musiałem ganiać! Ano, mój BoŜe, czas leci. JuŜ
jego dzieci do szkoły poszły. Jakie drzewo, taki klin, jaki ojciec...
— To pan tu juŜ był, jak ten pan był mały? — przerwał zdziwiony Stefan.
— A jakŜe! Razem z moim synem bił się tu, na tym podwórku. I niejeden raz —
machnął ręką Chybała odchodząc do swoich spraw.
Stefan mógł teraz w całej oKazałości podziwiać napis i rysunek mamy, która lata.
— A to mikrusy! — szepnął do siebie i nagle przypomniał sobie, co opowiadała
mu Alina. „Wszystkie jej zazdrościły" — zabrzęczało mu koło ucha, aŜ się
obejrzał. Nie tylko mikrusy piszą. A gdyby tak?... Hmm... UwaŜnie przyjrzał
się ścianie. Miejsca dosyć. Ale to trzeba by zrobić mądrze. Tak, Ŝeby nikt...
W tej chwili zobaczył idącą od furtki mamę z duŜym wałkiem bielizny pod pachą.
Wracała z magla. Obok niej podskakiwała
Lu-cynka.
*
Stefan podbiegł. Dał teczkę siostrze, a sam odebrał bieliznę od mamy. Przy
wejściu do klatki pokazał głową napis.
— Lucyna, moŜe to ty? Chybałka się skarŜył.
— Ja? — rzuciła z oburzeniem Lucyna. — Jakieś tam „Ala ma kota" — to juŜ nie
w naszej klasie — oświadczyła z najwyŜszą pogardą.
U Wiktora Kostek tłumaczył im obu:
— Logika... logika... No, jak by wam tu powiedzieć, logiczne myślenie to
znaczy poprawne myślenie.
— Phi! — wydął wargi Wiktor. — „Poprawne", cóŜ to znaczy? KaŜdy myśli, Ŝe jak
myśli, to myśli poprawnie.
— Ale inni doskonale to mogą ocenić. Zaraz. Posłuchajcie ludowej gadki.
Poszedł Wojtek Gała do babki, wraca, a matka pyta go. „WTojtek Gała, co ci
babka dała?" „Igiełkę." „Gdzie ją masz?"
„Jechała fura z sianem, wsadziłem igłę w siano."
Strona 45
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
„Źle. Trzeba ją było wsadzić w czapkę, czapkę na głowę nacisnąć i do domu
przynieśćr"
Poszedł Wojtek z drugą wizytą. Wraca. Upaprany jak nieboskie stworzenie
jajecznicą.
„Wojtek Gała, co ci babka dała?"
„Dała mi mendel jaj. WłoŜyłem je w czapkę, a czapkę wepchnąłem na głowę."
„śle. Trzeba je było w torbę z sieczką włoŜyć, zawiązać i tak przynieść do
domu."
Poszedł Wojtek trzeci raz. Wraca z torbą pełną sieczki. A w tej sieczce ledwo
juŜ dyszy mały prosiak.
„Źle. Trzeba było prezent na sznurku uwiązać, prowadzić za sobą i wołać: «Na,
ciu! ciu!»"
Poszedł Wojtek czwarty raz. Wraca. Za nim biegną psy z całej wioski.
„Co ci babka dała?"
„Dała mi osełkę masła. Uwiązałem ją na sznurku i wołałem: «Na, ciu, ciu!»"
— No, widzicie — kończył Kostek. — Wojtek nie umiał logicznie myśleć,
rozumiecie teraz?
Stefan śmiał się, Wiktor równieŜ. Nagle oświadczył z oburzeniem:
— Co za brak logiki!
ROZDZIAŁ 12.
POMYSŁ WPROWADZONY W CZYN.
CO W CZŁOWIEKU NAJWIĘCEJ WARTE?
CZYM ZAIMPONOWAĆ ELśBIECIE?
PAMIĘTNIK STEFANA.
ElŜbietka Niedźwiedzka przysłała Stefkowi przez brata ksiąŜkę, do której
przeczytania zachęcała go juŜ kilkakrotnie. Teraz czytał ją jednym tchem.
śałował, Ŝe kazał się tak długo namawiać. śa-
łował, Ŝe stojąca za oknami późna jesień nie pozwala zorganizować jakiejś
wycieczki do lasu. KsiąŜka tak pięknie opowiadała
o Ŝyciu ludzi serdecznie związanych z przyrodą, Ŝe chciało się zaraz,
natychmiast iść w ich ślady.
Stefan postanowił, Ŝe następnego lata we trójkę z Wiktorem
i Bartkiem pójdą na długą wędrówkę, zorganizują coś, co chociaŜ trochę
podobne będzie do Ŝycia bohaterów ksiąŜki. Jeden z nich nazywał się śóraw. Był
dzielny, mądry i Stefan chciałby go naśladować. Ale zdawał sobie sprawę, Ŝe
tymczasem przypominał raczej mieszczucha „Coto", który stale o kaŜdą rzecz
pytał, tak obce mu było wszystko, czego w mieście podpatrzyć ani usłyszeć nie
moŜna.
Wdzięczny był za tę ksiąŜkę „ElŜbiecie. Gdyby nie ona — moŜe nigdy nie
zetknąłby się z Latem leśnych ludzi. Tyle jest przecieŜ ksiąŜek na świecie!
Dobra z tej ElŜbiety dziewczyna! W dechę! Chciałby się jej w jakiś przyjemny
sposób zrewanŜować. Ale jak?
Pewien pomysł nurtował go od kilku dni, chociaŜ wcale nie był łatwy do
wykonania. Wymagał przygotowań i ostroŜności. Ale nadszedł taki dzień, kiedy
Stefan postanowił go zrealizować.
Kawałek kredy porwany z tablicy szkolnej leŜał spokojnie w kieszeni. Stefan
czekał tylko na odpowiedni moment. Zmierzch, jak to w listopadzie, zapadał
wcześnie, ale do samej kolacji po podwórku i schodach kręcili się gęsto
ludzie. Tyle mieszkań w tych blokach. I ludzi tu jak w fabryce.
W domu matka kilkakrotnie przypominała mu o wyrzuceniu śmieci. Za kaŜdym razem
Stefan odpowiadał:
— Wyniosę, mamusiu. Nie zapomnę, tylko lekcji nie chcę sobie przerywać.
Było juŜ dobrze po dziewiątej, kiedy chwycił pełne wiadro i wybiegł na
podwórko. Szybko wyrzucił śmieci do blaszanego pudła i pędem wracał do swojej
sieni. Przejmujący listopadowy wiatr gonił za nim i oblewał plecy zimnem.
W połowie pierwszego piętra Stefan ostroŜnie postawił wiadro w kącie i po
cichu otworzył okno. Bez trudu wydostał się na niewielki, płaski daszek
chroniący drzwi wejściowe do klatki schodowej. Wyciągnął z kieszeni kredę i
szybko wzdłuŜ biegnących nad
oknami parteru drutów telefonicznych wypisał pochwałę na cześć ElŜbiety.
Nie czuł rozwianej na cztery strony świata czupryny, nie czuł przejmującego
zimna. Było mu raczej gorąco. Spieszył się. Niechby go tu kto dostrzegł!
Zręcznie przełoŜył obie nogi przez parapet. JuŜ miał zeskoczyć z okna, kiedy
Strona 46
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
biegnąca z góry Alina spostrzegła go i wytrzeszczyła oczy.
— Stefan, coś ty! Dlaczego wyłaziłeś przez okno? — pytała zdziwiona.
— Przywidziało ci się. Wcale nie wyłaziłem... tylko... okno chciałem
zamknąć — speszył się na chwilę Stefan, ale dalej łgał juŜ bez zająknięcia. —
Wicher taki, oknami trzaska, o mało nie powyrywa. Szkoda szyb, no nie? A ty
gdzie o tej porze?
¦— Do bloku, naprzeciwko. Mamusia płaszcz poprawiała i obiecała dziś odesłać —
Alina odpowiadała machinalnie, ale w dalszym ciągu przyglądała mu się
podejrzliwie. Stefan czuł, Ŝe go uszy palą. Wcale nie Ŝyczył sobie, aby Alina
roztrąbiła o jego wyczynie. Sam chciał to ElŜbiecie pokazać, a moŜe tylko niby
niechcący stanąć blisko, tak Ŝeby sama zobaczyła. Ale poza nią nikt o tym nie
miał wiedzieć... A teraz,..
Trzeba było Alinę czymś zagadać.
— Słuchaj, Alina — Stefan juŜ zdąŜył ochłonąć. — Co to było z tymi kałamarzami?
— Co, co? Z jakimi kałamarzami? — udawała zdziwienie Alina trzepocząc rzęsami.
— Nie udawaj — natarł ostro Stefan — wtedy kiedy Wiktor bał się klasówki, a
ty mówiłaś, Ŝeby się nie martwił. No i rzeczywiście klasówki nie było.
— Nie było? — Alina ledwo powstrzymywała się od śmiechu. — To się chyba
ucieszył?
— Nie udawaj. To te chuligany zrobiły. Znak zostawili.
— Znak? Jaki znów znak? — ciemne brwi Aliny podskoczyły w zdziwieniu aŜ na
samą górę czoła, blisko miedzianych włosów.
— Taki — Stefan wyciągnął kredę z kieszeni i na parapecie zawinął kółko z
literą N w środku i czterema kropkami. - - Taki,
i
tylko Ŝe zielony. Taki sam dostałem wtedy, jak się od nich urwałem. Ten cały
„szef" i Wicek...
— Cii!... — syknęła Alina wyciągając z palta chusteczkę i ścierając nią
parapet. — Stefek, co ty wygadujesz? Tamto juŜ dawno się rozleciało. I błagam
cię: nikomu ani słowa. To bzdury. Wicek z nimi nic nie ma wspólnego.
— Bzdury? To czemu tak szybko starłaś?
— Bo... bo Chybała krzyczy i... nie trzeba o tym mówić. Mówię ci, Ŝe nie
trzeba. A Wicek? O mój drogi, do pięt mu nie dorosłeś. Nawet ElŜbiecie
zaimponował.
— Czym? — zainteresował się Stefan.
— Tym, Ŝe jest po prostu niezwykły. śebyś ty widział jego fotografie!
Artysta! Ma na przykład taką jedną. Ławka w parku, na niej otwarta ksiąŜka,
wokoło pełno opadłych liści, a jeden liść jak motyl na brzegu ksiąŜki.
Pokazywałam ElŜbiecie. Zachwycała się. Powiedziała, Ŝe widać w tym twórczą myśl.
— Tak powiedziała ElŜbieta?
— Tak. Bo to jest właśnie twórczość. Sztuka. Rozumiesz? Pokazać coś, jak nikt
jeszcze. ElŜbieta się na tym zna. Ona będzie artystką. Ona teŜ mówi, Ŝe w
człowieku najwięcej jest warta twórcza myśl. A właśnie Wicek...
Ktoś otwierał drzwi na piętrze. Alina zbiegła w dół, Stefan pognał w górę.
A to się zagadali!
Długo, długo Stefan nie mógł zasnąć. Przewrócił się na jeden bok, potem na
drugi: porządkował to, co usłyszał. ElŜbieta będzie artystką. Będzie grać na
koncertach. A koncert to wielka przyjemność. Więc twórcza myśl ElŜbiety na
pewno będzie bardzo wartościowa. Ale Wicek? CóŜ to za nadzwyczajność w tej
fotografii? KsiąŜka zostawiona na ławce. „Korale mecyje!" — powiedziałby
Wiktor. A jak będzie deszcz? KsiąŜka zmarnuje się. A do tego jeŜeli z
biblioteki? Nic tam do zachwytu nie było. Alina przesadza jak zwykle. JuŜ
prędzej mógłby zaimponować ElŜbiecie Kostek. Wszystko umie wytłumaczyć. Będzie
lekarzem. MoŜe to właśnie jego twórczej myśli ukłonią się nisko? Kto wie? — Ale
czym moŜna zaimponować, jak się ma tylko dwanaście lat i niecałe trzy miesiące?
Stefan wzdycha cięŜko i zapada w sen.
Pamiętnik Stefana
Deszcz padał dziś od samego rana. JuŜ byłem blisko przy furtce, kiedy
przypomniałem sobie o napisie.
Wróciłem drugą stroną podwórka i stanąłem naprzeciw naszej klatki schodowej.
Ściana była mokra, napis ledwo było widać. To nic. Wyschnie i ElŜbieta nie
będzie potrzebowała zazdrościć jakiejś Basi.
Po południu umówiliśmy się u Bartka. Otworzyła mi ta ich sublokatorka, ale nie
Strona 47
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
poznała mnie.
Wiktor juŜ był. Bartek wyciągnął jakiś gruby zeszyt i powiedział, Ŝe tak
dłuŜej być nie moŜe, Ŝe nasze stowarzyszenie nie przejawia Ŝadnej aktywności,
Ŝe jeŜeli tak dalej pójdzie, to trzeba będzie je rozwiązać.
Okazało się przy tym, Ŝe Stowarzyszenie Trzech Osądzonych posiada kronikę. Ten
właśnie gruby zeszyt. Bardzo mi się to podobało. Pomyślałem sobie, Ŝe Bartek
ma głowę na karku, moŜe kiedyś ministrem zostanie albo kierownikiem porządnego
sklepu, bo taki kierownik musi być uczciwy i mądry, a Bartek właśnie taki
jest. JuŜ by tam w jego sklepie wszystko było na miejscu, a i w ministerstwie
miałby porządek. Ale Wiktor nazwał Bartka drewnianą piłą i powiedział, Ŝe się
przyczepia i szuka dziury w całym. A na to Bartek, Ŝe nie o Ŝadną dziurę
chodzi, tylko
o puste kartki w naszej kronice, które trzeba zapełnić.
„Bo co tu jest — mówił i pokazywał pierwsze strony. — Tu spis członków i
pseudonimy, a tu, gdzie się zaczyna tak zwana działalność, tylko jeden mój
pomysł, i to nieudany."
Zajrzeliśmy z Wiktorem na tę stronę, a tam karta poliniowana
i w kaŜdej rubryce pisze co innego. „Czyj pomysł", „Na czym polega", „Wynik".
Przeczytałem na głos to, co było.wpisane w rubryki:
„Bartłomiej Niedźwiedzki. Stwierdzenie, ile kaŜdy z członków STO traci na
wadze w wodzie. Nieudane z powodu braku dyscypliny u Wiktora Kijanki."
„Tak napisałeś?" — skoczył Wiktor.
„PrzecieŜ to prawda — powiedział spokojnie Bartek. — Gdybyś się wtedy nie
spóźnił, nie byłoby całej hecy. Ze Stefanem doświadczenie udałoby się na pewno."
„Tyś pierwszy chlapnął na mnie wodą" — sprzeczał się Wiktor.
„Ale niechcący."
„Chcący czy niechcący, wszystkie włosy miałem mokre."
Sprzykrzyło mi się słuchać, więc zapytałem Bartka, co będzie w kronice dalej.
Na to on odpowiedział, Ŝe to od nas zaleŜy, Ŝebyśmy teraz coś wymyślili, ja i
Wiktor po kolei, bo on nie moŜe stale za nas myśleć. I Ŝebyśmy się zastanowili
nad tym jak najprędzej.
Zaczęliśmy się zastanawiać .i bardzo chcieliśmy coś wymyślić, ale to naprawdę
było trudno. Wreszcie Wiktor wytłumaczył, dlaczego nam nie idzie: po prostu
jesteśmy przemęczeni nauką. Bart-kowi było łatwiej, bo wymyślił pierwszy, a
nam coraz trudniej, bo dzień za dniem mamy więcej pozapychane głowy. Zgodziłem
się z nim i jeszcze dodałem od siebie, Ŝe strach przy takich rzeczach teŜ nie
pomaga.
„Jaki strach?" — spytał Bartek.
„Strach przed dwójką — mówię. — Ciągle się trzeba obawiać, Ŝeby dwójki nie
złapać, bo nauczyciele są tacy strasznie wymagający, Ŝe jak tylko się lekcji
nie odrobi albo co, to zaraz dwóje kropią."
Wiktor dorzucił, Ŝe w ogóle wszyscy geniusze swoje genialne pomysły mieli w
tym czasie, kiedy do szkoły nie chodzili. Nawet Archimedes, gdyby codziennie
miał zadane na jutro tyle co my, to nie miałby czasu wleźć do wanny i zawołać:
„Eureka!"
Bartek jeszcze raz otworzył kronikę STO na pierwszej stronie i zauwaŜył
całkiem słusznie, Ŝe na samym początku powinno być godło naszego
stowarzyszenia, które jednocześnie będzie naszym znakiem, czyli pieczęcią.
„Wymyślmy zaraz ten znak — prosił — niech przynajmniej tyle posunie się
naprzód nasza działalność."
Więc znowu zastanawialiśmy się nad tym godłem, czyli pieczęcią.
Próbowałem spleść litery STO w rozmaity sposób — to bardzo trudne. A Bartek
wyrysował raz-dwa. Musiał chyba juŜ wpierw mieć obmyślony projekt, ale nie
chciał nam pokazać, dopóki sami czegoś nie wymyślimy. Wreszcie widząc, Ŝe nie
damy rady, połoŜył swój projekt przed nami. Wyglądał tak:
Obaj z Wiktorem nic nie rozumieliśmy. Dopiero Bartek wytłumaczył nam, Ŝe
dziesięć do kwadratu to jest sto, a sto — to STO — Stowarzyszenie Trzech
Osądzonych. Zaproponowałem, Ŝeby dodać jeszcze „n" — to znaczy niewinnych, ale
Bartek kręcił głową, Ŝe nie.
Wiktor znowu wpadł na pomysł, Ŝeby w ogóle zmienić nazwę na Stowarzyszenie
Trzech Niewinnych, to znaczy STN, a to znowu moŜna czytać: sten, a „sten" fo
marka pistoletu, pieczęć z pistoletem to dopiero będzie pycha! Patrzyłem na
Bartka, a on tylko spojrzał na Wiktora i mówi:
Strona 48
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
„Wiktor Kijanka — niewiniątko numer pierwszy."
Wiktor zbaraniał, ale zaraz zaczął się kłócić. JuŜ myślałem, Ŝe wszystko
skończy się na niczym, bo Wiktor bardzo chciał, Ŝeby na naszej pieczęci był
rewolwer, ale w końcu Bartek go przekonał, Ŝe z rewolwerem to i bandyci
chodzą, a nasze stowarzyszenie via szlachetne cele.
„Ty, Bartek, naumyślnie to zadanie matematyczne wymyśliłeś — Ŝalił się jeszcze
Wiktor — Ŝebym ja nic z niego nie rozumiał. Rewolwer to rewolwer, a co znaczy
te siedem tysięcy z czymś u dołu?"
„Ech ty, z gładkim miejscem na mózgu — zadrwił Bartek — przecieŜ to data
załoŜenia naszego STO, tylko na odwrót."
Ostatecznie zdecydowaliśmy, Ŝeby rok skreślić i zostawić tylko 10* w
trójkącie. Na dokumentach i listach w prawym rogu pieczęci będziemy dodawać
pierwszą literę swego pseudonimu. Wiktor chciał jeszcze, Ŝeby na pieczęci były
jakieś miecze albo dzidy, albo chociaŜ dębowe liście, ale Bartek sprzeciwił
się, bo to staroświeckie, a nasze stowarzyszenie jest przecieŜ zupełnie
nowoczesne. Ja teŜ tak uwaŜam, Ŝe jak juŜ mieć model, to ostatniej marki.
Bartek zobowiązał się wymalować nasze godło w kronice. Niebieskim kolorem.
„Niebieski — to wiara, a my przecieŜ wierzymy, Ŝe wreszcie cała klasa, z tym
lizusem Sewerysiem razem, pozna swój straszny błąd i zdejmie z nas haniebne
piętno" — powiedział po swojemu Wiktor.
„Lizusem?" — zdziwił się Bartek.
„Jak to, nie widziałeś? — zŜymał się Wiktor. — Do kaŜdego nauczyciela leci ze
swoim wiecznym piórem. ZauwaŜyłem, jak czyha na ten moment, kiedy nauczyciel
otworzy dziennik."
„To dlatego, Ŝe na katedrze Ŝadne pióro nie moŜe uleŜeć. Zawsze je sobie ktoś
poŜyczy" — tłumaczył Bartek.
„Wiem o tym. Nie potrzebujesz mi mówić. Ale dlaczego ani ty, ani Stefan, ani
ja nie lecimy do katedry, tylko zawsze ten Sewerek? Dlatego właśnie, Ŝe lizus."
„Nie — Bartek był sprawiedliwy — dlatego, Ŝe tylko on ma w naszej klasie dobre
wieczne pióro."
Mnie tymczasem olśniła myśl jak błyskawica.
„Bartuś! — zawołałem. — Wpisz zaraz do kroniki moje nazwisko. W rubryce «czyj
pomysł» prędko: Stefan Zórawiec."
„A jaki pomysł?" — dopytywał Bartek, otwierając kronikę.
„Zobaczycie jutro. Nie powiem, Ŝeby nie zapeszyć. Musi się udać, a wtedy
Sewerek razem ze swoim wiecznym piórem będzie siedział spokojnie."
Zaintrygowany Wiktor miał wielką ochotę dopytywać się dalej, ale w tej właśnie
chwili weszła do pokoju ElŜbietka.
Nie wiem, co to jest. PrzecieŜ podobno jestem wygadany, a tani u Bartka to
zawsze głupieję i nie wiem, co mówić.
Tak było i teraz. Chciałem ElŜbiecie coś powiedzieć. Pamiętam nawet, Ŝe to
było coś waŜnego, a język mi skołowaciał zupełnie. Ledwo wykrztusiłem
zapytanie o ten pogrzeb.
„Jaki pogrzeb?" — przestraszyła się ElŜbietka.
„Matki jednej z twoich koleŜanek."
„Której? — dopytywała z niedowierzaniem ElŜbieta. — Skąd wiesz?"
„Obiło mi się coś o uszy."
„Nie... To na pewno nie u nas. To musiało być w innej klasie. Gdyby u nas, to
przecieŜ wiedziałabym."
„Widocznie to nie w waszej klasie" — blagowałem, bo co mogłem powiedzieć
innego? Ale z tej Aliny kłamczuch! Czego to nie wymyśliła. A ja uwierzyłem,
jak głupi.
Język znowu mi skołowaciał i juŜ do końca nie wykrztusiłem ani słowa. Dopiero
na schodach przypomniało mi się, Ŝe miałem ElŜbiecie powiedzieć, jak bardzo
podobało mi się „Lato leśnych ludzi".
ROZDZIAŁ 13.
DEKLAMACJA NAD RYNSZTOKIEM. FATALNA LEKCJA. CZARNA PLAMA NA BIAŁEJ BLUZCE.
Nazajutrz Stefan Wcześniej niŜ zwykle wybiegł do szkoły. Spieszył się, aby
pomysł, opracowany juŜ w szczegółach, wprowadzić w czyn. Znowu padał deszcz,
więc nacisnął mocniej czapkę, postawił kołnierz u palta i, borykając się z
wiejącym w oczy wiatrem, przeskakiwał co większe kałuŜe.
Był juŜ przy Rzgowskiej, kiedy dogonił go Wiktor.
— Serwus, Stefan! Co tak wcześnie?
Strona 49
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Serwus, a dlaczego ty?—- odpowiedział pytaniem Stefan, który dziś wyjątkowo
wolałby nie spotkać przyjaciela na drodze.
— Pędzę, bo chcę, Ŝeby mi Bartek dał zeszyt ze. swoimi zada-
niami. Sprawdzę... Coś mi nie wychodziło — westchnął Wiktor.
— Znają cię: „nie wychodziło". Przyznaj się, Ŝe zadań wcale nie tknąłeś —
obruszył się Stefan. — A Bartek nie lubi, kiedy zrzynasz.
— A kto by lubił? Ja teŜ nie lubię. A jeŜeli wiesz, Ŝe Bartek tego nie
lubi, mógłbyś się domyślić i zaproponować mi swój zeszyt. Przyjaźń
wymaga ofiar, juŜ Ben Akiba tak mówił.
— ToteŜ gdyby mi się nie spieszyło, zrobiłbym z ciebie zaraz ofiarę — gderał
Stefan. — Wałkoń jesteś. Coś ty wczoraj robił? Na dziś nic więcej nie było,
tylko te zadania. .
— Zadania i biologia — poprawił Wiktor.
— O rany! — przestraszył się Stefan. — Na śmierć zapomniałem o biologii. Ale
mnie niedawno pytała. Upiecze się chyba. Nie wiem nawet, co było zadane.
— A widzisz — mówił z wyrzutem w głosie Wiktor — a do mnie zaraz: „wałkoń".
śaden wałkoń nie jestem. Męczyłem się, pociłem krwawym potem — nic, ani w ząb.
AŜ wreszcie powiedziałem sobie: mam kopyta przez to zadanie wyciągnąć? I po
mojej śmierci mama sobie oczy wypłacze. A, Stefan, czy ty wiesz,
co to są oczy w Ŝyciu człowieka? A do tego wczoraj u Kostka był
kolega. Maturę razem zdawali, tylko Ŝe Kostek poszedł na medycynę, a
tamten do WyŜszej Szkoły Teatralnej. Stefan, mówię ci, Ŝebyś ty słyszał, jak
on deklamuje!...
PrzejeŜdŜający tramwaj zagrodził chłopcom przejście, więc Wiktor, stojąc nad
rynsztokiem, zaczął:
Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze...
Przy tych słowach tak energicznie skręcił uchwyt u teczki, Ŝe zerwał go
rzeczywiście. Teczka o mało nie upadła w błoto. Wiktor zręcznie złapał ją w
ostatniej chwili i wcale nie speszony mówił dalej:
— O tak! Ja teŜ muszę łeb jakiejś hydrze urwać. Koniecznie! Czuję. Tu czuję —
grzmotnął się w mocno podniszczone palto — Ŝe te jakieś centaury to ja będę
dusić jak muchy, jak ulęgałki będę z siebie strząsał!
— Stuknij się: jakie znowu centaury? Z księŜyca?
— A jakbyś wiedział: przecieŜ na księŜycu Bóg wie co moŜe się znaleźć.
— JuŜ ty się, Wiktor, lepiej o księŜyc nie martw.
— Naturalnie, Ŝe się o księŜyc nie martwię. Tymczasem tylko o hydrę, to
znaczy o zadania. Dasz zeszyt?
— Dam. Ale pamiętaj, jakby co, nie daj BoŜe, na biologii, to — ratuj
mnie.
— To się wie, bez gadania.
Wchodzili do pustawej jeszcze szatni. Zdjęli palta. Stefan wydostał ze swojej
teczki zeszyt do rachunków i dał Wiktorowi. Oglądał się za Bartkiem, którego
czapka i ciepła kurtka wisiały juŜ na swoim miejscu.
W klasie Wiktor nos zagłębił w ściąganie, Stefan zamienił kilka słów z
Bartkiem, który zaraz wyszedł z klasy i wywołał za sobą dwie dziewczynki pod
pozorem pokazania im czegoś w gazetce ściennej.
śórawiec błyskawicznie wyciągnął z teczki nową, Ŝółtą obsadkę z uwiązanym u
jej końca długim, cienkim sznurkiem. Podszedł do katedry i wyjąwszy z otworu
kałamarz, omotał go końcem sznurka na próbę. Sznurek był duŜo za długi. Stefan
rozejrzał się bezradnie. We drzwiach ukazała się głowa Bartka.
— JuŜ?
Stefan zaprzeczył. W braku noŜyczek prędko skrócił zębami sznurek i na dobre
umocował wokół kałamarza. Obsadkę połoŜył w zagłębieniu. Na czarnym pulpicie
katedry odcinała się wyraźnie.
ZdąŜył jeszcze zająć miejsce w ławce, kiedy do klasy powróciły dziewczynki.
Wiktor kończył przepisywanie. Chyba nie zauwaŜył nawet, co się koło niego
działo.
Stefan uśmiechnął się zadowolony z siebie. Niech tam Wiktor porywa się na
hydry i centaury, niech tam Bartek sili się na skomplikowane pomysły. Jego
własny pomysł skromny, niewielki, ale podobno niejeden geniusz zaczynał od
drobnostki. Taki Edison... »
Do klasy weszła nauczycielka biologii i Stefan od razu w bar-
dzo niemiły sposób został doprowadzony do przytomności. AŜ. łopatkami
Strona 50
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
poruszył. Jakby mu kto szklankę wody za kołnierz wylał.
,,E, chyba mnie nie wyrwie. Odpowiadałem wtedy dobrze. * I na
okres mam czwórkę. Zawsze według alfabetu pyta..." — pocieszał się Stefan, ale
strach drobnym dreszczem biegł mu po krzyŜu.
Nauczycielka poleciła wyłoŜyć na ławki zeszyty. Stefan odetchnął. Rysunki miał
gotowe jeszcze od zeszłego tygodnia. Poza tym kontrola zeszytów zabierze sporo
czasu. Rzeczywiście ciągnęła się dziś dość długo. Dziewczęta zatrzymywały
nauczycielkę przy sobie, pytały o wyjaśnienia, prosiły o jakieś poprawki. Od
rysunków w zeszytach nauczycielka przeszła do rysunku na tablicy i
niespodziewanie zaczęła wykład nowej lekcji. Stefan podniósł się na duchu.
Widocznie dzisiaj pytać na stopnie nie będzie. Chyba nawet nie zdąŜy? Odwracał
kilkakrotnie głowę w stronę Wacka Sitarka, który jedyny z całej klasy miał
zegarek, a wobec tego i obowiązek sygnalizowania, za ile minut dzwonek. JuŜ
tylko dwadzieścia minut. JuŜ trzynaście. Dziesięć!
Nauczycielka raptem odłoŜyła kredę, wytarła ubielone palce chusteczką i ku
przeraŜeniu Stefana wzięła z katedry notes, w którym stawiała stopnie.
KtóŜ nie zna tego momentu napięcia, kiedy nasłuchując nazwiska, jakie padnie z
ust nauczyciela, uczniowie powstrzymują oddech. Głośniej biją serca i tym,
którzy nie chcą być wywołani, i tym, którzy przygotowawszy się „na medal", tak
bardzo pragną odpowiadać właśnie dzisiaj.
Stefan czuje, Ŝe uszy zaczynają go palić, jak zwykle w chwilach zdenerwowania.
Rzuca błagalne spojrzenie w stronę Wacka. Ten sygnalizuje rozwartą dłonią:
pięć i jeszcze dwa palce.
— śórawiec!
Stało się. Stefan powstaje powoli z ławki. Obciąga starannie kurtkę.
Przygładza czuprynę. Wszystko to, Ŝeby zyskać na czasie. Nauczycielka otwiera
usta... , '
— Stefan, idź do tablicy — odzywa się Wiktor. — Prawda, proszę pani, Ŝe
lepiej przy tablicy?
— Nie, śórawiec, odpowiadaj z miejsca. Co powiesz...
— Proszę pani, bardzo przepraszam — znowu przerywa Wiktor —- ale właśnie
miałem się zapytać o te nosy.
— O nosy? O jakie nosy? — pyta zdziwiona nauczycielka.
— O nosy wielkich ludzi — zaczyna mówić Wiktor, a chociaŜ zwykle mówi dosyć
szybko, teraz odwaŜa słowa i zastanawia się nad kaŜdym — bo jeden chłopak z
dziesiątej klasy powiedział, Ŝe wszyscy wielcy ludzie mieli duŜe nosy! Jak to
się mówi — „na urząd". śe na przykład taki Kopernik... Ale ja powiedziałem, Ŝe
się zapytam, bo pani wie najlepiej, czy nos...
— Co za głupstwa! Pierwszy raz słyszę. śórawiec, powiedz... —¦ Owszem,
proszę pani, widziałem głowę Napoleona — Stefan
udawał, Ŝe nie zrozumiał. — Rzeczywiście, nos miał wielki.
— I Szopen teŜ, proszę pani — ciągnął z niewinną miną Wiktor. — A Szopen
słynie na cały świat i nawet ta królowa belgijska go podziwia...
Mówi się zwykle, Ŝe nauczyciel dobrze zna swoich uczniów i wie o ich wadach i
zaletach. Ale uczniowie równieŜ umieją podpatrzyć nawyki czy cechy charakteru
nauczycieli. OtóŜ o młodej nauczycielce biologii szósta klasa wiedziała
doskonale, Ŝe moŜna ją było „zagadać". Byleby temat chwycił, pozwalała się
zasypać pytaniami i odpowiadała na nie chętnie. Czas mijał niepostrzeŜenie, a
uczniom, którzy stosowali tę metodę, udawało się uniknąć niebezpieczeństwa.
Tym razem nie udało się. Nosy sławnych ludzi nie zainteresowały nauczycielki.
— Kijanka,- uspokój się i nie przeszkadzaj. A ty, śórawiec, powiedz
mi... No, na przykład opisz budowę zewnętrzną...
— Więc... tego... budowa zewnętrzna... — jąkał się Stefan, nie mając nawet
pojęcia, Ŝe chodzi o budowę jedwabnika.
— A pan od matematyki teŜ ma bardzo duŜy nos. Aha? — rzucił Wiktor
postanawiając za wszelką cenę ratować przyjaciela przed dwójką.
Tego było juŜ za wiele. Wiktor przebrał miarę. Wiadomo bowiem było w całej
szkole, Ŝe pan od matematyki asystuje młodej nauczycielce biologii i, kto wie,
moŜe juŜ jest jej narzeczonym.
Nauczycielka zaczerwieniła się aŜ po korzenie jasnych włosów.
— Co to ma znaczyć? — zwróciła się do Wiktora ostro. — Co to za kpiny sobie
urządzasz?
Wiktor. dopiero w tej chwili zorientował się, Ŝe palnął głupstwo, ale było juŜ
Strona 51
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
za późno.
— Nos, nic, tylko Ŝe... Szopen i Sokrates, i nawet Kościuszko... chociaŜ nos
miał zadarty... ale duŜy... więc ja myślałem...
— Proszę pani — odezwał się z drugiego końca klasy Sewe-rek — oni panią tylko
tak zagadują. śórawiec na pewno lekcji nie umie. Wiadomo.
Oburzone spojrzenia kolegów i koleŜanek nie powstrzymały Sewerka. Nawet ich
nie widział. Z zadowoleniem patrzył na rozszerzone zdziwieniem oczy
nauczycielki i gniew malujący się na jej twarzy.
— Ach, to tak?! — zawołała oburzona. — śórawiec, przyznaj się: nie nauczyłeś
się na dzisiaj tego, co było zadane?
— Nie — hardo powiedział Stefan. Nie miał juŜ nic do stracenia.
— Ach, tak? — powtórzyła nauczycielka i, zanim się Sewe-rysio spostrzegł, Ŝe
jego wieczne pióro moŜe być potrzebne, chwyciła leŜącą na katedrze,
przygotowaną przez Stefana obsadkę, aby postawić fatalny stopień w dzienniku.
Nie wiadomo, czy sznurek łączący obsadkę z kałamarzem był zbyt krótki, czy
ruch zdenerwowanej nauczycielki zbyt gwałtowny — dość Ŝe kałamarz wyskoczył z
miejsca, przewrócił się i chlusnął czarną strugą na pulpit, notes i białą
pikową bluzkę.
— Ooo! — zawołały ze współczuciem dziewczynki. — Taka ładna bluzka!
Atramentem!
Nauczycielka opanowała się. Odskoczyła szybko od katedry. Chwyciła kałamarz i
wstawiła na miejsce.
— Kto to wymyślił? — rzuciła ostro. — Tego nigdy nie było. Klasa milczała.
Stefan nie patrzył nauczycielce w oczy. Szybko
waŜył w myślach: przyznać się czy nie? Jeśli się przyzna, to w połączeniu z
nie odrobioną lekcją — kartka do domu pewna. MoŜe iść w czasie przerwy,
wytłumaczyć, Ŝe to miało być ulepszenie, racjonalizatorstwo i wygoda dla
nauczycieli? Nie uwierzy!
Gdyby lekcje miał w porządku, moŜna by spróbować, ale tak — szkoda zachodu.
— Po raz ostatni pytam: kto to zrobił? — słowom nauczycielki towarzyszył
dzwonek, którego dźwięk wcale juŜ nie był wybawieniem.
Nagle za plecami Stefana dał się słyszeć spokojny głos Bartka: —¦ To ja.
Bardzo panią przepraszam. Chciałem, Ŝeby pióro z katedry stale było
pod ręką. Widocznie sznurek zrobiłem za krótki. Bardzo przepraszam.
Zaskoczony Stefan nie mógł wydobyć głosu z gardła. Tymczasem twarz
nauczycielki złagodniała. Bartek Niedźwiedzki naleŜał do najlepszych jej
uczniów. Jego zeszyt do biologii był wzorem i przy kaŜdej okazji było to
podkreślane. JakŜe tu się gniewać na ulubieńca?
— Bartek? — wyraziła niezadowolone zdziwienie; — Oj, chłopcze, coś ty mi
narobił. Nowa bluzka.
— Tak. Ja od razu zauwaŜyłam; pani w niej przyszła pierwszy raz! —
stwierdziła któraś z dziewczynek.
— To trzeba cytryną!
— Albo w wodzie z kwaskiem cytrynowym.
— I zaraz spłukać wodą!
— MoŜe puści, bo ten szkolny atrament nic niewart — doradzały i pocieszały
nauczycielkę dziewczynki.
Otoczyły ją kołem i ofiarując pomoc wyprowadziły na korytarz.
— No, upiekło ci się — syknął w stronę Stefana Sewerek.
— Ale tobie się nie upiecze — zawołał wściekły Stefan i juŜ biegł z pięściami
do Sewerka.
— Zaraz — chwycił go za kurtkę Bartek. — To moŜna załatwić spokojnie.
Inni chłopcy, widząc, Ŝe się zanosi na coś interesującego, nie opuszczali klasy.
Bartek zwrócił się do Sewerka, który, sądząc po minie, nie obawiał się
niczego:
— Postąpiłeś nie jak kolega, ale jak...
— Jak świnia! — rzucił ostro Stefan.
— Stefek, nie obraŜaj świni — energicznie zaprotestował Wiktor.
— A. co? A bo co? — odpierał obelgi Sewerek. — Ja jestem
harcerz!...
— Harcerz nie donosi — stwierdził mocno Bartek.
— On jest taki harcerz, Ŝe nawet rodzonego brata na szubienicę by zaprowadził
— z pogardą stwierdził Wiktor.
Strona 52
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— W nosie mam twoją opinię — odpowiedział tym samym tonem Sewerek — ja wiem,
co robię. Harcerz nigdy nie kłamie.
— Ale i nie sypie kolegów — mówił Bartek.
— To twoi koledzy, nie moi! Ty byś ich kłamstwa popierał, wiadomo — bronił
się Sewerek.
—¦ Nie, ja kłamstwa nie bronię. Ale to, co ty robisz, Sewer, to... to niegodne
harcerza.
Nikt z klasy do sporu się nie włączał. Sytuacja była jasna: z jednej strony
trójka nowych uczniów, którzy nie cieszyli się dobrą opinią, z drugiej —
Sewerek, z którym wygodniej -Ŝyć w zgodzie.
A jednak przy ostatnich słowach Bartka ktoś przytaknął, ktoś głośniej rzucił:
— No chyba!
Sewerek szybko obejrzał się w tę stronę.
— Kto? Kto z was? Odpowiedziało mu milczenie.
Pchano się juŜ do drzwi. Klasa powoli pustoszała. Bartek chciał jeszcze coś
Sewerkowi tłumaczyć, ale za rękaw pociągnął go Wiktor.
—¦ Daj spokój. To tępak. Nie widzisz, jaki ma nos? Istny guzik!
— Ty ze swoim teŜ Kopernikiem nie zostaniesz! — odciął się Sewerek.
— O, mój nos jeszcze urośnie. Masuję go co dzień. To pomaga. Polecam ci ten
sposób. ChociaŜ właściwie dla ciebie stosowniejszy masaŜ z zupełnie innej
strony.
- Dość — przeciął Wiktorowi Bartek i wszyscy wyszli z klasy.
Pomimo dowcipów Wiktora miny były niewesołe, nastrój przygnębiający.
— Bartek — zaczął Stefan niepewnie. — Widzisz... i mój pomysł nie udał się. A
taka zdawałoby się prosta rzecz. Fajnie, Ŝeś mnie wyratował. Nie uszłoby mi na
sucho. , — Nie ma o czym mówić. Do obsadki przywiąŜ dłuŜszy sznurek i
nauczycieli trzeba o tym wynalazku uprzedzić. Ale po co Wiktor tak się
wygłupiał?
—¦ Wypraszam sobie — zaprotestował Wiktor. — Ja teŜ chciałem Stefanowi pomóc.
Nie skapowałeś jeszcze, Ŝe z biologii nie wiedział nawet, co zadane?
—¦ Zapomniałem. Na śmierć zapomniałem — tłumaczył Stefan, omijając dyskretnie
fakt, Ŝe do tego zapomnienia bardzo mu dopomogli Trzej muszkieterowie.
— Stefek, coś z twoją głową kiepsko — Wiktor miał minę pełną udanego
ubolewania — nos masz niby niezgorsza armata, ale z głową — kiepsko.
rozdział 14.
SPOTKANIE W PIWNICY. śALE PANI BRODZKIEJ. ORTOGRAFIA ZDRADZA! ALINA MA
CIĘśKIE śYCIE.
Stefan długo nie mógł się otrząsnąć po tamtej nieprzyjemnej przygodzie. Tym
bardziej Ŝe okoliczności ciągle mu ją przypominały.
Zaraz następnego dnia wymierzyli z Bartkiem odpowiednią długość, a Stefan
zamienił sznurek na cienką, wycyganioną od matki gumkę. Ale kto tylko z
nauczycieli spostrzegł i pochwalił to racjonalizatorstwo, słyszał:
— Proszę pana, to Niedźwiedzki wymyślił.
— To Bartka głowa, proszę pani!
Bartek aŜ się skręcał, a Stefana zalewał Ŝal, ogarniało poczucie krzywdy,
jakiego musi doznawać kaŜdy najskromniejszy choćby wynalazca, który licząc na
uznanie, spotyka się z całkowitym pominięciem własnych zasług.
I jeszcze do tego musiał być wdzięczny Bartkowi, który wziąwszy na własne
konto gniew nauczycielki, nie mógł jej odmówić wykonania tablicy
przedstawiającej przeobraŜenie jedwabnika. Nic darmo!
W domu Stefana zauwaŜono, Ŝe mu coś jest. Na próŜno tłumaczył się duŜą ilością
lekcji oraz bólem głowy. Z wielkim trudem uniknął porcji rycyny, którą mama
uwaŜała za radykalne na bóle głowy lekarstwo.
Co do lekcji, to rzeczywiście poświęcał im teraz więcej czasu i przygotowywał
się staranniej. śaden cud tego nie spowodował, a Stefkowa pilność wypływała z
bardzo prostego powodu: Trzech muszkieterów powędrowało z kolei do Bartka.
Naturalnie, chciał do tej ksiąŜki namówić ElŜbietkę. Ciekaw był, czy spodoba
się jej tak samo jak jemu.
Ach, trzech dzielnych muszkieterów! Stefan biegł do piwnicy po węgiel, pędząc
niczym d'Artagnan na ognistym rumaku, i gdyby teraz jakiś wróg, jakaś
przeszkoda stanęła mu na drodze — zmiótłby ją jednym pchnięciem szpady, nie
bacząc, Ŝe zamiast niej miał w ręku tylko Ŝelazną łopatkę do węgla.
Tak, muszkieterom wszystko się udawało. Wychodzili cało z
Strona 53
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
najniebezpieczniejszych pojedynków. Najdziksze pogonie nie mogły ich
doścignąć. Najbardziej wymyślne zasadzki były dla nich tylko polem do popisu!
To było Ŝycie!
Stefan przysiadł na ułoŜonej pod ścianą stercie porąbanego drzewa. Nogi
wyciągnął przed siebie, ręce same załoŜyły się po napoleońsku. Oczy wbite w
napełnione węglem wiadro widziały zamiast niego płynący przez środek ciemnej
piwnicy barwny korowód wspaniałych postaci z ksiąŜki...
I nagle pierś Stefana podnosi głębokie westchnienie. Po raz pierwszy w Ŝyciu
odkrywa tę „Amerykę":
„W ksiąŜkach to jest zupełnie inaczej!... A Ŝycie to w ogóle dziwna rzecz. I
jeŜeli ktoś nie urodzi się w czepku, to wszystko mu się nie udaje. Tak jak
mnie. Do czego się nie wezmę — klapa... Ściągałem dyktando — wydało się.
Rzuciłem piłkę — musiała trafić w okno nauczycielki. Przy Archimedesie kto się
ośmieszył? Właśnie ja. A teraz to pióro. Wynalazek mój — a Bartka
za niego chwalą. Ech, miły BoŜe!..."
Czarne myśli przerywa nagle zapalenie światła. Ktoś schodzi do piwnicy. Przez
szerokie odstępy między deskami, odgradzającymi niby parkan poszczególne
piwnice, dobrze widać korytarz. W pierwszej chwili Stefan zląkł się
pomyślawszy, Ŝe to zniecierpliwiona jego długą nieobecnością matka przyszła
zobaczyć, co się z nim dzieje. Chwycił szybko wiadro, chcąc je wystawić na
korytarz. Ale to tylko Alina Brodzka biegła szybko w jego stronę, bo piwnica
Brodzkich była akurat naprzeciwko piwnicy śórawców. Przyszło mu na myśl, Ŝe ma
doskonałą okazję do nastraszenia jej, ale juŜ było za późno, Alina go
spostrzegła i sama się nastraszyła.
— O BoŜe! Stefan! Co ty tu robisz?
— Jak to co? Po węgiel przyszedłem. A ty?
— Ja? TeŜ po węgiel.
— Bez wiadra?
—¦ O... taaak... nie... to znaczy, niezupełnie po węgiel, a chciałam właśnie
powiedzieć... po drzewo.
— A drzewo w co weźmiesz?
— Tak, na rękę. Tylko parę kawałków.
— No to bierz prędzej, zanim zamknę piwnicę. Pójdziemy razem.
Stefan zamykał kłódkę. Alina szukała klucza w kieszeniach fartucha.
— Zgubiłam czy co? A moŜe klucze zostawiłam w przedpokoju?
Stefan przyglądał się podejrzliwie.
— O czym ty myślisz? Do piwnicy lecisz z pustymi rękami, o kluczach
zapominasz... Alina, co z twoją głową?
— Ach, bo wiesz, taka jestem zmordowana tymi lekcjami — trajkotała juŜ
zupełnie pewna siebie Alina — siedziałam teraz nad matematyką chyba ze dwie
godziny, aŜ mi się w głowie kręci. Ale o długu nie zapomniałam. Dziś
odniosę. Nie bój się.
—• Wcale się nie boję — mruknął Stefan. — Chodźmy, bo zimno.
JuŜ wchodzili na piętro, kiedy Alina zatrzymała się i zawołała:
— Ach, zapomniałam. Muszę jeszcze skoczyć dq...
Stefan nie usłyszał dokąd. JuŜ jej nie było. Ruszył ramionami i zły poszedł na
górę.
W domu czekała go bura.
— Ciebie to po śmierć posłać — denerwowała się matka. — JuŜ miałam zejść do
piwnicy, tylko Ŝe pani Brodzka przyszła. No, ona teŜ ma krzyŜ pański z Aliną.
— A co? — Stefan nadstawił uszu, ale mama wróciła do sobotniego sprzątania
kuchni.
W pokoju Lucynka ubierała swoje lalki. Zapytał ją po cichu:
— Słyszałaś, co tu opowiadała pani Brodzka? Lucynka milcząco potaknęła głową.
•— No, to mów, co?
— Mów, mów — przedrzeźniała siostra, czując się panią sytuacji — a jak ja cię
o co proszę, to zawsze nie masz czasu.
— No, juŜ dobrze, dobrze, gadaj.
— A dasz mi sanki na niedzielę?
— Jak nie będzie śniegu, to ci dam.
— To się wypchaj. Ja chcę sanki, jak będzie śnieg.
— No, juŜ dobrze. Dam ci sanki, jak będzie śnieg, ale tylko
na pół dnia.
Strona 54
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Lucynka westchnęła. Rozumiała, Ŝe upierać się przy tym, aby sanki były w jej
posiadaniu przez całą niedzielę — daremnie. Za wiele szczęścia. Zaczęła:
— Pani Brodzka tak gadała na Alinę, tak gadała!
— O rany, z tobą trzeba mieć cierpliwość. PrzecieŜ wiem, Ŝe nie śpiewała —
denerwował się Stefan.
— Przyszła jej tu szukać.
— Jak to: szukać? Tu, do nas? — Stefan myślał, Ŝe się przesłyszał.
— Tak. Tu, do nas. Bo Alina gdzieś poleciała. I od samego obiadu nie
moŜna jej było do nauki nagnać. Pani Brodzka tak się denerwowała, jak nie wiem
co. I raptem Alina gdzieś wyskoczyła, i pani Brodzka myślała, Ŝe tu, do nas.
I pani Brodzka i martwi się, czy ona tę siódmą klasę skończy. Bo ona ma w
głowie strasznie... pstro. I co to znaczy — pstro? Stefan nie odpowiedział,
ponaglił ją tylko.
— i pani Brodzka mówi, Ŝe gdyby Alina nie skończyła w tym roku szkoły, to
chyba się utopi albo co... Pomyśl, to byłoby straszne. Pomyśl, no?
— Nie martw się, tu się nie ma gdzie utopić. I co dalej?
— No i pani Brodzka jeszcze mówiła, Ŝe Alina zamiast o lekcjach, to myśli o
chłopakach, i Ŝe ten Franek, wiesz, ten Ga-wroński, wiesz, ten, co z tobą w
zeszłym roku do jednej klasy chodził, ten, co to...
— Wiem — przerwał Stefan — no i co?
— ...no właśnie ten, przyniósł do Aliny jakiś list czy kartkę i pani Brodzka
go prześwieciła i powiedziała, Ŝe mu kości po-przetrąca, jak go jeszcze na
takiej poczcie złapie, bo ten Franek to niby zamiast listonosza. Tak? Stefan,
tak?...
— Tak, no i co dalej?
— I pani Brodzka powiedziała, Ŝe niech się tylko dowie, kto te listy pisze,
to weźmie wałek od ciasta i...
—• A ja wezmę zaraz dyscyplinę i ciebie przeświecę za słuchanie tego, co nie
potrzeba — pstro odezwał się z kuchni głos mamy. — Pocięłaś juŜ gazety?
— JuŜ, mamusiu. JuŜ je zawiesiłam w łazience — odpowiedziała szybko Lucynka i
przeniosła się ze swoimi lalkami w kąt między szafę i komodę, jak najdalej od
brata.
— Stefan, weź się do froterki w małym pokoju — poleciła mama. — Wszystko na
moje ręce patrzy. JuŜ zdrowia nie mam. Jak się raz połoŜę na dobre, to
zaznacie cudu.
Stefan potulnie wziął się do froterki. Ale myśli o Alinie nie opuszczały go
ani na chwilę. „A to dopiero heca. List był pewnie od Wieka Mrozowskiego,
tego, co miał zaimponować ElŜbiecie. A jakŜe, ElŜbiecie miałby zaimponować
taki bikiniarz..." Energicznie ślizgał się na grubych suknach, podłoga matowa
od pasty zaczęła „przeglądać na oczy", jak lubiła określać dobrą robotę mama.
• Wytrzepał sukna przez okno na korytarzu i złoŜył je na swoje
miejsce w kuchni, aŜ pachnącej niedzielną czystością. Mama smarowała sidolem
mosięŜne gałki wokoło paleniska, Stefan pomógł docierać je do blasku.
— Mój BoŜe — westchnęła w pewnej chwili — Ŝal mi tej Brodzkiej. Co ona ma z
tego Ŝycia? MąŜ pijak. Przepije nie tylko swoje, ale jeszcze i jej spod ręki
ściąga. Alina, jedyne dziecko, i to w złe towarzystwo wpadła. Mój BoŜe...
— E, mamusiu, moŜe ona tylko raz coś tam nabroiła. Wiem, Ŝe koleŜanki ma
porządne. Taka na przykład ElŜbieta, siostra Niedźwiedzkiego, tego, co tu
do mnie przychodzi, to bardzo porządny chłopak, przecieŜ mamusia wie...
— Wiem, matkę jego poznałam na wywiadówce. Owszem, to chyba porządni ludzie.
Alina chodzi tam?
— Nie widziałem, ale pewnie chodzi...
— I do ciebie teŜ teraz tak często interesów nie ma. A na
jesieni to...
Odezwał się dzwonek u drzwi. Stefan skoczył otworzyć. To
była Alina.
— A co! — uśmiechnęła się pani śórawcowa. — Właśnie mówię, Ŝe nie zaglądasz
teraz do nas, a tu...
— A tu zajrzałam — wpadła w słowo Alina. — Proszę pani, tyle jest teraz do
roboty, Ŝe po prostu w głowie się nie chce
zmieścić.
— No, no, juŜ ty tam zmieścisz, abyś tylko zechciała — mruknął nieuprzejmie
Stefan, prowadząc ją do małego pokoiku.
Strona 55
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Właśnie chciałem ci podziękować za... ksiąŜkę — mówiła swobodnie Alina i
korzystając, Ŝe nikogo nie było, wpychała mu w garść pieniądze. — I Wiktorowi
podziękuj, bo go juŜ dawno nie widziałam.
Stefan parsknął śmiechem.
— Dobra, podziękuję mu za to, Ŝeś go dawno nie widziała.
Zrobi się.
— A masz jeszcze coś ciekawego do czytania?
Stefan przyjrzał się jej podejrzliwie. O czym ona mówi? Do tej pory nie
poŜyczała od niego ksiąŜek do czytania. CzyŜby znowu o pieniądzach?
Do pokoju zajrzała Lucynka, spojrzała na Alinę, na Stefana, ale zdecydowawszy,
Ŝe przy niej i tak nic ciekawego nie powiedzą, wsunęła się do kuchni i
przymknęła za sobą drzwi.
—¦ Oddaj Wiktorowi — zniŜyła głos Alina. — Nie polecę do niego. Z mamą teraz
mam... ojej... wszędzie się muszę tłumaczyć... nie wierzy mi.
— A bo tobie moŜna wierzyć? Co z tym pogrzebem?
— Z pogrzebem? — powtórzyła powoli Alina i oŜywiła się nagle. — O, było
bardzo ładnie. Wieniec kupiłyśmy taki śliczny... mówię ci...
— Ach, ty kłamczuchu! — powiedział niegłośno Stefan. — Po co tak łŜesz?
— A co?... Coś ty! — nastroszyła się Alina. — Wstydziłbyś się...
—¦ To ty masz się wstydzić. śadnego pogrzebu u was w klasie nie było. Jak mi
zaraz nie powiesz prawdy...
— Patrzcie no, jaki mądrala. A figę z makiem chcesz? Co mi zrobisz?
—• Powiem twojej matce. Alina, ja ci mówię, rzuć tych chuliganów. Nic dobrego
z tego...
— Cicho. I nie wtrącaj się. Myślałby kto, Ŝe ty samą prawdą Ŝyjesz. A wtedy,
co to cię na schodach przyłapałam, to prawdę powiedziałeś? „Szkoda szyb, bo
taki wicher" — przedrzeźniała. — „Szkoda szyb", a tu raptem nie wiadomo skąd
napis na ścianie „ElŜbieta jest w dechę". Co, moŜe nie ty?
— A skąd ja? To pewnie o tej ElŜbiecie z przeciwka, wiesz, o tej czarnej,
chudej.
— Owszem, o czarnej, tylko nie o tej z przeciwka. Wiem, o której,
nie bój się. Miałeś ręce umazane kredą. A gdyby nawet nie to, i tak
poznałabym cię od razu. Po ortografii, wiesz? „W dechę" przez samo
„h" napisałeś. Zobaczysz, ElŜbieta pęknie ze śmiechu. Zaraz jutro ją
przyprowadzę.
Stefan był zdruzgotany.
— Alina — zaczął miękko — daj spokój, co się będziesz ze mnie nabijać,
spieszyłem się. KaŜdy przecieŜ z pośpiechu moŜe...
JuŜ nie próbował się bronić. O, ta nieszczęsna ortografia! Bę-
dzie go prześladować na kaŜdym kroku chyba do końca Ŝycia. JeŜeli Alina
przyprowadzi jutro ElŜbietę... Nie, za nic w świecie do tego nie moŜna dopuścić.
— Alinko, moŜe ci^te pieniądze jeszcze potrzebne? Ja chętnie poczekam. I
Wiktorowi powiem...
—¦ Obejdzie się bez łaski. Obiecałam oddać, to oddaję, i juŜ. Było mi potrzeba
na ten... na ten pogrzeb. — Pokazała Stefanowi język i roześmiała się. — A
tobie nic do tego. Rozumiesz? Nie wtrącaj się w moje sprawy.
— A rób sobie, co chcesz — wzruszył ramionami Stefan —-i do moich się teŜ nie
wtrącaj.
— No, to pamiętaj! KaŜdy niech pilnuje swego — udobruchała się juŜ zupełnie
Alina. — I nie myśl, Ŝe ja mam łatwe Ŝycie. To nie to, co u was — obejrzała
się wokoło — czysto, cicho. A u mnie ciągle się kłócą. Ojciec upije się,
tłucze wszystko, ani jednego grata całego w domu nie ma. Biją się...
— Alina! Jak ty moŜesz tak o własnych rodzicach?
— A co mam do ukrycia? MoŜe tu u was nie słychać? Mało razy sąsiedzi
przylatywali mamę bronić? A do administracji juŜ kilkakrotnie skarŜono się,
Ŝe spokoju nie ma przez to, co się u nas dzieje. Gdyby nie mama... to... oj,
Stefan, ty nawet pojęcia nie masz, co to znaczy taki dom, jak twój, jak
Bartka. Ty jesteś szczęśliwy, ty masz spokojną głowę. Ale ja...
Alina wyszła. Stefan siedział wstrząśnięty. Na stole przed nim leŜała otwarta
jakaś ksiąŜka. Podparł się obiema rękami i schylił nad nią głowę, ale nie
widział liter. Tak, to prawda. O panu Brodzkim wiedziała cała klatka. I nie
tylko ta klatka. Kiedyś przyniesiono go z parku ubłoconego, sponiewieranego.
Kiedyś pani Brodzka płacząc prosiła o poŜyczkę matkę Stefana. Matka czym
Strona 56
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
prędzej dała jej pieniądze, nie pytając o nic. Stefan udawał, Ŝe nie widzi. Co
za wstyd!
Nie wiadomo kiedy obok niego przy stole stanęła Lucynka. I ona buzię miała
powaŜną. Milczała. Musiała słyszeć ostatnie słowa Aliny, bo odezwała się
półgłosem:
- Oj, Stefek. Oj, jak to dobrze, Ŝe nasz tatuś...
W przedpokoju dał się słyszeć znajomy szczęk zatrzasku u drzwi.
— Tatuś, tatuś idzie! — rzuciła się z radosnym piskiem do przedpokoju.
Stefan pośpieszył za nią.
— O rany! Ale zmęczony jestem — skarŜył się ojciec, ściągając jesionkę. — I
mróz bierze. A kolacja jest?
Zajrzał do kuchni i, zobaczywszy patelnię z parującą kaszanką, ucieszył się.
—¦ Zosiu, wszędzie dobrze, ale w domu najmilej. Puść, córko, ręce umyję i
siadajmy, bo mnie z głodu aŜ ściska.
—• Tatusiu, a ja wszystkie lekcje juŜ odrobiłem. Na sto dwa — chwalił się
Stefek.
— Dobra. Po kolacji ogram cię w damkę.
Stefek pomagał mamie nakrywać do stołu. Przyjemny nastrój sobotniego wieczoru
psuła mu powracająca natrętna myśl. Na co Alinie były potrzebne pieniądze? Po
co wtedy chodziła do piwnicy? Dlaczego kłamała o pogrzebie?
Na Ŝadne z tych pytań nie mógł sobie odpowiedzieć.
rozdział 15.
CZY NAUCZYCIELE KOLEKCJONUJĄ DWÓJKI?
WSPANIAŁY POMYSŁ WIKTORA.
GUZIKI WCHODZĄ W PARADĘ.
KTO ZWARIOWAŁ W VI KLASIE.
Nie było czasu na rozwiązywanie tamtych zagadek. Przez cały grudzień
nauczyciele po prostu „znęcali się nad biednymi dziećmi", jak to określił
pewnego dnia Wiktor, który w takich wypadkach chętnie zaliczał się do
„biednych dzieci".
Rzeczywiście nie było tygodnia, Ŝeby nie zapowiadano jakiegoś generalnego
powtórzenia materiału albo po prostu klasówki.
— Nic nie rozumiem — zŜymał się Bartek — przepytują nas, jakby to był koniec
roku szkolnego. A to tylko BoŜe Narodzenie się zbliŜa. Nieporozumienie jakieś
czy co?
— A moŜe naprawdę w tym roku wakacje zaczną się juŜ
w styczniu? — zastanawiał się Wiktor z wyraźną nadzieją w głosie i oczach.
—¦ Nie, ja w takie cuda nie wierzę — zapewniał z goryczą Stefan. — Ja wam
mówię, Ŝe nauczyciele zbierają stopnie tak jak my znaczki. I moŜe jeden przed
drugim chwalą się: „Ja mam tyle dwój." „A ja jeszcze więcej."
DłuŜej tego tematu nie omawiano, bo właśnie pani Ostrowska zapowiedziała na
jutro generalne dyktando.
Na Stefanie skóra ścierpła. Wiktor i Bartek lepiej opanowali sztukę
ortografii, ale i oni wieść o dyktandzie przyjęli smętną miną. Dobre środowe
popołudnie — dobre, bo na czwartek było zwykle mało do odrobienia — zostało
popsute. Trzeba je będzie złoŜyć na ołtarzu ortografii.
— Ja juŜ nie mogę — stęknął Stefan — to przecieŜ szkoda zachodu. śebym nie
wiem co zrobił, i tak dwója murowana.
— A zrobiłeś juŜ co? — dociekał Bartek.
—¦ Nie zrobiłem, ale czuję. Tu czuję — Stefan klepnął się w to miejsce
wiatrówki, gdzie między dwoma kieszeniami świecił na pół otwarty błyskawiczny
zamek. — A zresztą ja jestem pod tym względem napiętnowany.
— Napiętnowany? — zdziwili się koledzy.
—¦ Tak. PrzecieŜ Ŝuraw pisze się przez „u" zwyczajne. A moje nazwisko ma „o"
kreskowane. Z jakiej racji taki błąd? To piętno.
— To sobie zmień — radził Wiktor.
— Nie mogę. Muszę tak pisać, jak w dowodzie u tatusia. Mówię wam, wolałbym
kamienie tłuc niŜ tę ortografię...,
—¦ Ale tymczasem, poniewaŜ tego, co wolisz, nie ma — powiedział rzeczowo
Bartek — przygotujemy się razem do dyktanda. Gdzie się zbierzemy, u mnie?
— Nie, nie, przyjdźcie lepiej do mnie — prosił Stefan, któremu wcale nie
odpowiadała propozycja Bartka. ElŜbieta przy takiej sposobności łatwo
dowiedziałaby się o jego achillesowej pięcie. Tego sobie nie Ŝyczył.
Strona 57
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Siedzieli więc po południu w mieszkaniu Stefana. Drzwi w pokoju były
zamknięte. Mama, uprzedzona o waŜności „powtórki", nakazała Lucynce ciszę.
— Ech — mówi Wiktor — Ŝeby to chociaŜ ktoś rozumiał, jakiego bohaterskiego
czynu dokonujemy w tej chwili!
— Bohater: samo „h", chwila: „ch" — rzuca Bartek znad ćwiczeń.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — pyta Wiktora Stefan.
— Chcesz: „ch" — szepce Bartek.
— Jak to? Nie rozumiesz? Popatrz przez okno. Taki pogodny dzień. Lód jak
złoto. Chłopcy ślizgają się. Tylko my... Głupia historia...
— Historia: samo „h", chłopcy: „ch" — nie moŜe powstrzymać się Bartek.
— Oj, Bartek, przestań. JuŜ wytrzymać z tobą nie moŜna — woła
zniecierpliwiony Stefan. — Nic tylko „h" i „ch". Jak jeszcze coś na ten temat
powiesz, to cię stłukę na kwaśne jabłko.
Bartek wzrusza ramionami.
— Za co? PrzecieŜ mamy się przygotować do jutrzejszego dyktanda,
tak? Ja juŜ prawie wszystkie wyrazy na samo „h" pamiętam. I tylko tak sobie
powtarzam.
— To powtarzaj sobie po cichu. Ja teŜ wykułem prawie wszystkie na „Ŝ", a nie
zamęczam cię; juŜ: „Ŝ", powtarzam: „rz"...
— Chłopaki! Mam myśl — wrzasnął Wiktor nagle tak głośno, Ŝe koledzy
poderwali się z miejsc. — Siadajcie, zaraz wam wszystko dokładnie
wytłumaczę. A więc, czy waŜne jest jutrzejsze dyktando dla nas? WaŜne.
Musimy być przygotowani na blachę? Musimy.
—¦ E, tam... — zniecierpliwił się Stefan. — CóŜ to za odkrycie: dwa razy dwa
cztery?
— Cicho bądź, bo jeszcze nic nie rozumiesz z tej tabliczki mnoŜenia.
Pytam dalej: łatwo nam się tak jednego dnia na całe sto procent przygotować?
No, odpowiadajcie.
— Niełatwo — westchnął Bartek.
— A gdyby tylko z jednej trzeciej. To znaczy z trzydziestu trzech procent,
jeŜeli juŜ chcecie dokładnie?
Stefan wzruszył tylko ramionami, a Bartek poprawił:
— Dokładnie jedna trzecia stu, to jest trzydzieści trzy i jedna trzecia
procentu.
— Ojej, z wami to naprawdę trzeba mieć cierpliwość — jęknął Wiktor. — No,
więc niech ci będzie z całą dokładnością. Łatwiej?
-— Pewnie, Ŝe łatwiej — powiedział Bartek.
—. Więc uwaŜajcie: ty, Bartek, kuj dziś do końca „h" i „ch". Ty, Stefan, wbij
sobie do głowy dokumentnie „rz" i „Ŝ". Ja przygotuję „ó" i „u" zwyczajne.
— A Gramatyka będzie dyktować dla kaŜdego z nas inne dyktando —
parsknął pogardliwie Stefan.
— Oj, ty barania głowo!
— Kto jest barania głowa, to się zaraz okaŜe — ciągnął Wiktor. — Nie
słyszałem jeszcze, Ŝeby racjonalizatora nazywano baranią głową.
— Bo racjonalizator wymyśla jakieś ulepszenia, ułatwienie w pracy,
a to, co ty mówisz, to się kupy nie trzyma.
— Trzyma się, trzyma. Tylko dajcie mi skończyć. Więc tak. Stefan siedzi w
ławce przed nami. Kiedy Gramatyka dyktuje jakiś wyraz na „rz", to Stefan
łapie za prawe ucho, a kiedy „Ŝ", to za lewe.
— Aha — zaczął trochę pojmować Stefan — ale za co wy się będziecie łapać?
I przecieŜ ja nie mogę się co chwila oglądać na was, bo Gramatyka skapuje od
razu.
—¦ My się za nic nie będziemy łapać — odparł Wiktor. — JeŜeli wyraz będzie na
„h", to Bartek westchnie „ach", a jeŜeli na „ch", to powie „phi".
— Nie zgadza się — zaprotestował Bartek — „phi" pisze się przez samo „h", a
„ach" przez „ch".
— No dobrze, więc będzie się wypowiadał na odwrót — ustąpił Wiktor.
— A jak ja się będę tak ciągle wypowiadał: „phi", „phi"
i „ach", „ach", to mnie Gramatyka za drzwi wyrzuci — obawiał się Bartek.
— To się wypowiadaj delikatnie. Nie musisz drzeć się na całą klasę, przecieŜ
siedzimy niedaleko.
— Dobra jest — rozumiał juŜ wszystko Stefan. — A ty bierzesz na siebie „u"
niewymienne?
Strona 58
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
¦ Tak. JeŜeli wyraz będzie się pisać przez „o" kreskowane,
to chrząknę raz, a jeŜeli przez „u" zwyczajne, to dwa razy. Rozumiecie?
— Jasne jak złoto — cieszył się Stefan. — Tylko zapamiętajmy sobie dobrze:
kto i co. Na przykład mamy napisać „Burza huczy na morzu"...
— To ja chrząknę dwa razy, bo burza ma zwyczajne „u" — mówił Wiktor.
— A ja się złapię za prawe ucho, bo przez „rz" — wołał Stefan.
— Ja powiem ,,phi", bo huczy pisze się przez samo ,,h".
— A ja jeszcze raz złapię prawe ucho, bo morze — przez „rz".
— No i co teraz powiecie, chłopaki? — Wiktor stanął na środku pokoju z miną
tryumfatora. — Kto jest barania głowa?
— Wiktor, ty masz naprawdę wspaniałą głowę — Stefan klepnął kolegę po
łopatce. — Odwołuję „baranią głowę". Odwołuję.
Uradowani chłopcy zaczęli odtańcowywać naokoło pokoju jakiś dziki taniec,
urozmaicony wykrzykiwaniem wyrazów z ćwiczeń ortograficznych, łapaniem się za
uszy, chrząkaniem i wzdychaniem.
Zaniepokojona pani śórawcowa otworzyła drzwi od pokoju i powiedziała zagniewana:
— Co wy tu wyprawiacie?
— Mamusiu — rzucił się do niej Stefek, objął wpół i okręcił wokoło — mamy
jutro strasznie waŜne dyktando i cieszymy się, Ŝeśmy się do niego
pierwszorzędnie przygotowali. Wspaniale po prostu.
— No, no, puść mnie, wariacie — powiedziała udobruchana matka. — I cieszcie
się trochę ciszej. Lokatorzy z dołu pójdą na skargę do administracji.
Po wyjściu matki Wiktor powiedział szeptem:
—¦ Tylko, chłopaki, uwaga, Ŝeby się w klasie nikt niczego nie domyślił. Bo nas
wydadzą i leŜymy na obie łopatki. Później zobaczymy, będziemy mogli jeszcze
kogoś do sekretu dopuścić, ale teraz pamiętajcie: pomysł racjonalizatorski
jest mój i zastrzegam sobie. No, zastrzegam.
Spotkali się nazajutrz rano w szatni szkolnej. Stefan i Wiktor
byli w wyśmienitych humorach. KaŜdy przygotował rzetelnie swoje trzydzieści
trzy procent.
Bartka gryzło trochę sumienie, ale pocieszał się, Ŝe to tylko dziś, Ŝe później
sam kolegów przypilnuje.
Wiktor korzystając z tego, Ŝe w szatni nie było nikogo oprócz nich,
przypomniał jeszcze:
— Bartek, nie zapomnij: na samo „h" — „phi". Stefan, na „Ŝ" lewe ucho, lewa
ręka...
— Co wy tam o rękach rozmawiacie? — zapytał wchodząc do szatni Sewerek.
— E, nic takiego... — speszył się trochę Wiktor — mówię właśnie, Ŝe
lewy rękaw u palta gdzieś na gwoździu rozerwałem. No, chodźmy, bo zaraz będzie
dzwonek na apel.
Trójka przyjaciół wybiegła z szatni. A na apelu... Jeszcze się nie skończył,
jeszcze dyŜurni klasowi meldowali ilość obecnych, kiedy na salę wsunęła się
woźna i zaczęła coś panu kierownikowi mówić. Szeptu nie było słychać. MoŜna
się było domyślić, Ŝe skarŜyła się, bo bezradnie rozkładała ręce i głową
kiwała z oburzeniem.
Pan kierownik gniewnie zmarszczył brwi i zaraz po meldunkach przemówił:
— Obcinanie guzików u palt zaczęło się znowu. A myślałem, Ŝe juŜ wam ta
choroba przeszła. Niestety. Uczniowie młodszych klas skarŜą się woźnej, Ŝe im
codziennie ktoś u rękawów guziki obrzyna. W domu dostają od matek lanie, a
winni są ich starsi koledzy. Chłopcy! To wstyd! Pamiętajcie: wcześniej czy
później winowajca wpadnie, ale wolałbym, Ŝeby sam rozumiał, jak
brzydko postępuje. Proszę zastępy harcerskie o pomoc w tej sprawie.
Cisza zrobiła się po tych słowach. Nieprzyjemnie zaczynał się ten dzień szkolny.
JuŜ w drodze do klasy Sewerek podbiegł do Stefana. — Aco wy robiliście przy
wieszakach drugiej klasy dzisiaj? — zapytał podejrzliwie.
— Odczep się ode mnie — rozgniewał się Stefan — akurat mi guziki w głowie.
— A bo Wiktor coś o rękawach mówił — ciągnął nie przekonany Sewerek.
— Mówił, mówił — przedrzeźniał Sewerka Stefan — o swoim rozdartym rękawie
mówił, nie słyszałeś?
— Aha, o swoim — przypomniał sobie Sewerek i zawrócił juŜ od progu klasy.
Na pierwszej lekcji był polski. Przejęci uczniowie rozkładali zeszyty,
przygotowywali bibuły, próbowali pióra. To przecieŜ było generalne dyktando.
Zapomniano o nieprzyjemnej sprawie z guzikami. Tylko Sewer wpadł do klasy juŜ
Strona 59
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
po wejściu nauczycielki i zadyszany rzucił się na ławkę. Szepnął coś
sąsiadowi. Ten obejrzał się na siedzącego o dwie ławki za nim Wiktora.
Nauczycielka zaczęła dyktować. Jedno zdanie, drugie, trzecie... Jak zwykle
chodziła po klasie z przygotowanym tekstem w ręku. Przechodząc między ławkami,
miała na oku wszystkich.
Dyktując juŜ któreś tam zdanie z kolei, zaczęła wyczuwać jakiś niezwykły
niepokój w klasie. Coś się tu działo, ktoś chrząkał, ktoś wzdychał, ktoś
niespokojnie się kręcił. Ale kto? Dlaczego?
UwaŜnie spojrzała po klasie i dyktowała:
—¦ Na wysokiej górze, przy zamkowym murze, rosną dzikie
róŜe...
Aha, to Wiktor Kijanka tak chrząka. CzyŜby się zaziębił? MoŜe bez palta
przychodzi do szkoły? Dni są bardzo mroźne. Trzeba go zapytać w czasie pauzy.
— Hetman po chwili zatrzymał swój hufiec przed chatą...
A cóŜ ten mały Bartek tak wzdycha? MoŜe jakieś zmartwienie
w domu?
—¦ Kto nie wierzy, Ŝe na wieŜy rosną róŜe, niechaj bieŜy
tam i...
— Ja się boję! — wrzasnął nagle Romek i wyskoczył ze swego
miejsca na środek klasy. W klasie zrobił się popłoch.
.— Cisza! Spokój! — zawołała nauczycielka i podeszła szybko
do Romka.
.__ Czego się boisz? Co ci jest? — zapytała łagodnie, kładąc
mu rękę na głowie, Ŝeby sprawdzić, czy nie ma gorączki.
Ale czoło było zimne, tylko oczy Romek miał naprawdę wystraszone.
— Mnie nic, proszę pani — powiedział lekko przerywanym głosem — ale Stefek
śórawiec na... na pewno... zwariował.
— Tyś sam zwariował! — krzyknął wściekły Stefek.
— O, jak to krzyczy — mówił Romek — a przedtem to tak proszę pani: to się
złapie za lewe ucho, o tak, to znów za prawe. To strzyŜe lewym uchem w stronę
okna, to znów prawe nastawia za siebie. PrzecieŜ on nigdy tego nie robił.
Niech pani zobaczy, czy on nie jest... tego... chory. O, jaki to czerwony się
zrobił...
Nauczycielka zaniepokojona przyglądała się Stefanowi, który
rzeczywiście był czerwony jak pomidor.
— Proszę pani — odezwał się Józek spod okna — z Bartkiem teŜ coś niedobrego
się dzieje. Przez cały czas jakoś tak... wyprawia. Zawsze taki spokojny, a
dziś nic, tylko „ach, ach", „phi, phi". Ja nie wiem, ale mnie się to nie
podoba. •
Bartek był czerwony i prawie bliski płaczu.
— A Wiktor chrząka i chrząka, jakby mucha mu w gardło wpadła — zawołał Sewer.
— Ale ja wiem, co to jest. Oni tylko tak udają wariatów. Mają stracha, Ŝeby
sprawa z guzikami się nie wydała. Bo to na pewno oni. Rano stali przy
wieszakach drugiej klasy i mówili o rękawach. Słyszałem na własne uszy. A jak
zapytałem, to się Wiktor tak zmieszał... I powiedział, Ŝe mówi o rozdartym
rękawie u swojego palta. A ja sprawdziłem. Kłamie jak pies. Obydwa rękawy
calusieńkie... A teraz będą wariatów udawać...
Zadzwonił dzwonek na przerwę.
Nauczycielka w nic dobrego nie wróŜącym milczeniu zebrała zeszyty i wyszła. Za
nią wysypali się na korytarz chłopcy, omijając ze wzgardą trzech „zbrodniarzy".
Nie wiadomo, jakim telegrafem bez drutu rozeszła się po
szkole wieść, Ŝe w szóstej klasie jest trzech „tego". Rysowano przy tym kółko
na czole.
Pod drzwiami szóstej klasy zgromadził si| tłum. Tratowano się po prostu, aby
tylko zajrzeć przez drzwi. Padały pytania i okrzyki:
— Który to? Który?
— Wszyscy trzej?
— Wyglądają rzeczywiście podejrzanie,.. Wystarczy spojrzeć.
— To oni te guziki obrzynali!...
Stefan, Wiktor i Bartek spoglądali po sobie bezradnie.
Co mogli zrobić \v takiej sytuacji? Na co zdałyby się protesty?
Po chwili wezwano ich do kierownika. W klasie od dawna toczyła się lekcja
rachunków, kiedy oni męŜnie odpierali zarzuty dotyczące guzików u palt.
Strona 60
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
—¦ Więc jak wytłumaczyć wasze dziwne zachowanie się na lekcji? Wasz niepokój?
— pytał kierownik.
— I taką ilość błędów w dyktandzie, jak nigdy jeszcze — dorzuciła
Gramatyka. — O, panie kierowniku, Stefek „na górze" napisał przez „u"
zwyczajne, a Wiktor przez „rz" napisał „róŜę", no, coś strasznego. Co wyraz,
to błąd.
— A* ty przy „górze" dwa razy chrząknąłeś — Stefan trącił łokciem Wiktora.
— Zdawało ci się. Na pewno raz. Ale dlaczego ty przy „róŜy" złapałeś się za
prawe ucho?
— MoŜe się tylko podrapałem, bo mnie swędziało.
— Tak — odezwał się Bartek — ciebie ucho swędziało, a ja róŜę napisałem przez
„rz". Ładna racjonalizacja.
Teraz juŜ pan kierownik i pani Ostrowska usłyszeli całkiem dokładnie o
wspaniałym pomyśle racjonalizatorskim. Bartek nie chciał dłuŜej kłamać.
ROZDZIAŁ 16.
HALO! TU ELśBIETA! UMÓWIONY SYGNAŁ.
WAWRZYNY ZAMIENIONE W BADYLE.
CO BARTEK „NIECHCĄCY" USŁYSZAŁ.
ŚMIERĆ MUSZKIETEROM! CHULIGANI DZIAŁAJĄ.
— Stefan! Stefan! — Wpadła do pokoju Lucynka. — Idź zaraz do telefonu! Ktoś
cię woła...
Stefan podniósł głowę, ale nie miał zamiaru ruszyć się z miejsca.
— Mnie? Do telefonu? Przyśniło ci się chyba?
—¦ Wcale mi się nie przyśniło — gniewała się Lucynka. — Panna Irena zapukała
do nas, sama jej drzwi otwierałam. Powiedziała tylko: „Stefek jest proszony do
telefonu". No prędzej, idź, zobacz!
Stefan juŜ był na klatce schodowej. Drzwi naprzeciwko były uchylone.
Sąsiedzi, profesor Pagacz z Ŝoną i prawie dorosłą córką, uczennicą jedenastej
klasy, sprowadzili się tu w ubiegłym roku. Mieli telefon, jedyny w tej klatce
schodowej, i pozwalali korzystać z niego w potrzebie. Naturalnie, niepokojono
ich tylko w waŜnych wypadkach.
Stefan wszedł onieśmielony — nigdy w Ŝyciu jeszcze nikt go nie prosił do
telefonu.
— Proszę, Stefku — odezwała się panna Irena z pokoju — słuchawka odłoŜona.
Na małym stoliczku w przedpokoju stał aparat telefoniczny. Stefan podniósł
słuchawkę do ucha.
— Halo! — powiedział lekko schrypniętym z przejęcia głosem.
— Stefan? Stefan, to ty? — zapytał ktoś z oddali.
— Tak, to ja — potwierdził Stefan.
—¦ Dobry wieczór, nie poznałam cię po głosie, tu mówi ElŜbieta Niedźwiedzka,
domyśliłeś się?
— Nie... Skąd?... A bo co? — zapytał zaskoczony Stefan, czując,
Ŝe mu ogromnie przeszkadza brak widoku osoby, z którą rozmawia. — A bo co? —
powtórzył.
— Bartek bardzo"prosił, Ŝebyś zaraz przyszedł do niego z Wiktorem.
— Z Wiktorem? PrzecieŜ tu Wiktora nie ma.
Stefan zaczynał podejrzewać, Ŝe ElŜbieta kpi z niego. Gdyby chociaŜ mógł
widzieć jej twarz, jej oczy — zorientowałby się na pewno od razu. Niestety!...
— To samo mówiłam Misiowi — ciągnęła ElŜbieta — ale on mnie zapewnił, Ŝe juŜ
ty wiesz, co robić, i Ŝebym to zostawiła twojej głowie. Okazuje się jednak, Ŝe
twoja głowa...
— Nie! Nie! Tak! Tak! — zaczął bez sensu wykrzykiwać w słuchawkę Stefan,
aŜ panna Irena zaniepokojona wyjrzała z pokoju. — Powiedz Bartkowi,
Ŝe owszem, naturalnie, juŜ, zaraz.
— Nie powiem, bo ty go zobaczysz wpierw. Ja telefonuję z miasta
od koleŜanki.
Stefan słyszał jakieś podejrzane chichoty, tłumione i odpychane przez
ElŜbietę, której głos wyraźnie był rozbawiony.
— No, to w porządku, dziękuję ci. Do widzenia... Słuchawka po tamtej stronie
szczęknęła. Stefan dopiero w tej
chwili powiedział: »
— Proszę bardzo! Do widzenia.
Strona 61
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— No co? No co? — dopytywała czekająca za drzwiami Lu-cynka. — Kto do ciebie
telefonował? Ze szkoły?
— Uhm — niechętnie i wymijająco odpowiedział Stefan. — Sprawa bardzo
pilna. Nie przeszkadzaj.
Wszedł do duŜego pokoju. Wypchnął idącą za nim Lucynkę. Zamknął drzwi.
—¦ Poczekaj, jak tylko mamusia wróci, to ja wszystko powiem i o telefonie, i
Ŝe mnie nie wpuściłeś, aha, i Ŝe znowu „mrugałeś", zobaczysz... — Ŝaliła się
za zamkniętymi drzwiami Lu-cynka.
A Stefan tymczasem „mruga". Był to od dwu juŜ lat umówiony sygnał, którym
porozumiewali się z Wiktorem na odległość. Posługiwać się nim moŜna było tylko
od późnej jesieni
do wczesnej wiosny. Latem gęsto ulistnione drzewa w parku przedzielającym
bloki zasłaniały widoczność.
Teraz ze swojego okna Stefan doskonale widział oświetlone okno Wiktorowego
mieszkania w bloku za parkiem. Zgasił światło, odliczył do dziesięciu,
zapalił, odliczył do dziesięciu, znowu zgasił. Robił to kilkanaście razy.
Znaczyło to: „Przyjdź do mnie natychmiast."
Nagle światło w oknie Wiktora zgasło równieŜ i zapaliło się natychmiast. To
była odpowiedź: „Idę".
— Powiem... zaraz powiem... — mruczała nadąsana Lucynka. Stefan kładł juŜ
kurtkę.
— Spróbuj tylko, skarŜypyto. Masz powiedzieć, Ŝe wyszedłem w bardzo
waŜnej sprawie — powiedział zadzierając nosa. — Wezwano mnie
telefonicznie.
Na Wiktora zaczekał przed klatką schodową. W drodze do Niedźwiedzkich
zastanawiali się obaj, co za pilną sprawę miał do nich Bartek. Dlaczego nie
przybiegł sam?
Bartek minę miał tajemniczą.
— No, co jest? — pytał niecierpliwy jak zawsze Wiktor. —¦ Na razie nic —
odpowiedział nie spiesząc się Bartek.
— A po co ta straŜ poŜarna?.
— Jaka znów straŜ?
—¦ Jaka, jaka — przedrzeźniał Wiktor — telefonujesz jak do poŜaru: „Zaraz!
Natychmiast!" Lecimy obaj ze Stefanem na łeb i szyję, a ty sobie cedzisz: „Na
razie nic." JeŜeli nic, to mogłeś się z taką waŜną sprawą pofatygować do mnie
albo do Stefana.
— Nie mogłem — Bartuś nie dał się wyprowadzić z równowagi — nie mogłem, bo
nikogo w domu nie ma, a mają dziś przyjść z administracji, bo piecyk w
łazience się popsuł. A poza tym...
— A skąd wiedziałeś, Ŝe u naszych sąsiadów jest telefon? — przerwał mu Stefan.
—¦ O, to nie wiesz, Ŝe ElŜbieta czasem rozmawia przez ten telefon z Aliną
Brodzką? Irena Pagaczówna to dawna uczennica mojej mamy. I teraz często
zagląda do nas. Od niej wiemy, Ŝe mieszka w waszej klatce. Zawsze chętnie
prosi do telefonu
Alinę. Więc dziś, kiedy ElŜbieta szła do jakiejś koleŜanki, która ma telefon,
prosiłem, Ŝeby zawiadomiła cię...
— No juŜ, co było dalej, wiemy. A teraz...
— A teraz trochę cierpliwości. Patrzcie, to nasza kronika. Kronika STO.
Chciałbym, Ŝebyśmy zrobili sobie taki... taki... no taki historyczny rzut oka
na naszą działalność.
—¦ Bartek, czy ty czasami nie spadłeś dziś ze schodów? — z podejrzaną
troskliwością dopytywał się Wiktor. — Bo wiesz, czasami, jak głowę się
stłucze, to wstrząs następuje. Ja to znam. Jednego razu teŜ od rzeczy gadałem.
— A ja nie od rzeczy. I głowy jeszcze nie stłukłem. A ty, Wiktor...
— O rany, jak nie przestaniecie i jeŜeli ty, Bartek, nie zaczniesz mówić
trochę prędzej, to Ŝebyście wiedzieli: na obydwu waszych głowach wyskoczą
guzy jak kurze jaja.
— To po co przerywasz? — dziwił się dobrodusznie Bartek. — Ja muszę całą
rzecz wyprowadzić logicznie.
— Bartuś Gała, co ci babcia dała? — mruknął zjadliwie Wiktor, ale zamilkł na
widok groźnie wzniesionej pięści Stefana.
— Mamy tu całą naszą działalność. — Bartek połoŜył rękę na starannie
poliniowanej stronicy. —, Jest nas trzech, wpisaliśmy trzy pomysły. Z
Strona 62
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Archimedesem — nie udało się, z nauczycielską obsadką...
— Klapa! — zawołał nie mogąc się powstrzymać Wiktor.
— ...z przygotowaniem do generalnego dyktanda...
—. Generalna klapa! — tym razem zawołał Stefan i z wyraźną satysfakcją
spojrzał na Wiktora.
— Nie przeszkadzajcie, bo nigdy nie dojdę do sprawy najwaŜniejszej.
STO miało nam... miało nas...
— Miało nas prowadzić do świetnych zwycięstw na placu boju i okryć nasze
młode skronie wawrzynem sławy — podchwycił Wiktor, któremu górnolotne zwroty
przychodziły z największą łatwością.
— A tymczasem te wawrzyny zmieniły się w suche badyle dwójek — dokończył
Bartek z westchnieniem.
— No cóŜ, mówi się: trudno — usiłował pocieszyć Bartka
Stefan. — W Ŝyciu róŜnie bywa. A po deszczu przychodzi pogoda. MoŜe i nam się
uda...
—. „MoŜe, moŜe" — zawsze spokojny Bartek zaczynał się niecierpliwić. — Jak
usłyszycie resztę, powiecie inaczej.
— Gadaj juŜ o tej reszcie!
—¦ No więc dziś po obiedzie słyszałem rozmowę rodziców. Nie wiedzieli, Ŝe
jestem w pokoju obok...
— Podsłuchałeś — sprecyzował Wiktor.
— DŜentelmen nie podsłuchuje . — wygłosił zasłyszane czy wyczytane
gdzieś zdanie Stefan.
—. To zaleŜy jeszcze od tego, co się podsłuchuje — prostował Wiktor. — No,
więc?...
— Usłyszałem niechcący — tłumaczył się zmieszany Bartek — i gdyby to nie o
nas chodziło...
— O nas?
— O rany, daj Ŝe mu skończyć!
— Nasz komitet rodzicielski uchwalił, Ŝeby zakupić i podarować nam na
gwiazdkę rower.
Stefan i Wiktor podskoczyli.
— Rower?
— Nam? Nam trzem? Jak to?
— Nie nam trzem, tylko całej szkole. Entuzjazm chłopców opadł gwałtownie.
— Korale — mecyje! — zawołał drwiąco Wiktor. — Na całą szkołę jeden rower! To
ci dopiero frajda! Widzę oczami duszy ten ogonek przed rowerem!
— DłuŜszy niŜ po masło! — stwierdził rzeczowo Stefan.
— A właśnie, Ŝe nie ma z czego kpić — tłumaczył Bartek. — Rower będzie dla
jednego ucznia.
Chłopcy znowu nadstawili uszu.
— Dla tego — kończył Bartek — który do Dnia Dziecka, czyli do pierwszego
czerwca, będzie miał najlepsze wyniki w nauce.
—- Phi!!! PoŜegnajmy się z tym rowerem od razu. KaŜdy z nas ma swoją skromną,
ale efektowną wiązankę dwój. To rower dla kujonów. Szkoda po prostu naszego
drogocennego czasu.
— Nie. Nie szkoda. Rower ma być właśnie zachętą do lepszej nauki. Kto od
Nowego Roku będzie się...
— Chłopaki! Jak ja bym chciał mieć te dwa kółka! — krzyknął nagle Wiktor
zapominając o wszelkich górnolotnych zwrotach.
— Raz w Ŝyciu miałem tylko hulajnogę — powiedział ze smutkiem
Bartek.
— Ja nawet hulajnogi nie miałem — stwierdził ponuro Stefan.
— Ten rower musi być nasz — Wiktor juŜ stał w pozie Juliusza Cezara. —
My, którzy potrafiliśmy zorganizować potęŜne STO, potrafimy równieŜ
opracować ścisły regulamin, według którego w oznaczonych godzinach kaŜdy z nas
będzie mógł korzystać z ofiarowanego nam roweru. A potem... juŜ w niedalekiej
przyszłości cała Europa, co mówię, cały świat usłyszy, Ŝe w
Wyścigu Pokoju Praga—Berlin—Warszawa pierwszy na metę wjechał Wiktor Kijanka.
Cała widownia z najwyŜszym entuzjazmem będzie skandować...
— śó-ra-wiec! śó-ra-wiec! — wpadł mu w słowo Stefan.
—¦ Skąd, ośla głowo, śórawiec, jeŜeli cały czas prowadził Kijanka? — rzucił
się wściekły Wiktor.
Strona 63
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— śeby to był śórawiec albo Kijanka czy Niedźwiedzki — stwierdził ze
spokojem Bartek — .Jiajpierw ten szkolny rower musi przypaść na pierwszego
czerwca jednemu z nas. Jak myślicie to zrobić?
Zapanowało dłuŜsze milczenie.
— Trzeba się wziąć w garść — przerwał ciszę Stefan.
— Bez tego się nie obejdzie — dodał z westchnieniem Wiktor — wezmę ja się za
bary z tą matematyką.
— A ja z geografią. Poproszę ojca, moŜe mi globus kupi.
—¦ Mnie się zdaje, Ŝe robię juŜ trochę mniej błędów. Tylko ta nieszczęsna
historia! Po co mi to? Po co ta męka?
— Po rower — przypomniał Bartek.
— śycie ucznia to jedno pasmo udręczeń! — zaczął Wiktor, ale Bartek nie
pozwolił mu dokończyć.
— Słuchajcie, potrzebna jest nam silna wola. Ale przecieŜ
moŜemy nad nią popracować... Tylko silna wola i stanowczość...
— Mam! Mam! — wrzasnął Wiktor. — Mam na to sposób.
I oceńcie moje dobre serce: mógłbym ten sposób schować dla siebie, ale przez
wrodzoną szlachetność podzielę się z wami. A więc człowiek stanowczy stawia
zawsze kropkę po swoim nazwisku. A ten, który ma naprawdę silną wolę, dwa razy
przekreśla literę „t". Zaraz po powrocie do dorriu we wszystkich zeszytach
poprzekreślam dwukrotnie literę „t". Warn radzę zrobić to samo.
Nagły wybuch śmiechu rozległ się w drzwiach za plecami chłopców. To ElŜbietka
stała tam od kilku chwil. Słyszała Wiktora proponującego sposób na silną wolę.
— A bo co? A co? Czego się śmiejesz? — Wiktor starał się ukryć zakłopotanie.
— Na własne oczy o tym słyszałem w jednej ksiąŜce.
—• A ja na własne uszy widziałam przepis na niewidzialność. „W czarną noc
zabić czarnego koguta, z jego Ŝołądka wyjąć czarny kamień. Ten kamień połoŜony
pod język zapewni ci niewidzialność." Wiktor, to z tej samej ksiąŜki,
zapewniam cię.
Wiktor, obraŜony, nie odpowiedział ani słowem, ElŜbieta zni-knęła zamykając za
sobą drzwi.
Stefan ze współczuciem przyglądał się Wiktorowi. BoŜe! Gdyby to jego, Stefana,
tak wyśmiał ktoś, a do tego taki rozsądny jak ElŜbietka, spaliłby się chyba ze
wstydu.
Wiktor nie miał jednak zamiaru się spalić. Siedział obraŜony z wydętymi
pogardliwie ustami i tym razem wyjątkowo milczał.
— A ja wam mówię — odezwał się Bartek — Ŝe najwięcej nam przeszkadzają
muszkieterowie.
Stefan i Wiktor patrzyli na niego nie rozumiejąc.
— No tak, muszkieterowie. Mówię to tak ogólnie. Mam na myśli ciekawe
ksiąŜki do czytania. Ja, kiedy czytam, to o boŜym świecie nie pamiętam. Ta
ostatnia dwója z geografii — przez muszkieterów.
— Ja wtedy o biologii zapomniałem — teŜ przez muszkieterów — dodał Stefan.
— Ile ja zadań nie odrobiłem przez tych muszkieterów! — zawołał
Wiktor. — Jasne. Musimy się zespolić pod jednym hasłem. Precz z muszkieterami!
Śmierć muszkieterom!
— Śmierć muszkieterom! — podchwycili bojowy okrzyk Stefan i Bartek.
Omówiono i wpisano do kroniki kilka postanowień o wzajemnej pomocy przy
odrabianiu lekcji, o godzinach, w których jedynie po przygotowaniu lekcji
moŜna usiąść nad ksiąŜką, iść na łyŜwy itp.
Rower musi być zdobyty!
Na wniosek Wiktora zgodzono się zamiast słów powitania i poŜegnania uŜywać
hasła „Śmierć muszkieterom". Miało to przypominać o wszelkich przeszkodach w
nauce.
Przy takim właśnie poŜegnaniu zastała ich w przedpokoju ElŜbieta. Zdziwiła
się. •
— Co wam zawinili dzielni muszkieterowie?
— Oj, zawinili, zawinili — westchnął Bartek, a Wiktor widząc okazję do
zemsty za tamtą poraŜkę zapytał ze sztuczną uprzejmością:
— A czy wiesz, jaki wpływ mogą mieć trzej muszkieterowie na Międzynarodowy
Wyścig Pokoju?
— Muszkieterowie na Międzynarodowy Wyścig Pokoju! Co to znowu za bzdura?
— Nie bzdura. Nie, nie. My o tym dobrze wiemy — odpowiedział Wiktor. —
Strona 64
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
ChociaŜ jesteśmy uczniami tylko szóstej klasy — dorzucił z udaną skromnością i
prawdziwą satysfakcją.
— Śmierć muszkieterom! — zabrzmiało potrójnie przy drzwiach mieszkania Bartka.
— Śmierć muszkieterom! — padły dwa bojowe okrzyki przy furtce na Bednarskiej.
Stefan chciał tym zawołaniem przestraszyć otwierającą mu drzwi Lucynkę, ale do
przedpokoju wybiegła strasznie rozgniewana mama i zanim się spostrzegł,
oberwał kilka razy po karku.
— Gdzie ty się włóczysz? Gdzie ty latasz o tej godzinie? A ja od zmysłów
odchodzę ze strachu!
— Mamusiu, ja u Bartka... — tłumaczył się Stefan — bo... tego... lekcje
takie trudne... i mamy się wziąć... no... wie mama...
— Ja ci dam... ja ci... — denerwowała się mama, ale juŜ ojciec mówił:
— Zosiu, uspokój się. Znowu cię wątroba rozboli. Jest juŜ w domu.
Uspokój się — a do nie rozumiejącego Stefana: — Matka denerwowała się, bo
jakieś pół godziny temu w parku chuligani napadli na profesora.
— Napadli? Jak to?
— Wracał od tramwaju z walizką. Walizkę mu wyrwali, ukradli.
Wołał pomocy — akurat nikogo w pobliŜu nie było. Dopiero z domu
telefonował do milicji. Są tam, spisują protokół. Chuligaństwo, jakieś młode
chłopaki. Co to się dzieje na świecie. Co to się dzieje...
Kolację jedli w milczeniu.
Ponurego nastroju nie mogły rozproszyć przyjemne melodie płynące z głośnika. W
pewnym momencie ojciec wstał i wyłączył radio.
Stefan nie mógł o niczym innym myśleć: w parku... chuligani... ukradli... To
na pewno ci z zieloną pieczęcią... na pewno oni...
ROZDZIAŁ 17.
PAMIĘTNIK STEFANA. ŹLE NIE UMIEĆ TAŃCZYĆ,
NIE ORIENTOWAĆ SIĘ W HISTORII — JESZCZE GORZEJ.
BARDZO WAśNA DATA. PAMIĘTNIK STEFANA.
Pamiętnik Stefana.
W naszej piwnicy dzieją się jakieś podejrzane rzeczy. JuŜ wtedy, kiedy Alina
wybrała się po drzewo bez kluczy i koszyka, wydało mi się to dziwne, ale potem
wywietrzało mi z głowy. Dopiero dziś przypomniałem sobie znowu.
V nas w doinu kaŜdy ma swój przydział pracy. Ojciec lubi, Ŝeby pod tym
względem był porządek jak w wojsku. Kto swego nie wykona, musi stawać do
raportu i meldowania się, znaczy tłuma-czyć, co i dlaczego. No, jednym słowem,
takie róŜne sprawy, Ŝe ja juŜ wolę zrobić, co do mnie naleŜy, bez gadania.
Moje obowiązki s<? takie: wynoszenie śmieci, przynoszenie węgla i dyŜur co drugą
niedzielę. Co druga niedziela jest „męska", to znaczy, Ŝe gospodarujemy i
rządzimy my z ojcem. Co do roboty, to owszem, sprzątamy, gotujemy, ale co do
rządzenia, to zauwaŜyłem, Ŝe zawsze rządzi mama. Bo juŜ poprzedniego dnia
przygotuje i powie, co ma być na obiad i w niedzielę teŜ komenderuje: zróbcie
to, a zróbcie to. Zwróciłem, na to uwagę ojcu, ale tylko machnął ręką i
powiedział, Ŝe teraz jest równouprawnienie. Ładne równouprawnienie, jeŜeli
wszystko jest tak, jak chce mama. W damską niedzielę, to znaczy wtedy, kiedy
dyŜur wypada na mamę i Lu-cynkę, my z ojcem teŜ nie mamy nic do gadania, Ŝeby
na przykład była pomidorowa zupa, którą ja bardzo lubię. Jeszcze mi Lucyna
dogaduje, Ŝe w damskie dni to szklanki są lepiej powy-cierane. W sobotę jest
zawsze trochę więcej roboty, bo mama lubi, Ŝeby w niedzielę wszystko było „po
ludzku"; I pali się wtedy w obydwu piecach, więc po węgiel chodzę dwa razy.
Dziś poszedłem z latarką elektryczną, bo światło w piwnicy zepsute.
Biorę wiadro i gaszę latarkę, bo po co ma bateria wypalać się, aŜ tu słyszę
kroki po schodach do piwnicy.
Nieprzyjemnie mi się zrobiło, bo kroki słychać jakieś takie ostroŜne, a osoby
nie widać. Idzie ,ktoś w nasz koniec i nagle widzę światło latarki, ale takie
inne. Zaróweczka wielkości duŜego ziarnka grochu. Osoby nie widać. „Co za
diabeł?" — myślę sobie. A to światełko skierowane na cegły poukładane w kącie
korytarza pod ścianą. Widzę rękę, która podnosi i odkłada cegły. Potem ta ręka
wsuwa się w zagłębienie i coś wyjmuje czy kładzie. Światło pada na rękę, widzę
mankiet koszuli i kurtki, a koło mankietu u spodu dłoni na przegubie takie
czarne znamię. Ręka znowu układa cegły. Światło gaśnie i ten ktoś ostroŜnie,
ale szybko wybiega z piwnicy.
Nie jestem tchórzem, ale czułem dreszcze, moŜe trochę z zimna, a trochę z
Strona 65
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
tego, co widziałem. Otrząsnąłem się i czym prędzej zajrzałem do schowka. Nie
było to łatwe. Kilka cegieł ruszyłem, zanim natrafiłem na właściwą. W schowku
leŜała kartka. Podniosłem ją i... zbaraniałem. Jakieś cyfry, jakieś litery,
pod tym zielona pieczęć, a po bokach jeszcze dwa słowa: „trumna" i „ka-
losze". W pierwszej chwili chciałem zabrać kartkę do domu i tam się nad nią
zastanowić, ale potem przyszło mi do głowy, Ŝe ta kartka połoŜona jest dla
tego, kto po nią przyjdzie. JeŜeli kartki nie będzie, wyda się, Ŝe ją ktoś
wziął — lepiej zostawić i podpatrzyć, kto po nią przyjdzie. Tak, ale ten, kto
kartkę weźmie, nie przeczyta mi jej na głos i juŜ nigdy się nie dowiem, co tam
było. Muszę ten list przepisać, ale czym?
Myśli przelatywały mi przez głowę niby ogniste rumaki ¦— jakby powiedział
Wiktor. śałowałem, Ŝe go nie mam przy sobie. Ale nie było czasu na długie
myślenie, zasunąłem cegłę. Złapałem jedno wiadro z węglem. Zaniosłem je na
górę. Chwyciłem ołówek i kartkę. W piwnicy szybko odpisałem te jakieś cyfry i
litery. JuŜ kładłem- cegłę na miejsce, kiedy znowu usłyszałem, Ŝe ktoś idzie.
ZdąŜyłem zgasić latarkę i wejść do naszej piwnicy. Ręką przytrzymywałem drzwi
i wytrzeszczałem oczy. Do cegieł podeszła... Alina. Widziałem ją dobrze, bo w
ręku trzymała zapaloną świeczkę. Wyglądała jakby wystraszona. Zajrzała do
skrytki, wydobyła kartkę i widocznie od razu zrozumiała, co tam napisane, bo
szepnęła: „O BoŜe" i taką miała nieszczęśliwą minę, Ŝe aŜ mi się jej Ŝal
zrobiło. JuŜ chciałem powiedzieć: Alina, powiedz, co to znaczy. MoŜe ja ci
pomogę." Ale przypomniałem sobie, Ŝe wtedy z tym pogrzebem nie chciała się
jednak przyznać, nie powiedziała mi, na co były jej te pieniądze potrzebne.
Pewnie tak samo byłoby i teraz. Sam dojdę prawdy.
W domu przepisałem szyfr na ostatnią stronę brulionu i kartkę zniszczyłem.
Mógłbym ją zgubić albo co, a tak to moŜe po trochu domyśle się, co tam napisane.
Wygląda to tak:
-A314,C, 15,
J I A* Li A
Siedziałem nad tym, patrzyłem jak wrona w kość, łamałem sobie głowę — nic
wymyślić nie mogłem. AŜ mnie Lucynka pytała, dlaczego ja tak ołówek gryzę.
Powiedziałem jej, Ŝe to pomaga przy rozwiązywaniu zadań. A jednak tego
„zadania" nie rozwiązałem.
Po kolacji przyszła do nas Alina. Kręciła się na krześle, jakby tam były
gwoździe. Wreszcie, kiedy nikogo nie było w pokoju, prosiła mnie o poŜyczenie
piętnastu złotych.
„Mam tylko pięć złotych — mówię — i na co ci tyle pieniędzy? Nie umiesz się
rządzić. Na pewno masz więcej pieniędzy ode mnie. PrzecieŜ dostajesz
tygodniówkę."
„Co ty tam wiesz! Kobietom zawsze potrzeba więcej pieniędzy. A zresztą co ci
się będę tłumaczyć — rozzłościła się Alina, ale zaraz złagodniała. — Mam
trochę długów u koleŜanek. W poniedziałek obiecałam oddać. A w przyszłym
tygodniu juŜ święta, chciałabym kupić mamie coś na prezent."
„Po co kupić? Lepiej zrobić samemu" — odtrąciła Lucynka.
„Zrobić — to trzeba mieć czas. Ty, Lucynko, jeszcze nie wiesz, ile się trzeba
namęczyć nad lekcjami" — słodko tłumaczyła Alina, ale widziałem, Ŝe była
wściekła.
Ja teŜ miałem ochotę powiedzieć, Ŝe te pieniądze chyba zupełnie na coś innego
jej potrzebne, ale w porę ugryzłem się w ję-zyk. Zdradziłbym się, Ŝe coś wiem,
wypuściłbym moŜe tę nitkę, po której chcę dojść do kłębka.
Zapytałem Alinę, czy cieszy się, Ŝe święta blisko.
„Wcale się nie cieszę. Mamusia ma tyle roboty z wykończeniem sukien. Całe
sprzątanie mieszkania na mojej głowie. Tatuś, obiecał pomóc przy podłogach,
ale... — machnęła ręką. — Nawet ciasta nie będziemy piekli, tylko kupi się
gotowe."
,,Ale święty Mikołaj coś ci przyniesie? Pewnie jakąś niespodziankę. Ja to moŜe
dostanę gospodarstwo" — rozmarzyła się Lucynka.
„Ja dostanę pikę na białą bluzkę. LeŜy schowana w szafie — oświadczyła Alina.
— Mama. myśli, Ŝe ja nie wiem, a ja juŜ dawno wiem."
Wzięła ode mnie pięć złotych. Od mojej mamy dopoŜyczyłc resztę. Niby na
ten prezent. W środę ma pieniądze oddać. A ja wolę nie wiedzieć, co dostanę na
gwiazdkę.
W drugi dzień świąt BoŜego Narodzenia po południu w domu Niedźwiedziach mieli
Strona 66
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
się zebrać młodzi goście. Zaproszono Stefana, Wiktora i Romana Koziołkiewicza,
dwu stryjecznych braci Bartka i kilka koleŜanek ElŜbiety, wśród których nie
brakło i Alinki Brodzkiej.
To od niej Stefan dowiedział się, Ŝe będą i dziewczynki. Trochę go to
speszyło, co za zabawa z dziewczynami. Powiedział o tym Wiktorowi, na którym
równieŜ wiadomość ta zrobiła pewne wraŜenie, bo oświadczył:
— Musi mi Kostek poŜyczyć krawat.
Stefana zastanowiły te słowa, Wiktor umiał się zawsze odpowiednio zachować.
Nie wiadomo skąd, bo w domu u Kijanków było bardzo skromnie. Tylko Kostek
przyprowadzał zawsze kolegów strasznie „wyszczekanych", jak ich Wiktor
określał. MoŜe to od nich chłopiec nabierał tego swobodnego sposobu bycia.
Stefan nie mógł sobie przypomnieć, Ŝeby Wiktor kiedykolwiek był czymś
zaskoczony, zaciął się albo nie wiedział, co odpowiedzieć. Odwrotnie, słynął z
naoliwionego języka i sam bardzo tę zaletę cenił, przytaczając powiedzenie:
„Kot powinien być łowny, a chłop — mowny." Powoływał się przy tym na Jana
Kochanowskiego, ale i bez tego autorytetu niejeden mu dowcipu i wygadania
zazdrościł.
„Łatwo być wygadanym, jak się ma wszystko w porządku — myślał Stefan. — A ja
bez krawata będę wyglądał jak głupi. Lepiej wcale nie iść."
W drugi dzień świąt od rana kręcił się po kuchni, to koło matki, to koło ojca.
Brak mu było odwagi. Wreszcie zdecydował się:
— Tatusiu, niech mi tatuś poŜyczy krawat, bo po południu idę w gościnę do
Bartka.
— Krawat? — zdziwił się ojciec. — A bez krawata nie moŜesz?
— Lepiej sobie szyję umyj — odezwała się z kuchni mama — to waŜniejsze.
— Tak... mamusia to zawsze... Mam sobie skórę na szyi zedrzeć? PrzecieŜ
się kąpałem przedwczoraj... A jak tam będą wszyscy w krawatach, to
jak będę wyglądał? Wiktor idzie w krawacie.
—'No, tylko się na swojego Wiktora nie zapatruj. Widzę, Ŝe on juŜ fryzurę „na
fanfana" nosi. śe mu teŜ matka na to pozwala. Tylko patrzeć, jak papierosy
będzie palić.
—¦ Nie ma obawy. Nie będzie. Takie świństwo, brrr! — otrząsnął się Stefan.
— A co, próbowałeś? — zainteresował się ojciec.
— JuŜ dawno — przyznał się Stefan. — Mnie tylko zemdliło, ale Wiktor
pochorował się na dobre. AŜ go brat musiał ratować.
— A ten... no, Bartek?
— Bartek od razu nie chciał. Nawet nie spróbował.
— Jeden mądry się znalazł. No więc jak z tym krawatem? Zosiu, dać mu krawat?
— A cóŜ to za bal się szykuje? — spytała mama.
—¦ Nie Ŝaden bal, tylko tak, koledzy i... koleŜanki, i pewnie Bartka siostra
coś zagra. Tam jest pianino.
— E, to tam pewnie i potańcówka będzie. Dobra, dam ci krawat. Do tańca bez
krawata nie pasuje — zdecydował ojciec.
Zadowolony ze zwycięstwa Stefan umył na wszelki wypadek jeszcze raz szyję i
starannie przeczyścił buty. Co do koszuli, to mama zdecydowała, Ŝe do
świątecznego granatowego ubrania najlepsza będzie niebieska, popelinowa, którą
dostał na gwiazdkę. Do tego ojciec własnoręcznie zawiązał granatowy gładki
krawat. Mama poŜyczyła Stefanowi własną batystową chusteczkę. Stefan obracał
się jak manekin, kiedy mama szczotką przejeŜdŜała po jego kurtce. Uszy go
paliły. Nie czuł tego, tylko ze zdumieniem patrzył w lustro, z którego
spoglądał jakiś obcy, wystrojony uroczyście młodzian.
— Stefan! Jakiś ty!... Jakiś ty!... — nie mogła znaleźć odpowiedniego
wyraŜenia Lucynka, obskakując z zachwytem brata.
Wpadł Wiktor. Przywitał się elegancko. Panią śórawcową po-
całował w rękę. Stefan sobie to zapamiętał: tak trzeba u Niedź-wiedzkich.
Wyszli razem. Na klatce schodowej coś pachniało. Wiktor pociągnął nosem.
— To fiołki. Jakaś dziewczyna naperfumowała się — wykrzywił się.
— A ty to co? Na trzy kroki od ciebie jedzie, aŜ w nosie kręci — stwierdził z
najwyŜszą pogardą Stefan.
— To co innego, to tylko woda kolońska. DŜentelmen nie uŜywa perfum,
wystarczy woda kolońska. Kilka kropel na chustkę do nosa. Kostek mi dał —
oświadczył Wiktor, a widząc powątpiewające spojrzenie Stefana, dorzucił —
dałby mi na pewno, tylko Ŝe go w domu nie było, więc zmuszony byłem wziąć sam.
Strona 67
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
U Niedźwiedzkich poszło wszystko lepiej, niŜ to sobie Stefan w skrytości ducha
wyobraŜał. Kuzyni, co prawda, trochę starsi, byli w krawatach. Romek
Koziołkiewicz przyszedł w nowym golfie koloru bordo w białe paski i wcale nie
bawił się przez to gorzej. Bartek i jeszcze jeden chłopiec teŜ krawatów nie
mieli. Widocznie moŜna było i tak. Stefanowi nawet zdawało się, Ŝe ElŜbieta
przy powitaniu obrzuciła go dziwnym spojrzeniem. Speszył się znowu. Całe
szczęście, Ŝe Alina szepnęła mu:
— Szykowny z ciebie chłopiec.
Rodzice mieli swych gości w drugim pokoju. Nie przeszkadzali młodzieŜy. Pani
Niedźwiedzka pomogła tylko ElŜbiecie nakryć do stołu. Stefan na widok
zgrabnych kanapek z szynką i cielęciną poczuł napływającą ślinę i przestraszył
się. „A pamiętaj, nie najadaj się tam, jakbyś był w domu głodny" — przpomniał
sobie słowa matki. śeby tylko nie zapomnieć!
I kanapki, i ciasto były takie smaczne, Ŝe całe ich fury znikały ze stołu z
niebywałą szybkością.
Stefan dopiero po uprzątnięciu ze stołu przypomniał sobie, o czym miał
pamiętać. Niestety, było za późno. Pocieszał się, Ŝe przecieŜ wszyscy
zachowywali się tak samo, nikt na innych uwagi nie zwracał, a gospodarze,
zapraszając gości, o sobie teŜ nie zapominali.
Koncertu, jak się spodziewał Stefan, nie było, ElŜbietka,
owszem, siadła do pianina, ale zaczęła grać do tańca, a Bartek, ten
baryłkowaty Bartuś, poprosił Alinę i wywijał z nią tak zgrabnie, Ŝe Stefan
oczom własnym nie chciał wierzyć. Wiktor teŜ nie kazał się prosić. JuŜ tańczył
z którąś koleŜanką ElŜbiety. Tylko Stefan siedział zdrętwiały, zaskoczony, nie
wiedzący, co zrobić z oczami, z rękami i nogami.
— Stefan, dlaczego nie tańczysz? — rzuciła mu od pianina ElŜbieta, a
widząc jego nieszczęsną minę, dodała: — Nie lubisz tańczyć?
—¦ Nie, nie, zupełnie nie lubię, bardzo nie lubię — chwycił się tej deski
ratunku Stefan i juŜ trochę swobodniej przyglądał się tańcom.
Wiktor tańczył najzręczniej. Gdzie, kiedy on się tego nauczył? Kuzyni Bartka
tańczyli z ogromnie powaŜnymi minami. Roman Koziołkiewicz nie posiadał tej
sztuki w zbyt duŜym stopniu. Co chwilę nadeptywał partnerce na nogi lub wpadał
na inne pary, co chwilę słychać było jego „przepraszam", a jednak Stefan nawet
jemu zazdrościł.
Naraz usiadła obok niego zadyszana Alina.
— Chcesz, nauczę cię? — zapytała.
— Nie, nie teraz, cicho — odburknął niegrzecznie, ale zaraz poŜałował i
zapytał potulnie:
—i Alina, to juŜ teraz cały czas będziecie tylko tańczyć?
— Nie, dlaczego cały czas? O, zobaczysz, EłŜbietka to specjalistka od róŜnych
gier. Ale nie wiem, czy ci się spodobają. Ja wolę tańczyć, tylko... tylko...
Stefanowi wydało się, Ŝe Alina wygląda inaczej niŜ zwykłe. Pewnie dlatego, Ŝe
była teŜ w świątecznej sukience, ze sznurkiem perełek na szyi. Twarz miała
jakby mizerniejszą i moŜe trochę zaczerwienione powieki? Mogło to być
złudzenie, ale jej mina, jakiś nieszczery uśmiech i chwilowe zamyślenie
pozwalały sądzić, Ŝe Alina nie jest w pogodnym nastroju. Stefan pomyślał, Ŝe
gdyby on miał takie jak Alina stosunki w domu, to chyba w ogóle nie
pokazywałby się ludziom na oczy, wstydziłby się. JakieŜ piekło było tam
przedwczoraj! Krzyczeli, przeklinali, rzucali jakimiś stołkami. Słychać było
na całej klatce schodowej.
W pierwszy dzień świąt sąsiadka z dołu przyszła poŜyczyć talerzy i
opowiedziała, Ŝe pani Brodzkiej zginęły jakiś pieniądze i materiał na bluzkę
przygotowany dla Aliny na prezent. Pewnie to pan Brodzki na wódkę wyniósł. Co
za wstyd!
Ogarnęło go współczucie. Trzeba Alinie powiedzieć coś przyjemnego, coś, co
pomogłoby odwrócić jej myśli od tamtej zgryzoty.
— Alina, Alina, słuchaj... A co u Wieka? Robi te ładne fotografie? Dawno juŜ
nic o nim nie mówiłaś.
Alina zaraz przy pierwszych słowach podniosła głowę i uwaŜnie patrząc na
Stefka rzuciła ostro:
— CóŜ ci się raptem Wicek przypomniał? Co on cię obchodzi? Interesuj się
lepiej kim innym.
Stefana ogarnęła złość. PrzecieŜ Wicek nie interesował go zupełnie. Zapytał o
Strona 68
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
niego tylko ze względu na Alinę, ale kiedy taka z niej osa, i on potrafi się
odciąć.
— Przypomniał mi się, bo wczoraj weszła mi w ręce kartka z tą zieloną
pieczęcią.
— Kartka z pieczęcią? Gdzie? — zdławionym głosem spytała Alina i nawet jak
gdyby przybladła.
— W szufladzie. Układałem róŜne swoje rzeczy i znalazłem tę kartkę, którą mi
wtedy na początku podrzucili.
— A... — odetchnęła z ulgą Alina — stara kartka. Aha, bo myślałam, Ŝe... — a
widząc, Ŝe Stefan przygląda się jej uwaŜnie, dodała: — Tyś miał szczęście, tyś
miał rozum...
— A ty? Nie mogłaś tego samego zrobić? — korzystał z okazji
Stefan.
— Ja? — Alina spostrzegła, Ŝe moŜe powiedzieć za duŜo, i znowu przybrała
swoją wyniosłą minę. — Mówiłam ci juŜ kiedyś, Ŝe ta cała głupia zabawa dawno
się skończyła. Wicek jest na to za powaŜny, a ja.., ja teŜ uwaŜałam, Ŝe
najlepiej trzymać się ód takich figlów z daleka. Tylko Ŝe... tylko Ŝe...
ElŜbieta zakończyła walczyka mocnym akordem i wstając od pianina powiedziała
do tancerzy:
- Dosyć tego dobrego, zabawimy się teraz inaczej.
—¦ Stefek! Ani słowa o tamtym — zdąŜyła szepnąć Alina. ElŜbieta szła w ich
kierunku.
Kiedy zbliŜywszy się zapytała Stefana, czy lubi zagadki, westchnienie ulgi
wydobyło się z jego ozdobionej krawatem piersi.
W odgadywaniu zagadek dorównywał mu jeden tylko Wiktor. Nareszcie nadeszła
sposobność pokazania tego, co i on potrafi. Przyjemna pewność siebie odbiła
się na jego twarzy. Nawet usiadł prościej.
Niestety, radość trwała krótko. Okazało się bowiem, Ŝe zagadki będą
historyczne, a historia razem z nieszczęsną ortografią absolutnie nie
stanowiła pola, na którym Stefan odwaŜyłby się popisywać. Odwrotnie.
— Zaczniemy od Ŝywych obrazów. Kto ma ochotę — pytała ElŜbieta. — Kto pierwszy?
— Idę ja z Romkiem — zgłosił Bartek i wyciągnął Koziołkie-wicza za drzwi.
Po chwili weszli w dziwnym przebraniu: Romek miał na sobie długą, czarną
pelerynę, Bartek — czapę futrzaną z wetkniętym w nią prosto jakimś wielkim
piórem, w ręku — pogrzebacz. Usiadł w fotelu, rozstawił nogi, na kolanach
połoŜył pogrzebacz i oparł na nim ręce. Zwrócił się do stojącego obok z
poboŜnie złoŜonymi dłońmi Romka:
— Mości kanclerzu, jak więc mi radzisz dostojnych gości przyjąć?
Po tych słowach ElŜbieta obiegła pytającym wzrokiem całe towarzystwo.
Starszy kuzyn juŜ otwierał usta, ale zdąŜyła zawołać:
— Nie mówić! Tylko rękę podnieść!
JuŜ i drugi kuzyn rękę podniósł, i Alina, i dwie jeszcze koleŜanki, juŜ i
Wiktor równieŜ trzymał rękę do góry. O, wstydzie! Jeden Stefan nie wiedział, o
co chodzi. MoŜe podnieść rękę, moŜe nie jego zapytają? Nie miał odwagi.
— Wiktor, odgadłeś?
— Ten w pelerynie to kanclerz! — wypalił Wiktor.
— To Batory z Possewinem — powiedział starszy ze stryjecznych braci, a w jego
oczach było widać wyraźne politowanie.
¦— Naturalnie, Ŝe ten drugi Batory — nie speszył się Wiktor — właśnie chciałem
powiedzieć, ale mi nie daliście dokończyć.
Teraz wyszli dwaj stryjeczni. Wrócili z koszykową beczką, w jaką składa się
brudną bieliznę. Jeden wlazł do przewróconej beczki, drugi, oparty o
pogrzebacz, stojąc w bohaterskiej pozie, zapytał:
— Uczony Greku, powiedz mi, czego sobie Ŝyczysz? Spełnię natychmiast kaŜde
twe Ŝądanie.
— A więc odsuń się, panie, i nie zasłaniaj mi słońca — odparł ten z beczki.
— Diogenes i Aleksander Macedoński — pisnęła któraś z
dziewcząt. Wszyscy zwrócili się w jej stronę z wymówkami. Jeden tylko Stefan
spojrzał na nią z wdzięcznością. Tego teŜ by nie odgadł.
Teraz wyszedł Wiktor, ciągnąc za sobą ElŜbietę: widocznie potrzebny mu był
jakiś rekwizyt. Stefan patrzał za nimi z zazdrością. ElŜbieta szybko wróciła.
Po chwili ukazał się Wiktor. Miał przewiązane przez ramię prześcieradło, a w
ręku trzymał kość od szynki.
Strona 69
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Cisnął ją na podłogę i powiedział twardo:
— Kości rzucone!
Stefan, dumny z przyjaciela, chciał właśnie spojrzeć z góry na stryjecznych,
ale przeszkodził mu wybuch wesołości. Starsi chłopcy klepali się z uciechy po
plecach. ElŜbieta miała od śmiechu załzawione oczy. Nawet Bartek i Romek
zarazili się humorem. Stefan zmusił się do uśmiechu, ale nie rozumiał, czym
się całe towarzystwo bawi.
Tymczasem Wiktor,, wcale nie speszony, trwał dostojnie nad pokaźną kością.
— Nie śmiejcie się, tylko odgadnijcie, kto ja jestem.
— Prawdopodobnie Juliusz Cezar — odpowiedział z wyraźną drwiną w głosie jeden
z braci.
— Ale Juliusz Cezar — dodał drugi — Ŝadnej kości nie rzucał. Tylko po
przejściu Rubikonu powiedział: „Kości rzucone!"
¦— Phi! — Wiktora trudno było zaskoczyć. — Sam o tym wiem
doskonale. Naturalnie, Ŝe Ŝadnych kości od szynki nie rzucał. Skąd by wziął?
Naumyślnie zrobiłem tak, Ŝeby wam ułatw.ić — powiedział to słowo z naciskiem —
ale nie poznaliście się na mojej Ŝyczliwości. Trudno, zdarza się — i z
obraŜoną miną usiadł obok
Stefana. •
JuŜ prawie kaŜdy coś przedstawił. Alina, jako matka Spartan-ka, podawała
synowi tarczę. Romek majstrował koło naftowej lampy i wszyscy łącznie ze
Stefanem poznali w nim Łukasiewicza. Zmieniały się postacie, stroje,
powiedzenia.
Tylko Stefan gorączkowo szukał w głowie jakiegoś historycznego zwrotu,
jakiegoś pomysłu. Daremnie! Siedział z tak nieszczęśliwą miną, Ŝe ElŜbietka
postanowiła mu pomóc. Nachyliła się do jego ucha i szepnęła:
—¦ Chodź ze mną. — A głośno dodała: — Tak, to dobry pomysł.
Stefan wrócił w czarnym szaliku obwiązującym wysoko szyję, z obu stron twarzy
wystawały białe rąbki zachodzącego na brodę kołnierza. W ręku trzymał gęsie
pióro. Usiadł za stołem nad otwartym zeszytem, lewą ręką podparł czoło,
zasłonił oczy. Gęsie pióro biegło po linijkach zeszytu.
— Litwo, ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie... — zaczął.
Wypadło to tak ładnie, Ŝe otrzymał oklaski jak nikt.
—¦ Świetnie, świetnie! — wołano. — AleŜ z ciebie aktor. Ale zagrałeś! To było
najlepsze!
A Stefan naprawdę był wzruszony dobrocią ElŜbiety. Jak wyczuła jego kłopotliwą
sytuację! Jak zręcznie go wyciągnęła! JuŜ siedział znowu z podniesioną głową.
Przypomniał sobie nawet: „Jam nie z soli ani z roli", ale juŜ nie zdąŜył tego
wykorzystać.
Nastąpiła w zgadywaniach zmiana. Oto ktoś rzucał datę, wymieniając przewaŜnie
rok — trzeba było z nim powiązać właściwe wydarzenia historyczne. Stefan juŜ
się nie bał. Wiedział, Ŝe obok jest Ŝyczliwa pomoc ElŜbiety.
Przewaga, tak jak w poprzednich zgadywaniach, była po stronie starszych
dziewcząt i chłopców. Nic dziwnego: ich szkolne wiadomości były większe, a
moŜe i zainteresowania historyczne równieŜ? W kaŜdym razie róŜnica wieku mogła
być tu pewnym
usprawiedliwieniem i niedelikatnością były zarozumiałe słowa starszego
z braci.
— Przy takich zabawach przeszkadza nierówny poziom umysłowy.
Jakkolwiek uwaga ta była rzucona półgłosem, dobiegła do uszu Stefana i
dotknęła go mocno. Musiał ją chyba usłyszeć i Wiktor, bo nagle zapytał:
— A co się zdarzyło w 1944 roku?
śadna z odpowiedzi dotyczących wyzwolenia Polski, PKWN czy lądowania wojsk
alianckich we Francji nie zadowoliła Wiktora. ZaŜądano ściślejszego określenia
daty.
— Proszę bardzo: 16 stycznia — odparł z wielką pewnością siebie.
W dalszym ciągu zgadywano na próŜno. Triumfująca mina Wiktora zaczynała
denerwować obkutych w historii kuzynów Bartka.
— Nie ma Ŝadnego wielkiego wydarzenia w tym czasie — oświadczył wreszcie
jeden z nich. — Zmyśliłeś sobie tę datę.
— Jak to nie ma? — zawołał oburzony Wiktor. — 16 stycznia 1944 roku urodził
się Wiktor Kijanka.
Ta rewelacyjna wiadomość wywołała wielki wybuch śmiechu. Nikt juŜ nie
Strona 70
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
kwestionował prawdziwości wydarzenia. śywy dowód stał przed oczami wszystkich.
Zegar wiszący na ścianie obracał wskazówkami, przypominał o powrocie do domu.
Pierwsza wymknęła się Alina. Potem powoli inni goście. Zanim Stefan
spostrzegł, zostali we dwóch z Wiktorem. Bartek pokazywał Wiktorowi
narciarskie buty, jakie dostał na gwiazdkę. ElŜbieta przyniosła kilka ksiąŜek,
z których Stefan miał sobie wybrać coś do czytania.
— To Rok 1809 Wacława Gąsiorowskiego. Bardzo ciekawa, z okresu
wojen napoleońskich — mówiła ElŜbietka — i wiesz, Stefek, chciałabym cię o coś
prosić...
Stefan spojrzał na nią uwaŜnie, mówiła jakimś zatroskanym głosem.
— Chodzi o Alinę — ciągnęła ciszej. — Zdaje mi się, Ŝe z nią dzieje się coś
niedobrego.
— Mówiła ci co? — zapytał Stefan.
— Nie. Zrobiła się jakaś skryta. ZauwaŜyłam, Ŝe coś ją trapi. I dzisiaj miała
oczy zapłakane. Ty z nią mieszkasz w jednym domu. MoŜe wiesz więcej?
Stefan juŜ chciał opowiedzieć o ostatniej awanturze w domu Brodzkich, ale
ElŜbieta dorzuciła:
— ZauwaŜyłam, Ŝe Alina ma kłopoty z pieniędzmi. Stale poŜycza ode mnie, od
innych koleŜanek...
— A oddaje?
— Tak. Zawsze oddaje. Przed świętami miała trochę więcej długów, to
przyniosła do klasy materiał na bluzkę. Jedna z dziewczynek kupiła i Alina
oddała wszystkie długi. Co do tego muszę przyznać: pilnuje się bardzo.
— Materiał na bluzkę? — zdziwił się Stefan. — Jaki?
— Białą pikę. A co, moŜe i u was z tym była?
— Nie, nie, tak tylko pytam. Ode mnie teŜ czasami poŜycza. I od Wiktora. Ale
teŜ zawsze oddaje. Na co jej te pieniądze potrzebne?
— No, właśnie. Ja teŜ się nad tym zastanawiałam. Dawniej Alina wszystkie
drobne wydawała na słodycze. Bo ona przepada za cukierkami. A teraz, widzę,
ani grosza na irysy czy landrynki nie straci. Więc na co jej te pieniądze?
Jak u nich w domu? Wiem, Ŝe jej matka jest dobrą krawcową i nieźle zarabia.
Ojciec teŜ pracuje. Alina jest jedynaczką. Chyba tam biedy nie ma?
— ElŜbieta, nie mów nikomu, ale widzisz, u Brodzkich w domu źle się dzieje.
Pan Brodzki, co zarobi, to przepije. Jak mu brak pieniędzy, to wynosi z domu.
Tam... jest strasznie.
Znowu chciał opowiedzieć o ostatniej awanturze, ale ugryzł się w język.
Słyszał przecieŜ przed chwilą, Ŝe materiał na bluzkę Alina sprzedała w klasie.
W co ona się zaplątała? Co znaczyła ta kartka w piwnicy?
ElŜbieta jakby czytała w jego myślach, odezwała się:
— Posłuchaj! Niedawno Alina odniosła mi ksiąŜkę, którą poŜyczyła do czytania.
Wzięłam ją do ręki i zauwaŜyłam, Ŝe leŜy w niej kartka. Dziwna jakaś: litery i
cyfry. Oddałam ją Alinie, i, Ŝebyś wiedział, jak ona się zmieniła na twarzy!
Podarła kartkę
natychmiast na drobne kawałeczki, a przecieŜ i tak nic bym z niej nie
zrozumiała, bo to było napisane jakimś umówionym alfabetem.
— Co ty mówisz? — zainteresował się Stefan. — A duŜa była ta kartka?
— Nie, nieduŜa. I śmiać mi się chciało, bo na dole kartki pod jakąś okrągłą
pieczątką juŜ zwyczajnie napisane było „śmierć i peleryna". Pomyśl,
„śmierć i peleryna"! Dziecinada jakaś: pieczęcie, tajemnice, jeszcze tylko
brak przysięgi „na tę krew przelaną", co? Jak myślisz?
Stefan nie odpowiedział. W milczeniu przypatrywał się ElŜbiecie, szukając w
jej twarzy drwiny. Czy wiedziała coś o ich stowarzyszeniu? Czy wpadła w jej
ręce kronika STO? „Dziecinada, dziecinada" dzwoniło mu nieprzyjemnie w uszach.
Jaka to ona dorosła! O jedną klasę wyŜej i juŜ jej się zdaje, Ŝe moŜe na
wszystkich z góry patrzeć.
Ale ElŜbieta nie miała zamiaru ani nawet chęci traktować Stefana z góry.
Owszem, mówiła do niego całkiem serio:
— Stefan, wiem, Ŝe potrafisz myśleć powaŜnie, mówię do ciebie z całym
zaufaniem: pomóŜ mi!
Poczuł się onieśmielony, zawstydzony poprzednimi podejrzeniami. Nie wiedział,
co odpowiedzieć. Z trudem wykrztusił:
— Ale na co ci to? Co ci po tej Alinie? PrzecieŜ, przecieŜ... ona jest
zupełnie inna niŜ ty.
Strona 71
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Chciał powiedzieć: „Ty jesteś zupełnie inna niŜ Alina", ale w ostatnim
momencie zawahał się i zmienił wypowiedź.
— A gdyby to był twój kolega? — zapytała ElŜbieta. — Gdyby to na przykład
Romek czy Wiktor zaczął się dziwnie zachowywać i ty zauwaŜyłbyś, Ŝe zrobił coś
złego; no, jednym słowem, Ŝe to się moŜe źle skończyć, jak byś postąpił?
—¦ JeŜeli Romek — odpowiedział z namysłem Stefan — powiedziałbym: „Cześć, leć
na złamanie karku!" Co on mnie obchodzi? Tyle Ŝe do jednej klasy chodzimy. W
zeszłym roku był w naszej klasie taki jeden, Franek Gawroński. Dopóki był
porządny chło- przychodził do nas i ja tam chodziłem, a potem zrobił się
taki gałgan, zaczął się łobuzować, dwóję za dwóją łapał — to przestałem się z
nim zadawać, i juŜ. Ojciec powiedział, Ŝe mi... {nie wypadało powiedzieć
„spuści lanie") — Ŝe mi nie pozwala się z nim kolegować, i juŜ. Koniec i
kropka. I został na drugi rok. Dobrze mu tak.
ElŜbieta kręciła przecząco głową.
— A ja myślę inaczej.
— Co wy tak gadacie i gadacie? — zbliŜył się Wiktor. — Stefan, czas na nas.
Chłopcy Ŝegnali się, wychodzili, ElŜbietka zdąŜyła jeszcze powiedzieć:
—¦ Stefan, pomyśl i wpadnij którego dnia, to pogadamy. Liczę na ciebie!
W drodze Wiktor kilkakrotnie pytająco spoglądał na Stefana, ale ten milczał,
udając, Ŝe całą jego uwagę pochłania mokry, chlupiący pod nogami śnieg.
NieostroŜnie właził w co większe kałuŜe, aŜ pryskało. Zniecierpliwiony Wiktor
krzyknął w pewnej chwili:
— No, bo jak ja cię chlapnę!
Nie mógł jednak długo boczyć się na przyjaciela. Spragniony pochwały,
postanowił przypomnieć swoje towarzyskie sukcesy.
— Ale im zajechałem z tą datą, nie? Bo juŜ się tak mądrzyli, jak nie wiem co.
No, nie?
— Uhm — przytaknął Stefan i nie mógł powstrzymać uśmiechu na wspomnienie
„wielkiego wydarzenia historycznego". Zadowolony Wiktor rozgadał się na dobre:
—i Teraz to ja sobie przygotuje róŜne takie: „Mieczów ci u nas dostatek, ale i
te przyjmiemy", albo „Mama czy zdrowa? ciotunia, domowi?" albo „Co waćpan
robisz? Strzelaj ciszej nieco!"
— Tylko z tą kością wpadłeś — przerwał mu Stefan, z zazdrością słuchając
pomysłów Wiktora.
— E tam, wykręciłem się. A ten Cezar chyba na głowę upadł. Mówił: „Kości
rzucone" — a wcale ich nie rzucał. To jakaś lipa. Muszę spytać Kostka. Ale
fajnie było, co? Najadłem się za wszystkie czasy!
.— Ja teŜ — powiedział Stefan — choć w gościnie nie powinno
się-
— O, mój kochany — przerwał Wiktor — gdybym się tym przejmował, to w ogóle
mógłbym schudnąć na pokaz. Na Wilii u nas była ciotka z męŜem i dziećmi.
Zabraliśmy się do jedzenia, a mama mówi do mnie po cichu: „Nie jedz tyle,
uwaŜaj na gości." Wczoraj byliśmy u ciotki, stół zastawiony, a mama znowu:
„Nie jedz tyle, jesteś w gościnie." No, to kiedy ja mam jeść? W zwykłe dni
znowu będzie najczęściej zalewajka albo zacierki, których ja nie znoszę.
Stefan wrócił do domu z zupełnie przemoczonymi nogami. Złapał grypę.
Pamiętnik Stejana
To juŜ druga grypa w tym roku. Co do pierwszej, to nie mam pretensji. Kilka
dni do szkoły nie chodziłem i jakaś klasówka się upiekła, ale teraz to po
prostu okropność, przepadają mi same wolne dni od nauki! I nikt mi juŜ tego
nie wróci, chociaŜ to straszna niesprawiedliwość. Dziwnie jest ten świat
urządzony, Ŝeby przez jedne mokre buty kłaść sią na cały tydzień do łóŜka! I
jak na złość mróz złapał na dobre, chłopaki ganiają na łyŜwach, a ja tu jestem
unieszkodliwiony.
Ta największa gorączka juŜ mi przeszła, ale gardło mnie jeszcze boli i apetytu
nie mam. A po świętach, to jak Wiktor słusznie powiedział: zalewajka, zacierki
i kapuśniak, ale moja mama zalewajką robi bardzo smacznie.
Węgiel za mnie nosi tatuś. Ile razy wraca z piwnicy, to czekam, czy powie, Ŝe
coś zauwaŜył. Ale jak dotąd — nic. Lucynka tylko mi raz powiedziała, Ŝe Franek
Gawroński wychodził z naszych schodów do piwnicy. Mówił jej, Ŝe mu tam piłka
wpadła. Frajer, kto zimą lata z piłką? Myślę i myślę o tych zaszyjrowanych
kartkach. DuŜo bym dał, Ŝeby wiedzieć, co tam pisze, ale patrzę jak wrona w
kość w te cyfry poprzetykane literami. i co to ma być ta „trumna i kalosze"
Strona 72
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
albo to, co widziała ElŜbieta.
Chyba to nic nie znaczy, bo do trumny kalosze są niepotrzebne, a śmierci w
pelerynie teŜ nie widziałem. Dziwne...
Wiktor był u mnie tylko raz. Oho, o wilku mowa: słyszą go w przedpokoju...
— Cześć pracy! Stefan, co robisz? Smarujesz i smarujesz w tym
zeszycie i co z tego? Wpadłem ci powiedzieć, Ŝe Kostek mi nie dał tu do ciebie
przychodzić, bo grypa jest zaraźliwa, ale po pierwsze: przecieŜ się z tobą
nie całuję, a po drugie: mam ci mnóstwo rzeczy do powiedzenia.
— A na ślizgawce byłeś?
— Byłem, ale lód się psuje i pewnie będzie znowu odwilŜ, bo mamę łamało dziś
w kolanie. Aha, i mama jutro jedzie na urlop na całe dwa tygodnie, a ja będę
za pańszczyźnianego chłopa.
— Jak to? — nie rozumiał Stefan.
—¦ Proste jak słońce. Kostek po świętach ma jakieś waŜne egzaminy. Uczą się u
nas od rana do nocy. Mieszkanie wygląda jak jaskinia — dymu pełno, aŜ czarno.
A ja mam cały dom na głowie: sprzątanie, gotowanie, latanie do sklepu po
wszystko i jeszcze mi mama zapowiedziała, Ŝebym dbał o Kostka.
A o mnie nikt nie pomyślał, Ŝe ferie boŜenarodzeniowe to są tylko raz na rok,
Ŝeby sobie biedny uczeń teŜ wolnością odetchnął. Ale gdzie tam, nawet tej
wolności porządnie nie powąchasz, a juŜ ci jarzmo na szyję załoŜą. I w ogóle
kto z nami się liczy? Na uroczystościach to tyle się mówi o przykładzie
Związku Radzieckiego. A dlaczego u nas ferie świąteczne kończą się szóstego, a
u nich dopiero piętnastego? Nie mogliśmy tego przykładu wziąć z przodującego
kraju socjalizmu?
—¦ No tak, ale tam przecieŜ ferie zaczynają się później — przypomniał sobie
Stefan.
—¦ To nie ma nic do rzeczy — kategorycznie oświadczył Wiktor — nie musimy ich
tak dokładnie naśladować. Ale nie martw się. O wytchnieniu dla zaharowanej
dziatwy szkolnej Ŝaden racjonalizator nie pomyśli. Aha, i Kostek nad łóŜkiem
pozawieszał sobie róŜne takie formuły i spisy — to podobno pomaga, niby Ŝe
jak tylko oczy otworzy, to widzi, i przed zaśnięciem teŜ... Wiesz, to fajnie
wygląda. Masz teraz czas, mógłbyś dla mnie i Bartka coś ładnie wypisać.
— Ale co?
— Rusz głową i wymyśl sam, to i do kroniki STO będzie moŜna wpisać. Ja nie
mam juŜ czasu. Cześć, lecę urabiać sobie ręce po łokcie za tego wyzyskiwacza
Kostka. Wyobraź sobie, powiedział mi, Ŝe mógłbym mu buty wyczyścić! Ale
niedoczekanie, Ŝebym ja się krwawym potem oblą*vał nad jego...
Ostatnie słowa Wiktora zginęły w szczęku zamykanych drzwi.
ROZDZIAŁ 18.
STEFEK PROSI O POMOC.
HIEROGLIFY BYŁY TRUDNIEJSZE.
PO NITCE DO KŁĘBKA.
Dzień Nowego Roku Stefan świętował na leŜąco. Czuł się, jak zapewniał,
doskonale i robił wszystko, Ŝeby tylko uzyskać zgodę na wstanie z łóŜka, ale
mama za kaŜdym razem mierzyła mu gorączkę i patrząc na termometr bez słowa
przeczyła głową. Stefan rzucał nienawistne spojrzenia na zimną, nieprzyjemną w
zetknięciu z ciałem szklaną rurkę, która, wyglądając niewinnie, miała taką
obezwładniającą siłę.
Pierwszego dnia po Nowym Roku wolno mu było wstać. Chodził po mieszkaniu
trochę jak nie na swoich nogach i zrozumiał, Ŝe po chorobie łatwiej udawać
jest zucha w pozycji poziomej. O wyjściu z domu oczywiście nie mogło być mowy.
Stefan wałęsał się od okna do okna i z zazdrością patrzył na kręcących się po
podwórzu ludzi. Lucynka biegała z koleŜankami. W parku chłopcy rzucali mokrym,
rozpływającym się śniegiem. Pogoda była ponura i wilgotna, a jednak przymusowe
siedzenie w domu zdawało się Stefanowi niezasłuŜoną krzywdą.
Radio, jedyna rozrywka w czasie choroby — znudziło mu się. KsiąŜki „do
czytania" były juŜ przeczytane. Chodził z kąta w kąt,
nadęty, pełen pretensji nie wiadomo do kogo. Z godziny na godzinę rosły w nim
gorycz i Ŝal do przyjaciół, Ŝe tak o nim zapomnieli.
„Tchórze! — myślał. — Grypy się zlękli! Bartkowi, naturalnie, zabroniła mama.
Posłuszny! A gdyby to chodziło o Bartka, to ja na nic bym nie patrzył. Niechby
nawet nie wiem co, poleciałbym go odwiedzić. A on... Wiktor teŜ, myślałby kto:
wzór kolegi. W gadaniu nikt mu nie poradzi. Referat mógłby wygłosić. «Dla
Strona 73
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
przyjaciela to krew i Ŝycie, i do grobowej deski!», ale jak co do czego
przyjdzie, widać, co ta paplanina warta. A Niedźwiedzki..."
Potok gorzkich myśli przerwało wejście Aliny. ZaróŜowiona spacerem, w palcie
pokropionym odwilŜą — kręciła się po pokoju, trajkocząc wesoło po dawnemu.
—> Oj, Stefan, nie Ŝal ci ferii czy co? Nikt mądry w ferie nie choruje, tylko
ten, co na głowę upadł, a ty przecieŜ zawsze się chwalisz swoją makówką. A my
z mamą byłyśmy kilka dni na wsi, tam ładniej. Na Nowy Rok ojciec teŜ
przyjechał. Wróciliśmy wczoraj, oj, mówię ci, dobrze jest trochę się
przewietrzyć. Byłam dziś u ElŜbiety. Aha, zapomniałabym, tu jest dla ciebie
list. Oj, gdzie ja go wsadziłam? Jest. Masz.
Stefan zaczerwienił się. ElŜbieta napisała do niego list!
Udając, Ŝe szuka lepszego oświetlenia, podszedł do okna i rozwinął złoŜoną
kilkakrotnie kartkę. List był od Bartka. Na szczęście kręcąca się po całym
pokoju Alina nie widziała rozczarowania, jakie odmalowało się na twarzy Stefana.
„Stefku — pisał Bartek — ja teŜ chorowałem, ale tylko dwa dni. Na Ŝołądek, bo
za duŜo zjadłem. Była zbiórka. Sewerek zwariował. Moja mama pójdzie i powie,
Ŝe tak nie moŜna. Wiktora na zbiórce nie było. Powiem wam, jak się zobaczymy.
Tymczasem nikomu ani słowa. Sekret STO! Śmierć muszkieterom! Bartek."
—¦ A ten Sewerek to kto? — zapytała Alina, kiedy Stefan odwrócił się składając
kartkę. — Jak to? Więc czytałaś list Bartka?
— Niee... taak... to znaczy —plątała się Alina, aŜ oświadczyła nagle: —
PrzecieŜ to zwyczajna kartka, a list powinien być w kopercie. Ty teŜ
przeczytałbyś. No co, moŜe byś nie przeczytał? Nie wytrzymałbyś. Jestem tego
pewna. Po polsku przecieŜ napisane.
— A po jakiemu miało być? Po japońsku?
Stefan był wściekły, ale jego oburzenie nie robiło Ŝadnego wraŜenia na Alinie,
patrzącej z drwiącą miną.
— Niekoniecznie po japońsku — powiedziała z przekąsem. — Jak juŜ macie takie
tajemnice, to powinniście je dobrze
zabezpieczyć.
W tej chwili Stefana olśniła pewna myśl. Pohamował gniew i starając się
zachować pozory głębokiego namysłu, powiedział powoli:
— A wiesz, Alina, to właściwie moŜna by robić. Nie, nie chodzi o takie tam
głupstwa — z lekcewaŜeniem machnął przeczytaną przed chwilą kartką. — Sewerek
to nasz kolega, taki „gorliwy" harcerz, pewnie coś nowego wymyślił i Bartek
nabija się z niego. Ale na przykład, gdyby ktoś z nas chciał przesłać w liście
jakąś tajemnicę, no, jakiś sekret, to powinien ją dobrze schować, ukryć, nie
tylko w kopercie, bo przecieŜ jakby kto chciał, to moŜe i kopertę odkleić, nie?
— Jeszcze jak! — powiedziała Alina, jakby wiedziała coś o tym z własnej
praktyki.
— No, właśnie — ciągnął Stefan. — Gdyby te osoby, co do siebie piszą, umiały
po chińsku albo po japońsku, to moŜna by wy-rysować takie znaki, owszem, ale
mnie się zdaje, Ŝe najlepiej byłoby wymyślić jakiś swój alfabet, taki na
własny, osobisty uŜytek. To dobry pomysł, co? Jak myślisz?
— Aleś Amerykę odkrył!
Lekko drwiący, pobłaŜliwy ton głosu Aliny, która wyraźnie traktowała Stefana
jak młodszego brata, złościł go niepomiernie, ale w dalszym ciągu nie dawał
tego po sobie poznać.
— Jaką tam Amerykę — mówił potulnie. — Wiem przecieŜ, Ŝe moŜna ułoŜyć tajny
szyfr. Nawet w jednej ksiąŜce o tym czytałem. Ale czy to łatwa rzecz? Wydaje
mi się, Ŝe nie. MoŜe do tego trzeba posiadać większą wiedzę? Kiedy będziemy
juŜ w starszych
klasach, na pewno damy sobie z tym radę. Teraz — ani mowy. To trzeba mieć
lepsze pojęcie.
Alina ani się spostrzegła, kiedy Stefan zręcznymi pochlebstwami doprowadził ją
tam, dokąd chciał.
— No, nie święci garnki lepią — powiedzała łaskawie. — I ty potrafiłbyś taki
alfabet ułoŜyć.
— Wątpię. To chyba za trudne dla mnie.
— Wcale nie takie trudne. Gdyby ci na tym zaleŜało, powiedziałabym ci, jak to
się robi.
— Naprawdę? Pycha! — szczerze ucieszył się Stefan. — PomóŜ mi, a za to,
Strona 74
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
jeŜeli potrzebne ci będzie jakieś wypracowanie, licz na mnie. Tylko jeden
warunek: Ŝeby to było wypracowanie o niczym.
— U nas nie piszą wypracowań o niczym —^obruszyła się Alina —¦ to tylko w
waszej szkole takie głupstwa są moŜliwe.
— Jak to, nie pisujecie wypracowań o wakacjach? Nie przychodziłaś do mnie?
Albo „Złota jesień", albo... „Wieczór w mieście", albo...
— Oj, Stefan, jakbyś zgadł. — Alina raptem zeszła ze swojego Giewontu. — JuŜ
nam polonistka zapowiedziała coś o „WaŜnym wydarzeniu z dzieciństwa".
— Fajnie, napiszę ci na sto dwa.
—- Ale to przecieŜ nie jest o niczym.
— Dla mnie to jest o niczym. Takie rzeczy to ja mogę na kilometry pisać. A na
przykład z biologii „Zestawienie wspólnych cech owadów" albo z historii „Dola
chłopa w dawnej Polsce", to mówię ci — kilka zdań napiszę, i koniec. Nawet
widłami nie popchnę.
— Nasza polonistka lubi takie według ciebie „o niczym", zawsze
nam coś takiego wymyśli. To się u nas nazywa „wolny'' temat.
— I słusznie. Przy takim temacie wolno wszystko napisać, co się chce. Jakbyś
na skrzydłach leciał. A nie jakieś wyliczanie nóg, stawów, i to wszystko
dokładnie, jak w ksiąŜce. A skąd ja mogę wiedzieć, kiedy dobrej pamięci nie
mam? Ale miałaś mi powiedzieć, jak zrobić ten tajny alfabet.
__ No więc patrz — Alina wzięła leŜący na stole ołówek Stefana i pisała na
skrawku gazety. — Chcesz, na przykład, podać swoje imię „Stefan", to piszesz
15, 0, 7, 22, 8,11 -- to znaczy, Ŝe 15 to „s" a 0 to „t", a 7 to „e". Rozumiesz?
__ Rozumiem, ale to bardzo trudno spamiętać, która cyfra
oznacza jakąś literę. To chyba trzeba wykuć?
— MoŜna sobie ułatwić.
Stefan bez słowa patrzył na Alinę, chociaŜ obawiał się, Ŝe z jego oczu wyczyta
niecierpliwość, z jaką cisnęło mu się na usta pytanie: „Jak ty odczytujesz
swoje zaszyfrowane listy?" Zbytni pośpiech, jakieś niezręczne pytanie —
zdradziłyby go na pewno. Milczał więc i z umiarkowanym zainteresowaniem czekał
na szczegółową instrukcję.
— MoŜna sobie ułatwić umawiając się, na przykład, Ŝe „a" to 1, „b" to 2 i tak
dalej po kolei. Ale taki szyfr — Alina wydęła usta — to dla pierwszej klasy,
więc lepiej zacząć od liczby 3 albo w ogóle na odwrót ustawić alfabet. A
moŜemy jeszcze, dla ułatwienia, tylko co drugą literę zamieniać na cyfrę —
przy wprawie to, mówię ci: spojrzysz na list i juŜ wiesz, o co chodzi.
— Ale mi zabiłaś klina! — Stefan usiadł i aŜ podparł głowę rękami. — Muszę
zaraz dzisiaj ułoŜyć szyfr dla naszej — zająknął się, bo o mało nie
powiedział „organizacji" — dla naszej paczki. A wtedy moŜesz być listonoszem.
Diabła zjesz, a nie przeczytasz, będziesz się skręcać...
— Ani mi się śni skręcać z powodu waszej dziecinnej korespondencji. ChociaŜ
gdybym chciała, odgadłabym na pewno. Nie takie rzeczy odgadywano. Pewno nie
wiesz, Ŝe w ParyŜu na jednym placu stoi obelisk, który Napoleon wywiózł z
Egiptu. Cały ten obelisk pokryty jest hieroglifami. Wyryto je kilka wieków
przed naszą erą. Kiedy Napoleon przywiózł ten obelisk, nikt nie wiedział, co
tam napisano. A jednak znalazł się taki, co odczytał te hieroglify. Z twoim
zaszyfrowanym listem byłoby chyba trochę mniej kłopotu, co?
Ach, jakŜe Stefan Ŝałował, Ŝe nikt nigdy nie oceni jego anielskiej łagodności
i cierpliwości! Jego baraniej miny, z jaką patrzył
na nie podejrzewającą niczego Alinę! O, Wiktor, przyszły aktor, tego by nie
potrafił.
Alinie bardzo pochlebiała uległość zwykle tak zadziornego Stefana.
Post»|iowiła dać mu jeszcze jedną dobrą radę:
— Stefa* pbwiem ci jeszcze, Ŝe jeŜeli chcecie mieć swój szyfr, to powinni
.-.e jeszcze wymyślić sobie i hasło.
—¦ To się wie — przyznał Stefan, choć wcale nie wiedział, o co chodzi Alinie.
Chciał juŜ krzyknąć „Śmierć muszkieterom", ale w ostatniej chwili zmienił
zamiar i zawołał: — Cześć pracy!
— Nie, nie, to nie to. To musi być hasło za kaŜdym razem inne. PrzecieŜ ktoś
mógłby odgadnąć wasz szyfr i na złość albo dlą kawału powypisywać listy od
ciebie do Bartka, a od Bartka do ciebie^ Powypisywałby jakieś głupstwa,
pokłócilibyście się i koniec waszej przyjaźni. A tak, jak pod listem jest
hasło, to juŜ wiadomo, Ŝe pisze wtajemniczony.
Strona 75
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Sama mówiłaś, Ŝe za kaŜdym razem hasło trzeba zmienić, więc skąd ten, kto
list dostanie, ma wiedzieć, Ŝe to list od przyjaciela, jeśli tamten hasło
zmienił, a ten nic nie wie?
— To trzeba się umówić. Hasło musi mieć dwa wyrazy, tak dobrane, Ŝeby ten
pierwszy znaczył no... no coś z ogrodu, a drugi, przypuśćmy, coś z Ŝelaza.
Obydwaj o tym \ wiecie, ty tło niego podpisujesz na przykład: „Rezeda i
armata", a on do ciebie: „Chryzantemy i konewka", Ty: „Porzeczki i Ŝelazko",
a on...
— Kalafiory i nóŜ! — zawołał ucieszony Stefan. — AleŜ to świetnie! Strasznie
mi się podoba! Kalarepa i fajerki! Ogórki i Ŝelazko! Fasola i most! Pietruszka
i noŜyczki! Fajnie!
— Dla ciebie w ogrodzie tylko same warzywa rosną — powiedziała z przekąsem
Alina.
— Niech ci będzie: „RóŜa i pogrzebacz." No! JuŜ ja dla nas wymyślę coś
takiego, Ŝe ci oko zbieleje. Zobaczysz!
Stefanowi bardzo podobał się pomysł własnego szyfru, przeznaczonego tylko dla
członków STO, specjalnego hasła, którego wyłączność i ciągła zmienność miała
tyle uroku! To, co mówił Alinie o ułoŜeniu zaraz dzisiaj tajnego szyfru, miał
zamiar rzeczywiście zrealizować. Ale nie mógł się juŜ doczekać, kiedy Alina
sobie pójdzie. Miała dzisiaj humor zupełnie inny niŜ wtedy na
wizycie u NiedŜwiedzkich. Trajkotała bez przerwy, Stefan juŜ nie bardzo
słuchał, o czym ona mówi. Podziwiał tylko szybkość wyrzucanych wyrazów i ilość
sypiących się bez końca opowieści.
Poszła wreszcie, Stefan natychmiast, wyciągnął zeszyt, do którego przepisał
cyfry i litery z tamtej kartki. N, 24 — a, 14, c, 15, ę — 6, k, 12, a, 21, k,
24 — 15, z, 12.
To o takim szyfrze Alina mówiła, Ŝe co druga litera zamieniona jest cyfrą.
Przecinki chyba oddzielają litery od siebie. A co znaczą poprzeczne kreski?
AleŜ tak: oddzielają poszczególne słowa. Pierwsze słowo: N, 24 — cóŜ to za
wyraz? Stefan przymierzył: no, ni, ne, nu, na. Najlepiej pasowało „na", a więc
24 oznaczałoby literę „a". To juŜ coś jest...
Kiedy pani śórawcowa późnym popołudniem wróciła do domu, zastała Stefana z
wypiekami na twarzy, pochylonego nad kartką pokrytą od góry do dołu rzędami
liter i cyfr.
—¦ Stefan, kładź się natychmiast do łóŜka. Ty chyba znowu masz gorączkę!
—¦ Nie, mamusiu, nie mam Ŝadnej gorączki. Jeść mi się.chce jak nie wiem co!
— To nie mogłeś sobie wziąć chleba czy kawałek ciasta? Przyzwyczaiłeś się,
Ŝeby ci wszystko do ręki podać.
— Wcale nie to, mamusiu, tylko zupełnie zapomniałem o jedzeniu. Tak się
męczyłem i męczyłem...
— A co, zadanie takie trudne? No i rozwiązałeś?
— Rozwiązałem — oświadczył z triumfem Stefan. — Jeden uczony to, wie mamusia,
jeszcze gorzej się męczył, ale wreszcie dobił do mety. Ja teŜ.
Kartka, którą Alina wtedy wyjęła ze skrytki w piwnicy, zawierała słowa:
„Na akcję składka 15 zł."
ROZDZIAŁ 19.
U WIKTORA SIEDZĄ DIABŁY. NIEL TYLKO ACHILLES MIAŁ PIĘTĘ.
STO MA JUś WŁASNY SZYFR, STEFAN BIERZE LEKCJE TAŃCA.
Stefana po prostu skręcało z niecierpliwości. Znał tajemnicę! Odgadł sekretny
alfabet! Ale co to jest warte, jeŜeli nie moŜna się przed nikim tym sukcesem
pochwalić? Gdyby chociaŜ Wiktorowi o tym powiedzieć? A jeŜeli Wiktorowi, to
dlaczego nie Bartkowi? Bartek jest na pewno powaŜniejszy, nie wygadałby się
nawet przypadkiem z sekretu.
Ale... Teraz Stefan sam panuje nad sytuacją. A potem? Taki na przykład Wiktor
ma zawsze mnóstwo pomysłów. I wścieka się, jeŜeli Stefan lub Bartek nie
przyznają mu racji, a znowu na zgodzie z nim rzadko kiedy wychodzi się dobrze.
IleŜ kłopotów było przez to nieszczęsne dyktando! Nie! lepiej nikomu o
„odkryciu" nie mówić.
JednakŜe trzeba przynajmniej wykorzystać pomysł tajemniczego szyfru dla
Stowarzyszenia Trzech Osądzonych. To moŜna, a nawet naleŜy zrobić wspólnie.
— Lucyna, musisz iść zaraz do Wiktora.
— Nie muszę, bo wcale mi się nie chce.
— Mówię ci, Ŝe musisz.
Strona 76
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Nie! JuŜ niedługo się ściemni, ja się boję.
— Taka duŜa dziewczyna, a taki tchórz, wstydziłabyś się.
•— Wcale się nie wstydzę. Jeszcze mnie chuligany napadną. Stefan aŜ sykał ze
złości. Niechby tak mama usłyszała o chuliganach.
— Dobrze. Sam pójdę, chociaŜ jestem chory. A jak mi to zaszkodzi i
rozchoruję się, będzie na ciebie. A jak umrę, to dopiero zobaczysz.
— Wcale nie umrzesz — upierała się Lucynka — bo juŜ jesteś zdrów.
— Mamusiu — prosi głośno Stefan — polecę do Wiktora.
— Ani mi się waŜ — odpowiada mama z kuchni. — JeŜeli jutro będzie moŜliwa
pogoda, to wyjdziesz.
— Ale, mamusiu, mnie koniecznie jest potrzebna geografia. Dziś wieczór
powtórzyłbym sobie, bo zaraz po świętach na pewno będę odpowiadać.
— ZdąŜysz jeszcze jutro!
— Na jutro umówiliśmy się z Bartkiem. Mamy przerabiać razem zadania.
Dzisiaj cały wieczór mam wolny i nie mogę nic bez ksiąŜki zrobić, a potem jak
dwójkę złapię, to wszyscy na mnie. A czy ja mogę liczyć na czyjąś pomoc?
Choćby tyle, co brudu za paznokciem? Mogłaby przecieŜ Lucyna skoczyć.
— Dobrze, niech idzie Lucynka — mówi, przekonana argumentami Stefka, mama.
Lucyna się wykrzywia, pokazuje Stefkowi język, ale skoro mama
zdecydowała, Ŝe ma iść — pójdzie.
— Powiedz Wiktorowi, Ŝeby tu natychmiast, ale to natychmiast przyszedł,
rozumiesz?
— Aha. Zachciało ci się, Ŝeby on tu przyszedł, i ja mam tylko po to iść. O
Ŝadnej geografii ani słowa. Wydało się.
— Nic się nie wydało. Myślałem, Ŝe się sama domyślisz. Wiktor ma przyjść z
geografią, oczywiście. Ale...
Lucynka juŜ była za drzwiami. Wróciła po dobrym kwadransie zapłakana,
szlochająca.
— Ja nie chcę, ja juŜ nigdy do Wiktora nie pójdę — Ŝaliła się od progu — tam
straszy.
— Co za brednie — rozgniewała się mama. — Co tam było takiego?
— Poszłam — chlipała Lucynka — wchodzę na tę klatkę, gdzie mieszka Wiktor, a
tam ciemno. śarówki zepsute...
— No, to co wielkiego? — przerywa Stefan. — PrzecieŜ i u nas światło czasem
nawala.
— U Wiktora byłaś? — pyta mama.
— Byłam. Jak szłam na górę, to się nie bałam. ChociaŜ było ciemno. Dopiero
jak Wiktor otworzył...
- Nic nie rozumiem — rozgniewała się mama. — Jak juŜ ci
Wiktor otworzył, to zrobiło się jasno i chyba Wiktora się nie zlękłaś?
— A właśnie, Ŝe... a właśnie... bo u Wiktora diabły siedzą.
To zaczynało być ciekawe. Stefan, czując przyjemny dreszcz po krzyŜu,
przysunął się do Lucynki.
— Widziałaś?
—¦ Nie! Nie widziałam — Lucynie z oczu puściły się nowe strumienie łez — chyba
umarłabym ze strachu. W przedpokoju stał tylko Wiktor. Przy samych drzwiach.
Ale mówił... Sam mówił.
— Co ci mówił? — przerwała ostro mama.
—¦ Mówił, Ŝe nie moŜe zaraz przyjść, bo musi najpierw wybić diabła... i
powiedział, Ŝe juŜ nóg i rąk nie czuje... bo to juŜ trzeci diabeł... i Ŝe jak
go tylko nabije, to przyjdzie.
Mama patrzyła na Lucynkę, na Stefka i znowu na Lucynkę. Wzruszyła wreszcie
ramionami.
— Niech tylko ten Wiktor zjawi się tutaj, juŜ ja mu przemówię do rozumu.
Psie figle zawsze go się trzymają. A ty teŜ głupia jesteś, Ŝeby w takie bzdury
wierzyć. Geografię Stefkowi przyniosłaś?
— Zapomniałam. Tylko powiedziałam, Ŝeby przyszedł. A jaK powiedział o tych
diabłach, to zaraz uciekłam. I goniło mnie coś. Nigdy juŜ tam nie pójdę. I
Wiktor niech tu nie przychodzi — dodała po cichu. — MoŜe te diabły za nim
chodzą?
Wiktor biegł do Stefana, nie spodziewając się niczego. Kiedy w przedpokoju z
ust rozgniewanej pani śórawcowej zaczął płynąć potok oburzenia na jego „psie
figle", na jego brak serca — przecierał, jak się mówi, oczy.
Strona 77
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— O co chodzi? — zapytał wreszcie.
— Niby nie wiesz? Po co straszyłeś Lucynkę?
— Ja? Straszyłem?
¦— Ty, ty, nie kto inny. Diabłami.
— Diabłami? — powtórzył Wiktor i z jego miny widać było, Ŝe naprawdę nie
rozumie, o czym mowa.
— Ja tu z wami zwariuję — powiedziała pani śórawcowa. — Lucynka, chodź tu.
Lucynka, ociągając się, weszła do przedpokoju. Przyjrzała się podejrzliwie
Wiktorowi, Kto go wie, co on tam ma z tymi diabłami?
— A nie mówiłeś, Ŝe musisz jeszcze tego trzeciego diabła nawalić? I Ŝe juŜ
cię ręce i nogi bolą? Nie mówiłeś?
Wiktor oparł się o ścianę i parsknął śmiechem.
— Nie diabła, ale szatana. Przypomnij sobie, mówiłem, Ŝe muszę
jeszcze jednego szatana naparzyć, tak?
— No tak, a jak wy się naparzacie, to znaczy...
— A naparzyć szatana to znaczy czarną kawę zrobić. Taką czarną jak
szatan. Proszę pani, nasz Kostek z kolegami uczy się do egzaminu i ja im
ciągle tę kawę naparzam. O rany, Lucyna, ale z ciebie osesek — szatana od
diabła nie odróŜniasz.
Lucyna oddaliła się obraŜona. Pani śórawcowa z trudem utrzymywała powagę.
— Prawdziwą kawę parzysz? I to taką mocną? IleŜ to kosztuje?
— E, proszę pani, to taki studencki szatan: duŜo cykorii, trochę prawdziwej
kawy i tylko woda gorąca jak piekło. Ale im smakuje!
Pomysł ułoŜenia tajemniczego, przeznaczonego tylko dla uŜytku STO alfabetu
podobał się Wiktorowi ogromnie.
— śe teŜ dopiero teraz o tym pomyśleliśmy — biadał — przecieŜ dla
takiej organizacji to waŜna rzecz. Zwykły list kaŜdy moŜe przeczytać; to, co
się przez telefon mówi — kaŜdy moŜe usłyszeć, a tak piszę ja do ciebie albo ty
do mnie o jakichś sprawach wielkiej państwowej wagi i nawet niech te
listy trafią w ręce wroga — nic z tego, nie ugryzie.
— No właśnie — Stefan mimo woli zadzierał nosa: przecieŜ to by] jego
pomysł. — Dawaj ołówek, ułoŜymy szyfr. To się Bartek zadziwi!
Wypisał na kartce cały alfabet. śeby skomplikować i utrudnić niepowołanym
odgadnięcie szyfru, poustawiał przy literach cyfry na chybił trafił. Napisał
według tego wyraz „Tajemnica" i kazał przyjacielowi przeczytać. Wiktor
biedził się długo. Z trudem
wyszukiwał wśród dwudziestu czterech liter właściwe znaki.
Zdenerwował się.
— Taki szyfr to do kitu, Z kartką nie mogę przeczytać, a co dopiero bez
kartki! To znaczy, Ŝe zawsze musiałbym przy sobie nosić kartkę z alfabetem. A
jestem roztargniony. Wszyscy wielcy ludzie byli roztargnieni, wiesz?
— Teraz juŜ wiem. No i co?
— A to, Ŝe roztargnieni ludzie wszystko gubią. Więc jak zgubię kartkę z
szyfrem, to juŜ po naszej tajemnicy. Koniec i kropka.
— No, więc trzeba się szyfru nauczyć na pamięć.
— Jeszcze czego. Mało mam obkuwania lekcji, to jeszcze takiego głupiego
szyfru będę się uczył?
— Wymyśl mądrzejszy — obraził się Stefan.
— Naturalnie, Ŝe wymyślę. Najmądrzejsze jest to, co
najprostsze. Patrz: „a" to 1, „b" to 2, „c" to 3 i tak dalej. Niczego nie
potrzebuję wkuwać. Do policzenia wystarczą mi palce u rąk. Muszę tylko
pamiętać, Ŝe litery do „k" są w pierwszej dziesiątce, a od „k" w drugiej i
tych parę końcowych po „t" na dodatek. I juŜ. Proste jak drut. Widzisz,
frajerze, proste, co?
— Bardzo proste — nadął się Stefan. — Szczególnie dla tych, którzy będą
chcieli nasz zaszyfrowany list przeczytać. To będzie tak po twojemu: koniec i
kropka.
— Nic podobnego. śeby na taką prostą rzecz wpaść, to trzeba mieć tu — Wiktor
stuknął się zgiętym kciukiem w ciemię — olej! Rozumiesz?
—¦ Ani w ząb. Widocznie ja tu — Stefan z drwiącą miną powtórzył gest Wiktora —
nie mam tego oleju.
— No, przecieŜ to nie twoja wina — Wiktor udał, Ŝe w słowach Stefana nie
słyszał drwiny. —- Ja ci wszystko zaraz wytłumaczę. Zwyczajni ludzie to
Strona 78
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
sobie wyobraŜają Bóg wie co, łamią głowy nad rozwiązaniem najprostszej
sprawy...
¦— A ty nie łamiesz głowy nad rozwiązywaniem najprostszych zadań? —
przypomniał nie bez satysfakcji Stefan.
— Nie! Nie łamią! Stwierdzam po prostu, Ŝe nie potrafię, i odpisuję zadanie
od ciebie albo od Bartka.
— Faktycznie. Genialne, bo takie proste. Tak?
—. Nie masz co kpić. Wiesz, jak było z węzłem gordyjskim? Stefan wzruszył
ramionami. Teraz zrewanŜował się Wiktor.
— No tak, kaŜdy ma swoją piętę, a ty nawet dwie: polski i historię...
— Ty teŜ masz dwie pięty.
— Nie, ja achillesową mam tylko jedną: matematykę. Achilles miał teŜ tylko
jedną taką.
— Kuternoga ten twój Achilles.
— Nie kuternoga. Miał wspaniałe obie nogi, a całe ciało odporne na wszelkie
strzały, tylko jedną piętę...
— Wiktor, jak ci zaraz przyłoŜę czymś twardym, to się okaŜe, Ŝe masz piętę
achillesową i na głowie, bo ci tam guz wyskoczy jak kurze jajo. Takiś mocny w
tej historii staroŜytnej? Powiedz coś o twierdzeniu Pitagorasa.
— Poddaję się! Poddaję! — uciekał wokół stołu przed Stefkiem Wiktor. —
Niech tego Pitagorasa piekło pochłonie! Niech go autentyczne szatany
wezmą w swoje ręce. Ile ja się z tym twierdzeniem namęczę! A po świętach na
pewno matematyk się do mnie przyczepi. Ma on na mnie oko. ZauwaŜyłeś?
— Nie zauwaŜyłem. Zdaje ci się. No, ale co z tym alfabetem?
— Aha, miałem ci opowiedzieć o Aleksandrze Macedońskim.
— A co mnie twój macedończyk obchodzi? — rozgniewał się Stefan. — Mieliśmy
ułoŜyć alfabet, nie?
— No, przecieŜ juŜ go ułoŜyliśmy. Więc o co chodzi?
Z Wiktorem było tak zawsze. Co on wymyślił — musiało być najlepsze. Stefanowi
nie pozostawało teraz nic innego, jak zaimponować mu podwójnym i zmiennym
hasłem. Wiktor zrozumiał w lot.
—• Więc na przykład moŜemy wziąć nazwę z czegoś do jedzenia.
— I dodać coś z geografii — dorzucił czym prędzej Stefan, widząc, Ŝe mama
zagląda do pokoju.
—¦ Dobrze. No, więc na przykład bigos... — Wiktor z przyjemnością pociągnął
nosem, bo z kuchni szedł smakowity bigosowy zapach.
— ...i Atlantyda! — dokończył Stefan.
— Mortadela i...
— Kanał Sueski...
— Kiszka kaszana...
— Archipelag Galapagos!
— Kartoflanka ze słoniną...
Stefan z rosnącym zdziwieniem przyglądał się Wiktorowi, który wymieniając
kolejne „coś do jedzenia", delektował się wyraźnie, aŜ do przełykania śliny i
przymykania oczu włącznie. Całe szczęście, Ŝe nazwy potraw wymieniał
półgłosem. Tym głośniej Stefan zwracał się w stronę otwartych drzwi do
przedpokoju, rzucając nazwy geograficzne:
— I Przylądek Dobrej Nadziei!
— Albo tak: grochówka na Ŝeberkach z kaszą, a na drugie: kluski kładzione z
serem. Mówię ci, pierwszorzędne papu.
Wiktor znowu przełknął ślinę.
— Czyś ty z byka spadł? Pod zaszyfrowanym listem będziesz cały obiad gotować?
— zawołał obudzony Stefan.
Wiktor ocknął się.
— E, nie... co to miało być? Aha, hasło. No tak, tylko Ŝe mi się przypomniała
mama. Wiesz, Ŝe mamy w domu nie ma. A jak jest,- to -zawsze taki spis na cały
tydzień zrobi i na .kredensie w kuchni zawiesi! Kto jest w domu, to odpowiada
za to, Ŝeby na przykład groch na noc wodą zalać albo po barszcz skoczyć. I
wiesz, Stefan, ja dziś kartoflankę ugotowałem — palce lizać. Zostało na
kolację, chyba Ŝeby Kostek... Ale ja juŜ muszę iść, bo właśnie przypomniałem
sobie o jednej bardzo waŜnej sprawie.
W tej chwili do pokoju zajrzała pani śórawcowa.
— Chodźcie no do kuchni. Zjecie trochę bigosu. Wiktor zaczął się wymawiać:
Strona 79
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Dziękuję bardzo. Wychodząc z domu tak się najadłem... I w ogóle...
muszę juŜ wracać, bo Kostek pewnie o kolacji zapomni, a mamusi nie ma...
— Nie kręć, tylko chodźcie tu prędzej, bo bigos stygnie. Wobec tego Wiktor z
takim animuszem wziął się do bigosu, Ŝe
mu pani śórawcowa dwa razy dokładała. Po wypiciu herbaty
ze sporym kawałkiem ciasta wytarł usta chusteczką i elegancko podziękował
wstając od stołu.
__ Wracajcie do swojej geografii — powiedziała mama.
Alfabet był ułoŜony. NaleŜało tylko zawiadomić Bartka.
Bartuś wbrew przewidywaniom nie okazał ani zachwytu, ani nawet zrozumienia dla
tak doniosłej sprawy jak własny szyfr. Był przecieŜ spośród nich trzech
najstateczniejszy, najbardziej kierował się zdrowym rozsądkiem i szybującego w
przestworzach Wiktora często oblewał zimną wodą. Tak było i teraz.
__No i co z tego? — zapytał wysłuchawszy entuzjastycznej
i nie pozbawionej jak zwykle przesady opowieści Wiktora. — No i co z tego
alfabetu? — powtórzył spokojnie.
Wiktor i Stefan oniemieli po prostu na tak obojętne potraktowanie wspaniałej,
ich zdaniem, nowiny.
— Jak to co? Nie rozumiesz? — zawołał Stefan. — Będziemy mogli do siebie
listy pisać!
— I tak moŜemy. Dostałeś mój list?
— No, właśnie: dostałem, ale jestem pewny, Ŝe go Alina
przeczytała._._ ...........
................:............
— No i co z tego, Ŝe przeczytała? Stało się co?
— Tym razem się nie stało, ale gdybyś mi powierzał jaką tajemnicę albo coś
takiego waŜnego...
— To nie przysłałbym tego przez Alinę, tylko powiedziałbym ci wprost albo
wysłałbym pocztą.
— A co, myślisz, Ŝe na poczcie nie potrafią otworzyć listu i wykraść tajemnicy?
— Zwariowaliście — oświadczył Bartek. — O czym będziemy się zawiadamiać? O
tym, co na jutro zadane? Albo o tym, Ŝeby jeden do drugiego przyszedł? To ći
wielkie sekrety!
— Daję słowo, mnie to zupełnie z nóg ścięło. — Wiktor rzucił się na kanapę,
aŜ jęknęły spręŜyny. — Bartuś, Ŝal mi cię serdecznie. Masz zdolności do nauk
ścisłych, racja. Matematyk jesteś wspaniały — druga racja. Ale nie posiadasz
za grosz wyobraźni. Za pół grosza — teŜ nie. Niby to jesteś taki
praktyczny, a pomyśl sobie o takiej sytuacji: na przykład ja umieram. LeŜę
właśnie na łoŜu śmierci — to mówiąc Wiktor wyciągnął się na ka-
napie jak długi i splótł na brzuchu dłonie — i tylko mi Ŝal, Ŝe do grobu
zabieram ze sobą wiadomości o ukrytych w parku skarbach. I oto, co robię:
wyciągam siniejącą dłoń i proszę o kartkę papieru, na której stawiam kilka
znaków zrozumiałych tylko dla was. Zwijam kartkę nadludzkim wysiłkiem, rzucam
ostatnie gasnące spojrzenie... I koniec. I kropka. Wtedy nie Kostek, a wy,
wierni przyjaciele, odziedziczycie moją procę i zasuwkę z prawdziwego
mosiądzu, i kolekcję nakrętek na rzemyku.
Wiktor zakończył zastygłszy w nieruchomej pozie. Stefan uległ nastrojowi i aŜ
oddech powstrzymał. Raptem pokój wypełnił wybuch serdecznego śmiechu. To
Bartek upadł w poprzek Wiktora na kanapę, aŜ nogami się nakrył, i pękał ze
śmiechu. Przyłączył się do niego po chwili Stefan, a i Wiktor, usiłując się
wydostać spod nieźle waŜącego grubasa, krztusił się śmiechem.
— Zgoda! — wołał Bartuś. — Poddaję się. Naturalnie na takie okazje konieczny
jest szyfr. O BoŜe! CóŜ by nam ze Stefanem na otarcie łez zostało, gdyby
prawdziwą mosięŜną zasuwkę odziedziczył Kostek! A do tego najlepszą w klasie
procę! Zgoda! Od dzisiaj uŜywamy waszego alfabetu!
Stefanowi odechciało się nagle śmiać. Jak to: „waszego" alfabetu? Czekał, Ŝe
Wiktor nieporozumienie sprostuje, ale ten albo wcale nie słyszał pomyłki, albo
nie przywiązywał do niej wagi, bo znowu z właściwym sobie ferworem wprowadzał
Bartka w skomplikowaną dla nie wtajemniczonych, ale prostą w zasadzie metodę
uŜywania hasła.
Bartek i tu zaoponował. Dziedzina jedzenia, owszem, była mu równie bliska jak
i Wiktorowi, ale co do geografii, której nie lubił, sprzeciwił się od razu.
— Niech będzie coś z historii, to lepiej.
Strona 80
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Wiktor zgodziłby się chętnie, było mu wszystko jedno, ale tu juŜ wtrącił się
pełen urazy Stefan:
— Wykluczone. Ani słowa z Ŝadnej historii. Nie zgadzam się. — A widząc
wymowne zdziwienie Bartka, postanowił sytuację wyjaśnić: — No, tak. Nie
wytrzeszczaj oczu. Mam prawo nie zgadzać się. Kto wpadł na pomysł tego
alfabetu? Ja. Kto wymyślił
takie kombinowane hasło? MoŜe Wiktor, co? Na Ŝadną historię się nie zgadzam.
Wiktor nie Ŝyczył sobie dyskusji na temat zasług przy powstawaniu alfabetu i
hasła. Zaczął szybko:
— Wiesz, Bartek, z historią to naprawdę jakoś tak nieładnie będzie. No,
posłuchaj tylko: „Bitwa pod Grunwaldem i nóŜki w galarecie", albo:
„Aleksander Macedoński i flaki z olejem". Nie, to humor, słowo daję,
tak nie moŜna. Stefan ma rację. Historia wysiada.
— Dwa do jednego, ustępuję — oświadczył rzeczowo Bartek. Stefan przypomniał o
kronice. Ani myślał rezygnować choćby
z tak skromnego uczczenia własnych zasług.
W chwili kiedy Bartek zamykał na klucz szufladę, w której schowana była
kronika, ElŜbieta otworzyła drzwi i z miejsca zapytała:
— Chłopcy, macie ochotę przyjść do naszej szkoły na zabawę? Nie wiadomo
kiedy Wiktor i Bartek wyrazili zgodę. Stefan
nie umiał znaleźć wymówki. Jego milczenie ElŜbieta wzięła za dobrą monetę.
Wieczorem ojciec siedział przy radiu. Nadawano skoczną muzykę taneczną. Lucyna
wyciągnęła mamę z kuchni i tańczyła z nią naokoło stołu. Podskakiwała jak
wróbel na nitce, aŜ się ojciec śmiał, ale takt chwytała doskonale i obracała
się zręcznie. Stefan patrzył z zazdrością. W pewnej chwili powiedział głosem
szorstkim od zakłopotania:
— Tak, Lucynkę to mamusia nauczyła tańczyć, a ja to co? Inni skaczą, tylko
ja niby ten drąg w kącie...
Tego wieczoru Stefan został wprowadzony w arkana sztuki tanecznej. Nawet mu ta
pierwsza lekcja nieźle poszła.
ROZDZIAŁ 20.
ROWER-CUDO.
ZEMSTA PRZYGOTOWANA, ALE PODSŁUCHANA. SEWERKA TRZEBA NAUCZYĆ ROZUMU.
Rower, zakupiony przez Komitet Rodzicielski dla najlepszego ucznia, stał w
hallu szkoły na samym środku. Otaczały go cztery słupki połączone listewkami i
to było dobrze i źle zarazem. Źle, bo kaŜdy miał chętkę dotknąć go, oprzeć
rękę na kierownicy, przekonać się, czy pedały lekko chodzą, a były i takie
niedowiarki, które twierdziły, Ŝe to w ogóle nieprawdziwy rower i szkoda po
prostu czasu na oglądanie takiej „lipy". Dziwnym zbiegiem okoliczności
„niedowiarki" rekrutowały się przewaŜnie z nielicznej, na szczęście, grupy
patentowanych leniuchów, których do umysłowego wysiłku nie mógł pobudzić nawet
taki cud jak ten śliczny rower.
Bo to był naprawdę śliczny rower! Oczu od niego nie moŜna było oderwać. W
czasie pierwszych dni po feriach świątecznych bariera oblepiona była stale
ciekawskimi. Po kaŜdym dzwonku wylewające się z klas strugi chłopców i
dziewcząt łączyły się w jeden wartki strumień spływający z wielu pięter wprost
na parter, do hallu, kierunek — rower. I ciągle odkrywano jakieś nowe zalety,
ciągle warto było sycić oczy widokiem pięknego sprzętu. Płynęły dni, fala
podziwu nie słabła.
Czarno lakierowana rama, srebrzyste szprychy, wąskie wyścigowe gumy, pachnące
skórą siodełko, przerzutka, nawet pompka, nawet hamulec — wszystko to było po
stokroć omawiane, wytykane palcami, obmacywane oczami.
Tu trzeba podkreślić przydatność bariery. Dobrze, Ŝe była, bo Ŝaden sprzęt,
zrobiony przez najdoskonalszego nawet rzemieślnika, nie oparłby się tylu
dotknięciom. I skała kruszy się pod wpływem stale spadających kropli.
— Całe szczęście, Ŝe_ tej nagrody nie moŜna brać do ręki — powiedział któregoś
dnia Bartek stojąc z przyjaciółmi obok bariery.
Przed chwilą właśnie woźny szkolny energicznie odsunął kilku piątoklasistów
tak gwałtownie napierających na listwę, Ŝe aŜ wygięła się i niebezpiecznie
zatrzeszczała.
— Całe szczęście — przytaknął mu Stefan. *— A co, ubyłoby go? — z zaczepką w
głosie zapytał stojący
— Jakbyś zgadł — odpowiedział spokojnie Bartek. — KaŜdy chciałby zakręcić
Strona 81
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
kołem, spróbować pedałów, hamulców. Oho! Byliby i tacy, którzy
próbowaliby, czy lakier pod paznokciem nie schodzi. I przy końcu roku stałby
tu całkiem inny rower.
— Co za przyjemność takiego odrapańca dostać — wydął wargi Stefan.
— A juŜ na wyścig... ani mowy — dorzucił Wiktor.
— No, jeŜeli o was chodzi, to moŜecie być zupełnie spokojni: czy nowy,
czy odrapany, ten rower do was nie trafi! Nie martwcie się,
moi kochani koledzy, szkoda nerwów.
Słowa te, wypowiedziane ze sztuczną swobodą i uprzejmością, miały tak wyraźną
intencję, Ŝe nawet flegmatyczny Bartek uczuł się dotknięty,
— Dlaczego?
— Dlaczego? — powtórzyli ostro Stefan i Wiktor nachylając się w stronę Sewerka.
— Dłatego Ŝe ten rower otrzyma w nagrodę ten, kto... kto... jest sumienny...
i pilny... i ma wyniki w przodowaniu, i stale myśli o podniesieniu honoru
harcerza!
Ostatnie słowa Sewerek wygłaszał juŜ bohaterskim tonem, a przy honorze uderzył
we własną pierś, dając do zrozumienia, Ŝe w tym właśnie miejscu wspomniany
honor obrał Sobie godne siedlisko.
— AleŜ z ciebie muszkieter! Myślałby kto! — zakpił Stefan. Faktycznie, istny
Portos! — szydził Wiktor. — Czego tu
nie ma' i obowiązek i sumienie, i honor! Tylko ci szpady i końskiego ogona
brak Sewerysiu, serce moje. Pluń na rower- Takie muszkietery tylko z
wysokości czterech kopyt przemawiały. A ty masz tylko dwa, i to nie podkute.
Sewerek zrobił się purpurowy. Chłopcy i dziewczęta wokoło
zajęci byli oglądaniem roweru, ale kilkoro najbliŜej stojących słyszało tę
wymianę zdań. Ktoś z aprobatą pociągnął nosem, ktoś inny parsknął śmiechem.
— A ty się nie przezywaj! Rozumiesz? — rzucił się juŜ wprost do Wiktora
Sewerek.
Wychowawca Słysząc podniesiony głos zbliŜał sie do topniejącej na dźwięk
dzwonka gromady. Na jego widok Wiktor spotulniał jak baranek.
— Kto się przezywa? Stuknij się! JuŜ lepiej powiedz, Ŝe ci zanadto
pochlebiam. Proszę pana — zwrócił się wprost do nauczyciela — jeŜeli ja go
porównuję do muszkietera, do takiego na przykład Aramisa — czy to jest
przezwisko?
— A ten koński ogon, a te kopyta? — wołał zaperzony Sewerek.
— To jest tak zwany „artystyczny opis postaci" — tłumaczył z całą powagą
Wiktor, a widząc zdziwione spojrzenie nauczyciela, dodał w jego stronę: — na
koniu, naturalnie. Przechodzimy to teraz na polskim, Sewer, nie
uwaŜałeś na ostatniej lekcji. Jak się nie weźmiesz w garść, to rower z
twoich planów wysiada — a raczej ty z roweru.
— Dosyć juŜ! Do klas, nie słyszeliście dzwonka? — naglił
zniecierpliwiony nauczyciel.
— ...i pokazywał Sitarkowi notes. Ma w nim zapisane wszystkie twoje
ściągania: z czyjego zeszytu, co i kiedy — mówił Bartek.
Wiktor, do którego te słowa były skierowane, siedział oniemiały.
A przecieŜ rzadko zdarzały się takie chwile, Ŝeby mu brak było właściwej
odpowiedzi.
— No dobrze, i co z tego? — rzucił Stefan. Czy Sitarek
go pytał?
— Nie potrzebował pytać. Sewerek sam się pochwalił. jutro ma iść z tym
notesem do pana kierownika. śeby pan kierownik zobaczył, jakie z nas dobrane
towarzystwo.
__ Z nas? — powtórzył Wiktor. — PrzecieŜ mówił tylko o mnie.
__, Daj mi dokończyć. Najpierw mówił tylko o tobie. śe ty
Ŝadnego szacunku dla władz harcerskich, to znaczy dla niego, nie masz, Ŝe
ciągle się z niego wyśmiewasz, Ŝe dla ciebie nic świętego i tak dalej. A
potem, Ŝe on cię jutro urządzi, Ŝe zobaczysz i Ŝe razem z tobą wszystkie
chwasty z tego pola pszenicy, to znaczy z naszej klasy, trzeba wyrwać. A te
chwasty to niby Stefan i ja, bo my w notesie Sewerka teŜ figurujemy.
— No, w zacnej kompanii zawsze raźniej, jak mówił Onufry Zagłoba, którego
szlachetne imię nie na darmo w STO noszę.
Widać było, Ŝe Wiktorowi wraca przytomność umysłu.
— A ten notes to tylko dla nas czy dla całej klasy? Sitarek teŜ tam figuruje?
Strona 82
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— chciał wiedzieć Stefan.
— Nie! Sitarka tam nie ma. Sewer powiedział, Ŝe kto z nim jest, moŜe się nie
bać. A przecieŜ Sitarek zawsze na kaŜdą zbiórkę zegarka mu poŜycza.
'Wiec niby o nim Sewer nie pisze. Sitarek nie bardzo w to wierzy. Powiedział
do mnie, Ŝe mu się to wszystko nie podoba, Ŝe tak harcerz nie postępuje.
— Ale Sewerkowi tego nie powiedział? Tchórz! — rzucił się Wiktor, aŜ
podniesiony raptownie pulpit stuknął i narobił hałasu w pustej klasie.
— Nie powiedział — stwierdził Bartek i cięŜko opuścił się na ławkę.
Widać było, Ŝe dokonał nie lada wysiłku mówiąc tak długo.
— No i co teraz? — niecierpliwił się Stefan.
—¦ Trzeba się zastanowić — myślał na głos Bartek.
— Aha, zastanowić, znam ja takie: zastanowić się, przemyśleć, rozwaŜyć i
poddać pod dyskusję. Na coś takiego to ty, Bartuś, moŜesz sobie pozwolić. Tę
rękę daję — Wiktor w ferworze wysunął lewą nogę i klepnął się po niej z
rozmachem — tę rękę pozwalam sobie uciąć, Ŝe o tobie tam jest o wiele
mniej niŜ o mnie. Ty, mój drogi, niczym pana kierownika nie zastrzelisz. Ale
ja! Rany Boskie, jeŜeli on zapisywał wszystko! Nie, ja do tego nie mogę
dopuścić, Ŝeby przez takiego gałgana pan kierownik się zgryzł. Bo zgryzie
się — ja pana kierownika dobrze
znam. I mamie powie, i mama się teŜ zgryzie. Nie, chłopaki, jeŜeli my się na
to zgodzimy, to niech mnie tu zaraz, natychmiast... popelina ogarnie!
— Popelina? — Stefan przyglądał się podejrzliwie.
— A bo co? Kostek mówi zawsze „flanela", a mnie stać na popelinę. I koniec. I
kropka.
— Nie gorączkuj się tak — powiedział Bartek, ale jego spokój podziałał wręcz
odwrotnie.
— Ja się gorączkuję? Ja? — pulpit Wiktora podskakiwał raz za razem. — Okazuje
się, Ŝe mnie nie znacie! Jestem spokojny jak ocean! Jak wszystkie oceany
świata skute podbiegunowym mrozem. Tak. śebyście wiedzieli i Ŝeby was o tym
przekonać, idę natychmiast do Sewerka i z całym spokojem oświadczam
mu...
— Co? — spytał Bartek.
— Teraz ty nie dajesz mi dokończyć. A wiec, pozwól, moje oświadczenie
wygląda tak: W jedno ucho - raz! W drugie ucho - dwa! — Wiktor boksował
powietrze przed sobą, pulpit hałasował nieustannie.
— Teraz... trzy! Krew idzie z nosa! Sewerysio ozdobnie nakrywa się nogami.
To cztery! A ja z najwyŜszą pogardą spoglądam na niego, z góry, po prostu z
czterdziestego piętra, mówię: „Koniec i kropka" — i odchodzę z jego notesem w
ręku. Chłopaki! Cała klasa uratowana! Cała klasa! Kto tego dokonał? Kto? ten
oto stojący przed wami skromny młodzieniec, który nie darmo nosi
imię Wiktora.
— I Kijanki — złośliwie dorzucił Stefan. — To pewnie dlatego zaraz się do
bitki bierzesz. Ale kij ma dwa końce. I ta cała sprawa wcale tak szybko nie
pójdzie. Owszem, na leŜącego Sewerka moŜesz z góry patrzeć, ale połóŜ go
przedtem. On ma pięści mocne...
— To idziemy we trzech. Jesteśmy STO czy nie jesteśmy? Ślubowaliśmy
„wierność i braterstwo do ostatniego tchu"? Pamiętacie? A jak nie chcecie, to
znaczy całe nasze STO psu na budę. I koniec. I kropka.
Teraz juŜ Bartek nie wytrzymał:
—• Dosyć tego. Ja na ciebie mogę teŜ z czterdziestego piątego piętra, wiesz?
STO ma „świetlane cele" — tak pisze w kronice, tak? Pamiętasz? A u ciebie
świetlany cel to „w ucho — raz" i w drugie — dwa"! I we trzech na jednego? Tak?
Wiktor nie wiedział, gdzie oczy podziać.
— Tak... ja teŜ widzę, Ŝe tak nie moŜna — odezwał się równieŜ speszony
Stefan, który przed chwilą gotów byłby iść na wezwanie Wiktora — krzyku się
narobi, Sewerka matka przyleci do pana kierownika i dojdą wszystkiego
po nitce do kłębka. A przecieŜ chodzi o to, Ŝeby Sewerek nie poszedł jutro
z tym notesem...
— No więc co? — Wiktor patrzył na Bartka, który zdecydował:
— Napisz do niego parę słów. Grzecznie, Rzeczowo i stanowczo.
— Dobra. Zaraz piszę — Wiktor nadrabiając miną wyrwał kartkę z
brulionu i juŜ odgryzał koniec obsadki. — Jak zacząć? PrzecieŜ nie „Szanowny
Panie"? „Szanowny Kolego" teŜ nie. To pies — nie kolega.
Strona 83
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Napisz: „Szanowny Obywatelu!"
— Dobra: „Szanowny Obywatelu." Dalej juŜ wiem.
Wiktor pisał wyraźnymi, energicznymi literami. Po dłuŜszej chwili przeczytał:
„Szanowny Obywatelu!
Słuchaj, Sewer, od samego początku ryjesz pod nami i ryjesz. Do tej pory
uchodziło Ci to na sucho. Zwracanie uwagi na takie kreatury jak Ty jest
poniŜej naszej godności. Ale jeŜeli teraz polecisz na nas z jęzorem do
kierownika, to w najbliŜsze popołudnie własne zęby będziesz niósł w
tornistrze, a ojciec i matka na Twój widok trupem padną. Zastanów się,
chłopie, co Ci rodzice zawinili? Ocknij się i zacznij Ŝyć jak człowiek, to
moŜe przestaniesz być świnią, czego Ci Ŝyczy z harcerskim pozdrowieniem
Wiktor Kijanka."
Bartek nie taił swojego niezadowolenia.
— Miało być grzecznie, a u ciebie to wyszło po prostu ordynarnie. Wykreśl te
„zęby".
— Wykreślam, niech ci będzie. A co na miejsce zębów?
— Nic, wykreśl do końca.
— Nic?... Tak nie moŜna, bo mi się cała myśl zepsuje. Jak to wygląda: „Ale
jeŜeli teraz polecisz na nas z jęzorem, to w najbliŜsze popołudnie" — dalej
wykreślone i co? Aha, juŜ wiem, wstawię w to miejsce „kości". To
juŜ jest bardzo elegancko. O kościach to moŜna w najlepszym towarzystwie, Co?
Nie, Bartkowi nie podobało się w dalszym ciągu. AŜ się Stefan zniecierpliwił:
— E, Bartuś, nie przesadzaj. MoŜe chciałbyś, Ŝeby tam jeszcze gołąbka pokoju
narysować? Bez tych zębów jest zupełnie dobrze.
, — Ja nie napisałbym tak — upierał się Bartek.
— Myślę! — zadzierając nosa do góry oświadczył Wiktor. — Nie kaŜdy tak
potrafi. Od kiedy ja pracuję nad swoim stylem. A styl to człowiek, wiesz?
Jakiś mędrzec dawno temu tak powiedział, wiesz? Ale nie zniechęcaj się,
Bartuś. Pracuj nad sobą. MoŜe kiedyś, choćby w- małym stopniu, dorównasz mi.
Bartek tylko ramionami wzruszył na tę tyradę. Tymczasem Wiktor złoŜył zręcznie
kartkę i na wierzchu wypisał imię i nazwisko adresata, mówiąc:
— Trzeba to natychmiast doręczyć zainteresowanej osobie. Kto to zrobi?
— Ja nie — powiedział Bartek.
— Ja teŜ nie — dorzucił Stefan.
— No, to chodźmy pod jego dom, moŜe się trafi jakaś okazja — zadecydował
Wiktor.
Okazja miała najwyŜej siedem lat, urwany daszek u czapki i bardzo zakatarzony,
czerwony nos.
— Słuchaj no, mały, wiesz, gdzie mieszkają Witkowscy?
— Wiem, a bo co?
— A Sewerka Witkowskiego znasz?
— Znam, a bo co?
— To weźmiesz tę kartkę i zaniesiesz do niego, dobra?
__. Nie! Nie zaniosę.
— Zanieś. Co ci to szkodzi?
— Sam sobie zanieś. Sewerek się bije.
— Coś podobnego, takiego grzecznego chłopca jak ty bije? A to gałgan! —
urabiał malca Wiktor. — Ale w mieszkaniu tego nie zrobi, nie bój się. Jego
mama nie pozwoli, Ŝeby cię zbił. A jak zaniesiesz tę kartkę, to ci coś dam.
— A co?
— Znaczek. Fajny znaczek, zobaczysz. Za taki znaczek to ci kaŜdy w szkole da,
co zechcesz. No, zaniesiesz?
Chłopak podszedł, aby wziąć kartkę.
— Do rąk własnych! Słyszysz? — krzyknął za nim Wiktor w czeluść bramy.
Czekali kilka minut. Malec wrócił, wyciągnął czerwoną, zmarzniętą jak i nos
rękę.
— Daj znaczek.
— Oddałeś? — nie spieszył się Wiktor.
— Tak.
— Do rąk własnych?
— No chyba. Daj znaczek. .
— A Sewerek pytał się, kto ci dał kartkę?
— Nie pytał się, bo go nie było. Kartkę wzięła do rąk własnych jego mama.
Strona 84
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Stefan parsknął krótko. Wiktor był wściekły. Gdyby nie obecność kolegów,
szczególnie Bartka, malec zamiast znaczka zobaczyłby najwyŜej figę złoŜoną z
poplamionych atramerftem palców Wiktora. Pod milczącym wzrokiem Bartka
wydostał notes i zaczął przewracać jego kartki. Znalazł wreszcie znaczek i
połoŜył go na wyciągniętej ręce malca, który pomimo młodego wieku interesował
się juŜ filatelistyką, bo spojrzawszy na znaczek, zawołał
zawiedziony: __
— Yyyyy! Taki znaczek? To jest fajny znaczek?
— Patrzcie no go! Nosa nie umie wytrzeć, a nad znaczkiem oędzie
wydziwiać! — udawał oburzenie Wiktor. — Nad takim znaczkiem! Wiesz, kto
tu jest? Kopernik! Sam Kopernik.
Ogłuszony potokiem wymowy właściciel czapki z oberwanym daszkiem wybąkał:
— Wiem.
— No więc, pamiętaj! aerwus:
Stefan szedł, wyraźnie ubawiony całym zajściem. Mina JBartKa zaniepokoiła
jednak Wiktora, bo rzucił w pewnej chwili:
—¦ A co, miałem mu moŜe dać Meksyk albo Kongo? I do rąk własnych nie oddał. ¦
— On nie zrozumiał, co to znaczy —• tłumaczył Stefan. — Ale niedobrze się
stało. Sewera matka przeczyta, zacznie go wypytywać...
— Nie przeczyta — zapewniał Bartek — moja mama nigdy nie czyta listów do mnie
zaadresowanych.
— Moja przeczytałaby od razu — oświadczył Wiktor.
—¦ Moja teŜ — dodał Stefan. — Ale wiecie, co tu zrobić, có tu zrobić takiego,
Ŝeby temu Sewerowi pokazać, Ŝeby go nauczyć...
— śeby ten rower dostać! — dokończył Wiktor. Bartek uśmiechnął się.
— Po co tyle gadania? Sposób jest jeden.
— Jeden, jeden, ale najgorszy, najtrudniejszy — jęknął Stefan. —' Bartek,
pomoŜesz mi z historią? Przez tę zapowiedzianą powtórkę to ja spać nie mogę.
—• Ja mogę — tragicznie westchnął Wiktor — ale najpiękniejsze chwile, moŜna
powiedzieć, złoty wiek moich lat młodzieńczych, oblewa czarną goryczą ta
piekielna matma.
— I napis nad łóŜkiem nie pomaga? — zakpił Stefan.
— Pomaga, ale ile razy na niego spojrzę, to sobie przypominam takŜe i to, Ŝe
muszkieterowie nie musieli uczyć się Ŝadnych twierdzeń geometrycznych.
Szczęśliwi! Bartuś, bracie, pomoŜesz mi?
Bartek przytaknął głową po raz drugi.
ROZDZIAŁ 21.
KTO KRADNIE W BLOKACH? ZACZĘŁO SIĘ OD HAFTOWANYCH LITER.
SEWER WPADŁ, ALE ROWER ODJECHAŁ BARDZO DALEKO.
Dziwne i bardzo przykre rzeczy zaczynały się dziać w blokach przy ulicy
Bednarskiej. Co kilka dni z klatki do klatki, z mieszkania do mieszkania
biegła wieść o nowej kradzieŜy. Najpierw zginął uŜywany dziecięcy wózek na
klatce D. Właściciele jego mieszkali na trzecim piętrze, codzienne wnoszenie i
znoszenie wózka było bardzo uciąŜliwe. Wpadli wobec tego na pomysł, aby wózek
zostawiać w kącie, przy zejściu do piwnicy. Wózek był stary, kto by się tam na
niego połaszczył. A jednak znalazł się
taki.
Druga kradzieŜ była zuchwalsza, 'wyłamano kłódkę w piwnicy i wyniesiono
stamtąd porządny dziecięcy rowerek, który w okresie zimy, nie uŜywany,
zawadzał w przepełnionym mieszkaniu. A trzecia — oprócz szkody przyniosła ze
sobą strach. Bo cóŜ to był za złodziej, który nie naruszając zamka, dostał się
do mieszkania inŜyniera Roświatyńskiego i zabrał stamtąd małe, turystyczne
radio? Jakim sposobem wszedł? Dlaczego ukradł tylko „szarotkę", a nie ruszył
futra z przedpokoju, nie wziął czegoś z szafy czy biurka?
— To jest swój złodziej — tłumaczył dopytującym się o szczegóły lokatorom
dozorca. — Przecie obcego to zaraz się widzi. Radio, nie mówię, mógł pod
kapotą wynieść. Ale rower, wózek? To juŜ musiał gdzieś u siebie schować, a
potem po ciemku wyniósł. Ja tu wszystkich znam. Swoim to się nie przyglądam,
mógł się przemknąć.
— U Roświatyńskich złodziej musiał zamek wytrychem otworzyć. Milicja teŜ tak
powiedziała. A jak upilnował, kiedy ich w domu nie ma! Chybała ma rację, to
musi być ktoś, co wie, gdzie i kiedy mieszkanie jest puste — mówił pan
śórawiec, zakładając nowy zatrzask u drzwi.
Strona 85
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— My nic o tej „szarotce" nie wiedzieliśmy — dziwiła się pani śórawcowa —
chociaŜ inŜynier na naszej klatce mieszka, a złodziej wiedział.
— Roświatyńskich ani widać, ani słychać. Lubią spokój, aŜ ich szkoda, Ŝe pod
Brodzkimi mieszkają. Nasłuchają sie brewerii. Tatusiu — wtrąciła Lucynka. —
Pani Roświatyńska przychodzi do pani Pagaczowej naprzeciwko. Widziałam.
Stefan słyszał całą rozmowę, ale udziału w niej nie brał. Kiedy indziej
przejąłby się i samą kradzieŜą, i tym, Ŝe wydarzyła się tak blisko. Ale dzisiaj!
Ciągle wydawało mu się, Ŝe wrócił ze szkoły dosłownie ze spuchniętą głową.
Siedział przy stole w duŜym pokoju, udając, Ŝe się kiwa nad ksiąŜką, i od
czasu do czasu podnosił obie ręce do góry, ściskając głowę, jakby w obawie o
jej całość. Niestety! Nie była nawet gorąca. A szkoda! Stefan błogosławiłby
powrót grypy, jakąś podwyŜszoną temperaturę, a nawet i prawdziwe boleści.
Cokolwiek, co wzbudziłoby współczucie rodziców i odwlekłoby jak najdalej ich
myśl od półrocza i związanego z nim świadectwa.
Wstyd przyznać, ale wiadomość o kradzieŜy przyjął po prostu z ulgą. Oboje
rodzice i Lucynka byli tak zaaferowani wypadkiem, Ŝe chyba nieprędko przypomną
sobie o duŜo waŜniejszej, zdaniem Stefana, sprawie.
— To jest Ŝycie! — szepnął półgłosem i znowu ścisnął głowę, przypominając
sobie po raz któryś z kolei, Ŝe zmartwienie to spadło na niego dość
nieoczekiwanie.
Owszem, na nadzwyczajne świadectwo Ŝadnych nadziei nie miał. Bartek i Wiktor
równieŜ. Ale skoro obiecali sobie solennie, Ŝe kaŜdy weźmie się za swoją piętę
achillesową — to juŜ wyraźnie chyba weszli na dobrą drogę. I nawet wyznaczyli
najbliŜsze dni na „podciąganie się".
Stefan dobrze jeszcze pamięta to przyjemne, pełne otuchy samopoczucie, jakim
tak niedawno napełniała go myśl o męskich postanowieniach, które zostaną
uwieńczone... zdobyciem roweru.
Ale nauczyciele potrafią wszystko popsuć. I mówią do tego, Ŝe im zaleŜy na
dobrych wynikach uczniów. A jakŜe!
W ubiegły czwartek po południu Wiktor i Bartek mieli pomóc Stefkowi
przygotować się do powtórki z historii. A pani od historii naumyślnie, na
pewno naumyśnie, wywołała Stefka o dzień wcześniej, kiedy się niczego nie
spodziewał. I jak podstępnie!
Stefan tego dnia uwaŜał wyjątkowo. Dobrze słyszał, jak opowiadająca uczennica
mówiła duŜo i ze znajomością rzeczy o Napoleonie. Wymieniła nawet datę jego
urodzin: 1769 r. Nauczycielka, bardzo zadowolona, pochwaliła ją i powiedziała:
— Widać, Ŝe cię interesuje historia. Dziękuję.
Postawiła z uśmiechem stopień i zaraz potem zwróciła się wprost do Stefana:
— A śórawiec nam powie, co było dwadzieścia lat później. Stefan zebrał całą
przytomność umysłu, na jaką było go stać
w tym zaskoczeniu.
— Dwadzieścia lat później Napoleon miał dwadzieścia lat — odpowiedział pewnym
głosem.
Tu i ówdzie rozległ się chichot. Przybierał na sile. JuŜ cała klasa śmiała się.
Pani przyglądała się podejrzliwie, wreszcie i ona uśmiechnęła się krzywo.
— A co powiesz o bitwie pod Parkanami?
Stefan śórawiec nie był złym chłopcem, naprawdę. Ale ilekroć skupiła się na
nim uwaga całej klasy, ilekroć świadomie czy choćby niechcący stawał się celem
drwin szkolnej gromady — wstępował w niego diabeł. IleŜ razy pakowało go to w
kabałę! Tak było i teraz.
— Tak — powiedział głośno i bez namysłu — gdybym to ja urządził drakę pod
parkanem, co by się tu działo: pan kierownik, ojciec i matka, wszyscy by się
na mnie rzucili bez Ŝadnej litości, bez Ŝadnego zrozumienia, Ŝe chłopaki
muszą się od czasu do czasu pobić, bo nie mogą wytrzymać. Ale jak tam
szlachta za siwe łby się brała — to nic. Ile jeszcze pokoleń po nich musi się
uczyć o tej drace. I po co to? I co' komu z tego?
W miarę jak Stefan zapalał się — klasa cichła. Tylko Wiktor wyciągnął dwa
paice do góry i wyrecytował:
— Proszę pani, to, co śórawiec mówi, posiada pewien bardzo głęboki sens. Bo,
faktycznie, w tej historii jest juŜ tyle róŜnych wydarzeń! I faktycznie, gdyby
na przykład mnie ktoś upowaŜnił, to podjąłbym się wiele rzeczy wykreślić.
Podręcznik byłby mniejszy i tańszy, bo papieru nie rna, bo z celulozą... . —
Dość — przerwała pani z lodowatą miną — nikt nie pyta o twoje zdanie. A ty,
Strona 86
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
śórawiec, siadaj.
To było wyraźne. „Dziękuję" — mówiła pani po piątce i czwórce. „Siadaj" —
otrzymywało się razem z dwóją.
Czy warto było po czymś takim robić przy pomocy kolegów powtórkę? Bartek
uwaŜał, Ŝe tak, ale Stefek na złość poszedł wieczorem do kina.
To samo było następnego dnia z Wiktorem. Po południu Bartek miał mu pomóc w
geometrii, a matematyk właśnie przed południem kazał mu przy tablicy objaśnić
twierdzenie Pitagorasa. Dla wyobraźni nie było tu pola do popisu. Giętki język
Wiktora zesztywniał. Trójkąty i prostokąty pod jego ręką zamieniały się w
jakiś fantastyczny plan nie istniejącego miasta. Energicznie ścierał litery,
zamieniał je innymi, odstępował o krok od tablicy, niby to dla lepszego
zobaczenia całości rysunku, a w rzeczywistości rozpaczliwie nadstawiał ucha,
oczekując ratunku z pierwszych ławek.
Na próŜno.
Więc i on zrezygnował z pomocy Bartka, który sam jeden ślęczał nad geografią
Europy, zmorą własnego Ŝycia.
Ale chłopcy trzymali się. Nie upadli na duchu. Wiktor powtarzał co chwila: „w
Ŝyciu bywa rozmaicie" i, licząc na jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności,
zapewniał przyjaciół, Ŝe dopóki złych stopni czarno na białym dokładnie nie
widać, nie warto się martwić.
Więc się nie martwili. AŜ do dzisiaj...
Dzisiaj od samego rana pachniało w szkole czymś niecodziennym, wiadomo: po
lekcjach wychowawcy rozdadzą świadectwa na półrocze.
Przy drzwiach wejściowych czekał Bartek i, zanim we trójkę
wyszli z szatni, wiedzieli, Ŝe Sewerek po lekcjach organizuje klasową
uroczystość. — Mnie i Mańkowi Rybnickiemu kazał pozbierać te litery...
— Jakie litery? — nie rozumiał Wiktor.
— To właśnie najgorsze — sumitował się Bartek — Ŝe wy nic o tym nie wiecie, a
ja na śmierć zapomniałem. Idiotyczny
pomysł. .
— Jaki pomysł? Gdzie? Kiedy?
— Na zbiórce w czasie ferii świątecznych. Ciebie, Wiktor, nie było. Stefan
miał grypę. Ale ja, zdaje się, do ciebie, Stefan, o tym napisałem?
— Coś w tym rodzaju, Ŝe Sewerek na głowę upadł — przypomniał sobie z trudem
Stefan.
No, właśnie. Po zbiórce rozmawiałem z ojcem. Powiedział, Ŝe to bzdura i Ŝe
zabrania mi. Dlatego juŜ o tym nie myślałem.
— Rany boskie! PowiedzŜe juŜ raz po swojemu: ściśle i dokładnie, bo gadasz
dookoła Wojtek i końca nie widać — zdenerwował się Wiktor.
—. Bo Sewer wyprowadził mnie z równowagi: okazuje się, Ŝe wszystkim w klasie
przypomniał o tych literach, tylko nas omijał.
— O jakich literach?! — wrzasnął wściekły Wiktor.
— Nie krzycz! Wtedy na zbiórce Sewerek polecił, aby kaŜdy wyhaftował jedną
literę czerwoną nicią na białym kawałku materiału. Z tych liter dziś u nas ma
być zawieszone hasło: „W naszej klasie dwój nie będzie, tylko same piątki".
— Coś podobnego! — zdziwił się Wiktor.
— I wyobraźcie sobie, wszyscy dzisiaj litery przynieśli —
kończył Bartek.
— Nie wierzę — wątpił Stefan. — IleŜ to roboty!
— Patrz! — Bartek wyciągnął z kieszeni kłąb zwiniętych
gałganków. — A Maniek ma drugą połowę.
— I co? Powiedziałeś, Ŝe my nic? — pytał Wiktor.
— Nie.
— Dobra jest. Jakie litery wypadają na nas?
— Sam koniec zdania, „p" — zrobił Romek. Patrzcie, jak ładnie.
— To na pewno nie on, to matka.
— A my mamy po dwie. Za karę, Ŝe jesteśmy mało aktywni.
— Jeszcze czego! — rzucił Stefan.
— Tak. Ja — „ią", Stefek — „tk", a Wiktor „i" oraz wykrzyknik.
— Dobra — powiedział z zadziwiająco zadowoloną miną Wiktor. — Wszystko będzie
zrobione na medal.
Klasa miała być ozdobiona wiadomym hasłem na ostatniej godzinie,
którą dziś było wychowanie fizyczne. Zawieszenie liter na taśmie
Strona 87
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Sewerek powierzył Mańkowi
Rybnickiemu i Bartkowi Niedźwiedzkiemu. Oni i tak byli zwaIniani z ćwiczeń.
Dziwnym zbiegiem okoliczności na przerwie poprzedzającej gimnastykę Stefan i
Wiktor pobili się. Tarzali się po podłodze, okładali pięściami i wydawali
mnóstwo wściekłych okrzyków. Bartek starał się ich rozłączyć, odwoływał się do
ich rozsądku, wieku, przyjaźni — skutkowało to niewiele. Dopiero kiedy zebrała
się spora kupka widzów, zapaśnicy pozwolili się rozdzielić. Ale skutków
zaciętej walki nie moŜna było ukryć. Wiktor, trzymając chustkę u nosa, pobiegł
do umywalni, aby zatamować krew. Stefan skręcił nogę, a moŜe tylko uderzony w
kostkę, ledwo dokuśtykał do ławki w korytarzu. Obaj zostali zwolnieni z
gimnastyki.
Po dzwonku klasa opustoszała. Gimnastyka odbywała się na parterze w specjalnej
sali. Sewerek, wychodząc ostatni, wydawał jeszcze zarządzenia Mańkowi i
Bartkowi:
— Tylko nie zawieszajcie za wysoko. Niech tablica i stojak z mapą zasłaniają
napis. To będzie niespodzianka. I Ŝeby było równo, równiusieńko. Niedźwiedzki,
ty to potrafisz. Liczę na ciebie.
Bartek poprawiał coś u pantofla, a kiedy się podniósł, w klasie nie było
nikogo prócz niego i Mańka. Ale juŜ po chwili w drzwiach ukazał się
kuśtykający do swej ławki Stefan, a za nim — Wiktor.
— Nie mogę spuścić głowy — stękał Wiktor przez zatkany
mokrą chustką nos — zaraz mi krew znowu idzie. To pech! Poszedłbym sobie do
biblioteki. Jest nowy numer „Dookoła świata" Taki fajny! Potem go rozdrapią.
To pech!
Maniek westchnął cięŜko. Zawsze godzinę wolną od gimnastyki spędzał w
bibliotece, przeglądając ilustrowane pisma. To była jego pasja. Po lekcjach
rzeczywiście trudno się było do nich dopchać.
— Ja teŜ mam pecha. Gdyby nie ten Sewer, który się rządzi, jak nie wiem co,
mógłbym teraz przeglądać pisma.
— A bo co? — spytał z głupia frant Stefan.
— Nie widzisz? Litery muszę z Bartkiem na tasiemkę nawlec.
— Mogę cię zastąpić — zaproponował Stefan. Maniek spojrzał na niego
podejrzliwie.
— Ja teŜ mógłbym trochę pomóc, ale co mi za to dasz? — spytał rzeczowo Wiktor.
To nie budziło wątpliwości. Targ w targ, Wiktor się zgodził na nowy polski
znaczek. Maniek, jak na chłopaka, który nie moŜe się gimnastykować, ulotnił
się dziwnie szybko.
— Wróć przed dzwonkiem! — zdąŜył zawołać za nim Bartek. Stefana przestała od
razu boleć skręcona noga. Wiktor odrzucił
chustkę bez śladu krwi. Wyciągnęli spod ławki swoje kartki papieru ze
starannie wymalowanymi czerwonym atramentem literami. Bartek spinaczami
przyczepił litery do tasiemki.
— Patrz dobrze, Ŝeby kolejności nie pomylić _ upominał Stefan.
- Nie bój się. Mam ułoŜone wszystko tak, jak trzeba. Teraz na końcu — nasze.
Bierz za drugi koniec tasiemki. Zawieszamy. Wiktor, przysuń tu stołek.
Wkrótce napis zawieszony był, jak sobie tego Ŝyczył Sewerek — prosto,
dokładnie i tak, aby go zakrywała tablica oraz stojak z mapą.
Maniek Rybnicki przybiegł równo z dzwonkiem. Zagadał go przed drzwiami Wiktor.
Klasa wróciła rozgadana, rozdokazy-wana. Bartek i Stefan nie dopuszczali
nikogo za tablicę.
— Poczekajcie. Jak niespodzianka, to niespodzianka.
Sewerek wprost z sali gimnastycznej pognał do kancelarii zaprosić na rozdanie
świadectw pana kierownika.
Wychowawca przyszedł razem z panem kierownikiem. W ręku trzymał pękatą, róŜową
teczkę ze świadectwami. Trzydzieści dziewięć par oczu nie mogło się od niej
oderwać.
Do tvch właśnie świadectw nawiązał zgrabnie Sewerek.
— Panie kierowniku — mówił. — My wiemy, Ŝe są wśród nas uczniowie, co i dwóje
na świadectwie mają. Ale teraz juŜ będzie inaczej. Od dziś
postanowiliśmy zupełnie się zmienić. śeby było widać, Ŝe w
demokratycznej szkole młodzieŜ walczy o lepsze jutro.
— Zaraz, zaraz — przerwał mu pan kierownik, z którego miny widać było, Ŝe tą
przemową wcale nie jest zachwycony — powiedz po prostu i krótko: co
Strona 88
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
postanowiliście?
— Rybnicki! Niedźwiedzki! — zawołał nie speszony Sewerek. — Odsuńcie!
Niech pan kierownik i pan wychowawca zobaczą, co postanowiliśmy.
Bartek nie spieszył się. Zastąpił go z ochotą Wiktor. Po usunięciu tablicy i
stojaka oczom zebranych ukazało się hasło.
Uczniom dech zaparło z wraŜenia. Jeden Sewerek nie wiedział o niczym. Z miną
bohatera nie spuszczał oczu z twarzy pana kierownika, która lada chwila miała
błysnąć zachwytem. Czekał na pytanie: »Kto wPadł na ten Piękny pomysł?" Ale
twarz pana kierownika i twarz Pana Karniewicza dalekie były od tego, czego
oczekiwał Sewerek.
Pan kierownik spojrzał na wychowawcę, Ten rozłoŜył w zdumieniu ręce — obaj
przyjrzeli się zaskoczonym twarzom uczniów.
— A to rzeczywiście niezwykłe hasło na dzisiejszy dzień — odezwał się pan
kierownik takim tonem, Ŝe Sewerek czym prędzej spojrzał na ścianę. Przeczytał:
„W naszej klasie dwój nie będzie, tylko same pały!" Zbladł. Chciał krzyknąć.
Zakrztusił się. Skoczył w stronę ściany, ale natychmiast zwrócił się do klasy
i zawołał z zaciśniętymi pięściami:
— Kto? Kto to zrobił? PrzecieŜ miało być: „same piątki"!
Ktoś nieśmiało parsknął. I zaraz, jakby hamulec zwolniono — cała klasa
wybuchnęła śmiechem. Nie śmiał się tylko projektodawca.
Wyjaśniło się, wydało się wszystko. Wiktor, Stefan i Bartek nie zapierali się.
Sewerek przeŜył drugi gorzki zawód. Bo pan kierownik wcale nie zganił ich za
to, Ŝe nie wyhaftowali liter. Powiedział, Ŝe sam teŜ by tego nie zrobił, Ŝe to
była strata czasu. I nie na hasłach opierają się dobre wyniki, ale na dobrej
organizacji pracy, jak kto sobie układa odrabianie lekcji i jak to wykonuje.
Oj, dostało się Sewerkowi Witkowskiemu tego dnia! Siedział zgnębiony, ze
spuszczoną głową, tylko duŜe uszy ogniście sterczały z wysokiego kołnierza.
Bartek, niewątpliwie zadowolony z udanego kawału, nie manifestował swych
uczuć, ale Stefan aŜ ręce zacierał patrząc na poraŜkę nielubianego kolegi. A
Wiktor tryumfalnie wyciągał pięść z opuszczonym w dół kciukiem, co u
staroŜytnych Rzymian oznaczało pognębienie przeciwnika.
Niedługo jednak trwała uciecha pomysłowej trójki przyjaciół. Raz jeszcze
sprawdziło się mądre ludowe przysłowie: „Nie śmiej się, dziadku, z cudzego
przypadku". Przy rozdaniu świadectw okazało się, Ŝe Wiktor miał dwóję z
matematyki, Stefan — z historii, a Bartek za geografię dostał co prawda
trójkę, ale wszyscy wiedzieli, Ŝe to była „trójczyna z litości".
Na łeb, na szyję gnali z klasy do szatni, z której wybiegli w nie pozapinanych
paltach i z nie zawiązanymi sznurowadłami. Jeszcze tylko brakowało, Ŝeby
Sewerek wykłuwał im oczy swoim świadectwem bez jednej dwójki!
A rower, prześliczny sportowy rower, wbrew prawom rządzącym jego mechanizmem,
raptem ulotnił się, poszybował w przestworza, zginął.
ROZDZIAŁ 22.
KARA MUSI BYC. CZY STEFAN MA CHARAKTER?
WYPADEK ALINY. COS SŁYCHAĆ, ALE OSÓB NIE WIDAĆ.
JAK UPRZEDZIĆ WŁAŚCICIELA?
— Bić cię nie będę — mówił ojciec — za duŜy juŜ jesteś. Ale kara musi być, bo
bez kary to byłoby i bez miary. Wymyśl sam coś takiego, co pamiętałbyś dłuŜej
niŜ lanie.
Stefan stoi pod piecem, ręką trzyma się za etaŜerkę i nie mówi ani słowa.
Patrzy z daleka na nieszczęsne świadectwo leŜące przed ojcem, potem przenosi
wzrok na końce swoich butów, przygląda się im ze specjalną uwagą w momentach,
kiedy w jego stronę zwraca się twarz siedzącej przy stole mamy. Ojciec zaŜądał
świadectwa zaraz po kolacji — obejrzeli fatalny stopień oboje.
To ojciec przemawiał do rozumu Stefana. Mówił powoli, dobierał słów z rozwagą,
widać było, Ŝe jest Stefanową dwóją zmartwiony. Mama nic nie powiedziała. Usta
miała zaciśnięte, wąskie, wąziutkie. To było jeszcze gorsze niŜ przemowa ojca.
A znowu ta przemowa była na pewno gorsza niŜ lanie. Bo lanie to trzask, prask!
zabolało, ale człowiek czuł się skwitowany, rozgrzeszony. Takie Wiktorowe: „I
koniec. I kropka."
A przemowa ojca spokojna, powaŜna — jak do równego sobie... I jeszcze: „Wymyśl
sam"! Stefan juŜ, juŜ chce wybuchnąć: „A cóŜ to ja, ksiądz jestem, Ŝebym
pokutę wynajdywał", ale hamuje się. Musi ojcu równie powaŜnie odpowiedzieć.
Prawda, jest juŜ duŜy. To zobowiązuje.
Strona 89
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Niech mi tatuś zabierze pensję — mówi po chwili namysłu i juŜ nie spuszcza
oczu, kiedy ojciec odwraca się z krzesłem w jego kierunku. To duŜa ofiara ze
strony Stefka. Dwudziesto-złotowa pensja, otrzymywana punktualnie co
pierwszego, pozwala na bilet do kina, na zakup jakiegoś drobiazgu nie
wchodzącego w zakres potrzeb szkolnych i nawet na drobne oszczędności.
.—¦ Powiedzmy: przez trzy miesiące będziesz otrzymywał pięćdziesiąt procent.
Zgoda?
Stefan kiwa na zgodę głową. Za gardło go ściska. Ojciec jest taki Wyrozumiały.
A to świadectwo... Wstyd, wstyd!
Przykrą sytuację przerywa przybycie Wiktora. Stefan szuka na twarzy
przyjaciela śladów wzruszeń podobnych swoim. Ale Wiktor wygląda tak, jakby
właśnie otrzymał nagrodę za wspaniałe wyniki w nauce. Raźno obwieszcza nowinę:
— Dowiedziałem się przed chwilą, Ŝe Sewerek juŜ naszym zastępowym nie
będzie. Wysiadka.
— Pewnie się okazało, Ŝe ma kiepskie świadectwo, a zastępowy powinien świecić
przykładem, tak? — zgaduje ojciec.
— E... to nie... — Wiktor zająkał się — to nie. Tylko takie róŜne rzeczy
wymyślał. Kazał nam na przykład litery na hasło haftować. A przecieŜ to
bzdura. Pan kierownik sam powiedział, Ŝe bzdura, bo przez ten haft to nie było
czasu na lekcje i...
— To ty teŜ masz dwójkę? — zapytała wprost mama.
— Mam — wyznał Wiktor z tragicznym westchnieniem — z matematyki.
— Dlaczego mi o tym hafcie nie powiedziałeś? — zwrócił się ojciec do Stefka.
— To rzeczywiste...
JakŜe łatwo było skorzystać z tej okazji! Usprawiedliwić się, uzyskać moŜe
mniejszą karę...
— My nie haftowaliśmy, tatusiu. Nie byliśmy na tej zbiórce. To inni... cała
klasa przygotowywała litery.
— Właśnie mówię: o innych chodzi. Naturalnie, o całą klasę. I z Sewerysiem
koniec. ChociaŜ ma dobre stopnie. I widać, Ŝe nareszcie sprawiedliwość...
— A ja ci mówię, chłopcze — przerwał mu ojciec — wasze dwójki — wasza wina.
Wziąć się w garść, i koniec.
— ...i kropka — dokończył Wiktor, po którego minie widać było, Ŝe mu to
wszystko nie w smak. AŜeby odwrócić uwagę od nieprzyjemnego tematu, zapytał
Stefana:
— A na tę zabawę w niedzielę o której idziesz? I tutaj trafił kulą w płot.
— Na jaką zabawę? — zainteresowała się pani śórawcowa.
—• To w tej szkole, do której chodzi Alina, mamusiu — Stefan zaczerwienił się,
nie wiadomo czemu — i Bartka Niedźwiedz-kiego siostra teŜ, ta ElŜbieta,
mamusia wie? I ona zaprosiła brata i nas, i...
— Na Ŝadną zabawę Stefan nie pójdzie. Kto ma dwójki, na zabawy nie chodzi —
oświadczyła kategorycznie pani śórawco-wa. — I ty teŜ chyba nie pójdziesz —
zwróciła się do Wiktora. — Zaraz jutro pomówię z twoją mamą.
— Proszę pani — zaklinał Wiktor — ja się wcale na tę zabawę nie wybierałem!
Moja mama o Ŝadnej zabawie nie wie. Niech pani nic nie mówi, po co ma się
denerwować. A w sobotę ja tu do Stefka przyjdę, będziemy się uczyć razem. Bo
to święta racja: kto ma dwójki, niech o zabawach nie myśli. Jeszcze czego!
Wiktor kapitulował całą parą. Pani śórawcowa przyglądała mu się trochę
podejrzliwie.
Rodzice wyszli z pokoju. Z chłopcami została tylko Lucynka, zajęta oglądaniem
jakiejś kolorowej ksiąŜki.
— Po wszystkim? — zapytał półgłosem Wiktor. Stefan kiwnął głową.
— No i?...
— Przez trzy miesiące na pół- obroku — cięŜko westchnął Stefan.
— Przykro — współczuł Wiktor — ale w takich wypadkach bez ofiar się nie
obejdzie.
Na pytające spojrzenie przyjaciela ciągnął:
— Ja teŜ. Jestem kompletnie złamany. Posłuchaj: na obiad była
grochówka. Z takimi kawałami boczku — pokazał na pół dłoni. — A ja nic.
Przyszedłem, połoŜyłem ksiąŜki i tylko wzdychałem. Mama mówi: „jedz", mnie z
głodu skręca, ale tylko oczy od talerza odwracam i mówię, Ŝe mnie coś gniecie
w dołku, o tu, i ani łyŜki do ust nie wezmę, bo mnie aŜ odrzuca. A moja mama
wie, Ŝe ja za grochówką przepadam. Więc się przelękła, Ŝe moŜe jaki azjatycki
Strona 90
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
wirus albo co. I wszystko by poszło gładko, bo mama juŜ termometru szukała.
Tylko ten zdrajca Kostek wpakował mnie. Siedział w pokoju i wszystko słyszał.
Wyszedł i mówi:
pokaŜ no najpierw świadectwo, a potem będziemy badać chorobę". Widzisz, to
jest brat...
__ A Stefek zawsze mówi, Ŝe chciałby mieć brata — odezwała
się Lucynka. —. Cicho, nie wtrącaj się — ofuknął ją Stefan. — No i co?
— I wydało się. I przez cały miesiąc do kina ani kroku. To jest Ŝycie Wiktora
Kijanki...
— Iii, tylko tyle? — zdziwił się Stefan.
—. Tylko! A grochówka to pies? Nie spróbowałem nawet. Honor mi nie pozwalał.
Kostek zjadł cały boczek. Podły, Ŝeby choć skwarkę na jutro zostawił. Jutro
bym zjadł. Ale gdzie tam. Jeszcze mi powiedział, Ŝe się do mnie weźmie. Z nóg
mnie to ścięło. Dopiero wiadomość o Sewerku podniosła mnie trochę.
Nastąpiła chwila ciszy przerywanej westchnieniami.
— A na tę zabawę to juŜ trudno, nie pójdę.
— Ja teŜ nie pójdę — stwierdza Stefan.
— Tobie łatwiej, bo i tak tańczyć nie umiesz — mówi Wiktor.
— Kto? Stefan nie umie? — podskakuje na krześle Lucynka. — Jeszcze jak! Co
wieczór tańczył i z mamą, i ze mną. Tańczy jak nie wiem co!
Stefan jest zły, bo znowu się zaczerwienił. Zaczyna o czym innym:
— A o Sewerku wiesz na pewno?
— Na pewno. Ale teraz widzę, Ŝe próŜna była moja radość. Twój ojciec ma
rację: w szkole nie ma co myśleć o jakiejś zmianie na lepsze. Ucz się! Ucz
się! Znikąd jasnego promyka ani Ŝadnej takiej, jak to się mówi, jutrzenki...
Wiktor ma całkiem smętną minę. Mówi przez niego Ŝal po grochówce z boczkiem.
Stefana przebudził jakiś brzęk. MoŜe coś w kuchni spadło, bo świeci się tam
jeszcze i słychać przyciszone głosy rodziców:
— ...nie skłamał — mówi ojciec.
— Jeszcze by miał kłamać! — unosi się matka. — Nie ma Przykładu w domu? Czy
ty kiedy kłamiesz?
— To nie o to... Mówię ci: widzę, Ŝe chłopak ma charakter.
Rozmowa milknie.
Stefan cichutko przewraca się na drugi bok. Zasypia.
Na kaŜdej klatce schodowej tuŜ przy wejściu jest Ŝelazna wycieraczka. Ale czy
to wszyscy o niej pamiętają? Stefan sam nie raz, nie dwa przypomni sobie o
niej dopiero przed własnymi drzwiami. Wyciera wtedy buciki o słomiankę i z
tej, i z tamtej strony. Ogląda nawet podeszwy, bo mama strasznie się gniewa na
mokre ślady na podłodze. Ma rację: froterowanie podłóg to cięŜka robota. Całe
szczęście, Ŝe na trzecie piętro błota czy kurzu przynosi się juŜ niewiele.
Najgorzej jest na parterze. Kiedy na dworze pada śnieg, to aŜ do pierwszego
piętra schody są mokre, jakby tam kto chlusnął wiadrem wody.
No i proszę: właśnie dziś na tym rozpapranym śniegu, zaraz na pierwszych
trzech schodkach, Alina skręciła nogę. Dobrze jeszcze, Ŝe jej nie złamała, Ŝe
nie wybiła zębów, bo upadła na twarz, całą brodę ma odrapaną. Ledwo się
dowlokła na drugie piętro, skakała na zdrowej nodze, opierając się o poręcz.
Bolało ją okropnie, o mało nie zemdlała w drzwiach swojego mieszkania. LeŜy
teraz, a noga spuchnięta jak bania.
Wszystko to opowiadała pani Brodzka, która przyszła do Stefana z prośbą, aby
pobiegł po koleŜankę Aliny.
— To niedaleko, na Rzgowskiej, Alinka mówiła, Ŝe ty wiesz gdzie, bo tej
koleŜanki brat to twój kolega i przychodzi tu czasem do ciebie, tak?
— Niedźwiedzki? — zapytał zaskoczony Stefan. — Czy to do Niedźwiedzkich mam
iść, do ElŜbiety?
— Tak, tak, do ElŜbiety. — Pani Brodzka zwróciła się teraz do mamy Stefka: —
Niech mu pani pozwoli iść. Poszłabym sama, ale w domu nikogo nie ma, a tu
sobota, klientki przychodzą po robotę. Alina do drzwi nie wstanie, mowy nie ma.
— A czy ta noga nie złamana? — zaniepokoiła się pani śóraw-cowa.
— Nie. Był doktor, ten z pierwszej klatki. Powiedział, Ŝe nie wygląda na
złamanie; kazał potem dla pewności prześwietlić,
teraz to jakby tylko naciągnięte ścięgna. Okłady robię. JuŜ mi od godziny
spokoju nie daje: „Niech mamusia idzie! Niech mamusia poprosi! Stefan nie
odmówi." I tak co minuta. Więc przyszłam.
Strona 91
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
__, Niech Stefek idzie — powiedziała mama bez entuzjazmu. —
Niech idzie, jeŜeli potrzeba. A nie moŜna tego do jutra odłoŜyć? PrzecieŜ
niedziela.
—. To samo mówiłam Alinie. To samo. Ale jutro w ich szkole jest zabawa. Alinka
tam miała coś przygotować i dlatego trzeba dziś zawiadomić. I bluzeczkę jej
taką zręczną uszyłam. Cudzą robotę odłoŜyłam, w nocy nie dospałam. I co z
tego. Jakby kto za okno wyrzucił. Ja to juŜ mam los! — załamała ręce pani
Brodzka i widać było, Ŝe dopiero teraz zacznie się opowiadanie na dobre.-
Pani śórawcowa znała te bóle na pamięć. Współczuła sąsiadce, Ŝyczyła jej
dobrze, ale jeszcze tyle roboty czekało na jej ręce! Więc zapytała szybko:
— A te okłady jak często pani robi?
— Matko Boska! — złapała się za głowę pani Brodzka. — Ja tu zagadałam się,
a tam właśnie trzeba zmienić! Do widzenia pani! Stefku, dziękuję ci. Niech
ta ElŜbieta zaraz przyjdzie.
Pani Brodzkiej juŜ nie było. Stefan spojrzał na mamę. W sza- . rych, jasnych
jak swoje oczach dojrzał wesołe iskierki. Uśmiechnął się i on. Nie
zamienili słowa, a zrozumieli się doskonale. Kropkę nad „i" postawiła
stojąca przez cały czas w przedpokoju Lucynka.
— Pani Brodzka wdała się w córkę. Alina teŜ tak prędko mówi, prawda
mamusiu?
— Nie. To Alina wdała się w matkę — poprawiła pani śórawcowa. — Ale czy ty
wszystkiego zawsze musisz wysłuchać! Idź do swoich lalek.
Stefan juŜ kładł ciepłą kurtkę. Wyjątkowo chętnie wypełniał prośbę sąsiadki.
—¦ Zaczekaj. Wyniesiesz i popiół! I weź klucze do piwnicy. Wiadro zostaw na
dole, wracając przyniesiesz węgla. Po co po próŜnicy ganiać po schodach.
Stefan patrzył, jak mama zgrabnie i ostroŜnie wybiera popióJ z popielnika w
kuchni. W ciszy mieszkania dobiegał wyraźnie głos Lucynki:
— ...i moja pani, co to się nie dzieje na tym świecie: pogotowie zajeŜdŜa, a
tu nogi połamane, zęby wybite... doktor kaŜe kogel--mogel dawać co pół
godziny, moŜe wyzdrowieje. A pan młody łzami się zalewa, a ślubna suknia przez
okno wyrzucona... Ja mam los, mówię pani...
Stefan usta ręką zatkał. Krztusił się śmiechem. Mama pchnęła drzwi, Ŝeby w
pokoju nie było słychać.
—' Skąd ona ten ślub wzięła? — szepnęła rozbawiona. — Aha, dziś przez radio
coś takiego było.
W skrytce leŜała kartka. Stefan juŜ sięgnął po nią, kiedy usłyszał kroki.
Zasunął szybko cegłę i schował się za drzwiami swojej piwnicy! Światło tu
ciągle było zepsute. Nie wiedział, kto idzie. Jednego był tylko pewny: nie
Alina.
Błysnęło oko maleńkiej latarki. JuŜ ją znał. Ale kto był właścicielem?
Usłyszał głosy tak blisko, Ŝe aŜ przytaił oddech.
— Jest?
— Jest. Eee... nie... to nasza — odburknął czyjś głos.
— Nie wzięła?
— Jeszcze nie wzięła.
— Co będzie?
— Nie bój się. Weźmie i wszystko załatwi. On wie, czym ją straszyć.
— No, chyba nie zrobiłby tego?
— Pewnie. Głupi, Ŝeby przez nią wpaść? Ale straszyć musi.
— Wiejmy, jeszcze nas tu nakryją.
Postacie oddaliły się. Kroki ucichły. Teraz Stefek wyjął kartkę. Tekst był
dłuŜszy, odczytał go jednak bez większego trudu: „Na strychu w piachu. Jutro
20 podasz jak zawsze. Klucz u prof-Daj znak." Zamiast podpisu była zielona
pieczęć i dwa słowa. „Szkielet i kapelusz."
W piwnicy na pewno nie było ciepło, przecieŜ to był luty i termometr pokazywał
kilka stopni mrozu. A Stefan, machinalnie sięgnąwszy do czoła, otarł grube
krople potu.
Zorientował się od razu, Ŝe chodzi tu o ukradzioną „szarotkę". Na strychu w
kącie leŜała rzeczywiście spora kupka Ŝółtego piachu. Komu by na myśl przyszło
szukać w niej czegokolwiek? Klucze od pralni i strychu były u Pagaczów,
naprzeciwko śóraw-ców. Stefek widział dozorcę niosącego dziś do nich te
klucze. Ale kim byli złodzieje?
Kimkolwiek byli — Stefek wiedział jedno: Nie moŜna dopuścić, aby „szarotka" ze
Strona 92
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
strychu trafiła w ich ręce. Jak to zrobić? Powiedzieć ojcu? „Nie wiadomo, o
której dziś wrócę" — zapowiedział. Czekać do jutra? A kiedy ojciec zacznie
wypytywać? Stefek będzie musiał powiedzieć wszystko: i o Alinie, i o bandzie w
parku, i Ŝe wtedy on teŜ tam był.
Ojciec da znać milicji, narobi się hałasu. Alina się zatnie — ona to potrafi —
nie powie nic. A złodzieje mogą się spostrzec. Nikt im niczego nie dowiedzie.
A na pewno będą się mścić. Takie łobuzy przed niczym się nie cofną...
Co robić? Co robić? O BoŜe, jak to źle, kiedy nie ma się z kim naradzić!...
Stefan juŜ naciska dzwonek u drzwi Niedźwiedzkich. Otwiera mu sublokatorka.
Nie odpowiadając na jego ukłon, nie czekając na słowa, rzuca opryskliwie:
— Bartka nie ma! — i chce mu zatrzasnąć drzwi przed nosem. Stefan stoi na
samym progu. Nie daje się zepchnąć.
—¦ Proszę pani, ja do ElŜbietki — mówi z prośbą w głosie.
— Do ElŜbietki? — sublokatorka nie wiadomo czemu dziwi się w nadzwyczajny
sposób. Powtarza: — Do ElŜbietki? Ty?
Ale juŜ z głębi mieszkania nadbiegła ElŜbietka. Jest dzisiaj jakaś inna: bez
szkolnego fartuszka, w kraciastej spódniczce i czerwonym sweterku. Stefek nie
widzi szczegółów, tylko ta cała inność onieśmiela go trochę. Na schodach
przyszedł mu do głowy pewien pomysł. ElŜbiecie — dobrej znajomej, powierzyłby
od razu własną tajemnicę. ElŜbieta — obca, wystrojona panienka - - nie budzi
zaufania. Więc trochę mętnie powtarza prośbę
Aliny, bezładnie opisuje wypadek na schodach. Ona jednak orientuje się w lot.
Biegnie zawiadomić matkę. Pani Niedźwiedzka wychodzi do Stefka. Zapytuje o
Alinę. Prosi o odprowadzenie córki do domu. Stefan teraz odpowiada
przytomniej, juŜ ochłonął. Wychodzą razem.
ElŜbieta w swoim granatowym paltku z popielatym kołnierzem, w berecie
nasuniętym prosto nad czołem — jest znowu kimś dobrze znajomym. Jeszcze na
schodach przy oknie pierwszego piętra Stefan zatrzymuje się.
_ — Słuchaj, ElŜbieta, chcę ci coś powiedzieć, ale przysięgnij się, Ŝe nikomu...
—¦ Nie, Stefku — zatrzymuje się trochę zdziwiona ElŜbieta — bez przysięgania
nikomu nie powiem.
To siostra Bartka: spokojna, rozwaŜna, taka nie wypaple.
Stefan jednym tchem mówi o kradzieŜy u inŜyniera, o tym, jak niechcący,
przypadkiem dowiedział się, gdzie się radio znajduje. Co ona zrobiłaby na jego
miejscu? — Chyba poszłabym do właściciela radia i powiedziałabym mu, gdzie ono
jest — zastanawia się ElŜbietka.
— Nie. Ja tak nie mogę zrobić. PrzecieŜ mnie zapytają, skąd wiem. A ja nie
powiem.
ElŜbieta patrzy na Stefka uwaŜnie, długo...
— A... ty znasz tego, co ukradł?
— Nie. Nie widziałem go na oczy — szybko tłumaczy Stefek. — Słyszałem.
Rozumiesz? Ja go tylko niechcący... podsłuchałem.
— Aha. JeŜeli nie chcesz mówić o okolicznościach, w jakich się dowiedziałeś,
to rzeczywiście kłopot... mogą ciebie posądzić.
— No właśnie. Dopiero by się narobiło! Nie, ja najpierw sam wszystkiego
dojdę. A teraz tylko, Ŝeby oni radia nie chapnęli... Ale ty — Stefan nagle
ostro zwraca się do ElŜbiety — ty chyba wierzysz, Ŝe to nie ja?
— Wierzę — mówi po prostu ElŜbieta i widać, Ŝe mówi to szczerze.
— No więc jak z tego wybrnąć? Zawiadomić, a nie pokazać się? Pocztą? Za
długo...
—¦ Zaraz, a czy ten inŜynier ma telefon? — pyta ElŜbieta.
— Ma, ma, to świetny pomysł! — zapala się Stefan i nagle znowu przygasa. — A
skąd zatelefonować? Wszędzie ktoś słucha, będzie pytać...
— Skąd? Z budki telefonicznej.
Szybkim, bardzo szybkim krokiem kierują się do budki telefonicznej na plac
Niepodległości. ElŜbieta znajduje numer, bierze do ręki słuchawkę, nakręca.
Jej głosu nikt nie zna.
—¦ Czy to pan inŜynier? Pana „szarotka" jest na strychu schowana w piachu, w
samym kącie. Proszę ją stamtąd szybko zabrać... Nie, nie mogę powiedzieć.
Dowiedziałam się przypadkiem od kogoś, kto chce złodziejom przeszkodzić.
Prawie biegną przez park do Bednarskiej. Nie mówią do siebie nic. Stefan jest
bardzo zadowolony z własnego pomysłu i z pomysłu ElŜbiety. Mądra dziewczyna!...
ROZDZIAŁ 23.
Strona 93
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
PAMIĘTNIK STEFANA. STEFEK U ALINY.
CO WYPADŁO Z PUDEŁKA? GDZIE PODZIAŁ SIĘ FRANEK? KTO MA CIELĘCE OCZY?
Pamiętnik Stefana
ElŜbietka poszła do Brodzkich, a ja z tego wszystkiego o węglu zapomniałem i
wróciłem sprzed naszych drzwi. Spieszyłem się, jak tylko mogłem, bo cały czas
myślałem, co powiem mamie, kiedy zapyta, gdzie tak długo byłem.
A do tego jak na złość nasza kłódka się zacięła i nie mogłem przekręcić w niej
klucza. Wreszcie otworzyłem piwnicę, piorunem nałoŜyłem węgla i juŜ miałem
wychodzić, kiedy usłyszałem kroki, więc zgasiłem latarkę i przyczaiłem się.
Pomyślałevi, Ŝe to znowu ci sami idą zobaczyć, czy kartka leŜy. No, teraz juŜ
będą pewni, Ŝe ją Alina wzięła. A tymczasem słyszę, idzie- jedna osoba i tak
jakoś powoli, niepewnie, latarką świeci na wszystkie strony, jakby czegoś
szukała, ale idzie wprost
w nasz koniec. Kiedy podeszła juŜ do naszej piwnicy, o mało nie krzyknąłem. Bo
to była ElŜbieta! Skamieniałem po prostu. W głowie nie mogłem sobie pomieścić:
nasza piwnica i ElŜbieta! Podeszła do cegieł i zdjęła tę środkową.
Zrozumiałem wtedy, Ŝe przysłała ją Alina. To tak wyglądała „pilna sprawa na
jutrzejszy bal". Alina nie mogła sama zejść do skrytki, więc posłała koleŜankę
po kartkę!
CzyŜby ElŜbieta wiedziała o zielonej pieczęci? Czy moŜe dopiero teraz Alina
powiedziała jej coś o tym? Nie mogłem sobie na to pytanie odpowiedzieć i w
ogóle zbaraniałem zupełnie. A ona świeciła i świeciła w tę skrytkę, ale to
rzeczywiście nic nie pomagało. Więc zasunęła w końcu cegłę na swoje miejsce i
wyszła z piwnicy. Odczekałem trochę, Ŝeby się z nią na schodach nie spotkać, i
pognałem na górę. No, myślę sobie, teraz będzie bura. Ale nie było Ŝadnej
bury. Ledwo zastukałem, a juŜ Lucynka wpadła na mnie z krzykiem, Ŝe radio
inŜyniera znalazło się, Ŝe było schowane na strychu w piachu, Ŝe klucze od
strychu były u Pagaczów, a przedtem u Roświatyńskich i Ŝe w ogóle złodzieje na
pewno po dachu chodzą. AŜ mamusia kazała jej przestać pleść, ale widać było,
Ŝe mamusia teŜ się tym przejęła. Ciągle spoglądała na zegar, a jak mamusia na
zegar często spogląda, to znaczy, Ŝe nie moŜe doczekać się, kiedy przyjdzie
ojciec.
Więc skorzystałem z tego zamieszania i mówię, Ŝe ElŜbieta do Aliny przyszła, a
pani Niedźwiedzka prosiła mnie, Ŝebym ją do domu z powrotem odprowadził, bo
będzie niespokojna. Mama kiwnęła głową, ale Lucynce nie podobało się, Ŝe ja
nic o tym radiu nie mówię. „Takie rzeczy się tu dzieją, a on nic, tylko
odprowadza i przyprowadza jakieś dziewczyny". Chciałem jej powiedzieć, Ŝe
ElŜbietka to nie „jakaś dziewczyna", ale właśnie zastukała.
Była jakaś wystraszona i przypomniałem sobie, jak Bartek wyśmiewał się kiedyś
z siostry, Ŝe boi się ciemnego pokoju. A tu musiała zejść do ciemnej, obcej
piwnicy. Chciałem juŜ jej powiedzieć, Ŝe jest odwaŜna, ale coś mnie
wstrzymało. I dobrze. Poszliśmy. Idziemy, idziemy, ona nic nie mówi i ja nic
nie mówię. JuŜ prawie dochodziliśmy do Rzgowskiej, kiedy powiedziała:
Stefek... wiesz... dobrze, Ŝe ze mną idziesz." „Bo co?" — mówię.
Tak... jakoś... ciemno na tej Bednarskiej. Bałabym się sama." E, chyba
tchórzem nie jesteś?" „Jestem, Stefku, jestem. I w ogóle... Wiesz..." ,Nic nie
wiem, jakie «w ogóle»? Alina ci coś powiedziała?" ,Tak... nie. Nie, nic
zupełnie. To przez to radio tak mi się wydaje. Dziwne rzeczy u was się
dzieją." „Jakie rzeczy? — pytam. — Radio to jest jedna rzecz." „Tak. Masz
rację. Ja tylko tak powiedziałam. Nic przecieŜ nie wiem. Nic nie rozumiem."
„Powiedz, czego nie rozumiesz, moŜe ja ci pomogę." „Nie, nie. Nie mogę.
Właśnie tobie — nie. Tak mi przykro. Naprawdę. Jedno tylko ci powiem: z Aliną
jest źle. Musimy coś zrobić. Ja pomyślę. Naradzimy się razem. Ale najpierw
pomyślę sama. Dziękuję ci. Dobranoc." I juŜ jej nie było.
Bądź tu mądry. Dlaczego mi nie powiedziała, czego chciała od niej Alina? Czy
to moŜe takie dziewczyńskie zwyczaje? Chciałem się obrazić, ale moŜe nie
warto? Bo jednak zapowiedziała, Ŝe naradzimy się razem. Tylko ona musi
najpierw pomyśleć. Zupełnie, jakbym ja tego nie umiał. Dziwne te dziewczyny.
Myślałem, Ŝe ElŜbieta jest podobniejsza do mnie. ChociaŜ z tym telefonem
rzeczywiście świetnie wyszło. Wpierw na ten pomysł wpadła niŜ ja. Bo ja chyba
teŜ bym takie wyjście znalazł. Tylko Ŝe się zanadto przejąłem. Szkoda.
Matka Aliny znowu któregoś dnia zastukała do śórawców. Prosiła, Ŝeby Stefek
zajrzał w wolnej chwili do Aliny. Nudzi jej się tak leŜeć. A z nogą źle. Nawet
Strona 94
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
bardzo źle. Coś się przyplątało. AŜ się wierzyć nie chce, bo Alinka zawsze
była taka zdrowa. A teraz doktor mówi, Ŝe trzeba wielkiego zachodu, Ŝeby nie
kulała. Pani Brodzka myśleć o tym nie moŜe. Doktorzy to tylko straszą. A do
szpitala Alinki nie da. Co w domu, to w domu. Stefan słuchał i teŜ nie wierzył
własnym uszom.
— Alina? Kulawa?
— Ciii... Stefku, tylko przy niej ani mrumru. Ona nic nie wie.
Doktor do niej zupełnie inaczej mówi. Pociesza, Ŝe juŜ niedługo. śeby
wytrzymała. Ale biedactwo tak się nudzi. Denerwuje się, płacze. Ja mam los,
mówię pani!
Stefan dalej nie słuchał. Wziął klucz od zatrzasku z rąk pani Brodzkiej i
zbiegł z piętra.
Alina wcale nie wyglądała na biedactwo. Uczesana, wymyta,
leŜała~z~uttieruehomioną nogą, co wyglądało nawet trochę zabawnie.
Uśmiechnęła się do Stefana.
— Oj, Stefek, gałgan z ciebie. Wiesz, Ŝe ja nogę skręciłam, i ani
zajrzysz. Takiś sąsiad. Jak ty miałeś grypę, to ja zawsze twoją mamę pytałam,
czy czego nie potrzeba.
— Tak? — Stefan dowiadywał się o tym dopiero teraz. — Ja teŜ zajrzałbym, ale
myślałem, Ŝe moŜe sobie nie Ŝyczysz.
—¦ Tere-fere. Nie wykręcaj się. A ja dla ciebie mam znaczek. Siadaj.
Stefan przysiadł na brzegu krzesła. Alina miała jakąś ciotkę w Stanach
Zjednoczonych. Ile razy przychodził stamtąd list, starannie odklejała znaczki
i darowywała je Stefkowi. Tak się jednak jakoś składało, Ŝe zawsze przy tym
prosiła o jakąś przysługę. Więc i teraz Stefek czekał na ciąg dalszy, szukając
oczami na stole i szafce, obok łóŜka, zapowiedzianego znaczka.
— Nie, nie — domyśliła się Alina — schowałam go do szuflady w biurku.
Otwórz tę prawą górną i wyjmij takie zielonkawe pudełko. LeŜy na samym
wierzchu.
Stefan niechętnie wykonał polecenie. Wyjął pudełko i rozumiejąc, Ŝe znaczek
leŜy w nim na samym wierzchu, juŜ chciał je otworzyć.
— Nie otwieraj! — wrzasnęła Alina dzikim głosem. — Nie to pudełko!
Stefan aŜ się przestraszył tego krzyku i wykrzywionej złością twarzy Aliny.
Pierwszy raz widział ją w takim gniewie. To pewnie wszystko z tej choroby.
— Nie krzycz, nie ruszę twojego pudełka. Ale po co mówisz zielonkawe?
— Bo zielonkawe to nie zielone — burknęła Alina. — Zielonkawe jest tam obok.
Niebieskozielonkawe w złote Ŝyłki.
— Trzeba było od razu mówić, Ŝe w złote Ŝyłki.
Stefan podał Alinie Ŝądane pudełko. Znaczka w nim jednak
nie było.
— Podaj mi tamto pudełko, ale nie otwieraj — komenderowała Alina — i nie
patrz, bo ja mam tu swoje sekrety.
Stefan odwrócił się, dotknięty do Ŝywego. O, nie przyjdzie tu prędko. CóŜ ona
sobie myśli? Jak go traktuje? -Nagle Alina kichnęła bardzo mocno. Zaskoczony
Stefan odwrócił się mimo woli i zobaczył wywrócone gwałtownym ruchem pudełko.
Rozsypaną na kołdrze jego zawartością były szpulki nici, guziki, ścinki
wstąŜek i agrafki. Jakaś broszka stoczyła się na podłogę. Stefan schylił się,
aby ją podnieść, ale zdąŜył jeszcze spostrzec przedmiot, który 'Alina szybko
wrzuciła do pudełka i zaczęła go zasypywać guzikami i szpulkami.
Znaczek znalazł się wreszcie.
Stefan, oszołomiony dokonanym przed chwilą odkryciem, robił wszystko, Ŝeby
tylko nie dać nic po sobie poznać. Zadowolony był z trajkotania Aliny, która
chcąc zatrzeć swoje poprzednie niepiękne zachowanie, opowiadała jeszcze
szybciej i jeszcze barwniej niŜ zwykle o ciotce, o jej liście i o zapowiedzi
paczki z prawdziwymi nylonami.
— Nylony! Prawdziwe nylony! Mamusia powiedziała, Ŝe będą tylko dla mnie,
rozumiesz! I jak tylko wstanę, to je załoŜę i pójdę na spacer.
Stefka ogarnęła nagła litość. Jak ta Alina się cieszy z głupich pończoch, a
nie wiadomo, na jakie nogi je naciągnie i czy się będzie spieszyć wtedy na
spacer?
Alinka musiała zauwaŜyć coś w jego oczach, bo powiedziała:
— No tak, patrzysz na mnie z politowaniem, bo wy,, chłopcy, zielonego pojęcia
nie macie, co to jest prawdziwa elegancja.
Strona 95
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Nie bój się, mamy. Ta prawdziwa elegancja to: trach i oko leci! Trach i
drugie oko leci! Mamusia teŜ ma nylony na święto. I muszę zawsze z kaŜdym
okiem latać do reperacji.
Stefan juŜ ochłonął i mógł przytomnie przyjrzeć się znaczkowi. Wydął wargi.
— Taki juŜ mam. Nawet, zdaje się, dwa.
— Masz? — Alina była ogromnie zawiedziona. — A ja myślałam... a ja
myślałam... Ŝe nie masz.
Stefan patrzył na nią trochę drwiąco.
— Mów prędko, o co chodzi. Tak jakbym nie miał.
Wcale nie speszyła się tak wyraźnym ustawieniem sytuacji.
— Widzisz, Stefku — zaczęła — mnie się tak nudzi. śeby mi kto ksiąŜki z
biblioteki przynosił...
— PrzecieŜ ty nie lubisz czytać!
— Teraz lubię. Do południa czytam sama. Wieczorami tatuś zawsze siądzie
przy mnie i czyta albo radia słuchamy razem. Wiesz, tatuś teraz tak o mnie
dba. AŜ się czasem dziwię, taki dobry. O co poproszę, zaraz jest.
— No, więc dobrze. Będę ci ksiąŜki przynosić, tylko musisz mi powiedzieć,
jakie. Bo dziewczyny to o Indianach — nie, o wynalazkach — nie, o podróŜach do
dzikich krajów — nie, a jakaś tam „Ania z psiej górki" to jest tylko jedna.
Stefek celowo zmienił tytuł. Myślał, Ŝe Alina się roześmieje. Nawet nie
zauwaŜyła Ŝartu.
— Nie. Nie. Ciebie nie będę tym obarczać. Ty masz i tak duŜo roboty. Nie
widziałeś Franka?
— Nie. O, juŜ parę dni go nie widziałem.
— No, właśnie. I tu się nie pokazuje. A lubił przecieŜ wpaść to po to, to po
tamto. Zawsze mu pomogłam.
Alina nie patrzy w oczy Stefkowi, który juŜ się domyślił, po co jej potrzebny
Franek.
— Mój Stefku, ja cię proszę, moŜe ty, moŜe Lucynka do niego skoczy, Ŝeby tu
zaraz przyszedł. Bo musi mi jedną rzecz załatwić. Mój drogi, nie
poŜałujesz, juŜ ja dla ciebie o znaczkach nie zapomnę.
— Przestań — obruszył się Stefan. — Czy ja taki jestem, Ŝe bez znaczka to ani
rusz? A moŜe ElŜbietkę zawiadomić? Chcesz?
— Nie, ElŜbietę nie — zaprzeczyła szybko Alina. — ElŜbieta
jest zupełnie dziwna koleŜanka. Wtedy, kiedy po nią pobiegłeś, to wpadła jak
po ogień.
— No, nie przesadzaj, wcale nie jak po ogień.
— Co ty tam wiesz.
— Wiem, bo ją odprowadzałem.
— Ty? Odprowadzałeś ElŜbietkę? — Alina aŜ głowę uniosła z poduszki.
— CóŜ to dziwnego?
— Ale jak to było? Czekałeś na nią pod drzwiami?
— Jeszcze czego! Wyszła od ciebie, zastukała do nas i zeszliśmy
razem.
— I zeszliście razem! I co?
—¦ Teraz widzę, Ŝe potłukłaś sobie i głowę. Trudno. Więc odprowadziłem ją pod
samą bramę.
— Co za galant! — drwiła zła czegoś Alina. — Istny narzeczony!
— No, no, tylko bez narzeczonych! — warknął groźnie Stefan. — ElŜbieta jest
naprawdę mądra dziewczyna. Przekonałem się. Z nią moŜna by się kolegować jak z
chłopakiem.
— Patrzcie no, ludzie, co za komplementy! — wykrzykiwała drwiąco Alina i
nagle ściszyła głos. — Ale chyba koleŜanka o koledze nie powinna tak mówić,
jak ona o tobie?
— Jak?
— No, Ŝe ty... no... e, nie, nie będę tego powtarzać, po co? — wykręcała się
nieszczerze Alina. Ale Stefan juŜ połknął haczyk.
— Albo mówisz, albo nie. Cześć pracy i załatwiaj sobie wszystko, jak chcesz.
— Podniósł się z miejsca.
— Powiedziała... powiedziała... ale słuchaj, Stefku, Ŝebyś nie narobił
plotek. Powiedziała o tobie, Ŝe masz... no, Ŝe masz takie cielęce oczy.
— Ja? Cielęce oczy? — Stefan odwrócił się w stronę duŜego, krawieckiego
Strona 96
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
lustra i patrząc na swoje odbicie o niezbyt inteligentnym w tej chwili wyrazie
twarzy, Ŝądał jeszcze wyjaśnień. — Co to znaczy?
— Bo ja wiem? Cielęce to cielęce, i juŜ.
— A kiedyś, pamiętasz, mówiła ci, Ŝe mnie podziwia.
— Kiedyś, kiedyś. Kiedy to było? Dziwię się, Ŝe ci to nie wywietrzało,
ElŜbieta się na tym w ogóle nie rozumie. Wicek kiedyś powiedział mi, Ŝe ty
masz takie dumne czoło i szlachetny zarys głowy. On się na tym zna. Ile on juŜ
fotografii robił! O moim nosie mówi, Ŝe jest prawie grecki. Widzisz? — Alina
odwróciła twarz profilem.
Stefan patrzył, ale nie widział. Przystał na wszystko, co chciała. Obiecał, Ŝe
jej napisze wypracowanie. Bo to na kwartalny stopień i Alina nie chce stracić
tych kilku tygodni. Wszystkie piśmienne odrabia i posyła do szkoły. Zawsze tu
któraś z koleŜanek wpada i zabiera. Ustaliły dyŜury. Obiecał teŜ, Ŝe skoczy do
Franka Gawrońskiego z sąsiedniej klatki.
Skoczył. Otworzyła mu drzwi jakaś młoda pani w spodniach. Stefek myślał, Ŝe
pomylił piętra. U Gawrońskich nigdy takiej nie było. Na wszelki wypadek zapytał:
— Przepraszam, czy tu mieszka Franek Gawroński?
— Mieszkał. Mieszkał do niedawna. W zeszłym tygodniu państwo Gawrońscy
wyprowadzili się do Białegostoku.
Na Stefku nie zrobiło to większego wraŜenia, ale Alina zbladła, kiedy jej o
tym powiedział.
— Teraz to juŜ naprawdę rozpacz — rozłoŜyła ręce — głową o ścianę tłuc.
— Szkoda ściany — mruknął Stefek i, nie zastanawiając się nad powodem jej
zmartwienia, wrócił do domu. Miał o czym myśleć na cały wieczór. I na
dłuŜej jeszcze.
Siedział nad ksiąŜką, oparty łokciami na stole. Ojciec czytał gazetę. Nie
przeszkadzał Stefkowi, myśląc, Ŝe się uczy. JakŜe tu jednak moŜna się było
uczyć!
— Tatuś, co to znaczy „cielęce oczy"?
— Przeczytaj całe zdanie, to ci wytłumaczę.
— Nie, to nie z ksiąŜki, tylko tak gdzieś czytałem, Ŝe rycerz miał cielęce
oczy.
— Rycerz? Nie mogę sobie wyobrazić. Bo to pewnie znaczy to samo, co: patrzy
jak cielę na malowane wrota — tak głupio, bezmyślnie. Rozumiesz?
Stefek rozumie bardzo dobrze.
Więc ElŜbieta uwaŜa go za głupiego i bezmyślnego. Jemu tego nie powiedziała,
naturalnie. Tylko Alina była godna usłyszeć
o takim odkryciu. Ta papla. Bóg wie, ilu juŜ osobom udzieliła tej cennej
wiadomości. MoŜe się z niego za oczami śmieją?
I jaka ta ElŜbieta fałszywa! Jak mu szczerze doradzała! Jak go zapewniała, Ŝe
razem się naradzą. Razem! O, nic z tego. Koniec i kropka, i cześć pracy!
Stefan pokaŜe, co sam potrafi zrobić. Sam jeden bez niczyjej mądrej pomocy.
ElŜbieta wie figę z makiem i nic ponadto nie wymyśli.
To on, Stefan, zna szyfr, to on wie, Ŝe kartki podkładane są zawsze w sobotę.
To on widział dzisiaj, jak z zielonego pudełka wypadła mała pieczątka
z widzianym kilkakrotnie znakiem.
i tylko on wie, co teraz naleŜy zrobić.
Wstaje od stołu. Z podniesioną głową wychodzi do przedpokoju, gdzie między
drzwiami i piecem wisi długie, wąskie, jedyne w domu lustro. Marszczy brwi,
przygląda się uwaŜnie swojej twarzy. Nie ma cielęcych oczu! Kiedy spotka
ElŜbietę, to tylko obrzuci ją od stóp do głów „twardym spojrzeniem". Tak
właśnie: „twardym i posępnym", nie Ŝadnym cielęcym. I nawet się nie ukłoni. A
moŜe się ukłonić? W czapce zupełnie prawie nie widać, jak dumny i szlachetny
jest zarys jego głowy. Niech tam. Ukłoni się. Ale to jedyne ustępstwo.
ROZDZIAŁ 24.
NIEOCZEKIWANE SPOTKANIE. GAZETY TRZEBA CZYTAĆ. PAMIĘTNIK STEFANA.
Stefan wmawiał w siebie, Ŝe to, co usłyszał od Aliny, wcale go nie obchodzi.
Niestety, było inaczej. Zawód, jaki go spotkał, bolał bardzo. PrzecieŜ
sprawiła go ElŜbietka, którą uwaŜał za „dziewczynę w dechę", z którą parę razy
rozmawiał tak, jak jeszcze z Ŝadnym z przyjaciół. Wydawała się godna
największego zaufania. Ona jednak usłyszała od Stefka, Ŝe jego największym
marzeniem jest... motocykl. Nie wiedział o tym ani Bartek, ani Wiktor, sam
Strona 97
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Stefan był zaskoczony, Ŝe się wygadał.
To było niedawno. ElŜbieta powiedziała mu w największym sekrecie:
— Muszę tak pięknie grać, Ŝeby moje nazwisko było drukowane duŜymi literami na
afiszach jak Czerny-Stefańskiej albo Bacewiczówny.
Pytała się, czy Stefek to rozumie, on, który chyba teŜ marzy o sławie? Więc
Stefan szczerze, z głębi serca powiedział całą prawdę. Pisze pamiętnik, tak,
ale wcale nie dlatego, Ŝeby się wprawiać w pisanie ksiąŜek. Wtedy przed
wakacjami po prostu nałgał, bo mu było wstyd, Ŝe to przez ortografię. Teraz,
rzeczywiście, błędów robi mniej — pan kierownik co do tej rady miał rację! Ale
Ŝeby ksiąŜki? Sławę? To nie dla Stefka. To trzeba by umieć bujać, zmyślać
róŜne rzeczy, z palca wysysać, tak jak to potrafi Wiktor. On, Stefan, marzy o
jednej wielkiej rzeczy: o własnym motocyklu. śeby to nie był motocykl ojca
albo jakiś taki szkolny czy harcerski, tylko absolutnie Stefkowy. Tak,
całkowicie i absolutnie.
—¦ Dlaczego? — dziwiła się ElŜbieta. — PrzecieŜ chodzi ci tylko o to, Ŝeby na
nim jeździć?
— A właśnie Ŝe nie tylko jeździć. Pierwszą rzeczą, którą bym zrobił ze swoim
własnym motocyklem, to byłoby rozłoŜenie go na drobne części, do ostatniej
śrubki! No, bo czyŜ moŜna dobrze prowadzić motocykl, jeŜeli się go nie zna?
— A gdybyś go potem nie złoŜył? — przestraszyła się ElŜbietka.
— JuŜ ja bym go złoŜył. Nie ma obawy, złoŜyłbym go — zapewnił Stefan.
— PrzecieŜ się przy tym uwaŜa, myśli się. KaŜdy drobiazg pasuje tylko do
jednej, tej, a nie innej rzeczy — to widać. Nic zbujanego tam nie ma.
ElŜbietka słuchała uwaŜnie i przyjemnie było z nią mówić o swoich projektach.
Widać było, Ŝe rozumie człowieka. Jeszcze wtedy powiedziała mu:
— Ty jesteś rzeczowy. Lubisz, Ŝeby śrubki były dopasowane. Chyba jesteś
podobny do Misia? On teŜ lubi być dokładny, tylko usposobienia macie inne. Miś
jest powolniejszy...
Stefan doskonale pamięta tę rozmowę. Takie sprawy z głowy nie wylatują i miło
sobie o nich przypomnieć w ostatniej chwili przed zaśnięciem.
A kilka dni temu, chyba w zeszłym tygodniu, umówili się na odrabianie lekcji u
Bartka. Wiktor nie mógł zrozumieć jakiegoś zadania i Bartek tłumaczył mu na
próŜno. Dopiero Stefan naprowadził go pytaniami na rozwiązanie. Wiktor aŜ w
czoło się stuknął, takie to było jasne. Nie wiedzieli wcale, Ŝe pan
Nie-dźwiedzki siedzi w sąsiednim pokoju. A on stanął na progu i powiedział do
Stefka: „Masz zdolności do logicznego myślenia". Na drugi dzień Bartek przy
jakiejś okazji wspomniał, Ŝe jego siostra uwaŜa Stefka za inteligentnego
chłopaka. Stefan niby nie zwrócił na to uwagi, ale słyszał, oho, dobrze
słyszał! Więc jak to jest: „inteligentny chłopak" czy „cielęce oczy"? Jedno
wynika z tego: ElŜbieta jest przewrotna i fałszywa. A fałszywi ludzie są
najgorsi na świecie. Mama często tak mówi.
Stefan stoi przed oknem, za którym nic nie widać, bo jest juŜ szósta godzina.
Nie chce o tym wszystkim myśleć, ale jak tu nie myśleć, kiedy nie moŜna po
Wiktorowemu powiedzieć: „I koniec. I kropka." Tylko trzeba pokazać tej całej
ElŜbiecie. Trzeba przekonać tę całą ElŜbietę, co on potrafi...
I na samą myśl o zemście Stefan mówi do siebie:
— Ale będziesz miała minę!
Nieobecnej ElŜbietce Stefek potrafił rzucać cięte, zjadliwe, pełne druzgocącej
ironii uwagi. Ale spotkania Ŝ nią unikał. RóŜnymi sposobami wykręcał się od
bywania u Bartka.
I teraz właśnie opiera się gwałtownym namowom Wiktora, aby skoczyć do
Niedźwiedzkich.
— Tylko na dziesięć minut!
— Aha! na dziesięć minut — powtarza Stefan bez entuzjazmu — wiem coś o tym. A
lekcje?
. — Czy ja się przesłyszałam? Mówiłeś mamusi niedawno, Ŝe lekcje masz
odrobione — wtrąciła Lucynka, która czeka na przyjście koleŜanki i widzi
osobisty interes w nieobecności brata.
Stefan rzuca jej wściekłe spojrzenie, ale Wiktor podchwytuje:
— A co, moŜe ty nie chcesz iść do Bartka? Pogniewaliście się?
— On się pewnie z ElŜbietą pogniewał — demaskuje brata Lucynka. — JuŜ jej
teraz nie odprowadza.
Stefan robi się purpurowy. Niech tylko będzie okazja. Lucyna popamięta.
Strona 98
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Tymczasem na pełne domyślności spojrzenie odpowiada:
— Miałbym się z kim gniewać! Co ona mnie obchodzi? Rzępoli na tych skrzypcach
i rzępoli, aŜ uszy bolą słuchać.
— Dziś jej nie będzie — zapewnia Wiktor. — No, chodź prędzej. A jak nie,
to poŜałujesz. Mam taki świetny pomysł, Ŝe wszystkim oko zbieleje.
Zobaczysz, rower murowany.
Stefanowi brak wykrętów. Pomysł dotyczący roweru zaintrygował go i jeśli
ElŜbiety w domu nie będzie...
Na dworze jest wściekła wichura ze śniegiem. AŜ dech zapiera. Odwracając się
do niej plecami, nastawiają kołnierze, naciskają głęboko czapki. Trudno iść
pod wiatr pchający całą siłą do tyłu, chlapiący duŜymi płatkami śniegu w oczy
i w usta. Jak to dobrze, Ŝe droga niedaleka.
Na klatce schodowej u Bartka otrząsają się z grubych poduszek śniegu, jakie
zdąŜyły się usadowić na ich piersiach, ramionach, czapkach. Twarze mają
rozpalone ostrym wiatrem i mokre od tających na poczekaniu płatków śnieŜycy.
Nagle ze schodów ktoś szybko zbiega. Stefan, który pomimo zapewnień Wiktora
cały czas odczuwa lekki niepokój, poznaje od razu ElŜbietę. Schyla się i
bardzo troskliwie otrzepuje rękawicą buciki. Wiktor bez ceremonii woła:
— ElŜbieta, serwus, Bartek w domu?
— Dobry wieczór — odpowiada niepewnie ElŜbieta. — A, io Wiktor? — dodaje
raźniejszym głosem. — Miś w domu. Dobrze, Ŝe przyszedłeś, bo go coś napadło i
wszystkim przeszkadza. A kto z tobą?
W mdłym świetle oszczędnościowej Ŝarówki trudno poznać schylonego nad bucikami
Stefka. ElŜbietka raptem zmienia ton i rzuca ozięble:
— Ale ja się śpieszę. Do widzenia, Wiktor.
— Gdzie ona poleciała? śe teŜ jej się chce na taką pogodę nos z domu
wystawiać — dziwi się Wiktor.
— A tobie się chce? — rzuca opryskliwie Stefan. — Mówiłeś, Ŝe jej w domu nie
będzie.
—. Według ciebie ona jest teraz w domu? — zapytuje zjadliwie Wiktor i nagle
teŜ się denerwuje: — Co ty wyprawiasz z tymi butami, pogubiłeś je?
— Nie pogubiłem — podnosi głowę Stefan — ale zabłociłem. Mam wejść i
narobić śladów, Ŝeby mnie pani Niedźwiedzka zwymyślała?
— To na słomiance wytrzyj, o, tak jak ja. — I Wiktor wyciera buty kolejno
na wszystkich słomiankach, koło których przechodzą.
Genialny pomysł wymagał przede wszystkim wielkiej tajemnicy.
— Gdyby wiadomość o tym, co ja wam tu za chwilę powiem, wydostała się poza te
cztery ściany — mówił Wiktor tajemniczym szeptem, rzucając niespokojne
spojrzenia na wszystkie strony — to moŜemy się od razu poŜegnać z rowerami.
— Z rowerami? — zawołali jednocześnie Bartek i Stefan.
— Ciszej! Bartek, zamknij drzwi i zobacz, czy nikt nie podsłuchuje.
— Kto by tu miał podsłuchiwać? — wzruszył ramionami Bartek, ale drzwi od
przedpokoju zamknął.
— Więc słuchajcie, a ty, Bartek, dobrze uwaŜaj, bo zaraz musisz
to zapisać w STO na moje konto. I Ŝebyście wiedzieli, Ŝe gdybym ja był
sobkiem, a nie takim szlachetnym kolegą, jak jestem, to poszedłbym sam, i
koniec, i kropka. Piechur ze mnie dobry. Buty mam mocne...
— To po te rowery trzeba tak daleko iść? — zaniepokoił się Bartek.
— JeŜeli daleko, to moje buty nie bardzo się nadają — dodał Stefan.
— Jeszcze nie wiadomo. MoŜe daleko, moŜe nie bardzo daleko.
Wszystko będzie zaleŜało od szczęścia.
— A więc loteria? To ja od razu wysiadam — powiedział Bartek. — Nigdy
jeszcze nic nie wygrałem.
¦— Oj, niedobrze — zmartwił się Wiktor — Ŝebyś całej sprawy nie zapeszył.
— Ja teŜ na Ŝadną loterię pieniędzy nie dam — oświadczył stanowczo Stefan.
— Uspokójcie się. To nie loteria. To całkiem prosty sposób. Słuchajcie:
dzisiaj porządkowałem swoją szufladę i w chwili kiedy wyjmowałem z
jej dna starą gazetę, los się do mnie uśmiechnął.
— Siedział pod tą gazetą? — nie mógł się powstrzymać Stefan.
— Nie Ŝartuj. Prasę trzeba szanować. Patrzcie, co w niej znalazłem.
Wiktor wyjął notes, a z notesu starannie złoŜony wycinek gazety. Tytuł
brzmiał: Dzielni chłopcy, którzy zapobiegli katastrofie, otrzymali nagrody.
— I jakie nagrody! — wykrzyknął Wiktor klepiąc na przemian Bartka i Stefana
Strona 99
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
po plecach. — Rowery! Buty! Ciepłe kurtki! Pilotki! Kompasy! I ksiąŜeczki PKO!
I w Warszawie byli, i z ministrem rozmawiali! No co? śle wymyśliłem?
Stefan i Bartek patrzyli na Wiktorową uciechę nic nie rozumiejąc. Stefan
przysunął się szybko i połoŜył mu rękę na czole. Wiktor Ŝachnął się.
— Jeszcze nie rozumiecie?
— Ani w ząb — powiedział szczerze Bartek.
— O, BoŜe — westchnął tragicznie Wiktor. — Dlaczego nie dałeś moim kolegom
równie lotnych umysłów jak mój! Nie widzicie tu czarno na białym: „Chłopcy
paśli krowy niedaleko torów..."
— Widzimy. No i co z tego?
— A to, Ŝe my tak jak oni...
— PrzecieŜ my krów nie mamy...
—¦ Nie przerywaj, Stefan. Krów nie mamy, chociaŜ ty byś się na boŜą krówkę
nadawał, ale moŜemy teŜ iść torami i teŜ
znaleźć takie pęknięcie na szynach, i teŜ uratować pociąg, i potem fiu! prosto
do samego ministra.
Stefan i Bartek, zaskoczeni, patrzyli na Wiktora wytrzeszczonymi oczami. Brał
to za najwyŜszy stopień podziwu dla własnego geniuszu.
— A co? Zamurowało was? Co? Główka pracuje, co? I w gazecie by nas opisali.
Sewerysio zzieleniałby. I sfotografowaliby nas z ministrem. Ja pośrodku,
minister po prawej, waŜne osoby zawsze po prawej, po lewej zawiadowca stacji,
bo o zawiadowcy stacji teŜ tam jest, a wy dwaj nisko, przed nami, na dywanie.
O, u ministra to dywan na pewno na całe ministerstwo. I minister ścisnąłby mi
rękę, wam teŜ, i podziękowałby nam w imieniu całego ministerstwa, a
ja odpowiedziałbym: „Panie ministrze, moŜe pan na mnie liczyć. Ile
razy..."
—¦ ...wyczytam ze starej gazety — podszepnął Stefek.
— ...wyczytam ze starej... — powtórzył Wiktor, spostrzegł się i rozgniewał
okropnie. — E, z wami to w ogóle szkoda gadać. Ja jak do kolegów z takim
pomysłem, a wy sobie Ŝarty stroicie. Nie to nie. Sam pójdę.
— Nie złość się — uspokajał Bartek. — Pomysł moŜe i niezły. Ale to mało
prawdopodobne. Co ty myślisz, takie wypadki często się zdarzają?
— Wcale tak nie myślę. Gdyby się często zdarzały, to ministrowi zabrakłoby
rowerów, wiesz? Właśnie Ŝe rzadko, to dla nas lepiej. I mówię ci, Bartek,
dla Stefka to chichy-śmichy, ale my chodźmy. I dopiero kiedy wrócimy z
rowerami... a moŜe jeszcze coś więcej dostaniemy, bo tamte chłopaki
niechcący, a my specjalnie polecimy, to nasza zasługa większa...
— Nie. Mniejsza — stwierdził krótko Bartek.
— Jak to?
— My polecimy, bo chcemy mieć rowery. Oni nic nie wiedzieli o nagrodach.
— O rany? A skąd my wiemy? Z gazety. A jak ci się zdaje, po co w gazecie
takie rzeczy drukują? Stefan, powiedz.
— A bo ja wiem? Nie o to chodzi. U ministra ja powiedziałbym...
—¦ JuŜ ja cię widzę, jak ty z ministrem rozmawiasz. Stękałbyś, czerwieniłbyś
się, jeszcze gorzej niŜ z ElŜbietą.
Stefan rzucił się na Wiktora z pięściami. Bartek wpadł między nich. Zaczepili
i ściągnęli serwetę ze stołu. Zbiła się porcelanowa popielniczka.
Po wyładowaniu energii i złości rozpatrzyli pomysł Wiktora spokojnie.
Postanowili spróbować. Ostatecznie, niewielkie ryzyko, a jakaś szansa jest.
Tak jak w loterii, nawet lepiej, bo na loterię trzeba wydać pieniądze, a tu —
nie.
— Co prawda niewielkie koszty będą. Trzeba tramwajem do Widzewa pojechać. Ze
stacji Łódź Fabryczna do Widzewa iść nie warto. Tak blisko miasta szyny są na
pewno często przeglądane. Jeszcze by mogli zapłacić karę za chodzenie po torach.
Od Widzewa będą lecieli swobodnie. Wybiorą się w najbliŜszą niedzielę. Zbiórka
na placu Niepodległości o godzinie dziesiątej. Rodzicom nic nie mówić.
Nie wyszli od Bartka, dopóki pomysł Wiktora nie został wpisany do kroniki STO.
Albo się uda, albo nie, ale Wiktor Ŝyczył sobie wyraźnie, Ŝeby w kronice STO
widać było jego uspołecznienie i „wkład w pracę organizacji". Bartek ruszał
ramionami, unosił brwi, ale w końcu wpisał.
Pamiętnik Stefana
Poniedziałek. Dzisiaj dopiero nóg, jak to się mówi, nie czuję. Z gimnastyki
musiałem się zwolnić i do domu ledwo się dowlokłem. Bartek i Wiktor teŜ ledwo
Strona 100
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
łaŜą, a do tego Bartek wpadł na geografii. Wszystko przez Wiktora, bo Bartek
miał sobie wczoraj przygotować dzisiejszą lekcję, ale. kiedy wrócił z tej
wycieczki, to mu się tak chciało spać, Ŝe zaraz się połoŜył i obudził dopiero
o dziewiątej, więc tylko przegryzł coś niecoś i znowu się połoŜył.
Ale ja miałem satysfakcją, bo Wiktor „spuchł" pierwszy. Dobrze mu tak.
Zaraz za Widzewem weszliśmy na tory i pokłóciliśmy się. Wiktor chciał nami
komenderować, a mnie to się nie podobało. Bartkowi teŜ, chociaŜ nic nie mówił.
Więc szedł lewym torem, a my we dwóch prawym. Leciał tak prędko, Ŝe ledwo za
nim nadąŜaliśmy, bo trzeba było oglądać się od czasu do czasu, czy pociąg za
nami nie jedzie. Za nami nie jechał, tylko tym torem, po którym szedł Wiktor,
przeleciał pociąg z Warszawy do Łodzi. Kiedy przejechał, mówię do Wiktora:
,MoŜesz teraz iść razem z nami, bo jeŜeli po twoim torze przeszedł pociąg, to
znaczy: wszystko w porządku."
)tA właśnie, Ŝe nic nie wiadomo — odpowiedział — bo mogło juŜ po przejściu
pociągu coś pęknąć pod wpływem tego... róŜnych warunków atmosferycznych."
I poleciał znowu przodem. Idziemy i idziemy. Szyny całe. Podkłady całe. W
Andrzejowie na zegarze juŜ było po dwunastej, w Justynowie pół do drugiej.
Jeść się nam chciało, ale tylko Bartek miał dwie kanapki z serem. Dla psa mucha.
W Gałkówku ja juŜ byłem strasznie zły. AŜ Wiktor kupił za swoje pieniądze
irysów. Częstował i ciągle powtarzał:
„Nie upadajcie na duchu, bo kto upadnie, to zęby wybije i na przyjęciu u
ministra nie będzie."
„Na jakim znowu przyjęciu? — mówię. — W gazecie nic o tym nie było."
Ale Wiktor zawsze na wszystko ma odpowiedź.
„No to co, Ŝe nie było? Jakby tak wszystko szczegółowo chcieli opisać, to na
inne waŜne wiadomości zabrakłoby miejsc. JuŜ ty się, Stefan, nie bój — powiada
Wiktor. — Zaraz po tej fotografii minister poprosi nas do drugiego pokoju, a
tam na stole wszystko: jak u prawdziwego ministra. A do tego od komunikacji.
Komu nie przywiozą, to nie przywiozą, ale jemu kolejarze wszystko, a wszystko
najpierw! Przekonacie się. Tylko przez drzwi nie pchajcie się, pierwszy
minister, to juŜ musowo. A przy stole zjemy, owszem, róŜności, to i tamto, ale
na przykład pomarańczy do kieszeni nie brać, broń BoŜe. Bartek, jak nie
wierzysz, zapytaj się swojej mamy. Cukierków ani czekolady teŜ nie. Po co?
Minister sam nam da. Czy on nie rozumie się na takich rzeczach?
Czy on nie miał kiedyś tyle lat, co my?"
„Wiktor, czy ciebie szczęki nie bolą?" — zapytał Bartek.
„Szczęki? Nie... Ale, chłopaki, jak mnie się jeść chce! To przez tego
ministra! Wstąpmy na stację, chwilę odpoczniemy."
To był Gałkówek. Zegar wskazywał piętnaście minut po drugiej. W bufecie były
jajka na twardo i bułki. Kupiliśmy po jednej. Bardzo smaczne w tym Gałkówku
bułki. Suche, wczorajsze, a tak mi smakowały jak z masłem. Wiktor zjadł swoją
naj-pierwszy i znowu zaczął o tym, jak to trzeba u ministra i Ŝebyśmy tylko
uwaŜali na niego, to wszystko będzie dobrze.
Wreszcie zaproponował, Ŝebyśmy zjedli jeszcze po jednej bułce.
„Nie — powiedział Bartek i widziałem po jego minią, Ŝe był zły — starczy mi
tylko na bilety."
„Na bilety? Dokąd?"
„Do Łodzi. Ja dalej nie idę. U nas juŜ obiad jedzą.. Głupi pomysł."
„Ja teŜ dalej nie idę — mówię — moje buty ledwie zipią."
Wiktor zaklinał nas na wszystko, Ŝebyśmy poszli jeszcze chociaŜ kawałek, Ŝe
moŜe juŜ zaraz za Gałkówkiem...
Ale właśnie przez stację przeleciały mijając się dwa pośpieszne pociągi. Tylko
mignęły na torach. Popatrzyliśmy za nimi chwilę i wróciliśmy do poczekalni.
Wiktor juŜ nic nie mówił. Patrzył na bufet i ciągle na to miejsce, gdzie za
szybą leŜały bułki. Bart-kowi przy kasie zabrakło pięćdziesięciu groszy.
Przetrząsnęliśmy kieszenie. Ja znalazłem trzy dziesięciogroszówki, Wiktor
dwadzieścia groszy.
Widziałem, jak Bartek odetchnął z ulgą. Wiktor teŜ westchnął, ale inaczej, i
odwrócił się plecami do bufetu.
W przedziale siedzieliśmy sami. Nikt nic nie mówił. KaŜdy widocznie myślał
o swoim. Przysiągłbym, Ŝe Wiktor marzył
o przyjęciu u ministra, bo kilka razy przełykał ślinę.
Ja myślałem o fotografii. Taka fotografia z ministrem to nie byle co. Ciekawe,
Strona 101
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
co powiedziałaby patrząc na nią ElŜbietka? Kazałbym jej (przez Bartka) dobrze
przyjrzeć się moim oczom.
i porównać z cielakiem. Ba! Ale skąd wziąć cielaka? DojeŜdŜaliśmy juŜ do
Łodzi, więc zaproponowałem, Ŝebyśmy
tei wyprawie n*c nikomu nie opowiadali. Chodziło mi o to, aby Bartek nie
wygadał się w domu przy ElŜbiecie. Wyśmiałaby nas
na pewno.
To moŜna ładnie opowiedzieć — zaczął spokojnie Bartek, a widząc, jak Wiktor
nadstawił uszu, zaczął: — Były trzy darda-nelskie osły..."
Chłopaki! —¦ zerwał się z ławki Wiktor. — Mam genialny
pomysł!"
Ale Bartek podsunął -mu pod nos swoją pięść z takim spojrzeniem, Ŝe Wiktor
czym prędzej usiadł z powrotem. A szkoda. Ja teŜ stłukłbym go z przyjemnością.
ROZDZIAŁ 25.
INTRYGI ALINY. ZNOWU KARTKA W SCHOWKU. TRZEBA ZACZĄĆ DZIAŁAĆ. RĘKA — ALE JAKA!
Pogoda była prawdziwie marcowa.
Rankiem padał jeszcze śnieg. Grube płatki wirowały za oknami klasy, siadały na
parapetach, na gałęziach topoli, ale ich puszysta biel trwała krótko, topniały
przyczyniając na ulicy rzadkiego błota. Przed wieczorem zaczął siąpić deszcz,
rysując szyby mizernymi struŜkami.
Dzień był juŜ o wiele dłuŜszy. Stefan, wysłany do sklepu po cukier, zdziwił
się, Ŝe o tej porze jest tak widno. Wybiegł bez czapki i przez chwilę nie
wiedział, jak się zachować, zobaczywszy idącą naprzeciw ElŜbietkę
Niedźwiedzką. Ona równieŜ musiała go spostrzec, ale głowę trzymała lekko
odwróconą i patrzyła gdzieś ponad jego ramieniem.
— Dobry wieczór — powiedział Stefek niegłośno.
ElŜbietka kiwnęła głową, przechodząc obok niego. Minęli się tak szybko, Ŝe
nawet nie słyszał, czy odpowiedziała na jego pozdrowienie. MoŜe nie
odpowiedziała wcale? To tylko zdąŜył zauwaŜyć, Ŝe usta miała zaciśnięte w
linijkę, a wyraz twarzy jakiś nienaturalny, obcy. I dlaczego nie spojrzała mu
wprost w oczy?
„Wstydzi się — stwierdził Stefan z satysfakcją. — Na pewno się wstydzi.
PrzecieŜ ja teŜ, kiedy coś zmajstruję, to ani mamie, ani ojcu wolę w oczy nie
patrzeć. Ona widocznie tak samo. Sumienie ją gryzie. Dawniej uśmiechała się z
daleka. A dobrze jej tak! Niech się trochę pomęczy."
Biegł do spółdzielni jak na skrzydłach, ale juŜ w powrotnej drodze ogarnęło go
współczucie. IleŜ to razy dręczyły go wyrzuty sumienia! Jak cięŜko wtedy
człowiekowi, jak trudno pierwszemu przemówić! Tak się coś w środku zatnie jak
zepsuta kłódka: kluczyk raczej się ukręci, niŜ otworzy. To Stefan miał po
matce. Ojciec był zupełnie inny. W nieporozumieniach szedł zawsze prostą
drogą, umiał ten „kluczyk" jakoś mimochodem delikatnie przekręcić i od razu
robiło się lŜej. Nawet mama, chociaŜ widać było, Ŝe się opierała, musiała się
uśmiechnąć: „kłódka" była otwarta. Mówiło się potem, przewaŜnie w nieobecności
ojca, Ŝe umie postępować z ludźmi, Ŝe taki jest mądry i delikatny. I mama,
chociaŜ sama pod tym względem inna, szczyciła się takimi umiejętnościami męŜa,
mówiąc: „To prawdziwy męŜczyzna."
Dochodząc do klatki schodowej, Stefan pomyślał, Ŝe on teŜ powinien juŜ
postępować jak prawdziwy męŜczyzna. Za kilka tygodni rozpocznie czternasty
rok, a takie lata to juŜ — oho!
Przez chwilę usiłował sobie przypomnieć, kto w dziejach ludzkości zasłynął
mając tyle właśnie lat co i on, ale daremnie: przecieŜ historia zawsze była
jego słabą stroną.
„Mniejsza o to. JeŜeli ona wstydzi się swoich słów... jeŜeli tak bardzo się
wstydzi, Ŝe aŜ nie śmie oczu na mnie podnieść, to niech tam! Nie będę jej tego
pamiętać."
Wchodził po schodkach wolno, coraz wolniej. MoŜe znowu spotka ElŜbietkę?
Zagadnie ją o byle co. Choćby o niedzielną „zgaduj-zgadulę", na którą zaprosił
go Bartek. Zapyta, czy ona zaprasza koleŜanki. Ot, o co niebądź, aby tylko dać
dowód, Ŝe wcale nie czuje się dotknięty.
Ale ElŜbiety juŜ nie spotkał. Stał długo pod własnymi drzwiami. Nasłuchiwał,
czy u Brodzkich nie skrzypną drzwi. Cisza.
Po kolacji nie wytrzymał. Pod pierwszym lepszym pozorem skoczył do Aliny.
nego.
Strona 102
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
__ Wiesz, Alina — zaczął prosto z mostu — widziałem dzisiaj
ElŜbietę.
_ Tak? — Alina zdziwiła się, jakby to było coś nadzwyczaj-
— Gdzie?
- Kiedy szła tu do ciebie. I wiesz, widziałem po jej minie, Ŝe jest jej
strasznie przykro, Ŝe tak się o mnie wyraziła.
_- Phi! — prychnęła drwiąco Alina. — A to nowość. Fantazję masz
rzeczywiście... bujną.
__. Nie Ŝadną fantazję, tylko widziałem naprawdę. Minę miała
taką, taką... jakby się jej na płacz zbierało. AŜ usta zagryzła z całej siły.
Ja wiem. To pomaga. I patrzyła tak gdzieś w bok. Nieśmiało. śal mi się
zrobiło. Co tam, mój tatuś mówi, Ŝe mądry pierwszy rękę wyciąga. Bartek mnie
zaprosił na „zgaduj-zgadulę". Miałem nie iść, ale...
— Idź, idź koniecznie — namawiała przesadnie Alina — przynajmniej ElŜbieta
znowu ubawi się twoim kosztem.
—i Mo... moim kosztem? — powtórzył zająknąwszy się Stefan.
— No, przecieŜ nie moim ani tych gości, którzy więcej mają w głowie niŜ ty.
Jak to, juŜ nie pamiętasz? JuŜ zapomniałeś, Ŝe niczego nie potrafiłeś
odgadnąć? Niczego wymyślić? ElŜbieta z litości ci pomogła.
— Nieprawda! — warknął Stefan.
— Prawda, prawda — głos Aliny ociekał smutkiem. — Po co miałabym cię
okłamywać? Znamy się tyle lat, mówię ci to tylko przez Ŝyczliwość, Ŝebyś
wiedział. Na drugi dzień przez całą lekcję smarowała w brulionie twoje
podobizny: obfita czupryna, a tu po bokach dwa piękne zakręcone rogi. O, tak
— Alina zręcznie zatoczyła kółka na własnych skroniach, a widząc
oniemiałego Stefana, wyjaśniła:
— To znaczy, Ŝe jesteś „barania głowa", rozumiesz? Ba-ra-nia, bo nic nie
wiesz. Rozumiesz?
Stefan siedział w dalszym ciągu bez słowa. Skamieniał od upokorzenia i aŜ
zmienił się na twarzy. Szczęściem mała lampa stojąca na szafce zostawiała go w
cieniu. Milczenie pozwalało Alinie sądzić, Ŝe słucha jej z uwagą, ciągnęła
więc wartko:
— Ja, naturalnie, tłumaczyłam jej, Ŝe ty naprawdę jesteś
mądrzejszy, niŜ wyglądasz, ale ona — nie i nie. I zawsze o tym, Ŝe ty jesteś
taki dzieciuch. O, nawet dzisiaj, posłuchaj, wiem przecieŜ, Ŝe ona ci się
podoba, więc mówię: „ElŜbietko, jeszcze zobaczysz, Ŝe z niego jakiś sławny
człowiek wyrośnie!" A ona tylko roześmiała się i powiedziała, Ŝe ty na pewno
prochu nie wymyślisz, bo masz w głowie kółka, a to chyba znaczy... — Alina
podniosła rękę do czoła, lecz Stefana juŜ w pokoju nie było. Krzyknął coś o
kluczach zostawionych w piwnicy.
Zbiegł na dół. Zatrzymał go śnieg padający znowu grubymi płatami. Resztką
przytomności pomyślał: „Zmoknę" — i cofnął się. Ktoś szedł. Stefan skoczył w
korytarz do piwnic, stanął przy stercie cegieł, oparł się na niej łokciami,
ścisnął głowę. Jak to dobrze, Ŝe tu było ciemno!...
Chciało mu się płakać. To, co dławiło krtań, to, co ściskało serce, było
jednym wielkim uczuciem niezasłuŜonej krzywdy.
„To ja chciałem pierwszy do niej rękę wyciągnąć... To mnie było jej Ŝal, Ŝe
taka zmartwiona... Jaka tam zmartwiona! Teraz widzę, Ŝe było zupełnie co
innego: przeszła koło mnie jak koło powietrza. Nosa zadarła. Istna królewna!
Myślałby kto! A ja chciałem pierwszy..."
Uczucie Ŝalu zmieniało się powoli w gorycz i niechęć. Wreszcie pod wpływem
dzwoniących w uszach pewnych dosadnych wyraŜeń ogarnęła Stefana złość, a nawet
wściekłość. „Cielęce oczy! Barania głowa! Prochu nie wymyśli!" — O, jeszcze
się przekonasz... zobaczysz!...
Ręce Stefana opierały się o brzegi ułoŜonych cegieł. Bezmyślnie podniósł tę,
która nakrywała schowek. Natrafił na zwitek papieru.
Oprzytomniał, jakby go chłodny wiatr owiał. Wsunął kartkę do kieszeni, połoŜył
cegłę na miejsce i wybiegł z piwnicy. Długimi susami, otrzepując po drodze
wiatrówkę z ceglanego pyłu — sadził do domu.
Kartka zapisana znanym szyfrem zawierała zdania:
„Długa choroba. śadnych wieści. Szukajcie sposobu."
U dołu znajdowała się wiadoma zielona pieczątka i słowa: „Karawan i garsonka."
Jak to dobrze, Ŝe Stefan odrobił lekcje zaraz po przyjściu do domu. Mógł teraz
Strona 103
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
spokojnie zastanowić się nad wszystkim.
Zieloni", jak ich w myśli nazywał, podrzucali kartkę zawsze w Soboty. Dlatego
w ubiegłą sobotę Alina posłała ElŜbietę do skrytki. Dziś był piątek. A więc ta
kartka połoŜona była dla zielonych", Alina dawała im znać o sobie! Widocznie
nic o jej nodze nie wiedzieli. Bo i skąd? Franka przecieŜ nie było. Stefan
przypomniał sobie pieczątkę, jaka niechcący wypadła Alinie z pudełka na
kołdrę. Teraz juŜ wiedział, Ŝe pieczątka potrzebna była do korespondencji.
„Zieloni" pisali, Ŝądali pieniędzy i otrzymywali je prawdopodobnie tą samą
drogą. A oprócz tego moŜe jeszcze jakieś wskazówki? W co ta Alina dała się
wpakować! A teraz wciąga ElŜbietę!
Stefanowi zimno się robi na przypomnienie szefa i przysięgi. Rozsądek podsuwa
mu pomysł, aby zaraz, natychmiast powiedzieć o wszystkim ojcu. Ojciec znajdzie
radę. Zawiadomi milicję. Złapią tego z kurzajką, który przychodzi po kartki.
Po nitce do kłębka. Powiedzieć?
Nie. Głos dotkniętej do Ŝywego ambicji zagłusza wszystko. „Sam wszystko
zrobię, sam. Uratuję Alinę. Obronię przed «zie- . lonymi». I ElŜbietę teŜ. A
kiedy się dowie, kiedy przekona :— to spali się ze wstydu, Ŝe tak
podle ze mną postąpiła. Tak podle!..."
I Stefka znowu ogarnia Ŝal.
„Widzisz, widzisz — powtarza bezgłośnie— myślałaś, Ŝe jesteś mądra, a ty.
jesteś głupia, po prostu: strasznie głupia." W stwierdzeniu Stefka nie ma
odrobiny złości. Raczej wyrzut. Długo nie mógł zasnąć. Kręcił się, przewracał
z boku na bok, wzdychał cięŜko raz po raz. Zaniepokojona pani śórawcowa
dwukrotnie wstawała, zapalała światło, przykładała synowi rękę do czoła i
pytała daremnie: — Boli cię co? Co ci jest?
A Stefek po prostu obmyślał plan. Co zrobić najpierw, jak przyłapać
„zielonych", jak zmusić ich do przyznania się? I najtrudniejsze: jak sobie
poradzi? Sam jeden przeciwko bandzie. Bo wtajemniczyć kogokolwiek w tę sprawę
— to znaczy podzielić
się laurami zwycięstwa, a tego Stefan nie chciał. PrzecieŜ głównym motywem
przewijającym się jak refren w jego planie działania było: „I wtedy ElŜbieta
zobaczy!"
W sobotę wyjął ze skrytki kartkę „zielonych". Grozili Alinie. Domagali się
pięćdziesięciu złotych. Ostateczny termin stawiali na środę wieczór.
Postanowił odpisać zgodnie z ułoŜonym w nocy planem, odpisać — udając Alinę. Z
kawałka linoleum wyciął zgrabną pieczątkę z literą N i czterema kropkami.
Starą poduszkę do tuszu, która poniewierała się w walizce z rupieciami,
nasycił zielonym atramentem. Pieczętowało się doskonale. Wypisał na kartce
szyfrem:
„Ani grosza więcej i odczepcie się, bo będzie z wami źle."
PrzyłoŜył u spodu pieczątkę i wydął zarozumiale wargi.
— Mucha nie siada! — szepnął, chociaŜ w domu w niedzielne popołudnie nikogo
nie było. Jednak po chwili wyraz pewności siebie ustąpił z jego twarzy.
Szyfr — w porządku. Pieczęć — w porządku. Ale gdzie hasło? PrzecieŜ po haśle
zaraz poznają, Ŝe to wszystko podrobione! Trzeba odgadnąć hasło za wszelką cenę.
Szybko wypisać jedno po drugim hasła, jakie stawiali „zieloni".
Śmierć i peleryna.
Trumna i kalosze.
Szkielet i kapelusz.
Alina podpisała swoją kartkę:
Karawan i garsonka.
Aha i jeszcze to dzisiejsze: cmentarz i kamizelka. A więc po jednej stronie:
śmierć, trumna, szkielet, karawan i cmentarz. Brrr! Same takie jakieś
„pogrzebowe". Właśnie! A z drugiej — wyraźnie coś z konfekcji. Trzy wyrazy
zaczynają się na „ka". MoŜe to umówione?
Stefan myśli i myśli. Cały koniec drewnianej obsadki pogryzł, ani o tym
wiedząc. Wreszcie krzyknął, tak jak Archimedes w wannie: — Eureka! — i napisał
z dwu stron pieczątki: „Grabarz i kapota."
Kartka była całkowicie przygotowana. ZłoŜył ją starannie
hował w kieszeń wiatrówki. NaleŜało wyczekać do środy. Stefan chciał widzieć z
ukrycia, jakie wraŜenie zrobi treść listu na odbiorcach.
W ciągu trzech dni dzielących go od momentu zmierzenia sił był trochę
nieprzytomny. Odrabiał lekcje, .odpowiadał przy tablicy brał niby udział we
Strona 104
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
wszystkich zajęciach, a widać było, Ŝe stale myśli o czymś, co jest bardzo
dalekie od szkolnej ławki.
Bartek i Wiktor obserwowali go lekko zdziwieni. Romek natomiast przestraszył
się zobaczywszy niechcący kartkę wydartą z zeszytu, którą z góry do dołu
Stefan swoim starannym od dłuŜszego czasu pismem zapełnił wyrazami: j,grabarz
i kapota" — .trumna i kalosze". Romek nie był gadułą. Nie podzielił się tym
spostrzeŜeniem z nikim, ale przyglądał się śórawcowi uwaŜnie i wolał nie
przysuwać się do niego w ławce zbyt blisko. Od pamiętnego dyktanda, kiedy to
Stefan łapał się za prawe, to znów za lewe ucho i śmiertelnie wystraszył Bogu
ducha winnego kolegę, Romek utwierdził się w przekonaniu, Ŝe jego sąsiad z
ławki „nigdy nie wiadomo z czym wyskoczy". A niedawna historia z efektownym
hasłem na półrocze, w której udział śórawca nie dał się ukryć — wcale tej
opinii nie zachwiała. Odwrotnie!
Stefan nie widział pytających spojrzeń przyjaciół, nie zauwaŜył niepokoju
Romka. Myślami przebywał teraz prawie stale w piwnicy, przy skrytce. Liczył na
przestrach „zielonych", skutkiem którego powinni machnąć ręką na Alinę i
odczepić się naprawdę. A jeŜeli się nie przestraszą, jeŜeli dowiedzą się, Ŝe i
ElŜbieta jest wciągnięta, jeśli zechcą mścić się w jakiś straszny sposób?
PrzecieŜ to łobuzy najgorszego gatunku. *Na Stefanie cierpła skóra.
Zaprzątnięty takimi myślami, nie spostrzegł nawet, Ŝe Bartek nie poŜegnał się
z nimi w zwykłym miejscu, Ŝe idą razem Bednarską i Ŝe stoją juŜ przed drzwiami
prowadzącymi do mieszkania Kijanków.
— Chłopaki, ale jeŜeli Kostek jest, to pamiętajcie, ani pary! Bo wsypalibyście
mnie i dopiero by mi się dostało. Uwaga! Otwieram!
Kostka nie było. Matki Wiktora teŜ nie zastali. Wiktor dla zabezpieczenia się
przed niespodzianką, to znaczy przed nagłym nie przewidywanym o tej porze
powrotem brata, zamknął drzwi na łańcuch. Kostek bowiem miał swój klucz.
Wiktor przysunął do szafy duŜy taboret, a na nim ustawił mniejszy stołek.
— Trzymajcie! — zarządził i zręcznie wdrapał się na to rusz-towanie.
Sięgnął po stojącą na szafie walizkę i pieczołowicie podał ją Bartkowi. Ale
czy to Stefan, zaintrygowany zawartością walizki nie dość mocno trzymał
stołek, czy Wiktor, przejęty chęcią olśnienia przyjaciół niezwykłością
ukrytego przedmiotu, zapomniał o ostroŜności — dość Ŝe w chwili podawania
walizki chłopiec stracił równowagę i grzmotnął z rusztowania z hałasem tym
większym, iŜ po drodze wytrącił walizkę z rąk Bartka.
— O rany! Czy nie złamana? Czy tylko nie złamała się? — wrzeszczał Wiktor z
najwyŜszą rozpaczą w głosie, podnosząc się szybko.
— Ręka czy noga? — zapytał rzeczowo Bartek.
— Ręka! Naturalnie, Ŝe ręka! — wołał Wiktor rozcierając jednocześnie
stłuczone kolana i krzywiąc się niemiłosiernie.
— Stań spokojnie, zobaczę — zaproponował Bartek, ale Wiktor oburącz zamachał
niecierpliwie, odganiając się jak od muchy.
—• Nie moja! Tego tam! —¦ wskazał walizkę.
Stefkowi zrobiło się nieswojo. Bartek zbladł. Spojrzeli na siebie, potem na
Wiktora. O kim on mówi? Kto moŜe być w walizce?
Wiktor juŜ stawiał walizkę na stole, juŜ ją otwierał z największą
ostroŜnością. Na dnie leŜało coś długiego, zawiniętego w gazetę. Po chwili
oczom Bartka i Stefka ukazała się rzeczywiście ręka, jakiej jeszcze nigdy nie
widzieli: była to ręka szkieletu.
— A co? — podskakiwał rad z wraŜenia Wiktor. — A co? Nieprawdziwa? MoŜe
nieprawdziwa? Patrzcie, ile to kosteczek człowiek ma w napięstku, aŜ trudno
policzyć!
— Skąd... skąd ją masz? — wytchnął Bartek.
— Kostka kolega z uniwersytetu przyniósł. W sekrecie poŜyczył tylko na kilka
dni. Nie chcieli mnie tu wpuścić, ale ja usłyszałem, Ŝe coś na szafie kładą.
Zajrzałem rano, jak tylko Kostek
szedł. TeŜ się przestraszyłem. To jest nie przestraszyłem, tyl-
tak jakoś... zadziwiłem się. Ale był przecieŜ biały dzień. Gdy-
bv tak w nocy, to na pewno przestr... to znaczy, zadziwiłbym
sie więcej, a w dzień to od razu pomyślałem sobie, Ŝe trzeba
kolegom pokazać. Ale wam oko zbielało!
Bartek z wyrazem obrzydzenia na twarzy odwrócił się do okna. Stefan obejrzał
rękę z bliska, dotknął posczepianych drucikami kości dłoni, aŜ zachrobotały
Strona 105
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
sucho jak przesypywana fasola.
Patrzył to na rękę, to na Wiktora bez słowa.
Bartek poŜegnał się szybko. Nie mówił nic, ale po jego minie widać było, Ŝe
pomysł Wiktora zapowiadający „coś nadzwyczajnego" wydaje mu się po prostu
nieporozumieniem.
Wiktor był wyraźnie zawiedziony. Szukał rekompensaty w twarzy drugiego
przyjaciela, ale i ten zachowywał się dziwnie. Z rękami w kieszeniach stał
przed szafą, na której leŜała walizka, i kiwał się miarowo, ruchem wahadła
przenosząc cięŜar ciała z jednej nogi na drugą.
Przygryziona mocno górna warga nadawała jego twarzy obcy wyraz, a patrzył na
Wiktora, jakby go pierwszy raz widział.
— Słuchaj, Wiktor...
— No?
— Słuchaj, jesteś mój przyjaciel?
— A bo co się stało? — zapytał zaskoczony Wiktor.
— Mów: jesteś czy nie jesteś?
— Zwariowałeś? — Wiktor wzruszył ramionami.
— To znaczy, Ŝe nie jesteś — westchnął Stefan — a wobec tego nie ma o czym
gadać.
— Jak to nie ma! — rozzłościł się Wiktor. — I co znaczy ta gimnastyka?
„Przyjaciel, przyjaciel" — przedrzeźniał — moŜe chcesz, Ŝebym ci tak,
jak dziewczyny w albumie: „Zginęli Grecy, zginęli Rzymianie, a nasza przyjaźń
na zawsze zostanie!" — wygłosił patetycznym tonem, z ręką na sercu.
Stefan zaprotestował.
— Nie. Powiedz naprawdę.
— Głupiś. Naprawdę to... sam wiesz. Co cię napadło?
— A co byś zrobił, gdybym cię prosił o rękę?
— Mnie o rękę? — Wiktor wybałuszył oczy.
— Ciebie. O rękę — powtórzył Stefan i zrobił głową ruch w kierunku
walizki.
— Aaa... o ten gnat? — zrozumiał wreszcie Wiktor i przestraszył się zaraz, aŜ
ręce rozłoŜył. — Coś ty, Stefek, co ty myślisz, czy ty wiesz, co ja bym za to
miał? Rany boskie! Lepiej od razu brać nogi za pas i uciekać, gdzie pieprz
rośnie.
— A co! Tak wygląda twoja przyjaźń?
•— Nie pleć, bo jak mnie zgniewasz, to poŜałujesz. Na co ci ten kościotrup?
— Tego powiedzieć nie mogę — twardo oświadczył Stefan.
— Aha. Tego nie moŜesz, ale Ŝeby mnie Kostek sprał, a mama dołoŜyła drugie
tyle, to ci nie przeszkadza? To moŜesz?
— Jestem związany... przysięgą — oświadczył Stefan, ściszając głos i unikając
oczu przyjaciela.
— Rany boskie! Przysięgą? — takie sprawy Wiktor rozumie w lot. — No, tak...
jeŜeli przysięga... ale, chłopie, zastanów się, co ja mam powiedzieć, kiedy
Kostek spyta mnie, gdzie się podziała ręka? Wyschła? Myszy ją zjadły? Gołąbek
pokoju wpadł przez okno i wyniósł, Ŝeby postraszyć nią podŜegaczy wojennych?
no? MówŜe!
— Nie wiem — odpowiedział na pół przytomnie Stefan. — Wiem tylko, Ŝe
zdarzają się między prawdziwymi przyjaciółmi takie sprawy, kiedy jeden dla
drugiego nawet krew daje sobie wytoczyć, nawet Ŝycie swoje poświęci, a tobie
kawałka kości Ŝal...
Wiktor łatwo dał się ponieść dramatycznemu nastrojowi.
— Krew! Naturalnie! śycie! Bierz od razu! Ale ty nie wiesz, co to jest
starszy brat! A do tego taki jak Kostek! A jeszcze do spółki z mamą, bo mama,
naturalnie, jak zawsze, przyzna mu rację. I musiałby na pewno tę kość odkupić.
A gdzie?
—¦ Nie musiałby. Posłuchaj: mnie to jest potrzebne na jakieś dwie, trzy godziny.
Wiktor odetchnął i usiadł.
— Kiedy?
— Jutro wieczorem.
— Aha. A jeŜeli rano Kostek t o zabierze na uniwerek?
__Trudno. To juŜ nie twoja wina.
_— A jeŜeli jutro wieczorem będą się tego uczyć?
,__E, moŜe nie będą...
Strona 106
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
__: Bo ty byś tak chciał? A jakŜe! Ty w ogóle w cuda wie-
rzySZ — Wiktor był wyraźnie zaniepokojony koniecznością nadstawienia własnej
skóry, ale juŜ nie protestował tak gwałtownie.
.__ Wiktor — głos Stefana był miękki, proszący — tylko na
trzy godziny! A moŜe nawet krócej, odniosę ci to zaraz, jak tylko... będę
mógł. Pomyśl, przecieŜ na pewno ty teŜ znajdziesz się kiedyś w takiej
sytuacji... i wtedy ja tak samo...
— Tak samo? — obruszył się Wiktor, wpatrzony w leŜącą na dnie walizki
kość. — Ty, Stefek, myślisz, Ŝe taki drobiazg moŜe się wszędzie znaleźć?
A ja ci przysięgam, no, słyszysz? Przysięgam ci, Ŝe we wszystkich
blokach, w całej naszej dzielnicy tylko u mnie, u Wiktora Kijanki, wiesz? A u
ciebie na przykład...
— ...znajdzie się jutro wieczorem. Przyniesiesz o godzinie piątej. Będę
czekać przed naszą klatką. Odniosę koło godziny ósmej. i za darmo nie chcę:
będziesz mógł mnie prosić o trzy rzeczy. Nie odmówię, Ŝeby nie wiem co.
Stefan rąbał zdanie po zdaniu w sposób pewny i zdecydowany. Wyglądał jak wódz,
który przemyślał dokładnie plan bitwy i teraz wydaje kolejne rozkazy. Wiktor
słuchał i patrzył na przyjaciela z upodobaniem. Chciał nawet wyrazić swój
podziw, ale ostatnie zdanie zwróciło jego myśl w innym kierunku.
— A klasówka z matmy kiedy?
— W środę, dobra — zrozumiał od razu Stefan.
— Ale ty nie myśl, Ŝe ja za to... — zastrzegł się Wiktor — jak przyjaźń, to
przyjaźń. Wypchaj się swoimi trzema rzeczami. Klasówka „w ramach pomocy
koleŜeńskiej", rozumiesz? A Kostek niech mnie nawet ze skóry obedrze. Trudno.
Zagłoba dla Woło-dyjowskiego teŜ wszystko by zrobił.
Wybrane i dokładnie przygotowane miejsce, drut i sznurek pozwoliły w kilka
minut umocować „rękę" w taki sposób, aby za pociągnięciem sznurka podnosiła
się i opuszczała. Przygoto-
wana kartka leŜała juŜ w skrytce. Kłódka była otwarta. Teraz naleŜało tylko
wyczekać na odpowiednią porę, to znaczy zmierzch, i zaczaić się za
przepierzeniem piwnicy.
Co powiedzą „zieloni" na list Aliny? Czy zostawią coś dla niej? Stefan,
obawiając się, aby go matka nie nagnała do jakiejś większej roboty, wolał
do domu nie wracać. Stał przed sienią.
Myliłby się jednak ktoś, kto by sądził, Ŝe cały ten makabryczny pomysł
wymierzony był przeciw „zielonym". Wcale nie o nich Stefanowi w tym wypadku
chodziło. A o kogo? O ElŜbietę Niedź-wiedzką.
To przecieŜ ElŜbietka, wtajemniczona przez Alinę, miała dziś przyjść sprawdzić
zawartość skrytki w cegłach. To ją właśnie nastraszy przygotowana instalacja.
Nastraszy tak, aby juŜ nigdy nie chciała do tej piwnicy zajrzeć. Aby nie
wpadła w sieci „zielonych".
Stefan juŜ teraz upajał się tryumfem na myśl, jak to kiedyś, kiedy ElŜbieta
przekona się, co on, Stefan, jest wart, opowie jej, Ŝe i ten pomysł wyszedł z
jego genialnej głowy.
— Dobry wieczór, Stefku, czekasz na kogoś? MoŜe zajrzałbyś do Alinki? Tak
się nudzi — mówi pani Brodzka wychodząc z klatki
schodowej. „
Chłopiec zaskoczony, nawet przestraszony trochę, kłania się i wymawia od
wizyty.
— Nie, nie mogę, zaraz muszę lecieć do domu. Ale przecieŜ koleŜanki ją
odwiedzają?
— Nie. Dziś nikt nie przyjdzie. Miała wpaść ElŜbietka, ale właśnie
telefonowała, Ŝe nie moŜe, bo matka... ,
Stefan nawet nie słyszał reszty słów. Cały plan — na nic!... Okropnie
zawiedziony, schodził do piwnicy z opuszczoną głową. Trzeba wszystko
rozmontować i odnieść zaraz Wiktorowi, który czeka i pewnie o mało ze skóry
nie wychodzi z niecierpliwości i
strachu.
j
Kiedy zaczyna odkręcać druty, słyszy kroki na kamiennych schodach. Gasi
latarkę. Ściska w ręku sznurek. NatęŜa słuch i wzrok.
Tak. To „zieloni", to ich latarka. Podchodzą do skrytki. Podnoszą cegłę.
__Jest! — mówi cicho jeden.
Strona 107
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Mówiłem ci, Ŝe odpowie. Czytaj! — nakazuje drugi. „A-ni-gro-sza..." Co? Co?
„Od-czep-cie się..."
—. To nieprawda! — przerywa drugi głos. — Dawaj mnie! A-ni-gro-sza
wię-cej..." „Odczep-cie się..." No, szef ją nauczy rozumu! —¦ E, szef ma
inne kłopoty... Chyba będzie musiał wiać...
— Co ty mówisz? A forsa?
— Kazał, Ŝebyśmy sobie radzili sami. Liczyłem na tę pięćdziesiątkę. A tu —
golizna.
Zaklęli brzydko. Drugi głos odezwał się wściekły:
— Ja jej przypomnę! Daj ołówek.
I w tym momencie nad głowami chuliganów zachrobotałc coś dziwnie. Podnieśli
głowy i latarkę.
Stefan usłyszał jakiś nieartykułowany, nieludzki ryk, tupot nóg, upadek czegoś
cięŜkiego, łomot na schodach i trzaśniecie drzwi.
Nie rozumiejąc, co się stało, zamarł z przeraŜenia. Po chwili uprzytomnił
sobie, Ŝe wkoło panuje cisza, tylko własne serce dudni mu w piersi. Nie śmiał
się ruszyć. Pewno zaraz tu wpadną ludzie. MoŜe tamtych zatrzymali? MoŜe pan
Chybała zauwaŜył uciekających?
Odczekał jeszcze chwilę. Nic nie słychać. Odetchnął głęboko i zaświecił
latarkę. Podniósł do góry. GdzieŜ ta ręka? PrzecieŜ w momencie wchodzenia
„zielonych" do piwnicy wisiała na desce. A teraz jej nie ma. MoŜe od tegc
rumoru spadła na ziemię? Latarka Stefana omiata komórkę, chłopiec wybiega na
korytarz. Ani śladu.
Znowu ogarnia go przeraŜenie. Jeśli chuligani porwali rękę? JeŜeli jej juŜ tu
nie ma? Co powie Wiktor?
Nogi uginają się pod Stefkiem... Przypadkowo światło latarki pada na stos
cegieł. Jest! Co za ulga!...
Jednocześnie Stefek pojmuje, Ŝe przygotowana dla kogo innego instalacja
uruchomiła się mimo woli sama, skutkiem częściowego
odkręcenia drutu i sznurka, który widocznie był nie dość mocno trzymany w
chwili podsłuchiwania rozmowy „zielonych". I to właśnie napędziło im takiego
strachu. — A dobrze wam tak! — cieszy się Stefek. Nagle uświadamia sobie, Ŝe
tak samo mogłaby się przestraszyć ElŜbieta! Uciekając, mogłaby przewrócić się,
złamać nogę!...
Po raz trzeci w tak krótkim czasie Stefanowi robi się zimno i tak
nieprzyjemnie, Ŝe aŜ musi oprzeć się plecami o ścianę.
W umówiony sposób, trzy razy po trzy, Stefan stuka do mieszkania Wiktora. W
błyskawicznie otwartych drzwiach ukazuje się mocno blada, ale rozpromieniona
twarz przyjaciela. W ciągu ćwierci minuty wszystko leŜy na swoim miejscu i
wtedy Wiktor rzuca się na kanapę z westchnieniem ulgi.
— Stefek, ja ci mówię: to, co piszą w ksiąŜkach o bitwach, pojedynkach i
oddawaniu Ŝycia — to wszystko bujda w porównaniu z tym, co ja tu cierpiałem.
Jestem zupełnie nieŜywy. Dziesięć razy umierałem. KaŜdy szmer na schodach
wydawał mi się krokami Kostka. Włosy podnosiły mi się jak druty. Jeszcze
sztywne, zobacz. Ucho, to lewe, wyciągnęło mi się od nasłuchiwania. Na plecach
dostałem wysypki. To nerwowe. Drapałem się przez cały czas. Mam tam chyba po
prostu zdartą skórę. KaŜdy z trzech muszkieterów oddzielnie i wszyscy razem
wysiadają wobec tego, co ja przeŜyłem.
— E... — ośmielił się wyrazić wątpliwość Stefan, przypomniawszy
własne niedawne przeŜycie.
— Nie „eee", tylko słuchaj, jak ci mówi ktoś, kogo bliski krewny
medycynę studiuje. — Wiktor znowu podrapał się po plecach. — To nerwowa
wysypka. Nie wierzysz?
Zeskoczył z kanapy, ściągnął przez głowę koszulę i, obracając się plecami do
Stefana, zapytał:
— No co, widzisz? Muszę waleriany wziąć na uspokojenie. Tylko to
strasznie długo śmierdzi. Kostek będzie się dopytywał, co mi się stało. Co ja
mu powiem?
— Powiesz mu, Ŝe cię pchła ugryzła — spokojnie oświadczył Stefan, wyciągając
palec w kierunku leŜącej na kanapie jasnej koszuli Wiktora, po której skakała
pchła okazałej wielkości.
pani śórawcowa znowu z powodu Stefana nie miała spokojnej. noCy. Zrywał się z
łóŜka, krzyczał, wzywał ratunku, uciekał przed jakimś kościotrupem.
Strona 108
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Napojony szklanką lipowego kwiatu, usnął wreszcie na dobre. Ale rozbudzeni
rodzice długo nie mogli zasnąć.
.__ To wszystko z filmów — narzekała pani śórawcowa — musiał się wystraszyć i
dlatego taki niespokojny.
__ Chyba nie — wątpił ojciec — nie słyszałem o Ŝadnym takim
filmie.
.— Mamusiu — odezwała się szeptem Lucynka — Stefek ma jedną ksiąŜkę, gdzie
jest wymalowana śmierć z kosą. Pewnie mu się to przyśniło.
— Spij, śpij, sroko. Nie wyśpisz się.
— Jutro niedziela, mamo.
—. Wiem przecieŜ. A moŜe byś ty, Władziu, z dziećmi do ZOO
przed obiadem pojechał? Powietrza tam lepszego uŜyją. —: Dobrze, Zosiu, pojadę.
Lucynka aŜ pisnęła z uciechy i, przestraszona, schowała głowę pod kołdrę.
Rad nierad musiał Stefek Alinę odwiedzić. Przyszedł po niego sam pan Brodzki.
Było to wydarzenie dosyć niezwykłe, gdyŜ wszyscy bliŜsi i dalsi sąsiedzi
wiedzieli, Ŝe w kaŜdy niedzielny ranek zaraz po śniadaniu pan Brodzki
wychodził z domu „tylko na jednego" do baru na Rzgowskiej. Działo się tak
zawsze od niepamiętnych czasów i nie moŜna było o tym zapommeć, gdyŜ niedziela
u Brodzkich zaczynała się głośną awanturą. Matka Aliny chciała, Ŝeby mąŜ
został w domu, ojciec Ŝądał pieniędzy, przeklinał i trzaskał drzwiami.
I oto od paru juŜ tygodni nie było u Brodzkich awantur. Nie przynoszono
pijanego pana Brodzkiego do domu. Pani Brodzka nie chodziła z zapuchniętymi
oczami.
Stefan nie zastanawiałby się nad tym, gdyby nie uwaga ojca rzucona w
odpowiedzi lokatorce z parteru, która przyszła poŜyczyć sznury do bielizny i
trzy razy stwierdziła, Ŝe zmiana u Brodzkich „w głowie się nie mieści".
— A co za cud taki? — zniecierpliwił się pan śórawiec. —
JeŜeli gdzieś jest źle, to juŜ musi całe Ŝycie być źle? Pewnie sobie Brodzki
powiedział: „Szlus!" Mógł sobie tak powiedzieć, nie? I, dzięki Bogu, nam teŜ
spokojniej.
Kiedy w tę właśnie niedzielę pan Brodzki zastukał, drzwi otworzył mu ojciec
Stefka. Zapraszał nawet, Ŝeby wszedł do mieszkania i opowiedział, jak jest ze
zdrowiem Alinki, ale pan Brodzki podziękował i odmówił: śpieszy się, bo musi
Ŝonie pomóc, i tylko prosi, Ŝeby Stefek wpadł do córki.
Stefek wyszedł na schody, aby wyczyścić buty, i obiecał, Ŝe jak tylko wrócą z
ogrodu zoologicznego, to do Alinki zajdzie.
Szedł tam z cięŜkim sercem. Obawiał się, Ŝe Alina znowu coś przykrego opowie —
albo po prostu przypomni, powtórzy jeszcze raz to, co uwierało jak bolący ząb,
którego nawet językiem lepiej nie dotykać.
Alina leŜała wysoko na poduszkach. W okiennym świetle wydała się Stefanowi
blada, aŜ zielonkawa, ale humor jej dopisywał.
— Entliczek, pętliczek, mam własny stoliczek — powiedziała do Stefka,
pokazując specjalnie przystosowaną do łóŜka deskę na podpórkach. — Tatuś zrobił.
Na kołdrze leŜała ksiąŜka. Stefan wziął ją do ręki i przeczytał tytuł: Lato
leśnych ludzi.
— Podoba ci się? — zapytał. •
— Tak. Z początku nie podobało mi się. A potem tatuś czytał mi na głos i
wydała mi się o wiele ciekawsza. Tatuś ładnie czyta. A moŜe to dlatego, Ŝe ja
teŜ...
— Co teŜ?
— ...teŜ wybieram się do lasu na wiosnę, jak tamci z ksiąŜki.
— Jak to? — nie rozumiał Stefan.
— WyjeŜdŜam do ciotki na wieś — tłumaczyła Alina — doktor powiedział, Ŝe mam
anemię, Ŝe to i dla nogi będzie lepiej, jak się wzmocnię. Przyjadą po mnie
pierwszego słonecznego dnia. MoŜe nawet jutro. Bo wiesz, ja jeszcze na tej
nodze stanąć nie mogę, Ŝeby jej nie nadweręŜać.
— Nudno ci tam będzie... — odwrócił temat Stefek.
— Nie. Tatuś ze mną jedzie, bierze urlop na cały miesiąc. Mama przyjedzie co
niedzielę.
__ A szkoła?
__ JuŜ ten rok będzie stracony — westchnęła Alina. — Widzisz, z moją nogą tak
się jakoś przewleka, ale tatuś powiedział, ze zdrowie najwaŜniejsze. MoŜe to i
Strona 109
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
lepiej, Ŝe powtórzę klasę — zastanowiła się. — Często w tym roku „bimbałam"
sobie.
__. Racja — przytaknął Stefek, ale ta jego skwapliwa zgoda nie
podobała się Alinie.
__. Co za racja? Co ty o tym moŜesz wiedzieć? — zapytała
podejrzliwie. — Nie miałam warunków, a zresztą — machnęła ręką. — Cieszę się,
Ŝe się stąd urwę.
— Alinko, moŜe byś coś zjadła? — zapytał pan Brodzki przez drzwi.
— Później, tatusiu, później. MoŜe Ŝółtko z cukrem.
Na twarzy Stefana Alina musiała wyczytać jakieś zdziwienie, bo nachyliła się w
jego stronę i ściszyła głos:
— Wiesz, u nas teraz wszystko jest inaczej. Tatuś taki dobry dla mnie. Nie
zgadłbyś nigdy, dlaczego. Wtedy, w dniu mojego wypadku, mamusia chciała, Ŝeby
ojciec odniósł klientce płaszcz. Ojciec się uparł, Ŝe nie, bo klientki mają
zapowiedziane, Ŝeby mu pieniędzy nie dawać. Więc nie chciał iść. Musiałam iść
ja. Spieszyłam się, pędziłam po tych mokrych schodach, no i masz — wskazała
nogę. — Tatuś myśli, Ŝe to przez niego, Ŝe gdyby on wtedy poszedł... Tak się
odmienił. Chodzi koło mnie jak niańka. I dla mamusi lepszy. A przecieŜ...
sam wiesz, jak u nas było dawniej...
ROZDZIAŁ 26.
ALINA WYJEśDśA. „ZIELONI" CZEGOŚ SZUKAJĄ.
PAMIĘTNIK STEFANA.
Nazajutrz po tej rozmowie Alina wyjechała na wieś do ciotki. Wyjechała z
ojcem. Pani Brodzka wpadła „na chwilę" do śóraw-ców i znowu pozostała tam
dobre pół godziny. Ale tym razem matka Stefana słuchała jej z przyjemnością i
z przyjemnością pa-
trzyła na jej uradowaną, odmłodniałą twarz. Pani Brodzka nie martwiła się juŜ
tak bardzo o nogę Aliny. Doktor robił nadzieję; niech tylko cały organizm się
wzmocni, to wszystko wydobrzeje.
— A gdzie będzie miała lepiej niŜ u ciotki? — mówiła pary Brodzka. —
Gospodarka jak złote jabłko, swoich dzieci nie mają, ptasiego mleka jej tam
chyba zabraknie. I mąŜ dopilnuje. Obiecał mi. A do tego przysiągł, Ŝe
kieliszka do ust nie weźmie, bo to wszystko — westchnęła — przez tę wódkę się
porobiło.
— Daj BoŜe, Ŝeby dotrzymał obietnicy — powiedziała pani śó-rawcowa, ale w
głosie jej odezwała się jakaś nuta powątpiewania, bo pani Brodzka zapewniła
gorąco:
— O, dotrzyma. Co do tego jestem zupełnie spokojna. Ile razy juŜ miał okazję
— i nic. Dawniej to klientkom musiałam mówić, Ŝeby pieniędzy za robotę, broń
BoŜe, jemu nie zostawiały. A teraz juŜ nie: odda co do grosza. Nawet nie
myślałam, Ŝe on tak córkę kocha, a teraz widzę, Ŝe lepszego ojca na świecie
nie ma. UlŜyło mi, mówię pani, jakby mi kto furę kamieni z pleców zdjął...
Stefanowi równieŜ ulŜyło. Skończyły się kontakty z „zielonymi". Najedli się
widać strachu. Noga ich tu chyba nie postanie, bo i po co? Alinie nic juŜ nie
zrobią. Szukaj wiatru w polu. Wróci podobno na jesieni.
Dość szybko zrezygnował z chęci wykrycia szajki „zielonych". Nici urywały się,
a do tego, rozumiał dobrze, siły były nierówne. Rozpatrując sprawę na zimno,
widział, Ŝe jego zwycięstwo wcale nie było pewne. Z jednej strony on sam, sam
jeden, a z drugiej — zorganizowana banda. Lepiej, Ŝe nie będzie miał z nimi
więcej do czynienia.
Ale myśl o tym, aby ElŜbietę Niedźwiedzką przekonać, jak bardzo daleka była od
prawdy, oceniając go jako „baranią głowę", nie opuszczała Stefka ani na chwilę.
Oczywiście zostawał tylko banalny sposób, na to nie było juŜ rady. Więc Stefan
ze skóry wychodził przy odrabianiu lekcji: zapisywał codziennie kilka stron
pamiętnika, piśmienne lekcje przygotowywał bardzo starannie, ustne — równieŜ.
Nauczycielka historii postawiła mu piątkę. Wprawiła w zdumienie całą klasę,
a]e sama była zaskoczona odpowiedziami Stefana, Nikt naturalnie nie wiedział,
Ŝe to pan śórawiec padał ofiarą Stefanowych „historycznych" wyczynów: musiał
rezygnować wieczorem z dokładnego czytania gazety, zapoznając się zamiast tego
z zadaną lekcją z historii, a potem dokładnie, tak jak przy kaŜdej robocie,
pytanie za pytaniem, sprawdzał u syna przyswojone wiadomości.
Korzyść była obustronna. Ojciec przypominał sobie własne lata szkolne. Syn
zrozumiał nagle, Ŝe historia jest ciekawą nauką. Do tej pory nie cierpiał jej,
Strona 110
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
bo zbyt wiele czasu poświęcał na „kucie". Myślał, Ŝe tylko w ten sposób moŜna
zadowolić wymagania nauczycielki. Teraz zrozumiał, Ŝe jedne fakty historyczne
wypływają z drugich, Ŝe byle uchwycić bieg przyczyn i skutków, wspaniale moŜna
się posługiwać „swoimi słowami", jak to właśnie robi ojciec.
— Tatuś to mógłby być nauczycielem — zawołał któregoś wieczoru, a włoŜył w te
słowa tyle uznania i podziwu dla ojca, Ŝe ten aŜ pojaśniał z zadowolenia.
Przyjaciele zauwaŜyli sukcesy Stefana. Wiktor przekonany był, Ŝe głównym
motorem tych osiągnięć jest rower. A Bartek zaproponował, aby w kronice STO
wkleić tabelkę stopni i wpisywać tam piątki członków.
Wiktor protestował gorąco.
— Co za dziki pomysł! — wołał. — Czy po tó organizowaliśmy tajne
stowarzyszenie, czy po to składaliśmy taką straszną przysięgę, Ŝeby raptem
zamienić się w kujonów?
— Zapomniałeś widocznie — uspokajał go Bartek — Ŝe nasze stowarzyszenie ma
wyraźny cel...
— O niczym nie zapomniałem! — nie dał mu dokończyć Wiktor. — Owszem,
świetlany cel, do którego przez cały czas dąŜę, ile mi tchu w piersiach
staje... Kto wie — rozczulił się nagle — moŜe z tego wszystkiego na samej
mecie trupem padnę i jeŜeli mój szkielet przyda ci się na co, to, Stefek,
zapiszę go tobie w testamencie. Oj! — wrzasnął nagle, bo mu Stefan wsadził
potęŜną sójkę w bok. — Czy ja co mówię? PrzecieŜ nic nie mówię!
Bartek patrzył na Wiktora nie rozumiejąc, ale nie dał się wyprowadzić z
równowagi. Narysował tylko kółko na czole.
— Z ciebie, Wiktor, to prawdziwy Zagłoba — wtrącił niezadowolony z czegoś
Stefek. — On teŜ wolał wszystko fortelami załatwiać.
— Nie zgadzam się — zaprzeczył Bartek. — Zagłobie fortele udawały się, a
Wiktorowi — nie. Wyliczmy: po pierwsze — dyktando, po drugie...
Wiktor skoczył, jakby go kto szydłem dźgnął.
— Po drugie, to ja ci powiem: lepszy ze mnie Zagłoba niŜ z ciebie
Wołodyjowski. Wołodyjowski Bohuna usiekł! A ty sobie z głupią mapą nie
potrafisz dać rady. Pingwiny u ciebie po Arktyce chodzą, a białe
niedźwiedzie po Antarktydzie. Cała klasa się śmiała. MoŜe nie? Co, moŜe nie?
Kiedyś taki bohater, to spróbuj się z geografią, to...
— Dość! — krzyknął Stefan, widząc, Ŝe twarz Bartka zrobiła się czerwona, aŜ
sina, i Ŝe oczy mu zaszły łzami. — Kto powie jeszcze jedno słowo, dostanie ode
mnie w kark.
Groźba była niepotrzebna. Bartek miał zaciśnięte usta i nie kwapił się ich
otworzyć. Wiktor, zobaczywszy zmienioną twarz kolegi, zamilkł równieŜ, a po
jego minie widać było, Ŝe Ŝałuje wypowiedzianych słów.
— No, juŜ. Ciszej nad tą trumną, koniec i kropka — odezwał się po chwili.
— Nad jaką znowu trumną? — zapytał nagle Stefan i podejrzliwie
przyjrzał się Wiktorowi.
— Medyki u nas tak mówią, jak nie chcą gadać o czymś nieprzyjemnym. Fajne,
co? U mnie teŜ z tą geometrią to... rozpacz w zielone kropki...
— Jakie zielone kropki? Gdzie? — zapytał znowu Stefan.
— Na twoim nosie! — wrzasnął wściekły Wiktor i rzucił się na Stefana.
Zaczęli się mocować, ale siły były równe. Otoczyła ich gromada kolegów. Do
końca przerwy podziwiano zapasy przyjaciół, którzy po wyładowaniu złości
wrócili w najlepszej zgodzie do klasy i nie zauwaŜyli nawet, Ŝe Bartek
siedział juŜ w ławce od dawna.
I znowu Stefek dostał piątkę. Z polskiego! Kiedy pani Ostrowska oddawała
wypracowania, nie mógł się doczekać swego zeszy-
tu. JuŜ go ogarniał lekki niepokój, a przygotował się na najgorsze, widząc
swój zeszyt w rękach nauczycielki jako ostatni!
,— Wypracowanie śórawca jest najlepsze — powiedziała pani Ostrowska niby
zwyczajnym głosem, ale widać było, Ŝe z trudem powstrzymuje uśmiech. — Z
czystym sumieniem postawiłam ci piątkę. A nawet... nawet postawiłabym ci
więcej, gdyby był wyŜszy stopień.
Klasa słuchała i uszom nie wierzyła. Jak to? Gramatyka, la Gramatyka, z którą
Stefan „koty darł" — postawiła mu piątkę? Pani Ostrowska nie wytrzymała,
uśmiechnęła się, aŜ błysnęły dwa rzędy równych, ładnych zębów, i zapytała:
— Dziwicie się? Rozumiem: ja sama aŜ się zastanowiłam przy ocenie
wypracowania, ale musiałam być sprawiedliwa: piątka zasłuŜona.
Strona 111
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Phi! ¦*— parsknął Sewerek — do zmyślania to śórawiec ma dryg, ma... jak
zacznie opowiadać...
— Nie masz racji — przerwała pani Ostrowska. — To był ściśle określony temat.
śórawiec w tak prosty i bezpośredni sposób opisał, dlaczego Stasia
Tarkowskiego uwaŜa za szlachetnego chłopca, podkreślił
odpowiedzialność Stasia za powierzoną jego opiece dziewczynkę, Ŝe, doprawdy,
przeczytałam to wypracowanie z przyjemnością.
— A... a błędy? — nie mógł wytrzymać Wiktor.
— I błędów w tym wypracowaniu nie ma. Opuszczone dwa przecinki, to wszystko.
Bardzo, bardzo się cieszę z twoich postępów, Stefku.
Stefek zadowolony wracał z zeszytem na miejsce i nawet nie widział
skierowanych na siebie spojrzeń całej klasy. Szukał tylko oczu Bartka. JuŜ na
miejscu odwrócił się do niego, chciał o coś zapytać, ale zmroził go powaŜny,
bez cienia uśmiechu wyraz twarzy Niedźwiedzkiego.
A przecieŜ zdanie Bartka w tym względzie było waŜne, bardzo waŜne! Stefan
codziennie z największą satysfakcją wyobraŜał sobie zebraną przy stole rodzinę
Niedźwiedzkich i słyszał głos Przyjaciela tryumfalnie obwieszczającego nowinę:
— „Stefek śórawiec znowu dziś dostał piątkę!
ElŜbieta na pewno podniosłaby wtedy wysoko brwi, mówiąc:
— Naprawdę? Chyba to niemoŜliwe?
— Słowo! Mogę ci jutro przynieść jego zeszyt — zaręczał brat".
Stefek w przewidywaniu, Ŝe Bartek naprawdę moŜe zaŜądać od niego zeszytu dla
przekonania siostry — nosił ze sobą wszystkie, a prawdopodobieństwo takiej
sytuacji zmuszało go do jeszcze staranniejszego odrabiania piśmiennych lekcji.
Ale Bartek zeszytu do tej pory nie Ŝądał. Dlaczego? Stefan nie znajdywał
innego wytłumaczenia jak to, Ŝe po prostu do wyimaginowanej rozmowy wtrącał
się pan Niedźwiedzki, oświadczając: — „Ja w te piątki wierzę najzupełniej.
śórawiec to inteligentny chłopiec. Jak świetnie umie rozumować... Co za logika!"
No i oczywiście długo jeszcze przy stole toczy się rozmowa na temat
nieprzeciętnych wartości umysłowych Stefana śórawca. Tylko ElŜbieta
milczy. Usta ma zaciśnięte w linijkę, jest zła, sumienie ją gryzie, gryzie
coraz okropniej!... A dobrze jej tak!
Z tych przyjemnych rozmyślań wyrywa nagle Stefka spokojny, jak zawsze, ale
trochę przygaszony głos Bartka: — Ja, proszę pani, to zrobię.
Same zadziwiające rzeczy działy*się na tej lekcji w klasie VIB! śórawiec"
napisał wypracowanie bez błędów ortograficznych, a teraz Niedźwiedzki, który w
ogóle jest niezłym uczniem, tylko geografii nie znosi i ma z niej najsłabsze
stopnie, podjął się narysować mapkę podróŜy Stasia Tarkowskiego i Nel...
Słyszał to kto? I jeszcze: Wiktor Kijanka, zawsze pierwszy do „zgrywania",
zawsze mający tyle do powiedzenia, szczególnie na lekcji polskiego, siedzi
jakiś osowiały, głowę opuścił, nie odzywa się nic. Dziwne, niebywałe zjawiska.
— Stefek, ale pamiętaj: na rowerze będziemy jeździć po kolei, co?
— Na jakim rowerze! O czym ty mówisz?
— Co ty, wariata udajesz? Mówię, Ŝebyś nie zapominał, Ŝe do roweru jest nas
trzech. Ja opracuję regulamin. Tak wszystko ułoŜę, Ŝe mucha nie siądzie.
__ Ani mucha nie usiądzie na tym rowerze, ani ty teŜ — zeźlił cjp Stefan. — Ja
ci radzę, Wiktor, weź się do geometrii, to ci bardziej pójdzie na zdrowie niŜ
rower. Przestań o nim myśleć.
__ Ach, tak? — wrzasnął Wiktor. — To znaczy, Ŝe z twojego
roweru dla mnie — wysiadka?
__ Z mojego roweru? — Stefan nagle pojął sens. — Tak,
z „mojego" wysiadka —¦ powtórzył z ironią, ale Wiktor wcale tego nie zauwaŜył.
Zatrzymał się na środku ulicy, nie widząc, Ŝe stoi w jednej z licznych kałuŜ.
Pogoda była piękna, z dachów kapało ciurkiem. Odsunął czapkę z czoła ruchem
rycerza podnoszącego przyłbicę, zadarł nos, na którym co dzień zwiększająca
się ilość piegów zwiastowała wiosnę, i wykrzyknął:
— No, to Ŝebyś wiedział!
— śe co? — zapytał, zatrzymując się równieŜ, Stefek.
— śe koniec i kropka! — zakończył raptem Wiktor, ostentacyjnie przechodząc na
drugą stronę ulicy.
Opuścił go zwykły animusz. Wlókł się ze zwieszoną głową, ani widząc lśniących
mokrych gałęzi, nabrzmiałych młodych pąków, które okrywały zieloną mgiełką
zarośla parku.
Strona 112
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Źle mu się zaczął tydzień. Bartkowi niepotrzebnie przygadał. A teraz pokłócił
się ze Stefanem. „Jaki poniedziałek, taki cały tydzień" — mówi mama. Kostek
się z niego śmieje i kaŜe Wiktorowi nie wierzyć w zabobony, ale jak jest
naprawdę, to się okaŜe Bartka urodziny jutro. Gdyby nie to, co było dzisiaj,
to moŜe by ich Bartek zaprosił. U Niedźwiedzkich dają pyszny placek z
powidłami! A Stefan to chyba zgrywał. NiemoŜliwe, Ŝeby sam na tym rowerze
jeździł. PrzecieŜ lekcje musi odrobić — wtedy moŜe jeździć Wiktor. A zresztą
Stefan jest członkiem STO. Będzie się musiał podporządkować większości. Wiktor
mu powie, Bartek teŜ... Oj, niepotrzebnie przygadał Bartkowi...
Stefan nie przejął się gniewem Wiktora. Szedł mruŜąc oczy i nadstawiając twarz
pod promienie słońca. Kurtkę miał rozpiętą szeroko, szalik wepchnięty w
kieszeń. On zauwaŜył gospodarującą w parku wiosnę. Słyszał, jak wesoło
wydzierały się wróble. Uśmiechnięty, pod zmruŜonymi powiekami niósł obraz
twarzy
ElŜbiety, zdziwionej, po prostu niezadowolonej z nowiny. Bartek juŜ w domu.
JuŜ powiedział o jego piątce. — A widzisz! A widzisz! — powtarzał sobie.
Skręcił w podwórko. W cieniu murów ogarnął go nagle chłód. Przed jego klatką
stał odwrócony plecami jakiś wysoki dryblas z teczką pod pachą. Kiedy Stefan
był juŜ blisko, z drzwi wyskoczył jakiś nieznajomy starszy chłopiec.
— Znalazłeś? — zapytał niecierpliwie ten wysoki.
Młodszy zaprzeczył ruchem głowy.
Stefan zatrzymał się za plecarru' wysokiego.
—> Trzeba jeszcze raz poszu... — zaczął wysoki, a niŜszy wrzasnął na Stefana:
—¦ Czego oczy wytrzeszczasz? — zamierzył się trzymaną w ręku teczką, ale
wysoki nagle obrócił się, a zobaczywszy Stefka, złapał młodszego gwałtownie za
ramię i pociągnął bez słowa w stronę bramy na drugim końcu podwórza.
Stefan stanął w progu klatki. Patrzył za nimi. Szli szybko, nie obejrzeli się
ani razu. Ten wysoki to był chyba kuzyn profesora Pagacza... Stefan widział go
tylko raz kiedyś przypadkowo i z daleka: siedział z profesorem w gabinecie
przy stole, a Stefan załatwiał jakąś sprawę w przedpokoju. Kuzyn wtedy miał
gęstą czuprynę zaczesaną do góry. Ten tutaj włosy miał schowane pod czapką.
MoŜe to kto inny? Czego onj tu szukali i u kogo?
Pamiętnik Stefana
Myślałem, Ŝe z „zielonymi" juŜ koniec. Niestety, dziś przekonałem się, Ŝe jest
inaczej. MoŜe i wystraszyli się wtedy w pierwszej chwili, ale widocznie
ochłonęli i postanowili sprawdzić. Zdaje się, Ŝe ci dwaj, co ich widziałem pod
naszą klatką, naleŜą do „zielonych". I chyba wiem, czego szukali, bj ja to
znalazłem w naszej piwnicy. To była taka malutka latarenka, z lampeczką
wielkości grochu, z niklowym ślicznym łańcuszkiem do uchwytu. Jeszcze
nigdy takiej nie widziałem. Musiała wtedy przy upadku któregoś z nich prysnąć
między sztachetami w moją stronę, bo znalazłem ją w kartoflach, prawie pod
okienkiem. Cacko.
Dziś rano z wielką przyjemnością wstałem i wyleciałem do szkoły, bo pokój był
pełen słońca i tak było ciepło, Ŝe mamusia okna otworzyła jak szerokie... I na
klatce schodowej okna pootwierane. Pan Chybała dba, Ŝeby słońce ze schodów
wygnało psie i kocie zapachy.
pedałem w dół i słyszałem, Ŝe ktoś z hałasem biegnie przede mną-- Zastanowiło
mnie to, bo nikt taki u nas na klatce nie mieszka. Jedna Alina mogłaby tak
lecieć, ale jej przecieŜ nie ma.
Chciałem dogonić, ale kiedy ja byłem na pierwszym piętrze, to juŜ drzwi
trzasnęły na dole. Wychyliłem się z okna, które jest zaraz nad drzwiami. Nie
zobaczyłem nikogo, bo daszek nad wejściem przeszkadzał, ale usłyszałem
prowadzoną półgłosem rozmowę stojących pod tym daszkiem. Jeden głos mówił:
„...leŜała bez ruchu parę tygodni."
„No to kto zabierał kartki? — pytał drugi.
„A teraz wywieźli ją."
„Wsypała nas!"
„E, po co miała wsypać? Bałaby się o własną skórę."
„A ja ci mówię, Ŝe jakaś granda. Trzeba zbadać, kto tu do niej przycho..."
Dalej nie słyszałem, bo na pierwszym piętrze ktoś wychodził, więc i ja
musiałem zejść. Przed klatką nikogo juŜ nie było, tylko w stronę Bednarskiej
szli ci sami, co wczoraj. Starszy odwrócił się, zobaczył mnie i przyśpieszył
kroku. Nie słyszałem, czy co do siebie mówili, ale chyba tak, bo przy furtce
Strona 113
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
obaj przystanęli. Musiałem koło nich przejść. Młodszy podstawił mi nogę, ale
zauwaŜyłem i przeskoczyłem. Dopiero z bezpiecznej odległości zawołałem:
„Czego zaczepiasz? Czego szukasz na cudzym podwórku?"
A on od razu do mnie:
„Ty szczeniaku, nie bądź za mądry, bo cię tak... urządzimy, Ŝe popamiętasz."
„śebym ja ciebie wpierw nie urządził — wyrwało mi się — sam jesteś szczeniak!"
— kończyłem juŜ w biegu, bo obaj rzucili się za mną.
Długie nogi to jednak wspaniała rzecz: gnałem lekko jak wiatr.
Oni wkrótce zaprzestali pościgu, ale szli za mną, bo kiedy przy bramie
szkolnej przystanąłem, widziałem, Ŝe zbliŜają sią do naszej szkoły.
„A niech przyjdą" — pomyślałem sobie. NaskarŜyć na mnie nie mogą, bo sami
zaczęli. I ja teŜ miałbym coś do powiedzenia. Zresztą gdyby nie głos dzwonka,
to nawet zaczekałbym na tych chuliganów. DuŜo dałbym, Ŝeby zobaczyć ręce
jednego i drugiego. JeŜeli któryś z nich ma pod mankietem, kurzajkę, to juŜ
nie miałbym Ŝadnej wątpliwości. Ale jak to zrobić?
W klasie zastałem nowość. Bartek przyniósł oswojoną kawkę, Wiktor juŜ
zapomniał, Ŝe się na mnie pogniewał. Z Bartkiem teŜ w najlepszej komitywie.
Naturalnie kawka wiele ułatwiła. A jaka mądra!
ROZDZIAŁ 27.
FATALNY POCZĄTEK TYGODNIA. TEORIA O LEWEJ NODZE. WIKTOR SIĘ ZAŁAMUJE.
DOBROCZYNNE ZASTĘPSTWO. WULKAN MATEMATYCZNY W GŁOWIE.
Ten tydzień fatalnie się zaczął. JuŜ na pierwszej poniedziałkowej godzinie,
którą była matematyka, Wiktor złapał dwóję. A przecieŜ za dwa tygodnie, zaraz
po świętach wielkanocnych, kończy się trzeci okres. Taka dwója mogła nie tylko
zatruć święta, ale rzucała cień na końcowe świadectwo. Cień ten, według słów
Wiktora, był „złowrogi i absolutnie posępny".
Wiktor nie chciał wracać do domu przed wyjściem matki, która tego dnia miała
dyŜur dopiero o czwartej po południu.
— śebym nie wiem jak był wesoły, mogę na głowie stawać z radości, mama od razu
wie, Ŝe coś zmajstrowałem. A Kostek? Ten dopiero jest po prostu jasnowidzem!
Widocznie na medycynie muszą to wykładać, a Ŝe moja mama ciągle ma z doktorami
do czynienia, więc się przyuczyła.
-— Eee — wyraził najgłębsze powątpiewanie Bartek.
__ A Ŝebyś wiedział! — zapalił się Wiktor. — Ile razy ktoś
naszym bloku zachoruje, to najpierw do nas przylatują. Nie do Kostka, tylko do
mamy. Nawet w nocy. I mama zaraz wie, co iest: czy zastrzyk, czy na
przeczyszczenie, czy po doktora albo pb bańki. Moja mama wszystko potrafi.
,__, Ja nie o tym — uspokajał Bartek — tylko o jasnowidzeniu.
To nic z medycyną nie ma wspólnego.
__. JeŜeli nie ma, to dlaczego twoja mama albo mama Stefka
nie pozna się tak od razu? — nie ustępował Wiktor.
— Moja mama, kiedy staram się być taki wesoły, to teŜ pozna, Ŝe coś nie w
porządku. Najlepiej zaraz siąść do piśmiennych lekcji, wtedy trudniej — mówił
Stefan.
— Ja zawsze od razu mówię. Najlepsza metoda — zapewniał Bartek.
— I o dwói z geografii teŜ od razu powiedziałeś? — zaciekawił się Stefan.
Bartek skrzywił się, jakby go ząb zabolał, zaczerwienił się nawet i niechętnie
bąknął:
— Tak...
Stefek zorientował się, Ŝe niechcący dotknął draŜliwego tematu. Od tamtego
dnia, kiedy Niedźwiedzkiemu tak paskudnie przygadał Wiktor, Bartkowa geografia
stała się czymś, czego nie naleŜało poruszać w rozmowie.
Odczuł to na swojej skórze Wiktor, który próbował zaŜartować na ten temat.
Spokojny Bartek, grubas, miś, stawiany wszystkim chłopcom za wzór
dŜentelmeńskiego zachowania — wyszedł z siebie. Aniby go kto posądzał o taką
siłę i zręczność ciosów umieszczanych celnie w bokach i karku zuchwalca. AŜ
Stefan musiał interweniować.
Od tej pory Wiktor nauczył się liczyć z pięścią Bartka i zaprzestał dowcipów
na temat gaf geograficznych kolegi. Cała sprawa w zapomnienie jednak nie
poszła. Niedźwiedzki juŜ od dłuŜszego czasu nie zapraszał do siebie ani
Wiktora, ani Stefana. Temu ostatniemu było to nawet na rękę; gryzący Ŝal do
ElŜbiety nurtował go w dalszym ciągu. Nie chciał jej widzieć. Nie chciał z nią
rozmawiać. Gdyby ją teraz spotkał na ulicy, udałby, Ŝe jej nie widzi.
Strona 114
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Ale Wiktorowi było przykro. Jego wspaniały apetyt, jego Ŝołądek bez dna
odczuwały w dotkliwy sposób brak licznych i duŜych kawałków wspaniałego placka
z powidłami, który zwykle u Niedźwiedzkich podawano na podwieczorek.
„Szkoda, szkoda i Ŝal" — myślał sobie Wiktor, ale głośno mówił do Stefka:
— Nie, to nie. Koniec i kropka.
Tego poniedziałku, którym tak niefortunnie rozpoczął się tydzień, przygnębiony
Wiktor nadrabiał miną, i, chcąc pocieszyć siebie, tłumaczył kolegom.
— W przesądy wierzyć nie trzeba, bo to ciemnota, ale tak zupełnie się z nimi
nie liczyć teŜ nie moŜna. Ja wam mówię: coś w tym musi być, tylko Ŝe naukowym
sposobem tego jeszcze nie odkryli. Ale odkryją. Ja wam mówię. Najpierw
zorganizują dla nas na Marsie fajne kolonie letnie, o potem wezmą się i za
lewe nogi. Ja wam mówię.
— Za jakie znowu lewe nogi? — z przekąsem zapytał Stefan, który od czasu
uporania się z trudnościami ortografii i historii zhardział i pozwalał sobie
patrzeć z góry na kolegów. Ale Wiktor się nie dał.
— Stefan — powiedział z udaną łagodnością — zaklinam cię na świetlaną postać
Stasia Tarkowskiego, tego młodego dŜentelmena, w którego ślady chciałbyś iść,
i to, hm... hm... domyślam się, z jakich względów... Czego rzucasz na mnie
błyskawice oczu? Słyszysz, co mówię, zaklinam cię, oszczędzaj się!
— CóŜ to ma znaczyć! — krzyknął wściekły Stefan.
— To ma znaczyć, Ŝe skutkiem zbytniego wysiłku nad opano- , waniem
historii masz zachwianą równowagę umysłową, rozumiesz? A równowaga to
bardzo waŜna rzecz. Batorego pod Psko-wem od „Batorego" w Gdyni odróŜniasz juŜ
dobrze. Słyszałem na własne uszy. Ale co z tego, jeŜeli przestałeś odróŜniać
lewą [ nogę od prawej? Zachwiana równowaga. Wątpię, abyś przy tak f
raŜących brakach rozeznania w świecie nas otaczającym mógł iść śladami
Sienkiewicza.
Cała ta scena nie wyglądała na koleŜeńską wymianę zdań, a przypominała raczej
spotkanie na ringu. Stefan rwał się z pięściami do Wiktora. Chudy, tyczkowaty
Wiktor odskakiwał zręcznie, unikając ciosów. A między nimi pękaty Bartek,
okręcający się w miarę potrzeby koło własnej osi i wyciągniętymi rękami
broniący tak swojej, jak i Wiktorowej piersi przed ciosami ataku, powtarzał:
— Spokojnie. Spokojnie. Spokojnie, mówię.
Stefan zasapał się. Wyciągnął chustkę do nosa i, wycierając nią twarz, prychnął:
— Błazen!
— Osioł! — odpowiedział tym samym tonem Wiktor i wydawało się, Ŝe znowu
skoczą sobie do oczu, ale nagle, powodowani widocznie tym samym impulsem,
jednocześnie zwrócili się do Bartka:
— Bartek, prawda, Ŝe ja mam rację?
— Obaj, obaj macie rację —- przyznał Bartek. — Ale teraz, Wiktor, opowiedz o
tych lewych nogach, bo ja teŜ nic nie rozumiem.
— No, od ciebie nie moŜna tyle wymagać, co od kandydata na sławnego pisarza —
oświadczył wspaniałomyślnie Wiktor. — A-w ogóle o lewych nogach wiem tyle, Ŝe
nie naleŜy nimi wstawać z łóŜka.
— A ile ty masz tych lewych? — Stefan udawał, Ŝe z zainteresowaniem przygląda
się kończynom dolnym Wiktora, ale przyjaciel nie raczył zwrócić na to uwagi i
wywodził dalej:
— Kto wstaje lewą nogą z łóŜka, temu się cały dzień nie powodzi. To fakt. A
moje łóŜko jest fatalnie ustawione. Z prawej strony mam ścianę i muszę wstawać
lewą nogą. Czasami, szczególnie przed klasówką, uwaŜam i staram się wstać
prawą nogą: przewracam się najpierw na brzuch i wtedy to mi się udaje. Ale od
jakiegoś czasu nie mogę się wcześniej obudzić. Zegar przy-głuchł czy co, bo
wcale nie słyszę, jak bije. Dopiero kiedy Kostek ściąga ze mnie kołdrę,
wyskakuję wściekły z łóŜka. A wtedy nie mogę pamiętać o tej nieszczęsnej lewej
nodze. Tak było i dzisiaj. No i rezultat: dwója jak drut.
— Po pierwsze: nie jak drut, bo ze znakiem zapytania, pan Karniewicz obiecał,
Ŝe cię jutro jeszcze raz przepyta. A po drugie: dziwne, Ŝe to „prawo lewej
nogi" działa u ciebie tylko w zakresie matematyki — oświadczył zjadliwie Stefan.
— Bartuś, powiedz Stefanowi, Ŝe ja z nim nie rozmawiam.
— Bartuś, powiedz Wiktorowi, Ŝe jak nie będzie ze mną rozmawiać, to kto mu
dziś pomoŜe przygotować geometrię na jutro?
— Bartek, powiedz Stefanowi, Ŝe gdybym miał nawet zapalenia mózgu dostać,
Strona 115
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Ŝebym miał trupem przy tablicy paść, Ŝeby mnie mieli na marach ze szkoły jutro
wynieść •— to nie skorzystam z jego ohydnej pomocy za Ŝadną cenę i Ŝeby się
nie waŜył do mnie przyjść, bo go po schodach z dziesiątego piętra zrzucę.
— Biedaku — westchnął z bólem Stefan — ty przecieŜ mieszkasz tylko na drugim.
— Nie gadaj do mnie! — wrzasnął Wiktor. — Bo ja z tobą nie rozmawiam!
Wieczorem Wiktor Ŝałował swoich popędliwych słów. Siedział nad nieszczęsną
geometrią, powtarzał na głos, czytał po cichu, kreślił figury geometryczne w
brulionie, a kiedy chciał powtórzyć z pamięci, kiedy wyobraŜał sobie, Ŝe stoi
przed tablicą i trzyma kredę w ręku, w głowie robiło się pusto i chyba wiatr w
niej hulał, bo aŜ szumiało.
Ach, gdyby przyszedł Stefan! On tak jakoś prosto wyprowadzał jedno z drugiego,
aŜ Wiktorowi rozjaśniało się w głowie. Ach, gdyby on przyszedł! Chyba nie jest
aŜ tak głupi, Ŝeby koleŜeńskie pogróŜki traktować inaczej niŜ Ŝart. Stefek,
fajny chłopie, czemu nie przychodzisz?
Wiktor miotał się po pokoju, wyglądał oknem, rzucał tęskne spojrzenia w ciemne
okna mieszkania śórawców — na próŜno!
W pokoju było za ciepło, a moŜe Wiktor miał gorączkę? Z jednej strony dobrze
byłoby na jutro zachorować, ale to ulga tylko na kilka dni, a gdyby, nie daj
BoŜe, dłuŜsza choroba — wtedy dzisiejsza dwójka wypłynęłaby na świadectwie z
trzeciego okresu w całej okazałości.
— To jest los! To los — wzdychał Wiktor, przykładając gorące czoło do
chłodnej, chropawej ściany i nasłuchując, czy Stefan nie stuka do drzwi.
Zamiast Stefana zjawił się Bartek, któremu uczucie przyjaźni kazało pośpieszyć
z pomocą.
Zastał Wiktora między kanapą a etaŜerką, w kącie słabo oświetlonym przez
lampę, stojącą na stole przy rozłoŜonym brulionie.
— Wiktor, co ty tam robisz? — zapytał Bartek.
— Głową o ścianę chcę tłuc i patrzę, gdzie wygodniej — odpowiedział ponuro
Wiktor, nie opuszczając kąta.
— Szkoda ściany — stwierdził flegmatycznie Bartek. — A geometrię powtarzasz?
Idzie?
— Jak krew z nosa — mruknął Wiktor i nagle wykrzyknął z rozpaczą: — To nie na
moją głowę! śebym nie wiem jak kuł i kuł, to i tak nic z tego. Tu na niczym
nie moŜna popływać: dwa i dwa jest cztery, musi być cztery i Ŝeby nie wiem
jaki geniusz, to nic innego nie wymyśli: cztery i koniec, i kropka! Czasami
juŜ mi się zdaje, Ŝe umiem. Patrzę na rysunek, niby rozumiem, a jak mam
powtórzyć z pamięci — ciemna mogiła! A najgorszy ten Pitagoras. Rany boskie,
po co on te katusze wymyślił! To musiały być straszne czasy w tej
staroŜytności. Nie dawali widocznie uczonym pieniędzy na rozrywki, na
jakieś podróŜe, z wizytami widocznie teŜ nie chodzili, bo tylko z nudów
Pitagoras mógł wymyślić tak okropną rzecz, jak tabliczka mnoŜenia albo to
twierdzenie... Ja przez niego kopyta wyciągnę, zobaczysz. Ja nawet napis na
pomnik mam juŜ gotowy, posłuchaj...
Zatrzymaj się, przechodniu, i zakręć łzę w oku, tu śpi Wiktor Kijanka, co
umarł w tym roku, bo nie mógł dojść do ładu z Pitagorasem i zostawił w Ŝałobie
całą szóstą klasę...
Dopilnuj, Ŝeby to na marmurze było. Na białym. To moje
ostatnie Ŝyczenie przed śmiercią. Co, nie wierzysz? JuŜ czuję, jak
mi w piersiach gra, a to suchoty, jestem pewny jak tego, Ŝe tu stoję. A jeŜeli
nawet jeszcze rok poŜyję, to juŜ nie w tej samej klasie, drogi przyjacielu, co
ty. Czeka cię gorzkie ze mną rozstanie na progu nowych nadziei i nowego Ŝycia
w siódmej klasie, do której mnie przez dwóję z rachunków nie zaproszą.
— Skończyłeś? — zapytał Bartek, na którym kwieciste zwroty Wiktora nie
zrobiły wraŜenia — to siadaj. Zaczynajmy.
— Dobra. Zaczynajmy tę krzyŜową drogę — oświadczył tragicznym tonem Wiktor i
usiadł przy stole, ale nagle poderwał się Ŝywo i zawołał zwyczajnie: — Bartuś,
pomóŜ mi zaraz łóŜko przestawić, bo jeŜeli zapomnę i jutro znowu wstanę lewą
nogą, to juŜ mnie nic nie uratuje...
Człowiek drobiazgowy, to znaczy taki, który przyczepia się nawet do cienia
nieścisłości, uwaŜałby, Ŝe przestawienie łóŜka nie miało Ŝadnego wpływu na
postępy Wiktora w geometrii. A jednak...
Pan Karniewicz na lekcję nie przyszedł. Zastępstwo zlecono wychowawcy
dziesiątej klasy, starszemu, szpakowatemu panu z gęstą szczotką siwych wąsów
Strona 116
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
nad ustami.
Kiedy zajął miejsce na katedrze, w klasie VI B cisza była, jak rzadko przy
własnych nauczycielach. Przez chwilę obserwowano się wzajemnie. W powietrzu
drŜał niepokój: „Chyba nie będzie pytać..."
— Panie profesorze — wystąpił odwaŜnie Wiktor — my teraz tylko powtarzamy.
Stale i wciąŜ w tę i z powrotem, Ŝeby tego... Ŝeby opanować cały materiał, bo
przecieŜ to juŜ koniec okresu. I najlepiej, jeŜeli to samo pan profesor... bo
pan profesor dobrze umie i przynajmniej czasu się nie traci.
— Aha — zrozumiał w lot nauczyciel — boicie się, Ŝebym nie sprawdzał
waszych wiadomości? Nie obawiajcie się. Nie będę pytać. Matematyka to
nie moja specjalność. A jak wykorzystamy tę godzinę?
— Niech nam pan coś opowie — zaczęły prosić dziewczynki.
— Coś? — nauczyciel potoczył wzrokiem po klasie. — Chyba nie myślicie o
bajkach?
— Panie profesorze — znowu zabrał głos Wiktor — my wiemy,
aturalnie, Ŝe wszyscy nauczyciele, jak byli mali, to byli bardzo rzeczni i
bardzo dobrze się uczyli, ale czy nie mógłby pan nam Dowiedzieć o czymś takim
Ŝyciowym, no, na przykład o tym, ¦ak pan był w naszym wieku i czegoś nie mógł
za Ŝadne pieniądze zrozumieć, tak... ani w ząb i moŜe nawet bał się pan
dwójki? Klasa z wyczekiwaniem patrzyła w oczy nauczyciela. MoŜe to, o co
zapytał Wiktor, wyda mu się niestosowne? Nauczyciel zwrócił się do Wiktora z
zainteresowaniem:
,__ Czy chodzi o jakieś trudne zadanie z matematyki?
__ Nie o zadanie — mówił juŜ całkiem śmiało Wiktor —
o twierdzenie. O to nieszczęsne twierdzenie Pitagorasa, którego my... którego
ja... nie mogę zapamiętać. Nauczyciel niespodziewanie roześmiał się.
— Dobrze się składa. Opowiem wam, jak sam kiedyś przyswoiłem sobie to
twierdzenie. Muszę się wam przyznać, Ŝe matematyk był ze mnie kiepski...
— To zupełnie tak jak ja — ucieszył się głośno Wiktor.
— Jechałem, jak to się mówi, na samych trójkach.
— To niezupełnie jak ja — szepnął Wiktor.
— A nauczyciela matematyki mieliśmy wtedy w szkole bardzo wymagającego.
Westchnienie zrozumienia odezwało się z róŜnych stron klasy.
— Twierdzenie Pitagorasa musiało mi sprawiać wiele trudności, bo pewnego razu
zniecierpliwiony nauczyciel (a wykładowym językiem w szkole był wtedy język
rosyjski) powiedział mi: „Na wsie storony rawny Pitagorowy sztany." Moi
uczniowie z dziesiątej klasy, kiedy im to opowiedziałem, przerobili to na
polski: „W obie strony jednakowe spodnie Pitagorasowe." Rozumiecie?
Nie. Klasa niczego nie rozumiała. Skąd spodnie?
— PrzecieŜ w Grecji nie noszono spodni — powiedział Bartek — więc i
Pitagoras...
—¦ Tak. Masz słuszność — zgodził się nauczyciel —' ale przy odrobinie dobrej
woli rysunek potrzebny do tego twierdzenia moŜe przypominać spodnie. No,
patrzcie!
Podszedł do tablicy i narysował trójkąt — równoramienny, Prostokątny, obrócony
kątem prostym w dół.
—¦ Wyobraźmy sobie, Ŝe są to takie spodenki, slipki. Doszy-wamy do nich
nogawki, które, jak widzicie, są kwadratami zbudowanymi na przyprostokątnych.
Tak? Klasa potakiwała z zapałem.
A teraz dodajemy do tych spodni górę, która jest kw.adratem zbudowanym na.
gumce slipek, czyli przeciwprostokątnej. No i teraz trzeba tylko zapamiętać,
Ŝe na te dwie „nogawki" wychodzi akurat ściśle co do joty tyle materiału, co
na „górę", to znaczy: a2+b2 = c2.
— Jak to? — Wiktor stał w ławce i mrugał oczami z wraŜenia. — Zaraz...
zaraz... — z miny jego było widać, Ŝe coś zaczyna rozumieć, nagle rzucił
podejrzliwie:
— E, ale pan profesor te slipki takie równe zrobił, a przecieŜ trójkąty
prostokątne są rozmaite. A wtedy?
— Racja — odpowiedział nauczyciel — wtedy „spodnie Pitagorasa" wyglądają,
jakby je zrobił brakorób, o, tak: jedna nogawka dłuŜsza, druga krótsza. Ale i
w tym wypadku ilość zuŜytego materiału jest ściśle zgodna z formułą:
a2+b2 = c2. No, jednym słowem, zapamiętajcie sobie ten Ŝarcik. „W obie
Strona 117
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
strony jednakowe spodnie Pitagorasowe."
— O rany.' Zrozumiałem! — zawołał olśniony Wiktor. — Teraz przy kaŜdych
nogawkach nie boję się nic a nic. Zrozumiałem.
— I ja! I ja.' I ja! Ja teŜ! — odezwały się liczne głosy i nagle cała klasa
wyrecytowała dwuwiersz o spodniach Pitagorasa.
— A to sztuka dopiero! — wyraził swój podziw Romek Kozi ołkiewicz.
— PokaŜę wara jeszcze jedną sztukę — oświadczył ubawiony nauczyciel. —
Powiedzcie mi tylko, jak wam się zdaje: czy wiele czasu zabiera wam szkoła,
cŜy niewiele? |
— Wiele! O, bardzo wiele! — odpowiedział zgodny chór głosów, a Wiktor
dorzucił patetycznie:
— Pół Ŝycia, czyli pół szczęścia, a do tego drugie pół jest całkiem zatrute
przez to pierwsze pół.
— A więc ja wam dowiodę, Ŝe się myłicie. Kto na ochotnika do tablicy?
Wyskoczył Sewerek.
_- Napisz z boku trzysta sześćdziesiąt pięć dni — tyle, ile ma rok. Sypiacie
osiem godzin dziennie. PrzemnóŜ je przez dni. Dobrze. Teraz te godziny podziel
przez dwadzieścia cztery, wypadło sto dwadzieścia jeden dni. Odejmij je od
roku. Zostało nam dwieście czterdzieści cztery dni. Odejmij od tego tym samym
sposobem dni, które się złoŜą z godzin przeznaczonych na mycie, jedzenie i
odpoczynek. Liczymy na to po pięć godzin dziennie. Pozostało nam sto
sześćdziesiąt siedem dni. Odejmij od tego pięćdziesiąt dwie niedziele. A teraz
dwa miesiące wakacji. I jeszcze miesiąc, na który się złoŜą ferie zimowe,
wielkanocne i inne święta. CóŜ nam pozostaje na lekcje? Marne dwadzieścia trzy
dni, czyli niecały miesiąc. A tu ktoś powiedział: pół Ŝycia!
Klasa osłupiałym wzrokiem śledziła działania arytmetyczne, na tablicy. W
kompletnej ciszy słychać było tylko stukanie kredy po desce.
— Ale my przecieŜ więcej, więcej... przecieŜ od września do lipca — odezwał
się gorącym protestem głos którejś z dziewczynek.
Nauczyciel, udając powagę, odpowiedział:
— To złudzenie optyczne. — I wskazał na tablicę. — Wyliczone ściśle. Zgodnie
z tabliczką mnoŜenia.
— Wiem! Wiem! — wrzasnął triumfalnie Wiktor. — Błąd jest w tym miejscu, kiedy
pan profesor...
Dawno nie było tak zabawnej lekcji w klasie VI B.
śórawiec tego wszystkiego nie słyszał. Po trzech lekcjach zwolnił się, bo u
nich dzisiaj mieli otrzymać przydział węgla i trzeba było dopilnować zwózki.
Wiktor biegł ze szkoły galopem. Wpadł do Stefana jak wicher.
—¦ Stefan, juŜ wiem, co było ze spodniami Pitagorasa! — wołał od progu. —
Nawet jeŜeli je robił neptek, co się nic a nic na krawieczyźnie -nie znał. Bo
jeŜeli jedna nogawka była dłuŜsza, to znowu druga i tak do niej pasowała i
razem było tego tyle, co nad gumką, kapujesz?
ROZDZIAŁ 28.
SEWERKOWE NIEPOWODZENIA. GDZIE KASIA?
STEFEK SPOTYKA „ZIELONYCH".
PAMIĘTNIK STEFANA.
Bartkową kawkę, Kasię, znała juŜ dobrze chyba cała szkoła. Wśród gromady
uczniów i uczennic Kasia miała mnóstwo przyjaciół, a nawet wielbicieli. Co
zresztą mówić o młodzieŜy, jeŜeli nawet pan kierownik polecił Bartkowi
przynieść ją do swego gabinetu i z zainteresowaniem przyglądał się
wyczynianym przez nią sztukom. Co mówić o panu kierowniku, jeŜeli stary woźny
Kochasiu, który budził naleŜny szacunek tak wśród mikrusów, jak i uŜywających
juŜ brzytwy najstarszych uczniów — nawet on, ścigający bezlitośnie wszystko,
cokolwiek groziło porządkowi i czystości w szkole — uśmiechał się czule pod
zawiesistym wąsem na widok Kasi.
Bo Kasia — co do tego zgadzali się wszyscy — była najładniejszą i
najmądrzejszą kawką na świecie.
Czarne, tylko na karku popielate piórka, okrywały ją od dzioba po pazurzaste
łapki. Wśród tej czerni jak dwa turkusiki błękitniały śliczne oczki. Ani
piórko nie odstawało, ani jeden pazurek nie nosił śladu jakiegokolwiek brudu.
Kasia była wielką porządnicką. ,(
Przepadała za twarogiem. Dostawała go teŜ przed lekcjami, po lekcjach i na
kaŜdej przerwie. Matki osobistych znajomych Kasi nie umiały sobie wytłumaczyć,
Strona 118
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
dlaczego ich dzieci zaczęły tak bardzo lubić twaróg, tym bardziej Ŝe niektóre
do tej pory krzywiły się na sam jego widok. AŜ tu nagle prośby, aby na drugie
śniadanie chleb był tylko i tylko z twarogiem, Ŝeby tego twarogu było duŜo,
jak najwięcej.
Gdyby jakimś cudem udało się zgromadzić przynoszony od paru tygodni do szkoły
twaróg — powstałby zapas wystarczający na dłuŜszy czas dla jakiejś zasobnej
mleczarni. Tymczasem ginęło to wszystko w gardziołku Kasi, która podsuniętą
grudkę zjadała do najmniejszego ździebełka, czyściła potem bardzo starannie
dziób i dziękowała ofiarodawcy ukłonem, przechylając łepek
i przymykając przy tym oczy. Dla zobaczenia tego ukłonu malcy z pierwszej i
drugiej klasy gotowi byli roztrwonić wszystkie oszczędności na ser i twaróg.
Inna sztuka Kasi polegała na umiejętnościach fryzjerskich.
Wystarczyło, aby Bartek Niedźwiedzki powiedział:
— Kasiu, uczesz! Uczesz!
Kasia podnosiła główkę, patrzała bystro niebieskimi ślepkami w lewo, w prawo,
siadała na najbardziej zrobionej „na kaktusa" głowie i zaczynała po niej
szorować dziobem, jakby chciała uporządkować niesforne kosmyki.
Pewnego dnia, kiedy na przerwie „przeczesała" juŜ kilka fryzur, podniecona
ogólną wesołością rzuciła się na ogromne wiechcie wąsów samego Kochasiu, który
przyglądał się jej fryzjerskim wyczynom.
Bartek zmartwiał. Gniew pana woźnego był groźniejszy niŜ wiele innych kłopotów
szkolnych. Niebezpieczny, bo zwykle bardzo szybki w wymierzaniu
sprawiedliwości, Kochasiu był do tego pamiętliwy. Biada śmiałkowi, który
pozwoliłby sobie lekcewaŜyć
jego osobę.
Ale tym razem Kochasiu pierwszy zaczął się śmiać. Ciasno otoczony przez
zadzierających głowy, zachwyconych mikrusów, powtarzał co chwila:
— A to zmyślna bestia! To zmyślna!
Od tej pory Bartek mógł liczyć na róŜne, a wcale nie do pogardzenia w szkolnym
Ŝyciu względy pana woźnego, u którego Kasia zostawała w czasie lekcji i
równieŜ pobierała naukę, doskonaląc się w dalszych sztukach. Na przerwach
przylatywała na ramię Bartka, a tak się juŜ oswoiła z dzwonkiem szkolnym, Ŝe
na jego dźwięk siadała na poręczy schodów i czekała tam na swego właściciela.
Tak było i dzisiaj. Z Kasią na ramieniu wybiegł Bartek na szkolne boisko i
natychmiast został otoczony gromadą jej przyjaciół, wśród których brak było
tylko najmłodszych.
Właśnie wczoraj zainstalowano na skraju szkolnego podwórka huśtawki i kratę
dla mieszczącego się w tym samym budynku Przedszkola.
Malców, chodzących pierwszy rok do szkoły, ciągnęło jak magnesem
do huśtawki i kraty. Ale to przecieŜ były przedszkolackie rozrywki.
Uczniowski honor nie pozwalał okazywać dla nich nawet zainteresowania. Opór
ten jednak wymagał wiele męstwa i przerastał po prostu ludzkie moŜliwości.
Więc pierwszy „odwaŜny", który nie sprostawszy pokusie wdrapał się na szczyt
kraty i stamtąd obwieszczał głośnym piskiem swoją radość — znalazł natychmiast
naśladowców. Krata była po prostu oblepiona, a przy huśtawkach ustawiła się
kolejka.
Starszych chłopców roznosiła równieŜ wiosenna energia. Ciepłe, prawie majowe
słońce kazało zostawić w szatni szaliki i rozpiąć kurtki. Stopy swędziały do
biegu, ręce do kuksańców, zziajane płuca nie mogły się dosyć nałykać świeŜego
powietrza.
Zaplątany w to wierzgające, biegające i boksujące się rojowisko przypadkowy
interesant z westchnieniem ulgi lądował w wyludnionym korytarzu szkolnym i
pierwsze zdanie wychodzące z jego ust brzmiało:
— Ja bym w tym piekle i dziesięciu minut nie wytrzymał! A informujący go
Kochasiu twierdził pobłaŜliwie:
— Jakie tam piekło? Pauza! Zwyczajna pauza!
Kiedy na dźwięk dzwonka Bartek podbiegł do przymurka, na którym zostawił Kasię
nad sporą grudką twarogu — nie znalazł jej tam. Pewnie wróciła sama na parapet
okienny przy stoliku woźnego. Nie. I tam jej nie było. Zaniepokojony wybiegł
na boisko, obleciał je wokoło — na próŜno. Zdyszany, juŜ po wejściu
nauczyciela, wpadł do klasy, którą migiem obiegła wieść o zniknięciu kawki.
Wszyscy jednak traktowali to zniknięcie jako chwilowe zawieruszenie.
Strona 119
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Kasia wlazła po prostu w jakiś kąt, moŜe się schowała?
Lekcja mijała zwykłym torem. Uwaga klasy skoncentrowała się na notesie
nauczyciela: ostatnie stopnie przed świadectwem na trzeci kwartał. Jeden
Bartek nie przestawał myśleć o ulubienicy. Ciągle starał się odtworzyć
przebieg pauzy: wybiegł przez drzwi z Kasią, stał przez chwilę pod ścianą. W
pobliŜu Sewerek demonstrował rewolwer strzelający wodą. Biedny Sewerek szukał
ciągle sposobu na odzyskanie dawnej popularności w klasie.
Na próŜno. Od nieszczęsnego, ośmieszającego wydarzenia z haftowanym hasłem
powaga byłego zastępowego zniknęła bezpowrotnie.
A tak przyjemnie było czuć się w klasie kimś znacznym, waŜnym! A tak trudno
było z tej waŜności zrezygnować! Nie pomogły opowiadania o telewizorze u
rodzonej ciotki, do której, gdyby tylko chciał, mógłby zaprosić kolegów.
Otrzymany od ojca długopis nie wzbudził równieŜ większego zainteresowania. Z
rewolwerem było to samo. JuŜ w czasie duŜej przerwy ilość chłopców
obserwujących, jak za pociśnięciem cyngla z lufy sikała woda, stopniała do
trzech najbliŜej Sewerka siedzących kolegów, którzy mieli nadzieję, Ŝe Sewerek
pozwoli im wziąć rewolwer do ręki i wystrzelić wodą.
Ale Sewerek nie chciał wypuścić go ze swych rąk. I oto ku cichemu zadowoleniu
towarzyszy rewolwer „wysiadł". Coś w nim zepsuło się — woda nie tryskała mocną
struŜką, tylko chlupała i przelewała się na zewnątrz, wyciekając z lufy
kroplami i bańkami.
— Kataru dostał — stwierdził z satysfakcją Maniek. — Podaj mu chusteczkę, bo
to tak... nie tego...
— Do kitu z takim zasmarkańcem — oświadczył z pogardą Wacek Sitarek, który na
próŜno prosił Sewerka o „potrzymanie".
Odeszli. Sewerek został sam.
Działo się to wszystko na początku ostatniej pauzy. A co było potem? Aha: przy
huśtawkach rozległ się nieludzki wrzask i kotłowanina. Ktoś kogoś popchnął,
ktoś wsiadł bez kolejki, a krzyku było jak przy katastrofie. Zleciało się całe
boisko. Bartek teŜ tam skoczył, a po wymierzeniu sprawiedliwości gnał razem z
Wiktorem za Stefanem, który miał bardzo długie nogi i dogonić było go trudno.
Potem był juŜ dzwonek i ani śladu Kasi.
—¦ Siedzi na oknie u woźnego — szeptem pocieszał Bartka Wiktor — zobaczysz!
Ale to nie okazało się prawdą. Zmartwiony Kochasiu oświadczył chłopcom, Ŝe sam
obejrzał wszelkie zakamarki, nawoływał Kasię, która i jego głos znała dobrze.
Wszystko na próŜno.
— Musiały ją chyba inne kawki namówić — przypuszczał. — Mało ich tutaj się
kręci? Rajcowały, rajcowały, aŜ ją przerajco-wały.
Bartek był niepocieszony. Miał tak nieszczęśliwą minę, Ŝe obu przyjaciołom
serdecznie go było Ŝal.
— Tak bywa w Ŝyciu — stwierdził filozoficznie Wiktor — przywiąŜe się
człowiek do czegoś, myśli, Ŝe to na całe Ŝycie, a tu tymczasem frrr!...
I co zostaje? Pusta klatka.
— Nie trzymałem Kasi w klatce — obruszył się Bartek.
—¦ Wiem. Myślałem o swoim kanarku — wyjaśnił Wiktor. — To z nim tak było. I
Ŝeby sobie chociaŜ poprawił, gdzie tam — tego samego dnia kot go zjadł.
— A moŜe jej było smutno? — zastanawiał się Stefan. — Sama jedna między
ludźmi. KaŜdy chce mieć kogoś bliskiego, swojego, jakąś rodzinę czyt
przyjaciela.
— No, dobrze — godził się z bólem Bartek — ale Ŝebym coś zauwaŜył, Ŝebym
widział, Ŝe jakaś osowiała, puściłbym ją na wolność. Nawet tak było
postanowione: jak się zrobi ciepło, wyniesiemy ją do parku i tam, jeŜeli
zechce zostać, niech zostaje. Wydawała się taka przywiązana, tak
zaprzyjaźniona... ElŜbietka bardzo się zmartwi...
— Prawdziwa przyjaźń — przerwał mu Wiktor — moŜe być tylko między ludźmi.
— I między ludźmi teŜ róŜnie bywa — westchnął Stefan przypomniawszy sobie
ElŜbietkę. — Wydaje się ktoś przyjazny, Ŝyczliwy, nieba chciałbyś mu
przychylić, aŜ tu nagle frrr! i po wszystkim.
— Ja mówię o prawdziwej przyjaźni — powiedział z naciskiem Wiktor —¦ o takiej
jak nasza. Łączy nas wszystko: STO, tajemnica, przysięga, tajny szyfr i
wspólny wróg... — w tym miejscu na wzruszenie ramion Stefana Wiktor dorzucił:
— Zobaczycie jeszcze, do czego on zdolny, ja wam mówię, to tygrys.
Strona 120
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Z wybitymi zębami — wtrącił Stefan.
— Ale pazury jeszcze ma — nie ustępował Wiktor — i gdyby nie nasza przyjaźń,
tak mocna jak węzeł, którego nikt nie potrafi rozwiązać... Ładnie
powiedziałem, co? zapisz to jako moją złotą myśl.
__ To nie twoja. Gdzieś wyczytał?
,__. MoŜe i wyczytałem, nie szkodzi. Zapisz: „Prawdziwa przyjaźń jest jak
węzeł, którego nie potrafiłby rozwiązać nawet Aleksander Macedoński — powtarza
często mój przyjaciel, Wiktor Kijanka." Zapamiętasz? I jeszcze to: „Za
prawdziwą przyjaźń warto dać się posiekać."
Kiedy indziej koledzy nie przepuściliby okazji do drwin z górnolotnych wyraŜeń
Wiktora. Dziś, zwarzeni utratą kawki — milczeli.
W domu Stefan od razu wyczuł, Ŝe stało się coś niedobrego. Ojciec wrócił z
fabryki wcześniej. Siedział w kuchni przy stole, ale obiad juŜ zjadł, bo stała
przed nim szklanka herbaty. Oprócz niej na stole znajdował się jeszcze słoik z
malinami i kartonik proszków od bólu głowy.
W domu śórawców choroba gościła rzadko. Stefek albo Lu-cynka przeziębiali się
od czasu do czasu — to wszystko. Chorującej matki Stefan nie pamiętał. Brała
czasami proszek od bólu głowy albo piła herbatę z malinami. Konfitura z malin,
co roku starannie przyrządzana i przechowywana w kredensie na najwyŜszej
półce, traktowana była raczej jako lekarstwo niŜ smakołyk. Zdaniem mamy
pomagała na zgryzoty. Ile razy któreś z rodziców miało zmartwienie czy jakieś
nieprzyjemności, które nie chciały „zejść z głowy", na stole zjawiał się słoik
z pachnącymi, czerwonymi malinami.
Ale skąd wzięły się raptem zmartwienia? PrzecieŜ od kilku dni czy nawet od
tygodnia w domu było tak przyjemnie, tak wesoło. Ojciec aŜ kipiał energią:
wywiórkował sam podłogi, po-rciył okna, obiecał mamie zaraz po świętach
zreperować skrzynki do kwiatów. A mama co wieczór brała ołówek do ręki i
liczyła w zeszycie, „na co sobie będzie moŜna pozwolić". Bo ojciec,
kwalifikowany ślusarz, miał być od kwietnia przesunięty do wyŜszej kategorii,
a razem z tym otrzymać sporą podwyŜkę płacy. A moŜe i premię na święta?
Ale i bez tej premii, która nie jest taka zupełnie pewna, z obliczeń mamy
wynikało, Ŝe święta w tym roku mogą być lepsze. Oprócz tego .Lucynce sprawi
się półbuciki, a ojcu buty. Mama kupi wreszcie materiału na suknię, która
miała być juŜ na BoŜe Narodzenie, tylko Ŝe nie starczyło pieniędzy. Stefka nie
moŜna pominąć, a Ŝe ubranie i obuwie ma w dość dobrym stanie i wstydu rodzicom
nie sprawia, dostanie wymarzony sportowy plecak z brezentu obszytego skórą, z
rzemiennymi szelkami, z kieszeniami zapinanymi na sprzączki, z paskami do
przytroczenia koca i menaŜki.
Stefek słuchał wyliczeń mamy milcząc, ale z wypiekami na twarzy. Bo raz
wypadało, Ŝe jeŜeli święta mają być z mniejszą szynką, to' na plecak wystarczy
od razu. A znowu jeŜeli szynkę kupi się większą, to do plecaka trzeba będzie
dołoŜyć z koperty, która leŜała w bieliźniarce pod równo ułoŜonymi poszewkami
i w której mama chowała „parę złotych na czarną godzinę".
Tak czy inaczej plecak był pewny i Stefek zasypiał unosząc w sen widok własnej
postaci z nowiutkim plecakiem na ramionach wędrującej na całodzienną wycieczkę
z kolegami. Wyruszali oczywiście spod domu Bar tka, a stojąca na balkonie
ElŜbieta aŜ wychylała się przez poręcz, „podziwiając dziarską sylwetkę pewnego
znajomego harcerza...
Tak było jeszcze wczoraj wieczorem. A dziś zasępiona twarz ojca, zaciśnięte
usta matki, podającej bez słowa obiad Stefkowi, kazały się czegoś obawiać. Coś
się stało, coś niedobrego, ale co?
Z cięŜkim sercem Stefan usiadł nad lekcjami. Nie było ich na jutro wiele i
uporał się z nimi szybko. W domu było mu źle, i wyskoczył na podwórze.
Świergot ptaków przypomniał Kasię. Ni z tego, ni z owego zabrzmiały w uszach
słowa: „ElŜbietka bardzo się zmartwi." A moŜe kawka wróciła na szkolne boisko?
MoŜe siedzi na parapecie okiennym i czeka na Bartka?
Decyzja, aby pobiec i sprawdzić to przypuszczenie, powstała w jednej minucie.
Szkoła była przecieŜ tak blisko. JuŜ podchodził do niej, kiedy drogę
zagrodziły mu dwie postacie: to byli „zieloni". Nie zdąŜył pomyśleć, skąd się
tu wzięli, kiedy ten większy powiedział ostro:
__Mały, czy ty nie masz do nas Ŝadnego interesu?
Zaskoczony Stefek milczał, a tymczasem drugi dodał:
__Mnie się zdaje, Ŝe chcesz nam coś powiedzieć.
Strona 121
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Nie — burknął Stefek.
.__ Nic a nic? — zapytał starszy i podsunął się o pół kroku.
.__ Nic! — wrzasnął Stefek, dał nura między „zielonych" i juŜ
gnał po chodniku. Nie gonili go.
Brama szkolna stała otworem. Znowu, jak z Bartkiem, obejrzał wszystkie
miejsca, w których mogła utknąć Kasia. Nie znalazł jej. Przez uchylone drzwi
wsunął się do przedsionka. Puste, ciche korytarze szkolne wydawały się obce.
Szanując tę ciszę, na palcach zbliŜył się do stojącego w zagrodzie roweru i
zapatrzył się. Nagle przestraszył go głos Kochasiu:
— A ty co tu robisz?
Zaskoczony, speszony, ledwie zdołał wybąkać, Ŝe przyszedł sprawdzić, czy Kasia
nie wróciła.
Na podwórku spotkał pana kierownika. Ukłonił się, chciał wyminąć, ale pan
kierownik zatrzymał go.
— Rozmawiałem z twoim ojcem. Bardzo zgryziony. Zrozumiałe — awans
naleŜał mu się juŜ dawno. Tobie teŜ chyba
przykro?
— Panie kierowniku — wybuchnął Ŝalem Stefek — ja o niczym nie wiem! Tśtuś mi
nic nie powiedział. Nie dopytywałem się, bo rodzice strasznie się denerwują,
Ŝe wtrącam się w nie swoje sprawy. A sam pan kierownik widzi. Czy to w
porządku, Ŝeby mnie nie obchodziło, o co mój tatuś się martwi? — Nie —
powiedział pan kierownik i zawrócił razem ze Stefkiem.
Pamiętnik S t e j an a
Tatuś do wyŜszej kategorii nie przejdzie. Nie będzie miał wyŜ-
szej pensji i te święta wcale nie będą lepsze, a moŜe nawet i nie
akie, jak w zeszłym roku, bo mamusia mówi, Ŝe wszystko po-
droŜało i końca z końcem nie moŜe związać. O plecaku nie ma
co wspominać, bo i o innych sprawunkach się nie mówi. Tylko
Lucynka dostanie półbuty, bo stare za małe i juŜ ją nogi bolą! ale na nic
więcej tymczasem pozwolić sobie nie moŜemy.
Gdyby nie pan kierownik, to w ogóle nic bym nie wiedział, ale pan kierownik
wrócił ze mną do domu i powiedział do tatusia, Ŝe ja juŜ jestem duŜy i
wszystko rozumiem, a jeŜeli nawet czegoś nie rozumiem, to i tak powinienem
wiedzieć, jak postępuje mój ojciec, Ŝebym sam, kiedy dorosnę, umiał chodzić
uczciwą drogą. I wszystko opowiedział, bo tatuś nie bardzo się spieszył.
Więc to było tak: majster zapowiedział ojcu awans. Tatuś się ucieszył, bo
myślał, Ŝe to wszystko sprawiedliwie idzie. A tymczasem majster chciał ojca
tym awansem kupić. Bo przy redukcjach chciał zwolnić jednego porządnego
robotnika, a zostawić swojego kumotra. Mój tatuś w takich sprawach zawsze
pierwszy ostro występuje. Więc majster myślał, Ŝe przez ten obiecany awans to
tatuś będzie cicho siedział. Ale niedoczekanie, bo to byłaby straszna krzywda.
Ten, co miał być zwolniony z pracy, ma Ŝonę i troje dzieci i dobrze pracuje, a
ten majstrowy kumoter to ani Ŝony, ani dzieci, ani w ogóle nic, tylko pijak i
bumelant. Więc tatuś od razu na zebraniu wystąpił, a za tatusiem inni, i
zrobiło się straszne piekło, i zwolnili róŜnych pijaków i bume-lantów. Majster
był zły, ale nic nie powiedział, tylko później „okazało się", Ŝe tymczasem
Ŝadnych awansów nie będzie.
Więc tatuś się gryzł. Ale nie o ten awans, tylko o niesprawiedliwość i Ŝe
mamusia chciała wyprawić trochę lepsze święta i kupić ten materiał na
sukienkę, bo buty to tatuś ma jeszcze zupełnie dobre. I ten plecak dla mnie.
Mamusia powiedziała, Ŝe nie ma się co martwić, bo dokupi > metr materiału i
starą sukienkę przerobi. Widziała, jak Aliny matka przerobiła tak dla pani
Pagaczowej. Bardzo gustownie wypadło. Wzięła znowu ołówek i znowu liczyła. Z
rachunku wypadło ostatecznie, Ŝe szynkę będzie moŜna kupić tę większą. Dobre i
to.
Na plecak zaczekam do tatusiowego awansu. PrzecieŜ to kiedyś nastąpi, bo
sprawiedliwość musi być.
ROZDZIAŁ 29.
MOŜE TO GUZY?
KRADZIEś W, SZKOLE! TAJEMNICZY ŚLAD. PRZYJAŹŃ SIĘ CHWIEJE, STEFAN MILCZY.
W piątek Wiktor przypomniał nauczycielowi swoją „dwójkę z zawieszeniem" i
prosił o powtórne przepytanie.
Pan Karniewicz nie miał duŜych złudzeń co do moŜliwości Wiktora w matematyce i
Strona 122
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
był nawet trochę zaskoczony jego gorliwością, ale musiał być sprawiedliwy.
Zapytał:
— Czujesz się na siłach?
— Na zupełnie duŜych siłach, proszę pana — odpowiedział skromnie,
według własnego mniemania, Wiktor.
Nauczyciel był w dobrym humorze, a przesadny sposób wyraŜania się Wiktora znał
juŜ od dawna. Rozbawiony jego odpowiedzią, uśmiechnął się.
— W cuda, jak wam wiadomo, nie wierzę, ale tak zwane przy-siedzenie fałdów
nawet w matematyce pomaga. Wystąp wobec tego po laury, to znaczy w twoim
wypadku po trójkę, skoro się czujesz „na zupełnie duŜych siłach".
Uwaga całej klasy skupiła się na stojącym przy tablicy Wiktorze. Oczekiwano
nie byle jBkiej zabawy: Wiktor Kijanka, najsłabszy z matematyki uczeń i „na
duŜych siłach"; To heca!
Nauczyciel nie miał zamiaru znęcać się nad Wiktorem. Wiedział przecieŜ, Ŝe
wiele od niego wymagać nie moŜe. Zaczął od nietrudnego zadania. Wiktor
rozwiązał je dość szybko. Nauczyciel podyktował zadanie drugie, trudniejsze.
Wiktor zastanowił się na początku, potem chwilę w środku i znowu gładko
doszedł do końca. Pan Karniewicz zdziwiony spojrzał po klasie. Napotkał wiele
par oczu równieŜ wyraŜających zdziwienie. Powinien juŜ odprawić Wiktora na
miejsce, ale z jakim stopniem? Co tu się stało?
—¦ Słuchaj, Kijanka, a jak wyglądają twoje zainteresowania geometrią?
Odetchnąłbym z ulgą, gdyby jakoś udało się nakłonić cię do bliŜszej znajomości
hm... z Pitagorasem.
— JuŜ się udało, proszę pana, Pitagoras to niezwykle mądry filozof, a chociaŜ
nie nosił spodni, to jednak...
— No, no, Kijanka, juŜ zaczynasz swoje dowcipy — niezadowolony nauczyciel
zmarszczył brwi, nie wiedział bowiem nic o zabawnym pomyśle swego
zastępcy — spróbuj sobie przypomnieć twierdzenie Pitagorasa.
Wiktor z pewnym namysłem, ale bardzo wyraźnie wyrecytował poprawnie całe
twierdzenie. Następnie, nie czekając na polecenie nauczyciela, machnął na
tablicy zgrabny trójkąt prostokątny, wyrysował właściwe kwadraty i dowiódł, co
trzeba.
Zaskoczony nauczyciel wodził wzrokiem od stojącego przed tablicą Wiktora do
siedzących w ławkach uczniów, a wyraz jego twarzy mówił o czymś więcej niŜ
zwykłe zdziwienie: o niepokoju.
— Słuchajcie, co to wszystko ma znaczyć? Powtarzam: w Ŝadne cuda nie wierzę.
MoŜe zmajstrowaliście primaaprilisowe urządzenie? Ale przecieŜ
pierwszy kwietnia jest dopiero jutro. No? Zmajstrowaliście coś?
— My nic a nic — zapewniał gorliwie Sewerek. — Chyba Ŝe... —¦ Aha — pan
Karniewicz, wbrew Ŝyczeniom Sewerka, nadał
tej wypowiedzi szlachetny sens — chcesz powiedzieć, Ŝe go podciągnęli? To
przecieŜ matematyczne głowy. Świetny pomysł — cieszył się wychowawca. A widząc
uśmiechnięte twarze przyjaciół Wiktora, dorzucił: —¦ Tak powinna wyglądać
przyjaźń. Wiktor, dziękuję, siadaj! Dwójkę przekreślam. Jestem z ciebie
całkiem zadowolony.
Wiktor postanowił nosić teraz głowę bardzo wysoko. Zakrawało to na zadzieranie
nosa tak wyraźnie, Ŝe aŜ mu Stefan bez ogródek powiedział:
— Zostaw juŜ w spokoju Pitagorasa, a powiedz lepiej, ile to jest siedem razy
osiem?
— Pięćdziesiąt sześć — wypalił Wiktor. — O, mój drogi, nie próbuj mnie
złapać, dla mnie teraz cała tabliczka w tę i z powrotem to dziecinna igraszka,
rozumiesz?
— Nie rozumiem — wyznał Stefan.
— Ja teŜ nie mogę tego zrozumieć — dodał Bartek - - prze-
cięŜ ja i Stefek najlepiej wiemy, jak trudno ci było z matematyką, naprawdę
trudno, a teraz...
.— Sam się dziwiłem, skąd u mnie nagle wybuchła ta siła matematyczna —
tłumaczył Wiktor — bo to doprawdy jakaś potęŜna siła, istna Mauna-Loa...
Bartuś, jeŜeli ci pamięć nie dopisuje, to przypominam: Mauna-Loa, największy
wulkan świata, znajduje się na Hawajach. Czegoś się naindyczył? PrzecieŜ ja...
no juŜ... więc mówię wam, nie boję się teraz Ŝadnego zadania. Nic a nic. A
przecieŜ nie tak dawno, BoŜe kochany, przy tablicy nogi się pode mną uginały i
Strona 123
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
oto...
— Rozjaśniło ci się — stwierdził Bartek.
—. A wiecie dlaczego? Proste jak drut: guz. No, zwyczajny
guz. Rozumiecie?
— Rozumiem, Ŝe przy nabijaniu guza moŜna zobaczyć gwiazdy — zgadzał się
Stefan — ale Ŝeby się rozjaśniło na stałe i pomogło w nauce? Jakim
sposobem?
— Głupiś. Ja nie o takim guzie. Mnie po prostu w głowie na tym matematycznym
miejscu, gdzie prawdopodobnie miałem tak zupełnie gładko, coś musiało się
zmienić. Kapujecie? Stefek, jeŜeli nie przestaniesz się śmiać, to ci
wyskoczy guz, z którego nie będziesz miał Ŝadnej naukowej korzyści. Jak
Pitagorasa szanuję!
Bartek na wszelki wypadek wsunął się między Stefka i Wiktora ciągnącego dalej
swoje zwierzenia:
— PrzecieŜ ja tej matmy nie cierpiałem dlatego, Ŝe jej ani ugryźć nie
mogłem. Szkoda było na nią mojego czasu. Sami widzieliście: wszystko było na
marne. Mógłbym przysiąc, Ŝe nigdy nic matematycznego nie będę mógł skapować.
AŜ tu nagle, dzięki Pitagorasowi, okazało się, Ŝe kapuję!... Kapuję!!! O,
szlachetny filozofie z wyspy Samos, nie zawiedziesz się na
mnie. Laur olimpijski, zdobyty na mecie zwycięzców, na twojej złoŜę skroni.
Stefan i Bartek patrzyli na Wiktora, niewiele z jego słów rozumiejąc.
—¦ Wlazł na gruszkę, rwał pietruszkę... — mruczał Stefan.
—¦ Zgłosisz się na olimpiadę matematyczną? — domyślał się Pełen zdumienia
Bartek.
"—¦ Ani na gruszkę, ani na olimpiadę, a po prostu na... rower —
oświadczył tryumfalnie Wiktor. — O rany! Ale wy powoli myślicie! Rower będzie
mój! Nie widzę teraz Ŝadnych przeszkód, Ŝeby go dostać. A kiedy go juŜ będę
mieć, to kto mi zabroni zostać Królakiem?... No i wtedy wieniec laurowy tacham
do szkoły na Sienkiewicza. Tam podobno znajduje się dopiersie Pitagorasa. Z
prawdziwego marmuru. I zawieszam na nim wieniec.
— Mówi się popiersie — poprawił Bartek.
— MoŜe tak się mówi, ale poprawniej byłoby dopiersie, bo to oznacza głowę i
do piersi, dalej nic, tylko nóŜka. Co, moŜe nie?
— Owszem, podstawka — odrzekł wymijająco Bartek.
— Ty, Wiktor, w ogóle jesteś stworzony do wielkich rzeczy — powiedział z
przekąsem Stefan. — U ciebie wszystko kręci się koło ministrów, Królaków,
cudów i dziwów. Tylko patrzeć, jak obok popiersia Pitagorasa stanie twoje, i
to nie na jednej, ale na dwóch nogach.
Wiktor westchnął tylko i przytoczył z uczuciem słowa wiersza, którego uczono
się na pamięć w roku ubiegłym:
— „Nie wiadomo, nie wiadomo wcale, jak się sława w Ŝyciu rozpoczyna..."
Pamiętacie? A ty, Stefan, nie zazdrość. PrzecieŜ i tobie będzie kiedyś
przyjemnie, Ŝe przyjaźniłeś się z jakimś nieprzeciętnym talentem. MoŜe coś
o mnie napiszesz? Czytałeś przecieŜ, jak Orzeszkowa pisała o Konopnickiej, z
którą chodziła do tej samej szkoły. Ja na twoim miejscu zapisywałbym w
pamiętniku nasze rozmowy. Nie śmiej się. MoŜe ci się to kiedyś przydać. Choćby
do mojego Ŝyciorysu. Jakaś złota myśl... Mówiliśmy juŜ kiedyś o tym. I
pamiętnik na pewno przez takie rzeczy stanie się ciekawszy.
— Owszem, opisałem juŜ raz, jak pan Karniewicz męczył się z tobą, zanim ci
ten wulkan matematyczny wyskoczył — oświadczył złośliwie Stefan, ale Wiktor,
przekonany o swojej niewątpliwie sławnej przyszłości, odpowiedział
wielkodusznie:
— I tó juŜ kiedyś było. Newton we wczesnej młodości teŜ obrywał
dwóje z matematyki. Historia się powtarza, Stefku. Przekonasz
się, gdy ją lepiej opanujesz. Tymczasem, radzę ci, zapisuj wszystko.
Prawda, Bartuś? Stefek powinien pisać o mnie duŜo?
__. Pisanie na pewno Stefkowi nie zaszkodzi, tylko Ŝe... papier
drogi — odpowiedział Bartek. — I w ogóle za duŜo tego gadania. La-u-ry,
mar-mu-ry, a kandydatów do losowania roweru będzie niemało. MoŜe go nikt z
naszej trójki nie wylosuje?
„Trójki"? A więc Bartek teŜ ma nadzieję? Stefan i Wiktor szybko wymienili
spojrzenia i nagle uświadomili sobie, Ŝe ostatnio Bartek przestał kuleć z
geografii. A więc i on?...
Strona 124
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Wiktor z zainteresowaniem przyjrzał się Bartkowej głowie, jakby chciał tam
zobaczyć wytłumaczenie osiągnięć geograficznych przyjaciela. Ale zgrabna,
okrągła głowa Bartka pokryta była jedynie gęstą i lekko kędzierzawą szopą
czarnych włosów. Wobec tego zapytał:
— Bartuś, moŜe u ciebie teŜ?... No, mówię o tym guzie, o wypukłości. Co?
— Owszem... TeŜ wypukłość. Tylko Ŝe w kształcie globusa na moim stole.
Ogromnie rozjaśnia geografię. Nie wierzysz?
— Nie wierzę. Chyba Ŝe... wymienisz mi z pamięci wszystkie rzeki Azji. Ale
juŜ, zaraz. A co?
Wiktor chciał tryumfować, gdy nagle jednocześnie z rytmicznie wybijanymi na
jego bokach kuksańcami w proporcji: jedna sylaba — jeden kuksaniec, popłynął,
rzadki w ustach Bartka, strumień wymowy:
— Ob — i Irtysz — Jenisjej! — Lena, Amur — Syr- i Amu--daria! Huang-ho —
Jangtse-kiang — i Eufrat! Tygrys — Indus — Brahmaputra! Ganges — MekongL. Czy
juŜ wierzysz? Jeśli nie,
to powtórzę!
— Wierzę! Wierzę juŜ! — krzyczał Wiktor, daremnie zasłaniając się przed
ciosami Bartka. — TeŜ Wezuwiusz! TeŜ Etna! Jeszcze ci mało? No więc Cotopaxi,
sześć tysięcy pięć metrów nad poziomem morza! O rany!
Pierwszego kwietnia szkoła, jak zwykle w dzień primaaprili-sowy, stawiana była
na głowie. Na to nie było Ŝadnej rady. Zrezygnowani nauczyciele z niezwykłą
ostroŜnością przebywali korytarze, na których trudno było przewidzieć, co im
wyskoczy
spod nóg lub spadnie ze ściany. Przygotowani na wszystko, wchodzili do klas,
gdzie znajdowali innych uczniów, inne niŜ trzeba pomoce naukowe, katedrę
przesuniętą do pieca i odwróconą do góry nogami tablicę. Co roku dla którejś
podrastającej klasy najdowcipniejszym wyczynem było podłoŜenie jajka zamiast
kredy i wypchanego jeŜa zamiast ścierki do tablicy.
Nie chcąc psuć uciechy uczniom, nauczyciele udawali zaskoczonych,
zdezorientowanych okropnie, aby wkrótce potem śmiać się serdecznie z całą
gromadą i opowiadać o własnych dawnych uczniowskich prima aprilisach.
Zgodnie z nie pisanym, ale ściśle od lat przestrzeganym prawem hece i kawały
kończyły się razem z pierwszą lekcją. Na przerwie opowiadano sobie wzajemnie,
co która klasa wymyśliła, typowano najlepszy figiel i dzień szkolny toczył się
juŜ dalej normalnym torem.
Tylko jakiś niedoświadczony pierwszoklasista mógł się wyrwać jeszcze w czasie
duŜej przerwy z oryginalnym pomysłem w rodzaju: „O, jaka duŜa dziura!", ale
milkł szybko, unicestwiony pogardliwymi spojrzeniami i kąśliwymi uwagami
starszych kolegów.
Tak było i dzisiaj. Druga godzina lekcyjna, a był to właśnie język polski,
dobiegała końca bez Ŝadnych godnych wzmianki wydarzeń. Na minutę moŜe przed
dzwonkiem drzwi klasy uchyliły się ostroŜnie i ukazała się w nich ozdobiona
białymi wąsami głowa woźnego Kochasiu, na którego twarzy malował się niepokój.
Widząc, Ŝe pani Ostrowska składa juŜ dziennik lekcyjny, woźny* podszedł do
katedry i powiedział szeptem kilka słów, po których jego niepokój udzielił się
nauczycielce.
— Naprawdę? — zapytała półgłosem. — To chyba niemoŜliwe. Ale proszę, niech pan
zapyta.
Dzwonek na przerwę dźwięczał donośnie, a zaintrygowana klasa nie
ruszała się z miejsca. Woźny przez chwilę wodził po zwróconych w jego
stronę, pełnych napięcia twarzach, moŜe o mgnienie oka dłuŜej
zatrzymał wzrok na osobie śórawca, • wreszcie zapytał:
__Kto z was, kochasiu, widział dzisiaj rower? Ten w hallu?
_- Rower?... Dzisiaj?... A bo co?... A bo co?... — odezwały się ze wszystkich
stron klasy bezładne okrzyki. Ktoś zawołał: — g to pewnie jakiś prima aprilis
— ale miny pani Ostrowskiej i woźnego wykluczały Ŝart. Kochasiu zapytał
powtórnie:
.__ Nikt tego roweru nie widział? A kto z was zauwaŜył, Ŝe
go w stojaku nie ma?
Nikt nie śpieszył się z odpowiedzią. Przypominano sobie dzisiejszy poranek.
KaŜdy wtedy myślał przede wszystkim o figlu własnym lub własnej klasy. Cała
uwaga pochłonięta była jedynym problemem: uda się kawał czy nie uda? Stojący
od kilku miesięcy w tym samym miejscu rower nie stanowił atrakcji. Kto by się
Strona 125
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
nim w takim dniu interesował?
— Ja zauwaŜyłem dziś rano, Ŝe roweru nie ma — rozległ się w klasie
pochłoniętej namysłem głos Stefana śórawca — ale
myślałem...
— Co pomyślałeś? — nagliła pani Ostrowska, widząc, Ŝe Stefan
nie kończy.
— Pomyślałem... — Stefan zatrzymał się znowu niemile dotknięty badawczym
wzrokiem woźnego, i dokończył szybciej: — Pomyślałem, Ŝe rower wzięto do
oczyszczenia.
— Do oczyszczenia? — zdziwiła się nauczycielka. — PrzecieŜ to był nowy rower.
Skąd ci to przyszło do głowy?
Stefan pozbył się juŜ nieprzyjemnego uczucia i kończył rze-
cąowo:
— Parę dni temu, we wtorek czy w środę, nie pamiętam dobrze,
proszę pani, zwolniłem się z lekcji wcześniej, bo musiałem dopilnować zwózki
węgla, i wtedy na dole słyszałem przechodząc, jak pan kierownik mówił do
Kocha... do pana woźnego, Ŝe rower trzeba by oczyścić z kurzu i Ŝe moŜe
zrobiliby to uczniowie.
—¦ Przechodziłeś wtedy? — przerwał woźny. — A ja cię nie widziałem, kochasiu.
¦ Bo pan stał odwrócony plecami. Pan kierownik mógł mnie
widzieć...
Proszę pani — wtrącił Wiktor — i mnie, i Bartkowi Stefan
mówił o tym. Nawet chcieliśmy iść do pana kierownika i zaofiarować swoją
pomoc, bo rzeczywiście rower był juŜ mocno przykurzony. Ale najpierw zginęła
Kasia, potem ja przyłoŜyłem się do Pitagorasa, potem wymyślaliśmy ten prima
aprilis, no i tak zeszło, aŜ...
— AŜ rower zginął — powiedział gniewnie woźny.
—¦ Rower zginął! Zginął ze szkoły! Ukradli rower! — wrzasnęło kilka głosów i
juŜ nie było siły, która by mogła powstrzymać wszystkich od rzucenia się do
drzwi, dalej korytarzem na schody i w dół po schodach aŜ do miejsca... po
rowerze.
Faktycznie zostało tylko miejsce, kwadrat ujęty w cztery drewniane słupki
połączone listewkami, z których Ŝadna nie była złamana, wygięta czy w
jakikolwiek sposób naruszona. A jednak pusty środek, na którym leŜała
przewrócona podpórka utrzymująca rower w postawie stojącej, wymownie świadczył
o tym, co zaszło.
Nie sama tylko klasa VIB zapytywana była o rower. Wieść o jego zniknięciu
obiegła juŜ całą szkołę. Balustrada, otoczona tłumem uczniów, zwiększającym
się o coraz nowe, napływające ze wszystkich stron partie, była zagroŜona.
Zaczynała trzeszczeć. KaŜdy chciał zobaczyć, Ŝe do oglądania nic juŜ nie ma.
Dzwonić na zakończenie pauzy trzeba było aŜ dwa razy. Niechętnie oddalano się
od miejsca katastrofy. Bo to była katastrofa, wstrząs dla małych i duŜych,
zagadka, fenomen: najwaŜniejszy, najgroźniejszy woźny, sławny Kochasiu we
własnej osobie, nie widział, jak mu sprzątnięto sprzed samego nosa rower,
szkolny rower, i to taki rower! Świat się kończy!!!
Stefek, Bartek i Wiktor równieŜ na własne oczy stwierdzili pustkę w obrębie
stoiska. Fakt nie wymagał komentarzy. Stefan i Bartek milczeli. Wiktor zaczął
się Ŝołądkować:
— NiemoŜliwe! To niemoŜliwe, i koniec! Ja się nie zgadzam! Protestuję! Weto i
kropka!
— Nie zgadzasz się? Na co? — zapytał Bartek.
— Na to, Ŝeby mój rower zginął, Ŝeby go juŜ nie było! To na pewno czyjś
idiotyczny kawał! To się jakiś osioł na dowcip wysilił, ja wam mówię, Ŝe
jutro rower będzie tu znowu stał.
A jeŜeli nie, jeśliby naprawdę ktoś go ukradł, to...
_ To co?
__, To po co mi ten cały Pitagoras! Po co te guzy! — wybuchnął Wiktor i
rozwodziłby dalej swoje gorzkie Ŝale, gdyby nie Bartek, który w tej właśnie
chwili zwrócił uwagę na małą kartkę, niedbale wsuniętą w szparę między
słupkiem a listwą. Tkwiła tam nie zauwaŜona przez nikogo do tej pory, aŜ
Bartek wyciągnął po nią rękę i zaczął rozwijać...
Stefek, stojący obok Bartka, nie spuszczał oczu z rozwijanej powoli kartki.
Mignęło mu coś zielono i nagle, nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni,
Strona 126
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
chwycił mocną ręką pulchną garść Bartka, wydarł z niej kartkę i popędził w
górę schodów, przeskakując je po trzy od razu. TuŜ za jego plecami gnał Wiktor
sycząc:
— Dawaj zaraz! PokaŜ mi! Pokazujesz? Dasz?
— Dam ci w łeb! — warknął Stefan.
O dobre dwa kroki za nimi biegł zasapany Bartek. Do klasy wpadli ostatni,
naraŜając się na ostre wymówki wychowawcy.
Stefan kartki oddać ani nawet pokazać nie chciał. Na próŜno w czasie lekcji
Wiktor szturchnął go w plecy, nie Ŝałując przy tym mało wybrednych pogróŜek.
Na próŜno w czasie przerw doskakiwał do niego, wymachując mu przed nosem
zaciśniętymi kułakami. Stefek udawał niewzruszonego. Opędzał się przed
napastliwością kolegi jak mógł, odsuwał jego ręce i ze sztuczną obojętnością
zbywał słowami:
—¦ Nie ma o czym gadać. Bzdura. Szkoda na to czasu.
Wiktor nie dawał za wygraną, ale widać było, Ŝe jest juŜ zmęczony. Bartek
natomiast nie odzywał się ani słowem i to spokojne, pełne niemego wyrzutu
milczenie przejmowało Stefka prawdziwym niepokojem.
Wychodzili ze szkoły naburmuszeni. Wiktor prychał od czasu do czasu jak kot,
Bartek miał wyraźnie odętą minę, Stefan rzucał niespokojne spojrzenie. Nie
zwracało to niczyjej uwagi. W całej szkole dawał się odczuwać nieprzyjemny,
pełen podejrzeń i róŜach najdzie aczniejszych przypuszczeń nastrój.
' hallu, niedaleko drzwi wejściowych, stał z groźną, nieza-
^
dowoloną miną Kochasiu i przyglądał się wszystkim uwaŜniej niŜ zwykle. W
pewnej chwili Stefan spotkał jego oczy, w których wyczytał i wyrzut, i nawet
coś w rodzaju potępienia. Czuł te oczy na swoich plecach aŜ do samych drzwi,
za którymi mimo woli poruszył łopatkami, jakby chcąc się uwolnić od przykrego
wraŜenia.
— Stefan, pytam cię ostatni raz: pokaŜesz tę kartkę? — głos Wiktora brzmiał
bardzo stanowczo.
Odpowiedzią było milczenie.
—¦ Albo przynajmniej powiesz, co tam było napisane? Bo, jeŜeli nie... —
stanowczość zabarwiła się rozpaczą, gotową na wszystko. To zapewne skłoniło
Bartka do zabrania głosu:
— Nic tam nie było. Nic oprócz pieczęci. Takiej samej, jaką znalazłeś kiedyś
w dziurze od kałamarza.
— Takiej zielonej? Z kropkami? — przypomniał sobie błyskawicznie Wiktor.
Bartek juŜ otwierał usta. Nagle instynktownie uskoczył w bok przed ciosem
Stefana.
śórawiec nie spodziewał się tak zręcznego uniku ze strony mało na ogół
wygimnastykowanego Bartka. Cios, wymierzony z mocnym zamachem, napotkawszy
próŜnię, pociągnął go za sobą. Stefan zachwiał się, potknął i rozciągnął na
chodniku jak długi.
Wiktor wybuchnął śmiechem. To była sprawiedliwość wymierzona ręką losu.
— A dobrze ci tak! A widzisz! — zawołał z satysfakcją. Stefan podniósł się
natychmiast i rzuciłby się na pewno na
Wiktora. Przeszkodził mu Bartek.
W chwili upadku Stefana z kieszeni jego kurtki wypadł jakiś przedmiot i
potoczył się wprost pod nogi Bartka. Podniesiony przez niego, leŜał właśnie na
wyciągniętej w kierunku właściciela dłoni.
Był to niewielki kawałek linoleum, na którym wyraźnie występowało wycięte,
zabarwione zielonym tuszem kółko z tajemniczą, a przecieŜ nie pierwszy raz
widzianą literką w otoczeniu czterech kropek.
Wiktor gwizdnął przeciągle i bardzo wymownie. Oczy Bartka, utkwione w twarzy
Stefka, równieŜ Ŝądały wyjaśnień.
Ale Ŝadne wyjaśnienia nie nastąpiły. Stefan bez pośpiechu, z rezygnacją
człowieka, który juŜ utracił wszelką nadzieję na wykaraskanie się z niemiłej
sytuacji, poniewaŜ wszystko sprzysięgło się świadczyć przeciwko niemu, wziął
nieszczęsną pieczątkę, schował ją do kieszeni i stał przed przyjaciółmi w
milczeniu.
Unikając zetknięcia się z ich oczami, zwiesił głowę. Całą jego uwagę
zaprzątnął niewielki, okrągły kamyk, podrzucany zręcznie czubkiem trzewika.
To juŜ było ponad wytrzymanie Wiktora.
Strona 127
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Milczysz? — pytał wzburzony do najwyŜszego stopnia. — Ukrywasz jakieś ohydne
sprawy przed nami, przed swoimi najlepszymi przyjaciółmi? Przed przyjaciółmi,
którzy by dla ciebie... którzy by za ciebie... O! tego juŜ dłuŜej
ścierpieć nie moŜna!, Bartuś! Wołodyjowski! Bracie! — zwrócił się z potrójnym
i niemniej patetycznym wezwaniem do Niedźwiedzkiego. — CzyŜ my nie mamy ani
źdźbła poczucia tak zwanej godności osobistej? Mamy na szczęście to
szlachetne i, niestety, nie wszystkim dostępne uczucie. Ono właśnie nie
pozwala nam pozostawać dłuŜej w towarzystwie ś ó r a w c a ani chwili. Ono
właśnie zabrania nam marnować w tym towarzystwie nasz drogocenny, być moŜe,
dla przyszłych pokoleń czas i tracić go na daremne tarzanie się w prochu u
stóp głuchego na prośby przyjaciół ś ó r a w c a. Ono kaŜe nam odejść z
tego miejsca w ponurym milczeniu, bez
jednego słowa.
W tym momencie Wiktor z tragicznym wyrazem twarzy chwycił Bartka za rękę i
pociągnął go, lekko opierającego się, na drugą
stronę ulicy.
Ale odejście bez jednego słowa było widocznie herkulesowym wyczynem dla
zwykłego na razie śmiertelnika Wiktora, gdyŜ jeszcze na środku nie
uczęszczanej na szczęście jezdni odwrócił Się w stronę Stefana i rzekł z bólem
w głosie:
• Czuję, z największym przeraŜeniem czuję, Ŝe gmach naszej Przyjaźni, ten
potęŜny, zbudowany ogromnym wysiłkiem gmach,
rysuje się, chwieje i, o zgrozo! moŜe lada chwila runie!.., A wszystko to
zrobi własnymi rękami nasz serdeczny przyjaciel!... Kto wie — dodał Wiktor
ciszej, przekraczając krawęŜnik—. moŜe nasz były serdeczny przyjaciel.
Stefan stał jeszcze chwilę w miejscu, w którym go opuścili przyjaciele. To
było właściwe słowo: opuścili. Ruszył wreszcie chodnikiem, ale nie uczynił
tego świadomie. Same nogi poniosły go w stronę domu.
Szumiało mu trochę w głowie: „Co ten Wiktor naplótł? Traj-kotał jak katarynka.
Powiedział: ohydne sprawy... Co on miał na myśli?... Tak... Źle się stało, Ŝe
wyrwałem tę kartkę z rąk Bartka."
MoŜna by przecieŜ tak jak wtedy przy kałamarzach ruszyć ramionami i udać, Ŝe
się o niczym nie wie.
Co za licho pchnęło jego rękę? Potem juŜ jedno wypływało z drugiego, a
najgorsza ta pieczątka!... Nie trzeba się dziwić, Ŝe Wiktor i Bartek
zbaranieli na jej widok. On sam na ich miejscu zachowałby się chyba tak
samo... A co zrobiliby oni w jego połoŜeniu? Bartek na pewno nie gadałby za
wiele i moŜe wymyśliłby coś sensowniejszego, ale Wiktor?
Naturalnie, o szajce, o Alinie, o skrytce wiedziałby juŜ od dawna kaŜdy, kto
by tylko miał czas cierpliwie słuchać paplaniny Wiktora.
„Co ja powinienem teraz zrobić? Co teraz zrobić?" — pytał siebie po raz nie
wiadomo który Stefan.
Po obiedzie usiadł przy stole nad rozłoŜoną ksiąŜką i przygnębiony, ale juŜ
trochę spokojniejszy, zaczął myśleć nad swoją, sytuacją.
Rzeczywiście wykręcić się nie było sposobu. Albo nie mówić nic, albo
powiedzieć całą prawdę: kto posługiwał się zieloną pieczęcią, do kogo pisano
listy, co było w listach, dlaczego okazało się potrzebne podrobienie pieczęci,
jak to było z „szarotką", kto Stefanowi pomagał — i tak dalej, wszystko, aŜ do
końca.
ROZDZIAŁ 30.
LIST, KTÓREGO NIE MOśNA ODCZYTAĆ.
ZNIKĄD POMOCY. W OPUSTOSZAŁYM KIOSKU.
ELśBIETA WKRACZA W SAMĄ PORĘ. ZNOWU KANAPA.
Zamyślony Stefan nie spostrzegł, Ŝe od kilku minut Lucynka obserwuje go ze
współczuciem wywołanym przez zgnębiony, nieszczęśliwy wyraz twarzy brata.
— Stefan! — odzywa się, ale brat jej nie słyszy. — Stefek! — powtarza
głośniej. — Co tak patrzysz i patrzysz na tę jedną stronę? — PrzecieŜ tam nie
ma Ŝadnego obrazka?...
Stefek podnosi głowę, przytomnieje i chce dać jakąś ostrą odprawę małej
siostrzyczce, ale w tej chwili słychać z przedpokoju głos dzwonka u drzwi
wejściowych i polecenie matki z kuchni:
— Otwórzcie tam!
Stefan automatycznie wstaje od stołu, wyprzedza go jednak szybkonoga Lucynka.
Strona 128
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
Otwiera drzwi załoŜone łańcuchem i przez szeroką szparę pyta:
— Do kogo? Do Stefka? PokaŜ. A kto ci to dał?
Brat słysząc swoje imię szybko znajduje się koło niej. Za drzwiami stoi jakiś
mikrus i podaje złoŜoną kilkakrotnie kartkę. Stefan odbiera ją i zapytuje
równieŜ:
— Kto ci to dał?
—¦ Taki jeden — mówi mikrus — on mieszka w tamtych blokach... I taki drugi z
nim był... Ale nie wiem, jak się nazywa. Kazali mi przynieść tu kartkę.
— No, dobra, moŜesz zmiatać — mówi Stefan i zatrzaskuje drzwi ku oburzeniu
siostry, która myśli, Ŝe trzeba było powiedzieć malcowi jakieś grzeczne słowo,
choćby „dziękuję", ale juŜ tak jest, Ŝe zawsze liczą się tylko starsi, a kto
młodszy, to nic
a nic nie znaczy.
Lucynka wzdycha Ŝałośnie, tym bardziej Ŝe brat razem z tą jakąś kartką zamyka
się w łazience. Tam, naturalnie, nikt nie zobaczy, co było w liście i jak to
Stefan przyjął! ObraŜona idzie
do mamy, aby podzielić się wszystkimi swoimi spostrzeŜeniami co do dziwnego
zachowania się brata.
A Stefek, bezpiecznie odgrodzony od świata, przysiada na wannie i ogląda list
adresowany (poznał to od razu) ręką Wiktora.
Rozwija kartkę. List napisany jest szyfrem. U dołu widnieją podpisy: „Zagłoba"
z zamaszystym zawijasem i skromne „M. W." — to znaczy „Michał Wołodyjowski".
Stefan usiłuje przypomnieć sobie szyfr ŚTO, którym nie posługiwał się
dotychczas ani razu. Jak to było? Wiktor wymyślił coś bardzo prostego, coś
takiego, Ŝe jeden to „a", dwa to „b" i tak dalej. Ale to do napisanego na
kartce tekstu nie pasuje. CzyŜby Stefan zapomniał, jaka była zasada
odczytywania szyfru? A jeŜeli w tekście jest coś bardzo waŜnego? JeŜeli ten
list ma rozstrzygnąć jakąś decydującą dla nich wszystkich sprawę? MoŜe Wiktor
przeprasza go za to wszystko, co w jego słowach było takie przykre, za te
„hańbiące sprawy" i tym podobne rzeczy? W liście jest mnóstwo wykrzykników, a
więc redagował go Wiktor. Pewnie go sumienie dręczy, Ŝe przyjaciela zostawił
na środku drogi jak psa. Bo Bartek nie miał chęci odejść, to było widoczne.
Ale jak odczytać treść listu? O, co za głupota! Dziecinna zabawa w jakieś
szyfry i pseudonimy. Co za bzdura!
„Pójdę najlepiej do Bartka i powiem mu wprost: rozmówmy się po męsku. Daj mi
słowo, Ŝe będziesz milczał, i słuchaj!"
Z tym mocnym postanowieniem Stefan dla zachowania pozorów spuszcza wodę i
głośno wychodzi z łazienki. Szuka w brulionie szyfru STO, ale, niestety,
widocznie go wcale nie zapisał —, znajduje tylko szyfr „zielonych", który i
tak odczytuje z pamięci.
Do pokoju zagląda dostatecznie przez Lucynkę zaniepokojona mama.
— Stefan, czy wszystko w porządku? — przygląda mu się uwaŜnie. — Czyś
ty czasem nie oberwał dwójki?
— Dwójki? Zapomniałem juŜ, jak wygląda takie coś — Stefan chce się
uśmiechnąć, ale wypada to bardzo blado.
— Bo jakoś dziwnie wyglądasz.
—• Tak, mamusia myśli, Ŝe tylko od dwójki moŜna źle wy-
glądać — mówi z goryczą Stefan — a w Ŝyciu to się róŜnie
zdarza... .— MójŜeś ty! — mama z przesadnym komizmem składa ręce. —
Takie juŜ masz Ŝyciowe kłopoty?
Teraz Stefan dotknięty jest boleśnie „do samego Ŝywego mięsa". Chowa się więc
jak ślimak do wnętrza, do najdalszego miejsca w skorupie i mówi z doskonale
udaną swobodą:
—¦ Zmęczony jestem. PrzecieŜ niedługo juŜ koniec szkoły. Na-harowałem się...
Wyjdę trochę do parku, mamusiu.
— Wyjdź, wyjdź — mówi juŜ uspokojona mama. — Co prawda, to prawda, nad ksiąŜką
siadywałeś rzetelnie.
Te słowa kiedy indziej mogłyby ułagodzić ostrość poprzednich, ale nie dzisiaj,
kiedy Stefek jest naprawdę zdenerwowany i czuje się pokrzywdzony przez
wszystkich, wszystkich, nie rozumiany nawet przez najbliŜszych przyjaciół,
nawet przez matkę!
Nikt nigdy go nie rozumiał. Jeden pan kierownik traktował go powaŜnie. I
Strona 129
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
ElŜbieta, chociaŜ o klasę starsza. Zresztą ElŜbieta teŜ okazała się niewarta
zaufania... A moŜe jednak powiedzieć o wszystkim Bartkowi i naradzić się nad
dalszymi krokami?... Wiktor, po zostawieniu Stefana koło szkoły, zaciągnął
Bartka do siebie. Mieszkanie było puste, więc nadawałp się na odbycie narady,
jaką — zdaniem Wik~,ora — naleŜało zaraz, natychmiast
odbyć.
— Ty Stefana nie znasz — mówił do Bartka — ty nie wiesz, jaki to uparty
kozioł. Jak sobie co postanowi, to Ŝeby się paliło, waliło —¦ musi do tego
dojść. Tak i z tym rowerem. Zobaczył, Ŝe ja jestem groźny rywal, Ŝe ty z
geografią dajesz sobie radę. Oho! rower stoi pod znakiem "apytania! To szach
mach —¦ zniknął jak kamfora. I koniec, i kropka. Nikt go nie dostanie.
— Nie mów tak. Stefan nie taki, Ŝeby sobie cudzą rzecz przywłaszczał.
— A czy ja mówię, Ŝe on sobie przywłaszczył? Po pierwsze: nie cudza, bo skoro
się dobrze uczył, to juŜ miał do niej trochę prawa. Po drugie: nie
przywłaszczył, bo tylko schował. Ja ci mówię, schował go dobrze i tylko
tyle.
Po co? Zastanów się.
Stefek biegł prawie, gnany chęcią jak najszybszego podzielenia się z
przyjacielem przypuszczeniami, zmartwieniami i cięŜarem kłopotów.
Furtka w drucianej siatce otaczającej bloki zacięła się chyba na złość, i
Stefan niecierpliwie szarpał się z nią przez dłuŜszą chwilę. Widział
nadchodzących od strony ulicy Pabianickiej trzech kolegów z tej samej klasy,
wśród których idący w środku Wacek Sitarek mówił coś, gestykulując Ŝywo rękami.
Na koniec furtka była otwarta. Stefan przystanął przed nią i czekał na
zbliŜających się chłopców. MoŜe wiedzą coś o kradzieŜy roweru?
JuŜ go zobaczyli. Wacek przestał gestykulować, mówi jeszcze coś do towarzyszy
i raptem wszyscy trzej odwracają się do Stefka plecami i oddalają nierównym,
przyśpieszonym krokiem w stronę, z której przyszli.
CóŜ to ma znaczyć? Czy kto ich zawołał? Nie, w perspektywie ulicy nie widać
nikogo oprócz kilku małych dzieci idących z piłką do parku. Odpowiedź była
jedna: nie chcieli, aby się do nich przyłączył.
Krew gorącą falą uderzyła Stefkowi do głowy. Nie chcieli się z nim spotkać!
Nie chcieli z nim rozmawiać!
Posądzają go pewnie o to, Ŝe ma coś wspólnego z zaginięciem roweru! Wiktor
musiał juŜ wszystko o pieczęci wypaplać! Szli prawdopodobnie do niego! Och,
ten Wiktor! Ten Wiktor! Najwięcej, najwznioślej gadał o przyjaźni, o
stowarzyszeniu, a wystarczył drobiazg, głupia pieczątka, Ŝeby z najlepszego
kolegi zrobić wspólnika złodziei!... O, BoŜe!...
Stefek czuje teraz zimne ciarki przebiegające po plecach: złodziejski
wspólnik! Przylepią do człowieka taką wstrętną łatę, a potem jak ją zedrzeć?
Prędzej! Prędzej do Bartka! Bartek nie taki... Bartek poradzi.
Energicznie zwraca się w prawo i maszeruje chodnikiem w stronę Rzgowskiej.
Ale widocznie złe moce sprzysięgły się tego dnia, aby Stefkowi co chwila
zagradzać drogę.
Ledwo uszedł kilkanaście kroków, zobaczył idącą w jego stronę
ElŜbietkę. Jest jeszcze daleko, wątpliwe, aby go juŜ dostrzegła, jednak strach
ogarnia chłopca.
A jeŜeli Wiktor był u Bartka, jeŜeli opowiedział u Niedźwiedz-kich o
wydarzeniach w szkole i o swoich podejrzeniach? JeŜeli ElŜbieta teŜ myśli o
nim, Ŝe on mógł zrobić co podobnego?... Na pewno uda, Ŝe go wcale nie widzi! A
moŜe teŜ, jak tamci, zawróci na pięcie, aby się z nim nie spotkać?...
Wszystkie te myśli przelatują galopem przez głowę Stefka. Jakiś mocny impuls
kaŜe mu uskoczyć za stojący na rogu opustoszały kiosk i ukryć się w nim. Przez
szpary rozłaŜących się desek moŜna obserwować ulicę.
ElŜbieta zbliŜa się, teraz widać, Ŝe idzie w towarzystwie koleŜanki, jednej z
tych, które były u Niedźwiedzkich na przyjęciu w święta BoŜego Narodzenia.
Rozmawiają. ElŜbieta raczej słucha, potakuje. Blisko kiosku spotykają trzecią
koleŜankę. Przystają, śmieją się, cieszą nie wiadomo czego. Są prawie równego
wzrostu, wszystkie trzy w granatowych płaszczykach. ElŜbieta ma warkocze
przewiązane czerwonymi wstąŜkami. Za kaŜdym Ŝywym ruchem głowy ogniste kokardy
fruwają na jej ramionach. Nie słychać, o czym mówią. Ale wykrzykniki i śmiech
przypominają ćwierkające w drzewach nad ich głowami ptaki.
— A to gaduły — mruczy Stefan, który chętnie opuściłby swoje ukrycie. Kiosk
Strona 130
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
stoi tu pusty od jesieni, kiedy to dwa razy w krótkim czasie okradano go. Nikt
nie chciał podjąć w nim pracy. Niszczeje na deszczu, nie konserwowany, nie
pilnowany, bezpański. Ukradziono juŜ drzwi, okiennice, a mimo to napełnia go
wstrętny zaduch. Stefanowi gęsta ślina wzbiera w ustach, pluje z obrzydzeniem.
Co za głupi pomysł z tym uciekaniem przed ElŜbietą? Co ona go obchodzi? Niech
sobie myśli, co chce. Ukłoniłby się, a gdyby udała, Ŝe go nie widzi, to
jeszcze lepiej. Nie zaleŜy mu na takich niemądrych dziewczynach...
Poszły sobie. Nareszcie! Stefan z ulgą odwraca się od szpary, przez którą
obserwował dziewczęta... i nagle kryje się po raz drugi w kącie kiosku.
Małą uliczką, prostopadłą do Bednarskiej, wolnym, spacerowym krokiem idą
„zieloni". Nie mogą zobaczyć ukrytego Stefana, on
za to doskonale moŜe im się przyjrzeć. Starszy ma szesnaście lub siedemnaście
lat. Ubrany w brązową, zamszową kurtkę, z pretensjonalnie podniesionym
kołnierzem, w ciemne, długie spodnie i czarne półbuty — wygląda na ucznia, tym
bardziej Ŝe niesie w ręku paczkę związanych rzemykiem ksiąŜek. Młodszy to
chyba tak zwany „łebek". Zapuszczone „na fanfana" włosy, malutki beret z
wymyślnie ułoŜonymi po bokach fałdami, kusa marynarka, kolorowy szalik,
wszystko to wygląda komicznie i wymownie świadczy, Ŝe chłopak opuścił juŜ
progi szkolne.
Mieszka pewnie gdzieś w okolicy bloków. Twarz i sylwetka są Stefanowi znajome.
Co do starszego, nie moŜe sobie przypomnieć: jego to widział u profesora
Pagacza, czy nie jego?
Przystanęli tuŜ obok kiosku. Starszy obejrzał się w obie strony — nikt się nie
zbliŜał. Zaczął szybko wydawać polecenia młodszemu, którego nazywał Łuckiem.
Stefan słyszał kaŜde słowo. Rozmowa była krótka, ale wstrząsnęła nim do głębi.
Zaciskał pięści, Ŝeby nie wyskoczyć, nie rzucić się na tych łobuzów. O, bo to
byli chuligani najgorszego rzędu. Umawiali się na najbliŜszą środę, aby okraść
w blokach parterowe mieszkanie, w którym na noc zostawiano zawsze otwarte okno.
Wszystko było przygotowane, wypatrzone, przewidziane. Lucek miał zanieść
informacje „szefowi". JuŜ się mieli rozejść, kiedy Lucek zapytał:
— Słuchaj, Wil, a jeŜeli „szef" będzie się wściekać, Ŝe rower jeszcze nie u
niego?
— Niech się wścieka. Powiedz, Ŝe jest dobrze schowany i trzeba odczekać, aŜ
koło tej sprawy ucichnie. I jeszcze jedno: ani słowa o tym, Ŝeś tam, ośle,
zostawił nasz znak. „Szef" rozerwałby cię na kawałki.
— Sam jesteś osioł! — Lucek ruszył ramionami. — Najpierw kazałeś, Ŝebym
zawsze o tym pamiętał, a teraz taki gwałt.
—¦ Ośle, ośle nad osłami! — denerwował się Wil. — To było dobre na początku,
przy kawałkach, a nie przy takich...
— A to nie kawał? — przerwał Lucek. Fajny kawał. Był rower — roweru
nie ma. Prima aprilis.
— Szkoda, Ŝe nie zostawiłeś tam jeszcze biletu ze swoim nazwiskiem, imieniem i
adresem. Po takiej nitce do kłębka moŜemy się wszyscy znaleźć pod kluczem. Nie
rozumiesz, bałwanie? Sam mówiłeś, Ŝe ten bubek listy do Aliny podkradał.
—¦ E, moŜe nie podkradał, co by mu z tego przyszło? Ale o tej pieczątce nie
wspomnę, masz rację. Zresztą nikt jej na pewno nie zauwaŜył, wymietli ze
śmieciami, nie ma o co robić krzyku!
Rozeszli się. Wil zawrócił, skąd przyszedł. Lucek szybkim krokiem podąŜył w
stronę Pabianickiej.
Stefan z niecierpliwością czekał na chwilę, kiedy bezpiecznie będzie mógł
opuścić swoje ukrycie. Biegł prawie do Bartka. Powie mu zaraz o wszystkim.
Naradzą się! Chyba o tym, co ma być w środę, trzeba uprzedzić lokatorów?
Najlepiej niech zamkną
okno.
Zaaferowany Stefek wpadł na rogu na kogoś idącego naprzeciw. Przepraszając
automatycznie, podniósł głowę i zobaczył nad sobą wielkie wąsy woźnego
Kochasiu. Odskoczył, przestraszony nie tylko powagą osoby, ale i wyrazem
twarzy, który nie wróŜył
nic dobrego.
— Dokąd to, kochasiu? Gdzie tak na złamanie karku pędzisz,
kochasiu? — zapytał surowo pan woźny.
— Ja? Tak sobie... idę i juŜ, a bo co? — Stefan zaczynał się irytować,
poczerwieniał. Po co miał się tłumaczyć? Nie robił przecieŜ nic złego.
Strona 131
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
—¦ Tak sobie, kochasiu? — przedrzeźniał go pan woźny. — To czegoś się,
kochasiu, tak zaczerwienił? A ja właśnie do was szedłem, kochasiu.
— Do nas? Po co? — zdziwił się Stefek.
— Do ciebie, kochasiu. Powiedz no mi, śórawiec, ale nie kłam, kochasiu,
tylko całą prawdę powiedz. Po co ty wczoraj przed wieczorem tak się
przyglądałeś rowerowi? Co, kochasiu?
Stefek zdębiał.
— Ja? Rowerowi?
—• PrzecieŜ się nie wyprzesz, kochasiu. Zastałem cię wczoraj przed wieczorem
koło roweru, tak, kochasiu?
• Tak, ale ja przecieŜ nie do roweru! — Stefek odzyskał
przytomność. — Ja panu mówiłem, Ŝe przyleciałem do szkoły, bo myślałem, Ŝe
moŜe się Kasia znalazła. PrzecieŜ mówiłem panu, pan mnie się pytał...
— Pytać, to ja pamiętam, kochasiu, Ŝe cię pytałem. I Ŝe mi tak
odpowiedziałeś, teŜ pamiętam. Ale chciałem cię jeszcze raz zapytać, kochasiu.
A moŜe ty coś wiesz?
Nieszczęsny Stefek oblał się po raz drugi łuną krwi, widząc wyraźną
podejrzliwość w oczach woźnego. Ale nie odpowiedział nic. JuŜ się zaciął. JuŜ
teraz — Ŝeby go smaŜono, pieczono — nie piśnie ani słowa. Stał jak kozioł z
opuszczoną głową i milczał.
Woźny czekał chwilę, drugą, wreszcie powiedział głęboko wzdychając:
— ToŜ ja widzę, Ŝe to jakaś niewyraźna sprawa, kochasiu. I do pana kierownika
tak powiedziałem.
— A pan kierownik co? — Stefek rzucił głową jak źrebak.
— Pan kierownik, wiadomo, kochasiu, śpieszyć się nie lubi. Powiedział, Ŝeby
zaczekać do poniedziałku, sam z tobą porozmawia. MoŜe się przyz... Stój!
Zaczekaj! Gdzie ty lecisz?
Reszty słów Stefan nie słyszał. Rzucił się jak wariat w bok i gnał, nie
patrząc przed siebie.
„Więc pan kierownik teŜ myśli, Ŝe to ja! I pewnie mi nie uwierzy! Jak to wtedy
było: «Kto raz skłamie...» O ra...!"
Ktoś go chwyta za ramię. Zatrzymuje szarpnięciem na miejscu. TuŜ przed nim,
ocierając się prawie o jego nos, przejeŜdŜa wielki, czerwony autobus. Gdyby
nie to szarpnięcie, leŜałby teraz pod jego kołami. Gdyby nie ElŜbietka, bo to
ona właśnie chwyciła go za ramię.
— Stefek, co się z tobą dzieje? — pyta przeraŜona. — Co się stało? Czy jesteś
chory?
— Nic mi nie jest. — Stefek strząsa rękę ElŜbiety ze swego ramienia. — Nic mi
nie jest — odpowiada szorstko. — Daj mi spokój.
— Nie, Stefku, tobie coś jest, ja wiem — nie zraŜa się ElŜbietka. — Stałam
przed naszą bramą, widziałam cię z daleka, myślałam, Ŝe idziesz do nas.
Ucieszyłam się, bo chciałam ci coś powiedzieć. Woźny zatrzymał cię na rogu.
I nagle, jak nieprzy-
tomny, skoczyłeś przed siebie. Pobiegłam, dogoniłam cię na
szczęście...
— Daj mi spokój! Idź sobie! — odsuwa ją Stefan i chce
odejść, ale ElŜbieta nie ustępuje.
— Ja widzę, Ŝe ci coś jest, Stefan, powiedz mi, moŜe razem znajdziemy radę.
Zawsze warto podzielić się kłopotem z kimś
Ŝyczliwym.
— A czy ty jesteś Ŝyczliwa? — wybucha Stefan. — Gdybyś była Ŝyczliwa, to nie
mówiłabyś o mnie, Ŝe jestem barania głowa, Ŝe mam cielęce oczy, Ŝe...
— Ja? O tobie? — przerwała mu ElŜbieta. — To ty o mnie mówiłeś, Ŝe jestem
indycze jajo! A ten portret kto narysował?
Nie ty?
ElŜbieta wyciąga z kieszeni szkolnego fartuszka notes, a z niego kartkę
złoŜoną we czworo. Rozwija i oczom zdumionego Stefka ukazuje się rysunek
twarzy pocętkowanej kropkami. Twarz otoczona jest dwoma warkoczami, a Ŝeby nie
było juŜ Ŝadnej wątpliwości, u dołu biegnie podpis: „Portret E. N."
— Ja tego nie rysowałem — stwierdza Stefek. —» Kto ci to
powiedział?
— Alina. O tym indyczym jaju — teŜ ona.
— Mnie o tych rogach i oczach teŜ powiedziała Alina! — woła Stefek i nagle
Strona 132
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
rozjaśnia mu się w głowie. — ElŜbietko, ona chciała nas pokłócić!
Chciała, Ŝebyśmy się pogniewali i nie rozmawiali ze sobą. Tak. A to ze mnie
osioł! Teraz dopiero to zrozumiałem!
— Ale dlaczego? Dlaczego? Nie, to niemoŜliwe. Co by jej na
tym zaleŜało?
— Ja ci powiem, dlaczego! Posłuchaj!
Idą powoli Rzgowską w stronę domu Niedźwiedzkich, chwilami przystają. Dochodzą
do bramy domu, w którym ElŜbietka mieszka. Wchodzą na górę. Stefek nie chce
wejść do mieszkania. Nie chce w tej chwili spotkać się z Bartkiem. Siadają na
parapecie okna. Opowiadanie dobiega końca. ElŜbieta słucha z uwagą, z
przejęciem. PrzecieŜ i ona otarła się o sprawy związane z „zieloną pieczęcią"
parę razy. Telefonowała do inŜyniera Roświa-
tyńskiego, na prośbę Aliny zaglądała do skrytki, raz nawet połoŜyła tam kartkę.
—• Alina mnie tak prosiła, aŜ płakała. Myślałam, Ŝe to jakieś sercowe kłopoty.
A te łobuzy szantaŜowały ją! BoŜe! Jak to dobrze, Ŝe wyjechała!
Teraz jeszcze o rowerze... Stefkowi jest bardzo cięŜko. Bardzo przykro mówić,
Ŝe pan kierownik posądza go...
— Nieprawda! — przerywa energicznie ElŜbieta. — To juŜ sobie
wymyśliłeś. Najlepszy dowód, Ŝe pan kierownik nie posądza cię, jeŜeli
odłoŜył wszystko do poniedziałku. Gdyby cię posądzał, to moŜesz być pewny,
Ŝe wezwałby ciebie i nie tylko ciebie, ale i ojca natychmiast.
To wydaje się Stefanowi słuszne. Oddycha głęboko. Robi mu się lŜej na sercu.
— Tak myślisz? — powtarza. — Tak myślisz?
— Tak myślę, a jeszcze i to, Ŝe teraz powinieneś iść do pana kierownika i
opowiedzieć wszystko, co wiesz o tych chuliganach. PrzecieŜ to są
złodzieje, a moŜe nawet zbrodniarze. Nimi powinna zająć się milicja.
—i Tak. Tak samo sobie pomyślałem wtedy, kiedy mi na „próbie" kazali wyrwać
torebkę kobiecie. Uciekłem i tyle mnie widzieli.
— A tych dwóch wtedy nie było?
— Nie. Zresztą mało kogo wtedy widziałem. Ten starszy, Wił...
— Wil się nazywa?
— Tak. Zdaje mi się, Ŝe ja go kiedyś u profesora Pagacza widziałem.
— AleŜ tak! Bardzo moŜliwe. Panna Irena opowiadała o jakimś kuzynie, mówiła
o nim: Wilhelm. Straszne kłopoty z nim mieli, bo się nie chciał uczyć. Z dwóch
szkół juŜ go wyrzucili. MoŜe to ten właśnie?
— Więc mówisz, Ŝebym poszedł do pana kierownika?
—¦ Tak, i to zaraz. Przekonasz się, Ŝe to najlepsza rada.
— Dobra — mówi Stefan. — No, to dziękuję ci. Do widzenia! ElŜbieta idzie
schodami w górę. Nagle Stefan woła:
— Zaczekaj, ElŜbietko!
ElŜbietka zatrzymuje się u swoich drzwi.
—¦ Słuchaj, a o to... indycze jajo dlaczego miałaś Ŝal? -Takie
głupstwo.
—¦ Dla ciebie głupstwo, a dla mnie bardzo przykra sprawa. Nie mam przecieŜ
tych piegów tak duŜo. Raptem tylko siedem. —¦ Słuchaj, nie martw się —
pociesza Stefan — nadejdzie lato, będziesz ich miała o wiele więcej, mnóstwo!
Co? Nie wierzysz? Przysięgam ci! Wiktor latem nie ma ani jednego
niepiegowatego miejsca na twarzy. Nie martw si^!
ElŜbieta śmieje się. Stefan zadowolony pędzi w dół i po drodze o mało nie
zbija z nóg wracającej z miasta Kaktusicy.
—¦ Przepraszam! Bardzo przepraszam! Ogromnie przepraszam? To ostatnie Stefan
wołał juŜ na ulicy, biegnąc do szkoły, gdzie pan kierownik pracuje wieczorami,
na kursach dla dorosłych.
Jeszcze godzinę temu Stefana nie przyciągnięto by tu nawet końmi. A gdyby to
się jakoś udało, nie powiedziałby ani słowa. Zaciąłby się, i koniec. A teraz
szedł dobrowolnie. Nie było mu lekko, ale czuł, Ŝe robi to, co w tej sytuacji
jest jedynym wyjściem.
Pan kierownik siedział za biurkiem, pisał coś. Trochę się zdziwił wizytą
Stefka. Nie odkładając pióra, powiedział:
— CóŜ tam nowego? — i podsunął okulary na czoło.
—¦ Panie kierowniku, chciałbym powiedzieć o jednej sprawie.., Pan kierownik
odłoŜył pióro, zdjął okulary i wskazał krzesło koło biurka.
Strona 133
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Siadaj! Słucham cię.
— Panie kierowniku — Stefek nabrał powietrza w płuca i obejrzał się na kanapę
— to jest taka zupełnie powaŜna i długa
sprawa.
—¦ Dobrze —¦ pan kierownik wstał zza biurka. — Usiądźmy na
kanapie.
Stefan opowiadał teraz trochę inaczej niŜ ElŜbietce. Wtedy był wzburzony,
zdenerwowany, rzucał bezładnie słowa, waŜne fakty przeplatając z drobiazgami
nie mającymi znaczenia.
Tu rozmowa była spokojniejsza, męska. Wydarzenia następowały po sobie w
logicznym porządku, od razu wyprowadzane były wnioski.
Pan kierownik nie przerywał opowiadania ani słowem. Dopiero kiedy Stefek
skończył, zapytał:
— Czy o tym wszystkim, o czym mi tu opowiedziałeś, wie jeszcze ktoś
oprócz ciebie?
— Tak.
— MoŜesz mi powiedzieć, kto?
— Tak... To jedna dziewczyna... koleŜanka.
— Nie rozgada? Masz do niej zaufanie?
— Ona? O, panie kierowniku, to naprawdę bardzo mądra
dziewczyna! Taka... taka... no, jak to się mówi, „w pagiedzik!"
— W co?
—¦ W pagiedzik. PGD to Państwowe Gospodarstwo Drzewne. Pan kierownik tego nie
wie? To znaczy: w dechę.
—-'Aha, teraz wiem: w pagiedzik, czyli w dechę. Czy ja ją
znam?
!
—¦ ElŜbietę? Nie wiem. To siostra Bartka Niedźwiedzkiego.
— Nie znam. Ale jeŜeli podobna do brata...
— Podobna, tylko Ŝe jeszcze lepsza, panie kierowniku. Przekonałem się.
' — To dobrze. Bo widzisz, Stefan, aby wykryć tę szajkę, trzeba postępować
ostroŜnie, rozumiesz? Nie spłoszyć ich. Nie mów nikomu juŜ, dobrze? Z twoimi
rodzicami ja sam porozmawiam. Dobrze, Ŝeś do mnie z tym przyszedł. Dziękuję ci
za zaufanie. Szkoda tylko... szkoda, Ŝe nie wcześniej. Rozumiesz mnie?
— Rozumiem, panie kierowniku — wetchnął Stefan. — Dopiero dzisiaj. Szkoda,
Ŝe człowiek nie ma od razu całego rozumu,, tylko tak mu po kwaterce przybywa.
— Ba! — powiedział pan kierownik. Dobre i to!
ś lekkim sercem Stefan wracał do domu. Teraz dopiero zrozumiał powiedzenie
pani Brodzkiej: „Jakby mi kto furę kamieni z pleców zdjął!" JuŜ pan kierownik
zrobi wszystko, co potrzeba. Ciekawe,i jakim sposobem złapią chuliganów?
Stefek duŜo by dał,
Ŝeby być przy tym. Ofiarowywał nawet swą pomoc panu kierownikowi, ale
usłyszał:
— Nie. To juŜ zostaw dorosłym.
Jeszcze tylko trzeba załatwić sprawę z przyjaciółmi. Ale jak? Nic im
powiedzieć nie moŜe. Obiecał panu kierownikowi. A co było na tej kartce? Czego
od niego chcieli?
Jakby w odpowiedzi na pytanie zjawiają się Bartek i Wiktor. Stoją przed jego
furtką. MoŜe szukali go w mieszkaniu?
— Śmierć muszkieterom! — mówi, jakby nigdy nic, Stefan.
— Dlaczego nie stawiłeś się na wezwanie? — pyta Wiktor z groźną miną
inkwizytora.
— Na jakie wezwanie?
— Nie udawaj, list dostałeś do własnych rąk'— ciągnie Wiktor. —. Dostałem. —
Stefan wyciąga z kieszeni list. — Ale rozgryźć
go nie mogłem. Masz, czytaj sam.
—• Trzeba być kretynem, Ŝeby nie zapamiętać tak łatwego szyfru: „a" to jeden,
„b" to dwa, zapomniałeś?
—• Nie zapomniałem — mówi Stefan — spróbuj odczytać.
Zmierzch zapada z kaŜdą minutą szybciej. Wiktor nie moŜe odczytać tekstu
rzekomo z powodu braku światła. Ale Stefan nie daje za wygraną. Z humorem
ciągnie opierającego się. Wiktora pod zapaloną juŜ latarnię. Wiktor i tu nie
moŜe dopasować szyfru.
Strona 134
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Trzeba być kretynem, Ŝeby... — odgryza się Stefan.
— No, no, nie pozwalaj sobie! — przerywa Wiktor. — To wszystko
ze zdenerwowania. Z twojej oczywiście winy. Przyjmuję do wiadomości twoje
tłumaczenie. Rzeczywiście, nie mogłeś się stawić na godzinę wyznaczoną przez
dwie trzecie naszego stowarzyszenia. Ale poniewaŜ mam nadmiernie szlachetne
serce, nie mogę patrzeć na twój ból i łzy, wobec tego pół winy daruję ci, a
drugie pół zostanie darowane, kiedy nam wszystko od a do zet opowiesz.
Trudno sobie wyobrazić zawód i rozpacz, jakie odmalowały się na twarzy
"Wiktora, kiedy dowiedział się, Ŝe Stefan nie opowie niczego Dopiero za
tydzień.
Bartek zrozumiał szybko. Obaj ze Stefanem uspokajali, ugady- Wiktora
Chodziło przecieŜ tylko o tydzień cierpliwości.
— Wy jesteście ¦ inni! — wołał Wiktor. — Stefan, ty nawet wyobrazić sobie
-nie moŜesz, Ŝe ja mara inne usposobienie niŜ ty. Mnie roznosi niecierpliwość
i wtedy o mało nie pęknę ze złości.
— WyobraŜam to sobie, owszem... — Stefek kiwa głową. —¦ Bartuś, co tu Wiktor
na mnie wygadywał?
Wiktor z niepokojem patrzy na Bartka, ale to przyzwoity kolega i rozsądny
chłopak. Mówi:
— Nic. Nic takiego, co by warto pamiętać.
ROZDZIAŁ 31.
PAMIĘTNIK STEFANA. WIKTOR PISZE LIST DO MINISTRA. ZNALEZIONE SZCZĄTKI. KTO
DOSTAŁ ROWER? ELśBIETA JEST W DECHĘ! .
Pamiętnik Stefana.
Ile to tygodni minęło, a ja nie miałem czasu, Ŝeby wziąć pióro do ręki i
zajrzeć do tego zeszytu, Ciągle sobie mówiłem: moŜe jutro -~ a jak to jutro
nadeszło, znowu odkładałem. Ale teraz muszę wszystko po kolei chociaŜ
zanotować, bo takie rzeczy juŜ mi się chyba nigdy w Ŝyciu nie zdarzą. Myślą o
tych chuliganach, a właściwie .złodziejach, bo okazali się prawdziwymi
złodziejami.
Złapano ich zaraz w tę umówioną środę^ Wpadli w zasadzkę jak wilki w sidła.
Okno Wyło otwarte jak zwykle, tylko Ŝe w mieszkaniu milicjant z rewolwerem na
nich czekał. Ulica teŜ była z obydwu stron obstawiona. Nie mieli gdzie
uciekać. Cała trójka, bo było ich trzech, trafiła do komisariatu:
Wszystko to wiem od pand Kierownika, który tego samego dnia jeszcze przed moim
wyjściem^do szkoły przyszedł do nas i wszystko opowiedział. Właściwie to
przyszedł po mnie; nie chciał, Ŝeby to zrobił milicjant, bo mamusi, chociaŜ
juŜ o wszystkim wiedziała, byłoby bardzo nieprzyjemnie, wyglądałoby, Ŝe mnie
policjant prowadzi. A tak to razem z panem kierownikiem poszliśmy do
Komendy Dzielnicowej. Musiałem powiedzieć, czy to ci sami, co
się namawiali.
Najstarszy to był Wil, poznałem go od razu, a dwóch młodszych widziałem
pierwszy raz. Wszyscy wyglądali wstrętnie. Brudni, rozczochrani, widać było,
Ŝe całą noc nie spali.
Wil na mnie spojrzał, aŜ mnie mróz przeszedł. Na pewno gdyby ¦mógł, toby mnie
rozszarpał. Ale się nie zląkłem, tylko powiedziałem, Ŝe go poznaję, i
powtórzyłem wszystko, co słyszałem, i Ŝe widziałem go, jak się kręcił po
naszym podwórku.
Miałem przy sobie tę małą latareczkę. Pokazałem ją i powiedziałem, gdzie
znalazłem. Milicjant zapytał Wiła: „Czy to twoja latarka?"
„Nie moja. Pierwszy raz na oczy ją widzę. Pewnie komu buchnął."
„Nie byłeś w piwnicy?" — zapytał milicjant. „Nie byłem. Po co miałem tam
chodzić? Widziałeś mnie? — rzucił się Wił do mnie.
Powiedziałem tak, jak było naprawdę: twarzy nie widziałem, tylko rękę z
kurzajką pod mankietem.
Wil się na to roześmiał i sam, nie proszony, odsunął rękawy kurtki aŜ po
łokcie. Kurzajki nie było.
Speszył mnie, bo prawie miałem pewność, Ŝe to on. A tymczasem milicjant kazał
zawinąć rękawy tym dwom i zaraz jeden zaczął płakać.
Miał kurzajkę, poznałem ją od razu, wielka jak grosz i pęknięta przez środek.
Przyznał się, ale nie chciał mówić. Dopiero kiedy Wiła i tego drugiego
wyprowadzono .do innego pokoju —• powiedział wszystko, co wiedział.
Milicjant pisał. Pan kierownik słuchał i czasami patrzył na mnie, a mnie było
Strona 135
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
strasznie Ŝal tego chłopaka i o mało sam nie zapłakałem, bo to przecieŜ mogło
się zdarzyć i ze mną. ,
Wciągnęli go tak jak mnie. Miało to być stowarzyszenie sportowe tylko dla
najlepszych chłopuków. ZłoŜył przysięgę, otrzymał pseudonim, „Zuch". Robili
róŜne śmieszne kawały. Szef dawał im czekoladę i bilety do kina. Potem była
druga przysięga i to juŜ
nie było kółko sportowe, tylko „Związek Napoleonów". KaŜdy musiał być odwaŜny
jak Napoleon i zasłuŜyć na „królewskie Ŝycie". Trzeba było wykonywać róŜne
polecenia szefa, który w nagrodę, na konto „króleuyskiego Ŝycia", dawał po
parę złotych.
Szefa nie kaŜdy znał i nie kaŜdy widywał. Polecenia były ustne albo na piśmie
z zieloną pieczęcią, na której była taka litera wyglądająca z jednej strony
jak „Z", a z drugiej jak „N": Związek Napoleonów.
Kiedy to mówił, wyciągnąłem z kieszeni swoją pieczątkę. Prze-straszył się.
Trzeba go było długo namawiać, Ŝeby opowiadał dalej.
Mówił, Ŝe bardzo się bali szefa i tych, co od niego przynosili rozkazy.
Musieli je dokładnie wykonywać, bo kto nie słuchał, było z nim marnie. Jednego
chłopaka za nieposłuszeństwo tak zbili, Ŝe aŜ miał Ŝebro złamane.
A tę latarkę dostał od Wiła w nagrodę za noszenie jakichś paczek. Nie wie, co
w tych paczkach było. Adres, zawsze ten sam, pamiętał i podał.
Milicjant wypytywał go i zapisywał. Potem przyprowadzono drugiego chłopaka.
Ten łgał i stawiał się. Wołał, Ŝe on o niczym nie wie, Ŝe go tylko znajomy, to
znaczy Wil, poprosił, aby chwilę pod oknem zaczekał, myślał, Ŝe to mieszkanie
Wiła, i róŜne takie łgarstwa, ale juŜ nie pamiętam, bo ciągle mi było Ŝal tego
pierwszego chłopaka. I ciągle sobie myślałem, jak łatwo i ja mógłbym się tu
znaleźć nie jako świadek... Potem przez dwa dni milicjanci ciągle odwiedzali
kogoś z naszej klatki. Byli u Roświatyńskich, byli u Brodzkich i dwa razy u
profesora Pagacza.
Pani Brodzka znowu przyszła do nas ..zapłakana. Musiałem wszystko od początku
opowiedzieć. Tatuś mi kazał. Było mi bardzo wstyd, bo pani Brodzka dziękowała
mi, Ŝe podrobiłem tę korespondencję i nie pokazywałem Alinie kartek, a tatuś
przerwał jej, Ŝe nie ma za co dziękować, bo zamiast takie cudy niewidy
wyprawiać, to powinienem od razu rodzicom powiedzieć.
Tatuś to zupełnie tak mówi jak pan kierownik, ale przecieŜ dbaj ńie wiedzą, co
ja wtedy przeŜywałem. O plotkach, jakich na-
robiła Alina, nie powiedziałem ani słowa. Byłoby mi przykro i o niej tak źle
mówić, i swoje osobiste sprawy wyciągać.
Mamusia tak się przejęła, Ŝe z tego wszystkiego ciasto nam się nie udało.
KaŜdy placek miał zakalec. Tatuś nic nie mówił, udawał, Ŝe nie widzi, Ŝeby nie
dodawać Ŝalu, ale mamusia sama powiedziała:
„Lepiej, Ŝe się ciasto nie wydarzyło, niŜby dziecko na złą drogę
poszło."
To dziecko to niby ja, bo mamusi ciągle się zdaję, Ŝe ja jestem mały, chociaŜ
juŜ mam przeszło trzynaście lat.
A przecieŜ za to „dziecko" mamusia tyle się pochwał nasłuchała, jak nigdy.
Ciągle do nas ktoś przychodził.
I ci lokatorzy z parteru, których nie okradli, i inŜynier Roświa-tyński, bo
juŜ się dowiedział, kto telefonował o „szarotce", i rodzice Bartka, i nawet
pan Chybała przyszedł powiedzieć, Ŝe teraz na pewno będzie spokojniej w
blokach i w parku, bo chuligani są pod kluczem. I wszyscy o mnie dobrze mówili.
Przyszedł i profesor Pagacz. Było widać, Ŝe jest mu przykro. Rozmawiał długo z
tatusiem. Opowiadał o matce Wiła, jakie to dla niej straszne. A latarka byto
profesora. Zginęła mu wtedy w parku, kiedy mu wyrwali walizkę.
Przy dzieleniu się jajkiem tatuś mi Ŝyczył, Ŝebym wyrósł na pociechę mamie, a
mamusia znowu na odwrót, Ŝeby — ojcu, aJe wiedziałem, Ŝe oboje radzi są ze
mnie. I Lucyna, zdaje się, więcej mnie szanuje.
Wiktor tak się tą sprawą przejął, Ŝe chodzi odmieniony nie do poznania. Patrzy
we mnie jak w obraz. Nie przerywa vii jak dawniej, liczy się z kaŜdym moivi
słowem. Ale znam go i wiem, Ŝe to nie na długo. Któregoś dnia powiedział mi,
Ŝe ma zamiar pisać dziennik.
„Po co?" — zapytałem.
„Na wszelki wypadek — odpowiedział. — Bardzo prawdopodobne, Ŝe ty zostaniesz
sławnym detektywem, więc ja teraz będę zapisywać róŜne rzeczy o tobie i twoje
Strona 136
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
złote myśli..."
„Kiedy ja nie mam Ŝadnych złotych myśli" — mówię. -„Gdybyś nie miał złotych
myśli, nie wpadłbyś na ten sposób
wystawienia chuliganów do wiatru. A po "naszym rowerze do dziś nawet by
wspomnienie zbladło."
Zapomniałem napisać, Ŝe kiedy wróciliśmy po świętach do szkoły, rower stał na
swoim miejscu, jakby się nigdy stamtąd nie ruszał. Tylko bariera była
mocniejsza, a sam rower umocowany łańcuchem. Wszyscy się bardzo cieszyli.
Jeden Sewerek minę miał niewyraźną.
Kochasiu wygładził wąsy i klepnął mnie po ramieniu. ¦ „No,_ kochasiu, co
było, to było, nie gniewaj się. Głowę masz, kochasiu, nie tylko do czapki. I
ja, i pan kierownik tak uwaŜamy" — powiedział.
Jednym słowem, wszyscy okazali mi duŜo uznania, a niektórzy nawet podziwu.
Tylko ElŜbieta... tylko ElŜbieta zachowała się inaczej. Spotkał mnie pod tym
względem ogromny zawód. Najpierw pomyślałem sobie nawet, Ŝeby wcale o tym nie
pisać, bo to jest naprawdę rzecz dla mnie przykra, ale kiedy przejrzałem swój
pamiętnik i widzę, Ŝe tam jest duŜo o ElŜbiecie, nie mogę i tego pominąć.
Bartek, jak to Bartek, wiele na ten temat nie mówił, tylko cieszył się, Ŝe i
rower znaleziono, i wiele jeszcze innych rzeczy. Parę razy pisali o tej
sprawie w „Expressie" Raz pod tyułem „Amatorzy królewskiego Ŝycia złodziejami
w szkole", a drugi raz „Szajka młodocianych chuliganów postrachem okolicy"
Mam oba wycinki z gazety. Dowiedziałem się z nich wiele. Milicja, po nitce do
kłębka, wykryła wszystko.
I napad na profesora w parku, i róŜne kradzieŜe w blokach, i dwukrotne
obrabowanie kiosku, i wyrywanie torebek samotnym kobietom na ulicy,"i
wyłudzanie od chłopaków i dziewcząt pieniędzy groźbą albo obietnicami.
Wszystko to robili członkowie „Związku Napoleonów" Szef siedzi juŜ za
kratkami. Udawał studenta, nosił studencką czapkę, ale 'nawet ogólniaka nie
skoĄ-czył. Wykolejeniec. A podobno zdolny, bardzo zdolny, tylko uczyć się nie
chciał. Wciągał chłopaków w takie róŜne niby nadzwyczajności, a potem
szantaŜował, Ŝe milicja jest na ich tropie, Ŝe musi „posmarować" Zmuszał do
posłuszeństwa. Co ukradli, było dla niego, a im na odczepnego dawał parę groszy.
Cała szkoła opisy w „Expressie" czytała. Gadaliśmy o tym stale, a Wiktor parę
razy mówił, Ŝe gdyby nie ja, to ci chuligani grasowaliby jeszcze. W gazecie o
mnie nie było. Pan kierownik zaraz wtedy w milicji zastrzegł, Ŝeby mojego
nazwiska nie wymieniać. MoŜe to i lepiej, bo chociaŜ przyjemnie byłoby czytać
czarno na białym, Ŝe się do złapania szajki przyczyniłem, z drugiej znów
strony, kto wie, czy inne chuligany nie mściłyby się na mnie?
Co do ElŜbiety — to i ona o tym wszystkim wiedziała. I ode mnie, i z gazet,
i... od Aliny, bo Alina do niej napisała list. Drobnym maczkiem na całe cztery
strony. Nie czytałem, tylko mi ElŜbieta pokazywała i opowiedziała. Alina juŜ
dawno przyznała się do wszystkiego ojcu. Bo jej było strasznie wstyd i
sumienie jej spać nie dawało, Ŝe ojciec jest dla niej taki dobry, troskliwy
jak najczulsza niańka, a ona tak podle postępowała. Wyniosła z domu raz
materiał na bluzkę, a raz jakąś torebkę, którą jej mama dostała w prezencie od
klientki. Wyniosła, bo szef Ŝądał pieniędzy i groził, Ŝe jeŜeli się nie
postara o pieniądze, to zawiadomi matkę, Ŝe ona się spotyka z Wiekiem,. A
potem znowu grozili, Ŝe matka się dowie o tych wynoszonych rzeczach.
Alina juŜ traciła głowę, juŜ nie wiadomo co gotowa była zrobić, Ŝeby się tylko
nie wydało. A pani Brodzka myślała, Ŝe to mąŜ na wódkę wyniósł, i było
straszne piekło.
Kiedy Alina zauwaŜyła, Ŝe ja coś zmiarkowałem z tą składką na wieniec, to juŜ
się zatrwoŜyła, tylko ją ten mój napis nad wejściem do klatki schodowej
uratował. Ale potem bała się znowu, Ŝe o materiale na bluzkę dowiem się w
rozmowie z ElŜbietą. Niepokoiło ją, Ŝe ElŜbieta moŜe się ze mną zaprzyjaźnić i
jakimś *• nieostroŜnym słowem zdradzi to, co wie. Dlatego postanowiła nas
poróŜnić. Dlatego mnie o ElŜbietce, a ElŜbietce o mnie opowiadała niestworzone
rzeczy. Teraz tego bardzo Ŝałuje. Przeprasza ElŜbietę i przeprasza mnie. MoŜe
do mnie oddzielnie napisze, ale teraz jej bardzo wstyd, bo to przecieŜ ja
uratowałam ją, bo to przecieŜ mnie zawdzięcza, Ŝe nie zasiądzie na ławie
oskarŜonych razem z chuliganami, którzy Bóg wie do czego mogli ją doprowadzić...
ElŜbieta zaglądała do listu, opowiadała, trochę czytała. Kiedy skończyła, nie
patrzyłem jej w oczy, bo wiedziałem, Ŝe teraz na koniec i ona mnie pochwali, i
Strona 137
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
czułem się trochę głupio, jak zawsze w takich wypadkach. Ale ona nic dalej nie
mówiła. Pomyślałem sobie, Ŝe pewnie trudno jej znaleźć takie niezwykłe
pochwały, przecieŜ nawet Wiktor, który jest wygadany, kiedy się dowiedział o
tym wszystkim, to tylko powtarzał „rany Julek!" bez końca.
Zęby to milczenie przerwać, powiedziałem:
„Głupia Alina, przecieŜ ja dawno o wszystkim wiedziałem: i o Wieku, i o
materiale na bluzkę, i pieczątkę u niej widziałem. Nie potrzebowałem się od
nikogo dowiadywać. Ma się ten kark i głowę na nim."
A ona mówi:
„Głowę, owszem, ale jaką? Według mnie — mówi — nie tylko Alina okazała się
głupia. Pamiętasz naszą rozmowę? Ja zauwaŜyłam, Ŝe jej coś jest. Dlaczego mi
wtedy nic nie powiedziałeś? Znaleźlibyśmy radę. Gdyby juŜ wtedy złapano tych
chuliganów, to moŜe uratowałoby się jakiego chłopaka, moŜe i niejednego z
tych, których do tej pory szej «Związku Napoleonów» wciągnął. Tak... — mówi —
głowę na karku masz, ale w głowie... nie bardzo."
Tak mnie pochwaliła ElŜbieta!
Kiedy to usłyszałem, zrobiło mi się coś takiego, Ŝe naprawdę językiem nie
mogłem ruszyć. A potem jak juŜ mogłem, to nie wiedziałem, co powiedzieć, bo
rzeczywiście, gdybym wcześniej...
i jeszcze ElŜbieta zapytała mnie, dlaczego tak długo o niczym nikomu nie
powiedziałem.
A ja dalej milczałem, bo najpierw nie mówiłem ze strachu, ' a później to
chciałem jej na złość pokazać, Ŝe nie jestem Ŝadne cielę i duŜo potrafię. Ani
jednego, ani drugiego nie mogłem przecieŜ powiedzieć. I ElŜbieta była zła, Ŝe
ja nic nie mówię.
„No, to moŜe mi powiesz, co to za napis, o którym pisze Alina?"
Tego teŜ za Ŝadne skarby nie powiedziałbym. Wykręciłem się.
„Taki tam — mówię — niewaŜny napis na ścianie. Nawet juŜ nie pamiętam.."
Ale ElŜbieta była coraz więcej zła i juŜ ze mną nie mówiła, tylko się
poŜegnała, powiedziała, Ŝe musi iść na lekcję muzyki, i wyszła, bo to było u
nich w domu. A potem przyszedł Bartek i zaczęliśmy mówić o tym, kto dostanie
rower na 1 czerwca. Ale ja nawet dobrze nie słyszałem, co on mówił, bo...
A teraz myślę, Ŝe moŜe głupio postąpiłem. Trzeba było powiedzieć. PrzecieŜ sam
się z tego śmieję. Jak mogłem słowo „decha" przez samo „h" napisać! Teraz juŜ
by mi się to nie przytrajiło. Piszę prawie bez błędów.
A moŜe ElŜbieta wyśmiałaby sam pomysł napisu? MoŜe nie podobałby się jej?
Chyba lepiej, Ŝe nie powiedziałem. Z dziewczynami to nigdy nie wiadomo.
Myślałem, Ŝe mnie pochwali, a tak mi głowę zmyła, Ŝe się jeszcze do tej pory
otrząsam. Brrr!
Stefan i Bartek stali w parku pod oknami Wiktora. Wołali go po imieniu. W
otwartym oknie nie pokazywał się nikt, tylko biała firanka kołysała się lekko.
Zniecierpliwiony Stefan włoŜył palce do ust i gwizdnął w umówiony sposób.
Pomogło.
Wiktor, odsunąwszy firankę, wychylił się energicznie i machając nieprzytomnie
rękami na stojących w dole kolegów, rzucił
półgłosem:
— Jeszcze chwilę! Tylko skończę z ministrem! — i zniknął. Chłopcy spojrzeli
na siebie nie rozumiejąc, co miały znaczyć
te słowa.
— CzyŜby u nich był minister z wizytą? — zdziwił się Bartek.
— A jakŜe! Minister ma waŜniejsze rzeczy na głowie niŜ odwiedzać Wiktora —
obruszył się Stefan, ale sam był zaintrygowany.
Po dłuŜszej chwili przybiegł Wiktor. Trzymał w ręku zeszyt,
minę miał tajemniczą.
— Napisałem do ministra list! — oświadczył z tryumfem.
— O rowery dla nas? — zawołał Stefan z nie ukrywaną ironią.
— Nie o rowery. O zupełnie coś innego. Ty, Stefek, pomimo wszystko jesteś
egoistą, ty myślisz tylko o rowerze...
— A ty? — przerwał Stefan.
— A ja pomyślałem o naszych najmłodszych kolegach, o tych nieletnich
dzieciach, wśród których spędziłem wczoraj dyŜur w świetlicy. I
napisałem do ministra...
— Mów po ludzku — zniecierpliwił się Bartek.
Strona 138
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
—> Wiktor i „po ludzku"? Zaraz tu usłyszymy cudy niewidy. Co drugie zdanie
będzie z ksiąŜki albo z gazety — obruszył się Stefan.
— A właśnie Ŝe nie! — zaprotestował Wiktor. — Do ministra od kolei to moŜe
bym tak uroczyście napisał, ale do swojego ministra?
— Jak to, do swojego?
— No, od oświaty, to znaczy od szkoły, nie rozumiesz? Chłopaki, przecieŜ on
się musi o nas martwić jeszcze przez całe sześć lat. To nie swój?... Więc
napisałem prostymi słowami. Mam tu na brudno. Posłuchajcie:
„Panie Ministrze!
I Pan kiedyś był dzieckiem, i Pan musiał chodzić do szkoły i odrabiać lekcje.
MoŜliwe, Ŝe Pan nie myślał wtedy o tym, Ŝe Pan będzie siedział' na
najwaŜniejszym miejscu w całym ministerstwie. A jeŜeli Pan myślał, to ja i moi
dwaj przyjaciele bardzo się cieszymy, Ŝe się Panu tak udało. Ale inni chłopcy
teŜ chcieliby wyrosnąć na ludzi. Niestety, jest to niemoŜliwe. Powinni
przecieŜ uczyć się usilnie i z ochotą. A oni załamują się. Sam to widziałem na
własne oczy. Jak tylko usiądą nad zeszytami, to zaczynają płakać i załamują
się kompletnie. Papier jest zły, kleksy robią się same, litery wyłaŜą za
linijki albo rozlewają się. Nauczycielka gniewa się za takie brzydkie pisanie.
Ja ją rozumiem, bo rzeczywiście, jeŜeli same takie: «Ala ma kota» — to niech
chociaŜ będzie ładnie napisane, ale to nie maluchy winne, tylko zeszyty,
które' przed wojną były zupełnie inne, bo moja mama dobrze pamięta. Więc,
Panie Ministrze, uprzejmie prosimy, Ŝeby Pan Minister polecił wyrabiać lepsze
zeszyty, bo dla Pana
to chyba drobiazg, a maluchy przestaną łzy wylewać, nauczycielki przestaną się
denerwować, a rodzice przestaną się martwić i będą mieli nadzieję, Ŝe z ich
dzieci teŜ coś dobrego wyrośnie.
Z głębokim szacunkiem Uczniowie kl. VIB".
— No i tu się podpiszemy — kończył Wiktor. — Podoba się
wam?
— I co z tego? — zapytał bez entuzjazmu Stefan.
— Jak to, co z tego? Nie rozumiesz? Co ty byś zrobił, gdybyś był ministrem i
dostał taki list?
— Korale mecyje! Wydałbym zarządzenie, Ŝeby zeszyty były
lepsze, i juŜ.
— Nie nadajesz się na ministra — oświadczył Wiktor. — A ty,
Bartek, co byś zrobił?
— Ja najpierw kazałbym z najbliŜszego sklepu przynieść parę zeszytów i
sprawdziłbym. Potem wydałbym zarządzenie, i koniec:
— Ty się teŜ nie nadajesz.
— A co ty byś zrobił? — zapytali chłopcy jednocześnie.
— Ja po przeczytaniu tego listu, owszem, zrobiłbym to, co wy, owszem, ale
zaraz potem pomyślałbym: „Co za mądre chłopaki pisały ten list. Dawać ich tu!
MoŜe by im jaką przyjemność sprawić? MoŜe chcieliby mieć rowery albo co?!"
Przyjaciele wybuchnęłi śmiechem.
— Wiktor! Szkoda, Ŝe nie jesteś ministrem! — wołał Bartek,
a Stefan:
— Pięknie to wymyśliłeś. O nic ci nie chodzi, tylko o te biedne
dzieci!
— Stefan — Wiktor udawał łagodność — nie śmiej się tak, bo ci coś w gardle
przeskoczy i zaczniesz się jąkać. Szkoda byłoby, masz przecie piękną wymowę.
Tylko ci trochę obycia brak, znaczy oblatania. Ty myślisz, Ŝe do ministra to
moŜna tak od razu szast-prast i o rowerze. Przyglądaj się więcej ludziom
obytym. Nie zauwaŜyłeś, Ŝe kiedy na przykład pani Niedźwiedzka pyta nas, czy
nie jesteśmy głodni, to ja zawsze mówię: „Absolutnie
• wcale. Dziękuję bardzo, ale właśnie niedawno jadłem." A jak dobrze
wiesz, charakter mam taki, Ŝe ciągle mi się jeść chce.
Pięć kawałków placka to dla mnie mucha, ale Ŝadnego nie wezmę bez proszenia.
Taki juŜ jestem; I nie ty mnie będziesz uczył, jak do ministra pisać. I to do
najwaŜniejszego.
—¦ Dlaczego najwaŜniejszego? — zapytał Bartek.
—¦ Dlatego, Ŝe od oświaty. Nie rozumiesz? PrzecieŜ gdyby nie było oświaty, to
w ogóle nikt nie mógłby zostać ministrem!
Przyjaciele szli do szkoły, aby się spotkać z Wackiem Sitar-kiem. Mieli wybrać
Strona 139
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
i wymierzyć plac do siatkówki na przylegającym do tyłów budynku szkolnego
kartoflisku, które od niedawna przydzielono szkole.
Czasu mieli dosyć, nie śpieszyli się. Nagle Bartek stuknął się w głowę.
— Musimy wpaść na podwórko Stefka. Obiecałem ElŜbiecie. Lećmy!
Puścili się pędem, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi Bartkowi. Zatrzymali się
na płytach chodnika przed Stefkową klatką schodową.
Bartek zadarł głowę do góry, przyglądał się ścianie... Stefan juŜ wiedział,
czego przyjaciel szukał, co obiecał siostrze.
— O co chodzi? — nie rozumiał w dalszym ciągu Wiktor.
— ElŜbieta kazała mi przeczytać, co tu napisane — tłumaczył Bartek —
obiecałem, Ŝe zobaczę to własnymi oczami. Ale nic nie widać. Coś jej się chyba
przyśniło?
Stefan z łatwością odgadywał zmyte deszczem słowa, z których widoczne były
tylko nikłe resztki, niezrozumiałe dla nie wtajemniczonych. Bystrooki Wiktor
pomagał Bartkowi:
— Tu, na lewo widzisz „eta" zupełnie wyraźnie.
— A tu coś takiego, jakby „est", tak, to „est" — Bartek notował na kartce.
— Więcej nic chyba tu nie widać — podsuwał Stefan.
— O! O, tu na prawo, prawie pod oknem — odkrył Wiktor — „eh". Widzicie! I to
juŜ wszystko. Jazda do szkoły, bo czas.
— „Eta... est... eh...", Co to moŜe znaczyć? — zastanawiał się juŜ na ulicy
Bartek.
— To na pewno po łacinie. Widziałem u naszego Kostka. On wszystkie recepty po
łacinie musi pisać. Wiecie?
Na boisku przed szkołą Sitarka nie było. Z daleko spostrzegł ich siedzący na
stopniach wejściowych Sewerek Witkowski, wstał i podbiegł wołając:
— Wicek nie przyjdzie. Coś mu w domu wypadło. Prosił, Ŝebym ja go zastąpił.
O, i sznur przyniosłem.
Parę miesięcy temu cała trójka przyjęłaby taką propozycję przynajmniej
krzywymi minami, jeŜeli nie ostrą odpowiedzią.
Ale tyle się spraw przetoczyło, tyle wspólnych zmartwień i radości. Czas otarł
ostre kanty zadraŜnień, jak woda kamienie toczące się po dnie strugi.
Zresztą Sewerek ze skóry wyłaził, Ŝeby jego stosunki z całym „zoo", a przede
wszystkim z trójką aktywistów były jak najlepsze. Zrozumiał własną wobec nich
bezsilność i poddał się. Tak to przynajmniej wyglądało.
Nie podlizywał się nauczycielom, nie wyskakiwał ze skargami na kolegów, zrobił
się bardziej uczynny.
Nawet Wiktor, najzaciętszy przecieŜ wróg Sewerka, zrobił kiedyś odkrycie:
—¦ Wiecie, Ŝe Sewerek ma jednak coś z człowieka! Bartek i Stefek zauwaŜyli to
trochę wcześniej i wcześniej przestali odsuwać się od nie lubianego początkowo
kolegi.
Podśmiewali się jeszcze z jego przesadnego zamiłowania do porządku w
zeszytach, gdzie Ŝadna kropka, Ŝaden przecinek nie śmiały wychylić się ani o
milimetr z właściwego miejsca, oraz z jego nadmiernej ochoty do rządzenia.
Sewerek lubił być pierwszym, waŜnym, tym, od którego wiele zaleŜy i na którego
skinienie czekają tłumy kolegów.
Uczył się najlepiej z całej klasy. Jeden Romek Koziołkiewicz doganiał go, ale
takiej kolekcji piątek nie miał nikt w całej szkole. Coraz częściej, coraz
głośniej wymieniano nazwisko Sewerka jako zdobywcy roweru w niedalekiej
przyszłości.
Jedni mówili o tym z podziwem, drudzy z zazdrością, ale wszyscy zgadzali się:
to uczeń z najlepszymi wynikami.
Los od jakiegoś czasu uśmiechał się do Sewerka łaskawie. Jak-
by mało było spełniającego się marzenia o rowerze, Sewer wygrał na jakimś
konkursie futbolówkę. Wspaniałą, pierwszorzędną futbolówkę, na której widok
nogi same rwały się do biegu i kopania.
Piłka ta pomogła ambitnemu chłopcu odzyskać popularność w klasie. Oświadczył
bowiem, Ŝe skoro tylko boisko będzie przygotowane, futbolówka stanie się
własnością klasy VIB, która zorganizuje własną druŜynę piłki noŜnej.
I teraz Sewer piłkę trzymał pod pachą. Wymierzą boisko, a potem pokopią trochę
na podwórzu szkolnym. O tej godzinie nikomu to nie przeszkodzi.
JuŜ byli na tyłach szkoły. JuŜ Bartek i Stefek szukali patyków zdatnych na
kołki do mierzenia, kiedy Wiktor jednym uderzeniem pięści wypchnął piłkę spod
Strona 140
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
ramienia kolegi, złapał ją, odbił
o kilka kroków i zawoławszy:
— Trzymaj, uciekaj! — rzucił mocno w Sewerka. Przerzucali się kilkakrotnie,
aŜ Sewerek toczącą się po ziemi
piłkę kopnął z całej siły w stronę Wiktora. Stali pod samą szkołą, ziemia tu
była ubita równo. Piłka biegła bardzo szybko, nagle zawadziła o jakąś
przeszkodę, skręciła gwałtownie i wpadła w otwarte okienko szkolnej piwnicy.
Wiktor zawołał, Ŝe zaraz ją wydostanie, i popędził naokoło budynku. Sewerek
podszedł do Bartka i Stefka. Mierzyli krokami odległość.
Po dłuŜszej chwili Wiktor ukazał się zza węgła szkoły. Szedł jakoś dziwnie,
twardo stawiał nogi, zaciśniętą prawą rękę wyciągnął groźnie. Lewą trzymał za
plecami. Kiedy podszedł bliŜej, zauwaŜyli, Ŝe twarz miał pobladłą z wściekłości.
— Ty... ty!... — syczał zbliŜając się do Sewerka.
— Co? Co?... Czego chcesz? — cofał się ów ze zdumieniem
i strachem.
— Wiktor! Zwariowałeś? — wrzasnął Stefan, zagradzając drogę.. — O co idzie?
— O to! — wrzasnął Wiktor i wysunął zza pleców rękę, w której trzymał koniec
sznurka, ściśle opasującego nieŜywego ptaka... Sznurek był mocny, okrągły,
zjadliwie zielonego koloru. W ciągu wielu miesięcy słuŜył Sewerkowi do
związywania ksiąŜek.
Postrzępione, szurpate, zakurzone piórka, sztywnie sterczące łapki z
zakrzywionymi pazurkami, bezsilnie zwisający, na wpół otwarty dziób wyglądały
tak Ŝałośnie, Ŝe Bartek aŜ jęknął. Stefan zawołał: — Kasia! — i nic więcej nie
mógł wydobyć ze ściśniętego gardła. Jeden Wiktor usiłował wyrzucić z siebie
wściekłość:
— Ty... zbrodniarzu!... Tylko zbój mógł tak postąpić!
Sewerek zbladł.
— Ja nie chciałem! Chłopaki, przysięgam, ja nie chciałem jej
zabić!
— Gadaj, coś zrobił! — napierał Wiktor.
— Wtedy... wtedy... wszyscy na tę kawkę tylko... i na was... nikt nie chciał
ze mną... nawet ten rewolwer nic... Więc chciałem, Ŝeby kawka na trochę
zginęła... Związałem i wrzuciłem do piwnicy. Chciałem później wypuścić, ale
piwnica była zamknięta. A potem nie znalazłem, myślałem, Ŝe wyplątała
się, uciekła. •Chłopaki, ja naprawdę nie chciałem. Niechby sobie Ŝyła... Co
mnie!...
Sewerek mówił coraz ciszej. Zagryzał wargi. Widać było, Ŝe ze wszystkich sił
walczy ze łzami, które napełniały mu gardło, oczy, wreszcie smugami popłynęły
po twarzy.
Patrzeć na to nie było moŜna. Bartek milcząc wziął sznurek z rąk Wiktora i
skierował się w stronę rosnącej przy płocie akacji. Stefan mu towarzyszył.
Trzeba było ptaszka zakopać.
Wiktor został przy Sewerku, obawiając się, aby ten nie uciekł. Sprawa nie
była zakończona. Stał odwrócony bokiem, patrząc
w stronę przyjaciół.
— Wiktor — odezwał się prosząco Sewerek — słuchaj, dam
wam coś. Piłkę, chcesz?
— O nie, bratku, jutro cała szkoła się dowie! Co tam cała szkoła! W
gazetach ogłoszę! Do Ligi Ochrony Zwierząt napiszę! Sfotografuję cię! Cały
świat się zatrzęsie ze zgrozy! Słuchajcie, on nas chce przekupić!
— Nie przekupić! — Ŝachnął się Sewer. — Bartek, posłuchaj: ja chcę coś za
to... no, coś swojego dla was... dla ciebie.
Bartek milczał. Tak strasznie miał ściśnięte serce. Tak mu było Ŝal Kasi...
Podniósł oczy na Sewerka i nagle uderzyła go zmiana w twarzy kolegi. Czysty,
przygładzony zawsze Sewerek wyglądał Ŝałośnie. Rozrzucone włosy, umazane łzami
policzki, oberwany szarpnięciem Wiktora guzik od marynarki. Na kim tu się było
mścić?
Bo Wiktor właśnie o zemście krzyczał. śeby Sewera, jak on kawkę, związać,
rzucić do lochu, niech ginie z głodu, niech zobaczy!
Zamilkł wreszcie, nie słysząc ani sprzeciwu, ani poparcia kolegów. Stefan,
który do tej pory nie odezwał się ani słowem, zwrócił się nagle do Sewerka i
wyraził głośno myśl, która mu właśnie przyszła do głowy:
— I to ty masz dostać rower?
Strona 141
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
— Właśnie! — wrzasnął Wiktor. —- O, niedoczekanie! Zobaczycie, co się będzie
działo jutro w szkole! W całym mieście! Ja się tym zajmę! Zaraz idę do pana
kierownika!
—• Daj spokój — westchnął Bartek. — Co się stało, to się nie odstanie.
— Jak to, więc dopuścisz, Ŝeby on?... — Wiktor z oburzenia nie mógł dokończyć
zdania.
— Niech on sam... on sam... — cicho powiedział Bartek nie patrząc na Sewerka
i powoli poszedł w stronę bramy.
Rower w dniu Święta Dziecka otrzymał Romek Koziołkiewicz. Nie posiadał się z
radości, kiedy wreszcie w to uwierzył. Bo nie od razu uwierzył. Pan kierownik
musiał dwa razy powtarzać nazwisko. Nie tylko on jeden był zaskoczony tak
przyjaznym dla niego obrotem fortuny. Ale w tym dniu uroczystym, kiedy w domu,
w szkole, w całym mieście przygotowano wiele niespodzianek, nie było czasu na
długie zajmowanie się wyróŜnieniem, które zresztą wszyscy uznali za
sprawiedliwe.
Dopiero nazajutrz... Wicek Sitarek, przechodząc przez hali szkolny, zauwaŜył
Sewerka sterczącego samotnie z oczami utkwionymi w miejsce, gdzie jeszcze
wczoraj stał rower, a dziś po barierze nawet śladu nie było.
— A co, Ŝal ci? — zawołał z satysfakcją i czekał na jakąś niewybredną
odpowiedź kolegi, który nie puszczał płazem zaczepek.
Nie doczekał się. Sewerek, spłoszony, z miną winowajcy złapanego na gorącym
uczynku, pognał na górę.
Niejednej jeszcze kąśliwej uwagi związanej z rowerem, który „przeszedł
Sewerkowi koło nosa", musiał wysłuchać nieszczęsny chłopak. Zastanawiające
było, Ŝe nie podejmował dyskusji. I jeszcze jedno: wśród znęcających się nie
było nikogo z trójki znającej tajemnicę Sewerka.
Po którejś tam pauzie do klasy VIB wszedł z wychowawcą pan kierownik.
Natychmiast ucichł zwykły harmider, nie tylko ze względu na niecodzienną
wizytę, ale i na zagadkowy, a jednocześnie radosny wyraz twarzy ich obydwu. To
będzie chyba coś
przyjemnego...
— W tym tygodniu — zaczął pan kierownik — mamy dwa święta: czwartek i
niedzielę. Postanowiliśmy to wykorzystać...
W klasie wszyscy wstrzymali oddech.
— Szóste i siódme klasy pojadą na czterodniową wycieczkę
w Pieniny.
— Hurrraaa! — wydarł się ogłuszający wrzask z wielu piersi
i niesamowita radość ogarnęła całą gromadę.
Minęła długa chwila, zanim moŜna było omówić szczegóły.
Wycieczka miała być zorganizowana tanim kosztem, tak zwanym gospodarczym
sposobem. Zabierano ze sobą część prowiantu
i namioty.
Na przygotowanie do wyjazdu było tylko dwa dni, a pan Kar-niewicz zapowiedział
od razu, Ŝe klasa VI B ma dać przykład, jak powinna wyglądać sprawna gromada
młodocianych turystów.
Sewerek Witkowski, który co roku z ojcem robił dłuŜsze wycieczki, miał
doświadczenie w tej dziedzinie. Okazał się pomocny w przygotowaniach do
wymarszu. Udzielał cennych rad w wyborze ekwipunku, był prawą ręką pana
Karniewicza i czuł się
w swoim Ŝywiole.
Stefan w pierwszym momencie szalał z radości. On jeden w całej klasie ma
kompas! Na Święto Dziecka ojciec dołoŜył mu do uskładanych oszczędności i
razem poszli kupić kompas, o któ-
rym Stefan tak długo marzył! I oto wycieczka była doskonałą okazją do
pochwalenia się przed światem posiadaniem tak waŜnego i pięknego przedmiotu.
Radość ta trwała jednak krótko. A plecak? Plecak jest przecieŜ konieczny, ale
to absolutnie konieczny. W co zapakować prowiant, przybory do mycia, sweter i
skarpety na zmianę?
Wiktor miał podobne zmartwienie. Zwierzając je sobie, obaj chłopcy z
zazdrością stwierdzili, Ŝe Bartek to ma Ŝycie „jak po maśle". Jego rodzice
mogli go zaopatrzyć we wszystko. On chyba nawet nie rozumie, Ŝe moŜna czegoś
nie mieć.
— Ja w domu o kupnie plecaka nie wspomnę — mówił Stefan — co, ja głupi
Strona 142
O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci
2007-03-28
jestem? Mamusia nawet te pieniądze „na czarną godzinę" ruszyła, bo ojcu buty
były koniecznie potrzebne.
— A u nas Kostkowi nowe ubranie. Musowo. Wiesz, przecieŜ on stale między
ludźmi. I egzaminy pozdawał celująco. Mama powiedziała, Ŝe sobie ręce urobi,
a sprawi. Nocne dyŜury dodatkowo wzięła. Ale, Stefek, o co my się martwimy?
Grunt to fason trzymać. Z worka teŜ moŜna plecak zrobić. A ty masz przecieŜ
taką duŜą teczkę!
— Trudno będzie wszystko zmieścić.
— To upchasz. A przecieŜ co dzień z paczki ubędzie Ŝywności. I mydło się
wymydli... Nie martw się.
Pewnie, moŜna i z teczką. Ale cóŜ to za turysta dźwigający w jednej ręce
wypchaną teczkę, w drugiej koc, moŜe jeszcze butelkę z mlekiem na sznurku?
Wieczorem, w dniu poprzedzającym wyjazd, Stefan porozkładał przygotowane
rzeczy na stole. Sporo tego było. Postanowił zapakować wszystko w kawał
brezentowego płótna. Owinie sznurkiem tak, aby moŜna było pakunek nieść na
plecach. Zrolowany koc przymocuje do paczki. Nie ma innego wyjścia.
Nagle w przedpokoju rozległ się dzwonek. Wpada zziajany Bartek. W ręku trzyma
plecak.
— Stefan, dlaczego nie mówiłeś? Przed chwilą był u mnie Sewer i
zupełnie przypadkowo dowiedzieliśmy się. ElŜbieta zaraz wyniosła swój i kazała
mi do ciebie gnać. UfffL.
ElŜbieta? Ta ElŜbieta, która od czasu, kiedy Stefan nie chciał
jej powiedzieć, co to był za napis, kiedy nie udało jej się równieŜ odkryć
tajemnicy przy pomocy Bartka — boczyła się wyraźnie. Nie wdawała się nigdy w
dłuŜsze rozmowy, odpowiadała półsłówkami. Co tu duŜo mówić — miała do Stefka
Ŝal.
A teraz postąpiła tak wielkodusznie! Bo to się nazywa wielkoduszność, jeŜeli
ktoś z kimś się gniewa czy ma urazę, a w potrzebie pomoŜe mu. ElŜbieta jest
szlachetna. Tylko szlachetnych stać
na wielkoduszność.
Rankiem na dworcu, jak zwykle, bieganina, rwetes. Pociąg z wycieczką zaraz
odjedzie. W kaŜdym oknie uradowane, szczęśliwe twarze.
Gruby Bartuś zasłania prawie całe okno. Nad jednym jego ramieniem głowa
Wiktora, nad drugim Stefka.
Pod oknem stoi ElŜbieta. Zaklina Bartka, Ŝeby tylko się nie przeziębił. Prosi
kolegów w imieniu matki, Ŝeby mu nie pozwolili włazić do wody. Bartek jest
trochę zły.
Pociąg rusza. ElŜbieta idzie przy oknie.
— Wiktor — mówi — proszę cię, uwaŜaj. On jest taki skłonny
do anginy, Wiktor...
Koła biegną szybciej. Stefan do tej pory nie znalazł okazji, aby podziękować
ElŜbiecie za plecak. Nabrał nagle odwagi. Odsuwa Bartka, wychyla się z okna i
woła głośno:
— ElŜbieta! Tam było napisane, Ŝe ty jesteś w dechę! Jesteś dziewczyna w
dechę!... Dziękuję!...
Sylwetki stojących na peronie maleją. Ale Stefan z daleka jeszcze widzi, jak
serdecznie śmieje się ElŜbieta.
Strona 143