background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

ROZDZIAŁ  1.
KANAPA, PRZED KTÓRĄ DRśY CAŁA SZKOŁA. STEFAN ULEPSZA ORTOGRAFIĘ.
OBIETNICA ZA OBIETNICĘ. GUZY ŚWIADCZĄ O TALENCIE.
O pierwszej w południe, kiedy dzień przewracał się na drugi bok, w klasie V A 
robiło się gorąco. Okna po tej stronie budynku wychodziły na zachód, ale 
wysokie, letnie słońce do niewytrzy-mania rozgrzewało biegnącą pod szkołą 
ulicę, Ŝelazne sztachety, latarnie, a nawet wysokie, zaglądające na trzecie 
piętro topole, które przez czerwiec ciągle jeszcze nie chciały się poddać 
ulicznym kurzom i cieszyły oczy świeŜą zielenią.
Ta zieleń ciemna i spokojna w godzinach rannych, kiedy słońce zaglądało do 
klas połoŜonych po drugiej stronie korytarza, teraz nie pozwalała skupić się 
nad ksiąŜką czy zeszytem.
DuŜe i gładkie liście topoli, nasycone słonecznym blaskiem, drgały przy 
najlŜejszym powiewie wiatru. Przywodziły na myśl drobno pofałdowaną, Ŝyczliwą 
bosym nogom powierzchnię strumienia, miękką łąkę, miły cień drzewa na polnej 
miedzy — wszystko, co było tak bardzo inne od kredy, atramentu i papieru, 
wszystko, czego oczekiwali w tej chwili z niecierpliwością naciągniętą do 
ostatnich granic uczniowie klasy V A w jednej ze szkół na przedmieściu Łodzi.
Odbywała się ostatnia lekcja w tym roku szkolnym. Młoda
nauczycielka, a jednocześnie Wychowawczyni tej klasy, Zofia Ostrowska, 
nazywana przez uczniów „Gramatyką" — kończyła rozdawać zeszyty z 
wypracowaniem. I ona rzucała tęskne spojrzenia chylącym się pod wiatrem 
wierzchołkom topoli. Nauczyciele teŜ lubią wakacje.
JuŜ tylko trzy zeszyty. JuŜ tylko dwa. I ostatni.
—  śórawiecI W twoim wypracowaniu jest sporo zdrowego sensu, mogłoby ono 
otrzymać nawet niezły stopień. CóŜ, kiedy orto-grafia — poniŜej klasy 
pierwszej. Za taką ilość błędów nie moŜna postawić więcej niŜ dwójkę.
Przy pierwszych słowach nauczycielki Stefan śórawiec powstał. Lekko pochylony 
szedł między ławkami. Jasną, falującą czuprynę odgarnął ręką do tyłu, a 
zielonkawe oczy błysnęły hardo. Odebrał z rąk nauczycielki zeszyt, ukłonił się 
niedbale i wracał na swoje miejsce.
Wiele par oczu spojrzało w jego stronę. Chłopiec zdawał sobie z tego sprawę. 
Hamowana złość kazała mu zagryźć dolną wargę. Siadając w ławce, rzucił 
półgłosem:
—  Nie szkodzi. Wszyscy wielcy ludzie pisali okropnie. Głowy uczniów z 
niepokojem zwróciły się w stronę nauczycielki: słyszała? Słyszała.
Na twarzy jej odbiła się przykrość. Ciemne, prawie zrastające się brwi 
drgnęły. Klasa, w oczekiwaniu na „hecę", zapomniała o zielonych topolach.
Nauczycielka ze spokojem, który nie przyszedł jej łatwo, rzuciła w stronę 
krnąbrnego ucznia:
—  Na przykład? Stefan śórawiec milczał.
—• Na przykład? — powtórzyła wychowawczyni. — Skoro tak twierdzisz, to chyba 
umiesz wymienić tych  sławnych. Stefan wstał niechętnie.
—  No, chociaŜby... Napoleon. Widziałem jego podpis. Pisał jak kura pazurem.
—  Widziałeś   chyba   fotografię   jego   podpisu   —   poprawiła 
nauczycielka. — Pisał rzeczywiście niewyraźnie. Ale błędów nie robił. Ja nie 
za kaligrafię postawiłam ci dwójkę, tylko za błędy,
za mnóstwo  błędów — powtórzyła z naciskiem pani Ostrowska.
—  A Karol Wielki? — upierał się Stefan. — Ten w ogóle nie umiał pisać. 
Zaledwie swoje imię. A do tej pory trzeba się o nim uczyć.
—  Ha! — rozłoŜyła ręce nauczycielka, a w głosie jej zadźwięczała wyraźna 
drwina. — Skoro tą drogą chcesz dojść do wielkości, to ci współczuję. Ten 
sposób wydaje mi się bardzo przestarzały i... juŜ nieskuteczny.
W klasie ktoś parsknął śmiechem. Stefan zaczerwienił się. Nauczycielka 
zwróciła się do całej klasy:
—  Przypominam  jeszcze  raz:  jutro o  dziewiątej  zakończenie roku i 
rozdanie świadectw.
Rozległ się dzwonek. Ledwo umilkł, dorzuciła:
—  Oto i ostatni dzwonek w tym roku szkolnym.
Zamknęła dziennik i, schodząc z katedry, głęboko odetchnęła.
—  Ale pani cięŜko wzdycha — odezwał się obłudnie Franek Gawroński.
Zmierzająca do drzwi wychowawczyni przystanęła. Spojrzała na Franka, potem na 
Stefana.

Strona 1

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  A czy mnie z wami było lekko? — powiedziała bez uśmiechu i szybko wyszła z 
klasy.
Cała klasa, tak jak wstała na poŜegnanie wychowawczyni, skamieniała na chwilę. 
Ale tylko na chwilę. Ledwo drzwi trzasnęły, nieprzyjemny nastrój wyładował się 
na osobie śórawca.
—¦ To wstyd! To wstyd! — krzyŜowały się okrzyki z róŜnych stron klasy.
—  Tak się nauczycielce odpowiada?
—  Harcerz!
—  Inna toby mu dwóję na świadectwo wlepiła!
—  Ja wam mówię, Ŝe Gramatyka jeszcze wcale nie taka najgorsza.
—  Ale jej Stefan odpłacił!
—  Napoleona zgrywa!
—  Ty, śórawiec! Napoleon na koniu jeździł, nie na bykach!... Ostatnie 
powiedzenie wyWołało ogólną wesołość.
Stefan stał blady, aŜ drobne piegi na nosie wystąpiły wyraźniej. Twarz 
wykrzywiła mu wściekłość. Smukły, wyrośnięty na swoje dwanaście lat, górował o 
pół głowy nad kolegami. ToteŜ kiedy z zaciśniętymi pięściami zwrócił się w 
stronę autora ostatniego Ŝartu, zrobiło się od razu wokół niego luźno. I nie 
wiadomo, czym zakończyłaby się ostatnia lekcja w klasie V A, gdyby w tej 
właśnie chwili nie uchyliły się drzwi i nie błysnęła w nich łysa jak kolano 
głowa starego woźnego, zwanego „Kochasiu".
—  śórawiec, kochasiu! Do pana kierownika, juŜ zaraz, na jednej nodze, kochasiu!
Oburzenie i drwiny kolegów szybko zamieniły się w szczere lub udane współczucie.
—  Stefan! Masz pecha! — powiedział Wiktor.
—  PoskarŜyła! — krzyknął Franek Gawroński z satysfakcją w głosie. — A co? Nie 
mówiłem? Wszyscy tak za nią: „dobra", „dobra", a ja zawsze powtarzam: „Jaka 
ona tam dobra?" Jakby była dobra...
—  ...Toby cię na drugi rok nie zostawiła, chociaŜ masz pięć dwójek — zadrwił 
Bartek NiedŜwiedzki.
—  E, tam! Z wami rozmawiać to szkoda języka strzępić — rozgniewał się Franek 
i zwrócił się do Stefana: — Chodź, Stefan, odprowadzę cię.
—  Obejdzie się, sam trafię. Wiktor, zaczekaj na mnie! — burknął Stefan i 
szybko wybiegł na korytarz.
Chłopcy wysypali się za nim. Kancelaria kierownika była na pierwszym piętrze, 
więc po schodach towarzyszyli jeszcze koledze.
—  śeby tylko nie na kanapie — szepnął do Wiktora Stefan.
—  E, chyba dziś nie będzie czasu — pocieszał Wiktor. — Nie bój się.
—  Z kierownikiem rozmówisz się po męsku — dodawał otuchy Bartek NiedŜwiedzki.
—  Pewnie — rzucił Stefan udając, Ŝe go ta cała sprawa niewiele wzrusza. Ale 
było inaczej.
„Pewnie — myślał sobie — męŜczyzna z męŜczyzną zawsze się dogada. Ale po co ja 
tej Gramatyce tak odszczeknąłem?"
Zapukał do drzwi kancelarii i zapytał siedzącą pod oknem sekretarkę, czy moŜna 
wejść do pana kierownika.
—  A po co?
—  Pan kierownik mnie wzywał — bąknął Stefan.
—  Aha! •— powiedziała sekretarka tonem, który znaczył: „taki z ciebie 
ananas", i machnęła ręką w stronę drzwi gabinetu — wejdź!
Stefan znowu zapukał, na głośne „proszę" wszedł i szurnąwszy nogami zatrzymał 
się przy drzwiach.
Kierownik rozmawiał przez telefon. Na ukłon Stefana odpowiedział kiwnięciem 
głowy i ruchem ręki wskazał na miejsce koło biurka, za którym siedział, ale 
Stefan nie skorzystał z zaproszenia. A nuŜ wezwany jest tylko po to, aby oddać 
komuś w blokach list, jak to juŜ nieraz bywało? Po co zasiadać na krześle, po 
co zbliŜać się do postrachu całej szkoły, nieszczęsnej kanapy, która tak oto? 
powaŜnie i godnie rozpiera się na najszerszej ścianie wprost okien i biurka. 
Stefan zerka w jej stronę, ale czym prędzej odwraca głową. JuŜ lepiej patrzeć 
na blibliotekę pełną ksiąŜek. KtóŜ to wszystko zdąŜy przeczytać? Na bibliotece 
stoi puchar. Nagroda zdobyta przez szkołę jeszcze w tych czasach, kiedy boisko 
szkolne było prawdziwym boiskiem, a nie jak teraz placykiem uszczuplonym przez 
ogródki z jednej strony, a szopy na węgiel z drugiej. Stefan wzdycha i słyszy 
w tej chwili dźwięk słuchawki kładzionej na widełki.
Chłopiec zwraca oczy na pana kierownika, który najpierw ściera jakąś natrętną 

Strona 2

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

myśl z czoła, potem podsuwa na nie okulary, patrzy lekko zaczerwienionymi 
oczyma na Stefana i mówi:
—  Powiedz no mi, Stefan, czy ci nie wstyd? Stefanowi jest wstyd. Czerwieni 
się i jąka:
—• Tak... juŜ tu Gra... juŜ tu pani od polskiego obsmarowała mnie...
—  Nie zgadłeś — mówi pan kierownik. — Nie rozmawiałem z panią Ostrowską. Po 
prostu podpisywałem dziś świadectwa i widziałem twoje stopnie. Trójka z 
polskiego. Więc pytam cię: czy ci nie wstyd? Jesteś zdolny chłopiec. Masz 
dobre warunki do nau-
ki, a na świadectwie kilka trójek. I jedna z nich — z języka ojczystego!...
—  Tak — mówi juŜ trochę śmielej Stefan — zdolny jestem, ale przez tę 
ortografię to ja całe Ŝycie będę miał zmarnowane. Ja juŜ z tym wszystkim 
wytrzymać nie mogę.
—  O! — zdziwił się kierownik. — Takiś nieszczęśliwy? A dlaczego to inni twoi 
koledzy, nawet mniej zdolni od ciebie, dają sobie radę? Na ogół wasza klasa 
dobrze z polskiego stoi.
—  To prawda, ale ile się chłopaki namęczą, to nikt nie wie. — Stefan 
przytakuje i gorączkowo myśli, czym by tu pana kierownika zagadać? Aha, juŜ 
wie. Próbuje: — W referatach na róŜnych uroczystościach mówi się, Ŝe teraz nie 
ma ucisku człowieka przez człowieka. A niechby tak kto do naszej klasy na 
polski przyszedł, to dopiero by się przekonał. Ucisk — jak nie wiem co!
—  Jak to? — zdziwił się kierownik. — Co wy przez to rozumiecie? Bo ja nic nie 
zauwaŜyłem. Usiądźmy tu sobie na kanapie i opowiedz mi o tym strasznym ucisku.
Ą więc stało się to najgorsze: rozmowa na kanapie. Zapraszani na nią uczniowie 
woleliby siadać na desce nabitej gwoździami. Rozmowa na kanapie była z reguły 
długa. Była dokumentna: sianem nikt się nie mógł wykręcić. Nawet Wiktor 
Kijanka, znany w całej szkole z tego, Ŝe kłamał bez drgnienia okiem i wyłgiwał 
się z najtrudniejszych sytuacji, nawet on na tej kanapie tracił cały swój 
rezon, twierdząc, Ŝe „na siedzący łganie nie idzie".
CóŜ miał robić nieszczęsny Stefan? Usiadł z miną tak ponurą, Ŝe to jedno 
powinno pana kierownika wzruszyć. Niestety, pan Marczyński,  jeŜeli się nawet 
i wzruszył, to zupełnie tego nie
okazał.
—  Na historii i tak w ogóle — wyjaśnia Stefan starając się o jak 
najpowaŜniejszy wyraz twarzy — to słyszymy, jak to na przykład za pańszczyzny, 
w fabrykach jedni uciskali drugich. Bogacze, znaczy się, uciskali biednych. I 
na przykład Kościuszko czy Staszyc występowali w obronie uciskanych. A jak 
pani Ostrowska mnie uciska za tę ortografię, to nie tylko nikt w obronę mnie 
nie weźmie, ale jeszcze na mnie jak nie wiem co...
Stefan kątem oka sprawdził, czy „ryba chwyciła haczyk". Nie-
stety, pan kierownik musiał mieć kamienne serce, bo odezwał się z ledwo 
hamowaną kpiną:
—  MójŜeś ty uciśniony biedaku!
—  Tak — nie ustępował Stefan — pan kierownik się śmieje. A przecieŜ to ucisk 
kubek w kubek: pani Ostrowska posiada naukę, a ja nie. Więc to zupełnie jak 
ten bogacz, który posiadał i ciemięŜył tego, który nic nie miał.
—  Hola! To juŜ bzdura — zaprotestował kierownik. — Pani Ostrowska oddaje wam 
ze swego bogactwa, ile tylko moŜe. Wszystkim, co posiada, chce się z wami 
podzielić.
—  No dobrze — zgodził się Stefan — jeŜeli pani Ostrowska niezupełnie jest 
taka jak ten bogacz, to my jednak czujemy się uciskani. Po co tyle cierpień? 
Panie kierowniku, ja to bym zupełni inaczej urządził!
—  Ciekawe jak? — zainteresował się kierownik.
—  Najgorsze w tej ortografii jest to, Ŝe mnóstwo trzeba wykuć na pamięć. 
Dlatego tak mi trudno bo ja to lubię na rozum wziąć. Jak coś zrozumiem, to od 
razu zapamiętam. Więc w ortografii teŜ wymyśliłbym wszystkie takie prawidła, 
Ŝeby kaŜdy rozumiał, dlaczego się pisze tak, a nie inaczej. Na przykład — 
herbata; jeŜeli z cukrem, to pisałbym przez „ch", a jak bez cukru to samo „h". 
Rozumie się samo przez się.
—  Hm, a jak byś napisał na przykład „herbaciane róŜe"?
—  Przez samo „h" — przecieŜ nikt róŜ cukrem nie posypuje.
—  A takie zdanie: „Ciotka poczęstowała nas herbatą"?
—  Naturalnie przez „ch" — przecieŜ się nie częstuje gości herbatą bez cukru. 

Strona 3

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Lepiej się pod ziemię zapaść niŜ przed gośćmi zawstydzić.
—  Ale przecieŜ ta ciotka mogła być na przykład skąpa.
—  O, panie kierowniku, skąpy to w ogóle nic nie da, ani cukru, ani herbaty. 
Ja wiem, ja sam mam taką ciotkę.
Pan kierownik śmiał się na dobre. Podniesiony na duchu Stefan wywodził swojej 
teorii ciąg dalszy:
—  Albo na przykład kluska. Kluskę powinno się pisać przez „ó", bo jest 
okrągła. No nie?
—  Nie — zaprotestował kategorycznie pan kierownik. — Nie zgadzam się z tobą. 
Znasz kluski kładzione?
—  Znam.
—  Okrągłe są?
—  Nie. Kładzione to są przewaŜnie podługowate.
—  A krajane?
—  Krajane do pomidorowej zupy to są kwadratowe albo takie
spiczaste.
—  No, więc gdzie te okrągłe?
—  A kartoflane? Moja mama robi pyzy z kartofli, takie okrągłe z dołkiem w 
środku. Pyszne są. — I Stefan przełknął ślinę.
—  Dobrze. Ale to pyzy. Nie ma w nich w ogóle „ó". Proszę cię więc, pisz 
zawsze kluski przez „u" zwyczajne, bo wcale nie są okrągłe. A co do herbaty, 
to wiesz przecieŜ: przygotowuje się ją .zawsze bez cukru. Cukier podaje się 
oddzielnie. KaŜdy sobie słodzi, ile chce. Pisz więc herbatę przez samo „h".
Stefan zamilkł na chwilę. Rzeczywiście, teraz juŜ ani herbata, ani kluska nie 
pomylą mu się nigdy. śeby to Gramatyka chciała tak kaŜdy wyraz wytłumaczyć. 
Ale ona widocznie takiego wykształcenia jak pan kierownik nie ma.
W tej chwili zadzwonił telefon na szafce pod oknem. Pan Mar-czyński podszedł 
do aparatu, a Stefan, chcąc skorzystać z okazji, sunął juŜ w stronę drzwi. Nic 
z tego. Kierownik powstrzymał go ruchem ręki i tylko powiedział do słuchawki:
—  Dobrze. Za pół godziny będę.
Stefan struchlał. BoŜe! Przez pół godziny to moŜna flaki z człowieka wypruć.
Na szczęście nie zaproszono go juŜ na kanapę. Kierownik powiedział po prostu:
—  Dzisiaj,  niestety,  musimy  tę  rozmowę  zakończyć.   Co  do twoich 
pomysłów, to owszem, posługuj się tym, co ci pomaga, ale nie przesadzaj. Nie 
wszystko w ortografii da się wziąć na rozum. Są wyrazy, których pisania trzeba 
się nauczyć na pamięć. — Tu kierownik roześmiał się. — Himalaje pisze się 
przez „h", chociaŜ leŜą koło Chin.
—  No, właśnie — westchnął Stefan. — A gdyby leŜały w Holandii...
—  Nic na to nie poradzimy, Stefanie.
—  ...albo gdyby Holandia leŜała koło Himalajów?
—  Albo Ŝeby i Holandię, i Himalaje przenieść do Hondurasu? Co? Wiesz 
przynajmniej, gdzie Honduras leŜy?
Stefan chciał się obrazić. Z geografii miał piątkę. Tego to pan kierownik nie 
zauwaŜył. A przecieŜ ze Stefana i filatelista nie byle jaki. Niejeden uczeń z 
siódmej zazdrościł mu albumu. Pan Marczyński milczenie Stefana wytłumaczył 
sobie inaczej, bo sam na swoje pytanie odpowiedział:
—  Honduras leŜy w Ameryce Środkowej. I widzę, mój drogi, Ŝe ty nie tylko 
ortografię przerobiłbyś po swojemu, ale i w geografii narobił bigosu. Oj, 
Stefanie, Stefanie.
Stefan myślał, Ŝe to juŜ koniec, i znowu posunął się w stronę drzwi, ale 
kierownik zatrzymał go raz jeszcze.
—¦ Chwileczkę, mam do ciebie prośbę. Powiedz, Ŝe się na nią zgodzisz.
Kiedy indziej Stefan targowałby się. Chciałby wiedzieć, o co chodzi, nie tak: 
kota w worku kupować. Ale zdawało mu się, Ŝe najmniejszy jego opór spowoduje 
znowu zaproszenie na kanapę i odpowiedział czym prędzej:
— Tak jest, panie kierowniku, zgodzę się.
—  A więc proszę cię; zacznij pisać pamiętnik.
—  Ja? Pamiętnik? — spłoszył się Stefan. — Jak dziewczyna?
—  Dlaczego jak dziewczyna? Wielu sławnych ludzi pisało pamiętniki. Teraz 
dzięki tym pamiętnikom korzystamy z ich Ŝyciowego  doświadczenia,  dowiadujemy 
się wielu  ciekawych rzeczy o przeszłości.
—  A jeŜeli ja nie zostanę sławnym?
—  To nie jest konieczne, zapewniam cię. NajwaŜniejsze, Ŝebyś pisał o swoich 

Strona 4

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

pomysłach, o swoim Ŝyciu, o kolegach. Chyba tematu ci nie zabraknie?
—  O! MoŜe pan kierownik być spokojny... śebym tylko o naszej klasie pisał, to 
wyszłaby cała ksiąŜka. U nas w klasie to prawie co dzień jakaś heca.
—  ZauwaŜyłem to — westchnął pan kierownik i popatrzył na Stefana z wyrzutem. 
— Powiem ci nawet, Ŝe mi waszej wychowawczyni serdecznie Ŝal. Ma ona z wami 
trzy światy, ma...
—  Nam teŜ czasami Ŝal — przytaknął Stefan. — Ale co było robić? To juŜ nie 
nasza wina.
—  Nie wasza? — kierownik ze zdumienia uniósł brwi w górę. — A czyja?
—  To pan kierownik nie pamięta, jak nasza klasa, zaraz we
wrześniu, delegację tu przysłała?
—  Przypomnij no mi, nie pamiętam.
—  No, właśnie. A teraz to wszystko na nas. A przecieŜ juŜ wtedy prosiliśmy, 
Ŝeby pan kierownik zmienił wychowawcę, bo pani Ostrowska rady sobie z naszą 
klasą nie da. Cała szkoła wie, Ŝe V A to, moŜna powiedzieć, „lepsza klasa", Ŝe 
u nas jest sporo chłopaków  chętnych do róŜnych... takich 
pomysłów.....aktywistów", znaczy się, nie w ciemię bitych...
—  Niestety! Wiem coś o tym — pokiwał głową kierownik.
—  I prosiliśmy wtedy pana kierownika, Ŝeby pani Ostrowska wzięła piątą 
bara... — Stefan ugryzł się w język i poprawił: — V B. Tam są prawie same 
takie spokojne niunie. Pani Ostrowskiej byłoby o wiele lepiej. A u nas Ŝeby 
był pan wychowawca, ten co w zeszłym roku. Ale pan kierownik wcale tego nie 
chciał wziąć pod uwagę. A teraz nazywa się, Ŝe my jesteśmy winni. To gdzie 
jest sprawiedliwość na tym świecie?
Pan Marczyński nie przestawał kiwać głową. Chciał coś powiedzieć, strzepnął 
ręką, wreszcie spytał:
—  Tylu „aktywistów", mówisz? No cóŜ, trzeba będzie tę sprawę jeszcze raz 
rozwaŜyć.
Stefan ucieszył się.
—  Panie kierowniku — zawołał składając ręce — ja juŜ wszystko obiecam i 
wszystkiego dotrzymam!  Tylko niech pan kierownik coś zrobi, Ŝeby pani 
Ostrowska nie była juŜ naszą wychowawczynią. Bo pani Ostrowska i w szóstej 
klasie nie da sobie
z nami rady.
—  A nie spowaŜniejecie w szóstej klasie?
—  Na pewno nie — Stefan aŜ w piersi się grzmotnął. — Jak
amen w pacierzu. To juŜ od razu jakoś tak źle się ułoŜyło. Do naszej klasy 
męska ręka pasowałaby najlepiej.
—  Tak myślisz? No dobrze, zastanowię się nad tym. Obiecuję ci to w zamian za 
twoją obietnicę. Więc pisz pamiętnik czy dziennik, jak wolisz. MoŜe rozwiniesz 
w sobie jakieś zdolności literackie.  Kto wie? Podobno masz łatwość wyraŜania  
się w piśmie. A teraz zmiataj. Zaraz, jeszcze na pamiątkę tej rozmowy 
dostaniesz ode mnie ksiąŜkę.
—  Z podpisem? — ucieszył się Stefan.
—  MoŜe być z podpisem. I proszę cię, nie rozstawaj się s, tą ksiąŜką przy 
pisaniu. Dobrze?
—  Dobrze — zapewnił uradowany Stefan. Ale mina mu zrze-dła, kiedy zobaczył, 
Ŝe pan Marczyński wyciągnął z szuflady zieloną,  niegrubą  ksiąŜkę  z  
wyraźnym,  czarnym  tytułem  Zasady pisowni polskiej.
Był to istny kubeł zimnej wody na głowę przyszłego sławnego człowieka. Pan 
kierownik zdawał się nie dostrzegać rozczarowanego wyrazu twarzy chłopca. 
Trzepnął go po ramieniu i po chwili Stefan biegł do szatni.
Nikogo juŜ tam nie było. Widocznie koledzy nie mogli się doczekać i poszli do 
domu. Stefan spokojnie jak nigdy, z teczką niesioną po ludzku pod pachą, ze 
smętnie zwieszoną głową brnął przez szkolne podwórko.
Wiktor i Bartek Niedźwiedzki czekali przed bramą.
—  Stefan, co tak długo? — zawołał Wiktor, a grubas Bartek zapytał 
przyglądając się koledze uwaŜnie:
—  Siedziałeś na kanapie, co?
—  Owszem,   siedziałem   i   moŜe   siedziałbym   jeszcze.   Telefon mnie 
wybawił. Pan kierownik musiał gdzieś iść.
—  Miałeś szczęście — stwierdził spokojnie Bartek.
—  No i o co chodziło? Gramatyka naskarŜyła. Tak? — Chudy, zwinny Wiktor 

Strona 5

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

okręcił się wokół Stefana, podskakując jak wróbel przy kaŜdym pytaniu.
—  Nie, nie naskarŜyła. I wiecie co, chłopaki? — Stefan nagle oŜywił się. — 
Zobaczycie, Ŝe w szóstej klasie Gramatyki z nami nie będzie.
powiedział
—  Eee... skąd wiesz? — powątpiewał Bartek.
—  Skąd wiem, to wiem, ale moŜesz mi wierzyć nadymając się Stefan. — Chcesz 
sią załoŜyć?
—  Nie. Za długo czekać — odmówił Bartek. Wiktor zniecierpliwił się na dobre.
—  Powiesz po ludzku, czego od ciebie chciał kierownik, czy nie? Bo zabieram 
się i idę.
Wyćwiczonym ruchem umieścił swoją teczkę płasko na ciemnej, niesfornej 
czuprynie i wyraźnie zamierzał opuścić kolegów. Stefan zrozumiał, Ŝe dłuŜej 
przeciągać struny nie moŜe. Spuścił więc skromnie oczy i oświadczył:
—  Mam pisać pamiętnik.
—  Pamiętnik? — zdziwili się obaj chłopcy jednocześnie. — Po
co?
—  No... bo ja mam takie róŜne pomysły.
—  A przecieŜ niedawno za te właśnie pomysły dostałeś mycie
głowy?
—  To od Gramatyki... A pan kierownik uwaŜa, Ŝe z tych pomysłów... moŜe 
skorzystać ta... potomność i w ogóle nie wiadomo, czy nie zostanę sławnym 
człowiekiem.
Tu Stefan spojrzał na kolegów i przekonał się, Ŝe jego słowa zrobiły duŜe 
wraŜenie. Szli jakiś czas w milczeniu. Wreszcie Wiktor odezwał się pierwszy:
—  A pytał się o co?
—  Owszem, pytał.
—  O co?
—  O to, gdzie leŜy Honduras.
—  Jak to? Nie wiedział tego? — Bartek nie posiadał się ze zdumienia.
—  Wiedział. Ale chciał jeszcze wiedzieć, czy ja wiem.
—  I co?
—  Powiedziałem.
—  I co?
—  I nic. Dostałem ksiąŜkę.
—  KsiąŜkę? Na co?
—  Na pamiątkę.
—. Nic nie rozumiem — zdenerwował się ostatecznie Wiktor. — Takie nadzwyczajne 
sprawy omawiał z tobą pan kierownik, ksiąŜkę ci podarował, a ty idziesz 
kwaśny, jakbyś się octu napił. Co to znaczy?
—  A to — wybuchnął Stefan — Ŝe i ty, gdybyś się podjął przez całe wakacje 
codziennie w pamiętniku pisać, i do tego bez błędów, to teŜ nie skakałbyś na 
pewno z radości!
—  Fiuuu! —¦ gwizdnął Wiktor i dopiero teraz w jego oczach błysnęło 
współczucie. — Najgorsze to „bez błędów", bo przecieŜ w ogóle pisanie idzie ci 
piorunem.
—. Piorunem — mruknął Stefan — właśnie przez to błędy robię.
—  Zaraz — zatrzymał się Bartek. — Dlaczego mówisz „codziennie"? Najpierw była 
mowa tylko o pamiętniku.
—  Bo  i  kierownik  mówił  raz  „dziennik",  a  drugi  raz  „pamiętnik".
—  Aha. Wobec tego moŜesz pisać albo codziennie, albo raz na kilka dni. Chyba 
Ŝe wyraźnie obiecałeś pisać codziennie?
—  Nie. O czymś takim mowy nie było. Obiecałem tylko, Ŝe będę pisać.
—  W porządku — powiedział Wiktor. — Reszta zaleŜy od organizacji. Ja na twoim 
miejscu pisałbym tylko w te dni, kiedy będzie padać. Na przykład: dziś jest 
ładnie — idziemy grać w piłkę. MoŜesz nie napisać ani słowa.
—  Dziś i tak się nie liczy, nawet Ŝeby lało jak z cebra — prostował dokładny 
zawsze Bartek — i jutro teŜ nie. Wakacje zaczynają się dopiero pojutrze.
—  Wiktor! — twarz Stefka rozchmurzyła się uśmiechem. — Kamień z serca mi 
zdjąłeś. Rzeczywiście, organizacja to grunt. Pisać będę, bo słowo się rzekło. 
W dni deszczowe mogę posiedzieć, nie szkodzi. Ale w pogodne, hulaj dusza!
—  A jeŜeli przez całe wakacje będzie lało? — spytał Bartek.
—  Tfu! Tfu! — splunął przez lewe ramię Wiktor. — śebyś nie powiedział w złą 
godzinę. Ty, Bartek, zanadto czarno wszystko widzisz. Jeszcze wakacje nam 

Strona 6

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

zapeszysz. Tfu!
—  Wcale nie czarno widzę, tylko tak sobie myślę o kłopocie
Stefana. Bo jeŜeli na przykład przez całe wakacje nie będzie ani dnia deszczu, 
to co? To on nic nie napisze?
— Oj, Bartek — zawołał Stefan — nudny jesteś jak przerobiona czytanka. To jest 
właśnie moje ryzyko. Dziś nie pada — dziś nie piszę, a jutro zobaczy się, i 
koniec.
Przystanęli na Rzgowskiej, pod duŜą kamienicą, w której mieszkał Bartek 
Niedźwiedzki. Wiktor i Stefan szli razem do bloków na Bednarskiej. Stefan 
mieszkał w tych bliŜszych. Wiktor dopiero za parkiem. Umówili' się na piłkę po 
południu i obaj  pobiegli na
obiad.
Stefan był głodny jak wilk. Ptakiem frunął na swoje trzecie
piętro.
Dzwonił  do  drzwi  jak na poŜar,  a wpadłszy  do mieszkania,
krzyknął:
—¦ Mamo, dobra wieść, strasznie chce mi się jeść!
Matka, rozgniewana dzwonieniem, nieprędko dała się udobruchać.
Powtarzała co chwilę:
— Poczekaj, niech tylko ojciec przyjdzie. JuŜ ja mu powiem
wszystko.
Stefan wolał dzisiaj unikać. wszelkich zasadniczych rozmów z ojcem, który w 
takich wypadkach, nie wiadomo dlaczego, robił przegląd zeszytów syna i 
wypominał mu dawne, okupione juŜ grzechy. Niechby się dopatrzył ostatniej 
dzisiejszej dwójki! Rany boskie! Lepiej obejść się bez tego. ToteŜ z własnej 
nie przymuszonej chęci Stefan złapał wiadro ze śmieciami i klucze od piwnicy, 
aby z powrotem przynieść węgla do kuchni. Zapytał jeszcze, czy nie trzeba 
czego ze spółdzielni, aŜ zdziwiona tą gorliwością Lucynka zapytała go 
podejrzliwie:
—  Stefan, co ci się stało?
—  Cielę na nogę mi nadeptało,  wiesz? — odburknął Stefan i juŜ wychodząc 
pokazał jej w całej okazałości język.
Z zaplanowanej piłki, niestety, trzeba było zrezygnować. Śliczne czerwcowe 
niebo zakryły ciemne chmury. Z okien było widać dalekie zygzaki błyskawic, po 
których w coraz krótszym odstępie czasu przewalał się grom.
Burza zbliŜała się wielkimi krokami.
Matka własnoręcznie pozamykała okna. Zabroniła wyjść na balkon, chociaŜ 
jeszcze nie padało. Przy kaŜdej błyskawicy Ŝegnała się poboŜnie. Naśladowała 
ją Lucynka z pogardą patrząca na brata, który trzymał się po męsku: ojciec 
tego nie robił.
Stefan zbliŜył się do okna, w które biły juŜ mocne bicze deszczu. Zza gęstej 
zasłony ledwo było widać sylwetki drzew w parku. Rynsztokami szorowała wartko 
woda. Na chodnikach było pełno kałuŜ.
Stefan wyobraził sobie, jak wygląda w tej chwili ich dzikie boisko, wydeptane 
własnymi nogami, w parku Leonarda. Po takiej ulewie nie wiadomo, czy nawet 
jutro będzie moŜna kopać piłkę.
Odszedł od okna i kładł na stole wszystkie podręczniki i zeszyty, jakie 
znajdowały się na jego półce i w teczce. UłoŜył je równo w dwie paczki, 
związał porządnie szpagatem i wsunął z powrotem na etaŜerkę. Na wierzchu 
zostawił Zasady i gruby zeszyt, który równieŜ dostał od pana kierownika.
Postanowił jeszcze uporządkować swój album ze znaczkami, który w gorących 
dniach czerwcowych porządnie zaniedbał. Przy ulubionym zajęciu czas biegł 
szybko.
Minęła burza. Niebo rozpogodziło się znowu. I tylko słońce ukazało się o cały 
kawał bliŜej zachodu.
JuŜ przed samą kolacją, kiedy Stefan schowawszy album przeglądał jakiś stary 
numer „Płomyka" — usłyszał dzwonek, a potem w przedpokoju głos Alinki 
Brodzkiej, sąsiadki z drugiego piętra. Pomyślał, Ŝe pewnie jak zwykle wpadła 
poŜyczyć młynek od pieprzu czy maszynkę do mięsa, ale właśnie mama 
odpowiedziała jej:
—  Jest w pokoju. Idźcie tam.
Stefan nie zdąŜył zastanowić się, dlaczego mama mówi do Alinki „idźcie" — 
kiedy drzwi do pokoju otworzyły się i weszła Alina, a za nią jakaś 

Strona 7

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

dziewczynka, którą on widział pierwszy raz na oczy, a jednak wydawała mu się 
jak gdyby znajoma.
Alina zaczęła od razu po swojemu, jak katarynka:
—  Stefku, dobry wieczór. Przyszłam do ciebie, bo moja kole-
Ŝanka bardzo chce cię poznać, .bo podobno piszesz ksiąŜkę i chciałybyśmy 
bardzo, Ŝebyś nam powiedział, jak to się robi, i, ElŜbiet-ko, to jest właśnie 
Stefan śórawiec, kolega twego brata.
—  Brata? — powiedział zbaraniały Stefan.
—  Oj, Stefan, aleś ty niedomyślny! — roześmiała się Alinka. — PrzecieŜ ona do 
Bartka podobna jak dwie krople wody.
Stefan zmieszał się jeszcze więcej. Rzeczywiście podobieństwo było uderzające: 
czarne oczy, okrągła twarz, trochę zadarty nos i czarne włosy. Bartek był 
tylko duŜo niŜszy i grubszy od siostry.
Obserwując to wszystko Stefan milczał. Rozumiał, Ŝe powinien coś powiedzieć, 
ale co? ElŜbietka nie kwapiła się wybawić go z kłopotu. I ona była trochę 
zmieszana, kiedy wyciągnąwszy rękę
mówiła:
—  Jestem ElŜbietka Niedźwiedzka i... dlaczego kolega nigdy nie
przychodzi do Misia?
—  Do Misia? — nie zrozumiał Stefan.
—  No, do Bartka, my go tak w domu nazywamy.
Stefan uścisnął jej rękę, podsunął dziewczynkom krzesła, ale co mówić, nie 
wiedział w dalszym ciągu. JakŜe miał chodzić do Bartka, kiedy nie przyjaźnił 
się z nim tak jak z Wiktorem? Tyle Ŝe ze szkoły wracali często razem. Nie 
wydawało mu się stosowne wysunięcie tego argumentu. Wolał więc powiedzieć:
—  Tak... w ogóle. W naszej szkole strasznie duŜo zadają. -— To zupełnie jak u 
nas — westchnęła Alina.
Stefan spojrzał na nią z nie ukrywaną pogardą.
—• U was? To, co u was zadają, to w ogóle moŜna powiedzieć zero przy naszym. 
KaŜdy wie, Ŝe naszą szkołę najtrudniej skończyć. A juŜ jak kto skończy, to 
oho! Nie byle czym będzie! MoŜe nie Wiesz, Ŝe naszą szkołę skończyło dwóch 
poetów, jeden generał, jeden minister i...
—¦ Wiem o tym tak samo dobrze, jak ty — przerwała mu Alina. —» Ci poeci i ten 
generał chodzili do szkoły na Podmiejskiej, ale do której, czy do waszej, czy 
do naszej — nie wiadomo, a ten generał to w ogóle podobno tylko do jednej 
klasy tu chodził.
Stefan zaperzył się na dobre. Zaniepokojona ElŜbieta wtrąciła czym prędzej do 
rozmowy:
—  A czy kolega ksiąŜkę zaraz zacznie pisać?
Stefan, który miał juŜ jakąś ostrą replikę dla Aliny, zwrócił się do 
ElŜbietki. Grzeczne zapytanie wymagało grzecznej odpowiedzi, więc opanował się:
—  Tak, owszem... To jest... Niezupełnie zaraz. Najpierw będę się w pisaniu 
wprawiać. Ale jak się juŜ wprawię, to dopiero będę pisać jedną ksiąŜkę za 
drugą. Bo bez wprawy to nie moŜna pisać, nawet tej pierwszej ksiąŜki. To 
trudna rzecz. Ale skąd koleŜanka
0  tym wie?
—  Miś, jak tylko do domu wrócił, zaraz o tym opowiedział.
i  jeszcze mówił, Ŝe kolega dostał ksiąŜkę od kierownika szkoły i Ŝe kolega 
będzie sławny. A czy kolega ma guzy na głowie?
Stefan spojrzał zdziwiony. „Jakie te dziewczyny są! — pomyślał. — Tu o sławie, 
tu o guzach, groch z kapustą" — ale na głos powiedział:
—  Wczoraj, owszem, miałem. KaleŜanki brat mi nabił. Ale ja mu nabiłem dwa. 
Dziś juŜ nawet śladu nie ma, bo zaraz przyłoŜyłem zimny nóŜ. To najlepszy 
sposób na guzy. Niech koleŜanka stosuje na moją odpowiedzialność.
—  Ach, nie — ElŜbieta zaprzeczyła Ŝywym ruchem głowy, aŜ ' oba warkocze 
znalazły się za plecami. — Ja nie  o takie guzy
pytam. Nasza nauczycielka opowiadała nam, Ŝe sławni' ludzie mieli na czaszce 
wypukłości, takie jak guzy...
Stefan zastanowił się nad słowami ElŜbietki. To dopiero! A on wcale o tym nie 
wiedział! Najchętniej obejrzałby zaraz swoją głowę. Ale nie wypadało teraz 
tego zrobić. Alinka i tak patrzyła na niego trochę drwiąco.
Całą rozmowę widocznie było dobrze słychać w kuchni, bo w progu stanęła nagle 
matka mówiąc:

Strona 8

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  A dlaczego wcale nie pochwaliłeś się ksiąŜką od pana kierownika? PokaŜ no ją.
—¦ PokaŜ! PokaŜ! — zawołała Alinka. ElŜbieta milczała, ale po minie widać 
było, Ŝe i ona chętnie zobaczyłaby ten prezent.
Dziewczętom Stefan próbowałby się wykręcić i moŜe by mu się to udało, z mamą 
nie było Ŝartów. Sięgnął więc na półkę po ten wątpliwego   zaszczytu   
egzemplarz   i   czym   prędzej   rozłoŜył   go
otwarty na stronie, gdzie widniał napis kierownika ukosem przez
tytuł:
—  „Stefanowi  śórawcowi na pamiątkę rozmowy w ostatnim
dniu lekcji..." — przeczytała głośno Alina.
—  To musiała być powaŜna rozmowa — zauwaŜyła ElŜbieta.
—  Pewnie, Ŝe powaŜna — przyznał skwapliwie Stefan. — Nic tam do śmiechu nie 
było. Taka rozmowa to moŜe mieć dla mnie i w ogóle dla mojej przyszłości duŜe 
znaczenie.
—¦ Podoba mi się, Ŝe kolega tak powaŜnie patrzy na Ŝycie. Nasz Bartuś to o 
niczym takim nie lubi nawet mówić. No, ale on musi ciągle się troszczyć o 
swoje zdrowie.
—  Co teŜ koleŜanka mówi! — zawołał Stefan. — PrzecieŜ on jest najzdrowszy z 
całej naszej klasy.
—  Ale jak był mały, to bardzo cięŜko chorował. Dlatego mamusia ciągle drŜy o 
niego, bo widzi kolega...
—  Oj, dajcie spokój z tym „kolego" i „koleŜanko", bo juŜ słuchać nie mogę. 
Mówcie sobie po imieniu, i juŜ.
—  Alinko — stropiła się ElŜbieta. — Jaka ty jesteś! MoŜe kolega sobie tego 
wcale nie Ŝyczy?
—¦ Owszem — bąkał Stefan — chyba Ŝe koleŜanka tego nie 
chce?                                           %
—' No to... Stefku — zaczęła ElŜbieta, ale widać było, Ŝe jej to niełatwo 
przyszło, bo aŜ się zarumieniła — powiedz, o czym będziesz pisać w swoich 
ksiąŜkach?
—¦ O wszystkim. O szkole, o domu, o kolegach i w ogóle.
—' To napisz o mnie — wyrwało się Alince — i o Eli.
Ale ta zaprotestowała gorąco:
—  Nie, nie, za nic na świecie! KsiąŜki trzeba pisać o czymś waŜnym i pięknym, 
a cóŜ moŜna o mnie?
—  No,  no, nie bądź taka skromna — powiedziała Alina. — PrzecieŜ o kaŜdym 
moŜna coś napisać. Jeden ma urodę — po minie moŜna było poznać, Ŝe Alina do 
takich zalicza siebie — drugi pięknie gra, tak jak ty. — I zwracając się do 
Stefka, dodała: — Stefek, mówię ci, Ŝebyś ty słyszał, jak ona gra! Kto wie, 
moŜe teŜ będzie sławną artystką jak ta... no, wiesz?...
Stefek nie miał pojęcia, o kim mowa, ale nie zdradzał się z tym.
Jeszcze mogłyby o nim powiedzieć, Ŝe jest „ciemną masą". Myślał, Ŝe ElŜbietka 
powie nazwisko, o które chodziło Alinie. Ale ElŜbietka zerwała się nagle z 
krzesła i oświadczyła, Ŝe musi juz iść, bo przecieŜ tylko na chwilkę wpadła do 
Aliny, a tymczasem z tej chwilki zrobiła się cała godzina. Stefek pomyślał, Ŝe 
to jest gruba przesada. Zdawało mu się, Ŝe dziewczęta dopiero co weszły. Kiedy 
Alina zaproponowała, Ŝeby razem z nią odprowadził ElŜbietkę do rogu, zgodził 
się chętnie i wyszli z mieszkania we trójkę.
Rozmowa jakoś nie kleiła się. Stefan juŜ za bramą powiedział ElŜbietce, Ŝe 
jest podobna do Bartka, tylko trochę wyŜsza. Później przy rogu Szarej 
oświadczył, Ŝe Bartek jest do niej podobny, tylko trochę niŜszy. Potem nie 
zdąŜył juŜ nic do swoich wypowiedzi dodać, bo stanęli na rogu Rzgowskiej przed 
domem, w którym mieszkała ElŜbietka. śegnając się powiedziała:
—  Stefku,   przyjdź   kiedyś   do   nas,   mamusia   na   pewno   się ucieszy.
Wracając Stefan prawie nie słyszał, co do niego mówiła Alinka. Nie mógł 
zupełnie zrozumieć, dlaczego mama ElŜbietki ma się ucieszyć, kiedy on przyjdzie.
Zapytał o to wreszcie Aliny.
Ta wyśmiała go:
—  Jaki   ty   jesteś   niewychowany.   To   się   tylko   tak   mówi. Z 
grzeczności. Nie rozumiesz?
—  Nie rozumiem, wcale nie rozumiem, dlaczego mówi się coś takiego „tylko 
tak". PrzecieŜ mogła o swojej mamie nic nie wspominać,  jeŜeli to nieprawda. A 
jasne, Ŝe nieprawda, bo z czego miałaby się ucieszyć? PrzecieŜ mnie nawet nie 

Strona 9

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

zna. A co do wychowania, to wypraszam sobie. Ojciec mnie chowa, matka mnie 
chowa, a od babci nieraz porządnie oberwę. W tramwaju ustępuję miejsca, w 
sklepie się nie pcham. Ale moja mama nie lubi kłamstwa.  I jak powiedziałbym 
komuś „przyjdź, mama się ucieszy", tobym takie bicie dostał, Ŝe ojej! Po 
robocie to nieraz mamie aŜ głowa pęka, więc w domu spokój być musi.
Alina słuchała tego potoku wymowy z pobłaŜliwą wyŜszością.
Kiedy  Stefan  skończył,  a  wchodzili  juŜ  na  podwórko,  powiedziała:
—  Aleś ty jeszcze dziecinny!
Stefek skamieniał z obrazy. On „dziecinny"! I to kto mu zarzuca, Alina? Zdaje 
się jej, Ŝe jest dorosła, bo przeszła do siódmej
klasy!
—  A ty nie jesteś dziecinna, co? Bo z bikiniarzem chodzisz.
—  Nieprawda! — krzyknęła Alina. — Kłamiesz!
—  Nie kłamię. Widziałem cię wczoraj w parku.
—  Ciemno było. Nie widziałeś.
—i A jakŜe!  Dla mnie światła wystarczyło. Pod pachę z nim szłaś. Poczekaj, 
powiem twojej mamie, to cię zleje aŜ miło.
—  Stefku, Stefanku — głos Aliny płynął miodem. — Na Ŝartach się nie znasz. 
Tak mi się tylko powiedziało. Wcale nie jesteś dziecinny. KsiąŜkę masz pisać. 
I moŜesz naprawdę zostać sławny. ElŜbietka od razu się na tobie poznała. 
Powiedziała mi, Ŝe cię
podziwia.
—  Uhm — burknął Stefek, ale widać było, Ŝe go ostatnie słowa ujęły. — Za co 
miałaby mnie podziwiać? Znowu pewnie jakie
łgarstwo.
—  Nie, nie. Ona jest przecieŜ artystką. Ma takie wyczucie, mówię ci. Zresztą 
moŜe mi jeszcze coś o tym powie. To ja ci wtedy teŜ powiem, tylko, mój  drogi, 
nie wspominaj nic mojej mamie o tym parku... Stefku, dobrze? Proszę cię.
Pozwolił się ubłagać. W domu musiał zaraz nakryć stół do kolacji, bo to 
naleŜało do niego. Ojciec naradzał się z matką, kiedy wziąć urlop — w sierpniu 
czy w lipcu. Miał pojechać wtedy z Lu-cynką do brata na wieś. Lucynka chwaliła 
się, Ŝe ma same piątki na cenzurze. Zapytany o stopnie Stefan wolał 
powiedzieć, Ŝe dopiero jutro będzie pewny w tym względzie. Zaraz teŜ zaczął 
opowiadać o, swoim udziale w uroczystości zakończenia roku. Będzie śpiewać w 
chórze i recytować wiersz.
Mama, jak zwykle, pierwsza wstała od stołu.
— Stefek, Lucynka — zabierajcie się do mycia. I Ŝebym wam dwa razy nie 
przypominała. Nie chcę się jutro spalić ze wstydu za wasze brudne uszy.
Na próŜno Stefek, który nie lubił myć uszu, przekonywał matkę, Ŝe po pierwsze, 
mył je przedwczoraj, a po drugie, będzie przecieŜ występować na scenie, a ze 
sceny nawet najbrudniejsze uszy wydają się czyste. Mama była nieubłagana.
JuŜ leŜąc w łóŜku Stefek przypomniał sobie o guzach, o których mówiła 
ElŜbietka. AŜ usiadł i obiema rękami obmacał głowę. Guzów nie było. CzyŜby 
zniknęły od przykładania zimnego noŜa? A moŜe one rosną razem ze sławą?...
Co do podziwiania, to go nikt do tej pory nie podziwiał oprócz mamy, która 
zawsze „nie moŜe wyjść z podziwu", Ŝe on tak szybko drze spodnie! Ale 
zastanawiając się, doszedł do wniosku, Ŝe na takim podziwie wcale mu nie zaleŜy.
ROZDZIAŁ 2.
PAMIĘTNIK STEFANA.
Lato przeminęło tak jakoś zupełnie za prędko. Znowu jestem w Łodzi. Chciałem 
się zobaczyć z kolegami, ale okazało się to niemoŜliwe. Wiktor dopiero jutro 
wraca ze wsi od babki, a Bart-ka teŜ chyba nie ma w domu. Dzwoniłem tak, Ŝe 
umarły by się obudził, ale nikt drzwi nie otwierał. AŜ wyszła jakaś pani z 
przeciwka i skrzyczała mnie. A dlaczego? PrzecieŜ nie do niej dzwoniłem.
W czasie wakacji nie pisałem ani dziennika, ani pamiętnika. Przez cały lipiec 
słońce tak grzało, Ŝe po prostu szkoda było kaŜdej chwili spędzonej w domu. 
Raz po południu chciałem się juŜ poświęcić i zostać w domu, ale przyszedł 
Wiktor i powiedział, Ŝe nie szanuję własności społecznej, bo „młodzieŜ to 
skarb narodu", trzeba, Ŝeby była silna i wysportowana, a nie zdechła i krzywa 
od siedzenia nad zeszytem. Więc pobiegliśmy z piłką do parku. Ale tego dnia 
mieliśmy pecha, bo Wiktor strzelił gola prosto w drzwi świetlicy robotniczej. 
A te drzwi były szklane i bardzo jakieś kiepskie, bo zaraz się rozbiły, i to 
bardzo głośno.

Strona 10

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

ZdąŜyliśmy uciec w krzaki, a przez te drzwi ktoś wyszedł i tak wymyślał, Ŝe 
coś okropnego. Wiktor powiedział, Ŝe to wstyd, jak ludzie nie oceniają, mają 
świetlicą W pałacu, a krzyczą jak pastu-cay za bydłem. JuŜ tego dnia nie 
graliśmy. Baliśmy się, chociaŜ Wiktor powiedział, Ŝe trzeba grać, a jakby ktoś 
krzyczał na nas, to właśnie powiedzieć, Ŝe o niczym nie wiemy, Ŝe dopiero 
przyszliśmy, Ŝe gdyby to była nasza sprawka, to nie przyszlibyśmy
na pewno.
Ja nie chciałem tak zrobić, Bartek teŜ nie i Wiktor poszedł
z nami.
W domu coś mnie podkusiło i pochwaliłem się Lucynce, Ŝe tak nam się udało 
uciec, a ta papla wszystko powiedziała ojcu.
Miałem za swoje. Ojciec stwierdził, Ŝe jesteśmy gałgany i Ŝe mamy zaraz jutro 
iść i za szybę zapłacić. Mama teŜ dołoŜyła swoją porcją. Opowiedziała, Ŝe 
słyszała sama, jak jedna pani mówiła, kiedy park i pałac oddawano robotnikom, 
Ŝe ,,hołota wszystko tu zniszczy", uńęt mama sobie nie Ŝyczy, Ŝeby jej dzieci 
były za tę
„hołotę".
Na drugi dzień powiedziałem chłopakom, Ŝe musimy się złoŜyć na szybę. 
Widziałem, Ŝe to się nikomu nie spodobało. A najwięcej się rzucał Wicek 
Mrozowski, ten, co chodził do szkoły na Czerwoną. Wołał, Ŝe niech ten za szybą 
płaci, kto rozbił. Ale Bartek się nie zgodził. Powiedział, Ŝe jednemu to za 
trudno, zresztą kaŜdemu moŜe się taka rzecz zdarzyć i zaraz dał dwa złote. Nie 
wszyscy dali. Jedni nie mieli, a inni nie chcieli. Zebraliśmy dziewiętnaście 
złotych   i   ja   z   Wiktorem   poszliśmy   zanieść   te   pieniądze   do
świetlicy.
Siedziała tam jedna pani za biurkiem. Najpierw jak dowiedziała się, Ŝe to 
nasza sprawka, to tak nas zezwała, aŜ strach, a potem jak połoŜyliśmy 
pieniądze i Wiktor powiedział, jak to on potraji, Ŝe się „poczuwamy do winy" i 
„podchodzimy samokrytycznie", to trochę przestała. Wreszcie burknęła, Ŝe moŜe 
jeszcze z nas będą ludzie, chociaŜ to bardzo wątpliwe.
Chłopcy czekali na placu i Wiktor musiał wszystko opowiedzieć. Ten umie 
opowiadać! Mówi, Ŝe będzie kiedyś aktorem. JuŜ teraz do tego się wprawia. Lubi 
czytać na głos i czyta naprawdę ładnie.
A jak tylko jest okazja, to „odgrywa". On naprawdę do teatru ma duŜe zdolności.
Zaczął opowiadać, jak to on „w naszym imieniu pieniądze za rozbitą szybę 
złoŜył na biurku". A ta pani „ze łzami w oczach dziękowała i powiedziała, Ŝe 
ten piękny uczynek przynosi zaszczyt naszym wychowawcom i wart jest, Ŝeby go 
wpisać złotymi literami", tylko Ŝe na razie nie ma gdzie.
„A na to ja powiedziałem — opowiadał dalej Wiktor — Ŝe młodzieŜ szkolna zawsze 
chce postępować zgodnie z honorem i w razie czego jest gotowa od ust sobie 
odjąć, byle tylko honoru nie splamić. A na to: «Chłopcy! — mótoiła ta zza 
biurka. — Niech was przygarną do swego łona, niech ucałuję wasze jasne 
czoła...» A ja: «Obywatelko, jeszcze nie zasłuŜyliśmy na taki zaszczyt, ale 
będziemy się usilnie starać!»"
Tak opowiadał Wiktor, a umiał to wszystko tak odegrać, Ŝe gdybym z nim razem 
nie był, to pomyślałbym, Ŝe to wszystko prawda. Inni uwierzyli i widać było, 
Ŝe im się podobało. Tylko Wicek Mrozowski powiedział, Ŝe ma w nosie wszystkie 
honory. A Wiktor mu nawymyślał od zgnilizny moralnej i od skąpej hołoty, bo 
Wicek składki nie dał. Więc zaczęła się draka. Spraliśmy porządnie Wieka i 
jego przyjaciół, którzy mu się podlizują, bo on ma zawsze pieniądze i funduje.
Ja miałem tylko dwa guzy. Przykładałem w domu nózi,przypomniała mi się 
ElŜbieta. Myślę, Ŝe gdyby słuchała opowiadania Wiktora, to musiałaby nas 
podziwiać. ChociaŜ to niezupełnie była prawda, ale projekt oddania pieniędzy 
za szybę ja zgłosiłem. MoŜe Bartek w domu o tym opowiedział?
Ja teŜ próbowałem w domu opowiedzieć wszystko tak jak Wiktor, ale ledwo 
zacząłem, ojciec gazetę odłoŜył i mówi:
— śe co? Powtórz no.
A mama we drzwiach stanęła i tak mi się przyglądała, Ŝe od razu zacząłem od 
początku i powiedziałem, jak było naprawdę. Okazało się, Ŝe tatuś tą panią 
zna. To sekretarka klubu racjonalizatorów. Kiedy powtórzyłem Wiktorowi tę 
wiadomość, powie-¦ział, Ŝe to jakaś „mało wyrobiona" osoba, ale trudno, nie 
moŜna
wymagać, Ŝeby w kaŜdej świetlicy siedziały osoby „na poziomie". Dopiero jak my 

Strona 11

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

dorośniemy, to będzie inaczej.
Nie jestem pewny, czy ta zmiana będzie duŜa. Na całq naszą klasą tylko jeden 
Wiktor taki „wyrobiony" w języku.
W lipcu jeszcze wiele dni było ładnych i często grywaliśmy w piłkę, ale juŜ 
ostroŜniej. Składam sobie na kompas i tamtych dwóch złotych bardzo mi Ŝal.
W sierpniu wyjechaliśmy na kolonie. I dopiero pierwszego deszczowego dnia 
zobaczyłem, Ŝe ani zeszytu, ani ksiąŜki od pana kierownika nie zabrałem, z 
domu. Co było robić? Wychowawcy tyle mieli zajęcia, Ŝe nie miałem po prostu 
sumienia zawracać im głowy jeszcze moimi kłopotami. Tak więc moŜna powiedzieć, 
Ŝe ze szlachetnych pobudek pisanie miałem uniemoŜliwione. Drugiego dnia 
deszczu, kiedy po południu zaczęło mi się strasznie nudzić, wpadłem na pomysł, 
Ŝeby napisać do domu do tatusia, Ŝeby mi wysłał zeszyt i ksiąŜkę pocztą. A 
trzeciego dnia, kiedy juŜ zdecydowałem się i siadłem do pisania listu — 
zaczęło się przejaśniać. Wtedy pomyślałem sobie, Ŝe szkoda byłoby fatygi mojej 
i ojca, bo zanim list dojdzie do Łodzi, a paczka do mnie, to deszcz moŜe się 
skończyć. I rzeczywiście, to była taka „trzydniówka", a potem do końca kolonii 
ani kropla nie spadła.
Teraz po powrocie do domu sumienie mnie trochę gryzie, więc usiadłem i piszę, 
Ŝeby za tamtą „trzydniówkę" odrobić,
W tym roku postanawiam sobie wyrabiać charakter. To nie jest taka łatwa rzecz. 
Od razu całego charakteru wyrobić nie moŜna. Nie ma mowy. Trzeba po kawałku.
Więc najpierw postanawiam, Ŝe moje słowo to będzie „Ŝelazo-beton", Ŝe jeŜeli 
co obiecam, to dotrzymam. Mój tatuś teŜ uwaŜa, Ŝe słowo to święta rzecz, i w 
fabryce wszyscy wiidzą, Ŝe „majster Zórawiec słów na wiatr nie rzuca". Kiedyś 
kolega ojca opowiadał o tym w domu. Mnie było wtedy bardzo przyjemnie, Ŝe mój 
ojciec taki słowny.
ChociaŜ z drugiej strony, to ja tę słowność ojca boleśnie, moŜna powiedzieć, 
odczuwam. Ile razy mam, obiecane lanie, to mnie nigdy nie minie. Ale i innych 
obietnic tatuś dotrzymuje. Na przykład przed wyjazdem otrzymałem obiecany 
scyzoryk. I to jaki!
Cztery nierdzewne ostrza i prawdziwa rogowa -oprawa. Chłopakom mało oczy na 
wierzch nie wyszły z zazdrości. Taki jest mój ojciec! Jak mam kłopot jaki, to 
często idę z nim do ojca. Teraz teŜ powiedziałem, Ŝe o to pisanie spokoju nie 
mam, czy jestem w porządku. A tatuś na tó, Ŝe skoro spokoju nie mam, to 
najlepszy dowód, Ŝe nie jestem w porządku.
„Jak z robotą nawaliłeś — powiedział — to nie zawracaj sobie głowy zgryzotami, 
tylko rękawy zawiń i gazuj."
Zaraz teŜ sobie postanowiłem, Ŝe za tę „trzydniówkę" to napiszę dzień po dniu 
trzy razy, a potem solidnie raz na tydzień albo jak będzie coś ciekawszego, to 
nawet częściej, ale ten raz na tydzień to zawsze a zawsze, Ŝeby nawet nie wiem 
co. I jak sobie postanowiłem, to zaraz przestało mnie gryźć. Jakby ręką odjął.
Z Bartkiem juŜ się widziałem. Zdziwił się na mój widok, Ŝe jestem taki 
opalony. Był na koloniach, które urządziła fabryka jego ojca, w górach. 
Miejsce do kąpania mieli świetne, ale on obiecał mamie, Ŝe nie będzie siedział 
ani w wodzie, ani na słońcu, ani na wilgotnej trawie, ani po zachodzie słońca 
na dworze. Bardzo zajęty był tym uwaŜaniem, ale nie chorował ani razu. AŜ się 
dziwię. Bo ja z samego takiego uwaŜania rozchorowałbym się cięŜko.
W czasie naszej rozmowy weszła do pokoju mama Bartka i chociaŜ juŜ ją 
widziałem kilka razy, bo w lipcu wpadałem, do Bartka dosyć często, przyjrzałem 
się jej na nowo. Wcale nie wyglądała na osobę, która mogłaby wymyślić na 
wakacje takie tortury.
Kiedy piliśmy kawę, do pokoju wpadła ElŜbieta. Na mój widok krzyknęła „ach" i 
wyleciała za drzwi jak z procy. AŜ mi się nieprzyjemnie zrobiło. CzyŜby się 
mnie przestraszyła? Myślałem, Ŝe moŜe zrobiły mi się wąsy od powideł, którymi 
nasmarowany był chleb. Spojrzałem ukradkiem w szybę od kredensu. Wszystko było 
w porządku. Nawet włosy leŜały na głowie jak ulizane. Zanim wyszedłem do 
Bartka, dobrze je wyszczotkowałem. I paznokcie miałem obcięte. Niech sobie 
nikt u Bartka nie myśli, Ŝe jestem brudas. A ta ElŜbieta tylko „ach", i tyle. 
Szkoda całego zachodu. AŜ mi z tego wszystkiego chleb wypadł z rąk na obrus. 
Całe szczęście, Ŝe nie tą posmarowaną stroną.
Po podwieczorku poszliśmy obaj z Bartkiem do Wiktora. JuŜ wrócił ze wsi od 
stryja. Czarny jak Cygan i wyciągnął się w górę, tylko zdaje mi się, Ŝe 
jeszcze chudszy, niŜ był. Powiedział nam, Ŝe na wsi Ŝaden z chłopaków nie mógł 

Strona 12

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

dać mu rady. Ja nie bardzo w to wierzyłem i Wiktor zaraz chciał się ze mną 
spróbować, ale Bartuś powiedział, Ŝe próbować będziemy się na boisku, bo w 
domu przy takiej okazji to moŜe się coś stłuc, i lepiej, Ŝeby Wiktor 
opowiedział, jak spędził wakacje.
Więc Wiktor zaczął opowiadać, jak dobrał tam sobie paczkę kolegów i   jak   
prawie   co   niedziela   odgrywali   w   szkole   jakieś
sztuki.
Wyszliśmy od niego wszyscy i zaraz na podwórku spróbowałem się z nim. Nie dał 
mi rady, ale czułem; Ŝe na tym stryjowym wikcie zmocniał. Przybyło mu trochę 
mięsa i chyba juŜ w tym roku brat nie będzie się na nim jak na szkielecie 
kości uczył.
PoŜegnałem się z kolegami przed bramą, a na podwórku koło naszej klatki 
schodowej zobaczyłem Alinę z jakimś chłopakiem,. Alina wyglądała zupełnie jak 
dorosła panna; uczesana była w koński ogon, w ręku torebka. A ten chłopak to 
był Wicek Mro-zowski. Nie poznałem go od razu, bo włosy zapuścił i kurtkę miał 
nową, jakąś taką dziwną, jasnozieloną, i krawat w deseń,
Alina poŜegnała się z nim zaraz i na schody wchodziliśmy razem. Pytam się jej, 
co robiła przez wakacje, a ona nic, tylko
o Wieku, Ŝe to taki nadzwyczajny chłopiec.
„Nadzwyczajny! — mówię. — Włosy zapuszcza i w ogóle na bikiniarza wygląda. 
Dadzą mu jutro w szkole, zobaczysz, zaraz będzie inaczej wyglądać."
„Co ty pleciesz? — oburzyła się Alina. — On juŜ jest uczniem technikum 
fotograficznego, to jest szkoła dla dorosłych. Wicek ma juŜ prawie szesnaście 
lat."
„Wiem — mówię — przecieŜ w piątej klasie siedział dwa lata
i  w siódmej tak samo. Ledwo ją skończył. Mój stryjeczny brat z nim chodził. 
Wicek ma bardzo twardą głowę. Zobaczymy, jakie cuda pokaŜe w tym technikum. 
JuŜ ja w to nie wierzę."
„A ja wierzę — zaprzeczyła Alina. — To jest bardzo zdolny chłopiec. Będzie 
robić artystyczne zdjęcia. JuŜ ma aparat. Sfoto-
grafuje mnie. Zobaczysz. Powiedział, Ŝe jestem fotogeniczna. W ogóle on ma 
bardzo artystyczną duszę. Czasami tak coś powie, jak prawdziwy poeta."
Pokiwałem z politowaniem głową, ale ona przekonywała mnie
dalej:
,Wiesz, jak mnie nazwał?  Kalina.  Tak.  Czy to nie pięknie? Chciałabym się 
tak nazywać. Stefanku, proszę cię, mów tak do a mnie od dzisiaj."
„Czyś ty zwariowała? — mówię. — PrzecieŜ to nie jest ludzkie imię. PrzecieŜ o 
kalinie to pisze w tym wierszu, Ŝe «rosła z liściem szerokim». Co to ma 
wspólnego z tobą? Gdzie liść, gdzie potok, gdzie «drobny deszcz piła»?" Na to 
Alina powiedziała mi, Ŝe jestem kompletny osioł, bo na poezji nie rozumiem się 
nic a nic. A ja jej powiedziałem, Ŝe skoro jest „kalina", to niech spojrzy 
„jak w lusterko — w wodę", to zobaczy, Ŝe z tym ogonem jest jeszcze bardziej 
ruda niŜ przed wakacjami. Na to ona trzasnęła swoimi drzwiami, bo juŜ byliśmy 
na drugim piętrze, a jeszcze przedtem pokazała vii język. A taka niby dorosła. 
Dorośli przecieŜ języka nie pokazują. MoŜe jej się zdaje, Ŝe jak jest w 
siódmej klasie, to juŜ Bóg wie co, a cóŜ to siódma klasa? Za rok i ja w niej 
będę.
Swoją drogą Ŝal mi tej Aliny. Co ona temu winna, Ŝe jest ruda? Ma rudego ojca, 
którego ludzie nie szanują, bo pijak i awantury urządza prawie co sobotę. 
Gdyby nie matka, która jest krawcową i zarobi, to Alina pewno biedy najadłaby 
się niemało. A rudym być to nie daj BoŜe! U nas w IV A był jeden rudy, to nikt 
go po imieniu nie nazywał. Muszę się zapytać ElŜbiety, czy Alinę przezywają.
Czarne włosy, takie jak ma ElŜbieta, to są ładne. W ogóle ElŜbieta wydaje mi 
się mądrzejsza. Widać, Ŝe to zupełnie co innego. I gra podobno pięknie. Do tej 
pory nie znałem Ŝadnej dziewczyny, która by się nazywała ElŜbieta. To chyba 
ładne imię.
ROZDZIAŁ  3.
CEGŁA Z JASNEGO NIEBA! FATALNE PODSUMOWANIE. POBITY WŁASNĄ BRONIĄ.
Dzień był piękny, słoneczny i ciepły. Stefan biegł do szkoły ulicą, jakŜe 
odmienioną w ciągu dwóch miesięcy wakacji. JuŜ tu się jesień rozgościła po 
swojemu, kolorowo.
Jeszcze na Bednarskiej dogonił Stefana Wiktor, a w bramę szkoły wchodzili juŜ 
całą znajomą gromadą.

Strona 13

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Budynek pękał od gwaru, aŜ trudno się było zrozumieć. Nawoływano się, 
wymieniano uściski, kaŜdy miał mnóstwo do powiedzenia, kaŜdy był ciekaw nowin. 
Biegano z klasy do klasy i oglądano je ciekawie. Szkoła, odnowiona w czasie 
wakacji, wydawała się inna.
Znajomy głos dzwonka wyłonił z tego zamętu poszczególne klasy. Pomaszerowano 
do auli i wszystko odbyło się wiadomym, a zawsze na nowo wzruszającym 
porządkiem.
Na zakończenie uroczystości kierownik oświadczył, iŜ pięknie odnowiony budynek 
szkolny oddaje pod szczególną opiekę młodzieŜy i robi to z całym zaufaniem, bo 
wie, Ŝe młodzieŜ tej szkoły
na to zasługuje.
Odśpiewano hymn i wszyscy powędrowali do swoich klas.
Jeszcze wtedy Stefanowi tak było przyjemnie, tak się nie wiadomo z czego 
cieszył!
Tymczasem ledwo VI A zdąŜyła zająć miejsca w ławkach, kiedy do klasy weszła 
pani Ostrowska, zeszłoroczna wychowawczyni. Wydobyła z teczki kartkę i zaraz 
zaczęła wypisywać na tablicy plan lekcji.
Stefan poczuł łokieć Wiktora.
—  A mówiłeś przed wakacjami, Ŝe jej z nami nie będzie?
—  Mówiłem, mówiłem — odburknął Stefan. — Dzisiejszy dzień
się nie liczy.
Nagle do klasy wszedł nauczyciel fizyki, pan Karniewicz. Towarzyszyły mu 
cztery dziewczynki z VI B. Na powitanie klasy odpowiedział uśmiechem i zwrócił 
się do wychowawczyni:
__ Z polecenia pana kierownika oddaję pani cztery moje wychowanki i proszę o 
czwórkę chłopaków.
Stefana od razu coś tknęło, ale własnym uszom nie wierzył, kiedy pani 
Ostrowska odpowiedziała:
__ Tak, wiem, pan kierownik mówił mi o tym. Z mojej klasy
do pana przejdą: Stefan śórawiec, Bartek Niedźwiedzki, Wiktor Kijanka i Romek 
Koziołkiewicz. Sami rozumiecie — zwróciła się do klasy — jedna klasa ma za 
wiele dziewcząt, druga — chłopców, i to jest niewłaściwe, dlatego się 
rozstajemy. Myślę, Ŝe mi wstydu w tamtej klasie nie zrobicie. Do widzenia, 
zobaczymy się jutro. Będę u was na polskim na trzeciej godzinie.
CóŜ było robić. Wymieniona czwórka wyszła z ławek i pomaszerowała za panem 
Karniewiczem. Miny mieli nietęgie. Szczególnie Romek, kompletnie zbaraniały, 
powtarzał co chwila:
—  Ale dlaczego ja? Dlaczego ja?
Nauczyciel wskazał im drzwi VI B. Wchodzących do klasy powitał zgodny chór:
—  Przyszły asy z piątej klasy!
—¦ Nie z piątej — sprostował Bartek. — Tylko z szóstej.
—  No, w szóstej jesteście dopiero od dzisiaj — powiedział jakoś 
nieprzyjaźnie  Sewerek  Witkowski — i to sobie  zapamiętajcie: u nas asami nie 
będziecie. Co to to nie.
—  Przez was to nam zabrano cztery najlepsze koleŜanki — pisnęła któraś z 
dziewcząt.
—¦ Jak to, przez nas? — zapytał spokojnie Bartek. — Czy my tu chcieliśmy 
przyjść?
—  Ten  straszliwy  cios uderzył w nas jak piorun z jasnego nieba. I 
zgruchotał jak młode brzózki o wiośnie — „zagrał" po swojemu Wiktor i widać 
było, Ŝe na nie oswojonych z jego stylem dziewczętach zrobiło to duŜe 
wraŜenie. Ale tylko na dziewczętach, bo Sewerek zawołał:
—• Brzózki jak brzózki, ale z was dobre ziółka, to wiemy. To przez was pani 
Ostrowska mało nie osiwiała! To przez was nasz zastęp ciągnął się cały rok w 
ogonie! Wasi koledzy szaleją z radości, Ŝe się was pozbyli, a my...
— ŁŜesz — przerwał mu Wiktor. — Kiedy opuszczaliśmy klasę, panowała w niej 
tragiczna cisza. Słychać było tylko przyspieszony łomot rozdartych Ŝalem serc. 
Jeszcze na korytarzu doleciało nas głębokie westchnienie czterdziestu 
przyjacielskich piersi.
—• To było westchnienie ulgi... — rzucił kpiąco głos spod pieca, ale nie 
dokończył. Do klasy wchodził nauczyciel.
„Nowi" zajęli cztery wolne miejsca pod oknem. Bartuś z Wiktorem w trzeciej, a 
Stefan z Romkiem w drugiej ławce. Nauczyciel udzielił kilku potrzebnych 

Strona 14

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

informacji i moŜna było rozejść się do
domu.
Uczniowie i uczennice VI B wychodzili szybko parami lub pojedynczo. Na 
„nowych" nikt nie zwracał uwagi. Gdy zostali w klasie sami, Romek wybuchnął:
—¦ Ale za co mnie przeniesiono? Za co? To przecieŜ wy spóźnialiście się prawie 
przez cały rok. To wy obrywaliście dwójki, to wy mieliście zawsze dzikie 
pomysły. To przez was klasa miała złą opinię! Ale ja? Za co?
Nikt mu nie odpowiadał. Dołączenie go do wiadomej trójki było ze wszech miar 
dziwne. NaleŜał rzeczywiście do najsolidniejszych
uczniów.
Wodził po kolegach swoimi okrągłymi, trochę wytrzeszczonymi oczami i Ŝądał 
odpowiedzi. Zlitował się nad nim Bartek.
— śeby było do pary.
Romek machnął desperacko ręką i nie powiedziawszy nawet „do widzenia" wybiegł 
z klasy.
Stefan, Bartek i Wiktor opuścili ją równieŜ. W milczeniu i nie spiesząc się 
doszli do parku. JuŜ nie wydawał się taki piękny jak rano. Dostrzegli ubytek 
liści na drzewach, a te pod nogami szeleściły 
smętnie.                                                ,
Wiktor skręcił w boczną alejkę i usiadł na jednej z ławek. Koledzy poszli za 
jego przykładem. Milczenie przerwał Bartek:
—  Stefan, skąd wiedziałeś o tym przed wakacjami?
—  O niczym nie wiedziałem! Wtedy mówiłem wam tylko, Ŝe Gramatyka nie będzie 
naszą wychowawczynią w szóstej klasie.
—  Zgadza się: w szóstej klasie Gramatyka nie jest naszą wychowawczynią.
—  Ale ja nie tak myślałem! — wybuchnął Stefan. — Myślałem, Ŝe to Gramatykę z 
naszej klasy zabiorą moŜe gdzieś do młodszych klas. PrzecieŜ nie mogła sobie z 
nami dać rady.
—  Teraz, kiedy zamiast nas są te cztery niunie, da sobie radę — stwierdził z 
całym spokojem Bartek.
—  To juŜ innego wyjścia nie było? — pienił się w dalszym ciągu Stefan. — Nie! 
Ja tego nigdy panu kierownikowi nie zapomnę! Nigdy!
—  A co? Obiecywał ci coś?
—  Obiecywał! Pewnie Ŝe obiecywał! Mówił, Ŝe pomyśli...
—  E, tam — przerwał niecierpliwie Wiktor. — Ty myślałeś, Ŝe kierownik 
pomyśli... Widzimy, co z tego myślenia wyszło. I nic na to nie poradzimy! Jak 
pan kierownik tak postanowił, to skończone. Nie zostaje nam nic innego, tylko 
urządzić się w tej sytuacji jak najlepiej. I uprzedzam was: mnie się ten 
Sewerysio nie podoba.
—  Mnie się cała klasa nie podoba — rzucił Stefan.
—  I mnie się nie. podoba — mówił Bartek. — Tam miałem miejsce spokojne, 
wygodne, w kącie. A tu pod samym oknem. Jak będzie wiało, zaziębię się na pewno.
—  I jak oni nas przyjęli! — rozpamiętywał Wiktor. — Od razu wyliczyli nam 
wszystko, co było i czego nie było.
—  A czego nie było?
—  Oj,  Bartek, ty ze swoją dokładnością to do szału moŜesz człowieka   
doprowadzić!  —  irytował  się  Wiktor.  —  Czego  nie było? Nie słyszałeś, 
jak Sewerek mówił, Ŝe Gramatyka przez nas osiwiała? PrzecieŜ jeszcze nie 
osiwiała.
—  To prawda, jeszcze nie osiwiała.
¦— A widzisz! I, chłopaki, mówię wam — zapalał się Wiktor — nie dajmy się! Bo 
ja to juŜ czuję, Ŝe ten Sewerysio będzie chciał w nas orać! Niewolników z nas 
zrobi! Pot z nas będzie strumieniami płynąć! Będzie nas gnębił tak, jak Rzym 
gnębił Kartaginę!... Al   trafiła kosa na kamień. Znajdzie się teraz w klasie 
VI B — tu
Wiktor grzmotnął się w chudą, ale szeroką pierś — Hannibal, syn Hazdrubala! 
Drzyj, tyranie!
—  Nie przesadzaj — uspokajał go Bartek. — A Ŝe nie przyjęli nas z. otwartymi 
ramionami? Zrozumiałe: nie pamiętasz, jak to w zeszłym roku pokłóciliśmy się z 
nimi i nazwaliśmy ich baranami? śe V A to „asy", a VB to „barany"?
—  Ó, psiakość! — zawołał Wiktor. — Zapomniałem. A to rzeczywiście fatalnie 
się złoŜyło. Ale nie trzeba przypominać o tym teraz, kiedy my tam jesteśmy. 
Nie trzeba.

Strona 15

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—. Pewnie —¦ potwierdził Stefan. —¦ Ale chodźmy juŜ do domu, bo mnie się z 
tego zmartwienia jeść chce jak nie wiem co.
—• Chodźmy — zgodził się Bartek. — I nie trzeba się tak martwić. MoŜe się 
wszystko ułoŜy.
—  Ale tymczasem, chłopaki — zastrzegł Stefan — umawiamy się:  w domu o całej 
hecy nie mówimy. Rodzicom nic do tego. Zaraz będą się dopytywać, a co, a 
dlaczego? Słyszysz, Bartek, nie mów nic w domu. Jesteśmy w szóstej, i koniec.
W drodze do domu Wiktor jeszcze nie mógł się uspokoić.
—¦ Jakie jednak te kobiety są mało odwaŜne — mówił do Stefana. —¦ MęŜczyzna na 
przykład w takim wypadku powiedziałby: „Panie kierowniku, niech chłopcy 
zostaną w mojej klasie. Prawda, Ŝe trochę niespokojni, ale za to jakie głowy 
otwarte! Ozdoba całej klasy, moŜna powiedzieć. A moŜe to przyszła chluba 
narodu? Spróbuję jeszcze rok z nimi, zobaczę!" Tak powiedziałby męŜczyzna. Tak 
postąpiłby kaŜdy z nas. A Gramatyka? Poszła, jak to się mówi, po najmniejszej 
linii oporu. Co za brak odwagi! To straszna rzecz być kobietą!
Stefan milczał. Bardzo boleśnie przeŜywał swój zawód co do pana kierownika. 
Czuł się jak człowiek wystrychnięty na dudka, zawiedziony w rachubach.
Nie przeszkodziło mu to pochłonąć podwójnej ilości zupy. Przerywał jedzenie 
rzadkimi, ale za to głębokimi, filozoficznymi uwagami, których musiała 
wysłuchiwać Lucynka. Przy pierwszym talerzu zupy powiedział:
—  Na tym świecie to tak juŜ jest, Ŝe starsi rządzą, a młodzieŜ musi słuchać.
A przy drugim:
—  Gdyby było na odwrót, to "byłoby o wiele ciekawiej.
Następnego dnia lekcje mijały jedna za drugą w bardzo.przyjemnym nastroju. Nic 
nie było na dzisiaj zadane, więc Ŝaden nauczyciel nie gniewał się za nie 
odrobione lekcje.
—  śeby tak było cały rok, to naprawdę nauczyciele oszczędziliby  sobie  
wiele  zdrowia.  A  ile  przykrości  uniknęliby  uczniowie! — mówił na duŜej 
przerwie Wiktor.
—  I Ŝycie mogłoby być takie piękne — dodawał Stefan. — A tymczasem zamiast na 
tym odcinku coś uprościć, to tylko ciągle nowe konstytucje, wynalazki i 
odkrycia. Pomyślcie, co będzie musiał umieć uczeń szóstej klasy za sto lat?
—  Stefan, masz szczęście — stwierdził spokojnie Bartek.
—  A niby ty nie takie samo? — zdziwił się Stefan.
—  Nie. Ty większe. PrzecieŜ nie masz głowy do dat. A przeszło sto lat to oho! 
Ile do zapamiętania przybędzie.
—  KaŜdy z nas ma jakąś piętę achillesową w głowie — westchnął Wiktor. — 
Stefan — ortografię, ja — matmę, ty — geografię. Ale mówmy o przyjemniejszych 
rzeczach. Widzieliście te błyski smutku w oczach Gramatyki, kiedy przyszła do 
nas na polski?
—  Smutku? — zdziwił się Bartek. — Nie zauwaŜyłem. Dziewczyny ją tak 
obstąpiły, chyba na złość nam dopytywały się ciągle o te przeniesione 
koleŜanki. Ale rozmowa była wesoła.
—  Ja siedzę bliŜej. Dobrze widziałem. Mówię wam. To sztuczna wesołość. 
Gramatykę rozdziera ukryty ból po naszej stracie. Cierpi niewymownie... — tu 
Wiktor złapał się za serce z wyrazem takiego bólu, Ŝe aŜ jakaś przechodząca 
uczennica zatrzymała się na chwilę przestraszona. — Ale stało się! I juŜ jest 
za późno. Teraz Ŝeby cała rada pedagogiczna uklękła przed nami, nie wrócimy do 
VI A. Prawda, chłopaki?
—  Nie wrócimy — powiedział Stefan.
—  Nie, nie ma obawy — dorzucił Bartek myśląc raczej o tej klęczącej radzie 
pedagogicznej.
Rozpoczęty tak przyjemnie dzień zakończył się zgrzytem. Na ostatniej godzinie 
wychowawca zapowiedział „podsumowa-me wakacji". Nie spodziewającej się niczego 
trójce przyjaciół ce-
gła spadła na głowę. Niewinnie brzmiące „podsumowanie" okazało się 
sprawdzeniem podjętych w czerwcu zobowiązań wakacyjnych.
Skóra na „nowych" ścierpła. W ich dawnej klasie nigdy nic podobnego nie miało 
miejsca. Zobowiązania co roku podejmowano, owszem, ale nikt ich nie zapisywał 
i nikt nie sprawdzał po wakacjach, a tu?!
Na polecenie wychowawcy Sewerek odczytywał zobowiązania
z listy.
Chłopcy mieli jeszcze nadzieję, Ŝe ich nazwiska nie figurują na niej. 

Strona 16

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Niestety! Pan Karniewicz, zakończywszy sprawdzanie „swoich", zwrócił się do 
Romka:
—¦ A teraz, Koziołkiewicz, powiedz nam o zobowiązaniach waszej czwórki.
—  Ja tak  dobrze  nie  pamiętam — zaczął  ociągając  się Romek. — Ja byłem na 
wakacjach u wujka gajowego i pomagałem w oczyszczaniu leśnych pasów. Mam 
zaświadczenie, z leśnictwa. Jutro przyniosę, bo nie wiedziałem... A oni niech 
sami mówią, ja nie pamiętam. Stefan miał, zdaje się, zbierać jakieś kamienie 
i... Stefan, nie kop mnie pod ławką, bo ja dla ciebie kłamać nie będę. Pewnie 
znowu zaczniecie się wykręcać, jak zawsze.
A to zdrajca! Stefek o mało nie spalił się ze wstydu. Trzeba było się przyznać 
do nie spełnionego zadania. Zupełnie o nim zapomniał. I Bartek nie spreparował 
obiecanego rybiego szkieletu. Zaskoczony Wiktor ratował się jak mógł barwnym 
opisem urządzanych na wsi wieczornic, ale naprawdę, to nie pamiętał nawet, 
czego się podjął...
Po lekcjach zatrzymali Romka w klasie. Chcieli go nauczyć rozumu, ale się 
wcale nie zląkł.
—  Ruszcie mnie tylko — powiedział — zaraz pójdę do pana kierownika i wszystko 
powiem. Zobaczycie, Ŝe was wyrzucą ze szkoły.
Chłopcy wymienili spojrzenia, a Wiktor rozłoŜył ręce.
—¦ Chłopie, czy nie rozumiesz, Ŝe na kolegów donosi tylko zdrajca? A człowiek 
szlachetny, taki jak ja albo Stefan, albo Bar-tuś, to raczej odda swoje młode 
Ŝycie, raczej pozwoli sobie rozpalonymi obcęgami język wyrwać, a kolegi nie 
wyda. A ty!... Ech,
Romek, mówię ci, Ŝe gdyby moŜna cię było uszlachetnić jakimiś pigułkami albo 
proszkiem, to ja bym buty sprzedał, ostatnią koszulę bym z grzbietu ściągnął 
na pokrycie kosztów, bo ja dla kolegi...
—  No, no — przerwał mu Roman — gdyby takie pigułki istniały, to na was dawno 
złoŜyłaby się cała klasa. Szlachetni! A dlaczego mnie Stefek pod ławką kopał? 
Cyganić chciał, juŜ ja was znam, ale nie bójcie się!
Nie dowiedzieli się, czego mieli się nie obawiać. Romek na tym zdaniu 
zakończył i wyszedł z klasy. Patrzyli na siebie trochę zaskoczeni niewątpliwą 
słusznością jego wywodów, wreszcie Wiktor westchnął:
—¦ Chodźmy. Wielka szkoda, Ŝe go przenieśli razem z nami. Nic dobrego z tego 
nie wyniknie...
—  Nie masz racji — zaprzeczył Bartek. — Nie ma tego złego, co by na dobre nie 
dało się obrócić. Ja juŜ sobie pomyślałem. Jak mnie będą piłować w domu na 
temat „dlaczego", to właśnie Romek, uczeń bardzo dobry, jest dowodem, Ŝe to 
tylko takie przesunięcie dla usprawnienia pracy.
Stefan spojrzał na Bartka z podziwem i powiedział:
—  A wiesz, Ŝe to wspaniały pomysł. JeŜeli siostra cię zapyta, dlaczego nas...
—  ElŜbietka na pewno nie zapyta. Co ją to obchodzi? Zresztą ja tak tylko na 
wszelki wypadek, bo właściwie kto o tym wie oprócz naszej klasy?
Wlekli się pustym korytarzem. W całym gmachu panowała cisza. Nagle kiedy 
dochodzili juŜ do schodów, z drugiego piętra zjechał po poręczy repetujący 
piątą klasę Franek Gawroński... Zobaczywszy ich przystanął na zakręcie, 
przyłoŜył zgięte palce do czoła i zawołał: — Beee! Beee!
Chłopcy oniemieli z oburzenia. Ten Franek, ten repetent ośmiela się z nich 
drwić! Wreszcie Wiktor opanował się i odezwał wyniośle:
—  Oto lekkomyślne pacholę z młodszej klasy, które przy najbliŜszej okazji 
połamie-nogi, wydaje jakieś dźwięki zupełnie niestosowne w tych dostojnych 
murach.
—  Beee! Beee! Przeflancowali was do „baraniej"! Cała szkoła ma uciechę. Beee! 
Beee!
Ostatnie słowa dobiegły chłopców juŜ z dołu, dokąd Franek, zauwaŜywszy jakiś 
podejrzany ruch Stefana, zjechał błyskawicznie.
—¦ To się nazywa być pobitym własną bronią — stwierdził Bar-tek. — To 
wymyśliłeś ty, Wiktor.
—  Wymyśliłem,  wymyśliłem — przedrzeźniał  go Wiktor — jeszcze niejedno 
wymyślę, wiesz? Stać mnie na dobry pomysł! Na poczekaniu! — Tu nagle olśniony 
czymś Wiktor palnął się w czoło. — Chłopaki! Jesteśmy uratowani! Stefan, dawaj 
scyzoryk!
—  Na co?
—  Nie pytaj, tylko dawaj! Bartek, stój tu i pilnuj, czy kto nie idzie na 

Strona 17

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

schodach. Stefan, leć w drugi koniec korytarza. JeŜeli kogo zauwaŜycie, 
zaczniecie kasłać i schodzić na dół. Ja sobie tu sam dam radę.
Chłopcy ustawili się według wskazówek Wiktora. Mieli oko na schody, ale 
zerkali od czasu do czasu w stronę Wiktora, który wrócił do drzwi klasy 
znajdującej się mniej więcej w połowie korytarza, przystawił sobie do nich 
odwrócony do góry nogami drewniany kosz na śmieci i majstrował coś przy 
tabliczce. Kiedy skończył i ruchem ręki wezwał przyjaciół, zobaczyli jego 
dzieło. Na ciemnej politurze drzwi odcinały się jasno wyrŜnięte scyzorykiem 
litery. Razem z emaliowaną, przybitą do drzwi tabliczką tworzyły napis: „Klasa 
VI Bojowa".
—« Teraz juŜ Ŝadnych wątpliwości nie będzie. Prawda? Jak myślicie?
Bartek w milczeniu przytakiwał głową. Stefkowi sam pomysł podobał się równieŜ, 
gryzło go tylko sumienie z powodu podrapanych drzwi.
—  Nie moŜna było kartki przykleić? — zapytał.
—  Kartkę zdarliby od razu i po wszystkim. A nazwa musi się przyjąć.
—  A jutro zawołają nas do kierownika — powiedział powoli Bartek.
—  O rany! — zawołał Stefan. — Jak trzeba będzie za drzwi
zapłacić, to ojciec kaŜe mi wziąć z tych składanych na kompas. Ja nigdy nie 
uzbieram całej sumy!
— Spokojna głowa — rzekł Wiktor. — Wyjdźcie tym korytarzem na dół i przez okno 
z pierwszej klasy. Uwaga, Ŝeby was kto nie widział. Ja muszę przez szatnię, bo 
mam tam kurtkę. JeŜeli woźny mnie zauwaŜy, posądzenie padnie na mnie. Jak się 
jutro zrobi heca, wyprzecie się w Ŝywe oczy; nic nie wiecie, wyszliście 
wpierw. A ja się wytłumaczę, nie bójcie się, nie pierwszy raz...
. Chłopcom udało się wymknąć niepostrzeŜenie według rady Wiktora. Bartek 
poŜegnał się szybko. Obiecał wychowawcy przynieść ten rybi szkielet.
ROZDZIAŁ 4.
NASZA KLASA „BOJOWA". OSIOŁ POPSUŁ — MĄDRY NAPRAWIŁ. ŁADNE ZOO!
Stefan wrócił do domu z nieprzyjemnym uczuciem. Dręczyło go, Ŝe dołoŜył ręki 
do niszczenia drzwi. A jeŜeli Gawroński jutro powie, Ŝe widział ich ostatnich 
na korytarzu? Cała ta sprawa, jak chory ząb, dokuczała mu aŜ do wieczora.
Wybiegł na podwórze i zastał juŜ tam Wiktora, który czuł się tu jak u siebie. 
Mocowali się, ganiali, aŜ wreszcie przysiedli odpocząć. W pewnej chwili Stefan 
zobaczył idące Alinę i ElŜbietkę. Nie wiedział, jak się zachować. MoŜe Alina 
jeszcze się gniewa? Najchętniej udałby, Ŝe ich nie widzi.
Tymczasem Alina ich spostrzegła. Podeszła wiodąc ElŜbietę za sobą.
Stefan speszył się, ale przeszło mu to szybciej niŜ zwykle. Musiał po prostu 
podziwiać obrotność i zręczność kolegi. Usiłował go naśladować.
Wiktor podniósł się szybko na widok dziewcząt, przywitał, zaprosił na ławkę i 
zaraz, jak to on, zaczął coś opowiadać. Stefan tymczasem przyglądał się 
ukradkiem ElŜbiecie. Na tle jasnej, bia-
łoróŜowej Alinki z podfryzowaną, złotą grzywką — jej gładkie, czarne włosy i 
mocno opalona twarz wyglądały tak jakoś szlachetnie.
ElŜbietka równieŜ kilkakrotnie uwaŜnie spojrzała na Stefana. Poruszył się 
niespokojnie: szyi wczoraj nie umył, moŜe to widać? W pewnej chwili doszły go 
słowa Aliny:
—  ...i podobno przesadzono was do baranów?
Stefan o mało z ławki nie spadł. Za nic w świecie nie spojrzałby w tej chwili 
na ElŜbietkę. Ale Wiktor nie stracił głowy.
—  Do  bojowych,  Alinko,  do  bojowych,  zapamiętaj  to sobie: „Szósta  
bojowa". Ktoś cię źle poinformował.
Stefanowi przemknęło przez głowę, Ŝe ten ktoś to Franek Ga-wroński. Mieszka w 
następnej klatce za Aliną, a balkon mają wspólny, tylko przegrodzony.
—  Jak  to?  — mówiła  Alina.  —  PrzecieŜ  byliście  w  klasie „asów". I 
wyrzucono was do B.
—  Nic podobnego — mówił Wiktor. — U nas klasy A to klasy „aktywistów",  
takich,  co  lubią  róŜne  akcje  społeczne,  w  harcerstwie i w ogóle. Tak 
się złoŜyło, Ŝe w naszej klasie A było kilku chłopców, co to i aktywni, i 
bojowi, a w klasie szóstej B, to znaczy bojowej, aktywnych było trochę za 
mało...
—¦ Jak to „bojowych"? Co to znaczy? — zapytała ElŜbieta.
—¦ To znaczy bojowych... na polu nauki — tłumaczył Wiktor. — Na przykład 
przesunięty został Romek Koziołkiewicz, jeden z najlepszych uczniów. O sobie, 

Strona 18

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

naturalnie, wrodzona skromność nie pozwala nam mówić.
—  Nigdy   nie   myślałam,   Ŝe   nasz   Bartuś   jest   taki   bojowy w nauce 
— dziwiła się ElŜbieta.
—¦ Bo nikt nie jest doceniany we własnej rodzinie — stwierdził Wiktor. — Ja w 
domu — teŜ.
—  I ja — westchnął Stefan.
—  A czy są u was klasy C? — spytała ElŜbieta.
—  Są, ale tylko młodsze: pierwsze i drugie. To są klasy tak zwane „cudowne". 
Chodzą do nich same „cudowne dzieci". Takie, co to jak mają dwa lata, to juŜ 
rwą się do elementarza albo do pisania...
—¦ Phi! — wydęła wargi Alina. — W waszej szkole tó same nadzwyczajności: 
aktywiści, bojowi, cudowni. A gdzie się ci zwyczajni, naj zwyczajniejsi 
podzieli?
—  We wszystkich innych szkołach — odpalił Wiktor. — W waszej, na Czerwonej, 
na Sienkiewicza i gdzie indziej. PrzecieŜ jest mnóstwo szkół w mieście, a taka 
jak nasza tylko jedna.
Alina nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, wzruszyła tylko ramionami, ale 
ElŜbieta uśmiechnąwszy się zapytała:
—  A czy w waszej  szkole nie jest trochę nudno? Bo kiedy wszystko jest takie 
nadzwyczajne?...
—  Nie, wcale. Atmosfera, owszem, jest powaŜna, ale staramy się ją od czasu do 
czasu oŜywić, prawda, Stefan?
Ściemniało. ElŜbieta zaczęła się Ŝegnać. Wiktor przypomniał sobie, Ŝe dziś na 
niego kolej gotowania kolacji. Jego matka wraca ze szpitala późno i oni z 
bratem na zmianę gotują kolację. Wyszli z podwórza razem.
—¦ Powiedziałabym ci jedną rzecz, ale się boję — mówiła Alina do Stefana.
—  Dlaczego?
—  A bo zaraz wypaplesz.
—  Ja wypaplę? — oburzył się Stefan. — Wypaplałem kiedy? Pamiętasz, raz mi 
powiedziałaś, Ŝe ElŜbietka mnie podziwia. Ani słówka nikomu nie pisnąłem, a 
przecieŜ przyjaźnię się z Wiktorem i zawsze mówimy sobie wszystko.
—  No właśnie, a ten twój Wiktor to ma język. Istny pytel! Adwokatem powinien 
zostać.
—  Nie, on będzie artystą. On co dzień na głos czyta!
—  Artystą? Filmowym?
—  Nie wiem, ale zdaje się, Ŝe w teatrze. W filmie na jego gust chyba za mało 
mówią. On lubi zgrywać. Mówię ci, jak zacznie, to wcale nie poznasz, Ŝe on tak 
udaje. Wszyscy się na to nabierają, nawet nauczyciele.
—¦ Dobrze, Ŝeś mi powiedział. Niech ja go jutro spotkam! — zawołała Alina.
—  Alina! — przestraszył się nie na Ŝarty Stefan. — Widzisz, kto jest papla? 
Ledwie ci coś powiedziałem, a ty zaraz z jęzorem.
Swojej „jednej rzeczy" nie powiedziałaś, a ze mnie wyciągnęłaś. Pamiętaj: 
jedno słowo powiesz, to tak cię spiorę, Ŝe...
Rozzłoszczony Stefan popędził schodami w górę, przeskakując po kilka stopni.
— Zaczekaj! — wołała goniąc go Alina. — Zaczekaj, to ci powiem! Nie zaczekał.
Rano Wiktor był wezwany do pana kierownika, ale się wyłgał. To jedno potrafił 
robić wspaniale. I teraz, zdając relację przyjaciołom, opowiadał, Ŝe przy 
końcu rozmowy pan kierownik miał po prostu łzy w oczach z Ŝalu, iŜ jego, 
Wiktora, o taką rzecz posądził.
Ale największe piekło zrobiła klasa. To dotknęło trójkę przyjaciół do Ŝywego. 
Bo jak to? Oni z naraŜeniem się na największe nieprzyjemności ratują honor 
klasy, przerabiają z „baraniej" na „bojową" (cała szkoła juŜ mówi o „szóstej 
bojowej"), a tu taka zapłata? I na jakiej podstawie te posądzenia. Kto widział?!
—¦ Na takiej — odpowiadał Sewerek — Ŝe dopóki was tu nie było, to Ŝadnych 
awantur teŜ nie było. Ledwo przyszliście, juŜ cała szkoła wie, Ŝe VIB to 
wandale, niszczyciele własności publicznej.
—¦ A jak piorun w tę klasę trzaśnie, to teŜ przez nas, bo przedtem tego nie 
było? — dowodził Bartek.
—¦ Trupem padnę, a nie przyznam się do tego, czego nie zrobiłem! — wołał 
Wiktor. — Jak lew będę się bronił do ostatniej kropli krwi! Pan kierownik mi 
uwierzył, a wy nie chcecie.
— Pan kierownik nie zna cię tak dobrze jak my!
-— Taka Kijanka, a jak lew się broni!

Strona 19

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Klasa wybuchnęła śmiechem, ale Wiktor nie zdetonował się wcale. Stanął jak 
Juliusz Cezar na Forum Romanum, rękę połoŜył na wypiętej piersi i zawołał:
—. Kijanka jestem, ale zawsze będę się bronił przed zniewagą jak lew i...
Tu zaciął się trochę, a Maniek, ten dowcipniś spod pieca, podpowiedział: — I 
sto tygrysów!
—¦ ...i sto tygrysów! — dokończył z patosem Wiktor, a klasa znowu 
odpowiedziała śmiechem.
Nie wiadomo jednak, czy dyskusja nie skończyłaby się bójką, gdyby w klasie nie 
było wychowawcy. Pozwalał wypowiadać się swobodnie, słuchał z uwagą, śmiał się 
razem z wszystkimi, wreszcie powiedział:
— Skoro dowodów nie ma, nie moŜna nikogo posądzać. Widocznie ktoś nam zrobił 
paskudny kawał. MoŜe to się jeszcze kiedy wykryje? MoŜe winowajca nie 
zastanowił się i sam juŜ tego Ŝałuje? Mnie wystarcza, Ŝe wszystkich ten 
postępek oburza. Wszyscy rozumiemy: tak mógł postąpić tylko ktoś bardzo głupi.
W kilka dni później Stefan przyniósł do szkoły zdobyty u stolarza kawał 
brązowej szpachlówki, a Bartek szpachlę. Wiktor przystawił stołek do drzwi i 
starannie zasmarowywał wydrapane litery. Pół klasy przytrzymywało chyboczący 
się stołek, drugie pół przyglądało się robocie Wiktora, a wszyscy słyszeli, 
jak powtórzył kilkakrotnie:
—¦ Osioł jakiś, zwyczajny, dardanelski osioł pociął drzwi, a teraz ja się 
muszę męczyć!...
Wiktor w niedzielę, przy końcu gry w piłkę, skręcił nogę. Ledwo go koledzy 
doprowadzili do domu. Noga puchła w oczach. Na kilka dni był unieruchomiony w 
łóŜku. I dobrze się stało, bo przy jego obecności nie obeszłoby się bez nowej 
awantury.
Właśnie zmieniono gazetkę ścienną na korytarzu pierwszego piętra i kaŜdy, kto 
przechodził, mógł przeczytać między innymi i taki wierszyk:
Choć w ksiąŜkach piszą, Ŝe zginęli Wandale, to ci Wandale nie zginęli wcale. 
Pod drzwi szóstej klasy idźcie, moi mili, zobaczcie, co z drzwiami Wandale 
zrobili.
Przed drzwiami klasy VI B gromadził się tłum, zaszpachlowa-nego  napisu  na  
pierwszy  rzut   oka  nie  moŜna  było  odczytać,
a z wiersza nie wynikało, o której szóstej mowa. Ciągle się pytano, czy to tu. 
Szczególnie pętaki z młodszych klas nie dawały spokoju.
Jaktś malec z drugiej wpadł po duŜej przerwie i zawołał:
—  Gdzie te Wandale?
—• Głupi  jesteś — powiedział  mu  Stefan — nie  o  Wandali chodzi, tylko o 
to, co zrobili.
—  Phi!  Nic  takiego!  Ja  bym to  lepiej  zrobił,  tylko  nie  dosięgnę. A 
Wandala nigdy nie widziałem. PokaŜcie go.
I tak było co pauza. Nareszcie Bartek, spokojny, małomówny przewaŜnie Bartek, 
zdenerwował się i poszedł do Sewerka.
—  Kto ten wiersz napisał?
—  Bo co?
—  Pytam cię, czy wiesz, kto ten wiersz napisał?
—  Wiem, ale ci nie powiem.
—  Dobrze, ale go zdejmij.
—  A to z jakiej racji?
—  Zdejmij, bo juŜ w tej klasie wytrzymać nie moŜna.
—¦ Patrzcie go! Wytrzymać nie moŜna — drwił Sewerek — to się przenieś.
Ale klasa VI B miała dosyć tej sławy na całą szkołę. Bartka poparło 
kilkanaście głosów:
—  Sewer, zdejmij ten wiersz! Dosyć juŜ!
Sewerek sprzeciwiał się zajadle. Sprawa oparła się o wychowawcę. Pan 
Karniewicz polecił wierszyk zdjąć.
Sewerek był wściekły. Rzucał piorunujące spojrzenia na Bartka. W szatni Stefan 
usłyszał, jak mówił:
—  Ja ich dopilnuję. Przestanie to „zoo" brykać.
—  Jakie znowu „zoo"? — spytał czyjś głos.
—¦ To, co do nas przyszło z VI A. śuraw, niedźwiedź, kozioł i kijanka.
—  A  to  rzeczywiście  „zoo"!  —  za  ścianą  palt  słychać  było głośny 
śmiech.
Po południu Stefan z Bartkiem odwiedzili chorego kolegę. Noga wyglądała juŜ 

Strona 20

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

dobrze. Wiktor zapowiadał swój powrót do
szkoły. Stefan opowiedział, co słyszał w szatni. Wiktor skrzywił
się:
—  Przylgnie to do nas. Przezwisko utrafione.
—¦ Przezwisko jak przezwisko — burknął Bartek — mnie się bardziej nie podoba 
to „dopilnuję ich".
—  A ja się tego nie boję*— stawiał się Wiktor. — W VA nie tacy jak Sewerek 
nas pilnowali, a upilnować nie mogli.
—  Wiktor — mitygował go Stefan — nie zapominaj, Ŝe w V A byliśmy jedną zgraną 
paczką,  a tu jakoś głupio ułoŜyło się od początku: my i oni.
—  Oni i „zoo" — rzucił Bartek z ironią.
—  „Zoo" i barany — złościł się Wiktor. — Doprawdy, ja nie wiem, jak ja w tej 
klasie wytrzymam. Wszystko takie ulizane, grzeczne, to nie na mój gust. 
Chłopaki, urządźmy coś!
—¦ Dobrze, urządźmy — zgodził się Bartek. — Czy ty myślisz, Ŝe tylko tobie się 
nudzi? A przecieŜ ty chociaŜ w domu masz trochę rozrywki, a ja... Ale na razie 
musimy naprawić nasze stosunki z klasą. Zaprzyjaźnić się czy...
—  Bartek! — wybuchnął Wiktor. — Oni na nas — „zoo", a ty chcesz do nich z 
przyjaźnią?
—  Nie - oni. To tylko Sewerysio. I właśnie Ŝeby jego zgnębić, musimy mieć 
klasę za sobą.
Bartek jak zwykle rozumował słusznie, Wiktor musiał mu przyznać rację.
Stefana zaciekawiło to, co Bartek mówił o swoim domu. To jemu w domu się 
nudzi? Mieszkanie mają tak ładnie urządzone. Bartek ma swój stolik, półkę i 
duŜo ksiąŜek, zawsze parę złotych przy sobie. Chyba jego rodzicom dobrze się 
powodzi?
ElŜbietka będzie artystką... Tak ładnie podobno gra na fortepianie. A Bartkowi 
nudzi się?
—  Tak ci się zdaje — odpowiedział zapytany Bartek — ale pomyśl: ElŜbieta 
zawsze albo siedzi z nosem utkwionym w ksiąŜce, albo ćwiczy do znudzenia jedno 
i to samo. Mama nigdy nie ma czasu; ojciec, jak wróci z fabryki, to tylko 
prosi, Ŝeby była cisza, bo zmęczony. KaŜdy zamyka się w swoim kącie...
Stefan westchnął ze zrozumieniem.

—' To urządźmy coś, Bartek, ty zawsze miałeś dobre pomysły. Nie takie 
postrzelone jak Wiktor... albo ja — dorzucił samokry-tycznie.
—  Mam juŜ coś na myśli.
—  Co? Powiedz!
—  Niedługo  wam  powiem,   ale   jeszcze  nie   teraz.  Wiesz,  ja lubię 
najpierw mieć projekt wykończony i dopiero o nim mówić.
Stefan wiedział o tym. Bartek taki juŜ jest: dokładny, lubiący, Ŝeby wszystko 
było „zapięte na ostatni guzik".
ROZDZIAŁ 5.
TAJEMNICZE WPŁYWY ALINY.
ROMEK WYKOŁOWANY NA AMEN.
WSZYSTKO NA PRÓśNO! STEFAN KRĘCI, JAK MOśE.
Stefan lubił późne, wieczorne godziny. Rozkładał się wtedy ze swoimi sprawami 
na uprzątniętym kuchennym stole, Lucynka zaraz po kolacji szła spać. Rodzice 
siedzieli przy duŜej lampie w pokoju. Nikt mu nie przeszkadzał w „utrwalaniu". 
Bo te późne zajęcia Stefek nazywał utrwalaniem, to znaczy powtarzaniem 
odrobionych juŜ przed kolacją lekcji. W rzeczywistości wyglądało to trochę 
inaczej. Czasami była to po prostu ciekawa ksiąŜka do czytania, czasami album 
ze znaczkami, a zdarzało się i tak, Ŝe dopiero o tej godzinie Stefek zaczynał 
odrabianie lekcji pocąc się ze strachu, czy zdąŜy nadgonić stracony przed 
kolacją czas. Mówiło się wtedy, Ŝe „na jutro strasznie duŜo zadane".
Dziś w domu było wyjątkowo spokojnie. Ojciec zapowiedział późny powrót z 
zebrania, mama wyszła przeszyć coś na maszynie u sąsiadki. Lucynka spała. 
Stefek kończył wklejanie dwóch znaczków Chińskiej Republiki Ludowej, kiedy 
usłyszał lekkie pukanie do drzwi.
Przyszła Alina. Kiedy zaczęła od razu: — Stefku, mój złoty! Ty jesteś taki 
mądry! — wiadomo było, Ŝe nie moŜe dać sobie rady z lekcjami. Rzeczywiście 
miała napisać na jutro wypracowanie domowe o wakacjach.
—  Stefku, błagam cię, pomóŜ. Idzie mi jak z kamienia. Stefek nie miał ochoty 

Strona 21

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

pomagać Alinie. Schlebiało mu jednak
przekonanie o jego moŜliwościach.
—  „Błagam cię" — przedrzeźniał — a potem znowu będziesz zadzierać nosa i 
mówić, Ŝe jestem dziecinny.
—• Ach, nigdy w Ŝyciu! Co ty wygadujesz, Stefan! — oburzała się Alina. — A 
poza tym, słuchaj: jeŜeli mi pomoŜesz, to — ściszyła głos do szeptu — powiem 
ci jedną rzecz. Zobaczysz, nie poŜałujesz.
Stefan był bardzo ciekawy tej jednej rzeczy, o której juŜ nie . pierwszy raz 
słyszał. Nie okazywał tego. Owszem, z najobojętniej-szą miną udał, Ŝe wcale go 
to nie interesuje. Pomógł Alinie ułoŜyć plan wypracowania. UłoŜył nawet 
pierwsze zdanie, które według Aliny było najtrudniejsze: „Skończył się juŜ rok 
szkolny i zaczęły piękne wakacje."
—  Reszta juŜ pójdzie ci łatwo — oświadczył. — A co mi chciałaś powiedzieć? — 
dodał siląc się na obojętność.
—¦ Zaraz, zaraz ci powiem. Tylko, Stefanku, jeszcze coś takiego zgrabnego na 
zakończenie. Ostatnie zdanie, wiesz...
—  Na ostatku moŜesz napisać: „Skończyły się piękne wakacje i zaczynamy nowy 
rok szkolny."   •
—¦ Ach, Stefku, jak tobie to łatwo przychodzi — z nie udanym podziwem zawołała 
Alina. — Ja myślałabym godzinę i nie wymyśliłabym czegoś takiego. Ty chyba 
naprawdę będziesz pisarzem.
—  To jeszcze nie takie pewne, nie zagaduj.
—  Stefan, a nie powiesz nikomu?
—  Nie powiem.
—  Przysięgnij się.
—  Na byle głupstwo będę się przysięgał?
—  Stefek, to nie głupstwo, to jest naprawdę wielka tajemnica. Ja nawet nie 
mogłabym ci powiedzieć sama, bez zgody Ryśka.
—  CóŜ to za Rysiek?
—  Rysiek to pseudonim, naprawdę — Staszek. NajwaŜniejszy. On jest dorosły, ma 
całe osiemnaście lat.
—• Ach, niech ma i sto osiemnaście, co to mnie obchodzi?
—  Przysięgnij się.
—  Przysięgam się, no?
—  No więc Staszek jest szefem, czyli naczelnikiem.  Zakłada związek i zbiera 
samych morowych chłopaków.  Dziewczęta teŜ mogą naleŜeć, ale rzadko która się 
nadaje, bo warunki przyjęcia są trudne.  Trzeba mieć charakter, Rysiek bardzo 
to podkreśla: charakter i siłę.
—  No i co z tego wszystkiego?
—  To,  Ŝe  gdybyś chciał,  to mogłabym  cię  do  tego  związku wprowadzić. 
Zaręczę za ciebie, bo ty jesteś równy chłopak, a tam tylko samych takich 
przyjmują.
—  A co w tym związku będzie?
—  Ciekawe  rzeczy.  Rysiek mówił,  Ŝe  co  tydzień będzie coś nowego, jakieś 
wesołe hece, jakieś kawały.
—  Ale co na przykład?
—  Szczegółowo to ci powie sam Rysiek.  Jeszcze się nie  zaczęło, bo dopiero 
szuka członków.
—  A kto do tego związku naleŜy oprócz ciebie?
—  Nie wiem. Znam tylko tego, kto mnie wprowadził, i sama mogę teŜ kogoś 
wprowadzić.
—  Kto ciebie wprowadził?
—  Tego mi nie wolno powiedzieć.
To zaczynało być ciekawe. Tajemnicze. Nie wolno mówić nic nikomu. Kawały i 
hece. Trzeba by się czegoś więcej o tym wszystkim dowiedzieć. Zanim Bartek 
swój projekt wykończy, Stefek kolegów do tego związku wciągnie. PrzecieŜ to 
teŜ porządni chłopcy. Nareszcie będzie coś ciekawego, nie tylko same lekcje, a 
na okrasę zbiórki z referatami.
Umówił się z Aliną, Ŝe go zapozna ze Staszkiem, który ma pseudo: Rysiek.
„Ryzyk-fizyk — myślał po wyjściu Aliny Stefan. — Co mi szkodzi zobaczyć, jak 
to wygląda z bliska. JeŜeli mi się to nie spodoba, to adiu-fruziu i koniec."
Człowiek nigdy nie wie, skąd mu cegła na głowę spadnie. Rano Stefan poszedł do 
szkoły bardzo zadowolony, Ŝe „coś ciekawego widać na horyzoncie".

Strona 22

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Nie mógł nic powiedzieć kolegom, bo przysięga święta rzecz, jeszcze więcej niŜ 
słowo.
Ale nie potrafił się powstrzymać, aby nie dać im do zrozumienia, Ŝe ma jakiś 
pomysł. Zapytał:
—  Bartuś, jak tam, wymyśliłeś juŜ dla nas jakieś dodatkowe zajęcie?
—  Nie pali się — odpowiedział Bartek.
—  UwaŜaj, bo jak się nie pośpieszysz, ja wymyślę pierwszy.
—  Niech tylko będzie coś ciekawego, nie mam pretensji. A jak z ortografią? 
Powtórzyłeś prawidła? Gramatyka ma na nas oko.
Stefan aŜ zaklął ze złości. Zapomniał na śmierć o zapowiedzianym na dziś 
dyktandzie kontrolnym. To wszystko przez Alinę, która zawróciła mu głowę tymi 
sekretami! Kiedy wyszła, zachciało mu się tak spać, Ŝe nawet się nie umył 
korzystając z nieobecności mamy. Co teraz zrobić?
Siedzi w ławce z Romkiem, który jest w ortografii mocny. MoŜe do jego zeszytu 
zaglądać? śeby się tylko Roman zgodził. Stefan bierze go na pauzie za łokieć i 
mówi:
—  Romek, wiesz, Ŝe z nas „zoo" zrobili?
—  Jakie znów „zoo"? — podejrzliwie pyta Romek.
Stefan opowiada, a widząc, jakie to wraŜenie robi na Romku, postanawia kuć 
Ŝelazo, póki gorące.
—¦ Widzisz, Romek, „zoo" z nas zrobili i to juŜ trudno, nic na to nie 
poradzimy. Źle tu się zaczęło i nie ma innej drogi, tylko powoli, powolutku tę 
opinię odrobić. Oni muszą zobaczyć, ze my tacy najgorsi nie jesteśmy.
—  Przynajmniej nie wszyscy.
—  I o stopnie musimy dbać.
—¦ Zawsze to mówię. Dzięki Bogu, Ŝe i ty tak myślisz — stwierdza Romek z 
zadowoleniem.
—  Widzisz,  Romek,  nie  kaŜdy  człowiek  od razu  jednakowo myśli. Ty 
zrozumiałeś to wcześniej, ja dopiero teraz.
—  Wiesz, Stefan — mówi juŜ całkiem udobruchany Romek. —
Ty przecieŜ mógłbyś się pierwszorzędnie uczyć.
—  MoŜe i mógłbym — zgadza się Stefan — ale  mam duŜe zaległości, a zła opinia 
bardzo mi w nauce przeszkadza. Całą chęć mi odbiera.
—  Opinię musisz zmienić.
—' Masz świętą rację. Muszę ją zmienić, ale czy to tak łatwo? Dziś dyktando. 
Za mocny w ortografii nie jestem. Jak mi wlepi dwóję...
—  Musisz uwaŜać.
—¦ Będę uwaŜać, ale na wszelki wypadek trzymaj zeszyt tak, Ŝebym mógł zerknąć. 
Dobrze?
—  Dobrze. Niech będzie. Chciałbym, Ŝebyś dostał lepszy stopień. Ale ten 
Sewerek: „zoo"! No wiesz!
Romek zeszyt rozłoŜył we właściwy sposób, łokciem nie zasłaniał. Wszystkie 
litery Stefan widział doskonale. Ale kiedy dyŜurny połoŜył zebrane zeszyty na 
katedrze, pani Ostrowska dziwnie jakoś spojrzała na Stefka. Zaczęła czegoś 
szukać w zeszytach, wyciągnęła jeden obłoŜony w szary papier i coś w nim 
napisała.
—  Wszyscy — powiedziała — otrzymają stopnie za kilka dni. Tylko śórawiec 
dostanie swój  zeszyt zaraz. Jest w nim ocena nie za dyktando, tylko za 
ściąganie, bo ani słowa nie napisał samodzielnie.
Podała mu zeszyt i wyszła z klasy. Lekcja się skończyła.
Koledzy rzucili się do ławki śórawca. O mało mu na głowę nie weszli, ciekawi, 
co tam było w zeszycie.
Stefan nie miał Ŝadnych wątpliwości i nie omylił się. Dwója. A całe dyktando 
przekreślone. Sprawa obudziła powszechne współczucie. Postępek nauczycielki 
oceniano jako niesprawiedliwy. PrzecieŜ Stefan nie wszystko ściągał. Wiele 
wyrazów sam napisał. Romek to widział. A pani powiedziała: „ani słowa". 
Niesłuszna ocena.  Bartek przejrzał dyktando Stefana i powiedział:
—¦ Ani jednego błędu. Ściągałeś dobrze. Pani Ostrowska wyraziła się nieściśle. 
Za ściąganie powinieneś dostać piątkę.
—¦ Racja — przyznał Sewerek. — A za to, Ŝe ściągałeś — dwójkę, i kropka.
—  A w ogóle to jest postępowanie nieszlachetne — wołał Wiktor. — Gramatyka 
widziała od początku, Ŝe ściągałeś, a powiedziała po wszystkim. Gdyby 
powiedziała od razu, nie ściągałbyś i dostałbyś lepszy stopień. A tak to juŜ 

Strona 23

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

przepadło.
To, co prawda, było bardzo wątpliwe. KaŜde dyktando wymyślone przez Gramatykę 
roiło się od wymyślnych zadań. I w tym niefortunnym dla Stefana nie brakowało 
ich, o nie!
—  O rany! — wściekał się Stefan. — Jak tu moŜna bez błędu napisać o tych 
kmieciach,  którzy  przeszli rzekę w bród i nie zmoczyli bród?
—• Ado tego zmyli z nóg swych brud — uzupełniał Romek. — To jest naprawdę 
dyktando na uniwersytet, a nie na szóstą klasę.
—  I brak w nim sensu — wywodził Bartek. — JeŜeli przechodzi się brodem, to 
znaczy płytkim miejscem, na pewno brody się nie zamoczy.
—  A poza tym od razu widać, Ŝe Gramatyka nigdy przez wodę nie przechodziła — 
stwierdził z pogardą Wiktor. — Kiedy się przez wodę przechodzi? Latem. Na wsi. 
A latem na wsi to człowiek ma tak zabrudzone nogi, Ŝe bez mydła od samej tylko 
wody nie puszczą. JuŜ ja to znam.
Stefan milczał pełen gorzkich myśli. Okazało się raz jeszcze, Ŝe uczeń, Ŝeby 
się nie wiadomo jak starał i zabezpieczał, zawsze jest wobec nauczyciela 
bezsilny. Niepotrzebnie się poniŜał prośbami wobec Romka. Ten widocznie myślał 
o czymś podobnym, bo nagle zwrócił się do niego:
—¦ Widzisz, Stefan, najlepiej przygotować sobie lekcje w domu. Jak umiesz, 
niczego się nie boisz. Ja to zawsze jak porządny harcerz...
—  E, mój kochany — przerwał mu Stefek — ten paciorek to ja na pamięć umiem. 
Ameryki nie odkryłeś. I nie masz się czym chwalić. Jak jesteś taki porządny 
harcerz, to nie powinieneś mi pomagać w ściąganiu.
—  PrzecieŜ mnie prosiłeś — zbaraniał Romek.
—  No to co? — wtrącił Wiktor. — Nawet Ŝeby cię na kolanach błagał  i płakał  
krwawymi łzami,  teŜ nie powinieneś mu pozwolić zaglądać w swój zeszyt.
—  Tak — dodał Bartek — gdybyś nie pozwolił mu spisywać, toby nie ściągał, a 
jakby nie ściągał, nie dostałby za ściąganie dwójki, zupełnie jasne.
—  Tak — ciągnął  Wiktor — nieładnie  wyszło,  przez  ciebie Stefan dwójkę 
złapał.
Romek był taki zły, Ŝe aŜ mu się ręce trzęsły.
—  Nie — sapał zbierając ksiąŜki z ławki — moi złoci, ja się do waszego „zoo" 
tylko przez pomyłkę dostałem. Ja się do was zupełnie nie nadaję...
—  Pewnie — zgodził się Wiktor — wcale nie jesteś taki rzadki okaz: kujon 
pospolity.
Stefan martwił się dwójką. Po pierwsze wcale się jej nie spodziewał. Po 
drugie, niepokoiło go, Ŝe dostał ją w sobotę, kiedy ojciec często ma czas, 
przegląda zeszyty i wypytuje o lekcje. Taka świeŜa dwójka moŜe całą niedzielę 
zatruć.
W domu zjadł obiad, pozmywał naczynia, a potem pomógł mamie wyfroterować 
podłogę w pokoju. Mama tylko pastą pocierała, a do połysku to juŜ on 
wykańczał. Świeciła jak lustro. Mama pochwaliła go i powiedziała, Ŝe ma z 
niego więcej pociechy niŜ z Lucynki, bo Lucyna to tylko o koleŜankach myśli.
Ojciec wrócił późnym wieczorem. Był zły, bo głodny, ale kiedy zjadł obiad, 
humor zaraz mu się poprawił i ogłosił niespodziankę:
—• Jutro idziemy do cyrku. PokaŜcie no swoje zeszyty. Zobaczymy, jakŜeście na 
tę przyjemność zasłuŜyli.
Stefanowi przyszło na myśl, Ŝe moŜna było zeszyt schować, powiedzieć, Ŝe jest 
z dyktandem u pani. Niestety, dobre pomysły przychodzą przewaŜnie za późno.
Ojciec zobaczywszy dwóję spytał ostro:
—  Co to znaczy?
—  To znaczy — bąkał Stefan — Ŝe pani od polskiego uwzięła się na mnie... 
śebym się nie wiem jak starał, zawsze wszystko jest źle.
—i Znamy się na tym — powiedział ojciec — kaŜdy uczeń tak uwaŜa, ja teŜ tak 
swojemu ojcu kiedyś mówiłem.
—  A to wcale nie dlatego, Ŝe ja uwaŜam, tylko tak jest na-
prawdę. — Stefan nabierał odwagi. — PrzecieŜ w całym dyktandzie nie ma ani 
jednego błędu, niech tatuś sprawdzi. Ojciec sprawdził.
—  No, więc dlaczego ta dwója?
—  A bo... bo pani powiedziała, Ŝe ja na pewno z ksiąŜki spisywałem, a ja z 
ksiąŜki nie spisywałem.
—  Słowo?
—  Słowo, Ŝe z ksiąŜki nie spisywałem.

Strona 24

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  A dlaczego nauczycielka do ciebie się przyczepiła? Stefan patrzył ojcu 
prosto w oczy.
—  Bo ja wiem? MoŜe dlatego, Ŝe w zeszłym roku powiedziałem, Ŝe taka młoda.
—  IleŜ ona ma lat?
—  Nie wiem, ale jest naprawdę bardzo młoda. W zeszłym roku dopiero zaczęła 
pracować i chłopaki wcale się jej nie bali.
—  Chłopaki, to znaczy i ty?
—  A czego miałem się bać, jak wszystko miałem w porządku? —¦ No, z polskiego 
tak bardzo w porządku nie było.  Trójka
na cenzurze.
—  Ale teraz, jak mi pan kierownik doradził, Ŝebym duŜo pisał, to się 
wprawiłem!. Tatuś nie widzi, ale niech mama powie, ile ja teraz piszę.
—  To prawda — zaświadczyła mama — coś tam w zeszycie pisze i pisze.
Ojciec pomyślał chwilę i powiedział:
—  Co to jest, Ŝe ci młodzi tak się o byle co obraŜają? A najwięcej nie lubią, 
jak im powiedzieć, Ŝe są jeszcze młodzi. U nas w fabryce teŜ... A, mój BoŜe, 
ile to człowiek" dałby za to, Ŝeby teraz być młodym...
—¦ Tobyś był taki sam głupi, jak i oni. To juŜ tak musi być — stwierdziła mama.
Rodzice zaczęli rozmawiać o pracy w swoich fabrykach i jakoś się ta dwójka 
Stefanowi upiekła.
Było  mu  trochę  wstyd,  Ŝe  tak  nałgał,  ale  chodziło przecieŜ
o cyrk.
W ogromnym płóciennym namiocie aŜ mu serce zamierało ze
strachu, Ŝe akrobata nie trafi na właściwy trapez i runie w dół. Ale wszystko 
się udawało cudownym po prostu sposobem. Podobały mu się równieŜ numery ze 
zwierzętami. Pomyślał sobie, Ŝe chciałby mieć psa. Mógłby go nauczyć róŜnych 
sztuk. Powiedział to na głos. Mama zaprotestowała.
— To byłaby męka i dla psa, i dla mnie, bo wy polecicie, a ja o wszystkim 
muszę pamiętać.
Stefan westchnął, ale musiał w duchu przyznać mamie rację.
ROZDZIAŁ  6.
TAJEMNICZE SPOTKANIE W PARKU. PAMIĘTNIK STEFANA.
Rzadko zdarzało się, aby Stefan odrabiał lekcje za białego dnia. Wolał to 
zwykle odkładać na wieczór. A jeŜeli, tak jak dzisiaj, siedział w towarzystwie 
Lucynki i rozwiązywał zadania, to musiał mieć jakiś niecodzienny do tego powód.
Machinalnie obrysowywał cień kalendarza na ceracie, gryzł koniec obsadki i 
szybko obliczał plony z hektara, przepuszczając je przez kombajny, zapełniając 
spichrze Ŝytem i pszenicą. Pewną ręką wypisywał wyniki, nie troszcząc się o 
ortografię. Matematyk zwracał uwagę tylko na błędy w rachunku. Porządny chłop! 
Stefan lubił go tak, jak się lubi nauczyciela, który wykłada nie sprawiający 
trudności przedmiot, i nad znienawidzonym przez wielu uczniów podręcznikiem 
siadał z przyjemnością — miał głowę do rachunków.
Dzisiaj ta głowa była jednak zajęta w duŜej części czym innym. Punktualnie o 
szóstej wieczorem ma być koło furtki przy Bednarskiej. Kiedy przejdzie przez 
nią Alina, uda, Ŝe jej wcale nie spostrzegł, ale w pewnej odległości pójdzie 
za nią. W bocznej alejce będzie na niego czekać „szef" — to znaczy Rysiek, ale 
Stefanowi nie wolno zdradzić, Ŝe zna jego imię. Alina powiedziała mu to w 
największym zaufaniu. Dla wstępujących do organizacji to  po  prostu  
„szef".   Dopiero  potem,  kiedy  przejdą  wszystkie
próby, zostaną wtajemniczeni. Zapoznając go z tymi szczegółami na półpiętrze- 
przy oknie, Alina co chwila oglądała się, czy kto nie idzie. Stefan chciał ją 
wyśmiać, bo z czego tu robić tajemnicę? Ale w końcu poddał się nastrojowi i 
nawet z pewnym przyjemnym niepokojem czekał na to spotkanie.
W bocznej alejce, niedbale oparty o poręcz, siedział młody człowiek w 
studenckiej czapce. Mógł być rówieśnikiem brata Wiktora.
Wypytywał o dom, zajęcia i dochody rodziców, o upodobania Stefka, który nawet 
nie zorientował się, Ŝe człowiekowi pierwszy raz widzianemu opowiada o sobie i 
swoim domu wszystko i bez Ŝadnego skrępowania.
Student, rzuciwszy parę zdań o organizowanym przez siebie stowarzyszeniu 
sportowym, kilkakrotnie podkreślił, Ŝe nie naleŜy nikomu o tym mówić. 
Stowarzyszenie czy teŜ klub będzie na razie działać w największej tajemnicy. 
Dopiero w odpowiedniej chwili ujawni się.
—  Tymczasem chodzi o ogólny trening — mówił. — Członkowie naszego klubu muszą 

Strona 25

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

wykazać się zimną krwią, wytrzymałością, zdecydowaniem i odwagą.
Stefanowi podobało się to wszystko. Chciałby jak najszybciej „wykazać się". 
Spytał, kiedy rozpocznie się trening. „Szef" roześmiał się ukazując ostre i 
bardzo białe zęby.
—  Wolnego! Jeszcze cię nie przyjąłem. Najpierw musisz przejść kilka prób. Nie 
wiadomo, czy się nadasz. U mnie wszyscy chłopcy dobierani. Flaki — do kubła.
Stefan zapewnił szybko, Ŝe on na pewno nie okaŜe się flakiem. Gotów jest 
poddać się jakiejkolwiek próbie choćby zaraz.         t Student spojrzał 
krótko i z ukosa.
—  Paplą nie jesteś? Stefan oburzył się.
—  Czy ja dziewczyna jestem, Ŝebym zaraz z jęzorem leciał?
—  I dziewczyny są róŜne.  Twoja koleŜanka na przykład zasługuje na zaufanie. 
Jest juŜ przyjęta. Solidna i z charakterem.
Zaskoczony w pierwszej chwili Stefan chciał powiedzieć, Ŝe zna solidniejsze, 
ale powstrzymał się.
—  Teraz złoŜysz przysięgę na milczenie. Wstań! Odwróć lewą rękę dłonią do góry.
Chłopiec jak zahipnotyzowany wykonywał polecenia. Jego dłoń „szef" wziął w 
obie swoje. Ścisnął.
—  Powtarzaj! — rozkazał.
Tekst przysięgi mówił o milczeniu, tajemnicy, wierności i zdradzie. Kiedy 
doszło do słów: „Wiem, Ŝe zdrajcę spotka zasłuŜona kara" — Stefka przeszedł 
dreszcz, a przy zwrocie „niechaj nieszczęście spadnie na głowę zdrajcy i jego 
najbliŜszych", zawahał się i zamilkł.
—  A mówiłeś, Ŝeś nie flak! — padły drwiące słowa. Szybko dokończył przysięgi.
Usłyszał jeszcze, Ŝe ma się nie przyznawać do znajomości, gdyby się gdzieś 
przypadkiem spotkali, i czekać na polecenia.
Z ulgą wybiegł z ciemnego parku na oświetloną juŜ ulicę. O, gdyby mógł teraz 
opowiedzieć to wszystko przyjaciołom! Wiktor naturalnie natychmiast chciałby 
teŜ naleŜeć do klubu. Te przysięgi, zaklęcia, ciemne aleje to dla niego w sam 
raz. Zgrywałby się i dokładał drugie tyle. A Bartek? Jak zachowałby się 
Bartek? Stefan jest prawie pewny, Ŝe Bartek takiej na przykład przysięgi nie 
złoŜyłby za nic. Zapytałby: „A to po co?"
Ach, jaka szkoda, Ŝe nie moŜna pogadać na ten temat z Wiktorem i Bartkiem. I 
jeszcze: co to za próby?
Pamiętnik   Stefana
Więc to było tak: przedwczoraj Alina zawiadomiła mnie, Ŝe o siódmej przy 
„tamtej ławce" zbiórka.  Będzie coś ciekawego.
Owszem, to było takie ciekawe, Ŝe jeszcze parę godzin potem ręce mi się 
trzęsły ze strachu, Ŝeby się nie wydało, Ŝe i ja tam byłem.
Po co, po co ja składałem tę przysięgę? Muszę teraz milczeć jak grób. Nawet w 
pamiętniku nie mogę nic napisać. Gdyby się wydało przeze mnie, na pewno 
mściliby się strasznie. Przekonałem się przecieŜ, do czego są zdolni.
Po tym wszystkim nie wiem, jakim sposobem znalazłem się na naszej klatce 
schodowej. Serce mi biło strasznie, całą twarz miałem mokrą. Schowałem się w 
korytarzyku do piwnicy i dopiero jak zacząłem normalnie oddychać, poszedłem do 
domu.
„Jakiś ty blady!" — przestraszyła się Lucynka.
Powiedziałem, Ŝe to od biegu po schodach po trzy stopnie. Zaraz rozłoŜyłem 
ksiąŜki na stole i podparłem głowę dwoma rękami, Ŝeby mama czego nie 
zauwaŜyła. Całe szczęście, Ŝe dopiero po dłuŜszej chwili weszła do pokoju.
MoŜe w godzinę potem przyszedł ojciec. Zdenerwowany był strasznie. Od progu 
zaczął opowiadać o tym, co się wydarzyło w parku.
„Gdybym ja takiego łobuza w ręce złapał, to chybabym na miejscu rozerwał na 
dwoje" — odgraŜał się.
Zasnąć nie mogłem bardzo długo; a kiedy wreszcie zasnąłem, to mi się śniło, Ŝe 
mnie tygrys goni.      \
Wczoraj przyszła do mnie Alina i mówi:
„No, do odwaŜnych to ty nie naleŜysz. Było mi za ciebie wstyd."
„JuŜ się nie będziesz wstydzić" — mówię.
„Szef teŜ powiedział, Ŝe pierwsze przepustne."
„Pierwsze i ostatnie" — mówię.
„No, nie udawaj takiego zucha. Mogą być próby trudniejsze. To, co było, to 
jeszcze nic."

Strona 26

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

„Dla mnie wystarczy."
„Jak to — pyta Alina — co ty tak jakoś burczysz pod nosem?"
„To znaczy — mówię — Ŝe ja do waszego sportu naleŜeć nie chcę. Ten sport to 
się nazywa chuligaństwo. I powiedz to waszemu szefowi. W studenckiej czapce 
chodzi, wygląda jak porządny człowiek, a chuliganów zbiera. Wstyd!"
„Wstydziłbyś się tak mówić — rozgniewała sią Alina. — Porządnych chłopaków 
chuliganami nazywasz. Za co?"
„A za to — mówię — Ŝe z takiego sportu tylko nieszczęście."
„Co ty pleciesz — woła Alina — jakie znów nieszczęście?"
Okazało się, Ŝe Alina nic nie wiedziała. Kiedy opowiedziałem, nie chciała mi 
wierzyć. Zapewniała mnie, Ŝe to prawdziwi chuligani musieli zrobić.
„Zresztą — mówi — moŜe to nie był dobry pomysł. Ja chyba-bym umarła ze 
strachu. Ale zobaczysz, Rysiek inne wesołe kawały urządzi."
Mnie ten jeden wystarczył. Jak sobie przypomną — mam dosyć. Zresztą ja juŜ 
taki jestem. Jak komu wierzą, to wierzę, ale jak się przekonam, Ŝe kręci — 
k'oniec. Wysiadam. Miał być sportowy trening, rekordy itp., a tymczasem widzę, 
co to za sport.
„Teraz mi się oczy otworzyły — mówię — na te tajemnice i przysięgi. Niechbym 
ja tak ojcu słowo powiedział."
„Stefan, bój się Boga — przestraszyła się Alina — przysięgałeś. To straszny 
grzech."
„PrzecieŜ nie mówię, Ŝe powiem. Ale nic wspólnego z tym nie chcę mieć. Tak 
szefowi powiedz."
„Oj, niedobrze, Stefan. Oj, niedobrze — jęczała Alina. — śebym wiedziała, Ŝeś 
ty taki, tobym ani wspomniała o tobie. Teraz dopiero będą miała od Wic... od 
szefa" — dokończyła prędko.
„Aha — myślę sobie — to znaczy, Ŝe Wicek teŜ naleŜy do tej paczki."
„śebym ja wiedział, co to za towarzystwo, tobyś mnie tam na lince nie 
zaciągnęła" — powiedziałem.
W tej chwili mama weszła do pokoju i przypomniała, Ŝebym lekcji na jutro nie 
odkładał, bo moŜe coś wypaść i będzie źle. Alinę zaraz wyniosło, a mama bardzo 
się dziwiła, co ja mam tyle do rozmawiania z tą Aliną. I znowu musiałem łgać, 
Ŝe o lekcjach rozmawialiśmy.
A dziś mnie spotkała dziwna rzecz. Na drugiej lekcji był polski. Mieliśmy 
przerabiać opowiadanie z wypisów. Wyciągam ksiąŜką, otwieram, a tam leŜy jakaś 
kartka złoŜona we czworo. Rozkładam j% czytam: „Milcz, bo poniesiesz 
konsekwencje!" I nic, Ŝadnego podpisu, nic — tylko pieczęć zielona, taka 
dziwna. Domyśliłem się, Ŝe to mi ktoś z paczki „szefa" podrzucił. Ale kiedy? 
Jakim sposobem? Spojrzałem na Romka. Widział, Ŝe trzymam kartkę w ręku, i 
zapytał:
„Co to?"
„Nic, Nie widziałeś, czy kto wchodził do klasy w czasie pauzy?"
„Nie widziałem, bo co?"
„Ciekawość pierwszy stopień do piekła — mówię. — A kto dzisiaj ma dyŜur?"
„Ciekawość — pierwszy stopień do piekła" — odburknął mi Romek i odwrócił się 
obraŜony.
Dowiedziałem się, Ŝe dyŜur ma Sewerek. Zapytałem go, ale i on nie widział 
nikogo, kto by wchodził do klasy w czasie pauzy.
Ciekawe, czy to ktoś z naszej klasy?
Łobuzy! Co to za „kon-sek-wen-cje"? Nie boję się ich i gdyby mnie nie wiązała 
przysięga, nauczyłbym ich rozumu. A gdyby ktoś wszystko wyczytał z mego 
pamiętnika, czy to teŜ byłoby złamanie słowa i przysięgi? Na wszelki wypadek 
ten zeszyt chowam na dno swojej szuflady i zamykam na kluczyk.
Alina zatrzymała mnie dzisiaj na schodach. Zdaje się, Ŝe tam na mnie czekała.
„Słuchaj, Stefan, mam przez ciebie mnóstwo nieprzyjemności."
„Dlaczego?"
„Ojeja, za długo musiałabym ci tłumaczyć. Pamiętaj, ani słowa nikomu, Ŝeby nie 
było nieszczęścia."
„Dla szefa?"
„Nie! Dla tego, kto paple. JuŜ taki jeden był. Złamał przysięgę, powiedział 
bratu, a brat na drugi dzień utonął w kąpieli."
„Bo nie umiał pływać."
„MoŜe i nie umiał. Nie wiem. Ale wiem, Ŝe Rysiek ma jakieś dziwne oczy."

Strona 27

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

„Bzdury! Wstyd, Ŝe w to wierzysz."
„Bzdury albo nie bzdury. Tamten przecieŜ utonął."
„Pleciesz! Ale moŜesz być spokojna. Ja słowa dotrzymuję. Powiedz mi tylko, czy 
ElŜbieta Niedźwiedzka do was naleŜy."
„Ona? Uciekłaby przy pierwszym kawale, jak i ty. TeŜ delikatna."
Ucieszyłem się, ale nie dałem tego po sobie poznać.
„Nie powinnaś tak mówić o przyjaciółce."
„Jaka ona tam przyjaciółka! Z taką przyjaciółką to moŜna by skonać z nudów. 
Wszystko jej «nie wypada», «tak nie moŜna», «mamusia nie pozwala». Oj!"
Nieprawda, ElŜbietka wcale taka nie jest. Nigdy od niej czegoś
takiego nie słyszałem. Alina tak mówi, bo jej pewnie zazdrość, Ŝe ElŜbietka 
lepiej się uczy. Bartek mówi, Ŝe ona ma same piątki. A przecieŜ chodzi do 
dwóch szkół, bo i do muzycznej. Oho! ElŜbieta i Alina to niebo i ziemia!
Pytałem Wiktora, co znaczy ten obcy wyraz. TeŜ nie wiedział. Zapytał brata. 
Okazuje się, Ŝe „ponieść konsekwencje" to znaczy tyle, co „mieć za swoje".
„Na przykład, jeŜeli wybijesz szybę kamieniem albo rozedrzesz ubranie, to ci 
na sucho nie ujdzie. Poniesiesz konsekwencje, będziesz miał Ŝa swoje, 
rozumiesz?" — mówił Wiktor.
Rozumiem teraz.
ROZDZIAŁ 7.
NUDY NA PUDY — A ODWAGI BRAK. FATALNY RZUT W OKNO. KTO RAZ SKŁAMIE..
W klasie było duszno. Zamknięte przez Sewerka okna nie przepuszczały Ŝadnego 
odgłosu z ulicy..Nic nie mąciło przykładnej ciszy i skupienia, z jakimi 
słuchano referatu odczytywanego właśnie przez Romka Koziołkiewicza.
Ale ta przykładna cisza była jednocześnie przygniatająca, a skupienie tylko 
pozorne. Stefan nieudolnie walczył z ziewaniem. Wpatrywał się w tablicę, która 
wytarta źle wypłukaną ścierką, działała swoją monotonną szarością równie 
usypiająco jak referat.
Słowa nie docierały do świadomości Stefana. Były to okrągłe, poprawione przez 
któregoś ze starszych, dobrze znane slogany o kochanej stolicy, którą buduje 
cały naród.
Zaraz po pierwszym zdaniu Stefan poŜałował, Ŝe nie przesiadł się gdzieś dalej. 
W pustej ławce nie było kogo nawet szturchnąć czy kopnąć. Nie miał ołówka ani 
kawałka papieru, Ŝeby posłać kartkę Bartkowi. Piekielne nudy.
„Co by to było — pomyślał w pewnej chwili — gdybym teraz wstał  i  
powiedział:  Dosyć tego  nudziarstwa!  To wstyd  mówić
o rzeczach, które kaŜdy po swojemu głęboko czuje. Lepiej iść na słońce. 
Korzystać z ostatnich pogodnych dni. Jazda!"
Na myśl o minie Sewerka, Romka i innych „gorliwych" sen odbiegł. Stefan aŜ 
wyprostował się w ławce i uśmiechnął się do podejrzliwie przyglądającego się 
mu Sewerka.
W tej chwili referat się skończył. Słuchacze odetchnęli z wyraźną ulgą i z 
oŜywieniem poruszyli się na swoich miejscach.
Przewodniczący zachęcał do dyskusji. Nikt się nie kwapił. Z miny Sewerka moŜna 
było poznać, Ŝe jeŜeli nikt nie zabierze głosu, to on, owszem... Sytuację 
uratował Wiktor. Powiedział, Ŝe to było bardzo ciekawe i bardzo pouczające i 
Ŝe naprawdę nic tu juŜ dodać nie moŜna, tylko podziękować za poniesiony trud 
itd.
Stefanowi było wstyd. Spuścił głowę, nie spojrzałby teraz w oczy koledze.
Opuszczali klasę z nieludzkim wrzaskiem. Popychali się, potrącali, biegli po 
schodach na łeb, na szyję. Kropnięty w plecy czyjąś teczką juŜ na chodniku 
przed szkołą, Wiktor o mało nie nakrył się nogami.
—  Harcerze! To harcerze tak postępują! — krzyknął za uciekającym dowcipnisiem.
—  A ty? — nie wytrzymał Stefan. — Mógłbyś przynajmniej na harcerskiej zbiórce 
nie łgać.
—'A co ja się mam wyróŜniać — odpowiedział Wiktor. Wszyscy!...
—  Nie wszyscy. Ja i Bartek nie...
—  My teŜ — przerwał mu Bartek. — MoŜna było wstać i powiedzieć prawdę. Nie ma 
co napadać na Wiktora.
Stefan milczał, ale w duchu musiał przyznać Bartkowi rację. Bartek był 
sprawiedliwy.
Na podwórku Stefana malcy bawili się piłką. Nieporadnie im szło, ani rzucać, 
ani łapać nie potrafili. Stefan i Wiktor, patrząc na to, nie mogli powstrzymać 

Strona 28

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

się od śmiechu.
—  Wiktor, pokaŜmy im, jak się to robi! — zawołał Stefan. Piłka  malców,   
jakby  rozumiała  ludzką  mowę,  potoczyła  się
w stronę chłopców. Stefan chwycił ją, odbiegł kilkanaście kroków
i podał Wiktorowi. Ten odrzucił jeszcze ładniej. Zaskoczony drobiazg najpierw 
otworzył usta z podziwu, potem zaczął wołać:
—  Do nas rzuć! Do nas!
Chłopcy nie chcieli tak prędko rozstawać się z piłką. Malcy zaczynali się 
mazgaić i wrzeszczeć:
—  Oddajcie! To nasza piłka!
Stefan postanowił zakończyć tę zabawę efektownym rzutem.
—  Patrzcie, jak się rzuca!
Wziął zamach z całej siły, ale w ostatniej chwili potknął się o coś i piłka 
poszła w bok, wprost w czyjeś otwarte okno. Rozległ się łoskot przewróconej 
doniczki i moŜe jeszcze czegoś.
W jednej chwili chłopcy prysnęli z podwórka. Malec, właściciel piłki, biegł i 
wołał:
—  To moja piłka! Oddaj mi piłkę!
Stefan i Wiktor w jakiejś klatce schodowej rozpatrywali sytuację.
Była nieprzyjemna, ale chyba nie tragiczna. W otwartym na ich szczęście oknie 
przewróciła się doniczka. Wielka rzecz! Nic strasznego się nie stało. Trzeba 
iść, grzecznie przeprosić i odebrać piłkę.
—  To idź zaraz — powiedział malec do Stefka. Koledzy wymienili spojrzenia.
—  Słuchaj, Władziu — pouczył Wiktor malca — po piłkę w takich wypadkach idzie 
sam właściciel.
—  Ale to przecieŜ nie ja rzuciłem.
—  To co, Ŝe nie ty, ale piłka twoja.
—  A jak będą na mnie krzyczeć?
—¦ Nie będą, przecieŜ nic się nie stało. A nawet jakby coś mówili, to powiesz, 
Ŝe przy zabawie, niechcący.
Z trudem namówili malca, Ŝeby poszedł sam.
Zadowoleni, Ŝe wszystko szczęśliwie się skończyło, poszli do domów. Po tej 
gonitwie z piłką dobrze siedziało się przy ksiąŜkach.
Stefek z apetytem zjadł kolację i ze spokojnym sumieniem połoŜył się spać.
I kto by się spodziewał, Ŝe z tego wszystkiego wyjdzie taka awantura?
Nazajutrz podczas duŜej przerwy przybiegł do Stefka Sewerek z wezwaniem do 
pana kierownika.
W kancelarii za biurkiem siedział pan kierownik, obok na fotelu — Gramatyka.
Kiedy na ukłon Stefka pan kierownik odpowiedział bez zwykłego uśmiechu, 
chłopca coś tknęło nieprzyjemnie.
—  śórawiec — bardzo urzędowym tonem spytał kierownik — to ty rzuciłeś piłkę w 
okno pani Ostrowskiej?
—¦ Ja? W okno pani Ostrowskiej? — powtórzył zbaraniały Stefan, nie wiedząc, o 
co chodzi.
—¦ Nie powtarzaj, tylko odpowiadaj, czy to ty wczoraj wrzuciłeś piłkę w okno 
pani Ostrowskiej.
Teraz Stefanowi rozjaśniło się w głowie.
—  Więc to było okno pani Ostrowskiej! — zawołał.
—  A ty o tym nie wiedziałeś?
—¦ Naprawdę, panie kierowniku, jak matkę kocham, nie wiedziałem.
—  A ja mu, panie kierowniku, nie wierzę, nie wierzę — odezwała się Gramatyka. 
— To niedobry chłopiec, on kłamie.
—  Tak — rozŜalił się Stefan — Ŝebym ja nie wiem co zrobił, to jestem zawsze 
niedobry, a czy ja chociaŜ raz skłamałem? Wolałbym nie wiem co niŜ kłamać. I 
jeszcze nigdy a nigdy nie skłamałem... (chciał dodać „pani", ale mu w tym 
miejscu przerwano).
—¦ To straszne! Doprawdy straszne, jak taki chłopak moŜe kłamać! Niech pan 
kierownik posłucha. Wczoraj, kiedy ten malec powiedział, Ŝe to śórawiec rzucił 
piłkę w okno, zaraz sobie pomyślałam: juŜ nie ma innej rady, tylko rozmówić 
się z jego ojcem. Poszłam tam późnym wieczorem, kiedy byłam pewna, Ŝe zastanę 
rodziców w domu. Stefan juŜ spał. I dobrze się stało, bo moŜe nie 
dowiedziałabym się wszystkiego. OtóŜ w zeszłym tygodniu Stefan dostał dwójkę z 
dyktanda, bo wszystko ściągał od kolegi. A w domu powiedział, Ŝe to 

Strona 29

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

niesprawiedliwie, Ŝe spotkała go krzywda, Ŝe ja się do niego przyczepiam. 
Nakłamał nie-
stworzonych rzeczy. Dlatego teraz nie wierzę mu ani słowa. Dlatego jestem 
przekonana, Ŝe on mi tę piłkę wrzucił na złość.
Stefan słuchał i zdawało mu się, Ŝe ziemia płonie mu pod nogami. Ach, gdyby 
się zapaliła naprawdę! Gdyby się zapadł gdzieś do samego środka. Niestety, 
podłoga ani drgnęła. Nogi stały na niej jak wkopane, za to głowę chyba objął 
ogień, bo piekły policzki i uszy, i nawet szyja.
—  No i cóŜ masz na swoje usprawiedliwienie? — zapytał pan kierownik.
Stefanowi zdawało się, Ŝe w jego głosie słychać drwinę. CóŜ miał powiedzieć? 
Czy pani Ostrowska zrozumiałaby, gdyby powiedział, Ŝe miał nóŜ na gardle, Ŝe 
chodziło o cyrk? Sama na pewno cyrku nie lubi. Dla niej najprzyjemniejszą 
chyba rzeczą jest układanie dyktand.
Dlaczego miałby jej wrzucać na złość cudzą piłkę przez okno? Jakie to jest 
,,na złość"? Widać, Ŝe pani Ostrowska nie wie, co moŜna zrobić na złość, 
jeŜeli naprawdę chcę się komuś dokuczyć.
—  A moŜe powiesz, Ŝe to, co mówi pani Ostrowska, jest niezgodne z prawdą? 
Słyszałem przed chwilą, Ŝe ty nigdy nie kłamiesz.
Stefan zaciął zęby. Teraz nie powie juŜ ani słowa. śeby go nawet ze skóry 
obdzierali. I tak mu nie uwierzą. Złapali go na kłamstwie, wszystko przepadło. 
Pan kierownik, jakby czytał w jego myślach, rzekł:
—¦ I ja ci juŜ nie wierzę. Kto raz skłamie, temu juŜ się nie ufa. I powiem ci, 
Stefku, zrobiłeś mi wielki, wielki zawód. Pamiętasz, rozmawialiśmy przed 
wakacjami. Myślałem, Ŝe porozumieliśmy się. Radziłem ci, jak masz pomagać 
sobie w pracy. Nawet cię nie pytam, czy dotrzymałeś danej mi obietnicy. Pewnie 
puściłeś mimo uszu moje rady. Moja Ŝyczliwość niepotrzebna ci. Więc moŜe ci 
się przyda moja surowość. Otrzymasz zmniejszony stopień ze sprawowania, 
tymczasem tylko tyle. I pamiętaj, Ŝe jeŜeli nie ustatkujesz się, to pomimo Ŝe 
bardzo szanuję twego ojca i wiem, Ŝe to dla niego będzie wielka, niezasłuŜona 
przykrość — postaram się przenieść cię do innej szkoły. Masz tu zły wpływ na 
kolegów.
Stefan chciał coś zawołać, Ŝe on moŜe, a nawet prosi, Ŝeby juŜ... zaraz... Ŝe 
jak tu jest taka sprawiedliwość, to on nie potrzebuje... Ale zaciśnięte gardło 
nie przepuściło ani słowa...
Na dany znak szurnął nogą i z opuszczoną głową wyszedł za drzwi. Gdyby w tej 
chwili spojrzał w oczy kierownikowi — chybaby się rozpłakał, a tego by sobie 
nie darował.
Na korytarzu cichł juŜ szum pauzy. Jeszcze ostatni uczniowie pędzili do klas. 
Stefan nie poszedł do klasy. Nie chciał, Ŝeby mu się kto przyglądał. Nie 
mógłby odpowiedzieć na pytania nawet Wiktorowi czy Bartkowi.
Poszedł do umywalni. Przestraszyła go własna twarz w lustrze. Zamknął się w 
ubikacji. Nie płakał. Łzy same leciały ciurkiem.
„«Nie wierzę ci. Kto raz skłamie...» — przypominał sobie. — Więc jak to? 
JeŜeli ktoś raz ukradnie, to juŜ całe Ŝycie będzie złodziejem? Nieprawda. Nie 
moŜna tak człowieka krzywdzić.
«Zawiodłeś moje zaufanie... Puściłeś rady mimo uszu...» A ile ja juŜ stron 
zapisałem jak głupi! I dalej będę pisał na złość. Ale pan kierownik tylko: 
«Nawet cię nie pytam...»
I jeszcze: «Masz zły wpływ na kolegów.» O, to najbardziej boli. Jaki mam 
wpływ? PrzecieŜ zawsze Bartka najwięcej słuchają. I w piątej tak było, i 
teraz. A ile razy ja Wiktora powstrzymywałem, jak chciał coś naprawdę 
szalonego zrobić? O tym nawet nikt nie wie, naturalnie, a jak się tylko raz 
wpadnie, to juŜ hajda do innej szkoły. O rany!..."
Cała chustka była juŜ mokra. Obmył twarz zimną wodą, wypłukał chustkę i stanął 
przy otwartym oknie. Uspokoił się. A kiedy pomyślał o pani Ostrowskiej, 
zrozumiał, co to znaczy „zimna nienawiść".
Wczoraj była u nich w domu. Ojciec dziś wyszedł do fabryki bardzo wcześnie. 
Mama była jakaś milcząca. Rozprawa będzie chyba wieczorem.
„W szkole juŜ i tak nie mogę wytrzymać — myślał sobie Stefan — jak jeszcze w 
domu nie będę mógł oddychać... W ogóle, co to za Ŝycie?"
ROZDZIAŁ  8.
JA DO DOMU NIE IDĘ! POMYSŁ BARTKA.
W MIESZKANIU GRAMATYKI.

Strona 30

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

NIESPRAWIEDLIWOŚĆ BOLI.
Stefan wmieszał się w tłum chłopców wybiegających na przerwę. Na twarzy jego 
nie widać było śladu tylko co przeŜytych wzruszeń. Ale był to spokój pozorny. 
Naprawdę bardzo gnębiło go pytanie: co będzie w domu?
Wiktor i Bartek towarzyszyli mu w milczeniu. Wyczuwali jakieś powaŜniejsze 
zmartwienie. Niech Stefan sam zadecyduje, kiedy im się ma zwierzyć.
Współczuli koledze, gotowi kaŜdej chwili podać mu rękę. ToteŜ kiedy usłyszeli, 
Ŝe Sewerek zarządził po lekcjach zebranie zastępu, spojrzeli na siebie 
porozumiewawczo.
Usiedli po obu stronach przyjaciela. Wiktor ściskał Stefka za kolano i szeptał:
—  Stefek, nie bój się! Zobaczysz. No, ja ci mówię, zobaczysz. Tymczasem 
Sewerek ze zmarszczonymi brwiami grzmiał z wysokości katedry:
—  Stała się rzecz straszna w naszej klasie.  Jeden z naszego zastępu, Stefan 
śórawiec, zemścił się na naszej ukochanej nauczycielce polskiego za to, Ŝe mu 
postawiła z dyktanda dwójkę...
—  Nieprawda — zaprotestował Romek. — Stefan się nie mścił. Nie wiedział 
przecieŜ, Ŝe to jej okno. Słyszałeś rano.
—  ...zemścił się w ohydny sposób — ciągnął Sewerek — bo stłukł jej pamiątkową 
porcelanę po dziadku powstańcu z tysiąc osiemset trzydziestego roku.
—  Nieprawda — powiedział Bartek — to mogła być pamiątka po pradziadku.
—• Kto nie szanuje pamiątek rodzinnych, kto szuka zemsty na swoich 
nauczycielkach, ten jest złym Polakiem, złym synem i złym kolegą, takim jak 
śórawiec.
—  Nieprawda, Stefan jest dobrym kolegą — rzucił Wiktor.
—  Widzicie, jak to całe zo... towarzystwo broni się przed za-
rzutami? To jest źle pojęta solidarność. Solidarność, która naszą klasę hańbą 
okrywa, i za nich my musimy cierpieć.
—¦ O rany! — krzyknął ktoś z klasy. — JuŜ ósma zbiórka w tym miesiącu. JeŜeli 
przez nich, to zróbcie coś, bo juŜ dłuŜej nie wytrzymam.
—  Przez nich! — zawołał Sewerek.
—  Wyrzucić ich!
—  Udzielić nagany!
—  Pilnować!
—  Rodziców wezwać!
—  Spokój był, dopóki ich nie było!
—  Wyrzucić!
Sewerek z trudem ukrywał zadowolenie z takiego obrotu rzeczy. Kończył obłudnie:
—¦ Nie moŜemy ich wyrzucić, koledzy. To nie byłoby szlachetne. Musimy nad nimi 
popracować. ChociaŜ to będzie cięŜkie, o, bardzo cięŜkie zadanie!
Tu poprosił o głos Wiktor.
—¦ Sewerek, Ŝal mi cię. Podejmujesz się takich cięŜkich zadań, Ŝe jeszcze się 
nadweręŜysz.
Klasa gruchnęła śmiechem, a Wiktor ciągnął dalej:
—  Dostał   Stefan   dwóję   za  ściąganie?   Dostał.   Miała   prawo 
nauczycielka  ją postawić?  Miała.  Ale moŜna mieć Ŝal? MoŜna.
—  Nie moŜna!  Sprawiedliwie ją dostał! — zawołał Sewerek.
—¦ Sprawiedliwie, ale jeŜeli jesteś taki czuły na sprawiedliwość, to twój 
stopień za dyktando nie jest sprawiedliwy. I ty powinieneś mieć dwójkę, bo teŜ 
ściągałeś. Dobrze widziałem. Gramatyka nie zauwaŜyła, bo pilnowała tylko 
Stefana. A ty zamiast być mu wdzięczny, jeszcze huzia na niego. Tak się nie 
robi. I jeszcze powiem: o Ŝadnej zemście tu nie krzycz. Nie wmawiaj. Bo tak 
dostaniesz, Ŝe popamiętasz. Ja teŜ mam juŜ tego wszystkiego dosyć.
Widać było, Ŝe Wiktor zdenerwował się, bo mu prawa brew podskakiwała. Jego 
słowa zrobiły wraŜenie na klasie.
—  Sewer — wołano — z tym ściąganiem, sam wiesz, rozmaicie bywa... 
zagalopowałeś się!
—  I co ty na nich jedziesz?
—  Piłkę podobno wcale nienaumyślnie wrzucili. Mikrus zaklinał się, Ŝe 
niechcący.
—  A ja wam mówię — upierał się Sewerek — oni nasz zastęp tak wkopią, Ŝe nie 
daj BoŜe! JuŜ ja to czuję. Im brak harcerskiego ducha. I jeŜeli my się za nich 
nie weźmiemy, to oni...
—  Dość! — zawołał Romek. — O kim ty mówisz: my — was, nas —¦ was?  Co to 

Strona 31

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

jest?  Jakim prawem robisz z nas, nowych w tej klasie, jakichś diabłów? A co,  
do nieba tu przyszliśmy? Same anioły z archaniołem Sewerkiem na czele? 
Bartkowi zaraz pierwszego dnia ktoś buchnął pióro. A mnie juŜ dwa razy zginęło 
śniadanie z teczki. Ale nic nie mówię.  Sam złapię tego niena-Ŝartego i spiorę 
na kwaśne jabłko. Nie moŜe przyjść jak człowiek i powiedzieć: „Daj połowę"? I 
nie mówię: to wy, to u was, to przez was. W kaŜdej klasie rozmaicie się zdarza.
—  Romek, my nie do ciebie — tłumaczył się Sewerek — ty jesteś inny, to tylko 
przez tych trzech...
—  Dość — powiedział Bartek — postaramy się, Ŝebyś przez nas nie cierpiał.
Po zbiórce poszli Bednarską w trójkę razems Bartek powiedział, Ŝe to wszystko 
raz trzeba dobrze wyjaśnić.
—  śyć mi się juŜ nie chce — mówił.
—  A co dopiero mnie — dorzucił Stefan i opowiedział wszystko, co go spotkało 
u pana kierownika.
—  To znaczy, dzisiaj czeka cię rozprawa z ojcem? Stefan kiwnął głową i dodał 
z rozpaczą:
—  Słuchajcie, ja do domu nie idę. Komu innemu nie powiedziałbym, ale wam 
powiem — boję się. Ojciec ma twardą rękę. Jak jest dobry, to dobry jak miód, 
ale jak wpadnie w złość — nie ma Ŝartów. I mama teŜ bronić mnie nie będzie.
—  Nie gorączkuj się — mówił Wiktor — chodźmy do mnie. Namyślimy się, co robić.
U Wiktora nic nie przeszkadza myśleć. Matki prawie nigdy nie ma. Starszy brat 
siedzi w pokoju sam albo z kolegami. Całą kuchnię Wiktor ma dla siebie. 
Chłopcy siedzą, myślą, nic wymyślić nie mogą.
Wreszcie Wiktor mówi:
—' Pójdę do twego ojca i przemówię, jak tylko umiem najlepiej. Wzruszę go do 
łez, zobaczysz. A jak się wzruszy, juŜ ci lania nie sprawi. To wypróbowany 
sposób.
—  Na nic ten sposób — mówi Stefan — to dobre na kobietę. Mój ojciec jest 
twardy. I na zgrywaniu zaraz się pozna. Powie: „Świadczył się Cygan swoimi 
dziećmi." Wiadomo, kolega kolegi broni. A jeszcze taki kolega jak ty. Ojciec 
przecieŜ wie, Ŝe się z tobą i Bartkiem przyjaźnię.
—  A moŜe — mówi Bartek — poprosiłbym ElŜbietę, Ŝeby pomówiła z twoją mamą?
—  Za nic w świecie! — Stefan aŜ skoczył. — Bartek, jeŜeli chociaŜ słówko 
powiesz, to jesteś mój wróg, a nie kolega.
—  No więc, co robić? — pyta trochę zdziwiony gwałtownością Stefka Bartek.
—  Pomyślmy — mówi Wiktor.
Po dłuŜszej chwili Bartek proponuje:
—-Najlepiej zastosujemy stary, wypróbowany sposób. Wszyscy rodzice lubią, jak 
im się przyrzeka, Ŝe juŜ więcej to się nie powtórzy.
—  Na nic ten sposób — wzdycha Stefan. — Ja w tym roku postanowiłem sobie 
dotrzymywać słowa. Więc jak tak powiem...
—  To dotrzymasz — mówi Bartek. — CóŜ ty sobie myślisz, Ŝe ja cię do kłamstwa 
namawiam? Obiecasz, Ŝe juŜ od Romka nie będziesz ściągał.
—  Rozumiesz: od Romka juŜ nie — mówi znacząco Wiktor.
—  Aha! — zaczyna rozumieć>Stefan. — To znaczy, Ŝe od kogo innego...
—  Nie — rozgniewał się wstając zza stołu Bartek. — Słuchajcie, ja mówię 
zupełnie serio. A jeŜeli wy chcecie dalej na samym łgarstwie jechać, to cześć...
—  Bartuś  —  uspokoił  go  Wiktor.  —  Nieporozumienie!   Jak cię kocham, 
nieporozumienie! Teraz juŜ wiem i Stefan juŜ wie. Prawda, Stefan, rozumiesz 
juŜ, o co chodzi?
—  Rozumiem.  Ale  ja  nie  jestem pewny,  czy mój  ojciec  da się  tym  
ułagodzić.   Bo   widzicie,   zanim  sobie   postanowiłem,   Ŝe
będę słowa dotrzymywać, to nieraz ojcu mówiłem: „juŜ nie będę", a potem znowu...
—  To dlatego, Ŝe byłeś młody i głupi — pociesza Wiktor — teraz juŜ masz całe 
dwanaście lat. Jesteś uczniem szóstej klasy i chyba twój ojciec rozumie, Ŝe 
musi cię juŜ traktować powaŜnie?
—  Bo ja wiem... — mówi Stefan.
—  Poczekajcie tu na mnie — Bartek podnosi się znowu. — Idę   do   rodziców   
Stefana   i   przygotuję   grunt.   JeŜeli   wszystko pójdzie dobrze, 
przybiegnę po was.
—  A jak nie? — spytał Stefan, który jakoś niewiele sobie po Bartku obiecywał.
—  To pomyślimy — powiedział Bartek i wyszedł.
Stefek zdąŜył mu tylko krzyknąć, Ŝeby nie zdradził miejsca jego pobytu. Bał 

Strona 32

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

się, Ŝe ojciec gotów po niego przyjść.
Siedzieli z Wiktorem. Czekali na powrót Bartka. Stefan był bardzo zgnębiony, 
bo kiedy po raz nie wiadomo który powtórzył: — Lanie dostanę na pewno... — 
Wiktor powiedział bez zwykłej pewności w głosie:
—¦ Stefan, wiesz, Ŝe ja ci zazdroszczę tego... lania. Niechby mnie ojciec 
nawet co dzień bił... Ale Ŝeby był, Ŝeby Ŝył... Pamiętam go dobrze, miałem juŜ 
sześć lat, kiedy zginął. Palca nigdy na mnie nie zakrzywił... i mamie nie 
pozwolił...
Stefkowi ścisnęło się serce. Ojciec Wiktora był kierowcą. Zabili go bandyci.
„I mojego mogli bandyci napaść — myśli Stefan. — To juŜ lepiej... I tak lania 
dawno nie dostałem. Ostatni raz za te papierosy chyba... Boję się, to prawda, 
ale nie jestem w porządku..."
Do drzwi zastukał Bartek i od razu po jego minie poznali, Ŝe się udało.
Poszli we trzech do mieszkania Stefka. Ojciec mu przy kolegach zapowiedział, 
„Ŝeby to był ostatni raz", i zaraz kazał mu iść przeprosić nauczycielkę.
Stefan wcale nie był zachwycony takim obrotem rzeczy.
—  Chłopaki — powiedział na  schodach — ratowaliście  mnie dotąd, ratujcie do 
końca. Ja naprawdę nie wiem, co tam trzeba powiedzieć. Gdyby mi kto dał 
wybierać, to wolałbym lanie niŜ
przeproszenie Gramatyki. PrzecieŜ to wszystko przez nią. PrzecieŜ ja na nią 
patrzeć nie mogę.
—  Zdaje ci się — mówi Wiktor.
—  Wcale mi się nie zdaje... bo jak tylko o niej pomyślę, to mnie w dołku coś 
ściska.
—  E tam, ściska cię, bo obiadu nie jadłeś. Zobaczysz, jak się najesz, to ci 
ściskanie przejdzie — przekonywał Wiktor.
—¦ Ale po co ta niesprawiedliwość i w ogóle zaraz ze skargą do ojca leci, do 
kierownika...
—  Stefan — powiedział spokojnie Bartek — szkoda, Ŝe ty nie jesteś  
nauczycielem.  Ty na  pewno byłbyś  dla  uczniów bardzo dobry. Ale porządku 
chyba nie umiałbyś upilnować.
—> Ja? Nie umiałbym? — rzucił się Stefan. —¦ Zobaczyłbyś! U mnie chodziłoby 
wszystko jak w zegarku.
—  A   gdyby   na   przykład   Sewerysio...   —   zaczął   niewinnie Bartek.
—  O, Sewerysiowi dałbym szkołę! — zawołał Stefan. — JuŜ on by oduczył się 
ściągania. Wezwałbym ojca, matkę, dwóję bym mu kropił jedną za drugą.
—  To czego chcesz od Gramatyki?
Teraz dopiero Stefan zobaczył, Ŝe wpadł we własnoręcznie wykopany dołek. 
Wybałuszył w pierwszej chwili oczy, ale zaraz wybuchnął śmiechem. Złość mu 
przeszła.
Odszukali okno, w które wpadła piłka. Poznali je po wyjątkowo pięknych 
pelargoniach w skrzynce.
Weszli do klatki schodowej i na prawych drzwiach znaleźli tabliczkę: „Zofia 
Ostrowska". Stefanowi nigdy nie przyszło do głowy, Ŝe Gramatyka moŜe mieć 
takie samo imię jak jego matka.
Zadzwonili delikatnie i zaraz słychać było, Ŝe ktoś idzie. Drzwi otworzyły 
się, a chłopcy prawie jednocześnie powiedzieli:
—  Dobry wieczór pani!
—¦ Dobry wieczór, chłopcy, dobry wieczór — odpowiedziała siwa starsza pani.
Stefan speszył się, bo myślał, Ŝe to sama Gramatyka otworzy, ale Bartek 
ukłonił się grzecznie i zapytał:
—  Czy zastaliśmy panią Ostrowską?
—  Owszem,  to  ja  jestem — odpowiedziała  pani — a  czego chcecie?
—  Chcielibyśmy  się  zobaczyć  z panią nauczycielką — mówi Bartek.
—  A, to wy moŜe jesteście uczniami mojej córki?
i— Tak, proszę pani, i właśnie bardzo nam zaleŜy... — zaczął Wiktor.
—  Wejdźcie,  proszę  bardzo,   wejdźcie,  chłopcy —  zapraszała starsza pani 
Ostrowska. — Córka powinna zaraz nadejść.
Zaproszeni weszli do tego "właśnie pokoju wychodzącego na podwórze. Pod oknem 
stał stolik z wieloma szufladkami, a na nim pełno drobiazgów. Zobaczyli tam 
sporo figurek, koszyczków i ramek. JeŜeli piłka wpadła na ten stolik, to chyba 
połowę rzeczy przewróciła, a moŜe i potłukła. Chłopcy poczuli się bardzo 
nieswojo.

Strona 33

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Tymczasem starsza pani kazała im usiąść na miękkich stołkach, sama usiadła 
równieŜ i mówiła:
—  Córka  zaraz  wróci  z  wieczorowej   szkoły.   Dziś  czwartek, a we 
czwartki wraca zwykle wcześniej.
„Ładnie wcześniej" — pomyślał Stefan patrząc na wiszący zegar pokazujący juŜ 
ósmą godzinę.
—¦ To nasza pani uczy i w wieczorowej szkole? — spytał Wiktor.
—  A tak. Ma duŜe obowiązki. Ja ze względu na nogi tylko po mieszkaniu się 
kręcę. Druga córka, młodsza, na uniwersytet chodzi. Więc Zosia na nas pracuje 
i jeszcze w domu pomaga. Nieraz aŜ się na nią gniewam. Bo do czego to podobne! 
Zeszytów zawsze ma taką pakę do poprawiania. I do lekcji musi się przygotować. 
Przed dwunastą nigdy spać nie idzie. Ale teŜ podobno jest dobrą nauczycielką.  
Bardzo ją uczniowie lubią. Przychodzą tu czasem z tej wieczorowej szkoły. To 
juŜ dorosła młodzieŜ. Widzą pracę mojej Zosi.
—  Proszę pani — powiedział Bartek — my teŜ widzimy. W innych szkołach w 
siódmej tyle nie umieją co my w szóstej. Wiem, bo mam stryjecznego brata w 
siódmej klasie na Kopernika.
—  Co ty mówisz? — ucieszyła się staruszka. — Muszę to Zosi powtórzyć.
—¦ Tak, proszę pani — zaczął Wiktor — my to rozumiemy i właśnie przyszliśmy 
przeprosić za przykrość, jaką niechcący zrobiliśmy.
—  Za jaką przykrość? — przestraszyła się.
—  Bo... bo ta piłka... co wczoraj wpadła w okno, to właśnie przez nas...
—  Przeze mnie — Stefan aŜ  się podniósł — ale niechcący. I naprawdę jest mi 
bardzo nieprzyjemnie.  śebym wiedział,  to wolałbym nie wiem co.
—  No cóŜ — westchnęła starsza pani — co się stało, to się nie odstanie.  
Córce  było bardzo przykro, bo myślała... — Zamilkła na chwilę, przyglądając 
się im kolejno. — Farfurka się stłukła.
Podeszła do stoliczka pod oknem i z szufladki wyjęła zawinięty w bibułę 
porcelanowy dzbaneczek z utrąconym uszkiem i dzióbkiem.
—¦ To stara korecka porcelana. W Korcu dawniej takie piękne rzeczy wyrabiali. 
Pamiątka po moim dziadku. Ten dzbanuszek był z nim na Sybirze, tyle lat 
przetrwał. Zosia tak go lubiła. Stały w nim ołówki na stoliku. No i rozbił 
się. Szkoda.
—  Pani pozwoli — wyciągnął Bartek rękę. — Ja mam w domu taki klej. I uszko, i 
dziobek przykleję, tak Ŝe znać nie będzie.
—  Naprawdę? — ucieszyła  się pani Ostrowska.  — Oj, Ŝeby ci się to udało!
—  To my juŜ chyba pójdziemy — podniósł się Wiktor, a koledzy za nim. —¦ Pani 
nauczycielka moŜe dziś się spóźni.
—  Ona się nigdy nie spóźnia, tylko widocznie zebranie jakieś wypadło — 
westchnęła matka. A tu tyle zeszytów na nią czeka — wskazała na etaŜerkę, 
gdzie  leŜały przewiązane porządnie trzy paczki zeszytów.
—  To my pewnie jeszcze raz przyjdziemy? — zaniepokoił się Stefan.
—  Nie trzeba, chłopcy, nie trzeba^— mówiła pani Ostrowska. —
JuŜ ja córce powiem, Ŝe byliście tu z przeprosinami. Więcej tego nie zrobicie, 
prawda?
—¦ Na pewno nie. JuŜ nigdy nie będę piłki rzucać. I bardzo przepraszam.
JuŜ na podwórku Wiktor powiedział:
—  No, to nie było takie straszne, co?
—  A wiecie — powiedział Bartek — mnie jej naprawdę Ŝal.
—  Tej staruszki?
—  Nie. Gramatyki. PrzecieŜ ona pracuje jak robotnik, na dwie zmiany. A do 
tego, kiedy przyjdzie do domu, to jeszcze siada do zeszytów. A potem musi 
obmyślić...
—  Takie lepsze dyktando dla nas — przerwał mu z goryczą Stefan, ale Bartek 
nie dopuścił go do słowa.
—  Nie, Stefan, ty sobie dobrze to przemyśl. Przez takie dyktando my lepiej 
piszemy niŜ siódma klasa gdzie indziej. Widziałem wypracowania mego 
stryjecznego brata.
—  To prawda o tym bracie? — spytał Stefan.
—  Nie słyszałeś, jak mówiłem?
—  Słyszałem, ale myślałem, Ŝe to tylko tak, przez grzeczność. Bo Alina 
mówiła, Ŝe czasami mówi się coś takiego... no, jak na przykład ElŜbieta...
Bartek przyglądał mu się nic nie rozumiejąc, a Wiktor połoŜył Stefkowi rękę na 

Strona 34

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

czole i powiedział z przesadną powagą:
—  PrzeŜycia dnia dzisiejszego tak wstrząsająco oddziałały na twój młodzieńczy 
umysł, Ŝe naleŜy się obawiać o stan twego mózgu. Ale czoło masz zimne — dodał 
juŜ zwyczajnym tonem.
—  A jednak to był pradziadek — powiedział zamyślony Bartek. — Ale ja go 
skleję bez znaku.
—  Skleisz pradziadka? — Wiktor spojrzał na Bartka.
—  To cenna porcelana. U nas w domu jest korecki talerz. PokaŜę go wam kiedyś. 
A klej  mam pierwszorzędny.  Mieszanina własnego pomysłu.
—  Dobra. A teraz, chłopaki, cześć pracy i do roboty. Nie daj, Panie  BoŜe,  
jutro  złapać  dwóję,  bo  wszystkie  nasze  dzisiejsze zmartwienia powtórzą 
się od początku! — zawołał Wiktor.
—¦ Od referatu Sewerka? — zapytał ze zgrozą Bartek.
- I od wezwania do kierownika? — dorzucił Stefan.
— Brr! — otrząsnął się Wiktor. — Odstukuję w nie heblowane drzewo — i stuknął 
zgiętym palcem w głowę śórawca.
Stefan długo tego wieczoru siedział nad lekcjami. JuŜ wszyscy spać poszli, a 
on jeszcze kiwał się nad ksiąŜką.
Między powtarzaniem zwrotek zadanego wiersza myślał sobie o róŜnych rzeczach:
„...Przezwali ją Gramatyką. I kawały róŜne urządzają. A ona moŜe myśleć, Ŝe to 
na złość. Ja juŜ będę na polskim uwaŜać. Niech tam. JuŜ mi trochę przeszło. 
Widocznie mam taki charakter jak ojciec. Jak wpadnie w złość, toby człowieka 
rozerwał. A po jakimś czasie to mu przejdzie. Mama to się nieraz aŜ dziwi. Bo 
mama pamięta wszystko i tak łatwo nie daruje. Mówi, Ŝe ją serce boli na samo 
wspomnienie krzywdy.
A panu kierownikowi nie zapomnę nigdy. «Nawet się nie pytam* —¦ mówił, a ja 
piszę i piszę ten pamiętnik. I będę pisał przez cały rok. ChociaŜ tak naprawdę 
to nie powinienem tego robić. Bo dla pana kierownika nie warto."
Tu na samo wspomnienie aŜ zakłuło go w sercu. Widocznie był trochę podobny i 
do swojej mamy.
ROZDZIAŁ  9.
PSEUDONIMY. UROCZYSTA PRZYSIĘGA.
ARCHIMEDES, ALE TROCHĘ INACZEJ.
WSZYSTKO PRZEZ WIKTORA!
Nareszcie Bartek coś wymyślił. JuŜ rano zawiadomił przyjaciół c wykończonym 
pomyśle, ale nic więcej powiedzieć nie chciał, bo się „w dwóch słowach" nie 
da. AŜ się z niego śmieli, Ŝe zwykle raczej małomówny, teraz przemówił 
długofalowo.    "
Kiedy po południu zebrali się w trójkę w mieszkaniu Niedź-wiedzkich, Bartek 
wyłoŜył całą sprawę:
—¦ Zakładamy stowarzyszenie. Naturalnie nikt o tym nie będzie wiedział. To 
będzie stowarzyszenie tajne. Musimy całej klasie pokazać, ile naprawdę 
jesteśmy warci.
—¦ To będzie trudno — westchnął Wiktor. — Nie dostrzegają wcale naszej 
wielkiej wartości. Jakby im kto oczy przewiązał.
—  Zgadzam się, Ŝe to sprawa niełatwa, ale jak sobie postanowimy, to dokonamy.
—  To mi się podoba — dodał Stefan — ja się w to juŜ wprawiam.
Bartek, dokładny jak zawsze, miał wszystko zapisane na kartce.
Odczytał:
„1. Cel stowarzyszenia: zdobycie dobrej opinii w oczach klasy.
2. Środki wiodące do tego c«lu: przodowanie we wszystkich przedmiotach."
To drugie od razu wzbudziło wątpliwości. Wiktor w Ŝaden sposób nie podejmował 
się przodowania w matematyce, do której „głowy nie miał". Trójka z tego 
przedmiotu wydawała mu się zawsze bohaterskim osiągnięciem. Stefan znowu nie 
mógł Ŝadnym sposobem przodować w języku polskim, skoro przed kaŜdą klasówką 
skóra na nim cierpła.
—  To nic — wyjaśnił Bartek — przecieŜ i ja mam swoją piętę achillesową —• 
geografię. Nie bójcie się. PrzecieŜ to wcale nie znaczy, Ŝe od jutra zaraz 
mamy ze wszystkiego mieć piątki. Ale powoli, z tygodnia na tydzień.
—¦ E, to będzie trudne — powątpiewał Wiktor. — Czy nie lepiej wymyślić jakiś 
inny sposób?
—  Jaki?
—  No, na przykład pomówimy z klasą, podyskutujemy i przekonamy.

Strona 35

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Gadaniem nie przekonasz.
—¦ Ale to przecieŜ nudne: siedzieć nad ksiąŜką! To dopiero wymyśliłeś!
—  Wymyśl lepiej — mówił Bartek — wymyśl coś, Ŝeby mieć dobre stopnie, a 
całkowicie się poddam.
—  Ba! — wtrącił Stefan. — śeby taki sposób znaleźć, aby bez niepotrzebnej 
straty czasu pokazać klasie, co my naprawdę jesteśmy warci!
—  Chłopaki! — zawołał Wiktor. — CóŜ to, czy nas nie stać na
pomysły? Postanówmy sobie, Ŝe w ciągu najbliŜszych miesięcy kaŜdy z nas 
wymyśli coś olśniewającego, coś, co wprawi w najwyŜsze zdumienie naszych 
kolegów i nauczycieli.
—  E,  Wiktor — obruszył  się  Bartek — ty to .zaraz musisz „w najwyŜsze 
zdumienie". Teraz ja powiem: nie kaŜdego stać na olśniewający pomysł. Owszem, 
starajmy się coś wymyślić. Niech to będzie takie racjonalizatorstwo na szkolny 
uŜytek.  I niekoniecznie jakaś nadzwyczajność.
—  A temu, kto nie będzie mógł wymyślić czegoś zdumiewającego, to się zaliczy 
i jakiś mniejszy pomysł — dodał Stefan, który od razu sobie  pomyślał, Ŝe do 
Ŝadnych wspaniałych pomysłów głowy nie ma.
—  Musimy coś takiego zrobić, Ŝeby całej klasie oko zbielało — powtarzał Wiktor.
—  Czy to stowarzyszenie będzie się jakoś nazywać? — zwrócił się do Bartka 
Stefan.
—¦ Owszem.   Ja   proponuję:   „Stowarzyszenie   Trzech   Ambitnych".
—  STA — wypisał na kartce Wiktor. — Lepiej byłoby STO. MoŜna  byłoby  
zamienić  na  „sto" i to byłby nasz znak,  nasza pieczęć.
—  Na  „o"  to  mogłoby być  „oczernionych"  albo  „odepchniętych" — myślał na 
głos Stefan.
—¦ PrzecieŜ nikt nas nie odpychał ani nie oczerniał — sprzeciwił się Bartek. — 
Po prostu źle nas osądzono, i koniec.
—  To  niech  będzie  „Stowarzyszenie  Trzech  Osądzonych"  — ucieszył się 
Wiktor.
—  Niech będzie — przystał Bartek, ale było widać, Ŝe mu się to niezbyt 
podobało.
—  A jakie pseudonimy będziemy mieli? — dopytywał Stefan w dalszym ciągu.
—  Czy to potrzebne?
—  Coś ty, Bartek, zakładamy tajne stowarzyszenie i bez pseudonimów? A jak ja 
napiszę do ciebie list i podpiszę się zwyczajnie „śórawiec, to kaŜdy od razu 
będzie wiedział, o co chodzi. Pseudonimy są koniecznie potrzebne. Ja wybieram 
sobie „Kmicic".
—  A ja „Wołodyjowski" — zawołali jednocześnie Bartek i Wiktor, ale Stefan 
rozstrzygnął krótko:
—  Wołodyjowskim niech będzie Bartek. Do ciebie, Wiktor, ten pseudonim n-ie 
pasuje, ty bądź „Zagłobą". Zagłoba teŜ łgał jak "z nut i pomysły miał dobre 
jak ty, i bielmo miał na prawym oku.
—  Gdzie ja mam bielmo? — wrzasnął Wiktor.
—  Bielma nie masz, ale sam mówiłeś, Ŝe na prawe ucho źle słyszysz, to coś 
podobnego. A Bartek jest małego wzrostu, akurat „Mały Rycerz".
—  Ale wąsów nie ma!
—¦ No, ty byś teŜ Burłaja nie usiekł — odciął się Bartek. —¦ Nie kłóćcie się — 
uspokajał Stefan — wszystkie trzy pseudonimy są dobre.
—  To moŜe by nasze stowarzyszenie od razu „Potopem" nazwać? — mówi z 
przekąsem Wiktor.
—  Nie — zaprotestował Bartek — potop to coś smutnego, jakaś klęska, a nasze 
stowarzyszenie ma na celu zwycięstwo.
—¦ Więc poprowadzimy rzesze naszych członków szlakiem zwycięstw i chwały! — 
zawołał Wiktor.
—¦ Rzesze, nie rzesze — wtrącił Stefan — jest nas tylko trzech, chyba Ŝe 
będziemy przyjmować do naszego stowarzyszenia innych skrzywdzonych przez klasę?
—  MoŜe — zgodził się Wiktor. — Skoro nas tak źle ocenili, to widocznie mają 
taką metodę. Oni jeszcze niejednego tak osądzą, zobaczycie, i wtedy my 
otworzymy mu swoje ramiona. „Chodź, bracie, wylej łzy rozpaczy na naszej 
potrójnej piersi!" Zobaczycie, organizacja nasza będzie rosła w siłę i wszyscy 
do nas będą szli z zaufaniem, a kiedy juŜ cała klasa będzie w naszym 
stowarzyszeniu, dopiero im pokaŜemy.
—  Komu? — spytał Bartek.

Strona 36

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—¦ No... tym, co tak oczerniają: tym, co zostaną... Aha — zorientował się — no 
to wcześniej, kiedy pół klasy będzie u nas, a pół jeszcze nie. A kto będzie 
prezesem w naszej organizacji?
—  Nikt   —   zdecydował   Bartek   —   jesteśmy   triumwiratem, wszystko 
załatwiamy kolektywnie, a decyduje większość.
—  Bardzo dobrze — ucieszył się Wiktor. — Stefan, Ŝebyś ty
niczego bez mojej i Bartka zgody nie urządzał, bo ty głową ruszać nie zawsze 
potrafisz. Najpierw się naradź z nami. No i co jeszcze? — zwrócił się do Bartka.
—  Musicie wyrazić zgodę na przystąpienie do STO.
—  Ja się zgadzam — powiedział Stefan, ale Wiktorowi wydawało się to za mało 
uroczyste. Na poczekaniu ułoŜył tekst przyrzeczenia. Stanęli razem we trójkę 
przy stoliku, na którym stał wazon pełen pięknych fioletowych astrów, połoŜyli 
prawe ręce jedna na drugiej i powtarzali za Wiktorem:
—. Przystępuję do Stowarzyszenia Trzech Osądzonych i przyrzekam wytrwale dąŜyć 
do jego świetlanego celu. Wiem, Ŝe obowiązuje mnie braterstwo i wierność do 
ostatniego tchu. A gdybym to przyrzeczenie złamał, to niech mi... wszystkie 
włosy wypadną z głowy, tak jak w tej chwili płatki z tych astrów.
Bartek miał taką minę, jakby się chciał roześmiać. Stefana az dreszcz 
przeszedł, kiedy przy ostatnich słowach przysięgi zobaczył opadające fioletowe 
drobne płatki. W jednej chwili z puszystego kielicha został tylko Ŝółty środek 
na cienkim badylu.
—  No, teraz to było naprawdę uroczyście — powiedział z dumą Wiktor.
—¦ Poczekajcie — powiedział Bartek i wyszedł do drugiego pokoju, a po chwili 
oznajmił z uśmiechem:
—¦ Poprosiłem ElŜbietkę, Ŝeby nam zagrała. Zaraz tu przyjdzie. To będzie tak 
zwana część artystyczna.
Stefan w pierwszej chwili chciał nie wiadomo dlaczego zaprotestować oraz 
skoczyć w drzwi do przedpokoju i uciec. Spojrzał na Wiktora, myśląc, Ŝe i on 
ma ten sam zamiar, ale Wiktorowi wcale to nie było w głowie. Stał spokojnie 
przy półce z ksiąŜkami i przyglądał się tam czemuś. DuŜym wysiłkiem woli 
Stefan opanował się, bo i jak by wytłumaczył swoją ucieczkę?
Weszła ElŜbieta. PołoŜyła na stole skrzypce i przywitała się z chłopcami. 
Śmiała się i pytała, czy naprawdę nie mają nic lepszego do roboty niŜ słuchać 
jej rzępolenia?
Słowa te przestraszyły Stefana. MoŜe ona naprawdę tak myśli? Chciał 
zaprzeczyć. Nie wiedział jak. Nie zrozumiał nawet odpowiedzi Wiktora.
Wreszcie ElŜbieta wzięła skrzypce i stanęła koło okna. JuŜ szarzało i tylko 
przy tym oknie było jeszcze trochę widno. Miała na sobie jakąś białą bluzkę 
czy fartuszek, bo skrzypce dobrze było widać na jasnym tle. Zagrała.
Stefan przymknął oczy i po chwili mu się wydawało, Ŝe to niedzielne popołudnie 
na wsi u babci. Wszyscy są w domu, siedzą pod drzewami w sadku, a on mamę 
trzyma za rękę. Pomyślał sobie, Ŝe chciałby zawsze być dobry dla rodziców i 
dla Lucynki i Ŝe chyba to nie będzie takie trudne.
—  Stefan, usnąłeś?
Bartek w tej chwili przekręcił kontakt i wszyscy zmruŜyli oczy przed światłem. 
Wiktor coś tam opowiadał, ale ElŜbieta patrzyła na Stefana, czekała, co on 
powie.
Wreszcie zapytała:
—  A tobie podobało się? Stefan kiwnął głową.
—• To pewno bardzo trudne, ElŜbietko? — zapytał wreszcie.
—¦ Nie, Stefku — odpowiedziała — trzeba tylko duŜo ćwiczyć.
W drodze do domu Wiktor cały czas opowiadał o swoim bracie. I zdolny, i 
profesorowie go lubią, a teraz jest prezesem koła AZS, bo świetnie pływa, 
fechtuje się i gra w piłkę. Z opowiadania wynikało jasno, Ŝe Wiktor nie chce 
zostać w tyle za Bartkiem, skoro Bartek ma taką siostrę...
Stefan .westchnął. Lucynka jest jeszcze mała. Nic o niej nie moŜna powiedzieć.
JuŜ przy bramie Wiktor szeptem zaczął o stowarzyszeniu, ale Stefan nie chciał 
o tym mówić. Nagle wydało mu się, Ŝe to tylko jakaś heca.
STO istniało juŜ prawie dwa tygodnie, a jak to się mówi: „nie przejawiało 
Ŝadnej działalności". Cała trójka myślała, co by tu wymyślić, ale nic nie 
przychodziło jej do głowy.
AŜ wreszcie jednego dnia Bartuś wziął kolegów na bok i oświadczył:
—  Mam!

Strona 37

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Co masz? — spytał Wiktor.
—  Pomysł.   Słyszeliście,   Ŝe   na   czwartek   jest   zadane   prawo
Archimedesa i mamy przeprowadzić w domu ćwiczenia?
—  Słyszeliśmy, no i co z tego?
—¦ A to, Ŝe takiego ćwiczenia, jakie my przygotujemy, nikt nie będzie miał. 
Wiktor, będziesz zadowolony. Całej klasie oko zbieleje.
To zaczynało być interesujące, a kiedy Bartek opowiedział o swoim pomyśle 
szczegółowo, wydało się naprawdę niezwykłe.
Nauczyciel fizyki polecił w domu wykonać doświadczenie z jakimś przedmiotem, 
który zgodnie z prawem Archimedesa zanurzony w wodzie stanie się lŜejszy. 
Bartek wymyślił, aby osobiście zanurzyć się w wodzie i obliczyć, ile kaŜdemu z 
nich ubywa na wadze.
Wiktor i Stefan przestraszyli się w pierwszej chwili. Zanurzyć się w rzece w 
końcu października to Ŝadna przyjemność. Ale okazało się, Ŝe wystarczy wanna w 
mieszkaniu Bartka. Doświadczenie postanowili wykonać w środę, kiedy rodzice 
Bartka wracają dopiero wieczorem, a ElŜbieta wychodzi do szkoły muzycznej. 
Będzie zupełny spokój. Wannę napełni się wodą i jej poziom zaznaczy kreską. 
KaŜdy po kolei wejdzie do wanny. Potem wodę powyŜej kreski wybierze się do 
wiadra litrowym garnkiem i będzie wiadomo, Ŝe kaŜdy waŜy w wodzie o tyle 
kilogramów mniej, ile litrów wody „wypchnęło" jego ciało.
Pomysł wydał się chłopcom wspaniały. WyobraŜali sobie miny kolegów, kiedy na 
lekcji fizyki Bartek oświadczy:
—  Proszę pana, wiem, ile kilogramów tracę w wodzie.
—  I ja — dorzuci Wiktor.
—  I ja teŜ — doda Stefan.
W środę o czwartej po południu, tak jak było umówione, Stefan przyszedł do 
Bartka, Wiktora jeszcze nie było. Bartek zaraz puścił wodę do wanny. Zanim 
Wiktor nadejdzie, moŜna juŜ przynajmniej jedno doświadczenie wykonać.
—  Bartuś — pyta Stefan — czy ty rozumiesz tę grandę, jaką złotnik  chciał  
zrobić Aleksandrowi  Macedońskiemu?  Bo ja ani w ząb.
—¦ Rozumiem. Aleksander dał złotnikowi sztabę złota, a odebrał zrobioną z niej 
koronę i nie wiedział, czy...
—  No więc mógł zwaŜyć, i koniec
—  Nie, złotnik mógł sobie zostawić kawałek złota, a do stopu dodać zwykłej 
cyny, rozumiesz?
—  No więc jak sprawdzić?
—• Archimedes koronę zanurzył w wodzie. Obliczył w centymetrach sześciennych 
jej objętość, która równała się objętości wypchniętej wody.
¦— No i co?
—  I wtedy wagę korony podzielił przez tę objętość. Gdyby wypadło mu 
dziewiętnaście i trzy dziesiąte, to wszystko w porządku, bo taki jest cięŜar 
gatunkowy złota. Ale wypadło mniej, co znaczy, Ŝe złotnik do stopu dodał 
innego metalu. Kapujesz?
—  Ale ten złotnik musiał mieć głupią minę, kiedy mu król powiedział: 
„oszukałeś mnie!"
—  Pewnie. A dobrze tak oszustowi! Niech nie kradnie. Wody juŜ było dość.
Naznaczyli poziom wody czarną kredką i Bartek pierwszy zanurzył się po szyję. 
Stefan szybko zdjął lepsze ubranie, jakie zawsze kładł idąc do Bartka. Został 
tylko w kąpielówkach, którym ewentualne zachlapanie nie mogło zaszkodzić. 
Zaczął starannie odlewać wodę z wanny do przygotowanego wiadra. Niezręcznie mu 
to szło.
Jedynym litrowym naczyniem, jakie Bartek znalazł w domu, był miedziany 
rondelek o długiej, niewygodnej rączce. Ale mieścił akurat cztery szklanki. 
Jak ulał.
Stefanowi juŜ ręka mdlała, ale koniec był bliski. Poziom wody zaraz osiągnie 
kreskę. Bartek zatkał nos i uszy i nurkował pod wodę. Jeszcze tylko ze dwa 
rondelki. Raptem rozległ się podwójny dzwonek u drzwi wejściowych.
Stefan lewą ręką wyciągnął kolegę za czuprynę z wody.
—  JuŜ? — zapytał Bartek prychając jak kot.
—  Nie, ale Wiktor dzwoni. Co robić?
—  Otwórz mu, przecieŜ ja z wanny nie wyjdę. Dzwonek odezwał się znowu.
—  MoŜe się ubrać? — zapytał jeszcze Stefan.
—  Szkoda czasu, leć, bo Wiktor będzie myślał, Ŝe nikogo nie ma, i pójdzie do 

Strona 38

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

domu.
Stefan wybiegł z łazienki do przedpokoju. W pośpiechu zapomniał zostawić 
rondelek, który przy otwieraniu brzękał głośno, tym bardziej Ŝe cicho było w 
całym mieszkaniu, wreszcie odłoŜył łańcuch i odsuwając zatrzask pomyślał 
sobie, Ŝe na przywitanie klepnie Wiktora tym rondlem i powie: „Ofermo, Zagłoba 
się nigdy nie spóźniał. ZdąŜył tylko powiedzieć: — Ofer... — i skamieniał z 
podniesionym rondelkiem w ręku.
Za drzwiami stała jakaś gruba pani w kapeluszu z piórkiem, które trzęsło się 
komicznie. Kiedy zobaczyła Stefana, oczy jej zrobiły się okrągłe z 
przeraŜenia. Ale tylko na moment, bo zaraz błysnęły gniewem, a ich 
właścicielka z podniesioną parasolką rzuciła się na chłopca.
—  Złodzieje! Złodzieje! — wołała tocząc się korytarzem i na próŜno starając 
się dosięgnąć parasolką pleców Stefana. Sapała przy tym jak lokomotywa.
Stefan rzucił rondelek i jednym susem skoczył w głąb mieszkania. Niestety, 
pomylił drzwi. Znalazł się w jakimś pokoju, gdzie na tapczanie leŜała śpiąca 
ElŜbietka. Hałas widocznie doszedł do jej świadomości, bo poruszyła się 
niespokojnie. Pchnął. następne drzwi. Z tego pokoju było wyjście tylko na 
balkon od ulicy.
Stefan obejrzał się zrozpaczony. Gdzie tu się skryć? W kącie spostrzegł stolik 
przykryty długą serwetą. Dał nura pod nią. Jeszcze w ostatniej chwili zdąŜył 
złapać przewracający się olbrzymi fikus. Zęby" szczękały mu ze strachu i 
zimna. Co będzie dalej? Usłyszał głosy w drugim pokoju. Drzwi się otworzyły i 
przez dziurkę w serwecie zobaczył zaglądającą do pokoju panią z piórkiem. Za 
nią stała ElŜbietka.
—  Pani się myli — mówiła spokojnie dziewczynka. — Pani się myli, tu nikogo 
nie było. Pani się tylko zdawało.
—• Jak to mi się zdawało? — odpowiadał podniesiony głos. — A rondelek to co? 
Skąd się wziął pod progiem? Duch go przyniósł? W moim pokoju nikogo nie ma. 
Zobaczyłem dobrze. Tylko u was mógł się ukryć.
Dopiero teraz  Stefan zorientował się,  Ŝe  to ta sublokatorka,
o której często opowiadał Bartek. Dziwaczka jakaś, bardzo nie lubiana przez 
wszystkich Niedźwiedzkich; hodująca i kochająca tylko swoje kaktusy.
Nagłe rozległy się znowu dwa niecierpliwe dzwonki. Z głębi mieszkania 
dochodziło jakieś głuche bębnienie, jakby kto w balię walił.
—  Jezus Maria! — krzyknęła sublokatorka. — Co się tu dzieje? Kto hałasuje w 
łazience? Kto dzwoni? ElŜbietko! A moŜe to wariat!
—  Niech się pani uspokoi. Skąd tu się mógł wziąć wariat? — tłumaczyła 
ElŜbietka. — W łazience pewnie stuka Bartek. PrzecieŜ  sama  pani   wie,   
Ŝe   czasami   zamek   się  tam  zacina.
Tak było rzeczywiście. Wkrótce wypuszczony Bartek wyjaśnił całe zajście, a po 
chwili wszedł do pokoju z Wiktorem.
—  Stefan, jesteś tu? — zapytał Wiktor.
—¦ Jestem — odpowiedział ponury głos spod serwety.
—  To chodź do łazienki.
—  Nie pójdę. Przynieś mi ubranie.
—  Stefek, wyłaź i nie bój się. Droga wolna, ElŜbietą w kuchni, a Kaktusica u 
siebie.
—  Nie wyjdę. Przynieś ubranie.
Bartek poszedł po ubranie. Stefan ubierał się szybko, wymyślając Wiktorowi, 
ile się zmieści.
—  Nie rozumiem, czego się złościsz — dziwił się Wiktor.
—  Zrozumiałbyś, jakbyś tak jak ja uciekał goły i nie miał się gdzie schować. 
Wpadam tu, patrzę, wyjścia stąd juŜ nie ma...
—  Mogłeś jeszcze na balkon wyjść.
—  Tak. Na balkon, prawie goły w takie zimno? Co pomyśleliby ludzie?
—  Jakbyś zaczął robić ćwiczenia gimnastyczne, to powiedzieliby, Ŝe to 
„krzewienie kultury fizycznej", jeszcze by cię tłum oklaskał.
—. Ja na komedianta się nie nadaję, niech juŜ ciebie tak oklaskują. śeby nie 
to, Ŝe w cudzym mieszkaniu, tobym cię stłukł jak złoto.
—  Jak to złoto na koronę? — próbował Ŝartować Wiktor, ale Stefek naprawdę był 
wściekły.
Na próŜno Bartek zatrzymywał go. Na próŜno prosił, Ŝeby jeszcze raz powtórzyć 
doświadczenie. Stefan nie chciał zostać. Nie chciał narazić się na spotkanie z 

Strona 39

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

EłŜbietką.
—  Łgarzu — wyrzucał Bartkowi — mówiłeś,  Ŝe siostry nie będzie w domu, Ŝe 
pójdzie do szkoły muzycznej...
—  Stefku, zapomniałem ci powiedzieć, Ŝe ją rozbolała głowa i połoŜyła się 
spać. PrzecieŜ spała, sam widziałeś.
—  Spała, ale mogła zobaczyć mnie uciekającego przed tą jędza. —¦ „Mogła, 
mogła!" — przedrzeźniał Wiktor. — To wolałbyś,
Ŝeby to ona dzwoniła i zobaczyła cię z tym rondlem w garści?
—• Wolałbym, Ŝebyś był punktualny, kiedy się z nami umawiasz — powiedział 
Stefan ozięble i wyszedł bez poŜegnania.
rozdział 10.
ILE WAśYŁ MÓZG NAPOLEONA.
WIKTOR MA GŁADKIE MIEJSCE. PAMIĘTNIK STEFANA. ZNOWU ZIELONA PIECZĘĆ.
Po powrocie od Bartka Stefanowi wszystko z rąk leciało. Przeniósł ksiąŜki z 
etaŜerki na stół, potem, nie zaglądając do nich, układał je znowu na półce. 
Ołówek potoczył mu się pod krzesło, gumka wpadła pod szafę. Kiedy wreszcie 
kałamarz przechylił się niebezpiecznie i chlapnął atramentem na rozłoŜoną pod 
nimi gazetę, ojciec odłoŜył „Głos Robotniczy".
—  Co jest? — zapytał spokojnie.
Stefan nie czekał na powtórzenie pytania. Czuł, Ŝe musi się z kimś podzielić 
swoimi strasznymi przeŜyciami.
Spotkał go zawód. Ojciec, ten mądry i mocny ojciec, który zawsze umiał Stefka 
pocieszyć i doradzić mu najlepsze wyjście — śmiał się, i to tak, Ŝe aŜ mu oczy 
łzami zachodziły.
—  Z czego się tatuś śmieje? — zapytał obraŜony Stefan.
—  Jak to, z czego? Z tego widoku: otwiera kobieta drzwi, a tu obcy golas 
rondel w górę podnosi... Nie, pęknąć moŜna...
—  Tak, dobrze się tatusiowi śmiać — odpowiedział rozgoryczony Stefan — ale 
to, Ŝe... Ŝe ja... — resztę dokończył w myślach, „Ŝe zostałem ośmieszony w 
oczach koleŜanki, która sądzi, Ŝe będę sławny, to nic?  Sławny człowiek:  
goły,  latający z miedzianym rondlem po cudzym mieszkaniu! I nawet rodzony 
ojciec nie rozumie, Ŝe jestem pogrzebany na wieki..."
Na drugi dzień Bartek podszedł do Stefka.
—¦ Słuchaj, Stefan, ja rozumiem, Ŝe spotkała cię w naszym domu wielka 
przykrość. Ale przecieŜ nikt tego nie chciał. Naprawdę! śebyś wiedział, ile my 
mamy przykrości przez tę Kaktusicę! Mamusia nieraz mówi, Ŝe wolałaby w mysiej 
dziurze, byle bez sublo-katorki. Więc bardzo cię przepraszam i nie gniewaj się.
Stefan był zaskoczony i dość długim przemówieniem Bartka, i tymi 
przeprosinami. Zrobiło mu się wstyd. To on sam przecieŜ zachował się niezbyt 
ładnie. Porzucił kolegów i drzwi zamknął trochę za mocno. Ale nie umiał tak 
gładko odpowiedzieć, więc tylko jąkał niezręcznie:
—  Nie... coś ty... ja wcale... tylko czy ElŜbieta... To znaczy, czy twoja 
siostra nie przestraszyła się? I moŜe się gniewa, bo ten rondel... tak brzęczał?
—  ElŜbieta? O, nie znasz jej! Ona się byle czym nie da wystraszyć. Jest 
naprawdę odwaŜna. MoŜe odwaŜniejsza niŜ ja, chociaŜ dziewczyna. A o Ŝadnym 
gniewaniu się nie ma mowy, bo o co? Obawia się tylko, czy ci to wczorajsze nie 
zaszkodzi. Mogłeś się przeziębić, bo było chłodno.
—i A więc widziała mnie? — Stefan oblał się purpurą.
—  Nie, nie widziała, tylko słyszała, jak Kaktusica opowiadała mamie. 
Wytłumaczyłem, Ŝe chodziło o prawo Archimedesa.
—¦ No i co? Dokończyliście? — przerwał Stefan.
—  E,  nie.  Z Wiktorem  trudno  pracować  powaŜnie.  Chlapał. Chlapaliśmy, co 
prawda, obaj. Cała łazienka była zalana.
Na fizyce nie było się czym chwalić. Owszem, raz i drugi padło twierdzenie, Ŝe 
człowiek jest duŜo lŜejszy w wodzie, a pływający mogą się długo utrzymać na 
powierzchni.
—¦ Tylko głowa bardzo ciągnie w dół. Głowa musi być chyba najcięŜsza — 
zauwaŜył na głos Sewerek.
—  No,   twoja  chyba  nie   taka   cięŜka  —  burknął  półgłosem Stefan.
—  A bo co? A bo co? — zaperzył się Sewerek.
—  Proszę pana — Wiktor chciał odwrócić uwagę nauczyciela — czy moŜna zwaŜyć 
samą głowę, czy nie ma na to jakiejś formuły?
—  Nie słyszałem — uśmiechnął się nauczyciel. — A czy to miałoby jakieś 

Strona 40

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

praktyczne znaczenie?
—' MoŜe by wtedy moŜna było obliczyć, ile waŜy sam mózg? I wtedy mniej więcej 
moŜna by wiedzieć, kto wyrośnie, to znaczy, kto ma mózg na geniusza, a kto 
nie. To przydałoby się bardzo, bo od takiego, co ma zostać geniuszem, 
nauczyciele nie powinni tyle wymagać, Ŝeby mu się w głowie z przepracowania 
coś nie zepsuło.
—¦ Ty, Wiktor, sądząc po wielkości głowy, na geniusza zadatków nie masz! — 
zawołał złośliwie Sewer.
—  Więcej niŜ ty —¦ odciął się Wiktor. — Moja czapka wpada ci aŜ na uszy, 
zapomniałeś?
—  Cisza! — uderzył ręką w dziennik nauczyciel. — Ani wielkość głowy,  ani 
wielkość mózgu o niczym nie świadczy. Mózg wieloryba waŜy siedem kilogramów, 
słonia — pięć kilogramów, a człowieka przeciętnie tylko tysiąc czterysta 
gramów, a przecieŜ człowiekowi ani rozumem, ani inteligencją wieloryb czy słoń 
nie sprostają.
—  Ciekawe, ile waŜył mózg Napoleona? — zapytał Wiktor.
—  Tego nie wiem — odpowiedział nauczyciel. — Ale na przykład mózg genialnego 
fizyka Volty — waŜył tysiąc siedemset gramów.
—  A... czy nic nie wiadomo o mózgu jakiegoś... jakiegoś pisarza? — wyjąkał 
czerwieniąc się Stefan.
—  Owszem.   Mózg   Turgieniewa  waŜył  dwa  tysiące  gramów. A mózg włoskiego 
poety Dantego coś około tysiąca pięciuset. Ale jeszcze raz powtarzam: tych 
rzeczy nie moŜna uogólniać. Badania dowiodły, Ŝe waŜny jest stosunek wagi 
mózgu do wagi człowieka.
Na przykład mózg słonia to jedna pięćsetna jego cięŜaru, mózg goryla jedna 
setna, a mózg człowieka jedna czterdziesta.
—  To znaczy, Ŝe jeśli ja waŜę czterdzieści dwa kilo, to mój mózg... — myślał 
głośno Stefan.
—  Nie męcz się. JuŜ wiadomo, Ŝe chłopak w twoim wieku ma mózg o wadze tysiąca 
dwustu osiemdziesięciu gramów.
Wiktor pokazywał na migi Sewerkowi, Ŝe jego, Wiktorowy, mózg waŜy o dziesięć 
gramów więcej, a tymczasem któraś z dziewczynek zapytała:
—  A dziewczynki?
—  Dziewczynki   dwunastoletniej   o   jakieś   dziesięć   gramów mniej.
—  Aaa! — rozległ się zgodny, triumfalny okrzyk chłopców. — A co?
—¦ śadne „aaa", bo Maria Skłodowska-Curie była geniuszem, chociaŜ jej mózg był 
moŜe lŜejszy — zawołała Zosia Lewandow-ska, potrząsając bojowo ciemną grzywką.
Rozbawiony nauczyciel przywoływał gromadę do porządku.
—  Słuchajcie,  jeśli  was to  tak interesuje,  pomówcie  o  tych sprawach z 
nauczycielką biologii. Na pewno wie o nich duŜo więcej niŜ ja. Jeszcze tylko 
dorzucę, Ŝe im człowiek zdolniejszy, tym ma powierzchnię mózgu bardziej 
pofałdowaną w rowki i wzgórki. Ale teraz wracamy do fizyki. A więc prawo 
Archimedesa.
—  JuŜ wiem! JuŜ wiem! — zawołał Wiktor.
—¦ No dobrze, powiedz — zgodził się nauczyciel, myśląc, Ŝe Wiktor chce 
wytłumaczyć, na czym polega prawo sławnego Greka.
—¦ Proszę pana, słyszałem, kiedy Kostek, mój brat, się uczył, Ŝe w mózgu są 
takie róŜne ośrodki — od rozmaitych zdolności. Więc u mnie w tym miejscu, 
gdzie są zdolności do matematyki i fizyki, to nie widać ani rowka, ani 
wzgórka. Nic, zupełnie gładko. Jak na stole.
Klasa wybuchnęła śmiechem, w którym brał udział i pan Kar-niewicz.
—  A mnie się zdaje, Wiktorze Kijanko, Ŝe w tym miejscu, o którym mówisz, jest 
wszystko w porządku. Za to jeŜeli w mózgu
jest jakiś ośrodek przeznaczony na chęć do pracy, to tam dopiero musi być u 
ciebie gładko jak na kolanie.
Pamiętnik Stefana
Kiedy Bartek mówił mi, Ŝe jego siostra obawia się o moje zdrowie, puściłem to 
koło uszu. A jednak okazało się, Ŝe miała racją. Ze szkoły wróciłem z 
dreszczami i kłuło mnie w plecach, a głową miałem rozpaloną. Mama zapakowała 
mnie do łoąka i poszła po panią Brodzką, Ŝeby mi postawiła bańki. Strasznie 
tego nie lubię. Ale moja mama wierzy w bań/ci, a jak moja mama w co wierzy, to 
nawet ojciec się nie sprzeciwia.
Więc cierpliwie połoŜyłem się plecami do góry i zęby ścisną* łem, bo bałem 

Strona 41

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

się, Ŝe mnie oparzy. Ale nie oparzyła. Dostałem piętnaście baniek na jeden bok 
i piętnaście na drugi. A ciągnęły mnie, jak nie wiem co. Chyba całe plecy 
miałem wciągnięte w bańki. Potem dostałem lipowego kwiatu, pełen kubek, dobre 
pół litra. W nocy musiała mi mama dać drugą koszulę, tak się spociłem, ale 
dziś jak ręką odjął. Tylko zostałem na jeden dzień w łóŜku. Po bańkach nie 
moŜna wstawać. Trochę mi było szkoda, bo dziś biologia. Pewno się będą pytać o 
te mózgi. MoŜe coś ciekawego, a ja nie usłyszę. Ale zaraz po szkole wpadł do 
mnie Wiktor — nic ciekawego nie było. Pani pytała na stopnie z całego 
materiału, bo to pierwszy okres. Nikt się nie spodziewał. Sypnęło się kilka 
dwójek. Ja zaraz się wziąłem do powtórzenia, bo w piątek na pewno mnie spyta.
Była tu u mnie  Alina.  Potrzebny jej był atlas.  Opowiadała
o  swoich koleŜankach róŜne cuda. Podobno w ich klasie jest jedna dziewczyna, 
Basia, która ma wielkie powodzenie u chłopców. Ciągle jej przysyłają kartki i 
zapraszają do kina. A jeden chłopak to nie wiadomo jakim cudem na murze 
naprzeciwko okien ich klasy wypisał  ,,Basia  ma  najładniejsze  oczy."  Kto  
stanął przy  oknie
i  spojrzał na dom po przeciwnej stronie ulicy — musiał przeczytać ten napis. 
Ta cała Basia podobno chodziła dumna jak paw, a wszystkie koleŜanki jej 
zazdrościły.
„Wszystkie?" — zdziwiłem się.
„No, mówię ci przecieŜ."
Chciałem się zapytać, czy ElŜbieta Niedźwiedzica teŜ, ale jakoś się krępowałem 
i zanim się namyśliłem, Alina juŜ trajkotała dalej, nawet nie bardzo dobrze 
słyszałem, o czym. Nagle ni z tego, ni z owego przycichła i zapytała:
„Stefan, moŜesz mi poŜyczyć pięć złotych?" „Na co ci pięć złotych?" — 
zdziwiłem się.
„Ach, bo widzisz, jednej naszej koleŜance matka zmarła i składamy się na 
wieniec. Akurat w domu u nas nie ma ani grosza. Dopiero w sobotę mamusia od 
klientek dostanie. Tylko do przyszłej soboty, wiesz, Ŝe ja słowa dotrzymuję."
„Wiem — mówię — ale źle trafiłaś. Mam tylko trzy złote. Przy sobie pieniędzy 
nie noszę. Co mi niepotrzebne, to zaraz składam na SKO. JuŜ mi niewiele 
brakuje. Chcę sobie kupić kompas. Gdybym dziś był w szkole, to i tych trzech 
złotych nie byłoby." „Ach, co ja zrobię!" — zmartwiła się Alina i takim głosem 
to powiedziała, Ŝe aŜ się zdziwiłem. PrzecieŜ chyba te dwa złote jakaś 
koleŜanka za nią dołoŜy?
Na te słowa wszedł Wiktor i zaraz zaczął się dopytywać, czego Alina taka 
zmartwiona, a jak się dowiedział, to wyjął dwa złote z kieszeni i dołoŜył do 
moich.
Alina była taka uradowana, jakby szło nie o pięć złotych, ale o dwadzieścia.
„O, jak to dobrze! Nie macie pojęcia, jak się martwiłam." „Co to za 
zmartwienie — wydął wargi Wiktor. — Ja to mam naprawdę cięŜkie zmartwienie."
„Jakie?" — zainteresowała się Alina, a ja nastawiłem uszu. „Jutro na pierwszej 
lekcji jest klasówka z 'matematyki.  Matematyk ściągać nie da. Dwója murowana. 
Dla mnie to piekło. Ach,  co  ja  bym  za  to  dał,  Ŝeby  klasówki  jutro  
nie   było!"
„Jutro czy za dwa dni, jeŜeli jesteś słabeusz, to przecieŜ dwója cię nie 
minie, więc co za róŜnica?" — pytała Alina.
„DuŜa róŜnica. JeŜeli za dwa dni, to zeszytów do niedzieli matematyk nie zdąŜy 
poprawić. A jeŜeli jutro, to mama się przed niedzielą dowie, Ŝe mam dwóję, i 
na mecz mnie nie puści. A ja muszę być na stadionie ŁKS-u w niedzielę. 
Rozumiesz? Chybabym pękł."
„No, to schowaj zeszyt i nie pokazuj przed niedzielą."
„A jakŜe. Moja mama pracuje z siostrą matematyka i o kaŜdej dwójce zaraz wie. 
Taką ma umowę."
Alina spojrzała na zegir.
„JuŜ szósta! — zawołała i zerwała się, jakby ją coś dźgnęło. — Serwus, 
chłopaki, dziękuję. A ty, Wiktor, nie martw się."
i juŜ jej nie było. O atlasie, naturalnie, zapomniała.
„Dobrze jej mówić: nie martw się. Jej na meczu nie zaleŜy. Dziewczyna, a 
dziewczyny to, moŜna powiedzieć, jak te kaleki, sportem się tak bardzo nie 
interesują — orzekł Wiktor i westchnął. — Ach, Ŝeby matematyk jutro miał 
grypę... Albo Ŝeby się
co stało..."

Strona 42

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

„To prawda — pomyślałem sobie. — ElŜbieta nigdy ze mną o sporcie nie mówi. O 
-muzyce, o ksiąŜce, którą czytała, a której ja nie znałem. Jakieś «Lato 
leśnych ludzi». Chciała mi poŜyczyć, ale powiedziałem, Ŝe na czytanie czasu 
nie mam. Dopóki było ciepło, to wolałem grać w piłkę. Ale «kaleka» — to chyba 
za ostro. Nie, nie, o ElŜbiecie nigdy nie powiem, Ŝe jest kaleka."
Klasówka z matematyki nie odbyła się. I nie zgadlibyście, z jakiego powodu. 
Nauczyciel nie zachorował, nie odłoŜył jej z własnej woli, budynek szkolny nie 
spłonął ani się nie zawalił.
Ale w Ŝadnej ławce nie było kałamarza. ZauwaŜono to dopiero po dzwonku, kiedy 
matematyk był juŜ w klasie. Pierwsza zawołała Zosia Lewandowska:
—  Proszę pana, kałamarza u nas nie ma!
—  I u nas! I u nas! U nas teŜ! — odezwały się głosy ze wszystkich stron klasy.
—  Co za głupie kawały — rozgniewał się nauczyciel. — Proszę natychmiast 
wstawić kałamarze na swoje miejsca.
—  AleŜ, proszę pana, my naprawdę nie wiemy, gdzie one są — Ŝaliła się Zosia. 
— Pan myśli, Ŝe to my, a my nawet w ogóle...
—  No, więc gdzieŜ się podziały? MoŜe to jakiś dowcipniś z innej klasy tu 
gospodarował? Szukajcie, zobaczcie pod ławkami.
Teraz dopiero zaczęło się uŜywanie. Zaglądano pod ławki, za piec, na szafę, 
ktoś otworzył drzwiczki do pieca i szurał patykiem w popielniku. Gorliwi 
podnosili ławki do góry, chociaŜ to było zupełnie zbyteczne. Stefan podsadzał 
Wiktora, aby zajrzał na piec. Dwadzieścia kałamarzy to przecieŜ nie szpilka.
Sewerysio z polecenia nauczyciela pobiegł po woźnego.
Zaaferowany Kochasiu przejął się bardzo.
Przysięgał, Ŝe jeszcze wczoraj po lekcjach kałamarze wszystkie były na swoich 
miejscach. Ktoś musiał tu być rano przed lekcjami.
—  Ale kto? — surowo pytał nauczyciel i spoglądał po twarzach uczniów i 
uczennic. — Chyba ktoś z was? PrzecieŜ to  w a m  na rękę.
—  Proszę pana, jeŜeli ktoś z naszej klasy, to wiadomo, kto — powiedział 
Sewerek, spoglądając znacząco w stronę Wiktora.
Wiktor rzucił się jak oparzony.
—  A co, widziałeś moŜe? Powiedz, widziałeś?
—¦ Widzieć nie widziałem, ale kto wczoraj w szatni mówił, Ŝe oddałby wszystko, 
co ma, Ŝeby tylko klasówka dzisiaj się nie odbyła?
—  No to co, Ŝe mówiłem?
—  A to, Ŝe właśnie  tobie  na rękę. Nauczyciel badawczo przyglądał się 
Wiktorowi.
—  Nie,  panie  profesorze  —  bronił  kolegi  Stefan  —  to  juŜ naprawdę za 
wiele. Przyszedłem z Wiktorem razem przed samiu-teńkim dzwonkiem. O mało się 
nie spóźniliśmy. Koziołkiewicz nas widział.
—  Widziałem — przyświadczył Koziołkiewicz. — Wpadli biegiem w ostatniej chwili.
Kochasiu   wnosił   tacę   napełnionych   atramentem   kałamarzy. Nauczyciel 
spojrzał na zegarek.
—  Na klasówkę czasu juŜ nie starczy. Będzie pojutrze. I pamiętajcie: Ŝadnych 
kawałów.
Przy wychodzeniu na przerwę Wiktor złapał za ręce  Stefka i Bartka i pędząc 
pociągnął za sobą w odległy i pusty kąt kory-
tarza.  Kiedy  cała trójka  przystanęła,  Wiktor połoŜył palec  na ustach.
—  Cicho. Chcę wam coś pokazać.
Oglądając się na wszystkie strony, wyciągnął niewielką złoŜoną we czworo kartkę.
—  Co to? — zapytał Stefan.
—  Znalazłem ją w dziurze mojego kajamarza, a co to jest, nie
wiem. MoŜe wy...
Rozwinął kartkę. Wyraźnymi, drukowanymi literami napisano na niej: „My 
potrafimy wszystko". Pod tymi słowami nie było podpisu, tylko okrągła zielona 
pieczęć ze znakiem N, otoczonym czterema kropkami.
—  No co,  rozumiecie  co  z tego?  — dopytywał niecierpliwie
Wiktor.
Bartek kręcił głową. Stefan równieŜ milcząco wzruszył ramionami. Unikał wzroku 
Wiktora, ale twarz mu pociemniała rumieńcem. On tę pieczęć znał.
ROZDZIAŁ  11.
KŁÓTNIA Z SEWERKIEM. ZMARTWIENIE PANA CHYBAŁY. STEFAN POSĄDZA SIOSTRĘ.
Kałamarze znalazły się w klasie piątej za piecem. Ten, kto je tam wyniósł i 

Strona 43

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

widocznie w pośpiechu ustawił, nie przewidział, Ŝe mogą się poprzewracać. 
Wyciekającą zza pieca struŜkę atramentu zobaczył dyŜurny w czasie pierwszej 
pauzy i narobił alarmu.
Stefan przez cały dzień był roztargniony i milczący, aŜ zwróciło to uwagę jego 
kolegów. Nie odpowiadał na złośliwe uwagi Sewer-ka ani na pytania Romka. Nie 
dawała mu spokoju myśl o zielonej pieczęci. Co wspólnego mógł mieć szef ze 
sprawami szkoły? Jakim sposobem mógł działać na terenie klasy VIB? CzyŜby ktoś 
tu jeszcze oprócz Stefana wiedział o „stowarzyszeniu sportowym"?
OstroŜnie, aby nie zwrócić niczyjej uwagi, odwracał się w ław-
ce i biegł oczami po twarzach chłopców. Były róŜne: o wydatnych lub prostych, 
czasami zadartych nosach, o ciemnych czy jasnych oczach, przygładzonych albo 
nastroszonych czuprynach — ale Ŝadna nie wyglądała na to, aby jej właściciel 
mógł przejść i wytrzymać wiadome „wstępne próby".
„A przecieŜ sam szef teŜ na to nie wyglądał. Tak przyjemnie zaczął ze mną 
rozmowę., A Alina? Nikt by nie powiedział o niej, Ŝe z takimi sprawkami ma coś 
wspólnego. ElŜbietce na pewno nie pomieściłoby się to w głowie" — myślał 
Stefan i znowu przyglądał się kolejno kaŜdej ławce.
—  Stefek,  o co chodzi? — szepnął Wiktor,  ale Stefan czym prędzej przeniósł 
wzrok na nauczyciela i udał, Ŝe nie słyszał pytania.
Przed bramą szkoły, juŜ na ulicy, Wiktor omal nie pobił się z Sewerkiem.
—  Co ci z tego, Ŝe klasówki dziś nie  było?  Pojutrze  będzie i dwóję 
zarobisz, załoŜę się, chcesz? — wołał Sewerek klepiąc się po głowie. — Tu 
logiki ci braknie.
—  Jak ci dam w ucho, to twoja logika zaraz się rozleci — odcinał się Wiktor. 
— I teŜ mogę się o to załoŜyć, chcesz?
—  Osioł jesteś. Nawet nie wiesz, co to jest logika.
—¦ Ja nie wiem? Ja? — krzyknął dotknięty do Ŝywego Wiktor. — Stefan, trzymaj!
Teczka frunęła w ręce Stefana, kurtka w stronę Bartka, ale Sewerek nie czekał 
na argumenty Wiktora. Uciekał sromotnie z placu boju.
Wściekłość na twarzy Wiktora od razu zastąpił zwycięski uśmiech. Spokojnie juŜ 
włoŜył marynarkę i odebrał teczkę. Szli w milczeniu. Bartek gryzł w zębach 
jakieś źdźbło trawy. Stefan kopał przed sobą stary gumowy obcas.
Dochodzili juŜ do domu Bartka, kiedy ten wyjął trawkę z ust i zwrócił się do 
Wiktora:
—  A ta logika, co to właściwie jest?
—¦ Jak to co? Więc i ty tego nie wiesz? — na twarzy Wiktora malowało się 
ogromne zdziwienie.
—  Nie wiem.
—  Ja teŜ nie wiem. Co to? — dorzucił Stefan, który cały czas zastanawiał się, 
czy to pytanie nie skompromituje go zbytnio.
—  Coś podobnego! — zawołał z najwyŜszym zdziwieniem Wiktor. — A ja myślałem, 
Ŝe właśnie od was się dowiem... Bo ja teŜ nie wiem — dokończył z całym 
spokojem. A widząc zaskoczone miny przyjaciół, pośpiesznie zapewnił: — To nic. 
Kostek wie na pewno. Powtórzę wam. Niedoczekanie, Ŝeby to cielę było 
mądrzejsze od nas.
Bartek westchnął cięŜko.
—  Ale z tą dwóją z klasówki...
—  Wielka rzecz! Korale mecyje! Jak się wezmę do zadań dzisiaj zaraz!...
—  Przyszedłbym do ciebie — zaproponował Bartek.
—  Nie, nie.  Po co masz sobie głowę zawracać — oponował zbyt gorąco Wiktor. — 
Nie przychodź.
—¦ Ja przyjdę. Mam bliŜej. Przerobimy razem parę zadań — zdecydował Stefan — 
bo ty, Wiktor, masz krótką pamięć, a potem wszystko — na całe „zoo".
—  Nie na całe, tylko na trzy ćwierci — zagadywał Wiktor. — Romek dwój nie ma. 
Trudno. Przyjdź. Trzech muszkieterów będzie musiało zaczekać — dodał z Ŝalem.
Stefan na próŜno dzwonił do mieszkania. Zajrzał przez dziurkę od klucza. Drzwi 
do pokoju i kuchni były zamknięte. To znaczy, Ŝe mamy nie ma. Wrócił na 
podwórko, puste jeszcze o tej porze, bo maluchy grzebiące w piasku nie liczyły 
się.
Usiadł na ławce stojącej prawie na wprost jego klatki schodowej. Nudziło mu 
się i głód zaczynał przypominać o sobie, chociaŜ to nie była jeszcze pora 
obiadu.
Zwrócony w stronę furtki, spostrzegł młodego męŜczyznę idącego w towarzystwie 

Strona 44

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

dozorcy, pana Chybały. Pan Chybała był najpopularniejszą osobą w blokach na 
Bednarskiej. Wszycy starzy, przedwojenni lokatorzy bloków, a i ci, którzy 
zamieszkali tu po wojnie, lubili „Chybałkę", z którego troskliwości i 
Ŝyczliwości korzystali codziennie. Klatki schodowe, podwórko zostające pod 
jego opieką niejednokrotnie juŜ były nagradzane i uznane za wzorowe. Lokatorzy 
cenili nieposzlakowaną uczciwość i poczucie
obowiązku u niemłodego juŜ „dziadka Chybały". Za to wszystkie podwórzowe 
zabijaki unikały go jak ognia i wolały nie wchodzić mu w drogę.
Stefan słyszał wyraźnie. słowa nadchodzących:
— ...sam poradzić juŜ nie mogę. Ledwo człowiek oko z podwórza spuści, juŜ 
gotowa psota, ani się obejrzeć. To okienko od piwnicy wytłuką, to kosz ze 
śmieciami przewrócą, to gałąź nie wiadomo jak złamią. Skaranie boskie! A teraz 
znowu to pisanie! No, niech pan sam zobaczy!
Chybała z towarzyszącym mu męŜczyzną przystanął obok Stefkowej klatki i 
pokazywał na szarym murze rysunek „głowo-noga". Z pyzatej, okrągłej twarzy 
oznaczonej kropkami oczu i kreską nosa wyrastały w bok dwie ręce i dwie nogi. 
KaŜda z kończyn opatrzona była czterema róŜnej wielkości palcami. Na lewej 
ręce wisiała olbrzymia torba. Nad głową ozdobioną nielicznymi, ale zawadiacko 
sterczącymi włosami biegł koślawy napis: „Ta mama to lata i lata."
Chybała czekał na słowo współczucia dla swego oburzenia. Na próŜno.
MęŜczyzna roześmiał się.
—  Co pan chce, panie Chybała. Napis bez błędu. Z rysunku, juŜ po tej torbie 
sądząc, teŜ widać, Ŝe to o mamę chodzi. Świetne!
ZauwaŜywszy zgorszoną minę dozorcy pośpieszył z wyjaśnieniami:
—  Panie Chybała, widzi pan, jak człowiek w pierwszej klasie tę parę liter 
pozna, to go aŜ rozsadza z radości. W zeszycie się zmieścić trudno... A... czy 
pan myśli, Ŝe to moje smyki?
—  PrzecieŜ w tej klatce tylko u państwa takie małe — stwierdził Chybała. — 
Popiszą, popiszą, usmolą i dopiero choć zębami gryź.
—  Dobrze, dobrze, zapowiem im i chyba w domu tablicę na ścianie powieszę — 
zapewniał męŜczyzna i uchyliwszy kapelusza, zniknął w sieni.
Dozorca odkrył głowę, otarł czoło chustką i, nakładając czapkę z powrotem, 
powiedział:
—  „Świetne, świetne!" A jakby tak wszyscy pisali, to ładnie
by te ściany wyglądały. Ale komu to mówić — zrzędził — toć, pamiętam dobrze, i 
on pisał na tych murach! I jego musiałem ganiać! Ano, mój BoŜe, czas leci. JuŜ 
jego dzieci do szkoły poszły. Jakie drzewo, taki klin, jaki ojciec...
—  To pan tu juŜ był, jak ten pan był mały? — przerwał zdziwiony Stefan.
—  A jakŜe! Razem z moim synem bił się tu, na tym podwórku. I niejeden raz — 
machnął ręką Chybała odchodząc do swoich spraw.
Stefan mógł teraz w całej oKazałości podziwiać napis i rysunek mamy, która lata.
—  A to mikrusy! — szepnął do siebie i nagle przypomniał sobie, co opowiadała 
mu Alina. „Wszystkie jej zazdrościły" — zabrzęczało mu koło ucha, aŜ się 
obejrzał. Nie tylko mikrusy piszą. A gdyby tak?... Hmm... UwaŜnie przyjrzał 
się ścianie. Miejsca dosyć. Ale to trzeba by zrobić mądrze. Tak, Ŝeby nikt...
W tej chwili zobaczył idącą od furtki mamę z duŜym wałkiem bielizny pod pachą. 
Wracała z magla. Obok niej podskakiwała 
Lu-cynka.                                                                       
    *
Stefan podbiegł. Dał teczkę siostrze, a sam odebrał bieliznę od mamy. Przy 
wejściu do klatki pokazał głową napis.
—  Lucyna, moŜe to ty? Chybałka się skarŜył.
—  Ja? — rzuciła z oburzeniem Lucyna. — Jakieś tam „Ala ma kota" — to juŜ nie 
w naszej klasie — oświadczyła z najwyŜszą pogardą.
U Wiktora Kostek tłumaczył im obu:
—  Logika... logika... No, jak by wam tu powiedzieć, logiczne myślenie to 
znaczy  poprawne  myślenie.
—  Phi! — wydął wargi Wiktor. — „Poprawne", cóŜ to znaczy? KaŜdy myśli, Ŝe jak 
myśli, to myśli poprawnie.
—  Ale inni doskonale to mogą ocenić. Zaraz. Posłuchajcie ludowej gadki.
Poszedł Wojtek Gała do babki, wraca, a matka pyta go. „WTojtek Gała, co ci 
babka dała?" „Igiełkę." „Gdzie ją masz?"
„Jechała fura z sianem, wsadziłem igłę w siano."

Strona 45

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

„Źle. Trzeba ją było wsadzić w czapkę, czapkę na głowę nacisnąć i do domu 
przynieśćr"
Poszedł Wojtek z drugą wizytą. Wraca. Upaprany jak nieboskie stworzenie 
jajecznicą.
„Wojtek Gała, co ci babka dała?"
„Dała mi mendel jaj. WłoŜyłem je w czapkę, a czapkę wepchnąłem na głowę."
„śle. Trzeba je było w torbę z sieczką włoŜyć, zawiązać i tak przynieść do 
domu."
Poszedł Wojtek trzeci raz. Wraca z torbą pełną sieczki. A w tej sieczce ledwo 
juŜ dyszy mały prosiak.
„Źle. Trzeba było prezent na sznurku uwiązać, prowadzić za sobą i wołać: «Na, 
ciu! ciu!»"
Poszedł Wojtek czwarty raz. Wraca. Za nim biegną psy z całej wioski.
„Co ci babka dała?"
„Dała mi osełkę masła. Uwiązałem ją na sznurku i wołałem: «Na, ciu, ciu!»"
—  No, widzicie — kończył Kostek. — Wojtek nie umiał logicznie myśleć, 
rozumiecie teraz?
Stefan śmiał się, Wiktor równieŜ. Nagle oświadczył z oburzeniem:
—  Co za brak logiki!
ROZDZIAŁ 12.
POMYSŁ WPROWADZONY W CZYN.
CO W CZŁOWIEKU NAJWIĘCEJ WARTE?
CZYM ZAIMPONOWAĆ ELśBIECIE?
PAMIĘTNIK STEFANA.
ElŜbietka Niedźwiedzka przysłała Stefkowi przez brata ksiąŜkę, do której 
przeczytania zachęcała go juŜ kilkakrotnie. Teraz czytał ją jednym tchem. 
śałował, Ŝe kazał się tak długo namawiać. śa-
łował, Ŝe stojąca za oknami późna jesień nie pozwala zorganizować jakiejś 
wycieczki do lasu. KsiąŜka tak pięknie opowiadała
o  Ŝyciu ludzi serdecznie związanych z przyrodą, Ŝe chciało się zaraz, 
natychmiast iść w ich ślady.
Stefan postanowił, Ŝe następnego lata we trójkę z Wiktorem
i  Bartkiem pójdą na długą wędrówkę, zorganizują coś, co chociaŜ trochę 
podobne będzie do Ŝycia bohaterów ksiąŜki. Jeden z nich nazywał się śóraw. Był 
dzielny, mądry i Stefan chciałby go naśladować. Ale zdawał sobie sprawę, Ŝe 
tymczasem przypominał raczej mieszczucha „Coto", który stale o kaŜdą rzecz 
pytał, tak obce mu było wszystko, czego w mieście podpatrzyć ani usłyszeć nie 
moŜna.
Wdzięczny był za tę ksiąŜkę „ElŜbiecie. Gdyby nie ona — moŜe nigdy nie 
zetknąłby się z Latem leśnych ludzi. Tyle jest przecieŜ ksiąŜek na świecie! 
Dobra z tej ElŜbiety dziewczyna! W dechę! Chciałby się jej w jakiś przyjemny 
sposób zrewanŜować. Ale jak?
Pewien pomysł nurtował go od kilku dni, chociaŜ wcale nie był łatwy do 
wykonania. Wymagał przygotowań i ostroŜności. Ale nadszedł taki dzień, kiedy 
Stefan postanowił go zrealizować.
Kawałek kredy porwany z tablicy szkolnej leŜał spokojnie w kieszeni. Stefan 
czekał tylko na odpowiedni moment. Zmierzch, jak to w listopadzie, zapadał 
wcześnie, ale do samej kolacji po podwórku i schodach kręcili się gęsto 
ludzie. Tyle mieszkań w tych blokach. I ludzi tu jak w fabryce.
W domu matka kilkakrotnie przypominała mu o wyrzuceniu śmieci. Za kaŜdym razem 
Stefan odpowiadał:
— Wyniosę, mamusiu. Nie zapomnę, tylko lekcji nie chcę sobie przerywać.
Było juŜ dobrze po dziewiątej, kiedy chwycił pełne wiadro i wybiegł na 
podwórko. Szybko wyrzucił śmieci do blaszanego pudła i pędem wracał do swojej 
sieni. Przejmujący listopadowy wiatr gonił za nim i oblewał plecy zimnem.
W połowie pierwszego piętra Stefan ostroŜnie postawił wiadro w kącie i po 
cichu otworzył okno. Bez trudu wydostał się na niewielki, płaski daszek 
chroniący drzwi wejściowe do klatki schodowej. Wyciągnął z kieszeni kredę i 
szybko wzdłuŜ biegnących nad
oknami parteru drutów telefonicznych wypisał pochwałę na cześć ElŜbiety.
Nie czuł rozwianej na cztery strony świata czupryny, nie czuł przejmującego 
zimna. Było mu raczej gorąco. Spieszył się. Niechby go tu kto dostrzegł!
Zręcznie przełoŜył obie nogi przez parapet. JuŜ miał zeskoczyć z okna, kiedy 

Strona 46

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

biegnąca z góry Alina spostrzegła go i wytrzeszczyła oczy.
—  Stefan, coś ty! Dlaczego wyłaziłeś przez okno? — pytała zdziwiona.
—  Przywidziało  ci się.  Wcale  nie  wyłaziłem...  tylko...  okno chciałem 
zamknąć — speszył się na chwilę Stefan, ale dalej łgał juŜ bez zająknięcia. — 
Wicher taki, oknami trzaska, o mało nie powyrywa. Szkoda szyb, no nie? A ty 
gdzie o tej porze?
¦— Do bloku, naprzeciwko. Mamusia płaszcz poprawiała i obiecała dziś odesłać — 
Alina odpowiadała machinalnie, ale w dalszym ciągu przyglądała mu się 
podejrzliwie. Stefan czuł, Ŝe go uszy palą. Wcale nie Ŝyczył sobie, aby Alina 
roztrąbiła o jego wyczynie. Sam chciał to ElŜbiecie pokazać, a moŜe tylko niby 
niechcący stanąć blisko, tak Ŝeby sama zobaczyła. Ale poza nią nikt o tym nie 
miał wiedzieć... A teraz,..
Trzeba było Alinę czymś zagadać.
—  Słuchaj, Alina — Stefan juŜ zdąŜył ochłonąć. — Co to było z tymi kałamarzami?
—  Co, co? Z jakimi kałamarzami? — udawała zdziwienie Alina trzepocząc rzęsami.
—  Nie udawaj — natarł ostro Stefan — wtedy kiedy Wiktor bał się klasówki, a 
ty mówiłaś, Ŝeby się nie martwił. No i rzeczywiście klasówki nie było.
—  Nie było? — Alina ledwo powstrzymywała się od śmiechu. — To się chyba 
ucieszył?
—  Nie udawaj. To te chuligany zrobiły. Znak zostawili.
—  Znak? Jaki znów znak? — ciemne brwi Aliny podskoczyły w zdziwieniu aŜ na 
samą górę czoła, blisko miedzianych włosów.
—  Taki — Stefan wyciągnął kredę z kieszeni i na parapecie zawinął kółko z 
literą N w środku i czterema kropkami. - - Taki,
i
tylko Ŝe zielony. Taki sam dostałem wtedy, jak się od nich urwałem. Ten cały 
„szef" i Wicek...
—  Cii!... — syknęła Alina wyciągając z palta chusteczkę i ścierając nią 
parapet. — Stefek, co ty wygadujesz? Tamto juŜ dawno się rozleciało. I błagam 
cię: nikomu ani słowa. To bzdury. Wicek z nimi nic nie ma wspólnego.
—  Bzdury? To czemu tak szybko starłaś?
—  Bo... bo Chybała krzyczy i... nie trzeba o tym mówić. Mówię ci, Ŝe nie 
trzeba. A Wicek? O mój drogi, do pięt mu nie dorosłeś. Nawet ElŜbiecie 
zaimponował.
—  Czym? — zainteresował się Stefan.
—  Tym, Ŝe jest po prostu niezwykły. śebyś ty widział jego fotografie! 
Artysta! Ma na przykład taką jedną. Ławka w parku, na niej otwarta ksiąŜka, 
wokoło pełno opadłych liści, a jeden liść jak motyl na brzegu ksiąŜki. 
Pokazywałam ElŜbiecie. Zachwycała się. Powiedziała, Ŝe widać w tym twórczą myśl.
—  Tak powiedziała ElŜbieta?
—  Tak. Bo to jest właśnie twórczość. Sztuka. Rozumiesz? Pokazać coś, jak nikt 
jeszcze. ElŜbieta się na tym zna. Ona będzie artystką. Ona teŜ mówi, Ŝe w 
człowieku najwięcej jest warta twórcza myśl. A właśnie Wicek...
Ktoś otwierał drzwi na piętrze. Alina zbiegła w dół, Stefan pognał w górę.
A to się zagadali!
Długo, długo Stefan nie mógł zasnąć. Przewrócił się na jeden bok, potem na 
drugi: porządkował to, co usłyszał. ElŜbieta będzie artystką. Będzie grać na 
koncertach. A koncert to wielka przyjemność. Więc twórcza myśl ElŜbiety na 
pewno będzie bardzo wartościowa. Ale Wicek? CóŜ to za nadzwyczajność w tej 
fotografii? KsiąŜka zostawiona na ławce. „Korale mecyje!" — powiedziałby 
Wiktor. A jak będzie deszcz? KsiąŜka zmarnuje się. A do tego jeŜeli z 
biblioteki? Nic tam do zachwytu nie było. Alina przesadza jak zwykle. JuŜ 
prędzej mógłby zaimponować ElŜbiecie Kostek. Wszystko umie wytłumaczyć. Będzie 
lekarzem. MoŜe to właśnie jego twórczej myśli ukłonią się nisko? Kto wie? — Ale
czym moŜna zaimponować, jak się ma tylko dwanaście lat i niecałe trzy miesiące?
Stefan wzdycha cięŜko i zapada w sen.
Pamiętnik   Stefana
Deszcz padał dziś od samego rana. JuŜ byłem blisko przy furtce, kiedy 
przypomniałem sobie o napisie.
Wróciłem drugą stroną podwórka i stanąłem naprzeciw naszej klatki schodowej. 
Ściana była mokra, napis ledwo było widać. To nic. Wyschnie i ElŜbieta nie 
będzie potrzebowała zazdrościć jakiejś Basi.
Po południu umówiliśmy się u Bartka. Otworzyła mi ta ich sublokatorka, ale nie 

Strona 47

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

poznała mnie.
Wiktor juŜ był. Bartek wyciągnął jakiś gruby zeszyt i powiedział, Ŝe tak 
dłuŜej być nie moŜe, Ŝe nasze stowarzyszenie nie przejawia Ŝadnej aktywności, 
Ŝe jeŜeli tak dalej pójdzie, to trzeba będzie je rozwiązać.
Okazało się przy tym, Ŝe Stowarzyszenie Trzech Osądzonych posiada kronikę. Ten 
właśnie gruby zeszyt. Bardzo mi się to podobało. Pomyślałem sobie, Ŝe Bartek 
ma głowę na karku, moŜe kiedyś ministrem zostanie albo kierownikiem porządnego 
sklepu, bo taki kierownik musi być uczciwy i mądry, a Bartek właśnie taki 
jest. JuŜ by tam w jego sklepie wszystko było na miejscu, a i w ministerstwie 
miałby porządek. Ale Wiktor nazwał Bartka drewnianą piłą i powiedział, Ŝe się 
przyczepia i szuka dziury w całym. A na to Bartek, Ŝe nie o Ŝadną dziurę 
chodzi, tylko
o puste kartki w naszej kronice, które trzeba zapełnić.
„Bo co tu jest — mówił i pokazywał pierwsze strony. — Tu spis członków i 
pseudonimy, a tu, gdzie się zaczyna tak zwana działalność, tylko jeden mój 
pomysł, i to nieudany."
Zajrzeliśmy z Wiktorem na tę stronę, a tam karta poliniowana
i  w kaŜdej rubryce pisze co innego. „Czyj pomysł", „Na czym polega", „Wynik". 
Przeczytałem na głos to, co było.wpisane w rubryki:
„Bartłomiej Niedźwiedzki. Stwierdzenie, ile kaŜdy z członków STO traci na 
wadze w wodzie. Nieudane z powodu braku dyscypliny u Wiktora Kijanki."
„Tak napisałeś?" — skoczył Wiktor.
„PrzecieŜ to prawda — powiedział spokojnie Bartek. — Gdybyś się wtedy nie 
spóźnił, nie byłoby całej hecy. Ze Stefanem doświadczenie udałoby się na pewno."
„Tyś pierwszy chlapnął na mnie wodą" — sprzeczał się Wiktor.
„Ale niechcący."
„Chcący czy niechcący, wszystkie włosy miałem mokre."
Sprzykrzyło mi się słuchać, więc zapytałem Bartka, co będzie w kronice dalej. 
Na to on odpowiedział, Ŝe to od nas zaleŜy, Ŝebyśmy teraz coś wymyślili, ja i 
Wiktor po kolei, bo on nie moŜe stale za nas myśleć. I Ŝebyśmy się zastanowili 
nad tym jak najprędzej.
Zaczęliśmy się zastanawiać .i bardzo chcieliśmy coś wymyślić, ale to naprawdę 
było trudno. Wreszcie Wiktor wytłumaczył, dlaczego nam nie idzie: po prostu 
jesteśmy przemęczeni nauką. Bart-kowi było łatwiej, bo wymyślił pierwszy, a 
nam coraz trudniej, bo dzień za dniem mamy więcej pozapychane głowy. Zgodziłem 
się z nim i jeszcze dodałem od siebie, Ŝe strach przy takich rzeczach teŜ nie 
pomaga.
„Jaki strach?" — spytał Bartek.
„Strach przed dwójką — mówię. — Ciągle się trzeba obawiać, Ŝeby dwójki nie 
złapać, bo nauczyciele są tacy strasznie wymagający, Ŝe jak tylko się lekcji 
nie odrobi albo co, to zaraz dwóje kropią."
Wiktor dorzucił, Ŝe w ogóle wszyscy geniusze swoje genialne pomysły mieli w 
tym czasie, kiedy do szkoły nie chodzili. Nawet Archimedes, gdyby codziennie 
miał zadane na jutro tyle co my, to nie miałby czasu wleźć do wanny i zawołać: 
„Eureka!"
Bartek jeszcze raz otworzył kronikę STO na pierwszej stronie i zauwaŜył 
całkiem słusznie, Ŝe na samym początku powinno być godło naszego 
stowarzyszenia, które jednocześnie będzie naszym znakiem, czyli pieczęcią.
„Wymyślmy zaraz ten znak — prosił — niech przynajmniej tyle posunie się 
naprzód nasza działalność."
Więc znowu zastanawialiśmy się nad tym godłem, czyli pieczęcią.
Próbowałem spleść litery STO w rozmaity sposób — to bardzo trudne. A Bartek 
wyrysował raz-dwa. Musiał chyba juŜ wpierw mieć obmyślony projekt, ale nie 
chciał nam pokazać, dopóki sami czegoś nie wymyślimy. Wreszcie widząc, Ŝe nie 
damy rady, połoŜył swój projekt przed nami. Wyglądał tak:
Obaj z Wiktorem nic nie rozumieliśmy. Dopiero Bartek wytłumaczył nam, Ŝe 
dziesięć do kwadratu to jest sto, a sto — to STO — Stowarzyszenie Trzech 
Osądzonych. Zaproponowałem, Ŝeby dodać jeszcze „n" — to znaczy niewinnych, ale 
Bartek kręcił głową, Ŝe nie.
Wiktor znowu wpadł na pomysł, Ŝeby w ogóle zmienić nazwę na Stowarzyszenie 
Trzech Niewinnych, to znaczy STN, a to znowu moŜna czytać: sten, a „sten" fo 
marka pistoletu, pieczęć z pistoletem to dopiero będzie pycha! Patrzyłem na 
Bartka, a on tylko spojrzał na Wiktora i mówi:

Strona 48

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

„Wiktor Kijanka — niewiniątko numer pierwszy."
Wiktor zbaraniał, ale zaraz zaczął się kłócić. JuŜ myślałem, Ŝe wszystko 
skończy się na niczym, bo Wiktor bardzo chciał, Ŝeby na naszej pieczęci był 
rewolwer, ale w końcu Bartek go przekonał, Ŝe z rewolwerem to i bandyci 
chodzą, a nasze stowarzyszenie via szlachetne cele.
„Ty, Bartek, naumyślnie to zadanie matematyczne wymyśliłeś — Ŝalił się jeszcze 
Wiktor — Ŝebym ja nic z niego nie rozumiał. Rewolwer to rewolwer, a co znaczy 
te siedem tysięcy z czymś u dołu?"
„Ech ty, z gładkim miejscem na mózgu — zadrwił Bartek — przecieŜ to data 
załoŜenia naszego STO, tylko na odwrót."
Ostatecznie zdecydowaliśmy, Ŝeby rok skreślić i zostawić tylko 10* w 
trójkącie. Na dokumentach i listach w prawym rogu pieczęci będziemy dodawać 
pierwszą literę swego pseudonimu. Wiktor chciał jeszcze, Ŝeby na pieczęci były 
jakieś miecze albo dzidy, albo chociaŜ dębowe liście, ale Bartek sprzeciwił 
się, bo to staroświeckie, a nasze stowarzyszenie jest przecieŜ zupełnie 
nowoczesne. Ja teŜ tak uwaŜam, Ŝe jak juŜ mieć model, to ostatniej marki.
Bartek zobowiązał się wymalować nasze godło w kronice. Niebieskim kolorem.
„Niebieski — to wiara, a my przecieŜ wierzymy, Ŝe wreszcie cała klasa, z tym 
lizusem Sewerysiem razem, pozna swój straszny błąd i zdejmie z nas haniebne 
piętno" — powiedział po swojemu Wiktor.
„Lizusem?" — zdziwił się Bartek.
„Jak to, nie widziałeś? — zŜymał się Wiktor. — Do kaŜdego nauczyciela leci ze 
swoim wiecznym piórem. ZauwaŜyłem, jak czyha na ten moment, kiedy nauczyciel 
otworzy dziennik."
„To dlatego, Ŝe na katedrze Ŝadne pióro nie moŜe uleŜeć. Zawsze je sobie ktoś 
poŜyczy" — tłumaczył Bartek.
„Wiem o tym. Nie potrzebujesz mi mówić. Ale dlaczego ani ty, ani Stefan, ani 
ja nie lecimy do katedry, tylko zawsze ten Sewerek? Dlatego właśnie, Ŝe lizus."
„Nie — Bartek był sprawiedliwy — dlatego, Ŝe tylko on ma w naszej klasie dobre 
wieczne pióro."
Mnie tymczasem olśniła myśl jak błyskawica.
„Bartuś! — zawołałem. — Wpisz zaraz do kroniki moje nazwisko. W rubryce «czyj 
pomysł» prędko: Stefan Zórawiec."
„A jaki pomysł?" — dopytywał Bartek, otwierając kronikę.
„Zobaczycie jutro. Nie powiem, Ŝeby nie zapeszyć. Musi się udać, a wtedy 
Sewerek razem ze swoim wiecznym piórem będzie siedział spokojnie."
Zaintrygowany Wiktor miał wielką ochotę dopytywać się dalej, ale w tej właśnie 
chwili weszła do pokoju ElŜbietka.
Nie wiem, co to jest. PrzecieŜ podobno jestem wygadany, a tani u Bartka to 
zawsze głupieję i nie wiem, co mówić.
Tak było i teraz. Chciałem ElŜbiecie coś powiedzieć. Pamiętam nawet, Ŝe to 
było coś waŜnego, a język mi skołowaciał zupełnie. Ledwo wykrztusiłem 
zapytanie o ten pogrzeb.
„Jaki pogrzeb?" — przestraszyła się ElŜbietka.
„Matki jednej z twoich koleŜanek."
„Której? — dopytywała z niedowierzaniem ElŜbieta. — Skąd wiesz?"
„Obiło mi się coś o uszy."
„Nie... To na pewno nie u nas. To musiało być w innej klasie. Gdyby u nas, to 
przecieŜ wiedziałabym."
„Widocznie to nie w waszej klasie" — blagowałem, bo co mogłem powiedzieć 
innego? Ale z tej Aliny kłamczuch! Czego to nie wymyśliła. A ja uwierzyłem, 
jak głupi.
Język znowu mi skołowaciał i juŜ do końca nie wykrztusiłem ani słowa. Dopiero 
na schodach przypomniało mi się, Ŝe miałem ElŜbiecie powiedzieć, jak bardzo 
podobało mi się „Lato leśnych ludzi".
ROZDZIAŁ  13.
DEKLAMACJA NAD RYNSZTOKIEM. FATALNA LEKCJA. CZARNA PLAMA NA BIAŁEJ BLUZCE.
Nazajutrz Stefan Wcześniej niŜ zwykle wybiegł do szkoły. Spieszył się, aby 
pomysł, opracowany juŜ w szczegółach, wprowadzić w czyn. Znowu padał deszcz, 
więc nacisnął mocniej czapkę, postawił kołnierz u palta i, borykając się z 
wiejącym w oczy wiatrem, przeskakiwał co większe kałuŜe.
Był juŜ przy Rzgowskiej, kiedy dogonił go Wiktor.
—  Serwus, Stefan! Co tak wcześnie?

Strona 49

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Serwus, a dlaczego ty?—- odpowiedział pytaniem Stefan, który dziś wyjątkowo 
wolałby nie spotkać przyjaciela na drodze.
—  Pędzę, bo chcę, Ŝeby mi Bartek dał zeszyt ze. swoimi zada-
niami. Sprawdzę... Coś mi nie wychodziło — westchnął Wiktor.
—  Znają cię: „nie wychodziło". Przyznaj się, Ŝe zadań wcale nie tknąłeś — 
obruszył się Stefan. — A Bartek nie lubi, kiedy zrzynasz.
—  A kto by lubił? Ja teŜ nie lubię. A jeŜeli wiesz, Ŝe Bartek tego  nie  
lubi,  mógłbyś  się  domyślić  i  zaproponować  mi  swój zeszyt. Przyjaźń 
wymaga ofiar, juŜ Ben Akiba tak mówił.
—  ToteŜ gdyby mi się nie spieszyło, zrobiłbym z ciebie zaraz ofiarę — gderał 
Stefan. — Wałkoń jesteś. Coś ty wczoraj robił? Na dziś nic więcej nie było, 
tylko te zadania. .
—  Zadania i biologia — poprawił Wiktor.
—  O rany! — przestraszył się Stefan. — Na śmierć zapomniałem o biologii. Ale 
mnie niedawno pytała. Upiecze się chyba. Nie wiem nawet, co było zadane.
—  A widzisz — mówił z wyrzutem w głosie Wiktor — a do mnie zaraz: „wałkoń". 
śaden wałkoń nie jestem. Męczyłem się, pociłem krwawym potem — nic, ani w ząb. 
AŜ wreszcie powiedziałem sobie:  mam kopyta przez to zadanie wyciągnąć?  I po 
mojej  śmierci  mama  sobie  oczy  wypłacze.  A,   Stefan,  czy  ty wiesz,  
co  to  są  oczy  w  Ŝyciu  człowieka?  A  do  tego  wczoraj u  Kostka  był 
kolega.  Maturę  razem  zdawali,  tylko Ŝe  Kostek poszedł na medycynę, a 
tamten do WyŜszej Szkoły Teatralnej. Stefan, mówię ci, Ŝebyś ty słyszał, jak 
on deklamuje!...
PrzejeŜdŜający tramwaj zagrodził chłopcom przejście, więc Wiktor, stojąc nad 
rynsztokiem, zaczął:
Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze...
Przy tych słowach tak energicznie skręcił uchwyt u teczki, Ŝe zerwał go 
rzeczywiście. Teczka o mało nie upadła w błoto. Wiktor zręcznie złapał ją w 
ostatniej chwili i wcale nie speszony mówił dalej:
—  O tak! Ja teŜ muszę łeb jakiejś hydrze urwać. Koniecznie! Czuję. Tu czuję — 
grzmotnął się w mocno podniszczone palto — Ŝe te jakieś centaury to ja będę 
dusić jak muchy, jak ulęgałki będę z siebie strząsał!
—  Stuknij się: jakie znowu centaury? Z księŜyca?
—  A jakbyś wiedział: przecieŜ na księŜycu Bóg wie co moŜe się znaleźć.
—  JuŜ ty się, Wiktor, lepiej o księŜyc nie martw.
—  Naturalnie, Ŝe się o księŜyc nie martwię. Tymczasem tylko o hydrę, to 
znaczy o zadania. Dasz zeszyt?
—  Dam.  Ale  pamiętaj,  jakby  co,  nie  daj  BoŜe,  na biologii, to — ratuj 
mnie.
—  To się wie, bez gadania.
Wchodzili do pustawej jeszcze szatni. Zdjęli palta. Stefan wydostał ze swojej 
teczki zeszyt do rachunków i dał Wiktorowi. Oglądał się za Bartkiem, którego 
czapka i ciepła kurtka wisiały juŜ na swoim miejscu.
W klasie Wiktor nos zagłębił w ściąganie, Stefan zamienił kilka słów z 
Bartkiem, który zaraz wyszedł z klasy i wywołał za sobą dwie dziewczynki pod 
pozorem pokazania im czegoś w gazetce ściennej.
śórawiec błyskawicznie wyciągnął z teczki nową, Ŝółtą obsadkę z uwiązanym u 
jej końca długim, cienkim sznurkiem. Podszedł do katedry i wyjąwszy z otworu 
kałamarz, omotał go końcem sznurka na próbę. Sznurek był duŜo za długi. Stefan 
rozejrzał się bezradnie. We drzwiach ukazała się głowa Bartka.
—  JuŜ?
Stefan zaprzeczył. W braku noŜyczek prędko skrócił zębami sznurek i na dobre 
umocował wokół kałamarza. Obsadkę połoŜył w zagłębieniu. Na czarnym pulpicie 
katedry odcinała się wyraźnie.
ZdąŜył jeszcze zająć miejsce w ławce, kiedy do klasy powróciły dziewczynki. 
Wiktor kończył przepisywanie. Chyba nie zauwaŜył nawet, co się koło niego 
działo.
Stefan uśmiechnął się zadowolony z siebie. Niech tam Wiktor porywa się na 
hydry i centaury, niech tam Bartek sili się na skomplikowane pomysły. Jego 
własny pomysł skromny, niewielki, ale podobno niejeden geniusz zaczynał od 
drobnostki. Taki Edison...                             »
Do klasy weszła nauczycielka biologii i Stefan od razu w bar-
dzo niemiły sposób został doprowadzony do przytomności. AŜ. łopatkami 

Strona 50

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

poruszył. Jakby mu kto szklankę wody za kołnierz wylał.
,,E,   chyba   mnie   nie   wyrwie.   Odpowiadałem   wtedy  dobrze.    * I na 
okres mam czwórkę. Zawsze według alfabetu pyta..." — pocieszał się Stefan, ale 
strach drobnym dreszczem biegł mu po krzyŜu.
Nauczycielka poleciła wyłoŜyć na ławki zeszyty. Stefan odetchnął. Rysunki miał 
gotowe jeszcze od zeszłego tygodnia. Poza tym kontrola zeszytów zabierze sporo 
czasu. Rzeczywiście ciągnęła się dziś dość długo. Dziewczęta zatrzymywały 
nauczycielkę przy sobie, pytały o wyjaśnienia, prosiły o jakieś poprawki. Od 
rysunków w zeszytach nauczycielka przeszła do rysunku na tablicy i 
niespodziewanie zaczęła wykład nowej lekcji. Stefan podniósł się na duchu. 
Widocznie dzisiaj pytać na stopnie nie będzie. Chyba nawet nie zdąŜy? Odwracał 
kilkakrotnie głowę w stronę Wacka Sitarka, który jedyny z całej klasy miał 
zegarek, a wobec tego i obowiązek sygnalizowania, za ile minut dzwonek. JuŜ 
tylko dwadzieścia minut. JuŜ trzynaście. Dziesięć!
Nauczycielka raptem odłoŜyła kredę, wytarła ubielone palce chusteczką i ku 
przeraŜeniu Stefana wzięła z katedry notes, w którym stawiała stopnie.
KtóŜ nie zna tego momentu napięcia, kiedy nasłuchując nazwiska, jakie padnie z 
ust nauczyciela, uczniowie powstrzymują oddech. Głośniej biją serca i tym, 
którzy nie chcą być wywołani, i tym, którzy przygotowawszy się „na medal", tak 
bardzo pragną odpowiadać właśnie dzisiaj.
Stefan czuje, Ŝe uszy zaczynają go palić, jak zwykle w chwilach zdenerwowania. 
Rzuca błagalne spojrzenie w stronę Wacka. Ten sygnalizuje rozwartą dłonią: 
pięć i jeszcze dwa palce.
—  śórawiec!
Stało się. Stefan powstaje powoli z ławki. Obciąga starannie kurtkę. 
Przygładza czuprynę. Wszystko to, Ŝeby zyskać na czasie. Nauczycielka otwiera 
usta...                                        , '
—  Stefan, idź do tablicy — odzywa się Wiktor. — Prawda, proszę pani, Ŝe 
lepiej przy tablicy?
—  Nie, śórawiec, odpowiadaj z miejsca. Co powiesz...
—  Proszę pani, bardzo przepraszam — znowu przerywa Wiktor —- ale właśnie 
miałem się zapytać o te nosy.
—  O nosy? O jakie nosy? — pyta zdziwiona nauczycielka.
—  O nosy wielkich ludzi — zaczyna mówić Wiktor, a chociaŜ zwykle mówi dosyć 
szybko, teraz odwaŜa słowa i zastanawia się nad kaŜdym — bo jeden chłopak z 
dziesiątej klasy powiedział, Ŝe wszyscy wielcy ludzie mieli duŜe nosy! Jak to 
się mówi — „na urząd". śe na przykład taki Kopernik... Ale ja powiedziałem, Ŝe 
się zapytam, bo pani wie najlepiej, czy nos...
—  Co za głupstwa! Pierwszy raz słyszę.  śórawiec, powiedz... —¦ Owszem, 
proszę pani, widziałem głowę Napoleona — Stefan
udawał, Ŝe nie zrozumiał. — Rzeczywiście, nos miał wielki.
—  I Szopen teŜ, proszę pani — ciągnął z niewinną miną Wiktor. — A Szopen 
słynie na cały świat i nawet ta królowa belgijska go podziwia...
Mówi się zwykle, Ŝe nauczyciel dobrze zna swoich uczniów i wie o ich wadach i 
zaletach. Ale uczniowie równieŜ umieją podpatrzyć nawyki czy cechy charakteru 
nauczycieli. OtóŜ o młodej nauczycielce biologii szósta klasa wiedziała 
doskonale, Ŝe moŜna ją było „zagadać". Byleby temat chwycił, pozwalała się 
zasypać pytaniami i odpowiadała na nie chętnie. Czas mijał niepostrzeŜenie, a 
uczniom, którzy stosowali tę metodę, udawało się uniknąć niebezpieczeństwa.
Tym razem nie udało się. Nosy sławnych ludzi nie zainteresowały nauczycielki.
—  Kijanka,- uspokój  się i  nie  przeszkadzaj.  A  ty,  śórawiec, powiedz 
mi... No, na przykład opisz budowę zewnętrzną...
—  Więc... tego... budowa zewnętrzna... — jąkał się Stefan, nie mając nawet 
pojęcia, Ŝe chodzi o budowę jedwabnika.
—  A pan od matematyki teŜ ma bardzo  duŜy nos.  Aha? — rzucił Wiktor 
postanawiając za wszelką cenę ratować przyjaciela przed dwójką.
Tego było juŜ za wiele. Wiktor przebrał miarę. Wiadomo bowiem było w całej 
szkole, Ŝe pan od matematyki asystuje młodej nauczycielce biologii i, kto wie, 
moŜe juŜ jest jej narzeczonym.
Nauczycielka zaczerwieniła się aŜ po korzenie jasnych włosów.
—  Co to ma znaczyć?  — zwróciła się do Wiktora ostro.  — Co to za kpiny sobie 
urządzasz?
Wiktor. dopiero w tej chwili zorientował się, Ŝe palnął głupstwo, ale było juŜ 

Strona 51

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

za późno.
—  Nos, nic, tylko Ŝe... Szopen i Sokrates, i nawet Kościuszko... chociaŜ nos 
miał zadarty... ale duŜy... więc ja myślałem...
—  Proszę pani — odezwał się z drugiego końca klasy Sewe-rek — oni panią tylko 
tak zagadują. śórawiec na pewno lekcji nie umie. Wiadomo.
Oburzone spojrzenia kolegów i koleŜanek nie powstrzymały Sewerka. Nawet ich 
nie widział. Z zadowoleniem patrzył na rozszerzone zdziwieniem oczy 
nauczycielki i gniew malujący się na jej twarzy.
—  Ach, to tak?! — zawołała oburzona. — śórawiec, przyznaj się: nie nauczyłeś 
się na dzisiaj tego, co było zadane?
—  Nie — hardo powiedział Stefan. Nie miał juŜ nic do stracenia.
—  Ach, tak? — powtórzyła nauczycielka i, zanim się Sewe-rysio spostrzegł, Ŝe 
jego wieczne pióro moŜe być potrzebne, chwyciła  leŜącą  na  katedrze,  
przygotowaną  przez  Stefana  obsadkę, aby postawić fatalny stopień w dzienniku.
Nie wiadomo, czy sznurek łączący obsadkę z kałamarzem był zbyt krótki, czy 
ruch zdenerwowanej nauczycielki zbyt gwałtowny — dość Ŝe kałamarz wyskoczył z 
miejsca, przewrócił się i chlusnął czarną strugą na pulpit, notes i białą 
pikową bluzkę.
—  Ooo! — zawołały  ze  współczuciem  dziewczynki.  — Taka ładna bluzka! 
Atramentem!
Nauczycielka opanowała się. Odskoczyła szybko od katedry. Chwyciła kałamarz i 
wstawiła na miejsce.
—  Kto to wymyślił? — rzuciła ostro. — Tego nigdy nie było. Klasa milczała. 
Stefan nie patrzył nauczycielce w oczy. Szybko
waŜył w myślach: przyznać się czy nie? Jeśli się przyzna, to w połączeniu z 
nie odrobioną lekcją — kartka do domu pewna. MoŜe iść w czasie przerwy, 
wytłumaczyć, Ŝe to miało być ulepszenie, racjonalizatorstwo i wygoda dla 
nauczycieli? Nie uwierzy!
Gdyby lekcje miał w porządku, moŜna by spróbować, ale tak — szkoda zachodu.
— Po raz ostatni pytam: kto to zrobił? — słowom nauczycielki towarzyszył 
dzwonek, którego dźwięk wcale juŜ nie był wybawieniem.
Nagle za plecami Stefana dał się słyszeć spokojny głos Bartka: —¦ To   ja.   
Bardzo   panią  przepraszam.   Chciałem,   Ŝeby  pióro z katedry stale było 
pod ręką. Widocznie sznurek zrobiłem za krótki. Bardzo przepraszam.
Zaskoczony Stefan nie mógł wydobyć głosu z gardła. Tymczasem twarz 
nauczycielki złagodniała. Bartek Niedźwiedzki naleŜał do najlepszych jej 
uczniów. Jego zeszyt do biologii był wzorem i przy kaŜdej okazji było to 
podkreślane. JakŜe tu się gniewać na ulubieńca?
—  Bartek? — wyraziła niezadowolone zdziwienie; — Oj, chłopcze, coś ty mi 
narobił. Nowa bluzka.
—  Tak. Ja od razu zauwaŜyłam; pani w niej przyszła pierwszy raz! — 
stwierdziła któraś z dziewczynek.
—  To trzeba cytryną!
—  Albo w wodzie z kwaskiem cytrynowym.
—  I zaraz spłukać wodą!
—  MoŜe puści,  bo ten szkolny atrament nic niewart — doradzały i pocieszały 
nauczycielkę dziewczynki.
Otoczyły  ją  kołem  i  ofiarując  pomoc  wyprowadziły  na  korytarz.
—  No, upiekło ci się — syknął w stronę Stefana Sewerek.
—  Ale tobie się nie upiecze — zawołał wściekły Stefan i juŜ biegł z pięściami 
do Sewerka.
—  Zaraz — chwycił go za kurtkę Bartek. — To moŜna załatwić spokojnie.
Inni chłopcy, widząc, Ŝe się zanosi na coś interesującego, nie opuszczali klasy.
Bartek  zwrócił się  do  Sewerka,  który,  sądząc  po minie,  nie obawiał się 
niczego:
—  Postąpiłeś nie jak kolega, ale jak...
—  Jak świnia! — rzucił ostro Stefan.
—  Stefek,   nie   obraŜaj   świni   —   energicznie   zaprotestował Wiktor.
—  A. co? A bo co? — odpierał obelgi Sewerek. — Ja jestem
harcerz!...
—  Harcerz nie donosi — stwierdził mocno Bartek.
—  On jest taki harcerz, Ŝe nawet rodzonego brata na szubienicę by zaprowadził 
— z pogardą stwierdził Wiktor.

Strona 52

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  W nosie  mam twoją opinię — odpowiedział tym samym tonem Sewerek — ja wiem, 
co robię. Harcerz nigdy nie kłamie.
—  Ale i nie sypie kolegów — mówił Bartek.
—  To twoi koledzy, nie moi! Ty byś ich kłamstwa popierał, wiadomo — bronił 
się Sewerek.
—¦ Nie, ja kłamstwa nie bronię. Ale to, co ty robisz, Sewer, to... to niegodne 
harcerza.
Nikt z klasy do sporu się nie włączał. Sytuacja była jasna: z jednej strony 
trójka nowych uczniów, którzy nie cieszyli się dobrą opinią, z drugiej — 
Sewerek, z którym wygodniej -Ŝyć w zgodzie.
A jednak przy ostatnich słowach Bartka ktoś przytaknął, ktoś głośniej rzucił:
—  No chyba!
Sewerek szybko obejrzał się w tę stronę.
—  Kto? Kto z was? Odpowiedziało mu milczenie.
Pchano się juŜ do drzwi. Klasa powoli pustoszała. Bartek chciał jeszcze coś 
Sewerkowi tłumaczyć, ale za rękaw pociągnął go Wiktor.
—¦ Daj spokój. To tępak. Nie widzisz, jaki ma nos? Istny guzik!
—  Ty ze swoim teŜ Kopernikiem nie zostaniesz! — odciął się Sewerek.
—  O, mój nos jeszcze urośnie. Masuję go co dzień. To pomaga. Polecam ci ten 
sposób. ChociaŜ właściwie dla ciebie stosowniejszy masaŜ z zupełnie innej 
strony.
- Dość — przeciął Wiktorowi Bartek i wszyscy wyszli z klasy.
Pomimo dowcipów Wiktora miny były niewesołe, nastrój przygnębiający.
— Bartek — zaczął Stefan niepewnie. — Widzisz... i mój pomysł nie udał się. A 
taka zdawałoby się prosta rzecz. Fajnie, Ŝeś mnie wyratował. Nie uszłoby mi na 
sucho. , — Nie ma o czym mówić. Do obsadki przywiąŜ dłuŜszy sznurek i 
nauczycieli trzeba o tym wynalazku uprzedzić. Ale po co Wiktor tak się 
wygłupiał?
—¦ Wypraszam sobie — zaprotestował Wiktor. — Ja teŜ chciałem Stefanowi pomóc. 
Nie skapowałeś jeszcze, Ŝe z biologii nie wiedział nawet, co zadane?
—¦ Zapomniałem. Na śmierć zapomniałem — tłumaczył Stefan, omijając dyskretnie 
fakt, Ŝe do tego zapomnienia bardzo mu dopomogli Trzej muszkieterowie.
— Stefek, coś z twoją głową kiepsko — Wiktor miał minę pełną udanego 
ubolewania — nos masz niby niezgorsza armata, ale z głową — kiepsko.
rozdział 14.
SPOTKANIE W PIWNICY. śALE PANI BRODZKIEJ. ORTOGRAFIA ZDRADZA!  ALINA MA 
CIĘśKIE śYCIE.
Stefan długo nie mógł się otrząsnąć po tamtej nieprzyjemnej przygodzie. Tym 
bardziej Ŝe okoliczności ciągle mu ją przypominały.
Zaraz następnego dnia wymierzyli z Bartkiem odpowiednią długość, a Stefan 
zamienił sznurek na cienką, wycyganioną od matki gumkę. Ale kto tylko z 
nauczycieli spostrzegł i pochwalił to racjonalizatorstwo, słyszał:
—  Proszę pana, to Niedźwiedzki wymyślił.
—  To Bartka głowa, proszę pani!
Bartek aŜ się skręcał, a Stefana zalewał Ŝal, ogarniało poczucie krzywdy, 
jakiego musi doznawać kaŜdy najskromniejszy choćby wynalazca, który licząc na 
uznanie, spotyka się z całkowitym pominięciem własnych zasług.
I jeszcze do tego musiał być wdzięczny Bartkowi, który wziąwszy na własne 
konto gniew nauczycielki, nie mógł jej odmówić wykonania tablicy 
przedstawiającej przeobraŜenie jedwabnika. Nic darmo!
W domu Stefana zauwaŜono, Ŝe mu coś jest. Na próŜno tłumaczył się duŜą ilością 
lekcji oraz bólem głowy. Z wielkim trudem uniknął porcji rycyny, którą mama 
uwaŜała za radykalne na bóle głowy lekarstwo.
Co do lekcji, to rzeczywiście poświęcał im teraz więcej czasu i przygotowywał 
się staranniej. śaden cud tego nie spowodował, a Stefkowa pilność wypływała z 
bardzo prostego powodu: Trzech muszkieterów powędrowało z kolei do Bartka. 
Naturalnie, chciał do tej ksiąŜki namówić ElŜbietkę. Ciekaw był, czy spodoba 
się jej tak samo jak jemu.
Ach, trzech dzielnych muszkieterów! Stefan biegł do piwnicy po węgiel, pędząc 
niczym d'Artagnan na ognistym rumaku, i gdyby teraz jakiś wróg, jakaś 
przeszkoda stanęła mu na drodze — zmiótłby ją jednym pchnięciem szpady, nie 
bacząc, Ŝe zamiast niej miał w ręku tylko Ŝelazną łopatkę do węgla.
Tak, muszkieterom wszystko się udawało. Wychodzili cało z 

Strona 53

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

najniebezpieczniejszych pojedynków. Najdziksze pogonie nie mogły ich 
doścignąć. Najbardziej wymyślne zasadzki były dla nich tylko polem do popisu! 
To było Ŝycie!
Stefan przysiadł na ułoŜonej pod ścianą stercie porąbanego drzewa. Nogi 
wyciągnął przed siebie, ręce same załoŜyły się po napoleońsku. Oczy wbite w 
napełnione węglem wiadro widziały zamiast niego płynący przez środek ciemnej 
piwnicy barwny korowód wspaniałych postaci z ksiąŜki...
I nagle pierś Stefana podnosi głębokie westchnienie. Po raz pierwszy w Ŝyciu 
odkrywa tę „Amerykę":
„W ksiąŜkach to jest zupełnie inaczej!... A Ŝycie to w ogóle dziwna rzecz. I 
jeŜeli ktoś nie urodzi się w czepku, to wszystko mu się nie udaje. Tak jak 
mnie. Do czego się nie wezmę — klapa... Ściągałem dyktando — wydało się. 
Rzuciłem piłkę — musiała trafić w okno nauczycielki. Przy Archimedesie kto się
ośmieszył?   Właśnie   ja.  A  teraz  to  pióro.   Wynalazek  mój  — a Bartka 
za niego chwalą. Ech, miły BoŜe!..."
Czarne myśli przerywa nagle zapalenie światła. Ktoś schodzi do piwnicy. Przez 
szerokie odstępy między deskami, odgradzającymi niby parkan poszczególne 
piwnice, dobrze widać korytarz. W pierwszej chwili Stefan zląkł się 
pomyślawszy, Ŝe to zniecierpliwiona jego długą nieobecnością matka przyszła 
zobaczyć, co się z nim dzieje. Chwycił szybko wiadro, chcąc je wystawić na 
korytarz. Ale to tylko Alina Brodzka biegła szybko w jego stronę, bo piwnica 
Brodzkich była akurat naprzeciwko piwnicy śórawców. Przyszło mu na myśl, Ŝe ma 
doskonałą okazję do nastraszenia jej, ale juŜ było za późno, Alina go 
spostrzegła i sama się nastraszyła.
—  O BoŜe! Stefan! Co ty tu robisz?
—  Jak to co? Po węgiel przyszedłem. A ty?
—  Ja? TeŜ po węgiel.
—  Bez wiadra?
—¦ O... taaak... nie... to znaczy, niezupełnie po węgiel, a chciałam właśnie 
powiedzieć... po drzewo.
—  A drzewo w co weźmiesz?
—  Tak, na rękę. Tylko parę kawałków.
—  No  to  bierz  prędzej,   zanim  zamknę  piwnicę.   Pójdziemy razem.
Stefan zamykał kłódkę. Alina szukała klucza w kieszeniach fartucha.
—  Zgubiłam  czy  co?   A  moŜe   klucze   zostawiłam  w  przedpokoju?
Stefan przyglądał się podejrzliwie.
—  O czym ty myślisz? Do piwnicy lecisz z pustymi rękami, o kluczach 
zapominasz... Alina, co z twoją głową?
—  Ach, bo wiesz, taka jestem zmordowana tymi lekcjami — trajkotała juŜ 
zupełnie pewna siebie Alina — siedziałam teraz nad matematyką chyba  ze  dwie 
godziny,  aŜ mi  się  w głowie kręci. Ale o długu nie zapomniałam. Dziś 
odniosę. Nie bój się.
—• Wcale  się nie  boję — mruknął  Stefan.  — Chodźmy,  bo zimno.
JuŜ wchodzili na piętro, kiedy Alina zatrzymała się i zawołała:
—  Ach, zapomniałam. Muszę jeszcze skoczyć dq...
Stefan nie usłyszał dokąd. JuŜ jej nie było. Ruszył ramionami i zły poszedł na 
górę.
W domu czekała go bura.
—  Ciebie to po śmierć posłać — denerwowała się matka. — JuŜ miałam zejść do 
piwnicy, tylko Ŝe pani Brodzka przyszła. No, ona teŜ ma krzyŜ pański z Aliną.
—  A co? — Stefan nadstawił uszu, ale mama wróciła do sobotniego sprzątania 
kuchni.
W pokoju Lucynka ubierała swoje lalki. Zapytał ją po cichu:
—  Słyszałaś, co tu opowiadała pani Brodzka? Lucynka milcząco potaknęła głową.
•— No, to mów, co?
—  Mów, mów — przedrzeźniała siostra, czując się panią sytuacji — a jak ja cię 
o co proszę, to zawsze nie masz czasu.
—  No, juŜ dobrze, dobrze, gadaj.
—  A dasz mi sanki na niedzielę?
—  Jak nie będzie śniegu, to ci dam.
—  To się wypchaj. Ja chcę sanki, jak będzie śnieg.
—  No, juŜ dobrze. Dam ci sanki, jak będzie śnieg, ale tylko
na pół dnia.

Strona 54

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Lucynka westchnęła. Rozumiała, Ŝe upierać się przy tym, aby sanki były w jej 
posiadaniu przez całą niedzielę — daremnie. Za wiele szczęścia. Zaczęła:
—  Pani Brodzka tak gadała na Alinę, tak gadała!
—  O rany, z tobą trzeba mieć cierpliwość. PrzecieŜ wiem, Ŝe nie śpiewała — 
denerwował się Stefan.
—  Przyszła jej tu szukać.
—  Jak to: szukać? Tu, do nas? — Stefan myślał, Ŝe się przesłyszał.
—  Tak.  Tu,  do nas.  Bo Alina gdzieś poleciała.  I od samego obiadu nie 
moŜna jej było do nauki nagnać. Pani Brodzka tak się denerwowała, jak nie wiem 
co.  I raptem Alina gdzieś wyskoczyła, i pani Brodzka myślała, Ŝe tu, do nas. 
I pani Brodzka i martwi się, czy ona tę siódmą klasę skończy. Bo ona ma w 
głowie strasznie... pstro. I co to znaczy — pstro? Stefan nie odpowiedział, 
ponaglił ją tylko.
—  i pani Brodzka mówi, Ŝe gdyby Alina nie skończyła w tym roku  szkoły,  to  
chyba  się  utopi  albo  co...  Pomyśl,  to  byłoby straszne. Pomyśl, no?
—  Nie martw się, tu się nie ma gdzie utopić. I co dalej?
—  No i pani Brodzka jeszcze mówiła, Ŝe Alina zamiast o lekcjach, to myśli o 
chłopakach, i Ŝe ten Franek, wiesz, ten Ga-wroński, wiesz, ten, co z tobą w 
zeszłym roku do jednej klasy chodził, ten, co to...
—  Wiem — przerwał Stefan — no i co?
—  ...no właśnie ten, przyniósł do Aliny jakiś list czy kartkę i pani Brodzka 
go prześwieciła i powiedziała, Ŝe mu kości po-przetrąca, jak go jeszcze na 
takiej poczcie złapie, bo ten Franek to niby zamiast listonosza. Tak? Stefan, 
tak?...
—  Tak, no i co dalej?
—  I pani Brodzka powiedziała, Ŝe niech się tylko dowie, kto te listy pisze, 
to weźmie wałek od ciasta i...
—• A ja wezmę zaraz dyscyplinę i ciebie przeświecę za słuchanie tego, co nie 
potrzeba — pstro odezwał się z kuchni głos mamy. — Pocięłaś juŜ gazety?
—  JuŜ, mamusiu. JuŜ je zawiesiłam w łazience — odpowiedziała szybko Lucynka i 
przeniosła się ze swoimi lalkami w kąt między szafę i komodę, jak najdalej od 
brata.
—  Stefan, weź się  do froterki w małym pokoju — poleciła mama. — Wszystko na 
moje ręce patrzy. JuŜ zdrowia nie mam. Jak się raz połoŜę na dobre, to 
zaznacie cudu.
Stefan potulnie wziął się do froterki. Ale myśli o Alinie nie opuszczały go 
ani na chwilę. „A to dopiero heca. List był pewnie od Wieka Mrozowskiego, 
tego, co miał zaimponować ElŜbiecie. A jakŜe, ElŜbiecie miałby zaimponować 
taki bikiniarz..." Energicznie ślizgał się na grubych suknach, podłoga matowa 
od pasty zaczęła „przeglądać na oczy", jak lubiła określać dobrą robotę mama. 
• Wytrzepał sukna przez okno na korytarzu i złoŜył je na swoje
miejsce w kuchni, aŜ pachnącej niedzielną czystością. Mama smarowała sidolem 
mosięŜne gałki wokoło paleniska, Stefan pomógł docierać je do blasku.
—  Mój  BoŜe — westchnęła w pewnej  chwili — Ŝal mi tej Brodzkiej. Co ona ma z 
tego Ŝycia? MąŜ pijak. Przepije nie tylko swoje, ale jeszcze i jej spod ręki 
ściąga. Alina, jedyne dziecko, i to w złe towarzystwo wpadła. Mój BoŜe...
—  E, mamusiu, moŜe ona tylko raz coś tam nabroiła. Wiem, Ŝe koleŜanki ma  
porządne.  Taka na  przykład ElŜbieta,  siostra Niedźwiedzkiego, tego, co tu 
do mnie przychodzi, to bardzo porządny chłopak, przecieŜ mamusia wie...
—  Wiem, matkę jego poznałam na wywiadówce. Owszem, to chyba porządni ludzie. 
Alina chodzi tam?
—  Nie widziałem, ale pewnie chodzi...
—  I  do ciebie teŜ teraz tak często interesów nie ma. A na
jesieni to...
Odezwał  się  dzwonek u  drzwi.  Stefan  skoczył otworzyć.  To
była Alina.
—  A co! — uśmiechnęła się pani śórawcowa. — Właśnie mówię, Ŝe nie zaglądasz 
teraz do nas, a tu...
—  A tu zajrzałam — wpadła w słowo Alina. — Proszę pani, tyle jest teraz do 
roboty, Ŝe po prostu w głowie się nie chce
zmieścić.
—  No, no, juŜ ty tam zmieścisz, abyś tylko zechciała — mruknął nieuprzejmie 
Stefan, prowadząc ją do małego pokoiku.

Strona 55

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Właśnie  chciałem ci podziękować  za... ksiąŜkę — mówiła swobodnie Alina i 
korzystając, Ŝe nikogo nie było, wpychała mu w garść pieniądze. — I Wiktorowi 
podziękuj, bo go juŜ dawno nie widziałam.
Stefan parsknął śmiechem.
—  Dobra,  podziękuję mu za to, Ŝeś go dawno  nie widziała.
Zrobi się.
—  A masz jeszcze coś ciekawego do czytania?
Stefan przyjrzał się jej podejrzliwie. O czym ona mówi? Do tej pory nie 
poŜyczała od niego ksiąŜek do czytania. CzyŜby znowu o pieniądzach?
Do pokoju zajrzała Lucynka, spojrzała na Alinę, na Stefana, ale zdecydowawszy, 
Ŝe przy niej i tak nic ciekawego nie powiedzą, wsunęła się do kuchni i 
przymknęła za sobą drzwi.
—¦ Oddaj Wiktorowi — zniŜyła głos Alina. — Nie polecę do niego. Z mamą teraz 
mam... ojej... wszędzie się muszę tłumaczyć... nie wierzy mi.
—  A bo tobie moŜna wierzyć? Co z tym pogrzebem?
—  Z  pogrzebem?  — powtórzyła powoli Alina i  oŜywiła się nagle. — O, było 
bardzo ładnie. Wieniec kupiłyśmy taki śliczny... mówię ci...
—  Ach, ty kłamczuchu! — powiedział niegłośno Stefan. — Po co tak łŜesz?
—  A co?...  Coś ty! — nastroszyła się Alina. — Wstydziłbyś się...
—¦ To ty masz się wstydzić. śadnego pogrzebu u was w klasie nie było. Jak mi 
zaraz nie powiesz prawdy...
—  Patrzcie no, jaki mądrala. A figę z makiem chcesz? Co mi zrobisz?
—• Powiem twojej matce. Alina, ja ci mówię, rzuć tych chuliganów. Nic dobrego 
z tego...
—  Cicho. I nie wtrącaj się. Myślałby kto, Ŝe ty samą prawdą Ŝyjesz. A wtedy, 
co to cię na schodach przyłapałam, to prawdę powiedziałeś? „Szkoda szyb, bo 
taki wicher" — przedrzeźniała. — „Szkoda szyb", a tu raptem nie wiadomo skąd 
napis na ścianie „ElŜbieta jest w dechę". Co, moŜe nie ty?
—  A skąd ja? To pewnie o tej ElŜbiecie z przeciwka, wiesz, o tej czarnej, 
chudej.
—  Owszem,   o czarnej,  tylko  nie  o  tej   z  przeciwka.  Wiem, o której, 
nie bój się. Miałeś ręce umazane kredą. A gdyby nawet nie   to,   i   tak  
poznałabym  cię   od  razu.   Po   ortografii,   wiesz? „W dechę" przez samo 
„h" napisałeś. Zobaczysz, ElŜbieta pęknie ze śmiechu. Zaraz jutro ją 
przyprowadzę.
Stefan był zdruzgotany.
—  Alina — zaczął miękko — daj spokój, co się będziesz ze mnie nabijać, 
spieszyłem się. KaŜdy przecieŜ z pośpiechu moŜe...
JuŜ nie próbował się bronić. O, ta nieszczęsna ortografia! Bę-
dzie go prześladować na kaŜdym kroku chyba do końca Ŝycia. JeŜeli Alina 
przyprowadzi jutro ElŜbietę... Nie, za nic w świecie do tego nie moŜna dopuścić.
—  Alinko, moŜe ci^te pieniądze jeszcze potrzebne? Ja chętnie poczekam. I 
Wiktorowi powiem...
—¦ Obejdzie się bez łaski. Obiecałam oddać, to oddaję, i juŜ. Było mi potrzeba 
na ten... na ten pogrzeb. — Pokazała Stefanowi język i roześmiała się. — A 
tobie nic do tego. Rozumiesz? Nie wtrącaj się w moje sprawy.
—  A rób sobie, co chcesz — wzruszył ramionami Stefan —-i do moich się teŜ nie 
wtrącaj.
—  No, to pamiętaj! KaŜdy niech pilnuje swego — udobruchała się juŜ zupełnie 
Alina. — I nie myśl, Ŝe ja mam łatwe Ŝycie. To nie to, co u was — obejrzała 
się wokoło — czysto, cicho. A u mnie ciągle się kłócą. Ojciec upije się, 
tłucze wszystko, ani jednego grata całego w domu nie ma. Biją się...
—  Alina! Jak ty moŜesz tak o własnych rodzicach?
—  A co mam do ukrycia? MoŜe tu u was nie słychać? Mało razy sąsiedzi 
przylatywali mamę bronić? A do administracji juŜ kilkakrotnie  skarŜono  się,  
Ŝe  spokoju nie ma przez to, co się u nas dzieje. Gdyby nie mama... to... oj, 
Stefan, ty nawet pojęcia nie masz, co to znaczy taki dom, jak twój, jak 
Bartka. Ty jesteś szczęśliwy, ty masz spokojną głowę. Ale ja...
Alina wyszła. Stefan siedział wstrząśnięty. Na stole przed nim leŜała otwarta 
jakaś ksiąŜka. Podparł się obiema rękami i schylił nad nią głowę, ale nie 
widział liter. Tak, to prawda. O panu Brodzkim wiedziała cała klatka. I nie 
tylko ta klatka. Kiedyś przyniesiono go z parku ubłoconego, sponiewieranego. 
Kiedyś pani Brodzka płacząc prosiła o poŜyczkę matkę Stefana. Matka czym 

Strona 56

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

prędzej dała jej pieniądze, nie pytając o nic. Stefan udawał, Ŝe nie widzi. Co 
za wstyd!
Nie wiadomo kiedy obok niego przy stole stanęła Lucynka. I ona buzię miała 
powaŜną. Milczała. Musiała słyszeć ostatnie słowa Aliny, bo odezwała się 
półgłosem:
- Oj, Stefek. Oj, jak to dobrze, Ŝe nasz tatuś...
W przedpokoju dał się słyszeć znajomy szczęk zatrzasku u drzwi.
—  Tatuś, tatuś idzie! — rzuciła się z radosnym piskiem  do przedpokoju. 
Stefan pośpieszył za nią.
—  O rany! Ale zmęczony jestem — skarŜył się ojciec, ściągając jesionkę. — I 
mróz bierze. A kolacja jest?
Zajrzał do kuchni i, zobaczywszy patelnię z parującą kaszanką, ucieszył się.
—¦ Zosiu, wszędzie dobrze, ale w domu najmilej. Puść, córko, ręce umyję i 
siadajmy, bo mnie z głodu aŜ ściska.
—• Tatusiu, a ja wszystkie lekcje juŜ odrobiłem. Na sto dwa — chwalił się 
Stefek.
—  Dobra. Po kolacji ogram cię w damkę.
Stefek pomagał mamie nakrywać do stołu. Przyjemny nastrój sobotniego wieczoru 
psuła mu powracająca natrętna myśl. Na co Alinie były potrzebne pieniądze? Po 
co wtedy chodziła do piwnicy? Dlaczego kłamała o pogrzebie?
Na Ŝadne z tych pytań nie mógł sobie odpowiedzieć.
rozdział 15.
CZY NAUCZYCIELE KOLEKCJONUJĄ DWÓJKI?
WSPANIAŁY POMYSŁ WIKTORA.
GUZIKI WCHODZĄ W PARADĘ.
KTO ZWARIOWAŁ W VI KLASIE.
Nie było czasu na rozwiązywanie tamtych zagadek. Przez cały grudzień 
nauczyciele po prostu „znęcali się nad biednymi dziećmi", jak to określił 
pewnego dnia Wiktor, który w takich wypadkach chętnie zaliczał się do 
„biednych dzieci".
Rzeczywiście nie było tygodnia, Ŝeby nie zapowiadano jakiegoś generalnego 
powtórzenia materiału albo po prostu klasówki.
—  Nic nie rozumiem — zŜymał się Bartek — przepytują nas, jakby to był koniec 
roku szkolnego. A to tylko BoŜe Narodzenie się zbliŜa. Nieporozumienie jakieś 
czy co?
—  A  moŜe  naprawdę  w  tym  roku  wakacje  zaczną  się  juŜ
w styczniu? — zastanawiał się Wiktor z wyraźną nadzieją w głosie i oczach.
—¦ Nie, ja w takie cuda nie wierzę — zapewniał z goryczą Stefan. — Ja wam 
mówię, Ŝe nauczyciele zbierają stopnie tak jak my znaczki. I moŜe jeden przed 
drugim chwalą się: „Ja mam tyle dwój." „A ja jeszcze więcej."
DłuŜej tego tematu nie omawiano, bo właśnie pani Ostrowska zapowiedziała na 
jutro generalne dyktando.
Na Stefanie skóra ścierpła. Wiktor i Bartek lepiej opanowali sztukę 
ortografii, ale i oni wieść o dyktandzie przyjęli smętną miną. Dobre środowe 
popołudnie — dobre, bo na czwartek było zwykle mało do odrobienia — zostało 
popsute. Trzeba je będzie złoŜyć na ołtarzu ortografii.
—  Ja juŜ nie mogę — stęknął Stefan — to przecieŜ szkoda zachodu. śebym nie 
wiem co zrobił, i tak dwója murowana.
—  A zrobiłeś juŜ co? — dociekał Bartek.
—¦ Nie zrobiłem, ale czuję. Tu czuję — Stefan klepnął się w to miejsce 
wiatrówki, gdzie między dwoma kieszeniami świecił na pół otwarty błyskawiczny 
zamek. — A zresztą ja jestem pod tym względem napiętnowany.
—  Napiętnowany? — zdziwili się koledzy.
—¦ Tak. PrzecieŜ Ŝuraw pisze się przez „u" zwyczajne. A moje nazwisko ma „o" 
kreskowane. Z jakiej racji taki błąd? To piętno.
—  To sobie zmień — radził Wiktor.
—  Nie mogę. Muszę tak pisać, jak w dowodzie u tatusia. Mówię wam, wolałbym 
kamienie tłuc niŜ tę ortografię...,
—¦ Ale tymczasem, poniewaŜ tego, co wolisz, nie ma — powiedział rzeczowo 
Bartek — przygotujemy się razem do dyktanda. Gdzie się zbierzemy, u mnie?
—  Nie, nie, przyjdźcie lepiej do mnie — prosił Stefan, któremu wcale nie 
odpowiadała propozycja Bartka.  ElŜbieta przy takiej sposobności łatwo 
dowiedziałaby się o jego achillesowej  pięcie. Tego sobie nie Ŝyczył.

Strona 57

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Siedzieli więc po południu w mieszkaniu Stefana. Drzwi w pokoju były 
zamknięte. Mama, uprzedzona o waŜności „powtórki", nakazała Lucynce ciszę.
—  Ech — mówi Wiktor — Ŝeby to chociaŜ ktoś rozumiał, jakiego bohaterskiego 
czynu dokonujemy w tej chwili!
—  Bohater: samo „h", chwila: „ch" — rzuca Bartek znad ćwiczeń.
—  Co  chcesz przez  to powiedzieć? —  pyta  Wiktora  Stefan.
—  Chcesz: „ch" — szepce Bartek.
—  Jak to? Nie rozumiesz? Popatrz przez okno. Taki pogodny dzień.  Lód jak 
złoto.  Chłopcy ślizgają się.  Tylko my...  Głupia historia...
—  Historia: samo „h", chłopcy: „ch" — nie moŜe powstrzymać się Bartek.
—  Oj, Bartek, przestań. JuŜ wytrzymać z tobą nie moŜna — woła 
zniecierpliwiony Stefan. — Nic tylko „h" i „ch". Jak jeszcze coś na ten temat 
powiesz, to cię stłukę na kwaśne jabłko.
Bartek wzrusza ramionami.
—  Za  co?   PrzecieŜ   mamy  się  przygotować   do   jutrzejszego dyktanda, 
tak? Ja juŜ prawie wszystkie wyrazy na samo „h" pamiętam. I tylko tak sobie 
powtarzam.
—  To powtarzaj sobie po cichu. Ja teŜ wykułem prawie wszystkie na „Ŝ", a nie 
zamęczam cię; juŜ: „Ŝ", powtarzam: „rz"...
—  Chłopaki! Mam myśl — wrzasnął Wiktor nagle tak głośno, Ŝe  koledzy  
poderwali  się   z  miejsc.  —  Siadajcie,   zaraz  wam wszystko dokładnie 
wytłumaczę. A więc, czy waŜne jest jutrzejsze  dyktando  dla  nas?  WaŜne.   
Musimy  być przygotowani na blachę? Musimy.
—¦ E, tam... — zniecierpliwił się Stefan. — CóŜ to za odkrycie: dwa razy dwa 
cztery?
—  Cicho  bądź,  bo  jeszcze  nic nie  rozumiesz  z  tej  tabliczki mnoŜenia. 
Pytam dalej: łatwo nam się tak jednego dnia na całe sto procent przygotować? 
No, odpowiadajcie.
—  Niełatwo — westchnął Bartek.
—  A gdyby tylko z jednej trzeciej.  To znaczy z trzydziestu trzech procent, 
jeŜeli juŜ chcecie dokładnie?
Stefan wzruszył tylko ramionami, a Bartek poprawił:
—  Dokładnie jedna trzecia stu, to jest trzydzieści trzy i jedna trzecia 
procentu.
—  Ojej, z wami to naprawdę trzeba mieć cierpliwość — jęknął Wiktor. — No, 
więc niech ci będzie z całą dokładnością. Łatwiej?
-— Pewnie, Ŝe łatwiej — powiedział Bartek.
—. Więc uwaŜajcie: ty, Bartek, kuj dziś do końca „h" i „ch". Ty, Stefan, wbij 
sobie do głowy dokumentnie „rz" i „Ŝ". Ja przygotuję „ó" i „u" zwyczajne.
—  A  Gramatyka  będzie   dyktować   dla  kaŜdego  z  nas  inne dyktando — 
parsknął pogardliwie Stefan.
—  Oj, ty barania głowo!
—  Kto jest barania głowa, to się zaraz okaŜe — ciągnął Wiktor.  —  Nie   
słyszałem   jeszcze,   Ŝeby  racjonalizatora  nazywano baranią głową.
—  Bo   racjonalizator   wymyśla   jakieś   ulepszenia,   ułatwienie w pracy, 
a to, co ty mówisz, to się kupy nie trzyma.
—  Trzyma się, trzyma. Tylko dajcie mi skończyć. Więc tak. Stefan siedzi w 
ławce przed nami.  Kiedy  Gramatyka  dyktuje jakiś wyraz na „rz", to Stefan 
łapie za prawe ucho, a kiedy „Ŝ", to za lewe.
—  Aha — zaczął trochę pojmować Stefan — ale za co wy się będziecie  łapać?   
I przecieŜ  ja nie mogę się co chwila oglądać na was, bo Gramatyka skapuje od 
razu.
—¦ My się za nic nie będziemy łapać — odparł Wiktor. — JeŜeli wyraz będzie na 
„h", to Bartek westchnie „ach", a jeŜeli na „ch", to powie „phi".
—  Nie zgadza się — zaprotestował Bartek — „phi" pisze się przez samo „h", a 
„ach" przez „ch".
—  No dobrze, więc będzie się wypowiadał na odwrót — ustąpił Wiktor.
—  A jak ja się będę tak ciągle wypowiadał: „phi", „phi"
i „ach", „ach", to mnie Gramatyka za drzwi wyrzuci — obawiał się Bartek.
—  To się wypowiadaj delikatnie. Nie musisz drzeć się na całą klasę, przecieŜ 
siedzimy niedaleko.
—  Dobra jest — rozumiał juŜ wszystko Stefan. — A ty bierzesz na siebie „u" 
niewymienne?

Strona 58

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

¦ Tak. JeŜeli wyraz będzie się pisać przez „o" kreskowane,
to chrząknę raz, a jeŜeli przez „u" zwyczajne, to dwa razy. Rozumiecie?
—  Jasne jak złoto — cieszył się Stefan. — Tylko zapamiętajmy sobie dobrze: 
kto i co. Na przykład mamy napisać „Burza huczy na morzu"...
—  To ja chrząknę dwa razy, bo burza ma zwyczajne „u" — mówił Wiktor.
—  A  ja  się  złapię  za  prawe  ucho,  bo  przez  „rz"  —  wołał Stefan.
—  Ja powiem ,,phi", bo huczy pisze się przez samo ,,h".
—  A ja jeszcze raz złapię prawe ucho, bo morze — przez „rz".
—  No i co teraz powiecie, chłopaki? — Wiktor stanął na środku pokoju z miną 
tryumfatora. — Kto jest barania głowa?
—  Wiktor, ty masz naprawdę wspaniałą głowę — Stefan klepnął kolegę po 
łopatce. — Odwołuję „baranią głowę". Odwołuję.
Uradowani chłopcy zaczęli odtańcowywać naokoło pokoju jakiś dziki taniec, 
urozmaicony wykrzykiwaniem wyrazów z ćwiczeń ortograficznych, łapaniem się za 
uszy, chrząkaniem i wzdychaniem.
Zaniepokojona pani śórawcowa otworzyła drzwi od pokoju i powiedziała zagniewana:
—  Co wy tu wyprawiacie?
—  Mamusiu — rzucił się do niej Stefek, objął wpół i okręcił wokoło —  mamy  
jutro  strasznie  waŜne   dyktando  i  cieszymy się, Ŝeśmy się do niego 
pierwszorzędnie przygotowali. Wspaniale po prostu.
—  No, no, puść mnie, wariacie — powiedziała udobruchana matka. — I cieszcie 
się trochę ciszej. Lokatorzy z dołu pójdą na skargę do administracji.
Po wyjściu matki Wiktor powiedział szeptem:
—¦ Tylko, chłopaki, uwaga, Ŝeby się w klasie nikt niczego nie domyślił. Bo nas 
wydadzą i leŜymy na obie łopatki. Później zobaczymy, będziemy mogli jeszcze 
kogoś do sekretu dopuścić, ale teraz pamiętajcie: pomysł racjonalizatorski 
jest mój i zastrzegam sobie. No, zastrzegam.
Spotkali się nazajutrz rano w szatni szkolnej. Stefan i Wiktor
byli w wyśmienitych humorach. KaŜdy przygotował rzetelnie swoje trzydzieści 
trzy procent.
Bartka gryzło trochę sumienie, ale pocieszał się, Ŝe to tylko dziś, Ŝe później 
sam kolegów przypilnuje.
Wiktor korzystając z tego, Ŝe w szatni nie było nikogo oprócz nich, 
przypomniał jeszcze:
—  Bartek, nie zapomnij: na samo „h" — „phi". Stefan, na „Ŝ" lewe ucho, lewa 
ręka...
—  Co  wy  tam  o rękach rozmawiacie?  — zapytał wchodząc do szatni Sewerek.
—  E,  nic  takiego...  —  speszył  się  trochę Wiktor — mówię właśnie, Ŝe 
lewy rękaw u palta gdzieś na gwoździu rozerwałem. No, chodźmy, bo zaraz będzie 
dzwonek na apel.
Trójka przyjaciół wybiegła z szatni. A na apelu... Jeszcze się nie skończył, 
jeszcze dyŜurni klasowi meldowali ilość obecnych, kiedy na salę wsunęła się 
woźna i zaczęła coś panu kierownikowi mówić. Szeptu nie było słychać. MoŜna 
się było domyślić, Ŝe skarŜyła się, bo bezradnie rozkładała ręce i głową 
kiwała z oburzeniem.
Pan kierownik gniewnie zmarszczył brwi i zaraz po meldunkach przemówił:
—  Obcinanie guzików u palt zaczęło się znowu. A myślałem, Ŝe juŜ wam ta 
choroba przeszła. Niestety. Uczniowie młodszych klas skarŜą się woźnej, Ŝe im 
codziennie ktoś u rękawów guziki obrzyna. W domu dostają od matek lanie, a 
winni są ich starsi koledzy. Chłopcy! To wstyd! Pamiętajcie: wcześniej czy 
później winowajca   wpadnie,   ale   wolałbym,   Ŝeby   sam   rozumiał,   jak 
brzydko  postępuje.   Proszę  zastępy  harcerskie  o  pomoc  w  tej sprawie.
Cisza zrobiła się po tych słowach. Nieprzyjemnie zaczynał się ten dzień szkolny.
JuŜ w drodze do klasy Sewerek podbiegł do Stefana. — Aco wy robiliście przy 
wieszakach drugiej klasy dzisiaj? — zapytał podejrzliwie.
—  Odczep się ode mnie — rozgniewał się Stefan — akurat mi guziki w głowie.
—  A bo Wiktor coś o rękawach mówił — ciągnął nie przekonany Sewerek.
—  Mówił, mówił — przedrzeźniał Sewerka Stefan — o swoim rozdartym rękawie 
mówił, nie słyszałeś?
—  Aha, o swoim — przypomniał sobie Sewerek i zawrócił juŜ od progu klasy.
Na pierwszej lekcji był polski. Przejęci uczniowie rozkładali zeszyty, 
przygotowywali bibuły, próbowali pióra. To przecieŜ było generalne dyktando.
Zapomniano o nieprzyjemnej sprawie z guzikami. Tylko Sewer wpadł do klasy juŜ 

Strona 59

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

po wejściu nauczycielki i zadyszany rzucił się na ławkę. Szepnął coś 
sąsiadowi. Ten obejrzał się na siedzącego o dwie ławki za nim Wiktora.
Nauczycielka zaczęła dyktować. Jedno zdanie, drugie, trzecie... Jak zwykle 
chodziła po klasie z przygotowanym tekstem w ręku. Przechodząc między ławkami, 
miała na oku wszystkich.
Dyktując juŜ któreś tam zdanie z kolei, zaczęła wyczuwać jakiś niezwykły 
niepokój w klasie. Coś się tu działo, ktoś chrząkał, ktoś wzdychał, ktoś 
niespokojnie się kręcił. Ale kto? Dlaczego?
UwaŜnie spojrzała po klasie i dyktowała:
—¦ Na wysokiej  górze,  przy  zamkowym murze,  rosną  dzikie
róŜe...
Aha, to Wiktor Kijanka tak chrząka. CzyŜby się zaziębił? MoŜe bez palta 
przychodzi do szkoły? Dni są bardzo mroźne. Trzeba go zapytać w czasie pauzy.
—  Hetman po chwili zatrzymał swój hufiec przed chatą...
A cóŜ ten mały Bartek tak wzdycha? MoŜe jakieś zmartwienie
w domu?
—¦ Kto  nie   wierzy,   Ŝe  na  wieŜy  rosną  róŜe,   niechaj   bieŜy
tam i...
—  Ja się boję! — wrzasnął nagle Romek i wyskoczył ze swego
miejsca na środek klasy. W klasie zrobił się popłoch.
.— Cisza! Spokój! — zawołała nauczycielka i podeszła szybko
do Romka.
.__ Czego się boisz?  Co ci jest? — zapytała łagodnie, kładąc
mu rękę na głowie, Ŝeby sprawdzić, czy nie ma gorączki.
Ale czoło było zimne, tylko oczy Romek miał naprawdę wystraszone.
—  Mnie nic, proszę pani — powiedział lekko przerywanym głosem — ale Stefek 
śórawiec na... na pewno... zwariował.
—  Tyś sam zwariował! — krzyknął wściekły Stefek.
—  O, jak to krzyczy — mówił Romek — a przedtem to tak proszę pani: to się 
złapie za lewe ucho, o tak, to znów za prawe. To strzyŜe lewym uchem w stronę 
okna, to znów prawe nastawia za siebie. PrzecieŜ on nigdy tego nie robił. 
Niech pani zobaczy, czy on nie jest... tego... chory. O, jaki to czerwony się
zrobił...
Nauczycielka zaniepokojona przyglądała się Stefanowi, który
rzeczywiście był czerwony jak pomidor.
—  Proszę pani — odezwał się Józek spod okna — z Bartkiem teŜ coś niedobrego 
się dzieje. Przez cały czas jakoś tak... wyprawia. Zawsze taki spokojny, a 
dziś nic, tylko „ach, ach", „phi, phi". Ja nie wiem, ale mnie się to nie 
podoba.                  •
Bartek był czerwony i prawie bliski płaczu.
—  A Wiktor chrząka i chrząka, jakby mucha mu w gardło wpadła — zawołał Sewer. 
— Ale ja wiem, co to jest. Oni tylko tak udają wariatów. Mają stracha, Ŝeby 
sprawa z guzikami się nie wydała. Bo to na pewno oni. Rano stali przy 
wieszakach drugiej klasy i mówili o rękawach. Słyszałem na własne uszy. A jak 
zapytałem, to się Wiktor tak zmieszał... I powiedział, Ŝe mówi o rozdartym 
rękawie u swojego palta. A ja sprawdziłem. Kłamie  jak  pies.  Obydwa  rękawy  
calusieńkie...  A  teraz będą wariatów udawać...
Zadzwonił dzwonek na przerwę.
Nauczycielka w nic dobrego nie wróŜącym milczeniu zebrała zeszyty i wyszła. Za 
nią wysypali się na korytarz chłopcy, omijając ze wzgardą trzech „zbrodniarzy".
Nie   wiadomo,   jakim  telegrafem  bez  drutu  rozeszła  się  po
szkole wieść, Ŝe w szóstej klasie jest trzech „tego". Rysowano przy tym kółko 
na czole.
Pod drzwiami szóstej klasy zgromadził si| tłum. Tratowano się po prostu, aby 
tylko zajrzeć przez drzwi. Padały pytania i okrzyki:
—  Który to? Który?
—  Wszyscy trzej?
—  Wyglądają rzeczywiście podejrzanie,..  Wystarczy  spojrzeć.
—  To oni te guziki obrzynali!...
Stefan, Wiktor i Bartek spoglądali po sobie bezradnie.
Co mogli zrobić \v takiej sytuacji? Na co zdałyby się protesty?
Po chwili wezwano ich do kierownika. W klasie od dawna toczyła się lekcja 
rachunków, kiedy oni męŜnie odpierali zarzuty dotyczące guzików u palt.

Strona 60

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—¦ Więc jak wytłumaczyć wasze dziwne zachowanie się na lekcji? Wasz niepokój? 
— pytał kierownik.
—  I  taką  ilość błędów  w  dyktandzie,  jak  nigdy  jeszcze  — dorzuciła 
Gramatyka. — O, panie kierowniku, Stefek „na górze" napisał przez „u" 
zwyczajne, a Wiktor przez „rz" napisał „róŜę", no, coś strasznego. Co wyraz, 
to błąd.
—  A* ty przy „górze" dwa razy chrząknąłeś — Stefan trącił łokciem Wiktora.
—  Zdawało ci się. Na pewno raz. Ale dlaczego ty przy „róŜy" złapałeś się za 
prawe ucho?
—  MoŜe się tylko podrapałem, bo mnie swędziało.
—  Tak — odezwał się Bartek — ciebie ucho swędziało, a ja róŜę napisałem przez 
„rz". Ładna racjonalizacja.
Teraz juŜ pan kierownik i pani Ostrowska usłyszeli całkiem dokładnie o 
wspaniałym pomyśle racjonalizatorskim. Bartek nie chciał dłuŜej kłamać.
ROZDZIAŁ 16.
HALO! TU ELśBIETA! UMÓWIONY SYGNAŁ.
WAWRZYNY ZAMIENIONE W BADYLE.
CO BARTEK „NIECHCĄCY" USŁYSZAŁ.
ŚMIERĆ MUSZKIETEROM!  CHULIGANI DZIAŁAJĄ.
—  Stefan! Stefan! — Wpadła do pokoju Lucynka. — Idź zaraz do telefonu! Ktoś 
cię woła...
Stefan podniósł głowę, ale nie miał zamiaru ruszyć się z miejsca.
—  Mnie? Do telefonu? Przyśniło ci się chyba?
—¦ Wcale mi się nie przyśniło — gniewała się Lucynka. — Panna Irena zapukała 
do nas, sama jej drzwi otwierałam. Powiedziała tylko: „Stefek jest proszony do 
telefonu". No prędzej, idź, zobacz!
Stefan juŜ był na klatce schodowej. Drzwi naprzeciwko były uchylone.
Sąsiedzi, profesor Pagacz z Ŝoną i prawie dorosłą córką, uczennicą jedenastej 
klasy, sprowadzili się tu w ubiegłym roku. Mieli telefon, jedyny w tej klatce 
schodowej, i pozwalali korzystać z niego w potrzebie. Naturalnie, niepokojono 
ich tylko w waŜnych wypadkach.
Stefan wszedł onieśmielony — nigdy w Ŝyciu jeszcze nikt go nie prosił do 
telefonu.
—  Proszę,  Stefku — odezwała się panna Irena z pokoju — słuchawka odłoŜona.
Na małym stoliczku w przedpokoju stał aparat telefoniczny. Stefan podniósł 
słuchawkę do ucha.
—  Halo! — powiedział lekko schrypniętym z przejęcia głosem.
—  Stefan? Stefan, to ty? — zapytał ktoś z oddali.
—  Tak, to ja — potwierdził Stefan.
—¦ Dobry wieczór, nie poznałam cię po głosie, tu mówi ElŜbieta Niedźwiedzka, 
domyśliłeś się?
—  Nie... Skąd?... A bo co? — zapytał zaskoczony Stefan, czując,

Ŝe  mu ogromnie przeszkadza brak widoku osoby,  z którą rozmawia. — A bo co? — 
powtórzył.
—  Bartek bardzo"prosił, Ŝebyś zaraz przyszedł do niego z Wiktorem.
—  Z Wiktorem? PrzecieŜ tu Wiktora nie ma.
Stefan zaczynał podejrzewać, Ŝe ElŜbieta kpi z niego. Gdyby chociaŜ mógł 
widzieć jej twarz, jej oczy — zorientowałby się na pewno od razu. Niestety!...
—  To samo mówiłam Misiowi — ciągnęła ElŜbieta — ale on mnie zapewnił, Ŝe juŜ 
ty wiesz, co robić, i Ŝebym to zostawiła twojej głowie. Okazuje się jednak, Ŝe 
twoja głowa...
—  Nie! Nie! Tak! Tak! — zaczął bez sensu wykrzykiwać w słuchawkę  Stefan,  
aŜ  panna  Irena  zaniepokojona  wyjrzała  z  pokoju.  — Powiedz Bartkowi,  
Ŝe  owszem,  naturalnie,  juŜ,  zaraz.
—  Nie   powiem,   bo  ty  go   zobaczysz  wpierw.   Ja  telefonuję z miasta 
od koleŜanki.
Stefan słyszał jakieś podejrzane chichoty, tłumione i odpychane przez 
ElŜbietę, której głos wyraźnie był rozbawiony.
—  No, to w porządku, dziękuję ci. Do widzenia... Słuchawka po tamtej stronie 
szczęknęła. Stefan dopiero w tej
chwili powiedział:                               »
—  Proszę bardzo! Do widzenia.

Strona 61

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  No co? No co? — dopytywała czekająca za drzwiami Lu-cynka. — Kto do ciebie 
telefonował? Ze szkoły?
—  Uhm — niechętnie  i  wymijająco  odpowiedział  Stefan.  — Sprawa bardzo 
pilna. Nie przeszkadzaj.
Wszedł do duŜego pokoju. Wypchnął idącą za nim Lucynkę. Zamknął drzwi.
—¦ Poczekaj, jak tylko mamusia wróci, to ja wszystko powiem i o telefonie, i 
Ŝe mnie nie wpuściłeś, aha, i Ŝe znowu „mrugałeś", zobaczysz... — Ŝaliła się 
za zamkniętymi drzwiami Lu-cynka.
A Stefan tymczasem „mruga". Był to od dwu juŜ lat umówiony sygnał, którym 
porozumiewali się z Wiktorem na odległość. Posługiwać się nim moŜna było tylko 
od późnej jesieni
do wczesnej wiosny. Latem gęsto ulistnione drzewa w parku przedzielającym 
bloki zasłaniały widoczność.
Teraz ze swojego okna Stefan doskonale widział oświetlone okno Wiktorowego 
mieszkania w bloku za parkiem. Zgasił światło, odliczył do dziesięciu, 
zapalił, odliczył do dziesięciu, znowu zgasił. Robił to kilkanaście razy. 
Znaczyło to: „Przyjdź do mnie natychmiast."
Nagle światło w oknie Wiktora zgasło równieŜ i zapaliło się natychmiast. To 
była odpowiedź: „Idę".
—  Powiem... zaraz powiem... — mruczała nadąsana Lucynka. Stefan kładł juŜ 
kurtkę.
—  Spróbuj tylko, skarŜypyto. Masz powiedzieć, Ŝe wyszedłem w  bardzo   
waŜnej   sprawie  —  powiedział   zadzierając   nosa.  — Wezwano mnie 
telefonicznie.
Na Wiktora zaczekał przed klatką schodową. W drodze do Niedźwiedzkich 
zastanawiali się obaj, co za pilną sprawę miał do nich Bartek. Dlaczego nie 
przybiegł sam?
Bartek minę miał tajemniczą.
—  No, co jest? — pytał niecierpliwy jak zawsze Wiktor. —¦ Na razie nic — 
odpowiedział nie spiesząc się Bartek.
—  A po co ta straŜ poŜarna?.
—  Jaka znów straŜ?
—¦ Jaka, jaka — przedrzeźniał Wiktor — telefonujesz jak do poŜaru: „Zaraz! 
Natychmiast!" Lecimy obaj ze Stefanem na łeb i szyję, a ty sobie cedzisz: „Na 
razie nic." JeŜeli nic, to mogłeś się z taką waŜną sprawą pofatygować do mnie 
albo do Stefana.
—  Nie mogłem — Bartuś nie dał się wyprowadzić z równowagi — nie mogłem,  bo 
nikogo w domu nie ma, a mają dziś przyjść z administracji, bo piecyk w 
łazience się popsuł. A poza tym...
—  A skąd wiedziałeś, Ŝe u naszych sąsiadów jest telefon? — przerwał mu Stefan.
—¦ O, to nie wiesz, Ŝe ElŜbieta czasem rozmawia przez ten telefon z Aliną 
Brodzką? Irena Pagaczówna to dawna uczennica mojej mamy. I teraz często 
zagląda do nas. Od niej wiemy, Ŝe mieszka  w waszej klatce.  Zawsze chętnie 
prosi do telefonu
Alinę. Więc dziś, kiedy ElŜbieta szła do jakiejś koleŜanki, która ma telefon, 
prosiłem, Ŝeby zawiadomiła cię...
—  No juŜ, co było dalej, wiemy. A teraz...
—  A teraz trochę cierpliwości. Patrzcie, to nasza kronika. Kronika STO. 
Chciałbym, Ŝebyśmy zrobili sobie taki... taki... no taki historyczny rzut oka 
na naszą działalność.
—¦ Bartek, czy ty czasami nie spadłeś dziś ze schodów? — z podejrzaną 
troskliwością dopytywał się Wiktor. — Bo wiesz, czasami, jak głowę się 
stłucze, to wstrząs następuje. Ja to znam. Jednego razu teŜ od rzeczy gadałem.
—  A ja nie od rzeczy.  I głowy  jeszcze  nie stłukłem. A ty, Wiktor...
—  O rany, jak nie przestaniecie i jeŜeli ty, Bartek, nie zaczniesz mówić 
trochę  prędzej,  to  Ŝebyście  wiedzieli:  na obydwu waszych głowach wyskoczą 
guzy jak kurze jaja.
—  To po co przerywasz? — dziwił się dobrodusznie Bartek. — Ja muszę całą 
rzecz wyprowadzić logicznie.
—  Bartuś Gała, co ci babcia dała? — mruknął zjadliwie Wiktor, ale zamilkł na 
widok groźnie wzniesionej pięści Stefana.
—  Mamy tu całą naszą działalność. — Bartek połoŜył rękę na starannie 
poliniowanej stronicy. —, Jest nas trzech, wpisaliśmy trzy pomysły. Z 

Strona 62

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Archimedesem — nie udało się, z nauczycielską obsadką...
—  Klapa! — zawołał nie mogąc się powstrzymać Wiktor.
—  ...z przygotowaniem do generalnego dyktanda...
—. Generalna klapa! — tym razem zawołał Stefan i z wyraźną satysfakcją 
spojrzał na Wiktora.
—  Nie  przeszkadzajcie,  bo  nigdy  nie  dojdę  do  sprawy  najwaŜniejszej. 
STO miało nam... miało nas...
—  Miało nas prowadzić do świetnych zwycięstw na placu boju i okryć nasze 
młode skronie wawrzynem sławy — podchwycił Wiktor,  któremu górnolotne  zwroty 
przychodziły z największą łatwością.
—  A  tymczasem te  wawrzyny zmieniły się w suche badyle dwójek — dokończył 
Bartek z westchnieniem.
—  No  cóŜ,  mówi   się:   trudno  —  usiłował  pocieszyć   Bartka
Stefan. — W Ŝyciu róŜnie bywa. A po deszczu przychodzi pogoda. MoŜe i nam się 
uda...
—. „MoŜe, moŜe" — zawsze spokojny Bartek zaczynał się niecierpliwić. — Jak 
usłyszycie resztę, powiecie inaczej.
—  Gadaj juŜ o tej reszcie!
—¦ No więc dziś po obiedzie słyszałem rozmowę rodziców. Nie wiedzieli, Ŝe 
jestem w pokoju obok...
—  Podsłuchałeś — sprecyzował Wiktor.
—  DŜentelmen   nie   podsłuchuje . —  wygłosił   zasłyszane   czy wyczytane 
gdzieś zdanie Stefan.
—. To zaleŜy jeszcze od tego, co się podsłuchuje — prostował Wiktor. — No, 
więc?...
—  Usłyszałem niechcący — tłumaczył się zmieszany Bartek — i gdyby to nie o 
nas chodziło...
—  O nas?
—  O rany, daj Ŝe mu skończyć!
—  Nasz  komitet  rodzicielski uchwalił,  Ŝeby zakupić i podarować nam na 
gwiazdkę rower.
Stefan i Wiktor podskoczyli.
—  Rower?
—  Nam? Nam trzem? Jak to?
—  Nie nam trzem, tylko całej szkole. Entuzjazm chłopców opadł gwałtownie.
—  Korale — mecyje! — zawołał drwiąco Wiktor. — Na całą szkołę jeden rower! To 
ci dopiero frajda! Widzę oczami duszy ten ogonek przed rowerem!
—  DłuŜszy niŜ po masło! — stwierdził rzeczowo Stefan.
—  A właśnie, Ŝe nie ma z czego kpić — tłumaczył Bartek. — Rower będzie dla 
jednego ucznia.
Chłopcy znowu nadstawili uszu.
—  Dla tego — kończył Bartek — który do Dnia Dziecka, czyli do pierwszego 
czerwca, będzie miał najlepsze wyniki w nauce.
—- Phi!!! PoŜegnajmy się z tym rowerem od razu. KaŜdy z nas ma swoją skromną, 
ale efektowną wiązankę dwój. To rower dla kujonów. Szkoda po prostu naszego 
drogocennego czasu.
—  Nie. Nie szkoda. Rower ma być właśnie zachętą do lepszej nauki. Kto od 
Nowego Roku będzie się...
—  Chłopaki! Jak ja bym chciał mieć te dwa kółka! — krzyknął nagle  Wiktor  
zapominając  o  wszelkich  górnolotnych   zwrotach.
—  Raz   w   Ŝyciu   miałem   tylko   hulajnogę   —   powiedział   ze smutkiem 
Bartek.
—  Ja nawet hulajnogi nie miałem — stwierdził ponuro Stefan.
—  Ten rower musi być nasz — Wiktor juŜ stał w pozie Juliusza   Cezara.   —  
My,   którzy   potrafiliśmy   zorganizować   potęŜne STO, potrafimy równieŜ 
opracować ścisły regulamin, według którego w oznaczonych godzinach kaŜdy z nas 
będzie mógł korzystać z ofiarowanego nam roweru. A potem... juŜ w niedalekiej 
przyszłości   cała   Europa,   co   mówię,   cały   świat   usłyszy,   Ŝe w 
Wyścigu Pokoju Praga—Berlin—Warszawa pierwszy na metę wjechał Wiktor Kijanka. 
Cała widownia z najwyŜszym entuzjazmem będzie skandować...
—  śó-ra-wiec! śó-ra-wiec! — wpadł mu w słowo Stefan.
—¦ Skąd, ośla głowo, śórawiec, jeŜeli cały czas prowadził Kijanka? — rzucił 
się wściekły Wiktor.

Strona 63

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  śeby to był  śórawiec albo Kijanka czy Niedźwiedzki — stwierdził  ze  
spokojem Bartek — .Jiajpierw ten szkolny rower musi przypaść na pierwszego 
czerwca jednemu z nas. Jak myślicie to zrobić?
Zapanowało dłuŜsze milczenie.
—  Trzeba się wziąć w garść — przerwał ciszę Stefan.
—  Bez tego się nie obejdzie — dodał z westchnieniem Wiktor — wezmę ja się za 
bary z tą matematyką.
—  A ja z geografią. Poproszę ojca, moŜe mi globus kupi.
—¦ Mnie się zdaje,  Ŝe  robię juŜ trochę mniej  błędów.   Tylko ta nieszczęsna 
historia! Po co mi to? Po co ta męka?
—  Po rower — przypomniał Bartek.
—  śycie  ucznia to jedno pasmo udręczeń! — zaczął  Wiktor, ale Bartek nie 
pozwolił mu dokończyć.
—  Słuchajcie,   potrzebna   jest   nam   silna   wola.   Ale   przecieŜ 
moŜemy nad nią popracować... Tylko silna wola i stanowczość...
—  Mam!  Mam! —  wrzasnął  Wiktor. — Mam  na  to  sposób.
I oceńcie moje dobre serce: mógłbym ten sposób schować dla siebie, ale przez 
wrodzoną szlachetność podzielę się z wami. A więc człowiek stanowczy stawia 
zawsze kropkę po swoim nazwisku. A ten, który ma naprawdę silną wolę, dwa razy 
przekreśla literę „t". Zaraz po powrocie do dorriu we wszystkich zeszytach 
poprzekreślam dwukrotnie literę „t". Warn radzę zrobić to samo.
Nagły wybuch śmiechu rozległ się w drzwiach za plecami chłopców. To ElŜbietka 
stała tam od kilku chwil. Słyszała Wiktora proponującego sposób na silną wolę.
—  A bo co? A co? Czego się śmiejesz? — Wiktor starał się ukryć zakłopotanie. 
— Na własne oczy o tym słyszałem w jednej ksiąŜce.
—• A ja na własne uszy widziałam przepis na niewidzialność. „W czarną noc 
zabić czarnego koguta, z jego Ŝołądka wyjąć czarny kamień. Ten kamień połoŜony 
pod język zapewni ci niewidzialność." Wiktor, to z tej samej ksiąŜki, 
zapewniam cię.
Wiktor, obraŜony, nie odpowiedział ani słowem, ElŜbieta zni-knęła zamykając za 
sobą drzwi.
Stefan ze współczuciem przyglądał się Wiktorowi. BoŜe! Gdyby to jego, Stefana, 
tak wyśmiał ktoś, a do tego taki rozsądny jak ElŜbietka, spaliłby się chyba ze 
wstydu.
Wiktor nie miał jednak zamiaru się spalić. Siedział obraŜony z wydętymi 
pogardliwie ustami i tym razem wyjątkowo milczał.
—  A ja  wam mówię — odezwał się Bartek — Ŝe najwięcej nam przeszkadzają 
muszkieterowie.
Stefan i Wiktor patrzyli na niego nie rozumiejąc.
—  No  tak,  muszkieterowie.  Mówię to  tak  ogólnie.  Mam  na myśli ciekawe 
ksiąŜki do czytania. Ja, kiedy czytam, to o boŜym świecie  nie  pamiętam.  Ta  
ostatnia  dwója  z geografii — przez muszkieterów.
—  Ja wtedy o biologii zapomniałem — teŜ przez muszkieterów — dodał Stefan.
—  Ile  ja  zadań  nie  odrobiłem  przez  tych  muszkieterów!  — zawołał 
Wiktor. — Jasne. Musimy się zespolić pod jednym hasłem. Precz z muszkieterami! 
Śmierć muszkieterom!
—  Śmierć muszkieterom! — podchwycili bojowy okrzyk Stefan i Bartek.
Omówiono i wpisano do kroniki kilka postanowień o wzajemnej pomocy przy 
odrabianiu lekcji, o godzinach, w których jedynie po przygotowaniu lekcji 
moŜna usiąść nad ksiąŜką, iść na łyŜwy itp.
Rower musi być zdobyty!
Na wniosek Wiktora zgodzono się zamiast słów powitania i poŜegnania uŜywać 
hasła „Śmierć muszkieterom". Miało to przypominać o wszelkich przeszkodach w 
nauce.
Przy takim właśnie poŜegnaniu zastała ich w przedpokoju ElŜbieta. Zdziwiła 
się.                                           •
—  Co wam zawinili dzielni muszkieterowie?
—  Oj,  zawinili,  zawinili — westchnął Bartek,  a  Wiktor widząc  okazję  do  
zemsty  za  tamtą  poraŜkę  zapytał  ze  sztuczną uprzejmością:
—  A czy wiesz, jaki wpływ mogą mieć trzej muszkieterowie na Międzynarodowy 
Wyścig Pokoju?
—  Muszkieterowie na Międzynarodowy Wyścig Pokoju! Co to znowu za bzdura?
—  Nie bzdura. Nie, nie. My o tym dobrze wiemy — odpowiedział Wiktor. — 

Strona 64

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

ChociaŜ jesteśmy uczniami tylko szóstej klasy — dorzucił z udaną skromnością i 
prawdziwą satysfakcją.
—  Śmierć muszkieterom! — zabrzmiało potrójnie przy drzwiach mieszkania Bartka.
—  Śmierć muszkieterom! — padły dwa bojowe okrzyki przy furtce na Bednarskiej.
Stefan chciał tym zawołaniem przestraszyć otwierającą mu drzwi Lucynkę, ale do 
przedpokoju wybiegła strasznie rozgniewana mama i zanim się spostrzegł, 
oberwał kilka razy po karku.
—  Gdzie ty się włóczysz? Gdzie ty latasz o tej godzinie? A ja od zmysłów 
odchodzę ze strachu!
—  Mamusiu, ja u Bartka...  — tłumaczył się Stefan — bo... tego... lekcje 
takie trudne... i mamy się wziąć... no... wie mama...
—  Ja ci dam... ja ci... — denerwowała się mama, ale juŜ ojciec mówił:
—  Zosiu,  uspokój  się.  Znowu  cię  wątroba  rozboli.  Jest  juŜ w domu. 
Uspokój się — a do nie rozumiejącego Stefana: — Matka denerwowała się, bo 
jakieś pół godziny temu w parku chuligani napadli na profesora.
—  Napadli? Jak to?
—  Wracał   od   tramwaju   z   walizką.   Walizkę   mu   wyrwali, ukradli.  
Wołał pomocy —  akurat  nikogo  w pobliŜu nie  było. Dopiero z domu 
telefonował do milicji. Są tam, spisują protokół. Chuligaństwo, jakieś młode 
chłopaki. Co to się dzieje na świecie. Co to się dzieje...
Kolację jedli w milczeniu.
Ponurego nastroju nie mogły rozproszyć przyjemne melodie płynące z głośnika. W 
pewnym momencie ojciec wstał i wyłączył radio.
Stefan nie mógł o niczym innym myśleć: w parku... chuligani... ukradli... To 
na pewno ci z zieloną pieczęcią... na pewno oni...
ROZDZIAŁ  17.
PAMIĘTNIK STEFANA. ŹLE NIE UMIEĆ TAŃCZYĆ,
NIE ORIENTOWAĆ SIĘ W HISTORII — JESZCZE GORZEJ.
BARDZO WAśNA DATA. PAMIĘTNIK STEFANA.
Pamiętnik   Stefana.
W naszej piwnicy dzieją się jakieś podejrzane rzeczy. JuŜ wtedy, kiedy Alina 
wybrała się po drzewo bez kluczy i koszyka, wydało mi się to dziwne, ale potem 
wywietrzało mi z głowy. Dopiero dziś przypomniałem sobie znowu.
V nas w doinu kaŜdy ma swój przydział pracy. Ojciec lubi, Ŝeby pod tym 
względem był porządek jak w wojsku. Kto swego nie wykona, musi stawać do 
raportu i meldowania się, znaczy tłuma-czyć, co i dlaczego. No, jednym słowem, 
takie róŜne sprawy, Ŝe ja juŜ wolę zrobić, co do mnie naleŜy, bez gadania. 
Moje obowiązki s<? takie: wynoszenie śmieci, przynoszenie węgla i dyŜur co drugą
niedzielę. Co druga niedziela jest „męska", to znaczy, Ŝe gospodarujemy i 
rządzimy my z ojcem. Co do roboty, to owszem, sprzątamy, gotujemy, ale co do 
rządzenia, to zauwaŜyłem, Ŝe zawsze rządzi mama. Bo juŜ poprzedniego dnia 
przygotuje i powie, co ma być na obiad i w niedzielę teŜ komenderuje: zróbcie 
to, a zróbcie to. Zwróciłem, na to uwagę ojcu, ale tylko machnął ręką i 
powiedział, Ŝe teraz jest równouprawnienie. Ładne równouprawnienie, jeŜeli 
wszystko jest tak, jak chce mama. W damską niedzielę, to znaczy wtedy, kiedy 
dyŜur wypada na mamę i Lu-cynkę, my z ojcem teŜ nie mamy nic do gadania, Ŝeby 
na przykład była pomidorowa zupa, którą ja bardzo lubię. Jeszcze mi Lucyna 
dogaduje, Ŝe w damskie dni to szklanki są lepiej powy-cierane. W sobotę jest 
zawsze trochę więcej roboty, bo mama lubi, Ŝeby w niedzielę wszystko było „po 
ludzku"; I pali się wtedy w obydwu piecach, więc po węgiel chodzę dwa razy.
Dziś poszedłem z latarką elektryczną, bo światło w piwnicy zepsute.
Biorę wiadro i gaszę latarkę, bo po co ma bateria wypalać się, aŜ tu słyszę 
kroki po schodach do piwnicy.
Nieprzyjemnie mi się zrobiło, bo kroki słychać jakieś takie ostroŜne, a osoby 
nie widać. Idzie ,ktoś w nasz koniec i nagle widzę światło latarki, ale takie 
inne. Zaróweczka wielkości duŜego ziarnka grochu. Osoby nie widać. „Co za 
diabeł?" — myślę sobie. A to światełko skierowane na cegły poukładane w kącie 
korytarza pod ścianą. Widzę rękę, która podnosi i odkłada cegły. Potem ta ręka 
wsuwa się w zagłębienie i coś wyjmuje czy kładzie. Światło pada na rękę, widzę 
mankiet koszuli i kurtki, a koło mankietu u spodu dłoni na przegubie takie 
czarne znamię. Ręka znowu układa cegły. Światło gaśnie i ten ktoś ostroŜnie, 
ale szybko wybiega z piwnicy.
Nie jestem tchórzem, ale czułem dreszcze, moŜe trochę z zimna, a trochę z 

Strona 65

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

tego, co widziałem. Otrząsnąłem się i czym prędzej zajrzałem do schowka. Nie 
było to łatwe. Kilka cegieł ruszyłem, zanim natrafiłem na właściwą. W schowku 
leŜała kartka. Podniosłem ją i... zbaraniałem. Jakieś cyfry, jakieś litery, 
pod tym zielona pieczęć, a po bokach jeszcze dwa słowa: „trumna" i „ka-
losze". W pierwszej chwili chciałem zabrać kartkę do domu i tam się nad nią 
zastanowić, ale potem przyszło mi do głowy, Ŝe ta kartka połoŜona jest dla 
tego, kto po nią przyjdzie. JeŜeli kartki nie będzie, wyda się, Ŝe ją ktoś 
wziął — lepiej zostawić i podpatrzyć, kto po nią przyjdzie. Tak, ale ten, kto 
kartkę weźmie, nie przeczyta mi jej na głos i juŜ nigdy się nie dowiem, co tam 
było. Muszę ten list przepisać, ale czym?
Myśli przelatywały mi przez głowę niby ogniste rumaki ¦— jakby powiedział 
Wiktor. śałowałem, Ŝe go nie mam przy sobie. Ale nie było czasu na długie 
myślenie, zasunąłem cegłę. Złapałem jedno wiadro z węglem. Zaniosłem je na 
górę. Chwyciłem ołówek i kartkę. W piwnicy szybko odpisałem te jakieś cyfry i 
litery. JuŜ kładłem- cegłę na miejsce, kiedy znowu usłyszałem, Ŝe ktoś idzie.
ZdąŜyłem zgasić latarkę i wejść do naszej piwnicy. Ręką przytrzymywałem drzwi 
i wytrzeszczałem oczy. Do cegieł podeszła... Alina. Widziałem ją dobrze, bo w 
ręku trzymała zapaloną świeczkę. Wyglądała jakby wystraszona. Zajrzała do 
skrytki, wydobyła kartkę i widocznie od razu zrozumiała, co tam napisane, bo 
szepnęła: „O BoŜe" i taką miała nieszczęśliwą minę, Ŝe aŜ mi się jej Ŝal 
zrobiło. JuŜ chciałem powiedzieć: Alina, powiedz, co to znaczy. MoŜe ja ci 
pomogę." Ale przypomniałem sobie, Ŝe wtedy z tym pogrzebem nie chciała się 
jednak przyznać, nie powiedziała mi, na co były jej te pieniądze potrzebne. 
Pewnie tak samo byłoby i teraz. Sam dojdę prawdy.
W domu przepisałem szyfr na ostatnią stronę brulionu i kartkę zniszczyłem. 
Mógłbym ją zgubić albo co, a tak to moŜe po trochu domyśle się, co tam napisane.
Wygląda to tak:
 -A314,C, 15,
 J   I A*   Li A
Siedziałem nad tym, patrzyłem jak wrona w kość, łamałem sobie głowę — nic 
wymyślić nie mogłem. AŜ mnie Lucynka pytała, dlaczego ja tak ołówek gryzę. 
Powiedziałem jej, Ŝe to pomaga przy rozwiązywaniu zadań. A jednak tego 
„zadania" nie rozwiązałem.
Po kolacji przyszła do nas Alina. Kręciła się na krześle, jakby tam były 
gwoździe. Wreszcie, kiedy nikogo nie było w pokoju, prosiła mnie o poŜyczenie 
piętnastu złotych.
„Mam tylko pięć złotych — mówię — i na co ci tyle pieniędzy? Nie umiesz się 
rządzić. Na pewno masz więcej pieniędzy ode mnie. PrzecieŜ dostajesz 
tygodniówkę."
„Co ty tam wiesz! Kobietom zawsze potrzeba więcej pieniędzy. A zresztą co ci 
się będę tłumaczyć — rozzłościła się Alina, ale zaraz złagodniała. — Mam 
trochę długów u koleŜanek. W poniedziałek obiecałam oddać. A w przyszłym 
tygodniu juŜ święta, chciałabym kupić mamie coś na prezent."
„Po co kupić? Lepiej zrobić samemu" — odtrąciła Lucynka.
„Zrobić — to trzeba mieć czas. Ty, Lucynko, jeszcze nie wiesz, ile się trzeba 
namęczyć nad lekcjami" — słodko tłumaczyła Alina, ale widziałem, Ŝe była 
wściekła.
Ja teŜ miałem ochotę powiedzieć, Ŝe te pieniądze chyba zupełnie na coś innego 
jej potrzebne, ale w porę ugryzłem się w ję-zyk. Zdradziłbym się, Ŝe coś wiem, 
wypuściłbym moŜe tę nitkę, po której chcę dojść do kłębka.
Zapytałem Alinę, czy cieszy się, Ŝe święta blisko.
„Wcale się nie cieszę. Mamusia ma tyle roboty z wykończeniem sukien. Całe 
sprzątanie mieszkania na mojej głowie. Tatuś, obiecał pomóc przy podłogach, 
ale... — machnęła ręką. — Nawet ciasta nie będziemy piekli, tylko kupi się 
gotowe."
,,Ale święty Mikołaj coś ci przyniesie? Pewnie jakąś niespodziankę. Ja to moŜe 
dostanę gospodarstwo" — rozmarzyła się Lucynka.
„Ja dostanę pikę na białą bluzkę. LeŜy schowana w szafie — oświadczyła Alina. 
— Mama. myśli, Ŝe ja nie wiem, a ja juŜ dawno wiem."
Wzięła ode  mnie  pięć złotych.  Od mojej  mamy  dopoŜyczyłc resztę. Niby na 
ten prezent. W środę ma pieniądze oddać. A ja wolę nie wiedzieć, co dostanę na 
gwiazdkę.
W drugi dzień świąt BoŜego Narodzenia po południu w domu Niedźwiedziach mieli 

Strona 66

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

się zebrać młodzi goście. Zaproszono Stefana, Wiktora i Romana Koziołkiewicza, 
dwu stryjecznych braci Bartka i kilka koleŜanek ElŜbiety, wśród których nie 
brakło i Alinki Brodzkiej.
To od niej Stefan dowiedział się, Ŝe będą i dziewczynki. Trochę go to 
speszyło, co za zabawa z dziewczynami. Powiedział o tym Wiktorowi, na którym 
równieŜ wiadomość ta zrobiła pewne wraŜenie, bo oświadczył:
—  Musi mi Kostek poŜyczyć krawat.
Stefana zastanowiły te słowa, Wiktor umiał się zawsze odpowiednio zachować. 
Nie wiadomo skąd, bo w domu u Kijanków było bardzo skromnie. Tylko Kostek 
przyprowadzał zawsze kolegów strasznie „wyszczekanych", jak ich Wiktor 
określał. MoŜe to od nich chłopiec nabierał tego swobodnego sposobu bycia. 
Stefan nie mógł sobie przypomnieć, Ŝeby Wiktor kiedykolwiek był czymś 
zaskoczony, zaciął się albo nie wiedział, co odpowiedzieć. Odwrotnie, słynął z 
naoliwionego języka i sam bardzo tę zaletę cenił, przytaczając powiedzenie: 
„Kot powinien być łowny, a chłop — mowny." Powoływał się przy tym na Jana 
Kochanowskiego, ale i bez tego autorytetu niejeden mu dowcipu i wygadania 
zazdrościł.
„Łatwo być wygadanym, jak się ma wszystko w porządku — myślał Stefan. — A ja 
bez krawata będę wyglądał jak głupi. Lepiej wcale nie iść."
W drugi dzień świąt od rana kręcił się po kuchni, to koło matki, to koło ojca. 
Brak mu było odwagi. Wreszcie zdecydował się:
—  Tatusiu, niech mi tatuś poŜyczy krawat, bo po południu idę w gościnę do 
Bartka.
—  Krawat? — zdziwił się ojciec. — A bez krawata nie moŜesz?
—  Lepiej sobie szyję umyj — odezwała się z kuchni mama — to waŜniejsze.
—  Tak...  mamusia to zawsze...  Mam sobie skórę na szyi zedrzeć?   PrzecieŜ   
się   kąpałem  przedwczoraj...   A   jak  tam  będą wszyscy w krawatach, to 
jak będę wyglądał? Wiktor idzie w krawacie.
—'No, tylko się na swojego Wiktora nie zapatruj. Widzę, Ŝe on juŜ fryzurę „na 
fanfana" nosi. śe mu teŜ matka na to pozwala. Tylko patrzeć, jak papierosy 
będzie palić.
—¦ Nie ma obawy. Nie będzie. Takie świństwo, brrr! — otrząsnął się Stefan.
—  A co, próbowałeś? — zainteresował się ojciec.
—  JuŜ dawno — przyznał się Stefan. — Mnie tylko zemdliło, ale Wiktor 
pochorował się na dobre. AŜ go brat musiał ratować.
—  A ten... no, Bartek?
—  Bartek od razu nie chciał. Nawet nie spróbował.
—  Jeden mądry się znalazł.  No więc  jak z tym krawatem? Zosiu, dać mu krawat?
—  A cóŜ to za bal się szykuje? — spytała mama.
—¦ Nie Ŝaden bal, tylko tak, koledzy i... koleŜanki, i pewnie Bartka siostra 
coś zagra. Tam jest pianino.
—  E, to tam pewnie i potańcówka będzie. Dobra, dam ci krawat. Do tańca bez 
krawata nie pasuje — zdecydował ojciec.
Zadowolony ze zwycięstwa Stefan umył na wszelki wypadek jeszcze raz szyję i 
starannie przeczyścił buty. Co do koszuli, to mama zdecydowała, Ŝe do 
świątecznego granatowego ubrania najlepsza będzie niebieska, popelinowa, którą 
dostał na gwiazdkę. Do tego ojciec własnoręcznie zawiązał granatowy gładki 
krawat. Mama poŜyczyła Stefanowi własną batystową chusteczkę. Stefan obracał 
się jak manekin, kiedy mama szczotką przejeŜdŜała po jego kurtce. Uszy go 
paliły. Nie czuł tego, tylko ze zdumieniem patrzył w lustro, z którego 
spoglądał jakiś obcy, wystrojony uroczyście młodzian.
—  Stefan! Jakiś ty!... Jakiś ty!... — nie mogła znaleźć odpowiedniego 
wyraŜenia Lucynka,  obskakując  z  zachwytem brata.
Wpadł Wiktor. Przywitał się elegancko. Panią śórawcową po-
całował w rękę. Stefan sobie to zapamiętał: tak trzeba u Niedź-wiedzkich.
Wyszli razem. Na klatce schodowej coś pachniało. Wiktor pociągnął nosem.
—  To fiołki. Jakaś dziewczyna naperfumowała się — wykrzywił się.
—  A ty to co? Na trzy kroki od ciebie jedzie, aŜ w nosie kręci — stwierdził z 
najwyŜszą pogardą Stefan.
—  To co innego, to tylko woda kolońska. DŜentelmen nie uŜywa perfum, 
wystarczy woda kolońska. Kilka kropel na chustkę do nosa. Kostek mi dał — 
oświadczył Wiktor, a widząc powątpiewające spojrzenie Stefana, dorzucił — 
dałby mi na pewno, tylko Ŝe go w domu nie było, więc zmuszony byłem wziąć sam.

Strona 67

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

U Niedźwiedzkich poszło wszystko lepiej, niŜ to sobie Stefan w skrytości ducha 
wyobraŜał. Kuzyni, co prawda, trochę starsi, byli w krawatach. Romek 
Koziołkiewicz przyszedł w nowym golfie koloru bordo w białe paski i wcale nie 
bawił się przez to gorzej. Bartek i jeszcze jeden chłopiec teŜ krawatów nie 
mieli. Widocznie moŜna było i tak. Stefanowi nawet zdawało się, Ŝe ElŜbieta 
przy powitaniu obrzuciła go dziwnym spojrzeniem. Speszył się znowu. Całe 
szczęście, Ŝe Alina szepnęła mu:
—  Szykowny z ciebie chłopiec.
Rodzice mieli swych gości w drugim pokoju. Nie przeszkadzali młodzieŜy. Pani 
Niedźwiedzka pomogła tylko ElŜbiecie nakryć do stołu. Stefan na widok 
zgrabnych kanapek z szynką i cielęciną poczuł napływającą ślinę i przestraszył 
się. „A pamiętaj, nie najadaj się tam, jakbyś był w domu głodny" — przpomniał 
sobie słowa matki. śeby tylko nie zapomnieć!
I kanapki, i ciasto były takie smaczne, Ŝe całe ich fury znikały ze stołu z 
niebywałą szybkością.
Stefan dopiero po uprzątnięciu ze stołu przypomniał sobie, o czym miał 
pamiętać. Niestety, było za późno. Pocieszał się, Ŝe przecieŜ wszyscy 
zachowywali się tak samo, nikt na innych uwagi nie zwracał, a gospodarze, 
zapraszając gości, o sobie teŜ nie zapominali.
Koncertu,  jak   się   spodziewał   Stefan,   nie   było,   ElŜbietka,
owszem, siadła do pianina, ale zaczęła grać do tańca, a Bartek, ten 
baryłkowaty Bartuś, poprosił Alinę i wywijał z nią tak zgrabnie, Ŝe Stefan 
oczom własnym nie chciał wierzyć. Wiktor teŜ nie kazał się prosić. JuŜ tańczył 
z którąś koleŜanką ElŜbiety. Tylko Stefan siedział zdrętwiały, zaskoczony, nie 
wiedzący, co zrobić z oczami, z rękami i nogami.
—  Stefan,  dlaczego  nie  tańczysz?  — rzuciła mu  od pianina ElŜbieta, a 
widząc jego nieszczęsną minę, dodała: — Nie lubisz tańczyć?
—¦ Nie, nie, zupełnie nie lubię, bardzo nie lubię — chwycił się tej deski 
ratunku Stefan i juŜ trochę swobodniej przyglądał się tańcom.
Wiktor tańczył najzręczniej. Gdzie, kiedy on się tego nauczył? Kuzyni Bartka 
tańczyli z ogromnie powaŜnymi minami. Roman Koziołkiewicz nie posiadał tej 
sztuki w zbyt duŜym stopniu. Co chwilę nadeptywał partnerce na nogi lub wpadał 
na inne pary, co chwilę słychać było jego „przepraszam", a jednak Stefan nawet 
jemu zazdrościł.
Naraz usiadła obok niego zadyszana Alina.
—  Chcesz, nauczę cię? — zapytała.
—  Nie, nie teraz, cicho — odburknął niegrzecznie, ale zaraz poŜałował i 
zapytał potulnie:
—i Alina, to juŜ teraz cały czas będziecie tylko tańczyć?
—  Nie, dlaczego cały czas? O, zobaczysz, EłŜbietka to specjalistka od róŜnych 
gier. Ale nie wiem, czy ci się spodobają. Ja wolę tańczyć, tylko... tylko...
Stefanowi wydało się, Ŝe Alina wygląda inaczej niŜ zwykłe. Pewnie dlatego, Ŝe 
była teŜ w świątecznej sukience, ze sznurkiem perełek na szyi. Twarz miała 
jakby mizerniejszą i moŜe trochę zaczerwienione powieki? Mogło to być 
złudzenie, ale jej mina, jakiś nieszczery uśmiech i chwilowe zamyślenie 
pozwalały sądzić, Ŝe Alina nie jest w pogodnym nastroju. Stefan pomyślał, Ŝe 
gdyby on miał takie jak Alina stosunki w domu, to chyba w ogóle nie 
pokazywałby się ludziom na oczy, wstydziłby się. JakieŜ piekło było tam 
przedwczoraj! Krzyczeli, przeklinali, rzucali jakimiś stołkami. Słychać było 
na całej klatce schodowej.
W pierwszy dzień świąt sąsiadka z dołu przyszła poŜyczyć talerzy i 
opowiedziała, Ŝe pani Brodzkiej zginęły jakiś pieniądze i materiał na bluzkę 
przygotowany dla Aliny na prezent. Pewnie to pan Brodzki na wódkę wyniósł. Co 
za wstyd!
Ogarnęło go współczucie. Trzeba Alinie powiedzieć coś przyjemnego, coś, co 
pomogłoby odwrócić jej myśli od tamtej zgryzoty.
—  Alina, Alina, słuchaj... A co u Wieka? Robi te ładne fotografie? Dawno juŜ 
nic o nim nie mówiłaś.
Alina zaraz przy pierwszych słowach podniosła głowę i uwaŜnie patrząc na 
Stefka rzuciła ostro:
—  CóŜ ci się raptem Wicek przypomniał? Co on cię obchodzi? Interesuj się 
lepiej kim innym.
Stefana ogarnęła złość. PrzecieŜ Wicek nie interesował go zupełnie. Zapytał o 

Strona 68

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

niego tylko ze względu na Alinę, ale kiedy taka z niej osa, i on potrafi się 
odciąć.
—  Przypomniał mi się, bo wczoraj weszła mi w ręce kartka z tą zieloną 
pieczęcią.
—  Kartka z pieczęcią? Gdzie? — zdławionym głosem spytała Alina i nawet jak 
gdyby przybladła.
—  W szufladzie. Układałem róŜne swoje rzeczy i znalazłem tę kartkę, którą mi 
wtedy na początku podrzucili.
—  A... — odetchnęła z ulgą Alina — stara kartka. Aha, bo myślałam, Ŝe... — a 
widząc, Ŝe Stefan przygląda się jej uwaŜnie, dodała: — Tyś miał szczęście, tyś 
miał rozum...
—  A ty? Nie mogłaś tego samego zrobić? — korzystał z okazji
Stefan.
—  Ja? — Alina spostrzegła, Ŝe moŜe powiedzieć za duŜo, i znowu przybrała 
swoją wyniosłą minę. — Mówiłam ci juŜ kiedyś, Ŝe ta cała głupia zabawa dawno 
się skończyła. Wicek jest na to za powaŜny, a ja.., ja teŜ uwaŜałam, Ŝe 
najlepiej trzymać się ód takich figlów z daleka. Tylko Ŝe... tylko Ŝe...
ElŜbieta zakończyła walczyka mocnym akordem i wstając od pianina powiedziała 
do tancerzy:
- Dosyć tego dobrego, zabawimy się teraz inaczej.
—¦ Stefek! Ani słowa o tamtym — zdąŜyła szepnąć Alina. ElŜbieta szła w ich 
kierunku.
Kiedy zbliŜywszy się zapytała Stefana, czy lubi zagadki, westchnienie ulgi 
wydobyło się z jego ozdobionej krawatem piersi.
W odgadywaniu zagadek dorównywał mu jeden tylko Wiktor. Nareszcie nadeszła 
sposobność pokazania tego, co i on potrafi. Przyjemna pewność siebie odbiła 
się na jego twarzy. Nawet usiadł prościej.
Niestety, radość trwała krótko. Okazało się bowiem, Ŝe zagadki będą 
historyczne, a historia razem z nieszczęsną ortografią absolutnie nie 
stanowiła pola, na którym Stefan odwaŜyłby się popisywać. Odwrotnie.
—  Zaczniemy od Ŝywych obrazów. Kto ma ochotę — pytała ElŜbieta. — Kto pierwszy?
—  Idę ja z Romkiem — zgłosił Bartek i wyciągnął Koziołkie-wicza za drzwi.
Po chwili weszli w dziwnym przebraniu: Romek miał na sobie długą, czarną 
pelerynę, Bartek — czapę futrzaną z wetkniętym w nią prosto jakimś wielkim 
piórem, w ręku — pogrzebacz. Usiadł w fotelu, rozstawił nogi, na kolanach 
połoŜył pogrzebacz i oparł na nim ręce. Zwrócił się do stojącego obok z 
poboŜnie złoŜonymi dłońmi Romka:
—  Mości   kanclerzu,   jak   więc   mi   radzisz   dostojnych   gości przyjąć?
Po tych słowach ElŜbieta obiegła pytającym wzrokiem całe towarzystwo.
Starszy kuzyn juŜ otwierał usta, ale zdąŜyła zawołać:
—  Nie mówić! Tylko rękę podnieść!
JuŜ i drugi kuzyn rękę podniósł, i Alina, i dwie jeszcze koleŜanki, juŜ i 
Wiktor równieŜ trzymał rękę do góry. O, wstydzie! Jeden Stefan nie wiedział, o 
co chodzi. MoŜe podnieść rękę, moŜe nie jego zapytają? Nie miał odwagi.
—  Wiktor, odgadłeś?
—  Ten w pelerynie to kanclerz! — wypalił Wiktor.
—  To Batory z Possewinem — powiedział starszy ze stryjecznych braci, a w jego 
oczach było widać wyraźne politowanie.
¦— Naturalnie, Ŝe ten drugi Batory — nie speszył się Wiktor — właśnie chciałem 
powiedzieć, ale mi nie daliście dokończyć.
Teraz wyszli dwaj stryjeczni. Wrócili z koszykową beczką, w jaką składa się 
brudną bieliznę. Jeden wlazł do przewróconej beczki, drugi, oparty o 
pogrzebacz, stojąc w bohaterskiej pozie, zapytał:
—  Uczony Greku, powiedz mi,  czego sobie Ŝyczysz?  Spełnię natychmiast kaŜde 
twe Ŝądanie.
—  A więc odsuń się, panie, i nie zasłaniaj mi słońca — odparł ten z beczki.
—  Diogenes   i    Aleksander    Macedoński   —    pisnęła    któraś z 
dziewcząt. Wszyscy zwrócili się w jej stronę z wymówkami. Jeden tylko Stefan 
spojrzał na nią z wdzięcznością. Tego teŜ by nie odgadł.
Teraz wyszedł Wiktor, ciągnąc za sobą ElŜbietę: widocznie potrzebny mu był 
jakiś rekwizyt. Stefan patrzał za nimi z zazdrością. ElŜbieta szybko wróciła. 
Po chwili ukazał się Wiktor. Miał przewiązane przez ramię prześcieradło, a w 
ręku trzymał kość od szynki.

Strona 69

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Cisnął ją na podłogę i powiedział twardo:
—  Kości rzucone!
Stefan, dumny z przyjaciela, chciał właśnie spojrzeć z góry na stryjecznych, 
ale przeszkodził mu wybuch wesołości. Starsi chłopcy klepali się z uciechy po 
plecach. ElŜbieta miała od śmiechu załzawione oczy. Nawet Bartek i Romek 
zarazili się humorem. Stefan zmusił się do uśmiechu, ale nie rozumiał, czym 
się całe towarzystwo bawi.
Tymczasem Wiktor,, wcale nie speszony, trwał dostojnie nad pokaźną kością.
—  Nie śmiejcie się, tylko odgadnijcie, kto ja jestem.
—  Prawdopodobnie Juliusz Cezar — odpowiedział z wyraźną drwiną w głosie jeden 
z braci.
—  Ale Juliusz Cezar — dodał drugi — Ŝadnej kości nie rzucał. Tylko po  
przejściu Rubikonu powiedział:  „Kości rzucone!"
¦— Phi! — Wiktora trudno było zaskoczyć. — Sam o tym wiem
doskonale. Naturalnie, Ŝe Ŝadnych kości od szynki nie rzucał. Skąd by wziął? 
Naumyślnie zrobiłem tak, Ŝeby wam ułatw.ić — powiedział to słowo z naciskiem — 
ale nie poznaliście się na mojej Ŝyczliwości. Trudno, zdarza się — i z 
obraŜoną miną usiadł obok 
Stefana.                                                       •
JuŜ prawie kaŜdy coś przedstawił. Alina, jako matka Spartan-ka, podawała 
synowi tarczę. Romek majstrował koło naftowej lampy i wszyscy łącznie ze 
Stefanem poznali w nim Łukasiewicza. Zmieniały się postacie, stroje, 
powiedzenia.
Tylko Stefan gorączkowo szukał w głowie jakiegoś historycznego zwrotu, 
jakiegoś pomysłu. Daremnie! Siedział z tak nieszczęśliwą miną, Ŝe ElŜbietka 
postanowiła mu pomóc. Nachyliła się do jego ucha i szepnęła:
—¦ Chodź ze mną. — A głośno dodała: — Tak, to dobry pomysł.
Stefan wrócił w czarnym szaliku obwiązującym wysoko szyję, z obu stron twarzy 
wystawały białe rąbki zachodzącego na brodę kołnierza. W ręku trzymał gęsie 
pióro. Usiadł za stołem nad otwartym zeszytem, lewą ręką podparł czoło, 
zasłonił oczy. Gęsie pióro biegło po linijkach zeszytu.
— Litwo, ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie... — zaczął.
Wypadło to tak ładnie, Ŝe otrzymał oklaski jak nikt.
—¦ Świetnie, świetnie! — wołano. — AleŜ z ciebie aktor. Ale zagrałeś! To było 
najlepsze!
A Stefan naprawdę był wzruszony dobrocią ElŜbiety. Jak wyczuła jego kłopotliwą 
sytuację! Jak zręcznie go wyciągnęła! JuŜ siedział znowu z podniesioną głową. 
Przypomniał sobie nawet: „Jam nie z soli ani z roli", ale juŜ nie zdąŜył tego 
wykorzystać.
Nastąpiła w zgadywaniach zmiana. Oto ktoś rzucał datę, wymieniając przewaŜnie 
rok — trzeba było z nim powiązać właściwe wydarzenia historyczne. Stefan juŜ 
się nie bał. Wiedział, Ŝe obok jest Ŝyczliwa pomoc ElŜbiety.
Przewaga, tak jak w poprzednich zgadywaniach, była po stronie starszych 
dziewcząt i chłopców. Nic dziwnego: ich szkolne wiadomości były większe, a 
moŜe i zainteresowania historyczne równieŜ? W kaŜdym razie róŜnica wieku mogła 
być tu pewnym
usprawiedliwieniem   i  niedelikatnością  były  zarozumiałe   słowa starszego 
z braci.
—  Przy takich zabawach przeszkadza nierówny poziom umysłowy.
Jakkolwiek uwaga ta była rzucona półgłosem, dobiegła do uszu Stefana i 
dotknęła go mocno. Musiał ją chyba usłyszeć i Wiktor, bo nagle zapytał:
—  A co się zdarzyło w 1944 roku?
śadna z odpowiedzi dotyczących wyzwolenia Polski, PKWN czy lądowania wojsk 
alianckich we Francji nie zadowoliła Wiktora. ZaŜądano ściślejszego określenia 
daty.
—  Proszę bardzo:  16  stycznia — odparł z wielką pewnością siebie.
W dalszym ciągu zgadywano na próŜno. Triumfująca mina Wiktora zaczynała 
denerwować obkutych w historii kuzynów Bartka.
—  Nie  ma Ŝadnego wielkiego wydarzenia w tym  czasie — oświadczył wreszcie 
jeden z nich. — Zmyśliłeś sobie tę datę.
—  Jak to nie ma? — zawołał oburzony Wiktor. — 16 stycznia 1944 roku urodził 
się Wiktor Kijanka.
Ta rewelacyjna wiadomość wywołała wielki wybuch śmiechu. Nikt juŜ nie 

Strona 70

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

kwestionował prawdziwości wydarzenia. śywy dowód stał przed oczami wszystkich.
Zegar wiszący na ścianie obracał wskazówkami, przypominał o powrocie do domu. 
Pierwsza wymknęła się Alina. Potem powoli inni goście. Zanim Stefan 
spostrzegł, zostali we dwóch z Wiktorem. Bartek pokazywał Wiktorowi 
narciarskie buty, jakie dostał na gwiazdkę. ElŜbieta przyniosła kilka ksiąŜek, 
z których Stefan miał sobie wybrać coś do czytania.
—  To   Rok   1809   Wacława   Gąsiorowskiego.   Bardzo  ciekawa, z okresu 
wojen napoleońskich — mówiła ElŜbietka — i wiesz, Stefek, chciałabym cię o coś 
prosić...
Stefan spojrzał na nią uwaŜnie, mówiła jakimś zatroskanym głosem.
—  Chodzi o Alinę — ciągnęła ciszej. — Zdaje mi się, Ŝe z nią dzieje się coś 
niedobrego.
—  Mówiła ci co? — zapytał Stefan.
—  Nie. Zrobiła się jakaś skryta. ZauwaŜyłam, Ŝe coś ją trapi. I dzisiaj miała 
oczy zapłakane. Ty z nią mieszkasz w jednym domu. MoŜe wiesz więcej?
Stefan juŜ chciał opowiedzieć o ostatniej awanturze w domu Brodzkich, ale 
ElŜbieta dorzuciła:
—  ZauwaŜyłam, Ŝe Alina ma kłopoty z pieniędzmi. Stale poŜycza ode mnie, od 
innych koleŜanek...
—  A oddaje?
—  Tak.  Zawsze  oddaje. Przed świętami miała trochę więcej długów, to 
przyniosła do klasy materiał na bluzkę. Jedna z dziewczynek kupiła i Alina 
oddała wszystkie długi. Co do tego muszę przyznać: pilnuje się bardzo.
—  Materiał na bluzkę? — zdziwił się Stefan. — Jaki?
—  Białą pikę. A co, moŜe i u was z tym była?
—  Nie, nie, tak tylko pytam. Ode mnie teŜ czasami poŜycza. I od Wiktora. Ale 
teŜ zawsze oddaje. Na co jej te pieniądze potrzebne?
—  No,  właśnie.  Ja teŜ się nad tym zastanawiałam.  Dawniej Alina wszystkie 
drobne wydawała na słodycze. Bo ona przepada za cukierkami. A teraz, widzę, 
ani grosza na irysy czy landrynki nie straci. Więc na co jej  te pieniądze?  
Jak u nich w domu? Wiem, Ŝe jej matka jest dobrą krawcową i nieźle zarabia. 
Ojciec teŜ pracuje. Alina jest jedynaczką. Chyba tam biedy nie ma?
—  ElŜbieta, nie mów nikomu, ale widzisz, u Brodzkich w domu źle się dzieje. 
Pan Brodzki, co zarobi, to przepije. Jak mu brak pieniędzy, to wynosi z domu. 
Tam... jest strasznie.
Znowu chciał opowiedzieć o ostatniej awanturze, ale ugryzł się w język. 
Słyszał przecieŜ przed chwilą, Ŝe materiał na bluzkę Alina sprzedała w klasie. 
W co ona się zaplątała? Co znaczyła ta kartka w piwnicy?
ElŜbieta jakby czytała w jego myślach, odezwała się:
—  Posłuchaj! Niedawno Alina odniosła mi ksiąŜkę, którą poŜyczyła do czytania. 
Wzięłam ją do ręki i zauwaŜyłam, Ŝe leŜy w niej kartka. Dziwna jakaś: litery i 
cyfry. Oddałam ją Alinie, i, Ŝebyś wiedział, jak ona się zmieniła na twarzy! 
Podarła kartkę
natychmiast na drobne kawałeczki, a przecieŜ i tak nic bym z niej nie 
zrozumiała, bo to było napisane jakimś umówionym alfabetem.
—  Co ty mówisz? — zainteresował się Stefan. — A duŜa była ta kartka?
—  Nie, nieduŜa. I śmiać mi się chciało, bo na dole kartki pod jakąś  okrągłą  
pieczątką  juŜ  zwyczajnie  napisane  było  „śmierć i peleryna". Pomyśl, 
„śmierć i peleryna"! Dziecinada jakaś: pieczęcie, tajemnice, jeszcze tylko 
brak przysięgi „na tę krew przelaną", co? Jak myślisz?
Stefan nie odpowiedział. W milczeniu przypatrywał się ElŜbiecie, szukając w 
jej twarzy drwiny. Czy wiedziała coś o ich stowarzyszeniu? Czy wpadła w jej 
ręce kronika STO? „Dziecinada, dziecinada" dzwoniło mu nieprzyjemnie w uszach. 
Jaka to ona dorosła! O jedną klasę wyŜej i juŜ jej się zdaje, Ŝe moŜe na 
wszystkich z góry patrzeć.
Ale ElŜbieta nie miała zamiaru ani nawet chęci traktować Stefana z góry. 
Owszem, mówiła do niego całkiem serio:
—  Stefan, wiem, Ŝe potrafisz myśleć powaŜnie, mówię do ciebie z całym 
zaufaniem: pomóŜ mi!
Poczuł się onieśmielony, zawstydzony poprzednimi podejrzeniami. Nie wiedział, 
co odpowiedzieć. Z trudem wykrztusił:
—  Ale na co ci to? Co ci po tej Alinie? PrzecieŜ, przecieŜ... ona jest 
zupełnie inna niŜ ty.

Strona 71

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Chciał powiedzieć: „Ty jesteś zupełnie inna niŜ Alina", ale w ostatnim 
momencie zawahał się i zmienił wypowiedź.
—  A gdyby to był twój kolega? — zapytała ElŜbieta. — Gdyby to na przykład 
Romek czy Wiktor zaczął się dziwnie zachowywać i ty zauwaŜyłbyś, Ŝe zrobił coś 
złego; no, jednym słowem, Ŝe to się moŜe źle skończyć, jak byś postąpił?
—¦ JeŜeli Romek — odpowiedział z namysłem Stefan — powiedziałbym: „Cześć, leć 
na złamanie karku!" Co on mnie obchodzi? Tyle Ŝe do jednej klasy chodzimy. W 
zeszłym roku był w naszej klasie taki jeden, Franek Gawroński. Dopóki był 
porządny chło- przychodził do nas i ja tam chodziłem, a potem zrobił się
taki gałgan, zaczął się łobuzować, dwóję za dwóją łapał — to przestałem się z 
nim zadawać, i juŜ. Ojciec powiedział, Ŝe mi... {nie wypadało powiedzieć 
„spuści lanie") — Ŝe mi nie pozwala się z nim kolegować, i juŜ. Koniec i 
kropka. I został na drugi rok. Dobrze mu tak.
ElŜbieta kręciła przecząco głową.
—  A ja myślę inaczej.
—  Co wy tak gadacie i gadacie? — zbliŜył się Wiktor. — Stefan, czas na nas.
Chłopcy Ŝegnali się, wychodzili, ElŜbietka zdąŜyła jeszcze powiedzieć:
—¦ Stefan, pomyśl i wpadnij którego dnia, to pogadamy. Liczę na ciebie!
W drodze Wiktor kilkakrotnie pytająco spoglądał na Stefana, ale ten milczał, 
udając, Ŝe całą jego uwagę pochłania mokry, chlupiący pod nogami śnieg. 
NieostroŜnie właził w co większe kałuŜe, aŜ pryskało. Zniecierpliwiony Wiktor 
krzyknął w pewnej chwili:
—  No, bo jak ja cię chlapnę!
Nie mógł jednak długo boczyć się na przyjaciela. Spragniony pochwały, 
postanowił przypomnieć swoje towarzyskie sukcesy.
—  Ale im zajechałem z tą datą, nie? Bo juŜ się tak mądrzyli, jak nie wiem co. 
No, nie?
—  Uhm — przytaknął Stefan i nie mógł powstrzymać uśmiechu na wspomnienie 
„wielkiego wydarzenia historycznego". Zadowolony Wiktor rozgadał się na dobre:
—i Teraz to ja sobie przygotuje róŜne takie: „Mieczów ci u nas dostatek, ale i 
te przyjmiemy", albo „Mama czy zdrowa? ciotunia, domowi?" albo „Co waćpan 
robisz? Strzelaj ciszej nieco!"
—  Tylko z tą kością wpadłeś — przerwał mu Stefan, z zazdrością słuchając 
pomysłów Wiktora.
—  E tam, wykręciłem się. A ten Cezar chyba na głowę upadł. Mówił: „Kości 
rzucone" — a wcale ich nie rzucał. To jakaś lipa. Muszę spytać Kostka. Ale 
fajnie było, co? Najadłem się za wszystkie czasy!
.— Ja teŜ — powiedział Stefan — choć w gościnie nie powinno
się-
— O, mój kochany — przerwał Wiktor — gdybym się tym przejmował, to w ogóle 
mógłbym schudnąć na pokaz. Na Wilii u nas była ciotka z męŜem i dziećmi. 
Zabraliśmy się do jedzenia, a mama mówi do mnie po cichu: „Nie jedz tyle, 
uwaŜaj na gości." Wczoraj byliśmy u ciotki, stół zastawiony, a mama znowu: 
„Nie jedz tyle, jesteś w gościnie." No, to kiedy ja mam jeść? W zwykłe dni 
znowu będzie najczęściej zalewajka albo zacierki, których ja nie znoszę.
Stefan wrócił do domu z zupełnie przemoczonymi nogami. Złapał grypę.
Pamiętnik Stejana
To juŜ druga grypa w tym roku. Co do pierwszej, to nie mam pretensji. Kilka 
dni do szkoły nie chodziłem i jakaś klasówka się upiekła, ale teraz to po 
prostu okropność, przepadają mi same wolne dni od nauki! I nikt mi juŜ tego 
nie wróci, chociaŜ to straszna niesprawiedliwość. Dziwnie jest ten świat 
urządzony, Ŝeby przez jedne mokre buty kłaść sią na cały tydzień do łóŜka! I 
jak na złość mróz złapał na dobre, chłopaki ganiają na łyŜwach, a ja tu jestem 
unieszkodliwiony.
Ta największa gorączka juŜ mi przeszła, ale gardło mnie jeszcze boli i apetytu 
nie mam. A po świętach, to jak Wiktor słusznie powiedział: zalewajka, zacierki 
i kapuśniak, ale moja mama zalewajką robi bardzo smacznie.
Węgiel za mnie nosi tatuś. Ile razy wraca z piwnicy, to czekam, czy powie, Ŝe 
coś zauwaŜył. Ale jak dotąd — nic. Lucynka tylko mi raz powiedziała, Ŝe Franek 
Gawroński wychodził z naszych schodów do piwnicy. Mówił jej, Ŝe mu tam piłka 
wpadła. Frajer, kto zimą lata z piłką? Myślę i myślę o tych zaszyjrowanych 
kartkach. DuŜo bym dał, Ŝeby wiedzieć, co tam pisze, ale patrzę jak wrona w 
kość w te cyfry poprzetykane literami. i co to ma być ta „trumna i kalosze" 

Strona 72

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

albo to, co widziała ElŜbieta.
Chyba to nic nie znaczy, bo do trumny kalosze są niepotrzebne, a śmierci w 
pelerynie teŜ nie widziałem. Dziwne...
Wiktor był u mnie tylko raz. Oho, o wilku mowa: słyszą go w przedpokoju...
—  Cześć   pracy!   Stefan,   co   robisz?   Smarujesz   i   smarujesz w tym 
zeszycie i co z tego? Wpadłem ci powiedzieć, Ŝe Kostek mi nie dał tu do ciebie 
przychodzić, bo grypa jest zaraźliwa, ale po pierwsze:  przecieŜ się z tobą 
nie  całuję, a po drugie:  mam ci mnóstwo rzeczy do powiedzenia.
—  A na ślizgawce byłeś?
—  Byłem, ale lód się psuje i pewnie będzie znowu odwilŜ, bo mamę łamało dziś 
w kolanie. Aha, i mama jutro jedzie na urlop na całe dwa tygodnie, a ja będę 
za pańszczyźnianego chłopa.
—  Jak to? — nie rozumiał Stefan.
—¦ Proste jak słońce. Kostek po świętach ma jakieś waŜne egzaminy. Uczą się u 
nas od rana do nocy. Mieszkanie wygląda jak jaskinia — dymu pełno, aŜ czarno. 
A ja mam cały dom na głowie: sprzątanie, gotowanie, latanie do sklepu po 
wszystko i jeszcze mi mama zapowiedziała, Ŝebym dbał o Kostka.
A o mnie nikt nie pomyślał, Ŝe ferie boŜenarodzeniowe to są tylko raz na rok, 
Ŝeby sobie biedny uczeń teŜ wolnością odetchnął. Ale gdzie tam, nawet tej 
wolności porządnie nie powąchasz, a juŜ ci jarzmo na szyję załoŜą. I w ogóle 
kto z nami się liczy? Na uroczystościach to tyle się mówi o przykładzie 
Związku Radzieckiego. A dlaczego u nas ferie świąteczne kończą się szóstego, a 
u nich dopiero piętnastego? Nie mogliśmy tego przykładu wziąć z przodującego 
kraju socjalizmu?
—¦ No tak, ale tam przecieŜ ferie zaczynają się później — przypomniał sobie 
Stefan.
—¦ To nie ma nic do rzeczy — kategorycznie oświadczył Wiktor — nie musimy ich 
tak dokładnie naśladować. Ale nie martw się. O wytchnieniu dla zaharowanej 
dziatwy szkolnej Ŝaden racjonalizator nie pomyśli. Aha, i Kostek nad łóŜkiem 
pozawieszał sobie róŜne takie formuły i spisy — to podobno pomaga, niby Ŝe
jak tylko oczy otworzy, to widzi, i przed zaśnięciem teŜ... Wiesz, to fajnie 
wygląda. Masz teraz czas, mógłbyś dla mnie i Bartka coś ładnie wypisać.
—  Ale co?
—  Rusz głową i wymyśl sam, to i do kroniki STO będzie moŜna wpisać. Ja nie 
mam juŜ czasu. Cześć, lecę urabiać sobie ręce po łokcie za tego wyzyskiwacza 
Kostka. Wyobraź sobie, powiedział mi, Ŝe mógłbym mu buty wyczyścić! Ale 
niedoczekanie, Ŝebym ja się krwawym potem oblą*vał nad jego...
Ostatnie słowa Wiktora zginęły w szczęku zamykanych drzwi.
ROZDZIAŁ  18.
STEFEK PROSI O POMOC.
HIEROGLIFY BYŁY TRUDNIEJSZE.
PO NITCE DO KŁĘBKA.
Dzień Nowego Roku Stefan świętował na leŜąco. Czuł się, jak zapewniał, 
doskonale i robił wszystko, Ŝeby tylko uzyskać zgodę na wstanie z łóŜka, ale 
mama za kaŜdym razem mierzyła mu gorączkę i patrząc na termometr bez słowa 
przeczyła głową. Stefan rzucał nienawistne spojrzenia na zimną, nieprzyjemną w 
zetknięciu z ciałem szklaną rurkę, która, wyglądając niewinnie, miała taką 
obezwładniającą siłę.
Pierwszego dnia po Nowym Roku wolno mu było wstać. Chodził po mieszkaniu 
trochę jak nie na swoich nogach i zrozumiał, Ŝe po chorobie łatwiej udawać 
jest zucha w pozycji poziomej. O wyjściu z domu oczywiście nie mogło być mowy. 
Stefan wałęsał się od okna do okna i z zazdrością patrzył na kręcących się po 
podwórzu ludzi. Lucynka biegała z koleŜankami. W parku chłopcy rzucali mokrym, 
rozpływającym się śniegiem. Pogoda była ponura i wilgotna, a jednak przymusowe 
siedzenie w domu zdawało się Stefanowi niezasłuŜoną krzywdą.
Radio, jedyna rozrywka w czasie choroby — znudziło mu się. KsiąŜki „do 
czytania" były juŜ przeczytane. Chodził z kąta w kąt,
nadęty, pełen pretensji nie wiadomo do kogo. Z godziny na godzinę rosły w nim 
gorycz i Ŝal do przyjaciół, Ŝe tak o nim zapomnieli.
„Tchórze! — myślał. — Grypy się zlękli! Bartkowi, naturalnie, zabroniła mama. 
Posłuszny! A gdyby to chodziło o Bartka, to ja na nic bym nie patrzył. Niechby 
nawet nie wiem co, poleciałbym go odwiedzić. A on... Wiktor teŜ, myślałby kto: 
wzór kolegi. W gadaniu nikt mu nie poradzi. Referat mógłby wygłosić. «Dla 

Strona 73

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

przyjaciela to krew i Ŝycie, i do grobowej deski!», ale jak co do czego 
przyjdzie, widać, co ta paplanina warta. A Niedźwiedzki..."
Potok gorzkich myśli przerwało wejście Aliny. ZaróŜowiona spacerem, w palcie 
pokropionym odwilŜą — kręciła się po pokoju, trajkocząc wesoło po dawnemu.
—> Oj, Stefan, nie Ŝal ci ferii czy co? Nikt mądry w ferie nie choruje, tylko 
ten, co na głowę upadł, a ty przecieŜ zawsze się chwalisz swoją makówką. A my 
z mamą byłyśmy kilka dni na wsi, tam ładniej. Na Nowy Rok ojciec teŜ 
przyjechał. Wróciliśmy wczoraj, oj, mówię ci, dobrze jest trochę się 
przewietrzyć. Byłam dziś u ElŜbiety. Aha, zapomniałabym, tu jest dla ciebie 
list. Oj, gdzie ja go wsadziłam? Jest. Masz.
Stefan zaczerwienił się. ElŜbieta napisała do niego list!
Udając, Ŝe szuka lepszego oświetlenia, podszedł do okna i rozwinął złoŜoną 
kilkakrotnie kartkę. List był od Bartka. Na szczęście kręcąca się po całym 
pokoju Alina nie widziała rozczarowania, jakie odmalowało się na twarzy Stefana.
„Stefku — pisał Bartek — ja teŜ chorowałem, ale tylko dwa dni. Na Ŝołądek, bo 
za duŜo zjadłem. Była zbiórka. Sewerek zwariował. Moja mama pójdzie i powie, 
Ŝe tak nie moŜna. Wiktora na zbiórce nie było. Powiem wam, jak się zobaczymy. 
Tymczasem nikomu ani słowa. Sekret STO! Śmierć muszkieterom! Bartek."
—¦ A ten Sewerek to kto? — zapytała Alina, kiedy Stefan odwrócił się składając 
kartkę. — Jak to? Więc czytałaś list Bartka?
—  Niee... taak... to znaczy —plątała się Alina, aŜ oświadczyła nagle: — 
PrzecieŜ to zwyczajna kartka, a list powinien być w kopercie. Ty teŜ 
przeczytałbyś. No co, moŜe byś nie przeczytał? Nie wytrzymałbyś. Jestem tego 
pewna. Po polsku przecieŜ napisane.
—  A po jakiemu miało być? Po japońsku?
Stefan był wściekły, ale jego oburzenie nie robiło Ŝadnego wraŜenia na Alinie, 
patrzącej z drwiącą miną.
—  Niekoniecznie po japońsku — powiedziała z przekąsem. — Jak juŜ macie takie 
tajemnice, to powinniście je dobrze 
zabezpieczyć.                                                                   

W tej chwili Stefana olśniła pewna myśl. Pohamował gniew i starając się 
zachować pozory głębokiego namysłu, powiedział powoli:
—  A wiesz, Alina, to właściwie moŜna by robić. Nie, nie chodzi o takie tam 
głupstwa — z lekcewaŜeniem machnął przeczytaną przed chwilą kartką. — Sewerek 
to nasz kolega, taki „gorliwy" harcerz, pewnie coś nowego wymyślił i Bartek 
nabija się z niego. Ale na przykład, gdyby ktoś z nas chciał przesłać w liście 
jakąś tajemnicę, no, jakiś sekret, to powinien ją dobrze schować, ukryć, nie 
tylko w kopercie, bo przecieŜ jakby kto chciał, to moŜe i kopertę odkleić, nie?
—  Jeszcze jak! — powiedziała Alina, jakby wiedziała coś o tym z własnej 
praktyki.
—  No, właśnie — ciągnął Stefan. — Gdyby te osoby, co do siebie piszą, umiały 
po chińsku albo po japońsku, to moŜna by wy-rysować takie znaki, owszem, ale 
mnie się zdaje, Ŝe najlepiej byłoby wymyślić jakiś swój alfabet, taki na 
własny, osobisty uŜytek. To dobry pomysł, co? Jak myślisz?
—  Aleś Amerykę odkrył!
Lekko drwiący, pobłaŜliwy ton głosu Aliny, która wyraźnie traktowała Stefana 
jak młodszego brata, złościł go niepomiernie, ale w dalszym ciągu nie dawał 
tego po sobie poznać.
—  Jaką tam Amerykę — mówił potulnie. — Wiem przecieŜ, Ŝe moŜna ułoŜyć tajny 
szyfr. Nawet w jednej ksiąŜce o tym czytałem. Ale czy to łatwa rzecz? Wydaje 
mi się, Ŝe nie. MoŜe do tego trzeba posiadać większą wiedzę? Kiedy będziemy 
juŜ w starszych
klasach, na pewno damy sobie z tym radę. Teraz — ani mowy. To trzeba mieć 
lepsze pojęcie.
Alina ani się spostrzegła, kiedy Stefan zręcznymi pochlebstwami doprowadził ją 
tam, dokąd chciał.
—  No, nie święci garnki lepią — powiedzała łaskawie. — I ty potrafiłbyś taki 
alfabet ułoŜyć.
—  Wątpię. To chyba za trudne dla mnie.
—  Wcale nie takie trudne. Gdyby ci na tym zaleŜało, powiedziałabym ci, jak to 
się robi.
—  Naprawdę? Pycha! — szczerze ucieszył się Stefan. — PomóŜ mi, a za to, 

Strona 74

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

jeŜeli potrzebne ci będzie jakieś wypracowanie, licz na mnie. Tylko jeden 
warunek: Ŝeby to było wypracowanie o niczym.
—  U nas nie piszą wypracowań o niczym —^obruszyła się Alina —¦ to tylko w 
waszej szkole takie głupstwa są moŜliwe.
—  Jak to, nie pisujecie wypracowań o wakacjach? Nie przychodziłaś do mnie? 
Albo „Złota jesień", albo... „Wieczór w mieście", albo...
—  Oj, Stefan, jakbyś zgadł. — Alina raptem zeszła ze swojego Giewontu. — JuŜ 
nam polonistka zapowiedziała coś o „WaŜnym wydarzeniu z dzieciństwa".
—  Fajnie, napiszę ci na sto dwa.
—- Ale to przecieŜ nie jest o niczym.
—  Dla mnie to jest o niczym. Takie rzeczy to ja mogę na kilometry pisać. A na 
przykład z biologii „Zestawienie wspólnych cech owadów" albo z historii „Dola 
chłopa w dawnej Polsce", to mówię ci — kilka zdań napiszę, i koniec. Nawet 
widłami nie popchnę.
—  Nasza   polonistka   lubi   takie   według   ciebie   „o   niczym", zawsze 
nam coś takiego wymyśli. To się u nas nazywa „wolny'' temat.
—  I słusznie. Przy takim temacie wolno wszystko napisać, co się chce. Jakbyś 
na skrzydłach leciał. A nie jakieś wyliczanie nóg, stawów, i to wszystko 
dokładnie, jak w ksiąŜce. A skąd ja mogę wiedzieć, kiedy dobrej pamięci nie 
mam? Ale miałaś mi powiedzieć, jak zrobić ten tajny alfabet.
__ No więc patrz — Alina wzięła leŜący na stole ołówek Stefana i pisała na 
skrawku gazety. — Chcesz, na przykład, podać swoje imię „Stefan", to piszesz 
15, 0, 7, 22, 8,11 -- to znaczy, Ŝe 15 to „s" a 0 to „t", a 7 to „e". Rozumiesz?
__ Rozumiem,   ale   to  bardzo   trudno  spamiętać,  która  cyfra
oznacza jakąś literę. To chyba trzeba wykuć?
—  MoŜna sobie ułatwić.
Stefan bez słowa patrzył na Alinę, chociaŜ obawiał się, Ŝe z jego oczu wyczyta 
niecierpliwość, z jaką cisnęło mu się na usta pytanie: „Jak ty odczytujesz 
swoje zaszyfrowane listy?" Zbytni pośpiech, jakieś niezręczne pytanie — 
zdradziłyby go na pewno. Milczał więc i z umiarkowanym zainteresowaniem czekał 
na szczegółową instrukcję.
—  MoŜna sobie ułatwić umawiając się, na przykład, Ŝe „a" to 1, „b" to 2 i tak 
dalej po kolei. Ale taki szyfr — Alina wydęła usta — to dla pierwszej klasy, 
więc lepiej zacząć od liczby 3 albo w ogóle na odwrót ustawić alfabet. A 
moŜemy jeszcze, dla ułatwienia, tylko co drugą literę zamieniać na cyfrę — 
przy wprawie to, mówię ci: spojrzysz na list i juŜ wiesz, o co chodzi.
—  Ale mi zabiłaś klina! — Stefan usiadł i aŜ podparł głowę rękami. — Muszę 
zaraz dzisiaj  ułoŜyć szyfr dla naszej — zająknął się, bo o mało nie 
powiedział „organizacji" — dla naszej paczki. A wtedy moŜesz być listonoszem. 
Diabła zjesz, a nie przeczytasz, będziesz się skręcać...
—  Ani mi się śni skręcać z powodu waszej dziecinnej korespondencji. ChociaŜ 
gdybym chciała, odgadłabym na pewno. Nie takie rzeczy odgadywano. Pewno nie 
wiesz, Ŝe w ParyŜu na jednym placu stoi obelisk, który Napoleon wywiózł z 
Egiptu. Cały ten obelisk pokryty jest hieroglifami. Wyryto je kilka wieków 
przed naszą erą. Kiedy Napoleon przywiózł ten obelisk, nikt nie wiedział, co 
tam napisano. A jednak znalazł się taki, co odczytał te hieroglify. Z twoim 
zaszyfrowanym listem byłoby chyba trochę mniej kłopotu, co?
Ach, jakŜe Stefan Ŝałował, Ŝe nikt nigdy nie oceni jego anielskiej łagodności 
i cierpliwości! Jego baraniej miny, z jaką patrzył
na nie podejrzewającą niczego Alinę! O, Wiktor, przyszły aktor, tego by nie 
potrafił.
Alinie bardzo pochlebiała uległość zwykle tak zadziornego Stefana. 
Post»|iowiła dać mu jeszcze jedną dobrą radę:
—  Stefa*   pbwiem ci jeszcze, Ŝe jeŜeli chcecie mieć swój szyfr, to powinni 
.-.e jeszcze wymyślić sobie i hasło.
—¦ To się wie — przyznał Stefan, choć wcale nie wiedział, o co chodzi Alinie. 
Chciał juŜ krzyknąć „Śmierć muszkieterom", ale w ostatniej chwili zmienił 
zamiar i zawołał: — Cześć pracy!
—  Nie, nie, to nie to. To musi być hasło za kaŜdym razem inne. PrzecieŜ ktoś 
mógłby odgadnąć wasz szyfr i na złość albo dlą kawału powypisywać listy od 
ciebie do Bartka, a od Bartka do ciebie^ Powypisywałby jakieś głupstwa, 
pokłócilibyście się i koniec waszej przyjaźni. A tak, jak pod listem jest 
hasło, to juŜ wiadomo, Ŝe pisze wtajemniczony.

Strona 75

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Sama mówiłaś, Ŝe za kaŜdym razem hasło trzeba zmienić, więc skąd ten, kto 
list dostanie, ma wiedzieć, Ŝe to list od przyjaciela, jeśli tamten hasło 
zmienił, a ten nic nie wie?
—  To trzeba się umówić. Hasło musi mieć dwa wyrazy, tak dobrane, Ŝeby ten 
pierwszy znaczył no... no coś z ogrodu, a drugi, przypuśćmy, coś z Ŝelaza. 
Obydwaj o tym \ wiecie, ty tło niego podpisujesz na przykład:   „Rezeda i  
armata",  a on do ciebie: „Chryzantemy i konewka", Ty: „Porzeczki i Ŝelazko", 
a on...
—  Kalafiory i nóŜ! — zawołał ucieszony Stefan. — AleŜ to świetnie! Strasznie 
mi się podoba! Kalarepa i fajerki! Ogórki i Ŝelazko! Fasola i most! Pietruszka 
i noŜyczki! Fajnie!
—  Dla ciebie w ogrodzie tylko same warzywa rosną — powiedziała z przekąsem 
Alina.
—  Niech ci będzie: „RóŜa i pogrzebacz." No! JuŜ ja dla nas wymyślę coś 
takiego, Ŝe ci oko zbieleje. Zobaczysz!
Stefanowi bardzo podobał się pomysł własnego szyfru, przeznaczonego tylko dla 
członków STO, specjalnego hasła, którego wyłączność i ciągła zmienność miała 
tyle uroku! To, co mówił Alinie o ułoŜeniu zaraz dzisiaj tajnego szyfru, miał 
zamiar rzeczywiście zrealizować. Ale nie mógł się juŜ doczekać, kiedy Alina 
sobie pójdzie. Miała dzisiaj humor zupełnie inny niŜ wtedy na
wizycie u NiedŜwiedzkich. Trajkotała bez przerwy, Stefan juŜ nie bardzo 
słuchał, o czym ona mówi. Podziwiał tylko szybkość wyrzucanych wyrazów i ilość 
sypiących się bez końca opowieści.
Poszła wreszcie, Stefan natychmiast, wyciągnął zeszyt, do którego przepisał 
cyfry i litery z tamtej kartki. N, 24 — a, 14, c, 15, ę — 6, k, 12, a, 21, k, 
24 — 15, z, 12.
To o takim szyfrze Alina mówiła, Ŝe co druga litera zamieniona jest cyfrą. 
Przecinki chyba oddzielają litery od siebie. A co znaczą poprzeczne kreski? 
AleŜ tak: oddzielają poszczególne słowa. Pierwsze słowo: N, 24 — cóŜ to za 
wyraz? Stefan przymierzył: no, ni, ne, nu, na. Najlepiej pasowało „na", a więc 
24 oznaczałoby literę „a". To juŜ coś jest...
Kiedy pani śórawcowa późnym popołudniem wróciła do domu, zastała Stefana z 
wypiekami na twarzy, pochylonego nad kartką pokrytą od góry do dołu rzędami 
liter i cyfr.
—¦ Stefan, kładź się natychmiast do łóŜka. Ty chyba znowu masz gorączkę!
—¦ Nie, mamusiu, nie mam Ŝadnej gorączki. Jeść mi się.chce jak nie wiem co!
—  To nie mogłeś sobie wziąć chleba czy kawałek ciasta? Przyzwyczaiłeś się, 
Ŝeby ci wszystko do ręki podać.
—  Wcale nie to, mamusiu, tylko zupełnie zapomniałem o jedzeniu. Tak się 
męczyłem i męczyłem...
—  A co, zadanie takie trudne? No i rozwiązałeś?
—  Rozwiązałem — oświadczył z triumfem Stefan. — Jeden uczony to, wie mamusia, 
jeszcze gorzej się męczył, ale wreszcie dobił do mety. Ja teŜ.
Kartka, którą Alina wtedy wyjęła ze skrytki w piwnicy, zawierała słowa:
„Na akcję składka 15 zł."
ROZDZIAŁ 19.
U WIKTORA SIEDZĄ DIABŁY. NIEL TYLKO ACHILLES MIAŁ PIĘTĘ.
STO MA JUś WŁASNY SZYFR, STEFAN BIERZE LEKCJE TAŃCA.
Stefana po prostu skręcało z niecierpliwości. Znał tajemnicę! Odgadł sekretny 
alfabet! Ale co to jest warte, jeŜeli nie moŜna się przed nikim tym sukcesem 
pochwalić? Gdyby chociaŜ Wiktorowi o tym powiedzieć? A jeŜeli Wiktorowi, to 
dlaczego nie Bartkowi? Bartek jest na pewno powaŜniejszy, nie wygadałby się 
nawet przypadkiem z sekretu.
Ale... Teraz Stefan sam panuje nad sytuacją. A potem? Taki na przykład Wiktor 
ma zawsze mnóstwo pomysłów. I wścieka się, jeŜeli Stefan lub Bartek nie 
przyznają mu racji, a znowu na zgodzie z nim rzadko kiedy wychodzi się dobrze. 
IleŜ kłopotów było przez to nieszczęsne dyktando! Nie! lepiej nikomu o 
„odkryciu" nie mówić.
JednakŜe trzeba przynajmniej wykorzystać pomysł tajemniczego szyfru dla 
Stowarzyszenia Trzech Osądzonych. To moŜna, a nawet naleŜy zrobić wspólnie.
—  Lucyna, musisz iść zaraz do Wiktora.
—  Nie muszę, bo wcale mi się nie chce.
—  Mówię ci, Ŝe musisz.

Strona 76

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Nie! JuŜ niedługo się ściemni, ja się boję.
—  Taka duŜa dziewczyna, a taki tchórz, wstydziłabyś się.
•— Wcale się nie wstydzę. Jeszcze mnie chuligany napadną. Stefan aŜ sykał ze 
złości. Niechby tak mama usłyszała o chuliganach.
—  Dobrze.   Sam  pójdę,  chociaŜ  jestem  chory.   A  jak  mi  to zaszkodzi i 
rozchoruję się, będzie na ciebie. A jak umrę, to dopiero zobaczysz.
—  Wcale nie umrzesz — upierała się Lucynka — bo juŜ jesteś zdrów.
—  Mamusiu — prosi głośno Stefan — polecę do Wiktora.
—  Ani  mi się waŜ — odpowiada mama z kuchni. — JeŜeli jutro będzie moŜliwa 
pogoda, to wyjdziesz.
—  Ale,  mamusiu,  mnie  koniecznie  jest  potrzebna  geografia. Dziś wieczór 
powtórzyłbym sobie, bo zaraz po świętach na pewno będę odpowiadać.
—  ZdąŜysz jeszcze jutro!
—  Na  jutro   umówiliśmy  się  z  Bartkiem.   Mamy  przerabiać razem zadania. 
Dzisiaj cały wieczór mam wolny i nie mogę nic bez ksiąŜki zrobić, a potem jak 
dwójkę złapię, to wszyscy na mnie. A czy ja mogę liczyć na czyjąś pomoc? 
Choćby tyle, co brudu za paznokciem? Mogłaby przecieŜ Lucyna skoczyć.
—  Dobrze,  niech  idzie  Lucynka — mówi,  przekonana argumentami Stefka, mama.
Lucyna  się  wykrzywia,  pokazuje  Stefkowi  język,  ale  skoro mama 
zdecydowała, Ŝe ma iść — pójdzie.
—  Powiedz Wiktorowi,  Ŝeby tu  natychmiast,  ale  to  natychmiast przyszedł, 
rozumiesz?
—  Aha. Zachciało ci się, Ŝeby on tu przyszedł, i ja mam tylko po to iść. O 
Ŝadnej geografii ani słowa. Wydało się.
—  Nic się nie wydało. Myślałem, Ŝe się sama domyślisz. Wiktor ma przyjść z 
geografią, oczywiście. Ale...
Lucynka juŜ była za drzwiami. Wróciła po dobrym kwadransie zapłakana, 
szlochająca.
—  Ja nie chcę, ja juŜ nigdy do Wiktora nie pójdę — Ŝaliła się od progu — tam 
straszy.
—  Co za brednie — rozgniewała się mama. — Co tam było takiego?
—  Poszłam — chlipała Lucynka — wchodzę na tę klatkę, gdzie mieszka Wiktor, a 
tam ciemno. śarówki zepsute...
—  No, to co wielkiego? — przerywa Stefan. — PrzecieŜ i u nas światło czasem 
nawala.
—  U Wiktora byłaś? — pyta mama.
—  Byłam. Jak szłam na górę, to się nie bałam. ChociaŜ było ciemno. Dopiero 
jak Wiktor otworzył...
- Nic nie rozumiem — rozgniewała się mama. — Jak juŜ ci
Wiktor otworzył, to zrobiło się jasno i chyba Wiktora się nie zlękłaś?
—  A właśnie, Ŝe... a właśnie... bo u Wiktora diabły siedzą.
To zaczynało być ciekawe. Stefan, czując przyjemny dreszcz po krzyŜu, 
przysunął się do Lucynki.
—  Widziałaś?
—¦ Nie! Nie widziałam — Lucynie z oczu puściły się nowe strumienie łez — chyba 
umarłabym ze strachu. W przedpokoju stał tylko Wiktor. Przy samych drzwiach. 
Ale mówił... Sam mówił.
—  Co ci mówił? — przerwała ostro mama.
—¦ Mówił, Ŝe nie moŜe zaraz przyjść, bo musi najpierw wybić diabła... i 
powiedział, Ŝe juŜ nóg i rąk nie czuje... bo to juŜ trzeci diabeł... i Ŝe jak 
go tylko nabije, to przyjdzie.
Mama patrzyła na Lucynkę, na Stefka i znowu na Lucynkę. Wzruszyła wreszcie 
ramionami.
—  Niech tylko ten Wiktor zjawi się tutaj,  juŜ ja mu przemówię do rozumu. 
Psie figle zawsze go się trzymają. A ty teŜ głupia jesteś, Ŝeby w takie bzdury 
wierzyć. Geografię Stefkowi przyniosłaś?
—  Zapomniałam.  Tylko powiedziałam, Ŝeby przyszedł. A jaK powiedział o tych 
diabłach, to zaraz uciekłam. I goniło mnie coś. Nigdy juŜ tam nie pójdę. I 
Wiktor niech tu nie przychodzi — dodała po cichu. — MoŜe te diabły za nim 
chodzą?
Wiktor biegł do Stefana, nie spodziewając się niczego. Kiedy w przedpokoju z 
ust rozgniewanej pani śórawcowej zaczął płynąć potok oburzenia na jego „psie 
figle", na jego brak serca — przecierał, jak się mówi, oczy.

Strona 77

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  O co chodzi? — zapytał wreszcie.
—  Niby nie wiesz? Po co straszyłeś Lucynkę?
—  Ja? Straszyłem?
¦— Ty, ty, nie kto inny. Diabłami.
—  Diabłami? — powtórzył Wiktor i z jego miny widać było, Ŝe naprawdę nie 
rozumie, o czym mowa.
—  Ja tu z wami zwariuję — powiedziała pani śórawcowa. — Lucynka, chodź tu.
Lucynka, ociągając się, weszła do przedpokoju. Przyjrzała się podejrzliwie 
Wiktorowi, Kto go wie, co on tam ma z tymi diabłami?
—  A nie mówiłeś, Ŝe musisz jeszcze tego trzeciego diabła nawalić? I Ŝe juŜ 
cię ręce i nogi bolą? Nie mówiłeś?
Wiktor oparł się o ścianę i parsknął śmiechem.
—  Nie   diabła,   ale   szatana.   Przypomnij   sobie,   mówiłem,  Ŝe muszę 
jeszcze jednego szatana naparzyć, tak?
—  No tak, a jak wy się naparzacie, to znaczy...
—  A  naparzyć  szatana  to  znaczy czarną  kawę zrobić.  Taką czarną jak 
szatan. Proszę pani, nasz Kostek z kolegami uczy się do egzaminu i ja im 
ciągle tę kawę naparzam. O rany, Lucyna, ale z ciebie osesek — szatana od 
diabła nie odróŜniasz.
Lucyna oddaliła się obraŜona. Pani śórawcowa z trudem utrzymywała powagę.
—  Prawdziwą kawę parzysz? I to taką mocną? IleŜ to kosztuje?
—  E, proszę pani, to taki studencki szatan: duŜo cykorii, trochę prawdziwej 
kawy i tylko woda gorąca jak piekło. Ale im smakuje!
Pomysł ułoŜenia tajemniczego, przeznaczonego tylko dla uŜytku STO alfabetu 
podobał się Wiktorowi ogromnie.
—  śe   teŜ   dopiero  teraz  o  tym  pomyśleliśmy —  biadał  — przecieŜ dla 
takiej organizacji to waŜna rzecz. Zwykły list kaŜdy moŜe przeczytać; to, co 
się przez telefon mówi — kaŜdy moŜe usłyszeć, a tak piszę ja do ciebie albo ty 
do mnie o jakichś sprawach  wielkiej  państwowej  wagi  i  nawet niech te  
listy trafią w ręce wroga — nic z tego, nie ugryzie.
—  No właśnie — Stefan mimo woli zadzierał nosa:  przecieŜ to  by]  jego  
pomysł. — Dawaj  ołówek,  ułoŜymy szyfr.  To się Bartek zadziwi!
Wypisał na kartce cały alfabet. śeby skomplikować i utrudnić niepowołanym 
odgadnięcie szyfru, poustawiał przy literach cyfry na chybił trafił. Napisał 
według tego wyraz „Tajemnica" i kazał przyjacielowi   przeczytać.  Wiktor  
biedził  się  długo.   Z  trudem
wyszukiwał   wśród   dwudziestu   czterech   liter   właściwe   znaki. 
Zdenerwował się.
—  Taki szyfr to do kitu, Z kartką nie mogę przeczytać, a co dopiero bez 
kartki! To znaczy, Ŝe zawsze musiałbym przy sobie nosić kartkę z alfabetem. A 
jestem roztargniony. Wszyscy wielcy ludzie byli roztargnieni, wiesz?
—  Teraz juŜ wiem. No i co?
—  A to, Ŝe roztargnieni ludzie wszystko gubią. Więc jak zgubię kartkę z 
szyfrem, to juŜ po naszej tajemnicy. Koniec i kropka.
—  No, więc trzeba się szyfru nauczyć na pamięć.
—  Jeszcze czego. Mało mam obkuwania lekcji, to jeszcze takiego głupiego 
szyfru będę się uczył?
—  Wymyśl mądrzejszy — obraził się Stefan.
—  Naturalnie,   Ŝe   wymyślę.   Najmądrzejsze   jest   to,   co   
najprostsze. Patrz: „a" to 1, „b" to 2, „c" to 3 i tak dalej. Niczego nie 
potrzebuję wkuwać. Do policzenia wystarczą mi palce u rąk. Muszę tylko 
pamiętać, Ŝe litery do „k" są w pierwszej dziesiątce, a od „k" w drugiej i 
tych parę końcowych po „t" na dodatek. I juŜ. Proste jak drut. Widzisz, 
frajerze, proste, co?
—  Bardzo proste — nadął się Stefan. — Szczególnie dla tych, którzy będą 
chcieli nasz zaszyfrowany list przeczytać. To będzie tak po twojemu: koniec i 
kropka.
—  Nic podobnego. śeby na taką prostą rzecz wpaść, to trzeba mieć tu — Wiktor 
stuknął się  zgiętym kciukiem  w ciemię — olej! Rozumiesz?
—¦ Ani w ząb. Widocznie ja tu — Stefan z drwiącą miną powtórzył gest Wiktora — 
nie mam tego oleju.
—  No, przecieŜ to nie twoja wina — Wiktor udał, Ŝe w słowach Stefana nie 
słyszał drwiny. —- Ja ci wszystko zaraz wytłumaczę.   Zwyczajni  ludzie  to  

Strona 78

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

sobie  wyobraŜają   Bóg  wie  co, łamią głowy nad rozwiązaniem najprostszej 
sprawy...
¦— A ty nie łamiesz głowy nad rozwiązywaniem najprostszych zadań? — 
przypomniał nie bez satysfakcji Stefan.
—  Nie! Nie łamią! Stwierdzam po prostu, Ŝe nie potrafię, i odpisuję zadanie 
od ciebie albo od Bartka.
—  Faktycznie. Genialne, bo takie proste. Tak?
—. Nie masz co kpić. Wiesz, jak było z węzłem gordyjskim? Stefan wzruszył 
ramionami. Teraz zrewanŜował się Wiktor.
—  No tak,  kaŜdy ma swoją piętę, a  ty nawet  dwie:  polski i historię...
—  Ty teŜ masz dwie pięty.
—  Nie, ja achillesową mam tylko jedną: matematykę. Achilles miał teŜ tylko 
jedną taką.
—  Kuternoga ten twój Achilles.
—  Nie kuternoga. Miał wspaniałe obie nogi, a całe ciało odporne na wszelkie 
strzały, tylko jedną piętę...
—  Wiktor, jak ci zaraz przyłoŜę czymś twardym, to się okaŜe, Ŝe masz piętę 
achillesową i na głowie, bo ci tam guz wyskoczy jak kurze jajo. Takiś mocny w 
tej historii staroŜytnej? Powiedz coś o twierdzeniu Pitagorasa.
—  Poddaję się! Poddaję! — uciekał wokół stołu przed Stefkiem Wiktor.  —  
Niech  tego  Pitagorasa  piekło  pochłonie!  Niech  go autentyczne szatany 
wezmą w swoje ręce. Ile ja się z tym twierdzeniem namęczę! A po świętach na 
pewno matematyk się do mnie przyczepi. Ma on na mnie oko. ZauwaŜyłeś?
—  Nie zauwaŜyłem. Zdaje ci się. No, ale co z tym alfabetem?
—  Aha, miałem ci opowiedzieć o Aleksandrze Macedońskim.
—  A co mnie twój macedończyk obchodzi? — rozgniewał się Stefan. — Mieliśmy 
ułoŜyć alfabet, nie?
—  No, przecieŜ juŜ go ułoŜyliśmy. Więc o co chodzi?
Z Wiktorem było tak zawsze. Co on wymyślił — musiało być najlepsze. Stefanowi 
nie pozostawało teraz nic innego, jak zaimponować mu podwójnym i zmiennym 
hasłem. Wiktor zrozumiał w lot.
—• Więc na przykład moŜemy wziąć nazwę z czegoś do jedzenia.
—  I  dodać coś z geografii — dorzucił czym prędzej Stefan, widząc, Ŝe mama 
zagląda do pokoju.
—¦ Dobrze. No, więc na przykład bigos... — Wiktor z przyjemnością pociągnął 
nosem, bo z kuchni szedł smakowity bigosowy zapach.
—  ...i Atlantyda! — dokończył Stefan.
—  Mortadela i...
—  Kanał Sueski...
—  Kiszka kaszana...
—  Archipelag Galapagos!
—  Kartoflanka ze słoniną...
Stefan z rosnącym zdziwieniem przyglądał się Wiktorowi, który wymieniając 
kolejne „coś do jedzenia", delektował się wyraźnie, aŜ do przełykania śliny i 
przymykania oczu włącznie. Całe szczęście, Ŝe nazwy potraw wymieniał 
półgłosem. Tym głośniej Stefan zwracał się w stronę otwartych drzwi do 
przedpokoju, rzucając nazwy geograficzne:
—  I Przylądek Dobrej Nadziei!
—  Albo tak: grochówka na Ŝeberkach z kaszą, a na drugie: kluski kładzione z 
serem. Mówię ci, pierwszorzędne papu.
Wiktor znowu przełknął ślinę.
—  Czyś ty z byka spadł? Pod zaszyfrowanym listem będziesz cały obiad gotować? 
— zawołał obudzony Stefan.
Wiktor ocknął się.
—  E, nie... co to miało być? Aha, hasło. No tak, tylko Ŝe mi się przypomniała 
mama. Wiesz, Ŝe mamy w domu nie ma. A jak jest,- to -zawsze taki spis na cały 
tydzień zrobi i na .kredensie w kuchni zawiesi! Kto jest w domu, to odpowiada 
za to, Ŝeby na przykład groch na noc wodą zalać albo po barszcz skoczyć. I 
wiesz, Stefan, ja dziś kartoflankę ugotowałem — palce lizać. Zostało na 
kolację, chyba Ŝeby Kostek... Ale ja juŜ muszę iść, bo właśnie przypomniałem 
sobie o jednej bardzo waŜnej sprawie.
W tej chwili do pokoju zajrzała pani śórawcowa.
—  Chodźcie no do kuchni. Zjecie trochę bigosu. Wiktor zaczął się wymawiać:

Strona 79

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Dziękuję  bardzo.  Wychodząc  z  domu  tak  się  najadłem... I w ogóle... 
muszę juŜ wracać, bo Kostek pewnie o kolacji zapomni, a mamusi nie ma...
—  Nie kręć, tylko chodźcie tu prędzej, bo bigos stygnie. Wobec tego Wiktor z 
takim animuszem wziął się do bigosu, Ŝe
mu pani śórawcowa dwa razy dokładała. Po wypiciu herbaty
ze sporym kawałkiem ciasta wytarł usta chusteczką i elegancko podziękował 
wstając od stołu.
__ Wracajcie do swojej geografii — powiedziała mama.
Alfabet był ułoŜony. NaleŜało tylko zawiadomić Bartka.
Bartuś wbrew przewidywaniom nie okazał ani zachwytu, ani nawet zrozumienia dla 
tak doniosłej sprawy jak własny szyfr. Był przecieŜ spośród nich trzech 
najstateczniejszy, najbardziej kierował się zdrowym rozsądkiem i szybującego w 
przestworzach Wiktora często oblewał zimną wodą. Tak było i teraz.
__No i co z tego? — zapytał wysłuchawszy entuzjastycznej
i nie pozbawionej jak zwykle przesady opowieści Wiktora. — No i co z tego 
alfabetu? — powtórzył spokojnie.
Wiktor i Stefan oniemieli po prostu na tak obojętne potraktowanie wspaniałej, 
ich zdaniem, nowiny.
—  Jak to co? Nie rozumiesz? — zawołał Stefan. — Będziemy mogli do siebie 
listy pisać!
—  I tak moŜemy. Dostałeś mój list?
—  No, właśnie: dostałem, ale jestem pewny, Ŝe go Alina 
przeczytała._._                       ...........         
................:............
—  No i co z tego, Ŝe przeczytała? Stało się co?
—  Tym razem się nie stało, ale gdybyś mi powierzał jaką tajemnicę albo coś 
takiego waŜnego...
—  To nie przysłałbym tego przez Alinę, tylko powiedziałbym ci wprost albo 
wysłałbym pocztą.
—  A co, myślisz, Ŝe na poczcie nie potrafią otworzyć listu i wykraść tajemnicy?
—  Zwariowaliście — oświadczył Bartek. — O czym będziemy się zawiadamiać? O 
tym, co na jutro zadane? Albo o tym, Ŝeby jeden do drugiego przyszedł? To ći 
wielkie sekrety!
—  Daję słowo, mnie to zupełnie z nóg ścięło. — Wiktor rzucił się na kanapę, 
aŜ jęknęły spręŜyny. — Bartuś, Ŝal mi cię serdecznie. Masz zdolności do nauk 
ścisłych, racja.  Matematyk jesteś wspaniały — druga racja. Ale nie posiadasz 
za grosz wyobraźni. Za pół grosza — teŜ nie.    Niby to jesteś taki 
praktyczny, a pomyśl sobie o takiej sytuacji: na przykład ja umieram. LeŜę 
właśnie na łoŜu śmierci — to mówiąc Wiktor wyciągnął się na ka-
napie jak długi i splótł na brzuchu dłonie — i tylko mi Ŝal, Ŝe do grobu 
zabieram ze sobą wiadomości o ukrytych w parku skarbach. I oto, co robię: 
wyciągam siniejącą dłoń i proszę o kartkę papieru, na której stawiam kilka 
znaków zrozumiałych tylko dla was. Zwijam kartkę nadludzkim wysiłkiem, rzucam 
ostatnie gasnące spojrzenie... I koniec. I kropka. Wtedy nie Kostek, a wy, 
wierni przyjaciele, odziedziczycie moją procę i zasuwkę z prawdziwego 
mosiądzu, i kolekcję nakrętek na rzemyku.
Wiktor zakończył zastygłszy w nieruchomej pozie. Stefan uległ nastrojowi i aŜ 
oddech powstrzymał. Raptem pokój wypełnił wybuch serdecznego śmiechu. To 
Bartek upadł w poprzek Wiktora na kanapę, aŜ nogami się nakrył, i pękał ze 
śmiechu. Przyłączył się do niego po chwili Stefan, a i Wiktor, usiłując się 
wydostać spod nieźle waŜącego grubasa, krztusił się śmiechem.
—  Zgoda! — wołał Bartuś. — Poddaję się. Naturalnie na takie okazje konieczny 
jest szyfr. O BoŜe! CóŜ by nam ze Stefanem na otarcie łez zostało, gdyby 
prawdziwą mosięŜną zasuwkę odziedziczył Kostek! A do tego najlepszą w klasie 
procę! Zgoda! Od dzisiaj uŜywamy waszego alfabetu!
Stefanowi odechciało się nagle śmiać. Jak to: „waszego" alfabetu? Czekał, Ŝe 
Wiktor nieporozumienie sprostuje, ale ten albo wcale nie słyszał pomyłki, albo 
nie przywiązywał do niej wagi, bo znowu z właściwym sobie ferworem wprowadzał 
Bartka w skomplikowaną dla nie wtajemniczonych, ale prostą w zasadzie metodę 
uŜywania hasła.
Bartek i tu zaoponował. Dziedzina jedzenia, owszem, była mu równie bliska jak 
i Wiktorowi, ale co do geografii, której nie lubił, sprzeciwił się od razu.
—  Niech będzie coś z historii, to lepiej.

Strona 80

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Wiktor zgodziłby się chętnie, było mu wszystko jedno, ale tu juŜ wtrącił się 
pełen urazy Stefan:
—  Wykluczone. Ani słowa z Ŝadnej historii. Nie zgadzam się. — A widząc 
wymowne zdziwienie Bartka, postanowił sytuację wyjaśnić: — No, tak. Nie 
wytrzeszczaj oczu. Mam prawo nie zgadzać się. Kto wpadł na pomysł tego 
alfabetu? Ja. Kto wymyślił
takie kombinowane hasło? MoŜe Wiktor, co? Na Ŝadną historię się nie zgadzam.
Wiktor nie Ŝyczył sobie dyskusji na temat zasług przy powstawaniu alfabetu i 
hasła. Zaczął szybko:
—  Wiesz, Bartek, z historią to naprawdę jakoś tak nieładnie będzie.  No,  
posłuchaj  tylko:   „Bitwa  pod  Grunwaldem i  nóŜki w galarecie",  albo:   
„Aleksander Macedoński i flaki  z olejem". Nie,  to  humor,  słowo  daję,  
tak  nie  moŜna.  Stefan  ma  rację. Historia wysiada.
—  Dwa do jednego, ustępuję — oświadczył rzeczowo Bartek. Stefan przypomniał o 
kronice. Ani myślał rezygnować choćby
z tak skromnego uczczenia własnych zasług.
W chwili kiedy Bartek zamykał na klucz szufladę, w której schowana była 
kronika, ElŜbieta otworzyła drzwi i z miejsca zapytała:
—  Chłopcy, macie ochotę przyjść do naszej szkoły na zabawę? Nie  wiadomo  
kiedy Wiktor  i  Bartek  wyrazili  zgodę.  Stefan
nie umiał znaleźć wymówki. Jego milczenie ElŜbieta wzięła za dobrą monetę.
Wieczorem ojciec siedział przy radiu. Nadawano skoczną muzykę taneczną. Lucyna 
wyciągnęła mamę z kuchni i tańczyła z nią naokoło stołu. Podskakiwała jak 
wróbel na nitce, aŜ się ojciec śmiał, ale takt chwytała doskonale i obracała 
się zręcznie. Stefan patrzył z zazdrością. W pewnej chwili powiedział głosem 
szorstkim od zakłopotania:
—  Tak,  Lucynkę to mamusia nauczyła tańczyć, a ja to co? Inni skaczą, tylko 
ja niby ten drąg w kącie...
Tego wieczoru Stefan został wprowadzony w arkana sztuki tanecznej. Nawet mu ta 
pierwsza lekcja nieźle poszła.
ROZDZIAŁ  20.
ROWER-CUDO.
ZEMSTA PRZYGOTOWANA, ALE PODSŁUCHANA. SEWERKA TRZEBA NAUCZYĆ ROZUMU.
Rower, zakupiony przez Komitet Rodzicielski dla najlepszego ucznia, stał w 
hallu szkoły na samym środku. Otaczały go cztery słupki połączone listewkami i 
to było dobrze i źle zarazem. Źle, bo kaŜdy miał chętkę dotknąć go, oprzeć 
rękę na kierownicy, przekonać się, czy pedały lekko chodzą, a były i takie 
niedowiarki, które twierdziły, Ŝe to w ogóle nieprawdziwy rower i szkoda po 
prostu czasu na oglądanie takiej „lipy". Dziwnym zbiegiem okoliczności 
„niedowiarki" rekrutowały się przewaŜnie z nielicznej, na szczęście, grupy 
patentowanych leniuchów, których do umysłowego wysiłku nie mógł pobudzić nawet 
taki cud jak ten śliczny rower.
Bo to był naprawdę śliczny rower! Oczu od niego nie moŜna było oderwać. W 
czasie pierwszych dni po feriach świątecznych bariera oblepiona była stale 
ciekawskimi. Po kaŜdym dzwonku wylewające się z klas strugi chłopców i 
dziewcząt łączyły się w jeden wartki strumień spływający z wielu pięter wprost 
na parter, do hallu, kierunek — rower. I ciągle odkrywano jakieś nowe zalety, 
ciągle warto było sycić oczy widokiem pięknego sprzętu. Płynęły dni, fala 
podziwu nie słabła.
Czarno lakierowana rama, srebrzyste szprychy, wąskie wyścigowe gumy, pachnące 
skórą siodełko, przerzutka, nawet pompka, nawet hamulec — wszystko to było po 
stokroć omawiane, wytykane palcami, obmacywane oczami.
Tu trzeba podkreślić przydatność bariery. Dobrze, Ŝe była, bo Ŝaden sprzęt, 
zrobiony przez najdoskonalszego nawet rzemieślnika, nie oparłby się tylu 
dotknięciom. I skała kruszy się pod wpływem stale spadających kropli.
— Całe szczęście, Ŝe_ tej nagrody nie moŜna brać do ręki — powiedział któregoś 
dnia Bartek stojąc z przyjaciółmi obok bariery.
Przed chwilą właśnie woźny szkolny energicznie odsunął kilku piątoklasistów 
tak gwałtownie napierających na listwę, Ŝe aŜ wygięła się i niebezpiecznie 
zatrzeszczała.
— Całe szczęście — przytaknął mu Stefan. *— A co, ubyłoby go? — z zaczepką w 
głosie zapytał stojący
—  Jakbyś zgadł — odpowiedział spokojnie Bartek. — KaŜdy chciałby  zakręcić  

Strona 81

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

kołem,  spróbować  pedałów,  hamulców.   Oho! Byliby i tacy, którzy 
próbowaliby, czy lakier pod paznokciem nie schodzi. I przy końcu roku stałby 
tu całkiem inny rower.
—  Co za przyjemność takiego odrapańca dostać — wydął wargi Stefan.
—  A juŜ na wyścig... ani mowy — dorzucił Wiktor.
—  No, jeŜeli o was chodzi, to moŜecie być zupełnie spokojni: czy   nowy,   
czy   odrapany,   ten   rower   do   was   nie   trafi!   Nie martwcie się, 
moi kochani koledzy, szkoda nerwów.
Słowa te, wypowiedziane ze sztuczną swobodą i uprzejmością, miały tak wyraźną 
intencję, Ŝe nawet flegmatyczny Bartek uczuł się dotknięty,
—  Dlaczego?
—  Dlaczego? — powtórzyli ostro Stefan i Wiktor nachylając się w stronę Sewerka.
—  Dłatego Ŝe ten rower otrzyma w nagrodę ten, kto... kto... jest sumienny... 
i pilny... i ma wyniki w przodowaniu, i stale myśli o podniesieniu honoru 
harcerza!
Ostatnie słowa Sewerek wygłaszał juŜ bohaterskim tonem, a przy honorze uderzył 
we własną pierś, dając do zrozumienia, Ŝe w tym właśnie miejscu wspomniany 
honor obrał Sobie godne siedlisko.
—  AleŜ z ciebie muszkieter! Myślałby kto! — zakpił Stefan. Faktycznie,  istny 
Portos! — szydził Wiktor. — Czego tu
nie ma' i obowiązek i sumienie, i honor! Tylko ci szpady i końskiego ogona 
brak   Sewerysiu, serce moje. Pluń na rower- Takie muszkietery tylko z 
wysokości czterech kopyt przemawiały. A ty masz tylko dwa, i to nie podkute. 
Sewerek zrobił się purpurowy. Chłopcy i dziewczęta wokoło
zajęci byli oglądaniem roweru, ale kilkoro najbliŜej stojących słyszało tę 
wymianę zdań. Ktoś z aprobatą pociągnął nosem, ktoś inny parsknął śmiechem.
—  A ty się nie przezywaj! Rozumiesz? — rzucił się juŜ wprost do Wiktora 
Sewerek.
Wychowawca Słysząc podniesiony głos zbliŜał sie do topniejącej na  dźwięk 
dzwonka gromady. Na jego widok Wiktor spotulniał jak baranek.
—  Kto się przezywa? Stuknij się! JuŜ lepiej powiedz, Ŝe ci zanadto 
pochlebiam. Proszę pana — zwrócił się wprost do nauczyciela — jeŜeli ja go 
porównuję do muszkietera, do takiego na przykład Aramisa — czy to jest 
przezwisko?
—  A ten koński ogon, a te kopyta? — wołał zaperzony Sewerek.
—  To jest tak zwany „artystyczny opis postaci" — tłumaczył z całą powagą 
Wiktor,  a widząc  zdziwione spojrzenie nauczyciela, dodał w jego stronę: — na 
koniu, naturalnie. Przechodzimy to  teraz  na  polskim,  Sewer,  nie  
uwaŜałeś  na  ostatniej  lekcji. Jak się nie weźmiesz w garść, to rower z 
twoich planów wysiada — a raczej ty z roweru.
—  Dosyć  juŜ!   Do  klas,   nie  słyszeliście   dzwonka?  —  naglił 
zniecierpliwiony nauczyciel.
—  ...i pokazywał Sitarkowi notes. Ma w nim zapisane wszystkie  twoje  
ściągania:   z  czyjego  zeszytu,  co  i  kiedy  —  mówił Bartek.
Wiktor, do którego te słowa były skierowane, siedział oniemiały.
A przecieŜ rzadko zdarzały się takie chwile, Ŝeby mu brak było właściwej 
odpowiedzi.
—  No dobrze, i co z tego? — rzucił Stefan. Czy Sitarek
go pytał?
—  Nie potrzebował pytać.  Sewerek sam się pochwalił.  jutro ma iść z tym 
notesem do pana kierownika. śeby pan kierownik zobaczył, jakie z nas dobrane 
towarzystwo.
__ Z   nas?   —   powtórzył   Wiktor.   —   PrzecieŜ   mówił   tylko o mnie.
__, Daj  mi  dokończyć.  Najpierw mówił tylko o tobie.  śe ty
Ŝadnego szacunku dla władz harcerskich, to znaczy dla niego, nie masz, Ŝe 
ciągle się z niego wyśmiewasz, Ŝe dla ciebie nic świętego i tak dalej. A 
potem, Ŝe on cię jutro urządzi, Ŝe zobaczysz i Ŝe razem z tobą wszystkie 
chwasty z tego pola pszenicy, to znaczy z naszej klasy, trzeba wyrwać. A te 
chwasty to niby Stefan i ja, bo my w notesie Sewerka teŜ figurujemy.
—  No, w zacnej kompanii zawsze raźniej, jak mówił Onufry Zagłoba, którego 
szlachetne imię nie na darmo w STO noszę.
Widać było, Ŝe Wiktorowi wraca przytomność umysłu.
—  A ten notes to tylko dla nas czy dla całej klasy? Sitarek teŜ tam figuruje? 

Strona 82

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

— chciał wiedzieć Stefan.
—  Nie! Sitarka tam nie ma. Sewer powiedział, Ŝe kto z nim  jest, moŜe się nie 
bać.  A  przecieŜ  Sitarek  zawsze  na kaŜdą zbiórkę zegarka mu poŜycza.    
'Wiec niby o nim Sewer nie pisze.  Sitarek nie bardzo w to wierzy. Powiedział 
do mnie, Ŝe mu się to wszystko nie podoba, Ŝe tak harcerz nie postępuje.
—  Ale Sewerkowi tego nie powiedział? Tchórz! — rzucił się Wiktor, aŜ 
podniesiony raptownie pulpit stuknął i narobił hałasu w pustej klasie.
—  Nie powiedział — stwierdził Bartek i cięŜko opuścił się na ławkę.
Widać było, Ŝe dokonał nie lada wysiłku mówiąc tak długo.
—  No i co teraz? — niecierpliwił się Stefan.
—¦ Trzeba się zastanowić — myślał na głos Bartek.
—  Aha, zastanowić, znam ja takie: zastanowić się, przemyśleć, rozwaŜyć i 
poddać pod dyskusję. Na coś takiego to ty, Bartuś, moŜesz sobie pozwolić. Tę 
rękę daję — Wiktor w ferworze wysunął lewą nogę i klepnął się po niej z 
rozmachem — tę rękę pozwalam  sobie  uciąć,  Ŝe  o tobie  tam jest  o wiele  
mniej  niŜ o mnie. Ty, mój drogi, niczym pana kierownika nie zastrzelisz. Ale 
ja! Rany Boskie, jeŜeli on zapisywał wszystko! Nie, ja do tego  nie  mogę  
dopuścić,  Ŝeby przez  takiego gałgana  pan  kierownik się zgryzł. Bo zgryzie 
się — ja pana kierownika dobrze
znam. I mamie powie, i mama się teŜ zgryzie. Nie, chłopaki, jeŜeli my się na 
to zgodzimy, to niech mnie tu zaraz, natychmiast... popelina ogarnie!
—  Popelina? — Stefan przyglądał się podejrzliwie.
—  A bo co? Kostek mówi zawsze „flanela", a mnie stać na popelinę. I koniec. I 
kropka.
—  Nie gorączkuj się tak — powiedział Bartek, ale jego spokój podziałał wręcz 
odwrotnie.
—  Ja się gorączkuję? Ja? — pulpit Wiktora podskakiwał raz za razem. — Okazuje 
się, Ŝe mnie nie znacie! Jestem spokojny jak ocean!  Jak wszystkie oceany 
świata skute  podbiegunowym mrozem. Tak.  śebyście wiedzieli i Ŝeby was o tym 
przekonać, idę  natychmiast  do  Sewerka  i  z  całym  spokojem  oświadczam 
mu...
—  Co? — spytał Bartek.
—  Teraz ty nie dajesz mi  dokończyć. A wiec, pozwól, moje  oświadczenie   
wygląda  tak:   W  jedno ucho - raz! W drugie ucho - dwa! — Wiktor boksował 
powietrze przed sobą, pulpit hałasował nieustannie.
—  Teraz... trzy! Krew idzie z nosa!  Sewerysio ozdobnie nakrywa się nogami. 
To cztery! A ja z najwyŜszą pogardą spoglądam na niego, z góry, po prostu z 
czterdziestego piętra, mówię: „Koniec i kropka" — i odchodzę z jego notesem w 
ręku. Chłopaki! Cała klasa uratowana! Cała klasa! Kto tego dokonał? Kto? ten  
oto   stojący  przed  wami   skromny   młodzieniec,   który  nie darmo nosi 
imię Wiktora.
—  I Kijanki — złośliwie dorzucił Stefan. — To pewnie dlatego zaraz się do 
bitki bierzesz. Ale kij ma dwa końce. I ta cała sprawa wcale tak szybko nie 
pójdzie. Owszem, na leŜącego Sewerka moŜesz  z góry patrzeć,  ale  połóŜ  go  
przedtem.  On ma pięści mocne...
—  To  idziemy  we trzech.  Jesteśmy  STO  czy nie  jesteśmy? Ślubowaliśmy 
„wierność i braterstwo do ostatniego tchu"? Pamiętacie? A jak nie chcecie, to 
znaczy całe nasze STO psu na budę. I koniec. I kropka.
Teraz juŜ Bartek nie wytrzymał:
—• Dosyć tego. Ja na ciebie mogę teŜ z czterdziestego piątego piętra, wiesz? 
STO ma „świetlane cele" — tak pisze w kronice, tak? Pamiętasz? A u ciebie 
świetlany cel to „w ucho — raz" i w drugie — dwa"! I we trzech na jednego? Tak?
Wiktor nie wiedział, gdzie oczy podziać.
—  Tak... ja teŜ widzę, Ŝe tak nie moŜna — odezwał się równieŜ speszony  
Stefan,  który przed chwilą gotów byłby  iść  na wezwanie Wiktora — krzyku się 
narobi, Sewerka matka przyleci do  pana  kierownika  i  dojdą  wszystkiego  
po  nitce  do  kłębka. A przecieŜ chodzi o to, Ŝeby Sewerek nie poszedł jutro 
z tym notesem...
—  No  więc  co?  — Wiktor  patrzył  na  Bartka,  który zdecydował:
—  Napisz do niego parę słów. Grzecznie, Rzeczowo i stanowczo.
—  Dobra.   Zaraz  piszę —  Wiktor  nadrabiając  miną  wyrwał kartkę z 
brulionu i juŜ odgryzał koniec obsadki. — Jak zacząć? PrzecieŜ nie „Szanowny 
Panie"? „Szanowny Kolego" teŜ nie. To pies — nie kolega.

Strona 83

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Napisz: „Szanowny Obywatelu!"
—  Dobra: „Szanowny Obywatelu." Dalej juŜ wiem.
Wiktor pisał wyraźnymi, energicznymi literami. Po dłuŜszej chwili przeczytał:
„Szanowny Obywatelu!
Słuchaj, Sewer, od samego początku ryjesz pod nami i ryjesz. Do tej pory 
uchodziło Ci to na sucho. Zwracanie uwagi na takie kreatury jak Ty jest 
poniŜej naszej godności. Ale jeŜeli teraz polecisz na nas z jęzorem do 
kierownika, to w najbliŜsze popołudnie własne zęby będziesz niósł w 
tornistrze, a ojciec i matka na Twój widok trupem padną. Zastanów się, 
chłopie, co Ci rodzice zawinili? Ocknij się i zacznij Ŝyć jak człowiek, to 
moŜe przestaniesz być świnią, czego Ci Ŝyczy z harcerskim pozdrowieniem
Wiktor Kijanka."
Bartek nie taił swojego niezadowolenia.
—  Miało być grzecznie, a u ciebie to wyszło po prostu ordynarnie. Wykreśl te 
„zęby".
—  Wykreślam, niech ci będzie. A co na miejsce zębów?
—  Nic, wykreśl do końca.
—  Nic?... Tak nie moŜna, bo mi się cała myśl zepsuje. Jak to wygląda: „Ale 
jeŜeli teraz polecisz na nas z jęzorem, to w najbliŜsze popołudnie" — dalej  
wykreślone  i co?  Aha,  juŜ wiem, wstawię  w  to  miejsce   „kości".  To  
juŜ  jest  bardzo  elegancko. O kościach to moŜna w najlepszym towarzystwie, Co?
Nie, Bartkowi nie podobało się w dalszym ciągu. AŜ się Stefan zniecierpliwił:
—  E, Bartuś, nie przesadzaj. MoŜe chciałbyś, Ŝeby tam jeszcze gołąbka pokoju 
narysować? Bez tych zębów jest zupełnie dobrze.
, — Ja nie napisałbym tak — upierał się Bartek.
—  Myślę! — zadzierając nosa do góry oświadczył Wiktor. — Nie kaŜdy tak 
potrafi. Od kiedy ja pracuję nad swoim stylem. A styl to człowiek, wiesz? 
Jakiś mędrzec dawno temu tak powiedział, wiesz? Ale nie zniechęcaj się, 
Bartuś. Pracuj nad sobą. MoŜe kiedyś, choćby w- małym stopniu, dorównasz mi.
Bartek tylko ramionami wzruszył na tę tyradę. Tymczasem Wiktor złoŜył zręcznie 
kartkę i na wierzchu wypisał imię i nazwisko adresata, mówiąc:
—  Trzeba to natychmiast doręczyć zainteresowanej osobie. Kto to zrobi?
—  Ja nie — powiedział Bartek.
—  Ja teŜ nie — dorzucił Stefan.
—  No, to chodźmy pod jego dom, moŜe się trafi jakaś okazja — zadecydował 
Wiktor.
Okazja miała najwyŜej siedem lat, urwany daszek u czapki i bardzo zakatarzony, 
czerwony nos.
—  Słuchaj no, mały, wiesz, gdzie mieszkają Witkowscy?
—  Wiem, a bo co?
—  A Sewerka Witkowskiego znasz?
—  Znam, a bo co?
—  To weźmiesz tę kartkę i zaniesiesz do niego, dobra?
__. Nie! Nie zaniosę.
—  Zanieś. Co ci to szkodzi?
—  Sam sobie zanieś. Sewerek się bije.
—  Coś podobnego, takiego grzecznego chłopca  jak ty bije? A to gałgan! — 
urabiał malca Wiktor. — Ale w mieszkaniu tego nie zrobi, nie bój się. Jego 
mama nie pozwoli, Ŝeby cię zbił. A jak zaniesiesz tę kartkę, to ci coś dam.
—  A co?
—  Znaczek. Fajny znaczek, zobaczysz. Za taki znaczek to ci kaŜdy w szkole da, 
co zechcesz. No, zaniesiesz?
Chłopak podszedł, aby wziąć kartkę.
—  Do  rąk  własnych!  Słyszysz?  — krzyknął  za nim Wiktor w czeluść bramy.
Czekali kilka minut. Malec wrócił, wyciągnął czerwoną, zmarzniętą jak i nos 
rękę.
—  Daj znaczek.
—  Oddałeś? — nie spieszył się Wiktor.
—  Tak.
—  Do rąk własnych?
—  No chyba. Daj znaczek.   .
—  A Sewerek pytał się, kto ci dał kartkę?
—  Nie pytał się, bo go nie było. Kartkę wzięła do rąk własnych jego mama.

Strona 84

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Stefan parsknął krótko. Wiktor był wściekły. Gdyby nie obecność kolegów, 
szczególnie Bartka, malec zamiast znaczka zobaczyłby najwyŜej figę złoŜoną z 
poplamionych atramerftem palców Wiktora. Pod milczącym wzrokiem Bartka 
wydostał notes i zaczął przewracać jego kartki. Znalazł wreszcie znaczek i 
połoŜył go na wyciągniętej ręce malca, który pomimo młodego wieku interesował 
się juŜ filatelistyką, bo spojrzawszy na znaczek, zawołał 
zawiedziony:                                       __
—  Yyyyy! Taki znaczek? To jest fajny znaczek?
—  Patrzcie no go!  Nosa nie  umie wytrzeć,  a  nad znaczkiem oędzie  
wydziwiać!  —  udawał  oburzenie  Wiktor.  — Nad takim znaczkiem! Wiesz, kto 
tu jest? Kopernik! Sam Kopernik.
Ogłuszony potokiem wymowy właściciel czapki z oberwanym daszkiem wybąkał:
—  Wiem.
—  No więc, pamiętaj! aerwus:
Stefan szedł, wyraźnie ubawiony całym zajściem. Mina JBartKa zaniepokoiła 
jednak Wiktora, bo rzucił w pewnej chwili:
—¦ A co, miałem mu moŜe dać Meksyk albo Kongo? I do rąk własnych nie oddał. ¦
—  On nie zrozumiał, co to znaczy —• tłumaczył Stefan. — Ale niedobrze się 
stało. Sewera matka przeczyta, zacznie go wypytywać...
—  Nie przeczyta — zapewniał Bartek — moja mama nigdy nie czyta listów do mnie 
zaadresowanych.
—  Moja przeczytałaby od razu — oświadczył Wiktor.
—¦ Moja teŜ — dodał Stefan. — Ale wiecie, co tu zrobić, có tu zrobić takiego, 
Ŝeby temu Sewerowi pokazać, Ŝeby go nauczyć...
—  śeby ten rower dostać! — dokończył Wiktor. Bartek uśmiechnął się.
—  Po co tyle gadania? Sposób jest jeden.
—  Jeden, jeden, ale najgorszy, najtrudniejszy — jęknął Stefan. —' Bartek, 
pomoŜesz mi z historią? Przez tę zapowiedzianą powtórkę to ja spać nie mogę.
—• Ja mogę — tragicznie westchnął Wiktor — ale najpiękniejsze chwile, moŜna 
powiedzieć, złoty wiek moich lat młodzieńczych, oblewa czarną goryczą ta 
piekielna matma.
—  I napis nad łóŜkiem nie pomaga? — zakpił Stefan.
—  Pomaga, ale ile razy na niego spojrzę, to sobie przypominam takŜe i to, Ŝe 
muszkieterowie nie musieli uczyć się Ŝadnych twierdzeń geometrycznych.  
Szczęśliwi! Bartuś, bracie, pomoŜesz mi?
Bartek przytaknął głową po raz drugi.
ROZDZIAŁ  21.
KTO KRADNIE W BLOKACH? ZACZĘŁO SIĘ OD HAFTOWANYCH LITER.
SEWER WPADŁ, ALE ROWER ODJECHAŁ BARDZO DALEKO.
Dziwne i bardzo przykre rzeczy zaczynały się dziać w blokach przy ulicy 
Bednarskiej. Co kilka dni z klatki do klatki, z mieszkania do mieszkania 
biegła wieść o nowej kradzieŜy. Najpierw zginął uŜywany dziecięcy wózek na 
klatce D. Właściciele jego mieszkali na trzecim piętrze, codzienne wnoszenie i 
znoszenie wózka było bardzo uciąŜliwe. Wpadli wobec tego na pomysł, aby wózek 
zostawiać w kącie, przy zejściu do piwnicy. Wózek był stary, kto by się tam na 
niego połaszczył. A jednak znalazł się
taki.
Druga kradzieŜ była zuchwalsza, 'wyłamano kłódkę w piwnicy i wyniesiono 
stamtąd porządny dziecięcy rowerek, który w okresie zimy, nie uŜywany, 
zawadzał w przepełnionym mieszkaniu. A trzecia — oprócz szkody przyniosła ze 
sobą strach. Bo cóŜ to był za złodziej, który nie naruszając zamka, dostał się 
do mieszkania inŜyniera Roświatyńskiego i zabrał stamtąd małe, turystyczne 
radio? Jakim sposobem wszedł? Dlaczego ukradł tylko „szarotkę", a nie ruszył 
futra z przedpokoju, nie wziął czegoś z szafy czy biurka?
—  To jest swój złodziej — tłumaczył dopytującym się o szczegóły lokatorom  
dozorca. — Przecie  obcego to zaraz się  widzi. Radio, nie mówię, mógł pod 
kapotą wynieść. Ale rower, wózek? To juŜ musiał gdzieś u siebie schować, a 
potem po ciemku wyniósł. Ja tu wszystkich znam. Swoim to się nie przyglądam, 
mógł się przemknąć.
—  U Roświatyńskich złodziej musiał zamek wytrychem otworzyć.  Milicja teŜ tak 
powiedziała.  A  jak upilnował,  kiedy ich w domu nie ma! Chybała ma rację, to 
musi być ktoś, co wie, gdzie  i kiedy  mieszkanie  jest  puste — mówił  pan  
śórawiec, zakładając nowy zatrzask u drzwi.

Strona 85

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  My nic o tej  „szarotce" nie  wiedzieliśmy — dziwiła się pani śórawcowa — 
chociaŜ inŜynier na naszej klatce mieszka, a złodziej wiedział.
—  Roświatyńskich ani widać, ani słychać. Lubią spokój, aŜ ich szkoda, Ŝe pod 
Brodzkimi mieszkają.   Nasłuchają  sie brewerii. Tatusiu — wtrąciła Lucynka. — 
Pani Roświatyńska przychodzi do pani Pagaczowej naprzeciwko. Widziałam.
Stefan słyszał całą rozmowę, ale udziału w niej nie brał. Kiedy indziej 
przejąłby się i samą kradzieŜą, i tym, Ŝe wydarzyła się tak blisko. Ale dzisiaj!
Ciągle wydawało mu się, Ŝe wrócił ze szkoły dosłownie ze spuchniętą głową. 
Siedział przy stole w duŜym pokoju, udając, Ŝe się kiwa nad ksiąŜką, i od 
czasu do czasu podnosił obie ręce do góry, ściskając głowę, jakby w obawie o 
jej całość. Niestety! Nie była nawet gorąca. A szkoda! Stefan błogosławiłby 
powrót grypy, jakąś podwyŜszoną temperaturę, a nawet i prawdziwe boleści. 
Cokolwiek, co wzbudziłoby współczucie rodziców i odwlekłoby jak najdalej ich 
myśl od półrocza i związanego z nim świadectwa.
Wstyd przyznać, ale wiadomość o kradzieŜy przyjął po prostu z ulgą. Oboje 
rodzice i Lucynka byli tak zaaferowani wypadkiem, Ŝe chyba nieprędko przypomną 
sobie o duŜo waŜniejszej, zdaniem Stefana, sprawie.
— To jest Ŝycie! — szepnął półgłosem i znowu ścisnął głowę, przypominając 
sobie po raz któryś z kolei, Ŝe zmartwienie to spadło na niego dość 
nieoczekiwanie.
Owszem, na nadzwyczajne świadectwo Ŝadnych nadziei nie miał. Bartek i Wiktor 
równieŜ. Ale skoro obiecali sobie solennie, Ŝe kaŜdy weźmie się za swoją piętę 
achillesową — to juŜ wyraźnie chyba weszli na dobrą drogę. I nawet wyznaczyli 
najbliŜsze dni na „podciąganie się".
Stefan dobrze jeszcze pamięta to przyjemne, pełne otuchy samopoczucie, jakim 
tak niedawno napełniała go myśl o męskich postanowieniach, które zostaną 
uwieńczone... zdobyciem roweru.
Ale nauczyciele potrafią wszystko popsuć. I mówią do tego, Ŝe im zaleŜy na 
dobrych wynikach uczniów. A jakŜe!
W ubiegły czwartek po południu Wiktor i Bartek mieli pomóc Stefkowi 
przygotować się do powtórki z historii. A pani od historii naumyślnie, na 
pewno naumyśnie, wywołała Stefka o dzień wcześniej, kiedy się niczego nie 
spodziewał. I jak podstępnie!
Stefan tego dnia uwaŜał wyjątkowo. Dobrze słyszał, jak opowiadająca uczennica 
mówiła duŜo i ze znajomością rzeczy o Napoleonie. Wymieniła nawet datę jego 
urodzin: 1769 r. Nauczycielka, bardzo zadowolona, pochwaliła ją i powiedziała:
—  Widać, Ŝe cię interesuje historia. Dziękuję.
Postawiła z uśmiechem stopień i zaraz potem zwróciła się wprost do Stefana:
—  A śórawiec nam powie, co było dwadzieścia lat później. Stefan zebrał całą 
przytomność umysłu, na jaką było go stać
w tym zaskoczeniu.
—  Dwadzieścia lat później Napoleon miał dwadzieścia lat — odpowiedział pewnym 
głosem.
Tu i ówdzie rozległ się chichot. Przybierał na sile. JuŜ cała klasa śmiała się.
Pani przyglądała się podejrzliwie, wreszcie i ona uśmiechnęła się krzywo.
—  A co powiesz o bitwie pod Parkanami?
Stefan śórawiec nie był złym chłopcem, naprawdę. Ale ilekroć skupiła się na 
nim uwaga całej klasy, ilekroć świadomie czy choćby niechcący stawał się celem 
drwin szkolnej gromady — wstępował w niego diabeł. IleŜ razy pakowało go to w 
kabałę! Tak było i teraz.
—  Tak — powiedział głośno i bez namysłu — gdybym to ja urządził drakę pod 
parkanem, co by się tu działo: pan kierownik, ojciec i matka, wszyscy by się 
na mnie rzucili bez Ŝadnej litości, bez  Ŝadnego  zrozumienia,  Ŝe  chłopaki  
muszą  się  od czasu  do czasu pobić, bo nie mogą wytrzymać. Ale jak tam 
szlachta za siwe łby się brała — to nic.  Ile jeszcze pokoleń po nich musi się 
uczyć o tej drace. I po co to? I co' komu z tego?
W miarę jak Stefan zapalał się — klasa cichła. Tylko Wiktor wyciągnął dwa 
paice do góry i wyrecytował:
— Proszę pani, to, co śórawiec mówi, posiada pewien bardzo głęboki sens. Bo, 
faktycznie, w tej historii jest juŜ tyle róŜnych wydarzeń! I faktycznie, gdyby 
na przykład mnie ktoś upowaŜnił, to podjąłbym się wiele rzeczy wykreślić. 
Podręcznik byłby mniejszy i tańszy, bo papieru nie rna, bo z celulozą... . — 
Dość — przerwała pani z lodowatą miną — nikt nie pyta o twoje zdanie. A ty, 

Strona 86

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

śórawiec, siadaj.
To było wyraźne. „Dziękuję" — mówiła pani po piątce i czwórce. „Siadaj" — 
otrzymywało się razem z dwóją.
Czy warto było po czymś takim robić przy pomocy kolegów powtórkę? Bartek 
uwaŜał, Ŝe tak, ale Stefek na złość poszedł wieczorem do kina.
To samo było następnego dnia z Wiktorem. Po południu Bartek miał mu pomóc w 
geometrii, a matematyk właśnie przed południem kazał mu przy tablicy objaśnić 
twierdzenie Pitagorasa. Dla wyobraźni nie było tu pola do popisu. Giętki język 
Wiktora zesztywniał. Trójkąty i prostokąty pod jego ręką zamieniały się w 
jakiś fantastyczny plan nie istniejącego miasta. Energicznie ścierał litery, 
zamieniał je innymi, odstępował o krok od tablicy, niby to dla lepszego 
zobaczenia całości rysunku, a w rzeczywistości rozpaczliwie nadstawiał ucha, 
oczekując ratunku z pierwszych ławek.
Na próŜno.
Więc i on zrezygnował z pomocy Bartka, który sam jeden ślęczał nad geografią 
Europy, zmorą własnego Ŝycia.
Ale chłopcy trzymali się. Nie upadli na duchu. Wiktor powtarzał co chwila: „w 
Ŝyciu bywa rozmaicie" i, licząc na jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności, 
zapewniał przyjaciół, Ŝe dopóki złych stopni czarno na białym dokładnie nie 
widać, nie warto się martwić.
Więc się nie martwili. AŜ do dzisiaj...
Dzisiaj od samego rana pachniało w szkole czymś niecodziennym, wiadomo: po 
lekcjach wychowawcy rozdadzą świadectwa na półrocze.
Przy drzwiach wejściowych czekał Bartek i, zanim we trójkę
wyszli  z  szatni,  wiedzieli,  Ŝe  Sewerek  po  lekcjach  organizuje klasową 
uroczystość. — Mnie i Mańkowi Rybnickiemu kazał pozbierać te litery...
—  Jakie litery? — nie rozumiał Wiktor.
—  To właśnie najgorsze — sumitował się Bartek — Ŝe wy nic o tym nie wiecie, a 
ja na śmierć zapomniałem. Idiotyczny
pomysł. .
—  Jaki pomysł? Gdzie? Kiedy?
—  Na zbiórce w czasie ferii świątecznych. Ciebie, Wiktor, nie było.  Stefan  
miał grypę.  Ale  ja,  zdaje  się,  do  ciebie,  Stefan, o tym napisałem?
—  Coś w tym rodzaju, Ŝe Sewerek na głowę upadł — przypomniał sobie z trudem 
Stefan.
No, właśnie. Po zbiórce rozmawiałem z ojcem. Powiedział, Ŝe to bzdura i Ŝe 
zabrania mi. Dlatego juŜ o tym nie myślałem.
—  Rany boskie! PowiedzŜe juŜ raz po swojemu: ściśle i dokładnie, bo gadasz 
dookoła Wojtek i końca nie widać — zdenerwował się Wiktor.
—. Bo Sewer wyprowadził mnie z równowagi: okazuje się, Ŝe wszystkim w klasie 
przypomniał o tych literach, tylko nas omijał.
—  O jakich literach?! — wrzasnął wściekły Wiktor.
—  Nie krzycz! Wtedy na zbiórce Sewerek polecił, aby kaŜdy wyhaftował jedną 
literę czerwoną nicią na białym kawałku materiału. Z tych liter dziś u nas ma 
być zawieszone hasło: „W naszej klasie dwój nie będzie, tylko same piątki".
—  Coś podobnego! — zdziwił się Wiktor.
—  I  wyobraźcie  sobie,   wszyscy   dzisiaj   litery  przynieśli  —
kończył Bartek.
—  Nie wierzę — wątpił Stefan. — IleŜ to roboty!
—  Patrz!   —   Bartek   wyciągnął   z   kieszeni   kłąb   zwiniętych 
gałganków. — A Maniek ma drugą połowę.
—  I co? Powiedziałeś, Ŝe my nic? — pytał Wiktor.
—  Nie.
—  Dobra jest. Jakie litery wypadają na nas?
—  Sam  koniec  zdania,   „p"  —  zrobił  Romek.   Patrzcie,  jak ładnie.
—  To na pewno nie on, to matka.
—  A my mamy po dwie. Za karę, Ŝe jesteśmy mało aktywni.
—  Jeszcze czego! — rzucił Stefan.
—  Tak.  Ja — „ią",  Stefek — „tk",  a Wiktor „i"  oraz wykrzyknik.
—  Dobra — powiedział z zadziwiająco zadowoloną miną Wiktor. — Wszystko będzie 
zrobione na medal.
Klasa  miała   być  ozdobiona   wiadomym  hasłem  na  ostatniej godzinie, 
którą dziś było wychowanie fizyczne. Zawieszenie   liter   na   taśmie   

Strona 87

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Sewerek   powierzył   Mańkowi
Rybnickiemu i Bartkowi Niedźwiedzkiemu. Oni  i tak byli zwaIniani z ćwiczeń.
Dziwnym zbiegiem okoliczności na przerwie poprzedzającej gimnastykę Stefan i 
Wiktor pobili się. Tarzali się po podłodze, okładali pięściami i wydawali 
mnóstwo wściekłych okrzyków. Bartek starał się ich rozłączyć, odwoływał się do 
ich rozsądku, wieku, przyjaźni — skutkowało to niewiele. Dopiero kiedy zebrała 
się spora kupka widzów, zapaśnicy pozwolili się rozdzielić. Ale skutków 
zaciętej walki nie moŜna było ukryć. Wiktor, trzymając chustkę u nosa, pobiegł 
do umywalni, aby zatamować krew. Stefan skręcił nogę, a moŜe tylko uderzony w 
kostkę, ledwo dokuśtykał do ławki w korytarzu. Obaj zostali zwolnieni z 
gimnastyki.
Po dzwonku klasa opustoszała. Gimnastyka odbywała się na parterze w specjalnej 
sali. Sewerek, wychodząc ostatni, wydawał jeszcze zarządzenia Mańkowi i 
Bartkowi:
— Tylko nie zawieszajcie za wysoko. Niech tablica i stojak z mapą zasłaniają 
napis. To będzie niespodzianka. I Ŝeby było równo, równiusieńko. Niedźwiedzki, 
ty to potrafisz. Liczę na ciebie.
Bartek poprawiał coś u pantofla, a kiedy się podniósł, w klasie nie było 
nikogo prócz niego i Mańka. Ale juŜ po chwili w drzwiach ukazał się 
kuśtykający do swej ławki Stefan, a za nim — Wiktor.
— Nie  mogę spuścić głowy — stękał Wiktor  przez  zatkany
mokrą chustką nos — zaraz mi krew znowu idzie. To pech! Poszedłbym sobie do 
biblioteki. Jest nowy numer „Dookoła świata" Taki fajny! Potem go rozdrapią. 
To pech!
Maniek westchnął cięŜko. Zawsze godzinę wolną od gimnastyki spędzał w 
bibliotece, przeglądając ilustrowane pisma. To była jego pasja. Po lekcjach 
rzeczywiście   trudno   się   było do nich dopchać.
—  Ja teŜ mam pecha. Gdyby nie ten Sewer, który się rządzi, jak nie wiem co, 
mógłbym teraz przeglądać pisma.
—  A bo co? — spytał z głupia frant Stefan.
—  Nie widzisz? Litery muszę z Bartkiem na tasiemkę nawlec.
—  Mogę cię zastąpić — zaproponował Stefan. Maniek spojrzał na niego 
podejrzliwie.
—  Ja teŜ mógłbym trochę pomóc, ale co mi za to dasz? — spytał rzeczowo Wiktor.
To nie budziło wątpliwości. Targ w targ, Wiktor się zgodził na nowy polski 
znaczek. Maniek, jak na chłopaka, który nie moŜe się gimnastykować, ulotnił 
się dziwnie szybko.
—  Wróć przed dzwonkiem! — zdąŜył zawołać za nim Bartek. Stefana przestała od 
razu boleć skręcona noga. Wiktor odrzucił
chustkę bez śladu krwi. Wyciągnęli spod ławki swoje kartki papieru ze 
starannie wymalowanymi czerwonym atramentem literami. Bartek spinaczami 
przyczepił litery do tasiemki.
—  Patrz   dobrze,   Ŝeby  kolejności  nie   pomylić  _  upominał Stefan.
- Nie bój się. Mam ułoŜone wszystko tak, jak trzeba. Teraz na końcu — nasze. 
Bierz za drugi koniec tasiemki. Zawieszamy. Wiktor, przysuń tu stołek.
Wkrótce napis zawieszony był, jak sobie tego Ŝyczył Sewerek — prosto, 
dokładnie i tak, aby go zakrywała tablica oraz stojak z mapą.
Maniek Rybnicki przybiegł równo z dzwonkiem. Zagadał go przed drzwiami Wiktor. 
Klasa wróciła rozgadana, rozdokazy-wana. Bartek i Stefan nie dopuszczali 
nikogo za tablicę.
—  Poczekajcie. Jak niespodzianka, to niespodzianka.
Sewerek wprost z sali gimnastycznej pognał do kancelarii zaprosić na rozdanie 
świadectw pana kierownika.
Wychowawca przyszedł razem z panem kierownikiem. W ręku trzymał pękatą, róŜową 
teczkę ze świadectwami. Trzydzieści dziewięć par oczu nie mogło się od niej 
oderwać.
Do tvch  właśnie świadectw nawiązał zgrabnie Sewerek.
—  Panie kierowniku — mówił. — My wiemy, Ŝe są wśród nas uczniowie, co i dwóje 
na świadectwie mają. Ale teraz juŜ będzie   inaczej.   Od   dziś   
postanowiliśmy   zupełnie   się   zmienić. śeby było widać, Ŝe w 
demokratycznej szkole młodzieŜ walczy o lepsze jutro.
—  Zaraz, zaraz — przerwał mu pan kierownik, z którego miny widać było, Ŝe tą 
przemową wcale nie jest zachwycony — powiedz po prostu i krótko: co 

Strona 88

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

postanowiliście?
—  Rybnicki!   Niedźwiedzki!  —  zawołał   nie  speszony  Sewerek. — Odsuńcie! 
Niech pan kierownik i pan wychowawca zobaczą, co postanowiliśmy.
Bartek nie spieszył się. Zastąpił go z ochotą Wiktor. Po usunięciu tablicy i 
stojaka oczom zebranych ukazało się hasło.
Uczniom dech zaparło z wraŜenia. Jeden Sewerek nie wiedział o niczym. Z miną 
bohatera nie spuszczał oczu z twarzy pana kierownika, która lada chwila miała 
błysnąć zachwytem. Czekał na pytanie: »Kto wPadł na ten Piękny pomysł?" Ale 
twarz pana kierownika i twarz Pana Karniewicza dalekie były od tego, czego 
oczekiwał Sewerek.
Pan kierownik spojrzał na wychowawcę, Ten rozłoŜył w zdumieniu ręce — obaj 
przyjrzeli się zaskoczonym twarzom uczniów.
— A to rzeczywiście niezwykłe hasło na dzisiejszy dzień — odezwał się pan 
kierownik takim tonem, Ŝe Sewerek czym prędzej spojrzał na ścianę. Przeczytał: 
„W naszej klasie dwój nie będzie, tylko same pały!" Zbladł. Chciał krzyknąć. 
Zakrztusił się. Skoczył w stronę ściany, ale natychmiast zwrócił się do klasy 
i zawołał z zaciśniętymi pięściami:
— Kto? Kto to zrobił? PrzecieŜ miało być: „same piątki"!
Ktoś nieśmiało parsknął. I zaraz, jakby hamulec zwolniono — cała klasa 
wybuchnęła śmiechem. Nie śmiał się tylko projektodawca.
Wyjaśniło się, wydało się wszystko. Wiktor, Stefan i Bartek nie zapierali się. 
Sewerek przeŜył drugi gorzki zawód. Bo pan kierownik wcale nie zganił ich za 
to, Ŝe nie wyhaftowali liter. Powiedział, Ŝe sam teŜ by tego nie zrobił, Ŝe to 
była strata czasu. I nie na hasłach opierają się dobre wyniki, ale na dobrej 
organizacji pracy, jak kto sobie układa odrabianie lekcji i jak to wykonuje.
Oj, dostało się Sewerkowi Witkowskiemu tego dnia! Siedział zgnębiony, ze 
spuszczoną głową, tylko duŜe uszy ogniście sterczały z wysokiego kołnierza. 
Bartek, niewątpliwie zadowolony z udanego kawału, nie manifestował swych 
uczuć, ale Stefan aŜ ręce zacierał patrząc na poraŜkę nielubianego kolegi. A 
Wiktor tryumfalnie wyciągał pięść z opuszczonym w dół kciukiem, co u 
staroŜytnych Rzymian oznaczało pognębienie przeciwnika.
Niedługo jednak trwała uciecha pomysłowej trójki przyjaciół. Raz jeszcze 
sprawdziło się mądre ludowe przysłowie: „Nie śmiej się, dziadku, z cudzego 
przypadku". Przy rozdaniu świadectw okazało się, Ŝe Wiktor miał dwóję z 
matematyki, Stefan — z historii, a Bartek za geografię dostał co prawda 
trójkę, ale wszyscy wiedzieli, Ŝe to była „trójczyna z litości".
Na łeb, na szyję gnali z klasy do szatni, z której wybiegli w nie pozapinanych 
paltach i z nie zawiązanymi sznurowadłami. Jeszcze tylko brakowało, Ŝeby 
Sewerek wykłuwał im oczy swoim świadectwem bez jednej dwójki!
A rower, prześliczny sportowy rower, wbrew prawom rządzącym jego mechanizmem, 
raptem ulotnił się, poszybował w przestworza, zginął.
ROZDZIAŁ  22.
KARA MUSI BYC. CZY STEFAN MA CHARAKTER?
WYPADEK ALINY. COS SŁYCHAĆ, ALE OSÓB NIE WIDAĆ.
JAK UPRZEDZIĆ WŁAŚCICIELA?
—  Bić cię nie będę — mówił ojciec — za duŜy juŜ jesteś. Ale kara musi być, bo 
bez kary to byłoby i bez miary. Wymyśl sam coś takiego, co pamiętałbyś dłuŜej 
niŜ lanie.
Stefan stoi pod piecem, ręką trzyma się za etaŜerkę i nie mówi ani słowa. 
Patrzy z daleka na nieszczęsne świadectwo leŜące przed ojcem, potem przenosi 
wzrok na końce swoich butów, przygląda się im ze specjalną uwagą w momentach, 
kiedy w jego stronę zwraca się twarz siedzącej przy stole mamy. Ojciec zaŜądał 
świadectwa zaraz po kolacji — obejrzeli fatalny stopień oboje.
To ojciec przemawiał do rozumu Stefana. Mówił powoli, dobierał słów z rozwagą, 
widać było, Ŝe jest Stefanową dwóją zmartwiony. Mama nic nie powiedziała. Usta 
miała zaciśnięte, wąskie, wąziutkie. To było jeszcze gorsze niŜ przemowa ojca. 
A znowu ta przemowa była na pewno gorsza niŜ lanie. Bo lanie to trzask, prask! 
zabolało, ale człowiek czuł się skwitowany, rozgrzeszony. Takie Wiktorowe: „I 
koniec. I kropka."
A przemowa ojca spokojna, powaŜna — jak do równego sobie... I jeszcze: „Wymyśl 
sam"! Stefan juŜ, juŜ chce wybuchnąć: „A cóŜ to ja, ksiądz jestem, Ŝebym 
pokutę wynajdywał", ale hamuje się. Musi ojcu równie powaŜnie odpowiedzieć. 
Prawda, jest juŜ duŜy. To zobowiązuje.

Strona 89

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Niech mi tatuś zabierze pensję — mówi po chwili namysłu i juŜ nie spuszcza  
oczu, kiedy ojciec  odwraca się  z krzesłem w jego kierunku. To duŜa ofiara ze 
strony Stefka. Dwudziesto-złotowa  pensja,   otrzymywana  punktualnie   co  
pierwszego,   pozwala na bilet do kina, na zakup jakiegoś drobiazgu nie 
wchodzącego w zakres potrzeb szkolnych i nawet na drobne oszczędności.
.—¦ Powiedzmy: przez trzy miesiące będziesz otrzymywał pięćdziesiąt procent. 
Zgoda?
Stefan kiwa na zgodę głową. Za gardło go ściska. Ojciec jest taki Wyrozumiały. 
A to świadectwo... Wstyd, wstyd!
Przykrą sytuację przerywa przybycie Wiktora. Stefan szuka na twarzy 
przyjaciela śladów wzruszeń podobnych swoim. Ale Wiktor wygląda tak, jakby 
właśnie otrzymał nagrodę za wspaniałe wyniki w nauce. Raźno obwieszcza nowinę:
—  Dowiedziałem  się  przed  chwilą,   Ŝe  Sewerek  juŜ  naszym zastępowym nie 
będzie. Wysiadka.
—  Pewnie się okazało, Ŝe ma kiepskie świadectwo, a zastępowy powinien świecić 
przykładem, tak? — zgaduje ojciec.
—  E... to nie... — Wiktor zająkał się — to nie. Tylko takie róŜne rzeczy 
wymyślał. Kazał nam na przykład litery na hasło haftować. A przecieŜ to 
bzdura. Pan kierownik sam powiedział, Ŝe bzdura, bo przez ten haft to nie było 
czasu na lekcje i...
—  To ty teŜ masz dwójkę? — zapytała wprost mama.
—  Mam  —  wyznał  Wiktor  z  tragicznym  westchnieniem  — z matematyki.
—  Dlaczego mi o tym hafcie nie powiedziałeś? — zwrócił się ojciec do Stefka. 
— To rzeczywiste...
JakŜe łatwo było skorzystać z tej okazji! Usprawiedliwić się, uzyskać moŜe 
mniejszą karę...
—  My nie haftowaliśmy, tatusiu. Nie byliśmy na tej zbiórce. To inni... cała 
klasa przygotowywała litery.
—  Właśnie mówię: o innych chodzi. Naturalnie, o całą klasę. I z Sewerysiem 
koniec. ChociaŜ ma dobre stopnie. I widać, Ŝe nareszcie sprawiedliwość...
—  A ja ci mówię, chłopcze — przerwał mu ojciec — wasze dwójki — wasza wina. 
Wziąć się w garść, i koniec.
—  ...i  kropka — dokończył Wiktor,  po którego minie  widać było, Ŝe mu to 
wszystko nie w smak. AŜeby odwrócić uwagę od nieprzyjemnego tematu, zapytał 
Stefana:
—  A na tę zabawę w niedzielę o której idziesz? I tutaj trafił kulą w płot.
—  Na  jaką  zabawę? — zainteresowała się pani śórawcowa.
—• To w tej szkole, do której chodzi Alina, mamusiu — Stefan zaczerwienił się, 
nie wiadomo czemu — i Bartka Niedźwiedz-kiego siostra teŜ, ta ElŜbieta, 
mamusia wie? I ona zaprosiła brata i nas, i...
—  Na Ŝadną zabawę Stefan nie pójdzie. Kto ma dwójki, na zabawy nie chodzi — 
oświadczyła kategorycznie pani śórawco-wa. — I ty teŜ chyba nie pójdziesz — 
zwróciła się do Wiktora. — Zaraz jutro pomówię z twoją mamą.
—  Proszę pani — zaklinał Wiktor — ja się wcale na tę zabawę nie  wybierałem!  
Moja mama o  Ŝadnej  zabawie nie  wie. Niech pani nic nie mówi, po co ma się 
denerwować. A w sobotę ja tu do Stefka przyjdę, będziemy się uczyć razem. Bo 
to święta racja: kto ma dwójki, niech o zabawach nie myśli. Jeszcze czego!
Wiktor kapitulował całą parą. Pani śórawcowa przyglądała mu się trochę 
podejrzliwie.
Rodzice wyszli z pokoju. Z chłopcami została tylko Lucynka, zajęta oglądaniem 
jakiejś kolorowej ksiąŜki.
—  Po wszystkim? — zapytał półgłosem Wiktor. Stefan kiwnął głową.
—  No i?...
—  Przez  trzy  miesiące   na  pół- obroku  —  cięŜko  westchnął Stefan.
—  Przykro — współczuł Wiktor — ale w takich wypadkach bez ofiar się nie 
obejdzie.
Na pytające spojrzenie przyjaciela ciągnął:
—  Ja  teŜ.  Jestem  kompletnie  złamany.  Posłuchaj:   na  obiad była 
grochówka. Z takimi kawałami boczku — pokazał na pół dłoni. — A ja nic. 
Przyszedłem, połoŜyłem ksiąŜki i tylko wzdychałem. Mama mówi: „jedz", mnie z 
głodu skręca, ale tylko oczy od talerza odwracam i mówię, Ŝe mnie coś gniecie 
w dołku, o tu, i ani łyŜki do ust nie wezmę, bo mnie aŜ odrzuca. A moja mama 
wie, Ŝe ja za grochówką przepadam. Więc się przelękła, Ŝe moŜe jaki azjatycki 

Strona 90

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

wirus albo co.  I  wszystko by poszło gładko, bo mama juŜ termometru szukała. 
Tylko ten zdrajca Kostek wpakował mnie. Siedział w pokoju i wszystko słyszał. 
Wyszedł i mówi:
pokaŜ no najpierw świadectwo, a potem będziemy badać chorobę". Widzisz, to 
jest brat...
__ A Stefek zawsze mówi, Ŝe chciałby mieć brata — odezwała
się Lucynka. —. Cicho, nie wtrącaj się — ofuknął ją Stefan. — No i co?
—  I wydało się. I przez cały miesiąc do kina ani kroku. To jest Ŝycie Wiktora 
Kijanki...
—  Iii, tylko tyle? — zdziwił się Stefan.
—. Tylko! A grochówka to pies? Nie spróbowałem nawet. Honor mi nie pozwalał. 
Kostek zjadł cały boczek. Podły, Ŝeby choć skwarkę na jutro zostawił. Jutro 
bym zjadł. Ale gdzie tam. Jeszcze mi powiedział, Ŝe się do mnie weźmie. Z nóg 
mnie to ścięło. Dopiero wiadomość o Sewerku podniosła mnie trochę.
Nastąpiła chwila ciszy przerywanej westchnieniami.
—  A na tę zabawę to juŜ trudno, nie pójdę.
—  Ja teŜ nie pójdę — stwierdza Stefan.
—  Tobie łatwiej, bo i tak tańczyć nie umiesz — mówi Wiktor.
—  Kto? Stefan nie umie? — podskakuje na krześle Lucynka. — Jeszcze jak! Co 
wieczór tańczył i z mamą, i ze mną. Tańczy jak nie wiem co!
Stefan jest zły, bo znowu się zaczerwienił. Zaczyna o czym innym:
—  A o Sewerku wiesz na pewno?
—  Na pewno. Ale teraz widzę, Ŝe próŜna była moja radość. Twój ojciec ma 
rację: w szkole nie ma co myśleć o jakiejś zmianie na lepsze.  Ucz się! Ucz 
się! Znikąd jasnego promyka ani Ŝadnej takiej, jak to się mówi, jutrzenki...
Wiktor ma całkiem smętną minę. Mówi przez niego Ŝal po grochówce z boczkiem.
Stefana przebudził jakiś brzęk. MoŜe coś w kuchni spadło, bo świeci się tam 
jeszcze i słychać przyciszone głosy rodziców:
—  ...nie skłamał — mówi ojciec.
—  Jeszcze  by  miał kłamać! — unosi się matka. — Nie ma Przykładu w domu? Czy 
ty kiedy kłamiesz?
—  To nie  o to... Mówię ci: widzę, Ŝe chłopak ma charakter.
Rozmowa milknie.
Stefan cichutko przewraca się na drugi bok. Zasypia.
Na kaŜdej klatce schodowej tuŜ przy wejściu jest Ŝelazna wycieraczka. Ale czy 
to wszyscy o niej pamiętają? Stefan sam nie raz, nie dwa przypomni sobie o 
niej dopiero przed własnymi drzwiami. Wyciera wtedy buciki o słomiankę i z 
tej, i z tamtej strony. Ogląda nawet podeszwy, bo mama strasznie się gniewa na 
mokre ślady na podłodze. Ma rację: froterowanie podłóg to cięŜka robota. Całe 
szczęście, Ŝe na trzecie piętro błota czy kurzu przynosi się juŜ niewiele. 
Najgorzej jest na parterze. Kiedy na dworze pada śnieg, to aŜ do pierwszego 
piętra schody są mokre, jakby tam kto chlusnął wiadrem wody.
No i proszę: właśnie dziś na tym rozpapranym śniegu, zaraz na pierwszych 
trzech schodkach, Alina skręciła nogę. Dobrze jeszcze, Ŝe jej nie złamała, Ŝe 
nie wybiła zębów, bo upadła na twarz, całą brodę ma odrapaną. Ledwo się 
dowlokła na drugie piętro, skakała na zdrowej nodze, opierając się o poręcz. 
Bolało ją okropnie, o mało nie zemdlała w drzwiach swojego mieszkania. LeŜy 
teraz, a noga spuchnięta jak bania.
Wszystko to opowiadała pani Brodzka, która przyszła do Stefana z prośbą, aby 
pobiegł po koleŜankę Aliny.
—  To niedaleko, na Rzgowskiej, Alinka mówiła, Ŝe ty wiesz gdzie, bo tej 
koleŜanki brat to twój kolega i przychodzi tu czasem do ciebie, tak?
—  Niedźwiedzki? — zapytał zaskoczony Stefan. — Czy to do Niedźwiedzkich mam 
iść, do ElŜbiety?
—  Tak, tak, do ElŜbiety. — Pani Brodzka zwróciła się teraz do mamy Stefka: — 
Niech mu pani pozwoli iść. Poszłabym sama, ale w domu nikogo nie ma, a tu 
sobota, klientki przychodzą po robotę. Alina do drzwi nie wstanie, mowy nie ma.
—  A czy ta noga nie złamana? — zaniepokoiła się pani śóraw-cowa.
—  Nie. Był doktor, ten z pierwszej klatki. Powiedział, Ŝe nie wygląda  na  
złamanie;   kazał  potem  dla  pewności  prześwietlić,
teraz to jakby tylko naciągnięte ścięgna. Okłady robię. JuŜ mi od godziny 
spokoju nie daje: „Niech mamusia idzie! Niech mamusia poprosi! Stefan nie 
odmówi." I tak co minuta. Więc przyszłam.

Strona 91

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

__, Niech Stefek idzie — powiedziała mama bez entuzjazmu. —
Niech idzie, jeŜeli potrzeba. A nie moŜna tego do jutra odłoŜyć? PrzecieŜ 
niedziela.
—. To samo mówiłam Alinie. To samo. Ale jutro w ich szkole jest zabawa. Alinka 
tam miała coś przygotować i dlatego trzeba dziś zawiadomić. I bluzeczkę jej 
taką zręczną uszyłam. Cudzą robotę odłoŜyłam, w nocy nie dospałam. I co z 
tego. Jakby kto za okno wyrzucił. Ja to juŜ mam los! — załamała ręce pani 
Brodzka i widać było, Ŝe dopiero teraz zacznie się opowiadanie na dobre.-
Pani śórawcowa znała te bóle na pamięć. Współczuła sąsiadce, Ŝyczyła jej 
dobrze, ale jeszcze tyle roboty czekało na jej ręce! Więc zapytała szybko:
—  A te okłady jak często pani robi?
—  Matko Boska! — złapała się za głowę pani Brodzka. — Ja tu zagadałam  się,  
a tam właśnie  trzeba  zmienić!  Do widzenia pani! Stefku, dziękuję ci. Niech 
ta ElŜbieta zaraz przyjdzie.
Pani Brodzkiej juŜ nie było. Stefan spojrzał na mamę. W sza- . rych, jasnych 
jak swoje oczach dojrzał wesołe iskierki. Uśmiechnął się i  on.  Nie  
zamienili słowa,  a  zrozumieli się  doskonale. Kropkę nad „i" postawiła 
stojąca przez cały czas w przedpokoju Lucynka.
—  Pani  Brodzka  wdała  się  w  córkę.  Alina  teŜ  tak  prędko mówi, prawda 
mamusiu?
—  Nie. To Alina wdała się w matkę — poprawiła pani śórawcowa. — Ale czy ty 
wszystkiego zawsze musisz wysłuchać! Idź do swoich lalek.
Stefan juŜ kładł ciepłą kurtkę. Wyjątkowo chętnie wypełniał prośbę sąsiadki.
—¦ Zaczekaj. Wyniesiesz i popiół! I weź klucze do piwnicy. Wiadro zostaw na 
dole, wracając przyniesiesz węgla. Po co po próŜnicy ganiać po schodach.
Stefan patrzył, jak mama zgrabnie i ostroŜnie wybiera popióJ z popielnika w 
kuchni. W ciszy mieszkania dobiegał wyraźnie głos Lucynki:
— ...i moja pani, co to się nie dzieje na tym świecie: pogotowie zajeŜdŜa, a 
tu nogi połamane, zęby wybite... doktor kaŜe kogel--mogel dawać co pół 
godziny, moŜe wyzdrowieje. A pan młody łzami się zalewa, a ślubna suknia przez 
okno wyrzucona... Ja mam los, mówię pani...
Stefan usta ręką zatkał. Krztusił się śmiechem. Mama pchnęła drzwi, Ŝeby w 
pokoju nie było słychać.
—' Skąd ona ten ślub wzięła? — szepnęła rozbawiona. — Aha, dziś przez radio 
coś takiego było.
W skrytce leŜała kartka. Stefan juŜ sięgnął po nią, kiedy usłyszał kroki. 
Zasunął szybko cegłę i schował się za drzwiami swojej piwnicy! Światło tu 
ciągle było zepsute. Nie wiedział, kto idzie. Jednego był tylko pewny: nie 
Alina.
Błysnęło oko maleńkiej latarki. JuŜ ją znał. Ale kto był właścicielem?
Usłyszał głosy tak blisko, Ŝe aŜ przytaił oddech.
—  Jest?
—  Jest. Eee... nie... to nasza — odburknął czyjś głos.
—  Nie wzięła?
—  Jeszcze nie wzięła.
—  Co będzie?
—  Nie bój się. Weźmie i wszystko załatwi. On wie, czym ją straszyć.
—  No, chyba nie zrobiłby tego?
—  Pewnie.  Głupi, Ŝeby przez nią wpaść? Ale straszyć musi.
—  Wiejmy, jeszcze nas tu nakryją.
Postacie oddaliły się. Kroki ucichły. Teraz Stefek wyjął kartkę. Tekst był 
dłuŜszy, odczytał go jednak bez większego trudu: „Na strychu w piachu. Jutro 
20 podasz jak zawsze. Klucz u prof-Daj znak." Zamiast podpisu była zielona 
pieczęć i dwa słowa. „Szkielet i kapelusz."
W piwnicy na pewno nie było ciepło, przecieŜ to był luty i termometr pokazywał 
kilka stopni mrozu. A Stefan, machinalnie sięgnąwszy do czoła, otarł grube 
krople potu.
Zorientował się od razu, Ŝe chodzi tu o ukradzioną „szarotkę". Na strychu w 
kącie leŜała rzeczywiście spora kupka Ŝółtego piachu. Komu by na myśl przyszło 
szukać w niej czegokolwiek? Klucze od pralni i strychu były u Pagaczów, 
naprzeciwko śóraw-ców. Stefek widział dozorcę niosącego dziś do nich te 
klucze. Ale kim byli złodzieje?
Kimkolwiek byli — Stefek wiedział jedno: Nie moŜna dopuścić, aby „szarotka" ze 

Strona 92

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

strychu trafiła w ich ręce. Jak to zrobić? Powiedzieć ojcu? „Nie wiadomo, o 
której dziś wrócę" — zapowiedział. Czekać do jutra? A kiedy ojciec zacznie 
wypytywać? Stefek będzie musiał powiedzieć wszystko: i o Alinie, i o bandzie w 
parku, i Ŝe wtedy on teŜ tam był.
Ojciec da znać milicji, narobi się hałasu. Alina się zatnie — ona to potrafi — 
nie powie nic. A złodzieje mogą się spostrzec. Nikt im niczego nie dowiedzie. 
A na pewno będą się mścić. Takie łobuzy przed niczym się nie cofną...
Co robić? Co robić? O BoŜe, jak to źle, kiedy nie ma się z kim naradzić!...
Stefan juŜ naciska dzwonek u drzwi Niedźwiedzkich. Otwiera mu sublokatorka. 
Nie odpowiadając na jego ukłon, nie czekając na słowa, rzuca opryskliwie:
—  Bartka nie ma! — i chce mu zatrzasnąć drzwi przed nosem. Stefan stoi na 
samym progu. Nie daje się zepchnąć.
—¦ Proszę pani, ja do ElŜbietki — mówi z prośbą w głosie.
—  Do ElŜbietki? — sublokatorka nie wiadomo czemu dziwi się w nadzwyczajny 
sposób. Powtarza: — Do ElŜbietki? Ty?
Ale juŜ z głębi mieszkania nadbiegła ElŜbietka. Jest dzisiaj jakaś inna: bez 
szkolnego fartuszka, w kraciastej spódniczce i czerwonym sweterku. Stefek nie 
widzi szczegółów, tylko ta cała inność onieśmiela go trochę. Na schodach 
przyszedł mu do głowy pewien pomysł. ElŜbiecie — dobrej znajomej, powierzyłby 
od razu własną tajemnicę. ElŜbieta — obca, wystrojona panienka - - nie budzi 
zaufania. Więc trochę mętnie powtarza prośbę
Aliny, bezładnie opisuje wypadek na schodach. Ona jednak orientuje się w lot. 
Biegnie zawiadomić matkę. Pani Niedźwiedzka wychodzi do Stefka. Zapytuje o 
Alinę. Prosi o odprowadzenie córki do domu. Stefan teraz odpowiada 
przytomniej, juŜ ochłonął. Wychodzą razem.
ElŜbieta w swoim granatowym paltku z popielatym kołnierzem, w berecie 
nasuniętym prosto nad czołem — jest znowu kimś dobrze znajomym. Jeszcze na 
schodach przy oknie pierwszego piętra Stefan zatrzymuje się.
_ — Słuchaj, ElŜbieta, chcę ci coś powiedzieć, ale przysięgnij się, Ŝe nikomu...
—¦ Nie, Stefku — zatrzymuje się trochę zdziwiona ElŜbieta — bez przysięgania 
nikomu nie powiem.
To siostra Bartka: spokojna, rozwaŜna, taka nie wypaple.
Stefan jednym tchem mówi o kradzieŜy u inŜyniera, o tym, jak niechcący, 
przypadkiem dowiedział się, gdzie się radio znajduje. Co ona zrobiłaby na jego 
miejscu? — Chyba poszłabym do właściciela radia i powiedziałabym mu, gdzie ono 
jest — zastanawia się ElŜbietka.
—  Nie. Ja tak nie mogę zrobić. PrzecieŜ mnie zapytają, skąd wiem. A ja nie 
powiem.
ElŜbieta patrzy na Stefka uwaŜnie, długo...
—  A... ty znasz tego, co ukradł?
—  Nie. Nie widziałem go na oczy — szybko tłumaczy Stefek. — Słyszałem. 
Rozumiesz? Ja go tylko niechcący... podsłuchałem.
—  Aha. JeŜeli nie chcesz mówić o okolicznościach, w jakich się dowiedziałeś, 
to rzeczywiście kłopot... mogą ciebie posądzić.
—  No właśnie. Dopiero by się narobiło! Nie, ja najpierw sam wszystkiego 
dojdę. A teraz tylko, Ŝeby oni radia nie chapnęli... Ale ty — Stefan nagle 
ostro zwraca się do ElŜbiety — ty chyba wierzysz, Ŝe to nie ja?
—  Wierzę — mówi po prostu ElŜbieta i widać, Ŝe mówi to szczerze.
—  No więc jak z tego wybrnąć? Zawiadomić, a nie pokazać się? Pocztą? Za 
długo...
—¦ Zaraz, a czy ten inŜynier ma telefon? — pyta ElŜbieta.
—  Ma, ma, to świetny pomysł! — zapala się Stefan i nagle znowu przygasa. — A 
skąd zatelefonować? Wszędzie ktoś słucha, będzie pytać...
—  Skąd? Z budki telefonicznej.
Szybkim, bardzo szybkim krokiem kierują się do budki telefonicznej na plac 
Niepodległości. ElŜbieta znajduje numer, bierze do ręki słuchawkę, nakręca. 
Jej głosu nikt nie zna.
—¦ Czy to pan inŜynier? Pana „szarotka" jest na strychu schowana w piachu, w 
samym kącie. Proszę ją stamtąd szybko zabrać... Nie, nie mogę powiedzieć. 
Dowiedziałam się przypadkiem od kogoś, kto chce złodziejom przeszkodzić.
Prawie biegną przez park do Bednarskiej. Nie mówią do siebie nic. Stefan jest 
bardzo zadowolony z własnego pomysłu i z pomysłu ElŜbiety. Mądra dziewczyna!...
ROZDZIAŁ  23.

Strona 93

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

PAMIĘTNIK STEFANA. STEFEK U ALINY.
CO WYPADŁO Z PUDEŁKA? GDZIE PODZIAŁ SIĘ FRANEK? KTO MA CIELĘCE OCZY?
Pamiętnik   Stefana
ElŜbietka poszła do Brodzkich, a ja z tego wszystkiego o węglu zapomniałem i 
wróciłem sprzed naszych drzwi. Spieszyłem się, jak tylko mogłem, bo cały czas 
myślałem, co powiem mamie, kiedy zapyta, gdzie tak długo byłem.
A do tego jak na złość nasza kłódka się zacięła i nie mogłem przekręcić w niej 
klucza. Wreszcie otworzyłem piwnicę, piorunem nałoŜyłem węgla i juŜ miałem 
wychodzić, kiedy usłyszałem kroki, więc zgasiłem latarkę i przyczaiłem się.
Pomyślałevi, Ŝe to znowu ci sami idą zobaczyć, czy kartka leŜy. No, teraz juŜ 
będą pewni, Ŝe ją Alina wzięła. A tymczasem słyszę, idzie- jedna osoba i tak 
jakoś powoli, niepewnie, latarką świeci na wszystkie strony, jakby czegoś 
szukała, ale idzie wprost
w nasz koniec. Kiedy podeszła juŜ do naszej piwnicy, o mało nie krzyknąłem. Bo 
to była ElŜbieta! Skamieniałem po prostu. W głowie nie mogłem sobie pomieścić: 
nasza piwnica i ElŜbieta! Podeszła do cegieł i zdjęła tę środkową.
Zrozumiałem wtedy, Ŝe przysłała ją Alina. To tak wyglądała „pilna sprawa na 
jutrzejszy bal". Alina nie mogła sama zejść do skrytki, więc posłała koleŜankę 
po kartkę!
CzyŜby ElŜbieta wiedziała o zielonej pieczęci? Czy moŜe dopiero teraz Alina 
powiedziała jej coś o tym? Nie mogłem sobie na to pytanie odpowiedzieć i w 
ogóle zbaraniałem zupełnie. A ona świeciła i świeciła w tę skrytkę, ale to 
rzeczywiście nic nie pomagało. Więc zasunęła w końcu cegłę na swoje miejsce i 
wyszła z piwnicy. Odczekałem trochę, Ŝeby się z nią na schodach nie spotkać, i 
pognałem na górę. No, myślę sobie, teraz będzie bura. Ale nie było Ŝadnej 
bury. Ledwo zastukałem, a juŜ Lucynka wpadła na mnie z krzykiem, Ŝe radio 
inŜyniera znalazło się, Ŝe było schowane na strychu w piachu, Ŝe klucze od 
strychu były u Pagaczów, a przedtem u Roświatyńskich i Ŝe w ogóle złodzieje na 
pewno po dachu chodzą. AŜ mamusia kazała jej przestać pleść, ale widać było, 
Ŝe mamusia teŜ się tym przejęła. Ciągle spoglądała na zegar, a jak mamusia na 
zegar często spogląda, to znaczy, Ŝe nie moŜe doczekać się, kiedy przyjdzie 
ojciec.
Więc skorzystałem z tego zamieszania i mówię, Ŝe ElŜbieta do Aliny przyszła, a 
pani Niedźwiedzka prosiła mnie, Ŝebym ją do domu z powrotem odprowadził, bo 
będzie niespokojna. Mama kiwnęła głową, ale Lucynce nie podobało się, Ŝe ja 
nic o tym radiu nie mówię. „Takie rzeczy się tu dzieją, a on nic, tylko 
odprowadza i przyprowadza jakieś dziewczyny". Chciałem jej powiedzieć, Ŝe 
ElŜbietka to nie „jakaś dziewczyna", ale właśnie zastukała.
Była jakaś wystraszona i przypomniałem sobie, jak Bartek wyśmiewał się kiedyś 
z siostry, Ŝe boi się ciemnego pokoju. A tu musiała zejść do ciemnej, obcej 
piwnicy. Chciałem juŜ jej powiedzieć, Ŝe jest odwaŜna, ale coś mnie 
wstrzymało. I dobrze. Poszliśmy. Idziemy, idziemy, ona nic nie mówi i ja nic 
nie mówię. JuŜ prawie dochodziliśmy do Rzgowskiej, kiedy powiedziała:
Stefek... wiesz... dobrze, Ŝe ze mną idziesz." „Bo co?" — mówię.
Tak... jakoś... ciemno na tej Bednarskiej. Bałabym się sama." E, chyba 
tchórzem nie jesteś?" „Jestem, Stefku, jestem. I w ogóle... Wiesz..." ,Nic nie 
wiem, jakie «w ogóle»? Alina ci coś powiedziała?" ,Tak...  nie.  Nie, nic 
zupełnie.  To przez to radio tak mi się wydaje. Dziwne rzeczy u was się 
dzieją." „Jakie rzeczy? — pytam. — Radio to jest jedna rzecz." „Tak. Masz 
rację. Ja tylko tak powiedziałam. Nic przecieŜ nie wiem. Nic nie rozumiem."
„Powiedz, czego nie rozumiesz, moŜe ja ci pomogę." „Nie, nie.  Nie mogę.  
Właśnie tobie — nie. Tak mi przykro. Naprawdę. Jedno tylko ci powiem: z Aliną 
jest źle. Musimy coś zrobić. Ja pomyślę. Naradzimy się razem. Ale najpierw 
pomyślę sama. Dziękuję ci. Dobranoc." I juŜ jej nie było.
Bądź tu mądry. Dlaczego mi nie powiedziała, czego chciała od niej Alina? Czy 
to moŜe takie dziewczyńskie zwyczaje? Chciałem się obrazić, ale moŜe nie 
warto? Bo jednak zapowiedziała, Ŝe naradzimy się razem. Tylko ona musi 
najpierw pomyśleć. Zupełnie, jakbym ja tego nie umiał. Dziwne te dziewczyny. 
Myślałem, Ŝe ElŜbieta jest podobniejsza do mnie. ChociaŜ z tym telefonem 
rzeczywiście świetnie wyszło. Wpierw na ten pomysł wpadła niŜ ja. Bo ja chyba 
teŜ bym takie wyjście znalazł. Tylko Ŝe się zanadto przejąłem. Szkoda.
Matka Aliny znowu któregoś dnia zastukała do śórawców. Prosiła, Ŝeby Stefek 
zajrzał w wolnej chwili do Aliny. Nudzi jej się tak leŜeć. A z nogą źle. Nawet 

Strona 94

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

bardzo źle. Coś się przyplątało. AŜ się wierzyć nie chce, bo Alinka zawsze 
była taka zdrowa. A teraz doktor mówi, Ŝe trzeba wielkiego zachodu, Ŝeby nie 
kulała. Pani Brodzka myśleć o tym nie moŜe. Doktorzy to tylko straszą. A do 
szpitala Alinki nie da. Co w domu, to w domu. Stefan słuchał i teŜ nie wierzył 
własnym uszom.
—  Alina? Kulawa?
—  Ciii... Stefku, tylko przy niej ani mrumru. Ona nic nie wie.
Doktor do niej zupełnie inaczej mówi. Pociesza, Ŝe juŜ niedługo. śeby 
wytrzymała. Ale biedactwo tak się nudzi. Denerwuje się, płacze. Ja mam los, 
mówię pani!
Stefan dalej nie słuchał. Wziął klucz od zatrzasku z rąk pani Brodzkiej i 
zbiegł z piętra.
Alina wcale nie wyglądała na biedactwo. Uczesana, wymyta, 
leŜała~z~uttieruehomioną nogą, co wyglądało nawet trochę zabawnie.
Uśmiechnęła się do Stefana.
—  Oj,  Stefek, gałgan  z ciebie.  Wiesz, Ŝe ja nogę skręciłam, i ani 
zajrzysz. Takiś sąsiad. Jak ty miałeś grypę, to ja zawsze twoją mamę pytałam, 
czy czego nie potrzeba.
—  Tak? — Stefan dowiadywał się o tym  dopiero teraz. — Ja teŜ zajrzałbym, ale 
myślałem, Ŝe moŜe sobie nie Ŝyczysz.
—¦ Tere-fere. Nie wykręcaj się. A ja dla ciebie mam znaczek. Siadaj.
Stefan przysiadł na brzegu krzesła. Alina miała jakąś ciotkę w Stanach 
Zjednoczonych. Ile razy przychodził stamtąd list, starannie odklejała znaczki 
i darowywała je Stefkowi. Tak się jednak jakoś składało, Ŝe zawsze przy tym 
prosiła o jakąś przysługę. Więc i teraz Stefek czekał na ciąg dalszy, szukając 
oczami na stole i szafce, obok łóŜka, zapowiedzianego znaczka.
—  Nie, nie — domyśliła się Alina — schowałam go do szuflady w  biurku.  
Otwórz tę prawą górną i wyjmij  takie  zielonkawe pudełko. LeŜy na samym 
wierzchu.
Stefan niechętnie wykonał polecenie. Wyjął pudełko i rozumiejąc, Ŝe znaczek 
leŜy w nim na samym wierzchu, juŜ chciał je otworzyć.
—  Nie  otwieraj! — wrzasnęła  Alina  dzikim głosem.  — Nie to pudełko!
Stefan aŜ się przestraszył tego krzyku i wykrzywionej złością twarzy Aliny. 
Pierwszy raz widział ją w takim gniewie. To pewnie wszystko z tej choroby.
—  Nie krzycz, nie ruszę twojego pudełka. Ale po co mówisz zielonkawe?
—  Bo zielonkawe to nie zielone — burknęła Alina. — Zielonkawe jest tam obok. 
Niebieskozielonkawe w złote Ŝyłki.
—  Trzeba było od razu mówić, Ŝe w złote Ŝyłki.
Stefan podał Alinie  Ŝądane pudełko. Znaczka w nim jednak
nie było.
—  Podaj mi tamto pudełko, ale nie otwieraj — komenderowała Alina — i nie 
patrz, bo ja mam tu swoje sekrety.
Stefan odwrócił się, dotknięty do Ŝywego. O, nie przyjdzie tu prędko. CóŜ ona 
sobie myśli? Jak go traktuje? -Nagle Alina kichnęła bardzo mocno. Zaskoczony 
Stefan odwrócił się mimo woli i zobaczył wywrócone gwałtownym ruchem pudełko. 
Rozsypaną na kołdrze jego zawartością były szpulki nici, guziki, ścinki 
wstąŜek i agrafki. Jakaś broszka stoczyła się na podłogę. Stefan schylił się, 
aby ją podnieść, ale zdąŜył jeszcze spostrzec przedmiot, który 'Alina szybko 
wrzuciła do pudełka i zaczęła go zasypywać guzikami i szpulkami.
Znaczek znalazł się wreszcie.
Stefan, oszołomiony dokonanym przed chwilą odkryciem, robił wszystko, Ŝeby 
tylko nie dać nic po sobie poznać. Zadowolony był z trajkotania Aliny, która 
chcąc zatrzeć swoje poprzednie niepiękne zachowanie, opowiadała jeszcze 
szybciej i jeszcze barwniej niŜ zwykle o ciotce, o jej liście i o zapowiedzi 
paczki z prawdziwymi nylonami.
—  Nylony! Prawdziwe nylony! Mamusia powiedziała, Ŝe będą tylko dla mnie, 
rozumiesz! I jak tylko wstanę, to je załoŜę i pójdę na spacer.
Stefka ogarnęła nagła litość. Jak ta Alina się cieszy z głupich pończoch, a 
nie wiadomo, na jakie nogi je naciągnie i czy się będzie spieszyć wtedy na 
spacer?
Alinka musiała zauwaŜyć coś w jego oczach, bo powiedziała:
—  No tak, patrzysz na mnie z politowaniem, bo wy,, chłopcy, zielonego pojęcia 
nie macie, co to jest prawdziwa elegancja.

Strona 95

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Nie bój się, mamy. Ta prawdziwa elegancja to: trach i oko leci! Trach i 
drugie oko leci! Mamusia teŜ ma nylony na święto. I muszę zawsze z kaŜdym 
okiem latać do reperacji.

Stefan juŜ ochłonął i mógł przytomnie przyjrzeć się znaczkowi. Wydął wargi.
—  Taki juŜ mam. Nawet, zdaje się, dwa.
—  Masz? — Alina była ogromnie zawiedziona. — A ja myślałam... a ja 
myślałam... Ŝe nie masz.
Stefan patrzył na nią trochę drwiąco.
—  Mów prędko, o co chodzi. Tak jakbym nie miał.
Wcale  nie speszyła  się tak  wyraźnym ustawieniem sytuacji.
—  Widzisz, Stefku — zaczęła — mnie się tak nudzi. śeby mi kto ksiąŜki z 
biblioteki przynosił...
—  PrzecieŜ ty nie lubisz czytać!
—  Teraz lubię.  Do południa czytam sama. Wieczorami tatuś zawsze siądzie  
przy mnie i czyta albo radia słuchamy razem. Wiesz, tatuś teraz tak o mnie 
dba. AŜ się czasem dziwię, taki dobry. O co poproszę, zaraz jest.
—  No, więc dobrze.  Będę ci ksiąŜki przynosić,  tylko musisz mi powiedzieć, 
jakie. Bo dziewczyny to o Indianach — nie, o wynalazkach — nie, o podróŜach do 
dzikich krajów — nie, a jakaś tam „Ania z psiej górki" to jest tylko jedna.
Stefek celowo zmienił tytuł. Myślał, Ŝe Alina się roześmieje. Nawet nie 
zauwaŜyła Ŝartu.
—  Nie. Nie. Ciebie nie będę tym obarczać. Ty masz i tak duŜo roboty. Nie 
widziałeś Franka?
—  Nie. O, juŜ parę dni go nie widziałem.
—  No, właśnie. I tu się nie pokazuje. A lubił przecieŜ wpaść to po to, to po 
tamto. Zawsze mu pomogłam.
Alina nie patrzy w oczy Stefkowi, który juŜ się domyślił, po co jej potrzebny 
Franek.
—  Mój Stefku, ja cię proszę, moŜe ty, moŜe Lucynka do niego skoczy,  Ŝeby tu  
zaraz  przyszedł.  Bo  musi  mi  jedną  rzecz  załatwić. Mój drogi, nie 
poŜałujesz, juŜ ja dla ciebie o znaczkach nie zapomnę.
— Przestań — obruszył się Stefan. — Czy ja taki jestem, Ŝe bez znaczka to ani 
rusz? A moŜe ElŜbietkę zawiadomić? Chcesz?
—  Nie, ElŜbietę nie — zaprzeczyła szybko Alina. — ElŜbieta
jest zupełnie dziwna koleŜanka. Wtedy, kiedy po nią pobiegłeś, to wpadła jak 
po ogień.
—  No, nie przesadzaj, wcale nie jak po ogień.
—  Co ty tam wiesz.
—  Wiem, bo ją odprowadzałem.
—  Ty?  Odprowadzałeś ElŜbietkę? — Alina aŜ głowę uniosła z poduszki.
—  CóŜ to dziwnego?
—  Ale jak to było? Czekałeś na nią pod drzwiami?
—  Jeszcze  czego!  Wyszła  od  ciebie,   zastukała   do  nas  i  zeszliśmy 
razem.
—  I zeszliście razem! I co?
—¦ Teraz widzę, Ŝe potłukłaś sobie i głowę. Trudno. Więc odprowadziłem ją pod 
samą bramę.
—  Co za galant! — drwiła zła czegoś Alina. — Istny narzeczony!
—  No, no, tylko bez narzeczonych! — warknął groźnie  Stefan. — ElŜbieta jest 
naprawdę mądra dziewczyna. Przekonałem się. Z nią moŜna by się kolegować jak z 
chłopakiem.
—  Patrzcie no, ludzie, co za komplementy! — wykrzykiwała drwiąco Alina i 
nagle ściszyła głos. — Ale chyba koleŜanka o koledze nie powinna tak mówić, 
jak ona o tobie?
—  Jak?
—  No, Ŝe ty... no... e, nie, nie będę tego powtarzać, po co? — wykręcała się 
nieszczerze Alina. Ale Stefan juŜ połknął haczyk.
—  Albo mówisz, albo nie. Cześć pracy i załatwiaj sobie wszystko, jak chcesz. 
— Podniósł się z miejsca.
—  Powiedziała... powiedziała... ale słuchaj, Stefku, Ŝebyś nie narobił 
plotek. Powiedziała o tobie, Ŝe masz... no, Ŝe masz takie cielęce oczy.
—  Ja? Cielęce oczy? — Stefan odwrócił się w stronę duŜego, krawieckiego 

Strona 96

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

lustra i patrząc na swoje odbicie o niezbyt inteligentnym w tej chwili wyrazie 
twarzy, Ŝądał jeszcze wyjaśnień. — Co to znaczy?
—  Bo ja wiem? Cielęce to cielęce, i juŜ.
—  A kiedyś, pamiętasz, mówiła ci, Ŝe mnie podziwia.

—  Kiedyś, kiedyś. Kiedy to było? Dziwię się, Ŝe ci to nie wywietrzało, 
ElŜbieta się na tym w ogóle nie rozumie. Wicek kiedyś powiedział mi, Ŝe ty 
masz takie dumne czoło i szlachetny zarys głowy. On się na tym zna. Ile on juŜ 
fotografii robił! O moim nosie mówi, Ŝe jest prawie grecki. Widzisz? — Alina 
odwróciła twarz profilem.
Stefan patrzył, ale nie widział. Przystał na wszystko, co chciała. Obiecał, Ŝe 
jej napisze wypracowanie. Bo to na kwartalny stopień i Alina nie chce stracić 
tych kilku tygodni. Wszystkie piśmienne odrabia i posyła do szkoły. Zawsze tu 
któraś z koleŜanek wpada i zabiera. Ustaliły dyŜury. Obiecał teŜ, Ŝe skoczy do 
Franka Gawrońskiego z sąsiedniej klatki.
Skoczył. Otworzyła mu drzwi jakaś młoda pani w spodniach. Stefek myślał, Ŝe 
pomylił piętra. U Gawrońskich nigdy takiej nie było. Na wszelki wypadek zapytał:
—  Przepraszam, czy tu mieszka Franek Gawroński?
—  Mieszkał. Mieszkał do niedawna. W zeszłym tygodniu państwo Gawrońscy 
wyprowadzili się do Białegostoku.
Na Stefku nie zrobiło to większego wraŜenia, ale Alina zbladła, kiedy jej o 
tym powiedział.
—  Teraz to juŜ naprawdę rozpacz — rozłoŜyła ręce — głową o ścianę tłuc.
—  Szkoda ściany — mruknął Stefek i, nie zastanawiając się nad powodem jej  
zmartwienia,  wrócił  do  domu.  Miał  o czym myśleć na cały wieczór. I na 
dłuŜej jeszcze.
Siedział nad ksiąŜką, oparty łokciami na stole. Ojciec  czytał  gazetę.  Nie  
przeszkadzał  Stefkowi,  myśląc,  Ŝe się uczy. JakŜe tu jednak moŜna się było 
uczyć!
—  Tatuś, co to znaczy „cielęce oczy"?
—  Przeczytaj całe zdanie, to ci wytłumaczę.
—  Nie, to nie z ksiąŜki, tylko tak gdzieś czytałem, Ŝe rycerz miał cielęce 
oczy.
—  Rycerz? Nie mogę sobie wyobrazić. Bo to pewnie znaczy to samo, co: patrzy 
jak cielę na malowane wrota — tak głupio, bezmyślnie. Rozumiesz?
Stefek rozumie bardzo dobrze.
Więc ElŜbieta uwaŜa go za głupiego i bezmyślnego. Jemu tego nie  powiedziała,  
naturalnie.   Tylko  Alina  była  godna  usłyszeć
o  takim odkryciu.  Ta papla. Bóg wie, ilu juŜ osobom udzieliła tej cennej 
wiadomości. MoŜe się z niego za oczami śmieją?
I jaka ta ElŜbieta fałszywa! Jak mu szczerze doradzała! Jak go zapewniała, Ŝe 
razem się naradzą. Razem! O, nic z tego. Koniec i kropka, i cześć pracy! 
Stefan pokaŜe, co sam potrafi zrobić. Sam jeden bez niczyjej mądrej pomocy. 
ElŜbieta wie figę z makiem i nic ponadto nie wymyśli.
To on, Stefan, zna szyfr, to on wie, Ŝe kartki podkładane są zawsze w sobotę. 
To on widział dzisiaj, jak z zielonego pudełka wypadła   mała   pieczątka   
z   widzianym   kilkakrotnie   znakiem.
i  tylko on wie, co teraz naleŜy zrobić.
Wstaje od stołu. Z podniesioną głową wychodzi do przedpokoju, gdzie między 
drzwiami i piecem wisi długie, wąskie, jedyne w domu lustro. Marszczy brwi, 
przygląda się uwaŜnie swojej twarzy. Nie ma cielęcych oczu! Kiedy spotka 
ElŜbietę, to tylko obrzuci ją od stóp do głów „twardym spojrzeniem". Tak 
właśnie: „twardym i posępnym", nie Ŝadnym cielęcym. I nawet się nie ukłoni. A 
moŜe się ukłonić? W czapce zupełnie prawie nie widać, jak dumny i szlachetny 
jest zarys jego głowy. Niech tam. Ukłoni się. Ale to jedyne ustępstwo.
ROZDZIAŁ 24.
NIEOCZEKIWANE SPOTKANIE. GAZETY TRZEBA CZYTAĆ. PAMIĘTNIK STEFANA.
Stefan wmawiał w siebie, Ŝe to, co usłyszał od Aliny, wcale go nie obchodzi. 
Niestety, było inaczej. Zawód, jaki go spotkał, bolał bardzo. PrzecieŜ 
sprawiła go ElŜbietka, którą uwaŜał za „dziewczynę w dechę", z którą parę razy 
rozmawiał tak, jak jeszcze z Ŝadnym z przyjaciół. Wydawała się godna 
największego zaufania. Ona jednak usłyszała od Stefka, Ŝe jego największym
marzeniem jest... motocykl. Nie wiedział o tym ani Bartek, ani Wiktor, sam 

Strona 97

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Stefan był zaskoczony, Ŝe się wygadał.
To było niedawno. ElŜbieta powiedziała mu w największym sekrecie:
— Muszę tak pięknie grać, Ŝeby moje nazwisko było drukowane duŜymi literami na 
afiszach jak Czerny-Stefańskiej albo Bacewiczówny.
Pytała się, czy Stefek to rozumie, on, który chyba teŜ marzy o sławie? Więc 
Stefan szczerze, z głębi serca powiedział całą prawdę. Pisze pamiętnik, tak, 
ale wcale nie dlatego, Ŝeby się wprawiać w pisanie ksiąŜek. Wtedy przed 
wakacjami po prostu nałgał, bo mu było wstyd, Ŝe to przez ortografię. Teraz, 
rzeczywiście, błędów robi mniej — pan kierownik co do tej rady miał rację! Ale 
Ŝeby ksiąŜki? Sławę? To nie dla Stefka. To trzeba by umieć bujać, zmyślać 
róŜne rzeczy, z palca wysysać, tak jak to potrafi Wiktor. On, Stefan, marzy o 
jednej wielkiej rzeczy: o własnym motocyklu. śeby to nie był motocykl ojca 
albo jakiś taki szkolny czy harcerski, tylko absolutnie Stefkowy. Tak, 
całkowicie i absolutnie.
—¦ Dlaczego? — dziwiła się ElŜbieta. — PrzecieŜ chodzi ci tylko o to, Ŝeby na 
nim jeździć?
—  A właśnie Ŝe nie tylko jeździć. Pierwszą rzeczą, którą bym zrobił ze swoim 
własnym motocyklem, to byłoby rozłoŜenie go na drobne części, do ostatniej 
śrubki! No, bo czyŜ moŜna dobrze prowadzić motocykl, jeŜeli się go nie zna?
—  A gdybyś go potem nie złoŜył? — przestraszyła się ElŜbietka.
—  JuŜ  ja bym go  złoŜył.  Nie  ma obawy,  złoŜyłbym go — zapewnił  Stefan.  
— PrzecieŜ  się  przy tym  uwaŜa,  myśli  się. KaŜdy drobiazg pasuje tylko do 
jednej, tej, a nie innej rzeczy — to widać. Nic zbujanego tam nie ma.
ElŜbietka słuchała uwaŜnie i przyjemnie było z nią mówić o swoich projektach. 
Widać było, Ŝe rozumie człowieka. Jeszcze wtedy powiedziała mu:
—  Ty jesteś rzeczowy. Lubisz, Ŝeby śrubki były dopasowane. Chyba jesteś 
podobny do Misia? On teŜ lubi być dokładny, tylko usposobienia macie inne. Miś 
jest powolniejszy...
Stefan doskonale pamięta tę rozmowę. Takie sprawy z głowy nie wylatują i miło 
sobie o nich przypomnieć w ostatniej chwili przed zaśnięciem.
A kilka dni temu, chyba w zeszłym tygodniu, umówili się na odrabianie lekcji u 
Bartka. Wiktor nie mógł zrozumieć jakiegoś zadania i Bartek tłumaczył mu na 
próŜno. Dopiero Stefan naprowadził go pytaniami na rozwiązanie. Wiktor aŜ w 
czoło się stuknął, takie to było jasne. Nie wiedzieli wcale, Ŝe pan 
Nie-dźwiedzki siedzi w sąsiednim pokoju. A on stanął na progu i powiedział do 
Stefka: „Masz zdolności do logicznego myślenia". Na drugi dzień Bartek przy 
jakiejś okazji wspomniał, Ŝe jego siostra uwaŜa Stefka za inteligentnego 
chłopaka. Stefan niby nie zwrócił na to uwagi, ale słyszał, oho, dobrze 
słyszał! Więc jak to jest: „inteligentny chłopak" czy „cielęce oczy"? Jedno 
wynika z tego: ElŜbieta jest przewrotna i fałszywa. A fałszywi ludzie są 
najgorsi na świecie. Mama często tak mówi.
Stefan stoi przed oknem, za którym nic nie widać, bo jest juŜ szósta godzina. 
Nie chce o tym wszystkim myśleć, ale jak tu nie myśleć, kiedy nie moŜna po 
Wiktorowemu powiedzieć: „I koniec. I kropka." Tylko trzeba pokazać tej całej 
ElŜbiecie. Trzeba przekonać   tę   całą   ElŜbietę,   co on potrafi...
I na samą myśl o zemście Stefan mówi do siebie:
— Ale będziesz miała minę!
Nieobecnej ElŜbietce Stefek potrafił rzucać cięte, zjadliwe, pełne druzgocącej 
ironii uwagi. Ale spotkania Ŝ nią unikał. RóŜnymi sposobami wykręcał się od 
bywania u Bartka.
I teraz właśnie opiera się gwałtownym namowom Wiktora, aby skoczyć do 
Niedźwiedzkich.
—  Tylko na dziesięć minut!
—  Aha! na dziesięć minut — powtarza Stefan bez entuzjazmu — wiem coś o tym. A 
lekcje?
. — Czy ja się przesłyszałam? Mówiłeś mamusi niedawno, Ŝe lekcje masz 
odrobione — wtrąciła Lucynka, która czeka na przyjście koleŜanki i widzi 
osobisty interes w nieobecności brata.
Stefan rzuca jej wściekłe spojrzenie, ale Wiktor podchwytuje:
—  A co, moŜe ty nie chcesz iść do Bartka? Pogniewaliście się?
—  On się pewnie  z ElŜbietą pogniewał —  demaskuje  brata Lucynka. — JuŜ jej 
teraz nie odprowadza.
Stefan robi się purpurowy. Niech tylko będzie okazja. Lucyna popamięta. 

Strona 98

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Tymczasem na pełne domyślności spojrzenie odpowiada:
—  Miałbym się z kim gniewać! Co ona mnie obchodzi? Rzępoli na tych skrzypcach 
i rzępoli, aŜ uszy bolą słuchać.
—  Dziś jej nie będzie — zapewnia Wiktor. — No, chodź prędzej.  A  jak nie, 
to  poŜałujesz.  Mam taki świetny  pomysł,  Ŝe wszystkim oko zbieleje. 
Zobaczysz, rower murowany.
Stefanowi brak wykrętów. Pomysł dotyczący roweru zaintrygował go i jeśli 
ElŜbiety w domu nie będzie...
Na dworze jest wściekła wichura ze śniegiem. AŜ dech zapiera. Odwracając się 
do niej plecami, nastawiają kołnierze, naciskają głęboko czapki. Trudno iść 
pod wiatr pchający całą siłą do tyłu, chlapiący duŜymi płatkami śniegu w oczy 
i w usta. Jak to dobrze, Ŝe droga niedaleka.
Na klatce schodowej u Bartka otrząsają się z grubych poduszek śniegu, jakie 
zdąŜyły się usadowić na ich piersiach, ramionach, czapkach. Twarze mają 
rozpalone ostrym wiatrem i mokre od tających na poczekaniu płatków śnieŜycy.
Nagle ze schodów ktoś szybko zbiega. Stefan, który pomimo zapewnień Wiktora 
cały czas odczuwa lekki niepokój, poznaje od razu ElŜbietę. Schyla się i 
bardzo troskliwie otrzepuje rękawicą buciki. Wiktor bez ceremonii woła:
—  ElŜbieta, serwus, Bartek w domu?
—  Dobry wieczór — odpowiada niepewnie ElŜbieta. — A, io Wiktor? — dodaje 
raźniejszym głosem. — Miś w domu. Dobrze, Ŝe przyszedłeś, bo go coś napadło i 
wszystkim przeszkadza. A kto z tobą?
W mdłym świetle oszczędnościowej Ŝarówki trudno poznać schylonego nad bucikami 
Stefka. ElŜbietka raptem zmienia ton i rzuca ozięble:
—  Ale ja się śpieszę. Do widzenia,  Wiktor.
—  Gdzie  ona poleciała?  śe teŜ  jej  się  chce  na  taką  pogodę nos z domu 
wystawiać — dziwi się Wiktor.
—  A tobie się chce? — rzuca opryskliwie Stefan. — Mówiłeś, Ŝe jej w domu nie 
będzie.
—. Według ciebie ona jest teraz w domu? — zapytuje zjadliwie Wiktor i nagle 
teŜ się denerwuje: — Co ty wyprawiasz z tymi butami, pogubiłeś je?
—  Nie pogubiłem — podnosi głowę Stefan — ale zabłociłem. Mam   wejść   i   
narobić   śladów,   Ŝeby   mnie   pani   Niedźwiedzka zwymyślała?
—  To na słomiance wytrzyj, o, tak jak ja. — I Wiktor wyciera buty   kolejno   
na   wszystkich   słomiankach,   koło   których   przechodzą.
Genialny   pomysł   wymagał   przede   wszystkim   wielkiej   tajemnicy.
—  Gdyby wiadomość o tym, co ja wam tu za chwilę powiem, wydostała się poza te 
cztery ściany — mówił Wiktor tajemniczym szeptem, rzucając niespokojne 
spojrzenia na wszystkie strony — to moŜemy się od razu poŜegnać z rowerami.
—  Z rowerami? — zawołali jednocześnie Bartek i Stefan.
—  Ciszej! Bartek, zamknij drzwi i zobacz, czy nikt nie podsłuchuje.
—  Kto by tu miał podsłuchiwać? — wzruszył ramionami Bartek, ale drzwi od 
przedpokoju zamknął.
—  Więc   słuchajcie,   a  ty,   Bartek,   dobrze   uwaŜaj,   bo  zaraz musisz 
to zapisać w STO na moje konto.  I Ŝebyście wiedzieli, Ŝe gdybym ja był 
sobkiem, a nie takim szlachetnym kolegą, jak jestem, to poszedłbym sam, i 
koniec, i kropka. Piechur ze mnie dobry. Buty mam mocne...
—  To po te rowery trzeba tak daleko iść? — zaniepokoił się Bartek.
—  JeŜeli daleko, to moje buty nie bardzo się nadają — dodał Stefan.
—  Jeszcze nie wiadomo. MoŜe daleko, moŜe nie bardzo daleko.
Wszystko będzie zaleŜało od szczęścia.
—  A  więc  loteria?  To  ja  od  razu wysiadam —  powiedział Bartek. — Nigdy 
jeszcze nic nie wygrałem.
¦— Oj, niedobrze — zmartwił się Wiktor — Ŝebyś całej sprawy nie zapeszył.
—  Ja teŜ na Ŝadną loterię pieniędzy nie dam — oświadczył stanowczo Stefan.
—  Uspokójcie się.  To nie loteria.  To całkiem prosty sposób. Słuchajcie:   
dzisiaj   porządkowałem  swoją  szufladę  i  w  chwili kiedy  wyjmowałem  z   
jej   dna  starą  gazetę,   los  się   do  mnie uśmiechnął.
—  Siedział pod tą gazetą? — nie mógł się powstrzymać Stefan.
—  Nie Ŝartuj. Prasę trzeba szanować. Patrzcie, co w niej znalazłem.
Wiktor wyjął notes, a z notesu starannie złoŜony wycinek gazety. Tytuł 
brzmiał: Dzielni chłopcy, którzy zapobiegli katastrofie, otrzymali nagrody.
—  I jakie nagrody! — wykrzyknął Wiktor klepiąc na przemian Bartka i Stefana 

Strona 99

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

po plecach. — Rowery! Buty! Ciepłe kurtki! Pilotki! Kompasy! I ksiąŜeczki PKO! 
I w Warszawie byli, i z ministrem rozmawiali! No co? śle wymyśliłem?
Stefan i Bartek patrzyli na Wiktorową uciechę nic nie rozumiejąc. Stefan 
przysunął się szybko i połoŜył mu rękę na czole. Wiktor Ŝachnął się.
—  Jeszcze nie rozumiecie?
—  Ani w ząb — powiedział szczerze Bartek.
—  O,  BoŜe — westchnął tragicznie Wiktor. — Dlaczego nie dałeś moim kolegom 
równie lotnych umysłów jak mój! Nie widzicie tu czarno na białym: „Chłopcy 
paśli krowy niedaleko torów..."
—  Widzimy. No i co z tego?
—  A to, Ŝe my tak jak oni...
—  PrzecieŜ my krów nie mamy...
—¦ Nie przerywaj, Stefan. Krów nie mamy, chociaŜ ty byś się na boŜą krówkę 
nadawał, ale moŜemy teŜ iść torami i teŜ
znaleźć takie pęknięcie na szynach, i teŜ uratować pociąg, i potem fiu! prosto 
do samego ministra.
Stefan i Bartek, zaskoczeni, patrzyli na Wiktora wytrzeszczonymi oczami. Brał 
to za najwyŜszy stopień podziwu dla własnego geniuszu.
—  A co? Zamurowało was? Co? Główka pracuje, co? I w gazecie by nas opisali.  
Sewerysio zzieleniałby. I sfotografowaliby nas z ministrem. Ja pośrodku, 
minister po prawej, waŜne osoby zawsze po prawej, po lewej zawiadowca stacji, 
bo o zawiadowcy stacji teŜ tam jest, a wy dwaj nisko, przed nami, na dywanie. 
O, u ministra to dywan na pewno na całe ministerstwo. I minister ścisnąłby mi  
rękę,  wam teŜ,  i  podziękowałby  nam w imieniu całego  ministerstwa,   a   
ja   odpowiedziałbym:   „Panie   ministrze, moŜe pan na mnie liczyć. Ile 
razy..."
—¦ ...wyczytam ze starej gazety — podszepnął Stefek.
—  ...wyczytam ze starej... — powtórzył Wiktor, spostrzegł się i rozgniewał 
okropnie. — E, z wami to w ogóle szkoda gadać. Ja jak do kolegów z takim 
pomysłem, a wy sobie Ŝarty stroicie. Nie to nie. Sam pójdę.
—  Nie złość się — uspokajał Bartek. — Pomysł moŜe i niezły. Ale to mało 
prawdopodobne. Co ty myślisz, takie wypadki często się zdarzają?
—  Wcale tak nie myślę. Gdyby się często zdarzały, to ministrowi zabrakłoby 
rowerów,  wiesz?  Właśnie Ŝe rzadko, to dla nas lepiej. I mówię ci, Bartek, 
dla Stefka to chichy-śmichy, ale my chodźmy.  I  dopiero kiedy wrócimy z 
rowerami...  a moŜe jeszcze coś więcej dostaniemy, bo tamte chłopaki 
niechcący, a my specjalnie polecimy, to nasza zasługa większa...
—  Nie. Mniejsza — stwierdził krótko Bartek.
—  Jak to?
—  My polecimy, bo chcemy mieć rowery. Oni nic nie wiedzieli o nagrodach.
—  O rany? A skąd my wiemy? Z gazety. A jak ci się zdaje, po co w gazecie 
takie rzeczy drukują? Stefan, powiedz.
—  A bo ja wiem? Nie o to chodzi. U ministra ja powiedziałbym...
—¦ JuŜ ja cię widzę, jak ty z ministrem rozmawiasz. Stękałbyś, czerwieniłbyś 
się, jeszcze gorzej niŜ z ElŜbietą.
Stefan rzucił się na Wiktora z pięściami. Bartek wpadł między nich. Zaczepili 
i ściągnęli serwetę ze stołu. Zbiła się porcelanowa popielniczka.
Po wyładowaniu energii i złości rozpatrzyli pomysł Wiktora spokojnie. 
Postanowili spróbować. Ostatecznie, niewielkie ryzyko, a jakaś szansa jest. 
Tak jak w loterii, nawet lepiej, bo na loterię trzeba wydać pieniądze, a tu — 
nie.
— Co prawda niewielkie koszty będą. Trzeba tramwajem do Widzewa pojechać. Ze 
stacji Łódź Fabryczna do Widzewa iść nie warto. Tak blisko miasta szyny są na 
pewno często przeglądane. Jeszcze by mogli zapłacić karę za chodzenie po torach.
Od Widzewa będą lecieli swobodnie. Wybiorą się w najbliŜszą niedzielę. Zbiórka 
na placu Niepodległości o godzinie dziesiątej. Rodzicom nic nie mówić.
Nie wyszli od Bartka, dopóki pomysł Wiktora nie został wpisany do kroniki STO. 
Albo się uda, albo nie, ale Wiktor Ŝyczył sobie wyraźnie, Ŝeby w kronice STO 
widać było jego uspołecznienie i „wkład w pracę organizacji". Bartek ruszał 
ramionami, unosił brwi, ale w końcu wpisał.
Pamiętnik   Stefana
Poniedziałek. Dzisiaj dopiero nóg, jak to się mówi, nie czuję. Z gimnastyki 
musiałem się zwolnić i do domu ledwo się dowlokłem. Bartek i Wiktor teŜ ledwo 

Strona 100

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

łaŜą, a do tego Bartek wpadł na geografii. Wszystko przez Wiktora, bo Bartek 
miał sobie wczoraj przygotować dzisiejszą lekcję, ale. kiedy wrócił z tej 
wycieczki, to mu się tak chciało spać, Ŝe zaraz się połoŜył i obudził dopiero 
o dziewiątej, więc tylko przegryzł coś niecoś i znowu się połoŜył.
Ale ja miałem satysfakcją, bo Wiktor „spuchł" pierwszy. Dobrze mu tak.
Zaraz za Widzewem weszliśmy na tory i pokłóciliśmy się. Wiktor chciał nami 
komenderować, a mnie to się nie podobało. Bartkowi teŜ, chociaŜ nic nie mówił. 
Więc szedł lewym torem, a my we dwóch prawym. Leciał tak prędko, Ŝe ledwo za 
nim nadąŜaliśmy, bo trzeba było oglądać się od czasu do czasu, czy pociąg za 
nami nie jedzie. Za nami nie jechał, tylko tym torem, po którym szedł Wiktor, 
przeleciał pociąg z Warszawy do Łodzi. Kiedy przejechał, mówię do Wiktora:
,MoŜesz teraz iść razem z nami, bo jeŜeli po twoim torze przeszedł pociąg, to 
znaczy: wszystko w porządku."
)tA właśnie, Ŝe nic nie wiadomo — odpowiedział — bo mogło juŜ po przejściu 
pociągu coś pęknąć pod wpływem tego... róŜnych warunków atmosferycznych."
I poleciał znowu przodem. Idziemy i idziemy. Szyny całe. Podkłady całe. W 
Andrzejowie na zegarze juŜ było po dwunastej, w Justynowie pół do drugiej. 
Jeść się nam chciało, ale tylko Bartek miał dwie kanapki z serem. Dla psa mucha.
W Gałkówku ja juŜ byłem strasznie zły. AŜ Wiktor kupił za swoje pieniądze 
irysów. Częstował i ciągle powtarzał:
„Nie upadajcie na duchu, bo kto upadnie, to zęby wybije i na przyjęciu u 
ministra nie będzie."
„Na jakim znowu przyjęciu? — mówię. — W gazecie nic o tym nie było."
Ale Wiktor zawsze na wszystko ma odpowiedź.
„No to co, Ŝe nie było? Jakby tak wszystko szczegółowo chcieli opisać, to na 
inne waŜne wiadomości zabrakłoby miejsc. JuŜ ty się, Stefan, nie bój — powiada 
Wiktor. — Zaraz po tej fotografii minister poprosi nas do drugiego pokoju, a 
tam na stole wszystko: jak u prawdziwego ministra. A do tego od komunikacji. 
Komu nie przywiozą, to nie przywiozą, ale jemu kolejarze wszystko, a wszystko 
najpierw! Przekonacie się. Tylko przez drzwi nie pchajcie się, pierwszy 
minister, to juŜ musowo. A przy stole zjemy, owszem, róŜności, to i tamto, ale 
na przykład pomarańczy do kieszeni nie brać, broń BoŜe. Bartek, jak nie 
wierzysz, zapytaj się swojej mamy. Cukierków ani czekolady teŜ nie. Po co? 
Minister sam nam da. Czy on nie rozumie się na takich rzeczach?
Czy on nie miał kiedyś tyle lat, co my?"
„Wiktor, czy ciebie szczęki nie bolą?" — zapytał Bartek.
„Szczęki? Nie... Ale, chłopaki, jak mnie się jeść chce! To przez tego 
ministra! Wstąpmy na stację, chwilę odpoczniemy."
To był Gałkówek. Zegar wskazywał piętnaście minut po drugiej. W bufecie były 
jajka na twardo i bułki. Kupiliśmy po jednej. Bardzo smaczne w tym Gałkówku 
bułki. Suche, wczorajsze, a tak mi smakowały jak z masłem. Wiktor zjadł swoją 
naj-pierwszy i znowu zaczął o tym, jak to trzeba u ministra i Ŝebyśmy tylko 
uwaŜali na niego, to wszystko będzie dobrze.
Wreszcie zaproponował, Ŝebyśmy zjedli jeszcze po jednej bułce.
„Nie — powiedział Bartek i widziałem po jego minią, Ŝe był zły — starczy mi 
tylko na bilety."
„Na bilety? Dokąd?"
„Do Łodzi. Ja dalej nie idę. U nas juŜ obiad jedzą.. Głupi pomysł."
„Ja teŜ dalej nie idę — mówię — moje buty ledwie zipią."
Wiktor zaklinał nas na wszystko, Ŝebyśmy poszli jeszcze chociaŜ kawałek, Ŝe 
moŜe juŜ zaraz za Gałkówkiem...
Ale właśnie przez stację przeleciały mijając się dwa pośpieszne pociągi. Tylko 
mignęły na torach. Popatrzyliśmy za nimi chwilę i wróciliśmy do poczekalni. 
Wiktor juŜ nic nie mówił. Patrzył na bufet i ciągle na to miejsce, gdzie za 
szybą leŜały bułki. Bart-kowi przy kasie zabrakło pięćdziesięciu groszy. 
Przetrząsnęliśmy kieszenie. Ja znalazłem trzy dziesięciogroszówki, Wiktor 
dwadzieścia groszy.
Widziałem, jak Bartek odetchnął z ulgą. Wiktor teŜ westchnął, ale inaczej, i 
odwrócił się plecami do bufetu.
W przedziale siedzieliśmy sami. Nikt nic nie mówił. KaŜdy widocznie   myślał   
o   swoim.   Przysiągłbym,   Ŝe   Wiktor   marzył
o przyjęciu u ministra, bo kilka razy przełykał ślinę.
Ja myślałem o fotografii. Taka fotografia z ministrem to nie byle co. Ciekawe, 

Strona 101

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

co powiedziałaby patrząc na nią ElŜbietka? Kazałbym jej (przez Bartka) dobrze 
przyjrzeć się moim oczom.
i  porównać z cielakiem. Ba! Ale skąd wziąć cielaka? DojeŜdŜaliśmy juŜ do 
Łodzi, więc zaproponowałem, Ŝebyśmy
tei wyprawie n*c nikomu nie opowiadali. Chodziło mi o to, aby Bartek nie 
wygadał się w domu przy ElŜbiecie. Wyśmiałaby nas
na pewno.
To moŜna ładnie opowiedzieć — zaczął spokojnie Bartek, a widząc, jak Wiktor 
nadstawił uszu, zaczął: — Były trzy darda-nelskie osły..."
Chłopaki! —¦ zerwał się z ławki Wiktor. — Mam genialny
pomysł!"
Ale Bartek podsunął -mu pod nos swoją pięść z takim spojrzeniem, Ŝe Wiktor 
czym prędzej usiadł z powrotem. A szkoda. Ja teŜ stłukłbym go z przyjemnością.
ROZDZIAŁ  25.
INTRYGI ALINY. ZNOWU KARTKA W SCHOWKU. TRZEBA ZACZĄĆ DZIAŁAĆ. RĘKA — ALE JAKA!
Pogoda była prawdziwie marcowa.
Rankiem padał jeszcze śnieg. Grube płatki wirowały za oknami klasy, siadały na 
parapetach, na gałęziach topoli, ale ich puszysta biel trwała krótko, topniały 
przyczyniając na ulicy rzadkiego błota. Przed wieczorem zaczął siąpić deszcz, 
rysując szyby mizernymi struŜkami.
Dzień był juŜ o wiele dłuŜszy. Stefan, wysłany do sklepu po cukier, zdziwił 
się, Ŝe o tej porze jest tak widno. Wybiegł bez czapki i przez chwilę nie 
wiedział, jak się zachować, zobaczywszy idącą naprzeciw ElŜbietkę 
Niedźwiedzką. Ona równieŜ musiała go spostrzec, ale głowę trzymała lekko 
odwróconą i patrzyła gdzieś ponad jego ramieniem.
— Dobry wieczór — powiedział Stefek niegłośno.
ElŜbietka kiwnęła głową, przechodząc obok niego. Minęli się tak szybko, Ŝe 
nawet nie słyszał, czy odpowiedziała na jego pozdrowienie. MoŜe nie 
odpowiedziała wcale? To tylko zdąŜył zauwaŜyć, Ŝe usta miała zaciśnięte w 
linijkę, a wyraz twarzy jakiś nienaturalny, obcy. I dlaczego nie spojrzała mu 
wprost w oczy?
„Wstydzi się — stwierdził Stefan z satysfakcją. — Na pewno się wstydzi. 
PrzecieŜ ja teŜ, kiedy coś zmajstruję, to ani mamie, ani ojcu wolę w oczy nie 
patrzeć. Ona widocznie tak samo. Sumienie ją gryzie. Dawniej uśmiechała się z 
daleka. A dobrze jej tak! Niech się trochę pomęczy."
Biegł do spółdzielni jak na skrzydłach, ale juŜ w powrotnej drodze ogarnęło go 
współczucie. IleŜ to razy dręczyły go wyrzuty sumienia! Jak cięŜko wtedy 
człowiekowi, jak trudno pierwszemu przemówić! Tak się coś w środku zatnie jak 
zepsuta kłódka: kluczyk raczej się ukręci, niŜ otworzy. To Stefan miał po 
matce. Ojciec był zupełnie inny. W nieporozumieniach szedł zawsze prostą 
drogą, umiał ten „kluczyk" jakoś mimochodem delikatnie przekręcić i od razu 
robiło się lŜej. Nawet mama, chociaŜ widać było, Ŝe się opierała, musiała się 
uśmiechnąć: „kłódka" była otwarta. Mówiło się potem, przewaŜnie w nieobecności 
ojca, Ŝe umie postępować z ludźmi, Ŝe taki jest mądry i delikatny. I mama, 
chociaŜ sama pod tym względem inna, szczyciła się takimi umiejętnościami męŜa, 
mówiąc: „To prawdziwy męŜczyzna."
Dochodząc do klatki schodowej, Stefan pomyślał, Ŝe on teŜ powinien juŜ 
postępować jak prawdziwy męŜczyzna. Za kilka tygodni rozpocznie czternasty 
rok, a takie lata to juŜ — oho!
Przez chwilę usiłował sobie przypomnieć, kto w dziejach ludzkości zasłynął 
mając tyle właśnie lat co i on, ale daremnie: przecieŜ historia zawsze była 
jego słabą stroną.
„Mniejsza o to. JeŜeli ona wstydzi się swoich słów... jeŜeli tak bardzo się 
wstydzi, Ŝe aŜ nie śmie oczu na mnie podnieść, to niech tam! Nie będę jej tego 
pamiętać."
Wchodził po schodkach wolno, coraz wolniej. MoŜe znowu spotka ElŜbietkę? 
Zagadnie ją o byle co. Choćby o niedzielną „zgaduj-zgadulę", na którą zaprosił 
go Bartek. Zapyta, czy ona zaprasza koleŜanki. Ot, o co niebądź, aby tylko dać 
dowód, Ŝe wcale nie czuje się dotknięty.
Ale ElŜbiety juŜ nie spotkał. Stał długo pod własnymi drzwiami. Nasłuchiwał, 
czy u Brodzkich nie skrzypną drzwi. Cisza.
Po kolacji nie wytrzymał. Pod pierwszym lepszym pozorem skoczył do Aliny.
nego.

Strona 102

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

__ Wiesz, Alina — zaczął prosto z mostu — widziałem dzisiaj
ElŜbietę.
_ Tak? — Alina zdziwiła się, jakby to było coś nadzwyczaj-
— Gdzie?
- Kiedy szła tu do ciebie.  I wiesz, widziałem po jej minie, Ŝe jest jej 
strasznie przykro, Ŝe tak się o mnie wyraziła.
_- Phi! — prychnęła drwiąco Alina. — A to nowość. Fantazję masz 
rzeczywiście... bujną.
__. Nie Ŝadną fantazję, tylko widziałem naprawdę. Minę miała
taką, taką... jakby się jej na płacz zbierało. AŜ usta zagryzła z całej siły. 
Ja wiem. To pomaga. I patrzyła tak gdzieś w bok. Nieśmiało. śal mi się 
zrobiło. Co tam, mój tatuś mówi, Ŝe mądry pierwszy rękę wyciąga. Bartek mnie 
zaprosił na „zgaduj-zgadulę". Miałem nie iść, ale...
—  Idź, idź koniecznie — namawiała przesadnie Alina — przynajmniej ElŜbieta 
znowu ubawi się twoim kosztem.
—i Mo... moim kosztem? — powtórzył zająknąwszy się Stefan.
—  No, przecieŜ nie moim ani tych gości, którzy więcej mają w głowie niŜ ty. 
Jak to, juŜ nie pamiętasz? JuŜ zapomniałeś, Ŝe niczego   nie   potrafiłeś   
odgadnąć?   Niczego   wymyślić?   ElŜbieta z litości ci pomogła.
—  Nieprawda! — warknął Stefan.
—  Prawda, prawda — głos Aliny ociekał smutkiem. — Po co miałabym cię 
okłamywać? Znamy się tyle lat, mówię ci to tylko przez Ŝyczliwość, Ŝebyś 
wiedział. Na drugi dzień przez całą lekcję smarowała  w  brulionie twoje 
podobizny:  obfita czupryna,  a tu po bokach dwa piękne zakręcone rogi. O, tak 
— Alina zręcznie zatoczyła  kółka   na  własnych  skroniach,  a  widząc  
oniemiałego Stefana, wyjaśniła:
—  To znaczy, Ŝe jesteś „barania głowa", rozumiesz? Ba-ra-nia, bo nic nie 
wiesz. Rozumiesz?
Stefan siedział w dalszym ciągu bez słowa. Skamieniał od upokorzenia i aŜ 
zmienił się na twarzy. Szczęściem mała lampa stojąca na szafce zostawiała go w 
cieniu. Milczenie pozwalało Alinie sądzić, Ŝe słucha jej z uwagą, ciągnęła 
więc wartko:
—  Ja,   naturalnie,   tłumaczyłam   jej,   Ŝe   ty   naprawdę   jesteś
mądrzejszy, niŜ wyglądasz, ale ona — nie i nie. I zawsze o tym, Ŝe ty jesteś 
taki dzieciuch. O, nawet dzisiaj, posłuchaj, wiem przecieŜ, Ŝe ona ci się 
podoba, więc mówię: „ElŜbietko, jeszcze zobaczysz, Ŝe z niego jakiś sławny 
człowiek wyrośnie!" A ona tylko roześmiała się i powiedziała, Ŝe ty na pewno 
prochu nie wymyślisz, bo masz w głowie kółka, a to chyba znaczy... — Alina 
podniosła rękę do czoła, lecz Stefana juŜ w pokoju nie było. Krzyknął coś o 
kluczach zostawionych w piwnicy.
Zbiegł na dół. Zatrzymał go śnieg padający znowu grubymi płatami. Resztką 
przytomności pomyślał: „Zmoknę" — i cofnął się. Ktoś szedł. Stefan skoczył w 
korytarz do piwnic, stanął przy stercie cegieł, oparł się na niej łokciami, 
ścisnął głowę. Jak to dobrze, Ŝe tu było ciemno!...
Chciało mu się płakać. To, co dławiło krtań, to, co ściskało serce, było 
jednym wielkim uczuciem niezasłuŜonej krzywdy.
„To ja chciałem pierwszy do niej rękę wyciągnąć... To mnie było jej Ŝal, Ŝe 
taka zmartwiona... Jaka tam zmartwiona! Teraz widzę, Ŝe było zupełnie co 
innego: przeszła koło mnie jak koło powietrza. Nosa zadarła. Istna królewna! 
Myślałby kto! A ja chciałem pierwszy..."
Uczucie Ŝalu zmieniało się powoli w gorycz i niechęć. Wreszcie pod wpływem 
dzwoniących w uszach pewnych dosadnych wyraŜeń ogarnęła Stefana złość, a nawet 
wściekłość. „Cielęce oczy! Barania głowa! Prochu nie wymyśli!" — O, jeszcze 
się przekonasz... zobaczysz!...
Ręce Stefana opierały się o brzegi ułoŜonych cegieł. Bezmyślnie podniósł tę, 
która nakrywała schowek. Natrafił na zwitek papieru.
Oprzytomniał, jakby go chłodny wiatr owiał. Wsunął kartkę do kieszeni, połoŜył 
cegłę na miejsce i wybiegł z piwnicy. Długimi susami, otrzepując po drodze 
wiatrówkę z ceglanego pyłu — sadził do domu.
Kartka zapisana znanym szyfrem zawierała zdania:
„Długa choroba. śadnych wieści. Szukajcie sposobu."
U dołu znajdowała się wiadoma zielona pieczątka i słowa: „Karawan i garsonka."
Jak to dobrze, Ŝe Stefan odrobił lekcje zaraz po przyjściu do domu. Mógł teraz 

Strona 103

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

spokojnie zastanowić się nad wszystkim.
Zieloni", jak ich w myśli nazywał, podrzucali kartkę zawsze w Soboty. Dlatego 
w ubiegłą sobotę Alina posłała ElŜbietę do skrytki. Dziś był piątek. A więc ta 
kartka połoŜona była dla zielonych", Alina dawała im znać o sobie! Widocznie 
nic o jej nodze nie wiedzieli. Bo i skąd? Franka przecieŜ nie było. Stefan 
przypomniał sobie pieczątkę, jaka niechcący wypadła Alinie z pudełka na 
kołdrę. Teraz juŜ wiedział, Ŝe pieczątka potrzebna była do korespondencji. 
„Zieloni" pisali, Ŝądali pieniędzy i otrzymywali je prawdopodobnie tą samą 
drogą. A oprócz tego moŜe jeszcze jakieś wskazówki? W co ta Alina dała się 
wpakować! A teraz wciąga ElŜbietę!
Stefanowi zimno się robi na przypomnienie szefa i przysięgi. Rozsądek podsuwa 
mu pomysł, aby zaraz, natychmiast powiedzieć o wszystkim ojcu. Ojciec znajdzie 
radę. Zawiadomi milicję. Złapią tego z kurzajką, który przychodzi po kartki. 
Po nitce do kłębka. Powiedzieć?
Nie. Głos dotkniętej do Ŝywego ambicji zagłusza wszystko. „Sam wszystko 
zrobię, sam. Uratuję Alinę. Obronię przed «zie- . lonymi».  I ElŜbietę teŜ. A 
kiedy się dowie, kiedy przekona :— to  spali  się  ze  wstydu,  Ŝe  tak  
podle   ze   mną  postąpiła.   Tak podle!..."
I Stefka znowu ogarnia Ŝal.
„Widzisz, widzisz — powtarza bezgłośnie— myślałaś, Ŝe jesteś mądra, a ty. 
jesteś głupia, po prostu: strasznie głupia." W stwierdzeniu Stefka nie ma 
odrobiny złości. Raczej wyrzut. Długo nie mógł zasnąć. Kręcił się, przewracał 
z boku na bok, wzdychał cięŜko raz po raz. Zaniepokojona pani śórawcowa 
dwukrotnie wstawała, zapalała światło, przykładała synowi rękę do czoła i 
pytała daremnie: — Boli cię co? Co ci jest?
A Stefek po prostu obmyślał plan. Co zrobić najpierw, jak przyłapać 
„zielonych", jak zmusić ich do przyznania się? I najtrudniejsze: jak sobie 
poradzi? Sam jeden przeciwko bandzie. Bo wtajemniczyć kogokolwiek w tę sprawę 
— to znaczy podzielić
się laurami zwycięstwa, a tego Stefan nie chciał. PrzecieŜ głównym motywem 
przewijającym się jak refren w jego planie działania było: „I wtedy ElŜbieta 
zobaczy!"
W sobotę wyjął ze skrytki kartkę „zielonych". Grozili Alinie. Domagali się 
pięćdziesięciu złotych. Ostateczny termin stawiali na środę wieczór.
Postanowił odpisać zgodnie z ułoŜonym w nocy planem, odpisać — udając Alinę. Z 
kawałka linoleum wyciął zgrabną pieczątkę z literą N i czterema kropkami. 
Starą poduszkę do tuszu, która poniewierała się w walizce z rupieciami, 
nasycił zielonym atramentem. Pieczętowało się doskonale. Wypisał na kartce 
szyfrem:
„Ani grosza więcej i odczepcie się, bo będzie z wami źle."
PrzyłoŜył u spodu pieczątkę i wydął zarozumiale wargi.
— Mucha nie siada! — szepnął, chociaŜ w domu w niedzielne popołudnie nikogo 
nie było. Jednak po chwili wyraz pewności siebie ustąpił z jego twarzy.
Szyfr — w porządku. Pieczęć — w porządku. Ale gdzie hasło? PrzecieŜ po haśle 
zaraz poznają, Ŝe to wszystko podrobione! Trzeba odgadnąć hasło za wszelką cenę.
Szybko wypisać jedno po drugim hasła, jakie stawiali „zieloni".
Śmierć i peleryna.
Trumna i kalosze.
Szkielet i kapelusz.
Alina podpisała swoją kartkę:
Karawan i garsonka.
Aha i jeszcze to dzisiejsze: cmentarz i kamizelka. A więc po jednej stronie: 
śmierć, trumna, szkielet, karawan i cmentarz. Brrr! Same takie jakieś 
„pogrzebowe". Właśnie! A z drugiej — wyraźnie coś z konfekcji. Trzy wyrazy 
zaczynają się na „ka". MoŜe to umówione?
Stefan myśli i myśli. Cały koniec drewnianej obsadki pogryzł, ani o tym 
wiedząc. Wreszcie krzyknął, tak jak Archimedes w wannie: — Eureka! — i napisał 
z dwu stron pieczątki: „Grabarz i kapota."
Kartka   była   całkowicie   przygotowana.   ZłoŜył   ją   starannie
hował w kieszeń wiatrówki. NaleŜało wyczekać do środy. Stefan chciał widzieć z 
ukrycia, jakie wraŜenie zrobi treść listu na odbiorcach.
W ciągu trzech dni dzielących go od momentu zmierzenia sił był trochę 
nieprzytomny. Odrabiał lekcje, .odpowiadał przy tablicy brał niby udział we 

Strona 104

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

wszystkich zajęciach, a widać było, Ŝe stale myśli o czymś, co jest bardzo 
dalekie od szkolnej ławki.
Bartek i Wiktor obserwowali go lekko zdziwieni. Romek natomiast przestraszył 
się zobaczywszy niechcący kartkę wydartą z zeszytu, którą z góry do dołu 
Stefan swoim starannym od dłuŜszego czasu pismem zapełnił wyrazami: j,grabarz 
i kapota" — .trumna i kalosze". Romek nie był gadułą. Nie podzielił się tym 
spostrzeŜeniem z nikim, ale przyglądał się śórawcowi uwaŜnie i wolał nie 
przysuwać się do niego w ławce zbyt blisko. Od pamiętnego dyktanda, kiedy to 
Stefan łapał się za prawe, to znów za lewe ucho i śmiertelnie wystraszył Bogu 
ducha winnego kolegę, Romek utwierdził się w przekonaniu, Ŝe jego sąsiad z 
ławki „nigdy nie wiadomo z czym wyskoczy". A niedawna historia z efektownym 
hasłem na półrocze, w której udział śórawca nie dał się ukryć — wcale tej 
opinii nie zachwiała. Odwrotnie!
Stefan nie widział pytających spojrzeń przyjaciół, nie zauwaŜył niepokoju 
Romka. Myślami przebywał teraz prawie stale w piwnicy, przy skrytce. Liczył na 
przestrach „zielonych", skutkiem którego powinni machnąć ręką na Alinę i 
odczepić się naprawdę. A jeŜeli się nie przestraszą, jeŜeli dowiedzą się, Ŝe i 
ElŜbieta jest wciągnięta, jeśli zechcą mścić się w jakiś straszny sposób? 
PrzecieŜ to łobuzy najgorszego gatunku. *Na Stefanie cierpła skóra.
Zaprzątnięty takimi myślami, nie spostrzegł nawet, Ŝe Bartek nie poŜegnał się 
z nimi w zwykłym miejscu, Ŝe idą razem Bednarską i Ŝe stoją juŜ przed drzwiami 
prowadzącymi do mieszkania Kijanków.
— Chłopaki, ale jeŜeli Kostek jest, to pamiętajcie, ani pary! Bo wsypalibyście 
mnie i dopiero by mi się dostało. Uwaga! Otwieram!
Kostka nie było. Matki Wiktora teŜ nie zastali. Wiktor dla zabezpieczenia się 
przed niespodzianką, to znaczy przed nagłym nie przewidywanym o tej porze 
powrotem brata, zamknął drzwi na łańcuch. Kostek bowiem miał swój klucz. 
Wiktor przysunął do szafy duŜy taboret, a na nim ustawił mniejszy stołek.
— Trzymajcie! — zarządził i zręcznie wdrapał się na to rusz-towanie.
Sięgnął po stojącą na szafie walizkę i pieczołowicie podał ją Bartkowi. Ale 
czy to Stefan, zaintrygowany zawartością walizki nie dość mocno trzymał 
stołek, czy Wiktor, przejęty chęcią olśnienia przyjaciół niezwykłością 
ukrytego przedmiotu, zapomniał o ostroŜności — dość Ŝe w chwili podawania 
walizki chłopiec stracił równowagę i grzmotnął z rusztowania z hałasem tym 
większym, iŜ po drodze wytrącił walizkę z rąk Bartka.
—  O rany! Czy nie złamana? Czy tylko nie złamała się? — wrzeszczał Wiktor z 
najwyŜszą rozpaczą w głosie, podnosząc się szybko.
—  Ręka czy noga? — zapytał rzeczowo Bartek.
—  Ręka! Naturalnie, Ŝe ręka! — wołał Wiktor rozcierając jednocześnie 
stłuczone kolana i krzywiąc się niemiłosiernie.
—  Stań spokojnie, zobaczę — zaproponował Bartek, ale Wiktor oburącz zamachał 
niecierpliwie, odganiając się jak od muchy.
—• Nie moja! Tego tam! —¦ wskazał walizkę.
Stefkowi zrobiło się nieswojo. Bartek zbladł. Spojrzeli na siebie, potem na 
Wiktora. O kim on mówi? Kto moŜe być w walizce?
Wiktor juŜ stawiał walizkę na stole, juŜ ją otwierał z największą 
ostroŜnością. Na dnie leŜało coś długiego, zawiniętego w gazetę. Po chwili 
oczom Bartka i Stefka ukazała się rzeczywiście ręka, jakiej jeszcze nigdy nie 
widzieli: była to ręka szkieletu.
—  A co? — podskakiwał rad z wraŜenia Wiktor. — A co? Nieprawdziwa? MoŜe 
nieprawdziwa? Patrzcie, ile to kosteczek człowiek ma w napięstku, aŜ trudno 
policzyć!
—  Skąd... skąd ją masz? — wytchnął Bartek.
—  Kostka kolega z uniwersytetu przyniósł. W sekrecie poŜyczył tylko na kilka 
dni. Nie chcieli mnie tu wpuścić, ale ja usłyszałem, Ŝe coś na szafie kładą. 
Zajrzałem rano, jak tylko Kostek
szedł. TeŜ się przestraszyłem. To jest nie przestraszyłem, tyl-
tak jakoś... zadziwiłem się. Ale był przecieŜ biały dzień. Gdy-
bv tak w nocy, to na pewno przestr...  to znaczy, zadziwiłbym
sie więcej, a w dzień to od razu pomyślałem sobie, Ŝe trzeba
kolegom pokazać. Ale wam oko zbielało!
Bartek z wyrazem obrzydzenia na twarzy odwrócił się do okna. Stefan obejrzał 
rękę z bliska, dotknął posczepianych drucikami kości dłoni, aŜ zachrobotały 

Strona 105

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

sucho jak przesypywana fasola.
Patrzył to na rękę, to na Wiktora bez słowa.
Bartek poŜegnał się szybko. Nie mówił nic, ale po jego minie widać było, Ŝe 
pomysł Wiktora zapowiadający „coś nadzwyczajnego" wydaje mu się po prostu 
nieporozumieniem.
Wiktor był wyraźnie zawiedziony. Szukał rekompensaty w twarzy drugiego 
przyjaciela, ale i ten zachowywał się dziwnie. Z rękami w kieszeniach stał 
przed szafą, na której leŜała walizka, i kiwał się miarowo, ruchem wahadła 
przenosząc cięŜar ciała z jednej nogi na drugą.
Przygryziona mocno górna warga nadawała jego twarzy obcy wyraz, a patrzył na 
Wiktora, jakby go pierwszy raz widział.
—  Słuchaj, Wiktor...
—  No?
—  Słuchaj, jesteś mój przyjaciel?
—  A bo co się stało? — zapytał zaskoczony Wiktor.
—  Mów: jesteś czy nie jesteś?
—  Zwariowałeś? — Wiktor wzruszył ramionami.
—  To znaczy, Ŝe nie jesteś — westchnął Stefan — a wobec tego nie ma o czym 
gadać.
—  Jak to nie ma! — rozzłościł się Wiktor. — I co znaczy ta gimnastyka?   
„Przyjaciel,   przyjaciel"  —  przedrzeźniał  —  moŜe chcesz, Ŝebym ci tak, 
jak dziewczyny w albumie: „Zginęli Grecy, zginęli Rzymianie, a nasza przyjaźń 
na zawsze zostanie!" — wygłosił patetycznym tonem, z ręką na sercu.
Stefan zaprotestował.
—  Nie. Powiedz naprawdę.
—  Głupiś. Naprawdę to... sam wiesz. Co cię napadło?
—  A co byś zrobił, gdybym cię prosił o rękę?
—  Mnie o rękę? — Wiktor wybałuszył oczy.
—  Ciebie.  O  rękę — powtórzył  Stefan  i  zrobił głową ruch w kierunku 
walizki.
—  Aaa... o ten gnat? — zrozumiał wreszcie Wiktor i przestraszył się zaraz, aŜ 
ręce rozłoŜył. — Coś ty, Stefek, co ty myślisz, czy ty wiesz, co ja bym za to 
miał? Rany boskie! Lepiej od razu brać nogi za pas i uciekać, gdzie pieprz 
rośnie.
—  A co! Tak wygląda twoja przyjaźń?
•— Nie pleć, bo jak mnie zgniewasz, to poŜałujesz. Na co ci ten kościotrup?
—  Tego powiedzieć nie mogę — twardo oświadczył Stefan.
—  Aha. Tego nie moŜesz, ale Ŝeby mnie Kostek sprał, a mama dołoŜyła drugie 
tyle, to ci nie przeszkadza? To moŜesz?
—  Jestem związany... przysięgą — oświadczył Stefan, ściszając głos i unikając 
oczu przyjaciela.
—  Rany boskie! Przysięgą? — takie sprawy Wiktor rozumie w lot. — No, tak... 
jeŜeli przysięga... ale, chłopie, zastanów się, co ja mam powiedzieć, kiedy 
Kostek spyta mnie, gdzie się podziała ręka? Wyschła? Myszy ją zjadły? Gołąbek 
pokoju wpadł przez okno i wyniósł, Ŝeby postraszyć nią podŜegaczy wojennych? 
no? MówŜe!
—  Nie  wiem —  odpowiedział  na  pół  przytomnie  Stefan.  — Wiem tylko, Ŝe 
zdarzają się między prawdziwymi przyjaciółmi takie sprawy, kiedy jeden dla 
drugiego nawet krew daje sobie wytoczyć, nawet Ŝycie swoje poświęci, a tobie 
kawałka kości Ŝal...
Wiktor łatwo dał się ponieść dramatycznemu nastrojowi.
—  Krew! Naturalnie! śycie! Bierz od razu! Ale ty nie wiesz, co to jest 
starszy brat! A do tego taki jak Kostek! A jeszcze do spółki z mamą, bo mama, 
naturalnie, jak zawsze, przyzna mu rację. I musiałby na pewno tę kość odkupić. 
A gdzie?
—¦ Nie musiałby. Posłuchaj: mnie to jest potrzebne na jakieś dwie, trzy godziny.
Wiktor odetchnął i usiadł.
—  Kiedy?
—  Jutro wieczorem.
—  Aha. A jeŜeli rano Kostek  t o  zabierze na uniwerek?
__Trudno. To juŜ nie twoja wina.
_— A jeŜeli jutro wieczorem będą się   tego   uczyć?
,__E, moŜe nie będą...

Strona 106

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

__: Bo ty byś tak chciał? A jakŜe! Ty w ogóle w cuda wie-
rzySZ — Wiktor był wyraźnie zaniepokojony koniecznością nadstawienia własnej 
skóry, ale juŜ nie protestował tak gwałtownie.
.__ Wiktor — głos Stefana był miękki, proszący — tylko na
trzy godziny! A moŜe nawet krócej, odniosę ci to zaraz, jak tylko... będę 
mógł. Pomyśl, przecieŜ na pewno ty teŜ znajdziesz się kiedyś w takiej 
sytuacji... i wtedy ja tak samo...
—  Tak  samo?  —  obruszył  się  Wiktor,  wpatrzony  w  leŜącą na dnie walizki 
kość. — Ty,  Stefek, myślisz, Ŝe taki drobiazg moŜe  się  wszędzie  znaleźć?   
A  ja  ci  przysięgam,  no,  słyszysz? Przysięgam ci, Ŝe we wszystkich 
blokach, w całej naszej dzielnicy tylko u mnie, u Wiktora Kijanki, wiesz? A u 
ciebie na przykład...
—  ...znajdzie się jutro wieczorem. Przyniesiesz o godzinie piątej. Będę 
czekać przed naszą klatką. Odniosę koło godziny ósmej. i za darmo nie chcę: 
będziesz mógł mnie prosić o trzy rzeczy. Nie odmówię, Ŝeby nie wiem co.
Stefan rąbał zdanie po zdaniu w sposób pewny i zdecydowany. Wyglądał jak wódz, 
który przemyślał dokładnie plan bitwy i teraz wydaje kolejne rozkazy. Wiktor 
słuchał i patrzył na przyjaciela z upodobaniem. Chciał nawet wyrazić swój 
podziw, ale ostatnie zdanie zwróciło jego myśl w innym kierunku.
—  A klasówka z matmy kiedy?
—  W środę, dobra — zrozumiał od razu Stefan.
—  Ale ty nie myśl, Ŝe ja za to... — zastrzegł się Wiktor — jak przyjaźń, to 
przyjaźń. Wypchaj się swoimi trzema rzeczami. Klasówka  „w ramach pomocy 
koleŜeńskiej", rozumiesz? A Kostek niech mnie nawet ze skóry obedrze. Trudno. 
Zagłoba dla Woło-dyjowskiego teŜ wszystko by zrobił.
Wybrane i dokładnie przygotowane miejsce, drut i sznurek pozwoliły w kilka 
minut umocować „rękę" w taki sposób, aby za pociągnięciem sznurka podnosiła 
się i opuszczała. Przygoto-
wana kartka leŜała juŜ w skrytce. Kłódka była otwarta. Teraz naleŜało tylko 
wyczekać na odpowiednią porę, to znaczy zmierzch, i zaczaić się za 
przepierzeniem piwnicy.
Co powiedzą „zieloni" na list Aliny? Czy zostawią coś dla niej? Stefan,  
obawiając się,  aby go  matka nie nagnała  do jakiejś większej roboty, wolał 
do domu nie wracać. Stał przed sienią.
Myliłby się jednak ktoś, kto by sądził, Ŝe cały ten makabryczny pomysł 
wymierzony był przeciw „zielonym". Wcale nie o nich Stefanowi w tym wypadku 
chodziło. A o kogo? O ElŜbietę Niedź-wiedzką.
To przecieŜ ElŜbietka, wtajemniczona przez Alinę, miała dziś przyjść sprawdzić 
zawartość skrytki w cegłach. To ją właśnie nastraszy przygotowana instalacja. 
Nastraszy tak, aby juŜ nigdy nie chciała do tej piwnicy zajrzeć. Aby nie 
wpadła w sieci „zielonych".
Stefan juŜ teraz upajał się tryumfem na myśl, jak to kiedyś, kiedy ElŜbieta 
przekona się, co on, Stefan, jest wart, opowie jej, Ŝe i ten pomysł wyszedł z 
jego genialnej głowy.
—  Dobry wieczór, Stefku, czekasz na kogoś? MoŜe zajrzałbyś do  Alinki?   Tak  
się  nudzi  —  mówi  pani  Brodzka  wychodząc z klatki 
schodowej.                      „
Chłopiec  zaskoczony,  nawet  przestraszony  trochę,  kłania  się i wymawia od 
wizyty.
—  Nie, nie mogę, zaraz muszę lecieć do domu. Ale przecieŜ koleŜanki ją 
odwiedzają?
—  Nie.  Dziś  nikt  nie  przyjdzie.  Miała  wpaść  ElŜbietka,  ale właśnie 
telefonowała, Ŝe nie moŜe, bo matka...                                 ,
Stefan nawet nie słyszał reszty słów. Cały plan — na nic!... Okropnie 
zawiedziony, schodził do piwnicy z opuszczoną głową. Trzeba wszystko 
rozmontować i odnieść zaraz Wiktorowi, który czeka i pewnie o mało ze skóry 
nie wychodzi z niecierpliwości i 
strachu.                                                                        
               j
Kiedy zaczyna odkręcać druty, słyszy kroki na kamiennych schodach. Gasi 
latarkę. Ściska w ręku sznurek. NatęŜa słuch i wzrok.
Tak. To „zieloni", to ich latarka. Podchodzą do skrytki. Podnoszą cegłę. 
__Jest! — mówi cicho jeden.

Strona 107

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Mówiłem ci, Ŝe odpowie. Czytaj! — nakazuje drugi. „A-ni-gro-sza..." Co? Co? 
„Od-czep-cie się..."
—. To  nieprawda!  —  przerywa  drugi  głos.  —  Dawaj  mnie! A-ni-gro-sza 
wię-cej..."  „Odczep-cie się..."  No,  szef ją nauczy rozumu! —¦ E, szef ma 
inne kłopoty... Chyba będzie musiał wiać...
—  Co ty mówisz? A forsa?
—  Kazał, Ŝebyśmy sobie radzili sami. Liczyłem na tę pięćdziesiątkę. A tu — 
golizna.
Zaklęli brzydko. Drugi głos odezwał się wściekły:
—  Ja jej przypomnę! Daj ołówek.
I w tym momencie nad głowami chuliganów zachrobotałc coś dziwnie. Podnieśli 
głowy i latarkę.
Stefan usłyszał jakiś nieartykułowany, nieludzki ryk, tupot nóg, upadek czegoś 
cięŜkiego, łomot na schodach i trzaśniecie drzwi.
Nie rozumiejąc, co się stało, zamarł z przeraŜenia. Po chwili uprzytomnił 
sobie, Ŝe wkoło panuje cisza, tylko własne serce dudni mu w piersi. Nie śmiał 
się ruszyć. Pewno zaraz tu wpadną ludzie. MoŜe tamtych zatrzymali? MoŜe pan 
Chybała zauwaŜył uciekających?
Odczekał jeszcze chwilę. Nic nie słychać. Odetchnął głęboko i zaświecił 
latarkę. Podniósł do góry. GdzieŜ ta ręka? PrzecieŜ w momencie wchodzenia 
„zielonych" do piwnicy wisiała na desce. A teraz jej nie ma. MoŜe od tegc 
rumoru spadła na ziemię? Latarka Stefana omiata komórkę, chłopiec wybiega na 
korytarz. Ani śladu.
Znowu ogarnia go przeraŜenie. Jeśli chuligani porwali rękę? JeŜeli jej juŜ tu 
nie ma? Co powie Wiktor?
Nogi uginają się pod Stefkiem... Przypadkowo światło latarki pada na stos 
cegieł. Jest! Co za ulga!...
Jednocześnie Stefek pojmuje, Ŝe przygotowana dla kogo innego instalacja 
uruchomiła się mimo woli sama, skutkiem częściowego
odkręcenia drutu i sznurka, który widocznie był nie dość mocno trzymany w 
chwili podsłuchiwania rozmowy „zielonych". I to właśnie napędziło im takiego 
strachu. — A dobrze wam tak! — cieszy się Stefek. Nagle uświadamia sobie, Ŝe 
tak samo mogłaby się przestraszyć ElŜbieta! Uciekając, mogłaby przewrócić się, 
złamać nogę!...
Po raz trzeci w tak krótkim czasie Stefanowi robi się zimno i tak 
nieprzyjemnie, Ŝe aŜ musi oprzeć się plecami o ścianę.
W umówiony sposób, trzy razy po trzy, Stefan stuka do mieszkania Wiktora. W 
błyskawicznie otwartych drzwiach ukazuje się mocno blada, ale rozpromieniona 
twarz przyjaciela. W ciągu ćwierci minuty wszystko leŜy na swoim miejscu i 
wtedy Wiktor rzuca się na kanapę z westchnieniem ulgi.
— Stefek, ja ci mówię:  to,  co piszą w ksiąŜkach o bitwach, pojedynkach i 
oddawaniu Ŝycia — to wszystko bujda w porównaniu z tym, co ja tu cierpiałem. 
Jestem zupełnie nieŜywy. Dziesięć razy umierałem. KaŜdy szmer na schodach 
wydawał mi się krokami Kostka. Włosy podnosiły mi się jak druty. Jeszcze 
sztywne, zobacz. Ucho, to lewe, wyciągnęło mi się od nasłuchiwania. Na plecach 
dostałem wysypki. To nerwowe. Drapałem się przez cały czas.  Mam tam chyba po 
prostu zdartą skórę.  KaŜdy z trzech muszkieterów oddzielnie i wszyscy razem 
wysiadają wobec tego, co ja przeŜyłem.
—  E...   —   ośmielił   się   wyrazić   wątpliwość   Stefan,   przypomniawszy 
własne niedawne przeŜycie.
—  Nie   „eee",   tylko  słuchaj,   jak  ci  mówi  ktoś,  kogo  bliski krewny 
medycynę  studiuje.  — Wiktor znowu podrapał się po plecach. — To nerwowa 
wysypka. Nie wierzysz?
Zeskoczył z kanapy, ściągnął przez głowę koszulę i, obracając się plecami do 
Stefana, zapytał:
—  No  co,   widzisz?   Muszę   waleriany   wziąć  na   uspokojenie. Tylko to 
strasznie długo śmierdzi. Kostek będzie się dopytywał, co mi się stało. Co ja 
mu powiem?
—  Powiesz mu, Ŝe cię pchła ugryzła — spokojnie oświadczył Stefan, wyciągając 
palec w kierunku leŜącej na kanapie jasnej koszuli Wiktora, po której skakała 
pchła okazałej wielkości.
pani śórawcowa znowu z powodu Stefana nie miała spokojnej. noCy. Zrywał się z 
łóŜka, krzyczał, wzywał ratunku, uciekał przed jakimś kościotrupem.

Strona 108

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Napojony szklanką lipowego kwiatu, usnął wreszcie na dobre. Ale rozbudzeni 
rodzice długo nie mogli zasnąć.
.__ To wszystko z filmów — narzekała pani śórawcowa — musiał się wystraszyć i 
dlatego taki niespokojny.
__ Chyba nie — wątpił ojciec — nie słyszałem o Ŝadnym takim
filmie.
.— Mamusiu — odezwała się szeptem Lucynka — Stefek ma jedną ksiąŜkę, gdzie 
jest wymalowana śmierć z kosą. Pewnie mu się to przyśniło.
—  Spij, śpij, sroko. Nie wyśpisz się.
—  Jutro niedziela, mamo.
—. Wiem  przecieŜ.   A   moŜe   byś  ty,   Władziu,   z   dziećmi  do ZOO 
przed obiadem pojechał? Powietrza tam lepszego uŜyją. —: Dobrze, Zosiu, pojadę.
Lucynka aŜ pisnęła z uciechy i, przestraszona, schowała głowę pod kołdrę.
Rad nierad musiał Stefek Alinę odwiedzić. Przyszedł po niego sam pan Brodzki. 
Było to wydarzenie dosyć niezwykłe, gdyŜ wszyscy bliŜsi i dalsi sąsiedzi 
wiedzieli, Ŝe w kaŜdy niedzielny ranek zaraz po śniadaniu pan Brodzki 
wychodził z domu „tylko na jednego" do baru na Rzgowskiej. Działo się tak 
zawsze od niepamiętnych czasów i nie moŜna było o tym zapommeć, gdyŜ niedziela 
u Brodzkich zaczynała się głośną awanturą. Matka Aliny chciała, Ŝeby mąŜ 
został w domu, ojciec Ŝądał pieniędzy, przeklinał i trzaskał drzwiami.
I oto od paru juŜ tygodni nie było u Brodzkich awantur. Nie przynoszono 
pijanego pana Brodzkiego do domu. Pani Brodzka nie chodziła z zapuchniętymi 
oczami.
Stefan nie zastanawiałby się nad tym, gdyby nie uwaga ojca rzucona w 
odpowiedzi lokatorce z parteru, która przyszła poŜyczyć sznury do bielizny i 
trzy razy stwierdziła, Ŝe zmiana u Brodzkich „w głowie się nie mieści".
— A co za cud taki? — zniecierpliwił się pan śórawiec. —
JeŜeli gdzieś jest źle, to juŜ musi całe Ŝycie być źle? Pewnie sobie Brodzki 
powiedział: „Szlus!" Mógł sobie tak powiedzieć, nie? I, dzięki Bogu, nam teŜ 
spokojniej.
Kiedy w tę właśnie niedzielę pan Brodzki zastukał, drzwi otworzył mu ojciec 
Stefka. Zapraszał nawet, Ŝeby wszedł do mieszkania i opowiedział, jak jest ze 
zdrowiem Alinki, ale pan Brodzki podziękował i odmówił: śpieszy się, bo musi 
Ŝonie pomóc, i tylko prosi, Ŝeby Stefek wpadł do córki.
Stefek wyszedł na schody, aby wyczyścić buty, i obiecał, Ŝe jak tylko wrócą z 
ogrodu zoologicznego, to do Alinki zajdzie.
Szedł tam z cięŜkim sercem. Obawiał się, Ŝe Alina znowu coś przykrego opowie — 
albo po prostu przypomni, powtórzy jeszcze raz to, co uwierało jak bolący ząb, 
którego nawet językiem lepiej nie dotykać.
Alina leŜała wysoko na poduszkach. W okiennym świetle wydała się Stefanowi 
blada, aŜ zielonkawa, ale humor jej dopisywał.
— Entliczek, pętliczek, mam własny stoliczek — powiedziała do Stefka, 
pokazując specjalnie przystosowaną do łóŜka deskę na podpórkach. — Tatuś zrobił.
Na kołdrze leŜała ksiąŜka. Stefan wziął ją do ręki i przeczytał tytuł: Lato 
leśnych ludzi.
—  Podoba ci się? — zapytał.  •
—  Tak. Z początku nie podobało mi się. A potem tatuś czytał mi na głos i 
wydała mi się o wiele ciekawsza. Tatuś ładnie czyta. A moŜe to dlatego, Ŝe ja 
teŜ...
—  Co teŜ?
—  ...teŜ wybieram się do lasu na wiosnę, jak tamci z ksiąŜki.
—  Jak to? — nie rozumiał Stefan.
—  WyjeŜdŜam do ciotki na wieś — tłumaczyła Alina — doktor powiedział, Ŝe mam 
anemię, Ŝe to i dla nogi będzie lepiej, jak się wzmocnię.  Przyjadą  po  mnie  
pierwszego  słonecznego  dnia. MoŜe nawet jutro. Bo wiesz, ja jeszcze na tej 
nodze stanąć nie mogę, Ŝeby jej nie nadweręŜać.
—  Nudno ci tam będzie... — odwrócił temat Stefek.
—  Nie. Tatuś ze mną jedzie, bierze urlop na cały miesiąc. Mama przyjedzie co 
niedzielę.

__ A szkoła?
__ JuŜ ten rok będzie stracony — westchnęła Alina. — Widzisz, z moją nogą tak 
się jakoś przewleka, ale tatuś powiedział, ze zdrowie najwaŜniejsze. MoŜe to i 

Strona 109

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

lepiej, Ŝe powtórzę klasę — zastanowiła się. — Często w tym roku „bimbałam" 
sobie.
__. Racja — przytaknął Stefek, ale ta jego skwapliwa zgoda nie
podobała się Alinie.
__. Co za racja?  Co ty o tym moŜesz wiedzieć? — zapytała
podejrzliwie. — Nie miałam warunków, a zresztą — machnęła ręką. — Cieszę się, 
Ŝe się stąd urwę.
—  Alinko, moŜe byś coś zjadła? — zapytał pan Brodzki przez drzwi.
—  Później, tatusiu, później. MoŜe Ŝółtko z cukrem.
Na twarzy Stefana Alina musiała wyczytać jakieś zdziwienie, bo nachyliła się w 
jego stronę i ściszyła głos:
—  Wiesz, u nas teraz wszystko jest inaczej. Tatuś taki dobry dla mnie. Nie 
zgadłbyś nigdy, dlaczego. Wtedy, w dniu mojego wypadku, mamusia chciała, Ŝeby 
ojciec odniósł klientce płaszcz. Ojciec się uparł, Ŝe nie, bo klientki mają 
zapowiedziane, Ŝeby mu pieniędzy nie dawać. Więc nie chciał iść. Musiałam iść 
ja. Spieszyłam się, pędziłam po tych mokrych schodach, no i masz — wskazała 
nogę. — Tatuś myśli, Ŝe to przez niego, Ŝe gdyby on wtedy poszedł... Tak się 
odmienił. Chodzi koło mnie jak niańka. I dla mamusi lepszy.  A przecieŜ...  
sam wiesz,  jak u nas było dawniej...
ROZDZIAŁ   26.
ALINA WYJEśDśA. „ZIELONI" CZEGOŚ SZUKAJĄ.
PAMIĘTNIK STEFANA.
Nazajutrz po tej rozmowie Alina wyjechała na wieś do ciotki. Wyjechała z 
ojcem. Pani Brodzka wpadła „na chwilę" do śóraw-ców i znowu pozostała tam 
dobre pół godziny. Ale tym razem matka Stefana słuchała jej z przyjemnością i 
z przyjemnością pa-
trzyła na jej uradowaną, odmłodniałą twarz. Pani Brodzka nie martwiła się juŜ 
tak bardzo o nogę Aliny. Doktor robił nadzieję; niech tylko cały organizm się 
wzmocni, to wszystko wydobrzeje.
—  A gdzie będzie miała lepiej niŜ u ciotki? — mówiła pary Brodzka. — 
Gospodarka jak złote jabłko, swoich dzieci nie mają, ptasiego mleka jej tam 
chyba zabraknie. I mąŜ dopilnuje. Obiecał mi. A do tego przysiągł, Ŝe 
kieliszka do ust nie weźmie, bo to wszystko — westchnęła — przez tę wódkę się 
porobiło.
—  Daj BoŜe, Ŝeby dotrzymał obietnicy — powiedziała pani śó-rawcowa, ale w 
głosie jej odezwała się jakaś nuta powątpiewania, bo pani Brodzka zapewniła 
gorąco:
—  O, dotrzyma. Co do tego jestem zupełnie spokojna. Ile razy juŜ miał okazję 
— i nic. Dawniej to klientkom musiałam mówić, Ŝeby pieniędzy za robotę, broń 
BoŜe, jemu nie zostawiały. A teraz juŜ nie: odda co do grosza. Nawet nie 
myślałam, Ŝe on tak córkę kocha, a teraz widzę, Ŝe lepszego ojca na świecie 
nie ma. UlŜyło mi,  mówię pani,  jakby mi kto  furę kamieni  z pleców zdjął...
Stefanowi równieŜ ulŜyło. Skończyły się kontakty z „zielonymi". Najedli się 
widać strachu. Noga ich tu chyba nie postanie, bo i po co? Alinie nic juŜ nie 
zrobią. Szukaj wiatru w polu. Wróci podobno na jesieni.
Dość szybko zrezygnował z chęci wykrycia szajki „zielonych". Nici urywały się, 
a do tego, rozumiał dobrze, siły były nierówne. Rozpatrując sprawę na zimno, 
widział, Ŝe jego zwycięstwo wcale nie było pewne. Z jednej strony on sam, sam 
jeden, a z drugiej — zorganizowana banda. Lepiej, Ŝe nie będzie miał z nimi 
więcej do czynienia.
Ale myśl o tym, aby ElŜbietę Niedźwiedzką przekonać, jak bardzo daleka była od 
prawdy, oceniając go jako „baranią głowę", nie opuszczała Stefka ani na chwilę.
Oczywiście zostawał tylko banalny sposób, na to nie było juŜ rady. Więc Stefan 
ze skóry wychodził przy odrabianiu lekcji: zapisywał codziennie kilka stron 
pamiętnika, piśmienne lekcje przygotowywał bardzo starannie, ustne — równieŜ. 
Nauczycielka historii postawiła mu piątkę. Wprawiła w zdumienie całą klasę,
a]e sama była zaskoczona odpowiedziami Stefana, Nikt naturalnie nie wiedział, 
Ŝe to pan śórawiec padał ofiarą Stefanowych „historycznych" wyczynów: musiał 
rezygnować wieczorem z dokładnego czytania gazety, zapoznając się zamiast tego 
z zadaną lekcją z historii, a potem dokładnie, tak jak przy kaŜdej robocie, 
pytanie za pytaniem, sprawdzał u syna przyswojone wiadomości.
Korzyść była obustronna. Ojciec przypominał sobie własne lata szkolne. Syn 
zrozumiał nagle, Ŝe historia jest ciekawą nauką. Do tej pory nie cierpiał jej, 

Strona 110

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

bo zbyt wiele czasu poświęcał na „kucie". Myślał, Ŝe tylko w ten sposób moŜna 
zadowolić wymagania nauczycielki. Teraz zrozumiał, Ŝe jedne fakty historyczne 
wypływają z drugich, Ŝe byle uchwycić bieg przyczyn i skutków, wspaniale moŜna 
się posługiwać „swoimi słowami", jak to właśnie robi ojciec.
—  Tatuś to mógłby być nauczycielem — zawołał któregoś wieczoru, a włoŜył w te 
słowa tyle uznania i podziwu dla ojca, Ŝe ten aŜ pojaśniał z zadowolenia.
Przyjaciele zauwaŜyli sukcesy Stefana. Wiktor przekonany był, Ŝe głównym 
motorem tych osiągnięć jest rower. A Bartek zaproponował, aby w kronice STO 
wkleić tabelkę stopni i wpisywać tam piątki członków.
Wiktor protestował gorąco.
—  Co za dziki pomysł! — wołał. — Czy po tó organizowaliśmy tajne 
stowarzyszenie, czy po to składaliśmy taką straszną przysięgę, Ŝeby raptem 
zamienić się w kujonów?
—  Zapomniałeś widocznie — uspokajał go Bartek — Ŝe nasze stowarzyszenie ma 
wyraźny cel...
—  O niczym nie zapomniałem! — nie dał mu dokończyć Wiktor. — Owszem, 
świetlany cel, do którego przez cały czas dąŜę, ile mi tchu w piersiach 
staje... Kto wie — rozczulił się nagle — moŜe z tego wszystkiego na samej 
mecie trupem padnę i jeŜeli mój szkielet przyda ci się na co, to, Stefek, 
zapiszę go tobie w testamencie. Oj! — wrzasnął nagle, bo mu Stefan wsadził 
potęŜną sójkę w bok. — Czy ja co mówię? PrzecieŜ nic nie mówię!
Bartek patrzył na Wiktora nie rozumiejąc, ale nie dał się wyprowadzić z 
równowagi. Narysował tylko kółko na czole.
—  Z ciebie, Wiktor, to prawdziwy Zagłoba — wtrącił niezadowolony z czegoś 
Stefek. — On teŜ wolał wszystko fortelami załatwiać.
—  Nie zgadzam się — zaprzeczył Bartek. — Zagłobie fortele udawały się, a 
Wiktorowi — nie. Wyliczmy: po pierwsze — dyktando, po drugie...
Wiktor skoczył, jakby go kto szydłem dźgnął.
—  Po drugie, to  ja  ci powiem:  lepszy ze mnie Zagłoba niŜ z ciebie 
Wołodyjowski. Wołodyjowski Bohuna usiekł! A ty sobie z głupią  mapą  nie  
potrafisz  dać  rady.  Pingwiny  u  ciebie  po Arktyce chodzą, a białe 
niedźwiedzie po Antarktydzie. Cała klasa się śmiała. MoŜe nie? Co, moŜe nie? 
Kiedyś taki bohater, to spróbuj się z geografią, to...
—  Dość! — krzyknął Stefan, widząc, Ŝe twarz Bartka zrobiła się czerwona, aŜ 
sina, i Ŝe oczy mu zaszły łzami. — Kto powie jeszcze jedno słowo, dostanie ode 
mnie w kark.
Groźba była niepotrzebna. Bartek miał zaciśnięte usta i nie kwapił się ich 
otworzyć. Wiktor, zobaczywszy zmienioną twarz kolegi, zamilkł równieŜ, a po 
jego minie widać było, Ŝe Ŝałuje wypowiedzianych słów.
—  No, juŜ. Ciszej nad tą trumną, koniec i kropka — odezwał się po chwili.
—  Nad  jaką  znowu  trumną?  — zapytał  nagle  Stefan i  podejrzliwie 
przyjrzał się Wiktorowi.
—  Medyki u nas tak mówią, jak nie chcą gadać o czymś nieprzyjemnym. Fajne, 
co? U mnie teŜ z tą geometrią to... rozpacz w zielone kropki...
—  Jakie zielone kropki? Gdzie? — zapytał znowu Stefan.
—  Na twoim nosie! — wrzasnął wściekły Wiktor i rzucił się na Stefana.
Zaczęli się mocować, ale siły były równe. Otoczyła ich gromada kolegów. Do 
końca przerwy podziwiano zapasy przyjaciół, którzy po wyładowaniu złości 
wrócili w najlepszej zgodzie do klasy i nie zauwaŜyli nawet, Ŝe Bartek 
siedział juŜ w ławce od dawna.
I znowu Stefek dostał piątkę. Z polskiego! Kiedy pani Ostrowska oddawała 
wypracowania, nie mógł się doczekać swego zeszy-
tu. JuŜ go ogarniał lekki niepokój, a przygotował się na najgorsze, widząc 
swój zeszyt w rękach nauczycielki jako ostatni!
,— Wypracowanie śórawca jest najlepsze — powiedziała pani Ostrowska niby 
zwyczajnym głosem, ale widać było, Ŝe z trudem powstrzymuje uśmiech. — Z 
czystym sumieniem postawiłam ci piątkę. A nawet... nawet postawiłabym ci 
więcej, gdyby był wyŜszy stopień.
Klasa słuchała i uszom nie wierzyła. Jak to? Gramatyka, la Gramatyka, z którą 
Stefan „koty darł" — postawiła mu piątkę? Pani Ostrowska nie wytrzymała, 
uśmiechnęła się, aŜ błysnęły dwa rzędy równych, ładnych zębów, i zapytała:
—  Dziwicie się? Rozumiem: ja sama aŜ się zastanowiłam przy ocenie   
wypracowania,   ale  musiałam   być   sprawiedliwa:   piątka zasłuŜona.

Strona 111

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Phi! ¦*— parsknął Sewerek — do zmyślania to śórawiec ma dryg, ma... jak 
zacznie opowiadać...
— Nie masz racji — przerwała pani Ostrowska. — To był ściśle określony temat. 
śórawiec w tak prosty i bezpośredni sposób opisał,   dlaczego   Stasia   
Tarkowskiego   uwaŜa   za   szlachetnego chłopca,  podkreślił 
odpowiedzialność  Stasia za powierzoną jego opiece dziewczynkę, Ŝe, doprawdy, 
przeczytałam to wypracowanie z przyjemnością.
—  A... a błędy? — nie mógł wytrzymać Wiktor.
—  I błędów w tym wypracowaniu nie ma.  Opuszczone dwa przecinki, to wszystko. 
Bardzo, bardzo się cieszę z twoich postępów, Stefku.
Stefek zadowolony wracał z zeszytem na miejsce i nawet nie widział 
skierowanych na siebie spojrzeń całej klasy. Szukał tylko oczu Bartka. JuŜ na 
miejscu odwrócił się do niego, chciał o coś zapytać, ale zmroził go powaŜny, 
bez cienia uśmiechu wyraz twarzy Niedźwiedzkiego.
A przecieŜ zdanie Bartka w tym względzie było waŜne, bardzo waŜne! Stefan 
codziennie z największą satysfakcją wyobraŜał sobie zebraną przy stole rodzinę 
Niedźwiedzkich i słyszał głos Przyjaciela tryumfalnie obwieszczającego nowinę:
—  „Stefek śórawiec znowu dziś dostał piątkę!
ElŜbieta na pewno podniosłaby wtedy wysoko brwi, mówiąc:
—  Naprawdę? Chyba to niemoŜliwe?
—  Słowo!   Mogę  ci   jutro  przynieść  jego  zeszyt  —  zaręczał brat".
Stefek w przewidywaniu, Ŝe Bartek naprawdę moŜe zaŜądać od niego zeszytu dla 
przekonania siostry — nosił ze sobą wszystkie, a prawdopodobieństwo takiej 
sytuacji zmuszało go do jeszcze staranniejszego odrabiania piśmiennych lekcji.
Ale Bartek zeszytu do tej pory nie Ŝądał. Dlaczego? Stefan nie znajdywał 
innego wytłumaczenia jak to, Ŝe po prostu do wyimaginowanej rozmowy wtrącał 
się pan Niedźwiedzki, oświadczając: — „Ja w te piątki wierzę najzupełniej. 
śórawiec to inteligentny chłopiec. Jak świetnie umie rozumować... Co za logika!"
No i oczywiście długo jeszcze przy stole toczy się rozmowa na temat  
nieprzeciętnych  wartości  umysłowych  Stefana  śórawca. Tylko ElŜbieta 
milczy. Usta ma zaciśnięte w linijkę, jest zła, sumienie ją gryzie, gryzie 
coraz okropniej!... A dobrze jej tak!
Z tych przyjemnych rozmyślań wyrywa nagle Stefka spokojny, jak zawsze, ale 
trochę przygaszony głos Bartka: — Ja, proszę pani, to zrobię.
Same zadziwiające rzeczy działy*się na tej lekcji w klasie VIB! śórawiec" 
napisał wypracowanie bez błędów ortograficznych, a teraz Niedźwiedzki, który w 
ogóle jest niezłym uczniem, tylko geografii nie znosi i ma z niej najsłabsze 
stopnie, podjął się narysować mapkę podróŜy Stasia Tarkowskiego i Nel... 
Słyszał to kto? I jeszcze: Wiktor Kijanka, zawsze pierwszy do „zgrywania", 
zawsze mający tyle do powiedzenia, szczególnie na lekcji polskiego, siedzi 
jakiś osowiały, głowę opuścił, nie odzywa się nic. Dziwne, niebywałe zjawiska.
—  Stefek, ale pamiętaj: na rowerze będziemy jeździć po kolei, co?
—  Na jakim rowerze! O czym ty mówisz?
—  Co ty, wariata udajesz? Mówię, Ŝebyś nie zapominał, Ŝe do roweru jest nas 
trzech.  Ja opracuję regulamin. Tak wszystko ułoŜę, Ŝe mucha nie siądzie.
__ Ani mucha nie usiądzie na tym rowerze, ani ty teŜ — zeźlił cjp Stefan. — Ja 
ci radzę, Wiktor, weź się do geometrii, to ci bardziej pójdzie na zdrowie niŜ 
rower. Przestań o nim myśleć.
__ Ach, tak? — wrzasnął Wiktor. — To znaczy, Ŝe z twojego
roweru dla mnie — wysiadka?
__ Z  mojego  roweru?  —  Stefan  nagle   pojął  sens.  —  Tak,
z „mojego" wysiadka —¦ powtórzył z ironią, ale Wiktor wcale tego nie zauwaŜył.
Zatrzymał się na środku ulicy, nie widząc, Ŝe stoi w jednej z licznych kałuŜ. 
Pogoda była piękna, z dachów kapało ciurkiem. Odsunął czapkę z czoła ruchem 
rycerza podnoszącego przyłbicę, zadarł nos, na którym co dzień zwiększająca 
się ilość piegów zwiastowała wiosnę, i wykrzyknął:
—  No, to Ŝebyś wiedział!
—  śe co? — zapytał, zatrzymując się równieŜ, Stefek.
—  śe koniec i kropka! — zakończył raptem Wiktor, ostentacyjnie przechodząc na 
drugą stronę ulicy.
Opuścił go zwykły animusz. Wlókł się ze zwieszoną głową, ani widząc lśniących 
mokrych gałęzi, nabrzmiałych młodych pąków, które okrywały zieloną mgiełką 
zarośla parku.

Strona 112

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Źle mu się zaczął tydzień. Bartkowi niepotrzebnie przygadał. A teraz pokłócił 
się ze Stefanem. „Jaki poniedziałek, taki cały tydzień" — mówi mama. Kostek 
się z niego śmieje i kaŜe Wiktorowi nie wierzyć w zabobony, ale jak jest 
naprawdę, to się okaŜe Bartka urodziny jutro. Gdyby nie to, co było dzisiaj, 
to moŜe by ich Bartek zaprosił. U Niedźwiedzkich dają pyszny placek z 
powidłami! A Stefan to chyba zgrywał. NiemoŜliwe, Ŝeby sam na tym rowerze 
jeździł. PrzecieŜ lekcje musi odrobić — wtedy moŜe jeździć Wiktor. A zresztą 
Stefan jest członkiem STO. Będzie się musiał podporządkować większości. Wiktor 
mu powie, Bartek teŜ... Oj, niepotrzebnie przygadał Bartkowi...
Stefan nie przejął się gniewem Wiktora. Szedł mruŜąc oczy i nadstawiając twarz 
pod promienie słońca. Kurtkę miał rozpiętą szeroko, szalik wepchnięty w 
kieszeń. On zauwaŜył gospodarującą w parku wiosnę. Słyszał, jak wesoło 
wydzierały się wróble. Uśmiechnięty,  pod  zmruŜonymi  powiekami  niósł  obraz 
twarzy
ElŜbiety, zdziwionej, po prostu niezadowolonej z nowiny. Bartek juŜ w domu. 
JuŜ powiedział o jego piątce. — A widzisz! A widzisz! — powtarzał sobie. 
Skręcił w podwórko. W cieniu murów ogarnął go nagle chłód. Przed jego klatką 
stał odwrócony plecami jakiś wysoki dryblas z teczką pod pachą. Kiedy Stefan 
był juŜ blisko, z drzwi wyskoczył jakiś nieznajomy starszy chłopiec.
— Znalazłeś? — zapytał niecierpliwie ten wysoki.
Młodszy zaprzeczył ruchem głowy.
Stefan zatrzymał się za plecarru' wysokiego.
—> Trzeba jeszcze raz poszu... — zaczął wysoki, a niŜszy wrzasnął na Stefana:
—¦ Czego oczy wytrzeszczasz? — zamierzył się trzymaną w ręku teczką, ale 
wysoki nagle obrócił się, a zobaczywszy Stefka, złapał młodszego gwałtownie za 
ramię i pociągnął bez słowa w stronę bramy na drugim końcu podwórza.
Stefan stanął w progu klatki. Patrzył za nimi. Szli szybko, nie obejrzeli się 
ani razu. Ten wysoki to był chyba kuzyn profesora Pagacza... Stefan widział go 
tylko raz kiedyś przypadkowo i z daleka: siedział z profesorem w gabinecie 
przy stole, a Stefan załatwiał jakąś sprawę w przedpokoju. Kuzyn wtedy miał 
gęstą czuprynę zaczesaną do góry. Ten tutaj włosy miał schowane pod czapką. 
MoŜe to kto inny? Czego onj tu szukali i u kogo?
Pamiętnik Stefana
Myślałem, Ŝe z „zielonymi" juŜ koniec. Niestety, dziś przekonałem się, Ŝe jest 
inaczej. MoŜe i wystraszyli się wtedy w pierwszej chwili, ale widocznie 
ochłonęli i postanowili sprawdzić. Zdaje się, Ŝe ci dwaj, co ich widziałem pod 
naszą klatką, naleŜą do „zielonych". I chyba wiem, czego szukali, bj ja to 
znalazłem w naszej piwnicy. To była taka malutka latarenka, z lampeczką 
wielkości  grochu,   z  niklowym  ślicznym  łańcuszkiem  do  uchwytu. Jeszcze 
nigdy takiej nie widziałem. Musiała wtedy przy upadku któregoś z nich prysnąć 
między sztachetami w moją stronę,  bo znalazłem ją w kartoflach, prawie pod 
okienkiem. Cacko.
Dziś rano z wielką przyjemnością wstałem i wyleciałem do szkoły, bo pokój był 
pełen słońca i tak było ciepło, Ŝe mamusia okna otworzyła jak szerokie... I na 
klatce schodowej okna pootwierane. Pan Chybała dba, Ŝeby słońce ze schodów 
wygnało psie i kocie zapachy.
pedałem w dół i słyszałem, Ŝe ktoś z hałasem biegnie przede mną-- Zastanowiło 
mnie to, bo nikt taki u nas na klatce nie mieszka. Jedna Alina mogłaby tak 
lecieć, ale jej przecieŜ nie ma.
Chciałem dogonić, ale kiedy ja byłem na pierwszym piętrze, to juŜ drzwi 
trzasnęły na dole. Wychyliłem się z okna, które jest zaraz nad drzwiami. Nie 
zobaczyłem nikogo, bo daszek nad wejściem przeszkadzał, ale usłyszałem 
prowadzoną półgłosem rozmowę stojących pod tym daszkiem. Jeden głos mówił:
„...leŜała bez ruchu parę tygodni."
„No to kto zabierał kartki? — pytał drugi.
„A teraz wywieźli ją."
„Wsypała nas!"
„E, po co miała wsypać? Bałaby się o własną skórę."
„A ja ci mówię, Ŝe jakaś granda. Trzeba zbadać, kto tu do niej przycho..."
Dalej nie słyszałem, bo na pierwszym piętrze ktoś wychodził, więc i ja 
musiałem zejść. Przed klatką nikogo juŜ nie było, tylko w stronę Bednarskiej 
szli ci sami, co wczoraj. Starszy odwrócił się, zobaczył mnie i przyśpieszył 
kroku. Nie słyszałem, czy co do siebie mówili, ale chyba tak, bo przy furtce 

Strona 113

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

obaj przystanęli. Musiałem koło nich przejść. Młodszy podstawił mi nogę, ale 
zauwaŜyłem i przeskoczyłem. Dopiero z bezpiecznej odległości zawołałem:
„Czego zaczepiasz? Czego szukasz na cudzym podwórku?"
A on od razu do mnie:
„Ty szczeniaku, nie bądź za mądry, bo cię tak... urządzimy, Ŝe popamiętasz."
„śebym ja ciebie wpierw nie urządził — wyrwało mi się — sam jesteś szczeniak!" 
— kończyłem juŜ w biegu, bo obaj rzucili się za mną.
Długie nogi to jednak wspaniała rzecz: gnałem lekko jak wiatr.
Oni wkrótce zaprzestali pościgu, ale szli za mną, bo kiedy przy bramie 
szkolnej przystanąłem, widziałem, Ŝe zbliŜają sią do naszej szkoły.
„A niech przyjdą" — pomyślałem sobie. NaskarŜyć na mnie nie mogą, bo sami 
zaczęli. I ja teŜ miałbym coś do powiedzenia. Zresztą gdyby nie głos dzwonka, 
to nawet zaczekałbym na tych chuliganów. DuŜo dałbym, Ŝeby zobaczyć ręce 
jednego i drugiego. JeŜeli któryś z nich ma pod mankietem, kurzajkę, to juŜ 
nie miałbym Ŝadnej wątpliwości. Ale jak to zrobić?
W klasie zastałem nowość. Bartek przyniósł oswojoną kawkę, Wiktor juŜ 
zapomniał, Ŝe się na mnie pogniewał. Z Bartkiem teŜ w najlepszej komitywie. 
Naturalnie kawka wiele ułatwiła. A jaka mądra!
ROZDZIAŁ  27.
FATALNY POCZĄTEK TYGODNIA. TEORIA O LEWEJ NODZE. WIKTOR SIĘ ZAŁAMUJE.
DOBROCZYNNE ZASTĘPSTWO. WULKAN MATEMATYCZNY W GŁOWIE.
Ten tydzień fatalnie się zaczął. JuŜ na pierwszej poniedziałkowej godzinie, 
którą była matematyka, Wiktor złapał dwóję. A przecieŜ za dwa tygodnie, zaraz 
po świętach wielkanocnych, kończy się trzeci okres. Taka dwója mogła nie tylko 
zatruć święta, ale rzucała cień na końcowe świadectwo. Cień ten, według słów 
Wiktora, był „złowrogi i absolutnie posępny".
Wiktor nie chciał wracać do domu przed wyjściem matki, która tego dnia miała 
dyŜur dopiero o czwartej po południu.
— śebym nie wiem jak był wesoły, mogę na głowie stawać z radości, mama od razu 
wie, Ŝe coś zmajstrowałem. A Kostek? Ten dopiero jest po prostu jasnowidzem! 
Widocznie na medycynie muszą to wykładać, a Ŝe moja mama ciągle ma z doktorami 
do czynienia, więc się przyuczyła.
-— Eee — wyraził najgłębsze powątpiewanie Bartek.
__ A Ŝebyś wiedział! — zapalił się Wiktor. — Ile razy ktoś
naszym bloku zachoruje, to najpierw do nas przylatują. Nie do Kostka, tylko do 
mamy. Nawet w nocy. I mama zaraz wie, co iest: czy zastrzyk, czy na 
przeczyszczenie, czy po doktora albo pb bańki. Moja mama wszystko potrafi.
,__, Ja nie o tym — uspokajał Bartek — tylko o jasnowidzeniu.
To nic z medycyną nie ma wspólnego.
__. JeŜeli nie ma, to dlaczego twoja mama albo mama Stefka
nie pozna się tak od razu? — nie ustępował Wiktor.
—  Moja mama, kiedy staram się być taki wesoły, to teŜ pozna, Ŝe coś nie w 
porządku. Najlepiej zaraz siąść do piśmiennych lekcji, wtedy trudniej — mówił 
Stefan.
—  Ja zawsze od razu mówię. Najlepsza metoda — zapewniał Bartek.
—  I o dwói z geografii teŜ od razu powiedziałeś? — zaciekawił się Stefan.
Bartek skrzywił się, jakby go ząb zabolał, zaczerwienił się nawet i niechętnie 
bąknął:
—  Tak...
Stefek zorientował się, Ŝe niechcący dotknął draŜliwego tematu. Od tamtego 
dnia, kiedy Niedźwiedzkiemu tak paskudnie przygadał Wiktor, Bartkowa geografia 
stała się czymś, czego nie naleŜało poruszać w rozmowie.
Odczuł to na swojej skórze Wiktor, który próbował zaŜartować na ten temat. 
Spokojny Bartek, grubas, miś, stawiany wszystkim chłopcom za wzór 
dŜentelmeńskiego zachowania — wyszedł z siebie. Aniby go kto posądzał o taką 
siłę i zręczność ciosów umieszczanych celnie w bokach i karku zuchwalca. AŜ 
Stefan musiał interweniować.
Od tej pory Wiktor nauczył się liczyć z pięścią Bartka i zaprzestał dowcipów 
na temat gaf geograficznych kolegi. Cała sprawa w zapomnienie jednak nie 
poszła. Niedźwiedzki juŜ od dłuŜszego czasu nie zapraszał do siebie ani 
Wiktora, ani Stefana. Temu ostatniemu było to nawet na rękę; gryzący Ŝal do 
ElŜbiety nurtował go w dalszym ciągu. Nie chciał jej widzieć. Nie chciał z nią
rozmawiać. Gdyby ją teraz spotkał na ulicy, udałby, Ŝe jej nie widzi.

Strona 114

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Ale Wiktorowi było przykro. Jego wspaniały apetyt, jego Ŝołądek bez dna 
odczuwały w dotkliwy sposób brak licznych i duŜych kawałków wspaniałego placka 
z powidłami, który zwykle u Niedźwiedzkich podawano na podwieczorek.
„Szkoda, szkoda i Ŝal" — myślał sobie Wiktor, ale głośno mówił do Stefka:
—  Nie, to nie. Koniec i kropka.
Tego poniedziałku, którym tak niefortunnie rozpoczął się tydzień, przygnębiony 
Wiktor nadrabiał miną, i, chcąc pocieszyć siebie, tłumaczył kolegom.
—  W przesądy wierzyć nie trzeba, bo to ciemnota, ale tak zupełnie się z nimi 
nie liczyć teŜ nie moŜna. Ja wam mówię: coś w tym musi być, tylko Ŝe naukowym 
sposobem tego jeszcze nie odkryli. Ale odkryją. Ja wam mówię. Najpierw 
zorganizują dla nas na Marsie fajne kolonie letnie, o potem wezmą się i za 
lewe nogi. Ja wam mówię.
—  Za jakie znowu lewe nogi? — z przekąsem zapytał Stefan, który od czasu 
uporania się z trudnościami ortografii i historii zhardział i pozwalał sobie 
patrzeć z góry na kolegów. Ale Wiktor się nie dał.
—  Stefan — powiedział z udaną łagodnością — zaklinam cię na świetlaną postać 
Stasia Tarkowskiego, tego młodego dŜentelmena, w którego ślady chciałbyś iść, 
i to, hm... hm... domyślam się, z jakich względów... Czego rzucasz na mnie 
błyskawice oczu? Słyszysz, co mówię, zaklinam cię, oszczędzaj się!
—  CóŜ to ma znaczyć! — krzyknął wściekły Stefan.
—  To ma znaczyć, Ŝe skutkiem zbytniego wysiłku nad opano-    , waniem  
historii  masz  zachwianą  równowagę   umysłową,   rozumiesz? A równowaga to 
bardzo waŜna rzecz. Batorego pod Psko-wem od „Batorego" w Gdyni odróŜniasz juŜ 
dobrze. Słyszałem na własne uszy. Ale co z tego, jeŜeli przestałeś odróŜniać 
lewą     [ nogę od prawej? Zachwiana równowaga. Wątpię, abyś przy tak    f 
raŜących brakach rozeznania w świecie nas otaczającym mógł iść śladami 
Sienkiewicza.

Cała ta scena nie wyglądała na koleŜeńską wymianę zdań, a przypominała raczej 
spotkanie na ringu. Stefan rwał się z pięściami do Wiktora. Chudy, tyczkowaty 
Wiktor odskakiwał zręcznie, unikając ciosów. A między nimi pękaty Bartek, 
okręcający się w miarę potrzeby koło własnej osi i wyciągniętymi rękami 
broniący tak swojej, jak i Wiktorowej piersi przed ciosami ataku, powtarzał:
—  Spokojnie. Spokojnie. Spokojnie, mówię.
Stefan zasapał się. Wyciągnął chustkę do nosa i, wycierając nią twarz, prychnął:
—  Błazen!
—  Osioł! — odpowiedział tym samym tonem Wiktor i wydawało się, Ŝe znowu 
skoczą sobie do oczu, ale nagle, powodowani widocznie  tym  samym  impulsem,  
jednocześnie  zwrócili  się  do Bartka:
—  Bartek, prawda, Ŝe ja mam rację?
—  Obaj, obaj macie rację —- przyznał Bartek. — Ale teraz, Wiktor, opowiedz o 
tych lewych nogach, bo ja teŜ nic nie rozumiem.
—  No, od ciebie nie moŜna tyle wymagać, co od kandydata na sławnego pisarza — 
oświadczył wspaniałomyślnie Wiktor. — A-w ogóle o lewych nogach wiem tyle, Ŝe 
nie naleŜy nimi wstawać z łóŜka.
—  A ile ty masz tych lewych? — Stefan udawał, Ŝe z zainteresowaniem przygląda 
się kończynom dolnym Wiktora, ale przyjaciel nie raczył zwrócić na to uwagi i 
wywodził dalej:
—  Kto wstaje lewą nogą z łóŜka, temu się cały dzień nie powodzi. To fakt. A 
moje łóŜko jest fatalnie ustawione. Z prawej strony mam ścianę i muszę wstawać 
lewą nogą. Czasami, szczególnie przed klasówką, uwaŜam i staram się wstać 
prawą nogą: przewracam się najpierw na brzuch i wtedy to mi się udaje. Ale od 
jakiegoś czasu nie mogę się wcześniej obudzić. Zegar przy-głuchł czy co, bo 
wcale nie słyszę, jak bije. Dopiero kiedy Kostek ściąga ze mnie kołdrę, 
wyskakuję wściekły z łóŜka. A wtedy nie mogę pamiętać o tej nieszczęsnej lewej 
nodze. Tak było i dzisiaj. No i rezultat: dwója jak drut.
— Po pierwsze: nie jak drut, bo ze znakiem zapytania, pan Karniewicz obiecał, 
Ŝe cię jutro jeszcze raz przepyta. A po drugie: dziwne, Ŝe to „prawo lewej 
nogi" działa u ciebie tylko w zakresie matematyki — oświadczył zjadliwie Stefan.
—  Bartuś, powiedz Stefanowi, Ŝe ja z nim nie rozmawiam.
—  Bartuś, powiedz Wiktorowi, Ŝe jak nie będzie ze mną rozmawiać, to kto mu 
dziś pomoŜe przygotować geometrię na jutro?
—  Bartek, powiedz Stefanowi, Ŝe gdybym miał nawet zapalenia mózgu dostać, 

Strona 115

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Ŝebym miał trupem przy tablicy paść, Ŝeby mnie mieli na marach ze szkoły jutro 
wynieść •— to nie skorzystam z jego ohydnej pomocy za Ŝadną cenę i Ŝeby się 
nie waŜył  do mnie przyjść,  bo go po schodach  z  dziesiątego piętra zrzucę.
—  Biedaku — westchnął z bólem Stefan — ty przecieŜ mieszkasz tylko na drugim.
—  Nie gadaj do mnie! — wrzasnął Wiktor. — Bo ja z tobą nie rozmawiam!
Wieczorem Wiktor Ŝałował swoich popędliwych słów. Siedział nad nieszczęsną 
geometrią, powtarzał na głos, czytał po cichu, kreślił figury geometryczne w 
brulionie, a kiedy chciał powtórzyć z pamięci, kiedy wyobraŜał sobie, Ŝe stoi 
przed tablicą i trzyma kredę w ręku, w głowie robiło się pusto i chyba wiatr w 
niej hulał, bo aŜ szumiało.
Ach, gdyby przyszedł Stefan! On tak jakoś prosto wyprowadzał jedno z drugiego, 
aŜ Wiktorowi rozjaśniało się w głowie. Ach, gdyby on przyszedł! Chyba nie jest 
aŜ tak głupi, Ŝeby koleŜeńskie pogróŜki traktować inaczej niŜ Ŝart. Stefek, 
fajny chłopie, czemu nie przychodzisz?
Wiktor miotał się po pokoju, wyglądał oknem, rzucał tęskne spojrzenia w ciemne 
okna mieszkania śórawców — na próŜno!
W pokoju było za ciepło, a moŜe Wiktor miał gorączkę? Z jednej strony dobrze 
byłoby na jutro zachorować, ale to ulga tylko na kilka dni, a gdyby, nie daj 
BoŜe, dłuŜsza choroba — wtedy dzisiejsza dwójka wypłynęłaby na świadectwie z 
trzeciego okresu w całej okazałości.
—  To jest los! To los — wzdychał Wiktor, przykładając gorące czoło do 
chłodnej,  chropawej  ściany i nasłuchując, czy Stefan nie stuka do drzwi.
Zamiast Stefana zjawił się Bartek, któremu uczucie przyjaźni kazało pośpieszyć 
z pomocą.
Zastał Wiktora między kanapą a etaŜerką, w kącie słabo oświetlonym przez 
lampę, stojącą na stole przy rozłoŜonym brulionie.
—  Wiktor, co ty tam robisz? — zapytał Bartek.
—  Głową o ścianę chcę tłuc i patrzę, gdzie wygodniej — odpowiedział ponuro 
Wiktor, nie opuszczając kąta.
—  Szkoda ściany — stwierdził flegmatycznie Bartek. — A geometrię powtarzasz? 
Idzie?
—  Jak krew z nosa — mruknął Wiktor i nagle wykrzyknął z rozpaczą: — To nie na 
moją głowę! śebym nie wiem jak kuł i kuł, to i tak nic z tego. Tu na niczym 
nie moŜna popływać: dwa i dwa jest cztery, musi być cztery i Ŝeby nie wiem 
jaki geniusz, to nic innego nie wymyśli: cztery i koniec, i kropka! Czasami 
juŜ mi się zdaje, Ŝe umiem. Patrzę na rysunek, niby rozumiem, a jak mam 
powtórzyć z pamięci — ciemna mogiła! A najgorszy ten Pitagoras. Rany boskie, 
po co on te katusze wymyślił! To musiały być  straszne  czasy  w  tej   
staroŜytności.   Nie  dawali  widocznie uczonym pieniędzy na rozrywki, na 
jakieś podróŜe, z wizytami widocznie teŜ nie chodzili, bo tylko z nudów 
Pitagoras mógł wymyślić tak okropną rzecz, jak tabliczka mnoŜenia albo to 
twierdzenie...  Ja przez niego kopyta wyciągnę,  zobaczysz.  Ja nawet napis na 
pomnik mam juŜ gotowy, posłuchaj...
Zatrzymaj się, przechodniu, i zakręć łzę w oku, tu śpi Wiktor Kijanka, co 
umarł w tym roku, bo nie mógł dojść do ładu z Pitagorasem i zostawił w Ŝałobie 
całą szóstą klasę...
Dopilnuj,   Ŝeby   to   na   marmurze   było.   Na   białym.   To   moje 
ostatnie Ŝyczenie przed śmiercią. Co, nie wierzysz? JuŜ czuję, jak
mi w piersiach gra, a to suchoty, jestem pewny jak tego, Ŝe tu stoję. A jeŜeli 
nawet jeszcze rok poŜyję, to juŜ nie w tej samej klasie, drogi przyjacielu, co 
ty. Czeka cię gorzkie ze mną rozstanie na progu nowych nadziei i nowego Ŝycia 
w siódmej klasie, do której mnie przez dwóję z rachunków nie zaproszą.
—  Skończyłeś? — zapytał Bartek, na którym kwieciste zwroty Wiktora nie 
zrobiły wraŜenia — to siadaj. Zaczynajmy.
—  Dobra. Zaczynajmy tę krzyŜową drogę — oświadczył tragicznym tonem Wiktor i 
usiadł przy stole, ale nagle poderwał się Ŝywo i zawołał zwyczajnie: — Bartuś, 
pomóŜ mi zaraz łóŜko przestawić, bo jeŜeli zapomnę i jutro znowu wstanę lewą 
nogą, to juŜ mnie nic nie uratuje...
Człowiek drobiazgowy, to znaczy taki, który przyczepia się nawet do cienia 
nieścisłości, uwaŜałby, Ŝe przestawienie łóŜka nie miało Ŝadnego wpływu na 
postępy Wiktora w geometrii. A jednak...
Pan Karniewicz na lekcję nie przyszedł. Zastępstwo zlecono wychowawcy 
dziesiątej klasy, starszemu, szpakowatemu panu z gęstą szczotką siwych wąsów 

Strona 116

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

nad ustami.
Kiedy zajął miejsce na katedrze, w klasie VI B cisza była, jak rzadko przy 
własnych nauczycielach. Przez chwilę obserwowano się wzajemnie. W powietrzu 
drŜał niepokój: „Chyba nie będzie pytać..."
—  Panie profesorze — wystąpił odwaŜnie Wiktor — my teraz tylko powtarzamy. 
Stale i wciąŜ w tę i z powrotem, Ŝeby tego... Ŝeby opanować cały materiał, bo 
przecieŜ to juŜ koniec okresu. I najlepiej, jeŜeli to samo pan profesor... bo 
pan profesor dobrze umie i przynajmniej czasu się nie traci.
—  Aha — zrozumiał w lot nauczyciel — boicie się, Ŝebym nie sprawdzał  
waszych  wiadomości?  Nie  obawiajcie  się.  Nie  będę pytać. Matematyka to 
nie moja specjalność. A jak wykorzystamy tę godzinę?
—  Niech nam pan coś opowie — zaczęły prosić dziewczynki.
—  Coś? — nauczyciel potoczył wzrokiem po klasie. — Chyba nie myślicie o 
bajkach?
—  Panie profesorze — znowu zabrał głos Wiktor — my wiemy,

aturalnie, Ŝe wszyscy nauczyciele, jak byli mali, to byli bardzo rzeczni i 
bardzo dobrze się uczyli, ale czy nie mógłby pan nam Dowiedzieć o czymś takim 
Ŝyciowym, no, na przykład o tym, ¦ak pan był w naszym wieku i czegoś nie mógł 
za Ŝadne pieniądze zrozumieć, tak... ani w ząb i moŜe nawet bał się pan 
dwójki? Klasa z wyczekiwaniem patrzyła w oczy nauczyciela. MoŜe to, o co 
zapytał Wiktor, wyda mu się niestosowne? Nauczyciel zwrócił się do Wiktora z 
zainteresowaniem:
,__ Czy chodzi o jakieś trudne zadanie z matematyki?
__ Nie   o   zadanie  —  mówił   juŜ  całkiem  śmiało  Wiktor  —
o twierdzenie. O to nieszczęsne twierdzenie Pitagorasa, którego my... którego 
ja... nie mogę zapamiętać. Nauczyciel niespodziewanie roześmiał się.
—  Dobrze się składa. Opowiem wam, jak sam kiedyś przyswoiłem sobie to 
twierdzenie. Muszę się wam przyznać, Ŝe matematyk był ze mnie kiepski...
—  To zupełnie tak jak ja — ucieszył się głośno Wiktor.
—  Jechałem, jak to się mówi, na samych trójkach.
—  To niezupełnie jak ja — szepnął Wiktor.
—  A nauczyciela matematyki mieliśmy wtedy w szkole bardzo wymagającego.
Westchnienie zrozumienia odezwało się z róŜnych stron klasy.
—  Twierdzenie Pitagorasa musiało mi sprawiać wiele trudności, bo pewnego razu 
zniecierpliwiony nauczyciel (a wykładowym językiem w szkole był wtedy język 
rosyjski) powiedział mi: „Na wsie storony rawny Pitagorowy sztany." Moi 
uczniowie z dziesiątej klasy, kiedy im to opowiedziałem, przerobili to na 
polski: „W obie strony jednakowe spodnie Pitagorasowe." Rozumiecie?
Nie. Klasa niczego nie rozumiała. Skąd spodnie?
—  PrzecieŜ w Grecji nie noszono spodni — powiedział Bartek — więc i 
Pitagoras...
—¦ Tak. Masz słuszność — zgodził się nauczyciel —' ale przy odrobinie dobrej 
woli rysunek potrzebny do tego twierdzenia moŜe przypominać spodnie. No, 
patrzcie!
Podszedł do tablicy i narysował trójkąt — równoramienny, Prostokątny, obrócony 
kątem prostym w dół.
—¦ Wyobraźmy sobie, Ŝe są to takie spodenki, slipki. Doszy-wamy do nich 
nogawki, które, jak widzicie, są kwadratami zbudowanymi na przyprostokątnych. 
Tak? Klasa potakiwała z zapałem.
A teraz dodajemy do tych spodni górę, która jest kw.adratem zbudowanym na. 
gumce slipek, czyli przeciwprostokątnej. No i teraz trzeba tylko zapamiętać, 
Ŝe na te dwie „nogawki" wychodzi akurat ściśle co do joty tyle materiału, co 
na „górę", to znaczy: a2+b2 = c2.
— Jak to? — Wiktor stał w ławce i mrugał oczami z wraŜenia. — Zaraz... 
zaraz... — z miny jego było widać, Ŝe coś zaczyna rozumieć, nagle rzucił 
podejrzliwie:
—  E, ale pan profesor te slipki takie równe zrobił, a przecieŜ trójkąty 
prostokątne są rozmaite. A wtedy?
—  Racja — odpowiedział nauczyciel — wtedy „spodnie Pitagorasa" wyglądają, 
jakby je zrobił brakorób, o, tak: jedna nogawka dłuŜsza, druga krótsza. Ale i 
w tym wypadku ilość zuŜytego  materiału  jest  ściśle  zgodna  z  formułą:   
a2+b2 = c2.   No, jednym słowem, zapamiętajcie sobie ten Ŝarcik. „W obie 

Strona 117

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

strony jednakowe spodnie Pitagorasowe."
—  O rany.' Zrozumiałem! — zawołał olśniony Wiktor. — Teraz przy kaŜdych 
nogawkach nie boję się nic a nic. Zrozumiałem.
—  I ja! I ja.' I ja! Ja teŜ! — odezwały się liczne głosy i nagle cała klasa 
wyrecytowała dwuwiersz o spodniach Pitagorasa.
—  A to sztuka dopiero! — wyraził swój podziw Romek Kozi ołkiewicz.
—  PokaŜę wara jeszcze jedną sztukę — oświadczył ubawiony nauczyciel. — 
Powiedzcie mi tylko, jak wam się zdaje: czy wiele czasu zabiera wam szkoła, 
cŜy niewiele?                                               |
—  Wiele! O, bardzo wiele! — odpowiedział zgodny chór głosów, a Wiktor 
dorzucił patetycznie:
—  Pół Ŝycia, czyli pół szczęścia, a do tego drugie pół jest całkiem zatrute 
przez to pierwsze pół.
—  A więc ja wam dowiodę, Ŝe się myłicie. Kto na ochotnika do tablicy?
Wyskoczył Sewerek. 
_- Napisz z boku trzysta sześćdziesiąt pięć dni — tyle, ile ma rok. Sypiacie 
osiem godzin dziennie. PrzemnóŜ je przez dni. Dobrze. Teraz te godziny podziel 
przez dwadzieścia cztery, wypadło sto dwadzieścia jeden dni. Odejmij je od 
roku. Zostało nam dwieście czterdzieści cztery dni. Odejmij od tego tym samym 
sposobem dni, które się złoŜą z godzin przeznaczonych na mycie, jedzenie i 
odpoczynek. Liczymy na to po pięć godzin dziennie. Pozostało nam sto 
sześćdziesiąt siedem dni. Odejmij od tego pięćdziesiąt dwie niedziele. A teraz 
dwa miesiące wakacji. I jeszcze miesiąc, na który się złoŜą ferie zimowe, 
wielkanocne i inne święta. CóŜ nam pozostaje na lekcje? Marne dwadzieścia trzy 
dni, czyli niecały miesiąc. A tu ktoś powiedział: pół Ŝycia!
Klasa osłupiałym wzrokiem śledziła działania arytmetyczne, na tablicy. W 
kompletnej ciszy słychać było tylko stukanie kredy po desce.
—  Ale my przecieŜ więcej, więcej... przecieŜ od września do lipca — odezwał 
się gorącym protestem głos którejś z dziewczynek.
Nauczyciel, udając powagę, odpowiedział:
—  To złudzenie optyczne. — I wskazał na tablicę. — Wyliczone ściśle. Zgodnie 
z tabliczką mnoŜenia.
—  Wiem! Wiem! — wrzasnął triumfalnie Wiktor. — Błąd jest w tym miejscu, kiedy 
pan profesor...
Dawno nie było tak zabawnej lekcji w klasie VI B.
śórawiec tego wszystkiego nie słyszał. Po trzech lekcjach zwolnił się, bo u 
nich dzisiaj mieli otrzymać przydział węgla i trzeba było dopilnować zwózki.
Wiktor biegł ze szkoły galopem. Wpadł do Stefana jak wicher.
—¦ Stefan, juŜ wiem, co było ze spodniami Pitagorasa! — wołał od progu. — 
Nawet jeŜeli je robił neptek, co się nic a nic na krawieczyźnie -nie znał. Bo 
jeŜeli jedna nogawka była dłuŜsza, to znowu druga i tak do niej pasowała i 
razem było tego tyle, co nad gumką, kapujesz?
ROZDZIAŁ  28.
SEWERKOWE NIEPOWODZENIA. GDZIE KASIA?
STEFEK SPOTYKA „ZIELONYCH".
PAMIĘTNIK STEFANA.
Bartkową kawkę, Kasię, znała juŜ dobrze chyba cała szkoła. Wśród gromady 
uczniów i uczennic Kasia miała mnóstwo przyjaciół, a nawet wielbicieli.  Co 
zresztą mówić o młodzieŜy, jeŜeli nawet  pan  kierownik  polecił Bartkowi 
przynieść ją  do  swego gabinetu i z zainteresowaniem przyglądał się 
wyczynianym przez nią sztukom. Co mówić o panu kierowniku, jeŜeli stary woźny 
Kochasiu, który budził naleŜny szacunek tak wśród mikrusów, jak i uŜywających 
juŜ brzytwy najstarszych uczniów — nawet on, ścigający bezlitośnie wszystko, 
cokolwiek groziło porządkowi i czystości w szkole — uśmiechał się czule pod 
zawiesistym wąsem na widok Kasi.
Bo Kasia — co do tego zgadzali się wszyscy — była najładniejszą i 
najmądrzejszą kawką na świecie.
Czarne, tylko na karku popielate piórka, okrywały ją od dzioba po pazurzaste 
łapki. Wśród tej czerni jak dwa turkusiki błękitniały śliczne oczki. Ani 
piórko nie odstawało, ani jeden pazurek nie nosił śladu jakiegokolwiek brudu. 
Kasia była wielką porządnicką. ,(
Przepadała za twarogiem. Dostawała go teŜ przed lekcjami, po lekcjach i na 
kaŜdej przerwie. Matki osobistych znajomych Kasi nie umiały sobie wytłumaczyć, 

Strona 118

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

dlaczego ich dzieci zaczęły tak bardzo lubić twaróg, tym bardziej Ŝe niektóre 
do tej pory krzywiły się na sam jego widok. AŜ tu nagle prośby, aby na drugie 
śniadanie chleb był tylko i tylko z twarogiem, Ŝeby tego twarogu było  duŜo,  
jak najwięcej.
Gdyby jakimś cudem udało się zgromadzić przynoszony od paru tygodni do szkoły 
twaróg — powstałby zapas wystarczający na dłuŜszy czas dla jakiejś zasobnej 
mleczarni. Tymczasem ginęło to wszystko w gardziołku Kasi, która podsuniętą 
grudkę zjadała do najmniejszego ździebełka, czyściła potem bardzo starannie 
dziób   i   dziękowała   ofiarodawcy   ukłonem,   przechylając   łepek

i przymykając przy tym oczy. Dla zobaczenia tego ukłonu malcy z pierwszej i 
drugiej klasy gotowi byli roztrwonić wszystkie oszczędności na ser i twaróg.
Inna sztuka Kasi polegała na umiejętnościach fryzjerskich.
Wystarczyło, aby Bartek Niedźwiedzki powiedział:
— Kasiu, uczesz! Uczesz!
Kasia podnosiła główkę, patrzała bystro niebieskimi ślepkami w lewo, w prawo, 
siadała na najbardziej zrobionej „na kaktusa" głowie i zaczynała po niej 
szorować dziobem, jakby chciała uporządkować niesforne kosmyki.
Pewnego dnia, kiedy na przerwie „przeczesała" juŜ kilka fryzur, podniecona 
ogólną wesołością rzuciła się na ogromne wiechcie wąsów samego Kochasiu, który 
przyglądał się jej fryzjerskim wyczynom.
Bartek zmartwiał. Gniew pana woźnego był groźniejszy niŜ wiele innych kłopotów 
szkolnych. Niebezpieczny, bo zwykle bardzo szybki w wymierzaniu 
sprawiedliwości, Kochasiu był do tego pamiętliwy. Biada śmiałkowi, który 
pozwoliłby sobie lekcewaŜyć
jego osobę.
Ale tym razem Kochasiu pierwszy zaczął się śmiać. Ciasno otoczony przez 
zadzierających głowy, zachwyconych mikrusów, powtarzał co chwila:
— A to zmyślna bestia! To zmyślna!
Od tej pory Bartek mógł liczyć na róŜne, a wcale nie do pogardzenia w szkolnym 
Ŝyciu względy pana woźnego, u którego Kasia zostawała w czasie lekcji i 
równieŜ pobierała naukę, doskonaląc się w dalszych sztukach. Na przerwach 
przylatywała na ramię Bartka, a tak się juŜ oswoiła z dzwonkiem szkolnym, Ŝe 
na jego dźwięk siadała na poręczy schodów i czekała tam na swego właściciela.
Tak było i dzisiaj. Z Kasią na ramieniu wybiegł Bartek na szkolne boisko i 
natychmiast został otoczony gromadą jej przyjaciół, wśród których brak było 
tylko najmłodszych.
Właśnie wczoraj zainstalowano na skraju szkolnego podwórka huśtawki i kratę 
dla mieszczącego się w tym samym budynku Przedszkola.
Malców,   chodzących   pierwszy  rok   do   szkoły,   ciągnęło   jak magnesem 
do huśtawki i kraty. Ale to przecieŜ były przedszkolackie rozrywki.  
Uczniowski honor nie pozwalał okazywać dla nich nawet  zainteresowania.  Opór 
ten jednak wymagał wiele męstwa i przerastał po prostu ludzkie moŜliwości. 
Więc pierwszy „odwaŜny", który nie sprostawszy pokusie wdrapał się na szczyt 
kraty i stamtąd obwieszczał głośnym piskiem swoją radość — znalazł natychmiast 
naśladowców. Krata była po prostu oblepiona, a przy huśtawkach ustawiła się 
kolejka.
Starszych chłopców roznosiła równieŜ wiosenna energia. Ciepłe, prawie majowe 
słońce kazało zostawić w szatni szaliki i rozpiąć kurtki. Stopy swędziały do 
biegu, ręce do kuksańców, zziajane płuca nie mogły się dosyć nałykać świeŜego 
powietrza.
Zaplątany w to wierzgające, biegające i boksujące się rojowisko przypadkowy 
interesant z westchnieniem ulgi lądował w wyludnionym korytarzu szkolnym i 
pierwsze zdanie wychodzące z jego ust brzmiało:
—  Ja bym w tym piekle i dziesięciu minut nie wytrzymał! A informujący go 
Kochasiu twierdził pobłaŜliwie:
—  Jakie tam piekło? Pauza! Zwyczajna pauza!
Kiedy na dźwięk dzwonka Bartek podbiegł do przymurka, na którym zostawił Kasię 
nad sporą grudką twarogu — nie znalazł jej tam. Pewnie wróciła sama na parapet 
okienny przy stoliku woźnego. Nie.  I tam jej  nie było. Zaniepokojony wybiegł 
na boisko, obleciał je wokoło — na próŜno. Zdyszany, juŜ po wejściu 
nauczyciela, wpadł do klasy, którą migiem obiegła wieść o zniknięciu  kawki.   
Wszyscy jednak  traktowali  to  zniknięcie  jako chwilowe  zawieruszenie.  

Strona 119

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Kasia  wlazła po prostu  w jakiś kąt, moŜe się schowała?
Lekcja mijała zwykłym torem. Uwaga klasy skoncentrowała się na notesie 
nauczyciela: ostatnie stopnie przed świadectwem na trzeci kwartał. Jeden 
Bartek nie przestawał myśleć o ulubienicy. Ciągle starał się odtworzyć 
przebieg pauzy: wybiegł przez drzwi z Kasią, stał przez chwilę pod ścianą. W 
pobliŜu Sewerek demonstrował rewolwer strzelający wodą. Biedny Sewerek szukał 
ciągle sposobu na odzyskanie dawnej popularności w klasie.

Na próŜno. Od nieszczęsnego, ośmieszającego wydarzenia z haftowanym hasłem 
powaga byłego zastępowego zniknęła bezpowrotnie.
A tak przyjemnie było czuć się w klasie kimś znacznym, waŜnym! A tak trudno 
było z tej waŜności zrezygnować! Nie pomogły opowiadania o telewizorze u 
rodzonej ciotki, do której, gdyby tylko chciał, mógłby zaprosić kolegów. 
Otrzymany od ojca długopis nie wzbudził równieŜ większego zainteresowania. Z 
rewolwerem było to samo. JuŜ w czasie duŜej przerwy ilość chłopców 
obserwujących, jak za pociśnięciem cyngla z lufy sikała woda, stopniała do 
trzech najbliŜej Sewerka siedzących kolegów, którzy mieli nadzieję, Ŝe Sewerek 
pozwoli im wziąć rewolwer do ręki i wystrzelić wodą.
Ale Sewerek nie chciał wypuścić go ze swych rąk. I oto ku cichemu zadowoleniu 
towarzyszy rewolwer „wysiadł". Coś w nim zepsuło się — woda nie tryskała mocną 
struŜką, tylko chlupała i przelewała się na zewnątrz, wyciekając z lufy 
kroplami i bańkami.
—  Kataru dostał — stwierdził z satysfakcją Maniek. — Podaj mu chusteczkę, bo 
to tak... nie tego...
—  Do kitu z takim zasmarkańcem — oświadczył z pogardą Wacek Sitarek, który na 
próŜno prosił Sewerka o „potrzymanie".
Odeszli. Sewerek został sam.
Działo się to wszystko na początku ostatniej pauzy. A co było potem? Aha: przy 
huśtawkach rozległ się nieludzki wrzask i kotłowanina. Ktoś kogoś popchnął, 
ktoś wsiadł bez kolejki, a krzyku było jak przy katastrofie. Zleciało się całe 
boisko. Bartek teŜ tam skoczył, a po wymierzeniu sprawiedliwości gnał razem z 
Wiktorem za Stefanem, który miał bardzo długie nogi i dogonić było go trudno. 
Potem był juŜ dzwonek i ani śladu Kasi.
—¦ Siedzi na oknie u woźnego — szeptem pocieszał Bartka Wiktor — zobaczysz!
Ale to nie okazało się prawdą. Zmartwiony Kochasiu oświadczył chłopcom, Ŝe sam 
obejrzał wszelkie zakamarki, nawoływał Kasię, która i jego głos znała dobrze. 
Wszystko na próŜno.
— Musiały ją chyba inne kawki namówić — przypuszczał. — Mało ich tutaj się 
kręci? Rajcowały, rajcowały, aŜ ją przerajco-wały.
Bartek był niepocieszony. Miał tak nieszczęśliwą minę, Ŝe obu przyjaciołom 
serdecznie go było Ŝal.
—  Tak  bywa  w Ŝyciu — stwierdził filozoficznie  Wiktor — przywiąŜe  się 
człowiek  do  czegoś,  myśli,  Ŝe to na  całe  Ŝycie, a tu tymczasem frrr!... 
I co zostaje? Pusta klatka.
—  Nie trzymałem Kasi w klatce — obruszył się Bartek.
—¦ Wiem. Myślałem o swoim kanarku — wyjaśnił Wiktor. — To z nim tak było. I 
Ŝeby sobie chociaŜ poprawił, gdzie tam — tego samego dnia kot go zjadł.
—  A moŜe jej było smutno? — zastanawiał się Stefan. — Sama jedna między 
ludźmi. KaŜdy chce mieć kogoś bliskiego, swojego, jakąś rodzinę czyt 
przyjaciela.
—  No, dobrze — godził się z bólem Bartek — ale Ŝebym coś zauwaŜył,  Ŝebym  
widział,  Ŝe  jakaś  osowiała,  puściłbym  ją  na wolność. Nawet tak było 
postanowione: jak się zrobi ciepło, wyniesiemy ją do parku i tam, jeŜeli 
zechce zostać, niech zostaje. Wydawała się taka przywiązana, tak 
zaprzyjaźniona... ElŜbietka bardzo się zmartwi...
—  Prawdziwa przyjaźń — przerwał mu Wiktor — moŜe być tylko między ludźmi.
—  I między ludźmi teŜ róŜnie bywa — westchnął Stefan przypomniawszy sobie 
ElŜbietkę. — Wydaje się ktoś przyjazny, Ŝyczliwy, nieba chciałbyś mu 
przychylić, aŜ tu nagle frrr! i po wszystkim.
—  Ja mówię o prawdziwej przyjaźni — powiedział z naciskiem Wiktor —¦ o takiej 
jak nasza. Łączy nas wszystko: STO, tajemnica, przysięga, tajny szyfr i 
wspólny wróg... — w tym miejscu na wzruszenie ramion Stefana  Wiktor dorzucił: 
— Zobaczycie jeszcze, do czego on zdolny, ja wam mówię, to tygrys.

Strona 120

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Z wybitymi zębami — wtrącił Stefan.
—  Ale pazury jeszcze ma — nie ustępował Wiktor — i gdyby nie nasza przyjaźń, 
tak mocna jak węzeł, którego nikt nie potrafi rozwiązać... Ładnie 
powiedziałem, co? zapisz to jako moją złotą myśl.
__ To nie twoja. Gdzieś wyczytał?
,__. MoŜe i wyczytałem, nie szkodzi. Zapisz: „Prawdziwa przyjaźń jest jak 
węzeł, którego nie potrafiłby rozwiązać nawet Aleksander Macedoński — powtarza 
często mój przyjaciel, Wiktor Kijanka." Zapamiętasz? I jeszcze to: „Za 
prawdziwą przyjaźń warto dać się posiekać."
Kiedy indziej koledzy nie przepuściliby okazji do drwin z górnolotnych wyraŜeń 
Wiktora. Dziś, zwarzeni utratą kawki — milczeli.
W domu Stefan od razu wyczuł, Ŝe stało się coś niedobrego. Ojciec wrócił z 
fabryki wcześniej. Siedział w kuchni przy stole, ale obiad juŜ zjadł, bo stała 
przed nim szklanka herbaty. Oprócz niej na stole znajdował się jeszcze słoik z 
malinami i kartonik proszków od bólu głowy.
W domu śórawców choroba gościła rzadko. Stefek albo Lu-cynka przeziębiali się 
od czasu do czasu — to wszystko. Chorującej matki Stefan nie pamiętał. Brała 
czasami proszek od bólu głowy albo piła herbatę z malinami. Konfitura z malin, 
co roku starannie przyrządzana i przechowywana w kredensie na najwyŜszej 
półce, traktowana była raczej jako lekarstwo niŜ smakołyk. Zdaniem mamy 
pomagała na zgryzoty. Ile razy któreś z rodziców miało zmartwienie czy jakieś 
nieprzyjemności, które nie chciały „zejść z głowy", na stole zjawiał się słoik 
z pachnącymi, czerwonymi malinami.
Ale skąd wzięły się raptem zmartwienia? PrzecieŜ od kilku dni czy nawet od 
tygodnia w domu było tak przyjemnie, tak wesoło. Ojciec aŜ kipiał energią: 
wywiórkował sam podłogi, po-rciył okna, obiecał mamie zaraz po świętach 
zreperować skrzynki do kwiatów. A mama co wieczór brała ołówek do ręki i 
liczyła w zeszycie, „na co sobie będzie moŜna pozwolić". Bo ojciec, 
kwalifikowany ślusarz, miał być od kwietnia przesunięty do wyŜszej kategorii, 
a razem z tym otrzymać sporą podwyŜkę płacy. A moŜe i premię na święta?
Ale i bez tej premii, która nie jest taka zupełnie pewna, z obliczeń mamy 
wynikało, Ŝe święta w tym roku mogą być lepsze. Oprócz tego .Lucynce sprawi 
się półbuciki, a ojcu buty. Mama kupi wreszcie materiału na suknię, która 
miała być juŜ na BoŜe Narodzenie, tylko Ŝe nie starczyło pieniędzy. Stefka nie 
moŜna pominąć, a Ŝe ubranie i obuwie ma w dość dobrym stanie i wstydu rodzicom 
nie sprawia, dostanie wymarzony sportowy plecak z brezentu obszytego skórą, z 
rzemiennymi szelkami, z kieszeniami zapinanymi na sprzączki, z paskami do 
przytroczenia koca i menaŜki.
Stefek słuchał wyliczeń mamy milcząc, ale z wypiekami na twarzy. Bo raz 
wypadało, Ŝe jeŜeli święta mają być z mniejszą szynką, to' na plecak wystarczy 
od razu. A znowu jeŜeli szynkę kupi się większą, to do plecaka trzeba będzie 
dołoŜyć z koperty, która leŜała w bieliźniarce pod równo ułoŜonymi poszewkami 
i w której mama chowała „parę złotych na czarną godzinę".
Tak czy inaczej plecak był pewny i Stefek zasypiał unosząc w sen widok własnej 
postaci z nowiutkim plecakiem na ramionach wędrującej na całodzienną wycieczkę 
z kolegami. Wyruszali oczywiście spod domu Bar tka, a stojąca na balkonie 
ElŜbieta aŜ wychylała się przez poręcz, „podziwiając dziarską sylwetkę pewnego 
znajomego harcerza...
Tak było jeszcze wczoraj wieczorem. A dziś zasępiona twarz ojca, zaciśnięte 
usta matki, podającej bez słowa obiad Stefkowi, kazały się czegoś obawiać. Coś 
się stało, coś niedobrego, ale co?
Z cięŜkim sercem Stefan usiadł nad lekcjami. Nie było ich na jutro wiele i 
uporał się z nimi szybko. W domu było mu źle, i wyskoczył na podwórze. 
Świergot ptaków przypomniał Kasię. Ni z tego, ni z owego zabrzmiały w uszach 
słowa: „ElŜbietka bardzo się zmartwi." A moŜe kawka wróciła na szkolne boisko? 
MoŜe siedzi na parapecie okiennym i czeka na Bartka?
Decyzja, aby pobiec i sprawdzić to przypuszczenie, powstała w jednej minucie. 
Szkoła była przecieŜ tak blisko. JuŜ podchodził do niej, kiedy drogę 
zagrodziły mu dwie postacie: to byli „zieloni". Nie zdąŜył pomyśleć, skąd się 
tu wzięli, kiedy ten większy powiedział ostro:
__Mały, czy ty nie masz do nas Ŝadnego interesu?
Zaskoczony Stefek milczał, a tymczasem drugi dodał:
__Mnie się zdaje, Ŝe chcesz nam coś powiedzieć.

Strona 121

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

— Nie — burknął Stefek.
.__ Nic a nic? — zapytał starszy i podsunął się o pół kroku.
.__ Nic! — wrzasnął Stefek, dał nura między „zielonych" i juŜ
gnał po chodniku. Nie gonili go.
Brama szkolna stała otworem. Znowu, jak z Bartkiem, obejrzał wszystkie 
miejsca, w których mogła utknąć Kasia. Nie znalazł jej. Przez uchylone drzwi 
wsunął się do przedsionka. Puste, ciche korytarze szkolne wydawały się obce. 
Szanując tę ciszę, na palcach zbliŜył się do stojącego w zagrodzie roweru i 
zapatrzył się. Nagle przestraszył go głos Kochasiu:
—  A ty co tu robisz?
Zaskoczony, speszony, ledwie zdołał wybąkać, Ŝe przyszedł sprawdzić, czy Kasia 
nie wróciła.
Na podwórku spotkał pana kierownika. Ukłonił się, chciał wyminąć, ale pan 
kierownik zatrzymał go.
—  Rozmawiałem  z  twoim  ojcem.   Bardzo  zgryziony.  Zrozumiałe —  awans  
naleŜał  mu  się  juŜ  dawno.  Tobie  teŜ chyba
przykro?
—  Panie kierowniku — wybuchnął Ŝalem Stefek — ja o niczym nie wiem! Tśtuś mi 
nic nie powiedział. Nie dopytywałem się, bo rodzice strasznie się denerwują, 
Ŝe wtrącam się w nie swoje sprawy. A sam pan kierownik widzi. Czy to w 
porządku, Ŝeby mnie nie obchodziło, o co mój tatuś się martwi? — Nie — 
powiedział pan kierownik i zawrócił razem ze Stefkiem.
Pamiętnik   S t e j an a
Tatuś do wyŜszej kategorii nie przejdzie. Nie będzie miał wyŜ-
szej pensji i te święta wcale nie będą lepsze, a moŜe nawet i nie
akie, jak w zeszłym roku, bo mamusia mówi, Ŝe wszystko po-
droŜało i końca z końcem nie moŜe związać. O plecaku nie ma
co wspominać, bo i o innych sprawunkach się nie mówi. Tylko
Lucynka dostanie półbuty, bo stare za małe i juŜ ją nogi bolą! ale na nic 
więcej tymczasem pozwolić sobie nie moŜemy.
Gdyby nie pan kierownik, to w ogóle nic bym nie wiedział, ale pan kierownik 
wrócił ze mną do domu i powiedział do tatusia, Ŝe ja juŜ jestem duŜy i 
wszystko rozumiem, a jeŜeli nawet czegoś nie rozumiem, to i tak powinienem 
wiedzieć, jak postępuje mój ojciec, Ŝebym sam, kiedy dorosnę, umiał chodzić 
uczciwą drogą. I wszystko opowiedział, bo tatuś nie bardzo się spieszył.
Więc to było tak: majster zapowiedział ojcu awans. Tatuś się ucieszył, bo 
myślał, Ŝe to wszystko sprawiedliwie idzie. A tymczasem majster chciał ojca 
tym awansem kupić. Bo przy redukcjach chciał zwolnić jednego porządnego 
robotnika, a zostawić swojego kumotra. Mój tatuś w takich sprawach zawsze 
pierwszy ostro występuje. Więc majster myślał, Ŝe przez ten obiecany awans to 
tatuś będzie cicho siedział. Ale niedoczekanie, bo to byłaby straszna krzywda. 
Ten, co miał być zwolniony z pracy, ma Ŝonę i troje dzieci i dobrze pracuje, a 
ten majstrowy kumoter to ani Ŝony, ani dzieci, ani w ogóle nic, tylko pijak i 
bumelant. Więc tatuś od razu na zebraniu wystąpił, a za tatusiem inni, i 
zrobiło się straszne piekło, i zwolnili róŜnych pijaków i bume-lantów. Majster 
był zły, ale nic nie powiedział, tylko później „okazało się", Ŝe tymczasem 
Ŝadnych awansów nie będzie.
Więc tatuś się gryzł. Ale nie o ten awans, tylko o niesprawiedliwość i Ŝe 
mamusia chciała wyprawić trochę lepsze święta i kupić ten materiał na 
sukienkę, bo buty to tatuś ma jeszcze zupełnie dobre. I ten plecak dla mnie.
Mamusia powiedziała, Ŝe nie ma się co martwić, bo dokupi > metr materiału i 
starą sukienkę przerobi. Widziała, jak Aliny matka przerobiła tak dla pani 
Pagaczowej. Bardzo gustownie wypadło. Wzięła znowu ołówek i znowu liczyła. Z 
rachunku wypadło ostatecznie, Ŝe szynkę będzie moŜna kupić tę większą. Dobre i 
to.
Na plecak zaczekam do tatusiowego awansu. PrzecieŜ to kiedyś nastąpi, bo 
sprawiedliwość musi być.
ROZDZIAŁ  29.
MOŜE TO GUZY?
KRADZIEś W, SZKOLE! TAJEMNICZY ŚLAD. PRZYJAŹŃ SIĘ CHWIEJE, STEFAN MILCZY.
W piątek Wiktor przypomniał nauczycielowi swoją „dwójkę z zawieszeniem" i 
prosił o powtórne przepytanie.
Pan Karniewicz nie miał duŜych złudzeń co do moŜliwości Wiktora w matematyce i 

Strona 122

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

był nawet trochę zaskoczony jego gorliwością, ale musiał być sprawiedliwy. 
Zapytał:
—  Czujesz się na siłach?
—  Na   zupełnie  duŜych  siłach,   proszę  pana  —  odpowiedział skromnie, 
według własnego mniemania, Wiktor.
Nauczyciel był w dobrym humorze, a przesadny sposób wyraŜania się Wiktora znał 
juŜ od dawna. Rozbawiony jego odpowiedzią, uśmiechnął się.
—  W cuda, jak wam wiadomo, nie wierzę, ale tak zwane przy-siedzenie  fałdów 
nawet w matematyce pomaga.  Wystąp wobec tego po laury, to znaczy w twoim 
wypadku po trójkę, skoro się czujesz „na zupełnie duŜych siłach".
Uwaga całej klasy skupiła się na stojącym przy tablicy Wiktorze. Oczekiwano 
nie byle jBkiej zabawy: Wiktor Kijanka, najsłabszy z matematyki uczeń i „na 
duŜych siłach"; To heca!
Nauczyciel nie miał zamiaru znęcać się nad Wiktorem. Wiedział przecieŜ, Ŝe 
wiele od niego wymagać nie moŜe. Zaczął od nietrudnego zadania. Wiktor 
rozwiązał je dość szybko. Nauczyciel podyktował zadanie drugie, trudniejsze. 
Wiktor zastanowił się na początku, potem chwilę w środku i znowu gładko 
doszedł do końca. Pan Karniewicz zdziwiony spojrzał po klasie. Napotkał wiele 
par oczu równieŜ wyraŜających zdziwienie. Powinien juŜ odprawić Wiktora na 
miejsce, ale z jakim stopniem? Co tu się stało?
—¦ Słuchaj, Kijanka, a jak wyglądają twoje zainteresowania geometrią? 
Odetchnąłbym z ulgą, gdyby jakoś udało się nakłonić cię do bliŜszej znajomości 
hm... z Pitagorasem.
—  JuŜ się udało, proszę pana, Pitagoras to niezwykle mądry filozof, a chociaŜ 
nie nosił spodni, to jednak...
—  No, no, Kijanka, juŜ zaczynasz swoje dowcipy — niezadowolony   nauczyciel   
zmarszczył  brwi,  nie   wiedział  bowiem  nic o  zabawnym  pomyśle  swego  
zastępcy  —  spróbuj   sobie  przypomnieć twierdzenie Pitagorasa.
Wiktor z pewnym namysłem, ale bardzo wyraźnie wyrecytował poprawnie całe 
twierdzenie. Następnie, nie czekając na polecenie nauczyciela, machnął na 
tablicy zgrabny trójkąt prostokątny, wyrysował właściwe kwadraty i dowiódł, co 
trzeba.
Zaskoczony nauczyciel wodził wzrokiem od stojącego przed tablicą Wiktora do 
siedzących w ławkach uczniów, a wyraz jego twarzy mówił o czymś więcej niŜ 
zwykłe zdziwienie: o niepokoju.
—  Słuchajcie, co to wszystko ma znaczyć? Powtarzam: w Ŝadne cuda nie wierzę. 
MoŜe zmajstrowaliście primaaprilisowe urządzenie?   Ale   przecieŜ   
pierwszy   kwietnia   jest   dopiero   jutro.   No? Zmajstrowaliście coś?
—  My nic a nic — zapewniał gorliwie Sewerek. — Chyba Ŝe... —¦ Aha — pan 
Karniewicz, wbrew Ŝyczeniom Sewerka, nadał
tej wypowiedzi szlachetny sens — chcesz powiedzieć, Ŝe go podciągnęli? To 
przecieŜ matematyczne głowy. Świetny pomysł — cieszył się wychowawca. A widząc 
uśmiechnięte twarze przyjaciół Wiktora, dorzucił: —¦ Tak powinna wyglądać 
przyjaźń. Wiktor, dziękuję, siadaj! Dwójkę przekreślam. Jestem z ciebie 
całkiem zadowolony.
Wiktor postanowił nosić teraz głowę bardzo wysoko. Zakrawało to na zadzieranie 
nosa tak wyraźnie, Ŝe aŜ mu Stefan bez ogródek powiedział:
—  Zostaw juŜ w spokoju Pitagorasa, a powiedz lepiej, ile to jest siedem razy 
osiem?
—  Pięćdziesiąt sześć — wypalił Wiktor. — O, mój drogi, nie próbuj mnie 
złapać, dla mnie teraz cała tabliczka w tę i z powrotem to dziecinna igraszka, 
rozumiesz?
—  Nie rozumiem — wyznał Stefan.
—  Ja teŜ nie mogę tego zrozumieć — dodał Bartek - - prze-

cięŜ ja i Stefek najlepiej wiemy, jak trudno ci było z matematyką, naprawdę 
trudno, a teraz...
.— Sam się dziwiłem, skąd u mnie nagle wybuchła ta siła matematyczna — 
tłumaczył Wiktor — bo to doprawdy jakaś potęŜna siła, istna Mauna-Loa... 
Bartuś, jeŜeli ci pamięć nie dopisuje, to przypominam: Mauna-Loa, największy 
wulkan świata, znajduje się na Hawajach. Czegoś się naindyczył? PrzecieŜ ja... 
no juŜ... więc mówię wam, nie boję się teraz Ŝadnego zadania. Nic a nic. A 
przecieŜ nie tak dawno, BoŜe kochany, przy tablicy nogi się pode mną uginały i 

Strona 123

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

oto...
—  Rozjaśniło ci się — stwierdził Bartek.
—. A  wiecie  dlaczego?  Proste  jak  drut:  guz.  No,  zwyczajny
guz. Rozumiecie?
—  Rozumiem, Ŝe przy nabijaniu guza moŜna zobaczyć gwiazdy —  zgadzał  się  
Stefan  —  ale  Ŝeby  się  rozjaśniło  na  stałe i pomogło w nauce? Jakim 
sposobem?
—  Głupiś. Ja nie o takim guzie. Mnie po prostu w głowie na tym matematycznym 
miejscu, gdzie prawdopodobnie miałem tak zupełnie gładko, coś musiało się 
zmienić. Kapujecie? Stefek, jeŜeli nie  przestaniesz się śmiać,  to ci 
wyskoczy  guz,  z którego  nie będziesz miał Ŝadnej naukowej korzyści. Jak 
Pitagorasa szanuję!
Bartek na wszelki wypadek wsunął się między Stefka i Wiktora ciągnącego dalej 
swoje zwierzenia:
—  PrzecieŜ  ja tej  matmy nie  cierpiałem dlatego,  Ŝe  jej  ani ugryźć nie 
mogłem. Szkoda było na nią mojego czasu. Sami widzieliście: wszystko było na 
marne. Mógłbym przysiąc, Ŝe nigdy nic matematycznego nie będę mógł skapować. 
AŜ tu nagle, dzięki Pitagorasowi,  okazało się,  Ŝe  kapuję!...  Kapuję!!!  O, 
szlachetny filozofie   z   wyspy   Samos,  nie   zawiedziesz   się   na  
mnie.   Laur olimpijski, zdobyty na mecie zwycięzców, na twojej złoŜę skroni.
Stefan i Bartek patrzyli na Wiktora, niewiele z jego słów rozumiejąc.
—¦ Wlazł na gruszkę, rwał pietruszkę... — mruczał Stefan.
—¦ Zgłosisz się na olimpiadę matematyczną? — domyślał się Pełen zdumienia 
Bartek.
"—¦ Ani na gruszkę, ani na olimpiadę, a po prostu na... rower —
oświadczył tryumfalnie Wiktor. — O rany! Ale wy powoli myślicie! Rower będzie 
mój! Nie widzę teraz Ŝadnych przeszkód, Ŝeby go dostać. A kiedy go juŜ będę 
mieć, to kto mi zabroni zostać Królakiem?... No i wtedy wieniec laurowy tacham 
do szkoły na Sienkiewicza. Tam podobno znajduje się dopiersie Pitagorasa. Z 
prawdziwego marmuru. I zawieszam na nim wieniec.
—  Mówi się popiersie — poprawił Bartek.
—  MoŜe tak się mówi, ale poprawniej byłoby dopiersie, bo to oznacza głowę i 
do piersi, dalej nic, tylko nóŜka. Co, moŜe nie?
—  Owszem, podstawka — odrzekł wymijająco Bartek.
—  Ty, Wiktor, w ogóle jesteś stworzony do wielkich rzeczy — powiedział z 
przekąsem Stefan. — U ciebie wszystko kręci się koło ministrów, Królaków, 
cudów i dziwów. Tylko patrzeć, jak obok popiersia Pitagorasa stanie twoje, i 
to nie na jednej, ale na dwóch nogach.
Wiktor westchnął tylko i przytoczył z uczuciem słowa wiersza, którego uczono 
się na pamięć w roku ubiegłym:
—  „Nie wiadomo, nie wiadomo wcale, jak się sława w Ŝyciu rozpoczyna..." 
Pamiętacie? A ty,  Stefan, nie zazdrość.  PrzecieŜ i tobie będzie kiedyś 
przyjemnie,  Ŝe przyjaźniłeś się z jakimś nieprzeciętnym talentem.  MoŜe  coś 
o mnie napiszesz?  Czytałeś przecieŜ, jak Orzeszkowa pisała o Konopnickiej, z 
którą chodziła do tej samej szkoły. Ja na twoim miejscu zapisywałbym w 
pamiętniku nasze rozmowy. Nie śmiej się. MoŜe ci się to kiedyś przydać. Choćby 
do mojego Ŝyciorysu. Jakaś złota myśl... Mówiliśmy juŜ kiedyś o tym. I 
pamiętnik na pewno przez takie rzeczy stanie się ciekawszy.
—  Owszem, opisałem juŜ raz, jak pan Karniewicz męczył się z tobą, zanim ci 
ten wulkan matematyczny wyskoczył — oświadczył złośliwie Stefan, ale Wiktor, 
przekonany o swojej niewątpliwie sławnej przyszłości, odpowiedział 
wielkodusznie:
—  I  tó juŜ  kiedyś było.   Newton  we  wczesnej  młodości  teŜ obrywał   
dwóje   z   matematyki.   Historia   się   powtarza,   Stefku. Przekonasz  
się, gdy ją lepiej  opanujesz.  Tymczasem,  radzę ci, zapisuj wszystko. 
Prawda, Bartuś? Stefek powinien pisać o mnie duŜo?
__. Pisanie na pewno Stefkowi nie zaszkodzi, tylko Ŝe... papier
drogi — odpowiedział Bartek. — I w ogóle za duŜo tego gadania. La-u-ry, 
mar-mu-ry, a kandydatów do losowania roweru będzie niemało. MoŜe go nikt z 
naszej trójki nie wylosuje?
„Trójki"? A więc Bartek teŜ ma nadzieję? Stefan i Wiktor szybko wymienili 
spojrzenia i nagle uświadomili sobie, Ŝe ostatnio Bartek przestał kuleć z 
geografii. A więc i on?...

Strona 124

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Wiktor z zainteresowaniem przyjrzał się Bartkowej głowie, jakby chciał tam 
zobaczyć wytłumaczenie osiągnięć geograficznych przyjaciela. Ale zgrabna, 
okrągła głowa Bartka pokryta była jedynie gęstą i lekko kędzierzawą szopą 
czarnych włosów. Wobec tego zapytał:
—  Bartuś, moŜe u ciebie teŜ?... No, mówię o tym guzie, o wypukłości. Co?
—  Owszem... TeŜ wypukłość. Tylko Ŝe w kształcie globusa na moim stole. 
Ogromnie rozjaśnia geografię. Nie wierzysz?
—  Nie wierzę. Chyba Ŝe... wymienisz mi z pamięci wszystkie rzeki Azji. Ale 
juŜ, zaraz. A co?
Wiktor chciał tryumfować, gdy nagle jednocześnie z rytmicznie wybijanymi na 
jego bokach kuksańcami w proporcji: jedna sylaba — jeden kuksaniec, popłynął, 
rzadki w ustach Bartka, strumień wymowy:
—  Ob — i Irtysz — Jenisjej! — Lena, Amur — Syr- i Amu--daria! Huang-ho — 
Jangtse-kiang — i Eufrat! Tygrys — Indus — Brahmaputra! Ganges — MekongL. Czy 
juŜ wierzysz? Jeśli nie,
to powtórzę!
—  Wierzę!  Wierzę  juŜ!  — krzyczał  Wiktor,  daremnie  zasłaniając się przed 
ciosami Bartka. — TeŜ Wezuwiusz! TeŜ Etna! Jeszcze ci mało?  No więc Cotopaxi, 
sześć tysięcy pięć metrów nad poziomem morza! O rany!
Pierwszego kwietnia szkoła, jak zwykle w dzień primaaprili-sowy, stawiana była 
na głowie. Na to nie było Ŝadnej rady. Zrezygnowani nauczyciele z niezwykłą 
ostroŜnością przebywali korytarze, na których trudno było przewidzieć, co im 
wyskoczy
spod nóg lub spadnie ze ściany. Przygotowani na wszystko, wchodzili do klas, 
gdzie znajdowali innych uczniów, inne niŜ trzeba pomoce naukowe, katedrę 
przesuniętą do pieca i odwróconą do góry nogami tablicę. Co roku dla którejś 
podrastającej klasy najdowcipniejszym wyczynem było podłoŜenie jajka zamiast 
kredy i wypchanego jeŜa zamiast ścierki do tablicy.
Nie chcąc psuć uciechy uczniom, nauczyciele udawali zaskoczonych, 
zdezorientowanych okropnie, aby wkrótce potem śmiać się serdecznie z całą 
gromadą i opowiadać o własnych dawnych uczniowskich prima aprilisach.
Zgodnie z nie pisanym, ale ściśle od lat przestrzeganym prawem hece i kawały 
kończyły się razem z pierwszą lekcją. Na przerwie opowiadano sobie wzajemnie, 
co która klasa wymyśliła, typowano najlepszy figiel i dzień szkolny toczył się 
juŜ dalej normalnym torem.
Tylko jakiś niedoświadczony pierwszoklasista mógł się wyrwać jeszcze w czasie 
duŜej przerwy z oryginalnym pomysłem w rodzaju: „O, jaka duŜa dziura!", ale 
milkł szybko, unicestwiony pogardliwymi spojrzeniami i kąśliwymi uwagami 
starszych kolegów.
Tak było i dzisiaj. Druga godzina lekcyjna, a był to właśnie język polski, 
dobiegała końca bez Ŝadnych godnych wzmianki wydarzeń. Na minutę moŜe przed 
dzwonkiem drzwi klasy uchyliły się ostroŜnie i ukazała się w nich ozdobiona 
białymi wąsami głowa woźnego Kochasiu, na którego twarzy malował się niepokój.
Widząc, Ŝe pani Ostrowska składa juŜ dziennik lekcyjny, woźny* podszedł do 
katedry i powiedział szeptem kilka słów, po których jego niepokój udzielił się 
nauczycielce.
— Naprawdę? — zapytała półgłosem. — To chyba niemoŜliwe. Ale proszę, niech pan 
zapyta.
Dzwonek   na   przerwę   dźwięczał   donośnie,   a   zaintrygowana klasa nie 
ruszała się z miejsca. Woźny przez chwilę wodził po zwróconych   w   jego   
stronę,   pełnych   napięcia   twarzach,   moŜe o   mgnienie   oka   dłuŜej   
zatrzymał   wzrok   na   osobie   śórawca, • wreszcie zapytał:
__Kto z was, kochasiu, widział dzisiaj rower? Ten w hallu?
_- Rower?... Dzisiaj?... A bo co?... A bo co?... — odezwały się ze wszystkich 
stron klasy bezładne okrzyki. Ktoś zawołał: — g to pewnie jakiś prima aprilis 
— ale miny pani Ostrowskiej i woźnego wykluczały Ŝart. Kochasiu zapytał 
powtórnie:
.__ Nikt tego roweru nie widział? A kto z was zauwaŜył, Ŝe
go w stojaku nie ma?
Nikt nie śpieszył się z odpowiedzią. Przypominano sobie dzisiejszy poranek. 
KaŜdy wtedy myślał przede wszystkim o figlu własnym lub własnej klasy. Cała 
uwaga pochłonięta była jedynym problemem: uda się kawał czy nie uda? Stojący 
od kilku miesięcy w tym samym miejscu rower nie stanowił atrakcji. Kto by się 

Strona 125

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

nim w takim dniu interesował?
—  Ja zauwaŜyłem dziś rano, Ŝe roweru nie ma — rozległ się w klasie  
pochłoniętej  namysłem  głos  Stefana  śórawca —  ale
myślałem...
—  Co pomyślałeś? — nagliła pani Ostrowska, widząc, Ŝe Stefan
nie kończy.
—  Pomyślałem... — Stefan zatrzymał się znowu niemile  dotknięty badawczym 
wzrokiem woźnego, i dokończył szybciej: — Pomyślałem, Ŝe rower wzięto do 
oczyszczenia.
—  Do oczyszczenia? — zdziwiła się nauczycielka. — PrzecieŜ to był nowy rower. 
Skąd ci to przyszło do głowy?
Stefan pozbył się juŜ nieprzyjemnego uczucia i kończył rze-
cąowo:
—  Parę   dni   temu,   we   wtorek  czy  w  środę,   nie  pamiętam dobrze, 
proszę pani, zwolniłem się z lekcji wcześniej, bo musiałem dopilnować zwózki 
węgla, i wtedy na dole słyszałem przechodząc, jak pan kierownik mówił do 
Kocha... do pana woźnego, Ŝe rower trzeba by oczyścić z kurzu i Ŝe moŜe 
zrobiliby to uczniowie.
—¦ Przechodziłeś wtedy? — przerwał woźny. — A ja cię nie widziałem, kochasiu.
¦ Bo pan stał odwrócony plecami. Pan kierownik mógł mnie
widzieć...
Proszę pani — wtrącił Wiktor — i mnie, i Bartkowi Stefan
mówił o tym. Nawet chcieliśmy iść do pana kierownika i zaofiarować swoją 
pomoc, bo rzeczywiście rower był juŜ mocno przykurzony. Ale najpierw zginęła 
Kasia, potem ja przyłoŜyłem się do Pitagorasa, potem wymyślaliśmy ten prima 
aprilis, no i tak zeszło, aŜ...
— AŜ rower zginął — powiedział gniewnie woźny.
—¦ Rower zginął! Zginął ze szkoły! Ukradli rower! — wrzasnęło kilka głosów i 
juŜ nie było siły, która by mogła powstrzymać wszystkich od rzucenia się do 
drzwi, dalej korytarzem na schody i w dół po schodach aŜ do miejsca... po 
rowerze.
Faktycznie zostało tylko miejsce, kwadrat ujęty w cztery drewniane słupki 
połączone listewkami, z których Ŝadna nie była złamana, wygięta czy w 
jakikolwiek sposób naruszona. A jednak pusty środek, na którym leŜała 
przewrócona podpórka utrzymująca rower w postawie stojącej, wymownie świadczył 
o tym, co zaszło.
Nie sama tylko klasa VIB zapytywana była o rower. Wieść o jego zniknięciu 
obiegła juŜ całą szkołę. Balustrada, otoczona tłumem uczniów, zwiększającym 
się o coraz nowe, napływające ze wszystkich stron partie, była zagroŜona. 
Zaczynała trzeszczeć. KaŜdy chciał zobaczyć, Ŝe do oglądania nic juŜ nie ma.
Dzwonić na zakończenie pauzy trzeba było aŜ dwa razy. Niechętnie oddalano się 
od miejsca katastrofy. Bo to była katastrofa, wstrząs dla małych i duŜych, 
zagadka, fenomen: najwaŜniejszy, najgroźniejszy woźny, sławny Kochasiu we 
własnej osobie, nie widział, jak mu sprzątnięto sprzed samego nosa rower, 
szkolny rower, i to taki rower! Świat się kończy!!!
Stefek, Bartek i Wiktor równieŜ na własne oczy stwierdzili pustkę w obrębie 
stoiska. Fakt nie wymagał komentarzy. Stefan i Bartek milczeli. Wiktor zaczął 
się Ŝołądkować:
—  NiemoŜliwe! To niemoŜliwe, i koniec! Ja się nie zgadzam! Protestuję! Weto i 
kropka!
—  Nie zgadzasz się? Na co? — zapytał Bartek.
—  Na to,  Ŝeby mój rower zginął, Ŝeby go juŜ nie  było! To na pewno czyjś 
idiotyczny kawał! To się jakiś osioł na dowcip wysilił,  ja wam  mówię,  Ŝe  
jutro rower będzie tu znowu stał.
A jeŜeli nie, jeśliby naprawdę ktoś go ukradł, to...
_ To co?
__, To po co mi ten cały Pitagoras! Po co te guzy! — wybuchnął Wiktor i 
rozwodziłby dalej swoje gorzkie Ŝale, gdyby nie Bartek, który w tej właśnie 
chwili zwrócił uwagę na małą kartkę, niedbale wsuniętą w szparę między 
słupkiem a listwą. Tkwiła tam nie zauwaŜona przez nikogo do tej pory, aŜ 
Bartek wyciągnął po nią rękę i zaczął rozwijać...
Stefek, stojący obok Bartka, nie spuszczał oczu z rozwijanej powoli kartki. 
Mignęło mu coś zielono i nagle, nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, 

Strona 126

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

chwycił mocną ręką pulchną garść Bartka, wydarł z niej kartkę i popędził w 
górę schodów, przeskakując je po trzy od razu. TuŜ za jego plecami gnał Wiktor
sycząc:
—  Dawaj zaraz! PokaŜ mi! Pokazujesz? Dasz?
—  Dam ci w łeb! — warknął Stefan.
O dobre dwa kroki za nimi biegł zasapany Bartek. Do klasy wpadli ostatni,  
naraŜając  się na  ostre  wymówki wychowawcy.
Stefan kartki oddać ani nawet pokazać nie chciał. Na próŜno w czasie lekcji 
Wiktor szturchnął go w plecy, nie Ŝałując przy tym mało wybrednych pogróŜek. 
Na próŜno w czasie przerw doskakiwał do niego, wymachując mu przed nosem 
zaciśniętymi kułakami. Stefek udawał niewzruszonego. Opędzał się przed 
napastliwością kolegi jak mógł, odsuwał jego ręce i ze sztuczną obojętnością 
zbywał słowami:
—¦ Nie ma o czym gadać. Bzdura. Szkoda na to czasu.
Wiktor nie dawał za wygraną, ale widać było, Ŝe jest juŜ zmęczony. Bartek 
natomiast nie odzywał się ani słowem i to spokojne, pełne niemego wyrzutu 
milczenie przejmowało Stefka prawdziwym niepokojem.
Wychodzili ze szkoły naburmuszeni. Wiktor prychał od czasu do czasu jak kot, 
Bartek miał wyraźnie odętą minę, Stefan rzucał niespokojne spojrzenie. Nie 
zwracało to niczyjej uwagi. W całej szkole dawał się odczuwać nieprzyjemny, 
pełen podejrzeń i róŜach najdzie aczniejszych przypuszczeń nastrój.
' hallu, niedaleko drzwi wejściowych, stał  z groźną, nieza-
^
dowoloną miną Kochasiu i przyglądał się wszystkim uwaŜniej niŜ zwykle. W 
pewnej chwili Stefan spotkał jego oczy, w których wyczytał i wyrzut, i nawet 
coś w rodzaju potępienia. Czuł te oczy na swoich plecach aŜ do samych drzwi, 
za którymi mimo woli poruszył łopatkami, jakby chcąc się uwolnić od przykrego 
wraŜenia.
—  Stefan, pytam cię ostatni raz: pokaŜesz tę kartkę? — głos Wiktora brzmiał 
bardzo stanowczo.
Odpowiedzią było milczenie.
—¦ Albo przynajmniej powiesz, co tam było napisane? Bo, jeŜeli nie... — 
stanowczość zabarwiła się rozpaczą, gotową na wszystko. To zapewne skłoniło 
Bartka do zabrania głosu:
—  Nic tam nie było. Nic oprócz pieczęci. Takiej samej, jaką znalazłeś kiedyś 
w dziurze od kałamarza.
—  Takiej zielonej? Z kropkami? — przypomniał sobie błyskawicznie Wiktor.
Bartek juŜ otwierał usta. Nagle instynktownie uskoczył w bok przed ciosem 
Stefana.
śórawiec nie spodziewał się tak zręcznego uniku ze strony mało na ogół 
wygimnastykowanego Bartka. Cios, wymierzony z mocnym zamachem, napotkawszy 
próŜnię, pociągnął go za sobą. Stefan zachwiał się, potknął i rozciągnął na 
chodniku jak długi.
Wiktor wybuchnął śmiechem. To była sprawiedliwość wymierzona ręką losu.
—  A dobrze ci tak! A widzisz! — zawołał z satysfakcją. Stefan podniósł się 
natychmiast i rzuciłby się na pewno na
Wiktora. Przeszkodził mu Bartek.
W chwili upadku Stefana z kieszeni jego kurtki wypadł jakiś przedmiot i 
potoczył się wprost pod nogi Bartka. Podniesiony przez niego, leŜał właśnie na 
wyciągniętej w kierunku właściciela dłoni.
Był to niewielki kawałek linoleum, na którym wyraźnie występowało wycięte, 
zabarwione zielonym tuszem kółko z tajemniczą, a przecieŜ nie pierwszy raz 
widzianą literką w otoczeniu czterech kropek.
Wiktor gwizdnął przeciągle i bardzo wymownie. Oczy Bartka, utkwione w twarzy 
Stefka, równieŜ Ŝądały wyjaśnień.
Ale Ŝadne wyjaśnienia nie nastąpiły. Stefan bez pośpiechu, z rezygnacją 
człowieka, który juŜ utracił wszelką nadzieję na wykaraskanie się z niemiłej 
sytuacji, poniewaŜ wszystko sprzysięgło się świadczyć przeciwko niemu, wziął 
nieszczęsną pieczątkę, schował ją do kieszeni i stał przed przyjaciółmi w 
milczeniu.
Unikając zetknięcia się z ich oczami, zwiesił głowę. Całą jego uwagę 
zaprzątnął niewielki, okrągły kamyk, podrzucany zręcznie czubkiem trzewika.
To juŜ było ponad wytrzymanie Wiktora.

Strona 127

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

— Milczysz? — pytał wzburzony do najwyŜszego stopnia. — Ukrywasz jakieś ohydne 
sprawy przed nami, przed swoimi najlepszymi przyjaciółmi? Przed przyjaciółmi, 
którzy by dla ciebie... którzy by  za ciebie...  O!  tego  juŜ dłuŜej  
ścierpieć nie moŜna!, Bartuś! Wołodyjowski! Bracie! — zwrócił się z potrójnym 
i niemniej patetycznym wezwaniem do Niedźwiedzkiego. — CzyŜ my nie mamy ani 
źdźbła poczucia tak zwanej  godności osobistej? Mamy na szczęście to 
szlachetne i, niestety, nie wszystkim dostępne uczucie. Ono właśnie nie 
pozwala nam pozostawać dłuŜej w towarzystwie   ś ó r a w c a   ani chwili. Ono 
właśnie zabrania nam marnować w tym towarzystwie nasz drogocenny, być moŜe, 
dla przyszłych pokoleń czas i tracić go na daremne tarzanie się w  prochu  u  
stóp  głuchego  na  prośby  przyjaciół   ś ó r a w c a. Ono kaŜe nam odejść z 
tego miejsca w ponurym milczeniu,  bez
jednego słowa.
W tym momencie Wiktor z tragicznym wyrazem twarzy chwycił Bartka za rękę i 
pociągnął go, lekko opierającego się, na drugą
stronę ulicy.
Ale odejście bez jednego słowa było widocznie herkulesowym wyczynem dla 
zwykłego na razie śmiertelnika Wiktora, gdyŜ jeszcze na środku nie 
uczęszczanej na szczęście jezdni odwrócił Się w stronę Stefana i rzekł z bólem 
w głosie:
• Czuję, z największym przeraŜeniem czuję, Ŝe gmach naszej Przyjaźni, ten 
potęŜny, zbudowany ogromnym wysiłkiem gmach,
rysuje się, chwieje i, o zgrozo! moŜe lada chwila runie!.., A wszystko to 
zrobi własnymi rękami nasz serdeczny przyjaciel!... Kto wie — dodał Wiktor 
ciszej, przekraczając krawęŜnik—. moŜe nasz były serdeczny przyjaciel.
Stefan stał jeszcze chwilę w miejscu, w którym go opuścili przyjaciele. To 
było właściwe słowo: opuścili. Ruszył wreszcie chodnikiem, ale nie uczynił 
tego świadomie. Same nogi poniosły go w stronę domu.
Szumiało mu trochę w głowie: „Co ten Wiktor naplótł? Traj-kotał jak katarynka. 
Powiedział: ohydne sprawy... Co on miał na myśli?... Tak... Źle się stało, Ŝe 
wyrwałem tę kartkę z rąk Bartka."
MoŜna by przecieŜ tak jak wtedy przy kałamarzach ruszyć ramionami i udać, Ŝe 
się o niczym nie wie.
Co za licho pchnęło jego rękę? Potem juŜ jedno wypływało z drugiego, a 
najgorsza ta pieczątka!... Nie trzeba się dziwić, Ŝe Wiktor i Bartek 
zbaranieli na jej widok. On sam na ich miejscu zachowałby się chyba tak 
samo... A co zrobiliby oni w jego połoŜeniu? Bartek na pewno nie gadałby za 
wiele i moŜe wymyśliłby coś sensowniejszego, ale Wiktor?
Naturalnie, o szajce, o Alinie, o skrytce wiedziałby juŜ od dawna kaŜdy, kto 
by tylko miał czas cierpliwie słuchać paplaniny Wiktora.
„Co ja powinienem teraz zrobić? Co teraz zrobić?" — pytał siebie po raz nie 
wiadomo który Stefan.
Po obiedzie usiadł przy stole nad rozłoŜoną ksiąŜką i przygnębiony, ale juŜ 
trochę spokojniejszy, zaczął myśleć nad swoją, sytuacją.
Rzeczywiście wykręcić się nie było sposobu. Albo nie mówić nic, albo 
powiedzieć całą prawdę: kto posługiwał się zieloną pieczęcią, do kogo pisano 
listy, co było w listach, dlaczego okazało się potrzebne podrobienie pieczęci, 
jak to było z „szarotką", kto Stefanowi pomagał — i tak dalej, wszystko, aŜ do 
końca.
ROZDZIAŁ  30.
LIST, KTÓREGO NIE MOśNA ODCZYTAĆ.
ZNIKĄD POMOCY. W OPUSTOSZAŁYM KIOSKU.
ELśBIETA WKRACZA W SAMĄ PORĘ. ZNOWU KANAPA.
Zamyślony Stefan nie spostrzegł, Ŝe od kilku minut Lucynka obserwuje go ze 
współczuciem wywołanym przez zgnębiony, nieszczęśliwy wyraz twarzy brata.
— Stefan! — odzywa się, ale brat jej nie słyszy. — Stefek! — powtarza 
głośniej. — Co tak patrzysz i patrzysz na tę jedną stronę? — PrzecieŜ tam nie 
ma Ŝadnego obrazka?...
Stefek podnosi głowę, przytomnieje i chce dać jakąś ostrą odprawę małej 
siostrzyczce, ale w tej chwili słychać z przedpokoju głos dzwonka u drzwi 
wejściowych i polecenie matki z kuchni:
—  Otwórzcie tam!
Stefan automatycznie wstaje od stołu, wyprzedza go jednak szybkonoga Lucynka. 

Strona 128

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

Otwiera drzwi załoŜone łańcuchem i przez szeroką szparę pyta:
—  Do kogo? Do Stefka? PokaŜ. A kto ci to dał?
Brat słysząc swoje imię szybko znajduje się koło niej. Za drzwiami stoi jakiś 
mikrus i podaje złoŜoną kilkakrotnie kartkę. Stefan odbiera ją i zapytuje 
równieŜ:
—  Kto ci to dał?
—¦ Taki jeden — mówi mikrus — on mieszka w tamtych blokach... I taki drugi z 
nim był... Ale nie wiem, jak się nazywa. Kazali mi przynieść tu kartkę.
—  No,  dobra,  moŜesz zmiatać — mówi Stefan i zatrzaskuje drzwi ku oburzeniu 
siostry, która myśli, Ŝe trzeba było powiedzieć malcowi jakieś grzeczne słowo, 
choćby „dziękuję", ale juŜ tak jest, Ŝe zawsze liczą się tylko starsi, a kto 
młodszy, to nic
a nic nie znaczy.
Lucynka wzdycha Ŝałośnie, tym bardziej Ŝe brat razem z tą jakąś kartką zamyka 
się w łazience. Tam, naturalnie, nikt nie zobaczy, co było w liście i jak to 
Stefan przyjął! ObraŜona idzie

do mamy, aby podzielić się wszystkimi swoimi spostrzeŜeniami co do dziwnego 
zachowania się brata.
A Stefek, bezpiecznie odgrodzony od świata, przysiada na wannie i ogląda list 
adresowany (poznał to od razu) ręką Wiktora.
Rozwija kartkę. List napisany jest szyfrem. U dołu widnieją podpisy: „Zagłoba" 
z zamaszystym zawijasem i skromne „M. W." — to znaczy „Michał Wołodyjowski".
Stefan usiłuje przypomnieć sobie szyfr ŚTO, którym nie posługiwał się 
dotychczas ani razu. Jak to było? Wiktor wymyślił coś bardzo prostego, coś 
takiego, Ŝe jeden to „a", dwa to „b" i tak dalej. Ale to do napisanego na 
kartce tekstu nie pasuje. CzyŜby Stefan zapomniał, jaka była zasada 
odczytywania szyfru? A jeŜeli w tekście jest coś bardzo waŜnego? JeŜeli ten 
list ma rozstrzygnąć jakąś decydującą dla nich wszystkich sprawę? MoŜe Wiktor 
przeprasza go za to wszystko, co w jego słowach było takie przykre, za te 
„hańbiące sprawy" i tym podobne rzeczy? W liście jest mnóstwo wykrzykników, a 
więc redagował go Wiktor. Pewnie go sumienie dręczy, Ŝe przyjaciela zostawił 
na środku drogi jak psa. Bo Bartek nie miał chęci odejść, to było widoczne.
Ale jak odczytać treść listu? O, co za głupota! Dziecinna zabawa w jakieś 
szyfry i pseudonimy. Co za bzdura!
„Pójdę najlepiej do Bartka i powiem mu wprost: rozmówmy się po męsku. Daj mi 
słowo, Ŝe będziesz milczał, i słuchaj!"
Z tym mocnym postanowieniem Stefan dla zachowania pozorów spuszcza wodę i 
głośno wychodzi z łazienki. Szuka w brulionie szyfru STO, ale, niestety, 
widocznie go wcale nie zapisał —, znajduje tylko szyfr „zielonych", który i 
tak odczytuje z pamięci.
Do pokoju zagląda dostatecznie przez Lucynkę zaniepokojona mama.
—  Stefan,  czy  wszystko  w  porządku?  —  przygląda  mu  się uwaŜnie. — Czyś 
ty czasem nie oberwał dwójki?
—  Dwójki? Zapomniałem juŜ, jak wygląda takie coś — Stefan chce się 
uśmiechnąć, ale wypada to bardzo blado.
—  Bo jakoś dziwnie wyglądasz.
—• Tak,  mamusia myśli,  Ŝe  tylko od dwójki moŜna źle wy-
glądać — mówi  z goryczą Stefan — a w Ŝyciu to się róŜnie
zdarza... .— MójŜeś ty! — mama z przesadnym komizmem składa ręce. —
Takie juŜ masz Ŝyciowe kłopoty?
Teraz Stefan dotknięty jest boleśnie „do samego Ŝywego mięsa". Chowa się więc 
jak ślimak do wnętrza, do najdalszego miejsca w skorupie i mówi z doskonale 
udaną swobodą:
—¦ Zmęczony jestem. PrzecieŜ niedługo juŜ koniec szkoły. Na-harowałem się... 
Wyjdę trochę do parku, mamusiu.
— Wyjdź, wyjdź — mówi juŜ uspokojona mama. — Co prawda, to prawda, nad ksiąŜką 
siadywałeś rzetelnie.
Te słowa kiedy indziej mogłyby ułagodzić ostrość poprzednich, ale nie dzisiaj, 
kiedy Stefek jest naprawdę zdenerwowany i czuje się pokrzywdzony przez 
wszystkich, wszystkich, nie rozumiany nawet przez najbliŜszych przyjaciół, 
nawet przez matkę!
Nikt nigdy go nie rozumiał. Jeden pan kierownik traktował go powaŜnie. I 

Strona 129

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

ElŜbieta, chociaŜ o klasę starsza. Zresztą ElŜbieta teŜ okazała się niewarta 
zaufania... A moŜe jednak powiedzieć o wszystkim Bartkowi i naradzić się nad 
dalszymi krokami?... Wiktor, po zostawieniu Stefana koło szkoły, zaciągnął 
Bartka do siebie. Mieszkanie było puste, więc nadawałp się na odbycie narady, 
jaką — zdaniem Wik~,ora — naleŜało zaraz, natychmiast
odbyć.
—  Ty Stefana nie znasz — mówił do Bartka — ty nie wiesz, jaki to uparty 
kozioł. Jak sobie co postanowi, to Ŝeby się paliło, waliło —¦ musi do tego 
dojść. Tak i z tym rowerem. Zobaczył, Ŝe ja jestem groźny rywal, Ŝe ty z 
geografią dajesz sobie radę. Oho! rower stoi pod znakiem "apytania! To szach 
mach —¦ zniknął jak kamfora. I koniec, i kropka. Nikt go nie dostanie.
—  Nie mów tak. Stefan nie taki, Ŝeby sobie cudzą rzecz przywłaszczał.
—  A czy ja mówię, Ŝe on sobie przywłaszczył? Po pierwsze: nie cudza, bo skoro 
się dobrze uczył, to juŜ miał do niej trochę prawa.  Po  drugie:  nie  
przywłaszczył,  bo  tylko  schował.  Ja  ci mówię, schował go dobrze i tylko 
tyle.
Po co? Zastanów się.
Stefek biegł prawie, gnany chęcią jak najszybszego podzielenia się z 
przyjacielem przypuszczeniami, zmartwieniami i cięŜarem kłopotów.
Furtka w drucianej siatce otaczającej bloki zacięła się chyba na złość, i 
Stefan niecierpliwie szarpał się z nią przez dłuŜszą chwilę. Widział 
nadchodzących od strony ulicy Pabianickiej trzech kolegów z tej samej klasy, 
wśród których idący w środku Wacek Sitarek mówił coś, gestykulując Ŝywo rękami.
Na koniec furtka była otwarta. Stefan przystanął przed nią i czekał na 
zbliŜających się chłopców. MoŜe wiedzą coś o kradzieŜy roweru?
JuŜ go zobaczyli. Wacek przestał gestykulować, mówi jeszcze coś do towarzyszy 
i raptem wszyscy trzej odwracają się do Stefka plecami i oddalają nierównym, 
przyśpieszonym krokiem w stronę, z której przyszli.
CóŜ to ma znaczyć? Czy kto ich zawołał? Nie, w perspektywie ulicy nie widać 
nikogo oprócz kilku małych dzieci idących z piłką do parku. Odpowiedź była 
jedna: nie chcieli, aby się do nich przyłączył.
Krew gorącą falą uderzyła Stefkowi do głowy. Nie chcieli się z nim spotkać! 
Nie chcieli z nim rozmawiać!
Posądzają go pewnie o to, Ŝe ma coś wspólnego z zaginięciem roweru! Wiktor 
musiał juŜ wszystko o pieczęci wypaplać! Szli prawdopodobnie do niego! Och, 
ten Wiktor! Ten Wiktor! Najwięcej, najwznioślej gadał o przyjaźni, o 
stowarzyszeniu, a wystarczył drobiazg, głupia pieczątka, Ŝeby z najlepszego 
kolegi zrobić wspólnika złodziei!... O, BoŜe!...
Stefek czuje teraz zimne ciarki przebiegające po plecach: złodziejski 
wspólnik! Przylepią do człowieka taką wstrętną łatę, a potem jak ją zedrzeć?
Prędzej! Prędzej do Bartka! Bartek nie taki... Bartek poradzi.
Energicznie zwraca się w prawo i maszeruje chodnikiem w stronę Rzgowskiej.
Ale widocznie złe moce sprzysięgły się tego dnia, aby Stefkowi co chwila 
zagradzać drogę.
Ledwo uszedł kilkanaście kroków, zobaczył idącą w jego stronę
ElŜbietkę. Jest jeszcze daleko, wątpliwe, aby go juŜ dostrzegła, jednak strach 
ogarnia chłopca.
A jeŜeli Wiktor był u Bartka, jeŜeli opowiedział u Niedźwiedz-kich o 
wydarzeniach w szkole i o swoich podejrzeniach? JeŜeli ElŜbieta teŜ myśli o 
nim, Ŝe on mógł zrobić co podobnego?... Na pewno uda, Ŝe go wcale nie widzi! A 
moŜe teŜ, jak tamci, zawróci na pięcie, aby się z nim nie spotkać?...
Wszystkie te myśli przelatują galopem przez głowę Stefka. Jakiś mocny impuls 
kaŜe mu uskoczyć za stojący na rogu opustoszały kiosk i ukryć się w nim. Przez 
szpary rozłaŜących się desek moŜna obserwować ulicę.
ElŜbieta zbliŜa się, teraz widać, Ŝe idzie w towarzystwie koleŜanki, jednej z 
tych, które były u Niedźwiedzkich na przyjęciu w święta BoŜego Narodzenia. 
Rozmawiają. ElŜbieta raczej słucha, potakuje. Blisko kiosku spotykają trzecią 
koleŜankę. Przystają, śmieją się, cieszą nie wiadomo czego. Są prawie równego 
wzrostu, wszystkie trzy w granatowych płaszczykach. ElŜbieta ma warkocze 
przewiązane czerwonymi wstąŜkami. Za kaŜdym Ŝywym ruchem głowy ogniste kokardy 
fruwają na jej ramionach. Nie słychać, o czym mówią. Ale wykrzykniki i śmiech 
przypominają ćwierkające w drzewach nad ich głowami ptaki.
— A to gaduły — mruczy Stefan, który chętnie opuściłby swoje ukrycie. Kiosk 

Strona 130

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

stoi tu pusty od jesieni, kiedy to dwa razy w krótkim czasie okradano go. Nikt 
nie chciał podjąć w nim pracy. Niszczeje na deszczu, nie konserwowany, nie 
pilnowany, bezpański. Ukradziono juŜ drzwi, okiennice, a mimo to napełnia go 
wstrętny zaduch. Stefanowi gęsta ślina wzbiera w ustach, pluje z obrzydzeniem. 
Co za głupi pomysł z tym uciekaniem przed ElŜbietą? Co ona go obchodzi? Niech 
sobie myśli, co chce. Ukłoniłby się, a gdyby udała, Ŝe go nie widzi, to 
jeszcze lepiej. Nie zaleŜy mu na takich niemądrych dziewczynach...
Poszły sobie. Nareszcie! Stefan z ulgą odwraca się od szpary, przez którą 
obserwował dziewczęta... i nagle kryje się po raz drugi w kącie kiosku.
Małą uliczką, prostopadłą do Bednarskiej, wolnym, spacerowym krokiem idą 
„zieloni". Nie mogą zobaczyć ukrytego Stefana, on
za to doskonale moŜe im się przyjrzeć. Starszy ma szesnaście lub siedemnaście 
lat. Ubrany w brązową, zamszową kurtkę, z pretensjonalnie podniesionym 
kołnierzem, w ciemne, długie spodnie i czarne półbuty — wygląda na ucznia, tym 
bardziej Ŝe niesie w ręku paczkę związanych rzemykiem ksiąŜek. Młodszy to 
chyba tak zwany „łebek". Zapuszczone „na fanfana" włosy, malutki beret z 
wymyślnie ułoŜonymi po bokach fałdami, kusa marynarka, kolorowy szalik, 
wszystko to wygląda komicznie i wymownie świadczy, Ŝe chłopak opuścił juŜ 
progi szkolne.
Mieszka pewnie gdzieś w okolicy bloków. Twarz i sylwetka są Stefanowi znajome. 
Co do starszego, nie moŜe sobie przypomnieć: jego to widział u profesora 
Pagacza, czy nie jego?
Przystanęli tuŜ obok kiosku. Starszy obejrzał się w obie strony — nikt się nie 
zbliŜał. Zaczął szybko wydawać polecenia młodszemu, którego nazywał Łuckiem.
Stefan słyszał kaŜde słowo. Rozmowa była krótka, ale wstrząsnęła nim do głębi. 
Zaciskał pięści, Ŝeby nie wyskoczyć, nie rzucić się na tych łobuzów. O, bo to 
byli chuligani najgorszego rzędu. Umawiali się na najbliŜszą środę, aby okraść 
w blokach parterowe mieszkanie, w którym na noc zostawiano zawsze otwarte okno.
Wszystko było przygotowane, wypatrzone, przewidziane. Lucek miał zanieść 
informacje „szefowi". JuŜ się mieli rozejść, kiedy Lucek zapytał:
—  Słuchaj, Wil, a jeŜeli „szef" będzie się wściekać, Ŝe rower jeszcze nie u 
niego?
—  Niech się wścieka. Powiedz, Ŝe jest dobrze schowany i trzeba odczekać, aŜ 
koło tej sprawy ucichnie.  I jeszcze jedno: ani słowa o tym, Ŝeś tam, ośle, 
zostawił nasz znak. „Szef" rozerwałby cię na kawałki.
—  Sam jesteś osioł! — Lucek ruszył ramionami. — Najpierw kazałeś, Ŝebym 
zawsze o tym pamiętał, a teraz taki gwałt.
—¦ Ośle, ośle nad osłami! — denerwował się Wil. — To było dobre na początku, 
przy kawałkach, a nie przy takich...
—  A  to  nie  kawał?  —  przerwał  Lucek.  Fajny  kawał.   Był rower — roweru 
nie ma. Prima aprilis.
— Szkoda, Ŝe nie zostawiłeś tam jeszcze biletu ze swoim nazwiskiem, imieniem i 
adresem. Po takiej nitce do kłębka moŜemy się wszyscy znaleźć pod kluczem. Nie 
rozumiesz, bałwanie? Sam mówiłeś, Ŝe ten bubek listy do Aliny podkradał.
—¦ E, moŜe nie podkradał, co by mu z tego przyszło? Ale o tej pieczątce nie 
wspomnę, masz rację. Zresztą nikt jej na pewno nie zauwaŜył, wymietli ze 
śmieciami, nie ma o co robić krzyku!
Rozeszli się. Wil zawrócił, skąd przyszedł. Lucek szybkim krokiem podąŜył w 
stronę Pabianickiej.
Stefan z niecierpliwością czekał na chwilę, kiedy bezpiecznie będzie mógł 
opuścić swoje ukrycie. Biegł prawie do Bartka. Powie mu zaraz o wszystkim. 
Naradzą się! Chyba o tym, co ma być w środę, trzeba uprzedzić lokatorów? 
Najlepiej niech zamkną
okno.
Zaaferowany Stefek wpadł na rogu na kogoś idącego naprzeciw. Przepraszając 
automatycznie, podniósł głowę i zobaczył nad sobą wielkie wąsy woźnego 
Kochasiu. Odskoczył, przestraszony nie tylko  powagą  osoby,  ale  i wyrazem 
twarzy, który nie wróŜył
nic dobrego.
—  Dokąd to, kochasiu? Gdzie tak na złamanie karku pędzisz,
kochasiu? — zapytał surowo pan woźny.
—  Ja? Tak sobie... idę i juŜ, a bo co? — Stefan zaczynał się irytować,   
poczerwieniał.  Po  co  miał  się  tłumaczyć?   Nie  robił przecieŜ nic złego.

Strona 131

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—¦ Tak sobie, kochasiu? — przedrzeźniał go pan woźny. — To czegoś się, 
kochasiu, tak zaczerwienił? A ja właśnie do was szedłem, kochasiu.
—  Do nas? Po co? — zdziwił się Stefek.
—  Do ciebie, kochasiu. Powiedz no mi, śórawiec, ale nie kłam, kochasiu,  
tylko całą prawdę powiedz.  Po co ty wczoraj  przed wieczorem tak się 
przyglądałeś rowerowi? Co, kochasiu?
Stefek zdębiał.
—  Ja? Rowerowi?
—• PrzecieŜ się nie wyprzesz, kochasiu. Zastałem cię wczoraj przed wieczorem 
koło roweru, tak, kochasiu?
• Tak,  ale   ja  przecieŜ  nie  do  roweru! —  Stefek  odzyskał
przytomność. — Ja panu mówiłem, Ŝe przyleciałem do szkoły, bo myślałem, Ŝe 
moŜe się Kasia znalazła. PrzecieŜ mówiłem panu, pan mnie się pytał...
—  Pytać, to ja pamiętam, kochasiu, Ŝe cię pytałem. I Ŝe mi tak 
odpowiedziałeś, teŜ pamiętam. Ale chciałem cię jeszcze raz zapytać, kochasiu. 
A moŜe ty coś wiesz?
Nieszczęsny Stefek oblał się po raz drugi łuną krwi, widząc wyraźną 
podejrzliwość w oczach woźnego. Ale nie odpowiedział nic. JuŜ się zaciął. JuŜ 
teraz — Ŝeby go smaŜono, pieczono — nie piśnie ani słowa. Stał jak kozioł z 
opuszczoną głową i milczał.
Woźny czekał chwilę, drugą, wreszcie powiedział głęboko wzdychając:
—  ToŜ ja widzę, Ŝe to jakaś niewyraźna sprawa, kochasiu. I do pana kierownika 
tak powiedziałem.
—  A pan kierownik co? — Stefek rzucił głową jak źrebak.
—  Pan kierownik, wiadomo, kochasiu, śpieszyć się nie lubi. Powiedział, Ŝeby 
zaczekać do poniedziałku, sam z tobą porozmawia. MoŜe się przyz... Stój! 
Zaczekaj! Gdzie ty lecisz?
Reszty słów Stefan nie słyszał. Rzucił się jak wariat w bok i gnał, nie 
patrząc przed siebie.
„Więc pan kierownik teŜ myśli, Ŝe to ja! I pewnie mi nie uwierzy! Jak to wtedy 
było: «Kto raz skłamie...» O ra...!"
Ktoś go chwyta za ramię. Zatrzymuje szarpnięciem na miejscu. TuŜ przed nim, 
ocierając się prawie o jego nos, przejeŜdŜa wielki, czerwony autobus. Gdyby 
nie to szarpnięcie, leŜałby teraz pod jego kołami. Gdyby nie ElŜbietka, bo to 
ona właśnie chwyciła go za ramię.
—  Stefek, co się z tobą dzieje? — pyta przeraŜona. — Co się stało? Czy jesteś 
chory?
—  Nic mi nie jest. — Stefek strząsa rękę ElŜbiety ze swego ramienia. — Nic mi 
nie jest — odpowiada szorstko. — Daj mi spokój.
—  Nie, Stefku, tobie coś jest, ja wiem — nie zraŜa się ElŜbietka. — Stałam 
przed naszą bramą, widziałam cię z daleka, myślałam,  Ŝe  idziesz  do  nas.  
Ucieszyłam się,  bo chciałam  ci  coś powiedzieć. Woźny zatrzymał cię na rogu. 
I nagle, jak nieprzy-
tomny,   skoczyłeś   przed   siebie.   Pobiegłam,   dogoniłam   cię   na
szczęście...
—  Daj   mi   spokój!   Idź  sobie!  —  odsuwa   ją  Stefan  i  chce
odejść, ale ElŜbieta nie ustępuje.
—  Ja widzę, Ŝe ci coś jest, Stefan, powiedz mi, moŜe razem znajdziemy  radę.  
Zawsze warto  podzielić się kłopotem z kimś
Ŝyczliwym.
—  A czy ty jesteś Ŝyczliwa? — wybucha Stefan. — Gdybyś była Ŝyczliwa, to nie 
mówiłabyś o mnie, Ŝe jestem barania głowa, Ŝe mam cielęce oczy, Ŝe...
—  Ja? O tobie? — przerwała mu ElŜbieta. — To ty o mnie mówiłeś, Ŝe jestem 
indycze jajo! A ten portret kto narysował?
Nie ty?
ElŜbieta wyciąga z kieszeni szkolnego fartuszka notes, a z niego kartkę 
złoŜoną we czworo. Rozwija i oczom zdumionego Stefka ukazuje się rysunek 
twarzy pocętkowanej kropkami. Twarz otoczona jest dwoma warkoczami, a Ŝeby nie 
było juŜ Ŝadnej wątpliwości, u dołu biegnie podpis: „Portret E. N."
—  Ja tego nie rysowałem — stwierdza Stefek. —» Kto ci to
powiedział?
—  Alina. O tym indyczym jaju — teŜ ona.
—  Mnie o tych rogach i oczach teŜ powiedziała Alina! — woła Stefek  i  nagle  

Strona 132

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

rozjaśnia  mu  się  w  głowie.  —  ElŜbietko,  ona chciała nas pokłócić! 
Chciała, Ŝebyśmy się pogniewali i nie rozmawiali ze sobą. Tak. A to ze mnie 
osioł! Teraz dopiero to zrozumiałem!
—  Ale dlaczego? Dlaczego? Nie, to niemoŜliwe. Co by jej na
tym zaleŜało?
—  Ja ci powiem, dlaczego! Posłuchaj!
Idą powoli Rzgowską w stronę domu Niedźwiedzkich, chwilami przystają. Dochodzą 
do bramy domu, w którym ElŜbietka mieszka. Wchodzą na górę. Stefek nie chce 
wejść do mieszkania. Nie chce w tej chwili spotkać się z Bartkiem. Siadają na 
parapecie okna. Opowiadanie dobiega końca. ElŜbieta słucha z uwagą, z 
przejęciem. PrzecieŜ i ona otarła się o sprawy związane z „zieloną pieczęcią"  
parę  razy.   Telefonowała  do  inŜyniera Roświa-

tyńskiego, na prośbę Aliny zaglądała do skrytki, raz nawet połoŜyła tam kartkę.
—• Alina mnie tak prosiła, aŜ płakała. Myślałam, Ŝe to jakieś sercowe kłopoty. 
A te łobuzy szantaŜowały ją! BoŜe! Jak to dobrze, Ŝe wyjechała!
Teraz jeszcze o rowerze... Stefkowi jest bardzo cięŜko. Bardzo przykro mówić, 
Ŝe pan kierownik posądza go...
—  Nieprawda!  — przerywa  energicznie  ElŜbieta.  —  To  juŜ sobie 
wymyśliłeś.  Najlepszy dowód, Ŝe pan kierownik nie posądza  cię,  jeŜeli  
odłoŜył wszystko  do  poniedziałku.  Gdyby  cię posądzał, to moŜesz być pewny, 
Ŝe wezwałby ciebie i nie tylko ciebie, ale i ojca natychmiast.
To wydaje się Stefanowi słuszne. Oddycha głęboko. Robi mu się lŜej na sercu.
—  Tak myślisz? — powtarza. — Tak myślisz?
—  Tak myślę, a jeszcze i to, Ŝe teraz powinieneś iść do pana kierownika i 
opowiedzieć wszystko, co wiesz o tych chuliganach. PrzecieŜ to  są  
złodzieje,  a moŜe nawet  zbrodniarze.  Nimi powinna zająć się milicja.
—i Tak. Tak samo sobie pomyślałem wtedy, kiedy mi na „próbie" kazali wyrwać 
torebkę kobiecie. Uciekłem i tyle mnie widzieli.
—  A tych dwóch wtedy nie było?
—  Nie. Zresztą mało kogo wtedy widziałem. Ten starszy, Wił...
—  Wil się nazywa?
—  Tak.  Zdaje  mi się,  Ŝe  ja go  kiedyś u  profesora Pagacza widziałem.
—  AleŜ tak! Bardzo moŜliwe.  Panna Irena opowiadała o jakimś kuzynie, mówiła 
o nim: Wilhelm. Straszne kłopoty z nim mieli, bo się nie chciał uczyć. Z dwóch 
szkół juŜ go wyrzucili. MoŜe to ten właśnie?
—  Więc mówisz, Ŝebym poszedł do pana kierownika?
—¦ Tak, i to zaraz. Przekonasz się, Ŝe to najlepsza rada.
—  Dobra — mówi Stefan. — No, to dziękuję ci. Do widzenia! ElŜbieta idzie 
schodami w górę. Nagle Stefan woła:
—  Zaczekaj, ElŜbietko!
ElŜbietka zatrzymuje się u swoich drzwi.
—¦ Słuchaj, a o to... indycze jajo dlaczego miałaś Ŝal? -Takie
głupstwo.
—¦ Dla ciebie głupstwo, a dla mnie bardzo przykra sprawa. Nie mam przecieŜ 
tych piegów tak duŜo. Raptem tylko siedem. —¦ Słuchaj, nie martw się — 
pociesza Stefan — nadejdzie lato, będziesz ich miała o wiele więcej, mnóstwo! 
Co? Nie wierzysz? Przysięgam ci! Wiktor latem nie ma ani jednego 
niepiegowatego miejsca na twarzy. Nie martw si^!
ElŜbieta śmieje się. Stefan zadowolony pędzi w dół i po drodze o mało nie 
zbija z nóg wracającej z miasta Kaktusicy.
—¦ Przepraszam! Bardzo przepraszam! Ogromnie przepraszam? To ostatnie Stefan 
wołał juŜ na ulicy, biegnąc do szkoły, gdzie pan kierownik pracuje wieczorami, 
na kursach dla dorosłych.
Jeszcze godzinę temu Stefana nie przyciągnięto by tu nawet końmi. A gdyby to 
się jakoś udało, nie powiedziałby ani słowa. Zaciąłby się, i koniec. A teraz 
szedł dobrowolnie. Nie było mu lekko, ale czuł, Ŝe robi to, co w tej sytuacji 
jest jedynym wyjściem.
Pan kierownik siedział za biurkiem, pisał coś. Trochę się zdziwił wizytą 
Stefka. Nie odkładając pióra, powiedział:
—  CóŜ tam nowego? — i podsunął okulary na czoło.
—¦ Panie kierowniku, chciałbym powiedzieć o jednej sprawie.., Pan kierownik 
odłoŜył pióro, zdjął okulary i wskazał krzesło koło biurka.

Strona 133

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Siadaj! Słucham cię.
—  Panie kierowniku — Stefek nabrał powietrza w płuca i obejrzał się na kanapę 
— to  jest  taka  zupełnie  powaŜna  i  długa
sprawa.
—¦ Dobrze —¦ pan kierownik wstał zza biurka. — Usiądźmy na
kanapie.
Stefan opowiadał teraz trochę inaczej niŜ ElŜbietce. Wtedy był wzburzony, 
zdenerwowany, rzucał bezładnie słowa, waŜne fakty przeplatając z drobiazgami 
nie mającymi znaczenia.
Tu rozmowa była spokojniejsza, męska. Wydarzenia następowały po sobie w 
logicznym porządku, od razu wyprowadzane były wnioski.
Pan kierownik nie przerywał opowiadania ani słowem. Dopiero kiedy Stefek 
skończył, zapytał:
—  Czy  o  tym  wszystkim,  o  czym mi  tu  opowiedziałeś, wie jeszcze ktoś 
oprócz ciebie?
—  Tak.
—  MoŜesz mi powiedzieć, kto?
—  Tak... To jedna dziewczyna... koleŜanka.
—  Nie rozgada? Masz do niej zaufanie?
—  Ona?   O,   panie   kierowniku,   to   naprawdę   bardzo   mądra 
dziewczyna! Taka... taka... no, jak to się mówi, „w pagiedzik!"
—  W co?
—¦ W pagiedzik. PGD to Państwowe Gospodarstwo Drzewne. Pan kierownik tego nie 
wie? To znaczy: w dechę.
—-'Aha, teraz wiem: w pagiedzik, czyli w dechę. Czy ja ją 
znam?                                                                           
     !
—¦ ElŜbietę? Nie wiem. To siostra Bartka Niedźwiedzkiego.
—  Nie znam. Ale jeŜeli podobna do brata...
—  Podobna, tylko Ŝe jeszcze lepsza, panie kierowniku. Przekonałem się.
' — To dobrze. Bo widzisz, Stefan, aby wykryć tę szajkę, trzeba postępować 
ostroŜnie, rozumiesz? Nie spłoszyć ich. Nie mów nikomu juŜ, dobrze? Z twoimi 
rodzicami ja sam porozmawiam. Dobrze, Ŝeś do mnie z tym przyszedł. Dziękuję ci 
za zaufanie. Szkoda tylko... szkoda, Ŝe nie wcześniej. Rozumiesz mnie?
—  Rozumiem, panie kierowniku — wetchnął Stefan. — Dopiero dzisiaj.  Szkoda, 
Ŝe człowiek nie ma od razu całego rozumu,, tylko tak mu po kwaterce przybywa.
—  Ba! — powiedział pan kierownik. Dobre i to!
ś lekkim sercem Stefan wracał do domu. Teraz dopiero zrozumiał powiedzenie 
pani Brodzkiej: „Jakby mi kto furę kamieni z pleców zdjął!" JuŜ pan kierownik 
zrobi wszystko, co potrzeba. Ciekawe,i jakim sposobem złapią chuliganów? 
Stefek duŜo by dał,
Ŝeby  być przy  tym.  Ofiarowywał nawet swą pomoc panu kierownikowi, ale 
usłyszał:
—  Nie. To juŜ zostaw dorosłym.
Jeszcze tylko trzeba załatwić sprawę z przyjaciółmi. Ale jak? Nic im 
powiedzieć nie moŜe. Obiecał panu kierownikowi. A co było na tej kartce? Czego 
od niego chcieli?
Jakby w odpowiedzi na pytanie zjawiają się Bartek i Wiktor. Stoją przed jego 
furtką. MoŜe szukali go w mieszkaniu?
—  Śmierć  muszkieterom!  — mówi,  jakby nigdy  nic,  Stefan.
—  Dlaczego  nie  stawiłeś  się  na  wezwanie?  — pyta  Wiktor z groźną miną 
inkwizytora.
—  Na jakie wezwanie?
—  Nie udawaj, list dostałeś do własnych rąk'— ciągnie Wiktor. —. Dostałem. — 
Stefan wyciąga z kieszeni list. — Ale rozgryźć
go nie mogłem. Masz, czytaj sam.
—• Trzeba być kretynem, Ŝeby nie zapamiętać tak łatwego szyfru: „a" to jeden, 
„b" to dwa, zapomniałeś?
—• Nie zapomniałem — mówi Stefan — spróbuj odczytać.
Zmierzch zapada z kaŜdą minutą szybciej. Wiktor nie moŜe odczytać tekstu 
rzekomo z powodu braku światła. Ale Stefan nie daje za wygraną. Z humorem 
ciągnie opierającego się. Wiktora pod zapaloną juŜ latarnię. Wiktor i tu nie 
moŜe dopasować szyfru.

Strona 134

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Trzeba być kretynem, Ŝeby... — odgryza się Stefan.
—  No,  no,   nie   pozwalaj   sobie!   —  przerywa  Wiktor.  —  To wszystko  
ze  zdenerwowania.  Z twojej  oczywiście  winy. Przyjmuję do wiadomości twoje 
tłumaczenie. Rzeczywiście, nie mogłeś się stawić na godzinę wyznaczoną przez 
dwie trzecie naszego stowarzyszenia. Ale poniewaŜ mam nadmiernie szlachetne 
serce, nie mogę patrzeć na twój ból i łzy, wobec tego pół winy daruję ci, a 
drugie pół zostanie darowane, kiedy nam  wszystko od a do zet opowiesz.
Trudno sobie wyobrazić zawód i rozpacz, jakie odmalowały się na twarzy 
"Wiktora, kiedy dowiedział się, Ŝe Stefan nie opowie niczego  Dopiero za 
tydzień.
Bartek zrozumiał szybko. Obaj ze Stefanem uspokajali, ugady- Wiktora   
Chodziło przecieŜ tylko o tydzień cierpliwości.
—  Wy jesteście ¦ inni! — wołał Wiktor. — Stefan, ty nawet wyobrazić sobie 
-nie moŜesz, Ŝe ja mara inne usposobienie niŜ ty. Mnie roznosi niecierpliwość 
i wtedy o mało nie pęknę ze złości.
—  WyobraŜam to sobie, owszem... — Stefek kiwa głową. —¦ Bartuś, co tu Wiktor 
na mnie wygadywał?
Wiktor z niepokojem patrzy na Bartka, ale to przyzwoity kolega i rozsądny 
chłopak. Mówi:
—  Nic. Nic takiego, co by warto pamiętać.
ROZDZIAŁ 31.
PAMIĘTNIK STEFANA. WIKTOR PISZE LIST DO MINISTRA. ZNALEZIONE SZCZĄTKI. KTO 
DOSTAŁ ROWER? ELśBIETA JEST W DECHĘ! .
Pamiętnik Stefana.
Ile to tygodni minęło, a ja nie miałem czasu, Ŝeby wziąć pióro do ręki i 
zajrzeć do tego zeszytu, Ciągle sobie mówiłem: moŜe jutro -~ a jak to jutro 
nadeszło, znowu odkładałem. Ale teraz muszę wszystko po kolei chociaŜ 
zanotować, bo takie rzeczy juŜ mi się chyba nigdy w Ŝyciu nie zdarzą. Myślą o 
tych chuliganach, a właściwie .złodziejach, bo okazali się prawdziwymi 
złodziejami.
Złapano ich zaraz w tę umówioną środę^ Wpadli w zasadzkę jak wilki w sidła. 
Okno Wyło otwarte jak zwykle, tylko Ŝe w mieszkaniu milicjant z rewolwerem na 
nich czekał. Ulica teŜ była z obydwu stron obstawiona. Nie mieli gdzie 
uciekać. Cała trójka, bo było ich trzech, trafiła do komisariatu:
Wszystko to wiem od pand Kierownika, który tego samego dnia jeszcze przed moim 
wyjściem^do szkoły przyszedł do nas i wszystko opowiedział. Właściwie to 
przyszedł po mnie; nie chciał, Ŝeby to zrobił milicjant, bo mamusi, chociaŜ 
juŜ o wszystkim wiedziała, byłoby bardzo nieprzyjemnie, wyglądałoby, Ŝe mnie 
policjant prowadzi. A tak to razem z panem kierownikiem poszliśmy do
Komendy Dzielnicowej. Musiałem powiedzieć, czy to ci sami, co
się namawiali.
Najstarszy to był Wil, poznałem go od razu, a dwóch młodszych widziałem 
pierwszy raz. Wszyscy wyglądali wstrętnie. Brudni, rozczochrani, widać było, 
Ŝe całą noc nie spali.
Wil na mnie spojrzał, aŜ mnie mróz przeszedł. Na pewno gdyby ¦mógł, toby mnie 
rozszarpał. Ale się nie zląkłem, tylko powiedziałem, Ŝe go poznaję, i 
powtórzyłem wszystko, co słyszałem, i Ŝe widziałem go, jak się kręcił po 
naszym podwórku.
Miałem przy sobie tę małą latareczkę. Pokazałem ją i powiedziałem, gdzie 
znalazłem. Milicjant zapytał Wiła: „Czy to twoja latarka?"
„Nie moja. Pierwszy raz na oczy ją widzę. Pewnie komu buchnął."
„Nie byłeś w piwnicy?" — zapytał milicjant. „Nie byłem. Po co miałem tam 
chodzić? Widziałeś mnie? — rzucił się Wił do mnie.
Powiedziałem tak, jak było naprawdę: twarzy nie widziałem, tylko rękę z 
kurzajką pod mankietem.
Wil się na to roześmiał i sam, nie proszony, odsunął rękawy kurtki aŜ po 
łokcie. Kurzajki nie było.
Speszył mnie, bo prawie miałem pewność, Ŝe to on. A tymczasem milicjant kazał 
zawinąć rękawy tym dwom i zaraz jeden zaczął płakać.
Miał kurzajkę, poznałem ją od razu, wielka jak grosz i pęknięta przez środek.
Przyznał się, ale nie chciał mówić. Dopiero kiedy Wiła i tego drugiego 
wyprowadzono .do innego pokoju —• powiedział wszystko, co wiedział.
Milicjant pisał. Pan kierownik słuchał i czasami patrzył na mnie, a mnie było 

Strona 135

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

strasznie Ŝal tego chłopaka i o mało sam nie zapłakałem, bo to przecieŜ mogło 
się zdarzyć i ze mną.          ,
Wciągnęli go tak jak mnie. Miało to być stowarzyszenie sportowe tylko dla 
najlepszych chłopuków. ZłoŜył przysięgę, otrzymał pseudonim, „Zuch". Robili 
róŜne śmieszne kawały. Szef dawał im czekoladę i bilety do kina. Potem była 
druga przysięga i to juŜ
nie było kółko sportowe, tylko „Związek Napoleonów". KaŜdy musiał być odwaŜny 
jak Napoleon i zasłuŜyć na „królewskie Ŝycie". Trzeba było wykonywać róŜne 
polecenia szefa, który w nagrodę, na konto „króleuyskiego Ŝycia", dawał po 
parę złotych.
Szefa nie kaŜdy znał i nie kaŜdy widywał. Polecenia były ustne albo na piśmie 
z zieloną pieczęcią, na której była taka litera wyglądająca z jednej strony 
jak „Z", a z drugiej jak „N": Związek Napoleonów.
Kiedy to mówił, wyciągnąłem z kieszeni swoją pieczątkę. Prze-straszył się. 
Trzeba go było długo namawiać, Ŝeby opowiadał dalej.
Mówił, Ŝe bardzo się bali szefa i tych, co od niego przynosili rozkazy. 
Musieli je dokładnie wykonywać, bo kto nie słuchał, było z nim marnie. Jednego 
chłopaka za nieposłuszeństwo tak zbili, Ŝe aŜ miał Ŝebro złamane.
A tę latarkę dostał od Wiła w nagrodę za noszenie jakichś paczek. Nie wie, co 
w tych paczkach było. Adres, zawsze ten sam, pamiętał i podał.
Milicjant wypytywał go i zapisywał. Potem przyprowadzono drugiego chłopaka. 
Ten łgał i stawiał się. Wołał, Ŝe on o niczym nie wie, Ŝe go tylko znajomy, to 
znaczy Wil, poprosił, aby chwilę pod oknem zaczekał, myślał, Ŝe to mieszkanie 
Wiła, i róŜne takie łgarstwa, ale juŜ nie pamiętam, bo ciągle mi było Ŝal tego 
pierwszego chłopaka. I ciągle sobie myślałem, jak łatwo i ja mógłbym się tu 
znaleźć nie jako świadek... Potem przez dwa dni milicjanci ciągle odwiedzali 
kogoś z naszej klatki. Byli u Roświatyńskich, byli u Brodzkich i dwa razy u 
profesora Pagacza.
Pani Brodzka znowu przyszła do nas ..zapłakana. Musiałem wszystko od początku 
opowiedzieć. Tatuś mi kazał. Było mi bardzo wstyd, bo pani Brodzka dziękowała 
mi, Ŝe podrobiłem tę korespondencję i nie pokazywałem Alinie kartek, a tatuś 
przerwał jej, Ŝe nie ma za co dziękować, bo zamiast takie cudy niewidy 
wyprawiać, to powinienem od razu rodzicom powiedzieć.
Tatuś to zupełnie tak mówi jak pan kierownik, ale przecieŜ dbaj ńie wiedzą, co 
ja wtedy przeŜywałem. O plotkach, jakich na-
robiła Alina, nie powiedziałem ani słowa. Byłoby mi przykro i o niej tak źle 
mówić, i swoje osobiste sprawy wyciągać.
Mamusia tak się przejęła, Ŝe z tego wszystkiego ciasto nam się nie udało. 
KaŜdy placek miał zakalec. Tatuś nic nie mówił, udawał, Ŝe nie widzi, Ŝeby nie 
dodawać Ŝalu, ale mamusia sama powiedziała:
„Lepiej, Ŝe się ciasto nie wydarzyło, niŜby dziecko na złą drogę
poszło."
To dziecko to niby ja, bo mamusi ciągle się zdaję, Ŝe ja jestem mały, chociaŜ 
juŜ mam przeszło trzynaście lat.
A przecieŜ za to „dziecko" mamusia tyle się pochwał nasłuchała, jak nigdy. 
Ciągle do nas ktoś przychodził.
I ci lokatorzy z parteru, których nie okradli, i inŜynier Roświa-tyński, bo 
juŜ się dowiedział, kto telefonował o „szarotce", i rodzice Bartka, i nawet 
pan Chybała przyszedł powiedzieć, Ŝe teraz na pewno będzie spokojniej w 
blokach i w parku, bo chuligani są pod kluczem. I wszyscy o mnie dobrze mówili.
Przyszedł i profesor Pagacz. Było widać, Ŝe jest mu przykro. Rozmawiał długo z 
tatusiem. Opowiadał o matce Wiła, jakie to dla niej straszne. A latarka byto 
profesora. Zginęła mu wtedy w parku, kiedy mu wyrwali walizkę.
Przy dzieleniu się jajkiem tatuś mi Ŝyczył, Ŝebym wyrósł na pociechę mamie, a 
mamusia znowu na odwrót, Ŝeby — ojcu, aJe wiedziałem, Ŝe oboje radzi są ze 
mnie. I Lucyna, zdaje się, więcej mnie szanuje.
Wiktor tak się tą sprawą przejął, Ŝe chodzi odmieniony nie do poznania. Patrzy 
we mnie jak w obraz. Nie przerywa vii jak dawniej, liczy się z kaŜdym moivi 
słowem. Ale znam go i wiem, Ŝe to nie na długo. Któregoś dnia powiedział mi, 
Ŝe ma zamiar pisać dziennik.
„Po co?" — zapytałem.
„Na wszelki wypadek — odpowiedział. — Bardzo prawdopodobne, Ŝe ty zostaniesz 
sławnym detektywem, więc ja teraz będę zapisywać róŜne rzeczy o tobie i twoje 

Strona 136

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

złote myśli..."
„Kiedy ja nie mam Ŝadnych złotych myśli" — mówię.   -„Gdybyś nie miał złotych 
myśli, nie wpadłbyś na ten sposób
wystawienia chuliganów do wiatru. A po "naszym rowerze do dziś nawet by 
wspomnienie zbladło."
Zapomniałem napisać, Ŝe kiedy wróciliśmy po świętach do szkoły, rower stał na 
swoim miejscu, jakby się nigdy stamtąd nie ruszał. Tylko bariera była 
mocniejsza, a sam rower umocowany łańcuchem. Wszyscy się bardzo cieszyli. 
Jeden Sewerek minę miał niewyraźną.
Kochasiu wygładził wąsy i klepnął mnie po ramieniu. ¦   „No,_ kochasiu, co 
było, to było, nie gniewaj się. Głowę masz, kochasiu, nie tylko do czapki. I 
ja, i pan kierownik tak uwaŜamy" — powiedział.
Jednym słowem, wszyscy okazali mi duŜo uznania, a niektórzy nawet podziwu.
Tylko ElŜbieta... tylko ElŜbieta zachowała się inaczej. Spotkał mnie pod tym 
względem ogromny zawód. Najpierw pomyślałem sobie nawet, Ŝeby wcale o tym nie 
pisać, bo to jest naprawdę rzecz dla mnie przykra, ale kiedy przejrzałem swój 
pamiętnik i widzę, Ŝe tam jest duŜo o ElŜbiecie, nie mogę i tego pominąć.
Bartek, jak to Bartek, wiele na ten temat nie mówił, tylko cieszył się, Ŝe i 
rower znaleziono, i wiele jeszcze innych rzeczy. Parę razy pisali o tej 
sprawie w „Expressie" Raz pod tyułem „Amatorzy królewskiego Ŝycia złodziejami 
w szkole", a drugi raz „Szajka młodocianych chuliganów postrachem okolicy"
Mam oba wycinki z gazety. Dowiedziałem się z nich wiele. Milicja, po nitce do 
kłębka, wykryła wszystko.
I napad na profesora w parku, i róŜne kradzieŜe w blokach, i dwukrotne 
obrabowanie kiosku, i wyrywanie torebek samotnym kobietom na ulicy,"i 
wyłudzanie od chłopaków i dziewcząt pieniędzy groźbą albo obietnicami. 
Wszystko to robili członkowie „Związku Napoleonów" Szef siedzi juŜ za 
kratkami. Udawał studenta, nosił studencką czapkę, ale 'nawet ogólniaka nie 
skoĄ-czył. Wykolejeniec. A podobno zdolny, bardzo zdolny, tylko uczyć się nie 
chciał. Wciągał chłopaków w takie róŜne niby nadzwyczajności, a potem 
szantaŜował, Ŝe milicja jest na ich tropie, Ŝe musi „posmarować" Zmuszał do 
posłuszeństwa. Co ukradli, było dla niego, a im na odczepnego dawał parę groszy.
Cała szkoła opisy w „Expressie" czytała. Gadaliśmy o tym stale, a Wiktor parę 
razy mówił, Ŝe gdyby nie ja, to ci chuligani grasowaliby jeszcze. W gazecie o 
mnie nie było. Pan kierownik zaraz wtedy w milicji zastrzegł, Ŝeby mojego 
nazwiska nie wymieniać. MoŜe to i lepiej, bo chociaŜ przyjemnie byłoby czytać 
czarno na białym, Ŝe się do złapania szajki przyczyniłem, z drugiej znów 
strony, kto wie, czy inne chuligany nie mściłyby się na mnie?
Co do ElŜbiety — to i ona o tym wszystkim wiedziała. I ode mnie, i z gazet, 
i... od Aliny, bo Alina do niej napisała list. Drobnym maczkiem na całe cztery 
strony. Nie czytałem, tylko mi ElŜbieta pokazywała i opowiedziała. Alina juŜ 
dawno przyznała się do wszystkiego ojcu. Bo jej było strasznie wstyd i 
sumienie jej spać nie dawało, Ŝe ojciec jest dla niej taki dobry, troskliwy 
jak najczulsza niańka, a ona tak podle postępowała. Wyniosła z domu raz 
materiał na bluzkę, a raz jakąś torebkę, którą jej mama dostała w prezencie od 
klientki. Wyniosła, bo szef Ŝądał pieniędzy i groził, Ŝe jeŜeli się nie 
postara o pieniądze, to zawiadomi matkę, Ŝe ona się spotyka z Wiekiem,. A 
potem znowu grozili, Ŝe matka się dowie o tych wynoszonych rzeczach.
Alina juŜ traciła głowę, juŜ nie wiadomo co gotowa była zrobić, Ŝeby się tylko 
nie wydało. A pani Brodzka myślała, Ŝe to mąŜ na wódkę wyniósł, i było 
straszne piekło.
Kiedy Alina zauwaŜyła, Ŝe ja coś zmiarkowałem z tą składką na wieniec, to juŜ 
się zatrwoŜyła, tylko ją ten mój napis nad wejściem do klatki schodowej 
uratował. Ale potem bała się znowu, Ŝe o materiale na bluzkę dowiem się w 
rozmowie z ElŜbietą. Niepokoiło ją, Ŝe ElŜbieta moŜe się ze mną zaprzyjaźnić i 
jakimś *• nieostroŜnym słowem zdradzi to, co wie. Dlatego postanowiła nas 
poróŜnić. Dlatego mnie o ElŜbietce, a ElŜbietce o mnie opowiadała niestworzone 
rzeczy. Teraz tego bardzo Ŝałuje. Przeprasza ElŜbietę i przeprasza mnie. MoŜe 
do mnie oddzielnie napisze, ale teraz jej bardzo wstyd, bo to przecieŜ ja 
uratowałam ją, bo to przecieŜ mnie zawdzięcza, Ŝe nie zasiądzie na ławie 
oskarŜonych razem z chuliganami, którzy Bóg wie do czego mogli ją doprowadzić...
ElŜbieta zaglądała do listu, opowiadała, trochę czytała. Kiedy skończyła, nie 
patrzyłem jej w oczy, bo wiedziałem, Ŝe teraz na koniec i ona mnie pochwali, i 

Strona 137

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

czułem się trochę głupio, jak zawsze w takich wypadkach. Ale ona nic dalej nie 
mówiła. Pomyślałem sobie, Ŝe pewnie trudno jej znaleźć takie niezwykłe 
pochwały, przecieŜ nawet Wiktor, który jest wygadany, kiedy się dowiedział o 
tym wszystkim, to tylko powtarzał „rany Julek!" bez końca.
Zęby to milczenie przerwać, powiedziałem:
„Głupia Alina, przecieŜ ja dawno o wszystkim wiedziałem: i o Wieku, i o 
materiale na bluzkę, i pieczątkę u niej widziałem. Nie potrzebowałem się od 
nikogo dowiadywać. Ma się ten kark i głowę na nim."
A ona mówi:
„Głowę, owszem, ale jaką? Według mnie — mówi — nie tylko Alina okazała się 
głupia. Pamiętasz naszą rozmowę? Ja zauwaŜyłam, Ŝe jej coś jest. Dlaczego mi 
wtedy nic nie powiedziałeś? Znaleźlibyśmy radę. Gdyby juŜ wtedy złapano tych 
chuliganów, to moŜe uratowałoby się jakiego chłopaka, moŜe i niejednego z 
tych, których do tej pory szej «Związku Napoleonów» wciągnął. Tak... — mówi — 
głowę na karku masz, ale w głowie... nie bardzo."
Tak mnie pochwaliła ElŜbieta!
Kiedy to usłyszałem, zrobiło mi się coś takiego, Ŝe naprawdę językiem nie 
mogłem ruszyć. A potem jak juŜ mogłem, to nie wiedziałem, co powiedzieć, bo 
rzeczywiście, gdybym wcześniej...
i jeszcze ElŜbieta zapytała mnie, dlaczego tak długo o niczym nikomu nie 
powiedziałem.
A ja  dalej milczałem,  bo najpierw nie mówiłem ze strachu, ' a później to 
chciałem jej na złość pokazać, Ŝe nie jestem Ŝadne cielę i duŜo potrafię. Ani 
jednego, ani drugiego nie mogłem przecieŜ powiedzieć. I ElŜbieta była zła, Ŝe 
ja nic nie mówię.
„No, to moŜe mi powiesz, co to za napis, o którym pisze Alina?"
Tego teŜ za Ŝadne skarby nie powiedziałbym. Wykręciłem się.
„Taki tam — mówię — niewaŜny napis na ścianie. Nawet juŜ nie pamiętam.."
Ale ElŜbieta była coraz więcej zła i juŜ ze mną nie mówiła, tylko się 
poŜegnała, powiedziała, Ŝe musi iść na lekcję muzyki, i wyszła, bo to było u 
nich w domu. A potem przyszedł Bartek i zaczęliśmy mówić o tym, kto dostanie 
rower na 1 czerwca. Ale ja nawet dobrze nie słyszałem, co on mówił, bo...
A teraz myślę, Ŝe moŜe głupio postąpiłem. Trzeba było powiedzieć. PrzecieŜ sam 
się z tego śmieję. Jak mogłem słowo „decha" przez samo „h" napisać! Teraz juŜ 
by mi się to nie przytrajiło. Piszę prawie bez błędów.
A moŜe ElŜbieta wyśmiałaby sam pomysł napisu? MoŜe nie podobałby się jej?
Chyba lepiej, Ŝe nie powiedziałem. Z dziewczynami to nigdy nie wiadomo. 
Myślałem, Ŝe mnie pochwali, a tak mi głowę zmyła, Ŝe się jeszcze do tej pory 
otrząsam. Brrr!
Stefan i Bartek stali w parku pod oknami Wiktora. Wołali go po imieniu. W 
otwartym oknie nie pokazywał się nikt, tylko biała firanka kołysała się lekko.
Zniecierpliwiony Stefan włoŜył palce do ust i gwizdnął w umówiony sposób. 
Pomogło.
Wiktor, odsunąwszy firankę, wychylił się energicznie i machając nieprzytomnie 
rękami na stojących w dole kolegów, rzucił
półgłosem:
—  Jeszcze chwilę! Tylko skończę z ministrem! — i zniknął. Chłopcy spojrzeli 
na siebie nie rozumiejąc, co miały znaczyć
te słowa.
—  CzyŜby u nich był minister z wizytą? — zdziwił się Bartek.
—  A jakŜe! Minister ma waŜniejsze rzeczy na głowie niŜ odwiedzać Wiktora — 
obruszył się Stefan, ale sam był zaintrygowany.
Po dłuŜszej chwili przybiegł Wiktor. Trzymał w ręku zeszyt,
minę miał tajemniczą.
—  Napisałem do ministra list! — oświadczył z tryumfem.
—  O rowery dla nas? — zawołał Stefan z nie ukrywaną ironią.
—  Nie o rowery. O zupełnie coś innego. Ty, Stefek, pomimo wszystko jesteś 
egoistą, ty myślisz tylko o rowerze...
—  A ty? — przerwał Stefan.
—  A ja pomyślałem o naszych najmłodszych kolegach, o tych nieletnich   
dzieciach,   wśród   których   spędziłem   wczoraj   dyŜur w świetlicy. I 
napisałem do ministra...
—  Mów po ludzku — zniecierpliwił się Bartek.

Strona 138

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—> Wiktor i „po ludzku"? Zaraz tu usłyszymy cudy niewidy. Co drugie zdanie 
będzie z ksiąŜki albo z gazety — obruszył się Stefan.
—  A właśnie Ŝe nie! — zaprotestował Wiktor. — Do ministra od kolei to moŜe 
bym tak uroczyście napisał, ale do swojego ministra?
—  Jak to, do swojego?
—  No, od oświaty, to znaczy od szkoły, nie rozumiesz? Chłopaki, przecieŜ on 
się musi o nas martwić jeszcze przez całe sześć lat. To nie swój?... Więc 
napisałem prostymi słowami. Mam tu na brudno. Posłuchajcie:
„Panie Ministrze!
I Pan kiedyś był dzieckiem, i Pan musiał chodzić do szkoły i odrabiać lekcje. 
MoŜliwe, Ŝe Pan nie myślał wtedy o tym, Ŝe Pan będzie siedział' na 
najwaŜniejszym miejscu w całym ministerstwie. A jeŜeli Pan myślał, to ja i moi 
dwaj przyjaciele bardzo się cieszymy, Ŝe się Panu tak udało. Ale inni chłopcy 
teŜ chcieliby wyrosnąć na ludzi. Niestety, jest to niemoŜliwe. Powinni 
przecieŜ uczyć się usilnie i z ochotą. A oni załamują się. Sam to widziałem na 
własne oczy. Jak tylko usiądą nad zeszytami, to zaczynają płakać i załamują 
się kompletnie. Papier jest zły, kleksy robią się same, litery wyłaŜą za 
linijki albo rozlewają się. Nauczycielka gniewa się za takie brzydkie pisanie. 
Ja ją rozumiem, bo rzeczywiście, jeŜeli same takie: «Ala ma kota» — to niech 
chociaŜ będzie ładnie napisane, ale to nie maluchy winne, tylko zeszyty, 
które' przed wojną były zupełnie inne, bo moja mama dobrze pamięta. Więc, 
Panie Ministrze, uprzejmie prosimy, Ŝeby Pan Minister polecił wyrabiać lepsze 
zeszyty, bo dla Pana
to chyba drobiazg, a maluchy przestaną łzy wylewać, nauczycielki przestaną się 
denerwować, a rodzice przestaną się martwić i będą mieli nadzieję, Ŝe z ich 
dzieci teŜ coś dobrego wyrośnie.
Z głębokim szacunkiem Uczniowie kl. VIB".
—  No i tu się podpiszemy — kończył Wiktor. — Podoba się
wam?
—  I co z tego? — zapytał bez entuzjazmu Stefan.
—  Jak to, co z tego? Nie rozumiesz? Co ty byś zrobił, gdybyś był ministrem i 
dostał taki list?
—  Korale mecyje! Wydałbym zarządzenie, Ŝeby zeszyty były
lepsze, i juŜ.
—  Nie nadajesz się na ministra — oświadczył Wiktor. — A ty,
Bartek, co byś zrobił?
—  Ja najpierw kazałbym z najbliŜszego sklepu przynieść parę zeszytów i 
sprawdziłbym. Potem wydałbym zarządzenie, i koniec:
—  Ty się teŜ nie nadajesz.
—  A co ty byś zrobił? — zapytali chłopcy jednocześnie.
—  Ja po przeczytaniu tego listu, owszem, zrobiłbym to, co wy, owszem, ale 
zaraz potem pomyślałbym: „Co za mądre chłopaki pisały ten list. Dawać ich tu! 
MoŜe by im jaką przyjemność sprawić? MoŜe chcieliby mieć rowery albo co?!"
Przyjaciele wybuchnęłi śmiechem.
—  Wiktor! Szkoda, Ŝe nie jesteś ministrem! — wołał Bartek,
a Stefan:
—  Pięknie to wymyśliłeś. O nic ci nie chodzi, tylko o te biedne
dzieci!
—  Stefan — Wiktor udawał łagodność — nie śmiej się tak, bo ci coś w gardle 
przeskoczy i zaczniesz się jąkać. Szkoda byłoby, masz przecie piękną wymowę. 
Tylko ci trochę obycia brak, znaczy oblatania. Ty myślisz, Ŝe do ministra to 
moŜna tak od razu szast-prast i o rowerze. Przyglądaj się więcej ludziom 
obytym. Nie zauwaŜyłeś, Ŝe kiedy na przykład pani Niedźwiedzka pyta nas, czy 
nie jesteśmy głodni, to ja zawsze mówię:  „Absolutnie
• wcale.  Dziękuję bardzo,  ale  właśnie  niedawno  jadłem." A jak dobrze 
wiesz, charakter mam taki,  Ŝe ciągle mi się jeść chce.
Pięć kawałków placka to dla mnie mucha, ale Ŝadnego nie wezmę bez proszenia. 
Taki juŜ jestem; I nie ty mnie będziesz uczył, jak do ministra pisać. I to do 
najwaŜniejszego.
—¦ Dlaczego najwaŜniejszego? — zapytał Bartek.
—¦ Dlatego, Ŝe od oświaty. Nie rozumiesz? PrzecieŜ gdyby nie było oświaty, to 
w ogóle nikt nie mógłby zostać ministrem!
Przyjaciele szli do szkoły, aby się spotkać z Wackiem Sitar-kiem. Mieli wybrać 

Strona 139

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

i wymierzyć plac do siatkówki na przylegającym do tyłów budynku szkolnego 
kartoflisku, które od niedawna przydzielono szkole.
Czasu mieli dosyć, nie śpieszyli się. Nagle Bartek stuknął się w głowę.
—  Musimy wpaść na podwórko Stefka. Obiecałem ElŜbiecie. Lećmy!
Puścili się pędem, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi Bartkowi. Zatrzymali się 
na płytach chodnika przed Stefkową klatką schodową.
Bartek zadarł głowę do góry, przyglądał się ścianie... Stefan juŜ wiedział, 
czego przyjaciel szukał, co obiecał siostrze.
—  O co chodzi? — nie rozumiał w dalszym ciągu Wiktor.
—  ElŜbieta kazała mi przeczytać, co tu napisane — tłumaczył Bartek — 
obiecałem, Ŝe zobaczę to własnymi oczami. Ale nic nie widać. Coś jej się chyba 
przyśniło?
Stefan z łatwością odgadywał zmyte deszczem słowa, z których widoczne były 
tylko nikłe resztki, niezrozumiałe dla nie wtajemniczonych. Bystrooki Wiktor 
pomagał Bartkowi:
—  Tu, na lewo widzisz „eta" zupełnie wyraźnie.
—  A tu coś takiego, jakby „est", tak, to „est" — Bartek notował na kartce.
—  Więcej nic chyba tu nie widać — podsuwał Stefan.
—  O! O, tu na prawo, prawie pod oknem — odkrył Wiktor — „eh". Widzicie! I to 
juŜ wszystko. Jazda do szkoły, bo czas.
—  „Eta... est... eh...", Co to moŜe znaczyć? — zastanawiał się juŜ na ulicy 
Bartek.
—  To na pewno po łacinie. Widziałem u naszego Kostka. On wszystkie recepty po 
łacinie musi pisać. Wiecie?
Na boisku przed szkołą Sitarka nie było. Z daleko spostrzegł ich siedzący na 
stopniach wejściowych Sewerek Witkowski, wstał i podbiegł wołając:
—  Wicek nie przyjdzie. Coś mu w domu wypadło. Prosił, Ŝebym ja go zastąpił. 
O, i sznur przyniosłem.
Parę miesięcy temu cała trójka przyjęłaby taką propozycję przynajmniej 
krzywymi minami, jeŜeli nie ostrą odpowiedzią.
Ale tyle się spraw przetoczyło, tyle wspólnych zmartwień i radości. Czas otarł 
ostre kanty zadraŜnień, jak woda kamienie toczące się po dnie strugi.
Zresztą Sewerek ze skóry wyłaził, Ŝeby jego stosunki z całym „zoo", a przede 
wszystkim z trójką aktywistów były jak najlepsze. Zrozumiał własną wobec nich 
bezsilność i poddał się. Tak to przynajmniej wyglądało.
Nie podlizywał się nauczycielom, nie wyskakiwał ze skargami na kolegów, zrobił 
się bardziej uczynny.
Nawet Wiktor, najzaciętszy przecieŜ wróg Sewerka, zrobił kiedyś odkrycie:
—¦ Wiecie, Ŝe Sewerek ma jednak coś z człowieka! Bartek i Stefek zauwaŜyli to 
trochę wcześniej i wcześniej przestali odsuwać się od nie lubianego początkowo 
kolegi.
Podśmiewali się jeszcze z jego przesadnego zamiłowania do porządku w 
zeszytach, gdzie Ŝadna kropka, Ŝaden przecinek nie śmiały wychylić się ani o 
milimetr z właściwego miejsca, oraz z jego nadmiernej ochoty do rządzenia. 
Sewerek lubił być pierwszym, waŜnym, tym, od którego wiele zaleŜy i na którego 
skinienie czekają tłumy kolegów.
Uczył się najlepiej z całej klasy. Jeden Romek Koziołkiewicz doganiał go, ale 
takiej kolekcji piątek nie miał nikt w całej szkole. Coraz częściej, coraz 
głośniej wymieniano nazwisko Sewerka jako zdobywcy roweru w niedalekiej 
przyszłości.
Jedni mówili o tym z podziwem, drudzy z zazdrością, ale wszyscy zgadzali się: 
to uczeń z najlepszymi wynikami.
Los od jakiegoś czasu uśmiechał się do Sewerka łaskawie. Jak-
by mało było spełniającego się marzenia o rowerze, Sewer wygrał na jakimś 
konkursie futbolówkę. Wspaniałą, pierwszorzędną futbolówkę, na której widok 
nogi same rwały się do biegu i kopania.
Piłka ta pomogła ambitnemu chłopcu odzyskać popularność w klasie. Oświadczył 
bowiem, Ŝe skoro tylko boisko będzie przygotowane, futbolówka stanie się 
własnością klasy VIB, która zorganizuje własną druŜynę piłki noŜnej.
I teraz Sewer piłkę trzymał pod pachą. Wymierzą boisko, a potem pokopią trochę 
na podwórzu szkolnym. O tej godzinie nikomu to nie przeszkodzi.
JuŜ byli na tyłach szkoły. JuŜ Bartek i Stefek szukali patyków zdatnych na 
kołki do mierzenia, kiedy Wiktor jednym uderzeniem pięści wypchnął piłkę spod 

Strona 140

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

ramienia kolegi, złapał ją, odbił
o  kilka kroków i zawoławszy:
—  Trzymaj, uciekaj! — rzucił mocno w Sewerka. Przerzucali się kilkakrotnie, 
aŜ Sewerek toczącą się po ziemi
piłkę kopnął z całej siły w stronę Wiktora. Stali pod samą szkołą, ziemia tu 
była ubita równo. Piłka biegła bardzo szybko, nagle zawadziła o jakąś 
przeszkodę, skręciła gwałtownie i wpadła w otwarte okienko szkolnej piwnicy. 
Wiktor zawołał, Ŝe zaraz ją wydostanie, i popędził naokoło budynku. Sewerek 
podszedł do Bartka i Stefka. Mierzyli krokami odległość.
Po dłuŜszej chwili Wiktor ukazał się zza węgła szkoły. Szedł jakoś dziwnie, 
twardo stawiał nogi, zaciśniętą prawą rękę wyciągnął groźnie. Lewą trzymał za 
plecami. Kiedy podszedł bliŜej, zauwaŜyli, Ŝe twarz miał pobladłą z wściekłości.
—  Ty... ty!... — syczał zbliŜając się do Sewerka.
—  Co?  Co?...  Czego chcesz? — cofał się ów ze zdumieniem
i  strachem.
—  Wiktor! Zwariowałeś? — wrzasnął Stefan, zagradzając drogę.. — O co idzie?
—  O to! — wrzasnął Wiktor i wysunął zza pleców rękę, w której trzymał koniec 
sznurka, ściśle opasującego nieŜywego ptaka... Sznurek był mocny, okrągły, 
zjadliwie zielonego koloru. W ciągu wielu miesięcy słuŜył Sewerkowi do 
związywania ksiąŜek.
Postrzępione, szurpate, zakurzone piórka, sztywnie sterczące łapki z 
zakrzywionymi pazurkami, bezsilnie zwisający, na wpół otwarty dziób wyglądały 
tak Ŝałośnie, Ŝe Bartek aŜ jęknął. Stefan zawołał: — Kasia! — i nic więcej nie 
mógł wydobyć ze ściśniętego gardła. Jeden Wiktor usiłował wyrzucić z siebie 
wściekłość:
—  Ty... zbrodniarzu!... Tylko zbój mógł tak postąpić!
Sewerek zbladł.
—  Ja nie chciałem! Chłopaki, przysięgam, ja nie chciałem jej
zabić!
—  Gadaj, coś zrobił! — napierał Wiktor.
—  Wtedy... wtedy... wszyscy na tę kawkę tylko... i na was... nikt nie chciał 
ze mną... nawet ten rewolwer nic... Więc chciałem, Ŝeby kawka na trochę 
zginęła... Związałem i wrzuciłem do piwnicy. Chciałem później wypuścić, ale 
piwnica była zamknięta. A potem nie  znalazłem,  myślałem,  Ŝe  wyplątała  
się, uciekła. •Chłopaki,  ja naprawdę nie chciałem. Niechby sobie  Ŝyła...  Co
mnie!...
Sewerek mówił coraz ciszej. Zagryzał wargi. Widać było, Ŝe ze wszystkich sił 
walczy ze łzami, które napełniały mu gardło, oczy, wreszcie smugami popłynęły 
po twarzy.
Patrzeć na to nie było moŜna. Bartek milcząc wziął sznurek z rąk Wiktora i 
skierował się w stronę rosnącej przy płocie akacji. Stefan mu towarzyszył. 
Trzeba było ptaszka zakopać.
Wiktor został przy Sewerku, obawiając się, aby ten nie uciekł. Sprawa  nie  
była  zakończona.  Stał  odwrócony bokiem,  patrząc
w stronę przyjaciół.
—  Wiktor — odezwał się prosząco Sewerek — słuchaj, dam
wam coś. Piłkę, chcesz?
—  O  nie,  bratku,  jutro cała  szkoła  się  dowie!  Co tam  cała szkoła! W 
gazetach ogłoszę! Do Ligi Ochrony Zwierząt napiszę! Sfotografuję cię! Cały 
świat się zatrzęsie ze zgrozy! Słuchajcie, on nas chce przekupić!
—  Nie przekupić! — Ŝachnął się Sewer. — Bartek, posłuchaj: ja chcę coś za 
to... no, coś swojego dla was... dla ciebie.
Bartek milczał. Tak strasznie miał ściśnięte serce. Tak mu było Ŝal Kasi...
Podniósł oczy na Sewerka i nagle uderzyła go zmiana w twarzy kolegi. Czysty, 
przygładzony zawsze Sewerek wyglądał Ŝałośnie. Rozrzucone włosy, umazane łzami 
policzki, oberwany szarpnięciem Wiktora guzik od marynarki. Na kim tu się było 
mścić?
Bo Wiktor właśnie o zemście krzyczał. śeby Sewera, jak on kawkę, związać, 
rzucić do lochu, niech ginie z głodu, niech zobaczy!
Zamilkł wreszcie, nie słysząc ani sprzeciwu, ani poparcia kolegów. Stefan, 
który do tej pory nie odezwał się ani słowem, zwrócił się nagle do Sewerka i 
wyraził głośno myśl, która mu właśnie przyszła do głowy:
—  I to ty masz dostać rower?

Strona 141

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

—  Właśnie! — wrzasnął Wiktor. —- O, niedoczekanie! Zobaczycie, co się będzie 
działo jutro w szkole! W całym mieście! Ja się tym zajmę! Zaraz idę do pana 
kierownika!
—• Daj spokój — westchnął Bartek. — Co się stało, to się nie odstanie.
—  Jak to, więc dopuścisz, Ŝeby on?... — Wiktor z oburzenia nie mógł dokończyć 
zdania.
—  Niech on sam...  on sam... — cicho powiedział Bartek nie patrząc na Sewerka 
i powoli poszedł w stronę bramy.
Rower w dniu Święta Dziecka otrzymał Romek Koziołkiewicz. Nie posiadał się z 
radości, kiedy wreszcie w to uwierzył. Bo nie od razu uwierzył. Pan kierownik 
musiał dwa razy powtarzać nazwisko. Nie tylko on jeden był zaskoczony tak 
przyjaznym dla niego obrotem fortuny. Ale w tym dniu uroczystym, kiedy w domu, 
w szkole, w całym mieście przygotowano wiele niespodzianek, nie było czasu na 
długie zajmowanie się wyróŜnieniem, które zresztą wszyscy uznali za 
sprawiedliwe.
Dopiero nazajutrz... Wicek Sitarek, przechodząc przez hali szkolny, zauwaŜył 
Sewerka sterczącego samotnie z oczami utkwionymi w miejsce, gdzie jeszcze 
wczoraj stał rower, a dziś po barierze nawet śladu nie było.
—  A co, Ŝal ci? — zawołał z satysfakcją i czekał na jakąś niewybredną 
odpowiedź kolegi, który nie puszczał płazem zaczepek.
Nie doczekał się. Sewerek, spłoszony, z miną winowajcy złapanego na gorącym 
uczynku, pognał na górę.
Niejednej jeszcze kąśliwej uwagi związanej z rowerem, który „przeszedł 
Sewerkowi koło nosa", musiał wysłuchać nieszczęsny chłopak. Zastanawiające 
było, Ŝe nie podejmował dyskusji. I jeszcze jedno: wśród znęcających się nie 
było nikogo z trójki znającej tajemnicę Sewerka.
Po którejś tam pauzie do klasy VIB wszedł z wychowawcą pan kierownik. 
Natychmiast ucichł zwykły harmider, nie tylko ze względu na niecodzienną 
wizytę, ale i na zagadkowy, a jednocześnie radosny wyraz twarzy ich obydwu. To 
będzie chyba coś
przyjemnego...
—  W tym tygodniu — zaczął pan kierownik — mamy dwa święta: czwartek i 
niedzielę. Postanowiliśmy to wykorzystać...
W klasie wszyscy wstrzymali oddech.
—  Szóste  i siódme  klasy  pojadą na  czterodniową wycieczkę
w Pieniny.
—  Hurrraaa! — wydarł się ogłuszający wrzask z wielu piersi
i niesamowita radość ogarnęła całą gromadę.
Minęła długa chwila, zanim moŜna było omówić szczegóły.
Wycieczka miała być zorganizowana tanim kosztem, tak zwanym gospodarczym 
sposobem. Zabierano ze sobą część prowiantu
i namioty.
Na przygotowanie do wyjazdu było tylko dwa dni, a pan Kar-niewicz zapowiedział 
od razu, Ŝe klasa VI B ma dać przykład, jak powinna wyglądać sprawna gromada 
młodocianych turystów.
Sewerek Witkowski, który co roku z ojcem robił dłuŜsze wycieczki, miał 
doświadczenie w tej dziedzinie. Okazał się pomocny w przygotowaniach do 
wymarszu. Udzielał cennych rad w wyborze  ekwipunku,  był   prawą  ręką  pana  
Karniewicza  i  czuł  się
w swoim Ŝywiole.
Stefan w pierwszym momencie szalał z radości. On jeden w całej klasie ma 
kompas! Na Święto Dziecka ojciec dołoŜył mu do uskładanych oszczędności i 
razem poszli kupić kompas, o któ-
rym Stefan tak długo marzył! I oto wycieczka była doskonałą okazją do 
pochwalenia się przed światem posiadaniem tak waŜnego i pięknego przedmiotu.
Radość ta trwała jednak krótko. A plecak? Plecak jest przecieŜ konieczny, ale 
to absolutnie konieczny. W co zapakować prowiant, przybory do mycia, sweter i 
skarpety na zmianę?
Wiktor miał podobne zmartwienie. Zwierzając je sobie, obaj chłopcy z 
zazdrością stwierdzili, Ŝe Bartek to ma Ŝycie „jak po maśle". Jego rodzice 
mogli go zaopatrzyć we wszystko. On chyba nawet nie rozumie, Ŝe moŜna czegoś 
nie mieć.
—  Ja w domu o kupnie plecaka nie wspomnę — mówił Stefan — co, ja głupi 

Strona 142

background image

O¿ogowska Hanna - Tajemnica zielonej pieczêci

2007-03-28

jestem? Mamusia nawet te pieniądze „na czarną godzinę" ruszyła, bo ojcu buty 
były koniecznie potrzebne.
—  A u nas Kostkowi nowe ubranie. Musowo. Wiesz, przecieŜ on stale między 
ludźmi.  I egzaminy pozdawał celująco. Mama powiedziała, Ŝe sobie ręce urobi, 
a sprawi. Nocne dyŜury dodatkowo wzięła. Ale, Stefek, o co my się martwimy? 
Grunt to fason trzymać. Z worka teŜ moŜna plecak zrobić. A ty masz przecieŜ 
taką duŜą teczkę!
—  Trudno będzie wszystko zmieścić.
—  To upchasz. A przecieŜ co dzień z paczki ubędzie Ŝywności. I mydło się 
wymydli... Nie martw się.
Pewnie, moŜna i z teczką. Ale cóŜ to za turysta dźwigający w jednej ręce 
wypchaną teczkę, w drugiej koc, moŜe jeszcze butelkę z mlekiem na sznurku?
Wieczorem, w dniu poprzedzającym wyjazd, Stefan porozkładał przygotowane 
rzeczy na stole. Sporo tego było. Postanowił zapakować wszystko w kawał 
brezentowego płótna. Owinie sznurkiem tak, aby moŜna było pakunek nieść na 
plecach. Zrolowany koc przymocuje do paczki. Nie ma innego wyjścia.
Nagle w przedpokoju rozległ się dzwonek. Wpada zziajany Bartek. W ręku trzyma 
plecak.
—  Stefan,   dlaczego  nie  mówiłeś?  Przed  chwilą był  u  mnie Sewer i 
zupełnie przypadkowo dowiedzieliśmy się. ElŜbieta zaraz wyniosła swój i kazała 
mi do ciebie gnać. UfffL.
ElŜbieta? Ta ElŜbieta, która od czasu, kiedy Stefan nie chciał
jej powiedzieć, co to był za napis, kiedy nie udało jej się równieŜ odkryć 
tajemnicy przy pomocy Bartka — boczyła się wyraźnie. Nie wdawała się nigdy w 
dłuŜsze rozmowy, odpowiadała półsłówkami. Co tu duŜo mówić — miała do Stefka 
Ŝal.
A teraz postąpiła tak wielkodusznie! Bo to się nazywa wielkoduszność, jeŜeli 
ktoś z kimś się gniewa czy ma urazę, a w potrzebie pomoŜe mu. ElŜbieta jest 
szlachetna. Tylko szlachetnych stać
na wielkoduszność.
Rankiem na dworcu, jak zwykle, bieganina, rwetes. Pociąg z wycieczką zaraz 
odjedzie. W kaŜdym oknie uradowane, szczęśliwe twarze.
Gruby Bartuś zasłania prawie całe okno. Nad jednym jego ramieniem głowa 
Wiktora, nad drugim Stefka.
Pod oknem stoi ElŜbieta. Zaklina Bartka, Ŝeby tylko się nie przeziębił. Prosi 
kolegów w imieniu matki, Ŝeby mu nie pozwolili włazić do wody. Bartek jest 
trochę zły.
Pociąg rusza. ElŜbieta idzie przy oknie.
—  Wiktor — mówi — proszę cię, uwaŜaj. On jest taki skłonny
do anginy, Wiktor...
Koła biegną szybciej. Stefan do tej pory nie znalazł okazji, aby podziękować 
ElŜbiecie za plecak. Nabrał nagle odwagi. Odsuwa Bartka, wychyla się z okna i 
woła głośno:
—  ElŜbieta! Tam było napisane, Ŝe ty jesteś w dechę! Jesteś dziewczyna w 
dechę!... Dziękuję!...
Sylwetki stojących na peronie maleją. Ale Stefan z daleka jeszcze widzi, jak 
serdecznie śmieje się ElŜbieta.

Strona 143