background image

 

background image

 

 

 

KATHERINE  GARBERA 

 

Sąsiad do wzięcia 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Mama zatrzasnęła się w łazience, a ja muszę już iść do szkoły. 

Rafe  Santini  przetarł  dłonią  zaspane  oczy.  To  musi  być  sen. 

Rzucił  okiem  na  swój  stary  zegarek.  Nie  pomylił  się  -  była  dopiero 

siódma. Zanim ponownie spojrzał w dół, przeciągnął się i podrapał po 

zarośniętych policzkach. 

Chłopiec  wciąż  tam  był.  Rafe  nie  przepadał  za  dziećmi.  A  ten 

malec  naruszył  w  dodatku  granice  jego  terytorium.  Powinien  być  na 

niego wściekły, ale zamiast tego czuł rosnące zaciekawienie. 

-  Proszę,  niech  pan  ze  mną  pójdzie.  Niech  mi  pan  pomoże.  - 

Chłopiec prawie płakał. 

Rafe oparł się o framugę i westchnął głęboko. Do diabła, przecież 

nie mógł tak dzieciaka zostawić! 

- Dobrze, poczekaj chwilę. 

Wsunął stopy w stojące na werandzie sandały, w których chodził 

zwykle  na  nocne  spacery  z  psem.  Podrapał  się  po  gołej  klatce 

piersiowej,  rozważając,  czy  powinien  też  włożyć  na  grzbiet  koszulę. 

Ale zrezygnował, widząc minę porannego intruza. Nie należało chyba 

zwlekać ani minuty dłużej. 

Chłopiec mieszkał po drugiej stronie ulicy. Dom był zadbany.  

W jego otoczeniu trudno byłoby znaleźć choć jeden dowód na to, 

że  mieszka  tam  małe  dziecko  -  żadnych  zabawek,  rowerów, 

plastikowych narzędzi. Na podjeździe stało zdezelowane volvo. 

Chłopiec  chwycił  Rafe'a  za  rękę  i  pociągnął  do  przodu.  Drzwi 

otworzyły się przed nimi cicho, z wnętrza docierał świeży, kwiatowy 

background image

zapach.  Swoim  rozkładem  dom  ów  przypominał  Rafe'owi  jego 

własny,  był  tylko  dużo  lepiej  utrzymany.  Na  wypolerowanych 

drewnianych  podłogach  leżały  ręcznie  tkane  dywaniki.  Rzeźbione 

poręcze na schodach pięknie wyczyszczono. 

Westchnął  na  myśl  o  swoim  zapuszczonym  domu.  Ciekawe,  czy 

gdyby go wyremontować, byłby równie ładny. 

-  Gdzie  jesteś,  Andy?  -  usłyszeli  dobiegający  z  góry  głos 

zdenerwowanej kobiety. - Chodź na górę, pronto. 

Pronto?  Rafe  myślał,  że  nikt  już  nie  używa  tego  słowa. 

Uśmiechnął  się.  słysząc  drżący  głos  kobiety.  Przed  laty  takim  tonem 

mówiła do niego matka, kiedy coś przeskrobał. 

- Andy! - Kobieta była coraz bardziej rozgniewana. 

Wyraz rozbawienia zniknął szybko z twarzy chłopca. 

- Chyba powinniśmy się pośpieszyć. 

Weszli po schodach na piętro i zatrzymali się przed drzwiami do 

łazienki. 

- Nie martw się, mamo. Zorganizowałem pomoc. 

- Co? Kogo? Przecież jedyna osoba, z którą wolno ci rozmawiać, 

jest na wakacjach. 

-  Nie  denerwuj  się,  mamo.  Wszystko  gra.  Przyprowadziłem  tego 

pana, który mieszka naprzeciwko. To ten, którego pupa ci się podoba. 

- Andy! - Głos za drzwiami stał się piskliwy. 

Rafe  udał,  że  nie  usłyszał  ostatniego  zdania  chłopca.  Uznał,  że 

lepiej będzie zająć się forsowaniem drzwi, zanim kobieta uwięziona w 

środku  wpadnie  w  zabójczy  szał.  Uśmiechnął  się  pod  nosem, 

background image

dochodząc do wniosku, że w sumie ten dzień wcale nie zaczął się tak 

źle, jak się zapowiadało. 

Skupił się na drzwiach. Na podłodze obok nich leżał rząd małych, 

plastikowych żołnierzyków. 

- Bitwa? 

Chłopiec uśmiechnął się szeroko. 

-  Taaa,  Gettysburg.  Właśnie  przerabiamy  w  szkole  wojną 

secesyjną. 

-  Andy,  mówi  się  tak,  nie  taaa.  A  wojenne  opowieści  zostaw, 

proszę, na później. Teraz czeka nas walka z tymi drzwiami. 

- Tak, mamo. Oczywiście. 

- Już dobrze. Andy. - Po chwili dodała: - Myślę, że potrzebna nam 

spinka do włosów. 

- Właśnie zgubiłem gdzieś ostatnią - wtrącił Rafe. 

Za drzwiami zapanowała cisza. Głos uwięzionej już się nie łamał. 

Brzmiał  dokładnie  jak  głos  kobiety  z  jego  marzeń.  Marzeń,  których 

nic dopuszczał do siebie przez długie lata. Łagodny, przywodzący na 

myśl  niedzielne  poranki  w  kościele  i  dni  spędzone  w  łóżku  na 

lenistwie. Nagle zawładnęły nim wspomnienia z rodzinnego domu.  

Nie mógł sobie na to pozwolić. Trzeba było wziąć się w garść. 

-  Ale  proszę  się  nie  martwić.  Jakoś  sobie  poradzę.  Czy  ma  pani 

śrubokręt? - zapytał. 

- Na dole, w kuchni. Co pan zamierza zrobić'? 

Znowu zaczęła się denerwować. Prawdopodobnie trochę się bała. 

W  jej  domu  szarogęsił  się  zupełnie  obcy  człowiek.  Jej  syn był  z  nim 

background image

właściwie sam na sam. Skąd mogła wiedzieć, że nie jest gwałcicielem 

ani  żądnym  krwi  mordercą?  Nie  miała  jednak  innego  wyjścia  - 

musiała się na niego zdać. 

- Andy, biegnij szybko po śrubokręt. 

Rafe  przykucnął,  żeby  przyjrzeć  się  klamce  i  zamkowi  w 

drzwiach.  Zawsze  miał  smykałkę  do  takich  rzeczy.  Umiał  wszystko 

naprawić.  Wiedział,  że  tę  przedpotopową  klamkę  łatwo  rozbierze  na 

części,  nie  był  tylko  pewien,  czy  poradzi  sobie  z  mechanizmem 

wewnątrz. 

-  Proszę  pana.  przepraszam,  czy  pan  tam  wciąż  jest?  -  Głos 

kobiety  brzmiał  teraz  uprzejmie  i  sucho,  prawie  go  zmroził.  Co  się 

stało z tym łagodnym, miękkim tonem? 

- Jestem, proszę pani - wycedził. Też umiał mówić w taki sposób. 

Jeśli  ona  chce  prowadzić  grę  -  proszę  bardzo.  Mógłby  się  zresztą 

założyć, że to on wygra ten pojedynek. 

- Proszę mi zdradzić pańskie plany, dobrze? 

-  Zamierzam  zdemontować  klamkę.  Jeśli  to  nie  wystarczy,  będę 

musiał wyjąć drzwi z zawiasów. 

Przez cały czas zastanawiał się, jak ona wygląda. 

- Wolałabym, żeby pan nie zdejmował drzwi. 

Ten zimny ton głosu zaczynał działać mu na nerwy. 

-  Do  jasnej  cholery,  czy  pani  myśli,  że  dla  mnie  to  taka kusząca 

perspektywa?! Jeśli jednak nie chce pani spędzić za tymi pieprzonymi 

drzwiami całego dnia, być może będę do tego zmuszony. 

background image

-  Byłabym  wdzięczna,  gdyby  udało  się  panu  powstrzymać  od 

przekleństw. Andy momentalnie wszystko zapamiętuje i powtarza. 

Rafe  mruknął  coś pod  nosem  w  odpowiedzi.  Jedyne,  czego  teraz 

chciał,  to  otworzyć  te  cholerne  drzwi  i  wynieść  się  stąd  jak 

najszybciej. 

Zapadła cisza. Rafe słyszał, jak kobieta przemierza łazienkę tam i 

z  powrotem.  Kiedy  staną  w  końcu  twarzą  w  twarz,  prawdopodobnie 

będzie go traktowała z rezerwą. Nie był typem faceta, którego kobiety 

chętnie widziały w pobliżu swoich synów. Jemu to odpowiadało. I tak 

wcale go nie ciągnęło do dzieci. 

-  Kim  pan  jest?  -  zapytała.  Była  teraz  spokojniejsza,  prawie 

zrezygnowana. 

- Nie wie pani? 

Cisza. 

- Nigdy się nie spotkaliśmy. 

-  Nazywam  się  Rafe  Santini.  Mieszkam  naprzeciwko.  Niedawno 

się wprowadziłem.  

Wyjął  z  kieszeni  scyzoryk  i  wsunął  go  w  dziurkę  od  klucza. 

Chciał przyprzeć się mechanizmowi zamka. 

- Jak długo siedzi pani w środku? 

-  Około  godziny.  Kąpałam  się.  Lubię  leżeć  w  wannie...  - 

przerwała i odchrząknęła. - Panie Santini, hm, mam nadzieję, że pana 

nie uraziłam, nic chciałam... 

- Proszę - powiedział Andy, wręczając Rafe'owi śrubokręt.  

background image

Rafe  rozkręcił  klamkę.  W  normalnych  warunkach  zabrałoby  mu 

to jakieś pięć minut, ale Andy chciał wszystko wiedzieć i nieustannie 

zadawał pytania. 

Rafe  pamiętał,  że  jako  dziecko  tak  samo  męczył  swojego  ojca. 

Starał  się  więc  cierpliwie  odpowiadać  na  wszystkie  pytania  chłopca. 

Andy wzbudził jego podziw. Był bystry - nigdy dwukrotnie o to samo 

nie zapytał. 

Kiedy  w  końcu  udało  się  wyjąć  klamkę,  otworzył  drzwi  bez 

problemu. Rafe spodziewał się ujrzeć osobę dojrzałą i krągłą, taką jak 

jego matka. W końcu ta kobieta miała syna, a jej głos brzmiał surowo 

jak  głos  starej  panny  -  na  przykład  jego  ciotki  Florence.  Ale  matka 

Andy'ego była - mało powiedzieć - atrakcyjna.  

Była seksowna. I to jak! 

Długie  ciemne  włosy  miała  upięte  na  czubku  głowy,  szczupłą 

twarz  otaczały  wijące  się  kosmyki.  Czerń  włosów  wspaniale 

kontrastowała  z  jasną,  kremową  karnacją.  Piwne  oczy  skojarzyły  mu 

się  z  jesiennymi  liśćmi  opadającymi  z  drzew.  Ze  Świętem 

Dziękczynienia.  Z  domem.  Jedwabna  różowa  podomka  raczej  nie 

ukrywała jej kobiecych kształtów. Wszystko w niej kusiło, pociągało. 

Wychodząc  z  łazienki,  stanęła  na  jednym  z  żołnierzyków 

Andy'ego i zachwiała się. Próbowała złapać równowagę, podskakując 

na jednej nodze. Rafe wyrwał się z transu, w jaki popadł na chwilę, i 

chwycił ją w ramiona. 

Było  mu  tak  dobrze  z  tym  lekkim  brzemieniem,  że  na  moment 

zapomniał o wszystkim wokół - o złości, chłopcu, zabawnej uwadze o 

background image

jego  pośladkach.  Zniknęło  wszystko.  Liczyło  się  tylko  to,  że  w 

ramionach  trzymał  kobietę.  Kobietę,  która  pachniała  słodko,  ale  nie 

tanimi perfumami czy jeszcze tańszą whisky.  

Kobietę,  która  wszelkimi  sposobami  próbowała  wyplątać  się  z 

jego ramion. 

- Proszę mnie puścić. - Znowu ten formalny ton. 

- Oczywiście. 

Postawił  ją  na  podłodze  z  dala  od  wojsk  Konfederacji.  Chcąc 

wyglądać bardziej dostojnie, owinęła się szczelnie podomką.  

Zabawne,  pomyślał  Rafe,  bo  przecież  miała  na  sobie  tylko  ten 

cieniutki jedwab, który okrywał jej ciało jak druga skóra. 

-  Dziękuję  -  powiedziała,  odwracając  się  w  stronę  Rafe'a.  - 

Nazywam się Cassandra Gambrel. Andy'ego już pan poznał. 

Zaskoczyło  go,  że  jej  głos  znowu  brzmiał  łagodnie.  Spodziewał 

się,  że  zostanie  inaczej  potraktowany.  Wyciągnęła  do  niego  drobną 

dłoń.  Czuł  się  przy  niej  duży,  silny  i  bardzo  męski.  Paznokcie  miała 

pomalowane na różowo, co doskonale podkreślało naturalną barwę jej 

warg. Czuł, że wpadł. 

- Rafe Santini - przedstawił się. 

-  Dziękuję.  Uratował  mnie  pan.  -  Nerwowo  ściągnęła  paskiem 

poły podomki. 

- Zamontuję z powrotem klamkę. 

- Zamek się często zacina - powiedziała Cassandra. - Zwykle sam 

puszcza, tylko trzeba chwilę poczekać. 

- Mamo, ubierz się - wtrącił Andy. 

background image

Cassandra  kiwnęła  głową  i  poszła  w  głąb  korytarza.  Zatrzymała 

się po chwili. 

- Nie plącz się pod nogami, Andy. 

- Tak, tak, mamo. 

Rafe  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Dobrze  pamiętał,  jak  to  jest, 

kiedy się walczy z rodzicami. 

Andy po namyśle wyjaśnił: 

- Ja jestem jedynym mężczyzną w tym domu, ale mama wciąż mi 

rozkazuje. 

- Mamy takie są. 

Andy westchnął ciężko. 

-  Taaa.  -  Zabrzmiało  to  niczym  oświadczenie  steranego  życiem 

człowieka. 

Rafe  przestał  zajmować  się  drzwiami.  Przestał  słyszeć  słowa 

Andy'ego.  Korytarzem  szła  Cassandra.  Poruszała  się  lekko.  I  to 

kuszące kołysanie bioder!... O, do diabła! 

 

Cass  szybko  włożyła  to,  co  było  pod  ręką  w  sypialni.  Zaplotła 

włosy,  a  stopy  wsunęła  w  zniszczone  tenisówki.  Wszystkie  poranne 

czynności  wykonywała  w  pośpiechu.  Bała  się,  że  jeśli  odpocznie 

choćby przez moment, jej myśli pobiegną w niepożądanym kierunku. 

Rafe  Santini  oglądany  od  tyłu  przedstawiał  się  interesująco,  ale 

widziany  z  przodu  po  prostu  wyglądał  wspaniale.  Błyszczące,  szare 

oczy  przypominały  lodowiec,  wewnątrz  którego  płonie  ogień.  Gęste, 

kędzierzawe włosy aż prosiły się o to, by wplątać w nie palce. Widok 

background image

nagiej klatki piersiowej sprawiał, że krew w żyłach Cassandry krążyła 

szybciej. 

„Ten,  którego  pupa  ci  się  podobała".  Wciąż  słyszała  te  słowa. 

Mogłaby umrzeć ze wstydu. A to był najmniejszy z jej problemów  w 

tej chwili. 

Nie była zadowolona, że Andy gapi się na Santiniego jak sroka w 

gnat.  Jakby  był  jakimś  bohaterem,  albo,  jeszcze  gorzej,  kandydatem 

na  ojca.  Od  śmierci  jej męża,  dwa  lata temu,  Andy  szukał kandydata 

na  ojczyma.  Oczywiście,  nie  robił  tego  jawnie.  Uważnie  przyglądał 

się każdemu mężczyźnie, jaki pojawiał się na horyzoncie. 

Cass znała jego taktykę - chłopiec prawdopodobnie właśnie teraz 

próbował dowiedzieć się jak najwięcej o Santinim. Zachowywał się w 

takich sytuacjach jak paleontolog, który spodziewa się  wykopać kość 

dinozaura. 

Na myśl o tym, że ma przepraszać Rafe'a Santiniego, Cass robiło 

się zimno. Ale wiedziała, że musi. Zachowała się niegrzecznie. Chyba 

go  zirytowała  tymi  swoimi  pytaniami,  lecz  przyzwyczaiła  się,  że  to 

ona  jest  szefem  i  sama  rozwiązuje  wszystkie  problemy  w  domu. 

Dziwacznie  czuła  się  tylko  jako  ta,  której  mężczyzna  przychodzi  z 

odsieczą. 

Postanowiła  pozostawić  bez  komentarza  to,  co  wypaplał  Andy. 

Jeśli  ten  facet ma  odrobinę  godności,  zrobi  to  samo.  Poza  tym  żaden 

mężczyzna nie lubi, gdy się mówi o jego pośladkach. 

Wyszła  na  korytarz  i  spojrzała  w  stronę  łazienki.  Zdumiała  ją 

cierpliwość,  jaką  Santini  okazywał  jej  synowi.  Oczywiste  było,  że 

background image

nieczęsto  miał  kontakt  z  dziećmi.  Używał  języka,  od  którego  cierpła 

skóra.  Jakby  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  że  każde  dziecko 

nastawione jest na rejestrowanie i powtarzanie nowych słów. A jednak 

widać było, że stara się być miły. Część jej obaw szybko topniała. 

Dociekliwość  Andy'ego  zdawała  się  nie  mieć  granic.  Swoją 

babcię doprowadzał ciągłymi pytaniami do szaleństwa. Czasem nawet 

ją  samą  potrafił  wyprowadzić  z  równowagi.  Ale  ten  mężczyzna  był 

niewzruszony. 

Odchrząknęła głośno. Obaj odwrócili się w jej stronę. 

- Panie Santini, czy napije się pan kawy? 

- Chętnie, szanowna pani. 

Cassandra nie lubiła, kiedy się do niej zwracano w ten sposób, ale 

pomyślała, że po jej wcześniejszych wyczynach teraz powinna ugryźć 

się w język. 

- Andy, jesteś gotów do wyjścia? 

- Mamooo! 

- A więc marsz do szkoły! 

Patrzyła,  jak  jej  syn  idzie,  ociągając  się.  do  swojego  pokoju. 

Wyglądał,  jakby  nagle  na  jego  ramionach  złożono  ogromny  ciężar. 

Odwróciła się do Santiniego. 

- Czy już pan z tym skończył? 

-  Jeszcze  moment.  Trzeba  kupić  nową  klamkę.  Na  wszelki  

wypadek wymontowałem zamek, żeby się pani znowu nie zatrzasnęła. 

Srebrzystoszare  oczy  błyszczały  w  ciemności  korytarza.  Mięśnie 

grały pod skórą, a jednak ten mężczyzna nie wyglądał jak kulturysta. 

background image

Nagle  zdała  sobie  sprawę,  ile  czasu  minęło  od  chwili,  gdy  sama 

ćwiczyła. Przy nim czuła się stara i zaniedbana. 

- Skończyłem. Teraz chętnie napiję się kawy. 

- Proszę za mną. 

Ściany  kuchni  ozdobione  były  bordiurą  w  słoneczniki.  Ten  sam 

motyw pojawiał się również na naczyniach i sprzętach. 

Cassandra  zawsze  myślała,  że  jej  kuchnia  jest  miłym,  jasnym 

pomieszczeniem,  w  którym  każdy  dobrze  się  czuje.  Teraz  w  to 

zwątpiła. Rafe wyraźnie nie pasował do tego miejsca. 

Zamiast  usiąść  przy  małym  stoliku  w  rogu,  oparł  się  biodrem  o 

kuchenny  blat.  Wyblakłe  dżinsy  opinały  jego  smukłe,  umięśnione 

nogi  jak  druga  skóra.  Nagi  tors  wydawał  się  jej  jeszcze  bardziej 

pociągający  niż  pośladki.  Rafe  był  jak  duży  kot  zaczajony  na 

upatrzoną  zdobycz.  Przekonywała  siebie,  że  ona  nie  ma  w  sobie 

niczego z myszy. 

Robiła  się  przy  nim  nerwowa.  Dawno  już  w  jej  kuchni  nie 

rozpierał  się  mężczyzna  czekający  na  kawę.  Zastanawiała  się,  czy 

napar nie będzie dla niego za słaby. 

- Dzięki za ratunek - powiedziała, próbując wypełnić czymś ciszę. 

Nie  lubiła  towarzyskich  pogawędek,  ale  czuła,  że  na  niej  spoczywa 

obowiązek prowadzenia konwersacji 

- Nie ma sprawy. 

Sprawa  była.  Cass  zachowała  się  niegrzecznie.  Chciała  go  jakoś 

przeprosić, a jednocześnie nie zamierzała się przed nim ukorzyć. 

- Panie Santini... 

background image

- Taaa? 

Przeciągnął  to  słowo  jak  gumę  do  żucia.  Cass nie  cierpiała  tego, 

ale powstrzymała się od komentarza. 

- Chciałabym przeprosić za moje niegrzeczne zachowanie. 

Nic  spuszczał  z  niej  wzroku.  Pomyślała,  że  pewnie  się 

rozczochrała  albo  ma  ubrudzoną  twarz.  Przygładziła  włosy  i  wytarła 

nos, zanim sięgnęła do lodówki po mleko. 

- Nie przywykłam do obecności obcych ludzi w moim domu. 

- Więc nie powinna pani wysyłać dziecka po pomoc. 

Cass zesztywniała. 

- Nigdzie go nie wysyłałam. Właściwie zakazałam mu wychodzić, 

ale dla Andy'ego... - przerwała. Co go obchodziło, że Andy uwielbiał 

szkołę? Że zrobiłby wszystko, by nie opuścić ani jednego dnia? 

- Ale pani nie posłuchał i przyszedł do mnie. Skąd pani, do diabła, 

wie,  że  nie  jestem  na  przykład  mordercą,  gwałcicielem  albo 

pedofilem? 

Cass  zaczęła  się  jąkać,  próbując  jednocześnie  znaleźć  coś  na 

swoją  obronę.  Andy  wyszedł,  zanim  zdążyła  go  powstrzymać. 

Chłopiec  bywał  czasem  impulsywny,  ale  to  jej  w  żadnym  razie  nie 

tłumaczyło. Nie powinna była pozwolić mu wyjść. 

- Ma pan rację. Wiem o panu tylko... 

- Tylko tyle, że mam ładną pupę. 

Do  licha,  dlaczego  w  ogóle  wspomniała  o  tym  swojej  siostrze? 

Zajęty  zabawą  Andy  zwykle  nie  zwracał  uwagi  na  to,  co  mówili 

dorośli. Ale najwyraźniej akurat tego dnia nadstawiał uszu. 

background image

W  panice  szukała  czegoś,  co  odwróciłoby  uwagę  Rafe'a  od  tego 

wątku w rozmowie. 

- I psa. 

- Zna pani Tundrę? 

- Widzieliśmy was razem na spacerze. Andy uwielbia zwierzęta.  

W ekspresie zabulgotała woda. W ciszy, jaka zapadła w kuchni, te 

dźwięki  zabrzmiały  niemalże  jak  wybuchy.  Cass  rozglądała  się  na 

boki. Ze wszystkich sił starała się nie patrzeć na swego wybawcę. 

- Mamo, jestem gotowy. 

Do kuchni wpadł Andy. Włożył dżinsy i koszulkę z wizerunkiem 

G.  I.  Joe.  Na  nogach  miał  nieskazitelnie  białe,  nie  zasznurowane 

tenisówki. 

- Chodź do mnie. 

Cass przykucnęła obok syna i zajęła  się  wiązaniem sznurowadeł. 

Wiedziała,  że  jeszcze  tylko  przez  moment  będzie  musiała  bawić 

Santiniego  rozmową.  Jeśli  Andy  miał  zdążyć  do  szkoły  na  czas, 

musieli zaraz wyjść. 

-  Teraz  w  porządku  -  powiedziała,  prostując  się.  -  Nie  zapomnij 

zabrać lunchu. 

Nalała kawę do dwóch dużych kubków. Jeden z nich podała panu 

Santiniemu. 

- Mleko? Cukier? - zapytała. 

Rafe  pokręcił  przecząco  głową.  Andy  chwycił  garść  otrębowych 

ciastek rodzynkami i poczęstował nimi Santiniego. 

background image

- Andy, spóźnimy się! - zawołała Cass. - Czy zamknąłeś okna na 

górze? 

- Nie. Już biegnę. 

- Ja wszystko pozamykam - wtrącił się Rafe. - Niech pani jedzie. 

Chłopiec powinien być już w szkole. 

Przez  chwilę  się  wahała.  Zaraz  jednak  przypomniała  sobie,  że 

przecież  Santini  jest  szanowanym  przedsiębiorca  budowlanym.  Jako 

przewodnicząca  rady  mieszkańców  przychylnie  rozpatrzyłaby  każdą 

jego  ofertę.  Wiedziała  o  nim  więcej, niż  powinna. Był  cieszącym  się 

poważaniem  członkiem  koła  biznesmenów  i  filarem  miejscowej  Ligi 

Lekkoatletycznej.  Nie  miała  w  domu  nic,  czego  mógłby  jej 

pozazdrościć. Nie było się czego bać. 

- Dzięki - rzuciła przez ramię, holując Andy'ego w stronę wyjścia. 

- Mój dług się powiększa. 

-  Do  widzenia,  panie  Santini.  -  Andy  pomachał  Rafe'owi  na 

pożegnanie. 

Cofając  volvo  z  podjazdu,  Cass  zastanawiała  się,  jak  będą 

wyglądały  jej  kontakty  z  nowym  sąsiadem  i  jak  mu  się  odwdzięczy. 

Andy paplał o Rafie Santinim przez całą drogę do szkoły. 

Bardzo ją to zaniepokoiło. 

Dojechali  do  szkoły  dokładnie  w  momencie,  gdy  rozległ  się 

dzwonek.  Cass  patrzyła,  jak  jej  synek  galopuje  w  kierunku  swojej 

klasy  na  nogach,  które  już  nie  były  dziecięco  pulchne.  Powoli 

przekształcał się z małego chłopczyka w młodego mężczyznę. 

background image

A  przynajmniej  tak  zaczynał  wyglądać.  Dwa  tygodnie  temu 

wrócił  ze  szkoły  z  podbitym  okiem.  Od  tego  momentu  przestrzegał 

zakazu bójek, ale w związku z tym czuł się niepewnie. 

Cass  sama  nie  wiedziała,  co  powinna  z  tym  zrobić.  Gdyby  tak 

mógł  na  zawsze  pozostać  jej  malutkim  synkiem!  Wiedziała,  że  to 

niemożliwe.  Zawsze  wierzyła,  że  sprawą  pierwszej  wagi  jest 

wychowanie, ale Andy potrafił być uparty jak osioł.  

Nie  przyznałaby  tego  głośno.  bała  się  jednak,  że  sama  może  nie 

podołać rodzicielskim obowiązkom. Na razie jeszcze sobie radziła, ale 

za  kilka  lat  może  się  okazać,  że  Andy'ego  zacznie  roznosić  energia  i 

wpadnie w poważne kłopoty. 

A  teraz  naprzeciwko  niej  mieszkał  ten  pewny  siebie  chojrak. 

Przypomniała sobie, jak błyskawicznie Andy polubił nowego sąsiada. 

Miała przeczucie, że kroi się poważna sprawa. 

Santini nie mógł jej w niczym pomóc. Biega sobie co rano w tych 

swoich  kusych  spodenkach  -  wcielone  wyobrażenie  każdego  chłopca 

o tym, jak powinien wyglądać prawdziwy mężczyzna. Atleta i macho. 

Dość, by przyprawić rozsądną kobietę o atak serca. 

Rafe  jeździł,  oczywiście,  sportowym  jaguarem.  Na  randki 

umawiał się prawdopodobnie i piersiastymi, tlenionymi blondynkami. 

Zdecydowanie nie lubiła tego typu facetów. I zdecydowanie nie był to 

wzorzec dla małego chłopca. 

Przypomniała  sobie  jednak  jego  troskę  o  Andy'ego.  Miał  jej  za 

złe,  że  wypuściła  chłopca  z  domu  bez  pozwolenia.  Zastanawiała  się, 

jaki jest naprawdę. 

background image

Wjechała na podjazd. Silnik pracował jeszcze przez chwilę.  

W końcu przekręciła kluczyk w stacyjce, ale wciąż ociągała się z 

wysiadaniem. Nie była pewna, czy chce znowu stanąć twarzą w twarz 

ze  swoim  sąsiadem.  Serce  zaczęło  jej  bić  coraz  szybciej,  nie  mogła 

opanować drżenia rąk. 

Weszła  do  domu,  nalała  kawy  do  dzbanka  i  wyszła  na  zewnątrz. 

Rafe siedział u siebie na werandzie z syberyjskim husky u stóp. Miał 

zamknięte oczy. Cass nie mogła oderwać od niego wzroku. 

- No, nie - wyszeptała do siebie. - Zasnął. 

Wtedy  jedno  szare  oko  otworzyło  się  i  popatrzyło  prosto  na  nią. 

Cass odchrząknęła i uniosła dzbanek, który przyniosła ze sobą. Oparła 

się o barierkę. 

- Może dolać? 

-  Nareszcie  staje  się  pani  uprzejmą  sąsiadką  -  odpowiedział 

powoli i podał jej swój pusty kubek. 

Zapadła  głęboka  cisza.  Cass  zdusiła  w  sobie  rosnące  pragnienie 

ucieczki.  Marzyła  o  tym,  by  zaszyć  się  w  swoim  własnym, 

bezpiecznym  domu.  Nie  miała  doświadczenia  w  kontaktach  z 

mężczyznami. Niewiele zdążyła się nauczyć na randkach z chłopcami, 

bo wyszła za Carla zaraz po skończeniu szkoły średniej. 

- Panie Santini... 

- Rafe. 

Skinęła głową, ale nie nazwała go po imieniu. 

- Mam propozycję. 

- Czy to ma coś wspólnego z moją pupą? - roześmiał się szeroko. 

background image

Cass poczuła, jak na policzki i szyję wypełza jej rumieniec. 

- Nie, z czymś innym. 

Uniósł jedną brew, wpatrywał się w nią jastrzębim wzrokiem. 

- No więc? 

-  Chciałabym...  -  To  było  trudniejsze,  niż  się  spodziewała.  - 

Chciałabym  podziękować  za  pomoc  i  zapytać,  czy  mogłabym  się 

jakoś odwdzięczyć. 

- Skoro o tym mowa... Tak, jest coś, co chciałbym dostać. 

Zmrużył oczy. Taksował ją powoli spojrzeniem od stóp do głów. 

Jej  ciało  reagowało  w  sposób,  o  jakim  zdążyła  już  zapomnieć.  Tyle 

czasu minęło... Zdenerwowała się i gwałtownie odsunęła od barierki. 

- Co takiego? 

- Ciebie. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Miała  szczęście,  że  zauważyła  przekorny  błysk  w  oczach  Rafe'a. 

W  przeciwnym  wypadku  zrobiłaby  z  siebie  kompletną  idiotkę. 

Zmusiła  się  do  uśmiechu  i  ze  świstem  wciągnęła  powietrze  do  płuc. 

Serce biło jej przyspieszonym rytmem, czuła się jak nastolatka. 

- Mówię poważnie, panie Santini. 

- Proszę nazywać mnie po imieniu. 

- No dobrze... Rafe. 

Dziwnie brzmiało to imię w jej ustach. Byłoby jej łatwiej, gdyby 

nazywał  się  Tony,  jak  jej  przyrodni  brat,  albo  Marcus,  jak 

background image

zaprzyjaźniony  sąsiad.  Mogłaby  wtedy  udawać,  że  jest  tylko  jej 

kumplem. 

Ale nie był. Był śniadym Włochem. Bardzo pewnym siebie. Sama 

nie wiedziała, co o nim myśleć. Przełknęła ślinę. 

- Myślałam raczej o odpłaceniu ci tym samym, gdybyś się kiedyś 

zatrzasnął w łazience. 

Uniósł brwi z dezaprobatą. Wykrzywił usta w dziwnym grymasie. 

- A co na to pan Gambrel? 

Carl polubiłby każdego, kto w jakikolwiek sposób przyszedłby jej 

z pomocą. Nie był zazdrosny. Spokojny, zrównoważony, nigdy się nie 

denerwował.  Jej  zmarły  mąż  był  dla  niej  jak  opoka.  Nadal  za  nim 

szaleńczo  tęskniła,  ale  teraz  była  już  w  stanie  wykrztusić  z  siebie  w 

miarę normalnym tonem: 

- Mój mąż nie żyje. 

Rafe  zaklął  cicho.  Nikt  ze  znajomych  Cass  nie  używał  takich 

słów.  Wyciągnął  rękę  w  jej  stronę  i  przesunął  twardą  dłonią  po  jej 

ramieniu. 

- Przepraszam - powiedział. 

- Nic się nie stało. 

Nie  skłamała.  Zdążyła  się  już  pogodzić  ze  stratą  męża.  Czasem 

zdawało się jej, że go sobie wymyśliła. Oczywiście, był Andy - żywy 

dowód jej związku z Carlem.  

W  srebrzystoszarych  oczach  Rafe'a  zauważyła  ślad  czegoś,  co 

przypominało jej własny ból po stracie Carla. Ona już czuła się lepiej. 

Rafe chyba nadal cierpiał. 

background image

Kogo stracił? Chciałaby poznać jego przeszłość, ale wiedziała, że 

nie  ma  do  tego  prawa.  A  jednak  ten  smutek  coraz  bardziej  ją 

intrygował. W żaden sposób nie potrafiła pogodzić go z tym, co do tej 

pory zaobserwowała u swego nowego sąsiada. Skąd to się wzięło? 

Bardzo  niewiele  wiedziała  o  jego  życiu.  Wprowadził  się  dwa 

tygodnie  temu.  Widywała  go  tylko  w  czasie  joggingu  albo  zabawy  z 

psem.  Może  tak było  lepiej  -  nie  znając  go, popuszczała  bez  oporów 

wodze fantazji. A ta rozmowa o nim z Eve... 

- Miałem nadzieję, że zaproponujesz mi umycie okien w łazience 

- rzucił z figlarnym uśmieszkiem. 

-  Nic  z  tego  -  odparowała.  Z  trudem  walczyła  z  pokusą posłania 

mu promiennego uśmiechu. Uroczy łobuz! - Ale jak tylko zatrzaśniesz 

się w łazience albo jakimś innym pokoju, możesz na mnie liczyć. 

Postawił kubek z kawą na kolanie. Drugą dłoń oparł na piersi. Nie 

wiedzieć czemu Cass nieprzytomnie się w nią zapatrzyła. 

- Nie idziesz do pracy? - zapytała nagle. 

Dlaczego,  do  pioruna,  tak  ją  frapował  jego  nagi  tors?  Przecież 

latem  właściwie  wszyscy  mężczyźni  w  okolicy  chodzili  bez  koszul. 

Ale  on  to  co  innego.  Kiedy  była  dzieckiem,  wpojono  jej,  że  żaden 

porządny  człowiek  nie  powinien  wychodzić  z  domu  niekompletnie 

ubrany. Dopiero teraz zrozumiała, skąd się to wzięło. 

- Mam wakacje - odpowiedział. 

- I w związku z tym jakieś plany? 

background image

Miała  nadzieję,  że  wybiera  się  do  Key  West,  na  Hawaje  albo  do 

Afryki.  Dokądkolwiek,  byle  dał  jej  trochę  czasu  na  oswojenie  się  z 

faktem, że tak bardzo ją pociąga. 

-  Pewnie  -  wyznał.  -  Zmierzam  doprowadzić  ten  dom  do  stanu 

używalności. 

- Sam? 

Nad odnowieniem jej domu pracowało około dwudziestu ludzi. 

-  Pod  koniec  tygodnia  pojawi  się  tu  moja  ekipa.  Mają  się  zająć 

remontem generalnym. Wnętrze wykończę sam. 

- Masz firmę budowlaną, prawda? 

Dowiedziała  się  wszystkiego  o  interesach  Rafe'a  Santiniego  od 

Emily, z którą sąsiadowała od tyłu. 

- Firma remontowo-budowlana RGS - powiedział z dumą. - A ty 

czym się zajmujesz? - popatrzył na nią. 

-  Przede  wszystkim  jestem  matką.  Prowadzę  też  usługi 

antykwaryczne. 

- Jakiego rodzaju? 

- Odnawiam meble i kompletuję je na życzenie klienta. 

-  Ciekawe  zajęcie.  Zapamiętam  to  sobie.  Niedługo  będę  przecież 

urządzał dom. 

Spojrzała  na  zapuszczony  trawnik.  Nie  chciała  rozmawiać  z 

sąsiadem o pracy. Musiała jakoś zmienić temat. 

- Co znaczy RGS? 

- Raphael G. Santini. 

Wypił łyk kawy. Pies zerwał się, zakręcił i pognał za wiewiórką. 

background image

Było  coś  wspaniałego  w  ruchach  tego  zwierzęcia.  Myśliwy  na 

łowach. Cass przyszło do głowy, że Rafe prawdopodobnie też porusza 

się  jak  wojownik.  Raphael  to  piękne  imię,  pomyślała.  Jego  matka 

musiała być romantyczką. 

- Co oznacza G.? 

- Moje drugie, śmieszne imię - odpowiedział szyderczo. 

-  Rzeczy  wiście  jest  śmieszne?  No  dobrze,  Santini,  przyznaj  się, 

jakie to imię. Nie może być aż takie straszne. 

Podeszła  do  niego  bliżej.  Patrzyła  dokładnie  tak,  jak kiedyś  jego 

matka. To było to spojrzenie, któremu nie umiał się sprzeciwić Andy. 

- Nie powiem. 

Siedział  na  brzeżku  fotela.  Jego  mina  sugerowała,  że  raczej 

pozwoli się torturować, niż poda swoje drugie imię. 

- Będę zgadywać, dobrze? 

- To wolny kraj. 

- George? 

Zaprzeczył ruchem głowy. 

- Może Gary? 

Znowu pudło. 

- Gregory? 

-  Proszę  się  poddać,  pani  Gambrel.  Nikt  nie  odgadnie  mojego 

imienia, choćby próbował przez milion lat. 

- Mów mi Cass - powiedziała bez zastanowienia. 

background image

Uświadomiła  sobie,  że  opiera  się  na  barierce  jego  werandy  jak 

jakaś głodna miłości wdowa. Wyprostowała się, odsunęła i ruszyła  w 

kierunku swojego domu. 

- To do zobaczenia, Rafe. 

- Dzięki za kawę, Cass. 

Idąc,  słyszała  jeszcze  radosne  pogwizdywanie.  Zakazała  sobie 

myśleć o Rafie inaczej niż jako o sąsiedzie. No, może jak o kimś, kto 

mógłby pomóc jej nauczyć Andy'ego dyscypliny. Ale nic ponadto. 

- Rafe Santini mnie nie interesuje - powiedziała do siebie głośno. 

Miała  nadzieję,  że  jeśli  wypowie  te  słowa,  zadziałają  jak  zaklęcie. 

Tylko  że  ta  deklaracja  brzmiała  nieprzekonywająco  nawet  dla  niej 

samej. 

Niech diabli wezmą tego przystojniaczka z jego ładną pupą. Musi 

teraz  dodać  dwa  kolejne  ciastka  do  liczby  tych,  których  nie  zje.  To 

była  kara,  jaką  wyznaczyła  sobie  za  przeklinanie.  W  tej  chwili  z 

obliczeń wynikało, że nie zje deseru do roku 2010. 

 

Przez  cały  ranek  i  część  popołudnia  Rafe  pracował  na  dachu. 

Wymiana  gontów  była  mało  absorbująca,  więc  cały  czas  błądził 

gdzieś  myślami.  A  raczej  nie  gdzieś,  a  w  okolicach  domu 

naprzeciwko, a konkretnie - jego mieszkanki.  

Odkąd  pomógł  jej  wydostać  się  z  łazienki,  minął  tydzień,  ale 

wciąż nie opuszczało go wspomnienie uczucia, jakie go ogarnęło, gdy 

trzymał  ją  w  ramionach.  Niełatwo  było  zapomnieć  o  tej  kobiecie. 

Gdzieś w pobliżu stale kręciło się jej żywe przypomnienie - Andy.  

background image

Chłopiec  chciał  wiedzieć  wszystko  o  wszystkim,  co  robił  jego 

nowo  poznany  sąsiad.  Początkowo  bardzo  to  Rafe'a  irytowało.  Nie 

czuł się na siłach odpowiadać na setki pytań. Andy podchodził jednak 

do  tego  niezwykle  serio.  Rafe  zaczął  traktować  go  jak  małego 

dorosłego, a nic dziecko. Od tej chwili dużo łatwiej mu się z chłopcem 

rozmawiało. 

Rafe zawsze trzymał się z daleka od kobiet obarczonych rodziną. 

Takich, które w każdym napotkanym mężczyźnie widzą kandydata na 

męża  i  ojca.  Które  desperacko  pragną  jakiegoś  związku.  Nie  wierzył 

w to, co słyszał o niezależności kobiet. 

Był zdania, że tak naprawdę prawie każda szuka stałego partnera. 

Nawet  jeśli  zarzeka  się,  że  jest  inaczej.  Uważał,  że  kobiety  nic  są  w 

stanie  spocząć,  dopóki  nie  zaprowadzą  przed  ołtarz  wszystkich 

kawalerów. 

Tymczasem jemu odpowiadało samotne życie. Mógł wychodzić i 

wracać,  kiedy  chciał.  Nikomu  nie  musiał  się  z  niczego  tłumaczyć.  I 

nie zamierzał tego zmarnować, wiążąc się z samotną matką. 

Problemem  było  tylko  pożądanie,  ale  nie  wątpił,  że  sobie  z  nim 

poradzi. Nie był przecież szesnastoletnim prawiczkiem, którego po raz 

pierwszy w życiu owładnęła żądza. Był dojrzałym mężczyzną. Potrafi 

się kontrolować. 

Zszedł  z  dachu  i  poszedł  po  piwo.  Rozsiadł  się  wygodnie  na 

werandzie. Wpadło mu do głowy, że mógłby powiesić kosz do gry w 

koszykówkę na ścianie garażu. Ciekawe, czy udałoby mu się namówić 

kogoś z sąsiedztwa do wspólnej zabawy. 

background image

Montaż  kosza  zajął  mu  kwadrans.  Z  jednego  z  pudeł  w  garażu 

wygrzebał  pomarańczową  piłkę  do  koszykówki.  Wracając,  odbił  ją 

kilka razy o betonowy podjazd. 

- Dzień dobry, panie Santini. 

Nieśmiały  głosik  Andy'ego  Gambrela  wybił  Rafe'a  z  rytmu. 

Musiał  opanować  odruch  ucieczki  przed  tym  małym,  poważnym 

chłopcem.  Andy  przypominał  mu  o  tym,  o  czym  ze  wszystkich  sił 

starał się zapomnieć - o Cassandrze Gambrel. Oni tworzyli rodzinę, a 

rodzina oznaczała dla Rafe'a ból. 

- Cześć, Andy. Jak tam w szkole? 

Promienny uśmiech rozjaśnił twarz chłopca. 

- Świetnie. Co pan robi? 

-  Chciałem  trochę  pograć  w  kosza.  Miałbyś  ochotę  się 

przyłączyć? 

Andy  obejrzał  się  za  siebie,  zanim  skinął  głową.  Rafe  domyślił 

się, że chłopiec właśnie złamał zakaz matki 

- Grałeś już kiedyś? 

-  Nie  -  przyznał,  przestępując  z  nogi  na nogę.  Znowu  spojrzał  w 

kierunku swojego domu. 

- A chcesz się nauczyć? - zapytał Rafe. 

Nigdy nie spotkał tak poważnego dzieciaka. Andy  ważył słowa i 

zdawał się zastanawiać na konsekwencjami każdej decyzji. 

W końcu pokręcił głową. 

- Mama mówi, że sport jest dobry dla wielkich i silnych facetów. 

Tacy jak ja to urodzeni humaniści. 

background image

Rafe'a  ogarnął  gniew.  Sport  pomagał  chłopcom  stać  się 

mężczyznami.  Uczył  ich  dyscypliny.  Za  kilka  lat  Andy  będzie  tego 

potrzebował. Do diabła - już teraz by mu to nie zaszkodziło. 

Ale Rafe wiedział, że nie ma prawa się wtrącać. 

-  Wiesz,  że  decyzja  należy  do  twojej  mamy.  Gdyby  jednak 

zmieniła zdanie, to daj mi znać. Mógłbym ci pomóc. 

Rafe odbił piłkę, po czym umieścił ją w koszu. 

- Właściwie to nigdy jej nie zapytałem, czy pozwoli mi grać. Ale 

chyba  nic  miałaby  nic  przeciwko  temu,  gdybym  raz  albo  dwa  rzucił 

piłkę - powiedział Andy. 

Rafe znowu wykonał rzut w stronę kosza, po czym podał piłkę do 

Andy'ego. 

- Twoja kolej. 

Andy  przejął  piłkę,  rzucił,  ale  nie  trafił.  Złapał  ją  z  powrotem  i 

stanął,  wpatrując  się  w  kosz  jak  w  swojego  największego  wroga. 

Rzucał silnie, ale za każdym razem niecelnie. 

- To rzeczywiście nie dla ciebie, Andy. Kosz wisi za wysoko. 

-  Więc  mama  miała  rację  -  powiedział  chłopiec  ze  smutkiem  w 

głosie 

-  Wystarczy  powiesić  niżej  kosz  -  zauważył  Rafe.  -  Albo  wiesz, 

co? Drybluj, a kiedy będziesz gotowy, ja cię uniosę. 

Po  drugiej  stronie  ulicy  skrzypnęły  frontowe  drzwi.  Rafe  skupił 

jednak  całą  swoją  uwagę  na  Andym.  Czuł  wzrok  Cass  na  swoich 

plecach.  Z  całych  sił  musiał  się  powstrzymywać,  żeby  na  nią  nie 

spojrzeć. 

background image

Andy  kilka  razy  odbił  piłkę,  wtedy  Rafe  podniósł  go  i  wspólnie 

umieścili piłkę w koszu. Twarz chłopca promieniała dumą. 

-  Udało  się!  Rany,  nie  wierzę!  Mamo,  mamo,  widziałaś?  - 

zawołał, kiedy zobaczył, że Cass wyszła przed dom. Podbiegł do niej i 

objął ją w pasie. - Niesamowite! 

Cass nie wiedziała, jak powinna zareagować. Owładnęła nią duma 

i złość jednocześnie. 

- Wspaniale, kochanie. Ale coś przecież ustaliliśmy... 

- Byłem pod opieką. 

- No dobrze. Andy - powiedziała po chwili zastanowienia. - Tylko 

następnym razem najpierw mnie zapytaj o zgodę. 

- Dzięki, mamo. 

- A teraz idź do domu. Umyj ręce przed kolacją. 

Chłopiec  odszedł  bez  słowa.  Rafe  miał  nadzieję,  że  on  również 

zostanie odprawiony. Ale nic z tego. 

- Rafe, nie chcę, żeby Andy zajmował się sportem. Jest zbyt mały 

jak na swój wiek. Może mu się stać krzywda. 

- Przecież nie zmuszałem go do zbytniego wysiłku. To tylko kilka 

rzutów do kosza. 

-  Wiem,  że  przesadzam.  Po  prostu  się  o  niego  boję.  Ma  tylko 

siedem lat. Uważam, że jeszcze za wcześnie na zajęcia sportowe. 

- Nic mu nie będzie, Cass. 

Skinęła  głową,  po  czym  wyprostowała  się.  jakby  zamierzała 

przystąpić do ataku. 

- Jestem przewodniczącą rady mieszkańców Hollow Acres. 

background image

- Naprawdę? Bardzo ciekawe. 

-  Niekoniecznie.  Mam  sporo  wolnego  czasu  -  odpowiedziała, 

wpatrując  się  w  coś  ponad  jego  ramieniem.  W  końcu  spojrzała  na 

Rafe'a i rzuciła. - Kosz nie może tam wisieć. To wbrew przepisom. 

- Słucham? - zapytał. 

- Ostrzegam cię. Masz dwa dni na demontaż. W przeciwnym razie 

zostaniesz ukarany grzywną. 

- Nabijasz się ze mnie? 

-  Ani  trochę,  panie  Santini.  Mówię  zupełnie  poważnie.-  Schyliła 

się i podrapała Tundrę za uszami. Zadowolony z pieszczot pies polizał 

jej  rękę  i  położył  się  obok  na  plecach.  -  Nie  czytałeś  umowy?  Te 

zasady obowiązują każdego, kto tutaj mieszka. 

Nie  czytał  umowy.  A  nawet  gdyby  ją  czytał,  to  w  tej  chwili  nie 

istniało  dla  niego  nie  poza  długimi  nogami  w  króciutkich  szortach. 

Nie spodziewał się, że ta kobieta jest w tak doskonałej formie - miała 

wspaniale  wykształcone  mięśnie.  Chciałby  poczuć  te  silne,  długie 

nogi owinięte wokół siebie. 

Przeszedł  go  dreszcz.  Zupełnie  się  nic  kontrolował.  Do  diaska,  o 

czym rozmawiali? Aaa, o umowie. 

- Od kiedy obowiązuje ta umowa? 

-  Od  1983  roku,  kiedy  lokalne  władze  wymogły  na  nas 

ujednolicenie wyglądu naszych domów. 

Wstała i zaczęła zbierać się do odejścia. 

- No to może już czas zmienić te zasady. 

Zatrzymała się i rzuciła mu spojrzenie przez ramię. 

background image

- Może, ale zanim to nastąpi, ten kosz musi zniknąć.  

-  A  co  się  stanie,  jeśli  nie  zniknie?  -  zapytał  tylko  po  to,  by  ją 

jeszcze przez, chwilę zatrzymać. 

-  Grzywna  -  odparowała  i  ruszyła  w  stronę  swojego  domu.  - 

Dobranoc, panie Santini. 

- Dobranoc, Cass. 

Co  za  kobieta!  Za  fasadą powagi  kryła  się  namiętna  istota,  która 

lubiła śmiech i przekomarzanie. 

 

Cass  przytrzymała  słuchawkę  ramieniem,  zawijając  jednocześnie 

resztki z obiadu w folię. 

- Wpadnę z samego rana. 

Odłożyła  słuchawkę  i  wyjrzała  przez  okno.  Zmierzch  przeszedł 

już  w  noc,  jasno  paliły  się  uliczne  lampy,  które  swoim  kształtem 

przypominały  dawne  latarnie  gazowe.  Lubiła  miejsce,  w  którym 

mieszkała. Stare domy, cisza. 

Andy  odrabiał  lekcje  na  werandzie.  Cass  szybko  skończyła 

zmywanie i dołączyła do syna. Chłopiec chciał zaprosić Santiniego na 

kolację,  ale  wybiła  mu  to  z  głowy.  Traciła  kontrolą  nad  relacją,  jaka 

się między nimi tworzyła. 

Wiedziała,  że  Rafe  nie  zachęca  Andy'ego.  Chłopiec  po  prostu 

potrzebował kontaktów z mężczyzną. Kilka dni temu wyrwało mu się 

przy  niej  przekleństwo,  chociaż  dobrze  wiedział,  że  zostanie  za  to 

surowo ukarany. Zauważyła również, że raz zrzucił z siebie koszulę i 

paradował rozebrany. Dokładnie tak jak Santini. 

background image

W  ostatnią  sobotę  grali  razem  w  piłkę.  Chłopak  wciąż  o  tym 

opowiadał.  Męczył  ją  też  nieustannie  o  to,  by  pozwoliła  mu  zapisać 

się do  Ligi Trampkarzy. Chciał koniecznie grć  w piłkę nożną albo w 

koszykówkę.  Przybierało  to  rozmiary  obsesji  -  sport  i  naśladowanie 

Santiniego. Wiedziała, że musi położyć temu kres. I to szybko, zanim 

będzie za późno. 

Głośne szczekanie Tundry zapowiedziało przybycie Rafe'a, zanim 

jeszcze  wychynął  zza  rogu.  Cass  siłą  woli  odwróciła  głowę.  Nie 

umiała się jednak opanować. Ten mężczyzna przyciągał jej wzrok jak 

magnes. 

Pomachał  do  Andy'ego  i  podbiegł  do  niego.  Tundra,  ciężko 

dysząc, położyła się na werandzie obok chłopca. 

- Mamo? - Andy spojrzał na Cass pytająco. 

Nigdy nie formułował całego pytania, jeśli to nie było konieczne. 

Czasem  wystarczało  jedno  słowo  czy  spojrzenie,  by  zasygnalizować, 

o co chodzi. Zastanawiała się przez chwilę, ale doszła do wniosku, że 

pies  nie  zrobi  jej  synowi  krzywdy.  Kiwnęła  więc  potakująco  głową. 

Andy odpowiedział promiennym uśmiechem. 

- Panie Santini. czy mogę się pobawić z Tundrą? 

- Pewnie. 

Rafe usiadł na najniższym stopniu. 

Cass  patrzyła,  jak  jej  syn  bawi  się  z  psem.  Rzucił  mu  kilka  razy 

patyk, a po chwili oboje tarzali się w trawie. 

- Chciałbyś się napić czegoś zimnego? - zapytała. 

- A masz piwo? 

background image

Rafe  pachniał  potem  i  męskością.  Pociągał  ją.  Chciałaby  się  do 

niego  przytulić,  znaleźć  się  w  jego  objęciach,  wdychać  ten  zapach. 

Marzyła o tym, by posmakować potu lśniącego na jego muskularnych 

ramionach. Chciała być z nim w sposób, o jakim dawno przestała już 

myśleć. 

- Nie, nie mam. Zresztą lepiej ci zrobi mrożona herbata. 

Nie potrafiła nic na to poradzić. Tak ją wychowano. Alkohol był 

dopuszczalny tylko w czasie bardzo specjalnych, rodzinnych spotkań. 

No i na wakacjach. 

- Niekoniecznie, jeśli jest słodzona. 

Ma  odpowiedź  na  wszystko,  pomyślała.  Postanowiła  podjąć 

wyzwanie. To może być nawet zabawne. 

- A co, piwo jest takie wartościowe? 

- Ewentualne braki dietetyczne nadrabia smakiem. 

Chyba  żartował.  Piwo  smakowało  jak...  no,  jak  piwo.  Nie  piła 

nigdy niczego równie ohydnego. 

- Moja herbata jest bez cukru. 

- W takim razie poproszę. 

Nalała herbaty do dwóch szklanek. To chyba dobry moment, żeby 

poprosić go o zmianę „polityki" sportowej względem Andy'ego. Tylko 

nie  wiedziała,  jak  to  zrobić:  jak  grzecznie  dać  temu  facetowi  do 

zrozumienia, że nie jest właściwym wzorcem dla jej syna? 

Szczerze  przyznała  się  przed  sobą,  że  o  wielu  rzeczach 

dotyczących wychowania chłopca nie ma zielonego pojęcia. Nauczyć 

go kolorować rysunki albo używać nocnika to pestka w porównaniu z 

background image

wpojeniem  mu  na  przykład,  by  nie  dawał  się  zastraszyć  silniejszym 

kolegom.  Nie  chciała,  by  Andy  wyrósł  na  tchórza,  a  jednocześnie 

wolała,  by  do  rozstrzygania  wszelkich  problemów  używał  raczej 

argumentów niż pięści. 

- Dzięki - powiedział Rafe, gdy przysiadła obok niego na schodku 

i podała mu szklankę. 

-  Proszę  bardzo  -  odpowiedziała,  starając  się  nie  zwracać  uwagi 

na falę gorąca, która zalała jej ciało. 

Wypił łyk herbaty i zerwał się na nogi. 

- Andy, masz tu gdzieś piłkę futbolową? 

Chłopiec zaprzeczył ruchem głowy. 

- Czemu pan pyta? 

- W kosza nie można, więc myślałem, że trochę pokopiemy. 

- Mamo? 

-  Jeśli  pan  Santini  ma  piłkę,  to  proszę  bardzo  -  zgodziła  się 

niechętnie. 

- Tak się składa, że mam - powiedział z uśmiechem Rafe. 

- Świetnie! - Andy rzucił w trawę patyk, którym bawił się dotąd z 

psem, i pobiegł za Rafe'em na drugą stronę ulicy. 

Santini właściwie dopiero co pojawił się w ich życiu, a już stał się 

bardzo  ważny  dla  Andy'ego.  Cass  zastanawiała  się,  jak  facet,  który 

większość  czasu  spędza  w  szybkich  samochodach  z  pięknymi 

kobietami, znosi nieustanną obecność małego dziecka, pętającego się 

mu pod nogami. 

background image

Rafe  dawał  Andy'emu  to,  co  zwykle  chłopiec  otrzymywał  od 

swojego ojca. Pokazywał mu rzeczy, które tylko mężczyzna mógł mu 

pokazać. Ciężko jej było oglądać ich razem. Chciałaby, żeby ten obraz 

był prawdziwy. Potrzebowała mężczyzny dla siebie i dla Andy'ego. 

I  choć  dobrze  wiedziała,  że  Rafe  nie  jest  tym  mężczyzną,  nie 

potrafiła powstrzymać fali marzeń. 

Weszła  do  domu,  by  przygotować  jakąś  przekąskę  dla  Rafe'a  i 

Andy'ego.  Kiedy  skończą  grać,  będą  pewnie  głodni  jak  wilki.  Prosta 

czynność  przygotowywania  posiłku  dla  dwóch  spoconych  samców 

sprawiła  jej  ogromną  przyjemność.  Pierwszy  raz  od  lat  poczuła  się 

szczęśliwa. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Rafe  podał  piłkę  do  Andy'ego  i  przyglądał  się,  jak  chłopiec 

biegnie w jej stronę. Był niezły. Miał zadatki na dobrego sportowca. 

Rafe właściwie nigdy nie miał kontaktu z dziećmi. Oczywiście  z 

wyjątkiem  kolegów  z  dzieciństwa.  Nie  wiedział,  jak  powinno  się  je 

traktować. Wciąż płakały, kleiły się do dorosłych, głośno paplały. Tak 

przynajmniej  myślał  do  momentu,  kiedy  poznał  Andy'ego.  Bo  Andy 

był inny. Wydawał się zadziwiająco dojrzały jak na swój wiek. 

Większość  dzieci  z  okolicy  była  od  niego  sporo  starsza.  Na  ogół 

więc  Andy  bawił  się  sam.  Rafe  nie  mógł  patrzeć  na  to  jego 

odosobnienie.  Uważał,  że  dzieci  powinny  mieć  kontakt  ze  swoimi 

rówieśnikami.  On  sam  nigdy  nic  żył  w  izolacji  i  z  jakichś  powodów 

nie chciał, by z synem Cass było inaczej. 

background image

Rafe jedną ręką złapał piłkę kopniętą przez Andy'ego. 

- Andy, byłeś kiedyś na meczu piłki nożnej? 

- Nie. Ale byłem w sali Boba Carra na różnych przedstawieniach. 

No i widziałem, jak czasem ludzie idą na mecz Magiców. 

- A jakie przedstawienia widziałeś? 

-  Taką  francuską  sztukę  Les  Miserables  -  powiedział  Andy, 

prawidłowo  wymawiając  francuski  tytuł.  -  Pierwsze  dwadzieścia 

minut  nawet  mnie  zaciekawiło,  tylko  całe  to  śpiewanie  było  nudne. 

Ale mamie się podobało. Nawet płakała. 

Rafe zachichotał. 

- A pan widział kiedyś Magiców? 

- Taaa - odpowiedział Rafe. - Mam abonament. 

- Aha - rzucił chłopiec miękko i tęsknie. Dzieciak nie był głupi. I 

umiał być dyplomatą. Rafe pomyślał, że każdy ojciec byłby dumny z 

takiego syna. 

Pograli chwilę i wrócili do przerwanej rozmowy. 

- Chciałbyś kiedyś pójść na mecz? 

- Rany, byłoby super!  Tylko  że mama na pewno mi nie pozwoli. 

Wciąż jest zła za grę w piłkę w czasie ostatniego weekendu. 

Cass nie powinna być taka rygorystyczna. Jej syn powoli dorastał, 

a ona zachowywała się tak, jakby zamierzała z tym walczyć. 

- Zobaczymy, może pójdzie z nami - zasugerował Rafe. 

- Myśli pan, że zechce? - zapytał Andy. 

Rafe był pewien, że nie zechce. Ale nie będzie jej łatwo odmówić 

synowi. 

background image

- Zapytać zawsze warto. 

Cass  przyniosła  mrożoną  herbatę  i  świeżo  upieczone  bułeczki  z 

otrębami.  Wydawała  się  wcieleniem  amerykańskiego  ideału  matki. 

Miła, energiczna i troskliwa. Umiała piec, czekała zawsze w lśniącym 

czystością domu na powrót syna ze szkoły. 

Była też bardzo seksowna. Rafe nie mógł się opędzić od marzeń o 

długich  godzinach  spędzonych  z  nią  w  łóżku.  Dlatego  tak  go  tutaj 

ciągnęło.  Dlatego  też  potrafił  znieść  wieczne  uwagi  dotyczące  jego 

sposobu mówienia i przekleństw.  

Była  dokładnie  taka,  jaka powinna  być  idealna  żona.  I  właśnie  z 

tego  powodu  nie  mógł  sobie  pozwolić  na  romans  z  nią.  Z  nią  nie 

można  było  mieć  romansu.  Jeśli  już,  to  trzeba  było  związać  się  z  tą 

kobietą na stałe. A on nie chciał angażować się w poważny związek. 

-  Cass,  zaprosiłem  Andy'ego  na  mecz  jutro  wieczorem. 

Chciałbym, żebyś poszła z nami. Co ty na to? 

Zastanawiała  się  przez  chwilę.  Rafe  dostrzegł  odmowę  w  jej 

oczach, zanim jeszcze otworzyła usta. 

-  Dziękuję  za  propozycję,  ale  nie  uda  nam  się  już  kupić biletów. 

Słyszałam, że wszystkie dawno zostały sprzedane. 

Sprytna!  Zawsze  znajdzie  jakąś  wymówkę,  ale  tym  razem  Rafe 

się przygotował. 

- Mam abonament. Możecie skorzystać z mojego biletu. 

Spojrzała  na  syna.  Rafe  obserwował,  jak  się  ze  sobą  zmaga  i 

zastanawia nad ewentualnymi konsekwencjami odmowy. 

W końcu westchnęła ciężko. 

background image

-  W  takim  razie  będzie  nam  bardzo  miło  pójść  z  tobą  - 

powiedziała z rezygnacją. 

 

Cass  spędziła  poranek,  próbując  nie  zwracać  uwagi  na  Rafe'a. 

Przez  całą  drogę  do  szkoły  Andy  paplał  o  zbliżającym  się  meczu 

koszykówki. To było, zdaje się, coś, czym mógł zaimponować swoim 

kolegom.  W  końcu  niewielu  drugoklasistów  chodziło  na  mecze 

drużyny Orlando Magic. 

Westchnęła. Z natury była raczej spokojna i silna, ale przy Rafie 

Santinim  traciła  odporność.  Na  trawniku  przed  domem  ustawił  kilka 

drewnianych  figurek  nachylonych  kobiet,  którym  wystawały  spod 

spódnic  długie  falbaniaste  majtki.  Przód  werandy  ozdobił  dużymi 

pękami sztucznych kwiatów w jaskrawych barwach. Wszystko razem 

wyglądało naprawdę obrzydliwie. 

Szaleństwa dopełniał kontrast, jaki rysował się między wyglądem 

tego miejsca, a zachowaniem jego mieszkańca, który cierpliwie uczył 

jej  syna  zasad  koszykówki.  To  był  przecież  ten  sam  facet,  który  z 

premedytacją grał jej na nerwach, dlatego że kazała mu zdemontować 

kosz. 

Jego  różne  oblicza  sprawiały,  że  musiała  mieć  się  na  baczności. 

Był tak seksowny,  że przy nim przypominała sobie o rzeczach, które 

od dawna dla niej nie istniały. Czuła się bezbronna. 

Ale  były  i  dobre  strony  tej  znajomości  -  Rafe  nauczył  ją  znowu, 

jak  się  śmiać.  Odpowiadało  jej  jego  poczucie  humoru.  Zawsze  miał 

jakiś  dowcipny  komentarz  na  podorędziu.  Ujmowały  ją  też  ogromne 

pokłady cierpliwości, jaką wykazywał w stosunku do Andy'ego. 

background image

A  najbardziej  podobało  się  jej  to,  że  do  każdej  pracy,  nawet 

najbrudniejszej  czy  najnudniejszej,  zabierał  się  z  entuzjazmem.  Po 

prostu polubiła go i to rzeczywiście było niebezpieczne. 

Pracował  w  króciutkich  drelichowych  szortach.  Wyblakły 

materiał  ściśle  przylegał  do  jego  muskularnych  nóg.  Przyglądała  się, 

jak  zarzuca  na  ramię  skrzynkę  z  gontami.  Podśpiewywał  przy  tym 

skoczną piosenkę country. Ma swój szczególny styl, pomyślała.  

Jak  zwykle  nie  włożył  koszuli.  Próbowała  nie  zwracać  na  to 

uwagi.  Dlaczego  nie  miał  ani  śladu  brzucha?  Albo  chociaż  fałd 

tłuszczu  po  bokach?  Albo  niezgrabnych  nóg?  Przy  każdym  ruchu 

młotka jego mięśnie grały pod skórą.  

Zapatrzyła  się  w  niego  z  taką  intensywnością,  że  na  chwilę 

zapomniała  o  bożym  świecie.  Weź  się  w  garść,  dziewczyno, 

upomniała się. 

Rafe  pomachał  do niej.  Została przyłapana na  gorącym  uczynku. 

Widział,  jak  mu  się przypatrywała.  Uniosła  rękę  w  odpowiedzi,  a  on 

uśmiechnął się w taki sposób, że chciała uciec do domu i schować się 

przed nim. 

Zmusiła się, by skupić uwagę na biedermeierowskim krześle, nad 

którym  właśnie  pracowała.  Pani  Parsons  zamówiła  zmianę  obicia. 

Wciąż  jednak  prześladowało  ją  wspomnienie  Rafe'a.  Najwyraźniej 

przeistaczała się w rozpustnicę. 

Stukanie  młotkiem  ustało.  Zła  na  siebie,  Cass  przyłapała  się 

znowu  na  zerkaniu  w  stronę  Rafe'a.  Pracował  za  dwóch.  Rozwinął 

papę  i  przybijał  ją  gwoździkami.  Robił  wszystko  powoli  i  bardzo 

background image

dokładnie. Pracując w takim, tempie nie pokryje papą i gontami przed 

nocą nawet małego kawałka dachu, pomyślała. 

Cass połączyła ramę krzesła z nowo obitym siedziskiem. Wstała i 

strzepnęła kawałki nici ze swoich szortów  w kolorze khaki. W domu 

nauczono ją, że należy dobrze żyć z sąsiadami, a to oznaczało również 

pomoc, gdy tego wymagała sytuacja.  

Przeszła  więc  przez  ulicę,  zasłaniając  ręką  oczy  przed  rażącym 

słońcem. 

- Cześć, Santini. 

Bała się zbytniej poufałości, a używając jego nazwiska, stwarzała 

wrażenie  większego  dystansu  między  nimi.  Mogła  w  ten  sposób 

myśleć o nim jak o zwykłym kumplu. 

Zanim  spojrzał  w  dół,  zabezpieczył  partię  dachu,  nad  którą 

właśnie pracował. 

- A, witam, Gambrel. 

Odetchnęła  z  ulgą.,  kiedy  ani  słowem  nie  wspomniał  o  tym,  że 

zauważył,  jak  mu  się  wcześniej  przyglądała.  Wykazał  się  taktem,  o 

który go nie podejrzewała. 

Z  jakieś  niezrozumiałego  dla  niej  powodu  Rafe  rzucał  co  rusz 

spojrzenia na jej nogi. Ogólnie rzecz biorąc, Cass była zadowolona ze 

swojego wyglądu, teraz jednak przypomniała sobie o dwóch zbędnych 

kilogramach,  których  nie  udało  się  jej  zrzucić  od  ostatniego  Bożego 

Narodzenia. 

- Może potrzebna ci pomoc? 

background image

-  Nie  -  odpowiedział  i  zaczął  rozwijać  kolejny  kawałek  papy.  - 

Świetnie mi idzie. 

Po  tej  uwadze  powinna  wrócić  do  domu.  Postanowiła  jednak 

ponowić ofertę. 

- Co dwie pary rąk, to nie jedna. Byłoby szybciej. 

- Taa, pewnie - powiedział, kucając. - Chyba nie masz wyrzutów 

sumienia, co? 

Oczy błysnęły mu ostrzegawczo. Mimo to Cass zachowała się jak 

niczego  nie  podejrzewająca  płotka,  płynąca  prosto  w  stronę 

rybackiego haka, i połknęła przynętę. 

- Z powodu? 

-  Że  sobie  siedzisz  w  cieniu  werandy,  podczas  gdy  ja  pracuję  w 

pełnym słońcu. 

-  Santini,  przyszłam  z  ofertą  pomocy,  a  ty...  -  Odwróciła  się  w 

stronę swojego domu i zbierała do odejścia. 

- Gambrel... 

Zatrzymała się i spojrzała na niego. 

- Mam zostać? 

- Tak, proszę. 

Grzeczny ton wzbudził jej podejrzliwość. Może Rafe znowu się z 

nią droczy. Zaczęła wspinać się po drabinie na dach. 

- Zostań na dole, Gambrel. Już schodzę. 

Błyskawicznie znalazł się obok niej. 

- Będzie ci potrzebny pas na narzędzia i młotek. 

- Myślałam, że po prostu będę ci podawać różne rzeczy. 

background image

Nie za wiele wiedziała o pracach remontowych. 

- Jakie rzeczy, Cass? 

Wsypał  gwoździki  do  przybijania  papy  do  jednej  z  kieszonek  w 

pasie na narzędzia. 

- No, gwoździe i inne przedmioty. 

Coraz bardziej się denerwowała. Zaczęła przestępować z nogi na 

nogę. 

- Ale z ciebie fachowiec! 

W jego głosie nie było krytyki, tylko ta zaczepu kpina, do której 

Cass zdążyła się już przyzwyczaić. 

- Igrasz z ogniem, Santini - ostrzegła go. 

-  Doprawdy,  Gambrel.  Zaczynam  się  bać.  Jestem  po  prostu 

śmiertelnie  przerażony.  -  Wręczył  jej  młotek  z  gumową  rączką.  - 

Odwróć się. 

Zrobiła,  co  kazał.  Kiedy  Rafe  zakładał  jej  pas  na  narzędzia, 

zanurzyła się w cieple i piżmowym zapachu jego ciała. Wstrząsnął nią 

dreszcz pożądania. 

- Gotowe. 

Jego głos brzmiał teraz inaczej niż zwykle. Rafe mówił głębszym, 

schrypniętym  tonem,  którego  trudno  byłoby  nie  dosłyszeć.  Odsunął 

się od niej, położył dłonie na jej ramionach i odwrócił ją do siebie. 

- Dzięki - zdołała wykrztusić. 

Nic  przywykła  do  noszenia  na  sobie  takiego  ciężaru.  Czuła  się 

dziwacznie.  Wsunęła  młotek  w  jedną  z  pętli  pasa.  Rafe  podał  jej 

skrobak i kilka innych narzędzi, których przeznaczenia nie znała. 

background image

- To wszystko? 

- Rozmieść dobrze ciężar młotka i pobijaka. 

Przełożyła narzędzia. 

- Czy te buty mają dobre zelówki? - zapytał. 

- Tak mi się wydaje. 

Uklęknął obok niej. 

- Niech spojrzę na podeszwy. 

Czuła  jego  oddech  na  swoich  łydkach.  Zadrżała.  Był  tak  blisko. 

Ledwie potrafiła powstrzymać dłonie przed zanurzeniem w jego gęste, 

czarne włosy. 

Zakołysała  się  i  przesunęła  łydką  po  policzku  Rafe'a.  Szczecina 

miło drapała jej gładką skórę. Jak to dobrze, że wczoraj ogoliła nogi. 

Zażenowana, odchyliła się do tyłu. Pewnie myślał sobie, że jest jakąś 

wyposzczoną wdówką. 

- Przytrzymaj się mnie dla równowagi - rzucił szorstko. 

Cass  wiedziała,  że  to  krótkie  zbliżenie  podziałało  na  niego  nie 

mniej silnie niż na nią. A  w każdym razie miała taką nadzieję. Serce 

biło jej tak mocno, że chyba było je słychać z bardzo daleka. 

O,  do  diaska!  Pożądanie  rosło  w  niej  w  zastraszającym  tempie. 

Nie  chciała  tego.  Nie  teraz,  kiedy  jej  życie  w  końcu  wracało  do 

równowagi.  Była  niezależna,  sama  kierowała  swoim  losem,  a  jednak 

coś w niej wciąż domagało się drugiej istoty, do której mogłaby się w 

nocy przytulić. 

Rafe wyprostował się i ogarnął ją całą spojrzeniem. 

- W porządku. A teraz do roboty. 

background image

Spędzili  razem  na  dachu następne  dwie  godziny.  Okazało  się,  że 

jego naprawa to trudne, ale interesujące zajęcie. Do popołudnia prawie 

skończyli  fragment, nad którym  pracowali.  Słońce  grzało  tak  mocno, 

że Cass poczuła wkrótce, jak jej twarz czerwienieje. 

- Chyba muszę zrobić przerwę. 

Rafe spojrzał na nią. 

-  Aha,  rzeczywiście.  Usiądź  tam  -  powiedział,  wskazując  na 

wschodnią stronę dachu ocienioną przez duży klon. 

Przejść po dachu? Sama? W żadnym razie! 

- Zostanę tutaj. 

- Boisz się, Gambrel? 

Cass  umiała  przyznać  się  do  własnych  słabości.  Nie  zamierzała 

udawać bohaterki. 

- Tak. 

Wyciągnął rękę i pogłaskał ją po policzku. 

- Nie bój się. Nie pozwolę ci spaść. 

Obawiała się, że Rafe się myli.  I nie myślała w tym momencie o 

upadku  z  dachu.  Każda  minuta  przebywania  z  tym  mężczyzną 

zwiększała  emocjonalne  niebezpieczeństwo,  w  jakim  nie  znalazła  się 

nigdy, od czasu kiedy wyszła za mąż. 

Rafe  podał  jej  rękę  i  zaprowadził  w  cień,  po  czym  z  przenośnej 

lodówki wyjął dwie puszki owocowego napoju. Poruszał się po dachu 

jak kot. Wyglądał jak ktoś, kto poradzi sobie w każdej sytuacji.  

Cass  zazdrościła  mu  tego.  Ona  sama  prawie  zawsze  czuła  się 

słaba  i  mało  samodzielna.  Najpierw,  kiedy  miała  szesnaście  lat, 

background image

straciła  ojca,  dziesięć  lat  później  umarł  Carl.  Instynktownie  ciągnęło 

ją do silnych mężczyzn, a jednocześnie bała się ich siły. 

Robiła się coraz bardziej nerwowa, czując na sobie wzrok Rafe'a. 

Wypiła  łyk  napoju.  Pozostawił  na  jej  języku  silny,  słodki  posmak. 

Odstawiła puszkę. 

- Chciałabym zaprosić cię dziś przed meczem na kolację. 

- A nic lepiej zjeść coś na miejscu, w Orenie? 

Cass zamilkła na chwilę. 

- Udało ci się kupić dla nas bilety? 

-  Mówiłem  ci,  że  mam  abonament.  -  Rafe  przez  chwilę  nie 

spuszczał  z  niej  wzroku.  -  Dlaczego  nie  chciałaś pozwolić  mi  zabrać 

na mecz Andy'ego? 

Żachnęła  się.  Nie  było  sensu  wymyślać  jakiegoś  kłamstewka. 

Postanowiła powiedzieć prawdę. 

- Nic podoba mi się twoje zamiłowanie do sportu. To się udziela 

Andy'emu. Jest taki mały, a chce robić to samo co ty. Boję się, że coś 

mu się może stać. 

- Od oglądania meczu? 

-  Jak  połknie  bakcyla,  nie  będzie  już  odwrotu.  Byłabym 

potworem,  gdybym  próbowała  wtedy  stawiać  zakazy,  więc  próbuję 

zapobiec temu zawczasu. 

- Cass, ja wcale nie próbuję wpływać na twojego syna. Wydawało 

mi się tylko,  że  wspólna wyprawa na mecz to niezły pomysł. Jeśli ci 

się to nie podoba, trzeba było powiedzieć. 

background image

-  Wiem.  -  Po  chwili  ciągnęła  dalej.  -  Andy  chce  się  zapisać  na 

jakieś  pozaszkolne  zajęcia.  Pozwoliłbyś  mu  na  to,  będąc  na  moim 

miejscu? 

Rafe oglądał aluminiowe wieczko paszki. 

- Nie mam doświadczenia w postępowaniu z dziećmi, Cass. 

-  Wiem.  To  było  pytanie  z  gatunku:  „Opinia  mężczyzny,  który 

sam był kiedyś chłopcem". 

-  No,  to  akurat  się  zgadza.  Byłem  chłopcem  -  powiedział  z 

uśmiechem. 

-  Jakoś  mnie  tym  nie  zaskoczyłeś  -  odparowała  Cass,  po  czym 

dodała:  -  Andy  rozmawiał  ze  mną  o  drużynie  trampkarzy.  Czy 

powinnam się zgodzić, żeby się do niej zapisał? 

- Decyzja należy do ciebie - odpowiedział. 

Cass zrozumiała, że on nie chce ingerować w życie jej i jej syna. 

- Rafe, nie chcę, by Andy  wyrósł na jakiegoś mizeraka i łamagę. 

Ale  z  drugiej  strony  boję  się  o  niego,  a  piłka  nożna  bywa 

niebezpieczna. Słyszałam, co opowiadają niektóre matki. 

-  Cass,  to  prawda,  że  kontuzje  się  zdarzają.  Ale  uczestnictwo  w 

sportach grupowych rozwija dyscyplinę. 

Znowu  odczuła  w  głosie  Rafe'a  krytykę  pod  swoim  adresem,  jak 

w  czasie  ich  pierwszej  rozmowy.  Andy  nie  był  specjalnie 

zdyscyplinowany.  Biegał,  gdzie  chciał,  a  ona  wiedziała,  że  tak  nie 

powinno być. 

- Może jakaś inna gra zamiast piłki nożnej? 

- Pomyślę nad tym. 

background image

Wstał i podał jej rękę. 

- Chyba powinnaś zejść już z dachu. 

- Czemu? 

- Bo robi się pani różowa, proszę pani. 

Przesunęła  wzrokiem  po  jego  prawie  zupełnie  nagim  ciele.  Miał 

oliwkową  skórę,  która  lekko  tylko  pociemniała  w  późno 

październikowym  słońcu.  Ona  jednak nie powinna  dłużej  siedzieć na 

dachu, bo będzie wkrótce wyglądała jak rak. 

- Dobrze, idę. 

Mocno trzymała się dłoni Rafe'a holującej ją bezpiecznie w stronę 

drabiny. Zanim zaczęła schodzić, nieopatrznie spojrzała w dół i świat 

zawirował jej w oczach. Zacisnęła powieki. 

- Chyba muszę tu jeszcze chwilę zostać. 

Może przez całe życie. Z dachu będzie patrzeć, jak Andy dorasta. 

- Chodź, tchórzu. Pomogę ci zejść. 

Zesztywniała  i  odsunęła  się  gwałtownie  od  Rafe'a,  ale  nie 

wyrwała dłoni z jego ręki. 

-  Wcale  nie  jestem  tchórzem.  Każdy  rozsądny  człowiek 

zachowałby ostrożność. 

-  Wiem,  Cass  -  powiedział  najdelikatniejszym  tonem,  jaki 

kiedykolwiek u niego słyszała. - Zejdę pierwszy. 

Czuła,  jak  ogarnia  ją  pożądanie,  kiedy  tak  razem  schodzili  z 

dachu. Powtarzała sobie, że Rafe tylko się o nią troszczy, nic więcej. 

Jednakże ciało nie chciało słuchać głosu rozsądku. 

background image

Nagle  zderzyła  się  z  Rafe'em.  On  też  się  zatrzymał.  Z  gardła 

wydobył mu się szorstki jęk. Potarł torsem o jej pośladki. 

- Rafe? - zaczęła, sama nie wiedząc, o co chciała zapytać. 

Gdyby jej to ktoś opowiedział, nie uwierzyłaby. Przy Rafie czuła, 

że żyje. Była jak kobieta obudzona z długiego snu. 

Wargami  dotknął  delikatnie  jej  karku.  Przeszył  ją  dreszcz.  Rafe 

emanował  bezpieczeństwem,  siłą  i  ciepłem.  Oparła  się  o  niego. 

Chciała więcej, niż mogła dostać w tym momencie i miejscu. 

-  Cassie  -  wyszeptał.  Wargami  wciąż  muskał  jej  szyję.  Rękoma 

obejmował ją w pasie. Dłonie powoli wędrowały w stronę piersi. 

Nagle  Tundra  głośno  zaszczekała,  przerywając  napięcie,  jakie 

między  nimi  powstało.  Cass  poczuła,  że  się  rumieni  ze  wstydu.  Jak 

mogła  pozwolić  sobie  na  takie  zachowanie?  Ten  mężczyzna  mógł 

mieć każdą kobietę. Wystarczyłoby jedno skinienie. 

Rafe ruszył w dół. Po chwili stali już na trawniku. 

- Cass, wszystko w porządku? 

Jego  głos  brzmiał  szczerze  i  uprzejmie.  Cass  była  wściekła  na 

siebie, że ona sama jest taka słaba. 

- W porządku. Do zobaczenia wieczorem. 

Szybko  odeszła,  zanim  zdążył  jej  zadać  pytania,  na  które  nie 

chciałaby  odpowiadać.  Osłabiona,  na  nogach  jak  z  waty,  weszła  do 

swego klimatyzowanego domu. Przedstawiała sobą, ciężki przypadek 

chorobliwego  zauroczenia  całkowicie  nieodpowiednim  mężczyzną.  I 

co miała, do diabła, z tym zrobić? 

background image

Na  mecz  Rafe  zawsze  wkładał  dżinsy  i  koszulkę  z  emblematem 

drużyny Magic. Pomyślał, że prawdopodobnie ani Cass, ani Andy nie 

mają  takich  koszulek,  więc  im  je  przyniósł.  Cieszył  się  na  myśl,  że 

będzie miał okazję pokazać Cass kawałek swojego świata. 

Liczył  również,  że  uda  mu  się  skraść  sąsiadce  pocałunek.  Ale  w 

żadnym  razie  nie  zamierzał  specjalnie  o  to  zabiegać.  Nie  ulegało 

wątpliwości, że i ją ciągnęło do niego. Tego wieczora pozna wreszcie 

smak jej warg. I weźmie ją w ramiona. 

Zaproszenie  Cass  na  mecz  miało  i  inną  dobrą  stronę.  Może, 

obejrzawszy  rzecz  z  bliska,  przekona  się  sama,  że  nie  taki  diabeł 

straszny, jak go malują i pozwoli Andy'emu trenować. 

Zastygł nagle w miejscu, z przerażeniem uświadamiając sobie, że 

właśnie staje się częścią życia Cass i Andy'ego. A przecież po śmierci 

swojej  rodziny  przysiągł  sobie,  że  już  nigdy  z  nikim  się  nie  zwiąże. 

Jak dotąd, dotrzymał przyrzeczenia. Aż do chwili, gdy Cass Gambrel 

zawróciła mu w głowie.  

Ciągnęło  go  do  niej,  ale  jednocześnie  gdzieś  na  obrzeżach 

świadomości mrugało ostrzegawcze światełko. Mama, tata i Angelica 

ufali mu, a on ich zawiódł. Walcząc ze zmorami przeszłości, zapukał 

wreszcie do drzwi Gambrelów i usłyszał za nimi głośny tupot. 

- Otwieram. Już, już. 

Rafe uśmiechnął się do siebie. Trudno było nie lubić Andy'ego. 

- Dzień dobry, panie Santini. Już się bałem, że pan nie przyjdzie. 

Rafe podał mu jedną z koszulek. 

- O rany, dziękuję panu! Mamo, już przyszedł! - wrzasnął. 

background image

-  Wiem,  kochanie  -  odpowiedziała  Cass,  stojąca  na  szczycie 

schodów. 

Wyglądała dokładnie tak, jak się spodziewał. Ubrana wygodnie, z 

niedbałą  elegancją.  Choć  ona  sama  nie  zgodziłaby  się  pewnie  z  taką 

oceną  swojego  stroju.  Miała  na  sobie  jasnozieloną  koszulkę  polo  i 

spodnie khaki. 

Rafe miał nadzieję, że on i Andy namówią ją na dżinsy i koszulkę 

Magiców. 

- Świetnie wyglądasz, ale przyniosłem ci na dziś coś specjalnego. 

Powoli  zeszła  na  dół  i  stanęła  obok  Rafe'a,  który  przyłożył 

koszulkę  do  jej  piersi. Mimo  że  kupił  najmniejszy  dostępny  rozmiar, 

wciąż miał wrażenie, że koszulka okaże się dla niej za duża. 

- No, nie wiem... 

-  Mamooo,  proszę  -  zaczął  Andy  bez  żadnej  zachęty  ze  strony 

Rafe'a. 

- Zgoda. Pójdę się przebrać. 

Dwadzieścia  minut  później  byli  w  drodze.  Na  tylnym  siedzeniu 

volvo prowadzonego przez Rafe'a wiercił się Andy. Buzia mu się nie 

zamykała. 

Rafe próbował skupić się na jeździe, ale wciąż powracał do niego 

obraz  Cass  schodzącej  po  schodach.  Włożyła  sprane  dżinsy, 

podkreślające  każdą  krągłość  jej  kobiecego  ciała.  Musiał  zacisnąć 

dłonie w pięści, żeby nie pogłaskać tego słodkiego tyłeczka. 

Wreszcie  dojechali  na  miejsce.  Wysiedli  z  samochodu  i  Cass 

wzięła Andy'ego za rękę. Już po chwili chłopiec zaczął się wyrywać. 

background image

- Mamo, proszę. Będę szedł bliziutko ciebie. 

- Nie, Andrew. Za duży tu dziś ruch. 

Rafe  miał  przeczucie,  że  zaczyna  się  typowa  kłótnia  między 

matką a synem. Aby jej zapobiec, zrobił jedyną sensowną rzecz, jaka 

przyszła mu w tym momencie do głowy. 

- Ja też wezmę twoją mamę za rękę, co ty na to, Andy? 

Chłopiec przystał na taki układ skinieniem głowy. Natomiast Cass 

wyglądała na wytrąconą z równowagi. 

- Nie bój się. Nie gryzę. 

- Wiem. 

Odpowiedział jej śmiechem. 

Przez  cały  mecz  Andy  zachowywał  się  jak  najzagorzalszy  fan 

Magiców.  Podczas  przerw  wciąż  próbował  przekonać  Cass,  by 

pozwoliła mu trenować. A ona uparcie odpowiadała „nie". 

Gdy  któremuś  z  zawodników  trafiała  się  kontuzja, patrzyła  tylko 

znacząco na swoich towarzyszy. Rafe rozumiał, co miała na myśli. Jej 

synek  chciał  grać,  a  ona  wiedziała,  że  mogła  mu  się  przy  tym  stać 

krzywda. Nigdy nie byłaby spokojna. 

Kiedy  dojechali  wreszcie  do  domu  i  Rafe  zaparkował  samochód 

na podjeździe Gambrelów, Andy spał już słodko na tylnym siedzeniu. 

Patrząc na niego, uświadomił sobie, że i jemu cierpnie skóra na samą 

myśl o tym, że chłopcu mogłoby się stać coś złego. 

Jednocześnie  zdrowy  rozsądek  podpowiadał  mu,  że  przecież  na 

jednego  kontuzjowanego  przypada  dziesięciu,  którym  nigdy  się  nic 

background image

nie  stało.  Zastanawiał  się  czy  powinien  próbować  przekonać  o  tym 

Cass. Wewnętrzny głos wciąż mu przypominał: Nie angażuj się. 

- Chcesz, żebym zaniósł go do domu? - zapytał Rafe, wyłączając 

silnik. 

- Tak. Będę ci wdzięczna. 

Otworzyła  frontowe  drzwi  i  poprowadziła  go  do  pokoju 

Andy'ego.  Położył  chłopca  na  łóżku  i  przyglądał  się,  jak  Cass 

przebiera  go  w  piżamę.  Poczuł  silne  ukłucie  w  sercu  i  wyszedł  na 

korytarz. 

Do  licha,  tak  nie  miało  być.  Kobieta  z  dzieckiem  to kula u nogi. 

Nie  powinien  więc  czuć  się  tak,  jak  w  tej  chwili.  „Rafe  Santini  jest 

samotnym,  ciężko  pracującym  mężczyzną,  z  nikim  nie  związanym 

emocjonalnie".  Schodząc  w  dół  powtarzał  sobie  te  słowa  jak  jakąś 

mantrę. Obraz Cass nie chciał go jednak opuścić. 

 

Gwiazdy mrugały przyjaźnie. Cass zapatrzyła się w nocne niebo. 

Głos Rafe'a działał na nią uspokajająco. Odstawiła kieliszek na bok. 

Nigdy  dotąd  nie  piła  alkoholu  ot,  tak  sobie.  Teraz  i  ona,  tak  jak 

Andy,  była  pod  wpływem  Rafe'a.  Lata  wyrzeczeń  i  nauki  poszły  na 

marne.  Musiała  jednak  przyznać,  że  miło  było  zrobić  nagle  coś 

nowego, innego, nieznanego, szalonego. 

-  Koszykówka  to  jedna  z  najbezpieczniejszych  dyscyplin 

sportowych. 

Rafe  popchnął  huśtawkę.  Jego  ramię  spoczywało  z  tyłu  oparcia. 

Cass  walczyła  z  ochotą,  by  się  do  niego  przytulić.  Ciepło  i  zapach 

background image

jego  ciała,  jej  własne  nieprzyzwoite  myśli  -  wszystko  to  działało  na 

nią z nieodpartą siłą. 

Rafe milczał. Czekał, aż Cass coś powie.  A on? O czym mówił? 

Aha, coś o koszykówce. 

Cass  zmusiła  się,  by  wrócić  do  rozmowy.  Uśmiechnęła  się  i 

odpowiedziała  wymijająco  na  jego  ostatnią  uwagę.  To  wyliczanie 

zalet  koszykówki  pomogło  jej  zwerbalizować  kontrargumenty.  Rafe 

znał się na sporcie i potrafił ciekawie o nim opowiadać.  

Zamiast,  jak  się  spodziewała,  bagatelizować  niebezpieczeństwa, 

mówił o nich całkiem obiektywnie. Chyba naprawdę chciał jej pomóc 

w podjęciu słusznej decyzji. Zdawała sobie sprawę, że ta bezstronność 

nie przychodzi mu łatwo. 

- Dzięki za dzisiejszy mecz. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. 

Jego oczy zdawały się jaśnieć własnym światłem w słabym blasku 

wieczornego  nieba.  Rafe  zawsze  odgrywał  rolą  twardziela.  Musiała 

przyznać, że z początku dała się na to nabrać. Teraz wiedziała, że za tą 

maską kryje się troskliwy człowiek. 

Niewiele  czasu  upłynęło,  a  sąsiad  z  naprzeciwka  stał  się  ważną 

osobą  w  jej  życiu.  Dziś  udowodnił  w  dodatku,  że  mogliby  we  troje 

stworzyć  rodzinę.  Coś  jej  jednak  mówiło,  że  on  tego  nic  chce.  Za 

każdym razem kiedy podekscytowany Andy chwytał go za rękę. Rafe 

szybko cofał dłoń. 

Cass wypiła łyk wina i spojrzała w jego stronę. 

- Grałeś w koszykówkę jako chłopiec? 

background image

-  Pewnie.  Próbowałem  sił  w  każdej  możliwej  dyscyplinie.  Moja 

mama z początku się gniewała, ale w końcu się z tym pogodziła. 

To  była  chwila,  w  której  Cass  zdała  sobie  sprawę,  że  darzy  go 

więcej  niż  tylko  sympatią.  Zrozumiała,  że  zawsze  będzie  chciała być 

blisko  tego  mężczyzny,  nawet  gdyby  miał  pozostać  tylko  jej 

przyjacielem. 

Wyciągnęła  dłoń  i  przesunęła  opuszkami  palców  po  jego 

zarośniętej  szczęce.  W  tej  chwili  marzyła  tylko  o  pocałunku.  Jej 

doświadczenie  w  uwodzeniu  mężczyzn  było  właściwie  zerowe. 

Ośmielało  ją  jedynie  wspomnienie  ich  wcześniejszego  zbliżenia  na 

drabinie. W jej małżeństwie to Carl był zawsze stroną aktywną.  

Choć  z  drugiej  strony  musiała  przyznać,  że  uczucie  do  męża 

nigdy  nie  było  tak  intensywne  jak  to,  co  czuła  teraz.  To  było  jak 

choroba.  Wiedziała,  że  w  ramionach  tego  upragnionego  mężczyzny 

znajdzie wyzwolenie. 

Rafe cicho zaklął i położył dłonie na kolanach. 

- Niezbyt ze mnie dobry wzór dla dziecka. 

-  Nie  wzór  mi  potrzebny  -  odpowiedziała  i  było  to  zgodne  z 

prawdą.  Teraz  chciała  jedynie  poczuć  dotyk  jego  ramion,  smak  jego 

warg. Chciała być przy nim jak najbliżej. 

Spojrzał jej prosto w oczy i w tym momencie stopniała ta resztka 

nadziei, jaka się w niej jeszcze tliła. 

-  Nie  mogę,  Cass.  Nie  jesteś  kobietą,  z  którą  można  mieć  krótki 

romans, a ja nie dojrzałem jeszcze do poważnego związku. 

background image

Szczerość  Rafe'a  ujęła  ją  za  serce.  Dotknęła  go  delikatnie. 

Łaknęła choć odrobiny jego ciepła. 

- Potrzebuję przyjaciela. 

Uniósł  brew  w  ten  zabawny  sposób,  który  zdążyła  już  w  nim 

pokochać. 

-  Nie  zmyślam.  Nie  chcę  ani  nie  mam  czasu  na  nic  więcej  niż 

przyjaźń. 

- Nie potrafię się z tobą przyjaźnić. 

- Więc pocałuj mnie na pożegnanie i odejdź. Nie będę cię więcej 

niepokoić. 

Sama  nie  mogła  uwierzyć,  że  to  powiedziała.  Ale  musiał  ją 

pocałować, choć raz, albo umrze. 

-  Cassie,  sama  nie  wiesz,  co  ty  ze  mną  robisz  -  wyszeptał. 

Odstawił  na  bok  oba  kieliszki  z  winem.  -  Chodź  do  mnie,  kochanie. 

Pocałuję  cię.  I  możesz  być  pewna,  że  nie  będzie  to  nasz  ostatni 

pocałunek - dokończył prawie szeptem. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Całowanie się z nią było jak powrót do domu po długiej podróży. 

Rafe musiał bardzo się pilnować, żeby nie działać zbyt szybko. Łatwo 

było mówić! Czuł, jak ogarniają go nie znane dotąd silne uczucia. Od 

lat  z  nikim  nie  był  tak  blisko.  Zapomniał  już,  jakie  to  może  być 

zaślepiające. A teraz stało się. I to tak gwałtownie i niespodziewanie, 

że zakręciło mu się w głowie. 

background image

Zdawał  sobie  sprawę,  jak  niebezpieczny  będzie  pocałunek  z 

Cassandrą Gambrel. Ona zagrażała jego beztroskiemu stylowi życia, a 

także  psychicznej  równowadze.  Znowu  wróciły  wątpliwości,  szybko 

jednak zepchnął je na plan dalszy, gdyż pożądanie mąciło mu krew w 

żyłach.  Boże,  tak  dobrze  było  trzymać  ją  w  ramionach!  Przytulił  ją 

mocniej do siebie. 

Nigdy  nie  wydawała  mu  się  tak  drobna,  jak  teraz.  Jej  wargi 

posłusznie oddawały pocałunek. Jęknęła, gdy ich języki się zetknęły. 

Rafe  czuł  się  jak  narkoman  uzależniony  od  tego  słodkiego 

nektaru,  jaki  spijał  z  jej  ust.  Nie  mógł  się  od  nich  oderwać. 

Smakowały  winem i czymś jeszcze.  Nie potrafił rozpoznać drugiego, 

delikatniejszego  smaku.  Próbował  i  próbował.  W  końcu  odgadł  -  to 

była miętowa guma do żucia. 

Pod  palcami  czuł  włosy  Cass.  Były  miękkie  i  delikatne, 

prześlizgiwały  się  po  jego  dłoni  niczym  chłodny  powiew  wiatru  od 

oceanu. Pustka, którą miał w sobie, wołała o nią, o spełnienie. 

Zatracał się coraz bardziej. 

Pochylił  się,  wsunął  dłoń  pod  jej  kark  i  przyciągnął  ją  jeszcze 

bliżej  do  siebie.  Wsunął  język  w  miodową  słodycz  ciepłych  ust. 

Pragnął  jej  całej...  teraz...  Pragnął  zdjąć  z  niej  dżinsy  i  koszulkę, 

całować jej delikatną skórę, dotykać jej, kochać się z nią. 

Chciał  tego  całym  ciałem  i  -  musiał  to  przyznać  -  całą  duszą. 

Wyobrażał sobie, jak poruszają się zgodnie w jednym rytmie. Marzył 

o tych długich, szczupłych nogach owiniętych wokół jego bioder. 

background image

Czuł  jej  palce  na  swojej  szyi  i  ramionach.  Były  dla  niego  jak 

promyki słońca. Jęknął, zdając sobie nagle sprawę, że ona nie pozwoli 

mu  posunąć  się  dalej.  Nie  należała  do  kobiet,  które  idą  do  łóżka  na 

pierwszej randce. 

Przytuliła się do niego. Poczuł dotyk jej sprężystych piersi. Objęła 

go  i  wplątała  mu  palce  we  włosy.  Obsypał  pocałunkami  jej  twarz  i 

szyję.  Cass  przyciągnęła  go  bliżej.  Szukała  wargami  jego  ust. 

Pierwszy  pocałunek  był  jeszcze  ostrożny,  kolejne  -  coraz  bardziej 

namiętne. 

Rafe był doświadczonym kochankiem. Znał kobiece ciało i umiał 

tę  wiedzę  wykorzystać.  Wiedział,  że  potrafi  doprowadzić  Cass  do 

takiego  stanu,  kiedy  wszystkie  jej  skrupuły  i  hamulce  moralne 

przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie. 

Poczuł  do  siebie  obrzydzenie.  Przerażony  swoimi  myślami, 

odsunął  się  od  niej.  Wstał  gwałtownie  i  oparł  dłonie  na  poręczy. 

Policzył  do  stu,  zanim  pozwolił  swoim  myślom  wrócić  do  Cass. 

Wciągał powietrze do płuc z taką gwałtownością, że czuł, jakby miały 

się zaraz rozerwać. 

- Rafe? 

Na  dźwięk  tego  drżącego  głosu  serce  mu  się  ścisnęło.  Zabronił 

sobie  spojrzeć  na  nią.  Wiedział,  że  jeśli  to  zrobi,  znowu  straci  nad 

sobą  kontrolę.  Zaklął  cicho  pod  nosem.  Dlaczego  się  w  to  wplątał? 

Źle mu było samemu? Po co ją całował? 

Znał  odpowiedzi  na  te  pytania.  Właściwie  nie  miał  wyboru. 

Pocałował  Cassandrę  Gambrel,  bo  nie  mógł  jej  nie  pocałować.  Od 

background image

dawna  marzył  przecież  o  tych  jasnoróżowych,  miękkich  wargach,  o 

szczupłym ciele, o nogach, które chciał widzieć całe obnażone... 

- Rafe? 

Była przestraszona, dotknięta. Chyba nie rozumiała, co się dzieje. 

Kobiety,  z  którymi  się  zwykle  umawiał,  potrafiły  ocenić  sytuację. 

Cass nie umiała. Była jak z innego świata. 

Dlaczego kobieta, która sprawiła, że po raz pierwszy od wielu lat 

poczuł, że naprawdę żyje, musi być tą, której mieć nie może? Bo nie 

mógł  jej  mieć.  Czuł  to  podskórnie  i  musiał  zaakceptować,  tak  jak 

musiał zaakceptować śmierć swoich rodziców.  I jak przyzwyczaił się 

do myśli, że nigdy nie będzie mieć rodziny. 

Wyprostował się i rzucił jej ponure spojrzenie. Skuliła się niczym 

mała,  ranna  myszka.  Sam  czuł  się  jak  drapieżne  ptaszysko,  które 

nadleciało  znienacka  i  zaatakowało  gryzonia,  ale  go  nie  dobiło.  Nie 

było  to  dla  niego  nic nowego.  Podobne  uczucie nie  opuszczało  go  w 

czasie czuwania przy łóżku Angeliki. 

Odszedł  bez  słowa.  Jak  ostatni  łajdak.  Wiedział,  że  będzie  go 

prześladował  obraz  tych  piwnych  oczu  pełnych  bólu,  który  jej  zadał. 

Jak on jej spojrzy w twarz? 

 

Zapukała  do  ciężkich,  dębowych  drzwi  i  z  trwogą  czekała,  aż 

Rafe je otworzy. Ze wszystkich sił starała się uniknąć tego spotkania, 

ale  trzech  członków  rady  mieszkańców  właśnie  dziś  zgłosiło 

zastrzeżenia dotyczące otoczenia domu Rafe'a. Ozdoby trawnika mają 

zniknąć, a sama trawa powinna zostać przystrzyżona. 

background image

Czuła  się  fatalnie.  Nie  zmrużyła  oka  przez  całą  noc.  Ucieczka 

Rafe'a  zraniła  ją  bardzo  mocno.  Rano  przyrzekła  sobie,  że  zachowa 

kamienną  twarz.  On  nie  może  dostrzec  ani  śladu  uczuć,  które  nią 

targały. Pokaże mu, że jest dla niej tylko sąsiadem. 

Musi zapomnieć o tym, co się stało wczoraj. 

Wysłała  Andy'ego  do  kolegi.  Sama  zamierzała  pojechać  gdzieś 

daleko,  jak  tylko  załatwi  sprawę.  Nic  mogła  nawet  myśleć  o  całym 

dniu spędzonym w domu, kiedy Rafe jest tak blisko. 

Drzwi  skrzypnęły,  ze  środka  dosięgnął  ją  miły  chłód.  Zapach 

świeżego  drewna  i  nowych  dywanów  drażnił  jej  zmysły.  Ciekawa 

tego,  jak  wygląda  dom  w  środku,  rzuciła  ponad  nagim  ramieniem 

Rafe'a spojrzenie w stronę ciemnych, przepastnych wnętrz. 

Miał zaczerwienione i podkrążone oczy. Twarda szczecina na szyi 

i  policzkach  bynajmniej  nie  była  oznaką  męskiej  siły.  Przeciwnie  - 

wyglądał żałośnie. To, co się wczoraj stało, zraniło i jego. 

Stał  w  progu  jak  wmurowany.  Błądził  wzrokiem  po  jej  twarzy. 

Przeczesał dłonią swoje ciemne, kędzierzawe  włosy.  Gestem  zaprosił 

ją do środka. 

Cass założyła sobie, że to będzie zupełnie bezosobowe, urzędowe 

spotkanie.  Nic  powinna  wchodzić,  bo  wtedy  trudno  jej  będzie 

utrzymać  taki  charakter  rozmowy,  więc  przecząco  pokręciła  głową. 

Spocone dłonie wytarła w lnianą spódniczkę. Wzięła głęboki oddech, 

zebrała myśli... 

- Cass, ja... 

background image

-  Panie  Santini  - przerwała  mu  gładko.  Upewniła  się,  że  Rafe  jej 

słucha, i kontynuowała. - Jestem tu z ramienia rady. Było kilka skarg 

na  pana.  A  raczej  na  stan  trawnika  przed  pana  domem.  Musi  pan 

usunąć ozdoby i skosić trawę. 

Próbował  jej  dotknąć,  ale  Cass  uchyliła  się  odruchowo.  Zmrużył 

oczy. Zrobił krok do przodu. Nie cofnęła się. Wiedziała, że jeśli da się 

sprowokować i podejmie tę grę, straci przewagę. 

-  Dobrze.  Dziś  ją  skoszę  -  powiedział,  wychodząc  na  werandę  i 

opierając się o poręcz. – Cass, chciałbym... 

- Panie Santini, informuję pana, że  wyznaczono panu trzy dni na 

uporządkowanie  trawnika.  Po  tym  terminie  zostanie  pan  ukarany 

grzywną - powiedziała Cass. 

Nie  chciała  myśleć,  a  tym  bardziej  mówić,  o  ostatniej  nocy. 

Dobrze by było, gdyby Rafe udał, że nic się wczoraj nie stało. Tak jak 

ona udawała. 

A niech to! Podobał się jej nawet z tymi podkrążonymi oczyma i 

śladami  zmęczenia  i  niewyspania  na  twarzy.  Mógłby  przynajmniej 

dzisiaj wyglądać trochę gorzej. Szczególnie że ona sama czuła się jak 

stara baba, która tłukła się całą noc po domu. 

Jego również powinna nękać bezsenność. Niechby wyglądał choć 

w  połowie  tak  źle  jak  ona.  Jak  zwykle  miał  na  sobie  dżinsy  i  nic 

więcej.  Postanowiła  przejrzeć  dokładnie  umowę  o  wynajem  domu  w 

tej  dzielnicy.  Może  znajdzie  tam  jakiś  paragraf  zakazujący 

paradowania  bez  koszuli.  Kiedy  miała  przed  sobą,  ten  nagi  tors, 

background image

przestawała  myśleć.  Rozpraszał  ją  płaski  jak deska brzuch  i drgające 

pod skórą mięśnie. 

-  Powiedziałem,  że  skoszę  trawę  jeszcze  dzisiaj  -  odburknął, 

trochę zły.  

Jej  umysł  pracował  już  ostatkiem  sił.  Wiedziała,  że  powinna 

natychmiast  odejść,  zanim  straci  kontrolę  nad  własnymi  emocjami, 

zapomni  o  dumie  i  zażąda,  by  Rafe  wyjaśnił,  dlaczego  zostawił  ją 

wczoraj w nocy. 

- Słusznie. Do widzenia, panie Santini. I proszę nie zapomnieć też 

o tych dekoracjach. 

- Cassandro Gambrel, stój. 

Sądząc z lodowatego tonu jego głosu, miał do niej jakąś oficjalną 

sprawę. Zatrzymała się więc i popatrzyła na niego przez ramię. 

-  Czy  ma  pan  jakiś  problem  związany  z  umową  o  wynajem?  - 

zapytała, modląc się, żeby o to właśnie chodziło. Jeśli Rafe wspomni 

choćby  słówkiem  o  wczorajszym  nieziemskim  pocałunku,  to  jest 

zgubiona. 

- Do cholery. Przecież wiesz, że nie o tym mówię. 

- Rafe... Panie Santini, gdyby mógł się pan łaskawie powstrzymać 

od przekleństw, byłabym wdzięczna. 

-  A  ja  byłbym  wdzięczny,  gdybyś  przestała  zachowywać  się  jak 

idiotka. 

Patrzył  na  nią  tak  intensywnie,  jakby  miał  promienie 

rentgenowskie w oczach. 

background image

-  Wcale  nie  zachowuję  się  jak  idiotka  -  odpowiedziała.  Nic 

lepszego nie przyszło jej do głowy. 

Rafe rzucił się w jej stronę po schodach. Cass uniosła dłoń. 

- Zatrzymaj się, ty... ty.... nieokrzesany... makaroniarzu. 

Odwróciła się na pięcie, zamierzając zostawić tego przerośniętego 

dzikusa, ale wybuch śmiechu Rafe'a przyhamował jej impet. 

- I z czego się śmiejesz? 

-  Z  twojej  miny,  Cass  -  wykrztusił  między  napadami  chichotu.  - 

Jest po prostu cudowna. 

Pozwoliła  sobie  na  nieznaczny  uśmiech.  Rzeczywiście  musiała 

przedstawiać  sobą  zabawny  widok. Wyglądało  na to,  że  wisi  nad nią 

jakieś fatum i zawsze będzie robić z siebie kretynkę przy tym facecie. 

Czasem  naprawdę  traktowała  życie  zbyt  poważnie.  Zwłaszcza 

wówczas gdy była zmęczona i wytrącona z równowagi. 

- Przepraszam. 

Chciała iść do domu, ale Rafe ujął lekko jej łokieć i przytrzymał. 

Szkoda że nie była silniejsza, że nie potrafiła odsunąć go i odejść. Ale 

od momentu, w którym otworzył przed nią drzwi, marzyła  o tym, by 

go dotknąć. Pragnęła, by on dotykał jej. 

- Raphaelu Santini, pozwól mi odejść. 

- Nie mogę - powiedział tak cicho, że ledwie go usłyszała. 

Serce jej biło jak szalone, kiedy Rafe  wprowadził ją z powrotem 

na  werandę  i  zmusił,  by  usiadła  obok  niego  na  najwyższym  stopniu. 

Otoczył ją ramieniem i przytulił do siebie. 

background image

-  Posłuchaj,  tylko  nie  mów  ani  słowa,  dopóki  nie  skończę, 

pamiętaj. 

Skinęła  głową  w  milczeniu,  bojąc  się  zaufać  własnemu  głosowi. 

W  brzuchu  czuła  dziwny  ucisk,  całe  jej  ciało  zaczynało  drżeć.  Rafe 

nigdy nie wyglądał tak poważnie. 

-  Po  pierwsze:  należą  ci  się  przeprosiny  za  to,  że  wczoraj 

wyszedłem tak nagle. 

Chciała  jakoś  zareagować,  ale  Rafe  zamknął  jej  delikatnie  usta 

dłonią. 

- Ani słowa! Wyszedłem, bo zupełnie straciłem nad sobą kontrolę 

i gdybym został z tobą... 

Serce  Cass  biło  coraz  szybciej,  w  miarą  jak  docierało  do  niej 

znaczenie jego słów. Wyszedł, bo sobie nie ufał? 

-  A  nie  mówisz  tego,  żebym  nie  czuła  się  głupio?  Zdaję  sobie 

sprawę, że nie jestem kobietą, która może doprowadzić mężczyznę do 

szaleństwa. 

-  Nie  wiem  jak  innym,  ale  mnie  wystarczył  tylko  widok  tych 

twoich  długich  nóg...  Boże,  wszystko  w  tobie  doprowadza  mnie  do 

szaleństwa. 

-  Więc  czemu  nie  zostałeś?  -  zapytała  i  szybko  ukryła  twarz  w 

dłoniach.  Sama  nie  wierzyła,  że  starczyło  jej  odwagi,  by  zadać  to 

pytanie.  Ale  musiała  wiedzieć.  Coś  się  między  nimi  działo,  coś 

dziwnego,  czego  nie  rozumiała.  Po  raz  pierwszy  od  śmierci  Carla 

czuła, że żyje. 

Delikatnie odsunął jej dłonie z twarzy. 

background image

-  Bo  nie  należysz  do  kobiet,  które  idą  do  łóżka  dla  samej 

przyjemności spania z facetem. Ja to wiem i ty to wiesz. - Zamilkł na 

chwilę.  Widać było, z jakim wysiłkiem próbuje znaleźć odpowiednie 

słowa.  -  Cass,  tobie  jest  potrzebny  mężczyzna,  który  pomoże  ci 

stworzyć dom i rodzinę. Ja tego zrobić nie mogę. 

Nareszcie  zrozumiała.  Rafe  obawiał  się,  że  jeśli  okaże  jej  choć 

odrobinę  zainteresowania,  będzie  już  brała  miarę  na  obrączkę  i 

smoking. Właściwie nie mogła mieć do niego pretensji. 

Jego  rozumowanie  było  słuszne.  Rzeczywiście  nie  miałaby  nic 

przeciwko powtórnemu wyjściu za mąż. Potrzebowała mężczyzny dla 

siebie i ojca dla Andy'ego. 

-  Przecież  ciebie  nie  znam  -  powiedziała,  mając  nadzieję,  że  ją 

zrozumie. 

- Wiem i właśnie dlatego wyszedłem. - Westchnął głęboko. - Nie 

mam pojęcia, co możemy teraz zrobić. Co powinniśmy zrobić. 

Cass wzięła go za rękę. 

- Zostaniemy przyjaciółmi? 

- To za mało. 

Spotkali się wzrokiem. Cass dostrzegła w jego oczach pożądanie, 

nadal płonące silnym ogniem. 

-  Przez  całą  noc  łaziłem  z  kąta  w  kąt,  zastanawiając  się,  jak 

wybrnąć  z  tej  sytuacji.  Niczego  nie  wymyśliłem.  Wiem  tylko,  że 

pragnę cię jak żadnej innej kobiety dotąd. 

background image

Jego słowa wywołały mrowienie w różnych częściach ciała Cass. 

Była na tyle uczciwa, by przyznać, że i ona go pragnie. Bardziej, niż 

potrafiła sobie wyobrazić. Bardziej niż kogokolwiek. 

- Ja też ciebie pragnę. 

Pochylił  się  i  musnął  wargami  jej  czoło  z  taką  delikatnością  i 

słodyczą, że łzy stanęły jej w oczach. 

- Więc dajmy sobie trochę czasu. Musimy się dobrze poznać. 

 

Późnym popołudniem Rafe przechadzał się po dużym namiocie w 

paski, przez który przewijały się setki ludzi. Każdy z nich chciał kupić 

antyczne  meble.  Cass  zostawiła  go  na  chwilą,  a  sama  poszła 

zorientować się w dzisiejszej ofercie. 

Jej  powrót  poprzedził  delikatny,  kwiatowy  zapach.  Po  chwili 

siedziała już na brzeżku krzesła. 

- Znalazłam coś idealnego. Będzie ci się podobało. 

Była  bardzo  podekscytowana.  Piwne  oczy  błyszczały  w  sposób, 

który  u  niej  kochał.  Zagryzła  wargi,  żeby  nie  wybuchnąć  śmiechem. 

Widok  rzędu  nieskazitelnie  białych  zębów  na  tle  brzoskwiniowych 

warg  przypomniał  mu,  jak  smakują  jej  usta.  Zapragnął  znów  ich 

skosztować. 

- A co wyszukałaś? 

- Łóżko - powiedziała szybko. 

Najpierw  pomyślał,  że  żartuje.  Ten  mebel  budzi  taką  liczbę 

skojarzeń, że nawet jemu trudno byłoby się z nimi zmierzyć. 

Uniósł brew i puścił do niej oko. 

- Aaaa, łóżko? 

background image

-  Tak,  osiemnastowieczne.  W  głowach  i  nogach  ma  rzeźbione 

płyty,  które  pasują  do  balustrady,  jaką  mam  w  domu.  Po  prostu 

wspaniałe.  Nie  spodziewałam  się,  że  uda  mi  się  znaleźć  coś  równie 

pięknego jak ta balustrada. 

Nigdy nie spotkał tak szczególnej kobiety - potrafiła cieszyć się z 

wszystkiego. 

- Chciałabym je mieć - powiedziała. 

- A nie możesz? 

-  Nie  miałabym  gdzie  go  postawić.  A  jest  takie  piękne. 

Powinieneś pójść i je zobaczyć. Stoisko numer 629. 

Nie miał zamiaru kupować łóżka. Jednak dostrzegł w oczach Cass 

coś, co kazało mu iść i je obejrzeć. 

- Pójdziesz ze mną? Sam nie umiałbym wyłowić nic sensownego 

z tej masy bubli. 

Zastanowiła się przez chwilę. 

- Dobrze. Chodźmy. 

Dał  się  jej  prowadzić  przez  duży,  piętrowy  sklep.  Było  dość 

gorąco,  ale  to  zupełnie  mu  nie  przeszkadzało.  I  tak  nie  dało  się  tego 

porównać  z  gorączką,  jaką  rozpalała  w  nim  Cass.  Zatrzymała  się  w 

drzwiach  i  dała  mu  znak,  że  to  tutaj.  Jego  wzrok  prześlizgnął  się  po 

łożu z baldachimem i zaraz do niego wrócił. 

Przyjrzał  się  krytemu  aksamitem  meblowi.  Rzeczywiście  był 

ozdobiony  ręcznie  rzeźbionymi  płytami.  Wykonanie  takiego  sprzętu 

musiało  trwać  wiele  godzin.  Ciężki,  aksamitny  baldachim  i  kotara 

nieco wypłowiały, ale tkanina nie była bardzo zniszczona. Przejrzysta 

background image

moskitiera  z  białego  jedwabiu  spowijała  łoże  zasłoną  tajemniczości. 

Cass rozsunęła tkaninę. 

- Popatrz na płaskorzeźbę na wewnętrznej stronie płyty. 

Rafe  zbadał  materac  ręką.  Był  miękki  i  lekki.  Łóżko  stało  na 

wysokim podwyższeniu. 

-  To  łóżko  zrobiono  dla  kochanków  -  powiedział  niemal 

nabożnym tonem. 

Wyobrażał  sobie  Cass  leżąca  pod  tym  baldachimem  w 

oczekiwaniu na niego. Czuł niemal chłodny dotyk satynowej pościeli 

na  plecach  i  gorąco  jej  skóry.  Wyobrażał  sobie,  jak  włosami  muska 

jego nagi tors. Całował miękkie, ciepłe usta poddane jego żarłocznym 

wargom. 

Biała,  delikatna  zasłona  oddzielałaby  ich  od  całego  świata. 

Wybraliby  się  w  długą  podróż,  w  czasie  której  ich  ciała  połączyłyby 

się  w  jedno.  Westchnął,  wyobrażając  sobie  doskonałość  takiego 

zjednoczenia. 

- Rafe? 

Rzeczywistość  wdarła  się  w  głąb  marzenia.  Rafe  odwrócił  się  w 

stronę  Cass.  Czuł  bardzo  silne  napięcie  w  lędźwiach.  Do  diabła, 

pójdzie  z  nią  do  łóżka.  Jak  najszybciej.  Fantazja  nigdy  nie  była  tak 

realna jak w tej chwili. 

- Kupuję - powiedział. - Odnowisz je dla mnie? 

-  Rafe,  to  prawdziwy  antyk.  Zdajesz  sobie  sprawą,  ile  może 

kosztować? 

background image

Nie, nie miał o tym bladego pojęcia. Od wczoraj, kiedy zrozumiał, 

co czuje do tej kobiety, nie potrafił myśleć o niczym. 

- Chcę mieć to łóżko. 

- Ale czemu? Przecież nie zbierasz antyków. 

- Bo jedyne, o co mi teraz zaprząta umysł, to wizja nas dwojga w 

tym łóżku. Z tą delikatną zasłoną odgradzającą nas od świata, podczas 

gdy doprowadzam cię do szaleństwa moimi pieszczotami. 

Cass oblała się rumieńcem i spuściła głowę. 

- Och... 

- Tak, „och".  A teraz może byś mi pomogła kupić i odnowić ten 

mebel? 

Kiwnęła głową. Zignorowała dreszcz, jaki przeniknął ją na myśl o 

kochaniu się w tym łóżku. 

-  To  naprawdę  najpiękniejsza  rzecz,  jaką  kiedykolwiek 

widziałam. 

Nieprawda,  pomyślał  Rafe.  Nie  łóżko  jest  najpiękniejsze,  tylko 

ona,  Cass.  Wszystko  w  niej  kochał.  Kiedy  na  nią  patrzył,  coraz 

wyraźniej uświadamiał sobie, jak bardzo jej potrzebuje. 

- Niech to diabli. 

- Rafe, przestań już. Skończ z tym przeklinaniem. 

Uśmiechnął  się  do  siebie,  gdy  wychodzili.  Dzień,  w  którym 

przestanie  przeklinać,  będzie  dniem  jego  upadku.  Miał,  kurczę, 

nadzieję, że to nigdy nie nastąpi. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Cass  obudziło  uporczywe  bzyczenie.  Próbowała  zignorować  ten 

nieznośny dźwięk i skoncentrować się raczej na śnie i namiętnościach, 

jakie wywołał. 

Jej  ciało  płonęło.  Wiedziała,  że  nigdy  nie  zdobędzie  się  na  tyle 

odwagi,  by  zrealizować  nocną  fantazję  w  rzeczywistości.  Śniła,  że 

uwiodła  Rafe'a  Santiniego.  Ale  nie  doszła  do  spełnienia.  Pragnęła 

wrócić w senne marzenia i zakosztować najsłodszego owocu. 

Chciałaby,  żeby  to  się  zdarzyło  naprawdę.  Ale  w  nieskrywanej 

zmysłowości  Rafe'a  było  coś,  co  budziło  w  niej  przerażenie.  Traciła 

przy  nim  głowę.  Nie  zniosłaby  powtórki  tamtej  nocy,  kiedy  ją 

pocałował  i  wyszedł.  Z  zamyślenia  znowu  wyrwał  ją  denerwujący 

odgłos, dochodzący zza okna. Spojrzała na zegarek i jęknęła głośno. 

-  Szósta  rano  -  wymamrotała  do  siebie,  wciskając  głowę  w 

poduszkę z nadzieją, że uda się jej zagłuszyć hałas. 

Rzadko  sypiała  do  południa,  ale  z  drugiej  strony  nie  zwykła 

wstawać z ptakami. Zwłaszcza w niedzielę, jedyny dzień w tygodniu, 

kiedy mogła troszkę dłużej poleżeć w łóżku. 

Jak  na  złość  za  oknem  robiło  się  coraz  głośniej.  Tak  się  jej  w 

każdym  razie  zdawało.  Wstała,  owinęła  się  podomką  i  podeszła  do 

okna, by poszukać winowajcy.  Większość jej sąsiadów pracowała od 

dziewiątej  do  piątej  i  w  czasie  weekendów  odsypiała  zaległości.  W 

umowie o wynajem był zresztą paragraf, który zakazywał hałasowania 

przed siódmą rano. 

background image

Wcale  się  nie  zdziwiła,  kiedy  zobaczyła  Rafe'a  Santiniego 

zajętego  koszeniem  trawy  na  jej  trawniku.  Miał  na  sobie  spodenki  i 

słuchawki na uszach. Jak zwykle był bez koszuli. Cass zwilżyła wargi, 

przypominając sobie dotyk jego nagich ramion. 

Co ten szaleniec wyprawia? Rzucił spojrzenie w stroną jej domu i 

pomachał  ręką,  kiedy  zobaczył  ją  w  oknie.  Odpowiedziała  mu  tym 

samym. Ogarnęła ją fala gorąca. Oparła czoło o chłodną szybę. 

Znowu będzie musiała dać panu Santiniemu oficjalne ostrzeżenie. 

Nie  mogła  jednak  udawać.  że  nie  wie,  dlaczego  on  to  robi.  Był 

wrażliwym,  troskliwym  mężczyzną,  noszącym  maskę  playboya. 

Wczoraj wspomniała przy nim, że nie cierpi prac w ogrodzie. 

Postępował wbrew umowie o wynajem, ale nie mogła się na niego 

gniewać. Westchnęła. Miałaby go karać za to, że jest taki wspaniały? 

Zastanawiała  się,  czy  łamanie  obowiązujących  przepisów  zaczął 

już  traktować  jak  jakąś  grę.  W  zeszłym  tygodniu  podlewał  swój 

trawnik  w  ciągu  dnia,  co  było  zabronione  w  umowie  o  wynajem,  a 

także  niezgodne  z  prawem.  Widziała,  jak  policjant  zostawia  mu  w 

drzwiach mandat. 

Musiała zadbać o to, by wyłączyć kosiarkę, zanim pobudzi innych 

sąsiadów. Któryś z nich mógłby złożyć skargę, a wtedy nie byłoby już 

odwołania.  Ubrała  się  szybko  w  dżinsy  i  koszulkę  z  emblematem 

Orlando  Magic.  Powtarzała  sobie,  że  ten  wybór  jest  zupełnie 

przypadkowy.  Związała  włosy  w  koński  ogon.  Na  nogi  włożyła 

płócienne pantofle. 

background image

-  Rafe!  -  zawołała,  próbując  przekrzyczeć  głośno  terkoczącą 

kosiarkę. 

Nie przerwał pracy. Nawet nie spojrzał w jej stroną. Zeszła więc z 

chodnika  i  stanęła  przed  nim.  Wyłączył  maszynę,  zdjął  okulary 

przeciwsłoneczne  i  słuchawki.  Był  tak  pociągający,  że  zapierało  jej 

dech w piersiach. Co on w niej widział? 

- Dzień dobry, Cass. 

Ciepły,  lekko  chrapliwy  głos  wpłynął  kojąco  na  jej  rozszalałe 

myśli  i  uczucia.  Nagle  zapomniała,  z  czym  tutaj  przyszła.  Chciałaby 

przytulić się do niego i zostać tak na zawsze. 

- Tęskniłaś? - zapytał, wpatrując się w jej usta. 

Skinęła głową. Czy chciał ją pocałować? Miała taką nadzieję. W 

tym  momencie  przypomniała  sobie,  dlaczego  stoi  obok  niego  na 

trawniku o szóstej rano. 

- Nie można kosić o tej porze. Jest za wcześnie. 

- Cooo? 

Przesunął  dłonią  po  swej  obnażonej  piersi.  Oczy  Cass  śledziły 

jego ruch. 

- Znowu postąpiłeś wbrew umowie o wynajem domu. 

-  A  co  takiego  zrobiłem  tym  razem?  Na  Boga,  staram  się  tylko 

zachowywać jak dobry sąsiad. Nie chcę, żeby wlepiono ci karę. 

Był  wyraźnie  urażony.  Może  rzeczywiście  nie  zdawał  sobie 

sprawy z tego, że hałasowanie o tej porze jest zakazane. Bardzo dużo 

ostatnio  pracował.  Nie  miał  specjalnie  czasu  na  czytanie  jakichś 

background image

dokumentów  i  regulaminów.  Tylko  raz  widziała  go  ostatnio 

biegającego, a i wtedy wyglądał na przemęczonego. 

-  Wiem  -  powiedziała,  podchodząc  bliżej.  -  Strasznie  się  bałam 

zejść  tu  do  ciebie,  ale  nie  chciałam,  żebyś  pobudził  wszystkich 

sąsiadów. 

- Czemu? 

- Co: czemu? 

Stali  bardzo  blisko  siebie.  Cass  chciała,  by  zniknęła  nawet  ta 

niewielka  przestrzeń,  która  ich  dzieliła.  Ciało  Rafe'a  promieniowało 

ciepłem. Czuła zapach potu. 

- Czemu strasznie się bałaś zejść tu do mnie? 

Drażnił się z nią. Wyciągnął dłoń w jej stronę, ale tylko po to, by 

odgarnąć jej grzywkę z czoła. Domagał się prawdy. Bała się odsłonić 

przed nim do końca, postanowiła więc, że spróbuje zastosować unik. 

- To bardzo miłe z twojej strony. 

-  Miłe?  Wcale  nie  jestem  miły,  po  prostu  dbam  o  siebie. 

Dekoncentruję  się, kiedy  widzę  cię  w  szortach.  A  cóż  włożyłabyś  na 

siebie do koszenia? 

Rozśmieszył  ją.  Stali  teraz  bardzo  blisko  siebie.  Palce  aż  ją 

swędziały z ochoty, by dotknąć jego spoconej skóry. 

- Dekoncentrujesz się? Czemu? Noszę niezbyt wytworne szorty. 

- Są spłowiałe i opięte z tyłu. 

Puścił do niej oko. 

- Rafe! 

- Sama pytałaś. Czy wiesz, że ty też masz ładną pupę, kochanie?  

background image

Zatkało ją. W końcu wykrztusiła z siebie odpowiedź: 

- Santini, zamknij się. 

Wybuchnął głośnym śmiechem. 

- Powiedz, jaki przepis złamałem tym razem? 

- Nie można używać urządzeń elektrycznych przed siódmą rano. 

- Jak wysoka kara za to grozi? - zapytał, choć najwyraźniej mało 

go to obchodziło. 

- Dwieście dolarów, ale ja cię tylko ostrzegłam. 

Przechylił  głowę  i  spojrzał  na  nią  z  ukosa,  rozważając  jej 

odpowiedź. 

- A czy to nie jest wbrew przepisom? 

- Właściwie tak. Ale nie było jeszcze żadnych skarg. 

Przysunął  się  bliżej  i  położył  jej  dłonie  na  ramionach.  Oblizała 

wargi. Wszystko w niej wołało o pocałunek. Co się z nią działo? 

- Może byś przeczytał tę nieszczęsną umowę? 

- Przejrzałem ją. 

Czuła na policzku jego oddech. 

- Niezbyt uważnie, skoro tyle przeoczyłeś. 

Jeśli  zaraz  jej  nie  pocałuje,  będzie  zmuszona  wziąć  sprawę  w 

swoje ręce. 

- Co innego zaprzątało mi głowę. 

Przyciągnął ją do siebie. Zamknęła oczy. Jego wargi były napięte, 

silne. 

- Co takiego? 

background image

Mówiła  prawie  szeptem.  Schylił  głowę  i  potarł  nieogolonym 

policzkiem o jej policzek. Pachniał męskością. Chciała znowu znaleźć 

się  w  jego  objęciach,  jak  wtedy,  na  drabinie.  Pragnęła  być  jak 

najbliżej  niego.  Odsunęła  się  odrobinę,  żeby  spojrzeć  na  Rafe'a.  W 

oczach miał wciąż zaczepny wyraz, ale teraz  wyraźnie zdominowany 

przez ogień pożądania. 

-  Pani  Gambrel,  pani  to  potrafi  człowieka  zdekoncentrować  - 

powiedział  i  w  końcu  ją  pocałował.  Lekko  i  pieszczotliwie,  bez 

brutalnej żarłoczności. 

Cass nie opierała się. Zarzuciła mu ramiona na szyję. Tak dobrze 

do siebie pasowali. Nie zdając sobie z tego sprawy, objęła go jeszcze 

mocniej.  Pocałunek  dał  jej  chęć  do  życia.  Wplątała  palce  w  kręcone 

włosy Rafe'a i zastygła w zapamiętaniu. Chciałaby tak trwać na wieki. 

- Gdzie Andy? - zapytał po dłuższym czasie Rafe. 

-  Śpi.  Myślałam  o  tym,  żebyś  przyszedł  do  nas  na  śniadanie  - 

powiedziała,  szczypiąc  go  delikatnie  w  wargę.  Palcem  wskazującym 

musnęła  jego  szyję.  Przeciągnęła  palec  w  dół,  aż  na  pierś.  -  Ale 

musisz włożyć jakieś przyzwoite spodenki. 

- Podobno lubisz moją pupę. 

-  Co  w  ciebie  dzisiaj  wstąpiło?  -  Poczuła  rumieniec  wypełzający 

na  twarz.  Oparła  czoło  o  ramię  Rafe'a.  -  Gdybyś  miał  choć  odrobinę 

taktu, nie wspominałbyś nigdy więcej o pupach - twojej czy mojej. 

Kciukiem  uniósł  jej  brodę.  W  jego  oczach  było  tyle  ciepła  i 

łagodności.  Poczuła,  jak  przywiązanie  do  tego  człowieka  zaczyna 

przemieniać się w... miłość. Ta myśl ją spłoszyła. 

background image

- Już lepiej pójdę. Śniadanie za godzinę. 

- Przyjdę. Dzięki za ostrzeżenie, Cass 

Popchnął kosiarkę w stronę swojego domu. 

- Tylko nie zapomnij ubrać się jak człowiek. 

Jego  śmiech  był  głośny,  głęboki  i  zaraźliwy.  Cass  potrząsnęła 

głową i ruszyła do kuchni. 

 

Cass nuciła cicho, kiedy Rafe wszedł do pracowni. Obiecał zająć 

się Andym, by mogła popracować nad renowacją mebla kupionego na 

aukcji. Klęczała na łóżku i czyściła rzeźbioną płytę w zagłówku. 

Praca  pochłonęła  ją  bez  reszty.  Rafe  pomyślał,  że  nigdy  nie 

wyglądała  równie  uroczo.  Zatrzymał  się  w  progu,  nie  chcąc  jej 

przeszkadzać. 

Zajmowała  się  tym,  co  kochała  robić.  Widać  to  było  w  każdym 

geście.  Ostrożnie  czyściła  płaskorzeźbę,  detal  po  detalu.  Jej  ruchy 

były  zdecydowane,  pewne.  Wyobraził  sobie  te  same  palce  na 

własnym  ciele.  Jąknął  głośno.  Do  diabła,  pragnął  jej  tak  mocno,  że 

zaczynało to przybierać rozmiary obsesji. 

Powinien ją zostawić. Odejść, nim sprawa skomplikuje się jeszcze 

bardziej. Ale nigdy nie spotkał kobiety, w której tyle by go pociągało. 

Cass  i  jej  syn  stawali  się  coraz  ważniejszymi  osobami  w  jego  życiu. 

Był wściekły na siebie, że do tego dopuścił. 

Cass  podkuliła  pod  siebie  długie  nogi.  Uwielbiał  je.  Były 

szczupłe, ale silne. Znowu wrócił do niego wymarzony obraz tych nóg 

owiniętych  wokół  jego  bioder.  Zawsze  kiedy  ją  widział,  nie  potrafił 

opędzić się od myśli o seksie. 

background image

Odchrząknął. 

- Powinnaś zrobić sobie przerwę. 

-  Nie  potrzebuję  przerwy  -  odpowiedziała  przekornie.  -  Ja  tu 

sobie...  jak  ty  to  powiedziałeś?  Siedzę  w  cieniu,  podczas  gdy  ty 

pracujesz w pełnym słońcu. 

Roześmiał  się.  Zapomniał  już,  jakie  to  uczucie  dzielić  z  kimś 

radość. Ukłonił się głęboko. 

-  Pokornie  przepraszam  za  to,  że  nie  doceniłem  czasu  i  wysiłku, 

jaki wkłada pani w swoją pracę. 

Cass  sapnęła  głośno,  po  czym  zeskoczyła  z  łóżka  i  podbiegła  do 

Rafe'a. Położyła mu dłoń na czole i zajrzała z troską w oczy. 

- Rafe? Jesteś chory? Masz gorączkę? A może opętał cię jakiś zły 

duch? 

-  Niech  pani  uważa,  pani  Gambrel.  Nie  zamierzam  tolerować 

takich głupot. 

Przyciągnął  ją  bliżej.  Chciał  pocałować  te  kuszące  usta.  Tylko  o 

nich  potrafił  myśleć,  leżąc  nocą  w  łóżku.  Przypominał  sobie  wtedy, 

jak  słodko  Cass  potrafi  się  uśmiechać,  i  zaraz  zaczynał  cały  płonąć 

pożądaniem. 

-  Wcale  nie  żartuję,  Santini.  Po  raz  pierwszy  słyszałam,  jak 

przepraszasz. Myślałam, że nie jesteś do tego zdolny. 

Pociągnął  ją  za  włosy,  jak  kiedyś,  przed  laty  swoją  siostrę. 

Momentalnie stanęła mu przed oczami twarz Angeliki. 

- Jak sobie radzisz z łóżkiem? 

- Nieźle. Czemu pytasz? 

background image

- Nie poszłabyś do kina? - wyrwało mu się. 

Gdzie się podziało całe jego doświadczenie, gdzie postanowienia, 

których miał się trzymać? 

- Teraz? 

- Taaa, pokazują film o baseballu. Spodobałby się Andy'emu. 

Świetnie,  Santini,  tylko  tak  dalej,  powtarzał  sobie,  udawaj,  że 

chodzi  ci  o  dziecko.  Prawda  była  taka,  że  Rafe  chciał  siedzieć  koło 

Cass w ciemnym kinie, szepcząc jej do ucha czułe słówka i dzieląc się 

z nią prażoną kukurydzą. 

-  Dobrze  -  odparła  po  prostu.  -  Chętnie  pójdę.  Muszę  cię  tylko 

ostrzec,  że  Andy  zwykle  wybiera  miejsce  przed  samym  ekranem  i 

zjada cukierków za jakieś dwadzieścia dolarów. Mnie boli żołądek od 

samego patrzenia na niego. 

- I zgadzasz się na to? 

Nie  potrafił  uwierzyć,  że  Cass,  który  przyrządzała  bułeczki  z 

otrębami i naleśniki z mąki gryczanej, pozwala, by jej syn jadł jakieś 

świństwa. 

Posłała  mu  wnikliwe  spojrzenie.  Już  wcześniej  zauważył,  że  nie 

znosi podawania w wątpliwość jej umiejętności wychowawczych. 

-  Chodzimy  do  kina  tak  rzadko,  że  nie  wydaje  mi  się,  aby  to 

mogło przynieść Andy'emu dużo szkody. 

- Ja cię nie krytykuję. 

Nie  udawał.  Naprawdę  nic  o  to  mu  chodziło.  Uważał  zresztą,  że 

Cass  radzi  sobie  z  wychowywaniem  Andy'ego  lepiej  niż  wiele  par 

małżeńskich. 

background image

- A, owszem, krytykowałeś. Ale rozumiem, że łatwo jest ferować 

wyroki,  kiedy  samemu  stoi  się  z  boku  i  przygląda.  Niech  ci  się  nie 

wydaje,  ze  takie  decyzje  podejmuje  się  łatwo.  Bynajmniej.  Tylko  że 

ojciec  Andy'ego  przyzwyczaił  go  do  sobotnich  wypraw  do  kina. 

Zwykle nieprzytomnie się razem wówczas obżerali. 

Rafe  zrozumiał  coś,  czego  wcześniej  nie  dostrzegł.  Cass  musiała 

być  dla  swojego  syna  matką  i  ojcem  jednocześnie.  Wyobrażał  sobie, 

że nie zawsze przychodziło jej to z łatwością. 

- Przepraszam, Cass. To było nie w porządku z mojej strony. 

Cisza  trwała  tak  długo,  że  Rafe  się  przestraszył.  Może  właśnie 

zniszczył  szansę  zbliżenia.  Nie  mógłby  tego  znieść.  Nie  mniej  niż 

pragnął pójść z nią do łóżka chciał jej przyjaźni. 

- Mylisz się, miałeś rację. To ja przesadziłam. Bardzo bym chciała 

oduczyć  Andy'ego  jedzenia  byle  czego.  Ale  gdybyś  widział  jego 

twarz, kiedy poszliśmy razem do kina pierwszy raz po śmierci Carla. 

Nie potrafiłam mu wtedy odmówić kupna cukierków. 

- Chodź do mnie, kochanie. 

Przytulił ją do siebie. Nigdy się tak naprawdę nie zastanawiał nad 

trudnościami, jakie niesie ze sobą wychowywanie dzieci. Sam nie był 

ojcem  i  wszystko,  co  z  tym  związane,  było  mu  obce.  Cass  wyraźnie 

potrzebny był ktoś, w kim miałaby oparcie i kto służyłby jej pomocą 

przy podejmowaniu decyzji. 

Instynktownie wiedział, że na niego liczy. Nigdy nie pozwoliłaby 

sobie  na  związek,  o  którym  z  góry  byłoby  wiadomo,  że  będzie 

przelotny i niewiele znaczący dla którejkolwiek ze stron. 

background image

Cass  potarła  twarzą  o  pierś  Rafe'a.  Objął  ją  mocno  i  trzymał  tak 

długo,  aż  wyrwała  się  z  jego  ramion.  Spojrzała  na  niego  z 

wdzięcznością. W jej oczach było coś jeszcze, coś, czego nie potrafił 

nazwać.  

Instynkt  podpowiadał  mu  ucieczkę.  Jak  najdalej  od  tej  kobiety, 

zanim będzie za późno. Zamiast tego musnął wargami jej włosy. 

-  Przyjdę  po  was  za  dwadzieścia  minut.  Sprawdziliśmy  już  z 

Andym godzinę rozpoczęcia seansu. 

- Co by było, gdybym powiedziała „nie"? - zapytała przekornie. 

-  Nie  powiedziałaś.  -  Rafe  zmierzał  w  stronę  wyjścia.  -  Idź  się 

przebrać.  Masz  tylko  dwadzieścia  minut.  Andy  zapewnił  mnie,  że 

dopilnuje, byś była gotowa na czas. 

Nocne powietrze było bardzo chłodne. Cass miała na sobie bluzkę 

z krótkimi rękawami i drżała z zimna. Kusiło ją, żeby pójść po sweter, 

ale  Rafe  przysunął  się  do  niej  i  otoczył  ją  ramieniem.  Czuła,  jak 

udziela się jej ciepło jego ciała. 

- Lepiej? - zapytał cicho. 

Skinęła  głową  w  milczeniu.  Nie  chciała  przerywać  ciszy.  Wokół 

pełno  było  różnych  dźwięków.  Cykanie  świerszczy,  pomrukiwanie 

lelka i daleki odgłos ulicy tworzyły razem symfonie odgłosów. 

Andy poszedł spać zaraz po dziewiątej. Jego matka i Rafe przeszli 

z butelką wina na werandę. Cass zamierzała zaprosić sąsiada do siebie 

na Święto Dziękczynienia, ale nie wiedziała, jak zacząć. 

Najwyraźniej  Rafe  nie  miał  nikogo  bliskiego  na  Florydzie. 

Zastanawiała się, czy w ogóle ma jakąś rodzinę. Nigdy nie opowiadał 

background image

o  swojej  przeszłości.  Bardzo  ją  to  dziwiło.  bo  nie  znała  żadnego 

Włocha, który by nie miał rodziny, i to dużej. 

Zadrżała znowu i Rafe przytulił ją mocniej do siebie. 

- Chcesz wejść do środka, Cassie? 

- Nie - wyszeptała. 

Lubiła,  kiedy  nazywał  ją  „Cassie".  Nikt  tak  się  do  niej  nie 

zwracał. Była zbyt niezależna i uparta, by rodzina i przyjaciele mówili 

do niej inaczej niż po prostu „Cass". 

- W przyszłym tygodniu jest Święto Dziękczynienia. 

- Mhm - wymamrotał z twarzą wtuloną w jej włosy. 

- Masz jakieś plany? 

Wzięła go za rękę. Ich palce splotły się ciasno. 

- Nie. Lubię być w święta sam. 

- A co z twoją rodziną? 

Instynktownie  czuła,  że  jest  bardzo  samotny.  Tak  mało  o  nim 

wiedziała. Tyle jeszcze było do zbadania. Tak wiele powodów, by się 

nie angażować w ten związek. Jednakże z drugiej strony to właśnie ją 

do niego przyciągało. 

Zamiast odpowiedzi otrzymała pocałunek.  

Zadrżała, ale tym razem nie z zimna. Zamierzała ponowić pytanie 

i zmusić go do odpowiedzi. Chciałaby, żeby czuł się z nią bezpiecznie 

nie  tylko  fizycznie,  ale  i  emocjonalnie.  Ale  wyczuła  w  nim  taką 

pustkę  i  samotność,  że  zrezygnowała.  Odchyliła  głowę,  by  ułatwić 

jego ustom dostęp do szyi. 

background image

Poczuła,  jak  dłoń  Rafe'a  wędruje  w  stronę  jej  piersi.  Cienki, 

jedwabny materiał bluzki nie stanowił żadnej bariery.  

Jęknęła, kiedy ich usta się spotkały. To był  wstęp. Wiedziała, do 

czego,  i  nie  próbowała  się  okłamywać.  Nie  była  jednak  jeszcze 

gotowa. Jeśli pójdą ze sobą do łóżka, nie będzie mogła udawać, że nie 

kocha tego mężczyzny. 

Odsunęła się. Rafe spojrzał na nią uważnie. 

- Wiem - powiedział miękko. - Wrócę do domu. 

Chciała poprosić go, żeby został, ale milczała. Zeszła po schodach 

z werandy. 

- Dobranoc, Rafe. 

- Pa, Cassie. 

Przytulił ją i długo całował. 

- Nie chcę, żebyś szedł. 

Jej  głos  był  chrapliwy  od  pożądania,  a  jednocześnie  piskliwy  z 

zażenowania. Brzmiał obco dla niej samej. Zarumieniła się i schowała 

twarz na piersi Rafe'a. 

- Nie chcesz też, żebym został - odpowiedział. 

Wiedziała, że ma rację. Bardzo go  lubiła, ale nie była gotowa na 

nic  poza  przyjaźnią.  Och,  Rafe,  pomyślała.  Co  się  stanie,  gdy 

namiętność wymknie się nam spod kontroli? To nastąpi już niedługo. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Rafe  wyszedł  na  werandę  z  kubkiem  kawy  w  dłoni.  Lubił 

obserwować Cass wychodzącą z Andym rano do szkoły. Zauważył, że 

dziś  podjazd  w  domu  Gambrelów  jest  już  pusty.  Poczuł 

rozczarowanie. 

Ostatniej nocy coś się zmieniło. Jakby uczucia, które zepchnął na 

najdalszy  plan.  wróciły  i  znowu  nim  owładnęły.  Był  przerażony  ich 

siłą. Nie zachowywał się tak nawet wówczas, kiedy chodziło o Annę, 

której  pragnął  tak  bardzo,  że  zapomniał  przy  niej  o  obowiązkach 

wobec rodziny. Cass była piekielnie niebezpieczna. 

Jeśli straci nad sobą kontrolę, zgubi ich oboje. Zauważył, że myśli 

o niej w najdziwniejszych porach i najmniej odpowiednich miejscach. 

Wczoraj  na  budowie  o  mało  nie  spadł  przez  świetlik  w  dachu.  Cała 

ekipa naśmiewała się z niego. 

Tak nie może dłużej być. Nie miał jednak pojęcia, jak przerwać tę 

torturę  i  nie  urazić  Cass.  Nie  da  się  jej  po  prostu  uwieść.  Wymagała 

czegoś więcej. I on także - kiedy był z nią. 

Po latach samotności, przerywanych jedynie krótkotrwałymi i nic 

nie  znaczącymi  związkami,  spotkał  kobietę,  od  której  powinien 

trzymać się z daleka. I nie potrafił. Przy niej dostrzegł, jak puste było 

dotąd  jego  życie.  Wywołała  dawne  wspomnienia  i  związane  z  nimi 

uczucia, które uważał za głęboko pogrzebane. 

Wstał,  by  wrócić  do  domu  i  przygotować  się  do  pracy,  kiedy 

nagle  jego  uwagę  przyciągnął  pakunek  zawinięty  w  szary  papier. 

Oparte o ścianę obok drzwi stało jakieś niewinnie wyglądające pudło. 

background image

- Co to, u diabła, jest? - mruknął do siebie. 

Na werandę wpadła Tundra i zaczęła obwąchiwać paczkę. 

- Jak myślisz, co to może być? 

Pies  zaszczekał  przyjacielsko.  Rafe  wywnioskował  z  tego,  że 

zapach  musi  być  mu  znajomy.  Postawił  kubek  z  kawą  na  barierce  i 

pochylił się nad tajemniczym pudłem. Rozluźnił sznurek. Podskórnie 

czuł, że paczka jest od Cass 

Na  podłogę  upadł  liścik.  Pachniał  kwiatowymi  perfumami.  Jej 

perfumami. Podniósł pastelowożółtą karteczkę. 

Dziwnie  wyglądał  ten  jasny  kolor  na  tle  jego  spracowanych  rąk. 

Czasem zapominał o śladach, jakie zostawia jego praca. 

Pismo  było  okrągłe  i  kobiece,  ale  znamionowało  również  siłę. 

Wyobraził  sobie  Cass.  jak  siedzi  przy  stoliku  w  sypialni  zajęta 

pisaniem  listu,  okryta  tylko  tą  cieniutką  podomką,  którą  miała  na 

sobie w dniu, gdy się poznali. 

„Dżentelmen  powinien  być  zawsze  odpowiednio  ubrany.  Miłej 

zabawy w Święto Dziękczynienia". 

Rafe  zachichotał.  Tundra  porwała  sznurek  i  zbiegła  na  trawnik. 

Patrzył  za  nią,  zanim  jego  uwaga  powróciła  do  przesyłki.  Siedem 

koszul  w  różnych  kolorach  i  z  różnych  tkanin.  Wybrał  bawełnianą 

koszulkę w kolorze khaki i poszedł wziąć prysznic. 

Musiał odpowiedzieć jakoś na taki podarunek. Tylko jak? 

Najlepiej  wybierze  coś  z  ubrania.  Jakąś  specjalną  nocną  koszulę. 

Nawet  wiedział,  gdzie  ją  zamówić.  Cass  lubiła  mieć  w  domu  ładne 

rzeczy, ale zauważył, że ubiera się raczej praktycznie. 

background image

Ofiaruje  jej  taką  rzecz,  jakiej  sama  by  sobie  nie  kupiła. 

Wyczuwał, że dla Cass sprawa koszul to nie tylko dowcip. 

Bardzo  jej  musiał  przeszkadzać  widok  jego  na  wpół  obnażonego 

ciała.  Nie  zamierzał  biegać  w  upały  zapięty  po  szyję,  ale  była  już 

właściwie  jesień,  mógł  nie  obawiać  się  więc  przegrzania  i  zacząć 

wkładać koszule. 

Kwadrans  później  siedział  w  swoim  jaguarze  i  obserwował 

powrót  Cass.  Wyjechał  na  ulicę,  zatrzymał  się  przy  jej  podjeździe  i 

otworzył okno. 

- Cześć, Cassie. 

Spojrzała na jego tors i uśmiechnęła się znacząco. 

-  A,  pan  Santini  -  powiedziała  cicho,  ale  z  zaczepną  nutką  w 

głosie. - Ładna koszula. 

-  Dziękuję  -  odpowiedział,  uśmiechając  się  szeroko.  - 

Powiedziano  mi,  że  dżentelmen  powinien  się  zawsze  odpowiednio 

ubierać. 

Rumieniec  okrył  policzki  Cass.  Rafe  uśmiechnął  się  jeszcze 

szerzej.  Odpowiedziała  mu  tym  samym.  Nie  mógł  już  czekać  dłużej. 

Przyszedł czas, by umówić się z nią na prawdziwą randkę. 

- Rafe, zapraszam cię na świąteczną kolację. 

Długo się jej przyglądał, zanim zaprzeczył ruchem głowy. Chciał 

zjeść  z  nią  kolację  -  do  licha,  przecież  właśnie  zamierzał  ją  gdzieś 

zaprosić  -  ale  nie  w  święta.  Święta  zawsze  przypominały  mu  o  tych, 

których  stracił.  Wiedział,  jak  spędzi  Święto  Dziękczynienia.  Na 

pewno nie w otoczeniu szczęśliwych, kochających się ludzi. 

background image

-  Myślałam,  że  może  miałbyś  ochotę  poznać  moją  rodzinę. 

Zawsze  przychodzą  do  mnie  w  Święto  Dziękczynienia.  A  na  Boże 

Narodzenie jeździmy do mojej mamy... 

Nerwowo  przeskakiwała  z  tematu  na  temat.  Rafe  wiedział,  że 

bardzo ją uraził, odrzucając zaproszenie. 

- Przepraszam, Cass. Nie mogę. 

- Nie ma sprawy - skłamała. - Masz jakieś inne plany? 

- Taaa. 

Nie  mógł  jej  przecież  powiedzieć,  że  idzie  do  knajpy  w  centrum 

miasta  i  zamierza  się  upić.  Ze  dopiero  gdy  pochłonie  butelkę 

szkockiej,  potrafi  zapomnieć  o  tym,  co  się  stało.  O  śmierci  swoich 

rodziców. 

- Spotykasz się z rodziną? 

Jej niewinne pytania jeszcze bardziej komplikowały sytuację. Jak 

miał na nie odpowiadać? 

- Muszę jechać, bo się spóźnię. 

Zamknął  okno  i  zapalił  silnik.  Musiał  uciec  przed  Cass.  Pragnął 

uciec  przed  wspomnieniami  o  swoim  domu  i  rodzinie.  Miotał 

przekleństwa  pod  nosem.  Nie  zdejmował  nogi  z  pedału  gazu  przez 

całą  drogę  na  budowę.  Miał  nadzieję,  że  praca  pozwoli  mu  oderwać 

myśli  od tej kobiety.  I  wiedział  jednocześnie,  że  szansa na  to,  by  tak 

się stało, naprawdę jest znikoma. 

 

Dwa dni później Cass siedziała na podłodze obok restaurowanego 

łóżka.  Było  prawie  gotowe.  Kiedy  nad  nim  pracowała,  obraz  Rafe'a 

background image

nie  opuszczał  jej  ani  na  moment.  Na  ogół  był  to  obraz  Rafe'a 

przebywającego razem z nią w tym łóżku. 

To  jego  wina.  Co  wieczór  biegał  po  okolicy  w  tych  swoich 

nieprzyzwoicie  kusych  spodenkach.  Kiedy  go  w  nich  widziała, 

przypominała  sobie  ich  pocałunki.  Ostatniej nocy  znowu  miała  sen  o 

Rafie  i  jego  łóżku.  Jej  podświadomość  nie  chciała  zaakceptować 

faktu, że ją zignorował, że przerwał ten dopiero rodzący się związek i 

nie zamierzał jej uwieść. 

Zacisnęła  palce  na  kolumience  podtrzymującej  baldachim  nad 

łóżkiem.  Mebel  udał  się  jej  nadzwyczajnie.  Pogładziła  dłonią  płasko 

rzeźbione  ozdoby.  Nie  myśleć  o  Rafie  było  trudniej,  niż  się 

spodziewała.  Połknęła  przynętę,  a  on  nawet  o  tym  nie  wiedział.  Z 

zamyślenia wyrwał ją nagle dzwonek do drzwi. Pobiegła otworzyć. 

- Kto tam? - zapytała i wyjrzała przez wizjer. 

- Przesyłka dla pani Gambrel. 

Próbowała 

sobie 

przypomnieć, 

co 

ostatnio 

zamawiała. 

Pokwitowała odbiór paczki i szybko ją otworzyła. W sztywne pudełko 

zapakowano czerwoną satynową koszulkę nocną. 

- Rany Julek! 

Tylko  Rafe  mógł  jej  przysłać  coś  takiego.  Mężczyzna,  który 

chciał  ją  uwieść.  Człowiek,  który  miał  dość  tupetu,  by  przysłać 

peniuar, a potem zupełnie ją ignorować. 

Wyjęła  koszulkę  z  opakowania  i  zalała  się  rumieńcem,  kiedy 

zauważyła, że cały przód wykonano z przejrzystej czerwonej koronki. 

background image

Patrzyła  na  koszulkę  w  oszołomieniu.  Rosło  w  niej  podniecenie. 

Nigdy nie odważyłaby się włożyć na siebie czegoś takiego. 

Po co jej to przysłał? Przypomniała sobie poranek, kiedy dała mu 

koszule.  Był  wtedy  miły,  delikatny,  zachowywał  się,  jakby  odnalazł 

coś, za czym tęsknił. 

Ale  potem  odszedł,  zostawił  ją.  Zaczął  postępować  jak  zwykły 

sąsiad. Zmienił się, a ona wiedziała, jaka jest tego przyczyna. Bał się, 

że Cass szuka męża i on jest obiektem jej polowania. 

Strzepnęła koszulkę, szukając jakiegoś liściku. Miała nadzieję, że 

koszulka  została  wysłana  po  ich  ostatniej  rozmowie.  Logicznie  rzecz 

biorąc,  było  to  jednak  mało  prawdopodobne.  Rafe  musiał  to  zrobić 

wcześniej. Powoli wysunęła list z koperty. 

„Myślę, że dama powinna być w nocy odpowiednio ubrana". 

Czyżby  w  jej  liściku  było  aż  tyle  arogancji?  Spojrzała  na piękną 

koszulkę  i  poczuła,  że  zaraz  się  rozpłacze.  Nigdy  nie  dostała  takiego 

prezentu.  Od  żadnego  mężczyzny,  nawet  od  Carla.  On  kupował  jej 

miksery i odkurzacze. 

Podeszła  do  okna,  zwabiona  głośnym  szczekaniem  psa.  Rafe  i 

Tundra właśnie ukazali się zza zakrętu. Zdziwił ją zbieg okoliczności. 

Rafe prawdopodobnie nie znał terminu doręczenia przesyłki, a jednak 

trudno było uwierzyć w przypadkowość jego pojawienia się właśnie w 

tym momencie. 

Poczuła, że ogarnia ją złość. Chciała go poznać, spędzać z nim jak 

najwięcej  czasu.  Marzyła,  by  pójść  z  nim do  łóżka.  I  nie  mogła  tego 

background image

mieć,  bo  nie  byli  stworzeni  dla  siebie.  Jej  dotychczasowe  życie  i 

doświadczenia Rafe'a oddalały ich od siebie. 

Wyszła na  werandę z mocnym postanowieniem przeprowadzenia 

rozmowy z Rafe'em. Przede wszystkim musiała się jakoś dowiedzieć, 

dlaczego nie chciał przyjść do niej na obiad w Święto Dziękczynienia. 

„Inne plany" były tylko wymówką. Ona nie da się na to nabrać. Jeśli 

to dla niego jest krępujące, nie musi spotykać się z jej rodziną. 

- Raphaelu Santini - zawołała głośno. 

- Tak, szanowna pani? 

- Chcę z tobą porozmawiać. 

Stanęła  na  szczycie  schodów.  Zastanawiała  się,  czy  nie  zejść 

niżej,  ale  nie  chciała  rozmawiać  z  nim,  zadzierając  głowę.  Przeszedł 

przez  ulicę  i  wszedł  na  werandę.  Pachniał  jak  zawsze:  męskością  i 

potem. Spojrzał na jej ręce. w których trzymała prezent od niego. 

- Dziękuję - powiedziała. 

- Nie ma za co. Chciałem, by to było coś... - Wzruszył ramionami 

i odwrócił wzrok od koszulki. - Zresztą, to już nieważne. 

- Mimo to powiedz. 

Cass  musiała  zaspokoić  swoją  ciekawość,  dowiedzieć  się,  po  co 

przysłał jej ten uroczy drobiazg, jeśli nie zamierzał jej w nim oglądać. 

- Powód ci się nie spodoba. 

Nie  odrywała  od  niego  wzroku,  czekając  na  odpowiedź.  Tym 

razem  mu  nie  daruje.  Chciała  rozumieć  człowieka,  w  którym  się 

zakochała. 

background image

- Wiedziałem, że sama nigdy byś sobie czegoś takiego nie kupiła. 

-  Dotknął  czerwonej  satyny.  -  I  chciałem  wyobrażać  sobie  ciebie 

śpiącą w czymś równie pięknym jak ty sama. 

- Rafe - powiedziała szeptem. Była bliska łez. Czemu spotkała go 

tak  późno?  Dlaczego  nie  poznali  się,  zanim  stała  się  tym,  kim  jest 

dzisiaj?  Jej  dusza  bolała  nad  tym,  że  nigdy  nie  zakosztuje  miłości  z 

Rafe'em. 

- Jesteś piękna, Cass. 

Musnął  palcem  jej  policzek,  a  ona  poddała  się  tej  pieszczocie. 

Stali tak długo. W końcu przypomniało jej się, że chciała jeszcze o coś 

zapytać Rafe'a. 

- Wyjaśnij mi, co takiego powiedziałam tamtego ranka? Wyraźnie 

cię  czymś  zdenerwowałam  -  powiedziała  i  po  chwili  dodała:  - 

Zastanawiałam się setki razy nad każdym swoim słowem i nie wiem, 

o co ci chodziło. 

Rafe  zaklął  pod  nosem  i  gwałtownie  ją  do  siebie  przyciągnął. 

Pogłaskał po plecach i pocałował w czubek głowy. 

- Nie chodzi o coś, co powiedziałaś. 

- Wytłumacz mi więc, o co. 

Usiadł na schodach i pociągnął za sobą Cass. 

-  Moi  rodzice  zginęli  w  wypadku  samochodowym  w  Święto 

Dziękczynienia. 

-  Boże,  Rafe!  Tak  mi  przykro.  -  Rozumiała,  jak  się  musiał  czuć. 

Wiedziała,  co  znaczy  śmierć  kogoś  bliskiego.  -  Tym  bardziej  nie 

powinieneś spędzać tego dnia w samotności. 

background image

- Idę do Jimmy'ego. 

- Czy to jakiś znajomy? - zapytała. 

Nie  znała  jego  przyjaciół.  Nigdy  nikogo  u  niego  nie  widziała. 

Może chodziło o kogoś z pracy? 

- Nie - powiedział, śmiejąc się głośno. - To świetna knajpa. 

- Nie znam jej. 

- Znajduje się w centrum, koło stacji Church Street. 

- To pub? 

Skinął głową i odwrócił wzrok. 

- Rafe, alkohol nie jest rozwiązaniem - powiedziała surowo, chód 

trudno jej było myśleć rozsądnie w jego objęciach. 

Momentalnie  wyparowały  jej  z  głowy  słowa  przestrogi,  jaką 

zamierzała  mu  dać.  Serce  biło  jej  coraz  szybciej.  Przytuliła  się  do 

niego. Chciała ukoić go samą swoją obecnością. 

-  Wiem,  Cassie.  Ale  lepsze  to  niż  siedzenie  w  domu  i 

rozdrapywanie ran. 

-  To  dlaczego  nie  przyjdziesz  do  mnie?  Mój  szwagier,  jedyny 

mężczyzna w rodzinie, bardzo by się ucieszył z twojego towarzystwa. 

- Obawiam się, że to by jeszcze pogorszyło sytuację. 

Cass zesztywniała. Poczuła się urażona. 

-  Nie  jesteśmy  jakimiś  wilkołakami.  Rafe.  Tony  chętnie 

porozmawiałby o piłce, jeśli miałbyś na to ochotę. Wiem przecież, że 

to lubisz. 

background image

-  Uspokój  się,  Cass.  Wierzę,  że  masz  wspaniałą  rodzinę,  ale  nie 

chcę  się  zaprzyjaźnić  z  twoimi  krewnymi.  Nie  pozwolę  sobie 

zaangażować się w cokolwiek. Nigdy więcej! 

Cass  zrozumiała,  że  on  po  prostu  próbuje  ochronić  siebie,  ją  i 

Andy'ego przed bólem utraty kogoś bliskiego. 

- Dziękuję, że mi to wyjaśniłeś

Nic więcej nie powiedział. Ona również nie przerwała milczenia. 

Czuła jednak, że między nimi stało się coś  ważnego.  I  wiedziała już, 

że się nie podda, nie zrezygnuje z Rafe'a. Widziała w nim materiał na 

wspaniałego, troskliwego towarzysza życia. 

 

Pukanie do drzwi nie zaskoczyło Rafe'a. Spodziewał się, że Cass 

będzie próbowała zwabić go do siebie. Nie potrafiła zapomnieć o nim, 

siedzącym samotnie w domu, ani też pozwolić jemu zapomnieć o niej. 

Ale  kiedy  otworzył  drzwi,  zamiast  Cass  zobaczył  w  progu 

Andy'ego.  Miał  na  sobie  garnitur  i  wyraźnie  nie  był  z  tego  powodu 

szczęśliwy. Przestępował z nogi na nogę. 

- Cześć, Andy. Co u ciebie słychać? - zapytał Rafe, opierając się o 

framugę. 

- Mam powiedzieć, że goście wychodzą około szóstej. 

- Dobrze, dzięki. 

Ściskanie  w  piersi  ustąpiło.  Cass  wiedziała,  jak  dać  mu  znać,  że 

nie jest sam. Była chyba najbardziej troskliwą kobietą, jaką znał. 

- Mama pyta, czy nie przyszedłbyś na późną kolację. 

- Dzięki za wiadomość. 

background image

-  Nie  ma  sprawy.  I  tak  nie  mogłem  już  tam  wytrzymać.  Przyszli 

wszyscy moi kuzyni. 

- To źle? - zapytał zaintrygowany Rafe. 

- To właściwie same kuzynki. Chcą się bawić w ślub. Ohyda. Już 

prędzej zjadłbym brokuły. 

Rafe zdusił w sobie wybuch śmiechu, nie chcąc urazić chłopca. 

-  Wiem,  co  masz  na  myśli.  Moja  siostra  zmuszała  mnie  raz  w 

tygodniu do zabawy w przyjęcie. 

- Raaany! To straszne! Dlaczego dziewczyny są takie głupie? 

Trudne pytanie, pomyślał Rafe. 

- Zapewniam cię, że z tego wyrastają. 

- A może poszedłbyś tam ze mną od razu? Wujek Tony wymknął 

się do gabinetu. Moglibyśmy do niego dołączyć. 

Rafe był na siebie zły, ale nie potrafił odmówić Andy'emu. Jeden 

raz - co za różnica. I tak nie ma już właściwie odwrotu. Spędzą razem 

ten dzień, a potem się wycofa. 

- Dobrze. Poczekaj, a ja pójdę się przebrać. 

Włożył  jedną  z  koszul  od  Cass  i  dżinsy.  Przyczesał  włosy  i 

zauważył,  że  ręce  mu  się  trzęsą.  Rodziny  -  to  było  to,  czego  bał  się 

najbardziej  na  świecie.  Odłożył  grzebień  na  łazienkową  szafkę  i 

spojrzał w lustro. 

- Człowieku, weź się w garść. 

Wsunął klucze do kieszeni i wyszedł do Andy'ego. Obiecał sobie, 

że będzie się dobrze bawił. Nawet jeśli miałoby go to zabić. 

Andy był tego dnia wyjątkowo gadatliwy. 

background image

- Rafe? 

- Tak, Andy? 

- Mama kazała mi nie zmuszać cię do przyjścia do nas. Miałem to 

rozegrać dyplomatycznie. 

- I rozegrałeś. Nie martw się. Wszystko w porządku. 

Weszli  do  kuchni i Rafe  przeniósł  się  w  przeszłość.  Otoczyły  go 

świąteczne  zapachy  pieczonego  indyka  i  ciast.  Kilka  kobiet  mówiło 

jedna przez drugą. Wszystko wydawało się dobrze znajome. 

Tyle tylko, że u niego w domu zamiast indyka podawano lasagnę. 

Przed  oczami  stanęły  mu  matka  i  siostra.  Wspomnienia  owładnęły 

nim z taką siłą, że zadrżał ze strachu. I wtedy zobaczył Cass. 

Odstawiła  garnek i podeszła  do  niego.  Kiedy  go  objęła,  uspokoił 

się. Czuł, że przy niej nic mu się nie stanie. Nie podobało mu się, że ta 

kobieta  ma  nad  nim  taką  władzę,  ale  dzisiaj  nie  zamierzał  się 

przeciwko temu buntować. 

- Wesołych Świąt, Rafe - powiedziała cicho i pocałowała go. 

W kuchni rozległy się oklaski. Cass zarumieniła się, chwyciła go 

za rękę i pociągnęła na środek kuchni. 

- Słuchajcie, to jest... mój sąsiad z naprzeciwka. Rafe Santini. 

Dzień  minął  niespodziewanie  szybko.  Rafe  gawędził  sporo  z 

matką Cass. Iris. Zwrócił na nią uwagę już w kuchni, po której kręciła 

się  z  wrodzonym  wdziękiem,  rozsiewając  delikatny  zapach  perfum 

Chanel.  Starsza  siostra  Cass,  Eve,  przez  jakieś  dwadzieścia  minut 

opowiadała  mu  o  zalotach  Tony'ego.  Młodsza  siostra,  Sara, 

rozśmieszała go do łez opowieściami o dzieciństwie Cassandry.  

background image

Jednak jedyną kobietą,  od której nie mógł  oderwać  wzroku,  była 

Cass.  Jej  oczy  błyszczały  szczęściem.  Szwagier  Cass,  Tony,  cieszył 

się  z  męskiego  towarzystwa.  Nie  odstępował  Rafe'a  ani  na  moment. 

Rozmawiali  o  piłce  nożnej.  To  było  najwspanialsze  Święto 

Dziękczynienia od dnia śmierci jego rodziców. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Po dniu wypełnionym wrażeniami Cass poczuła nieprzepartą chęć 

ucieczki. Andy i Rafe siedzieli na kanapie i oglądali w telewizji mecz 

piłki  nożnej.  Odłożyła  na  bok  tamborek  z  rozpoczętym  haftem 

krzyżykowym i wyszła bez słowa na zewnątrz. 

Panowie  pochłonięci  byli  meczem  bez  reszty.  Nic  miała  serca 

pouczać  ich  w  tym  momencie  o  szkodliwości  oglądania  telewizji  i 

niebezpieczeństwach  gry  w  piłkę  nożną,  w  szczególności  uprawianej 

zawodowo.  Docierały  do  niej  wybuchy  śmiechu  i  głośne  okrzyki. 

Uśmiechnęła się do siebie. 

Jej syn był raczej introwertykiem, a jednak udało mu się znaleźć 

wspólny język z Rafe'em Santinim. Być może była to głównie zasługa 

Rafe'a. To nie był już ten sam mężczyzna, który wyrwał swoją dłoń z 

rączki  Andy'ego  w  czasie  meczu  w  Orenie.  Miał  w  sobie  ogromne 

pokłady  troskliwości  i  czułości,  którym  jednak  na  ogół  nie  pozwalał 

się ujawnić. 

Jej  syn  i  Rafe  stanowili  zgrany  duet.  Jeszcze  wczoraj  założyłaby 

się  o  świątecznego  indyka,  że  Rafe  się  u  niej  nie  pokaże.  A  jednak 

background image

Andy poruszył w nim jakąś ukrytą strunę, na której ona nie umiałaby 

zagrać. 

Przypomniała  sobie  podarunek  Rafe'a.  Spała  w  czerwonej 

koszulce ostatniej nocy i śniła o nim. Nie mogła pojąć, jak udało mu 

się zdobyć nad nią taką władzę. Podobnie zresztą działał na jej syna. 

Po  ich  wczorajszej  rozmowie  wydawało  się  jej  to  zupełnie 

nieprawdopodobne. Każdy mógł się zaprzyjaźnić z Andym, każdy, ale 

nie Rafe. A tu proszę! 

- Cass? 

Przestraszyła  się  brzmienia  głosu  Rafe'a.  Niski,  schrypnięty  ton 

przywodził  na  myśl  długie  noce  pełne  niespiesznej  miłości. 

Przypuszczała, że ów ton pogłębiłby się jeszcze bardziej, gdyby Rafe 

zobaczył ją w tej czerwonej ponętnej koszulce. Na Boga, chyba diabeł 

ją opętał. 

- Cassie? - odezwał się ponownie Rafe. - Wszystko w porządku? 

- Tak. Po prostu wyszłam odetchnąć nocnym powietrzem.  

I  doprowadziłam  się  przy  okazji  do  szaleństwa,  myśląc  o  tobie, 

dodała w duchu. 

Stał  długo  obok  niej nie  mówiąc  ani słowa.  Powietrze  aż  ciężkie 

było  od  piżmowego  zapachu  jego  wody  kolońskiej  pomieszanej  z 

wonią jaśminu. Cass chciała go dotknąć, objąć, dać mu tyle, ile mogła. 

Ta wizja była tak kusząca, że długo by się jej nie oparła. Odsunęła się 

więc od Rafe'a, usiadła na huśtawce i próbowała na niego nie patrzeć. 

background image

Rafe położył obie dłonie na barierce i opuścił głowę. Cass wstała i 

podeszła  do  niego.  Nie  mogła  zostawić  go  samego...  osamotnionego. 

Zwłaszcza dziś. 

Wyobrażała  sobie,  jak  się  musi  czuć.  Ona  sama  nie  znosiła 

rocznicy śmierci Carla. Zwykle robiła się wtedy nie do wytrzymania. 

A  miała  przecież  oparcie  w  rodzinie,  która  cierpliwie  znosiła 

wszystkie jej humory. Byli jak bufor między nią a jej bólem. Chciała, 

by  i  Rafe  miał  coś  takiego.  Nie  mogła  pozwolić  mu  cierpieć  w 

samotności. 

- Jak tam Andy? - zapytała, by przerwać ciszę. 

- Śpi. - Rafe położył dłoń na jej ramieniu i odwrócił ją do siebie. – 

Cass, muszę z tobą porozmawiać. 

Kiwnęła głową. Miała przeczucie, że to pożegnanie. Może pamięć 

o  wszystkim,  co  stracił,  pomogła  mu  podjąć  wreszcie  ostateczną 

decyzję.  Wiedziała,  że  ten  moment  nastąpi.  Spotkanie  z  jej  rodziną 

dopełniło  miary.  Nie  miała  do  niego  pretensji.  Jej  matka  i  siostry 

przez całe popołudnie wciąż go o coś wypytywały. Przy nich śledztwo 

Andy'ego to pestka. 

Spróbowała go uprzedzić. 

- Przepraszam za te pytania o rodziców. Prosiłam mamę, żeby nie 

poruszała  tego  tematu.  Ale  ona  uważa,  że  o  problemach  należy 

mówić. Ja się już przyzwyczaiłam do... 

Przerwał  potok  słów,  zamykając  jej  usta  długim,  delikatnym 

pocałunkiem. Przycisnął ją do piersi, a ona zarzuciła mu ręce na szyję. 

Przesunął językiem po jej wargach, próbując je rozewrzeć. 

background image

Otworzyła przed nim usta, poddając się fali pożądania. Smakował 

kawą i plackiem z dyni. Chciała, by ta chwila trwała jak najdłużej. Był 

taki silny, że nagle wcześniejsze myśli o jego osamotnieniu i słabości 

wydały  się  jej  śmieszne.  Uświadomiła  sobie,  że  on  wcale  nie 

potrzebował pomocy od niej. Sam sobie nieźle radził. 

Rafe  błądził  wargami  po  jej  policzku  i  szyi.  Ugryzł  ją 

pieszczotliwie w ucho i uniósł głowę. 

- Wcale mi nie przeszkadzały pytania twojej mamy. 

Cass  musiała  zebrać  myśli.  Jeśli  nie  w  tym  tkwił  problem,  to  w 

czym?  Poczuła  ucisk  w  żołądku.  Była  tylko  jedna  odpowiedź. 

Chodziło o nią. 

- Czy Andy pozwolił ci w spokoju obejrzeć mecz? 

- Taaa. 

- Rafe, mówi się „tak". Czasem mi się wydaje, że mówisz gorzej 

niż Andy. 

- I to pewnie jest prawda. 

Uśmiechnął się do niej. Po raz pierwszy tego dnia twarz zajaśniała 

mu  szczęściem.  Wyjąwszy  oczywiście  ten  moment,  kiedy  wszedł  do 

kuchni. Ale nawet wtedy było w nim sporo głębokiego smutku. 

- Czy pomóc ci położyć Andy'ego do łóżka? - zapytał. 

-  Jeśli  ci  to  nie  sprawi  kłopotu.  Jest  już  taki  duży.  Nie  mogę 

uwierzyć,  że  moje  dzieciątko  tak  szybko  urosło.  Pamiętam...  - 

przerwała, uświadamiając sobie, że zmienia niepotrzebnie temat. - Nie 

musisz zostawać, jeśli nie chcesz. 

- Chcę. 

background image

Na  zawsze,  miała  nadzieję.  Ale  wiedziała,  że  tylko  do  rana. 

Powtarzała sobie, że to bez znaczenia. Serce jednak pękało jej z bólu. 

Andy  spał  jak  niemowlę.  Rafe  od  lat  miał  kłopoty  z  zaśnięciem. 

Mało sypiał, a jeśli mu się udało, męczyły go koszmary. Zdążył się do 

tego przyzwyczaić. Teraz jednak coś innego nie pozwalało mu zasnąć 

- pożądanie. 

Cass  schyliła  się,  by  pocałować  chłopca.  Przed  oczami  Rafe'a 

stanęła  jego  matka,  poczuł  ulotny  zapach  jej  perfum,  przypomniał 

sobie, jak odgarniała mu włosy z czoła i wygładzała kołdrę. Bardzo za 

nią tęsknił. 

Święta  znosił  zwykle  fatalnie  z  powodu  powracających 

wspomnień. Dziś jednak było inaczej. Cass umiała stworzyć w swoim 

domu swobodną atmosferę. Łatwo zapomniał o zmorach przeszłości i 

po prostu cieszył się chwilą. Czuł się świetnie w otoczeniu członków 

rodziny Cass. Zbyt dobrze. 

Teraz,  kiedy  po  raz  pierwszy  tego  wieczoru  był  sam  na  sam  z 

własnymi  myślami,  wspomnienia  powoli  wracały.  Cass  była  zajęta 

układaniem  do  snu  Andy'ego.  Rafe  czuł  się,  jakby  przez  cały  dzień 

dźwigał na ramionach dwutonowy głaz. 

Andy potrzebował ojca. I to natychmiast. Rafe zdusił w sobie jęk 

frustracji. Oboje, matka i syn, potrzebowali kogoś tak desperacko, że 

Rafe  poczuł  się  winny.  Zabiera  im  czas  potrzebny  na  znalezienie 

odpowiedniego  mężczyzny.  Porządnego  faceta  pracującego  od 

dziewiątej do piątej, a nie jakiegoś wypalonego w środku budowlańca 

z przeszłością. 

background image

Wyszedł  z  pokoju  chłopca.  Rodzinny  charakter  sceny  zrobił  na 

nim  bardzo  silne  wrażenie.  Pragnął  obiecać  Cass,  że  postara  się 

spełnić  jej  oczekiwania,  jakiekolwiek  by  one  były.  Że  spróbuje 

uzupełnić  jej  niekompletną  rodzinę.  Że  będzie  dbał  o  naprawianie 

dachu,  koszenie  trawnika  i  inne  prace  domowe.  I  pomoże  jej 

wychować Andy'ego na przyzwoitego człowieka. 

Zszedł na dół i usiadł na schodach. Chciał to powiedzieć, ale nie 

mógł. Nie był tym, kogo potrzebowała, i nie mógł ryzykować, że zrani 

ją i jej syna. 

- Rafe, wszystko w porządku? 

Spojrzał na nią przez ramię i osłupiał na widok niezwykłej urody 

tej kobiety. Nie była to bynajmniej uroda klasyczna. Pewnie niektórzy 

uznaliby  ją  jedynie  za  ładną,  ale  dla  Rafe'a  była  wcieleniem  ideału  - 

troskliwa, silna, pełna miłości... Miłość go przerażała. Była jak jazda 

górską kolejką. Obiecał sobie, że nie będzie ryzykować. Bez względu 

na to, jak bardzo pragnął Cass. 

- W porządku, Cassie. Zejdź na dół, to porozmawiamy. 

Otworzyła  usta,  jakby  chciała  coś  powiedzieć.  Wiedział,  jak  się 

musi czuć. Pewnie bała się tego, w co mógł przerodzić się ich dziwny 

związek. Do diabła, dlaczego życie musi być tak skomplikowane?  

Wszystko,  o  czym  do  niedawna  marzył,  to  porządny  dom  z 

ogrodem,  w  którym  Tundra  miałaby  gdzie  pobiegać.  Zamiast  tego 

natknął  się  w  sąsiedztwie  na  seksowną  samotną  matkę  z  małym 

chłopcem, który bardzo potrzebował męskiego wsparcia. A niech to... 

background image

Przyglądał  się,  jak  Cass  schodzi  na  dół.  Większość  kobiet 

chodziła  ociężale  albo  z  pośpiechem,  Cass  umiała  poruszać  się  jak 

dama. Przy niej czuł się nieokrzesanym kmiotkiem. Co ona, u diabła, 

w nim widzi? 

- Masz ochotę na kawę? 

- Nie, dziękuję. Usiądźmy tutaj - poprosił, wchodząc do ciemnego 

salonu. 

Cass  usadowiła  się  obok  niego  na  brzegu  sofy.  Rozparł  się 

swobodnie i otoczył ją ramieniem. Przez chwilę się  wahała, po czym 

oparła  o  niego.  Próbował  nie  zwracać  uwagi  na  to,  jak  dobrze  do 

siebie pasują. 

- Na pewno nie dotknęły cię pytania mojej mamy? - zapytała. 

- Może byś już przestała się tym zamartwiać. 

- Nie potrafię. 

- Rany, i co z tym zrobimy? 

- Zignorujemy - westchnęła. 

Położyła  mu  dłoń  na  policzku.  Rafe  poczuł,  że  jest  o  włos  od 

utraty kontroli nad sobą. Pocałował jej słodkie usta. Cass zarzuciła mu 

ręce  na  szyję,  palce  wplątała  we  włosy.  Zdał  sobie  nagle  sprawę  z 

tego,  jak  wiele  przez  ostatnie  lata  stracił.  Żadna  kobieta  nie  mogła 

równać się z Cassandrą Gambrel. 

Wędrował  dłonią  po  jej  wąskich  plecach.  Po  raz  kolejny 

uświadomił sobie, jaka jest drobna i delikatna. Tuliła się do niego, co 

uznał za dowód, że ona czerpie z ich wzajemnego kontaktu nie mniej 

przyjemności niż on. 

background image

Wsunął  ręce  pod  jej  koszulkę.  Miała  jedwabiście  gładką  skórę. 

Było  mu  tak  dobrze,  że  miał  ochotę  wyć  do  księżyca.  Tę  kobietę 

stworzono  do  miłości.  Powoli  oderwał  usta  i  dłonie  od  jej  ciała. 

Wiedział,  że  musi  przerwać,  i  zdawał  sobie  jednocześnie  sprawę,  że 

żadne z nich tego nie chce. 

Ze  zdziwieniem  zauważył,  że  Cass  z  ufnością  złożyła  głowę  na 

jego ramieniu. Po tym jak niemal stracił nad sobą, kontrolę, powinna 

ratować  się  ucieczką.  A  ona  siedziała  nadal  obok  niego,  jakby  nagle 

pozbawiono ją instynktu samozachowawczego. 

Przysunęła  się  bliżej.  Biodrami  ocierała  się  o  jego  lędźwie, 

doprowadzając  go  do  szaleństwa.  Wyobrażał  sobie,  jak  jej  nogi 

owijają  się  wokół  niego,  otwierając  mu  drogę  dalej.  Byłaby  gorąca  i 

ciasna... 

- Cassie, kochanie, lepiej wstań, bo za moment przestanę nad sobą 

panować. 

Posłusznie wykonała jego polecenie. Była wyraźnie zawiedziona. 

- Co zrobimy? - zapytała głosem wibrującym od emocji. 

- Może umówimy się na randkę? 

Chętnie  by  sam  siebie  kopnął.  Co  on  wygaduje?  Miał  przecież 

uciekać jak najdalej od Cass i Andy'ego. 

- Czemu nie - powiedziała miękko. - Z rozkoszą dokądś się z tobą 

wybiorę. 

- Tylko ty i ja - uściślił. 

- Chyba nie myślałeś, że wzięłabym Andy'ego? 

- Rany, pewnie, że nie. 

background image

Cass weszła do pokoju, niosąc gorącą czekoladę i miskę prażonej 

kukurydzy. 

- Miło, że zostałeś. 

-  Bardzo  lubię  prażoną  kukurydzę.  Nigdy  nie  odmawiam,  gdy 

mnie nią częstują - odpowiedział zaczepnie. 

W  tle  cicho  grał  telewizor.  Pokazywano  ,Bulwar  Zachodzącego 

Słońca". 

- Niestety, jest z mikrofalówki. 

- Mnie to nie przeszkadza - wyszeptał Rafe. 

Umiał przemienić zwyczajny, cichy wieczór w niezwykły czas, po 

którym  pozostaną niezwykłe  wspomnienia.  I  ona,  i  Andy  długo  będą 

pamiętać tegoroczne Święto Dziękczynienia. 

- Nigdy nie zwróciłem uwagi, jaki to świetny film. 

Położył  swoje  długie  nogi  na  jej  udach.  Zanim  zdążyła 

zaprotestować,  chwycił  ją  za  ręce  i  zmusił,  by  wyciągnęła  się  obok 

niego. 

- Nie kłam. Nie widziałeś tego filmu. 

- Taaa, nie jest to raczej kino akcji. 

Słuchała  go,  obserwując  jego  profil.  Silna  twarz  o  klasycznych 

rysach. Co mówił? Coś o kinie akcji. 

- Czyżbyś oglądał tylko filmy akcji? 

-  Lubię  też,  gdy  pojawia  się  na  ekranie  jakiś  silny  mężczyzna  i 

kilka pięknych kobiet. 

Cass uniosła się na łokciu i spojrzała na niego z góry. 

- Raphaelu Santini, co by na to powiedziała twoja matka? 

background image

Błysk w oczach podpowiedział jej, że zareagowała dokładnie tak, 

jak się spodziewał. 

- Prawdopodobnie to samo, co ty. 

- Czyżbym była do niej podobna? - zapytała z napięciem, które i 

ją zaskoczyło. 

- Nie wyglądasz tak jak ona - odpowiedział z namysłem. - Chodzi 

mi o to, jak sobie radzisz z Andym. I o twoją troskliwość. Przypomina 

mi się mama. 

Westchnęła i przytuliła się do niego mocniej. 

- Słodki jesteś, Santini - powiedziała cicho. 

- Do diabła, Cass. 

- Nie klnij. Oglądaj film. Ta scena będzie ci się podobała. 

Zmieniła pozycję na kanapie. Rafe uniósł się i usiadł za nią. Jedną 

ręką  objął  ją  w  pasie,  drugą  podłożył  jej  pod  głowę.  Cass  zupełnie 

zapomniała  o  filmie.  Ważne  było  tylko  to,  że  Rafe  był  obok.  Ciepło 

jego  ciała  przenikało  ją  jak  pierwsze  wiosenne  promienie  słoika  po 

długiej zimie.  

Wieczór był chłodny, ale nie zimny. Mimo to Rafe rozniecił ogień 

w  kominku.  Zapach  palącego  się  sosnowego  drewna  i  trzaskających 

płomieni ukołysał Cass do snu. 

Obudziła  się  przed  świtem.  Leżała  obok  uroczo  chrapiącego 

Rafe'a. Był idealny fizycznie, niemal bez skazy i... chrapał.  

Przyglądała  się  jego  nie  ogolonym  policzkom,  rozmyślając  o  ich 

wieczornej  rozmowie.  Czym  to  się  skończy?  Pójściem  do  łóżka? 

Wspólnym życiem? 

background image

Lewa  ręka,  na  której  spoczywała  głowa  Rafe'a,  zdrętwiała  jej 

kompletnie.  Ostrożnie  ją  uwolniła,  budząc  przy  tym  Rafe'a.  Przez 

chwilę patrzył na nią ze zdziwieniem. 

- Która godzina? - zapytał szorstkim, jeszcze niższym niż zwykle 

głosem. 

Wpił się wzrokiem w jej usta. Oblizała wargi zachęcająco. Schylił 

się nad nią, a po krótkim pocałunku wstał i wyciągnął do niej rękę. 

- Odprowadzisz mnie? 

Skinęła głową i dźwignęła się z sofy. 

-  Wybierzesz  się  gdzieś  ze  mną  w  sobotę?  -  zapytał,  stojąc  w 

drzwiach. 

- Obiecałam pójść z Andym na ryby. Nie wiem, o której wrócimy. 

- Umiesz łowić? 

Skrzyżowała ręce na piersiach. 

- Nic. Ale mam nadzieję, że dam sobie radę. 

- Mógłbym ci pomóc - powiedział ze śmiechem. 

- Czyżbyś był ekspertem w łowieniu ryb? 

- Łapię więcej, niż wypuszczam. 

Szczwany  lis.  Spodziewał  się  pewnie,  że  obleje  ją  w  tym 

momencie rumieniec wstydu. 

- Raphaelu Santini, i co ja mam z tobą począć? 

- Co zechcesz. Przyjdę po was w sobotę o piątej rano. Ubierz się 

seksownie. 

Śmiała  się  głośno,  patrząc  za  nim.  Zawsze  musi  mieć  ostatnie 

słowo. Nagle dotarło do niej, co powiedział. Piąta rano! 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Kiedy  opadła  poranna  mgła,  na  niebie  ukazało  się  jasne  słońce. 

Rafe powstrzymał ziewanie i rozsiadł się wygodnie na swoim miejscu 

w  łodzi.  Andy  był  wyspany  i  bardzo  przejęty  wyciąganiem  z  wody 

okoni.  Kołysali  się  lekko  na  promieniującym  spokojem,  niemal 

pustym jeziorze. W zasięgu wzroku mieli tylko jedną łódź. 

Rafe  lubił  łowienie  ryb  i  polowanie.  Prawdopodobnie  odzywały 

się  w  nim  instynkty  praprzodków,  kiedy  tropienie  i  zabijanie 

zwierzyny było męską powinnością. Andy'emu najwyraźniej też się ta 

radość  udzielała.  Patrząc  na  niego,  Rafe  czuł  ogarniające  go 

wzruszenie. Chłopiec powoli zdobywał sobie miejsce w jego sercu. 

Cass była  kiepskim  rybakiem.  Wciąż  nie  mogła  poradzić  sobie  z 

założeniem  przynęty  na  haczyk.  Wyglądała  ślicznie  w  dużych, 

ciemnych  okularach  i  sportowym  ubraniu, które  jednak nie ukrywało 

jej kobiecych kształtów. 

- Może pomóc? - zapytał drwiąco Rafe. 

- Nie. 

Była uparta. Nie chciała przyznać się do porażki. Rafe nie wątpił, 

że  ona  i  Andy  świetnie  by  sobie  poradzili na  rybach bez  niego.  Cass 

dałaby z siebie wszystko, by nie zawieść syna. 

- Weź moją sztuczną muchę. 

-  Rafe  -  powiedziała  rzeczowym  tonem,  jakim  zwracała  się  do 

Andy'ego,  gdy  coś  przeskrobał.  -  Jeśli  nie  mogę  założyć  na  haczyk 

tego cholernego robaka, skąd wiesz, że poradzę sobie z muchą? 

background image

Wybuchnął  śmiechem.  Wymienili  z  Andym  porozumiewawcze 

spojrzenia. 

- Pokażę ci. Niewielu jest takich, którym udało się za pierwszym 

razem samemu założyć przynętę. 

-  Dzięki  za  pocieszenie,  ale  nie  jestem  aż  taka  naiwna,  żeby  się 

dać na to nabrać. 

- Do cholery, kochanie. Wcale nie zalewam. 

Andy miał świetną zabawę, przysłuchując się rozmowie. 

- Nie przeklinaj - powiedziała z przyzwyczajenia. 

Rafe  spojrzał  na  nią  z  niedowierzaniem.  Zbyt  poważnie 

podchodziła do takiej błahostki jak łowienie ryb. Doszedł do wniosku, 

że  kobiety  nie  są  stworzone  do  uprawiania  sportów.  Cass  powinna 

mieć więcej pewności siebie i wiary we własne możliwości. 

Rafe postanowił pomóc jej to osiągnąć. 

- Andy? - zapytał z nadzieją, że zrozumieją się bez słów. 

- Taaa? 

- Mówi się „tak" - pouczyli go oboje jednocześnie. 

Cass  spojrzała  pytająco  na  Rafe'a.  W  odpowiedzi  wzruszył 

ramionami.  Sam  nie  wiedział,  dlaczego  tak  zareagował.  Żeby  ukryć 

zmieszanie, zwrócił się do Andy'ego. 

- A ty założyłeś robaka za pierwszym razem? 

- Nie, tato mi pomógł. Mamo, chcesz, żebym ci pokazał? 

- Nie, dziękuję, słonko. 

Z  gorzkim  uśmiechem  odłożyła  wędkę,  przytuliła  syna  i 

przekrzywiła mu kapelusz na głowie. 

background image

Po  chwili  Andy  wyswobodził  się  z  jej  objęć  i  wrócił  na  dziób. 

Fachowo założył przynętę i zarzucił wędkę. 

- Cass, poproś robaka, żeby sam wskoczył na haczyk - drażnił się 

z nią Rafe. 

- Właśnie to robię - odparowała natychmiast. 

Jej  pełen  irytacji  głos  działał  na  niego  jak  porażenie  prądem. 

Zanim  ruszył  w  jej  stronę,  sprawdził,  jak  radzi  sobie  Andy.  Potem 

stanął za nią i gapił się na linię jej pleców. Była silna, a jednocześnie 

krucha. Lubił widzieć w niej istotę słabszą, potrzebującą jego ochrony 

i opieki. Skrzywił się na samą myśl o tym, jak by zareagowała, gdyby 

zdradził  się  przed  nią  z  tymi  myślami.  Pewnie  wrzuciłaby  go  do 

wody. 

Słońce  połyskiwało  w  jej  włosach.  Rafe'owi  te  lśniące  pasma 

wydały  się  jakimś  zapomnianym,  nagle  odkrytym  skarbem.  Pragnął 

zanurzyć ręce w tę gęstwinę. Powstrzymał jednak świerzbiące dłonie i 

zajął się przynętą. 

-  Trzymaj  robaka  delikatnie,  jak  kochanka.  Powinien  sam  wejść 

na haczyk. Powoli... 

Prowadził  jej  dłoń.  Po chwili  zmienił  pozycję  i  przyciągnął  Cass 

do siebie. Zachwiał się pod naporem fali pożądania. Cass spróbowała 

jeszcze raz, ale robak wciąż odmawiał współpracy. 

- Zrobię to - powiedziała przez zaciśnięte zęby. 

- Spokojnie, kochanie. Za bardzo się spieszysz - mówił, głaszcząc 

jej nadgarstek. 

background image

Otoczył  ją  ramionami.  Widział,  że  jest  bardzo  zdenerwowana. 

Traktowała  kłopoty  z  przynętą  jak  osobistą  porażkę.  Opuścił  głowę  i 

musnął wargami jej kark. Przeszedł ją dreszcz. Ręce się jej trzęsły. 

- Wcale mi nie pomagasz. 

Niski tembr głosu złagodził trochę opryskliwość uwagi. 

- Próbuję. 

Pragnął Cass aż do bólu. Cały był napięty od powstrzymywanego 

pożądania. Potrzebował jej do życia bardziej niż tlenu. 

- Cholera - wymamrotał pod nosem i poczuł, jak Cass sztywnieje. 

- Nie klnij - upomniała go. 

- Kobieto, ja przy tobie oszaleję. 

Skłoniła  głowę  i  wyszeptała  coś  tak  cicho,  że  nie  zrozumiał  ani 

słowa. Machnęła ręką w kierunku robaka i wbiła sobie haczyk w dłoń. 

Mała ranka prawie nie krwawiła, ale Rafe wiedział, że musi sprawiać 

Cassie ból. 

- Uparciuch z ciebie. 

Położył  ręce  na  dłoniach  Cass  i  pomógł  jej  założyć  w  końcu 

robaka. Zarzucił wędkę, oparł ją o burtę i uniósł zranioną dłoń Cass do 

ust.  Delikatnie  musnął  rankę  językiem.  Zdusił  w  sobie  przekleństwo, 

kiedy  palcami  dotknęła  jego  policzka.  Siłą  woli  odsunął  się  od  niej. 

Nie czas ani miejsce na taką grę! 

- Czemu? - zapytała zdziwiona Cass. 

Nie  musiała  wyjaśniać,  o  co  pyta.  Rafe  zadawał  sobie  to  samo 

pytanie. Znowu odezwały się  w nim pierwotne instynkty. Marzył, by 

zacisnąć ręce na tych ponętnych udach i przerzucić Cass przez ramię. 

background image

Zaniósłby ją na plecach do sypialni. Albo gdzie indziej. Byle było tam 

cicho i spokojnie. 

Do  pioruna!  Nie  był  jakimś  wielkim,  pozbawionym  mózgu, 

muskularnym  macho.  Umiał  zachowywać  się  z  finezją  godną 

dżentelmena.  Dlaczego  przy  niej  zmieniał  się  w  jaskiniowca, 

kierującego się hormonami, a nie rozsądkiem? Co z niego za zwierzę, 

że myśli tylko o tych rzeczach? Zwłaszcza że Cass nie robiła nic, by 

go sprowokować. W końcu to nie jej wina, że uosabia wszystkie jego 

sny i pragnienia. 

- Cholera - powiedział, odwracając się w stronę Andy'ego. 

- Rafe? 

Stanął,  ale  nie  spojrzał  na  nią.  Jeszcze  sekunda  dłużej,  a  nie 

wytrzyma i pocałuje ją. 

- Ja... dziękuję za pomoc. 

Zawsze  uprzejma,  bez  względu  na  to,  jak  idiotycznie  się 

zachowywał.  Zawsze  łagodna  jak  prawdziwa  dama.  A  on  jest  tylko 

nieokrzesanym, włoskim budowlańcem. 

- Do usług. 

Niebo  zasnuły  burzowe  chmury.  Rafe  nie  chciał  straszyć  Cass  i 

Andy'ego, ale miał niedobre przeczucia. 

- Zwińcie wędki. Wracamy. 

- Coś złego się dzieje? - zapytała Cass. 

Bardzo  Rafe'owi  ufała,  ale  mimo  to  chciała  znać  ewentualne 

zagrożenia. 

- Jeszcze nie, ale się ściemnia. 

background image

Pokiwała głową ze zrozumieniem. 

- Andy, pospiesz się. 

Chłopiec  zwinął  żyłkę  na  kołowrotek  i  odłożył  wędkę.  Cass 

posadziła go na ławeczce z tyłu łodzi, sama usiadła obok. 

- Nałóżcie kamizelki ratunkowe - powiedział Rafe. 

Włączył  silnik.  Chciał  otworzyć  przepustnicę  i  przedostać  się 

szybko  na  drugie  jezioro,  ale  woda  była  już  lekko  wzburzona.  Łódź 

podskakiwała  na  falach.  Spojrzał  w  niebo  i  spróbował  ostrożnie 

zwiększyć prędkość 

- Co się dzieje? - spytała zza jego pleców Cass.  

- Boję się tej burzowej chmury. - Wskazał na horyzont. 

- Chyba powinniśmy jak najszybciej znaleźć się na brzegu. 

- Wiem. Idź i usiądź koło Andy'ego. 

- Zdążymy? - Wyciągnęła rękę w stronę opuszczonej przystani w 

oddali. 

- Mam nadzieję. 

Nagle  zerwał  się  wiatr  i  lunął  deszcz.  W  jednej  chwili  byli 

przemoczeni  do  suchej  nitki.  Rafe  kierował  łódź  z  maksymalną 

szybkością ku przystani. Nim dopłynęli, wokół rozszalała się straszna 

wichura.  Cass  zbladła  ze  strachu.  Andy  siedział,  trzymając  się  jej 

kurczowo.  Rafe  pomyślał,  że  zajmie  czymś  chłopca,  by  zapomniał  o 

strachu. 

- Andy, potrzebuję pomocy. 

Chłopiec wyprostował się i odsunął od matki. 

- Co mam zrobić? 

background image

-  Kiedy  tylko  dopłyniemy  do  brzegu,  musisz  z  mamą  szybko 

zacumować łódź. 

Po kilku minutach łódź była już zabezpieczona, a oni siedzieli w 

budce  przy  przystani.  Było  to  niewielkie  pomieszczenie,  ale  dawało 

przynajmniej  jaką  taką  ochronę  przed  szalejącym  na  zewnątrz 

żywiołem. 

Rafe przysunął się do Cass i otoczył ją ramieniem. 

- Nie bój się, kochanie. Nic pozwolę, by coś się wam przydarzyło. 

- Wiem. 

Stało się to, czego obiecał sobie unikać. Związał się emocjonalnie 

z tą małą rodziną i zaczął się o nią troszczyć. Do diabła, to nie tylko 

troska. To miłość. 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Miłość.  Nie  wolno  mu  nawet  o  niej  myśleć.  Nie  umie  kochać. 

Śmierć  rodziców  zabiła  w  nim  wszystko.  A  jeśli  cokolwiek 

przetrwało, to reszta zniknęła z odejściem jego siostry, zaledwie kilka 

tygodni później. 

Czuł  się  winny,  że  tej  feralnej  nocy  nie  było  go  z  rodzicami.  I 

właśnie  poczucie  winy  zabrało  mu  nadzieję,  że  kiedykolwiek  będzie 

miał własną rodzinę. 

Ostatnie kilka lat tułał się samotnie po emocjonalnej pustyni. Cass 

zwabiła go obietnicą spokojnej przystani, do której mógłby wracać, by 

koić  sterane  ciało  i  duszę.  Ale  to  nie  może  być  miłość.  Nie  jest 

przecież aż taki słaby. 

background image

Zniewoliła  go  obecność  Cass  i  sztorm  szalejący  na  zewnątrz. 

Gdyby  był  w  domu,  wskoczyłby  za  kierownicę  swojego  jaguara  i 

popędził gdzieś daleko. Gnałby  z szybkością., która wywiałaby mu z 

głowy wszystkie te uczucia i myśli. Uciekłby przed swoimi emocjami. 

Brakowało mu przestrzeni w małym, drewnianym pomieszczeniu. 

A  Cass  właśnie  teraz  położyła  rękę  na  jego  udzie.  Jak  zwykle,  kiedy 

była blisko, poczuł, że ogarnia go pożądanie. 

Zsunął  jej  dłoń  z  uda.  Przytuliła  się  do  niego  i  oparła  głowę  na 

jego  piersi.  Drżała  na  całym  ciele.  Delikatny,  kobiecy  zapach 

przypominał  mu  o  utraconym  domu  rodzinnym.  Wtulił  nos  w  jej 

włosy  i  wdychał  głęboko  ten  zapach.  Zaklął  cicho  pod  nosem, 

wyzywając się od największych idiotów. 

Wstał gwałtownie. Cass spojrzała na niego pytająco. 

- Co? - zapytała krótko. 

Usiadł powrotem, nie chcąc wzbudzać jej niepokoju. 

- Rafe? 

Usłyszał  w  jej  głosie  wahanie  i  strach.  Jak  na  złość  nie 

przychodziło  mu  do  głowy  nic  uspokajającego.  Burza  nadal  szalała. 

Wydawało się nawet, że przybiera na sile. 

- Wszystko będzie dobrze. 

No,  pewnie.  Tylko  ciekawe,  co  z  targającymi  nim  uczuciami. 

Wiedział,  że  seks  z  Cass  nic tu  nie  pomoże.  Gdyby  poszedł  z  nią do 

łóżka,  straciłby  wszystko,  co  jeszcze  pozwalało  mu  się  kontrolować. 

Nie mógł na to pozwolić. 

background image

Zerwał  się  i  ruszył  w  stronę  łodzi.  W  połowie  drogi  stanął  jak 

wryty.  Był  odpowiedzialny  za  tę  kobietę  i  dziecko.  Nie  mógł  ich  tak 

po  prostu  zostawić.  Obrócił  się  na  pięcie  i  zobaczył  tych  dwoje 

przytulonych do siebie. Przyglądali mu się z niepokojem. 

-  Rafe,  wszystko  w  porządku?  -  zapylała  znowu  Cass, 

przekrzykując pioruny bijące raz za razem. 

-  Tak,  tylko  mam  mały  napad  klaustrofobii  -  kłamał  bez 

zmrużenia okiem. - Zajmijmy się czymś. 

- Szkoda, że nie wziąłem Nintendo - powiedział Andy. 

Głos  drżał  mu  ze  strachu,  ale  pewnie  nigdy  by  się  do  tego  nie 

przyznał. Jak każdy mężczyzna, pomyślał Rafe. 

- Ja też żałuję. 

Andy  uśmiechnął  się  szeroko.  Rafe  pomyślał,  że  nic  nie  jest  w 

stanie odciągnąć go od tej rodziny. Musiał odwrócić jakoś ich uwagę 

od  burzy.  Tylko  jak?  Gdyby  był  z  Cass  sam  na  sam.  nie  mieliby 

problemu  z  wypełnieniem  czasu.  Ale  obecność  Andy'ego  wykluczała 

tę ewentualność. 

- Zagrajmy w pytania i odpowiedzi - podpowiedziała Cass. 

- Nie. 

- Czemu nie? 

- To nudne. 

Nie chciał odpowiadać na osobiste pytania. 

-  Poza  tym  nie  mam  żadnych  sekretów,  z  wyjątkiem  mojego 

drugiego imienia. 

background image

Wiedział, że Cass jest zżerana przez ciekawość. W ciągu ostatnich 

dni kilkakrotnie wracała do tego tematu. Wymyślała jakieś niezwykłe 

imiona w nadziei, że w końcu trafi. 

- Niech będzie imię - odparła Cass. 

- Peter? - zapytał Andy. 

- Nie, słonko. - Cass uprzedziła odpowiedź Rafe'a. - Zaczyna się 

na literę „g". 

- Gary? 

- Nie. To włoskie imię. 

Andy był bardzo inteligentny. Rafe przeczuwał, że kiedy matka i 

syn połączą swoje siły, wkrótce rozwiążą zagadkę. W końcu nie było 

tak  wiele  włoskich  imion  zaczynających  się  na  „g".  Postanowił  więc 

utrudnić zadanie. 

- Po jednej próbie na osobę. 

- Nie  znam zbyt  wielu  włoskich imion - powiedział  Andy.  - Czy 

to Giovanni? 

- Nie - zaprzeczył ruchem głowy. - Cass? 

- Giuseppi? 

Parsknął śmiechem. 

- Trafiłam? 

- Nie, ale jesteś blisko. 

-  Mogę  spróbować  jeszcze  raz?  -  zapytał  Andy.  -  Mama  zgaduje 

już od dawna. 

- Skąd wiesz? - zdziwił się Rafe. 

background image

Spojrzał  na  Cass  i  zobaczył,  jak  się  czerwieni.  Od  dzieci  można 

się dużo dowiedzieć. 

- Mama sprawdzała wczoraj imiona świętych w Biblii. 

- Cassie, no wiesz, zaskoczyłaś mnie. 

- Tylko bez przesady. Sprawdzałam, co będzie czytane w kościele 

w przyszłym tygodniu. 

-  I  co,  znalazłaś  jakieś  odpowiednie  dla  mnie  imię  w  Piśmie 

Świętym? 

- Nic specjalnego. Bardziej pomogła mi włoska księga imion.  

Rafe  wybuchnął  śmiechem.  Cass  i  Andy  mu  zawtórowali. 

Pierwszy  raz  od  czasu  tego  straszliwego  wypadku  samochodowego 

poczuł się częścią rodziny. 

- Co będziemy teraz robić? - zapytał Andy. 

- Nic - odpowiedział Rafe, nasłuchując cichnącej burzy. - Wyjdę 

na zewnątrz i zobaczę, jak wygląda sytuacja. 

- Mogę iść z tobą? 

Tak  naprawdę  chciał  być  sam,  by  uspokoić  rozszalałe  emocje. 

Andy  patrzył  jednak  na  niego  z  taką  nadzieją,  że  nie  potrafił  mu 

odmówić.  Jeszcze  dobrze  pamiętał,  jak to  jest,  gdy  ma  się  idola.  Nie 

mógł się natomiast przyzwyczaić, że to on odgrywa tę rolę. 

- Cass? 

- Idźcie, tylko bądźcie ostrożni. 

Cass ucałowała syna w czubek głowy i pchnęła go w stronę drzwi. 

Rafe  ruszył  za  nim,  ale  Cass  chwyciła  go  za  nadgarstek.  Stanęła  na 

palcach i pocałowała go w policzek. 

background image

- Ty też bądź ostrożny. 

W sobotę po południu Cass zawiozła Andy'ego do swojej mamy. 

Chłopiec  był  śpiący,  ale  cieszył  się  na  spotkanie  z  ciocią  Sarą, 

młodszą siostrą Cass, która właśnie przyjechała do domu na wakacje. 

Żegnając się w drzwiach, Sara poradziła Cass, by była ostrożna. 

-  Santini  nie  wydaje  się  lekkomyślnym  facetem,  ale  myślę,  że 

powinnaś sama zadbać o zabezpieczenie. 

Cass spojrzała na siostrę. Sara była czarną owcą w rodzinie. Miała 

dwadzieścia sześć lat, była niezamężna i nie zamierzała chyba zmienić 

tego stanu. 

- O czym ty mówisz? Rafe nigdy by mnie nie skrzywdził. 

Sara  westchnęła  jak  matka,  usiłująca  wytłumaczyć  coś  dziecku 

opóźnionemu w rozwoju. 

- O ciąży, Cass. Tylko mi nie mów, że nie pamiętasz, skąd wziął 

się Andy. Wiem, że nie bierzesz pigułki. Kup chociaż prezerwatywy. 

Te słowa kołatały się jej po głowie przez całą drogę do domu. Na 

pewno Rafe o to zadba. A jeśli nie? Nie miała ochoty czekać potem w 

strachu, zastanawiając się, czy jest w ciąży, czy nie. Oboje mieli dość 

innych problemów. 

Odruchowo skręciła na parking przed supermarketem. Dopiero po 

jakichś  pięciu  minutach  wysiadła  z  samochodu  i  weszła  do  środka. 

Postanowiła, że będzie się zachowywać spokojnie, a nie rozglądać na 

boki,  jakby  była  jakąś  przestępczynią.  W  końcu  nastolatki  kupują  te 

rzeczy nieustannie. Nawet dziewczyny. 

background image

Minęła  półki  z  kosmetykami  i  lekami,  zatrzymała  się  przy 

narzędziach  do  czyszczenia  basenów,  gdzie  spędziła  kwadrans,  po 

czym wróciła do sekcji z farmaceutykami. Starała się, nie zwracać na 

siebie  uwagi.  Środki  antykoncepcyjne  leżały  przy  samej  kasie. 

Pomyślała, że to pewnie po to, by zniechęcić dzieci do ich kupowania. 

Szybko  ogarnęła  spojrzeniem  całą  półkę.  Myślała,  że  po  prostu 

chwyci jedno opakowanie i szybko opuści sklep. Okazało się jednak, 

że nic przewidziała ogromnej różnorodności specyfików. 

Były tam środki zapobiegawcze dla mężczyzn i kobiet. Były żele, 

pianki  i  zwyczajne  prezerwatywy.  Nie  starczało  jej  wyobraźni,  by 

dojść, do czego służą niektóre z nich. 

Co  powinna  wybrać?  Usłyszała  jakiś  ruch  za  plecami,  szybko 

więc zgarnęła wszystkiego po trochu. Twarz jej płonęła. Chciałaby w 

spokoju  przeczytać  napisy  na  opakowaniach  i  dowiedzieć  się,  co  tak 

naprawdę, kupuje. Pomyślała jednak, że najlepiej będzie wydostać się 

jak najprędzej ze sklepu. Poczyta w domu. 

Podeszła  do  kasy  i  ułożyła  na  ladzie  wszystkie  pudełeczka. 

Kasjerka  uporała  się  z  nimi  szybko,  nic  mrugnąwszy  nawet  okiem. 

Cass  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  jej  obojętność  świadczy  o  tym,  że 

zwykle  ludzie kupują po kilka różnych środków zapobiegawczych na 

raz. 

 

Kolacja  była  wyszukana  i  elegancka,  ale  nieco  męcząca.  Cass  z 

ulgą  myślała  o  chwili  odpoczynku  u  boku  Rafe'a  w  czasie  jazdy 

powrotnej  do  domu.  W  restauracji  bała  się  rozmawiać  na  osobiste 

tematy. 

background image

Tego  wieczoru pierwszy raz w  życiu chciała być kimś innym niż 

Cassandrą Lynn Gambrel. Jakąś wyrafinowaną, wspaniałą kobietą, na 

jaką  zasługiwał  Rafe.  a  nie  samotną  matką,  ubierającą  się  jak 

prowincjonalna stara panna. 

Miała  do  siebie  pretensję,  że  tak  mało  ćwiczy,  a  tak  dużo  je. 

Mogła  chociaż  sięgnąć  po  kasetę  z  aerobikiem  Jane  Fondy,  która  od 

czasu narodzin Andy'ego walała się po kątach jej domu. 

Westchnęła ciężko i wytarła spoconą dłoń w sukienkę. Wsiedli do 

samochodu i ruszyli w milczeniu. Noc była gwiaździsta przez otwarty 

dach  wpadał  do  środka  chłodny  powiew  wietrzyku.  Rafe  prowadził 

pewnie  i  spokojnie.  Nie  spuszczał  oczu  z  drogi,  ale  prawą  dłonią 

błądził po udzie Cass. Poczuła silny dreszcz i powstrzymała jego rękę. 

Nie mogła pozwolić sobie na emocje o takiej skali, gdy jechali przez 

miasto. Pod wpływem spojrzenia Rafe'a zadrżała ponownie. 

-  Spokojnie,  maleńka.  Zaraz  będziemy  w  domu.  -  Po  chwili 

milczenia  dodał:  -  Obiecałem  ci  wieczór  pełen  niespodzianek. 

Zamierzam dotrzymać przyrzeczenia. 

Był  jakiś  dziwny.  Momentami  Cass czuła  się  tak, jakby  spotkała 

się z kimś nieznajomym. Miał na sobie elegancki garnitur i jedwabny 

krawat.  W  czasie  kolacji  zachowywał  się  jak  stały  bywalec 

wyszukanych  restauracji.  Znał  się  świetnie  na  winach,  a  francuskie 

nazwy potraw wymieniał z pewnością siebie godną paryżanina. 

No  i  muzyka.  Rafe  zwykle  słuchał  country  i  podśpiewywał  do 

wtóru  melodii  dobiegającej  z  radia.  Dzisiaj  włożył  do  odtwarzacza 

background image

kompaktowego płytą z instrumentalnym jazzem, od którego rozbolała 

ją głowa. 

Przeczucie  podpowiadało  jej,  że  nie  zależało  mu  na  tym,  by 

dobrze się tego wieczora bawić. Miał inny cel - uwieść ją. 

I robił to z zimną krwią. Była na niego wściekła. Pogodziła się z 

faktem,  że  on  nie  chce  poważnego  związku,  ale  nie  pozwoli  mu  się 

traktować jak zdobycz na jedną noc. Oboje zasługiwali na coś więcej. 

- Lepiej wysadź mnie koło domu - poprosiła cicho. 

- Dlaczego? 

-  Chyba  niezbyt  dobrze  się  ze  mną  bawisz  -  powiedziała, 

chwytając za klamkę. 

-  Zamierzam  dobrze  się  z  tobą  bawić,  maleńka  -  odparł, 

obrzucając ją płomiennym spojrzeniem. 

Ujął jej dłoń i uniósł ją do ust. Całował i ssał każdy z palców po 

kolei. Cass czuła, jak ogrania ją ciepła fala pożądania, ale postanowiła 

się nie poddawać. Nie będą nią rządziły hormony. 

- Dziękuję, Rafe, ale nic z tego nie będzie. Chcę być z mężczyzną, 

który lubi moje towarzystwo, tak jak ja lubię jego. 

- Lubię być z tobą. 

Schylił  się,  by  ją  pocałować.  Po  kilku  sekundach  Cass  odsunęła 

się od niego. 

-  Za  bardzo  skupiasz  się  na tym,  by  mnie  uwieść.  Wydawało  mi 

się, że cię znam, ale najwyraźniej się pomyliłam. 

Milczał. Wiedziała, że czeka na jej wyjaśnienia. 

background image

- Mężczyzna, którego znam, ubiera się wygodnie, a niekoniecznie 

modnie, i słucha muzyki country, a nie jakiegoś wymyślnego jazzu. 

- Myślałem, że lubisz jazz. 

- Nie o to chodzi. 

- A o co? 

- Mam wrażenie, jakby cię tu nie było. Jakbyś włożył swoje ciało 

jak kostium na urządzenie, które jest zaprogramowane na uwodzenie. 

Pragnę  cię,  Rafe.  Ale  to  nie  wszystko.  Jesteś  dla  mnie  ważny.  Nie 

potrafię być kobietą na jedną noc. Nie zrobię tego nawet dla ciebie. 

Otworzyła  drzwi  samochodu  i  spojrzała  na  Rafe'a.  Siedział  w 

ciszy, zastanawiając się nad jej słowami. 

- Dziękuję za miłą kolację - wykrztusił w końcu. 

Odeszła,  nie  oglądając  się  za  siebie.  Przypomniała  sobie  o 

środkach  antykoncepcyjnych,  które  miała  w  torebce.  Czuła 

rozczarowanie. Prawie płakała. 

- Cassie? 

Zatrzymała się. Pierwszy raz tego wieczoru nazwał ją inaczej niż 

„maleńka". 

- Zostań, proszę. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Stała  bez  ruchu.  Po  raz  pierwszy  tego  wieczoru  Rafe  nie  był 

pewien, czy naprawdę chce iść z tą kobietą do łóżka. Zastanawiał się 

nad czystością własnych intencji i uczciwością, w którą zwątpił po raz 

pierwszy w życiu. 

background image

Spodziewał  się,  że  zaciągnie  ją  do  łóżka  równie  łatwo,  jak 

wszystkie  inne  kobiety.  Miał  swoje  niezawodne  sposoby  Casanovy. 

Ale  na  Cass  one  najwyraźniej  nie  działały.  Chciała  odejść  i  on  to 

szanował, ale nie mógł na to pozwolić. Nie teraz, kiedy znalazł się tak 

blisko czegoś, czego szukał przez całe życie... 

- Cassie, przepraszam. Ja... 

Podeszła do niego. Czuł jej oddech. Odległość jednak pozostała i 

mogła okazać się trudna do przebycia. 

- Denerwujesz się, Rafe? 

Nerwy?  O  różne  rzeczy  mógł  siebie  podejrzewać,  ale  nie  o 

nerwowość. Wzruszył ramionami. 

- Nie wiem. Może. 

-  Ja  jestem  zdenerwowana  -  przyznała  z  westchnieniem,  ledwo 

powstrzymując łzy. - Przestraszona i niezdecydowana. Ale chcę... 

-  Cicho, Cassie  -  powiedział,  słysząc,  jak  załamuje  się  jej  glos.  - 

To co, idziemy do środka? - zapytał po kilku minutach milczenia. 

Skinęła głową. Ruszyli, objęci. 

Rafe  doznał  prawdziwej  satysfakcji.  Była  w  jego  domu.  Wciąż 

jednak  bardzo  spięta.  Postanowił  więc  dać  jej  trochę  czasu  i  wpierw 

odzyskać zaufanie. 

- Zaraz wracam - powiedział. 

Przeszedł  przez  przedpokój  do  kuchni  i  wyjął  butelkę  wina  z 

lodówki.  Wspomniał  noc,  kiedy  pierwszy  raz  pocałował  Cass.  Była 

wtedy pewna, że on zaraz zniknie z jej życia. On zresztą też sądził, że 

tak się stanie.  

background image

Przypomniał sobie jej ciepłe, słodkie usta i miękki dotyk piersi.  

W odpowiedzi na te myśli jego ciało zesztywniało. Jęknął głośno i 

pomyślał,  że  nie  wytrzyma  już  dłużej.  Weźmie  ją,  kiedy  tylko 

znajdzie się w salonie. 

- Rafe? 

Bał  się  odwrócić  i  spojrzeć  na  nią.  Nie  chciał  widzieć  w  jej 

oczach strachu i bólu. Ależ z niego brutal. Najpierw potraktował ją jak 

łatwą  zdobycz  na  jedną  noc,  a  potem  zostawił  samą  w  salonie.  Aby 

kochać  się  z  kobietą,  nie  wystarczy  znajomość  różnych  pozycji  i 

technik. 

- Rafe? 

Stała boso w drzwiach do przedpokoju. Miała piękne stopy. Przez 

moment myślał tylko o tym, by je obsypać pocałunkami. 

Wskazał na otwartą butelkę i dwa kieliszki. 

- Masz ochotę się napić? 

Nie miała. Chyba nadal bardzo się denerwowała. 

- Chodź - powiedział, prowadząc ją na piętro do sypialni. - Setki 

razy wyobrażałem sobie ciebie na tym łóżku. Chcę to zobaczyć. 

-  Kiedy  nad  nim  pracowałam,  też  myślałam  o  tobie  -  wyznała 

nieśmiało. 

Rafe  przypomniał  sobie,  że  Cass  nie  przywykła  do  spania  z 

mężczyzną, który nie jest jej mężem. Podejrzewał nawet, że w całym 

swoim  życiu  miała  tylko  jednego  mężczyznę.  Zdenerwował  się 

jeszcze bardziej. Zasługiwała na dużo więcej, niż potrafił jej dać. 

background image

Jednakże  piwne  oczy  wpatrywały  się  w  niego  z  pożądaniem  i 

nadzieją.  Liczyła  na  niego.  Musiał  jej  pomóc.  Skrzywił  się  - 

zachowywał się, jakby seks był czarną robotą. Może dowcip poprawi 

trochę atmosferę. 

- Wolałbym, żebyś popracowała nade mną. 

- Boże, Rafe, jak się cieszę, że jesteś znowu sobą - roześmiała się 

w głos. 

- Czemu? 

- Bo jesteś wtedy jakby bliżej. 

- Chcesz zbliżyć się do mnie? - zapytał poważnie. 

Cass  znalazła  się  wreszcie  w  miejscu,  do  którego  idealnie 

pasowała  -  w  jego  sypialni.  Mimo  wszystko  nie  potrafił  jednak 

uwierzyć, że zostanie, że nie ucieknie od niego. 

Objął ją  mocno.  Obsypał pocałunkami  twarz  i nasadę nosa.  Cass 

wsunęła  dłonie  pod  marynarkę  Rafe'a  i  pieściła  jego  plecy.  Jęknął 

namiętnie.  Zsunęła  ręce  niżej.  Paznokciem  gładziła  linię  między 

plecami a pośladkami. 

- Dobrze? - zapytała odważnie. 

Muskała delikatnie jego plecy, potem tors i ramiona, aż dotarła do 

węzła krawata. 

- Co byś powiedział, gdybym to z ciebie zdjęła? 

- Jestem za, maleńka. 

Zesztywniała, ale nie odsunęła się od niego. 

- Nie nazywaj mnie „maleńka". 

Ugryzł ją delikatnie w dolną wargę. 

background image

- Dlaczego? 

- Bo tak mówisz do wszystkich kobiet. 

- Nieprawda. 

Gładził delikatnie jej ciało. Miała na sobie sukienką o  ciekawym 

kroju  z  dobrze  ukrytym  zamkiem  błyskawicznym.  W  końcu  jednak 

udało mu się go znaleźć i wyłuskać ją z ubrania. 

Koronka, którą obszyta była halka, wydawała się gruba i szorstka 

w  porównaniu  z  jedwabiście  gładką  skórą  Cass.  Rafe  przesunął 

kciukiem  wzdłuż  jej  kręgosłupa,  wywołując  u  Cassie  zmysłowy 

dreszcz. Przeczuwał, że będzie idealną kochanką. I tylko to się liczyło. 

Położył ją na łóżku i przylgnął wargami do jej ust. Pocałunek był 

długi i ognisty. Zapowiadał to, co miało nadejść później. 

Cass  rozwiązała  mu  krawat  i  zaczęła  rozpinać  guziki  koszuli. 

Jęczał  głośno,  czując  palce  błądzące  coraz  niżej  po  jego  torsie. 

Zatrzymały się przy klamrze paska. 

Rafe  nie  mógł  się  doczekać,  kiedy  zobaczy  Cass  zupełnie  nagą. 

Zsunął  z  niej  halkę.  Miała  idealne  ciało.  Nawet  jej  brzuch  pozostał 

płaski i sprężysty, mimo że była matką. 

Sięgnął  do  jej  pleców,  by  rozpiąć  koronkowy  stanik.  Pogłaskał 

jasnoróżowe  sutki.  Czuł,  jak  twardnieją  pod  wpływem  pieszczoty. 

Przesunął wokół nich językiem, po czym brał je po kolei w usta i ssał 

delikatnie. Cass uniosła wysoko biodra. 

Zaczął  pieścić  ją  przez  cienki  materiał  fig.  Wiła  się  pod  nim  z 

rozkoszy. Wydawało mu się, że nie wytrzyma ani chwili dłużej. 

- Rafe... 

background image

Mocował  się  z  paskiem  przy  spodniach,  chcąc  w  końcu  pozbyć 

się ubrania. 

- Och, Rafe... - powiedziała, przytrzymując jego ręce. 

- O co chodzi? 

Chyba nie chce, żeby teraz przestał!? 

- Mam coś dla ciebie. 

-  Ja  też  mam  coś  dla  ciebie.  -  Uśmiechnął  się  figlarnie.  -  Tylko 

mnie puść. 

- Nie o tym mówię. - Cass zrobiła się czerwona jak burak. 

Rafe  musnął  palcami  jej  piersi,  patrząc,  jak  rumieniec  spływa  w 

dół jej szyi i dekoltu. 

- To gdzie ten prezent? 

- W torebce. 

Przechylił się i podniósł jej torebkę z podłogi. Już się domyślał, o 

co chodziło. 

- To takie żenujące - powiedziała i wzięła od niego torebkę. 

Wydobyła ze .środka paczkę prezerwatyw i jakieś kobiece środki 

zapobiegawcze, których Rafe nie znał. 

- Nie wstydź się. Powinnaś być z siebie dumna. Wzięłaś sprawę w 

swoje  ręce.  Ale  ja  też  o  to  zadbałem.  -  Otworzył  szufladę  nocnej 

szafki  i  wyjął  foliowe  opakowanie.  -  Twój  prezent  zostawimy  na 

następny raz - wyszeptał. 

Pocałował  ją,  dając  ujście  całej  czułości,  jaka  się  w  nim 

nagromadziła od początku ich znajomości. Jakby nie było jutra, jakby 

background image

ta  noc  miała  trwać  bez  końca.  Pocałował  Cass  tak,  jak  mężczyzna 

całuje tylko kobietę, którą kocha. 

Wstał i zdjął resztę ubrania z siebie i Cass. Położył się obok niej. 

Materac  starego  łóżka  wydawał  się  sprzyjać  kochankom.  Rafe 

napawał  się  bliskością  ciała  Cass  i  chciał  przeciągnąć  tę  chwilę  tak 

długo,  jak  to  możliwe.  Błądził  dłonią  po  płaskim  brzuchu  Cass  i 

masował  delikatną  skórę  wokół  pępka.  Zachichotała  i  oddała  mu 

pieszczotę. 

- Nie łaskocz mnie - powiedziała, gryząc go w ucho. 

Jego palce schodziły coraz niżej, wreszcie dotarły do najczulszego 

miejsca. Masował je aż poczuł, że Cass jest gotowa na jego przyjęcie. 

- Cassie? - zapytał, by się upewnić, czy tego właśnie chce. 

- Tak, Rafe. Proszę. 

Starał  się  poruszać  wolno.  Cass  owinęła  nogi  wokół  jego  pasa 

dokładnie  tak,  jak  to  sobie  wymarzył.  Zagłębiał  się  w  nią  raz  za 

razem,  aż  oboje  znaleźli  się  na  granicy  zapomnienia.  Usłyszał,  jak 

Cass krzyczy jego imię. 

Cass obudziła się kilka godzin później. Od razu wiedziała, gdzie i 

z  kim  jest.  Wszędzie  rozpoznałaby  te  silne  ramiona.  Przytuliła  się 

mocniej do Rafe'a. Czuła, jak bije mu serce. Nikt dotąd nie wydawał 

jej się tak bliski jak on. 

Bawiła  się  sztywnymi  włosami  porastającymi  jego  klatkę 

piersiową.  Ciekawe,  czy  będzie  długo  spał?  Zaczęły  się  jej  znowu 

kleić oczy, kiedy nagle uderzyła ją myśl, że przecież powinna wrócić 

przed świtem do domu.  

background image

Nie  chciała,  by  któryś  z  sąsiadów  zobaczył,  jak  przemyka  na 

drugą  stronę  ulicy.  Bardziej  niż  sąsiadów  obawiała  się  jednak  opinii 

Rafe'a.  Co  będzie,  jeśli  się  okaże,  że  ta  noc  nie  różniła  się  dla  niego 

niczym od wielu innych? 

- Cassie? 

Szarpana  wątpliwościami,  nieświadomie  wbiła  paznokcie  w  jego 

ciało. 

- Co się dzieje, kochanie? 

-  Nic,  ja...  -  Jeszcze  niedawno  wydawało  się  jej,  że  nie  ma  nic 

gorszego  niż.  kupowanie  prezerwatyw.  -  Nie  wiem,  co  powinnam 

powiedzieć  albo  zrobić.  Czy  powinnam  teraz  wyjść,  czy  zostać? 

Cholera, podręczniki savoir-vivre'u nie przewidują takich sytuacji. 

- A co byś chciała zrobić? - zapytał ze śmiechem. 

Zastanawiała się nad dowcipną ripostą, ale doszła do wniosku, że 

Rafe oczekuje od niej szczerej odpowiedzi. 

- Nie wiem - przyznała w końcu. 

Odwróciła  wzrok.  Rafe  wpatrywał  się  w  nią,  oczekując 

odpowiedzi z taką... żarłocznością. 

- Lubię być w twoich ramionach - dodała. 

- Więc zostań. Śpij do rana obok mnie. 

Rafe, chce żeby została. Czuła ogarniającą ją błogą radość... 

- A co z sąsiadami? 

Obrócił się na bok. 

-  Jak  to,  co  z  sąsiadami?  Cass,  jesteś  dorosła!  Nie  powinno  ich 

obchodzić, co robisz 

background image

- Rafe, mówię poważnie. Nie chcę, żeby opowiadano przy Andym 

dowcipy  o  jego  opętanej  seksem  matce.  Nie  chcę,  żeby  ludzie 

mówili... 

Przykrył jej usta dłonią. Popatrzyła na niego i zamknęła oczy. To 

upokarzające.  Pewnie  on  też  tak  o  niej  myślał.  Przy  pierwszej 

nadarzającej  się  okazji  wskoczyła  do  łóżka  faceta,  który  okazał  jej 

odrobinę zainteresowania. Chciała umrzeć. Nie mogła spojrzeć mu w 

oczy.  Nagle  poczuła  na  swoich  wargach  jego  ciepły  oddech,  a  zaraz 

potem długi pocałunek. Poddała mu się bez oporów. 

- Nie jesteś rozpustna - wyszeptał, kiedy skończył ją całować. - I 

nie mówmy już o tym. 

- Dobrze. 

Nie  była  specjalnie  namiętną  kobietą.  Tak  naprawdę  nigdy  nie 

brakowało  jej  miłości  fizycznej,  raczej  pieszczot  i  czułości.  Czegoś, 

czego  nie  mógł  jej  dać  Andy.  Czegoś,  czego,  jak  przypuszczała,  nie 

chciał jej dać Rafe. 

-  Nie  chodzi  o  seks...  Nie  wiem,  po  prostu  chciałam  jeszcze 

czegoś. 

- Ja też - powiedział po chwili. 

Leżał obok niej z ręką pod głową i wpatrywał się w baldachim. 

- Bliskości z drugim człowiekiem? - zapytała. 

Westchnął ciężko i żałośnie. 

- Nie. 

Uniosła się na łokciu, owijając szczelnie prześcieradłem. 

- Więc czego? 

background image

-  Tęsknię  do  tego,  by  być  częścią  rodziny,  mówić  po  włosku  i 

obżerać się w czasie świąt. Tęsknię do gwaru i śmiechu. 

Bądź  częścią  mojej  rodziny,  pomyślała  Cass.  Nauczę  cię,  jak  się 

śmiać.  Nie  potrafiła  jednak  powiedzieć  tego  na  głos.  Ugryzła  się  w 

język, by nie zadawać mu dalszych pytań. 

- Cass, tylko nie myśl, że jestem brakującą częścią twojej rodziny. 

Nie pozwolę sobie na związek z nikim. 

Opadła  na  plecy,  nie  chcąc,  by  odczytał  z  jej  twarzy 

rozczarowanie.  Ostatniej nocy  podjęła  ryzyko.  Ostry  ból  świadczył  o 

tym, jak bardzo pomyliła się w ocenie sytuacji. I co teraz? 

Drugi  raz  tej  nocy  musiała  walczyć  ze  łzami.  Kiedy  tylko 

przestała  się  czuć  zakłopotana,  od  razu  jej  przypomniał,  że  poza 

łóżkiem  nic  ich  nie  łączy.  Urażona  duma  dała  jej  siłę,  by 

odpowiedzieć. 

- Wcale cię nie zapraszałam do mojej rodziny. 

-  Owszem,  zapraszałaś.  Ale  zasługujesz  na  więcej,  niż  może  ci 

dać  taki  wypalony  facet  jak  ja.  Wiedzieliśmy  o  tym  oboje,  zanim 

poszliśmy do łóżka. 

- Rafie Santini, nie oczekuję od ciebie oświadczyn. 

Miał rację. Wiedziała, że nie zamierza się wiązać. Ale co innego 

wiedzieć, a co innego to usłyszeć. Wstała z łóżka i po omacku szukała 

porozrzucanych części ubrania. Bolało ją, że Rafe nie powiedział ani 

słowa,  kiedy  wychodziła,  ale  właściwie  trudno  było  tego  od  niego 

oczekiwać.  Chwyciła  pończochy  i  torebkę,  zostawiając  środki 

antykoncepcyjne. On będzie miał więcej okazji, by je zużyć. 

background image

- Do pioruna. Cassie, wracaj. 

Podskakiwał  na  jednej  nodze,  próbując  wciągnąć  jak  najszybciej 

spodenki. Dotarło do niego, że jeśli pozwoli jej teraz odejść, więcej jej 

nie zobaczy. Będzie go unikała jak ognia... 

- Cassandro Gambrel, ja nie żartuję. Zaczekaj. 

Zatrzymała  się,  ale  nie  obejrzała  do  tyłu.  Jej  wyprostowana 

postawa  podpowiedziała  mu,  że  niełatwo  będzie  ją  udobruchać. 

Rzeczywiście  miał  wyjątkowo  niewyparzony  jęzor.  Nie  zastanawiał 

się,  tylko  prosto  z  mostu  mówił,  co  myślał.  Ale,  na  Boga,  nie  chciał 

przecież jej zranić. 

Podszedł do Cass i przyciągnął ją ramieniem do siebie. Słyszał jej 

urywany oddech. 

-  Rafe  -  powiedziała  łamiącym  się  głosem.  -  Nie  dotykaj  mnie, 

proszę. 

Odsunął się posłusznie. Zadał jej tyle bólu... 

- Przepraszam, nic powinienem był.. 

Odwróciła się w jego stronę. Piwne oczy błyszczały od łez. 

-  To  nie  twoja  wina.  Rafe.  Wiedziałam,  na  co  się  decyduję.  I 

obrażasz mnie, sugerując, że zmusiłam się do pójścia z tobą do łóżka. 

- Do licha. Cass. przecież wiem... 

- Więc dlaczego nalegasz, żebyśmy rozmawiali o tym... związku? 

Flircie na jedną noc? 

-  To  nie  tak.  -  Przyciągnął  ją  znowu  do  siebie.  -  Próbuję  być 

uczciwy.  Daleko  mi  do  ideału.  Myślałem,  że  dawno  to  zauważyłaś. 

Zasługujesz na coś lepszego. 

background image

- Och, jesteś dla siebie zbyt surowy. 

-  A  ty  za  łatwo  wybaczasz.  Wiem,  że  nie  jestem  specjalnie 

dobrym wzorem dla Andy'ego. Ale, do diaska, kobieto, teraz cię stąd 

nie wypuszczę. 

Uniósł  ją  do  góry,  wrócił  do  sypialni  i  położył  na  antycznym 

łóżku,  które  należało  bardziej  do  niej  niż  do  niego.  Instynktownie 

czuł, że to bynajmniej nie jest koniec. Wiedział również, że nie jest to 

rozwiązanie  problemu,  przed  którym  stanęli.  Teraz  jednak  myślał 

tylko o jednym. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Niepokój  nie  pozwolił  jej  już  zasnąć.  Próbowała  nie  martwić  się 

na zapas i maksymalnie wykorzystać czas spędzony z Rafe'em. 

Ważny jest każdy dzień. Nie potrafiła jednak przestać zastanawiać 

się  nad  tym,  jak  przekonać  Rafe'a,  że  oboje  zasługują  na  szczęśliwe 

życie razem. 

Umówiła  się  z  matką,  że  odbierze  Andy'ego  dopiero  po  szkole, 

miała więc sporo czasu. Spojrzała na zegarek i zdziwiła się, że jest już 

jedenasta.  Przez  zasłony  sięgające  do  podłogi  przeświecało  słońce. 

Łóżko było jak bezludna wyspa z dala od cywilizacji. 

Cass  leżała  spokojnie,  słuchając  zgodnego  bicia  serc  dwojga 

kochanków  i  rozkoszując  się  tą  chwilą.  Na  podłodze  walały  się 

porozrzucane bezładnie części ubrania. Stanowiły jawny dowód na to, 

jak  dalece  ona  i  Rafe  stracili  nad  sobą  wczoraj  kontrolę.  Cass 

zarumieniła się na to wspomnienie. 

background image

Nigdy nie doświadczyła takiej pasji, kochając się z Carlem. Czuła, 

jakby  dopiero  przy  Rafie  stała  się  kobietą.  Przytuliła  się  do  niego 

mocniej i zmartwiała, czując, jak rośnie jego podniecenie.  

Odsunęła  się,  ale  zaraz  wróciła  do  poprzedniej  pozycji,  tęskniąc 

za ciepłem męskiego ciała. Rafe mamrotał coś, pogrążony w głębokim 

śnie. Przeciągnął się, odrzucając niżej prześcieradło. Nie zdając sobie 

zupełnie  z  tego  sprawy,  Cass  przesunęła  dłonią  po  jego  owłosionym 

torsie. 

Zerwała  się  oszołomiona.  Seks  trochę  ją  przerażał  i  nigdy  dotąd 

nie  brała  inicjatywy  w  swoje  ręce.  Rafe  zmienił  wszystko.  Przy  nim 

nie  chciała  być  tylko  biernym  obiektem  zabiegów  mężczyzny. 

Położyła  się  z  powrotem  obok  niego  i  objęła  go  mocno.  Był  prawie 

zupełnie nagi. Leżała, patrząc na jego muskularny tors.  

Było  w  nim  coś pierwotnego.  Pomyślała,  że  lepiej  pasowałby  do 

życia  w  czasach  prehistorycznych.  Miał  potrzebę  zdobywania.  Był 

bardziej 

wojownikiem 

niż 

cywilizowanym 

dżentelmenem. 

Zaskoczona, musiała przyznać, że jej to odpowiada. 

Trzeba  wstawać.  Teraz  albo  nigdy.  Nie  chcąc  zostawić  Rafe'a 

zupełnie  bez  przykrycia,  sięgnęła  po  leżący  w  nogach  łóżka 

wypłowiały szal. Przy okazji ściągnęła również prześcieradło. 

Rafe leżał przed nią zupełnie nagi. W dziennym świetle wyglądał 

inaczej. Wstrzymała dech i usiadła na brzegu materaca. Bez wątpienia 

Rafe miał wspaniałe ciało. Ogarnęła ją ochota, by położyć się na nim. 

By  znowu  się  z  nim  kochać.  Sprawić,  by  on  ją  pokochał.  Ale 

wiedziała, że to byłoby nieuczciwe zagranie. 

background image

Najbardziej na świecie chciała związku z Rafe'em, ale nie mogła 

używać seksu jako elementu przetargowego. 

Owinęła  się  prześcieradłem  i  rozpoczęła  poszukiwanie  kolejnych 

części swojego ubrania. Za jej plecami skrzypnęły sprężyny łóżka. To 

Rafe przetoczył się we śnie na brzuch. Dalej grzebała w stercie ubrań. 

Wyciągnęła koszulę Rafe'a, jedną z tych, które mu podarowała.  

Wtuliła w nią twarz i wdychała podniecający zapach ukochanego 

mężczyzny, którym koszula była przesiąknięta. Zarzuciła ją na siebie, 

pozwalając prześcieradłu opaść na podłogę. Zapięła guziki. Podeszła z 

powrotem  do  łóżka  i  spojrzała  na  Rafe'a.  Rzeczywiście  ma  zgrabną 

pupę, pomyślała z uśmiechem. 

Palce  aż  ją  świerzbiły,  by  go  dotknąć.  Pieszczotliwie  przesunęła 

dłonią po jego plecach. Miał taką ciepłą, jędrną skórę... 

Poruszył  się.  Całą  dłonią  masowała  jego  sprężyste  pośladki. 

Posuwała  się  coraz  niżej,  aż  doszła  do  stóp.  Nie  ma  prawa  robie  nic 

więcej. Przecież on, na Boga, śpi! Szybkim ruchem zarzuciła na niego 

prześcieradło. Uciekła z sypialni, jakby gonił ją sam diabeł. 

Promienie  słoika  tańczyły  na  ścianach.  Rafe  po  raz  pierwszy  od 

lat  czuł  się  zadowolony  z  życia  i  to  go  przerażało.  Cass  nie 

przypuszczała nawet, jak bardzo go zmieniła. Po nocy spędzonej z nią 

nie był już tym samym człowiekiem. 

Przeciągnął  się  i  ziewnął  szeroko,  po  czym  wstał  i  wciągnął  na 

siebie  wypłowiałe  drelichowe  spodenki.  Znieruchomiał  nagle  na 

dźwięk  zbliżających  się  kroków.  Błysnęła  mu  myśl,  by  wskoczyć  z 

powrotem do łóżka i zobaczyć, czy Cass do niego dołączy. 

background image

Jej  widok  odebrał  mu  dech  w  piersiach.  Była  tak  delikatna, 

słodka.  Włosy  swobodnie  tańczyły  wokół  jej  twarzy.  Były  jak  żywe 

zwierzątka  -  miałby  ochotę  je  ujarzmić.  Koszula  podkreślała  kobiece 

kształty  i  nagle  poczuł,  że  spodenki  zaczynają  go  uwierać.  Cass 

uśmiechnęła się nieśmiało. 

-  Nastawiłam  wodę  na  kawę  -  powiedziała,  przerywając 

milczenie. 

Miała  wciąż  niski,  zaspany  głos.  Patrzyła  zawstydzona  w  jakiś 

punkt  ponad  ramieniem  Rafe'a.  Wiedział,  że  przypomniała  sobie 

swoje zuchwałe zachowanie sprzed kilku minut. Otworzył ramiona, a 

ona podeszła i przytuliła się do niego. 

-  Cassie,  maleńka,  ja  przy  tobie  oszaleję.  Dlaczego  zostawiłaś 

mnie samego? 

- Nie spałeś? - spytała łamiącym się z zażenowania głosem. 

Ukryła  twarz  na  jego  piersi.  Wiedział,  że  oblała  się  rumieńcem. 

Uniósł jej podbródek i zmusił, by na niego spojrzała. 

- Czemu nie zostałaś? 

Milczała.  Rafe  pocałował  ją,  a  ona  w  odpowiedzi  zarzuciła  mu 

ręce  na  szyję.  Wplątał  jedną  rękę  w  jej  włosy,  drugą  błądził  coraz 

niżej po plecach. Wsunął dłoń pod koszulę, którą miała na sobie, i ze 

zdziwieniem stwierdził, że jest zupełnie naga. 

Wcisnął nogę między jej uda i poczuł wilgotne ciepło. Obsypywał 

pocałunkami  jej  szyję  i  dekolt.  Niżej  czekały  na  niego  nabrzmiałe 

piersi  z  twardymi  sutkami.  Dmuchał  na  nie  delikatnie  i  ssał  przez 

cienki materiał koszuli. 

background image

Cass  gwałtownie  przyciągnęła  Rafe'a  do  siebie.  Nie  przerwał 

pieszczoty,  choć  prawie  stracił  równowagę,  kiedy  ciałem  Cass 

szarpnął  dreszcz  rozkoszy.  Jemu  samemu  wydawało  się,  że  zaraz 

eksploduje.  Musiał  znaleźć  się  w  niej,  i  to  natychmiast.  Zaczął 

przesuwać  się  w  stronę  łóżka.  Ramieniem  odsunął  cienką  zasłonkę. 

Cass  jęknęła,  kiedy  rzucił  ją  na  posłanie,  i  to  przywołało  go  do 

rozsądku. 

Spokojnie, człowieku, powiedział sobie w duchu. Nic potrafił się 

przy niej kontrolować, a to mogło zniweczyć jego plany. 

- Och, przepraszam, maleńka. 

- Rafe, pośpiesz się. 

Gdyby  usłyszał  te  słowa  w  innej  sytuacji,  bardzo  by  go 

rozśmieszyły.  Teraz  jednak  balansował  na  krawędzi.  Zrzucił  szybko 

spodenki  i  sięgnął  po  pudełko  z  prezerwatywami.  Stało  na  nocnej 

szafce, tam, gdzie je zostawili. 

Tymczasem  Cass  zdjęła  koszulę  i  czekała  na  niego  z  otwartymi 

ramionami, leżąc na poduszkach. Uświadomił sobie, że ją kocha. 

Położył się na niej. Ich usta i języki się spotkały. Wszedł  w nią i 

zaczęli  poruszać  się  zgodnym  rytmem,  aż  doznali  spełnienia.  Kilka 

minut później Rafe czuł, jak powoli zapada w objęcia Morfeusza. 

- Może Gicalone? - zapytała Cass. 

- Cooo? 

- No, twoje drugie imię. 

- Nie. To Gen... - zaczął i ugryzł się w język. - Nie powiem.  

background image

Roześmiała  się.  Rafe  wiedział,  że  już  nie  zaśnie,  ale  wcale  tego 

nie  żałował.  Coś  mu  podpowiadało,  że  należy  maksymalnie 

wykorzystać każdą spędzoną z Cassie chwilę. 

Cass siedziała przy oknie i patrzyła, jak po szybie spływają, smugi 

deszczu.  Rafe  zasugerował,  by  przenieśli  się  do  jej  domu  zaraz  po 

lunchu, na wypadek gdyby Andy ich potrzebował. 

Wzruszyła ją ta troska Rafe'a o jej syna. 

Pogoda  przypominała  aurę  typową  dla  końca  grudnia.  Cass 

pomyślała  o  Bożym  Narodzeniu.  Nie  pozwoli,  by  Rafe  spędził  je 

samotnie. Ona i Andy zmuszą go do przyjścia do nich bez względu na 

to,  czy  mu  się  to  podoba,  czy  nie.  Czas  już  zresztą  pomyśleć  o 

przygotowaniach do świąt. 

Rafe podszedł do niej od tyłu i otoczył ją ramieniem. Poddała się 

chętnie  pieszczocie.  Czuła  się  tak,  jakby  wróciła  do  domu. 

Westchnęła. Zachowywała się jak bohaterka kiepskiego melodramatu. 

- W tym tygodniu muszę kupić choinkę. 

- Może poszlibyśmy po nią zaraz? 

Ta propozycja znaczyła dla niej więcej niż wiązanka róż. 

- Na pewno masz na to ochotę? 

- Idź po kurtkę. 

- Musimy najpierw odebrać Andy'ego. 

Popatrzył na nią z wyrzutem. 

- Przecież wiem. 

Wzruszyła  ramionami  i  powstrzymała  cisnący  się  jej  na  usta 

uśmiech. Wydawało mu się, że potrafi grać. a ona bez trudu czytała w 

background image

nim  jak  w  otwartej  księdze.  Wiedziała,  że  w  ciągu  ostatnich  kilku 

tygodni Andy bardzo się przywiązał do sąsiada, ale nie zdawała sobie 

sprawy, że Rafe odwzajemnia to uczucie. 

- Pojedziemy moim samochodem? - zapytała. 

- Może być. Ja prowadzę. 

- Czemu akurat ty? - zapytała, wkładając wyblakłą kurtkę. 

- No, bo... 

- Tak? 

Wiedziała,  że  chciał  wygłosić  jakąś  głupią  uwagę,  jakoby 

mężczyźni byli lepszymi kierowcami. 

- Lubię prowadzić - odpowiedział dyplomatycznie. 

Kiedy  wychodzili na zewnątrz, zrobił coś, co zdarzyło mu się po 

raz pierwszy: otworzył przed nią drzwi. 

-  Niech  ci  się  nie  wydaje,  że  wystarczy  jeden  rycerski  gest,  by 

wynagrodzić twoje wcześniejsze zachowanie. 

- Kochanie, mówiłem ci, że nie jestem dżentelmenem. 

Cass przyglądała się, jak otwiera drzwiczki samochodu od strony 

kierowcy,  i  pomyślała,  że  to  nieprawda.  Miał  w  sobie  więcej  z 

dżentelmena niż wszyscy znani jej mężczyźni. 

-  Na  pewno  nie  przeszkadza  ci,  że  musimy  pojechać  po 

Andy'ego? - zapytała, gdy ruszali z podjazdu. 

- Nic a nic. 

Andy  wybiegł  z  domu  matki  Cass.  kiedy  tylko  podjechali.  Cass 

myślała, że się rozpłacze, kiedy mały synek rzucił się w jej objęcia. 

- Mamo, strasznie za tobą tęskniłem. 

background image

- Ja też, słonko. 

Pocałowała  go  w  czubek  głowy.  Andy  spojrzał  na  Rafe'a,  potem 

znowu  na  nią  z  wyraźnym  zaciekawieniem.  Chciał  wiedzieć,  czy 

może  przytulić  się  do  Rafe'a.  Cass  jednak  nie  była  pewna  reakcji 

Rafe'a, na wszelki wypadek więc pokręciła przecząco głową. 

- Dzień dobry, Rafe - powiedział Andy. 

- Cześć, stary. 

Na  twarzy  Rafe'a  odmalowało  się  coś,  co  mogło  być 

rozczarowaniem. Cass pomyślała, że może jednak chciał przywitać się 

z Andym bardziej serdecznie. 

- Co robimy? - zapytał chłopiec. 

- Chyba już czas kupić choinkę. 

- Super! - wrzasnął mały. - Poczekajcie na mnie minutkę. 

Cass  miała  uczucie,  że  w  duszy  Rafe'a  coś  pękło.  Zniknęła 

bariera,  którą  budował  przez  ostatnie  lata.  Coś,  co  ukrywał  głęboko, 

nagle znowu ujrzało światło dzienne. 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Plac  z  choinkami  wypełniał  przedświąteczny  zgiełk.  Wokół 

drzewek  kłębił  się  rozentuzjazmowany  tłum.  Z  głośników  płynęły 

kolędy. 

- Ta mi się podoba - powiedział Andy. 

Rafe popatrzył na drapaka, którego wskazał mały, i zagryzł wargi, 

by  nic  wybuchnąć  śmiechem.  Chciał  poprzeć  decyzję  Andy'ego, 

background image

pamiętał, jakie to ważne dla chłopca w tym wieku, ale nie wiedział, co 

ma powiedzieć. 

- Jak myślisz, Cass? - zapytał. 

- Chyba trochę za... duża. 

Rafe wzruszył ramionami w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie 

i dodał: 

- Będzie dotykać sufitu. 

Miał  nadzieję,  że  tego  właśnie  od  niego  oczekiwała.  Nie  umiał 

załatwiać takich spraw jak prawdziwy ojciec.  

Andy przestępował z nogi na nogę. 

- Och, mamo, przecież możemy ją skrócić. 

Jak  ona  potrafiła  oprzeć  się  prośbie  chłopca,  dziwił  się  Rafe. 

Gdyby Andy był jego synem, rozpuściłby go zbytnim pobłażaniem. 

Cass położyła rękę na ramionkach dziecka. 

- Nic, nie możemy. Pamiętasz, co było w zeszłym roku? 

Wybuchnęli  śmiechem.  Rafe  nie  mógł  znieść  ogromu  miłości, 

jaką  darzyli  się  matka  i  syn.  Jednocześnie  rosła  w  nim...  zazdrość? 

Patrząc  na  nich,  czuł  się  osamotniony  i  odseparowany  od  życia. 

Musiał sobie przypominać, że przecież jest szczęśliwy. 

- Chodźcie dalej. Mam inną choinkę na oku - powiedziała Cass. 

Wyciągnęła  ze  sterty  drzewek  średniej  wielkości  sosnę. 

Doskonały wybór, pomyślał Rafe. Zmieści się w salonie bez potrzeby 

przycinania. Nie było się nad czym zastanawiać. 

- Może być, mamo. - Andy uważnie obejrzał choinkę. 

background image

Rafe nie mógł uwierzyć,  że  właśnie  wybiera i kupuje świąteczne 

drzewko.  Przypomniał  sobie  wspólne  wyprawy  z  ojcem.  W  jego 

rodzinie zdobycie choinki zawsze należało do mężczyzn. 

- Rafe, co o tym myślisz? - zapytała Cass. - Podoba ci się ? 

Nie mógł znieść widoku jej pełnej ufności twarzy. Chciał porwać 

ją  w  ramiona.  Zapewnić  jej  i  jej  synowi  wszystko,  czego  mogliby 

potrzebować. 

-  Jest  wspaniała.  Nigdy  nie  widziałem  piękniejszej.  No,  z 

wyjątkiem tej, którą wybrał Andy. 

-  Przestań,  Rafe.  Ta  jest  lepsza.  Chodźmy  zapłacić.  -  Chłopiec 

wziął Rafe'a za rękę. - A ty, mamo, pilnuj drzewka. 

Rafe zachichotał. Jak na takiego malca, Andy  potrafił rozstawiać 

innych po kątach. 

Kiedy  dotarli  do  kasy,  Rafe'a  znowu  ogarnęły  wspomnienia. 

Targował  się  ocenę,  jak kiedyś  jego  ojciec.  Andy  popędził  do  matki, 

by poinformować ją jak najszybciej, że sprawa załatwiona. 

- Ładnego ma pan dzieciaka - powiedział sprzedawca do Rafe'a. 

W  pierwszym  odruchu Rafe  chciał  skorygować  pomyłkę.  Jednak 

milczał.  Popatrzył  za  Andym  znikającym  właśnie  za  rogiem  i 

odwrócił się w stronę swego rozmówcy. 

- To prawda. 

Cass  uśmiechnęła  się  do  niego  z  daleka.  Rafe  odpowiedział  jej 

tym  samym  i  zmierzwił  włosy  na  głowie  Andy'ego.  Wziął  choinkę 

pod  pachę  i  wszyscy  poszli  w  stronę  samochodu.  Andy  pomógł  mu 

zabezpieczyć drzewko mocnym sznurkiem. 

background image

- Wsiadajcie, chłopcy. Kiedy przyjedziemy do domu, dostaniecie 

po filiżance gorącej czekolady - obiecała Cass. 

Prowadząc  samochód,  Rafe  rozmyślał  nad  swoją  przemianą. 

Pomysł, by być dla Andy'ego ojcem, coraz bardziej mu się podobał. I 

to go przerażało. Dobry humor Rafe'a okazał się zaraźliwy. Wszyscy 

troje przekomarzali się ze sobą, śmiali głośno, śpiewali na całe gardło 

kolędy. 

Cass szukała choinkowych lampek w pudełkach ze świątecznymi 

ozdobami.  Znalazła  je  w  ostatnim,  na  samym  dnie.  Sznury  były 

mocno splątane. 

- No nareszcie. Są. 

Rafe spojrzał na to, co trzymała w dłoni. 

- Coś ty, do cholery, z nimi zrobiła? 

-  Rafe!  -  powiedziała  ostro.  Myślała,  że  się  już  oduczył 

przeklinania. 

-  Cass!  -  odpowiedział  jej  grymasem.  -  Rozwieś  te  lampki,  a  ja 

spróbuję je naprawić. 

- Mama nie jest zbyt zręczna - wtrącił się Andy. 

- To prawda. 

Uśmiechnęli  się  do  siebie.  Rafe  przypomniał  sobie  ten  dzień, 

kiedy  Cass  pomagała  mu  w  naprawie  dachu.  Doskonale  wiedział,  że 

do prac typowo męskich ma dwie lewe ręce. 

- Ale nie powinieneś obrzucać jej przekleństwami. 

Cass zagryzła wargi, by nie wybuchnąć śmiechem. Rafe pogłaskał 

Andy'ego po głowie. 

background image

- Masz rację, synu. Cass, przyjmij moje przeprosiny. 

Rafe  Santini  ją  przeprasza!  Teraz  Cass  nie  mogła  już 

powstrzymać się od uśmiechu. Z miny Rafe'a wywnioskowała, że pała 

żądzą  zemsty.  Puściła  do  niego  oko.  Niech  nie  myśli,  że  ona  się  go 

boi. 

-  Naprawcie  lampki,  a  ja  pójdę  do  kuchni  i  zajmę  się 

ciasteczkami. 

- Kuchnia to właściwe miejsce dla kobiety. 

Słowa Rafe skierowane do jej syna dotarły do niej, kiedy była już 

za  progiem  salonu.  Wiedziała,  że  powiedział  to  specjalnie,  by  ją 

rozzłościć,  postanowiła  więc  puścić  ten  komentarz  mimo  uszu. 

Odegram się później, kiedy będziemy sami, pomyślała. 

Wyjęła  z  lodówki  ciasto,  rozwałkowała  je,  wykroiła  ciastka  i 

ułożyła ostrożnie na blasze. Nagle opanowało ją wrażenie, że ktoś się 

jej przygląda. Obejrzała się i zobaczyła Rafe'a stojącego w drzwiach. 

- Gdzie Andy? - zapytała. 

-  Poprosiłem  go,  by  wyprowadził  Tundrę.  Masz  coś  przeciwko 

temu? 

- Nie, czemu? 

-  Czy  ja  wiem?  Do  diabła.  Cass,  nie  powinnaś  zostawiać  go  ze 

mną. Skąd wiesz, jaki mam na niego wpływ? Wciąż przeklinam. 

- W rozmowie z nim? 

- Pewnie, że nie. Ale sama wiesz, jaki jestem. 

Fakt,  że  martwił  się  swoim  słownictwem,  był  dla  niej  najlepszą 

rekomendacją. 

background image

- Nie martw się. Andy wie, że za przeklinanie czeka go kara. 

- Ukarzesz go za coś, czego nauczył się ode mnie? - zapytał Rafe 

z niedowierzaniem. 

-  Nie  bój  się,  za  to  nie  grozi  mu  lanie.  Po  prostu  nie  dostanie 

deseru. 

Żartujesz? 

-  Sama  czasem  używam  brzydkich  słów.  Musieliśmy  wymyślić 

coś, co byłoby karą i dla niego, i dla mnie. 

- Świetny pomysł. Cass. 

- Dzięki. Usiądź i spróbuj ciastek. 

-  Nie.  Będę  się  stosował  do  zasad  obowiązujących  w  tym  domu, 

dobrze? 

- Proszę bardzo, tylko czemu nie chcesz zjeść ciastka'' 

- Używam brzydkich słów, odkąd skończyłem czternaście lat. 

Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. 

- Och, Rafe... 

- Przestań tak na mnie patrzeć - powiedział zrzędliwym tonem. 

Podszedł do niej i zamknął ją w ciasnym uścisku. 

- Jak patrzeć? 

- Tak, że chcę wziąć cię na kolana i obsypać pocałunkami. 

Przesunęła  zachęcająco  językiem  po  wargach.  Przyciągnął  ją  do 

siebie, na twarzy czuła jego ciepły oddech. Rafe pochylił  się i  zaczął 

ją całować, a ona gładziła leciutko jego ramiona, szyję i głowę. 

background image

Na  dźwięk  trzaskających  drzwi  wejściowych  jak  oparzona 

odskoczyła  od  Rafe'a.  Splotła  ręce  na  piersi  i  kilka  razy  odetchnęła 

głęboko. 

-  Rany  -  powiedział,  przeczesując  ręką  kędzierzawe  włosy.  - 

Kobieto wodzisz mnie na pokuszenie. 

- Nie trzeba było zapuszczać się na mój teren - odparła zaczepnie. 

- Co masz na myśli? 

-  Trzymaj  się  z  dala  od  kuchni,  jeśli  nie  jesteś  w  stanie  znieść 

wysokiej temperatury. 

Rafe  roześmiał  się  głośno.  Ona  również  była  rozbawiona.  Do 

kuchni wszedł Andy i rzucił się w stronę stygnących ciastek. 

- Andy, umyj ręce - powiedziała Cass. 

- Och, mamo! 

- Och, synu! 

Andy szybko opłukał ręce i wrócił do kuchni. 

- Co dziś na obiad? 

Cass jęknęła na myśl. że musi jeszcze ugotować obiad. 

- Co byś powiedział na pizzę? - zapytał Rafe. 

- Suuper! - wrzasnął Andy. 

Cass  nie  oponowała.  Poza  wszystkim  innym  nie  chciała  być  z 

Rafe'em w domu. Nie ufała sobie. 

Wieczory  były  już  teraz  tak  chłodne,  że  nawet  Rafe  włożył 

sweter.  Siedzieli  obok  siebie  na  werandzie,  rozkoszując  się  ciszą  i 

własną  bliskością.  Cass  zawsze  sobie  wyobrażała,  że  tak  powinno 

background image

wyglądać życie małżeńskie, ale Carl nie miał czasu na przesiadywanie 

z nią przed domem. 

Ulica  rozświetlona  była  ciepłym  blaskiem  latarni  w  formie 

przeróżnych  Mikołajów  w  saniach  z  reniferami,  którymi  ozdobiono 

okoliczne domy. Cass czuła, że ogarnia ją spokój, jakiego nie zaznała 

od lat. 

- Rafe, potrzebuję twojej rady. 

- Mów. 

Zajęty  był  właśnie  przeciskaniem  dłoni  między  jej  swetrem  a 

bluzką, którą miała pod spodem. Piersi nabrzmiały jej w oczekiwaniu 

na ten dotyk. 

- Przestań - chwyciła go za rękę. - Mówię poważnie. 

Westchnął teatralnie. 

- Dobra. Słucham. 

-  Zdecydowałam,  że  zapiszę  Andy'ego  od  stycznia  na  lekcje 

karate. Właściwie to wykupiłam mu je jako prezent. 

- No i? - zapytał. 

- Nie jestem pewna czy to słuszna decyzja. Wspomniałeś kiedyś o 

sztukach walki i pomyślałam... 

Coś  jej  mówiło,  że  podjęła  tę  decyzję  nie  tylko  pod  wpływem 

Rafe'a, ale i dla niego. 

-  Nie  wiem,  Cass.  Wierzę,  że  uprawianie  sportu  ma  zbawienny 

wpływ  na  młodego  człowieka,  ale  trudno  przewidzieć,  czy  pomoże 

Andy'emu.  Wschodnie  techniki  walki  rozwijają  na  pewno 

background image

samodyscyplinę.  Gwarantuję  ci,  że  będzie  posłuszny,  kiedy 

następnym razem każesz mu zostać w domu. 

- Ale czy to właściwa decyzja? 

-  Nie  pytaj  mnie,  Cass.  Nie  jestem  jego  ojcem.  Nie  mam 

doświadczenia. Nie umiem ci pomóc. 

Wstała  i  podeszła  do  barierki.  Każda  ich  rozmowa  czy  kłótnia 

kończyła się w ten sam sposób. 

- Rafie Santini, oszaleję przez ciebie. 

-  Wiem.  -  Podszedł  do  niej  i  przytulił  mocno  do  siebie.  -  Wiem, 

maleńka. Ale nie chciałbym ci źle doradzić. Naprawdę nie mam o tym 

zielonego pojęcia. 

- Dobrze. Nie zamierzałam przypierać cię do muru. 

- Skończyliśmy już rozmowę? - zapytał. 

Bawił  się  guzikiem  jej  swetra.  Wiedziała,  co  mu  chodzi  po 

głowie. 

- Tak. 

Rozpiął  sweter  i  zaczął  pieścić  jej  skórę  przez  cienki  materiał 

koszuli. Pod dotykiem jego palców momentalnie twardniały jej sutki. 

Lekko  ugryzł  ją  w  szyję.  Marzyła  tylko  o  tym,  by  zedrzeć  z  siebie 

ubranie i rzucić się w jego objęcia. 

- A Andy? 

-  Chyba  musimy  odłożyć  to  na  inną  noc  -  powiedział  wyraźnie 

zawiedziony. 

Zapiął z powrotem jej sweter. Usiedli. 

background image

-  Włożę  dziś  moją  frywolną  koszulkę  nocną.  Dla  ciebie  - 

odezwała się po kilku minutach. 

- Jedźmy gdzieś razem na weekend - zaproponował Rafe. 

Spojrzała mu w oczy. 

- Podejrzewam, że nie zamierzasz powiedzieć „tak" 

Wcale  nie  wyglądał  na  zrezygnowanego  albo  rozczarowanego. 

Chyba wiedział, że  ona nie może ot,  tak sobie wyjechać, zostawiając 

syna u babci. 

- Dołożę coś na przynętę - powiedział, całując jej brew. - Weźmy 

Andy'ego i jedźmy do Busch Gardens w Tampie. 

- Wybierzmy się raczej w jakieś ciekawe miejsce w okolicy. 

-  W  okolicy?  Dokąd?  Do  Disneylandu?  Naprawdę  chcesz 

przebijać się przez te tłumy? 

-  Wiem  tylko,  że  nie  chcę  wyjechać  zbyt  daleko  przed  samymi 

świętami. Muszę zrobić jeszcze milion rzeczy. 

- Dobrze, więc pojedziemy po świętach. 

Zgodziła  się.  Siedzieli  dalej  w  milczeniu,  aż  ziąb  zmusił  ich  do 

odwrotu.  Rafe  pocałował  ją  i  poszedł  do  siebie.  Cass  wiedziała,  co 

przede wszystkim zrobi przed świętami.  

Oświadczy się Rafe'owi Santiniemu. 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Rafe  rozkoszował  się  powiewem  zimnego  powietrza  na  twarzy. 

Odbywał  właśnie  swój  zwykły  trening  po  okolicy.  Tundra  zataczała 

wokół niego koła - raz była przed nim, raz daleko w tyle. 

background image

Próbował  nie  zwracać  uwagi  na  pytania  kłębiące  się  w  jego 

głowie.  Dotyczyły  życia,  miłości,  Cass...  Ciągnęło  go  do  niej  i  jej 

rodziny jak alkoholika do sklepu monopolowego. A miał się przecież 

nie  angażować.  Zbliżające  się  święta  bynajmniej  nie  polepszały 

sytuacji.  Może  dobrze  byłoby  odsunąć  się  od  Cass  i  Andy'ego. 

Przynajmniej na jakiś czas. 

Codziennie sobie powtarzał, że nie robi im krzywdy. A jednak się 

bał.  Doświadczenia  z  przeszłości  nauczyły  go,  że  zbytnia  zażyłość 

rodzi kłopoty i ból. 

Zwolnił,  skręcając  w  swoją  ulicę.  Odruchowo  spojrzał  na  dom 

Cass. Zaklął pod nosem. Ta idiotka wlazła bez asekuracji na drabinę i 

wiesza  na  dachu  bożonarodzeniowe  lampki.  Czemu,  do  diabła,  nie 

poprosiła go o pomoc? Taka z niej Zosia Samosia?  

Rozumiał,  że  przez  lata  wszystko  robiła  sama,  ale  już  najwyższy 

czas, by nauczyła się korzystać z pomocy innych. 

Głośne  szczekanie  Tundry  zdradziło  jego  obecność.  Cass 

przylgnęła do drabiny i obejrzała się. Uśmiechnęła się tak promiennie, 

że  Rafe  zapomniał  o  wszystkich  wątpliwościach  i  obawach.  Patrzył, 

jak  Cass  schodzi  z  drabiny,  kołysząc  biodrami.  Jej  zgrabną  pupę 

ciasno  opinały  dżinsy.  Rafe  objął  ją  w  pasie  i  ściągnął  w  dół,  a  ona 

odwróciła się i pocałowała go namiętnie. 

Rozluźnił uścisk. 

- Co ty wyprawiasz? - zapytał, wskazując w górę. 

W odpowiedzi wzruszyła ramionami. 

Wszystko w niej kochał. Nawet to wzruszenie ramionami. 

background image

W jego poprzednich romansach liczyła się tylko żądza. Przelotne 

związki  bez  znaczenia  wypełnione  były  seksem.  Nie  pamiętał  nawet 

imion  tamtych  kobiet.  A  ona  była  jak  zaginiona  druga  połówka  jego 

duszy. Ta, której już dawno urządził symboliczny pogrzeb. Udało się 

jej przeniknąć przez bariery, które postawił, i zmusić, by ją pokochał. 

Choć  uczciwość  nakazywał  mu  przyznać,  że  Cass  do  niczego  go  nie 

zmuszała. 

- Może ci pomóc z tymi lampkami? - zapytał.  

Przed  oczami  stanął  mu  obraz  taty  tłumaczącego  matce,  iż  nie 

wszystko musi robić sama, że wystarczy poprosić o pomoc. Pamiętał, 

jak  tata  uczył  go,  że  mężczyźni  powinni  opiekować  się  kobietami, 

kochać je i bronić ich. Nie zapomnij o tym, synu, powtarzał. 

Wciąż  słyszał  te  słowa.  Podobieństw  między  związkiem  jego 

rodziców  a  relacją  jego  i  Cass  było  dużo  więcej.  I  ją  mógłby 

skrzywdzić, tak jak skrzywdził rodziców. 

Poczuł ucisk w gardle. Dobrze wiedział, że nie powinien był się z 

nikim  wiązać.  Czy  nie  wyciągnął  żadnych  wniosków  ze  śmierci 

rodziców? Ogarnął go zabobonny lęk, odziedziczony po matce: może 

wspomnienie rozmowy z ojcem to znak?  

Lepiej  się  teraz  wycofać,  zanim  komuś  stanie  się  krzywda. 

Poczuł, jak świat wali mu się na głowę. Opanowała go paniczna chęć 

ucieczki.  Zanim  Cass  zdążyła  odpowiedzieć  na  jego  pytanie, 

zadzwonił telefon. 

- Wejdziesz? 

background image

Nie,  pomyślał,  nie  wejdę.  Nie  potrafił  jednak  tego  z  siebie 

wydusić. 

- Pewnie. 

Weszli razem do tego przytulnego domu. Cass odebrała telefon, a 

Rafe  włączył  ekspres  do  kawy.  Przez  cały  czas  powtarzał  sobie  w 

myślach,  że  jest  kawalerem  i  chodzi  własnymi  ścieżkami.  Nie 

interesuje  go  małżeństwo  i  nie  zmieni  tego  żadna  kobieta  o  piwnych 

oczach. 

- Rafe? 

- Co? 

-  Andy  znowu  się  pobił  z  kolegami.  Nie  może  znaleźć  sobie 

miejsca w nowej klasie. - Zmarszczyła czoło. Nie próbowała ukrywać 

troski  i  zdenerwowania.  -  Muszę  pojechać  po  niego  do  szkoły. 

Zawieszono go w prawach ucznia. 

Odsunęła się od niego. Rafe wyłączył ekspres i poszedł za nią do 

przedpokoju.  Zniknęła  gdzieś  jego  wola  ucieczki.  Przecież  nie  mógł 

teraz zostawić Cass samej. 

- Dlaczego go zawieszono? - zapytał, podając jej kurtkę. 

- Sprowokował bójkę. 

Rafe szedł  za nią, zastanawiając się, co powinien zrobić. Nie był 

pewien, czy chce z nią jechać. W końcu zdecydował, że w tym stanie i 

tak nie powinna sama prowadzić. 

- Pojadę z tobą. 

background image

W jej  oczach błysnęła  wdzięczność. Wyciągnęła do niego dłoń z 

kluczykami, ale nagle przypomniała sobie ich umowę: krótki związek 

bez zobowiązań. 

-  Nie  ma  sprawy  -  powiedział,  biorąc  od  niej  kluczyki.  -  Chcę 

jechać. 

-  Dzięki  -  rzuciła,  okrążając  samochód  i  zajmując  w  środku 

miejsce pasażera. 

Siedziała  spięta,  podczas  jazdy  wyglądała  przez  okno.  Rafe 

próbował nawiązać rozmowę, ale bezskutecznie. 

- Cass, jestem pewien, że z nim wszystko w porządku. 

- Skąd możesz o tym wiedzieć? 

- Uczyłem go samoobrony. 

Milczała tak długo, że się zdenerwował. Powinien był zapytać ją 

najpierw  o  zgodę.  Opierał  się  tylko  na  zapewnieniach  Andy'ego,  że 

nie będzie miała nic przeciwko lekcjom. 

-  Pokazałem  mu  tylko  kilka  podstawowych  ruchów.  Nie  można 

przy ich użyciu zrobić komuś krzywdy. To samoobrona. 

- Gdzie ja wtedy byłam? - zapytała. 

- Pojechałaś do miasta po otomanę pani Feuller. 

- I co? Pojętny uczeń z mojego syna? 

- Tak. 

Zapadła  długa  cisza,  w  czasie  której  Rafe  czynił  sobie  w  duchu 

wyrzuty.  Gdyby  nie  uczył  Andy'ego  samoobrony,  chłopiec 

prawdopodobnie  nie  wdałby  się  w  bójkę  i  nie  siedział  teraz  na 

dywaniku u dyrektora. 

background image

-  Wspomniałaś  o  karate.  Chciałem,  żeby  spróbował,  czym  to 

pachnie. Mogłabyś przecież wyrzucić pieniądze w błoto. 

Jakoś  blado  wypadały  teraz  wszystkie  jego  argumenty.  Nie 

zachęcał  chłopca  do  bójek,  ale  z  drugiej  strony  nietrudno  było 

przewidzieć, jak Andy wykorzysta nowo zdobytą wiedzę. 

Zaparkowali na małym przyszkolnym parkingu. Rafe miał zamiar 

już  wysiadać,  kiedy  poczuł  palce  zaciskające  się  na  jego  ramieniu. 

Spojrzał na Cass i zobaczył, że płacze. 

-  Rafe,  dziękuję  ci.  Wiem,  że  nie  chcesz  się  z  nikim  wiązać.  Że 

właśnie  tego  próbowałeś  za  wszelką  cenę  uniknąć.  Ale  fakt,  że 

nauczyłeś  mojego  syna,  jak  powinien  się  bronić,  ma  dla  mnie 

ogromne znaczenie. 

Pochyliła się  w stronę Rafe'a i pocałowała go  lekko. Osuszył łzy 

na jej twarzy, odgarnął kosmyk włosów z czoła. Wiedział, że jego los 

jest przesądzony. 

- Chcesz, żebym poszedł z tobą? 

-  Tak,  proszę  -  powiedziała.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  zawstydzę 

Andy'ego swoimi łzami. 

Weszli  do  budynku.  Cass  uśmiechnęła  się  do  Rafe'a  z 

wdzięcznością. Miał  nadzieję,  że  już  nigdy  nie  zobaczy  w  jej  oczach 

bólu ani rozczarowania. 

Andy  siedział  na  tylnym  siedzeniu  samochodu  i  wyglądał  przez 

okno. Cass  walczyła  z  ochotą, by  wziąć  syna  w  ramiona  i  mocno  go 

przytulić.  Wiedziała  jednak,  że  jeśli  się  złamie,  Andy  nigdy  nie 

wyciągnie wniosków z tego, co się stało. 

background image

Patrząc  na  jego  posępną  minę,  pomyślała,  że  zachowuje  się  jak 

nastolatek,  którym  już  niedługo  będzie.  Westchnęła  i  spojrzała  na 

Rafe'a. Wzruszył bezradnie ramionami. Cass nie wiedziała, co począć. 

Między  nią  a  jej  synem  wyrósł  mur  i  nie  miała  pojęcia,  jak  go 

pokonać. 

Spojrzała  do  tyłu.  Andy  wyglądał  strasznie.  Cały  podrapany, 

prawe  oko  podpuchnięte,  zaschnięta  krew  nad  górną  wargą.  Podała 

mu paczkę chusteczek higienicznych. 

W milczeniu wytarł wargę. Rafe zatrzymał się na światłach. 

- Andy, czy to ty zacząłeś bójkę? - zapytała cicho Cass. 

Przez  chwilę  wpatrywał  się  we  własne  stopy,  po  czym  znowu 

spojrzał za okno. 

- Odpowiedz matce, Andy - powiedział Rafe. 

Cass  była  zaskoczona.  W  szkole  Rafe  był  dla  niej  dużym 

wsparciem, ale nie odezwał się ani słowem. 

- Niedokładnie. 

- A co, w takim razie, dokładnie się stało? 

Cass próbowała zachować spokój, ale myśl o bójce z udziałem jej 

synka...  

-  Jeff  nazwał  mnie  chuderlakiem.  Ja  go  nazwałem  tłustym 

niezdarą. On mnie walnął, ja mu oddałem. 

- Wiesz, co myślę o bójkach... 

-  Do  cholery,  mamo.  Przynajmniej  wiedziałem  tym  razem,  jak 

walczyć.  Ostatnio  Jeff  sprał  mnie  na  kwaśne  jabłko.  Wszyscy  inni 

stali i się gapili. 

background image

- Nie przeklinaj - powiedziała cicho. 

Zrozumiała, że jeśli Andy nie nauczy się bronić, nigdy nie będzie 

mężczyzną.  Rafe  nie  zdawał  sobie  sprawy,  jak  cenną  rzecz  jej 

ofiarował. 

- Dobrze, to rozumiem. Ale obiecaj mi, że od dzisiaj nie dasz się 

łatwo sprowokować. 

- Obiecuję. 

Wjechali właśnie na podjazd przed domem i Rafe wyłączył silnik. 

Zapadła cisza, której żadne z nich nie chciało przerwać. W końcu Cass 

kazała Andy'emu iść do swojego pokoju. 

- Rafe? - odezwał się Andy, wysiadając z samochodu. 

- Taaa, chłopie? 

- Dzięki - powiedział i rzucił się biegiem w stronę domu. 

Rafe uśmiechnął się pod nosem. 

- Pójdziemy gdzieś na kolację? - zapytał. 

- Jeśli znajdę kogoś, kto zostanie z Andym. 

- Mógłby jechać z nami. 

- Nie, nie mógłby. Powinien zostać w domu i zastanowić się nad 

tym, co się dzisiaj stało. 

Rafe  zrobił  minę,  jakby  chciał  zaoponować,  ale  nic  nie 

powiedział. Ruszył w stronę swojego domu. 

- Daj znać, jak coś postanowisz. 

- Rafe, jeszcze raz dziękuję. 

Kiwnął  głową  i  odszedł.  Chyba  nie  był  zadowolony  z  roli,  jaką 

odegrał  w  dzisiejszym  zajściu.  Cass  cieszyła  się,  że  w  ogóle  odegrał 

background image

jakąkolwiek  rolę.  Miała  nadzieję,  że  nie  odrzuci  propozycji 

poważniejszego związku. Weszła do domu, snując plany na wieczór. 

Cass  zadzwoniła  do  Rafe'a  i  zaprosiła  go  na  kolację,  jak  tylko 

zawiozła  Andy'ego  do  Jeffa  Lowella.  Była  zaprzyjaźniona  z  matką 

Jeffa,  Daną.  Ustaliły,  że  ich  synowie  powinni  spędzać  razem  więcej 

czasu.  Andy  miał  przenocować  u  Lowellów,  a  jutro  w  ciągu  dnia 

chłopcami miała zająć się Cass. 

W drodze powrotnej wstąpiła do sklepu po butelkę szampana. W 

domu  włożyła  szybko  czerwoną  koszulkę  i  zapaliła  świece  we 

wszystkich pomieszczeniach na dole. Nastawiła swoją ulubioną płytę. 

Kiedy  zabrzęczał  dzwonek,  zatrzymała  się  na  moment  przed 

lustrem. Zastanowiła się, czy powinna otwierać drzwi w takim stroju. 

Co  będzie,  jeśli  to  któryś  sąsiad przyszedł  pożyczyć  mąki?  Zarzuciła 

na ramiona kurtkę. 

- Kto tam? 

- To ja, maleńka. 

Głos Rafe'a działał na nią elektryzująco. Serce zaczęło dudnić jej 

w  piersi.  Rafe  miał  na  sobie  obcisłe  dżinsy  i  koszulkę  w  kolorze 

morskiej wody, jedną z tych, które mu podarowała. 

Przesunęła  się  i  zdjęła  kurtkę.  Kiedy  ją  wieszała  na  kołku,  za 

plecami usłyszała przeciągły gwizd. 

- Do licha, Cassie, ależ jesteś seksowna. 

- To ta koszulka... 

- Nie - powiedział stanowczo. - To ty. 

background image

Spłoniła  się.  Poprowadziła  go  do  salonu,  gdzie  już  czekał 

szampan i zakąski. Rafe usiadł na kanapie i przyciągnął ją do siebie.  

Miała  nadzieję,  że  to  będzie  spokojny  wieczór.  Najpierw 

oświadczyny, potem łóżko. Nie doceniła jednak działania czerwonego 

strzępka tkaniny, który miała na sobie. 

- Jesteśmy kochankami. Nie powinnaś się wstydzić. 

- Nie wstydzę się. Po prostu chciałam z tobą porozmawiać. Kiedy 

mnie dotykasz, nie mogę zebrać myśli. 

- Porozmawiamy później, maleńka. - Zadrżała pod wpływem jego 

dotyku. - Dużo później. 

-  Do  licha,  niezła  jesteś  -  powiedział  Rafe.  kiedy  zmęczeni 

miłością leżeli potem obok siebie. 

- Och, Rafe. 

Nie  potrafiła  wykrztusić  z  siebie  nic  sensownego.  Serce  powoli 

odzyskiwało normalny rytm. Może wróci jej zdolność myślenia. 

- Nie chciałbyś, żebyśmy zawsze byli razem? 

Spojrzał  na  nią  spokojnie.  W  jego  szarych  oczach  dostrzegła 

przywiązanie i tkliwość. 

- Taaa, maleńka, chciałbym. 

- Więc się ze mną ożeń, Rafe - poprosiła cicho. 

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

W  pierwszej  chwili  Rafe  pomyślał,  że  się  przesłyszał.  Ale 

wystarczyło  jedno  spojrzenie,  by  stwierdzić,  że  Cass  to  rzeczywiście 

powiedziała.  Z  wrażenia  wstrzymał  oddech,  próbując  zwalczyć 

background image

narastającą  panikę.  Małżeństwo.  Nie  ma  mowy,  pomyślał,  ale  nie 

zdołał wykrztusić tego z siebie. 

Cass była pewna swoich słów. Chciała za niego wyjść. Wyraźnie 

zresztą liczyła na to, że i on tego zechce. Wierzyła, że właśnie on jest 

tym  wyśnionym,  wymarzonym.  Że  uzupełni  brakujące  ogniwo  w  jej 

rodzinie. 

Zastanawiał się, w jaki sposób uświadomić jej, że jest w błędzie, 

nic  urażając  przy  tym  jej  uczuć  bardziej,  niż  to  konieczne.  Jak 

wytłumaczyć, że nie chce się wiązać, bo mu na niej zależy, i to aż za 

bardzo.  Zdawał  sobie  jednak  sprawą,  że  ona  tego  nie  zrozumie. 

Właściwie Rafe sam tego nie pojmował. 

- Po co niszczyć coś tak pięknego? - zapytał i zaraz pożałował, że 

to zrobił. 

Bał się małżeństwa głównie dlatego, że wiedział, iż któregoś dnia 

może  stać  się  znowu  tym  zapatrzonym  w  siebie  potworem,  który 

niechcący zabił rodziców i siostrę. Nie chciał skrzywdzić Cass. 

Był  jej  kochankiem.  Pewnych  rzeczy  nie  miała  prawa  od  niego 

wymagać.  Mógł  jej  pomagać  w  wychowywaniu  Andy'ego,  proszę 

bardzo,  ale  nie  zamierzał  brać  na  siebie  pełnej  odpowiedzialności  za 

chłopca. A już na pewno nie planował mieć własnych dzieci.  

I  niech  nie  oczekuje  od  niego  wyznania  miłości.  Takie  słowa 

nigdy nic przejdą mu przez gardło. 

Cass wstała i obciągnęła koszulkę. Skrzyżowała ręce na piersiach. 

Rafe  zapiął  spodnie  i  wyszedł  na  chwilę  do  łazienki.  Kiedy  wrócił, 

Cass miała na sobie trencz. Czy dlatego, że zaczęła się go krępować?  

background image

Widok  jej  ciała  zasłoniętego  przed  nim  zabolał  Rafe'a  bardziej, 

niż  mógł  się  tego  spodziewać.  Chowała  nie  tylko  ciało.  Kryła  przed 

nim  serce.  Zdmuchnęła  wszystkie  świece,  wyłączyła  romantyczną 

muzykę. Zranił ją, do licha, i nie da się tego odwrócić. 

-  Cholera,  Cass,  musiałaś  o  tym  dzisiaj  wspomnieć?  Przecież 

wiesz, jaki jest mój stosunek do małżeństwa. 

- Myślałam, że zmieniłeś zdanie. 

Rafe  czuł  się  jak  najgorszy  łajdak.  Miała  taką  żałosną  minę. 

Wyglądała,  jakby  za  moment  miała  się  rozpłakać.  Nie  mógł  jednak 

wymazać przeszłości. 

- Nie mogę - powiedział cicho. - Jeśli zostaniesz moją żoną, Cass, 

i coś ci się stanie... 

Przerwał.  Cass  podeszła  do  niego  i  przytuliła  się.  Pasowali  do 

siebie idealnie. Ale małżeństwo to była ostatnia rzecz, jakiej chciał. Z 

Cass czy  z  jakąkolwiek  inną  kobietą.  Ona nie  zdawała  sobie  sprawy, 

że Rafe niesie ze sobą zniszczenie. 

- Nic się nie może stać. 

Powiedziała  to  z  naiwnością  kogoś,  kto  wierzy  w  szczęśliwe 

zakończenia. Rafe dawno już stracił tę ufność. 

-  Cass,  to  nie  zabawa.  Jestem  odpowiedzialny  za  śmierć  moich 

rodziców  i  siostry.  Nie  zniósłbym,  gdyby  coś  podobnego  przytrafiło 

się tobie i Andy'emu. 

Patrzył w jej pełne łez oczy. Pomyślał, że już to zrobił. Stało się - 

zranił ją. 

background image

-  Nie  odpowiadasz  za  śmierć  rodziców  -  powiedziała  drżącym 

głosem. 

- Owszem, tak. 

- Zamordowałeś ich? - zapytała z brutalną szczerością. 

- Na Boga, nie! 

Czekała  w  milczeniu  na  dalsze  wyjaśnienia.  Składając  mu 

propozycję  małżeństwa,  obnażyła  się  przed  nim.  Teraz  tego  samego 

wymagała od niego - prawdy. 

-  Moi  rodzice  zginęli  w  wypadku  samochodowym.  Ojciec  miał 

coraz słabszy wzrok, ale nie chciał nosić okularów. Nie pozwalaliśmy 

mu prowadzić w nocy. Tego  wieczoru Angelica miała recital, a ja za 

późno  po  nich  przyjechałem.  Szczerze  mówiąc,  zapomniałem  o  tym, 

że  miałem  po  nich  pojechać.  Więc  ojciec  usiadł  za  kierownicą. 

Wyjechali  spóźnieni,  śpieszyli  się.  Nie  wiem  dokładnie,  co  się  stało. 

Drogi były mokre i śliskie... 

Wzruszenie  ścisnęło  mu  gardło.  Poczuł,  jak  Cass  zarzuca  mu 

ramiona  na  szyję  i  przytula  mocno.  Jakby  chciała  mu  powiedzieć, 

żeby się nie martwił, że wszystko będzie dobrze. 

- Drogi byłyby śliskie, nawet gdybyś ty prowadził. 

- To nie śliska droga ich zabiła - odpowiedział. 

- Nic rozumiem. 

-  Spóźniłem  się,  bo  byłem  z  kobietą.  Zapomniałem  o 

obowiązkach względem rodziny, by zaspokoić swoje żądze. 

Odsunął ją od siebie. Nie był dość dobry dla tej niewinnej istoty. 

Nie nadawał się na wzorzec dla Andy'ego i ojca jej przyszłych dzieci. 

background image

Ale,  do  licha,  właśnie  tego  potrzebował  -  mieć  ją  u  swego  boku, 

widzieć, jak wychowuje ich potomka. 

- Teraz to by się już nie zdarzyło. 

-  Niestety,  obawiam  się,  że  się  mylisz.  Tracę  nad  sobą  kontrolę, 

kiedy  tylko  ty  się  pojawiasz.  Przysięgam,  że  jeśli  coś  miałoby  ci  się 

stać... To zbyt duże ryzyko. 

Podeszła do okna. 

-  Ja  już  tak  nie  mogę  żyć.  Kocham  cię,  ale  romans  jest 

zaprzeczeniem wszystkiego, w co całe życie wierzyłam. 

Ledwie  powstrzymał  się  od  wzięcia  jej  w  ramiona.  Kocha  go, 

pomyślał. Jego rodzice i siostra też go kochali, ale to ich nie uchroniło 

od śmierci w bezsensownym wypadku, któremu on mógł zapobiec. 

To zbyt duże ryzyko - kłaść na jednej szali życie Cass i Andy'ego, 

a na drugiej coś, co pewnie i tak się wcześniej czy później wypali się 

w  codziennym,  wspólnym  życiu.  Mógł  mieć  tylko  nadzieję,  że  rany, 

jakie  jej  zadał,  szybko  się  zagoją.  Podszedł  do  niej i  położył  dłoń  na 

jej ramieniu. 

- Więc dlaczego poszłaś ze mną do łóżka? - spytał ostrożnie. 

- Myślałam, że... Nie wiem. Czasem takie rzeczy się udają. 

- To diabelnie dziecinne podejście do życia. Cass. Nie istnieje coś 

takiego jak szczęśliwe zakończenie. Sama to powinnaś wiedzieć. 

- Masz rację - westchnęła i odwróciła wzrok. 

- Do diabła, kobieto, musisz mi powiedzieć, czy zgadzasz się, by 

było między nami tak jak dotąd, albo w tej chwili odchodzę. 

- Na zawsze? 

background image

-  Nie  mogę  tego  dłużej  ciągnąć.  Ranię  cię, a to  boli i  mnie.  -  Po 

krótkiej  pauzie  kontynuował:  -  Chciałbym  się  zmienić,  ale  nie 

potrafię. Przykro mi. 

-  To  nie  twoja  wina.  Sama  wiedziałam,  że  to  może  nie  wypalić. 

Ale musiałam spróbować. 

Nagle  głos  się  jej  załamał, po  twarzy  popłynęły  gorące  łzy.  Rafe 

czuł, jak i jego serce krwawi. Objął ją. 

- Do diabła, Cass, zrobiłbym wszystko, by ci to wynagrodzić. 

Nic nie odpowiedziała. Stała tuląc się do niego i cichutko płakała. 

Kiedy  zaczęła się uspokajać, pocałował ją  w czubek głowy i odsunął 

się od niej. Musiał ją opuścić. Sprzedać ten cholerny dom, do którego 

dopiero  co  się  wprowadził.  Zniknąć  z  jej  życia,  by  mogła  znaleźć 

odpowiedniego dla siebie faceta. 

- Żegnaj. Cassie. 

Wyszedł w ciemną noc. Życie nie głaszcze po głowie.  

 

Cass  przyglądała  się  fotografii,  którą  kazała  powiększyć  i 

oprawić.  To  miał  być  prezent  dla  Rafe'a.  Zdjęcie  przedstawiało  ich 

troje podczas Święta Dziękczynienia. Rafe śmiał się na nim, wyraźnie 

zadowolony z życia. 

Czuła,  jak  narasta  w  niej  gniew.  Nie  wściekłość,  ale  długotrwała 

uraza.  Zresztą  spodziewała  się  tego.  Wiedziała,  że  kiedy  zniknie 

wstyd i zażenowanie, będzie zła. Nie mogła mieć pretensji do Rafe'a. 

W końcu ostrzegał ją na początku. Sama jest sobie winna. Związała z 

nim wszystkie swoje nadzieje na przyszłość. 

- Proszę pani? 

background image

Podniosła  wzrok  na  sprzedawcę.  Stała  tak  już  dłuższą  chwilę  w 

milczeniu. 

- Ile płacę? 

Uregulowała należność i rozejrzała się za Andym i Jeffem, którzy 

kręcili  się  gdzieś  po  sklepie.  Chłopcy  bawili  się  razem  zadziwiająco 

zgodnie. Pierwszego dnia nie odzywali się do siebie, ale w korku lody 

zostały przełamane. Znalazła ich i wyprowadziła ze sklepu.  

Szła objuczona papierowymi torbami, niemal niczego nie widząc. 

Wpadła  na  kogoś.  Ten  ktoś  ją  podtrzymał.  Spojrzała  na  swego 

wybawcę i zobaczyła urodziwą twarz Rafe'a Santiniego. 

Na chwilę zapomniała o tym, gdzie jest i co robi. Oboje stali bez 

ruchu. Cass czuła, jak jej ciało reaguje na jego bliskość. Odsunęła się 

gwałtownie. 

- Przepraszam - wymamrotała. 

Chciała uciec, zanim Andy zauważy, kogo spotkała. 

- Cześć, Rafe. 

Chłopiec tęsknił za sąsiadem. A teraz w dodatku mógł pochwalić 

się swoim idolem przed nowym przyjacielem. 

- Cześć, stary. 

Andy spojrzał pytająco na matkę. Skinęła głową. Nie chciała być 

niegrzeczna.  Przysłuchiwała  się  ich  rozmowie,  ale  koncentrowała  się 

na barwie głosów, nie na słowach. Spotkanie z Rafe'em kosztowało ją 

więcej,  niż  się  spodziewała.  Czuła  się  tak,  jakby  w  jej  ciało  wbijano 

tępe noże. 

- Andy, musimy iść. Mamy dziś dużo spraw do załatwienia. 

background image

Nie mogła znieść błagalnego wyrazu twarzy syna. Jakby była złą 

macochą, a on Kopciuszkiem. Ruszyła dalej, ale z rąk wysunęła się jej 

jedna  z  toreb.  Co  za  dzień,  wszystko  idzie  źle.  Schyliła  się  po 

rozsypane zakupy i zderzyła czołem z Rafe'em. Zabolało tak, że z jej 

oczu popłynęły łzy. 

-  Coś  ci  się  stało?  -  zapytał  Rafe  miękko  kładąc  dłoń  na  jej 

ramieniu. 

- Chyba nie. 

Co innego złościć się na niego z daleka, a co innego mieć go obok 

siebie,  czuć  jego  uspokajający  dotyk.  Chciałaby  poddać  się  temu 

dotknięciu. Ukoiłby obolałą głowę... i serce. 

Pomógł jej wstać i pozbierał zakupy. 

- Co to? - zapytał. 

- Nic - odpowiedziała Cass, rumieniąc się. 

-  Mamo,  to  chyba  prezent  gwiazdkowy  dla  Rafe'a  -  zdradził  ją 

Andy. 

- Andrew! - powiedziała ostro. 

Chłopiec spojrzał na nią i wycofał się. 

- Pójdę obejrzeć komiksy. 

Nie  zapytał  o  pozwolenie.  Wiedziała,  że  to  rewanż  za  wybuch 

gniewu,  który  na  nim  wyładowała.  Jeff  poszedł  za  Andym.  Cass 

wyciągnęła  rękę  po  brązową  papierową  torbę,  ale  Rafe  najwyraźniej 

nie zamierzał jej oddać. 

- Proszę. Rafe. 

- Co to jest, Cass? Co mi kupiłaś w prezencie? 

background image

- To już nieaktualne. Możesz mi to oddać? 

- Jeśli nieaktualne, dlaczego nie mogę tego zobaczyć? 

Widać było, że nie podda się łatwo. Cass wzruszyła ramionami. 

Rafe otworzył pudełko i zawahał się. 

-  No,  już  -  powiedziała  -  nie  dasz  mi  spokoju,  dopóki  nie 

zobaczysz, co jest w środku. 

Wyjął ramkę owiniętą w papier. Cass patrzyła w  ziemię. Uniosła 

głowę, słysząc jego urywany oddech. 

- Dziękuję ci, Cass. Nawet nic wiesz, ile to dla mnie znaczy. 

W oczach miał tyle bólu, że nie mogła tego znieść. Bez wątpienia 

zależało mu na niej. Ale jeśli nie zamierzał się z nią wiązać, niechby 

ją zostawił w spokoju. 

-  Cieszę  się,  że  ci  się  podoba.  Przepraszam,  ale  muszę  iść.  Mam 

zakupy... 

- Cass, nie rób tego. 

Znieruchomiała. 

-  Czego  mam  nie  robić.  Rafe?  To  ty  powiedziałeś  „koniec", 

pamiętasz? 

Zaklął pod nosem, ale tak, że go usłyszała. 

- Cholera, przestań kląć przez cały czas! - krzyknęła. 

Odwróciła  się  i  odeszła  w  stronę  sklepu.  Chłopcy  dołączyli  do 

niej po chwili. Kiedy skończyli robić zakupy, po Rafie nie zostało ani 

śladu. Cass powinna być zadowolona, że nie musi go więcej oglądać, 

ale widziała, że już zawsze będzie za nim tęsknić. To było gorsze niż 

śmierć Carla. Rafe żył, mieszkał blisko i wciąż miała nadzieję. 

background image

Był  przedświąteczny  piątek.  Rafe  trochę  żałował  swojej  decyzji, 

ale nie zamierzał niczego robić, by odzyskać Cass. Co innego, gdyby 

tylko on narażony był na niebezpieczeństwo, ale tu chodziło o Cassie i 

Andy'ego.  Wiedział,  że  im  dłużej  będzie  trwał  ich  związek,  tym 

więcej bólu im zada. 

Cass ucieleśniała wszystko, o czym marzył każdy mężczyzna. Ale 

on bynajmniej nie był „dobrą partią". Przeklinał, pił, nic nie wiedział o 

dzieciach. 

Siedział  właśnie  na  werandzie,  sącząc  kawę,  kiedy  na  ulicę 

wtoczyło  się  stare  volvo.  Wyjął  z  kieszeni  mały  pakunek.  Szybkim 

ruchem wylał resztkę kawy  w krzaki rosnące przy  werandzie i ruszył 

na  drugą  stronę  ulicy.  Zauważył,  że  Cass  zdenerwowała  się  na  jego 

widok. 

- Cass - zawołał za nią, kiedy była już na schodach werandy. 

Odwróciła  się  i  obrzuciła  Rafe'a  lodowatym  spojrzeniem.  Wciąż 

była na niego zła. 

- Tak? - zapytała sucho. 

Przybrała  obronną  pozycję,  jakby  spodziewała  się  bolesnego 

ataku. To jego wina. Przez niego bała się najmniejszego gestu. 

- To dla ciebie - powiedział, podając jej pakunek. 

Wahała  się,  ale  w  końcu  przyjęła  podarunek.  Miała  takie  małe 

dłonie.  Nigdy  tego  nie  zauważył.  Pamiętał  natomiast  ich  dotyk  na 

swojej skórze. Zaklął cicho, a ona rzuciła mu piorunujące spojrzenie. 

Musnęła palcami grzbiet jego dłoni. Poczuł żar pożądania. 

background image

Wyrwał  dłoń  w  tym  samym  momencie,  w  którym  ona  od  niego 

odskoczyła. Pakunek upadł na ziemię. Cass patrzyła na Rafa a i lód w 

jej  oczach  powoli  topniał.  Rafe  jęknął,  widząc,  jak  w  jego  miejsce 

pojawia się ból. Nigdy nie chciał jej skrzywdzić... ani pokochać. 

- Cassie - powiedział, próbując otoczyć ją ramionami. 

Cofnęła  się  gwałtownie  i  uderzyła  głową  w  świąteczny  stroik 

wiszący nad werandą. Oparła ręce na biodrach. 

- Proszę, nie. 

Rafe  podniósł  pakunek  i  wręczył  jej  go,  pilnując,  by  nie  zbliżyć 

się do niej za bardzo. Nie chciał przysparzać jej więcej bólu. Odwrócił 

się, by odejść, ale zatrzymał się, czując delikatny dotyk na ramieniu. 

- Dzięki, Rafe. 

- Nie ma sprawy, maleńka. 

Zadzwonił telefon i Cass ruszyła w jego stronę. 

- To na razie, Cass. 

Odszedł, nie oglądając się za siebie. Jeśli jeszcze raz spojrzy jej w 

oczy,  to  się  złamie  i  zaproponuje  jej  małżeństwo.  Nie  dlatego,  że  on 

tego chce, ale po to, by ukoić jej cierpienie. 

Kilka  minut  później  Cass  wybiegła  z  domu.  Rafe  właśnie 

wybierał  się  na  poranny  jogging  z  Tundrą.  Widział,  jak  Cass 

gwałtownym  ruchem  otwiera  drzwi  do  samochodu,  siada  za 

kierownicą  i  rusza  na  pełnym  gazie.  Zastanawiał  się,  co  się  takiego 

wydarzyło. 

Wrócił z treningu po dwudziestu minutach. Szedł wziąć prysznic, 

gdy zadzwonił telefon. 

background image

- Rafe, tu Iris, matka Cass. 

- Tak, Iris? - zapytał, czując rosnący ucisk w gardle. 

- Cass miała wypadek. Czy mógłbyś odebrać Andy'ego ze szkoły? 

Poczuł się słabo i usiadł na łóżku. Cass jest ranna!  Iris mówiła  z 

prędkością  karabinu  maszynowego,  a  do  niego  niewiele  docierało. 

Przebite płuco, połamane żebra. Niech to... 

- Gdzie ona jest? 

- W szpitalu miejskim w Orlando. 

- Odbiorę Andy'ego i zaraz tam będę. 

Odwiesił słuchawkę, wsunął stopy w sandały i wybiegł. Boże, nie 

pozwól jej umrzeć! 

 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Rafe  siedział  w  szpitalnej  poczekalni  i  wpatrywał  się  nie 

widzącym wzrokiem w tanią odbitkę graficzną wiszącą na ścianie. 

Okłamał dyrektora szkoły Andy'ego, twierdząc, że jest ojczymem 

chłopca.  Nie  zastanawiał  się  specjalnie  nad  tym,  co  mówi.  Miał  te 

słowa na końcu języka.  

Uwierzono mu bez problemu, bo przecież już raz był widziany w 

szkole  razem  z  Cass.  Szkolne  władze  nie  sprawdziły  nawet  jego 

tożsamości. Zamierzał wyciągnąć z tego później konsekwencje. 

- Rafe? - przerwał jego zamyślenie Andy. 

- Tak? 

background image

Przez  całą  drogę  do  szpitala  chłopiec  zachowywał  się  bardzo 

spokojnie.  Jego  matka  wciąż  była  na  sali  zabiegowej,  a  babka 

próbowała wycisnąć z lekarzy jakieś informacje. 

- Mama nie umrze, prawda? 

- Nie wiem. Twoja babcia próbuje się tego dowiedzieć. 

-  Ale  ty  też  nie  chcesz,  żeby  ona  odeszła,  tak?  Bardzo  za  tobą 

tęskniła. - Andy spuścił wzrok. - Ja też. 

Kale  znieruchomiał.  Chłopiec  zdążył  się  do  niego  przywiązać. 

Przypomniał  sobie  ich  wspólne  kopanie  piłki,  rzucanie  do  kosza, 

wyprawę na ryby. Wcale nie chciał stać się częścią życia jego i Cass, 

jednak nie udało mu się temu zapobiec. 

Uświadomił  sobie,  że  kilkanaście  dni  temu  odrzucił  swoją 

życiową  szansę.  Szansę  znalezienia  czegoś,  czego  mu  tak  bardzo 

brakowało. Szczęścia. 

Andy  wsunął  swoją  małą  rękę  w  dłoń  Rafe'a.  Mężczyzna  chciał 

obiecać  chłopcu,  że  będzie  chronił  Cass,  dbał  o  nią,  że  wybawi  ją  z 

kłopotów.  Za  dobrze  jednak  znał  życie.  Rzeczywistość  nie  daje 

żadnych gwarancji. Niczego nie można być pewnym. 

Zresztą słowa i tak w niczym nie pomogą. Rafe przytulił chłopca 

do  siebie.  Nie  zdziwiły  go  łzy  w  oczach  Andy'ego,  zaskoczyła 

natomiast  własna  reakcja.  Nie  spodziewał  się,  że  zrobi  to  na nim  tak 

silne wrażenie. 

- Nie zostawisz mnie, Rafe? - zapytał nieśmiało Andy. 

Nawet  się  nie  zawahał  przed  odpowiedzią.  Nie  ma  sensu  dalej 

uciekać przed tym, co oczywiste. 

background image

- Nie, stary, pewnie, że nie. 

Andy odsunął się. wytarł nos i powiedział poważnie: 

- Kocham cię. Rafe. 

Rafe  zrozumiał,  że  tego  właśnie  potrzebował.  Syna  i  żony. 

Rodziny. 

- Ja też cię kocham, Andy. 

Chłopiec przytulił się do niego. 

-  Niech  to  się  już  szybko  skończy,  żebym  mógł  powiedzieć 

mamie. Myślę, że byłoby najlepiej, gdybyś zamieszkał z nami. 

- Sam nie wiem. Musimy to przedyskutować z twoją mamą. 

Kilka  minut  później  przyszła  Iris.  Andy  schylił  głowę  i  szybko 

otarł łzy. 

-  Coś  nowego?  -  zapytał,  próbując  odciągnąć  jej  uwagę  od 

chłopca. 

-  Stan  się  ustabilizował.  Za  pół  godziny  przewiozą  ją  na  salę. 

Prosiłam, żeby zawiadomili nas, gdyby coś się działo. 

- Dziękuję, Iris. 

- Andy, może pójdziemy kupić słodycze? 

Chłopiec podał jej rękę i wyszli. 

Rafe chodził tam i z powrotem po pustym i cichym korytarzu. Z 

daleka  docierało  do  niego  szemranie  głosów  pielęgniarek. 

Przypomniał sobie tę długą noc, którą spędził w szpitalu po wypadku 

rodziców. Wróciło poczucie winy. Nie potrafił zapomnieć o tym, że to 

on powinien był znaleźć się za kierownicą. 

Ale nie można zmienić przeszłości. Natomiast przyszłość tak.  

background image

Po  śmierci  siostry  przestał  się  modlić.  Wiara  nie  dawała  mu  już 

żadnego oparcia. Teraz nogi same poniosły go do szpitalnej kaplicy. 

 

Cass  nie  wiedziała,  gdzie  się  znajduje.  Nie  znała  tego 

przerażająco  cichego,  obcego  pokoju.  Dopiero  po  chwili  dotarło  do 

niej,  że  to  musi  być  szpital.  Ale  czemu?  Co  się  stało?  Ostatnie,  co 

pamiętała, to prezent od Rafe'a. 

Przeciągnęła się na niewygodnym łóżku i jęknęła z bólu. Opadła 

na poduszki z mocnym postanowieniem, by się nie ruszać. 

Co  się,  u  licha,  zdarzyło?  Pamięć  powróciła  w  błysku  chwili. 

Pośpiesznie  wyjechała  z  domu.  Straciła  panowanie  nad  kierownicą, 

wpadła w poślizg i zderzyła się z czymś. Przypomniała sobie też długą 

jazdę  karetką.  I  samotność.  Myślała  wtedy,  że  jej  życie  będzie  już 

zawsze tak wyglądało. Życie w samotności, bez Rafe'a. 

Bardzo  za  nim  tęskniła.  I  wcale  nie  pomagała  świadomość,  że 

jedynie  groźba  małżeństwa  trzyma  go  od  niej  z  daleka.  Intuicyjnie 

wiedziała,  że  jest  tylko  jedno  rozwiązanie.  Musiała  zdecydować,  co 

jest  dla  niej  ważniejsze:  to,  co  powiedzą  ludzie,  znajomi  z  kościoła, 

czy to, co pomyśli i zrobi Rafe. 

Czy on ją kocha? Wiedziała, że mu na niej zależy. Podejrzewała, 

że  za  nią  tęskni.  Ciekawe,  czy  dla  niego  tęsknota  również  oznaczała 

fizyczne  cierpienie?  Sama  pragnęła  małżeństwa  prawdopodobnie 

dlatego, że oznaczało związek na zawsze.  

Tylko  że  obrączki  nie  gwarantowały  szczęścia.  Starała  się  nie 

pamiętać złych chwil  w swoim  życiu z Carlem, ale przecież nie było 

background image

ono idealne. Z Rafe'em byłoby inaczej. Nikt nie mógłby dać jej więcej 

szczęścia. 

Spotkanie twarzą w twarz ze śmiercią sprawiło, że dotychczasowe 

problemy  wydały  się  jej  błahe.  Zdecydowała,  że  woli  żyć  z  Rafe'em 

na kocią łapę, niż nie być z nim wcale. Życie jest zbyt krótkie i cenne, 

by je marnować. 

Kiedy  tylko  zdoła,  skontaktuje  się  z  Rafe'em  Santinim  i  wyjaśni 

mu  wszystko.  Jeśli  małżeństwo  nie  wchodzi  w  grę  -  trudno,  ale  nie 

powinni się rozstawać. Są dla siebie stworzeni. 

- Cassandra? 

- Wejdź, mamo. 

Iris obeszła łóżko, uważnie przyglądając się córce. 

- Czy coś cię boli? 

- Teraz wszystko, ale to przejdzie. Co się stało? 

- Jakaś awaria silnika. Straciłaś panowanie nad samochodem, tak 

w  każdym  razie  twierdzą  policjanci.  Pewnie  się  tu  za  jakiś  czas 

zjawią, żeby spisać protokół. 

- Jak Andy? - Cass martwiła się, że jej synek siedzi sam w domu i 

zastanawia się, gdzie też się ona podziała. 

-  Przestraszony,  ale  się  trzyma.  Ten  twój  facet  jest  z  nim  i  nie 

pozwala  mu  się  załamać.  Najlepiej  byłoby,  gdyby  chłopiec  mógł  cię 

zobaczyć, ale lekarz zabronił. 

-  Jaki  mój  facet?  -  zapytała,  nie  mogąc  uwierzyć,  że  Rafe 

przyjechał  do  szpitala.  Nie  cierpiał  szpitali.  A  poza  tym  skąd  miałby 

wiedzieć, że ona tutaj jest? 

background image

-  Nie  wygłupiaj  się,  Cassandro.  Wiesz,  że  mówię  o  Rafie 

Santinim. Zadzwoniłam do niego i poprosiłam, żeby odebrał Andy'ego 

i przyjechał tutaj. Siedzą teraz w poczekalni. 

Nadal  się  dziwiła.  Uznała,  że  Rafe  to  po  prostu  dobry  sąsiad, 

który stara się pomóc w trudnych chwilach. Ale i tak była szczęśliwa. 

- Czegoś ci potrzeba? - zapytała Ińs. 

- Chciałabym zobaczyć się z Andym i Rafe'em. 

- Przyślę ci Rafe'a. 

Iris  wyszła  z  równym  wdziękiem,  z  jakim  weszła.  Cass  zawsze 

podziwiała  grację  matki,  próbowała  nawet  ją  naśladować,  ale  to 

przekraczało jej możliwości. Uporządkowała potargane włosy. 

Drzwi  się  otworzyły  i  do  środka  wmaszerował  Andy,  a  za  nim 

Rafe. Chłopiec przestraszył się, widząc ją leżącą w łóżku.  

Uśmiechnęła się do niego uspokajająco. 

- Cześć. 

Sięgnęła po szklankę wody i przepłukała wysuszone gardło. 

- Andy, skąd się tu wziąłeś? 

- Rafe mnie przywiózł. Mamo, jak się czujesz? 

- Trochę zmęczona, ale poza tym nieźle. 

Gestem kazała chłopcu podejść do łóżka i uścisnęła go. 

- Myślałem, że może chcesz mnie zostawić, tak jak tato. 

- Nie, kochanie, nie zrobię tego. 

Rafe  opierał  się  o  ścianę  koło  drzwi.  Wyglądał  ponuro.  Cass 

podejrzewała, że szpitalne widoki i dźwięki wywołują w nim bolesne 

background image

wspomnienia.  Nie  spodziewała  się,  że  kiedykolwiek  dobrowolnie 

odwiedzi to miejsce. 

Rafe  uniósł  brwi,  widząc  skierowane  na  niego  spojrzenie  Cass. 

Zarumieniła się, przyłapana na gorącym uczynku. Ten mężczyzna po 

prostu ją fascynował. 

- Lepiej zabiorę Andy'ego na dół, zanim go ktoś tutaj zauważy. 

Cass patrzyła zaskoczona, jak chłopiec bierze Rafe'a za rękę. Coś 

się między nimi wydarzyło. 

Byli już w drzwiach. 

- Rafe, wrócisz? 

- Taaa - powiedział spokojnie i wyszedł za Andym. 

Wrócił  schodami,  a  nie  windą.  Potrzebował  czasu,  by  odzyskać 

kontrolę  nad  sobą.  Widok  drobnego  ciała  Cass  na  szpitalnym  łóżku 

przypominał mu siostrę. Angelica żyła jeszcze przez dwa tygodnie po 

wypadku. Oczywiście, leżała na intensywnej terapii, a nie na zwykłym 

oddziale jak Cass. 

Zatrzymał  się  pod  drzwiami.  Nigdy  nie  był  tak  zdenerwowany. 

Wytarł spocone dłonie w spodenki do biegania. Kiedy usłyszał, co się 

stało,  nie  w  głowie  mu  było  przebieranie.  Zanim  zdecydował  się 

wejść, drzwi otworzyły się same, a ze środka wyszła pielęgniarka. 

- A, dzień dobry. Niech pan wejdzie. 

Drzwi zamknęły się za nim cicho. Cass skąpana była w złocistych 

promieniach  słoika  wpadających  przez  uchylone  teraz  żaluzje. 

Spojrzała  na  niego  i  Rafe  zamarł.  Stracił  całą  nadzieję.  Patrzyła  na 

background image

niego  jak  na  obcego.  Nawet  gorzej  -  obcy  budziłby  przynajmniej 

ciekawość. Spóźnił się. Za długo zwlekał. 

- Chciałam z tobą porozmawiać. 

Podszedł  bliżej,  zdecydowany  walczyć.  Nie  pozwoli  jej  tak  po 

prostu  zrezygnować  z  ich  związku.  Stanął  nad  nią,  szykując 

argumenty. 

Przez kilka minut milczała, chowając ręce pod kołdrą. Była trochę 

rozczochrana,  bez  makijażu,  ale  dla  niego  nigdy  nie  wyglądała 

piękniej. Tyle było w niej życia... 

- Przez ostatnie kilka godzin dużo myślałam. Zdecydowałam, że... 

- Cass, muszę ci coś najpierw powiedzieć. Wiem, że zachowałem 

się jak ostatni drań, jak głupi osioł, jak tępy wół... 

- Rafe... 

-  Nie  przerywaj  mi.  -  Podszedł  do  okna  i  wyjrzał  na  zewnątrz. 

Wziął  głęboki  oddech i  wrócił  do  jej  łóżka.  -  Boże,  nie  wiem,  jak to 

powiedzieć.  Nigdy  do  żadnej  kobiety  nie  czułem  tego,  co  do  ciebie. 

Na  początku  mnie  to  irytowało,  potem  myślałem,  że  to  tylko  żądza, 

ale... cholera, Cassie... 

- Nie przeklinaj - powiedziała cicho. 

Spojrzał głęboko w jej piwne oczy i zobaczył w nich wszystko, za 

czym tak tęsknił. 

- Co mi próbujesz przekazać? - zapytała po chwili. 

- Okłamałem dyrektora szkoły. 

- Co mu powiedziałeś? 

background image

- Że jestem ojczymem Andy'ego. I to zabrzmiało tak dobrze, tak... 

wiesz... prawdziwie. 

Nie  chciał,  by  myślała,  że  pragnie  się  z  nią  ożenić  tylko  ze 

względu  na  chłopca.  Chciał,  by  została  jego  żoną,  bo  nie  mógł  bez 

niej żyć. 

- Wyjdź za mnie - dodał szybko. 

Uff, w końcu to powiedział. Ręce mu się trzęsły, więc wcisnął je 

do  kieszeni.  Starał  się  robić  niedbałą  minę,  ale  opuściła  go  zwykła 

pewność siebie. Nigdy dotąd się nie oświadczał. 

-  Rafe,  myślałam,  że  nie  chcesz  się  żenić.  Czemu  zmieniłeś 

zdanie? 

Nie, tego jej nie powie w żadnym razie. 

- Po prostu potrzebowałem trochę czasu. 

- Czy moja matka coś ci powiedziała? Albo Andy? 

- Kocham cię - wykrztusił - i dlatego chcę się z tobą ożenić. 

Cass wyciągnęła do niego rękę. 

-  Niezbyt  ze  mnie  dobra  partia.  Zrozumiem,  jeśli  odmówisz  - 

dodał szybko. 

- Rafie Santini, nie opowiadaj głupot. 

- Maleńka, mówię zupełnie poważnie. 

- Rafe, bardzo się cieszę, że wróciłeś. 

Na  twarzy  Cass  malowała  się  nadzieja,  pożądanie  i  miłość.  Rafe 

nie wiedział, że można się tak cieszyć. 

background image

-  Wiesz,  że  ja  też  cię  kocham  i  wyjdę  za  ciebie,  jeśli  jesteś 

pewien,  że  tego  właśnie  chcesz.  Obiecaj  mi  tylko,  że  nie  zmienisz 

później zdania. Nie możesz mnie znowu zostawić. 

Rafe  wziął  ją  w  ramiona.  Rozkoszował  się  uczuciem  bliskości. 

Gładził  ją  po  plecach,  obsypywał  twarz  pocałunkami.  Uniósł  jej 

podbródek i spojrzał prosto w oczy. 

-  Do  licha,  Cass,  nie  zmienię  zdania.  Nie  chcę  zmarnować  tych 

pięćdziesięciu  lat,  które  zamierzam  jeszcze  przeżyć.  A  będą 

zmarnowane, jeśli spędzę je bez ciebie. 

Milczała przez chwilę. 

- Nic musisz się ze mną żenić. Możemy razem zamieszkać... 

- Nie. Powiedz, że za mnie wyjdziesz. 

- Zgoda - odparła szybko - ale pod jednym warunkiem. 

- Jakim? 

- Chcę znać twoje drugie imię. 

Roześmiał się głośno. 

- Powiem ci w czasie nocy poślubnej. 

- Figa z makiem, Santini, teraz albo nigdy. 

- Genaro - wyszeptał jej prosto do ucha. 

- Piękne imię. Nikomu go nic zdradzę. 

Zapatrzył  się  w  jej  błyszczące  oczy.  Już  nie  mógł  doczekać  się 

chwili, kiedy on, Cass i Andy będą jedną rodziną. I powiększą ją. 

-  Chyba  powinienem  ci  się  przyznać,  że  Andy  już  wcześniej 

zaproponował mi, bym z wami zamieszkał. 

- Naprawdę? I co mu odpowiedziałeś? 

background image

- Że musimy to skonsultować z tobą. 

- Pójdziesz teraz po niego? Chcę mu o wszystkim powiedzieć. 

- Do cholery, maleńka. Dla ciebie wszystko. 

- Zobaczysz, któregoś dnia oduczę cię przeklinania. 

- Nie będzie to łatwe, kochanie. 

Rafe  wyszedł  z  uczuciem  ciepła  rozlewającego  się  w  piersi. 

Skończyły się lata samotności. Teraz ma rodzinę. Swoją własną.