background image
background image
background image

Spis treści

Karta redakcyjna

 

Postypie
New romantic
Er
Mur
Alibi
Pączuś Piłat od rana ma dobry hummus
Dżender domowy
Po sezonie

 

Inne powieści Huberta Klimko-Dobrzanieckiego

background image

 

Opracowanie redakcyjne: ANNA KOŁAT
Korekta: JAN JAROSZUK, JANINA ZGRZEMBSKA
Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ
Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

 

Copyright © text by Hubert Klimko-Dobrzaniecki 2017
by arrangement with Agencja Literacka Syndykat Autorów
For the Polish Edition © 2017, Noir sur Blanc, Warszawa

 

ISBN 978-83-65613-44-8

 

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.
ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa
e-mail: 

nsb@wl.net.pl

księgarnia internetowa: 

www.noirsurblanc.pl

 

Konwersja: 

eLitera s.c.

background image

 

 

 

 

Postypie

 

background image

.

1

Ilekroć jechał windą, nachodziły go myśli samobójcze. Mieszkał wysoko.

Na dwudziestym piątym piętrze luksusowego budynku, w centrum. Zawsze
chciał  być  w  centrum,  i  to  nie  tylko  stolicy.  Po  latach  ciężkiej  pracy
zadomowił się wysoko. Choć nie na samym szczycie. Od szczytu dzieliły
go cztery mieszkalne piętra i kilku kolesi, którzy mieli szersze plecy. Plecy
odziedziczyli.  On  musiał  sam  się  ich  dorabiać.  Aby  kupić  mieszkanie  na
ostatnim  piętrze,  też  były  potrzebne.  Apartament  na  samej  górze  nabył
znany aktor. Dla tej młodszej o trzydzieści lat dupy z twarzą bez wyrazu,
małymi piersiami i wałeczkami tłuszczu na biodrach. Spotykał ją czasami.
W  windzie.  Dzień  dobry.  Do  widzenia.  Dobry  wieczór.  Dobranoc.  Cała
konwersacja.  Jak  umierać,  to  samotnie.  Spadać  w  dół  ze  smarkulą  i  jej
kieszonkowym  pieskiem?  To  ocierało  się  o  drwinę.  Znany  i  ceniony
scenarzysta  oraz  partnerka  znanego  i  cenionego  aktora,  i  mniej  ceniony
piesek  kieszonkowy,  ponieśli  śmierć  w  spadającej  windzie!  Tyle  już
nakręcono filmów, w których spadały windy. Z ludźmi. Z psami. Z ludźmi
i  psami.  Same  windy  również  spadały.  Na  robotników,  na  przykład.  Nie
powtarzać  znanych  scen.  Nigdy  nie  powtarzać.  Wejście  do  windy  bez
windy. To też było. Wszystko ponoć było... Za każdym razem, kiedy siadał
do nowego scenariusza, bał się, że popełni niezamierzony plagiat. Kurwa,
ci Hindusi za dużo kręcą. Na szczęście Indie mają atomówkę. Pakistan też
ją  ma.  Pewnego  dnia  ktoś  wkurwiony  naciśnie  guzik  i  problem  się  sam
rozwiąże.  Oby  w  miarę  szybko,  bo  za  dużo,  dużo  za  dużo,  filmów
produkują.

Czarno-białe lubił najbardziej. Spierał się często z tymi, którzy w braku

kolorów upatrywali ślepą uliczkę. W braku kolorów? Bzdura, wykrzykiwał.
Nie  zdajecie  sobie  sprawy,  jak  bardzo  kolorowa  jest  czerń,  o  bieli  nie

background image

wspominając.  Więc  nie  pierdolcie,  że  widz  się  nudzi  na  czarno-białych
filmach.  Nie  dawał  za  wygraną  i  w  sumie  udało  mu  się  przekonać  kilku
reżyserów, a tamci producentów, żeby przenieść jego scenariusze na ekran
w  kolorach  –  czarnych  i  białych.  Z  powodzeniem  zresztą.  Krytycy  byli
zachwyceni.  Widzowie  też.  Po  kilku  produkcjach  środowisko  nadało  mu
przydomek  –  Zebra.  Z  czasem  się  przyzwyczaił  i  tak  właśnie  zaczął  się
przedstawiać.  Zebra  jestem.  I  szufla.  Zebra  jestem.  I  cmok.  Zebra  jestem.
Niech pan nie pitoli, że pan już gdzieś widział taką scenę. Zebra jestem, ale
nie  dam  przez  siebie  przejść.  Zebra  jestem,  ale  nie  osioł.  Dymać  to  sobie
pan  może  początkujących  scenarzystów.  Tyle  i  tyle,  a  jak  nie,  to  nic!  No
i  się  uzbierało  na  to  luksusowe  mieszkanie.  W  luksusowym  budynku.
W centrum. W stolicy. Prawie w niebie. Prawie...

2

Zadzwonił  telefon.  Akurat  poprawiał  scenę  miłosną  i  ostry  dźwięk

momentalnie  podniósł  mu  ciśnienie.  Postanowił  kontynuować.  Nie
odbierać.  Aby  nie  otrzeć  się  o  kicz.  Aby  nie  otrzeć  się  o  kicz,  pomyślał.
Telefon nie przestawał dzwonić. Dobrze, najpierw kogoś opierdolę, a potem
dokończę, nie ma innego wyjścia.

– Zebra! Słucham! – krzyknął. I już szykował się do wielkiej opierdolki

natręta,  a  opierdalać  oraz  siarczyście  przeklinać  to  on  potrafił,  kiedy
usłyszał w słuchawce spokojny głos. Głos jakby znajomy.

–  Tutaj  doktor  Białek.  Pan  pewnie  nie  kojarzy.  –  Przed  oczami

przeleciały mu obrazki z dzieciństwa. Mieszkanie w bloku. Matka, z którą
nie rozmawiał od wielu lat. Miasteczko, z którego uciekł zaraz po maturze.
Pierwsza  komunia  święta  i  akcja  Milicji  Obywatelskiej,  która
interweniowała  w  sprawie  żony...  A  właśnie!  W  sprawie  żony  doktora
Białka. Jakiś koleś wparował do ich mieszkania pod nieobecność doktora,
związał  biedaczkę  i  chciał  wymusić  okup  oraz  helikopter,  żeby  zwiać  do

background image

Berlina  Zachodniego.  Tak,  dokładnie  pamiętał  ten  dzień.  Nie  wyszedł  do
kościoła  na  swoją  pierwszą  komunię.  Milicja  zabroniła  wychodzenia  na
zewnątrz. Czy po latach winił MO, że słabo mu szło z Panem Bogiem? Za
to matka... Właśnie, matka... Ludzie nie żyją wiecznie, a ona zbliżała się do
osiemdziesiątki. Matka? Poczuł gęsią skórkę na udach.

– Tak, panie doktorze. Poznaję głos. Czy coś się stało?
– Mam pański numer telefonu od dozorcy.
–  Rozumiem.  Dałem  go  kiedyś  mojemu  synowi.  Pewnie  dlatego...  Czy

coś się stało? – powtórzył.

– Znaleźliśmy mamę nieprzytomną. Odwodnioną... No...
– Nie żyje?
– Powiem tak: stan jest ciężki. Leży w szpitalu na Cichej. Pan pamięta,

gdzie to jest?

– Tak.
– Pan się tam urodził. Odbierałem pana.
– Tego nie pamiętam...
– Radziłbym, jak najszybciej przyjechać. Każda minuta jest cenna. O ile

ceni pan czas.

– Doktorze, dziękuję za telefon. Zaraz ruszam.
– Szerokiej drogi.
– Dziękuję.
Wyłączył  komputer.  Wstał  i  wyjął  z  kieszeni  spodni  pogiętą  paczkę

papierosów. Drżały mu dłonie. Czuł się tak, jak wtedy, dawno temu, kiedy
pierwszy  raz  w  życiu  rozpinał  biustonosz.  Potem  właścicielka  stanika
została  jego  żoną.  Urodziła  syna.  Rozstali  się.  Niby  w  zgodzie.  Zapalił
papierosa.  Palił  nerwowo.  Zebrało  mu  się  na  wymioty.  Nie  dokończył
papierosa.  Pobiegł  do  łazienki.  Zwymiotował.  Spłukał  i  spojrzał  w  lustro.
Miał pięćdziesiąt lat, choć jego twarz wyglądała młodziej. Jakoś udało się
uniknąć  fizycznej  harówki,  która  niejednemu  w  jego  wieku  dodała
głębokich  zmarszczek.  Umył  zęby.  Zwymiotował  jeszcze  raz.  Za  drugim
razem  obtarł  tylko  usta  ręcznikiem.  Wrócił  do  pokoju.  Włączył  komputer

background image

i skończył poprawiać zarzuconą scenę. Dopisał kawałek drżącymi rękami.
Rozpinanie biustonosza... Tego właśnie brakowało. Scena mu się podobała,
toteż poczuł się o niebo lepiej. Istnieją przynajmniej dwa światy, pomyślał.
Ten,  w  którym  żyjemy,  i  ten,  który  nadaje  się  do  opisania.  Coś,  co  ma
miejsce,  i  coś,  co  może  mieć  miejsce.  Po  tym,  kiedy  ponownie  wyłączył
komputer,  powrócił  do  świata,  w  którym  przyszło  mu  żyć.  Wystukał  na
komórce numer.

– Z matką źle. Muszę jechać.
– O Boże, coś poważnego?
– Chyba tak.
– Chcesz, żebym pojechała z tobą?
– Poradzę sobie.
– Wiesz, w takich chwilach...
– Jesteś kochana, ale to naprawdę zbyteczne.
– Jak chcesz. Na długo?
– Tego jeszcze nie wiem. Na miejscu się okaże.
– Gdybyś jednak... Zadzwoń, daj znać. Przyjadę.
– Całuję. Do usłyszenia.
Czekał na windę. Jechała z dołu i po drodze zatrzymywała się na różnych

piętrach.  Kiedy  drzwi  się  otworzyły,  nikogo  w  niej  nie  było.  W  windzie
można się zabić, tylko jadąc w dół. Chyba że ma się przy sobie pistolet, to
można i w górę, pomyślał, ale i tak zwiozą cię potem na parter. Winda była
duża.  Mogłoby  do  niej  wejść  śmiało  kilka  osób.  W  środku  były  lustra.
Zanim  zjechał  na  parter,  obejrzał  się  z  kilku  stron.  Niemiecka  robota.
Schindler.  To  się,  do  kurwy  nędzy,  nigdy  nie  zepsuje.  Żadnych
niespodzianek. W górę i w dół. W dół i w górę. Ta winda przeżyje mnie,
innych, którzy przyjdą po mnie, po nas. Schindler przeżyje całe to miasto,
do  jasnej  cholery.  Dlaczego  ci  Niemcy  produkują  tak  sprawnie  działające
urządzenia?  Gdybym  mieszkał  w  Rosji,  mógłbym  liczyć  na  to,  że  coś  się
teraz spierdoli, że nie dojadę w całości. Życie mogłoby się wtedy całkiem
inaczej potoczyć.

background image

3

Była piąta rano, kiedy dojechał do miasteczka. Człowiek nie ma wpływu

na miejsce urodzenia. A czy ma na miejsce śmierci? Niektórym się udaje,
pomyślał,  i  zaparkował  samochód  przed  szpitalem.  Tutaj,  w  tym  miejscu,
w tym budynku się urodził, a teraz... W środku śmierdziało lizolem. Boże,
a  jednak  niewiele  się  zmieniło,  niewiele  się  zmienia.  Lizol,  zapach
komuny...  Trafił  do  dyżurki  pielęgniarek.  Otyła  kobieta  siedziała  przy
stoliku  i  jadła  kanapkę.  Początkowo  nie  zwróciła  na  niego  uwagi.
Chrząknął.

– Dzień dobry – powiedział cicho.
– Kto pana tu wpuścił?
– Nikt.
– Cholera, ten z ochrony znowu gdzieś przepadł, niedługo wszyscy będą

mogli tu wejść. Co pan tak o piątej rano? Wizyty są po obiedzie.

– Przywieziono tu wczoraj moją mamę.
– Nazwisko?
– Dobrowolska. Maria Dobrowolska.
– A pan kto?
– No, przecież powiedziałem, że mamę wczoraj przywieziono.
– Pan się nie wymądrza. Wy wszyscy zaczynacie się martwić, jak już jest

za późno.

– Za późno?
–  Żyje,  żyje,  ale  jest  słabo.  Sąsiad  ją  znalazł.  Lewostronny  paraliż.

Odwodnienie  i  całkowite  wycieńczenie.  To  cud,  że  żyje.  Pan  telefonu  nie
ma?

– Mam.
– No, to jak? Nie dzwonił pan do starszej osoby mieszkającej samotnie?

Się  wstydzić  pan  powinien.  Zjawiacie  się  potem  nad  ranem  i  udajecie
zatroskanych i kochających.

background image

– Czy mogę ją zobaczyć?
– Zasadniczo nie, ale w sumie tak.
– Czyli jak?
–  Dwieście  dwanaście.  Tylko  szybko.  Nie  męczyć  pacjentki.  Aha,  pan

powinien o czternastej godzinie zobaczyć się z lekarzem.

– Tak.
–  Jeszcze  jedno  –  dodała,  kiedy  Zebra  szykował  się  do  wyjścia  –  pan

pojedzie  do  apteki  i  kupi  dwie  paczki  pampersów  dla  dorosłych.  Szpital
biedny, a mama dużo sika, i robi pod siebie.

– Dobrze.
W takiej sytuacji warto mieć brata albo siostrę, a najlepiej brata i siostrę,

ale  był  jedynakiem,  wychowywanym  przez  samotną  matkę.  Od  piątego
roku  życia  aż  do  momentu,  kiedy  zwiał  z  miasteczka.  Wiedział,  że  ojciec
żyje.  Nie  wyjechał,  nie  ożenił  się  ponownie,  przeprowadził  się  dwa  bloki
dalej.  Do  swojej  matki.  W  pewnych  sytuacjach  odległość  między  dwoma
blokami to kosmiczny dystans, inna galaktyka.

Nad  drzwiami  do  sali  tliło  się  czerwone  światełko.  Wszedł.  Poczuł

zapach moczu. Stanął przy łóżku. Zaczynało świtać. Zobaczył niewyraźną
postać.  Małego,  kruchego  człowieczka  podłączonego  do  elektronicznych
urządzeń,  których  migające  diody  przypominały  tandetne  lampki
choinkowe.  Bóg  się  rodzi,  moc  truchleje...  i  te  wszystkie  Wigilie,  które
przyszło im spędzać razem. Radosne święto, a u nich, każdego roku, aż do
chwili jego wyjazdu, zamieniało się w stypę. Pochylił się. Złapał matkę za
rękę.

– Mamo – powiedział szeptem. – Mamo, to ja. Słyszysz mnie? – Dłoń się

poruszyła. – Jeśli słyszysz, jeśli rozumiesz, uściśnij moją rękę dwa razy. –
Poczuł jeden, a po chwili drugi, silniejszy uścisk. – Mamo, przepraszam. Ja
musiałem wyjechać. Nie mogłem tutaj żyć. Gdybym został, pewnie bym się
powiesił. Przecież matki nie rodzą dzieci po to, żeby je potem pochować.
Przepraszam, mamo. Mamo, jak się tylko twój stan poprawi, to zabiorę cię
do  siebie.  Jest  dużo  miejsca,  będziesz  miała  swój  pokój.  Pielęgniarki

background image

załatwię. Ty nigdy nie chciałaś tu mieszkać, ty się tu nie urodziłaś. To jest
straszne  miasteczko.  Mamo,  no  daj  znak,  powiedz,  że  nie  chcesz  tutaj
zostać.  Zabiorę  cię.  –  Znowu  poczuł  uścisk  dłoni.  –  Mamo,  ja  już  muszę
iść. Zostawię cię na chwilę, przyjdę znowu za kilka godzin. Porozmawiam
z  lekarzem.  Ustalimy,  co  dalej  robić.  Mamo,  będzie  dobrze.  Daj  znak,
powiedz,  że  chcesz,  żebym  cię  stąd  zabrał.  –  Po  chwili  poczuł  mocny
uścisk.

Szarówka zamieniała się w jasność. Teraz widział matkę wyraźnie. Miała

zamknięte oczy i nie wiedział, czy spokój malujący się na jej twarzy oraz
lekki  uśmiech  były  skutkiem  wylewu,  czy  też  tego,  co  się  przed  chwilą
między  nimi  wydarzyło.  Zanim  wyszedł,  pocałował  ją  w  czoło.  Mocno,
prawdziwie.

Wsiadł  do  samochodu  i  pojechał  na  osiedle,  gdzie  się  wychował.

Przesiedział w aucie dwie godziny. Obserwował ludzi idących z siatkami do
sklepu,  tego  samego  sklepu,  do  którego  wysyłała  go  matka.  Widział
zatroskanie  na  twarzach  małomiasteczkowych  obywateli,  widział,  jak  się
zmniejszają,  jak  z  kroku  na  krok  stają  się  jeszcze  bardziej
małomiasteczkowi,  żałował  ich  i  nie  żałował  wcale.  Potem  wyszedł  na
zewnątrz  i  stanął  przed  drzwiami  wejściowymi.  Na  domofonie  odnalazł
nazwisko lekarza.

– Tak, słucham?
– To ja, panie doktorze. Pan do mnie dzwonił. Chodziło o mamę. Mógłby

mnie pan wpuścić?

– Już otwieram. Proszę.
Zawsze  przypominał  świętego  mikołaja.  Tyle  że  się  postarzał,  a  długa

broda pokryła się srebrem.

– Jeszcze raz dziękuję za telefon.
– Trzeba sobie pomagać.
– Niewiele się pan zmienił.
– Przesadza pan. Wy, artyści... Oglądaliśmy z żoną wszystkie filmy, do

których  napisał  pan  scenariusz.  Świetne.  Miasto  jest  z  pana  dumne.  No,

background image

przynajmniej  ja  i  żona  jesteśmy.  Ale  przecież  nie  będziemy  tak  w  progu.
Proszę wejść do środka.

To tak wygląda mieszkanie człowieka, który przyjmował mnie na świat...

Cholera,  miałem  jednak  szczęście,  pomyślał.  Swego  czasu  w  miasteczku
chodziły słuchy, że nie tylko przyjmował na świat...

– Kawa? Herbata? Woda?
– Woda.
Wyszedł do kuchni i po chwili wrócił z pełną szklanką. Postawił ją przed

Zebrą.

– Taaa... Przykra sprawa, ale wie pan, wszyscy się starzejemy. Taki los.

Ja, na szczęście, mam żonę. Młodszą. Nie jestem sam, ktoś poda szklankę
wody. – Uśmiechnął się. – Widział pan mamę?

–  Tak.  Nie  mówi,  ale  i  tak  porozmawialiśmy.  Kontaktuje.  Chyba

pierwszy raz w życiu porozmawialiśmy od serca, szczerze. Dawała znaki.
Dłonią.

–  Przykra  sprawa,  przykra  sprawa,  ale  co  zrobić.  Pan  tam,  ona  tu...

Umówiła się z koleżanką do lekarza. I nie przyszła. Dwa dni nie odbierała
telefonów. Na trzeci dzień mąż tej koleżanki zadzwonił do dozorcy, który
miał  klucze  do  jej  mieszkania.  Wie  pan,  dała  mu  drugą  parę,  w  razie
czego... Leżała w łóżku nieprzytomna. Przyszli po mnie. Nie wyglądało to
dobrze.  Zadzwoniliśmy  po  pogotowie.  Potem  ja  do  pana.  Cud,  że  jeszcze
żyła. Widocznie chciała się z panem spotkać. Udało się. To dobrze... Będzie
jakiś nowy film?

–  Mam  nadzieję,  doktorze.  Mam  nadzieję.  Kończę  scenariusz.  –  Dopił

wodę. Doktor uważnie mierzył go wzrokiem. – Muszę się zbierać.

–  Oczywiście.  Trudne  dni  przed  panem.  Aha,  proszę  zajść  do  pana

Marka. Ma klucze od mamy mieszkania.
 

Pan Marek, który był od Zebry niewiele starszy, mocno się zdziwił, gdy

otworzył  drzwi.  Na  jego  twarzy  malowała  się  troska  pomieszana  z  chęcią
dania Zebrze w mordę.

background image

– Złoto schowałem do pudełka po ptasim mleczku – powiedział.
– Złoto?
– No, złoto, kurwa. Złoto ze złota. Takie żółte. Jak znaleźliśmy mamę, to

miała  na  sobie  złoto.  Pierścionki  i  łańcuszek.  Moją  matkę  te  chuje
z pogotowia obrobili, jak ją zabierali. W karetce, kurwa. Mnie przy tym nie
było, jak ją zabierali. Ale matka zawsze nosiła złoto. A jak przyjechałem do
szpitala, to ni chuja. Goła, panie. Obrobili. Tylko ślady po pierścionkach na
palcach.  To  se  pomyślałem,  że  ni  chuja,  tym  razem  w  chuja  nie  dam  się
zrobić, i se przynajmniej na sąsiadce odbiję. No i kurwa, zanim przyjechali,
złoto  z  pana  mamy  zdjąłem  i  do  tego  pudełka  po  ptasim  mleczku.  Na
lodówce leży. No, tak było. A tu klucze. Zamknąłem na górę i dół.

– Dziękuję.
– W szpitalu pan był?
– Tak, przed chwilą.
– Pan się musi przygotować na najgorsze.
– Tak?
– Tak. Moją mamę to samo zwinęło. Po tygodniu poszła do nieba.
– Aha. No, ja już pójdę. Dziękuję.
– Nie ma za co. Pan ma syna, tak?
– Tak.
– Pan se zrobi jakieś lepsze stosunki z synem, bo też pana kiedyś może

dorwać samotność. A jak samotność, to już chuj. Samotność jest chujowa.
Prawda?

– Prawda.
– Do widzenia.
– Do widzenia.

4

background image

Zadzwonił  telefon.  Pośpiesznie  wyjął  go  z  kieszeni.  Odebrał  i  oparł  się

o poręcz.

– I co tam u ciebie? Co z mamą? Chcesz, żebym przyjechała?
– Pogadaliśmy trochę.
– Czyli nie jest aż tak źle?
–  Ja  mówiłem.  Ona  dawała  znaki.  Odezwę  się  niedługo.  Muszę  iść  do

mieszkania. Stoję na klatce.

– Dobrze. Trzymaj się. Do usłyszenia.
– Pa.

 
 

Upiorny  zapach  ekskrementów  uderzył  go  w  nozdrza.  Pokój,  który

dawno  temu  był  jego  pokojem,  gdzie  stało  łóżko,  które  kiedyś  było  jego
łóżkiem,  przypominał  teraz  małą  graciarnię.  Starsi  ludzie  lubią  gromadzić
niepotrzebne przedmioty... Młodsi też. Różnica polega tylko na tym, że ci
drudzy  ich  używają.  Na  parapecie  zamiast  kwiatków  stały  trzy  zakurzone
czajniki i sterta gazet. A na stoliku obok łóżka równie zakurzone gipsowe
figurki Matki Boskiej. Na ścianach wisiały kiczowate malunki. Jeden z nich
przykuł jego uwagę. Był to obrazek przedstawiający anioła prowadzącego
małego  chłopca.  Anioł,  ma  się  rozumieć,  miał  skrzydła  i  odziany  był
w  białą  albę,  a  chłopiec  w  niebieski  garnitur.  Pod  scenką  widniał  napis
„Pamiątka  pierwszej  komunii  świętej”.  Załatwiła  sobie...  Ona  wszystko
swego czasu potrafiła załatwić, pomyślał. Nawet komunię, której nie było...

Zapach  moczu  i  kału  był  nie  do  wytrzymania.  Kierując  się  nosem,  jak

pies,  szybko  zlokalizował  epicentrum  smrodu.  Podniósł  z  łóżka  wymiętą
kołdrę  i  zobaczył  rozmazaną  na  prześcieradle  żółć  zmieszaną  z  ciemnymi
brązami.  Zebrało  mu  się  na  wymioty.  Pobiegł  do  łazienki.  Oddał  z  siebie
wszystko...  Potem  wyszedł  z  mieszkania  i  w  sklepie  –  w  tym  samym
sklepie,  w  którym  sto  lat  temu  robił  zakupy  –  nabył  czarne  plastikowe
worki. Wrócił do mieszkania. Poupychał do worków kołdrę, prześcieradło
i cienki materac. Otworzył okno, a następnie wystawił porządnie zawiązane
worki na korytarz.

background image

Wszedł  do  dużego  pokoju.  Usiadł  na  sofie.  A  więc  to  tak...  Złapało  ją

w łóżku. Pewnie podczas snu. Nie mogła się z nikim skontaktować, telefon
jest  tutaj,  w  tym  właśnie  pokoju,  wydedukował,  patrząc  na  staromodny
czerwony aparat. Rozejrzał się wokół. Masa oprawionych zdjęć. On u niej
na  kolanach.  On  po  zdanej  maturze  w  granatowym  studniówkowym
ubraniu,  w  którym  wyglądał  jak  muzealny  cieć.  On  trzymający  na  barana
syna. Zdjęcia byłych żon. Pierwszej. Drugiej... Przyjaźniły się. Matka, która
nie znosiła Pierwszej, naraz staje się jej najlepszą przyjaciółką po tym, jak
syn żeni się drugi raz. I zaczyna nienawidzić tej Drugiej, która później też
staje  się  jej  najlepszą  przyjaciółką,  gdy  oni  się  rozstają,  a  syn  żeni  się
ponownie. Jak to jest? Gdyby się rozwiódł z Trzecią, Małą, też by się stała
jej przyjaciółką?

Wstał  i  poszedł  do  kuchni.  Na  lodówce  leżało  opakowanie  po  ptasim

mleczku.  Otworzył  je  i  uniósł  plastikową  foremkę.  Wsadził  łańcuszek
i  pierścionki  do  kieszeni.  Spojrzał  na  zegarek.  Do  wizyty  u  ordynatora
pozostały  dwie  godziny.  Zaczął  przeglądać  książki.  Na  półkach  odnalazł
nagrody za dobrą naukę. Tak, Opowieści o pilocie Pirxie znał na pamięć, bo
gdy  je  dostał  za  świadectwo  z  czerwonym  paskiem,  przeczytał  pięć  razy.
Otworzył  szufladę.  W  środku,  na  teczkach,  leżały  dwa  pudełka.  Więc  ją
docenili? Przypomniał sobie natychmiast przepychanki w środowisku i to,
że  ludzie  byli  w  stanie  własne  gówno  zjeść  dla  kawałka  blaszki.  Gloria
Artis...  Odznaczył  się  sam.  Jeden  krzyż  wpiął  w  lewą,  a  drugi  w  prawą
klapę marynarki. Poszedł do łazienki i przejrzał się w lustrze.

Wrócił do pokoju. Z szuflady wyjął teczki, na których wcześniej leżały

pudełeczka.  Sznurowane  teczki  starego  typu  pękały  w  szwach,  toteż  żeby
im  ulżyć,  porozwiązywał  je,  nie  zaglądając  do  środka.  Przeszedł  się  po
pokoju  i  usłyszał  dźwięk  muchy,  która  wleciała  przez  otwarte  okno
zwabiona zapachem kupy. Muchy ciągnie do gówna, tak samo jak innych
ciągnie  do  medali.  Tak,  tak,  są  gówna  z  gówna  oraz  gówna  z  blachy,
a niektóre gówna są pozłacane... Natomiast złoto ze złota nie jest z gówna...
Święta  racja,  panie  Marku,  pomyślał  i  wsadził  rękę  do  kieszeni,  w  której
trzymał  złoto  ze  złota.  Mucha  kompletnie  zwariowała.  Krążyła  po  pokoju

background image

w  tę  i  we  w  tę.  Przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  nie  przyłożyć  jej  jedną
z tych ciężkich książek. Czymś lżejszym jednak... Z pewnością w teczkach
były jakieś papiery. Otworzył jedną z nich. Bardzo się zdziwił, bo ze środka
patrzyła  na  niego  jego  własna  twarz.  Następna,  następna,  aż  powyjmował
wszystkie. Powycinane artykuły, o nim. Wywiady, z nim. Recenzje filmów,
do  których  napisał  scenariusze.  Więc  to  tak...  Na  bieżąco.  Wiedziała
wszystko. No, prawie wszystko... Zaczął na nowo, teraz z większą uwagą
przeglądał  zadrukowane  kartki.  Odnalazł  recenzję  tego  niedorobionego
pedała  z  Poznania,  który  nie  zostawił  na  nim  suchej  nitki.  I  tak  jak  przed
laty  zdenerwował  się  okrutnie,  więc  nerwowo  uformował  z  kartki  kulkę
i cisnął nią w muchę, ale nie trafił. Wstał, spojrzał na zegarek i wyszedł do
przedpokoju.  Otworzył  drzwi  wejściowe.  Wyniósł  na  klatkę  schodową
czarne  worki.  Zamknął  drzwi.  Zniósł  worki  do  śmietnika.  Wsiadł  do
samochodu. Ruszył do szpitala.

5

W poczekalni do gabinetu ordynatora siedziało kilka osób. Zapytał, kto

jest ostatni, i spoczął na niebieskim plastikowym krześle. Przez chwilę miał
wrażenie,  że  ludzie  przyglądają  mu  się  z  zaciekawieniem.  Ostatecznie  na
prowincji też chodzą do kina. Jeśli matka uzbierała całą stertę wiadomości
na jego temat, to tamci też mogli go rozpoznać. Z tymi z małych miasteczek
jest zawsze kłopot. Niby przy wódce gadają, że temu a temu się udało, ale
jak do czegoś dojdzie, to tylko się gapią. Ludzie z poczekalni, o twarzach
przedwcześnie  postarzałych,  ogorzałych  od  grilla,  gorzały,  nie  byli  inni.
Kolejka szła szybko, więc czekanie zajęło mu raptem pół godziny.

– Proszę spocząć – powiedział lekarz i ruchem ręki wskazał miejsce po

drugiej stronie biurka.

–  Ja  w  sprawie  mamy.  Jest  sparaliżowana.  Jakie  są  szanse  na...  –  Nie

dokończył zdania.

background image

– Pan się spóźnił.
– Ależ panie doktorze, byłem piąty w kolejce. Przyszedłem na czas.
– Pan się spóźnił. Bardzo mi przykro.
– To znaczy, że...
– Tak...
– Dobrze, to ja wyjdę i przyjdę jutro, jeśli pan już nie ma dla mnie czasu.
– Pan nie zrozumiał. Pańska mama zmarła dwie godziny te...
– Co? Jak to? Przecież... To... Dlaczego nikt do mnie nie zadzwonił?
–  Nie  zostawił  pan  numeru  telefonu.  Dodzwoniliśmy  się  do  syna.  Jest

w drodze.

– I...
– Proszę przyjąć wyrazy współczucia. Ale miał pan trochę szczęścia.
– Szczęścia?
– Pielęgniarki powiedziały, że zdążył pan jeszcze zobaczyć mamę.
– Co mam teraz...
– Proszę iść do dyżurki. Dostanie pan instrukcje. – Lekarz podał mu rękę

na pożegnanie, pytając: – W Warszawie teraz taka moda?

– Moda? Nie rozumiem. – Ordynator wskazał na klapy marynarki.
– Tak. Taka moda. – Gdy wyszedł, zdjął odznaczenia matki.

 
 

– Chodzi o mamę. Zmarła kilka godzin temu...
– Ach tak – powiedziała zatroskanym głosem pielęgniarka. – Bardzo mi

przykro. Taaak. Pan nie jest miejscowy, to już wiemy. To jak robimy?

– Jak robimy? – powtórzył za nią.
– No, z ciałem. Mama leży w kostnicy. Za chwilę będzie mógł pan tam

iść. Pożegna się pan w spokoju, ale musimy dostać wytyczne, i to szybko,
bo  jeśli  nie  ma  pan  specjalnych  życzeń  czy  innych  pomysłów,  to  my  tu
mamy firmę, która wszystko załatwi. Pan tylko podpisze. Pogrzeb będzie na

background image

cmentarzu parafialnym. Oni wszystko załatwią, pan tylko da zgodę i ustali
szczegóły.

Przecież dawała mu znaki. Umówili się. Obiecał.
– Nie macie tutaj jakiegoś krematorium?
– Krematorium? Hanka, u nas nie ma krematorium, nie?
–  U  nas  nie  ma,  ale  w  tamtym  roku  całkiem  nowe  otwarli

w  Radzikowicach.  Dwadzieścia  kilometrów  stąd.  Czytałam  w  gazecie,  że
mają dobry piec. Włoski taki. Ponoć nic nie śmierdzi, bo ludzie się burzyli,
kiedy  je  budowali.  Ta  nasza  firma  też  to  załatwia.  –  Pielęgniarka  podała
Zebrze  wizytówkę  przedsiębiorstwa  pogrzebowego.  –  „Hades  –
kompleksowe  usługi  pogrzebowe”.  Czynne  dwadzieścia  cztery  na  dobę.
Numer telefonu.

–  Pan  do  nich  zadzwoni.  Tylko  szybko.  Pan  zadzwoni,  a  potem  pan

pojedzie do proboszcza i z nim załatwi.

– Do proboszcza?
–  Pan,  to  widać,  z  innego  świata.  Pan  chce  spopielić  mamę  i  ją  gdzieś

zabrać, tak czy nie?

– Tak.
– U nas w mieście proboszcz urn nie chowa, urny tylko na wysyłkę. No,

to pan podjedzie na parafię, zapłaci mu za zgodę na przeniesienie pogrzebu
do obcej parafii. A najpierw to pan zadzwoń na cmentarz w swoim mieście
i  zapytaj,  kogo  tam  trzeba,  żeby  urnę  przyjęli.  Przecież  se  ją  pan  nie
postawisz  za  telewizorem.  To  nie  Czechy.  W  Czechach  różne  rzeczy
wyrabiają z tymi urnami. Czytałam taki artykuł.

– Gdzie jest kostnica?
–  Pan  wyjdzie  od  nas.  Potem  w  prawo.  Prosto  korytarzem  i  na  dół,  do

piwnicy. Tam pan Henio siedzi. Otworzy panu.
 
 

Pan Henio siedział na drewnianym krzesełku obok metalowych drzwi, na

których  przyczepiony  był  napis  „Kostnica  szpitalna”.  Starszy  człowiek

background image

o twarzy bez wyrazu, ubrany w biały fartuch, chyba jako pierwszy z wielu
ostatnio spotkanych miał go głęboko gdzieś.

– Chciałem pożegnać się z mamą – powiedział cichym głosem Zebra.
Postać  bardzo  niskiego  wzrostu  wstała  z  krzesła,  podciągnęła  spodnie

i sięgnęła do kieszeni po klucze. Pan Henio bez słowa wsadził je do zamka
i  przekręcił.  Otworzył  drzwi.  Ręką  wskazał  drogę.  W  pomieszczeniu
panował półmrok. Białe metalowe łóżko na kółkach unosiło na sobie coś,
co  przypominało  papierową  makietę  łagodnych  gór.  Z  jednej  strony
zarysowywał się pojedynczy, ledwo widoczny szczyt, potem, idąc w drugą
stronę  lekkim  płaskowyżem,  natrafić  można  było  na  dwa  dużych
rozmiarów  kopce,  a  kończyło  się  to  wszystko  odkrytymi  palcami  stóp.
Matka  miała  duże  piersi.  Karmiła  go  aż  do  drugiego  roku  życia.  Zsunął
prześcieradło  z  głowy.  Odniósł  wrażenie,  że  mina,  w  której  zastygła,
mówiła, że jest dobrze. Pocałował ją w czoło, potem w policzek, na końcu
w  usta.  Zimny  kamień.  Zrolował  prześcieradło  do  samych  stóp.  Dotknął
ręką jej dłoni. Chciał zapłakać, wypadałoby w takim momencie. Nie mógł.
Nie potrafił. Nie miał w sobie łez. Był świadkiem awantur w domu. Bał się,
że  rodzice  się  pozabijają,  i  jego  zabiją  przy  okazji.  Wtedy  płakał,  aż
wszystkie łzy wypłakał, dlatego potem już nigdy nie mógł. A ludzie brali go
za twardziela.

–  Nie  udało  się,  mamo...  przepraszam.  Zabiorę  cię  stąd,  tak  jak

obiecałem.  Wszystko  załatwię.  Nie  martw  się.  Nie  dam  cię  pochować
w tym zasranym miasteczku. Nie dam. Słowo. Wiesz, w życiu z kobietami
tak  mi  się  jakoś  średnio  układało.  A  ty  chciałaś,  żebym  tu  został.
W dyrektory ogólniaka poszedł. To był słaby pomysł. Dwa razy nie wyszło,
ale  jak  to  mówią,  do  trzech  razy  sztuka.  Z  Małą  idzie  dobrze.  Mała  mnie
kocha. Powinnaś się cieszyć. Dobra dziewczyna. Bardzo dobra dziewczyna.
– Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale poczuł dotyk na plecach i przeszły go
ciarki ze strachu. Znieruchomiał. – Mamo, to ty? – Po chwili z trudem się
odwrócił. Nie usłyszał, kiedy pan Henio ponownie otworzył drzwi i wpuścił
do kostnicy młodego mężczyznę.

– Cześć, tato.

background image

– Jesteś?
–  Tak,  zadzwonili  po  mnie.  Mama  czeka  na  zewnątrz.  Przyjechaliśmy

razem.

– To dobrze, że jesteś. – Poklepał go po plecach.
– Masz fajki?
– Mam. To ty palisz?
– No, jak mam, to palę.
– Przecież twoja matka nie pali?
–  Sam  się  nauczyłem.  Ty  myślisz,  że  do  wszystkiego  potrzebna  jest

matka?!

– Nie pyskuj!
– Dobra, daj papierosa, bo nie kupiłem. Masz zapalniczkę?
– Mam.
–  Z  tobą  tak  zawsze,  nawet  przy  umarłej  babci  nie  można  normalnie

pogadać.

– Przepraszam. Jestem w szoku.
–  Taaa.  Ty  to  zawsze  te  swoje  szoki  na  filmy  przerabiasz.  Nawet  nie

wiesz,  że  jak  raz  babcia  poszła  do  kina  na  twój  film,  to  ją  pogotowie
zabrało. Tak się wystraszyła.

– Tak? Ona chodziła do kina?
– No masz... Ty oczywiście nic nie wiesz. A jaki dziś mamy dzień?
– Nie wiem.
– No widzisz...
– Słuchaj, chcesz z babcią pogadać chwilę na osobności?
– No.
– Dobra, to ja wychodzę. Muszę wykonać ważny telefon. – Pochylił się

nad zwłokami. Jeszcze raz pocałował matkę w czoło i wyszedł z kostnicy.
 

Przed  szpitalem  zapalił  papierosa.  Palił  łapczywie.  Przez  chwilę  szukał

wzrokiem  śmietnika.  Nie  znalazłszy  go,  niedopałek  wcisnął  butem

background image

w trawnik. Wyjął komórkę i wybrał numer.

– Cześć, Mała. To ja. Mama nie żyje.
– To straszne!
– Wiem, ale jest taka sprawa, potrzebna mi twoja pomoc.
– To straszne! – powtórzyła raz jeszcze.
– Słuchaj. Przejdź się, proszę, do nas na cmentarz, czy do kogo trzeba, bo

ja zabieram mamę.

– Jak to?
–  No,  obiecałem  jej.  Nie  pochowam  jej  tutaj.  W  urnie  ją  zabiorę.

I powiedz im tam, że będę miał to pozwolenie od proboszcza.

– Od proboszcza?
–  No  tak,  jest  takie  pozwolenie  potrzebne,  żeby  pochować  w  innej

parafii. Przejdź się też do księdza u nas. Ty mądra jesteś. Pomożesz mi?

– Oczywiście, że ci pomogę.
– Dobra, muszę kończyć. Mam tutaj kocioł i jeszcze Pierwsza z synkiem

przyjechała...

– Zaprosisz ją, prawda?
– Na co?
– Na pogrzeb. One się kumplowały.
– Nie wiem.
– Zebra, nie świruj, tak wypada.
– No, dobra. Pomyślę.
– To idę załatwiać.
– Cześć.
Gdy szedł w stronę samochodu, spotkał pierwszą żonę. Gadała od rzeczy,

jak  zwykle.  Tak,  tak,  tak,  powtarzał  w  kółko.  A  potem  ją  przeprosił
i ponownie zadzwonił.

– Hades. Słucham.

background image

– Mama leży w kostnicy. Na Cichej. Maria Dobrowolska. Chodzi o to, że

nie  robimy  pogrzebu  na  miejscu.  Państwo  jesteście  w  stanie  załatwić
kremację, prawda?

–  Proszę  zabrać  ze  szpitala  kartę  zgonu.  Z  tą  kartą  podjedzie  pan  do

urzędu stanu cywilnego, u nas w ratuszu. Wydadzą panu od ręki akt zgonu.
No i o proboszczu proszę nie zapomnieć. Jak będzie miał pan te wszystkie
papierki, to proszę podjechać do nas do zakładu. Razem zabierzemy ciało
ze szpitala. Potem załatwimy resztę.

– Dziękuję. Do zobaczenia.
Kiedy  schował  telefon,  pierwsza  żona  znowu  rzuciła  mu  się  na  szyję

i  szlochając,  zaczęła  wykrzykiwać,  że  go  nie  zostawi  w  tych  ciężkich
chwilach, że mu pomoże, że wszystko razem załatwią, że będzie przy nim.
 
 

Wieczorem wszyscy razem siedzieli w Hadesie. Za biurkiem urzędowała

starsza  pani,  a  za  nią  stały  przeszklone  szafy  z  urnami.  Zebra  przedstawił
wszelkie  potrzebne  zaświadczenia.  Pani  podrapała  się  po  nosie.  Wyjęła
z szuflady biurka białą kartkę i zapytała:

– Kremacja ma być, tak?
– Tak.
– Z tego, co wiem, mama jest już u nas w lodówce. – Zapanowała cisza.

Kobieta odchrząknęła. – Już do nich dzwoniliśmy. Do krematorium. Nie ma
tłoku.  Jutro  mogą  skremować.  Tak  koło  szesnastej  urna  będzie  do
odebrania. U nich. A właśnie, jaką urnę państwo sobie życzą? Mamy duży
wybór. No i to zależy, co z nią potem zrobicie. Czy będzie zakopana? Czy
wmurowana,  czy  może  życzą  sobie  państwo,  to  znaczy,  czy  może  mama
sobie życzyła, żeby prochy nad Bałtykiem rozsypać?

– Rozsypać? – zdziwiła się pierwsza żona.
– No, od tego roku już można. Minister zezwolił. Zresztą, może to głupio

zabrzmi,  bo  przykre  chwile  przeżywacie,  ale  mama  wiedziała,  kiedy
umrzeć.

background image

– A to dlaczego? – zapytał syn.
–  Bo  od  marca  tego  roku  można  urny  wozić  po  kraju  prywatnymi

samochodami. Dawnej tylko wyznaczone firmy mogły. A teraz zabierzecie
sobie urnę i sobie pojedziecie.

– Aha...
–  Przejdźmy  do  szczegółów.  Mamy  ubrania  do  trumny  w  dwóch

kolorach. Czarne i granatowe. Bawełna. Bardzo dobrze się pali, i ekologia.
Wiadomo. Jaki kolor sobie państwo życzą?

– Może czarny? – zaproponował Zebra.
– E tam, zaraz czarny – wtrąciła pierwsza żona – granatowy weźmiemy.

Też dostojny, ale jakby weselszy. Zresztą mama lubiła ten kolor. Weźmiemy
granatowy.

– Ty, Anka – zdenerwował się Zebra – to moja matka!
– A moja teściowa, znałam ją lepiej niż ty.
– Była teściowa – wtrącił.
– Przestańcie – powiedział syn.
– To jak będzie? – zapytała starsza pani.
– Dobrze, niech będzie granat – zgodził się Zebra.
–  Czyli  tak:  spódnica,  żakiecik,  majtki,  biustonosz,  rajstopy  i  buty.

Czarne  tylko  mamy,  ale  ładne,  dobra  niemiecka  tekturka.  Aha,  i  biała
bluzka oczywiście.

– Aż tyle? – zdziwił się.
– Daj spokój, tato, babcia powinna ładnie w trumnie wyglądać.
– Synku, ale to i tak na spalenie.
– Tato, a jedzenie jest i tak na wysranie.
– Nie wyrażaj się – zganił go ojciec.
– Cały ty – rzuciła pierwsza żona.
– Tylko w połowie – zawarczał.
– Błagam, nie kłóćcie się!

background image

–  No  dobrze  –  powiedziała  starsza  pani  –  sprawę  ubrań  mamy

załatwioną.  Trumna  jest  standardowa,  żywe  drewno,  żeby  się  dobrze
i  szybko  paliło.  Makijaż,  taaak,  włosy  tak...  Czy  mamusia  miała  w  sobie
jakieś urządzenie?

– Słucham?
–  No,  rozrusznik  serca,  bo  to  trzeba  zgłosić  i  przed  kremacją

wymontować.

– Nie, nie miała żadnych urządzeń – odparł Zebra.
– A skąd ty o tym możesz wiedzieć.
– A miała?
– Nie.
– To co znowu mącisz!
– Błagam, przestańcie.
–  Dobrze.  Ubrania  mamy,  części  nie  mamy,  kosmetykę  mamy,  trumnę

mamy  –  odnotowywała  starsza  pani  na  kartce  papieru  –  a  kwiaty,  jakie
kwiaty dla przystrojenia? Lilie mogą być?

– Mogą – odpowiedzieli wspólnie.
– A urna? Jaka?
– Porządna, czarna, piękna, z marmuru – powiedziała była żona.
– Masz gest nie za swoją kasę.
– A skąd taka pewność, że nie za swoją? Mam zamiar za nią zapłacić.
– Trzymam cię za słowo.
– Ta, może być? – kobieta wskazała palcem na jedną z wyższej półki.
– Prosta żeby była, gustowna, bez tych wszystkich złoceń. Ma pani coś

takiego?

–  Mam.  Ciężka  jest  –  wskazała  palcem  na  pękate  naczynie  z  czarnego

marmuru. – Włoski marmur. Droga.

– Wchodzisz w to?
– Słowo się rzekło – odparła. – Pani zapisze urnę na mój rachunek.

background image

–  A  różaniec?  Dorzucić  może  różaniec?  Żeby  nim  pięknie  powiązać

dłonie. W promocji. Dobre drewno, nielakierowane. Za trzydzieści złotych.

– Pani dopisze do rachunku i różaniec.
– Świetnie, to mamy wszystko. Kartą czy gotówką?
– Kartą, ale bez urny.
–  Oczywiście.  –  Transakcja  ruszyła.  Kiedy  z  rolki  białego  papieru

wysunął się rachunek, kobieta dodała: – Proszę być w krematorium na pół
godziny przed wysyłką do pieca. Będziecie mieli państwo czas na ostatnie
pożegnanie.

6

– Gdzie śpisz?
– W hotelu.
– Nie idziesz spać na osiedle?
– Nie mógłbym.
– Co zrobisz z mieszkaniem po mamie?
– Synowi naszemu zapiszę.
– Zuch!
– Przestań... Masz może numer telefonu do Drugiej?
–  Od  dawna  nie  mówisz  do  mnie  po  imieniu.  Dla  ciebie  kobiety  to

numery... pierwsza, druga. Do trzeciej też mówisz „Trzecia”?

–  Daj  spokój.  To  masz  czy  nie?  Wyście  się  wszystkie  kumplowały.

Powinna wiedzieć.

– Już to zrobiłam. Nie dostanie wolnego z pracy. Była teściowa to żadna

rodzina.

– A wy gdzie śpicie?
– W hotelu.

background image

– W tym samym?
– W tym miasteczku jest tylko jeden hotel.
– Chcesz klucze od mieszkania mamy?
– Nie. Już zapłaciłam za hotel.
– Słuchaj, dasz mi ten numer telefonu do Drugiej?
– Jasne.
–  Dobra,  to  ja  idę  kupić  sobie  jakiś  ciemny  garnitur.  Zobaczymy  się

w hotelu.

– Będziesz kupował garnitur jednorazowy? – spytał syn.
– Kupię taki, żeby się przydał na kilka razy.
– Masz zamiar jeszcze kogoś pochować?
– Nie wiem... może siebie...
– Nie żartuj.
– Nie żartuję.
– Taaa, ty tak zawsze.
– Idziesz ze mną?
– Mogę iść.
Szli  w  milczeniu  długą  ulicą.  To  miasteczko  miało  dwie  ulice.  Dwie

jednokierunkowe.  Nigdy  nie  żałował,  że  uciekł.  Grajdołek,  kurewski
grajdołek,  ale  matka  w  stolicy  spocznie.  U  mnie  spocznie.  Przez  głowę
przeleciał  mu  ojciec.  Dzieci  patrzą  na  błędy  swoich  rodziców,  a  potem
popełniają dwa razy gorsze. Ba, w jego przypadku było tego jeszcze więcej.
Zatrzymali się przy sklepie ze ślubną odzieżą. Na wystawie stał manekin,
niby panna młoda ubrana w upiorną białą suknię z falbankami, a te falbanki
nadziane  były  na  druty.  W  drutach  do  ślubu?  Weszli  do  środka,  ale
wewnątrz  nie  było  sprzedawcy,  za  to  na  dywaniku  leżał  biały  kot,  z  tych
albinotycznych,  z  czerwonymi  gałami.  Zebra  chrząknął.  Po  chwili  zza
zasłony wyszedł starszy mężczyzna.

– Czym mogę służyć?

background image

–  Chciałbym  kupić  dwa  ciemne  garnitury.  Jeden  dla  mnie,  a  drugi  dla

tego pana. – Ręką wskazał na syna. – I dwie ciemne koszule – dodał.

– Na ślub? – zdziwił się sprzedawca.
– Na pogrzeb.
– Rozumiem.
Wyboru nie było wielkiego, toteż ekspresowo nabyli ubrania i wyszli.
–  Słuchaj  synku,  a  ty  w  tych  adidasach  do  garnituru?  To  ja  ci  może

jeszcze buty kupię?

– Daj spokój. W adidasach i garniturze będę wyglądał zajebiście.
– Nie chodzi o to, żeby na pogrzebie własnej babci wyglądać zajebiście,

tylko porządnie.

– Babci to już zwisa, a garniturek super. Dzięki, tato.
– No, dobra, ale wiesz, mogę ci też kupić buty.
– Jest zajebiście tak, jak jest.
– Nie wyrażaj się!
– Daj spokój. Na twoich filmach w kółko tak mówią.
– Ale to jest sztuka. Sztuka to co innego.
– Taaa... sztuka...
–  Słuchaj,  synku,  bo  przyszło  mi  do  głowy,  może  byśmy  zastukali  do

twojego dziadka? Zawiadomili go?

– Mnie on zwisa. Jak chcesz, to możemy zastukać. Tylko nie wiadomo,

czy go zastaniemy. Żyć, żyje, bo mama mówiła, nawet w tym samym bloku
dalej mieszka, ale to chuj, co się będziesz wkurwiał niepotrzebnie. Nie dość
masz teraz wkurwu?

– Co ty tak przeklinasz?
– A, bo mnie ten facet zawsze wkurwiał. Niby był, a go nie było.
– Ale to mój ojciec, no i było nie było mąż twojej babci. Należy się.
–  Na  głowę  żeś  upadł?  Co  się  należy?  Nigdy  się  tobą  nie  interesował,

a  tym  bardziej  mną,  no  i  już  wcale  się  babcią  nie  interesował.  To  co  się
będziesz teraz napraszał.

background image

– Ja też się za wiele tobą nie interesowałem...
– No, nie... ty to jesteś zajebisty... Ty żeś się mnie nigdy nie wstydził.
– Niby tak... Ale chyba jednak wypada. Choć spróbujemy, a jak go nie

zastaniemy, to chuj z nim.

– No, nareszcie gadasz normalnie.
– Kurwa, synku, tylko błagam cię, nie bierz ze mnie przykładu.
– Jasne.
– To co, idziemy do niego. Załatwimy sprawę.
Zapukali  do  drzwi.  Potem  jeszcze  raz,  i  jeszcze  raz.  Nikt  jednak  nie

otwierał. Zeszli na dół. Zebra poczuł ulgę. Było nie było, wykonał przykry
obowiązek.  I  gdy  wychodzili  na  zewnątrz,  minęli  się  w  drzwiach
z człowiekiem, który spojrzał na nich podejrzliwie, a potem zapytał:

–  Panowie  kogoś  szukają?  –  Przyglądnęli  się  sobie  wzajemnie.

Przeznaczenie, zbieg okoliczności, siły pozaziemskie? Zwał, jak zwał. Nie
było jednak wątpliwości, że ten oto łysawy, szczupły, starszy pan był jego
ojcem i dziadkiem jego syna... Wszyscy trzej mieli podobny kształt nosa...
I  cisza.  Zapadła  głęboka  cisza.  Minuta,  dwie.  A  może  tylko  kilkanaście
sekund?

– Poznajesz mnie? – zapytał Zebra.
– Tak.
– A tego – wskazał na syna – poznajesz?
– Nie.
– To twój wnuk.
I  znowu  cisza.  Starszy  mężczyzna  nie  wytrzymał  ostrych,

przeszywających spojrzeń.

– Czego chcecie? – zapytał zniecierpliwiony.
–  Twoja  żona  nie  żyje.  Przyszliśmy  cię  zawiadomić.  Jutro  jest  ostatnie

pożegnanie.  W  krematorium.  Potem  zabieram  ją  do  siebie.  Do  Warszawy.
Zabieram  ją  stąd.  Może  chciałbyś  przyjść?  Głupio  to  brzmi,  ale  jesteśmy
rodziną. Jesteś moim ojcem, dziadkiem mojego syna, byłeś jej mężem.

background image

– Odczepcie się ode mnie. Nie znam was. – Kiedy wypowiedział ostatnie

słowa, w Zebrze się zagotowało. Chciał dać ojcu w mordę. Zacisnął pięści,
ale po chwili rozprostował palce. Spojrzał mu prosto w twarz i powiedział
dobitnym tonem:

– Nie będziesz żył wiecznie. Też umrzesz. Kto wie, może już niedługo.

Obiecuję ci, jak tu stoję, a to jest mój świadek – skinął głową w stronę syna
–  jak  zdechniesz,  to  przyjadę  na  twój  pogrzeb  i  przy  wszystkich  zdejmę
spodnie,  i  nasram  na  twój  grób.  A  teraz  wypierdalaj  na  górę,  ty  w  mózg
jebany pokurczu. No, już, zmywaj się stąd, bo ci przypierdolę.

Ojciec  chyba  chciał  coś  jeszcze  powiedzieć,  ale  nie  zdążył,  bo  Zebra

krzyknął:

– No już, spierdalaj, ty chuju złamany!

7

Kiedy wrócił do hotelu, położył się na łóżku i bezmyślnie patrzył w sufit.

Łóżko  było  niewygodne,  z  materaca  wystawały  sprężyny,  ale  trwał
w bezruchu, póki nie zadzwonił telefon.

– Słuchaj, wszystko załatwiłam. Pogrzeb za pięć dni.
–  Za  pięć  dni?  Jutro  kremujemy  mamę.  Co  zrobimy  z  urną?  To  całe

cztery dni.

– Wierz mi, wcześniej się nie da. Urnę przywieziesz do nas. Postoi u nas

te kilka dni.

– W sumie racja.
– Pomyślałam też, że moglibyśmy u nas w mieszkaniu zorganizować coś

na kształt stypy. Wiesz, zanim pochowamy mamę, moglibyśmy się wszyscy
u nas spotkać.

– Wszyscy?
– Ty, ja i te dwie byłe. Myślę, że to dobry pomysł.

background image

– Zły.
– Daj spokój, Zebra. One były z nią blisko. Należy się im. Nam też.
– Nam?
–  Moglibyście  po  latach,  tak  na  spokojnie,  pogadać.  Ja  bym  je  chętnie

poznała.

– Nie wiesz, co mówisz. Bredzisz.
– Słuchaj, ja wiem, że jest ci teraz ciężko.
– Widziałem się z ojcem...
– I co?
– Powiedziałem, że nasram na jego grób.
– Poważnie?
– Tak.
– Ściemniasz.
– Poważnie.
– I co on na to?
– Nic.
– Aha. Jak nie chcesz tego sam zrobić, to ja to zrobię. Prześlij mi tylko

numery  telefonów  do  Pierwszej  i  do  Drugiej.  Mógłbyś  coś  ugotować,
byłoby świetnie.

– Upadłaś na głowę. W co ty chcesz mnie wciągnąć?
– Zebra, jesteś w szoku, to normalne po takim zajściu, ale jak wstaniesz

rano i jeszcze raz przemyślisz całą sprawę, to przyznasz mi rację. Wyślij mi
te numery telefonów.

– Pomyślę.
– No, i już się z tobą inaczej rozmawia.
Długo nie mógł zasnąć. Łaził po pokoju z kąta w kąt. Odpalał papierosa

od papierosa. Kiedy skończył całą paczkę, nie wiedział, co począć z rękami.
Rozebrał  się  i  poszedł  pod  prysznic.  Próbował  się  masturbować,  ale  nic
z  tego  nie  wychodziło,  bo  do  głowy  przyszła  mu  matka  i  ten  dzień,
w  którym  przyłapała  go  na  trzepaniu  kapucyna.  Nie  ma  niczego

background image

okropniejszego  w  życiu  młodego  chłopaka  niż  wpadka  z  ptakiem  w  ręku
przed własną matką... Wytarł się i położył do łóżka. Zanim zasnął, przesłał
esemesem  numery  telefonów.  Po  chwili  otrzymał  wiadomość  „Jesteś
odważny”.  Taaa,  kurwa,  odważny.  Wcale  nie  jestem  odważny,  pomyślał.
Jestem strachliwy, dalej się boję kobiet. Najpierw matka, potem Pierwsza,
Druga,  a  teraz  Trzeciej  się  obawiam.  Mam  spieprzoną  osobowość  –
powiedział  pod  nosem.  Zasnął.  Rankiem  obudziło  go  stukanie  do  drzwi.
Zwlókł się z łóżka i otworzył. Za progiem stał syn ubrany w nowy garnitur.

– Już pora? – zapytał wystraszonym tonem.
–  No  co  ty.  Matka  mnie  przysłała.  Się  pyta,  no  wiesz,  żebyśmy  razem

zjedli śniadanie. Czekamy w knajpie na dole.

– Okej, zaraz schodzę.
– Spoko.

 
 

Śledził  jej  każdy  ruch.  Krótkie  paluszki,  spuchnięte  jak  parówki,  dosyć

sprawnie  obierały  jajka  na  twardo...  Wąskie,  zacięte  usta,  ssały  rurkę
zanurzoną w soku pomarańczowym. Gardło, żołądek, moczowody, pęcherz,
cewka  moczowa  i  szczanie.  Boże,  przecież  wiele  lat  temu  ona  tymi
paluszkami  ściskała  mojego  fiuta  –  pomyślał  –  a  wąskimi  ustami  tego
samego fiuta z trudem pieściła, a gdy myślałem o innej, to nawet udawało
się  spuścić  w  te  usta,  w  gardło.  Boże,  jaki  ja  byłem  ślepy.  A  kiedyś
powiedziała,  że  można  na  całość,  bo  sobie  obliczyła.  No  i  źle  obliczyła.
Teraz  siedzą  przede  mną.  Człowieka  ze  złego  obliczenia  kocham,  bardzo
kocham,  choć  nie  potrafiłem  nigdy  tego  okazać.  Jaki  ten  świat  jest
pojebany...  Z  całą  pewnością,  o  ile  Bóg  istnieje,  pierdolnął  się  w  swoim
planie.

– Nic nie jesz – skwitowała była.
– Nie mogę. Zbiera mi się na wymioty.
– To może kawa? Gorzka kawa ci pomoże.
– Idę na górę. Zastukajcie, jak będziecie gotowi. Synu, jedziesz ze mną

czy z mamą?

background image

– Z mamą. A potem z tobą i z babcią.
– Pasuje.

8

Krematorium,  o  nazwie  Olimp,  stało  między  torami  kolejowymi

a  cementownią.  Nówka,  tak  jak  mówiła  pielęgniarka.  Zaparkowali
samochody i weszli do środka. Przywitał ich mężczyzna w średnim wieku
ubrany  w  ciemny  garnitur.  Zaprosił  do  pokoju  ostatnich  pożegnań.  Matka
leżała w otwartej trumnie. Uszminkowana, uczesana, w granatowej kreacji,
w  czarnych  tekturowych  bucikach.  Brzegi  trumny  przybrane  były  liliami.
Dłonie, związane różańcem w promocyjnej cenie, wyglądały nienaturalnie.
Podeszli do trumny.

Nie  mógł  z  siebie  nic  wykrztusić,  choć  miał  na  końcu  języka  kilka

pięknych  zdań.  Nawet  błąkał  mu  się  po  głowie  urywek  wiersza  Tadeusza
Różewicza  z  tomu  Matka  odchodzi.  Obecność  osób  trzecich,
a  w  szczególności  Pierwszej,  nie  pozwalała  się  rozkleić,  a  rozkleić  się
chciał.  Ostatecznie,  tylko  raz  się  człowiek  rodzi  i  raz  umiera,  tylko  raz
kremuje  się  matkę.  Tylko  raz...  Pocałował  ją  w  czoło  i  dotknął  dłoni.  Do
widzenia – powiedział cicho. To samo uczynił jego syn. Pierwsza musiała
zaznaczyć  swoją  obecność,  więc  zaczęła  głośno  szlochać,  kilkakrotnie
całując nieboszczkę i zawodząc: „Żegnaj, mamo, żegnaj najlepsza matko!”.

Pojawiło  się  dwóch  facetów  ubranych  w  mundury  oraz  rogatywki  ze

złotymi  otokami.  Zebra  dał  znak.  Mundurowi  stanęli  obok  Pierwszej.
Zrozumiała,  że  to  koniec  cyrku.  Wycofała  się.  Usiadła  obok  Zebry.
Kurczowo  chwyciła  go  za  rękę.  Jego  dłoń  nie  zareagowała  na  spazm.
Mundurowi  zamknęli  trumnę,  która  po  chwili  wjechała  w  gardło
buchającego ogniem pieca. Potem grała cicha muzyka.
 
 

background image

–    Proszę  zwiedzić  miasto  albo  po  prostu  poczekać  na  ławce  w  parku.

Urna będzie gotowa za cztery godziny. Po tym czasie zapraszam do biura –
powiedział właściciel.

Pojechali  na  obiad.  Zebra  znowu  nie  mógł  przełknąć  nawet  kęsa,  więc

syn  zjadł  dwa  obiady.  Pierwsza  miała  grobową  minę.  Nic  nie  mówiła.
Natomiast apetyt jej nie opuszczał, toteż po zjedzeniu barszczu czerwonego
z  kołdunami,  kotleta  schabowego  z  ziemniakami  i  zasmażaną  kapustą,
zamówiła szarlotkę, puchar lodów waniliowych i kawę ze śmietanką. Różne
okoliczności  działają  na  różnych  różnie.  Jedni  nie  mogą,  inni  mogą  za
innych, a jeszcze inni mogą za wszystkich – pomyślał, patrząc, jak ładuje
w  siebie  ciasto  i  poprawia  lodami.  Kiedy  skończyła,  wypowiedziała
pierwsze zdanie:

– Wykończysz się, jak nie będziesz nic jadł.
– Chyba nie sugerujesz, że jest ci mnie szkoda?
– Każdego szkoda. Nawet ciebie.
– Słuchaj, zadzwoni do ciebie Mała, dałem jej twój numer. Zadzwoni też

do Drugiej. Chcemy zorganizować u nas w domu takie przyjęcie.

– Kiedy?
– Pojutrze, pogrzeb jest za cztery dni. Chciała was poznać. No i wyście

w trójkę się trzymały. Z matką, znaczy się. Przyjdziecie?

– Ja nigdzie nie idę – powiedział syn.
– Nie przyjdziesz?
– Nie piszę się na takie imprezy, beze mnie, sorry.
– A ja przyjdę, chętnie poznam ten twój nowy nabytek.
– Przestań, ona jest w porządku.

 
 

Urna z prochami stała na biurku. Pan w garniturze kazał podpisać jakieś

papiery, potem wręczył inne papiery.

–  Jeszcze  ciepła  –  powiedział,  dotykając  czarnych  ścianek.  Zawodowe

zboczenie, pomyślał Zebra.

background image

– To jak teraz? Nie wysypie się to nam podczas drogi?
–  Ależ  skąd,  absolutnie.  Silikonem  przejechałem  pokrywkę.  Nie  ma

prawa się otworzyć.

– Do bagażnika?
– Nie, no wie pan, szacunku trochę.
– Szacunek mam, ale nigdy nie woziłem ze sobą urny, dlatego pytam.
– Na siedzenie pasażera proszę, do tyłu, i zapiąć pasami.
– Ja jadę z babcią – powiedział syn.

9

Urna była ciężka, więc postawił ją na podłodze windy. W ostatniej chwili

do  środka  weszła  partnerka  aktora,  z  małym  pieskiem  na  ręku.  Zebra
widząc,  że  tuli  w  dłoniach  protezę  obiektu  instynktów  macierzyńskich,
grzecznościowo nacisnął guzik ostatniego piętra. Podziękowała skinieniem
głowy. W taki to sposób jej wzrok zatrzymał się na urnie. Zebra zobaczył
strach, przerażenie i to, że chciała jak najszybciej uciec, ale było za późno.
Drzwi się zamknęły. Dziewczyna milczała. Unikała kontaktu wzrokowego,
zerkając a to na pieska, a to na sufit. Zebra podniósł urnę z podłogi. Gdyby
jechał sam to co innego, ale z sąsiadką, z psem? Gdy winda zatrzymała się
na  jego  piętrze,  partnerka  aktora  nie  wytrzymała.  Wystraszonym  głosem
zapytała:

– Kto to?
– Matka – spokojnie odparł Zebra.
– Pan ją do mieszkania zabiera?
– Tak.
– O, Boże!
–  Tylko  na  kilka  dni.  Pogrzeb  się  przeciągnął.  –  Kiedy  wypowiedział

ostatnie słowa, drzwi windy się zamknęły. Pojechał razem z nią, do niej, do

background image

samego nieba.

– Bardzo przepraszam.
– Nic nie szkodzi, zjadę sobie w dół.
– Samobójstwo?
– Ależ skąd, w tym wieku? Wylew.
–  Często  myślę,  żeby  sobie  odebrać  życie  –  powiedziała,  kiedy  winda

ponownie się zatrzymała.

– Też tak myślę, ale to tylko myśli. Chyba nie miałbym odwagi...
– Do widzenia.
–  Tak,  do  widzenia.  –  Ponownie  postawił  urnę  na  podłodze  i  nacisnął

guzik swojego piętra.
 
 

Zastukał  butem  do  drzwi.  A  mówiła,  że  będzie  w  domu...  Nie  wierz

nigdy  kobiecie.  Otworzył  drzwi.  Przez  chwilę  zastanawiał  się,  gdzie
postawić prochy. Przy telewizorze? Na ławie? Na stole w części kuchennej?
Na dywanie? W końcu umieścił urnę obok doniczki z fikusem. Pomyślał, że
w  ten  sposób  nie  będzie  się  rzucać  w  oczy,  chciał  zaoszczędzić  innym
szoku. Usiadł na sofie i wyjął z kieszeni telefon.

– No, gdzie jesteś?
– Już pod domem, zabiorę wózek do windy. Sporo kupiłam.
– Okej, to czekam.
Po  kilku  minutach  Mała  zadzwoniła  do  drzwi  i  kiedy  jej  otworzył,

wciągnęła za sobą do mieszkania duży wózek sklepowy. Pocałowała Zebrę
w czoło.

– Sporo.
– No, tak wyszło. Przyjdą jutro o osiemnastej.
– Nie było problemów?
– Coś ty, nawet bardzo się ucieszyły.
– Żadna to okazja do radości...

background image

– A mama?
– Przy fikusie.
– Zwariowałeś? Stawianie urn przy fikusie przynosi nieszczęście.
– Gdzie o tym przeczytałaś?
– Nigdzie, tak czuję.
– Co czujesz?
– Czuję, że ziemia do ziemi, że ciągnie. Rozumiesz?
– Eee tam, wymyślasz.
– Poważnie, tak czuję, musisz ją przestawić.
– To gdzie?
– Bo ja wiem... Do nas, do sypialni?
–  Urna?  W  sypialni?  Nie  mógłbym  zasnąć  w  jednej  sypialni  z  matką

i z tobą.

– To na stół. Na środek. Niech będzie pierwsza. Ostatecznie to dla niej

robimy to jutrzejsze spotkanie. Powinna spocząć na honorowym miejscu.

– Dobra, jak coś, to się najwyżej jutro przestawi.
– Ładny kawałek marmuru, sam wybierałeś?
– Pierwsza wybrała i zapłaciła.
– Pozwoliłeś jej na to?
– Uparła się. Co tam kupiłaś?
–  Kilka  win,  trochę  cielęciny,  zgrzewkę  wody  mineralnej,  sery,

winogrona,  wódkę,  jakby  ktoś  reflektował,  kilka  innych  rzeczy.  Zrobisz
sznycle  po  wiedeńsku.  Uwielbiam,  jak  przyrządzasz  jedzenie.  Powinieneś
zostać sławnym szefem kuchni. Przez żołądek mnie wziąłeś. Niby klasyka,
a jednak...

– Ziemniaki i cytryny też kupiłaś?
– Jasne.
– W sumie, to dobry pomysł. Ty się nimi zajmiesz, pogadacie sobie, a ja

będę pichcił. Nie miałbym pojęcia, o czym...

background image

– No wiesz... O matce. Powspominać trzeba.
– Nie ma co wspominać. Umarła. Koniec.
–  Już  przestań.  Jakoś  to  będzie.  Mama  umarła,  a  ja  umieram

z ciekawości. Takie niesamowite spotkanie...

Mała  usłyszała  melodyjkę  dochodzącą  z  torebki.  Pobiegła  i  wyjęła

komórkę. Spojrzała na ekran. Zagryzła wargi. Nie odebrała.

– Nie odbierasz?
– Eee, to pewnie ci, którzy próbują opchnąć ubezpieczenia.
– I dlatego przygryzasz sobie usta?
–  Jestem  trochę  zdenerwowana.  Wiesz,  nie  zawsze  ma  się  u  siebie

teściową w sproszkowanym stanie. Nigdy nie chciałeś nas ze sobą poznać.
A teraz tu jest. Stoi na stole.

–  To  był  twój  pomysł.  Mogliśmy  tego  nie  robić.  Można  było  odstawić

urnę do tutejszego zakładu pogrzebowego.

– No wiesz... zostawiłbyś własną matkę z obcymi, wśród obcych urn?
– Już ją kiedyś zostawiłem. Teraz zabrałem.
– Ona tu jest. I daję głowę, że się cieszy. Widzi, jak pięknie mieszkasz.

Wie, że ci się zawodowo powiodło.

– Może.
–  To  ja  pójdę  do  łazienki.  Wezmę  kąpiel.  –  Wraz  z  telefonem  wyszła

z pokoju. Rozebrała się i puściła głośny strumień wody. Usiadła na brzegu
wanny i wybrawszy numer, przyłożyła aparat do ucha.

– Mówiłam ci, żebyś przez kilka dni nie dzwonił. Nie dzwoń, słyszysz?...

Tak,  wszystko  w  porządku.  Trzeba  zrobić  przerwę...  Wiem,  że  już  nie
wytrzymujesz.  Ja  też...  Nie...  Nie  tak  często.  A  ostatnio  wcale...  Daj
spokój... No, już dobrze. Zadzwonię po pogrzebie. Z miasta zadzwonię... Ja
też...  Też.  –  Tylko  zdążyła  odłożyć  telefon  na  półkę  pod  lustrem,  kiedy
usłyszała pukanie do drzwi. Zanim odpowiedziała, Zebra był już w środku
i przyglądał się jej uważnie.

– Coś chciałeś?

background image

– Tak.
– Ale mi się okres zaczyna.
– Dawniej nie miałaś z tym problemu.
– Dawniej było dawniej, a teraz jest teraz.
– Próbowałem się masturbować w hotelu. Nic z tego nie wyszło. Czułem,

że ona tam była, że mnie obserwuje.

– To teraz jej tu nie ma?
– Wiemy, że leży na stole, że nie przyjdzie.
– Zebra, kompletnie ci odbiło. Napij się wina.
– A w pupę?
–  Ja  nie  mogę  tak  na  zawołanie.  Potrzebuję  czasu,  żeby  się  rozbujać.

Proszę.

– Dawniej nie potrzebowałaś.
– Dawniej... Dawniej... Starzejemy się...
– Nie przesadzaj, jesteś niewiele starsza od mojego syna.
– Mam się o to obwiniać?
– W porządku, nie będę cię prosił.
– Dzięki.
Zamknął  drzwi.  Mała  odetchnęła  z  ulgą.  Powsadzał  do  lodówki  rzeczy

z  wózka,  wina  włożył  do  stojaka,  sam  wózek  zaś  wystawił  na  balkon.
Balkon był obszerny, zakończony murkiem sięgającym mu nieco powyżej
pasa. Szeroki murek niejednokrotnie służył im za stolik, na którym stawiali
napoje i jedzenie. Gdy pogoda była dobra, urządzali party. Spojrzał w dół.
Zakręciło  mu  się  w  głowie,  choć  nie  cierpiał  na  lęk  wysokości.  W  mig
pojął,  że  od  kilku  dni  właściwie  nic  nie  jadł...  Akurat  Mała  wyszła
z  łazienki,  więc  zaproponował  coś  do  zjedzenia.  Szybko  przygotował
kanapki  z  pełnoziarnistym  chlebem  i  tuńczykiem  w  majonezie.  Jadł
łapczywie, popijając wodą mineralną.

– Nie powinieneś tak szybko jeść. To nie jest zdrowe, a do tego byłoby

lepiej, gdybyś sobie zrobił coś ciepłego do picia – powiedziała matczynym

background image

tonem. Momentalnie rzucił okiem w stronę urny.

– Już ci przeszło?
– Co miało mi przejść?
– Niechęć do mnie.
– O czym ty gadasz?
– No wiesz. Okres, starzenie się.
– Nigdy nie myślałam o tobie z niechęcią.
– To masz teraz chęć?
– Zebra. Kończ kanapkę i napij się ciepłej herbaty.
– Kanapka, herbata, Zebra, kończ... A jakbyśmy to przy mamie zrobili?
– Co tobie po głowie chodzi?
– Taki symboliczny rodzaj wyzwolenia.
– Jesteś obrzydliwy, nie masz wstydu.
–  Porządna  się  znalazła.  Pamiętasz,  jak  się  rżnęliśmy  gdzie  popadnie?

Pamiętasz, jak cię jarały te przymierzalnie ubrań i bankietowe kibelki?

– Ale to jest coś innego, to jest urna z prochami twojej matki. Myśmy się

rżnęli wśród żyjących.

–  Właśnie.  Myśmy  się  rżnęli...  Przeszłość.  Czy  to  czas  przeszły

dokonany?

– Nie udawaj Angola. W polskim to nie działa.
–  Słuchaj  –  powiedział,  w  tym  samym  momencie  rozpinając  rozporek

i  wyciągając  na  wierzch  swojego  nabrzmiałego  ptaka  –  popieść  mnie
dłońmi nad urną, chciałbym się spuścić na matkę.

–  Jesteś  odrażający,  choć  trochę  cię  już  znam.  Piszesz  w  głowie  nowy

scenariusz, ale Zebra, to jest życie, musisz jakoś to przejść. Schowaj ptaka
i napij się herbaty.

Mała  wyszła  do  sypialni  i  zaczęła  się  ubierać.  Schował  ptaka,  zrobił

herbatę, z wyrzutem spojrzał na urnę. Najpierw ty, potem Pierwsza, Druga,
teraz Trzecia. Wszystkie chciałyście mną sterować, pomyślał. Ale to się nie
udało, i się nie uda...

background image

–  Wychodzę  –  oznajmiła  Mała.  –  Jak  wrócę,  chciałabym  cię  widzieć

w lepszym nastroju.

– Kiedy wrócisz?
– Za godzinę, dwie, nie wiem. Poradzisz sobie beze mnie, prawda?
– Zostawiasz mnie samego z matką? Jak możesz. Boję się!
– Dobra, przestań grać. Też możesz wyjść.
– Z tobą?
– Ja się umówiłam z koleżanką do fryzjera. Wiesz, chciałabym w miarę

dobrze wyglądać, jak jutro zawitają do nas twoje byłe.

– Jak byłe, to nie moje. Coś byłego nie może być teraźniejsze.
– Filozof się znalazł. Okej, ja zmykam. Buźka.

 
 

Filozof... wszystkie macie mnie gdzieś i miałyście mnie gdzieś. Jedna, bo

się bała samotności, dlatego mając mnie gdzieś, mając gdzieś moje życie,
w rezultacie tego „gdzieś” sama została, a teraz leży na stoliku i oczekuje
na  Pierwszą,  która  też  miała  mnie  gdzieś  i  też  nie  chciała  być  samotna,
dlatego  ma  synka,  który  też  pewnego  dnia  wyjedzie  w  siną  dal,  i  tyle  go
będzie widziała. A po niej przyszła Druga, kolejne „gdzieś”, które to samo
chciało, tyle że w ciążę zajść nie mogło, więc jak się nie chciałem zgodzić
na  adopcję  cudzego  czegoś,  to  też  sobie  gdzieś  poszło,  a  teraz  ta  Trzecia
zaczyna fikać. Co za życie... Po co żyć, dlaczego żyć?

Zastanawiał się, leżąc na sofie, aż wstał i wyszedł do swojego gabinetu.

To w nim powstała większość lepszych scenariuszy, to w nim przychodziły
mu do głowy najlepsze pomysły, to w tym pomieszczeniu rodziły się jego
dzikie myśli. A jakby tak dokonać symbolicznego wyzwolenia? – pomyślał.
Tylko  ona  i  on,  bez  świadków.  Tak  jak  się  należy,  należało.  I  był  na  to
sposób, choć początkowo się zawahał. Przecież to dziecinada... Wcale nie
dziecinada... Zrób to, pokaż wreszcie, że jesteś facetem, że się nie boisz, że
zrobisz  to,  na  co  masz  ochotę,  i  kiedy  masz  ochotę,  i  nikt  nie  będzie  ci
mówił, czy to dobre, czy złe, czy wypada, czy nie wypada. No, pokaż, że

background image

masz  jaja!  Nie  bądź  mięczakiem!  Dobroć  i  jasność  są  nudne.  Każdy  film
o dobroci, samej dobroci, trąci złym gustem. Zło ma w sobie niesamowite
przyciąganie, magnetyzm obezwładniający. Zło jest ludzkie, dobro – trochę
ludzkie,  i  dlatego  zrobię  to.  Otworzył  laptopa,  połączył  się  z  internetem,
a internet wskazał mu drogę. Wielki tyłek Murzynki podrygiwał rytmicznie.
Przeniósł  komputer  ze  swojego  gabinetu  na  stół,  na  którym  stała  urna.
Czarny  komputer,  czarna  urna,  czarna  dupa  i  czarne  myśli.  Pasowało.
Rozpiął  pasek.  Spodnie  momentalnie  oparły  się  na  jego  kostkach.  Zsunął
majtki  i  chwycił  ptaka  w  dłoń.  Murzyński  tyłek  wyczyniał  cuda,  a  Zebra
poczuł, że wytryśnie. Namierzył fiutem w urnę i oddał obfity strzał. Przez
chwilę czuł się dumny.

10

Dochodziła  umówiona  godzina.  Mała  nerwowo  krzątała  się  po

mieszkaniu.  Spojrzała  na  parkiet  i  kiedy  zauważyła  swój  włos,  rzuciła  się
na  niego  jak  zgłodniała  lwica.  Chwyciła  go  w  palce,  tak  ja  się  to  robi
z  nieposłusznymi  dziećmi,  tak  jak  się  je  łapie  za  ucho,  żeby  wytargać,
i  krzyknęła:  „O,  nie!”.  Podbiegła  do  kosza  na  śmieci.  Zebra  był  w  tym
czasie  na  balkonie  i  obserwował  okolicę.  Zastanawiał  się,  co  by  było,
gdyby Ruscy rzucili małą atomówkę na Warszawę. Czy chmurka dotarłaby
nad  ich  budynek,  czy  raczej  poszłaby  bokiem,  na  Berlin?  Kiedy  się
odwrócił, zobaczył, że Mała otwiera drzwi. Spojrzał na zegarek. Punktualna
jak  zawsze  –  wyszeptał  pod  nosem.  Wyjął  papierosa.  Zapalił  i  nie  miał
ochoty  wracać  do  środka,  ale  po  chwili  Mała  zaczęła  natarczywie  pukać
w szybę, dając mu do zrozumienia, żeby skończył i przyszedł się przywitać.
Machnął od niechcenia papierosem i spokojnie palił dalej.

Kiedy  skończył,  wszedł  sztywno.  Wyjął  rękę  na  przywitanie.  Pierwsza,

jak to miała w zwyczaju, rzuciła mu się na szyję. Obcałowywała go, przy
okazji pozorując drżenie głosu, wielkie zatroskanie. Gdy skończyła, Zebra

background image

przeprosił ją i udał się do łazienki. Pierwsza usiadła na sofie. Rozglądając
się wokół, zaczęła:

–  No,  no,  bardzo  ładne  mieszkanko.  Pewnie  sporo  kosztowało?  –  Mała

bezradnie  wzruszyła  ramionami.  –  Takie  mieszkanka  to  dobra  inwestycja.
Nieruchomości  najpewniejsza  rzecz,  w  którą  można  troszkę  pieniążków
włożyć. Na przykład ja mam trzy mieszkania, a nasz syn ma dwa, a teraz
będzie  miał  trzecie,  bo  Zebra  obiecał,  że  to  po  mamie  naszemu  zapisze.
A tak na marginesie, to gdzie jest mama? – Mała ruchem głowy wskazała
stół i urnę stojącą na jego środku. – O Boże, co to była za kobieta! Silna,
zdecydowana.  Nie  ma  już  takich.  Nie  ma  i  nie  będzie.  Tak  szybko  się  to
stało, któż mógł taki koniec przewidzieć. Któż...

Zebra,  z  obrzydzeniem  obmywając  twarz  z  jej  obślinionego  języka,

słuchał  wywodów  i  nie  za  bardzo  chciało  mu  się  wracać  do  pokoju.  Czuł
jednak  obowiązek  wyzwolenia  Małej  z  lawiny  słowotoku.  Pierwsza  nie
przestawała:

– My z Zebrą byliśmy dobraną parą. Rozumieliśmy się. Oj, rozumieliśmy

się. I wiesz, kochana, czasami bez słów. Byliśmy już na tym najwyższym
poziomie komunikacji. Syna mamy razem, to o czymś świadczy, prawda?

Zebra  wyczuł,  że  sytuacja  staje  się  niebezpieczna,  więc  wyszedł

z łazienki i przerwał jej.

– Czego się napijesz?
– A co tam masz?
– Wino, wódka.
– Ty pijesz wino? Zawsze piłeś wódkę. Co się z tobą stało?
– Ludzie się zmieniają.
– Ooo, widzę, że Mała dba o twoje zdrowie.
– Sam o siebie dbam.
–  Jasne.  Cały  ty.  O  siebie.  Sam  o  siebie.  Sam  o  sobie.  O  matce  nie

myślałeś... Swoją drogą, nie mogę uwierzyć, że takie coś przekazywane jest
genetycznie.

– Co?

background image

– Egoizm.
– Aha. To czego się napijesz?
– Może być wino. Dla rozkręcenia. Potem się zobaczy.
– Spóźnia się. – Zebra spojrzał na zegarek.
– Kto? – zapytała Pierwsza.
– Druga.
–  Zadzwoniłam,  rozmawiałam  z  nią,  obiecała,  że  przyjdzie.  Jak

powiedziała, że przyjdzie, to przyjdzie – potwierdziła Pierwsza, odejmując
od  ust  kieliszek  z  czerwonym  winem.  –  Całkiem  niezłe  to  winko.  Niezłe
winko w niezłym mieszkanku, no i tą Małą też masz niezłą. Ale to był błąd,
wybacz Mała – powiedziała Pierwsza i wzięła następnego łyka.

– Błąd, nie błąd, życie musi iść dalej – atakującym tonem zwróciła się do

Pierwszej Mała.

– Życie, moja droga, to coś więcej niż wygodne mieszkanko i ustawiony,

sławny  małżonek  plus  dobre  winko,  i  żebyś  nie  skończyła  tak,  jak
skończyła  mama.  –  Wskazała  palcem  na  urnę.  W  momencie,  kiedy  to
uczyniła, rozległ się dźwięk dzwonka. – Oho, o wilku mowa! O wilczycy
raczej  –  poprawiła  się.  –  Jesteś  feministką,  kochanie?  Grzeją  cię  te
wszystkie damskie końcówki?

– Otworzę – powiedziała Mała.
–  Otwórz,  otwórz,  z  pewnością  przypadniecie  sobie  do  gustu  –

skwitowała Pierwsza.

Mała  otworzyła  drzwi  i  automatycznie  wyciągnęła  rękę  na  powitanie.

Z  korytarza  dobiegł  wysoki  głos  i  Zebrę  momentalnie  przeszły  ciarki.  Co
prawda, w niektórych sytuacjach głos sprawdzał się, na przykład w tych na
jeźdźca, ale w innych był nie do zniesienia.

– Hola! Hola!
Ja  pierdolę,  i  to  jej  jebane  samo  „ha”,  tak  wyraźnie  charczące.  Zebra

momentalnie się spocił.

–  Hola!  –  jeszcze  raz  krzyknęła.  –  Nie  przez  próg,  to  przynosi

nieszczęście! – Wgramoliła się do mieszkania, ale Małej dłoni nie podała.

background image

Mierzyła  ją  wzrokiem,  patrzyła  z  zazdrością  na  jej  młodą  twarz,  piękną
figurę.

– Mała jestem – przedstawiła się gospodyni, cofając rękę.
– Mała? A to teraz takie imiona nadają?
– Na ciebie mówią Druga.
– Miarkuj się, Mała, mogłabym być twoją matką.
– Ale nie jesteś i z tego, co wiem, nie możesz być niczyją matką. – Drugą

zamurowało.

–  No,  piękny  pierwszy  kontakt  –  stwierdziła  Pierwsza  i  sama  się

obsłużyła, nalewając drugi kieliszek wina.

Po chwili Druga nie wytrzymała, ripostując:
– A ty możesz, i nie masz, i mieć nie będziesz. Przynajmniej z nim!
–  Dobra,  dajcie  spokój  dziewczyny  –  włączył  się  Zebra  i  podszedł  do

Drugiej, podając jej rękę na przywitanie. – Kupa lat. Cześć.

– Kupa, kupa – odpowiedziała, podając mu dłoń. Wskazał jej miejsce.
– Ja w butach, chyba że się boisz o te piękne parkiety? – zapytała.
– Wszyscy  jesteśmy  w  butach  –  odparł  Zebra.  Usiadła  obok  Pierwszej,

ostentacyjnie zakładając nogę na nogę, tak aby zauważył, że nie ma majtek.
– Czego się napijesz?

– A co jest?
– Wino, wódka.
– To ty pijesz wino? – Pierwsza parsknęła śmiechem.
– Co w tym śmiesznego? – zapytała Druga. – Przecież zawsze pił wino. –

W  tym  momencie  i  Mała  się  uśmiechnęła.  –  Może  być  wino,  daj  wina,
Zebro! – I znowu ten wysoki głos. Żeby już więcej nie mówiła, żeby utopiła
zbędne  słowa  w  alkoholu,  podał  jej  natychmiast  kieliszek.  Jednak  Druga,
zobaczywszy urnę, jeszcze bardziej się nakręciła. – O Boże, dopiero teraz,
w tej sekundzie uświadomiłam sobie, że jej nie ma, to znaczy, że jest, ale
jak jest... Boże, tylko tyle zostanie po nas? Taka czarna doniczka? Człowiek
haruje  całe  życie,  a  potem  zamykają  go  w  takim  czymś.  To  straszne!

background image

O  Boże,  to  straszne!!!  –  wykrzyknęła.  –  No,  nie  mogłam  przyjechać  do
krematorium. Nie mogłam. Zresztą, co by to zmieniło. O Boże! – jeszcze
raz krzyknęła. Wtedy Zebra nie wytrzymał, syknął:

– Cicho. Ciszej. Mogłabyś trochę ciszej?
– A co, dzieci jakieś macie? Śpią? Zwierzęta? Sąsiadów natarczywych?
– Nie, ale wiesz, mama...
– Mamie to już nic nie pomoże. Ani krzyki, ani wystrzały.
– Co racja, to racja – powiedziała Pierwsza.
– Coś ugotuję – wtrącił Zebra.
– Niech no zgadnę... – rzuciła Pierwsza.
– Nie ma co zgadywać – przerwała Druga – założymy się?
– O co?
– O to, że ta Mała kopnie go w tyłek.
– Znaczy jak?
–  Nie  ma  się  o  co  zakładać,  droga  przyjaciółko,  będą  sznycle  po

wiedeńsku, a i tak go kopniesz, no, co się tak Mała patrzysz, nie mam racji?
– Mała była wyraźnie zmieszana i nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– Tak, będą sznycle. Pasuje? – zapytał Zebra.
– Ciebie też na sznycla nabrał, biedactwo – zasmuciła się Pierwsza.
–  Słuchajcie,  zaprosiłam  was  do  naszego  mieszkania,  nie  przeginajcie,

proszę – oburzyła się Mała.

– Taaa, zaprosiłaś, fakt. Potem odejdziesz i zaprosi nas czwarta, ty już nie

będziesz Mała, tylko będziesz Trzecia. Nie tak? – zapytała Druga.

– Bzdury jakieś...
– Ja to widzę w twoich oczach. Kobiety mają węch, słuch i wzrok. Suki

jesteśmy! Nieprawda?

–  Suki,  suki,  po  co  od  razu  takie  słowa?  –  włączył  się  Zebra,

skończywszy rozbijanie plastrów cielęciny.

– Słowa dodają skrzydeł i słowa ranią – skwitowała Pierwsza.

background image

–  Sucze  złote  myśli  –  wtrąciła  Druga.  –  Ty,  Zebra,  co  ty  takiego

porządnego  udajesz.  Przecież  przeklinasz  jak  szewc.  Co,  przestałeś  nagle
rzucać mięsem? Udajesz przed tą małą? No, Mała, nie wyzwał cię jeszcze
od  takich  i  owakich?  Upokorzona!  To  jest  dobre  słowo!  Ja  byłam  z  nim!
A ty?

– Upokorzona?
Zebra,  znowu  słysząc  jej  krzyki,  beznamiętnie  wrzucił  na  patelnię

pierwszy sznycel i  donośnie zwrócił się w stronę Drugiej:

– Upokorzona?! Bo ty byłaś un poco żona!!!
– Co?
– No tak! Ty byłaś trochę żona, a trochę suka. Według życzenia zresztą.
– Cham!
– Suka!
– Cham!
–  Dobra,  przestańcie,  dosyć  tego!  –  krzyknęła  Mała.  Przez  chwilę

zapanowała cisza i Zebra w spokoju usmażył wszystkie sznycle.

–  Takie  duże  kuchniopokoje,  to  dobry  wynalazek  –  zagadała  w  celu

rozładowania sytuacji Pierwsza.

– Amerykański wymysł – stwierdziła Druga.
– Amerykański? – zapytała Trzecia.
– Amerykański. Byłam w Stanach. Oni gotują, żrą, pieprzą się i oglądają

telewizję w jednym pomieszczeniu. Od nich to przyszło!

–  Na  miłość  boską,  nie  podnoś  tak  głosu  –  poprosił  Drugą.  –  Może

więcej wina?

– Polej, Zebra, bo osuszyłyśmy już flaszkę – zaproponowała Pierwsza.
– A więc to tak... Wylew to był... – Druga dotknęła urny. – Byłaś, już cię

nie ma... Lubiłam ją... – Dokładnie obmacała marmurowy pojemnik. Zdjęła
dłoń  i  przez  chwilę  przyglądała  się  urnie  z  uwagą.  –  Ale  prowincja,  to
jednak prowincja.

background image

–  Co  masz  na  myśli?  –  zapytała  Mała,  której  po  wypiciu  trzeciego

kieliszka zrobiło się błogo i przestała odczuwać stres.

–  No  jak  to  co?  Popatrz,  ta  urna  oblepiona  jest  jakimś  świństwem.  Jak

przeciągniesz palcem, to się łuszczy. Nie mogli tego wypucować?

– Pokaż. – Pierwsza zbliżyła się do urny i też zaczęła pocierać jej ścianki

palcem. – Kurczę, rzeczywiście. Tyle kasy za nią dałam!

– Ty płaciłaś za urnę? – zdziwiła się Mała.
– No.
Teraz Mała zaczęła zdrapywać białawy nalot.
– Zebra, to prawda? – zapytała, odwracając głowę w jego stronę.
– Co?
– Nie zapłaciłeś za urnę?
– Nie.
– Nie wstyd ci?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo nie jestem wstydliwy. Zresztą Pierwsza uparła się, że zapłaci. Aha,

a ten nalot na urnie, to moja sperma. Zwaliłem sobie konia nad prochami
matki.  –  Kiedy  to  powiedział,  wszystkie  trzy  wzdrygnęły  się,  a  na  ich
twarzach pojawiło się obrzydzenie.

–  No  pięknie!  A  nie  mówiłam!  Cały  on!  Wulgarny,  zbereźny,  w  złym

guście, i przewidywalny! – krzyknęła Druga.

– Ohydny fantasta! – dodała Pierwsza.
–  Powiedz,  że  to  nieprawda  –  błagalnym  głosem  zwróciła  się  do  niego

Mała.

– A gdyby prawda, to co?
– Odeszłabym.
– I tak odejdziesz. Wcześniej czy później. Wiem, o czym myślisz, choć

ty myślisz, że nie wiem – powiedziała Druga.

– Za zdrowie mamy! – zainicjowała toast Pierwsza.

background image

– Ciebie pogięło – zganiła ją Mała.
– Miałam na myśli... no... niech jej ziemia lekką będzie!
– Okej, za to się mogę napić – powiedziała Druga.
– Ja też – wtrąciła Mała.
– I ja. – Zebra dołączył do nich z nową butelką. Stuknęli się kieliszkami.

– Sznycle gotowe – powiedział.

11

Dochodziła  druga  w  nocy  i  trzy  żony  jakby  się  zaprzyjaźniły.  Ściślej

mówiąc,  Pierwsza  i  Druga  zaprzyjaźniły  się  z  tą  obecną.  W  miarę
wypijanego  alkoholu  dyskusje  stawały  się  mniej  nerwowe.  W  pewnej
chwili  Druga  rozłożyła  się  na  sofie  i  widząc,  że  Zebra  ją  obserwował,
rozchyliła nogi tak, żeby dokładnie mógł obejrzeć jej przystrzyżone futerko.
Mrugnęła  do  niego  zalotnie.  Zmieszał  się,  choć  poczuł,  że  zaczyna
twardnieć.  Momentalnie  wstał  z  krzesła  i  udał  się  na  balkon.  Zapalił
papierosa.

– A jak cię pierwszy raz zabrał do matki, to poszedł spać, nie? – zapytała

Pierwsza Drugą.

–  No,  on  ciągle  spał,  jak  tam  przyjeżdżaliśmy.  Mówił  potem,  że  ta  jej

wspominkowa gadanina go usypia.

– Myślę, że jej nie znosił i robił to dla świętego spokoju.
– Dla świętego spokoju? – zapytała Trzecia.
– No tak, Mała, dla świętego, świętego. Jest tam jeszcze coś?
– Jasne! – odpowiedziała Mała.
– To nam nalej, bo znowu pusto w kieliszkach.
– Ty, a matka opowiadała ci historię, jak się zesrał pod drzwiami?
– No jasne, do tego opowiedziała przy nim.
– Nie gadaj. No. I po tym numerze już tam więcej nie pojechaliśmy.

background image

– Ja tego nie słyszałam – powiedziała Mała.
–  Kochana,  ty  pewnie  niczego  nie  słyszałaś,  i  już  nie  usłyszysz.  Świeć

Panie nad jej duszą – powiedziała Pierwsza i spojrzała na urnę.

– Myślicie, że on serio?
– Co?
– No, że się spuścił na urnę.
–  Eee  tam,  takie  gadanie  –  włączyła  się  Trzecia.  –  Artysta.  Wieeelka

wyobraźnia.

– Jasne, też tak myślę – twierdzącym tonem odpowiedziała Druga. – On

się  jej  bał.  Teraz  też  się  boi.  On  się  kobiet  ogólnie  boi.  Ciebie  się  boi.
I ciebie. Mnie też. Widziałyście, jak on się cały wieczór zachowywał? To
nie dystans, to strach.

– Racja – zgodziła się Pierwsza. – Boi się. Zawsze uciekał. Jak coś nie

szło po jego myśli albo się z czymś nie zgadzał, to w długą. Rozwód. Ja ci
dobrze, Mała, radzę, zrób to, zanim on to zrobi za ciebie. Tacy jak on tak
mają, całe życie spieprzają. Od matki też uciekł. Zostawił ją. Zresztą jakby
miał jaja, to by nie przyjechał do szpitala. By olał. Przecież zajęłybyśmy się
sprawą.  Nie?  A  teraz  przedstypie,  postypie,  urna  na  stole.  Wszystko  ze
strachu. On się dalej jej boi.

– Czego i kogo się bać? – zapytała Trzecia. – To kompletna bzdura.
– Aaa, widzisz. A jednak się boi – odpowiedziała Druga.
– A o kotach, o kotach matka ci opowiadała? – zapytała Pierwsza Drugą.

– O kotach i starych babciach?

Zebra  właśnie  wrócił  do  pokoju.  Usiadł  na  krześle  i  rzucił  okiem

w  stronę  futerka  Drugiej.  Jeszcze  bardziej  rozchyliła  nogi,  ale  w  taki
sposób, żeby nie wzbudzić jakichkolwiek podejrzeń pozostałych żon. Czuła
jednak i widziała, że miał na nią ochotę.

– Zebra, o kotach opowiem, pośmiejemy się.
– Daj spokój. Szczeniakiem byłem. Głupia sprawa. Nic śmiesznego.
– Ale one nie słyszały, opowiem.

background image

– Opowiedz, opowiedz – równocześnie wykrzyknęły pozostałe.
– Więc Zebra miał kota. W niedzielę wkładał go do worka. I kręcił tym

kotem  w  worku,  a  potem  wychodził  z  workiem  i  kotem  na  balkon.
Wyjmował z worka skołowanego kota i wystawiał go przez balkon. A ten
kot ze strachu srał na babcie idące do kościoła.

– Ha, ha, ha. – Druga złapała się za brzuch ze śmiechu, jeszcze bardziej

odsłaniając futerko.

– Dajcie spokój, to straszne, nic śmiesznego. To okropne. Zebra, robiłeś

tak? No powiedz, że nie. Nabijają się z ciebie. – Mała ze łzami w oczach
spojrzała mu w twarz.

– Gnojkiem byłem. Żałuję. Polać wam jeszcze?
– Ja muszę do kibelka – powiedziała Druga.
– Zebra, wstrząsnęła mną ta historia o kocie, daj zapalić, muszę zapalić –

powiedziała Mała. – Palisz? – zapytała Pierwszą. – Nie, ale chętnie przejdę
się  z  tobą  na  balkon.  –  I  wyszły.  Druga  w  tym  czasie  dała  Zebrze
porozumiewawczy znak językiem i cicho powiedziała:

– Szybko chodź do łazienki, zanim skończą palić.
Dobrze pamiętał, jak sprawnie obciągała. Ani Pierwsza, ani Trzecia w tej

sprawie nie mogły jej nigdy dorównać. Kto wie, może to, że tak dobrze to
robiła, zaważyło na tym, że przeżyli ze sobą aż dwa lata? Nie inaczej było
tym razem. Zebra w minutę wypełnił jej buzię nasieniem. Nie czekając, co
będzie dalej, szybko schował ptaka i pośpiesznie wyszedł z łazienki. Zaczął
zbierać ze stołu puste butelki. Mała z Pierwszą weszły z balkonu do środka,
śmiejąc  się.  Po  chwili  była  w  pokoju  Druga.  Usiadła  na  sofie.  Miała
zaciśnięte  usta.  Złość  z  radością  mieszały  się  na  jej  twarzy.  Tamte  dwie
momentalnie to zauważyły.

–  Coś  się  stało?  –  zapytała  Mała.  Druga  przywołała  ją  palcem,  jak  to

robią  nauczyciele,  wzywając  uczniów  do  odpowiedzi.  Mała  usiadła  obok
niej. Druga spojrzała jej prosto w oczy. Wzięła jej dłonie w swoje. Wypluła
to, czego nie wypluła w łazience.

background image

– Wąchaj, smakuj kochanie, to jego. Nie wierzysz? Jego, jego, w moich

ustach, a nie twoich. – Mała podniosła się nagle i stała bezradnie, a krople
spermy z oblepionych dłoni spływały na parkiet. Zebra zbladł. Pierwsza nie
wiedząc,  co  z  sobą  począć,  zaczęła  nerwowo  stukać  obcasami.  Po  chwili
wydała komendę:

– Wychodzimy. Koniec imprezy!
– Jasne – powiedziała Druga. Wstała i podeszła do urny. Pogłaskała ją. –

Cześć  mamo,  dobrze  cię  było  znowu  widzieć,  trzymaj  się,  gdziekolwiek
jesteś.

Wyszły, nie zamykając za sobą drzwi. Wzięty scenarzysta ruszył w stronę

wyjścia.

– Nie trzeba – usłyszał głos Małej.
– Słucham?
–  Powiedziałam,  że  nie  trzeba.  Nie  zamykaj  drzwi.  Też  wychodzę.

Zamkniesz za mną.

– Ale...
– Nic nie mów... Teraz ja ci coś powiem. Jesteś draniem. Twoja matka to

wiedziała, one to wiedziały, i teraz wiem ja. Odchodzę.

– Ale... no, głupio wyszło. Jesteśmy wszyscy pi...
– Milcz! Nie jesteś jedyny. Poradzę sobie. Odchodzę. Zrozum to.
Wytarła dłonie w koc. Z haczyka zdjęła kurtkę i torebkę. Odwróciła się

i z wyrzutem spojrzała w twarz Zebry.

– A poza tym, jest ktoś. Teraz możesz zamknąć drzwi. – I wyszła.

 

Za oknem padał deszcz i zaczynało świtać. Zebra, siedząc naprzeciwko

urny,  kończył  butelkę  wódki.  Znowu  byli  sami.  Tylko  on  i  matka.
Przypomniało  mu  się,  jak  kiedyś  siedząc  przy  wigilijnym  stole,
powiedziała:  „Pamiętaj  synku,  z  żadną  kobietą  nigdy  nie  będzie  ci  tak
dobrze w życiu jak ze mną...”. Wypił ostatni kieliszek. Wstał i wziął do rąk
urnę.  Mocno  przytulił.  Drzwi  na  balkon  były  otwarte.  Rozejrzał  się  po

background image

mieszkaniu,  tak  jak  się  to  robi,  kiedy  ma  się  je  zamiar  opuścić  na  dobre
i wyszedł na balkon.

Warszawa nie poszła spać, pomyślał, bo mimo bardzo wczesnej godziny

miasto  pulsowało  życiem,  choć  jemu  się  żyć  odechciało.  Był  o  tym
przekonany.  Postawił  urnę  na  murku,  potem  na  niego  wszedł.  Schylił  się.
Podniósł  zapakowane  w  czarny  włoski  marmur  prochy  matki  i  ponownie
bardzo  mocno  przycisnął  urnę  do  piersi.  Ciepły  deszcz  spływał  po  jego
twarzy,  nie  patrzył  w  dół,  patrzył  w  górę.  I  już  chciał  się  rzucić,  kiedy
dobiegł  go  przerażający  krzyk.  Cierpiętnicze  zawodzenie  zbliżało  się
w jego stronę. Kiedy postać kobiety śmignęła tuż przed jego oczami z góry
na  dół,  odruchowo  cofnął  się  i  upadł  na  drewnianą  kratkę  wyściełającą
balkon. A urna z prochami matki potoczyła się pod drzwi.

background image

 

 

 

 

New romantic

 

background image

.

1

– Bo oni, mój drogi przyjacielu, wnieśli radość i światło do tego, co było

przed nimi – powiedział Andy, spoglądając na kawał mięsa błyszczącego na
talerzu  niczym  brązowoczerwona  bombka,  którą  kupił  przed  Bożym
Narodzeniem na High Street u Marksa i Spencera.

Kelner przyniósł z sali restauracyjnej wołowinę, mrucząc pod nosem, że

klient  prosił  o  dobrze  wysmażoną,  a  jego  zdaniem  otrzymał  na  wpół
surową.

– Jego zdaniem czy twoim zdaniem? – zapytał Andy i oczy zaszkliły mu

się ze złości.

Nie  lubił  tego  francuskiego  wymoczka,  którego  właściciel  przyjął  do

pracy  na  fali  fascynacji  zamorskimi  kelnerami.  Cała  tajemnica  leżała  nie
w braku umiejętności, ale w akcencie. Parszywym akcencie oraz w tym, że
nie  potrafili  wymówić  „ha”!  Ten  dupek  dokładnie  zdawał  sobie  z  tego
sprawę, dlatego bezczelnie wbił w sztukę mięsa widelec, a potem przekręcił
nim  w  prawo,  następnie  w  lewo  i  patrząc  kucharzowi  prosto  w  oczy,
powiedział:

– Naszym zdaniem.
– Waszym zdaniem? – wydusił Andy i poczerwieniał na twarzy.
– Zdaniem klienta i moim – rzucił od niechcenia Pierre.
– Jego wysokość zza kanału mi się znalazł. Naszym zdaniem... – Andy

złapał  za  widelec  i  poruszył  nim  w  taki  sam  sposób,  w  jaki  przed  chwilą
zrobił  to  Francuz.  Potem  sięgnął  po  nóż.  Dokładnie  przypatrywał  się
szramie.  Mierzył  ją  niczym  chirurg  zastanawiający  się  nad  głębszym
cięciem. – Jest wysmażone.

– Chce wysmażone – powiedział Francuz.

background image

–  Jest  wysmażone  –  powtórzył  Andy.  –  Nie  ma  śladu  krwi.  A  może  ja

niedowidzę?

– Może. – Wzruszył ramionami kelner.
– Na świętą pizdę! – krzyknął kucharz.
– Język! – wrzasnął Francuz.
– W dupie mam język – obruszył się Andy.
– Słucham? Nie zrozumiałem.
–  Dlatego  nie  tylko  do  laryngologa,  ale  i  na  kurs  językowy  spadaj!  –

jeszcze  raz  krzyknął  kucharz,  chwycił  za  widelec  i  uniósł  na  nim  gruby
plaster  wołowiny,  po  czym  wpakował  ją  w  błękitny  płomień  gazu
wydobywający się z palnika kuchenki. – Będziesz miał dobrze wysmażone.
Bardzo dobrze wysmażone... – syknął. Gdy boki mięsa zrobiły się prawie
czarne, rzucił wołowinę z powrotem na talerz i burknął w stronę Francuza
znajdującego się w stanie szoku: – No to leć na salę, żeby tym razem nie
było za zimne.

Kiedy tylko Pierre zniknął za drzwiami wahadłowymi, Andy jak gdyby

nigdy nic momentalnie powrócił do przerwanej opowieści.

– Punk rock, przyjacielu, to była wielka mistyfikacja i darcie ryja. Banda

nieokrzesanych  debili  wykrzykujących,  że  nie  ma  przyszłości.  Ale  dzięki
Bogu przyszli po nich prawdziwi artyści. Czułem i wiedziałem, że po takim
gównie coś musi drgnąć, coś się musi zmienić – powiedział Andy i zamyślił
się, patrząc w okno.

Pogoda  była  świetna,  czekaliśmy  na  sprzedawcę  ryb.  Przychodził  we

wtorki i pukał trzy razy. Andy mówił, że ten nawyk pozostał w nim jeszcze
z  czasów  okupacji,  co  było  kompletną  brednią,  gdyż  z  nami,  Anglikami,
Hitlerowi się przecież nie udało. Zanim jednak pan Smith konspiracyjnym
zwyczajem  zapukał  trzykrotnie  w  drzwi  od  zaplecza,  wrócił  Pierre.
Przekazał podziękowania od klienta, któremu wołowina bardzo smakowała.
Na  twarzy  Andy’ego  zagościł  uśmiech.  Kiedy  kelner  wyszedł,  powiedział
mi,  że  radość  klienta  jest  jego  radością,  choć  klienci  zazwyczaj  nie  mają
pojęcia, co i jak się je.

background image

W  rzeczy  samej,  kiedyś  w  restauracji  był  raban.  Kelner  nie  podał  ani

pałeczek,  ani  innych  przedmiotów  ułatwiających  wkładanie  sobie  do  buzi
rolek  sushi,  tłumacząc,  że  sushi  spożywa  się  palcami.  Po  pierwsze,  nie
mogliśmy  zrozumieć  decyzji  właściciela  restauracji,  który  ubzdurał  sobie,
że w angielskiej knajpie w menu obiadowym będzie coś japońskiego, a po
drugie,  to  wszystko  było  bez  sensu,  choć  kelner  miał  rację  z  tym  sushi.
Jednak  klient  nasz  pan,  toteż  do  skonsumowania  japońskich  rolek  dostał
nóż, widelec oraz sos worcester.

Kelner przyniósł nowe zamówienia, a pan Smith zapukał do drzwi trzy

razy. Odebrałem kilka płaszczek i dorsze, które o tej porze roku wyglądają
jak  Victoria  Beckham  po  czterech  lewatywach.  Ryby  leżały
w  styropianowej  skrzynce  obsypane  pokruszonym  lodem.  Pokwitowałem
odbiór towaru i oddałem papier panu Smithowi, który pięknie się ukłonił,
życząc  nam  miłego  dnia.  Potem  włożyłem  skrzynkę  do  lodówki.  Andy
kończył nalewanie zupy fasolowej. Kelner czekał obok z tacą.

– Bo wiesz, mój drogi przyjacielu – powiedział kucharz – w moim życiu

mam tylko dwie pasje: gotowanie, które kocham i z którego się utrzymuję,
oraz  muzykę  new  romantic,  dzięki  której  żyję,  żeby  móc  gotować  i  się
z  tego  gotowania  utrzymywać.  Gdyby  nie  new  romantic,  nie  wiem,  czy
miałbym siłę patrzeć na tego Francuza. Ale mam, a to za sprawą Spandau
Ballet, Duran Duran, Ultravox, a przede wszystkim ABC! Po ciężkim dniu
wracam do domu i słucham sobie. Od razu mi lepiej, od razu chce mi się
żyć, a tym samym rano wracać do pracy. Człowiek, mój drogi przyjacielu,
musi  mieć  coś  obok,  ale  to  coś  musi  być  ważne.  Mam  new  romantic,
najlepszą  muzykę.  Muzykę  serca,  co  ja  mówię,  muzykę  duszy!  Prosta,
a zarazem bardzo wytworna.

Kiedy  skończył  wzruszającą  mowę,  zamieszał  chochlą  w  wielkim

garnku. W garze robiło się chili con carne. Z uwagi na to, że była to mimo
wszystko angielska restauracja, Andy postanowił nie dodawać do potrawy
ziaren kukurydzy. Zdaniem Andy’ego, nie wszystko, co było gdzieś daleko
wymyślone  i  dotarło  do  nas,  musiało  być  serwowane  według  oryginalnej
receptury. Jeśli Andy pozbawiał potrawę kukurydzy, to było już angielskie

background image

chili, a jeśli podawał je z naszym angielskim białym chlebem, to nie tylko
angielskie, ale nawet bardzo angielskie chili.

Kelner  powrócił  do  kuchni  z  pustymi  talerzami.  Postawił  na  tacy  trzy

miseczki  wypełnione  do  trzech  czwartych  prawdziwym  angielskim  chili
con  carne.  Obok,  w  koszyczku,  leżał  pokrojony  nasz  biały,  znakomity,
wiejski,  bardzo  wiejski,  bardzo  angielski  chleb,  zamawiany  w  ukraińskiej
piekarni pana Eugena Botchko.

Gdy Francuz znowu zniknął za drzwiami wahadłowymi, Andy zaparzył

nam  po  filiżance  herbaty  i  wyszliśmy  tylnymi  drzwiami  na  papierosa.
Dopiero  teraz,  na  zewnątrz,  zdjął  z  głowy  biały  kucharski  toczek.  Spod
czapki  wyłoniła  się  długa  tleniona  grzywa  i  momentalnie  opadła  mu  na
oczy.  Andy  wsadził  do  ust  papierosa  i  zarzucając  włosami,  podpalił
chesterfielda.  Zrobił  to  w  taki  sposób,  że  nie  było  mowy  o  jakimś
samopodpaleniu.  Cholera,  tylko  ci  od  new  romantic  tak  potrafią...  Wtedy
też  pomyślałem,  że  dobrze  się  stało,  iż  powstał  ten  kierunek  w  muzyce,
chociażby  po  to,  żeby  po  latach  obserwować,  z  jakim  wdziękiem  oni  te
fajki sobie podpalają.

2

–  Napijesz  się  cydru?  –  zapytał  Andy.  –  Przecież  nie  będziemy  tak

siedzieć o suchym pysku...

Potakująco kiwnąłem głową.
– A może zrobić ci velvet?
– O, może velvet – odpowiedziałem.
Siedzieliśmy  w  kuchni,  która  przypominała  muzeum  sztuki  kulinarnej,

bo na ścianach wisiały oprawione dyplomy, listy gratulacyjne, zatrzymane
w kadrze uściski dłoni szefa kuchni i innych szefów innych kuchni, również
tych  szefów  egzotycznych,  ze  skośnymi  czy  czarnymi  jak  smoła  oczami.
Na niektórych zdjęciach Andy paradował w wysokiej czapce budyniówce.

background image

Miał  na  sobie  fartuch,  który  wyglądał  jak  galowy  mundur  Legii
Cudzoziemskiej.  I  przez  to  jego  właściciel  przypominał  nie  kucharza,  ale
generała powracającego właśnie z zamorskiej misji. Z Algierii na przykład.
Oprócz  dyplomów,  listów  i  innych  papierów  stwierdzających  ukończenie
dodatkowych  kursów,  na  ścianach  wisiały  zestawy  noży,  które  lśniły,
odbijając światło lampy.

A może jestem w kuchni zboczeńca? Może Andy najpierw zwabia swoje

ofiary  pod  pretekstem  filozoficznej  rozmowy  o  życiu,  potem  podaje  im
napój, w którym są rozpuszczone narkotyki, a na koniec, gdy ofiary są już
bezwolne, każe im usiąść na krześle? Jakby to mogło być? A może będzie
tak,  że  Andy  zdejmie  jeden  z  tych  ogromnych  błyszczących  i  cholernie
ostrych  noży  i  uważnie  mu  się  przyjrzy.  Następnie  odłoży  go  na  stół
i  wyjdzie.  Po  chwili  znajdzie  się  znowu  w  kuchni  ze  sznurkiem  w  dłoni
i przywiąże mnie do krzesła. Ponownie sięgnie po nóż, podejdzie, złapie za
włosy, choć ja nie poczuję bólu, ale będę wiedział, że mnie złapał, bo moja
głowa  przemieści  się  do  tyłu  i  zobaczę  nad  sobą  światło  lampy.  Andy
zacznie od czoła. Pewnym ruchem ręki przetnie je na pół, potem dalej nad
prawym uchem, u nasady czaszki, aż dojdzie do lewego ucha i ściągnie mój
skalp.  Poprzygląda  mu  się  przez  chwilę  i  otworzy  drzwi  lodówki.  Będzie
w niej plastikowe pudełko, w którym leżą inne skalpy, dajmy na to Pierre
´a.  Po  chwili  Andy  znów  będzie  przy  ścianie  z  nożami  i  zdejmie  ten
największy,  przypominający  piłę  chirurgiczną,  z  drobnymi  lśniącymi
ząbkami.  Mój  szef  zacznie  mi  odpiłowywać  górną  część  czaszki.  Usłyszę
trzask,  ale  nie  poczuję  bólu.  Andy  będzie  trzymał  w  dłoniach  białą
miseczkę,  lekko  zakrwawioną,  ale  bardzo  kształtną.  Mama  zawsze
podkreślała, że mam kształtną czaszkę.

Poczuję niesamowitą moc. Świeże powietrze zaatakuje bezpośrednio mój

mózg. Będę jak faraon. Czytałem kiedyś, że robiono im trepanacje czaszki,
ot  tak,  dla  jaj,  żeby  byli  bardziej  dotlenieni,  żeby  im  mózgi  lepiej
pracowały. Ze mną jednak jest taki problem, że nie jestem faraonem, tylko
pomocnikiem  kucharza  i  Andy  nie  przyłoży  mi  odpiłowanej  miseczki

background image

z powrotem do reszty czaszki, nie wyjmie z lodówki skalpu, nie przyklei go
do kości, i dlatego nie będę miał szans na odzyskanie głowy.

Andy umyje w zlewozmywaku odpiłowaną część mojej czaszki i odłoży

ją  na  stół,  po  czym  sięgnie  po  następny  nóż,  z  tych  małych,  na  mój  gust
z  tych  do  wycinania  esów-floresów  w  egzotycznych  owocach,  leciutko
pociągnie  kciukiem  po  jego  ostrzu,  sprawdzi,  czy  jest  ostry  i  położy  go
obok  czaszki.  Ja  dalej  będę  się  czuł  znakomicie,  nawet  będzie  mnie  to
bawić. I Andy, patrząc na moją głowę z odsłoniętym mózgiem, też zaczynie
się śmiać. Nie przestając się śmiać, wyciągnie spod stołu małą patelnię, po
czym  położy  ją  na  kuchnię  i  sięgnie  po  oliwę  z  oliwek.  Jeszcze  raz
zanurkuje,  tym  razem  po  mąkę.  Odkręci  butelkę,  wleje  trochę  oliwy  na
patelnię  i  podpali  pod  nią  palnik.  Weźmie  nożyk  do  ręki  i  podejdzie  do
mnie.  Usłyszę  chlupanie.  Andy  włoży  odcięty  kawałek  mojego  mózgu  do
miseczki  i  powoli  obtoczy  go  w  mące.  Oliwa  na  patelni  zaczynie
skwierczeć, po czym wyląduje na niej mój mózg. Teraz poskwierczą sobie
razem. Coś od czasu do czasu sobie pryśnie poza patelnię, coś strzeli. Andy
widelcem odwróci kawałek szarej materii na drugą stronę i powie: „Solimy
i  dodajemy  pieprzu  zawsze  na  sam  koniec”.  Mój  kawałek  mózgu  jest  już
usmażony. Andy podchodzi z patelnią do krzesła, na którym siedzę, wbija
widelec  i  podaje  mi  do  ust.  „Smaczny,  prawda?”  –  pyta,  uśmiechając  się
rozkosznie. Ja mam bardzo dobry mózg. I kształtną czaszkę. Miałem.

Mama  mówiła,  żebym  z  tego  mózgu  zrobił  kiedyś  pożytek.  Była

przeciwna mojej karierze w kuchni. Zawsze powtarzała, że mam głowę po
dziadku,  i  gdyby  nie  bieda,  dziadek  mógłby  karierę  zrobić.  Tego  samego
oczekiwała ode mnie. A co ja robię w tym momencie? Siedzę i jem swoje
szare komórki. Do tego bardzo mi smakują. Andy nie przesadził, jest w sam
raz,  ani  zbytnio  surowy,  ani  zbytnio  wysmażony.  Mój  mózg...  Boże,
dlaczego  kiedy  widzę  noże,  zawsze  przypomina  mi  się  ten  film?  Może
matka miała rację, sprzeciwiając się mojemu wyborowi.

– Na giełdzie nie ma noży, prawda? – wypowiedziałem to na głos.
– Słucham? – zapytał Andy. – Trochę zbladłeś. Coś ci jest?
– Zamyśliłem się, czasami się zamyślam, to normalne, prawda?

background image

– Mam dzięcioła, może być?
– Jasne, dzięcioł jest dobry do velvetu.
Robił to pięknie i z wyczuciem, jak na mistrza przystało, toteż smolista

zawiesina  nie  pomieszała  się  ze  złotawym  cydrem.  Dopiero  po  dłuższej
chwili  czerń  irlandzkiego  trunku  z  lekka  zaczęła  go  dotykać  i  wchodzić
w delikatne relacje z angielskim jabłecznikiem.

–  No  to  chodź  do  pokoju  –  powiedział  i  ruszył  pierwszy.  Na  ścianach

wisiały  plakaty  idoli,  których  większość  prezentowała  grzywiaste,  słodkie
buły,  choć  oczywiście  zdarzali  się  w  tej  menażerii  i  całkowicie  łysi
wykonawcy.  Andy  po  domu  nosił  się  jak  jego  bohaterowie.  Nie  tylko
tleniona  grzywa,  ale  i  połyskująca  srebrem  luźna  koszula  wsadzona
w  błękitne  pumpy  oraz  białe  skarpetki  wychodzące  z  czarnych,  głęboko
wyżłobionych  włoskich  mokasynów  sprawiały  wrażenie,  że  trafiłem  do
następnego  prywatnego  muzeum.  Facet  jakby  pod  lodem  przeleżał
dwadzieścia  lat,  zupełnie  niedzisiejszy,  a  mimo  wszystko  dzisiejszy,
przecież pracowaliśmy razem, tylko on w kółko o tym new romantic. Może
dlatego  był  sam?  Wypiłem  cały  velvet  i Andy  zapytał,  czy  chcę  drugiego
drinka. Miałem ochotę się upić, przeczuwałem, co mnie jeszcze dziś czeka.
Lubiłem faceta, ale na trzeźwo new romantic był nie do przyjęcia. Odwrócił
się i chciał o coś... ale wyprzedziłem go, to ja pierwszy zapytałem:

– Gdzie jest kibel?
– Po prawej – odpowiedział automatycznie.
Jego  kibel  był  również  noworomantyczny:  wisiał  w  nim  ogromny,

oprawiony w ramki plakat grupy ABC. Chcąc nie chcąc, w trakcie sikania,
musiałem  patrzeć  prosto  w  twarz  wokalisty,  który  –  w  złotej  marynarze,
czarnej  koszuli  z  kołnierzykiem  zwieńczonym  amerykańską  broszką
w  kształcie  orła,  z  grzywą,  urody  zupełnie  esesmańskiej,  stojąc  pomiędzy
kolegami w czarnych garniturach, białych koszulach i wąskich świecących
krawatach – zerkał na mego fiuta. Spuściłem wodę i wyszedłem.

Andy  wrócił  akurat  z  kuchni  i  postawił  pełne  szklanki  na  stoliku  obok

sprzętu grającego.

– Byłeś w kiblu?

background image

– No.
– I co? – zapytał z zaciekawieniem.
– Co i co?
– Widziałeś?
– Plakat?
– No. I co?
– A co ma coś być?
–  To  moja  ulubiona  grupa.  Najlepsza  grupa  new  romantic,  którą  świat

nosił.

– Dziwne miejsce wybrałeś dla swoich ulubieńców, Andy.
–  Chrzanisz.  Mam  kumpla,  który  ma  obsesję  na  punkcie  książek,

i  swoich  ulubionych  autorów  też  w  kiblu  trzyma.  Przecież  w  kiblu  jest
najintymniej, nie?

– Niby tak, ale...
Andy nie pozwolił mi dokończyć zdania.
–  Tyle  że  z  książkami  w  kiblu  jest  problem.  Kiedyś  kumpel  pożyczył

jedną pozycję swojej byłej dziewczynie.

– No i co?
– No nic, przecież mówię, że swojej byłej.
– Byłej przez kibel?
– Przez książkę.
– Jak to?
–  Powiedziała  mu,  że  jego  literatura  śmierdzi  gównem.  Potem  z  nią

zerwał. Plakatów się nie pożycza.

3

background image

Po  przymusowym  odsłuchaniu  płyty  Nika  Kershawa  pod  tytułem  15

minutes,  która  w    1998  miała  mu  zapewnić  tryumfalny  powrót  na  scenę
muzyczną,  byliśmy  już  nieźle  wstawieni.  O  tym  właśnie  bełkotał  Andy,
wypiwszy  piątą  szklankę  velvetu.  Ukrzyżował  mnie  potem  koncertową
płytą Howarda Jonesa Live Acoustic America, która nie zamierzała niczego
Howardowi  zapewnić,  bo  Howard  był  luźnym  gościem  i  niczego  nie
oczekiwał. Przy szóstym velvecie zaserwował coś z a-ha, ale nie pamiętam
co,  i  na  sam  koniec,  już  prawie  obijając  się  o  ściany,  przy  ósmej  albo
dziewiątej szklance, wyjął z półki The Lexicon of Love swego idola z kibla.
Przez  chwilę  trzymał  krążek  jak  katolicki  ksiądz  monstrancję.  Płyta  przy
numerze All of My Heart zacięła się, to znaczy Andy się zaciął, żeby tego
numeru w kółko słuchać. To było nie do wytrzymania, toteż powiedziałem,
że za chwilę będę musiał iść do domu.

–  Poczekaj,  poczekaj.  Zaraz  pójdziesz.  Moment.  Nie  idź,  muszę  ci  coś

jeszcze pokazać. – Z trudem wstał z fotela i doczłapał do sprzętu grającego,
obok  którego  leżało  opakowanie  płyty  ABC.  Wyciągnął  z  niego  złożoną
białą kartkę, otworzył, podsunął pod moje oczy.

– Czytaj – wybełkotał.
– With all of my heart – przeczytałem na głos.
– Dalej czytaj.
– Nie ma co dalej czytać, bo dalej są już jakieś bazgroły.
– Jakie bazgroły! – uniósł się kucharz. – Okej, to ja ci przeczytam. Bo ty

nawet góry nie przeczytałeś. No to słuchaj: „To Andy, with all of my heart,
Martin Fry”. – Patrzył mi teraz prosto w oczy albo przynajmniej próbował,
ponieważ głowa mu się bardzo kiwała na boki. – I co? I ty, do jasnej cipy,
nic?

– Co nic?
– No, nic?
– Ale co?
–  No,  lider,  Martin,  Martin  Fry.  On,  wielki  Martin  mi  dedykację

wystawił.  Widziałem  go.  Byłem  na  koncercie.  Podszedłem  do  niego,

background image

w pubie, dałem płytę, podpisał!

– To byłeś na koncercie czy w pubie?
– Koncert był w pubie.
– W pubie?
– No!
– Jesteś pijany, Andy, idę do domu. Wielki Martin śpiewający w pubie?

A w którym i gdzie?

– W  takim  większym.  Prawie  jak  mała  sala  koncertowa,  niedaleko  nas,

w Ipswich.

– Andy, ja idę do domu. A ty się prześpij, bo jesteś pijany, majaczysz już,

mówię ci. Ja mam w dupie cały ten new romantic, to nie moja działka. Za
wytworne to wszystko było, słodkie, nieprawdziwe, ale prędzej w kobietę
o  trzech  cipach  uwierzę  niż  w  Martina  z  ABC  śpiewającego  w  pubie
w Ipswich.

–  Słowo,  nie  kłamię.  On  tam  był  i  ja  tam  byłem.  My  byliśmy  wtedy

razem  i  mi  się  podpisał.  Słowo,  uwierz  mi  –  mówił  dalej  Andy,  choć  już
coraz ciszej, bez agresji, bez napięcia, i prawie na wpół śpiąco. – Cholera...
– Ziewnął teraz okrutnie. – Jutro ci wszystko w pracy dokładnie opowiem...
opowiem... słowo... opo... – I zasnął.

4

W poniedziałki jest zawsze najwięcej roboty, takiej, której nie lubię, jak

na przykład przygotowanie przepastnego gara bulionu na krowich kościach.
Nienawidzę  smrodu  kości,  gdy  w  początkowej  fazie,  wrzucone  na
rozgrzany olej, wydzielają iście trupią woń. Kiedy dziadek, ten od mózgu,
któremu  do  końca  nie  wyszło,  zmarł,  rodzinka  się  uparła,  że  będzie  leżał
w  domu  w  trumnie  dwa  dni.  Było  upalne  lato,  toteż  dziadek  zaczął  się
szybko  rozkładać  i  spod  trupiego  ubranka  wydobywał  się  zapach  do
złudzenia  przypominający  ten  przygotowywanego  bulionu.  Dlatego

background image

każdego  poniedziałku,  wrzucając  kości  na  rozgrzany  tłuszcz,  zadaję  sobie
pytanie,  czy  aby  mama  nie  miała  racji.  Potem  jednak  przychodzi  wtorek,
środa i tak dalej, i już wiem, że mama z pewnością nie miała racji. W nowy
poniedziałek  wszystko  zaczyna  się  od  nowa.  I  w  ten  poniedziałek  znów
było  ciężko,  po  pierwsze,  kości,  a  po  drugie,  wielki  kac.  Andy  był  blady
i  popijał  tylko  wodę  mineralną  z  cytryną.  Radził  mi  to  samo,  ale  ja  nie
mogłem na wodę patrzeć, a co dopiero ją pić.

Do  kuchni  wszedł  francuski  wymoczek  i  zapytał,  czy  mógłbym  mu

zrobić tosta. Nawet chciałem, mogłem, mógłbym, ale szef mnie uprzedził,
odburkując w jego stronę:

– Sam sobie zrób!
Wtedy Francuz się zmył, a ja do kości dodałem parę funtów pokrojonej

marchewki,  selera,  cebuli  i  pietruszki,  po  czym  zalałem  to  wszystko
galonami  wody.  Momentalnie  przestało  śmierdzieć.  Gdy  się  odwróciłem,
zobaczyłem wyczekujące spojrzenie Andy’ego.

– Co jest? – zapytałem.
– Ty mi serio nie wierzysz?
– W co?
– W ABC.
– Daj spokój, stary.
Andy przestał się do mnie odzywać nie dlatego, że się pogniewał, ale że

w  poniedziałki  jest  dużo  roboty,  więc  pochłonęła  nas  ta  cholerna
poniedziałkowa  robota  polegająca  w  wielkim  skrócie  na  przygotowaniu
wszystkiego, co pozwoli w miarę spokojnie odfajkować cały tydzień, choć
pewności nigdy nie ma. Robota w restauracji to jednak tajemnica i małe lub
większe niespodzianki. Restauracja to też ludzie, których się lubi albo nie,
albo  którzy  są  ci  całkowicie  obojętni,  jak  na  przykład  nasza  pomywaczka
Sue.  W  kółko  powtarza  „nie  wiem”,  więc  nie  rozmawiamy  z  nią.  Nie
zadajemy pytań, o nic nie pytamy, bo „nie wiem”... Jak nie wiem, to po co.
Francuz  byłby  okej,  gdyby  nie  był  Francuzem,  a  jest,  więc  nie  jest  okej.
Właściciel  jest  okej,  bo  nie  jest  Francuzem,  ale  za  to  jest  z  zawodu

background image

kucharzem, więc gdy się wszystko zaczyna walić, to dzwonimy po niego,
przyjeżdża,  przebiera  się  i  zaczyna  machać  nożem  jak  my.  Jest  jeszcze
jedna kelnerka, dojeżdża do nas z Ipswich. Właśnie, Ipswich.

Zegar  na  wieży  kościoła  św.  Elżbiety  wybił  południe.  W  tym  samym

momencie  wszedł  Francuz  z  pierwszymi  zamówieniami.  Startery  dwa,
sałatki  z  owczym  serem.  Przyrządziliśmy  je  szybko,  może  nawet  zbyt
szybko, więc Andy zaczął kończyć to, czego nie mógł dokończyć wczoraj.

– Wiesz, oni, ci z ABC, znaleźli się u szczytu sławy na samym początku,

zaraz  po  wydaniu  Lexiconu.  Był  rok  osiemdziesiąty  drugi,  chciałem,
pragnąłem  ich  zobaczyć.  Bracie,  jak  radio  grało  The  Look  of  Love,  to
płakałem. Te słowa, ta muzyka. Więc pojechałem do Londynu, myślałem,
że  uda  mi  się  kupić  bilet  na  ich  koncert.  Stanąłem  w  długiej  kolejce,  ale
biletów zabrakło. Wróciłem załamany i przyrzekłem sobie, że kiedyś, może
nawet  za  kilka  miesięcy,  znowu  gdzieś  na  nich  zapoluję,  ale  mijały  lata,
a mnie zawsze coś innego wypadało. Wydawali następne płyty, ale nie tak
dobre  jak  ta  pierwsza.  Zdaje  się,  że  w  dziewięćdziesiątym  pierwszym
wypuścili krążek Abracadabra, a potem stało się nieszczęście, bo...

Andy nie dokończył, bo wszedł Pierre po sałatki. Szef tylko zapytał, czy

dodałem majeranku. Skinąłem potakująco głową.

– Majeranek to podstawa tej sałatki – powiedział. W tej chwili włączył

się Francuz:

–  A  jakie  masz  podstawy,  by  sądzić,  że  majeranek  to  podstawa  tej

sałatki?

Andy  spojrzał  na  niego  jak  torreador  na  byka  przed  wbiciem  szpady

i odpowiedział:

– Sądzę tak na podstawie wszelkich mi wiadomych podstaw!
– Nie zrozumiałem – powiedział Francuz.
– Zabieraj sałatki i znikaj – syknął kucharz i jakby nigdy nic ciągnął dalej

porzucony wątek. – Bo Martina zaatakował chłoniak Hodgkina i...

– Kto?
– To taki rodzaj raka.

background image

– Aha.
– Zaczął walczyć o swoje życie, a w tym czasie rozwiązał grupę. Więc

myślałem, nawet pewny byłem, że to koniec Martina, ABC... Pomyślałem,
że  jeśli  kiedyś  nie  załapałem  się  na  koncert,  to  może  uda  się  na  pogrzeb.
Jednak  lata  mijały,  a  wiadomość  o  śmierci  Martina  jakoś  nie  chciała
zagościć  na  czołówkach  gazet,  więcej,  w  dziewięćdziesiątym  siódmym
Martin zre...

Andy  znowu  nie  dokończył,  bo  ponownie  pojawił  się  Francuz,

przynosząc  zamówienie  na  dobrze  wysmażony  stek,  toteż  kucharz  wyjął
z lodówki kawał mięcha.

–  No  i  wiesz  –  kontynuował,  gdy  Pierre  zniknął  za  wahadłowymi

drzwiami – w dziewięćdziesiątym siódmym okazało się, że Martin wygrał
z rakiem, a do tego podczas choroby uzbierał na nową płytę. Reaktywował
ABC.  Powywalał  prawie  wszystkich  muzyków  ze  starego  składu  i  wydał
tego  samego  roku  płytkę  pod  tytułem  Skyscraping.  Ruszył  z  nowym
składem w minitrasę. Myślę, że wielu fanów, co ja mówię, nawet większość
fanów, odwróciła się od niego po tym, jak w wywiadzie dla jakiejś wielkiej
gazety, już nie pamiętam której, powiedział, że inspiracją do jego powrotu
na scenę i nagrania tego nowego materiału byli jego muzyczni bohaterowie.
Wśród  nich  wymienił  Sex  Pistols!  Rozumiesz?  On,  nowy  romantyk,
inspirował  się  tym  chłamem?  Ja  też  prawie  odleciałem  i  też  ich  prawie
spisałem na straty, ale tylko prawie, bo do Londynu to bym się ponownie
nie wybrał, ale do Ipswich, bo to prawie po sąsiedzku, to pe...

Andy  znowu  nie  mógł  dokończyć  myśli,  ponieważ  do  kuchni  wrócił

Pierre z nadpiłowanym stekiem.

–  Przepraszam  szefie,  ale  to  chyba  ten  sam  klient,  który  w  zeszłym

tygodniu chciał dobrze wysmażony...

– Co za dupek! – krzyknął Andy i poczerwieniał. – Co za dupek! – raz

jeszcze krzyknął. – Kutas złamany!

Pierre  milczał  tym  razem,  nie  próbował  numerów  z  widelcem  jak

poprzednio, bo czuł, że w tej sytuacji widelec mógłby zostać wbity w jego
wąskie plecy.

background image

– Będziesz, kutasie, miał dobrze wysmażony! Oj, będziesz! – dalej unosił

się kucharz. I jak w poprzednim tygodniu, tak i teraz, zdjął widelcem stek
z talerza i położył go bezpośrednio na palniku gazowym. Do tego ustawił
ogień na szóstkę i gdy stek poczerniał po bokach, przewrócił go na drugą
stronę  i  trzymał  tak  długo,  aż  zaczął  przypominać  coś  pomiędzy
zwęgleniem  a  czymś  ciągle  nadającym  się  do  spożycia.  Krótko  mówiąc:
stek był ekstremalnie wysmażony. Pierre znowu zniknął za drzwiami.

– Cholera, kutasy od dobrze wysmażonej wołowiny nie dają dokończyć

historii wielkiego Martina... No i wiesz, dowiedziałem się, że grają w tym
ogromnym pubie w Ipswich, to mówię, kij ci w oko człowieku, trochę się
postarzałeś, więc o punkach bez sensu gadasz i się jeszcze nimi podpierasz,
każdy może się mylić, wielcy też, więc wziąłem ze sobą płytę, którą przed
laty kupiłem przed tym koncertem, na który nie udało mi się kupić biletu,
i  pojechałem  do  Ipswich.  Bilet  kupiłem  bez  problemów,  nawet  sporo  ich
zostało, więc sobie pomyślałem, że większość fanów jednak go zostawiła.
Ale nic. Koncert się odbył, a kiedy Fry zaśpiewał All of My Heart, znowu
płakałem rzewnymi łzami. Warto było pojechać do tego pubu. Warto było
czekać latami, no mówię ci, wielka sprawa, choć małe miejsce. Gdy zagrali
When  Smokey  Sings,  a  myśmy  wtedy  wszyscy  stali  z  zapalonymi
zapalniczkami,  to  chłopie,  mówię  ci,  to  był  kosmos,  istny  kosmos,  i  ja
byłem  też  w  tym  kosmosie.  A  po  koncercie,  ponieważ  było  mało  ludzi,
Martin zdecydował się rozdawać autografy. Podpisał mi się. Sam widziałeś,
nie? Teraz mi wierzysz? Bo chłopie...

I raz jeszcze nie dokończył. Pierre znowu się pojawił, mówiąc:
– Ten facet, od tego mięsa, dziękuje, kazał mi przyjść i... – Jednak tym

razem to Andy nie dał mu dokończyć.

–  Niech  się  idzie  pierdolić,  kutas  jeden!  –  krzyknął.  Francuza  znowu

zatkało. – No co tak stoisz, coś jeszcze? – zapytał.

– Ten facet, od tego mięsa, dziękuje i napisał jakąś kartkę, mam ją.
–  Pokaż  –  rzucił  obojętnym  tonem  kucharz.  Gdy  miał  już  kartkę

w  rękach,  podał  mi  ją  i  powiedział:  –  Czytaj,  co  tam  ciekawego  napisał
kutafon od bardzo wysmażonych steków. No, czytaj.

background image

Rozłożyłem kartkę i powoli przeczytałem wiadomość następującej treści:
– „Takie właśnie uwielbiam. Prawie zwęglone. Szefowi kuchni, with all

of my heart, Martin Fry”.

Widziałem,  z  jaką  uwagą  Andy  patrzył  na  podpis  klienta,  blednąc

z sekundy na sekundę.

background image

 

 

 

 

Er

 

background image

.

Nie potrafił wymówić „er”. Ci z Dalekiego Wschodu są jak małe dzieci.

Nie  mogę  mieć  dzieci.  Może  właśnie  z  tego  powodu  ujął  mnie  tą
bezradnością?  Lobelt,  Lobelt,  Lobelt.  „Robert  –  powtarzałam.  –  No,
powiedz:  Roo-beert”.  Lobelt  i  znowu  Lobelt.  W  mężczyznach  pociągają
mnie  nie  tylko  usterki.  Powiem  wam:  niejeden  jodler  z  Tyrolu  chciałby
mieć  tak  jasną  skórę  jak  on.  Idealną,  bielusieńką.  Niczym  papier,  który
wkładam do drukarki. A włosy? Proste, gęste, połyskliwe. Głęboki granat.
Na dole? No, cóż... Widziałam jeszcze mniejsze. „Ci będzie ze mną Lenata
dobrze”.  „Renata”.  „No,  przecież  mówię,  Lenata,  że  ci  będzie  ze  mną
dobrze”. Dobla, jak mówił, że będzie dobrze, to mu uwierzyłam. „Lenata,
ty sobie pisz te swoje opowiadania, ja mam doblą placę. Ci ze mną będzie
dobrze.  Nie  musisz  placować”.  Rzeczywiście  miał  dobrą  pracę.  Dobrą,
dobrze  płatną  i  obok  domu.  On  właściwie  przyjechał  tutaj  do  pracy.  Jego
dobra  praca  przynosiła  takie  zyski,  że  spokojnie  mogłam  pisać
opowiadania.  Pisałam  je  oczywiście  w  nadziei,  że  ktoś  je  będzie  chciał
wydać.  Wydawca  literackiego  pisma  „Kolik”  z  nadesłanych  przeze  mnie
dziesięciu tekstów wybrał jeden. Podkreślał, że jest śmieszny, że pasuje do
numeru,  który  zaczęli  właśnie  składać,  że  chętnie  opowiadanie  wyda,
a zamiast honorarium otrzymam trzy egzemplarze kultowej gazety. Byłam
bardzo podniecona.

Szykował  się  mój  debiut.  Debiuty  mają  to  do  siebie,  że  podniecają.

Dałam  mu  więc  przeczytać  mejla,  a  potem  wybrane  opowiadanie.  Trochę
się zdziwił, że to o zamku do drzwi było i o pisarce, która przeklina, i o jej
zagranicznym  przyjacielu  mającym  problemy  z  wymówieniem  niektórych
słów. „Ja się na litelaturze nie znam” – powiedział mi następnego dnia i nie
pocałował  przed  wyjściem  do  pracy.  A  gdy  wieczorem  wrócił  do  domu
i  wypił  filiżankę  zielonej  herbaty,  zapytał,  dlaczego  ta  bohaterka
wykrzykuje  coś  o  złotym  chuju  Buddy.  Nie  potrafiłam  odpowiedzieć,
a może mi się tylko nie chciało? W każdym razie powiedziałam, żeby nie
zadawał  zbędnych  pytań  i  odprężył  się  po  ciężkim  dniu  w  korporacji,

background image

zaspokoiłam go dłonią, co nawet lubię, gdyż nadgarstek mniej mi się męczy
niż żuchwa.

Z  tym  zamkiem  to  rzeczywiście  były  kłopoty  od  samego  początku.

Widać, poprzedni właściciel nie dopilnował. I albo się z nim męczył, bo tak
lubił, albo się męczył, bo mu się nie chciało zadzwonić po ślusarza. Albo
ogólnie  miał  wszystko  gdzieś.  Artysta  jakiś.  A,  rzeczywiście,  przecież  on
pracował jako dekorator! Zamek się zacinał. Czasami trzeba było kilka razy
pokręcić w nim kluczem, ruszając żwawo klamką w górę i w dół. Niekiedy
było potrzeba dużej siły, żeby po tym, jak puścił, pchnąć drzwi. Jakoś sobie
radziliśmy.  Zazwyczaj  siedziałam  w  domu.  Nie  zamykałam  się  nigdy  od
środka.  Gorzej,  gdy  musiałam  gdzieś  wyjść.  No,  wtedy,  na  złotego  chuja
Buddy,  wtedy  to  się  czasami  musiałam  nakręcić,  naprzekręcać,
naprzeklinać, ale zawsze jakoś wchodziłam do mieszkania. Na technice się
nie  znam,  a  po  ślusarza  nie  zadzwonię.  To  jest  męska  sprawa  i  męska
robota.  W  sumie,  gdyby  on  coś  zasugerował,  to  może...  On  jednak  nie
przejmował  się  zamkiem  zbytnio,  a  przynajmniej  wyglądał  na  takiego,
którego zwykły zamek nigdy nie mógłby wyprowadzić z równowagi. Czy
wychodziliśmy gdzieś razem? Raczej rzadko, ale o dziwo, właśnie wtedy,
gdy  wracaliśmy,  zamek  stawał  się  posłuszny.  Nie  wiem,  ci  Chińczycy
jednak coś w tych swoich dłoniach mają. Prądy jakieś czy inne takie. Jemu
się zawsze udawało.

Rodzice byli sceptyczni. A, bo żółty, chociaż bardziej biały niż oni razem

wzięci. A, bo kultura inna. A, bo się nigdy dobrze po niemiecku nie nauczy,
a ja to po chińsku wcale. A, bo religia inna. A, bo mały taki i skośny. A, bo
„er”  nie  wymawia.  Za  to  dobrze,  że  jestem  bezpłodna,  bo  co  by  to  było,
gdyby się nam dziecko urodziło. Rodzicami zbytnio się nie przejmowałam.
Źle  się  dzieje,  kiedy  przyroda  się  chwieje  –  jak  mawiał  mój  nauczyciel
biologii.  Zasada  jest  prosta  i  nie  wolno  jej  burzyć.  Rodzice  powinni
przejmować  się  swoimi  dziećmi,  a  dzieci  nie  powinny  się  przejmować
swoimi  rodzicami.  Dzieci  powinny  przejmować  się  swoimi  dziećmi.  Tak
ten  świat  działa  od  tysiącleci.  Z  wyżej  wymienionych  powodów  nie
odwiedzaliśmy  się  zbyt  często.  Nie  cierpiałam  z  tego  powodu,  on  też  nie

background image

cierpiał.  Nie  cierpiał  z  powodu  moich  rodziców  ani  z  powodu  swoich
rodziców, którzy myśleli o mnie dokładnie to samo, co moi o nim.

Przyszedł wyczekiwany dzień. W skrzynce na listy leżała opasła koperta.

Z  wypiekami  na  twarzy  sunęłam  po  schodach.  Chciałam  jak  najszybciej
znaleźć się w mieszkaniu, otworzyć ją, potem usiąść wygodnie i przeczytać
wreszcie  wydrukowane  moje  debiutanckie  opowiadanie.  Gdy  wsadziłam
klucz  do  zamka,  to,  na  złotego  chuja  Buddy,  zamek  pierdolony  nie  chciał
drgnąć. Spocona, zaczęłam nerwowo poruszać kluczem, ale ten też, tygrysi
chuj  krewetkowy,  nie  chciał  się  poruszyć.  Wyjęłam  więc  klucz  z  zamka,
naplułam  na  niego,  włożyłam  ponownie  do  dziurki  i  trochę  się  poruszył.
Nie mogłam odpuścić, na złotego chuja Buddy, kręciłam, kręciłam, potem
szamotałam  się  z  klamką,  nie  wiem  jak  długo,  aż  usłyszałam  głuchy  jęk
i  wiedziałam,  że  bitwę  wygrałam.  Pchnęłam  drzwi.  Byłam  w  środku.
W nerwach i zniecierpliwieniu kopnęłam je, wsadziłam klucz. Przekręciłam
dwa razy. Nie zdjęłam butów. Usiadłam na sofie. Rozerwałam kopertę. Trzy
egzemplarze.  Trzy  pachnące  egzemplarze  pisma  „Kolik”  wydawanego
przez  pana  Gustava  Ernsta.  Dwa  inne  nabożnie  odłożyłam  na  ławę,  a  ten
trzeci, czyli ten pierwszy, delikatnie otworzyłam na spisie treści, poszukując
nazwiska. Jest! Ciarki mnie przeszły. Strona 56! To ja jestem! To moje! Ja
je napisałam! Mój debiut! Debiut mój!!! Gałki oczne zaczęły poruszać się
miarowo. Z lewej do prawej. Z lewej do prawej. Z lewej do prawej. I w dół.
Linijka  za  linijką.  Z  lewej  do  prawej.  Z  lewej  na  prawą.  Cóż  za
niesamowite uczucie. Orgazm oczny! Tak, bo to był rzeczywiście orgazm.
Byłam w tekście, byłam tekstem. Widziałam tekst, dotykałam stron, czułam
zapach świeżej, drukarskiej farby. Cóż za ekscytująca chwila. Ba, nie tylko
chwila,  minut  dziesiątki,  gdyż  opowiadanie  miało  12  stron.  I  czytałam  je
powoli, delektując się każdym słowem.

Zapukał  do  drzwi.  Nie  mogłam  otworzyć.  To  samo.  Ten  cholerny

zamek... Po kilkukrotnym przywołaniu złotego chuja Buddy, po krewetkach
i  tofu,  po  tym,  jak  prawie  zaczęłam  płakać,  powiedział,  żebym  wyrzuciła
klucz  przez  okno.  Czekał  na  dole.  Po  kilku  minutach  usłyszałam,  jak
wkłada go z drugiej strony i bez trudu obraca nim w zamku. Najpierw jeden

background image

raz,  potem  drugi.  Wszedł  z  uśmiechem  na  twarzy.  Nie  miałam  ochoty
podzielić się z nim tą wspaniałą wiadomością.

Odgrzałam  w  mikrofalówce  gotowe  chińskie  danie.  Zjadł,  beknął,

podziękował i powiedział, że ono się tylko chińskie nazywa. Z Chinami ma
tyle  wspólnego  co  jego  „er”.  Zdębiałam.  Pierwszy  raz  w  życiu,
a przynajmniej pierwszy raz w mojej obecności wymówił „er”. „Powtórz” –
rzuciłam  rozkazującym  tonem.  „Er”  –  jeszcze  raz  powtórzył.  Spojrzał  na
mnie  z  niedowierzaniem.  Raz  jeszcze  powiedział:  „Er.  Er,  er,  er,  er”.  Jak
zacięta płyta. Onanizował się tym „er”, a ja razem z nim. On: „Er, er, er”.
I  ja:  „Er,  er,  er”.  Do  samego  wieczoru  nie  mówiliśmy  do  siebie  niczego
innego  jak  tylko  „er”,  odpowiednio  stawiając  akcenty.  „Er?”  –  zapytałam,
kierując  wzrok  na  otwarte  pismo.  „Er”  –  odpowiedział.  Zdziwienie
połączone  z  dumą  pojawiło  się  w  jego  oczach.  Wziął  numer  pisma
w dłonie, zaczął czytać opowiadanie. Gdy skończył, wyraził swój zachwyt
w słowach: „Errr, errr”. Nie byłam do końca pewna, czy rzeczywiście mu
się  podoba,  więc  jak  mała  suczka  zapiszczałam  „Errr?!”.  „Errr,  errr”  –
odpowiedział  stanowczym  tonem.  Wtedy  się  uspokoiłam.  „Er”  –
powiedziałam, smutno spoglądając w stronę drzwi. Od razu zrozumiał, że
chodzi o zamek. „Eee, errr” i machnął ręką, jakby ten zacinający się zamek
nie miał już żadnego znaczenia. Przytuliłam się do niego.

background image

 

 

 

 

Mur

 

background image

.

1

–  Dobra,  raz  się  żyje.  Pan  się  boi  latać?  –  zapytał  mężczyzna  siedzący

obok. Na pierwszy rzut oka wyglądał na dużo starszego ode mnie. Może ta
broda?

– Nie boję się, wiem, że muszę wrócić – odpowiedziałem.
– Ja się boję. Latanie to nie jest naturalna rzecz w przypadku człowieka,

co  innego  ptaki,  ale  czy  ptaki  mają  świadomość  zagrożenia?  Jako
weterynarz nie mogę temu zaprzeczyć, ale i nie mogę też tego potwierdzić.

A więc moim kompanem podróży był weterynarz.
– Co pan wiezie? – zwrócił się do mnie ponownie.
Zawahałem  się  z  odpowiedzią.  Cholera  wie,  czy  on  był  rzeczywiście

weterynarzem,  czy  raczej  podstawionym  celnikiem  lub  innym  agentem.
Jaką miałem pewność, że jeśli powiem prawdę, uniesiemy się w powietrze?
Wysadzą  z  samolotu,  towaru  nie  odbiorą,  bo  nie  mogą,  ale  nie  pozwolą
polecieć.  Oni,  ci  w  mundurach,  mogli  wtedy  wszystko.  Mogli  nie  tylko
wysadzić,  ale  i  wsadzić,  nawet  na  kilka  lat.  Nie  mogłem  być  ani
wysadzony, a tym bardziej wsadzony. Dwa miesiące temu urodził się mój
syn.  Byłem  studentem  i  z  żoną  oraz  niemowlakiem  zamieszkiwaliśmy
w  akademiku  ciasny  pokój,  nazywany  wtedy  pokojem  małżeńskim.  Tym
różnił  się  on  od  pokojów  niemałżeńskich,  że  miał  drugie  łóżko.  Metraż
pozostawał ten sam. Wycieczka, o ile wszystko poszłoby zgodnie z planem,
mogłaby  ustawić  nas  na  kilka  lat.  Kto  wie,  może  przy  sprzyjających
wiatrach dałaby możliwość zakupu małej, ciasnej, ale własnej kawalerki?

Czasy  były  ciężkie,  choć  szara  smuta  zaczęła  się  przecierać.  Dowodem

tego  był  mój  jednodniowy  wyjazd  do  Berlina  Zachodniego.  Od  niedawna
można  było  trzymać  paszport  w  szufladzie  biurka.  Miałem  trochę  marek

background image

zachodnioniemieckich,  które  kupiłem  od  konika  pod  okrąglakiem.  Szybki
kurs  na  Węgry  po  kolorowe  czapeczki  i  szaliki,  a  potem  jeszcze  szybszy
kurs do Enerdówka i opchnięcie towaru u wietnamskiego handlarza. Setki
wschodnich marek, wymienionych potem na marki prawdziwe. Wyjazd do
Berlina  Zachodniego  i  zakup  sześciu  sztuk  jamników  u  czarnoskórego
sprzedawcy na Kudamie. Koniecznie z migającymi diodami. Stereo ma się
rozumieć,  czarne,  długie.  W  Związku  płacili  za  nie  dużo  więcej.  Właśnie
tych  sześć  jamników  zadeklarowałem  warunkowo  na  lotnisku.  Co
oznaczało, że zabieram je ze sobą wyłącznie do użytku osobistego i mam
z  nimi  wrócić.  Celnik  się  tylko  uśmiechnął,  kiedy  podpisywałem  świstek
papieru.

–  Bo  wie  pan,  ja  wiozę  tysiąc  prezerwatyw  –  powiedział  weterynarz.  –

Nigdzie  nie  jest  napisane,  ile  prezerwatyw  można  zabrać  na  tygodniową
zagraniczną wycieczkę, prawda?

Weterynarz  podobał  mi  się  coraz  bardziej,  odwzajemniłem  uśmiech

i przytaknąłem głową.

–  Niczego  nie  deklarowałem.  Zrobiła  się  chryja  na  lotnisku.

Tłumaczyłem,  że  zużytych  gumek  nie  będę  ze  sobą  zabierał  w  drogę
powrotną.  Już  go  prawie  przekonałem,  ale  włączyła  się  jego  koleżanka,
moralistka  jakaś.  I  ta  nagle  mówi,  że  owszem,  można  zabierać  ze  sobą
prezerwatywy,  tak  samo  jak  szczotkę  do  włosów  czy  pastę  do  zębów,  ale
taka  ilość  wskazuje  na  przemyt.  Wkurzyła  mnie.  Nie  robiłem  niczego
niezgodnego z prawem. Nie mogła mi wskazać odpowiedniego przepisu, ile
kondomów  można  ze  sobą  zabierać,  a  przecież,  logicznie  rzecz  ujmując,
każdy  z  nas  ma  inne  potrzeby,  prawda?  –  Wyraźnie  czekał  na  moje
przytaknięcie. – Mówię panu, uparła się. Obliczyła mnie na jedno ruchanie
dziennie,  czyli  na  siedem  gumek.  Jakbym  w  mordę  dostał.  „O,  co  to,  to
nie”,  powiedziałem  jej.  Wtedy,  widząc  moje  oburzenie,  powiedziała,  że
mogę  zabrać  czternaście  sztuk,  czyli  dwie  na  dzień,  tak  wychodziło  z  jej
kalkulacji. Też się nie zgodziłem. Uparcie trwała przy swoim, mówiąc, że
resztę  gumek  mam  zostawić  w  depozycie.  Dopiero  jej  kolega  powiedział:
„Daj  spokój,  Bożena,  może  pan  się  chce  zaruchać  na  śmierć”.  „Tak,

background image

właśnie, chcę się zaruchać na śmierć – krzyknąłem. – Chcę się zaruchać na
śmierć  i  pani  mi  w  tym  nie  przeszkodzi.  Nie  ma  takiego  przepisu”.  No
i mnie puścili. Mam tylko ten towar, panie drogi, a ten towar idzie u nich
jak  woda.  Gumek  tam  nie  uświadczysz,  państwo  stawia  na  mnożenie  się!
Każda gumka to jeden rubel, łatwo policzyć, że mam w walizce tysiąc rubli,
a  te  sieroty  zarabiają  sto  na  miesiąc.  Będzie  z  tych  gumek  złota  kiełbasa,
zobaczy pan.

Nie miałem żadnych wątpliwości, że siedzę obok uczciwego człowieka.
– Jamniki wiozę. Sześć sztuk.
–  Z  diodami?  Wie  pan,  Kacapy  lubią,  jak  im  miga.  Bez  migania  nie

mogą.

– Wiem, wiem – odpowiedziałem. – Wszystkie jamniki są z diodami, i to

w różnych kolorach.

–  O,  widzi  pan,  bardzo  dobre  podejście  do  sprawy.  Czym  więcej  miga,

czym więcej kolorów, tym więcej rubli pan dostanie. Brawo!

Samolot dojechał na pas startowy, zatrzymał się. Lecieliśmy do Moskwy,

a potem jeszcze dalej.

–  Tego  najbardziej  się  boję  –  powiedział  weterynarz,  pośpiesznie

wyjmując z wewnętrznej kieszeni marynarki piersiówkę. – Napije się pan?

– Nie, dziękuje, jakoś za wcześnie jak na mnie – odpowiedziałem.
– Ja muszę, boję się cholernie tego momentu, kiedy się podrywa, zawsze

tak mam. Jak sobie strzelę łyka, to częściowo mi przechodzi, naprawdę nie
chce pan? – ponowił propozycję.

– Nie, dziękuję, naprawdę nie chcę.
–  Dobra.  No,  raz  się  żyje.  –  Weterynarz  ostro  pociągnął  z  buteleczki.

Kiedy  samolot  się  poderwał,  jeszcze  raz  przechylił.  –  No,  to  już  jesteśmy
w niebie – powiedział, lekko się krztusząc.

2

background image

Samolot wylądował na lotnisku w Moskwie. Sąsiad podczas lotu zdążył

opróżnić  piersiówkę,  przez  co  zrobił  się  jeszcze  bardziej  rozmowny.
Wysłuchałem  kilku  opowieści  o  ciężkim  losie  prowincjonalnego
weterynarza,  który  minął  się  z  powołaniem.  W  głębi  duszy  zawsze  chciał
leczyć ludzi. Po maturze zabrakło mu jednak odwagi i zamiast na akademię
medyczną  zdał  egzaminy  wstępne  na  Wydział  Weterynarii  Akademii
Rolniczej  we  Wrocławiu.  Na  studiach  poznał  swoją  przyszłą  żonę.  Wzięli
ślub,  urodziły  się  dzieci,  żona  znalazła  kochanka.  Z  tego  powodu  się
rozwiedli. Z powodu rozstania zaczął pić, z powodu picia zaczął chorować
na  serce,  z  powodu  strachu  przed  śmiercią  zaczął  pić  jeszcze  więcej,
z  powodu  picia  większych  ilości  wyrzucono  go  z  pracy,  z  powodu
wyrzucenia  z  pracy  oraz  braku  środków  finansowych  na  płacenie
alimentów zajął się biznesem, czyli handlem, czyli wycieczkami. Z powodu
wycieczek musiał zacząć latać, a że latać się bał, dalej pił, czego dowodem
była następna, tym razem większa, butelka wódki, którą wyjął z torby, gdy
w Moskwie tankowali nasz samolot.

Towarzysz  podróży  odetchnął  z  ulgą,  kiedy  ponownie  znaleźliśmy  się

w  przestworzach.  Uporał  się  z  zawartością  butelki  w  mniej  niż  godzinę
i  zasnął.  Nie  poczuł  lądowania  na  betonowej  tafli  syberyjskiego  lotniska.
Szturchnąłem  go  w  ramię,  gdy  wszyscy  zaczęli  wychodzić.  Ocknął  się,
wstał na równe nogi w taki sposób, jakby był zupełnie trzeźwy.

– To już? – zapytał.
– Już, już jesteśmy na miejscu, pora na nas.
Dostawionymi  schodami,  gęsiego,  pod  przewodnictwem  stewardes

skierowaliśmy  się  w  stronę  blaszanej  budy,  na  której  widniały  napisy
w  dwóch  alfabetach.  Ten  drugi,  po  angielsku,  głosił:  Novosibirsk
International  Airport.  Czarne,  jeżdżące  w  kółko,  szerokie  taśmy,  jeszcze
przez  kilkanaście  minut  świeciły  pustkami.  Traf  chciał,  że  bagaże  moje
i  weterynarza  jechały  obok  siebie.  W  tym  momencie  poczułem,  że  nie
rozstaniemy  się  do  końca  wycieczki.  Gdy  przeszliśmy  kontrolę
dokumentów  i  znaleźliśmy  się  w  pomieszczeniu  celników,  padło  pytanie
najpierw skierowane do weterynarza:

background image

– Co macie do oclenia?
Nie zastanawiając się nawet przez chwilę, odpowiedział, że nic, że nic do

oclenia,  lecz  ma  coś  do  podarowania  w  ramach  polsko-radzieckiej
przyjaźni.  I  z  walizy  pełnej  prezerwatyw  –  przykrytych  warstwą  ubrań  –
wyjął kilka pudełeczek cieni do powiek marki Pollena Ewa.

–  To  dla  was,  niebieskie,  takie  jak  kochacie,  to  dla  was  przepiękne

kobiety,  bierzcie  i  malujcie  się,  bądźcie  piękne.  Da,  zdrawstwuj,  drużba
sowiecko-polskaja!
 – wykrzyknął.

Celniczki  powariowały  z  radości.  Jedna  z  nich,  biorąc  pudełeczko,

poczuła wydychane opary alkoholu i nie miała już żadnych wątpliwości, że
to swój, skwitowała tylko:

– Wot, nastojaszczij turist!
Weterynarz  zrobił  nam  dobrą  reklamę,  toteż  kiedy  zobaczyły  kilka

kartonów z jamnikami, zapytały tylko, uśmiechając się pod nosem, czy to
do osobistego użytku. Pokiwałem głową i pokazałem papierek z Poznania,
na którym przybiły swój stempel.

W  hotelu  zakwaterowali  nas  razem.  W  pewnym  momencie  weterynarz

wyszedł  z  pokoju.  Po  kilku  minutach  wrócił,  trzymając  w  dłoni  butelkę
rosyjskiej wódki.

–  Zimna,  może  teraz  się  ze  mną  wreszcie  napijesz?  –  zaproponował

i sięgnął po dwie literatki stojące przy telewizorze.

– Musisz czekać, sami przyjdą – powiedział, kiedy spytałem go o radę.
– Sami?
–  Tak,  i  to  niedługo.  Na  każdym  piętrze  jest  etażna,  niby  pilnuje

porządku  na  swoim  piętrze,  ale  tak  naprawdę  nagrywa  kupców.  Byłem
kupić u niej wódkę. Powiedziałem, że jest do wyrwania góra gumek i kilka
magnitofonow.  –  Uśmiechnął  się,  wypowiedziawszy  to  ostatnie  słowo  po
rosyjsku.

Gdy dopiliśmy flaszkę, ponownie nasłuchałem się historii o ciężkim losie

rozwodnika.  I  wtedy  etażna  zapukała  do  drzwi.  Nie  czekając  na
zaproszenie, weszła.

background image

– Będziecie mieli gości.
Marian,  z  którym  byłem  już  na  „ty”,  wstał  i  sięgnął  do  walizki  po

pudełeczko z cieniami.

– Tylko jedno?
– Dobra, jeszcze jedno – powiedział weterynarz, sięgając po następne.
– Dwa? – Znowu zdziwienie.
– Macie tu cztery, już więcej nie mam. – Dopiero wtedy wyszła.
Wieczorem  pojawiło  się  dwóch  wąsatych.  Uparli  się,  żeby  sprzedał  im

gumki wraz z walizką. Kupili wszystko. Prezerwatywy, walizkę oraz moje
jamniki. Rano, podczas śniadania, pilot wycieczki zapowiedział zwiedzanie
miasta. Część osób się zapisała, a inna część, w tym my, postanowiła zająć
się  tym,  po  co  tu  przyjechała.  Trzeba  było  jak  najszybciej  zrobić  pożytek
z  kasy,  którą  zostawili  wąsaci.  Wypadało  również  zgłosić  kradzież
magnitofonow.
 

Usiedliśmy  na  krzesłach  przed  biurkiem,  wpatrując  się  w  oblicze

Dzierżyńskiego. Portret wisiał dokładnie nad głową milicjanta.

– Towarzyszu generale, kolega chciał zgłosić kradzież sprzętu grającego.

–  Funkcjonariusz  przyjrzał  się  nam  uważnie  i  zauważył,  że  co  chwilę
spoglądamy na portret.

– Daaa, eto wasz... A ja nie gienierał.
–  Towarzyszu  pułkowniku  –  poprawił  się  weterynarz  –  kolega  został

okradziony i chciałby to zgłosić, papier dostać.

Towarzysz pułkownik zamyślił się, wstał, po czym odwrócił się plecami.
– Daaa  –  jeszcze  raz  powtórzył.  –  Widzisz,  Feliks,  twoi  tu  są,  i  co  my

teraz z nimi mamy zrobić – powiedział do portretu. – Ja nie pułkownik –
dodał, odwracając się.

– Towarzyszu majorze, to jak będzie? – zapytał weterynarz.
– Ja nie major, ja kapitan – powiedział milicjant i z powrotem usiadł pod

portretem. – Z Polski jesteście? – zapytał.

background image

– Z Poznania – tym razem ja odpowiedziałem. Wtedy towarzysz generał,

pułkownik, major, kapitan uśmiechnął się pod nosem.

– Mołodcy! – Wyszedł z gabinetu, wcześniej zabrawszy papierek.
– Kiedy wróci, dasz mu pieniądze – powiedział Marian.

 
 

Weterynarz  inwestował  w  złoto.  Po  trzech  dniach  powiedział,  że

pieniądze się kończą, ale wystarczy na „kiełbasę”.

Za  pieniądze  z  jamników  udało  mi  się  kupić  trzy  aparaty  fotograficzne

marki Kijew. Świetne podróbki szwedzkich Hasselbladów, niezbity dowód
sowieckiej  zaradności  gospodarczej,  za  które  na  zachodzie  można  było
otrzymać niebagatelną sumę pieniędzy.

Dzień  przed  wyjazdem  znowu  zapukała  do  naszych  drzwi  etażna,

zapowiadając  następnych  gości.  Do  pokoju  weszło  dwóch  skośnookich,
usiedli na łóżku. Jeden z nich miał ze sobą pół litra wódki. Drugi podniósł
ręce w jakimś niezrozumiałym dla mnie geście, więc odpowiedziałem mu
tak  samo.  Azjata  wyjął  z  kieszeni  kurtki  metalowy  pojemnik,  w  którym
trzymał igły i strzykawki.

– Żadnych narkotyków, poszli won! – krzyknął weterynarz. – Już was tu

nie  ma!  –  Zdziwili  się.  Ten  od  strzykawek  schował  sprzęt  i  podszedł  do
stolika, odkręcił butelkę wódki, zapraszając na migi do wspólnego wypicia.
Marian jeszcze raz krzyknął. Skośnoocy się zmyli.

Rankiem weterynarz wepchnął sobie w tyłek prezerwatywę naładowaną

złotem,  czyli  „kiełbasę”,  i  zabrał  ze  stolika  butelkę  wódki  –  prezent  od
nieproszonych gości.

– Będzie co pić w samolocie – powiedział.
Na lotnisku poszło gładko. Celnicy zgrupowali nas wszystkich w jednym

miejscu  i  czekali  w  spokoju,  aż  kierownik  wycieczki  skończy  zrzutkę.
Najstarszy celnik, łysy z siwym wąsem, przejął od pilota siatkę pieniędzy,
po czym pięknie zasalutował.

background image

W  Moskwie  znowu  siedzieliśmy  w  samolocie,  czekając,  aż  nas

zatankują.  Gdy  znaleźliśmy  się  ponownie  w  niebie,  Marian  sięgnął  po
butelkę. Pociągnął, zamknął oczy i zasnął. Patrzyłem przez okno, byliśmy
nad chmurami. Cisza i uczucie spełnienia nie trwały długo, bo weterynarz
osunął  się  z  siedzenia.  Leżał  bezwładnie  w  przejściu  pomiędzy  jednym
a  drugim  rzędem  siedzeń.  Podniosłem  się  natychmiast.  Podszedłem
i  szturchnąłem  go.  Nie  dawał  znaku  życia.  Przypomniałem  sobie,  że
w  tamtą  stronę  wspominał  o  kłopotach  z  sercem.  Łamanym  rosyjskim
poprosiłem  o  pomoc.  Jednak  niczego  nie  dało  się  zrobić.  Roztrzęsiona
stewardesa przykryła jego twarz białym ręcznikiem z logo Aerofłotu.

3

W  akademiku  niespodziewanie  pojawił  się  Arab.  Zaczarował  piękność

z  trzeciego  piętra.  Słyszałem  ją  kilka  razy  przy  portierni.  Dzwoniła
z  automatu  na  monety.  Podniecona  mówiła,  że  kończy  z  edukacją
i  wyjeżdża  na  Zachód.  Arab  –  kędzierzawy,  szczupły,  w  pumpach
i jedwabnej szwedce – zrobił na niej wrażenie.

W  domu  studenckim  mieszkał  również  Nabil,  Irakijczyk,  który

zachowywał  się  tak,  jakby  w  ogóle  nie  opuścił  ojczyzny.  Z  kaseciaka
puszczał  arabskie  zawodzenie  i  stojąc  przed  otwartymi  drzwiami  swojego
pokoju, pozdrawiał przechodzących. Mógł tak stać cały dzień. Nie chodził
na  wykłady.  Magistrem  został  na  pierwszym  roku,  kiedy  poważniejsza
suma dolarów wpłynęła na konto uczelni. Jedyne, co musiał, to wytrzymać
w Polsce pięć lat. I byłby zupełnie szczęśliwy, gdyby nie Barbara z Łodzi...
Raz na pół roku pojawiała się u nas w Poznaniu, wpędzając go w okropny
nastrój. Irakijski mąż nigdy nie zgłosił ślubu w ambasadzie. Zanim trafił do
Poznania,  zakochał  się  w  niej,  za  co  teraz  słono  płacił.  Szantażowała  go
nim.  Pobierała  dolę,  znikała,  a  po  sześciu  miesiącach  pojawiała  się
ponownie.

background image

Nabil  dowiedział  się,  że  arabski  Belmondo  ma  rodzinę  w  Berlinie

Zachodnim, a w dodatku jego wujek jest właścicielem komisu ze sprzętem
fotograficznym. Rysowała się więc szansa na dobry interes. Uwierzyłem, że
za kilka miesięcy opuścimy małżeński pokój, zaczniemy żyć jak ludzie. Był
warunek: arabski modniś chciał jechać ze mną i z Nabilem. Sytuacja była
wręcz  wymarzona.  Nabil  i  Arab  nadawali  się  idealnie  na  posiadaczy
aparatów  fotograficznych,  które  mieliśmy  upłynnić  w  komisie  wujka.
W  zamian  za  przysługę  przewiezienia  aparatów  ja  miałem  zapłacić  za
bilety.

Przed  wyjazdem  Belmondo  ściskał  i  czule  całował  swoją  ukochaną

z  trzeciego  piętra,  obiecując,  że  kiedy  wróci,  obsypie  ją  najdroższymi
kosmetykami. Pociąg relacji Moskwa – Paryż przez Berlin Zoo przyjechał
punktualnie. Ja, Arab i Nabil siedzieliśmy w przedziale drugiej klasy wraz
z  drobnymi  przemytnikami  wódki  i  papierosów.  Gdy  tylko  nas  zobaczyli,
zapytali,  czy  nie  byłoby  kłopotu,  gdybyśmy  przejęli  od  nich  na  czas
podróży  po  butelce  wódki  i  kartonie  papierosów.  Na  dworcu  w  Rzepinie
wsiedli  polscy  wopiści  i  celnicy,  którzy  z  miejsca  zaczęli  używać
śrubokrętów, szukając nie wiadomo czego. Sprawdzano paszporty, zadano
kilka  rutynowych  pytań.  Przejechaliśmy  Odrę.  We  Frankfurcie  weszli
niemieccy  mundurowi,  ale  tego  dnia  tylko  przeszli  się  po  pociągu,  nie
wchodząc do przedziałów.

–  Kurwa,  gdybym  mógł  to  przewidzieć  –  krzyknął  jeden  z  tych  od

papierosów. – Ja pierdolę, kasa przeszła koło nosa...

Stempelek w paszportach postawiono dopiero w Berlinie wschodnim. Na

peronie  dworca  Zoo  arabski  Belmondo  zaczął  coś  nerwowo  wyjaśniać
Nabilowi.  Wyjął  z  kieszeni  notesik,  wyrwał  kartkę,  zapisał  na  niej  jakieś
tajemnicze  znaki.  Na  koniec  pocałował  Nabila,  podał  mi  rękę  i  zszedł
schodami w dół. Gdy zniknął, zdałem sobie sprawę, że zabrał ze sobą mój
aparat. Krzyknąłem spanikowany:

– Muszę lecieć, aparat!
–  Spokojnie,  nigdzie  nie  biegnij,  zostawił  adres  wujka,  mamy  się  tam

spotkać  za  dwie  godziny.  Przyjdzie,  z  aparatem  przyjdzie.  Mówił,  że  ma

background image

ważną sprawę do załatwienia, dlatego się odłączył, na chwilę.

Wsiedliśmy  do  taksówki.  Adres  się  zgadzał,  lecz  zamiast  komisu  ze

sprzętem  fotograficznym  na  miejscu  zastaliśmy  przedsiębiorstwo
pogrzebowe.  Każdy  z  napotkanych  i  zapytanych  rozkładał  ręce  w  geście
bezradności,  mówiąc,  że  w  pobliżu  nie  ma  i  nie  było  żadnego  komisu.
Czekaliśmy na pięknisia. Moglibyśmy tak siedzieć do końca świata, może
zjawiłby się dopiero na sądzie ostatecznym...

Na  Kudamie,  tam  gdzie  nabyłem  jamniki,  ten  sam  czarnoskóry

sprzedawca  zapytany,  czy  tym  razem  nie  kupiłby  czegoś  ode  mnie,
zaproponował  połowę  kasy,  na  którą  liczyłem.  Ze  łzami  w  oczach
przecząco  pokręciłem  głową  na  nie,  więc  dorzucił  dwieście  marek.
Wziąłem te pieniądze rozgoryczony i załamany. Postanowiłem nie kupować
pięknej spacerówki dla syna, teraz nie było mnie na nią stać. Kupiłem litr
wódki na zabicie smutku. W tanim hotelowym pokoju otworzyłem butelkę.
Po dwóch kieliszkach Nabil odzyskał mowę. Przepraszał za Belmonda.

Zapadł  zmrok.  Szykowałem  się  do  spania.  Nabilowi  nie  w  głowie  był

odpoczynek. Już leżałem w łóżku i próbowałem zasnąć, kiedy oznajmił, że
wychodzi  do  budki  telefonicznej  zadzwonić  do  Szwecji,  do  kuzyna.  Oni
wszędzie  mają  tych  kuzynów,  a  ci  kuzyni  robią  się  wszyscy  nawzajem
w  konia  –  pomyślałem  i  zamknąłem  oczy.  Śniło  mi  się,  że  ktoś  krzyczy,
ktoś  mnie  szturcha,  budzi,  spać  nie  daje.  Śnił  mi  się  weterynarz  Marian
i jego głowa przykryta frotowym ręcznikiem z logo Aerofłotu. Żona i syn
też  mi  się  przyśnili  –  sprzedawali  na  targu  jabłka  zawinięte  w  pampersy.
W  pewnym  momencie  otworzyłem  oczy.  Nade  mną  stał  Nabil.
Podnieconym głosem oznajmił, że padł mur. Kuzyn mu to powiedział przez
telefon. Popukałem się w głowę, dając do zrozumienia, że majaczy.

– Nabil, nie powinieneś pić, to moja wina, przepraszam. Idź spać, o mur

się nie martw, jeszcze trochę postoi. – Znowu zasnąłem.

Rankiem  wstałem  i  otworzyłem  okno.  Wychyliłem  się.  Wszędzie  było

pełno ludzi. A na ulicach trąbiły wartburgi i trabanty.

background image

 

 

 

 

Alibi

 

background image

.

„Zdejmę  majtki,  będzie  nam  łatwiej  rozmawiać”.  Proste  zdanie.

Wyrwane z kontekstu brzmi całkiem zabawnie. Starzeję się. Gubię trop. Ni
to  blondynka,  ni  brunetka,  ni  ruda,  ni  szatynka,  ni  nie  wiem  co  jeszcze.
Pewnie  o  dreszczyk  chodziło.  Żaden  burdel  nie  ma  go  w  swoim  cenniku.
Prądu w worku nie poczujesz nigdy. Na nic starania najlepszych akrobatek.
Jedyne,  co  przychodzi  mi  na  myśl,  to  jej  wiek.  Dziewiętnaście  lat.  Sporo
tatusiów chce pieprzyć rówieśnice swoich córek. Z trudem odnotowują fakt,
że ktoś w ich wieku też chce pieprzyć ich córki. Nie mam córki. Nie mam
dzieci. Może ów brak wpakował mnie na minę?

Ta przebiegła redakcyjna świnia... Owszem, część tekstów, które dał mi

przeczytać,  moim  zdaniem  nadawała  się  do  druku,  choć  na  kolana  nie
rzucała.  Zresztą  takie,  które  na  kolana  rzucają,  zdarzają  się  rzadko.
Wysłałem  je  tu  i  tam.  Czekał  w  napięciu.  Ci  od  czytania  odpowiadają  po
długim czasie lub wcale nie odpowiadają. Taki zwyczaj. Tekst musi leżeć.
Kropa.  Był  wdzięczny,  że  wykazałem  zainteresowanie  i  chciałem  pomóc.
Pomagać  trzeba  –  mówiła  moja  mama.  Wierzyć  też  trzeba.  W  wierzenie
mama wierzyła najbardziej. Coś we mnie zostało. Pomogłem i wierzyłem,
że inni uwierzą. Ojciec byłby przeciwnego zdania, ale tata genetycznie był
przeciwny wszystkiemu i wszystkim.

Zacząłem z kolesiem regularnie wychodzić po pracy do baru. Opowiadał,

wyglądał na szczerego. Normalne gadki o życiu, z grubsza rzecz ujmując.
Gestykulował  jak  drewniana  kukiełka.  Rozbrajał  mnie.  Uwielbiałem
patrzeć  na  to  przedstawienie.  Od  dłuższego  czasu  nie  bywałem
w towarzystwie tak charakterystycznej postaci.

Za którymś razem do baru przyszła ta mała, córka jego starszego brata.

Po  kilku  drinkach  wyjęła  z  torebki  książkę.  Nie  sądziłem,  że  można  ją
jeszcze gdzieś kupić, że ktoś pamięta, wie. Poprosiła o dedykację i adres.
Adres?  „No,  tak,  gdybym  miała  jakieś  problemy,  przemyślenia”  –
powiedziała.

background image

Kolega  bliski  się  zaczął  z  niego  robić,  zapoznał  mnie  ze  swoją  ciotką,

starą wariatką żyjącą w towarzystwie trzech birmańskich kotów. „Nie masz
kota?”  –  zapytała  zdziwiona.  Jeszcze  tego  brakowało,  żebym  po  pracy
sprzątał  kuwety.  Głaskała  je,  nie  przerywając  przy  tym  rozmowy.  Ciotka
była  bardzo  oczytana,  czym  mi  zaimponowała.  Miała  o  wiele  większą
wiedzę  na  temat  literatury  niż  ten  koleś,  który  literaturę  chciał  uprawiać.
Przyszła pierwsza odpowiedź na mejl. Odmowna. Zmartwił się, ale nie do
tego  stopnia,  żeby  uwierzyć,  że  następne  będą  identyczne.  Za  którymś
razem  w  knajpie  powiedział,  że  ciotka  jest  bardzo  bogata,  a  że  nie  ma
potomstwa,  to  cały  majątek  zostanie  przekazany  jemu  i  bratu.  Problem
w  tym,  że  dopiero  po  śmierci.  „Patrząc  na  nią,  wydaje  się,  że  może
pociągnąć  do  setki.  A  na  co  mi  będą  te  pieniądze,  kiedy  będę  stary?”  –
powiedział  złamanym  głosem.  Ponoć  próbował  z  bratem  nakłonić  ją  do
innej decyzji. Chcieli, żeby chociaż część majątku przekazała im wcześniej.
„Jak  umrę,  to  wszystko  dostaniecie.  Dajcie  jeszcze  pożyć,  chłopcy”  –
mówiła słodkim głosem.

Tak się stało, że z niewiadomych dla mnie powodów zaskarbiłem sobie

przychylność  starszej  pani,  która  wręcz  nalegała,  abyśmy  po  pracy  nie
chodzili  do  baru,  a  swoje  kroki  kierowali  do  niej.  Miałem  opory.  Tamten
nalegał.  Karmiła  nas  i  dawała  się  napić,  toteż  przez  pewien  czas
traktowałem te wyjścia jak odmianę swojego, było nie było, monotonnego
życia.  I  co?  Pewnie  bym  tak  dalej  do  niej  chodził.  Jadł  i  pił  za  darmo,
gdyby nie to, że ciotka zaczęła mi okazywać większe zainteresowanie niż
kolesiowi. W pracy zaczynał mnie unikać, a kiedy mówiłem, czy byśmy do
ciotki  nie  skoczyli,  wynajdywał  tysiące  zajęć,  aż...  No  właśnie.  Pewnego
wieczoru ktoś zapukał do moich drzwi. Po chwili okazało się, że ten ktoś to
jego bratanica trzymająca pod pachą moją książkę.

– Mam wiele pytań. Mogę wejść? – Usiadła na sofie, zadzwonił telefon.
– Jesteś u niego? – zapytał czyjś głos.
– No coś ty – odpowiedziała oburzona. – Przecież mnie znasz. Wiesz, że

nie  kłamię.  Gdybym  była,  to  bym  ci  powiedziała  –  zapewniała
zdecydowanym tonem. Po chwili odłożyła komórkę.

background image

Nie pytałem o nic. Usiadłem obok niej.
– To o co chodzi?
– Wujek się o mnie martwi.
– Ale przecież...
– Jasne, jasne.
– Napijesz się czegoś?
– Może być wino.
Przyniosłem butelkę i dwa kieliszki. Pierwszy wypiła duszkiem. Drugi na

dwa razy. Cisza. Przejmująca cisza.

– Zdejmę majtki, będzie nam łatwiej rozmawiać...
Sukienka,  do  tej  pory  lekko  odsłaniająca  kolana,  powędrowała

w kierunku bioder. Te łyse miejsca oraz fikuśne fryzurki nie robią na mnie
takiego wrażenia jak wzgórki zostawiające w ustach włosek albo dwa. Wiła
się  i  widziałem,  jak  jej  twarz  nabiera  rumieńców.  Wstała  jednak  nagle,
podciągnęła majtki do góry i powiedziała, że musi iść.

– A ja?
– Poradzisz sobie jakoś, pisarzu.
To straszne. Świat na psy schodzi. Amen. No, może nie do końca amen,

bo następnego dnia w pracy podszedł do mnie koleś i mówi:

– Wczoraj posunąłeś moją bratanicę!
Pamiętałem,  że  dzwonił.  Powiedziała  mu,  że  jej  u  mnie  nie  ma.  Robię

wielkie oczy i gram, choć jaka to sztuka? Posunąłem? Robota jednostronna,
więc się nie liczy, myślę. A w dodatku, co ci do tego. Jest pełnoletnia.

– No coś ty – odpowiadam wielce zdziwiony.
–  Nie  kłam,  była  u  ciebie.  Stuknąłeś  ją.  A  ja  myślałem,  że  jesteśmy

przyjaciółmi, że nigdy nie posuniesz się tak daleko.

– Jakieś fantazje. Nie było jej u mnie.
–  Słuchaj,  wczoraj  zadzwoniła  do  swojego  ojca.  Powiedziała,  żeś  ją

zgwałcił. Szukasz kłopotów?

background image

Przez  moment  poczułem,  że  miękną  mi  kolana,  że  zostałem  wrobiony

albo właśnie jestem wrabiany w jakąś straszną aferę.

–  O  czym  ty  mówisz,  jaki  gwałt?  Zwariowałeś  kompletnie?!  To  jakaś

pomyłka!

–  Chodź  na  taras.  No  chodź.  Zadzwonię  do  niej,  nic  się  nie  odzywaj,

puszczę na głośnik.

Wystukał jej numer na telefonie.
– Cześć. Rozmawiałem z nim. Mówi, że cię nie było.
– Kłamie.
– Ale dlaczego ty kłamałaś?
– Że co?
– Że cię tam nie ma. Jak byłaś.
– Trochę wypiłam.
– Co ci zrobił?
– Wszystko.
– Wszystko?
– Zapomniałam przez chwilę, że jest stary i obleśny.
– To jak? Chciałaś czy nie?
– Nie chciałam. Byłam pijana.
– Do ojca dzwoniłaś?
– Tak.
– Okej. To trzymaj się. Aha, masz zamiar iść z tym na policję?
– Jeszcze nie wiem.
– Cześć.
– I co? – zwrócił się do mnie.
Ciągle starałem się trzymać fason.
– To są jakieś brednie.
– Brednie? Poczekaj, jeszcze zadzwonię do jej ojca, też sobie odsłuchasz.
– No co tam? No, i co ty na to?

background image

–  Czasami  jest  mi  wstyd,  że  darzy  mnie  takim  zaufaniem.  O  wielu

rzeczach wolałbym nie wiedzieć.

– Dobra, ale co ty na to wszystko?
– To, że spali ze sobą, nie robi na mnie żadnego wrażenia.
– Ale on jest w twoim wieku!
– No i co z tego?! W tamtym roku spała ze swoim nauczycielem.
– Ale ten facet ma pięćdziesiąt pięć lat!
–  Nieważne.  Najgorsze  jest  to,  że  człowiek  uważa  się  za  twojego

przyjaciela. Przyjaciele mówią sobie prawdę. Nie?! Ty się go zapytałeś, czy
była u niego, a on, że nie. Więc co to za przyjaciel? Druga sprawa, i ta mnie
bardziej  martwi  niż  życie  intymne  mojej  córki,  że  facet  nie  tylko  nie  jest
twoim  przyjacielem,  ale  jest  podstępnym  draniem.  A  na  takich  trzeba
uważać i eliminować najszybciej jak się da.

– Słucham...
–  On  w  zatrważająco  szybkim  czasie  zaskarbił  sobie  przyjaźń  naszej

ciotki.  Omotał  ją  wręcz.  Wiem  o  tym.  Ta  stara  wariatka  się  w  nim
zakochała.  Kiedy  dzwoniłem,  tylko  on  i  on.  Musisz  coś  z  tym  zrobić,  bo
facet,  wykorzystując  znajomość,  doprowadzi  do  tego,  że  ona  jemu
wszystko zapisze.

Pieniądze? Pieniądze ich ciotki? Ostatnia rzecz, o której bym pomyślał.

Bałem  się,  że  z  tego  wszystkiego,  co  było  w  sumie  niczym,  zrobi  się
porządna  afera.  Posądzenie  o  gwałt  to  nie  przelewki.  Nie  pozostało  nic
innego jak załatwienie sobie alibi. Mam tu w mieście Alibi. Moje Alibi jest
mocne,  wierne  i  stare.  Alibi  załatwiło  mi  pierwszą  pracę.  Przez  Alibi
doszedłem do czegoś. Alibi zorganizowało konfrontację z koleżką, ale mała
nie  chciała  się  pokazać.  Stanęło  więc  na  tym,  że  mnie  nie  było  w  domu.
W  tym  dniu  byłem  u Alibi  i  nawet  zostałem  na  noc.  Jasne?  Jasne,  jasne.
Wszyscy  kłamaliśmy,  ale  cele  zostały  osiągnięte.  Pieniądze  i  przyszłość
braci  zabezpieczona,  bo  już  nigdy  nie  odwiedziłem  starszej  pani.
Zwolniłem  się  z  redakcji  i  opróżniając  biurko,  rzuciłem  na  pożegnanie:
„Dobrze  pływasz,  ale  pływasz  w  gównie.  Wcześniej  czy  później  ludzie

background image

przestaną znosić twój smród i żadne pieniądze ci w tym nie pomogą. Adios,
grafomanie!”. Koleś się zaczerwienił. Nic nie odpowiedział. Szef nie mógł
pojąć, dlaczego tak nagle, tak nieoczekiwanie odchodzę.

– Przecież przepracowałeś tu wiele lat...
– Wie szef – powiedziałem. – Są rzeczy na ziemi i w niebie, o których mi

się  nawet  nie  śniło,  ale  są,  stają  się,  więc  trzeba  tak  jechać  tym  statkiem
kosmicznym, żeby jakoś dojechać.

– Nie rozumiem – powiedział szef.

background image

 

 

 

 

Pączuś Piłat od rana ma dobry hummus

 

background image

.

Tak,  to  była  ta  oliwa.  Z  pierwszego  tłoczenia.  Na  zimno.  Słomkowa

w swej barwie, o zniewalającym zapachu dojrzewających pomarańczy. Piłat
leżał w wannie wypełnionej po brzegi tłustą substancją. Sporo czasu minęło
nim znalazł właśnie tę, o takiej konsystencji, takim zapachu i w tak dobrej
cenie.  Owszem,  od  czasu  do  czasu  nabywał  coś  z  górnej  półki,  ale  kiedy
kosztował, niejednokrotnie odnosił wrażenie, że to nie do końca to. Czegoś
w  innych  oliwach  brakowało,  choć  nie  wiedział  czego...  Dlaczego
postanowił  się  wykąpać  w  oliwie?  Od  kilku  lat  nie  sypiał  dobrze,  toteż
medyk doradził mu, by spożywał mniej mięsa i generalnie zmienił dietę. Do
tego  przeraźliwie  chrapał,  co  skończyło  się  tym,  że  Piłacina  wymogła  na
nim opuszczenie wspólnego łoża. O rozwodzie nie było mowy, ale na noc
udawał  się  do  osobnego  pokoju.  Prześladowały  go  mary.  Wyrok  wydany
przed  laty  –  śmierć  mężczyzny,  do  której,  było  nie  było,  przyłożył  rękę  –
sprawił, że z człowieka o wesołym usposobieniu stał się zrzędą.

*

Wszystko  zaczęło  się  od  płyty  zespołu  Ścierwo  zatytułowanej  Gwiazdy

w  odbycie.  Ów  krążek  wskoczył  na  szczyty  muzycznych  notowań
i  podstarzali  rockmani,  którzy  do  tej  pory  byli  znani  bardzo  małej  grupie
odbiorców, faceci zdrowo po czterdziestce, z dnia na dzień stali się idolami.
Piłat  nie  cierpiał  takiej  muzyki,  choć  szanował  gusta  innych.  Musiał
szanować, gdyż z wykształcenia był prawnikiem, a ponieważ brzydziło go
prawo karne – nierzadko zajmujące się krwią i przemocą – po ukończeniu
studiów wybrał specjalizację spokojną: prawo autorskie. Bezpieczny kącik
stał się jednak jego zmorą...

*

Pewnego dnia zjawił się w jego biurze impresario cenionego w świecie

szlagierów  wokalisty,  który  firmował  płyty  nazwiskiem  Schweinbauer.

background image

Artysta 

wykonujący 

utwory 

proste 

wpadające 

ucho,

nieskomplikowanej 

linii 

melodycznej 

oraz 

jeszcze 

mniej

skomplikowanych tekstach, kiedy usłyszał w radiu jedną z piosenek z płyty
Gwiazdy w odbycie, o mało nie dostał zawału.

Doskonale  pamiętał  swój  występ  w  Krems,  na  który  przyszły  tysiące

okolicznych rolników, i to, że po koncercie zamiast grzecznie iść do hotelu,
przypadkowo wylądował w małej knajpce, w której grała hałaśliwa kapela.
Kiedy  już  miał  wychodzić,  gdy  o  mało  nie  eksplodowały  mu  bębenki
w  uszach,  przystanął.  Spokojna  ballada,  z  prostym  tekstem  o  miłości
i wszystkim tym, co z niej może wyniknąć, zatrzymała go w miejscu. Na
papierowej  serwetce  zapisał  tekst  piosenki.  Na  drugi  dzień,  w  swoim
prywatnym  studiu,  siedząc  z  gitarą  w  rękach,  skomponował  muzykę  do
cudzego  tekstu.  Był  przekonany,  że  grupa  nieudaczników  marnie
szarpiących  struny  tanich  instrumentów  nigdy  się  nie  przebije,  a  tym
samym nikt nigdy więcej o nich nie usłyszy. Sprawa wydawała się na tyle
oczywista i prosta, że przez głowę nie przeszedł mu pomysł skontaktowania
się  ze  Ścierwem.  Piosenka  znalazła  się  na  płycie  Moja  mała  Macierz,  ale
niestety  nie  stała  się  szlagierem.  Muzyk  przestał  ją  wykonywać  i  szybko
o niej zapomniał.

Dopiero gdy po latach usłyszał ją w radiu i dowiedział się o niebywałym

sukcesie  grupy  Ścierwo,  postanowił  –  licząc  nie  tylko  na  dodatkowy
zarobek,  ale  przede  wszystkim  na  aferę,  która  mogłaby  podtrzymać  blask
jego gasnącej gwiazdy – wysłać swojego impresaria do Piłata.

*

Życie Piłata nie należało do najłatwiejszych. Gdy zrezygnował z kariery

prawniczej,  oświadczył  Piłacinie,  że  zajmie  się  wypiekiem  pączków.
Pomysł wydawał się niedorzeczny, ale żona miała świadomość tego, że mąż
bardzo przeżywał sprawę, która doprowadziła do ukrzyżowania niewinnego
człowieka.  Dlatego  przymknęła  oko  na  absurdalność  projektu  i  pozwoliła
mu  otworzyć  piekarnię.  Kiedy  koledzy  z  branży  dowiedzieli  się,  że

background image

wiedziony  wyrzutami  sumienia  pożegnał  się  z  zawodem  i  zaczął  piec
pączki, nazwali go Pączusiem, Pączusiem Piłatem.

Piłacina  kochała  Piłata  pomimo  dokuczliwego  chrapania,  mimo  to,  że

zrezygnował  z  prawniczej  kariery  i  że  z  wołowiny  przerzucił  się  na  ryby.
Turcy,  których  Piłat  darzył  sympatią,  potrafili  handlować,  a  ryby  i  owoce
mieli  najświeższe  w  całym  mieście.  Czasami  dawał  się  więc  zwodzić
bliskowschodnim czarom.

–  Poproszę  jedną  rybę.  Ta  jest  ładna  –  mówił  i  wskazywał  palcem

martwe ciało srebrzystej dorady elegancko obłożonej pokruszonym lodem.

– Jedną?
– Tak.
– Jest pan samotny?
– Nie, nie jestem.
– To, dlaczego chce pan kupić jedną rybę?
– Bo nam wystarczy jedna. Właśnie taka. Jest duża.
– Niech pan kupi dwie, ale mniejsze.
– Dlaczego dwie?
– Jak pan kupi jedną, ale dużą, będzie problem.
– Jaki?
– Będzie musiał pan ustalić, kto dostanie część z ogonem, a kto z głową.
– Nie można dużej ryby podzielić? Od głowy do ogona? Tak, żeby każdy

dostał i kawałek głowy, i kawałek ogona?

–  Można,  wzdłuż.  Tyle,  że  wtedy  dostanie  pan  połowę  głowy  i  połowę

ogona. A ludzie, proszę pana, lubią całe głowy i całe ogony. W przypadku
dorad zwłaszcza.

*

Impresario  Schweinbauera  był  tłusty,  spocony  i  przeraźliwie  sapał.  Na

palcach  miał  złote  sygnety,  a  na  szyi  gruby  srebrny  łańcuch,  na  którym
zawieszony  był  medal  z  napisem  „Heimat”.  Szybko  i  rzeczowo  objaśnił

background image

sprawę.  Jego  pracodawca  domagał  się  publicznych  przeprosin,
odszkodowania  oraz  wycofania  Gwiazd  z  odbytu  z  rynku.  Na  dowód
plagiatu  przyniósł  Piłatowi  obie  płyty.  Choć  w  warstwie  muzycznej
piosenka twórcy szlagierów znacznie różniła się od tej, pod którą podpisał
się  lider  Ścierwa,  to  teksty  były  identyczne.  A  krążek  Schweinbauera
datowany był na kilka lat wcześniej. Suma odszkodowania zaproponowana
przez  przedstawiciela  pokrzywdzonego  była  bardzo  wysoka.  Na  pozór
sprawa wydawała się banalnie prosta, zbyt prosta nawet.

Piłat skontaktował się z liderem zespołu Ścierwo, a ten w krótkim czasie

odwiedził jego biuro. Muzyk pienił się i przeklinał. W tym, co mówił, był
bardzo  wiarygodny.  Piłat  dobrze  wiedział,  że  artyści  mają  specyficzną
wyobraźnię i dar manipulowania nie tylko jednostkami, ale i rzeszami dusz.
Chodziło  jednak  o  fakty.  Zimne  fakty.  Choć  lider  grupy  krzyczał,  że
plagiatu dopuścił się Schweinbauer i w niewiadomy sposób podwędził mu
słowa,  nie  miał  na  to  żadnych  dowodów,  a  tym  bardziej  wcześniej
zarejestrowanego materiału. Sprawa stała się głośna, gdy lider Ścierwa, nie
mogąc  się  pogodzić  z  ewidentnym  kłamstwem,  postanowił  zakończyć
życie, wcześniej udzieliwszy obszernego wywiadu dla wysokonakładowego
pisma.

*

Heinrich Piłat zastanawiał się, czy aby przodkowie, którzy obdarowali go

tym  charakterystycznym  nazwiskiem,  nie  popełnili  jakiegoś  mrożącego
krew w żyłach świństwa. Ba, czy oni czasem nie pochodzili w prostej linii
od  drania,  który  załatwił  setki  lat  temu  rewolucjonistę  z  Palestyny?
Porzuciwszy  więc  intratny  zawód,  zajął  się  wypiekiem  pączków,
a ponieważ interes szedł słabo, wymyślił, że zostanie jednak producentem
hummusu.  Od  jakiegoś  czasu  eksperymentował  z  ciecierzycą,  choć  jak
dotąd  efekty  miał  marne.  Ta  ugotowana,  z  puszki,  zupełnie  się  nie
nadawała.  Okrągłe  ziarna,  które  kupował  na  targu,  a  potem  sam  gotował
w domu, były o niebo lepsze, ale po sporządzeniu z nich bliskowschodniej
pasty,  czegoś  brakowało...  Wody  używał  znakomitej,  czosnku  pierwszej

background image

klasy,  limonek,  z  których  wyciskał  sok,  też,  więc?  Pewien  turecki
sprzedawca powiedział mu kiedyś, że cała tajemnica tkwi w oliwie, choć ta
stanowi znikomą część potrawy.

Piłat  zaczął  kupować  przeróżne  oliwy.  Te  reklamowane  w  najlepszych

poradnikach  kulinarnych,  te  doradzane  przez  światowej  sławy  szefów
kuchni  oraz  te  mniej  znane.  Od  zielonkawych  ze  środkowych  Włoch,
poprzez żółtawe z południa Hiszpanii, Francji, Grecji i Chorwacji. Zdarzały
się  butelki  nawet  z  Cypru  czy  Izraela.  Owszem,  klienci  –  którzy
przychodzili  do  byłej  piekarni  zamienionej  na  sklepik  z  hummusem  –
chwalili, lecz bez zbytniego entuzjazmu.

Któregoś  deszczowego  popołudnia  wybrał  się  do  pobliskiego

supermarketu i na półkach z oliwą znalazł zieloną puszkę. Wziął ją do rąk
i przeczytał informacje na etykiecie. „No, no – pomyślał. – Jeśli to, co tu
piszą,  jest  prawdą,  to,  no,  no...  Valdezarza...  Hiszpania”.  Nigdy  o  tym
producencie  nie  słyszał,  ale  postanowił  zakupić  dwa  litry  z  pierwszego
tłoczenia  na  zimno,  cztery  puszki,  mówiąc  dokładniej.  W  domu  otworzył
jedną z nich i wlał do małego kieliszka odrobinę słomkowego płynu. „Mój
Boże”  –  pomyślał.  „Mój  Boże  –  powtórzył  w  myślach.  –  Jeśli  jest  niebo,
i  mają  tam  oliwę,  to  pewnie  wyłącznie  z  firmy  Valdezarza.  Słońce,
pomarańcze,  ożywcze  powietrze,  trochę  cytryny,  delikatny  zapach  kory
dębowej,  złoto...”.  Piłat  poczuł,  że  trafił  na  coś  niesamowitego,  coś,  co
trudno byłoby opisać najlepszemu krytykowi kulinarnemu.

Następnego  dnia  kupił  na  targu  najlepszej  klasy  ciecierzycę,  czosnek,

pastę  tahini,  kumin  i  limonki,  a  w  sklepie  z  napojami  trzylitrową  szklaną
butelkę  niegazowanej  wody  z  Islandii.  Wróciwszy  do  domu,  opłukał
kuleczki ciecierzycy i wstawił je do dużego garnka. Nalał wody. Odstawił
na  balkon  do  następnego  ranka.  Piłacina  widziała,  że  mąż  był  bardzo
podniecony, znała go dobrze.

Tamtej  nocy  Piłat  nie  chrapał,  spał  spokojnie  i  obudził  się  wypoczęty.

Nie  zjadł  śniadania,  nie  wypił  porannej  kawy.  Wyszedł  na  balkon
i  przyniósł  garnek.  Ciecierzyca  nabrzmiała.  Postawił  garnek  na  kuchence
indukcyjnej. Po kilku godzinach wyjął jedno z okrągłych ziaren i włożył do

background image

ust. Było idealnie miękkie. Kiedy woda ostygła, nie wyrzucił łupinek, które
podczas gotowania oddzieliły się od nasion. Zmielił je razem z kuleczkami
w mikserze, dodawszy wody z Islandii. Do otrzymanej papki dodał sok ze
świeżo  wyciśniętych  limonek,  kilka  ząbków  czosnku,  tahini,  kumin,
szczyptę  soli,  a  na  sam  koniec  dolał  oliwę  i  raz  jeszcze  zmiksował
składniki.  Pastę  wkładał  giętką  szpatułką  do  plastikowych  pojemników.
Kiedy skończył, na każdym z nich nakleił nalepkę, na której widniał napis
„Pączuś  Piłat  od  rana  ma  dobry  hummus”.  Potem,  na  koniec  dnia,  noc
postanowił spędzić z Piłaciną, w jednym łóżku.

Rankiem, wyspany, spojrzał w zdziwione oblicze żony – która nie mogła

zasnąć ze stresu na myśl o tym, co już przez lata zdążyła przeżyć – wstał,
poszedł  do  kuchni  i  przygotował  śniadanie.  Po  posiłku  ubrał  się,  wyjął
z lodówki hummus, zapakował do kartonu i wyszedł.

W  południe  zjawił  się  w  sklepie  brodaty  jegomość  w  białej  czapeczce.

Mówił  z  obcym  akcentem,  choć  jego  twarz  nie  miała  bliskowschodnich
rysów. Poprosił o dwa opakowania hummusu, a potem zniknął...

Gdy Piłat wrócił do domu, żona nieśmiało zaproponowała mu następną

wspólną noc. Nie chrapał...

Nazajutrz  w  sklepie  zjawił  się  ten  sam  obcokrajowiec,  tyle  że  miał  na

sobie  białą  sutannę.  Poprosił  o  pięć  opakowań  hummusu  i  kiedy  zapłacił,
spojrzał Piłatowi prosto w oczy, mówiąc:

–  Twój  hummus,  człowiecze,  jest  boski.  Zaprawdę  powiadam  ci,  jeśli

popełniłeś jakieś ciężkie przewinienie, zostało już wybaczone. Amen.

background image

 

 

 

 

Dżender domowy

 

background image

.

Life can be a comedy or a tragedy,

it all depends on how you look at it.

Woody Allen, Melinda and Melinda

 
 
 

Otwieram  oczy  i  zaraz  chcę  je  zamknąć.  Białe  ściany,  pustka,  echo...

Muszę  wstać,  muszę  zacząć  żyć.  Muszę  coś  zjeść.  Biała  lodówka,  pusta,
echo...  Wszystko  już  wyjadłem,  nawet  dżem  rabarbarowy  i  resztkę
krakersów. Parzę herbatę i znowu jem owsiankę, została z wczoraj. Za dużo
ugotowałem. Jest zimna, ale mówią, że na zimno zdrowsza. Zjadłem. Patrzę
w lustro. Jestem gruby, kulawy, stary, rozwiedziony, płacę kupę alimentów,
nie  mam  tradycyjnego  wykształcenia,  a  przecież  byłem  tak  blisko.  Córkę
widuję od czasu do czasu. Nie chodzę w garniturze i nie pracuję w banku.

Pracuję  w  domu  wariatów  na  oddziale  zamkniętym.  Przebywanie

z wariatami jest wyczerpujące umysłowo i fizycznie, pomimo to zgadzam
się na nadgodziny, a i tak cały czas jestem na minusie. Wszystko, czego się
dorobiłem,  to  wielki  minus  –  na  koncie  i  w  życiu.  A  przecież  mieszkam
w najbogatszym mieście w kraju... Właśnie w tym mieście nauczyłem się
doskonale operować liczbami ujemnymi. Nawet wczoraj nie dałem rady ze
swojego  minusa  zapłacić  wszystkich  rachunków,  bo  wróciłem  z  urlopu
i dostałem gołą wypłatę. Niby mam samochód, ale mnie na niego nie stać.
Jeżdżę  na  rowerze,  pod  wiatr,  w  deszczu,  w  zimnie.  W  pracy  i  w  bloku
podejrzewają, że jestem zboczony. Bezskutecznie próbuję sprzedać piękną
wiolonczelę.  Sprzedawca  ze  sklepu  muzycznego,  gdy  mnie  widzi,  ucieka,
chyba brzydko pachnie mi z ust. Nie stać mnie na dentystę. A jeśli się już
kiedyś  zdecyduję  do  niego  pójść,  to  potem  umrę  z  głodu  i  popadnę
w jeszcze większe długi, choć to drugie będące wypadkową pierwszego, nie
będzie już ważne.

Tu,  gdzie  mieszkam,  jest  ciemno,  zimno  i  wietrznie,  choć  ogrzewanie

mam tanie i nie trzeba czekać na sezon grzewczy. Marznę. Jest mi zimno,

background image

bo  jestem  sam  i  daleko  od  córki.  Daleko,  choć  blisko.  Mieszka  w  tym
samym mieście, tylko dwa kilometry ode mnie. Była nastawia ją przeciwko
mnie, choć nic złego jej nie zrobiłem i nie robię. Jak tak dalej pójdzie, to
córka całkiem o mnie zapomni, będzie się mnie bała. Kiedyś było inaczej.
Kiedyś wszystko było inne. Lepsze? Nie wiem...

Po  pracy  wpadłem  do  baru.  Chciałem  odreagować,  bo  zmiana  była

ciężka.  Ciężka  i  cuchnąca  gównem.  Boże,  kiedyś  chodziłem  na  dyżury.
Teraz  to  miejsce  kojarzę  z  fabryką,  dlatego  już  nie  chodzę  na  dyżury.
Pewnego  dnia  Barbara  ubzdurała  sobie,  że  została  zgwałcona  przez  kota.
Szeptem  opowiadała  podczas  obiadu,  że  kot  był  wyjątkowo  brutalny
i  strasznie  się  nad  nią  pastwił.  Na  dowód  gwałtowności  kota,  obnażyła
lewą,  obwisłą  pierś,  na  której  widniały  zadrapania.  Lekarz  nawiedzający
Barbarę  podczas  snu  stwierdził,  że  nosi  w  swoim  łonie  bliźniaki.  Nie
chciała ich stracić, dlatego wymogła na rodzinie wózek inwalidzki. Wózek
miał zapobiec poronieniu. W każdym razie tego dnia bardzo pachniało od
niej kupą. Podszedłem i pochyliłem się nad nią.

– Basiu, zrobiłaś kupę? – zapytałem grzecznie.
Była tak szybka, że nie zdążyłem się uchylić. Klocek Barbary wylądował

na  mojej  głowie.  Pewnym  ruchem  przyklepała  to,  co  mi  ofiarowała.
Musiałem  się  jakoś  wyprostować.  Uważnie  i  powoli  pionizowałem  swoją
przygarbioną  sylwetkę,  bo  prócz  tego,  co  miałem  na  głowie,  miałem  też
w głowie wizję spadającego gówna – za kołnierz. Powoli ruszyłem w stronę
dyżurki.  Kiedy  tam  doszedłem,  zobaczyłem  koleżankę  obcinającą
paznokcie, więc aby jej nie wystraszyć, powiedziałem cicho:

– Słuchaj, mam gówno na głowie, mogłabyś mnie zastąpić i pójść do sali

telewizyjnej? Poszedłbym się wykąpać na dół.

Nie spuszczając wzroku ze swoich palców, wymamrotała:
–  Taaa,  gówno  na  głowie.  Gówno.  Gówno  prawda...  Wszystkim  już

odbija w tej robocie... – Zapanowała chwilowa cisza. Pielęgniarka zaczęła
wciągać  powietrze  nosem.  Podniosła  wzrok.  –  O  Jezu,  ty  masz  gówno  na
głowie!!! Rzeczywiście, ktoś ci nasrał na głowę!!!

– Już dobrze, nie podniecaj się. To co, zastąpisz mnie?

background image

– Jasne.
Tak  samo  powoli,  jak  wszedłem  do  dyżurki,  wyszedłem  na  korytarz.

Wolnym  krokiem  posuwałem  się  w  stronę  windy.  Zjechałem  do  piwnicy,
gdzie znajdowały się prysznice. Spojrzałem w lustro. Widok był tragiczny,
toteż  sięgnąłem  ręką  po  garść  papierowych  ręczników.  Resztę  trzeba  było
spłukać.  Rozbierałem  się  również  bardzo  powoli,  choć  nic  z  głowy  spaść
już nie mogło.

Wszedłem do kabiny. Strumień zaczął smagać włosy. Brzydziłem się ich

dotknąć, lecz musiałem... Jedna dłoń naciskała na dozownik z szamponem,
a druga operowała słuchawką prysznica. Nie wierzyłem, że pozbyłem się na
dobre  klocka  Barbary.  Dlatego  wyszedłem  z  kabiny  i  z  kieszeni  mojego
uniformu  wyjąłem  telefon,  coś  na  kształt  krótkofalówki.  Zadzwoniłem  do
koleżanki z drugiego piętra. W instytucji, w której pracowałem, większość
facetów  była  spedalonych,  toteż  nie  miałem  ochoty  wzywać  nikogo,  kto
potem  mógłby  wykorzystać  niezręczność  sytuacji.  Wcisnąłem  dwójkę.
Odezwała się Ewa.

– Słuchaj, jest taka sprawa. Miałem wypadek.
– Co? – krzyknęła przerażona.
–  Nie,  nic  poważnego,  ale  siedzę  teraz  pod  prysznicem  na  dole,  już  się

wykąpałem.

– Zesrałeś się?
– Prawie.
– Aha.
– Znaczy się: nie ja.
– Rozumiem.
– Więc, czy mogłabyś zejść na dół z maszynką do golenia?
– Gdzie cię mam ogolić?
– Na głowie.
– Szkoda. Dobra, zaraz tam będę. Słuchaj, ale co się dokładnie stało?
– Barbara nasrała mi na głowę.

background image

– Jak to możliwe?
– Ano możliwe.
– To wiesz, może oprócz tej elektrycznej, zabiorę ze sobą jednorazową?

Wiesz, najpierw zrobię cię z grubsza, a potem na glanc, na łyso.

– Okej, brzmi dobrze.
Po  kilku  minutach  Ewa  była  na  dole.  Usiadłem  na  taborecie,  a  ona

ogoliła mnie na jeżyka.

– Dalej się nie da. Teraz pojedziemy drugim sprzętem.
– Dobra. – Zabrała ze sobą piankę do golenia. Spryskała nią moją głowę

i  dobrze  wmasowała.  Potem  powoli  i  z  namaszczeniem  zbierała  ostrzem
śnieżnobiałą pianę, w której od czasu do czasu pojawiały się króciuteńkie
czarne włoski. Golenie było przyjemne i odprężające. Zamknąłem oczy. Nie
myślałem o Ewie, która choć miła, była garbatą karlicą ze sztuczną szczęką.
Myślałem o pięknej kobiecie – takiej, która by mnie kochała i utrzymywała.
O idealnej partii. Marzenia kierowały się w stronę kobiety o nieokreślonej
urodzie,  kobiety  bogatej  i  oddanej;  takiej,  która  powiedziałaby:  „Kolego
drogi, kochany, porzuć pracę w domu wariatów. Stać mnie. Mam kasę. Nie
wracaj tam. Tylko od czasu do czasu mnie wydymaj i ugotuj smacznie, bo
nie cierpię garów. Posprzątać też możesz. Poprasować też...”.

–  Poprasować?  Co  ty  tam  pod  nosem  gadasz?  –  zapytała  Ewa.  –  Już

skończone. Wyglądasz jak Kojak.

– Jak kto?
– No, nie pamiętasz? Taki amerykański łysy detektyw. Nazywał się Telly.
–  Telly  Savalas,  tak  pamiętam.  Był  brzydki  jak  noc,  łysy  i  ciągle  miał

w ustach lizaka.

– Właśnie! Teraz go przypominasz z fryzury – krzyknęła Ewa.
– Dzięki, nie wiem, jak ci się będę mógł odwdzięczyć.
– Nie ma sprawy, stary. Trzeba sobie pomagać, nie? Możesz po robocie

wychylić drinka za moje zdrowie.

– Mogę ci też postawić, jak chcesz.

background image

– Nie, lepiej tylko za mniej wypij. Ja nie mogę, zdrowia nie mam. Ten

garb z roku na rok coraz bardziej mnie wkurwia.

– Nie da się z tym czegoś zrobić?
– Da.
– Więc?
–  Czekam,  aż  zdechnie  w  naszym  zoo  ostatni  wielbłąd,  potem  do  nich

zadzwonię i zaoferuje siebie za michę!

– Myślisz, że pójdą na to?
–  Jasne,  stary,  będą  mieli  prawdziwą  wielbłądzicę,  która  przemawia

ludzkim głosem nie tylko w Wigilię.

– Jesteś zabawna.
– No, stary, nie ma się co nad sobą rozczulać, zawsze może być gorzej.
– Co prawda, to prawda.
– No to śmigaj do roboty.
– Aha, jeszcze jedna prośba. Mogłabyś mi przynieść świeży uniform?
– Jasne.
– Dzięki.
Właśnie  tego  dnia  poszedłem  po  pracy  do  baru.  Zrelaksować  się  po  tej

gównianej  sprawie,  a  przy  okazji  wypić  zdrowie  Ewy.  Moja  glaca  lśniła
cudownie.  Widziałem  jej  odbicie  w  lustrzanych  drzwiczkach  szafki,
w której stały droższe alkohole. Zamówiłem podwójną wódkę z tonikiem.
Nie chciałem szaleć. Zresztą nigdy w życiu nie byłem nadziany, a jak już
przyszło się upić, to robiłem to ekonomicznie. Co tu dużo gadać. Obojętnie,
co  pijesz,  jeśli  twoim  celem  jest  się  nabzdryngolić,  to  lepiej  to  zrobić
mniejszym kosztem, bo kac jest zawsze taki sam. Wypiłem wódkę jednym
haustem.  Druga,  którą  zamówiłem,  była  za  zdrowie  Ewy...  Wychyliłem
szklaneczkę i poczułem się świetnie.

–  Trzeci  drink  jest  ode  mnie  –  powiedziała  nieznajoma  kobieta.

Przysiadła się. Była szczupła i ostrzyżona na zapałkę. Ładna, choć byłaby
o wiele ładniejsza z długimi włosami.

background image

– Sam płacę za siebie – odpowiedziałem honorowo.
– Ej, nie bądź taki sztywny. Jesteś gejem?
– Broń Boże! Dlaczego pytasz?
– Wyglądasz na miękkiego. Taka łysa pała, ale delikatna twarz.
– Co pijesz?
– Wódkę z tonikiem.
– Dwie wódki z tonikiem – zwróciła się do barmana.
– Masz dziś urodziny?
– Nie, dlaczego?
– Tak stawiasz bez powodu?
– Powód może i mam... Podobasz mi się. Jesteś inny.
– Inny niż co, kto?
– Cała reszta tych tak zwanych normalnych facetów.
– Szybka jesteś.
– I cholernie nowoczesna. Chciałabym cię zerżnąć – powiedziała, patrząc

mi  prosto  w  oczy.  Nie  wyczytałem  w  nich  czegoś,  co  mogłoby  być
nieprawdą.  Czułem  się  zaskoczony,  ale  jakby  na  to  nie  patrzeć,  mile
zaskoczony.

– Słuchaj, nic o sobie nie wiemy. Dopiero co się dosiadłaś, postawiłaś mi

i już...

– Nie, zrobimy to później. Teraz się napijmy. – Podnieśliśmy szklanki do

góry i stuknęliśmy się. Wypiliśmy do dna. Kobieta pstryknęła na barmana.

– Jeszcze dwa razy to samo.
– To może ja tym razem?
– Masz za dużo kasy?
– No, nie, ale nie chcę, żebyś ty cały czas... właściwie, jak masz na imię?
– Czy to ważne?
– Niektórzy mówią, że imię wiele mówi.
– Anna Liza.

background image

– Ślicznie.
– Od anala i lizania.
– Pierdzielisz.
–  Chciałeś  znać  prawdę,  to  ją  poznałeś.  Moje  imiona  mówią  wiele,

prawda?

– Ściemniasz.
– No powiedz, że to lubisz. Każdy facet lubi ładować w tyłek. Niektórzy

faceci  lubią  ładować  w  tyłek  innych  facetów.  Inni  faceci  lubią  ładować
w tyłek kobiety. Ja należę do tych, które to lubią. To jak: lubisz czy nie? Nie
wstydź się, bądź mężczyzną.

Przez  chwilę  zapanowała  cisza.  Nie  wiedziałem,  co  jej  odpowiedzieć.

Zastanawiałem  się  też,  czy  nie  dać  dyla,  mówiąc,  że  muszę  wyjść  do
toalety.  Niestety,  kurtkę  skórzaną,  która  mnie  sporo  kosztowała,  miałem
przewieszoną  przez  wysokie  krzesło,  na  którym  siedziałem,  i  głupio  by
było  ubierać  się  w  skórę  na  drobne  siku.  Poza  tym  biła  od  niej  jakaś
zniewalająca moc. Anna Liza, czy jak tam jej było naprawdę, przyciągała
do siebie. W taki sposób zniewalała umysł, że nie wyszedłem, nie uciekłem.
Zostałem i po kilku minutach milczenia odpowiedziałem na jej pytanie, nie
czując wstydu.

– Tak, lubię.
– No widzisz, a nie mówiłam. Dobrze ci z oczu patrzy. A ty jak masz na

imię?

– Bożydar.
– Pierdolisz!
– Nie tak często.
– Serio?
– Serio.
– Bożydar i Anna Liza!
– Odjazd nie?

background image

–  No,  tak  jakby.  Postawię  ci  jeszcze  jednego  –  powiedziała  Anna  Liza.

Nie protestowałem. Podobała mi się coraz bardziej.

– Dlaczego się golisz jak gej?
– Tak zasadniczo to noszę włosy. Ogoliłem się dopiero dzisiaj.
– Czułam, że właśnie dzisiaj poznam kogoś, kto przypadnie mi do gustu.
– Nie pochlebiaj sobie. Musiałem się ogolić, bo mi jedna z pacjentek na

głowę nasrała.

– Pierdzielisz.
– Serio. Ma na imię Barbara, siedemdziesiątkę na karku i utrzymuje, że

zaszła  w  ciążę  z  kotem.  Chodzi  w  tej  ciąży  już  dwa  lata  i  nosi  w  sobie
bliźniaki.

– Cha, cha, cha! – wybuchnęła śmiechem Anna Liza. – Niezły z ciebie

fantasta. Wymyślić na poczekaniu taką historię, to jest sztuka.

– Niestety, muszę cię zmartwić. To się stało naprawdę. Pracuję w domu

wariatów,  tutaj,  za  rogiem.  Możesz  sprawdzić.  Wystarczy,  że  teraz
wyjdziesz, pójdziesz tam i zapytasz o Bożydara.

–  Dobra,  wierzę  ci...  Nigdzie  nie  idę.  Myślałam,  że  jesteś  jakimś

dziennikarzem czy kimś podobnym. Niezła była ta nawijka.

Spuściłem głowę. Zrobiło mi się głupio. Nigdy bym podobnej historii nie

wymyślił. Życie najlepsze scenariusze pisze, tylko że nie każdy pielęgniarz
to reżyser. Szkoda.

– Słuchaj, co myślisz o dżender?
– Nie mam zdania. Czasem tylko w internecie widzę księdza oszołoma.

Krzyczy, przestrzega i pokazuje różne tabelki. No i często o procentach też
mówi. Zdaje się, że Rosół ma na nazwisko czy jakoś tak. Ma dużo wejść,
bo  jest  w  tym  swoim  oszołomstwie  zabawny.  Król  sieci  i  pacyfikator
dżenderyzmu.

– W środowisku mówią na niego Oko.
– Oko?

background image

–  No  tak,  przecież  w  rosole  są  oczy,  nie?  To,  co  zrobimy,  Bożydarze,

z  tak  pięknie  rozpoczętym  wieczorem?  –  zapytała  Anna  Liza  i  położyła
dłoń na moim udzie. Spiąłem się lekko.

–  Spokojnie.  Nie  denerwuj  się,  zachowujesz  się  jak  prawiczek.  Hmm...

nawet  mnie  to  podnieca.  –  Powiedziawszy  to,  przesunęła  dłoń  w  stronę
mojego rozporka. Znowu się spiąłem, a ona patrząc mi prosto w oczy, tak
jak  na  samym  początku  tej  było  nie  było  krótkiej  znajomości,  zaczęła
intensywnie obmacywać miejsce, które bardzo stwardniało.

– Jestem cholernie nowoczesna. Zabieram cię do siebie i zamierzam cię

zdrowo zerżnąć. Tylko mi nie mów, że masz chorą matkę albo że musisz iść
nakarmić  koty.  Dzisiaj  w  nocy  nie  akceptuję  chorych  matek  i  głodnych
kotów. Zrozumiano?

Anna  Liza  mieszkała  w  starej  kamienicy  w  centrum  miasta.  Miała

obszerne  pięciopokojowe  mieszkanie.  Ściany  tego  pięknego  lokalu
obwieszone  były  nowoczesnymi  obrazami  najczęściej  przedstawiającymi
członki  w  stanie  erekcji.  Podobało  mi  się  to  jej  mieszkanie.  Zawsze
chciałem takie mieć, no, może inaczej bym je tylko udekorował. Anna Liza
zaprosiła mnie do wielkiego pokoju, na którego środku, na dywanie, stała
ponadmetrowa  rzeźba  fallusa.  Przypominała  rakietę  kosmiczną  tuż  przed
odpaleniem  w  przestworza.  Podeszła  do  członka  i  językiem  musnęła  jego
szczyt.

–  To  mój  talizman  –  powiedziała.  Zrobiłem  wielkie  oczy  i  odsapnąłem

ostentacyjnie.

– Ufff, w duże rzeczy wierzysz.
– Słuchaj, bierzmy się do roboty, bo ochota mi przejdzie. Po lewej stronie

jest prysznic, idź się spłukać.

– Zasadniczo, trzy, cztery godziny temu się kąpałem, a nawet goliłem.
– Okej, gumek nie masz?
Rozłożyłem bezradnie ręce. Nie byłem na coś takiego przygotowany.
–  Słuchaj,  gumek  nie  lubię  zbytnio,  ale  dopóki  się  nie  przebadasz  i  nie

przyniesiesz  zaświadczeń,  że  jesteś  czysty,  mogę  cię  rżnąć  wyłącznie  na

background image

gumę. Rozumiesz?

– To będzie więcej razy?
– Darze z nieba, Bożydarze, ja stawiam na inwestycje długoterminowe.

Darów z nieba się nie wyrzuca.

Anna  Liza  poszła  wziąć  prysznic.  Słyszałem,  jak  puszcza  wodę.

Podszedłem do rzeźby. Przyjrzałem się jej dokładnie. Nawet przypominała
mojego ptaka w pokaźnym wyolbrzymieniu. Usłyszałem, jak zakręca wodę.
Po  chwili  Anna  Liza  stała  przede  mną  naga.  Jej  głowa  ogolona  na  jeżyka
była  odwrotnością  tego,  co  wyzierało  jej  spomiędzy  nóg.  Pierwszy  raz
w  życiu  widziałem  tak  obficie  zarośniętą...  ale  ciekawe  to  było,  nie
powiem.  Miała  jędrne,  średnich  rozmiarów  piersi,  zgrabny  tyłek  i  była
cholernie  napalona,  bo  szarpnęła  mocno  moją  rękę  i  zaprowadziła  do
sypialni. Zdarła ubranie. Tak, zdarła ze mnie ubranie! Krzyczała przy tym:
„Nie pękaj, darze z nieba, jutro kupię ci nowe!”. Stałem nagi, na podartym
ubraniu, a Anna Liza robiła mi loda. Loda lizała po mistrzowsku, zaznaczyć
trzeba. W pewnym momencie przestała i odstawiła fajkę od ust.

–  Pamiętaj,  jak  się  będziesz  zbliżał,  to  krzyknij.  Na  tym  etapie  naszej

znajomości  nie  mogę  sobie  pozwolić  na  łykanie  twojego  nasienia.  Wiesz,
najpierw badania.

– Dobrze, już dobrze – wymamrotałem błogim tonem.
– Podoba mi się twoja fajka. Mam gust. Znam się na tym. Są brzydkie

fajki i są fajki piękne. Twoja zalicza się do tych drugich. W moich ustach
nabierze  jeszcze  większej  szlachetności  i  wtedy  będzie  przepiękna!  –  Tak
jak  poprosiła,  w  ostatniej  chwili,  ale  jednak,  uprzedziłem  ją
o  nadchodzącym  strzale.  Momentalnie  wyjęła  nabrzmiałe  narzędzie  z  ust,
nakierowując je na szyję.

–  Dużo  tego  było  w  tobie  –  powiedziała,  rozsmarowując  lepką  maź.

Drżałem. Nie pamiętam, żeby którakolwiek z kobiet, z którymi byłem, tak
profesjonalnie mnie zaspokoiła.

– Rzadko się kocham – odpowiedziałem, nadal drżąc.

background image

– Teraz będziesz to robił częściej. Teraz będziesz mój. – Anna Liza, nie

zaprzestając wcierek, jedną ręką trzymając za mojego fiuta, który nie chciał
opaść, a drugą nawilżając bezcennym kremem swoje piersi, zapytała:

– Byłeś żonaty?
– Tak.
– Raz?
– Tak.
– Dzieci?
– Tak.
– Dwójka?
– Jedno.
– Doskonale! – wykrzyknęła i wypuściła z dłoni mojego ptaka. Wstała na

równe nogi. – Słuchaj, robiłeś to kiedyś z facetem?

– Broń Boże! – krzyknąłem.
– Masz coś przeciwko gejom?
–  Zasadniczo  nie,  ale  jak  sobie  wyobrażę,  że  oni  wkładają...  to  mi  się

wymiotować chce.

– Ale mi mógłbyś wsadzić w tyłek?
– Ty, to co innego. Ty jesteś kobietą. Podoba mi się twój tyłek.
–  Dam  ci  wsadzić,  obiecałam,  ale  zanim  to  zrobisz,  ja  pierwsza  ci

wsadzę. Zgoda?

– Co mi wsadzisz?
– Pytę ci wsadzę! Jest równość czy jej nie ma?
– Jest, ale nie we wszystkim.
– We wsadzaniu!
– No, zasadniczo, powinna być.
Anna Liza wyszła. Położyłem się na boku w jej przepięknym i wielkim

łóżku.  Nigdy  nie  sądziłem,  że  takie  łóżka  są,  chyba  że  na  filmach,  ale
przecież  to  był  film,  to  się  nie  mogło  dziać  naprawdę,  pomyślałem.
Zamieszkać w czymś takim. Budzić się w czymś takim. Marzenie... Anna

background image

Liza  stała  przede  mną  w  czymś,  co  z  jednej  strony  przypominało  obcisłe
majtki, a z drugiej murzyńskiego drągala.

–  Posłuchaj,  mała.  Posłuchaj,  mała  Bożydarko.  Chcę  ci  ten  twój

dziewiczy  tyłek  wyrypać  tak,  żebyś  gwiazdy  na  niebie  zobaczyła,  nie
widząc nieba!

Lateksowy  człon  miał  ze  20  centymetrów  i  był  gruby.  Nigdy  czegoś

podobnego  nie  miałem  w  tyłku  i  nawet  nie  śniłem,  że  kiedyś  spotkam
kobietę, która mnie przerżnie sztuczną fujarą. Nie protestowałem jednak, bo
po cierpieniach czekała na mnie obiecana nagroda. Wierzyłem Annie Lizie.
Posuwała mnie miarowo, krzycząc przy okazji, kiedy kurczyłem tyłek, bo
miałem  wrażenie,  że  nawilżacz,  którym  posmarowała  pałę,  dawno
wyparował.

–  Ty  mała  dziwko!  No,  nie  przykurczaj  jak  piesek.  Wypnij  ten  swój

dziewiczy  tyłek!  No,  już.  –  Trwało  to  trochę.  Nie  odczuwałem  ani
wielkiego  bólu,  ani  wielkiej  przyjemności.  Raczej  coś  w  rodzaju  drapania
się  po  nieogolonej  brodzie.  Interesowało  mnie  natomiast,  w  jaki  sposób
Anna Liza dojdzie, w jaki sposób będzie szczytować, jak osiągnie orgazm.
Kiedy poprosiłem o dodatkowe nawilżanie, zaczęła sapać, stękać i syczeć.
Na  samym  końcu  opadła  w  bezwładnej  pozie  na  moich  plecach.  Przez
chwilę  dyszała.  Potem  osunęła  się  ze  mnie.  Mój  tyłek  uwolniony  od
lateksowej  pały  miał  się  raczej  dobrze.  Nie  sądziłem,  że  tak  gładko  to
pójdzie.  Położyłem  się  obok  Anny.  Odwróciłem  głowę  w  jej  stronę,
podziwiając  coś,  co  wydawało  mi  się  wielkim  oszustwem.  Ona  też
odwróciła się w moją stronę i mocno mnie pocałowała.

– Byłaś cudowna – szepnęła mi do ucha.
– Cudowna? Ale jak? Jak ty tak... przecież...
–  Orgazm,  moja  droga,  to  sprawa  mózgu.  A  teraz  mam  właśnie  chuja

w głowie. Rozumiesz? Bożydarko...
 

Obudziłem się wczesnym rankiem i zacząłem ubierać. Chciałem wrócić

do  swojego  mieszkania.  To  znaczy,  nie  chciałem,  ale  czułem,  że

background image

wypadałoby  wrócić  do  rzeczywistości.  Anna  Liza  też  się  obudziła
i przysiadła na łóżku. Patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

– A ty dokąd? – zapytała.
– Do domu.
– Masz dom?
– Mieszkanie.
– Chcesz tam wracać?
– Nie mam wyjścia.
– Masz.
– To znaczy?
– Możesz zostać u mnie. Zamieszkać.
– Muszę iść do pracy.
– Musisz?
– A co? Muszę zarobić na alimenty.
– Nie musisz nigdzie iść. Jestem bogata. Odziedziczyłam fortunę. Mogę

cię utrzymywać. Zapłacę też... Co tam masz?

– Córkę.
– Właśnie, na nią też zapłacę. Potrzebuję kogoś takiego jak ty.
– Ale przecież ty mnie w ogóle nie znasz.
– Znam cię lepiej, niż tym sam siebie znasz. Założymy się?
– O co?
– O to, że jak zgadnę, a ty nie będziesz kłamał, to zostaniesz.
– Dobra.
– Czy nie marzyłeś, i to wcale nie tak dawno temu, o kobiecie, która by

cię utrzymywała i żebyś nie musiał chodzi do tyrki w domu wariatów?

Mój Boże, pomyślałem, przecież nie dalej jak wczoraj, kiedy Ewa goliła

mi głowę, nie myślałem o niczym innym, jak właśnie o tym...

– Wygrałaś.

background image

– Wiedziałam, że wygram! – krzyknęła uradowana Anna Liza. – Słuchaj,

mam jedno pytanie, a właściwie dwa.

– Słucham.
– Potrafisz sprzątać i gotować?
– Jasne!
– Tym bardziej się nie pomyliłam.
– Teraz ja chcę cię o coś zapytać.
– Wal prosto z mostu, Bożydarze!
– Naprawdę masz na imię Anna Liza?
– Anna Eliza, to samo, prawda?
– Niby tak.

 
 

Ubrałem się i wyszedłem na zakupy. Kupiłem gumki, a kiedy wróciłem,

zerżnąłem Annę Elizę, Lizę, klasycznie. Poprosiła mnie, żebym znowu był
mężczyzną,  a  w  trakcie,  krzyczał:  „Niech  przyjdzie  duch  twój  i  odnowi
oblicze  ziemi,  tej  ziemi”.  Kilkakrotnie  się  myliłem,  ale  zanim  doszła,  bez
trudu wykrzykiwałem to zaklęcie. Gdy skończyłem, zasnęła ponownie.

Potem  znów  się  ubrałem  i  poszedłem  do  domu  wariatów,  do  kadr.

Poprosiłem  o  bezpłatny  roczny  urlop,  motywując  swoją  decyzję
wypaleniem  zawodowym.  Kadrowa  kazała  mi  się  zgłosić  do  naszego
psychiatry,  który  mnie  przyjął  od  ręki  i  wypisał  potrzebne  papiery.  Nie
wierzyłem  do  końca  w  to,  co  mnie  spotkało,  wiedziałem  natomiast,  że
w życiu piękne są tylko chwile i dlatego trzeba z nich umieć korzystać.

Przy  okazji  poszedłem  do  naszego  ambulatorium,  prosząc  o  pobranie

krwi  do  analizy.  Po  wyniki  miałem  się  zgłosić  za  tydzień.  Przez  chwilę
myślałem, że jeśli równość, to równość, i że Liza też powinna zrobić sobie
badania. Zrezygnowałem jednak z tego pomysłu, bo policzyłem, że jeśli mi
coś  ciężkiego  sprzeda,  to  przy  obecnym  stanie  wiedzy  medycznej  będę
mógł pociągnąć z piętnaście lat, a na dłuższym życiu mi nie zależało.

background image

Rżnęliśmy się z Anną Lizą jak dzikie osły. Raz ona była facetem, raz ja.

Innymi razem ja byłem kobietą, jej też się zdarzało. Na życzenie bywałem
gejem,  a  kiedy  indziej  brutalnym  macho.  Zdarzały  się  inne  zamianki.
Robiłem  za  komandosa  i  ekonomistę.  Za  kucharkę  i  sprzątaczkę  bardzo
często,  prawie  połowa  mojego  pożycia  z  nią  upłynęła  mi  przy  garach
i  odkurzaniu,  pucowaniu  i  tak  dalej,  ale  nie  narzekałem,  bo  nie  musiałem
zadawać się z wariatami i  harować jak wół na alimenty.

Anna  Liza  biła  mnie  od  czasu  do  czasu,  zwłaszcza  wtedy,  kiedy

przesoliłem zupę albo kiedy miałem okres i nie chciałem się kochać. Muszę
przyznać,  że  przemoc  domowa  zdarzała  się  okazjonalnie  i  szybko  się
przepraszaliśmy.  Nie  lubiłem  tylko,  kiedy  Anna  odgrywała  rolę
weterynarza,  a  ja  konia,  sprawdzała  wtedy  wytrzymałość  mych
wnętrzności, aplikując nieludzkie lewatywy. Po takich seansach czułem się
wykończony  i  długo  spałem.  Jednak  czas  leciał  nam  cudownie  szybko,
toteż  w  pracy  poprosiłem  o  następny  rok  bezpłatnego  urlopu,  ponownie
motywując  moją  decyzję  wypaleniem  zawodowym.  Za  drugim  razem
naszemu  psychiatrze  trudno  było  w  to  uwierzyć,  bo  wyglądałem  ponoć
kwitnąco, ale podpisał. Starego mieszkania prawie nie odwiedzałem, tylko
czasem, żeby sprawdzić, czy wszystko gra. Za to widziałem się kilka razy
z córką i widziałem, że Anna Liza źle to zniosła.

Któregoś dnia zakomunikowała mi, że zostanę matką, bo przecież ojcem

już  byłem,  jestem,  znaczy  się,  natomiast  ona  nigdy  ojcem  nie  była.  Na
pewne rzeczy faceci, czyli kobiety, nie mają wpływu, toteż nie pozostało mi
nic  innego,  jak  tylko  pogratulować  Annie  Lizie  przyszłego  ojcostwa.
Zwisało  mi,  co  się  urodzi,  aby  tylko  zdrowe  było  i  dużo  spało,  ponieważ
pamiętałem,  że  moja  córka  spać  nie  chciała,  czym  zdaje  się  rozłożyła  na
łopatki moje byłe małżeństwo. Liza od czasu do czasu znikała, tłumacząc to
swoją  pracą,  czyli  fotografowaniem.  Przeczuwałem,  że  znika,  żeby  się
popieprzyć  z  innymi  kobietami.  Dziecko,  które  się  miało  urodzić,  ponoć
było w stu procentach moje. Wypadało jedynie wierzyć, gdyż wiara buduje
i nawet góry przenosi.

background image

Nie  rozumiem  tylko,  dlaczego  Anna  Liza  podczas  porodu  wyzywała

mnie od kurew, dziwek, sprzedajnych agentek, psychopatek, niedojebanych
dziewic, oblubienic Szatana, monarchistek, prawicowych ścierw, papistek,
faszystek,  narodowych  demokratek,  reżyserek,  psycholożek,  pilotek,
kierownic,  profesorek,  znachorek  i  felczerek...  Córeczkę  nam  urodziła
śliczną,  3600  gram  i  52  centymetry.  Był  pewien  kłopot,  bo  chciała  ją
nazwać Hubert, ale z uwagi na to, że lekarz się uparł, twierdząc, że męskie
imię  dla  dziewczynki  jest  nie  na  miejscu,  zapisali  naszą  córeczkę,  czyli
mojego  synka  Huberta,  w  księgach  szpitalnych  pod  imieniem  Hubertyna.
Anna  Liza  nie  była  z  tego  zadowolona,  ale  inaczej  się  nie  dało,  gdyż
niestety większa część społeczeństwa cierpiała na nieokrzesanie.

Zanim mojego syna, znaczy się córkę, wypisano razem z Lizą ze szpitala,

nakupowałem pełno rzeczy w niebieskim kolorze, broń Boże w różowym.
Dziewczynka, to znaczy chłopiec, pięknie się rozwijała i Anna Liza już na
początku ustaliła ze mną, że nasze wychowanie będzie neutralne. Żadnych
zabawek  militarnych  i  żadnych  zabawek  rozwijających  instynkt
macierzyński.  Hubert,  ubrana  w  chłopięce  łaszki,  zabawiała  się
ściereczkami  do  naczyń,  książkami  oraz  przepychaczem  gumowym  do
toalet, który lubiła najbardziej.

Anna  Liza  zrobiła  się  bardzo  agresywna  i  kilka  razy  przyłożyła  mi

z  pięści  za  to,  że  zapomniałem  poodkurzać.  Fakt,  opuściłem  się  z  tym
odkurzaniem, ale żeby od razu w mordę... Jednak apogeum miało miejsce
podczas  świąt.  Po  pierwsze,  Anna  Liza  kazała  mi  zawiesić  choinkę  pod
sufitem  czubkiem  w  dół,  po  drugie,  nakazała  odtwarzanie  kolęd  od  tyłu,
a  po  trzecie,  i  to  był  już  koniec,  nasz  koniec,  koniec  nas  wszystkich,
zapakowałem  pod  choinkę  naszej  Hubertynce  niebieską  koparkę.  Po  tym,
jak  przełamaliśmy  się  czarnymi  opłatkami,  życząc  sobie  wszystkiego
dobrego,  po  tym,  jak  zjedliśmy  brokuły  w  galarecie  i  popiliśmy  kofolą
waniliową,  nasz  syn,  to  znaczy  nasza  córka,  powędrowała  pod  choinkę
i  odpakowała  prezent.  Patrzyła  na  koparkę  przez  chwilę.  Przytuliła  ją  do
serca.  Zdjęła  z  sofy  koc  i  owinęła  nim  zabawkę.  Zawiniętą  koparkę
ponownie przytuliła do serca i zaczęła nucić: „Aaa..., aaa...”. Wtedy Anna

background image

Liza wpadła w szał i wyrzuciła mnie z domu, wykrzykując dziwne rzeczy
i oskarżając o spisek antydżenderowy.
 
 

Otwieram oczy i już nie chce mi się ich ponownie zamykać. Białe ściany,

przestrzeń,  komfortowe,  obszerne  mieszkanie  w  centrum  stolicy.  Wstaję,
chce  mi  się  żyć.  Powinienem  coś  zjeść.  Biała  lodówka,  pustka,  echo...
Specjalnie  jej  nie  napełniam,  mam  swoje  powody.  Parzę  herbatę  i  znowu
jem  owsiankę,  na  zimno,  tak  dla  zdrowia,  przecież  sobie  obiecałem,  że
schudnę.  Zjadłem.  Patrzę  w  lustro.  No,  no...  Kuracja  owsiankowa  daje
dobre  rezultaty,  chudnę.  Muszę  dbać  o  wagę.  Trochę  utykam  na  prawą
nogę, minimalnie, ale to nic, jestem szczęśliwy, że przeżyłem ten wypadek,
tamtych dwoje zginęło na miejscu.

Jestem rozwiedziony, jakby dwukrotnie nawet... To się zdarza, rozwód to

nie kiła, dwie sprawy tego typu to nie AIDS. Alimenty płacę na czas, nie
ścigają mnie komornicy. Udało mi się uniknąć tradycyjnego wykształcenia,
dlatego  myślę  samodzielnie.  Mam  plus  od  życia,  a  liczbami  ujemnymi
operuję doskonale. Na samym końcu rachunki i tak będą proste. Każdy wie,
że  minus  dodany  do  minusa  daje  plus.  Mam  samochód.  Jednak  na  znak
protestu,  przeciwko  finansowanej  również  z  mojej  kieszeni  wojnie,
postanowiłem go sprzedać. Jeżdżę na rowerze. Zdrowiej, jestem niezależny.
W pracy i w bloku podejrzewają, że jestem zboczony. A niech mają jakieś
zajęcie, skoro nie lubią książek czytać.

Sprzedawca  ze  sklepu  muzycznego  ostatnio  mi  powiedział,  że

wiolonczela  się  sprzeda,  ale  potrzeba  czasu,  bo  to  piękny  i  cenny
instrument, i szkoda go tak za byle jakie pieniądze. Powiedział mi też, że
mam piękne zęby, prosił o adres mojego dentysty, mówił, że wydaje mu się,
że brzydko pachnie mu z ust, z tego powodu trochę przede mną nawiewał.
Wstydził się i nie chciał zrażać do siebie. Aż dziw bierze, ale ja nie mam
dalej  swojego  dentysty.  Udało  się  jakoś  przetrwać  komunizm  bez
amalgamatów i dentystów sadystów. Nigdy nie przepadałem za słodyczami,

background image

jadłem  warzywa  i  owoce,  regularnie  pucowałem  zęby,  ot,  cała  tajemnica
sukcesu.

Pierwsza córka jest kochana. Druga też zresztą. Jest coś takiego, co się

nazywa zew krwi, tego się nie da wymazać oddaleniem czy manipulacją, to
jest  w  ludziach  i  tyle.  Następne  święta  będą  piękne.  Życie  może  być
komedią albo tragedią. Wszystko zależy od tego, jak się na nie patrzy...

background image

 

 

 

 

Po sezonie

 

background image

.

Bartkowi Kowalczykowi

 
 
 

Bartek  wiedział,  że  miałem  kiedyś  agenta.  Nazywał  się  Pierre  i  był

Francuzem.  Niczego  mi  nie  załatwił.  Byłem  dla  niego  za  stary.  Chętnie
załatwiał  młodym  frankofońskim  Murzynom.  Z  jednym  mu  jednak  nie
wyszło,  choć  szykował  mu  miejsce  w  Random  House.  Skończyło  się
wpisem na fejsie „Masz, Pierre, kuleczki z kupy na włosach z dupy!”. Nie
mam pojęcia, jak potoczyła się kariera pisarza z Konga...

Nie  byłem  przekonany,  czy  kombinować  w  kierunku  wskazanym  przez

Bartka, czy iść do banku po pożyczkę na zwrot zaliczki. Akurat skończył
się sezon i pomyślałem o wyjeździe nad morze. Nad ciepłe morze, bo nad
zimnym  już  kiedyś  byłem,  w  Świnoujściu.  Zresztą  wzięli  mnie  wtedy  za
dwie  różne  osoby.  Wszystko  przez  myślnik,  który  rozdziela  moje  dwa
nazwiska.  Jedno  dostałem  po  tatusiu,  a  drugie  przyjąłem  po  byłej  żonie.
Nazwisko  dwuczłonowe  bardzo  mnie  cieszy,  choć  ten  drugi  człon,  po
tatusiu,  nie  ma  potencjału  marketingowego.  Zresztą  zauważyli  to  dosyć
wcześnie  francuscy  wydawcy.  Na  tamtejszym  rynku  wydawniczym
funkcjonuję jako Pipko. Krótkie, proste, dwie samogłoski. Słowem, każdy
zapamięta.

Dwa lata temu, na początku października, postanowiłem się zresetować.

Nad morzem właśnie, i zarezerwowałem miejsce w hotelu. Gdy dojechałem
na  miejsce,  pani  z  recepcji  zapytała:  „To  miała  być  dwójka,  tak?”.
Obojętnym  tonem  odpowiedziałem,  że  mi  to  nie  przeszkadza.  Po  chwili
zaprosiła  mnie  na  obiad,  ponieważ  wybiła  czternasta  godzina,  a  obiad
wliczony  był  w  pobyt.  W  sali  restauracyjnej  siedziało  geriatryczne
towarzystwo ze wschodnich Niemiec. Skąd wiedziałem, że ze wschodnich?
Po  pierwsze,  mieli  blisko,  a  po  drugie,  wchodząc,  pozdrowiłem  ich
austriackim  „Szczęść  Boże!”.  Momentalnie  pobledli  ze  strachu.  Kelnerka
w plastikowej koronie na głowie zapytała mnie o numer pokoju.

background image

– Sto jedenaście – odpowiedziałem.
Zaczęła  szukać  owego  numeru  na  kartkach,  które  miała  przypięte

klamerką do blatu służbowego stolika.

– Mieliście wczoraj przyjechać! – rzuciła nieprzyjaznym tonem. Od razu

uświadomiłem sobie, że ten hotel, to niezły skansen komuny, bo przez „wy”
Milicja  Obywatelska  się  kiedyś  do  mnie  zwracała...  Grzecznie
odpowiedziałem, że nie jest mi wiadomo, iż mieliśmy wczoraj przyjechać,
ale jak jest tak zapisane, to może i prawda.
 
 

– Odchudzacie się? – padło z jej ust podczas obiadu.
– Zasadniczo nie.
– Aha, to możecie zjeść udko kurze ze skórą?
– Mogę.
– A ten drugi dzisiaj dojedzie?
– Jaki drugi?
–  No  ten,  z  którym  jest  pan  zameldowany!  Przecież  mam  wyraźnie

napisane,  pokój  sto  jedenaście:  Pipko-Łyszczykiewicz.  Dwóch.  Nie?!  To
pan jest który?

– I ten, i tamten.
– Niech se pan jaj ze mnie nie robi!
Skuliłem  się,  bo  kelnerka  w  plastikowej  koronie  była  bardzo

zdenerwowana. Poczułem, że ma ochotę dać mi w mordę.

– Jeśli kolega dziś nie dojedzie, mogę panu wydać jego porcję! Zje pan

dwa udka?

– Nie, dziękuję. Jedno mi w zupełności wystarczy.
– Na sto procent?
– Tak, na sto procent. – W tym momencie kelnerka krzyknęła w stronę

okienka, z którego wydawano posiłki: – Hela! Na sto jedenastym jest tylko

background image

ten  Pipko.  Łyszczykiewicz  nie  dojechał.  Drugie  udko  możesz  dla  psa
zapakować!
 
 

Później  przyszła  mi  do  głowy  jakaś  polonistyczna  regułka,  że  myślnik

może być używany zamiennie z przecinkiem, choć nie podejrzewałem o tę
wiedzę nadmorskich kelnerek. Teraz myślałem o resecie posezonowym nad
czymś,  czego  kawałek  należał  kiedyś  do  kraju,  w  którym  po  wielkiej
włóczędze  postanowiłem  się  osiedlić.  Dwa  razy  bliżej  niż  Bałtyk.
Wystarczyłby  pokój  z  widokiem  na  morze.  Patrzenie  na  morze  mnie
uspakaja. Już chciałem zabrać się za wyszukiwanie ofert last minute, kiedy
zadzwonił telefon. To był głos Bartka.

– Cześć!
– Cześć, właśnie myślałem o tobie i o tym, co mi powiedziałeś.
– No, słucham?
–  Zanim  zabawię  się  w  naciągacza,  chciałbym  wyjechać  nad  morze.

Przemyśleć, nie tylko to, co mi powiedziałeś, ale też siebie.

– Przemyśleć siebie?
– Tak.
– Aha... No, dobra. Słuchaj, ponoć jakiś nasz wiceminister stwierdził, że

to my, Polacy, nauczyliśmy Francuzów jeść nożem i widelcem!

– Co?
– No wiesz, to tak samo jak ze szwedzkim stołem. Szwedzi też się od nas

tego nauczyli. Słuchaj, siedzisz teraz przy komputerze?

– Tak.
–  To  wejdź  na  Wikipedię.  Posłuchaj  hymnu  Tunezji.  Potem  przeczytaj

słowa hymnu.

– Słuchaj, wyślij mi link, bo ten hymn jest tylko po arabsku.
– No, ale czytać możesz, bo jest zapisany alfabetem łacińskim.
– O co ci chodzi? Po co właściwie do mnie zadzwoniłeś?

background image

– Żeby ci powiedzieć, że Dylan Cohen dostał Nobla.
– Wiem...
–  Słuchaj,  ten  Cohen,  to  miał  najpierw  na  nazwisko  Zimerman.  Tylko

sobie zmienił. Nie rozumiem dlaczego.

– Może był na koncercie tego polskiego pianisty...
– To Zimerman jest Polakiem?
– Jest, ale mieszka w Szwajcarii.
–  No  tak.  To  by  się  mogło  zgadzać.  Ty  też  nie  mieszkasz  w  Polsce.

Słuchaj, a jak brzmiałoby po niemiecku nazwisko Kowalczyk?

– Bo ja wiem? A po co ci to wiedzieć? Kowalczyk to taki mały kowal,

czyli Kleinschmidt.

–  No,  Kleinschmidt  brzmi  lepiej  niż  Kowalczyk.  A  znasz  jakieś

żydowskie imię męskie na B?

– Imker.
– Kurwa, na B!
– Wiem,  ale  ty  jesteś  Bartosz,  a  to  pszczelarz  po  staropolsku.  Imker  to

tyle, co pszczelarz po niemiecku.

– Chciałem po hebrajsku.
–  Przestań,  nie  rozumiesz,  że  wszyscy  znani  Żydzi  mają  te  niemiecko

brzmiące...

– Racja. Imker Kleinschmidt brzmi świetnie!
– A jednak to prawda?
– Co prawda? Daj spokój. A jakby nawet, to co?
–  Nic.  A  kto  płaci  twoje  rachunki  telefoniczne?  Gadamy  dosyć  często.

Z Warszawy do Wiednia jest kawałek.

– Dzwonię przez magiczny numer.
– Okej.
–  Z  takim  nazwiskiem  mógłbym  zrobić  karierę  w  Hollywood.  Słuchaj,

a jak będzie po niemiecku Zielińska?

– Idzie wojna.

background image

– Dlaczego?
– Jak piosenkarzowi dali Nobla z literatury, to musi się zbierać na wojnę.
– Wojna idzie, a piosenkarz musi śpiewać dalej...
– Berlusconi zaczynał od śpiewania na statkach wycieczkowych.
– Ale nie dostał Nobla. Zablokować Nobla! Ty, no to jak będzie Zielińska

po niemiecku? Muszę zlustrować moją koleżankę z pracy, Joannę Zielińską.

– Od ziela, czy od czegoś innego?
– Od ziela.
– Ziele jest das Kraut. Bo ja wiem? Johanna Krautbaum?
– No i pęknie! Pasuje! Dostaniesz islandzkiej wódki!
– Chcesz, żeby była bardziej niemiecka czy żydowska?
– Żydowska.
– No to okej, tak może pozostać.
–  Wiesz  co,  moi  znajomi  mają  obok  domu  Żabkę,  sklep.  Kupują  w  tej

Żabce nutellę. Któregoś dnia przyszli i nie było jej na półce. Pytają, co jest
grane. A ekspedientka, że nutella leży przy kasie.

– A dlaczego?
– Bo kradną.
– Nutellę?
– No, to znaczy jedna pani kradła. I wiesz, wtedy ta ekspedientka rzuciła

okiem  na  panią  stojącą  przy  półce  ze  słodyczami.  Potem  mrugnęła  do
moich znajomych. Nakryliśmy ją ostatnio, mówi dalej, zajebała towaru na
sześćdziesiąt pięć złotych. W tym momencie ta kobieta podchodzi do lady
i mówi, że nie na sześćdziesiąt pięć złotych tylko na sześćdziesiąt dwa! No
wiesz, w tym czasie zmarł jeszcze ten król. Pewien Taj, który obraził kiedyś
jego psa, dostał trzydzieści siedem lat więzienia.

– Psa obraził?
– Tak. A o co chodziło z tymi żółtymi volkswagenami?
– Trabantami.
– Statek był grecki?

background image

–  Już  nie.  To  był  ostatni  transport  trabantów.  Odnaleźli  je  potem.

Przerobili na volkswageny, na końcu sprzedali jako skody.

– Co za oszuści! A na jakim to było morzu?
– Na morzu Marmara, ale nie każdy wierzy, że takie morze istnieje.
– Pamiętasz sklep Baltona?
– Pamiętam.
– W trumnie z Baltony wyglądasz jak żywy! Pamiętasz to hasło? To był

hit.

– Bartek, musimy kończyć.
– Poczekaj chwilkę, bo właśnie widzę, że Joanna odpisała. Wysłałem jej

to żydowskie nazwisko.

– I co?
– Dagegen ist kein gewachsen, napisała.
– To jest bez sensu...
– Możesz wykorzystać literacko.
– Nie mogę. Mam depresję.
– Aha.
– Jutro się pewnie powieszę.
–  Zadzwoń  do  tego  Pierre’a,  przeproś,  obciągnij  mu  trąbkę  i  zrób

mastera.

– Nie mogę, jestem heterykiem.
– Może już najwyższy czas, żeby to zmienić?
– Muszę przestać pić przed południem.
–  Wiesz  co,  powinni  wprowadzić  napisy  na  butelkach  „Nigdy  nie  piję

przed południem”.

– O, to dobry napis, tylko kto go napisze?
–  Masz  doświadczenie.  Jesteś  pisarzem.  To  może  być  początek  twojej

nowej  wielkiej  powieści,  na  którą  weźmiesz  zaliczkę  od  tego  drugiego
wydawcy i spłacisz tego pierwszego. Jeszcze ci niezła reszta zostanie.

background image

– Mówią, że najważniejsze jest to pierwsze zdanie.
– To  już  je  mamy:  Pewnego  dnia  napisałem  na  butelce  „Nigdy  nie  piję

przed południem”. I się zaczęło!

– Mnie to wygląda na nowelę. Nowel nie wydają.
– Jak to?
– Wydawcy wchodzą ostatnio tylko w grubsze rzeczy.
– Okej, to ja napiszę nowelę, a ty z tego zrobisz powieść.
–  Dobra,  to  napisz  i  wyślij,  a  ja  to  nadmucham.  Miło  cię  było  znowu

słyszeć.

– Ciebie też, stary. Jak się zdecydujesz na to morze, to wyślij kartkę, bo

teraz już nikt kartek nie wysyła.

– A będą mieli kartki?
– Zależy, gdzie się wybierasz.
– Na południe.
– Jestem przekonany, że na południu mają kartki.
– Do usłyszenia.
– Pa!
Nalałem  do  kieliszka  czerwonego  wytrawnego  i  wszedłem  na  strony

z ofertami hotelowymi. Swoją drogą, ilekroć otwieram butelkę wina, zadaję
sobie pytanie, co było pierwsze: korkociąg czy korek? Brzmi niedorzecznie,
ale tylko pozornie, gdyż to samo pytanie zadałem kiedyś podczas bankietu
zorganizowanego  w  tutejszym  Instytucie  Polskim  z  okazji  niemieckiego
wydania  wspomnień  ogrodnika  z  Jasła,  który  przetrwał  wojnę  dzięki
struganiu  ptaszków  z  drewna.  Część  zaproszonych  uważała,  że  pierwszy
był  korek,  natomiast  druga  część  zebranych,  mniej  więcej  pięćdziesiąt
procent, utrzymywała, że jednak korkociąg.

Po spotkaniu podszedłem do autora książki. Zapytałem go wprost, czy to

prawda z tymi ptaszkami. Odpowiedział, że święta prawda, tylko podczas
uroczystości  zapomniał  dodać,  iż  wyrabiał  te  ptaszki  na  zlecenie
niemieckiej  fabryki  zabawek.  Wódka  lała  się  strumieniami,  a  ponieważ

background image

wódki nie lubię, piłem wino, czym zwróciłem uwagę pewnej kobiety, która
zanim  do  mnie  podeszła,  wykonała  kilka  szpagatów  na  parkiecie.  Była
ciągle zgrabna, choć mogła mieć ponad sześćdziesiąt lat. W każdym razie
dowiedziałem  się,  że  kocha  Polskę  i  dlatego  w  niej  nie  mieszka,  oraz  że
trzydzieści lat przepracowała w salonie sado-maso, w tym połowę legalnie.

Monitor  mojego  komputera  prawie  dymił  od  nadmiaru  posezonowych

ofert. Adria. Adria. Adria. Nigdy nie miałem wielkich oczekiwań od życia,
a  już  prawie  żadnych  oczekiwań  dotyczących  życia  po  życiu.  Jednego
jestem  pewien.  Nie  chciałbym,  żeby  moje  ciało  po  śmierci  dostało  się
w łapy tego niemieckiego doktorka, który ludzkie zwłoki traktuje jak trofea
myśliwskie.  Kiedyś  w  telewizji  była  audycja,  w  której  występował.  Kroił
jakąś  babcię,  wyjmując  z  niej  to  i  owo.  Robił  to  na  oczach  przerażonej
publiczności.  Na  koniec,  kiedy  kamera  zrobiła  zbliżenie  jego  twarzy,
przemówił  również  do  mnie.  Zapytał,  czy  wiem,  czym  jest  śmierć.
Wymiotować mi się zachciało nie z powodu pytania, ale jego obrzydliwej
facjaty.  Właśnie  tego  dnia  postanowiłem,  że  pozbędę  się  telewizora.
Oddałem  go  sąsiadowi.  Zabrał  go  do  swojego  domku  letniskowego
w Tyrolu, choć to ja cały czas płacę abonament.

Nalałem  sobie  następną  lampkę  wina  i  wtedy  mój  wzrok  przykuła

doskonała  oferta.  Stary  hotel  nad  brzegiem  morza,  śniadanie
i obiadokolacja w cenie, kryty basen, genialna cena, a najważniejsze było
to,  że  pokoje  z  widokiem  na  morze  były  jeszcze  dostępne.  Postanowiłem
zaczekać do rana z podjęciem ostatecznej decyzji, choć w osiemdziesięciu
procentach  byłem  przekonany,  że  hotel  Imperial  na  byłej  austriackiej
riwierze mógł spełnić moje wymagania.

Nie  mogłem  spać.  Przewracałem  się  z  boku  na  bok.  Życie  niektórych

ludzi jest proste i piękne. Potrafią je przejść bez zawirowań, a do tego na
koniec pięknie umrzeć. Kolega kiedyś opowiadał, że jego ojciec tuż przed
śmiercią zamówił golenie, a po goleniu – księdza. Chciał się wyspowiadać.
Odejść  na  tamtą  stronę,  będąc  pojednanym  ze  wszystkim,  co  go  na  ziemi
uwierało.  Udało  się.  Umierał  świadomy,  z  gromnicą  w  dłoni.  Ponoć  tą
samą, którą dostał do pierwszej komunii świętej. Swoją drogą, musiała być

background image

odlana z jakiegoś nadzwyczajnego wosku. Dziesiątki lat w szafie i nic? Nie
mam  takiej  gromnicy.  Nie  przystępowałem  do  pierwszej  komunii,  a  tym
bardziej do drugiej. Moje życie to ciągła walka, a przecież mogłem zostać
dyrektorem  szkoły,  tak  jak  moja  matka  zawsze  chciała.  Miałbym
nauczycieli  od  czarnej  roboty,  bo  to  oni  by  się  za  mnie  denerwowali
i  znęcali  nad  uczniami,  a  potem,  po  latach  przesiedzianych  w  wygodnym
fotelu,  przestronnym  gabinecie,  przy  kawce,  herbatce,  odszedłbym  na
wcześniejszą  emeryturę,  pozorując  wrzody  żołądka.  Teraz  spać  nie  mogę
i kombinuję...

Wstałem z  łóżka. Poszedłem do kuchni i nalałem do szklanki czegoś, co

miało  być  zimną  kranówką.  Momentalnie  wyplułem  ciepławą  wodę
o posmaku zardzewiałych rur. Otworzyłem lodówkę, w której stała niepełna
butelka  białego  wina.  Przez  moment  zastanawiałem  się,  czy  aby  nie  za
wcześnie  na  alkohol,  ale  doszedłem  do  wniosku,  że  bezpieczna  dawka
może  mnie  tylko  uspokoić,  nawet  przywołać  sen.  Wypiłem  szklankę.  Po
chwili poprawiłem drugą, i zrobiło mi się błogo. Idąc za ciosem, wypiłem
całą  zawartość  zielonej  butelki.  Spać  mi  się  jednak  nie  chciało,  dlatego
wszedłem  na  strony  Imperialu.  Zacząłem  się  dokładnie  zapoznawać
z  ofertą.  Oprócz  kilku  wolnych  pokoi  z  widokiem  na  morze,  mieli  też  do
dyspozycji  stary,  ale  wspaniale  utrzymany  kryty  basen,  którego  dno  było
wyłożone  mozaiką  zaprojektowaną  przez  jedną  z  nałożnic  miłościwie
panującego im kiedyś cesarza. Zdjęcia basenu nie zamieścili.

Ruszyłem  w  stronę  szafy  z  ubraniami.  Z  kieszeni  płaszcza  wyjąłem

portfel,  a  z  niego  kartę  kredytową.  Wypełniłem  w  komputerze  miejsca
zaznaczone czerwonymi gwiazdkami. Pokój z widokiem na morze w hotelu
Imperial, na byłej austriackiej riwierze, był już mój, bo kiedy potwierdzono
zgodność danych, a trwało to chwilkę, otrzymałem post „Miłego pobytu!”.
Czułem  niedosyt,  niedosyt  alkoholu.  Zegarek  wskazywał  szóstą  rano.
Otworzyłem butelkę czerwonego i... było południe. Poszedłem do łazienki.
Wytarłem w biały ręcznik spierzchnięte usta, zostawiając na nim bordowy
ślad. Przemyłem twarz. Gdy patrzyłem w lustro, dostrzegłem zmęczonego

background image

człowieka.  Zmęczonego  nie  tylko  życiem.  Coś  trzeba  było  z  tym  zrobić.
Zadzwonił telefon.

– Cześć.
– No, co tam u ciebie?
– Wiesz co.
– Nie wiem co, dopóki mi nie powiesz. Aha, zapomniałbym... Zielińska

przyznała się do żydowskiego pochodzenia.

– No i co z tego?
– Nic, chodzi o to, że ona się wcześniej nie przyznawała. To, co zrobiłeś,

pomogło jej.

– A co ja zrobiłem?
– Z tym nazwiskiem!
– Aha, pozdrów ją ode mnie.
– Stary, a jak się dowiedziała, że ja mam też takie fajne nazwisko, znaczy

się to, które mi zrobiłeś, to mi powiedziała, że ma chęć mnie zerżnąć!

– I co? Zgodziłeś się?
–  Jasne!  Ona  jest  taka  wielka  i  ma  wielkie  cyce.  Zawsze  o  niej

marzyłem!

– Myślałem, że jesteś pedałem.
– A wyglądam?
– Bo ja wiem... Nigdy mi o kobietach nie opowiadałeś. Zresztą, co mnie

to...  Zabukowałem  ten  hotel.  Jutro  wyjeżdżam.  Muszę  odpocząć.  Muszę
wymyślić nowy plan na siebie, na życie, no nie wiem...

– Pamiętaj o kartce.
– Jakiej kartce?
– Dla mnie. Obiecałeś.
– Aaa... tak, jeśli tylko nie zapomnę, to wyślę. Mam pokój z widokiem na

morze i kryty basen.

– Super. To przemyśl, co ci wcześniej powiedziałem.
– Dobra.

background image

– To cześć.
– Cześć.

 
 

Następnego  dnia  się  spakowałem.  Walizka,  którą  nabyłem  kiedyś

w  Londynie,  była  brązowa  i    pojemna.  Gdybym  kogoś  zamordował,
a  potem  poszatkował,  rozczłonkowane  ciało  swobodnie  by  się  w  niej
zmieściło. Kto wie, może zostałoby jeszcze trochę miejsca na dwie opasłe
książki? Wszystko, co mam, zawsze noszę przy sobie – omnia mea mecum
porto
,  czy  coś  w  tym  stylu.  Walizki  są  do  siebie  podobne,  zdarzają  się
omyłkowe zamiany.

Kiedyś  leciałem  ze  starszym  pisarzem  pierdołą  na  festiwal  do  Francji.

Nie  cierpię  samolotów,  ale  czasami  muszę  lecieć,  nie  mam  wyjścia.  Otóż
ów pisarz powiedział mi, że jego żona przezornie przewiązuje jego walizkę
żółtą  kokardą,  bo  rzeczy  w  tym  zglobalizowanym  świecie  są  teraz
identyczne.  Aby  zapobiec  zamianie,  taka  kokarda  to  niezła  sprawa.
W walizce miał cenną rycinę, którą zamierzał przekazać komuś w Paryżu.
Wylądowaliśmy  i  udaliśmy  się  po  odbiór  bagażu.  Kiedy  jednak
dojechaliśmy do hotelu i pisarz otworzył walizkę, nie znalazł w niej swoich
rzeczy.  Były  w  niej  słoiki  ze  smalcem,  sucha  kiełbasa  oraz  kilka  butelek
wódki.  Wpadł  w  szał.  Razem  z  organizatorami  festiwalu  pojechali  na
lotnisko.  W  biurze  rzeczy  znalezionych  spotkali  dziewczynę  z  Polski
szlochającą nad taką samą walizką, a obok leżała żółta wstążka. Ucieszyła
się,  że  może  wymienić  obrazek  na  smalec,  który  wiozła  dla  chłopaków
z budowy.

Mój stary samochód nie chciał zapalić za pierwszym razem. Za drugim

zresztą  też  nie.  Zacząłem  się  obawiać,  że  z  powodów  technicznych  stracę
przynajmniej  jeden  dzień  nad  ciepłym  morzem.  Nie  cierpiałem
mechaników  i  uważałem  ich  za  oszustów.  Przecież  nie  znam  się  na
samochodach.  Gdybym  się  znał,  może  zarabiałbym  więcej...  Odpal,  stara
szkapo, no odpal, błagam cię, powtarzałem w myślach, zanim przekręciłem
trzeci raz kluczyk w stacyjce. Udało się.

background image

Ruchu wielkiego na autostradzie nie było. Nie zauważyłem upływu czasu

i tego, że dawno minąłem Graz, kierując się w stronę słoweńskiej granicy.
Musiałem  się  wreszcie  zatrzymać,  żeby  kupić  tygodniową  winietę.
Nalepiłem  kolorowy  znaczek  na  szybę  w  dolnym  prawym  rogu,  tak  jak
chcieli,  choć  ja  chciałem  gdzie  indziej.  Nie  lubię  nalepiać,  a  tym  bardziej
w miejscach, które inni uważają z jakichś niejasnych dla mnie powodów za
właściwe.  Jechałem  przez  to  maleńkie  państwo  pełne  gór,  lasów
i przypadkowych poetów o niezłej reputacji, aż zobaczyłem zjazd na Rijekę
i  kierunkowskaz  do  Chorwacji.  Autostrada  się  skończyła.  Na  najbliższej
stacji benzynowej zatankowałem i kupiłem hot doga, którego zjadłem tylko
do  połowy,  bo  przypomniałem  sobie  z  czego  robią  parówki.  Nigdy  nie
pracowałem  w  fabryce  wędlin,  za  to  znajomy  przepracował  kilka  lat  przy
nabijaniu  w  kichę  różności.  Po  godzinie  jazdy  byłem  na  chorwackiej
granicy,  a  ponieważ  Chorwaci  nieźle  nawywijali  podczas  swojej  lokalnej
wojenki,  przejście  było  strzeżone.  Na  szczęście  nie  było  kolejki,
posezonowość  ma  jednak  swoje  dobre  strony,  bez  zadawania  pytań
otrzymałem paszport do ręki i ruszyłem w stronę ciepłego morza.

Trochę czasu zajęło mi odszukanie hotelu. Rzeczywiście, stał na uboczu,

na odludziu właściwie. Tak, ten budynek to była świetność, która niestety,
przeminęła,  bo  tu  i  ówdzie  spod  napęczniałego  ze  starości  tynku
prześwitywały  cegły.  Za  to  wejście  główne  było  oszałamiające,  a  schody
prowadzące  do  niego  przykrywał  czerwony  dywan.  Miejscami
poprzecierany,  lecz  mimo  wszystko...  Dostojnie  to  wyglądało.  Czułem,  że
historia  pozwala  małemu  człowieczkowi,  ta  wielka  historia,  połazić  po
sobie,  toteż  –  z  walizką  w  ręku  –  szedłem  do  drzwi  powoli  i  delikatnie,
z  szacunkiem,  z  namaszczeniem.  Gdy  otworzyłem  drzwi,  usłyszałem
dźwięk  starego  dzwonka,  takiego  samego  jakiego  używał  woźny
z podstawówki, kiedy zabrakło prądu. Na recepcji pojawił się mężczyzna.
Miał długą siwą brodę, która rozgościła się na karmazynowym aksamicie,
z którego uszyty był jego uniform. Apostoł z bizantyjskiej ikony przywitał
mnie  po  angielsku.  Wyczuł  pewnie,  że  język  ten  lubiłem  najbardziej.
Dlaczego  nie  urodziłem  się  w  Anglii?  Wtedy  moja  kariera  zawodowa
potoczyłaby  się  inaczej.  Jestem  przekonany,  że  byłbym  cenionym  na

background image

świecie  pisarzem,  a  tak  pozostała  mi  lokalność,  która  ma  to  do  siebie,  że
jest  ograniczona.  O  Boże,  gdybyśmy  mogli  wybierać  miejsce  i  język...
Patrzyłem w oczy apostoła i też zwróciłem się do niego po angielsku.

–  Dzień  dobry.  Mam  rezerwację.  –  Wyjąłem  paszport.  Apostoł  wziął

w dłonie dokument. Otworzył go na stronie ze zdjęciem, a potem nacisnął
klawisz w komputerze. Bez słowa odwrócił się plecami i zrobił dwa kroki.
Z  drewnianej  przegródki,  też  pewnie  pamiętającej  czasy  cesarskie,  wyjął
klucz. Ponownie się odwrócił i położył klucz przede mną.

– Pokój dwieście sześć. Drugie piętro. Winda jest po prawej stronie, ale

można  też  schodami.  Jak  pan  chce.  Śniadania  wydajemy  od  siódmej  do
dziesiątej.

Pięknie mu podziękowałem. Wsadziłem klucz do kieszeni i już miałem

odchodzić, kiedy przypomniałem sobie o basenie.

– Przepraszam, a basen jest na dole czy gdzieś indziej?
– Basen? – Recepcjonista bardzo się zdziwił.
– Basen, tak. Było napisane, że jest basen.
–  Tutaj  nigdy  nie  było  basenu  –  odpowiedział  obojętnym  tonem

i wzruszył ramionami.

Nie chciałem dalej drążyć tematu, ale przeżyłem zaskoczenie. Ruszyłem

do windy. Walizka była zbyt ciężka, żeby gramolić się z nią po schodach.
Bez  trudu  odnalazłem  drzwi  pokoju  206.  Wsadziłem  klucz  do  dziurki
i przekręciłem dwa razy. W pokoju panowała ciemność.

Wąska  smuga  światła  wydobywająca  się  z  przerwy  pomiędzy  prawą

a  lewą  zasłoną  nakierowała  mój  wzrok  na  okno  i  morze.  Chciałem  jak
najszybciej  rozpocząć  to  przedstawienie,  otworzyć  okno,  delektować  się
przepięknym  widokiem.  Energicznie  rozsunąłem  zasłony,  ale  morza  nie
było. Widok był na nieotynkowaną ścianę z cegieł. Nie wierzyłem własnym
oczom,  dlatego  złapałem  za  klamkę  i  otworzyłem  okno  na  oścież.
Zobaczyłem  nie  tylko  ścianę,  ale  też  parapet  pokryty  grubą  warstwą
ptasiego gówna. Nogi się pode mną ugięły. Resztkami sił dotarłem do drzwi
i  zapaliłem  światło.  Usiadłem  na  fotelu  naprzeciwko  łóżka.  Ściana,  przy

background image

której  stało,  była  ozdobiona  pokaźnych  rozmiarów  fototapetą
przedstawiającą  otwarte  okno  z  widokiem  na  morze.  Patrzyłem  na
papierowy bezkres przez papierową szybę i nie mogłem pozbierać myśli.

Nie wiem, jak długo trwałem w tej niemocy, nie mam pojęcia. Pięć minut

czy pół godziny? Poczułem, że los znowu ze mnie zakpił, ale nie chciałem
dać  za  wygraną,  dlatego  zjechałem  windą,  żeby  rozprawić  się
z  recepcjonistą.  On  nie  chciał  się  jednak  pojawić.  Miałem  wrażenie,  że
jestem  w  hotelu  sam,  a  to  wrażenie  przerodziło  się  w  pewność,  gdy
wszedłem do sali restauracyjnej, a z niej do kuchni, w której nie było żywej
duszy. Przez kuchenne drzwi wyszedłem na zewnątrz, kierując się w stronę
morza.  Kiedy  zbliżyłem  się  do  kamienistej  plaży,  zauważyłem  parę
i dziecko. Usłyszałem, że rozmawiali między sobą po polsku. Chciałem się
pożalić,  opowiedzieć,  jak  zostałem  oszukany.  W  jednej  chwili  przeszli
z  polskiego  na  niemiecki.  „Dzień  dobry...  Dzień  dobry!”.  Oni  patrzyli  na
mnie  jak  na  idiotę  i  szwargotali  ze  swoją  córeczką  w  języku,  który  też
znam,  ale  w  którym  nie  jestem  w  stanie  nawet  śnić.  Zignorowali  mnie.
Wszedłem  do  wody.  Posuwałem  się  do  przodu  bardzo  powoli.  Widziałem
bezkres.  Z  każdym  krokiem  odczuwałem  coraz  większą  ulgę.  Wracałem
tam, gdzie było mi kiedyś najlepiej, najbezpieczniej.

background image

 

Nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc ukazały się następujące powieści

Huberta Klimko-Dobrzanieckiego:

 

SAMOTNOŚĆ

2015

 

ZOSTAWIĆ ISLANDIĘ

2016

 


Document Outline