background image

Bohumil Hrabal

Skarby świata całego

Motto:
„Dziecko ustawia figurki, by je po chwili rozrzucić...”
Gomperz

l
Za miasteczkiem, w którym zatrzymał się mój czas, wznosi się pałac, a w tym pałacu znajduje się 
dom starców. Do pałacu prowadzi tylko jedna droga, wspinająca się na wzgórze, droga 
obramowana szpalerem starych kasztanów, konary tych sędziwych drzew tworzą tunel i kiedy idzie 
się pod górę, to jakby kroczyło się pod długim gotyckim sklepieniem, tak te konary splecione są ze 
sobą, nie tylko podpierają się nawzajem, ale tak są w siebie wwikłane, jak wiatr i wichury gałęzie 
te splotły. I tak się te drzewa walką o odrobinę światła w koronach zmęczyły, że obumarły, drogę 
pokrywają więc nieustannie suche gałęzie, zwęglone, spróchniałe od nieustannego tarcia. Czasami 
ni stąd, ni zowąd, choć wiatr nie wieje, spada na piasek cały konar, stoi człowiek nad nim niczym 
nad gontem, co spadł z da-shu, podnosi go i odrzuca na bok, czując to brzemię, które mogło go 
zranić.
Ilekroć idę tą aleją, nie jestem pewna życia. Spoglądam w górę i widzę długi pięciusetmetrowy 
tunel, wspierający się na czarnych sięgających koron kolumnach, sterczących w górę niczym 
drzewce czy długie kopie wzniesione na cześć czyjegoś zwycięstwa w rycerskim turnieju.
Mogłabym iść ścieżką wzdłuż alei, gdzie niemal aż do ziemi sięgają gałęzie; to niezwykle 
przyjemne: chodzić od wiosny do jesieni tą ścieżynką wzdłuż alei i zachwycać się listowiem i 
kwiatami, późnym latem widzieć, jak pękają owoce i strzelają brązowe kasztany, ja jednak lubię 
chodzić środkiem, drogą pod sklepieniem czarnych konarów stuletnich drzew, na których końcu 
znajduje się brama pałacowa przypominająca ogromną czarną kurtynę, wrota wykute młotami i 
szczypcami
kowali-artystów, wrota wykute na podobieństwo dwóch skrzydeł czarnych strąconych aniołów, 
brama, która otwiera się jedynie w dzień wizyt.
I kiedy w słoneczny dzień wspina się człowiek w górę ku tej bramie, idzie w półmroku, dokoła 
poprzez gałęzie po obu stronach tego podwójnego szpaleru przenika słońce i kolory, idzie w górę, 
powoli, tą pogrążoną w cieniu kryptą, od czasu do czasu — zawsze jednak nagle i niespodziewanie 
— spada czarna gałąź. A ponieważ na pałacowym dziedzińcu żarzy się w słoneczny dzień białe 
światło, potęgowane jeszcze przez wysypaną piaskiem drogę i dziedziniec, na tle tej jasnej 
przestrzeni tym wyraźniej rysuje się czerń inicjałów i herbu hrabiego Szporka wpisanych w 
skrzydła bramy, tak jak Franci wpisywał do ksiąg browarnianych imiona i nazwiska restauratorów, 
zdobiąc zawsze te początkowe litery kaligraficznym inicjałem, kreślonym czerwonym bądź też 
błękitnym tuszem, zupełnie tak samo jak inicjały w mszałach.
Obok bramy, pod ostatnim potężnym kasztanem, stoi domek, w którym siedzi wartownik. Nawet w 
słoneczny dzień w domku tym musi się palić światło, tak głęboki cień panuje w alei, tak gęsta jest 
korona wyściełana od wiosny do jesieni liśćmi unoszonymi ku słońcu. W domku tym pełni na 
przemian funkcję wartownika zawsze ktoś spośród nas, jeden rencista, dla którego ta służba przy 
dawnej hrabiowskiej bramie jest jak-ty powodem do dumy. Każdy, kto tu przez dziesięć godzin 
pilnuje i strzeże tej pięknej bramy, zawsze zostaje na dziesięć godzin jakby doszczętnie 

background image

przemieniony. Wielki to zaszczyt kontrolować każdego, kto przechodzi przez bramę. Są nawet tacy 
emeryci, którzy mieszkają obok siebie, którzy obok siebie mają łóżka, siedzą obok siebie podczas 
obiadów, ale tu, w bramie, nie znają się, jakby widzieli się po raz pierwszy. Wypytują o ceł 
odwiedzin, nawet jeśli idzie o przyjaciela, wartownicy po prostu na te dziesięć godzin zapominają 
twarze wszystkich pozostałych emerytów i dlatego wymagają, aby każdy, kto przez bramę 
przechodzi, nie tylko meldował się, ale również okazał dokumenty świadczące, iż rzeczywiście w 
pałacu mieszka.
To cudowne iść tą aleją, być zupełnie zwyczajnym rencistą, zwykłym człowiekiem, wynędzniałym 
i niemal u kresu sił, a mimo to piąć się w górę w głębokim cieniu i patrzeć na bezbłędnie wykute 
czarne ornamenty ogromnych wierzei, na kopie i wężyki, i groty, na koła i wspięte wysoko fale 
wykute przez kowali-artystów, to cudowne minąć bramę i kroczyć wysypaną piaskiem dróżką w 
pałacowym parku, wzdłuż karłowatych cisów na dziedzińcu, spotykać rencistów, którzy są w takiej 
samej sytuacji jak j a, starców i staruszki, którzy ot, tak sobie, przechadzają się, którzy wloką się, 
utykając i przyglądają się sobie nawzajem bacznie, czy ktoś nie jest w jeszcze gorszej sytuacji niż 
oni, aż do chwili, kiedy rozlegnie się wezwanie na drugie śniadanie, na obiad, na podwieczorek i 
wreszcie na kolację.
I wciąż jeszcze jest to dla mnie cudowne: stanąć nagle przed frontonem pałacu, który, kiedy 
oświetla go słońce i blask, wydaje się całkiem beżowy i jego mury tchną światłem i ciepłem, tak że 
aż razi w oczy. Dopiero po chwili, kiedy człowiek przyzwyczai się do tej beżowej fluorescencji 
murów, można skupić uwagę na ogromnym zegarze wykutym z czarnej blachy, jego tarcza jest tak 
duża, że wypełnia przestrzeń między drugą a trzecią kondygnacją. Jego czarne wskazówki, wykute 
rękoma kowala-artysty, dorównują rozmiarami wzrostowi dojrzałego mężczyzny. Kiedy 
spojrzałam na ten zegar po raz pierwszy, przestraszyłam się: mimo iż dochodziło ledwie południe, 
wskazówki wskazywały za pięć minut wpół do ósmej.
Od tej chwili zawsze jest tu za pięć minut wpół do ósmej, mechanizm zegara zatrzymał się i nikt 
już nie potrafił go naprawić albo też nie widział powodu. To smutne, że właśnie ten zegar wskazuje 
wciąż ten sam czas, służąc w pałacu jako swoiste memento mori, bo tu i w okolicy wszyscy 
wiedzą, że starzy ludzie najczęściej umierają wieczorem, koło wpół do ósmej. I kiedy stałam tu po 
raz pierwszy i widziałam wyniosłe topole i dęby, i ciemne świerki przewyższające pałac 
zbudowany do-
kladnie ku południowi, park pałacowy obejmujący ten pałac, kiedy przeniosłam wzrok z powrotem 
na fasadę pałacu dostrzegłam, że mur pocętkowany jest plamami odpadającego tynku. Tu i ówdzie 
widać było pierwotne mury, ścianę ozdobioną jakby wielkimi napisami wyrytymi w twardniejącej 
zaprawie murarskiej.
Mimo iż pałac wznosi się na wzgórzu za miasteczkiem, w którym zatrzymał się czas, słyszałam 
wiatr, taki powiew, co brzmiał nieustannie i otaczał pałac trzepotaniem liści, stuletnie osiki drżały, 
nawet gdy wiatr nie dął, miliony listeczków kręciło się nieustannie, usiłując zerwać się z miliona 
łodyg.
Już za pierwszym razem zauważyłam, że z ogromnych sal można wychodzić na balkony, które 
podobnie jak wierzeje bramy wykuli kowale-artyści, wszystkie te balkony miały kształt dużych 
przezroczystych wanien, przypominały ażurowe hrabiowskie sanie, ażurowe powozy, ogródki 
wokół wspaniałych grobowców, spostrzegłam, że w słońcu siedzą tu renciści, milczący i 
nieruchomi, z głowami opartymi o balustrady tych balkonów, zdobione skrzynkami, z których 
zwisały zwiędłe petunie, sczerniałe na słońcu niczym tytoń lwie paszcze i cynie. A pod zegarem 
ujrzałam też same tylko wiszące ludzkie ręce, ot, tak sobie przerzucone przez poręcz zmęczone 
ręce, dłonie zwisające jak uwiędły kwiat, przeguby osłonięte olśniewająco białą koszulą. Przez 
kuty ornament widać było krzesło, a na nim rozrzucone szeroko nogi kogoś, czyj tułów zlewał się z 
zieloną skrzynką, która go przysłaniała...

background image

I właśnie w tej chwili oderwała się rynna na bocznym skrzydle pałacu i jak zapory na przejeździe 
kolejowym opadała, jak wskazówki zegara szybko obracała się wokół punktu stałego, jednakże 
zardzewiała rynna zatrzymała się i pozostała w tej pozycji, drżała sprężyście niczym groźba, a z jej 
wnętrzności wysypała się rdza i ptasie gniazda, i stare liście.
I właśnie w tej chwili pojęłam, że przecież fronton pałacu przypomina twarz każdego starego 
rencisty, odkruszony tynk, wskazówki zatrzymane na za pięć minut wpół do ósmej, do złu-

10
dzenia podobne do rąk wspartych o kolana, spostrzegłam, że i te sgraffita w niektórych miejscach 
poodpadały wskutek działania czasu, tak że odsłaniają pierwotny mur, ogromne bryły i opokę 
piaskowca, połączone zwykłą zaprawą murarską.
Twarz każdego starego rencisty!
Bo w pałacu są renciści w młodszym wieku, nie mają nawet ani jednej zmarszczki. Jednakże 
spojrzenie ich kieruje się nieustannie w bok, zatrzymują się, jakby usiłowali coś sobie z wysiłkiem 
przypomnieć i w żaden sposób nie mogli tego w sobie wskrzesić. I chyba już nigdy im się to nie 
uda, ich twarze są nawet zdziwione, jakby na mgnienie oka przypomnieli sobie coś pięknego, coś, 
co ich uzdrowi, coś, co przyniesie ludziom korzyść. Twarze ich wydawały się szlachetne i 
sprawiały wrażenie, że ci ludzie byli ongiś wykształceni, właściwie: że są wykształceni właśnie 
teraz, że osiągnęli szczyty jakiegoś poznania, o co zabiegają wszyscy ludzie. Ale to tylko ja 
odnosiłam takie wrażenie.
Dla tych ludzi stanowiło niemałe szczęście, że trafili do pałacu, że znaleźli tu swój pokój, swoje 
łóżko.
A potem otwarły się na oścież oszklone drzwi, odbicie szyb opisało półkole na dziedzińcu i 
oślepiło mnie, obróciłam głowę — i na balkon na pierwszym piętrze wyszedł brodaty mężczyzna, 
wsparł dłonie o poręcz i obracał się to lewym, to znów prawym profilem, i starzec ten wyglądał 
niczym sam pan hrabia Szpork. Na uniesionym podbródku płonęła bielą przystrzyżona bródka; 
teraz udawał, że zajmuje go pogoda, krajobraz. I tak trwał w tej wspaniałej pozie, nieruchomy, 
rozmarzony, jakby delektował się swoją sytuacją, dając do zrozumienia, że tu, w domu starców, 
znalazł się przez pomyłkę.
A potem w kolumnadzie prowadzącej do westybulu zamku poruszyła się twarz i ja ze zgrozą 
uświadomiłam sobie, iż twarz ta należy do starej kobiety, która siedziała w fotelu na kółkach 
dłońmi mocno ściskając poręcze, wsparta o nie rękoma i ramionami, tak że plecy tworzyły linię 
prostą z oparciem, ja zaś miałam wciąż wrażenie, że to sfinks. A naprzeciwko, pod drugą ko-

11
lumną, siedziała ta sama kobieta, zupełnie tak samo uroczyście, zupełnie jak posągowy sfinks. 
Wózek stał pod drugą kolumną i tak się wygrzewały owe dwie niechodzące rencistki na czarnych 
wózkach, spódnice miały podwinięte pod siebie, tak że było widać, jak pod rozsuwanym 
siedzeniem błyszczy wsunięty tam biały emaliowany nocnik.
I jakby dął i cichutko śpiewał wiatr nadciągający z północy i szeleszczący wszystkimi liśćmi 
drzew, zupełnie tak samo słyszałam daleką muzykę, same tylko skrzypce, taką muzykę, którą 
słyszałam towarzyszącą nieustannie akcji filmu Charlie Chaplina Światła rampy albo obrazu z 
życia Toulouse-Lautreca, muzykę, która wywołuje na twarzy tęskny uśmiech, kompozycję na 
skrzypce, która działała na mnie tak jak ta misterna, zamkowa brama.
Wzruszona tymi skrzypcami spostrzegłam jednak, że renci-ści spacerują sobie tymczasem i wcale 
tej-muzyki nie zauważają, siedzą na ławeczce i bazgrzą w piasku bezsensowne wzory albo tak 
sobie tylko siedzą i cichutko ssą landrynki lub orzeźwiające cukierki miętowe.

background image

Wzdłuż całej ściany zabudowań gospodarczych pałacu ciągnął się ogromny napowietrzny korytarz, 
krużganek, wcale już jednak nie tak chełpliwy jak balkony od frontu, z tego krużganka wiodło 
dziesięć par brązowych drzwi i tych dziesięć par drzwi zaopatrzonych było w rodzaj szaf 
ochronnych; Renciści, wyłącznie mężczyźni, wychodzili na krużganek, opierali się o balustradę i 
patrzyli w dół, nieruchomi, zastygli, patrzyli na mnie, ale ja wiedziałam, że mnie nie widzą, 
cofniętym jakby okiem wpatrywali się gdzieś’ wstecz, w dawne czasy, gdy byli jeszcze młodzi, 
albo z uporem, z gniewem i ze złością martwili się jakimś’ wydarzeniem, którego już teraz nie dało 
się zmienić, na które nie mieli już wpływu, jednakże owo wydarzenie dojrzało dopiero teraz, kiedy 
już powody, dla których tak się właśnie stało, przeminęły, odeszły...
I widziałam, jak z tego długiego krużganka spada w dół ta sama muzyka, jak niczym dym spowija 
wszystkie te postacie,

12
jak nawet tu i ówdzie wycieka też z otwartych drzwi brązowych szaf. Skupiwszy uwagę, ruszyłam 
do westybulu, a obydwie kobiety w fotelach na kółkach, z palcami wbitymi w skórzane oparcia 
nadal wyglądały jak sfinksy, wokół których jednak unosiła się muzyka orkiestry smyczkowej, i 
spostrzegłam, że muzyka ta płynie z głośników radiofonii przewodowej, że oplata te dwie 
staruszki, jak krzew róży oplata posąg, uniosłam wzrok i zobaczyłam, że w każdych drzwiach tam, 
na balkonie, na krużganku, na konsolach, niczym skrzynka dla ślepych ptaków, umieszczony jest 
taki sam głośnik i że z każdej z tych skrzynek—klatek wycieka smyczkowa muzyka, rzewne 
smyczki przeplatają się z ogromnym uczuciem, towarzyszą mu albo nagle jeden ze smyczków z 
całym przejęciem gra owo solo, tę główną melodię... Tak! To były Skarby świata całego, owe 
skarby, które w dawnych czasach towarzyszyły niememu filmowi, scenie miłosnej, wyznaniu 
miłości, pocałunkom, które zmuszały widzów do wyciągania chusteczek pod wrażeniem tych 
smyczków, do łez...
Tak więc stoję oto na dziedzińcu domu starców, dawnego pałacu hrabiego Szporka, Franci bierze 
pokoik dla nas obojga, stryjaszek Pepi już od trzech miesięcy leży na oddziale tego przytułku, jak 
to się nazywało w dawnych czasach. Na oddziale dla niechodzących.
Jak odwiedzałam stryjaszka, także przechodziłam przez westybul, także szłam łagodnie 
wznoszącym się korytarzem, spozierałam w boczne korytarze, gdzie poruszały się staruszki, które 
odchylały firanki i spoglądały w dół, na dziedziniec...
I ja spojrzałam również z ukosa do sali, gdzie leżały staruszki i unosiła się ostra woń dziecinnych 
pieluszek, zajrzałam też nieśmiało do sali jadalnej, przed laty hrabia Szpork urządzał tu rauty dla 
setek szlachetnie urodzonych ludzi, w końcu zaś przekroczyłam próg oddziału dla niechodzących, 
gdzie na łóżku w cieniu leżał stryjaszek Pepi i skąd spoglądały na mnie .1     oczy pozostałych 
dziewięciu niechodzących rencistów, i słysza-\-    łam również owe Skarby świata całego, ale 
dopiero wówczas,
13
kiedy już siedziałam i patrzyłam na stryjaszka Pepi, który leżał tylko i spoglądał w sufit 
nieruchomymi oczyma, nie mrugając powiekami i nie odzywał się, niczemu nie przytakiwał, nic 
nie wprowadzało go w irytację, leżał tylko, a ja słyszałam z daleka te Skarby świata całego, miałam 
wrażenie, że to moje halucynacje, jakby obrona przed tym, co tu ujrzałam. Tak bardzo się wszystko 
we mnie wzdragało, tak bardzo cierpiałam nad tym, co widziałam podczas pierwszej wizyty u 
stryjcia w tym dawnym pałacu!
Ale coś się ze mną stało, coś mną wstrząsnęło - i postanowiłam wszystko sprzedać, a Franci 
zgodził się ze mną, i tak oto stoję teraz na dziedzińcu, Franci wynajmuje pokoik dla nas dwojga, za 
całą jego miesięczną rentę i niewielką dopłatę będziemy tu mieszkać niczym hrabiowska rodzina 
Szporków, w jednym jedynym pokoiku, ale jeść obiady i śniadania, i kolacje będziemy tak, jak 

background image

spożywała obiady i kolacje hrabiowska rodzina, w sali jadalnej, będę spacerować po parku wśród 
posągów z piaskowca i być może będę kiedyś mogła powiedzieć o sobie, że wiem, co który posąg 
przedstawia, będę mogła podnosić wzrok na sufity z malowidłami z historii Grecji, będę mogła 
dotykać białych greckich waz stojących w niszach na klatkach schodowych, gdy tymczasem Franci 
będzie wytrwale spoglądać na zegarek drżąc, czy aby nie przegapi wiadomości radiowych 
wszystkich radiostacji nadających programy w języku czeskim...
A więc byłam tu, w pałacu, dziesięć i więcej razy, ale jako gość, którego wszystko przestrasza i 
onieśmiela. Dziś jestem tu po raz pierwszy jako ktoś, kto będzie tu mieszkać aż do chwili, kiedy 
mu się coś stanie: nagle ktoś do mnie przyjdzie, ktoś szepnie mi coś słodko, obieca, a potem puści 
mnie, pozwoli mi wejść do krainy, która nie będzie mieć granic ani kresu. Byłam w pałacu dziesięć 
i więcej razy, jednak dzisiaj postrzegałam rzeczy i słyszałam dźwięki, i rozumiałam ich związki 
dokładniej, a więc zupełnie inaczej niż kiedykolwiek pr-zedtem. ........

14
Jestem w domu starców już od tygodnia i nie mogę wyjść ze zdumienia. Franci właściwie sam 
skreślił się z tego świata, kupił sobie uszankę, taką rosyjską zimową czapę, opuścił klapy na uszy, 
związał na kokardkę tasiemkę pod brodą i chodzi tak po pałacu jakby zamurowany, w głowie nie 
ma już nic innego prócz światowych wiadomości ze wszystkich kontynentów, wiadomości z całego 
świata. I komentarzy na ich temat. A zresztą w ciągu tych czterdziestu lat, jakie z sobą przeżyliśmy, 
powiedzieliśmy sobie wszystko, niczegośmy się już nie spodziewali, na nic nie czekaliśmy. Tak 
jakoś patrzyliśmy tylko, czy stryjaszek Pepi będzie tym, kto nas wyprzedzi i pierwszy pójdzie — 
dokąd? Pragnęliśmy jedynie do ostatniego tchnienia nie być dla siebie ciężarem, a przede 
wszystkim — móc sobie nawzajem usłużyć.
Codziennie odkrywałam w pałacu coś, co mnie stawiało na nogi. Przed pałacem na opadającym 
łagodnie wzgórzu wznosił się ongiś klasztor, mieli tam swoją siedzibę augustianie i znajdowała się 
tam ogromna biblioteka. Dziś ta biblioteka jest kotłownią, refektarz — pralnią, klasztorne cele i 
jadalnia są dziś warsztatami konserwatorskimi. I tak jak w zamku, i tu sufity pokryte są 
malowidłami przedstawiającymi sceny biblijne, w pralni odpada tynk, lecz pismo malarza nadal 
jest czytelne. W klasztornym centralnym ogrzewaniu pali się węglem i koksem, żużel palacz 
wywozi przed klasztor i zwala na stos. Raz na jakiś czas żużel i popiół wywozi się samochodem 
ciężarowym. Szofer mieszka w domku w ogrodzie i chętnie z każdym rozmawia, niektórzy renciści 
chodzą do niego, bawią się z jego dziećmi, a wieczorem piją z nim piwo. Kierowca też dwa razy w 
tygodniu wywozi pomyje, na które przeznaczone jest specjalne pomieszczenie. Czuć te kuchenne 
resztki na dwadzieścia metrów, bo to niezwykłe pomieszczenie ma zawsze dzień spóźnienia, jeśli 
idzie o opróżnianie, no i kiedy ładuje się te dwadzieścia cebrów, są one tak pełne, że resztki 
jedzenia wylewają się na podłogę, gdzie potem kisną.
15
Nie o tym jednak chciałam mówić.
Jeden z tych rencistów, pan Berka, ten, który co wieczór przesiaduje u kierowcy i bawi się z jego 
dziećmi, i pije z nim piwo, może nawet są ze sobą jakoś’ spokrewnieni, a wiec ilekroć pan Berka 
pełni służbę w bramie, to za każdym razem, kiedy szofer jedzie tym samochodem ciężarowym, 
zawsze pan Berka wybiega i żąda od kierowcy pozwolenia na wyjazd z domu starców, ale i tego 
panu Berce za mało. Prosi, żeby szofer pokazał mu dokumenty. I dobroduszny szofer podaje mu je 
z uśmiechem, ale surowy pan Berka porównuje, czy fotografia w dowodzie osobistym zgadza się z 
wyglądem kierowcy, porównuje to kilka razy. Potem zwraca dokumenty, jednakże sumienność i 
poczucie obowiązku nie dają mu spokoju, unosi plandekę i przygląda się uważnie, centymetr 
kwadratowy po centymetrze bada — jeśli jest wieczór albo też pochmurno, przy świetle latarki 
elektrycznej — powierzchnię skrzyni ładunkowej, nie leni się, włazi w resztki pomyj i oświeda 
puste cebry, unosi mokre szmaty i w końcu, zadowolony, z rękoma mokrymi od resztek sosów i 

background image

skisłych zup, zeskakuje z platformy, żeby jeszcze — dla spokoju sumienia — opaś”ć na 
wyprostowanych ramionach pod chłodnicą, po czym ugiąć je tak, że twarz niemal dotyka ziemi, i 
popatrzeć od dołu, czy tam nie przemyca się czegoś” do domu starców albo też, jeśli samochód 
wyjeżdża, czy nie wywozi się czegoś’ z pałacu pod plandeką albo na podwoziu... I wita się pan 
Berka z kierowcą powściągli-wie, chłodno, aby nazajutrz wieczorem siedzieć u szofera przed jego 
domkiem w ogrodzie, bawić się z jego dziećmi i z własnej nieprzymuszonej woli zbiec ze wzgórza 
do pierwszej gospody po dzbanek piwa...
A więc jestem już w domu starców od tygodnia i ani rusz nie mogę wyjść ze zdumienia. Skarby 
świata calego spowijają cały pałac, odbiorniki radiofonii przewodowej wiszą nie tylko w 
korytarzach, rozwieszono je również na drzewach w parku, przed deszczem chronią je igelitowe 
pokrowce, tak jak za dawnych czasów przykrywali swoją katarynkę kawałkiem ceraty

16
żebracy wygrywający bez końca te same katarynkowe walczyki... Orkiestra smyczkowa owija stare 
drzewa i Skarby świata calego pną się w korony, jak stary bluszcz skapują z liśćmi na dół, 
korytarze przytułku pełne są przyjemnego fosforyzującego gazu, zapachu tanich perfum, i 
właściwie to nikt na tę muzykę nie zwraca uwagi, jedynie kiedy wyłączają prąd, wtedy te Skarby 
świata calego zostają przecięte, zatrzymują się, tak jak wszystko za dotknięciem czarodziejskiej 
różdżki nieruchomieje w bajce o Śpiącej Królewnie, renciści podnoszą naraz wzrok, spoglądają na 
skrzynki odbiorników i odczuwają brak tej muzyki, zupełnie tak samo jak brak światła, i wszyscy 
pragną usłyszeć znowu tę muzykę, bez której powietrze w pałacu i na ścieżkach parku staje się nie 
do oddychania. Kiedy zdarza się to wieczorem albo o zmierzchu, wszyscy spoglądają w górę na 
oślepłe żarówki czy też rurki neonów tak długo, aż znowu rozbłysną, i radiofonia przewodowa 
zacznie giąć od tego miejsca, w którym przestała... W owej chwili wszyscy renciści siedzący na 
schodach, na sedesach, leżący w łóżkach oddychają z ulgą i znów słuchają muzyki, tak jak się 
muzyki powinno słuchać, z zainteresowaniem, życie zaczyna się znowu toczyć i wszystkie te oczy 
spoglądające w górę z niecierpliwym, niemal gniewnym oczekiwaniem, oczy te opuszczają się 
znowu, wpatrują się w podłogę, w piasek, bo niemal wszyscy renciści mają pochylone głowy 
(przygięła im je starość i choroby), i nadal badają strukturę dywanu, linoleum i piasku, na którym 
stawiają swoje ostrożne nogi, ponieważ tu, w domu starców, trzeba zwracać na chód ogromną 
uwagę, każdy bowiem upadek oznacza utratę zdolności poruszania się, potłuczenia, a to już koniec, 
bo każdy, kto może się poruszać i sam pójś”ć do toalety, jest tu, w domu starców, uważany za 
zdrowego.
Obeszłam pałac aż do miejsca, gdzie pod starymi drzewami ciągnie się druciana siatka ogrodzenia. 
Tu ścieżka kończy się w trawie. Ja jednak spostrzegłam, że to ogrodzenie pod starymi gałęziami, 
zwisającymi tak nisko, że można dosięgnąć ich ręką, że ogrodzenie to przydeptane jest aż do ziemi, 
wystarczy chwy-

17
cić wyciągającą się usłużnie gałąź i przekroczyć przydeptane druty, a potem iść dalej, zakazaną 
ścieżką zarośniętą niemal trawą, ścieżką, która, choć ledwie dostrzegalna, to jednak prowadzi na 
taras pałacu.
Byłam ogromnie podniecona, drżałam na myśl, że może mnie zobaczyć siostrzyczka albo 
administrator czy też sam lekarz naczelny, ale pragnienie ujrzenia tego zakazanego parku było tak 
nieprzeparte, że szłam wzdłuż wysokiego ogrodzenia aż tam, do balustrady, skąd otwierał się 
widok na miasteczko, gdzie zatrzymał się czas, miasteczko, przed którym jednak rysowały się na 
tle nieba posągi nagich dziewcząt i młodzieńców, posągi młodych mężczyzn bez odzienia, starców 
o biodrach przysłoniętych sfałdowanymi szatami, każdy z tych posągów stał na wysokim cokole, 
tak że musiałam podnosić wzrok, żeby zobaczyć wykute w piaskowcu ciała, każdy z tych posągów 

background image

miał w rękach jakiś przedmiot, rzecz, owoce... A chociaż mieszkałam w miasteczku ponad 
czterdzieści lat, nigdy nie znalazłam czasu, żeby popatrzeć na ten szpaler posągów, na ścieżki 
rozbiegające się gwiaździście, drogi wysadzone strzyżonymi bukami, za którymi wznosiły się 
figury przedstawiające miesiące, co sto metrów posąg, a wokół niego wychylające się buke-we 
konary i gałązki, listowie czerwonych buków dotykające tych pięknych ludzkich ciał.
I kiedy zatrzymałam się przed posągiem nagiej młodej kobiety, nie potrzebowałam szukać 
odpowiedzi w zarośniętym mchem starym napisie i w wierszu opiewającym maj, wykutym na 
cokole. Ten posąg młodej ślicznotki o małych piersiach i wyzywających biodrach podziałał na 
mnie bardziej niż lustro. Zrozumiałam, dlaczego dom starców oddzielono siatką drucianą od tego 
parku, pojęłam, co to znaczy być młodym, być młodą kobietą, wyciągnęłam rękę i dotykałam łydek 
i ud, i bioder, i czułam tę ziarnistość kobiecego ciała, czułam w palcach urodę kobiecej skóry i 
zrozumiałam, dlaczego kilku rencistów odważyło się przydeptać siatkę ogrodzenia i na własną 
odpowiedzialność i ryzyko pójść tam, by porównać się z tymi posągami.

18
A więc stałam tam, przyglądałam się wszystkim tym twarzom i ciałom, i jedynie kącikiem oka 
spostrzegłam, że to, co posągi trzymają, ma jakiś głębszy sens, że właściwie wszystkie te 
wyrzeźbione przedmioty towarzyszące posągom dopełniają, a nawet przedstawiają i reprezentują 
cały rodzaj ludzki, wszystkie fazy tworzące razem to, co jest naturą, wiosną, latem, jesienią, zimą...
I tak oto stałam przed posągiem Maja, i nagle pojęłam, że musiałam dojść aż tu, taka, jaka jestem, 
aby — póki jeszcze czas — móc przeniknąć tajemnicę każdego posągu, a może kiedyś tajemnice 
wszystkich tych posągów, które z całą pewnością nic więcej nie mówią ponad to, czym jest ludzkie 
życie, cykl, który już niemal przebyłam. Zdawałam sobie sprawę, że w tych posągach z piaskowca 
zawarta jest powieść, dzieje człowieka, który czekał tu na mnie, aby mi wykutym w kamieniu 
pismem wyjaśnić to, o czym z pewnością wiedział hrabia Szpork i jego goście, którzy przechadzali 
się tędy i odczytywali w posągach zdarzenia z życia człowieka.
Nikt nie szedł przez park, w dole leżało miasteczko otoczone rzeką i czerwonymi murami 
obronnymi, tam, po drugiej stronie rzeki, wznosił się beżowy browar, jego komin, lśnił blaszany 
dach, gdzie mieszkałam dłużej niż ćwierć wieku, gdzie byłam szczęśliwa, bo byłam piękna i młoda, 
tak jak posąg młodej kobiety, pod którą ledwie można odczytać wśród mchu napis: Mai.
Postanowiłam, że codziennie będę chodzić zakazaną ścieżką tu, między posągi, które chciały mi 
tyle powiedzieć, bo ja nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że życie tak szybko upływa. 
Właściwie to zanim zdążyłam się rozejrzeć, już musiałam sobie wyrwać pierwszy siwy włos. Ale 
wówczas miałam ciągle wrażenie, że jest jeszcze sporo czasu, że na wszystko mam czas, że starość 
to coś, co mnie nie dotyczy. A więc farbowałam włosy, likwidowałam wszystkie zmarszczki 
kremami i masażem, Franci jednak pozostawał wciąż taki sam, wydawało mi się nawet, że jest taki, 
jaki był, gdy miał trzydzieści lat,

19
ałe i on starzał się, bo oto nagle znalazł się na emeryturze, nagle przeprowadziliśmy się do willi nad 
rzeką, którą sama sobie zaprojektowałam... i nagle miałam urodziny, i skończyłam sześćdziesiąt lat, 
i nagle”dostalam paradentozy, i pan doktor Szlosar wyrwał mi wszystkie zęby, i obiecał, że zrobi 
mi sztuczną szczękę, która będzie jeszcze ładniejsza niż moje zęby, tak mówił pan doktor Szlosar, a 
ja czytając w jego oczach i głosie uwierzyłam, że sztuczne zęby są jeszcze bardziej. Iśnią-ce niż 
wszystkie te, które mi wyrwał, że w Ameryce należy wprost do dobrego tonu, kiedy nadejdzie 
odpowiednia chwila, kazać sobie wyrwać zdrowe zęby i zamiast nich wstawić takie, które można 
umyć pod strumieniem wody, że plombowane zęby nadal się psują i powodują reumatyzm i 
choroby serca...

background image

Mnie jednak zdarzyło się to jesienią, pan Szlosar był w dobrym humorze, jak mi powiedziano: 
każda jesień to raj dla technika dentystycznego, bo to pora polowań i ostatnich sideł, a myśliwi z 
naszego miasteczka tak czczą każde to polowanie, że upijają się i nad ranem, kiedy czasami rzygają 
do rowu albo miski klozetowej, wypadają im te ich drogie sztuczne szczęki, tak więc przez całą 
jesień aż do Nowego Roku pan Szlosar ma ręce pełne zębów, pracuje nawet nocami, aby naprawić 
czy też zrobić nową sztuczną szczękę dla swoich klientów-myśliwych, którzy płacą trzy razy tyle, 
ile zapłacili po raz pierwszy za swoją sztuczną szczękę.
Kiedy dziąsła mi się wygoiły, chodziłam na odciski dziąseł w gipsie, a po miesiącu przyszłam 
pełna nadziei, uśmiechałam się, bo wiedziałam, że tego dnia włożą mi do ust te zęby z porcelany, 
to dzieło kunsztu artystycznego, jak mawiał pan Szlosar, te konwalie zasadzone w różowych 
dziąsłach.
Pan Szlosar zniknął w swojej pracowni, a kiedy zjawił się z powrotem w gabinecie, niósł na 
cynowej tacy coś owiniętego w watę, poprosił mnie, abym usiadła w fotelu i zamknęła oczy, 
otwarła usta, po czym wsunął mi do ust, na dolne dziąsła, coś chłodnego i ciężkiego, tak że pod 
tym ciężarem opadła mi broda, potem włożył mi coś jeszcze wstrętniejszego, jakiś przed-
miot, po którym chciało mi się wymiotować, zaczęłam się dławić, ale głos pana Szlosara zaklinał 
mnie, żebym tylko przyssała do podniebienia te srebrne sprężynki i poczekała chwilę, aż cała 
szczęka się zagrzeje. I ja, która klaskałam, widząc pana Szlosara wchodzącego i niosącego na 
cynowej tacy to moje sztuczne ocalenie, ten mój ratunek, miałam teraz wrażenie, że ścisnął mi całą 
głowę w imadle, czułam, że jestem śmiertelnie blada, że całe moje ciało i dusza wzdragają się 
przed taką zniewagą, hańbą, którą pozwoliłam sobie włożyć do ust, przed tym wrogim 
przedmiotem, tą chłodną macoszą pieczarą, w której w dół i w górę sterczą i skapują stalaktyty i 
stalagmity. Zapłaciłam, pan Szlosar zapewniał mnie, że to tylko sprawa przyzwyczajenia, że za 
żadne skarby nie wolno mi wyjąć tego jego dzieła sztuki, do którego przywiązywał taką wagę, że 
muszę nawet z tym spać, że w najlepszej sytuacji są starzejące się ekspedientki i urzędniczki, któce 
muszą mieć zęby już choćby tylko ze względu na urząd czy sklep.
Odprowadził mnie aż na rynek, właściwie to musiał mnie podpierać, oddalałam się z jego gabinetu 
dentystycznego tak jakoś jak wdowa odprowadzana od mogiły, a on podpierał mnie i szeptał mi do 
ucha, żebym nie wodziła ciekawskim językiem po tych zębach, ciekawski i niespokojny język 
może dostać róży na koniuszku, a nawet raka, że jedna z jego klientek przez ten swój ciekawski 
język nabawiła się takiej choroby i musieli ją najpierw leczyć na oddziale psychiatrycznym, 
psychoanalityk nakładł jej do usz-u, wbił jej w głowę rozkaz, że nie wolno jej, nie wolno za żadną 
cenę zaspokajać swojego ciekawskiego języka, bo w przeciwnym razie z róży będzie rak; pan 
Szlosar powiedział mi na pożegnanie, że jest wielu mężczyzn, zahartowanych mężczyzn, którzy 
kazali sobie zrobić sztuczną szczękę, ale mieli ją w ustach tylko raz, a potem odłożyli ją do 
szuflady i woleli żując skórki poodgniatać sobie bezzębne dziąsła, że mieli tam wspaniałe guzy, 
które doskonale zastępowały zęby... Ba! Ja jednak zawsze byłam piękną kobietą, a więc nie 
przyniosę mu wstydu i za wszelką cenę będę te zęby nosić! Mówił mi
20
21
to poufnie i wyjął całą swoją sztuczną szczękę, podsunął mi ją pod oczy i powiedział:
— Ja także chciałem te zęby wyrzucić, ale niestety! Jakżebym mógł proponować komuś’ sztuczną 
szczękę, jeślibym jej sam nie nosił? To byłoby tak samo jak z tym aptekarzem Kolarzem, który ma 
głowę łysą jak kolano, a ciągle proponuje każdemu płyn na porost włosów, płyn wprost 
niezawodny! Ale dla mężczyzn, którzy po raz pierwszy mają sztuczną szczękę, najlepszą rzeczą 
jest podjąć z kasy oszczędności albo pożyczyć czy też wziąć od żony tysiąc koron, zafundować 
sobie tydzień urlopu i siedzieć wśród ludzi w gospodzie, i pić piwo, od rana do późnej nocy łykać 

background image

wzmacniającą wódeczkę, bo to jedyny sposób, żeby o sztucznej szczęce zapomnieć... Oczywiście 
— podkreślił pan Szlosar — podczas całej tej kuracji zęby muszą być w ustach...
A ja szłam przez rynek z uniesioną głową, musiałam tak iść, bo gdybym się choć odrobinę 
pochyliła, głowa by mi obwisła i szczęka wypadła. Czułam to, rozpłakałam się, bo z góry 
wiedziałam, że jestem staruszką, od tej chwili będę babsztylem, bezzębną staruchą, jako że czegoś’ 
takiego w ustach nie zniosę, nawet gdybym podjęła z kasy oszczędności wszystkie pieniądze, 
gdybym piła przez pół roku, i to tylko szampana i piwo, bo przecież na tyle siebie znałam i 
wiedziałam, że tych zębów nie zniosę, całe moje ciało, dusza, wszystko mi mówiło, że tej sztucznej 
szczęki nie chce, z każdą chwilą coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, że zostałam oszukana, że 
mi do ust wsadzili kowadło z kuźni, tę ogromną szklaną popielniczkę na niedopałki i zapałki, dwie 
ostre muszle z rzeki, o które już sobie skaleczyłam język, język przerażony tym wszystkim bez 
reszty i obmacujący to obce w ustach, nie mogłam tego języka powstrzymać, jako taki wcale ten 
mój język nie był ciekawski, ale oszołomiony, zwariował ten mój łakomy język, krwawił i gotów 
był sam się zabić, tak bywa — opowiadali myśliwi — gdy łasiczka wpadnie w sidła: wcale nie 
zraniona umiera po zachodzie słońca.
A więc kiedy wróciłam do domu, wyciągnęłam stare narzędzia ze Szkody czterysta trzydzieści, 
wzięłam stalową dźwignię do zakładania opon, łyżkę, wyplułam zęby na stół, przerażona patrzyłam 
na te zęby, które się ze mnie śmiały, śmiech rozdziawiał szeroko dziąsła, i kilkoma uderzeniami 
roztrzaskałam te drogie zęby, porcelana roztrzaskała się jak butelka po piwie, waliłam potem jak 
szalona, aż zmiażdżyłam na proch i pył te różowe dziąsła, a zęby rozprysły się po kuchni. 
Zmiotłam resztki i wrzuciłam do pieca...
Kiedy przed świętami Wielkiej Nocy robiłam generalne porządki i odstawiłam stół do zmywania, 
wymiotłam stamtąd jeszcze kilka zębów...
Stałam przed wykutym z piaskowca posągiem młodej kobiety, co pół godziny gdzieś za wzgórzem 
startował samolot wojskowy, nad pałacem z ogłuszającym rykiem i świstem wzbijał się prosto w 
górę, czasami cała eskadra, jeden samolot za drugim, tak że ten odgłos ich odrzutowych silników i 
skrzydeł wywoływał lament i jęk jak podczas klęsk żywiołowych.
Stałam i wpatrywałam się w twarz tej spokojnej czystej kobiety spowitej mgławicą miłości i 
pragnienia oraz oczywistości uczucia, jej profil rysował się na tle nieba, słońce ześliznęło się za 
ogromne dęby, na błękitnym niebie nad kędziorami posągu lśniła linia, gdzieś tam na wysokości 
dziesięciu kilometrów kreślił na niebie swój siad promienny samolot, pozostawiał za sobą neonową 
linię, tak jak ręka szklarza ciągnie diament i ryje w szkle głęboką rysę, wzdłuż której, gdy się lekko 
uderzy, szyba przełamuje się, ten wznoszący się samolot zniknął teraz przysłonięty głową z 
piaskowca, by po chwili pojawić się przy oku tej ślicznotki z kamienia, przebił jej głowę jak 
szpilka secesyjny kapelusz...
Zawróciłam, patrzyłam na moje rytmiczne trzewiki, jak przesuwają się po wysypanej piaskiem 
ścieżce, głowę miałam pochyloną, mijałam posągi kolejnych miesięcy, ale nie podnosiłam wzroku, 
wiedziałam, że tu na mnie czekają i że mam przed sobą kolejne dni, dni, kiedy znajdę dość sił, żeby 
spojrzeć
22
23
na to, co rzeźbiarze baroku wyciosali z piaskowca dla hrabiego Szporka... i dla mnie...
Kiedy przekraczałam przydeptaną siatkę ogrodzenia, aby ukradkiem niczym złodziej wrócić do 
domu starców, na niebie nad miasteczkiem rozległ się ogłuszający huk. Jak zawsze odniosłam 
wrażenie, że zawalił się browar, że rozpadła się w gruzy katedra Świętego Idziego, ale teraz 
zdawało mi się jeszcze, że runął pałac, czekałam chwilę, że może zderzyły się nad domem starców 
dwa samoloty odrzutowe, że lada moment zaczną jedne za drugimi spadać ich szczątki i zasypią 

background image

pałac i park z posągami... Ale panowała cisza, po prostu nie zdarzyło się nic innego, tylko 
powietrze rozdarła ogromna detonacja za przelatującym samolotem, który przekroczył barierę 
dźwięku. A ja ledwie zdążyłam cofnąć się o trzy kroki, ostrzeżona jakimś wyższym systemem 
sygnalizacyjnym wyczułam, że rynna, ta sama, która trzymała się tylko w jednym miejscu, teraz 
urwała się i nie zmieniwszy swojej poziomej pozycji, uderzyła o ziemię, kilka razy podskoczyła, a 
potem leżała cicha i spokojna, wyciągnięta jak martwy już od dawna wąż.
Minął miesiąc mojego pobytu w domu starców i nagle poczułam się rozczarowana. A to dlatego, że 
ciągle mniemałam o sobie, iż jestem kimś’ innym niż pozostali, pragnęłam, żebym do pałacowego 
parku mogła chodzić tylko ja, po kryjomu, mieć swoją tajemnicę, robić coś zakazanego, chodzić od 
posągu do posągu, obawiając się, że mnie ktoś zauważy. Wiedziałam jednak, że każdy, kto tylko 
zechce, może przestąpić to ogrodzenie; że siatka jest tam właściwie jedynie po to, aby zwrócić 
rencistom uwagę, iż za tym płotem rozciąga się jakiś raj utracony. Tak więc bardzo często 
spotykałam tam mieszkańców pałacu, spacerowali, a ja już po tygodniu stwierdziłam, że naprawdę 
to wcale nie patrzą na posągi, że spacerują tam tylko po to, żeby

24
zabić czas, żeby usiąść na ławeczkach ukrytych pod czerwonymi bukami, żeby porozmawiać, ale 
przeważnie milczeć i patrzeć tępo przed siebie, a kiedy świeciło słońce, o tak, to owszem, każdy 
rencista był prawdziwym czcicielem słońca, każdy wyciągał się, zamykał oczy i głowę zwracał ku 
promieniom, całe godziny potrafili tak siedzieć w napięciu i nasłuchiwać, jak przez skórę 
pomarszczonych twarzy przenika grzejące słońce, w tym świetle i blasku wszyscy jakby 
zapominali o swoim losie. Widziałam, że niektórzy renciści wolą wystawiać grzbiet, ten swój 
kręgosłup, słońce grzało ich w plecy, a oni co chwila wydawali jęk, jakby im słońce wcierało w 
plecy maść kamforową, jakby ich nacierało wodą kolońską...
No i pewnego przedpołudnia zaznajomiłam się tu z trzema rencistami, którzy spacerowali w 
milczeniu, czasami zatrzymywali się, spoglądali na siebie porozumiewawczo, wzdychali i szli 
dalej. Znałam ich z miasteczka, w którym zatrzymał się czas, ale nigdy nie miałam okazji z nimi 
porozmawiać, niezmiennie elegancki pan Otokar Rykr, z cwikierem na przemian to w palcach, to 
wciśniętym u nasady nosa, urzędnik z fabryki pan Karol Wyborny, w kaszkiecie, jaki nosili 
szoferzy, oraz pan Wacław Korzonek, maszynista z odkrytą głową, który swoje jasne włosy 
nieustannie rozczesywał i zgarniał do tyłu rozcapierzonymi palcami.
Podniosłam wzrok na herb hrabiego Szporka, na siedem pióropuszy w dwóch rzędach, herb 
umieszczony nad wyjściem z pałacu na taras zamknięty balustradą. Kiedy milczący starcy 
przechodzili w zamyśleniu obok mnie, odwróciłam się i spytałam:
— Słyszałam, że są panowie znawcami i świadkami dawnych czasów. Czy mogliby mi panowie 
powiedzieć, kto to był hrabia Szpork?
Zatrzymali się, spojrzeli badawczo na mnie, potem jeden na drugiego... I wydawało się, że właśnie 
na to pytanie czekali, że spodziewali się go, ale nie od każdego rencisty, lecz właśnie tylko i 
wyłącznie ode mnie, więcej: pragnęli, żebym to była ja,

25
ja, którą od tak dawna znali, a dopiero tutaj, w domu starców, stali oto twarzą w twarz ze mną i z 
pytaniem, jakie zapowiadało, że będzie czymś’ więcej niż tylko podaną w grze piłką.
Pan Wacław Korzonek oburącz przycisnął do skroni nieposłuszne włosy, po czym zaczął swoją 
opowieść:
— Narzeczoną hrabiego Szporka była baronówna Franciszka Apolonia z Sweerts-Reistów, pan 
hrabia dał jej rok do namysłu, gdyby poczuła, że serce jej lgnie ku innemu mężczyźnie, żeby mu to 

background image

powiedziała... A potem ślub ich odbył się pierwszego maja tysiąc sześćset osiemdziesiątego 
szóstego roku na Śląsku...
Powiedziawszy to, zwrócił się do dwóch swoich przyjaciół.
Pan Otokar Rykr wcisnął cwikier u nasady nosa.
— Jego małżonka — podjął — powiła mu dwóch synków, ochrzczono ich z iście królewską 
pompą, ale wkrótce obu złożono w małych trumienkach w grobowcu koło kaplicy loretańskiej, 
tam, w północno-zachodnim rogu klasztornego dziedzińca, później zaś’ hrabia kazał ich przewieźć 
do Kuksu...
Powiedziawszy to, pan Rykr spojrzał na trzeciego znawcę i świadka dawnych czasów, pana 
Wybornego, który ciągnął:
— W pałacu było później jak w klasztorze, augustianie odprawiali tu codziennie msze, w których 
uczestniczył pan hrabia z dwiema córeczkami, sam zaś czytał im pobożne księgi, córeczki więc 
pogrążały się w ascezie i pragnieniu czystego życia duchowego. Starsza, Eleonora, wstąpiła do 
zakonu Zwiastowania Najświętszej Panny Marii i hrabia zbudował jej klasztor w pobliżu Kuksu, 
zmarła w wieku dwudziestu lat. Druga córka, Anna Katarzyna, również chciała wstąpić do 
klasztoru, ale pan hrabia rozgniewał się, mówiąc, że klasztory usiłują zagarnąć cały jego majątek. 
Posłał kontessę w weselsze towarzystwo i sam znalazł jej narzeczonego, podpułkownika 
Franciszka Karola Rudolfa barona Sweerts-Reista, a ponieważ pan hrabia cierpiał na przewlekłą 
chorobę, w pałacu panowała surowa dyscyplina...
Oto co powiedział pan Wyborny i spocił się przy tym tak, że zdjął kaszkiet i delikatnie przetarł jego 
wilgotne denko.

26
I wszyscy trzej znawcy i świadkowie dawnych czasów nagle się rozjaśnili i roześmiali się 
serdecznie, i patrzyli na mnie, podnieceni tym, że z szeroko otwartymi oczyma, zupełnie 
oszołomiona, słuchałam tego, co mówili, oszołomiona tym, że wszystko wiedzą, że — choć to tacy 
urodziwi mężczyźni — są tu, w pałacu, w domu starców, zupełnie tak samo jak ja i cała ta reszta. 
Wszyscy trzej unieśli ręce, wyciągnęli palec wskazujący, a ja odniosłam wrażenie, że podają sobie 
takt, że za chwilę wszyscy trzej zaczną śpiewać, oni jednak tak jakoś się wyliczali: jak dzieci, kiedy 
deklamują wierszyk i jedno z nich musi wyjść z koła, i rzeczywiście, wyliczali się, a potem 
wskazali na tego ostatniego, pana Wybornego, który podjął z przymkniętymi powiekami:
— Nikomu nie było wolno bez pozwolenia oddalić się z zamku i udać do miasta, wieczorem 
wszyscy musieli być w domu i nie cierpiano żadnych zbytków, kapelmistrz i marszałek dworu 
Tobiasz Seeman zapisał w swoim Dzienniku...
Pan Wyborny uniósł obie dłonie, otworzył oczy i energicznym gestem dał znak panu Korzonkowi, 
który z radością ciągnął dalej:
— Poetka nadworna Klinkowska oraz jej kochanek Hieronim w obecności całego dworu otrzymali 
na dziedzińcu zamkowym po pięćdziesiąt rózeg za miłosne igraszki i zostali bez zwłoki wygnani, 
Hieronimowi pozostawiono jedynie Zippel-pelz...
Zanim jeszcze pan Wyborny dokończył swoją partię, już uniósł rękę i dał znak panu Otokarowi 
Rykrowi, który przyciskając ręce do piersi, mówił:
— Jerzy Wotawa, Parzyzek i Simon wybierali się czasem do miasteczka wieczorem, rano 
przychodzili z nadwerężonymi nieco po szlachetnej zabawie facjatami... Wyszło to na jaw i dostali 
od hrabiego lanie. Simonowi się to nie podobało i wegen Gegenbrummen dostał raz jeszcze. Sługa 
Simplex, to znaczy błazen, dostał w skórę, bo nie chciał na rozkaz tańczyć. Inny, bo podjadał ser i 

background image

podpijał wino. Hrabia przez dwie godziny prawił kazanie myśliwemu Kostomlatskiemu za to, że 
popsuł polowa-

27
nie na dzikie gęsi. Hrabia sam zakazał przeklinania i polecił, żeby takiemu, co się ośmieli kląć, 
żeby takiemu upartemu blu-źniercy napchano do ust trzy łyżki smaru do kół. A jak pan hrabia 
spostrzegł, że ktoś’ w pobliżu parku roznieca ogienek, podnosił straszliwą wrzawę... — Pan Otokar 
Rykr odetchnął i spojrzał na swoich przyjaciół, że już dalej nie może, żeby wiec któryś z nich 
podjął opowiadanie.
Pan Wyborny sam sobie dał oburącz znak jak na starcie i ciągnął wesoło:
— W mieście pan hrabia Szpork zauważył, że w szkole okiennica wisi tylko na jednym zawiasie, i 
natychmiast pan nauczyciel musiał stanąć pod pręgierzem przed starym ratuszem ku uciesze 
gawiedzi, ksiądz proboszcz Pabieński wolał opuścić miasteczko, niż znosić zniewagi ze strony 
hrabiego... I tak pan hrabia umarł w tym pałacu, śmierć pana hrabiego wszystko załatwiła... — Pan 
Wyborny przerwał, rozejrzał się, dał oburącz znak, wszyscy trzej zbliżyli do siebie głowy i 
zadeklamowali na trzy głosy:
— ...trzydziestego marca tysiąc siedemset trzydziestego ósmego roku...
Tak oto skończyli opowieść, nadal dotykali się głowami, oczy mieli zamknięte, trzej znawcy i 
świadkowie dawnych czasów, a ja, która w miasteczku przez trzydzieści lat grałam w teatrze, 
ogółem sześćset razy grałam w kółku teatralnym „Halek”, ja załamałam ręce, bo takiego teatru nie 
widziałam, nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak zagrał bez jednej choćby próby, ot, tak sobie, tu i dla 
mnie.
Kiedy unieśli głowy i spojrzeli na mnie, klasnęłam w dłonie, wyciągnęłam ręce i wszyscy trzej 
ujmowali moje dłonie, patrzyli na mnie i promienieli, jakby znaleźli we mnie i przeze mnie powód, 
aby to, co tyle już razy sobie opowiadali, że nie mieli już żadnego powodu raz jeszcze tego 
powtarzać, a więc ja oznaczałam pewnie dla nich natchnienie, wystarczający pretekst, aby mogli 
się zaprezentować, aby mogli się pochwalić tym, co wiedzą...
Tegoż wieczoru zaraz po kolacji znawcy i świadkowie dawnych czasów zaprosili mnie na spacer. 
Wiatr potrząsał konarami drzew i gałęzie wydawały dźwięk taki, jakby na każdej gałązce 
powiewała chorągiewka. Kiedy minęliśmy bramę i szliśmy aleją, gałęzie, splątane ze sobą i 
wplątane w siebie, ocierały się i drzewa skrzypiały i stękały jak stare barki i łodzie rybackie w 
porcie. Wiatr ciągnął od dołu, od rzeki, niosąc ostrą woń. Trzej renciści milczeli, bo szliśmy 
skrajem miasta, wysokie latarnie sodowe oświetlały żółto drogę i ulicę, domki i przechodniów. 
Tymi przechodniami byliśmy jednak tylko my, nie jeździły nawet samochody ani motocykle. 
Kiedy przechodziliśmy koło okien, tu i ówdzie mimo zasłon polśniewały błękitne ekrany 
telewizorów, na których toczył się jakiś ważny mecz piłki nożnej, bo widzowie krzyczeli, tysiące 
widzów wybuchało radosną wrzawą. Kiedy znaleźliśmy się na Starych Wałach, pan Korzonek 
skręcił w zacisze. Tu latarnie były niskie, gazowe, oświetlały listowie, które je przysłaniało, niskie 
domki oddzielały od drogi płoty, ale przez szpary widać było błękitne telewizory. A w dole płynęła 
Łaba, piętrzyła się nieczystościami, kopiate dno lśniło puszkami i słoikami.
Kroczyliśmy tu wolno, blask latarni gazowych obejmował tu i ówdzie budynek, okna, ogródki na 
tarasach, królikarnie, chle-wiki, cementowane podwórka, pralnie i drzewka, i krzaki porzeczek i 
agrestu, które były tak samo chore jak Łaba. A potem szliśmy pod wiatr przez most i dalej ulicami, 
nigdzie nie spotykaliśmy nikogo, gdy spojrzałam w górę i w dół ulic, które przemierzaliśmy, ani na 
Jeździeckiej, ani w alei Elżbiety nie widać było żadnego przechodnia, tylko od domku do domku 
niósł się głos komentatora międzynarodowego spotkania piłkarskiego.

background image

Kiedy wyszliśmy z uliczki na główną aleję, wiatr, który zdmuchnął papierki z całego rynku i 
powywracał kosze wraz z ich zawartością, teraz pędził to uliczką wprost na nas. Obróceni plecami 
wycofaliśmy się aż na główną aleję i po kilku krokach wiatr ustał. Okna hotelu „Na Książęcym” 
polśniewały słabo, na wysokości parteru błyszczała w nich telewizja, tak jakby
28
29
w oddali wschodził księżyc, kelnerzy w białych kurtkach stali i bez ruchu wpatrywali się w ekran, 
ale na rynku nie było żywego ducha. Kolumnę dziękczynną z figurą Najświętszej Panny Marii 
oświetlały subtelnie cztery kandelabry z kutego żelaza, latarnie gazowe z ubiegłego wieku, cztery 
posągi świętych stały na cokołach i zdawało się, że tańczą.
Pan Rykr wcisnął na nos cwikier, zgarnął dłońmi do tyłu wypomadowane włosy, tak że przylgnęły 
mu do głowy jak czarny czepek kąpielowy, i zaczął mówić cicho, patrząc na swoich dwóch 
przyjaciół, którzy stali niczym biegli sądowi, wsłuchiwali się w każde słowo, spoglądali w górę i 
jedynie skinieniem głowy wyrażali wiarę w to, co ich druh mówił...
— Miasteczko to — opowiadał pan Rykr, trzymając się lekko za szyję — w sześćdziesiątych latach 
minionego stulecia liczyło trzy tysiące pięciuset mieszkańców i trzysta czterdzieści domów, 
prowincjonalne miasteczko położone w nadzwyczaj urodzajnym Złotym Paśmie Nadłabiańskim, 
gdzie dojrzewały nie tylko kłosy zboża, ale i rzepak, zwany królewskim. Dlatego też przyjeżdżali 
tu furmani aż spod Karkonoszy i Jesztiedu, aby kupować jagły, mąkę, kaszę mannę, soczewicę i 
groch. Obok tych bogatych krupiarzy, których w owych czasach było dwunastu, mieszkali tu trzej 
blacharze, krawców było dwudziestu sześciu, rymarzy dwóch, nożowników dwóch, kuśnierzy 
pięciu...
Dwaj znawcy i świadkowie dawnych czasów nagle stali się czujni, obronnie unieśli dłonie i jeden 
po drugim zawołali:
— Sześciu!
Pan Rykr zamyślił się i zaczerwieniwszy się lekko, poprawił:
— Kuśnierzy sześciu, garncarzy trzech... Pan Korzonek uniósł rękę i wysokim radosnym głosem 
zrobił dygresję:
— Garncarz Sztolba miał warsztat koło Bobnickiej Bramy i zachował się po nim polewany garniec 
na mleko z ozdobami wyobrażającymi życie...
30
l
Cofnął się, ukłonił i ręką dał znak, aby jego przyjaciele podjęli tok opowieści, a ja słuchałam, 
dziwiłam się, że tego wszystkiego nie wiem, że wszystko to, co słyszę, jest najpiękniejsze, że nic 
piękniejszego nie słyszałam jeszcze nigdy w życiu, bo wszystko, co opowiada się o naszym 
miasteczku, musi być piękne...
— Sklepikarzy było dwudziestu trzech, kupców dziewięciu, powroźników czterech, z których 
znany jest nam Kreibich, co mieszkał w nędznym Purku na Załabiu, kapelusznik jeden, czapkarzy 
czterech, grzebieniarzjeden, piekarzy jedenastu, kołodziejów dwóch, zegarmistrzów dwóch, 
garbarzy pięciu, cieśla jeden, mistrz murarski jeden, hycel jeden, przewoźników czterech, 
cukierników dwóch...
I rozwarły się szeroko wahadłowe drzwi hotelu „Na Książęcym”, i wybiegli młodzi ludzie, ich 
uniesione ręce wyrażały zachwyt, potrząsali dłońmi w powietrzu i wrzeszcząc, biegali wokół 
rynku, i krzyczeli:
— Gol!

background image

Przez caiy ten czas, kiedy młodzi ludzie biegali wkoło i entuzjastycznie ryczeli, pan Korzonek 
trzymał rękę uniesioną w górę, a kiedy ostatni z młodych ludzi zniknął, znowu zabrał głos i dodał 
niezmiennie wysokim tonem:
— Najsławniejszym cukiernikiem był Jan Obst, którego wspominał jeszcze Otakar Theer, poeta...
Ukłonił się i cofnął o krok, i ukazał uniesioną głowę z profilu, wobec czego pan Rykr podjął 
opowieść i ciągnął dalej:
— ...handel drewnem jeden, siodlarze trzej i wszyscy nazywali się Holomouccy, stolarzy czterech, 
szewców dziewiętnastu, gospod tyleż samo, z czego sześć było szynkami, maślarzy dwóch, 
ceglarzy dwóch, mydlarz jeden, księgarzy dwóch, rybak jeden na Załabiu, młynarzy dwóch, Karol 
Radymski i Józef Młynek, ślusarze dwaj, mleczarka jedna, tkaczy trzech, tokarz drewna jeden, 
fryzjerzy dwaj, dekarz jeden, farbiarzy dwóch, kramarzy pięciu, zdun jeden, sklepów z towarami 
łokciowymi było pięć, dwa magazyny mączne, jeden skład naczyń... —

31
Głos pana Otokara Rykra kapał niespiesznie, uświęcające, wzruszająco, czysto, tak jak odmawia 
się litanię ku czci Najświętszej Panny Marii, wiatr wymiótł rynek tak gładko, że bruk lśnił niczym 
włosy, którym pan Rykr nie poskąpił pomady.
I oto z ulicy Mostowej wyszły dwie ogromne kobiety, olbrzymki, jak by powiedział stryjaszek 
Pepi, jak Maria Teresa, kroczyły, miały uczesane w wysokie fryzury tlenione blond włosy, 
związane długimi białymi szalami, włosy sterczały niczym pióropusze, jakby te kobiety zgarnęły 
owe włosy w dłonie i teraz trzymały je w górze... ale one szły i na coś się cierpko użalały, a mnie 
wydawało się nawet, że jedna miała łzę w oku, szły przez rynek, przed nimi podskakiwał i raz po 
raz oglądał się piesek, ale olbrzymki nadal kroczyły przed siebie, obie paliły papierosy i wiatr co 
chwila porywał im iskierki, które pędził przed sobą, póki nie zgasły...
Po chwili i my ruszyliśmy, przemierzyliśmy rynek i szliśmy uliczkami, zaglądaliśmy przez okna do 
mieszkań, w każdym polśniewał błękitnie telewizor szarpany ruchami piłkarzy. Pan Korzonek 
opowiadał wysokim głosem: — Przed stu laty było w naszym miasteczku dwadzieścia gospod, 
dziesięć szynków i trzynaście sklepów, gdzie prowadzono wyszynk alkoholu. Ale ludzie zabawiali 
się również w inny sposób. Do miasteczka przybywali wędrowni akrobaci, iluzjoniści, 
prestidigitatorzy. I wówczas już przyjeżdżały rzadkie widowiska, obrazy wyświetlane na ekranie. Z 
początku nieruchome, później ruchome, i to była nie lada sensacja. Już w tysiąc dziewięćset piątym 
roku pojawił się na placu Gier i Zabaw namiot, gdzie wyświetlano sceny z wojny rosyjsko-
japońskiej, i w budzie zrywały się okrzyki radości, kiedy Japończycy zmykali przed Rosjanami. 
Wszystkim zdjęciom towarzyszył komentarz słowny, czasami też akompaniament muzyczny z 
potężnej tuby gramofonu. Obrazki te nazywano magiczno-spiry-tystycznymi. W czwartek trzeciego 
maja tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego roku odbyło się takie przedstawienie w gospodzie 
„Biesiada” pana Pelikana, a obrazki rzucał na ekran pan

32
Wiktor Ponrepo, artysta. W niedzielę czwartego listopada podobne przedstawienie miało miejsce w 
hotelu „Na Książęcym”, a obrazy wyświetlał odczytywacz myśli i hipnotyzer Schobl. W roku 
tysiąc dziewięćset ósmym na placu Gier i Zabaw pojawił się wędrowny biograf Ponca i 
przedsiębiorstwo The Royal Bioscop Corby już z obrazkami ruchomymi — filmami...
Szliśmy Wielkimi Wałami, wśród pochylonych gałęzi starych kasztanów nieruchoma woda lśniła 
czarną taflą, w której odzwierciedlały się przez sitowie liści latarnie gazowe, kroczyliśmy obok 
smutnego majątku ziemskiego, wzdłuż wysokich, długich murów, przez wybitą bramę ogromna 
latarnia oświetlała stosy złomu żelaznego, pryzmy zużytych lodówek, zamrażal-ników, wózków 

background image

dziecinnych, sterty niepotrzebnych radioodbiorników i telewizorów. Pan Wacław Korzonek był 
przejęty. Nad uliczkami szumiały i łączyły się dźwięki wszystkich telewizorów, wrzawa i radosne 
okrzyki, które zlewały się z dodającym otuchy wołaniem tysięcy widzów; ich głosy szumiały jak 
morze, jak przypływ, który rytmicznie to słabł, to znów się wzmagał, nad jego falami jednakże 
nadal królował głos komentatora, dobitny, pełen entuzjazmu, jego głos przechodził w krzyk i 
wołanie, co przemieniało się w dźwięk trąb wojennych.
— Mój dziadek — opowiadał pan Korzonek — kiedy wrócił z wojska, ożenił się i służył jako 
parobek w Michli koło Pragi. W roku tysiąc osiemset sześćdziesiątym czwartym przyszedł tu 
pieszo z żoną i trojgiem małych dzieci, które wieźli w wózku, a pod nim umocowali kilka garnków, 
przyszedł tu na służbę do Zedrycha. I tutaj dziadunio został parobkiem i woźnicą... — Mówiąc to 
dotknął kruszącego się muru pańskiego dworu, w którym znajduje się dziś zbiornica złomu i 
makulatury. — Mieszkanie dostał — podjął po chwili — w izbie czelad-nej, było to rozległe 
pomieszczenie, gdzie w każdym rogu gnieździła się inna rodzina. Piec stał pośrodku i należał do 
wszystkich. Ci ludzie nie znali teatru ani żadnej innej rozrywki.

33
Takich izb czeladnych było w tym budynku kilka obok siebie. Ludzie prócz codziennej harówki nie 
znali nic lepszego, a ponieważ komornik czy też parobek mógł sobie rocznie wyhodować jedno 
albo i dwa prosięta, w porze świniobicia bywało wesoło. Dlatego dziadunio cieszył się, że znów 
odbędzie się spotkanie weteranów, na którym debatowano w jednolitych mundurach, były one 
podobne do wojskowych, kurtki polowe, dystynkcje z gwiazdkami i kapelusze z kogucimi piórami, 
pióropusze. Dowódcy plutonów mieli pasy z długimi frędzlami, najwyżsi zwierzchnicy szarfy na 
piersiach, a całe stowarzyszenie — swój sztandar...
Pan Korzonek opowiadał, a my tymczasem przeszliśmy przez cichy most i zmierzaliśmy w stronę 
wieży ciśnień, wiatr zerwał się znowu i niósł pył i papierki, i liście, musieliśmy się znowu obrócić i 
iść tyłem pod wiatr, mogłam zajrzeć przez okno każdego domku do pokojów, do mrocznych 
kuchni, gdzie błękitnie polśniewał ekran.
I tak zatoczyliśmy krąg, i znaleźliśmy się znów na rynku, wiatr niósł papierki i puste opakowania 
po lodach, pudełka od papierosów, popędzał je jak małe papierowe wiatraczki — w nieregularnym 
rytmie.
Z ulicy Mostowej wybiegły trzy pulchne dziewoje, kłusowały dziarsko, miały na sobie dresy, na te 
dresy naciągnęły jeszcze jedne dresy, tym razem igelitowe, i tak owinięte w celofan jak 
bombonierki z czekoladkami kłusowały dziarsko z Wyspy, kiedy przebiegały obok nas, poczuliśmy 
zapach powietrza i wiatru, głowy miały obnażone i z grzyw kapał im pot, kłusowały dziarsko, 
sapały, pot je oblewał i przysłaniał im twarze jak prysznic, one jednak uśmiechały się i wbiegły w 
aleję Elżbiety, cieszyły się, że zrzucą kilka kilogramów wagi, i były przekonane, że dopiero potem 
będą mogły być szczęśliwe, zupełnie tak samo jak te dziewczyny, które mają wagę proporcjonalną 
do swojego wzrostu...
Pan Karol Wyborny wskazał na kolumnę wotywną z figurą Najświętszej Panny Marii i powiedział: 
-.:,..
— Przed stu laty policja niewiele miała do roboty, tu czy tam jakiś pijak albo bójka w którejś z nie 
istniejących już dziś gospod, takich jak „Mała i Duża Tancbuda”, „W Niebioskach”, „Pod 
Krwawym Gnatem”, „Pod Skórą” i inne. Do zajęć policji należało także kontrolowanie pory 
zamykania oberż i restauracji, a wreszcie pilnowanie, żeby chłopcy nie kąpali się w 
niedozwolonych miejscach, a przede wszystkim nie skakali na głowę z poręczy ówczesnego 
drewnianego mostu Pod Halerzowymi do rzeki. Zwierzchnikiem policji był inspektor pan Szulc, 
który chodził zawsze po cywilnemu, w czarnym ogoniastym surducie i w majestatycznej czarnej 
czapce urzędowej z kokardą. Na ulicach pojawiał się z rzadka, wówczas tylko, kiedy — z 

background image

wyjątkiem cotygodniowych jarmarków w poniedziałki i czwartki — o ustalonej porze otwierał na 
rynku targ potężnym okrzykiem: „Można sprzedawać!”, a jednocześnie jeden z policjantów 
umieszczał na ogrodzeniu otaczającym kolumnę z figurą Najświętszej Panny Marii blaszany 
proporczyk z herbem miasta...
A wiatr znów się uciszył, trzej starzy znawcy i świadkowie dawnych czasów skręcili z rynku w 
ulicę Mostową, kroczyłam między nimi, szliśmy jezdnią, bo nikt nie jechał ani samochodem, ani 
motocyklem, serce waliło mi jak młotem, kiedy słuchałam tych opowieści, o których nie miałam 
zielonego pojęcia, obróciłam się i dopiero teraz ujrzałam prawdziwy rynek, rynek, na którym 
widziałam to, czego tam nie można było zobaczyć, ale co widzieliśmy — ja i moi trzej przyjaciele, 
starzy znawcy i świadkowie dawnych czasów, do których i ja już teraz należę. Drżałam na myśl, że 
ci trzej starsi panowie mogliby się na mnie pogniewać, gdybym im coś powiedziała, gdyby im coś 
strzeliło do głowy i pogniewali się nagle na mnie, gdyby mnie przestali lubić, zapragnęłam, żeby 
żyli na tym świecie bardzo długo, przynajmniej tak długo jak ja, żeby mi ciągle opowiadali o coraz 
to innych i innych wydarzeniach, które miały miejsce bardzo dawno i które podniecały mnie 
bardziej niż stare podania i legendy czeskie...
Zatrzymaliśmy się na środku mostu, z głębi w blasku latarni unoszących się wysoko nad filarami 
wiatr przynosił zapach che-
34
35
mikaliów, spłukiwanego pirytu i fenolu, spływających już od lat skądś aż z Chwaletic, które naszą 
piękną rzekę przemieniły w kanał przemysłowy o bagnistym dnie i wodzie jak bukiet bogatek, o 
czerwonej, krwawej wodzie, w której nie można się już kąpać. Pan Korzonek, jego jasne włosy 
rozwiewał wiatr, podwyższając jakby jego ostro rzeźbiony profil, pan Korzonek, który, kiedy 
opowiadał, to zawsze był taki piękny, ten stary znawca i świadek dawnych czasów był o 
pięćdziesiąt lat młodszy, odmłodniał, snując opowieści, spoglądał w górę, ale jednocześnie wstecz, 
w czasy, kiedy zdarzyło się to, o czym opowiadał... Teraz wskazał drugi brzeg, tam, gdzie nad 
rzeką błyszczały światła piętrowych budynków ukrytych bez reszty w mroku nocy i słabo 
oświetlone okna raz jeszcze odbijały się w toni, wskazał i powiedział:
— Tam, proszę państwa, stamtąd, gdzie teraz błysnęło światło w oknie, dwudziestosześcioletni 
dziennikarz Jan Neruda z ogrodu winiarni „U Fiszerki” podziwiał, jak piękny jest widok Wyspy, 
majestatycznej Łaby i szum kaskady. Nerudę zachwycała i radowała czystość języka czeskiego, 
jakim posługiwały się nasze dziewczęta...
Powiedziawszy to, obrócił się i wskazał miasto, nad rynkiem wznosiła się figura Najświętszej 
Panny Marii, oświetlona z dołu blaskiem ulicznych latarni...
— Tam, tam mieszkał zegarmistrz Franciszek Donat, który dwudziestego trzeciego lipca tysiąc 
osiemset dziewięćdziesiątego roku zgłosił na krajową wystawę jubileuszową, aby rozsławić dobre 
imię miasteczka, trzy zegary... — mówił wysokim głosem pan Korzonek i nagle rozbłysły światła 
w oknach nad rzeką, jedno po drugim zapalały się po raz wtóry odbiciem w rzece, w młynie 
otwarło się szeroko okno, w blasku żarówek pojawiła się postać młodego mężczyzny, młody 
mężczyzna wyrzucił w górę i rozpostarł ramiona, i zawołał:
— Wygraliśmy!
I wystrzelił w górę rakietę, która zapaliła się, po czym rozpryskiwała się, opadając, a kolorowe 
zimne ognie tryskając
w krąg iskrami, wpadały do rzeki, by należycie uczcić zwycięstwo... Przejeżdżały pierwsze 
samochody, pełen entuzjazmu kierowca opuścił szybę i wykrzyknął:
— Wygraliśmy cztery do zera!

background image

I wymachiwał rękami, i błogosławił nam.
Pan Korzonek skinął głową i podjął:
— Pierwszy wielki zegar salonowy był to chodzący przez miesiąc bez nakręcania zegar 
wahadłowy, wskazujący na bocznych tarczach dzień miesiąca, liczbę dni w miesiącu i dzień 
tygodnia. Zegar ten miał dwa i pół metra wysokości, był w stylu renesansowym, a jego wartość: 
dwieście złotych. Drugi zegar, repetujący, bił o każdej porze. Trzeci zegar przeznaczony był dla 
kawiarni i pojawiająca się na tarczy czerwona gwiazdka przypominała o konieczności nakręcenia...
Pan Korzonek przestał mówić, oświetlone okna przy ulicy Mostowej otwierały się, ludzie 
wychylali się i przez szerokość ulicy krzyczeli do siebie i wymachiwali rękoma, gratulowali sobie 
w powietrzu, kiedy wyszliśmy na rynek, zatłoczony był cały biegającymi tam i z powrotem ludźmi, 
z hotelu „Na Książęcym” płynął po schodach tłum gości, którzy oglądali mecz, wołali i 
pokrzykiwali do siebie, tak jakby to oni odnieśli zwycięstwo... Trzymając się za ręce, 
przedzieraliśmy się z powrotem do pałacu, teraz właśnie, przed aleją starych kasztanów, wiatr dął 
nam w plecy, tak że szliśmy odchyleni do tyłu, bo ten wiatr jakby chciał nam podciąć nogi, jakby 
całe nasze postaci głaskał ogromną, lecz delikatną łapą.
Pod pierwszymi wielkimi konarami, w głębokim mroku, pan Wacław Korzonek skupił nas wokół 
siebie, ni stąd, ni zowąd objęliśmy się wszyscy, trzymaliśmy się za ramiona otaczając stary pień, 
podczas gdy w koronach skarżyły się i jęczały trące się o siebie gałęzie, a pan Korzonek opowiadał 
nam dalej:
— Dziś to wszystko cyfry, statystyka, powodzi się ludziom lepiej niż w tych dawnych złotych 
czasach. Na początku naszego wieku pisano w „Horyzoncie Nadłabiańskim”: „Obiadem 
większości zamiejscowej pracującej klasy robotniczej był i jest
36
37
kawałek chleba i bądź to odrobina kawy, bądź też szklanka wódki, «seta», bo innej gotowanej 
strawy nie można wziąć z domu do pracy, a jedynie z rzadka kobieta albo dziecko może obiad 
przynieść...”. Tyle „Horyzont Nadłabiański”...
Pan Otokar Rykr dodał z uśmiechem:
— Damskie kapelusze za moich młodych lat miały wielkość kół od wozu, ozdobionych 
botanicznym ogrodem i rezerwatem ptaków, sięgającym aż po niewielką woalkę... Ogromne 
kapelusze przymocowywano metalowymi szpilami długości dwudziestu centymetrów, często o 
ozdobnych łebkach! Wystające końce tych szpil stanowiły znaczne zagrożenie dla otoczenia, 
zwłaszcza w tłoku, kiedy to twarzy każdej sąsiadującej z damą osoby groziło zadraśnięcie ostrzem 
szpili. Podjęto więc zdecydowaną walkę z niebezpiecznymi szpilami, która trwała tak długo, aż 
wreszcie zarządzenie policji nakazało zabezpieczanie ostrza szpil specjalnymi ochraniaczami...
Powiedziawszy to, pan Rykr uśmiechnął się, po czym i my, jedno za drugim, przyłączaliśmy się i w 
końcu śmialiśmy się wszyscy, jakby nas to wspomnienie odmłodziło. Ale zerwał się wiatr i powiał 
w koronach starych kasztanów, suche konary jęczały i trzeszczały, po czym spadały na drogę w 
alei i suche drewno uderzając o ziemię, roztrzaskiwało się jak urwany czarny żyrandol...
Dawny pałac hrabiego Szporka został zbudowany ściśle na osi południowej. Kiedy spadł deszcz, a 
potem minął i pojawiało się słońce, to południowa ściana szybko wysychała, podczas gdy ścianę 
północną jeszcze bardziej cętkowały porosty, szare i zielone mchy i rokitnik. Wzdłuż tej północnej 
ściany nikt nie chodził, a jeśli nawet, to tylko po to, aby tyłami przekroczywszy przydeptaną siatkę, 
dostać się do pałacowego parku ozdobionego czerwonymi bukami i posągami z piaskowca. Te 
posą-

background image

gi również miały swój udział w porach deszczowych, kiedy po ziarnistych ciałach spływał deszcz, 
kapał z uniesionych ramion, bród i nosów; kiedy pojawiało się znowu słońce, cały posąg zwrócony 
ku południowi natychmiast wysychał, podczas gdy ciała po stronie północnej były wilgotne i także 
obrośnięte porostami, mchem i rokitnikiem. Te posągi przypominały jakoś pnie starych buków, 
konary dębów i osik... Jako że wiatr dął z północy i zachodu — tak samo jak pałac i posągi — kora 
drzew od strony północnej była gruba i cętkowana porostami i mchem, podczas gdy pnie zwrócone 
na południe były gładkie, bardzo gładkie, zwłaszcza pnie buków i osik, tak że ilekroć się tam 
znalazłam, nie potrafiłam się powstrzymać i głaskałam każdy pień, który przypominał gładkie ciało 
delfina czy foki, czułam pod palcami tę gładką skórę...
Wszystkie okna w domu starców przysłaniały firanki ze sztucznego tworzywa, a kiedy pogoda 
dopisywała, renciści przez całe przedpołudnie przechadzali się po korytarzach, które tonęły w 
słońcu, za firankami lśniły okulary i co chwila pojawiała się w oknie ludzka ręka, która odgarniała 
firankę, przez chwilę firanka wydymała się i poruszała, jakby zaplątał się w niej pazurkami 
przestraszony ptaszek. Jednakże po chwili firanka unosiła się i do okna przedzierał się rencista, i 
tak jakoś z ogromnym zapałem otwierał je, a ono rozchylało się gwałtownie, i starcy i staruszki 
wychylali się i rozglądali po dziedzińcu, jakby ich ktoś zawołał albo jakby nagle zaczęli się dusić i 
musieli łyknąć odrobinę świeżego powietrza, bo cały dom starców cuchnął nieustannie środkami 
dezynfekcyjnymi, lekarstwami i dziecinnymi pieluszkami. Co chwila wychylało się pięć, sześć 
ludzkich twarzy i ich właściciele spoglądali bacznie na wszystko, co tylko poruszało się przed 
wejściem do pałacu, śledzili kroki każdego, kto przechodził, tak jakby to był cud, jakby przez 
dziedziniec szedł wesoły orszak weselny albo smętny kondukt pogrzebowy.
Właściwie w pewnym sensie stanowiło to jakby ciąg dalszy domu rodzinnego, mnie w browarze 
także zaskakiwał ni stąd,
38
39
ni zowąd wielki niepokój, ja też odgarniałam firanki i otwierałam gwałtownie okna, wychylałam 
się i choć obok browaru nikt nie przechodził, tylko od czasu do czasu przejeżdżał samochód albo z 
turkotem wlókł się wóz zaprzężony w konie lub krowy, wychylałam się i spoglądałam uważnie, tak 
jakoś byłam dumna z tego, że mam ciepłe gniazdko rodzinne, ognisko domowe, piękne firanki. Ale 
otwierałam okna i zostawiałam je otwarte od samego ranka do południa cztery razy do roku, bo w 
miasteczku, w którym zatrzymał się czas, odbywał się doroczny targ bydła i obok okien browaru 
chłopi i handlarze, Cyganie i nasi prowadzili bydło na targ, już z daleka słyszałam rżenie koni, a 
potem pod moimi oknami kłusowały po drodze uwiązane za bryczką konie w samych tylko 
uździenicach, pięć, sześć, czasami nawet dziesięć koni, w grzywy a także u nasady ogonów 
wplecione miały źdźbła słomy, rżały i ich kopyta dzwoniły na twardym bruku, pastuchy pędziły 
krowy czasami nawet w pięciu rzędach, gospodarze szli i prowadzili na targ tę swoją krówkę, która 
była smutna, i tak niekiedy przechodziło pod moimi oknami czterysta, pięćset sztuk bydła i koni, 
pozostawiały za sobą zapach obór i stajni, a ja wychylałam się i patrzyłam na te korowody, które 
po południu wracały, ogromnie przerzedzone, o tyle sztuk mniej, ile ich sprzedano, widziałam też 
tych chłopaków z ich krówkami, które wracały do domów i znów były wesołe, cieszyły się tą swoją 
obórką zupełnie tak samo jak ja swoim domem.
Kiedy weszłam po raz pierwszy do mojego nowego domu, do pałacu hrabiego Szporka, podczas 
gdy na dziedzińcu z otwartych okien przyglądało mi się z zaciekawieniem kilkadziesiąt twarzy, tu, 
w westybulu pomalowanym na oślepiająco biały kolor, naprzeciwko mnie schodzili starcy i 
staruszki, ostrożnie, przytrzymując się poręczy, niektórzy o dwóch kulach, energicznymi ruchami 
opuszczali się ze stopnia na stopień, spostrzegłam, że ściany westybulu i konsole na zakrętach 
ozdobione są białymi posągami nagich młodych kobiet, jakichś greckich bogiń zaskoczonych 
męskim spojrzeniem i przerażo-

background image

40
te.
nych, broniących się uniesionymi rękoma, spostrzegłam posąg energicznej bogini łowów mocnym 
ruchem ręki sięgającej po strzałę do sajdaka na plecach, rozmarzone posągi młodzieńców, nagich, o 
niemal dziecięcym przyrodzeniu, młodzieńców pogrążonych w nieświadomości, o wiotkich, 
jeszcze chłopięcych członkach...
I obok tych posągów schodzili co jakiś czas na dół, a potem na dziedziniec starzec i staruszka, 
wlekli się o kulach renciści albo wybiegała skądś nagle siostrzyczka, czarne trzewiczki 
wystukiwały pospieszny rytm kroków, biały wykrochmalony kornet przefruwał po schodach jak 
biała mewa śmieszka, kornet i jego ruch zwalniały jeszcze bardziej i tak już powolny i ostrożny 
chód rencistów.
Stałam na pierwszym stopniu, a kiedy uniosłam głowę, spostrzegłam, że sufit ozdobiony jest 
freskami przedstawiającymi tańczących nagich mężczyzn i kobiety, dziesiątki młodych ciał 
poruszających się na freskach w barwnych tańcach, tak wpatrzonych płonącymi oczyma w taniec, 
że nikt spośród tych tańczących nimf i faunów nie wiedział, co się wokół niego dzieje, ręce łączyły 
się, a nagie ciała tańczących z bezgłośnym grzmotem przenosiły się w skokach z prawej strony na 
lewą, w skokach, w których jednak pozostawały bez ruchu wpatrzone w siebie pożądliwe oczy.
Wśród twarzy rencistów rozpoznawałam i takie, które znałam z miasteczka, gdzie zatrzymał się 
czas, ci ludzie spoglądali na mnie i także mnie poznawali, także odgadywali w mojej bezzębnej 
twarzy i spoza zmarszczek odczytywali, że to ja, którą spotykali na rynku, znali z kina i teatru, tak 
jakoś przypatrywaliśmy się sobie przez chwilę i z poczuciem winy kiwaliśmy siwymi głowami, 
jedno nad drugim wzruszaliśmy ramionami, że nic się nie da zrobić: z takich pięknych początków 
taki żałosny koniec... A ponieważ Franci był kierownikiem browaru i musiał chodzić na wszystkie 
bale wszystkich stowarzyszeń i partii, na wszystkie zabawy, na których mnie wybierano królową, a 
zresztą także i ci wszyscy, co wówczas byli młodzi

41
i lubili tańczyć równie chętnie jak ja, tak jak na freskach na suficie fauny i nimfy, mieli takie oczy 
upojone tańcem i alkoholem, zrozumiałam więc, że ci renciści, kiedy przyszli tu po raz pierwszy, 
że również i oni spoglądali na sufit i stali przez chwile zdumieni tym, iż cały ten czas młodości 
umknął i człowiek zestarzał się, wcześniej niż się tego spodziewał...
Z konsoli rozbrzmiewała muzyka radiofonii przewodowej, Skarby świata calego okrążały orkiestrą 
smyczkową każdego, kto wkroczył w krąg ich czaru, lecz muzyka ta wcale nie dźwię-czała jak 
wymówka, ale tak jakoś szemrała niczym melancholijne wspomnienie dawnych czasów...
A kiedy weszłam na piętro i zajrzałam w jaśniejące korytarze i w głąb sal zalanych słońcem, cały 
ten zbudowany na osi południowej pałac zdawał się przypominać ogromne oświetlone akwarium, 
gdzie wśród wodorostów poruszają się lśniące rybki. Ale to nie były rybki, to były lśniące szkła 
okularów i te okulary przysłaniające nieruchome oczy siedzących w odrętwieniu rencistów niemal 
niedostrzegalnym ruchem drgnęły i drżały w rytm uderzeń serca.
Zauważyłam, że niektóre oczy za okularami lśnią od łez, jednakże nie od łez nad tym, że człowiek 
jest stary, ale od chronicznych łez zmęczonych oczu: tak za dawnych czasów używano okularów 
do ukrycia spłowiałych od płaczu oczu. I natychmiast spostrzegłam, że pałac podzielony jest na 
dwa oddziały. W jednym skrzydle mieszkają kobiety, w drugim — mężczyźni. Już od pierwszej 
chwili rzucało się to w oczy. Na korytarzach oddziału kobiecego przy każdym oknie znajdowały 
się kwiaty, mury pałacu były tak grube, że we wnęce każdego okna można było przed firanką 
postawić stolik i kilka krzeseł, tak że powstawał tam zakątek przypominający niewielką altankę, 
werandę...

background image

Gdziekolwiek spojrzałam, wszędzie na korytarzach siedziały w słońcu staruszki, jedne w 
atłasowych podomkach, inne znów odziane w najlepsze w swoim czasie suknie, zgodnie z modą, 
która wyszła już z obiegu przed trzydziestu i więcej la-

42
ty, siedziały i w palcach ich poruszały się druty albo szydełka, druty te poruszały się szybko, 
owinięty palec popuszczał nić albo wełnę, druty pracowały szybko, niewiarygodnie szybko, tak że 
wydawało się, iż staruszki owe tkają wiązki promieni, cały korytarz pełen był refleksów i odbić 
tych srebrnych drutów i poruszających się szkieł okularów.
W niektórych oknach wydęte firanki powiewały niczym chorągwie podziurawione na każdym 
centymetrze kwadratowym kwasami, podarte niewłaściwie pracującą pralką. I pół ciała jakiejś 
staruszki, która drugą połową wychylała się z okna i spoglądała na dziedziniec, ciało innej staruszki 
pochylało się nad żardinierą i jej palce obłamywały uschnięte liście roślin, a później szpilką do 
włosów spulchniały ziemię w doniczkach.
I gdy tak stałam w drzwiach tego długiego korytarza, rencistki podniosły wzrok, spojrzały na mnie, 
jedne przez okulary, inne znów pochyliły głowę, aby spojrzeć nad szkłami, pojęłam, że niektóre 
poznały mnie, znałyśmy się z rynku i ulic, i z zabaw, ale natychmiast opuściły oczy i pracowały 
nadal, pojęłam też i to, że gdybym stała tu i patrzyła na nie, to robiłyby na drutach aż do zmierzchu 
— po to tylko, żeby nie musiały spojrzeć na mnie raz jeszcze. A ja uniosłam wzrok i znów 
zobaczyłam ogromny fresk ożywiony refleksami poruszających się drutów, kiedy zaś cofnęłam się, 
aby blask stropu przesunął się gdzie indziej, przelękłam się kilkuset aniołków, nagich amorków, 
które unosiły się na suficie, uderzały nóżkami i pływały po fresku, utrzymywały się dzięki ruchom 
stóp tłuściutkich nóżek utoczonych z pulchnego dziecięcego ciałka, pełnego różowych kiełbasek 
otaczających także nagie brzuszki i uniesione ramiona, które trzymały bukiety egzotycznych 
kwiatów, rozkwitłych oleandrów i róż, i azalii, cały ten sufit pełen był liści akantu, poprzeplatanych 
girlandami kwiatów pośród wawrzynów i bluszczu, a wszystko to niosły nagie pyzate dziatki i 
sypały z góry na staruszki robiące na drutach bądź też szydełkiem serwetki i sweterki, i jakieś 
śliniaczki, te amorki sypały z puszek i rogów obfitości tysiące kwiatów, tysiące płatków. I znów 
oczy tych

43
dzieci na plafonie pełne były radości, choć płeć miały jeszcze dziecinną i bez zahamowań, i nie 
wiedzącą jeszcze nic o ko-niunkcji, a mimo to ich oczy pełne były miłosnej radości i żądzy, oczy 
płonące rozkoszą miłości, która na nie czeka albo też której służą, jakby przez pomyłkę napiły się 
likieru, upajającego słodkiego wina, i aby się utrzymać, te dziecinne figurki nieustannie poruszały 
nóżkami jak w basenie, jakby pływały w wodzie, jakby nawet i powietrze przeznaczone było do 
kąpieli...
Szłam cichutko tym korytarzem, zaglądałam w otwarte drzwi pokojów i spostrzegłam, że w 
każdym z trzech pokojów zanurzonych bez reszty w głębokim cieniu, w którym błyszczało 
zwrócone ku północy okno, było ono tak wyraźnie obramowane oświetlonymi jaskrawo oknami 
tam, po drugiej stronie pałacu, że w każdym spośród tych cienistych pokojów natura płonęła 
trzepoczącymi liśćmi dębów i osik, tak jakby na tej północnej ścianie migotał blaskiem ekran 
kolorowego telewizora. I w każdym z pokojów naliczyłam osiem łóżek, właściwie były to dawne 
panahrabiowskie przedpokoje, w panującym półmroku podniosłam wzrok na sufity i na każdym z 
nich rozpoznałam owe panahrabiowskie freski, a na wszystkich freskach, ciągnących się z pokoju 
do pokoju niczym film seryjny w odcinkach, widniały grupki par kochanków, fauny porywające 
nimfy, satyry połową ciał podobne do kozłów kochały się z bezsilnymi bachantkami, pijanymi 
wprost od wymagań tych samców, spostrzegłam na jednym z łóżek staruszkę, która przysłoniwszy 
oczy zgiętą ręką, wpatrywała się w freski na górze.

background image

Wytoczyłam się chwiejnie w blask korytarza i wyszłam na schody, a kiedy mój wzrok oswoił się z 
jasnością, stałam z bijącym jak oszalałe sercem przed posągiem nagiego greckiego boga, który 
wsparty od niechcenia patrzył na mnie nieobecnym wzrokiem, nic mi nie przypominał, niczego 
widocznie nie chciał, po prostu istniał i w tej chwili jakby przyłapano go na tym, że nic nie robi. A 
jego oczy jakby mnie omijały i zamykały się dopiero za mną...

44
Po drugiej stronie westybulu, w przeciwległym skrzydle, na wszystkich trzech kondygnacjach 
mieszkali mężczyźni. Korytarz ich pełen był dymu papierosowego, który w blasku słońca lśnił 
niczym błękitny neon. Starcy byli niespokojni, nie mogli usiedzieć na miejscu, przechadzali się, 
właściwie to nawet nie był chód, ale szuranie podeszwami, jakby jechali na nartach, stali w 
grupkach, z ich palców unosił się dym cygara albo papierosa, twarze mieli brunatne jak tytoń i 
pełne zmarszczek, to znów poruszali się tak jakoś energicznie, jakby przypomnieli sobie, że muszą 
dokądś iść, tam gdzie ktoś na nich czeka z jakimiś ważkimi wiadomościami, jednakże w końcu 
zwalniali znów kroku i szli jak spętani, jakby szukali na podłodze leśnych grzybów, zgubionych 
kluczyków od samochodu, jakby szli boso pod prąd wartkiego strumienia. Niektórzy stali 
zamyśleni bez reszty, z rękoma założonymi do tyłu, i przyglądali się wewnętrznym wzrokiem 
jakiemuś wydarzeniu, które ongiś było dla nich ważne, rzeczy, o której myśleli, że przydarzyła się 
tylko i wyłącznie im, nagle budzili się, otwierały się im oczy i wyciągali ramiona, i już, już chcieli 
się zwierzyć pozostałym starcom, kiedy jednak spostrzegali, że ci inni są w takim stanie jak przed 
chwilą oni albo że w ogóle o niczym nie myślą, że nie potrafią już w myślach ani cofnąć się w 
przeszłość, ani wybiec naprzód, że nawet swoją obecnością są nieobecni, wobec tego ci, którzy 
widzieli wszystko wyraźnie, tę swoją istotną sprawę całkiem dokładnie rozjaśnioną i oświetloną, a 
nawet wyjaśnioną, wobec tego obie dłonie, jakby odtrąciły te wyciągnięte ręce, odrzuciły te swoje 
ramiona, i z goryczą wolnymi kroczkami ruszali ku oknu, i spoglądali przez stylonowe firanki na 
dziedziniec, nadsłuchując odgłosów pałacu, słysząc swój nierównomierny puls, swoje tętno, i tak 
jak wszyscy renciści nasłuchując swoich wątrób, śledzion, nerek, serc...
Jeden z rencistów, ten, który miał cwaniacki kaszkiet, jakie nosili prascy eleganci z przedmieścia, 
który wydał mi się sympatyczny, bo potrafił zawiązać sobie apaszkę, tak jak to nosili malarze, 
kolorową apaszkę wokół szyi, związaną na grdyce

45
w paradny węzeł, teraz już nie chciał widzieć nikogo. Stał przy ścianie czołem, dotykając niemal 
tynku i udawał obrażonego, nie chciał widzieć ani ludzi, ani drzew, ani nieba, ani greckich 
posągów i sceny, chciał widzieć tylko to, co widział — tynk, nie zapisaną tablice, nic.
Zauważyłam, że wszyscy staruszkowie ciągle byli zwróceni do siebie twarzą w twarz, ciągle stali 
naprzeciwko siebie, a kiedy oddajali się od grupki, zawsze odwracali się kilka razy, czy aby ktoś’ 
nie spogląda na nich podejrzliwie, badawczo, bo z tyłu i z chodu pewnie każdy mógł się bez trudu 
domyślić, jak z tym drugim sprawy się mają: czy kuleje bardziej niż przedtem, czy ból nerek i 
wątroby nie ciągnie mu ramienia niżej ku ziemi, a nawet, kiedy tak idzie, czy nie widać od tyłu, że 
spodnie obwisły mu na tyłku i chude nogi przypominają tyczki wetknięte w stawy biodrowe...
Tymczasem na dziedzińcu rozległ się jękliwy sygnał klaksonu — tak policja z wyciem i 
fioletowym mruganiem pędzi tam, gdzie zdarzył się wypadek drogowy, tak pogotowie ratunkowe 
mknie ulicami ze śmiertelnie rannym, tak karetka zajeżdża przed dom, gdzie runął na ziemię 
człowiek rażony zawałem.
Wszyscy starcy skupili się przy oknie, minęła dłuższa chwila, nim udało się im wyplątać dłonie i 
paznokcie, które uwięzły w firankach, tylko staruszek z kolorową apaszką nadal wpatrywał się w 
mur i nawet wypadku nie chciał widzieć.

background image

Wyszłam na korytarz i patrzyłam na sufit, na którym rozpościerał się fresk: siedział tam młody 
mężczyzna wsparty na potężnym ramieniu, drugą ręką obejmował kolana przykryte powiewną 
tkaniną, był bosy i głowę miał zwróconą tam, gdzie z wolna zmierzałam, miał oczy pełne 
pożądania, oczy, które połyskiwały białkiem, z źrenicami przyszytymi jakby do górnych powiek, 
usta miał pełne, nigdy nie widziałam tak pięknego mężczyzny, w jego włosach mnóstwo było 
kwiatów i ptaków spadających mu na czoło jak warkocze, kwiatki te były złote i niebieskie, a 
potem spostrzegłam za młodzieńcem błękitne draperie spływające z ogromnego łoża z ułożonymi 
w głowach

46
niebieskimi poduszkami, leżało na nich odrzucone prześciera-dło, a pośrodku łoża siedziała 
osłonięta białą szatą kobieta, młoda dziewczyna z nieustępliwym spojrzeniem ptaka, zaciśnięte usta 
panny młodej nasłuchiwały słów jakiejś półnagiej bogini, która jedną ręką objęła ją za szyję, a 
drugą unosiła jej brodę, aby móc jej surowiej spojrzeć w oczy odwrócone od ogromnych oczu 
młodego mężczyzny, który pełen gniewu spozierał na tę kobietę, co nie dbała o napomnienia 
pięknej bogini z liściem akantu na czole i w osuwającej się z ramion szacie odsłaniającej jej nagie 
piersi, brzuch i wzgórek Wenery...
Oczarowała mnie ta niezwykła ślubna scena, już od samego początku zapowiadająca rozwód, 
kolejno zaglądałam do pokojów, gdzie — tak samo jak na oddziale kobiecym — stało po osiem 
łóżek, a po północnej stronie pałacu płonęło w głębokim cieniu okno, w którym w blasku słońca 
trzepotały liście osik i dębów, tak wysokich jak pałac, liście prześwietlone gwałtownym blaskiem 
niczym wyostrzony ekran telewizyjny. I tam na dworze rozległ się pisk opon na piasku dziedzińca, 
słychać było trzaśniecie drzwiczek, wyciąganie noszy, kiedy przechodziłam obok staruszków 
wychylających się z okien, niektórzy spośród nich obrócili się instynktownie, nie chcieli, żebym 
widziała te ich rzeczywiście za szerokie na tyłkach spodnie, stali więc twarzą ku mnie i uśmiechali 
się, i pragnęli, żebym odeszła, żebym sobie poszła gdzie indziej, żebym nie mogła na nich patrzeć, 
aleja ruchem ręki uspokajałam ich jak dyrygent orkiestrę, spoglądałam w górę, nie wierzyli mi, 
zezowali na dziedziniec i nadal stali zwróceni twarzami do mnie, Skarby świata całego zaczęły 
znów tę swoją cichą melodię, która strzępiła się w pętli oplatającej solo skrzypcowe jednych 
skrzypiec z orkiestry, teraz koncertmistrz zagarnął natrętną melodię, która harmonizowała z 
weselem gdzieś w Grecji, gdzieś nad południowym morzem, i te oczy młodego małżonka, i pełna 
napięcia sytuacja panny młodej, i łagodne namowy, i nawet dłoń młodej bogini unosząca brodę 
dziewczyny, żeby móc jej lepiej spojrzeć w oczy, i ta druga ręka przytrzymująca z tyłu głowę 
dziewczy-

47
ny w odpowiedniej pozycji, wszystko to harmonizowało ze Skarbami świata całego, nawet ten 
odgłos na dziedzińcu, gdzie w słońcu słychać było dźwięk wsuwania noszy po szynach do karetki, 
nawet te cztery opony, które biorąc zakręt, miażdżyły piasek dziedzińca, nawet ten głośniejszy 
warkot silnika i włączanie biegu, i wołanie pana Berki z bramy: — Otwieram główną bramę! 
Otwieram!... Wszystko to harmonizowało ze sobą, a kiedy na końcu korytarza odwróciłam się, aby 
wybiec pospiesznie z męskiego oddziału na pierwszym piętrze, wszyscy starcy —jakbym każdego 
z nich uderzyła po plecach niewidzialnym kijem — obracali się, prostowali, jeden po drugim 
unosili się — tak na starych kościelnych obrazach wstają ludzie z grobu w dzień Sądu 
Ostatecznego. Stali więc, oddzielały ich firanki, tak więc cali za firankami kłaniali mi się, czołami 
dotykali tych firanek i odgnia-tali na nich swoje czaszki, głowy — jedna po drugiej - wydymały te 
stylonowe firanki, a ja w tym przedpołudniowym słońcu przelękłam się, przeraziłam, 
przestraszyłam, jakbym ujrzała południcę, w którą już dawno przestałam wierzyć.

background image

Właściwie nie tylko wszystkie posągi zwrócone są ku światłu ludzkich oczu, nie tylko cały pałac 
zbudowany jest tak, aby otwarty był na słońce i ku południowi, aby cała i wszystka jego uroda 
przeznaczona była dla wchodzących przez bramę i przemierzających dziedziniec, i nie tylko to — 
nawet wszystkie drzewa wybiegają naprzeciwko przybyszom tymi swoimi pniami i są gładkie i 
piękne po słonecznej stronie, ale właściwie również wszyscy ludzie mają nieustannie przygotowane 
dla tych innych twarz i piersi, ustawiają się zawsze w kierunku przybyszów, i nie tylko to — 
wszystko kręci się na południe i zachód i zwraca się ku słońcu, nawet kiedy słońce przesunie się z 
ławeczki w parku i na siedzących rencistów padnie cień, przestawiają ławeczkę tam, gdzie słońce 
jeszcze świeci, bo i z tyłu wszystkie te posągi są piękne, chociaż wydają się jakby skarłowaciałe, 
spojrzenie z tyłu poza tym wszystkich rencistów tak jakby odrobinę rani, mają — słusznie — 
wrażenie, jakby

48
ich zaskoczono w toalecie albo kiedy w zadumie dłubią palcem w nosie i o drzewo, o mur ocierają 
smarki, spojrzenie z tyłu jest dla każdego rencisty spojrzeniem przez dziurkę od klucza, wścibskim 
spojrzeniem, które przyłapało starego człowieka w chwili, kiedy wkłada albo wyjmuje sztuczną 
szczękę.
W domu starców znajduje się również kaplica pałacowa, z zewnątrz widać jej nawę, kierującą się 
dziobem ku wschodowi, jej gotyckie okna są za drucianą siatką, z której sterczą gniazda wróbli, tu i 
ówdzie brak szybki i wobec tego kilkaset wróbli mieszka w pałacowej kaplicy, ich gniazda zajęły 
wszystkie piszczałki organów, należy do nich cały chór, na wiosnę przylatują tu jaskółki i lepią 
swoje gniazda pod gotyckimi łukami, na konsoli, wyprowadzają te jaskółki setki młodych, często 
starzy świadkowie i znawcy dawnych czasów siedzą na ławeczce pod murem pałacowej kaplicy i 
patrzą, jak jaskółki karmią swoje pisklęta, jak z zawrotną szybkością wlatują bezbłędnie przez 
rozbite szybki, tak małe, że zmieści się w nich jedynie jaskółka karmiąca swoje młode. A z kaplicy 
słychać nieustannie świej-got wróbli, ćwierkanie i szczebiotanie młodych jaskółek.
Kto po raz pierwszy zjawia się w tym domu starców, nie może oprzeć się pokusie: podchodzi do 
drzwi pałacowej kaplicy i usiłuje w półmroku otworzyć je, nacisnąwszy klamkę, ale kaplica jest 
zamknięta, a kiedy oczy się oswoją, widać, że jest tu także sztaba, opatrzona na dodatek kłódką. 
Tak więc każdy, kto przychodzi tu po raz pierwszy, przyklęka i przez dziurkę od klucza patrzy w 
głąb kaplicy. I każdy dziwi się, że posadzka wciąż jeszcze pełna jest węgla, bo kiedy palono w 
piecach, tu znajdował się skład opału. Jednakże kaplica teraz jest zamknięta i stała się domem 
ptaków.
Nawet do głowy Chrystusa w głównym ołtarzu jaskółki przylepiły gniazdo i kiedy mają młode, to 
pisklęta świergocą i szczebiocą wprost do ucha Panu Jezusowi, a kiedy dorastają i muszą już 
opuścić gniazdo, siadają na poprzecznej belce złotego krzyża, czasami siedzi tam siedem ptaszków, 
podczas gdy w całej kaplicy rozlegają się głosy kilkuset wróbli i jaskółek.

49
Każdy, kto przychodzi do pałacu jako rencista, w ciągu tych kilku pierwszych dni musi wszystko 
zobaczyć,-wszystko musi obejść.
I tak doszłam aż do pałacowej oranżerii, która jednakże okna miała pomalowane na niebiesko, 
wewnątrz nie rosły już kwiaty, podłogę wybielono wapnem, pośrodku zaś’ postawiono mary. 
Kiedy ktoś’ umrze, to zanim po niego przyjdą, martwy rencista leży tu na desce i czeka, aż po 
niego przyjdą, mówiono mi, że ci pozostali siedzą na trzech ławkach, są to najbliżsi przyjaciele, 
znajomi nieboszczyka, którzy czuwają dopóty, dopóki nie przyjedzie przedsiębiorstwo pogrzebowe 
i krewni z ubraniem do trumny. Stryjaszek Pepi pewnie będzie leżeć tu pierwszy, ponieważ już od 
trzech miesięcy przebywa na oddziale dla niechodzących, a teraz znów przestał jeść, siostrzyczka 

background image

powiedziała, abym napisała do wszystkich jego krewnych i znajomych, żeby każdy, kto chce się z 
nim pożegnać, przyjechał, bo to już nie potrwa długo i stryjaszek Pepi wyprzedzi nas w drodze do 
oranżerii, gdzie podłoga jest wybielona wapnem, a wszystkie okna zamalowane błękitną farbą.
Jednakże kto przybywa jako rencista do tego pałacu, chce zobaczyć wszystko, i to także, co nie jest 
po jego myśli...
Stamtąd, spod potężnych konarów kasztanów po zachodniej stronie, tam na wysokości drugiego 
rozgałęzienia pnia, stamtąd można zajrzeć do pałacu, do pokoju pani hrabiny, stoją tam cztery 
łóżka, takie woliery jak dla drapieżnych ptaków. Łóżka zaopatrzone są w siatki, tak jak łóżeczka 
dla dzieci, które całe obciąga się siatką, żeby dziecko nie wypadło, jak ma gorączkę albo 
niespokojne sny. Tu raz na jakiś czas przebywają pacjenci, staruszki i staruszkowie, którzy 
zwariowali, którym gorączka nie ustąpiła i nie pomogły ani środki uspokajające, ani zastrzyki, ani 
inne lekarstwa. Jakie to smutne! Na własną odpowiedzialność wspięłam się w koronę starego 
kasztana, gałęzie są rozłożyste niczym drabina, jakbym wchodziła na myśliwską ambonę. I 
zobaczyłam pod siatką staruszkę w bieli, trzymała się palcami sznura, klęczała i spoglądała przez 
okno w ciem-
ność, patrzyła na mnie i w jej oczach taiła się zgroza, miała rozpuszczone włosy i bezzębne dziąsła, 
a kiedy spojrzałam na nią raz jeszcze, omal nie spadłam: tak bardzo była do mnie podobna, iż 
myślałam, że to ja! I zaczęłam ostrożnie schodzić na dół, z konaru na konar postanawiałam: „Skup 
się, dziewczyno, żebyś nie spadła i nie połamała sobie kości, uważaj, cała jesteś przestraszona, 
pilnuj się!”, a kiedy już na ziemi zanurzyłam się w mroku, tam na drugim piętrze błyszczało jedno 
jedyne okno, za którym mieszkała hrabina Szporkowa. Wbiegłam do westybulu i w górę po 
schodach, nie zwracając uwagi ani na posągi, ani na piękne freski, zatrzymałam się na korytarzu 
oddziału kobiecego przy stoliku, podniosłam głowę, na korytarzu nikogo nie było, przez otwarte 
drzwi padało słabe światło lampek nocnych i ktoś chrapał, a z kątów pokoju, w którym stało osiem 
łóżek, ze wszystkich kątów rozlegało się głośne mlaskanie dopóty, dopóki chrapanie nie ucichło.
Na ścianie widniał napis:

CO ZROBIŁY NASZE PENSJONARIUSZKI
Nie zrozumiałam i przeczytałam ten napis raz jeszcze. Znajdował się za szkłem. „Co zrobiły nasze 
pensjonariuszki.” I przy stoliku, i przy następnym, i jeszcze następnym, szłam więc od jednego do 
drugiego, najpierw dziwiłam się, a potem dotykałam palcami dziecinnych śpioszków, dziecinnych 
śliniaczków, dziecinnych kaftaników, a nawet kilku powijaków, w które na krzyż jak chałki 
plecione zawiązano kołderki, zrobionych na drutach dziecinnych bamboszków, ozdobionych 
wyszywanymi kwiatuszkami koszulek i majteczek, dziecinnych czepeczków i kapturków z 
klapkami na uszy, wzruszających rękawiczek, takich z jednym palcem, spiętych kolorowymi 
sznurkami zarękawków.
Tak, to były dzieła staruszek, które tu na słońcu robiły szydełkiem i ich druty rzucały zajączki na 
sufit, na legiony amor-ków i aniołków, boskich urwipołci, które z góry sypią z rogów i puszek 
mnóstwo odnawiających się nieustannie kwiatów, a przy tym uderzają nóżkami w powietrzu, aby 
utrzymać równowagę i brzemię flory wybrzeży Morza Śródziemnego.
50
51
Tu na stolikach leżała wystawa robót ręcznych, nie informacja o tym, co zrobiły nasze 
pensjonariuszki, ale to, czego nie mogły się nigdy wyrzec, tu leżały te stłumione, a więc 
wiecznotrwałe potrzeby: dbać o kogoś’ i żyć dla innych, potrzeby, bez których nie może żyć żadna 
kobieta, a więc i te staruszki, rencistki, w byłym pałacu hrabiego Szporka, przez całe życie skazane 
na swoje własne ręce.

background image

Kiedyś’, a byłam wtedy jeszcze młoda, myślałam, że czeka mnie życie gdzie indziej, myślałam 
nawet, że będzie to Praga, skoro Franci raz na miesiąc jeździł do stolicy do centrum 
browarnianego, jeździł skodą czterysta trzydzieści, wkładałam najpiękniejsze modne sukienki, ale 
Franci za każdym razem prosił mnie, żebym udawała, że idę na spacer, żebym wyszła na pół 
godziny przed nim, przed jego wyjazdem, aby nikt w browarze nie wiedział, że zabiera mnie ze 
sobą, bo mogliby nas wziąć na języki. No i ja szłam czasami z górą pięć kilometrów w kierunku 
Pragi, chmurna i zła, ja, która chciałam spróbować, czy mogłabym mieszkać w Pradze, ja, która 
przypuszczałam, że i w Pradze będę w centrum zainteresowania tak samo jak w naszym 
miasteczku, ja, która miałam na nogach najnowsze pantofelki na wysokich obcasach, szłam pełną 
kurzu drogą, omijałam ogromne białe kamienie, wysypywane przez dróżników w miejscach, gdzie 
droga była wybita, wówczas te kamienie nazywano „policjantami”, i na ogół Franci dopędzał mnie 
dopiero za lasem, wsiadałam do śkody i upokorzona, zawstydzona wysiadałam w Pradze, Franci 
pędził do centrum browarnianego, umawialiśmy godzinę odjazdu i spotkania przy skodzie stojącej 
przed katedrą Świętego Stefana.
No i spacerowałam placem Świętego Wacława, przemierzałam aleję Narodową i Na fosie, i 
badałam, czy mogłabym nie dochować wiary swojemu miasteczku, czy mogłabym mie-
szkać w Pradze, czy mogłabym tu żyć. I myślałam, że tak, interesowały mnie wszystkie sklepy i 
wystawy, w ciągu tych dziesięciu lat, kiedy to co miesiąc jeździliśmy z Francinem do stolicy, 
poznałam wszystkie sklepy i wszędzie udawałam, że chcę kupić tylko to, co najdroższe, subiekci z 
tkaniną w ręku wybiegali na chodnik, abym mogła zobaczyć, jak wełna czy jedwab wygląda w 
dziennym świetle, wobec tego znałam wszystkie ceny, wszelkie gatunki, wszystkie towary, jakie 
miano na składzie, a także wiedziałam, jakich oczekiwano w przyszłym miesiącu. A ponieważ w 
browarze chętnie przeglądałam „Elegante Welt”, wszyscy właściciele sklepów przypuszczali, że 
ten browar jest moją własnością. A zresztą co miesiąc kupowałam sobie jakiś drobiazg, raz na rok 
kupowałam nowy kostium, co pól roku nową sukienkę, i w owym czasie zmusiłam też Francina, 
żeby kupował sobie najdroższe obuwie u Kabelego i Poldiego Gutmana, raz na rok kupował sobie 
materiał na ubranie, ale właściwie to wszystko kupowałam tylko dlatego, aby mieć w Pradze opinię 
światowej damy. Nigdy jednak nie udało mi się namówić Francina, żebyśmy poszli do kawiarni w 
hotelu „Szroubek” czy też do Domu Reprezentacyjnego na obiad. Franci był tu tylko raz i tak go 
onieśmielała atmosfera, że popełniał same gafy, wobec tego poddałam się i w końcu, kiedyśmy sif 
spotkali, chodziłam z nim zawsze do baru samoobsługowego „Pod Kluczami”, gdzie z ogromnym 
apetytem, z ogromną radością, że może jeść na stojąco, zjadał kotlet z sałatką za cztery korony 
pięćdziesiąt, kotlet wielkości talerza! Jednakże przez te dziesięć lat, kiedy to miesiąc w miesiąc 
jeździłam do Pragi, ciągle byłam kimś z miasteczka, gdzie się zatrzymał czas. Zawsze wchodząc do 
kawiarni „Szroubek” między dziesiątki luster i tysiące świateł, kiedy zatrzymywały się na mnie 
oczy wszystkich kelnerów i szefa sali, i gości, którzy siedzieli niedbale w fotelach, w lecie — 
wiklinowych w ogródku wysuniętym na chodnik, oddzielonym od przechodniów jedynie krzakami 
woskowych liści zasadzonych w zielonych skrzyneczkach, zanim usiadłam, umierałam niemal ze 
strachu,
52
53
rumieniłam się po korzonki włosów, zamawiałam sobie kawę i usiłowałam się uspokoić w ten 
sposób, że zapalałam papierosa, jednak po papierosach zawsze robiło mi się niedobrze, bla-dłam, 
więc szukałam ratunku zagłębiając się w lekturze gazet i żurnali mody, ale palce tak mi drżały, że 
kartki dygotały mi w rękach...
Przez całe te dziesięć lat starałam się uspokoić w ten sposób, że wchodziłam do toalety, tu jednak 
pragnęłam tylko jednego: pochylić się nad umywalką i myć sobie długo czoło i twarz, i tak się 
jakoś ochłodzić, i byłam tym ogromnie zdenerwowana, prowadziłam niedorzeczne rozmowy z 

background image

babką klozetową, bo ciągle miałam wrażenie, że widać po mnie, iż wychodziłam zawsze z 
browaru, po czym szłam bardzo długo, czasami nawet pięć kilometrów, nim mnie Franci dogonił i 
wsadził po kryjomu do śkody, i to samo czekało mnie zawsze podczas powrotu, kiedy Franci 
zmuszał mnie, abym wysiadła na pół godziny przed browarem, i on wjeżdżał do browaru sam, ja 
zaś’ przychodziłam zakurzona jak złodziejka, udając, że byłam na spacerze, że wracam ze 
zdrowotnej przechadzki. No i zawsze czekał na mnie pan piwowar, ten, z którym się nie lubiliśmy, 
za firanką swojego mieszkania, wybiegał i mówił z gromkim śmiechem:
— Praga to piękne miasto, nieprawdaż?
A jednak nie dochowałam wierności miasteczku, gdzie — jak przypuszczałam — zatrzymał się 
mój czas. Szef sali kawiarni „Szroubek” poznał mnie z właścicielem biura sprzedaży 
nieruchomości, który twierdził, iż jestem utalentowaną młodą kobietą, posiadającą wszelkie 
warunki po temu, aby prowadzić niewielki sklep, perfumerię przy ruchliwej alei Rewolucyjnej, 
całkiem niezobowiązująco zaprowadził mnie do tej perfumerii, nazywała się „Oreum”, a ja, kiedy 
ją zobaczyłam, to już o niczym innym nie myślałam, niczym innym już nie żyłam, tylko tym 
„Oreum”, pożyczyłam pieniądze, wszystkie oszczędności, jakie mieliśmy z Francinem, 
ulokowałam w tym i w ten sposób zostałam właścicielką perfumerii, oświetlonego sklepu przy
alei Rewolucyjnej, całymi wieczorami uczyłam się nazw perfum i pudrów, kredek do ust — 
francuskich, niemieckich i angielskich, na wystawie obracał się na mechanizmie zegarowym na 
lustrach tryumf kosmetyki francuskiej, „Elixir Lavalier”, proszek zapewniający idealny biust, w 
oświetlonej nieustannie perfumerii błyszczały za ladą flakoniki i pudełeczka, i buteleczki, słoiczki, 
w których rozwijały się zanurzone w perfumach róże, grążele, gałązki bzu, jaśmin, fantazje o 
trwałym zapachu, najsubtelniejsze wody do włosów o woni fiołków, kryjące w sobie tajemnicę, jak 
pozostać zawsze młodą i piękną.
Przez cały miesiąc trwałam w tym swoim najpiękniejszym czasie, kiedy to miałam wrażenie, że 
tworzę jedność ze wszystkim, co dla kobiety może być piękne, czym może wypełnić się jej 
przeznaczenie; o Francinie, o browarze, o miasteczku, gdzie zatrzymał się mój czas, nawet nie 
pomyślałam, mieszkałam w wynajętym pokoiku u mleczarki, usypiałam na pierwszym piętrze, przy 
oknie, pod którym przez całą noc jeździły tramwaje, łóżko trzęsło się, mnie jednak wydawało się, 
że to moje łóżko jest pięknym stateczkiem, który wiezie mnie do wszystkich fabryk świata, tam, 
gdzie produkowane są najdroższe perfumy i kosmetyki, i rozmaite środki, które zdolne są nie tylko 
pod postacią cudownych mydeł wygładzić brzydką cerę każdej kobiecie, nie tylko usunąć 
wszystkie piegi, taki krem kalifornijski może uczynić twarz miękką jak aksamit, a amerykańskie 
lakiery do paznokci i warstwa emalii zwielokrotnić wdzięk każdej damy. I podczas gdy tramwaje 
wstrząsały moim łóżkiem, ja usypiałam spokojnie i z uśmiechem płynęłam stateczkiem ku 
„Oreum”, tej swojej perfumerii przy alei Rewolucyjnej, gdzie na regałach z kryształowych płyt i w 
lustrach czekały na mnie peruwiańskie mydła ziołowe usuwające zmarszczki i odsuwające je aż do 
sędziwego wieku, przezroczyste mydła glicerynowe o zapachu leśnych fiołków, wody brzozowe z 
Hamburga, płyn, który przydaje uroku i oddala starość, „Perły Wenery” dające rękom olśniewającą 
biel, mydła do twarzy o nieodpartym uroku, Kaloderma, galaretki bez tłuszczu i oleju, różane pudry
54
55
i mydła z gliceryną i miodem, których używanie zapewnia kobiecie delikatną skórę, perfumy 
konwaliowe Dralego — „Illu-sion”, krople kwiatów bez alkoholu, które wszystkie kobiety wprawią 
w zachwyt...
I chociaż Porzeczem co dziesięć minut przejeżdżały tramwaje, łoskocząc na szynach i kocich 
łbach, marzyłam o tym, że będę musiała przyjąć ekspedientkę i mieć jedną uczennicę, bo tak 
piękne rzeczy w mojej perfumerii zwabią tu wszystkie kobiety, które chcą zachować swoją urodę 
używając mydła liliowego, dającego i zapewniającego młodzieńczy wygląd i aksamitną cerę, 

background image

„Poudre ravissante”, niezbędnego dla aktorek i dla dam, które mają na twarzy „myszki”, blizny, i w 
ogóle wszystkich, które pragną mieć piękne liczko.
Do tego stopnia przeniknięta byłam tym szczęściem, jakie mnie spotkało, tym, że znalazłam sobie 
zajęcie, które tak bardzo mi odpowiada: zachwalać i sprzedawać dyskretnie opaski na czoło i brodę 
w celu wygładzenia zmarszczek, proponować wody do ust i szczoteczki do zębów, płyny do 
włosów dla brunetek, inne zaś dla blondynek, bo to moje „Oreum” to wcale nie był jakiś tam sklep, 
to była świątynia, w której znajdował się ; składany dwudziestoczęściowy ołtarz, w jego zaś 
otwartych, oświetlonych z góry skrzydłach stały w idealnym porządku wszystkie te pudry i 
kosmetyki zdolne ukryć wszystkie niedostatki, zachować wszelkie zalety, zwielokrotnić wdzięki i 
sprawić, by nie odchodziły... j
I nadal śniłam nocami, i nadal pracowałam we dnie nie mo-   i gąc się nasycić tym wszystkim, co 
tak korzystnie kupiłam, co   ! przyniesie mi bogactwo i sławę, bo z całą pewnością każdy widząc, 
czym handluję i w jaki sposób informuję o tym damy, będzie tu przychodził i sklep będzie zawsze 
pełen, zwłaszcza gdy ludzie dowiedzą się, że sprzedaję również sól do kąpieli, sole do kąpieli o 
zapachach wszystkich kwiatów i drzew, wszystkie te pozdrowienia od wiosny do damskiego 
buduaru, szampony boraksowe zarówno do toalety, jak i do kąpieli, najnowocześniejsze perfumy w 
formie stałej, w niklowym opakowaniu,
56

l

mydlą liliowe marki „Gwiazda Południa”, „Graciella”, upiększające płyny do rąk i szyi, „Konoor”, 
środek służący temu, żeby kolorwlosów pozostał młodzieńczy i świeży, żeby włosy nie siwiały...
A kiedy odkryłam szufladki, gdzie znajdowały się wszelakie komplety szczotek o wspaniałych 
uchwytach i komplety grzebieni wszystkich rozmiarów i gatunków, i na aksamitnym podłożu 
pięćdziesiąt etui pierścionków i broszek, pierścionki te, będąc wprawdzie towarem jabloneckim, 
imitowały wszystkie sławne klejnoty, jednakże radowały wzrok, kiedy czyściłam je sidolem, sama 
nosiłam codziennie coraz to inne pierścionki na wszystkich palcach, tak były piękne, i kiedy 
jeszcze odkryłam podróżne walizki-toaletki dla pań, z lusterkiem pod górnym wieczkiem i z 
wszystkimi ścianami ozdobionymi kryształowymi flakonikami na perfumy, mydła i grzebienie, 
stwierdziłam, że ja i moje „Oreum” możemy zaofiarować wszystko, o czym tylko kobieta może 
marzyć...
Jednakże w ciągu dwóch miesięcy, kiedy to Franci przyjeżdżał do mnie niemal codziennie, ani razu 
nie wszedł do „Oreum”, ale stał na rogu ulicy naprzeciwko i patrzył na mnie, jak raz po raz 
sprzedaję coś w nieustannym blasku żarówek, stał i patrzył na mnie, jak obracam się, jak wyciągam 
ręce, żeby sięgnąć po któreś z perfum, jakie klientka sobie życzyła, a potem stał i czekał, abym 
wieczorem zamknęła sklep, opuściła żaluzję, i dopiero wówczas odlepiał się od muru i z poczuciem 
winy wychodził mi naprzeciw, ja przez te dwa miesiące kipiałam wprost szczęściem, jednakże 
Franci był smutny, odprowadzał mnie do mojego sublokatorskiego pokoiku i słuchał, jak z zapałem 
opowiadam mu o swoich sukcesach, przyszłych wprawdzie, ale które muszą nastąpić. I to właśnie 
Francina zasmucało, ale nadal czekał na mnie pod murem i pozwalał przechodniom potrącać się, 
nigdy nie wszedł do mojej perfumerii, za każdym razem odprowadzał mnie tylko i zawsze pytał, 
czy nie chciałabym wrócić do domu. Do browaru?... Do miasteczka, gdzie zatrzymał się mój 
czas?... A ja zawsze z uśmiechem
57
odmawiałam, mówiłam Francinowi, że za pięć lat kupimy sobie niewielki browar.
Jednakże zapomniałam, że tak jak wszystkie sławne szlaki, którymi woziło się towar znad Morza 
Adriatyckiego przez określone miasta aż do Niżnego Nowgorodu, tak jak szlaki transportu 
morskiego mają swoją trasę ogromnie naturalną, punkty, których nie można ominąć, zupełnie tak 
samo w miastach przy określonych ulicach są miejsca, gdzie ludzie spieszą się, biegną, i takie, 
gdzie zwalniają kroku i zatrzymują się tam, gdzie jest jakieś’ zacisze, wolne od krążenia 

background image

przechodniów, a więc potencjalnych klientów. I tak na przykład ulicą Spaloną każdy przebiega i 
nie zatrzymuje się wcześniej niż przy ulicy Świętego Łazarza i alei Narodowej, a przy alei 
Rewolucyjnej moje „Oreum” znajdowało się w domu o trzy metry cofniętym przed nurtem 
przechodniów, tak że światła „Oreum” świeciły na próżno, każdy, kto szedł, pchany był na cypel 
przed moją perfumerią i spieszył się, żeby nie zderzyć się z tymi, którzy szli mu naprzeciw...
Do mojego „Oreum” wchodził jedynie ten, kto zawiązywał sznurowadło bucika i musiał opuścić 
nurt i szukać zacisza, jakaś kobieta, która na rogu, doskonale osłonięta ścianami domów, zapinała 
sobie podwiązkę, tak więc w ciągu dnia miałam pięciu, sześciu klientów, klientek, mechanizm 
zegarowy nadal obracał na tacy ozdobionej cekinami i lusterkami tryumf francuskiej kosmetyki, 
„Elixir Lavalier”, przez dwa miesiące oparta palcami o ladę starałam się wyczarować na ustach 
najpiękniejszy uśmiech, jednakże przez dwa miesiące nikt nie przyszedł, tak więc przez dwa 
miesiące stałam umyta i przystrojona w uśmiech niczym dziewczyna, co czeka na kochanka, który 
jednak się nie zjawia i w końcu wcale nie przychodzi.
Zaczęłam coś przeczuwać, obeszłam inne perfumerie i przy okazji stwierdziłam też, że sprzedaję 
towar, który już od dawna zastąpiony został innym, który już pozostał o dziesięć, o dwadzieścia lat 
w tyle za światową modą... A później zaczęli przychodzić wierzyciele z wekslami i grozili, a 
później napływały

58
rachunki za towar, który kupiłam, ale którego nie sprzedałam, i tak z wolna budziły się we mnie 
obawy, że wszystkie te piękne i pachnące rzeczy opatrzone zostaną znakiem ujemnym i wszystko 
to, co obiecywało mi szczęście, nie tylko będzie mi odjęte, ale ja, która chciałam stać się 
niezależna, przez swój upadek stanę się jeszcze bardziej zależna niż przedtem. Tylko Franci nadal 
do mnie przyjeżdżał i widząc mnie, a on znał się na handlu, bo i gospody podlegają tym samym 
prawom miejsc, gdzie ludzie się spieszą, i takich, gdzie czują się pewni, i kiedy po raz pierwszy 
zobaczył mnie przygnębioną, kiedy grozili mi jednocześnie i wierzyciele, i dostawcy, że złożą na 
mnie skargę, Franci uśmiechnął się, spojrzał na zadeszczone praskie niebo nad aleją Rewolucyjną...
I to moje łóżko, w którym przez dwa miesiące odpływałam codziennie w sny o swoim szczęściu 
przystrojonym we wszystkie marki perfum i kremów, i pudrów, i pomadek do ust, to moje łóżko, 
gdzie błogo spałam... teraz leżałam w nim czekając na każdy tramwaj, pot lał się ze mnie, 
ocierałam sobie czoło i szyję, coraz to nowe i nowe tramwaje z łoskotem potrząsały moim łóżkiem 
na pierwszym piętrze przy Porzeczu, a dzwoniące dzwonki przypominały mi dzwonek, który 
zapowiada początek licytacji...
I właśnie w owe noce, kiedy nie mogłam usnąć, kiedy rano zrozpaczona niechętnie szłam do 
„Oreum” i niepotrzebnie podnosiłam żaluzję, stałam całkiem bezmyślnie i patrzyłam na płynący 
tłum przechodniów, z których żaden nie spojrzał na mnie, na moje „Oreum”, niczyich oczu nie 
przywabił obracający się nieustannie krąg polśniewający lustrami i cekinami, w takich chwilach 
zaczynałam z wolna myśleć o miasteczku, które opuściłam, o moim łóżku spoczywającym w ciszy 
nocnego browaru, otoczonego sadem i winoroślą, w takich chwilach na myśl o miasteczku i moim 
browarze aż jęczałam, ale jęczałam też dlatego, że los mnie oszukał, że mnie zwodził, że to, co 
miało być moim szczęściem, obróciło się przeciwko mnie.
Franci przestał do mnie przyjeżdżać, nie zjawiał się przez cały tydzień, kiedy doszłam przed swój 
sklep z perfumami, roz-

59
myśliłam się i nawet nie podniosłam żaluzji, ale siedziałam w barze „Przy Rewolucyjnej”, lokal był 
bardzo wąski, ledwie na szerokość drzwi, siedziałam tam i piłam kawę, zjadłam tu nawet obiad, 
pośród dymu, pokasływania i śpiewu, w zapachu rozlanego piwa, i patrzyłam przez szyby okna, 

background image

odsłoniwszy nieco firanki, na drugą stronę, tam, na moją perfumerię, koło godziny dziesiątej 
przyszedł listonosz i wsunął mi pod żaluzję wezwanie do sądu, listy, a potem — poznawałam ich 
już z daleka — zjawiali się moi wierzyciele, przychodzili nawet kilka razy w ciągu dnia, i walili 
laskami, łomotali pięścią i nasłuchiwali, niektórzy przyklękali i spoglądali przez dziurkę od klucza, 
a stwierdziwszy, że panuje tam mrok, raz jeszcze łomotali pięściami i przez dobrą chwilę obrzucali 
żaluzję ordynarnymi wyzwiskami...
Nie zniosłam tego dłużej niż tydzień, wróciłam do miasteczka, gdzie zatrzymał się czas, w 
browarze uklękłam przed Francinem oddając się na jego łaskę i niełaskę, widziałam, że się 
uśmiechał, że się radował, pocieszał mnie nawet i uspokajał, a kiedy przestałam płakać, roześmiał 
się, dawno już nie widziałam Francina tak szczęśliwego jak wówczas, kiedy pożyczył pieniądze, 
żeby zapłacić za mnie wszystko, co byłam winna, musiałam nawet zapłacić — zgodnie z umową 
— komorne za pół roku z góry... ale ja niczego innego już nie pragnęłam, tylko znów mieszkać w 
browarze i chodzić po zakupy do miasteczka, gdzie się zatrzymał, a teraz przedłużył mój czas, 
zlepiony jak zerwana taśma. A Franci śpiewał, nie potrafił ukryć radości, że znalazłam się na dnie 
za karę, że nie dochowałam wierności prowincjonalnemu miasteczku.
Pewnego dnia Franci długo nie wracał z Pragi, przyjechał dopiero wieczorem. Na dziedzińcu stała 
wielka ciężarówka śkoda, miała wyjęte tylne siedzenie, a kiedy szofer wraz z pomocnikiem unieśli 
brezentową płachtę ujrzałam platformę pełną perfum i pudrów, i mydeł toaletowych, wszystko w 
kartonach, Franci śpiewał i pomrukiwał, zniósł z pomocnikiem na korytarz dwie szafy ze strychu, 
otworzył jedną wielką szafę

60
wpuszczoną w ścianę, a potem aż do północy mężczyźni znosili do szafy to całe „Oreum” wraz z 
małym magazynem podręcznym, w którym znajdowały się gąsiory tanich perfum i esencji. Franci 
zapłacił za przewóz i od tej pory nasze mieszkanie pachniało jak perfumeria, zapachy i wonie 
przenikały wraz z przeciągami do kuchni, i dalej, do pokoju, wypełniły te perfumy swoimi 
zapachami cały strych i piwnicę, jabłka w słomie na strychu stale pachniały perfumerią, ziemniaki 
w piwnicy także, nawet kiszki wątrobiane podczas świniobicia. Te wonie to był mój nieustanny 
wyrzut sumienia, Franci zdawał sobie z tego sprawę i każdy, kto z Francinem montował śkodę, 
każdy, z kim Franci z soboty na niedzielę montował, każdego obdarowywał tym wszystkim, co 
sam sobie wybrał z szafy. A ponieważ prawie każdy mieszkaniec miasteczka z Francinem 
montował, to miasteczko nawet w dziesięć lat po perfumeryjnym epizodzie pachniało perfumerią, 
bo ludzie brali całe torby i pudła, tak więc w kinie i w teatrze, w gospodzie i w towarzystwie, 
każdy, kto wchodził, wypachniony był po goleniu moją wodą koloń-ską, kobiece policzki 
zabarwione moim różem, wypudrowane moim pudrem, poznawałam nawet swoje grzebyki, 
szczoteczki... ale jakiż to miało sens, skoro cała jedna szafa mi została, szafa, którą przewiozłam do 
nowego mieszkania, kiedy Franci musiał przejść na emeryturę, do willi, którą sama sobie 
zaprojektowałam, do willi, w której jednak panowały takie przeciągi i od rzeki wciąż dął wiatr, taki 
wicher, że ta szafa pełna pudrów i perfum po tylu latach i to nasze nowe mieszkanie nad rzeką 
zatopiła w swoich zapachach...
Gdy nadchodziły jesienne deszcze i wichury, dom rencistów tonął w strumieniach wody, Skarby 
świata całego towarzyszyły cichutko charczeniu rynien i rur okapowych, woda bryzgała i ciekła za 
tynk, bo rury i rynny były dziurawe, niektóre zerwa-

61
ne, i tak jakoś w takich chwilach paląc podobny był do wszystkich tych starych ludzi, którzy 
pokasływali, odchrząkiwali, dusili się w atakach kaszlu.

background image

Trzej starzy znawcy i świadkowie dawnych czasów siadywali w niszy przy ogromnym oknie, skąd 
widać było całe miasteczko niknące w delikatnej mgle, kościół dekanalny wznosił się w tym 
deszczu niczym stary korab. Snułam się korytarzami, zatrzymywałam się i spoglądałam w dół, na 
rzekę, z której nieustannie się dymiło, a za nią wznosił się beżowy browar.
Tak, to dobrze, iż byłam wówczas dumna z tego, że długo zachowywałam młodość i urodę, że 
lubiłam się stroić, że każdemu, kto mi się kłaniał, dawałam do zrozumienia, że jestem panią 
kierownikową tego beżowego browaru, rozdawałam uśmiechy, przyjmowałam hołdy, bo stać mnie 
było na to. I było rzeczą właściwą, że pyszniłam się tymi swoimi czterema pokojami, swoimi 
sukniami, swoim ciałem, każdą sukienką, jaką szyły mi według „Elegante Welt” najlepsze 
krawcowe, te sukienki zawsze podkreślały moje biodra i piersi, moje nogi, a dodatki, które 
kupowałam w Pradze, torebki i buciki, rękawiczki i kapelusze, znakomicie i bezbłędnie uzupełniały 
tę moją wyzywającą postać, bo byłam dumna, że mnie na to stać.
A teraz tu, w domu starców, kiedy wyrwano mi wszystkie zęby, kiedy włosy miałam bielsze niż 
pakuły, kiedy cała moja postać była już niczym innym jak sam uwiędły powab, którego nikt nie 
mógł się już domyślić, najpierw wstydziłam się tej starości, usiłowałam uśmiechem i nieustannym 
mówieniem odsunąć od ludzi, a przede wszystkim od samej siebie, jakąkolwiek myśl o tym, co się 
ze mną stało, że tak się postarzałam, że jestem wstrętnym babskiem...
Kiedy jednak spostrzegłam, że wszystkie stare kobiety tu, w pałacu, wszystkie te, które przed 
ćwierć wiekiem drażniłam i judziłam przeciwko sobie tymi swoimi sukienkami i wyglądem, cieszą 
się, że tak się to ze mną skończyło, że i na mnie też przyszła kolej, i okazywały mi to, cieszyły się 
wręcz z tego mojego upadku, a nawet z mojego powodu stroiły się teraz, poka-

62
zywały w uśmiechu te swoje sztuczne szczęki, fryzowały te swoje tlenione włosy i znajdowały 
upodobanie w tym, że ja tu więdnę, że jestem poniżona i zdruzgotana tym nieszczęściem, jakie na 
mnie spadło, nagle błysnęła mi myśl, że tak właśnie jak byłam dumna ze swojej młodości, która 
trwała tak długo, nie tylko mogę, ale muszę być dumna z tego, że jestem taka, jaka jestem. I nie 
starałam się mieć sztucznej szczęki, aby ją nosić, ani tlenić sobie włosów, żeby być taka jak inne, 
ale stałam się dumna ze swojej brzydoty, ze wszystkiego, co przynosi starość, i jeszcze to 
podkreślałam...
Tak więc stałam się znów taką, jaką byłam: dumną staruchą, która różni się od innych, tak jak 
wtedy, gdy jeździłam na rowerze i moje nogi olśniewały całe miasto, niczym wskazówki na 
kościelnym zegarze. I stało się tak, że dokądkolwiek szłam, pałacowymi korytarzami czy ścieżkami 
w parku, trzymałam głowę uniesioną wysoko, nosiłam podarte buciki i najtańsze sukienki, takie, 
jakich już dawno się nie nosi, bawełniane konfekcyjne sukienki, których nigdy nie prasowałam, i 
nawet nie wiem, jak to się działo, że ilekroć spotykali mnie świadkowie i znawcy dawnych czasów, 
to zawsze byli dla mnie tak jakoś’ uprzejmi i rycerscy, wskazywali mi fotel i lubili się przede mną 
chwalić i popisywać tym wszystkim, co o miasteczku, gdzie zatrzymał się czas, wiedzą.
Skarby świata całego cichutko mruczały swoją tandetną oleodrukową melodię, tak przejmującą jak 
muzyka, która towarzyszy filmom Chaplina, tak jakoś ci trzej znawcy i świadkowie dawnych 
czasów uważali mnie za rekwizyt tych odległych epok, zwracali się do mnie i chętnie opowiadali 
mi to wszystko, co zdarzyło się za ich młodych lat, najchętniej jednak opowiadali o tym, czego nie 
mogli pamiętać, ale mówili o tym, czego dowiedzieli się od swoich dziadów, z kronik, z dawnych 
ksiąg.
Teraz, kiedy nadeszły jesienne słoty, gdy wróciłam z pałacowego parku, gdzie rozkoszowałam się 
niemal miłośnie posągami nagich młodych kobiet i mężczyzn, nagimi posągami, które jakby się 
właśnie wynurzyły z morza albo z czystych

background image

63
rzek, gdy zaczerpnęłam z tych posągów istoty młodości siebie samej, i zrozumiałam, że kiedy był 
mój czas, żyłam tak, jak żyli ci bohaterowie i półbogowie, których w naszym ogrodzie po-
nastawiali rzeźbiarze i architekci pana hrabiego Szporka, gdy więc pokrzepiłam się, byłam dumna z 
tego, że tu, w głębi ducha, jestem z tymi posągami spowinowacona, że są to obrazy mojej 
młodości, moich młodych lat.
I kiedy tak szłam mokra od deszczu korytarzami, gdzie siedziały te moje rówieśnice w fotelach i 
bamboszach i udawały, że czytają, i powstrzymywały nieustanny kaszel, szłam dumna, 
zostawiałam za sobą kałuże, siady deszczu, który kapał z mojej bawełnianej sukienki, z moich 
podartych bucików, szłam dumna ze swojego ubóstwa, z tej swojej nędzy, z tego swojego 
przemoknięcia, widziałam, że znowu jestem taka, jaka byłam. Staruszki udawały, że czytają, że 
zawiązują sobie tasiemki przy fartuchach, że są pogrążone w rzekomych rozmowach, abym tylko 
przeszła i nie musiały na mnie spojrzeć. A ja wiedziałam, że jak tylko się oddalę, znów będą na 
mnie patrzeć, będą na mnie patrzeć ze złością, tak jak kiedyś, gdy przejeżdżałam na rowerze 
pozostawiając za sobą zawistne kobiece oczy, oczy, które mi zazdroszczą...
Trzej świadkowie i znawcy dawnych czasów siedzący pod skrzynką radiofonii przewodowej, 
spostrzegłszy mnie taką przemoczoną do suchej nitki, wskazali mi krzesło koło kaloryfera, zacierali 
ręce i patrzyli na mnie, jakbym była młodą dziewczyną, tak jakoś ich inspirowałam, bo to, co 
mówili, mówili jakby tylko mnie, a ja czułam plecami gorące żeberka kaloryfera i spadające z góry 
Skarby świata całego, przejmujące skarby, które spadały i dodawały głosom trzech świadków i 
znawców dawnych czasów strzępiastych, stęsknionych, zakochanych tonów. A na suficie falował 
fresk przedstawiający fauna porywającego nimfę, oczy fauna były pijane żądzą, był nagi, w 
płachcie niósł owoce, nimfa zaś była pewna siebie i rozkoszowała się tym, jak na fauna działa, jak 
hipnotyzuje go jej naga sylwetka akrobatki. . •••• . - ,.

64
A ja widziałam, że ci trzej znawcy i świadkowie dawnych czasów nie mają już sobie nic do 
powiedzenia, że wszystko sobie powiedzieli, że czekają na mnie, aby pokrzepić się i przedstawić 
mi potem wszystko to najpiękniejsze, o czym wiedzą...
Pan Otokar Rykr podniósł się i wskazał w dół, gdzie stary cmentarz błyszczał i lśnił marmurowymi 
nagrobkami, złotymi krzyżami, i zaczął z zapałem:
— Musi pani wiedzieć, że tam wyryte są w kamieniu nazwiska wszystkich sławnych obywateli, 
każdy może je przeczytać, ale nikt nie wie, że bez przydomków nikt by się w tych zmarłych nie 
połapał. I tak Czerwonka-Parasolka miał to do zawdzięczenia swojej ukochanej ze wsi, którą 
obdarował parasolką, nosiła ją ku jego czci udając się do miasteczka, parasolkę zawsze otwartą, 
bez względu na to, czy padał deszcz, czy była piękna pogoda. Czerwonka-Okoń, spoglądający na 
świat wielkimi bladymi oczyma, jakby rybimi. Czerwonka-Kośla-wiec, stąpający po ziemi 
ojczystej swoimi wielkimi stopami. Cierpiący na raz po raz pojawiający się liszaj we włosach i 
drapiący się Czerwonka nie uchronił się przed drwiną — Czochraj! Czerwonka-Wełna chlubił się 
gęstymi kędzierzawymi włosami. Niewiele radości miał ze swojego nazwiska szczupły i wysoki 
Czerwonka-Chart. Do tej gromadki należał też ekonom, Czerwonka-Dandys, podstarzały kawaler, 
światowiec, zawsze w dobrym humorze. Jego bratu po jakimś finansowym krachu lud miejski 
nadał przezwisko — Bankrut. Inny Czer-wonka-Cygaro miał młodo zmarłego syna Franciszka-
Posie-kam. Był tu jeszcze krupiarz — Pocićsięraczył, Czerwonka-Untergleichen i Czerwonka-
Górny... Za Czerwonkami nie pozostawał daleko w tyle ród Dłubaczów. Najbogatszy z nich znany 
był jako Dukatowy. Inny był emerytowanym wojskowym, syn Dłubacza-Wieprzka, recte Wiepfka, 
rzeźnika, po którym i jego córka odziedziczyła niewłaściwą wymowę głosek ż i s i wyśpiewywała 

background image

na chórze hofanna zamiast hosanna! Nie udało mi się ustalić, skąd się wzięły przydomki Dłubacza-
Wszarza i Dłubacza-Stawinogi. Wybitnym działaczem „Soko-

65
ła” był Dłubacz-Hrabiątko, który, przemawiając raz nad grobem w tysiąc osiemset 
siedemdziesiątym dziewiątym w Koli-nie, zawołał na koniec: „Niech jego prochy żyją miedzy 
nami!”. Postawny rzeźnik Dłubacz miał przezwisko: Dupiasty. Wotawowie nie mogli równać się 
liczebnością z dwoma poprzednimi rodami. Na uwagę spośród nich zasługuje kupiec Ignacy 
Wotawa-Pajacyk, przydomek jego był widocznie wyprowadzony z jego imienia Ignacy, Pan Nać 
— Pajac — Paja-cyk, bądź też z jego sprawiającej wrażenie pajacyka figurki. Przy ulicy Palackiego 
miał piekarnie Antoni Wotawa-Muzy-kant, miłośnik muzyki i śpiewu, rozpisywał śpiewakom nuty. 
Przy ulicy Świetojerskiej gospodarzył inny Wotawa z przydomkiem Przeklętnik, a to ze względu 
na powtarzane przezeń często przysłowie: „Przeklęte babskie spódnice!”. Dla jednego z 
Wohańków, garbarza z Wielkich Wałów, jego zajęcie stało się powodem przezwiska — Lederer. 
Inny, krupiarz z ulicy Palackiego, nazywany był Wohańką-Laudonem. Także dwóch zamożnych 
Zedrychów lud ochrzcił po swojemu. Jan Zedrych, właściciel narożnego domu, zwany był 
Narożnym, jego bratanek — Wincenty Zedrych — Bubim. Niewielkiego wzrostu, utykający 
odrobinę na jedną nogę Nóżka-Theer sprzedawał po gospodach różne smakołyki. Jako namiętny 
hazardzista wygrał pewnego razu na loterii najwyższą nagrodę. Uradowany kupił prosię, które 
natychmiast wraz z rodziną spałaszował. Z dwóch sióstr Taubicówien, mieszkających przy ulicy 
Palackiego, jedna mogła się poszczycić wspaniałym warkoczem. Podczas tańca prosiła tancerzy, 
żeby jej przytrzymywali huśtający się warkocz. Stąd — panna Taubicówna-Potrzymajmiwarkocz. 
Pod przezwiskiem Kładka znana była gospodyni Jana Zedrycha—Narożnego. Brzytwą nazywali 
ludzie ukochaną małżonkę Nóżki-Theera ze względu na jej ostry języczek, zaś gospodyni 
Czerwonki-Dandysa, stara panna, która sprzedawała kiedyś w sklepie, znana była jako Janka-
Sklepowa. Autorem wielu przezwisk był właściciel folwarku na Załabiu Muspek czy Mo-stpek... 
— opowiadał pan Otokar Rykr i patrzył mi w oczy, a ja

66
widziałam, że jest młody, tak się tym opowiadaniem odmłodził, że zupełnie stał się podobny do 
sylena, co nagi tańczył i unosił w górę nagą nimfę, jakby pan Rykr spadł na fotel z fresku, który 
falował na suficie.
Pan Karol Wyborny, stary znawca i świadek złotych czasów, drżał z niecierpliwości, kiedy więc 
pan Otokar skończył swoją opowieść, położył mi poufale rękę na ramieniu i podjął z upodobaniem:
— Babcia Pospiszylowa, z domu Hulikówna, dziewięćdziesięcioletnia, tak oto opowiadała o 
rodzinie Boleniów: W jej czasach Boleniowie mieli sześcioro dzieci. Jedna z córek wyszła za 
Franciszka Dłubacza, druga — za Czerwonkę, trzecia — za Antoniego Hulika, ta jednak wkrótce 
umarła, tuż po ślubie, i został po niej chłopczyk, Franciszek, ojciec babci Pospi-szylowej, i on 
wziął sobie za żonę Ludmiłę Czerwonkównę, ale chłopiec — Wojciech Boleń — został starym 
kawalerem i mieszkał u Czerwonków, rodziców ekonoma Dandysa-Czerwonki. Weronika, która 
mieszkała przy Starej Rybiarni, naprzeciwko Wyspy... była to stara panna, świetnie się umiała 
posługiwać fuzją i stale pływała po Labie w wielkiej łodzi. Po jej śmierci Starą Rybiarnię 
odziedziczył Franciszek Hulik. Ostatnią z rodziny Boleniów była Basieńka, mieszkała przy 
kościele, mniej więcej w tym miejscu, gdzie znajdował się dom pana Netuszila, i dom ten 
ofiarowała ojcu babci Pospiszylowej — Franciszkowi Huli-kowi, a potem przeprowadziła się do 
niego, do Starej Rybiarni. Matkę babci Pospiszylowej bardzo lubiła i zdradzała jej tajemnice 
rodzinne, że królowa angielska Anna Boleyn była nieszczęśliwa w małżeństwie i uciekła ze swoim 
kochankiem do naszego miasteczka. Miała dziecko, którego czepeczek i kołderka trafiły do rąk 
Dandysa-Czerwonki, i mówiło się, że Dandys oddał te rzeczy do muzeum, ale babcia ich tam nie 

background image

znalazła. Spadkobiercą Dandysa był jego prabratanek Franciszek Czerwonka, czepeczek i kołderka 
mogą znajdować się w jego posiadaniu, ale nic bliższego nie wiadomo. Tyle babcia Pospiszylowa...

67
Pan Karol Wyborny skończył swoje opowiadanie, oczy miał zwrócone gdzieś tam za Łabę, w 
stronę Starej Rybiarni wznoszącej się na brzegu rzeki, oplecionej winoroślą i spowitej starymi 
bajdami. Pan Wyborny ściskał mi wierzch dłoni, czułam, jak szybko schnie mi sukienka, 
widziałam, jak na wysokości uszu unosi się para i zapach odrażającej bawełnianej kiecki. 
Deszczowa nawałnica runęła na okienne szyby, które spłynęły łzami, i miasteczko, gdzie zatrzymał 
się czas, tonęło w nawale ulewy, Skarby świata całego nadal wypełniały swoją niepowtarzalną 
melodią korytarze starego pałacu.
— Za moich lat dziecięcych — mówił cicho pan Otokar Rykr — Stara Rybiarnia stała już pusta. 
Od niepamiętnych czasów w Starej Rybiarni mieszkała rodzina Boleniów, która utrzymywała się z 
rybołówstwa. Miała odpowiednie nazwisko, jako że boleń to znana ryba z rodziny karpiowatych... 
Wszyscy z rodu Boleniów byli ponoć wysokiego wzrostu, o niebieskich oczach i płowych włosach, 
skądinąd małomówni i stale zachmurzeni... Wieść głosi, że dawnymi laty, kiedy w Starej Rybiarni 
mieszkali rybacy pochodzący z naszego miasteczka, do brzegu koło Rybiarni przybiła w nocy łódź, 
z której wysiedli nieznani ludzie mówiący łamaną czeszczyzną i oddali rybakom na wychowanie 
niemowlę, ofiarując im za dobre chęci poważną nagrodę. Niemowlę miało ponoć jak na owe czasy 
wykwintną bieliznę, wyszywany srebrem czepeczek i było podobno owinięte w poduszkę 
wyszywaną złotem. Poduszka, bielizna i czepeczek niemowlęcia przetrwały jakoby do dziś dnia w 
jednej z rodzin mieszczańskich, prawdopodobnie Czerwonków. Tak oto przybył ponoć do 
miasteczka, gdzie zatrzymał się czas, pierwszy Boleń. Moja babcia opisywała Weronkę 
Boleniównę jako rosłą, tęgą starą kobietę, która nieustannie pływała łodzią po Łabie i zawsze 
nosiła z sobą fuzję i kosę. Z ludźmi stykała się rzadko, a po jej śmierci Stara Rybiarnia 
opustoszała...
Spoglądaliśmy wszyscy na szyby okienne, po których strumyczkami spływał deszcz, wielka 
kałuża, która wyciekła z moich bucików, wyschła, z mojej sukni unosiła się para, aleja by-

68
łam przejęta obrazem starej kobiety, Weroniki Boleniówny, która nieustannie pływała łodzią po 
Łabie i zawsze nosiła z sobą fuzję i kosę.
Pan Wacław Korzonek rozmarzył się.
— Ja urodziłem się przy Wielkich Wałach pod numerem dwieście czterdzieści siedem, w izbie 
czeladnej u Zedrychów. Dziadek był stangretem u Zedrychów i zapalonym członkiem kółka byłych 
wojskowych, jak wtedy się mówiło: weteranów. W wojsku służył przez dziewięć lat w pułku 
ułanów... Mój ojciec często o nim opowiadał. Zapamiętałem sobie tę oto przygodę... Działo się to 
po dwudziestym czwartym czerwca tysiąc osiemset pięćdziesiątego dziewiątego roku, kiedy 
wojska austriackie po przegranej bitwie pod Solferino wycofywały się w stronę Werony i gdzieś 
tam podczas wielkiego upału stał nad niewielką rzeką żołnierz na warcie. Nigdzie nic się nawet nie 
poruszyło, a powietrze drżało od żaru. Żołnierz już od dłuższego czasu myślał, jak by to było 
dobrze ochłodzić się trochę w wodzie. Rozejrzał się na wszystkie strony, w mgnieniu oka zrzucił z 
siebie mundur i wbiegł do wody. Pluskał się z rozkoszą, aż tu nagle usłyszał rżenie koni. Wybiegł z 
wody i stanął nad kupką swoich rzeczy, ale w tejże samej chwili ujrzał nadjeżdżającą zboczem 
kawalkadę oficerów na koniach. Schwycił czako, ładownicę i karabin i, tak jak stał, oddał należne 
honory orszakowi samego naczelnego dowódcy, hrabiego Gyulaia. Wódz zatrzymał się, a wraz z 
nim cały orszak, i wszyscy ze zdziwieniem patrzyli na nagiego żołnierza. Widzieli na pierwszy rzut 
oka, że wartownik kąpał się, a podczas wojny jedyną karą za to przewinienie była kara śmierci... 

background image

Wódz po chwili namysłu powiedział: „Wybaczymy mu łaskawie, albowiem nie stracił głowy i 
pierwszą rzeczą, po jaką sięgnął, był oręż”...
Znawca i świadek dawnych czasów pan Korzonek zakończył z goryczą i przygładzał sobie ciągle te 
swoje jasne włosy, które podnosiły mu się nieustannie, deszcz bębnił w szyby okien i w powietrzu 
krążyły wciąż liście i przylepiały się do szyb, do posągów, kiedy byłam w pałacowym parku, 
wszystkie
69
mokre posągi oblepione były liśćmi osik i czerwonych dębów, nie słabnący łagodny wiatr dął z 
południa, aż skądś z Libii dął ten nie słabnący powiew, który przynosił także głęboką depresję, 
barometr spadł tak nisko, że przez całą noc siostrzyczki były na nogach, roznosząc uspokajające 
leki i robiąc zastrzyki, a w pokoju hrabiny Szporkowej na wszystkich czterech łóżkach siatki 
zakrywały cztery rencistki, staruszki, które od dziesiątków lat cierpiały na skutek zmian ciśnienia 
barometrycznego, a teraz, kiedy nadchodził ten ciepły i suchy górski wiatr, ten łagodny wiatr 
gdzieś aż z Libii, bolała je cała dusza, tak że nie chciały już żyć. Tak jakoś cały ten pałac wydawał 
mi się niczym pijany, niektórzy renciści woleli w ogóle nie wstawać, ci odważniej si snuli się po 
korytarzach, zataczali się, musieli nieustannie przytrzymywać się ścian i poręczy, ten wiatr wiał 
poprzez cały pałac i unosił włosy panu Korzonkowi, ten wiatr nadchodził falami, przez chwilę 
wydawało się, że już ustał, ale ni stąd, ni zowąd zrywał się i ciągnął ponad krajem z nie słabnącym 
naporem, przenikając przez dach i przez szpary w oknach, i przez drzwi, tak że firanki ze stylonu 
unosiły się, jakby je ujmowały niewidzialne ręce druhen, kiedy krocząc w orszaku ślubnym wnoszą 
do kościoła tren panny młodej...
Trzej znawcy i świadkowie dawnych czasów...
Teraz, kiedy wiatr unosił wszystkie te dziecinne kaftaniki i robione szydełkiem sliniaczki, kiedy 
unosił je na stolikach, i w ogóle cała ta dziecinna bielizna uniosła się nagle, jakby ją wciągał 
umieszczony gdzieś pod sufitem odkurzacz, uniosły się te koronki i sznurki przytrzymujące 
dziecinne rękawiczki, przez chwilę grały na stolikach śmieszne kukiełkowe przedstawienie, a 
potem legły z powrotem...
— To wieje halny z Austrii i Bawarii — mówił pan Otokar Rykr. — Założę się, że w Wiedniu i 
Monachium dziesiątki ludzi nie wytrzymają tego naporu wiatru i popełnią samobójstwo. To jest ten 
halny, który wieje także nad południowymi Morawami, jak to jest w piosence: „Wieje wiater od 
Buchlowa...”. Wieczorem winiarz jest wesoły, a rankiem znajdują go powieszone-
70
t
go, bo nie wytrzymał tak jak dziesiątki ludzi tego naporu halnego...
Stary znawca i świadek dawnych czasów mówił:
— To jest ten wiatr, który przyniósł w nasze strony diuny, ów sypki piasek z libijskich pustyń, ten 
wiatr najbardziej oddziaływa w okolicach, gdzie jest wapień. Takie Monachium całe leży na 
wapieniu, to ogromna misa wapienia, a ten wiatr nadchodzi w maju, a potem w październiku i 
znowu w lutym, całe miasto, cały kraj musi pić, w maju wszystkie browary odczopo-wują beczki 
„Maibock”, w październiku Bawarczycy przez cały tydzień bronią się przed halnym w ten sposób, 
że tańczą i chleją piwo, a w lutym rozpalają w namiotach ogromne piece i tysiące ludzi święci 
karnawał, ale tak naprawdę to oszołamiają się piwem, żeby nie popełnić samobójstwa. Jedyna rada 
na halny to wyjazd w okolice, gdzie są granitowe góry i wzgórza. Ratyzbona...
Pan Wyborny skończył, pan Korzonek zaś oburącz przygładził nieposłuszne włosy.
— Ja kiedyś umrę na ten wiatr — powiedział. — Tak mi niedobrze, jakbym całą noc hulał, całą 
noc pił winiak na przemian z piwem i palił jedno cygaro za drugim albo zaciągał się wirginią. Po 

background image

halnym boli nie tylko całe ciało, ale cała dusza. Serce mam gdzieś w gardle i nie wierzę, że 
wytrzymam do rana. Tylko że ja już to mam, ja wiem o tym, ja leczę się tak, że każdego ranka 
spoglądam na barometr i w zależności od ciśnienia wiem, jak się będę czuł. Ale najgorzej, jak 
barometr wskazuje piękną pogodę, a tu pada deszcz... Jeśli zderzą się dwa frontalne zaburzenia i 
jedno pokrywa drugie... Ja wiem, że dziś wszystkie szpitale w Pradze, w całym kraju będą mieć, 
może już mają wysoką śmiertelność. A jutro przeczytajcie kronikę wypadków... W Katalonii ten 
wiatr, który wieje znad Balearów, nazywają mediteranem, wieje on nad krajem przez cały tydzień i 
nawet młodzi na odludziu nie wytrzymują tego parcia na duszę i szaleją albo z zasady wieszają się. 
Panuje tam taki zwyczaj, że ścina się drzewo wraz z wisielcem. W zeszłym roku do-
71
l
stałem list od przyjaciela, który pisał, że wezwano go, żeby stwierdził zgon powieszonej młodej 
dziewczyny... Przy trupie zastał matkę tonącą we łzach, próbował ją pocieszać: „Ma pani przecież 
jeszcze dwie córki”. Ale krewni, którzy właśnie ścięli ogromne drzewo, wszyscy krewni stojący w 
krąg drzewa, co padło na ziemie wraz z powieszoną, krzyczeli z matką: „Ależ ona się nam 
powiesiła na naszej najpiękniejszej jabłoni, która dawała dwadzieścia wiader renet!...”.
Oto co powiedział pan Korzonek, a jego włosy uniosły się jakby ze zgrozy, zupełnie tak jak na 
stolikach, nad którymi wisiał napis:
CO ZROBIŁY NASZE PENSJONARIUSZKI cała ta rozłożona bielizna uniosła się i najeżyła z 
przerażenia łagodnym wiatrem, który wiał przez pałac hrabiego Szporka, wiatrem, który nad 
Alpami dotarł tu aż z Libii.
Z kuchni rozległy się mocne uderzenia w gong: bim-bam, bim-bam. Czas iść na obiad, ale już na 
korytarzach widać było, że z górą połowa rencistów została w łóżkach, bo większość 
pensjonariuszy już na pół godziny przed obiadem zwykła była stać przed drzwiami wiodącymi do 
dawnej jadalni pana hrabiego, renciści wciąż od nowa czytali jadłospis, czytanie to wzmagało coraz 
bardziej ich apetyt, męczyło ich przeczucie, iż trafi się im najmniejsza porcja albo że mięso będzie 
twarde, przez całe pół godziny debatowali przed zamkniętymi drzwiami jadalni i, nie wiadomo już 
który z kolei raz, opowiadali sobie o swoich ulubionych potrawach, jakie dawno przyrządzała im 
matka, potrawach, jakich nie mogą zapomnieć, opowiadali o swoich przyjęciach i świniobiciach, o 
świętomarcińskich gęsiach podczas odpustów, o potrawach wielkanocnych i bożonarodzeniowych, 
jakich do dziś’ dnia nie mogą zapomnieć... To wszystko opowiadali sobie przed zamkniętymi 
drzwiami jadalni, aby tylko nie musieli myśleć o swoim obecnym straszliwym głodzie...
Jednakże dziś’ już drugi dzień z kolei wiał halny, już drugi dzień drzwi jadalni stały otworem i z 
rzadka wchodził tam jakiś’ znękany rencista, wzdychał słodko i runąwszy raczej niż
usiadłszy na krześle, potrącał łokciem talerz, który dzwonił o sztućce...
Aby w sobotę i niedzielę nie siedzieć z konieczności w domu, Franci najchętniej montował. 
Montował tylko dlatego, aby nie być zmuszonym do siedzenia w domu, co sobotę umawiał się 
najchętniej z robotnikami z browaru albo zupełnie zwyczajnymi obywatelami, których spotkał w 
miasteczku. I rozmontowywał motocykl, później samochód, cały silnik, żeby po północy zacząć go 
znów składać, „dawać do kupy”, starał się każdego swojego pomocnika wtajemniczyć w urodę i 
wdzięki silnika, z zapałem wymieniał nazwy wszystkich części, robotnicy słuchali z szacunkiem, 
ale duchem każdy z tych pomocników był gdzie indziej, w domu, w gospodzie, każdy postanawiał 
sobie, że montuje po raz ostatni, tak więc Franci z ogromną satysfakcją wykorzystał rzeczywiście 
wszystkich mielcarzy, wszystkich bednarzy, wszystkich prostych i ufnych ludzi miasteczka, nie 
znosił ludzi, którzy czytali, którzy coś w mieście znaczyli.
Jednakże dopiero tu, w domu starców, domyśliłam się istoty rzeczy, że właściwie tym 
montowaniem Franci uciekał przede mną, bardzo mnie kochał, ilekroć spojrzałam na niego i 

background image

uśmiechnęłam się, stawał w pąsach aż po korzonki swoich pięknych włosów, tracił przeze mnie 
siły, pokorniał, stawał się niebożątkiem i drżał ze strachu, czy aby nie uśmiecham się tak samo do 
innych mężczyzn i że z całą pewnością wszyscy się we mnie zakochają tak jak on. A on pragnął 
rzeczy niemożliwej: żebym należała tylko do niego, żeby nie musiał się z nikim innym dzielić 
moimi uśmiechami, moimi oczyma, moimi włosami, moimi słowami. Dopiero teraz, kiedy 
wyrwano mi zęby, zrozumiałam, że byłam dla niego boginią, że byłam ponad jego siły, nigdy nie 
potrafił być wobec mnie ordynarny, właściwie to
72
73
nigdy nie mógł podnieść na mnie oczu, nigdy nie wytrzymywał mojego spojrzenia, opuszczał 
wzrok, kręcił młynka palcami i pod pozorem, że idzie po węgiel, wychodził na dziedziniec 
browaru, aby dojść do siebie na świeżym powietrzu, długo nabierał do wiaderek węgiel z 
ogromnych pryzm przy slodowni, by potem, wróciwszy, dokładać do pieca i w ogóle udawać, że 
coś robi, byle tylko nie musiał na mnie patrzeć oko w oko, a jeśli nawet, to spoglądał na mnie tylko 
wówczas, gdy czytałam, gdy prasowałam. Najchętniej pomagał mi wyciągać prześcieradła i 
poszwy, skropione wodą rozpryskiwaną moimi palcami niczym wodą z kropielnicy, braliśmy 
każde po dwa rogi prześcieradła, marszczyliśmy je w dłoniach, po czym wyciągaliśmy, jakbyśmy 
chcieli to prześcieradło rozedrzeć, a potem nadchodziło to najpiękniejsze: rozpościerajmy stojąc 
naprzeciwko siebie to ogromne prześcieradło w palcach i śmiesznymi kroczkami ruszaliśmy 
biegiem ku sobie, dotykaliśmy się rogami prześcieradła i palcami, ja przejmowałam rogi z jego 
palców, Franci był zawsze tak szczęśliwy, drobnymi kroczkami dreptał do mnie, a potem zastygał 
w tanecznym kroku z jedną nogą uniesioną i śmiał się, i żałował, że jedno prześcieradło za drugim, 
jedną poszwę za drugą, jedną poszewkę na poduszkę za drugą układam w ogromnym koszu na 
bieliznę, do którego w lecie zrywaliśmy owoce, dziesiątki tych koszy jabłek i gruszek z 
browarnianego sadu...
Jedynie wówczas, kiedy skończyliśmy, jedynie wtedy spoglądał na mnie, patrzył na mnie długo, 
łączyła nas jakoś ta bielizna pościelowa, jakoś w tych szczęśliwych chwilach rozumieliśmy się 
nawzajem...
A kiedy montował w soboty i niedzielne przedpołudnia, zawsze ożywiał się, piękniał jakoś i 
szlachetniał w te noce z popołudniem i przedpołudniem, podczas gdy jego pomocnik był blady i 
miał sińce pod oczami, i zataczał się, Franci prostował plecy i uszczęśliwiony oddychał lekko, 
czasami, gdy dokręcał śruby i muterki, ocierał sobie naskórek na palcach; czasami nawet zdzierał 
sobie kawałek skóry, wisiała mu z palca, ale Franci

74
w takich chwilach machał tylko ręką, urywał kawałek tej skóry i pracował dalej. Dopiero kiedy 
wracał do domu, już z daleka widziałam, jak niesie mi ten bolący palec, gdy usiadł i spojrzał na 
palec, bladł, bandażował sobie palec i pokazywał go każdemu, a nawet musiał się położyć, 
owinięty palec sterczał w półmroku na łóżku, a Franci jęczał, kwękał, żegnał się ze mną, błagał 
mnie, żebym go — gdyby umarł — pochowała na cmentarzu w rodzinnej wiosce w Konicy. 
Czasami nawet rzeczywiście przychodził pan doktor Gruntorad, Francinowi wkradało się do ranki 
na palcu zakażenie, groziła mu gangrena, pan doktor brał nożyczki, aby naciąć mu palec i 
opuchliznę... A Franci lamentował i wołał:
— Na miłość boską, panie doktorze, niech pan zrobi coś z tym palcem, ja umieram, niech pan coś 
robi, na Boga!
A potem doktor musiał z nim walczyć, Franci nie znosił dotyku nożyczek, doktor musiał go 
powalić i leżeć na nim na jego łóżku, a pan doktor, ponieważ był za Austrii lekarzem wojskowym, 
wrzeszczał na Francina:

background image

— I to się nazywa austriacki żołnierz?! I taki się chwali, że za Austrii służył w pułku ułanów?!!!
A Franci nadal z nim walczył, bił, nie zważając, głowa, nie głowa, i krzyczał:
— Nigdy jeszcze nikogo na świecie nic tak nie bolało, jak mnie boli L.
I tłumaczył, że boli go nie tylko całe ciało, ale i cała dusza, że za chwilę umrze, żebyśmy wszyscy 
uklękli, to nas pobłogosławi...
Ale pan doktor wołał naszą służącą, Andzię z Budziecka, tę, która wszędzie, nawet do kina, 
chodziła z siekierą... Zjawiała się, odkładała siekierę i chwytała Francina, a kiedy uśmiechnęła się 
do niego i on zobaczył ten jej jedyny ząb, zaczynał drżeć na całym ciele i słabnął, tak że pan doktor 
mógł mu zoperować ten ropiejący palec... Franci mdlał. A kiedy Andzia od nas odeszła, to jak 
Franci potrzebował pomocy lekarskiej, pan doktor Gruntorad przywoził w bryczce swoją służącą, 
która była je-

75
szcze potężniejsza niż nasza Andzia, i kiedy ją Franci zobaczył, od razu tracił przytomność i pan 
doktor musiał go leczyć na le-żąco.
A potem już jako rekonwalescent jeździł Franci po miasteczku, gdzie zatrzymał się czas, 
przystawał na pogawędkę z każdym przechodniem, pokazywał mu swój obandażowany palec i 
krzywiąc się, opowiadał, i na nowo przeżywał ten swój największy ból w środkowej Europie, ten, 
który przecierpiał on, Franci, kierownik browaru, i który umiejscowił się w tym oto palcu. Nawet 
ludziom, co mieli raka albo brakowało im ręki czy nogi, nawet im Franci opowiadał i użalał się nad 
samym sobą twierdząc, że ci bez nóg albo rąk, ci chorzy na raka, że oni nie cierpią właściwie na 
żadną chorobę, ale ten ból w palcu — i pchał im przed oczy bandaż — to największy ból na północ 
od Alp, ból, jaki spotkał dawnego ułana, żołnierza austriackiego, który się nigdy niczego nie bał i 
nawet bać się nie śmiał...
Kiedy Franci chorował na grypę, na anginę, rozpalał aż do czerwoności wysoki piec, ja zaś 
musiałam koło niego biegać i okręcać go mokrymi prześcieradłami, a potem leżał, musieliśmy 
codziennie klękać przy jego przesuwającym się łóżku, a on błogosławił nam, pisał i dyktował 
testament, czasami stał za piecem i pocił się, tak że się niemal poparzył, po czym się nagle 
zamyślał, gorączka go niespodziewanie opuszczała, ubierał się i z wyrazem twarzy człowieka, 
który o czymś istotnym zapomniał, wychodził na dziedziniec, szedł do garażu, podnosił maskę i ni 
stąd, ni zowąd był zdrowy, i rozbierał gaźnik albo jakąś inną część, po browarze hulał wiatr, Franci 
montował, z kropelką na czubku nosa, i wróciwszy po pięciu godzinach oświadczał, że już jest 
zdrowy...
W głębokiej zadumie szłam od posągu do posągu, piasek pałacowego parku chrzęścił mi pod 
bucikami niczym świeży śnieg, minęłam wszystkie miesiące, które wyrzeźbiły w piaskowcu ręce 
artystów, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że idę, do tego stopnia jednoczyłam się z nagimi 
mężczyznami niosącymi dzika, z młodym myśliwym, którego kapelusz

76
o trzech rogach rysował się na tle błękitnego nieba nakrapiane-go białymi chmurkami, 
przeżywałam życie wszystkich tych nagich kobiet, Maj, Czerwiec, Lipiec, Sierpień, posągi, które 
miały taką siłę, że wywoływały we mnie wspomnienia o Francinie, o browarze, o naszych 
służących.
Naprawdę to chyba najbardziej lubiłam tę naszą Andzię z Budziecka, która była szczera i dzielna i 
która służyła u nas tyle lat. Jednakże raz do roku upijała się piwem, przychodziła sobie niby nic z 
browaru, gdzie piła z siłaczami mocne piwo, oczy jej błyszczały z zachwytu, a kiedy usiadła, 
mówiła o tym, że kiedyś wszystko to się zmieni, że kiedyś nie będzie służących i nie będzie panów, 

background image

i że nie będzie żebraków, i nie będzie ludzi poniżonych i wzgardzonych, ale wszyscy ludzie będą 
równi, po czym podnosiła się z włosami sczesanymi palcami do tyłu, Andzia lubiła strzyc się jak 
mężczyźni, po chwili zaś znowu siadała i dalej mówiła o tym, i nadal płonęły jej oczy, a ja się 
śmiałam, ale w końcu to właśnie Andzia miała rację, bo służących już nie ma.
Szłam ścieżką albo po schodach z piaskowca, z góry pałacu, z tarasu słychać było mlaskanie kart i 
rozlegało się wołanie graczy, zwycięski okrzyk, dwie rencistki w sukienkach w kwiaty kołysały się, 
wspierały się na laseczkach i wolno przesuwały swoje ogromne cielska po ścieżce, ciągnąc za sobą 
piasek nieruchomymi trzewikami.
To dobrze, że nie ma już służących, tak jakoś o nich zapomniałam. Przychodziły z wiklinowym 
koszykiem z wsuniętym z boku parasolem, zawsze pochodziły skądś z gór, ze Słowacji. Zawsze 
były młodziutkie, ledwie dwudziestoletnie, wstydziły się te dziewczęta, a mimo to musiały spać w 
kuchni, przez którą wieczorem i w nocy przechodziliśmy do sieni, idąc zaś z dworu, zanim 
weszliśmy do pokojów, musieliśmy przejść przez kuchnię, kiedy przychodzili goście, dziewczęta 
siedziały przy stole w kuchni i nie ośmielały się spać, siedziały więc udając, że czytają, chociaż 
mogły się położyć na składanym łóżeczku, ale były to dziewczęta tak młode, że wstydziły się, iż 
mógłby je

77
ktoś zobaczyć, jak tak śpią z rozrzuconymi rękoma i nogami i pozwalają snom unosić się w lepszy 
świat niż ten, w którym żyły.
To dobrze, że te służące odeszły wraz z dawnymi złotymi czasami, dopiero tu, w domu starców, 
myślę o nich, wspominając tamte czasy. Jest mi odrobinę wstyd i smutno za siebie. Te dziewczęta 
pracowały przez cały miesiąc i otrzymywały za to mieszkanie i wikt oraz sto pięćdziesiąt koron, 
mieszkały w kuchni i jeśli ktoś przychodził o dziewiątej, dziesiątej wieczorem, te dziewczyny 
grzecznie wstawały i dopiero kiedy my szliśmy spać, rozciągały takie dziwne łóżko, które w ciągu 
dnia stanowiło stół, było to łóżko, które rozsuwało się jak pudełko od zapałek, wąziutkie, tak że 
spać się na nim musiało w wyprostowanej pozycji... ciągle te dziewczyny przykładały do pieców, 
sprzątały pokoje, karmiły prosięta i kozy, ja także je karmiłam, ale tylko czasami, tylko wtedy 
kiedy chciałam pokazać, że ja to także potrafię... Wszystkie nasze służące w ciągu dwudziestu z 
górą lat, jak tylko dostawały prezenty na Boże Narodzenie, zawsze w styczniu otrzymywały 
telegram ze swojej rodzinnej wioski i ojciec, matka, brat naszej służącej wzywał, żeby wracała do 
domu, bo ktoś z rodziny umiera... a więc pakowały znów ten swój wiklinowy koszyk, wkładały doń 
parasol i z pełnym zażenowania uśmiechem podawały mi rękę, kolana się pod nimi uginały, 
dziewczęta czerwieniły się i wracały do domu, żebym w lutym musiała szukać sobie nowej 
służącej...
Trzy lata wytrwała u nas jedynie Andzia z Budziecka, właściwie był to przebrany mężczyzna ta 
nasza Andzia, jeśli w browarze cokolwiek w nocy groziło zbrodnią, nasza Andzia musiała być przy 
tym, chwytała siekierę, przeczesywała krótko ostrzyżone włosy i mówiła:
— No to, łaskawa pani, idziemy!
I szła sama, boja się bałam, sama wystraszyła złodzieja, sama zabiła szczura tą siekierą, kiedy 
podgryzał jej od spodu tuczoną gąskę, sama kiedyś szła do kina i miała pod spódnicą na pętli tę 
siekierę, i po drodze nad Łabą ogłuszyła siekierą czło-

78
wieka, który napadł ją i nierozsądnie zażądał od niej pieniędzy albo życia. Miała tylko jeden ząb, 
śmiejąc się do rozpuku opowiadała, jak straciła wszystkie pozostałe zęby, u siebie w domu 
powoziła końmi i zajmowała się nimi, raz, kiedy siodłała konia, dała mu pięścią w bok, żeby koń 

background image

wypuścił powietrze i żeby ona mogła o jeszcze jedną dziurkę mocniej ścisnąć popręg, ale koń 
nabrał powietrza, a że ona trzymała koniec popręgu w zębach, żeby w tej samej chwili ściągnąć go 
o dziurkę, to koń odetchnąwszy nagle tak gwałtownie, wyrwał jej wszystkie zęby prócz tego 
jednego, który, kiedy się śmiała, sterczał jej złowieszczo z dziąsła... To dobrze, że te dziewczęta 
zniknęły, to dobrze, że ludzie nie służą już innym tak jak za dawnych czasów, przecież na samą 
myśl, że ja miałabym być służącą, umarłabym ze strachu, rzuciłabym się pod pociąg...
Jednakże Franci kochał te dziewczęta, a ja widziałam ich i słyszałam: te dziewczyny i jego. Lubił z 
nimi przesiadywać, Franci chętnie słuchał ich spowiedzi, wszystkie te dziewczyny los tak samo jak 
Francina doświadczył, bo jako chłopiec i młody mężczyzna Franci był niewiarygodnie biedny, na 
Boże Narodzenie mieli z braciszkiem Pepi choinkę obwieszoną jedynie jabłkami i ciasteczkami, na 
Wigilię mieli babkę i białą kawę. Franci cieszył się zawsze, ilekroć wieczorem szłam na próbę, bo 
siedzieli w kuchni twarzą w twarz: on i służąca, rozmawiali i jedno nie mogło się doczekać, kiedy 
to drugie wreszcie skończy. Franci zgadzał się ze wszystkim, co dziewczęta mówiły, a kiedy 
opowiadał o tym, jak uczył się na subiekta gdzieś w Humpolcu, to dziewczęta krzyczały ze 
wzburzenia, wstawały i głaskały Francina, a on z kolei głaskał je... Czasami, kiedy umyślnie 
wracałam wcześniej, zanim Franci mógł mi wyjść naprzeciw na most, patrzyłam z dziedzińca przez 
okno do kuchni, nasłuchiwałam, o czym tamtych dwoje tam rozmawia, i przekonywałam się, że 
właściwie jest to zupełnie jedno i to samo, co mówiła Andzia z Budziecka, kiedy w komorze 
piwnej nażłopa-ła się do syta wystałego piwa, a potem stała we wrotach i wymyślała mnie i 
Francinowi, krzyczała do nas, że policzone są

79
dni złotych pańskich czasów i że wkrótce wszystko będzie tak, jak się w końcu stało!... Słyszałam 
wtedy pod oknami, że właściwie to i Franci podzielał ten pogląd służących, ale ciągle bał się 
przemocy, myślał wciąż, że jeśli wszyscy będą tacy, jaki on był naprawdę, to ludzie i stosunki 
zmienią się same przez się, ot tak, tylko dzięki temu, że panowie się z tymi pozostałymi 
sprawiedliwiej podzielą... A kiedy wchodziłam do kuchni, wszystko się kończyło, Franci 
przestawał mówić, jąkał się i szedł spać, służąca stawała w pąsach i zaczynała słać łóżko.
A jednak Franci miał tajemnicę!
Co miesiąc znajdowałam w jego teczce tabliczkę czekolady, było na niej napisane: Chocolat au lait, 
za każdym razem owe tabliczki czekolady znikały, a ja nie wiedziałam, komu je Franci daje w 
prezencie... Kiedy służąca coś żuła, ni stąd, ni zowąd ściskałam jej usta zmuszając, by je otworzyła, 
ale za każdym razem żuła suszone jabłko albo skórkę od chleba, za każdym jednak razem te 
służące śmiały się ze mnie i za każdym razem nadal robiły wszystko, żebym je zmuszała do 
otwarcia ust, te dziewczyny zmagały się nawet ze mną, długo się ze mną biły, aby kiedym je 
wreszcie zmusiła do otwarcia ust, bez reszty już przekonana, że jest tam czekolada Chocolat au lait 
— przekonać się, że to znów suszone jabłko...
I tak nie dostawałam ani kawałka czekolady, która miesiąc w miesiąc znikała, która znikała rok w 
rok, a ja nie wiedziałam, nie wiem nawet teraz, tu, w domu starców, komu wówczas przez całe te 
lata Franci tę mleczną czekoladę dawał.
Pewnego razu wcześniej wróciłam z wieczornej próby, w oświetlonej piwnicy siedziała Andzia z 
Budziecka i kroiła jabłka dla kóz, światło w piwnicy zapalało się i gasło, służąca piszczała, 
otworzyłam po cichu drzwi: na korytarzu przy drzwiach do piwnicy stał Franci i na przemian to 
zapalał, to gasił światło, i śmiał się, i miał pełne usta czekolady marki Chocolat au lait, Andzia z 
Budziecka śmiała się tak głośno, że brzmiało to jak krzyk, Franci nadal gasił i zapalał żarówkę w 
piwnicy i krztusił się czekoladą, szczęśliwy i dziecinny... Po

background image

80
cichu wyszłam i wróciłam przed browar, chwilę chodziłam tam i z powrotem, aby nie psuć 
Francinowi radości, bo gdybym weszła i zaskoczyła ich, służąca zaczęłaby słać łóżko, a Francina 
nagle zaczęłoby boleć całe ciało, rozpaliłby w piecu i wlazł do łóżka, zażyłby proszki i za godzinę 
poprosiłby mnie, żebym uklękła, aby mógł się ze mną pożegnać, bo do rana chyba umrze...
Gdzież to się podziała ta moja służąca Andzia z Budziecka z jednym zębem? Teraz myślę, że tę 
czekoladę dostawała ona, tę Chocolat au lait...
Idę teraz ścieżką w pałacowym parku, jak to dobrze, że nie ma już służących, dwie rencistki w 
sukniach w kwiaty siedzą na ławeczce, nie widzę ich już, ale słyszę przez krzaki...
— Tak, tak — mówił głos jednej z nich — pod wieczór przyjedzie i w tej siatce ode mnie 
przywiezie urnę swojej córki...
Tłuste popiersie kobiety uniosło się.
— Jezu Chryste! — zawołała.
Idę dalej wzdłuż posągów, na które już nie zwracam uwagi, to dobrze, że nie ma już służących, że 
odeszły wraz ze złotymi czasami, to dobrze, że służących nie ma, dobrze, że ich nie ma...
Stoję teraz przed posągiem Zimy, na nagim ciele wynędzniałego starca wydyma się futrzana 
narzuta, unosząc się o dziesięć centymetrów od przemarzniętego ciała, jego futrzana czapa wznosi 
się na tle nieba niczym biskupia mitra, ale stary mężczyzna ogrzewa sobie palce nad płomyczkami, 
które buchają z dziurawego wiadra przytrzymywanego przez pyzatego amorka.
Dwie staruszki dalej ciągną za sobą swoje nieruchome nogi, teraz skręciły w tunel przystrzyżonych 
czerwonych buków, został po nich jedynie ślad w piasku, jakby ktoś wlókł obok siebie dwa worki z 
ziarnem, dwie nieżywe sarny.
— A to niespodzianka! — zawołał glos spośród czerwonego listowia. — Wobec tego pojedźcie 
kąpać się w Adriatyku! A drugi głos wykrzyknął rozdzierająco:
— Jezu Chryste!
81
8
Niektórzy renciści mieszkający w starym pałacu są nieustannie we władzy snu, półsnu, doktor stara 
się o to, aby tego snu było pod dostatkiem, aby zostało przytłumione wszystko to, co nazywa się 
świadomością. Siostrzyczki podsycają w miarę potrzeby ten półsen proszkami i zastrzykami, 
więcej, czuwają nieustannie, żeby nikt się zanadto nie budził. Wszyscy ci, którzy leżą, mają 
pieluszki jak dzieci, i to właśnie siostrzyczki, one dbają o wymianę pieluszek niczym młode matki, 
co chwila siostrzyczka biegnie, wynosząc do igelitowych pojemników cuchnące pieluszki, ciągle 
gdzieś cieknie woda, siostrzyczki myją ręce i każdego ranka zmieniają prześcieradła, całe stosy 
pomiętych prześcieradeł z żółtymi plamami, cuchnące stosy; przez otwarte okno wyrzuca się je na 
dziedziniec, na samochód ciężarowy, który odwozi je do pralni w dawnym klasztornym refektarzu, 
gdzie ongiś augustianie studiowali wszystko, co zostało napisane, i oddzielali te książki, których 
można używać, od tych, które są niebezpieczne, do sal biblioteki, gdzie znajdują się teraz pralnia i 
kotłownia...
Pokoje pełne są zapachu jak w izbie porodowej, zapachu pieluszek i niemowląt, położnic 
mozolących się nad porodem, ale tu w pałacu pod osłoną tych samych zapachów ludzie mozolą się 
niespiesznie, lecz nieuchronnie — nad śmiercią. Siostrzyczki podają pigułki i robią zastrzyki, aby 
droga chorych do śmierci stała się znośniej sza, aby zbyt wiele o niej nie wiedziano... Jak któraś ze 
staruszek budzi się i opiera na łokciach, i rozgląda się wokół siebie, i widzi swoją sytuację, 
natychmiast sama dzwoni, aby siostrzyczka przyszła i dała jej coś do picia i pigułkę, która 

background image

odepchnęłaby rzeczywistość, tak żeby bezsilna staruszka mogła się znów pogrążyć w marzeniach, 
w półśnie...
Zresztą większość rencistów, kiedy tak chodzą w pogodne dni po parku i po dziedzińcu, znajduje 
się także w półśnie, bo nie ma już dokąd iść, tylu ich stoi i spogląda na otwartą bramę, każdy 
mógłby iść, dokąd by chciał, dokąd by mógł, ale to jest

82
tak jak ze śpiewającymi ptaszkami, gdy zapomni się zamknąć druciane drzwiczki drucianej klatki, 
chodzą więc ci starzy ludzie tu i tam, czasami wybierają się do miasteczka, ale pośrodku alei 
zatrzymuje się im czas, tracą cel, nie ma powodu iść dalej, wobec tego wracają, nie chce się im już 
iść ani na piwo, ani na kawę, nie chcą oglądać gołębiego targu, otwartej cukierni, młodych ludzi, 
renciści wracają, otwarta ogromna brama z potężnymi zielonymi okuciami jest rozpostarta jak 
skrzydła Nike z Samotraki, jedno potężne uderzenie i rencista wraca, bo stary człowiek już 
naprawdę nie ma dokąd iść, a jeśli nawet, to wstecz, we wspomnienia, do serca życia, które ongiś 
było rzeczywistością zupełnie taką samą jak... co?
Lubiłam spotykać dwóch staruszków, którzy ruszali w nogę, równym krokiem, wesoło, obaj mieli 
laseczki i poruszały się one w rytm kroków jak wycieraczki samochodu, zresztą sami o tym 
wiedzieli, przemieniali się w dwa sprzężone ruchy wycieraczek i szli tak żartobliwym krokiem, i 
robili miny, wygłupiali się, wykrzywiali twarze w przedziwnych-grymasach rozweselając tym 
innych, co siedzieli i kreślili na piasku swoje monogramy, swoje bezmyślne linie towarzyszące 
rytmicznie ich nie dotyczącym niczego myślom...
Kochałam staruszka, któremu tak dokuczał chłód, że nawet w lecie nosił jesionkę, siadywał przed 
bramą i wytężając wzrok, wpatrywał się w aleję, w głąb, aż po sam kościół, gdzie zawsze było 
światło i słońce, gdzie kończyły się zwarte korony kasztanów, miał na sobie jesionkę i dwie 
rękawice o jednym palcu związane jedna z drugą sznureczkiem, który ciągnął się wewnątrz 
płaszcza przez ramiona i rękawy do rękawic, aby ich nie zgubił, tak jak matki robiły dzieciom, tak i 
jemu przygotowała to jego żona, kiedy go tu przywiozła...
Polubiłam staruszkę, która — kiedy w nocy nadpływały fale wiatru i wichura trzęsła całym 
pałacem, i łoskotała naderwanymi okiennicami — pakowała swoje co wartościowsze rzeczy i 
schodziła na dół, ubrana i przygotowana, z parasolką na walizce, z dowodem osobistym w 
załamanych rękach, była to sta-

83
rutka Niemka, która przed wojną mieszkała w Pecrze, kiedy przyszła ewakuacja, powiedziała: mam 
niemal trzydzieści lat, jestem starą panną, więc kiedy na określoną godzinę i dzień baba, która 
rządziła całą tą naszą osadą, miała ona tylko sześć domów, kiedy ta baba nakazała wyszorować 
wszystkie sześć stołów, na stołach poleciła położyć na serwetce świeży chleb i nóż, obok na 
talerzyku osełkę świeżego masła, potem zaś, kiedy ta starucha, która rządziła całą tą osadą w 
głębokim lesie za Pe-crem, rozkazała, żeby wszystkie sześć rodzin stało przed sześciu domkami, 
żeby każda matka miała najcenniejsze rzeczy związane w obrusie, a dokumenty i dowody osobiste 
w palcach, opowiadała mi bez wzruszenia ta Niemka, że już wówczas musiała słuchać tej 
Ohmamy, musiała jej jak wszyscy z tej osady przekazywać pieniądze i dopiero Ohmama dawała 
każdej rodzinie tyle, ile uważała, że jej potrzeba... I tak w południowych godzinach wówczas, w 
czterdziestym piątym roku, siedziało sześć rodzin przed zabudowaniami, w których wygasł pod 
kuchnią ogień, Ohmama nagle powzięła myśl i weszła do każdego domku i zatrzymała wszystkie 
zegary, i potem dopiero wyszła, przyjechali urzędnicy do spraw ewakuacji i Ohmama bez łzy w 
oku wsiadła do samochodu...

background image

— A potem ja uciekłam z wagonu — opowiadała ta stara Niemka — i zamieszkałam w 
Broumowie, pracując jako prządka w fabryce, a teraz jestem na emeryturze i raz na jakiś czas jadę 
popatrzeć na wąwóz tam, koło Pecru, nasze zabudowania to chaty, siedziałam na zboczu i młody 
mężczyzna zaprosił mnie, żebym weszła, żebym się nie bała, bo domyślił się wszystkiego, widząc, 
jak tak siedzę od rana do południa, żebym weszła do środka i wzięła sobie z pozostałych rzeczy to, 
co może jest moje, ale ja zaczerwieniłam się ze wstydu i uciekłam do lasu.
Oto co opowiadała mi ta Niemka, która, ilekroć skądś rozległ się huk, kiedy runął komin, kiedy 
wichura powaliła stary dąb, który waląc się ciężko, wstrząsnął pałacem, to wówczas ta Niemka 
pakowała swoje najcenniejsze rzeczy w stary obrus i zbiegała na dół, do westybulu, siadała pod 
starym zegarem

84
z wahadłem, trzymała w ręku dowód osobisty i czekała, że coś się wydarzy. W końcu, 
przestraszona, podnosiła się, otwierała oszkloną szafkę i zatrzymywała wahadło...
Kiedy wojna się skończyła, browar, którego Franci był kierownikiem, ten browar upaństwowiono, 
wszystkie akcje zostały sprzedane robotnikom, stryjaszek Pepi też miał trzy akcje i całymi dniami i 
nocami krzyczał na mnie i na Francina: „Ja teraz jezdem milionerem i milionerami są robotnicy”, 
stał na progu i wykrzykiwał wszystko, co miał przeciwko nam, wrzeszczał stryjaszek Pepi, że teraz 
jest panem on i robotnicy, że teraz nikt go nie będzie wykorzystywać, że teraz może zwolnić 
Francina i że on jest teraz milionerem, on, mielcarz i były szewc, że tylko od niego zależy, czy 
Franci nie będzie musiał smołować beczek, a w zimie kuć lodu na rzece, że teraz nas eksmituje i on 
będzie mieszkał w pięciu pokojach, a my pójdziemy gnieść się w izbie czeladnej, że teraz mamy tu 
radę zakładową i że ta rada zastąpiła dawną radę nadzorczą panów, że teraz robotnicy będą co 
miesiąc obradować w sali konferencyjnej przy ogromnym stole pokrytym zielonym suknem jak 
bilard... A ja byłam blada, stryjaszek zaś wrzeszczał i śmiał się, i potrząsał akcjami 
upaństwowionego browaru, kiedy zaś potem szłam przez miasto, spostrzegłam, że idę 
przygnębiona, podczas gdy kobiety z miasteczka, wszystkie te, które przez dwadzieścia pięć lat 
gnębiłam swoim uśmiechem i swoimi kreacjami z żurnala „Elegante Welt”, teraz one się 
uśmiechają, kiedy tak sobie idą, chełpią się, dumne są z tego, że browar należy do robotników i że 
rozchodzą się wieści, że wkrótce będziemy musieli się wyprowadzić, że nas eksmitują, że teraz w 
browarze będą mieszkać tylko ci, którzy rzeczywiście pracują. A kiedy wróciłam do browaru, 
przewodniczący rady zakładowej stał przed panem piwowarem i krzyczał na niego:
— My już nie potrzebujemy mieć nad sobą pańskich pachołków, my już nie potrzebujemy nad sobą 
pana Franca z pałacu, od dziś my sami sobie będziemy rozdzielać pracę!...
Pan piwowar odciął się jeszcze:

85
— Zostałem mianowany waszym przełożonym, dopóki istnieje rada nadzorcza, będziecie słuchali 
mnie!
Stałam oszołomiona, mistrz bednarski był surowy i poważny.
— Tylko coś pan przeoczył, czasy się zmieniły — powiedział. — Od dzisiaj browar jest 
przedsiębiorstwem państwowym, teraz my jesteśmy panami, ja jestem przewodniczącym rady 
zakładowej... — I mistrz bednarski zrobił ręką gest, jakim dzieli się świat...
Pan piwowar biegł za nim i jęczał:
— Ależ ja przecież jestem jednym z was, pracowałem z wami tutaj, najpierw w komorze piwnej, a 
także jako robotnik... Chwycił bednarza za rękaw, ten jednak mu się wyrwał.

background image

— Zawsze był pan przeciwko nam! — Bednarz podniósł głos. — Zawsze, chciał pan tego, czego 
życzyli sobie panowie, i jeszcze wywyższał się pan nad nas, a tego panu wybaczyć nie możemy, 
tego nam wybaczyć nie wolno...
Pan piwowar usiłował się jeszcze bronić:
— Ale nie wyście mnie przyjmowali!
Mistrz bednarski obrócił się, uniósł rękę i zaśmiał się.
— Nie przyjmowaliśmy, panowie pana przyjmowali, ale my, robotnicy, my pana zwalniamy, 
wypowiedzenie jest już na poczcie, najlepiej będzie, jeśli pan zostanie w domu, do browaru między 
nas niech pan już nie przychodzi!
I pan piwowar odszedł wówczas z oczyma pełnymi łez, nie lubiłam go, on chyba także mnie nie 
lubił, ale nie wymagało wcale większego wysiłku zrozumienie, iż właściwie jego los związany jest 
z naszym losem, należeliśmy przecież do tej samej klasy, do ludzi, którzy prowadzili browar, 
rozkazywali robotnikom — nie żeby tego chcieli, ale musieli rozkazywać, ponieważ rada 
nadzorcza browaru, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, płaciła im za to. Zdałam sobie w tej 
chwili sprawę, że swoim stylem życia przez z górą ćwierć wieku drażniłam wszystkie te kobiety w 
miasteczku, żony, które mieszkały w jednym pokoju z kuchnią, właściwie prowokowałam swymi

86
trzema prosiętami te żony kolejarzy i robotników kolejowych, którym, żeby dostać tańsze sadło, 
opłacało się z ulgowym biletem pojechać do Pragi i kupić tańsze sadło, aby kupić w Pradze tańszy 
boczek, podczas gdy ja miałam całe wiadra smalcu i całe połcie boczku wędzonego z prosiąt, które 
karmiłam odpadkami z browaru, młotem i szlamem, w jednym tylko byłyśmy do siebie podobne, 
tak jak i one nie jeździłam nigdzie na urlop, tak jak one, które podczas wakacji jeździły na 
bezpłatne bilety z wiaderkami na jeżyny, maliny i borówki...
Jednakże panu piwowarowi nie wolno już było wchodzić do browaru.
Jesienią postanowiłam zerwać jabłka, orzechy i gruszki, stałam właśnie z dwoma najętymi 
rencistami na drabinach i zrywałam do koszyka te deputatowe owoce, kiedy przyszła pani 
piwowarowa i wspięła się na moją drabinę, i zaczęła zrywać jabłka do swojego koszyka, płakała i 
jęczała, że to jej drzewo, że przez trzydzieści lat należało do niej jako deputat. A ja dałam się 
ponieść gniewowi, który mnie ogarnął, i powiedziałam:
— Owszem, tak było kiedyś, teraz pan piwowar został wypędzony na cztery wiatry, teraz 
wszystkie te jabłka i gruszki są nasze, cała ta połowa, i ta stara jabłoń, ona także należy do naszej 
połowy!
I wytarłam podeszwy bucików o szczebel, błoto spadło na twarz pani piwowarowej, ale ona jakby 
rozum postradała, pchała się wyżej i nadał zrywała jabłka, które mogła dosięgnąć, drabina 
pochyliła się, gałęzie uginały się pod ciężarem dwóch ciał, pani piwowarowa jednak nadal pchała 
się wyżej, kilka pryzm jabłek polśniewało na trawniku, ale pani piwowarowa wspięła się o szczebel 
wyżej, ja zaś zeszłam o szczebel niżej i nadepnęłam na wierzch jej dłoni, którą trzymała się 
szczebla, a wówczas ona utraciła resztki rozsądku, chwyciła mnie za spódnicę i wciągnęła się po 
kilku szczeblach dość wysoko, pochyliła, żeby dosięgnąć jabłek, jednakże gałęzie w koronie ugięły 
się, jabłka zaczęły spadać i drabina osunęła się ukośnie po gałęziach, strącając owoce, a my wolno 
spadałyśmy na ziemię, pani piwo-

87
warowa upadła na mnie, odepchnęłam ją od siebie, koszyki z jabłkami przewróciły się, pani piwo 
warowa nabierała sobie do koszyków z moich stosów i wysypywała jabłka do wózka, pozwoliłam 

background image

jej wziąć, ile chciała, później jednak wyrwałam jej dyszelek i przewróciłam wózek pełen jabłek na 
swój stos, i tak stałyśmy naprzeciwko siebie ze zwężonymi oczami, i potrząsałyśmy pustymi 
koszykami niczym orężem, czekałam na odpowiedni moment, aby zaatakować potężnym 
uderzeniem z góry i w ten sposób rozstrzygnąć starcie na swoją korzyść, i obronić te zerwane w 
ciągu dwóch dni dziesięć cetnarów jabłek, ale akurat od strony siodowni nadeszli trzej robotnicy, 
prowadził ich mistrz bednarski, szli przez jesienną trawę wprost ku pryzmom jabłek, pani 
piwowarowa skorzystała z tego, że patrzę na zbliżających się, i popchnęła mnie. Upadłam na stos 
jabłek, ale zerwałam się szybko i zebrawszy wszystkie siły, przewróciłam panią piwowarowa, i 
podniosłam koszyk, ale mistrz bednarski ujął mnie delikatnie za rękę i powiedział:
— Deputaty się skończyły, ot co! Sad i owoce są nasze. I te pryzmy, a nawet te drabiny i kosze! 
Wszystko jest nasze! Od dzisiaj my będziemy zrywać owoce i orzechy, mamy dzieci, wnuczęta, a 
gdybyśmy ich nawet nie mieli, sad należy teraz do nas wszystkich, bo nie należy już do panów...
Pani piwowarowa podniosła się, z rozkoszą spoglądała na trzech robotników, uśmiechała się do 
mnie, gdy ja tymczasem posmutniałam, dwaj emeryci, których przez dwa dni karmiłam i 
podawałam im butelki piwa, co wieczór każdemu z nich płaciłam i dawałam koszyczek jabłek, 
przed chwilą jeszcze ukryci w koronach pańskich jabłonek, zeszli teraz z pełnymi koszami 
postawili je przed panią piwowarowa, i tak jak przez te dwa dni mówili mi łaskawa pani i 
uśmiechali się grzecznie, kiedy podawałam im mięso, piwo i chleb, teraz stali i patrzyli na mnie 
zupełnie tak samo jak ci trzej robotnicy, palił się w nich gniew na coś, co ja sprawiałam, byli 
zgorszeni, byłam dla nich kimś, kto nie powinien żyć na świecie, wszyscy patrzyli teraz na mnie, a 
ja odniosłam naraz wrażenie, że gdyby nie taiła się w nich

88
odrobina wstydu, to zaczęliby mnie bić, więcej, że biliby mnie tak, żeby mnie już na świecie nie 
było, że byłoby lepiej, gdybym odeszła teraz nie tylko do służbowego mieszkania, ale że byłoby 
lepiej, gdybym się wraz z Francinem wyprowadziła, ponieważ nadeszły jakieś zupełnie inne czasy. 
W przybrowarnia-nym ogrodzie tak samo jak w miasteczku, do którego w miarę upływu czasu 
jeździłam coraz rzadziej, bo od końca wojny miałam niemiłe wrażenie, że ludzie przestali mnie 
lubić, że stałam się dla nich przezroczysta, patrzyli przeze mnie, jakby mnie w ogóle nie było...
Teraz pada, od dwóch już dni pada w domu starców, siedzę przy oknie, po którym płyną krople 
ściekającej wody, w dole widać miasteczko i różowe mury obronne, i różowe uliczki, i różowy 
kościół niebieskawy od deszczu. Pada, ale skądś na zachodzie firmamentu sączy się różowy blask, 
tam gdzieś już pośród deszczu wyszło słońce, jest to właśnie ta chwila, zanim pojawi się tęcza, 
powietrze pełne jest oparów beżowych mgieł. Na korytarzach skrzynki radiofonii przewodowej 
wygrywają subtelnie Skarby świata calego, właściwie połowa kobiet w domu rencistów to staruszki 
z miasteczka, wszystkie niemal znałam, a one mnie, pozornie są w znacznie lepszej sytuacji niż ja, 
mają sztuczne szczęki, są czystsze niż ja, starannie czeszą sobie włosy, podczas gdy ja jestem 
ostrzyżona tak, jakby mnie wypuszczono z domu poprawczego.
Cóż mogą sobie myśleć, kiedy mnie tu widzą w bawełnianej sukience, kiedy mnie widzą, jak 
nieustannie znajduję się w drodze, jak nieustannie przechadzam się, przyglądam się ciekawie 
sufitom i ścianom pałacu, stoję przed gigantyczną artystyczną bramą, podnoszę wzrok na portal i 
dziwię się nieustannie... Jednakże ja dobrze wiem, że tak jak to było za dawnych czasów, tak i teraz 
te kobiety nie wybaczyły mi, nie mogły mi wybaczyć, że byłam panią kierownikową, że lubiłam się 
stroić... Nie wybaczyły mi te staruchy i teraz, kiedy znów różnię się od nich, kiedy nie dbam o 
siebie, nie wybaczyły mi także i tego, że one lubią oglądać telewizję, że znajdują w niej nawet nie

background image

89
tylko rozrywkę, ale i naukę, podczas gdy mnie nikt nie widział, bym choć okiem rzuciła na ekran, 
tak jak patrzę na tapety dawnego pałacu... Nie chodziłam też na odczyty, które organizowali w 
pałacu oświatowcy z miasteczka, nikt mnie nawet nie widział, żebym czytała... Tak wiec znów 
różniłam się od tych pozostałych, znowu stałam na uboczu ich społeczności. I tak jakoś dumna 
byłam z tego, że jestem taka, jaka jestem...
Dwie staruszki kupiły sobie nawet dżinsy, nosiły je popisując się przede mną, aleja nie zwracając 
na nie uwagi, szłam dalej, umyślnie zaszły mi drogę, ukłoniły się, odpowiedziałam na ukłon, ale 
dumnie kroczyłam przed siebie, tak jak wówczas, gdy byłam wielką damą, ubierałam się według 
„Elegante Welt”, a nawet tu, w pałacu, mieszkałam nie tak jak inni, po czworo i ośmioro, ale 
miałam pokoik, w którym mieszkałam tylko ze swoim mężem, a więc właściwie żyłam tak, jakbym 
mieszkała w browarze w czterech pokojach...
Właśnie wyjrzało słońce, deszcz posypał się na miasteczko, ktoś otworzył okno w korytarzu i 
wilgotne pachnące powietrze sączyło się przez powiewające firanki, freski na ścianach i na sufitach 
błysnęły kolorami, szłam po czystej podłodze i z korytarza, zalanego złotoróżowymi promieniami, 
wzruszona zajrzałam ostrożnie do sali, stopniowo wyłoniło się przede mną osiem łóżek, na których 
leżały staruszki, stare panie, które nie miały już dość sił, żeby się podnieść, wspierały się na 
łokciach, ale nie zdołały one unieść ciał, więc staruszki osuwały się na poduszkę, okryte lekką 
kołdrą, która ciążyła im niczym biały kamień nagrobny, pomnik...
Jednakże i w tej dawnej hrabiowskiej komnacie na suficie z żagielkami na rogach rozpościerał się 
ogromny fresk, fresk, na którym dziesiątki młodych nagich kobiet okiem pełnym miłosnej 
namiętności spoglądają gdzieś tam, gdzie znajduje się ich kochanek, młody mężczyzna, którego na 
razie nie widać który jednak jest już gdzieś na horyzoncie, skądś nadchodzi, patrzyłam na przemian 
na sufit i na łóżka, gdzie staruszki ocierały sobie usta i oczy ich spoglądały na mnie z wyrzutem, 
zu-

90
pełnie szczerze mi zazdrościły, że ja chodzę, że sama mogę wszystko przy sobie zrobić, pragnęły 
nawet, abym choćby tylko oczyma, ale jednak zadrwiła sobie z nich, żeby mi mogły powiedzieć to 
wszystko, co o domu starców, o sobie i w ogóle o życiu myślą... Jednakże nad nimi były dziesiątki 
nagich kobiet unoszących się i pływających w czystej zmysłowości, kobiet, które nie potrafiły i nie 
miały powodu ukrywać tego, w czym pływały, w sokach męskich spojrzeń... I wokół tych kobiet na 
fresku oddziału kobiecego dla niechodzących, wokół tych ślicznotek krążyły amorki, nagusieńkie 
pucołowate dzieci, aniołki, które rozsypywały na kochanki kwiaty z rogów obfito-ści, oleandry i 
kamelie, i kwiaty, które rosną nad Morzem Śródziemnym, które i ja miałam w doniczkach za 
oknem... Amorki, aniołki, unoszące się na fresku niczym męskie nasienie, niczym początek 
miłości, z której rodzą się piękne dzieci...
Patrzyłam i truchlałam na widok bezwstydnej zmysłowości tych młodych nagich kobiet, i 
pragnęłam, a może pragnęło tego również owych osiem staruszek leżących na białych łóżkach i 
patrzących w górę, aby kiedyś, gdy nadejdzie czas, aby z sufitu pochyliły się ręce którejś z tych 
kobiet i podały mi palce, i wyciągnęły mnie spośród umierających prześcieradeł, unosząc w górę, 
do kobiecego nieba, między siebie... tak jak moja matka, kiedy umierała, miała wizję, że grzmią 
organy i z niebios pochyla się nad nią Najświętsza Panna Maria, podaje jej rękę i unosi ją w górę, 
osłoniwszy ją przedtem swoim niebieskim płaszczem...
Z płonącymi oczyma wycofałam się z oddziału dla niechodzących staruszek, a potem stałam na 
korytarzu, trzymałam się palcami stylonowej firanki i patrzyłam z tego drugiego piętra nad rzeką 
tam, gdzie wznosił się beżowy browar, gdzie byłam szczęśliwa, ale co to było i co to jest to moje 
szczęście?

background image

Z browaru zniknął pan piwowar i jego żona, a wkrótce potem również i Franci dostał wymówienie. 
Próbował cichutko dyskutować:
— Przecież ja nigdy nie udawałem wielkiego pana...

91
A przewodniczący rady zakładowej powiedział łagodnie:
— Na pewno nie, panie kierowniku, na pewno nie, nie udawał pan wielkiego pana, był pan dla nas 
naprawdę dobry i łaskawy, ale dziś’ to pana raczej jeszcze bardziej obciąża, mamy to panu za złe, 
swoją dobrocią łamał pan tych słabszych spomiędzy nas i w ten sposób pomagał pan trzymać ich 
krótko, rozumie pan?
Franci pokręcił głową i powiedział:
— Nie rozumiem, ale pojmuje to i wiem, że zgodnie z tym postąpię...
A przewodniczący rady zakładowej westchnął z ulgą.
— I natychmiast zacznie pan opróżniać garaż, samochód stoi na kozłach, będzie więc musiał pan 
go odholować, wszystkie kanistry i części zamienne musi pan zabrać również, w przeciwnym razie 
sami to zrobimy i postawimy za murem browaru...
I Franci po raz ostatni wszedł do swojego biura, wyjął szuflady z amerykańskiego biurka, rozsypał 
wszystko, członkowie rady zakładowej także przyszli popatrzeć, spoglądali z upodobaniem, jak 
Franci wysypuje buteleczki z atramentem i gumą arabską, która wylewała się, nikt mu nie pomógł, 
każdy tylko stał i patrzył, tak jakby widział zderzenie pociągów, wypadek samochodowy, 
katastrofę żywiołową, nikt go nie pożałował, nikt nie odezwał się do niego, bo widzieli i patrzyli na 
scenę, o jakiej tylko mogli marzyć: oto kierownik browaru odchodzi okryty hańbą, a na jego 
miejsce przychodzi zwycięsko nowy dyrektor, który jest odpowiedzialny jedynie przed nimi, przed 
robotnikami, przed radą zakładową...
I kiedy Franci w koszach na bieliznę wynosił te swoje artykuły piśmienne i te swoje ochronne 
alpagowe zarękawki na łokcie, żeby sobie nie pobrudzić koszuli, nikt mu nie pomógł, nikt mu 
nawet nie otworzył drzwi, a więc Franci, trzymający obu rękami ucha wiklinowego kosza i brodą 
przyciskający spiętrzone aż po jego szyję stare kalendarze, musiał postawić ten kosz na ziemi, sam 
sobie otworzyć, przytrzymać czubkiem

92
buta uchylone drzwi, a potem podnieść kosz i odepchnąwszy kolanem drzwi wyśliznąć się na 
dwór...
Kiedy wrócił po resztę swoich rzeczy, wziął z szafy także dwie pękate lampy, stare lampy naftowe 
z okrągłym knotem, te lampy, które paląc się, brzęczały i tchnęły takim ciepłem na piszące ręce, ale 
wówczas robotniczy dyrektor powiedział:
— O, te lampy nie należą do pana, to inwentarz browaru, który w całości my przejęliśmy na 
własność... — Dotknął palcem własnych piersi.
Franci zaczerwienił się i poprosił:
— Ja chętnie te lampy kupię... Te lampy to świadkowie moich dawnych złotych czasów, kiedy 
byłem szczęśliwy... Jednakże dyrektor trwał przy swoim:
— Te lampy są nasze, dość się pan nakradł w browarze, wybudował pan sobie willę, podczas gdy 
my żyliśmy z żebraczych zapomóg. Niech pan tylko przypomni sobie tę izbę czeladną tu, u nas, w 
browarze, proszę pomyśleć o panu Pepi, pański własny brat miał tam pryczę obok mielcarza Mary, 

background image

o naszych dzieciach w służbowych norach, gdzie w zimie zamarzała woda w glinianym garnku na 
płycie kuchennej... Niech pan sobie przypomni, jak nieustannie pełen pan był lęku, żeby się nie 
narazić, żeby kogoś z rady nadzorczej nie rozgniewać... Ale w końcu, jak myślicie, towarzysze? 
Będziemy wspaniałomyślni! Niech pan sobie weźmie te lampy jako pamiątkę złotych dla pana 
czasów...
Franci wyszedł, zabierając swoje ostatnie rzeczy, ale dyrektor wołał za nim aż na podwórze:
— Dlatego że te pańskie czasy nigdy już nie wrócą, rozdzieliliśmy między siebie akcje, my teraz 
jesteśmy milionerami, teraz my jesteśmy akcjonariuszami browaru... bo nie tylko browar jest nasz, 
ale nasze są też wszystkie słodownie, wszystkie lokomotywy, wszystkie banki, wszystkie plantacje 
chmielu, wszystkie fabryki, wszystko...
I zatrzasnął drzwi, a Franci oddalał się, niosąc swoje ostatnie rzeczy...

. ,- .

93
Stoję na korytarzu pałacu, patrzę na czystą podłogę. Co to jest ludzkie szczęście? Gdzie czyha 
nieszczęście? Za czym się kryje?... Ktoś stoi przede mną, czyjaś dłoń porusza się i odbija w mojej 
twarzy, tak, to świadek i znawca dawnych czasów, pan Otokar Rykr, który zaczął mi opowiadać z 
radością:
— W dawnych czasach miasteczka, gdzie zatrzymał się czas, w godzinach nocnych ruch w 
gospodach bywał niezwykle ożywiony i kończył się, kiedy zaczynały piać koguty, czemu — biorąc 
pod uwagę ówczesną taniość dobrego piwa, prawdziwej małmazji — trudno się dziwić. Wówczas 
był to naprawdę płynny chleb. Za stołami zasiadali również szanowni obywatele, młodzi i starzy. 
Znajdowali się wśród nich tędzy pijacy, z których niejeden potrafił wypić naraz gładko dwadzieścia 
pięć i więcej półlitrowych kufli. Ukoronowaniem libacji było picie ze wspólnego dwulitrowego 
dzbana, „dwójniaka”, czasami w kształcie szklanego bucika, burszowski zwyczaj, wymagający od 
pijącego niemałej zręczności, jeśli nie chciał się podczas picia oblać.
Pijatyka rozpoczynała się od tradycyjnego obrzędu. Pierwszy pijak chrzcił odpowiednio dzban, 
uderzając go trzy razy otwartą dłonią z góry na dół, tak żeby nie wylała się ani kropelka. A potem 
przy akompaniamencie głośnego śpiewu:
Glo... glo... glo... gloryja,
tak się to piweczko popija...

‘           -

pił, póki mógł. Wówczas zastępował go sąsiad. Im więcej kto wypił jednym haustem, tym 
większym był bohaterem. Splótłszy ręce i podniósłszy nimi jednocześnie do ust swoje kufle, pili 
bruderszaft, wychylając piwo duszkiem, aż do dna... Jako że brakowało porządnej kawiarni, piwni 
goście kończyli swoje nocne zabawy w jednym z czterech lokali z damską obsługą, „U 
Krystlików”, naprzeciwko dawnego browaru, siadywali najchętniej w kuchni przy szklance czarnej 
kawy po dziesięć graj-carów. Niekiedy wychodzili po jednym, dopiero gdy z pobli-
94
skiej plebanii ksiądz dziekan szedł odprawiać poranną mszę świętą...
Oto co opowiedział mi pan Rykr, znawca i świadek dawnych czasów, ja zaś pogładziłam go po 
wierzchu pomarszczonej ręki, on jednak wiedział, że pragnę być sama, że nie chcę dalej marzyć, 
ale raz jeszcze i wciąż od nowa rzucać na ekran wspomnień to wszystko, co się zdarzyło...
Już dawno zapadł zmrok, a ja w zadumie stałam na wilgotnej klatce schodowej, posągi z piaskowca 
niknęły w wieczornych cieniach, jednakże tam, na północnym nieboskłonie, nad konturami 
potężnych osik i dębów oświetlało i rozpłomieniało niebo wielkie miasto, nasz obóz wojskowy, tak 
że w miarę gęstnienia mroku firmament żarzył się coraz bardziej jak w blasku polarnej zorzy. 
Gdzieś tam za lasami i wzgórzami jarzył się ogromny obóz wojskowy z lotniskami i budynkami 

background image

administracyjnymi, przedsiębiorstwami i pomieszczeniami, kinami i innymi oświetlonymi 
ośrodkami kulturalnymi... I blask ten, pchnięty jak kula bilardowa przez wzgórza i gaje, rozświetlał 
także posągi w alejach czerwonych buków, ciała nagich kobiet z piaskowca pociągnięte były mgłą 
wieczoru, jakby owe młode kobiety wykapały się właśnie i natarte wonnymi olejkami gotowały się 
tylko i wyłącznie do miłosnych igraszek, ich tęskne spojrzenia pełne były żądzy, a ja zdałam sobie 
nagle sprawę z tego, ile w życiu straciłam, nim zdążyłam się rozejrzeć, wszyscy młodzi mężczyźni, 
którzy mnie dawniej kochali, zestarzeli się tak jak ja, która stoję tu przed subtelnymi posągami 
oświetlonymi przez wojskowe miasto, tam gdzieś za wzgórzami i zagajnikami, miasto, które 
nazywamy naszym Chicago...
Piórko unosi się w górę, ku gwiazdom, a ja już teraz żyję w samym sercu szczęścia!

95
Skarby świata całego niczym wata cukrowa wypełniają szczeliny pomiędzy wiadomościami z kraju 
i ze świata, pogadankami, a przede wszystkim muzyką na instrumenty dęte, jedynie orkiestra dęta 
potrafi zainteresować niektóre staruszki i starców do tego stopnia, że wytężają słuch, tak jakoś się 
prostują, w takt muzyki wystukują w powietrzu rytm, w ich oczach pojawiają się błyski, jednakże 
wiadomości nikt niemal nie słucha albo słucha jedynie jakiegoś szczególnego systemu sygnałów, 
tylko tego, co chce słyszeć. Niejednokrotnie mam wrażenie, że jeśliby wypowiedziana została 
wojna, to w domu starców nikt by tego nie przyjął do wiadomości, zwłaszcza gdy trwają 
przygotowania do obiadu. Obiad jest codziennie czymś niemal odświętnym, uroczystym, jest to 
chwila, o której każdy myśli z zadowoleniem — prócz tych, którzy mają zniszczony żołądek i 
wątrobę, jednakże i oni z takim samym zapałem i radością myślą o nie osolonej i nie opieprzonej 
zupie i jałowej kaszy.
Już niemal na godzinę przed obiadem renciści przygotowują się, niecierpliwie spoglądają na zegar i 
każdy woli spacerować po korytarzach, chociaż na dworze jest piękna pogoda, i na pięć minut 
przed otwarciem wysokich niemal czterometrowych skrzydeł drzwi stoją już w kolejce, 
nieprzytomnie patrzą przed siebie, łykają ślinkę i nie odzywają się. A kiedy drzwi się otwierają, 
każdy pcha się, jak może najszybciej, najbardziej pchają się do przodu ci, co kuleją, i zajmują 
swoje miejsca przy stole, niektórzy, żeby nie musieli myśleć i dręczyć się myślą o jedzeniu, 
starannie wycierają serwetką zawinięte w nią sztućce, pieczołowicie czyszczą talerz na zupę, 
obracają talerz pod światło, żeby było widać, czy jest naprawdę nienagannie umyty, w tej chwili na 
suficie i na ścianach rozbłyskują setki słabych światełek, refleksy porcelanowych talerzy, odbicia 
wycieranych łyżek, setki zajączków biegają po ogromnym fresku, który pokrywa cały sufit dawnej 
hrabiowskiej komnaty wielkiej jak hala dworcowa, ogromna wydęta płachta zamalowana pośrodku

96
sceną starcia konnych oddziałów, greckie wojska z pióropuszami tną mieczami ciężkozbrojnych 
Persów, oręż błyska, wszystkie fazy bitwy konnej, umierający, padający ludzie i konie, wszystko 
przesycone walką i zmaganiem, pośrodku Aleksander Wielki z płonącym wzrokiem nie szczędzi 
ciosów mieczem, a jego falanga rwie naprzód i ściąga z koni wrogów, setki twarzy wykrzywionych 
namiętnością walki, setki tych, którzy otrzymali ciosy w piersi, w szyje, śmiertelne ciosy, padają z 
koni, ale nawet w tej chwili spoglądają na swojego wodza, który nie szczędzi ciosów mieczem, 
szerząc spustoszenie wśród nieprzyjaciół, a jednocześnie budząc ufność wszystkich swoich 
wojowników, że bitwa musi w końcu zostać wygrana, jest tu nawet stary żołnierz, który ofiarą 
własnego życia ocala swojego wodza, pada z konia z rozpłataną czaszką zasłoniwszy swojego 
pana, który nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, miecze błyszczą, setki ramion wymieniają cios za 
cios, setki włóczni, setki tarcz z trzaskiem odpierają pchnięcia, cały sufit sali jadalnej domu 
starców pełen jest jęków, okrzyków, wrzawy, trzasku i rżenia, bo i konie też walczą przeciwko 
sobie, gryzą się...

background image

Jednakże w dole przy stu stołach siedzi czterystu rencistów i błyszczy czterysta talerzy, które 
swoimi porcelanowymi płytkimi dnami niczym badawcze stożki blasku reflektorów oświetlają całą 
tę bitwę, nikt nie spogląda w górę, nawet Franci, jedynie ja patrzę i zdumiewa mnie to, co widzę, 
czego jestem świadkiem, to coś więcej niż kino, kino jest dla każdego, każdy zapłacił, więc patrzy, 
aby wyjść na swoje, tu nie patrzy nikt, jedynie ja jestem zaszczycona tym, co widzę...
Franci, ach, on już od rana słucha wszystkich europejskich stacji radiowych, to tutaj go nie 
interesuje, tu, w domu starców, znajduje się tylko jego ciało, duchem jest wciąż gdzie indziej, jest 
we wszystkich tych stacjach radiowych, które nadają wiadomości w języku czeskim, błąka się i 
posługując się Wielkim Atlasem Powszechnym umieszcza te wiadomości na mapach całego świata, 
te wiadomości, które właśnie usłyszał; przypomina namiętnych karciarzy, spogląda na zegarek i 
drży ze strachu,
97
F
żeby zdążyć na wiadomości, żeby nie stracić ani minuty... uśmiecha się czasami do mnie, tak jakoś’ 
z daleka, patrzy na mnie z wyrzutem, ja wiem, że ja tu żyje, jestem duchem z tym pałacem, z 
balkonu potrafię całymi godzinami spoglądać na miasteczko, gdzie żyliśmy razem...
Ale oto jest już zupa, dziewczęta z kuchni przynoszą wazy z dymiącą zupą, czterysta par oczu 
podnosi się i wszystkie te oczy pełne są entuzjazmu, każdy nalewa sobie chochlą, tym, którzy mają 
Parkinsona, tym nalewają sąsiedzi, cała sala wypełniona jest kilkudziesięciu wazami, odgłosem 
szurających trzewików, butów i bamboszy, pobrzękiwaniem niecierpliwych łyżek, chłonę te 
dźwięki jednocześnie z tą wydętą płachtą w sali niczym gigantyczna fura siana, a potem słychać 
niecierpliwe podzwanianie łyżek, odgłosy metalu uderzającego o porcelanę, siorbanie, mlaskanie, 
czkanie, uderzenia solniczek o brzeg talerzy, nad talerzami pochylone okulary, rzucające po sali 
ogromne odbicia, po sali pełnej srebrnych rybek, obrączek, twarze niemal dotykające brodami 
talerzy... czterysta czaszek kiwa się w rytm zupy, która łyżka po łyżce ścieka przez gardło do 
żołądków, wszystkie żołądki, nawet te, które są chore, z ogromnym apetytem połykają ciecz 
wzbogaconą o kluski i jarzyny, żarłoczność w tej pierwszej fazie jest wprost niewiarygodna, nawet 
dzieci nie jedzą tak żarłocznie jak renciści, zwłaszcza ci, którzy mają kłopoty z trawieniem, nikt nie 
je tak żarłocznie jak człowiek z wrzodem dwunastnicy, jak ci, którzy mają obniżony żołądek, 
nerwicę żołądka, ci nie mogą się wprost doczekać drugiego dania, dręczą ich obawy, czy aby dziś 
przypadnie im ten najpiękniejszy kawałek mięsa. Czy będą mogli wziąć sobie jeszcze kilka knedli? 
Trochę sosu?
I podczas gdy na suficie młodzi mężczyźni mordują się z takim samym zapałem, z taką nienawiścią 
nie pragną żyć, podczas gdy na fresku na tyłach toczącej się potyczki konnicy lek-kozbrojni greccy 
żołnierze, bosi, z krótkim mieczykiem, włócznią i ogromną tarczą nabijaną guzami przygotowują 
się do ostatniego, decydującego natarcia, czekają na swoją chwilę, że-

98
by bez trudu dobić odzianych w ciężkie pancerze Persów, tu, w dole, roznoszone są talerze z 
drugim daniem, knedlami z mięsem i sosem, czterysta zstępujących z góry talerzy i wzniesione 
oczy pełne zachwytu aż do chwili, kiedy talerz znajdzie się na stole, a jeśli porcja odpowiada 
oczekiwaniom, zachwyt wzrasta, jeśli zaś mięso okazuje się samymi żyłami, zachwyt gaśnie, 
przemienia się z wolna w zdziwienie, potem rozgoryczenie, wzburzenie, rozglądanie się po 
porcjach sąsiadów, po czym noże podzwaniają, widelce podnoszą do ust kawałki mięsa i knedli, 
żucie, połykanie...
Na domiar złego niektórzy mężczyźni mają taki zwyczaj, kilkudziesięciu mężczyzn, że w ostatniej 
chwili wyjmują zęby, robią to dyskretnie, starają się być tak dyskretni, że niemal każdemu, zanim 
owiną tę sztuczną szczękę w chusteczkę, spada ona z ogromnym hałasem na parkiet podłogi, pełne 

background image

winy macanie rękoma, a potem rencista, zaczerwieniony aż po włosy i zawstydzony, wsuwa 
sztuczną szczękę wraz z chusteczką do kieszeni, dziesiątki innych z kolei wyjmują sztuczne szczęki 
z kieszeni i wkładają je, i tak oto obiad pełen jest podzwaniania łyżek i noży, i widelców, brzęku 
talerzy i odgłosu spadających sztucznych szczęk... I znów wszyscy pochłaniają jedzenie jak na 
wyścigi, zupełnie jakby ta bitwa Greków z Persami przeniosła się na dół, zamiast mieczy i włóczni, 
i tarcz tu używa się łyżek i noży, widelców i serwetek... A kiedy wszyscy kończą jeść, ci, którzy 
skończyli pierwsi i zjedli nawet to, co im zaproponowali ci, co to nie jedzą nic więcej prócz zupki, 
nagle następuje zobojętnienie, jedzący budzą się naraz, dopiero teraz wychodzą z obłoku jedzenia, 
dopiero teraz zaczynają się wstydzić, uświadamiając sobie, jak żarłocznie jedli, jeden spogląda na 
drugiego i szuka w oczach tego drugiego odpowiedzi na pytanie, czy nie uraził go tym, że jadł tak 
żarłocznie, ale wszyscy jedli żarłocznie, nawet ci, co mają kłopoty z trawieniem, ci jedli najżar-
loczniej i dlatego teraz nasłuchują swoich wnętrzności, swojego brzucha, czy nie ma tam tego za 
dużo, czy nie zaczną się boleści, nasłuchują i łykają pigułki, zażywają sodę.

99
Ci, którzy grają w mariasza, już zawijają ciastka w serwetkę i pełni zapału podnoszą się, chyba nie 
bardzo sobie zdają sprawę z tego, że jedli, nie potrafili się wcale skupić, każdy gracz myślami jest 
znów przy kartach, ci, co przed południem przegrali, pragną przynajmniej to odegrać, ci, co 
wygrali, uśmiechają się, postanawiając, że to, co wygrali, powiększą o dalszą wygraną...
Franci spojrzał na zegarek, tak, o wpół do drugiej znów będzie słuchać wiadomoś”ci z całego 
świata... A Skarby świata ca-lego znów zaczęły wypełniać, spowijać mgłą salę i korytarze, i ścieżki 
wzdłuż murów skrzypcową watą, subtelną i tęskną muzyką, która jest przyjemna i nieszkodliwa jak 
rozpylane perfumy. I renciści wstają, jeden po drugim, czasami podnosi się ich jednocześnie 
kilkudziesięciu; entuzjazm zniknął, teraz nasycili się, kilkudziesięciu rencistom potoczyły się znów 
sztuczne szczęki po dębowych ułożonych w gwiazdy parkietach, wszystkim, którzy mają sztuczne 
szczęki i zmieniają je, wydaje się zawsze, że nikt ich nie widzi, jednakże każdy rencista, ponieważ 
ma sztuczną szczękę, zna już ten ruch z własnego doświadczenia, każdy wstydzi się tych swoich 
zębów, usiłuje wyjąć je, pochylając się, niektórzy nawet udają, że zawiązują sobie sznurowadło, 
jednakże niemal każdemu tak drży ręka, że nie mogą zrobić tego ruchu rąk do ust i od ust i utopić 
tych swoich zębów w chusteczce, że drżąca i zawstydzona ręka upuszcza sztuczną szczękę, która z 
ogromnym hałasem ślizga się po gładkiej podłodze aż do nóg tych, co z wyrzutem spoglądają na 
swojego towarzysza, który musi się schylić, uklęknąć i schwytać tę swoją sztuczną szczękę niczym 
wystraszoną myszkę... I każdy rencista, chociaż doskonale wie, że sztuczne szczęki mają niemal 
wszyscy, i chociaż każdy wie, że hokeiści, ci najsławniejsi, kanadyjscy zawodowcy, przed meczem 
stawiają swoje zęby w szklaneczce opatrzonej nazwiskiem na półce nad ławeczką, gdzie się sławni 
zawodnicy przebierają, i że się tych sztucznych szczęk wcale nie wstydzą, należy to do ich profesji, 
starzy ludzie wstydzą się tych swoich sztucznych

100
szczęk, kiedy je sobie wkładają do ust, każdy więc udaje, odwraca się, robi to po kryjomu, zupełnie 
tak jak załatwia swoją potrzebę, także na stronie...
I tak oto Skarby świata calego towarzyszą rencistom, wyprowadzają ich z powrotem do pokojów, 
na korytarze, a gdy jest ładna pogoda, to na ławeczkę, na spacer, aby nastąpiła owa sytuacja, kiedy 
to każdy rencista bada skrupulatnie, czy aby nie nadeszła ta chwila, kiedy kwaśne soki zaczną 
unosić się z żołądka i wypełniać usta, czy zbuntowany woreczek żółciowy odmówi trawienia tych 
ilości przypalonych sosów i kwasoty śmietany, i tłustego mięsa, boczku, kiedy dwunastnica 
podniesie nagle treść żołądka aż do gardła — i nieszczęsny stary człowiek zwróci to, co zjadł z 
takim apetytem...

background image

Skarby świata całego, obojętna taśma, która wciąż i nieustannie wraca, bez zaangażowania rozpyla 
swój zapach, swoją melodię, tak delikatnie i subtelnie, że słyszy ją tylko ten, kto nastawi uszu, kto 
chce ją słyszeć, a kto Skarbów świata calego nie chce słuchać, ten oddala się od skrzynki radiofonii 
przewodowej tak bardzo, że jej już nie słyszy albo słyszy, ale tylko mu się wydaje, że słyszy, musi 
obrócić głowę, by ją słyszeć...
Tak jak ja, która chodzę po tych miejscach umarłych, stoję i siedzę tylko w tych miejscach na 
korytarzach i w komnatach, gdzie Skarby świata calego i ich tony spadły na ziemię, osłabły do tego 
stopnia, że aż się ugięły. Niekiedy jednak budzi się we mnie pragnienie, żeby je usłyszeć i 
zagłuszyć samą siebie skrzypcami, smyczkowym lasem Skarbów świata calego, i idę pod skrzynkę, 
unoszę twarz i z góry kropi mnie i oblewa ta natrętna i wzruszająca do łez muzyka, tak dotkliwa, że 
zaczynam sentymentalnie płakać... I dopiero tutaj, i dopiero teraz, i dopiero w tej chwili pod 
prysznicem Skarbów świata calego usłyszałam z toalety odgłosy wymiotowania, kiedy ostrożnie 
wycofałam się z muzyki i zaczęłam nasłuchiwać, usłyszałam czkanie i rzyganie w toaletach, 
słyszałam pracę spłuczek, plusk wściekłej wody, wirowanie, a potem znikanie, szalone zapadanie 
się w wnętrznościach rur odprowadzających do kanałów wszyst-
101
r
kich tych resztek na wpół strawionych obiadów, o których znów będą wszyscy myśleć z radością 
tak długo, dopóki nagle, już po pierwszym kąsku, człowiek nie stwierdzi, że już nie przyjmuje, że 
już nie może nic pożreć, że z wolna, lecz nieuchronnie zacznie umierać z głodu, bo zwycięskie 
choroby, tak jak zwycięskie wojska greckie, wiedzą bardzo dobrze, tak zresztą jak wojska perskie, 
którym już z oczu patrzy klęska, wiedzą bardzo dobrze wszystko, tak jak ja, której wydaje się, że 
jestem tu jedyną osobą, która naprawdę widzi.
Ale gdzie tam!
Widzę, jak ci inni też na mnie patrzą badawczo, tu w ogóle w każdej chwili człowiek czuje się 
zaskoczony: zewsząd ktoś na niego spogląda. I zawsze jeden drugiego ocenia, czy ma żółtą cerę, 
czy chudnie, obserwuje tu jeden drugiego, nie podstępnie, tylko ot, tak, i dlatego, że obserwuje tych 
innych, wcześniej czy później, ale zawsze — bo przecież widzi samego siebie — sam siebie 
zobaczy, sam wymaca paluchami zapadanie się własnych policzków...
Widzę oczy starych ludzi, których wyniszcza choroba, z jaką walczyć można jedynie z zegarkiem 
w ręku i wagą, diabetyków, kiedy ciśnienie barometryczne wbija im gwóźdź tak, że mogą go sobie 
wymacać w ustach, widzę, jak zataczają się, muszą usiąść, wsunąć natychmiast pigułkę do ust; 
wszyscy chorzy, każdy w swojej kategorii, wszyscy poznają się z daleka, kiedy więc idą przez 
miasto, kiedy widzą się po raz pierwszy, natychmiast każdy poznaje po tym drugim, a ten drugi 
wyczytuje w oczach pierwszego, jaka wspólna choroba ich łączy...
Jednakże ja teraz widzę, że każdy człowiek ma swój los, wcale nie mniejszy niż ja, raczej większy, 
tylko że ludzie są po-korniejsi niż ja, są skromni, nie wystawiają na pokaz tego, że widzą, może 
oni, każda staruszka i każdy staruszek, wiedzą o domu rencistów więcej niż ja, ale wybijają to na 
aut, nie mają powodu chełpić się tym ani w słowach, ani tym bardziej oczyma. I w tym właśnie 
wszyscy tu są dalej niż ja, która nieustannie przeszkadzam im w ich cichym i powolnym umieraniu.
102
i
W tej chwili oderwała się rynna i trzymając się na jednym haku, osunęła się w poprzek frontonu 
pałacu, z potężnym łoskotem wyrżnęła o ziemię i pozostała w poprzecznej pozycji niczym wstążka 
żałobna, renciści, którzy przechadzali się po dziedzińcu, zatrzymali się, obrócili i stali bez ruchu, 
bo rynna zerwała skrzynkę wraz z konsolami, radiofonię przewodową, która nawet na ziemi, pod 
rynną, cichutko i słodko grała nadal Skarby świata całego... l właśnie ta muzyka mnie rozrzewniała, 

background image

cofała na powrót w głąb łona czasu, w ten czas, kiedy przeprowadzaliśmy się ze sławnego browaru 
do willi nad rzeką. Franci siedział na krześle, przy nim leżała Bora, dog, a obok niej kot Celestyn, 
wszyscy oni nie mogli chodzić z przerażenia, gdzież tam coś takiego przy dogu i kocie, ledwie 
zaczęłam porządki przed wielkimi świętami, postawiłam tylko krzesła do góry nogami na stole, a 
już zwierzątka niepokoiły się, a cóż dopiero brać się do czegoś, co zapowiadałoby przeprowadzkę, 
wówczas kot i suka dostawały natychmiast kataru siennego, kichały i patrzyły tak, jakbyśmy je 
chcieli zostawić, wystarczyło tylko wziąć się do większego sprzątania, tak samo i Franci, jak raz na 
cztery lata zaczynałam malowanie, nie wracał do domu, koty nie przychodziły do mieszkania, suka 
leżała w budzie i drżała tak, że buda nie mogła ustać w miejscu. Tak też i teraz, kiedy zaczęła się 
przeprowadzka, robotnicy na pasach i powrozach wynosili szafy i kredensy, wielkie stoły, potem w 
ciepłych dłoniach pudła i skrzynie z naczyniami i drobiazgami, które zresztą każdemu napędzają 
strachu, postanowiłam, że jak się przeprowadzimy, natychmiast zacznę likwidować te drobiazgi, 
tak jakbym likwidowała wszystko po sobie, gdybym umierała, tak jak to zrobiłam i musiałam 
zrobić, kiedy umarła moja matka. A Franci siedział, patrzył przez okno na słodownię, na ten swój 
ukochany browar, na wysoki komin, stara suka i kot siedziały koło niego i tuliły się do siebie, 
dodawały sobie sił, bo tego jeszcze te zwierzątka nie przeżyły, te zwierzątka, które teraz naprawdę 
wiedziały, że to już ich koniec w browarze... Ilekroć przechodziłam obok nich, głaskałam Francina 
i Borę, i Celestyna i pocieszałam ich:
103
— Nic się nie bójcie!
I tak wywoziliśmy pokój za pokojem, sprzęt za sprzętem, Franci i zwierzęta wytrwali tak przez 
dwa dni: siedzieli i patrzyli, jak przed nimi defilowały przedmioty, meble, które kochaliśmy, które 
były symbolem dawnych złotych czasów, co już nie powrócą, i w końcu pozostały puste pokoje, 
gdzie rozlegał się odgłos kroków zwielokrotniony pustką jak dźwięk dzwonów kościelnych, 
widziałam, jak przychodzą popatrzeć na mnie pracownicy browaru, ich żony i dzieci, niektórzy 
przyjeżdżali nawet z bardzo daleka, żeby zobaczyć, jak się nam odpłacono, przychodzili ludzie z 
miasteczka, ci, co nas odwiedzali, aby zobaczyć to, co wydawało się, że będzie trwać aż do 
emerytury, a teraz wynoszono na samochody ciężarowe sprzęt za sprzętem, widziałam, kiedy 
zabrakło na nie miejsca, jak wszyscy ci, którzy życzyli nam takiego losu, śmieją się głośno, An-
dzia z Budziecka rzucała nam kiedyś wymówki prosto w oczy, a oni nie, jak pchają się w głąb 
pustego korytarza, jak siadają na łagodnie opadającym blaszanym dachu; siedzieli tak, dach był ich 
pełen, szemrali, ci, co się nie zmieścili, pousiadali na skraju dachu, nogi im zwisały nad okapem, 
machali nogami i śmiali się, zachłystywali się śmiechem, ci, co nie widzieli, wspięli się nawet na 
klamry browarnianego komina, żeby zobaczyć to, na co wszyscy latami czekali; wokół pustej 
ciężarówki zebrało się tyle ludzi, że stanęli kołem, jakby to była powódź.
I wreszcie nadeszła ta chwila, kiedy wyprowadziłam Fran-cina, posadziłam go na krześle na 
ciężarówce, potem wyprowa-djziiam starą Rorę, sama wskoczyła tylko przednimi nogami, 
musiałam jej pomóc dostać się na platformę, po czym wróciłam raz jeszcze, a tam w pustym 
mieszkaniu leżał już tylko stary kot Celestyn, podniosłam go jak mokrą szmatę, tak się spocił, cały 
był spieniony, przywarł do mnie, serce tak mu biło, jakbym trzymała jakiś mechanizm, i z kotem w 
ramionach, wyprostowana, stałam na szeroko rozstawionych nogach na ciężarówce, i 
odjeżdżaliśmy poprzez tłum ludzi, wśród setek śmiejących się i ciekawskich oczu, widziałam, że 
wszyscy życzą mi tego,
104
l
szczęśliwi, bo dawne czasy skończyły się, że ten obraz na długo będzie dla nich najpiękniejszym, 
jaki widzieli. I na zakręcie upadłam na kolana, wyjeżdżaliśmy właśnie z browaru, spojrzałam i 
zobaczyłam całe nasze życie w browarze tak wyraźnie, w ciągu kilku minut przebiegłam ćwierć 

background image

wieku, jakbym się topiła, takie widzenia mają ludzie, którzy są blisko śmierci. To spojrzenie wstecz 
sprawiło, że serce mi się ścisnęło. Po co właściwie było to moje życie?
Radiofonia przewodowa mruczała cicho i szydełkowała wciąż tę samą koronkę Skarbów świata 
całego, świadek i znawca dawnych czasów pan Korzonek spoglądał na mnie, a spostrzegłszy, że 
film moich wspomnień dobiegł końca, lekko dotknął wierzchu mojej ręki i zaczął opisywać 
słowami to, co dokładnie widział w głębi łona czasu, w ogromnej dali...
— Była Wigilia i chwytał mróz... Kilkakrotnie przychodził goniec z kotłowni i oznajmiał, że Fiala, 
palacz, ma iść do roboty... jego żona... Włoszka, ślicznotka z sześcioletnią córeczką, powiedziała, 
że nie ma go w domu, że nie wie, gdzie jest... Tymczasem po południu szedł pewien obywatel w 
Stratowie koło lasku... i nagłe mu się wydało... że ktoś leży pod drzewem... Zobaczył starszego 
mężczyznę leżącego w kałuży krwi... Pobiegł po pomoc... Kiedy ludzie przyszli, stwierdzili, że 
mężczyzna ma poderżnięte przeguby i gardło. Krew już nie płynęła, skrzepła na ranach... i 
mężczyzna był sztywny... Obok niego leżała brzytwa i kartka papieru...
„Odchodzę dobrowolnie, nie mogę już tego wytrzymać...”.
Pisał o żałosnym stanie lokomotyw... kiepskim węglu... jeździł jako palacz, ciągle był zmęczony... 
W owych czasach trzeba było często na stukilometrowej trasie... nawet czterokrotnie rozpalać 
ogień... w domu nie miał ani chwili spokoju... Żona nie mogła się przyzwyczaić do warunków, w 
jakich żyli, i robiła mu wymówki z powodu rzeczy, za które nie on ponosił winę...
Sołtys i policjant kazali samobójcę załadować na wóz i odwieźć do kostnicy na cmentarzu w 
Kostomłotach... W tym czasie nadszedł do kotłowni telegram z Kostomłotów, że palacz
105
I
Fiala nie żyje i że jest w Kostomlotach... Około czwartej po południu doktor Gruntorad przyjechał 
powozem do chorego... i przy okazji poproszono go, żeby obejrzał denata w kostnicy... Doktor 
Gruntorad po starannym zbadaniu stwierdził, że... samobójca żyje... Opatrzył mu rany i zawiózł go 
do szpitala... Była Wigilia... Trzeba pani wiedzieć, że za dawnych czasów taki palacz musiał znać 
tutejsze gatunki węgla. Lokomotywy osobowe miały ukośne ruszty i dlatego w palenisku był 
ogromny ciąg... Prócz węgla brunatnego posługiwano się również kamiennym. W lokomotywach 
osobowych czasami tylko kamiennym, i to z różnych kopalni, wałbrzyskim, który nie znosił haka, 
spiekał się, zwłaszcza kiedy ogień był żywy. Nieurodzkim, który piętrzył się w zwały, a te można 
było podczas jazdy prze-garniać. A poza tym górnośląskim, gottesberskim, kladeńskim, rosickim, a 
w wyjątkowych przypadkach, w Dieczynie, nawet cardiffskim aż z Anglii...
Skarby świata całego stały się jakby sygnałem, hejnałem domu starców, może dlatego, że 
miejscowy lekarz, który był stary, miał chyba z osiemdziesiąt lat, należał również do wielbicieli 
dawnych złotych czasów, no i Skarby świata calego ogromnie lubił, dla niego to była terapia, 
badając rencistów w swoim gabinecie, często zapadał w rozmarzenie, przestawał badać, raz nawet, 
kiedy przyłożył do moich pleców ten instrument do badania serca, tak go te Skarby świata calego 
rozmarzyły, że ni stąd, ni zowąd powiedział, włożywszy rurki do uszu:
— Halo, tu doktor Secki, kto mówi?
Doktor ten nie tylko sam był już dawno na emeryturze, ale cierpiał ponoć na tyle chorób, ile cały 
dom starców razem wzięty, tak że kiedy już sam nie potrafił sobie ze sobą poradzić na miejscu, raz 
do roku wyjeżdżał do uzdrowiska. I zastępował go
106
i
młody lekarz, doktor Gołąbek, który miał kręcone włosy, wyglądał jak Aleksander Wielki, tak że 
większość emerytek się w nim kochała, rzucało się to w oczy; wkładały najładniejsze sukienki, co 

background image

dzień cieszyły się, że może będą miały szczęście i spotkają pana doktora, chodziły wówczas do 
miasteczka i kazały sobie robić trwałą ondulację, malowały policzki i starały się siedzieć na 
ławeczkach i w fotelach artystycznie nawet te, które miały kłopoty z chodzeniem, obecność 
doktora Gołąbka zmuszała je, by chodziły, tak jakby im nic nie dolegało. Mężczyzn pan doktor 
Gołąbek pozyskał sobie dzięki temu, że nie wypytywał ich wcale o choroby, ale o to, ile kto pali, 
ile pije. I każdemu palaczowi, kiedy mówił mu zgodnie z prawdą, że pali dwadzieścia papierosów, 
oświadczał z zapałem, że on pali trzydzieści, ale niech rencista stara się ograniczyć swoje palenie 
do piętnastu... No i renciści wychodzili rozpromienieni, ze smakiem zaciągali się i chwalili, jaki to 
znakomity jest ten doktor Gołąbek... Największy jednak entuzjazm budził u pijaków. Ledwie 
weszli do gabinetu, już to pan doktor po każdym poznawał i mówił z góry:
— A więc pan pije sześć piw!
A emeryt prostował, że pije siedem!
Wówczas doktor Gołąbek wołał:
— Pije pan tego piwa za mało, niech pan ograniczy swoje picie do pięciu piw dziennie, ale niech 
pan wypija za to dwa duże kieliszki wódki, najlepiej niech pan pije wódkę rosyjską, a kto ma mniej 
pieniędzy, „hanacką łagodną”, ale ja radzę pić „prościej owską żytnią”, boja piję pół litra dziennie, 
i to rano — radził pan doktor Gołąbek. — Najzdrowiej jest zamiast śniadania zjeść ogórka 
kiszonego maczanego w rumie...
I tłumaczył wszystkim, że problem zdrowia czy też choroby rozstrzygnięty zostaje już w genach, 
już w łonie matki, tak że jest z góry postanowione, ilu lat kto dożyje, a palenie i picie nie ma na to 
żadnego wpływu, bo komu przeznaczone jest w genach, że umrze, mając lat czterdzieści, to umrze, 
nawet jeśli nie pali i nie pije, a komu sądzone, że umrze, mając lat sie-
107
demdziesiąt osiem, to może pić i palić, jeśli tylko ma na to pieniądze...
Stary pan doktor tyle palił, że nikt go nigdy nie widział bez zapalonego papierosa, nawet kiedy 
wypisywał receptę, ciągle palił, miał papierosa w prawym kąciku ust, tak że w jego okularach 
prawe szkiełko było całe pożółkłe od dymu, stary lekarz nie miał nawet papierośnicy, ale 
wyjmował papierosy wprost z teczki, tam miał swój kiosk z wyrobami tytoniowymi, mówiono o 
nim, iż tak lubi palić, że nastawia budzik na szóstą rano, aby sobie zapalić papierosa, a potem, od 
tej chwili, palił jednego za drugim, nigdy nie zakasłał, miał tylko niemal osiemdziesiąt lat, ale 
ciągle jeszcze doskonale się trzymał, farbował sobie włosy na kasztanowo, a w gabinecie miał 
zawsze dwa papierosy: jeden w palcach, a drugi palący się na niklowej szafce, do której sięgał po 
lekarstwa.
Tak oto, gdy stary pan doktor leczył się w Mariańskich Łaźniach, pan doktor Gołąbek dodawał 
wszystkim pensjonariuszom domu starców odwagi i życia, od razu było widać, że mężczyźni 
chodzą tak jakoś’ wesoło, kupowali sobie buteleczki i popijali już od rana, cały pałac wypełniał 
przyjemny zapach „prościejowskiej żytniej”, miła woń kopru, kobiety już od rana smarowały sobie 
twarze galaretką „Royal”, pudrowały się, pachniały, używały nawet pachnącej nocnej bielizny, tak 
więc wszystkie korytarze pachniały ponadto perfumami i szminkami, cały pałac pachniał jak 
teatralna garderoba i każdy emeryt się cieszył, że jeśli będzie miał szczęście i spotka doktora 
Gołąbka, to podziękuje mu, jak go tylko zobaczy, że pokłoni mu się, bo stary pan doktor, chociaż 
sam palił, nie znosił, żeby któryś’ z emerytów palił na korytarzach pałacu, stary pan doktor, 
chociaż sam pił, to jednak krzyczał, kiedy któryś’ z emerytów cuchnął piwem albo wódką, i groził, 
że natychmiast pośle emeryta tam, skąd przybył, za karę z powrotem do domu...
Jednakże pan doktor Gołąbek miał jeszcze jedną pasję, uwielbiał muzykę poważną, tak bardzo ją 
kochał, że musiał o niej mówić, dzielić się z innymi jej urodą.

background image

108
Pewnego wieczora zaprosił do sali jadalnej wszystkich wielbicieli muzyki, przyniósł gramofon i 
zaczął mówić wzruszonym głosem:
— Chcę wprowadzić was, przyjaciele, w królestwo tonów, pozwólcie więc, aby Claudio Arrau 
zagrał wam Pieśń miłości Liszta... Liebeslied do słów poety Freiligratha...
I opuścił igłę, i Claudio Arrau zaczął grać tę pieśń miłości, pieśń pełną tęsknoty, każdy jego palec z 
ogromnym naciskiem trwał na klawiaturze.
Doktor Gołąbek deklamował cichym głosem:
— O miłości, o miłości, jak długo jeszcze możesz brzmieć, jak długo jeszcze chcesz brzmieć, 
godzina przychodzi za godziną, a ty wstajesz z grobu i oskarżasz...
Większość emerytek tak była wzruszona, że zaczęła cicho tę pieśń miłości nucić, cichutko, później 
jednak ich chóralnie nucona skarga stawała się coraz głośniejsza, ja też byłam głęboko przejęta, bo 
tak jak ja z pewnością większość kobiet prosiła w swoim testamencie, żeby ta Pieśń miłości była 
ich ostatnią pieśnią, pieśnią, która będzie rozbrzmiewać, gdy trumna opuszczona zostanie do grobu 
albo wsunie się z wolna do kremato-ryjnego pieca...
W hrabiowskiej sali grzmiał teraz fortepian pod palcami Claudia Arrau i staruszki, a także 
niektórzy starcy nucili pieśń miłości niczym chorał, nagle stała się to msza ostatniej pieśni, którą 
zastąpił teraz wodospad, kaskada tonów, musujący fortepian, co grzmiał przez chwilę, jakby na 
blaszany dach posypał się wiosenny grad, by przejść potem na powrót w tę powolną pieśń...
Pan doktor Gołąbek recytował ostatnie strofy poety, który natchnął Liszta:
— I strzeż pilnie swojego języka, albowiem wkrótce wypowiedziane zostanie słowo złe, ale ten 
drugi idzie potem i skarży się...
Pan Otokar Rykr opowiadał mi szeptem:
— Przy ulicy Palackiego w sklepie w domu pod numerem sto piętnaście chlubił się brzuszkiem i 
cesarskim noskiem rze-

109
źnik pan Antoni Huniek, nie mniej brzuchaty był też jego sąsiad z naprzeciwka, spod numeru 
pięćdziesiąt jeden, mistrz piekarski Antoni Sztolba, którego można było zobaczyć, jak cały 
zamączony pali sobie fajeczkę w drzwiach swojego sklepu. Przed Sztolba w tym domu mieszkał 
stolarz i kościelny Wambera. Jego dumą był szpak, którego nauczono wciągać za pomocą 
maleńkiej windy ręcznej szklaneczkę wody do klatki. Przy ulicy Palackiego nad wejściem do 
sklepu Tusara, zięcia Wotawy-Pa-jaca, wisiały w dwóch półwieńcach drewniane cytryny, 
przeplecione wawrzynowymi liśćmi bobkowymi, bezwzględnie clone pomarańcze, chleb 
świętojański, żółte cukierki krochmalne w kształcie rozmaitych figurek, cukrowane precelki i białe 
oraz różowe mydełka, lukrecja i marcepany. Przy wejściu do sklepu stała beczka śledzi, na ladzie 
skrzynka z rosyjskimi szprotami, czyli ruskimi z cebulą...
Pan doktor Gołąbek trzymał teraz kolejną płytę i mówił: — A teraz pozwólcie, abym zagrał wam tę 
jedną część poematu muzycznego, który napisał Zdeniek Fibich, orkiestrą Filharmonii Czeskiej 
dyryguje sam pan Neumann, poemat ten nosi nazwę Pod wieczór, jest to nieśmiertelna pieśń 
miłości, która wzrusza cały świat i która znana jest pod nazwą Poemat.
Emerytom w oczach błysnęły łzy, wszyscy byli bezgranicznie przejęci, pan doktor opuścił igłę, 
jednakże filharmonicy grali dopiero tę część kompozycji, kiedy młody Fibich wchodził po 
schodach do mieszkania państwa Schultzów, pan doktor uniósł membranę i opuścił igłę, po czym 
usiadł w hrabiowskim fotelu, po kilku akordach Filharmonia Czeska zamilkła, a kiedy zabrzmiała 

background image

pieśń miłości, emerytki zaczęły swoim murmurando towarzyszyć orkiestrze, dyrygent pan 
Neumann z pewnością sam wcielił się w młodego Fibicha i wyznawał miłość pannie Schultzównie, 
staruszki i starcy nie mogli się powstrzymać i z ogromnym uczuciem akompaniowali swoim 
murmurando Poematowi, ponieważ niemal wszyscy mieli w swojej ostatniej woli napisane, że 
przed obrzędem żałobnym życzą sobie, aby im płyta gramofonowa albo fisharmonia zagrała tę 
pieśń miłości...
110

Świadek i znawca dawnych czasów pan Karol Wyborny opowiadał mi cichutko:
— Kolejną figurką naszego miasteczka był Józiek Przykrył, zwany maszerującymi delikatesami, 
który po skończeniu szkoły wyuczył się zawodu kelnera, ale tylko czasami go wykonywał, 
utrzymując się skądinąd z handlu uprawianego wieczorami po gospodach. Niewielkiego wzrostu, 
tłusty, mógł się poszczycić pokaźnym brzuchem, na którym opierał się wielki kosz, opatrzony 
sznurem zawieszonym na karku. W tym koszu miał sardynki, koreczki, cebulki, rosyjskie szproty, 
marynowane kalafiory, paprykę i inne wzmagające pragnienie smakołyki...
Zbliżał się finał poematu symfonicznego Pod wieczór, wszystkie emerytki i ja stałyśmy się 
Agnieszkami Schultzów-nami, które zaszczycił swoją miłością młody kompozytor Zdeniek Fibich.
Natchnęło to świadka i znawcę dawnych czasów pana Wacława Korzonka, który podjął z zapałem 
wtajemniczonego:
— Mieszkańców naszego miasteczka, gdzie zatrzymał się czas, z poniedziałku na wtorek 
dwudziestego szóstego sierpnia tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego roku oburzył w nocy głośny 
krzyk i gorszące zachowanie oficerów garnizonowego pułku dragonów, którzy żegnali się z 
miastem, skąd przenoszono ich do Wiednia. Oficerowie urządzili zabawę taneczną i krzykami, z 
którymi mieszało się szczekanie, wycie i mruczenie niedźwiedzi, żegnali się z mieszkańcami. 
Trzeciego lipca tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku rada miejska i rada gminna 
zajmowały się aferą oficera kawalerii, hrabiego Schonborna, który po północy na drugim piętrze 
domu pana doktora Gruntorada przy rynku strzelał z okna na ulicę do trzech ludzi ponoć dlatego, 
że hałasowali pod oknami mieszkania, gdzie grano na fortepianie, i rzucali kamieniami w okna. 
Oficer po rozprawie zwrócił czeski wyrok z adnotacją, że go nie rozumie...
Pan Wacław Korzonek zakończył swoją cichą opowieść, a doktor Gołąbek zmienił płytę 
gramofonową i trzymając
111
w palcach membranę, i zmieniając igłę, zapowiedział wzruszonym głosem:
— A teraz Herbert von Karajan i jego orkiestra zagrają Popołudnie fauna. Faun roznamietniony 
miłością do nimfy, zbry-zgany sokami miłości, leży oto nad morzem, pod zamkniętymi powiekami 
widzi znowu szczęsne chwile miłości, która od niego odeszła, leży w blasku słońca, teraz usiadł i 
gra na syryndze tęskną pieśń pragnienia, opiewa uroczystość inicjacji, pierwszej miłości, przypływ 
morza i blasku pełen jest rżenia, kochania i zmęczenia, które pozostało po pięknej nimfie, leży i gra 
otoczony żywiołami, słońcem i morzem, powietrzem i ziemią...
Pan Wacław Korzonek skorzystał z tego i podjął cicho:
— Porucznik Korb z Weiden w nocy dziewiątego sierpnia tysiąc osiemset osiemdziesiątego 
siódmego roku strzelał z rewolweru z okna swojego mieszkania przy rynku do Franciszka Jiraka, 
który wraz z kilku obywatelami skomentował nieludzkie dręczenie służącego przez barona 
następującymi słowami: „Pan baron tak nie postępuje!”. Skądinąd jednak pozostał nietknięty, bo 
kula odbiwszy się o metr nad jego głową od muru hotelu „Na Książęcym” wbiła się w bruk rynku. 

background image

Pocisk znaleziony przez robotnika nazwiskiem Krupa został wysłany wraz ze skargą do 
namiestnictwa...
A orkiestra symfoniczna dyrygowana przez Herberta von Karajana zaczęła grać Popołudnie fauna i 
rzeczywiście ten muzyczny poemat pełen był tęsknych melodii miłości, pan doktor Gołąbek 
podparł dłonią policzek i przeżywał tę miłosną skargę, kędzierzawe włosy spadały mu na palce, 
emerytki patrzyły na tę jego szlachetną twarz pełne podziwu, oczy im płonęły i błyszczały od łez, 
może po raz pierwszy w życiu zrozumiały, że mogłyby być nimfami, może po raz pierwszy w 
życiu zatęskniły za straconą młodością, za tym, aby być młodą zmysłową kobietą i pozwolić panu 
doktorowi Gołąbkowi kochać się tą samą miłością co faun, który na tęsknej syryndze grał sobie 
tęskną pogańską pieśń. I ja byłam podniecona, całym ciałem przeżywałam słodkie nieszczęście 
fauna, który z pewnością nie był

112
już młody, przyszło mi nawet do głowy, że Claude Debussy, kiedy pisał ten utwór, przeżywał sam 
siebie, starszego mężczyznę, którego opuściły już dziwaczne wyobrażenia o szczęściu, który może 
nawet kochał nimfę jako ostatnią kobietę, kiedy już nie miał nadziei, że będzie go jeszcze kochał 
ktoś tak, jak go kochała właśnie ta, która odeszła, i stąd ta skarga... Wiedziałam, że to samo 
przeżywają również inne emerytki, tak jakoś im ta muzyka powiedziała także coś o nich samych, 
także gdzieś w głębi czasu były kochane i kochały po raz ostatni, widziałam, że Popoludnie fauna 
wzruszało je znacznie bardziej niż Skarby świata całego, że w tej chwili nie pragnęły niczego 
innego, jak wciąż od nowa i od nowa słuchać tego tęsknego głosu fletu przy akompaniamencie 
orkiestry symfonicznej, dyrygowanej przez Herberta von Karajana, który właśnie tak przeżywał 
przy nagrywaniu to, co skłoniło pana doktora Gołąbka, aby opierał na dłoniach swoją twarz, a 
kędzierzawe włosy drgały w jego palcach, jakby płakał...
Pan Wacław Korzonek opowiadał mi cicho: — Przed czteroosobowym sądem w Młodym 
Bolesławcu w czerwcu tysiąc osiemset osiemdziesiątego siódmego roku stanął 
trzydziestosiedmioletni robotnik dniówkowy Franciszek Szczerba, ojciec pięciorga dzieci, i został 
skazany na trzy miesiące ciężkiego więzienia o chlebie i wodzie za to, że groził strażnikowi 
miejskiemu Mostbekowi, któremu polecono, aby eksmitował Szczerbę z należącego do gminy 
domku. Szczerba tłumaczył się, że jest członkiem gminy i że gmina powinna mu zapewnić 
mieszkanie. Nie ruszał się, a kiedy jego izdebkę pozbawiono drzwi, okien i rury od piecyka, ulżył 
sobie pogróżką, że Mostbeka zabije, kości mu poprzetrąca, zwymyślał go od zbirów i drani. Przed 
sądem Szczerba tłumaczył się desperacją. Podczas burzy z piorunami został w mieszkaniu bez 
drzwi i okien z nieletnimi dziatkami...
Popołudnie fauna dobiegło końca, pan doktor Gołąbek ocknął się, podniósł membranę i stał tak 
przejęty bez reszty, trafiony w samo serce, rozglądał się nieprzytomnie wokół siebie,

113
emerytki nie spuszczały z niego wzroku i ja też spostrzegłam, że pan doktor jest faunem i że 
wszystkie kobiety stały się nimfami, przynajmniej na tę jedną chwilę, w pięknej harmonii, a i ja 
podobnie jak wszystkie rencistki pragnęłam z pewnością, aby pan doktor ciągle był z nami, żeby co 
tydzień kształcił nas muzyką poważną, w sali, gdzie na suficie falował wielki fresk przedstawiający 
bitwę króla Aleksandra Wielkiego, co tak bardzo przypominał pana doktora Gołąbka, który 
otrząsnął łzy i podniósł ręce, jakby się poddawał i powiedział:
— A teraz Herbert von Karajan zagra nam Les Preludes Franciszka Liszta, nic państwu nie muszę 
już tłumaczyć, widzę, że znaleźliście-sięjjaństwo w samym jądrze muzyki poważnej... Powiem 
tylko jedno, że Les Preludes są wyrazem i odpowiedzią na to... czym jest życie.

background image

I opuścił membranę, i założywszy ręce, usiadł na białym hrabiowskim krześle pośrodku komnaty, 
założył nogę na nogę, wcisnął brodę w dłonie i słuchał, a tak jakoś przez niego, przez tę jego postać 
wszystkie kobiety w hrabiowskiej komnacie uwierzyły pierwszym tonom, mężczyźni nadal mieli 
niewyraźny wyraz twarzy, tak jakoś ci mężczyźni żałowali, że dali się tu zwabić, że woleliby 
patrzeć na telewizję albo pójść do miasteczka na piwo... Może, gdyby zamiast-pana doktora 
Gołąbka w krainę muzyki wprowadzała młoda lekarka, to pozwoliliby się porwać, tak jak staruszki 
dały się porwać panu doktorowi...
A ten poemat symfoniczny Franciszka Liszta naprawdę okazał się jeszcze potężniejszy, jeszcze 
straszliwsza była to wypowiedź o tym, że na świecie tylko to życie jest pełne i piękne, co żywi się 
miłością, stosunkiem mężczyzny do kobiety, młodej kobiety, która kocha całą swoją istotą, ciałem, 
wszystkim, w pełni, podobnie jak owe posągi młodych miesięcy w naszym parku, orkiestra 
symfoniczna tęskniła i wznosiła się kolejnymi przypływami i nawałnicami uczuć, wspinała się ta 
muzyka zwycięsko ku zdecydowanemu wyrażeniu, pełnemu wyznaniu Franciszka Liszta, że bez 
miłości, bez wielkiej miłości nie można żyć... że o taką miłość musi się walczyć. Orkiestra roz-

114
brzmiała teraz pełnym głosem puzonów i trąbe~k, i bębnów,-i podczas gdy kobiety odrzuciły do 
tyłu głowy, siedziały na krzesłach jakby bez głów, spoglądały w sufit, na którym wojska greckie 
walczyły z wojskami perskimi, pośrodku pola bitwy powiewały włosy i ramiona walczącego 
Aleksandra, z sufitu jakby spadał szczęk włóczni i oręża, bo właśnie starły się ze sobą armie, tak 
jak spadają gałęzie starych kasztanów w pałacowej alei...
I wówczas emeryci przyłożyli usta do dłoni i trąbili wraz z orkiestrą, którą dyrygował Herbert von 
Karajan, i trąbili, znali partyturę Les Preludes, trąbili, trąbienie ich wypełniało nie tylko całą 
komnatę, ale rozbrzmiewało w całym pałacu.
A ja przypomniałam sobie, że te trąbki i ta część Les Preludes za Protektoratu był to sygnał 
programu, który przynosił wiadomości z pola bitwy, gdzie Niemcy pokonali Francję i Polskę, z 
pewnością przypomnieli to sobie również wszyscy mężczyźni, emeryci, którzy wówczas byli 
młodzi...
Pan doktor Gołąbek podniósł się, rozglądał się nie pojmując, był młody, na pewno nie pamiętał 
owego sygnału zapowiadającego Wehrmachtsbericht...
I otwarły się drzwi na oścież, i do sali wbiegła Niemka z Pe-cru, orkiestra uspokoiła się już i 
zmęczony, pojednawczy ton udawał pozorny spokój, by po chwili znów huknęły puzony i rogi, a 
Niemka z Pecru stała, oczy jej płonęły, na plecy miała zarzucony tłumoczek, a w nim te swoje 
najcenniejsze rzeczy, podała panu doktorowi Gołąbkowi swój dowód osobisty i wykrzyknęła:
— Nasi znowu zajmują Sudety, wkraczają do wyzwolonego Pecru, proszę wpisać mnie na listę 
ewakuacyjną!...
A pan doktor Gołąbek stał i nie wiedział, co tej staruszce powiedzieć, jej oczy nadal płonęły przy 
dźwiękach puzonów i bębnów, i trąbek, i całej orkiestry symfonicznej, później jednak zwycięskie 
fanfary ucichły i znów subtelna, dogasająca melodia z wolna odpowiadała po cichutku na pytanie: 
czym jest życie? Ostatnie tony pełne były pojednania, miłości, która zo-
115
I
stała osiągnięta... a wiec skończyła się tym, czym się zaczęła, ale tak jakoś’ w wyższym sensie...
A staruszka, Niemka z Pecru, nagle posmutniała, jej wyciągnięta i trzymająca dowód osobisty ręka, 
opadła, odwróciła się i zawiedziona wyszła z sali, aby ułożyć z powrotem w szafie i na stoliku 
nocnym owe swoje najcenniejsze rzeczy...

background image

A w sali wszystkie oczy były rozszerzone, nie mrugające oczy emerytów wpatrywały się w samo 
jądro muzyki, która każdemu na swój sposób odpowiedziała na pytanie: czym jest życie? I ta 
staruszka z Pecru, i ten sygnał Wehrmachtsberich-tów, tygodniowych kronik czasu wojny, 
powiedziały nagle coś więcej o muzyce, niż każdy tego oczekiwał...
Pan doktor Gołąbek wyjął płyty gramofonowe i powiedział:
— Przyjaciele, ta muzyka tak nas związała, tak od dzisiejszego wieczoru zbliżyliśmy się, że tylko 
państwu i dla państwa zagramy teraz koncert skrzypcowy Brahmsa, opus siedemdziesiąte siódme, 
najpierw zagra go Georg Kuhłenkampf, a potem mój ulubieniec Wacek Przygoda...
Opuścił membranę i osunął się w fotel, emerytki niczym hrabiny słuchały koncertu skrzypcowego, 
koncertu skrzypiec, granego przez Georga Kuhlenkampfa, który cienką nicią swoich skrzypiec 
wyszywał tęskny ornament.
Świadek i znawca dawnych czasów pan Karol Wyborny chciał coś powiedzieć, ale pan Korzonek 
przyłożył palec do ust i zasłuchał się w lament skrzypiec, trzej karciarze weszli na palcach do sali, 
trzymali w palcach karty niczym trzy wachlarze, usiedli i słuchali koncertu skrzypcowego. Georg 
Kuhłenkampf dawno skończył już grać swoją partyturę, teraz Wacek Przygoda zaczął grać to samo, 
ten sam, a jednak zupełnie inny koncert Brahmsa opus siedemdziesiąte siódme, a ja słyszałam i 
wiedziałam, że Wacek Przygoda naprawdę porwał wszystkich słuchaczy, tak że aż jęknęli, 
zobaczyłam nagle Wacka Przygodę, tak jak go widziałam dawno — przed laty — w naszym 
miasteczku, gdzie koncertował przy akompaniamencie fortepianu, miał wówczas niewiele włosów, 
jednakże jego twarz była wte-

116
dy uduchowiona i piękna, był wówczas zupełnie malutki i tłuściutki, tym bardziej jednak postać 
jego zlewała się ze skrzypcami, grał wtedy z opuszczonymi powiekami, aby tym bardziej móc 
przenieść smukłość swojego ducha za pośrednictwem palców w smyczek i struny, a w końcu w 
uszy wzruszonych słuchaczy, wówczas wypełniało mnie nie tylko piękno, ale święta zgroza i 
radość, że koncert smyczkowy potrafi uczynić człowieka tak pięknym.
Teraz tu, w domu starców, Wacek Przygoda wzruszył słuchaczy, tak że nie wstrzymywali łez, 
szlochania. Pan doktor Gołąbek nie wytrzymał tego, wstał, jego biały fartuch napiął się, pan doktor 
chwycił się za gardło, coś go dusiło, coś, co nie mogło się z niego wydobyć, stał tak chwilę, 
przerażone emerytki też wstały i uniosły ręce. Pan doktor zatoczył się, podbiegł do okna i rozgarnął 
stylonowe firanki, usiłował otworzyć okno, ale coraz bardziej wplątywał się w firanki, Wacek 
Przygoda przestał grać i orkiestra potężnymi akordami symfonicznymi powtarzała na gigantyczną 
miarę frazę skrzypiec, pan doktor Gołąbek chciał oburącz rozsunąć firanki, aby dotrzeć do klamki 
okna, firanki jednak nie ustąpiły, wobec tego ręce pana doktora energicznym dyrygenckim gestem 
zerwały firanki wraz z karniszem i teraz już nic nie przeszkadzało, aby okno otwarło się na oścież, 
a pan doktor zaczerpnął powietrza. Jednakże to samo, co uczynił pan doktor, zrobiły również 
kobiety, otwarły następne trzy okna i łapczywie piły chłodne wieczorne powietrze, ale podczas gdy 
one wychylały się z okien, pan doktor Gołąbek podbiegł na środek sali, Wacek Przygoda znów 
przyłożył smyczek do strun i zagrał następną frazę, i fraza ta okazała się czymś więcej, niż pan 
doktor Gołąbek oczekiwał, było to jakieś upodobanie w pustoszeniu...
Emerytki obstąpiły pana doktora, który w porywie entuzjazmu wyrwał sobie garść włosów, po 
czym uniósł hrabiowskie krzesło, piękne białe krzesło, i uderzywszy nim mocno o dywan 
poprzetrącał mu nogi, widziałam, że niektóre kobiety powyrywały sobie kłęby tlenionych włosów i 
rzucały je na ciągnący
117
l

background image

przez okna wiatr, a potem uderzając mocno łamały hrabiowskie białe krzesła, drewno trzeszczało, 
krzesła padały, jednakże Wacek Przygoda, subtelny i rozmarzony, nadal snuł cienką i słodką pieśń 
miłości, grał tak jakoś z ogromnego oddalenia, aby tym bardziej ranić pana doktora, który uniósł 
teraz ręce i rozpostarł je jakby w wieszczym zapale, upojeniu... I rzucił się pędem, wybiegł z 
lamentem na ustach na korytarz i pędził galopem po schodach, za nim zaś wszystkie emerytki, 
niektóre przewróciły się na zakręcie, pośliznęły się im buciki, część z nich już nie wstała, niemniej 
i te pełzły na dół, do westybulu, przez który przebiegł pan doktor Gołąbek. Pobiegłam za 
kobietami, wcale nie dlatego, żeby zobaczyć, co zrobi doktor Gołąbek, ale żeby zobaczyć to, w co 
nigdy bym nie uwierzyła, że może się stać. Jednakże z dziedzińca przybiegł znów biały fartuch i 
pan doktor Gołąbek pognał znów na górę, przeskakiwał po dwa, trzy schody, mijał leżące rencistki, 
a za panem doktorem ciągnęły w górę kobiety, teraz już z rozpuszczonymi włosami, pogubiły 
torebki, kapelusiki, oczy miały rozszerzone w zachwycie, biegły w ślad za panem doktorem, on zaś 
pośrodku sali znowu rozłożył ręce, rozrzucił je i wsłuchawszy się w koncert skrzypcowy, nie zdołał 
się powstrzymać, i ku zdumieniu wszystkich mężczyzn chwycił białe krzesło z poprzetrą-canymi 
nogami i wyrzucił je przez otwarte okno, widziałam, jak te poprzetrącane nogi jakby zatrzymały się 
na chwilę w otwartym oknie z czarnym powietrzem w de i dopiero potem krzesło upadło na piasek 
dziedzińca; kobiety biły się o pozostałe krzesła i wyrzucały je z okien, a renciści nic nie 
rozumiejąc, spoglądali na wzburzone rencistki, świadkowie i znawcy dawnych czasów kręcili 
głowami, wymieniali szeptem uwagi, karciarze podnieśli się, energicznym ruchem ręki potępili to, 
co w sali widzieli, i wyszli, aby nadal grać w mariasza, pan doktor Gołąbek podszedł do 
gramofonu, nastawił uszu, nasłuchiwał gry Wacka Przygody i nagle z jego gardła wydarł się taki 
krzyk, jakby smyczek Wacka Przygody wniknął tu do sali i z niewielkiej odległości wybił panu 
doktorowi oko, bo pan doktor Gołą-
118
l
bek chwycił się obu rękoma za twarz i nie odejmując ich, wybiegł znowu z sali, rencistki za nim, 
biegł, potykał się o leżące staruszki, potrącał je i przeskakiwał, aby wydostać się na dziedziniec, a 
potem mknął przez park, przeskakiwał przez ławki i przewracał je, rencistki utykając, podążały za 
nim aż tam, na łąki nad stawem, gdzie pan doktor Gołąbek zatrzymał się, rencistki dogoniły go i 
spoglądały mu w twarz, przez otwarte okna słychać było z hrabiowskiej komnaty potężne akordy 
orkiestry symfonicznej...
Pan doktor Gołąbek wszedł do płytkiego stawu, zanurzył się aż po kolana, rencistki weszły za nim 
do wody, pan doktor Gołąbek pochylił się i nabierając pełne dłonie chłodnej wody, mył sobie 
twarz, rencistki pochylały się nad stawem, nabierały pełne garście i przywierały do wody 
umalowanymi twarzami... Pan doktor jakby się ocknął, przebrnął wody stawu ku brzegowi i wolno, 
bardzo wolno wracał na dziedziniec, tam na łączce piętrzyły się stogi siana, pan doktor Gołąbek ni 
stąd, ni zowąd zaczął podskakiwać, tańczyć wokół stogu siana, brał pełne garście i rozrzucał je w 
rytm swoich podskakujących mokrych trzewików, rencistki oddały się temu samemu tańcowi, 
rozrzucały pełne garście siana, pan doktor tańczył jak faun, w otwartych oknach Wacek Przygoda 
grał nadal swój koncert skrzypcowy, pan doktor zwolnił rytm swojego tańca, i oto zalśniły białe 
połamane nogi wyrzuconych krzeseł, i rencistki, tańczące tak jak pan doktor, poruszały się w 
rytmie hrabiowskich krzeseł o poprzetrącanych nogach, w zwolnionym dionizyjskim święcie, 
tańczące nimfy-na-emery turze, jednakże pełne tego samego żaru co za dawnych czasów, kiedy 
wszystko co piękne i okrutne dozwolone było jedynie pięknym młodym ludziom, półbogom, 
bogom, którzy przebierali się_ za deszcz i w przelotnym opadzie kochali i zapładniali piękną i ufną 
mieszkankę ziemi.
Wzeszedł księżyc, pan doktor Gołąbek leżał w sianie, spoglądał w niebo, blask księżyca rozjaśniały 
sinawe światła wojskowego miasta tam, za potężnymi dębami i wzgórzami, zielon-kaworóżowe 
niebo, które huczało i szumiało światłem elek-

background image

119
trycznym i neonowym, na dziedzińcu bielały poprzetrącane nogi hrabiowskich foteli i krzeseł, 
przez otwarte okna sali Wacek Przygoda nadal opowiadał swoimi skrzypcami romancę jakiejś’ 
szczęśliwej nieszczęśliwej miłości, teraz zrozumiały to także wszystkie emerytki, że właściwie to, 
iż od tygodnia już pudrują się i perfumują, i każą sobie w miasteczku robić trwałą ondulację, że 
wszystko to przedsięwzięły nie z powodu pięknego pana doktora Gołąbka, ale tylko dla tej chwili 
zrozumienia, że jedyną rzeczą, jaka ma na świecie wartość, jest miłość, nieszczęśliwa miłość, która 
jest wszystkim dla każdej młodej kobiety, że ten kompozytor przeżył i zapisał dzieje własnej 
miłości, która jednak dawno już od niego odeszła, która przydarzyła mu się również, kiedy był 
młody, że utwór ten mógł napisać dopiero wówczas, kiedy pojął, że jest już stary, takie 
wspomnienie o miłości, które jest czymś więcej niż sama miłość... tak jakoś z daleka brzmiało to 
wyznanie, że wspomnienie miłości jest silniejsze...
Staruszki spoważniały, wypiękniały w dźwiękach tego koncertu skrzypcowego, który nadal płynął 
przez otwarte okno, potężna orkiestra pozwoliła znów Wackowi Przygodzie troszkę odpocząć, 
przejęła tę jego melodię i wydawało się, że tą muzyką tchnie cały pałac, od piwnicy poprzez 
wszystkie piętra aż po strych i jeszcze wyżej, że ta muzyka promieniuje aż po korony starych 
drzew, aby nagle umilknąć, i Wacek Przygoda znów na-stawał na słuchaczy, na samego siebie 
natarczywym głosem swoich skrzypiec, które nadal opisywały to wszystko, co Brahms uważał za 
najpiękniejsze w swoim świecie, za istotne, to piękne nieszczęście nie odwzajemnianej miłości.
A ja znów widziałam te posągi w pałacowym parku, oświetlone sinawym blaskiem Chicago, 
chodziłam od jednego posągu nagiej młodej kobiety do drugiego, słyszałam Wacka Przygodę i 
wiedziałam nagle to, czego przedtem nie wiedziałam, że wszystkie te posągi młodych nagich 
kobiet pełne są tęsknej muzyki, a nawet że przez te posągi przechodzi ten sam skrzypcowy lament i 
szczęście, że te posągi z piaskowca drżą z miłości, której się jednocześnie boją...

120
A kiedy koncert dobiegł końca, zapanowała cisza. Biały fartuch doktora Gołąbka lśnił na łące obok 
leżących na wznak emerytek, czar muzyki z wolna opadał, otwarte okna i białe połamane nogi 
hrabiowskich krzeseł jaśniały niczym wyrzut.
Pan doktor Gołąbek usiadł, rozejrzał się i chyba przestraszył, wsunął palce we włosy, wstał i zaczął 
się zygzakiem oddalać, zostawiając za sobą mokre ślady, rencistki jakby ocknęły się, wstawały i 
nie mogły uwierzyć w to szczęście, jakie je spotkało, po czym jedna za drugą wyszły na korytarz, 
stanęły przed drzwiami pana doktora Gołąbka, całe drzwi oblepiły uszami i nasłuchiwały, a potem 
lekko stukały mokrymi knykciami w drewno drzwi, ale w pokoju panowała cisza...
Nazajutrz, podczas gdy w warsztacie stolarz naprawiał i kleił sześć ułamanych nóg hrabiowskich 
krzeseł, pan doktor Gołąbek wydał znów polecenie, aby nadal grano Skarby świata całego, i 
zamiast muzyki poważnej zamówił z apteki uspokajające kropelki przed snem, nie zalecał już 
wszystkim emerytom ani wódki rosyjskiej, ani „prościejowskiej żytniej”. Każdy, nim udał się na 
spoczynek, znajdował na stoliku na swoim piętrze kolorowe napoje, brązowe i niebieskie, 
czerwone i zielone, żółte i fioletowe — z dodatkiem bromu, bez alkoholu, przy każdej szklaneczce 
było nazwisko rencisty i każdy tę swoją szklaneczkę wypijał, zanim szedł spać, a przy tym marzył 
o tym, jak piękny był ów muzyczny wieczór muzyki poważnej, bo tej nocy nikt nie mógł spać, 
przez całą noc migały białe fartuchy siostrzyczek z uspokajającymi zastrzykami, proszkami i 
czopkami, co i tak nie odniosło skutku, bo wszystkie staruszki były ogromnie podniecone 
koncertem skrzypcowym, który grał najpierw Georg Kuhlenkampf, a potem nasz rodak — Wacek 
Przygoda...

background image

11
Pogoda tego popołudnia była piękna, czterej uwielbiający mariasza karciarze wynieśli stolik na 
balkon, zmieniali się

121
w grze, zawsze grali trzej, jeden zaś cieszy} się mysią, że weźmie udział w następnej partii, 
rozchylali wachlarz kart i uśmie-chali się błogo albo też marszczyli czoła nad złą kartą... Kiedy pan 
kierownik szkoły Polman miał właśnie zalicytować, złożyłam błagalnie ręce.
— Na miłość boską, cóż to za wspaniała gra, która panów ciągle wprawia w zachwyt albo rozpacz? 
— spytałam.
A pan kierownik szkoły, ten, który napisał podręcznik gry w mariasza, spojrzał na mnie, jego twarz 
była poprzecinana zmarszczkami, ale błękitne oczy błyszczały. Położył obrócone obrazkami w dół 
karty na stole i powiedział:
— No cóż, skoro pani nalega... Mariasz nazywa się maria-ge, bo jest to nieustanne wesele i 
małżeństwo smutnych królów i pięknych królowych, ich związek ma wartość dwudziestu punktów, 
ich stosunek ma wartość czterdziestu punktów, jeśli wcześniej zostanie zgłoszony jako atutowy. 
Najwyższe pozornie karty to asy i dziesiątki, ale prawdziwy urok gry polega na tym, że zwyczajna 
siódemka, ósemka, dziewiątka, zwyczajny bezwartościowy walet mają tu tę możliwość, że potrafią 
zmusić dziesiątki, aby spadały przy ściąganiu, a partner tę cenną dziesiątkę przebija asem, a 
czasami nawet drobnym zapomnianym atutem. I jakże demokratyczny jest ten mariasz królowych i 
królów! Zwyczajne, nic nie znaczące karty swoją atutową mocą zabijają nie tylko króle, ale zabić 
mogą nawet asa! Cóż to za demokratyczne poczucie dumy dla gracza, który przed rozpoczęciem 
rozgrywki zapowiada, że jego ostatnim sztychem będzie siódemka! Cóż to za uczucie wspaniałej 
pychy, kiedy w licytowanym mariaszu ogłasza dwie siódemki, jedną, która posunie, popchnie tę 
drugą, i tę drugą, tę zwycięską siódemkę ostatnią! — wykrzyknął pan kierownik szkoły Karol 
Polman, jego przyjaciele spoglądali na niego, z pewnością nigdy nie powiedział im czegoś tak 
pięknego o grze, która się zowie mariasz.
Skarby świata calego spadały w girlandach na stolik z radiofonii przewodowej, skrzyneczki 
umieszczonej na konsolach

122
nad graczami, pan kierownik szkoły Polman przeciągnął się, zamknął oczy i mówił dalej:
— W każdej rozgrywce piękny jest tajemniczy początek utajony w talionie. Trzynasta komnata 
dwu kart obróconych obrazkiem ku dołowi, które odkłada na stół ten, kto wybierał, aby je 
zaproponować tym graczom, którzy na podstawie swojej karty przypuszczają, że mogliby zagrać 
betla czy też durcha. A cóż za cudowne uczucia budzi dajmy na to taki żebrak! Kiedy gracz dumnie 
oznajmia z góry, że zwycięży w kolejnej rozgrywce w ten sposób, że będzie nieustannie 
przegrywać, że podczas gry lewę za lewą będą nieustannie zbierać ci, którzy wygrywając — w 
końcu przegrają! A to podniecenie pod koniec żebraka, kiedy rozgrywający ma uzasadnione 
obawy, że jego przeciwnicy mają w ręku fortel, kartę, która zdolna jest zmusić grającego, żeby 
wziął lewę i w ten sposób przegrał, jakaż to sytuacja graniczna, jakiż egzystencjalny wybór! Jakież 
to, miła pani, wspaniałe, jakże stawia człowieka na nogi taki durch, nic, tylko zwycięstwo za 
zwycięstwem aż do końca, jaki to kult jednostki, która już nie liczy na partnera, ale tylko i 
wyłącznie na siebie, na swoją kartę, która chce wszystkie lewy zagarnąć dla siebie! Albo taki 
renons! Kiedy grający już sobie myśli, że zwyciężył, na horyzoncie jest jeszcze jedna jedyna 
przedostatnia lewa i totalne zwycięstwo jest po jego stronie, wystarczy drobne nieposzanowanie 
koloru, tik, kiedy to karta wypada z ręki, i oto mamy renons, przypadkowy drobny błąd, który 
pozornie nie mógłby nic w istocie zwycięstwa zmienić, ale mimo to zdarzył się, a każda, choćby 

background image

nawet najmniejsza pomyłka karana jest całkowitą przegraną i człowiek musi zapłacić wszystko 
wszystkim graczom... Droga pani, my jednak gramy w mariasza z taką tragiczną namiętnością 
dlatego, że jesteśmy wdowcami, jesteśmy satyrami bez nimf, toteż będąc królami bez królowych, 
każdą rozgrywką raz po raz czcimy wesele, znowu jesteśmy mężami pięknych królowych, 
zmieniamy sobie te kochanki jak władcy z dynastii Merowingów... Ach, taka dama karowa to 
królowa, która nieustannie wzbudza zaufanie,

123
królowa wyniosła i wspaniała, ona zdolna jest do awanturek, mimo iż twarz ma ludową i twórczą! 
Ach, albo moja najdroższa królowa kier! Nostalgiczna dama zdolna do wielkich uczuć i miłości, 
która prowadzi ku katastrofie! Królowa pełna miłosnego oddania. A co powiedzieć o królowej pik, 
damie, która strzeże tego wszystkiego, co piękne w przeszłości, damie, która nieustannie udaje się 
gdzie indziej i w ten sposób naraża człowieka na ogromne niebezpieczeństwo przemocy! Boję się 
zawsze królowej karo, która jest symbolem zagłady, mimo iż jest dostojna i pełna inteligencji, 
damy karo, która przynosi niedobre wiadomości, ale mimo to pełna jest twórczych usiłowań!...
— mówił pan kierownik szkoły Polman, jego partnerzy oniemieli ze zdumienia, pewnie tak jak i ja 
nie przypuszczali nawet, że ten mariasz to tak piękna i miłośnie tragiczna gra. Pan kierownik 
odwrócił swoje karty i zalicytował kolor...
— Dziękuję — powiedziałam i wróciłam do swoich przyjaciół opartych o balustradę.
Znawca i świadek dawnych czasów podjął opowieść:
— Tam, w dole, znajduje się dom „U Fuksów”, mieszkał tam krupiarz Wincenty Szafranek, który 
nie umiał ani czytać, ani pisać, ale z miłości i obowiązku patriotycznego kupował dla swojego 
synka książki. A kiedy ten syn umarł, krupiarz Szafranek z płaczem zawiadomił książki o śmierci 
syna. Gdzież jest pan Wincenty Szafranek? — Pan Karol Wyborny nie oparł się nostalgii. — 
Gdzież jest pan Maryśko, fryzjer męski i damski, mistrz nie lada, kapelmistrz koncertowy, który 
chciał osiągnąć największy efekt i natychmiast po wprowadzeniu oświetlenia gazowego umieścił 
na wystawie wspaniałe popiersie woskowej panny z cudownym uczesaniem i nadnaturalnej 
wielkości, to wszystko pośród zieleni i kwiatów, wieczorem, aby efekt był jeszcze większy, ustawił 
pan Maryśko cztery lampy Auera, które tchnęły takim żarem, że w ciągu godziny figurze roztopił 
się nos i uszy i cała twarz spłaszczyła się, rozpłynęła i skryła za fryzurą... Gdzież jest ta woskowa 
panna? — wykrzyknął pisarz-

-samouk pan Wyborny, którego jako chłopca przywieziono do
124
l
miasteczka, gdzie zatrzymał się czas, w wózku ciągniętym przez dwie pary rzeźnickich psów, na 
sposób łączyńskiego księcia, który także miał zaprzężone dwie pary koni... — Gdzież podział się 
ludowy poeta nazwiskiem Szczepanek, który chodził po miasteczku z katarynką, wspierany przez 
swoją córeczkę Jańcię, a który mieszkał gdzieś przy uliczce Różowej i nie był tylko takim 
zwyczajnym kataryniarzem, ale każdego, kto obchodził właśnie imieniny czy urodziny, 
obdarowywał arkuszem białego papieru z patriotycznym wierszykiem własnego autorstwa. Gdzież 
jest ten poeta?
— Pochowano go tam, na cmentarzu Świętego Jerzego — powiedział samorodny pisarz pan Otokar 
Rykr, znawca dawnych czasów. — Jego córeczka, Jańcia, poetka po ojcu — dodał — była 
drobniutka i niewielkiego wzrostu i chodziła w malutkim własnoręcznie zrobionym kapelusiku. 
Zbliżała się nieśmiało do przechodniów, podając im papierek z napisanym wierszykiem i 
dopominając się w nienatrętny sposób zapłaty. Już dawno jej milutka figurka zniknęła za murem 
cmentarnym. Ale teraz coś weselszego! Widzi pani o tam, tę drogę? Była to droga cesarska, tu po 

background image

raz pierwszy w tysiąc osiemset osiemdziesiątym pierwszym roku widzieliśmy automobil w postaci 
powozu bez dyszla w drodze z Berlina do Wiednia. Tędy też przejeżdżali uczestnicy próbnych 
wojskowych zawodów jeździeckich na trasie Wiedeń-Berlin i z powrotem. Konie i jeźdźcy 
podążający w obu kierunkach byli już bardzo znużeni. Konie do dalszego kłusu zachęcano 
szampanem wymieszanym z surowymi jajami...
— Tak, tak — podjął świadek i znawca dawnych czasów pan Wyborny, wskazując ręką w dół — 
droga ta prowadziła na most, drewniany most na palach, gdzie pobierano myto, a poborcą był pan 
Berman, który mieszkał w trzecim domu od mostu, właścicielem jego był pan Hulik, ostatni 
miejski rybak, spokrewniony z rybacką rodziną, rodziną Boleniów. Tu też pan Hulik miał gospodę, 
utykał na jedną nogę, bo jako chłopak uciekając $ jakiegoś ogrodu, zawisł tą nogą na płocie. My, 
chło-

125
paki, podziwialiśmy go zawsze, kiedy podczas łowienia ryb brodził w wodzie w wysokich butach, 
jego małżonka, niewysoka a tęga pani w grubych okularach na nosie, chodziła zawsze w fartuchu o 
ogromnych kieszeniach, które miała pełne smażonych ryb; były one- tak uprażone, że chrupała je 
wraz z ośćmi jak cukierki...
— A po drugiej stronie — rozpromienił się pan Korzonek, wskazując rzekę — tam była pływalnia, 
której już także nie ma, zbudowano ją na beczkach przymocowanych drewnianymi rejami, żeby nie 
spłynęły z prądem. Połowa dla mężczyzn, druga połowa — dla kobiet. Każda cześć miała swój 
basen dla nie umiejących pływać. Kiedy szło się na pływalnie nad wodą, rzeka pięknie pachniała i 
była czysta. W małej budce przed pływalnią siedziała panna Wyczowska i sprzedawała bilety. Była 
zawsze cała różowa niczym reklama czystości! Nad wejściem powiewała czarno-biała chorągiew 
na znak, że pływalnia jest czynna, a niżej na ławeczce pod tablicą: Powietrze 20°

Woda 15°
siedział ratownik pan Krupa z fajką i kontrolował wzrokiem teren. Miał zawsze na sobie czyste, 
wyprasowane płócienne ubranie w niebieskie prążki. Czasami opierał na poręczy mocny drąg, do 
którego przywiązany był adept sztuki pływackiej, przesuwał drąg wzdłuż poręczy, a uczeń pływał. 
Kobiety także można było na pływalni zobaczyć, oczywiście że tak, ale tylko głowy. Kiedy 
wychodziły z wody, można było ujrzeć ich strój. Był to przeważnie płócienny kostium, podkasane 
do kolan spodnie, a na bluzie marynarski kołnierz. Kiedy wychodziły z wody, z tego ich stroju lało 
się jak z rynny. Gdzie jest ta stara nym-burska pływalnia? — nie oparł się przypływowi tęsknoty 
znawca i świadek dawnych czasów pan Wacław Korzonek.
A samorodny pisarz pan Rykr dodał:
— I gdzież są te piękne austriackie mundury? Wczesnym rankiem garnizon wyjeżdżał na plac 
ćwiczeń, nie można było oczu oderwać od tego wojska w wysokich hełmach, z zagięty-

126
mi ku przodowi dziobami na głowach. Jakże zazdrościliśmy oficerom ich polśniewających złotem 
hełmów! A potem wieczorem żołnierze ożywiali główne ulice, pobrzękując w marszu pałaszami o 
płyty trotuarów, tak że aż w uszach dzwoniło... Tam, w dole, tam się przechadzali... — Pan Rykr 
wskazał ręką i ciągnął: — Tam, koło apteki, rozłożone były kolorowe obrazy świętych i 
nieświętych i wielu bezgłowych dragonów na wspaniałych ogierach, walczących pałaszami z 
niewidzialnym wrogiem. W miejscu na głowę wlepiali później żołnierze swoje wycięte 
podobizny...
— Tak, tak to jest — potwierdził samorodny pisarz pan Korzonek. — Pierwszy garnizon w naszym 
miasteczku składał się z ułanów. Przy ulicy Jeździeckiej dla ich wygody zbudowano z cegieł z 

background image

murów obronnych sklepiony most wiodący na Małe Wały... W annałach opisana jest bójka dwóch 
dziewczyn, które w tysiąc osiemset czwartym roku walczyły o ułana... — powiedział pan 
Korzonek.
Pan Karol Wyborny, nie mogąc się doczekać, dorzucił:
— W tym domu, gdzie mieszkaliśmy, szycia sukien i bielizny uczyła panna Tereska 
Prochazkówna, wysoka i chuda stara panna. Przychodziło tu ze dwadzieścia dziewcząt. Panna nas 
nie interesowała, tylko jej brat, pan Antoni Prochazka, rekwizy-tor wielkich towarzystw 
teatralnych. Kiedy rzucił to zajęcie, sprowadził się z małżonką i całym mnóstwem skrzyń i waliz 
do swojej siostry Tereski. I zawartość tych skrzyń i kufrów chętnie pokazywał znajomym, my, 
chłopaki, nie mogliśmy się napatrzeć: było tam mnóstwo broni, kostiumów, strojów ludowych i 
innych rzeczy. A kiedy przyjechali na gościnne występy aktorzy różnych trup teatralnych, był to 
dla nas, chłopaków, dzień szczególnie uroczysty. Pływali w łódkach, a kiedy wołali do siebie: 
„Madam Prochazka” i „Silwuple, madam Pulda!”, i tak dalej, i temu podobnie, nam, chłopakom, 
wydawało się to straszliwie wytworne, nigdyśmy tego u nas nie słyszeli, chociaż niewiasty różnie 
się wyrażały... — Pan Wyborny roześmiał się i spoglądał w dół, na rzekę, widział tam to wszystko, 
o czym

127
mówił, odniosłam nawet wrażenie, że odczytał to z powierzchni rzeki i budynku, gdzie mieszkał 
jako chłopiec.
Skarby świata całego mruczały cichutko koncert smyczkowy, nad starą drewnianą poręczą 
balustrady, na której zwierały się kurczowo nasze pomarszczone ręce, patrzyliśmy w dół, na ulice i 
rynek miasteczka, na rzekę, zaglądaliśmy do pokoju, w którym krupiarz pan Wincenty Szafranek 
zawiadamiał z płaczem książki o śmierci swojego synka, widzieliśmy, jak wieczorem lampy Auera 
tchną takim żarem, że z wolna rozpływa się fryzjerski manekin, topnieje cichutko woskowy nos i 
odpadają uszy, a potem cała twarz kołysze się i rozpływa, kapiąc między zieleń i kwiaty 
przyozdabiające wystawę, przez rynek szła Jańcia i rozdawała skromne wierszyki, cesarską drogą 
pędziły do miasteczka konie z zawodnikami w siodłach, widzieliśmy, jak na rynku masztalerze 
podają zmęczonym koniom wiadra, do których leje się z butelek szampan, wzdłuż rzeki kroczy 
otyła pani Hulikowa w grubych okularach na nosie i rozdaje z kieszeni fartucha pełne garście 
smażonych ryb, przy starej pływalni siedzi pod czarną tablicą pan Krupa z fajką, odziany w świeżo 
wyprasowane, czyściutkie płócienne ubranie w niebieskie prążki, z rzeki wychodzą kobiety z 
secesyjnymi fryzurami, w płóciennych kostiumach, podkasanych do kolan spodniach i bluzach z 
obwisłym marynarskim kołnierzem, nad rzeką mkną na komach ułani w wysokich hełmach o 
wygiętych ku przodowi dziobach, koło apteki leżą na straganie obrazy bezgłowych dragonów na 
wspaniałych ogierach, rekwizytor, pan Prochazka, otwiera właśnie swoje walizki i skrzynie i 
pokazuje chłopakom broń, kostiumy i stroje ludowe...
Znawca, świadek i kronikarz dawnych czasów pan Karol Wyborny, jakby wiedząc, na co właśnie 
patrzymy, dodał:
— Dopiero później pan Prochazka wynajął drewnianą restaurację na Wyspie, przystosował ją na 
pobyt zimowy, a ponieważ stale mieszkał na Wyspie, nadano mu przezwisko: Robinson, w 
odróżnieniu od innych Prochazków w miasteczku. Wie pani, to miejsce, gdzie stała ta drewniana 
restauracja, to miej-

128
sce nazywano pierwotnie Wyspą Topoli, w języku ludu: Strzelnicą, starzy ludzie z niemiecka 
mówili Szistot, jako że pierwotnie była tam strzelnica bractwa kurkowego. Tam, obok restauracji, 
znajdowała się sala, której ściany wyłożone były od podłogi aż po sufit niczym tapetami 

background image

drewnianymi kwadratowymi tarczami, dobrze już podziurawionymi od strzałów, a na tarczach tych 
wymalowane były różne zwierzęta, ptaki i kopie rysunków z „Gazety Humorystycznej” i 
satyrycznego pisma „Szpilki”. Na każdej z tych tarcz wypisane było nazwisko zwycięskiego 
strzelca i data zawodów. W pobliżu drewnianej restauracji wznosił się okrągły pawilon dla 
orkiestry. Pan Prochazka wszedł w swoją rolę. Oprócz psa i kota oraz rozmaitych ptaków miał 
także dwie oswojone wydry, które ponoć przynosiły mu ryby z Łaby. Tego osobiście nie 
widziałem, ale byłem świadkiem, jak słysząc jego gwizd wybiegły z Łaby i wskoczyły mu na 
ramiona... — opowiadał, a my wszyscy, którzyśmy go słuchali, spoglądaliśmy tam, tam, tuż za 
miasteczko, tam, na tę Wyspę, pan Wacław Korzonek zaś dodał z zapałem:
— A to kino! Pierwsze objazdowe kino, wówczas atrakcja, wystąpiło na Kozinie. Nazwę Kozina 
uliczka ta otrzymała w czasach, kiedy w miasteczku targi bydlęce odbywały się na ulicach. Przy 
ulicy Świętojerskiej koński targ, przy dzisiejszej Długiej — bydlęcy, a przy Placu Zabaw, czyli 
Kozinie — sprzedawano owce i kozy. Ulica zwana Placem Zabaw nosiła przedtem miano 
Wojskowej, Przy Wieży Ciśnień nazywała się Rosyjską, Kościelna ulica i rynek nosiły miano 
Szeroka, Sądowa nazywała się Rzeźnicka, między domami Szrajerów a Dole-żalów biegła ongiś 
ulica Wodna, bo tamtędy prowadziła drewniana rura doprowadzająca wodę z wielkiego młyna do 
fontanny na rynku. Ulica Kolińska już od rynku nosiła nazwę Pod Nadłabiańską Bramą. Ulica 
Tyrsza nazywała się Świętojerską, aleję Elżbiety nazywano Lisztyńską, uliczkę Przy Poczcie — 
Zaułkiem Westchnień. Ulica Długa była Bydlęcą, Jeździecka — Okopową, Okopowa — Stolarską, 
Małe Wały... Na Węgrzech... ale wróćmy do Placu Zabaw! — wykrzyknął pan Ko-

129
rzonek zwycięsko. — Tu w marcu tysiąc osiemset osiemdziesiątego dziewiątego roku przybyło 
Muzeum Anatomiczno-Pa-tologiczne oraz Panopticum Koczki i tu mogli ludzie — za trzydzieści 
grajcarów dorośli, za dwadzieścia żołnierze, za dziesięć dzieci — w zbudowanej naprędce budzie i 
w zwierzyńcu na Placu Zabaw zobaczyć „cały tysiąc preparatów najznakomitszych artystów 
europejskich oraz trzydzieści gatunków najrzadszych drapieżników i zwierząt roślinożernych”, jak 
głosiła reklama... — mówił pan Korzonek, zacierając ręce i naraz podniósł się, i wrzasnął w dół, ku 
miasteczku: — Bez muzeum i pa-nopticum świetnie bym się obszedł, bez anatomii i patologii 
Koczki również, ale bez zapachów? Rankiem u zbiegu ulic Okopowej i Bolesławickiej pachniało 
pieczywo z piekarni Ma-chaczka. W zimie podczas mrozów wczesnym rankiem piekarze 
wystawiali wyrośnięte bułeczki na deskach na mróz na podwórzu i dopiero po pewnym czasie 
wkładali do pieca. Bułeczki były chrupiące i kiedy wyjmowano je z pieca, zapach niósł się aż na 
ulicę... Naprzeciwko przy ulicy Jeździeckiej, w czwartym chyba domu, miał niewielki sklepik 
koński rzeźnik i masarz pan Michałek. Tam z kolei aż na ulicę niósł się zapach pieczeni rzymskiej, 
którą pani Michałkowa szczodrze obdzielała chłopaków, krojąc dużą łyżką, dostawali za grajcara 
sporą porcję tego smakołyku wprost do garści, tak że musieli sporo dmuchać i przerzucać pieczeń z 
ręki do ręki. Interesujący kram należał do pana Prochazki, tokarza i stolarza przy ulicy 
Bolesławickiej. Sprzedawane wyroby pachniały politurą i rzadkimi rodzajami drewna. Przed 
domem numer sto trzydzieści dziewięć wystawione były bicze, miotły i rybackie wędziska, na 
jednym wisiał wysoko na haczyku karp z papieru, który się nieustannie obracał. Po kilku krokach 
aż na ulicę wypływały niezwykłe aromaty ze sklepu w domu sto trzydzieści osiem. Wystarczyło 
zejść w dół po dwu schodkach, a tam już rozciągało się królestwo właściciela składu materiałów 
aptecznych pana Szebora, mężczyzny o marsowej brodzie, w ciemnych okularach. Maści na bóle 
zewnętrzne i wewnętrzne. Babunie chętnie kupowały ży-

130
wice terpentynową, a była to maść tak cudowna, że podczas odrywania plastra z bolącego miejsca 
wraz z plastrem odchodził kawałek skóry. Sprzedawał on sadło niedźwiedzie, zajęczy smalec, 
jeleni łój na „wilka” oraz inne maści. U zbiegu ulic Bolesławickiej i Długiej w domu pod numerem 

background image

sto trzydzieści sześć roztaczał swoje zapachy sklep z artykułami kolonialnymi pana Szymaczka — 
już wówczas miał dwa wejścia i był jednocześnie krupiarstwem i punktem sprzedaży mąki. Po 
drugiej stronie ulicy, także na rogu, w domu pod numerem sto trzydzieści pięć, znajdowała się 
gorzelnia Salomona Kleina, skąd rozchodził się aż na ulicę zapach rozmaitych alaszy i innych 
diabelskich napojów, „czartków” oraz „modagorów”, gdzie nierzadko leżał na chodniku jakiś 
nieszczęsny pijaczyna. Pierwszy dom na rynku, numer sto trzydzieści jeden, należał do pana Bartla, 
masarza. W chłodne wieczory, kiedy otwierały się drzwi sklepu, kłąb pary pachnącej świeżymi 
wędlinami płynął pod arkadami... Innym sklepem w domu pod numerem sto dwadzieścia osiem, 
który tchnął swoim zapachem aż pod arkady, był sklep z wyrobami tytoniowymi pana Wehry. Po 
wiodących w górę dwóch stopniach wchodziło się do sklepu pełnego zapachu tytoniu. Wówczas 
palono przeważnie cygara i zażywano tabakę. W dnie powszednie palili ojczulkowie długie, 
rzadziej — krótkie, w niedzielę kubańskie. Zuchy palili Wirginie. Palący papierosy, a stanowili oni 
wówczas mniejszość, palili słabsze, węgierskie, damskie, sporty, albo też droższe — memfisy i suł-
tany. Wytrawni palacze nabijali tutki pursiczanem, który był drobno krajany na pasma, miał 
złocisty odcień i sprzedawano go w metalowych pudełkach. W domu pod numerem sto 
dwadzieścia osiem znajdowała się piekarnia pana Ignacego Szypka, później pana Kulicha. Już od 
samego rana pachniał pod arkadami świeży chleb. Był aromatyczny, z ciemniejszą skórką, o 
łagodnym smaku, miał jednak jedną wadę: otóż w liczniejszej rodzinie pani domu musiała go 
skroić na kolację więcej niż połowę. Kilka kroków dalej apteka w domu pod numerem sto 
dwadzieścia sześć. Oszklone drzwi otwieraliśmy, zawsze wstrzy-

131
mując odrobinę oddech. Tam wśród porcelanowych naczyń z łacińskimi napisami poruszał się 
cicho pan magister, to otworzył słoiczek, to nalał kropelkę czegoś do kieliszka, zważył coś na 
precyzyjnej wadze, dolał aqua destilata, dosypał pulvis, a chłopcy, którzy zachowywali tu 
absolutną ciszę, wytrzeszczali oczy i cieszyli się, kiedy otrzymawszy lekarstwo, mogli się stąd 
wymknąć... Gdzież się podziały wszystkie te piękne zapachy, czyż nikt już nie ma prawa kochać 
zapachów?... — krzyczał pan Korzonek wszystko to, co miał przeciwko miasteczku, gdzie 
zatrzymał się czas zapachów, smacznych potraw i przypraw, lekarstw i mydeł.
Pan Otokar Rykr ścisnął mi lekko łokieć, wskazał rozpościerający się w dole cmentarz i 
powiedział:
— Tam leży nasz poeta Otakar Theer; mając siedemnaście lat wydał tomik wierszy Gaje, gdzie się 
tańczy pod pseudonimem Otto Gulon... W roku tysiąc dziewięćsetnym tom wierszy Wyprawy do 
Ja. W roku tysiąc dziewięćset trzecim zbiorek opowiadań i nowel Pod drzewem miłości, w tysiąc 
dziewięćset jedenastym zbiór wierszy Lęki i nadzieje... a w pięć lat później tomik wierszy 
Wszystkiemu na przekór. Ostatnim dziełem poetyckim Otakara Theera była tragedia antyczna 
Faeton. Premiera odbyła się w Teatrze Narodowym trzynastego kwietnia tysiąc dziewięćset 
siedemnastego roku. Faeton — Rudolf Deyl, w pozostałych rolach Rużena Noskova, Leopolda 
Dostalova. Sztuka została entuzjastycznie przyjęta i miała ogromne powodzenie... Jednakże Theer 
nie mógł się w pełni oddać radości z odniesionego sukcesu. Po premierze rozwieszając w 
mieszkaniu wieńce i bukiety, jakie otrzymał w teatrze, spadł z niskiej drabinki, doznał 
wewnętrznych obrażeń i musiał leżeć. Szóstego września przewieziono go do szpitala na 
Winogradach, gdzie po długich i ciężkich cierpieniach zmarł dwunastego grudnia, nie mając nawet 
trzydziestu siedmiu lat... — opowiadał ze wzruszeniem znawca i świadek dawnych czasów pan 
Otokar Rykr i oparłszy się o poręcz, dźwięcznym głosem krzyczał ku miasteczku: — Niech pani 
powie, jakiż powód miał Karol Igna-

background image

132
cy Macha, żeby biec gasić pożar, w wyniku czego umarł? Niech pani powie, po kiego licha Otakar 
Theer wieszał na ścianie wieńce i bukiety, w wyniku czego spadł z drabinki, a potem umarł? Po 
kiego licha Karol Hlawaczek, poeta, biegł do „Sokoła”, przeziębił się i w wyniku tego umarł?

12
Niedziele zaczynały się w domu starców już w czwartek i piątek. Była to próba, przygotowanie się 
do radości, że ktoś przyjedzie w odwiedziny, ktoś z rodziny, przeważnie dzieci, które same z kolei 
miały już dzieci, a więc renciści tę resztę pieniędzy, jakie im zostały, wydawali na cukierki i 
czekoladę. Niektórzy renciści tak jakby wypogadzali się, jakby ocykali się z głębokiej melancholii, 
tak jakby krzepli. Jednakże najbardziej do niedzielnych odwiedzin przygotowywali się ci, do 
których później nikt nie przychodził. Tak więc od niedzielnego ranka stały na dziedzińcu grupki 
rencistów, a kiedy padał deszcz, siedzieli w ogromnej hrabiowskiej komnacie, niektórzy nie 
wytrzymywali i wychodzili w deszcz, żeby zobaczyć, czy ktoś nie nadjeżdża tą szeroką aleją 
starych kasztanów, która wznosiła się stromo od kościółka, wpatrywali się uparcie tam, gdzie się 
zaczynała, i zawsze jakiś samochód piął się w górę, ku bramie, a więc renciści biegli z powrotem 
do foyer, siadali w fotelach i przygotowywali sobie najpiękniejszy uśmiech, spoglądali na drzwi, 
jednakże ci, którzy wybiegali niecierpliwie, by oczekiwać swoich miłych na podjeździe, do tych 
niemal nikt nie przyjeżdżał. Jeśli przyjechał, to ktoś, kogo nie oczekiwali albo nie mieli czasu 
oczekiwać, to byli ci renciści, którzy w pięciu grupkach grali w karty, tak więc, kiedy siostrzyczki 
przychodziły zawiadomić ich o przyjeździe krewnych, o wizycie, najpierw musieli skończyć swoją 
partyjkę i dopiero potem szli niechętnie, odrywali się od mariasza i schodzili do sali przyjęć, a 
kiedy była ładna pogoda — na ławeczkę do parku i na dziedziniec,

133
podawali krewnym ręce i znudzeni prosili, aby usiedli, a ci krewni z kolei widząc, że nie oczekuje 
się ich, tak jak wypada oczekiwać, nabierali otuchy, cieszyli się, że ich ojczulek albo teść tak 
bardzo zajęty jest czymś innym, cieszyli się, że ten rencista ułatwił im ich przyjazd, że ten rencista 
jest jeszcze człowiekiem, który nie oczekuje przyjazdu członków swojej rodziny jako ostatniej 
deski ratunku, jako wypełnienia niedziel, ale zupełnie się nie krępując, patrzy na zegarek, ciągłe 
podwija mankiet i obserwuje czas, który płynie nieubłaganie, a tam na górze czekają jego kompani, 
aby dalej grać w mariasza, który jest tym nieustannie ruchomym świętem, tą nieustanną niedzielą 
oznaczoną ciągle czerwonym kolorem, bo grać w karty to rzecz znacznie piękniejsza, niż słuchać 
czy opowiadać wszystkie te niepotrzebne głupstwa, które już dawno wszyscy w rodzinie sobie 
powiedzieli, kiedy był ku temu czas.
Ja nie oczekiwałam nikogo, a kiedy ktoś przychodził, dawałam do zrozumienia, że mnie to cieszy, 
ale będzie znacznie lepiej, jeśli gość sobie pójdzie do domu, bo ja tak jakby zrozumiałam, że 
wszystko ma swój czas. Dopiero tu, w domu starców, który nie był nędznym przytułkiem, jakie 
znałam z dawnych złotych czasów, gdzie żyło się z łaski, dopiero tu, wśród rencistów, którzy mieli 
swoje życie wypisane na stwardniałych i zniekształconych od harówki rękach, dopiero tu, w domu 
starców, stwierdziłam, że potrafię rozglądać się wokół siebie, i widziałam, i czytałam z ludzkich 
twarzy cały los tych ludzi, mogłabym napisać o nich książkę, tak jak stare Cyganki, które odczytują 
z dłoni albo fusów czarnej kawy człowieczą dolę, ja widziałam, że każdy ma wszystko wypisane 
nie tylko na twarzy, ale w chodzie i całym ciele. Dlatego chodziłam tylko i patrzyłam, 
odgadywałam ludzkie związki, a nie było to wcale trudne, bo wszyscy ludzie, nawet gdy udają, 
łatwi są do odczytania, do odgadnięcia.
Kiedy tak w pogodne niedziele płynęli przed południem ci goście i siadali wokół rencistów na 
krzesełkach i ławeczkach, przynosili torty i upominki, i kwiaty, widziałam, że większość

background image

134
przybyszów zjawiała się tak jakoś smutnie, kiedy spacerowałam i słuchałam urywków rozmów, 
słyszałam wciąż użalanie się, że ludzie muszą stać w kolejkach po warzywa i po mięso, że rano, 
kiedy mają przywieźć bułki i chleb, czekają daremnie, bo bardzo często przywożą pieczywo 
dopiero w południe, czasami nawet po południu, słyszałam narzekania, że ulice są rozkopane, że 
ich dom ma być zburzony, że w Pradze nie można pójść dokądkolwiek wieczorem bez narażania 
się na niebezpieczeństwo, iż człowiek wpadnie gdzieś do wykopu, niektórzy goście twierdzili 
nawet, chociaż panowała piękna pogoda, że w drodze przeżyli straszliwą burzę, potworną wichurę, 
że zdarzyło się kilka wypadków i musieli objeżdżać szmat drogi, zanim tu dotarli, żeby odwiedzić 
mamusię albo tatusia, że ten tort jest na zamówienie, że jeśli się go nie kupi w piątek, to w sobotę 
nie ma już ani jednego słodkiego ciasteczka...
Tak więc chodziłam i widziałam, że wszystkie te przybyłe gaduły starają się zasugerować, iż tu, w 
domu starców, w tym pałacu, życie jest jeśli nie istnym rajem, to spokojnym zaciszem, niektórzy 
rozglądali się, chodzili i podziwiali korytarze pełne kwiatów, zaglądali do sali jadalnej, nad którą 
rozpościerał się ogromny fresk, i wróciwszy pełni zachwytu mówili, że chętnie już jutro przeszliby 
na rentę, że nigdzie indziej nie chcieliby mieszkać, tylko właśnie tutaj, w pałacu hrabiego Szporka. 
A renciści śmiali się cicho, większość kobiet była umalowana, włożyły na siebie, co miały 
najlepszego, uśmiechały się, a kiedy zamierzały choćby jednym słówkiem napomknąć, że wcale 
nie jest zupełnie tak, jak to krewni mówią, że tych ich trosk nie rozumieją, że mieli inne 
zmartwienia, jak zdobyć choćby kawałek chleba, ale że brak im rodziny, w tej chwili krewni 
wznosili ręce i błagali, żeby nie bluźnili, i znów ujmowali swoich ojców i matki pod ramię i 
podczas gdy wnuczęta zabierały się do tortu, prowadzili krewnych na spacer po pałacowym parku, 
gdzie wzdłuż ścieżek wśród starych strzyżonych buków stały szeregi barokowych posągów z 
piaskowca, udawali ci przybysze ogromne zainteresowanie tymi posągami,

135
których by z pewnością nigdy nie zauważyli, gdyby owe posągi miesięcy wyciosane z piaskowca 
przez uczniów Brauna nie pozwalały im wskazywać rencistom szczegółów posągów, pięknych 
głów, piersi, a kiedy tu i teraz rencista chciał powiedzieć, że wcale tu tak nie jest, że nadchodzi noc 
i kiedy chcą spać, to jeden drugiego budzi kaszlem, wierceniem się na łóżku i niedomaganiami 
trawienia, że znajdują się tu w grupie, ale to nie wszystko, bo nigdy już nie mogą być sami, sami w 
swoim domu, tak jak to było przedtem, tak jak mogą być ci młodzi, którzy przyjechali ich tutaj 
odwiedzić.
Kiedy jednak rencista napomknął, że chciałby także poinformować o drugiej stronie tego pięknego 
życia, już krewni przyklękali i usiłowali odczytać wyrytą na cokołach sentencję napisaną po 
niemiecku, starali się odcyfrować i sylabizowali nie bez trudu nazwy miesięcy wykute w kamieniu 
i zarośnięte już mchem, i zatarte pogodą, bo posągi te stoją tu już ponad dwieście lat... I tak oto 
nagle ci, którzy przyjechali... i zawsze zdarzało się to w chwili, kiedy rencista chciał się poskarżyć 
nie na to, że musi tu mieszkać wraz z innymi, ale chciał jedynie powiedzieć, że starość to jednak 
starość, że ci młodzi powinni cenić sobie to, że są młodzi, że każdy rencista chętnie by stał w 
kolejce po jarzyny, po chleb, chętnie chodziłby po rozkopanej Pradze i innych miastach, chętnie by 
sobie zamówił u swojego rzeźnika mięso na określoną godzinę, chętnie robiłby wszystko, byleby 
tylko mógł być młody, młodszy, niż jest, byleby sam mógł się załatwić, bo teraz, gdy przyjdzie na 
to pora, leży w łóżku, jest bezsilny i siostrzyczki muszą przynosić mu nocniki i podcierać mu tyłek 
jak małemu dziecku...
Widziałam, że jak dochodziło do tej sytuacji, gdy każdy rencista chciał powiedzieć dzieciom coś 
prawdziwego, coś im przekazać: aby ceniły sobie to, że są młode, że nie mają takich zmartwień, 
jakie oni mieli, że człowiek i jego ręce mają dziś inną wartość, jakże mogą o tym zapominać i 

background image

myśleć tylko o sobie, że mają inne możliwości, o jakich im się nawet nie śniło, wtedy zawsze ten 
spośród krewnych, który miał jakby za zada-
136
l
nie pilnować, aby do takiej spowiedzi nie doszło, spoglądał na zegarek i udawał szalone 
zaniepokojenie, chwytał się nawet za czoło i jęczał, i natychmiast w drogę powrotną, i nagle 
wszystko jakby się kończyło, przerwany gwałtem targ i uroczystość, seans filmowy w kinie letnim, 
kiedy nagle zaczyna padać deszcz, żegnali się pospiesznie, pakowali torby i brali dzieci na ręce, i 
niemal w powietrzu ciągnęli je za sobą, bo za niespełna pół godziny odjeżdża pociąg i autobus, a 
jeśli przyjechali samochodem, to każdy chciał zdążyć na czas do domu, gdzie spodziewali się 
ważnego gościa, od którego zależy coś istotnego, na przykład przyjęcie do gimnazjum, że coś 
ważnego trzeba jeszcze załatwić, zdarzało się nawet, choć pogoda była piękna, że krewni nagle 
spoglądali na niebo, wdychali powietrze i czuli, że zbliża się burza, że będzie się błyskało i lało jak 
z cebra i że samochód ma trochę zdarte bieżniki, a takie opony na mokrej jezdni skłonne są do 
poślizgu...
Renciści udawali, że są tym przerażeni jeszcze bardziej, sami w teatralny sposób demonstrowali 
swoje obawy, a więc krewni oddalali się: nim doszli do bramy, obracali się i machali chusteczkami 
i dłońmi... a kiedy w końcu zatrzymywali się w hrabiowskiej kutej i ozdobnej bramie, otwartej 
niczym ogromne skrzydła archanioła Gabriela, odwracali się, łzy płynęły im z oczu i tak jakoś w 
zwolnionym tempie machali raz jeszcze, jakby widzieli się po raz ostatni i już nigdy, nigdy nie 
mieli się zobaczyć...
A ja przechadzałam się, udawałam, że spoglądam na to, jak czubki moich bucików wysuwają się na 
przemian spod długiej spódnicy, jakbym nasłuchiwała odgłosu podeszew miażdżących 
chrzęszczący piasek, jednakże kącikiem oka dobrze widziałam rencistów: stali pośrodku dziedzińca 
przy stoliku i opierali się o jego płytę, i wolną ręką także tak machali, jak macha się ze szpitalnego 
łóżka krewnym oddalającym się z powrotem ku drzwiom, po raz ostatni, jako że dni i godziny są 
policzone... A kiedy krewni znikali, uśmiech ten z twarzy ren-aistów zawsze odpadał, odlepiał się 
jak naderwana podeszwa,

137
i panowała cisza, cały ten teatr, który odegrał się w dniu odwiedzin, odgrywał się raz jeszcze pod 
zamkniętymi powiekami. Późnym popołudniem, kiedy goście odjechali i wszystkie wazony pełne 
były kwiatów, miałam zawsze wrażenie, gdy widziałam tych gości przychodzących z kwiatami, 
gdy widziałam to uroczyste przybycie, niby w dniu imienin czy urodzin albo też w święta Bożego 
Narodzenia na groby zmarłych, odnosiłam wrażenie, że te wizyty to przygotowywanie się do 
pogrzebu, każdy przybysz bardzo dobrze wiedział, bał się spojrzeć wprost, zawsze każdy gość 
przyglądał się badawczo krewnemu, kiedy się pochylał, kiedy się obracał, każdy dobrze wiedział, 
widząc cieniutką szyjkę, trzęsące się ręce, że krewny już dojrzewa do trumny, przygotowuje się do 
ostatnich rzeczy człowieczych, do cmentarza... Ciągle piękni byli jedynie ci renciści, którzy czekali 
wytrwałe, a mimo to nikt do nich nie przychodził. Co chwila zbliżali się do bramy, każdy odgłos 
nadjeżdżającego samochodu wprawiał ich w zachwycenie, za każdym jednak razem, kiedy 
stwierdzali, że nadjeżdża ktoś inny, na chwilkę tylko sinieli, przymykali oczy, by niebawem z taką 
samą radością chodzić do bramy otwartej w kierunku miasta i spoglądać tam, ku początkowi alei, 
czy ktoś nie nadchodzi, tam zresztą, gdzie i ja spoglądałam, czy nie odwiedzi mnie także i mój syn, 
ten, którego kochałam, gdy tak długo chodził w marynarskim ubranku, tak długo marzył o innym 
życiu niż to, jakim żył ze mną w browarze, aż wreszcie odszedł z tych pokojów dokądś za 
szczęściem, które nie byłoby tylko jego szczęściem, ale także szczęściem innych... i w tym 
czekaniu byłam równie piękna, jak i renciści, którzy oczekiwali wytrwale, a nikt do nich nie 
przychodził. Ich niedzielny obiad przypominał bez reszty obiad tych rencistów, którzy spieszyli się, 

background image

byleby tylko jak najszybciej grać znowu w tego swojego nie kończącego się mariasza, nawet deser 
zawijali w serwetkę i już z powrotem na dziedziniec albo — gdy padał deszcz — ku drzwiom 
wiodącym na zadeszczony dziedziniec, i stali tam, i spoglądali, przecierali oczy, żeby lepiej 
widzieć, gdyby ktoś

138
zbliżał się w tej ulewie, w tym oberwaniu chmury. Tych lubiłam najbardziej, bo kiedy pod wieczór 
zamykano bramę, ci rencjści od razu się kładli, mieli oni nie tylko podwyższoną ciepłotę ciała, ale 
od tego czekania dostawali dreszczy, ponieważ na nikogo nie czekali, niczego niemal się nie 
spodziewali, a czekali jedynie po to, żeby czekać, żeby wypełnić sobie pogodną albo deszczową, 
ale zawsze piękną niedzielę czekaniem na przybycie znajomego człowieka, tak jak inni wizytą 
krewnych czy przyjaciół.
W tym czasie, kiedy stryjaszek Pepi zaczął coraz gorzej widzieć i chodzić, wybieraliśmy się — 
żeby miał ruch — na grzyby, w przeddzień Franci kupował na targu trzy prawdziwki, chodził na 
targ po to, żeby zorientować się tam, czy grzyby obrodziły i jak obficie — a to na podstawie tego, 
ile kosztowały. Jeśli prawdziwki kosztowały po dziesięć koron kilogram, znaczyło to, że grzyby 
obrodziły, jeśli zaś czterdzieści koron — grzybów było niewiele. I zawsze wypytywał 
sprzedającego, skąd przyjechał, i zgodnie z tym wybieraliśmy się na grzyby. Kiedy wyjeżdżaliśmy 
rano z dworca naszego miasteczka do Dymokur, to jeśli na poranny pociąg czekało stu grzybiarzy z 
koszykami, od razu wiedzieliśmy, że grzyby obrodziły, jeśli zaś grzybiarzy było tylko pięciu, od 
razu wiedzieliśmy, że grzybów trzeba będzie szukać... Tak więc zdarzało się, że na dworcu w 
Dymokurach wyroiło się czasami kilkuset grzybiarzy i wyprzedziło nas, wówczas Franci podnosił 
za nimi prawdziwka, którego miał ukrytego w koszyku, i wołał za grzybiarzami:
— Jak wy szukacie?
I pokazywał prawdziwka, i krajał jego nóżkę, i wkładał do koszyczka, a potem podnosił drugiego 
prawdziwka tuż za piętami innego grzybiarza i pokazywał mu go:
— Pan tego nie zbiera?
I odkrawał nóżkę, i podawał grzyb stryjaszkowi, który z zapałem wąchał grzyb i wołał:
— Psiakrew, toż to prawdziwek! Cóż za piękny borowik!

139
I natychmiast potem trzeci prawdziwek, podniesiony za plecami kolejnego grzybiarza, wstrząsał 
grzybiarzami do tego stopnia, że stawali się niespokojni i od tej chwili raz po raz popełniali błędy...
Jednakże w lesie bywało kilkuset grzybiarzy, którzy gubili się i nie mogli odnaleźć, a więc las 
pełen był wołania i przekleństw, gwizdów i krzyków, tak że powiedzieliśmy sobie, że na przyszły 
raz pojedziemy na grzyby po południu, bo jeśli już grzyby rosną, to wyrosną też w ciągu dnia. Ale 
to samo pomyśleli sobie także wszyscy pozostali grzybiarze, no i w oczekiwaniu na popołudniowy 
pociąg spotkało się znów na dworcu stu grzybiarzy, patrzyli po sobie niechętnie, nawet ci, którzy w 
miasteczku wymieniali ukłony, tu je przestali wymieniać, i stało się to, czego się obawialiśmy: w 
Dymokurach wysypali się z pociągu wszyscy ci grzybiarze, którzy wsiedli doń w naszym 
miasteczku, po czym wszyscy rzucili się biegiem do lasu, w lesie zaś jeden drugiego wyprzedzał, 
wobec tego zbieraliśmy grzyby tylko na skraju lasu, raz nawet na porośniętym trawą boisku pod 
lasem znaleźliśmy cały koszyk koźlarzy, i znów mieliśmy pełny koszyk, i wszyscy pozostali 
grzybiarze, kiedy spotkaliśmy się, oczekując na wieczorny pociąg, z zazdrością łypali oczyma na 
koszyk, który trzymał stryjaszek Pepi. A więc powiedzieliśmy sobie wszyscy, że najlepiej będzie 
jeździć samochodem albo na rowerze. Ale kiedy o świcie przyjechaliśmy do Dymokur — pociąg 
dopiero sapiąc brał zakręt — z pociągu nie wysiadł dosłownie nikt, natomiast polany i leśne dróżki 

background image

pełne były samochodów i rowerów, i znów wszyscy grzybiarze spotkali się w lesie. Wówczas już 
nie spieszyliśmy się, zbieraliśmy grzyby podejrzane, niepewne, brałam ze sobą garnek i kawałek 
masła, chleb i termos z gorącą herbatą, jechaliśmy na los szczęścia, dopiero gdy wyspaliśmy się 
porządnie, a potem zbieraliśmy tylko te grzyby, które pozostawili inni grzybiarze, posługując się 
przy tym książką, jaką napisał pan profesor Smotlacha, zbieraliśmy mglejarki szmaciaste i 
szmaciaki gałęziste, rozpalali ogienek i piekliśmy na maśle i smażyli te grzyby, Franci do-

140
dawał czernidłaka pospolitego, a kiedy potrawa była gotowa, najpierw dawaliśmy spróbować stryj 
aszkowi Pepi, który nie mógł się jej nachwalić, potem odczekaliśmy pół godzinki i Franci pytał:
— Nie dzwoni ci w uszach, Józku?
Jeśli stryjaszek dzwonienia nie słyszał, i my zabieraliśmy się do jedzenia, w lesie było pięknie, 
zbieraliśmy jedynie te grzyby, które przewróciły buciki i trzewiki setek grzybiarzy...
Tylko raz zrobiliśmy sobie potrawę z tęgoskóra pospolitego, po czym wszyscy straciliśmy władzę 
w nogach, przez trzy godziny nie mogliśmy chodzić, ale później możliwość poruszania się 
powróciła, gotowaliśmy tęgoskóra, odlewaliśmy wodę, dodawaliśmy go do smaku, gdy podstawę 
potrawy stanowiły gorzkie grzyby podbrzeźniaki i piestrzenice, a do tego kilka kolczaków 
obłączastych, które według profesora Smotlachy zawierają jakiś szkodliwy kwas... A w ogóle te 
piestrzenice wspaniałe były w occie, w occie estragonowym, połączone z pieprz-nikiem 
pomarańczowym oraz sarną i młodą hubą, tak zwaną bułeczką, nakładaliśmy ją w zimie do 
pucharków, tę mieszaninę pokropioną cytryną i odrobiną worcesteru, mieszanina ta miała smak 
najdelikatniejszych morskich małży i langust. I tak jedząc przez dłuższy czas i marynując tylko 
podejrzane grzyby, staliśmy się tak pełni owej delikatnej trucizny, iż pewnego razu, kiedy 
znaleźliśmy najprawdziwsze borowiki i udusiliśmy je w domu, wszyscy dostaliśmy wymiotów i 
biegunki, i straszliwego łaknienia, tępego bólu głowy, kurczu łydek i podwójnego widzenia oraz 
stałego dzwonienia w uszach, zdziwiliśmy szpital, że zatruliśmy się jadalnymi grzybami, ale 
ordynariusz powiedział nam później, że zdarzyło się to również profesorowi Smotlasze, którego 
znaleziono nieprzytomnego po spożyciu prawdziwków...
Chodziliśmy więc do lasu tylko na spacery i pewnego razu Franci natknął się w krzakach na 
samochód ciężarowy, który musiał tu stać chyba od końca wojny, porastały go gęsto młode brzózki 
i osiki, Franci przeprowadził się do lasu do tego samo-

141
chodu ciężarowego, był tam przez cały tydzień i mieszkał w kabinie, przynosiłam mu obiady, 
patrzyłam, jak rozmontowuje cały ten samochód, a potem składa go z powrotem, ostatniego zaś’ 
dnia, kiedy przyniosłam mu w torbie ryneczki, a w bańce zupę, Franci uniósł palec, włożył korbę, 
pokręcił raz, potem drugi i silnik zapalił, Franci dodawał ręką gazu i był szczęśliwy, i śmiał się, po 
czym specjalnym płynem oczyścił zatartą zmiennymi pogodami markę na przedzie chłodnicy. Było 
tam wyryte w metalu: Wbite. I następnego tygodnia kupił ten wrak od rady narodowej na raty, 
nabył nowe opony i zawiózł te gumy do lasu, uniósł na podnośniku karoserię i wymienił 
spłaszczone i ze-tlałe opony na nowe, wyciął młodniak, który obrastał White’a, był to piękny 
widok, kilka niewielkich brzózek wyrosło nawet w kabinie dla kierowcy i przez wybitą szybę 
przepchnęło się ku słońcu, z pewnością będzie tak kiedyś, gdy ta nasza kula ziemska stanie się 
znowu bezludna, miłosierna natura za dziesięć, za dwadzieścia lal otoczy wszystkie fabryki i drogi, 
wszystkie miasta, wszystko, co ludzie na ziemi zbudowali...
— A potem znów zapanuje na ziemi porządek i okrutny, ale sprawiedliwy pokój — powiedział 
Franci, usiadł za kierownicą i pojechaliśmy do domu; pijany szczęściem Franci nie mógł nawet 
porządnie sobie podjeść, ciągle wybiegał na podwórze i przyglądał się Wbite’owi, pił kawę na 

background image

stojąco i patrzył przez okno na ten samochód ciężarowy. A potem obszedł urzędy, a kiedy wrócił, 
potrząsał dokumentem, w którym było napisane, że Francinowi pozwala się na prowadzenie 
przedsiębiorstwa transportu samochodowego.
I tak oto Franci codziennie wraz ze stryjaszkiem Pepi, którego zatrudnił jako pomocnika, wyjeżdżał 
do magazynów warzyw i owoców, rozwoził transporty jarzyn aż gdzieś na Morawy, im większe 
musieli pokonać odległości, tym później wieczorem wracali, zmęczeni, ale szczęśliwi. Stryjaszek 
Pepi był już tak stary, że kiedy wynosili na rampy skrzynki jarzyn, niemal za każdym razem 
przewracał się, tak że magazynierzy musieli stryj aszka Pepi opatrywać, a więc kiedy następnym 
razem

142
przyjechali do tych magazynów, magazynierzy, żeby szybciej skończyć robotę, sadowili stryjaszka 
na pustej skrzynce i sami wyładowywali towar. Franci tylko stał i podawał im z Wbite^ te skrzynki, 
sterczące wysoko ponad burty samochodu skrzynki z warzywami... Mimo to jednak, kiedy ci moi 
mężczyźni wracali z wyprawy, a Stryjaszek Pepi miał głowę całą w plastrach, mimo to zawsze czuł 
się zwycięzcą...
Czasami zdarzało się, że po drodze łapali gumę, niekiedy nawet dwie gumy, i przyjeżdżali w upale 
na miejsce przeznaczenia dopiero pod wieczór, gdzie nie chciano już przywiędłych warzyw 
przyjąć, a więc Franci nauczył stryjaszka Pepi i obaj klękali, i składając ręce, błagali, żeby im ten 
towar przyjęto, bo nigdy już nie pozwolono by im zajmować się transportem warzyw... 
Magazynierzy więc podpisywali, ale pod warunkiem, że Franci odwiezie i wyładuje jarzyny w 
oborze dla bydła, albo wywiezie wprost na wysypisko śmieci...
A ja tymczasem całymi godzinami czekałam, już dawno powinni być w domu, ale oni dopiero 
wyjeżdżali skądś na pograniczu, mdlałam niemal, wyobrażając sobie, w jakiej to też katastrofie 
zginęli Franci i jego braciszek Pepi. Czytałam kronikę wypadków w gazetach, a potem nadal 
nasłuchiwałam przy oknie, kiedy wreszcie rozlegnie się ten typowy odgłos White’a, przejeżdżały 
jednak samochody innych marek, odróżniałam wszystkie samochody na podstawie samego tylko 
gangu ich silnika, ale dopiero gdy byłam przekonana, że obaj zginęli, wówczas od strony krzyża 
rozbrzmiewał wesoło jasny i niemal radosny warkot motoru White’a, który wywoływał uśmiech na 
moich ustach, biegłam i otwierałam po ciemku bramę, i White wjeżdżał na podwórze, Franci 
przekręcał kluczyk i przydeptu-jąc mocno pedał, zwiększał obroty, i silnik stawiał w ten sposób 
kropkę kończącą wspaniałą jazdę, zamykając ją nieodwołalnie.
Mniej więcej dwa razy w tygodniu ci moi mężczyźni wracali dopiero koło północy, choć ja 
czekałam ich przed wieczorem, chodziłam tam i z powrotem, nauczyłam się rozmawiać sama z 
sobą, raz wrócili dopiero nazajutrz, bo złapali wszystkie
143
l
cztery gumy, a na dodatek — dwie zapasowe. Franci musiał wrócić autostopem po wszystkie nasze 
pieniądze, kupić nowe dętki i opony i pojechać z nimi znowu aż gdzieś za Broumow, gdzie 
stryjaszek Pepi siedział w szoferce i śpiewał sobie arię z operetki: „Mam dziewięć kanarków”, gdy 
ja tymczasem całą noc chodziłam tam i z powrotem i deklamowałam wszystkie swoje 
najsławniejsze role, w jakich występowałam w amatorskim teatrze naszego miasteczka, gdzie 
zatrzymał się czas...
Teraz spaceruję po domu starców, skrzynki radiofonii przewodowej grają Skarby świata całego, 
skrzynki rozwieszone na dworze nawet na drzewach jak domki dla ptaków, przypominające do 
złudzenia ule dla pszczół, z których we wszystkie strony ulatują w słońce owady, te Skarby świata 
całego w każdą niedzielę i większe święta uspokajają bardziej niż tabletki i zastrzyki, chodzę i 
nasłuchuję po korytarzach, nim pójdę spać, jak przez otwarte i zamknięte drzwi rozbrzmiewają 

background image

westchnienia, niejasne rozmowy, podczas gdy goście już dawno wrócili do domu, tu nadal trwają 
nie tylko rozmowy z krewnymi, ale mówi się także to wszystko, co powinno się było krewnym 
powiedzieć, póki przebywali z wizytą w domu starców...
Przy drzwiach swojego pokoiku przykładam ucho do lśniącego lakieru, po czym uchylam te drzwi i 
widzę, jak w półmroku Franci klęczy przy radioodbiorniku, pogrążony bez reszty w 
wiadomościach z całego świata, słucha wszystkich tych wiadomości już z górą dwadzieścia lat, 
słucha ich jak lekarz, który bada śmiertelnie chorego człowieka... Nagle Franci uniósł rękę i 
pogroził komuś wśród tych wiadomości, krzyknął słowo zachęty... Zamknęłam drzwi i ruszyłam 
dalej, może dlatego, że Franci czekał wciąż na jakąś wiadomość, która wstrząśnie nie tylko nim, ale 
całym światem, lecz ja wiedziałam, że czeka nadaremnie, że czeka zupełnie tak samo, jak dziś 
renciści czekali na krewnych, którzy jednak nigdy się nie zjawili, mimo to wiem, że w następny 
dzień wizyt będą przez nich oczekiwani z jeszcze większą nadzieją... A może też dlatego, że Franci 
od pierwszego dnia naszego małżeństwa miał idee fixe, że wszyst-
144
ii
ko najpiękniejsze dopiero nas czeka, że przyszłość, że będzie to piękna przyszłość, że dopiero 
wówczas będziemy szczęśliwi, gdy przejdziemy na emeryturę... dlatego płacił składki dwóch 
wysokich ubezpieczeń, jak to było przyjęte w naszych sferach, nigdy nie wyjeżdżaliśmy na urlop, 
Franci pocieszał mnie, że wszystko to będziemy mieli, kiedy nam z tych ubezpieczeń zaczną 
płacić. Co miesiąc płacił pięćset koron na tę naszą szczęśliwą przyszłość, sześć tysięcy rocznie... a 
za te pieniądze, dzisiaj to wiem, mogliśmy wówczas ze stryjaszkiem Pepi opłynąć Morze 
Śródziemne, wybrać się w Alpy i Pireneje, pozwolić sobie na wycieczkę na Szpicberg, do Włoch, 
Maroka, co roku gdzie indziej, zobaczyć Paryż i miasta w Niemczech oraz Austrii... My jednak 
siedzieliśmy w domu i marzyliśmy o tym, dokąd to się wybierzemy, gdy będziemy na emeryturze. 
Franci nawet kazał sobie co roku przysyłać prospekty biur podróży z Hamburga, Hagi i Bremy, 
biura podróży Lloyda, prospekty, w których dokładnie opisano i opatrzono datą wszystkie 
wycieczki, nazwy portów, wszystkie godziny odjazdów i przyjazdów, nawet nazwy statków, które 
miały nas wieźć po morzach i oceanach. Ale gdy nadszedł koniec wojny, a jednocześnie czas, gdy i 
nam należały się wypłaty z tytułu ubezpieczeń, otrzymaliśmy z zakładu ubezpieczeń pismo, w 
którym oznajmiano nam wprawdzie, że należy się nam pół miliona, jednakże zakład ubezpieczeń 
informował nas równocześnie, że mamy podać nazwę banku albo też kasy oszczędności, dokąd 
mają nam tę sumę przekazać jako wkład zawinkulowany. I od tej pory Franci stał się złośliwy, od 
tego czasu sam się na siebie gniewał, że za pierwszej republiki posyłał zakładowi ubezpieczeń 
sześć tysięcy koron rocznie, co roku inną i jeszcze piękniejszą wycieczkę po morzach i miastach 
Europy, i krajach, rokrocznie jeden piękny urlop także i dla stry-jaszka Pepi, tyle wówczas 
kosztowały te wycieczki na trzy tygodnie, na cały miesiąc, a teraz mamy wszystkie te wycieczki 
wpłacone na wkład zawinkulowany...
Franci wciąż jeszcze nie chciał w to uwierzyć, że pieniądze pochłonęła wojna, że tym razem muszą 
za nią płacić bogaci,

145
a nie jak po pierwszej wojnie światowej biedni, którym —jak moim rodzicom — nie pozostało nic 
prócz paru groszy, co i tak już straciły wartość, podczas gdy fabrykantom i posiadaczom ziemskim 
zostały ich majątki... Przez pierwszy rok wierzył jeszcze, że wszystko zmieni się na lepsze, że 
będziemy mogli podróżować, wyjmować pieniądze na wycieczki, choćby nawet na podróż dokoła 
świata, tyle przecież wpłaciliśmy pieniędzy, ale co roku mówiono nam, iż takich wycieczek nie 
można opłacić z wkładów zawinkulowanych... Wtedy jeszcze Franci odkładał o rok, później o 
następny przejście na emeryturę, rozkładaliśmy mapę Geografii Powszechnej, pokazywaliśmy 
sobie palcem, dokąd w przyszłym roku pojedziemy, gdy będziemy mogli te nasze ubezpieczenia 

background image

podjąć, całymi wieczorami siedzieliśmy nad katalogiem wycieczek zagranicznych, wypisywaliśmy 
sobie dane dotyczące wycieczek do zagranicznych ośrodków międzynarodowych, okrężnej 
wycieczki po Stanach Zjednoczonych i Meksyku, całymi wieczorami żyliśmy w blasku reklam i w 
cieniu drapaczy chmur, zastanawialiśmy się nad objazdową wycieczką po Turcji z pobytem nad 
morzem, tam gdzie Europa graniczy z Azją, a w herbie znajduje się półksiężyc, podróżowaliśmy 
wytrwale ze starożytnej Kartaginy aż do saharyjskich oaz, udawaliśmy się do krainy białych nocy 
podczas objazdowej wycieczki po Skandynawii, wciąż nie traciliśmy żarliwej wiary w to, że 
przecież, skoro wpłaciliśmy tyle dobrych pieniędzy, wszystkie te podróże moglibyśmy 
urzeczywistnić, gdyby pieniądze miały jakąś wartość, tę, jaką miały, kiedy wpłacaliśmy je na 
ubezpieczenie.
I tak nadal podróżowaliśmy palcem do Maroka, przeczytaliśmy wszystko, co było do przeczytania 
o Maroku, o świecie islamu, o kraju kontrastów i uroków natury, w końcu ustąpiliśmy, Franci 
napisał, żeby mu pozwolono wyjąć z tych półmilionowych ubezpieczeń pieniądze na zwyczajną 
wycieczkę do Austrii, śladami Mozarta, Schuberta i Straussa, albo na niewielką wycieczkę do 
południowych Włoch z krótkim pobytem nad morzem lub tylko do kraju jezior, lasów i północnego 
słońca,

146
]
do Finlandii, na króciutki pobyt nad Morzem Adriatyckim, na wybrzeżu romantycznego piękna i 
gorącego słońca, dokąd przed trzydziestu laty organizowano wycieczki autobusowe kosztujące 
wraz z pobytem tysiąc koron na dwie osoby, ale za każdym razem otrzymywaliśmy list 
informujący, że na takie wycieczki z wkładów zawinkulowanych żadnych sum się nie wypłaca... W 
końcu Franci napisał, że za nagromadzone przez siebie pieniądze, wpłacone na ubezpieczenia, 
chciałby wraz ze mną pojechać po słońce do Rumunii, na piaszczyste plaże, do nowoczesnego 
ośrodka letniego odpoczynku, albo do Bułgarii, na wybrzeże, gdzie trwa długie słoneczne lato... 
Ale i tym razem otrzymał podobny list, list definitywny, że na takie cele żadne sumy nie będą 
zwolnione...
Kiedy więc sprzedaliśmy domek nad rzeką, Franci wahał się, czy aby za te pieniądze nie opłacić 
jednej z tych pięknych wycieczek, na myśl o których tak bardzo się cieszyliśmy, później jednak 
Franci powiedział, że za wszystkie te wycieczki dawno już zapłaciliśmy, że teraz zapłacimy sobie i 
— żeby nam było lepiej — dodamy pieniądze wyjęte z banku, no i kupiliśmy sobie pobyt w domu 
starców, pokoik dla dwojga, ja wiem, Franci słuchając radia i wiadomości — przeniósł się w 
szeroki świat, często otwierał przedwojenny Wielki Atlas Powszechny, gdzie znajduje się ten 
zakątek świata, o którym wspomniano w wiadomościach, ale sam się wkrótce przekonał, że ów 
przedwojenny Wielki Atlas Powszechny jest prawie nieaktualny, że granice państw przesunęły się, 
niektóre państwa zniknę-ły, że wszystko na świecie jest inne...
Ja jednak dopiero tu, w domu starców, zaczęłam być szczęśliwa, codziennie podróżowałam, 
nieustannie znajdując się w tym samym miejscu, wypytywałam znawców i świadków dawnych 
czasów o to, jak żyło się w naszym miasteczku przed stu i więcej laty, interesowałam się życiem 
przed wielu, wielu laty i byłam wzruszona albo uradowana wydarzeniami, które miały miejsce 
dawno przed tym, nim ja do tego miasteczka przybyłam. I tak podczas gdy Franci wiadomościami 
z całego

147
świata objeżdżał kilkakrotnie w ciągu dnia wydarzenia tego czy innego kraju, ja wytrwale 
maszerowałam w miejscu, wydeptywałam swoimi krokami kolejne zejście do ludzi umarłych, 
którzy mieszkali kiedyś’ w miasteczku, gdzie naprawdę zatrzymał się czas. Drżałam na myśl, jakie 
przerażenie by mnie ogarnęło, gdyby nagle wypłacono nam nasze ubezpieczenie, gdybym nagle 

background image

miała się wybrać w drogę i podróżować po krajach, w których nie byłam i które pokochałam, gdy 
wraz z Francinem jak dzieci podróżowaliśmy palcem po mapach, kiedy wypisywaliśmy sobie nie 
tylko daty odjazdu, ale nawet nazwy hoteli, jakie proponował „Orbis” w katalogu zagranicznych 
wycieczek...
Ale postarzeliśmy się, a więc zostaliśmy tacy, jacy byliśmy, kiedy wojna się skończyła, a ja nawet 
cofnęłam się aż gdzieś w minione stulecie, które wstawało dla mnie z martwych. Ten dom starców 
ze swoimi barokowymi salami i parkiem, ten pałac, w którym mieszkałam, stał się dla mnie nagle 
czymś więcej niż mój złoty browar, gdzie spędziłam swoje młode lata. Tu, w tym pałacu, żyłam 
codziennie w tajemnicy, w warstwach ludzkich losów, wśród ludzi, których już dawno pogrzebano, 
ale ja wskrzeszałam ich dzięki wspomnieniom starych świadków i znawców dawnych czasów, 
panów Wacława i Karola, i Otokara, swoich wielkich przyjaciół, którzy codziennie dodają mi 
otuchy i wskazują palcem miasteczko, gdzie żywe jest dla nas to, czego już dawno nie można 
zobaczyć...
Zanim poszłam spać, pan Otokar Rykr podał mi prawą rękę, lewą zaś uniósł ku sufitowi i 
powiedział:
— Utkwił mi w pamięci taki obrazek z kościoła: dwaj dragoni w hełmach, z obnażonymi 
pałaszami, stojący nieruchomo przy Bożym Grobie na straży w okresie przed Wielkanocą, niczym 
posągi aż do Zmartwychwstania. Tylko powieki zdradzały, że nie są nieżywi... — mówił pan 
Otokar Rykr, ale potem zamyślił się: dlaczego właściwie mi to opowiada? Trochę zakłopotany 
poruszył rękoma, ukłonił mi się i odszedł cicho, odszedł tak, jak przychodzi się do teatru po 
rozpoczęciu przedstawienia, na palcach i z poczuciem winy...

...... , :

148
W tę noc po wizytach ruchliwie było na korytarzach domu starców. Siostrzyczki i ich obcasiki 
wystukiwały energicznym chodem swoje kroki, w palcach przed sobą wnosiły do pokojów tace z 
zastrzykami i tabletkami, i termometrami...
Ktoś w piżamie, z uniesionym ramieniem, wyszedł mi naprzeciw, wyciągnął termometr spod 
pachy, spojrzał przez okulary na skalę i oświadczył z gniewem:
— Na drugi raz każdemu kości połamię! Co powiedziałem? Mam trzydzieści siedem i pięć tylko 
dlatego, że dzisiaj ta moja piękna siostrzenica przyszła powiedzieć, że skopali moją rabatkę i 
zakopali moje najpiękniejsze hiacynty i narcyzy...

13
Kiedy nadeszła wiadomość, że los starego cmentarza jest przesądzony, że wszystkie pomniki 
zostaną wywiezione, alejki między grobami zaorane, że w miejscu wiecznego spoczynku 
pozostawi się tylko kilka wielkich pomników i powstanie tu ogród, park, renciści w pałacu 
zaniepokoili się. Trzej starzy świadkowie i znawcy dawnych czasów nie płakali wprawdzie, ale 
odkąd traktory i spychacze zaczęły wyrywać z ziemi jeden pomnik za drugim, łzy błyszczały im w 
oczach, a ja miałam wrażenie, że wyrywają mi ponownie wszystkie zęby, powoli, jeden za drugim, 
że do rana zęby znowu mi wyrosły i wszystko to zaczęło się od początku.
Ci, co mieli silne nerwy, poszli w to miejsce, patrzyli przez chwilę, a widząc, jak wielkie pomniki 
opierają się dumnie, że jeden traktor nie wystarcza, że trzeba sprząc dwa i do tego jeszcze wziąć 
spychacz do pomocy, raz jeszcze namacalnie jakby przeżywali samych siebie, kiedy i dla nich 
nadszedł ten czas, gdy musieli rozstać się ze swoim domkiem, ze swoim mieszkaniem, z 
podwórkiem, z ogródkiem, ze środowiskiem, w którym żyli przez całe życie, i oto nagle nadszedł 
czas, kiedy musieli odejść. Większość z nich odchodziła niedobrowolnie, uważali

background image

149
to swoje odejście do domu starców za kieskę, za początek swojego końca. Niektórzy też bronili się 
tak jak te pomniki, ale musiało tak być, nie było nikogo, kto zadbałby o nich, już zataczali się, nie 
panowali nad swoimi ruchami, a wiec nie pozostawało nic innego, jak pójść do domu starców. 
Kiedy wrócili z tego widowiska na cmentarzu, ci, którzy nie mieli odwagi spojrzeć prawdzie w 
oczy, wypytywali ich, naoczni świadkowie milczeli jednak jak głazy, byli wstrząśnięci, kręcili 
głowami, bo nie mogli zrozumieć, dlaczego ma być park, zamiast cmentarza, gdzie spacerowaliby 
ludzie, czytali piękne wiersze, raz jeszcze odczytywali nazwiska sławnych ludzi, których znali albo 
o których słyszeli od świadków i znawców dawnych czasów, bo w tym miejscu, w tym miasteczku, 
gdzie naprawdę zatrzymał się czas, leżeli obywatele mający dwieście i więcej lat...
Z balkonu na trzecim piętrze radiofonia przewodowa nadawała subtelną melodię Skarbów świata 
całego, renciści poprzy-nosili sobie krzesła, opierali się o poręcz, a starzy znawcy i świadkowie 
dawnych czasów patrzyli przez lornetkę, wyrywali ją sobie z rąk, aby sprawdzić to, o czym mówił 
ten, kto widział, jak robotnicy za pomocą kilofów i podnośników, wielokrążków i łomów unosili 
pomniki wyrwane z ziemi i ładowali je na przyczepy i traktory, patrzyli, jak inny pomnik okręcają 
łańcuchami, jak spychacz rusza i powoli, nie od razu, ale ciągnąc ciągle z tą samą siłą, usiłuje 
wyrwać z ziemi płytę z granitu, z marmuru, zupełnie tak samo, z taką samą wytrwałością jak 
dentysta lub technik dentystyczny, kiedy trudzi się, próbując wyrwać ze spuchniętego dziąsła ząb 
trzonowy o powyginanych korzeniach.
I tak przez cały tydzień trwała na cmentarzu ta nierówna walka bezbronnych pomników z 
traktorami i spychaczami, było to przejmujące, tak jak walki byków, tak jak każda walka ze 
śmiercią. I tak traktory torowały sobie drogę, a ponieważ ścieżki wysadzane były smukłymi tujami 
i głogami, czasem, aby traktor dotarł do pomnika, musiał najpierw wyrwać kilka tych drzew, 
jednakże te drzewa były jeszcze zacieklejsze niż pomniki. Tuje mia-

150
ły po sto lat, korzeniami spowijały pomniki, niektóre korzenie tkwiły tak głęboko w ziemi, że pędy 
oplatały trumnę, metalową trumnę albo murowane wnętrze grobu, tak jak siatka dziecięcą piłeczkę, 
te korzenie trzymały się tak mocno jak pomnik i tak mocno oplatały murowany grób jak bluszcz 
altankę, że musiano sprzęgać wszystkie trzy traktory, a kiedy wreszcie wyrwały drzewo, to po 
okrutnej walce, podczas której pękały łańcuchy. Czasami wraz z korzeniami tui wyrywano 
spróchniałą trumnę, cegły ze ścian grobowca, kawał pomnika, którego korzenie nie opuściły. I tak 
jak bywa w życiu, najłatwiej sobie ludzie poradzili z dziecięcymi grobami. Cała kwatera 
dziecięcych grobów padła w ciągu jednego przedpołudnia, wystarczył tu jeden człowiek z łomem, 
jeden pomniczek szedł za drugim jak pierwsze mleczne zęby, większość dziecinnych grobów miała 
wokół kopczyka ogrodzenie z lanego żelaza albo też drewna, takie, jakimi opatruje się dziecinne 
łóżeczka, aby dzieci nie mogły z nich wypaść, albo jakie stawia się na podłodze, aby dziecku nic 
się nie stało, żeby nie poszło tam, gdzie nie wolno.
Pan Korzonek, stary znawca i świadek dawnych czasów, mówił, że sędziwi ludzie, kiedy książka 
zestarzała się i miała podartą okładkę i karty, chowali ją na cmentarzu tak jak człowieka, który 
umarł... Ale robotnicy, wyrwawszy ogrodzenia z lanego żelaza, załadowali je na przyczepę, żeby je 
sprzedać w punkcie skupu złomu.
Znawca i świadek dawnych czasów pan Otokar Rykr mówił:
— W dawnych czasach w piłkę grały jedynie dziewczynki, bawiły się gumowymi, jaskrawo 
malowanymi balonami. Przechowywały je w robionych na drutach siateczkach. My robiliśmy sobie 
gumowe piłki z ojcowskich starych gumiaków. Cięło sieje na pasy i zwijało w kłębek na kostce 
cukru. Kiedy kłębek osiągnął dostateczną wielkość, gotowało się go w mleku, aby włókna się 

background image

zlepiły. Sporządzona w ten sposób piłeczka była wprawdzie elastyczna, ale także niebezpieczna. 
Uderzenie nią było bardzo bolesne, a nawet zostawiało po sobie siniak.

151
Domowym sposobem sporządzano również piłki z wyczesa-nych kudłów. A najpiękniejszy był 
początek wiosny, który rozpoczynał się pobrzękiwaniem kulek i fasolek toczących się do dołka. Po 
kulkach przychodziła kolej na zabawy bąkiem. Do uprawianych przez chłopaków gier 
hazardowych można też zaliczyć rzucanie monet na linię, a na Wielkanoc uderzanie graj-carem w 
jajko bądź leżące na linii, bądź trzymane w garści... — opowiadał cichy głos, a tam, w dole, nad 
rzeką, tam otoczone wysokim murem kładły się i padały — jeden po drugim — pomniki, z kilku 
stron, za dawnych czasów tak wyglądało miasto, które się poddało, którego obrońcy polegli na 
murach, a wznoszące radosne okrzyki zwycięskie wojsko mordowało w mieście wszystko, co 
żywe: kobiety i mężczyzn, starców i staruszki, dziewczątka i chłopców.
Stary znawca i świadek dawnych czasów, Wacław Korzonek, odłożył lornetkę i mówił:
— Ulica Okopowa nosiła miano Różowej, a przedtem Podwale. Nazwę Różowa nadano jej od 
blasku czerwonych cegieł w murach obronnych w świetle słońca. Przed sześćdziesięciu laty 
nazywała się ulicą Rakarza albo krótko — Rakówką. Ulica miała też swojego policjanta, pana 
Łukaszka. Mieszkał pod numerem pięćset osiem. Umarła mu wówczas roczna córeczka. Maleńki 
pogrzeb musiał się — zgodnie z ówczesnymi zwyczajami — odbyć w fiakrze, w którym trumienkę 
wiózł młodzieniec z druhną. Jako że młodzieńcem był jeden spośród tych swawolnych chłopaków 
z Rakówki, odziano go w czarny garnitur lakiernika pana Tyrnki, który nie wyróżniał się 
wprawdzie wzrostem, ale tuszy był znacznej. Młodzieniec w tym garniturze wprost niknął. 
Melonik wspierał mu się na uszach. Fiakier w Rakówce był osobliwością, a więc kiedy pojazd, w 
którym siedzieli druhna i młodzieniec z trumienką na kolanach, ruszył, banda wyrostków zaczęła 
wrzeszczeć i wskakiwać nań z tyłu. Jeden z chłopaków wbił młodzieńcowi melonik na głowę, tak 
że znalazł się w całkowitej ciemności, druhna krzyczała, woźnica smagał biczem chłopaków i 
konie...

152
Renciści słuchali i uśmiechali się, przytakiwali, Skarby świata całego płynęły znów i zatapiały 
grupki rencistów siedzących na balkonie trzeciej kondygnacji pałacu hrabiego Szporka, a oni 
spoglądali w dół, na cmentarz, z tej odległości nie widzieli, co się tam dzieje, ale pan Karol 
Wyborny, który patrzył przez lornetkę, nagle przestraszył się czegoś do tego stopnia, że odłożył 
lornetkę, sięgnęłam po nią i dostosowałam do swojego wzroku, przesuwałam szkła po 
zbezczeszczonych pomnikach i nagle ucieszyłam się: jeden ze spychaczy wpadł do splądrowanego 
grobu, a teraz dwa pozostałe traktory usiłowały go wyciągnąć...
Pan Karol opowiadał cicho:
— Wśród oficerów złożonego z dragonów garnizonu znajdowały się dwie wybitne 
indywidualności. Byli to porucznicy: baron Dahlen i syjamski książę, który mieszkał na Załabiu w 
domu za wznoszącą się tam teraz willą doktora Rumla, a więc także trochę Załabiak. Książę był 
niewielkiego wzrostu, szczupły, o żółtej cerze, miał czarne skośne oczy i czarne sztywne włosy. Te 
włosy podczas naszych zabaw szczególnie podziwialiśmy. Był znakomitym tancerzem i pilnie 
uczęszczał na bale, a gdziekolwiek się zjawiał, tam ogrodnicy przywozili ogromne mnóstwo 
kwiatów, bo każda tancerka otrzymywała od niego wspaniały bukiet. Księcia interesowały nasze 
gry i zabawy, kiczki i zabawy z piłką, nigdy wtedy nie potrzebowaliśmy tłumacza, który zawsze 
siedział gdzieś z dala na boku, aby się nie wtrącać, a my już z księciem uzgodniliśmy, że my 
będziemy mówić po czesku, a książę w jakimś nie znanym nam języku, ale w rezultacie do głosu 
dochodził język znaków i gestów — i jakoś to szło. O tym, że książę rzeczywiście interesował się 

background image

naszymi zabawami, świadczy między innymi fakt, że reguły gry zapisywał jakimiś zygzakami w 
notesie i może później stosował je w swoim kraju... mówił znawca i świadek dawnych czasów pan 
Karol Wyborny, mówił tak jak zawsze, tak zresztą jak wszyscy trzej pisa-rze-samoucy, jakby czytał 
ze swoich notatek, gdzie opisał to wszystko, co, jak sądził, godne jest zapamiętania.

153
Patrzyłam z rozkoszą na spychacz, który uwiązł w grobie, jakby umarły chwycił go tam za koło.
Pan Wacław Korzonek zaczął opowiadać:
— Jednakże najpiękniejsza była nasza uliczka Różowa w porze ferii po południu, kiedy świeciło 
słońce, perliczki na murze piekarza Machaczka gulgotały, a w ich gulgot wplatały się odgłosy 
drewnianych pałeczek uderzających rytmicznie w blachę w pracowni ślusarza pana Praczeńskiego. 
Przed domkiem oznaczonym numerem sto trzydzieści trzy siadywał chorąży weteranów pan 
Hawliczek i opowiadał o służbie wojskowej. Następny dom, oznaczony numerem czterysta 
siedemdziesiąt jeden, należał do kamieniarza, pana Jana Maudra, który miał w domku Kleinera u 
zbiegu Okopowej i Świętojerskiej firmę:

WYRÓB PIECÓW GLINIANYCH JANA MAUDRA
Kiedy w tysiąc dziewięćset siódmym roku Jan Maudr umarł, dom nabył Rudolf Kolarz. Kolarzowie 
mieli jedenaścioro dzieci, najstarsza córka była zamężna i sama miała już w tysiąc dziewięćset 
dziesiątym roku dwie córki. Tak więc w tym domu mieszkało szesnaścioro ludzi. Dobra pani 
Kolarzowa, tak hojnie darzona błogosławieństwem bożym, potrafiła gapiącym się obcym 
chłopakom u jej drzwi dać bułeczkę czy naleśnik. Jedenaścioro dzieci rodziny Kolarzów miało 
ułożoną wyliczankę ze swoich imion:
Sława, Wlasta, Milena,        ,<.:,••;•?•**.:;&”-,„••;.
Rudolf, Otto, Rużena,
Lojzio, Eryk, Elina,
Jarosław i Bielina

•:>;:,:!

to Kolarzów rodzina...
Różne zabawne przygody zdarzały się w klozetach, które były prymitywne i przeważnie 
znajdowały się na podwórkach

154
domów. W domu oznaczonym numerem pięćset osiem siedział w klozecie dwuletni chłopczyk i 
trzymał w ręku sznurek, którym zamykało się drzwi. Sznurek był dla niego za krótki i tłusta pani z 
domu, która spieszyła, by zająć tam miejsce, już od drzwi szła tyłem i tak chłopaka przestraszyła, 
że mógł się ze strachu rozchorować...
Wykładał pan Wacław Korzonek, jakby te wiadomości z dawnych czasów oznajmiał w wielkiej 
sali, stał, opierał się oburącz o drewnianą balustradę, wiatr rozwiewał mu jego białe włosy, on zaś 
nastawiał czoło niczym dziób okrętu, aby wspomnieniem pruć niemiłosiernie fale czasu, których 
napór tam, w dole, nad rzeką, rozbijał jeden pomnik za drugim...
Znawca i świadek dawnych czasów, pan Otokar Rykr, żeby przerwać przykre milczenie, w którym 
jedynie Skarby świata całego zaczęły znów snuć swoją cichą rozkoszną sonatinę tandetnej, 
oleodrukowej miłości, podjął:
— W dawnych czasach chodziło się na ślizgawkę na Starej Łabie, tam gdzie dziś jest kładka, 
jeździło się na przykręcanych łyżwach, na których nie można było uprawiać jazdy figurowej. 
Damy w długich spódnicach, panowie w długich jesionkach. Tu przynajmniej zdarzała się 
sposobność, aby kawalerowie mogli sobie pojeździć we dwoje ze swoimi wybrankami i pościskać 

background image

się trochę za ręce w mufce. My, niemajętni chłopcy, produkowaliśmy sobie łyżwy sami, tak zwane 
ślizgaczki. Odrywało się od starej szatkownicy boczne metalowe ścianki, przełamywało na pół 
uchwyt i uzyskane w ten sposób ostrza osadzało się w kawałku drewna... Potem wystarczyło 
przywiązać sznurkiem, no i jechaliśmy, szczęśliwi i dumni. Znajdowaliśmy się w znacznie lepszej 
sytuacji niż ci spośród nas, którzy mieli tylko drewniaki i nogi okręcone szmatami. W niedzielę na 
ślizgawce grała katarynka lub z rzadka jedynie orkiestra... Żebym nie zapomniał! Spośród karuzel 
najświetniejszą i w owych czasach najpopularniejszą, dzięki swemu wystrojowi, była Karuzela 
Szlemlajna z Kutnej Góry. Obwieszona była niezliczonym mnóstwem koralików i wieczorami 
płonęła cała od świateł... — mówił pan Rykr.

155
Odłożyłam lornetkę, zmęczyło mnie to już: patrzenie na coś, co sprawia mi ból, czułam się tak, 
jakbym patrzyła na walki byków, ja, która kocham krowy i byczki, i cielęta, po co mam patrzeć na 
coś, co sprawia mi ból? Człowiek powinien sobie wybierać z życia i ze wspomnień tak jakoś’ tylko 
to, co promienne, co sprawia mu radość, a nawet to, co może i nie jest prawdą, ale w co wierzy się 
tak długo, aż się to przydarzy... Kiedy kot albo kotka nie wracały mi do domu — tydzień, dwa 
tygodnie, dręczyłam się myślą, że ktoś’je przejechał, postrzelił, że są gdzieś’ zamknięte i nie mogą 
wyjść, i umierają z wolna z głodu, dręczyłam się, nie spałam, dopiero kiedy nie wrócił ten mój 
ostatni kot, dopiero wówczas powiedziałam sobie — i wierzyłam w to — że spodobało mu się 
gdzieś bardziej niż u mnie, że mieszka z ludźmi, którzy bardziej go kochają, niż go kochałam ja...
Na cmentarzu załadowano pomnikami trzy samochody ciężarowe, sześciu mężczyzn ładowało 
ciężkie kamienie z datami i nazwiskami ludzi, którzy mieszkali w tym miasteczku, sześciu 
mężczyzn ładowało pomniki na samochody ciężarowe, tablice rejestracyjne wskazywały na 
zupełnie inne powiaty, wywiozą je tam, gdzie tych nazwisk nikt nie zna, gdzie te pomniki będą 
jakby bez fotografii w szklanych owalach...
Pan Wacław Korzonek, znawca i świadek dawnych czasów, rozpogodził się, usiadł i zaczął 
opowiadać — już nie jako wyrzut, tylko jako parabolę, mówił raczej dla rozrywki:
— O, w dzień wigilijny, to i przy naszej Okopowej ulicy wszystko było przygotowane. Babki 
upieczone, mamusie pokazywały je, a ludzie spotykający się na dworze mieli uśmiechnięte twarze i 
byli w znakomitym humorze. Życzyli sobie nawzajem pogodnych świąt i szczęśliwego nowego 
roku. Przychodził listonosz pan Rubek w paradnym mundurze, z piękną księgą pocztową. 
Przychodził również pan Kuleczka, kominiarz w czystej białej czapce, przynosząc kalendarz, który 
wisiał na szczęście przez cały rok. Ubierano drzewko, bardzo piękne drzewko, które tatuś 
przywoził skądś spod Hanuszowic,
gdzie jako palacz wyrzucał z lokomotywy koło domku dróżnika rozszczepioną żerdkę, w której 
tkwiła karteczka z prośbą o choinkę. Kiedy wracał, dróżnik już czekał i wystarczyło tylko ją 
podać...
Opowiadając to, pan Korzonek nagle spoważniał, trzy samochody ciężarowe wyjechały na drogę, z 
góry, z balkonu pałacu, widać było, jak czarne płyty pomników leżą obok siebie; tak podczas 
wojny przewożono zabitych, samochody ciężarowe zniknęły, aby pokazać się znów nieco bliżej...
Pan Korzonek wyciągnął swój notes, wyjął złożony list, rozłożył go i zaczął czytać na głos, teraz 
już na dziedzińcu obracały się twarze rencistów siedzących na ławeczkach, a ci, którzy 
spacerowali, zastygali w bezruchu, z wolna odwracali się i spoglądali w górę, skąd rozlegał się głos 
wołający w dal:
— Moje drogie miasteczko, choć już tyle lat jestem na obczyźnie i choć dziś już wiek przygiął 
mnie do ziemi, stale o tobie, miasto moje rodzinne, myślę! Pozdrawiam Wyspę, aleję brzozową, 
restaurację z kaskadą, gdzie tak cudownie siedziało się, słuchając szumu spadającej wody, aleję 

background image

lipową, szosę Szu-mawę, ogromną piękną łąkę równą jak stół, otoczoną wysokimi drzewami, 
groblę na Styrży, Dębinę, te trzy strzeliste topole przy Narożnej i pana Kofronia. Strzeże jeszcze 
stanu wód i ogłasza alarm, gdy spływają lody? A jak tam most? Czy drży jeszcze, kiedy wielkie 
kry uderzają w filar? A co z panami Po-laczkiem i Bogaczkiem wraz z wszystkimi kompanami, to 
ci były zuchy! W lecie wydobywali piasek z dna Łaby, a na wiosnę, kiedy płynęły lody, odpychali 
długimi drągami krę. A jak tam Stara Rybiarnia? A to piękne miejsce pod Furtą, gdzie spo-
glądaliśmy z grobli, jak woda z głośnym szumem płynie z kaskady do młyna? Z rozrzewnieniem 
wspominam cichy plac Kościelny z imponującą bryłą katedry, której wieże widoczne są z tak 
daleka. A także fontanny, do których dzisiejsi chłopcy rzucają pewnie to, czego tam rzucać nie 
powinni. A także promenadę od Bartlów do Miesztianów, gdzie z pewnością i dziś dziewczęta 
uśmiechają się szczodrze do studentów... Jakże im
156
157
zazdrościliśmy. Czy jeszcze błyszczą wśród mroku ogromne okna sali hotelu „Na Książęcym” 
podczas zabaw i balów? A pan Preclik, czy gra jeszcze te piękne walczyki? Gdzież jest dziś 
Stasieńka, nasza tancerka, która mówiła o sobie, że jest najładniejszą dziewczyną w naszym 
miasteczku, a na randki chodziła w trzewikach swojego brata? Były na nią za duże, ale chciała nas 
oszołomić i zaskoczyć, bo były żółte, a to należało wówczas do rzadkości. Pozdrawiam was 
wszystkich, którzy żyjecie w mojej pamięci, choćby już pan Hanusz ułożył was do wiecznego 
spoczynku, a z pewnością i jego ktoś ułożył. Życzę wam, by lekki powiew wiatru w lecie strącił 
kilka płatków z różanego krzewu i zaniósł je na wasz grób z odrobiną wspomnień...
Pan Korzonek, znawca i świadek dawnych czasów, wołał i krzyczał to, co czytał w liście, a tam na 
widnokresie domu starców znikały trzy samochody ciężarowe z czarnymi pomnikami i płytami 
nagrobnymi obywateli...
Teraz zwycięstwo było już pewne, główne szyki pomników zostały wyrżnięte, wywożono je już, 
inne zaś leżały na wznak, ale teraz, jak mi się zdawało, traktory były o wiele wścieklej-sze, niemal 
szalone, niczym rój pszczół, atakowały teraz z szaleńczą furią pozostałe sterczące jeszcze pionowo 
kamienie, wydawało się, że te maszyny z okrzykiem tryumfu rzucają się na każdy następny 
pomnik, jakby chciały jak najprędzej zakończyć tę nierówną walkę. Kiedy z wolna zapadł 
zmierzch, a potem wieczór, widać było tylko poruszające się reflektory, które kładły pokotem 
ostatnie pomniki... Widok ten napełniał przerażeniem: jadący traktor, którego nie było widać, 
zapalił światła i reflektor zbliżał się coraz bardziej, by w końcu uderzyć tą ogromną łyżką w 
pomnik, reflektor niemal obwąchiwał imię i nazwisko zmarłego, a potem przez chwilę trwały w 
bezruchu i pomnik, i traktor, z daleka widać było tylko ogromne napięcie, to straszliwe napięcie, 
tak jak kiedy dentysta ściska w kleszczach ząb i ciągnie ze wszystkich sił, taka martwa minuta, a 
potem coś drgnęło w fundamentach i pomnik, kolejny
158
i
pomnik, ustąpił, w końcu — około północy — padły ostatnie... Znawca i świadek dawnych czasów, 
pan Otokar Rykr, wzruszony, przeczesał palcami włosy, po czym jedną ręką wspartą o poręcz 
balustrady, z drugą zaś’ uniesioną w górę spoglądał w dół, na spustoszony cmentarz, i mówił 
wesoło:
— O, studenckie wycieczki były bardzo lubiane, na Wyspie przed dawną restauracją nad starą 
kaskadą mieściły się własnoręcznie wykonane atrakcje, improwizowane teatrzyki, w których 
występowali studenci. Do ich budowy i osłony wypożyczali sobie jarmarczne płachty od 
wszystkich cukierników i piernikarzy w miasteczku. Grona studentów podczas wycieczek na 
Wyspę umilały sobie czas recytacjami i śpiewem, kupletami wybieranymi z ulubionych antologii, 
występami solowymi i deklamacyjkami. Jako tło do tych popisów namalowali obrazy na sposób 

background image

jarmarcznych pieśni i śpiewaków, prezentujących historyjki o krwawych zbrodniach... W sali 
ozdobionej malowanymi i roztrzaskanymi od strzałów tarczami, świadkami zawodów strzeleckich, 
tańczyło się aż do zmroku przy kwartecie składającym się z dwojga skrzypiec, klarnetu pana 
Wotawy i basetli, pod kierownictwem skrzypka, małego mistrza szewskiego, choleryka pana Jana 
Maryśki... — Pan Otokar Rykr poweselał, tam, w dole, wjeżdżały w blask ulicznych latarni i znów 
pogrążały się w mroku przyczepy wyładowane pomnikami. Pan Rykr zaśmiał się w niebo i ciągnął:
— A teraz coś przyjemniejszego... Wszystkich was zainteresuje historia Bubiego, Wincentego 
Zedrycha... Wiecie państwo, Bubi nie pozbawiony był pewnej dozy geniuszu, jego matka patrzyła 
niechętnie na to, że hołdował swojej namiętności, kupował książki czy też malował... Wesołego 
charakteru, słusznego wzrostu, z czarnym wąsikiem, słowem: atrakcyjny mężczyzna. Ulubionym 
damom rzucał kwiaty w otwarte okna... A żeby w zimie było wesoło, obstalował orkiestrę na 
ślizgawce... Jednakże pragnienie zdobycia wyższego wykształcenia stłumił w nim jego własny 
stryj, Jan Zedrych-Narożny, stary kawaler i bigot. A więc Bubi zrezygnował z myśli o studiach

159
i wyruszył w świat... Nawet daleko, za morze. Z nieobecności Bubiego skorzystał jego własny brat 
stryjeczny, Emil Ze-drych... Przymilał się stryjkowi... no i udało mu się. I tak oto Bubi, człowiek 
bardzo dobroduszny, bo tacy już genialni ludzie bywają, gdy wrócił, musiał się zadowolić 
niewielkim legatem. Bubi zgorzkniał... z rzadka jedynie wychodził tylną furtką swojego domu „Na 
Starej Poczcie” na pola albo pracował w ogródku. Miał tylko starą posługaczkę, a skądinąd 
mieszkał zupełnie sam. Na skutek zadanego mu przez los ciosu stracił odwagę, wolał więc sięgnąć 
po rewolwer... I tak oto rozstał się z tym światem pięćdziesięciosześcioletni nieszczęśliwy 
człowiek. Samobójcę znalazła w mieszkaniu sędziwa posługaczka. Pochowano go na starym 
cmentarzu w pobliżu kaplicy... aleja się pytam, gdzie jest dziś’ jego pomnik? — zawołał pan 
Otokar Rykr, jego spokojny głos rozbrzmiewał jakby triumfem, dwaj znawcy i świadkowie 
dawnych czasów już, już zamierzali podjąć każdy swoją opowieść, jednakże pan Rykr powstrzymał 
ich, unosząc dłoń, po czym ciągnął uroczystym głosem:
— W starym domu przy rynku, na pierwszym piętrze, mieszkał pan August Strohbach ze swoją 
żoną Fryderyka i córeczką Gustynką. Dom ten należał do pana Czerwonki-Cygara. W jego domu 
codziennie grano na fortepianie, codziennie tańczono. Pan Augustyn Strohbach nie opuścił żadnej 
uroczystości, przedstawienia teatralnego czy koncertu... Inną jego namiętnością było palenie 
cygara, w domu palił okopconą fajkę. Codziennie z wielką przyjemnością wraz z całą rodziną 
udawał się na Wyspę. Wzorowa była jego dalekowzroczność i troskliwość, zarówno jak odwaga i 
spokój ducha. Na wypadek śmierci napisał kaligraficznie własną ręką zawiadomienie o swoim 
zgonie do dyrekcji, zostawiając miejsce na datę, i podanie o rentę dla wdowy oraz córki, a również 
— tak, tak — tekst nekrologu. Nawet koperty opatrzył wpisanymi własnoręcznie adresami swoich 
przyjaciół, którym miały być doręczone. Tak więc każdy otrzymał nekrolog w kopercie 
zaadresowanej własną ręką zmarłego. Na dzień przed śmiercią polecił wykopać

160
grób, gdzie miała spocząć trumna, i zobowiązał swojego przyjaciela, inżyniera doktora honoris 
causa Emila Zimmlera, do skontrolowania jego wymiarów. Umarł spokojnie w styczniu tysiąc 
dziewięćset siódmego roku i pochowano go na starym cmentarzu, gdzieś tam w pobliżu kaplicy, 
podobnie jak Bubiego. O zmarłym opowiadano, że przeczuwając śmierć, włożył nienaganny czarny 
garnitur i położył się na otomanie, gdzie skonał dziewiętnastego stycznia... — wołał pan Otokar 
Rykr.
Owa lękliwa Niemka siedziała skulona i patrzyła na tę ewakuację wszystkich pomników i płyt 
nagrobnych, trzęsła się i kilkakrotnie usiłowała wstać z ławki, ale nogi odmawiały jej 
posłuszeństwa.

background image

Pan Otokar Rykr rozpostarł ramiona i wołał, i głos jego nabierał siły:
— Dokąd to wywieziono pomniki, gdzież jest teraz Czer-wonka-Parasol, Czerwonka-Okoń, 
Czerwonka-Koślawiec, Czerwonka-Czochraj, Czerwonka-Wełna, Czerwonka-Chart, Czerwonka-
Dandys, Czerwonka-Cygaro, Czerwonka-Bankrut, Czerwonka-Posiekam, Czerwonka-
Pocićsięraczył, Czerwonka—Górny, Czerwonka-Untergleichen? Gdzie jest porządek obrad Sądu 
Ostatecznego, Dłubacz-Dukatowy, Dłubacz-Wieprzak, Dłubacz-Wszarz, Dłubacz-Stawinoga, 
Dłubacz-Hrabiątko, Dłubacz-Dupiasty? Komu przeszkadzał nagrobek Wotawy-Pa-jacyka, 
Wotawy-Muzykanta, Wotawy-Przeklętnika? Gdzie zniknie pomniczek Wohańki-Lederera, 
Wohańki-Laudona, Ze-drycha-Narożnego, Zedrycha-Bubiego, Nóżki-Theera, panny Taubicówny-
Potrzymajmiwarkocz i wszystkich tych dawno po-marłych? — wołał pan Otokar Rykr.
Niemka z Pecru jęknęła, kilkakrotnie usiłowała się podnieść i w końcu udało się jej stanąć na 
drżących nogach, po czym pobiegła, kuśtykając, weszła z krużganku do swojego pokoju, 
rozpostarła ten swój stary obrus, poukładała na nim wszystkie te swoje najcenniejsze rzeczy, 
zbiegła niespiesznie na dół, usiadła pod zegarem w portierni i siedziała tak, przestraszona, 
trzymając w palcach dowód osobisty, po chwili zmieniła zamiar, na-

161
stawiła uszu, podniosła się, odłożyła dowód osobisty i związany w węzeł obrus, otworzyła 
oszklone drzwiczki zegara i zatrzymała go. Był wieczór, zegar wskazywał za pięć minut wpół do 
ósmej, Niemka z Pecru usiadła, zadowolona, na kolanach położyła swój węzełek i wyciągała 
trzymany w palcach dowód osobisty do kogoś’, kto jakoś’ nie nadchodził...
Skarby świata calego nadal spowijały balkon cudownie zielonymi łodygami dzikiego wina. 
Uśmiechnęłam się i stało mi się obojętne, że traktory w świetle reflektorów wywożą ostatnie 
pomniki ze starego cmentarza, siedziałam i patrzyłam wstecz, i widziałam pewien przepiękny 
wiosenny dzień: Franci rozwoził White’em wodę sodową i lemoniadę, tym razem wieźli napoje 
orzeźwiające do miasteczka, gdzie odsłaniano pomnik sławnego generała, tuż przed wyjazdem 
Franci złapał gumę, musiał ją więc wymienić, no i spóźnił się. Kiedy wreszcie dojechali ze 
stryjaszkiem Pepi do miasteczka, zatrzymał ich porucznik artylerii i powiedział Francinowi, żeby 
lepiej chwilę poczekał, bo za dziesięć minut zacznie się uroczysta salwa artyleryjska z dział 
stojących w rowie, ale Franci powiedział, że w ciągu tych kilku minut musi przejechać obok 
ustawionych w rowie dział, bo wiezie właśnie na tę uroczystość wodę sodową i lemoniadę. Wobec 
tego porucznik podniósł słuchawkę telefonu i z miasteczka oświadczono mu, że ciężarówka z 
napojami orzeźwiającymi może przejechać. A więc Franci zasalutował i White ruszył, i jechał 
powoli, w rowie lśniły działa, w słońcu stał przy lufie kanonier z pociskiem, przy trzecim dziale 
Franci zobaczył klęczących koło lawety pomocników, którzy potężnymi śrubami mocowali działo 
do ziemi... I oto akurat teraz White zaczął krztusić się i stanął. Opowiadając mi to Franci wyznał, 
że dostał z tego reumatyzmu, że pragnął, aby mu ktoś’ lutownicą zagrzał stawy, trzymał się wciąż 
kierownicy i widział, jak porucznik gwałtownymi ruchami ręki daje mu znaki, żeby zniknął, bo 
nadszedł czas uroczystych salw. Franci przezwyciężył się, zerwał się, wyskoczył z kabiny, podniósł 
maskę i wrócił po śrubokręt i klucze, zdjął gaźnik,
162
l
a kiedy później wyjął komorę pływakową i wykręcił dysze, i przedmuchał je, spostrzegł, że 
porucznik słucha radia, a potem jednym ruchem ręki spisał Francina na straty, spojrzał na zegarek, 
uniósł rękę, niektórzy artylerzyści zatykali uszy, po czym porucznik wydał rozkaz i zabrzmiała 
pierwsza salwa, i Franci zobaczył, jak White traci nagle burty i wszystkie butelki wody sodowej i 
lemoniady roztrzaskują się na drobne kawałki w rowie, fala powietrza urwała maskę samochodu i 
na tej masce Franci niczym na jakichś’ słoniowych uszach poszybował nad dojrzewającym polem, 

background image

tak jak podczas odpustów latał w powietrzu mielcarz, pan Jirout, którego w latach mło-dości 
wystrzeliwano na jarmarkach z działa, kiedy siła powietrza osłabła, Franci spadł na brzeg 
odległego rowu, wciąż jednak trzymał gaźnik i zasypany był odłamkami szkła. Drugi strzał obrócił 
White’a i zmiótł pozostałe skrzynki, i podrzucił w powietrze oderwane burty... I tak każdy strzał z 
okazji odsłonięcia pomnika sławnego generała unosił i obracał samochód ciężarowy, tak jak kot, 
kiedy bawi się łapką nieszczęsną myszką. Franci opowiadał z zapałem, że między kolejnymi 
strzałami uroczystych dział raz po raz podnosił się z rowu, drżąc na myśl, co też stało się ze 
stryjaszkiem Pepi. W końcu spostrzegł go w krzakach tarniny i dzikiej róży, spoczywał tam na 
siedzeniu w tych sprężynujących zaroślach i po każdym strzale uroczystej artyleryjskiej salwy 
stryjaszek kołysał się wśród gałązek jak w starym wiklinowym wózku dziecięcym... Kiedy salwa 
skończyła się, przybiegł porucznik, a stwierdziwszy z ulgą, że Franci ma tylko rozdarte spodnie i 
zranioną brew, stryjaszek Pepi zaś’ wciąż jeszcze kołysze się w ramionach krzewów, wydał 
rozkazy: nadbiegli żołnierze i zdjęli stryjaszka Pepi, który nadal siedział, Franci nie mogąc 
powstrzymać się od śmiechu, opowiadał, że jego brat wyglądał jak pomnik czeskiego pisarza... 
White’a jednak uroczysta salwa artyleryjskiej baterii tak urządziła, że żołnierze musieli go 
załadować na wojskowy ciągnik gąsienicowy, a kiedy przywieziono go na rynek miasteczka, gdzie 
zatrzymał się czas, White ze straszliwym łoskotem
163
runął na bruk, niczym jakieś przedpotopowe śmiertelnie ranne zwierze...
Powiedziałam sobie, uśmiechając się, że ogromnie milo jest zobaczyć po latach zdarzenie, 
zdarzenie tak groźne, że człowiek musi mieć się na baczności, żeby nie stracić życia, że milo jest 
być świadkiem czegoś, co jest groźne, czego każdy człowiek się boi, jednakże mimo to, po upływie 
czasu, kiedy człowiekowi ulży, cieszy się w końcu, że widział i przeżył wydarzenie, za które 
musiał zapłacić samym sobą, tym, że spokorniał, zmiękł...
Tak bardzo byłam zakochana w piaskowcowych posągach w pałacowym parku, że dopiero po dwu 
miesiącach zauważyłam, że posągi Maja i Czerwca mają dorobione z cementu piersi, kawałek 
łokcia, zacementowane brzuchy, jedno cementowe oko. Do tego stopnia ten cement różnił się od 
piaskowca, to cementowe oko i piersi były tak nieżywe, że każdemu, kto tylko spojrzał, musiało się 
to rzucić w oczy. Ja jednak tak bardzo byłam podniecona wdziękiem tych nagich ciał, ich 
powabem, który promieniował z nich od włosów aż po paznokcie u nóg, że nie mogłam dostrzec 
tych cementowych ingerencji w kształty nagich posągów. A poza tym nieustannie przychodziło mi 
na myśl, że z tym zranieniem posągów to nie było ot, tak sobie, i wypytywałam starego ogrodnika 
pałacu, dziadka na emeryturze, i on powiedział mi, że w pałacu przez jakiś czas, chyba podczas 
wojny, była podchorążówka, i kiedy na zakończenie roku szkolnego w tej akademii wojskowej 
pasowano podchorążych na oficerów, chłopaki upili się i z pistoletów wojskowych, jakie im w tym 
dniu wręczono do nowych mundurów, strzelali sobie w pałacowym parku i zranili przy tym kilka 
posągów. Stary pałacowy ogrodnik opowiedział mi to ze śmiechem...
Jednakże nim z tego pałacu zrobiono dom starców, znajdowała się tutaj szkoła zawodowa oraz 
internat rezerw pracowniczych, młodzi chłopcy zdobywali tu zawód murarza, a kiedy zdawali 
egzaminy końcowe, to jako jedno z zadań polecono im przycementować posągom wszystko to, co 
im odstrzelili oficerowie... Z początku przestraszyłam się, ale potem te posągi wy-

164
dały mi się jeszcze piękniejsze, przeżywałam to jakby namacalnie, jakby zdarzyło się to mnie, 
jakbym to ja stała na cokole, a młodzi oficerowie do mnie strzelali, kiedy przechodziłam koło tych 
posągów, przeżywałam też i to, jak młodzi murarze przycementowują mi to wszystko, co odłupały 
mi kule z wojskowego pistoletu...

background image

Czymże jest życie? Wszystkim tym, co było, wszystkim, o czym myśli i mówi stary człowiek, 
wszystkim, co jest nie na miejscu i na co jest już na zawsze za późno. A jednak! Znowu wyszłam 
do pięknego ogrodu, do hrabiowskiego parku, i wszystkie te podziurawione kulami ślicznotki z 
piaskowca wydały mi się nagle jeszcze piękniejsze, niż kiedy mógł na nie spoglądać hrabia Szpork 
i jego przyjaciele, po raz pierwszy spostrzegłam nie tylko piękne kobiece ciała, lecz także rzeczy, 
jakie te posągi trzymały i jakie im towarzyszyły, maselnicę, o którą opierał się posąg Lipca, 
maselnicę, w której ubija się masło, słyszałam odgłos ubijanego masła, przypominający odgłos, 
jakie wydaje łoże miłości, widziałam różę w piaskowcowych włosach, różę, która wyrasta z 
piaskowcowych rąk, bukiet róż, które niczym gejzer wytryskały z koszyczka dotykającego uda 
nagiej ślicznotki o ciele pachnącym masłem i różami...
Po raz pierwszy ujrzałam posąg Maja w całości: jedna jego ręka spoczywa na rogu młodej kozy, 
druga trzyma przetak i sypie zeń ziarno kurczętom, które u jego nóg wykluwają się z jajek, gdy 
tymczasem szczęśliwa kwoka przykrywa skrzydłami swoją rodzinkę, posąg Maja z 
przycementowanymi piersiami, które uczniowie murarscy odrysowali z „Playboya”...
Dziś spostrzegłam po raz pierwszy, że piaskowcowy posąg Czerwca jedną ręką opiera się o wbity 
w ziemię rydel, podczas gdy druga ręka głaska wysokie drzewko z dojrzewającymi cytrynami, 
które koroną dotyka piaskowcowych nagich piersi, przypominających do złudzenia te cytryny, 
młodzi oficerowie wystrzelili też posągowi oko, przestrzelili również kilka cytryn, jednakże mnie 
się wydawało, że posąg młodej ślicznotki jest

165
dzięki tym ranom piękniejszy, tak jak posągi antyczne, które wyłowili rybacy z morza — bez rąk...
Tak, teraz to spostrzegłam, że tak małe piersi musiały mieć wszystkie posągi, niemal chłopięce 
piersi, jedyną nie zranioną rzeźbą jest posąg Lutego, tańczący posąg w oblepiającej ciało szacie, w 
mokrej draperii, tańczący posąg Karnawału, niosący koszyk bułeczek i słodyczy, dotykający 
kolanem beczki z winem i pucharami, otoczony rożnami, na które wbito kurczęta i kaczki; ja też 
podczas karnawału częstowałam tym samym swoich gości w browarze, młoda kobieta pełna 
tanecznego rytmu, kobieta o małych piersiach, do których nikt nie strzelał z wojskowego 
pistoletu...
Zauważyłam, że posągi miesięcy, które symbolizowali piaskowcowi mężczyźni, pozostały 
nietknięte: nikt do nich nie strzelał, oficerów pociągały jedynie piękne kobiety i tak chyba powinno 
być... I po raz pierwszy ten hrabiowski pałac ukazał mi się wraz ze swoimi posągami w całości, 
dwa szeregi miesięcy, a potem już tylko siedzące naprzeciwko siebie dwa sfinksy, wbijające pazury 
w piaskowcowy cokół i strzegące alei, potem już tylko dwie lwice z piaskowca, łagodne jak 
domowe psy—stróże, a potem schody do pałacu, po lewej stronie boski Amor podający lustro, w 
którym odbija się księżyc i gwiazda, po prawej stronie taki sam aniołek, pokazujący w owalnej 
misie słońce ze szprychami promieni, dalej zaś — na ostatnim stopniu — dwa posągi: na lewo 
niewiasta w fałdzistej szacie (po raz pierwszy zauważyłam, że posąg ten śmieje się szerokim 
uśmiechem zakochanej kobiety), u której nóg stoi Amor z kołczanem pełnym strzał i jedną ręką 
unosi spódnicę, a drugą pokazuje brzuch posągu, aniołek ten obraca się ku mnie i w jego uśmiechu 
jest coś obscenicznego, bo chyba każdy amorek wie, że miłość to coś najwyższego... A 
naprzeciwko tego posągu stoi niemal nagi mężczyzna, jedną ręką opiera się o łuk, drugą zaś za 
plecami wyjmuje z kołczanu strzałę, tak, tak właśnie powinno być — mężczyzna jest młody 
dopóty, dopóki potrafi ranić kobiety swoimi strzałami...

, , ., .

166
Stałam oczarowana odkryciem, że rozwiązałam tajemnicę wszystkich posągów tworzących 
całość... po lewej stronie posąg Wiosny, będący jakby ucieleśnieniem miłości, róża na czole, róże 
we włosach, róże wokół łona i piersi, wokół bioder, róże tak umieszczone, aby jeszcze bardziej 

background image

podkreślić nagość pięknego wiosennego ciała... a obok posąg Lata, we włosach nagiej kobiety 
pszeniczne kłosy, przy udzie snop pszenicy, w palcach kłosy, w drugiej ręce — sierp, którym żnie 
kłosy z łanu pszenicy, same kłosy nieśmiertelnej pszenicy będącej symbolem nieskończoności, 
która nieustannie pokrzepia teraźniejszość... a po drugiej strome balustrady posągi dwóch 
mężczyzn: Jesień, na tle nieba mężczyzna trzymający ogromną piaskowcową kiść winogron, drugą 
ręką miażdży tę kiść, sok z niej kapie na muszlę, która jest ze szkła, Amor zaś, boski aniołek z 
piaskowca, potężnymi łykami popija sok... a potem ostatni posąg starca, Zimy, która zamykała cykl 
natury i człowieka, posąg przypominający to wszystko, czym byłam otoczona w domu starców, w 
dawnym pałacu hrabiowskim, gdzie ujrzałam dziś wszystkie piaskowcowe fazy, przez które 
przeszłam ja i ci wszyscy pozostali, aby odczuć żal, że kiedy byłam młoda, zapomniałam o miłości, 
która przeciekła mi między palcami, nim się spostrzegłam, kiedy...
Ale — czymże jest życie?
14
Na pierwszym piętrze domu starców znajduje się oddział dla niechodzących. Wyjęłam z szafki w 
swoim pokoiku przezroczystą i sfatygowaną torebkę z napisem: Alojzy Szisler, kapelusznik i 
czapkarz, i ruszyłam korytarzem, gdzie w oknach opadały z żardinier płatki kwiatów, petunii i 
asparagusów, ze skrzynek na konsolach opadała orkiestra smyczkowa, rozwijając cichutkie włosie i 
kolorowe kaligraficzne inicjały, zupełnie takie same, jakimi w księgach browarnianych Franci 
ozdabiał początkowe

167
litery imion i nazwisk resturatorów, którzy zamawiali u nas piwo. Obok mnie zaszeleściła długa 
czarna spódnica i już stała przede mną siostrzyczka, patrzyła na mnie i promieniała szczę-ściem, w 
nos wrzynała się jej oprawka złotych okularów. Powiedziała mi:
— Staruszek już wkrótce przejdzie na drugą stronę rzeczy i ludzi, dobrze, że pani przyszła, a jeśli 
ma jeszcze jakichś’ krewnych, niech i oni przyjdą się z nim pożegnać...
Otworzyła drzwi i ze słonecznego korytarza weszłam na oddział dla niechodzących. Panował tu 
głęboki cień, okna pokoju wychodziły na północ, ale przed oknami słońce rzucało blask na korony 
wyniosłych drzew, które rozpościerały je w świetle aż do wysokości drugiego piętra. Jakby 
reflektory oświetlały te drzewa od spodu, tak promiennie okna wypełnione były bez reszty 
oświetlonym listowiem. Były to osiki o gładkich gałęziach i liście ich drżały, wydając taki szum, 
jakby tam, na dworze, znajdowała się kaskada albo głośny wysoki wodotrysk.
Kiedy oswoiłam się z cieniem, zobaczyłam Francina: siedział na krześle u wezgłowia łóżka, w 
którym leżał stryj aszek Pepi, Pepi był niewiarogodnie malutki, ramię miał podłożone pod głowę i 
spoglądał w sufit, a ja widziałam, jak w tych oczach zatrzymuje się albo już zatrzymał się czas. 
Siostrzyczka pochyliła się, wzięła stryjaszka jak dziecko pod ramiona, stry-jaszek był leciutki, 
uniosła go, tak jak dziewczynka wyjmuje do zabawy lalkę z dziecięcego wózka.
— Ma pan gości, dziadku — powiedziała i odkryła stryja-szkowi nogi, a nogi te były białe, jakby 
już od wielu tygodni leżały w wapiennych wodach. Franci wzruszył ramionami i wpatrywał się 
tępo w swojego brata, spostrzegłam, że stryjaszek Pepi ma pod sobą pieluszki jak małe dzieci. 
Siostrzyczka rozwinęła te pieluszki i oznajmiła radośnie:
— To doskonale, jeszcze się pan nie posiusiał, dziaduniu? Nie chce pan na gramofon?
Ale stryjaszek Pepi nic nie powiedział, był zupełnie bezwładny, nadal wpatrywał się w sufit i oczy 
miał tak niebieskie

background image

168
jak wyblakły, spłowiały kwiat fioletowego bzu, jak dwie zmarznięte niezabudki. Siostrzyczka 
przyciągnęła gramofon, takie krzesło, odsunęła wierzchnią pokrywę i posadziła stryjaszka na tym 
stołku z nocnikiem u dołu, Pepi jednak nie mógł utrzymać równowagi, a więc Franci go 
podtrzymywał. I tak Pepi siedział, nogi jego były teraz sine, palce i stopy doszczętnie wyhigowa-
ne, łuszczyła się z nich biała twarda skóra. Siedział tak nagi, przykryty jedynie ręcznikiem, siedział 
niczym posąg Chrystusa cierniem ukoronowanego. Kompletnie oszołomiona oczekiwaniem chwili, 
kiedy stryjaszkowi opróżnią się kiszki i rozlegnie się ten nieprzyjemny odgłos, kompletnie 
oszołomiona otworzyłam torebkę i wyjęłam białą marynarską czapkę, którą stryjaszek Pepi nosił 
przez dwadzieścia pięć lat, odwiedzając piękne panienki w barach, tę czapkę, którą mu uszył sam 
pan Szi-sler, posługując się fotografią Hansa Albersa: taką czapkę nosił, występując w filmie La 
Paloma. Podsunęłam ją stryjaszkowi pod oczy, on jednakże patrzył przez nią, nie interesowała go 
już nawet ta marynarska czapka, która zawsze wskrzeszała stryjaszka i wprawiała w zachwyt, którą 
kilkakrotnie przez ten czas gubił czy też kradły mu ją panienki, ale za każdym razem pan Szisler 
robił mu taką samą, teraz jednakże był to już koniec, bo stryjaszek nawet się do tej czapki nie 
uśmiechnął, nic mu nie przypomniała albo też przypomniała, ale on już znajdował się gdzie indziej, 
tak jak zresztą działo się w ostatnich latach. Włożyłam mu tę czapkę na głowę, ale spadła mu aż na 
uszy, tak bardzo wychudł, głowa zmniejszyła mu się pewnie o kilka numerów.
Siostrzyczka stała obok, trzymając w ręku papier toaletowy.
— Nic nam ostatnio nie je staruszek! — powiedziała.
Wstałam, udając zainteresowanie ostro oświetlonymi drzewami w oknach, drzewami, na których 
szaleńczo trzepotały liście, jakby od dołu dmuchała na nie wialnia.
Tam, we wnęce dawnego pałacu, stało łóżko, na którym wpółsiedział mężczyzna, na nosie miał 
okulary w srebrnej oprawce, a w palcach trzymał szydełko i szybkimi ruchami ro-

169
bił duży obrus na duży stół, miał nawiniętą na palec nić i szydełkował wytrwale, pod jego palcami 
narastały powoli gałązki i liście, patrzył przez chwile przez okno na trzepotliwą naturę, jakby 
oświetloną jedynie dla tego człowieka, czerpał wzór i znów, i znowu szydełkował to, co tam 
widział, obrus był już tak duży, że przykrywał całe łóżko i przelewał się przez krawędź łóżka na 
podłogę, nad nim na haku wisiał drążek, aby chory mógł się podnieść, bo jego nogi leżały pod tym 
obrusem zupełnie bezwładne, jednakże jego ręce robiły żwawo szydełkiem, tak jak te stare kobiety, 
które przez całe życie robiły na drutach albo szydełkowały brukselskie koronki.
Kiedy się odwróciłam, rozległ się ten odgłos opróżnianych wnętrzności, siostrzyczka uśmiechała 
się, a wokół jej białego wykrochmalonego kornetu błyszczała aureola.
Obok stryjcia leżał na łóżku człowiek, który zamiast palców u obu rąk miał kikuty, na stoliku stała 
w miseczce herbata, a na talerzyku pokrojone kawałki chleba, opierał się na przemian na tych 
kikutach i tak jak przetrącony psiak pochylał się i wprost ustami jadł łapczywie chleb, kawałek po 
kawałku, a wychyliwszy się jeszcze bardziej z łóżka, chłeptał letnią herbatę.
Ktoś mnie dotknął i stanął przede mną staruszek, który popiskiwał płaczliwym głosem:
— Ach, to straszne, proszę pani, mam dziewięćdziesiąt sześć lat i nie umieram, to nieszczęście, 
mam dobre serce i płuca, a więc jestem niemal nieśmiertelny, to ci dopiero heca, nie sądzi pani?...
Przytaknęłam zupełnie oszołomiona i znów objęłam wzrokiem mężczyznę, który przez tę chwilę 
wzbogacił koronkę o jeszcze jeden liść, teraz spostrzegłam, że wśród gałązek siedzi w listowiu 
ptaszek, a mężczyzna nadal spoglądał przez okno i nadal pilnie pracował, robiąc swój obrus, aby 

background image

uchwycić na nim to, co widział na dworze, jakby grał na cytrze albo gitarze, spojrzawszy przedtem 
w nuty huczącego i dudniącego listowia.
— No i już po wszystkim! — powiedziała siostrzyczka. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak 
siostrzyczka wynosi nocnik,

170
stryjkowi spadła ta marynarska czapka, Franci podniósł ją i oczyścił łokciem, i sam ją sobie włożył 
na głowę, podtrzymywał swojego brata, a siostrzyczka, która tymczasem zdążyła wrócić, uniosła 
leciutko stryjcia i przytrzymała go, a gdy Franci odwinął koc, położyła go do łóżka, starannie 
podłożywszy pieluszki.
Staliśmy przez chwilę u wezgłowia stryjaszka w cieniu, na dworze jak szalone błyszczało listowie 
pociągnięte blaskiem gwałtownego słońca, w niszy poruszało się szydełko jak ptak schwytany za 
skrzydła.
Stryjaszek znów podłożył ramię pod głowę, wpatrywał się uparcie w sufit, nie mrugał powiekami, 
tylko patrzył i patrzył.
Siostrzyczka delikatnie zdjęła Francinowi z głowy marynarską czapkę, podała mu ją, skinęła głową 
i uśmiechnęła się.
— Tu nie — powiedziała. — Dopiero na dworze. Podeszła do okna, wyciągnęła rękę, jej ogromna 
postać rysowała się w szybach, przekręciła klamkę i otworzyła okno na oścież, i na oddział dla 
niechodzących wpłynął teraz monotonny dźwięk wysokich osik, listowie wydawało taki huk jak 
silniki samolotowe.
Franci pochylił się nad bratem.
— O czym myślisz, Józku? — spytał. Siostrzyczka podeszła do łóżka i spoglądała na sine wargi 
stryjaszka, które wyszeptały:
— I co bendzie z tom miłościom?
Dźwięk listowia nasilił się, miotało się w otwartym oknie jak oszalały rój pszczół...
— Co takiego? — spytał ponownie Franci, przykładając ucho do ust stryjaszka, które szepnęły:
— I co bendzie z tom miłościom?
Franci powtórzył mi to i spojrzał na mnie przestraszony...
— I co bendzie z tom miłościom?...
Siostrzyczka pochyliła się, dotknęła delikatnie rękawa Fran-cina i skinęła słodko głową, Franci 
zrozumiał i podniósł się, odchodził tyłem od łóżka, wycofałam się i ja, siostrzyczka otworzyła 
drzwi i wyszliśmy tyłem na korytarz. Tu Franci włożył tę

171
marynarską czapkę, a ja przez zamykające się drzwi zobaczyłam, jak mężczyzna w niszy okna 
przestał szydełkować i patrzył na mnie, widziałam tylko błyszczące oprawki jego srebrnych 
okularów i srebrzyste szydełko w jego palcach.
Na korytarzu orkiestra smyczkowa cichutko snuła Skarby ‘ świata całego, z parteru dochodził 
zapach skwaśniałego sosu i rozlanej zupy, brzęk łyżek i nakryć, a kobiecy głos młodej kucharki 
śpiewał z ogromnym uczuciem:
Wiosła za krótkie,
 za mała łódka,
powróćmy, miła,

background image

znów do ogródka!...
Minęliśmy bramę domu starców, jako portier miał tu dyżur pan Berka. Franci zasalutował mu i 
starzec wybiegł za nami, kłaniał się nam w pas, nie mógł się nadziwić, jak piękna jest ta 
marynarska czapka, obmacywał ją i błagał, żeby mu ją Franci dał, obiecywał mu za tę czapkę całą 
stówę, Franci wsunął mu w rękę pięć koron, mówiąc:
— Tu ma pan na piwo!
Szliśmy tak na chybił trafił, w zadumie, ja myślałam i wspominałam tę chwilę, kiedy doktor 
Gruntorad oświadczył, że stry-jaszek Pepi naprawdę przestanie chodzić, że jedynie ruch może go 
ocalić... Franci codziennie przygotowywał na dziedzińcu pustą dętkę i prowadził stryjaszka na 
dziedziniec, przykręcał wężyk dużej pompki do wentyla, a stryjaszkowi dawał rączkę tej pompki i 
stryjaszek przytrzymując butami dół pompki pompował, pompował przez całe przedpołudnie, 
podnosił się i prostował jak pajac, taka zabawka, którą dzieci pociągają za sznurek, a jej nogi i ręce 
zginają się i prostują, a to dlatego, że stry-jaszek Pepi miał płuca jak miechy, bo nigdy nie palił, a 
jeśli nawet tak, to jedynie cygaro, jakie mu ofiarowały piękne panienki w barach, cygaro, po 
którym stryjaszek zawsze czuł się niedobrze, natomiast panienkom dobrze było i wesoło, kiedy 
mo-

172
gły stryjaszka Pepi leczyć w swoim łóżku. Tak więc Pepi przez całe przedpołudnie pompował, co 
chwila przybiegał Franci z młotkiem i obmacywał ogromną dętkę od ciężarówki, i stukał w nią, 
chwalił brata i prowadził go na obiad, aby po południu stryjaszek Pepi równie długo i wytrwale 
pompował tę drugą dętkę, aby miał ruch, niby przeciwko sklerozie, a wieczorem, podczas gdy Pepi 
pił mleko i przegryzał chlebem, Franci smarował sobie pajdę na palec grubo smalcem i wyszedłszy 
na dziedziniec wykręcał wentyl, i z obu dętek wypuszczał z wolna powietrze, aby nazajutrz rano 
stryjaszek zaczął od nowa — jak Syzyf z głazem.
Kiedy Franci spuszczał powietrze z tych dętek, zawsze odnosiłam wrażenie, że dźwięk 
wydobywający się z dętki podobny jest do ludzkiego oddechu, który tak długo wychodzi z 
człowieka, aż człowiek umrze, że każde życie i wszystko, co żywe, właśnie w ten niedorzeczny 
sposób przypomina to, co Franci robi codziennie z dętkami: stryjaszek pompuje je, a Franci 
wieczorem wypuszcza z nich powietrze, aby wszystko zaczęło się znów od początku. Zatykałam 
sobie uszy, słysząc ten długi i wytrwały, a potem słabnący dźwięk uchodzącego z dętki powietrza, 
prosiłam Francina, żeby z tym skończył, że codziennie przeżywam swoją śmierć. Wobec tego 
Franci wpadł na lepszy pomysł. Rano prowadził stryjaszka Pepi do pompy i wielkiej beczki, 
browarnianej „dubeltówki”, i Pepi pompował wodę do podlewania, pompował, a kiedy mu się 
wydawało, że zbliża się już południe, to sięgał ręką i dotykał beczki, a w niej wody — i bądź 
pompował dalej, bądź jeśli woda sięgała po brzegi, siadał na stopniu i nasłuchiwał samego siebie. 
A podczas gdy stryjaszek Pepi jadł obiad, Franci podlewał ogród, zawsze podlewał tak, żeby 
beczkę opróżnić do końca, aby po południu Pepi znów pompował tak długo, aż ją wypełni po 
brzegi. I Franci wieczorem podlewał ogród dopóty, dopóki beczki nie opróżnił. Kiedy padał 
deszcz, Franci wywiercił otwór nad samym dnem i zatkał go kołkiem, tak więc gdy stryjaszek 
znów coś napompował, Franci wybijał ko-

173
tek i woda wyciekała. Pod koniec już nawet nie wkładał tam tego kołka, stryjaszek pompował i 
woda od razu ciekła rowem do ogrodu, stryjaszek Pepi pomyślawszy, że beczka powinna już być 
pełna, wyciągał rękę, dotykał krawędzi beczki, pochylał się, ale wody nigdy się nie domacał, mimo 
to jednak pompował dalej, nadal słuchał jak woda z pluskiem spływa do beczki, nasłuchiwał 
melodyjnego skrzypienia i łomotania pompy i czekał, aż dzwony zaczną wydzwaniać południe albo 
wieczór, kiedy z głośników na rogach ulic rozlegną się wieczorne wiadomości.

background image

A wieczorem stryjaszek siadywał bez ruchu w kuchni przy kredensie, za nim siadywał stary kot 
Celestyn, który odnalazł nas w nowym domu, był już — podobnie jak stryjaszek Pepi — porządnie 
nadgryziony przez czas, bez zębów, twarze ich zupełnie się upodobniły, stryjaszek Pepi obracał się 
czasami, a kiedy namacał koci łeb, głaskał go, kot przywierał do jego dłoni i tak obaj staruszkowie 
dotykali się, stryjaszek Pepi mówił z zadowoleniem:
— Jesteś’ tu?
A Celestyn miauczał i mruczał cicho, siedział niemal stryja-szkowi na ramieniu, siedział tak blisko 
na kredensie, że stryjcia dotykał, a stryjaszek wiedział o tym — i Celestyn także — że dopóki będą 
jeden drugiego dotykać, dopóty będą w zgodzie ze światem. Co wieczór czekali na siebie, 
stryjaszek Pepi i Celestyn, a kiedy już sobie porozmawiali, Celestyn siadał za stryj-ciem, kładł mu 
łapkę na ramieniu, stryjcio siedział na krześle koło kredensu, na którym siedział kot, siedział jak 
król, tak się tych dwóch rozumiało, tak dotykali jeden drugiego aż do chwili, kiedy pora była iść 
spać...
Pewnego dnia zdarzyło się, że stryjcio, kiedy Franci rozlewał wodę, którą Pepi napompował, aby 
od rana stryjaszek mógł znowu pompować, stryjcio usiadł, sięgnął za siebie, ale kociego łba tam 
nie znalazł. Potem już tylko siedział i pytał kilkakrotnie:
— Jesteś tam?
Ale kot nie odezwał się, nie odezwał się też nazajutrz ani za tydzień, l przez cały ten czas stryjaszek 
Pepi każdego wieczoru siadał na krześle, sięgał za siebie i pytał:
— Jesteś tam?
Jednakże Celestyn nie przyszedł, bo koty nie umierają w domu, ale gdzieś na strychu, za belką, jak 
stare słonie. I stryjaszek Pepi nigdy już nie usiadł na krześle koło kredensu, stał tylko, opierając się 
dłonią o to miejsce, gdzie siadywał Celestyn, po czym .szedł spać, aby rano napompować znów 
beczkę wody, która mu wyciekała, tak jak przedtem pompował dwie niedorzeczne dętki, aby Franci 
spuścił mu z nich wieczorem powietrze tylko dlatego, żeby był dłużej na świecie, chociaż to jego 
życie nie miało już sensu, tak jak cały ten czas, który zatrzymał się na wieży kościelnej, kiedy 
zegar utracił wskazówki i przestał chodzić, bo w miasteczku trwał już czas innych ludzi, czas pełen 
zapału i nowych wysiłków, kiedy to my znaczy więcej niż mój, czas wyzwalającej nadziei i 
nowych prawd, czas życia wołającego, żeby nigdy już nie było wojen, czas, który niemiłosiernie 
znosił niewolenie rzeczami i majątkiem, czas nowego pokolenia, któremu guzik zależało na tym, że 
zatrzymał się czas targów końskich i czas jarmarków, i przedświątecznych odpustów, że zniknął 
czas przedpołudniowych spacerów i cowieczornych promenad, że partie polityczne nie urządzały 
już wycieczek do lasków, wycieczek połączonych z tom-bolami i aresztami, i strzelnicami, odszedł 
czas balów maskowych i uroczystych zabaw, i wiejskich galopów na koniach, odeszły już 
maskarady i alegoryczne korowody, i zimowy pochód Bachusa i Karnawału, odszedł czas 
towarzystw miłośników miasta i ich konkursów na najpiękniejsze okno w miasteczku, nie bawiono 
się już w teatr, zniknęło pięć teatrów naszego miasteczka, gdzie naprawdę zatrzymał się ten stary 
czas, odszedł czas akademii urządzanych przez „Sokoła” i letnich występów na placu ćwiczeń, 
gdzie od czwartej po południu gimnastykowali się uczniowie i uczennice, a potem młodzi 
członkowie i członkinie „Sokoła”, odszedł czas wieczornych

175
ćwiczeń mężczyzn i kobiet, nikt już w tym naszym miasteczku nie zlepił z powrotem czasu, w 
którym wyżywały się orkiestra symfoniczna i towarzystwo śpiewacze, zniknęli nawet emeryci 
chodzący gromadnie po parku miejskim na Wyspie, zniknął czas kochanków nad rzeką i w 
zagajnikach na łąkach, zatrzymał się czas abiturienckich wieczorków tanecznych, w żadnej 
gospodzie nie znalazł się już czas na gry hazardowe, w żadnej gospodzie nie ma już damskiej 
obsługi, odszedł czas sławnych krupnioków i serdelków, które przynosili pomocnicy masarscy o 

background image

czwartej po południu z wędzarni do restauracji, gdzie zaciekli gracze w mariasza odkładali karty i 
zamawiali sobie serdelka z bułeczką, odszedł czas śpiewania podczas prac stolarskich i szuflowania 
jęczmienia w browarze, przez okno nie rozlegał się dźwięk żadnej katarynki, wszystko to stare 
połączone ze starymi czasami przeciwnymi kierunkowi biegu wskazówek zegara na wieży poszło 
spać, jakby tym starym czasom uwiązł w gardle zatruty kąsek, niby Śpiącej Królewnie zatrute 
jabłko, i żaden książę nie przychodził i już nie przyjdzie, bo ta stara formacja, do której 
należeliśmy ja, Franci i Pepi, jest już bardzo stara, tak stara, że dawno już straciła swoją pierwotną 
płodność i odwagę, przemieniła się w nienasyconą ośmiornicę, a więc nic dziwnego, że nadszedł 
czas i pora wielkich plakatów i wielkich zgromadzeń, na których groziło się i grozi pięścią temu 
wszystkiemu, co stare.
Inaczej, mój drogi Francinie, nie mogło być, skoro chciały żyć jego ofiary.
Szliśmy tak uliczkami, w które zstępował zmierzch, podszedł do nas rozczochrany wyrostek w 
dżinsowej kamizelce i kolorowej koszuli, wskazał tę marynarską czapkę, którą Franci miał na 
głowie, i poprosił:
— Proszę pana, niech pan mi sprzeda tę piękną czapkę, dam panu za nią stówę...
Franci przytrzymał ją oburącz, jakby wiatr chciał mu ją zerwać, i pokręcił przecząco głową.
Wyrostek nie dawał za wygraną:

176
— Dam panu za nią dwieście, dwie stówy... Ale Franci powiedział:
— Ani za pięćset, ani za tysiąc.
Wyrostek wzruszył ramionami i odszedł.
Staliśmy na rynku, widziałam, że Franci nie życzył sobie nic innego, jak tylko pójść do domu, do 
pałacu, do swojego pokoiku, że już czas, aby wysłuchał wiadomości z całego świata, tych 
wiadomości, których słucha już od dwudziestu, trzydziestu lat... Właściwie to ja już nie znałam 
Francina innego niż jako człowieka, który utrzymuje łączność z całym światem, to miasteczko nic 
dla niego nie znaczy, podczas gdy ja zakochiwałam się coraz to bardziej i bardziej w wydarzeniach 
miasteczka, w tym, czego tu już nie ma. Nie potrzebowałam już nawet, aby szli ze mną ci trzej 
starzy znawcy i świadkowie dawnych czasów, którzy mi tyle razy opowiadali to wszystko, co 
zdarzyło się bardzo dawno, tylko się rozejrzałam i już widziałam tę niedzielę, wieczór trzynastego 
grudnia tysiąc osiemset trzydziestego piątego roku, w trzaskającym mrozie błyszczały okna „Pod 
Czarnym Orłem”, róg rynku i ulicy Kościelnej, tu cech rzeźni-ków obchodził uroczyście wybór 
nowego starszego cechu... Mistrzowie-rzeźnicy przepijali do siebie nawzajem z pięknego 
cechowego pucharu ze słowami:
— Niech ci Pan Bóg, ci Bóg, ci Bóg błogosławi!
Na pucharze znajdował się obrazek przedstawiający rzeźni-ka w białym fartuchu, wymierzającego 
wołowi cios pałką w łeb, nieopodal zaś obrazek przedstawiający psa. Po odtrąbie-niu ósmej 
godziny wieczorem przyszedł do zebranych nocny stróż Sztolba, mistrz garncarski sP°d Bobnickiej 
Bramy. Usiadł przy drzwiach i po obfitej kolacji i częstym wychylaniu kufli piwa, kawy i ponczu 
twarz mu poczerwieniała. Po dłuższym czasie zdjął kożuch, był dobrze wstawiony. Ale sumienie 
nie dawało mu spokoju, wyszedł więc na rynek. Powlókł się obok apteki Wszeteczki, krupiarni 
Dominika Howatki, domu Jana Fleischmanna i minąwszy sklep Józefa Seigerschmidta, znalazł się 
przed gospodą „U Klecańskich”. O tej porze wymieniano tu

177
konie pocztowe. Podszedł chwiejnie do dyliżansu, spostrzegł uchylone drzwiczki. W dyliżansie nie 
było nikogo. Położył halabardę na ziemi i wlazł do środka. Zatrzasnął drzwiczki i wkrótce usnął na 

background image

miękkim siedzeniu. Nie obudził się nawet wówczas, kiedy wymienione konie szarpnęły i dyliżans 
potoczył się do Pożegnania. Tu też nikt nie wsiadł, a wiec woźnica przypuszczając, że dyliżans jest 
pusty, pojechał aż do Młodego Bolesławca. Tam stróż nocny, kiedy dyliżans zatrzymał się na 
rynku, obudził się wreszcie i pospiesznie wyskoczył z powozu. Świadom zaniedbanego obowiązku, 
zaczai trąbić. Nagle schwyciły go od tyłu ręce policjanta.
— Dlaczego trąbisz?
— Wykonuję swój obowiązek, jestem przecież stróżem nocnym miasteczka, gdzie zatrzymał się 
czas...
Opowiadałam Francinowi, który uśmiechał się, opowiadałam mu tę historię, którą z dziesięć razy 
powtarzał mi pan Korzonek, świadek i znawca dawnych czasów. Spostrzegłam jednak, że Franci 
rozwiązuje w duchu wszystkie kryzysy polityczne w Europie i w Azji, w Afryce i w Ameryce, 
nadal zastanawia się nad tym, dlaczego obce wojska wkroczyły do miłującego pokój kraju, myśli o 
tym, że właśnie teraz dowiedziałby się z wiadomości dziennika o kolejnej zmianie granic, o nowym 
zamachu na prezesa rady ministrów, o następnym posiedzeniu Światowej Rady Pokoju, o kolejnej 
katastrofie tankowców przewożących ropę naftową, o nowym zagrożeniu czystości wód morskich, 
zwierząt, ryb i ptaków morskich, o następnych przyjacielskich spotkaniach, na których wymienia 
się nieustannie poglądy o sprawach, o jakich nikt nic istotnego nie wie...
Wskazując narożny urząd powiatowy, mówiłam:
— W tym naszym miasteczku wychodził tygodnik: „Gazeta Obywatelska”, redagowany przez pana 
Floriana. Pan redaktor Florian miał również niezrównane poczucie humoru. Kiedyś wracał o późnej 
porze z hotelu „Na Książęcym”, zmierzając do swojego mieszkania przy ówczesnej ulicy 
Bolesławic-
178
l
kiej, i idąc jeszcze przez rynek usłyszał, jak ulicą Bolesławicką w kierunku rynku, kroczy stróż 
nocny śpiewając, tak jak to wtedy było we zwyczaju...
Wybiła północna godzina, każdy Imię Boże wspomina! O, ty święty Florianie, nasz wielki patronie 
i panie...
I wówczas pan Florian, właśnie tu, na rogu, tutaj, gdzie jest dziś urząd powiatowy, stanął przed 
stróżem nocnym ze słowami:
— Oto jestem! Czego żądasz?
Stróż nocny wypuścił z rąk latarnię i halabardę i pan Florian musiał go zaprowadzić do domu, bo 
stróż nocny nie mógł dojść do siebie z przerażenia...
Roześmiałam się, tak mnie ta historia rozbawiła, kiedy opowiadał mi ją znawca i świadek dawnych 
czasów pan Karol Wyborny. Franci uśmiechał się również i podniósł rękę do czapki udając, że 
wiatr chce mu ją zerwać, ale spojrzał przy tym na zegarek na przegubie ręki i zobaczył, że spóźnił 
się na wiadomości z całego świata, przegląd wydarzeń politycznych, zadrżał na myśl: a jakby tak 
zdarzyło się coś, jakieś spotkanie na szczycie wybitnych mężów stanu, którzy wymieniliby nie 
tylko doświadczenia istotne dla obu stron, ale dla całego świata, a gdyby tak teraz ogłoszony został 
pokój na całym świecie, właśnie teraz wstrzymane zostałyby wszelkie starcia, wszelkie wojny i 
przedstawiciele wszystkich narodów i wszystkich ras i klas postanowiliby urządzić 
międzynarodowe spotkanie, i już teraz delegacje znajdowały się w powietrzu, aby samoloty 
zawiozły je w miejsce, jakie zostało wyznaczone?

background image

O tym właśnie Franci marzył, niczego innego nie pragnął, dlatego wstawał w nocy i słuchał: a 
jakby tak ludzie wreszcie zrozumieli, że bez pokoju nie da się już żyć, że inaczej już nie można... I 
dlatego po każdych wiadomościach dziennika dzie-

179
sieć razy w ciągu dnia nasłuchiwał z tą samą wiarą, że kiedyś’ usłyszy, iż na świecie zapanuje 
wielki pokój...
Szliśmy przed siebie, wzięłam Francina pod rękę, na rogu ulicy Tyrsza nie zdołałam się 
powstrzymać i wskazując ręką, powiedziałam:
— Tu w tysiąc osiemset osiemdziesiątym ósmym roku przeniósł się z Łysej adwokat Wiktor Tangl, 
rodowity Łysianin, ubierający się elegancko pan z jasnokasztanową krótką bródką, z monoklem, w 
jasnych dyplomatycznych kamaszach, który wyróżniał się wyraźnie na tle mieszkańców naszego 
miasteczka. Nawet w zimie kąpał się w Łabie, w wyrąbanej w lodzie przerębli. Nie można 
zaprzeczyć, że ta właśnie ekscentryczność stała się jedną z przyczyn jego przedwczesnego zgonu... 
— mówiłam, po czym dodałam: — Ten dom należał do Zedrycha—Narożnego, jak opowiadał mi 
stary świadek i znawca dawnych czasów, pan Otokar Rykr...
Jednakże Franci potrząsnął głową i powiedział:
— Ja wiem...
I tak weszliśmy na most, tam w wieczornym półmroku błyszczał beżowy browar. Franci pochylił 
się nad poręczą i patrzy-liśmy, jak cicho płynie woda. I Franci uniósł w górę marynarską czapkę, 
sławną czapkę stryj aszka Pepi, która przez dwadzieścia pięć lat płynęła z browaru do miasteczka i 
tam znikała w restauracjach i gospodach z damską obsługą, tę czapkę marynarską, która 
symbolizowała stare złote czasy jak otok na tej czapce, otok ze złotego sznura. I Franci trzymał tę 
czapkę, a później, kiedy z dołu uniósł się znad rzeki lekki powiew, opu-ścił tylko tę czapkę, 
wietrzyk uniósł ją i czapka, taka, jaką nosił Hans Albers w La Palarnie, szybowała, unosiła się 
przez chwilę nad ciemną, miodowozłotą płynącą wodą, po czym osiadła na tafli i nurt niósł ją 
gdzieś’ w stronę Hamburga, skąd pochodził Hans Albers i gdzie rozgrywała się akcja La Palomy, 
filmu, w którym stryjaszek Pepi tak lubił widzieć siebie...
Kiedy wracaliśmy do domu starców, nadeszła właśnie pora zamykania sklepów, rynek i ulice pełne 
były ludzi, nie pozna-

180
wałam niemal nikogo. Sklepy, które miały kiedyś’ imiona i nazwiska, zmieniły się w „Mięso i 
wędliny”, dom towarowy „Społem”, hotel i „Chleb i pieczywo”, „Wyroby cukiernicze” i 
„Motozbyt”...
Uśmiechnęłam się i poczułam szczęśliwa, że byłam przy tym, że na własne oczy widziałam, jak 
czas się odmienił, jak odeszli niemal wszyscy starzy ludzie i jak nastąpiła zmiana warty młodych 
kobiet i młodych mężczyzn, wszystko było na odwrót niż dawniej. Niemal nikt z tych 
przepływających ludzi nie nosił krawatu, wszyscy mieli fryzury zupełnie inne niż ja i Franci, 
spodnie, jakie miały na sobie kobiety i dziewczyny, były wyzywające, podkreślały kształty, tak 
jakby te młode kobiety wyszły z wody, spostrzegłam, że nawet nieletnie dziew-czątka umiały już 
nosić dżinsy jak dorośli, gdziekolwiek spojrzałam, widziałam wszędzie tylko młode kobiety we 
wrzynających się portkach, ale co robić?
Zauważyłam, że nie można się było niemal domyślić, jaką kto pozycję społeczną zajmuje w 
miasteczku, gdzie zatrzymał się czas, w dawnych czasach od razu rzucało się w oczy, kto jest 
doktorem i kto inżynierem, kto jest kupcem i kto robotnikiem, kto jest profesorem i kto 
nauczycielem szkoły muzycznej, teraz to właściwie cieszę się, że jest tak, jak jest, jak to widzę, 

background image

ludzie zlali się w kilka typów, nie potrafiłam sobie wyobrazić, odgadnąć, kim jest każdy z tych 
mężczyzn i czym się zajmuje. Mieli na sobie dżinsy, skórzane marynarki, rozpięte pod szyją 
wojskowe koszule, fryzurami przypominali bardziej poetów, takie długie włosy nosili w dawnych 
czasach jedynie ludzie wyjątkowi, którzy grali na skrzypcach, albo malarze, dwaj pisarze, znani mi 
z fotografii, Jack London albo Yrchlicky.
Szliśmy przez miasteczko, widziałam, że jest to pora, kiedy rynek i ulice pełne są ludzi, ale za 
godzinę, kiedy autobusy się rozjadą i nadejdzie pora kolacji, potem zaś telewizji, w miasteczku nie 
ujrzysz ni żywego ducha, ktoś tylko przejdzie spiesznie, kilku spóźnialskich, kilkudziesięciu 
szczęśliwych ludzi, którzy idą do gospody. Ja wiem, wówczas, kiedy byłam młoda,

181
wówczas przez rynek, ulicami i aleją sunęli obywatele ot, tak sobie, spacerowali, młodzi płynęli w 
górę i w dół promenady, ale cóż mnie teraz do tego? Jestem gdzie indziej i jestem inna, i inne są 
czasy, które też mają swoje zalety, gdy tak szłam obok Francina, który przerażony był tymi 
nowymi ludźmi, nie odzywałam się i w końcu cieszyłam się, że te dawne czasy odeszły, że wraz z 
nimi odeszła też miejska biedota, bose dzieci, odeszli też obłąkani, którzy snuli się po rynku i 
miasteczku, stara La-szmanka i Józio Paclik, Laszmanka, która sypiała nieopodal sądu, nawet kiedy 
śnieg padał, skulona we wnęce, ciągle wydawało się jej, że jest hrabiną i ma miliony, odeszli 
wszyscy bogaci ludzie, którzy tak bardzo różnili się od całej reszty. Ja sama zresztą do nich 
należałam, zawsze miałam suknie, jakich nikt w miasteczku nie miał, odszedł czas młodych 
mężczyzn, którzy nosili zamszowe marynarki i piękne krawaty i dziurkowane półbuty z firmy 
„Kabele” w Pradze, którzy umieli nosić parasol, było ich dziesięciu, piętnastu, w lecie na rynku 
chełpili się modnymi koszulami od Williamsa, pulowerami. Było w miasteczku przyjęte, że na 
Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, każdy ojciec musiał kupić dzieciom coś nowego, ubranko, 
sukienkę, choćby tylko szalik, ale coś nowego, aby zmartwychwstało szczęście, ja wiem, rynek i 
promenada pełne były tych szczęśliwych dziewcząt i kobiet, i wyrostków, i młodych mężczyzn, ale 
tam gdzieś na peryferiach miasteczka, tam było zupełnie inaczej. Dzisiaj widziałam, ja zresztą 
widziałam to zawsze, ale po raz pierwszy przyjrzałam się uważnie, a nawet mogłam to nagle 
porównać, widziałam teraz, że niemal każdy ma to, co mu się podoba, zniknęły różnice między 
miejskimi a wiejskimi dziewczynami i chłopcami, te dziewczęta, które wsiadały do autobusów i 
rozjeżdżały się na wszystkie strony z miasteczka do okolicznych wiosek, ubrane były z większym 
smakiem niż dziewczęta z miasta i wszystkie zachowywały się inaczej, niż ja byłam do tego 
przyzwyczajona, z prostą i oczywistą pewnością siebie i przekonaniem, że świat do nich należy, a 
przecież i ja tak bardzo tego pragnęłam.

182
Często wspominałam swoje służące, jakaż to różnica, ale przede wszystkim spostrzegłam, że dzieci 
ciągle zajadają się lodami i plasterkami kiełbasy, podczas gdy w dawnych złotych czasach 
przysmakiem była kajzerka, ja wiem, tego nie można porównywać: kajzerka dziś i wówczas, ja 
wiem, nie da się porównać: parówki wówczas i dziś, ale dzisiaj ma je każdy, a wówczas było 
inaczej, byli tacy, co na nie nie mieli, i wiem, że wiejskie kobiety, sprzedawszy na targu masło, 
kupowały margarynę na użytek domowy, a dla dzieci kajzerki, ale te dzieci, które widziałam 
dzisiaj, dzieciom jest teraz o wiele lepiej niż wówczas, dzieci dziś, wszystkie dzieci, mają sukienki 
i dodatki zgodnie ze smakiem matki i krewnych, zauważyłam też, że dzieci nie płaczą dzisiaj tak 
jak dawniej, że wobec tego — w tym miasteczku nie zatrzymał się czas tych ludzi, których 
widziałam na rynku i na ulicach, chodzących tam i z powrotem, wsiadających do autobusów, że ich 
czasem jest ten, który jest, że zatrzymał się tylko ten czas, w którym żyłam ja i moi przyjaciele, i 
znajomi, lecz oni odeszli już na Wielką Promenadę...

background image

Gdzie jest dostojny poeta Jan z Wojkowicz, ten, który leczył młode dziewczyny dotykiem rąk? 
Gdzież jest muzyczny proboszcz ewangelicki pan Juren, który tak potrafił pocieszać wdowy i 
sieroty nad trumną, że odchodziły z uśmiechem? Gdzież jest tłusty przodownik policji Prochazka, 
który nieustannie musiał uważać, żeby nie potknąć się o własną szablę? Gdzież jest ogrodnik i 
znakomity tancerz Wicek Teklów, który przy piwie w hotelu „Na Książęcym” zdrzemnął się na 
wieczne czasy? I gdzież jest uprzejmy rzeźnik, pan Wojewoda, dawny zapaśnik? Arcykapłan 
alcistów pan Rajman? Zakrystian pan Podho-ra, który tak niebezpiecznie lubił ministrantów? Gdzie 
się podział mistyczny szewc, mistrz Gomóła? Tak dumny ze swojego munduru Tolek Staniek, 
gaszący pragnienie i drobne pożary? I gdzież doszedł ze swoją siostrą pan Pychlik, który z 
zawrotną szybkością wyprzedzał wszystkich przechodniów w okolicy? W jakim niebie znalazł się 
Józefek Jorów, ten, który podrzynał gardła cielętom, żywiąc przekonanie, że wykonuje

183
miłą Bogu pracę? Przez jaki komin krematoryjny wyleciał duch obłąkanego od nadmiaru wiedzy 
Oskara Rohra? Gdzie wyjmuje zegarek i porównuje swój czas z radiem maszynista pan Bra-bec? 
Gdzież zniknął rozczochrany inspektor generalny szpitala pan Stefan Muszak?
Czyż jest jeszcze na świecie, a jeśli jest, co maluje mój wielki tancerz i piękniś, malarz Hanusz 
Bohman? Ten, który jako właściciel zakładu pogrzebowego przez czterdzieści lat prowadzał 
kondukty pogrzebowe. I co ze mną, tą, którą nazywano Anusią Sedlaczkówną?
Ja wiem, bo także już jestem znawczynią i świadkiem dawnych czasów...
Dokąd poszli młynarczykowie, gdzie są gromadki bezrobotnych, którzy stali na mrozie czekając, 
by ich Franci wziął do pracy „przy lodzie”, kazał im wyrąbywać lód na rzece i stawie, ładować na 
fury tafle lodu?
Kiedy tak wracaliśmy przez miasteczko do domu starców, widziałam, że Franci jak zawsze z 
przyjemnością obrzucał wzrokiem młode kobiety, dziewczyny, których nikt nie mógł pozbawić 
wdzięku młodości, nimfy, które w dżinsach przypominały morskie syreny... Jednakże Franci tak 
jak ja żył nieustannie gdzieś w przeszłości miasteczka, żył wspomnieniami owych czasów, kiedy 
był młodszy, kiedy był kierownikiem browaru i decydował o tym, jaki kupić jęczmień na słód, 
decydował o tym, od jakiej firmy kupi się worki chmielu, decydował o tym, jak zwiększyć roczną 
produkcję piwa i jakiego człowieka przyjąć na kierownika nowej restauracji, gdzie później był jego 
doradcą w sprawach zeznań podatkowych, toteż ceniono go i szanowano, i nigdy się nie 
spodziewał, że właśnie dlatego nowe kierownictwo zarzuci mu, iż był naganiaczem panów, 
właścicieli browaru stanowiącego spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.
Kiedy stanęliśmy pod bramą, panował już mrok, w portierni siedział pomylony pan Berka i oglądał 
program telewizyjny; co jakiś czas ten pan Berka wyłączał dźwięk i podczas gdy to-

184
czyła się akcja telewizyjnego programu, puszczał sobie głosy jazzowych piosenkarzy, treść tych 
piosenek oczywiście nie pasowała absolutnie do tego, co działo się na ekranie, ale pan Berka 
cieszył się i dziwił, że tak wspaniale udało mu się zmiksować głosy swoich taśm magnetofonowych 
z obrazami telewizji.
Franci szedł w zadumie do swojego pokoju, aby słuchać wiadomości z całego świata, i nadal ze 
smutkiem myślał o tym, że z dnia na dzień coraz bardziej odsuwa się ta jego wizja trwałego pokoju 
na całym świecie, patrzyłam i dochodziłam do wniosku, że właściwie ten pomylony pan Berka 
wcale pomylony nie był. W niedzielę, kiedy telewizja nadawała Libuszę, pan Berka, który nie 
pełnił dyżuru w bramie, wyłączył nagle dźwięk, na telewizyjnym ekranie Libusza otoczona 
przyjaciółkami, odziana w starosłowiański strój, czesała sobie włosy, pan Berka, kiedy przyjaciółki 

background image

mówiły do Libuszy, włączył swoją taśmę, chwilę trwało, nim taśma przekręciła się na tyle, ile 
potrzebował, i w sali zabrzmiała przy akompaniamencie gitar piosenka śpiewana przez zespół 
„Czarny bez”:
Do gazet dałam ogłoszenie, niech czyta, kto się chce ożenić...
Mam w biodrach tyle, ile w biuście..
W tę niedzielę wszyscy, którzy oglądali telewizyjną transmisję Libuszy, najpierw przestraszyli się, 
potem jednak w miarę upływu czasu coraz bardziej podobało im się to, co wyprawiał pan Berka ze 
swoimi taśmami, podczas gdy dźwięk w telewizji był niemy...
Kiedy Chrudosz przedstawił Libuszy swoją skargę, pan Berka przekręcił taśmę i po chwili 
zabrzmiał i towarzyszył ruchom Chrudosza śpiew Pawła Bobka:
Rock and rollowi oddałem wszystko, co miałem:
185
najpiękniejsze lata, najpiękniejsze dni...
A w kilka minut później, kiedy Libusza na ekranie telewizyjnym sądziła braci, pan Berka 
przekręcił taśmę i po chwili w sali pałacu rozległ się głos Wiery Szpinarowej, co oznajmił 
wcześniej pan Berka.
Ach, ja kocham boogie-woogie, boogie-woogie tańczyć chcę, więc do boogie, boogie-woogie, więc 
do boogie proście mnie!...
I renciści, którzy to oglądali, byli zupełnie wstrząśnięci tym nowym pięknem, widzieli już Libuszę 
tyle razy, ale to dopiero była Libusza na ich gust...
Potem poselstwu, które wyruszyło do Przemysława, towarzyszył głos Waldemara Matuszki:
Na zachód droga niebliska...
A Przemysław odpowiedział poselstwu piosenką, którą śpiewał Karol Zich:
Ja, krótko mówiąc, pecha mam głucho tu każdy krok już brzmi... i cień wciąż towarzyszy mi...
A potem orkiestry taneczne łączyły i dopełniały bieg obrazów na ekranie telewizyjnym w ten 
sposób: gdy Przemysław stał przed Libusza, pan Berka szybko przekręcił taśmę, wyregulował, i 
kiedy Przemysław na ekranie unosił rękę, z taśmy śpiewał Milan Chladil:
... O, patrzę na twój welon biały,
186
chciałaś’ go mieć, więc masz, niedawno wargi twe szeptały, że mnie swą rękę dasz...
Libusza odpowiedziała mu piosenką, którą z uczuciem śpiewała Ewa Pilarowa:
Jeśli mnie pragniesz, jaka jestem, choć wiesz, że jestem tylko złuda, jeśli mnie pragniesz, jaka 
jestem, miłość mą wzbudzić ci się uda...
A kiedy wzruszona Libusza podała na ekranie rękę Przemysławowi i patrzyła mu w oczy, pan 
Berka szybciutko przekręcił taśmy i rozległ się duet, który zawsze lubiłam, dwa angielskie smutne i 
piękne głosy, Bing Crosby i Grace Kelly śpiewali razem tę tęskną pieśń miłości:
Miłość w Nowym Jorku, w Paryżu, w Londynie jest zawsze taka sama...
Ale otwarły się drzwi i do sali wpadła siostra przełożona, i nacisnęła przycisk, i wyłączyła obraz, 
uniosła ręce i zagrzmiała na pana Berkę:
— Nie może się pan ustatkować? Chce pan, żebyśmy musieli odesłać pana do domu?

background image

Pan Berka, pokorny, zabrał swoje taśmy, a my wszyscy, którzyśmy widzieli tę Libuszę, 
żałowaliśmy, a potem jeszcze długo spieraliśmy się, co by tak pan Berka zamiksowal, jaką 
piosenką Libusza przepowiadałaby przyszłość? Wzruszyłam się, a wrażliwy pan Berka wyjął 
wtyczkę z kontaktu, zapalił latarkę i zmieszany wybiegł, świecił mi w twarz:

— Czego pani chce? Czego sobie pani życzy?
— Panie Berka — powiedziałam — nie daje mi to spać, wówczas, kiedy pan udoskonalał Libuszę 
swoimi taśmami...

187
— Jaką Libuszęl Co pani mówi? — Pan Berka przestraszył się.
— Mówię przecież, panie Berka, te Libuszę, którą telewizja transmitowała w niedziele, kiedy to 
siostrzyczka wszystko panu popsuła, jakie taśmy pan przygotował?
Pan Berka ucieszył się.
— Tak, Libuszęl No to musze kiedyś pani sam przedstawić... Mam teraz przygotowane taśmy dla 
Przemysława; kiedy przyjeżdża do Libuszy, zaczyna jej śpiewać:
Hallo, Dolly, it’s so nice
to have you back, where you belong...
Jak to śpiewa pan Armstrong...
To fajnie, żeś tu znów wróciła...
Halo? Gdzieżeś tak długo była?...
Zatoczyłam się, tak bardzo olśniła mnie nagle ta wiadomość, pan Berka skorzystał z tego i szepnął 
mi:
— Jak będą Przemysław z Libuszą w telewizji, wyłączę dźwięk i puszczę na cały regulator ten mój 
najulubieńszy przebój, jaki sobie nagrałem...
Save your kisses for me, kisses for me, baby by e, by e...
A do tego te dziewczęce głosiki:  love you...
— Wie pani? Ja pójdę tam, ty pójdziesz tu... haha! I love you... — wołał i śpiewał z zapałem pan 
Berka, a ścieżką wracał Franci, wiadomości dobiegły końca, szedł, jakby niósł w wiaderku nie 
węgiel, ale swój własny pomnik, tak jak zawsze wia-

188
domości okazały się dziś jeszcze gorsze niż wczoraj, ciągle ten wieczny pokój się oddalał.
Pan Berka poświecił na Francina i obiegając go w kółko,
wołał ze zgrozą:
— Na miłość boską, co pan zrobił z tą piękną czapką? Nie zapomniał pan jej gdzieś? Jezu Chryste, 
jak bym ja chciał nosić tę sławną czapkę! Gdzieście ją, dobrzy ludzie, podzieli?

15
Kroczę wolno pałacową aleją, staruszki karmią ptaszki, sypią albo kruszą chleb i bułki do 
karmników przypominających skrzynki radiofonii przewodowej, sikorki, wróble, zięby dziobią im 
niemal z ręki, teraz stoję przed wielką tablicą ogłoszeń, na której rozsiane są setki pinezek 
przytrzymujących programy kin w miasteczku, tu wisi stary nekrolog, tak, tutaj umieszczę 
nekrolog stryj aszka Pepi, który umarł nad ranem. Te pinezki ze świeżymi wiadomościami są 
zupełnie nowe, jednakże z pewnością na tej tablicy umieszcza się wiadomości już od z górą 
dziesięciu lat, są tu więc setki pinezek zupełnie już zardzewiałych, ale każda przytrzymuje wciąż 

background image

kawałek pożółkłego papieru, bo nikt nie zawraca sobie tym głowy, żeby najpierw wyjąć pinezki, 
tylko każdy, kto przychodzi tu z wiadomością w palcach, mocnym pociągnięciem zrywa ten 
plakacik, ten stary nekrolog, i na jego miejscu albo tuż obok umieszcza to, co uważa za 
obywatelski obowiązek: zwrócić uwagę na nowe programy, wykłady, zawiadomienia o zgonie...
Stoję tak i patrzę na tę tablicę, zastanawiając się, gdzie przy-szpilić nekrolog stryjaszka, za chwilę 
przyjedzie po niego karawan przedsiębiorstwa pogrzebowego z trumną, usiłuję oderwać 
zardzewiałą od deszczów pinezkę, ale nie udaje mi się, skrawek papieru służy każdej pinezce jako 
coś w rodzaju uszczelki, trzyma się mocno, tak jak wszystkie te pinezki z zeszłego roku, może 
niektóre z nich mają już kilka lat, ale ciągle trzymają mocno,

189
skrawek papieru jest zetlały, pożółkły, niemal brunatny, widzę, że niektóre pinezki straciły ze 
starości główki, pozostały z nich tylko ostre szpileczki, obmacałam tę tablicę i jakbym przesuwała 
ręką po wałku z ostrymi kolcami, wałku ze starego obrazu Najświętszej Panny Marii, który 
wygrywał kiedyś nabożną pieśń, resztki pinezek, które można czytać tak samo jak pismo dla 
niewidomych.
Tak, tak, jutro tu przybiję nekrolog...
W zadumie wróciłam na dziedziniec, po czym ścieżkami dotarłam do hrabiowskiej pomarańczami, 
w której znajdowała się trupiarnia. Stryjaszek Pepi leżał wyciągnięty na wózku, pochyłym 
dwukołowym wózku, ciągle zawinięty w prześcieradło, pod napiętym płótnem rysowała się jego 
głowa i nogi, na brzuchu były mocno związane cztery rogi, a kiedy pochyliłam się ku temu 
śmiertelnemu, co ze stryjaszka pozostało, nagle przyszło mi do głowy, żeby zapukać stryjciowi w 
czoło, zrobiłam to i nasłuchiwałam. A potem usłyszałam za sobą kasłanie, zapukałam w czoło trupa 
raz jeszcze i znów nasłuchiwałam długo.
— Proszę! — powiedziały za mną ludzkie głosy, a kiedy się odwróciłam, stali tam trzej 
świadkowie i znawcy dawnych czasów, kłaniali mi się, byli uroczyści i promieniowali jakimś 
wielkim szczęściem. Trzymali w palcach swoje notatniki, tak jak śpiewacy na chórze trzymają 
nuty, pan Wacław Korzonek podał sobie palcem takt i śpiewając, opowiadał:
— Śpiewało się i grało w miasteczku, gdzie się zatrzymał czas, w restauracjach i siedzibach 
stowarzyszeń... Ale najważniejszym wydarzeniem dla entuzjastów muzyki... był udział w 
uroczystych mszach świętych. Prym wiedzie aktor-amator Czerwonka i już próbuje swoich 
skrzypiec... drudzy skrzypkowie pana kierownika chóru, Wronego, stroją instrumenty... Sznora 
szuka smyczka... Cyrus stroi wiolonczelę... Wotawa podmuchuje w klarnet... Dłubacz-Przeklętnik 
wydobywa kilka tonów z fletu... Fajtl, Gołąb i Stuj przygotowują rogi... Tawik przykręca kołeczki 
basetli... na chórze pan Dłubacz-Hrabiątko rozmawia ze śpiewaczkami — Marynką, Berteczką i 
Franusią...
190
ostatni przychodzi z przekąski „U Fiszerów” Rubinger w reglanie...
Dziś obecni są nawet umarli... tenor — Slabyhoudek, i bas — Wagner... Na dany znak kalikant 
Mareszka przyciska nogą pedał miechów i msza zaczyna się od solo na kotły, które Krasa odbębnia 
z ogromną werwą... Organista nauczyciel Lhota wsuwa wolno rejestry organów... i na najwyższym 
manuale preludiuje pianissimo swoją ukochaną piosenkę:
Zastanów się, Maryśka, zastanów...
Tak opowiadał mi to stary pan Szpoutil, który miał skład materiałów piśmiennych w dawnej starej 
aptece...

background image

Pan Wacław Korzonek skończył śpiewać i w pomarańczar-ni trwał zapach piosenki o młodej 
miłości.
Rozejrzałam się, trzej znawcy i świadkowie dawnych czasów uśmiechali się, patrzyli mi w oczy i 
tak jakby odmłodnie-li, zresztą tak jak zawsze, kiedy wspominali o zdarzeniach, które stały się 
dawno temu, a jedynie oni mieli do nich klucz.
Pan Karol Wyborny podszedł do wezgłowia stryjaszka Pepi, skłonił się, otworzył notatnik, po 
czym odchyliwszy głowę do tyłu, wpatrywał się w sufit szklanej kostnicy, szyby pomalowane były 
na kolor ciemnoniebieski...
— Na brzegu Wyspy — zaczął opowieść pan Karol Wyborny — tam, gdzie kończyła się kaskada, 
stała mała budka, gdzie w okresie tarła łososi sypiał w nocy strażnik hodowli łososi... Budka 
połączona była napiętą siecią z drutem, na którego końcu umieszczono dzwonek, i kiedy łosoś 
przeskakując drut spadał w sieć... własnym ciężarem powodował szarpnięcie drutu... i dzwonek w 
budce się odzywał...
Pan Karol Wyborny zamilkł i nasłuchiwał, w trupiarni brzmiało brzęczenie jednego dzwoneczka, 
po czym przyłączały się następne i następne, tak że cały chór dzwonków rozbrzmiewał w dawnej 
pałacowej pomarańczami, która teraz przemieniła się w ogromne akwarium i do akwarium tego 
spa-

191
dały ukośnie z nieba wielkie ryby, tysiące błyszczących łososi, już w powietrzu ich oczy — ku 
swojemu przerażeniu, że ich droga w górę rzeki skończyła się, ich oczy ujrzały sieci i każdy skok 
był sygnaturką ich szczęścia polegającego na podążaniu w górę rzeki, przeciwko prądowi, aż tam 
gdzieś wysoko, gdzie czyste wody sprzyjają miłosnym igraszkom...
Zatykałam sobie uszy, ale pan Karol Wyborny kierował dalsze ławice spadających łososi do 
niewidzialnych sieci, aby wyrazistym gestem dać znak — i nastąpiła chwila uroczystej ciszy, po 
czym pan Wyborny opowiadał dalej:
— Łosoś podpływa pod prąd aż do wrót zapory... potem wolno zawraca i nagle rozpędza się 
gwałtownie, i skacze... Niektóre z łososi były rekordzistami i udawało się im przeskoczyć nawet tę 
napiętą sieć...
Uniosłam wzrok i nade mną przelatywały szczęśliwe łososie, w blasku słońca lśniły przystrojone 
kroplami wody... odetchnęłam z ulgą wraz z nimi i byłam szczęśliwa, bardzo szczęśliwa, że nie 
ustawały w wędrówce, u której kresu czekało miłosne spełnienie, że dążyły do kolejnej kaskady i 
pokonywały ją, tak jak każda miłość pokonuje kolejne przeszkody.
Jednakże pan Karol Wyborny ujął mnie za łokieć i ścisnął tak boleśnie, że aż krzyknęłam. Ale on 
pokłonił się raz jeszcze trupowi i ciągnął:
— Pod kołami młyna... umieszczony był słęp... ogromna dziurawa beczka... ryby niesione prądem 
wpadały tam... wpuszczano je z powrotem do Łaby... ale podczas wędrówek węgorzy słęp 
wypełniał się nimi po brzegi... i stanowiło to wcale pokaźny zysk... — zawołał pan Karol Wyborny, 
a ja chwyciłam się za gardło, dawna pałacowa pomarariczarnia przemieniła się w cuchnącą 
skrzynię z otworami i z góry na podłogę kostnicy spadały śliskie ryby i węgorze, spadały wraz ze 
strumieniem wody, stałam już po kolana w poruszających się rybach, czułam, jak mocno uderzają 
mnie ich ogony, płetwy, czułam, jak rozdzierają mi pończochy ich ostre skrzela, krzyczałam z 
przerażenia i wstrętu, kiedy jednak spojrzałam na trzech starych

background image

192
świadków i znawców dawnych czasów, oni śmiali się, wszyscy trzej mieli jasnoniebieskie ubrania i 
pomarańczowe krawaty, jakby stali na promenadzie i czekali, kiedy wreszcie zacznie grać 
uzdrowiskowa orkiestra.
Teraz z kolei wysunął się do przodu elegancki pan Otokar Rykr, złożył ukłon zmarłemu, a ja, bez 
reszty już oszołomiona, spostrzegłam, że pan Rykr ma do marynarki na plecach przy-szpiloną 
chorągiew, zieloną flagę przypiętą ogromnymi agrafkami... I oto pan Rykr zaśpiewał tenorem, 
palcami prawej ręki przyduszając sobie lekko gardło:
— W dawnych czasach miasteczka, gdzie się zatrzymał czas... rynek bywał sceną zawodów... 
występowali tu biegacze... długodystansowcy... Często obiegali oni cały rynek dokoła nawet 
dwadzieścia razy... ich komedianckie stroje zdobiły błyszczące cekiny i dzwoneczki... sportowcy-
długodystansow-cy zachęcali widzów do udziału w biegu, obiecując wysokie nagrody... — Pan 
Otokar Rykr wskazał ręką ścianę, a ja po drugiej stronie szklanej tafli ujrzałam biegnących w 
kalesonach młodych mężczyzn, ten ich bieg przypominał taki powstrzymywany upadek, biegli tak 
szybko, że dotykali palcami bruku przed sobą, nigdy w tym szalonym biegu nie dotykali ziemi, a 
mimo to robili skoki jak małpy, mijając mnie, wszyscy pokrzykiwali na mnie i rękoma dawali mi 
znaki, żebym i ja biegła z nimi, ale pan Otokar Rykr dał im zieloną laseczką znak i 
długodystansowcy zniknęli. A znawca i świadek dawnych czasów wołał wielkim głosem, jakby się 
z kimś spierał, i na dowód swojej racji podawał twierdzenie:
— ...Rzetelnym i prawdziwym sportowcem w miasteczku, gdzie się zatrzymał czas, był inżynier 
kolejowy pan Karol Palnie... pochodzący z Austrii... Uprawiał już w tysiąc osiemset 
osiemdziesiątym piątym roku jazdę na wysokim rowerze... jazdę figurową na lodzie... jazdę na 
nartach... jego pierwszy bieg na nartach zgromadził mnóstwo ciekawskich, żądnych ujrzenia nie 
widzianego dotychczas sportu... umarł w czterdziestym roku życia na gruźlicę... Mniej więcej od 
tysiąc osiemset dzie-

193
więćdziesiątego roku pojawili się dwaj jeźdźcy na rowerach... zwanych bicyklami albo 
welocypedami... o wąskich, pełnych gumowych obręczach... — mówił pan Otokar Rykr i skinął 
zieloną laseczką: na ścieżkach pałacowego parku, tam, po drugiej stronie szklanej tafli pałacowej 
oranżerii, unosili się na siodełkach wąsaci mężczyźni, cały rój, grupa mężczyzn w rajtkach, 
koszulkach w pasy, w czapeczkach ozdobionych kokardami, usiłowali wyprzedzić jeden drugiego, 
podnosili ramiona, odpychali się, wpadali w poślizg i w powietrzu lecieli ci zawodnicy w krzaki i 
na łąkę, padali na plecy i obracali się, raz i drugi, jak w złym śnie, kiedy to śpiący okręca się cały 
prześcieradłem, jeden z zawodników pod wpływem siły odśrodkowej wyleciał nawet na zakręcie w 
powietrze, ciągle ściskał w rękach kierownicę, bicykl leciał w powietrzu, zawodnik usiłował 
odkopnąć go od siebie, ale obydwoje, maszyna i człowiek, z trzaskiem wlecieli na szklaną ścianę, 
roztrzaskali się o szyby, jednakże pan Otokar Rykr uniósł zieloną laseczkę i mężczyzna i rower 
znieruchomieli wraz z odłamkami szkła na ścianie trupiarni, jakby przemienieni w plakat...
Pan Karol Wyborny poprawił sobie krawat, nadszedł czas, aby i on uklęknął i stryj aszkowi tam 
gdzieś w prześcieradło, gdzie znajdowało się jego ucho, zaśpiewał wdzięcznie i przyjemnie:
— ...Mój tatko posyłał mnie często do piwnicy po wino... postarałem się o duży kłębek mocnego 
sznurka... potarłem go pszczelim woskiem... kilka świeczek i dwa pudełka zapałek, jako że w 
podziemnych korytarzach panuje absolutny mrok...
Pan Wyborny przestał śpiewać i odwrócił się, pan Rykr dał znak zieloną laseczką i uklęknął obok 
pana Wybornego, pan Korzonek zaś pochylił się, zbliżyli ci trzej znawcy i świadkowie dawnych 
czasów głowy i śpiewali na trzy głosy.

background image

— W podziemnych korytarzach panuje absolutny mrok... — śpiewali słodko i słodko się 
uśmiechali, po czym odstąpili o krok, jedynie pan Wyborny nadal z zadowoleniem sączył w ucho 
umarłego:

194
— ...umocowałem dobrze sznurek między beczkami piwa w piwnicy i wyruszyłem w drogę... z 
zapaloną świeczką w ręku i zawieszonym na szyi kłębkiem sznurka, który rozwija} się z wolna... 
liczne korytarze rozbiegały się we wszystkie strony... pomieszczenia całe i rozwalone... ogromne 
szczury w blasku świeczki osiągały niemal rozmiary kotów... sądząc po odwiniętym sznurze, 
doszedłem pod kolumnę wotywną z figurą Najświętszej Panny Marii na rynku... a potem niemal aż 
do restauracji Doczekała... i nagle spostrzegłem na ziemi coś, co wydało mi się ostrogą albo czymś 
podobnym... kiedy pochyliłem się nad ziemią, świeczka mi naraz zgasła... jakby ją ktoś 
zdmuchnął... — recytował teraz pan Karol Wyborny i zwrócił się do mnie, a ja z wyrazu jego oczu 
domyśliłam się, że świadek i znawca dawnych czasów nie wrócił dotychczas z podziemi, z 
podziemnych korytarzy miasteczka, gdzie zatrzymał się czas...
Zawołałam:
— A dlaczego śpiewa pan to stryjaszkowi, który już nie ży-
je?
I wszyscy trzej świadkowie i znawcy dawnych czasów skupili się, tak jakoś położyli jeden 
drugiemu ręce na ramionach, jakby chcieli się sfotografować w dawnych czasach, uśmiechali się 
do aparatu fotograficznego, którego w pomarańczami nie było, nie mrugając oczyma, usiłowali 
przyozdobić twarz najpiękniejszym uśmiechem, którym spoglądali w moje oczy, jakbym to ja była 
aparatem fotograficznym.
Do pomarańczami wszedł naraz chłopak w marynarskim ubranku, w długich spodniach i 
granatowej bluzie z ogromnym kołnierzem, na głowie miał okrągłą marynarską czapkę z napisem, 
zmierzał ku martwemu stryjaszkowi, piasek chrzęścił pod podeszwami jego trzewików, w 
pończosze na pięcie miał dziurę, poznałam po niej, że to mój syn Theo, który dawno — przed laty 
— odszedł, aby zdobywać śwfat inaczej niż my. Teraz oto podniósł rękę, zdjął czapkę i pokłonił się 
zmarłemu stryjowi.
Krzyknęłam:
— Ja się boję! Boję się!
— Nie trzeba się bać... — Uśmiechnął się do mnie. — Należymy do siebie. Należałem do panów 
zupełnie tak samo jak stryjaszek, który czuł się u nas gościem, bo wracał od nas do izby czeladnej, 
gdzie miał swoją jedną pryczę i jedną szafkę. Tam był w domu, był wśród swoich, do końca życia 
ani na chwilę nie przestał być robotnikiem. I do ciebie też przyjdę.
Zamknęłam oczy... wiem, wiem... A mimo to krzyknęłam znowu:
— Ja się boję! Boję się! A trzej znawcy i świadkowie dawnych czasów odpowiedzieli mi chórem:
— Kiedy byliśmy na świecie, i my też baliśmy się nieraz... — powiedzieli i wyciągnęli do mnie 
ręce, te swoje ręce zakończone oczyma pełnymi tęsknoty... I wycofali się z pomarańczami.
Mojego syna nie było. Wybiegłam przez otwarte drzwi z pomarańczami, na zakręcie ścieżki 
pośliznęłam się na piasku, ale podniosłam się i wpadłam do westybulu, gdzie siedziały dwie 
staruszki w fotelach na kółkach, siedziały sztywno, ramionami wsparte na poręczach, siedziały tak 
jak sfinksy.
Opanowałam się i spytałam:

background image

— Czy nie przechodzili tędy trzej panowie? Ci, którzy mi towarzyszyli, trzej panowie, znawcy i 
świadkowie dawnych czasów? W niebieskich garniturach i pomarańczowych krawatach?
Staruszki nawet nie drgnęły, ich profile były ciągle profilami ptaków lecących nieustannie przed 
siebie. Pokręciły tylko głowami.
— Jak długo tu panie siedzą? — spytałam. Jedna ze staruszek podniosła rękę i pokazała, że od 
dwóch godzin.
— A więc tędy nie przechodzili?! — Załamałam ręce. Skarby świata całego spadały ze skrzynek 
radiofonii przewodowej i wplątywały się nićmi w moje palce, Skarby świata cale-go, których głos 
rozbrzmiewał teraz skrzypcami niczym cudownie tandetny, ale prawdziwy wyrzut.

196
Pobiegłam w dół, do portierni, siedział tam pan Berka patrzył na mnie nieobecnym wzrokiem, 
patrzył, ale nie widział, musiałam poruszyć przed jego oczyma dłonią niczym wachlarzem. W 
końcu ocknął się, mrugnął oczyma i spytał mnie:
— Szuka pani kogoś? Do kogo pani idzie w odwiedziny? Powiedziałam:
— ...Panie Berka, niech się pan obudzi, przecież ja tędy przeszłam wczoraj, a pan chciał tę czapkę 
marynarską... No, pamięta pan? — naprzykrzałam się.
Ale pan Berka dziwił się:
— Jaką czapkę? I kim pani jest?
— Panie Berka — zniecierpliwiłam się — na miłość boską, przecież ja tędy chodzę ciągle z trzema 
znawcami i świadkami dawnych czasów. Czy nie przeszli tędy w drodze do miasta?
Ale pan Berka stawał się z każdą chwilą coraz bardziej pomylony.
— Jacy znów znawcy i świadkowie? Co pani wygaduje! Kto jak kto, aleja powinienem o tym 
wiedzieć!... Jak się nazywają?
A ja cierpliwie mówiłam, a potem napisałam imiona i nazwiska znawców i świadków dawnych 
czasów, napisałam na papierze imiona i nazwiska swoich najdroższych przyjaciół.
Pan Berka podniósł słuchawkę telefonu, trwało to dłuższą chwilę, dzwonił na górę do biura, a kiedy 
odłożył słuchawkę, powiedział z zadowoleniem:
— A więc żadne z tych nazwisk nie jest tutaj znane, żadni panowie o tych nazwiskach tu nie 
mieszkają i nigdy nie mieszkali... A pani kim jest?
— Panie Berka — powiedziałam — przecież ja tu mieszkam ze swoim mężem, mój szwagier, 
szwagierek, umarł wczoraj, leży w kostnicy...
Pan Berka oświadczył:
— A leży, leży... I ja puszczę tu panią tylko dlatego, że pani idzie oddać cześć jego pamięci...
— Tak — potwierdziłam. — Tak — powtórzyłam, ukłoniłam się panu Berce i cofałam się, 
kłaniając...

197
A potem pobiegłam na górę, do swojego pokoiku, ściągnę-łam prześcieradło i z nocnego stolika 
wysypałam w półmroku wszystko, co tam było, pomacałam kieszeń, tak, mam w niej dowód 
osobisty, związałam prześcieradło na wszystkie cztery strony świata, na dwa węzły, zarzuciłam ten 
tłumoczek na plecy i zeszłam na dół, do westybulu, w półmroku usiadłam pod poruszającym się 
niespiesznie tam i z powrotem wahadłem zegara z kukułką, usiadłam, wyjęłam dowód osobisty i 

background image

podawałam go komuś, kto na razie nie przychodził, ja jednak wiedziałam, że dziś z całą pewnością 
przyjdzie...

Epilog
Przez z górą ćwierć wieku występowałam na scenie teatru amatorskiego. Za to, że zagrałam w 
ponad sześciuset przedstawieniach, otrzymałam dyplom i ogromny sygnet, na którym 
wygrawerowano wyrazy wdzięczności. Tak więc ja, ta, która potrafiłam wcielić się w tyle typów 
kobiet, niekiedy z wielkim trudem jedynie umiałam odróżnić i oddzielić to, czym żyłam, od tego, 
co grałam. I słyszałam tyle transmisji radiowych, i widziałam tyle sztuk telewizyjnych i seriali, że 
w końcu zrezygnowałam z rozeznawania tego, co naprawdę zdarzyło się mnie albo innym. I przez 
te dwadzieścia pięć lat, kiedy to grałam na scenie teatru amatorskiego w naszym miasteczku, gdzie 
się zatrzymał czas, przez ten czas w ciągu każdych dwóch miesięcy przeżywałam w dwudziestu 
próbach czytanych, trzech próbach generalnych, a potem podczas kilku przedstawień, przeżywałam 
swoją rolę tak, że o niczym innym nie mogłam myśleć, niczym innym żyć niż tym typem kobiety, 
dla której napisana była ta sztuka teatralna. Jako Wiera Bly przeżywałam historię dziewczyny, 
która zamordowała swoje dziecko, co zdarzyło się w sztuce Okna Johna Galsworthy’ego. To 
zresztą nieistotne, ale czego ze mną doświadczył Franci, kiedy czytałam swoją rolę! Ja — i 
zamordować własne dziecko, ja, która opłakiwałam każ-

198
de swoje prosiątko, jakże to więc ja — i zamordować swoje dziecko! Ileż się nad tą rolą 
napłakałam, nim wreszcie stałam się morderczynią. Ale podczas gdy Franci wciąż mnie jeszcze 
unikał, ja już przez następne dwa miesiące miałam w teatrze próby kolejnej swojej roli: grałam tu 
bardzo nieprzyzwoitą dziewczynę, Tilly Hasselberg w Rajskim ogrodzie, która przeżywa swoje 
życie na przemian, raz występuje jako śpiewaczka kabaretowa w „Palais de Paris” w Klausenbergu 
w Rumunii, to znów — w drugim akcie — mieszka w hotelu „Eden” na Riwierze Włoskiej.
Jeszcze dziś nie sprawia mi żadnej trudności — po tylu latach — recytowanie całych fragmentów 
ról Małej Skamplo, Emilii Bernini, Enidy Underwood, córki Johna Anthony’ego ze sztuki Walka 
Johna Galsworthy’ego. Biedny Franci, ja bowiem cudzą dolę pamiętałam lepiej niż własne życie. I 
moją najmilszą rolę, Herbacianą panienkę, wzruszającą Frankę, córkę Mateusza Skowronka, 
szewca... I Hanusię z Wesela Hanusi Kulichówny. I Ginette z Baru na Montmartre. I 
wychowawczynię Lolę z Gejzeru. I Jankę Campbell z Różańcowej romancy... I Lady Chiltern z 
Męża idealnego... Albo Anais Be-auperthuis ze Słomkowego kapelusza... Do dziś mogę 
wyrecytować na pamięć rolę Olgi, tancerki z „Yariete Orpheum”, z Widm, Zdzisię Donat, siostrę 
dowódcy kompanii, z Powrotu młodości, Kamillę, siostrzenicę księżny de Capablanca ze sztuki 
Wilkolak, Nelly Goldsmith z Mówiącej małpy. A cóż dopiero moja Kitty Yerdun, wychowanka 
Stephena Spittigue’a, z Ciotki Karola, albo Lisbeta, żoneczka Pawła Karstena, z Męża naszej 
panienki.
Właściwie to z górą ćwierć wieku byłam kimś innym i kiedy grałam, byłam na przemian albo 
dziewczynką, to znów panienką, potem zaś mężatką i matką dorosłego syna, czasami musiałam 
grać nawet ladacznicę, morderczynię, jakimż więc problemem byłoby dla mnie wymyślić sobie 
kilka wydarzeń na kilka opowieści znawców i świadków dawnych czasów przy akompaniamencie 
Skarbów świata calegol

199
Mój osobisty dramat polega jednak na tym, że musiałam opuścić browar, to moje czteropokojowe 
mieszkanie, że przeprowadziłam się z Francinem i ze stryj aszkiem Pepi do willi nad rzeką, do 
domu, który sama sobie zaprojektowałam, zapominając, że tym samym zaprojektowałam swoją 
pułapkę, pułapkę dla Francina i stryjaszka Pepi, dla swoich gości, bo kiedy to mieszkanie zostało 

background image

zaprojektowane, budziło w każdym podziw i zazdrość, kiedy jednak przeprowadziliśmy się tam, 
ściągnęli z browaru wszystkie graty, ten dom na brzegu Laby pełen był aż po dach rupieci, 
podwórko pełne było części samochodów, rozmaitych rupieci, które spoglądały na mnie wrogo, nie 
potrafiłam nigdy odgadnąć, na co takie graty mogłyby się przydać.
Największym jednak nonsensem tego budynku był przedpokój, na który wychodziły wszystkie 
drzwi, przedpokój nie większy niż dywan o wymiarach półtora na półtora metra. Drzwi wejściowe, 
drzwi spiżarni, drzwi toalety, drzwi kuchni, drzwi sypialni i drzwi stołowego. Tak więc zdarzało się 
kilka razy dziennie, że w tym małym przedpokoju, w tym małym hal-lu ktoś” z naszej rodziny lub 
ktoś” spośród gości bywał ściśnięty drzwiami, kilkakrotnie w ciągu dnia w kuchni albo w 
stołowym pozostali truchleli: cóż to za potworny krzyk i wymyślanie, i przeprosiny. A zdarzało się 
tak dlatego, że ilekroć szło się do ustępu, ilekroć wchodziłam do spiżarni, zawsze ktoś’ otworzył 
inne drzwi, wszystkie drzwi otwierały się wyłącznie na ten mały hali, tak więc drzwi klinowały się 
i zawsze ktoś” bywał nimi ściśnięty. Zazwyczaj stryj aszek Pepi, który częściej od innych chodził 
do ustępu, zawsze starał się jak najszybciej opuścić kuchnię, jednocześnie j ednak j a chciałam j ak 
naj szybciej prześliznąć się z butelką piwa i trzask i krzyk, a przede wszystkim dotknięcie ciał w 
półmroku... A kiedy indziej znów stryjaszek Pepi już obracał się w drzwiach kuchni, w drzwiach 
ustępu, ledwie uchylił drzwi, już usiłował się prześliznąć, jednakże Franci także chciał wyjść z 
sypialni, gdzie miał swoje biurko...

200
I tak było codziennie, i nikt nie potrafił zgadnąć, kiedy się to zdarzy, bo byliśmy wstydliwi, nikt nie 
zapowiadał, że idzie do ustępu, tak jakoś szło się tam zawsze w milczeniu, tak jakby do ustępu w 
ogóle się nie chodziło. Każdy, kogo przyłapano, gdy wychodził z klozetu, czerwienił się, długo 
siedział zmieszany przy stole, nim przyszedł do siebie, bo właśnie w tej samej chwili, kiedy nikt się 
tego nie spodziewał, gość albo ktoś z nas chciał jak najspieszniej się prześliznąć jak gdyby nigdy 
nic, w tej chwili, kiedy każdy myślał, że jest w przedpokoju, otwierały się jeszcze jedne drzwi i 
ściskały gościa albo kogoś z nas; i tak, zmaltretowani, kiedy uwolniliśmy się z drzwi, siadaliśmy, 
dziwiliśmy się i po cichu oskarżaliśmy się nawzajem, bo nigdy nie mogliśmy zrozumieć, że sami 
jesteśmy winni. Tak
mu się już myliło, odwieźli go do domu starców, do pałacu hrabiego Szporka, na oddział dla 
niechodzących, gdy go odwiedziłam, zdumiało mnie, jak ten pałac jest zaprojektowany, 
zbudowany, bo drzwi są po bokach długich korytarzy i każdy, kto idzie, może być zagrożony 
jedynie przez tego, kto otwiera drzwi z drugiej strony, ale nikt nie jest zagrożony, bo taki panuje 
tam ład.
Kiedy po raz pierwszy wróciłam z tego pałacu, spostrzegłam nagle nonsensowność tej naszej 
budowli, tego domu, który był jak moje życie, tego naszego przedpokoju, gdzie nadal zderzaliśmy 
się z Francinem i gośćmi, nadal przynajmniej raz na dzień straszył mnie trzask i zderzenie się tych 
drzwi i pragnęłam zamieszkać w tym pałacu, gdzie znajduje się dom starców, gdzie korytarze i 
drzwi tak są zbudowane, że nikt nie może być ściśnięty drzwiami. Dlatego marzyłam o domu 
starców, pragnęłam mieszkać, żyć w tym starym hrabiowskim pałacu, chodzić i spacerować po 
pałacowym parku, podziwiać posągi pięknych młodych kobiet, ciągle mieć przed sobą przestrzeń 
nawet za cenę tego, że musiałabym mieszkać w czteroosobowym czy ośmioosobowym pokoju, 
wyśniłam sobie tę bajkę, że małżonkowie mają swój pokoik...

201
Poza tym pociągało mnie centralne ogrzewanie, we wszystkich korytarzach pałacu, wszystkich 
ustępach, wszystkich pokojach i salach, wszędzie od wczesnej jesieni było ciepło... podczas gdy w 
willi nad Łabą od jesieni do wiosny wiatr i deszcz szarpały szybami w oknach, w całym domu 
panowały straszliwe przeciągi, paliliśmy z Francinem w jednym piecu, Franci wrzucał do niego 

background image

kawałki pociętych opon, które paliły się i rozgrzewały na chwilę piec do czerwoności, jednakże 
ciepło było tylko wtedy, kiedy trzymałam ręce o kilka centymetrów od pieca. A przecież to byłam 
ja, która zaprojektowałam też taki pokój jak w Anglii, z oszkloną ścianą w kształcie zamkowego 
okna, sześć wielkich płyt szklanych tworzyło niemal całą ścianę i okno to wychodziło wprost na 
rzekę, skąd dął wiatr i zacinał deszcz, panował tu tak straszliwy przeciąg, że w naszym całym 
domu tak ciągnęło, jakby mi ktoś kładł chłodne ręce na czoło, na plecy... Mimo że mieliśmy 
kożuszki, trzęśliśmy się z zimna, chociaż w piecu płonął węgiel brunatny i kawałki opon, śnieg 
zacinał z ukosa i dom był ciągle pełen wiatru i przeciągów, które ocierały się chłodną taflą o lód. A 
działo się tak również dlatego, że wszystkie drzwi prowadziły do malutkiego hallu, nawet gdy 
byliśmy sami, dął tu taki wiatr, że trzepotały na nim nogawki Francinowych spodni, chusteczkę, 
która upadła, powiew porywał i rzucał na drzwi, w pokoju pana domu wywiało pieprz i sól na stole, 
przewróciło doniczkę z cyklamenem, moim ukochanym kwiatem...
Ale co gorsza, przeważnie w nocy, pod wieczór, zawsze, kiedy się tego nie spodziewaliśmy, 
przeciąg otwierał jedne z drzwi, niespiesznie wstawaliśmy: któż to do nas przyszedł? Truchleliśmy: 
kto wejdzie? Ale wiatr i wichura znad rzeki tak nagle przybierały na sile, że trzaskały drzwiami i 
zamykały je, tak jakby opuszczał nas gość, którego obraziliśmy, mocnym trzaśnięciem drzwi 
mówiąc nam, że nigdy już do nas nie przyjdzie... A działo się to wszystko dlatego, że sama sobie 
zaprojektowałam doskonale idealną willę, która jednak w rzeczywistości przyniosła nam 
rozczarowanie, będąc dla nas zaklętym taje-

202
mniczym zamkiem gdzieś na wysokiej górze w Karpatach, domem, w jakim bywają panoptika, 
lunaparki...
Często postanawialiśmy, że ten dom sprzedamy, że kupimy sobie tylko taki budyneczek, jaki mają 
sąsiedzi, domek z zestawionych ot, tak dwóch wagonów, w którym od jednego pieca było tak 
ciepło, że chodziłam się tam grzać i dziwiłam się, jak w tym domku cichutko, nawet gdy nad jego 
dachem przelatuje z łomotem wichura, pada śnieg i deszcz... Były tu takie małe okienka jak w 
wagonach, które są tuż za lokomotywą, okienka, jakie mają chałupki w górach... Było tu pięknie od 
jesieni do wiosny właśnie z powodu tej kuchenki, zwyczajnego kuchennego pieca, do którego 
dorzucało się łopatkę węgla, w którym spalało się wszystko drewno i pył, pieca kuchennego, który 
tchnął takim ciepłem, jakie wypełniało teraz pałac hrabiego Szporka, dom starców, gdzie na 
oddziale dla niechodzących z wolna wiądł stryjaszek Pepi, pałac jawiący mi się we śnie, leżałam 
często okutana kocami, po domu hulał wiatr, otwierał drzwi i trzaskając nimi, nieomal wyrywał je z 
futryn, aby znowu je otworzyć, ale czasami pozostawiał je otwarte, tak że wchodził przez nie 
wielki piękny obraz, obrazy tego, co było najpiękniejsze w browarze, co pięknego widziałam w 
pałacu, gdzie widziałam nie tylko siebie, ale także Francina, który kochał ciepło jeszcze bardziej 
niż ja...
Kiedy jednak stamtąd, z drugiej strony rzeki, nadciągnął ostry powiew wiatru, który rozdzielił się, 
trafiwszy na dawny mur cmentarny i uderzając z całą siłą, rozbił jedno z sześciu okien oszklonego 
pokoju, wiedziałam, że jest niedobrze, wichura otworzyła na oścież zamknięte drzwi, Franci zerwał 
się, ale nie mógł już w przedpokoju uchwycić klamki, wiatr był silniejszy niż on, wszystkie drzwi 
otwarły się, w toalecie ręczniki unosiły się jak ogony oszalałych i goniących się wściekle krów, 
podmuch w spiżarni uniósł leciutko półeczki i z łatwością zmiótł z trzaskiem konfitury i słoje z 
kompotem, wichura wpadła do sypialni i wybiwszy szyby w oknach wywlokła na zewnątrz firanki, 
które powiewały poziomo i wydawały odgłos

203
sztandaru, chorągwi na maszcie, nakryłam się z głową kocem, ale wiatr, który teraz ucichł, jakby 
nabrał sił, tak mocno uderzył w łóżko, że uniósł je i rzucił je na dywan...

background image

A Franci stał w tym moim przedpokoiku, tym, który ja sama zaprojektowałam, wszystkie sześcioro 
drzwi otwierało się na przemian i zamykało z potężnym trzaśnięciem, Franci wciąż usiłował 
powstrzymać jedne z tych drzwi, jednakże pozostałe otwierając się i zamykając, obracały go i 
rzucały na ziemie, on zaś podnosił się znowu, by po chwili —jakby znalazł się w wirującej pralce 
— popychany nieregularnymi uderzeniami drzwi, runąć na ziemie...
A potem nastąpiła chwila, której nie oczekiwaliśmy, chyba tylko po to wichura uderzyła w nasz 
dom... Ta ogromna szafa w sypialni, poryw wichury zwalił ją na podłogę, otwarła się na oścież i 
cały dom wypełniły zapachy wszelakich pudrów, porozbijały się słoiczki i pudełeczka ze starymi 
kremami do twarzy, po podłodze pociekły strumienie najrozmaitszych wód koloń-skich, jakie mi 
jeszcze zostały, jakich nie mogliśmy rozdać tym, którzy pomagali Francinowi w montowaniu 
śkody, nagle ta szafa z towarami z „Oreum” objawiła się jako wymówka, jako grzech, o którym 
dawno zapomnieliśmy...
Jednakże mnie nagle wszystkie te zapachy i parszywe pudry postawiły na nogi, nagle pojęłam, że 
właściwie nigdy nie miałam się czego wstydzić, że nie byłam zdolna sprzeciwić się temu, żeby być 
drobnomieszczanką, a jeśli, to dopiero potem, bo szłam niewłaściwą drogą, gdy tak trochę 
walczyłam o prawo do swojego szczęścia, mimo iż w końcu zwyciężył Franci, który dzięki temu, 
że szłam na kolanach, wyrósł we własnych oczach i stał się moim panem...
Wstałam, pochyliłam się pod wiatr, stałam i podmuch rzucał mi w twarz wszystkie te zapachy, 
otwierał wszystkie pudełeczka z pudrami, stałam, upadłam na podłogę, ale znów się podniosłam, 
śmiałam się na myśl o tym, że właściwie to ja sama zaprojektowałam sobie przedpokój o 
sześciorgu drzwi jedynie po to, aby nadeszła ta chwila, którą zmiotłam za sobą to

204
wszystko, co mnie przygniatało, chwila, kiedy zrozumiałam, że moje miejsce jest tu, w domu 
starców, a nie gdzie indziej, chwila, kiedy rozpoznawałam i nazywałam to wszystko pachnące, co 
wiatr ciskał mi w twarz i unosił dalej przez rozbite okno, w górę, pod niebo, gdzieś za cmentarz, 
gdzieś za rzekę, proszki zapewniające doskonały biust, tryumf kosmetyki „Elixir Lava-lier”... 
perfumy unoszące się i rozchodzące, i unoszone, zapachy zatopionych róż, grążeli, gałązki bzu i 
jaśminu... fantazje o trwałym zapachu... najdelikatniejsze płyny do włosów o woni fiołków... jak 
bryły lodu wiatr przygnał po podłodze mydła peruwiańskie usuwające zmarszczki... glicerynowe 
mydełka o zapachu leśnych kwiatów... i o ścianę rozprysnęły się wody brzozowe z Hamburga, 
strumyczki, które dodawały uroków młodości i oddalały starość...
Rozsypały się perły Wenery, zapewniające cudownie białe ręce, nadlatywały znów obłoki różanych 
pudrów i zasypek, perfumy konwaliowe „Illusion”, krople kwiatów bez alkoholu, które wprawiają 
w zachwyt wszystkie kobiety, zapachy mydeł liliowych, wiatr przywiał nawet z pudełka i przylepił 
mi do czoła opaskę usuwającą zmarszczki, płyny do włosów, wody do ust, do zębów i płukania 
jamy ustnej, a teraz z sypialni przypłynęły strużki jakichś cieczy, umoczywszy w nich palec i 
powąchawszy przekonałam się, że to rozbite szampony boraksowe... upiększające płyny do szyi i 
rąk...
A wiatr wtargnął znów do naszego domku, uniósł pustą już szafę, leżącą na twarzy, po czym obiegł 
ją i potężnym uderzeniem cisnął nią w ten nieład pachnącego spustoszenia... a ja wiedziałam, że to 
uderzenie, ten odgłos — to ostatecznie zamknęło się wieko za moją przeszłością, że to już koniec 
wszystkiego, że to, co pozostanie po moim „Oreum”, że wszystko to odwieziemy na śmieci, że nic 
mi już nie ciąży, że wszystko zostało zmiecione: tak dziecko bawiące się figurkami, zrzuca je ze 
stołu, aby podkreślić absurdalność zabawy...

205
Od Autora

background image

Tekst ten został napisany przy współpracy i na pamiątkę trzech znawców i świadków dawnych 
złotych czasów, panów: Wacława Korzonka, Karola Wybornego i Otokara Rykra, którzy pisali 
swoje wspomnienia, tak jak się w ogóle powinno pisać: pod wrażeniem chwili i z potrzeby 
utrwalenia tego, o czym ludzie dawno już zapomnieli albo gubią się we wspomnieniach.
Kiedy czytałem te ich teksty, uderzyło mnie wyczucie szczegółu, dlatego zawarłem z nimi 
przyjaźń, mimo iż już nie żyją.
Pan Rykr wydał dawno swoją książkę własnym sumptem w ograniczonej liczbie egzemplarzy, pan 
Wacław Korzonek w miejscowym piśmie publikował w odcinkach swoje wspomnienia, pan Karol 
Wyborny pisał je piórem i ołówkiem.
Pozwoliłem sobie wybrać pewne dokładne informacje, które wzruszają mnie i dzisiaj, i włączyć je 
do opowieści z domu starców, wpisać je w tekst, który w szczegółach realistyczny — w całości 
jednakże jest fikcją, mam nadzieję, że uda mi się z niej wydobyć więcej prawdy.
A więc: niech wzbija się do lotu urojona posiadłość hrabiego Szporka, dziś — dom starców!


Document Outline