background image

 

 

Ludwig WITTGENSTEIN 
WYKŁAD O ETYCE 
Z angielskiego przełoŜył Wojciech Sady 
(Na  podstawie  ksiąŜki:  Ludwig  Wittgenstein,  Wykłady  o 
religii i etyce

, Wydawnictwo Znak, Kraków 1995, ss. 75-85.) 

W  nawiasach  kwadratowych  podane  są  strony  w 
powyŜszym wydaniu. 

   Ukończywszy  w  1918  r.  Traktat  logiczno-filozoficzny, 
Wittgenstein  przestał  się  filozofią  zajmować.  W  styczniu 
1929  r.  powrócił  niespodziewanie  do  Cambridge,  aby 
podjąć  przerwane  dociekania.  Wkrótce  napisał,  po 
angielsku, dwa niewielkie teksty.  
     Pierwszym  był  artykuł  "Some  Remarks  on  Logical 
Form",  Proceedings  of  the  Aristotelian  Society,  Supplemantary 
Volume

  t.  9,  1929,  s.  162-171  (tłum.  pol.  Macieja 

Świerczyńskiego, "Kilka uwag o formie logicznej", Przegląd 
Filozoficzny  -  Nowa  Seria

  nr  1,  1997,  151-156).  Stanowił 

próbę  usunięcia  wady,  jaką  Frank  Ramsey  ujawnił  w  - 
stanowiącej  fundament  Traktatu  -  teorii  obrazowania 
logicznego. Próba okazała się nieudana. 
    Drugi to Wykład o etyce, wygłoszony dla Stowarzyszenia 
Heretyków pod koniec 1929 r. Zachował się maszynopis z 
tekstem tego odczytu; Wittgenstein nie próbował ogłaszać 
go  drukiem.  W  tym  czasie  nadal  wyznawał,  jeśli  chodzi  o 
idee  zasadnicze,  teorię  obrazowania  logicznego,  sam 
Wykład

  natomiast  kojarzy  się  z  "mistycznymi"  partiami 

Traktatu.

 Bez zmian pozostaje pogląd, Ŝe w języku moŜna 

przedstawić fakty - i tylko fakty. KaŜda próba powiedzenia 
czegoś 

wartościach 

absolutnych 

wiedzie 

do 

niedorzeczności: 

zdań, 

które 

choć 

poprawne 

gramatycznie - w rzeczywistości niczego nie przedstawiają. 
Nadal  Wittgenstein  wyraźnie  daje  do  zrozumienia,  Ŝe 
istnieje  coś  niewyraŜalnego  -  i  tam  lokuje  wartości 
absolutne.  Zachowana  zostaje  więź  między  etyką  a 
estetyką.  Pojawia  się  natomiast,  nieobecne  wcześniej, 
powiązanie wyraŜeń  etycznych z religijnymi. Podobnie jak 
w  Traktacie,  teza  o  niewyraŜalności  wartości  nie  jest  w 
Wykładzie  o  etyce

  poparta  Ŝadnymi  argumentami  -  głosi  się 

ją  niczym  prawdę  bezpośrednio  doznaną.  Teraz,  w 
przeciwieństwie 

do 

swej 

młodzieńczej 

ksiąŜki, 

Wittgenstein  pisze  wprost:  "widzę  jasno,  jak  gdyby  w 
błysku światła".  
     Jest  w  Wykładzie  o  etyce  coś,  czego  nie  znajdziemy  w 
Traktacie:

 przypisanie wartości absolutnej pewnego rodzaju 

- niewyraŜalnym - doznaniom. Trudno powiedzieć, czy taki 
pogląd  da  się  pogodzić  z  mistycyzmem  Traktatu  (słowo 
"mistyczny" w Wykładzie się nie pojawia). 

     Zanim  przejdę  do  właściwego  tematu,  chciałbym 
poczynić parę uwag wstępnych. Czuję, Ŝe będzie mi bardzo 
trudno  przekazać  wam  swe  myśli  i  sądzę,  Ŝe  część  z  tych 
trudności  moŜna  zmniejszyć  z  góry  je  nadmieniając. 
Pierwsza, o której niemal nie muszę wspominać, bierze się 
stąd,  Ŝe  angielski  nie  jest  mym  językiem  ojczystym,  toteŜ 
moim słowom brak będzie tej precyzji i subtelności, jakich 

wymaga mówienie na trudny temat. Mogę tylko prosić was, 
byście  ułatwili  moje  zadanie  próbując  pojąć,  o  co  mi 
chodzi,  mimo  błędów  gramatycznych,  w  jakie  obfitować 
będzie  moja  angielszczyzna.  Druga  trudność,  o  jakiej 
wspomnę, polega na tym, Ŝe zapewne wielu z was przyszło 
na ten wykład z nieco niewłaściwymi oczekiwaniami. I aby 
zapobiec  związanym  z  tym  nieporozumieniom,  powiem 
pokrótce,  dlaczego  wybrałem  taki  właśnie  temat.  Kiedy 
poprzedni 

sekretarz 

zaszczycił 

mnie 

propozycją 

wygłoszenia 

odczytu 

dla 

waszego 

stowarzyszenia, 

pomyślałem  zrazu,  iŜ  z  pewnością  to  uczynię,  potem  zaś 
pomyślałem,  Ŝe  skoro  nadarza  mi  się  sposobność 
przemówienia do was, to powinienem powiedzieć o czymś, 
co bardzo bym chciał wam przekazać, i Ŝe nie powinienem 
zmarnować  tej  okazji,  wygłaszając  wykład  na  przykład  o 
logice.  Określam  to  mianem  zmarnowanej  okazji  dlatego, 
iŜ  aby  wyjaśnić  wam  jakąś  kwestię  naukową,  potrzebny 
byłby cykl wykładów, a nie godzinny odczyt. Mógłbym teŜ 
wygłosić  dla  was  tak  zwany  wykład  popularnonaukowy, 
czyli  wykład  mający  sprawić,  byście  uwierzyli,  Ŝe 
rozumiecie  coś,  czego  naprawdę  nie  rozumiecie  i 
zaspokoić  to,  co  stanowi,  moim  zdaniem,  jedno  z 
najpośledniejszych  pragnień  ludzi  współczesnych,  a 
mianowicie  powierzchowne  zainteresowanie  najnowszymi 
odkryciami  naukowymi.  Odrzuciłem  te  moŜliwości  i 
postanowiłem powiedzieć wam o sprawach ogólnie, jak mi 
się  wydaje,  doniosłych,  w  nadziei,  Ŝe  pomoŜe  to  wam 
rozjaśnić wasze na ten temat myśli (nawet jeśli zupełnie nie 
zgodzicie  się  z  tym,  co  powiem).  Trzecia  i  ostatnia 
trudność,  o  jakiej  wspomnę,  towarzyszy  większości 
dłuŜszych  wykładów  filozoficznych,  a  polega  na  tym,  Ŝe 
słuchacz  nie  jest  w  stanie  jednocześnie  widzieć  drogi,  po 
której się go prowadzi, i celu, do którego ona wiedzie. To 
znaczy: myśli albo: "Rozumiem wszystko, co on mówi, ale 
dokąd zmierza", albo: "Pojmuję, dokąd on zmierza, ale jak 
zamierza  tam  dotrzeć".  Mogę  jedynie  znów  prosić  was  o 
cierpliwość, w nadziei, Ŝe w końcu ujrzycie zarówno drogę, 
jak i cel, do którego ona prowadzi, 

    A więc zaczynam. Moim tematem jest, jak wiecie, Etyka. 
Przyjmę objaśnienie tego terminu podane przez profesora 
Moore'a w jego ksiąŜce Principia Ethica. Powiada on: "Etyka 
to  ogólne  rozwaŜania  nad  tym,  co  jest  dobre".  Tu 
zamierzam  uŜyć  terminu  Etyka  w  nieco  szerszym  sensie, 
faktycznie  obejmującym  najistotniejszą,  jak  sądzę,  część 
tego,  co  powszechnie  określa  się  mianem  Estetyki.  I  aby 
sprawić,  byście  najjaśniej,  jak  to  tylko  moŜliwe,  pojęli,  co 
uwaŜam  za  przedmiot  Etyki,  przedłoŜę  wam  kilka  mniej 
lub  bardziej  synonimicznych  wyraŜeń,  z  których  kaŜde 
moŜna by podstawić za powyŜszą definicję, a poprzez ich 
wyliczenie  chcę  osiągnąć  efekt  tego  samego  rodzaju,  jaki 
osiągnął Galton robiąc szereg fotografii róŜnych twarzy na 
tej  samej  płycie  fotograficznej,  aby  otrzymać  obraz 
typowych  cech,  wspólnych  dla  nich  wszystkich.  I  tak  jak 
pokazując taką zbiorową fotografię mógłbym ukazać wam, 
jak wygląda typowa - powiedzmy - twarz chińska, tak jeśli 

background image

 

 

spojrzycie  przez  szereg  synonimów,  jakie  wam  przedłoŜę, 
zdołacie,  mam  nadzieję,  dostrzec  ich  charakterystyczne 
cechy  wspólne,  a  to  są  charakterystyczne  cechy  Etyki. 
Zamiast  mówić  Etyka  to  ogólne  rozwaŜania  nad  tym,  co 
jest dobre, mógłbym powiedzieć: Etyka to rozwaŜania nad 
tym,  co  wartościowe,  lub  nad  tym,  co  jest  rzeczywiście 
waŜne;  a  mógłbym  teŜ  powiedzieć:  Etyka  to  [77] 
rozwaŜania  nad  sensem  Ŝycia,  czy  nad  tym,  co  powoduje, 
Ŝe warto Ŝyć, lub nad właściwym sposobem Ŝycia. Wierzę, 
Ŝe  jeśli  spojrzycie  na  te  wszystkie  zwroty,  pojmiecie  z 
grubsza,  czego  dotyczy  Etyka.  A  we  wszystkich  tych 
wyraŜeniach  z  miejsca  uderza  mnie  to,  Ŝe  kaŜde  z  nich 
zostało uŜyte w dwóch bardzo róŜnych sensach. Nazwę je 
sensem  trywialnym  lub  względnym  z  jednej  strony,  a 
sensem  etycznym  lub  absolutnym  z  drugiej.  Gdy 
powiadam, na przykład, Ŝe to jest dobre krzesło, znaczy to, 
Ŝe słuŜy ono pewnemu z góry przyjętemu celowi, a słowo 
dobry  ma  tutaj  znaczenie  tylko  o  tyle,  o  ile  cel  ten  został 
wcześniej  ustalony.  Faktycznie  słowo  dobry  w  sensie 
względnym oznacza po prostu, Ŝe coś odpowiada pewnej z 
góry  przyjętej  normie.  A  więc  gdy  mówimy,  Ŝe  ten 
człowiek  jest  dobrym  pianistą,  to  chodzi  nam  o  to,  Ŝe 
moŜe  on  grać  utwory  o  pewnym  stopniu  trudności  z 
pewnym  stopniem  wirtuozerii.  I  podobnie  gdy  mówię,  Ŝe 
przywiązuję wagę do tego, by się nie zakatarzyć, chodzi mi 
o  to,  iŜ  katar  powoduje  pewne  opisywalne  zakłócenia  w 
moim  Ŝyciu;  a  gdy  znów  powiadam,  Ŝe  to  jest  właściwa 
droga,  chodzi  mi o  to,  iŜ  jest  ona  właściwa  w  odniesieniu 
do  pewnego  celu.  WyraŜenia  te,  uŜyte  w  taki  sposób,  nie 
wywołują  Ŝadnych  trudnych  czy  głębokich  problemów. 
Ale  nie  tak  uŜywa  ich  Etyka.  ZałóŜmy,  Ŝe  grałbym  w 
tenisa,  a  ktoś  z  was  powiedziałby,  przyglądając  się  grze: 
"CóŜ,  grasz  dość  kiepsko",  ja  zaś  bym  odparł  "Wiem,  Ŝe 
gram  kiepsko,  ale  wcale  nie  chcę  grać  lepiej";  temu 
człowiekowi  pozostałoby  stwierdzić  jedynie  "Ach,  więc 
wszystko  w  porządku".  Ale  załóŜmy,  Ŝe  kogoś  z  was 
bezczelnie  okłamałem,  on  zaś  podszedł  do  mnie  i  rzekł 
"Postępujesz  jak  bydlę",  na  co  ja  bym  odparł  "Wiem,  Ŝe 
postępuję  źle,  ale  wcale  nie  chcę  postępować  lepiej";  czy 
wtedy  stwierdziłby  on  moŜe  "Ach,  więc  wszystko  w 
porządku"?  Z  pewnością  nie;  powiedziałby  "No, 
powinieneś  chcieć  postępować  lepiej".  Oto  jest  absolutny 
sąd  o  wartości,  wcześniej  natomiast  przytoczyliśmy 
przykład sądu względnego. Wydaje się oczywiste, Ŝe istota 
tej  róŜnicy  jest  następująca:  KaŜdy  sąd  o  wartości 
względnej  jest  zwykłym  stwierdzeniem  faktów,  a  zatem 
moŜna  go  wyrazić  w  postaci,  w  jakiej  traci  wszelkie 
znamiona  [78]  sądu  o  wartości:  Zamiast  mówić  "To  jest 
właściwa droga do Granchester", mógłbym równie dobrze 
powiedzieć  "To  jest  właściwa  droga,  jaką  musisz  pójść, 
jeśli  chcesz  dotrzeć  do  Granchester  w  moŜliwie 
najkrótszym  czasie";  "Ten  człowiek  jest  dobrym 
biegaczem"  znaczy  po  prostu,  Ŝe  przebiega  on  pewną 
liczbę kilometrów w ciągu danego czasu itd. I twierdzę, Ŝe 
chociaŜ  moŜna  wykazać,  iŜ  wszystkie  sądy  o  wartości 
względnej  są  zwykłymi  stwierdzeniami  faktów,  to  Ŝadne 

stwierdzenie  faktu  nie  moŜe  być  sądem  o  wartości 
absolutnej,  ani  taki  sąd  nie  moŜe  zeń  wynikać.  Pozwólcie 
mi  to  wyjaśnić:  Przypuśćmy,  Ŝe  ktoś  z  was  byłby  osobą 
wszechwiedzącą,  a  zatem  znałby  wszystkie  ruchy 
wszystkich  ciał  Ŝywych  i  martwych  w  świecie  i  znałby 
równieŜ  wszystkie  stany  umysłów  wszystkich  ludzi,  jacy 
kiedykolwiek Ŝyli, i przypuśćmy, iŜ człowiek ów spisał całą 
swą  wiedzę  w  wielkiej  księdze,  tak  Ŝe  zawierałaby  ona 
całkowity  opis  świata.  I  chcę  powiedzieć,  iŜ  ta  księga  nie 
zawierałaby  niczego,  co  nazwalibyśmy  sądem  etycznym, 
lub  czegoś,  z  czego  by  logicznie  taki  sąd  wynikał. 
Zawierałaby  ona  oczywiście  wszystkie  względne  sądy  o 
wartości  i  wszystkie  prawdziwe  zdania  naukowe,  i 
faktycznie  wszystkie  prawdziwe  zdania,  jakie  moŜna 
sformułować. Ale wszystkie te opisane fakty znajdowałyby 
się, niejako, na tym samym poziomie i podobnie wszystkie 
zdania  znajdują  się  na  tym  samym  poziomie.  Nie  istnieją 
zdania,  które  w  jakimś  absolutnym  sensie  są  wzniosłe, 
waŜne  czy  trywialne.  Niektórzy  z  was  moŜe  się  z  tym 
zgodzą i wspomną słowa Hamleta: "Nic nie jest dobre ani 
złe,  ale  myślenie  takim  je  czyni".  Ale  to  znów  prowadzić 
moŜe  do  nieporozumień.  Ze  słów  Hamleta  zdaje  się 
wynikać,  Ŝe  choć  dobro  i  zło  nie  są  cechami  świata 
zewnętrznego,  to  są  atrybutami  naszych  stanów 
umysłowych. Mnie chodzi natomiast o to, Ŝe stan umysłu, 
o ile rozumiemy przez to fakt, jaki moŜemy opisać, nie jest 
w  Ŝadnym  etycznym  sensie  dobry  lub  zły.  Jeśli,  na 
przykład,  w  naszej  księdze  świata  przeczytamy  opis 
morderstwa  ze  wszystkimi  szczegółami  fizycznymi  i 
psychologicznymi,  to  zwykły  opis  tych  faktów  nie  będzie 
zawierał  niczego,  co  nazwać  byśmy  mogli  zdaniem 
etycznym. Morderstwo znajdzie się [79] dokładnie na tym 
samym  poziomie,  co  kaŜde  inne  zdarzenie,  na  przykład 
upadek  kamienia.  Oczywiście  lektura  tego  opisu  moŜe 
sprawić  nam  ból,  wzbudzić  w  nas  gniew  czy  jakieś  inne 
emocje,  a  moŜe  przeczytamy  o  bólu  lub  gniewie,  jakie 
wieść o morderstwie wywołała u innych ludzi; ale to będą 
po  prostu  fakty,  fakty  i  fakty,  a  nie  Etyka.  I  muszę 
stwierdzić,  Ŝe  gdy  rozwaŜam,  czym  naprawdę  musiałaby 
być  Etyka,  gdyby  istniała  taka  nauka,  to  wynik  wydaje  mi 
się  dość  oczywisty.  Wydaje  mi  się  oczywiste,  iŜ  nic,  co 
moglibyśmy  kiedykolwiek  pomyśleć  czy  powiedzieć,  nie 
byłoby  tym  czymś.  śe  nie  moŜemy  napisać  naukowej 
ksiąŜki,  której  temat  byłby  wewnętrznie  wzniosły  i 
przewyŜszający wszelkie inne tematy. Mogę jedynie opisać 
swe uczucie za pomocą metafory, iŜ gdyby człowiek mógł 
napisać ksiąŜkę o Etyce, która naprawdę byłaby ksiąŜką o 
Etyce, to z hukiem zniszczyłaby ona wszystkie inne ksiąŜki 
na  świecie.  Nasze  słowa  uŜyte  tak,  jak  uŜywamy  ich  w 
nauce,  są  naczyniami  zdolnymi  pomieścić  i  przekazać 
znaczenie i sens, naturalne znaczenie i sens. Etyka, jeśli jest 
czymkolwiek, to jest ponadnaturalna, nasze słowa zaś będą 
jedynie  wyraŜać  fakty,  tak  jak  filiŜanka  pomieści  tylko 
określoną  ilość  wody,  choćbym  wylał  na  nią  kilka  litrów. 
Powiedziałem,  Ŝe  o  ile  chodzi  o  fakty  i  zdania,  to  istnieje 
jedynie  względna  wartość,  względne  dobro,  względna 

background image

 

 

słuszność  itd.  A  zanim  przejdę  dalej,  niech  mi  będzie 
wolno  zilustrować  to  za  pomocą  oczywistego  dość 
przykładu.  Właściwa  droga  jest  drogą  prowadzącą  do 
wcześniej arbitralnie określonego celu i chyba dla kaŜdego 
jest  jasne,  Ŝe  nie  ma  sensu  mówienie  o  właściwej  drodze 
niezaleŜnie  od  takiego  celu  przyjętego  z  góry.  A  teraz 
zastanówmy się, co moglibyśmy rozumieć przez wyraŜenie 
"ta absolutnie właściwa droga". Myślę, Ŝe byłaby to droga, 
którą  kaŜdy,  ujrzawszy  ją,  musiałby,  przymuszony  przez 
logikę [with logical necessity], pójść, lub wstydziłby się, Ŝe nią 
nie  idzie.  I  podobnie  absolutne  dobro,  gdyby  było 
opisywalnym  stanem  rzeczy,  byłoby  czymś,  co  kaŜdy, 
niezaleŜnie od swych gustów czy skłonności, nieuniknienie 
[necessarily]  by  czynił,  lub  czułby  się  winny,  iŜ  tego  nie 
czyni.  A  chcę  powiedzieć,  Ŝe  taki  stan  rzeczy  jest  chimerą. 
[80]  śaden  stan  rzeczy  nie  ma,  sam  w  sobie,  tego,  co 
chciałbym  nazwać  przemoŜną  siłą  sądu  absolutnego.  A 
zatem  co  takiego  my  wszyscy,  którzy,  tak  jak  i  ja,  wciąŜ 
odczuwamy  pokusę,  by  uŜywać  wyraŜeń  w  rodzaju 
"absolutne  dobro",  "absolutna  wartość"  itp.,  co  mamy  na 
myśli  i  co  próbujemy  wyrazić?  Ilekroć  próbuję  sobie  to 
jasno  przedstawić,  to  naturalnie  powinienem  uzmysłowić 
sobie  przypadki,  w  których  z  pewnością  uŜyłbym  tych 
wyraŜeń; jestem zaś wówczas w takiej sytuacji, w jakiej wy 
byście się znaleźli, gdybym, na przykład, miał wygłosić dla 
was  wykład  z  psychologii  przyjemności.  Usiłowalibyście 
wówczas  uzmysłowić  sobie  pewną  typową  sytuację,  w 
jakiej  zawsze  odczuwaliście  przyjemność.  Gdybyście 
bowiem  mieli  tę  sytuację  na  myśli,  wszystko,  co  bym  do 
was mówił, stałoby się konkretne i, niejako, kontrolowalne. 
Ktoś  przywołać  mógłby  wraŜenia,  jakich  doznał  podczas 
spaceru  w  pogodny,  letni  dzień.  W  takiej  właśnie  jestem 
sytuacji, próbując skoncentrować się na tym, co rozumiem 
przez absolutną lub etyczną wartość. I w moim przypadku 
jest zawsze tak, Ŝe jawi mi się idea pewnego szczególnego 
doznania,  które  stanowi  zatem,  w  pewnym  sensie,  moje 
doznanie  par  excellence  i  dlatego  właśnie,  mówiąc  teraz  do 
was,  posłuŜę  się  nim  jako  swym  pierwszym  i 
najwaŜniejszym przykładem. (Jak juŜ powiedziałem, jest to 
kwestia  najzupełniej  osobista  i  inni  inne  przykłady  uznać 
by mogli za bardziej uderzające.) Opiszę to doznanie, aby, 
jeśli  to  moŜliwe,  pobudzić  was  do  przywołania  takich 
samych  lub  podobnych  doznań,  tak  aby  nasze  dociekania 
opierały  się  na  wspólnej  podstawie.  UwaŜam,  Ŝe  najlepiej 
moŜna  opisać  je  mówiąc,  Ŝe  kiedy  je  mam,  dziwię  się 
istnieniu  świata.  I  czuję  wtedy  skłonność  do  uŜywania 
zwrotów  w  rodzaju  "JakieŜ  to  nadzwyczajne,  Ŝe  coś 
istnieje"  lub  "jakieŜ  to  nadzwyczajne,  Ŝe  świat  istnieje". 
Wspomnę od razu o innym doznaniu, jakie równieŜ znam i 
z jakim obeznani mogą być niektórzy z was: jest to, moŜna 
by  rzec,  doznanie  uczucia  absolutnego  bezpieczeństwa. 
Chodzi mi o stan umysłu, w jakim ma się skłonność rzec: 
"Jestem  bezpieczny,  nic,  cokolwiek  się  zdarzy,  nie  moŜe 
wyrządzić  mi  krzywdy".  Pozwólcie  mi  teraz  rozwaŜyć  te 
doznania, ujawniają one [81] bowiem, jak sądzę, te właśnie 
cechy, co do których próbujemy zyskać jasność. I od razu 

muszę  stwierdzić,  Ŝe  słowny  wyraz,  jaki  nadajemy  tym 
doznaniom,  jest niedorzecznością!  Jeśli  powiadam  "dziwię 
się  istnieniu  świata",  to  błędnie  uŜywam  języka.  Spróbuję 
to  wyjaśnić:  Doskonale  poprawny  i  jasny  sens  ma 
stwierdzenie, Ŝe dziwię się czemuś, co jest faktem. Wszyscy 
rozumiemy,  co  znaczy  powiedzenie,  iŜ  zdumiewa  mnie 
wielkość  psa,  który  jest  większy  od  innych  psów,  jakie 
widziałem wcześniej, lub coś innego, co, w zwykłym tego 
słowa  znaczeniu,  jest  niezwykłe.  W  kaŜdym  takim 
przypadku  dziwię  się  czemuś,  co  jest  faktem,  o  którym 
mógłbym sobie wyobrazić, Ŝe faktem nie jest. Dziwi mnie 
wielkość tego psa, poniewaŜ mógłbym wyobrazić sobie psa 
innej,  a  mianowicie  zwykłej  wielkości,  która  by  mnie  nie 
dziwiła. Powiedzenie "dziwię się, Ŝe to a to jest faktem" ma 
sens tylko wtedy, gdy mogę sobie wyobrazić, Ŝe to faktem 
nie  jest.  W  tym  sensie  ktoś  moŜe  dziwić  się  istnieniu, 
powiedzmy, domu, który widzi, a w którym dawno nie był 
i sądził, iŜ go tymczasem zburzono. Ale niedorzeczne jest 
powiedzenie,  Ŝe  dziwię  się  istnieniu  świata,  poniewaŜ  nie 
mogę wyobrazić sobie, by on nie istniał. Mogę oczywiście 
dziwić  się  temu,  Ŝe  świat  wokół  mnie  jest  taki,  jaki  jest. 
Jeśli,  na  przykład,  mam  to  doznanie  patrząc  na  błękitne 
niebo,  mogę  dziwić  się  temu,  Ŝe  jest  ono  tak  błękitne,  w 
przeciwieństwie do przypadku, gdy jest zachmurzone. Nie 
o  to  mi  jednak  chodzi.  Dziwię  się  niebu  jakiekolwiek  by 
ono  było.  Ktoś  miałby  moŜe  ochotę  powiedzieć,  Ŝe  to, 
czemu się dziwię, jest tautologią, a mianowicie niebu, które 
jest  lub  nie  jest  błękitne.  Jest  jednak  niedorzecznością 
powiedzieć,  Ŝe  kogoś  zdumiewa  tautologia.  To  samo  zaś 
odnosi  się  do  drugiego  ze  wspomnianych  przeze  mnie 
doznań,  doznania  absolutnego  bezpieczeństwa.  Wszyscy 
wiemy,  co  znaczy  być  bezpiecznym  w  Ŝyciu  codziennym. 
Jestem  bezpieczny  w  swoim  pokoju,  gdy  nie  moŜe 
przejechać  mnie  autobus.  Jestem  bezpieczny,  jeśli 
przeszedłem  koklusz,  a  zatem  nie  mogę  znów  nań 
zachorować.  Być  bezpiecznym  znaczy  w  istocie,  Ŝe  jest 
fizycznie  niemoŜliwe,  iŜ  przydarzą  mi  się  pewne  rzeczy,  a 
zatem  jest  niedorzecznością  powiedzieć,  Ŝe  jestem 
bezpieczny  [82]  cokolwiek  się  zdarzy.  Mamy  tu  znów  do 
czynienia  z  błędnym  uŜyciem  słowa  "bezpieczny",  tak  jak 
poprzednio  mieliśmy  przykład  błędnego  uŜycia  słowa 
"istnienie"  lub  "zdziwienie".  A  teraz  chcę  wbić  wam  do 
głów,  Ŝe  pewne  charakterystyczne  błędne  uŜycie  naszego 
języka  występuje  we  wszystkich  wyraŜeniach  etycznych  i 
religijnych.  Wszystkie  te  wyraŜenia,  na  pierwszy  rzut  oka, 
wyglądają  po  prostu  na  porównania.  Wydaje  się  więc,  Ŝe 
gdy uŜywamy słowa właściwy w sensie etycznym, to choć 
rozumiemy przez nie coś innego niŜ to, co oznacza ono w 
swym  sensie  trywialnym,  to  zachodzi  tu  pewne 
podobieństwo; a gdy mówimy "To jest dobry chłopak", to 
choć  słowo  dobry  nie  oznacza  tu  tego,  co  oznacza  w 
zdaniu "To jest dobry piłkarz", to znaczenia te wydają się 
podobne.  A  gdy  mówimy  "śycie  tego  człowieka  było 
wartościowe",  to  choć nie  rozumiemy  tego  w  tym  samym 
sensie,  w  jakim  mówilibyśmy  o  jakichś  wartościowych 
klejnotach,  to  zdaje  się  tu  zachodzić  pewnego  rodzaju 

background image

 

 

analogia.  Wygląda  więc  na  to,  Ŝe  w  tym  sensie  wszystkich 
terminów  religijnych  uŜywa  się  jako  podobieństw  lub 
alegorii. Gdy bowiem mówimy o Bogu i o tym, iŜ widzi on 
wszystko,  i  gdy  klękamy  i  modlimy  się  do  niego,  to 
wszystkie nasze wyraŜenia i czyny zdają się stanowić części 
wielkiej i zawiłej alegorii, która przedstawia Go jako istotę 
ludzką  o  wielkiej  mocy,  której  łaski  próbujemy  uzyskać 
itd.,  itd.  Ale  ta  alegoria  równieŜ  opisuje  te  doznania,  do 
jakich  się  przed  chwilą  odwołałem.  Pierwsze  z  nich 
bowiem jest dokładnie tym, do którego ludzie odwoływali 
się  mówiąc,  Ŝe  Bóg  stworzył  świat;  uczucie  zaś 
absolutnego  bezpieczeństwa  opisane  zostało  słowami,  iŜ 
czujemy  się  bezpieczni  w  ręku  Boga.  Trzecim  doznaniem 
tego samego rodzaju jest poczucie winy, a to znów opisane 
zostało  za  pomocą  zwrotu,  Ŝe  Bóg  gani  nasze 
postępowanie. Tak więc zdaje się, Ŝe w języku etycznym i 
religijnym stale uŜywamy porównań. Ale porównanie musi 
być  porównaniem  do  czegoś.  I  jeśli  mogę  opisać  fakt  za 
pomocą  porównania,  to  muszę  równieŜ  być  w  stanie 
porównanie  to  opuścić  i  opisać  fakt  bez  jego  pomocy.  W 
naszym  zaś  przypadku,  gdy  tylko  próbujemy  porównanie 
opuścić  i  po  [83]  prostu  wyrazić  kryjące  się  za  nim  fakty, 
stwierdzamy,  Ŝe  takich  faktów  nie  ma.  Tak  więc  to,  co 
pierwotnie  wydawało  się  porównaniem,  teraz  wygląda  na 
zwykłą  niedorzeczność.  A  te  trzy  doznania,  o  jakich  wam 
wspomniałem  (a  mógłbym  dodać  inne),  wydają  się  tym, 
którzy  ich  doświadczyli,  na  przykład  mnie,  mieć  w 
pewnym  sensie  wewnętrzną,  absolutną  wartość.  Gdy 
powiadam jednak, Ŝe są doznaniami, to oczywiście są one 
faktami;  miały  miejsce  tam  i  wtedy,  trwały  przez  pewien 
określony  czas  i  w  rezultacie  są  opisywalne.  Tak  więc 
zgodnie  z  tym,  co  powiedziałem  kilka  minut  temu, 
przyznać  muszę,  Ŝe  stwierdzenie,  iŜ  mają  one  wartość 
absolutną,  jest  niedorzeczne.  A  jeszcze  bardziej  to 
uwyraźnię  mówiąc  "Jest  paradoksem,  by  doznanie,  fakt, 
zdawało się mieć ponadnaturalną wartość". Istnieje pewien 
sposób, na jaki skłonny byłbym stawić temu paradoksowi 
czoło.  Pozwólcie  mi  najpierw  znów  rozwaŜyć  nasze 
pierwsze doznanie zdziwienia istnieniem świata i niech mi 
będzie  wolno  opisać  go  w  nieco  inny  sposób.  Wszyscy 
wiemy, co w Ŝyciu codziennym nazwalibyśmy cudem. Jest 
to  oczywiście  zdarzenie  takiego  rodzaju,  z  jakim  nigdy 
wcześniej  się  nie  zetknęliśmy.  I  przypuśćmy,  Ŝe  takie 
zdarzenie  zaszło.  RozwaŜmy  przypadek,  Ŝe  komuś  z  was 
nagle  wyrosła  głowa  lwa  i  zaczęła  ryczeć.  Trudno  mi 
wyobrazić  sobie  coś  równie  niezwykłego.  Gdy  juŜ 
ocknęlibyśmy  się  ze  zdziwienia,  zaproponowałbym,  by 
sprowadzić  doktora  i  zbadać  ten  przypadek  naukowo, 
gdyby zaś to nie wyrządziło mu krzywdy, dokonałbym na 
nim wiwisekcji. I gdzie podział się cud? Jasne jest bowiem, 
Ŝe  gdy  patrzymy  na  to  w  taki  sposób,  wszystko,  co 
cudowne,  niknie;  chyba  Ŝe  przez  to  słowo  rozumiemy  po 
prostu,  iŜ pewien  fakt  nie  został  jeszcze  wyjaśniony  przez 
naukę, a to znów oznacza, Ŝe jak dotąd nie udało nam się 
połączyć  tego  faktu  z  innymi  w  systemie  naukowym.  To 
pokazuje, iŜ absurdem jest mówić "Nauka udowodniła, Ŝe 

nie ma cudów". Prawdą jest, iŜ naukowy sposób patrzenia 
na  fakt  nie  polega  na  patrzeniu  nań  jako  na  cud. 
Jakikolwiek bowiem fakt zdołamy sobie wyobrazić, to sam 
w  sobie  nie  jest  on  cudowny  w  absolutnym  tego  słowa 
znaczeniu.  Widzimy  teraz,  Ŝe  uŜywaliśmy  słowa  "cud"  w 
sensie  [84]  względnym  i  w  sensie  absolutnym.  I  opiszę 
teraz  doznanie  zdziwienia  istnieniem  świata,  mówiąc:  jest 
to doznanie postrzegania świata jako cudu. A teraz skłonny 
jestem rzec, iŜ właściwym wyrazem w języku cudu istnienia 
świata, choć nie jest to Ŝadne zdanie w języku, jest istnienie 
samego  języka.  Co  jednak  wobec  tego  znaczy,  Ŝe 
uświadamiamy sobie ten cud w tym a nie w innym czasie? 
Wszystko 

bowiem, 

co 

powiedziałem, 

przenosząc 

wyraŜenie  tego,  co  cudowne,  z  wyraŜenia  za  pomocą 
środków  językowych,  na  wyraŜenie  za  pomocą  istnienia 
języka,  wszystko,  co  powiedziałem,  to  znów  tyle,  iŜ  nie 
moŜemy  wyrazić  tego,  co  wyrazić  chcemy,  i  Ŝe  wszystko, 
co  mówimy  o  tym,  co  cudowne  w  sensie  absolutnym, 
pozostaje niedorzecznością. Wielu z was wyda się teraz, Ŝe 
na  to  wszystko  udzielić  moŜna  jasnej  odpowiedzi. 
Powiecie: CóŜ, jeśli pewne doznania stale skłaniają nas do 
tego,  by  przypisywać  im  własność,  którą  nazywamy 
absolutną  lub  etyczną  wartością  i  doniosłością,  to  po 
prostu  widać  stąd,  iŜ  za  pomocą  tych  słów  nie  wyraŜamy 
niedorzeczności; Ŝe koniec końców to, co mamy na myśli, 
mówiąc, iŜ pewne doznanie ma wartość absolutną, jest tak 
samo  faktem  jak  inne  fakty  i  Ŝe  rzecz  tylko  w  tym,  iŜ  jak 
dotąd  nie  udało  nam  się  znaleźć  poprawnej  analizy 
logicznej  tego,  co  rozumiemy  przez  nasze  wyraŜenia 
etyczne  i  religijne.  Ale  gdy  postawiono  mi  ten  zarzut,  od 
razu widzę jasno, jak gdyby w błysku światła, nie tylko to, 
Ŝe  Ŝadne  słowa,  o  jakich  mogę  pomyśleć,  nie  zdołają 
opisać  tego,  co  rozumiem  przez  wartość  absolutną,  ale  iŜ 
odrzuciłbym kaŜdy sensowny opis, jaki ktokolwiek mógłby 
zasugerować,  ab  initio,  na  tej  podstawie,  Ŝe  jest  sensowny. 
To  znaczy:  widzę  teraz,  iŜ  te  niedorzeczne  wyraŜenia  nie 
były  niedorzeczne  dlatego,  Ŝe  jak  dotąd  nie  znalazłem 
wyraŜeń  poprawnych,  ale  iŜ  ich  niedorzeczność  stanowi 
samą  ich  istotę.  Albowiem  za  ich  pomocą  chciałem  po 
prostu  przekroczyć  granice  świata,  a  zatem  granice 
sensownego  języka.  Wszystkie  moje  skłonności  i,  jak 
sądzę,  skłonności  kaŜdego  z  ludzi,  którzy  kiedykolwiek 
próbowali  pisać  czy  mówić  o  Etyce  lub  Religii, 
sprowadzały  się  do  zmagań  z  granicami  języka.  To 
zmaganie  się  ze  ścianami  naszego  [85]  więzienia  jest 
doskonale,  absolutnie  beznadziejne.  Etyka  na  tyle,  na  ile 
wypływa  z  pragnienia,  by  powiedzieć  coś  o  ostatecznym 
sensie  Ŝycia,  o  absolutnym  dobru,  o  tym,  co  ma  wartość 
absolutną,  nie  moŜe  być  nauką.  To,  co  ona  mówi,  w 
Ŝadnym sensie nie wnosi niczego do naszej wiedzy. Ale jest 
ona  dokumentem  skłonności  tkwiącej  w  ludzkim  umyśle, 
której  osobiście  nie  potrafię  głęboko  nie powaŜać  i  której 
nigdy w Ŝyciu bym nie lekcewaŜył.