background image

MAUREEN CHILD 

 
 
 

Panna młoda pod choinkę 

 
 
 
 

The Surprise Christmas Bride 

 
 
 
 
 

Tłumaczyła: Maja Gottesman 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
– MoŜe, zanim utonę, powinnam zasunąć dach. 
Casey  Oakes  odgarnęła  z  twarzy  mokre  włosy  i  zmruŜywszy  oczy, 

wpatrywała się przed siebie. Nagle jej ciało przeszył lodowaty dreszcz. 

–  Zresztą  teraz  juŜ  za  późno,  Ŝeby  się  tym  przejmować  –  mruknęła  pod 

nosem. 

MoŜe to nie byłby taki zły pomysł. Przynajmniej zrobiłaby coś, czego nie 

udało się Ŝadnemu z Oakesów. Zatonięcie w aucie na jakiejś bocznej drodze pod 
Simpson w stanie Kalifornia byłoby rzeczywiście czymś wyjątkowym. 

Osiągnięcie  tego  w  ślubnej  sukni  dodałoby  całej  sprawie  dodatkowego 

smaczku.  Za  kilka  lat  jej  przygoda  stanie  się  miejscową  legendą.  Ludzie  na 
biwakach  przyciszonymi  głosami  będą  sobie  opowiadać  historię  Cassandry 
Oakes,  a  rodzice  będą  straszyć  niegrzeczne  dzieci  nocną  wizytą  Utopionej 
Panny Młodej. 

Casey  jeszcze  się  uśmiechała,  kiedy  smagnięty  wiatrem  mokry  welon 

zasłonił jej twarz. Nacisnęła mocno hamulec, pod autem rozległ się jakiś trzask i 
samochód gwałtownie stanął. 

Casey  zgasiła  silnik.  Teraz  słychać  było  juŜ  tylko  bębnienie  deszczu. 

Wycieraczki toczyły beznadziejną walkę z ulewą. Na podłodze było co najmniej 
pół  centymetra  wody,  wsiąkającej  w  ciemnoczerwone  aksamitne  dywaniki. 
Skórzane siedzenia teŜ na pewno nie były w lepszym stanie. 

– Kurczę blade – zaklęła cicho. – Jeszcze tylko deszczu mi było trzeba. 
Ale właściwie czemu nie, pomyślała. Zamieć śnieŜna teŜ by jej chyba nie 

zdziwiła. Taki to juŜ był dzień. 

Zdecydowanym  ruchem  odrzuciła  welon  na  plecy  i  rozejrzała  się  po 

zamokniętej  okolicy.  Droga,  którą  jechała,  była  wąską  polną  ścieŜką, 
wysypywaną  co  roku  cienką  warstwą  Ŝwiru.  Teraz  deszcz  zmył  kamyki  i  koła 
samochodu po osie tonęły w błocie. WzdłuŜ drogi całymi kilometrami ciągnęły 
się siatkowe ogrodzenia, a za nimi łąki, łąki, łąki. Tylko gdzieniegdzie widniała 
jakaś kępa ogromnych sosen czy smaganych wiatrem bezlistnych drzew. 

ś

adnych domów. 

ś

adnych świateł. 

ś

adnych ludzi. 

I  w  dodatku,  poniewaŜ  od  jej  ostatniej  wizyty  w  Simpson  minęły  wieki, 

nie wiedziała, jak daleko jest jeszcze do rancza Parrishów. 

Casey  odetchnęła  głęboko.  Do  oczu  napłynęły  jej  łzy.  Szybko  otarła  je 

wierzchem dłoni. 

Wody było tu wszędzie aŜ nadto. 
I wtedy usłyszała ten dźwięk. 

background image

Najpierw cichy, niepewny, potem niski, rozpaczliwy jęk. 
Właściwie  bez  chwili  wahania  otworzyła  drzwiczki  i  wysiadła  Białe, 

atłasowe pantofelki natychmiast utonęły w błocie. Ona sama, by nie paść w nie 
twarzą, przytrzymała się maski. 

Jej  gołe  stopy  zatopione  były  po  kostki  w  błocie.  Rozejrzała  się  dokoła, 

szukając źródła pojękiwań. 

Nagle rozpromieniła się. Nie była sama w tym nieszczęściu. 
– Oj, biedne maleństwo – wyszeptała i ruszyła przez błoto. 
 
– Nie, nie powiem ci, co to jest. 
Jake  Parrish  roześmiał  się,  pokręcił  głową  i  sięgnął  po  kubek  z  kawą. 

Annie,  jego  siostra,  przez  te  lata  ani  trochę  się  nie  zmieniła.  Tak  jak  w 
dzieciństwie, wciąŜ nie miała za grosz cierpliwości. 

–  No,  Jake,  powiedz  –  błagała  go  przez  telefon.  –  Uchyl  choć  rąbka 

tajemnicy. Proszę. 

–  Nie  –  odparł  z  rozbawieniem  i  pociągnął  łyk  kawy.  –  Jeśli  chcesz 

zaspokoić  swoją  ciekawość,  będziesz  musiała  osobiście  się  tu  zjawić.  I  radzę 
zrobić to z samego rana. 

– Jesteś po prostu świnią. 
–  Tak,  wiem.  Aaa,  moŜe  przywieziesz  teŜ  tatę,  wuja  Harry’ego  i  ciotkę 

Emmę, co? 

Annie wciągnęła głęboko powietrze do płuc i Jake był gotów się załoŜyć, 

Ŝ

e wysoko uniosła brwi. Jego siostrzyczka zawsze musiała wszystko wiedzieć. 

– To musi być powaŜna sprawa – wyjąkała w końcu. 
– Masz rację. 
– A niech cię diabli, Jake! – Głos Annie był teraz surowy i rozkazujący. 

Tak  rozmawiała  ze  swą  trzyletnią  córeczką,  Lisą.  –  Wiesz,  Ŝe  nie  znoszę 
niespodzianek. Jeśli nie uchylisz choć rąbka tej twojej tajemnicy, to w nocy nie 
będę w stanie zmruŜyć oka. 

Jake  wiedział,  Ŝe  to  prawda.  W  dzieciństwie  w  noc  przed  swymi 

urodzinami  Annie  nie  spała  ani  chwili,  zastanawiając  się,  co  dostanie.  Przed 
BoŜym  Narodzeniem  było  jeszcze  gorzej.  Nie  tylko,  Ŝe  sama  nie  spała,  to 
jeszcze i jemu nie pozwalała zmruŜyć oka. 

– Dobrze – rzekł z uśmiechem. – To będzie coś w rodzaju podpowiedzi. 
– Słucham! 
Jake  przez  chwilę  zastanawiał  się,  jak  sformułować  podpowiedz,  by 

jednocześnie  nie  zdradzić  za  wiele.  Dla  niego  ta  niespodzianka  była  bardzo 
waŜna. Oparł się o ścianę w kuchni i wpatrywał w wiszący na suficie Ŝyrandol. 
Miał  kształt  koła  od  wozu  i  sześć  osłoniętych  szklanymi  kloszami  Ŝarówek. 
Tylko  dzięki  nim  w  to  ponure  grudniowe  popołudnie  w  tej  ogromnej  kuchni 
było stosunkowo jasno. 

background image

Potem  spojrzał  w  okno.  Na  dworze  szalała  burza.  Transakcja,  którą  w 

końcu udało mu się zawrzeć, wprawiła go w tak dobry humor, Ŝe ani ulewa, ani 
nawet zapowiadana śnieŜyca nie były w stanie go zepsuć. 

– Jake... 
– O, przepraszam, Annie. Zamyśliłem się. 
– Nie wysilaj się za bardzo. 
– Bardzo zabawne. Chyba jednak nic ci nie powiem. 
– Jake, ty wstręciuchu! Mów natychmiast. Jake roześmiał się. 
–  Dobrze,  wygrałaś.  No  to  słuchaj.  To  jest  coś,  co  od  dawna  chciałem 

mieć. 

Annie na długą chwilę zaniemówiła. 
–  A  więc  to  jest  jakaś  rzecz,  tak?  –  W  głosie  Annie  słychać  było 

oburzenie. 

– Tak i na dziś to wszystko. 
–  Powiem  ci  to  jeszcze  raz,  Jake.  Jesteś  świnią.  I  będziesz  się  smaŜył  w 

piekle. 

–  Być  moŜe.  Ale  wcale  się  tym  nie  martwię.  Przynajmniej  będą  tam  ze 

mną wszyscy moi przyjaciele. 

– Tego moŜesz być pewien. 
Odpowiedziało  jej  głośne  parsknięcie.  Brat  nie  był  wcale  zdziwiony, 

kiedy z oburzeniem odłoŜyła słuchawkę. 

Wiedział  aŜ  za  dobrze,  Ŝe  siostrzyczka  kaŜe  mu  za  tę  zabawę  drogo 

zapłacić. Nie przejmował się, bo wiedział, Ŝe jego niespodzianka jest tego warta. 
Długo na to czekał. I chciał teraz cieszyć się kaŜdą chwilą. 

OdłoŜył słuchawkę, podszedł do blatu z szarego granitu i odstawił kubek. 

Potem  stanął  przy  oknie  i  przez  zachlapaną  szybę  spoglądał  na  zapadające 
ciemności. To przecieŜ dopiero początek. 

Podpisawszy  tę  umowę  mógł  nareszcie  zabrać  się  do  realizacji  swoich 

planów związanych z rodzinnym ranczem. Mógł skoncentrować się na hodowli 
koni, o czym od tylu miesięcy marzył. 

Teraz było to moŜliwe. 
Uśmiechnął  się  do  siebie  i  rozejrzał  po  kuchni.  Ze  wszystkimi 

nowoczesnymi  urządzeniami,  wyłoŜoną  hiszpańskimi  kafelkami  podłogą  i 
kominkiem  wyglądała  jak  z  fotografii  zamieszczonej  w  piśmie  o  urządzaniu 
wnętrz. On, co prawda, umiał zaledwie zaparzyć kawę, zrobić grzanki z serem i 
podgrzać jakieś danie w kuchence mikrofalowej, ale to nie miało znaczenia. 

Teraz  to  w  ogóle  było  nieistotne.  Dotrzymał  wreszcie  słowa.  Ranczo 

zaczęło  prosperować  i  mógł  spłacić  długi  zaciągnięte  na  kosmetyczne 
ulepszenia, których tak domagała się jego była Ŝona. Choć bardzo się starała, nie 
udało jej się puścić go z torbami. 

Jake skrzywił się na wspomnienie kobiety, której pozwolił zrobić z siebie 

background image

idiotę.  Szybko  jednak  wrócił  myślami  do  rancza.  To  było  jego  wielkie 
osiągnięcie. Jego triumf. Teraz zupełnie juŜ nie przypominało miejsca, w którym 
wraz z Annie dorastali. 

Przed oczami stanął mu stary, zabytkowy piec, który matka przez tyle lat 

jakimś  cudem  zmuszała  do  działania.  Obok  niego  zniszczony,  sosnowy  stół, 
przy którym on i Annie odrabiali lekcje. Ten sam, przy którym w porze kolacji 
zbierała się cała rodzina i prowadziła długie, wieczorne rozmowy o wszystkim – 
od rozgrywek koszykówki po teorią Darwina. 

Jake  zamrugał  oczami  i  zamiast  poczciwego,  starego  mebla  ujrzał,  aŜ 

nadto  wyraźnie,  elegancki,  dębowy  komplet  stołowy  na  wysoki  połysk,  który 
przed trzema laty nabyła Linda. Owszem, moŜe i w czasach jego dzieciństwa nie 
było w tym domu ani bogato, ani wygodnie, ale przynajmniej panowała w nim 
miłość. 

Coś, czego w jego nowym, udoskonalonym domu nigdy nie było. 
Jake  potrząsnął  głową  i  wypił  ostatni  łyk  kawy.  Potem  odstawił  pusty 

kubek  na  blat.  Skup  się  na  robocie,  rozkazał  sobie  w  duchu.  RozwaŜania  o 
miłości i o tym, co mogło być, wcale ci w tym nie pomogą. 

A wspomnienia o Lindzie przyprawiały go tylko o wrzody Ŝołądka. 
–  Poza  tym  –  rzekł  głośno,  zwracając  się  do  siebie  –  zanim  zrobi  się 

zupełnie ciemno, musisz jeszcze sprawdzić ogrodzenie. 

Przy takim deszczu i wichrze nie mógł pozwolić, by nowo załoŜona siatka 

się porozrywała. Całe jego ukochane stado natychmiast by się rozpierzchło. 

W  dodatku  prognozy  pogody  wspominały  o  śnieŜycy.  Lepiej  się 

pospieszyć. 

Zdjął  z  wieszaka  w  sieni  płaszcz  przeciwdeszczowy  i  kapelusz,  celowo 

odwracając  się  plecami  do  błyszczącego,  sterylnego  wnętrza.  Im  szybciej 
wyjdzie,  tym  szybciej  wróci.  Do  podgrzanej  w  kuchence  mikrofalowej  pizzy, 
puszki piwa i oglądania meczu piłki noŜnej w telewizji. 

Jeśli nastawi telewizor wystarczająco głośno, moŜe uda mu się przekonać 

samego siebie, Ŝe wcale nie jest samotny. 

 
–  Dobrze  wiem,  co  czujesz  –  szeptała  Casey  do  trzymanego  na  ręku 

zwierzątka.  Nachyliła  się  nad  nim,  chroniąc  malca  od  zacinającego  deszczu. 
Okryła go trenem swojej ślubnej sukni. Pogłaskała maleństwo po szyi i spojrzała 
głęboko  w  jego  smutne,  brązowe  oczy.  –  Przemarznięte,  mokre  i  bez  mamy, 
prawda? 

Cielątko prychnęło. 
–  Na  zdrowie  –  powiedziała  odruchowo  Casey.  Mokry  pukiel  włosów 

zasłaniał  jej  prawe  oko.  Na  próŜno  dmuchała  i  próbowała  go  odsunąć.  Nie 
chciała  nawet  na  moment  wypuszczać  cielątka  z  objęć.  Maleństwo  było  tak 
wystraszone, Ŝe na pewno by uciekło, a w tym deszczu i błocie trudno by je było 

background image

odnaleźć. 

DrŜące  zwierzę  zmieniło  pozycję  i  mocniej  wtuliło  się  w  jej  ramiona. 

Było zadziwiająco cięŜkie. 

– Wiesz co, mały? Masz zupełnie takie same oczy, jak mój narzeczony. A 

raczej  były  narzeczony.  –  Przerwała  na  moment  i  zmarszczyła  brwi.  –  Ale  nie 
martw się. To przecieŜ nie twoja wina. 

Cielę znów parsknęło i zamuczało. 
–  Mnie  teŜ  jeszcze  przed  chwilą  chciało  się  płakać  –  szepnęła  ze 

współczuciem Casey. – Pewnie tego nie wiesz, ale miałam dziś wyjść za mąŜ. 

Jej mały przyjaciel zadrŜał, gdy Casey postawiła go na ziemi. 
–  Wiem,  wiem.  Mnie  teŜ  na  samo  wspomnienie  przechodzą  zimne 

dreszcze. 

Casey  nachyliła  się  i  przytuliła  policzek  do  pyska  zwierzęcia.  Jej  stopy 

były jak dwa kawałki błotnistego lodu, a w palcach u rąk prawie straciła czucie. 
Okropna pogoda!  Starając  się  o  tym  wszystkim  nie  myśleć,  nadal przemawiała 
do cielaczka. 

–  Najtrudniej  było  powiedzieć  wszystkim,  Ŝe  nie  będzie  Ŝadnego  ślubu. 

Szkoda, Ŝe nie widziałeś ich min, mały. 

Cielątko znów cicho zamuczało. 
– Czyich? – spytała z tłumionym parsknięciem Casey. – No, tych ludzi w 

kościele.  –  Ona  teŜ  kichnęła.  –  I  moich  rodziców.  Steven  miał  szczęście,  Ŝe 
napisał,  a  nie  powiedział  osobiście,  Ŝe  wyjeŜdŜa  do  Meksyku.  Gdyby  ojciec 
dostał  tego  kretyna  w  swoje  ręce...  –  Casey  westchnęła  i  znów  spojrzała  na 
swego  nowego  przyjaciela.  –  Niecodziennie  dziewczyna  dostaje  kosza.  Czy 
uwaŜasz, Ŝe powinnam się tym bardziej przejmować? 

Cielę pokręciło głową. 
– Ja teŜ tak sądzę. – Casey pogładziła gładką skórę zwierzęcia. – Nie czuj 

się obraŜony, iŜ powiedziałam, Ŝe masz oczy podobne do Stevena. To naprawdę 
nie twoja wina. Zresztą – dodała z wymuszonym uśmiechem – ty jesteś duŜo od 
niego milszy. 

Cielę poruszyło się i nastąpiło jej na stopę. 
Casey krzyknęła i wysunęła stopę spod kopyta cielaczka. 
– I w dodatku tańczysz podobnie jak on. 
Ostry podmuch wiatru owinął jej mokry welon dookoła głowy. 
–  Wiem,  Ŝe  trudno  w  to  uwierzyć,  ale  jeszcze  kilka  godzin  temu 

wyglądałam całkiem nieźle – oznajmiła cielaczkowi. 

Przed  oczami  stanął  jej  kościół.  Oto  ona,  a  właściwie  jej  replika,  przy 

drzwiach,  czeka  na  znak,  by  prowadzona  przez  ojca,  ruszyć  w  długą  drogę  do 
ołtarza. Przed nią w dwóch rzędach dziesięć druhen. Nagle uświadomiła sobie, 
Ŝ

e tak naprawdę Ŝadnej z nich nie zna. 

Owszem,  chodziły  na  te  same  imprezy.  Opowiadały  te  same  historie. 

background image

Ś

miały się z tych samych dowcipów. Ale Ŝadnej z tych dziewcząt nie nazwałaby 

przyjaciółką.  Jej  jedyna  prawdziwa  przyjaciółka  nie  pojawiła  się  na  ceremonii. 
Annie  nie  chciała  patrzeć,  jak  Casey  popełnia  coś,  co  określiła  „wielką 
pomyłką”. 

Znów  ogarnęły  ją  wątpliwości,  z  którymi  walczyła  przez  ostatnie  kilka 

miesięcy. Nagle jednak zagrały organy i pierwsza z druhen zrobiła krok w stronę 
ołtarza.  W  tej  chwili  podszedł  do  Casey  jakiś  człowiek  i  podał  jej  list  od 
Stevena. 

Przez  następne  kilka  nieskończenie  długich  minut  naraŜona  była  na 

ciekawskie spojrzenia i słyszała stłumione, podekscytowane szepty. Ktoś nawet 
parsknął  śmiechem.  Wśród  tłumu  zaskoczonych,  rozczarowanych  gości  nie 
dostrzegła ani jednej przyjaznej twarzy. 

Nawet  rodzice  okazali  się  tak  oszołomieni,  Ŝe  nie  byli  w  stanie  jej 

pocieszać. Ojciec, z ponurą miną i zaciśniętymi ustami, nieporadnie poklepywał 
po  ramieniu  łkającą  w  chusteczkę  matkę.  Bliźniacy,  starsi  bracia  Casey, 
wyglądali, jakby mieli ochotę komuś przyłoŜyć. 

Oczywiste  więc  było,  Ŝe  kiedy  po  kilku  chwilach  wybiegła  z  kościoła  i 

wsiadła  do  sportowego  auta  –  które  jeden  z  braci  na  szczęście  podprowadził 
przed  kościół  –  instynktownie  skierowała  się  do  swej  jedynej  prawdziwej 
przyjaciółki. 

Jedynej  osoby,  na  którą  mogła  liczyć,  Ŝe  ją  wysłucha.  śe  powie  jej,  iŜ 

wcale nie zwariowała. śe ma prawo czuć, jakby wyrwała się z więzienia. 

Do Annie Parrish. 
Casey  pochyliła  się,  ponownie  wzięła  cielę  na  ręce  i  dokładniej  owinęła 

swoją  suknią.  Teraz  pozostało  jej  tylko  znaleźć  ranczo  Parrishów.  I  to  szybko, 
zanim  zamarznie  na  śmierć.  PrzecieŜ  minęło  zaledwie  pięć  lat,  od  kiedy  jej 
rodzina wyprowadziła się z Simpson. Dlaczego wszystko wygląda tak inaczej? 

To  przez  ten  deszcz,  pomyślała.  To  deszcz  ją  tak  zdezorientował.  Kiedy 

ustanie,  na  pewno  uda  jej  się  znaleźć  ranczo.  Jeśli  rzeczywiście  ten  deszcz 
minie, dodała. Spojrzała na nisko wiszące czarne chmury, na smagane wichrem 
nagie  drzewa  i  po  raz  pierwszy  się  zaniepokoiła.  Była  pewna,  Ŝe  za  chwilę 
lodowaty  deszcz  zamieni  się  w  śnieg.  Do  rana  pechowa  podróŜniczka  zamieni 
się w lodowy pomnik ubłoconej panny młodej. 

Suknia z irlandzkiej koronki i jedwabiu w kolorze kości słoniowej, którą 

miała  na  sobie,  waŜyła  teraz  chyba  tonę.  Materiał  chłonął  deszcz  jak  gąbka,  a 
cięŜkie,  gęste  błoto  oblepiało  jej  rąbek.  Ciekawe,  co  powiedziałby  projektant 
sukni, widząc swoje dzieło w takim stanie? 

Był to chyba najdroŜszy na świecie parasol dla zabłąkanego cielątka. 
I co powiedziałby na to wszystko jej ojciec? 
Casey jęknęła w duchu i na sekundę czy dwie zamknęła oczy. Henderson 

Oakes nieprędko dojdzie do siebie. Fakt, Ŝe jego córka dostała kosza, potraktuje 

background image

jako  osobistą  zniewagę.  Rodzice  zawsze  bardzo  martwili  się  tym,  co  ludzie 
powiedzą. 

Lepiej na razie w ogóle o nich nie myśleć. 
Deszcz zamienił się w ulewę. Casey miała wraŜenie, Ŝe wbijają się w nią 

tysiące  lodowatych  ostrzy.  Od  dźwigania  cielaka  rozbolały  ją  plecy. 
Przedzierając  się  po  malca  przez  druty  kolczaste,  podrapała  sobie  ramiona. 
Zgubiła buty i czuła, Ŝe łapie przeziębienie. 

Które moŜe przerodzić się w zapalenie płuc. 
Gdyby nie była tak wykończona i nie bała się, Ŝe zapadnie się w to błoto 

po szyję, rzuciłaby się na ziemię i rozpaczliwie zapłakała. 

– Hej, proszę pani, co się dzieje? 
Niski,  groźny  głos  dochodził  nie  wiadomo  skąd.  Zaskoczona  Casey 

potknęła  się  i  upadła  w  błoto.  Na  drobne,  drŜące  ciałko  cielaczka.  W  ostatniej 
chwili,  ignorując  rwący  ból  w  nadgarstku,  udało  jej  się  podeprzeć  jedną  ręką. 
Uniosła  głowę  i  poprzez  mokry,  zabłocony  welon  spojrzała  na  siedzącego  na 
koniu męŜczyznę. 

Nareszcie. Pomoc nadeszła. 
Przynajmniej miała nadzieję, Ŝe to będzie pomoc. 
Naprawdę powinna być czujniejsza. PogrąŜona w rozpaczliwych myślach, 

nawet nie słyszała zbliŜającego się jeźdźca. 

Obejmując  jedną  ręką  cielaczka,  Casey  udało  się  jakoś  wstać.  Odsunęła 

welon  i  mruŜąc  oczy  przed  deszczem,  przyglądała  się  siedzącemu  na  koniu 
męŜczyźnie.  Miał  zsunięty  na  oczy  kapelusz  i  gruby,  oliwkowy  płaszcz 
przeciwdeszczowy, przykrywający go prawie całego. 

–  Cassandra  Oakes  –  mruknął  z  niedowierzaniem.  Wyraźna  niechęć  w 

jego  głosie  coś  jej  przypomniała.  IleŜ  to  razy  słyszała  ten  sam  chrapliwy  głos, 
kaŜący jej się odczepić? IleŜ to razy później słyszała go w swych snach? 

Gęsia skórka, którą pokryło się  całe  jej  ciało,  nie  miała  nic  wspólnego  z 

lodowatym deszczem i wiatrem. 

Tylko jeden męŜczyzna na całym świecie tak na nią działał. 
Nawet teraz, choć od ich ostatniego spotkania minęło pięć lat. 
Upłynęło pięć lat od dnia, kiedy złamał jej serce. 
– Cześć, Jake. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Cześć, Jake? 
Tylko  tyle  była  w  stanie  powiedzieć?  Stojąc  pośrodku  pola  w 

przemoczonej do suchej nitki ślubnej sukni, tuląc w ramionach zabłąkane cielę, 
powiedziała tylko „Cześć, Jake”? 

AŜ jęknął w duchu. Kiedy zobaczył to zaparkowane przy drodze auto, od 

razu  domyślił  się,  Ŝe  ktoś  ma  kłopot.  Tędy  dojechać  moŜna  tylko  do  rancza 
Dona Wilsona i jego, więc mało kto się tu zapuszcza. Podejrzewał, Ŝe to pewnie 
jakiś gość do Dona albo zabłąkany w ulewie turysta. 

Panna młoda była ostatnią osobą, której mógł się spodziewać. 
A co dopiero ta konkretna panna młoda. 
O  rany,  jak  szybko  wszystko  moŜe  się  pokomplikować.  Jeszcze  przed 

dwudziestoma minutami czuł się cudownie. Powinien wiedzieć, Ŝe taki stan nie 
moŜe długo potrwać. Ale nigdy by się nie domyślił, Ŝe oto nagle pojawi się na 
tym pustkowiu Casey i Ŝe to ona popsuje mu nastrój. 

–  Co  ty  tu  robisz,  Casey?  –  zdobył  się  w  końcu  na  odwagę.  –  Szukasz 

kościoła, czy co? – dodał, przyglądając się podejrzliwie jej zniszczonej sukni. 

– Wprost przeciwnie – odparła. – Właśnie z niego uciekam. 
– No, no – mruknął pod nosem. – A gdzie podziałaś pana młodego? 
– To długa historia. 
– Nie wątpię. 
Casey  odrzuciła  do  tyłu  welon  i  spojrzała  na  niego  swymi  ogromnymi, 

zielonymi oczami. A jemu aŜ ścisnął się Ŝołądek. 

– Później ci opowiem – powiedziała. – A najpierw moŜe byś mi pomógł? 
To  niesamowite,  Ŝe  ktoś  cały  mokry  i  ubłocony  moŜe  tak  wspaniale 

wyglądać,  pomyślał.  Kiedy  jednak  zaczęło  w  nim  wzbierać  nieproszone 
poŜądanie, szybko wrócił do rzeczywistości. 

– A w czym konkretnie? 
– Trzeba się nim zająć. 
Casey kiwnięciem głowy wskazała tulące się do niej cielątko. 
Zwierzę wcale nie wyglądało na to, Ŝe potrzebuje jakiejkolwiek pomocy. 

Jake nawet gotów był się z nim zamienić. Przypomniał sobie, Ŝe Casey zawsze 
kochała  zwierzęta.  Pamiętał,  jak  się  przeraziła,  kiedy  ktoś  jej  uświadomił,  Ŝe 
hamburgery  robi  się  z  mięsa  krów.  Pewnie  dlatego,  Ŝe  całe  Ŝycie  mieszkała  w 
mieście,  a  Ŝywe  zwierzęta  oglądała  tylko  wtedy,  kiedy  razem  z  braćmi 
przyjeŜdŜali na  ranczo.  Ich rodzice nie pozwalali  im  trzymać  w  domu  Ŝadnych 
Ŝ

ywych ulubieńców. 

Jej bracia. Kurczę, nie widział ich chyba od stu lat. Ale biorąc pod uwagę 

codzienną  dwudziestopięciogodzinną  pracę  na  ranczu  i  krótkie,  lecz 

background image

niezapomniane  małŜeństwo  z  Lindą,  nie  było  to  dziwne.  Właściwie  w  ogóle 
nikogo nie widywał. 

– Jake? Jesteś tu? 
– Co? – wymamrotał nieprzytomnie. – A, tak. Ten cielak. Co z nim? 
Był zmęczony, mokry i przemarznięty. JuŜ dawno się przekonał, Ŝe przy 

Casey musi zawsze być czujny. A czasem i to nie wystarczało. 

– Jest przeraŜony. 
–  PrzeraŜony?  –  Jake  zacisnął  palce  na  cuglach.  –  A  czym?  –  spytał, 

wiedząc, Ŝe wkrótce tego poŜałuje. 

– Burzą. 
Wycie  wiatru  podkreśliło  jej  słowa.  Cielątko  zadrŜało.  Mina  Casey  była 

aŜ nadto wymowna. 

Jake  zacisnął  zęby.  Była  uparta  jak  zawsze.  I  tak  samo  piękna,  dodał  w 

myślach.  Nawet  z  mokrymi  strąkami  okalającymi  jej  twarz  i  w  tej  zabłoconej 
sukni. Nawet ze zmruŜonymi szmaragdowymi oczami. 

Poczuł  znów  ten  dawny,  znajomy  ucisk  w  okolicy  serca.  Choć  minęło 

pięć lat, wciąŜ tak samo na niego działała. 

Po raz pierwszy od wyjścia z domu poŜałował, Ŝe jego dŜip jest zepsuty. 

Zamiast  wiercić się  niepewnie  w  siodle,  przynajmniej  siedziałby  w  wygodnym 
fotelu. Kurczą, przecieŜ zawsze lubił konną jazdę. 

Do teraz. 
Natychmiast nakazał sobie spokój. Musiał się wziąć w garść. Casey miała 

na  sobie  tę  cholerną  ślubną  suknię.  Powiedziała,  Ŝe  uciekła  z  kościoła.  Tyle 
tylko, Ŝe nie wiadomo czy przed, czy teŜ po ceremonii. 

Myśl  o  Casey  jako  czyjejś  Ŝonie  sprawiła,  Ŝe  zimna  obręcz  jeszcze 

mocniej zacisnęła się wokół jego serca. 

Deszcz  dudnił  o  jego  kapelusz  i  ceratowy  płaszcz.  Jake  czuł  uderzenie 

kaŜdej  kropli,  ale  wcale  się  tym  nie  przejmował.  Wiedział,  jak  radzić  sobie  z 
deszczem. Z Casey zaś zupełnie nie potrafił. 

– Zejdziesz z tego konia i pomoŜesz mi, czy nie? 
Jake  pokręcił  głową,  jedną  dłoń  zacisnął  na  cuglach,  drugą  mocno  tarł 

podbródek. Nie był w stanie zejść z konia i iść. Choć peleryna skrywała reakcję 
jego  ciała  na  jej  widok,  jego  trudności  w  chodzeniu  i  tak  powiedziałyby  jej 
wszystko. 

Coś jednak musiał zrobić. 
Ta idiotyczna rozmowa do niczego nie doprowadzi. 
– PrzecieŜ krowy przez cały czas Ŝyją na dworze – rzekł. Cielątko smutno 

zamuczało. 

Casey  współczująco  pogładziła  je  po  łebku,  a  potem  ostro  spojrzała  na 

Jake’a. 

– To jeszcze dziecko. 

background image

– Ale waŜy więcej niŜ ty. 
Gdzieś  niedaleko  rozległo  się  niskie,  smutne,  pełne  niepokoju  muczenie. 

Casey, nie wypuszczając maleństwa z objęć, rozejrzała się dokoła. 

– Co to było? 
– ZałoŜę się, Ŝe to jego mama. 
Cielątko  wydało  z  siebie  cichutką  odpowiedź;  jego  matka  znów 

zamuczała. 

–  O,  widzę  ją  –  rzekł  Jake  i  wskazał  brodą  w  stronę  niedalekiej  kępy 

drzew. 

Casey spojrzała we wskazanym kierunku i aŜ zamarła. Mamusia, no, no. 

Całkiem spore zwierzą maszerowało zdecydowanie i szybko w ich stronę. Teraz 
juŜ  nie  cielę,  ale  ona  potrzebowała  pomocy.  Wypuściła  maleństwo  z  objęć  i 
ruszyła w stronę męŜczyzny, pragnąc poczucia względnego bezpieczeństwa. 

Uniosła  suknię  i  przedzierając  się  przez  błoto,  starała  się  nie  słyszeć 

łomotu krowich kopyt. Jake, oczywiście, ani myślał jej pomóc. 

Akurat wtedy, gdy ta myśl przeszła jej przez głowę, Jake skierował konia 

bliŜej niej, wysunął nogę ze strzemienia i podał jej rękę. 

Spojrzała  mu  w  oczy,  lecz  nie  zobaczyła  w  nich  ani  cienia  zachęty. 

Zawahała się, rzuciła okiem przez ramię na pędzące dwie tony krowiego mięsa i 
wybrała mniejsze zło. A przynajmniej tak jej się wydawało. 

Wsunęła  rękę  w  pokrytą  odciskami,  silną  dłoń  Jake’a.  Zignorowała 

dziwny,  gorący  tym  razem  dreszcz,  jaki  przeszył  jej  ciało,  wsunęła  zabłoconą, 
bosą stopę w strzemię i pozwoliła mu się wciągnąć na siodło. 

Jake natychmiast zawrócił konia i kolanem zmusił go do szybkiego biegu. 

Po paru metrach ściągnął cugle i kazał mu stanąć. Oboje spojrzeli za siebie. 

Casey z uśmiechem patrzyła, jak cielak wsuwa głowę pod brzuch mamy i 

szuka  wymienia.  Krowa  nadal  nie  była  zachwycona  ich  obecnością,  ale 
cielaczek czuł się juŜ bezpieczny. 

I Casey teŜ. 
Jake wsadził jej na głowę swój kapelusz. 
Casey odchyliła rondo i spojrzała na niego. 
Odgarnął  z  czoła  mokre,  gęste  włosy  i  przez  chwilę  teŜ  na  nią  patrzył. 

Surowo, zdecydowanie, ale i z odrobiną czegoś jeszcze. 

– Podwiozę cię do auta. 
– Nie warto – odparła, przypominając sobie głuchy stuk, kiedy nacisnęła 

hamulec. – Podejrzewam, Ŝe coś się stało z hamulcami. 

–  Wspaniale  –  mruknął  Jake  i  zawrócił  konia.  –  Chwyć  mnie  mocno  w 

pasie – rzekł. – Jazda do rancza potrwa jakieś dziesięć minut. 

– A co z autem? 
Jake  zmarszczył  brwi  i  obrzucił  czerwoną  limuzynę  niechętnym 

spojrzeniem. 

background image

– Z domu zadzwonimy po pomoc. Kiedy koń rzucił się do galopu, Casey 

omal  z  niego  nie  spadła.  Szybko  objęła  Jake’a  i  przywarła  do  jego  pleców. 
Czuła,  jak  pod  dotykiem  jej  rąk  napinają  się  mięśnie  jego  płaskiego,  twardego 
brzucha.  Po  całym  ciele  rozlało  się  jej  to  dawno  juŜ  zapomniane  ciepło.  Przez 
pięć  minionych  lat  nawet  nie  pozwoliła  sobie  o  nim  myśleć.  Teraz  mocno 
zacisnęła  powieki.  Myślała,  Ŝe  te  uczucia  minęły  juŜ  na  dobre.  PrzecieŜ  tak 
bardzo się starała. 

Najwyraźniej  jednak  za  mało.  PrzecieŜ  spędziła  zaledwie  dziesięć  minut 

w towarzystwie tego męŜczyzny, a juŜ nogi ma jak z waty. MoŜe lepiej powinna 
wrócić pamięcią do ich ostatniego spotkania. Przypomnieć sobie tamten wstyd.  
I upokorzenie. To na pewno zdusi resztki uczuć, jakie Ŝywiła do tego człowieka. 

Nie.  Jej  rozum  natychmiast  odrzucił  ten  plan.  Nie  ma  mowy,  by  jeszcze 

raz  miała  przeŜyć  tę  noc.  Nie  ma  zresztą  powodu.  Ta  reakcja  jest  raczej 
wynikiem jej ogólnego stanu emocjonalnego, a nie tego, co czuje do Jake’a. 

Było  jej  tak  zimno.  Czuła  się  potwornie  zmęczona.  Marzyła,  by  oprzeć 

głowę  o  plecy  Jake’a,  lecz  natychmiast  i  ten  pomysł  odrzuciła.  Jeszcze  nie 
zgłupiała, Ŝeby znów pchać się w kłopoty. 

Wyprostowała  się  i  zwolniła  trochę  uścisk.  By  nie  pozwolić  myślom 

błąkać  się  po  niebezpiecznych  ścieŜkach,  poddała  się  miarowemu  rytmowi 
końskich kroków. Przydały się lekcje w ekskluzywnych stadninach. 

Jake  głośno  wciągnął  powietrze.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  coś  powiedział. 

Nachyliła się ku niemu. 

– Co mówiłeś? 
– Nic – mruknął. – Siedź spokojnie, dobrze? 
 
Zostawił ją przy tylnych drzwiach do domu, a sam odprowadził konia do 

stajni.  Nie  spiesząc  się  do  czekającej  na  niego  w  kuchni  kobiety,  spokojnie  go 
rozsiodłał  i  dokładnie  wytarł.  Dopiero  gdy  zwierzę  było  suche,  nakarmione  i 
napojone, wyszedł na próg stajni i spojrzał przez podwórze na dom. 

Padające  z  okien  jasne  światło  odbijało  się  w  stojących  wszędzie 

kałuŜach.  Ciemno  zaś  było  w  odległym  o  jakieś  dwieście  metrów  domku 
gościnnym. Nie było teŜ przed nim niebieskiej furgonetki. 

Oznaczało to, Ŝe jego pracownik, mimo ulewy, zabrał Ŝonę do miasta. 
Oznaczało to takŜe, Ŝe na ranczu jest tylko on i Casey. 
I  w  dodatku  nie  uda  mu  się  szybko  jej  pozbyć.  DŜip  był  zepsuty, 

furgonetkę poŜyczył pracownik, utknęli tu więc oboje na dłuŜej. 

Kurczę,  czemu  musiała  się  tu  zjawić?  I  dlaczego  jedno  jej  spojrzenie 

zapiera mu dech? 

Przeklinając  własną  głupotę,  wyszedł  ze  stajni,  dokładnie  zamknął  za 

sobą podwójne wrota i ruszył w stronę domu. Szedł wolno, jakby z nadzieją, Ŝe 
deszcz  ochłodzi  gorąco,  jakie  Casey  w  nim  rozpaliła,  kiedy  otoczyła  go 

background image

ramionami.  Nic  z  tego.  W  dodatku  przypomniał  sobie  jeszcze  ucisk  jej  ud.  W 
połowie drogi przystanął i spojrzał w niebo. 

CięŜki,  gęsty  deszcz  bębnił  w  jego  twarz  i  pierś.  Omiatał  go  lodowaty 

wiatr,  szarpał  pelerynę.  Dopiero  kiedy  Jake  zmruŜył  oczy,  zauwaŜył  pierwsze, 
jeszcze nieliczne, puchate płatki. 

Wspaniale. 
Ś

nieg. 

– Co ja ci złego zrobiłem? – zawołał w stronę milczących niebios. 
Płatki śniegu były coraz gęstsze. 
Jake  wyprostował  się,  potrząsnął  głową  i  szybko  wszedł  na  werandę. 

Zdjął  pelerynę,  strząsnął  ją  i  rzucił  na  najbliŜsze  krzesło.  Potem  dokładnie 
oskrobał  błoto  z  butów.  Wreszcie,  kiedy  nie  miał  juŜ  nic  do  roboty,  otworzył 
drzwi, by stanąć twarzą w twarz z niebezpieczeństwem. 

Casey  stała  przy  kominku  i  wpatrywała  się  w  płomienie,  leniwie  liŜące 

kloce drewna, które Jake wrzucił tam przed wyjściem. 

– Trzęsiesz się – rzekł cicho, a ona odwróciła się w jego stronę. 
– JuŜ mi duŜo cieplej. 
MoŜliwe. Ale wciąŜ szczękała zębami. Znów spojrzał na kiedyś na pewno 

piękną, a teraz oblepioną błotem suknię i pomyślał o tajemniczym narzeczonym. 
Tylko idiota mógł pozwolić, by taka kobieta uciekła od niego w dniu ślubu. 

Mokry materiał podkreślał jej wysokie piersi i krągłą linię bioder. To, co 

kiedyś było szeroką spódnicą, oblepiało teraz dokładnie jej szczupłe nogi. 

Znów zabolała go myśl, Ŝe Casey jest Ŝoną innego. Odsunął ją jednak od 

siebie  natychmiast.  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie.  On  swoją  decyzję  podjął 
przed pięcioma laty i nadal był przekonany, Ŝe dobrze zrobił. 

Choć wiele go to kosztowało. 
Spojrzał jej w oczy i przeczesał palcami mokre włosy. 
–  Co  ty  tu  robisz,  Casey?  –  spytał  niezbyt  grzecznie.  Casey  pociągnęła 

nosem,  zdjęła  z  głowy  welon  i  ściskała  go  w  rękach.  Z  przemoczonego 
materiału spływały struŜki brudnej wody. 

– Przyjechałam, Ŝeby zobaczyć się z Annie. 
– Naprawdę? 
A  więc  chodzi  o  jego  siostrę.  PrzecieŜ  to  jasne,  durniu.  PrzecieŜ  nie 

przyjechała tu, Ŝeby zobaczyć się z tobą. 

– Annie juŜ tu nie mieszka – wyjaśnił obojętnym tonem. 
–  Jakieś  pół  roku  temu  przeniosła  się  z  powrotem  do  miasta  –  dodał, 

widząc jej zdziwioną minę. 

–  AleŜ  ze  mnie  idiotka  –  mruknęła  Casey  i  mocniej  ścisnęła  zabłocony 

welon. Przeniosła wzrok na ogień i powiedziała bardziej do siebie niŜ do Jake’a: 
– Mogłam się domyślić, Ŝe zechce jak najszybciej się usamodzielnić. 

Kiedy  na  moment  spojrzała  na  niego,  zauwaŜył  w  jej  oczach 

background image

rozczarowanie. 

– Jak jej idzie? 
– Całkiem nieźle – odparł, wzruszając ramionami, Jake. 
– Znasz Annie. Rozwód to nieprzyjemna rzecz, ale na pewno dojdzie do 

siebie. 

– Jestem o tym przekonana. 
– Mnie jakoś się udało, więc i ona da sobie radę. 
–  Zgadza  się.  –  Casey  wyprostowała  ramiona  i  znów  spojrzała  na  niego 

tymi  swoimi  zielonymi  oczami.  –  Annie  opowiadała  mi  o  twoim  rozwodzie. 
Bardzo mi przykro, Jake. 

W  jej  oczach  zobaczył  teraz  współczucie  i  zrozumienie.  Niepewnie 

przestąpił z nogi na nogę. Wolałby, Ŝeby zmieniła temat. Nie chciał rozmawiać 
o Lindzie – ani z nią, ani w ogóle z kimkolwiek. Choć dała mu niezłą nauczkę, 
wolałby na zawsze o niej zapomnieć. 

– To było juŜ dawno temu – rzekł. 
– Nie tak dawno. Minęły zaledwie trzy lata. 
Jake zmruŜył oczy. Nie widział Casey od pięciu lat, ale jego siostrzyczka 

najwyraźniej na bieŜąco ją o wszystkim informowała. 

– Czy jest coś, czego Annie ci nie powiedziała? 
– Wątpię – przyznała Casey. 
– Będę musiał z nią porozmawiać. 
– A jak się ma Lisa? 
Na twarzy Jake’a pojawił się uśmiech. Zawsze tak było, kiedy wspominał 

swoją  trzyletnią  siostrzenicę.  Po  prostu  myśląc  o  tej  małej  nie  moŜna  się  było 
nie uśmiechnąć. 

– Wspaniale. Rządzi Annie jak chce. 
Na ułamek sekundy na twarzy Casey teŜ pojawił się uśmiech. 
– Tak dawno jej nie widziałam, Ŝe pewnie bym jej nie poznała. A jak się 

miewa jej ojciec? – Teraz juŜ się nie uśmiechała. 

Jake  zesztywniał  i  odruchowo  zacisnął  pięści.  Tak  jak  na  myśl  o  Lisie 

musiał się uśmiechnąć, to na wspomnienie jej ojca reagował złością. 

–  Podobnie  jak  ty  tak  dawno  jej  nie  widział,  Ŝe nawet by  jej  nie  poznał. 

Tyle, Ŝe on wcale tego nie Ŝałuje. 

– Szkoda. 
– Być moŜe. 
W kuchni zapanowała cisza. Słychać było tylko deszcz bębniący w dach i 

syk płomieni. 

– Pewnie nie chciałoby ci się odwieźć mnie do miasta, co? – odezwała się 

w końcu Casey. 

– Nie mogę. 
– Bo? 

background image

Jake skrzywił się i pokręcił głową. 
–  DŜip  się  zepsuł,  a  furgonetką  mój  pracownik  zabrał  Ŝonę  na  tańce. 

Obawiam się, Ŝe przez tę pogodę nie wrócą do rana. 

Casey wpatrywała się w niego, jakby nie mogła uwierzyć w te słowa. Jake 

teŜ nie był zachwycony tą sytuacją. Tyle Ŝe wiedział, iŜ nic nie da się zrobić. 

– PrzecieŜ mieszkając na takim duŜym ranczu, musisz mieć jeszcze jakiś 

pojazd, a nie tylko dŜipa i furgonetkę. 

–  Oczywiście,  szanowna  pani.  Tyle  tylko,  Ŝe  moje  miejskie  auto  w  tym 

błocie skończy tak jak twoje. 

– Czy spotka mnie dziś coś jeszcze? 
–  Zaczyna  padać śnieg.  Casey  parsknęła krótkim,  gardłowym  śmiechem. 

– Mogłam się tego spodziewać. 

Patrzył, jak drŜy i dłońmi rozciera ramiona. Co z niego za kretyn! On tu ją 

wypytuje, a ona zaraz złapie zapalenie płuc. 

–  W  tym,  co  masz  na  sobie,  nigdy  się  nie  rozgrzejesz.  Jej  idealnie 

zarysowane brwi uniosły się wysoko. 

– No, wiesz, Jake? CzyŜbyś chciał mnie rozebrać? 
– Daruj sobie Ŝarty, Casey. 
Jake zdjął z kuchenki czajnik i podszedł do zlewu, by napełnić go wodą. 
– Zbyt długo się znamy. Po prostu zdejmij tę idiotyczną sukienkę. Wiesz, 

gdzie jest łazienka. Znajdę ci jakiś szlafrok albo coś w tym rodzaju. 

Kiedy czajnik był juŜ pełny, Jake postawił go na kuchni i włączył palnik. 

Potem, nie patrząc, czy Casey spełnia jego polecenie, wyszedł z kuchni. Tylko 
w duchu przyznał, Ŝe zrobił to dlatego, Ŝe wolał nie być zbyt blisko niej, kiedy 
będzie zdejmowała tę suknię. Owszem, była przyjaciółką jego młodszej siostry, 
ale dla niego była bardzo niebezpieczna. 

Przeszedł  długim  korytarzem  do  swojej  połoŜonej  na  tyle  drewniano-

ceglanego domu sypialni. Otworzył z takim impetem dębowe drzwi, Ŝe aŜ obiły 
się o ścianę. Nie zwrócił jednak na to uwagi. Miał do załatwienia waŜną sprawę. 
Musiał znaleźć dla Casey jakieś okrycie. Tak. I to szczelne. 

Jutowy worek z kapturem byłby najlepszy. 
Niestety.  Kiedy  wszedł  do  łazienki,  znalazł  tam  tylko  wiszący  na 

drzwiach frotowy szlafrok. 

I to w dodatku krótki. 
Trudno, pomyślał z niechęcią. NajwaŜniejsze, Ŝeby Casey miała na sobie 

coś  suchego.  Potem  poszuka  jakiegoś  dresu  czy  czegoś  w  tym  rodzaju.  Przede 
wszystkim trzeba przetrwać jakoś tę noc, a potem usunąć raz na zawsze Casey 
ze swego Ŝycia. 

Chwycił  szybko  szlafrok  i  wrócił  do  sypialni.  Kiedy  spojrzał  na  łóŜko, 

zrobiło się jeszcze gorzej. 

Przez  ostatnie  pięć  lat  wiele  się  zmieniło.  Po  pierwsze,  sypiał  teraz  w 

background image

głównej sypialni, a nie w pokoju, w którym dorastał, ani w domku gościnnym, 
w  którym  mieszkał  przez  kilka  lat.  Wymienił  większość  mebli,  pomalował 
ś

ciany,  zawiesił  nowe  zasłony.  Ale  ogromne  łoŜe  z  baldachimem  pozostało  to 

samo. To samo, w którym sypiał przez całe swe dorosłe Ŝycie. 

I  to  samo,  w  którym  pewnej  nocy  przed  pięcioma  długimi  laty  znalazł 

Casey. 

Było to tak silne wspomnienie, Ŝe aŜ zadrŜał. 
W  mieście  była  zabawa.  Bracia  Casey  wydawali  poŜegnalne  przyjęcie. 

WyjeŜdŜali  z  Simpson  do  Morgan  Hill  i  po  raz  ostatni  zaprosili  wszystkich 
znajomych. 

Jake wyszedł z imprezy wcześniej, by odetchnąć chwilę przed powrotem 

rodziców i siostry. Mieszkał wtedy w domku dla gości. Choć zawsze marzył, by 
pracować  na  rodzinnym  ranczu,  miał  juŜ  trzydzieści  lat  i  mieszkając  z 
rodzicami, czułby się chyba skrępowany. 

Wszedł  do  domku,  nawet  nie  zapalając  światła  Jeszcze  teraz, 

wspominając ten dzień, słyszał głuchy odgłos swych kroków. Pamiętał, Ŝe było 
mu smutno, iŜ Oakesowie wyjeŜdŜają. 

W  sypialni  przysiadł  na  łóŜku,  Ŝeby  zdjąć  buty.  Pozbył  się  juŜ 

pierwszego, kiedy usłyszał czyjś głos. 

Ten  tak  dobrze  mu  znany  głos  brzmiał  tej  nocy  zupełnie  inaczej.  Był 

gardłowy, niski, pełen nie wypowiedzianych obietnic, ale i lekko drŜący. 

– Chyba powinieneś wiedzieć, Ŝe nie jesteś sam. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Jake  zerwał  się  na  równe  nogi,  rzucił  się  do  stolika  i  zapalił  lampę. 

Delikatne,  przytłumione  światło  rozbiło  ciemność.  I  ujawniło  siedzącą  na  jego 
łóŜku  dziewczynę.  Wsparta  o  poduszki,  przykryta  na  tyle,  by  domyślił  się,  Ŝe 
jest naga, Casey czekała na niego. 

Jake głośno wciągnął powietrze do płuc i celowo odsunął się o dwa kroki 

od łóŜka. 

– Co ty wyprawiasz? 
Patrzyła na niego tylko przez moment, potem szybko odwróciła wzrok. 
– Jake, ja... 
– Jak się tu dostałaś? 
– Annie dała mi klucz. 
– Annie? 
A  niech  ją!  Kochana  siostrzyczka!  Czy  to  miał  być  jakiś  dowcip?  Nie, 

instynkt podpowiedział mu, Ŝe nie. Cassandra Oakes nie Ŝartuje. 

Ledwo  stłumił  jęk,  kiedy  pozwolił  sobie  na  jedno  krótkie  spojrzenie. 

Długie  blond  włosy  spływały  na  jej  nagie  ramiona,  w  zielonych  oczach 
błyszczała  namiętność,  której  się  nie  spodziewał  i  z  którą  nie  umiał  sobie 
poradzić. 

Owszem,  wiedział,  jak  chciałby  sobie  poradzić.  JuŜ  kilka  miesięcy  temu 

zaczął  zwracać  uwagę  na  przyjaciółkę  swojej  młodszej  siostry  i  wcale  nie  był 
tym zachwycony. BoŜe, znał przecieŜ Casey od czasu, kiedy miała dziesięć lat! 
Była prawie dzieckiem. W kaŜdym razie on zawsze tak o niej myślał. A jednak 
ostatnio  za  kaŜdym  razem,  kiedy  przyjeŜdŜała  do  Parrishów,  coś  go  do  niej 
ciągnęło. Szukał jej, ciągle na nią czekał. 

I to go bardzo niepokoiło. 
Miał  trzydzieści  lat.  Dość,  by  się  ustatkować.  Skończył  college.  Poznał 

trochę świata i uznał, Ŝe tu jest jego miejsce. Na tym ranczu. 

A  Casey  Oakes  miała  zaledwie  lat  dziewiętnaście  i  niedawno  skończyła 

szkołę. 

Co ona wie o świecie? Albo o sobie samej? Nie mógł wprowadzić zamętu 

w jej dopiero zaczynające się Ŝycie. 

Postanowił więc stłumić swoje pragnienia. Obserwować Casey z daleka i 

dać jej szansę, by i ona trochę poznała świat. 

Nigdy jednak nie podejrzewał, Ŝe zaczai się na niego w jego sypialni. 
– Lepiej stąd wyjdź – wyjąkał z trudem przez ściśnięte gardło. 
– Ale przecieŜ czekałam na ciebie – odparła. 
Jake  patrzył,  jak  Casey  klęka,  owijając  się  kocem.  Odrzuciła  włosy  z 

twarzy i patrzyła na niego. 

background image

Jake  z  trudem  wciągnął  powietrze  do  swoich  ściśniętych  płuc.  Wbrew 

sobie  opuścił  wzrok  na  wybrzuszenie  koca.  Wiedział,  Ŝe  pod  nim  są  jej  nagie 
piersi.  AŜ  piekły  go  palce,  by  ich  dotknąć.  Wydawało  mu  się,  Ŝe  juŜ  czuje  w 
ustach ich ciepły, słodki smak. 

Z całej siły zacisnął pięści. 
– A więc skoro juŜ się doczekałaś, to moŜesz sobie iść – rzekł, starając się 

nadać swemu głosowi jak najostrzejsze brzmienie. 

– Nie. 
– Nie? 
– Jake... 
Casey nachyliła się ku niemu, bezwiednie odsłaniając kolejne centymetry 

swego mlecznobiałego ciała. Wyciągnęła ku niemu rękę. 

– Czy ty nic nie rozumiesz? JuŜ od dawna tego pragnęłam, a teraz muszę 

wyjechać. I nie wiem, kiedy wrócę. 

Oczywiście i jemu wpadło to do głowy. Tak naprawdę to właśnie z tego 

powodu  wcześniej  wyszedł  z  przyjęcia.  Nie  był  w  stanie  świętować  wyjazdu 
jedynej  dziewczyny,  która  go  interesowała.  Nie  wierzył  tym,  którzy  twierdzili, 
Ŝ

e  rozłąka  pogłębia  uczucia.  Był  pewien,  Ŝe  za  rok,  dwa  Casey  całkiem  o  nim 

zapomni. Tak jak i on zapomni o niej. 

Tym bardziej więc musiał jak najszybciej pozbyć się jej ze swego łóŜka. 
– Casey, nie powinnaś tu być. 
–  A  właśnie,  Ŝe  powinnam.  Dokładnie  tu  –  dodała.  Owinięta 

prześcieradłem,  ciągnąc  za  sobą  koc,  wstała  z  łóŜka,  podeszła  do  niego  i 
połoŜyła  mu  rękę  na  ramieniu.  Poprzez  koszulę  czuł  ciepło  jej  dłoni.  Zacisnął 
mocno szczęki. Nie mógł sobie pozwolić na takie uczucia. 

–  Nie  mogłam  czekać,  Ŝebyś  to  ty  zrobił  pierwszy  krok  –  powiedziała 

cicho. – Nie mam juŜ czasu. Musiałam ci powiedzieć. 

– Co takiego? 
Powiedz to, błagał w duchu. Powiedz i idź. 
– Kocham cię. 
Jake miał wraŜenie, Ŝe ktoś walnął go pięścią prosto w Ŝołądek. Patrzył w 

oczy  Casey  i  widział  w  nich  wszystko,  co  chciał  zobaczyć.  BoŜe,  jakŜe  chciał 
powiedzieć jej to samo. Chciał chwycić ją w ramiona i zatopić się w niej. Chciał 
wsunąć się w jej wilgotne ciepło i słyszeć ciche jęki rozkoszy. Nie mógł. Nawet 
po tym, jak powiedziała, Ŝ e go kocha. 

Od  tamtej  pory  nic  się  nie  zmieniło.  Nadal  była  za  młoda.  Zbyt 

niedoświadczona,  by  wiedzieć,  czego  tak  naprawdę  chce.  WciąŜ  była  tym 
samym  dzieckiem,  które  snuło  się  wszędzie  za  nim,  zarzucając  go  mnóstwem 
pytań. Chwilami aŜ chciał ją gdzieś zamknąć na klucz. 

Mimo  Ŝe  w  tej  chwili  bynajmniej  nie  wyglądała  jak  dziecko,  nie 

potrafiłby  zranić  jej  uczuć  tylko  po  to,  by  złagodzić  pulsujący  w  nim  ból. 

background image

Zresztą miłość Ŝadnej nastolatki nie trwałaby aŜ tak długo. 

Choć wiele go to kosztowało, wiedział, co musi powiedzieć. 
– Dziękuję, Casey. Miło mi to słyszeć. 
W oczach Casey wyczytał wszystkie kłębiące się w jej głowie pytania. 
– Miło ci było? 
– Casey, wiem, Ŝe to co powiem, nie będzie dla ciebie przyjemne, ale... 
–  To  nie  mów  tego.  Jake,  proszę  cię.  –  Jej  palce  zacisnęły  się  na  gorsie 

jego koszuli. – Nie mów tego. 

– Muszę – rzekł, przykrywając jej dłoń swoją ręką. – Mam trzydzieści lat, 

słonko. A ty zaledwie dziewiętnaście. 

– W przyszłym miesiącu skończę dwadzieścia. 
–  No  to  niech  będzie  dwadzieścia  –  zgodził  się.  Pogładził  kciukiem  jej 

palce i od razu poczuł przeszywające go gorąco. – Jeszcze nawet nie skończyłaś 
college’u. 

– A co to ma wspólnego z nami? 
– Nie ma Ŝadnego „my” – zaprzeczył, choć wiele go to kosztowało. 
– Ale mogłoby być. Jake pokręcił głową. 
– Chcesz powiedzieć, Ŝe nic do mnie nie czujesz? – nie rezygnowała. 
– Casey... 
–  PrzecieŜ  wiem,  Ŝe  coś  do  mnie  czujesz.  Widziałam,  jak  na  mnie 

patrzysz. Tak samo, jak ja na ciebie. 

Jake zaklął. 
–  Proszę,  nie  odtrącaj  mnie.  Nie  chcę  cię  opuszczać.  Podeszła  bliŜej  i 

zarzuciła mu ręce na szyję. Zmusiła go, by nachylił głowę i przywarła wargami 
do jego ust. 

Jake  jęknął  i  starał  się  nie  reagować.  Jej  wargi  podziałały  na  niego 

elektryzująco.  Coś  między  nimi  zaiskrzyło.  Coś  rzadkiego  i  cudownego.  A 
jednak nadal stał nieruchomo i całą siłą woli starał się nie ulec pokusie. 

Wtedy  odrzuciła  koc  oraz  prześcieradło  i  przywarła  do  niego  całym 

swoim  nagim  ciałem.  Poczuł  poprzez  koszulą  jej  twarde  sutki.  PoŜądanie 
zwycięŜyło.  Bóg  mu  świadkiem,  Ŝe  chciał  się  zachować  jak  naleŜało,  ale  był 
przecieŜ tylko człowiekiem. 

Kiedy  otoczył  ją  ramionami,  zamruczała  z  zadowoleniem.  Jego  ręce 

błądziły  po  jej  plecach,  poznając,  badając.  Rozchyliła  usta,  a  on  wsunął  tam 
język  i  po  raz  pierwszy  ją  całował.  Była  oszałamiająco  słodka.  Natychmiast 
zrozumiał, Ŝe jeśli w tej chwili nie przestanie, nigdy nie pozwoli jej odejść. 

Wypuścił ją z objęć i cofnął się o krok. 
– Co się stało? – szepnęła. 
Jej  oczy  zaćmione  były  nowo  odkrytą  namiętnością.  Sprawiły,  Ŝe  omal 

zapomniał o swym szlachetnym postanowieniu. Omal. 

– Co się stało? – powtórzył. – To. – Nachylił się, podniósł z podłogi koc i 

background image

szybko  owinął  go  wokół  niej.  –  To  wszystko  nie  ma  sensu  –  mruknął  i 
natychmiast się cofnął. 

– Jak coś tak przyjemnego moŜe nie mieć sensu? 
–  Kurczę,  Casey!  Nie  jestem  z  kamienia,  rozumiesz?  –  Obrzucił  ją 

krótkim  spojrzeniem,  a  potem  odwrócił  się  do  okna.  –  Bądź  taka  miła  i  idź 
sobie, dobrze? I to natychmiast. Zanim zrobimy coś, czego nie da się odwrócić. 

Usłyszał,  Ŝe  Casey  pociąga  nosem,  i  domyślił  się,  Ŝe  płacze.  On  teŜ 

cierpiał,  ale  nie  odwrócił  się  ku  niej.  Wiedział,  Ŝe  gdyby  zobaczył  jej  łzy, 
przegrałby. Cisza, jaka nagle zapanowała, wydawała się trwać wieczność. 

– A więc dobrze, idę. Bogu dzięki. 
–  Mylisz  się,  Jake  – powiedziała,  a  on  wyczuł  w  jej  głosie  ból.  –  Co  do 

nas.  Wiek  nie  ma  nic  wspólnego  z  miłością.  Któregoś  dnia  poŜałujesz,  Ŝe  dziś 
kazałeś mi odejść. 

Te wyszeptane słowa zakończyły bolesne wspomnienia. 
Casey miała rację. 
ś

ałował. 

KaŜdej nocy od tamtej pory. 
A szczególnie dziś. 
– No, więc jak, Ŝałowałeś? – spytała. 
Jake  odwrócił  się  powoli  i  stanął  twarzą  w  twarz  ze  stojącą  w  drzwiach 

sypialni kobietą. Zdjęła w końcu tę przemoczoną ślubną suknię i owinięta była 
teraz ogromnym turkusowym ręcznikiem. 

– Bardziej niŜ przypuszczasz – przyznał w końcu. 
– To dobrze. 
Nie  odrywając  od  niego  wzroku,  Casey  weszła  do  pokoju.  Przy  ich 

ostatnim  spotkaniu  była  zupełnie  naga.  Teraz  miała  na  sobie  tylko  ręcznik.  A 
Jake, sądząc po jego spojrzeniu, niewątpliwie to zauwaŜył. 

Wystarczyło  jej  tylko  raz  popatrzeć  na  niego,  by  wiedzieć,  Ŝe  na  nowo 

przeŜywa tamtą noc. Ze świadomością, Ŝe i on Ŝałuje, od razu poczuła się lepiej. 
Ciekawe, co by pomyślał, gdyby wiedział, Ŝe ona najbardziej Ŝałuje tego, Ŝe go 
wtedy posłuchała i odeszła. 

– Proszę. – Podał jej swój szlafrok. – WłóŜ na razie to. Potem poszukam 

ci jakiegoś dresu. 

– Dzięki. 
WłoŜyła  szlafrok  na  siebie  i  na  owijający  ją  ręcznik.  Odwróciła  się  ku 

Jakowi dopiero wtedy, kiedy mocno zawiązała pasek. 

–  Suknię  przerzuciłam  przez  wieszak  od  prysznica.  WciąŜ  cieknie  z  niej 

błoto. Mam nadzieję, Ŝe ci to nie przeszkadza. 

– Oczywiście, Ŝe nie. 
Jake był równie zakłopotany jak ona. CzyŜby historia się powtarzała? 
–  Nie  tak  wyobraŜałam  sobie  moją  noc  poślubną  –  zauwaŜyła  z 

background image

nerwowym parsknięciem Casey. 

– Co się właściwie stało? – spytał. – Dlaczego jesteś tutaj, a nie w jakimś 

malowniczym zakątku, gdzie powinnaś spędzać miesiąc miodowy? 

Z jej gardła wyrwało się kolejne parsknięcie. 
– O ile wiem, Ŝeby mieć miesiąc miodowy, trzeba najpierw wziąć ślub. 
Jake  zmruŜył  oczy  i  Casey  nawet  w  półmroku  dojrzała  tak  dobrze 

znajomą, groźną minę. 

Odgarnęła z twarzy wytarte tylko ręcznikiem, więc wciąŜ wilgotne włosy. 

Przysiadła na łóŜku, opierając stopy o jego ramę. 

– Co się stało, Casey? – powtórzył. 
Casey oparła łokcie o kolana, spojrzała na niego i wzruszyła ramionami. 
– E, nic takiego. Mój narzeczony w ostatniej chwili uznał, Ŝe małŜeństwo 

ze mną to jednak nie najlepszy pomysł. 

Starała  się  mówić  lekko  i  obojętnie,  ale  jej  palce  cały  czas  nerwowo 

skubały materiał szlafroka. 

– Nie zjawił się w kościele? 
Ile  upokorzeń  moŜna  znieść  jednego  dnia?  Najpierw  publicznie  dostała 

kosza,  a  teraz  jeszcze  musi  to  wszystko  wyjaśniać  Jake’owi.  Pewnie  jednak 
powinna  przywyknąć  do  tego  pytania.  Gotowa  się  była  załoŜyć,  Ŝe  przez 
najbliŜsze kilka miesięcy wszyscy będą jej je zadawali. 

–  Owszem,  zjawił  się  –  odparła  w  końcu.  –  Tylko  po  to,  Ŝeby  dać 

jednemu z druŜbów list. 

– List? 
Głos Jake’a był pełen niedowierzania. 
Wstrzymała  oddech,  kiedy  przeszedł  przez  pokój  i  usiadł  obok  niej.  Nie 

dotknął  jej  jednak  i  Casey  nie  wiedziała,  czy  przyjęła  to  z  ulgą,  czy  z 
rozczarowaniem. 

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się nieszczerze. 
– Okazało się, Ŝe Steven nagle zapragnął odwiedzić Meksyk. 
– Drań. 
–  Dokładnie  to  samo  sobie  pomyślałam  –  odparła  i  nieświadomie 

poklepała go po ręce. – W kaŜdym razie wtedy. 

Teraz  zaś,  kiedy  się  nad  tym  zastanawiała,  w  ogóle  nie  czuła  Ŝadnej 

złości. Dziwne. Jedynie ulgę, która tłumiła gorycz przeŜywanego upokorzenia. 

Nigdy nie była w Stevenie zakochana do szaleństwa. Teraz nie była nawet 

pewna, czy w ogóle była w nim zakochana. Owszem, lubiła go. No, w kaŜdym 
razie  do  dziś.  Był  miłym  człowiekiem  z,  jak  to  podkreślała  jej  matka,  dobrej 
rodziny. Co naleŜało rozumieć – bogatej. 

Ich rodzice chcieli tego związku, więc ona i Steven po prostu dali się w to 

wmanewrować.  Nawet  nie  potrafiła  sobie  przypomnieć,  czy  on  się  jej  w  ogóle 
oświadczył. Chyba ich związek został przez wszystkich uznany za oczywisty. 

background image

Casey skrzywiła się i potarła ręką czoło. Czuła, Ŝe zbliŜa się monstrualny 

ból głowy. 

– Tak mi przykro, Casey. 
– Dlaczego? – spytała. – Tym razem to przecieŜ nie ty mnie odrzuciłeś. 
– Nie wracajmy do tego, dobrze? 
– Dlaczego nie? – Casey odwróciła się ku niemu i spojrzała mu prosto w 

oczy. W oczy, o których tak często marzyła. – To przecieŜ moja noc poślubna. 
CóŜ moŜe być lepszego niŜ rozmowa o seksie? Albo jego braku. 

–  Zostawiłem  czajnik  na  gazie  –  rzekł  i  chciał  się  podnieść.  –  Chodźmy 

do kuchni. Gorąca herbata dobrze ci zrobi. 

–  Wyłączyłam  gaz,  kiedy  woda  się  zagotowała  –  wyjaśniła  Casey  i 

gestem ręki kazała mu z powrotem usiąść. 

– Casey, masz za sobą cięŜki dzień. – Jake odsunął się od niej odrobinę. – 

Nie uwaŜasz, Ŝe powinnaś się przespać? 

– Nie chcę spać, Jake. 
Wiedziała, Ŝe nie będzie mogła zasnąć. W normalnej sytuacji nigdy by jej 

nie  wpadło  do  głowy,  by  się  spotkać  z  tym  człowiekiem  i  rozmawiać  o  tamtej 
pamiętnej  nocy,  ale  teraz,  kiedy  los  dał  jej  tę  moŜliwość,  naprawdę  chciała  się 
dowiedzieć,  dlaczego  Jake  kazał  jej  wtedy  odejść.  Wstał  nagle  i  zaczął 
spacerować po pokoju. 

– Uspokój się – powiedziała. – Nie będę juŜ próbowała cię uwieść. Dałeś 

mi  aŜ  nadto  wyraźnie  do  zrozumienia,  Ŝe  mnie  nie  chcesz.  Dwa  razy  nie  będę 
prosiła. 

– To dobre! – prychnął Jake i przyspieszył kroku. – Nie chcę ciebie! O ile 

dobrze pamiętam, niczego takiego nie powiedziałem. 

Casey  śledziła  jego  wędrówkę,  starając  się  równocześnie  uspokoić  swój 

Ŝ

ołądek. Znów, jak zawsze w obecności Jake’a, zaczynało się w nim dziać coś 

dziwnego. 

Po raz nie wiadomo który przypomniała sobie tamtą noc. Dłonie Jake’a na 

jej  nagiej  skórze.  Jego  usta  na  jej  wargach.  CięŜki,  stłumiony  oddech.  Przede 
wszystkim jednak to, jak ją odprawił – delikatnie, ale zdecydowanie. 

– Chcesz powiedzieć, Ŝe mnie chciałeś? – spytała niepewnie. 
–  Czy  cię  chciałem?  –  Jake  tylko  się  roześmiał.  –  Chyba  moŜna  to  tak 

ująć. Przez tydzień ledwo mogłem chodzić. 

Casey dziwnie szybko zamrugała oczami. Wyprostowała się i przyglądała 

mu się uwaŜnie. Stał przy oknie i jedną ręką przytrzymując zasłony, patrzył na 
zewnątrz. Nawet ona zauwaŜyła tańczące białe płatki. 

– WciąŜ pada – powiedziała cicho, nie odrywając od niego wzroku. 
– Tak. Ale nie bardzo. 
– Skoro mnie chciałeś, to dlaczego kazałeś mi odejść? Chyba zwariowała. 

CzyŜby była masochistką? Nie wystarczyło jej to, co przeŜyła w kościele? Czy 

background image

naprawdę  musi  jeszcze  wiedzieć  i  to?  Skoro  doskonale  zdaje  sobie  sprawą,  Ŝe 
wiąŜe się to z dodatkowym upokorzeniem? 

Tak. Musi. 
Poza  tym  od  tamtej  pory  minęło  pięć  długich  lat.  Teraz  chciała  tylko 

wiedzieć, dlaczego została odtrącona. 

Nie odpowiadał, musiała więc powtórzyć pytanie. 
– Dlaczego, Jake? 
Spojrzał na nią z kamienną twarzą. 
–  Musiałem.  Byłaś  przecieŜ  dzieckiem.  –  Jake  odwrócił  wzrok.  Znów 

wyglądał przez okno. – MęŜczyzna nie powinien wykorzystywać dziecięcego... 
kaprysu. 

– Kaprysu? – Casey mocno potrząsnęła głową, ale on tego nie widział. – 

Ja cię kochałam. 

– Byłaś za młoda, Ŝeby cokolwiek wiedzieć o miłości. 
– Kto tak twierdzi? 
– Ja. 
– Więc postanowiłeś być szlachetny. 
–  Postanowiłem  zrobić  to,  co  naleŜało  –  poprawił  ją.  Jego  palce  jeszcze 

mocniej zacisnęły się na zasłonie. – Ale owszem, pragnąłem cię. 

Niesamowity Ŝal ścisnął gardło Casey. Spojrzała ze smutkiem na Jake’a i 

przyznała,  Ŝe  przez  minione  pięć  lat  niewiele  się  zmienił.  Wiedziała,  Ŝe  był 
Ŝ

onaty,  i  wiedziała  teŜ,  Ŝe  nie  było  to  małŜeństwo  udane.  Annie  cały  czas  na 

bieŜąco o wszystkim ją informowała. 

Nie powiedziała jej jednak, Ŝe Jake jej pragnął. 
Casey  gotowa  była  się  załoŜyć,  Ŝe  jej  przyjaciółka  nie  miała  o  tym 

zielonego pojęcia. 

BoŜe, jaka szkoda, Ŝe ona teŜ o tym nie wiedziała. 
Wiedziała jednak, jakie pytanie musi mu teraz zadać. 
– Kiedy przestałeś mnie pragnąć? 
Jake odwrócił głowę i spojrzał na nią z niepewnym śmiechem. 
– Dam ci znać, jak to się stanie. 
– Chcesz powie...? 
Jake westchnął cięŜko i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę drzwi. 
– Nie powinniśmy o tym rozmawiać – mruknął ochryple. 
Casey zerwała się z łóŜka i powstrzymała go w progu. PołoŜyła mu rękę 

na ramieniu i patrzyła na niego, chcąc, by i on na nią spojrzał. W końcu zrobił 
to, choć wyraźnie niechętnie. 

W  jego  oczach  zobaczyła  to,  na  co  czekała.  PoŜądanie.  Uczucia,  które 

kiedyś ich łączyły, wcale nie osłabły. Tłumione i ukrywane, teraz odŜyły i nie da 
się ich juŜ powstrzymać. Nawet wówczas, gdyby ona tego chciała. 

Casey z trudem przełknęła ślinę. Jeśli to w ogóle było moŜliwe, uczucia te 

background image

były teraz jeszcze Ŝywsze, jeszcze silniejsze. MoŜe tamtą nie spełnioną noc i ten 
jej niedoszły ślub wymyślił los tylko po to, Ŝeby dopiero w odpowiedniej chwili 
połączyć ich na zawsze. 

Stała teraz przed jedyną, największą szansą w swoim Ŝyciu. 
– Jake – szepnęła. – Jestem juŜ dorosła. 
– ZauwaŜyłem to. Casey uśmiechnęła się. 
– Powiedziałam ci kiedyś, Ŝe juŜ nigdy więcej cię nie poproszę... 
– Mądra decyzja. 
– ...ale nie powiedziałam ci, co odpowiem, jeśli ty poprosisz mnie. 
– Casey... 
– Odpowiem... tak. Poczuła zawrót głowy. 
Musiało  tak  być,  bo  jej  serce  przestało  bić,  a  ona  wciąŜ  Ŝyła.  Po  prostu 

wszystko w niej i wokół niej czekało na reakcję Jake’a. 

W końcu, po bardzo, bardzo długiej chwili, uniósł dłoń i pogładził ją po 

policzku. 

– Zwariowałaś – szepnął. 
– Być moŜe. 
Jake pokręcił głową. 
– Tu nie chodzi o mnie, Casey. To tylko reakcja na to, co dziś przeŜyłaś. 

Nie powinnaś tego robić. 

–  Mylisz  się,  Jake.  –  Casey  odwróciła  głowę  i  leciutko  pocałowała  jego 

pokrytą  odciskami  dłoń.  –  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  kimkolwiek  spoza  tego 
pokoju. 

Jake słuchał w milczeniu. 
–  Tamtą  noc  zapamiętałam  na  zawsze  –  mówiła  dalej  Casey.  –  Los  dał 

nam drugą szansę. Dzisiaj. MoŜe twoja decyzja sprzed pięciu lat była słuszna – 
przyznała. – Ale to było dawno. Teraz jest teraz. Dla dobra nas obojga dziś teŜ 
podejmij właściwą decyzję. 

Najpierw zapadło milczenie. 
–  MoŜe  robię  głupstwo  –  rzekł  w  końcu  Jake.  –  Ale  teraz  cię  proszę, 

Casey. Zostań dziś ze mną. 

– Dobrze – odparła i wspięła się na palce, oczekując jego pocałunku. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Na  jego  twarzy  malowały  się  wszystkie  szalejące  w  nim  uczucia.  Przez 

chwilę Casey myślała, Ŝe Jake zmieni zdanie. 

A potem jego wargi dotknęły jej ust. I nie było w tym ani śladu wahania 

czy  niechęci.  Zrozumiała,  Ŝe  pragnie  jej  tak samo,  jak  ona  jego.  Zaskoczyło  ją 
pulsujące w niej poŜądanie. Pięć lat zniknęło, jakby nigdy ich nie było i Casey 
stała się znowu tą samą nastolatką, ofiarującą swemu męŜczyźnie wszystko, co 
ma do dania. 

Tylko Ŝe tym razem on oddawał jej więcej, niŜ mogła marzyć. 
Rozchylił  jej  wargi  językiem  i  zanurzył  się  w  gorącą  wilgotność  jej  ust. 

Przywarła do niego całą sobą. Chciała więcej. 

Jake  jęknął,  jednym  szybkim  ruchem  rozwiązał  węzeł  i  za  chwilę 

brązowy frotowy szlafrok leŜał juŜ na ziemi. 

Casey zadrŜała, kiedy palce Jake’a wsunęły się pod ręcznik, którym wciąŜ 

była owinięta. W ułamku sekundy i on znalazł się na podłodze u jej stóp. 

Długie, wciąŜ wilgotne włosy zimną falą opadły jej na ramiona. Ale kiedy 

przyciągnął ją do siebie i jego ręce zaczęły delikatnie pieścić jej plecy, okazało 
się,  Ŝe  jej  drŜenie  nie  ma  nic  wspólnego  z  mokrymi  włosami  ani  z  chłodem 
panującym w pokoju. 

Wszystko  w  jej  środku  cudownie  reagowało  na  jego  dotyk.  Pojękiwała 

cichutko, wtulała się w niego, błagała o więcej pieszczot. 

Jake  na  moment  przerwał  pocałunek.  Jak  wyrzucona  na  brzeg  ryba 

rozpaczliwie łapał powietrze. Przez bardzo długą chwilę wpatrywał się w Casey 
w  milczeniu.  Dla  niej  nawet  jego  spojrzenie  było  pieszczotą.  W  ogóle  nie 
wstydziła się swojej nagości. 

– Casey, czy na pewno tego chcesz? – spytał przez zaciśnięte zęby. 
Nawet  jeśli  wcześniej  nie  była  tego  pewna,  wystarczyło  jedno  jego 

dotknięcie,  by  ją  przekonać.  Było  tak  naturalne,  tak  czułe,  tak  długo 
wyczekiwane. 

Minęło pięć lat od tamtej nocy w jego sypialni. Teraz Casey juŜ na pewno 

jest dorosła i jeśli znów będzie chciał się jej pozbyć, nie będzie to łatwe. 

– Stoję naga na środku twojej sypialni, a ty mnie o to pytasz? 
Jake w milczeniu masował sobie kark, ale nie odrywał od Casey wzroku. 
–  Musiałem  o  to  zapytać.  Chcę  to  wiedzieć  na  pewno.  Pragnę  być 

przekonany, Ŝe wiesz, co robisz. To twoja ostatnia szansa, Casey. – Przerwał na 
moment i głęboko westchnął. – Jeszcze moŜesz się wycofać. 

A  jednak!  Znów  próbuje  się  jej  pozbyć.  Bez  zbytniego  przekonania,  ale 

mimo  wszystko.  Słyszała  w  sobie  jakiś  głos  nakazujący  ucieczkę.  MoŜe  to 
rozum  się  odezwał.  Ale  to,  co  czuła,  nie  miało  nic  wspólnego  z  rozumem. 

background image

Zdecydowanie spojrzała Jake’owi prosto w oczy. 

– Chcę, Ŝebyś się ze mną kochał, Jake. 
Odpowiedziało jej ciche jęknięcie. 
–  Musisz  się  ze  mną  kochać.  –  ZadrŜał,  kiedy  koniuszkami  palców 

dotknęła jego piersi. – Teraz. 

Jake błyskawicznie wyszarpnął koszulę z dŜinsów, potem jednym ruchem 

zerwał ją z siebie. Guziki rozprysnęły się po całym pokoju. 

Casey jak zaczarowana patrzyła, jak zdejmuje resztę ubrania. Kiedy stanął 

przed nią całkiem juŜ nagi, głośno i z trudem wciągnęła powietrze. 

Lata  cięŜkiej  fizycznej  pracy  na  ranczu  cudownie  wyrzeźbiły  jego  ciało. 

Miał silne, opalone ramiona, płaski brzuch, mocne nogi. 

Potem  Casey  przeniosła  wzrok  na  jego  męskość.  Twarda  i  gotowa, 

wydała  jej  się  ogromna.  Na  moment  ogarnęły  ją  wątpliwości.  Kiedy  jednak 
przygarnął ją do siebie, rozwiały się bez śladu. 

Przytulona do Jake’a rozkoszowała się kontrastem ich ciał. 
Jego  wypręŜona  męskość  ocierała  się  o  jej  brzuch.  Między  udami  czuła 

gorącą  wilgotność.  Otarła  się  o  niego,  a  z  jego  ust  wyrwał  się  ochrypły  jęk. 
Pochylił głowę, poszukał jej ust i znów badał ich ciepłe, wilgotne wnętrze. 

Casey,  dla  równowagi,  mocniej  objęła  go  za  szyję.  Jake  wsunął  dłoń 

między  ich  ciała.  Wstrzymała  oddech,  kiedy  jego  palce  zanurzyły  się  w  jej 
gorącej kobiecości. Nie odrywając warg od jej ust, uśmiechnął się lekko, kiedy 
na  powitanie  jego  palców  rozchyliła  uda.  Drugą  ręką  ujął  jej  pośladki  i 
przyciskał mocno do siebie. 

Przeszył  ją  rozkoszny  dreszcz,  kiedy  Jake  znalazł  to  najwaŜniejsze, 

najwraŜliwsze miejsce. Jego język poruszał się w jednym rytmie z palcami. 

Casey gwałtownie zadrŜała, kiedy przeszył ją dreszcz rozkoszy. Przerwała 

pocałunek, odchyliła głowę do tyłu i skupiła się wyłącznie na tym, co przynosiły 
jej  pieszczoty  Jake’a.  Zamknęła  oczy,  a  pod  jej  powiekami  zaczęły  wirować 
tysiące zupełnie niebywałych kolorów. Z trudem powstrzymywała drŜenie nóg. 
Bała się poruszyć, bo wtedy Jake mógłby przerwać swoje pieszczoty, a tego by 
w tej chwili nie zniosła. 

Jakby  wyczuwając  jej  kłopoty  z  utrzymaniem  równowagi,  Jake  uniósł  ją 

do góry i zaniósł do łóŜka. Nie wypuszczając z objęć, jedną ręką odchylił kapę i 
ostroŜnie połoŜył Casey na materacu. 

Chłodne,  świeŜe  prześcieradła  pieściły  jej  skórę,  ale  zanim  zdąŜyła  się 

tym nacieszyć, pieszczotę pościeli zastąpiły pieszczoty Jake’a. 

Jakby  w  końcu  przestał  opanowywać  swą  namiętność  i  poŜądanie, 

pochłaniał  Casey  ustami  i  dłońmi.  Zanim  zdąŜyła  przywyknąć  do  dotyku  jego 
warg  na  swej  sutce,  znalazły  się  tam  jego  zęby.  Delikatnie  przesuwał  nimi  po 
tym tak wraŜliwym miejscu. 

– Jake! – szepnęła, pręŜąc się z rozkoszy. – Nie przestawaj. Błagam, nie 

background image

przestawaj. 

– Dopiero zaczynamy, słoneczko – rzekł, a jego wargi i zęby wznosiły ją 

na coraz wyŜszy szczebel rozkoszy. 

Nie  miała  pojęcia,  Ŝe  moŜe  być  tak  cudownie.  AŜ  tak.  Pod  dotykiem 

Jake’a jej ciało zmieniało się w ogień. 

Odciski  na  dłoniach  Jake’a  przypominały  jej  o  jego  sile.  Lekki  zarost 

podniecająco drapał jej piersi. 

Metodycznie,  dokładnie  poznawał  całe  jej  ciało.  Chciał  czuć  ją  całą. 

Jakby od tego zaleŜało jego Ŝycie. W tej chwili zresztą pewnie tak było. 

Miał rację, Ŝe wtedy, przed pięciu laty, kazał jej odejść. 
Warto było czekać. 
Czuł, wiedział, Ŝe tu, z nią, przy niej, w niej jest jego miejsce. 
Zsunął się w dół i ukląkł między jej nogami. Rozsunął jej kolana i wsunął 

między  nie  głowę.  Kciukiem  delikatnie,  rytmicznie  pieścił  to  jedno,  jedyne, 
najwaŜniejsze miejsce. 

Na spotkanie tej nowej, wyjątkowej pieszczoty Casey uniosła biodra. Ich 

miarowe kołysanie powiedziało Jake’owi wszystko. 

–  PomóŜ  mi,  Jake – szepnęła.  Palce  mocno  zacisnęła na prześcieradle. – 

Jest tak cudownie... Chcę... 

– Wiem, maleńka. Ja teŜ chcę. 
Nie mógł, nie chciał juŜ dłuŜej czekać. Musiał ją wziąć, wsunąć się w jej 

gorącą wilgotność i stać się jej częścią. 

Nigdy dotąd nie pragnął tak bardzo, tak desperacko Ŝadnej kobiety. 
Uniósł odrobinę jej biodra i wszedł w to, o czym marzył. 
Casey jęknęła z bólu. 
Jake zamarł. 
Odsunął się, ale tylko trochę. 
Zaklął pod nosem. 
Casey otworzyła oczy. 
– Dlaczego mi nie powiedziałaś, Ŝe jesteś dziewicą? – wychrypiał. 
Casey  poruszyła  biodrami,  głośno  wciągnęła  powietrze  i  westchnęła. 

Mocno objęła go za szyję. 

– A czy to coś zmienia? 
Zanurzony w niej głęboko, cały gotowy do spełnienia, wiedział, Ŝe nie ma 

juŜ powrotu. Nawet gdyby chciał się wycofać. A tego nie pragnął. 

– Teraz juŜ nie – przyznał i zanurzył się w nią do końca. 
– Jake! 
Casey  zacisnęła  palce  na  jego  ramionach,  wygięła  się  w  łuk  i oplotła go 

nogami. Jake wsunął dłoń między ich splecione ciała i pieścił to waŜne miejsce. 
Poruszając  się  rytmicznie,  nie  odrywał  od  niej  wzroku.  Przyjmowała  go  z 
zamkniętymi  oczami,  przygryzioną  dolną  wargą,  rytmicznym  falowaniem 

background image

bioder. 

Kiedy zacisnęła się wokół niego i poczuł jej konwulsyjne drŜenie, jednym 

głębokim, ostatnim pchnięciem dał jej to, co tak długo w sobie powstrzymywał. 
Potem opadł na nią bez tchu, bez czucia. 

Owszem, od dawna nie był z kobietą. CzyŜby zapomniał, jak to jest? 
Nie. Jake skrzywił się i w końcu zsunął się na łóŜko. To nie dlatego, Ŝe się 

kochał z kobietą. To dlatego, Ŝe kochał się z nią... Szybko uznał tę myśl za zbyt 
niebezpieczną. By ją od siebie odsunąć, zaatakował. 

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? 
– Hm? 
Casey przeciągnęła się i uśmiechnęła. 
– Pytałem, dlaczego wciąŜ jesteś dziewicą? 
–  JuŜ  nie  jestem  –  odparła,  wyraźnie  z  siebie  zadowolona.  –  Bardzo  ci 

dziękuję. 

– Dziękuję? 
– A czemu nie? – Spojrzała na niego niepewnie. – O, przepraszam, to był 

mój pierwszy raz. Co się zazwyczaj mówi, kiedy ktoś cię... 

–  Zgwałcił?  –  dokończył  za  nią  ostro.  –  Zdeflorował?  Casey  parsknęła 

ś

miechem. 

– Zdeflorował. Jezu! Jake, aleŜ z ciebie purytanin! Purytanin? On? 
– Nie bój się. Mój ojciec chyba nawet nie ma strzelby. 
– Casey, trzeba mi było powiedzieć. 
– Nie pytałeś. 
–  Wydawało  mi  się,  Ŝe  nie  muszę.  Miałaś  narzeczonego.  Dziś  miał  być 

twój ślub. 

– Nie zauwaŜyłeś, Ŝe moja suknia była biała? 
– Nie przypuszczałem, Ŝe dziś moŜe to jeszcze coś znaczyć. 
– To teraz wiesz. 
Jake nerwowo przeczesał palcami włosy i wpatrywał się w sufit. 
– Powinnaś mi powiedzieć. 
– Gdybym to zrobiła, to pewnie byś nie... 
– I masz rację! 
– Widzisz? 
Casey  znów  się  przeciągnęła,  ale  tym  razem  przez  jej  twarz  przemknął 

leciutki grymas bólu. 

Jake  na  moment  zamknął  oczy.  Cholera.  To  był  jej  pierwszy  raz,  a  on 

potraktował ją jak doświadczoną kobietę. 

– Sprawiłem ci ból? – spytał, drŜąc ze strachu przed odpowiedzią. 
–  Ból?  –  Casey  wsparła  się  na  łokciu  i  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  – 

Było... cudownie. Nie miałam pojęcia, Ŝe moŜe być aŜ tak. 

– A czego się spodziewałaś? 

background image

– Sama nie wiem. – Westchnęła i pogładziła palcem jego szyję. – Chyba 

domyślałam  się,  Ŝe  to  moŜe  być  przyjemne,  ale  Ŝe  aŜ  tak...  niesamowite  –  na 
pewno nie. 

Chwycił ją za rękę i mocno ścisnął jej dłoń. Nie mógł w to uwierzyć, ale 

nawet tak niewinne muśnięcie obudziło znów do Ŝycia jego ciało. 

Patrzył  na nią, na  masę  blond  włosów  okalających  jej  twarz  jak  aureola, 

na ciepły błysk w jej oczach. Kim był ten jej narzeczony? Dlaczego się z nią nie 
oŜenił? I dlaczego nawet się z nią nie przespał? 

Zanim zdąŜył się powstrzymać, to ostatnie pytanie powtórzył na głos. 
Casey  natychmiast  spowaŜniała.  Wyswobodziła  dłoń,  ułoŜyła  się  na 

plecach i rękami zasłoniła piersi. 

– Jakoś tak wyszło. 
–  Nie  rozumiem.  –  Teraz  Jake,  wsparty  na  łokciu,  przyglądał  jej  się 

uwaŜnie. – Myślałem, Ŝe nikt juŜ nie czeka z tym do ślubu. 

– To znaczy, Ŝe jestem zacofana. – Nie to chciałem powiedzieć. 
– Jeśli myślisz, Ŝe chciałam dla ciebie zachować moją niewinność, to się 

nie łudź. 

– Tego nie powiedziałem. 
Czy kaŜda rozmowa z Casey musi być taka trudna? 
– JuŜ raz przyszłam do ciebie i dałeś mi jasno do zrozumienia, Ŝe seks ze 

mną cię nie interesuje. 

– Myślałem, Ŝe tę sprawę juŜ sobie wyjaśniliśmy – zauwaŜył chłodno. 
– Masz rację. 
– Jak ma na imię? Mówiłaś, lecz zapomniałem? 
Casey przez chwilę jakby sobie przypominała, o czym rozmawiali. 
– Steven – odparła w końcu obojętnie. 
– Steven – powtórzył cicho Jake. – AleŜ z niego musi być kretyn. 
Casey uśmiechnęła się szeroko. 
– Jake, najdroŜszy! To chyba najmilsza rzecz, jaką mi powiedziałeś. 
Jake  wzniósł  oczy  do  góry,  a  potem  połoŜył  się  na  plecach  i  znów 

spoglądał w sufit. 

– Wróćmy do tego, co się stało przed chwilą. 
–  Dobrze  –  zgodziła  się  ochoczo  Casey  i  połoŜyła  głowę  na  jego 

ramieniu. – Bardzo chętnie. 

– Przestań, Casey – ostrzegł i próbował się odsunąć. 
– Nie moŜesz udawać, Ŝe mnie nie pragniesz, Jake – powiedziała i zsunęła 

dłoń na jego juŜ gotową męskość. 

–  Casey,  do  cholery!  –  Chwycił  jej  dłoń  w  Ŝelazny  uścisk.  –  Jesteś 

dziewicą. Przyjaciółką mojej siostry. Dzieckiem jeszcze! 

– Spokojnie, spokojnie, po kolei – zaprotestowała i musnęła wargami jego 

pierś. – Jak miałeś okazję zauwaŜyć, dziewicą juŜ nie jestem. 

background image

– BoŜe święty! 
–  A  Ŝe  jestem  przyjaciółką  Annie?  Co  z  tego?  KaŜdy  jest  czyimś 

przyjacielem. 

– Casey, przestań – mruknął, kiedy leciutko ugryzła jego sutkę. 
Casey uśmiechnęła się z wyraźnym zadowoleniem. 
–  Jeśli  chodzi  o  to  ostatnie  zastrzeŜenie,  to  chyba  nawet  ty  w  końcu 

zauwaŜyłeś, Ŝe dzieckiem teŜ juŜ bynajmniej nie jestem. 

Jake wciągnął powietrze głęboko do płuc. 
Casey  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Zrozumiała,  Ŝe  Jake  nie  ma  siły  dłuŜej 

się  opierać.  Poczuła,  Ŝe  ma  w  sobie  ogromną  moc.  Jake  Parrish  jej  pragnie. 
Nawet gdyby chciał, nie mógłby zaprzeczyć. 

Teraz juŜ wiedziała, czemu doznała takiej ulgi, kiedy Steven wystawił ją 

do wiatru. To jasne, Ŝe nie chciała wychodzić za męŜczyznę, którego wybrali dla 
niej rodzice. 

WciąŜ zbyt wiele czuła do Jake’a. 
– Dziewica – mruknął z niesmakiem Jake. 
Casey  nachyliła  się  nad  nim,  omiotła  go  włosami  i  lekko  pocałowała  w 

usta. 

– Jake, jedna dziewica mniej czy więcej nie spowoduje upadku moralnego 

naszego narodu. Nie jesteś przestępcą. Nie związałeś mnie i nie wziąłeś siłą. 

Na tę myśl Jake aŜ jęknął. 
– Jeśli juŜ, to raczej ja wykorzystałam ciebie. 
– Co takiego? 
– Wykorzystałam ciebie – powtórzyła, bardzo podniecona tym tematem. – 

Ja,  zdeprawowana  dziewczyna  z  miasta,  uwiodłam  biednego,  niewinnego 
ranczera. Tak go skołowałam, Ŝe nie miał wyboru i musiał mi się poddać. 

Na jego twarzy pojawił się niepewny uśmiech. 
– Lepiej się czujesz? 
– Być moŜe – odparł. 
–  Wiesz  co?  –  szepnęła,  muskając  wargami  jego  płaską  sutkę.  –  Mam 

pomysł, co zrobić, Ŝebyś na pewno poczuł się lepiej. 

–  Casey  –  rzekł  i  pogładził  ją  po  policzku  swoją  pokrytą  odciskami 

dłonią.  –  Nie  moŜemy  znowu  tego  robić.  To  był  błąd.  Powtórzenie  go  byłoby 
głupotą. 

Casey  skrzywiła  się  w  duchu,  ale  na  zewnątrz  prezentowała  pogodną 

minę. 

– Więc bądź głupcem, Jake – prosiła, całując jego oczy, brwi, policzki. – 

Choć przez tę jedną noc bądź głupcem. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Czekała, wstrzymując oddech. 
W  Ŝołądku  czuła  jakiś  dziwny  węzeł,  w  ustach  jej  zaschło,  z  trudem 

powstrzymywała drŜenie rąk. 

To śmieszne. Przed chwilą przecieŜ się z tym męŜczyzną kochała. Czym 

się  tu  niepokoić?  Znała  jednak  odpowiedź  na  to  pytanie.  To  ich  krótkie, 
namiętne spotkanie było dokładnie tym, przed czym zawsze ostrzegała ją matka. 
Kiedy  hormony  i  poŜądanie  wymykają  się  spod  kontroli,  czasami  robi  się 
rzeczy, których w normalnej sytuacji by się nie zrobiło. 

Jeśli  jednak  znów  będą  się  kochać,  to  dlatego,  Ŝe  oboje  zechcą 

doświadczyć  tego  znów,  tym  razem  bez  dzikiego,  wykluczającego  normalne 
rozumowanie, poŜądania. 

ZauwaŜyła,  Ŝe  Jake  zmarszczył  brwi,  a  w  jego  oczach  pojawił  się 

niepokój. 

– Co się stało? – spytała. 
– Coś mi przyszło do głowy. – Jake wsparł się na łokciach i wpatrywał się 

w Casey uwaŜnie. – Byłaś dziewicą i nie powiedziałaś mi o tym. 

– Myślałam, Ŝe tę sprawę juŜ omówiliśmy. 
– Czego jeszcze mi nie powiedziałaś? 
– Nie rozumiem? 
Co jeszcze mogłaby mu powiedzieć? 
– Casey, czy... czy ty...? Kurczę! Czy stosujesz jakąś antykoncepcję? 
Casey szeroko otworzyła usta. 
– Cholera. – Jak raŜony piorunem Jake opadł na łóŜko. 
–  Nigdy  o  tym  nie  myślałam  –  powiedziała  szybko.  –  Zawsze  chciałam 

mieć dzieci, a Steven mówił, Ŝe to moja sprawa. 

Stevenowi było do tego stopnia wszystko jedno, Ŝe nawet nie mówił, czy 

w  ogóle  chciałby  mieć  dzieci.  Casey  nigdy  nie  rozwaŜała  jakiegoś  sposobu 
zapobiegania  ciąŜy.  Właściwie  od  zawsze  chciała  mieć  prawdziwą,  własną 
rodzinę. 

Pogładziła  swój  twardy,  płaski  brzuch.  Ciekawe,  czy  Jake  juŜ  dał  jej  to 

maleństwo, o którym marzyła. 

Jake zauwaŜył jej gest i źle go zrozumiał. 
– Pewnie nie ma się czym  martwić – rzekł. – Szanse, Ŝe zaszłaś w ciąŜę 

juŜ przy pierwszym razie, są niewielkie. Ale jeśli tak, to coś wymyślimy – dodał 
szybko. 

Casey leŜała obok niego, głowę złoŜyła na jego piersi. Czuła, jak bije jego 

serce. Dopiero po chwili otoczył ją ramieniem. 

– Przepraszam cię, Casey – rzekł cicho. – To nie powinno się stać. Chyba 

background image

nigdy w Ŝyciu tak zupełnie nie rozstałem się z rozumem. 

– Nie przepraszaj. – Uniosła głowę i spojrzała na niego. – Od dawna tego 

chciałam. 

Jake parsknął śmiechem. 
– Nie pozwalasz męŜczyźnie na wyrzuty sumienia. 
– Bo nie ma do nich powodu. 
– Mogłaś zajść w ciąŜę – przypomniał, a obejmujące ją ramię na moment 

zesztywniało. 

– Ale moŜe nie zaszłam. Sam powiedziałeś, Ŝe szanse są niewielkie. 
Choć jeśli miałoby się to komuś zdarzyć, ona na pewno byłaby pierwsza 

w kolejce. Zawsze juŜ taka była z niej szczęściara. 

–  Tak.  –  Poklepał  ją  po  ramieniu,  wypuścił  z  objęć  i  wstał.  Stanął  obok 

łóŜka.  –  Wstań.  Znajdziemy  ci  jakieś  suche  ubranie.  MoŜesz  przespać  się  w 
dawnym pokoju Annie. Rano wezwę mechanika do twego auta. 

– Jake... 
– Casey, to koniec. 
– Wcale tak być nie musi – powiedziała szybko. 
Nie  chciała,  by  ta  jedna  noc  z  męŜczyzną,  o  którym  marzyła,  skończyła 

się  tak  szybko.  Ten  jeden  raz  chciała  robić  to,  czego  pragnęła.  Coś  dla  siebie. 
Coś, o czym mogłaby rozmyślać w następne noce. Coś, co zapamięta na zawsze. 

Najbardziej  na  świecie  pragnęła  znów  kochać  się  z  Jakiem.  Tym  razem 

gotowa była o to walczyć. 

– Nie moŜemy ryzykować drugi raz, Casey. 
– A nie ma innego sposobu? Nie moŜna czegoś zrobić? 
Jake  spojrzał  na  nią  i  w  półmroku  dostrzegła  na  jego  twarzy 

niezdecydowanie. Głębokim westchnieniem dodała sobie odwagi, usiadła prosto 
i  pozwoliła  opaść  prześcieradłu.  Jego  wzrok  przeniósł  się  teraz  na  jej  piersi,  a 
mina Jake’a stała się jeszcze bardziej niepewna. 

Casey nachyliła się ku niemu i wyciągnęła rękę. 
– To jest nasza noc, Jake. Noc, która była nam przeznaczona. 
– Nawet ty w to nie wierzysz, prawda? 
– Wierzę. 
Palce  jej  drŜały,  ramię  zaczynało  boleć,  ale  wciąŜ  trzymała  wyciągniętą 

ku niemu rękę. 

–  Z  jakiegoś  nie  znanego  nam  powodu  znaleźliśmy  się  dziś  razem. 

Głupotą byłoby rezygnować z takiej szansy. 

– Cholera, Casey... 
Gwałtowny  podmuch  wiatru  poruszył  blaszanym  parapetem.  Casey 

uśmiechnęła się. 

– To znak. 
– To wiatr – stwierdził zupełnie nieromantycznie Jake. 

background image

– Tylko dzisiaj, Jake. 
– Chyba zupełnie zwariowałem – mruknął, klękając na łóŜku i biorąc ją w 

ramiona. 

Casey  z  westchnieniem  wypuściła  tak  długo  wstrzymywany  oddech  i 

przytuliła  się  do  Jake’a.  Cieszyła  się  ciepłem  jego  ciała;  wiedziała,  Ŝe  musi  to 
wszystko  zapamiętać.  Swoje  piersi  przyciśnięte  do  jego  szerokiego  torsu.  Jego 
ramiona ciasno ją okalające, oddech muskający jej włosy, jej imię szeptane jego 
wargami. I pocałunek, taki jak ten. Delikatny, badający, obiecujący więcej. 

Casey  leŜała  na  piersi  Jake’a  jak  posłuszna  niewolnica.  Kiedy  zanurzył 

palce  w  jej  włosy,  zdziwiła  się,  Ŝe  skóra  głowy  to  teŜ  strefa  tak  niesamowicie 
erogenna. 

Jednym zwinnym ruchem Jake przetoczył się na brzuch i Casey znalazła 

się pod nim. Ani na moment nie przerwał pocałunku. Pogłębił go jeszcze, a jego 
język dokładnie badał wnętrze jej ust. 

Casey poczuła, Ŝe opuszczają ją resztki niepewności. 
Pieściła  jego  plecy,  masowała  mięśnie,  wyginała  się  w  łuk,  w  milczeniu 

prosząc o więcej. Chciała znów poczuć jego ręce i usta na swych piersiach. 

Jake  powolnymi,  wilgotnymi  pocałunkami  znaczył  linię  wzdłuŜ  jej  szyi. 

Wiedział,  Ŝe  jej  pierwszy  raz  powinien  być  szczególny  i  delikatny.  Nie  mógł 
jednak zmienić tego, co juŜ się stało. Mógł jednak dać jej to teraz. 

Kiedy otoczył wargami jej sutkę, jęknęła z rozkoszy i on, sam nie wiedząc 

czemu, teŜ odczuł falę rozkoszy. 

Potem  przesunął  rękę  w  dół  jej  brzucha  i  napotkał  gorącą,  wilgotną 

kobiecość. Casey czekała na niego, pragnęła go. 

Pieścił  ją  jeszcze  długo  i  powoli.  Poznawał  całe  ciało,  wszystkie  jego 

reakcje. A i ona poznawała jego. 

Kiedy juŜ Ŝadne z nich nie mogło czekać dłuŜej, Jake sięgnął do nocnego 

stolika i z szufladki wyciągnął maleńką foliową paczuszkę. W pośpiechu wsunął 
na  siebie  zabezpieczenie,  o  którym  za  pierwszym  razem  Ŝadne  z  nich  nie 
pomyślało. 

Potem  ułoŜył  się  między  jej  nogami  i  delikatnie  wniknął  w  jej  wilgotne 

ciepło. 

Patrzył,  jak  Casey  zamyka  oczy,  jak  wygina  szyją,  jak  poddaje  się 

namiętności. 

– Jake... – szepnęła i wyciągnęła ku niemu ramiona. 
Powstrzymał  się  i  nie  zareagował.  Opanowując  bezruchem  swoje 

poŜądanie,  powtarzał,  Ŝe  ten  raz  jest  przede  wszystkim  dla  niej.  Poruszały  się 
tylko  jego  palce,  delikatnymi  muśnięciami  pieszczące  ten  najwaŜniejszy  punkt 
jej kobiecości. 

Kiedy  uniosła  biodra  i  poruszyła  nimi  rytmicznie,  na  czole  Jake’a 

pojawiły  się  kropelki  potu.  Przygryzł  wewnętrzną  stronę  policzka  i 

background image

skoncentrował się wyłącznie na jej przyjemności. 

Oddychając cięŜko, szybko, urywanie, Casey w końcu otworzyła oczy. 
– Jake – szepnęła i wyciągnęła ku niemu rękę. 
Chwycił ją, jakby była to lina ratownicza na wezbranym  morzu. I wtedy 

ogarnęły ją pierwsze fale rozkoszy. 

początku 

powolne, 

potem 

coraz 

szybsze, 

gwałtowniejsze, 

wszechogarniające. Usłyszała czyjś krzyk i nie od razu zdała sobie sprawę, Ŝe to 
jej własny. 

WciąŜ trzymając jej dłoń, Jake przykrył ją swoim ciałem. Jego rytmiczne, 

głębokie ruchy prowadziły ją na sam szczyt. Otoczyła go nogami i przyjmowała 
w siebie najgłębiej, jak mogła. 

I wtedy jej szczyt stał się jego szczytem. Osiągnęli go razem, w tej samej 

chwili. 

 
Casey  poruszyła  się  we  śnie,  przerzuciła  nogę  przez  biodra  Jake’a  i 

ułoŜyła głowę w zagłębieniu jego ramienia. Jake podciągnął prześcieradło aŜ po 
jej szyję i z chmurną miną wpatrywał się w ciemności. 

Co, u diabła, przyszło mu do głowy? 
Z niechęcią przyznał, Ŝe rozum nie miał z tym nic wspólnego. Po prostu 

pozwolił  się  ponieść  emocjom.  Jak  jakiś  smarkaty  uczniak,  który  nie  potrafi 
panować nad swoimi hormonami, wziął, co mu oferowano, w ogóle nie myśląc 
o konsekwencjach. 

Casey  zamruczała  przez  sen,  chyba  nawet  zachichotała  cichutko  i 

przytuliła się do niego jeszcze mocniej. 

Przez  jego  ciało  natychmiast  przemknęła  seria  jakby  elektrycznych 

wyładowań. No, dobrze, to było coś więcej niŜ tylko hormony. Jeszcze nigdy w 
Ŝ

yciu nie doświadczył czegoś takiego. I bynajmniej nie było to tylko i wyłącznie 

czyste, zwierzęce poŜądanie. 

Nie miał jednak najmniejszego zamiaru pakować się w to wszystko. 
JuŜ raz dał się wrobić w miłość i małŜeństwo i nic z tego nie wyszło. Nie 

ma mowy, by znów próbował. 

A jednak, przyznał w duchu, sprawa wcale nie jest taka prosta. PrzecieŜ, 

na miłość boską, odebrał Casey dziewictwo. Zrobił coś, czego do tej pory jakoś 
udawało  mu  się  unikać.  A  tak  go  wychowano,  Ŝe  nie  mógłby  przespać  się  z 
dziewicą i po tym wszystkim po prostu odejść. 

Szczególnie jeśli tą dziewicą była Casey Oakes. 
I w dodatku, choć mało to prawdopodobne, mogła zajść z nim w ciąŜę. 
Co ma teraz zrobić? 
Potrząsnął  głową,  przeniósł  wzrok  na  okno  i  próbował  uporządkować 

myśli. 

Z  bezchmurnego  nieba  mrugały  do  niego  gwiazdy.  Burza  juŜ  przeszła. 

background image

MoŜe to dobry znak. 

Jake był pewien, Ŝe po kilku godzinach snu na pewno będzie mu się lepiej 

myślało. 

 
– Jezus Maria. 
Annie  ściągnęła  z  wieszaka  nad  prysznicem  mokrą  i  zabłoconą  ślubną 

suknię i pobiegła z nią do kuchni. 

– Mamo! – zawołała za nią mała dziewczynka. – Ja chcę siusiu. 
Ale  Annie  była  zbyt  podekscytowana,  by  usłyszeć  prośbę  córeczki. 

Musiała  natychmiast  podzielić  się  swoim  odkryciem  z  ojcem,  ciotką  i  wujem, 
którzy przy kuchennym stole czekali, aŜ Jake się obudzi. 

– Patrzcie! Patrzcie, co znalazłam! 
– O BoŜe – jęknęła ciotka Emma. – Co się stało z tą piękną suknią? 
– Gdzie ją znalazłaś? – spytał powaŜnie i spokojnie Frank Parrish. 
– W łazience – odparła Annie. – Wisiała na wieszaku prysznica. 
–  Trzeba  ją  było  tam  zostawić  –  powiedziała  Emma,  patrząc  z 

niesmakiem na smugę błota na eleganckich hiszpańskich kafelkach. 

–  Ciekawe,  po  co  Jake’owi  ślubna  suknia?  –  Wuj  Harry  w  zamyśleniu 

drapał się po brodzie. 

–  Czy  wy  nic  nie  rozumiecie?  –  Annie  rzuciła  suknią  ojcu  na  kolana  i 

patrzyła  na  swych  tępych  krewnych.  –  To  o  tym  mówił  wczoraj  Jake  przez 
telefon. 

– O czym? 
Annie  z  niesmakiem  spojrzała  na  niedomyślnego  wuja  i  skupiła  się  na 

ojcu. 

–  Jake  powiedział,  Ŝe  w  końcu  zdobył  coś,  czego  pragnął  od  bardzo 

dawna. 

– Tak? 
–  To  musi  być  to!  –  Annie  odsunęła  z  czoła  jakiś  niesforny  pukiel  i 

uśmiechnęła się do ojca. – Jake się oŜenił! 

Ciemnobrązowe oczy ciotki Emmy wyglądały jak ogromne spodki. 
– OŜenił? – powtórzył głośno wuj Harry. – Kto znów się oŜenił? 
– Jake. 
–  Annie  –  rzekł  surowo  Frank  Parrish.  –  PrzecieŜ  właściwie  niczego 

jeszcze nie wiemy. 

– To skąd ma tę suknię? 
Annie  była  tak  podniecona,  Ŝe  nie  zauwaŜyła,  Ŝe  jej  elegancki  koczek 

całkiem się rozleciał. 

– Co za świnia z niego! Dlaczego nic nam nie powiedział? Dlaczego mnie 

nie zaprosił? 

Frank Parrish w zamyśleniu przesunął dłonią po zabłoconej materii. 

background image

–  Jeśli  rzeczywiście  się  oŜenił,  to  ciekaw  jestem,  jak  to  się  stało. 

Przywiązał narzeczoną do siodła i ciągnął przez błoto, aŜ powiedziała „tak”? 

– Nie mam zielonego pojęcia. – Annie z lekkim uśmiechem przechadzała 

się  po  kuchni.  –  NiewaŜne,  jak  do  tego  doszło.  Chciałabym  tylko  wiedzieć,  z 
kim się oŜenił. 

– Mamo! 
Głos dziecka dobiegał gdzieś z holu. 
– Lisa! – krzyknęła zawstydzona Annie i ruszyła ku drzwiom. – Zupełnie 

o niej zapomniałam. Chciała siusiu. 

Ciotka Emma prychnęła z niesmakiem. 
– Siusiu. No wiesz, Annie. ZałoŜę się, Ŝe juŜ i tak za późno. 
– Siusiu to zupełnie kulturalne określenie. 
Annie  ostro  spojrzała  na  ciotkę.  Nie  po  raz  pierwszy  współczuła 

ukochanemu,  delikatnemu  wujowi  Harry’emu,  Ŝe  wziął  sobie  za  Ŝonę  taką 
sekutnicę. 

–  Nie  naleŜy  pozwalać  dziecku  na  publiczne  mówienie  o  czynnościach 

fizjologicznych. 

– Jakie publiczne? PrzecieŜ... 
Annie  zamilkła.  Nie  musiała  się  przed  nikim  tłumaczyć  ze  sposobu,  w 

jaki wychowuje swe dziecko. A juŜ na pewno nie przed ciotką Emmą. 

–  Mamusiu!  –  Lisa  była  wyraźnie  czymś  zaciekawiona.  –  Kto  to  jest  ta 

pani w tym łóŜku? 

Emmie aŜ dech zaparło. 
– Co? – spytał Harry. – Jaka pani? Gdzie? 
–  No,  no  –  mruknął  Frank.  Podniósł  się  z  krzesła  i  ruszył  za  córką  w 

stronę sypialni syna. 

TuŜ za nim podąŜali Emma i Harry. 
Drzwi  do  pokoju  Jake’a  były  szeroko otwarte.  Poranne  słońce  padało na 

wielkie łoŜe i leŜące w nim dwie postacie. 

Annie  jak  wmurowana  stanęła  w  progu.  Zaaferowany  ojciec  oczywiście 

na  nią  wpadł  i  popchnął  ją  na  środek  pokoju.  Zaraz  za  nimi  wparowała  ciotka 
Emma, wachlująca się parafialną gazetką. 

Harry poprawił swe druciane okulary i zza pleców Ŝony oceniał sytuację. 
Lisa,  czarnowłosa,  błękitnooka,  dwunastokilowa  kupka  energii,  stała  u 

stóp łóŜka i Przestępując z nogi na nogę, trzymała się za krocze. 

– Dzień dobry, synu – odezwał się w końcu Frank. 
–  Witam,  tato.  –  Jake  usiadł  na  łóŜku  i  patrzył  na  stojący  pośrodku  jego 

sypialni tłumek. – Cześć, Annie. 

– Wujku, kto to jest ta pani? – spytała znów Lisa. 
W  tej  właśnie  chwili  rzeczona  naga  pani  teŜ  usiadła  i  podciągnęła  pod 

brodę prześcieradło. Uśmiechała się niepewnie. 

background image

– Ta pani to twoja ciocia Casey – wyjaśniła dziecku Annie. 
– Czy ona moŜe mnie zaprowadzić na siusiu? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Jake  spojrzał  przez  ramię  na  przysypany  śniegiem  dom.  Jego  siostra 

zamknęła  się  w  nim  razem  z  Casey  i  Bóg  jeden  wie,  o  czym  rozmawiają. 
Skrzywił się z wyraźną niechęcią. Miał tylko nadzieję, Ŝe przynajmniej wujowi 
Harry’emu udało się utrzymać ciotkę Emmę z dala od telefonu. 

Od  momentu  kiedy  on  i  Casey  zostali  nakryci,  widział,  jak  bardzo 

ś

wierzbi  ciotkę  wskazujący  palec.  Nie  mogła  się  doczekać,  Ŝeby  rozpuścić  na 

cztery strony świata tę najnowszą plotkę. Wiadomość, Ŝe Jake został nakryty w 
łóŜku z panną młodą, wzbudzi na pewno ogólne zainteresowanie. A fakt, Ŝe nie 
była to jego Ŝona, doda całej sprawie szczególnego smaczku! 

Pamiętał,  Ŝe  kiedy  postanowił  rozwieść  się  z  Lindą,  nie  musiał  o  tym 

mówić nikomu ze znajomych. Emma zadbała, by dowiedziało się całe miasto. I 
w dodatku udało jej się tego dokonać w niecałe dwie godziny. 

. – No więc, synu... – rzekł cicho Frank Parrish. – Co masz zamiar w tej 

sprawie zrobić? 

– A co tu jest do zrobienia? 
Po co ta defensywna postawa? Jest przecieŜ dorosły. Casey zresztą teŜ. To 

niczyja  sprawa,  Ŝe  dwie  dorosłe  osoby  postanowiły  spędzić  razem  noc.  Jake 
skrzywił  się  i  skulił  ramiona.  Skoro  to  prawda,  to  dlaczego  czuje  się  jak 
nastolatek, przyłapany na kanapie w salonie z ręką pod spódniczką koleŜanki? 

–  Jake  –  spokojnie  zaczął  jeszcze  raz  ojciec.  –  Widziałem  tę  ślubną 

suknię. Była biała. Za moich czasów biała suknia coś mówiła. 

– Wszyscy teraz noszą biel, tato. 
Nie miał zamiaru przyznać, Ŝe w przypadku Casey biel sukni była w pełni 

usprawiedliwiona. 

–  Racja  –  westchnął  starszy  pan.  –  Przypuszczam,  Ŝe  w  dzisiejszych 

czasach  niełatwo  znaleźć  kobietę,  która  zachowała  czystość  aŜ  do  dnia  ślubu. 
Podejrzewam  zresztą,  Ŝe  równie  trudno  byłoby  znaleźć  męŜczyznę,  który  by 
taką decyzję zaakceptował. 

Jake  niepewnie  przestąpił  z  nogi  na  nogę.  Casey  czekała.  A  potem 

narzeczony  wystawił  ją  do  wiatru  przed  samym  ołtarzem.  Nie  mógł  tego 
wszystkiego  powiedzieć  teraz  ojcu.  Ani  o  tamtym  męŜczyźnie,  ani  o 
dziewictwie Casey. Zresztą, sądząc po minie starszego pana, i bez tego rozmowa 
zapowiadała się na trudną. 

Zaledwie  przed  kilkoma  dniami  rodzina  Parrishów  obchodziła  Święto 

Dziękczynienia.  Gdyby  Jake  wiedział,  co  się  wkrótce  wydarzy,  wcale  by  tak 
ochoczo nie dziękował. 

Teraz  mógł  tylko  liczyć  na  własny  zdrowy  rozsądek.  Był  przecieŜ 

człowiekiem końca dwudziestego wieku. 

background image

– Casey jest dorosła, tato. Potrafi sama podejmować decyzje. 
– Ty teŜ – odparł Frank Parrish. – I mam nadzieję, Ŝe właściwe. 
Co ojciec ma na myśli? Niestety, wiedział aŜ za dobrze. PrzecieŜ dopiero 

kiedy  było  po  wszystkim,  przypomniał  sobie  o  zabezpieczeniu.  I  całkiem 
moŜliwe, Ŝe Casey jest juŜ w ciąŜy. Z tym teŜ trzeba się liczyć. 

Mrucząc pod nosem, spojrzał na sięgające aŜ po horyzont ośnieŜone łąki. 

To śmieszne. Miałby zostać ojcem z powodu ulewy i zagubionego cielaczka. 

Wsparł się łokciami o płot i w duchu przekonywał samego siebie, Ŝe nie 

ma się czym martwić. 

Frank Parrish znów westchnął i oparł się łokciem o ten sam płot. 
– Wiesz, Ŝe jak tylko Emma dorwie się do telefonu, wszystko wszystkim 

rozpapla. 

– Tak. 
Czy  to  ma  jednak  jakiekolwiek  znaczenie?  I  on,  i  Casey  są  przecieŜ 

dorosłymi, wolnymi ludźmi. 

–  Mnóstwo  ludzi  chętnie  posłucha  o  tym,  jak  to  Casey  uciekła  sprzed 

ołtarza i chwilę potem wylądowała w twoim łóŜku. 

Jake  domyślał  się,  do  czego  doprowadzi  ta  rozmowa.  Tyle  tylko,  Ŝe  nie 

wiedział, jak ją przerwać. 

– Twoja matka... – zaczął Frank. 
No, no, tata wytacza największe armaty. 
– ...zawsze bardzo lubiła Casey. Traktowała ją jak własną córkę. 
Kurczę, mowy nie ma! Nie da się nikomu wrobić w kazirodztwo! 
– Ale nią nie była! 
– Rzeczywiście nie była naszym dzieckiem, ale traktowano ją tu tak samo 

jak Annie. 

To  prawda.  Jako  dziecko  Casey  mnóstwo  czasu  spędzała  na  ranczu 

Parrishów.  Jego  rodzice  świata  poza  nią  nie  widzieli.  Teraz  jest  juŜ  jednak 
całkiem dorosła. Nie potrzebuje obrońców. 

–  Ta  dziewczyna  jest  jakby  częścią  rodziny  –  ciągnął  Frank.  –  Nie 

pozwolę,  by  ktoś  ją  wykorzystał  czy  zrobił  jej  krzywdę.  Tak  samo  jak  nie 
dopuszczę, Ŝeby ktoś skrzywdził twoją siostrę. 

Frank mocno zacisnął usta. Na moment w jego oczach pojawił się smutek. 

Jake domyślił się, Ŝe myśli o nic niewartym byłym męŜu Annie. Wtedy Ŝaden z 
krewnych nie  mógł w  Ŝaden  sposób ochronić  jej  przed  cierpieniem  i  wstydem. 
Najwyraźniej Frank postanowił nie dopuścić do tego w przypadku Casey. 

Jake wyciągnął szyję, jakby czuł zaciskającą się wokół niej muszkę. Miał 

wraŜenie, Ŝe ramiona juŜ opina mu wypoŜyczony smoking. 

– Jest tylko jeden sposób, by ukrócić rozsiewane przez Emmę plotki. 
Kiedy  po  tych  słowach  Frank  na  chwilę,  zamilkł,  Jake  aŜ  za  dobrze 

wiedział,  co  go  za  moment  czeka.  W  zadumie  wpatrywał  się  w  obłoczek  pary 

background image

wydobywającej się z ust ojca. Milczał, bo nie chciał go prowokować. 

Mógł się domyślić, Ŝe  to  Franka nie powstrzyma.  I  tak powie, co  ma  do 

powiedzenia. Bez ogródek. 

– Powinniście się pobrać. No właśnie. Prosto z mostu. 
A  urojona  muszka  stawała  się  coraz  ciaśniejsza.  Właściwie  w  tej  chwili 

wręcz go dusiła. 

– Pobrać się? 
Jake  oderwał  się  od  płotu  i  wsunął  ręce  głęboko  w  kieszenie.  Stał 

naprzeciwko ojca i patrzył w jego powaŜne, surowe oczy. 

– Nie, tato, dzięki. Raz juŜ próbowałem. 
Frank Parrish nie rzekł ani słowa. Po prostu w milczeniu patrzył na syna. 
Jake  niespokojnie  przestąpił  z  nogi  na  nogę.  Takiego  rozczarowania  w 

oczach ojca nie widział od dnia swych siedemnastych urodzin. Jak inne głuptaki 
w  jego  wieku,  był  przekonany,  Ŝe  impreza  bez  piwa  nie  jest  w  ogóle  imprezą. 
Niestety,  po  urodzinowym  przyjęciu,  które  zorganizowali  dla  niego  koledzy, 
wracał  autem  do  domu.  Nie  zauwaŜył  drzewa,  które  wyskoczyło  na  drogę  i 
uderzyło w prawy błotnik jego auta. Z tamtego dnia do dziś pamiętał tylko minę 
ojca, który przyszedł po niego na posterunek. 

Od tamtej pory Jake robił wszystko, by nigdy więcej tej miny nie widzieć. 
I udawało mu się to. 
Do dzisiaj. 
Jake  znów  niepewnie  spojrzał  na  dom.  Cholera,  a  moŜe  ojciec  ma  rację. 

MoŜe  rzeczywiście  powinien  poprosić  Casey  o  rękę.  MoŜe  i  jest  koniec 
dwudziestego wieku, ale jeśli chodzi o moralność, małomiasteczkowa Ameryka 
tkwi jeszcze w wieku dziewiętnastym. I w gruncie rzeczy nie jest to wcale takie 
złe. Dopóki nie dotyczy go osobiście. 

Mimo wszystko był jeszcze jeden problem. Casey na pewno odrzuci jego 

oświadczyny.  Tym  samym  on  zrobi  to,  co  do  niego  naleŜy,  postąpi  zgodnie  z 
Ŝ

yczeniem ojca, a i tak nie wplącze się w kolejne nieudane małŜeństwo. 

– No więc jak? – spytał Frank. 
– Porozmawiam z nią. 
Casey  stała  przed  toaletką  i  rozczesywała  poplątane  włosy.  Potem  z 

niechęcią  spojrzała  w  lustrze  na  ubranie,  które  jej  dano.  Stary,  za  duŜy  dres 
Jake’a  wisiał  na  niej  jak  na  kiju  od  szczotki.  Za  długie  rękawy  zakrywały  jej 
dłonie  i  bez  przerwy  musiała  je  podciągać.  Nogawki  były  równocześnie 
skarpetami. 

Prawdziwe uosobienie kobiecości. 
– Czy ty mi w końcu powiesz, co się wczoraj wydarzyło? – Annie usiadła 

po turecku na łóŜku Jake’a. 

Casey spojrzała w lustro na odbicie przyjaciółki i uniosła brwi. 
Annie roześmiała się i uniosła w górę ręce. 

background image

– Dobrze, dobrze. Wiem co się stało. Nie mam tylko pojęcia, dlaczego. 
– Pewnie nie najlepiej sobie o mnie pomyślisz, jeśli ci powiem, Ŝe ja teŜ 

nie wiem. 

–  Posłuchaj,  Case.  –  Annie  wsparła  się  łokciami  o  kolana  i  nachyliła  ku 

przyjaciółce.  –  Kiedy  ostatni  raz  ze  sobą  rozmawiałyśmy,  szykowałaś  się  do 
ś

lubu z tym, jak mu tam... o, właśnie, ze Stevenem. 

–  Zgadza  się  –  odparła  Casey.  –  Ja  szykowałam  się  do  ślubu,  a  on 

obmyślał ucieczkę. W przeciwnym kierunku. I beze mnie. 

– Jezus Maria. Dostałaś kosza? Ten cham wystawił cię do wiatru? 
– Czy zauwaŜyłaś, jakie to ładne określenie? Wystawić kogoś do wiatru. 
– Ładne? 
Annie  w  zamyśleniu  przechyliła  głowę,  zasłaniając  twarz  gęstymi, 

czarnymi włosami. 

Casey  odwróciła  się  i  przysiadła  na  toaletce.  Zakłopotanie  przyjaciółki 

wcale  jej  nie  zdziwiło.  Ona  sama  zresztą,  teŜ  powinna  być  co  najmniej 
zakłopotana. A, o dziwo, wcale nie była. 

Czuła  się  tak,  jakby  uciekła  z  więzienia  w  szeroki,  wspaniały  świat. 

Zgoda.  Steven  był  w  gruncie  rzeczy  całkiem  w  porządku,  a  więzienie  to  moŜe 
zbyt  drastyczne  określenie.  Kiedy  jednak  przypomniała  sobie  szybkie, 
pozbawione  namiętności  pocałunki,  jakie  wymieniała  ze  swym  byłym 
narzeczonym,  i  porównała  je  z  pocałunkami  Jake’a...  Nie,  tego  nie  dało  się 
porównać. 

Wczoraj omal nie poślubiła niewłaściwego męŜczyzny. Tylko po to, Ŝeby 

sprawić  przyjemność  rodzinie.  śeby  nie  zranić  uczuć  Stevena.  I  poniewaŜ  nie 
wyobraŜała  sobie,  by  po  tych  wszystkich  wysiłkach  i  wydatkach  moŜna  było 
ś

lub odwołać. 

Dziś jednak wszystko wydawało jej się moŜliwe. Mimo Ŝe przyłapano ją 

nagą w łóŜku Jake’a. I to kto? Jego własny ojciec! 

– Nigdy nie będę mogła spojrzeć w twarz twojemu tacie. 
– Podejrzewam, Ŝe nikt nie patrzył wtedy na twoją twarz, Casey. 
– O BoŜe. 
Annie parsknęła śmiechem, wstała z łóŜka i podeszła do przyjaciółki. 
– Nie martw się tym wszystkim. 
– Ale twój wuj Harry jest pastorem. 
– O ile wiem, pastorzy teŜ uprawiają seks. Annie zamilkła na moment i aŜ 

się wzdrygnęła. 

–  Choć  na  samą  myśl  o  nim  i  ciotce  Emmie  w  łóŜku  powaŜnie 

zastanawiam się nad wstąpieniem do klasztoru. 

Casey roześmiała się i od razu poczuła się lepiej. 
– Widzisz? Śmiech to najlepsze lekarstwo. 
– Ciekawe, czy powiesz to samo, kiedy zobaczysz, co Lisa zrobiła ze swą 

background image

piękną, nową sukienką. 

W drzwiach stał Jake. 
– Co stało się tym razem? – spytała z wyraźną rezygnacją Annie. 
–  Nie  wiem  na  pewno.  –  Jake  wzruszył  ramionami.  –  Wysmarowała  się 

czymś czarnym i, moim zdaniem, trudno zmywalnym. 

– O BoŜe – westchnęła Annie i wstała. – Zaraz wrócę, Case. Nie odchodź. 
– Nie odejdzie na pewno – zapewnił siostrą Jake. Casey spojrzała na jego 

powaŜną minę. 

– Bo? 
– Bo najpierw musimy porozmawiać. 
– O czym? 
– O naszym ślubie. 
Ś

wiat nagle zawirował i Casey musiała przytrzymać się toaletki. 

Jake wziął ją za rękę i podprowadził do łóŜka. 
– O ślubie? – Casey z niedowierzaniem pokręciła głową. 
– Casey – zaczął Jake. – Emma marzy tylko, Ŝeby jak najszybciej dorwać 

się do telefonu. Za chwilę Harry i tata nie będą juŜ w stanie jej powstrzymać. 

– Więc? 
–  Telefon  w  jej  ręku  to  siła  potęŜniejsza  od  najgorszych  plotkarskich 

pism. 

– Masz coś przeciw plotkom? 
Casey natychmiast poŜałowała swoich słów. Z tego, co mówiła jej Annie, 

rozwód  Jake’a  nie  był  sprawą  przyjemną.  I  na  pewno  niejednej  plotce  musiał 
wtedy stawić czoło. 

– Tym razem to nie o mnie będą mówić – rzekł Jake, nerwowo spacerując 

po pokoju. – Nie budzę juŜ Ŝadnych sensacji. Za to ty... 

– Ja... 
Casey  nie  odrywała  od  niego  swoich  zielonych  oczu.  Nawet  w  tym 

starym,  granatowym,  za  duŜym  dresie  wyglądała  cholernie  pociągająco.  Jake 
zacisnął zęby, ignorując falę gorąca, ogarniającą jego krocze. Wiedział, Ŝe musi 
chronić tę dziewczynę przed plotkami i pomówieniami. 

–  Jake,  przecieŜ  ja  juŜ  tu  nawet  nie  mieszkam.  Niewiele  mnie  obchodzi, 

co mówią o mnie ludzie z Simpson! 

–  Morgan  Hill  wcale  nie  jest  tak  daleko  –  przypomniał.  –  A  nazwisko 

Oakes jest dobrze znane w tych stronach. 

Na wspomnienie rodziny Casey zbladła. 
Nic dziwnego. Jej rodzice na pewno nie będą zachwyceni, kiedy ich córka 

stanie się tematem plotek. Jake zaklął pod nosem i odwrócił się. Czemu się tak 
tym  przejmuje?  Miał  ją  przecieŜ  tylko  poprosić  o  rękę.  Zrobić  to,  co  naleŜy. 
Dlaczego  stara  się  ją  namówić,  Ŝeby  powiedziała  „tak”,  skoro  przyszedł  tu  z 
nadzieją, Ŝe odmówi? 

background image

Wystarczy. Koniec. To nie jego sprawa. Skoro Casey uwaŜa, Ŝe da sobie 

radę z Emmą i  jej przyjaciółeczkami – nie  mówiąc juŜ o jej ojcu, Hendersonie 
Oakesie  –  to  niech  się  z  nimi  zmierzy.  On  zrobił  juŜ  wszystko,  co  mógł  i 
powinien. Zaproponował jej małŜeństwo. 

O  BoŜe,  czy  ten  dzień  kiedyś  się  skończy?  Potarł  mocno  kark,  jakby 

chciał  rozluźnić  nie  istniejącą  muszkę.  Do  licha,  nie  miał  nawet  okazji,  by 
powiedzieć  rodzinie  o  ziemi,  którą  wreszcie  udało  mu  się  kupić.  To  miał  być 
wielki dzień. Powinien czuć się zwycięzcą. 

– No cóŜ. 
– Dobrze, Jake – powiedziała cicho Casey. 
– Co dobrze? – Jake był wyraźnie zaskoczony. 
– Dobrze, wyjdę za ciebie. 
Muszka wróciła na miejsce. Jej ucisk był jeszcze silniejszy. 
 
Piękna i Bestia. 
To  określenie  wpadło  mu  do  głowy,  kiedy  patrzył  na  idącą  ku  niemu 

swoją  narzeczoną  wspartą  na  ramieniu  ojca.  Casey  wyglądała  przepięknie.  Jej 
włosy, podtrzymywane koroną z czerwonych róŜ i goździków, spływały lśniącą 
kaskadą na ramiona. Delikatna bawełna sukni, duŜo ładniejszej niŜ poprzednia, 
oplatała jej nogi. Piękna. 

Potem  Jake  przeniósł  wzrok  na  Bestię.  Henderson  Oakes.  Człowiek 

niecierpliwy  i  pozbawiony  poczucia  humoru.  Z  ponurą  miną,  jakby  pod 
przymusem, prowadził swą uśmiechniętą córkę ku narzeczonemu. 

W  pierwszym  rzędzie  krzeseł  siedział  Frank  Parrish  w  towarzystwie 

Emmy,  która  co  chwila  ocierała  koronkową  chusteczką  swe  zupełnie  suche 
oczy.  Po  drugiej  stronie  prowizorycznej  nawy  siedziała  matka  Casey,  Hilary, 
wystrojona  w  jedwab  i  diamenty.  Przez  cały  czas  kręciła  się  na  krześle,  jakby 
bała się, Ŝe się rozpadnie pod jej idealnie wyrzeźbionym ciałem. 

Nic  dziwnego,  Ŝe  Casey  postanowiła  zawiadomić  rodziców  o  swojej 

decyzji  dopiero  w  przeddzień  ślubu.  Właściwie  Jake  nie  miałby  nic  przeciw 
temu,  gdyby  nie  zawiadomiła  ich  w  ogóle.  Dopiero  teraz  zrozumiał,  dlaczego 
zgodziła się na to małŜeństwo. Nawet ono było lepsze niŜ ciągłe wysłuchiwanie 
ich uwag o tym, jaka to jest do niczego. 

Bestia nareszcie stanęła przed nim. WłoŜyła rękę Pięknej w dłoń Jake’a i 

odeszła, z ulgą dystansując się do tego związku. 

Casey ujęła Jake’a pod ramię i zwróciła się ku wujowi Harry’emu, który 

miał odprawić naboŜeństwo. Od razu się uspokoiła. Czuła, co prawda, wbijające 
się  w  jej  plecy  niechętne  spojrzenia  rodziców,  ale  wiedziała,  Ŝe  oprócz  nich 
wszyscy  dobrze  jej  Ŝyczą.  Obok  niej  stali  jej  bracia.  J.  T.  nawet  puścił  do  niej 
oko. 

Wyprostowała  się,  uśmiechnęła  do  Annie  i  w  końcu  skupiła  się  na 

background image

pastorze. 

W  lekko  rozświetlonym  słońcem  salonie  pachniało  świeŜymi  gałęziami 

sosny.  Ten  cichy,  zwyczajny  s  lub  był,  według  niej,  duŜo  piękniejszy  niŜ 
„wydarzenie”,  które  przez  cztery  miesiące  przygotowywała  osobista  sekretarka 
matki. 

Z kominka rozległ się trzask i Casey przysunęła się bliŜej do Jake’a. 
AleŜ  to  się  wszystko  skomplikowało.  Teoretycznie  powinna  być  w  tej 

chwili na Hawajach. Z innym męŜczyzną. A jednak bierze ślub z człowiekiem, 
którego kocha od dziecka. I wcale jej nie zniechęca jego brak entuzjazmu. 

–  Tak  –  rzekł  Jake  i  Casey  wróciła  do  rzeczywistości.  Akurat  w  samą 

porę, by i ona wypowiedziała słowa przysięgi. 

–  Ogłaszam  was  męŜem  i  Ŝoną.  –  Wuj  Harry  uśmiechnął  się  do 

nowoŜeńców. – MoŜesz teraz pocałować pannę młodą, Jake. 

Jake posłusznie zwrócił się w stronę Casey i spojrzał w jej zielone, pełne 

nadziei  oczy.  Gdzieś  w  głębi  duszy  na  ułamek  sekundy  poczuł  lekki  Ŝal,  ale 
szybko  go  odsunął  od  siebie.  Wiedział  juŜ,  czym  naprawdę  jest  małŜeństwo. 
Szkoda,  Ŝe  akurat  on  będzie  naocznym  świadkiem  edukacji  Casey  w  tych 
sprawach. śałował, Ŝe Ŝycie nauczyło go nie wierzyć w „miłość aŜ do grobowej 
deski”. 

Nieliczni  zgromadzeni  goście  klaskaniem  w  dłonie  domagali  się 

pocałunku.  W  oczach  Casey  pojawiła  się  niepewność.  Jake  wiedział,  Ŝe  to  on 
jest  tego  przyczyną.  Schylił  się,  by  złoŜyć  na  jej  wargach  ten  obowiązkowy 
pocałunek. Ledwo jednak ich dotknął, nie mogło być juŜ mowy o jakimkolwiek 
obowiązku. Casey objęła go za szyję, a jej język połączył się z jego językiem w 
milczącym tańcu. 

Gdzieś,  jakby  z  oddali,  słychać  było  gorący  aplauz  gości,  ktoś  nawet 

gwizdnął przeciągle. 

– Prawdziwe małŜeństwo z miłości – podsumował imprezę wuj Harry. 
Tego Jake nie był wcale pewien. Tylko poŜądanie na pewno było szczere. 
 
– Powiedz otwarcie, Cassandro – rzekł Henderson Oakes. – Zgodziłaś się 

na  ten...  ślub,  Ŝeby  zachować  twarz.  Steven  nas  upokorzył  i  chciałaś  to  jakoś 
naprawić. 

Casey z trudem przełknęła ślinę i spojrzała przez otwarte drzwi na salon i 

wesoło  bawiących  się  gości.  O  ileŜ  wolałaby  być  tam  z  nimi,  niŜ  w  kuchni 
wysłuchiwać tego wykładu. 

–  Nie  rozumiem  tylko,  jak  mogłaś  przypuszczać,  Ŝe  ślub  z  męŜczyzną, 

którego  prawie  nie  znasz,  i  to  zaledwie  tydzień  po  tym,  jak  dostałaś  kosza  od 
innego, wymaŜe to publiczne upokorzenie. 

Matka teŜ, oczywiście, musiała powiedzieć swoje. 
– Znam Jake’a od lat, mamo. 

background image

Hilary ściągnęła brwi, lecz zaraz przypomniała sobie, Ŝe od tego robią się 

zmarszczki. Jej twarz znów przypominała maskę. 

–  Owszem,  wiem,  Ŝe  znasz  tę  rodzinę.  Ale  naprawdę,  Cassandra,  nie 

przebiera się w narzeczonych jak w ulęgałkach. 

Casey głęboko westchnęła. 
–  Jestem  pewien,  Ŝe  Steven  wkrótce  by  się  opamiętał.  –  Głos  ojca  był 

ostry jak sztylet. – Niepotrzebnie wpadłaś w panikę. 

– Wcale nie wpadłam w panikę – odparła zdecydowanie Casey. – I gdyby 

nawet Steven wrócił, na pewno bym za niego nie wyszła. 

–  AleŜ  wyszłabyś,  moja  droga.  Drobne  nieporozumienie  to  jeszcze  nie 

powód, by odrzucać taką dobrą partię. Takie rzeczy się zdarzają. 

Matka  podkreśliła  swoje  słowa  machnięciem  chusteczki,  obficie 

skropionej najmodniejszymi perfumami. 

Drobne  nieporozumienie?  Wystawienie  narzeczonej  do  wiatru  przed 

ołtarzem  w  obecności  kilku  setek  ludzi  naprawdę  trudno  nazwać  drobnym 
nieporozumieniem. 

– Rozmawiałem juŜ z ojcem Stevena. Załatwi to z synem i wszystko jakoś 

się ułoŜy. Jak tylko zajmiemy się tym twoim małŜeństwem, Cassandra – dodał z 
oŜywieniem  ojciec  –  do  którego  w  ogóle  by  nie  doszło,  gdybyś  wcześniej 
powiadomiła nas o swych planach. 

Właśnie  dlatego  dopiero  wczoraj  wieczorem  powiedziała  rodzicom  o 

ś

lubie.  A  najchętniej,  gdyby  Jake  tak  nie  nalegał,  wcale  by  ich  o  tym  nie 

uprzedziła. 

Jakie  to  typowe  dla  Hendersona  Oakesa...  PrzyjeŜdŜa  na  ślub,  wydaje 

swoją  córkę  za  mąŜ  i  przez  cały  czas  kombinuje,  jak  tu  uniewaŜnić  to 
małŜeństwo.  Casey  ani  przez  chwilę  nie  wątpiła,  Ŝe  rodzice  przyjadą. 
Hendersonowi  i  Hilary  zawsze  zaleŜało  na  pozorach.  UwaŜają,  Ŝe  dopóki 
wyglądają jak rodzina, to nią naprawdę są. 

– Tato. – Casey zdecydowanym tonem zmusiła ojca do słuchania. – Teraz 

jestem juŜ Ŝoną Jake’a. I tak zostanie. 

– Bzdura. 
Nic  się  nie  zmieniło.  Ale  czy  mogła  się  spodziewać,  Ŝe  będzie  inaczej? 

Rodzice  nigdy  jej  nie  słuchali.  Nigdy  nie  interesowali  się  tym,  co  ma  do 
powiedzenia. Casey zapragnęła uciec do salonu. Śmiać się, tańczyć i bawić jak 
reszta gości. Uciec od tych ludzi, którzy przecieŜ powinni ją kochać najbardziej. 

–  Casey,  kochanie,  rozwód  teŜ  jest  dla  ludzi.  –  Hilary  Oakes  znów 

pomachała  chusteczką.  –  Nawet  w  najlepszych  rodzinach  stał  się  czymś... 
zwyczajnym. 

– KaŜę mojemu księgowemu skontaktować się z panem Parrishem – rzekł 

Henderson.  –  Jestem  pewien,  Ŝe  znajdziemy  jakieś  rozsądne  rozwiązanie  i 
zrekompensujemy mu wszelkie poniesione wydatki i kłopoty. 

background image

Casey mocno zacisnęła pięści. Skoncentrowała się na bólu fizycznym, bo 

wtedy  łatwiej  jej  było  znieść  słowa  rodziców.  Kłopoty?  Ciekawe,  czy  Jake  teŜ 
uwaŜa ją za kłopot... 

– Casey? 
Casey ze szczerą radością powitała Jake’a. Jeszcze nigdy jego widok nie 

sprawił  jej  takiej  radości.  W  smokingu  wyglądał  wspaniale,  choć  wiedziała,  Ŝe 
wcale nie jest zachwycony tym „idiotycznym przebraniem”, jak to określił. 

Jake  skinął  głową  jej  matce,  a  do  ojca  wyciągnął  rękę.  Henderson, 

wyraźnie  niechętnie, przywitał  się  ze swym  nowym  zięciem.  JuŜ otwierał usta, 
Ŝ

eby coś powiedzieć, lecz Jake go uprzedził. Wziął Casey za ręce i delikatnie je 

ś

cisnął. 

– Zapraszam do naszego pierwszego tańca, pani Parrish. 
– Z przyjemnością, drogi męŜu. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
–  Przeniosłem  moje  rzeczy  do  pokoju  gościnnego  –  rzekł  Jake,  unikając 

jej wzroku. 

– Nie rozumiem. 
On  teŜ  tego  nie  rozumiał.  Wiedział  tylko,  i  to  na  pewno,  Ŝe  sama 

przysięga  nie  oznacza  jeszcze  małŜeństwa.  Do  tego  potrzebna  jest  miłość. 
Przekonał się o tym aŜ nadto boleśnie. 

Goście  juŜ  odjechali.  Resztki  po  przyjęciu  włoŜono  do  lodówki. 

Większość bałaganu posprzątano. Jake i Casey zostali sami. 

A w domu było tak cicho. 
Intymnie. 
– Posłuchaj, Casey... – zaczął mówić Jake i spojrzał jej prosto w oczy. Nie 

był przecieŜ tchórzem. – Oboje wiemy, Ŝe nie jest to normalne małŜeństwo. 

– Ale mogłoby być normalne. 
Jedna  z  róŜ  wysunęła  się  z  jej  wianka  i  opadła  na  policzek.  Casey  była 

lekko  zarumieniona,  a  na  prawej  piersi  miała  kilka  maleńkich  malinowych 
plamek. Najwyraźniej mała Lisa wymogła na swej nowej ciotce taniec czy dwa i 
nie umyła przedtem rąk. 

Maliny i piersi Casey. Intrygująca kombinacja. 
Jake zesztywniał, ale zignorował sygnały swego ciała. Mowy nie ma. Nie 

będą rządziły nim hormony. 

–  Casey,  po  prostu  zobaczmy,  jak  się  nam  ułoŜy,  dobrze?  Powoli,  bez 

pośpiechu. Przyzwyczajmy się najpierw do siebie. 

Casey  przechyliła  głowę  i  przez  chwilę  wpatrywała  się  w  Jake’a  w 

milczeniu. 

– Dlaczego poprosiłeś mnie o rękę? 
– Z wielu powodów. 
– Podaj mi choć jeden – poprosiła i złoŜyła ręce na piersiach. 
Jake  spojrzał  na  biust  Casey  i  przez  ułamek  sekundy,  zanim  się 

zorientował i spuścił oczy, wydawało mu się, Ŝe przez materiał jej sukni dojrzał 
ciemnoróŜowe  sutki.  Jak  to  moŜliwe,  by  taka  skromna  sukienka  była  tak 
kusząca? 

– Dobrze – mruknął. – MoŜe jesteś w ciąŜy. 
–  Kiepski  wykręt.  Za  tydzień  czy  dwa  będziemy  znali  prawdę.  Mogłeś 

zaczekać. 

– No, dobrze, a co z moją rodziną, która przyłapała nas w łóŜku? 
Na  wspomnienie  jej  chłodnej,  jedwabistej  skóry  pod  swoimi  dłońmi  z 

trudem  stłumił  jęk.  Przez  cały  miniony  tydzień torturowały  i  prześladowały  go 
te obrazy. Tak dobrze pamiętał jej głośne westchnienia. Ciche okrzyki radości i 

background image

wilgotną, gorącą kobiecość, zaciskającą się wokół niego. 

Poczuł, Ŝe jego męskość teŜ reaguje na te wspomnienia. Zmienił pozycję, 

oparł się o framugę, ale niewiele to pomogło. 

– Owszem, było to dość krępujące, ale świat się od tego nie zawalił. 
–  Do  jasnej  cholery,  Casey!  Jakie  to  ma  znaczenie,  dlaczego  poprosiłem 

cię o rękę? Poprosiłem, zgodziłaś się i teraz jesteśmy małŜeństwem. 

–  To  ma  znaczenie,  Jake.  –  Casey  rozplotła  ręce  i  zrobiła  krok  w  jego 

stronę. – Tak samo jak powód, dla którego ocaliłeś mnie przed przesłuchaniem 
rodziców. 

Sam  nie  wiedział,  dlaczego  to  zrobił.  Po  prostu  zauwaŜył,  Ŝe  Casey 

samotnie zmaga się z dwojgiem najbardziej onieśmielających ludzi na świecie, i 
pospieszył jej na ratunek. Instynkt opiekuńczy. Po prostu instynkt. 

–  Miałem  wraŜenie,  Ŝe  potrzebujesz  wsparcia  Ŝyczliwej  osoby  – 

powiedział tylko. 

– I zgłosiłeś się na ochotnika. 
– Jestem twoim męŜem. 
– Właśnie. 
Casey machinalnie kiwnęła głową. Potem objęła go za szyję. 
– Casey. 
Jake  nagle  zesztywniał.  Potrzebował  całej  swojej  siły  woli,  by  nie 

chwycić jej w ramiona i nie przytulić do siebie. 

–  Jake  –  szepnęła  i  wspięła  się  na  palce.  –  Nie  chcesz  wiedzieć,  czemu 

zgodziłam się za ciebie wyjść? – spytała, niemal dotykając ustami jego warg. 

– Nie – odparł, choć bardzo chciał wiedzieć, czemu to zrobiła. – MoŜe z 

tych samych powodów, dla których ja ci się oświadczyłem. 

– Nie. – Leciutko musnęła wargami jego usta. 
Jake głośno wciągnął powietrze i mocno zacisnął pięści. 
– To bardzo proste – zaczęła, lecz przerwała, by go pocałować. – Ja sama 

doszłam do tego dopiero dziś po południu. 

Jake wiedział, co nastąpi. Przygotował się na jej deklarację. 
–  Kocham  cię,  Jake.  Zawsze  cię  kochałam.  –  Znów  go  pocałowała.  –  I 

zawsze będę cię kochała. 

Jego hormony uspokoiły się. PoŜądanie zgasło jak Ŝagiew oblana kubłem 

zimnej wody. Patrzył tylko na Casey w milczeniu, a ona od razu wyczuła, Ŝe coś 
jest nie tak. Zobaczył to w jej oczach. Rozplotła ręce i cofnęła się o krok. 

– Jake? 
– Kochasz mnie? 
– Tak. 
–  A  zaledwie  tydzień  temu  miałaś  zamiar  wyjść  za  kogoś  innego  – 

przypomniał. – Jego teŜ kochałaś? 

– Nie. 

background image

– Ale mimo to wyszłabyś za niego? 
–  MoŜe  w  ostatniej  chwili  powiedziałabym:  nie,  ale  tego  się  nigdy  nie 

dowiemy, prawda? 

– Rzeczywiście. 
Jake  oderwał  się  od  framugi  i  głęboko  wciągnął  powietrze,  ignorując 

zapach  perfum  Casey.  Cholera,  nie  moŜe  sobie  pozwolić  na  uczucia  wobec 
jakiejkolwiek kobiety. Na zaleŜność od niej. Dla nich przecieŜ słowo „kocham” 
nic nie znaczy. I jeśli męŜczyzna im uwierzy, przepada. 

No, ale nie Jake Parrish. 
Drugi raz nie da się Ŝadnej nabrać. 
Miał nadzieję, Ŝe uda im się osiągnąć jakiś kompromis. Wierzył, Ŝe będą 

przyjaciółmi  –  i  kochankami.  PrzecieŜ  juŜ  się  przekonali,  Ŝe  w  łóŜku  są 
idealnymi partnerami. 

Ale  skoro  Casey  mówi  o  miłości,  on  nie  moŜe  ryzykować.  Choćby  nie 

wiadomo jak tego pragnął, nie będzie się kochał z Casey, dopóki ta kobieta nie 
zrozumie,  Ŝe  on  nie  moŜe  jej  kochać.  Nie  chciał  juŜ  nigdy  więcej  mieć  do 
czynienia z miłością. 

Casey  wstrzymała  oddech.  Jake  patrzył  na  nią  w  milczeniu  i  pomimo 

usilnych  starań  czuł,  jak  budzi  się  jego  ciało.  Ono  najwyraźniej  miało  inne 
plany. 

– Dobranoc, Casey – mruknął i wyszedł, póki jeszcze było go na to stać. 
 
Minął juŜ ponad tydzień, ale nic się nie zmieniło. 
Casey siedziała przy kuchennym stole i nie widzącym wzrokiem patrzyła 

w  okno.  Jake  był  gdzieś  na  terenie  rancza  ze  swoim  pracownikiem.  Tak  jak 
kaŜdego  dnia  od  ich  ślubu.  Robił  wszystko,  co  mógł,  by  jej  unikać.  Nawet 
wieczorem, kiedy cała robota była juŜ zrobiona i mogliby trochę porozmawiać, 
on chował się w swoim gabinecie. Drzwi do tego pokoju, tak jak i do jego serca, 
były przed nią. zamknięte. 

Patrząc w przeszłość, Casey doszła do wniosku, Ŝe prawdziwe problemy 

zaczęły  się,  kiedy  powiedziała  swojemu  świeŜo  poślubionemu  małŜonkowi,  Ŝe 
go kocha. Na jej twarzy pojawił się krzywy uśmiech. To nie były słowa, które w 
normalnej sytuacji mogłyby stać się zarzewiem wojny. 

No, tak, ale nie była to przecieŜ sytuacja normalna. 
Casey  westchnęła  i  wypiła  łyk  kawy.  JuŜ  zapomniała,  ile  filiŜanek  tego 

dnia opróŜniła. Uznała jednak, Ŝe powinna się nią cieszyć, dopóki moŜe. 

Jeśli  to,  co  podejrzewa,  okaŜe  się  prawdą,  przez  najbliŜsze  dziewięć 

miesięcy będzie się musiała obejść bez kofeiny. 

Z  przyjemnością sączyła  gorący,  czarny  napar.  Prawdziwa,  mroźna zima 

zaczęła  się  w  Simpson  przed  kilkoma  dniami,  ale  to  było  nic  w  porównaniu  z 
lodowatą atmosferą, jaka panowała w domu państwa Parrishów. 

background image

Chyba  zaskoczyła  Jake’a  swą  miłosną  deklaracją.  Ona  teŜ  była 

zaskoczona, kiedy sama sobie uświadomiła, Ŝe kocha Jake’a. Nie podejrzewała 
jednak, Ŝe po usłyszeniu jej wyznania mąŜ zmieni się w nieczuły na nic głaz. 

Dzwonek telefonu przerwał te smutne rozmyślania i rozdrapywanie ran. 
Zanim rozległ się po raz drugi, Casey chwyciła słuchawką. 
– Halo? – warknęła. 
–  Dzień  dobry,  słoneczko,  cieszę  się,  Ŝe  jesteś  w  dobrym  humorze  – 

odrzekła Annie. 

– Przepraszam. Nie jestem dziś w sosie. 
–  Rozumiem,  pamiętam  doskonale,  jak  ja  się  czułam  w  tych  pierwszych 

dniach. 

– Annie... 
W ogóle nie powinna o tym mówić. Nawet swojej najlepszej przyjaciółce. 

Najpierw musi być pewna. No i porozmawiać z Jakiem. 

– Więc jeszcze nie zrobiłaś testu? 
– Nie. 
– Dlaczego? Na co czekasz? Casey zmarszczyła brwi. 
– Jeśli wynik będzie pozytywny, to dopiero się tu wszystko pokomplikuje. 
– Case, kochanie, nierobienie tego testu równieŜ niczego nie zmieni. 
– Wiem, wiem. 
Casey  sięgnęła  do  szuflady  i  wyjęła  róŜowo-białe  pudełko,  które 

poprzedniego dnia kupiła w aptece. 

– Zresztą to mało prawdopodobne – powiedziała z wymuszoną swobodą. 

– No, wiesz, szanse są niewielkie. MoŜe jedna na milion. 

– To prawda. 
– JuŜ wcześniej mój okres czasem się opóźniał. 
– Tak bywa. 
– Więc nie ma się czym martwic, prawda? 
– Prawda. 
– Kłamczucha. 
– Tchórz. 
– No, dobrze – westchnęła Casey. – Zrobię ten test. 
– Teraz? 
– Jak tylko odłoŜę słuchawkę. 
– Pa. 
Casey odłoŜyła słuchawkę i przez chwilę wpatrywała się w biało-róŜowe 

pudełko. 

– Nadchodzi moment prawdy – mruknęła i powędrowała do łazienki. 
 
Jake wszedł do kuchni i stanął jak wryty. 
Nie poczuł Ŝadnego smakowitego aromatu. 

background image

Rozejrzał  się  dokoła.  Na  kuchni  nie  perkotał  Ŝaden  garnek.  Na 

marmurowym  blacie  nie  było  patery  z  deserem.  Nawet  dzbanek  od  kawy  był 
pusty, choć palnik włączono. 

Wszedł  do  środka,  wyłączył  palnik  i  rozejrzał  się  po  pustym  wnętrzu, 

szukając  Casey.  Gdzie  ona  się  podziewa?  Po  raz  pierwszy  w  czasie  ich 
krótkiego małŜeństwa niczego nie ugotowała. 

To dziwne, jak szybko człowiek się przyzwyczaja. Bo on przywykł juŜ do 

brzęku 

naczyń, 

podśpiewywania 

Casey 

przede 

wszystkim 

do 

przygotowywanych przez nią potraw. 

Ta  kobieta  była  Michałem  Aniołem  kuchni.  Po  ich  weselu  ludzie  w 

Simpson mówili prawie wyłącznie o przyjęciu, które praktycznie przygotowała 
samodzielnie.  Nic  dziwnego,  Ŝe  zadzwoniło  do  niej  juŜ  kilkanaście  osób  z 
prośbą – nie, z błaganiem – by zorganizowała im przyjęcia. 

Jake  zdjął  kapelusz,  podrapał  się  w  głowę  i  wszedł  do  mrocznego  holu. 

Nie paliło się tam Ŝadne światło. W salonie teŜ nie. Coś było nie w porządku. 

A  czy  w  ogóle  coś  było  w  porządku?  Byli  chyba  jedyną  świeŜo 

poślubioną parą, która nie tylko ze sobą nie sypiała, ale właściwie nawet się do 
siebie nie odzywała. Jake wiedział, Ŝe to jego wina. Casey próbowała nawiązać 
z nim kontakt. Ale za kaŜdym razem, kiedy czuł, Ŝe za chwilę ulegnie, weźmie 
ją w ramiona i zacznie całować, w głębi duszy słyszał jej głos mówiący te dwa 
słowa „kocham cię” i całe poŜądanie nagle znikało. 

Jake skrzywił się i przyspieszył kroku. Na końcu korytarza drzwi do jego 

sypialni – a teraz sypialni Casey – były szeroko otwarte. Zajrzał do mrocznego 
pokoju i wyszeptał jej imię. Cisza. Co się dzieje? W tej chwili dostrzegł smugę 
ś

wiatła pod drzwiami do łazienki. Podszedł tam ostroŜnie. 

Zza  zamkniętych  drzwi  słyszał  jej  głos,  mruczący  coś  pod  nosem,  i  od 

razu poczuł ulgę. Zapukał delikatnie. 

– Jake? 
– Tak. To ja. Wszystko w porządku? 
– Jasne – odparła i pociągnęła nosem. – Na róŜowo. Coś w jej głosie go 

zaniepokoiło. Musiał się dowiedzieć, o co chodzi. 

– Casey? Otwórz. 
– Idź sobie, Jake. 
Akurat. Tym bardziej musiał się dowiedzieć. Rzucił kapelusz na łóŜko i z 

groźną miną stanął przed zamkniętymi drzwiami. 

– Casey, nie odejdę, dopóki nie powiesz mi, o co chodzi. Casey zaśmiała 

się. Ale był to śmiech zduszony i pełen bólu. 

– Casey, do jasnej cholery... 
– Odejdź... 
–  Otworzysz  te  drzwi,  czy  mam  je  wyjąć  z  zawiasów?  Znów  ten  sam 

bolesny śmiech. 

background image

– Prościej będzie nacisnąć klamkę – powiedziała w końcu. – Wcale nie są 

zamknięte. 

Jake natychmiast otworzył drzwi. Światło oślepiło go i dopiero po chwili 

ujrzał  siedzącą  na  brzegu  wanny  Casey.  W  ręku  trzymała  biały  plastikowy 
pręcik. 

– Casey? 
– Biały, nie. RóŜowy, tak. 
– Co mówisz? 
– Biały, nie. RóŜowy, tak. 
Nie  patrzyła  na  niego.  Jak  zaczarowana  wpatrywała  się  w  ten  cholerny 

pręcik. 

– Jak myślisz, dlaczego jest róŜowy? 
– Co jest róŜowe? 
Jake  rozejrzał  się  po  łazience.  Szukał  jakiejś  podpowiedzi,  bo  Casey 

najwyraźniej nie kwapiła się do wyjaśnień. Musiał poradzić sobie sam. Od dnia 
ś

lubu nie  był  w  tej łazience.  Kiedy  ona  zdąŜyła  zasadzić  kwiatki  w  stojącej  na 

oknie terakotowej skrzynce? 

Jake  pokręcił  głową  i  kontynuował  inspekcję.  Zaskoczył  go  widok 

kobiecych kosmetyków na półeczkach, na których do tej pory stała tylko tubka z 
pastą  do  zębów  i  płyn  po  goleniu.  Wtedy  na  brzegu  umywalki  zauwaŜył  jakąś 
instrukcję. Sięgnął po nią i w tej samej chwili odezwała się Casey. 

–  RóŜowy  to  chyba  znaczy,  Ŝe  urodzi  się  dziewczynka.  Jake 

znieruchomiał, a potem spojrzał na jej pochyloną głowę. 

–  Nie  –  mówiła  dalej  do  siebie.  –  RóŜowy  po  prostu  oznacza  ciąŜę.  To 

moŜe być równie dobrze chłopiec. 

Dziewczynka?  Chłopiec?  Jake’owi  zaschło  w  ustach,  a  jego  mózg  na 

moment  przestał  pracować.  Czy  ona  rzeczywiście  powiedziała  to,  co  usłyszał? 
Nie, oczywiście, Ŝe nie. PrzecieŜ to było tylko raz. Szanse są znikome. 

Casey  uniosła  głowę  i  spojrzała  na  niego  oczami  pełnymi  łez. 

Natychmiast zapomniał o statystyce. JuŜ wiedział. Na pewno. 

– Gratulacje, Jake. Jesteśmy w ciąŜy. 
Casey  wciągnęła  powietrze,  palce  mocno  zacisnęła  na  plastikowym 

pręciku i skuliła ramiona. Była gotowa na wszystko. 

W ciąŜy. 
Minęło  kilka  chwil.  Zaledwie  dwa  lub  trzy  uderzenia  serca.  A  jednak 

przez ten moment zobaczył w jej oczach wszystko. Zdziwienie. Radość. Strach. 
Niepewność. Zdecydowanie. 

Przyklęknął przed nią i aŜ się wzdrygnął, czując poprzez materiał dŜinsów 

zimne kafelki. Przez głowę przemknęła mu myśl, Ŝe koniecznie musi połoŜyć tu 
wykładzinę.  Nie  chce  przecieŜ,  Ŝeby  Casey  się  przeziębiła  albo,  co  gorsza, 
pośliznęła. 

background image

Wyjął  jej  z  ręki  plastikowy  pręcik  zabarwiony  na  intensywnie  róŜowy 

kolor. Natychmiast ujął jej lodowate dłonie. 

–  Niczego  nie  Ŝałuję,  Jake  –  szepnęła  przez  łzy.  –  Wiem,  Ŝe  nie  chcesz 

tego dziecka, ale ja tak. I będę je kochała za nas oboje. 

– Mylisz się, Casey. To nasze dziecko. To my będziemy mieli dziecko. – 

Jake  przysiadł  na  brzegu  wanny  i  objął  ją  ramieniem.  –  To  najwspanialszy 
prezent  gwiazdkowy,  jaki  kiedykolwiek  dostałem.  I  choć  wszystko  zaczęło  się 
nie tak, teraz staliśmy się rodziną. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Dziecko. 
Zaledwie przed trzema tygodniami był zadowolonym z Ŝycia kawalerem. 

Teraz  jest  męŜem  kobiety,  której  nie  widział  od  lat,  i  wkrótce  zostanie  ojcem. 
Jake wzniósł oczy do nieba. Ten tam w górze ma osobliwe poczucie humoru. 

Casey wyprostowała ramiona i potrząsnęła głową. WciąŜ wpatrywała się 

w plastikowy pręcik, jakby nie mogła uwierzyć w to, co widzi. 

– Patrzeniem nie zmienisz jego koloru. 
– To takie dziwne – mruknęła. 
– CiąŜa? 
– Nie tylko. Choć to jest najdziwniejsze. Ale mam na myśli w ogóle całą 

naszą sytuację. 

Jake opuścił ramię i przysunął się bliŜej niej. 
– Trzy tygodnie temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej – powiedziała. 
Jake spochmurniał, mimo Ŝe przed chwilą i on pomyślał to samo. 
– Miałam przecieŜ wyjść za Stevena. 
Casey spuściła wzrok na trzymany w ręku pręcik. 
Na  szczęście  nie  zauwaŜyła  reakcji  Jake’a,  który  wciąŜ  nie  mógł 

zrozumieć, Ŝe narzeczonych moŜna zmieniać jak rękawiczki. 

–  I  gdybym  za  niego  wyszła  –  mówiła  bardziej  do siebie  niŜ  do  niego – 

sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. 

Owszem, ale co to ma do rzeczy? Nie wyszła za Stevena. Poślubiła Jake’a 

i pora się z tym pogodzić. 

– Steven chyba nawet nie chciał mieć dzieci. Zaciekawiła go ta uwaga. 
– Nie wiesz tego na pewno? Casey pokręciła głową. 
–  Właściwie  niewiele  ze  sobą  rozmawialiśmy.  Chyba  nie  świadczy  to  o 

mnie  dobrze,  co?  Byłam  gotowa  wyjść  za  człowieka,  z  którym  nawet  nie 
rozmawiałam. 

– Casey, nie wiem. 
Rzeczywiście  nie  wiedział,  jak  to  ocenić.  Nie  sprawiała  wraŜenia  osoby 

lekkomyślnej,  ale  cóŜ  on  wiedział  o  kobietach?  Najlepszym  dowodem  było  to, 
Ŝ

e oŜenił się z Lindą. 

– Nawet nie wiem, jak doszło do naszych zaręczyn. 
– Co takiego? 
– Naprawdę. Czasami próbuję sobie dokładnie przypomnieć, kiedy Steven 

mi się oświadczył... 

Jake  nie  był  wcale  zachwycony,  Ŝe  Casey  wciąŜ  myśli  o  swym  byłym 

narzeczonym, choć jest juŜ jego Ŝoną. 

–  Chyba  w  ogóle  mi  się  nie  oświadczył.  Po  prostu  tak  samo  wyszło. 

background image

Oczywiście nasi rodzice byli tym zachwyceni. 

Jake od początku nie lubił Stevena, ale świadomość, Ŝe rodzice Casey go 

aprobowali, sprawiła, Ŝe teraz lubił go jeszcze mniej. 

Uznał nagle, Ŝe ma juŜ dość słuchania o tym wiarołomnym narzeczonym, 

wstał więc i wyciągnął rękę do Ŝony. 

–  Wystarczy  tego gadania o  Stevenie,  Casey.  Spojrzała  na  niego,  ale nie 

podała mu ręki. 

– To my jesteśmy teraz małŜeństwem. My będziemy mieli dziecko. 
–  Jeśli  chodzi  o  dziecko,  Jake,  to  masz  rację.  Rzeczywiście  będziemy  je 

mieli. Ale co do małŜeństwa, to łączy nas wyłącznie tamta krótka ceremonia. 

– Co? – Jake’owi zrobiło się głupio i opuścił rękę. – O czym ty mówisz? 
– Mówię o nas. O tobie i o mnie. 
– To, co mówisz, nie ma sensu. 
– Nie, to nasze małŜeństwo nie ma sensu. 
Jake  westchnął  głęboko.  Przez  ostatnie  dwa  tygodnie  przykładnie 

pracował. Trzymał się od Casey z daleka. W nocy nie mógł usnąć, myśląc, Ŝe w 
drugiej  sypialni  leŜy  w  łóŜku  ona  I  to  wszystko  dla  jej  dobra.  Czy  Casey  nie 
potrafi  zrozumieć,  Ŝe  trzymanie  się  od  niej  z  daleka  tyle  go  kosztuje?  Czy  nie 
widzi  jego  podpuchniętych  od  bezsenności  oczu?  Czy  ma  jej  powiedzieć,  Ŝe 
marzy o niej po nocach? śe wspomina jej pieszczoty, jej zapach, jej smak? 

– Skoro jesteśmy  małŜeństwem –  mówiła dalej, nie zraŜona jego surową 

miną i milczeniem – to czy nie powinniśmy przynajmniej udawać, Ŝe jesteśmy 
prawdziwą parą? 

– Nie musimy niczego udawać. Jesteśmy prawdziwą parą. Harry udzielił 

nam ślubu. 

–  Nie  jesteśmy  parą,  Jake,  tylko  dwojgiem  ludzi  Ŝyjących  pod  jednym 

dachem. Jesteśmy zaledwie współlokatorami. 

–  Casey,  mówiłem  ci  juŜ,  Ŝe  moim  zdaniem  potrzeba  nam  trochę  czasu, 

by do tego przywyknąć. 

–  Jeśli  Ŝałujesz,  Ŝe  się  ze  mną  oŜeniłeś,  Jake,  to  po  prostu  to  powiedz. 

Poproszę ojca, Ŝeby załatwił nam rozwód. MoŜesz być pewien, Ŝe on o niczym 
innym nie marzy. 

Jake’a  ogarnęła  niesamowita  złość.  Czy  miało  to  sens,  czy  nie,  był 

wściekły, Ŝe Casey tak beztrosko mówi o rozwodzie. 

– Nie będzie Ŝadnego rozwodu, Casey – warknął przez zaciśnięte zęby. – 

Im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej. Nie mam zamiaru przez cos takiego 
po raz drugi przechodzić. Poza tym mam na względzie dobro mojego dziecka. 

Casey  zesztywniała.  PrzecieŜ  tak  naprawdę  wcale  nie  chciała  rozwodu. 

Pragnęła mieć męŜa. MęŜa, którego mogłaby kochać. 

– Masz rację. Nie będzie Ŝadnego rozwodu. Ja teŜ go nie chcę. 
Jake trochę się odpręŜył, postanowiła więc atakować dalej. 

background image

– Ale chcę mieć przy sobie kogoś bliskiego, a nie tylko współlokatora. – 

Czekała,  Ŝeby  Jake  podjął  dyskusję,  lecz  kiedy  milczał,  mówiła  dalej.  –  Chcę 
kogoś, z kim mogłabym rozmawiać. Śmiać się. Snuć wspólne plany. 

Jake spuścił głowę. 
– Kogo mogłabym kochać – dodała i natychmiast przeraziła się chłodem, 

który znów pojawił się w jego spojrzeniu. 

– Nie mieszaj do tego miłości, dobrze? 
–  Jak  moŜna  nie  mieszać  miłości  do  małŜeństwa?  Jake  uśmiechnął  się 

kwaśno. 

–  Uwierz  mi.  DuŜo  łatwiej  jest  jej  nie  mieszać,  niŜ  próbować  ją 

zatrzymać. 

Casey poczuła rozczarowanie. Jake zawsze był uparty. KaŜdy męŜczyzna 

poddałby się tamtej niezręcznej próbie uwiedzenia sprzed pięciu lat i oszczędził 
im obojgu utraconej szansy na szczęście. 

Z  powodu  jego  poczucia  honoru  stracili  pięć  lat.  Casey  nie  miała 

wątpliwości,  Ŝe  gdyby  wtedy  Jake  jej  uległ,  obudziłaby  się  w  nich  uśpiona 
miłość.  Byliby  od  tamtej  pory  razem.  I  moŜe  dziecko,  którego  teraz  oczekują, 
byłoby ich drugim. A moŜe nawet trzecim. 

–  No,  chodźmy  juŜ  –  rzekł  w końcu Jake i  wziął  ją  za  rękę. – Powinnaś 

coś zjeść. 

Przechodząc  przez  dom,  Jake  zapalał  światła  we  wszystkich  mijanych 

pomieszczeniach.  Wkrótce  w  ogromnym  domisku  zapanował  miły,  rodzinny 
nastrój. 

Casey  nagle  zrozumiała,  w  jaki  sposób  powinna  zdobyć  swego  męŜa. 

Zapalać stopniowo kolejne światełka, aŜ całkowicie rozświetli jego duszę. 

 
– Widzisz? 
Jake  rozprostował  leŜącą  na  biurku  mapę  okolicy  i  wskazał  kawałek 

gruntu, zakreślony czerwonym atramentem. 

Casey nachyliła się nad nim, a on od razu zaczął szybciej oddychać. JuŜ 

sam  jej  zapach  doprowadzał  go  do  szaleństwa.  Pukiel  delikatnych,  lśniących 
włosów,  muskający  mu  policzek,  był  szczególnie  niebezpieczny.  Wiedział,  jak 
pachną jej włosy. RóŜami i obietnicą. 

– Kto narysował tę linię? – spytała. 
– Ja. 
Jake  celowo  unikał  patrzenia  w  jej  oczy.  Tylko  dzięki  temu  jakoś  się 

trzymał. 

–  Od  lat  miałem  ochotę  na  tę  ziemię.  Zakreśliłem  ją  sobie  jako  obiekt 

marzeń. 

– Aha. 
Mimo  iŜ  wiedział,  Ŝe  nie  powinien,  zrozumienie  w  jej  głosie  kazało  mu 

background image

jednak  na  nią  spojrzeć.  Od  kilku  dni,  od  wieczora,  kiedy  dowiedzieli  się  o  jej 
ciąŜy, starał się być lepszym męŜem. 

Po  kolacji  siadywali  teraz  w  salonie.  Oglądali  filmy  i  jakieś  idiotyczne 

programy  rozrywkowe,  lecz  mając  ją  tuŜ  obok  na  kanapie,  Jake  zupełnie  nie 
potrafił się skoncentrować. Rozmawiali o jego planach związanych z ranczem i 
o  przyjęciach,  których  zorganizowanie  zamówiono  u  Casey.  Słuchał,  jak  z 
przejęciem  opowiada  o  ich  pierwszym  wspólnym  BoŜym  Narodzeniu,  ale  nie 
podzielał jej zapału. 

Robili wszystko razem, nie dzielili tylko sypialni. A on cały czas myślał o 

byciu z nią. O trzymaniu jej w objęciach i wtulaniu się w ciepło jej ciała. I były 
to myśli bardzo niebezpieczne. Nie mógł podjąć takiego ryzyka. Jeszcze nie. 

Jednak  nad  pewnymi  rzeczami  trzeba  się  było  zastanowić.  Nie  mógł 

przecieŜ do końca Ŝycia Ŝyć w celibacie. Musiał więc najpierw nabrać do Casey 
emocjonalnego  dystansu,  a  dopiero  potem  skoncentrować  się  na  fizycznej 
stronie ich małŜeństwa. Wtedy juŜ wszystko pójdzie gładko. 

Casey uwaŜnie go obserwowała. 
Odsunął na bok te niewygodne myśli i wrócił do przerwanej rozmowy. 
– Co to znaczy „aha”? 
–  Nic.  –  Casey  elegancko  wzruszyła  ramieniem.  –  Po  prostu  nie  miałam 

pojęcia, Ŝe uprawiasz pozytywną wizualizację. 

– Co takiego? 
– Pozytywną wizualizację. 
Casey  odsunęła  się  trochę,  a  on  nareszcie  był  w  stanie  normalnie 

oddychać. 

–  Nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówisz  –  rzekł.  –  Ja  tylko  zakreśliłem 

miejsce, na którym mi zaleŜy. 

– Właśnie. Pozytywna wizualizacja oznacza, Ŝe skupiasz swoją energię na 

przedmiocie poŜądania i ściągasz na pomoc wszystkie energie wszechświata. 

Jake nie  mógł się nie  roześmiać.  Miała  tak bardzo powaŜną  minę.  Jakby 

była  przekonana,  Ŝe  energia  wszechświata  pomoŜe  w  rozwiązaniu  wszystkich 
problemów. Śmiech uwiązł mu w gardle, kiedy zauwaŜył, Ŝe śmieje się tylko on. 

– Jeśli chcesz wiedzieć, to napisano na ten temat kilka ksiąŜek. 
– O UFO teŜ pisano. 
– To nie to samo. 
– Zgadza się. Chodzi o inne wszechświaty. 
–  Choć  są  to  bardzo  ciekawe  ksiąŜki  –  dodała  w  zamyśleniu  –  moją 

ulubioną jest ta o bogach jeŜdŜących na rydwanach. 

Jake znów parsknął śmiechem. 
–  Niech  ci  będzie  –  mruknęła,  ruszając  ku  drzwiom.  –  Miałam  na  myśli 

tylko to, Ŝe dzięki skupieniu energii swojej i wszechświata udało ci się osiągnąć 
cel. 

background image

–  Jasne  –  odparował  Jake,  podąŜając  za  nią.  –  Jak  tylko  zebrałem  forsę, 

którą Don chciał za tę ziemię. 

– Właśnie. 
Jake  znów  się  roześmiał.  JuŜ  od  dawna  tak  często  się  nie  śmiał  jak 

ostatnio. 

– Co właśnie? 
Casey usiadła na kanapie i zaczekała, aŜ Jake do niej dołączy. 
– Zdobyłeś te pieniądze, bo pomogły ci energie wszechświata. 
– Jesteś niesamowita. 
– Dzięki. 
Jake  był  zupełnie  nie  przygotowany.  Niczego  nie  słyszał.  Kiedy  co 

najmniej trzynaście kilo sapiącej, zaślinionej futrzanej masy wylądowało mu na 
brzuchu, jęknął przeraŜony. 

– Cześć, maleńki – zapiszczała uradowana Casey. 
– Spadaj, ty zapchlony kundlu! 
Wielki szczeniak spojrzał na niego z wyraźnym wyrzutem. 
– Ranisz jego uczucia, Jake. 
Gdyby  pies  wylądował  parę  centymetrów  niŜej,  zraniłby  coś  duŜo  dla 

Jake’a  cenniejszego niŜ uczucia.  Patrząc jednak  w  brązowe,  smutne  oczy  omal 
nie poczuł się winny. 

–  Nie przejmuj  się, Stumbles  – uspokoiła  psa  Casey.  –  Chodź  tutaj  i nie 

przejmuj się tatusiem. 

– Nie jestem Ŝadnym tatusiem dla tego kundla – oburzył się Jake. 
Casey nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Pies zresztą teŜ nie. 
W  zdumieniu  patrzył,  jak  jego  Ŝona  pieści  to  najbrzydsze  zwierzę  na 

ś

wiecie.  Jego  szaroczarna  sierść  sterczała  kępkami  we  wszystkie  strony.  Miał 

krzywe,  długie  uszy,  które  sprawiały,  Ŝe  wyglądał  na  wiecznie  zdziwionego. 
Miał teŜ ogromne łapy. AŜ strach było pomyśleć, jak wielkie wyrośnie z niego 
zwierzę. 

Jake  nie  miał  pojęcia,  jak  do  tego  doszło,  Ŝe  stał  się  właścicielem  tego 

psa.  Podejrzewał,  Ŝe  Casey  teŜ  nie  ma  pojęcia,  jak  to  się  stało.  Szczeniak  po 
prostu zjawił się tam któregoś wieczora i został. 

Casey od razu nazwała psa ich „boŜonarodzeniowym gościem” i chłodno 

poinformowała  Jake’a,  Ŝe  ściągnie  na  nich  straszne  nieszczęście,  jeśli  go 
wyrzuci. 

– Wcale nie jest brzydki – powiedziała cicho. 
– Skąd wiedziałaś, o czym myślę? 
– To wcale nie było trudne. Ciągle to powtarzasz. Stumbles przez chwilę 

kręcił  się  po  kanapie,  aŜ  umościł  się  wygodnie  pomiędzy  Casey  i  Jakiem. 
PołoŜył  głowę  na  kolanach  swej  pani,  zamknął  oczy  i  od  razu  zaczął  chrapać. 
Jake zmarszczył brwi, widząc pozycję psiaka. Musiał przyznać w duchu, Ŝe mu 

background image

zazdrości. 

– Zawsze chciałam mieć psa – szepnęła Casey. 
Jake  patrzył,  jak  szczupłe  palce  gładzą  gęste  futro  kundla.  W  jej  głosie 

było tyle smutku, Ŝe nie mógł jej nie współczuć. JuŜ sobie wyobraŜał reakcję jej 
rodziców  na  takiego  psa.  Natychmiast  wezwaliby  kogoś  ze  schroniska  dla 
bezdomnych  zwierząt  i  biedactwo  spędziłoby  tam  resztę  Ŝycia,  bo  takiego 
brzydactwa nikt by nigdy nie chciał wziąć. 

Jake  zmarszczył  brwi  i  spojrzał  na  szczęśliwe,  pochrapujące  zwierzę. 

Gdyby nie czułe serce Casey, marny by był jego los. 

Natychmiast  przypomniał  sobie  Casey  jako  nastolatką.  Pamiętał,  jak 

bardzo  lubiła  wszystkie  zwierzęta.  Od  kotów-dachowców  po  konie.  Nigdy  nie 
miała ich dość. A jedynym zwierzęciem, jakie tolerowali jej rodzice, był bawół 
na pięciocentówce. 

Komuś  tak  czułemu  i  wraŜliwemu  jak  Casey  na  pewno  trudno  się  Ŝyło 

wśród takich ludzi. 

–  Jeśli  to  zwierzę  ma  u  nas  zostać,  trzeba  go  będzie  zawieźć  do 

weterynarza i zaszczepić. 

Casey uśmiechnęła się, a dla Jake’a było to cudowną nagrodą. 
–  Powinniśmy  mu  takŜe  sprawić  obroŜę  –  powiedziała.  –  I  znaczek  z 

adresem właściciela. Nie chcielibyśmy przecieŜ, Ŝeby ktoś go ukradł. 

Jake  wybuchnął  śmiechem,  a  psina  poruszyła  się,  wyraźnie 

niezadowolona.  Na  całym  świecie  nie  znalazłby  się  wariat,  który  chciałby 
ukraść  tego  potwora.  Ale  skoro  Casey  chce,  Ŝeby  miał  obroŜę  i  wizytówkę, 
będzie ją miał. 

Jake  starał  się  być  dla  niej  miły.  PrzecieŜ,  poza  wszystkim,  była  matką 

jego dziecka. 

 
Kilka  dni  później  Casey  stała  w  nowocześnie  urządzonej  kuchni  i 

oglądała  dzieło  swych  rąk.  Bolały  ją  wszystkie  mięśnie.  Przez  pół  nocy 
pracowała  nad  zrealizowaniem  tego  zamówienia,  ale  rezultat  wart  był  takiego 
wysiłku. 

Tyle  nowych  rzeczy  ostatnio  się  w  jej  Ŝyciu  wydarzyło.  Wyszła  za  mąŜ, 

zaszła w ciąŜę i rozpoczęła nową, obiecującą karierę. 

–  Kto  by  to  pomyślał,  co,  psinko?  –  mruknęła  do  leŜącego  pod 

kuchennym stołem zwierzęcia. 

Odpowiedziało jej bicie ogona o posadzkę i ciche skomlenie. 
– Nie ma mowy – zaśmiała się. – Te smakołyki nie są dla ciebie. 
Pies  z  rezygnacją  złoŜył  łeb  na  łapach  i  przyglądał  się  swojej  pani  spod 

oka. 

Casey  uwaŜnie  oglądała  ustawione  na  blatach  półmiski.  Po  raz  trzeci 

sprawdzała listę. 

background image

– Napoleonki są. Ptysie są. Ekierki są... Kruche ciasteczka są. 
I to ogromna rozmaitość – gwiazdki, aniołki, święte mikołaje – wszystkie 

posypane grubym cukrem. 

Mogła odetchnąć z ulgą. Koniec. Odwaliła kawał dobrej roboty. 
Było  to  najwaŜniejsze  zamówienie,  jakie  dostała  od  dnia  swojego  ślubu. 

Gwiazdkowa loteria zorganizowana  przez  Koło  Pań  z  Simpson  moŜe  oznaczać 
dla niej wspaniały start. Albo kompletną katastrofę. 

– Gotowa? 
W  drzwiach  stanął  Jake.  Ubrany  w  dŜinsy,  spraną  flanelową  koszulę  z 

rękawami zawiniętymi po łokcie, wyglądał oszałamiająco. Patrzył na nią tak, Ŝe 
w gardle jej zaschło, a serce zaczęło szybciej bić. 

Szybko  jednak  to,  co  dostrzegła  w  jego  spojrzeniu,  przeistoczyło  się  w 

coś  dobrze  Casey  znanego  i  wyłącznie  przyjacielskiego.  Znów  zrobiło  się  jej 
przykro. Owszem, ich Ŝycie coraz lepiej się układało. Ale nadal nie dzielili łoŜa. 
Jake wciąŜ odmawiał jej swego ciała. Nie tylko zresztą ciała. 

Serca teŜ. 
– Casey? 
–  Hm?  Przepraszam.  Zamyśliłam  się.  Jake  kiwnął  głową  i  wszedł  do 

kuchni. 

– MoŜemy jechać? 
– Jake, nie musisz mnie zawozić. Mogę sama poprowadzić furgonetkę. 
– Nie ma sprawy. Poza tym nie chcę, Ŝebyś nosiła te tace i półmiski. 
Casey westchnęła i skinęła głową. 
– Wyglądasz na zmęczoną. 
– Bo jestem. Pracowałam do późnej nocy. 
– Nie powinnaś tego robić. Nie wolno ci cięŜko pracować. Jesteś w ciąŜy. 

Casey. Musisz duŜo odpoczywać. 

– Czuję się znakomicie. 
Jake nie był bynajmniej o tym przekonany. 
– Kiedy masz kontrolę u lekarza? 
– Dziś po południu. O trzeciej. 
– Myślisz, Ŝe lekarce będzie przeszkadzała moja obecność? 
–  Mówiła,  Ŝe  ojcowie  są  zawsze  mile  widziani.  O  ile  będą  grzeczni  – 

uśmiechnęła się Casey. 

–  Dobrze.  –  Jake  wziął  do  ręki  jeden  ze  złoŜonych  kartonów  na  ciasta  i 

zaczął  go  rozkładać.  –  Muszę  zapytać,  co  sądzi  o  tej  twojej  pracy.  Nie  chcę, 
Ŝ

eby zaszkodziła tobie albo dziecku. 

– Jake... 
– Chcę tylko zapytać. 
Casey westchnęła i zmieniła temat. 
– Myślałam, Ŝe przed wizytą u lekarza odwiedzę jeszcze Annie. 

background image

–  Dobrze  –  zgodził  się  Jake  i  wstawił  tacę  z  ekierkami  do 

przygotowanego  pudełka.  –  Muszę  coś  załatwić  w  mieście,  więc  najpierw 
dostarczymy  te  pyszności,  a  potem  podrzucę  cię  do  Annie.  Przed  trzecią  po 
ciebie wrócę. 

Casey  wiedziała  juŜ,  Ŝe  dyskusja  z  nim  nie  ma  sensu.  Najwyraźniej 

postanowił być doskonałym ojcem. Na początek dobre i to. Prawda? 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
– Mam wraŜenie, Ŝe zaczynam wariować. 
PowaŜny ton wypowiedzi syna rozbawił Franka Parrisha. 
– Nic podobnego, synu. Po prostu zbyt duŜo czasu poświęcasz na kłótnie 

ze swoim zdrowym rozsądkiem, zamiast w końcu go posłuchać. 

Jake  przez  chwilę  patrzył  przez  okno  na  miejski  park.  Jacyś  męŜczyźni 

ubierali choinkę. On sam, niestety, nie był w świątecznym nastroju. 

–  Nie  rozumiem,  o  co  ci  chodzi  –  zwrócił  się  do  ojca,  siedzącego  w 

starym, ale wygodnym fotelu. 

– Myślę, Ŝe rozumiesz i właśnie tego się boisz. 
–  Boję  się?  –  parsknął  ponurym  śmiechem  Jake.  –  Niczego  się  nie  boję, 

tato. 

–  Ciekawe,  jak  inaczej  moŜna  by  to  nazwać?  Masz  miłą  i  ładną  Ŝonę, 

która  urodzi  twoje  dziecko,  masz  ranczo,  duŜy  dom  i  tę  ziemię,  o  której  tak 
długo marzyłeś. Skoro niczego się nie boisz, to dlaczego nie jesteś szczęśliwy? 

Brzmiało to rzeczywiście absurdalnie, ale przecieŜ większość tych rzeczy 

miał  wcześniej.  Pomimo  to  jednak  Linda  go  zostawiła.  A  on  długo  potem  nie 
mógł dojść do siebie. 

Nie będzie ryzykował po raz drugi. Nawet z Casey. 
– Casey jest zupełnie inna niŜ Linda – rzekł cicho ojciec. 
– Nigdy nie twierdziłem, Ŝe ją przypomina. 
– Nie musiałeś. Codziennie widać to w twoich oczach. 
– Co takiego? 
–  Jakbyś  kaŜdego  dnia  czekał,  Ŝe  wiszący  nad  tobą  topór  w  końcu 

opadnie. UwaŜasz na burzę, ale nie zauwaŜasz słońca. 

– Jeśli nie będę uwaŜał, wpadnę w sam środek burzy. I co wtedy? 
– Zmokniesz. 
Jake roześmiał się, choć wcale nie było mu wesoło. 
– Potem się wysuszysz i zaczniesz od nowa. 
– Nie, dzięki. 
Jake wiedział, Ŝe to, co przeŜył z Lindą, byłoby niczym w porównaniu z 

tym,  co  groziło  mu  tym  razem.  Był  tego  pewien,  bo  jego  uczuć  do  Casey  nie 
dało się z niczym porównać. 

KaŜdy  spędzony  z  nią  dzień  był  wspaniały.  Jej  głos,  jej  kroki 

rozbrzmiewające po kiedyś tak cichym domu, były dla niego jak najpiękniejsza 
muzyka.  Dopiero  kiedy  pojawiła  się,  Casey,  Jake  zrozumiał,  jak  bardzo  był 
samotny. 

Gdyby  jednak  pozwolił  sobie  na  miłość,  gdyby  powiedział  Casey,  Ŝe  ją 

kocha, a potem by ją stracił, nie przeŜyłby tego. 

background image

– To, oczywiście, twoja decyzja. 
– Co takiego? 
Jake spojrzał ojcu prosto w oczy. 
– MoŜesz wykorzystać tę drugą szansę, jaka ci się w Ŝyciu trafiła. 
Jake pokręcił głową. 
–  Albo  –  mówił  dalej  Frank  –  odwrócić  się  do  niej  plecami  i  dalej  Ŝyć 

samotnie tak jak przez ostatnie kilka lat. 

TeŜ mi wybór. 
Samotność. 
Albo wewnętrzna śmierć, jeśli znów miałby zostać sam. 
 
– Więc jak się czuje moja cięŜarna? Casey uśmiechnęła się do Annie. 
– Wspaniale. – Szybko jednak spowaŜniała. – A moŜe powinnam czuć się 

okropnie? Myślisz, Ŝe moŜe coś jest ze mną nie w porządku? 

– Myślę, Ŝe wszystko jest w porządku, tylko za bardzo się przejmujesz. – 

Annie  przeciągnęła  rzadkim  grzebieniem  po  wilgotnych,  siwych  włosach 
klientki.  –  Popatrz  na  panią  Dieter.  Ona  niczym  się  nie  martwi.  –  Annie 
podniosła głos prawie do krzyku. – Prawda, proszę pani? 

– Jakiej marchwi? – zadudnił głos staruszki. 
Casey zaśmiała się cicho i wymieniła z Annie rozbawione spojrzenie. W 

powietrzu unosił się ostry, draŜniący nozdrza zapach płynu do trwałej ondulacji. 

Annie  była  właścicielką  i  jedyną  pracownicą  tego  salonu  fryzjerskiego, 

więc  jej  klientki  zawsze  musiały  trochę  poczekać,  ale,  jak  przekonywała  je 
Annie, jej usługi były tego warte. 

Casey  przechadzała  się  po  niewielkim  pomieszczeniu,  podziwiając 

gąszcze roślin, które nadawały wnętrzu wygląd tropikalnego lasu. Wśród zieleni 
połyskiwały srebrne i złote gwiazdki, a na ścianach wisiały ogromne plakaty ze 
Ś

więtym  Mikołajem  i  bałwankami.  Wokół  okien  rozwieszono  róŜnokolorowe 

lampki, a z magnetofonu płynęły cicho dźwięki kolędy. 

Ogromna, sięgająca sufitu półka pełna była romansów i kolorowych pism 

oraz katalogów. W rogu stał niski stolik i cztery miękkie fotele. 

PoniewaŜ  za  chwilę  wybierały  się  razem  na  obiad,  Casey  usiadła  w 

jednym z foteli i wzięła do ręki jakiś katalog. 

–  To  nie  potrwa  długo  –  zapewniła  ją  Annie.  –  Musiałam  dziś  przyjąć 

panią  Dieter,  bo  przyjeŜdŜa  jej  wnuk  i  zabiera  ją  do  siebie  na  święta.  –  Annie 
znów podniosła głos. – Joe jest znakomitym tancerzem. 

– Jak mogę odpowiedzieć na twoje pytanie, kochaniutka, skoro go wcale 

nie słyszę. 

Starsza pani zamknęła oczy, najwyraźniej gotując się do krótkiej drzemki. 
–  A  więc  jak  mój  braciszek  przyjął  wiadomość  o  swoim  ojcostwie?  – 

Annie z uśmiechem zwróciła się do bratowej. 

background image

– Wydaje się zadowolony. 
Casey nie była wcale tego taka pewna, ale nieraz słyszała, jak mruczy pod 

nosem „dziecko”, więc wygląda na to, Ŝe często o nim myśli. 

– Wcale mnie to nie dziwi. 
Casey  chciałaby  tylko,  by  Jake  choć  w  połowie  był  tak  zadowolony  z 

tego,  Ŝe  jest  jej  męŜem.  Owszem,  od  czasu,  kiedy  zrobiła  ten  test  ciąŜowy, 
sprawy  między  nimi  bardzo  się  poprawiły.  Wieczorami  naprawdę  ze  sobą 
rozmawiali. Jake był bardzo troskliwy, często proponował jej herbatę, przynosił 
poduszkę i tak dalej. Zachowywał się zupełnie jak przyszły ojciec z filmów z lat 
pięćdziesiątych. 

WciąŜ  jednak sypiali  w  oddzielnych  pokojach  i  za  kaŜdym  razem,  kiedy 

rozmowa  zbaczała  na  tematy  bardziej  osobiste,  pod  jakimś  pretekstem 
wychodził z pokoju. 

– A jak... inne sprawy? 
– Bez zmian. 
W głosie Casey brzmiała wyraźna była nuta zawodu. Ale cóŜ mogła na to 

poradzić? JuŜ przed pięciu laty próbowała uwieść Jake’a. Najwyraźniej nie jest 
w tym dobra. 

A poza tym jak uwodzi się własnego męŜa? 
– Jake był zawsze niesamowicie uparty. Dziwią się, Ŝe w ogóle zaszłaś w 

ciąŜę.  –  Annie  machinalnie  zbyt  mocno  pociągnęła  lokówkę  i  starsza  pani 
otworzyła oczy. 

Casey zagięła w katalogu róg strony, na której znalazła kilka rzeczy, które 

chciała zamówić. 

– Myślisz, Ŝe w którymś z pism znajdę radę, jak uwieść własnego męŜa? 
Annie  otworzyła  usta,  Ŝeby  jej  odpowiedzieć,  ale  pani  Dieter  była 

szybsza. 

– Niech go pani powita w drzwiach naga – powiedziała zdecydowanie. – 

Mój mąŜ zawsze się na to łapał. 

Casey i Annie wymieniły spojrzenia. 
Potem obie spojrzały na zasuszoną staruszkę. 
–  Na  BoŜe  Narodzenie  –  mówiła  dalej  pani  Dieter  –  obwiązywałam  się 

szeroką, czerwoną wstąŜką, z ogromną kokardą między piersiami. – Starsza pani 
ze  smutkiem  spojrzała  na  swój  obwisły  biust.  –  Kiedyś  miałam  niezłe  balony. 
MąŜ  zawsze  się  rozpromieniał  na  ich  widok.  –  Myślicie,  Ŝe  ja  zawsze  byłam 
stara?  – spytała,  kiedy  odpowiedziało  jej  tylko  pełne  zdziwienia  milczenie obu 
kobiet. 

Annie  roześmiała  się  i  pocałowała  suchy  jak  pergamin  policzek  swoje 

klientki. 

– Pani Dieter, dzisiejsze strzyŜenie było na koszt firmy. 
– MoŜesz nazywać mnie Agnes. 

background image

Nie słuchając paplaniny Annie i Agnes, Casey pogrąŜyła się w zadumie. 

MoŜe to, co działało na pana Dietera, podziała i na pana Parrisha... 

 
Po drodze przez zaśnieŜony parking do przychodni, Casey i Jake spotkali 

cztery osoby, które pogratulowały im dziecka. 

–  Ciekawe,  skąd  wszyscy  juŜ  wiedzą  o  tym,  Ŝe  jestem  w  ciąŜy?  – 

powiedziała Casey, kiedy przyjęli ostatnie Ŝyczenia. 

Jake  wziął  ją  za  rękę  i  ostroŜnie  prowadził  w  stronę  błyszczącego, 

nowoczesnego budynku. 

– Nie domyślasz się? – spytał z krzywym uśmiechem. – Mówiłem ci, Ŝe 

Emma ze słuchawką w ręce jest lepsza niŜ wysokonakładowe pismo z plotkami 
z wielkiego świata. 

– Niezła jest – mruknęła Casey. 
–  Całe  szczęście,  Ŝe  powiedzieliśmy  im  o  tym  dopiero  wczoraj. 

WyobraŜasz sobie, co będzie za tydzień? 

– AŜ mi się robi zimno. 
Casey  potrząsnęła głową  i przyspieszyła kroku.  Trudno  jej  było nadąŜyć 

za Jakiem. 

Emma  i  Harry  nie  byli  jedynymi  osobami,  z  których  powiadomieniem  o 

dziecku  zwlekali.  Swoim  rodzicom  Casey  teŜ  jeszcze  nie  powiedziała,  Ŝe 
wkrótce będą mieli wnuka. 

Kilka minut później wprowadzono ich do gabinetu. Casey od razu weszła 

za  parawan,  rozebrała  się  i  włoŜyła  dziwny,  róŜowy,  rozcięty  z  tyłu  fartuch. 
Kiedy wspięła się na fotel, spojrzała na Jake’a. 

– Wiesz, przy tej części wizyty wcale nie musisz być obecny. Wrócisz po 

badaniu i zapytasz o wszystko, co cię interesuje. 

Jake  niepewnie  spojrzał  na  metalowe  strzemiona  fotela.  Postanowił 

jednak być prawdziwym, dzielnym ojcem. 

– Jeśli tobie to nie przeszkadza, wolałbym zostać. 
–  Dobrze  –  odparła  Casey,  z  trudem  kryjąc  wzruszenie.  W  tej  chwili 

weszła  do  gabinetu  uśmiechnięta  doktor  Dianna  Hauck.  Towarzyszyła  jej 
pielęgniarka. 

– Witam państwa. Domyślam się, Ŝe chodzi o ciąŜę, tak? 
– Taki był wynik testu. 
Lekarka z niechęcią potrząsnęła głową. 
– Te testy wkrótce pozbawią mnie chleba. Pan zostaje? 
– dodała, spoglądając na Jake’a. 
– Jeśli moŜna? 
–  Mnie  to  nie  przeszkadza,  proszę  tylko  stanąć  gdzieś  z  boku.  –  Doktor 

Hauck roześmiała się i przysiadła na stołku. 

–  To  samo  powiem  panu  na  porodówce,  więc  moŜe  i  lepiej,  Ŝe  się  pan 

background image

przyzwyczai. 

Jake tylko głęboko wciągnął powietrze. 
–  Proszę,  niech  się  pani  połoŜy.  –  Lekarka  włoŜyła  parę  lateksowych 

rękawiczek. 

Jake  posłusznie  stanął  u  wezgłowia i  ujął  Casey  za  rękę.  Była  lodowata. 

CzyŜby jego Ŝona tak samo się denerwowała jak on? 

A jeśli wynik testu ciąŜowego był zły? Jeśli nie będzie Ŝadnego dziecka? 

Czy  byłby  zadowolony?  A  moŜe  rozczarowany?  Jake  spojrzał  w  zielone  oczy 
Casey i dostrzegł w nich ten sam niepokój. 

Po kilku minutach było po wszystkim. 
–  MoŜe  juŜ  pani  usiąść  –  powiedziała  lekarka.  Podeszła  do  umywalki, 

zdjęła  rękawiczki  i  zaczęła  myć  ręce.  –  Wszystko  się  zgadza  –  rzuciła  przez 
ramię.  –  Wynik  badania  wskazuje  na  to,  Ŝe  za  około  osiem  miesięcy  będą 
państwo rodzicami. 

Jake  odetchnął  z  ulgą.  Nawet  nie  zauwaŜył,  Ŝe  przez  cały  czas  badania 

praktycznie nie oddychał. Nie podejrzewał, ze aŜ tak bardzo się ucieszy. 

Instynktownie  zacisnął  mocniej  dłoń  na  ręce  Casey  i  zadał  całą  serię 

pytań typowych dla przyszłego ojca. 

 
JuŜ  następnego  wieczora  Casey  przyćmiła  wszystkie  światła  w  kuchni. 

Zajrzała do garnka i wymieszała jego zawartość. 

Rozejrzała  się  po  wnętrzu.  Psa  nie  było,  leŜał  na  swym  posłaniu  w 

gabinecie  Jake’a.  Stół  był  elegancko  nakryty.  Blaty  posprzątane  i  dokładnie 
wytarte. W kominku płonął ogień. Duszona wołowina pachniała rozkosznie. W 
lodówce czekały świeŜo upieczone eklery. 

Wszystko było gotowe. 
Nawet ona. 
Słysząc warkot podjeŜdŜającego pod dom dŜipa, jeszcze raz przygładziła 

włosy.  Odsunęła  odrobinę  zasłonę  i  zobaczyła  wysiadającego  z  samochodu 
Jake’a. 

W  Ŝołądku  poczuła  dziwny  skurcz.  Głęboko  wciągnęła  powietrze.  Dla 

uspokojenia. Przyszła pora, by sprawdzić, czy pani Dieter miała rację. 

Spojrzała  na  siebie,  westchnęła  i  poprawiła  szeroką,  czerwoną  wstąŜkę, 

którą była obwiązana. Kokarda, mieszcząca się dokładnie między jej piersiami, 
była trochę przekrzywiona, ale Casey miała nadzieję, Ŝe Jake’owi nie będzie to 
przeszkadzało.  Miała  nadzieję,  Ŝe  będzie  zbyt  zajęty  czym  innym,  by  zwracać 
uwagę na estetykę. 

Było jej zimno i właściwie powinna stanąć bliŜej kominka. Miała przecieŜ 

na sobie wyłącznie tę czerwoną wstąŜkę. 

Nie  mogła  nie  myśleć  o  tym,  w  co  się  pakuje.  Co  będzie,  jeśli  Jake  po 

prostu  na  jej  widok  wybuchnie  śmiechem?  Albo,  co  byłoby  jeszcze  gorsze, 

background image

minie ją i nawet nie zauwaŜy, Ŝe jest naga? 

Nie, to niemoŜliwe. Była pewna, Ŝe on pragnie jej tak samo jak ona jego. 
Usłyszała,  jak otwierają  się i  zamykają  drzwi  wejściowe,  i  zesztywniała. 

Jeśli ta sztuczka na niego nie podziała, to koniec. Przybrała pozę, która wydała 
jej się nonszalancka, i czekała. 

Jake  był  w  sieni.  Postawił  na  podłodze  torbą  z  nowo  zakupionymi 

narzędziami,  potem  zdjął  kurtkę  i  buty.  Przykładnie  postawił  je  na  gazecie.  Z 
przyjemnością  wciągnął  dochodzący  z  kuchni  aromatyczny  zapach.  Do  takich 
rzeczy  człowiek łatwo  się  przyzwyczaja.  PrzecieŜ  jeszcze  tak niedawno  wracał 
po cięŜkim dniu do pustego domu i kolacji z kuchenki mikrofalowej. 

Ale to było przed pojawieniem się Casey. 
Oparty o ścianę, pytał sam siebie, jak długo ma jeszcze zamiar mieszkać 

ze  swoją  Ŝoną  i  nie  kochać  się  z  nią.  Z  kaŜdym  dniem  trudniej  mu  było  nie 
zwracać  na  nią  uwagi.  Nie  zauwaŜać  drobnych,  ale  miłych  zmian,  jakie 
wprowadziła do jego domu. I do jego Ŝycia. 

Jak moŜe z nią mieszkać i nie zakochać się w niej? 
Przypomnij  sobie  Lindę.  Pamiętaj,  co  czułeś,  kiedy  dowiedziałeś  się,  Ŝe 

cię oszukuje. Przypomnij sobie tamten ból. 

Gwałtownie  potrząsnął  głową,  wyprostował  się  i  wszedł  do  ciepłej, 

pachnącej kuchni. W jednej chwili stracił resztki rozsądku. 

– Wesołych świąt, Jake. 
Jake zamrugał powiekami, potrząsnął głową i zamarł w bezruchu. Chyba 

liczył, Ŝe stojąca przed nim zjawa zniknie. 

– Casey? 
W słabym świetle lampy jej skóra była kremowa jak delikatna porcelana. 

Oplatająca  ją  czerwona  wstąŜka  łączyła  się  między  piersiami  w  ogromną 
kokardę.  Końce  wstąŜki  spływały  w  dół,  ku  jasnobrązowemu  trójkątowi 
jedwabistych  włosów  między  udami.  Kiedy  ją  podziwiał,  poruszyła  się  lekko  i 
końce wstąŜki zawirowały. 

W  ustach  mu  zaschło,  serce  w piersi  waliło  jak  oszalałe.  Wiedział,  Ŝe to 

koniec  jego  męŜnej  walki.  Nie  będzie  juŜ  stawiał  oporu  swych  zmysłom  i 
instynktom.  Nie  potrafi  juŜ  przed  nią  uciekać.  Znajdzie  jakiś  sposób,  by 
mieszkać z tą niesamowitą, zaskakującą kobietą i nie zakochać się w niej. 

Ale nie dzisiaj. 
– BoŜe Narodzenie jest dopiero za trzy tygodnie – udało mu się w końcu 

wyjąkać. 

– Zgadza się. 
Casey  wzruszyła  ramionami  i  kokarda  wsunęła  się  głębiej  między  jej 

nagie piersi. 

Jego  wzrok  przesuwał  się  po  jej  ciele,  uwaŜny,  spragniony.  Prezent 

gwiazdkowy. Święty Mikołaj chyba nigdy jeszcze nie był dla niego taki hojny. 

background image

Mijały minuty. Czuł, Ŝe musi coś powiedzieć. Ale co? 
– Kolacja cudownie pachnie. Tylko tyle wymyślił. 
– To gulasz wołowy. 
Jake  skinął  głową.  ZauwaŜył  palce  Casey  mocno  zaciśnięte  na  brzegu 

blatu. AŜ całe zbielały. CzyŜby się denerwowała? 

– A co na deser? – spytał. 
Casey odchrząknęła, przestąpiła z nogi na nogę i spojrzała na lodówkę. 
– Czekoladowe eklery. 
– Wolałbym ciebie. 
Casey wstrzymała oddech, z ulgą opuściła ramiona i puściła brzeg blatu. 

Kiedy zrobiła jeden niepewny krok w stronę Jake’a, zrozumiał, co przeŜywa. To 
wszystko  przez  niego.  Przez  niego  jest  taka  zdenerwowana,  taka  niepewna 
siebie. Dzieje się tak z jego powodu. 

A  on  myślał  głównie  o  sobie.  TeŜ  mi  powód  do  dumy.  NiewaŜne,  czy 

planowali  to  małŜeństwo,  czy  nie,  Casey  była  teraz  jego  Ŝoną i  zasługiwała  na 
wiele więcej. Dlaczego tak długo jej tego odmawiał? I sobie. 

Od tej chwili da jej wszystko, co będzie w stanie ofiarować tej niezwykłej 

istocie. I moŜe wtedy przestanie tęsknić za tym, czego dać jej nie będzie mógł? 

– Jake? 
Jake  uśmiechnął  się  i  z  ulgą  zauwaŜył,  Ŝe  wygładza  się  jej  zmarszczone 

czoło. 

– Jeszcze nigdy nikt mnie tak gorąco nie witał. 
– Owszem, witam cię. Ale nie jest mi gorąco. – Casey lekko zadrŜała. 
Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Jake podszedł do niej i wziął ją w 

ramiona. 

– MoŜe powinnaś zaczekać z takim prezentem do lata? 
– szepnął. 
– Nie chciałam czekać – odparła i spojrzała mu w oczy. 
– JuŜ dłuŜej nie mogłam zwlekać. 
Jake pogładził ją po policzku i jęknął, kiedy pocałowała jego dłoń. 
– Cieszę się, Ŝe nie czekałaś. 
– Ja teŜ. 
Jake z uśmiechem spojrzał na jej obwiązane wstąŜką nagie ciało. 
– Czy mogę juŜ dziś rozpakować mój gwiazdkowy prezent? 
– Dziś wieczór moŜesz zrobić wszystko – szepnęła i znów lekko zadrŜała. 
– Zimno ci? 
– JuŜ nie. 
– To dobrze. 
Jake schylił głowę po pocałunek, o którym od tylu dni marzył i śnił. 
I  ledwo  dotknął  jej  warg,  ledwo  powitał  go  jej  niecierpliwy  język, 

wiedział, Ŝe niezaleŜnie od tego, co jeszcze się między nimi wydarzy, nigdy juŜ 

background image

nie  będzie  trzymał  się  od  niej  z  daleka.  Dopóki  będzie  go  chciała,  on  zawsze 
będzie przy niej. 

Ręce Casey błądziły po jego ciele. On odkrywał ją na nowo z taką samą 

niecierpliwością i podnieceniem jak za pierwszym razem. 

Potem ujął w dłoń jej pierś i kciukiem muskał twardą, róŜową sutkę. Z ust 

Casey  wyrwał  się  stłumiony  krzyk.  Wygięła  się  w  łuk,  a  Jake  objął  ją  jeszcze 
mocniej. 

Casey  wsunęła  dłonie  pod  jego  flanelową  koszulę  i  pieściła  owłosioną 

pierś. Jake zadrŜał, odsunął się odrobinę, jednym błyskawicznym ruchem zerwał 
z siebie koszulę i rzucił ją na ziemię. 

Chciała  go  znów  pieścić,  ale  przytrzymał  jej  ręce.  Pieścił  ją  teraz  tylko 

wzrokiem, wolno, z zachwytem. 

– Kiedy ktoś daje mi prezent, w dodatku tak ładnie opakowany, to jest juŜ 

mój prezent. Zgadza się? 

– Tak... 
–  Powiedziałaś,  Ŝe  dziś  wieczorem  mogę  zrobić  wszystko,  prawda?  – 

rzekł i sięgnął po jeden koniec wstąŜki. 

– Tak, tak powiedziałam. 
W mgnieniu oka prezent został rozwinięty. WstąŜka opadła na podłogę. 
Jake uśmiechnął się, ujął Casey w pasie i posadził na brzegu kuchennego 

blatu. 

– Co chcesz zrobić? – spytała. 
– AleŜ, Casey – skarcił ją Jake. – CzyŜbyś mi nie ufała? 
– Oczywiście, Ŝe ci ufam, ale co... 
Przerwała, widząc, Ŝe wyjmuje z lodówki czekoladowe eklery. 
Wziął do ręki jedno ciastko i wrócił do niej. Zanurzył palec wskazujący w 

gęstym kremie i wyciągnął go w jej stronę. 

– Najpierw mam ochotę na deser – szepnął. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Blat,  na  którym  siedziała  Casey,  był  zimny,  ale  grzało  ją  spojrzenie 

Jake’a. 

Z trudem przełknęła ślinę. Zatrzymał się dopiero, kiedy swą nagą piersią 

dotknął  jej  kolan.  Nie  odrywając  od  niej  wzroku  zbliŜył  do  jej  warg  palec 
pokryty gęstym, słodkim kremem. Zlizała ów krem łakomie, ale kiedy sięgnęła 
po ciastko, by i jemu dać kawałek, zaprotestował. 

– Sam się poczęstuję moim deserem – rzekł cicho. Schylił się i wziął do 

ust najpierw jedną jej sutkę, potem drugą. Czule, delikatnie pieścił je językiem, 
jakby  rzeczywiście  był  to  jakiś  bardzo  wymyślny  deser.  Casey  znów  zacisnęła 
mocno palce na brzegu blatu. Ogarnęła ją fala gorącej rozkoszy. 

Poczuła,  jak  bardzo  go  pragnie.  JuŜ,  teraz,  natychmiast.  Pragnienie  to 

pulsowało jednym rytmem z jej sercem. 

Jake westchnął i na moment uniósł głowę. 
–  To  mój  prezent  –  przypomniał  jej,  obdarowując  jednym  krótkim 

pocałunkiem. 

Dziwne,  bo  nagle  poczuła  się...  niepewnie.  To  powitanie  go  nago  w 

kuchni  wcześniej  wydawało  jej  się  takim  znakomitym  pomysłem.  Wystarczyło 
jednak jedno spojrzenie w jego oczy, by ta niepewność minęła. 

– Jake – powiedziała z powagą – porządni męŜczyźni nie torturują swoich 

Ŝ

on. 

–  No,  tak.  –  Jake  puścił  do  niej  oko.  –  Ale  która  Ŝona  chciałaby,  by  jej 

mąŜ był przyzwoity? 

– MoŜe ja? 
– Na pewno nie – zapewnił ją i delikatnie opuścił na plecy, tak Ŝe leŜała 

teraz  płasko  na  blacie,  a  nogi  jej  zwisały.  –  ZałoŜę  się,  Ŝe  bardziej  ci  się 
spodobam jako śmiały facet niŜ przyzwoity. 

– To zaleŜy, do jakiego stopnia śmiały. – Casey znów poczuła się trochę 

niepewnie. – MoŜe powinnam cię ostrzec, Ŝe zazwyczaj nie jestem miłośniczką 
przygód. 

– Ta wstąŜka świadczyła zupełnie o czymś innym. 
Zgadza  się.  Trudno  temu  zaprzeczyć.  Zresztą  w  ogóle  Casey  nie  miała 

ochoty  o  cokolwiek  się  z  nim  spierać.  Tak  długo  czekała  na  tę  chwilę  i  miała 
zamiar się nią cieszyć za wszelką cenę. 

Uniosła  odrobinę  głowę  i  zobaczyła,  Ŝe  Jake  stoi  między  jej  nogami. 

Jęknęła,  kiedy  znów  zanurzył  palec  w  nadzieniu  eklera  i  wyciągnął  go  w  jej 
stronę. 

– Jake... 
– To mój prezent – przypomniał. – Mój deser. 

background image

Kiedy zimny krem dotknął jej najgorętszego miejsca, drgnęła gwałtownie. 
– Zimne! 
– Tylko przez chwilkę. 
Casey  wzdrygnęła  się.  Przez  półprzymknięte  oczy  patrzyła,  jak  Jake 

zbliŜa usta do tego, pokrytego teraz kremem, miejsca. Kiedy go dotknął, jęknęła 
cicho i opuściła głowę z powrotem na blat. 

Z kaŜdą, tak przecieŜ intymną, pieszczotą Jake stawał się trochę bardziej 

częścią jej samej. Dotykał nie tylko jej ciała, ale takŜe serca i duszy. 

Od zawsze wiedziała, Ŝe są sobie przeznaczeni. 
ś

e będą razem. 

Na zawsze. 
– Jake... 
Czuła,  Ŝe  to  nadchodzi...  Wygięła  się  w  łuk...  Nagle  znieruchomiała  i 

przez zaciśnięte gardło wykrzyczała imię męŜa. 

Kilka  chwil  później  leŜała  bezwładnie  na  blacie  i  czuła,  jak  Jake 

delikatnie zmywa z niej resztki kremu. Drgnęła, kiedy przy okazji musnął lekko 
jej nabrzmiałą kobiecość. 

Otworzyła  oczy  i  spojrzała  na  niego.  Choć  zaledwie  przed  chwilą 

przeŜyła  orgazm,  znów  go  zapragnęła.  Chciała  poczuć  na  sobie  ciało  Jake’a. 
Poczuć  go  w sobie. Połączyć  się  z  nim  w  jedno, tak  jak  w tamtą  cudowną noc 
przedślubną. 

Jake pochylił się i wziął ją na ręce. Casey wtuliła się w niego i pozwoliła 

zanieść do sypialni. 

Tam Jake ułoŜył ją delikatnie na materacu, zdjął z siebie resztę ubrania i 

połoŜył się obok niej. Jego ręce niecierpliwie błądziły po jej ciele. 

Jeszcze nigdy Ŝadnej kobiety tak nie poŜądał. Pragnął jej aŜ do bólu. 
A  kiedy  juŜ  nie  mógł  wytrzymać,  kiedy  poczuł,  Ŝe  musi  się  z  nią 

natychmiast połączyć, otworzyła przed nim swe spragnione ciało. 

 
Później leŜeli spleceni na łóŜku. Głowa Casey spoczywała na piersi męŜa 

jak  na  poduszce.  Jake  muskał  w  zamyśleniu  jej  plecy.  Zachwycała  go  ich 
jedwabista miękkość. Radowało go pojawienie się tej kobiety w jego Ŝyciu. Miał 
wraŜenie, Ŝe to dar, na który nie zasłuŜył. 

A  jednak  równolegle  z  tymi  myślami  pojawiły  się  inne.  Wiedział,  Ŝe 

zaczyna  mu  na  Casey  coraz  bardziej  zaleŜeć  i  Ŝe  nie powinien  na  to pozwolić. 
JuŜ raz w Ŝyciu się zakochał i do dziś pamiętał, jak się to dla niego skończyło. 

Casey poruszyła się w półśnie, leciutko pocałowała go w pierś i objęła go 

ramieniem. 

Było to coś cudownego. Wspaniałego. Oczywistego i normalnego. 
A takŜe przeraŜającego. 
– Myślisz, Ŝe z kolacji coś jeszcze zostało? 

background image

Zadał to pytanie w odruchu samoobrony. Bał się zapuścić zbyt daleko w 

te rozmyślania. Było to bardzo niebezpieczne. 

– MoŜesz w takiej chwili myśleć o jedzeniu? – udała oburzenie Casey. 
– Nie mam siły, by myśleć o czymkolwiek innym. – Jake spojrzał na nią z 

figlarnym uśmiechem. – Najpierw naprawdę muszę coś zjeść. 

– W takim razie chodźmy natychmiast do kuchni. Casey wyciągnęła rękę 

i z leŜącej na krześle kupki czystej bielizny wzięła jakąś jego koszulkę. 

– Ubieramy się do obiadu? – spytała, przykładając ją do siebie. 
Koszulka nie osłaniała jej kształtnych nóg. Bioder zresztą teŜ. 
– Porządne Ŝony nie torturują swoich męŜów. 
– Wspominałeś nie tak dawno, Ŝe od porządnych lepsze są śmiałe. 
– Nie igraj z głodnym męŜczyzną, kobieto. Podaj mi ten dres. 
–  Widzę,  Ŝe  juŜ  po  miodowym  miesiącu  –  westchnęła  teatralnie  Casey  i 

obciągnęła na sobie koszulkę. 

Osobiście wręczyła męŜowi granatowy dres i jeszcze na chwilę przysiadła 

obok niego na łóŜku. 

– Kocham cię, Jake. 
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, zdawała się trwać wieki. 
Co  mógł  jej  na  to  odpowiedzieć,  Ŝeby  nie  wyjść  na  łajdaka,  którym 

zresztą  się  czuł?  Nie  rzekł  więc  nic,  lecz  usiadł,  włoŜył  spodnie  od  dresu,  a 
potem wstał i podszedł do komody po koszulkę. Przynajmniej nie musiał patrzeć 
Casey w oczy i reagować na to, co by w nich zobaczył. 

–  Miałam  rację  –  zauwaŜyła  Casey  i  uklękła  na  brzegu  łóŜka.  –  JuŜ  po 

miodowym miesiącu. 

Jake głęboko wciągnął powietrze i włoŜył zwyczajny, biały podkoszulek. 

Kiedy juŜ nie mógł nic wymyślić, odwrócił się i spojrzał na Ŝonę. 

– Casey... 
– Nie. – Powstrzymała go gestem dłoni i zdecydowanie pokręciła głową. 
– Co: nie? 
– Nie mów mi, Ŝe to szczególne małŜeństwo i Ŝe nie obiecywaliśmy sobie 

miłości. 

– A nie było tak? 
– Dla mnie miłość i małŜeństwo to jedno. – Casey wstała z łóŜka i zrobiła 

krok  w  stronę  drzwi.  Potem  zatrzymała  się  i  spojrzała  na  Jake’a.  Jej  wzrok 
przeszywał  go  jak  sztylet.  Nie  protestował,  bo  wiedział,  Ŝe  na  to  zasłuŜył.  – 
Dobrze. Nie kochasz mnie i nie pokochasz. 

– Tu nie chodzi o ciebie – odrzekł. 
Nie chciał sprawić jej przykrości, więc wyjawił jej tylko część prawdy. 
–  Ale  tylko  i  wyłącznie  o  mnie.  Ja  po  prostu  nie  jestem  juŜ  zdolny  do 

miłości. 

– Bzdura, Jake. 

background image

–  Co  takiego?  –  Spojrzał  na  nią  zdziwiony  i  nawet  z  takiej  odległości 

zauwaŜył w jej oczach gniew. 

– PrzecieŜ słyszałeś. 
– Casey... 
– Nie. To, co było między nami, jest... 
– PoŜądaniem – dokończył za nią. – Tylko i wyłącznie. 
– Tylko tyle czułeś? Naprawdę? 
Jake spuścił wzrok, lecz Casey dostrzegła wyraz jego twarzy. Wiedziała, 

Ŝ

e  to,  co  do  niej  czuje,  to  duŜo  więcej  niŜ  poŜądanie.  Odkrywała  to  w  jego 

pieszczotach. W jego pocałunkach. Widziała w jego oczach. Kochał ją, lecz był 
zbyt uparty, by się do tego przyznać. 

–  Nie  ma  powodu,  byśmy  w  tym  małŜeństwie  nie  zaznali  szczęścia, 

Casey. MoŜemy być męŜem i Ŝoną. Cieszyć się sobą. Wychowywać dzieci i Ŝyć 
w takim samym związku, jeśli nie w lepszym, jak większość ludzi. 

Casey skinęła głową i czekała w milczeniu. 
– Nie proś o to, czego nie mogę ci dać, Casey. Oboje będziemy przez to 

cierpieli. 

Niesamowite. CzyŜby on rzeczywiście wierzył w to co wygaduje? 
Casey  skrzyŜowała  ręce  na  piersiach  i  przechyliwszy  głowę,  przyglądała 

mu się uwaŜnie. 

– Mylisz się, Jake. 
Jake  zamrugał  gwałtownie  powiekami  i  obronnym  gestem  teŜ  tak  samo 

skrzyŜował ręce. 

– Nie chcesz, Ŝebym czekała, aŜ mnie pokochasz? Dobrze, nie będę. Ale 

to twoja strata, Jake, nie moja. 

Jake uniósł głowę, jakby spodziewał się ciosu. Owszem, wymierzyła go, 

ale słowami. 

– Kocham cię ty idioto. Ale od tej pory nigdy ci o tym nie będę mówiła. 
– Co chcesz przez to powiedzieć? 
– To mianowicie, Ŝe moŜesz sobie udawać, co chcesz. Ale ja i tak wiem, 

Ŝ

e mnie kochasz. 

Casey  kilkoma  szybkimi  krokami  przeszła  przez  pokój  i  zatrzymała  się 

dopiero tuŜ przed Jakiem. 

Palcem  wskazującym  stukała  go  w  pierś,  podkreślając  tym  kaŜde 

wypowiedziane słowo. 

–  Staliśmy  się  męŜem  i  Ŝoną.  Będzie  nam  ze  sobą  dobrze.  Wychowamy 

wspólnie  nasze  dzieci.  Ale  dopóki  nie  przyznasz,  Ŝe  mnie  kochasz,  będzie  to 
tylko namiastka małŜeństwa. 

– Casey... 
– I ty będziesz musiał wyznać mi miłość. Ode mnie nie usłyszysz juŜ ani 

słowa na ten temat. Poczekam, aŜ się w końcu zdecydujesz. 

background image

Jake  lekko  pokręcił  głową.  Casey  ledwo  się  powstrzymała,  by  go  nie 

kopnąć. 

– Powiesz to, Jake. Powiesz albo dalej sam się będziesz oszukiwał. I tym 

samym pozbawisz nas oboje czegoś bardzo cennego i wyjątkowego. 

Jake wyciągnął do niej rękę, ale błyskawicznie odskoczyła. 
– Casey, czy nie rozumiesz, Ŝe ja tylko staram się nas oboje ochronić? 
–  Nie.  Widzę  tylko  zawziętego  faceta,  który  będzie  bardzo  Ŝałował 

swojego uporu. 

Jake mocno zacisnął szczęki i przyglądał się jej spod oka. Casey znudziło 

się czekanie. Odwróciła się na pięcie i ruszyła ku drzwiom. 

– Chodź na kolację, Jake – mruknęła, spoglądając na męŜa przez ramię. – 

Mimo wszystko siła będzie ci potrzebna. 

– Tak? 
– Pewnie – uśmiechnęła się trochę do siebie, trochę do niego. – Nie mam 

zamiaru z powodu twego uporu rezygnować z kochania się z tobą. 

– Casey... – zaczął, ale jej juŜ nie było. 
A  więc  postanowiła  zachowywać  się  tak,  jakby  nic  szczególnego  się  nie 

działo. Wyszła za mąŜ i będzie z tego korzystać. On zaś czuł się jak idiota. 

Ciekawe, co się stało z jego tak rozsądnym planem? 
 
Tydzień później nadal się nad tym zastanawiał. 
Zsunął  szczeniaka  ze  swoich  kolan  na  fotel  dla  pasaŜera  i  bezmyślnie 

patrzył przez przednią szybę samochodu. Śnieg nie padał od tygodnia i wszystko 
pokryło się błotnistą mazią. Równie obrzydliwą jak jego nastrój. 

Tyle  razy  przemierzał  juŜ  tę  drogę,  Ŝe  mógłby  to  robić  z  zamkniętymi 

oczami.  PoniewaŜ  nie  musiał  się  koncentrować,  jego  myśli  zaczęły  wędrować 
swobodnie. Nie, wcale tak się nie działo. Powędrowały prosto do Casey. 

Przez cały miniony tydzień dotrzymywała słowa. Nie pisnęła ani słowa o 

miłości i Ŝyciu razem, póki śmierć ich nie rozłączy. Kochali się, spędzali razem 
dni  i  wieczory.  Pomagał  jej  w  realizacji  zamówień  związanych  z  organizacją 
przyjęć,  a  miała  ich  coraz  więcej.  Z  wdzięcznością  przyjął  jej  pomoc  w 
prowadzeniu księgowości rancza. Rozmawiali o dziecku i o BoŜym Narodzeniu, 
bawili  się  z psem  i  planowali  urządzenie pokoju dziecinnego. Wczoraj  poszedł 
do  lasu,  ściął  ogromną  choinkę  i  przytargał  ją  do  domu.  Jadali  razem,  sypiali 
razem i robili wszystko, co robiły inne małŜeństwa. 

Jake  zaklął  pod  nosem,  zmienił  pozycję  i  mocno  walnął  ręką  w 

kierownicę. 

Szczeniak zaskomlał. 
– Przepraszam – rzekł i roześmiał się, Ŝe przeprasza psa. 
Kurczę, przecieŜ jest dokładnie tak, jak tego chciał. Dlaczego wobec tego 

nie czuje się szczęśliwy? Bo brakuje mu tych dwóch jej słów. 

background image

– A tobie nadal mówi, Ŝe cię kocha – mruknął, z niechęcią patrząc na psa. 
Szczeniak  zapiszczał,  przeciągnął  się  i  połoŜył  głowę  na  udzie  swego 

pana. 

– Tak, tak, wiem. Ja teŜ cię kocham. 
Jake wyciągnął rękę i podrapał psa za uchem. 
–  Dziwne,  nie  uwaŜasz?  Tobie  mogę  to  wyznać.  A  jej  nie.  Widok 

odjeŜdŜającego sprzed domu samochodu dostawcy podziałał na niego jak kubeł 
zimnej wody. 

Musiał zjechać na pobocze i przez chwilę głęboko oddychał. 
A więc znowu to samo. 
– Tak, wiem, mamo – mówiła do słuchawki Casey, kiedy Jake wszedł do 

kuchni.  –  Myślałam  tylko,  Ŝe  chciałabyś  moŜe  wiedzieć.  Nie  proszę,  Ŝebyś 
cokolwiek zrobiła. 

Uśmiechnęła  się  do  Jake’a,  ale  nie  był  w  stanie  odpowiedzieć  jej  tym 

samym.  Nie  w  tej  chwili.  Nie  teraz,  kiedy  właśnie  zaczęło  się  to,  czego  tak 
bardzo się bał. 

–  Jestem  pewna,  Ŝe  tata  nie  moŜe  juŜ  doczekać  się  wyjazdu  –  mówiła 

dalej Casey, robiąc do niego miny. – O tej porze roku ParyŜ musi być cudowny. 

ParyŜ. 
Casey ruchem ręki dała mu znać, Ŝe za chwilę skończy. 
– Mamo, wiem, Ŝe nie masz w sobie nic z babci. Nikt się nie spodziewa, 

Ŝ

e będziesz piekła biszkopty czy zmieniała pieluszki. 

BoŜe broń! 
– Wiem, mamo. Tak, jestem pewna, Ŝe Jake zrozumie, iŜ kobieta cięŜarna 

musi przybrać na wadze i wyglądać niezbyt estetycznie. 

Najwyraźniej  rozmowa  telefoniczna  z  matką  była  tak  samo  trudna  jak 

dyskusja  w  cztery  oczy.  Jake  nie  był  jednak  w  stanie  współczuć  Casey.  Nie 
teraz, bo jedyne, co w tej chwili czuł, to gniew i rozczarowanie. Okazało się, Ŝe 
miał rację. Wiedział przecieŜ od początku, Ŝe nic z tego małŜeństwa nie będzie. 

Przebiegł przez kuchnię, potem na moment zajrzał do salonu. Nie zwrócił 

nawet  uwagi  na  stojącą  w  rogu  nie  ubraną  jeszcze  choinkę,  lecz  pobiegł  dalej 
korytarzem. Wiedział, gdzie znajdzie to, czego szuka. Paczki. Tak, muszą być w 
sypialni. 

Zawsze, kiedy poczta dostarczała którąś z nie kończącej się serii paczek, 

zamawianych przez Lindą, leŜała ona potem na łóŜku, by jego oddana małŜonka 
mogła do woli cieszyć się jej zawartością. 

Mowy  nie  ma,  by  miał  znów  na  coś  takiego  pozwolić.  Linda  swymi 

zachciankami  i  zamiłowaniem  do  luksusu  omal  nie  doprowadziła  go  do  ruiny. 
Była  jedyną  znaną  mu  kobietą,  która  co  sześć  tygodni  potrzebowała  dwunastu 
par nowych butów. 

Od  razu  je  zauwaŜył.  Na  krześle  przy  drzwiach  leŜała  raczej  nieduŜa 

background image

sterta  pakunków.  Chwycił  pierwszy  z  brzegu,  rozerwał  brązowy  papier  i  oto 
miał w rękach namacalny dowód zakupowego szaleństwa Casey. 

Flanelową koszulę. 
Dla niego. 
Jake  zmarszczył  brwi,  ale  zabrał  się  do  następnej  paczki.  Nerwowo 

rozrywał papier i rzucał go na podłogą. 

Flanelowe koszule. 
Skarpety. 
Dwie pary dŜinsów. 
Kurtka przeciwdeszczowa. 
Wszystko dla niego! 
I w dodatku były to tylko i wyłącznie rzeczy, których naprawdę od dawna 

potrzebował.  Sam  by  sobie  je  kupił,  gdyby  tylko  miał  czas  i  lubił  chodzić  po 
sklepach. 

Nerwowym  gestem  przeczesał  palcami  włosy.  JuŜ  nie  wiedział,  co  ma  o 

tym myśleć. Wszystkie jego teorie wzięły w łeb. 

– No, no – odezwał się za jego plecami chłodny głos Casey. – JuŜ sobie 

ciebie wyobraŜam w dniu BoŜego Narodzenia. 

Jake  odwrócił  się  i  spojrzał  na  nią  bardzo  powaŜnie.  Casey  uśmiechnęła 

się i skrzywiła na widok bałaganu. 

– Jak to dobrze, Ŝe twój prezent gwiazdkowy jeszcze nie przyszedł. Jesteś 

gorszy niŜ dziecko. 

– To wszystko dla mnie – rzekł w końcu. 
–  A  masz  coś  przeciwko  temu?  –  spytała  i  zaczęła  zbierać  z  podłogi 

porozrywane opakowania. 

–  Nie  –  odparł.  śaden  problem.  Raczej  coś  bardzo  dziwnego.  –  Ale 

dlaczego? Gdzie to wszystko kupiłaś? 

– W salonie u Annie znalazłam katalog. Nie przypuszczałam, Ŝe będziesz 

zły.  Twoje  dŜinsy  się  rozlatują.  W  tym  starym  płaszczu  przeciwdeszczowym 
przemakasz  do  suchej  nitki.  A  naszemu  szczeniaczkowi  bardzo  zasmakowały 
twoje skarpetki. 

A  więc  zauwaŜyła  to  wszystko.  Zamówiła  dla  niego  ubrania.  Jake, 

wyraźnie  zakłopotany,  przykucnął  i  zebrał  resztę  podartego  papieru.  Kiedy  się 
podniósł, spojrzała na niego uwaŜnie. 

– To, Ŝe kupiłam ci ubranie, wyraźnie cię zaskoczyło, prawda? 
– Tak – przyznał niechętnie. – MoŜna tak powiedzieć. 
– O, rany, Jake, przecieŜ jestem twoją Ŝoną. – Casey wspięła się na palce i 

pocałowała go lekko w policzek. – Ja... 

W samą porę się powstrzymała. 
Mocno zacisnęła usta i tylko pokręciła głową. 
Dziwne, jak bardzo mogą boleć słowa nie wypowiedziane. 

background image

–  Cieszę  się,  Ŝe  juŜ  wróciłeś  –  powiedziała,  zmieniając  temat.  – 

Chciałabym, Ŝebyśmy dzisiaj ubrali choinkę. 

– Dobrze – mruknął w zamyśleniu Jake. 
WciąŜ  nie  mógł  ochłonąć  ze  zdziwienia,  Ŝe  istnieje  na  świecie  kobieta, 

która kupuje ubrania dla niego, a nie dla siebie. 

–  Właśnie  się  zastanawiałam  –  zaczęła  głośno  Casey,  by  zwrócić  jego 

uwagę.  –  Chyba  najpierw  trzeba  powiesić  lampki,  prawda?  Zrobisz  to,  czy 
wolisz, Ŝebym ja je zawiesiła? 

–  Lampki?  –  powtórzył  Jake,  wracając  do  rzeczywistości.  Przypomniał 

sobie, jak wysoką choinkę przyciągnął z lasu. – Ja to zrobię. Ty musiałabyś uŜyć 
drabiny, a to jest niebezpieczne. 

–  Dzięki.  A,  wiesz,  znalazłam  w  garaŜu  pudło  ze  starymi  ozdobami  i 

przyniosłam je do domu. Nie masz nic przeciw temu, prawda? 

Jake juŜ w ogóle nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. 
– Ale przecieŜ wczoraj pokazałem ci, gdzie są nowe zabawki. 
Importowane bombki i pasujące do nich łańcuchy kosztowały go majątek. 

Linda uznawała tylko rzeczy w najlepszym gatunku. 

–  Wiem,  ale  stare  zabawki  były  takie...  Po  prostu  przypomniałam  sobie 

rzeczy, które wasza mama zawsze wieszała na choince i zaczęłam ich szukać. 

– Dlaczego? 
– Oj, Jake – westchnęła smutno Casey. – Te zabawki, które pokazałeś mi 

wczoraj,  są  piękne,  ale...  przypominają  mi  rzeczy,  które  widywałam  w  domu 
rodziców,  gdzie  choinkę  ubiera  zawodowy  dekorator.  Chciałabym,  Ŝeby  nasze 
pierwsze wspólne BoŜe Narodzenie było... 

– Idealne? 
–  Domowe  –  poprawiła  go.  –  Nie  będziesz  miał  nic  przeciw  temu,  Ŝe 

powieszę ozdoby twojej mamy, co? 

– Nie, oczywiście Ŝe nie. 
I  rzeczywiście  nie  miał  nic  przeciwko.  Tyle  tylko,  Ŝe  przestawał 

cokolwiek rozumieć. 

– Cieszę się. 
Casey uśmiechnęła się i podeszła do drzwi. 
–  Umyj  się  przed  kolacją,  a  potem  zaczniemy  nasze  gwiazdkowe 

przygotowania! 

BoŜe  Narodzenie,  pomyślał,  przysiadając  na  łóŜku.  BoŜe  Narodzenie  z 

choinkowymi ozdobami jego matki, prawdziwą choinką i Casey. 

Powinien być szczęśliwy. 
Do jasnej cholery, dlaczego nie moŜe sobie na to pozwolić? 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Nazajutrz wczesnym rankiem w salonie Casey Ŝegnała męŜa. 
– Będziesz się trzymała z dala od drabiny? – spytał Jake. Casey zaśmiała 

się i uniosła do góry rękę. 

–  Obiecuję.  Poza  tym  juŜ  wcale  nie  jest  potrzebna.  Casey  spojrzała  na 

sznury lampek okalających ogromne okna. 

– Są piękne, prawda? 
– Cudowne – rzekł cicho Jake. 
Casey odwróciła się ku niemu i zauwaŜyła, Ŝe wcale nie patrzy na lampki, 

które własnoręcznie powiesił, lecz na nią. I to o niej mówi z takim zachwytem. 
A  więc  ją  kocha.  Wyczytała  to  w  jego  oczach.  Nie  po  raz  pierwszy  zresztą. 
Dlaczego  on  sam  nie  jest  w  stanie  tego  dostrzec?  Czemu  nie  chce  się  do  tego 
przyznać? 

– Jesteś pewna, Ŝe chcesz jechać do miasta swoim autem? – spytał nagle 

Jake. – Mógłbym zostawić ci dŜipa, a sam pojechać z którymś z twoich braci. 

Casey pokręciła głową. Ciekawe, jak będzie się zachowywał ten jej męŜuś 

pod koniec ciąŜy? Martwi się wszystkim, niepokoi, pilnuje jej diety i wciąŜ nie 
moŜe zrozumieć tego, Ŝe ją kocha. 

–  Jedź  ty  –  powiedziała.  –  ZałoŜyłeś  mi  przecieŜ  zimowe  opony. 

Wszystko będzie w porządku. 

Jake skinął głową i wziął wędkę. 
– Wrócę przed zmrokiem. 
– Będę na ciebie czekała. 
Przyglądał  jej  się  przez  dłuŜszą  chwilę,  potem  nachylił  się,  by  ją 

pocałować. Chciał, by było to tylko lekkie  muśnięcie, ale Casey wyszła  mu na 
powitanie, objęła go mocno za szyję i przyciągnęła do siebie. 

Jake  jęknął  cicho  i  upuścił  wędkę  na  podłogę.  Tak  było  zawsze. 

Wystarczyło, by jej dotknął, Ŝeby zapomniał o całym świecie. 

Kiedy  Casey  upewniła  się,  Ŝe  cała  jego  uwaga  skupiła  się  na  niej, 

przerwała  pocałunek  i  cofnęła  się  o  krok.  Zaskoczenie  i  cierpienie,  jakie 
zobaczyła  w  jego  oczach,  ucieszyło  ją.  Owszem,  zgodziła  się  udawać,  Ŝe  ich 
małŜeństwo będzie takie, jak on sobie tego Ŝyczy. Ale nigdy mu nie obiecywała, 
Ŝ

e będzie to łatwe. 

– Baw się dobrze – powiedziała. – Pozdrów ode mnie Nathana i J. T. 
Jake wciągnął głęboko powietrze, zmruŜył oczy i skinął jej lekko głową. 
– Wiesz, ja właściwie wcale nie muszę iść na te ryby. 
Miło  było  wiedzieć,  Ŝe  gotów  jest  zrezygnować  z  wędkowania  z  jej 

braćmi  tylko  po  to,  Ŝeby  dotrzymać  jej  towarzystwa,  lecz  mimo  to  Casey 
zdecydowanie wypchnęła go z kuchni. 

background image

–  Musisz,  musisz.  Od  wesela  przez  cały  czas  gadacie  wyłącznie  o 

łowieniu ryb. 

Jake z rezygnacją sięgnął po wędkę, wziął pudło ze sprzętem wędkarskim 

i ruszył ku drzwiom. 

–  Wtedy  wydawało  mi  się  to  dobrym  pomysłem  –  rzucił.  Casey 

uśmiechnęła się i postawiła mu kołnierz kurtki, – Nie rozumiem, jak wycinanie 
dziury  w  lodzie  i  wyczekiwanie  przy  niej  godzinami  na  jakąś  przepływającą 
rybę moŜe kiedykolwiek wydawać się dobrym pomysłem. 

– Bo jesteś dziewczyną – odparł. – Dziewczyny nie znają się na męskich 

sprawach. 

MoŜe  i  nie,  pomyślała.  Ale  dziewczyny  wiedzą,  jak  wykorzystać  czas, 

kiedy  ich  męŜczyźni  zajmują  się  męskimi  sprawami.  Podczas  nieobecności 
Jake’a  Casey  miała  zamiar  spotkać  się  z  Annie.  Doszła  bowiem  w  końcu  do 
wniosku, Ŝe by zwalczyć wspomnienia Jake’a o jego byłej Ŝonie, musi dokładnie 
wiedzieć, co się między nimi wydarzyło. 

Dzień dopiero wstawał, na niebie pojawiły się delikatne róŜowe obłoczki. 

Niestety, z telefonem do Annie trzeba będzie poczekać jeszcze parę godzin. 

Casey  podeszła  do  okna  i  pomachała  ręką  na  poŜegnanie  Jake’owi,  aŜ 

zniknął  jej  z  oczu.  Potem  z  kubkiem  gorącego  kakao  usiadła  przy  kominku. 
Patrząc w ogień, układała plany. 

 
–  Wydała  praktycznie  wszystkie  jego  pieniądze  –  powiedziała  Annie  i 

sięgnęła  po  następną  świeŜo  upieczoną  bułeczkę  z  cynamonem.  –  Pyszne, 
Casey. Ale naprawdę nie musiałaś mnie nimi przekupywać. 

–  Wcale  nie  miałam  zamiaru  cię  przekupywać.  MoŜe  tylko  trochę 

zachęcić. 

–  No,  to  wyjaśnienie  mogę  przyjąć  –  odparła  Annie.  Bułeczki  te  Casey 

piekła przede wszystkim dlatego, Ŝeby  móc czymś zająć umysł i ręce. Te dwie 
godziny  między  świtem  i  ósmą,  którą  uznała  za  wystarczająco  przyzwoitą 
godzinę, by zadzwonić do szwagierki, zdawały się ciągnąć w nieskończoność. 

– A więc Jake rozwiódł się z Lindą dlatego, Ŝe wydawała wszystkie jego 

pieniądze? – zapytała Casey, sięgając po dzbanek z kawą. 

To wyjaśniało jego zachowanie tego dnia, kiedy facet z poczty dostarczył 

paczki z zakupami. 

–  Częściowo.  Ale  stało  się  coś,  co  o  tym  przesądziło.  Casey  spojrzała 

przez  ramię  na  salon.  Nie  chciała,  by  mała  Lisa  podsłuchiwała,  jak  matka  z 
ciotką  rozmawiają  o  jej  wujku.  Z  pokoju  dobiegały  odgłosy  porannego 
programu  telewizyjnego  dla  dzieci  i  śmiech  Lisy.  Mała  natychmiast 
zaprzyjaźniła  się  z  psem.  Prawdopodobnie  dlatego,  Ŝe  dzieliła  się  z  nim 
cynamonowymi bułeczkami. 

– Co takiego? 

background image

–  Po  pierwsze  musisz  wiedzieć,  Ŝe  Jake  był  przekonany,  iŜ  naprawdę 

kocha swoją Ŝonę. 

Dziwne,  jak bardzo zabolały  ją  te  słowa.  No,  ale  cóŜ,  musiał przecieŜ  ją 

kochać,  skoro  się  z  nią  oŜenił.  Nie,  Casey  uśmiechnęła  się  gorzko.  To  jeszcze 
Ŝ

aden dowód. Z nią teŜ się oŜenił. I przez cały czas jej udowadnia, Ŝe wcale jej 

nie kocha. 

–  Szczerze  mówiąc  –  ciągnęła  dalej  Annie,  oblizując  palce  –  nigdy  nie 

mogłam zrozumieć, co on w niej widział. Miała takie chytre spojrzenie. 

–  Dobrze,  dobrze.  To  nie  ma  znaczenia.  –  Casey  poklepała  przyjaciółkę 

po ramieniu. – Mów, co się stało. 

–  Nic  nadzwyczajnego  –  mruknęła  Annie.  –  Po  prostu  któregoś  dnia 

wrócił wcześniej do domu i zastał Lindę w łóŜku z dealerem BMW z Reno. 

– Co takiego? 
– Właśnie. – Annie na samo wspomnienie skrzywiła się z niesmakiem. – 

Stał pod drzwiami sypialni i słuchał, jak jego Ŝona mówi swemu kochankowi, Ŝe 
nie  musi  się  bać,  iŜ  jej  mąŜ  się  dowie  o  ich  romansie.  Mówiła,  Ŝe  z  Jake’a 
straszny kretyn, który jest w niej ślepo zakochany. I wszystko jej wybaczy. 

Wielki BoŜe, co za okropna kobieta, pomyślała w duchu Casey. Najpierw 

poczuła  złość.  Na  Lindę,  Ŝe  skrzywdziła  Jake’a.  A  potem  współczucie. 
Współczucie wobec Jake’a, którego ta wiedźma tak głęboko zraniła. 

Nic  dziwnego,  Ŝe  nie  chce  rozmawiać  o  miłości  i  nie  chce  przyznać,  Ŝe 

coś do kogoś czuje. Raz juŜ spróbował i do dziś pamięta tamtą bolesną nauczkę. 

– Tak, z początku to wszystko było straszne – powiedziała w zamyśleniu 

Annie. – Ale wiesz, potem zrozumiałam, Ŝe on tak naprawdę wcale tej suki nie 
kochał. 

– Nie rozumiem? 
– Był bardziej wściekły niŜ dotknięty. I to przede wszystkim na siebie. 
– Na siebie? 
– Tak, bo źle ulokował swoje uczucia. 
– I wtedy postanowił, Ŝe juŜ nigdy nikogo nie pokocha, tak? 
– Coś w tym rodzaju. Ale to mu przejdzie. Wcześniej czy później. 
–  Nie  jestem  taka  pewna.  –  Casey  sięgnęła  po  następną  bułeczkę, 

przełamała ją na pół i odłoŜyła na talerzyk. – Zresztą po co mu to? 

– Nie rozumiem. 
– Popatrz na to wszystko z jego punktu widzenia. Ma Ŝonę. Dziecko jest 

w  drodze.  Wie,  Ŝe  go  kocham,  ale  nie  chce  o  tym  rozmawiać.  Postanowił,  Ŝe 
będziemy  dla  siebie  mili  i  Ŝyczliwi,  ale  nie  będziemy  sobie  zawracać  głowy 
miłością. 

– Ciekawa koncepcja. I wygodna. 
– Tak, i ja się na to zgodziłam. 
– Zwariowałaś? 

background image

– Mamo! – zawołała z salonu Lisa. – Siusiu! 
– Idź do łazienki, córeczko. Zaraz przyjdę. 
–  Nie,  nie  zwariowałam  –  odparła  Casey  i  ugryzła  kawałek  bułeczki.  – 

Tak było na początku, ale teraz mam dość, Annie. Miałam okazję obserwować 
kulturalne małŜeństwo. Przez wiele lat i to z bliska. 

Casey  wiedziała,  Ŝe  Annie  rozumie,  co  ma  na  myśli.  W  dzieciństwie 

często  bywała  u  Oakesów  i  widziała  ten  związek  oparty  na  bogactwie, 
umiłowaniu podróŜy i przymykaniu oka na niedyskrecje. 

Ale  ona,  Casey,  zawsze  chciała  czegoś  więcej.  Marzenia  były  jej  jedyną 

pociechą  w  tamtych  chłodnych,  pozbawionych  prawdziwych  uczuć  czasach.  A 
od  kiedy  skończyła  piętnaście  lat,  marzenia  te  nierozerwalnie  wiązały  się  z 
Jakiem. 

Teraz te marzenia mogły się spełnić. Musi tylko w jakiś sposób przekonać 

Jake’a, Ŝe go kocha. I Ŝe on moŜe pokochać ją. 

– Mamo! Ju-uŜ! – dobiegł z daleka dźwięczny głosik Lisy. 
Annie uśmiechnęła się i wstała. 
– Przyzwyczajaj się do tego, bratowo! Wkrótce i na ciebie przyjdzie kolej. 
Casey została sama. Wzięła do ręki leŜącą na stole lokalną gazetę. „Harry 

Biggs  wygrywa  główną  nagrodę  na  kościelnej  loterii”  głosił  tytuł  na  pierwszej 
stronie. 

Casey  parsknęła  śmiechem.  W  takiej  mieścinie  najdrobniejsza  i 

najgłupsza rzecz moŜe się znaleźć na pierwszej stronie gazety. 

Ale, ale, moŜe to wcale nie jest takie śmieszne. 
 
Trzy  dni  później  to,  co  miało  być  rozwiązaniem  jej  małŜeńskich 

problemów,  leŜało  nie  otwarte  na  kuchennym  stole.  Casey  spojrzała  na 
porządnie  złoŜoną  gazetę  i  uśmiechnęła  się.  Była  pewna,  Ŝe  jej  pomysł  jest 
doskonały. 

Uśmiechnęła się i powróciła do rzeczywistości. I do pracy. W stojącym na 

kuchni wielkim garze ubijała sok z cytryny z cukrem. Skrzywiła się, kiedy ktoś 
zapukał do drzwi. 

Ś

piący  pod  stołem  pies,  który  miał  być  jej  dzielnym  obrońcą,  nawet  nie 

drgnął. 

A  Casey  nie  mogła  przerwać  ubijania.  Zestawione  z  ognia  nadzienie  do 

ciasta  natychmiast  się  zwarzy.  A  jeśli  zostawi  je  na  ogniu  i  pójdzie  otworzyć 
drzwi, wykipi. 

–  Otwarte!  –  krzyknęła  z  nadzieją,  Ŝe  przecieŜ  morderca  nie  pukałby  do 

drzwi. 

Nie przerywając ubijania, spojrzała w stronę holu. 
– Casey? 
Usłyszała niski, męski głos. Głos, który dobrze znała. I za którym  wcale 

background image

nie tęskniła. Głos, który kiedyś miał powiedzieć „tak” przed ołtarzem. 

Ale nie powiedział. 
Steven! 
– Casey? Gdzie jesteś? 
Casey odchrząknęła i przełknęła ślinę. – Tutaj – zawołała. Steven pojawił 

się w drzwiach. Oparł się o framugę i przez dłuŜszą chwilę nic nie mówił. 

– Mogę wejść? – spytał w końcu. 
– PrzecieŜ juŜ wszedłeś – zauwaŜyła Casey. 
Uznała, Ŝe nie ma powodu być nieuprzejmą. Poza tym, szczerze mówiąc, 

powinna  być  mu  wdzięczna.  Gdyby  nie  wybrał  się  wtedy  do  Meksyku,  ona 
moŜe nigdy nie wróciłaby do Jake’a. 

– Wejdź, Steven, wejdź – uśmiechnęła się. 
Wyraźnie  odpręŜony,  Steven  wszedł  do  środka,  zdjął  szalik  i  rozpiął 

płaszcz.  Znakomicie  wyglądał.  Pobyt  w  Meksyku  wyraźnie  dobrze  mu  zrobił. 
Był opalony i, jak zawsze, uroczy. Choć nie tak wysoki ani przystojny jak Jake, 
mógł się podobać kobietom. 

Miękkie,  brązowe  włosy  wiły  się  delikatnie  nad  czołem,  brązowe  oczy 

patrzyły na nią powaŜnie. W czarnym płaszczu, stalowoszarym garniturze, białej 
koszuli i czerwonym krawacie wyglądał w tej przytulnej kuchni zupełnie nie na 
miejscu. I tak się teŜ chyba czuł. 

– Uspokój się – powiedziała ze śmiechem Casey. – Nic ci nie zrobię. 
– Nawet nie miałbym do ciebie o to pretensji – odparł. – Ale dziękuję. 
– Po co tu przyjechałeś? 
I to akurat dzisiaj? W dniu jej ostatecznej konfrontacji z Jakiem. 
–  Kiedy  wróciłem  z  Meksyku,  twoja  matka  powiedziała  mi,  gdzie  cię 

mogę znaleźć. 

– To nie wyjaśnia powodu tej wizyty. 
– Zgadza się. 
Steven  zajrzał  do  garnka,  w  którym  Casey  cały  czas  mieszała,  a  potem 

zaczął  spacerować  po  kuchni.  Zatrzymał  się  przed  zaparowanym  oknem. 
Odezwał się dopiero wtedy, kiedy dzieliło ich od siebie kilka metrów. 

– Po prostu chciałem zobaczyć, jak się miewasz. 
– Teraz dobrze. Ale nie wtedy, kiedy dostałam twój list. Steven schylił się 

i pogłaskał oblizującego jego eleganckie pantofle psa. 

– Bardzo cię za tamto przepraszam, Casey. 
– To juŜ coś. 
Casey  ze  zdziwieniem  zauwaŜyła,  Ŝe  coraz  mocniej  wali  ubijaczką.  A 

więc wciąŜ jeszcze nie do końca mu wybaczyła. 

– Wiesz, w przeddzień ślubu wieczorem chciałem z tobą porozmawiać. 
– Co takiego? 
– Zadzwoniłem do domu twoich rodziców. Rozmawiałem z twoim ojcem. 

background image

– Steven wyprostował się i z niesmakiem spojrzał na liŜącego mu buty psiaka. – 
Powiedziałem, Ŝe chcę z tobą pogadać, ale ojciec twierdził, Ŝe jesteś zajęta i nie 
moŜna ci przeszkadzać. 

Ojciec z nim rozmawiał? Ale jej nie wspomniał o tym ani słowem. 
– Nie powiedział ci, prawda? 
– śe dzwoniłeś? Nie. 
Casey  pokręciła  głową.  Poczuła,  Ŝe  jakaś  niewidzialna  obręcz  ściska  jej 

serce.  Nie  znała  jeszcze  dalszego  ciągu  tej  opowieści,  ale  podejrzewała,  Ŝe  nie 
będzie się jej ona podobała. 

– Nie tylko – rzekł cicho Steven. – TakŜe tego, Ŝe nie będę w kościele. 
Cały świat zawirował jej przed oczami. Mocno zacisnęła palce na rączce 

rondla.  Niewidzialna  obręcz  zacisnęła  się  jeszcze  mocniej.  Prawie  nie  była  w 
stanie  oddychać.  Jej  własny  ojciec  wiedział,  Ŝe  jej  narzeczonego  nie  będzie 
przed ołtarzem. Dlaczego nic jej nie powiedział? Dlaczego pozwolił, by przez to 
wszystko przeszła? Dlaczego naraził  ją, na upokorzenie na oczach  setek ludzi? 
Chciała zadać na głos te wszystkie pytania. ZaŜądać na nie odpowiedzi. 

– Ojciec o tym wiedział? – szepnęła tylko. 
–  Tak,  wiedział.  Powiedziałem  mu,  Ŝe  nie  jestem  w  stanie  podjąć  tej 

decyzji.  –  Steven  przeczesał  palcami  swoje  znakomicie  ostrzyŜone  włosy.  – 
Powiedziałem mu zresztą, iŜ myślę, Ŝe ty teŜ nie chcesz wychodzić za mąŜ. – Tu 
Steven  rozejrzał  się  po  kuchni  i  głupio  uśmiechnął.  –  W  kaŜdym  razie  nie  za 
mnie. 

– Nie chciałam – przyznała, zdziwiona, Ŝe udało jej się wydobyć z siebie 

głos. 

Steven nawet nie zwrócił uwagi na jej słowa. Pospiesznie mówił dalej. 
–  Znasz  swojego  ojca.  Po  prostu  to  zlekcewaŜył.  Powiedział,  Ŝe  to 

zwyczajna  trema,  kazał  mi  się  nie  spóźnić  i  stwierdził,  Ŝe  wszystko  się  dobrze 
ułoŜy. 

Steven  przerwał  i  przez  chwilę  patrzył  na  nią  bardzo  powaŜnie. 

ZauwaŜyła w jego oczach szczery Ŝal i smutek. 

– Naprawdę myślałem, Ŝe ci powie, Casey. Byłem pewny, Ŝe i ciebie nie 

będzie w kościele. śe nie będziesz na mnie czekała. 

Cały  ojciec!  Oczywiście,  Ŝe  nie  uwierzył  Stevenowi.  Nie  dopuszczał  do 

siebie  myśli,  by  ktoś  z  ich  kręgów  towarzyskich  mógł  zepsuć  tak  starannie 
zaplanowane i przygotowane wesele. Wobec tego nie uznał nawet za stosowne 
poinformować  swojej  własnej  córki  o  tym,  co  moŜe  ją  spotkać.  Casey  aŜ 
poczerwieniała na twarzy. 

– Ale jednak byłeś tam. Przekazałeś mi list. 
–  Tak.  PrzejeŜdŜałem  obok  kościoła  i  zobaczyłem  te  wszystkie 

samochody.  Wtedy  zrozumiałem,  Ŝe  ojciec  o  niczym  ci nie powiedział. –  Były 
narzeczony Casey zrobił kilka kroków w jej stronę i przystanął. – Zatrzymałem 

background image

się więc na chwilę, napisałem te kilka słów i podałem kartkę jednemu z moich 
druŜbów. 

– Nie mogłeś wejść do środka i powiedzieć mi tego osobiście? 
– Tak powinienem zrobić. 
– To prawda – zgodziła się Casey i wyłączyła palnik. Przeniosła rondel na 

blat  i  zaczęła  ostroŜnie  wylewać  polewę  na  czekające  tam  świeŜo  upieczone 
ciasto. – Ale chyba cię rozumiem. 

AŜ jej się zimno zrobiło na myśl, jak jej i jego rodzice zareagowaliby na 

taką wiadomość. Przekazaną im przez niego osobiście. 

Pamiętała  aŜ  za  dobrze,  jakimi  spojrzeniami  obrzucali  się  w  kościele 

Oakesowie i Millerowie, winiąc jedni drugich za to, co się stało. Gdyby Steven 
pojawił  się  tam  osobiście,  wrzaski  i  upokorzenie  byłyby  duŜo  trudniejsze  do 
zniesienia. 

–  A  jak  Ŝyjesz  teraz?  –  spytał  Steven,  rozglądając  się  dokoła.  –  Jesteś 

szczęśliwa? Mama mówiła mi, Ŝe wyszłaś za mąŜ. 

– I jestem w ciąŜy. 
Brwi Stevena uniosły się do góry. 
–  Jestem  bardzo  szczęśliwa.  Steven  –  powiedziała.  –  Właściwie  chyba 

powinnam ci podziękować. Nie zrobię tego, ale wiem, Ŝe powinnam. 

– Cieszę się, Casey. – Steven zaśmiał się, by przerwać niezręczną ciszę. – 

Kamień spadł mi z serca. 

Casey podeszła do niego i połoŜyła mu rękę na ramieniu. 
– Wybaczam ci. Nie musisz się juŜ bać. 
Steven skinął głową, wziął ją w ramiona i uniósł do góry. 
– Szczęściarz z twojego męŜa – rzeki wesoło. 
Ś

miech zamarł mu w gardle, kiedy ktoś z impetem otworzył drzwi. 

– A Ŝebyś wiedział – warknął z furią Jake. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 
Steven  tak  gwałtownie  wypuścił  Casey  z  objęć,  Ŝe  aŜ  się  zatoczyła. 

Spojrzała  na  Jake’a  i  stwierdziła,  Ŝe  jeszcze  nigdy  nie  widziała  go  tak 
rozzłoszczonego. Na policzki wystąpiły mu czerwone plamy – i to wcale nie od 
mrozu – a jego oczy płonęły gniewem. 

–  Do  jasnej  cholery,  ręce  precz  od  mojej  Ŝony!  –  wrzasnął  z  dziką, 

zwierzęcą furią. 

– To wcale nie tak, jak pan myśli – próbował tłumaczyć Steven. 
– Uspokój się, Jake. – Casey stanęła przed nim i odwaŜnie popatrzyła mu 

prosto w oczy. – Zachowujesz się, jak wariat. 

Podbiegła  do  drzwi  i  szybko  je  zamknęła.  Ona  śmie  krytykować  jego 

zachowanie? 

–  Niech  pan  posłucha  –  odezwał  się  znów  przybysz.  –  MoŜe  najpierw 

powinienem  się  przedstawić.  Nazywam  się  Steven  Miller  –  rzekł  i  wyciągnął 
rękę. 

Steven? 
Jake rzucił krótkie, znaczące spojrzenie na Casey, a potem znów spojrzał 

na tego elegancko ubranego męŜczyznę. Kiedyś słyszał, jak ludzie mówili, Ŝe z 
wściekłości krew ich zalewa. Bardzo go to dziwiło. Dopiero teraz zrozumiał, na 
czym to polega. Nie tylko po raz drugi wszedł do swego własnego domu i zastał 
swą Ŝonę w ramionach jakiegoś męŜczyzny. Tym razem było jeszcze gorzej, bo 
nie  był  to  jakiś  tam  męŜczyzna,  lecz  ten  drugi.  Ten,  którego  miała  zamiar 
poślubić. 

Zanim  zdał  sobie  sprawę,  co  robi,  ruszył  do  przodu,  odepchnął 

wyciągniętą ku niemu rękę i walnął pięścią w szczękę Stevena. 

Nawet  nie  poczuł  bólu,  bo  widok  padającego  na  ziemię  męŜczyzny 

sprawił mu ogromną przyjemność. Nie przejął się tym, Ŝe Steven potrącił stół i 
wraz z nim na podłogę upadła nie dokończona cytrynowa tarta. 

Dopiero  wtedy  Jake  spojrzał  znów  na  swoją  Ŝonę.  Serce  waliło  mu  w 

piersi  jak  oszalałe.  W  głowie  szumiało.  Krew  nadal  wrzała.  Choć  cały  czas 
podświadomie  się  tego  obawiał,  nie  spodziewał  się,  Ŝe  Casey  mogłaby  go 
zdradzić. I nawet nie podejrzewał, jaki ból mogłoby mu to sprawić. 

W ogóle nie dało się tego porównać z tym, co przeszedł z Lindą. Ból, jaki 

czuł  w  tej  chwili,  miał  charakter  wręcz  fizyczny.  I  z  kaŜdą  chwilą  stawał  się 
silniejszy. 

– Czyś ty zwariował? – krzyknęła Casey. 
– Co takiego? 
Oddychając cięŜko, Jake patrzył na Casey z niedowierzaniem. Ona jest na 

niego zła? Ona? 

background image

Casey pochyliła się i pomogła wstać Stevenowi. 
Widząc, Ŝe facet trzyma się od niej z daleka, Jake wcale się nie uspokoił. 
– Dlaczego go uderzyłeś? – spytała oburzona Casey. 
– A dlaczego on obściskiwał moją Ŝonę? 
– To był zwykły przyjacielski uścisk. – Casey wymownie wskazała ręką 

na podłogę, zasłaną kawałkami ciasta i lukru. 

– Piekłam ciasto, Jake. Na miłość boską, to jest kuchnia. Nie sypialnia. 
Jake uniósł brwi. Chciał, by przypomniała sobie, co nie tak dawno robili 

razem w tej samej kuchni. Casey zarumieniła się. A więc pamięta. 

– Wiem, co widziałem, Casey. 
CzyŜby nie rozumiała, co czuł, widząc ją w ramionach kogoś innego? 
– Widziałeś to, czego się spodziewałeś. – Casey uniosła głowę i spojrzała 

mu prosto w oczy. – Od dnia naszego ślubu czekałeś na coś takiego. 

– Co? 
CzyŜby wiedziała? 
– Myślałeś, Ŝe nie wiem, prawda? 
– Annie – westchnął Jake. 
– Tak, Annie. Twoja siostra powiedziała mi to, co powinieneś powiedzieć 

ty. 

Jake zamarł. Nie chciał, Ŝeby wiedziała o Lindzie. Nie mógł dopuścić, by 

Casey  dowiedziała  się,  Ŝe  jego  była  Ŝona  do  tego  stopnia  miała  go  za  nic,  Ŝe 
zabawiała się z kochankami w jego własnym domu. Czy nie rozumie, jak on się 
z tym wszystkim czuł? Czy naprawdę myślała, Ŝe mógłby jej o tym powiedzieć? 

–  Nie  było  powodu,  bym  opowiadał  ci  o  Lindzie.  To  nie  miało  nic 

wspólnego z nami. 

Jakby chciał uspokoić swoje serce, Jake złoŜył ręce na piersi. 
– To nie miało nic wspólnego z nami? – powtórzyła Casey i zrobiła krok 

w jego stronę. 

– Przepraszam – odezwał się stojący gdzieś za nią Steven. 
– Chyba powinienem juŜ sobie pójść. 
– Zamknij się – warknął Jake. 
– Zamknij się – zawtórowała mu Casey. 
Steven  wzruszył  ramionami  i  zaczął  przyglądać  się  psu,  metodycznie 

wylizującemu podłogę. 

– Jak moŜesz mówić, Ŝe to, co zdarzyło się z Lindą, nie ma nic wspólnego 

z nami? 

– To było dawno temu – stwierdził Jake. 
– Ale wpływa na to wszystko, co dzieje się teraz. 
– Casey... 
–  Nie,  najwyŜszy  czas,  Ŝebyśmy  to  sobie  powiedzieli.  To  i  w  ogóle 

wszystko. 

background image

Jake  wzdrygnął  się,  widząc  mgiełkę  łez,  zasnuwającą  oczy  Ŝony.  Chciał 

wybiec z tego pokoju, uciec. Zapomnieć o bólu i o widoku Casey w ramionach 
Stevena. Wrócić do tego, co było między nimi wcześniej. 

Wiedział, Ŝe musi podjąć ostatnią próbę, by choćby trochę odwlec to, co 

wydawało mu się nieuniknione. 

–  Przestań,  Casey!  Przestań  w  tej  chwili!  MoŜemy  zapomnieć  o 

wszystkim, co się dziś wydarzyło. 

Steven zakasłał. 
Ani Casey, ani Jake nie zwrócili na niego uwagi. 
– MoŜemy wrócić do tego, co było do tej pory – mówił dalej Jake. – Było 

w porządku, prawda? 

–  „W  porządku”  nie  wystarczy,  Jake  –  odparła  cicho  Casey.  –  JuŜ  nie. 

Pragnę  być  kochana.  Chcę  prawdziwego  małŜeństwa.  A  w  prawdziwych 
małŜeństwach ludzie ze sobą rozmawiają. Ufają sobie. – Dolna warga zaczęła jej 
lekko  drŜeć,  ale  atakowała  dalej.  –  Od  tygodni  mnie  obserwujesz,  czekasz, 
Ŝ

ebym  zrobiła  coś,  czym  udowodnię  ci,  Ŝe  jestem  taka  sama  jak  Linda. 

Wstrzymujesz  oddech  i  prawie  masz  nadzieję,  Ŝe  w  końcu  będziesz  mógł 
powiedzieć:  „Widzisz?  Wiedziałem,  Ŝe  nie  powinienem  cię  kochać”.  Zamiast 
uświadomić  sobie,  Ŝe  nie  jestem  ani  trochę  podobna  do  Lindy,  zamiast 
wykorzystać  szansę  na  nasze  wspólne  szczęście,  wolałeś  siedzieć  i  rzucać 
kamieniami we wszystko, co mieliśmy. 

– Nigdy nie mówiłem, Ŝe jesteś taka jak Linda. 
Casey  westchnęła  i  wolno  przesunęła  wzrokiem  po  całej  postaci  Jake’a. 

Dopiero potem spojrzała mu znów w oczy. Ujrzał w nich rozczarowanie. 

–  Nie  musiałeś  tego  mówić.  To  się  po  prostu  czuło,  bo  cały  czas  było 

między nami. KaŜdego dnia. 

Casey wzięła z blatu swoją torebkę i chwyciła Stevena za ramię. Ciągnąc 

byłego narzeczonego ku drzwiom, jeszcze raz zwróciła się do męŜa. 

– Odchodzę, Jake. Skoro sądzisz, Ŝe to, co widziałeś, jest wystarczającym 

powodem,  by  odrzucić  moją  miłość...  Wygrałeś.  Nie  będziesz  juŜ  musiał  mnie 
znosić. 

– Dokąd się wybierasz? – Jake stał juŜ tuŜ obok niej. 
–  A  co  cię  to  obchodzi!  –  Casey  wypchnęła  Stevena  za  drzwi,  chwyciła 

płaszcz i z wściekłością spojrzała na męŜczyznę, którego tak bardzo kochała. – 
Sama  nie  rozumiem,  jak  mogłam  się  zakochać  w  takim  ślepym,  głupim  i 
upartym  człowieku  jak  ty!  Ale  myślę,  Ŝe  jak  się  bardzo  postaram,  to  mi  to 
przejdzie. 

I  po  chwili  juŜ  jej  nie  było,  a  jemu,  jako  jedyne  towarzystwo,  został 

wylizujący podłogę pies i echo zatrzaskiwanych drzwi. 

 
– Gdzie jesteśmy? 

background image

Casey oprzytomniała i spojrzała na Stevena. 
– Co mówiłeś? 
– Pytałem, gdzie jesteśmy – powtórzył Steven, masując obolałą szczękę. 
Casey  spojrzała  na  budynek,  przed  którym  stali.  Świąteczne  plakaty 

dekorowały  okna  w  salonie  fryzjerskim  Annie.  Święty  Mikołaj  i  jego  dobre 
duszki  wydały  jej  się  zupełnie  nie  na  miejscu.  Dziwne,  bo  w  ogóle  nie 
pamiętała, jak się tam znalazła. W ogóle ledwo pamiętała jazdę do miasta. Była 
tak  zła  na  Jake’a,  Ŝe  nie  mogła  mówić.  Po  prostu  zaŜądała  od  Stevena 
kluczyków,  wsiadła za  kierownicą  jego  porsche’a i  ruszyła.  Na  szczęście  on  w 
ostatniej chwili zdąŜył wskoczyć na fotel obok kierowcy. 

Nerwowymi  ruchami  zmieniała  biegi  i  ostro  deptała  po  hamulcach, 

ignorując  jęki  byłego  narzeczonego,  trzęsącego  się  nad  swym  cennym  autem. 
Była w stanie myśleć tylko i wyłącznie o męŜu. 

O tym upartym, ślepym, głupim neandertalczyku, Jake’u Parrishu. 
Pomyśleć  tylko,  Ŝe  ten  kretyn  podejrzewał  ją  o  zdradę!  Owszem, 

wierzyła, Ŝe Linda go głęboko zraniła. Ale dlaczego ją mierzył tą samą miarą? 

– Casey – rzekł w pewnej chwili Steven – czy znasz tu jakiegoś dobrego 

lekarza? Chyba ktoś powinien obejrzeć moją szczękę. 

Casey spojrzała na niego kątem oka. 
– Skoro jesteś w stanie mówić, to na pewno nie jest złamana. 
– Nie wiem. – Steven znów pomacał szczękę. – Jak jej dotykam, to słyszę 

jakiś dziwny trzask. 

– To jej nie dotykaj. 
Mrucząc  coś  pod  nosem,  Casey  wysiadła  z  auta  i  zatrzasnęła  za  sobą 

drzwi. 

Nie czekała na Stevena. Nie oglądając się za siebie, wpadła jak burza do 

salonu Annie. 

 
Cisza była ogłuszająca. 
Jake spojrzał na psa i skrzywił się. 
–  Z  czego  ty  się  tak  śmiejesz?  Szczeniak  spuścił  głowę  i  wyszedł  z 

kuchni. 

Jake,  wściekły  na  siebie  i  na  całą  sytuację,  nerwowo  spacerował  po 

wyłoŜonej hiszpańskimi kafelkami, pustej teraz kuchni. 

– A co innego mogłem sobie pomyśleć? – rzucił w próŜnię. – Wchodzę do 

własnego domu, zastaję Ŝonę z innym męŜczyzną i mam się nie wściec?! 

Jego słowa rozeszły się głuchym echem po całym wnętrzu. 
Jake przystanął i spojrzał na dokładnie wylizany przez psa talerz. 
Tarta cytrynowa. 
Jego ulubiona. 
Piekła jego ulubione ciasto. Własnoręcznie. Dla niego. 

background image

Na stole zauwaŜył gazetę oraz świąteczny katalog z listą prezentów, które 

Casey wybrała dla Lisy, Annie, jego ciotki, wuja i ojca. 

Myślała o nim. Przez cały czas myślała o nim. 
–  A  ja  wparowałem  do  domu  i  zachowałem  się  jak  bohater  jakiegoś 

szmatławego romansu. 

Jake oparł się o blat i wrócił pamięcią do minionych paru tygodni. 
Dom pełen był śmiechu. Panowało w nim ciepło, jakiego nie pamiętał od 

dzieciństwa.  Zapach  choinki  i  świąt.  Za  kaŜdym  razem,  wchodząc  do  środka, 
wiedział, Ŝe jest mile widziany. Czuł miłość Casey. 

Od  tygodni  Ŝył  otoczony  miłością.  Los  dał  mu  jeszcze  jedną  szansę.  Ta 

zbyt  młoda  dziewczyna,  której  tak  bardzo  pragnął  przed  pięciu  laty,  znów 
zjawiła się w jego Ŝyciu i dała mu wszystko, o czym marzył. 

A on z obawy, Ŝe mógłby to szczęście utracić, zrobił wszystko, by tak się 

właśnie stało. 

Oczywiście,  Ŝe  Casey  w  niczym  nie  przypomina  Lindy.  Gdzieś  w  głębi 

duszy  zawsze  o  tym  wiedział.  Tylko  duma  nie  pozwalała  mu  się  do  tego 
przyznać. A teraz jest juŜ za późno. Czy odeszła na zawsze? Czy tak ją obraził, 
Ŝ

e nie zechce go widzieć? 

Czy mógłby Ŝyć bez niej? 
Nie. 
Nie mógłby. Nie moŜe. 
– Więc co masz zamiar zrobić? – mruknął sam do siebie. 
Zacisnął  mocno  ręce  na  kancie  blatu  i  przypominał  sobie  Casey, 

czekoladowe eklery i ich długie, namiętne pocałunki. 

Casey.  Jej  ciepły,  dobry  uśmiech  i  miłość  w  jej  oczach,  kiedy  na  niego 

patrzyła. 

Casey,  która  za  kilka  tygodni  będzie  nosiła  przed  sobą  duŜy,  cięŜki 

brzuch. Nie, nie brzuch. Ich dziecko. 

Wiedział juŜ, co musi zrobić. 
Musi ją odzyskać. Za wszelką cenę. 
Tu przecieŜ jest jej miejsce. Z nim. Przy nim. 
Z tym postanowieniem wybiegł z domu. 
–  Casey!  –  powitała  ją  serdecznie  Annie.  –  Właśnie  miałam  zamiar  do 

ciebie dzwonić. Przeglądałam gazetę. 

Casey  skuliła  się  i  rozejrzała  po  niewielkim  salonie.  Na  fotelu  siedziała 

klientka, dalsze dwie na kanapie czekały na swoją kolej. 

Nie chciała rozmawiać o ogłoszeniu, które zamieściła w lokalnej gazecie. 

Nie  teraz.  Nie  dziś,  kiedy  wszystko  uległo  takiej  dramatycznej  zmianie.  A 
przecieŜ  była  pewna,  Ŝe  ogłoszenie  w  gazecie  pomoŜe  Jake’owi  w  podjęciu 
decyzji. 

– Co się stało? – spytała Annie. Zapomniawszy o klientkach, podeszła do 

background image

bratowej i przyjaciółki w jednej osobie. 

–  Lepiej  zapytaj,  co  się  nie  stało  –  mruknęła  Casey.  –  To  zabierze  duŜo 

mniej czasu. 

–  No,  nie.  Co  tym  razem  nawyprawiał  ten  idiota?  Nagle  otworzyły  się 

drzwi i wzrok Annie spoczął na nowo przybyłym. 

– Annie, to Steven – przedstawiła go z nie ukrywaną niechęcią Casey. 
– Steven? Ten Steven? 
– Niech się pani nie boi, nie jestem mordercą – zaŜartował głupio Steven. 
–  Przepraszam  pana,  nie  miałam  nic  takiego  na  myśli.  Ojej,  co  się  panu 

stało?  –  Annie  była  kobietą  inteligentną,  więc  od  razu  spojrzała  na  Casey.  – 
Jake? 

– Jake. 
– Nie chciałbym przeszkadzać – przerwał im Steven. – Ale moŜe ma pani 

trochę lodu? 

– Jasne. Niech pan sobie weźmie. – Annie wskazała głową zaplecze. 
Steven lekko się zdziwił, ale posłusznie podąŜył we wskazanym kierunku. 
– Co się dzieje? – zwróciła się Annie do Casey. 
– Sama nie wiem, Annie. Jake przyszedł do domu, zastał mnie ściskającą 

Stevena i dał mu w szczękę. 

– O rany! 
Od stojącej w kącie kanapy dobiegł je szmer podnieconych głosów. Kiedy 

Casey  spojrzała  w  tamtą  stronę,  oczekujące  na  swoją  kolej  klientki  opuściły 
głowy  z  udawaną  obojętnością.  Kobieta  siedząca  przed  lustrem  niczego  nawet 
nie  próbowała  udawać.  Tak  nadstawiała  ucha,  Ŝe  aŜ  dziw,  Ŝe  jej  się  szyja  nie 
urwała. 

Jake  sam  jest  temu  winien.  Skoro  tak  bardzo  nie  znosi  plotek,  nie 

powinien tak sobie, bez powodu, bić obcych ludzi. 

Po chwili wrócił Steven z plastikową torebką pełną lodu przy twarzy. Ze 

szczerym  zainteresowaniem  przyjrzał  się  Annie,  ale  kiedy  napotkał  spojrzenie 
jej  stalowo-błękitnych  oczu,  wzruszył  tylko  bezradnie  ramionami  i  zwrócił  się 
do Casey. 

– Czy nie będziesz miała nic przeciw temu, Ŝe juŜ sobie pójdę? 
– Znowu pan od niej ucieka, co? – spytała Annie. Steven zesztywniał. 
– Wcale od niej nie uciekłem. 
– Dał jej pan kosza. Tak wolałby pan to określić? 
W kącie salonu znowu rozległy się szepty. Casey wiedziała juŜ, Ŝe przed 

dobrych  kilka  miesięcy  będzie  na  językach  całego  Simpson.  A  moŜe  nawet 
dłuŜej.  Jeszcze  po  kilkudziesięciu  latach  jej  wnuki  słuchać  będą  opowieści  o 
tym, jak to pewnego dnia były narzeczony babci dostał w papą od dziadka. 

– Oczywiście, Ŝe nie będzie miała nic przeciw temu – warknęła Annie. – 

Czemu miałoby być inaczej? 

background image

– Tak tylko zapytałem. 
Casey  nie  miała  siły  włączyć  się  w  tę  słowną  potyczkę.  Spojrzała  przez 

okno  na  ulicę,  na  udekorowane  wystawy  i  uliczne  latarnie.  Kiedy  zauwaŜyła 
podjeŜdŜające auto Jake’a, poczuła, jak opuszcza ją resztka sił. 

 
– Cześć, Jake – powitał go pan Holbrook, stojący przed swoim sklepem z 

towarami Ŝelaznymi. – Moje gratulacje. 

Jake  uśmiechnął  się  i  skinął  głową,  ale  nie  miał  pojęcia,  o  co  starszemu 

panu chodzi. 

–  To  takie  urocze!  –  zapiszczała  przechodząca  obok  Dolly  Fenwick.  –  I 

takie romantyczne – dodała z westchnieniem. – ZłóŜ ode mnie Casey najlepsze 
Ŝ

yczenia świąteczne. 

Jake znów skinął głową. O co tu chodzi? Spojrzał na auto, którym uciekła 

Casey.  Zablokowane  przez  jego  dŜipa,  eleganckie  porsche  Stevena  nigdzie  nie 
odjedzie. W kaŜdym razie nie z Casey w środku. 

Jake stanął przed salonem fryzjerskim siostry, otworzył drzwi i ruszył do 

najwaŜniejszej walki w swym Ŝyciu. 

Steven  wypuścił  torebkę  z  lodem,  ugiął  kolana  i  uniósł  do  góry  pięści. 

Podskakiwał i wymachiwał rękami jak prawdziwy bokser. 

– Nie przyszedłem do ciebie – mruknął do niego Jake. Steven zmarszczył 

brwi, ale opuścił ręce i przestał podskakiwać. 

– A do kogo? I po co? – spytała zmęczonym głosem Casey. 
– Po ciebie. 
– Dlaczego? Podejrzewasz, Ŝe ukradłam wasze rodzinne srebra? 
W rogu na kanapie znowu zawrzało. 
–  Przestań,  Casey.  –  Jake  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  krzyczy,  i  zniŜył  głos. – 

Przyjechałem, Ŝeby zabrać cię do domu. 

– Nie jadę do domu. 
– Dzielna dziewczynka – mruknął ktoś. 
– Nie moŜesz mnie zostawić. 
AŜ  dziwne,  Ŝe  udało  mu  się  wypowiedzieć  te  słowa.  Rozejrzał  się  po 

niewielkim  salonie  siostry,  zauwaŜył  zdegustowaną  minę  Annie,  zaskoczonego 
Stevena  i  podniecone  starsze  panie.  Było  mu  wszystko  jedno,  kto  na  niego 
patrzy i kto go słucha. Nawet gdyby miało o nim potem plotkować całe miasto. 
Wiedział tylko, Ŝe musi przekonać swoją Ŝonę, by dała mu jeszcze jedną szansę. 
Miał nadzieję, Ŝe będzie mógł znaleźć właściwe słowa. 

– Nie pozwolę, Ŝebyś ode mnie odeszła. 
– Co takiego? 
–  Wszystko,  co  mówiłaś,  to  prawda  –  ciągnął  Jake  i  zrobił  krok  w  jej 

stronę. – Byłem idiotą. Wycofałem się i nie pozwoliłem sobie na uczucia. Nie na 
wiele się to jednak zdało. 

background image

– Nie rozumiem – powiedziała ostroŜnie Casey. 
Jake podszedł juŜ bardzo blisko Ŝony. Nie dotykał jej jednak. Jeszcze nie 

mógł podjąć takiego ryzyka. Gdyby się odsunęła, odczułby to jak policzek. 

– Kochałem cię od samego początku, Casey. 
– Powiedz to jeszcze raz. Jake uśmiechnął się. 
–  Kocham  cię.  Zawsze  będę  cię  kochał.  Proszę,  Casey,  nie  zostawiaj 

mnie. Ani ja, ani psiak nie chcemy bez ciebie Ŝyć. 

–  To  chwyt  poniŜej  pasa.  Nasz  ukochany  kundel  nie  ma  z  tym  nic 

wspólnego. 

– To chwyt rozpaczy. 
– Rozpaczy? 
– Tak, Casey. Zrobię wszystko i powiem wszystko, bylebyś tylko do mnie 

wróciła.  Kocham  cię!  Wróć  ze  mną  do  domu.  PokaŜę  ci,  Ŝe  i  ja  potrafię  być 
zakochany po uszy. – Teraz dopiero odwaŜył się jej dotknąć. PołoŜył ręce na jej 
ramionach. – Nie odchodź ode mnie, Casey. – Jake mówił teraz prawie szeptem. 
Te słowa były przeznaczone tylko dla niej. – Jeśli odejdziesz, umrę. 

– Ty głuptasie. 
Jake zmarszczył brwi. 
– Co takiego? 
–  Straszny  z  ciebie  głuptas,  Jake.  –  Casey  uśmiechnęła  się  do  niego  i 

pokiwała głową. – Wcale nie miałam zamiaru cię opuszczać. 

– Nie? – Dopiero teraz powietrze bez przeszkód dotarło do jego płuc. 
–  Oczywiście,  Ŝe  nie.  –  Casey  wyciągnęła  rękę  i  pogładziła  go  po 

policzku. – Ja się tak łatwo nie poddaję – oświadczyła z powagą. – Czasem mnie 
denerwujesz, ale cię kocham. 

Jake odetchnął jeszcze swobodniej. 
–  Nie  potrafiłabym  przestać  cię  kochać  tylko  dlatego,  Ŝe  mnie 

rozzłościłeś. Opuściłam dom, bo nie byłam pewna, czy za chwilę nie dam ci w 
łeb. A Bóg mi świadkiem, Ŝe na to zasłuŜyłeś. 

– Od dziś masz na to moje pozwolenie. 
– Zapamiętam to sobie. 
Casey spojrzała na uśmiechniętą i wyraźnie wzruszoną Annie. 
– Bądź taka dobra i podaj mi gazetę. 
Jake  patrzył  zdziwiony,  jak  siostra  wsuwa  dziennik  na  wyciągnięte  ręce 

Casey. 

–  Gdybyś  tak,  jak  wszyscy  w  mieście,  przeczytał  rano  gazetę  –  zaczęła 

Casey – wiedziałbyś o tym duŜo wcześniej. 

RozłoŜyła  pierwszą  stronę  i  trzymając  ją  przed  sobą  jak  tarczę,  czekała, 

Ŝ

eby Jake przeczytał nagłówek artykułu. 

Wzrok Jake’a przemknął przez nagłówek raz, po chwili drugi. Musiał się 

upewnić,  Ŝe  nie  śni.  Nie.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  uśmiech.  Zrozumiał 

background image

wreszcie,  o  czym  mówili  tamci  ludzie  na  ulicy.  Zresztą  całe  miasto  na  pewno 
jeszcze długo będzie miało o czym rozmawiać. 

Ale nie miał nic przeciwko takiemu rodzajowi plotek. 
Jeszcze raz spojrzał na nagłówek i opuściły go juŜ resztki wątpliwości. 
Na samej górze strony ogromnymi literami napisane było: „Casey kocha 

Jake’a”. 

Jake spojrzał na uśmiechniętą twarz Ŝony. Wyjął jej z rąk gazetę, rzucił ją 

na podłogę i wziął Casey w ramiona. 

I dopiero wtedy poczuł, Ŝe znów Ŝyje. 
Miał teraz wszystko, o czym marzył. 
Kiedy  ją  pocałował,  nawet  nie  słyszał  aplauzu  zachwyconych  świadków 

rozgrywającej się sceny. 

background image

EPILOG 

 

Wśród nocnej ciszy... 

 
– Chyba powinniśmy wziąć się do roboty – szepnęła Casey, tuląc się do 

Jake’a. LeŜeli oboje w salonie na kanapie. – Zaraz wszyscy się tu zjawią. 

– Nie ma się co tak spieszyć – mruknął jej mąŜ, przyciągając ją do siebie. 
Casey roześmiała się i uniosła głowę, by na niego spojrzeć. 
– Przez cały dzień tak mówisz, Jake. 
Oczywiście  tak  naprawdę  wcale  się  nie  skarŜyła.  Dzień  BoŜego 

Narodzenia  spędzony  na  kochaniu  się  z  uwielbiającym  ją  męŜem  był 
spełnieniem jej marzeń. 

Jake teŜ się uśmiechnął i pogładził ją po policzku. 
– MęŜczyzna przecieŜ ma prawo spędzić swoje pierwsze święta ze świeŜo 

poślubioną Ŝoną w taki sposób, na jaki ma ochotę. 

– Naprawdę? 
– Taka jest zasada. 
Casey  złoŜyła  mu  głowę  na  piersi  i  zapatrzyła  się  na  stojącą  w  rogu 

pokoju choinkę. 

– Cudowne BoŜe Narodzenie, prawda? – szepnęła. 
– Cudowne – powtórzył Jake i objął ją ramionami. 
Za  oknem  szalał  zimny  wiatr,  ale  pokój  ogrzewał  płonący  na  kominku 

ogień i miłość łącząca tych dwoje. 

Pod choinką leŜały pięknie opakowane prezenty. TuŜ obok spał ukochany 

szczeniak. 

–  Nie  chcesz  otworzyć  prezentu  przed  przyjazdem  rodziny?  –  spytała 

Casey, wsłuchując się w spokojne bicie serca Jake’a. 

–  Nie.  –  MąŜ  delikatnie  pogładził  ją  po  plecach.  –  Ja  juŜ  dostałem 

wszystkie moje prezenty. 

– Naprawdę? 
–  Tak.  Ty  zawsze  będziesz  moim  najcenniejszym  prezentem.  Ty  i  nasze 

dziecko. 

– To juŜ mówiłeś. 
– Wiem i będę wciąŜ to powtarzał. Tyle razy, ile będziesz w stanie znieść. 

Kocham cię, Casey. Nawet nie przypuszczałem, Ŝe moŜna kochać aŜ tak bardzo. 
KaŜdy dzień z tobą to cud. KaŜdy dzień to BoŜe Narodzenie. 

Do  oczu  Casey  napłynęły  łzy,  ale  powstrzymała  je  gwałtownym 

mruganiem powiek. Uniosła głowę i delikatnie go pocałowała. 

– Ja teŜ cię kocham, Jake. Wesołych świąt. 
– Wesołych świąt.